background image

 

DZIENNIK TRÓJKOWEJ  

BRIDGET JONES, 

CZYLI  

BRYGIDY JANOSKIEJ 

pod redakcją Hanny Marii Gizy 

2002 r.  

background image

SŁOWO WSTĘPNE 

 

Nie  spodziewałam  się  aż  takiego  szaleństwa!  Bo  nie  dość,  że  Dziennik  Trójkowej  Bridget 

Jones, czyli Brygidy Janoskiej powstał, to na dodatek otrzymał wyróżnienie w KONKURSIE NA 

DZIENNIK POLSKIEJ BRIDGET JONES, ogłoszonym przez Zysk i S-ka Wydawnictwo. (Żeby 

nie było  nieporozumień:  wyróżnienie nie  jest  gratyfikowane  żadną  rozkoszną  sumką;  nie  tylko 

nie „rozkoszną”, ale w ogóle żadną — a szkoda!) 

Zaczęło się tak: Zysk i S-ka Wydawnictwo rozesłało „List gończy” w sprawie niejakiej B.J., 

która rzekomo zaginęła gdzieś w Polsce. Trójka pierwsza złapała ten news, bo taki ma zwyczaj, 

że  pierwsza  łapie  wszystkie  newsy,  i  przyłączyła  się  do  akcji  poszukiwania  B.J.  —  ale 

Trójkowej! I udało się. W naszej wspólnej zabawie wzięło udział ponad czterdzieści słuchaczek. 

Do ścisłej czołówki zakwalifikowały się — teraz liczę: Gosia, czyli Lidia Małgorzata Klimowicz, 

i  Ania  Łabno,  to  dwie  najaktywniejsze  autorki  (właściwie  każda  z  nich  mogła  napisać  swoją 

prywatną fascynującą opowieść o życiu); niezła była też Hania Potulska (opowieść o tym, jak kot 

Wacek  ukradł  kotlet  schabowy,  aby  ratować  swoją  panią  od  kapuścianej  śmierci,  jest  super!); 

były też perły literackie  „z doskoku”. Jedna nawet swoją opowieścią o  wisience  w klozecie  tak 

bardzo  wzburzyła  niektórych  hipokrytów  (hipokrytki),  że  do  dzisiaj  to  czuję  —  z  tego 

wszystkiego  zgubiłam  rachunek...  No,  już  policzyłam:  dziewiętnaście  utalentowanych, 

władających  lekkim  piórem  autorek  wspólnie  napisało  Dziennik  Trójkowej  Bridget Jones,  czyli 

Brygidy  Janoskiej.  Pełną  listę  Autorek  —  ponieważ  konkurs  był  absolutnie  i  totalnie 

feministyczny — przedstawiam na stronie ósmej. 

Panowie protestowali: „Nie podoba mi się dyskryminacja mężczyzn przy pisaniu Trójkowej 

wersji Dziennika. Informuję jednak, że faceci nie gęsi i posiadają własną wersję tej książki” (tak 

napisał  Jaro),  i  zwierzali  się:  „Przyznam,  że  przez  chwilę  kusiło  mnie,  aby  się  wcielić  w  rolę 

mojej  ukochanej  bohaterki  Agateu  i  przekazać  jej  zwierzenia,  ale  zrezygnowałem,  traktując 

poważnie Pani zakaz wjazdu dla panów” (to Jehor ze Stuttgartu). 

Były  i  takie  listy:  „Jestem,  niestety,  popaprańcem,  a  przynajmniej  należę  do  tej  połowy. 

background image

Niemniej  bardzo  mi  się  podobają  polskie  wersje  Dziennika  B.J.  Chciałbym,  aby  nie 

upubliczniane wersje dostępne były w Internecie. Choć te z anteny tym bardziej! Są rewelacyjne, 

płakałem ze śmiechu. Oryginał nie dorasta”. 

Niektórzy próbowali podszywać się pod B.J., ale szybko zostali zdemaskowani. 

Nasza  wspólna  zabawa  zaczęła  się  w  dniu  fatalnym,  11  września,  tuż  przed  atakiem  na 

World  Trade  Center,  i  ta  niewyobrażalna  zbrodnia  odcisnęła  także  swoje  piętno  na  niewinnej 

zabawie w pisanie książki. Tak się jakoś stało, że Dziennik Trójkowej B.J. powstawał głównie w 

poczcie  elektronicznej,  aczkolwiek  kilka  godnych  uwagi  kartek  z  Dziennika  przyszło  pocztą 

tradycyjną. 

Okazało  się,  że  najwięcej  Autorek  mieszka  w  Poznaniu,  a  więc  tam  jest  miejsce  akcji, 

zgodnie  zresztą  z  intencją  Lidii  Małgorzaty  Klimowicz,  choć  nie  wszystkie  poznanianki 

zakwalifikowały  się  do  druku  —  z  nadmiaru  nadesłanych  prac.  Musiałam  całość  jakoś 

uporządkować  i zredagować, ponieważ Panie były łaskawe hasać po całej Polsce, gubić  wątki i 

zaskakiwać mnie coraz to nowymi imionami swoich bohaterów. 

Na  przykład  z  jednego z  listów  (jakoś  tak  z dwutygodniowym opóźnieniem) dowiedziałam 

się,  że  Rafał  to  Daniel,  który  po  drodze  zdążył  przez  chwilę  być  Filipem.  Super!  Ale  to  nie 

koniec, bo chwilę potem przeczytałam w poczcie elektronicznej, że „Pan S — to tak naprawę Pan 

X, czyli wymarzony z ostatniego odcinka Aleksandry”. 

Czasami  trudno  było mi połączyć  te  wszystkie  bardzo  skomplikowane  wątki,  ale chyba  się 

udało. 

Czasu miałyśmy niewiele — od 11 września do 30 października — z dwukrotną tylko emisją 

w  ciągu  tygodnia  na  antenie  Trójki,  a  włączyłyśmy  się  w  konkurs  literacki  Zysk  i  S-ka 

Wydawnictwa z miesięcznym opóźnieniem. A więc: nie jest źle! Zaryzykuję nawet stwierdzenie, 

że  jest  fantastycznie!  Talenty  literackie,  jak  nie  oszlifowane  szlachetne  kamienie,  są  w  zasięgu 

ręki.  Trzeba  tylko  po  nie  sięgnąć.  Wszystkim  Autorkom  serdecznie  gratuluję  i  dziękuję  za 

wspólną zabawę. 

Hanna Maria Giza 

background image

DZIENNIK TRÓJKOWEJ BRIDGET JONES, 

CZYLI BRYGIDY JANOSKIEJ 

pod redakcją Hanny Marii Gizy 

 

Lista autorek: 

1. Jolanta Dybowska 

2. Anna Fryc 

3. Anna Gawrych-Żukowska 

4. Inka 

5. Lidia Małgorzata Klimowicz 

6. Anna Koziołek 

7. Joanna Legan 

8. Anna Łabno 

9. Elżbieta Mickiewicz 

10. Barbara Miedzińska-Hawajska 

11. Grażyna Mospan 

12. Nika 

13. Julia Palacz 

14. Hanna Potulska 

15. Aleksandra Puzyńska 

16. Agata Widzowska-Pasiak 

17. Joanna Wojewska 

18. Dorota Wrzesińska 

19. Monika Wypych 

background image

11 września 2001 roku, wtorek 

 

7.00. Mam wrażenie, że budzik już raz dzwonił. Jeśli tak, to po pierwsze: nie słyszałam go. 

Bo  przecież  mam  tylko  wrażenie.  Po drugie:  trzeba,  niestety,  wstawać.  Niechętnie otworzyłam 

oczy i natychmiast przypomniałam sobie, co — według najnowszych zaleceń psychoterapeutów 

— powinnam zrobić. 

Błyskawicznie zamknęłam oczy i wyszeptałam, nie gubiąc rytmu oddechu: 

— To będzie wspaniały dzień, zasługuję na wszystko, co najlepsze. 

 

7.15.  Jasne! Powinnam się zrelaksować przed ciężkim dniem. To, co  mnie dzisiaj czeka,  to 

dwie  korekty,  cztery  kawy,  lunch  z  kolegami  +  czat.  Właściwie  mogłoby  wystarczyć  parę 

ćwiczeń, żeby złapać dobrą kondycję, ale przecież nie mam czasu! 

 

7.20.  OK!  Zrobię  to  wieczorem.  W  ogóle  od  dzisiaj  regularnie  pół  godziny  dziennie. 

Najlepiej po pracy, przed wieczorną dawką TV. Tak. Pół godziny dziennie! 

 

7.22.  Wyskakuję z łóżka bardzo z  siebie zadowolona, w  końcu nieczęsto podejmuje się  tak 

ważkie decyzje. Wyskakuję więc ze swojego double-bed — cholera!, już niedługo nie będzie to 

tylko teoria bez pokrycia. 

— Zasługuję na miłość i wspaniałego faceta — podśpiewuję, biegnąc do łazienki. 

 

8.30. Mam zrobiony makijaż, włosy na żel, na sobie lniany żakiet i spódniczkę, pantofle na 

płaskim  obcasie  i  jestem  gotowa  do  wyjścia.  Jeszcze  jedno  spojrzenie  w  lustro?  No,  nieźle... 

Może powinnam troszeczkę ograniczyć słodycze. 

Ale znowu te anorektyczki... Poza tym mama mówi: „Nie przesadzajmy, prawdziwa kobieta 

musi mieć trochę ciała”. No, więc mam! 

 

8.32. Biegnę do windy i czuję, że mam go za dużo. 

background image

 

8.34. Muszę teraz szybko wcelować w przycisk, zanim zrobi to ktoś przede mną i winda, nie 

zatrzymując się, z powrotem zjedzie w dół. Tu wszyscy kradną sobie windę. Jest! Złapałam ją! 

 

8.38.  Przed  domem  grzecznie  odkłoniłam  się  Markowi  —  przystojniaczkowi  spod  ósemki. 

Nie  cierpię  faceta!  Parę  miesięcy  temu,  kiedy  się  tu  wprowadził,  wdzięczył  się  do  mnie, 

uśmiechał,  czarował,  mówił,  że  ludzie  nie  mogą  żyć  samotnie,  że  w  tych  czasach  tak  trudno  o 

prawdziwe  uczucie,  że  kobiety  tylko  czekają,  zamiast  przejąć  inicjatywę,  że  mężczyźni  tak 

naprawdę są wystraszeni itd., itd. I ja, głupia, dałam się na to złapać. 

„No, jasne — myślałam — człowiek nie jest przecież samotną wyspą! Wiem coś o tym”. 

Kupiłam  wino  za  62  złote,  zapukałam  do  jego  drzwi  pod  ósemką  i...  nigdy  sobie  tego  nie 

daruję! Otworzyła mi piękna dziewczyna. To była jego żona, Ania. Ślub wzięli zaledwie miesiąc 

temu.  Byłam  na  siebie  wściekła.  Plotłam  jakieś  głupoty  o  stosunkach  dobrosąsiedzkich  i 

rozpaczliwie  szukałam pretekstu,  żeby  wyjść.  Nie było  to jednak takie proste.  Ania  okazała się 

bardzo  miła  i  gościnna,  a  Marek  rozpływał  się  w  nadskakiwaniu  i  wychwalaniu  swojej  żony. 

Musiałam wysłuchać całej historii ich fantastycznego odnalezienia się wśród milionów, wykładu 

na temat przeznaczenia, banałów o dwóch połówkach... itd., itp., itd. 

On  w  moich  oczach  już  nie  żył!  Od  tamtego  dnia  nie  zamieniliśmy  ani  słowa  poza 

zdawkowym: „Dzień dobry, co słychać?” Miałam wrażenie, że i to jest dla niego kłopotliwe. Parę 

razy zauważyłam, jak chował się przede mną, żeby tylko uniknąć rozmowy. Dureń! 

— Moje życie jest fascynujące, dobrze zarabiam, dobrze wyglądam, mogę robić to, co chcę, 

jestem szczęśliwa! 

 

8.40.  Wsiadam do  samochodu.  No, tak,  mój służbowy  matiz kolejny  raz został pozbawiony 

lusterka!  Radio  zabieram  ze  sobą,  nauczyłam  się  za  trzecim  razem,  ale  nie  będę  przecież 

odkręcała na noc lusterek?! Znowu 300 złotych w błoto! A miałam kupić sobie perfumy. Chyba 

jednak wynajmę garaż. 

 

9.15.  Tylko  piętnaście  minut  spóźnienia.  Mam  nadzieję,  że  dzisiaj  nikt  tego  nie  zauważył, 

wszyscy siedzą z nosami w  swoich tekstach. Zaparzyłam  sobie wielki kubek  kawy, postawiłam 

na biurku i klik, klik — jestem na czacie. Aż się roi od facetów, ale nie brak także wygadanych, 

inteligentnych  dziewczyn.  Ciężka  sprawa.  Proponuję  wejście  na  priv.  komuś  o  nicku  samotny. 

Rozmawiamy, jest miło, chwali moje dowcipy i erudycję... Jest bardzo miło. Mieszka na drugim 

końcu  Polski.  Nie  szkodzi.  Mamy  te  same  upodobania,  mówi  do  mnie:  „Kochanie”...  Coś  za 

szybko! I proponuje wirtualny seks! 

„Ty  dupku!”  —  myślę  i  natychmiast  kończę  czat.  Czy  nie  ma  już  na  świecie  normalnych 

background image

facetów? Do diabła! A może to ja nie zasługuję na normalne życie? 

Ciągle  coś  jest  nie  tak,  wiecznie  popełniam  jakieś  gafy.  Nie  umiem  zdobyć  faceta.  Nie 

potrafię  nikogo  przy  sobie  zatrzymać.  Nawet  przez  Internet  faceci  wyczuwają,  że  jestem  „na 

głodzie”. Czy ja mam to wypisane nie tylko na twarzy? Zaczynam bredzić o tym, że „zasługuję 

na wszystko, co najlepsze...” No, nie, kompletna kretynka! Biorę się do pracy. 

 

15.00. Co tak cicho? Patrzę spod nastroszonej grzywki to w lewo, to w prawo. O co chodzi? 

Dlaczego tak nagle wszystko ucichło?! Paweł podkręca radio. W Trójce mówią o ataku na World 

Trade Center. 

Sama  sobie  ogłaszam  24-godzinny  dzień  żałoby.  Po  co  komu  te  zapiski  mojego 

beznadziejnego życia, skoro tam zginęły tysiące? 

background image

13 września, czwartek 

 

7.20. Siedzę w swoim samochodzie i wrzeszczę. Nie wiem, dlaczego wrzeszczę, ale coś tak 

strzeliło,  że  pomyślałam,  że  to  bomba,  zamach  na  moje  życie,  i  mało  nie  wylądowałam  na 

drzewie. Od dwóch dni nie śpię ze strachu, że będzie wojna. Zamykam wszystkie okna, zaciągam 

zasłony i przykrywam kołdrą głowę, żeby choć na chwilę zasnąć. Mężczyznę trzeba mieć po to, 

żeby bać się razem. A to znaczy — trochę mniej. Nagle to odkryłam! 

 

7.25. Siedzę w samochodzie i już nie wrzeszczę, ale czuję, jak krew odpływa ze wszystkich 

moich członków. Pomyślałam o mamie. Gdyby jechała ze mną, na pewno oskarżyłaby mnie o to, 

że chcę ją wykończyć. 

 

7.27.  Już  wiem  —  złapałam  gumę.  Cholera!  Wstałam  wcześniej  o  godzinę  i  o  godzinę 

wcześniej  wyjechałam  z  domu,  bo  szef  chciał  ze  mną  porozmawiać  o  „odpowiedzialnym 

zadaniu, w sam raz dla pani”, czyli dla mnie. Chyba mnie nie zna, skoro odpowiedzialne zadania 

wyznacza na ósmą rano! 

 

7.30.  Muszę  zadzwonić.  Gdzie  najpierw  —  po  pomoc  drogową  czy  do  redakcji?  Pomoc 

drogowa  mnie  wyśmieje.  Już  to  słyszę:  „Poszła  guma?  Ha,  ha,  ha!”  i  te  znaczące  spojrzenia. 

Nawet przez telefon je widzę: „Co, blondynka?! Ha, ha, ha!” 

Muszę zmienić koło sama. W kostiumie? I bez koła zapasowego? 

 

7.35. Dzwonię do redakcji... Jasna cholera! Komórka rozładowana — przecież ładowałam ją 

wczoraj. Ruszam na poszukiwanie telefonu. 

 

7.40. Cudnie! Po prostu cudnie! To już drugi telefon, który nie działa. Jak może być inaczej, 

skoro  nie  ma  słuchawki,  a  do  kabla  raczej  nie  pogadasz.  Za  to  nad  „telefonem”  wzruszający 

napis: „Ten telefon może uratować komuś życie, nie niszcz go”. Jasne! 

background image

 

7.50.  Nareszcie  sprawny  telefon!  Wkładam  nowiutką,  kupioną  wczoraj  kartę.  „Przezorny 

zawsze  ubezpieczony”  —  powtarzał  mi  ojciec.  Co  jest?!  „Nieczynna”  i  „nieczynna”!  Chyba 

dostanę szału! 

 

7.55. Próbuję przekroczyć jezdnię w niedozwolonym miejscu. Co za kretyn trąbi?! Jakby nie 

wiedział,  że  nie  wolno  bez  uzasadnienia  używać  klaksonu  w  mieście.  O!  Matiz  podobny  do 

mojego! Chyba nawet identyczny... Czy ja zamknęłam samochód?! 

 

8.05. Zawracam i pędzę z powrotem. Jest! Stoi. Kto chciałby ukraść taki rozkraczony kapeć. 

Mam jednak powód do dumy: zamknęłam! 

 

8.20. Jestem na poczcie. Wrzucam do okienka kartę i prawie krzyczę: 

— Co to za karta? Nowa, nie używana i nie działa! Może podrobiona! 

Panienka w okienku odpowiada ze stoickim spokojem: 

— Nie uruchomiła pani karty. 

Jak to — nie uruchomiłam? Ja? Nie uruchomiłam? Piętnaście razy wkładałam ją do automatu 

telefonicznego. 

—  Proszę  pani  —  mówię,  przeszywając  ją  spojrzeniem  jadowitej  anakondy  —  ja  używam 

komórki. Karta przy tym, to...! 

— O, teraz będzie działała. — Spokojnie odłamała rożek karty i podała mi ją ze spojrzeniem, 

które nie pozostawiało złudzeń: „Proszę państwa, mamy do czynienia z totalną idiotką”. 

 

8.25. Karta działa. Dzwonię. Pani Zuzia, sekretarka szefa, mówi: 

— A cóż to taki ranny ptaszek? Szef wyjechał o ósmej i wróci za tydzień. 

—  Jak  to  „wróci  za  tydzień”?  Przecież  umówił  się  ze  mną  w  związku  z  bardzo 

odpowiedzialnym zadaniem. 

— Widocznie miał bardziej odpowiedzialne zadania — odpowiada z nutką kpiny pani Zuzia. 

A przecież się lubimy! 

Świetnie!  O  odpowiedzialnych  zadaniach  nie  ma  co  marzyć  w  najbliższej  dziesięciolatce. 

Dzwonię po pomoc drogową. 

 

8.35. Stoję przy samochodzie. Nie sama. Jest ze mną policjant. 

— Oczywiście, ma pan rację — jąkam. — Zapomniałam o tym przeklętym trójkącie. 

Mandat.  Policja  odjechała.  Wystawiam  trójkąt  i  wracam  na  pocztę,  bo  podałam  pomocy 

drogowej  nazwę  ulicy,  ale  nie  podałam  numeru,  przy  którym  stoję.  To  dlaczego,  do  cholery, 

background image

powiedzieli: „Już jedziemy”? Ale za to karta działa. 

 

9.20.  Zabrali  matiza do  warsztatu.  Mówią,  że poszła  nie  tylko  guma.  Ciekawe, na  ile  mnie 

oskubią? 

 

9.30.  Od  dziesięciu  minut  stoję  na  tym  zakichanym  przystanku.  Zimno  jak  siedem 

nieszczęść. No, żebym tylko nie wywołała wilka z lasu. Przecież dzisiaj trzynastego. Dobrze, że 

nie piątek! 

 

10.00. Nareszcie w redakcji. Godzinę później niż zwykle. Pani Zuzia zatroskana woła: 

—  Co  się  stało,  Brygido?  Upłynęło  półtorej  godziny  od  twojego  telefonu.  Chcieliśmy  już 

dzwonić na policję! 

—  Świetny  dowcip  —  burknęłam  pod  nosem  i  zauważyłam,  że  Paweł  postawił  na  moim 

biurku filiżankę gorącej herbaty. „On jest w porzo...” — pomyślałam. 

background image

14 września, piątek 

 

8.45.  Drugi  dzień  bez  samochodu.  Do  pracy  jadę  taksówką.  Kompletnie  nie  potrafię  się 

przystosować. Nie wiedziałam, o której wstać, nie zdążyłam zrobić makijażu, nie mówiąc już o 

tym, co mam na głowie. Jeśli ktoś chciałby mnie zapytać, co robiłam od świtu, kiedy wstałam — 

niech pyta! Odpowiem: „Nie wiem!” W moim samochodzie, kiedy stałam na światłach, mogłam 

przynajmniej dokończyć makijaż. Kilka razy w korku udało mi się pomalować paznokcie. Teraz 

będzie to właściwie niemożliwe. 

 

8.50. Stoimy w korku. Mam mokre włosy i nie wzięłam suszarki, ale przecież w taksówce i 

tak nie ma gdzie podłączyć. Jak na złość kierowca jest typem mężczyzny, dla którego mogłabym 

stracić  głowę.  No,  przynajmniej  na  chwilę.  Mogłabym  być  czarująca  i  mogłabym  przecież 

sprawić,  żeby  on  też  się  mną  zainteresował.  No,  przynajmniej  przez  chwilę.  Ale  bez  pełnego 

makijażu nie mam żadnej szansy. 

 

9.00. Stoimy w korku. Pomyślałam, że kobieta bez makijażu jest naga. Poczułam się bardzo 

głupio i wsunęłam swoje zbyt obszerne ciało w najgłębszy kąt tylnego siedzenia. Modliłam się, 

żeby taksówkarz nie miał ochoty na pogawędkę. Miał. 

 

9.10. Stoimy w korku. Ten sakramencko przystojny taksówkarz jest w doskonałym nastroju 

—  jasne,  stoimy  w  korku,  a  licznik  bije!  Jestem  cholernie  niesprawiedliwa,  bo  co  on  może 

zrobić?  Zagadywał,  wypytywał,  a  ja  tylko  burczałam  coś  pod  nosem  i  zbywałam  go  krótkimi 

odpowiedziami, nie zachęcającymi do podtrzymania konwersacji. 

 

9.20.  Przed redakcją.  On  wysiada z samochodu, żeby otworzyć  mi drzwi. Dlaczego on  jest 

taki przystojny i na dodatek ma kindersztubę? Biegnę jak szalona dwa piętra w górę. 

Mówił,  że  zna  perfect  angielski!  Mówił  tak,  jakby  wiersze pisał!  To  nie  może być  zwykły 

taksówkarz. Walę głową w ścianę. To nie może być zwykły taksówkarz!!! 

background image

 

9.25. Brygido! — Paweł z troską pochyla się nade mną. — Czy coś się stało? 

—  Daj  spokój,  Paweł,  po  prostu  znowu  spóźniłam  się  do  pracy  —  odpowiadam  z  miną 

niewiniątka przyłapanego na gorącym uczynku. — I na dodatek, nie radzę ci, żebyś zobaczył, jak 

wyglądam bez makijażu i z tym sianem na głowie. Odejdź tak szybko, jak to możliwe — proszę. 

—  Nie  przejmuj  się  —  mówi.  —  Masz  trochę  czasu  na  toaletę.  Naczelny  wrócił 

nieoczekiwanie  i  zamknął  się  z  prezesami  i  księgową.  —  Uśmiechnął  się  tajemniczo.  — 

Widziałem  przez  okno,  jak  wysiadałaś  z  taksówki.  Nie  radzę  ci  zaprzyjaźniać  się  z  tym 

taksówkarzem. To niebezpieczny  facet. Wrócił właśnie z Afryki i chwilowo jeździ na taksówce 

jako  zmiennik.  Ja  też  z  nim  kiedyś  utknąłem  w  korku.  Tak  naprawdę  jest  weterynarzem  i 

wszystkie panienki to dla niego towar. 

Zanim zdążyłam ochłonąć ze zdumienia, zniknął. 

 

9.30.  Poczułam cholerną złość.  Co jest?! Dlaczego  Paweł  ma  mi  radzić,  czy  mogę,  czy  nie 

mogę zadawać się z taksówkarzem?! Albo z kimkolwiek innym! 

 

9.45.  Siedzę  przy  biurku  i  piję  gorącą,  zaparzoną  przez  Pawła  kawę.  Powoli  zaczynam 

rozumieć, że to nie mój taksówkarz jest najważniejszy, ale szef, który zamknął się w gabinecie z 

prezesami i księgową. OK, to jestem w stanie przyjąć. 

 

10.00.  W  redakcji  panuje  złowroga  cisza.  Wojtek  po  raz  trzeci  poprawia  kosztorys  działu 

reportażu.  Paweł  próbuje  —  po  raz  kolejny  —  naszkicować  logistyczny  profil  tygodnika.  Pani 

Zuzia parzy kawę, wsypując całą paczkę do ekspresu. Chyba zwariowała! 

Wojtek  zaczął  opowiadać  dowcipy  o  blondynkach,  ale  ponieważ  słyszeliśmy  je  już 

pięćdziesiąt razy, nikogo nie bawiły. Oprócz mnie, rzecz jasna. 

 

10.15.  Zastanawiam  się,  co  czuję?  Boję  się?  Nie,  nie  mogę  się  bać.  Skończyłam  filologię 

polską, kursy: komputerowy, zarządzania, angielski, projektowania wnętrz i kilka innych. Nie ma 

się  co  śmiać,  trzeba  próbować  wszystkiego.  Jeśli  jakiś  dupek  przyczepi  się  do  mnie,  to 

wyśpiewam  mu  jak  na  spowiedzi:  mam  tytuł  magistra,  pracowałam  jako  opiekunka  do  dzieci, 

dostawca  pizzy,  ekspedientka  w  ekskluzywnym  butiku,  a  nie  w  lumpeksie,  tłumaczka  z 

angielskiego  spotkań  z  przedstawicielami  struktur  pozarządowych  z  ich  odpowiednikami  z 

Anglii, Niemiec i Belgii. Mam nadzieję, że przynajmniej Angole zrozumiały, o co chodzi. Wtedy 

ja  także  zrozumiałam,  że  jesteśmy  cholernie  bogatym  krajem,  który  „wylewa  pieniądze  za 

kołnierz i wyrzuca  w błoto”.  Czy naprawdę  jesteśmy  aż  tak  bogatym  krajem? Jeśli jedna  mała, 

głupia  blondynka  jest  świadkiem  jakichś  dziwnych  manipulacji  finansowych,  to  co  powinna 

background image

zrobić? Milczeć. OK — milczę. 

 

11.00.  Ale  to,  czego  się  nauczyłam,  jest  tylko  moje.  Kiedy  przeczytałam  ogłoszenie  w 

gazecie,  że  wydawca  tygodnika  dla  pań  poszukuje  korektorki,  nie  zastanawiałam  się  ani  przez 

moment. „Dzisiaj korektorka, jutro pisarka” — pomyślałam. „Przecież zasługuję na wszystko, co 

najlepsze”.  I  tak  zaczęła się  moja redakcyjna kariera.  Teraz już nie  robię  korekty,  to znaczy — 

nie tylko, redaguję także niektóre teksty. Czasem nawet przeprowadzam bardzo ważne rozmowy. 

To jest coś! 

 

11.20.  Paweł  przechodząc  obok  mojego  biurka,  bąknął  coś  o  redukcji  etatów.  Zwariował, 

przecież mnie to nie dotyczy! 

 

11.40. Mimo wszystko czuję podwyższony poziom adrenaliny. Bardzo jestem ciekawa, co z 

tego  wyniknie.  Co  tam  knują  za  drzwiami?!  Czy  w  związku  z  tym,  co  zamierzają,  moje  życie 

znowu będzie musiało ulec zmianie? Właściwie nie mam nic przeciwko temu. Wszystkie zmiany 

—  z  niewielkimi  wyjątkami  —  przynosiły  mi  do  tej  pory  korzyści.  Na  przykład  to,  że 

wyprowadziłam się od mamy, dało mi poczucie samodzielności. To prawda, że miałam gdzie się 

wyprowadzić, bo ojciec zadbał o to, żebym miała swoje przytulne mieszkanko na Winogradach. 

Dwa pokoje, kuchnia, łazienka, oddzielnie kibelek, balkon. Kochany tata. Kupił mi je ze swoich 

lekarskich  oszczędności  na  krótko  przed  śmiercią.  I  niech  sobie  nikt  nie  myśli,  że  kupił  mi 

mieszkanie za pieniądze umierających pacjentów. Całe życie brzydził się łapówkami i uczciwie 

oszczędzał,  co  było  powodem  nieustających  awantur  z  moją  wiecznie  niezadowoloną  mamą. 

Szkoda,  że  nie  mogę  już  z  nim  pogadać,  kiedy  dopada  mnie  chandra.  Cholera!  Zaczynam  się 

rozczulać. 

 

12.00. Drzwi otworzyły się z rozmachem. Wyszła księgowa, prezes, wiceprezes i nasz szef. 

Zaczął od sytuacji w firmie. Powiedział, że ostatnio jest coraz gorzej. Terminy płatności bardzo 

się wydłużyły — coraz więcej dłużników, ale rosną również zobowiązania. Dzwonią telefony w 

sprawie należności, my również wydzwaniamy w sprawie należności i kółko się zamyka. 

—  Trzeba  zacisnąć  pasa  —  powiedział  z  desperacją.  Wielka  trójca  postanowiła  obniżyć 

koszty własne po to, aby nie było zwolnień. 

 

12.10. Na biurku szefa położyłam kluczyki od matiza (i tak stoi w warsztacie). 

Gotowa jestem zrezygnować na jakiś czas z samochodu (jak wyżej). 

Położyłam komórkę obok trzech innych — trudno, jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. 

 

background image

12.15. Naczelny roześmiał się i powiedział, że aż tak dramatycznie jeszcze nie jest, ale liczy 

na naszą lojalność. A to oznacza, że nie będę mogła flirtować w Internecie i czatować bezkarnie z 

potencjalnym  narzeczonym  osobistym.  Każdemu  z  nas  wyznaczono  limit  rozmów  z  telefonów 

komórkowych. OK! Jakoś wytrzymam. 

 

12.20. Poczekałam, aż zamknęły się za nimi drzwi, złapałam swoją komórkę i pobiegłam do 

toalety, żeby o wszystkim opowiedzieć najpierw Iwonie, a potem Ewie. 

background image

15 września, sobota 

 

9.00. Leżę w łóżku i myślę, że nie lubię weekendów! W piątek zwykle udziela mi się euforia 

innych  i  tak  jak  inni  cieszę  się  perspektywą  wolnych  dni.  Mam  ambitne  plany:  spotkania  z 

przyjaciółmi, generalne porządki, odrobienie zaległości w słuchaniu muzyki, czytaniu, oglądaniu 

telewizji itp. Niestety, na planach przeważnie się kończy, ponieważ nie mogę się zdecydować, od 

czego zacząć. Robię wszystko i nic. Wczoraj Iwona i Ewa powiedziały, że wyjeżdżają. Iwona z 

mężem, Ewa z nowym, tajemniczym narzeczonym. Iwona do teściów w Toruniu, Ewa...? Któż to 

wie  dokąd.  To  kolejna  tajemnica.  Trochę  mnie  to  denerwuje,  bo  znów  mam  w  perspektywie 

samotny weekend. 

Postanowiłam  zacząć  od  wypożyczenia  filmu.  Uwielbiam  Meg  Ryan  i  chociaż  widziałam 

wszystkie  filmy,  w  których  grała,  mam  ochotę  kolejny  raz  obejrzeć  Kiedy  mężczyzna  kocha 

kobietę.  Ten  moment,  gdy  spotykają  się  przy  barze  i  on  daje  jej  kwit  z  pralni  i  klucze  do 

mieszkania, i  kiedy ona siada  mu na  kolanach, i zaczynają się całować!  Ta  scena śniła mi się z 

tysiąc razy. Uwielbiam przypominać ją sobie, gdy leżę w łóżku. Zamykam oczy i wydaje mi się, 

że za chwilę poczuję męską dłoń na karku i muśnięcie jego warg na moich powiekach. W ubiegły 

weekend obejrzałam mój ulubiony film tylko dwa razy. Tak strasznie się rozkleiłam, że trzeci raz 

sceny w barze już bym chyba nie przeżyła. 

 

9.30. Leżę w łóżku i myślę, że być może zwariowałam, bo przecież takiej miłości w naszych 

czasach  nie  ma,  nie  istnieje!  „Jesteś  beznadziejną,  sentymentalną  romantyczką!”  —  krzyczy 

resztka rozumu w mojej głowie. Nie do końca się z nią zgadzam, ale chwilowo zrezygnowałam z 

wypożyczenia  Kiedy  mężczyzna  kocha  kobietę.  Z  miną  „i  tak  swoje  wiem”  sięgnęłam  po 

Harry’ego  Pottera.  Początkowo  nie  rozumiałam,  co  czytam,  ale  kiedy  Harry  dostał  się  do 

Hogsmeade z pomocą Mapy Huncwotów, zapomniałam o Bożym świecie. 

 

13.43.  Obudził  mnie  jakiś dziki  łomot. To chyba  dzieciaki  Wietnamczyków  mieszkających 

nade  mną  bawią  się  w  Indian.  Nie,  nie  —  nie  jestem  rasistką,  ale  żeby  tak  w  środku  nocy? 

background image

Zerknęłam  na  zegarek.  O  rany!  13.43  —  wyskoczyłam  z  łóżka  przerażona,  ale  po  chwili 

przypomniałam sobie, że to przecież sobota. Sobota sobotą, a kot Wacek nie nakarmiony. 

 

13.45.  Kot  Wacek  zjada  swoją  ulubioną  porcyjkę  Whiskasa,  ja  włączyłam  moją  ulubioną 

Trójkę  i  zaparzyłam  kawę.  Wyjrzałam  przez  okno  —  pierwszy  raz  od  kilku  dni  nie  padało. 

Pomyślałam o rowerze. Tak, dzisiaj ścieżki rowerowe będą moje. Jeszcze tylko jedna kawa, coś 

malutkiego na ząb, prysznic i jestem gotowa. 

 

14.45.  Czatuję  na  windę.  Musi  być  pusta,  bo  inaczej  rower  nawet  w  pionie  się  nie  mieści. 

Dobra, trzecie podejście... 

 

14.55. Z windy wysiada moja siostra. Zapłakana, wściekła, nawet mnie nie zauważyła. 

—  Magda!  —  Biegnę  za  nią,  rower  wywala  się  z  wielkim  hukiem,  otwierają  się  drzwi 

sąsiadów. 

— Dzień dobry — mówię z uśmiechem i zbieram rower. 

 

15.00. Dobrze, że jesteś w domu — szlocha Magda. — Muszę z kimś pogadać. 

I zaczyna: że ma już dosyć, że dłużej nie wytrzyma, gdyby nie Kubuś, to ona by już dawno, 

zakichany biznesmen myśli, że ona jest ślepa, że węch straciła i nie czuje Chanel numer 5 na jego 

marynarkach... 

Magda  jest  ode  mnie  starsza  o  siedem  lat,  od  dwunastu  pozostaje  w  szczęśliwym  związku 

małżeńskim, czasami miewa gorsze dni. Nie przepadam za szwagrem, ale cóż, siostrę mam tylko 

jedną. Zaparzyłam mocną kawę, otworzyłam okno, kiedy Magda sięgnęła po trzeciego papierosa 

(nie  palę  od  ośmiu  miesięcy  i  jestem  z  tego  dumna),  przygotowałam  kilka  paczek  chusteczek 

higienicznych i uzbroiłam się w cierpliwość. 

 

16.00.  Ciągle  siedzimy  w  kuchni.  Magda  trochę  się  uspokoiła.  W  którymś  momencie 

zauważyłam ślad na policzku. Czyżby ją uderzył? Kiedy zapytałam, wpadła w szał: 

—  Nie  rób  sadysty  z  mojego  męża!  Wiem,  że  nigdy  go  nie  lubiłaś!  Ale  nie  jest  taki,  jak 

myślisz! Jest dobry, czuły i nie masz pojęcia... 

„No, nieźle” — pomyślałam. 

Magda popatrzyła na mnie i parsknęła śmiechem. 

Wkurzyłam się. 

— Po co mi to wszystko opowiadałaś? — Byłam kompletnie zdezorientowana. 

— Och, wiesz, był jakiś drobny  incydent,  na  który  w ogóle nie  zwróciłabym uwagi, gdyby 

nie napięcie przedmiesiączkowe. — Śmieje się tak, jak kiedyś w dzieciństwie, kiedy udało nam 

background image

się bezkarnie narozrabiać. 

Nie wiem, czy robi mnie w bambuko, czy próbuje zatrzeć chwile słabości. Zresztą nieważne. 

Ważne, że jest sobota, a ja nie jestem sama. 

 

16.30. Wyruszamy z Magdą na podbój Poznania.  Ma wolne popołudnie,  bo Michał  (mąż) i 

Kuba (syn) wybrali się na ryby. „Ewakuowali się” — pomyślałam, ale głośno powiedziałam, że 

to super, bo możemy spędzić sobotę tylko we dwie. Nieczęsto miałyśmy ostatnio taką okazję. 

 

21.00.  Telewizor  włączony,  a  ja  leżę  z nogami  ułożonymi  wysoko  na  oparciu  kanapy.  Nie 

wiem, ile kilometrów zaliczyłyśmy z Magdą, ale dużo. Było cudownie. Najpierw spacer, potem 

kawa w ogródkowej kawiarence, potem Quo vadis — bo Michał kupił bilety i mieli pójść razem, 

ale był  tak  miły,  że zgodził  się, żebym go zastąpiła. Film,  niestety,  „papierowy”, wolę książkę, 

jedyna  dobra  scena  to  ta,  kiedy  lwy  rozszarpują  ludzi.  Potem  poszłyśmy  na  kolację  do  naszej 

ulubionej knajpki „Pod Aniołem”. Niezła chronologia, prawda? 

Obsługiwał  nas  nowy,  bardzo  przystojny  kelner.  Moja  siostra  dała  popis  mistrzowskiego 

flirtowania.  Ja  nie  mogłam  wydobyć  z  siebie  ani  słowa.  Podziwiałam  jej  swobodę,  poczucie 

humoru,  błyskotliwą  inteligencję  i  ani  śladu  napięcia  przedmiesiączkowego!  Gdyby  Michał  ją 

teraz zobaczył! Pomyślałam, że ta pewność siebie wynika w jakimś stopniu z tego złotego krążka 

na  palcu.  Była  uosobieniem  wszystkiego,  o  czym  marzyłam.  I  była  moją  siostrą!  Dzisiaj 

wielokrotnie zastanawiałam się, czy chciałabym wyjść za mąż. 

Hmm... Nie jestem pewna. 

 

21.30. Położyłam maseczkę na twarz i wyglądam upiornie. Czy mężatki mogą położyć sobie 

maseczkę  na  twarz  i  wyglądać  upiornie?  A  może  na  facetach  nie  robi  to  wrażenia?  Muszę 

zapytać Magdę. 

 

21.35. Popijam wino „Frontiera” — chilijskie, czerwone, wytrawne — mniam... i pogryzam 

francuski ser „Coeur de Bleu” — mniam... 

Jutro  będę  wylegiwać  się  w  wannie  pełnej  wonnych  olejków...  Dlaczego  nikt  do  mnie  nie 

dzwoni? Gdzie się podziały te wszystkie cholerne przyjaciółki? Przecież jest sobota! 

 

21.40. A może słuchawka źle odłożona? Sprawdzam — niestety, dobrze. 

Do  diabła  z  nimi!  Wracam  do  planowania  jutrzejszego  dnia,  czyli  niedzieli:  wmasuję 

odżywkę  we  włosy,  pomaluję  paznokcie,  wydepiluję  to  i  owo,  jednym  słowem  —  absolutna, 

kompletna, generalna odnowa. I najważniejszy punkt w fascynującym programie dnia — obiad u 

mamy, która wprawdzie nie zapraszała specjalnie, ale jeśli się zjawię, nie będzie zdziwiona. 

background image

 

22.50.  Z  niepokojem  konstatuję  —  proszę,  jakich  skomplikowanych  słów  używam!  —  że 

druga  butelka  wina  nie  wiadomo  kiedy  się  otworzyła.  Lekko  zataczając  się,  ale  tylko  lekko, 

podchodzę  do  telefonu.  Zadzwonię  do  Ewy,  nie  jest  jeszcze  tak  późno...  Dlaczego  nikt  nie 

odbiera?  Cholera!  Przecież  wyjechała  z  narzeczonym  nie  tym  starym  tylko  tym  nowym,  gdzie 

oni właściwie wyjechali, nieważne, ważne jest to że siedzę sama jak kołek na płocie nie na tylko 

w 

 

23.00. Zmywam  z  twarzy maseczkę  jak on mógł puścić  mnie  kantem no  może w  tej chwili 

nie wyglądam zbyt podniecająco ale przecież puścił mnie kantem kiedy nie miałam na twarzy tej 

białej  papki  ciekawa  jestem  czy  Kevin  Costner  zachowałby  się  tak  obrzydliwie  no  właśnie 

gdybym spotkała takiego Kevina Costnera który nie byłby Łukaszem gdyby był taki jak bohater 

Listu w butelce gdyby umiał tak kochać 

 

23.10. Nienawidzę tej sentymentalnej idiotki... ups!... chyba mam czkawkę... tej kretynki co 

siedzi we mnie i od czasu do czasu kiedy odrobinę „tracę kontrolę nad pojazdem” wyłazi ze mnie 

i  strasznie  mnie  kompromituje...  ups!...  nie  ma  takich  facetów  nie  ma  takich  facetów...  ups!... 

Kevin  Costner  nie  istnieje  po  co  te  wszystkie  maseczki  te  zabiegi  te  depilacje...  ups!...  to 

wszystko... 

—  Jak  to,  po  co?  Dla  dobrego  samopoczucia,  dla  mnie  samej  i  dla  nikogo  więcej  — 

podpowiada mi zakłamana feministka, która też siedzi we mnie, tylko od strony północnej. 

— Ha, ha, ha! Przyznaj się, że każdego dnia liczysz na to, że staniesz oko w oko z kimś, kto 

spojrzy na ciebie tak, że zostaniecie porażeni, uniesieni, zawirowani. Wszystko, co robisz, robisz 

z  myślą  o  tej  właśnie  chwili!  —  Sentymentalna,  naiwna  i  romantyczna  JA  zajmuję  stronę 

południową. 

— Robię  to,  co  lubię,  i jestem szczęśliwa  — nagle postanowiłam być bezczelna. — Jestem 

kobietą świadomą swojej wartości, wykształconą i niezależną... 

—  Tratata,  rzuciłabyś  wszystko  na  kiwnięcie  palcem,  gdyby  tylko  znalazł  się  naiwniak 

gotowy uwić z tobą wspólne gniazdko. 

— No, może tak — ale tylko na krótki czas, żeby wychować dzieci! 

— Nie posuwaj się aż tak daleko. Jeszcze go nie ma, a ty już rodzisz dzieci! 

 

23.30. Mam to wszystko gdzieś! Włączam Stinga najgłośniej, jak tylko mogę (jasne, że mam 

na uszach słuchawki!), żeby zagłuszyć te dwa kłócące się we mnie demony. 

 

23.45. Chyba jestem nawalona, ale mój oddech staje się równomierny, nie myślę o niczym, 

background image

jest  mi  dobrze.  Jest  mi dobrze!  Jestem  tylko  ja  i  moja  muzyka.  Sting...  Odpływam  —  żadnych 

problemów, żadnej przeszłości, żadnej przyszłości. 

Jestem spokojna, jestem szczęśliwa, zawsze dostaję to, czego chcę! 

 

Około  2  w  nocy.  Jak  długo  jeszcze  będę  się  okłamywać!?  Pora  przenieść  się  z  kanapy  do 

łóżka. 

background image

16 września, niedziela 

 

9.00.  Ciężka  była  ta  noc.  Brak  mi  katalizatora.  Chciałabym,  aby  myśli  bez  większych 

trudności można było poddać oczyszczającemu działaniu i jak po płaszcz do pralni — zgłosić się 

po nie następnego dnia. 

 

9.15. Pijany sąsiad znowu targa rower po schodach na górę. Jemu chyba też nie jest lekko. W 

takim razie, dlaczego zawsze alkoholizuje się w jego towarzystwie? Przecież wie, że niezależnie 

od tego, ile wypije, będzie musiał sam holować go do domu. Nie wpadł na to, żeby stawiać go w 

pionie w windzie. Ale chyba sam ma problemy z pionem. Ja zresztą też. Najlepsza na kaca jest 

leciutko ścięta jajecznica, ale nie chce mi się wstać z łóżka. 

