background image

                        

powieść

Ondrej Neff

Miesiąc mojego życia (1)

(Mesic meho zivota)

przełożyła Joanna Czaplińska

Polskim czytelnikom Ondrej Neff miał do tej pory 
okazję 
zaprezentować się jako autor opowiadań, 
publikowanych przede 

background image

wszystkim na łamach "Fantastyki". "Miesiąc 
mojego życia" 
(1988) jest drugą powieścią SF, po "Jadru pudla" 
(Sednie 
sprawy). W 1989 r. wydał kolejne dwie książki: "Pole
stastnych nahod" (Pole szczęśliwych przypadków) i 
"Carodejuv 
ucen" (Uczeń czarnoksiężnika). W 1990 r. "Miesiąc 
mojego 
życia" uzyskał Ludvika, nagrodę czechosłowackiego 
fandomu za 
najlepszą książkę, a w ankiecie "Ikarii" w kategorii 
najpopularniejszych powieści czesko-słowackich 
uplasował się 
na miejscu drugim, tuż za znaną również w Polsce 
trylogią 
Soucka "Tajemnica ślepych ptaków".
   "Miesiąc mojego życia" jest typową hard science 
fiction. 
Neff ukazał w niej swoje nowe oblicze - oblicze 
futurologa. 
Utwór został wydany trzy lata temu, powstał więc w 
warunkach 
społeczno-politycznych zupełnie innych niż 
dzisiejsze, a 
nastroje w Czechosłowacji były dalekie od 
optymizmu i 
nadziei na jakąkolwiek zmianę. W powieści Polska i 
Czechy 
stworzyły federację - zaznaczam: Czechy, a nie 

background image

Czechosłowacja - co nie jest wprawdzie ideą nową, 
bo 
sięgającą korzeniami końca XIX wieku, niemniej 
jednak po 
wydarzeniach ostatnich dwóch lat nabierającą 
nowych 
impulsów. Drugi istotny wątek to eskalacja 
fanatyzmu 
religijnego, zwłaszcza islamskiego - spektakularny 
przykład 
do czego może doprowadzić zaślepienie, mieliśmy 
niedawno 
w Zatoce Perskiej.
                                                         JC

                           CZĘŚĆ I
1.  Tę datę pamiętam dokładnie: 26 czerwca 2045 
roku. Długo 
czekałem na ten dzień. O północy z dwudziestego 
piątego na 
dwudziestego szóstego siedziałem w swojej 
szufladzie. 
Zupełnie sam. Na stole przede mną leżały cztery 
rzeczy: 
pudełko z napisem "syrop malinowy", pełne 
przeszmuglowanego 
rumu, w połowie opróżnione, kieliszek nalany do 
pełna, 
zaostrzony nóż i malutki prostokącik z cyfrą jeden.
   Malusieńki prostokącik.

background image

   To wszystko zostało z półtorametrowego 
krawieckiego 
centymetra. Już nie sto pięćdziesiątka, już nie setka, 
pięćdziesiątka, dziesiątka. Tylko jedynka.
   Dwudziestka piątka na kalendarzu zamieniła się w 
dwudziestkę szóstkę.
   Niewielka zmiana - na ekranie przybyła tylko 
jedna mała 
kreseczka. Z piątki zrobiła się szóstka. Piątka składa 
się z 
pięciu odcinków, szóstka z sześciu. 
Dwudziestoprocentowy 
zysk.
   Dla mnie to był zysk stuprocentowy. 
Tysiącprocentowy. A 
to dlatego, że dzięki tej kreseczce jutro zamieniło się 

dzisiaj.
   Chwyciłem kieliszek, uśmiechnąłem się do 
kalendarza, 
przywitałem starym pijackim gestem, a potem całą 
zawartość 
kieliszka wlałem prosto do gardła.
   Na zdrowie, niech ci służy.
   Powtórnie napełniłem kieliszek, wziąłem nóż i 
zacząłem 
ciąć prostokącik na paseczki. Kiedy skończyłem, 
poszczególne 
paseczki zacząłem ciąć na cząstki.
   Trwało to godzinę, ale efekt był doskonały: z 

background image

prostokącika została kupka żółtego proszku.
   Miałem już porządnie w czubie.
   To zapicie było dobre. Położyło mnie na koję i 
uśpiło 
lepiej niż kołysanka mamy. Jednak następnego dnia 
rano byłem 
na nogach, gdy tylko odezwała się syrena. Wstałem i 
siup do 
drzwi - worek z dobytkiem w jednej ręce, niedopite 
pudełko w 
drugiej. Co tam mycie i ubieranie. Miałem się 
rozbierać, nim 
padłem na koję? A rum jest lepszy niż dziesięć 
szczoteczek 
do zębów.
   Interesujące. Wstałem natychmiast, gdy zawyło, 
ale na 
korytarzu był już ścisk. Chłopy pchały się jak bydło. 

sumie jajcarsko to wyglądało, tu i ówdzie ktoś dostał 

pysk, a ryk panował gorszy niż na dole na szychcie. 
Każdy 
najchętniej by biegł, leciałby, gdyby mógł. Ale było 
nas 
pięciuset i mogliśmy tylko ciurkać przez rurę jak 
woda z 
zepsutego kranu. Wściec się można. Ciało na ciele, 
dla nóg 

background image

miejsca tylko tyle, że można było robić szur, szur, 
szur, 
przesuwaliśmy się decymetrami, ci z tyłu krzyczeli, 
czemu 
przód blokuje, ci z przodu krzyczeli w tył, żeby ci z 
tyłu 
się wypchali, że tam zupełnie z przodu jacyś kretyni 
zrobili 
korek, a kiedy ci z tyłu krzyczeli do przodu, że pójdą 
skopać tych zupełnie z przodu, to ci w środku 
wrzeszczeli, 
no to spróbujcie, no chodźcie, na co czekacie.
   Szkoda słów. Można było tylko robić szur, szur, 
szur 
nogami, wytrzymać tych parędziesiąt metrów 
wąskiego 
korytarza. Dla mnie było to jasne, ja nie krzyczałem,
tylko 
mnie wkurzało, że pozwoliłem sobie przydusić ręce 
do ciała i 
nie mogłem podnieść rumu, żeby poprawić sobie 
smak. Szur, 
szur, szur.
   I hol.
   Ale tam było narodu! Przed pójściem na szychtę 
przyszli 
się pogapić również ci, którzy mieli jeszcze setkę, 
dwie, 
nie brakowało nawet kotów, ale ci byli spokojni. Za 
to 

background image

dziadki! Gadali jak najęci, a zwłaszcza prześcigali się

pomysłach dotyczących babek, które czekają na nas 
tam na 
górze i gdybyśmy musieli wypełnić każde "Raz za 
mnie", 
mielibyśmy na dwa lata ręce pełne roboty, no może 
nie ręce. 
Krzyczeli na nas, my na nich, tu i ówdzie na balkonie
zauważyłeś znajomą twarz i wtedy ogarniał cię żal, 
osiemnaście miesięcy to jednak szmat czasu, żyliśmy 
tu obok 
siebie. Gdzieś tam na górze był też Kazik Prus, mój 
jedyny 
kolega. Chciałem mu pomachać, ale nie dało rady.
   Spokój! Spokój!
   Akurat naprzeciwko, na balkonie trzeciego piętra, 
pojawił 
się główny inżynier Dutkiewicz, a obok niego 
zastępca 
dyrektora Petrak, obaj w kombinezonach, na nogach
nawet 
mieli gumiaki, błazny jedne. Szkoda, że nie założyli 
hełmów. 
Pan dyrektor się nie pojawił, on pewno ma inne 
kłopoty, 
ekstra przydział kawy albo przygotowanie do 
narady, dobrze, 
że chociaż wysłał zastępcę. Skoro harowaliśmy tu 
osiemnaście 

background image

miesięcy, zasługujemy przynajmniej na porządne 
pożegnanie.
   Spokój!
   Jak możemy się pożegnać, skoro dziadki ryczą 
"Raz za 
mnie!", a my, którzy odjeżdżamy, krzyczymy "Stul 
gębę!" i 
podobnie. No, do cholery, czemu nie zamkną 
jadaczek?
   Zdałem sobie sprawę, że niepotrzebnie się 
denerwuję. 
Przecież to i tak nieważne, że faceci ryczą i że pan 
zastępca dyrektora nie może nam podziękować za 
ofiarną pracę 
i takie inne. Wszystkim rządzi czas, nawet 
dyrektorem i jego 
naradami i kiedy nadejdzie ten odpowiedni moment, 
pojawi się 
tu i wszyscy przestaną się wydzierać i gadać, 
ponieważ 
nadejdzie odpowiednia chwila.
   Wokół mnie się rozluźniło. Łyknąłem sobie.
   - Daj mi - syknął sąsiad.
   - Gówno - powiedziałem.
   - No... - odparł.
   - Dobra, masz - dałem mu. Po prostu byłem na 
miękko. 
Napił się i chciał podać rum sąsiadowi z lewej, ale 
łapsnąłem go za nadgarstek. Sąsiad to wykorzystał i 
walnął 

background image

mnie pięścią w twarz. Ledwo zdążyłem się uchylić. 
Żeby tylko 
nie rozgniótł pudełka, przeleciało mi przez głowę, a 
pięść 
przeleciała koło nosa jak ekspres. Chwyciłem rum 
prawą ręką, 
a pod drugi cios nadstawiłem ciemię. Zabolało, ale 
boksera 
bardziej. Trzasnęło mu w stawach, ryknął, to był 
Polak, ale 
miałem dzisiaj fart, bo wokół byli chłopcy z Czech i 
jak 
poszło w obieg, że to jakaś częstochowska cholera, 
zaczęli 
go dusić, a ja przyssałem się do pudełka, bo było 
jasne, co 
się za chwilę stanie - będą chcieli wypić za tę 
przysługę. I 
tak, kiedy duszenie zakończyło się sukcesem, wokół 
mnie 
wyrósł las dłoni z rozcapierzonymi palcami, a ja 
włożyłem do 
nich puste pudełko i uśmiechnąłem się jak aniołek. 
Ciemię 
mnie bolało, ta cholera miała jednak mocny cios!
   - Spokój! Spokój!
   Zastępca pochylił się do mikrofonu i powiedział:
   - Szczęść Boże!
   O, do diabła, pomyślałem. Czymś tu śmierdzi. 
Kiedy szychy 

background image

zaczynają po naszemu, zawsze czymś śmierdzi.
   W holu zapanowała cisza.
   Wszyscy pomyśleli: do diabła, czymś tu śmierdzi.
   Zastępca zrobił pauzę, chyba przestraszył się tej 
ciszy, 
zerknął na Dutkiewicza, ten mu coś zaszeptał do 
ucha, 
zastępca odchrząknął i powiedział:
   - Chłopy, sprawa jest trudna, ale jest, jak jest: 
czółno 
nie przyleci.
   Spodziewał się wybuchu, ale hol został cichy. Nikt 
się 
nawet nie ruszył, może tylko pod kopułą zaszeleściło 
jakieś 
westchnienie.
   Ale Petrak nie był idiotą, a iluzje stracił już dawno,

ile w ogóle kiedyś takie posiadał. Wiedział, że ta cisza
nie 
zwiastuje niczego dobrego i strach wręcz z niego 
skapywał, 
lał się z niego ciurkiem.
   - Zrozumcie, to nie nasza wina. My zawsze 
dotrzymywaliśmy 
układu zbiorowego do ostatniej kropeczki. Robimy 
wszystko, 
żeby umożliwić wasz transport na górę. Zrozumcie, 
że nie 

background image

jesteśmy zainteresowani przedłużaniem kontraktu, 
że...
   - Co się stało?
   Poznałem ten głos. To był Brunza, Polak. Pełnił 
funkcję 
przewodniczącego w Jednolitych Związkach, ale 
zrezygnował z 
niej, ponieważ dzisiaj wracał z nami na górę. O ile 
przyleci 
czółno. Ale nie zrezygnował z autorytetu. Miał go 
ciągle 
nawet bez funkcji. Z autorytetu nie można 
zrezygnować, tak 
samo jak nikt go wam nie da. Albo go macie, albo 
nie.
   Brunza go miał.
   Czyżby znowu ten Kryzys Mikronezyjski?
   Nigdy nie interesowałem się zbytnio 
wiadomościami z góry, 
ale info w ostatnim czasie było pełne Kryzysu 
Mikronezyjskiego, tak że nie można się było od tego 
wywinąć. 
Wiedziałem, że jest jakiś Kryzys Mikronezyjski, że 
napięcie 
rośnie z dnia na dzień, ale miałem to w poważaniu, 
ucinałem 
metr i myślałem tylko o tych stu tysiącach 
europejskich 
dorubli - jak też z nimi na górze zacznę rządzić, 
siądę 

background image

sobie u Fleków i w Sali Konszelskiej będzie płacić 
tylko 
Kuba Nedomy.
   Kuba Nedomy to ja.
   Co mnie tam Kryzys Mikronezyjski? Niech się 
żółtki piorą, 
będzie na Ziemi o jedną pustynię więcej, i tak 
Środkowy 
Wschód jest pokryty radioaktywną szklaną płytą, 
Afryka 
straciła na dole ten czubek, który można zobaczyć na
starych 
mapach, a Ameryka Północna już nie jest połączona 

Południową. Mówię, co mi tam do jakiejś 
Mikronezji, ja chcę 
dobrego piwa i spokoju, i kilku kumpli, i chcę się 
czuć jak 
panisko!
   - Nie robimy tajemnicy z tego, co się stało - 
powiedział 
zastępca Petrak. - Rada Bezpieczeństwa ogłosiła 
Stan Żółty. 
Wstrzymała wszelki ruch z wyjątkiem jednostek 
desantowych 
Błękitnych Wojsk.
   - Ale my słyszeliśmy o czymś innym - odpowiedział 
Brunza. 
Był gdzieś z przodu, chyba tuż pod balkonem. - 
Myśmy 

background image

słyszeli, że to wszystko jeden wielki bajer!
   - Bajer? - zdziwił się zastępca Petrak.
   - Tak, bajer. Ziemniaki ponoć nie są 
zainteresowane 
powrotem ludzi na górę. Kiedy ma wracać na górę 
duży turnus, 
wymyślają bajery o zablokowaniu transportu, żeby 
nas tu 
przytrzymać i móc się potem powołać na paragraf 
sześć. KPL 
potrzebuje ludzi, a nowi wcale się nie garną!
   - O czymś takim słyszę po raz pierwszy - 
wymamrotał 
Petrak. Odwrócił się do inżyniera Dutkiewicza i coś 
do niego 
mówił, chyba "Słyszał pan o czymś takim?", a ten na
to chyba 
"Skądże, nie słyszałem, no proszę, coś takiego!".
   Zapewne rozmawiali w tym duchu, ale o ile doszło 
to do 
mikrofonów, my na dole nie słyszeliśmy ani słowa, 
ponieważ 
hol zaczął szumieć.
   - Cicho, chłopy! - ryknął Brunza. Potrafił ryczeć. 
Dwumetrowe chłopisko, niedźwiedzie płuca, łapy jak
łopaty. - 
Cisza! Czyli wy mówicie, że o niczym takim nie 
słyszeliście? 
Że jesteście niewinni jak lilie?
   - No, prawda - powiedział dyrektor Petrak.

background image

   - Czyli według was to przypadek, że transport jest 
blokowany akurat wtedy, kiedy wraca turnus z 
Czeskopolskiej 
oraz tysiąc pięćset chłopów z Arkadii i osiemset z 
Dwójki?
   - Przecież wiecie, że już w zeszłym roku KPL 
przeszedł na 
masowy cykl wymiany.
   - Czyli niewinni - powtórzył Brunza.
   Strach z dyrektora już nie ciekł, po prostu z niego 
buchał. Przypomniałem sobie klauna z cyrku 
Humberto, który 
płakał strumieniami łez i krzyczał "Panie 
dyrektosze, panie 
dyrektosze, oni kszyfdzić klaun!".
   Jak się potem okazało, poważnie nie doceniłem 
Brunzy. To 
był olbrzym nie tylko z torsem byka. W swojej 
cetnarowej 
czaszce miał komputerowy mózg i porządnie się 
przygotował do 
porannej scenki, bo z góry wiedział, co się szykuje.
   Jak już powiedziałem, dyrektorski balkon był na 
trzecim 
piętrze, a nad nim pięły się spiralnie jeszcze cztery 
kolejne. Szczytu kopuły nie było dobrze widać, z nas 
musiało 
się dosłownie dymić, tak się pociliśmy, ale powietrze 
było 

background image

na tyle przejrzyste, że można było się domyślić, że na
górze 
coś się dzieje.
   Tuż nad balkonem pojawił się tłum chłopów, coś 
błysnęło w 
szarawej mgle, jedna żółta linia, druga, trzecia, 
prosto na 
balkon na linach spuściła się grupka mężczyzn, 
rzuciła 
następne dwie liny na dół i wyciągnęła Brunzę na 
górę.
   To wszystko odbyło się w okamgnieniu. I już 
odezwały się 
syreny policji. Jakżeby inaczej. Oddział pogotowia 
był na 
nogach od trzech dni, wszystkie cytryny 
Czeskopolskiej 
polerowały te swoje psychiny. A teraz na pewno 
trzymali 
palce na spustach, żeby nas nafaszerować. Winny czy
niewinny, oni już sobie nas wybiorą, kiedy padniemy 
jak 
biedronki na mrozie. Jęczały syreny, a do tego 
megafony 
mówiły coś jakby:
   - Hahyhualahu mahu haha hu!
   Brzmiało to niezwykle groźnie.
   Brunza również wiedział, że policja jest w 
pogotowiu, 

background image

zresztą jak zwykle podczas zmiany turnusów w 
kopalni, i 
starannie się przygotował. Starannie? Prosto, ale 
zadziałało, a według mnie to, co działa, jest również 
staranne.
   I na odwrót.
   Brunza wyjął zza napierśnika naostrzony sztylet, 
długi na 
dobre trzydzieści centymetrów. Błyszczał w 
powietrzu jak 
ślina węża. Przyłożył go doktorowi Petrakowi do 
gardła, 
oczywiście tą odpowiednią, czyli ostrą stroną. Potem 
krzyknął:
   - Przy pierwszym rajskim pocałunku zadrży mi 
ręka!
   Psychina najpierw lekko stuka, to rajski 
pocałunek. Potem 
mąci wam we łbie. No a w końcu uderzacie w 
kimono.
   Od rajskiego pocałunku do zamętu we łbie 
prowadzi droga 
trwająca pół sekundy.
   W tym czasie Brunzie zdąży zadrżeć ręka, a do 
tego 
jeszcze doda "cholera".
   Megafony przestały kwakać. A może nie przestały, 
ale 
chłopiska zaczęli pokrzykiwać i po prostu je 
zagłuszyli. 

background image

Podskakiwali też w miejscu jak małe dzieci.
   Czego się spodziewali?
   Cieszyli się, że w ogóle coś się dzieje. Chciałbym 
wiedzieć, ilu z nich w tej chwili powiedziało: 
"Hergot, 
takie widowisko jest warte paragrafu sześć!".
   Brunza wolną ręką zrobił taki mały gest.
   - Panie wielka cytryno! - zawołał. - Nalegamy na 
wymianę. 
Niech na nasze miejsce przyjedzie ktokolwiek. 
Transport 
cywilny zablokowany? Bueno. To niech nas odwiozą 
Błękitni. 
Przekażcie to tym wielkim panom. Powiedzcie im, że 
na 
Czeskopolskiej pięciuset chłopa czeka na odwóz. 
Powiedzcie 
im, że olewamy jakiś żółty stan. Chcemy do domu. 
Harowaliśmy 
osiemnaście miesięcy. Harowaliśmy jak woły. 
Mieszkaliśmy w 
szufladach i piliśmy destylowane szczyny. Prysznic 
raz w 
tygodniu, cholera, niech spróbuje tego jakiś 
ziemniak z 
góry!
   Megafon odezwał się znowu, tym razem 
zrozumiale.
   - Załatwimy to. Ale wy, Brunza, bekniecie za to. Za
to 

background image

będziecie siedzieć, aż sczerniejecie.
   - Wolę siedzieć w pudle na górze niż resztę życia 
walać 
się tu na dole w szufladzie z powodu paragrafu sześć,
panie 
wielka cytryno! To po pierwsze. A po drugie: niech 
pan się 
rozejrzy, niech pan popatrzy na tych pięknych 
chłopów. Myśli 
pan, że ziemniaki mają pudła mocne na tyle, żeby ich
ci 
chłopcy nie rozebrali na kawałki w ciągu jednego 
słonecznego popołudnia? Chłopy, powiedzcie tylko, 
panu 
wielkiej cytrynie: pozwolicie mnie wsadzić do pudła?
   - Nie-po-zwo-li-my! Nie-po-zwo-li-my!
   Krzyczeli wszyscy. Krzyczeliśmy wszyscy - przecież
ja też 
się przyłączyłem.
   To dziwne uczucie. Stoicie w tłumie, setki ludzi 
wokół 
was i nad wami, galerie o mało się nie zarwą pod tą 
masą 
ciał i to żeby chociaż spokojnie stali, ale nie, oni tupią

takt. Ktoś powinien im powiedzieć "Przestańcie, 
galerie nie 
są do takiego tupania", ale kto miałby im to 
powiedzieć?

background image

   Petrak ma ostrze sztyletu na szyi, łaskocze go w 
jabłko 
Adama, dokładnie w te miejsca, gdzie maszynka do 
golenia 
najtrudniej łapie. A może Brunza ogoli Petrakowi 
przynajmniej parę tych włosków, które zawsze 
zostają nawet 
po najdokładniejszym goleniu? Skądże, Petrak nie 
ma ochoty 
na rozmowę. Dutkiewicz też nie. Nie ma wprawdzie 
noża na 
gardle, ale mógłby mieć, i, jak już to bywa, bardziej 
robi w 
portki ten, któremu mogłoby coś się stać niż ten na 
kogo już 
padło.
   Chłopy, nie tupcie, myślałem sobie, ale sam 
tupałem do 
taktu jak durny. Chłopy, nie ryczcie, ale sam 
ryczałem:
   - Nie-po-zwo-li-my! Nie-po-zwo-li-my!
   Nawet na szychcie człowiek nie wydaje się sobie 
tak silny 
jak wtedy, kiedy stoi w środku holu między setkami 
innych i 
ryczy na całe gardło. W tym momencie 
uświadomiłem sobie, co 
straciłem w życiu przez ten swój ateizm: nigdy nie 
stałem w 

background image

żadnym kościele, meczecie czy pagodzie, nigdy nie 
śpiewałem 
i nie krzyczałem do Pana Boga białego, brązowego 
czy 
żółtego, ilu tylko ich jest, i wywołują te wszystkie 
wojny. 
"A ja sam, zawsze sam", jakoś tak śpiewała moja 
mama, kiedy 
jeszcze byłem zupełnie mały.
   I tak się dostałem aż tutaj. Sam, zawsze sam.
   Tylko że teraz nie jestem już sam. Stoję w holu i 
skanduję jakieś słowo, które przez setne powtarzanie
straciło sens. Co ja właściwie mówię? Nieważne. 
Trzeba po 
prostu jak najgłośniej ryczeć.
   Kuba, zachowaj spokój, odezwał się we mnie głos 
wewnętrzny. Przestań wykrzykiwać i zacznij 
przynajmniej 
trochę myśleć.
   Jak długo Brunza wytrzyma na balkonie? Chce tak
na wieki 
wieków łaskotać Petraka po jabłku Adama ostrzem 
rzeźnickiego 
noża?
   Czyż to wszystko nie jest jedną wielką, straszną 
głupotą?
   Przestałem krzyczeć. Nikt tego nie zauważył. Z 
lewej, z 
prawej, z przodu i z tyłu chłopiska ryczeli, oczy im 
się 

background image

błyszczały, brody mieli wilgotne od śliny. Jezu, czy 
nikt 
tutaj nie ma rozsądku?
   Musisz sam zachować się rozsądnie, Kubo, 
Kubusiu. To 
pokrzykiwanie i tupanie do niczego nie doprowadzi. 
Brunza 
wcześniej czy później musi albo puścić Petraka, albo 
poderżnąć mu gardło. Czy to się skończy tak czy 
inaczej, w 
twoim własnym życiu to zupełnie niczego nie zmieni.
   Nie ma pułapki tak mocnej, żeby nie miała 
szczeliny.
   Teraz jesteśmy w pułapce, wszyscy, z Brunzą i jego 
nożem 
czy bez niego.
   Trzeba tylko znaleźć tę szczelinę i wyśliznąć się 
stąd. 
Sam tego nie zrobisz.
   A jedyny facet, o którym słyszałeś, że mógłby to 
zrobić, 
nazywa się Jerzy Zasada.