 

9.20.  Dzisiaj  jest  niedziela.  Niedziela?  Niedziela,  na  pewno.  Muszę  sobie  przypominać 

chronologię dni i miesięcy. Przez brak obowiązków (poza redakcją), terminów, które mnie gonią 

(poza  redakcją),  spotkań,  które  —  ha!  —  nie  wiszą  nad  głową  jak  zła  wróżba,  tracę  poczucie 

czasu. Ale nie narzekam. Nawet dobrze mi z tym. Patrzę w niebo i... zawieszam się bez zbędnych 

tłumaczeń, bez konsekwencji, bez wyrzutów sumienia o stracone chwile... 

 

10.30.  Nie  chce  mi  się  wstać  z  łóżka.  Trzymam  notes  na  kolanach.  Nie  potrafię  pisać 

zamiast. Zamiast słów słyszalnych, dotykalnych w cieple szeptu, chłodzie obojętności (nie pojadę 

na obiad do mamy). Czekam na jakieś wieści od... wszystko jedno od kogo. 

 

10.40.  Wstałam.  Nie  mogę  pojąć,  jak  to  się  stało,  ale  się  stało.  W  nocy  spakowałam 

wszystkie sandały  w pudełka  szczelnie  wymoszczone  wydaniem  „Wyborczej”  sprzed kilku dni. 

Za rok będę wiedziała, kiedy wyzionęła ducha ciepła pora. 

 

10.50.  No  tak,  skończyło  się  lato.  A  co  w  mojej  szafie  na  jesień?  Wszystko  za  małe,  bo 

kiepsko  prezentuje  się  moja  sylwetka  „polodowcowa”  (czytaj:  kilogramy  ulubionych 

background image

bakaliowych  i  stracciatella).  Muszę  schudnąć!  Bezwarunkowo!  Zupa  kapuściana  —  w  końcu 

prezydent Kwaśniewski też na niej próbował stracić swoje kilogramy. 

 

10.55.  Mam  niejasne  uczucie,  że  nad  ranem  coś  się  wydarzyło.  Aha,  dzwonił  telefon! 

Półprzytomna podniosłam słuchawkę — z drugiego końca kabla spadło na mnie pytanie: 

— Kochasz mnie, Brygido? 

Znałam ten głos i wiedziałam, kto mógł do mnie mówić „Brygido” z takim akcentem i takim 

głosem,  ale  pomyślałam,  że  to  żart.  Przecież brzmiało  to niepoważnie!  Łukasz!!!  Chciałam  się 

rozłączyć, mówiąc, że to pomyłka, ale on znów powtórzył to pytanie: 

— Brygido! Kochasz mnie? 

Chyba umówiliśmy się na wieczór. Chyba ma przyjść po mnie. 

 

11.00. A może to był sen? 

 

11.15.  Może  był,  może  nie  był!  Co  ja  jeszcze  robiłam  tej  nocy?  Dostaję  gwałtownego 

przyspieszenia.  Prysznic,  odżywka  na  włosy,  depilacja,  wszystkie  ciuchy  na  podłodze  (na 

szczycie tej sterty szmat króluje kot Wacek), w biegu wypijam kawę. Muszę być przygotowana... 

Lodówka pusta! 

 

14.00.  Supermarket.  Najprawdopodobniej  jajeczkuję,  bo  jak  inaczej  wyjaśnić  ten  incydent? 

Stoję  w  potwornie  długiej  kolejce  do  kasy.  Zanotowałam:  „Polacy  lubią  robić  zakupy  w 

niedzielę”,  pomyślałam:  „Materiał  na  reportaż do  naszego  pisma”,  szlag  mnie  trafia:  z  powodu 

żółwiego tempa. 

Poza tym zdążyłam obejrzeć wszystkich okolicznych klientów, zawartość ich koszyków oraz 

półki z produktami będącymi przynętą zorganizowaną na takie właśnie okoliczności. 

Z  powodu  tłumu  wchodzących  i  wychodzących  mogłam  go  wcale  nie  zauważyć,  ale 

zauważyłam. Stał i przyglądał mi się z zadziornym uśmiechem. Pomyślałam: „Ktoś z personelu” 

—  grafitowy  garnitur,  krawat  z  gatunku  „mógł  być  lepszy”  i  koszula  w  kolorze  „mnie  możesz 

zaufać”. Zdecydowanie nie miałam ochoty na podtrzymanie kontaktu wzrokowego i zabawę pod 

tytułem: „Jak długo wytrzymasz, maleńka?” Zaczęłam przeglądać kolorowe czasopisma, których 

w innym wypadku nawet bym nie zauważyła. Ale on był wytrwały, zaczekał, aż spakuję zakupy, 

potem do  tradycyjnej oprawy  słownej  dodał  swoją  wizytówkę.  Kretyn!  Mógł  jeszcze  przylepić 

sobie do czoła kartkę z napisem: „Ranking z ubiegłego miesiąca: brunetki — sztuk 5, blondynki 

— sztuk 3, reszta — sztuk 4”. 

 

15.00.  Wizytówkę  z  jego  personaliami  wyrzuciłam  natychmiast  po  wyjściu z  marketu.  Nie 

background image

raczyłam się z nimi zapoznać, żeby podczas powrotu do domu kląć spokojnie w powietrze, a nie 

w kierunku konkretnego imienia. 

Usilnie  próbuję  przypomnieć  sobie  zaspane  słowa  z  dzisiejszego  ranka.  Łukasz  mówił,  że 

jest  potwornie  zmęczony  ubiegłonocną  pracą  nad  jakimś  projektem,  ale  chętnie  napiłby  się  ze 

mną kawy i pogadał. „Pogadał”? 

Zaproponowałam, żeby po mnie wpadł. Tak mi się wydaje. Która to mogła być godzina? Nie 

wiem, nie spojrzałam na zegarek. 

 

15.15. Postanawiam nie nadużywać alkoholu w samotności. 

Absurdalne — męska część globu wali mi się na głowę, ale nie z tej strony oceanu, na której 

mi zależy. 

background image

Ciągle niedziela 

 

17.00.  O  Boże,  jak  się  spieszę.  Kurczak  w  piekarniku,  ziemniaki  obrane,  sałata  z  sosem 

winegret  przygotowana.  Każdy  facet,  którego  nozdrza  odkryłyby  zapachy  mojej  kuchni, 

zagnieździłby  się  tu  na  stałe.  Jeszcze  tylko  szybki  prysznic,  potem  supermakijaż  według 

najnowszych  trendów.  Jak twierdzą specjalistki od urody  w moim  tygodniku  —  moje  kolory  w 

tym sezonie to seledyn z różem. No i pozostanie mi wciśnięcie się w małą czarną (szkoda, że nie 

mogę  nic  przetrącić,  choć  ssie  mnie  w  żołądku,  ale  wtedy  naprawdę  w  nic  już  się  nie  wcisnę). 

Czeka  mnie  cudowny,  wymarzony,  najwspanialszy  wieczór  z  najwspanialszym  facetem,  który 

najpierw  puścił mnie w  trąbę, a potem  zadzwonił  i  zapytał, czy  go kocham. Nie  mogę przestać 

myśleć o szczególnej wrażliwości jego duszy i o tym, że chce mi się siusiu. 

 

17.30.  Boże!  Ja  umieram!  Ale  dlaczego  akurat  dzisiaj,  kiedy  wreszcie  wydusił  z  siebie,  że 

chce się ze mną spotkać?! Po tylu miesiącach milczenia! 

Teraz  to  już  chyba  nie  doczekam  nawet  jego  przyjścia...  A  to  dlatego,  że  wypadł  mi  jakiś 

narząd podczas siusiania. Taki mały, okrągły i czerwonawy. 

Nie  mam  pojęcia,  co  to  może  być.  Poszukam  podobnych  organów  w  moim  Domowym 

poradniku medycznym. 

 

17.50. Wiem już, że raczej nie jest to nerka. Za małe jak na nerkę. 

 

18.00. Leżę w łóżku i czekam na śmierć. I na dzwonek do drzwi. Ale nie otworzę. Nie chcę, 

żeby mnie widział  w agonii. Pragnę,  aby pamiętał mnie taką, jaka  byłam: wesoła,  elokwentna i 

zawsze  uśmiechnięta...  Mam  nadzieję,  że  nikt  —  a  tym  bardziej  On  —  nie  dowie  się,  że 

przyczyną  mojej  śmierci  było  wysiusianie  narządu.  Wolałabym,  aby  moje  odejście  pozostało 

osnute mgiełką tajemnicy. 

 

18.15. Czuję, że mi się pogarsza. Mdli mnie, gdy zaglądam do muszli klozetowej i widzę na 

background image

dnie ten mój narząd. 

 

18.17. Wiem, że powinnam pójść do lekarza. Niestety, dzisiaj jest już za późno. Zresztą, co 

miałabym mu powiedzieć? „Dzień dobry, panie doktorze, niech pan zobaczy, co wysiusiałam”?!! 

Poza tym muszę najpierw wyjąć z klozetu ten narząd, ale to chyba ponad moje siły. 

 

18.35. Leżę i myślę o swoim życiu. Jakie było. 

 

18.50. Jeszcze żyję. Doszłam właśnie do wniosku, że chcę, aby wspominano mnie jako osobę 

porządną. Dlatego, póki jeszcze jakoś się trzymam, posprzątam. Najpierw pozmywam. 

 

19.05. Przed chwilą, walcząc z górą garnków, natknęłam się na brudny dzbanek po skisłym 

kompocie,  który  dziś  rano  wylałam  do  sedesu.  Tak  się  cieszę!  Mój  narząd  okazał  się  w 

rzeczywistości wiśnią z kompotu. Kto by pomyślał?! Będę żyła! 

 

19.10.  Powinien  już  przyjść.  Jeszcze  tylko  poprawię  mój  seledynoworóżowy,  supermodny 

makijaż. 

background image

Ciągle niedziela 

 

20.00. To niemożliwe, niemożliwe! Wystawił mnie! Najpierw dzwoni, pyta, czy go kocham, 

umawia  się  na  spotkanie  i  nie  przychodzi!  Musi  być  jakieś  logiczne  wytłumaczenie.  Może 

potrącił go samochód i leży teraz w śpiączce albo porwali go kosmici i właśnie jest poddawany 

torturom!? Zaraz będę płakała, ale najpierw zadzwonię do Magdy. 

—  Łukasz  nie  przyszedł?!  Zwariował?  —  dziwi  się  moja  siostra.  —  Przestań  ryczeć  i 

przyjedź do  mnie natychmiast.  Mam  martini,  a  Michał  z  Kubusiem  na  trzy  dni  wynieśli  się do 

teściowej. Przyjedziesz?! 

Przez chwilę przemknęło mi przez myśl, że z małżeństwem Magdy jest chyba nie najlepiej, 

ale mój dramat zdominował współczucie dla innych. Jestem egoistką! 

 

21.30.  Siedzimy  z  Magdą  w  łóżku,  przeklinając  mężczyzn.  Wznosimy  toasty  za 

niesamowicie  wspaniałe  kobiety,  jakimi  jesteśmy.  Chociaż  może nie  w  tej  chwili,  bo  mamy  na 

sobie męskie, za duże piżamy (zawsze śpię w za dużej męskiej piżamie) i maseczki na twarzy — 

pierwsze,  co  zrobiła  Magda,  kiedy  przekroczyłam  próg  jej  mieszkania,  to  rzuciła  mi  na  twarz 

pachnącą ziołami maseczkę. Nawet nie chciała słuchać, że  wczoraj  już  to zrobiłam.  W każdym 

razie  —  jesteśmy  po  pięciu  jednostkach  martini  —  kobiety  są  wspaniałe,  cudowne,  po  prostu 

anioły, a faceci to potwory... Może jednak było więcej jednostek martini, ponieważ wydaje mi się 

teraz, że jest odwrotnie! Cholera, jak ja sobie z tym poradzę?! 

 

21.50. W łazience. Zmywamy maseczki z twarzy, myjemy zęby. Patrzę na swoje odbicie w 

lustrze  —  nie  jest  najciekawsze.  Miałam  nie  nadużywać  alkoholu.  No  tak,  ale  miałam  nie 

nadużywać w samotności! 

 

22.00. Siedzimy na łóżku, ja się raczej kiwam, ale z przekonaniem ogłaszam wyrok: 

—  Jeśli  jest  żywy,  nie porwany  i  zdrowy,  a  nie ma  jakiegoś powalającego  wytłumaczenia, 

niech lepiej ziemia się pod nim zapadnie! Niech go trafi... no, wiesz co! 

background image

Magda podciąga za dużą piżamę Michała. 

—  Tak  jest,  bądź  twarda.  I  nie  daj  po  sobie  poznać,  że  jego  karygodne  zaniedbanie 

doprowadziło cię do alkoholizmu! 

Rzuciłyśmy  jeszcze  parę  feministycznych  sloganów  i  z podkrążonymi  od nadmiaru  martini 

oczami padłyśmy jak upadłe anioły. 

 

22.15. Dzwoni telefon. Magda zrywa się i po chwili bez słowa podaje mi słuchawkę. 

— Witaj — słyszę głos Łukasza tak lodowaty, jakby należał do Eskimosa przebywającego w 

punkcie najbardziej zbliżonym  do bieguna północnego.  —  Od trzech  godzin,  jak ostatni palant, 

czekam  na  ciebie.  Trochę  to  trwało,  zanim  zdobyłem  telefon  Magdy.  Jeśli  zmieniłaś  plany, 

mogłaś szepnąć słówko, prawda? 

— Przecież nie przyjechałeś do mnie — prawie krzyczę. — Wystawiłeś mnie! 

— Brygida, od pół do siódmej czekam tu, gdzie się umówiliśmy:  pod teatrem! Od siódmej 

trzydzieści  wydzwaniam  do  wszystkich  twoich  znajomych,  którzy  mogliby  wiedzieć,  co  się  z 

tobą  stało.  Twoja  komórka,  oczywiście,  jest  rozładowana.  Szlag  trafił  bilety  do  teatru  i 

zarezerwowany stolik w restauracji. Co ty na to, maleńka?! 

Bardzo  chciałam  gdzieś  uciec,  nie  zostawiając  adresu!  Co  ja  mam  powiedzieć?!  Co  mam 

powiedzieć jedynemu facetowi, z którym było mi dobrze, przynajmniej w łóżku?! 

— Łukasz,  strasznie mi przykro,  ale ja wczoraj wyjechałam do  Puerto Rico!  —  Odłożyłam 

słuchawkę. 

— Ostro zagrałaś. — Magda patrzyła na mnie z podziwem. 

—  Wyłącz  telefon,  siostrzyczko,  jutro  musimy  wcześnie  rano  wstać  —  powiedziałam, 

naciągając kołdrę na głowę. Nikt nie może wiedzieć, że płaczę. 

background image

17 września, poniedziałek 

 

7.30. Zamiast zrobić szybką poranną toaletę, stoję przed dużym lustrem w łazience Magdy i 

zastanawiam  się,  czy  jestem  kobietą.  Może  mężczyzną  o  skłonnościach  homoseksualnych  albo 

gejem  z  domieszką  lesbizmu?  Albo  lesbą  homoseksualistyczną?  Albo  kobiseksualistą... 

cokolwiek to oznacza. Wzięłam też pod uwagę wariant transwestyty, ale szybko zrezygnowałam, 

bo był bezpłodny. Moje rozważania stanęły na dobrze znanej mi konkluzji — jestem zboczeńcem 

zdiagnozowanym jako STARA PANNA! 

 

7.40. Dalej stoję przed lustrem w łazience. Wszystko byłoby super, gdyby nie to, że mam już 

28 lat. Wiek może jeszcze dałoby się przykryć maskarą MAX FACTOR, ale jak tu upchnąć tyłek 

numer 40 w rozmiar 38? Problem samotności nie wydaje mi się w tej chwili tak ogromny jak mój 

rozmiar. A może to samotność jest tak kaloryczna, że nie dostaję do wzoru KOBIETY S: 

— SKARIERYZOWANEJ 

— SPARTNERYZOWANEJ 

— SFINANSOWANEJ 

— z bielizną rozmiaru SEXY! 

To  dlatego  nic  mi  się  nie  udaje.  Nie  mogę  myśleć  o  swoim  wczorajszym  „niespotkaniu”  z 

Łukaszem, bo diabli wezmą cały makijaż. 

 

7.50. Zjadam grzankę z dżemem. Zdecydowanie powinnam wziąć się w garść i popracować 

nad  swoim  optymistycznym  pesymizmem.  Najważniejsze  to  ZINTEGROWAĆ  wszystkie 

działania  w  walce  przeciwko  kaloriom  w  samotności  lub  samotności  w  kaloriach! 

INTEGROWAĆ — to słowo wprost z ostatniego numeru naszego tygodnika dla pań wydaje mi 

się tak profesjonalne, że musi gwarantować sukces moich poczynań. 

 

8.20. Aby lepiej skupić się na planie naprawy i odnowy biologicznej, sięgnęłam po cichutku 

do  porcelanowego  pojemnika  na  cukierki,  ciasteczka  i  baloniki.  I  baloniki!  Zauważyłam,  jak 

background image

Magda  wkładała  tam wczoraj  balonik rozmiaru  S  —  jak  SUPER (o  50  procent dłuższy, i  to za 

darmo!). Nie mogę narażać się na głód w chłodny ranek na przystanku autobusowym. Na wszelki 

wypadek muszę mieć coś do przegryzienia. Wprawdzie od Magdy do redakcji jest znacznie bliżej 

niż z mojego mieszkania, ale nigdy nie wiadomo... 

 

8.30.  Wychodzę  na  paluszkach,  żeby  nie  obudzić  Magdy,  i  —  dalej  na  paluszkach  — 

wchodzę do windy. Pachnący, wyprany i odprasowany tak, że bałam się o niego otrzeć, aby go 

nie pognieść, przez siedem pięter w dół przyglądał mi się dziwnie. Wysiadając z windy, odezwał 

się głębokim i namiętnym głosem: 

— Ma pani wąsy od mleka. 

Uśmiechnął się, a ja zdążyłam jedynie wyjąkać: 

—  Mam  w domu  kota  —  jakby  to on  był  sprawcą  moich  wąsów,  a  przecież nocowałam  u 

Magdy. 

— Ja też — powiedział „odprasowany” — ale ja nie wypijam mleka z jego miski. 

— Naprawdę? A miski jakiej firmy używa pański kot? — palnęłam bez sensu. 

—  To  wielka  tajemnica.  —  „Odprasowany”  uśmiechnął  się  dwuznacznie  i  życząc  mi 

dobrego dnia, oddalił się w kierunku parkingu. 

 

8.40.  Stoję  na  przystanku  autobusowym  i  uświadamiam  sobie  własny  kretynizm. 

Wspomnienie  rozmowy  w  windzie  pobudziło  resztki  mojego  blond  ilorazu  do  zapisania 

konkretnych punktów w planie mojego rozwoju osobistego. 

NIE BĘDĘ: 

— ujawniać swojego kretynizmu częściej niż dwa razy w tygodniu; 

— zachowywać się jak kobieta z nieustającą menstruacją; 

— pić z miski kota, mimo że wcześniej mi się to nie zdarzało; 

—  konstruować  pytań  i  odpowiedzi  w  sposób  blondynkowato-infantylny  z  głupotą  jako 

kropką na końcu; 

—  oglądać  się  tęsknie  i  wzdychać  za  „odprasowanymi”  facetami  z  wydepilowaną  twarzą  i 

poczuciem humoru; 

— czytać książek dla samotnych kobiet, matek i zwierząt; 

— oglądać filmów dla inteligentnych inaczej; 

— dochodzić do fatalnych wniosków w chwilach refleksji nad własną egzystencją; 

— udawać dziewicy (28-letniej!) w kontaktach z mężczyznami; 

— sporządzać durnowatych planów własnej ewolucji!!! 

background image

18 września, wtorek 

 

12.30. Idziemy na lunch. Pani Zuzia odprowadza nas niezbyt przychylnym wzrokiem, kiedy 

wybiegamy z redakcji wszyscy razem — Monika, Paweł, Wojtek i ja. Paweł odwraca się już w 

drzwiach i uśmiecha czarująco: 

—  Gdyby  szef  się  niepokoił,  że  nas  wymiotło,  to  proszę  powiedzieć,  że  za  pół  godziny 

wracamy z nowymi siłami do pracy. Trzeba uczcić nagrodę Moniki. 

Pani Zuzia ma słabość do Pawła, kiwa więc tylko głową. 

 

12.45.  Siedzimy  w  barze  Chińczyka  za  rogiem.  Monika  zamówiła  sajgonki,  ja  kuleczki  z 

kurczaka  w  sosie  migdałowym  (pycha!),  Paweł  i  Wojtek  jakąś  tajemniczą  potrawę  „Siedem 

smaków”. 

 

12.50. Wojtek i Paweł umawiają się na brydża. Monika mówi: 

— Weźcie mnie ze sobą, chłopaki. 

Tak po prostu. Nie zdobyłabym się na to. 

— OK. OK. Masz to u nas, Monia — mówi Paweł i patrzy na mnie jakoś tak przeciągle. — 

Brygida, a ty? Nie wpadniesz wieczorem do Wojtka? 

— Nudziłabym się jak mops i tylko wam przeszkadzała, przecież ja nie gram w brydża. 

Wydawało  mi  się,  że  Paweł  natychmiast  stracił  zainteresowanie  mną.  Dlaczego  zapytał? 

Potrzebują czwartego do brydża czy rzeczywiście chciał, żebym była wieczorem razem z nimi? 

Z rozważań wyrwał mnie śmiech Moniki: 

— Wiecie, co mi przyszło do głowy? Że życie to partia brydża. Dużo — nieraz wszystko — 

zależy od partnera, od innych graczy, od wspaniałych kart, no i od dobrego stolika! Jakkolwiek 

by to interpretować! 

Teraz już cała trójka rechotała. 

—  Oczywiście,  że  życie  jest  grą.  Widzę  coraz  więcej  podobieństw!  —  wołał  radośnie 

Wojtek. — Też chce się zgarnąć całą pulę trzynastu lew. Dopóki nie okaże się, że przeciwnik ma 

background image

lepsze kiery, niż my mamy piki! 

— No dobrze,  skoro i jedno,  i drugie  jest  grą, przyjrzyjmy się temu z bliska  — powiedział 

Paweł takim tonem, jakby właśnie rozpoczynali jakąś wspaniałą grę. 

— Zaczynamy. — Popatrzył na mnie  i szepnął: —  Bardzo korzystne układy  kart — i  ludzi 

— mają jedną wadę: zdarzają się zbyt rzadko. 

—  Blefowanie  to  znakomita  pułapka,  pod  warunkiem,  że  samemu  się  w  nią  nie  wpada. 

(Monika) 

— W licytacji, jak w życiu, warto pamiętać, że odzywka „pas” jest też znakomitą odzywką. 

(Wojtek) 

— Długie myślenie nie zawsze świadczy o genialności gracza, a w życiu jest po prostu barwą 

ochronną, zwłaszcza przy podejmowaniu ważnych decyzji. (Paweł) 

—  Warto  też  pamiętać  o  tym,  że  nie  zawsze  gracze  są  tak  głupi,  na  jakich  wyglądają. 

Przecież z głupkami nie usiedlibyśmy do jednego stolika. (Monika) 

—  Zbytnia  ostrożność  w  licytacji  —  wydawało mi  się, że  znacząco popatrzył  na  Pawła  — 

także życia, przynosi zwykle takie same stresy jak ślepa odwaga. (Wojtek) 

— A efekty? O niektórych licytacjach lepiej w ogóle nie pamiętać! (Monika) 

— Najlepiej nerwy — siedząc przy jednym  i drugim  stoliku — trzymać na wodzy,  wtedy i 

gra, i życie jest bardziej interesujące, a serdeczność i uprzejmość nie tylko podnoszą poziom gry, 

ale będą dużą przyjemnością dla wszystkich! (Paweł) 

— Szkoda tylko, że niektóre odzywki i zagrywki  trudniej jednak stosować w życiu. Dodam 

jeszcze, że rober to brzmi dumnie, a szlem w pikach to jest to! (Monika) 

— Yesss!... — zawołali, bardzo z siebie zadowoleni, przyklepując sobie dłonie, jak piłkarze 

po wygranym meczu. 

Nic z tego nie rozumiałam. Patrzyłam na nich trochę z zazdrością — że są tak zgraną paczką; 

trochę ze złością — że zupełnie mnie nie zauważali. 

—  Zapomnieliście o  tasowaniu  —  powiedziałam,  wstając  od  stolika  —  a  to  bardzo  ważna 

sprawa. 

Znieruchomieli na moment. 

—  Brygido!  Przecież  ty  nie  grasz  w  brydża!  —  wykrzyknął  Paweł,  a  reszta  wybuchła 

śmiechem. 

Wracaliśmy do redakcji spóźnieni co najmniej o pół godziny. Paweł pochylił się nade mną: 

— Brygido, może jednak? Szybko się nauczysz. 

— Nie chcę grać w brydża. Zresztą muszę odebrać samochód z warsztatu. 

 

20.00. Wprawdzie wróciłam do domu z warsztatu samochodowego matizem, ale kompletnie 

wykończona  i  przemarznięta.  Dwie  godziny  czekałam,  a  panowie  kończyli  to,  co  miało  być 

background image

gotowe  wczesnym  popołudniem.  Matiz trochę prychał,  trochę  warczał, jakby obrażony na  mnie 

za to, że go na tak długo porzuciłam. Wacek też obrażony. Od rana sam, bez jedzenia. 

 

20.15. Parzę w specjalnym dzbanku jaśminową herbatę. Wacek już mi wybaczył, ociera się o 

moje nogi i mruczy. Ciekawe, jak długo jeszcze będę mogła jeździć służbowym samochodem — 

przy  tym  kryzysie  w  firmie.  Na  własny  ciągle  mnie  nie  stać.  Moja  przyjaciółka  Ewa  dostała 

almerę  od  rodziców,  kiedy  skończyła  studia.  Mnie  ojciec  dał  do  wyboru:  samochód  albo 

mieszkanie. Wolałam mieszkanie. Dla Magdy został golf. Kochany tata. Chyba wiedział... 

 

21.00.  Oglądam  „Panoramę”  i  popijam  herbatę  jaśminową.  Uwielbiam  ją,  ale  teraz  prawie 

nie czuję jej smaku. Telewizja przypomniała mi, że dzisiaj mija tydzień od ataku terrorystów na 

WTC. I właściwie dopiero teraz tak naprawdę dociera do mnie przerażająca prawda o tym, co się 

stało. Muszę przeczytać wszystko o islamie, talibach, muzułmanach i terroryzmie. 

Widziałam  w  księgarni  książkę  Bruce’a  Hoffmana  Oblicza  terroryzmu.  Otworzyłam  ją  na 

przypadkowej  stronie  i  przeczytałam,  że  terroryzm  nie  jest  wynalazkiem  XX  czy  XXI  wieku. 

Jego korzenie sięgają I wieku, kiedy to żydowska sekta zelotów wystąpiła przeciwko rzymskiej 

okupacji  terenów  obecnego  Izraela.  Zelota  wyłaniał  się  z  anonimowego  tłumu  na  zatłoczonym 

placu  targowym,  wyciągał  sica,  czyli  prymitywny  sztylet  ukryty  pod  szatami,  i  na  oczach 

wszystkich  obecnych  podrzynał  gardło  rzymskiego  legionisty  lub  obywatela  żydowskiego, 

którego  uznano  za  zdrajcę.  To  musiało  być  straszne,  ale  czegoś  tak  diabelskiego,  jak  atak  na 

WTC,  do  tej  pory  nikt  nie  wymyślił.  Teraz  już  wszystko  jest  możliwe.  Jutro  muszę  kupić  tę 

książkę. Wiem, że i tak będę się bała, ale może przynajmniej będę wiedziała czego. Zawołałam 

Wacka  i  kiedy  przymaszerował  dostojnym  krokiem,  złapałam  go  i  przytuliłam.  Nawet  się  nie 

bronił. Położył się na moich kolanach i mruczał tak, że zrobiło mi się ciepło na sercu. Nie jestem 

sama. Nie chcę być sama. Dobrze, że mam chociaż to puchate stworzonko. 

Wstrząsnęła mną myśl, że dzisiaj zajmowałam się tysiącem głupich spraw: nagrodą Moniki, 

lunchem  u  Chińczyka,  wygłupami  na  temat  brydża,  samochodem,  a  gdybym  mieszkała  w 

Nowym Jorku, gdybym była wtedy o 14.45 na Manhattanie? Mogłabym być jedną z tych, którzy 

zginęli. 

 

21.30.  Włączyłam  Stinga  Brand  New  Day,  zaparzyłam  jeszcze  jedną  herbatę,  usiadłam  na 

dywanie  i zaczęłam  przeglądać  wszystkie  ostatnie  gazety  i  tygodniki.  I  nagle  miałam  na  moim 

dywanie całe zło, jakie wydarzyło się właśnie na świecie. Ogrom zła na takim malutkim skrawku, 

jaki zajmuje gazeta. 

 

23.00. Wtulam się w poduszkę i nie mogę zasnąć. Przypomniał mi się e-mail przysłany przez 

background image

Łukasza.  Zdjęcie  Manhattanu,  gdzie  stoją  jeszcze  obie  wieże,  podpisał:  „Amen”.  Wtedy 

przypięłam żółtą wstążeczkę. Wojtek powiedział: 

— Doskonały cel dla snajpera. 

Co za poziom! 

background image

19 września, środa 

 

11.00. Szef położył mi na biurku jakiś tekst do zaopiniowania. Czy ciągle musi być to samo? 

Znowu  jakaś  kobieta  padła  ofiarą  toksycznego  związku.  Znów  jest  o  ranieniu,  o  bolesnych 

rozstaniach itd. Boże!  Kto to  wymyśla?  Czy kobiety  naprawdę chcą to  czytać,  chcą  to oglądać, 

chcą  o  tym  nieustannie  mówić?  Kto  robi  te  wszystkie  programy,  filmy?!  Dlaczego  głosy  w 

radiowych  wywiadach  są  tak  „psychologicznie”  zbolałe  i  współczujące?  No  a  te  wszystkie 

„gwiazdy”,  które  tak  chętnie  zasiadają  na  publicznych  kanapach  psychoanalityków  spod  znaku 

talk-show... Dlaczego takie modne jest mówienie o „kopniakach w tyłek, które się kocha” (cytat) 

—  bo  dzięki  nim  nabiera  się  sił  —  z  jednoczesnym  zrzucaniem  zbędnych  kilogramów,  co 

podkreśla się za małą bluzeczką i spodniami z trzema paskami w stylu Geri ze Spice Girls made 

in Poland? 

 

11.30.  Co  mnie  tak  wzięło?!  Przecież  ja  też  oglądam  te  bzdety,  słucham  wyznań  tych 

szczęściar,  którym  udało  się  wyzwolić  z  kompleksów  i  nadwagi,  toksycznego  związku  z 

szowinistycznym,  antyfeministycznym  facetem  (a  kto  ją  wpychał  w  ramiona  tego  bubka?!)  i 

niczym Feniks odradzają się, odkrywając na nowo uroki orgazmu łechtaczkowego! 

 

12.00.  Dlaczego  tak  się  wściekam?!  A  może  ja coś przegapiłam?  Może  jednak  trzeba  było 

uciec  z  domu  w  wieku  piętnastu,  szesnastu  lat  z  czterdziestoletnim  rozwodnikiem  i  robić 

wątpliwą  karierę  u  jego  boku.  Może  mieszkałabym  teraz  w  wilii  w  najdroższej  i  najbardziej 

snobistycznej dzielnicy Poznania i jeździła alfa romeo? A ja nie! Studia, kursy, następne kursy i 

następne, bo  rodzice  to  inteligenci  i wmówili  mi,  że tak  ma  wyglądać moja przyszłość za 2100 

złotych. 

 

13.00.  Koniec  tego  użalania  się  nad  sobą!  Muszę  się  dowartościować!  Dzisiaj  wyjdę 

wcześniej z redakcji i wydam wszystkie pieniądze u kosmetyczki. Nigdzie kobieta nie czuje się 

tak  dopieszczona  jak  w  gabinecie  kosmetycznym.  Wstaję  od  biurka,  co  natychmiast  budzi 

background image

zainteresowanie Pawła, Wojtka, a szczególnie Moniki... Siadam. 

 

14.00.  Skróciłam  tekst  o  jedną  trzecią.  Będzie  awantura.  Trudno.  Cholera!  Jeszcze  trzy 

godziny!  Może symulować nagły  ból zęba? Ten numer nie przejdzie  — był wykorzystany dwa 

tygodnie temu. 

 

14.30. Sprawdzam zawartość portfela i oddycham z ulgą — dobrze, że nie wyszłam. Mam w 

portfelu tyle, co na zabieg u doktora Frankensteina, a nie u przyzwoitej kosmetyczki. Ale byłaby 

obsuwa! 

 

22.00. Oglądam jakiś idiotyczny program w telewizji, Wacek śpi na moich kolanach — nic 

nie  rozumiem,  bo  mówią  po  niemiecku,  ciągle  ktoś  na  coś  wpada,  z  czymś  się  zderza,  coś  go 

rozjeżdża, czasem dziecko wpada do klozetu... Słyszę, jak wszyscy ryczą ze śmiechu. Nie wiem, 

o co chodzi... Może zaczyna mi brakować poczucia humoru? Gwałtownie potrzebuję faceta, bo 

stanę  się  nie  do  zniesienia  albo  zwariuję!  Sama  siebie  zaczynam  wkurzać!  Czy  tak  na  kobietę 

wpływa brak seksu? 

 

4.00 rano. Już wiem, dlaczego stare panny były tak nie lubiane i lekceważone! 

background image

20 września, czwartek 

 

16.52.  Skończyłam.  Wyłączyłam  komputer,  w  toalecie  szybka  korekta  makijażu.  Super! 

Wyglądam intrygująco i tajemniczo. Wychodzę na korytarz. 

— Czy jesteś pewna, Brygida, że wszystko skończyłaś? — To Paweł. 

— Yesss... — syczę i już mnie nie ma. 

 

17.01. Prawie biegnę na parking. Ciekawa jestem, co takiego ważnego się wydarzyło, skoro 

Iwona nie chciała powiedzieć ani słowa więcej, tylko: 

— To sprawa życia i śmierci. 

Umieram z ciekawości. 

 

17.20. Stoję  w cholernym korku, a mam tylko dwie  godziny,  żeby  odebrać zdjęcia,  o  które 

prosił  szef,  i  zrobić  drobne  zakupy  (Wacek  znów  nie  ma  nic do  jedzenia  —  jeśli  moje  zapiski 

przeczytają  ci  z  Towarzystwa  Opieki  nad  Zwierzętami,  to  wsadzą  mnie  do  więzienia  bez 

wyroku). 

 

18.00. Zdjęcia są super! Szef będzie zadowolony. Mijam sklep z butami. Już wczoraj sunąc 

w  ślimaczym  tempie  obok,  zdążyłam  przyjrzeć  się  butom  na  wystawie.  Ale  nie  wolno  mi 

wchodzić  do  sklepu  obuwniczego,  ponieważ  mam  kompletnego  bzika  na  punkcie  butów!  Nie 

wolno mi w ogóle o tym myśleć! Pisk opon zsynchronizowany z gwałtownym skrętem w uliczkę 

w prawo był chyba dla wszystkich sygnałem, że wydarzyło się coś nadzwyczajnego i po prostu 

musiałam to zrobić. 

 

18.10. Jestem w sklepie z butami. Przymierzam trzecią parę, uwielbiam to! Może jeszcze te 

wysokie,  bordowe?  Zabójcza  szpila!  Super!  Widziałam  takie  w  programie  „Fashion”!  Beżowe 

też są odlotowe... Przecież nigdy ich nie włożę! 

— Dlaczego? Powinnaś mieć takie buty — szepcze mi do ucha mój prywatny demon. 

background image

— Ale przecież nie mam pieniędzy... 

— Nie żartuj, masz kartę! 

— Mam debet! 

— Nie aż tak wielki. 

— Są idealne! Płacę. 

 

18.30. Wrzucam pudło do bagażnika i zastanawiam się, do czego będę nosiła beżowe buty na 

odlotowej szpili. Nienawidzę beżu! 

 

18.35. Na szczęście tuż obok jest supermarket. Chodzę z koszykiem, potrącając tych, co się 

śpieszą  do  kasy,  i  nie  wiem,  co  wziąć  dla  Iwony.  Ciasto  —  nie  jada  słodyczy,  dlatego  zawsze 

miała  figurę  jak  Miss  Universum.  Wino?  No  to  oczywiste.  Wybieram  wino  tunezyjskie,  moje 

ostatnie  odkrycie:  „Château  Bou  Argoub”.  Owoce?  Przecież  nie  jadę  do  szpitala!  Wkładam  do 

koszyka wszystko, co niezbędne, czyli wino, i idę do kasy. 

 

18.40.  Stoi  przede  mną  w  kolejce  do  kasy.  Wysoki,  piękny,  klasyczny  profil.  Zerkam  na 

dłonie. Są idealne i bez obrączki! Nic na mnie nie działa tak jak piękne, zadbane męskie dłonie. 

Na dodatek, bez tego zbędnego krążka. Stoję i gapię się jak cielę, a on pakuje zakupy do torby. 

Tymi pięknymi dłońmi! Nie zauważyłam, że teraz moja kolejka. Kasjerka uśmiecha się znacząco 

—  ona  też  widzi!  Szybko  płacę  i  idę  za  nim.  Jestem  bardzo  podekscytowana,  ponieważ  mam 

absolutną pewność, że podążam za swoim przeznaczeniem! 

 

18.45.  On  wsiada  do  autobusu  —  a  nie  do  mercedesa?  —  ja  za  nim!  Nie  mam  czasu  na 

myślenie.  Mam  go  na  muszce.  Co  tu  wymyślić,  jak  zwrócić  na  siebie  uwagę,  co  powiedzieć? 

Musi być mój! Ktoś szarpie mnie za rękaw — odwracam się wściekła, gotowa do gwałtownego 

ataku. Przede mną stoi kanar i zakatarzonym głosem mówi: 

— Pozwoli pani bilecik do kontroli. 

— Nie  mam biletu — mówię szeptem, żeby się nie kompromitować,  ale i  tak  cały  autobus 

patrzy na mnie. Tylko nie on, nawet nie odwrócił głowy. Bredzę coś o przeznaczeniu, o życiowej 

szansie,  o  mężczyźnie  mojego  życia...  Przystanek.  Zostaję  wyprowadzona  z  autobusu,  jak 

przestępca! On też wysiada. Jak w popiele na pogorzelisku zapłonęła ostatnia iskierka nadziei i... 

zgasła.  Nie  odwracając  się,  zniknął  za  rogiem  razem  ze  swoimi  najpiękniejszymi  na  świecie 

dłońmi. Płacę mandat. Nie mogę uwierzyć. Że też mnie się to przydarzyło! 

 

19.00. Nie  wiem,  gdzie  jestem. O  tej porze  miałam już być u  Iwony. Znowu nawaliłam.  A 

przecież mówiła, że to sprawa życia i śmierci — może się rozwodzi?! Co za idiotka ze mnie! A 

background image

może  to był jakiś przestępca,  złodziej,  sutener?  Z  takimi  dłońmi?!  Taki  facet na pewno nie  jest 

sam. Ciekawe, gdzie on mieszka. Spojrzałam w tunel uliczki — nie było żywego ducha. 

 

19.10. Stoję na przystanku. Czekam na jakiś autobus, który dowiezie mnie w pobliże mojego 

samochodu. Kto wymyślił ten kretyński slogan: „Zasługuję na wszystko, co najlepsze”? Dałabym 

mu dożywocie! 

background image

21 września, piątek 

 

10.00.  Siedzę  przed  komputerem  i  wysyłam  e-maile.  Mogłam  dzisiaj  odpuścić  i  nie 

przyjeżdżać  do  redakcji,  ale  wszystko  przewróciła  do  góry  nogami  Iwona.  Wczoraj,  kiedy  w 

końcu dotarłam do niej późnym wieczorem, zdradziła mi swoją największą tajemnicę. 

— Jestem w ciąży — powiedziała dramatycznym głosem. 

— W porządku, przecież nie ze mną. — Przytuliłam ją, śmiejąc się, i zauważyłam, że drży. 

— Gratuluję! 

— Nie wygłupiaj się, Brygida. Jestem w ciąży z moim mężem. 

„To nic nadzwyczajnego,  jeśli  ma  się męża” — pomyślałam,  popijając samotnie (bo Iwona 

odmówiła) pyszne tunezyjskie wino. 

— Ale mamy konflikt serologiczny. — Była bliska płaczu. 

— No to co? Z gorszymi problemami medycyna świetnie sobie radzi. 

— Ale ja się boję, że umrę. 

—  Zwariowałaś!  I  to  ma  być  ta  „sprawa  życia  i  śmierci”?!  I  czego  oczekujesz,  że  ja,  stara 

panna, będę tobie, mężatce, tłumaczyć, że na ciążę się nie umiera? 

— Brygida — prawie płakała — to jest właśnie to: „stara panna”. Nie mogę już patrzeć, jak 

się męczysz,  i  dlatego  postanowiłam  zdradzić ci moją tajemnicę —  zaczęła pochlipywać  — bo 

gdybym umarła, to nigdy się nie dowiesz. 

— Uspokój się, proszę.  Nie możesz się denerwować, bo zaszkodzisz  maleństwu. Czego się 

nie dowiem? 

— Prawdy o mnie i Bartku. 

— Zaczyna być interesująco — powiedziałam. — Wal! 

—  Ja  też  przez  kilka  lat  byłam  okropnie  samotna  i  myślałam,  że  zeświruję.  W  końcu 

zaczęłam umawiać się na  randki  w ciemno z facetami z ogłoszeń  w  gazetach. Bartka poznałam 

na piątej takiej randce, a po trzech tygodniach byliśmy w sobie zakochani po uszy. Nie śmiej się, 

idiotko!  Tylko  spróbuj!  —  Sama  zaczęła  się  śmiać  jak  szalona.  —  Musiałabyś  nas  widzieć  na 

pierwszym spotkaniu. Krążyliśmy w parku wokół tego samego klombu i nie wiedzieliśmy, że my 

background image

—  to  my!  W  końcu  Bartek  podszedł  i  powiedział,  że  jeśli  mnie  wystawił  facet,  tak  jak  jego 

dziewczyna, to on mnie zaprasza na kawę. Boże! Jak on mi się nie podobał! 

—  Iwona  i  Bartek  to  małżeństwo  z  ogłoszenia  w  gazecie!  —  Umierałam  ze  śmiechu.  — 

Dlaczego nie przyznałaś się wcześniej? 

— Wstydziłam się o tym mówić, ale właściwie czego się wstydzić? To też jest jakiś sposób 

na  poznawanie  ludzi.  A  teraz  masz  na  dodatek  Internet,  a  tam  aż  się  roi  od  takich  ogłoszeń. 

Przestań się śmiać, głupolu, tylko sama spróbuj. 

— Chyba upadłaś na głowę! Jeśli facet nie umie znaleźć sobie dziewczyny na imprezie albo 

na wakacjach i musi dawać ogłoszenie, to znaczy, że jest dupkiem, i wolę z takim nie mieć nic 

wspólnego. 

— Chyba przesadziłaś. — Zrobiła obrażoną minę. — A jeśli ten facet nie ma wakacji, ale za 

to ma własną firmę, tak jak Bartek, to musi pilnować interesu. 

— Może i tak, ale mnie się to nie podoba. 

— A rób sobie, co chcesz! — rozzłościła się nagle. — Chciałam ci pomóc i zdradziłam coś, 

o  czym  nikt  nie  wie.  Zwróć  tylko  uwagę,  że  twoje  napady  melancholii  albo  złości  męczą  już 

wszystkich. Mogę ci to powiedzieć, bo jestem twoją przyjaciółką. 

Wracając do domu, pomyślałam z przykrością, że Iwona może mieć rację. A jutro w redakcji 

nie powinno być nikogo przynajmniej do południa. 

 

11.00.  Znalazłam  w  Internecie  dwa  dość  interesujące  ogłoszenia.  Szukałam  przede 

wszystkim takich z Poznania. Żeby ich szybko sprawdzić. 

 

11.10. Chyba mi odwaliło! Wyłączam komputer! Dość tych wygłupów! 

 

11.12.  Ale  Iwona  ma  rację.  Sama przecież znam  takich  facetów,  którzy  spędzają  w  swoich 

firmach po osiemnaście godzin na dobę, bo nie mają do kogo wracać. 

 

11.15.  No  dobrze.  Skoro  nie  wyłączyłam  komputera,  to  znaczy,  że  najwyższy  czas  wziąć 

swoje  sprawy  w  swoje  ręce,  a  nie  czekać  na  cud.  Odpowiedziałam  na  te  dwa  ogłoszenia. 

Pierwsze  od  informatyka  w  moim  wieku:  „Poważny,  romantyczny,  postawny  blondyn  lat  28... 

itd”. Szkoda, że nie zamieścił zdjęcia. 