2.  Ten policjant nie patrzył na mnie przychylnie.
   Można nawet powiedzieć, że patrzył 
nieprzychylnie.
   - Co panu do tego? - spytał.
   - Niech się pan sam zastanowi.
   Dumał. Było o czym. Powiedziałem mu: "Jedziemy
na tym 

background image

samym wózku, szanowny panie sierżancie, pan i ja. 
Za tydzień 
nadziejemy się na haczyk paragrafu sześć i nie 
wrócimy za 
życia na górę".
   - Kto to panu powiedział?
   Uśmiechnąłem się do niego. Czegóż się spodziewać,
glina. 
Gdybyście mu powiedzieli, że za pół godziny nastąpi 
Big Bang 
Dwa, spyta się, kto wam to powiedział. Albo to 
choroba 
zawodowa, albo predyspozycja psychiczna do 
wykonywania tego 
zawodu.
   Miał dwadzieścia pięć lat, urodził się w Klatowach 

nazywał się Jirzi Byczek. Trzy lata służby w 
Błękitnych 
Hełmach. Rzucali go, gdzie popadło. Był w Peru, 
Ghanie, 
Bengalii, a ostatnio gdzieś w Australii, gdzie diabeł 
podkusił dwa szczepy tubylców, żeby się zaczęły 
wzajemnie 
wybijać w imię wiary w jakiś płaski kamień czy coś 
w tym 
rodzaju.Trafili go zatrutą strzałą i zaraz potem ranę 
osmalili miotaczem ognia. Uratowało mu to 
wprawdzie życie, 

background image

ale nie poprawiło humoru. Przeszedł z Błękitnych do
policji 
i pozwolił się wysiudać tu na dół. Czemu? Dla 
dorubli, 
również. Ale przede wszystkim dlatego, że tu nie ma 
fanatyków religijnych, a jeśli już uda się jakiemuś 
prześliznąć, szybko go namierzają i wsadzają do 
pudła.
   A już na pewno nie pozwolą mu biegać po kopalni z
zatrutymi strzałami i miotaczami ognia.
   - Ma pan rację - powiedział. - Jedziemy na tym 
samym 
wózku. Ale co to ma do rzeczy, świrnięty świrusie?
   Zrozumiałem, czemu mnie wyzywa.
   - Pan myśli, że chcę pana przekabacić na stronę 
tych na 
dole.
   Pokazałem palcem za siebie, w tym kierunku, gdzie
znajdował się hol i gdzie w kręgu potężnie 
rozeźlonych 
górników przykucnął smutny dyrektor Petrak. 
Komitet 
Czujnych, tak się nazwali. Piękna nazwa. Brunza ją 
wymyślił. 
Oczywiście on stał na czele Komitetu Czujnych. W 
tej chwili 
siedział w biurze Dutkiewicza i negocjował.
   Sierżant Byczek uniósł brwi.
   Wyglądał na trzydzieści pięć, czterdzieści. Trzy lata

background image

Błękitnych Hełmach porysowały mu twarz pismem 
klinowym. 
Nigdy nie studiowałem takiego alfabetu, ale ten napis
potrafiłem przeczytać: wojna religijna to świństwo.
   - Do rzeczy - powiedział.
   Opierał się mięsistym policyjnym tyłkiem o 
krawędź stołu, 
ręce miał założone na piersiach. Z rozpiętej kabury 
wystawała kolba psychiny. Siedziałem na krześle 
przy 
drzwiach i na zmianę patrzyłem to na kolbę, to w 
oczy 
Byczka.
   - Ci tam to idioci - powiedziałem.
   - Zgoda - przytaknął.
   - Skisną tu wszyscy, nawet gdyby usmażyli Petraka
na 
wolnym ogniu.
   - Myśli pan? - uśmiechnął się słabo.
   - Arkadia ma się rozrastać. Pięciokrotnie. Rozumie 
pan? 
Skąd wezmą tylu ludzi, żeby ją zasiedlić? Już ten 
nasz 
ostatni turnus z trudem zebrali.
   - O tej Arkadii - powiedział niepewnie - wie pan na 
sto 
procent?
   - Tak, stuprocentowo - powiedziałem jakby nigdy 
nic - jak 

background image

wiem, że ma pan w Pradze dwuletniego synka i chce 
go pan 
zobaczyć.
   - Do diabła, kogo pan ma w tym centrum danych?
   - Nieważne. To pewne, że kogoś mam. Cieszę się, że
panu 
zaświtało.
   Odczepił się od stołu, ostrożnie otworzył drzwi i 
wyjrzał 
na korytarz. Zobaczyłem grupkę kilku górników. 
Biegli obok, 
kiedy zobaczyli cytrynę, zwolnili, ale tylko na 
chwilkę, 
tylko na dwa, trzy kroki. Jeden się uśmiechnął, 
spojrzał na 
sąsiada, ten wyszczerzył zęby, przyśpieszyli i zniknęli
mi z 
oczu. Tylko tupot ich chodaków niósł się po 
korytarzu.
   Sierżant zatrzasnął drzwi i przekręcił zamek. 
Potem 
wrócił do stołu i ciężko usiadł na obrotowym 
foteliku.
   - Niech pan słucha - powiedział - ale z tą 
Mikronezją to 
nie przelewki. To wiem z kolei ja, już wczoraj po 
obwodzie 
informacyjnym przyszła notka.
   Skinął głową w stronę kąta, gdzie na niskim 
żelaznym 

background image

stoliku leżał orakl, na wpół zagrzebany pod warstwą 
wydruków.
   Pan sierżant ma tu niezły bajzel. Nie dba o 
estetykę. 
Żadnego obrazka, żadnego apetycznego kociaka, 
żadnego 
japońskiego ogródka. Nad stołem kalendarz, 
zupełnie zwykły, 
tylko cyferki, nic poza tym. Lewa połowa się 
czerwieni. 
Oczywiście, poczynając od pierwszego stycznia daty 
są 
zakreślone na czerwono. Od pierwszego stycznia do 
dwudziestego szóstego czerwca. A między czerwcem 
a lipcem 
gruba czerwona krecha.
   Tylko krecha. Żadnego znaczka " 6". A mimo to 
linia 
oznaczała tylko i wyłącznie paragraf sześć.
   - Chciałbym wierzyć, że Mikronezja to nie bluff. 
Ale w 
tej chwili nie interesuje mnie ani Mikronezja, ani 
Makronezja. Chcę się stąd wydostać. Pan również. 
Dlatego do 
pana przyszedłem.
   Nerwowo zachichotał i pokręcił głową. Miał gęste 
blond 
włosy, obcięte krótko, na jeżyka.
   - To weźmiemy się za rączki i pójdziemy razem. 
Dokąd?

background image

   Śmieszna wizja.
   Serce zaczęło mi szybciej tłuc. Do tego momentu 
rozmowa 
nie miała większego znaczenia. Pogadaliśmy sobie, ja

rezultacie okazałem się lojalnym obywatelem, 
ponieważ 
przejawiłem dezaprobatę wobec awanturniczych 
poczynań 
nieodpowiedzialnych elementów i możemy się 
rozejść. Ja wrócę 
do swojej szuflady, on zostanie tutaj na posterunku, 
za 
godzinę ktoś go zmieni, on pójdzie się pogapić do 
holu, 
gdzie Komitet Czujnych maceruje dyrektora 
Petraka w pocie.
   - Niech pan sobie wyobrazi, że byłaby realna 
szansa 
wydostania się na zewnątrz. Poszedłby pan ze mną?
   - Pan potrzebuje mojej pomocy?
   - Oczywiście, po cóż innego bym do pana 
przychodził?
   - Takiej szansy nie ma.
   - Już pan się przekonał, że jestem dobrze 
poinformowany.
   - Usłyszał pan jakieś plotki od kolegi w centrum 
danych. 
Ale, chłopie, wyjście z kopalni? To coś innego!
   - Dajmy na to, że taki sposób naprawdę istnieje. 

background image

Poszedłby pan ze mną?
   Chyba włożyłem w głos zbyt wiele natarczywości. 
Sierżant 
to wyczuł i poczuł się ważny. I tak był ważny - a 
teraz 
jeszcze ważniejszy.
   - Niech pan wyłoży kawę na ławę, zobaczę, co się 
da 
zrobić.
   - Wierzy pan, że tym na dole się uda? - zacząłem z 
innej 
beczki.
   Nie chciał ustąpić.
   - Jak to jest z tą drogą na zewnątrz?
   - O coś pana pytałem.
   - Oczywiście nie wierzę. Dostaliśmy tę wiadomość 
okólnikiem! Sektor cywilny nie ma w tej chwili 
żadnej 
możliwości. Transport przejęły Błękitne Hełmy.
   - Nie pomogą im nawet oficerowie policji?
   - To pana interesuje najbardziej?
   Niezmiernie mnie to interesowało. To jasne, że 
mnie to 
interesuje, glino!
   - Byłoby to bardzo na rękę, prawda? - 
powiedziałem. - 
Wyłuszczę panu, co wiem, pan mnie podłoży, a po 
aresztowaniu 
naczelnik wręczy panu gustowny dyplom. Starszy 
sierżant 

background image

Byczek, to by brzmiało naprawdę ładnie i syn 
mógłby być z 
pana dumny, prawda?
   Kiedy powiedziałem "syn", coś mu drgnęło koło 
oczu.
   Przez chwilę na mnie patrzył, potem wstał. 
Myślałem, że 
mi przyłoży, ale odwrócił się do mnie plecami i 
podszedł do 
oraklu.
   - Słuchaj, małpko, połącz mnie z dowództwem.
   - Połączenie nawiązane - odpowiedział orakl 
przyjemnym 
kobiecym głosem.
   - Kiedy nas odwieziecie? - Byczek zaczął bez 
ogródek.
   - Lokalne dowództwo Interpolu wyraża 
ubolewanie. W ciągu 
najbliższych czterdziestu ośmiu godzin nie 
przewiduje się 
możliwości uzyskania środków do wymiany 
oddziałów 
bezpieczeństwa.
   - A potem?
   - Brak informacji.
   Wstałem i podszedłem do Byczka.
   - To nie podpucha? - spytałem.
   - Myśli pan, że rozmawiam z własną babcią? - 
odciął się.

background image

   - Taki terminal mamy też w kasynie - zauważyłem. 
- I to 
nawet nowszy typ.
   - Niech pan sam spróbuje.
   - Chcę wiedzieć - powiedziałem powoli i wyraźnie - 

której książce kucharskiej wydanej w Islandii po 
roku 1950 
po raz pierwszy pojawia się przepis na makowiec.
   - Przykro mi - powiedział orakl swoim 
pieszczotliwym 
altem - ale nie należy pan do osób autoryzowanych 
do 
zadawania pytań skierowanych do banku danych 
zamkniętego 
obiegu bezpieczeństwa. Oznajmiam, że pańska 
próba nadużycia 
banku danych i pański wzór głosu zostały 
zarejestrowane i 
zidentyfikowane. W ciągu najbliższych dwudziestu 
czterech 
godzin zostanie pan wezwany do poniesienia 
odpowiedzialności 
za czyn karalny przed organem administracji 
lokalnej, 
obywatelu Jakubie Nedomy, numer ewidencyjny 
231129 CSFR 
łamane przez 090.
   - Aż się pan prosił o nieprzyjemności - zauważył 
sierżant 

background image

Byczek. - Gratuluję.
   Wkurzył mnie.
   - Chciałem tylko się dowiedzieć o makowiec.
   - Trzeba było spytać cywilne centrum danych.
   - A ma pan tu cywilny terminal?
   - Nasz orakl ma bezpośrednie wejście do kręgu 
cywilnego. 
Prawda, małpko?
   - Prawda - odpowiedział orakl. - Domaga się pan 
odpowiedzi na pytanie?
   - Tak - odpowiedziałem. Nie interesowałem się 
makowcami, 
ale coś mi wpadło do głowy i musiałem zyskać trochę
na 
czasie.
   - Przepis na makowiec został opublikowany w 
Islandii po 
raz pierwszy w roku 1922 w książce Sveina Althinga 
"Tajemnice słowiańskiej kuchni". Nie podaję tytułu 
oryginalnego, ponieważ nie zna pan duńskiego. Jeśli 
chce pan 
poznać nazwę oryginalną, proszę wydać polecenie.
   - Wsadź je sobie gdzieś - odpowiedziałem.
   - Przykro mi, ale tego polecenia nie mogę wykonać 

uprzejmie odpowiedział orakl.
   - Wpadka czy nie - skomentował sierżant - teraz to 
już 
nieważne. Co panu mogą zrobić? Nie znam nic 
gorszego od 

background image

paragrafu sześć. Zapłaci pan mandat, nie więcej niż 
pięćset.
   - Powiem panu, jak się stąd wydostać.
   - Niech pan mówi.
   - Ona słucha - skinąłem głową na orakl.
   - Kto? Małpka? Hej, małpko, dopóki nie powiem 
"słuchaj", 
nie będziesz słuchać. Zadowolony? - odwrócił się do 
mnie.
   - Jeszcze drobiazg. Muszę mieć pewność, że mnie 
pan nie 
wsypie.
   - Nie starczy panu moje słowo?
   - Przykro mi, ale nie urwałem się z drzewa.
   Wzruszył szerokimi ramionami, ale widziałem, że 
zaczyna 
być trochę nerwowy, a więc zaczyna mi wierzyć.
   - Jak chce pan uzyskać pewność? Nie mogę dać 
żadnej 
gwarancji.
   Usiedliśmy. Była to partia pokera, jak sobie nagle 
uzmysłowiłem.
   - Jest pan stuprocentowo pewny, że nikt pana nie 
zastąpi?
   - Sam pan słyszał.
   - Mówili o czterdziestu ośmiu godzinach.
   - Wspomniał pan o rozszerzeniu Arkadii. Też już 
coś 
słyszałem. Koledzy mówią o tym już od dawna. Jak 
panu to 

background image

wytłumaczyć? Nie chcę tu zostać. Ma pan rację we 
wszystkim, 
co pan powiedział, na górze czeka na mnie chłopak...
Od 
półtora roku go widuję tylko na ekranie, chcę go 
mieć przy 
sobie, Jezus Maria, zrobię, co pan zażąda, tylko 
żebym pana 
przekonał...
   Nagle się rozsypał, ten twardziel, policjant, 
weteran 
wojenny, prawie zaczął płakać, trzęsły mu się ręce, 
cały się 
trząsł.
   - Chcę, żeby pan spalił za sobą mosty.
   - Co? - wymamrotał.
   - Odsłużył pan osiemnaście miesięcy. My teraz 
poprosimy 
centrum o zmianę w pańskich danych osobistych. 
Nie 
osiemnaście miesięcy, ale dwadzieścia cztery!
   - To się nie uda!
   - Uda się - powiedziałem uspokajająco. - Nie mam 
kolegi w 
centrum danych. Słuchaj uważnie - przeszedłem na 
ty. - 
Włamałem się do sieci. Do cywilnej sieci - dodałem 
szybko i 
kątem oka zerknąłem na orakl. - Potrafię tam 
rządzić jak 

background image

niewidzialna ręka. Znam kluczowe hasła, kody 
bezpieczeństwa, 
wiem wszystko.
   - To niemożliwe - zaprotestował. - Nie da rady. Kto 
by to 
umiał, mógłby sobie dopisywać forsę.
   - Forsa jest uzależniona od odpracowanych 
miesięcy, a one 
są kryte przez paragraf sześć. Po co by komuś była 
forsa, 
gdyby za tę cenę miał skisnąć w tym gnoju? Dlatego 
nikt się 
na to nie porwał. Będziesz pierwszy. Powiem ci 
dokładnie, co 
masz zrobić. Zmienisz zapis personalny. Obejmie cię 
paragraf 
sześć. Nie za tydzień, nie chcę słyszeć o żadnych 
czterdziestu ośmiu godzinach. Zrobisz to zaraz. 
Zmienisz 
zapis i staniesz się obywatelem Luny na dożywocie. 
Dopiero 
wtedy ci uwierzę, że mnie nie podkablujesz.
   Prawdę mówiąc, ten perfidny plan wpadł mi do 
głowy 
dopiero po dowcipie z makowcem. Był tak prosty, że 
aż mnie 
rozbawił.
   Glina był w kropce.
   - Nie mogę tego zrobić.
   Wstałem i ruszyłem do drzwi.

background image

   - Żegnaj, pa, pa - powiedziałem.
   - Czekaj - krzyknął nieszczęśliwie. - A jeśli...
   - Mnie nie interesuje żadne a jeśli. Powiem ci coś, a
potem zrobisz, czego od ciebie chcę, albo wyjdę. 
Znam na 
szychcie chłopa, który wymyślił idealny sposób, jak 
się stąd 
wydostać. Za parę godzin jesteśmy w friporcie 
Jeden. Tam 
nikt nikogo o nic nie pyta, tylko o konto. Friport 
należy do 
stanu Teksas, a Teksańczycy są ostatnimi 
porządnymi 
Amerykanami. Interesują ich tylko pieniądze. My 
forsę mamy. 
Stać nas na podróż. A jeśli trafimy do friportu na 
czas, 
wymigamy się od paragrafu sześć. Ten facet, o 
którym mówię, 
wie, jak to zrobić.
   - To czemu sam nie ucieknie?
   - Jeden człowiek nie da sobie rady. Musi być trzech
- ani 
więcej, ani mniej. Równa liczba - trzy. I jeden z nich 
musi 
być policjantem.
   - Dlaczego ten facet sam...
   - Koniec pytań. Wchodzisz w to? Tak albo nie. Jeśli
nie - 

background image

odchodzę. Są tu inni policjanci, którym pali się pod 
nogami. 
A jeśli tak... znasz mój warunek.
   Przełknął ślinę.
   - No dobra.
   Wzięliśmy się do roboty. Byczek odblokował orakl, 
weszliśmy do sieci cywilnej i zacząłem działać. Coś z 
głowy, 
coś recytowałem ze ściągi, miałem wrażenie, że 
jestem 
żołnierzem w dżungli, machałem wokół siebie 
maczetą, kłody 
waliły mi się pod nogi a ja szedłem krok po kroku do
przodu, 
dokładnie tak, jak na górze na Ziemi nauczył mnie 
jeden 
wyżeracz, który pamiętał jeszcze rakiety chemiczne i
skafandry-bałwany. Znałem mnóstwo trików, a to 
był jeden z 
nich, możecie mi wierzyć, że nigdy nie przyszłoby mi 
do 
głowy, by z niego skorzystać. Dopiero ta wpadka z 
siecią 
policyjną poruszyła komórkami i pomysł wpadł do 
mózgownicy.
   Byczek siedział koło mnie, na zmianę rumienił się i 
blakł, aż na policzkach na stałe wykwitły mu 
czerwone plamy 
ograniczone białym meandrem.
   - No i gotowe - powiedziałem, kiedy było gotowe.

background image

   - Jeśli to nie wyjdzie - powiedział - zabiję cię.
   - Musi wyjść. Od teraz naszym celem jest port 
kosmiczny 
Jeden.
   - No to wyduś ten plan.
   - Ja go nie znam.
   Teraz się okazało, jak strasznie szybki był Byczek. 

okamgnieniu miałem na szyi jego palce.
   - Nie wygłupiaj się - wysyczałem.
   Trochę rozluźnił, ale nie za bardzo.
   - Zna go ten facet.
   - To gdzie on jest? - skrzywił się i podejrzenie 
prawie 
krzyczało mu z oczu. - Czemu nie wytrzepałeś z 
niego tego 
planu?
   - Jezus Maria, a co, myślisz, że mogłem z nim 
rozmawiać?
   Potrząsnął mną, aż zachrzęściło w kręgach 
szyjnych.
   - Zabiję cię, tu, zaraz, na miejscu, ty draniu!
   - Przecież on...
   Chciałem dokończyć, ale ten wariat ściskał mnie 
tak 
mocno, że przez tę szparę, która została mi w gardle,
nie 
potrafiłem przecisnąć ani głoski.
   - Co on?

background image

   - On siedzi w pudle, ty baranie, i dlatego 
potrzebuję 
policjanta, który by mnie do niego zaprowadził. 
Przecież to 
było od początku jasne!  
   Tak, taka była smutna prawda: pomysłodawca tego
planu 
Jerzy Zasada siedział w pudle za to, że wzywał 
Allacha, co 
we wszystkich koloniach Luny było zakazane tak 
samo jak 
wzywanie jakiegokolwiek innego proroka, boga czy 
bożka, ile 
tylko ich jest na świecie, a ponieważ jest ich tam 
sporo i 
kręci się wokół nich tak wspaniałe mordobicie, 
człowiek musi 
się dziwić, czemu ta niebieska Ziemia, która wisi nad
naszymi głowami, jeszcze nie poczerwieniała.
   Zupełnie mnie puścił.
   - Polak i mahometanin. To tak horrendalna 
bzdura, że nie 
wymyśliłby jej nawet tak chytry łeb jak twój. 
Idziemy do 
pudła. Ale powtarzam: jeśli jest w tym jakaś lewizna,
zostaniemy w pudle we trójkę: Zasada za wzywanie 
Allacha, ty 
martwy, a ja za bestialskie morderstwo.
   Wyszliśmy na korytarz.

background image

   Było tam pełno ludzi, jedni biegli tam, inni z 
powrotem, 
coś przeklinali, coś krzyczeli, ale ani Byczka, ani 
mnie nie 
interesowało nic z tego, co im się we łbach kluło.

3.  Jerzy Zasada siedział po turecku na rozłożonym 
na ziemi 
kocu, bezgłośnie, bez ruchu i z przymkniętymi 
oczyma. 
Dopiero po bliższych oględzinach można było 
dostrzec, że 
między palcami świętego męża swobodnie krążą 
kółeczka 
tasbihu, różańca o dziewięćdziesięciu dziewięciu 
ziarnach, 
symbolizujących najpiękniejsze imiona, które bliżej 
wyjaśniają artybuty Allacha, tego boga, prócz 
którego nie ma 
innych bogów, albowiem la ilah el Allah.
   Byczek niepewnie na mnie spojrzał. Wzruszyłem 
ramionami. 
Też nie wiedziałem, co zrobi Zasada, kiedy go 
wyrwiemy z 
jego dhikr.
   Odchrząknąłem.
   Byczek dźgnął mnie łokciem i skinął brodą.
   Coś był niecierpliwy, ten sierżant Byczek. A ja 
również 

background image

nie mogłem świecić przykładem bogobojnego 
człowieka.
   - Słuchaj, Jerzy - zacząłem. - Przysłał mnie do 
ciebie 
pewien Kazik. Przeciągał mnie na waszą wiarę, ale 
bez 
efektów. Ale nie wydałem go. To też jest przysługa. A 
ten... 
facet to kolega. Właśnie ten policjant, którego 
potrzebujesz.
   Nie powiedział ani słowa.
   - Powiedz mu coś - zwróciłem się do Byczka.
   - Słuchajcie, Zasada, nie wiecie, co się dzieje na 
zewnątrz. Teraz już jesteście w pudle nie tylko wy i 
pół 
tuzina innych religijnych wariatów. - Nadepnąłem 
mu na nogę, 
ale nie zauważył tego. - Teraz jesteśmy w pudle 
wszyscy, 
ponad pięciuset chłopa. Na górze znów jest jakaś 
wojna czy 
co i jeśli się stąd nie wyniesiemy, mamy za tydzień 
paragraf 
sześć. Nie patrzcie na mój mundur. Jestem gliną, 
zgoda, ale 
nie chcę tu zostać ani chwili dłużej niż ten tutaj, 
Nedomy. 
Muszę wrócić, jasne? A wy ponoć wiecie, jak się za to
wziąć.

background image

   - Jerzy, przysięgam, to nie pułapka - przyłączyłem 
się do 
niego. - Zrobiłem dokładnie tak, jak mówił Kazik: 
przyprowadź do Jerzego policjanta, a on załatwi 
resztę. Masz 
policjanta, więc załatwiaj.
   Wreszcie podniósł oczy.
   - Kim pan jest? Nie znam pana. Nigdy pana nie 
widziałem.
   W celi był półmrok, ale nie tak znowu wielki, żeby 
pomylić wilka z babcią. Szczerze mówiąc, między 
więzienną 
celą a szufladą dla wolnych górników nie było zbyt 
wielkiej 
różnicy. Chyba tylko taka, że szufladę zamyka się od 
środka, 
a celę od zewnątrz. Ale co to za różnica? Gdzie mogę 
wyjść z 
szuflady? Kilkaset metrów korytarzy, kantyna, 
szpital, klub, 
hol, no i oczywiście szychta, harówa, robota. 
Wszechświat 
tylko ociupinkę większy niż ma Zasada. W pewnym 
sensie 
Zasada ma nawet większy wszechświat: wierzy w 
swojego 
Allacha, a ja tylko w swoich sto tysięcy dorubli, które
dostanę jako rekompensatę za osiemnaście miesięcy 
straconego 

background image

życia na tej pieprzonej okrągłej skale, którą od 
pradawna 
nazywano Księżycem.
   Klęknąłem tuż przed nim, żeby mieć twarz na 
wysokości 
jego oczu.
   - Jerzy, jest źle. Zwiewamy, rozumiesz? Ten glina 
Jurek 
Byczek jest już gliną tylko przez swój mundur. 
Wdepnął w to 
z nami. Sam go w to wrobiłem, żeby się nie mógł 
wywinąć. 
Daleko się posunąłem, możesz mi wierzyć. Nie 
możemy się 
wycofać. Od tej chwili ty jesteś kapo. Skończ to 
przedstawienie i zacznij coś robić. W każdej chwili 
mogą 
ogłosić alarm. Opuścił posterunek. Będą go szukać. 
Rozwalił 
szpicla, do diabła, Byczek, pokaż mu tego szpicla!
   Byczek pochylił się, odwinął rękaw i pokazał 
Zasadzie 
kółko identyfikacyjne. Nadajnik impulsów diabli 
wzięli. Już 
to powinno Jerzego przekonać. Kto by rozbijał 
nadajnik 
impulsów, tym bardziej, jeśli ten ktoś jest wbity w 
policyjny mundur?
   - O niczym nie wiem, niczego nie słyszałem i nikogo
nie 

background image

znam - odparł Jerzy. Na mnie nawet nie spojrzał. 
Patrzył 
prosto na Byczka.
   - Myślisz sobie - powiedziałem - że mnie zmiękczyli
i cię 
wsypałem. Myślisz, że to podpucha, albo że Kazik 
zaczął 
mówić. Jak mam cię przekonać, że nie kłamię?
   - Pamiętasz, co ci powiedziałem? Zostaniemy w 
tym mamrze 
obaj - ty martwy, a ja z oskarżeniem o morderstwo 
na karku - 
powiedział Byczek.
   - Słyszysz go? - nalegałem na Zasadę. - To mu się 
przestaje podobać. Jakżeby inaczej, jest w 
rozpaczliwej 
sytuacji, tak samo jak ty czy ja. Popatrz na mnie, no,
popatrz na mnie!
   Nie przestawał wyliczać najpiękniejszych imion 
należnych 
Najwyższemu, który nie ma sobie podobnego, w 
sobie 
jednolity, wieczny, bez początku i poprzednika, i bez 
końca, 
i następcy, nie ulegający śmierci, nie ograniczony 
czasem, 
ani miejscem, ani w inny sposób. Tylko my jesteśmy 
w innej 
sytuacji, my jesteśmy ograniczeni początkiem i 
końcem, 

background image

czasem i miejscem, i setką innych określeń, i śmierć 
czeka 
nas wszystkich. Chcę umrzeć na górze na Ziemi, a 
nie tutaj, 
już za życia pogrzebany w księżycowej skale.
   - Było powiedziane - odezwał się Zasada - że w 
dzień 
ostatecznego rozstrzygnięcia pojawią się Gog i 
Magog i serca 
niesprawiedliwych wypełni groza, lecz serce 
prawowiernego 
zatańczy. Nie mam czego się bać. Anioł śmierci Azrai 
przeprowadzi mnie przez most piekielny, który jest 
cienki 
jak włos, ostry jak brzytwa i ciemny jak noc. Przy 
jego boku 
wejdę do czwartej z bram dżannatu, która zwana 
jest dżannat 
Adana, wyłożonej białymi perłami i dostępnej dla 
tych, 
którzy nawracali na dobro i odciągali od zła. Nie 
czuję 
wobec was złości. Nawet dla was droga do raju nie 
jest 
zamknięta. Nawet w ostatniej godzinie możecie się 
nawrócić 
na słuszną wiarę. Powtarzajcie za mną: La ilah el 
Allah. 
Czemu mielibyście nie dostąpić wiecznych rozkoszy 
raju, 

background image

skoro jego bramy są otwarte nawet dla niektórych 
zwierząt, 
jak oślica proroka Saliha, cielę Abrahama, mrówka 
Salomona, 
dudek królowej Bilkis i pies siedmiu śpiących?
   - Brama szósta - odezwałem się - dżannat-un-
na'imi, jest 
srebrna - zauważyłem. Wiedziałem to od Kazika.
   Zasada się ocknął.
   - Zabiję was obu - powiedział Byczek. Nagle coś go 
olśniło. - Przecież ty... co ty tutaj pieprzysz o 
bramach do 
raju? Jesteś zamaskowanym muslimem?
   - Bzdura - odparłem. - Kazik sporo tego we mnie 
władował, 
kiedy chciał mnie nawrócić na wiarę, ale jakoś mu 
nie 
wyszło, prawda, Jerzyku?
   - Ogród niebiańskiego życia... - powtarzał Jerzy 
Zasada w 
zamyśleniu.
   - A jeśli musiałbyś to wyjaśnić organom śledczym? 
- rzekł 
Byczek.
   - Wydział antyfundamentalistyczny jest w Bazie na
Jedynce. Co pan na to, Nedomy? A może 
wybierzemy się na 
Jedynkę razem, ale służbowo?
   - Nie zapominaj o zapisie personalnym! Grozi ci 
paragraf 

background image

sześć. Już nie możesz wrócić na Ziemię.
   - Zapis można sprawdzić i poprawić - był teraz tak 
ostrożny, jak poprzednio szalony.
   Byczek ożywał. Przed oczyma kształtowała mu się 
nowa 
szansa: zaprowadzi mnie na wydział walki z 
fundamentalizmem 
religijnym i wyjaśni nielegalne wtargnięcie do zapisu
służbowego jako konspiracyjną konieczność. 
Dostanie się na 
Jedynkę łatwo i bezpiecznie przez Bazę. Jak? 
Wydział walki z 
fundamentalizmem religijnym podlegał dowództwu 
wojsk 
Organizacji Narodów Zjednoczonych.
   Znowu był z niego zasrany glina, bojownik i 
weteran, 
barczysty bokser z pięściami jak młoty. Jedną z tych 
pięści 
uderzył w drzwi celi. Za chwilę przyjdą strażnicy i 
wszystko 
diabli wezmą.
   - To przez ciebie, idioto! - zacząłem krzyczeć na 
Zasadę. 
- Muslimski bigoteryjny idioto! Teraz trafisz 
najwyżej do 
gówna, a nie do Mekki!
   Szósta brama muslimskiego raju jest dostępna 
tylko dla 

background image

tych, którzy odbyli hadżdż, jeśli to możliwe, w 
miesiącu 
pielgrzymek, Zu-l-hidżdża, i zobaczyli al-Hadżar al-
Aswad, 
święty kamień, wmurowany we wschodni róg Ka'aby
w Mekce, 
kamień o rajskim pochodzeniu, który, pierwotnie 
biały, pod 
dotykami grzeszników sczerniał. W dzień kijamatu, 
w dzień 
zmartwychwstania, kiedy zatrąbi archanioł Israfil, 
kamień 
ten, niegdyś rozbity na cztery kawałki przez 
niejakiego 
Karmatowca, i trzymający się w całości dzięki 
srebrnym 
płytom, dostanie oczy i język, i będzie świadczyć na 
korzyść 
tych, którzy go pocałowali. No a teraz grozi 
niebezpieczeństwo, że kamień al-Hadżar al-Aswad w 
dzień 
kijamatu, kiedy przyprowadzą mu Jerzego Zasadę, 
powie: 
   - Co? Jerzy Zasada? Proszę wybaczyć, ale tego 
pana nie 
znam. W życiu go nie widziałem, nie poczułem 
dotyku jego ust 
na swojej sczerniałej od dotyków grzeszników 
powierzchni.

background image

   I siup go do dżahannam, do piekła dotychczas 
ukrytego pod 
siedmioma ziemiami, chyba żeby się Jerzemu udało 
prześliznąć 
do czwartej bramy, ozdobionej zwykłymi perłami.
   - Nie patrz tak na mnie, sam się prosiłeś o 
dżahannam. No 
bo gdzie jest miejsce muslima, który nie odbył 
hadżdż, 
chociaż mógł!
   Byczek już nie słuchał, walił w drzwi i wzywał 
straż.
   - Pielgrzymka do Mekki - wyszeptał Zasada 
patrząc na 
rozłożyste plecy stróża prawa, który na pewien ściśle 
ograniczony czas stał się przestępcą, ale teraz 
ponownie był 
stróżem prawa, dziko zdecydowanym odpokutować 
przestępstwo, 
którego się był dopuścił pod moim przywództwem, 
naprawić 
swoją reputację, wykazać się nowymi zasługami, a 
razem z 
nimi zdobyć dodatkową gwiazdę, ponieważ stopień 
starszego 
sierżanta jest bez wątpienia bardziej imponujący niż 
stopień 
sierżanta.
   Byczek się zmienił, ale teraz zmienił się również 
Zasada.

background image

   Ocknął się z bezruchu, ożył, w drobnej twarzy 
podkreślonej przez smoliście czarną brodę zagrały 
mu oczy i 
kiedy tak klęczał na kocu, który służył mu jako 
dywanik do 
modlitw, przewrócił się na bok, sięgnął rękoma 
gdzieś pod 
pryczę, odezwało się kilkakrotnie metalowe łupnięcie
i jedna 
płyta podłogowa zapadła się jak klapa pod 
szubienicą.
   Zanim zdążyłem się zorientować, Zasada zniknął w
otworze, 
przed oczyma mignęły mi tylko białe, prawie nie 
schodzone 
podeszwy jego butów. Ten Zasada zawsze dbał o 
swój wygląd.
   Byczek nie dostrzegł, co się dzieje, tylko wytrwale 
tłukł 
i domagał się interwencji strażnika. Ale na zewnątrz 
chyba 
znowu coś było nie tak. Kto wie, do jakiego mogło 
dojść 
przewrotu, co wydumał Brunza, uzbrojony w nóż 
ostry jak 
piekielny most? Może znowu jakiś bunt czy 
kontrbunt? Tak, 
kontrbunt, ponieważ chłopy z nowych turnusów, 
którym zostało 

background image

dwanaście albo sześć, na pewno nie są zachwyceni 
tym, że 
Brunza trzyma dyrektora jako zakładnika i że 
inżynier 
Dutkiewicz negocjuje z dyrekcją, i że kopalnia 
prawdopodobnie stoi, a młodzieńcom forsa 
przechodzi koło 
nosa. Za obijanie się nikt nie dostanie złamanego 
grosza, 
doruble są tylko za wykonaną pracę. A jak koty mają
fedrować, skoro po kopalni biega Brunza z nożem w 
ręku?
   - Chodź - syknął na mnie Zasada z ciemnego 
otworu.
   Nie musiał dwa razy powtarzać. Robinsonadą 
rzuciłem się w 
ziejący otwór, a wierzcie, że w sześciokrotnie 
mniejszym 
ciążeniu księżycowym robinsonady robi się piekielnie
łatwo.
   Walnąłem się przy tym w głowę (obok guza, który 
mi tam 
wyrósł po potyczce w holu, będę miał chyba 
następnego) i 
otarłem sobie łokieć, ale poza tym lot skończył się 
bez 
szwanku.
   - Jeszcze on - szepnął Zasada.
   - Ty idioto, na niego nie można już liczyć!

background image

   - Pane kochany - krzyknął Zasada czeskopolską 
kopalnianą 
gwarą - pan się raczy przypoić do partii!
   Skoczyłem na niego, żeby mu zamknąć gębę. 
Rozwścieczony 
glina na szczęście nie słyszał, jego kowalska pięść 
narobiła 
takiego hałasu, że zagłuszyłaby go chyba tylko 
kopalniana 
ładowarka.
   Ale Zasada mi się wysmyknął.
   - Nie słyszałeś, że musi nas być trójka?
   - Znajdziemy kogoś innego.
   - Nie mamy czasu. Pane kochany!
   Byczek przestał walić w drzwi, odwrócił się i 
skamieniał 
jak ten facet, o którym opowiada się nowicjuszom, że
rozpiął 
na zewnątrz rozporek, żeby się wysiusiać, i 
zapomniał, że 
wokół niego jest minus sto dziewięćdziesiąt.
   - Stać! - krzyknął sierżant Byczek, praworządny 
pracownik 
Bezpieczeństwa. - Powtarzam, stać!
   Sięgnął po broń osobistą, ale od razu sobie 
przypomniał, 
że musiał ją oddać służbie dozorczej oddziału 
więziennego. 
Nikt nie ma prawa wejść do więzienia z bronią, takie 
już 

background image

przepisy.
   - Niech pan się przypoi do partii, pane kochany - 
wabił 
go Zasada.
   Byczek coś wymamrotał i podbiegł do nas. Zwalił 
się na 
podłogę i wyciągnął przed siebie ręce. Chciał nas 
wyciągnąć 
z dziury jak ślimaka z muszli, ale przecenił swoje 
siły.
   Chwyciliśmy go każdy za jedną rękę i ciągnęliśmy 
go i 
ciągnęli, zaparci nogami o ścianę przewodów 
wentylacyjnych, 
w których się znaleźliśmy, że Byczek tylko bezsilnie 
kopał 
wokół siebie nogami, klął i groził. Jego olbrzymie 
ciało 
obsuwało się po pochyłej podłodze coraz niżej, już 
był w 
szychcie do połowy ciała, w ostatniej chwili rozstawił 
nogi, 
starał się zaczepić czubkami palców o pryczę, ale 
wystarczyło tylko troszeczkę się wysilić - i już był w 
środku.
   - Dranie! Cholerne dranie! W imieniu prawa... 
puśćcie 
mnie, dranie!
   Zasada coś zrobił z podłogą, która się podniosła, 
odezwał 

background image

się metaliczny łomot, kiedy spadły na nią nogi 
odchylonej 
pryczy, wokół nas roztoczyła się księżycowa noc.
   - To jest napaść na osobę urzędową, ostrzegam 
waaaas...
   Zasada podszedł do rozwścieczonego Byczka od 
tyłu i 
zatkał mu dłonią usta. Nastał moment ciszy. Nad 
naszymi 
głowami coś stuknęło, zadudniły kroki, usłyszeliśmy 
przytłumione głosy. Straż więzienna wreszcie 
usłyszała 
uderzenia i wtargnęła do celi, teraz już pustej jak 
muszla 
ostrygi po uczcie Lukullusa.
   Klawisze biegali po celi, krzyczeli i przeklinali, a 
my 
byliśmy dwa, trzy kroki od nich. Macałem obiema 
rękoma w 
ciemnościach, żeby znaleźć twarz Byczka i pomóc 
Zasadzie w 
duszeniu. W życiu nie dostałem takiego wycisku, jak 
wtedy! 
Byczek miał siłę! Młócił wokół siebie rękoma i 
nogami, starał 
się nas dosięgnąć, od czasu do czasu oczywiście 
trafiał gołą 
pięścią w stalową ścianę, ale częściej we mnie 
(Zasada 

background image

trzymał go z tyłu, ale potem okazało się, że też dostał 
za 
swoje, bo Byczek bił w tył łokciami).
   Mimo woli ustępowałem, żeby wyjść z zasięgu tych 
miażdżących ciosów, wycofywałem się, ale te 
uderzenia też 
mnie poganiały, każdy cios odrzucał mnie o ćwierć 
metra do 
tyłu, bolały mnie już wszystkie żebra i naprawdę nie 
czułem, 
ile już zafasowałem, chyba ze sto piętnaście ciosów, 
jak 
wstępnie szacowałem.
   Zasada wisiał Byczkowi na plecach, przyciśnięty 
jak młode 
niedźwiadki koala, i już widział, jak wchodzi do raju
bramą 
z żółtych pereł zwaną dżannat-ul-chuldi, która jest 
dostępna 
dla proroków oraz męczenników, ponieważ Byczek 
okrutnie 
gryzł go w dłoń. Dręczyła go jednak myśl, że islam 
jednoznacznie zakazuje dobrowolnego męczeństwa i 
za 
prawdziwego męczennika nie uznaje wiernego 
pogryzionego 
przez policjanta, lecz tego, który był niewinnie 
zamordowany, stał się ofiarą zarazy, utonął, spłonął, 
był 

background image

zasypany przez walącą się ścianę, zmarł z głodu czy 
podczas 
pielgrzymki do Mekki.
   Byczek wściekle mnie atakował, szybko posuwał się
do 
przodu i opanowało mnie wrażenie, że nie robi tego 
sam z 
siebie, tylko Zasada popycha go od tyłu. Byłem dla 
niego 
giaurem, niewiernym psem.
   Cofałem się, ile mogłem, ale w ciemności pięści 
Byczka 
dosięgały mnie z niemiłosierną pedanterią. Zapewne 
sierżant 
za pierwszoplanowy cel postawił sobie, by mnie 
zniszczyć. 
Domyśliłem się bowiem, że zaprzestał prób 
strząśnięcia 
Zasady z pleców, nie walił go już łokciami i chyba 
nawet 
przestał gryźć. Nie wołał o pomoc ani nie groził, 
tylko 
sapał, dyszał całą objętością swoich przerażających 
płatów 
płucnych, a ja już tylko czekałem na moment, kiedy 
zapalą mu 
się oczy jak jakiemuś potworowi z horroru.
   A potem z całej siły walnął mnie w czoło, przed 
oczyma 

background image

wybuchły mi fajerwerki i nagle padałem w tył, byłem
leciutki 
jak piórko i zdążyłem tylko pomyśleć - ten glina 
mnie zabił, 
a ja unoszę się prosto do raju, a raczej do piekła, do 
jednego z siedmiu, które zna islamska religia. Jak 
wpadnę na 
to, że to dżahannam, skoro nigdy nie garnąłem się do
katechezy, pomyślałem sobie. Dlaczego mam 
zakosztować 
wiecznego ognia, który jest siedemdziesięciokrotnie 
skuteczniejszy od ognia ziemskiego i dlatego się 
twierdzi, 
że to, co my, ludzie, uważamy za ogień, jest nędznym 
dymem 
ognia piekielnego. Dlaczego, przecież jestem 
niewinny, ba, 
zasłużony, czyż nie próbowałem ocalić muslimskiej 
duszy 
przed jej własnym szaleństwem, czyż nie chciałem 
pomóc 
Jerzemu Zasadzie w odbyciu świętego hadżdż? I 
całkiem 
możliwe, że gdyby było dość czasu, Zasada 
potrafiłby 
nawrócić mnie na prawą wiarę, mógłby mnie 
nakłonić do tego, 
żebym w szczerym przeświadczeniu ogłosił, że la 
ilahu el-

background image

Allah, że nie ma Boga prócz Allacha, istoty 
określonej ism-
ul-azam, imieniem najwyższym, niedostępnym dla 
ludzi?
   Padałem i padałem, ale żadne płomienie nie 
rozświetlały 
ciemności, ani piekielne, ani ziemskie czy też 
księżycowe. 
Wszędzie wokół było ciemno jak w grobowcu i nie 
poprawiło 
się nawet wtedy, gdy upadłem na kupę jakichś szmat.
   Byłem ogłupiały po ciosie prosto w kość czołową i 
po tym 
locie, ale w tej mojej wymęczonej głowie zostało 
jednak na 
tyle przytomności ducha, że błyskawicznie się 
przetoczyłem 
na bok, z dala od miejsca, gdzie za chwilę miało paść 
podwójne ciało Byczka-Zasady. I już tu byli, 
zadudniło, 
Zasada zapewne się odczepił od pleców policjanta, a 
Byczek 
zaklął tak pięknie, że aż przyjemnie było posłuchać.
   Bałem się ruszyć, żeby policjant mnie nie usłyszał i 
nie 
kontynuował tak pomyślnie rozpoczętej pracy. 
Nawet nie 
pisnąłem, mimo że bolały mnie wszystkie kości i 
wszystkie 

background image

flaki, a płuca groziły pęknięciem. Kurczowo 
ściskałem usta i 
czułem, jak tryska z nich słona krew. Ale wszystko 
na nic, 
Zasada zapalił światło.
   Światło sączyło się z malutkiej podręcznej lampy i 
zalewało całą naszą nieświętą trójcę od stóp do głów.
   Zasada trzymał latarkę w końcach palców lewej 
ręki. Z obu 
dłoni leciała mu krew. Gdyby nie był muslimem, 
mógłby 
występować przed katolickimi fundamentalistami 
jako święty 
obdarzony boskimi stygmatami.
   - Oto mój magazyn - oświadczył. - Wszystko 
potrzebne do 
pomyślnej ucieczki.
   Byczek, jak się okazało, upadł głową na ziemię i to 
uderzenie pozbawiło go na jakiś czas bojowej 
inicjatywy. 
Leżał na kupie białych szmat, z otwartą gębą i 
wyglądał tak 
mądrze jak pseudokoń w galerii obrazów.
   - Byczek, słuchaj pan, my obaj przysięgniemy, że tę
ucieczkę przyszykował pan - powiedziałem szybko, 
żeby znowu 
nabrać sierżanta, ale zamknąłem się, bo w tej chwili 
nie był 
w stanie zrozumieć nawet reguł gry w koci-koci 
łapci. Może 

background image

przynajmniej z Jerzym będzie można rozsądnie 
pogadać, 
zaroiło mi się. - Prawda, szejku?
   - Ma szallah - odpowiedział poważnie i wyciągnął z 
kieszeni różaniec, żeby się wzmocnić krótką 
medytacją, zanim 
- przy pomocy dwóch niewiernych - podejmie 
pielgrzymkę do 
Mekki, którą przed chwilą rozpoczął.