Drugie  od  lektora  języka  niemieckiego,  który  ma  ochotę  „otoczyć  kogoś  czułością  i 

przyjaźnią”. Na zdjęciu przystojny, niezbyt wysoki brunet, zupełnie nie w moim typie, ale co mi 

szkodzi  sprawdzić.  Poza  tym,  jeśli  lektor  niemieckiego,  to  może  zacznę  rozumieć,  z  czego  tak 

naprawdę się śmieją w tych idiotycznych niemieckich programach. 

 

background image

11.20. Obaj zgłosili się prawie natychmiast. Z informatykiem umówiłam się w kawiarni „Za 

Kulisami”. Nie za kulisami, tylko „Za Kulisami” na poznańskiej Starówce — o 17.00. Nawet nie 

zdziwił się, że już, że tak szybko, że na dzisiaj. Napisał: „OK! Będę”. Lektora zostawiłam sobie 

na wieczór. O 20.00 „Pod Aniołem”. Chciałam jak najszybciej sprawdzić, jak to działa. 

 

11.30. Komputer wyłączony. Siedzę na podłodze oparta plecami o biurko. Trzęsą mi się ręce. 

Wydawało się niemożliwe, a jednak to zrobiłam. Umówiłam się na randkę w ciemno z facetami z 

ogłoszenia w Internecie! I to dwoma! 

 

17.35. Jadę do domu. Muszę się wykąpać i przebrać. Poważny, postawny informatyk okazał 

się  tęgim  maniakiem  komputerowym  bez  cienia  fantazji.  Pojawił  się  w  kawiarni  w 

powyciąganym  swetrze  i  flanelowej  koszuli,  która  nie  dopinała  się  na  tłustym  brzuchu. 

Pomyślałam,  że  musi  być  chory  na  jakąś  tajemniczą  chorobę,  bo  przecież  to niemożliwe,  żeby 

mając 28 lat, tak się zapuścił. Nie to jednak było najgorsze. Zapachu, jaki wydzielał, nie były w 

stanie zabić nawet kłęby dymu papierosowego snujące się wokół nas. Po półgodzinnej rozmowie, 

a prawdę mówiąc monologu, na temat gier komputerowych — poddałam się. I moja głowa, i mój 

nos  też.  Podejmowane  przeze  mnie  próby  zmiany  tematu  kończyły  się  nieodmiennie 

niepowodzeniem. Komputerowiec nie chadzał ani do kina, ani do teatru, nie bywał w galeriach, a 

ze sportu interesowały go tylko rozgrywki polskiej ligi piłkarskiej. To nie było spotkanie (ha, ha, 

ha! randka!!!???) — to był horror! 

 

17.45. No cóż! Zawsze to jednak jakieś doświadczenie. Muszę myśleć pozytywnie. Randka z 

lektorem  jeszcze  przede  mną.  Nie  będę  się  wychylać  ze  znajomością  literatury  i  pozwolę  się 

„otoczyć czułością i przyjaźnią”. 

 

22.05. Jadę do domu. Nawet nie wściekam się na Iwonę, bo cóż ona zawiniła? Siedziałam w 

„Pod  Aniołem”  samotnie  i  sączyłam  sok  pomarańczowy  jak  ostatnia  kretynka,  nerwowo 

rozglądając  się  na  boki,  czy  nie  ma  znajomych.  Lektor  spóźnił  się  siedemnaście  minut.  Nie 

znoszę tego,  ale odpędziłam złe przeczucia,  tłumacząc samej sobie,  że nie wolno oceniać  ludzi, 

których  nie  znam.  Był  rzeczywiście  dość  przystojnym,  niezbyt  wysokim  brunetem  kompletnie 

nie w moim typie, ale sympatycznym i otwartym. Może aż nadto otwartym! Od pierwszej chwili 

zalał mnie potokiem słów, opowieściami o swojej pracy i studiach. Wkrótce też opowiedział mi o 

Teresie,  „starej przyjaciółce  i  wspaniałej  kobiecie”,  która  jednakże  miała  jedną  wadę:  strasznie 

kochała  swoją  pyskatą,  rozpuszczoną  siedemnastoletnią  córkę.  Z  jego  opowieści  wynikało,  że 

jest prawie domownikiem w mieszkaniu Teresy. Musiałam mieć bardzo dziwną minę, bo szybko 

zaczął się  tłumaczyć,  że  w  sferze uczuć  od  dawna  nic  go z  Teresą  nie  łączy  i  chętnie by  z  nią 

background image

zerwał,  ale  jest  pewien  problem.  Jest  jej  winien  pięć  tysięcy  złotych  i  nie  ma  z  czego  oddać. 

Siedziałam  jak  wryta  i  własnym  uszom  nie  wierzyłam,  a  lektor  raczył  mnie  kolejnymi 

szczegółami ze swego życia intymnego. Rozanielony opowiadał o Ani, uczestniczce kursu, który 

prowadził. Otóż ta Ania kocha go do szaleństwa, ale jest bardzo młoda i lektor nie ma sumienia 

łamać jej życia. Spotykali się po zajęciach przez ostatnie trzy tygodnie w jego mieszkaniu i Ania 

teraz chce się do niego wprowadzić na stałe. Oczywiście, on nie może się na to zgodzić, choćby 

mu  serce  pękło,  bo nie pozwala  mu  na  to  jego  wyjątkowo  wrażliwe sumienie.  Rozstałam się  z 

lektorem po prawie dwóch godzinach. Huczało mi w głowie i byłam na siebie wściekła. Cholera! 

Cholera! Dlaczego nie dałam temu kabotynowi w łeb?! Za Teresę, za Anię, za swój zmarnowany 

wieczór! Nigdy więcej! Żadne randki w ciemno! 

background image

22 września, sobota 

 

8.03. Alarm samochodowy. 

 

8.05. Hm... Może to mój? 

 

8.06. Nie, nie mój. Mój ma takie trzy pisknięcia na koniec. 

 

8.10.  Kurczę!  Człowiek  prawie  tu  kona  w  mękach,  głowa  ma  rozmiary  i  potencjał 

diabelskiego młyna z Disneylandu, a do tego jest to jedyna w tym tysiącleciu okazja przespania 

za jednym zamachem dziesięciu godzin, żeby nadrobić zaległości — a komuś nie chce się nawet 

ruszyć tyłka, żeby wyłączyć to dziadostwo! Boże, jak wyje! Co za znieczulica! 

 

8.16. No, dobra, w końcu nic takiego się nie stało! Każdemu może się pomylić — teraz robią 

takie  podobne  brzęczyki  do  wszystkiego.  Ale  żeby  zaraz  walić  szczotką  w  sufit?  Przecież  jest 

sobota. A poza tym, skąd mogłam wiedzieć, że w nocy wyłączyli prąd? Nie wiedziałam nawet, że 

w  nowej  kuchence  mam  piekarnik,  który  będzie  głośno  domagał  się  ustawienia  zegara.  Ale 

kuchenka super, co? 

 

9.11. Ledwo zdążyłam przysnąć, znów coś brzęczy. Telefon. Mama! 

—  Cześć,  słoneczko.  —  Nie  cierpię,  kiedy  tak  do  mnie  mówi.  —  Mam  nadzieję,  że  już 

wychodzisz? 

— Gdzie wychodzę? — W mojej głowie odbywa się koncert na skrzypce i bębny. — Gdzie 

mam znowu iść? 

— No, jak to? Przecież dzisiaj twoja kolej, żeby zawieźć mnie na zmianę opatrunku. Kup po 

drodze kwiaty. 

— Mamo! — W mojej głowie partia skrzypiec. — Jakie kwiaty? 

— Dowód wdzięczności dla pielęgniarki, słoneczko. Wiesz, jak to jest. No, to czekam. 

background image

No i nie ma co z nią dyskutować, choć jestem prawie pewna, że dzisiaj była kolej Magdy. 

 

9.20. Wstaję. Zaraz pojadę po te cholerne kwiaty, muszę tylko wypić przynajmniej szklankę 

wody... I pomyśleć, co nałożę na dzisiejszy Bal Absolwentów w naszej starej budzie. Dziesięć lat 

po maturze to nie byle co! Ciekawe, czy faceci będą już łysi? Łysi czy nie — na pewno wszyscy 

są  już  szczęśliwie  żonaci  z  jakimiś  długonogimi  wampirzycami,  które  nie  rodzą  im  jeszcze 

żadnych  bachorów,  bo  są  pochłonięte  robieniem  kariery!  Czym  ja  się  denerwuję?  Przecież  też 

jestem kobietą sukcesu, pracuję w redakcji... Hm, z tym sukcesem to może lekko przesadziłam. 

Może  raczej  jestem  kobietą  niezależną...  O,  właśnie!  Dlaczego  wcześniej  na  to  nie  wpadłam?! 

„Kobieta  niezależna”  — to  brzmi  interesująco i  intrygująco.  Na  tyle intrygująco,  że  chyba  nikt 

nie zapyta,  czy mam jakiegoś mężczyznę na stałe. Kobieta niezależna nie musi!  (Przypomniała 

mi się, niestety, moja wczorajsza randka w ciemno — brrrrr!) 

Wieczorem będę tryskała witalnością, jak w reklamie tych tabletek na wzmożoną aktywność. 

Może  powinnam  pojechać  do  apteki  i  kupić?  Będę  śmiać  się  perliście  z  ich  skomplikowanych 

dowcipów  —  pytałam  Ewę  i  ona  też  nie  rozumie  tego  o  dwóch  kulkach  —  a  poza  tym  będę 

zabójczo  uwodzicielska!  Już  wiem,  nałożę  tę  czerwoną  z  olbrzymim  dekoltem  i  niech  się 

schowają te wszystkie płaskie jak deski do prasowania patyczaki. 

 

9.40. Kurczę! Jeżeli pojadę z mamą, to nie obejrzę tego programu o kolorach w mieszkaniu i 

znów będę cierpiała na depresję z powodu niewłaściwego odcienia farby na ścianach. Muszę to 

nagrać. Kurde! Gdzie jest pilot... 

 

9.55. Jest! Jest pilot! Nie wiem tylko, czy to na pewno ten od telewizora. Swoją drogą, jak to 

jest,  że  jedni  mając  przed  nosem  zaledwie  komputer,  potrafią  uratować  całe  połacie  lasów  w 

Afryce,  a  dla  innych  problemem  jest  odnalezienie  właściwych  funkcji  w  tych  guziczkach  na 

pilocie.  Połacie lasów! Muszę koniecznie poruszyć  ten  temat,  to na pewno  zrobi na  wszystkich 

wrażenie!  Okażę  się  nie  tylko  kobietą  atrakcyjną,  ale  także  wyczuloną  na  globalne  problemy 

środowiska! 

 

10.05.  Jeszcze  tylko  szybki  rzut  oka  w  lustro  i  wychodzę.  Boże!  Mam  niebieskie  włosy! 

Musiałam pomylić spray! Przecież nie mogę tak wyjść z domu! 

 

11.05.  Mama  mnie  zastrzeli!  Na  dodatek  wciąż  mam  niebieskie  włosy  i  bębny  w  głowie. 

Życie nie jest sprawiedliwe! 

background image

Ciągle sobota 

 

12.00.  Próbowałam  zmyć  to  niebieskie  z  moich  włosów  i  teraz  czekam,  żeby  wyschły,  bo 

podejrzewam,  że  zmieniają  kolor  pod  wpływem  suszarki.  Żeby  nie  tracić  czasu,  przymierzam 

właśnie  swoją  najlepszą  kreację  —  czerwoną  suknię  z  takim  dekoltem...  No,  tego  się  nie 

spodziewałam!  Moja siostra Magda powiedziałaby,  że to...  na  moich biodrach przypomina koło 

ratunkowe. Koniec! Mogę się tylko zabić, jeśli wcześniej nie zrobi tego moja ukochana mama. 

Jak na zamówienie słyszę melodię Torreadora — ale to, niestety, tylko moja komórka. 

— Mama? Słuchaj, mam niebieskie włosy i koło ratunkowe na biodrach! 

— Domyślam się. 

— Mamo, spóźnię się odrobinę... 

— Już jesteś spóźniona ponad godzinę. 

— OK! Co mam zrobić? 

—  W  tej  sytuacji  możesz  tylko  kupić  takie  kwiaty,  które  byłyby  w  stanie  wynagrodzić  to 

skandaliczne spóźnienie. 

— Czyli co? Już nie dowód wdzięczności, ale przeprosiny? 

— Sama sobie odpowiedz na to pytanie. Przecież wiesz, że nie wolno mi się denerwować. 

Aha, wytoczyła ciężką kolubrynę! A przecież jest ubezpieczona. 

 

12.15. Myję  włosy piętnasty  raz.  Nie mam już  szamponu.  Ciągle są niebieskie! Wybiegam, 

zamykając  wszystkie  trzy  zamki  w  moich  nowych  drzwiach  antywłamaniowych.  Dopadam 

samochodu. 

 

12.20.  Otwieram  wszystkie  trzy  zamki  w  moich  nowych  drzwiach  antywłamaniowych. 

Kluczyki od mojego samochodu, służbowego zresztą, leżą na mojej nowej kuchence, która wyła 

w nocy, a ja próbowałam ją nimi wyłączyć. 

 

12.30. Pali  się  rezerwa.  Nie załapałam się na  promocyjne  paliwo  w Trójce i  nie pamiętam, 

background image

które  stacje  benzynowe  dawały  jakieś  zniżki.  Trudno.  Na  szczęście  na  stacji  są  jakieś 

bombonierki.  Postanowiłam  kupić dla pielęgniarki zamiast  kwiatów. Bardzo dumna z siebie, że 

załatwiłam to za jednym zamachem, zajeżdżam po mamę. 

— Czekoladki? — mówi z niesmakiem, — Przecież pani Tereska się odchudza. 

„Co  tej  babie  przyszło  do  głowy?!  Z  jakiego  powodu  się  odchudza?”  —  nieżyczliwie 

pomyślałam  o  pielęgniarce.  Humor  mam  już  ostatecznie  zmasakrowany.  A  przecież  chciałam 

dobrze! 

—  Co  ci  młodzi  mają  w  głowie?  —  dobiega  mnie  głos  mojej  rodzicielki.  —  Przecież 

wyraźnie mówiłam: kwiaty! 

— OK! — Czuję się jak zbity pies. — Wsiadaj, mamo. 

 

12.50. Mama wsiada do samochodu z przesadną ostrożnością. 

 

12.55. Mama się usadowiła. Uff! 

 

13.00. Zatrzymujemy się koło kwiaciarni. Mama uparła się wysiąść w przekonaniu, że ja już 

raz dałam plamę, czyli nie jestem w stanie podjąć właściwej decyzji. 

 

13.15.  Mama  wsiada  do  samochodu.  Tym  razem  trwa  to  dłużej,  bo  ładuje  się  z  wielkim 

bukietem. Daje do zrozumienia, że nie może go powierzyć osobie tak nieodpowiedzialnej jak ja. 

 

13.30. Podjeżdżamy pod szpital. 

 

13.31.  Mama  świergocze,  narzeka,  plotkuje  i  robi  inne  typowe  dla  niej  rzeczy,  które 

wyraźnie  sprawiają  jej  przyjemność  i  —  co  zaskakujące  —  nie  powodują  bólu  w  nodze!  Pani 

Tereska  mruga  do  mnie  porozumiewawczo,  dziękuje  za  kwiaty  i  konspiracyjnym  szeptem 

oznajmia, że to już ósmy bukiet dzisiaj, a wolałaby bombonierkę, bo ma urodziny teściowej i taki 

„japoński  prezent”  bardzo by  się  przydał.  Biegnę  więc  do  samochodu.  Ale  po  drodze, niestety, 

wpadło na mnie lustro — skąd, do cholery, w szpitalach lustra?! Żałuję, że spojrzałam! Mam na 

głowie  szopę  nieokreślonego  koloru  i  kształtu.  Wyglądam  jak  młody  Einstein  w  chwili 

największego uniesienia  — naukowego oczywiście! Nic mi już nie pomoże. Wracam więc,  aby 

uwolnić personel od mamy. 

—  Słoneczko,  to  jest  właśnie  doktor  Piotr  Larnecki,  który  tak  głaskał  moje  potłuczone 

kolano, że wyzdrowiało — chichocze moja matka w taki sposób, że czuję ciarki na plecach. — 

Jeszcze niezupełnie — dodaje — ale już prawie, prawda, doktorze? 

To  straszne!  Czuję  się  jak  na  audiencji  u  cesarzowej,  gdzie  moja  rodzona  matka  podrywa 

background image

nieletniego następcę tronu. 

Ze  wstydu  zapomniałam  o  swoich  włosach.  I  chyba  to  był  błąd,  bo  nie  zachowałam 

koniecznej czujności i zbyt późno zauważyłam, że doktor Piotr przygląda mi się z dużą uwagą. 

background image

Jeszcze sobota 

 

14.20.  Odjeżdżam  spod  szpitala  z  piskiem opon.  Wprawdzie  mama  zaczęła  wrzeszczeć, że 

chcę  ją  zabić,  bo  wpadłam  na  krawężnik  i  trochę  zarzuciło,  ale  postanowiłam  to  zignorować. 

Muszę  wprawić  się  w  dobry  nastrój.  Natychmiast!  Przecież  wieczorem  mam  zamiar  bawić  się 

cudownie,  olśnić  i  rzucić  na  kolana  wszystkich  facetów,  oszołomić  erudycją  te  wszystkie 

zarozumiałe wymądruchy. 

 

14.25. To taki miły człowiek — słyszę rozmarzony głos mamy. 

— Kto? — pytam przestraszona. 

—  Doktor  Larnecki  [ignoruję],  wykształcony  [ignoruję],  przystojny  [ignoruję],  na  pewno 

dużo zarabia. No, w końcu jest lekarzem! — strzela mama jak z kałasza. 

—  Na  pewno!  I  ma  żonę  i  kupę  bachorów  —  nie  wytrzymuję.  Dlaczego  zawsze  w  końcu 

udaje się jej mnie sprowokować!? — Czy możesz przestać urządzać mi życie, mamo? 

—  Ależ,  słoneczko,  wszystko  sprawdziłam.  Żadnej  żony,  żadnych  dzieci.  Ma  wprawdzie 

jakąś  narzeczoną,  ale  to  przecież  nie  stanowi  przeszkody.  Wszystko  już  z  panią  Tereską 

zaplanowałyśmy. 

— Aha! To dlatego tak ważny był ten bukiet kwiatów! 

— Nie pozwolę, żebyś zmarnowała swoje życie — mówi mama słodziutkim głosem. — To 

interesujące, że z Magdą nie było takich problemów. Interesujące... 

—  A  ze  mną  są  i  nie  przewiduję,  żeby  się  skończyły!  Ani  tego,  że  ty  będziesz  je za  mnie 

rozwiązywać! — wybucham, bo już nie mogę dłużej wytrzymać. 

Nienawidzę jej! Liczę do dziesięciu i głęboko oddycham. 

 

14.50.  Moje  miejsce  do  parkowania  zajęte.  Trochę  za  późno  się  zorientowałam  i  lekko 

stuknęłam  tę  beemkę.  Sorry!  Ale  nie  trzeba  było  stawiać  na  moim  miejscu.  Na  szczęście 

znalazłam inne. Ciekawe czyje? 

 

background image

14.55. Wbiegam do mieszkania i potykam się o kota, który miauczy pod drzwiami. 

— Och, Wacek, zupełnie o tobie zapomniałam. Chodź, dostaniesz mleka. 

Cholera! Lodówka pusta. Jak mogłam zapomnieć o zakupach! 

 

15.00. Otwieram puszkę tuńczyka. 

 

15.03. Spływa ze mnie tuńczyk w sosie własnym, śmierdzę rybą. Wskakuję do wanny. 

 

15.05. Tak  się  przestraszyłam dzwonka  do drzwi,  że  prysznic  wypadł  mi  z  rąk  i  rozkoszną 

fontanną zalał łazienkę. Jestem bliska załamania. 

 

15.07.  Na  palcach  podchodzę  pod  drzwi  i  przez  judasza  widzę  Anię  spod  ósemki.  Jest  mi 

wszystko jedno. Otwieram. 

— Nie przeszkadzam? — pyta i natychmiast przeprasza, próbując się wycofać. 

Prawie  siłą wciągam ją do środka.  Z płaczem opowiadam  jej o niebieskich włosach, o kole 

ratunkowym zamiast bioder, o tym, że dziesięć lat po maturze, a ja nie mam się w co ubrać, bo do 

niebieskiego nie mogę nałożyć czerwonej dlatego, że za ciasna, a kot obrzucił mnie tuńczykiem i 

mama chce wyjść za mąż za lekarza, który ma narzeczoną... 

Ania pokłada się ze śmiechu. Gdybym ja umiała śmiać się tak jak ona, też bym się pokładała. 

Ale ryczę tak, jakby mi kogoś bliskiego zabili. 

— Przestań — mówi nagle Ania zdecydowanym głosem — idziemy do mnie. Marka nie ma 

w domu. Coś wymyślimy. 

 

16.15.  Stoję  przed  lustrem.  Mam  na  sobie  istne  cudo:  powiewną,  luźną,  dwuwarstwową 

czarną suknię. Na lewym ramieniu namalowany czerwony mak. Absolutny odlot! „Zasługuję na 

wszystko...” 

 

17.15.  Stoję  przed  lustrem.  Mam  na  sobie  tylko  bieliznę,  a  na  włosach  kolor  ciemnej 

marchewki. 

— Ania! Coś ty zrobiła!? Jak ja wyglądam! 

—  Nie  krzycz,  miałam  tylko  taką  piankę  do  włosów,  ale  przecież  wyglądasz  super!  — 

Wciska na mnie tę boską sukienkę. — Zobacz, idealnie pod kolor maku! 

Może  rzeczywiście  nieźle?  Trochę  jak  matrona...  No  nie,  właściwie  nie  jest  źle!  Jeszcze 

pantofle na najmodniejszym obcasie i makijaż. Seledynoworóżowy? Ostatnio mama spytała, czy 

to sińce... Nie. Jednak makijaż tradycyjny i mocno czerwone usta! 

 

background image

17.25. Wchodzi Marek. Całuje Anię, rzuca na mnie okiem. 

— Ktoś umarł? — pyta poważnie. 

Biorę to za dobry żart i wychodzę. Najszybciej i najzgrabniej jak potrafię. 

 

18.25.  Burczy  mi  w  brzuchu.  Zaglądam  z  nadzieją  do  pustej  lodówki.  Zresztą  i  tak  nie 

mogłabym nic zjeść, bo mam pomalowane usta. 

 

18.45.  Muszę  jeszcze  raz  pomalować  usta.  Dobrze  czasami  zachomikować  parę  kawałków 

chrupkiego chleba. No i na szczęście znalazłam także słoik miodu! 

 

18.50. Wychodzę. Od dwudziestu minut czeka na mnie taksówka. Trudno! 

 

19.00. Jadę taksówką do mojej starej budy. Przez tyle lat jeździłam tramwajem z przesiadką! 

Musiałam  wstawać  o  6.30  —  koszmar!  Spałam  po  drodze  w  tramwajach,  przesiadałam  się  na 

pamięć. Nienawidziłam mojej budy! Nikt nigdy nie potrafił tego zrozumieć. 

 

20.05.  Dopiero  teraz uświadomiłam  sobie, że  na  zaproszeniu było napisane:  „wraz  z  osobą 

towarzyszącą”.  Kto  to  jest  „osoba  towarzysząca”?!  Nie  mam  „osoby  towarzyszącej”.  Kurde!  A 

jeśli  tylko  ja  będę  bez  pary?  Niemożliwe!  A  nawet  jeśli...  to  natychmiast  ktoś  się  znajdzie, 

prawda?  Ktoś  się  mną  zajmie...  Byłam  w  końcu jedną  z  najbardziej  atrakcyjnych  dziewczyn  w 

szkole.  „Ale  laska!”  —  wołali  za  mną  chłopcy.  Co  ja  bredzę!  Przecież  nie  umieram!  Nadal 

jestem,  cholera,  atrakcyjna!  A  te  cztery  kilogramy  nadwagi?  No,  dobrze  —  pięć.  Za  to,  kiedy 

kończyłam LO, miałam pięć kilogramów niedowagi. Byłam płaska jak deska. Kupowałam push-

up  i  zazdrościłam  bardziej  wyposażonym  koleżankom  podniecających  dekoltów.  Ale  od  kiedy 

rzuciłam palenie — dwa lata temu — mój dekolt (czytaj: mój biust) może stawać w eliminacjach 

światowych konkursów! 

A więc, głowa do góry, to będzie cudowny wieczór, zasługuję na to! Nawet gdybym nie była 

tak majętna, jak ci wszyscy cholerni biznesmeni, którzy przecież są w końcu moimi kolegami ze 

szkoły! 

 

20.15.  Dojeżdżam  pod  budynek  szkoły.  Już  od  kilku  sekund  wiem,  że  nie  jest  dobrze. 

Kierowca  zatrzymał  samochód,  sięgam po  torebkę,  powoli  zalewa  mnie  fala  gorąca,  staram  się 

nie panikować, nie mówię: „O kurde!” ani nic takiego, spokojnie wysypuję zawartość torebki na 

siedzenie samochodu. Pomadka — jest, kredka — jest, tusz, róż, perfumy — są, puder, zapasowa 

para  rajstop  —  OK!  Gdzie,  do  jasnej  cholery  (przyznaję  —  pomyślałam  trochę  mniej 

elegancko!),  jest  portfel?  Kierowca  zaczyna  się  niecierpliwić,  patrzy  na  mnie  podejrzliwie. 

background image

Rzucam  mu  najbardziej  czarujący  z  moich  uśmiechów  i  oznajmiam,  że  portfel  zostawiłam  w 

innej  torebce,  tej  codziennej,  a  teraz  mam  tę  ekstra,  czyli  krótko  mówiąc  —  bredzę  z  dużym 

wdziękiem — nie wzięłam pieniędzy! Kierowca wpada w szał, krzyczy, chce jechać na policję. 

Co za palant! 

— Czy nigdy nie zdarzyło się panu, że wziął pan inną torebkę?! — krzyczę z desperacją. 

— Nie. 

Powiedział to tak stanowczym głosem, że musiałam udać, że go nie słyszę. 

—  Czy  ktoś  może  zapłacić  temu  panu?  —  Otwieram  drzwi  i  wołam  w  kierunku  stojącej 

opodal grupki osób. 

Cisza. Kompletna konsternacja. Nie znam ani jednej twarzy. „Dałaś dupeńki, serdeńko!” — 

myślę ponuro, a za chwilę spóźniona refleksja: „Boże, co ja zrobiłam?!” 

I  wtedy  gdzieś  tak  z  tyłu  głowy  czuję,  że  musi  przyjść  jakieś  wybawienie  z  tej  hańbiącej 

sytuacji. I nagle, nie wiadomo skąd, podbiega Ewa, moja najlepsza koleżanka z ogólniaka, płaci 

taksówkarzowi, żegna go z uroczym uśmiechem, a do mnie szepcze konspiracyjnie: 

— Wejście smoka, co? 

Są ludzie, którzy wiedzą, jak się zachować zawsze i wszędzie, w każdej sytuacji. 

Ewa  wie.  Ja  nigdy  nie  wiem,  choć  od  dziecka  mnie  tego  uczono.  Naprawdę,  nie  chcę 

kompromitować mojej rodziny. Ale czasami tak właśnie się zdarza. 

 

20.17.  Jesteś  cool!  —  mówię  do  Ewy  i  przez  chwilę  wisimy  sobie  na  szyi.  Nawet  szary 

budynek  naszej  starej  budy  całej  w  liszajach  odpadającego  tynku  nie  wydaje  mi  się  tak 

obrzydliwy  jak  kiedyś.  Wprawdzie  przed  wejściem  nie  rozwinięto  czerwonego  dywanu  i 

paparazzi nie prześcigają się w błyskaniu fleszami, ale i tak jestem w podniosłym nastroju. 

— Przyszłaś sama? — pyta Ewa, jakby się spodziewała, że zjawię się w towarzystwie księcia 

Karola. 

— Zostawiłam najnowszego narzeczonego pod opieką Wacka — burknęłam. 

—  Nie  wygłupiaj  się.  Ja  też  jestem  sama,  chwilowo.  Przepraszam  cię  na  chwilę  — 

powiedziała tajemniczym głosem i znikła w kłębiącym się przed szatnią tłumie, zanim zdążyłam 

zamknąć buzię rozdziawioną ze zdziwienia. 

 

20.20. Wśród przekrzykujących się głów mignęły mi dwie znajome twarze, ale przepadły w 

powodzi płaszczy, kurtek i futer (o tej porze roku! — a to snobki!). 

 

20.25.  Mam  swój  numerek,  pogniecioną  suknię,  rozczochrane  włosy  i  zadeptane  buty.  Ale 

żyję (hura!). 

 

background image

20.27. Stoję w toalecie pełnej graffiti i jarzeniówek i poprawiam lekko sfatygowany makijaż. 

Obok mnie stoi Gabrysia z 4 c. Nie poznała mnie. Trudno się dziwić. Dziesięć lat temu miałam 

blond warkocze i nosiłam obcisłe dżinsy. Teraz mam na głowie przecier marchewkowy... A może 

to nie Gabrysia? Chyba ona. Nikt inny nie miał tak wysokiego czoła... 

background image

23 września, niedziela 

 

7.30. Jakiś potworny cham uruchomił alarm. Na pewno zaraz pojawi się firma ochroniarska 

razem  ze  strażą  pożarną  i  powywalają  wszystkie  drzwi  w  całym  domu.  Nie  dam  się 

wyprowadzić,  tak  samo  jak  mój  tata  w  czasie  stanu  wojennego!  W  końcu  jakieś  tradycje 

patriotyczne  trzeba  zachować!  Albo  może  powiem,  że  nie  otwieram  z  powodu  migreny.  Aha! 

Akurat uwierzą! 

Co tak potwornie wyje? Jakieś takie juuuu, juuu... z przerwami. 

 

7.33.  Chyba  mam  coś  z  głową!  Jak  mogłam  nastawić  budzik?!  To,  co  się  dzieje  w  mojej 

nieszczęsnej głowie — niepotrzebnie ją uniosłam — to horror! To niewyobrażalnie gigantyczny 

kac! Muszę się czegoś napić, bo czuję się jak smok wawelski po pożarciu szewczyka, czy kogo 

on tam pożarł, nafaszerowanego prochem! Byle bez bąbelków, bo eksploduję! 

 

7.35.  Wydawało  mi  się,  że  zmierzam  prosto  do  lodówki  —  jeśli  tę  paradę  omsknięć, 

wygibasów, osunięć i potknięć można określić jako „zmierzam prosto”... 

— Oraz liczba zakrętów się nie zgadza — mówię do siebie zdecydowanie i łapię pion przy 

ścianie. Teraz muszę sprawdzić, z której strony nadejdzie kot... — Wacek! Wacek! Kici, kici! — 

wołam słodko. 

— Czy nie możesz jeszcze trochę pospać, kochanie? — słyszę głos. Męski głos. 

—  Co  jest,  do  cholery?!  Kto  się  wprowadził  do  mojego  domu?  —  Odważnie  ruszam  w 

kierunku głosu, obciągając do dołu wyjątkowo kusą koszulkę... Dlaczego ja mam na sobie męską 

koszulę...? 

— Czy my się znamy? — pytam wściekła. 

— Nie wygłupiaj się, Brygida. Bądź człowiekiem i daj pospać. 

 

7.45. Ja chyba umarłam. I to wszystko to już nie jest moje życie. W każdym razie na kanapie 

śpi  Konrad.  Podeszłam  po  cichutku,  na  paluszkach.  Zgadza  się,  Konrad.  O  Boże!  A  przecież 

background image

zasługuję na wszystko, co najlepsze! 

 

7.47. Kurde! Nie wiem, gdzie jestem! 

Wyszłam najciszej, jak tylko mogłam. Usiadłam na podłodze w kuchni. Zaraz, zaraz... Zaraz 

sobie  wszystko  przypomnę,  niech  tylko  skończą  walić  te  afrykańskie  bębny  w  mojej  głowie. 

Zresztą całkiem modne w tym sezonie. Według mojego tygodnika... Była jakaś Gabrysia z 4 c, a 

może  to nie ona.  Próbowałam jej wytłumaczyć,  że  marchewka na  głowie jest okolicznościowa, 

bo normalnie... 

Ale nie zdążyłam, bo ktoś mi wrzasnął w ucho: 

— Hej! To ja! 

Właścicielka  głosu  była  pewnie  przekonana,  że  radosnym  stwierdzeniem  „to  ja”  odsłoni 

przede mną największe tajemnice — od swojej tożsamości poczynając, a na szczegółowej historii 

naszej przyjaźni kończąc. 

Sorry!  Nie  mam  zielonego  pojęcia,  kim  jest  właścicielka  małej  czarnej  z  różowymi 

dodatkami i makijażem à la Alexis oraz opalenizną z solarium. 

— Hej — odpowiadam ostrożnie. 

— Nie pamiętasz mnie, Brygida? To ja, Kasia! — Uśmiecha się promiennie. 

W  naszej  klasie  było  pięć  Kaś!  Mój  mózg  wykonuje  bardzo  skomplikowaną  operację.  Na 

szczęście ona sama skraca te męki. 

— Kasia Górecka — prawie wykrzykuje. 

Jezu!  Przecież  Kasia  Górecka  miała  zostać  zakonnicą!  A  ta  laska  przede  mną  jest  chyba 

przedstawicielką zakonu Pameli Andersen. Coś się strasznie porąbało! 

— Jak się miewasz? — pytam niepewnym głosem. 

— Cudownie! Gram w serialu. A co u ciebie? 

— Och, wiesz, pracuję w znanej redakcji — mówię lekko, z pewną dozą nonszalancji. 

— Super! — krzyczy i odpływa za ręką, która niecierpliwie pociągają w gęstniejący tłum. — 

Pogadamy! — słyszę jak przez mgłę... 

— Jasne, że pogadamy! O tym, że jestem kobietą samodzielną, niezależną, która zna się na 

ochronie środowiska, gaszeniu afrykańskich lasów itd. — mruczę do siebie, bo jej już dawno nie 

ma. — Może pogadamy... 

Wchodzę  do  auli.  Uderza  mnie  specyficzny  zapach  (zawsze  byłam  „węchowcem”) 

mieszaniny perfum, wód kolońskich i swojskiej stęchlizny, która po dziesięciu latach jeszcze się 

utrwaliła.  Próbuję  za  wszelką  cenę  przepchać  się  do  sekcji  4  a.  Tam  są  moi  i  tam  jest  moje 

miejsce. 

„To ma być Bal Absolwentów?” — pomyślałam. To znaczy, że pora umierać. 

— Zatańczysz? 

background image

— Jasne — odpowiadam. 

Nie mam wyjścia. Wyrósł nieoczekiwanie przede mną i po prostu mnie zaskoczył. Nie mam 

bladego pojęcia, kto to jest!  Ale nie to jest najważniejsze! Ten facet w ogóle nie tańczy! On nie 

wie, co to jest taniec! Wygina się jak paragraf, szarpie mnie na wszystkie strony, depcze boleśnie 

po palcach i nawet tego nie zauważa! 

Kiedyś już coś podobnego przeżyłam... Próbuję przebić się przez mgłę pamięci... Już wiem! 

Konrad! To było na jakiejś strasznej dyskotece, o której usilnie starałam się zapomnieć. 

Coś zaszeleściło nieprzyjemnie w moim uchu. 

— Gubisz rytm, kochanie. Musisz nad tym popracować. 

Osłupiałam na sekundę. Ja? Ja muszę popracować? Czułam, jak poziom adrenaliny podnosi 

się  prawie  do  granic  możliwości.  Byłam  pewna,  że  za  chwilę  eksploduję,  że  zacznę  krzyczeć: 

„Ty zarozumiały baranie, całe życie miażdżyłeś mi palce swoimi ciężkimi buciskami...” 

— Brygida! Tysiąc lat! Zauważyłem, jak wchodzisz, i pomyślałem, że pierwszego szampana 

musimy wypić „za naszą przyjaźń z dawnych lat”. 

— Tomek! 

—  Poznaj  moją  żonę  —  to  jest  Basia.  Basiu  —  to  jest  Brygida.  Najbardziej  odlotowa 

panienka w naszej budzie! 

— Ciągle jeszcze „panienka”? — z rozbrajającym uśmiechem pyta Basia. 

— Kochanie — z wyrzutem mruczy Tomek. 

„A  niech  ci  będzie  zołzo”  —  myślę  nawet  życzliwie  o  tej  Basi,  bo  za  chwilę  siedzimy  z 

Tomkiem  przy  stoliku  pogrążeni  w  „naszych”  sprawach  i  plotkach.  Wypiliśmy  trzy  lampki 

szampana, jedną po drugiej, i nawet nie zauważyliśmy, kiedy Basia i Konrad zaczęli tańczyć. 

„No, to ci się trafiło, Basiu” — zdążyłam pomyśleć i utonęłam w ramionach faceta, z którym 

stanowiłam jedno. Przynajmniej w tańcu. Uwielbiałam z nim tańczyć. Tak jak dziesięć lat temu, 

dookoła nas zrobiło się pusto. Był tylko on i ja! Boże! Jak ja dawno nie tańczyłam. Wszystko, co 

było  po  drodze,  to  tylko  nędzna  namiastka!  Zapomniałam  o  całym  świecie...  Znów  byłam 

dziewczyną w  sukience  w kwiatki,  w olbrzymim kapeluszu przystrojonym  gałązkami kwitnącej 

wiśni... Kochałam Tomka jak kiedyś, i on tulił mnie tak, jakby nie było tych dziesięciu lat, które 

nas  dzieliły.  Nie  wiem,  dlaczego  wówczas  się  rozstaliśmy.  Może  nie  byliśmy  na  tyle  dorośli, 

żeby rozmawiać o otaczającym nas świecie bez uwzględniania opcji politycznych naszych ojców: 

lekarza — antykomunisty i inżyniera — byłego już komunisty. Teraz wiem, że mogłabym pójść 

za nim na koniec świata. Zakończyliśmy taniec żegnani brawami całej sali. Ale kiedy wróciliśmy 

wreszcie do stolika, Basia była nadąsana, a Konrad prawie obrażony. Kiedy Basia i Tomek znikli 

gdzieś  w  okolicy  bufetu  (niezły  pretekst:  „Jestem  ciągle  głodna,  jak  to  kobieta  w  ciąży”  — 

syknęła jadowicie), Konrad zaczął robić mi wyrzuty. Nie mogłam zrozumieć, o co chodzi. O to, 

że tańczyłam? O to, że się przytulałam? „Chyba zwariował” — pomyślałam. „A co on za jeden?” 

background image

— Nic nie rozumiesz! — krzyczał prawie. — Dla każdego mężczyzny taniec to gra wstępna! 

„O mój Boże!” — pomyślałam. „Jeśli taniec z tobą miał być grą, to...” — Ciarki przeszły mi 

po plecach. 

— Nie wiesz, ile dla mnie znaczysz — plótł jak poparzony Konrad. 

—  Ciekawe,  ile?  —  syknęłam  i  próbowałam  wstać.  W  tym  momencie  zupełnie 

nieoczekiwanie  wpadł  na  mnie  Olo,  najbardziej  zakręcony  facet,  jakiego  w  życiu  widziałam. 

Porwał  mnie  do  tańca,  nie  pytając  Konrada  o  zgodę.  „A  niby  dlaczego  miał  pytać?”  — 

wykrzykiwałam buńczucznie w duchu, rozważając jednocześnie dość hańbiącą sytuację. Przecież 

nikt nie zachowałby się tak jak Olo, gdybym była z mężem albo z narzeczonym. 

„Kurde!  Dlaczego  tak  jest?”  —  myślałam  rozpaczliwie  od  momentu,  kiedy  musiałam 

trzymać Ola za ręce, bo nieustannie wędrowały w te miejsca na moich plecach, poniżej dekoltu, 

gdzie sukienki już nie było, i jednocześnie wysłuchiwać jego opowieści o tym, że rozwodzi się z 

żoną. Drugą. 

To  nawet  nie  było  nieprzyjemne.  Powiedzmy,  że  było  miłe  do  momentu,  w  którym  jego 

słynny zegarek — zdążył opowiedzieć całą historię zegarka odziedziczonego po ojcu — podczas 

jakiegoś intensywnego boogie-woogie  wpadł za dekolt sukienki. To znaczy  — za dekolt z tyłu, 

na plecach. Próbowałam sama poradzić sobie z odczepieniem zegarka... Szarpnęłam i zegarek był 

uratowany.  Gorzej  było  z  suknią.  „Gorzej”  —  to  delikatnie  powiedziane.  Było  źle.  Właściwie 

było fatalnie. Prawdę mówiąc, było tak, że teraz mogłam już tylko umrzeć. Suknia — wziąwszy 

pod uwagę szamotaninę z Olem — była w strzępach. 

„Niech żywi nie tracą nadziei”. Szybko wypiłam kilka kieliszków wina i chyba coś jeszcze, 

żeby  zapomnieć  o  tym,  że  to  nie  moja  suknia  jest  w  strzępach,  tylko  pożyczona  od  Ani.  Ktoś 

spinał mi suknię szczęśliwie znalezioną agrafką, aby nie opadła ze mnie zupełnie. 

 

8.47. Obudziłam się z głową na stole i nie mogłam sobie przypomnieć, jak się znalazłam w 

mieszkaniu Konrada. 

background image

Ciągle niedziela 

 

9.00. Wiem już, że jestem w mieszkaniu Konrada, tego od gry wstępnej. Nie wiem tylko, czy 

dopuściłam do niej czy nie! I najgorsze jest to, że nie wiem, jak się dowiedzieć! 

 

9.10. Nie wiem, jak się stąd wydostać, i nie wiem, w co się ubrać! Gdybym nałożyła podartą 

sukienkę, której dekolt kończył się już zdecydowanie poniżej pośladków (jej projektant to chyba 

gej,  bo  tylko  oni  potrafią  tak  zaprojektować  ekscentryczną  suknię,  która  na  dodatek  ma  ciąg 

dalszy!),  ściągnęłabym  na  siebie  klątwę  śpieszących  do  kościoła  porządnych  ludzi,  którzy  nie 

łajdaczą  się  po  balach.  Ja  chcę  do  wanny!  Do  mojej  wanny!  Łzy  płyną  mi  ciurkiem,  ale  nie 

szlocham, nie pociągam nosem, żeby nie obudzić  tego  faceta,  z  którym  nic mnie nie łączy! Na 

stole  w  kuchni  zostawiam  wizytówkę,  ze  starannie  zamazanym  numerem  mojego  telefonu,  na 

której  napisałam:  „Dziękuję  za  nocleg!  Z  braku  własnej,  nadającej  się  do  użycia  garderoby, 

rekwiruję Twoją koszulę. Jakoś Ci ją oddam”. Straszna pustka zagwizdała we mnie po napisaniu 

tych słów... 

 

9.15.  Wymykam  się  boso  na  korytarz.  Bezszelestnie  zamykam  za  sobą  drzwi  i  wkładam 

pantofle. Nie mogę nawet zamówić taksówki przez moją komórkę, bo nie znam adresu. 

 

9.20. Ukrywam się w bramie. Na dźwięk nadjeżdżającego samochodu wyskakuję z bramy i... 

szybko chowam się z powrotem, bo to nie taksówka. Po przeciwnej stronie ulicy zebrał się spory 

tłumek, który z zainteresowaniem obserwuje tę moją coraz bardziej chaotyczną choreografię. Pod 

koszulą  Konrada  zamotałam  sobie  na  biodrach  pożyczoną  suknię  Ani,  która  zresztą  opadła 

wdzięcznie, kiedy wyskoczyłam kolejny raz z wrzaskiem: „Halo! Taxi!?” Tak wołają w filmach 

wszystkie zdesperowane dziewczyny. Tylko kto ich słucha?! 

 

9.22. Wskakuję do taksówki, podaję adres i zamykam oczy. Nie chcę widzieć obserwującego 

mnie w lusterku kierowcy. 

background image

 

9.38. Nie jest źle. Dojeżdżam do domu. 

 

9.40. Jest źle. Przed domem stoi pani Lodzia spod dziesiątki — lat siedemdziesiąt. Właśnie 

wracała z kościoła i zobaczyła zatrzymującą się pod blokiem taksówkę. 

— Wychodzę za mąż, kochaniutka! — piszczy radośnie na mój widok. — To już piąty raz! 

— dodaje z dumą. 

No i proszę mi powiedzieć, czy istnieje sprawiedliwość na tym świecie? Jedni mają po pięciu 

mężów,  a  inni  wcale!  Tak  dla  celów  statystycznych  chciałabym  wiedzieć,  ilu  ich  miała  moja 

sąsiadka, będąc przed trzydziestką. Zabrakło mi odwagi, żeby zapytać. Wiem, że powinnam się 

cieszyć szczęściem pani Lodzi, ale nie mogę! Jestem totalnie zdruzgotana. 

—  Czy  nie  podwiewa  pani  za  bardzo,  kochaniutka?  —  mówi  pani  Łodzią  zatroskanym 

głosem i patrzy na koszulę, która ledwo zakrywa mi pupę. — Trzeba dbać o jajniki — dodaje z 

miną eksperta i oddala się z godnością. 

 

9.42. Dopadam windy. Pusta. Jestem bezpieczna. Kiedy zatrzymuje się na trzecim, zza drzwi 

słyszę  miauczenie  Wacka.  Ręce  mi  się  trzęsą  jak  złodziejowi,  nie  mogę  znaleźć  kluczy. 

Wysypuję  zawartość  torebki  na  wycieraczkę:  pomadka,  kredka,  róż,  perfumy,  tusz,  puder, 

zapasowa para rajstop i cała masa zapisanych serwetek... Co ja zrobiłam z kluczami? Musiałam 

zatrzasnąć drzwi, kiedy wybiegłam wczoraj spóźniona. A może są u Konrada? O nie! Za żadne 

skarby świata tam nie wrócę! Wolę resztę życia spędzić na wycieraczce pod własnymi drzwiami. 

— Całuję rączki szanownej pani — mlasnęło mi nagle nad uchem. 

— Boże! Ale mnie pan przestraszył! — To nasz cięć, pan Janek z parteru! Skąd się tu wziął o 

tej porze! 

—  Tak  rano  na  spacerek?  A  może  już  ze  spacerku?  —  Przygląda  mi  się  z  obleśnym 

uśmiechem. 

— Wie pan,  w Polsce to  już  nawet nie można sobie postać pod własnymi  drzwiami, bo od 

razu znajdzie się ktoś, kto wsadza nos w nie swoje sprawy — staram się mówić spokojnie. 

— Nie mamy kluczyków, co? — Jakby nie słyszał tego, co powiedziałam. — Mam kumpla, 

jest akurat u mnie... Otworzy wszystko! 

— Nie, dziękuję! — prawie krzyczę. 

— Jak szanowna pani sobie życzy — odchodzi, mrucząc. — Otworzyłby na cacy, bez śladów 

widocznych okiem policji... 

— Dobrze, już dobrze — mówię szeptem, ale o dziwo, on słyszy. — Niech otwiera. 

— Do usług szanownej pani. Sekundka i wracam. 

 

background image

9.50. Leżę w wannie. 

 

10.05. Leżę w wannie i myślę. 

 

10.17. Leżę w wannie i myślę, że jestem kompletną kretynką. 

 

10.20. Nieoczekiwanie wróciła mi pamięć. Tak. Jestem kretynką! 

Jedną  ręką  trzymałam  rozerwaną  sukienkę,  drugą  —  szklaneczkę  z  jakimś  alkoholem.  Być 

może  była  to  whisky.  Ewa  —  moja  najlepsza  koleżanka  z  budy,  która  mnie  jakoś  w  tym 

obłędnym tłumie odnalazła — pokazywała zdjęcia: Ewcia na Akropolu, Ewcia w Delfach... Nic 

nie  widziałam,  bo  wszystko  rozmazywało  się  tak,  jakby  jakiś  oszołom  specjalnie  nie  ustawił 

ostrości. 

I kiedy  już byłyśmy  z Ewcią  mocno zaangażowane w  tę turystykę światową  —  którą  jedni 

mają  we  wspomnieniach  i  na  zdjęciach,  a  inni  w  planach  na  przyszłość  —  do  naszego  stolika 

przytoczyła  się  (ona  zawsze  się  „przytaczała”  takim  rozchwianym,  pozornie  lekkim, 

kaczkowatym krokiem) Baśka. 

Była obrzydliwą lizuską i wszyscy wiedzieli, że kabluje. Teraz szła do nas z brzuchem pod 

brodę. Byłam bliska załamania. 

— Chyba mu zapłaciła! — szepnęła Ewa. 

— Komu? — spytałam. 

— Temu, kto odważył się zrobić jej dziecko. — Ewa była czasami bezlitosna. 

—  Może  ją  kocha  —  próbowałam  ratować  sytuację,  ponieważ  Baśka  zbliżała  się 

nieuchronnie. 

—  Kto?  Ten,  którego  szantażuje,  żeby  się  z  nią  ożenił?  —  Nie  wiem,  skąd  miała  takie 

informacje. — Ale się nie ożenił i nie ożeni! — Zaśmiała się złośliwie. 

Baśka oparła brzuch o moje krzesło. 

— Tak, tak, Brydziu — mruknęła ze zjadliwą satysfakcją — dzieci należy rodzić, zanim się 

skończy trzydzieści pięć lat. 

— Jesteś złośliwa, Baśka! — nie wytrzymałam. — Do trzydziestu pięciu brakuje mi jeszcze 

siedmiu lat! 

—  Nie  szkodzi  — odparła  z  promiennym  uśmiechem,  zadowolona, że  mnie  sprowokowała 

— ja za kilka dni urodzę drugie. — Poklepała się po gigantycznym obiekcie swojej dumy. 

—  Biedne  dzieci  —  szepnęła  Ewa.  —  Każde  będzie  miało  innego  tatusia,  a  w  rezultacie 

żadnego. 

Nagle  Ewa  zerwała  się  i  pobiegła  do  wyjścia.  Za  chwilę  stanęła  przed  nami,  cała 

rozpromieniona, trzymając pod rękę faceta, którego już gdzieś widziałam... 

background image

—  To  mój  narzeczony  —  mówiła  z  przejęciem  —  doktor  Piotr  Larnecki.  Nie  mógł  być 

wcześniej, bo miał dyżur w szpitalu. 

— O Boże! — jęknęłam. — Tylko nie to, błagam! Tylko nie lekarz mamy! 

Z  rąk  wyleciała  mi  szklaneczka  z  whisky,  a  ja  zatoczyłam  się  wprost  w  ramiona  Konrada. 

Teraz naprawdę było mi wszystko jedno. 

— Słuchaj — wybełkotałam — zabierz mnie stąd natychmiast. 

 

10.30. Kurde! Jestem skompromitowana: 

— przespałam się z facetem, do którego czuję — delikatnie mówiąc — niechęć; 

— w dodatku nic nie pamiętam; 

— jakiś podejrzany typ otworzył bez kluczy drzwi mojego mieszkania; 

— w dodatku za moim przyzwoleniem; 

— zniszczyłam kompletnie sukienkę; 

— w dodatku nie moją; 

— głowa za chwilę mi eksploduje; 

— w dodatku to moja głowa. 

 

10.40. Rzucam się na łóżko i ryczę jak małe dziecko. 

background image

24 września, poniedziałek 

 

9.00. Pracę zaczęłam punktualnie i w dobrej formie. Nic dziwnego, spałam piętnaście godzin. 

Żadnego „moralniaka”! Nic z tych rzeczy! Tylko nad moim łóżkiem zamiast hasła „Zasługuję na 

wszystko, co najlepsze” pojawiło się nowe — „Nikt nie jest doskonały!” Czasami trzeba przegrać 

wiele  potyczek,  aby  wygrać  wielką  bitwę!  Tak  mawiał  Napoleon.  Zastanawiam  się,  czy  jest 

najlepszym autorytetem, bo w końcu przegrał wszystko. 

 

9.15. Pora do pracy! — mruczę do siebie, ale w trybie rozkazującym. OK! 

OK! Najpierw przegląd inwentarza w celu zbadania, czy czegoś się nie domyślają: 

1.  Pani  Zuzia  —  sekretarka  szefa,  sporo  starsza  od  reszty  towarzystwa.  Stara  się  nam 

matkować,  ale  dyskretnie,  nie  nachalnie.  Nie  cierpi  komputerów,  potrafi  puścić  wiązankę  i 

wrzeszczeć,  jeśli  ją  zawiodą.  Uśmiecha  się,  kiedy  przechodzę  obok  jej  biurka.  Czasami,  w 

tajemnicy, ratuje sytuację i odpowiada na listy czytelniczek. 

2. Wojtek — szef działu reportażu, miły facet, ale żonaty. Poza wielkim sercem ma równie 

wielkie  królicze  zęby  i  obsesję  na  punkcie  damskich  pośladków.  Poklepuje  każdą,  jeśli  tylko 

nadarzy  się okazja,  i zaraz  wrzeszczy:  „Tylko nie  krzycz,  że cię  molestuję!”  Próbował  właśnie 

mnie klepnąć, ale bez specjalnych intencji — tak jak zwykle. 

3.  Paweł  —  zastępca  naczelnego,  pracoholik  i  okrutny  zgred.  Wiecznie  niezadowolony, 

ciągle wytyka innym ich wady. Spisany na straty stary kawaler! Chociaż ostatnio dosyć poważnie 

atakuje go Dorota z działu marketingu. Ucieka przed nią jak przed inwazją Marsjan! Zdarzają mu 

się czasami napady fantastycznego poczucia humoru i wtedy można go jeść łyżkami. Generalnie 

jest w porzo... 

4.  Monika  —  szef  działu  kultury,  młodsza  ode  mnie  o  dwa  lata.  Spokojna,  opanowana, 

przewidująca sytuację, wyciągała mnie kilkakrotnie z niemałych opresji. Teraz nic nie wskazuje 

na to, żeby była czymś zaniepokojona. 

5. Brygida — szef działu zdrowie, moda i uroda. Aha! To ja. Ja się nie liczę. 

Wszyscy  pracują  w  skupieniu.  Nikt  nie  ma  ochoty  na  dyskusje,  nikt  o  nic  nie  pyta.  A  to 

background image

znaczy, że nikt nic nie wie o mojej kompromitacji. Nie jest źle! 

 

9.20.  Sprawdzam swoją pocztę elektroniczną.  Trzy  nowe wiadomości. Pierwsza od Magdy, 

która pyta, dlaczego nie dotarłam do mamy na niedzielny obiad? Pyta, jakby zapomniała, co było 

parę lat temu, kiedy ona miała Bal Absolwentów w swojej budzie. 

Otwieram następnego e-maila. Nie mam pojęcia od kogo... 

„To była cudowna noc! Co powiesz na replay? Odpisz. Konrad”. 

 

9.25. Cała drętwieję, nie mogę oderwać oczu od monitora. Robi mi się słabo, na przemian to 

gorąco, to zimno. Jakim cudem? Skąd ma mój adres? Boże! Czego ja jeszcze nie pamiętam?! 

 

9.30. Nawet nie wiem, jak znalazłam się w toalecie. Stoję pochylona nad umywalką, z głową 

wciśniętą w ramiona. Chce mi się wymiotować. Po mojej durnej głowie plączą się jakieś głupawe 

hasła, które mają przywrócić stan równowagi. Gucio! Niczego nie przywracają! 

 

9.50. Drzwi toalety uchylają się i widzę przerażone oczy Moniki. 

— Wszystko w porządku? — pyta dziwnie niepewnym głosem. — Brygida... Wojtek szukał 

czegoś na twoim biurku... Wszyscy już wiedzą! 

—  Cholera!  Kurde!  Kurde!  —  Walę  pięściami  w  umywalkę.  —  Zostawiłam  otwartą 

skrzynkę! 

 

9.55.  Wpadam  do  swojego  boksu.  Jestem  wściekła!  Wrzeszczę  o  pogwałceniu  prawa  do 

prywatności i tajności korespondencji. O łamaniu konstytucji. Wojtek patrzy na mnie jak na żabę. 

Nic nie rozumie! Bąka jakieś „przepraszam”, ale uważa, że nic się nie stało! Nic się nie stało!? 

Nie mogę uwierzyć! Opadam zrezygnowana na krzesło. Chce mi się wyć. 

 

9.57. Nade mną staje Paweł i mówi spokojnym, trzeźwym głosem, jakby to było oczywiste: 

— Nie należy korzystać z firmowego komputera do celów prywatnych. 

— Pocałuj mnie w dupę, ty zakichany pracusiu! Nikt cię nie pytał o zdanie! — wybucham i 

natychmiast  tego  żałuję.  Jak  mogłam  się  tak  idiotycznie  zachować?!  Przecież  on  ma  rację!  — 

Przepraszam, Paweł! Nie chciałam... Paweł, proszę cię! Okropnie mi przykro... — Rzeczywiście 

czuję się strasznie! Łzy płyną mi po policzkach. Teraz jestem wściekła na siebie. Nienawidzę tak 

się zachowywać. Nienawidzę sytuacji, w których nie potrafię zapanować nad swoimi emocjami. 

Nienawidzę własnej agresji, która krzywdzi innych. Niestety, najczęściej jest tak, że zanim zdążę 

się opanować, już narozrabiam. 

 

background image

12.30.  Siedzę  z  nosem  w  komputerze.  Pracuję  bardzo  szybko,  co  rzadko  mi  się  zdarza.  W 

redakcji atmosfera gęsta, że siekierę można powiesić. 

— Brygida!  Do  cholery!  Czuję się  jak szmata.  — Wojtek nie  wytrzymuje.  — To  wszystko 

przeze  mnie.  W  ramach  pokuty  zapraszam  cię  do  Pizza  Hut  i  przysięgam,  że  nie  popuszczę, 

dopóki mi nie przebaczysz! 

Rzucam szybkie spojrzenie na Monikę i widzę, że się uśmiecha. 

— Zastanowię się — mówię ugodowo — ale pod warunkiem, że zabierzemy Monikę i Pawła 

jako środki łagodzące. 

Paweł oponował, zapierał się o biurko, ale uwiesiłam mu się na szyi i zmiękł. 

 

13.00.  Upływ  czasu  i  najlepsza  w  mieście  pizza  koją  zszargane  nerwy.  Atmosfera  ulega 

zdecydowanej poprawie, i to tak dalece, że Wojtek zaczyna opowiadać swoje ulubione dowcipy o 

blondynkach. Nawet ja w końcu zrozumiałam ten o reklamówce. Znowu jesteśmy zgraną paczką. 

Nagle Paweł zaczyna coś opowiadać... O blondynce, która leciała samolotem i zajęła miejsce 

w business class. Podchodzi do niej stewardesa i mówi: 

—  Proszę  zabrać  swój  bagaż  podręczny  i  przesiąść  się.  Pani  wykupiła  bilet  w  klasie 

turystycznej. 

— No to co? — pyta blondynka. 

— Wykupiła pani bilet w klasie turystycznej, a to jest business class. 

— No to co? — pyta blondynka. 

— No to musi się pani przesiąść do klasy turystycznej. 

— Dlaczego, skoro jest mi tu dobrze? — pyta blondynka. 

— Ponieważ to jest business class, a pani... — zaczyna tłumaczyć kolejny raz stewardesa, po 

czym macha ręką i znika w kabinie pilotów. 

Za  chwilę  pojawia  się  kapitan,  pochyla  się  nad  blondynką  i  szepcze  jej  coś  do  ucha. 

Blondynka  zrywa  się  jak  poparzona,  chwyta  swój  bagaż  i  szybko  przenosi  się  do  klasy 

turystycznej. 

Stewardesa patrzy oniemiała. 

— Przez dziesięć minut bez skutku namawiałam tę idiotkę — wydusza w końcu. — Co pan 

jej powiedział, kapitanie? 

— Nic nadzwyczajnego. Powiedziałem, że trzy rzędy przed nią, dwa za nią i ten, w którym 

ona siedzi, nie lądują we Frankfurcie. 

Patrzymy na  siebie kompletnie  zaskoczeni.  Paweł nigdy  w życiu nie  opowiadał dowcipów! 

To pierwszy dowcip, jaki usłyszeliśmy w jego wykonaniu. Jesteśmy w szoku! Nikt się nie śmieje. 

— Co z wami? — pyta Paweł. — Przecież to dobry dowcip! 

Eksplodujemy śmiechem. A raczej dopada nas tak zwana głupawka. Wojtek dostaje czkawki, 

background image

Monika  płacze,  a  ja  krztuszę  się  kawałkiem  „sycylijskiej”.  Prawie  umieram  z  braku powietrza. 

Pomaga  dopiero  silne  uderzenie  Wojtka.  Kawałek,  którym  się  zakrztusiłam,  wpada  prosto  do 

kawy  Pawła.  Znowu  zaczynamy  się  śmiać  jak  opętani.  W  tym  momencie  przy  naszym  stoliku 

pojawia się Dorota. Jest wzburzona. 

—  A  więc  tu  się  ukrywacie!  —  mówi  piskliwym,  podniesionym  głosem  i  celuje  w  Pawła 

palcem  zakończonym  ciemnoczerwonym  pazurem.  Nic  nie  jest  w  stanie  nas  powstrzymać. 

Znowu wybuchamy śmiechem. Z głupawką już tak jest. Dorota wybiega z pizzerii. 

—  Coś  ty  jej  zrobił,  chłopie?!  —  Wojtek  leży  na  stoliku  i  wyje.  —  Zwariowała  na  twoim 

punkcie. Zastanów się, to niezły kąsek! Lepszy niż ten, który wpadł ci do kawy. 

Paweł przestaje się śmiać. Jest wyraźnie zakłopotany. 

background image

25 września, wtorek 

 

11.15. Patrzę tępym wzrokiem w monitor komputera i nie bardzo wiem, co czytam. Dzisiaj 

rano obudziłam się opętana myślą: ja chcę mieć dziecko! Będzie mnie kochać bezinteresownie — 

nie  tak  jak  faceci  —  i  będzie  śliczne.  A  ja  będę  wychodzić  na  spacery  z  nowoczesnym, 

granatowym  wózkiem  i  słuchać  westchnień:  „Ach,  jaki  piękny  ten  pani  synek!”  albo:  „Jaka 

śliczna  córeczka  i  jaka  podobna  do  pani!”  Będę  kupować  rozkoszne  ubranka  —  oczywiście  w 

zgodzie  z  najnowszą  modą  —  i  przestanę  pielgrzymować  po  sklepach  z  ciuchami  dla  mnie  i 

dołować się, że w nic się nie mieszczę. To świetny pomysł! Że też wcześniej na to nie wpadłam. 

Muszę nad tym popracować! 

 

11.40. Już wiem: Jeremy! Czytaj: Dżeremi! Hm... po polsku Jarema. Tak, syn będzie miał na 

imię  Jeremy!  A  córeczka  —  Marysia.  Czy  wolałabym  mieć  córeczkę  czy  synka?  To  bardzo 

poważny problem. Zastanowię się. 

 

13.20.  W  przerwie  na  lunch  weszłam  do  sklepu  i  oglądałam  soczki,  dania  w  słoiczkach, 

śliniaczki,  talerzyki  w  słoniki  i  misie.  Jak  ten  świat  się  zmienił!  Kiedyś  posiadanie  dziecka 

wiązało  się  z  godzinami  zmarnowanymi  w  kuchni:  gotowaniem,  wyciskaniem,  ucieraniem, 

przecieraniem,  zmywaniem  itd.  Teraz  dzięki  postępowi  technicznemu  tyle  problemów  zostało 

rozwiązanych. Tylko skąd ja wezmę ojca?! 

 

15.30.  Dziecko  musi  mieć  ojca!  Co  za  nieszczęście,  że  ludzie  nie  rozmnażają  się  przez 

podział... 

 

15.35. Ale przecież istnieje zapłodnienie pozaustrojowe! Wybiera się tatusia o odpowiednim 

poziomie inteligencji, budowie, kolorze oczu... Moje dziecko musi mieć oczka niebieskie. I musi 

być geniuszem matematycznym, żeby mogło zostać słynnym informatykiem... Albo i geniuszem 

matematycznym, i artystą! Nie lubię rozwiązań połowicznych. 

background image

 

16.05.  No  tak,  ale  to  wszystko  kosztuje!  Te  ciuszki,  pieluszki,  zabawki.  Kiedy  dziecko 

podrośnie, trzeba będzie kupić mu laptopa. Magda powiedziała, że w dzisiejszych czasach to już 

dwulatek musi mieć laptopa, żeby się rozwijał, bo inaczej nie sprosta wyzwaniom społeczeństwa 

informatycznego.  To  ciekawe,  bo  jej  Kuba  nie  miał.  Zbliża  się  czas  kultury  informatycznej,  a 

mnie  nie  stać  na  nowy  komputer  dla  siebie!  Do  mojego  to  trzeba  węgla  dosypać  i  korbką 

zakręcić, żeby podliczył najprostszy słupek. 

 

16.12. A tycie? Przecież w ciąży się tyje!  A potem nie da się schudnąć. Już teraz nie mogę 

zrzucić zbędnych czterech kilogramów. Może adopcja? 

 

16.13. Tylko czy dadzą zaadoptować dziecko samotnej, pracującej kobiecie z emocjonalnymi 

odchyłami od normy? Wątpliwe. 

 

16.15.  Ale  ja  muszę  mieć  kogoś,  kto  będzie  mnie  kochał!  Wacek,  jak  każdy  kot,  łazi 

własnymi  drogami, głównie po  parapetach na  trzecim piętrze.  Takie życie bez  miłości zupełnie 

nie ma sensu. 

 

16.16.  Monika  znów dostała  SMS-a.  Jestem pewna,  że od  swojego  chłopaka,  bo chichocze 

jak małolata. Na pewno napisał, co z nią zrobi po powrocie z pracy... 

 

16.17.  Wiem!  Kupię  sobie  psa.  Będzie  mnie  kochał  bardziej  niż  Wacek,  który  jednak  jest 

trochę wredny. Pies może jeść suchą karmę, spać obok mojego łóżka w sypialni. 

 

16.21. A co ze spacerami? Przecież pracuję od rana do wieczora i nie mogę sobie pozwolić 

na urywanie  się  z  pracy,  żeby  wyjść  z  pieskiem...  A  jak  będzie  padał deszcz?...  Pies  to  jednak 

zbyt duży obowiązek. Nie pasuje do mojego nieustabilizowanego trybu życia. 

 

17.03.  Eureka!  Trochę  to  trwało,  ale  znalazłam  idealne  rozwiązanie.  Kupię  sobie  rybkę! 

Będzie  na  mnie  zawsze  czekać  w  swojej  szklanej  kuli,  nie  będę  musiała  jej  wyprowadzać  na 

siusiu,  Wacek  będzie  miał  się  na  co  pogapić,  nigdy  się  nie  obrazi,  a  na  dodatek  przyniesie  mi 

pieniądze. Tak mówią specjaliści od feng-shui. 

 

19.02.  Ledwo  zdążyłam!  Już  zamykali  sklep  akwarystyczny,  ale  przemiły  sprzedawca  był 

gotów poświęcić mi trochę czasu, bylebym tylko nie wyszła z pustymi rękoma. Teraz wracam do 

domu z nowym towarzyszem życia. Ma na imię Filip i jest bojownikiem! 

background image

26 września, środa 

 

6.00 rano. Wacek zżarł bojownika! 

background image

26 września od szóstej rano, środa 

 

12.30.  Wszyscy  poszli  na  lunch,  a  ja  siedzę  przed  komputerem.  Mam  potworne  wyrzuty 

sumienia, że skazałam bojownika na pożarcie. Mowy nie ma o jakimkolwiek jedzeniu. Nic bym 

nie przełknęła. 

 

13.00.  Cały  czas  myślę  o  tym,  że  każde  stworzenie  rodzaju  męskiego  jest  diabła  warte. 

Bezduszni i nieodpowiedzialni faceci! 

 

13.30. Jestem już ostatecznie przekonana, że Wacia nie zżarłaby Filipinki! 

 

14.00.  Jednak  by  zżarła.  Gdyby  na  przykład  podczas  balu  okazało  się,  że  chce  jej  odbić 

najprzystojniejszego wolnego lekarza w tej części Europy. 

 

15.00.  No  i  dlaczego  ten  cholerny  matiz  nie  chce  zapalić?!  Bo  też  jest  rodzaju  męskiego. 

Spóźnię się na spotkanie z lekarzem, który wynalazł nową metodę leczenia cellulitis. Szkoda, że 

to nie doktor Larnecki. I tak w to nie wierzę, ale Paweł mówi, że trzeba o tym pogadać, bo wiele 

naszych słuchaczek ma  „wstydliwy problem cellulitis”.  Nie wiem, dlaczego alkoholizm nie  jest 

wstydliwym problemem, a cellulitis jest! 

 

15.15. O taksówce nie ma co marzyć. Pojadę tramwajem. Będzie szybciej i taniej. 

 

15.25. Jakaś bezczelna małolata ustępuje mi miejsca w tramwaju. No nie! Świat się kończy! 

To  fakt,  że  ta  marchewka  na  głowie,  która  zdążyła  już  lekko  sfioletowieć,  wyjątkowo  mnie 

postarza, ale żeby aż do tego stopnia? A może ja znowu przytyłam i ta głupia małolata myśli, że 

jestem  w  ciąży?  Chyba  rzeczywiście  z  tym  wychowaniem  seksualnym  w  szkołach  nie  jest 

najlepiej,  skoro  małolaty  nie  odróżniają  lekkiego  zaokrąglenia  od  ciąży.  Beznadziejna  ta 

dzisiejsza młodzież. I źle wychowana. 

background image

 

15.30. Co ja myślałam, kiedy miałam 10, 12 lat, o takich staruchach, które skończyły 28? No 

właśnie — staruchy! 

 

15.35. Od jutra biorę się za siebie, i to ostro! 

background image

27 września, czwartek 

 

6.15.  Budzę  się  ze  złego  snu  cała  zlana  zimnym  potem.  Śniło  mi  się,  że  moje  wszystkie 

kapelusze zjadły  mole. Te słomkowe na plażę też. We  wszystkich były  równiutkie, jednakowej 

wielkości dziury. Z jednej zaczęła wyłazić szara, oślizgła ryba, która rosła i rosła. Wiedziałam, że 

muszę przed nią uciekać, ale nie mogłam ruszyć się z miejsca. W ostatniej chwili odpaliłam jak 

pershing  i  to, co  mnie  ścigało,  zostało  daleko  w  tyle.  Czułam  się  bezpieczna  do  momentu,  gdy 

zauważyłam,  że  piasek,  po  którym  biegnę,  składa  się  z  ziarenek  przypominających  główki 

niemowlaków.  One rosły,  a  ja je deptałam. Zaczęłam  krzyczeć, bo nie mogłam się zatrzymać, i 

ciągle deptałam i deptałam! 

 

6.20. Sięgam po telefon i drżącymi rękami wybieram numer mamy. Do licha! Dlaczego tak 

długo  nie  odbiera?!  Może coś jej się  stało  i  trzeba  dzwonić  po  pogotowie  albo  straż  pożarną?! 

Kiedy  już  jestem  bliska  zrobienia  strasznego  zamieszania,  chcąc  zaangażować  wszystkie 

najważniejsze służby ratownicze w całym kraju, słyszę zaspany głos mojej mamy: 

— Słuuuuchaaaam! 

— Mamo, czy ty mnie kochasz?! — krzyczę z desperacją. 

— Kto mówi? 

— Nie mówi, tylko krzyczy! 

— Jeśli to jakiś żart... 

— Mamo, to ja! Brygida! Powiedz, czy ty mnie kochasz? Niczego więcej nie chcę! 

— Brygida?! Jezus, Maria! Gdzie jesteś? Co ci się stało, dziecko? Dobrze się czujesz? 

— Mamo, przestań pytać, tylko odpowiedz na pytanie: czy ty mnie kochasz? Proszę! 

— Oczywiście, że cię kocham, ale co się stało? Jest środek nocy, a ty dzwonisz... 

 

6.30.  Nie czekałam  na ciąg dalszy.  Odłożyłam  słuchawkę. Mama  mnie  kocha.  Mama  mnie 

kocha!  Jakoś  wcale  nie  jest  mi  z  tym  lepiej.  Co  to  znaczy,  że  mama  mnie  kocha?  Jak  mnie 

kocha? 

background image

 

6.35.  Nakładam  walkmana,  puszczam  swoją  ukochaną  Shinead  O’Connor  i  biorę  gorącą 

kąpiel. Śpiewam i płaczę z moją najcudowniejszą idolką. Kocham jej głos, jej muzykę. Wszystko 

inne naprawdę nie ma znaczenia, zwłaszcza o szóstej rano! Nawet to, że kot Wacek pożarł rybkę 

bojownika o imieniu Filip! 

 

6.50. Z letargu — w wannie pełnej piany — budzi mnie dotyk czyjejś dłoni. Otwieram oczy 

i... aaaaaaa! — krzyczę albo krzyczę i otwieram oczy — nie pamiętam, w jakiej kolejności. Nade 

mną pochyla się wielka, strasznie potargana głowa mamy! 

Obie krzyczymy, obie jesteśmy przerażone i żadna z nas nie rozumie, co się dzieje. 

 

6.55.  Okazuje  się,  że  mamę  tak  przeraził  mój  telefon  o  świcie,  że  zadzwoniła  do  Magdy  i 

zmusiła  ją  do  wygrzebania  się  z  cieplutkiego  łóżka.  Z  objęć  jej  ukochanego,  między  nami 

mówiąc, beznadziejnego męża. Ale musiała mieć cykora! Całe szczęście, że dałam jej klucze do 

mojego mieszkania, bo postawiłaby cały dom na nogi! 

 

7.00.  Mama  poszła  do  kuchni zaparzyć  kawę.  Ja  wyłażę z  wanny.  Magda  bezczelnie  mnie 

taksuje i szepcze: 

— Modliłam się tylko, żebyś była sama. 

— Właściwie miałyście ogromne szczęście  — prawie krzyczę, bo mam ochotę ją zabić. — 

Bardzo  rzadko  sypiam  sama!  Mam  kalendarzyk  wypełniony  po  brzegi!  Do  końca  przyszłego 

roku! Każda noc z innym facetem! 

— Brygidko, to jest przypadek kliniczny i chyba musisz skorzystać z pomocy psychiatry! — 

mówi obrażona moim wybuchem Magda. Na szczęście wkracza mama z kawą i to ucina dalszą 

rozmowę, jeśli tak można nazwać tę wymianę zdań. 

 

7.30. Magda wychodzi. Odkąd Kuba poszedł do szkoły, ma jeszcze mniej wolnego czasu niż 

przedtem.  Nie  chodzimy  już  na  wspólne  obiady  czy  kolacyjki.  Szkoda.  Muszę  nad  tym 

popracować,  zamiast wydzierać się na nią  w przypływie  ataku histerii. Bo kończy  się  tak, że  w 

ogóle się nie rozumiemy. 

Może rzeczywiście tak bardzo absorbuje ją praca w Desie? A może...? 

 

7.40. Mama drąży: 

— Możesz mi chyba powiedzieć, co się stało? Teraz, kiedy nie ma już Magdy? 

Przecież  nie  mogę  jej  powiedzieć,  bo  natychmiast  da  ogłoszenie  do  gazety,  że  jej  mądra  i 

piękna  córka  jest  nieszczęśliwa  i  poszukuje  jakiegokolwiek  mężczyzny,  którego  mogłaby 

background image

zatrzymać na dłużej. 

 

7.50. Ubieram się. 

— Wiesz,  w  twoim  wieku  miałam  już Magdę i byłam  w ciąży z tobą — oznajmia mama z 

niewinną miną. 

— Fantastycznie! 

— Ja nie żartuję. Powinnaś mieć dziecko. Oczywiście najpierw jakiegoś męża. 

— Dzieci to nie tylko miłość, mamo. Dzieci to przede wszystkim kłopoty, prawda? 

— No, jest trochę kłopotów, ale... 

— A co by było, gdybym miała dziewczynkę, na przykład Marysię? Zamartwiałabym się, że 

nie będzie mogła znaleźć męża, prawda? 

— W końcu zawsze jakiś się znajdzie — odpowiada bez szczególnej nadziei mama. 

— A gdybym miała chłopca, na przykład Jeremy’ego? Nie mam pojęcia, jak się wychowuje 

chłopców! 

—  A  cóż  to  za  okropne  imię:  Jeremy!  Nie  możesz  mi  tego  zrobić!  Nigdy  się  na  to  nie 

zgodzę! 

— No właśnie! Generalnie jest ciężko, prawda? 

— To są w ogóle okropne czasy, moje dziecko — mówi mama, dopijając kawę. — Kobiety 

ciężko  pracują.  Zbyt  ciężko!  Wszystko  dlatego,  że  myślą  jedynie  o  zrobieniu  kariery.  Są  mało 

kobiece  i  wiele  na  tym  tracą.  A  w  ogóle  —  przyznasz  mi  rację,  mam  nadzieję  —  mają 

poprzewracane  w  głowach  i  same  nie  wiedzą,  czego  chcą.  Dlatego  mężczyźni  się  ich  boją  i 

uciekają, gdzie pieprz rośnie! 

— Ja z całą pewnością wiem, czego chcę. 

— To interesujące. — Podniosła wysoko brwi. 

—  Chcę  nie  spóźnić się do pracy,  a  to  znaczy,  że  za pięć  minut  trzeba  wyjść,  bo przecież 

najpierw muszę odwieźć cię do domu. 

—  Nie  musisz  —  mówi,  cedząc  słowa.  —  Człowiek  zrywa  się  w  środku  nocy,  pędzi  na 

ratunek po to, żeby usłyszeć, jak wielkim problemem jest odwiezienie do domu starej matki! 

 

8.20. Korek! 

 

8.30. Cholerny korek! 

 

8.40. Cholernie piekielny korek czasami udaje się pokonać, jadąc slalomem. 

 

8.50.  Jesteśmy  pod  domem  mamy.  Teraz  dopiero  zwróciło  moją  uwagę  to,  że  przez  całą 

background image

drogę  mama  nie  odezwała  się  ani  słowem.  Jest  dziwnie  blada.  Bardzo  powoli  otwiera  drzwi, 

wysiada i pochyla się nad szybą. Wygląda na kompletnie zdruzgotaną. 

—  Nigdy  więcej  nie  wsiądę  do  tego  samochodu,  jeśli  będziesz  jeździła  w  ten  sposób!  — 

cedzi słowa cicho i powoli. — Cudem uniknęłyśmy śmierci chyba z siedem razy. 

A  potem  odwraca  się,  przygarbiona  i  nagle  stara.  Zrobiło  mi  się  strasznie  głupio. 

Wyskoczyłam z samochodu, objęłam ją i mocno się przytuliłam. 

— Dziękuję, że przyjechałaś, mamo! To znaczy, że mnie kochasz! 

Mama  objęła  mnie  i  pogładziła  po  policzku.  Zrobiło  mi  się  ciepło  i  bezpiecznie.  Jestem 

szczęśliwa! Niech szlag trafi wszystkich facetów! 

— Nigdy nie zgodzę się na imię Jeremy — powiedziała słodkim głosikiem. 

background image

28 września, piątek 

 

16.00.  Dzisiaj  wyjątkowo  wcześnie  wróciłam  z  redakcji.  Przygotowałam  sobie  pachnącą 

ziołami kąpiel i leżę w wannie. 

 

16.10. Leżę w wannie i nie mam żadnego planu na weekend. Nie wiem, gdzie iść na randkę, 

w czym iść na randkę, a przede wszystkim — z kim iść na randkę. 

 

16.12. Chyba zrezygnuję z randki i „wyjątkowo” zostanę w domu. OK! Mogę zostać, tylko 

jak wytłumaczę to mojemu ciału, w którym hormony buzują jak szalone i które kusi mnie wizją 

namiętnych  chwil  z  zabójczo  przystojnym  mężczyzną?  Muszę  wobec  tego  jakoś  wytłumaczyć 

swojemu biednemu ciału, że chwilowo nie ma w pobliżu żadnych zniewalających osobników płci 

przeciwnej,  którzy  mieliby  na  mnie  ochotę,  a  ja  nie  będę  przecież  zadowalać  się  nielojalnymi 

sąsiadami czy lekarzami, którzy mają narzeczone. A i jedni, i drudzy powinni leżeć u mych stóp! 

 

16.20.  Dość  tego!  Dzisiaj  oddam  się  relaksowi  i  rozrywce.  Może  nawet  coś  przeczytam.  I 

żadnego użalania się nad sobą! 

 

18.20.  Siedzę  w  pokoju  i  beczę.  Naprawdę  włożyłam  wiele  wysiłku  w  to,  żeby  się  nie 

rozkleić.  Ale  dlaczego  zamiast  siedzieć  w  kinie  u  boku  jakiegoś  przystojniaka,  siedzę  przed 

telewizorem  z  pilotem  w  ręku?  Dlaczego  zamiast  przytulać  się  do  owłosionego  torsu  jakiegoś 

supermana,  zagłaskuję  na  śmierć  wyrywającego  się  Wacka?  Już  mu  nawet  wybaczyłam  to,  że 

pożarł  rybkę,  która  miała  zaspokoić  moją  szaloną  potrzebę  bycia  kochaną,  a  dla  niego  była 

jedynie urozmaiceniem menu... 

 

18.25.  Dzwonek  do  drzwi.  Pędzę  do  przedpokoju,  zapominając  o  środkach  ostrożności. 

Patrzę  przez  wizjer  —  na  wycieraczce  stoi  Konrad!  Przecież  nie  zostawiłam  mu  adresu,  nie 

odpisałam na e-mail... 

background image

Udam, że nie ma mnie w domu... 

Puk, puk, puk... 

—  Brygi,  otwórz!  Słyszałem,  jak  biegniesz  do  drzwi  —  wydziera  się,  myśląc,  że  mówi 

teatralnym szeptem. 

Brygi?! Co za kretyński skrót! 

— Kto tam? — gram na zwłokę. 

— Święty Mikołaj. Otwórz, chcę porozmawiać. 

Panie  Boże,  musiałeś  mnie  źle  zrozumieć.  Nie  miałam  na  myśli  Konrada,  prosząc  Cię  o 

towarzystwo na wieczór. 

— Jak tu trafiłeś? — pytam, otwierając zamaszyście drzwi. 

—  Istnieją  książki  telefoniczne! Musiałem przyjść,  chociaż rozszyfrowałem,  niestety,  twoje 

intencje wobec mojej osoby... 

— Skoro więc rozszyfrowałeś?! 

— ...bo zostawiłaś u mnie coś, a poza tym zapomniałaś odesłać mi koszulę. — Uśmiechnął 

się dwuznacznie i wyciągnął z kieszeni kurtki biustonosz. Mój biustonosz! 

—  Dzięki!  —  wrzasnęłam,  wyrywając  mu  stanik.  Czułam,  jak  moje  policzki  zaczynają 

płonąć. 

— Płakałaś? — zapytał Konrad. Wydawało mi się, że bardziej szyderczo niż współczująco. 

— Nie. Mam kłopoty ze szkłami kontaktowymi. 

— Nigdy nie nosiłaś okularów. Od kiedy masz wadę wzroku? 

„Od  momentu,  kiedy  zatańczyłam  z  tobą  na  Balu  Absolwentów!”  —  miałam  ochotę 

wrzasnąć,  ale  zamiast  tego  powiedziałam  łagodnym  głosem,  który  mnie  samą  wpędził  w 

zdumienie: 

— Od niedawna. 

 

18.30. To, co robię teraz, nie mieści się w głowie! Nawet mojej! Rzucam się Konradowi na 

szyję i zaczynam go namiętnie całować. 

Konrad sztywnieje i odsuwa mnie gwałtownie. 

— Co ci się stało, Brygida? Tamtej nocy po balu nie pozwoliłaś się nawet dotknąć! 

Oniemiałam. 

— Naprawdę? Powtórz to! 

— Powtarzam: nie pozwoliłaś się dotknąć! Darłaś się tak, że o mało nie ściągnęłaś mi policji 

na kark. 

— Konrad, czy możesz coś dla mnie zrobić? 

— Wszystko, co chcesz... 

— Strasznie  cię przepraszam, stary.  Weź swoją  koszulę,  jest wyprana,  i zostaw mnie  samą. 

background image

OK? Muszę znowu w sobie zamieszkać. 

— Nic nie rozumiem — mówi Konrad, patrząc na mnie dziwnie. — Jak chcesz. — A potem 

bardzo  szybko  zamyka  za  sobą  drzwi,  zabierając  raz  na  zawsze  dręczący  mnie  obraz  własnej 

kompromitacji. 

background image

29 września, sobota 

 

7.30.  Telefon.  Zrzucam  z  nocnego  stolika  szklankę  z  wodą  mineralną,  niegazowaną,  którą 

trzeba mieć pod ręką, kiedy poczuje się pragnienie; książkę Tekturowy samolot Stasiuka; budzik 

nastawiony  na  9.30  (bo  to  przecież  sobota),  który  zaczął  dzwonić  jak  oszalały,  mimo  że  to 

dopiero  7.30,  czyli  pora  mojego  codziennego  wstawania  do  pracy  —  kurde!  może  jednak  nie 

przestawiłam  budzika?!  No  nie,  niemożliwe!  —  notes  i  długopis,  gdyby  mi  coś  przyszło  do 

głowy;  pustą  miseczkę  po  kremie  karmelowym,  który  znakomicie  poprawia  samopoczucie  tuż 

przed  zaśnięciem;  i  pluszowego  kangurka  cangoo,  z  którym  sypiam  od  czasu,  kiedy 

postanowiłam  uczyć  się  języka  niemieckiego  z  książeczek  dla  dzieci,  żeby  zrozumieć,  z  czego 

śmieją  się  Niemcy  w  niemieckich  programach.  Wszystko  to  runęło  z  hukiem  na  podłogę,  a  ja 

złapałam komórkę dosłownie w locie, chroniąc ją przed upadkiem. 

— Halo? 

— Myśmy, proszę pani, byli umówieni dzisiaj na odbiór węża... 

— To chyba pomyłka — mówię zbyt mało zdecydowanym głosem. 

— Jaka pomyłka?! Jaka pomyłka?! Kolega już jedzie z klatką i wężem. 

— Proszę pana, ja nie wiem, o co chodzi. W każdym razie... 

— Co mi tu pani kit wciska, że nie wie, o co chodzi?! O węża chodzi! Kolega zaraz u pani 

będzie. 

—  Proszę  pana!  —  krzyczę  wściekła.  —  Ja  nie  zamawiałam  żadnego  węża!  Żmii  też  nie! 

Niech  pan  się  nie  waży  przywozić  tego  paskudztwa  do  mojego  domu!  A  w  ogóle  to  pod  jaki 

numer telefonu pan dzwoni?! 

—  Co  mnie  szanowna  pani  będziesz  sprawdzać!  Chyba  wiem,  gdzie  dzwonię.  Towar 

zamówiony, będzie dostarczony. To jest uczciwa firma, nie? Ostatecznie numer mogę podać:  O 

[też mi odkrycie, w ręku trzymam komórkę] 608 23 40 79 — skanduje cyfry. 

—  Przykro  mi,  proszę  pana,  ale  to  nie  jest  numer  mojego  telefonu  —  mówię  ze  zjadliwą 

satysfakcją — a to znaczy, że nie zamawiałam żadnego węża, a żmii tym bardziej! 

Rozłączam się i natychmiast wybieram numer 0 608 23 40 79. 

background image

Niestety, zajęty. Próbuję jeszcze raz — zajęty. Jeszcze raz — zajęty. Zbieram z podłogi notes 

i długopis,  ostrożnie  lawirując  wśród  rozbitego  szkła,  zapisuję  numer,  żeby  zadzwonić później, 

kiedy  nie  cierpiące  zwłoki  sprawy  związane  z  nabyciem  węża  zostaną  pozytywnie  załatwione 

przez właściciela podanego numeru telefonu komórkowego. 

 

7.50. Od dłuższego czasu patrzę na kartkę z zapisanym numerem telefonu komórkowego: 0 

608  23  40  79  i odnoszę  wrażenie,  że nie  jest  mi  on  całkiem obcy.  Cholera!  Czyj  to  może  być 

numer? 

Zapisuję go ponownie, tym razem jednak w systemie trójkowym: 0 608 234 079. 

To  jest  mój  numer!  Kto  by  się  tego  spodziewał?!  Proszę  bardzo,  jestem  gotowa  ponieść 

wszelkie  konsekwencje  niezapamiętywania  numerów  w  systemie  dwójkowym.  Na  swoje 

usprawiedliwienie — mogę podać go wyrwana ze snu w środku nocy, pod warunkiem jednak, że 

w  systemie  trójkowym.  Dwójkowy  przerasta  moje  możliwości.  Węży  jednak  z  całą  pewnością 

nie zamawiałam! Nie zamawiałam i nie chcę ich widzieć w moim domu! 

 

8.00. Przykrywam głowę kołdrą z nadzieją, że jeśli nawet przez pomyłkę przyjadą, żeby mi 

wcisnąć  węża,  to  i  tak  nie  usłyszę,  a  po  drugie  skoro  jest  sobota,  to  mam  prawo  pospać  do 

południa. 

 

11.50.  Telefon.  Wszystko,  co  było  do  zrzucenia  na  moim  nocnym  stoliku,  leży  już  na 

podłodze. Mówię więc całkiem spokojnie: 

— Słucham. 

— Brygida? Nie obudziłem cię? 

— A skąd! Nie śpię już od siódmej trzydzieści, kiedy zaproponowali mi węża... 

— Brygida? Jesteś pewna, że wszystko w porządku? 

— Jasne! Tyle, że numer telefonu się nie zgadzał. To znaczy w systemie trójkowym był OK! 

A kto mówi? 

—  Brygida,  nie  wiem,  czy  już  się  obudziłaś...  Jeśli  nie,  mogę  zadzwonić  później,  ale 

chciałbym przed poniedziałkowym kolegium obgadać z tobą pewne szczegóły twojego wywiadu 

z tym lekarzem, który odkrył nową metodę leczenia cellulitis, bo uważam, że zbyt optymistyczne 

prognozy mogą wprowadzić w błąd nasze czytelniczki i łudzić je nieuzasadnioną nadzieją... 