4.  Była to sytuacja, którą za moich młodych lat 
nazywano 
bagnem, a ja w nią dosłownie wpadłem.
   Dzisiaj muszę się z tego śmiać. Na Księżyc leciałem 

pełnym bagażem nadziei. Nie miałem nawet 
dwudziestu dwóch 
lat, za sobą miałem wilczy bilet w czterech szkołach 
wyższych, co jest dość imponującym osiągnięciem w 
tak młodym 
wieku, moim programem życiowym było picie piwa i 
kochanie 
się z dziewczynami, i ten osiemnastomiesięczny 
pobyt na 
Księżycu uważałem za dość nieprzyjemną wycieczkę,
która 
przyniesie sto tysięcy, a tym samym dolce vita do 
końca 
życia, przy czym koniec życia umieszczałem gdzieś 
na granicy 

background image

czterdziestu lat.
   - Czy wiedziałem, co mnie czeka na Księżycu?
   Wiedziałem i nie wiedziałem.
   Na Księżycu się harowało, to po pierwsze. 
Harowało się 
jak diabli już ładnych parę lat, od czasu, kiedy ONZ 
uchwaliła Zielony Pakiet zakazujący wszelkiej 
eksploatacji 
przemysłowej na Ziemi. Myślałem, że chyba potrafię
harować, 
ale nie miałem okazji się o tym przekonać. Wujek 
wprawdzie 
załatwił mi przyjęcie do Czeskich Kolei 
Państwowych w 
Pradze, to było po moim drugim wylocie ze szkoły, 
ale wynik 
był taki, że każdego pierwszego i piętnastego 
trafiałem na 
terminal księgowania zarobków z obligatoryjną 
uwagą, że 
jestem w kolejce do zatrudnienia w eksploatacji. 
Zatrudnienie w eksploatacji! Brygada robotnicza na 
stacji w 
Wysoczanach składała się z sześciu konserwatorów, a
w domu 
przy terminalach czekało tysiąc pięciuset etatowych 
następców. Po pół roku przesunąłem się na miejsce 
1382 
(nawet to dzięki protekcji wujka), dałem więc 
wypowiedzenie, 

background image

żeby się przynajmniej przydać do czegoś tym, którzy
byli w 
kolejce za mną.
   Zgłosiłem się zatem na biofizykę, a zaraz potem na 
systematykę, kiedy się okazało, że na biologię nie 
mam 
dostatecznie wysokiego IQ. Wyglądało już na to, że 
przez 
resztę życia będę studiować, jak to robią ci, których 
nie 
interesuje sport albo paćkanie płótna farbkami, czy 
psychokinetyka i temu podobne duperele, kiedy 
spotkałem 
jednego kumpla jeszcze z polibudy w Pardubicach.
   Wyglądał szpanersko i powiało od niego pewnością 
siebie 
faceta, który - jak się wtedy mawiało - potrafił stawić
życiu czoła.
   - Gdzie mógłbym być? - powiedział, gdy go 
spytałem, gdzie 
się włóczył, kiedy nie dawał znaku życia. - Na górze, 
na 
Arkadii.
   Przypominam, że ziemniaki mówią "na górze", 
kiedy mają na 
myśli pobyt na Księżycu. Może wyda wam się to 
śmieszne, ale 
tak już jest, gdybyście przez jakiś czas żyli na 
pleśniawce, 

background image

też mówilibyście "na górze" pokazując palcem na 
ten nasz 
żwirek.
   Wtedy przemysł na żwirku dopiero się rozkręcał, 
więc się 
zdziwiłem.
   - Na Księżycu? Jak to? Skończyłeś studia?
   - Po co miałbym studiować?
   Odpowiadanie pytaniami na pytanie to obrzydliwy 
zwyczaj.
   - Na Lagrange i na orbity biorą tylko magistrów - 
powiedziałem. - Przecież każdy o tym wie. Nie 
musisz ze mnie 
robić głupola.
   Pokazał mi ręce. Myślałem, że ma jakąś chorobę 
skórną, 
ale potem do mnie dotarło, że to odciski.
   - Na Księżycu się haruje i zarabia forsę.
   To nie była odpowiedź pytaniem na pytanie. To nie 
była 
żadna odpowiedź. Ten kumpel - nazywał się Jirous, 
jeśli was 
interesuje - dał mi bezcenną informację.
   Jeszcze tego samego dnia zgłosiłem się w kadrach 
Czeskopolskiej. Była to nora w Pradze na Starym 
Mieście, na 
ulicy Żelaznej. Siedziała w niej kobieta, wprawdzie 
obłożona 
reklamami, ale poza tym była to całkiem żywa 
kobieta. Wtedy 

background image

wydawała mi się stara, ponieważ dobijała do 
sześćdziesiątki. 
Nie zapominajcie, że moja mama miała czterdzieści 
pięć lat, 
jeden tata czterdzieści siedem, a ten drugi nawet 
trzydzieści osiem.
   Kiedy powiedziałem, że chcę fedrować tytan w 
Czeskopolskiej, nie zemdlała ani nie zaczęła się 
śmiać.
   - Ma pan jakieś doświadczenie w pracy? - spytała.
   - Pracowałem na kolei.
   Ale ona nie była wczorajsza.
   - Liczba porządkowa?
   - Sto dwanaście - skłamałem.
   Skinęła w stronę orakla.
   - Tysiąc trzysta osiemdziesiąt dwa - powiedziałem 
zrezygnowany.
   Zmierzyła mnie od stóp do głów. Byłem durniem.
   - Nałogi?
   - Piwo.
   - Z tym trzeba skończyć - uniosła brwi. - Księżyc 
jest 
suchy.
   Tu się myliła jak sto pięćdziesiąt. W koloniach 
wesoło 
się handlowało wszystkim, oczywiście również wódą, 
tylko 
narkotyki nie miały powodzenia. Takie było 
niepisane prawo 

background image

górników - u kogo znaleziono narkotyki, tego w 
ciągu 
tygodnia znajdowano na zewnątrz z rozpiętym 
rozporkiem, 
jeśli wiecie, co mam na myśli. Nikogo nie 
interesowało, skąd 
się ten narkotyk wziął, za ile i co na to powie pan 
adwokat. 
Nic z tych rzeczy. Wyprowadzali chłopa, choćby się 
rzucał na 
wszystkie strony, potem prask i w tym 
niezniszczalnym, 
ognioodpornym, nierozrywalnym skafandrze była 
dziura. Potem 
następował tylko meldunek na policji, że miał 
miejsce 
wypadek. Policja dbała o odwiezienie ciała do 
kostnicy, a 
potem w plastykowym worku na górę na Ziemię, i 
było po 
wszystkim, bo do tego górniczego zwyczaju należało 
również i 
to, że śmierć ćpuna na Księżycu znaczyła mniej 
więcej tyle 
co na Ziemi tragiczne zejście muchy i wywoływała 
podobne 
zainteresowanie organów ścigania.

background image

.N:40
                        

   Czyli Księżyc jest ponoć suchy.
   - To nie wszystko - powiedziała ta miła pani. - Nie 
ma 
tam również kobiet.
   - To już gorzej - powiedziałem. Spodziewała się, że 
wyjdę, ale kiedy się na to nie zanosiło, ciągnęła 
zniechęcający wykład. Męcząca robota dwanaście 
godzin 
dziennie. Pożywienie dehydrowane, częściowo 
syntetyczne, 
częściowo recyklowane. Mieszkanie w szufladzie dwa
na dwa na 
pół metra. Za kłótnie mandat, za bójki i pijaństwo 
pudło.
   - Za pijaństwo? Przecież Księżyc jest suchy?
   Nie dała się zwieść.
   - Również za propagandę religijną - dodała 
znacząco.
   - Czy wyglądam na fundziaka?
   - Propaganda religijna jest uznawana za poważne 

background image

wykroczenie kryminalne - powtórzyła. - A za 
propagandę 
religijną uważa się również krzyżyk na szyi.
   - Dyscyplina jak brzytew, nie sądzi pani?
   - Nikt pana nie zmusza do pracy w Czeskopolskiej 
Wydobywczej, panie... panie...
   - Jakub Nedomy, bezwyznaniowy. Chce pani, 
żebym to 
podpisał?
   - Czy chcę? Pan to musi podpisać, panie Nedomy! -
krzyknęła zgorszona. - No a poza tym jest paragraf 
sześć.
   Ciągle jeszcze stałem przed tą uprzejmą staruszką.
Nogi 
tak mnie już bolały, że przestąpiłem z jednej na 
drugą.
   - Paragraf sześć - ciągnęła - znajdzie pan w 
kodeksie 
obywatelskim, w rozdziale o prawach i obowiązkach 
pracowników niecybernetycznego personelu 
Kompleksu 
Przemysłowego Luna. Umie pan czytać?
   - Cztery lata studiowałem w szkole wyższej.
   - To jeszcze nie oznacza, że umie pan czytać.
   Molem książkowym wprawdzie nie byłem, ale w 
życiu 
przeżarłem się przez co najmniej dziesięć książek, w 
tym 
dwie z nich były staromodne, z literami.

background image

   - Paragraf sześć - kontynuowała ta bajkowa 
staruszka - 
jest pomyślany jako ochrona przed oszustami, którzy
chcieliby sobie nabić kabzę procesami sądowymi z 
KPL. 
Maksymalna długość pobytu na Księżycu wynosi 
pięćset 
sześćdziesiąt dni. Kto z jakiejkolwiek przyczyny 
zatrzyma 
się dłużej, z winy czy bez winy siły wyższej, traci 
prawo do 
powrotu na planetę Ziemia i zostaje stałym 
obywatelem 
Społeczeństwa Lunarnego bez prawa do 
jakiejkolwiek 
rekompensaty ze strony KPL. Niech pan sobie 
przestudiuje 
paragraf sześć, a kiedy przyjdzie pan podpisać 
umowę o 
pracę, podpisze pan również oświadczenie, że się pan
z nim 
zapoznał.
   Podniosła palec.
   - To ze strony Czeskopolskiej grzeczność, żebyśmy 
się 
dobrze rozumieli, panie Nedomy. Nie pociąga to za 
sobą 
żadnych konsekwencji prawnych. Nawet gdyby pan 
niczego nie 

background image

podpisywał, nawet gdyby podpisane przez pana 
oświadczenie 
się zgubiło, zgodnie z paragrafem sześć i tak zostanie
pan 
stałym obywatelem Kompleksu Przemysłowego 
Luna na zawsze, 
bez możliwości powrotu na Ziemię, nawet na pobyt 
przejściowy.
   - To trochę ostre, nie wydaje się pani?
   - Wie pan, jak po półtorarocznym pobycie w 
sześciokrotnie 
mniejszej grawitacji zmiękną panu kości? Po 
dłuższym okresie 
nie mógłby pana wrócić na Ziemię, nawet gdyby nie 
było 
paragrafu sześć.
   Teraz pokiwała palcem z boku na bok.
   - To humanitarne prawo. W przeszłości znalazło się
mnóstwo mądrali, którzy przedłużali sobie pobyt, 
żeby 
zarobić pieniądze: bo nie chciało im się wracać do 
domu, bo 
na górze zakochali się w koledze - przyczyny były 
różne. 
Konsekwencje zawsze takie same: na Ziemię wracał 
kaleka.
   - I co, łapiduchy nie wymyśliły jakiejś kuracji?
   - Istnieją programy rehabilitacyjne, ale paragraf 
sześć 

background image

jest rozwiązaniem o wiele prostszym. Coś panu 
powiem, panie 
Nedomy.
   Nachyliła się przez stół, aż jej loczek spadł na 
czoło. 
Miała groszkowozielone włosy. Ale baba!
   - KPL jest zainteresowany wzrostem stałej 
populacji. I 
jest to jedna z przyczyn, z powodu której uchwalono 
paragraf 
sześć.
   - Szanowna pani - powiedziałem. - Żeby było jasne:
nie 
jestem ani ćpunem, ani fundziakiem, nie mam 
zamiaru zbawić 
świata i pozwolę innym wynaleźć żarówkę. Chcę 
zarobić forsę, 
żeby kumple wiedzieli, że nie jestem mięczakiem, że 
potrafię 
harować i wiem, co zrobić z zarobioną forsą. Dlatego
chcę na 
Księżyc, kapewu? Nie będę miał najmniejszych 
kłopotów z 
paragrafem sześć, może pani być spokojna.
   Tak głupio mówiłem i po tych strasznych latach 
trochę mi 
wstyd, kiedy to sobie przypominam. Oczywiście, były
to 
diabelnie inne czasy, wtedy i dzisiaj.

background image

   - A to, że KPL pakuje fundziaków do pudła, pod 
tym się 
tylko podpisuję. Jeśli o mnie chodzi, zamknąłbym 
ich 
wszystkich. Zrobiło się ich trochę za dużo.
   Nie był to tak bardzo nasz problem. W Europie 
Środkowej 
fundamentaliści nigdy się za bardzo nie rozwinęli. 
Ktoś 
chodził do kościoła, inny nie, ale ten, który tam 
chodził, 
nie sądził, że musi podrzynać sąsiadowi gardło za to, 
że się 
nie modli. Jeszcze w szkole średniej dużo 
podróżowałem. 
Byłem w Konfederacji Wschodnioamerykańskiej i 
stąd 
pojechaliśmy do Wolnego Cesarstwa Teksas, byliśmy
też na 
dole na południu zerknąć na te miejsca, gdzie na 
starych 
mapach zaznaczona jest szyja między Ameryką 
Północną i 
Południową. Podróżowałem i zawsze mnie 
zdumiewała przedziwna 
drapieżność ludzi, których spotykałem. Każdy 
krzyczał "Ja! 
Ja!" i myślał, że świat kręci się wokół niego i był 
zdolny 

background image

pobić się z każdym choć trochę innym niż on. W 
Europie z 
niczym takim się nie spotkałem, a odwiedziłem 
Socjalistyczną 
Republikę Bretanii, Królestwo Bawarskie i 
oczywiście Zielony 
Pas, ciągnący się od Gdańska po Dubrownik. Ludzie 
byli - i 
są do dzisiaj - łagodniejsi i grzeczniejsi, chyba 
dlatego, 
że mają we krwi niechęć do wszystkich wojen, które 
przewaliły się przez Europę, a do czterdziestego 
piątego 
roku poprzedniego wieku przewaliła się ich 
niezliczona 
ilość. Dlatego fundamentalizm chwycił przede 
wszystkim poza 
Europą, wówczas, kiedy w tym małym biurze na 
ulicy 
Żelaznej rozmawiałem z zielonowłosą panią o 
umowie o pracę. 
Dzisiaj to wszystko zapomniana melodia, ale kiedy 
byłem 
chłopcem, do rąk fanatyków sekt religijnych trafiły 
pierwsze 
bomby atomowe i dopiero wtedy na świecie zaczęło 
być gorąco.
   Właśnie to miałem na myśli, kiedy mówiłem, że 
pozamykałbym wszystkich fundziaków.

background image

   Chyba ją to zadowoliło, nawet się nie zdziwiła, że 
użyłem 
słowa kapeel mówiąc o Kompleksie Przemysłowym 
Luna i 
powiedziała mi, żebym wszystko dokładnie 
przemyślał i 
przyszedł za tydzień podpisać kontrakt.
   - Mogę podpisać choćby zaraz - zaoferowałem się, 
ale 
pokręciła głową.
   - Zgodnie z przepisami ma pan tydzień na 
zastanowienie. 
To dla pańskiego dobra. Nie musimy tego robić. Nie 
obliguje 
nas do tego żaden przepis.
   - Cały czas jesteście humanitarną organizacją.
   Po raz pierwszy się uśmiechnęła.
   - Nie - powiedziała. - Na pewno nie. Ale sam pan się
przekona, jeśli trafi pan na Księżyc.
   Po tygodniu podpisałem umowę. Mama, kiedy się o
tym 
dowiedziała, o mało nie wybiła głową w suficie 
dziury, a 
obaj tatusiowie się pokłócili, bo jeden był strasznie 
za, a 
drugi strasznie przeciw. Mała siostra Alenka 
przyjęła to ze 
spokojem i tylko mnie spytała, co jej przywiozę z 
Księżyca.
   - Przywiozę ci krater - powiedziałem.

background image

   - Dobrze - wzięła to serio. - Ale chcę taki malutki.
   I paluszkami pokazała kółko o średnicy może 
trzech 
centymetrów.
   Zaczął się trening, naprawdę bez obijania, i 
szkolenie, i 
musiałem się naprawdę nauczyć czytać, a 
paragrafem sześć 
trzaskali nas w gęby pięć razy dziennie przez cały 
czas 
trwania treningu - sześć tygodni. Nie było mowy o 
żadnych 
numerach, jak choroby czy bójki z kumplem, żeby 
trafić do 
pudła - pięćset sześćdziesiąt dni i Czeskopolska 
umywa ręce, 
bilet powrotny przepada i czołem, jesteś obywatelem 
KPL, 
ziemskie doruble zamieniają na księżycowe kredyty 

Centralnym Banku w Arkadii. Możecie sobie za nie 
kupić 
suszony kotlet, watę do uszu i pięć minut połączenia 
telefonicznego z ciocią Amelią. Odpowiednio 
wyszkoleni i 
nastraszeni horrorem pod tytułem paragraf sześć 
polecieliśmy 
wszyscy na Lunę, wtedy jeszcze nie przez Lagrangę, 
ale przez 

background image

jakąś wszawą stację, która - o ile dobrze pamiętam - 
była 
własnością prywatną jakiejś holenderskiej spółki. A 
może 
honolulskiej? Już mi się mylą te wszystkie nazwy. 
Osiemnaście miesięcy przeleciało jak woda i nagle 
wszystko 
się odwróciło, siedziałem w dziurze z dwoma 
chłopami i 
możecie mi wierzyć, że z trudem mógłbym określić, 
który z 
nich bardziej działał mi na nerwy.

5.  - Ma szallah - poważnie powtórzył polski 
mahometanin. - 
Wydostaniemy się stąd z pomocą Allacha.
   Rozglądałem się wokół siebie.
   - Wygląda to jak magazyn pomocy medycznych - 
zauważyłem.
   Jerzy przytaknął.
   - Bardzo dobrze. Mundury pracowników służb 
ratowniczych. 
Nosze - i przede wszystkim - nadajnik alarmowy. 
Przywołuje 
karetkę z Jedynki.
   - Karetkę może przywołać jedynie personel służb 
medycznych - odezwał się Byczek.
   - Tak - skinął Jerzy. - Ale również policjant. Do 
ucieczki potrzebni są trzej ludzie: dwaj niosą nosze, 

background image

trzeci na nich leży. A jeden z tych trzech musi być 
policjantem.
   - Na noszach będę leżał ja - oświadczył Byczek, 
obmacując 
sobie głowę. - Mam perforację kości czaszki.
   - Nie można - zaprotestował Jerzy. - Allach sobie 
nie 
życzy, żeby muslin niósł na noszach niewiernego psa.
   - Poza tym śmiesznie byś na nich wyglądał. Nawet 
byśmy 
ich pod tobą nie znaleźli - przyłączyłem się. - Ale 
uwaga. 
Chcę mieć jasność, ponieważ padło tu kilka 
brzydkich słów. 
Idziemy na to w trójkę, bez podkładania świń.
   Patrzyłem przy tym na Byczka. Po ciosie w czerep 
zdecydowanie się uspokoił i o dziwo może wreszcie 
poszedł po 
rozum do głowy.
   - No - powiedział, ale entuzjazmu w tym 
oświadczeniu było 
jak na lekarstwo. Dlatego uznałem za stosowne 
przycisnąć go 
do muru.
   - Jak już powiedziałem, gdybyś chciał nas wsypać, 
zakleimy cię z Jerzym tak dokładnie, że przez te 
plastry 
każda marynarka będzie na ciebie za ciasna.
   - To chyba jasne - powiedział Jerzy. - Teraz włóżcie 
mundury.

background image

   - Masz dla kolegi odpowiednio duży numer? - 
zacząłem 
wątpić i wkrótce się okazało, że nie bez racji.
   Byczek zdjął policyjny mundur. Sykał przy tym i 
wzdychał, 
bo upadek pokiereszował go chyba tak, jak mnie 
jego pięści. 
Ale wysiłek został ukoronowany sukcesem i teraz stał
tu, 
niesamowicie powykręcany w ciasnym 
pomieszczeniu, w 
podkoszulku i niezupełnie aseptycznych slipach.
   - Przymierz tę kamizelkę - podałem mu biały kitel. 