— Paweł? To ty? 

— Ja. 

— To nie mogłeś od razu powiedzieć, że nie jesteś facetem od węży, żmij i innych płazów?! 

— Mogłem, ale przecież o to nie pytałaś! 

— Jasne. 

background image

— Słuchaj, żeby nie było obsuwy na poniedziałkowym kolegium, musimy spotkać się dzisiaj 

i porozmawiać. Jeśli nie znajdziesz przekonywających argumentów, twój wywiad spadnie. Takie 

są zasady gry, wiesz o tym. Mogę wpaść do ciebie, tylko powiedz, o której będziesz wolna. 

To bardzo  śmieszne: „o  której będziesz  wolna”. W  ogóle nie interesowały  mnie  zasady  gry 

ani wywiad, ani to, że spadnie. Niech spada! Miałam swoje zdanie i było ono negatywne — nie 

ma  skutecznego  środka  na  definitywne  wyleczenie  cellulitis.  Jedyny  sposób  —  trzeba  go 

zaakceptować!!! 

W tej chwili nie miało to najmniejszego znaczenia. Bo teraz chciałam krzyczeć: „Cały czas 

jestem  wolna!  Każdego  dnia  jestem  wolna!  W  nocy  też!  W  każdej  sekundzie  jestem  wolna! 

Tylko nikt się tym kompletnie nie interesuje!” 

Ale przecież nie mogłam tego wykrzyczeć Pawłowi, koledze z pracy. 

—  OK!  Wpadnij  do  mnie  na  herbatkę  po  południu,  około  siedemnastej.  Pogadamy  — 

powiedziałam, siląc się na obojętność. 

Odłożyłam  komórkę  z  przeświadczeniem,  że  stało  się  coś  bardzo  ważnego,  czego  ja 

kompletnie  nie  rozumiem.  Paweł  zadzwonił,  żeby  ochronić  mnie  przed  ewentualną  wpadką! 

Wcześniej nikt nigdy tak się w stosunku do mnie nie zachowywał. Ale afera! 

 

12.30. Od pół godziny siedzę w łazience. Kręcę włosy, robię makijaż, przymierzam kolejne 

kreacje i nagle poraża mnie myśl: muszę przecież czymś podjąć tego mężczyznę, który w końcu 

jest moim kolegą z pracy! 

 

12.40. Przygotuję coś, co rzuci go na kolana. To nic, że tylko koleżeńsko-redakcyjne. Zawsze 

jednak — kolana! 

 

13.00.  Przerzucam  wszystkie  książki  kucharskie  i  wszystkie  przepisy  kulinarne.  No, 

powiedzmy sobie prawdę — tylko te łatwe i mniej pracochłonne. 

 

13.10.  Yesss!  Śliwkowy  placek  babuni!  Takiego  nie  jadł  nigdy  w  życiu!  Bo  tylko  moja 

babcia  umiała  upiec  tak  wspaniały  placek  ze  śliwkami.  Dobrze,  że  zapisałam  sobie  kiedyś 

wszystko, co trzeba zrobić krok po kroku. 

 

15.30.  Ratunku!  Ratunku!  Wrzeszczę,  ile  sił  w  płucach,  zbiegając  po  schodach,  ale  nie 

zapominam  jednocześnie  o  naciskaniu  wszystkich  napotkanych  po  drodze  dzwonków  do 

mieszkań.  Prawą  ręką  podtrzymuję  mikser,  bo  jak  puszczam,  to  on  ciągnie  mi  głowę  w  dół  i 

wyrywa włosy. W takiej chwili człowiek nie myśli o tak zwanych konwenansach. 

Sąsiedzi  wyskakiwali  jak  sardynki  z  puszki,  ze  zdumieniem  konstatując,  że  ta  zimna, 

background image

zdystansowana  młoda  dama  na  szpilkach  oszalała,  czego  koronnym  dowodem  jest 

niekonwencjonalny „stroik” na głowie! Korytarze na kilku piętrach szumiały pytaniami: „Co się 

stało? Czy to jakiś napad? Czy ktoś już dzwonił na pogotowie? Trzeba wezwać policję!” 

Nie zdawałam  sobie sprawy,  że mam tylu  sąsiadów.  Wytoczył się nawet na  wpół nagi cięć 

Janek z parteru, o którym wszyscy wiedzą, że bije żonę, a w dodatku nikomu się nie kłania. 

Po  cholerę  do  niego  dzwoniłam?  Ale  czy  w  takim  stanie  można  wiedzieć,  do  kogo  się 

dzwoni?! 

„Ja  chyba  zwariowałam”  —  przemknęło  przez  moją  obolałą  głowę.  Do  jakich 

nieprzewidywalnych zachowań zdolny jest człowiek w sytuacjach ekstremalnych? 

W pewnym momencie uświadomiłam sobie, że przyciskam dzwonek sąsiadów uznawanych 

w bloku za głuchoniemych. Chciałam już popędzić dalej, kiedy drzwi nagle się otworzyły. 

— Czy coś się pani stało? — zapytał rozkosznie słodkim głosem siwy starszy pan. 

—  Nie  mogę  wyjąć  trzepaczek  od  miksera!  —  Łzy  płynęły  mi  z  oczu  ciurkiem.  —  Czy 

mógłby pan nacisnąć ten zielony przycisk za moim uchem, o tu, z boku? Tylko ostrożnie, bo to 

strasznie boli!... Wyrywa mi włosy!... 

— Spokojnie, dziecko. — Och, jakiż on ma piękny głos! — Po prostu coś się zablokowało. 

— Życie mi się zablokowało, proszę pana! 

—  A?  —  Poprawił  w  uchu  aparacik  słuchowy,  ale  jednocześnie  puścił  mikser  uczepiony 

moich włosów i moja głowa poleciała gwałtownie w dół. 

— Daj pan. Może ja spróbuję? — wyrwał się nagle uczynny cięć Janek. 

— Nie trzeba! — rzekł z tryumfalnym błyskiem w oku starszy pan, wyszarpując z rąk Janka 

rzeczony mikser. — Niebezpieczeństwo zagrażające młodej damie zostało zażegnane. 

Gapie  wstrzymali  oddech.  Jednym  sprawnym  szarpnięciem  starszy  pan  sprawił,  że 

wprawdzie  zostałam  oswobodzona  od  miksera,  ale  ciągle  sterczały  mi  z  głowy,  chyba  niezbyt 

typowe, lokówki! 

Gapie,  nie  zauważywszy  śladów  krwi,  co  znaczyło,  że  lwy  nie  przystąpiły  do  akcji,  uznali 

widowisko  za  skończone  i  skierowali  się  w  stronę  swoich  bezpiecznych  mieszkań.  Na  ich 

twarzach można było dostrzec uśmiechy ulgi i zadowolenia, że tym razem obyło się bez rzezi. 

— Nic tak nie cieszy, jak cudze nieszczęście, co nie? — szepnął mi do ucha pan Janek, a ja 

natychmiast znalazłam się w oparach nie przetrawionego alkoholu. 

Starszy  pan  zaprosił  mnie  na  herbatę.  Zamknął  drzwi.  Wprawdzie  byłam  uwolniona  od 

miksera,  ale  dwie  trzepaczki  do  ubijania  piany  nadal  sterczały  na  mojej  głowie.  Urocza, 

filigranowa żona starszego pana zapytała, jak to się stało. 

—  To  miało  być  ciasto  dla  gości.  No,  dla  jednego  gościa  —  bełkotałam,  próbując 

jednocześnie  wyplątać  trzepaczki  miksera  ze  swoich  włosów.  —  Ubijałam  białka  na  sztywną 

pianę, kiedy spadł mi na podłogę przepis na placek ze śliwkami. Zapomniałam wcześniej związać 

background image

włosy i wystarczył moment. Schyliłam się i mnie wciągnęło... 

W  tym  momencie  szarpnęłam  z  całej  siły  i  wiedziałam  już,  że  oznacza  to  pozbawienie  się 

znacznej ilości włosów. Uwolniona wreszcie od tych cholernych trzepaczek, które trzymałam w 

ręku jak wojenne trofeum, rozglądałam się w poszukiwaniu lustra. 

— Lustro jest z tyłu, za panią, moje dziecko — powiedziała urocza starsza pani. 

Obejrzałam  się  i  moim  oczom  ukazał  się  całkiem  łysy  placek  na  skórze,  o  nieregularnym 

kształcie.  Był  na  tyle  widoczny,  że  moi  wybawcy  nie  potrzebowali  nawet  okularów,  aby  go 

zobaczyć. W ich oczach malowało się zdziwienie, podczas gdy moje błyskawicznie napełniły się 

łzami.  Tym  razem  nie  z  bólu,  a  z  rozpaczy.  Byłam  autentycznie  przerażona.  Złapałam  swój 

„włosożerny” sprzęt i wybiegłam spłakana, ledwie wydusiwszy: „Dziękuję”. 

 

17.00.  Dzwonek  do  drzwi.  Paweł.  Zdążyłam  się  jako  tako  doprowadzić  do  porządku. 

Mieszkanie  także.  Ciasta  śliwkowego  nie  będzie.  Będzie  za  to  kompot.  Otwieram.  Paweł 

przygląda mi się uważnie. 

— Jakaś nowa fryzura? 

— Niezupełnie. — Czuję, jak łzy znowu zbierają mi się pod powiekami. 

— Wiesz, ja się specjalnie na modzie nie znam, ale ładnie. 

Z pewnością powiedział tak tylko przez grzeczność albo żeby podtrzymać mnie na duchu, bo 

nie podejrzewam go o zamiłowanie do ekstrawagancji. To, co miałam na głowie, czytaj: fryzura 

maskująca — było bardzo ekstrawaganckie. 

 

17.10. Dzwonek do drzwi. Paweł stał bliżej, więc otworzył. Ja wycofałam się na bezpieczne 

pozycje, czyli do kuchni. 

Po chwili Paweł stał już obok mnie z trzepaczką od miksera w ręce. 

— Słuchaj, Brygida, czy taki starszy siwy pan pożyczał od ciebie mikser? 

— Mmmm... — mruknęłam nieczytelnie. 

— Przyniósł tylko jedną trzepaczkę. Będzie ci go oddawał na raty? 

 

17.15. To, co w tym momencie huknęło, odwróciło na szczęście uwagę Pawła i od miksera, i 

od mojej fryzury. Podszedł do okna. 

— Co się tam dzieje? 

—  Nic  nadzwyczajnego.  Z  budynku  vis-á-vis  już  trzeci  miesiąc,  dzień  po  dniu,  wysypują 

rękawem przez okna gruz. Oczywiście do kontenera, dlatego tak wali. 

— Trzeci miesiąc? Ile można naprodukować gruzu w tak małym budynku? 

— Nie  wiem.  Zaczynam podejrzewać, że oni dowożą ten gruz z drugiej  strony i zrzucają z 

naszej z hukiem, żebyśmy się nie nudzili. 

background image

 

20.00.  Z  Pawłem chyba nie  można  się nudzić.  Poprawiliśmy  ten  mój  wywiad  bez żadnych 

problemów i bez emocji. On naprawdę się na tym zna. A potem gadaliśmy i gadaliśmy, popijając 

wino  na  zmianę  z  kompotem,  który  Pawłowi  bardzo  smakował.  Opowiedziałam  mu  o  wężu  i 

trójkowym systemie numerów telefonicznych. Popłakał się ze śmiechu. Żałuję, że nie miałam nic 

na kolację, ale przecież ja się odchudzam, a z placka wyszły nici. Może zostałby jeszcze dłużej, 

zamiast  pędzić  pod pretekstem  załatwienia  jakiejś  sprawy  z  rodzicami.  Słyszałam  przecież,  jak 

burczało  mu  w  żołądku,  ale  nie  mogłam  mu  proponować  zupy  kapuścianej.  Pomyślałby,  że 

zwariowałam. 

 

20.10. Paweł jest super! Ma śliczne oczy. Szkoda, że nie jest moim chłopakiem. 

 

20.15. Dlaczego Paweł nie jest moim chłopakiem?! Przystojny, wysoki, niegłupi... 

 

20.20. Paweł nie jest moim chłopakiem, ponieważ tata ostrzegał: „Pamiętaj, żadnych flirtów 

w pracy, Brygidko!” Nie jestem pewna, czy miał rację. 

background image

30 września, niedziela 

 

16.00. Stan psychiczny, dno wklęsłe! Przed chwilą dzwoniła mama i urządziła aferę, że nie 

przyjechałam  do  niej  na  obiad.  Chyba  jest  tępa!  Ciągle  nie  może  zrozumieć,  że  nie  jadam 

obiadów! Przynajmniej na razie. 

 

16.15.  Jestem  być  może  niesprawiedliwa  w  stosunku  do  mamy,  ale  dzisiaj  mam  dzień 

użalania się wyłącznie nad swoim nędznym losem i jak widzę kogoś z uśmiechem na twarzy, kto 

jeszcze w dodatku jest szczupły, to wszystkie wnętrzności się we mnie przewracają. Na szczęście 

nikogo nie widzę, bo cały dzień siedzę sama (to już chyba tradycja), oglądam wszystkie seriale, 

jakie dziś nadają, i wcinam kapuścianą zupę. Katuję się tą zupą już trzeci dzień, ale warto, bo za 

następne  trzy  moja  figura  będzie  smukła  i  wiotka,  jak  prezydenta  RP,  który  też  się  podobno 

kapuścianą zupą odchudza — faceci będą padać u mych stóp jak muchy! 

 

16.30.  Kiedy  zamykam  oczy,  to  widzę  kapustę.  A  dziś  w  nocy  śniło  mi  się,  że  handluję 

zieleniną w warzywniaku. 

 

16.45. Najgorsze jest to, że ciągle jestem głodna, mimo że już nie wytrzymałam i zagęściłam 

sobie  kapuściankę  kolankami.  To  mój  ulubiony  makaron.  Wsypałam  tylko  dwie  garstki,  no  bo 

jak dieta, to dieta. Muszę być twarda. Wytrwam. Chyba... 

 

17.00.  Wacek,  jak  to  kot,  patrzy  na  mnie  (i  na  moją  zupę)  z  politowaniem.  Mnie  też  jest 

siebie żal, ale wczoraj wieczorem, po wyjściu Pawła, kiedy studiowałam w lustrze ze wszystkich 

stron  swoją  anatomię,  odkryłam  przyczynę  mojego  braku  powodzenia  u  facetów  —  nadgryzł 

mnie ząb czasu. Za grube uda, obwisłe pośladki, prawdziwy  hipopotam...  W  końcu,  jakkolwiek 

by  patrzeć,  to  już  ćwierć  wieku  z hakiem  na  karku.  Lat  —  28,  wzrost  —  168,  waga  —  62,  w 

porywach do 63. Straszne! 

 

background image

17.20.  Kochany  Wacek!  On  jeden  się  o  mnie  troszczy.  Właśnie  wrócił  z  przechadzki  po 

gzymsie wzdłuż okien i przyniósł mi upolowanego w czyjejś kuchni schabowego. 

 

17.30.  Dzwonię  do  wszystkich  sąsiadów  na  moim  piętrze,  ale  nikt  nie  przyznaje  się  do 

kotleta.  Czuję  się  jak  idiotka,  maszerując  z  tym  schabowym  w  garści  od  drzwi  do  drzwi.  Ale 

jestem z siebie dumna, bo zwyciężyła we mnie uczciwość nad głodem. Przy okazji dowiedziałam 

się,  że  pod  trzydziestym  czwartym  mieszka  ktoś  nowy.  Poszłam  sprawdzić,  chociaż  to  nie  na 

moim piętrze. Jest całkiem seksowny. Szkoda tylko, że zobaczył mnie już dziś, a nie za trzy dni, 

po  kapuścianej  diecie.  Wtedy  na  pewno  przyznałby  się  do  schabowego,  nawet  gdyby  nie  był 

jego. I to bez względu na piętro. Mam jakieś dziwne uczucie, że już go gdzieś widziałam. 

 

18.00. Moje przyjaciółki to obrzydliwe, egoistyczne potwory. Nawet nie zadzwonią. Założę 

się, że obściskują się Bóg wie z kim i Bóg wie gdzie! (No, może Iwona nie, bo jest w ciąży i ma 

męża, a Ewa — właściwie też wiadomo z kim — doktorem Larneckim!)  A ja cierpię, bo dłużej 

nie mogę już znieść świadomości, że ten rumiany, grubiutki kotlecik jest obecny w moim domu! 

Nie mam już siły walczyć ze sobą, postanowiłam więc położyć się do łóżka i przespać głód. 

 

18.15.  Rumiany,  grubiutki  kotlecik  był  pyszny!  Podzieliłam  się  sprawiedliwie  z  Wackiem. 

Zasłużył na to. 

 

18.20.  Miałam  chyba  niedyspozycję  psychiczną  albo  chwilową  pomroczność,  skoro 

pomyślałam o położeniu się do łóżka w niedzielny wieczór. To jakieś nieporozumienie. 

 

18.25.  Ale  co  można  robić  w  niedzielny  wieczór  poza  oglądaniem  telewizji?  Wyrzuciłam 

wszystko  z  torby  w  poszukiwaniu  programu  telewizyjnego  i  znalazłam  darmową  wejściówkę, 

którą  dostałam  na  dzisiejszą premierę w  Multikinie. Szkoda  tylko, że  jedną.  Ale  jak  się  jest po 

podwójnej przecenie, to  już nawet bilety dają  wyłącznie pojedyncze i  na dostawiane krzesełko. 

Gdyby nawet dali dwa, nie miałabym przecież z kim pójść! 

 

18.30. Nie zawracaj głowy, Brygido, tylko się pospiesz. Seans zaczyna się o siódmej. 

 

18.35. Cholera, gdzie mogłam wsadzić różowe kabaretki? 

...Może znajdę jakiś wolny fotel i wygodnie sobie usiądę. I kiedy tak już będę sobie siedziała, 

przyjdzie spóźniony, wysoki, kulturalny, samotny, odrobinę roztargniony brunet... 

Aha! I powie, że to miejsce tydzień temu zarezerwowała mu narzeczona! 

 

background image

18.50. Dociskam gaz do dechy. Żeby tylko było miejsce do parkowania w pobliżu kina. Jest! 

Mam nadzieję, że nikt nie zauważy oczek w rajstopach. Kabaretki gdzieś wcięło. 

 

21.00. Po wyjściu z kina same przyjemności: założyli mi blokadę na koło, nie mogłam złapać 

taksówki,  na  dodatek  zaczęło  padać.  Jakby  nie  dość  tego,  że  pomyliłam  seanse  —  ten,  kto 

wymyślił, że jedno kino ma mieć osiem sal, musi za to odpowiedzieć! — to wylądowałam nie na 

premierowej projekcji, a na jakimś idiotycznym filmie o trzydziestoletniej, samotnej, obżerającej 

się czekoladą i pralinkami dziewczynie, która jest na permanentnej diecie, walczy z przynajmniej 

dwoma  nałogami  naraz,  ma  wieczny  bałagan  w  domu  i  w  głowie,  która  nieustannie  czeka  na 

swojego  księcia,  a  jej  najlepszym  przyjacielem  jest  gej!!!  I  jeszcze  bohaterka  miała  na  imię 

Bridget! 

 

21.05. Chryste! Przecież to o mnie!!! 

background image

1 października, poniedziałek 

 

9.40.  Wreszcie  jestem.  Po  skandalach  związanych  z  wykupieniem  samochodu  od  Straży 

Miejskiej — zabawa od 7.30 +ogołocenie kieszeni z zaskórniaków — jestem w redakcji gotowa 

na  odparcie  każdego  ataku.  Paweł  też  jest,  ale  jakiś  taki  dziwnie  zatroskany.  Nawet  nie  pyta, 

dlaczego  się  spóźniłam  40  minut.  W  końcu  ile  można  pytać,  prawda?  Podchodzi  do  mojego 

biurka (a jednak będzie kazanie) i pyta: 

— Jak mama? 

Nic  nie rozumiem. Skąd ta  nagła troska o  moją mamę? Podbiega Monika i pod pretekstem 

podania mi jakichś papierów odciąga mnie gwałtownie na bok. 

— Właśnie odwiozłaś mamę do szpitala — szepcze bardzo podekscytowana. 

— Ja? Nie mogłam jej odwieźć, bo założyli mi blokadę na koło i od rana... 

— To wersja dla Pawła, kretynko! Nie rób takiej głupiej miny. 

Zaczynam  rozumieć.  Ale  czemu  mama?  Mniejsza  z  tym.  Kochana  Monika.  Zawsze  mnie 

ratuje  z  tarapatów.  Rzucam  jej  dziękczynne  spojrzenie  i  zabieram  się  do  pracy.  Za  chwilę 

kolegium. 

Szybka korekta artykułu o seksie po czterdziestce, po pięćdziesiątce, po sześćdziesiątce... itd. 

Myślę, że spokojnie można dojść do setki. Ciągle tylko o tym. Zrób to rano, zrób to wieczorem, 

zrób to zamiast... Niedobrze mi się robi! 

 

12.30. Ledwo zdążyłam po  tej  strasznej nasiadówie, zwanej  szumnie burzą  mózgów, usiąść 

przed komputerem — podchodzi Paweł. 

— Dzwonią ze szpitala — mówi z wyraźną troską. 

— OK, Paweł, sorry, nigdy więcej, obiecuję... 

— Co ty wygadujesz? — obrusza się. — Biegnij, lekarz czeka! 

Teraz  już  kompletnie  zwariowałam.  Nic  nie  rozumiem.  Podnoszę  słuchawkę  pełna 

najgorszych przeczuć. 

— Słucham, Brygida Janoska. 

background image

—  Tu  doktor  Larnecki.  Dzwoniłem  do  pani  mamy,  ale  nie  odbiera  telefonu.  Ponieważ 

zostawiła  mi  pani  numer  na  wszelki  wypadek,  dzwonię  do  pani.  Musimy  powtórzyć  badania. 

Wyniki  są,  niestety,  nie  najlepsze.  Musimy  mieć  pewność  przed  podjęciem  decyzji.  Proszę 

przywieźć mamę jeszcze dzisiaj. Najlepiej za godzinę. Będę na panie czekał. 

Nogi się pode mną ugięły i musiałam złapać się krzesła. 

— Dobrze. Będę z mamą za godzinę — wykrztusiłam szeptem. 

Wybiegam do toalety. Monika za mną. Jest przerażona. 

—  Wybacz,  nie  chciałam,  skąd  mogłam  wiedzieć!...  Nigdy  więcej,  nigdy  więcej nie zrobię 

czegoś takiego! Boże, co ja narobiłam?! — biadoli. 

Nie  mogę pozbierać  myśli.  Gdyby  to  było  coś  poważnego,  na pewno  zadzwoniłaby  Ewa... 

Bzdura, dlaczego miałaby dzwonić? Nikt nie lubi być posłańcem złych wiadomości! Zresztą czy 

lekarze zwierzają się narzeczonym z przypadłości swoich pacjentów?! 

 

13.00. Jesteśmy w szpitalu. Mama dziwnie spokojna. Nie domyśla się niczego. Mówi, że to 

nic  poważnego,  że  podejrzewają  zwyrodnienie  stawów,  ale  od  tego  się  nie  umiera.  Zabierają 

mamę na badania. CZEKAM! 

 

13.10. Obserwuję życie szpitalnego korytarza i nagle zaczynam się modlić: „Boże, dziękuję 

Ci, że jestem zdrowa. Przynajmniej na ciele, bo czy także na umyśle — tego już nie jestem tak 

bardzo pewna”. 

Nagle poraża mnie myśl: czy lekarz zadzwoniłby osobiście, gdyby chodziło o zwyrodnienie 

stawów? 

CZEKAM! 

 

13.30. Tylko  spokojnie.  Mam straszną ochotę na  papierosa,  ale  przecież  nie  palę  od ośmiu 

miesięcy. Myśl o pożądaniu papierosa też mnie przeraża. Zaczynam wpadać w panikę. Dlaczego 

to tak długo trwa? Co można badać przez pół godziny?! 

 

13.50. Aaaa! Wrzeszczę na cały szpital i zrywam się jak poparzona, bo ktoś dotknął mojego 

ramienia. 

—  Proszę się uspokoić.  —  Słyszę  łagodny,  męski  głos.  —  Doktor  Larnecki.  My  się chyba 

znamy, prawda? 

—  Nie!!  To  znaczy,  być  może!  —  Nie  wiem,  co  powiedzieć,  ale  mam  nadzieję,  że  nie 

pamięta upiornego Balu Absolwentów i mojej totalnej kompromitacji. 

— Rzeczywiście, trudno to nazwać znajomością — nieoczekiwanie zgadza się ze mną. 

— No, właśnie! Spotkaliśmy się najwyżej przelotnie — mówię z nadzieją w głosie. 

background image

—  Wielka  szkoda,  że  tylko  przelotnie.  —  Patrzy  na  moje  włosy.  —  Ma  pani  fascynujące 

włosy. Najpierw były niebieską burzą a la Einstein, a potem marchewkową feerią, czy tak? 

— No, właśnie! — Przytakuję jak idiotka i myślę, że jednak, niestety, pamięta. Robi mi się 

bardzo  gorąco.  —  Ale  nie  sądzę,  aby  wzywał  mnie  pan  tutaj  po  to,  żeby  rozmawiać  o  moich 

fascynujących  włosach  —  desperacko  zdobywam  się  na  odwagę.  „Wielka  szkoda,  że  tylko 

przelotnie! Palant!” Naturalnie, że nic nie powiem Ewie. 

— Przepraszam  za niezręczną poufałość. — Uśmiechnął  się zniewalająco i właściwie  mnie 

załatwił. — Wyniki zaraz będą. Proszę do mojego gabinetu. Pani mama powinna już tam być. 

—  Za  chwilę,  dobrze?  —  Odwracam  się  na  pięcie  i  pędzę  do  toalety,  żeby  ochłonąć  i 

doprowadzić się do porządku. 

Patrzę  w  lustro  i  myślę:  „Boże, Boże!  Dlaczego  jestem  taką  kompletną  kretynką,  która  nie 

odróżnia  żartu  od  dosadności,  serdecznego  zainteresowania  od  nachalnego  podrywu?!  I 

wystawiam durne kolce jak mały jeż na środku autostrady przed nadjeżdżającym tirem”. 

 

14.00. Wracam.  Modlę się, żeby  mama  już była.  Jest!  Odczuwam ogromną ulgę. Myślę, że 

taką  może  odczuwać  niemowlak  przystawiony  do  piersi  matki  po  kilku  godzinach  samotnej 

niepewności w łóżeczku. Dlaczego nikt mnie nie odciął od pępowiny, do jasnej cholery?! 

— To moja młodsza córka — ćwierka mama rozkosznym głosem — już ją panu doktorowi 

przedstawiałam. Podobna do mnie, prawda? 

Co jest? Nie widzę żadnych symptomów choroby. Za to słyszę prawie szeptem dodane: 

— I całkowicie wolna, ha, ha, ha! — śmieje się moja rzekomo ciężko chora matka. 

Kluska z powrotem wraca do gardła, a nogi tracą pewność siebie. 

— Nie  dziwię  się, że  jest pani dumna  z  córki. — Mam  wrażenie, że  oboje prowadzą  jakąś 

grę, której reguły uknuli już dawno. — Czy pani też miała takie piękne włosy? — Uśmiecha się 

łobuzersko, ale nie do mnie, tylko do mojej matki. Mam tego dość. Jestem wściekła. 

—  Bardzo  przepraszam,  panie  doktorze,  ale  ja  muszę  wracać  do  redakcji.  Byłabym 

wdzięczna, gdyby zechciał mi pan powiedzieć, co dolega mojej mamie. 

— Na szczęście  — nic!  —  Śmieje się  jak z dobrego  kawału. — W  laboratorium pomylono 

nazwiska. Tak jak się spodziewałem, dzisiejsze wyniki zupełnie wykluczyły powody do obaw. Z 

pani  mamą  jest  wszystko  w  porządku  —  powiedział  to  takim  tonem,  jakby  chciał  dać  do 

zrozumienia, że ze mną niekoniecznie. 

 

14.20.  Z  ulgą  opuszczam  gabinet  doktora  Larneckiego,  najprzystojniejszego  lekarza  w  tej 

części Europy, który jest narzeczonym mojej najlepszej koleżanki z liceum i nie pamięta niczego 

poza moimi niekonwencjonalnymi fryzurami! 

 

background image

14.25. Siedzimy już w samochodzie, gdy nagle słyszę rozmarzony głos mojej mamy: 

— Cudowny człowiek! 

Wpadam  w  szał.  Zaczynam  krzyczeć,  że  tak  nie  można,  że  nie  ma  prawa  tak  mnie 

wystawiać,  że  to  nie  jest  w  porządku...  Nagle  milknę.  Mama  aż  odpięła  pasy,  żeby  móc  lepiej 

mnie widzieć. Spodziewała się tego? 

— Mamo — mówię wolno i bardzo spokojnie — popatrz mi prosto w oczy. I powiedz, czy ta 

„pomyłka” w laboratorium nie była przypadkiem sprawką pani Tereski i twoją? 

— Coś podobnego! — wykrzykuje mama i z powrotem zapina pasy. 

Mama doskonale udaje oburzenie, ale mnie nie oszuka. 

— Zrobiłyście to?! Nie mogę uwierzyć! Naprawdę to zrobiłyście? 

Mama odwraca głowę w stronę szyby, udając, że pasy się pokręciły i trzeba je zapiąć jeszcze 

raz. Nie wiem, czy śmiać się, czy płakać. 

background image

Ciągle poniedziałek 

 

15.00.  Odstawiłam  mamę  do  domu.  Nie  miałyśmy  specjalnie  ochoty  przedłużać  spotkania, 

tym bardziej że od pewnego momentu — milczącego. Nie, niczego nie miałam jej za złe. Nawet 

imponowało  mi  to,  że  zdobyła  się  na  „czyn  tak  szalony!”  Wiem  przecież,  że  to  z  miłości  do 

córki, która nie potrafi sobie ułożyć życia. 

 

15.30. Stoję w korku. Dzwonię do redakcji i pytam Pawła, czy jest sens, żebym przebijała się 

przez miasto w godzinach szczytu. 

— Nie ma — powiedział krótko. — Czy wszystko w porządku? 

— Mam nadzieję, że tak. 

—  To  jedź  do  domu.  Może  uda  ci  się  jutro  przyjechać  wcześniej  i  rzucić  okiem  na  kilka 

nowych artykułów. Zostawię na twoim biurku. 

—  Chętnie  —  odpowiedziałam  głosem  osoby  torturowanej,  której  pierwsze  płomienie 

zaczynają lizać stopy. 

 

15.40.  Stoję  w  korku  i  zastanawiam  się,  jaką  specjalizację  ma  doktor  Larnecki.  Ortopeda? 

Chirurg?  Jeśli  chirurg,  to  być  może  postawił  taką  diagnozę:  tej  starzejącej  się  pannie  należy 

wyciąć koło ratunkowe na biodrach, fryzurę i mamę! 

 

16.00.  Prawie  wczołguję  się  do  swojego  mieszkania.  Wacek  miaucząc,  ociera  się  o  moje 

nogi. Otwieram lodówkę — pusta. Nakładam Wackowi na miseczkę resztkę Whiskasa. Resztkę 

resztki. 

 

16.10. Muszę zrobić jakieś zakupy. Dlaczego nie załatwiłam tego po drodze? Bo myślałam o 

doktorze  Larneckim.  Zanim  wpadnę  w  obsesję  i  zacznę  układać  sobie  w  myślach  szczęśliwe, 

dostatnie  i  zdrowe  życie  z  narzeczonym  mojej  najlepszej  szkolnej  koleżanki,  napiję  się 

koniaczku. 

background image

 

16.15. Trochę za wcześnie na koniaczek. No, to zaparzę sobie herbatę. 

 

16.20. Drobiazgowa kontrola kuchennych szafek. Raport końcowy brzmi: zero herbaty, zero 

cukru, zero chleba. A to znaczy: zero wszystkiego! 

 

16.35.  Jestem  w  pobliskim  supermarkecie.  Do  chleba  dotrę  za  jakąś  godzinę,  mijając  po 

drodze  kosmetyki,  ciuchy,  naczynia  i  telewizory.  Może  tym  razem  uda  się  przemknąć  obok, 

udając, że mnie nie interesują. Kosmetyki, nie telewizory! 

 

17.00. Nie udało się. W koszyku leży już zestaw pierwszej pomocy do włosów w składzie: 

1.  szampon koloryzujący (oby na cywilizowany kolor), 

2.  szampon do włosów po farbowaniu, 

3.  odżywka do włosów po farbowaniu, 

4.  specjalna  odżywka  w  ampułkach  (była  promocja:  przy  zakupie  zestawu  otrzymuje  się 

dodatkową  ampułkę  gratis;  szkoda,  że  nie  perukę  na  wypadek,  gdyby  po  kuracji 

wypadły  wszystkie  włosy),  a  także  kaseta  wideo z  kilkoma odcinkami  Ostrego  dyżuru 

(obrona  przed  obsesją  wyraźnie  słabnie)  oraz  kieliszki  do  koniaczku.  Idealnie  się 

złożyło, bo nie będę musiała pić z literatki. 

Stoję  w  gigantycznej  kolejce  do  kasy  zadowolona,  bo  koszyk  prawie  zapełniony.  Jego 

spożywczą  zawartością  mogłabym  nakarmić  pułk  wojska.  Ale  lubię  kupować,  żeby  mieć.  Nie, 

żeby jeść, bo przecież się odchudzam. Konsekwencje są takie, że co zajrzę do lodówki, to pusta, 

a nie przypominam sobie wizyty pułku wojska. 

 

17.30. Wykładam wszystko na taśmę. Kasjerka z kolczykami ogromnymi jak koła młyńskie 

przesuwa kody paskowe, patrząc na mnie podejrzliwie. Niestety, właściciele kolorowych włosów 

zwracają na siebie uwagę. Sprawnie pakuję zakupy do sześciu, nie — jednak do siedmiu dużych 

reklamówek i z dziką satysfakcją wręczam tej nieufnej kwoce moją kartę Maestro. 

Ona  robi  jakieś  sztuczki  i po  chwili  patrzy  na  mnie  wzrokiem bazyliszka,  który  wie,  że za 

chwilę pożre swoją ofiarę, ale trochę mu jej żal. 

— Karta jest zablokowana, nieczynna — oświadcza lodowatym głosem. 

Koła młyńskie w jej uszach osiągają rozmiary kosmiczne, a kolejka, w której stałam, ba — 

sąsiednie  także  —  zastygają  w  bezruchu.  Czuję  na  sobie  tysiące  świdrujących  oczu.  W  mojej 

głowie w ułamku sekundy przetacza się burza. Rozpatruję różne scenariusze: zapadnięcie się pod 

ziemię albo zakupy na koszt firmy. Ani jedno, ani drugie nie wchodzi w rachubę. 

Mężczyzna stojący przy sąsiedniej kasie odwraca się nagle. 

background image

O!  Doktor  Larnecki  robi  zakupy  tam,  gdzie  ja...  Jak  to  miło,  prawda?  Zauważył  mnie. 

Podchodzi... Jest coraz bliżej... To nawet dobrze, bo zaraz zemdleję i będzie musiał mnie cucić... 

Mam nadzieję, że zrobi to fachowo... 

Osuwając się na ziemię, słyszę: 

— Ile wynosi rachunek tej pani? 

background image

Ciągle poniedziałek. 

Nieźle zaczął się ten tydzień 

 

19.00. Telefon dzwoni, kot miauczy, dziecko Wietnamczyków jeżdżąc chodzikiem po moim 

suficie, masakruje mi głowę. 

A co się stanie z moją głową, kiedy będą mieli siedmioro dzieci? Na razie mają troje. Tak się 

tylko zastanawiam, przecież nie jestem rasistką! 

Zaczynam wyłapywać jakieś inne dźwięki.  

— Dobrze, kochanie. Przyjedź najszybciej, jak możesz. Może powinnaś zostać z nią do rana. 

Jest skrajnie wyczerpana. A dzisiaj jeszcze ta historia z jej matką... 

— Oczywiście, że powinna wziąć urlop. 

— Naturalnie, żyje przecież w permanentnym stresie. Na dodatek kompletnie samotna. 

— No, tak. Ale kot nie może być partnerem na życie! 

— To dobry pomysł. Porozmawiaj z nią. Sądzę, że to poważniejsza sprawa. 

— Zabierz z apteczki to, co powiedziałem. Zapisałaś dokładnie? 

Odniosłam  niejasne  wrażenie,  że  ta  rozmowa  dotyczy  mojej  osoby.  Nie  wiedziałam  tylko 

dlaczego.  Podniosłam  głowę  i  zobaczyłam  wszystkie  torby  z  zakupami  oparte  o  ścianę  w 

przedpokoju.  Wacek  drapał  je  łapami,  próbując  dostać  się  do  środka.  Niczym  nie  wzruszony 

doktor  Larnecki  wielkimi  krokami  pokonywał  przestrzeń:  kuchnia,  przedpokój,  salon  i  z 

powrotem.  Ja  leżałam  na  moim  łóżku.  W  ubraniu!  Bluzkę  miałam  rozpiętą.  Stanik  też...  Co  za 

świnia! Gwałtownie usiadłam na łóżku. 

—  Co  pan  tu  robi?!  —  Starałam  się  nadać  mojemu  głosowi  groźny  ton.  —  Proszę 

natychmiast stąd wyjść! 

— Uspokój się, dziecko... 

— Natychmiast proszę wyjść z mojego mieszkania! Nie spodziewałam się, że jest pan zdolny 

do tego, żeby wykorzystać zasłabnięcie... 

—  Brygidko  —  powiedział  najłagodniejszym  głosem,  jaki  słyszałam  i  jakiego  mogłabym 

słuchać do końca swoich dni — przywiozłem cię do twojego domu karetką pogotowia, ponieważ 

background image

zemdlałaś i długo nie mogłem cię docucić, a w szpitalu nie ma ani pół wolnego łóżka. Wniesiono 

cię na noszach do mieszkania, zbadał cię lekarz z pogotowia, dostałaś zastrzyk. Wszystko masz 

zapisane w karcie. Proszę. Ale właściwie wydaje się, że jesteś zdrowa. Za chwilę przyjedzie Ewa 

i na wszelki wypadek zostanie z tobą do rana. 

„Dlaczego nie pan, doktorze?” — pomyślałam, ale głośno wyjąkałam: 

— Kot jest głodny. 

— Dobrze, zaraz dostanie jeść. Poleż sobie przez trzy dni w łóżku. Mam wrażenie, że jesteś 

potężnie  przemęczona.  Wypisałem  ci  zwolnienie.  Musisz  je  potwierdzić  u  swojego  lekarza 

pierwszego kontaktu. 

— A mama? 

— Do niej nie będę dzwonił, mogłaby się niepotrzebnie zmartwić. Na razie nie dzieje się nic 

złego.  Jeśli  będziesz  miała  ochotę,  zadzwonisz  do  niej  sama,  prawda?  —  Wkładał  płaszcz.  — 

Poczekam  jeszcze  chwilę  na  Ewę  i  pojadę  do  szpitala.  Mam  dzisiaj  nocny  dyżur  i  jestem  już 

sakramencko spóźniony. 

— Panie doktorze... zachowałam się jak przygłup... 

— Mam  na imię Piotr,  wiesz przecież, prawda? — Uśmiechnął się  i popędził do drzwi, bo 

właśnie ktoś dzwonił. 

Nie ktoś, tylko Ewa. Poszeptali coś w korytarzu. Cmok, cmok. Zgrzytnął zamek. W drzwiach 

mojej sypialni stanęła Ewa. 

—  Super  wyglądasz,  Brygidko  —  powiedziała.  —  Dawno  nie  widziałam  cię  w  tak  dobrej 

formie! 

Nagle  zaczęłyśmy  się  śmiać  jak  wariatki,  jak  za  dawnych  szkolnych  czasów.  Od  razu 

poczułam się lepiej. Właściwie, całkiem dobrze. Chciałam wstać z łóżka, ale Ewa pozwoliła mi 

pójść  tylko  do  łazienki,  szybko  się  umyć,  włożyć  piżamę.  Oczywiście  za  dużą  o  dwa  numery, 

męską! Przez ten czas nakarmiła Wacka i zaparzyła herbatę. Dla mnie ziołową, melisę. Dla siebie 

zieloną. Wcisnęła mi w garść jakieś dwie malutkie tableteczki. 

— No, dziewczynko — powiedziała — wypij to, a potem będziemy gawędzić o wszystkich 

ważnych sprawach. Jeśli będziesz miała ochotę, oczywiście. Jeśli nie, możesz natychmiast zasnąć 

i odespać wszystkie zarwane noce. 

—  Na  szczęście  mam  double-bed  —  ziewnęłam  ostentacyjnie.  —  Pościel  jest  w  szafie  na 

dole. Wyjmij sobie — powiedziałam, udając, że zasypiam. 

Zdecydowanie nie miałam w tej chwili nastroju na pogawędki z Ewą. 

background image

 

Nie  wiem,  jaki  to  dzień,  jeśli  to  w  ogóle  dzień  (później  okazało  się,  że  wtorek,  2 

października). Nie wiem nawet, czy śpię, czy wszystko to dzieje się na jawie. 

Siedzę  przed  telewizorem  i  oglądam  teleturniej.  Na  trzy  pierwsze  pytania  odpowiadam 

bezbłędnie.  Może sama powinnam  wystąpić  w takim  programie? A  gdyby  na przykład zapytali 

mnie  o  jakiś  wzór  chemiczny  albo  rzekę  na  Borneo?  Narobiłabym  strasznego  wstydu  sobie  i 

mamie, która uważa, że włożyła mnóstwo wysiłku w moją edukację. 

Szóste  pytanie  —  nie  wiem!  Dlaczego  nie  wiem?  Bo  dotyczyło  największych  miłości  w 

literaturze świata! Prawidłowa odpowiedź brzmiała: Romeo i Julia. 

—  Przegrałaś!  —  krzyczy  na  mnie  jakiś  karzeł  prowadzący  program.  —  To  było  pytanie 

podchwytliwe! Nie ma miejsca na miłość w dzisiejszych czasach! Odpadasz! 

—  Jak  to:  nie  ma  miejsca na  miłość?!  —  beczę,  a  karzeł  przybliża  do  mnie  swoją  obleśną 

twarz i tuż przy moim nosie wybucha śmiechem. 

Chyba  się  budzę,  być  może  tylko  na chwilę.  Słyszę  z  oddali  buczącą  lodówkę,  a  tuż  obok 

pomrukującego, chrapiącego Wacka, który wpakował się do mojego łóżka. 

Nie  ma  nic  piękniejszego  i  bardziej  banalnego,  nieprzyzwoicie  kiczowatego,  jak  zachód 

słońca nad morzem. I plaża. Leżę na plaży. 

Po plaży zawsze spaceruje jakaś para o zachodzie słońca. Trzymając się za ręce! 

On jest sam i nikogo nie trzyma za rękę. Zbliża się do mnie, jest już bardzo blisko, zrywa ze 

mnie kostium kąpielowy i każe towarzyszyć sobie w spacerze. 

„W  pobliżu  mojego  bloku  nie  ma  plaży  —  myślę  gorączkowo  —  jak  również  w  moim 

mieście ani w tej części kraju, i na dodatek ciągle pada, nie ma więc mowy o spacerach”. 

Dzwoni telefon.  Chyba  trzeba wstawać... Niedobrze,  nie umiem przekonać samej  siebie, że 

to naprawdę zwykły dzień i nie ma żadnej taryfy ulgowej na plażę. 

Słyszę, jak ktoś udając mnie, rozmawia przez telefon. A może to ja? 

— Halo? 

— Cześć, Brygidko. — Magda używa zdrobnienia mojego imienia tylko wtedy, gdy czegoś 

ode mnie oczekuje. — Jak się miewasz? — Oho! Musi jej naprawdę zależeć. Czuję, jak zwija się 

background image

w supełek. Postanawiam jej pomóc. 

— Czy coś się stało? 

— Zapisałam się na kurs wizażu. 

— I...?! 

— Wiesz, muszę wreszcie zacząć w siebie inwestować, czyli znaleźć trochę czasu dla siebie. 

Michał poleciał wczoraj  na miesiąc do  Australii, nie popilnowałabyś Kuby? Wiesz, żeby lekcje 

odrobił i tak dalej. Tylko we czwartki wieczorem. Proszę!  A ja będę mogła skończyć ten kurs i 

może  w przyszłości przestanę zajmować  się skupowaniem  antyków  i  namawianiem nadzianych 

kretynów, żeby ze snobizmu coś kupili! 

Rozumiem sytuację mojej siostry, ale ja i rozwrzeszczany, rozpuszczony Kubuś! Nie!!! 

— OK! — mruczę, wydając na siebie wyrok. W końcu to przecież moja rodzona siostra prosi 

mnie o pomoc. 

W tym momencie słyszę stanowczy głos Ewy: 

— Brygida?! Oddaj mi, proszę, telefon. 

I prawie szeptem mówi do słuchawki kilka słów. 

— Właśnie umówiłam się z siostrą... 

— Z nikim się nie umówiłaś. 

— Czy to znaczy, że moja siostra nie dzwoniła? 

— Dzwoniła, ale na nic nie jesteś umówiona. 

— A Kubuś? 

—  Kubuś  wykończy  cię  w  ciągu  piętnastu  minut.  Jeśli  chcesz  jako  tako  funkcjonować,  to 

musisz  odpocząć  przynajmniej  przez  kilka  dni.  Musisz  być  asertywna  i  nie  na  wszystko  się 

zgadzać! Rozumiesz? 

— Która godzina? 

— Dwunasta. 

— W nocy? 

— Nie. W samo południe. 

— Boże, od kilku godzin powinnam być w redakcji! 

— Ale nie jesteś. Zadzwoniłam do twojego szefa i powiedziałam, że jesteś chora. 

—  Boże,  przecież  wyrzucą  mnie  z  pracy!  —  Zerwałam  się  łóżka.  —  U  nas  nie  wolno 

chorować! 

— Jak człowiek jest chory, to jest chory. Bez względu na to, gdzie pracuje! — oświadczyła 

stanowczo Ewa. — Wracaj do łóżka! Powiedziałam, że masz zwolnienie na trzy dni. 

—  Obawiam  się,  że  to,  co  zrobiłaś,  Ewo,  nie  zadziała  na  moją  korzyść  —  stwierdziłam  i 

przykryłam  się  kołdrą  aż  po  czubek  głowy.  Pierwszy  raz  w  życiu  nie  miałam  ochoty  z  nią 

rozmawiać. 

background image

Po  kilku  godzinach  obudził  mnie  zapach  gotowanego  rosołu  i  cudownie  aromatycznych 

przypraw. 

Ewa podała mi obiad do łóżka. Czułam się głupio. Przecież jestem zdrowa, a Ewa powinna 

być  na  uczelni  albo  zajmować  się  swoim  życiem.  Czyli  doktorem  Larneckim.  Bardzo,  ale  to 

bardzo  nie  chciałam,  żeby  się  nim  zajmowała.  Toteż  kiedy  zapytała  o  moje  życie  intymne  (to 

była  nowość,  bo  choć  byłyśmy  bardzo  dobrymi  koleżankami,  nigdy  nie  dotykałyśmy  tego 

tematu), zapaliły się wszystkie ostrzegawcze światełka w mojej głowie. 

— Jest OK — powiedziałam. 

— Co jest OK? — zapytała niewinnie. 

— No, że nie jest źle. 

— Ale z czym? 

— W ogóle z życiem. 

— Brygida, przestań się wygłupiać. Jesteś sama, nie masz faceta, nie masz domu, nie masz 

nikogo bliskiego. A kot to nie jest partner, zapamiętaj sobie! 

— To mój problem! — krzyknęłam, nagle dotknięta do żywego. 

— Niekoniecznie. Jak wyobrażasz sobie dalej swoje życie? 

—  Nic  na  siłę!  Myślę,  że  w  końcu  znajdę  jakiegoś  faceta,  który  zatrzyma  się  przy  mnie 

dłużej niż przez pięć minut. I będzie to ktoś, kogo na pewno będę akceptowała! A także, co jest 

oczywiste, on będzie akceptował wszystkie moje wariactwa! 

— Masz kogoś na oku? 

— Może... 

— Brygida, nie oszukuj się... 

—  Ewo,  a  gdybym  ci  powiedziała,  że  moim  ideałem  jest  twój  narzeczony,  to  jak  byś 

zareagowała? 

— Zastanowiłabym się... 

—  Nad  czym?  Czy  warto  go  kochać?  Warto!  Czy  warto  mieć  z  nim  dzieci?  Warto!  Czy 

warto zostawić dla niego wszystko, łącznie z karierą zawodową, choćby tylko po to, aby rodzić 

mu  te  dzieci,  stworzyć  rodzinę  i  dom?  Warto!  Czy  warto  pójść  z  nim  na  koniec  świata,  jak 

mówiły nasze babcie? Warto! No i co? O co jeszcze chcesz mnie zapytać? Czy zakochałam się w 

nim? Jeszcze nie. Ale mogłabym! Jeśli chcesz go zatrzymać, jeśli chcesz być z nim na zawsze, to 

zrób coś szybko, bo za chwilę może być za późno! 

— Zastanawiam się... 

— Jasne! Ewa, podobno to ty miałaś zadawać mi pytania, które uleczą moją chorą duszę w 

cudowny sposób. Teraz ja mówię do ciebie. Dziewczynko! Ze mną wszystko jest OK! Natomiast 

ty  musisz  szybko  wracać  do  domu  i  czekać  na  niego.  Bo  może  pojawić  się  pielęgniarka  albo 

pacjentka z niewinnym bukiecikiem fiołków, który zniszczy twój świat! 

background image

—  Brygida?!  —  Patrzyła  na  mnie  oczami  ogromniejącymi  z  przerażenia  i  niepewności. 

Wiedziałam, że go kocha i że jest bezradna. — Czy ty to mówisz poważnie? — Jej głos drżał. 

— Tak. Wracaj  szybko do domu, ja  sobie poradzę. To ty jesteś zagrożona, ponieważ nigdy 

nie przyszło ci do głowy, że taka sytuacja byłaby w ogóle możliwa, prawda? 

— Dziękuję ci, Brygida. — Ewa była spłoszona i zagubiona. 

Wstałam, nałożyłam szlafrok i zapytałam, jaki jest dzień tygodnia. 

— Wtorek, wpół do piątej. Bardzo długo spałaś — powiedziała Ewa, pakując do małej torby 

podróżnej swoje rzeczy. — Brygida, tu masz leki, które Piotr zalecił. I bardzo cię proszę, zostań 

jeszcze przynajmniej jutro w domu, dobrze? 

—  Postaram  się,  ale  niczego  nie  obiecuję  —  odparłam,  sama  dziwiąc  się  swojej 

stanowczości. 

„To po tych tableteczkach tak dobrze śpię” — pomyślałam. 

Wkrótce  trzasnęły  drzwi,  za  którymi  zniknęła  Ewa,  moja  najlepsza  koleżanka  ze  szkoły, 

bardziej zagubiona niż ja z całą moją samotnością i drobnym inwentarzem. 

Najważniejsze  jest  to,  że  miałam  poczucie  dobrze  spełnionego  obowiązku.  Do  pewnego 

momentu, powiedzmy! Bo dlaczego to ona ma mieć doktora Larneckiego, a nie ja? Trzeba było 

odbić jej tego Larneckiego! I pójść za nim na koniec świata! 

Ty  głupia  blondynko!  Nie  pomoże  ci  malowanie  włosów  na  dowolnie  wybrany  kolor!  Do 

końca życia pozostaniesz tylko blondynką! 

 

17.00.  Zjadłam  małe  co  nieco.  Jajecznicę  na  boczku  i  pomidorach.  Mniam!  Dobrze,  że 

wczoraj zrobiłam zakupy, bo chorowanie przy pustej lodówce byłoby równoznaczne ze śmiercią 

głodową.  Właściwie  zakupy  zrobił  doktor  Larnecki.  Piotr...  Moje  dwa  wewnętrzne  demony 

dopadły mnie: 

— Przestań o nim myśleć, Brygido, bo to się źle skończy! 

— Tylko przez chwilkę. 

— To może być zgubna chwilka! 

— No to  mniej niż  chwilkę.  Wyobraźmy  sobie, że  to nieprawda,  że zostałam  wniesiona na 

noszach. To sam Piotr wniósł mnie na własnych rękach? A ja tuliłam się do niego i nieświadomie 

rozchylałam usta do pocałunku... 

—  Już  to  widzę,  jak  cię  wnosi,  uginając  się  pod  ciężarem  sześćdziesięciu  czterech 

kilogramów plus bezwładność! 

— To wszystko przez te kalorie! 

 

17.30.  Leżę  w  łóżku  i  myślę  o  tych  przeklętych  kaloriach.  Sądzę,  że  kalorie  to  takie  małe 

robaczki. Właśnie czuję, jak pełzają po moim ciele. Każda szuka miejsca na zbudowanie igloo z 

background image

komórek tłuszczowych. 

 

17.40.  Telefon.  Dzwoni  Paweł,  żeby  zapytać,  jak  się  czuję,  czy  może  trzeba  mi  w  czymś 

pomóc,  przynieść  jakieś  owoce,  nie  powinnam  martwić  się  kolejnym  numerem,  on  za  mnie 

przygotuje te trzy artykuły, zrobi korektę, właśnie siedzą dzisiaj trochę dłużej, może kotu trzeba 

kupić coś do jedzenia, Monika pozdrawia, pyta, czy nie wpaść, uszy do góry, musisz odpocząć, 

Wojtek  też  pozdrawia  i  pani  Zuzia,  i  wszyscy,  zadzwonimy  do  ciebie  jutro,  ale  gdybyś  czegoś 

potrzebowała — poza spokojem — dzwoń. OK! 

 

18.00.  Zaszyłam  się  w  łazience.  Postawiłam  na  stołku  miseczkę  z  mieszanką  orzechowo-

rodzynkowo-migdałową.  Pycha!  Zrobiłam  sobie  eksperymentalny  makijaż,  który  sprawił,  że 

moje  rzęsy  przypominają  wachlarze  upstrzone  gdzieniegdzie  mrowiem  tłustych  perełek,  a  usta 

wyglądają jak splecione ze  sobą dżdżownice.  Generalnie prezentuję się ponętnie. Moje pulchne 

paluszki  mają  zadziwiająco  szerokie  spektrum  działania  w  dziedzinie  zdobywania  pokarmu. 

Pewnie w poprzednim wcieleniu były prosiaczkiem tropiącym trufle. Miseczka pusta, po pysznej 

mieszance ani okruszka! Badam pojemność swojego żołądka. Jestem chyba jakimś przedziwnym 

odkurzaczem, wiecznie nienasyconym. 

 

18.30. Postanowiłam nauczyć się medytować. Ponoć należy w tym celu starać się oddychać 

kolanem.  To  chyba  nie  jest  dobra  metoda,  gdyż  za  każdym  razem,  kiedy  próbuję  się  na  tym 

skupić, dopadają mnie upiorne wizje. Widzę, jak moje ciało astralne fruwa pod nieboskłonem, na 

którym  zamiast  słońca  połyskuje  gigantyczna  rzepka  kolanowa  spowita  w  tiul  i  satynę...  Stop 

medytacjom! 

 

19.00.  Na  starość  zostanę  bajkopisarką.  Będę  się  odżywiać  mielonymi  kotletami  z  sosem 

grzybowym  i  demoralizować  młode  niewinne  duszyczki  baśniami  o  brutalnych  krasnoludach 

skrytobójcach,  którzy  seksualnie  ciemiężą  swoje  branki.  Co  ja  bredzę?!  Na  pomoc! 

Zwariowałam! Jeszcze trochę i wyląduję w psychiatryku. 

 

19.30. Telefon. Dzwoni Ewa, pyta, czy wszystko w porządku, czy chcę, żeby przyjechała do 

mnie, czy wzięłam lekarstwa, dziękuje mi za ostrzeżenie, wiedziała, że na mnie się nie zawiedzie, 

że Piotr pozdrawia, że w przyszłym tygodniu muszę zrobić wszystkie podstawowe badania, że u 

niego w klinice będzie najprościej, że teraz powinnam mieć trochę spokoju i odpocząć. OK! 

 

20.00. Telefon. Dzwoni Magda, że tak się wyrwała z tym Kubusiem, zresztą zrezygnowała z 

tego  kursu  wizażu,  bo  po  co  jej  to,  dlaczego  jakaś  Ewa  wyrwała  mi  słuchawkę,  dlaczego  nie 

background image

mogłam z nią rozmawiać, czy wszystko jest w porządku, gdybym czegoś potrzebowała, to mogę 

na nią liczyć, że ostatnio nie najlepiej  wyglądałam,  powinnam  mieć  trochę  spokoju i odpocząć. 

OK! 

 

20.20.  Telefon.  Dzwoni  mama,  że  dzwoniła  do  niej  Magda  zaniepokojona  moim 

zachowaniem, czy na pewno wszystko jest w porządku, czy nie jestem przypadkiem chora, jeśli 

tak,  to natychmiast mam do niej przyjechać, ona się mną zaopiekuje, nie  może  jednak zostawić 

Luli (olbrzymia dobermanka), jeśli już postanowiłam jutro nie pójść do pracy — chyba wiem, co 

robię  — to  może podrzuci mi po drodze, jadąc do fryzjerki,  jakieś kolorowe magazyny, żebym 

zobaczyła, co się nosi, bo ostatnio rzeczywiście wyglądam jak strach na wróble, ten mój tygodnik 

kobiecy jest niezły, ale... a w ogóle powinnam gdzieś wyjechać w jakimś dobrym towarzystwie, 

żeby trochę odpocząć. OK! 

 

21.00. Jestem nieludzko zmęczona. Nie chce mi się nawet oglądać telewizji. 

Kładę się do łóżka — o tej porze, to skandal! — z nadzieją, że przyśnią mi się pulchniutkie, 

barokowe aniołki podparte tłustymi rączkami na chmurce. Takie z Rafaela. 

background image

3 października, środa 

 

10.00. Już dawno tak długo i tak dobrze nie spałam. Rany! Nie muszę iść do pracy! Czuję się 

jak na wagarach i jest super! Dzisiejszy dzień spędzę na: 

—  podlewaniu  kwiatków  (sztuk  trzy),  o  których  od  dwóch  tygodni  zapominam.  Może  się 

okazać, że nie mam już czego podlewać; 

— sprzątaniu mieszkania — tu na pewno nie okaże się, że nie mam już czego sprzątać; 

—  czytaniu  kolorowych  magazynów,  którymi  przed  chwilą  zarzuciła  mnie  moja  mama, 

twierdząc, że wyglądam gorzej niż strach na wróble. 

 

10.40.  Wszystkie  kwiatki  nadal  żyją,  chociaż  jednym  opiekuje  się  Wacek.  W  sumie  nie 

wiem, które z nas dwojga ma gorszy stosunek do roślin. 

 

10.55.  Zaczynam  sprzątać  kuchnię,  próbując  zeskrobać  z  lodówki  coś  czerwonego  i 

klejącego się. 

 

11.15. Zmiatam z kredensu okruszki w ilościach wystarczających na nowy bochenek chleba. 

 

11.25.  Odkrywam  nowe  przestrzenie  w  szafkach  po  wyrzuceniu  czternastu  pustych 

opakowań  po:  ryżu,  czekoladkach,  kawie,  wafelkach,  makaronie,  kakao  i  produktach  bliżej  nie 

znanych. 

 

11.50.  Szoruję  łazienkę  za  pomocą  nowego,  rewelacyjnego  środka,  którego  połowę 

zawartości wlałam do miski. Może dlatego wszystko jest w cudownej pianie? 

 

12.15. Opanowałam pianę, która próbowała wymknąć się spod kontroli. Łazienka lśni! 

 

12.25. Odkurzam dywan w pokoju, odkrywając jego prawdziwy wzór spod sierści Wacka. 

background image

 

12.40.  Układam  wszystko  to,  co  w  dziwnych  i  trudnych  do  wyjaśnienia  okolicznościach 

zmieniło  miejsce  swojego pobytu. Na przykład skarpetkę, która  nie  wiadomo dlaczego znalazła 

się na półkach z książkami. 

 

13.00.  Ze  szklanką  soku  pomarańczowego,  na  który  w  pełni  zasłużyłam,  zabieram  się  do 

przeglądania  kolorowych  magazynów  i  podjęcia  kwestii  stracha  na  wróble.  Kiedy  rano  mama 

wpadła  z  tą stertą  i popatrzyła na mnie tak,  jakby zobaczyła  dziką istotę z buszu,  poczułam się 

urażona.  Teraz  nabieram  coraz  większego  przekonania,  że  uwagi  mamy  nie  były  pozbawione 

racji. 

 

13.30. Stoję w łazience przed lustrem, z jakimś kolorowym magazynem w garści i wgapiam 

się  w  swoje  szlachetne  oblicze.  Coś  ściemniają!  Ja  robię  makijaż,  żeby  zatuszować  krostki, 

plamki, sińce pod oczami — a o tym w gazetach w ogóle nie ma mowy. Mowa jest natomiast o 

makijażach  podkreślających  urodę!  Dlaczego  nigdy  nie  zwróciłam  na  to  uwagi,  przeglądając 

„moje”  pismo?  Krostki,  plamki  i  sińce  powinny  być  na  tym  etapie  już  dawno  zlikwidowane 

dzięki  stu  rodzajom  maści,  toników,  kremów  i  maseczek.  A  ja  cały  czas  żyłam  w 

nieświadomości!  No,  tak,  szewc  bez  butów  chodzi!  Niestety,  nowo  zdobyta  czy  dopiero  teraz 

uświadomiona  wiedza zamiast mnie oświecić i uszczęśliwić,  wpędziła mnie w popłoch.  A stało 

się to z dwóch powodów: 

— po pierwsze, musiałabym nie jeść, nie płacić rachunków i chodzić wszędzie pieszo, żeby 

było mnie stać na stosowanie się do cennych rad; 

—  po  drugie,  musiałabym  mieć  większe  mieszkanie,  żeby  pomieścić  wszystkie  niezbędne 

produkty, które pozwoliłyby mi normalnie żyć. 

I nie chodzi tu tylko o makijaż i cerę. Właściwie całe moje życie wydaje się błędne: 

— nie mam ciuchów na każdą okazję; 

—  nie  stosuję  cudownych  diet,  do  których  posiłki  trzeba  przygotowywać  pół  dnia,  i  to  z 

produktów,  których  nazwy  widzę  po  raz  pierwszy  na  oczy  (co  innego  moja  ukochana  — 

znienawidzona zupa kapuściana, która starcza mi na trzy dni); 

—  mieszkanie  mam  urządzone  w  stylu  doszczętnie  profanującym  feng-shui,  łącznie  ze 

ścianami w nieodpowiednim kolorze; 

— nie dbam wystarczająco o stopy, paznokcie, dłonie oraz łokcie, do których istnieje chyba 

jeszcze więcej kosmetyków niż do twarzy; 

— piję herbatę w nieodpowiednim kolorze; 

—  bezwstydnie  obnoszę  swój  cellulitis  po  ulicy,  zamiast  leżeć  plackiem  w  gabinecie 

kosmetycznym zawinięta w srebrną folię jak kanapka; 

background image

— włosy właściwie powinny owinąć się wokół szyi i udusić mnie za to, jak je traktuję; 

—  nie  mam  ani  jednego  bibelotu,  książki,  płyty  czy  flakonika  perfum,  które  są  polecane 

przez specjalistów albo gwiazdy ekranu; 

— piorę majtki w nieodpowiednim proszku; 

— mój horoskop zwykły, chiński, celtycki oraz biorytm są niekorzystne; 

— no i wreszcie NIE MAM MĘŻCZYZNY!!! 

Czuję się tak, jakbym już nie żyła. Jak ja mam się po tych wszystkich rewelacjach pozbierać? 

Może  naprawdę  powinnam  pójść  do  psychiatry.  Nie,  najpierw  napiszę  anonimowo,  z  prośbą  o 

poradę, do  kącika psychologicznego  w  moim  tygodniku dla kobiet.  Albo od razu pójdę do pani 

Zuzi,  żeby  z  nią  pogadać,  bo  ona  udziela  czytelniczkom  lepszych  rad  niż  ta  zarozumiała 

psycholog, która wpada do nas na chałturę. 

 

16.00. Z depresyjnego otępienia wyrywa mnie dźwięk telefonu. Mama! 

— No i co, słoneczko? Podoba ci się ten zielony sweterek z wrześniowego „Twojego Stylu”? 

Prawda, że śliczny? — świergocze. 

Jak ona dała sobie radę po lekturze tego wszystkiego? A może od lat — tylko ja o tym nic nie 

wiem  —  przestrzega  tych  wszystkich  zaleceń?  Chyba  powinnam  udać  się  na  terapię  dla 

Anonimowych Kobiet Nieprzystosowanych do Nowoczesnego Społeczeństwa. 

— Halo, słoneczko! Dlaczego się nie odzywasz?! 

—  Mamo,  nie  mam  kremu  przeciw  zmarszczkom,  żelu  na  rozstępy  ani  odpowiednio 

wyprofilowanego fotela. Nie zrobiłam w tym tygodniu peelingu ani płukanki. Pójdę do piekła! — 

Wybucham płaczem, wyliczając wszystkie braki i niedociągnięcia mojego życia. 

Tym razem mama się nie odzywa. 

—  Posłuchaj  —  mówię  głosem  zdesperowanej  osoby,  która  chce  skoczyć  z  trzynastego 

piętra. — Nie jestem bizneswoman, mam za duży telefon komórkowy, złe oświetlenie w łazience 

i nie mam faceta — wyliczam dalej, chlipiąc. 

—  A,  więc  o  to  chodzi!  —  odkrywa  Amerykę.  —  Kochanie,  nadeszły  trudne  czasy  dla 

kobiet. Musisz wziąć sprawy w swoje ręce! — Oto jej bojowa pointa. 

— Co masz na myśli? — pytam ostrożnie, wycierając nos. 

— Zrób listę wszystkich mężczyzn godnych zainteresowania, wpisz obok ich wady i zalety, 

no i startuj do tego, który wypadnie najlepiej! 

— Wszystkich trzech? W tym jeden zajęty przez koleżankę?! 

Cisza. A swoją drogą, moja mama i takie słownictwo: „startuj”, „na kogo wypadnie!” 

— Wiesz, Brygido, nigdy ci tego nie mówiłam, ale do twojego ojca też musiałam zabrać się 

sama.  Przez  jego  chorobliwą  nieśmiałość  miałybyście  z  Magdą  zupełnie  innego  tatusia.  Na 

szczęście wkroczyłam w to zdecydowanie i... 

background image

— Czy to znaczy, że ta cała historia, jak ratował cię, kiedy topiłaś się na Mazurach... 

— ...oczywiście jest bzdurą! Zawsze świetnie pływałam. Ojciec większość tamtych wakacji 

spędził  na pomoście  albo  za drzewem,  podglądając  mnie pływającą  jak  ryba  w  jeziorze.  Kiedy 

wychodziłam z wody, on pędził z powrotem do pensjonatu. Pewnego dnia miałam już tego dosyć 

i zaczęłam  wrzeszczeć, że złapał  mnie  kurcz.  On wskoczył do  wody na  ratunek,  a  ja zapytałam 

niewinnie: „Popływamy?” 

— Aha! Mhm... Dzięki, mamo, za radę. 

— Pamiętaj, Brygida: lista, kandydat i do ataku! 

— Lista, kandydat i do ataku! — powtórzyłam. 

Moja mama zdecydowanie powinna zapisać się do jakiejś partii. 

Przy najbliższej okazji zrobię listę kandydatów na mężczyznę mojego życia. 

background image

4 października, czwartek 

 

7.00.  Obudziłam  się  sama.  Sama!  Och,  wydarzeniem  nie  jest  to,  że  w  łóżku  nie  miałam 

żadnego faceta — to niestety, stan permanentny nie tylko każdego ranka, ale i każdego wieczora. 

„Obudziłam się sama” znaczy,  że nie zdążył zadzwonić budzik. To  ma  kolosalne znaczenie, bo 

może właśnie dzisiaj uda mi się nie spóźnić. Wczoraj, kiedy Paweł do mnie zadzwonił, zapisałam 

w notesie: „Ważny Autor — może będę z nim dłużej współpracowała”. 

Paweł powiedział, że nie wypada się spóźniać i że jeżeli uda mi się go namówić na pisanie 

powieści  w  cotygodniowych  odcinkach  (Sienkiewicz  też  pisał  w  odcinkach  i  dostał  Nobla),  to 

szef obiecał specjalną premię. 

Pomyślałam, że jeśli rzeczywiście dostałabym nagrodę, to może pojechałabym na jakąś fajną 

zagraniczną wycieczkę. Marzę o Paryżu. Czuję, że to miasto dla mnie. 

 

7.30.  Chyba  jednak  się  spóźnię.  Nie  wiem,  jak  to  się  stało,  ale  znów  przysnęłam  i  nie 

usłyszałam  budzika.  Będzie  afera!  Zrywam  się  i  biegnę  do  łazienki.  Co  za  szczęście,  że  nie 

mieszkam z żadnym facetem, który blokowałby mi łazienkę przez cały ranek! 

 

8.17. Nie wiem, jak to zrobiłam, ale już siedzę w samochodzie. Trzy minuty przed czasem. 

Wygląda na to, że zdążę! 

 

8.35.  Wiem  już,  że  nie  zdążę.  Na  poprzednim  skrzyżowaniu  czułam,  że  coś  jest  nie  tak  z 

samochodem. Dodawałam gazu, a on nie dość, że słabo jechał, to jeszcze kołysał się na boki i coś 

szarpało kierownicą. 

Kiedy stałam na światłach, jakiś wstrętny typ z volkswagena odkręcił szybę i krzyknął: 

— Nie żal ci tego koła? A w ogóle, to kto ci dał prawo jazdy, ofiaro?! 

Nie  skomentowałam  tego  chamstwa.  Zjechałam  na  trawnik  i  zaczęłam  się  zastanawiać,  co 

zrobić z tym kołem. W anegdotach o blondynkach jest tak, że jak blondynka staje obok zepsutego 

samochodu, to natychmiast ustawia się kolejka facetów, którzy pałają dziką żądzą, aby jej pomóc 

background image

w  naprawie.  W  moim  przypadku  było  natomiast  tak,  że  przez  pierwsze  dziesięć  minut 

zainteresowała się mną jedynie straż miejska, ostrzegając, że za parkowanie na trawniku grozi mi 

mandat. I żeby ta straż miejska była chociaż męska! Skąd! Dwie dziewczyny, które powiedziały, 

że  nie  mają  nawet  prawa  jazdy  oraz  bladego  pojęcia  o  samochodach.  Jak  szybko  przyszły,  tak 

szybko poszły. 

 

8.45. Nie wiem, gdzie jest koło zapasowe. Obejrzałam cały samochód i nie mogę go znaleźć 

(później  dowiedziałam  się,  że  jest  ukryte  pod  spodem  i  wyciąga  się  je,  kręcąc  śrubą 

zainstalowaną  w  bagażniku).  Najgorsze  jest  to,  że  wieczorem  włączyłam  komórkę,  żeby  się 

ładowała, i rano z pośpiechu zapomniałam ją zabrać. Nie mogę więc zadzwonić ani do Pawła, ani 

po pomoc drogową.  Co  z  tego,  że  Magda  nakleiła  mi  na  desce  rozdzielczej  kartkę  z  numerem 

pomocy drogowej napisanym ogromnymi cyframi?! Co z tego, skoro nie mogę zadzwonić, bo nie 

mam telefonu? Zastanawiam się, czy te duże cyfry mają sugerować, że jestem dzieckiem czy że 

jestem niedorozwinięta.  Mam nadzieję, że  ani  jedno,  ani drugie,  tylko życzliwe:  „Brygidko, nie 

jesteś sama, pomoc drogowa jest po to, żeby ci pomóc, jak sama nazwa wskazuje”. 

 

9.00.  Jestem  pewna,  że  w  tej chwili  Paweł  zastanawia  się,  czy  wylać  mnie  z  pracy,  zanim 

dogadam  się  z  Autorem,  który  mógłby  z  dużym  sukcesem  dla  obu  stron  zawrzeć  z  nami 

długoletnią umowę, czy zaraz po tym, jak to zrobię. 

 

9.05.  Jest  facet!  Elegancki,  superprzystojny,  na  dodatek  w  bmw.  Zatrzymał  się  i  od  razu 

zaczął mnie podrywać. Że niby nie wie, czy może mi pomóc, czy w ogóle powinien angażować 

się w pomaganie takiej pięknej kobiecie, bo co powie mój mężczyzna, kiedy się dowie, że jakiś 

obcy  wymieniał  mi  koło.  „Co  on  pieprzy?”  —  pomyślałam.  Byłam  tak  zdenerwowana,  że  jak 

głupia  wypaliłam,  że  nie  mam  żadnego  mężczyzny.  Przez  chwilę  patrzył  na  mnie  nieufnie,  po 

czym powiedział ze złośliwym uśmiechem: 

— Jeśli tak atrakcyjna dziewczyna jest sama, to coś musi być nie w porządku! Lesba?! 

Wsiadł w tę swoją beemkę i odjechał. Gdybym mogła, to bym go zabiła! 

 

9.10. To ja zostanę zabita i umrę w wymyślnych torturach zadawanych mi przez Pawła. Ten 

Autor mógł wyciągnąć redakcję z dołka, na co wszyscy liczyli. Paweł zaproponował, żebym to ja 

poprowadziła negocjacje, bo znam się na literaturze i na pewno mi się uda. Dostałam naprawdę 

odpowiedzialne zadanie!  A  ja  tu  sterczę  jak  ostatnia  palancica!  Tak  się  wściekłam na  Bonda  z 

bmw, że z całej siły uderzyłam pięścią w dach samochodu. W dachu zrobiło się małe wgniecenie, 

a ja sparaliżowana stresem dopiero po chwili poczułam, że boli mnie ręka. 

 

background image

9.15.  Powrót  Bonda!  A  już  zaczęłam  się  rozglądać  za  taksówką.  Widocznie  ruszyło  go 

sumienie  i zawrócił na najbliższym skrzyżowaniu. Udaję, że  go nie  widzę.  Ja patrzę  w niebo, a 

on zmienia  mi  koło.  Po  chwili  wyciąga  telefon  i  podsuwa  mi  pod nos.  Ciągle  się  do  niego  nie 

odzywam,  ale  biorę  telefon  i  dzwonię  do  Pawła.  Chwała  Bogu,  jeszcze  mnie  nie  wylał.  Tylko 

dlatego, że Autor się spóźnia. 

 

9.28. Bond zmienił koło, zabrał komórkę i pojechał. Zdążyłam tylko bąknąć: 

— Dziękuję. 

Ależ ja jestem sakramencko głupia! Taki facet! A ja nawet nie wiem, jak się nazywa ani jaki 

ma numer telefonu! 

 

9.29. Bóg czuwa nad głupimi. Bond zostawił mi wizytówkę na desce rozdzielczej. 

 

9.30.  Pędzę  do  pracy,  łamiąc  wszystkie  przepisy  ruchu  drogowego.  Na  szczęście  nie  było 

glin. 

 

9.50.  Nienawidzę  Pawła!  Zakładał,  że  się  spóźnię,  i  umówił  mnie  z  Autorem  na  dziesiątą. 

Kochany Paweł! Zawsze mówiłam, że jest w porzo... 

 

17.30.  Wróciłam  do  domu.  Zmęczona,  ale  strasznie  z  siebie  dumna.  Autor  jest  mój  i  jest 

szansa, że współpraca przyniesie fantastyczne efekty. Yesss! 

 

18.00.  Nakarmiłam  Wacka,  zjadłam  małe  co  nieco  i  wyszykowałam  się  jak  na  randkę. 

Dzwonię  do  Bonda  —  przecież  po  to  zostawił  wizytówkę.  Telefon  wyłączony  albo  poza 

zasięgiem. 

 

18.15. Telefon wyłączony albo poza zasięgiem. 

 

18.40.  Telefon  wyłączony  albo  poza  zasięgiem.  Otworzyłam  butelkę  wina  i  wypiłam 

lampeczkę. 

 

19.00. Telefon wyłączony albo poza zasięgiem. Druga lampeczka. 

 

19.30.  Telefon  wyłączony  albo  poza  zasięgiem.  Włączam  telewizor,  żeby  obejrzeć 

„Wiadomości”. Trzecia lampeczka. 

 

background image

20.00.  Telefon  wyłączony  albo  poza  zasięgiem.  Butelka  pusta.  Zawsze  mogę  otworzyć 

następną. 

 

23.00.  Zupełnie  zapomniałam  o  tableteczkach  od  doktora  Larneckiego  i  zasypiam 

nieszczęśliwa, bo nikt mnie nie kocha. 

background image

5 października, piątek 

 

7.00.  Za  oknem  szaro,  pada deszcz i  jest  ohydnie.  Pędzę do  łazienki.  Wacek  plącze  mi się 

pod  nogami,  demonstrując  swoje  niezadowolenie,  że  nie  zajęłam  się  najpierw  jego  pustymi 

miseczkami. Wreszcie z godnością wkracza do łazienki, wskakuje na wannę i przygląda się, jak 

próbuję jednocześnie myć zęby i czesać włosy. 

 

7.20. Szafa! Oczywiście spódnica, o której myślałam, myjąc zęby, leży na samym dnie szafy 

i jest tak wygnieciona, jakby służyła za posłanie Wackowi. Chyba nawet jeszcze z koleżanką. 

A tyle razy obiecywałam sobie, że wszystko uprasuję i przygotuję poprzedniego wieczoru. W 

rezultacie żelazko stoi nie używane od miesięcy, a ja ćwiczę wariant: sweterki i spodnie, które się 

nie gniotą. 

Jak  to  robią  dziewczyny,  które  codziennie  przychodzą  do  pracy  w  innej,  odprasowanej 

bluzce, dopracowanej fryzurze, nie mówiąc już o makijażu, a jeszcze męża nakarmią i dziecko do 

przedszkola  odprowadzą  —  pozostanie  dla  mnie  na  zawsze  tajemnicą.  Nie  nadaję  się  do 

małżeństwa.  Już  wiem,  sytuację  rozwiązałby  związek  partnerski  —  każde  z  nas  prowadzi  taki 

tryb życia, jaki mu się podoba, bez prawa ingerencji w życie tego drugiego, a od czasu do czasu 

robimy  sobie  przyjemności.  Dlaczego  tylko  „od  czasu  do  czasu”?  Chyba  nie  najlepiej  to 

wykombinowałam. 

 

7.30.  Z  zamyślenia  wyrywa  mnie  Wacek  ocierający  się  o  moje  nogi.  Kurczę!  Późno,  a 

jeszcze muszę mu dać jedzenie. 

— A nie mogłeś sobie od rana jakiegoś kotlecika upolować, mój kochany kotku? 

Wacek miauczy negatywnie. Chyba nie mógł. 

 

9.10.  Udało  mi  się  prawie  nie  spóźnić.  Pani  Zuzia  zerknęła  tylko  dyskretnie  na  zegarek. 

Nawet nie pytała, co się stało. A przecież naprawdę może mi kiedyś strzelić rura w łazience — 

tylko kto w to uwierzy? 

background image

 

9.30. Koło mojego biurka przesunęła się jak cień Dorota. Chyba w poszukiwaniu Pawła. O! 

Ta to się nigdy nie spóźnia i od rana ma tysiące loczków ufryzowanych na głowie. 

— Ten sweterek już chyba wczoraj widziałam, kiedy szłaś na spotkanie z naszym Autorem 

— szepnęła. — Ładny, chociaż bardzo podobny do tego sprzed kilku dni. 

Zołza! Nienawidzę perfekcyjnych, zorganizowanych kobiet. 

 

16.40.  Wychodzę  z  redakcji.  Paweł,  który  idzie ze  mną  na parking, pyta  z  troską  w  głosie, 

czy już na pewno dobrze się czuję i czy może mi w czymś pomóc. 

—  Dzięki  —  odpowiadam.  —  Przepraszam,  Paweł,  ale  się  śpieszę.  Obiecałam  mamie,  że 

oddam jej film do wywołania, taki z naszych zeszłorocznych świąt. Wrzuciłam go do szuflady i 

dopiero  w  zeszłym  tygodniu  sobie  o  nim  przypomniałam.  Zdjęcia  są  super  i  mama  chciała 

dodatkowe odbitki z trzech klatek. No i wczoraj po nie pojechałam, ale zrobili nie te, co trzeba. 

— Trzeba było im podać numerki wybranych klatek — powiedział Paweł. 

— Przecież podałam.  Dlatego się wkurzyłam, że prostych  trzech  zdjęć nie  potrafią odbić, i 

kazałam jeszcze raz zrobić odbitki według podanych przeze mnie numerków. 

— A co robisz jutro? — zapytał, tak jakoś przeciągając słowa. 

—  Iwona  zaprosiła  mnie  na  weekend  do  ich  chatki  na  kurzej  łapce  za  miastem.  Zamykają 

sezon letni na działce. 

— No to hej! Do zobaczenia w poniedziałek. 

— Hej! 

 

17.15.  Jestem  w  zakładzie  fotograficznym.  Odebrałam  zdjęcia,  wyjmuję  je  z  koperty  i  nie 

wierzę  własnym  oczom!  Znowu  nie  te  zdjęcia,  na  dodatek  zrobili  te  same  co  wczoraj!  Teraz 

naprawdę  się  wkurzyłam.  Wieczorem  mama znowu zadzwoni  i  zapyta  o  zdjęcia.  Już  słyszę  jej 

głosik: „Brygida, kochanie, co się z tobą dzieje. Na tobie już zupełnie nie można polegać. Pomału 

przestaję się dziwić, że nie potrafisz ułożyć sobie życia”. 

—  Proszę  pana  —  mówię  spokojnym  głosem,  choć  poziom  adrenaliny  podnosi  mi  się 

niebezpiecznie — prosiłam wczoraj, żeby pan zrobił odbitki zdjęć numer jedenaście, szesnaście i 

dwadzieścia trzy. A co mi pan dał w kopercie? 

Wziął ode  mnie  film i spokojnie, klatka po  klatce,  zaczął go przeglądać.  Popatrzył na mnie 

jak na idiotkę i powiedział: 

— To są zdjęcia numer jedenaście, szesnaście i dwadzieścia trzy. 

Teraz  ja  wzięłam  film,  zaczęłam  go  przeglądać  i  nogi  się  pode  mną  ugięły.  Szepnęłam 

najciszej, jak mogłam: 

—  Przepraszam.  Proszę  teraz  zrobić  zdjęcia  numer  dwanaście,  siedemnaście  i  dwadzieścia 

background image

cztery. 

Zapłaciłam i szybko wyszłam. Jadę do domu wyprasować wszystkie bluzki i spódnice. Może 

nawet wypastuję buty. 

background image

6 października, sobota 

 

9.00. Telefon. Dzwoni Iwona, że są już pod domem i czekają na mnie. 

—  Już  wychodzę!  —  krzyczę  w  słuchawkę,  wrzucając  do  torby  kosmetyczkę,  piżamę  i 

Krainą  pozytywek  Tomasza  Małyszka,  okrutną,  męską  powieść  o  zbrodni  bez  motywu. 

Jednocześnie próbuję wyszarpnąć z włosów lokówki. Wacek plącze mi się pod nogami i strasznie 

przeszkadza.  Aha,  muszę  jeszcze  wyciągnąć  suszarkę  do  włosów  z  kontaktu,  wyjąć  z  lodówki 

jedzenie  dla  Wacka  i  przełożyć  do  miseczki,  wyrzucić  żwirek  i  nasypać  świeży.  Już.  Całe 

szczęście, że drzwi się nie zatrzasnęły, kiedy biegłam do zsypu, bo klucze zostały oczywiście na 

stole. 

 

9.10.  Co  oni  robią z  tą  windą?!  Przyciskam  i  przyciskam,  a  tu  nic.  Ktoś  gdzieś  blokuje.  O 

Boże!  Kot!  Rzucam  się  do  drzwi  mojego  mieszkania,  otwieram  trzy  zamki  anywłamaniowe, 

wpadam do kuchni i wyciągam przerażonego Wacka z lodówki. 

—  Wacek,  ty  kochany  debilu,  jak  możesz  włazić  do  lodówki,  kiedy  ja  się  śpieszę?!  — 

Prawie płakałam, pocierając go ręcznikiem, żeby się rozgrzał. Dobrze, że zauważyłam go kątem 

oka, kiedy wyjmowałam rybę, chociaż pomyślałam, że tylko mi się wydawało. 

 

9.20. Przesadziłaś, Brygida — powiedział Bartek, mąż Iwony, kiedy trzasnęłam drzwiami ich 

samochodu. 

— Sorry, nie chciałam tak trzasnąć. 

— Przesadziłaś nie z trzaskaniem, ale z grzebaniem się — wyjaśnił. — Jak długo można na 

ciebie czekać — powiedział z wyrzutem. 

— Strasznie was przepraszam, ale musiałam wyjąć kota z lodówki. 

Popatrzyli na siebie i nie odezwali się już ani słowem. „Zanosi się na to, że będzie miło” — 

pomyślałam. 

 

9.40.  Chce  mi  się  płakać.  Moja  torba  z  piżamą,  zmianą  bielizny,  ciepłym  swetrem  i 

background image

wszystkimi akcesoriami została w domu. 

background image

7 października, niedziela 

 

17.00. Wacek  ma nadęty  pyszczek, bo opuściłam  go na 32 godziny! Wskoczył na parapet i 

udaje, że mnie nie widzi. 

— Chodź tu, wariacie, opowiem ci, jak było. 

Wacek  nie  jest  zainteresowany.  A  było  rewe...!  Wczoraj  wieczorem  rozpaliliśmy  grilla  i 

piekliśmy różne pyszności: kiełbaski, szaszłyki, udka z kurczaka itd. Piliśmy wino albo piwo (to 

panowie  w  liczbie  trzech).  Ja  byłam  oczywiście  bez  pary.  Miał,  co  prawda,  przyjechać  jakiś 

kolega Bartka i wystąpić w roli mojego towarzysza, ale zadzwonił straszliwie wkurzony, że nie 

może  trafić, więc wraca do  Poznania. Lepiej,  że nie przyjechał, skoro  taka ofiara. Między  nami 

mówiąc, ja też bym nie trafiła, ale przecież nie jestem mężczyzną, prawda? 

Potem panowie rozpalili ognisko, jako że paniom zrobiło się zimno. Dobrze, że  Iwona dała 

mi  swój  polar,  bo  umarłabym  z  zimna.  Siedzieliśmy  blisko  ognia,  piliśmy  wino  albo  piwo  i 

opowiadaliśmy sobie różne śmieszne historie. Taki konkurs. Najlepsza była Anka, siostra Bartka, 

która jest nauczycielką. 

Wyjęła swój telefon komórkowy i powiedziała: 

— To będzie historia pewnego SMS-a, którego dostałam od Jaśka. 

Jasiek to jej narzeczony. 

Jasiek rzucił się na nią z krzykiem: 

— Anka, proszę, nie!!! 

— Wyluzuj się, Jasiek! — śmiała się Anka. — Uwaga, czytam: „Kocham Cię od A do Z, z 

uwzględnieniem ą, ę, ć, ź, ń, ale najbardziej kocham Twój przecinek!” 

Ryknęliśmy śmiechem. 

—  Cicho!  —  zawołała  Anka.  —  To  dopiero  początek  historii.  Następnego  dnia  w  szkole 

dyrektorka  zrobiła  mi  niespodziewaną  wizytację  na  lekcji  polskiego.  Przyszła,  świecąc  tym 

swoim drucikiem na zębach. Kto to widział, żeby w tym wieku dbać o zgryz?! 

—  Pani  Kubiak,  proszę  kontynuować  —  powiedziała  bez  cienia  zachęty  i  posadziła  swój 

kwadratowy tyłek w ostatniej ławce. 

background image

— Dzisiaj poznamy imiesłów przysłówkowy, który oznacza czynność lub stan towarzyszący 

tej czynności, na przykład „czytając, uczę się” — zapowiedziałam temat. 

Potem  napisałam  na  tablicy  parę  przykładów  i  poprosiłam  uczniów  o  podanie  własnych. 

Zgłosił się Adam Biedrzycki, któremu wróżę przyszłość w Chippendalesach. 

— Patrząc na panią, oczekuję — powiedział, spoglądając mi prosto w oczy. 

Dyrektorka głośno chrząknęła. Postanowiłam przywołać na odsiecz Małgosię Wolską, którą 

każdy prezydent mógłby śmiało uczynić swoim rzecznikiem prasowym. 

—  Czytając  Chłopów,  poznasz  wiele  ciekawych  rysów  życia  ludu  —  wyrecytowała 

Małgosia, a ja zapisałam to zdanie na tablicy. 

Potem  miałam  swój  niezwykle  interesujący  wykład,  ubarwiony  wypowiedziami  uczniów, 

cytatami z literatury i  filmów współczesnych. Cud, miód i kultura. Dyrektorka nie mogła się do 

niczego przyczepić. 

Po lekcji, kiedy zostałyśmy już same, podeszła do mnie z tym swoim rusztowaniem w jamie 

ustnej. 

— Gratuluję, pani Kubiak, świetnie... Ale co u pani z przecinkiem? 

Zbladłam, a następnie spurpurowiałam jak kisiel „Słodka chwilka” dr Oetkera. 

— Słucham? 

— Zapomniała pani o przecinku. Proszę spojrzeć na tablicę, tutaj i tutaj. Przecinka nie można 

lekceważyć,  bo  wszyscy  poniesiemy  konsekwencje.  Do  pani  należy  wyjaśnienie  uczniom,  do 

czego służy przecinek i kiedy się go używa. Inaczej obleją egzamin dojrzałości. Czy pani wie, że 

taki niepozorny przecinek może przeszkodzić młodemu człowiekowi w karierze? — zakończyła 

relację Anka. 

Teraz już wyliśmy tak, że rozszczekały się wszystkie psy w okolicy. 

Dzisiaj na pożegnanie panowie, zataczając się ze śmiechu, chórem wrzasnęli: 

— Dbajcie dziewczynki o swoje przecinki! 