Wygląda na większą.
   Nawet dzisiaj nie jestem tłuściochem, wtedy byłem 
prawie 
jak tyczka, ale mógłbym przysiąc, że tym kitlem 
mógłbym się 
trzykrotnie owinąć i jeszcze by trochę zostało. 
Sierżant z 
dość dużym wysiłkiem wepchnął ramię do rękawa, 
ale kiedy 
chciał zasiedlić również drugi rękaw, zaczął się 
kręcić w 
kółko jak pies, który goni własny ogon.
   - Chłopy, bez żartów, ja tego nie włożę!
   - Cierpliwość góry przenosi - powiedział Jerzy 
Zasada. - 
Spróbuj jeszcze raz.

background image

   - Czekaj, pomogę ci - zaoferowałem się, ale od razu
przekonałem się, jak bezowocne są wszystkie wysiłki.
- Nie 
da rady, Jerzy. Musimy zamienić się rolami. 
Położymy na 
noszach tego hipopotama, a z ciebie zrobimy 
sanitariusza.
   - Allach nie życzy sobie...
   - To poważna sprawa, Jerzy.
   - Ale ja to traktuję poważnie - i spojrzał na mnie 
tak 
poważnie, że poważnie zrozumiałem, jak poważnie to
traktuje.
   Byczek wściekle zrywał z siebie rękaw białego 
fartucha.
   - Ta cała pieprzona ucieczka weźmie w łeb tylko 
dlatego, 
że jakiś cholerny idiota wziął z magazynu fartuch dla
krasnoludków!
   - Nie dla krasnoludków - zaprotestowałem - ale dla 
normalnych ludzi. Słuchaj, Jerzy, nie możesz na 
chwilę 
zapomnieć o tym swoim mahometaństwie?
   - Przykro mi, ale nie mogę. Nie mam zamiaru 
spędzić w 
dżahannam ani godziny dłużej niż to konieczne.
   - I tak tam trafisz - przypomniałem sobie swoje 
wiadomości o podstawach wiary islamskiej. - 
Godzina w te czy 
wewte cię nie zbawi.

background image

   - Godzina? Tysiąc lat dodatkowo! Wolę już wrócić 
do 
pudła!
   - I przez paragraf sześć skiśniesz na Księżycu.
   - Ma szallah - odpowiedział Jerzy. - Jeśli to wola 
Allacha, to tak się stanie.
   - A co, jeśli - męczyłem korę mózgową - jeśli 
Byczek 
przejdzie na twoją wiarę? Nie sprzeciwiłbyś się 
wtedy, gdyby 
leżał na noszach?
   - Jeśli tobie by nie przeszkadzało, że niesiesz 
muslima - 
Jerzy wzruszył ramionami - ja bym przeciw temu nic
nie miał.
   - Ja jestem ateistą! - bronił się Byczek.
   - Tym lepiej - powiedziałem. - Gdybyś był, 
powiedzmy, 
buddystą, przed przejściem na islam musiałbyś 
rozwiązać 
stosunek pracy z Buddą narażając się w ten sposób 
na jego 
gniew. To coś podobnego, jakby żonaty chłop chciał 
się 
ożenić. Ty jesteś w godnej pozazdroszczenia sytuacji 
chłopa 
wolnego.
   Znowu zagrałem na słabej strunie Byczka: trzeba 
podtrzymywać jego świadomość o dzieciątku na 
górze na Ziemi.

background image

   - Przejście na wiarę powinno być dobrowolne, 
żarliwe i 
całkowite - rzekł Jerzy.
   - Nie mamy dużo czasu. W tej chwili policja już ma
awizo, 
że brakuje jednego funkcjonariusza.
   - Czyżbym potrafił przechodzić na wiarę?
   Rozterki Byczka były żarliwe i całkowite, ale wcale
nie 
dobrowolne.
   - Przede wszystkim trzeba dokonać wyznania 
wiary, szahada 
- powiedział polski mahometanin. - Powtarzaj za 
mną: la ilah 
Allah 'wa Muhammadun rasul Allah.
   - Nie powiem tego, nawet gdybyście mnie kroili!
   - Nie wystarczy powiedzieć po naszemu? - 
zaproponowałem.
   - Dobra - powiedział Zasada po krótkim namyśle. -
Powtarzaj: nie ma Boga prócz Allacha, a Mahomet 
jest jego 
prorokiem.
   - Nie ma Boga prócz Allacha - mówił niechętnie 
Byczek - a 
Mahomet jest jego prorokiem.
   Zasada obiema rękoma ścisnął jego prawą dłoń.
   - Czujesz coś?
   - Zimno mi.
   - Ale w duszy! Czujesz, jak wstępuje w ciebie pełna
miłości łaska Allacha?

background image

   - No - powiedział Byczek. - Założę swoją 
marynarkę, co? 
Ale zdejmę odznaki i pagony - dodał ze smutkiem.
   - Nie zapomnij o spodniach. Jako muslim musisz 
teraz 
wyglądać podwójnie dostojnie.
   Zasada wzniósł oczy w górę, tam, gdzie unosiła się -
stąd 
oczywiście niewidzialna - Ziemia, podobna do 
spleśniałej 
pomarańczy, a na Ziemi Mekka, ten najświętszy 
punkt całej 
planety, i wyszeptał słowa podzięki. Potem, jak się 
wydawało, jego religijna ekstaza ustąpiła i był 
skłonny 
poświęcić się sprawom świeckim.
   - Szczegółowo opracowałem cały plan - powiedział. 
- Aż 
mnie zaskoczyło, że tak łatwo uciec z tutejszego 
więzienia.
   - Przecież nawet nikt się nie liczył z tym, że ktoś 
chciałby z niego uciekać. Dokąd by miał uciekać, a 
przede 
wszystkim - po co - zauważył Byczek, którego 
zapewne 
dotknęła ta krytyka przepisów bezpieczeństwa.
   Jerzy wyciągnął z kieszeni białego fartucha 
starannie 
złożony arkusz papieru. Okazało się, że jest to 
wydruk 

background image

głównych odgałęzień instalacji powietrznej w części 
mieszkalnej kompleksu kopalnianego.
   - Musimy dotrzeć tutaj - Jerzy dziabnął palcem w 
wydruk - 
aż do komory przepustowej. Stąd wyślemy sygnał i 
będziemy 
czekać.
   - Wydostanie się?
   - Kto? Sygnał? Oczywiście. Właśnie tutaj - ciągnął 
wykład 
Jerzy - ściana jest plastykowa.
   Nie chciałem się tak łatwo poddać i ciągle coś mnie 
niepokoiło. Znowu ten niezniszczalny głos 
wewnętrzny, który 
tak długo podważa niepodważalne prawdy, aż się 
okazuje, że 
są to prawdy podważalne. Ten głos wewnętrzny to 
przebrzydły 
potwór.
   - Czyli my będziemy czekać za drzewem, dopóki 
nie 
wyląduje ambulans. Potem wyleziemy...
   Wtem światło wątpliwości wylazło z mojej 
podświadomości 
jak ohydny bąbel bagna na powierzchnię czystej 
studni.
   - Skąd masz ten wydruk?
   - Skąd miałbym go mieć? Z drukarki!
   - Nie pomyślałeś, że wydruki są rejestrowane?

background image

   - O czym on gada? - spytał Jerzy Byczka. Zapewne 
nie 
traktował mnie, niewiernego, zbyt poważnie, więc 
zwrócił się 
do kolegi muslima.
   - Ma rację - huknął Byczek. - Każdy wydruk 
koduje się w 
pamięci razem z identyfikacją wnioskodawcy.
   - Czyli to twoje polecenie jest schowane w banku 
danych 
jak w szkatułce. Policjanci już wiedzą, że zwialiśmy 
do 
kanałów. Spytają orakla, a on im powie, że to nie był 
przypadek, jakiś nagły impuls, ale z góry 
ukartowany plan, 
ponieważ wierny sługa Allacha Jerzy Zasada załatwił
sobie 
plan instalacji powietrznej o wiele wcześniej. O ile, 
jeśli 
mogę spytać?
   - Siedem miesięcy temu - niechętnie odparł Zasada.

Obmyśliłem ucieczkę zaraz, jak zaczęli mi deptać po 
piętach.
   - Sekundę - odezwał się nasz przyjaciel policjant. - 
Nie 
ma sensu przelewać z pustego w próżne. Przecież 
możemy 
sprawdzić, czy oni - to znaczy gliny - o nas wiedzą.

background image

   Wyciągnął z kieszeni swoją ściągę. Zrobiło mi się 
trochę 
głupio, że tak prosty pomysł nie zrodził się w moim, 
ale w 
jego policyjnym mózgu - przecież Byczek ciągle jest 
funkcjonariuszem policji i jego ściąga ma dojście do 
źródeł 
informacji policyjnego orakla! Ta informatyka to 
jednak 
skomplikowana sprawa, a ja jestem marnym 
amatorem, chociaż, 
jak wynika z wcześniejszych zdarzeń, osiągnąłem na 
tym polu 
pewne wyniki.
   Byczek swoimi krótkimi grubymi paluchami 
wystukał kilka 
znaków kodowych (niewiarygodne, że nie zmiażdżył 
przy tym 
ściągi), z niedowierzaniem wbił spojrzenie w 
mikrodisplej, a 
potem jego szeroka twarz rozciągnęła się w 
uśmiechu:
   - Dobra nasza, chłopcy, informacja jest w szufladce

nikt się nią ani trochę nie interesował!
   Nie wiem, jak to możliwe, ale kamień spadający z 
serca w 
sześciokrotnie mniejszej grawitacji Księżyca wydaje 
łomot 
taki sam jak na Ziemi. A ponieważ łupnęło potrójnie,

background image

uderzenie było imponujące, aż szkoda, że nikt nie 
mógł go 
usłyszeć.
   Dopiero po dobrych dwóch godzinach 
przecisnęliśmy się 
przewodami na górę w bezpośrednie sąsiedztwo hali 
przepustowej pokrytej plastykową kopułą.
   Kiedy byliśmy na miejscu, Zasada wyciągnął z 
kieszeni 
białego fartucha nadajnik alarmowy służb 
ratowniczych.
   - Włączam - powiedział.
   - Jestem za - odezwało się gdzieś w ciemności.
   Kamień, który spadł mi z serca, ponownie wrócił 
na swoje 
miejsce i ucisnął je tak mocno, że chyba tylko cud 
utrzymał 
mnie przy życiu.
   Oślepił nas błysk silnego reflektora.
   - No chodźcie, chodźcie - wzywał nas nieznany 
głos.- Na 
co czekacie?
   Z niechęcią posłuchaliśmy i z opuszczonymi 
głowami, 
ponieważ w ciasnym kanale i tak nie można było 
inaczej, 
podeszliśmy.
   Spodziewałem się, że zobaczę wokół siebie pełno 
policyjnych mundurów, ale nawet w tym względzie 
się 

background image

przeliczyłem.
   Kiedy wyciągnęli nas na światło Boże (zbiegiem 
okoliczności znaleźliśmy się w magazynie rur 
ciśnieniowych), 
nie zobaczyliśmy ani jednego policjanta.
   Wokół stali górnicy, czyli koledzy, ale wyglądali tak
niekoleżeńsko, jak to tylko było możliwe, czyli to 
właściwie 
nie byli koledzy, i - jak się niebawem okazało - 
mieliśmy 
wielkiego pecha, że to byli koledzy-niekoledzy, a nie 
policjanci.
   Koledzy-niekoledzy mówili jeden przez drugiego, 
ale grali 
jakby według jednej partytury, tak że wynikiem była
jedna 
długa, wielowyrazowa litania:
   - Wy dranie - mniej więcej tak zaczynała się ta 
przemowa 
i ów rzeczownik przewijał się w niej we wszystkich 
przypadkach - chcieliście olać kumpli i zmyć się po 
angielsku tylnym wyjściem, ale my nie jesteśmy w 
ciemię 
bici, jak się wam wydawało, umiemy zliczyć do 
pięciu i od 
razu było nam jasne, gdzie się skierujecie.
   Mówili długo, ale niezbyt jasno i dokładnie, więc 
przez 
chwilę musiałem pogłówkować, zanim wpadłem na 
to, w czym 

background image

tkwi haczyk. Byczek pytał ściągi, czy policjanci 
zadali 
oraklowi pytanie, policjanci się nie pytali, więc 
ściąga 
dała poprawną odpowiedź. Gdyby Byczkowi (czy 
raczej mnie) 
wpadło do głowy, by zainteresować się obiegiem 
cywilnym, 
ściąga bez wątpienia odpowiedziałaby, że w obiegu 
cywilnym 
zostało zadane pytanie o wewnętrzną organizację 
instalacji 
wentylacyjnej. I dokąd ta instalacja prowadzi. 
Którędy 
prowadzi droga do nieba, albo dokądkolwiek, byle 
jak 
najdalej stąd. I nawet  skończony głupiec po 
jedynym 
spojrzeniu na schemat instalacji stwierdziłby, że 
jedyną 
naszą nadzieją jest komora przepustowa.
   I po prostu tam na nas poczekali.
   Kiedy się wygadali i nastąpiła chwila ciszy, 
powiedziałem:
   - Chłopcy, przecież wy też możecie jechać! W 
karetce 
zmieści się siedemnaście osób...
   Wetknąłem tym tylko patyk w gniazdo os. 
Natychmiast 

background image

dostałem parę razy w twarz od tych najbliższych 
kolegów-
niekolegów (chyba to byli Frantino z Piętką, na 
szczęście 
Niedźwiedź stał w tej chwili z tyłu), po czym mi 
wyjaśnili, 
że istnieje coś takiego jak koleżeństwo i solidarność i 
takie tam rzeczy. Chcieli mi wyjaśnić więcej, ale 
nagle 
ucichli, a do komory przejściowej wszedł Brunza w 
towarzystwie inżyniera Dutkiewicza.
   Zdziwiłem się, że wysoki funkcjonariusz 
Czeskopolskiej 
tak szybko skumał się z podżegaczem niepokojów 
społecznych, 
ale po ostatnich doświadczeniach poprzysiągłem 
sobie, że 
zasieki moich zębów nie przepuszczą już żadnego 
słowa. Zwrot 
ten usłyszałem kiedyś od Jerzego, który to 
powiedzenie 
zaczerpnął chyba z tych zwariowanych książek.
   - To oni - powiedział Szelsem gorliwie i, żeby nie 
było 
wątpliwości, wskazał nas palcem. - To oni. Oni.
   - W każdym stadzie - powiedział Brunza - znajdzie 
się 
kilka parszywych owiec.
   - Słuchaj, Brunza, pomyśl rozsądnie - pogwałciłem 
zasadę 

background image

milczenia. - Ten twój numer z nożem nie może się 
udać. To z 
góry przegrana partia. Wiesz o tym tak samo dobrze
jak ja. 
Znam cię jak własną kieszeń. Jesteś rozsądnym 
chłopem i to 
głupstwo zrobiłeś z rozpaczy.
   - Z tym muszę się zgodzić - przyłączył się 
Dutkiewicz. - 
Ta gra na pewno nie może się udać.
   - Uda się czy nie - huknął Brunza - nie chcę się 
zachowywać jak owieczka.
   Swoje mądrości czerpał z podręcznika dla 
pasterzy, 
pomyślałem, ale zostawiłem to dla siebie. 
Dyplomatycznie 
kontynuowałem:
   - W takiej chwili nie pozostaje nic poza 
przedsięwzięciem 
czegoś na własną rękę. Jak na tonącym statku. To 
dokładnie 
taki sam przypadek: statek idzie na dno, a ty 
łaskoczesz 
kapitana nożem po gardle. No a my pierwsi 
wpadliśmy na ten 
pomysł, że możemy skoczyć z kołami ratunkowymi 
za burtę. Co 
w tym złego, chłopcy? - zwróciłem się do reszty. 
Jerzy 

background image

wyciągnął z kieszeni ten swój różaniec, przymrużył 
oczy i 
poświęcił się sprawom nadziemskim. Trochę ich tym 
wyprowadził z równowagi: jeszcze nigdy nie spotkali
na 
Księżycu nikogo, kto by tak ostentacyjnie 
przyznawał się do 
fundystów. Jerzy doszedł do wniosku, że w tej chwili 
już mu 
wszystko jedno. Byczek był mocno zdenerwowany, 
końcem języka 
zwilżał sobie spierzchnięte wargi, a niebieskie oczy 
wędrowały z boku na bok. Ciągle był to policjant 
złapany na 
kradzieży jabłek i chyba czuł się jak człowiek ze 
spodniami 
spuszczonymi do połowy łydek w towarzystwie dam.
   Brunza się zastanowił, a ja czekałem, kiedy usłyszę 
szum 
tych dziko mielących kółeczek. Zastanawiał się, aż 
wymyślił.
   - Wy trzej - pokazał palcem, ale inaczej niż za 
pierwszym 
razem Szelsem, we wszystkim są różnice, nawet w 
pokazywaniu 
palcem, raz jest to wazeliniarskie donosicielstwo, 
kiedy 
indziej werdykt - wy trzej zdradziliście paczkę. Panie
inżynier - zwrócił się do Dutkiewicza - my jesteśmy 
twarde 

background image

chłopy, ale gramy fair. Robimy swoje. Nie chcemy 
nic poza 
własnym prawem. Odpękaliśmy osiemnaście 
miesięcy i chcemy 
wracać do mamusi. Tak było uzgodnione i żadna 
Mikronezja nas 
nie obchodzi. My swoje prawo wymusimy, 
choćbyśmy mieli 
wysadzić kopalnię w powietrze. Tylko że z takimi 
draniami, 
jak tych trzech, nie chcemy mieć nic wspólnego. Oni 
już nie 
są jednymi z nas. Panie inżynier, chcę, żeby pan miał 
jasność. My jesteśmy twarde chłopy i to, co mówimy,
traktujemy poważnie. Jeśli coś obiecujemy, to 
dotrzymujemy i 
chcemy, żeby dyrekcja tak samo traktowała nas. 
Poderżniemy 
gardło dyrektorowi i panu również, jeśli to będzie 
konieczne. Obiecuję to panu.
   Powiedział to z naciskiem. Faktycznie, to była 
piękna 
obietnica.
   W komorze było cicho, że usłyszelibyście 
upadającą igłę, 
a ta igła na Księżycu upada niezwykle lekko.
   - Może mi pan nie wierzy. Może pan sobie jeszcze 
myśli, 
że rzucam słowa na wiatr. Ale pan się myli, panie 
inżynier, 

background image

i ja pana z tego błędu wyprowadzę.
   Odwrócił się do swoich ludzi.
   - Tych trzech wyprowadźcie na mróz - wskazał nas 
palcem 
(do trzech razy sztuka) - a jak będą na zewnątrz, 
otwórzcie 
im rozporki.
   Potem wyszedł nie zaszczycając nas nawet 
spojrzeniem. Na 
Dutkiewiczu najwyraźniej zrobiło to wielkie 
wrażenie. Chciał 
coś powiedzieć, ale nie było komu, bo Brunza już był 

drzwiach, wychodził i nie zatrzymałby go nawet 
hamulec 
hydrauliczny, a tłumaczyć coś Niedźwiedziowi, 
Piętkowi czy 
Szelsemowi nie miało sensu. A nas trzech?
   Spojrzał na nas ze szczerym współczuciem, na 
chudej szyi 
trzykrotnie podskoczyła mu grdyka, chrząknął i 
szybko 
wyszedł z komory. 
   Razem z nim wyszło też kilku chłopów, inni zaś dla 
odmiany przyszli. Bez jakichkolwiek poleceń 
zamieniały się 
straże, dobrowolnie, według własnego uznania. 
Niedźwiedź i 
cała ta paczka byli łowcami i przechwytywaczami. 
Po nich 

background image

mieli przyjść kaci.
   Trzymali nas za ręce i nogi, każdego cztery osoby 
(tylko 
za Byczka wzięła się drużyna we wzmocnionym 
składzie, a i 
tak mieli pełne ręce roboty, glina szarpał się, jak się 
patrzy i ryczał tak strasznie, że musieli mu zalepić 
jadaczkę plastrem), inni z kolei hermetyzowali 
kombinezon 
Jerzego. Z Byczkiem i ze mną poszło im gorzej, 
ponieważ 
byliśmy ubrani w fartuchy i spodnie sanitariuszy, a 
to 
ubranie miało trochę inny system hermetyzacji i 
izolacji 
cieplnej niż kombinezon górniczy. Ale ponieważ byli 
pojętnymi ludźmi, szybko na to wpadli i po pięciu 
minutach 
cała ta mordercza banda z nami trzema w 
charakterze ofiar 
stała pośrodku komory przepustowej.
   Drzwi powoli się wsuwały w ościeżnice i ich 
powierzchnia 
spurpurowiała na znak, że zamki weszły w łoża.
   Ten chłop, który zamknął hermetyczne drzwi (cały 
czas 
skrywał twarz pod szczelną maską), był głównym 
katem, który 
w czasie mojej służby wyprowadził na mróz 
przynajmniej 

background image

pięciu ćpunów. Wyciągnął teraz z szafy hełmy i butle.
Najpierw obsłużył nas, skazanych, zapewne należało 
to do 
rytuału egzekucji. Potem pomógł swoim pachołkom. 
Nie mogli 
sami założyć hełmów, ponieważ ręce mieli zajęte 
nami. 
Pracował powoli, metodycznie, leniwie, jakby się 
wahał nad 
każdym kolejnym ruchem. Pracuś. Nie zapomniał o 
żadnym 
szczególe, nawet Byczkowi, zanim założył hełm, 
odkleił 
plaster, za co w ciągu tej chwili, która dzieliła 
moment 
odklejenia plasta od włożenia hełmu, dostała mu się 
niezła 
wiązka przekleństw. Ale na ten potok 
niecenzuralnych słów 
reagował jak gibraltarska skała. Widziałem ją - 
możecie mi 
wierzyć, jest naprawdę nieruchoma.
   Dzisiaj te chwile wspominam prawie z humorem, 
ale wtedy 
nie było mi do śmiechu.
   Coś się we mnie przełamało w momencie, kiedy 
tem metodyk 
włożył mi hełm. Wiedziałem, że przezroczysta kula 
jest 

background image

absolutnie dźwiękoszczelna, nie musiałem więc się 
wstydzić i 
ulżyłem sobie z całego serca. Wołałem mamę, żeby 
przyszła i 
wyciągnęła mnie z tego, wołałem ją, jakby to był 
tylko zły 
sen, który śni mi się tylko dlatego, że - na przekór 
ostrzeżeniom rodzicielki - zjadłem na kolację bułkę z
kiełbasą, która teraz leży mi na żołądku. Niech 
przyjdzie i 
zabierze mnie, niech się obudzi, przecież wszystko to 
to 
jedna wielka bzdura. Czemu koledzy mieliby mnie 
zabijać? 
Czyżbym coś przeskrobał? Chciałem tylko znowu 
zobaczyć mamę 
i małą siostrę, chciałem tej małej smarkuli Alence 
przywieźć 
z Księżyca krater o średnicy trzech centymetrów, od 
kumpla 
wyżebrałem petryfikator, jaki selenolodzy używają 
do 
utrwalania skał, odłupałem z Księżyca jeden krater i 
trzymałem go w swoim worku! To dla ciebie, Alenko,
może już 
go nie będziesz chciała, bo po półtora roku nie jesteś 
już 
dziewczynką, ale małą panienką, już nigdy cię nie 
zobaczę!

background image

   Pomocnicy kata uwiesili się na mnie, wykręcali mi 
ręce do 
tyłu, bo inaczej strząsnąłbym ich z siebie; oczywiście,
przecież każdy ważył tylko jakieś piętnaście 
ziemskich 
kilogramów. Nienawidziłem ich, nigdy bym nie 
uwierzył, że 
będę zdolny do takiej nienawiści.
   To jest koleżeństwo, to jest solidarność! Tylko 
dlatego, 
że nie chciałem się przyłączyć do ich wygłupów, teraz
mnie 
zabiją.
   Przednia ściana komory przepustowej otworzyła 
się przed 
nami i czarne jak smoła niebo wyszczerzyło do nas 
miliony 
gwiaździstych zębów.
   Wyprowadzili nas na lądowisko.
   Tutaj byliśmy mniej więcej bezpieczni, ponieważ 
egzekucje 
odbywały się między skałami, a od nich dzielił nas 
pas 
startowy, a potem równina szeroka na dobrych 
trzysta metrów. 
Byliśmy bezpieczni, albo przynajmniej tak się nam 
wydawało.
   Za nami wznosiła się kopuła komory przepustowej,
a na 
prawo i na lewo ciągnęły się budynki technologii 

background image

kopalnianej. Gwiaździste niebo było z lewej strony 
jakby 
zamglone: tam była kopalnia odkrywkowa, tam 
pracowały 
zgarniarki i ładowacze, tam się harowało, tam 
chłopcy 
fedrowali, żeby zarobić doruble i móc zaszpanować, 
kiedy po 
skończeniu turnusu wrócą do swoich mam i małych 
sióstr, i 
swoich kochanek, i kolegów, chyba że ich 
przechytrzą, 
pozwolą im skisnąć na Księżycu zgodnie z 
paragrafem sześć, 
albo zabiją, jak to się stanie z nami. Harowali 
również 
teraz, ponieważ bunt odjeżdżającego turnusu ich nie 
dotyczył. Ranna zmiana napasła oczy widokiem 
wziętego do 
niewoli dyrektora, ale długo oczu nie pasła, bo każda
minuta 
wypasu kosztowała kawałek wypłaty, księżycowa 
kopalnia to nie 
sanatorium czy miejsce do pasienia oczu, to miejsce 
stworzone do twardej roboty.
   Albo - jak teraz - do zabijania.
   Główny aktor egzekucji powoli obszedł nas wokoło.
W ręku 
trzymał półmetrowy odłamek skały powstającej przy
upadku 

background image

asteroidu na powierzchnię Księżyca. Nie wątpiłem, 
że 
krawędzie odłamka są ostre jak brzytwa.
   Wskazał na mnie. Jak zwykle, ja zawsze szedłem 
na 
pierwszy ogień.
   Krzyczałem na kata i na Drogę Mleczną, która 
wisiała mu 
za plecami na czarnej ścianie jak tania tapeta. Myślę,
że 
Droga Mleczna przynajmniej trochę mi współczuła, 
mimo że w 
żaden sposób tego nie okazała.
   Pomocnicy podprowadzili mnie do egzekutora.
   Przystawił mi do szyi ostrze odłamka.
   Pierwszy grot przedarł się przez tkaninę. 
Usłyszałem syk 
uciekającego powietrza, a przy nogach zaczęły się 
pienić 
niebieskie płatki tlenu.
   Wkrótce było ich tyle, że miniaturowy kraterek dla
małej 
siostry Alenki byłby w połowie zaśnieżony.

6.  Wokół górniczej wspólnoty narobiło się mnóstwo 
hałasu 
zwłaszcza tam na górze, na Ziemi.
   Wielka rodzina twardych chłopów, którzy 
codziennie 

background image

ryzykują życie, żeby z głębi milczącego satelity 
Błękitnej 
Planety wyrwać jego skarby. Łączy ich wspólny cel 
oraz 
wspólne stawianie czoła wrogiemu otoczeniu. Jeden 
polega na 
drugim, ponieważ za cienką ścianą czyha śmierć w 
próżni. 
Kopalnia lunarna - toż to wyspa człowieczeństwa w 
nieskończonym morzu kosmicznej nicości: właśnie 
tutaj 
człowiek odważnie przeciwstawia się niebytowi i 
dlatego musi 
stać ramię w ramię z towarzyszem, zawsze 
przygotowany do 
podania i przyjęcia pomocnej dłoni.
   Można się zapłakać nad takim zalewem pięknych 
słów.
   Ale nie były one tak zupełnie nieprawdziwe.
   Z górniczą wspólnotą możecie się spotkać na 
każdym kroku, 
w Czeskopolskiej i dziesiątkach innych kopalni, 
które w tych 
latach wyrastały jak grzyby po deszczu, 
wyskakiwały na 
twarzy Księżyca jak trądzik, co by się nawet 
zgadzało, bo 
wtedy Księżyc przeżywał swoją młodość. Wspólnota 
była 

background image

wszędzie, i to nie jedna, ale od razu mnóstwo 
wspólnot. 
Chłopy, którzy służyli pierwsze pół roku, byli na 
jednym 
wózku z chłopami, którzy również służyli pierwsze 
pół roku, 
roczniacy trzymali sztamę z roczniakami, a z kim 
innym 
mieliby się trzymać dziadkowie, którzy byli na 
wylocie, jak 
nie z dziadkami, którzy byli na wylocie.
   Poza tym ważne było, dlaczego się tu przyszło.
   Ja na przykład chciałem się dorobić, a to 
oznaczało, że 
chodziło mi o całą sumę, o sto patyków. Prawo do 
niej miał 
tylko ten, kto nie zarobił żadnego minusowego 
punktu: od 
tych stu patyków można było odliczać, a przybyć do 
nich nie 
mogło nic. Maksimum sto tysięcy, ani krztyny więcej,
a in 
minus mogło iść aż do zera, gdyby - czysto 
teoretycznie - 
ktoś się oszczędzał tak starannie, że na szychcie 
nawet by 
nie ziewnął.
   Oczywiście praktycznie było to niemożliwe, 
ponieważ nowi 

background image

byli włączani do brygad roboczych i mimo że - 
znowu czysto 
teoretycznie - wszyscy byli klasyfikowani osobno, w 
praktyce 
wyglądało to tak, że zmianowy obserwował wyniki 
brygady, a 
kontrolę nad poszczególnymi chłopami zostawiał 
brygadziście. 
Z tego oczywiście wywodziła się wspólnota zupełnie 
innego 
rodzaju: brygadzista pilnował chłopów, a chłopi 
pilnowali 
się nawzajem, żeby nikt się nie obijał kosztem 
kumpli i nie 
żerował na szczytowych wynikach brygady.
   Kierownictwo było dość mądre na to, żeby 
pozwolić na 
przejście z brygady do brygady.
   W rezultacie podczas pierwszego pół roku pracy 
skład 
brygady ulegał całkowitej wymianie i zanim 
półroczni stawali 
się roczniakami, było jasne, w czym dana brygada 
jest 
najlepsza.
   Najlepsi robotnicy zostawali oczywiście w 
brygadach prac 
głębinowych. Do tego zmierzałem od samego 
początku, ponieważ 

background image

było jasne jak słońce, że na dole pewniacko zarobię 
całych 
sto kawałków. Tam się harowało, ale też ryzykowało.
   Zgodnie z przepisami bowiem również na dole 
fedruje się w 
bałwanach. To znaczy ja już nie pamiętam 
prawdziwych 
bałwanów, bo kiedy trafiłem na Lunę, praktycznie 
wszędzie 
stosowano już hermetyzowane kombinezony; ich 
częścią był 
całogłowy hełm, całkiem lekki, w którym można było
kręcić 
makówką z boku na bok. Taki hełm nie był wcale 
gorszy od 
kasków motocyklistów na górze na Ziemi, jeśli 
łapiecie, o 
czym mówię, ale górnicy na kombinezony mówili 
bałwany, to 
taki slang. Ten przepis miał swoje uzasadnienie. 
Skała 
księżycowa jest wprawdzie jednolita i pod ziemią 
istnieje 
minimalne prawdopodobieństwo, że podczas 
fedrowania trafi 
się na zapadlisko połączone z powierzchnią. Ale nie 
można 
mieć stuprocentowej pewności. Nigdy nie wiadomo, 
kiedy zrobi 

background image

się "fiuuut" i powietrze pod ciśnieniem przedostanie 
się do 
zapadliska. Nagle wszędzie jest pełno kurzu, światło 
wprawdzie nie gaśnie, ale przez ten kurz nie 
przenika nawet 
promyk, więc efekt jest taki sam, jakby ktoś wyłączył
lampy. 
No a to trwa parę minut albo parę sekund. W 
pierwszym 
przypadku jest jakaś szansa na ratunek, w drugim 
macie czas 
najwyżej na pomyślenie "No to pa", a potem 
zaczynacie się 
dusić i wkrótce strzelacie kopytami.
   Stąd ten przepis, że zdejmowanie odzieży 
ochronnej jest 
surowo zakazane.
   Ale kto by ten przepis kontrolował?
   Kiedy brygada trafia na swoje miejsce, musi się za 
sobą 
zahermetyzować i z górą łączy urobisko tylko tuba. 
Tak się na 
Czeskopolskiej nazywa kanał przewodowy. Jak się 
już 
zahermetyzujecie, naczelnicy mogą was kontrolować 
tylko 
przez kamery, ale istnieje takie niepisane prawo, że 
kamery 
strasznie się psują i nigdy nie działają dłużej niż pięć 
minut, więc nawet nie warto ich naprawiać.

background image

   Pod kontrolą ślepej kamery chłopy się rozbierają i 
dalej 
pracują już rozebrani. Oczywiście, każdy ma pod 
ręką flaszkę 
z tlenem i wystarczy, że gdzieś coś syknie, każdy 
sięga po 
butlę rozglądając się, gdzie wiruje kurz. Może to być 
mikroskopijny kanalik, długi choćby na dziesiątki 
metrów 
albo tylko na parę centymetrów, i kończy się w 
zapadlisku, 
które jest albo decymetrowe, albo metrowe. Sonary 
kopalniane 
powinny wprawdzie odkryć takie zapadlisko 
wcześniej, ale to 
też teoria. Praktyka jest taka, że co roku dmucha w 
kopalni 
co najmniej raz albo dwa, a kiedy się nie farci, to 
nawet 
częściej.
   Tyle wyjaśnień, dlaczego brygady głębinowe cieszą 
się 
popularnością wśród chłopów, którzy hazard mają 
wekrwi.
   Inny typ chłopa robi na powierzchni, gdzie pracuje
się w 
ciężkich bałwanach: tam większość pracy odwalają 
maszyny, 
zgarniarki, ładowacze i ciężarówki. Kopalnia z lotu 
ptaka 

background image

przypomina ośmiornicę. Z budynku centralnego 
wychodzą 
promieniście korytarze powierzchniowe, a na końcu 
jest 
wydobycie odkrywkowe, tworzące półokrąg. Tam z 
wysokości 
można obserwować te zgarniarki i ładowacze. 
Wyglądałyby jak 
pudełka, facet w śnieżnobiałym skafandrze nie byłby
większy 
niż punkcik i mielibyście wrażenie, że maszyny 
poruszają się 
powoli, ale to złudzenie. Na powierzchni wszystko 
zasuwa, 
dlatego chłopy z brygad powierzchniowych muszą 
mieć refleks, 
no a przede wszystkim oczy naokoło głowy. To jest 
tak: 
zwłaszcza półroczniacy mają wrażenie, że 
sześciokrotnie 
mniejsza grawitacja to majówka i że nikomu nic nie 
może się 
stać. Skaczecie jak kangur, zlecicie ze schodów na łeb

nic, w sześciokrotnie mniejszej grawitacji spadacie 
jak 
na puchową pierzynę. Potem wsiadacie do 
ciężarówki, chwytacie 
się klamki i wydaje się wam, że siedzicie w 
samochodziku w 

background image

wesołym miasteczku. Ale siła bezwładności to 
zdradziecka 
dziwka i kiedy władujecie się obciążoną ciężarówką 
w inną 
obciążoną ciężarówkę, kończy się tak samo 
nieprzyjemnie jak 
na Ziemi, ba, jeszcze gorzej, bo pozornie nie tłukące 
się 
hełmy ciężkich bałwanów jak na złość nie tłuką się 
podczas 
prób w laboratoriach, ale podczas wypadku pękają 
jak bańki 
mydlane.
   Powierzchniowcy i głębinowcy nie mają więc sobie 
czego 
zazdrościć, jeśli chodzi o harówę i ryzyko, ale tutaj 
też 
obowiązuje to samo, co powiedziałem o nie tłukących
się 
hełmach: inaczej idzie życie, a inaczej fantazja. Nie 
mają 
sobie czego zazdrościć, ale w rzeczywistości 
zarzucają sobie 
wszystko, przede wszystkim, że są na dole (to 
powierzchniowcy głębinowcom) albo (głębinowcy 
powierzchniowcom), że są na górze. I z tych pretensji
od 
czasu do czasu robi się śliczne naparzanie.
   To prawda, że powierzchniowcy i głębinowcy 
uważają siebie 

background image

nawzajem za porządnych chłopów, natomiast 
monterzy, 
konserwatorzy i chłopcy z eksploatacji są według 
nich 
hrabiątkami, którzy nie mają zielonego pojęcia o 
prawdziwej 
robocie. A te hrabiątka z kolei o górnikach mówią, że
są 
wariatami, którzy nie fedrują rudy tytanowej, ale 
forsę, 
natomiast oni są rozsądni, nie potrzebują stu 
kawałków, ta 
forsa nie jest warta nadstawiania karku i że 
pięćdziesiąt, 
sześćdziesiąt tysięcy musi normalnemu człowiekowi 
wystarczyć.
   Tak w zarysach wygląda wspólnota górnicza, jeśli 
ją 
jeszcze uzupełnimy pretensjami do kierownictwa i 
oczywiście 
do cytryn, których w dzień i w nocy tkwi na 
posterunku setka 
na wypadek, gdyby cała ta wspólnota przerodziła się 
w wielką 
bijatykę.
   W zarysach mniej ogólnych, czyli szczegółowo, 
wygląda to 
jeszcze mniej różowo.
   Wyobraźcie sobie, że harujecie dzień w dzień, sześć
dni w 

background image

tygodniu, w zahermetyzowanej szychcie z 
dziesięcioma 
chłopami. Jeden pilnuje drugiego, żeby się nie obijał 
i nie 
robił głupot. I po jakimś czasie każdy z tej brygady 
dochodzi do wniosku, że to on haruje na resztę, że on
jest 
koniem pociągowym i ciągnie pozostałych. Kiedy 
macie 
potrzebę, musicie powiedzieć coś dowcipnego, na 
przykład że 
idziecie przywiązać konia albo coś podobnego, reszta
się 
odwraca, a wy kucacie na lepką deskę 
podciśnieniowej latryny 
i biada, jeśli przypadkiem macie zaparcie, bo przez 
cały 
dzień musicie wysłuchiwać uwag o obiboku, który 
pół szychty 
przesiedział w kiblu.  
   Znacie się nawzajem jak własne kieszenie i jeszcze 
lepiej, bo kto by miał tę samą kieszeń przez półtora 
roku.
   Wszystko, co w życiu przeżyliście i co słyszeliście, 
że 
przeżyli wasi koledzy, opowiedzieliście chłopcom, a z 
kolei 
oni opowiedzieli wam, co sami przeżyli i co słyszeli 
od 
kolegów.

background image

   Każdą historyjkę opowiadacie (i słuchacie) raz, 
dwa razy, 
pięć razy, dziesięć razy.
   To znana prawda, że półroczniacy podchodzą do 
siebie z 
rezerwą, otwierają się dopiero po siedmiu, ośmiu 
miesiącach 
na szychcie, a dziadki już trzymają gębę na kłódkę, 
nawet ze 
sobą za bardzo nie rozmawiają i tylko myślą o tej 
chwili 
rozkoszy, kiedy przed zaśnięciem można odciąć 
kawałek metra.
   To jeszcze szczęście, że w kopalniach lunarnych 
wyznaczono tak długi czas pracy, sześć dni w 
tygodniu.
   Na początku ponoć było inaczej, były trzydniowe 
tygodnie 
pracy i czterogodzinne zmiany itepe, zupełnie tak 
samo jak 
na górze na Ziemi, ale potem się okazało, że ludzie 
jednak 
lepiej czują się w pracy. Czas szybciej leci, nie ma 
kiedy 
myśleć o głupstwach, ludzie przywiązują się do 
swojej 
maszyny, patrzą, jak plastyk rozgniata świeżo 
wyrąbaną 
ścianę, a wiertło wgryza się w skałę i cieszą się, kiedy

background image

dziury zaczyna się sypać koncentrat tytanowy, który 

pierwszej chwili wygląda jak miał węglowy. Ile razy 
chłopiska nacierają nim sobie gęby i wyglądają jak 
jacyś 
terroryści, tylko zęby im połyskują i wszyscy się 
cieszą, 
jakby wygrali w totka. Chociaż niczego to w 
końcowym wyniku 
nie zmienia, kto robi na dole, ma swoich sto tysięcy 
jak w 
banku.
   Za to w tak zwanym czasie wolnym?
   Ilu przemądrzałych psychologów zrobiło doktoraty

habilitacje na wynalazkach, które prowadziły do 
uczłowieczenia otoczenia lunarnych kompleksów 
przemysłowych!
   Kiedyś dawno myślano ponoć, że wszystko załatwi 
uspokajające działanie koloru zielonego i wynik był 
taki, że 
chłopcy rzygali, kiedy na obiad dostawali szpinak. 
Już ci 
pierwsi jajogłowi - jeszcze w zeszłym wieku - wpadli 
na 
pomysł, że chłopom będzie brakowało normalnego 
życia 
seksualnego. I kiedy kolonizacja Księżyca rozkręciła 
się na 

background image

całego, jajogłowi podzielili się na dwa obozy według 
dwóch 
kategorii. Jedną można by określić: "no to im ten 
seks 
dajcie", drugą: "no to dajcie im coś innego". 
Wypróbowano 
obie, najpierw tę pierwszą. Werbowano kobiety tak 
samo jak 
mężczyzn. Oczywiście ja już się na to nie załapałem, 
ale 
słyszałem od chłopów, którzy osiedlili się na Lunie 
już w 
latach dwudziestych. To musiało być rodeo. Bójki na 
porządku 
dziennym, zabójstw trudno się było doliczyć, a co 
najciekawsze, bardziej się naparzały baby niż 
chłopy. Miało 
to swoją logikę. Na Lunę szły tylko twarde baby, nie 
żadne 
księżniczki, i kiedy taka chłopobaba zobaczyła, że 
jakieś 
rude czupiradło ogląda się za jej chłopem, sięgała po 
nóż z 
taką szybkością, że niejeden fundamenciacki 
terrorysta 
mógłby jej pozazdrościć. Potem policjanci dostali na 
wyposażenie psychinę i zaczęła się ta cervotronika. 
Chłopy 
fasowali elektroniczne seksaczki i we śnie przeżywali 
chyba 

background image

to, co czeka Jerzego Zasadę w czwartym 
mahometańskim raju. 
Przez jakiś czas się wydawało, że problem jest z 
głowy, aż 
naraz, ponoć to było zupełnie jak epidemia, 
śmietniki były 
pełne rozdeptanych seksaczek.
   Żeby wyjaśnić tę sprawę, też napisano mnóstwo 
uczonych 
rozpraw, ale według mnie chłopiska po prostu zaczęli
się 
wstydzić i te seksaczki zaczęły im się wydawać 
strasznie 
głupie. Myślano też o tym, żeby do służby w 
kosmosie brać 
tylko homoseksualistów, ale kiedy w latach 
trzydziestych 
próbowano zrealizować ten pomysł w jakimś 
tureckim 
laboratorium zajmującym się badaniami wysokiej 
próżni, 
wszyscy się niebotycznie rozczarowali, ponieważ jeśli
chodzi 
o zazdrość i wynikające z niej konsekwencje, te ładne
buzie 
nie zostawały daleko w tyle za babami.
   A potem przestało się o całej sprawie mówić, 
jajogłowi 
swoje umiejętności i badania skierowali na coś 
innego, a 

background image

problem rozwiązał się sam z siebie w ten sposób, że 
przedłużono czas pracy do dwunastu godzin dziennie
i sześciu 
dni w tygodniu. Po takiej szychcie przechodzą 
wszelkie 
zachcianki - oto cały cud.
   Gdybyście w tych czasach odwiedzili którykolwiek 
kompleks 
wydobywczo-przemysłowy na Lunie, wszędzie 
pokazano by wam 
pomieszczenia klubowe, oddziały rozrywki, tereny 
sportowe i 
pochwalono by się oczywiście centrum 
informacyjnym. Nie 
omieszkano by przy okazji zauważyć, że dzięki 
połączeniu z 
Ziemią personel lunarny ma taki sam dostęp do 
informacji jak 
dowolny mieszkaniec Ziemi (o ile nie mieszka w 
rejonie, 
który właśnie fundyści przywracają do stanu 
przyjemnie 
średniowiecznej ciemnoty).
   Pokazaliby wam ładnych, czystych i pachnących 
górników 
podczas wydumanych rozrywek.
   Nie, to nie byliby wynajęci na tę okazję ludzie. To 
prawdziwi górnicy, ale prawie bez wyjątku 
półroczniacy. 