 

21.00. To jednak cudowne mieć dom tylko dla siebie. 

background image

8 października, poniedziałek 

 

8.45.  Dzień  zaczął  się  średnio  pomyślnie.  To  znaczy  właściwie  nie  wiem,  bo  wprawdzie 

znowu zaspałam, ale w drodze do pracy usłyszałam w radiu horoskop na dzisiaj: „Czeka cię miła 

niespodzianka”. 

 

9.10.  Siedzę  przy  komputerze  i  skracam  artykuł  o  nowej  generacji  leków  odchudzających. 

Nawet mnie to wciągnęło. 

 

9.30. Telefon. Mama! A prosiłam, żeby nie dzwoniła do redakcji! No dobrze, przyjechała do 

mnie w środku nocy, czyli nad ranem, żebym wiedziała, że mnie kocha. Niech będzie. 

9.30  i  23  sekundy.  Nie  mogę  otrząsnąć  się  z  szoku!  To  jest  po  prostu  niemożliwe.  Moja 

mama  rozmawiała  ze  mną przez  telefon  —  a  raczej  mówiła  do  mnie  przez telefon  —  tylko 23 

sekundy! To, co powiedziała, jest również niewiarygodne: „Mam do ciebie prośbę”. Niczego nie 

żąda, nie każe, tylko ma prośbę. To znaczy, że wkrótce nastąpi koniec świata. Zaprosiła mnie na 

lunch do mojego ulubionego chińskiego baru. Chyba nie mam dzisiaj urodzin? 

 

12.30. Siedzę z mamą w moim ulubionym chińskim barze, jem moją ulubioną sałatkę i nagle 

słyszę, jak mama mówi tym swoim najsłodszym głosem, który zapowiada nadejście tornado: 

— Wiesz, słoneczko, jadę do sanatorium. Wyobraź sobie, że doktor Larnecki był tak miły i 

załatwił mi Kudowę Zdrój. 

Poczułam  mrowienie  na  karku:  doktor  Larnecki  kazał  mi  się  zgłosić  na  badania  do  jego 

kliniki.  Nie  mogę  się  tam  nigdy  w  życiu  pokazać,  bo  przecież  wtedy  w  znacznym  stopniu 

symulowałam.  I  wydaje  mi  się,  że  on  w  końcu  się  tego  domyślił.  Zemdlałam  na  chwilę,  to 

prawda.  W  tych  marketach  zawsze  robi  mi  się  niedobrze  po  półgodzinie.  Nie  wiem,  czy  to 

sprawa oświetlenia czy wentylacji, a wówczas jeszcze dodatkowo ten skandal z kartą. Ale gdy on 

usiłował  mnie  docucić,  to  ja  już  dawno  byłam  „docucona”.  Później  znów zrobiło  mi  się słabo, 

kiedy  zobaczyłam  karetkę pogotowia pod  marketem,  a  ja miałam  nadzieję,  że on sam odwiezie 

background image

mnie do domu i... Wyłączyłam się na chwilę i nie słuchałam tego, co mówi moja mama. I to był 

błąd! 

—  Oczywiście,  zgodzisz  się,  prawda?  —  Zaglądała  mi  w  oczy.  —  Przecież  to  tylko  trzy 

tygodnie. 

— Na co mam się zgodzić? — zapytałam. 

— No, zaopiekujesz się Lula. 

—  Lula?!  —  Aż  podskoczyłam  na  krześle,  powodując  paniczną  ucieczkę  na  zaplecze 

Chińczyka  niosącego  chyba  z  pięć  talerzy  jednocześnie.  Huk  rozbijającego  się  o  posadzkę 

porcelitu był dowodem na to, że odniosłam sukces. — Ja? Ja mam zaopiekować się tym wielkim 

potworem z paszczą pełną zębów? 

— To nie potwór, tylko dobermanka — powiedziała mama już prawie obrażonym głosem. — 

Poza tym ona za tobą przepada. 

— Nie  mogę,  mamo.  Zrobiłabym dla  ciebie wszystko,  naprawdę,  ale  ja pracuję od  rana do 

wieczora. Nie mam czasu, żeby ją wyprowadzać. 

— Przecież to żaden problem. Wstaniesz po prostu pół godziny wcześniej i wyjdziesz z Lula 

na spacer, a przy okazji  kupisz sobie świeżutkie bułeczki na  śniadanie. Taka  jesteś blada,  moje 

dziecko,  codzienny  spacer  dobrze  ci  zrobi.  —  W  mig  potrafiła  znaleźć  rozwiązanie  każdego 

problemu. 

—  Gdybym  potrafiła  wstawać  pół  godziny  wcześniej,  nie  spóźniałabym  się  notorycznie do 

pracy — zauważyłam trzeźwo. — A może Magda? — szepnęłam ze słabnącą nadzieją w głosie, 

żałując  natychmiast,  że  mi  to  przyszło  do  głowy,  ponieważ  mama  popatrzyła  na  mnie  z  takim 

wyrzutem, że powinnam zostać unicestwiona w ułamku sekundy. 

— Przecież wiesz, że Kubuś jest uczulony na sierść. 

— Ale ja mam kota! — Złapałam się ostatniej deski ratunku. — Wacek wpadnie w stresy. 

— Bzdura. Lula bardzo lubi koty — mówiła niczym nie zrażona. 

„Uhm — pomyślałam — szczególnie w charakterze zwierzyny łownej”. 

— Kiedy wyjeżdżasz? — spytałam już właściwie pokonana. 

— Dzisiaj.  —  Rozpromieniła się. — Mam pociąg za trzy  godziny.  Rozumiem, że będziesz 

mogła pojechać po Lulę już teraz. 

— Mamo, ale ja wracam jeszcze do pracy. — Byłam przerażona. 

— Och, to żaden problem. Lula posiedzi w samochodzie, bardzo to lubi. Jak żył ojciec... 

— Mamo, nie mam już czasu. 

— Chciałam tylko powiedzieć, że Lula spokojnie może poczekać na ciebie w samochodzie. 

Będziesz miała pewność, że nikt nie ukradnie ci lusterek. 

 

14.05. Ja z powrotem w redakcji, Lula w moim samochodzie. 

background image

 

14.15. Pewnie teraz zżera tapicerkę. W końcu to służbowy samochód. Boże! Czy uchyliłam 

szybę? 

 

14.18. Na parkingu: Lula śpi, szyba uchylona. 

 

15.07.  Pewnie  już  się  obudziła  i  z  nudów  rwie  na  strzępy  moją  nową  spódnicę,  którą 

zostawiłam z tyłu na siedzeniu. 

 

15.10. Na parkingu: Lula śpi, spódnicę mam na sobie. 

 

16.03. Czemu ona tak śpi i śpi? Może chora? Może powinnam natychmiast pojechać z nią do 

weterynarza? Mama nigdy nie wybaczyłaby mi, gdyby Luli stało się coś złego. 

 

16.05. Wstaję i siadam. Wszyscy się na mnie gapią. 

 

16.15. Nie mogę piąty raz zbiegać na parking. I tak budzę ogólne zainteresowanie. 

 

16.17. Trudno. Niech myślą, że zwariowałam. I tak nie mogę się na niczym skupić. 

 

16.20. Chwała Bogu — śpi. 

 

17.30. Ratunku!!! Siedzę na krawężniku i nie wiem, co robić. Lula nie chce mnie wpuścić do 

samochodu. Warczy i pokazuje zęby, kiedy się zbliżam. Dlaczego moja matka nie kupiła ratlerka 

albo pudla, tylko to wielkie bydlę? 

 

17.47. Bez zmian. Lula w samochodzie, ja na krawężniku. 

 

18.00.  Lula  zżera  największy  czekoladowy  baton,  jaki  udało  mi  się  zdobyć  w  pobliskim 

kiosku, a ja — z sercem w piętach — siadam za kierownicą. 

 

19.00. Człowiek całe życie się uczy. Moje dzisiejsze cztery odkrycia: 

1. Lula lubi czekoladowe batony i jazdę samochodem; 

2. Lula lubi moje łóżko; 

3. Zbankrutuję na batony, bo nic poza słodyczami na nią nie działa — ani łagodna perswazja 

(tę przyjmuje wzgardliwym milczeniem), ani stanowcze „złaź!” (to potraktowała z uwagą, ale się 

background image

nie zastosowała), ani podniesiony głos (efekt: ostrzegawcze warknięcie). Myślę, że wobec takiej 

postawy mojej podopiecznej, czeka mnie upojna noc w fotelu. Jutro z całą pewnością nie zdążę 

do pracy i nikt na pewno mi nie uwierzy, że to z powodu psa; 

4. Lula nie lubi Wacka, a Wacek nie lubi Luli. 

Trzy rozkoszne tygodnie dopiero się rozpoczęły! 

 

20.07. Od trzech minut Lula stoi pod drzwiami i szczeka. Czego ona może chcieć, na litość 

boską? Wacek wybrał wolność na parapecie po zewnętrznej stronie okna. Żeby tylko nie popełnił 

samobójstwa! 

 

20.09.  Aha!  Spacer!  Psy  wychodzą  na  spacer,  a  przy  okazji  załatwiają  swoje  potrzeby 

fizjologiczne. 

 

20.15. Nigdy nie przypuszczałam, że psy mają tyle siły. Nie mogę pojąć, jak moja drobna i 

szczupła mama daje sobie z nią radę. Ledwie zdążyłam wyjść przed klatkę, Lula zobaczyła kota. 

Takiego  bezpańskiego  dachowca.  I  poniosła  jak  koń!  Co  ja  mówię  —  jak  rumak  ognisty! 

(Przecież  Lula  lubi koty! Ha,  ha,  ha!) W jednej  chwili  górna połowa  mojego ciała  poleciała do 

przodu, a dolna wrosła z zaskoczenia w ziemię. Przede mną wyłoniła się nieoczekiwanie wielka 

kałuża  pełna  brudnej  zawiesiny  i  już  widziałam,  jak  w  niej  ląduję,  gdy  nagle  poczułam  silne 

szarpnięcie za ramię. I nie było ono spowodowane przez Lulę. Poczułam coś jeszcze: najnowszą 

linię zapachową Calvina Kleina. Yesss! Od dawna nic mnie tak nie zwalało z nóg! No, chyba że 

za chwilę zrobi to Lula. 

— Niechże pani uważa. — Głos był wyraźnie zirytowany. — Psa trzeba trzymać na krótkiej 

smyczy. 

Obejrzałam  się  i  chyba  rozdziawiłam  usta.  Przede  mną  stał  ten  niewiarygodnie  przystojny 

facet spod trzydziestego czwartego. I był wyraźnie na mnie zły! 

— Przepraszam  — bąkałam,  jakby mi  rozum odebrało. — To nie mój pies.  Muszę  się nim 

opiekować przez trzy tygodnie i dopiero pierwszy raz wyszłam na spacer — paplałam tak przez 

chwilę,  bo nie  mogłam oderwać od niego oczu,  a  oczy  miałam już  od paru chwil  pełne  łez. — 

Aha! Dziękuję, że uratował  mnie pan od upadku.  Byłabym „kobietą upadłą”, gdyby  nie pan — 

siliłam się na dowcip. 

Przyjrzał mi się uważnie, podał chusteczkę, żebym wytarła oczy. 

„O rany!” — pomyślałam. „Rhett Butler!” 

On powiedział bardzo spokojnie: 

— Idę z Brutusem na spacer do parku, bo pies musi się wybiegać. Idzie pani z nami? 

Dopiero  teraz  zauważyłam,  że  nie  jest  sam.  Przy  jego  nodze  siedział  doberman  i  z  daleka, 

background image

dyskretnie obwąchiwał Lulę. 

—  Jasne,  że  idę!  —  wykrzyknęłam  może  zbyt  radośnie  i  zbyt  głośno,  a  pomyślałam: 

„Choćby nawet na koniec świata, ale nie musisz o tym wiedzieć”. 

— Nauczę panią, jak prowadzić psa na smyczy. 

 

21.15. Umówiliśmy się na jutro. Nie mogę pojąć, jak to się stało, że do tej pory nie miałam 

psa. Lula jest cudowna! Gdyby nie ona, mogłabym go nigdy nie spotkać. A jednak byłam pewna, 

że gdzieś go już widziałam. 

 

21.30.  Wszystko  się  zgadza  —  spotkała  mnie  dzisiaj  niespodzianka.  Mam  psa,  poznałam 

Daniela (Boże! To imię prześladowało mnie od dawna) i na razie wszystko jest na dobrej drodze. 

Chyba zacznę wierzyć w horoskopy. Aha! Zapomniałabym — Daniel jest weterynarzem. 

 

23.15. Lula i ja kładziemy się spać. Odniosłam niemały sukces; nie ukrywam, że za pomocą 

ciasteczek w czekoladzie. Ja śpię w swoim łóżku, a Lula śpi w przedpokoju. 

 

23.30. Drobna poprawka — Lula zjadła ciastka i śpi w moim łóżku, a ja w przedpokoju. 

 

23.50. Uzyskałyśmy konsensus — obie śpimy w moim łóżku. 

background image

9 października, wtorek 

 

4.25. Kurde! Co to za hałasy?! Że też ludzie w blokach trzymają psy! Wiadomo przecież, że 

to  katorga dla psów.  Biedne zwierzę  szczeka  i szczeka. Gdzie  są  ci  z Towarzystwa  Opieki nad 

Zwierzętami?! Zaraz znajdę numer w książce telefonicznej, tylko wstanę... 

 

4.26. Już wstaję, ale tej pani, co wali szczotką w mój sufit, nie zamawiałam! Czego ona chce, 

do cholery, ode mnie?! Przecież ja nie mam psa! 

 

4.27. Lula! Dlaczego tak się drzesz!? 

 

4.45. Na pewno zachoruję na zapalenie płuc. Na piżamę nałożyłam tylko kurtkę i wyszłam z 

tym potworem na nocny spacer. 

 

4.50.  Mam  dreszcze.  Dziękuję  ci,  mamo!  Nie  powiedziałaś,  że  z  psem  trzeba  wychodzić 

także w nocy! 

 

5.55. Obudziłam się z koszmarnego snu, zlana zimnym potem i przerażona! 

 

5.56.  Niestety,  to  nie  był  sen!  Mieszkanie  zdemolowane.  Wacek  siedzi  na  mojej  nowej 

lampie z IKEI i groźnie prycha. Lula obchodzi go dookoła i obszczekuje cała najeżona. Ktoś wali 

w sufit, a może w podłogę. I ja mam tak żyć przez trzy tygodnie?! 

 

6.00. Zrezygnowana wracam do łóżka, walkmen na uszy... może jeszcze zasnę. 

 

7.00. Przeklęty budzik wyrywa mnie z cudownego snu. Byłam z NIM! Właśnie padliśmy na 

dywan,  gorączkowo  ściągając  z  siebie  nawzajem  części  zbędnej  garderoby,  właśnie  zagarnęły 

mnie  silne,  męskie  ramiona  i  poddałam  usta  jego  namiętnym  pocałunkom...  mmm...  jak 

background image

rozkosznie... czuję jego oddech na swojej szyi... I ten cholerny budzik!!! A może to nie był sen? 

Obok  wyczuwam  coś  ciepłego  i  na  pewno  nie  jest  to  moja  noga!  Słyszę  czyjś  oddech... 

Natychmiast  uruchamiam  śpiące  jeszcze  szare  komórki  —  no,  nie!  Żadnego  faceta  na  noc  nie 

zapraszałyśmy,  krzyczą  zaspane  szare  komórki!  Otwieram  oczy  i  widzę  jakiś  wielki,  wilgotny 

nos spychający moją głowę z łóżka, jakiś wielki jęzor z głośnym mlaskaniem oblizuje moje uszy 

i szyję. 

— Lula! — wrzeszczę i wyskakuję z łóżka. To się nazywa: „Pies ci mordę lizał!” No, nieźle 

— w moim łóżku z jednej strony leży Lula, a z drugiej Wacek! Co mu odbiło? Przecież nigdy ze 

mną nie spał! 

 

7.15.  Prysznic,  makijaż,  szklanka  przedwczorajszej  kapuścianki  —  brrr!  Co  za  świństwo! 

Hej! Zwierzaki! Nie wyżerać sobie nawzajem z misek! 

 

8.00. Właściwie jestem gotowa. Jeszcze tylko spacerek z Lulą. Szybko wokół bloku. Siusiu, 

kupka i do domu. 

 

8.15.  Cichutko zamykam  drzwi.  Przekręcam  klucze  w  trzech  antywłamaniowych  zamkach, 

naciskam  przycisk  windy.  Rozlega  się  potworny  skowyt,  jakby  kogoś  obdzierali  ze  skóry. 

Towarzyszy  mu  brzęk  tłuczonego  szkła.  A  już  prawie  byłam  w  windzie.  Wysiadam  i  pędzę 

otwierać te moje trzy antywłamaniowe zamki. 

 

8.20. Nie mam wyjścia. Wacek zostaje. Lulę zabieram ze sobą. 

 

8.40.  Lula  robi  wrażenie,  gdy  stoimy  na  światłach.  Nie  ma  kierowcy,  który  nie  wychyliłby 

się, żeby na nią spojrzeć. 

 

9.00. Parking przed siedzibą redakcji. Uchylam szybę w samochodzie i wysiadam. Lula jest 

wyraźnie niezadowolona, że ją zostawiam. 

 

9.20. Monika informuje mnie o zbiegowisku wokół mojego samochodu. 

 

9.23.  Wybiegam  na  parking.  Lula  wyje,  drapie,  piszczy,  rzuca  się  z  jednego  siedzenia  na 

drugie. Otwieram samochód. Lula wypada jak szalona, jak dożywotniak, którego nieoczekiwanie 

ułaskawili. Cholera! Zapomniałam smyczy! 

 

10.00.  Nie  mogę  już  złapać  ani  oddechu,  ani  Luli.  Ona  uznała,  że  to  świetna  zabawa. 

background image

Przypada na przednie łapy, pozwala mi podejść do siebie blisko, a kiedy wyciągam do niej rękę, 

wyskakuje gwałtownie do góry, jakby była puszkiem, po prostu puszkiem! I zwiewa w radosnych 

podskokach. 

 

10.20. Ciągle nie tracę nadziei, że uda mi się namówić Lulę na powrót do samochodu. Zjadła 

już  chyba  z  dziesięć  batonów,  a  na  tego  położonego  na  przynętę  w  samochodzie  nawet  nie 

spojrzała. Jestem wściekła! 

 

10.30.  Podjeżdża  Paweł,  który  miał  dzisiaj  jakieś  sprawy  do  załatwienia  w  drukarni. 

Przygląda się przez chwilę wyczynom Luli i mojej bezradności, a potem pyta, jak  wabi się mój 

pies. 

— Lula — mówię zrezygnowana — ale to nie mój pies. 

— Lula, do nogi — Paweł wydaje krótką, ostrą komendę.  

Lula posłusznie podchodzi. Siada, a potem waruje.  

Oniemiałam! To nieujarzmione stworzenie zostało błyskawicznie okiełznane. Po chwili Lula 

siedzi już w moim samochodzie. Potulna i wyraźnie śpiąca. Nic dziwnego, po takich harcach! 

—  Paweł,  nie  wiem,  co  mam  robić  —  usprawiedliwiam  się.  —  Mama  mi  ją  podrzuciła  i 

pojechała do sanatorium. Na trzy  tygodnie. Za trzy  tygodnie  ja już nie będę żyła, rozumiesz — 

chlipię, a tusz mi się rozmazuje po policzkach. 

— Uchyl jej na razie okno, potem coś wymyślimy. 

„Potem coś wymyślimy”  — tłucze się  po  mojej głowie przez  resztę godzin w  pracy.  Może 

uda mi się pozbyć Luli. 

 

16.30.  Paweł  mówi,  że  rozmawiał  z  rodzicami  i  zgodzili  się  „przechować”  Lulę  do  czasu 

powrotu mojej mamy z sanatorium. Trudno mi uwierzyć, że ktoś dobrowolnie może skazać się na 

taką mękę. Rodzice Pawła twierdzą, że świetnie sobie z Lulą poradzą, bo zawsze mieli w domu 

psy. 

„Zbyt piękne, żeby było prawdziwe” — myślę, a jednocześnie trochę żałuję rozstania z Lulą, 

bo nie będę miała pretekstu do spacerów z Danielem. 

 

18.00.  Paweł  zaprasza  mnie  na  obiad.  Teraz,  kiedy  pozbyłam  się  Luli,  jest  mi  wszystko 

jedno. 

 

18.15. Idziemy pieszo do ulubionej restauracji Pawła. Rozmawiamy, nagle tak inaczej, nagle 

tak  zwyczajnie.  Paweł  mówi,  jakiej  muzyki  słucha,  jakie  książki  czyta!  Opowiada  o  swoich 

ulubionych miejscach w Poznaniu... Paweł! Zawsze wiedziałam, że jesteś w porzo... ale aż tak? 

background image

Paweł  kupuje  mi  różę  i  mówi,  że dawno  już chciał  mnie  zaprosić  i  tak  po  prostu  pogadać,  ale 

jakoś nie było okazji. 

 

22.00.  Paweł  odprowadza  mnie  do  redakcji.  No,  nie!  Nie  bankietowaliśmy  całą  noc.  Na 

parkingu stoi mój matiz, więc muszę go zabrać, bo jutro nie miałabym czym przyjechać do pracy. 

Idziemy  pieszo  prawie  przez  cały  Poznań.  Trochę  mi  zimno  i  Paweł  mnie  przytula.  Tak 

zwyczajnie, bez zobowiązań. Opowiada i opowiada, a ja go ciągle słucham. 

Gdyby nie to, że znów przypomniał mi się tata: „Miejsce pracy nie jest miejscem do flirtów. 

Zapamiętaj, córeczko...” Zapamiętałam, cholera! 

background image

10 października, środa 

 

7.00.  Jak  cudownie  rano  wstać.  Właściwie  żałuję,  że  nie  ma  Luli.  Może  kupię  Wackowi 

jakiegoś małego pieska do towarzystwa? A ja będę miała pretekst do spacerków! 

 

7.15. Żadnych psów! I tak mam problemy z rozpoczęciem dnia. Dobrze jest, jak jest. 

 

8.15.  Wybiegam  z  domu  naprawdę  radosna.  Przed  blokiem  poślizgnęłam  się  na  psich 

kupkach i wyrżnęłam jak długa. Bardzo malownicza poza! Obcas złamany i oczko w rajstopach. 

Same sukcesy! 

 

8.20. Drugi prysznic tego dnia. Nic nie zdążę zrobić z włosami. Naturalne strąki na głowie i 

siniak na kolanie wyglądają bardzo „atrakcyjnie”. 

 

8.30.  Nie  mam  się  w  co  ubrać.  Wacek  schował  się  w  szafie  z  ciuchami  i  wszystko  jest  w 

kocich  kudłach.  Zepsuło  mi się  żelazko  od dawna  nie  używane  i  cały  prąd  z niego  „wyszedł”. 

Boże  drogi,  gdzie  jest  mężczyzna  mojego  życia,  który  potrafi  żelazko  naprawić?  Przecież  ja 

jestem tylko małą blondynką, nie mogę znać się na wszystkim. 

 

8.40.  Włożyłam  dżinsy  (dopięłam  je  na  leżąco)  i  obcisły  sweterek.  Przez  cały  dzień  będę 

musiała  chodzić  z  wciągniętym  brzuchem. Trudno!  Pozytywna  strona  tej  dramatycznej sytuacji 

— zrezygnuję z lunchu. I będę chuda. 

 

8.50. Gdyby nie chłodna jesień, przerzuciłabym się na rower. Trzeba pamiętać wiosną, żeby 

jeździć do pracy  na  rowerze!  Przynajmniej ominie  człowieka stanie  w tych upiornych  korkach. 

Chociaż  czasami  jest  miło  nawet  w  korku.  Na  przykład  teraz  —  ten  brunet  na  pasie  obok 

uśmiecha się do mnie tajemniczo. Ja też się uśmiecham. Obiecująco! 

 

background image

9.15.  Już  wiem,  dlaczego  ten  brunet  się  uśmiechał.  Zapomniałam  zdjąć  czepek  kąpielowy. 

Pani Zuzia mało z krzesła nie spadła, jak mnie zobaczyła. Nawet na zegarek nie spojrzała, tylko 

zapytała, czy wybieram się na zawody pływackie. Bardzo, bardzo śmieszne! 

 

11.00. Zadzwoniła mama  z  Kudowy. Znowu do redakcji, a prosiłam... Bawi  się cudownie i 

biega  na  wieczorki zapoznawcze. Zapytała,  czy  mogę  wysłać  jej trochę  gotówki, bo nie  wzięła 

swojej  karty  kredytowej.  Co  ona  robi  z  pieniędzmi?  Przecież  to  wczasy  lecznicze,  a  nie 

ekskluzywna wycieczka na Kanary. Ja też chcę do sanatorium! 

 

14.00. Zmieniłam zdanie. Nie chcę do sanatorium. Ja chcę na Kanary! 

Na  dworze  leje,  na  moim  biurku  czwarta  kawa  (cerę  szlag  trafi)  i  cała  tona  papierów.  Na 

szczęście lubię swoją pracę. 

 

16.00. Paweł podchodzi do mojego biurka tak cicho, że podskakuję na krześle, kiedy dotyka 

mojego ramienia. 

— Czy możemy porozmawiać? — pyta jakoś tak niepewnie. 

—  Jasne.  —  Wstaję  i  wychodzimy  na  korytarz.  Mam  złe  przeczucia.  —  Co  się  stało?  — 

pytam. 

— Nic się nie stało, tylko Lula zdemolowała  mieszkanie rodziców...  Mówią, że  jest bardzo 

miła, ale tęskni za tobą i dlatego tak szaleje. Oni dłużej już nie wytrzymają. 

— A mieli tyle psów! 

— A mieli tyle psów — powtarza Paweł. — Nie mogę zrozumieć, jak to możliwe. Mówiłaś 

przecież, że to nie twój pies, tylko twojej mamy... 

— No właśnie! 

— To dlaczego tak tęskni za tobą? 

— Powiem ci prawdę, Paweł. Ja  myślę,  że  to jest po prostu niewyobrażalnie rozpuszczony 

egzemplarz, któremu ja ze strachu i bezradności ulegałam, karmiąc go czekoladowymi batonami. 

I ten potwór uznał, że tak ma być! Nie ma rady, muszę zabrać Lulę do siebie. 

— Jak sobie poradzisz? 

— Nie wiem. 

— Czy mogę ci jakoś pomóc? 

— Już mi pomogłeś, dzięki. Teraz sama muszę stawić czoło bestii. 

—  Jeśli  chcesz,  to  wpadnę  do  ciebie  wieczorem.  Może  we  dwójkę  jakoś  sobie  z  nią 

poradzimy. 

— OK! — W rezultacie pojechaliśmy po Lulę razem. 

 

background image

18.00. Odebraliśmy Lulę od rodziców Pawła. Przepraszali, uśmiechali się. Ja też. 

 

18.10.  Nie  mogę  prowadzić  samochodu,  ponieważ  Lula  zwala  się  na  mnie  całym  swoim 

wielkim cielskiem i wylizuje mnie tak, jakbym przez miesiąc nie miała się w czym umyć. Nawet 

mruknięciem nie dała do zrozumienia, że skandalem jest brak baloników! Paweł siedzi wbity w 

fotel i nie może się ruszyć. Kiedy, przez przypadek, wyciąga rękę w moją stronę, Lula pokazuje 

zęby i paskudnie warczy. 

 

20.00.  Wychodzimy  z  Lula  na  spacer.  Do  licha!  Nigdy  bym  nie  pomyślała,  że  za  Pawłem 

będą się oglądać wszystkie panny w wieku rozrodczym. A on w ogóle nie zwracał na nie uwagi! 

Szedł  obok  mnie, prowadząc  Lulę na smyczy, cały  pachnący  feromonami i Hugo  Bossem,  a  w 

dodatku, jak przystało na szefa działu w babskim piśmie, był świetnie zorientowany w literaturze 

kobiecej. 

Zachwycał się  Polką Gretkowskiej, choć wcześniej za nią nie przepadał.  Nie zachwycał się 

anatomią  stanu  błogosławionego,  ale  rzeczywistością  kobiety,  która  oczekuje narodzin dziecka. 

Rzeczywistością tu i tam! 

Wzruszyło  mnie  to,  co  mówił,  ponieważ  oznaczało,  że  gotów  był  przyjąć  na  siebie 

odpowiedzialność za życie nowego, małego, bezradnego człowieka i za bezpieczeństwo kobiety, 

która tego człowieka na świat wydaje! Och, chyba się trochę zagalopowałam. 

 

21.15.  Wróciliśmy  do  domu,  włączyłam  Coltrane  for  Lovers,  włożyłam  odjazdową  kieckę 

(wprawdzie nie na tę porę roku, ale wyglądałam w niej super). 

Paweł otwiera wino — dzisiaj australijskie „Kangaroo” — ja nakładam spaghetti. 

Paweł zauważa, że wyglądam seksownie, ja dolewam wino. 

— Pyszne, prawda? — pytam. 

—  Fantastyczne!  —  wykrzykuje  z  autentycznym  zachwytem.  —  A  gdzie  masz  to  zepsute 

żelazko, Brygida? 

— Jakie żelazko? 

—  Mówiłaś  przecież,  że  zepsuło  ci  się  żelazko  i  nie  możesz  wyprasować  bluzki. 

Powiedziałaś  nawet,  że  na  gwałt  potrzebny  ci  prawdziwy  mężczyzna,  który  by  to  żelazko 

zreperował. — Śmieje się. — Jestem więc i pytam, gdzie żelazko? 

— Jesus Christ! Ale mnie zaskoczyłeś! Żelazko! — Pomyślałam, że zwariował, o co chodzi 

z  tym  żelazkiem?  Wyciągnęłam  z  szafy  zdezelowany  sprzęt,  położyłam  na  stole  i  zaczęłam 

kombinować, jak zmienić sytuację na swoją korzyść. 

Przez  przypadek  książka  Johna  Graya  Marsjanie  i  Wenusjanki  w  sypialni  znalazła  się  w 

moich  rękach  i  przez  przypadek  otworzyła  się  sama  na  rozdziale:  „Zmywanie  naczyń  jako 

background image

wspaniała gra wstępna”. Dodało mi to nieco otuchy. 

—  Paweł,  czy  mógłbyś  mi  pomóc  w  zmywaniu?  —  zapytałam  słodko  i  już  wyobraziłam 

sobie tę scenę: on zmywa — ja wycieram, on podaje — ja odbieram, on mnie dotyka — ja... 

— Pozwól mi skończyć najpierw to, co zacząłem. Później pozmywamy, dobrze? 

Cholera!  Ktoś  mówił,  że  prawdziwego mężczyznę  poznaje się nie po  tym,  jak  zaczyna, ale 

jak kończy. No, dobra! 

Musiałam jednak zająć się czymś, poszłam więc do kuchni zmywać naczynia! Szkoda tylko, 

że ofiarą mojej frustracji padła babcina salaterka w aniołki. 

Żelazko okazało się szalenie skomplikowane, może nawet bardziej niż ja w okresie PMS. 

Paweł się nie poddawał. 

—  Jeśli  jesteś  strasznie  zmęczona,  to  się  kładź  —  powiedział  przez  zaciśnięte  zęby.  —  Ja 

muszę to dzisiaj zrobić. Nie spocznę, póki nie skończę. 

Ja też myślałam, że muszę to dzisiaj zrobić! 

 

23.30. Kontroluję sytuację — Paweł reperuje żelazko. 23.35. Paweł naprawia mikser. 

23. 45. Paweł oświadcza, że skończył prace naprawcze, sprzęt działa. Ja nie. 

 

23.50. Paweł mówi: „Dobranoc”, ja mówię: „Dziękuję”. Paweł wychodzi. 

 

23.55.  Słaniam  się na  nogach,  ale  muszę  o  siebie  zadbać:  po  peelingu  z  otrąb,  maseczka  z 

siemienia lnianego. Na włosy mały słoiczek majonezu light (tak zrobiła Julia Roberts w jednym z 

filmów) i pełny relaks ze Stingiem w tle. 

 

0.10. Dzwonek do drzwi. Paweł. 

— Co się stało? — Zapomniałam, co mam na twarzy i na włosach. 

— Nie mogę złapać żadnej taksówki. 

 

1.15.  Kochaliśmy  się  ponad  godzinę.  Czyżby  na  Pawła  tak  podziałało  siemię  lniane  z 

majonezem? 

Kobiety są nieprzewidywalne, ale mężczyźni jeszcze bardziej. 

background image

11 października, czwartek 

 

8.00.  Wyprowadzam  Lulę  na  spacer.  Załóżmy,  że  można  to  tak  nazwać,  ponieważ  to  ja 

jestem  wyprowadzana.  Lula,  która  nie  przepada  za  windą,  jak  się  dzisiaj  okazało,  tak  ciągnie 

mnie  w  dół  po  schodach,  że  przeskakuję  po  dwa  stopnie,  żeby  tylko  nie  wypuścić  smyczy. 

Dobrze, że to tylko trzy piętra! 

Przemknęłam  jak  pershing  obok  jakiegoś  faceta,  który  powiedział  mi:  „Dzień  dobry”.  Nie 

zdążyłam mu odpowiedzieć, bo już byłam piętro niżej. Na parterze pomyślałam, że to mógł być 

doktor od zwierząt, czyli Daniel spod trzydziestego czwartego. 

 

8.05.  Nigdy  nie  byłam  zwolenniczką  joggingu.  Nawet  podczas  intensywnej  kuracji 

odchudzającej.  Teraz  wiem,  że  miałam  rację.  Kiedy  Lula  sika,  a  nawet  zamierza  zrobić  coś 

więcej, ja nareszcie mam szansę na złapanie oddechu. 

 

8.07. Widzę, że Lula jest zdrowa — słyszę tuż nad uchem. — Taka przemiana materii! 

Czuję,  jak  oblewa  mnie  purpura.  Szkoda,  że  nie  królewska!  Obok  stoi  mój  weterynarz. 

Żałuję, że nie schowałam się za drzewo. 

—  Proszę  się  nie  wstydzić,  przynajmniej  z  powodu  załatwiania  potrzeb  naturalnych  przez 

psa. Wstydzić się pani powinna z powodu wystawienia mnie do wiatru — robił mi wyrzuty tym 

swoim obłędnie podniecającym głosem. — Czekałem na wspólny spacer przez dwa wieczory... 

— Bardzo przepraszam, ale wczoraj Lula... to znaczy mikser. Chociaż nie! Najpierw jednak 

żelazko, bo z żelazka  „wyszedł” prąd.  — Nie  miałam pojęcia,  co bredzę,  ale  wiedziałam,  że za 

chwilę zaczną mi płonąć włosy, bo już nie miało mi co spurpurowieć. I wiedziałam, że on wie, że 

ja kręcę! Czy wiedział jeszcze coś? Czy to widać?! Na szczęście Lula rzuciła się na papierek po 

baloniku i prawie mnie przewróciła. 

— Widzę, że pani bardzo się śpieszy — zażartował, a ja głupia nie kupiłam tego żartu. 

— Właśnie! — Chwyciłam się tego pośpiechu jak tonący deski. — Już powinnam siedzieć w 

samochodzie, żeby nie wpaść w korki! — krzyknęłam tuż przed wpadnięciem na srebrny świerk, 

background image

który nagle stanął na mojej drodze... 

—  Jeśli  będzie  pani  miała  z  Lula  jakieś  kłopoty,  przypominam,  że  mieszkam  pod 

trzydziestym czwartym! — odkrzyknął. 

Daniel zniknął na parkingu, a ja stanęłam oko w oko z dozorczynią z sąsiedniego bloku. 

— No, wie pani! To zupełny skandal, żeby łamać świerki przed Bożym Narodzeniem! 

Wcale nie była grubą babą zawiniętą brudnym fartuchem. Była  młodą kobietą  w dżinsach i 

patrzyła na mnie z politowaniem. 

Postanowiłam zniknąć z jej pola widzenia tak szybko, jak to tylko możliwe. 

 

8.20. Jadę, co ja mówię, pędzę do pracy! Wyjątkowo trafiam dzisiaj na zieloną falę. Usiłuję 

myśleć o tym, że mam nadzieję, że Lula nie pożre mieszkania, a tak naprawdę myślę: „Cholera! 

To nie jest w porządku! Dlaczego spotkałam dzisiaj rano Daniela?! Dlaczego akurat dzisiaj?!” 

I  zaraz  potem:  „Co  mam  zrobić  z  Pawłem?  Kochałam  się  z  nim,  był  moim  pierwszym 

mężczyzną  po  bardzo  długim  okresie  wyposzczenia  i  było  mi  dobrze...  Nie  odlotowo,  ale 

naprawdę dobrze...” Później pomyślę o tym, co czuję do Pawła. 

 

19.30.  Dalej  nie  wiem,  co  czuję  do  Pawła,  nie  miałam  czasu  o  tym  pomyśleć,  ponieważ 

dzisiaj  był  sądny  dzień.  Ktoś  pomylił  materiały  do  kolejnego  numeru  naszego  tygodnika. 

Oczywiście, nikt się nie przyznał, ale solidarnie postanowiliśmy ratować sytuację, zamiast ścigać 

winnego.  Prawdę  mówiąc,  ten  pomysł  rzucił  Paweł.  Mówiłam,  że  Paweł  jest  w  porzo...  Ale 

zasuwaliśmy tak, że nawet nie było czasu na lunch. Wychodzę wreszcie z redakcji. Paweł musi 

jeszcze zostać. 

 

20.00.  Robię  szybkie  zakupy  w  pobliskim  markecie.  Whiskas  dla  Wacka,  Happy  Dog, 

przysmak  w  kiszce  z  folii  dla  Luli.  Dla  siebie,  z  mocnym  postanowieniem  błyskawicznego 

odchudzania,  wybieram  muesli,  marchewkę  i  wodę  mineralną.  Mam  motywację.  Dzisiaj,  kiedy 

Paweł  pytał,  czy  zgodzę  się  zostać  ze  wszystkimi  dłużej,  objął  mnie  i...  pomyślałam,  że 

wolałabym nie mieć w talii tego, co tam mam. Pozostaje mi tylko nadzieja, że w nocy, po ciemku 

Paweł nie zwrócił na „to” uwagi. 

Nieoczekiwanie na półkach z odzieżą zauważam kraciaste poncho —  mmm... Jutro  rano na 

spacerze  wyglądałabym  odjazdowo  i  Daniel...  Poncho  kupione.  Niestety,  już  przy  wyjściu  z 

marketu ulegam smakowitemu zapachowi pieczonych kurczaków i zamykając oczy, kupuję przez 

przypadek największe udko. 

 

20.30. Przed wejściem do bloku kontroluję sytuację. Zza toreb i pakunków widzę światło na 

szóstym  piętrze  w  oknie  Daniela.  Jest  w  domu.  „Przystojny  domator  o  zniewalającym  głosie 

background image

pozna młodą, wolną, nie musi być mądra...” 

Windą wjeżdżam na swoje trzecie piętro. 

— Czołem, zwierzaki, mam dla was przysmaki — wołam już od progu. Nikt nie odpowiada. 

„Zjadły  się  nawzajem”  —  myślę  z  przerażeniem.  Po  chwili  jednak  pojawia  się  Wacek  z 

antenką ogona utrzymującą się idealnie w pionie. Ociera się o moje nogi i mruczy kocie pacierze. 

— Gdzie Lula? — pytam, ale zazdrosny Wacek nie odpowiada. 

„OK — myślę — szybki spacerek z Lula, a potem jedzonko”. 

 

20.45.  Lula  nie  ma  ochoty  na  spacerek;  szybkie  siusiu  i  ciągnie  mnie  do  domu.  Co  jej  się 

stało? 

 

20.55.  Wacek  zjada  swoje przysmaki.  Lula  leży w  najdalszym  kącie  kuchni  pod  ławą  i  nie 

chce  wyjść.  Patrzy  tępo  w  ścianę  i  w  ogóle  nie  reaguje  na  moje  wołanie.  Chyba  się  na  mnie 

obraziła albo wpadła w depresję z powodu samotności. A co ja mam powiedzieć?! Podsunęłam 

jej  pod  nos  miskę  z  przysmakiem  Happy  Dog  —  nie  robi  to  na  niej  żadnego  wrażenia. 

Zastanawiam  się,  czy  powinnam  zadzwonić  do  mamy,  żeby  zapytać,  o  co  chodzi  i  co  robić  w 

takiej sytuacji. 

 

21.00. Jeszcze trochę poczekam, żeby nie siać paniki, a poza tym sama jestem tak głodna, że 

ssie  mnie  aż  do  pięt.  Chrupiący  kurczak,  jak  zakazany  owoc,  leży  przede  mną  na  talerzu.  O 

pokuso! Wypijam szklankę wody, zjadam dwie marchewki. Okazują się miękkie jak kapcie. Brrr! 

Świństwo! Z takim asekuracyjnym podkładem dopadam wreszcie smakowitego udka. Spod ławy 

wyczołguje się Lula i obwąchuje mój talerz. Oczka ma całkiem bystre, bez śladu depresji. 

— Fe! Nie dam ci. Masz swoją miskę. — Obrażona Lula znowu włazi pod ławę. 

 

21.15. Jeszcze tylko łyk zielonej herbaty. Ogarnia mnie błogość. Na krześle obok leży nowe 

poncho.  Wkładam  je  przez  głowę  i  wychodzę  do  przedpokoju,  żeby  przejrzeć  się  w  lustrze. 

Wyglądam  bosko!  Odlot!  Nagle  z  zachwytów  nad  sobą  wyrywa  mnie  charkot  i  rzężenie 

dochodzące z kuchni. 

— Lula! — Wpadam, potykając się o zdziwionego Wacka. — Jak mogłaś?! 

Lula  dławi  się  kością  kurczaka,  którą  ściągnęła  ze  stołu,  ślepia  wyłażą  jej  z  orbit.  Prawie 

rozdzieram jej pysk, ale nie mogę dosięgnąć kości. Lula trzęsie się z przerażenia i ślina kapie jej 

z mordki. 

— Boże! Ona za chwilę się udusi! — Nie mam czasu czekac na windę. Pędzę po schodach 

na szóste piętro i krzyczę na wszystkie korytarze: 

— Daniel! Daniel! Na pomoc! Ona zaraz umrze! 

background image

Walę w drzwi pięściami — wylegli oczywiście wszyscy sąsiedzi. Kiedy Daniel otwiera, nie 

muszę nic mówić. Pędzi po schodach w dół na złamanie karku, ja za nim. 

— Państwo się rozejdzie — słyszę głos pana Janka, naszego ciecia, który pojawił się, jakby 

spod ziemi. — To taka nowa zabawa. Najpierw ona goni jego, potem on goni ją. Ha, ha, ha! 

„Kretyn” — zdążyłam pomyśleć, dopadając drzwi. 

 

21.35. Kość szczęśliwie usunięta. Są na to specjalne chwyty. Pacjent leży w moim łóżku. My 

z Danielem siedzimy na dywanie obok łóżka. Czerwone wino rozładowuje stres. Rozmawiamy... 

 

22.00. To znaczy Daniel mówi, a ja słucham. Patrzę na niego z zachwytem i wcale tego nie 

ukrywam. Opowiada o podróżach, o zwierzętach i motylach, które uwielbia. Opowiada o Afryce, 

o  Kapsztadzie,  gdzie pracował  przez  kilka  lat.  Ha!  Olśnienie!  Taksówkarz  z  kindersztubą!  Ale 

nie  zdradzam  się  nawet  mrugnięciem  oka!  Kocha  Afrykę  i  tęskni  za  nią...  A  ja  słucham  i 

słucham, mogłabym słuchać przez całe życie. 

 

23.00. To on wstaje pierwszy. Patrzy na mnie przez chwilę. 

— Niezła z ciebie laska, Brygidko! — mówi żartobliwie — Śpij dobrze. Jutro za piętnaście 

ósma na spacerze. Wstaniesz? 

— Jasne! — Boże! Co zrobić, żeby jeszcze nie wychodził? 

Dzwoni telefon. Nie odbieram. 

— Odbierz, Brygidko, to raczej do ciebie. — Mruga znacząco i całuje mnie w policzek. Po 

cichu zamyka drzwi. 

—  Halo?  —  Mógłby  teraz  zadzwonić  prezydent  Stanów  Zjednoczonych  z  propozycją 

zwiedzania Białego Domu i zupełnie by mnie to nie ruszyło! 

—  Brygida?  Chcę  ci  powiedzieć,  że  dzisiaj  cały  dzień  o  tobie  myślałem  —  mówi  Paweł 

zmęczonym głosem. 

— Ja też — odpowiadam machinalnie i myślę: „Daniel, Daniel, gdzieś ty się uchował, że cię 

żadna dziewczyna nie porwała?” 

— Brygida? Słyszysz mnie? Dlaczego się nie odzywasz? 

—  Padam  ze  zmęczenia.  Lula  dała  taki  popis,  że  mało  nie  umarłam  ze  strachu,  a  ona  z 

zadławienia.  Jutro  ci  opowiem.  Dobranoc.  —  Nawet  nie  czekam  na  to,  co  powie.  Odkładam 

słuchawkę. 