background image

Roczniacy schodzili się po szufladach, gadali, a 
ponieważ 
znaleźli już dojścia do różnych rzeczy zakazanych na
szychcie, jak na przykład picie i lekka trawka, pili 
tam i 
kopcili.
   Za to dziadki chowali się po własnych szufladach. 
Po 
szychcie na pryczę, położyć się i nawet nie włączać 
tele. 
Ten szary sufit jest bardziej interesujący niż ekran.
   Ale teraz, kiedy wspominam te dawno zamierzchłe 
czasy, 
uświadamiam sobie, że to wszystko również jakoś 
należało do 
rzeczy, że nawet z tym się liczyłem, kiedy zaciągałem 
się do 
Czeskopolskiej. Gdyby chodziło tylko o to, chyba 
stałbym się 
normalnym górnikiem, na początku wystraszonym, 
potem 
wszystkim zachwyconym, potem towarzyskim, a w 
końcu 
osamotnionym.
   Ale ze mną było inaczej.
   Kiedy przypominam sobie ten najwcześniejszy 
okres pobytu 
na Księżycu, przed oczyma pojawia mi się ten dzień, 
kiedy 

background image

mnie - zielonego nowicjusza - dziadkowie wzięli na 
pierwszy 
księżycowy spacer.
   Tak się robiło i było to zgodne z przepisami. 
Nowicjusze 
po przyjściu na bazę przechodzili szkolenie, głównie 
praktyczne. Uczyli się najpierw chodzić, a potem 
pracować w 
zmniejszonym ciążeniu. Pomagali im dziadkowie, a 
zwłaszcza 
wybrane chłopy z eksploatacji.
   Na spacery księżycowe brano nowicjuszy w 
grupach, baza 
miała wtedy dwanaście głównych odgałęzień i każde 
z nich 
było dodatkowo rozgałęzione, tak że tych grupek 
było 
mnóstwo, a w tej mojej było nas, pamiętam jakby to 
było 
wczoraj, siedmiu. Byłem czwarty w kolejce, 
siedziałem z 
resztą oczekujących na ławce i trząsłem się, a kiedy 
wrócił 
pierwszy kumpel, od razu się na niego rzuciliśmy i 
pytamy, 
co i jak, a on, że w porządku, że normalnie i fajnie, 
żebyśmy się niczego nie bali, na zewnątrz jak w 
środku, 
trzeba tylko uważać na środek ciężkości, pochylić się 
do 

background image

przodu, w tym bałwanie w pyle księżycowym idzie 
się trochę 
gorzej i kiedy chcecie skręcić w prawo albo w lewo, 
trzeba 
wziąć lekki zamach jak na Ziemi na łyżwach.
   Na dole na Ziemi... każdy nowicjusz mówi "na dole
na 
Ziemi". Kiedy zaczyna mówić "na górze na Ziemi", 
to znaczy, 
że zrobił się z niego prawdziwy skalnik.
   Wreszcie rozległo się "Nedomy", rozejrzałem się, 
jakby 
miał tam być jakiś inny Nedomy oprócz mnie, a 
potem do mnie 
dotarło, że to ja. Wstałem i trochę sztywno 
podszedłem do 
tych dwóch dziadków, którzy czekali na mnie w 
drzwiach komory 
skafandrów.
   Pomogli mi założyć ciężkiego bałwana i w duchu 
się 
dziwiłem, że chce im się tak o mnie troszczyć, bo w 
przejściówce dbano przede wszystkim o to, żeby 
nowicjusz dał 
sobie radę ze wszystkim sam.
   - Gdyby trzasnęło - powtarzał instruktor tysiąc 
razy 
dziennie i nigdy nie dodał, co by miało trzasnąć 
(zapewne 

background image

mogło tu trzasnąć wszystko) - gdyby trzasnęło, każdy
idzie 
na własną rękę, na własną odpowiedzialność.
   No a ci dwaj ubierali mnie jak pierwszoklasistę 
pierwszego września.
   W końcu w pewnym sensie byłem pierwszoklasistą.
   Jeden hermetyzował mi kombinezon, drugi założył 
hełm. 
Wyglądali przy tym tak uroczyście, jakby mnie 
pasowali na 
króla.
   Kiedy wszystko było gotowe, ten, który zakładał mi
hełm, 
uderzył mnie w ramię.
   - Idziemy - usłyszałem w hełmie.
   Wąskim przejściem weszliśmy do komory 
przejściowej. 
Przypomniałem sobie windy "tam na dole na Ziemi"
(byłem 
zielony), w windzie też nie wiecie, co robić, czujecie 
się 
głupio, kiedy macie na kogoś spojrzeć, więc wolicie 
wgapiać 
się w ścianę. A co z rękoma? Wzdłuż ciała? Założone 
za 
plecami? Obaj dziadkowie stali i nonszalancko 
czekali, jeden 
oparł się plecami o ścianę i założył ręce na  piersiach,
drugi chodził w tę i z powrotem i walił się pięścią w 
otwartą dłoń. Wolałem nic nie robić, nie próbowałem

background image

naśladować ani jednego, ani drugiego, ponieważ by 
mi się nie 
udało: tyle już zdążyłem się nauczyć, że wiedziałem, 
co to 
za cholera te kombinezony i rękawice robocze, i że 
nie tak 
łatwo założyć sobie ręce na piersiach i zacisnąć 
pięści.
   Kolorowa tarcza ciśnieniomierza poczerwieniała, 
co 
oznaczało, że w komorze zapanowało ciśnienie zero. 
Bardziej 
niecierpliwy z obu dziadków uderzył pięścią w 
czujnik zamka 
i stalowe drzwi śluzy wjechały w łoże progu.
   Przewodnik ostrożnie chwycił mnie za łokcie i 
wypchnął 
przez właz na zewnątrz. Przez chwilę 
przyzwyczajałem się do 
kontrastowego oświetlenia i dopiero wtedy ujrzałem 
grupkę 
mężczyzn, którzy tu pracowali, wszyscy w ciężkich 
bałwanach, 
oczywiście porządnie podniszczonych.
   - To brygada konserwacyjna - odezwał się w hełmie
głos 
jednego z przewodników. - Chodź, pokażemy ci, jak 
to 
spawanie próżniowe wygląda w praktyce.
   Spawanie próżniowe było jednym z przedmiotów 

background image

teoretycznych przejściówki.
   Podeszliśmy bliżej. Faceci nie zwracali na nas 
uwagi. 
Jeden ciągnął długą belkę z tego nędznego lunarnego
żelaza, 
którego używano wtedy na Księżycu do konstrukcji 
budowlanych. Ponieważ nie było tu atmosfery, nie 
mogło 
skorodować, a w niskiej grawitacji nie musiało mieć 
nie 
wiadomo jakich właściwości mechanicznych.
   Dwaj konserwatorzy gestami naprowadzali 
tragarza, a 
reszta się przypatrywała.
   Nasza trójka zatrzymała się nie opodal.
   Jeden z moich dwóch przewodników, ten żywszy, 
który w 
komorze przytupywał i uderzał w dłoń, nagle 
podniósł rękę. 
Facet z belką odwrócił się do niego i belka zaczęła się
poruszać, jeden koniec począł się do mnie zbliżać, 
powoli i 
nieubłaganie.
   Chciałem uskoczyć, ale nie mogłem (dopiero 
później sobie 
uświadomiłem, że ten drugi dziadek podskoczył do 
mnie w 
tym momencie i trzymał mnie od tyłu).
   Rozpaczliwie krzyknąłem i uniosłem ręce, żeby 
chwycić 

background image

belkę. Rękawice miałem jak z ołowiu, rękawy chyba 
stężały
(jakżeby nie, skoro ci dranie powlekli je 
petryfikacyjnym 
plastykiem) i już była przy mnie. Olbrzymia belka 
wypełniła 
całe pole mojego widzenia.
   I bum.
   Belka uderzyła w mój hełm, a on, mimo że był nie 
tłukący 
i miał na sobie nie jeden, ale trzy znaki różnych i 
niezależnych od siebie kontroli: państwowej, 
firmowej i 
lunarnej, ten nie tłukący się superhełm zrobił brzdęk

zupełnie się rozsypał.
   Mimo woli wstrzymałem oddech, żeby oddalić 
moment, w 
którym zacznę się dusić w wysokiej próżni. Był to 
odruch, 
nic poza tym, brakowało mu nawet szczypty 
rozsądku, ponieważ 
w wysokiej próżni człowiek dosłownie wybucha. 
Przecież nie 
jest niczym innym jak workiem wypełnionym 
płynem, 
przystosowanym wewnątrz do ciśnienia jednej 
atmosfery, a w 
ciśnieniu zerowym płyn wytryskuje wszystkimi 
porami na 

background image

zewnątrz, wycieka krew, wyciekają oczy i...

.N:72
                        

   Ale ze mnie nic nie wyciekało.
   Rozbolały mnie płuca.
   Otworzyłem, dotychczas kurczowo zamknięte, 
oczy.
   Odetchnąłem.
   Tu było powietrze!
   - Niniejszym pasuję cię na skalnika! - ktoś 
krzyknął do 
mnie.
   Dziadek, który mnie cichaczem popryskał, a potem
trzymał, 
żebym nie zdążył uskoczyć, zdjął swój hełm. 
Szczerzył się, 
uśmiechał i zapewne miał niezłą uciechę z tego 
udanego 
numeru.
   - Ty draniu! - zacząłem na niego wrzeszczeć.
   Roześmiał się jeszcze szerzej. Moja wściekłość była
chyba 
częścią scenariusza.

background image

   - Dobre, co? Kupił wszystko razem z 
opakowaniem!
   Nie, nie mogłem wiedzieć, że przestrzeń przed 
przepustem 
jest przykryta plastykowym pęcherzem. Instruktor 
nam o tym 
nic nie wspominał, czyli faktycznie nie mogłem 
przeczuwać, 
że to najnowszy wymóg bezpieczeństwa, kolejna 
sztuczka, i że 
kto naprawdę chce wyjść na zewnątrz, musi też 
przejść przez 
taką śluzę, jakie są w hermetycznych przegrodach na
dole 
szycht. Nie mogłem przejrzeć tego numeru, który mi 
przyszykowali.
   Drugi dziadek też zdjął hełm.
   - To jest chrzest każdego kota - wyjaśniał. - Teraz 
wrócimy do środka, ale ani mru mru, rozumiesz? Tę 
próbę musi 
przejść każdy.
   Wróciliśmy z przepustu do przejściówki, 
przeszliśmy przez 
komorę skafandrową i weszliśmy do poczekalni.
   Chłopcy wbili we mnie wzrok.
   - No i co?
   Są kotami, a ja już jestem pasowany na skalnika, 
każdy 
musi przejść przez ten chrzest, to niepisane prawo 
bazy.

background image

   A gówno prawda, powiedziałem sobie.
   - To podpucha. Na zewnątrz nie ma próżni. 
Wyprowadzą was 
na zewnątrz, rozbiją wam hełm, a potem wam 
powiedzą, że 
niniejszym was pasują na skalnika. Że to ponoć taki 
zwyczaj. 
Ale ja - odwróciłem się do tych dwóch dziadków - 
jak mam 
takie zwyczaje w dupie.
   Jeden nie powiedział nic, przez chwilę mi się 
przyglądał, 
a potem wyszedł.
   Ten drugi wymaszerował za nim, w drzwiach się 
odwrócił i 
powiedział:
   - Jesteś skończony.
   Wyszedł i zatrzasnął za sobą drzwi.
   Odwróciłem się do chłopców.
   Uśmiechnąłem się.
   Ale ani jeden z tych trzech słupów solnych nie 
odpłacił 
mi uśmiechem. Przeciwnie, patrzyli na mnie gorzej 
niż ci 
dwaj dziadkowie.
   Zrozumiałem, że popsułem im chrzest, że popsułem
im 
zabawę, w której grali główne role, że jestem psują i 
dziwakiem i oni już zadbają o to, żebym był 
skończony. Że 

background image

oni, nowi, zrobią brudną robotę za dziadków i 
wezmą mnie w 
obroty tak, jak na to zasługuję.
   Macie już jasność?
   Macie już jasność, jaki byłem samotny podczas 
tych 
osiemnastu miesięcy służby w Czeskopolskiej?

7.  Przez to, co do tej pory powiedziałem, nie chcę 
sugerować, że może na szychtach i w bazach nie było 
solidarności.
   Była.
   Dowcip polegał na tym, że tej solidarności nie 
czuliście, 
jeśli byliście - tak jak ja - tylko górnikiem.
   Trzeba było być górnikiem i jeszcze czymś jeszcze.
   Górnik i prażanin. Górnik i bajerant. Górnik i 
szmugler 
alkoholu. Górnik i fundziak.
   A nawet obowiązywało w drugą stronę: fundziak i 
górnik, 
szmugler i górnik. I tak dalej.
   Może nie było to zbyt dobrze zorganizowane, ale 
tylko 
dzięki temu siedzę tu teraz i wspominam stare czasy. 
W innym 
wypadku cały tlen wyleciałby z mojego bałwana 
przez tę 
śliczną dziurkę, którą miałem na piersiach, choćby 
dlatego, 

background image

że sprawny kat by tę dziurkę porządnie powiększył, 
tak żeby 
to nie była dziurka, ale dziura jak się patrzy.
   Nie dopuściły do tego - a trochę wstyd się do tego 
przyznać - cytryny, czyli policjanci. Przezwisko 
dostali od 
koloru skafandrów. Zgadnijcie, jaki to był kolor.
   Nagle narobiło się ich wokół nas pełno - znaczy, 
teraz 
przesadzam, nie tak zupełnie pełno, ale pięciu - i 
celowali 
w nas nie psychiną, ale czymś innym. Każdy trzymał 
w łapach 
bezślizgowy szybkostrzelny karabin kalibru 14,50. 
Piękny 
kaliber, to prawda, a ta broń działała jeszcze 
piękniej, bo 
naboje były wybuchowe. Czysto teoretycznie broń ta 
miała być 
używana wyłącznie do celów humanitarnych, przede 
wszystkim 
do usuwania zawałów. Sławne prawo z roku 2032 
zakazało 
transportu na Lunę jakiejkolwiek broni i 
nakazywało 
likwidację wszystkich spluw, które już tu były. Na 
liście 
nie było jednak ręcznej wyrzutni rakietowej, która 
zazwyczaj 
naprawdę służyła do usuwania zawałów. 

background image

   Ale, jak widać, ich użycie w celach innych niż 
humanitarne należało wprawdzie do rzeczy 
zakazanych, ale 
możliwych.
   Cytryny znały się na swojej robocie i nie 
marnowały 
czasu.
   Spoza kopuły hali przepustowej wynurzyła się ich 
płaszczka, prześlizgnęła się tuż nad dachem budynku
technologii kopalnianej (ogień jej silników chyba 
osmalił 
plastyk na dachu, płaszczka oczywiście leciała na 
zakazanej 
wysokości, ale komu można się poskarżyć na 
poczynania pilota 
cytrynowej płaszczki) - i zahamowała dokładnie 
przed naszą 
milutką grupką, która szykowała się na piknik pod 
gołym 
niebem.
   Tak, te cytryny znały się na swojej robocie i choć 
nigdy 
ich nie lubiłem, to w tej chwili wydali mi się bardziej 
anielscy niż wszyscy cherubini chrześcijańskiego 
nieba razem 
wzięci. To byli stuprocentowi szpanerzy. Nawet się 
nie 
zaczepili o uchwyty, tylko mocno się trzymali, a takie
utrzymywanie się na płaszczce, która robi gwałtowne
skręty, 

background image

przyśpiesza i hamuje na najdłuższym płomieniu, nie 
należy do 
łatwych umiejętności.
   Ognie silników hamujących wzbiły pył, który od 
tego żaru 
zaczął świecić. Był to straszliwy żar, odłamki 
roztopionych 
skał latały dookoła w kapryśnych zawijasach jak 
robaczki 
świętojańskie, a w hełmach całej naszej paczki 
rozległ się 
szarpiący nerwy jęk.
   Mogli sobie odpuścić ten numer, przynajmniej jeśli
chodzi 
o mnie.
   Był to odpowiednik psychiny: ponieważ nie mogli 
jej użyć 
przeciw ludziom w skafandrach, wchodzili na fonię 
na pewnej 
częstotliwości, której nie można było zablokować. A 
wynik? 
Hałas tak potworny, że mógł wywołać obłęd, tak 
samo jak 
psychina.
   Przycisnąłem dłonie do rozerwanego miejsca w 
skafandrze.
   - Ratunku! Ratunku! - krzyczałem. Byłem 
zrozpaczony. 
Zupełnie bez sensu wpadło mi do głowy, że cytryny w
tym jęku 

background image

mogą nie usłyszeć mojego krzyku. Nie pomyślałem, 
że ich fonia 
starannie filtruje częstotliwość "sygnału 
ostrzeżenia", jak 
oficjalnie nazywał się ten trik.
   Z obłoku pyłu wynurzył się cytryna z butlą i na nic 
nie 
czekając zakleił mi dziurę w skafandrze 
błyskawicznie 
polimeryzującą pianą.
   Stało się to wszystko o wiele szybciej niż jestem w 
stanie opowiadać i kiedy tylko cytryna zakleił mi 
dziurę, 
pilot płaszczki odpalił ładunek ciśnieniowy, który 
policjanci noszą przy paskach swoich skafandrów i 
przedmuchał ten pył na bok, żeby było porządnie 
widać, co 
się właściwie dzieje.
   No a działo się to, że uczestnicy pikniku stali jak 
zamurowani, winny czy niewinny, i wszyscy mimo 
woli 
przykładali ręce do hełmów, żeby zakryć uszy. Ja też 
je tam 
przyłożyłem, kiedy ten mój anioł stróż załatał mi 
dziurę w 
bałwanie. Dodajmy, że natychmiast zamienił się w 
strasznie 
złą cytrynę, ponieważ rzucił flaszkę na ziemię i 
zerwał z 

background image

pleców spluwę. W rezultacie cała piątka w komplecie
była 
uzbrojona i mierzyła do nas. Staliśmy jak słupy 
solne, a 
pilot płaszczki zasiadający na swoim tronie spoglądał
na ten 
teatrzyk niewątpliwie z rozbawieniem, ale nie 
mogłem się o 
tym przekonać, bo oczywiście nie było widać jego 
twarzy.
   Robole na niedalekiej kopalni odkrywkowej 
przestali 
zarabiać doruble, zatrzymali nawet zgarniarki i na 
pewno 
wytrzeszczali oczy w bąblach swoich bałwanów, 
ponieważ to 
już nie była normalna egzekucja - to była egzekucja 
przerwana, executio interrupta, jak powiedzieliby 
starzy 
łacinnicy (przynajmniej od czasu do czasu w tej 
opowieści 
muszę się pochwalić, że tak w zasadzie jestem 
wykształcony).
   Jęk umilkł jak kamień wpadający do studni, 
zapanowała 
błoga cisza i brzmiała jak muzyka w tym najbardziej
luksusowym mahometańskim raju, przeznaczonym 
dla najbardziej 
zasłużonych muslimów.

background image

   - Zasada, Nedomy, Byczek - odezwało się na fonii - 
trzy 
kroki wprzód.
   Posłuchaliśmy jak marionetki w teatrze lalek.
   - Pozostali... w tył zwrot i rozejść się.
   Odwróciłem się. Bardzo chętnie zatrzymałbym 
tego 
przyjemniaczka, który rozerwał mi na piersi 
skafander, tego 
kochasia, który za hobby wybrał sobie śmierć. 
Strasznie 
chciałbym mu zerwać bąbel, żeby spojrzeć mu w 
twarz. Te rysy 
mi kogoś przypominały, ale tylko trochę, cały czas 
nie 
mogłem go skojarzyć i bardzo sobie życzyłem, żeby 
się 
zamienił w płyn wrzący w wysokiej próżni.
   - Nie ruszać się - surowo rozkazał policyjny głos. 
Jego 
właściciel trenował retorykę chyba w tej austriackiej 
psiarni, gdzie hodują bullmastify. - Bez wygłupów. 
Byczek, 
Nedomy i Zasada zostaną na miejscu, pozostali się 
rozejdą - 
namierzyli nas bez pudła. Dokładnie wiedzieli, kto 
brał 
udział w tej grze.
   Przez chwilę nie działo się nic, dwie cytryny 
celowały do 

background image

nas tymi swoimi rurami, a ich trzej kumple śledzili w
celowniku odmarsz organizatorów zabawy. 
Wszystkich, włącznie 
z moim katem.
   Uświadomiłem sobie, że niczego nie pragnę tak 
bardzo, jak 
tego, żeby jeszcze kiedyś tego faceta spotkać w cztery
oczy.
   Oddałbym za to całą forsę, całą sumę całych stu 
tysięcy.
   Dla tego mógłbym zostać nawet na Lunie.
   Kiedy to sobie uświadomiłem, poczułem mrowienie

plecach. Spytałem samego siebie: czy twoja 
nienawiść 
naprawdę jest tak mocna?
   I odpowiedziałem sobie: tak.
   - Teraz powoli do wozu - ciągnął psi głos. - 
Pierwszy 
Zasada, pięć kroków za nim Nedomy i kolejne pięć 
kroków za 
nim Byczek.
   Posłuchaliśmy. Nie ma nic tak przekonującego, jak 
wbite w 
ciebie spojrzenie bezślizgowych tysiąc czterysta 
pięćdziesiątek, a patrzył na nas cały ich komplet, 
wszystkie 
pięć - niekłamana oznaka tego, że organizatorzy 
pikniku już 
przeszli przez śluzę i zniknęli pod kopułą.