 

23.10.  Rzeczywiście  słaniam  się  na nogach.  No,  bądźmy  szczerzy,  nie  tylko  ze  zmęczenia. 

Ale  zanim  położę  się  spać,  muszę  coś  sprawdzić.  Przewracam do  góry  nogami całą  bibliotekę. 

Szukam książki Horoskop na każdy dzień roku. 

background image

 

23.30. Książkę znajduję na balkonie pod doniczką. Ciekawe, kto ją tam położył? 

 

23.35.  Czytam  horoskop  Daniela,  który  jest  spod  znaku  Skorpiona:  „...jest  człowiekiem 

poważnym  i  głębokim,  wywierającym  ogromny  wpływ  na  otoczenie.  W  młodości  przeżywa 

okresy  niepokoju,  lecz  po  trzydziestym  roku  życia  może  nastąpić  zmiana  dzięki  małżeństwu, 

które najczęściej bywa pomyślne”. 

 

23.45. Czytam horoskop Daniela jeszcze raz. 

 

23.55. Horoskop Daniela umiem na pamięć. Dla pewności powtórzę, żeby się utrwalił. 

 

0.10. Zasypiam na samym skrawku łóżka, patrząc z czułością na pochrapującą Lulę. 

Nad  moją  głową  miękko  i  bezszelestnie  przelatują  różowe  motyle...  Nagle  na  horyzoncie 

pojawia się kobieca postać. Zbliża się do mnie. Teraz już rozpoznaję bez trudu — to moja mama. 

Ubrana cała na biało, w rękawiczkach, w kapeluszu z ogromnym rondem i siatką na motyle. To 

nie  ja  jestem  obiektem  jej  zainteresowania,  lecz  fruwający  nad  łąką  motyl.  Największy  okaz 

pazia  królowej,  jaki  można  sobie  wyobrazić.  Motyl  rozpaczliwie  ucieka,  mama  jest  jednak 

szybsza. Z  wielką  wprawą,  jakby  zajmowała się tym  przez całe życie, zarzuca na niego  siatkę i 

już po chwili, trzymając w palcach, ogląda go uważnie ze wszystkich stron. Potem z triumfalnym 

uśmiechem kładzie go na mojej poduszce. 

— Jest twój, córeczko — szepcze mi do ucha. 

background image

12 października, piątek 

 

8.15.  Budzi  mnie  słońce  i  szczekanie  Luli.  Łapię  w  locie  spadający  budzik.  Co  jest,  do 

cholery?! Dlaczego nie zadzwonił? Do licha! Przespałam poranną randkę! 

 

8.25.  Błyskawiczna  toaleta.  Ubierając  się,  myślę  gorączkowo,  dlaczego  Daniel  nie 

zadzwonił,  kiedy  przechodził  z  Brutusem  obok  moich  drzwi?  A  dlaczego  właściwie  miał 

przechodzić, skoro Brutus nie boi się windy? A może Daniel jest taki rozmowny i odważny tylko 

po winie: „Niezła z ciebie laska, Brygidko”, a rano, jak otrzeźwiał, to się po prostu wystraszył... 

A  może  Daniel  ma  gdzieś  jakąś  narzeczoną,  nic  o  niej  nie  mówił,  bo  ja  nie  pytałam,  ale  jak 

mogłam pytać?! Trochę kultury, prawda? A może jest gejem? Niemożliwe, zdradziłby się jakimś 

słowem  albo  gestem.  Czy  zawsze  muszę  się  tak  wkopać?  Czy  już  nic  nigdy  nie  zdarzy  się  w 

moim życiu tak po prostu zwyczajnie i normalnie? 

 

8.35. Koniec rozmyślań, nie będę się nad sobą rozczulać. 

 

8.45.  Wychodzę z Lula na spacer.  Otwieram drzwi, a wtedy  wypada jakaś  koperta, którą  ta 

wredna  Lula  natychmiast  porywa  i  nie  chce  oddać,  a  ja  nie  mam  pod  ręką  żadnego  balonika. 

Zresztą  nie  mogę  zastanawiać  się  nad  batonami,  bo  Lula  runęła  już  w  dół,  jakby  marzyła  o 

wpisaniu jej rekordu w pokonywaniu schodów do Księgi Guinnessa. Ja oczywiście frunęłam za 

nią, czasem nie wyrabiając na zakrętach. Jeśli będzie się tak działo kilka razy dziennie, to moje 

ramiona  i  biodra  zaczną,  wkrótce  przypominać  dojrzałą  śliwkę.  Dobrze,  że  nie  mieszkam  na 

dziesiątym piętrze. 

 

8.55.  Jedynym  sposobem na odebranie Luli obślinionej koperty  jest  zastosowanie patyczka. 

Znalazłam na szczęście duży  patyk. Krzyknęłam:  „Lula!  Aport!”  (nauczył mnie  tego Daniel na 

pierwszym wspólnym spacerze z naszymi psami) i rzuciłam najdalej, jak mogłam, z nadzieją, że 

wypuści  z  pyska  list.  A  skąd!  Pognała,  powiewając  białą  kopertą.  Ja  za  nią.  Lula  uznała  to  za 

background image

nową zabawę. Dopadła patyka, ale nie złapała go, tylko nie rozstając się z kopertą, zlokalizowała 

przeciwnika,  czyli  mnie.  Poczekała,  aż  podejdę  na  wyciągnięcie  ręki,  podskoczyła  radośnie  i 

popędziła przed siebie. Znowu  rzuciłam patyk, krzycząc:  „Lula!  Aport!” Jeśli ta zabawa będzie 

trwała tak długo, aż Lula się zmęczy, to proszę wezwać do mnie karetkę reanimacyjną gdzieś w 

okolicy  ukazania  się  pierwszej  gwiazdki  na  niebie!  Na  szczęście  na  horyzoncie  pokazał  się 

przystojny jamnik i Lula wykazując wielkie nim zainteresowanie, wypluła kopertę. 

 

9.00.  Zasapana  dopadłam  koperty  zagrzebanej  wśród  złotych  liści  i  wyjęłam  mocno 

sfatygowany list. 

„Hej, Brygidko. Nie chciałem Cię budzić. Byłem na spacerze z Brutusem bardzo wczesnym 

rankiem,  ponieważ  dostałem  e-maila,  że  na  dzisiaj  wyznaczono  spotkanie  z  przedstawicielami 

pewnej niemieckiej firmy farmaceutycznej testującej nowy lek na psi reumatyzm. Rozumiesz, że 

muszę  na  tym  spotkaniu  być.  Nie  wiem,  jak  długo  potrwa,  być  może  nawet  cały  dzień. 

Spotkajmy  się  zatem  jutro,  OK?  W  przerwie  zadzwonię,  to  się  jeszcze  umówimy.  Dziękuję  za 

wczorajszy wieczór. Daniel”. 

 

9.15.  Lula  hasała  po  trawnikach,  uganiając  się  za  jamnikiem,  który  przy  niej  nie  miał 

żadnych  szans,  lądował  więc  co  chwila  z  nosem  w  jakiejś  rabatce  z  przekwitłymi  kwiatami. 

Właścicielka  jamnika  była  wściekła,  na  mnie  także,  że  nie  reaguję na zachowanie  Luli,  ale  jak 

mogłam reagować, skoro czytałam jeden z najpiękniejszych listów świata! 

Biegnę do domu, rozdając uśmiechy całemu światu. 

 

9.20. Już na klatce schodowej słyszę telefon. W pośpiechu próbuję otworzyć drzwi, plącząc 

trzy klucze od moich trzech antywłamaniowych zamków. W końcu dopadam telefonu. 

— Halo? — wołam radośnie, ale to tylko Paweł. Dzwoni z redakcji z zapytaniem, dlaczego 

mnie tam jeszcze nie ma. Uruchamiam myślenie na szybkich obrotach — przecież dzisiaj jest ten 

wyjątkowy dzień, kiedy nie musiałam być w redakcji. Tak powiedział wczoraj szef. 

—  No,  powiedział,  to  prawda.  —  Paweł  jest  rozczarowany.  —  Myślałem  jednak,  że 

wpadniesz,  że  się  spotkamy,  że  pójdziemy  razem  na  obiad...  Wczoraj,  kiedy  zadzwoniłem, 

dziwnie  się  zachowywałaś.  Tak  jakbyś  nie  miała  ochoty  na  rozmowę  ze  mną.  Co  się  dzieje, 

Brygida? 

—  Naprawdę  nic.  Lula  wczoraj  o  mało  nie  zadławiła  się  kością  kurczaka,  potrzebna  była 

interwencja weterynarza. 

— Szkoda, że nie zadzwoniłaś, mógłbym ci w czymś pomóc. 

— No, nie, Paweł. Przecież nie jesteś weterynarzem! 

—  Rzeczywiście  —  powiedział  zrezygnowanym  głosem,  a  ja  nawet  tego  nie  zauważyłam, 

background image

ponieważ myślałam o kimś, kto właśnie weterynarzem był. 

— A dzisiaj rano zadzwoniła Magda, wiesz, moja siostra — starałam się być wiarygodna. — 

Ma  jakieś  problemy  ze  swoim  mężem,  więc  muszę  do  niej  pojechać  i  wystąpić  w  roli 

pocieszycielki. Rozumiesz? 

— Jasne. Zadzwonię jutro. Gdybyś zmieniła plany, jestem pod komórką. 

— OK! 

 

11.40. Telefon. Mama. Żeby się dowiedzieć, jak się czuje Lula i żeby razem ze mną obliczyć, 

czy na pewno wystarczy jej pieniędzy do końca turnusu. Oczywiście tych pieniędzy, które ja jej 

wysłałam. 

 

12.20. Telefon. Daniel. Czuję, jak miękną mi kolana. 

— Brygida? Wczoraj było bardzo miło — mówi głosem Żebrowskiego z płyty Lubię, kiedy 

kobieta... Osuwam się po ścianie na podłogę i usiłuję ze wszystkich sił opanować drżenie głosu. 

— Ja też myślę, że było super. Te twoje opowieści o Afryce... 

— Wiesz co, myślę, jeśli nie masz nic przeciwko temu, że wstąpię do ciebie, wracając z tego 

spotkania,  i  razem  wymyślimy  jakąś  restaurację  na  jutrzejszy  wieczór.  A  potem  pójdziemy  z 

psami na spacer. Chcesz? 

— Jasne. O której będziesz? 

— A tego właśnie nie wiem. Zadzwonię. 

 

12.25. Rzuciłam się do lustra. Policzki mi płonęły. Na głowie miałam siano. Nie mam się w 

co ubrać! Nie zdążę! Nie zdążę! A może? Jeśli tylko nikt już nie zadzwoni i nie będzie zawracał 

mi głowy: 

— mama, żeby wysłać jej kolejną kasę, 

— siostra, żeby zaopiekować się jej synem, 

— Paweł, żeby namówić mnie na randkę, 

— któraś z moich przyjaciółek, żeby zaprosić mnie na cały weekend. 

Mama nie zadzwoni, bo dzwoniła pół godziny temu. (Jezu, mówię, jakbym nie znała własnej 

matki! Ona jest w stanie dzwonić co pięć minut, żeby wymusić to, czego chce). Magda wyjechała 

z Kubusiem do koleżanki w góry. Ze spotkania z Pawłem już się wykręciłam. Nie jest źle. 

 

16.30.  To  niewiarygodne,  ile  czasu  zajmuje  kobiecie  doprowadzenie  się  do  stanu 

używalności.  Na  głowie  mam turban, skonstruowany  z pomarańczowego  ręcznika  we  fioletowe 

kwiaty, na twarzy różową malinową maseczkę, na sobie niebieski szlafrok, a na nogach zielone 

plastry  do  depilacji.  I  proszę  nie  zwracać  mi  uwagi,  że  poszczególne  elementy  tej  kompozycji 

background image

kolorystycznej gryzą się ze sobą. Sama ostatnio widziałam w telewizji relację z pokazu mody w 

Paryżu,  podczas  którego  modelki  demonstrowały  kreacje  właśnie  tak  skomponowane 

kolorystycznie. Tyle, że ja nie mam zamiaru pokazywać się publicznie. 

 

16.35. Może nie mam zamiaru, ale właśnie ktoś dzwoni do drzwi. Podchodzę po cichutku i 

sprawdzam, kto to. 

 

16.  35  i  20  sekund.  Prawie  się  udało,  gdyby  nie  to,  że  potykam  się  o  Wacka  i  niewiele 

brakowało, a wylądowałabym na wieszaku. 

 

16.35  i  25  sekund.  Potykam  się  o  buty  i  ląduję  na  wieszaku,  rozpaczliwie  chwytając  się 

wszystkiego, co na nim wisi. 

 

16.35  i  30  sekund.  Razem  z  wieszakiem  ląduję  na  drzwiach,  czemu  towarzyszy  donośny 

huk. Przygniatam Wacka, który drze się, jakby rozum stracił. Zwabiona hałasem Lula wpada na 

mnie i z wyraźnym zadowoleniem zlizuje z moich policzków malinową maseczkę. W tej sytuacji 

trudno udawać, że nikogo nie ma w domu. 

 

16.36.  Jakoś  się  pozbierałam  i  wyglądam  przez  wizjer.  Na  wycieraczce  stoi  Daniel.  Ma 

dziwną minę. Miałby jeszcze dziwniejszą, gdyby mnie zobaczył. 

— Kto tam? — pytam niewinnie. 

— Daniel — odpowiada ostrożnie. — Otwórz, Brygida. 

— Sorry, nie mogę ci otworzyć, bo... łapię mysz. Wiesz, nie chcę, żeby uciekła. Przed chwilą 

prawie ją miałam, ale właśnie mi uciekła... 

— Mysz? W naszym bloku? 

— To domowa mysz! — Pójdę do piekła za łgarstwo. 

— Wydawało mi się, Brygido, że masz kota... 

—  Oczywiście,  że  mam  Wacka,  ale  chodzi  o  to,  żeby  on  jej nie  zżarł.  To  jest  mysz  mojej 

siostry, która wyjechała na weekend... 

— Opiekujesz się zwierzętami całej rodziny? 

— Tak, to znaczy...  Słuchaj,  Danielu,  zaraz do ciebie wpadnę, tylko muszę złapać tę mysz, 

zanim zrobi to Wacek. OK? 

— OK — odpowiada znowu ostrożnie i wcale mu się nie dziwię. Właściwie to dziwię się, że 

w ogóle odpowiada. 

 

16.38. Biegnę do łazienki, o nic się nie potykając. Zastanawiające! 

background image

 

16.40.  Zmywam  różową  packę  z  twarzy  i  zrywam  jednocześnie  plastry  z  nóg,  wrzeszcząc 

przy tym wniebogłosy z bólu. 

 

16.45. Ściągam turban, suszę włosy i zastanawiam się, na co zamienię szlafrok. 

 

16.55. Wkładam obcisłą bluzkę, obcisłe dżinsy oraz obcisłe skarpetki. 

 

17.00.  Czuję  się  jak  larwa  jedwabnika  w  kokonie,  mam  wypieki  na  twarzy  od  suszarki,  a 

włosy naelektryzowane, jakbym sama się podłączyła do prądu. Trudno! 

 

17.05. Jadę windą na szóste pod numer trzydziesty czwarty kłamać i się ośmieszać. 

 

17.07. O! Daniel ma na drzwiach kołatkę z pyskiem wilczura. Wczoraj jej nie zauważyłam. 

Wybieram sposób tradycyjny i dzwonię do drzwi. 

— Jak  mysz? — pyta  Daniel, otwierając.  Ma  na sobie bluzę z wielkim kotem. Przemknęło 

mi przez głowę, że może powinnam się ewakuować. 

— Jak  my...  Aaa!  Mysz!  Muszę powiedzieć ci prawdę  o tej myszy. —  Nagle  postanawiam 

nie kłamać i nie wylądować w piekle. 

— W każdym razie uganianie się za myszami wyraźnie ci służy, bo wyglądasz rewelacyjnie. 

Powiedział  to  takim  głosem,  że  w  ułamku  sekundy  zmieniła  się  chemia  całego  mojego 

organizmu. 

Opowiedziałam Danielowi, że wcale nie goniłam myszy, tylko... sprzątałam po Wacku, który 

nasikał  w przedpokoju.  Idąc do drzwi,  poślizgnęłam  się  i  zahaczyłam  o  wieszak.  Nie  chciałam 

powiedzieć  mu prawdy,  kiedy stał  pod drzwiami,  żeby  nie pomyślał sobie,  że źle  wychowałam 

swojego  kota.  Wydawało  mi  się,  że  Daniela  niespecjalnie  interesowała  prawdziwa  przyczyna 

mojego dziwnego zachowania. Od dawna nikt nie patrzył na mnie z taką czułością. 

 

17.30. Siedzimy na podłodze, pijemy wino, jemy sery, które Daniel ułożył na wielkiej desce, 

i wymieniamy wszystkie znane nam restauracje, w których warto byłoby jutro zjeść kolację. 

 

18.00. Siedzimy na podłodze, oparci o kanapę,  i całujemy  się, żeby przypieczętować zgodę 

na kolację w restauracji „Pod Aniołem”. Jest bosko! 

 

18.20.  Całujemy  się.  Daniel  całuje  tak,  że  można  oszaleć.  Nigdy  w  życiu  nie  byłam  tak 

podniecona! Może zrobić ze mną wszystko, co tylko zechce. 

background image

 

18.30. Chyba nie zechciał, bo nagle mówi, że nie możemy dręczyć zwierząt. Musimy szybko 

wyjść na spacer. 

 

19.30.  Wracamy  ze  spaceru,  każde  do  swojego  mieszkania.  Tak  jakoś  wyszło!  Miałam 

nadzieję, że spędzimy ten wieczór razem albo u niego, albo u mnie. Ale nie, Daniel ma jeszcze 

jakieś sprawy do załatwienia, związane z dzisiejszym spotkaniem z niemieckimi farmaceutami. 

 

19.40. Włączyłam telewizor, ale nie rozumiem ani jednego słowa. Nie wiem, jak wytrzymam 

do jutrzejszego wieczoru. Cały  czas myślę o tym,  co powiedział  Daniel na spacerze z psami.  A 

raczej,  co  chciał  powiedzieć,  pytając,  czy  już  tak  przywiązałam  się  do  towarzystwa  psa,  że  po 

powrocie mamy, kiedy oddam jej Lulę, chciałabym mieć innego psa? 

Zapytałam, dlaczego o to pyta. Zrobił tylko tajemniczą minę. 

Mam  chaos w  głowie. Albo chce mi kupić  w  prezencie, na  przykład pod choinkę, jakiegoś 

pieska,  żebyśmy  mogli  wychodzić  razem na  spacery.  Albo chce,  żebyśmy  zamieszkali  razem  i 

wówczas Brutus będzie naszym wspólnym psem. Albo już postradałam zmysły, albo stanie się to 

za  chwilę.  Przecież nie powiedział  niczego,  co  mogłoby  mnie  upoważnić do  wyciągania  takich 

wniosków. To po co o to pytał?! Jestem nienormalna! 

 

20.00.  Przypomniałam  sobie  dobrą  radę  mojej  mamy:  „Zrób  listę  wszystkich  mężczyzn 

godnych  zainteresowania,  wpisz  obok  ich  nazwisk  wady  i  zalety,  no  i  startuj  do  tego,  który 

wypadnie najlepiej. Weź wreszcie sprawy w swoje ręce”. Mama rzadko miewa dobre rady, ale ta 

jest wyjątkiem, który potwierdza regułę. 

 

20.05.  Siedzę  w  kuchni  przy  stole,  popijam  zieloną  herbatkę  i  robię  listę  kandydatów  na 

mężczyznę mojego życia: 

 

kandydat: Paweł 

 

za 

przeciw 

  jest mną zainteresowany 
  kochałam się z nim 
  było nieźle 
  jest dobry i czuły 
  i mądry 
  lubię go, gdy mam dzień 

kokietki 

 

  jest odrobinę niższy ode 

mnie 

  nie wiem, czy go lubię, 

kiedy nie mam dnia kokietki 

  nie wiem, kim jest naprawdę 

 

background image

 
 

kandydat: Piotr Larnecki 

 

za 

przeciw 

  jest przystojny  
  ma ciepły głos  
  dobrze wygląda w kitlu  
  jest świetnym lekarzem  

  ma  narzeczoną  Ewę,  która 

jest moją przyjaciółką 

 

kandydat: Marek — sąsiad 

 

za 

przeciw 

  jest sympatyczny 
  przystojny 
  blisko mieszka  

  ma żonę Anię 

 

kandydat: Daniel 

 

za 

przeciw 

  jest przystojny  
  ma piękne oczy i głos  

  wspaniale opowiada  
  zabawny, sympatyczny  
  duże poczucie humoru  
  chyba 

jest 

mną 

zainteresowany 

  na  pewno  świetnie  wygląda 

w kitlu  

  uwielbiam się z nim całować  

 

kandydat: Wacek 

 

za 

przeciw 

  mieszka ze mną  
  je mi z ręki  
  daje się przytulić  
  kradnie dla mnie kotlety 

  jest kotem 

 

kandydat: Kuba z serialu Na dobre i na złe 

 

za 

przeciw 

  ma poczucie humoru  
  oraz  przystojną  twarz  Artura 

Żmijewskiego 

  dobrze wygląda w kitlu 

  tak naprawdę nie istnieje 

background image

 

Bilans: 

 mam wyraźną skłonność do kitli, 

 najlepszym kandydatem jest Daniel Stocki, 

 tuż za Danielem plasuje się Wacek. 

 

21.30. Pierwszy etap planu wykonany pomyślnie! Teraz tylko startować, skoro już wiem do 

kogo. 

 

21.33.  Cholera!  Przecież  już  od  miesiąca  wiem  do  kogo,  tylko  nie  wiem  jak!  Czy  to,  co 

działo  się  dzisiaj,  można  uznać  za  początek?  W  takich  pismach  jak  moje  i  wielu  innych  są 

specjaliści, którzy mają tysiące doskonałych rad, ale mogę się założyć, że sami nigdy by z nich 

nie skorzystali. 

 

21.35. Jestem w kropce. 

 

21.40. Nadal jestem w kropce. 

 

21.45. Ciągle jestem w kropce. 

 

21.50. Jestem w łazience. 

 

22.00.  Teraz  jestem  w  nowej,  obrzydliwie  obcisłej,  małej  czarnej,  której  nie  powinnam 

nakładać, ponieważ demaskuje nadmiar czegoś na biodrach, czyli moje słynne koło ratunkowe. 

 

22.05. Stoję pod drzwiami Daniela i czuję się kretyńsko. 

 

22.07. Godzę się ze swoim losem i dzwonię. 

 

22.08. Dzwonię jeszcze raz. Nikt nie szczeka ani nie otwiera. 

 

22.09. To niemożliwe, że Daniela nie ma, kiedy przyszła do niego miłość. 

 

22.10.  Trzaśniecie  drzwiami  windy  i  Brutus  wita  mnie  radośnie,  pozostawiając  na  małej 

czarnej, zbyt obcisłej, błotne ślady łap. 

background image

 

22.12. Daniel przygląda mi się uważnie i pyta, czy coś się stało. Próbuję mu wytłumaczyć, co 

robię  pod  jego  drzwiami  w  eleganckiej  sukience,  ale  sądząc  po  minie  Daniela,  nie  wypadłam 

chyba  zbyt  przekonywająco.  Też  bym  nie  uwierzyła,  gdyby  jakiś  facet  wystrojony  w  garnitur 

przyszedł do mnie po cukier. 

 

22.15. Siedzę w  pokoju  gościnnym Daniela, całym  w kolorze  srebrny metalik,  i  czekam na 

kawę. Wyobrażam sobie, że jest gejem, ma żonę i dziecko, trzy kochanki i zaborczą narzeczoną. 

Z tych przyjemnych i optymistycznych wizji wyrywa mnie głos Daniela wrzeszczącego z kuchni: 

— Ze śmietanką czy bez? 

—  Bez  —  odwrzaskuję,  jakby  mieszkanie  miało  ze  sto  pięćdziesiąt  metrów,  a  nie 

sześćdziesiąt osiem. 

Daniel przynosi kawę. Ależ on jest wysoki... 

—  A  więc,  droga  Brygido  —  mówi,  zabawnie  przekrzywiając  głowę  —  jak  się  miewa 

Wacek? — Czuję, że ze mnie kpi. 

— Świetnie — odpowiadam niepewnym głosem. 

— Myślisz, że polubi Brutusa? 

— Myślę, że tak. — W mojej głowie kompletne szaleństwo. Do czego on zmierza? Brygida, 

weź się w garść! Przyszłaś tu polować, a nie wpadać w pułapki! Czuję się jak niedoświadczona 

piętnastolatka.  Choć  teraz  piętnastolatki  są  pewnie  właśnie  bardziej  doświadczone  niż  ja,  stara 

prawie trzydziestka. 

— Dlaczego pytasz, czy Wacek polubi Brutusa? — Głos mi się trzęsie. Zaraz zemdleję albo 

ucieknę. 

— Wracając ze spaceru, pukałem do ciebie. Chcieliśmy cię z Brutusem odwiedzić. 

Potrzebuję kilku chwil, żeby ochłonąć i zrozumieć, co on do mnie powiedział. 

„Powiedział tylko tyle, kretynko, że chciał cię odwiedzić razem ze swoim psem. Nic więcej”. 

— To mój wewnętrzny głos. 

—  Zrobiło  mi  się  przykro,  że  cię  nie  zastałem.  —  Daniel  pocałował  mnie  delikatnie  w 

czubek nosa. — Dobrze, że przyszłaś po cukier, Brygido Janoska. 

Zdążyłam  tylko  pomyśleć,  co  pomyśli  o  mnie  Wacek,  kiedy  nie  wrócę  na  noc  do  domu,  i 

poddałam się najczulszym pieszczotom, najrozkoszniejszym pocałunkom. To był odlot. 

Daniel  powoli  rozpinał  suwak  sukienki  na  plecach.  Ja  zdejmowałam  z  niego  bluzę.  Tę  z 

kotem. 

Zadzwonił telefon. 

— Odbierz, to  chyba  do ciebie —  zażartowałam. Poturlaliśmy się po podłodze do telefonu 

razem, bo nie mogliśmy się z siebie rozplatać. Daniel podniósł słuchawkę i za chwilę powiedział 

background image

coś  po  niemiecku.  Cholera,  za  późno  zaczęłam  się  uczyć  tego  języka  i  nic  nie  rozumiałam.  A 

poza tym prysł cudowny nastrój. 

— Przepraszam cię, maleństwo [nikt tak do mnie nigdy nie mówił], moi niemieccy znajomi 

mają jakieś drobne kłopoty. Muszę im pomóc. 

— Teraz? — zapytałam bez sensu. 

— Teraz. Spotkamy się jutro o osiemnastej u ciebie. OK? I zjemy kolację w „Pod Aniołem”. 

Robił wszystko jednocześnie — ubierał się w pośpiechu, zapinał moją suknię i całował mnie 

w kark. Całował tak, że jęknęłam: 

— Danielu, musisz? 

—  Muszę,  maleństwo.  —  Wyjmował  z  szuflady  jakieś dokumenty  i  papiery.  —  Brygidko, 

mam do ciebie prośbę. Czy Brutus mógłby zostać u ciebie do jutra? Po prostu nie wiem, ile mi to 

zajmie  czasu.  Mogę  wrócić  za  dwie  godziny,  a  mogę  i  za  dziesięć.  Ale  na  pewno  zdążę  przed 

naszym spotkaniem. 

— Oczywiście, nie ma problemu — powiedziałam odruchowo, zanim się zastanowiłam. 

— Strasznie, ale to strasznie cię lubię — przyciągnął mnie do siebie, objął i pocałował tak, że 

znowu  ziemia  zaczęła  mi  się  usuwać  spod  stóp.  Złapał  kurtkę,  podał  mi  smycz  dziwnie 

niespokojnego Brutusa i prawie wybiegł na klatkę. Zamknął drzwi na jeden zamek i wcisnął mi 

w garść klucze. 

— Właściwie mogę ci je zostawić, przecież i tak najpierw przyjdę do ciebie po Brutusa. 

 

22.45. Zjechaliśmy windą trzy piętra i stanęliśmy pod moimi drzwiami. 

— Wybacz, Brygidko — wyszeptał i zniknął. 

 

22.50. Leżę na łóżku, na tym skrawku, który zostawiła mi Lula. Nawet się nie rozebrałam. 

— Dlaczego, dlaczego tylko mnie coś takiego musiało się przydarzyć!? Czy świat może się 

aż tak zmienić w ciągu pół godziny? 

Walę  pięściami  w  poduszkę.  Lula  przesuwa  się  w  bezpieczniejsze  miejsce.  Łzy  płyną  mi 

nieprzerwanym strumieniem i szlocham tak, że Lula zaczyna wyć. Po chwili przyłącza się do niej 

Brutus. Z obawy, żeby sąsiedzi nie wezwali straży pożarnej, sądząc, że to alarm, muszę przestać 

płakać. Świat jest podły! 

background image

13 października, sobota 

 

9.00.  Chciałam  pospać  dłużej,  bo  miałam  całą  noc  zmarnowaną,  ale  Lula  jak  to  Lula  jest 

bezwzględna. Zaczęła mnie spychać z mojego własnego łóżka. I to nie na podłogę, a na Brutusa, 

który spał grzecznie na dywaniku. Właśnie wróciliśmy ze spaceru, na którym Lula zachowywała 

się  tak,  jakby  nagle  otrzymała  dyplom  szkoły  angielskiej  dla  dobrze  urodzonych  panienek,  i 

zastanawiam się, czy jeszcze na chwilę nie wskoczyć do łóżka. Muszę przecież jakoś wyglądać 

wieczorem. Wyłączyłam telefon i postanowiłam się nie mazgaić, tylko „nabrać urody przez sen” 

— jak mówi mama. 

 

11.00. A co będzie, jeśli wieczorem znowu zadzwonią jacyś Niemcy ze swoimi problemami i 

Daniel będzie musiał odwołać naszą pierwszą wspólną kolację? 

„Nie wywołuj wilka z lasu, Brygido Janoska! Myśl pozytywnie!” 

Czego  ja  nie  robiłam,  żeby  myśleć  pozytywnie!  Przystrzygłam  sobie  grzywkę.  Niestety, 

trochę krzywo i kiedy próbowałam ją wyrównać, zrobiła się chyba ciut za krótka. Ale za to kolor 

udało  mi  się  tym  razem  osiągnąć  super!  Jasna,  czysta  miedź.  Nikt  się  nie  domyśli,  że  jestem 

blondynką. 

 

13.00.  Cała  zawartość  mojej  szafy  leży  przed  szafą,  to  znaczy  na  podłodze.  Brutus  i  Lula 

walczą o moją starą bluzę. A niech się zwierzątka nacieszą. Zwyciężyła, oczywiście, Lula, która 

wyrwała bluzę, ale Wacek był najmądrzejszy,  bo wskoczył na nią  i  jeździł po całym pokoju na 

gapę. Zabawa była przednia, dopóki z półek nie zaczęły spadać książki. A wszystko, co stało na 

komodzie, było w poważnym stopniu zagrożone. Musiałam szybko napełnić miseczki jedzeniem, 

żeby choć na chwilę odwrócić ich uwagę od wspaniałej „zabaweczki”. Do ciężkich zniszczeń nie 

doszło, a podłogę miałam wyfroterowaną jak nigdy. 

 

15.00. Wróciłam z drugiego uroczego spaceru z psami. Ciekawe, dlaczego Daniel do tej pory 

się nie odezwał. Ależ jestem kretynka! Przecież wyłączyłam wszystkie telefony! 

background image

 

15.05.  Nawijam  włosy  na  papiloty  (dawno  tego nie  robiłam)  i  słyszę  okropne  burczenie  w 

żołądku.  Nie  jadłam  śniadania,  nie  jadłam  obiadu,  podgryzam  tylko  chrupki  chlebek,  żeby  nie 

paść  z  głodu  przed  wieczorem.  Ale  jeśli  cokolwiek  mnie  skusi,  nie  zmieszczę  się  w  czarne 

skórzane spodnie, które już od ubiegłego roku są za ciasne. 

 

15.10.  Sprawdzę.  Tak  —  są  za  ciasne.  Próbuję  je  dopiąć,  leżąc  na  podłodze.  Próbuję  na 

plecach, próbuję na boku. Nic z tego. 

 

15.20. Siedzę na podłodze i grzebię w kupie szmat. 

„Po co ja tyle tego trzymam, przecież i tak nie będę nosiła tych bluzeczek, tych sweterków. 

Trzeba połowę szafy zapakować i oddać na PCK” — myślę racjonalnie. 

Automatycznie  segreguję  i  odkładam  na  bok  to,  czego  już  na  pewno  nie  będę  nosić. 

Powiedzmy, że z niektórych rzeczy wyrosłam. Przy okazji znalazłam różową skórzaną kurteczkę, 

o której zupełnie zapomniałam. Jest wprawdzie bardzo obcisła, ale suwak się dopina i wyglądam 

w  niej  cholernie  seksownie.  Dobrze,  że  mam  niezły  biust.  Do  niej  włożę  tę  nową,  wrzosową 

spódnicę z dołem obciętym ukośnie. Coś mnie napadło i kupiłam z przeświadczeniem, że nigdy 

jej  nie  nałożę.  I  zielone  body.  Wyglądam  super!  No,  pomijając  papiloty.  Ale  przecież  zdejmę, 

zanim przyjdzie Daniel. Mam nadzieję, że nie zapomnę. 

 

16.57.  Coś  podobnego!  Nigdy  nie  zdarzyło  mi  się  być ubraną  na  godzinę  przed  wyjściem. 

Jeszcze tylko makijaż. Dlaczego Daniel nie dzwoni? Mógł choćby wysłać SMS-a. Rzeczywiście 

różowoseledynowy w tym sezonie jest wymarzony. Stoję przed lustrem w łazience i wyjątkowo 

starannie  tuszuję  rzęsy,  żeby  wyglądały  na  dwa  razy  dłuższe,  niż  są  w  rzeczywistości. 

Odruchowo włączam radio. 

— Program Trzeciiiii — śpiewają jakieś muzykalne panienki. 

—  Jest  siedemnasta.  Słuchają  państwo  Trójki.  Serwis  informacyjny.  Zaczynamy  od 

wiadomości z ostatniej chwili. Dzisiaj nad ranem na przejściu granicznym w Kołbaskowie polscy 

celnicy  zatrzymali  dwóch  obywateli  niemieckich  podróżujących  samochodem  bmw  z  berlińską 

rejestracją.  Samochód  nafaszerowany  był  amfetaminą  ukrytą  w  opakowaniach  lekarstwa 

przeznaczonego do leczenia psiego reumatyzmu. 

„Zwariowali — pomyślałam — plątać w to jeszcze Bogu ducha winne stworzenia”. 

— Policja poszukuje trzeciego członka przemytniczego gangu, obywatela polskiego, Daniela 

S., lekarza weterynarii. 

— Niech jeszcze powiedzą, że cholernie przystojnego i że całuje tak jak nikt. Co ja bredzę?! 

— Nagle poczułam, jak miękną mi kolana. 

background image

Dopiero teraz zaczęłam składać w całość wszystko to, co wydarzyło się wczoraj. 

—  Nie,  niemożliwe!  Zwykła  zbieżność  imion,  pierwszej  litery  nazwiska  i  zawodu  — 

próbowałam sobie wmawiać. 

„A jednak?” — szeptał mój wewnętrzny głos. „Te telefony? Te nagłe wyjścia? Ta ucieczka 

wieczorem?” 

— Ależ ja  jestem naiwna! Oczywiście, że  to była ucieczka!  Podrzucił mi przecież Brutusa! 

Biedny pies. Co ja teraz z nim zrobię? A klucze? Co mam zrobić z kluczami do jego mieszkania? 

„Wyrzuć. Nikt przecież nie wie, że je tobie zostawił”. 

—  Nie.  Bez  sensu.  Panikuję  niepotrzebnie.  Na  pewno  zjawi  się  o  osiemnastej,  tak  jak 

obiecał. 

Zaczęłam co parę minut sprawdzać zegar. Nigdy w życiu nie przeżyłam tak długiej godziny. 

Kiedy  wskazówki  zegara  zbliżały  się  nieuchronnie  do  godziny  18.00,  dostałam  dreszczy. 

Dzwonek  u  drzwi  nie  dzwonił.  Milczały  telefony,  a  mnie  trzęsło  tak,  jakbym  dostała 

gwałtownego ataku febry. Nie mogę powstrzymać szczękania zębami. 

 

18.05.  Rozbieram  się  szybko  i  wskakuję  do  wanny.  Biorę  gorącą  kąpiel.  Telefon  milczy. 

Dzwonek u drzwi także. 

 

18.15. Trzasnęły drzwi od windy. Zawinięta tylko w ręcznik biegnę wyjrzeć przez wizjer. Na 

korytarzu pusto. 

 

18.30.  Siedzę  w  kuchni  przy  stole,  mam  na  sobie  moją  ulubioną  męską  piżamę,  za  dużą  o 

dwa numery, i sączę drinka. Nie, dzisiaj nie wino. Piję czystą wódkę (której nie cierpię) z sokiem 

pomarańczowym. Wyjęłam oliwki, kroję sobie kosteczki ementalera i próbuję udawać, że czuję 

się świetnie. Łzy, razem ze starannie zrobionym makijażem, kapią mi do szklaneczki. 

 

19.00. „Fakty”. Jest. Przejście graniczne. Celnik mówi, że podejrzane wydawało mu się to, 

że  te  same  opakowania  leków  widział  parę  miesięcy  temu  przewożone  przez  granicę  w  drugą 

stronę, czyli do Polski. Wypijam drugiego drinka. 

 

19.30.  „Wiadomości”.  Przejście  graniczne.  Zbliżenie  na  niemieckie  numery  rejestracyjne 

samochodu. Wyraźnie widać wgłębienie od stuknięcia. Coś mi się nie zgadza. Ja przecież znam 

ten samochód. To ta sama beemka, która stała zaparkowana na moim miejscu jakiś miesiąc temu 

i  ja  w  nią  wjechałam,  bo  się  zamyśliłam.  Tylko  wtedy  na  pewno  była  na  polskich  numerach. 

Pomyślałam  wtedy:  „Co  za  dupek  stanął na  moim  miejscu”.  Teraz  już  wiem, co za...!  Nie,  nie 

mogę tak myśleć o Danielu. Co ja mam zrobić? Nie mogę pójść na policję i powiedzieć:  

background image

— To są  klucze do  mieszkania tego  faceta  od amfy,  to jest  jego pies, a ja  całowałam się z 

nim do nieprzytomności jeszcze wczoraj wieczorem i marzyłam o tym, żeby mnie przeleciał! 

 

20.00. Chciałam wypić jeszcze jednego drinka, ale pomyślałam, że nie mogę wyjść na spacer 

z  psami  w  stanie  wskazującym  na  spożycie.  Przynajmniej  nie  w  takim  stopniu.  Lula  i  Brutus 

siedziały już zgodnie pod drzwiami. 

Włożyłam dres na piżamę, na papilotach zamotałam ogromną chustę — nie wiem, dlaczego 

nie  chciało  mi  się  ich  zdejmować  —  wcisnęłam się  w  pikowaną  kurtkę  i  wyszłam,  prowadząc 

potulne psy na smyczach. Wydawało mi się, że na spacerze wymyślę jakieś genialne wyjście z tej 

kryminalnej sytuacji. 

Spojrzałam w okna Daniela. Były ciemne. Nie wymyśliłam nic, ale ciągle nie wierzyłam, że 

to  on.  Może  ktoś  go  próbuje  wrobić.  Obserwowałam  uważnie  całe osiedle.  Spokój.  Nic  się  nie 

działo.  A  czego  oczekiwałam?  Obławy?  Radiowozów?  Psów  tropiących?  Wróciłam  do  domu 

dopiero wtedy, kiedy zęby zaczęły mi szczękać jak kastaniety. 

 

21.00. Jeszcze jedna gorąca kąpiel, jeszcze jeden drink. Przypominam sobie wszystkie słowa 

Daniela i dopiero teraz w pełni rozumiem ich znaczenie. 

 

21.30. Moje rozmyślania przerywa potworny łomot do drzwi. 

„To już koniec!  Idą  po  mnie!”  —  myślę i po cichutku podchodzę do drzwi,  za którymi  coś 

dziwnie  głośno.  Zerkam  przez  wizjer.  Widzę  Ankę...  Co  ona  tu  robi  o  tej  porze?  Coś  jednak 

musiało się wydarzyć. Otwieram. 

Rozbawiona  Anka  „wtacza  się”,  udając  pijaną,  do  mojego  mieszkania.  Za  nią  Marek. 

Daniel?!  Nie,  jakiś  inny  mężczyzna,  równie  wysoki.  Ewa  i  doktor  Larnecki?!  To  już  chyba 

koniec świata! 

—  Co  jesteś  taka  przerażona,  Brygido?  —  śmieje  się  Ewa.  —  Mamy  małą  „zakładową” 

imprezkę  u  Marków  i  przyszliśmy  cię  zaprosić.  Tak  strasznie  cię  obgadywaliśmy,  że  Antek 

koniecznie  chciał  cię  poznać.  Brygido  —  to  jest  Antek,  mój  kolega  z  pracy.  Antku  —  to  jest 

Brygida, moja najlepsza koleżanka ze szkoły — dokonała prezentacji. 

— Ewka, ale skąd ty u Marka? — Nie mogłam się w tym wszystkim połapać. 

— Pracujemy z Markiem już od jakiegoś czasu. To on był obiektem moich westchnień, nie 

pamiętasz, opowiadałam ci. Ale Ania była lepsza, na mnie w ogóle nie zwracał uwagi. 

—  Za  co  jestem  mu  dozgonnie  wdzięczny,  bo  zostałaś  dla  mnie.  —  Piotr  przytulił  ją  i 

popatrzył  na  mnie.  —  Znowu  widzę  na  twojej  głowie  jakieś  dzieło  sztuki.  Świetna  fryzura  — 

roześmiał się życzliwie. 

— Zróbcie sobie drinki — powiedziałam, znikając w łazience. 

background image

 

22.00. Pozbyłam się papilotów, ale nadal jestem w  mojej ulubionej piżamie. Piję, nie  wiem 

już którego drinka, i jest mi wszystko jedno. 

 

22.15. Antek przygląda  mi  się dość natarczywie. Trochę  mnie to  irytuje,  ale staram  się być 

miłą gospodynią. Zresztą zaraz przenosimy się do Marków. Przez głośny gwar ledwo usłyszałam 

brzęczyk  domofonu.  Rzuciłam  się  w  stronę  drzwi.  Kto  to  może  być?  Paweł!  Przechodził  i 

zobaczył  światło.  Jak  to:  przechodził?  O  tej  porze?  Po  co?  Mieszka  na  drugim  końcu  miasta. 

Paweł jest zaskoczony obecnością tylu gości. Antek zaczyna się wygłupiać i opowiada, że szukał 

tej piżamy,  ale nie miał pojęcia, że zostawił ją u mnie. Pawła na chwilę zamurowało. Patrzy na 

mnie  z  takim  wyrzutem...  Wychodzi,  delikatnie  zamykając  drzwi  za  sobą.  Krzyczę,  że to  moja 

piżama,  że  zawsze  spałam  w  męskich  piżamach!  Ogarnia  mnie  furia!  Za  dużo  emocji  jak  na 

jeden dzień. Wyrzucam wszystkich. Antek przeprasza, nic nie rozumie, wydawało mu się, że to 

świetny  kawał.  Ewa  przytula  mnie  i uspokaja, Marek  mruczy coś pod nosem. Za dużo już... za 

dużo...  Zamykam  drzwi  i  zaczynam płakać,  jak  mała  dziewczynka.  Ciągle  widzę beznadziejnie 

smutne oczy Pawła. Boże, co ja nawyprawiałam przez ostatnie dni! Jest mi źle, okropnie ciężko. 

 

22.40. Psy się wreszcie uspokoiły. Wacek wylazł z szafy, gdzie ma swój azyl. Wydawało mi 

się...  Nie,  teraz  słyszę  wyraźnie.  Ktoś  delikatnie  puka  do  drzwi.  Moje  serce  zaczyna  walić  jak 

oszalałe. Uchylam drzwi. 

— Paweł! 

— Mam taką samą — mówi i przytula mnie. 

— Ale uwierz mi... 

—  Wiem,  że  to  twoja  piżama.  Rozmawiałem  przed  chwilą  z  Antkiem.  Powiedział,  że 

poznaliście się pół godziny temu. 

— Ale... — Nie wiem, o czym chciałam mu powiedzieć. O tym, że mnie kontroluje? O tym, 

że  jest zazdrosny i  że  to jest trochę przyjemne,  a  trochę niepokojące? Na razie nie mogłam nic 

powiedzieć, bo Paweł przyciągnął mnie mocno do siebie i całował. Nie tak jak Daniel. Nikt nie 

całował tak jak on. Trudno. 

— Paweł. Muszę ci powiedzieć coś bardzo ważnego... 

— Powiedz. 

— Jesteś mi bardzo potrzebny. 

— Ty mnie też, maleństwo.