background image

   Nie maszerowaliśmy raźno. Szło nam to powoli, z 
ociąganiem.
   - Ruszać się, ruszać się - warknął psofacet.
   Co to, to nie, glino, pomyśleliśmy sobie wszyscy, 
nawet 
Byczek, który był gliną jeszcze dzisiaj rano. Co to, to
nie. 
Pójdziemy, bo musimy, ale nie wyskoczymy ze skóry.
Co to, to 
nie.
   Posadzili nas z tyłu płaszczki w pomieszczeniu 
bagażowym 
i jeden z cytryn usiadł przy nas. Spluwę położył sobie
na kolanach, tą brzydką stroną do nas, chociaż, 
prawdę 
mówiąc, nie chciałbym z tej odległości dostać w 
piersi 
ładunkiem niwelującym. Pozostali czterej wleźli na 
płaszczkę, złapali się za uchwyty i kiedy stanęli w 
rozkroku, naprawdę wyglądali jak posągi.
   Nie zdążyliśmy nawet porządnie usiąść, kiedy 
znowu 
odezwał się ten obrzydliwy dźwięk, dręcząca, 
nieprzyjemna 
wibracja. Tym razem jednak zabrzmiała cicho, 
cichutko jak 
brzęczenie komara.
   Dobiegały z niej jakieś słowa!
   - Słyszycie mnie? Zasada, podnieś rękę!
   Jerzy usłuchał i głos odezwał się ponownie:

background image

   - Ani słowa, nie możecie nawet westchnąć.
   Nasz strażnik nawet się nie poruszył. Pilot zapalał 
silniki rakietowe. Płaszczka zaczęła nieprzyjemnie 
drgać. 
Nie byłem przyzwyczajony do poduszkowców. 
Będzie mi 
niedobrze, pomyślałem.
   - Odbierzcie mi spluwę. No mnie, oczywiście!
   Nasz cerber ledwo dostrzegalnie ruszył bronią.
   Byczek na nic nie czekał, rzucił się do przodu i 
chwycił 
broń. Na szczęście jej właściciel szybko uskoczył - 
Byczek 
tym szarpnięciem mógłby mu złamać kciuk.
   - Wszyscy ręce do góry! - ryknął. Jego głos był 
słyszalny 
na fonii wszystkich.
   Policjanci się odwrócili. Płaszczka nie przestawała 
się 
trząść.
   - Wspaniale - pochwalił nas cienki głosik. - Teraz 
im 
powiedz, żeby wysiedli.
   - Wysiadajcie, ale powoli i po kolei! Zasada, wyłaź, 
będziesz im odbierał broń. Każdemu z osobna! 
Rzucisz ją na 
ziemię.
   - Dobra robota - cieszył się głosik na tej 
nieprzyjemnej 
komarzej frekwencji.

background image

   - Zwariowaliście! - odezwał się psofacet. - To bunt! 
Teraz już nic wam nie pomoże, rozumiecie! Nawet 
Jedynka was 
nie przyjmie. Chłopy, nie wygłupiajcie się! 
Rozumiecie? 
Friport może przyjąć zbiegów, ale buntowników 
potraktuje 
zgodnie z prawem!
   - Nie dajcie się zagadać - pisnął komar. - Na 
Jedynce też 
są muslimi.
   Teraz mi zaświtało! Nasz policjant - wyzwoliciel był
zakamuflowanym muslimskim fundziakiem, 
członkiem tego samego 
bractwa co Zasada! Właśnie harował na poważne 
skrócenie 
obowiązkowego pobytu w muslimskim piekle. Za 
ofiarną pomoc 
współwyznawcy mogą mu odjąć jakieś sto tysięcy lat 
kary. 
Znowu o krok bliżej raju!
   - Zasada, przecież wiesz, do kogo się w Jedynce 
zwrócić. 
Powiedz, tak czy nie?
   - Tak - odezwał się Zasada.
   Była to cholernie skomplikowana konspiracja.
   Nasz wyzwoliciel mówił do nas na frekwencji 
ostrzegawczej, której nie przyjmuje fonia 
skafandrów 
policyjnych. Ale nasze odpowiedzi słyszeli wszyscy 

background image

policjanci. I stało się tak, że owo "tak" Zasady 
psofacet 
błędnie sobie wytłumaczył.
   - Czyli zgadzacie się? - ucieszył się.
   - Nie - odpowiedział Zasada. To z kolei wystraszyło 
naszego zbawiciela, mahometańskiego policjanta.
   - Czyli tak, czy nie? - pisnął.
   - No tak!
   - Jak w domu wariatów - zauważyłem. W tym 
czasie już 
wszyscy policjanci wysiedli z płaszczki. Niczym 
wytresowani 
stanęli w równym szeregu. Chyba nawet nie zdawali 
sobie 
sprawy, jak śmiesznie wyglądali.
   - Żeby było jasne - uważałem za stosowne 
oświadczyć 
stojącym na baczność cytrynom - nie zwracajcie 
uwagi na 
żadne "tak" albo "nie". My wychodzimy z gry i nie 
musicie 
się dalej o nas obawiać.
   Nasz mahometański cytrynowy przyjaciel dołączył 
do swoich 
towarzyszy. Naczelnik dał mu porządnego kuksańca 
za to, że 
pozwolił sobie zabrać spluwę umożliwiając w ten 
sposób 
ucieczkę trzem niebezpiecznym przestępcom, ale 
czegóż by nie 

background image

uczynił prawowierny muslim, byle się dostać do 
raju!
   Wyzwoliciel na pożegnanie pisnął:
   - Żeby było jasne, bracie Zasado, zrobiłem to tylko 
dla 
ciebie. Allach będzie prowadzić twoje kroki i będzie 
cię 
chronić podczas drogi do Bazy numer Jeden. 
Przygotowałem ci 
dosyć żywności i tlenu. To zapasy dla jednego. Allach
pomoże 
ci pozbyć się tych dwóch niewiernych psów!
   Dopiero po chwili do mnie dotarło, o co tu chodzi. 
Ale 
dotarło. Chciałem rzucić coś dowcipnego, ale wtedy 
odezwał 
się Zasada.
   - Kuba, jeśli piśniesz, zrobić w tobie dziurę.
   Chciał chyba powiedzieć: jeśli wsypiesz naszego 
brata, 
zabiję cię.
   Celował we mnie ze spluwy, którą przewidująco 
podniósł z 
ziemi, jedną z tych spluw, które ja - nieprzewidująco 
- na 
ziemi położyłem.
   Również świeżo upieczony muslim Byczek, jakżeby
inaczej, 
we mnie celował. Na początku to mnie zaskoczyło, 
ponieważ 

background image

nie brałem serio prawdziwości jego wiary, ale potem 
przypomniałem sobie słowa naszego cytryny-
zbawiciela, że 
również na Jedynce są muslimi i że Zasada wie, do 
kogo iść. 
Byczek będzie z nim trzymać muslimską sztamę, 
żeby 
mahometanie pomogli mu wygrzebać się z bagna.
   A mnie, niewiernego psa, wyrzucą za burtę.
   Czułem dokładnie we wszystkich nerwach, jak 
rośnie w nim 
zdecydowanie, jak swędzi go palec, widziałem, jak 
unosi 
broń. Zbiera całą odwagę na to, żeby mnie zabić!
   Kubo, Kubusiu, powiedziałem sobie, jeśli teraz 
czegoś nie 
zrobisz, będziesz w jeszcze gorszej sytuacji niż na 
początku, kiedy twój przyjaciel kat rozerwał ci 
koszulkę. 
Wtedy tylko umierałeś, ale teraz będziesz zupełnie 
martwy.
   Nie zastanawiałem się długo.
   Wystarczył tylko jeden skok do przodu i zanim 
Byczek 
zdążył przesunąć muszkę i szczerbinkę i te wszystkie 
proste 
i krzywe, które wykładają na balistyce, chwyciłem za
drążki, 
z silników wyleciały płomienie i płaszczka 
gwałtownie wzbiła 

background image

się w górę. Bogu dzięki, że komputer kontroluje 
sterowanie, 
potrafi przeciwdziałać najgorszemu i utrzymuje 
pozycję w 
granicach jakiej takiej normy, bo moja pierwsza 
próba 
pilotażu skończyłaby się fiaskiem.
   - Nie wygłupiaj się! - zaczął ryczeć Byczek. - Puść 
mnie do tego! Przecież nie umiesz się z tym 
obchodzić!
   - Jak widzisz, umiem - odpowiedziałem. W tym 
momencie 
byliśmy już jakieś pięćdziesiąt metrów nad 
powierzchnią i 
lecieliśmy. Dokąd? Byle dalej od Czeskopolskiej. 
Gdybym miał 
czas popatrzeć w dół, zobaczyłbym cały ten 
kompleks, jak się 
zmniejsza, wygląda jak pajęczyna, jak płatek śniegu,
chłodziarki z żebrami rozpalonymi do białości 
wysysają 
nadmierną energię w przestrzeń (dzisiaj to śmieszne,
ale 
jeszcze w połowie poprzedniego wieku chłodzenie 
należało do 
największych problemów kolonii księżycowych), 
płatek tracił 
ostre kontury, ponieważ zakrywała go niewidzialna 
zasłona 
delikatnego pyłu i cząsteczek spalonych gazów.

background image

   Lecimy, mahometańscy chłopaczkowie, i gdybyście 
mi 
chcieli wyciąć jakiś numer, rozbijemy się o skały tam
na 
dole!
   Chciało mi się śmiać, ale kiedy sobie 
uświadomiłem, jak 
daleko jest na Jedynkę i że płaszczka jest środkiem 
komunikacji lokalnej o zasięgu dwudziestu pięciu 
kilometrów, 
że na pokładzie mamy troje płuc i trzy żołądki, ale 
powietrza i żywności tylko dla jednego, uśmiech 
zamarł mi na 
twarzy.
   Mało co potrafi tak doskonale popsuć humor jak 
perspektywa, że się udusicie albo umrzecie z głodu, 
albo 
wszystko na raz (jeśli to możliwe).

8.  Układ był zupełnie prosty. To znaczy, żeby 
trzymać się 
faktów, wyglądał prosto, kiedy już na niego 
wpadliśmy.
   Najchętniej obu bym wyrzucił i kontynuował 
podróż w 
samotności, tego chyba nie muszę podkreślać, ale 
komputer 
nie pozwolił mi zrobić płaszczką pętli, która 
katapultowałaby pasażerów na zewnątrz. Poza tym 
mieli mnie 

background image

na muszce i gdybym zrobił coś naprawdę dla nich 
niebezpiecznego, nie zawahaliby się i zaryzykowaliby
wypadek 
paląc do mnie z obu luf.
   Najchętniej obaj by mnie załatwili i kontynuowali 
podróż 
w duecie, ale ja trzymałem ręce na drążkach i każda 
próba 
zmiany personalnej na mostku pilota przyniosłaby w
konsekwencji bójkę i wypadek, a nie chcieli 
ryzykować, o ile 
to nie będzie całkowicie konieczne.
   Gnałem na rozsądnej wysokości w kierunku 
północno-
wschodnim, gdzie według współrzędnych 
pokładowych powinna 
leżeć Jedynka. Światła Czeskopolskiej mieliśmy już 
dawno za 
sobą, pochłonął je pióropusz pierwszego górskiego 
grzebienia, nad którym przelecieliśmy. Pod nami 
była 
pustynia i wtedy naprawdę nie rozumiałem, co 
można w niej 
widzieć poetyckiego i interesującego. Wszędzie żwir i
nic 
poza nim, ruiny po kosmicznym bombardowaniu, 
które szalało 
tu przed trzema miliardami lat i podziobało 
księżycową twarz 
tworząc kształt, który ziemniaki na górze na Ziemi 

background image

podziwiają do dzisiaj.
   Szybko się przyzwyczaiłem do sterowania 
rakietowym 
poduszkowcem i po pięciu minutach zacząłem się 
uważać za asa 
pilotażu i przynajmniej część swojego intelektu 
mogłem 
poświęcić na wymyślanie wyrafinowanych epitetów, 
którymi ja, 
ateista, częstowałem mahometan, jednego 
fanatycznego 
fundystę, a drugiego szczerego jak wegetariańska 
łasiczka w 
kurniku.
   Obaj odpłacali mi pięknym za nadobne, przy czym 
trzeba 
odnotować, że Zasada był bardziej odkrywczy. 
Przede 
wszystkim wyjaśnił mi, jakie rozkosze czekają na 
mnie w 
dżahannam, gdzie bez wątpienia trafię, a ponoć to 
tylko 
kwestia minut. Będę odziany w szaty z ognia, do 
picia 
podadzą mi wrzącą wodę, a na zakąskę dostanę 
owoce z drzewa 
zakkum, które spalają wnętrzności. Diabły 
przeciągną przez 
mój przewód pokarmowy łańcuch i przywiążą mnie 
w ten sposób 

background image

do osobistego szatana.
   Szczerze mówiąc, bardziej obawiałem się zderzenia
ze 
skałami niż spotkania ze skorpionami wielkości osła, 
którymi 
groził mi Zasada. Obserwowałem również wskaźnik 
poziomu 
paliwa. Lampka zaczynała czerwienieć, a to 
oznaczało, że 
zbliżamy się do punktu zwrotnego. Jeszcze kilometr 
czy dwa i 
dotrzemy do miejsca, skąd jeszcze można wrócić. 
Jeszcze 
starczy paliwa na drogę powrotną.
   Po dwóch minutach tam byliśmy.
   Niemal bezbłędnie wylądowałem między skałami, a
Zasada 
przestał kląć. Silniki leniwie szumiały na wolnym 
biegu i 
nawet przez materiał rękawic czułem ich wibrację.
   - Wystarczy jeden ruch ręką i będzie z was miazga 

ostrzegłem ich na wypadek, gdyby chcieli 
wypróbować swoje 
snajperskie zdolności. - Jak widzicie, ręce mam na 
drążkach.
   - Co dalej? - odezwał się Byczek. Opuścił broń, to 
był 
dobry znak.

background image

   - Bierzcie picie, jedzonko i oddychanko, i idźcie 
swoją 
drogą.
   - A ty?
   - Wracam na Czeskopolską.
   - Gadanie - zwątpił Zasada. - Nie wierz mu, to 
niewierny 
pies, giaur. Wszyscy giaurowie łżą.
   - A co innego mi pozostało? Stąd na Jedynkę jest 
dwieście 
kilometrów. Płaszczka by nas dowiozła tylko o 
dwanaście 
kilometrów bliżej. Zostaje jeszcze około stu 
dziewięćdziesięciu. Sześć dni wytężonego marszu. 
Ten wasz 
mahometański Święty Mikołaj przygotował porcję 
dla jednego, 
mam nadzieję, że solidną porcję dla jednego. To 
mogły być 
dwie biedne porcje dla dwóch. Ale na pewno nie 
nędzniutkie 
porcje dla trzech. Wszyscy trzej tam nie dotrzemy. 
Wy dwaj 
trzymacie się jeden drugiego jak bracia syjamscy. Co
mi 
pozostaje poza powrotem?
   - Zamkną cię.
   - Was też zamkną, chłopcy. Ale to wasza sprawa. 
Jeśli 
chodzi o mnie, wolę być zamknięty niż sztywny.

background image

   Jakoś tak wyglądał punkt wyjściowy umowy. 
Trzeba było 
jeszcze omówić niektóre szczegóły. Akcja w końcu 
wyglądała 
tak, że Byczek wyciągał zapasy z bagażnika 
płaszczki, a 
Zasada celował mi w plecy. Potem odleciałem o 
dziesięć 
metrów, przekonałem się, że Byczek odłożył broń na 
ziemię i 
odszedł o pięćdziesiąt metrów, a kiedy Zasada 
wyrzucił z 
pokładu swoją spluwę, łaskawie opuściłem się na 
wysokość 
zero i wypuściłem Zasadę.
   Wziąłem kurs powrotny, ale gdy tylko obie postacie
zniknęły za skałami, wylądowałem i natychmiast 
wyłączyłem 
silniki.
   Ani przez chwilę nie pomyślałem o powrocie na 
Czeskopolską, gdzie jak w banku czekał mnie 
kryminał, 
ewentualnie sędzia Lynch, o ile wpadłbym w ręce 
swoich 
byłych koleżków, a nie zaprzysiężonym sługom 
prawa. Mój plan 
opierał się na prostej kalkulacji:
   Do Jedynki dotrę po sześciodniowym marszu. 
Potrzebuję 
przede wszystkim tlenu.

background image

   W zbiornikach paliwa płaszczki starczy go dla 
regimentu 
takich oddychaczy jak ja.
   Poza tym potrzebuję wody. Wyprodukuję ją 
dziecinnie 
prostą reakcją tlenu z wodorem.
   I wreszcie potrzebuję jedzenia. No, tego się muszę 
wyrzec. Czy wytrzymam sześciodniową pielgrzymkę 
przez 
pustynię bez jedzenia? Gdybym był fundziakiem, 
powiedziałbym 
ma szallah i oddałbym się w ręce Allacha. A tak 
mogłem 
polegać tylko na sile mojej natury.
   Będę się żywić wściekłością. Muszę dojść już 
choćby 
dlatego, że chcę zrobić mielonkę z tego udanego 
faceta, 
który się bawił w kata, chcę zacisnąć ręce na 
szyjkach 
Byczka i Zasady i zawiązać je na supełki. Dużo 
roboty dla 
jednego człowieka, ale można się wyrobić. O ile 
oczywiście 
dojdę do Jedynki, do jedynego lunarnego friportu.
   Kilka godzin spędziłem majsterkując. Musiałem 
wymontować 
zbiorniczek z metalowym tlenem, zmodyfikować 
dozownik i 

background image

połączyć go wężykiem z moim skafandrem. Rurkę 
uszczelniłem 
pianą polimerową, na szczęście była na wyposażeniu 
płaszczki. Gorzej było z wodą. Spaliłem całą resztę 
tlenu z 
wodorem i wyciągnąłem dobrych sześćdziesiąt 
litrów, ale 
natychmiast zamarzła na kamień. Na pewno to był 
plus - będę 
ją niósł jak plecak, bez pojemnika. Ale jak ją 
przetransportuję do środka skafandra do moich 
spragnionych 
ust? Będę ją musiał tłuc na kosteczki i wsuwać do 
środka 
śluzą dla suchego pożywienia, tą malutką klapką na 
spodzie 
bańki.
   Kiedy wszystko było gotowe, uciąłem sobie 
kilkugodzinną 
drzemkę, a potem rozpocząłem marsz.
   Nie było w tym nic zabawnego i trudno się dziwić, 
że 
nigdy później nie ubóstwiałem turystyki pieszej. Z 
kostką 
lodu na plecach, z pojemnikiem na tlen na brzuchu, 
oplątany 
liną, w ręku dzierżąc metalową tyczkę wygiętą w 
hak, która 
służyła mi jako czekan, udałem się w tę długą 
anabazę, która 

background image

miała się skończyć albo w piekle o nazwie hawija, 
albo w 
raju zwanym Jedynką.
   Szedłem jak maszyna, z myślami 
skoncentrowanymi wyłącznie 
na kompasie podłączonym do informacji z 
niewidzialnego 
satelity, który wisiał na orbicie stacjonarnej gdzieś w
czerni nad moją głową. Stoki na szczęście nie były 
tak 
strome, jak opowiadają sobie o nich ziemniaki i 
pierwszego 
dnia zaliczyłem, nie przemęczając się zbytnio, 
według moich 
szacunków, dobrych czterdzieści kilometrów. Głód 
jednak 
dokuczał mi wściekle, a kostka lodu na plecach 
znacznie się 
zmniejszyła.
   Odpoczywałem kilka godzin, pogrążony w 
koszmarnym śnie, z 
którego wyrwały mnie straszne wizje, a zwłaszcze 
sen, w 
którym budziłem się na górze na Ziemi dziwnym 
zbiegiem 
okoliczności musiałem iść z powrotem do szkoły.
   Pani nauczycielka wyraziła zrozumienie dla 
mojego 
przypadku.

background image

   - To nieprzyjemne nieporozumienie, panie Nedomy,
to wina 
komputera, zdarza się. Ale nie możemy nic zrobić, 
nikt nie 
chce mieć kłopotów, jak pan sam rozumie.
   Oczywiście rozumiałem i zgodnie z jej poleceniem 
usiadłem 
w ostatniej ławce, żeby nie zasłaniać dzieciom.
   - Może pan pod ławką oglądać telewizję, ale 
dyskretnie, 
żeby nie robić hałasu.
   Ale dzieciom to przeszkadzało, też chciały oglądać i
nauczycielka musiała zaostrzyć dyscyplinę.
   - Trudna sprawa, panie Nedomy, musi pan 
schować 
telewizor. Proszę pisać z nami: ma-ma ma mię-so. 
Em-ma mie-
sza. Ma-my ma-ło mię-sa?
   Obudził mnie własny krzyk i nie posiadałem się ze 
szczęścia, kiedy wokół siebie ujrzałem lunarną 
pustynię 
oświetloną Słońcem. Pleśniawka w tym czasie była 
schowana 
gdzieś za horyzontem. Nawet za nią nie tęskniłem. 
Gdzieś tam 
czekała na mnie ta antypatyczna nauczycielka.
   Podniosłem się z trudem. Nogi bolały mnie jak 
przetrącone 
i tym razem zacząłem wątpić, czy dojdę, ponieważ 
miałem 

background image

wrażenie, że gonię resztkami sił.
   Ale następne wydarzenie odebrało mi nawet tę 
szczyptę 
dobrego humoru.
   Zrobiłem najwyżej dziesięć kroków, kiedy spoza 
skał 
wyszedł mi naprzeciw Byczek celując we mnie tysiąc 
czterysta pięćdziesiątką.
   Zamknąłem oczy, ale to nie pomogło, zjawa nie 
zniknęła 
jak pani nauczycielka, dalej stała na swoim miejscu, 
kiedy 
uchyliłem powieki.
   - No właduj we mnie - powiedziałem. - Na co 
czekasz?
   - Wiedziałem, że pójdziesz za nami. Nigdy byś nie 
wrócił.
   - Nigdy. Po co to przeciągasz? Strzelaj.
   - Jerzy złamał sobie nogę.
   Dopiero po chwili zakontaktowałem.
   - Spadł, idiota. To mięczak. Głupi, zasrany, 
fundziacki 
mięczak. Cały dzień wczoraj jęczał, że nie dojdzie, a 
pod 
wieczór potknął się i od tego czasu tylko ryczał. 
Teraz 
zemdlał.
   - No i co z tego?
   - Pomożesz mi go nieść. Tylko on zna muslimów na 
Jedynce.

background image

   - Gówno.
   - Dam ci jego część żarcia. Masz, łap.
   W promieniach słońca błysnęła kostka suchej 
żywności 
zapakowana w ochronną folię. Ludzie, jeszcze nigdy 
się tak 
dobrze nie najadłem, jak tego ranka.
   - Poniesiemy go. On nie potrzebuje żarcia. Nawet 
nie 
potrafi go przełknąć, tylko majaczy. Będziemy mu 
dawać wodę. 
Mamy jej pod dostatkiem.
   Nieśliśmy go dwa dni.
   Cóż więcej dodać?
   Potraficie sobie wyobrazić dwóch chłopów, 
połączonych i 
rozdzielonych najżarliwszą nienawiścią, wlokących 
lunarnymi 
kanionami jęczący i skowyczący pakunek? Tysiące 
razy 
chciałem walnąć Jerzym o skały, a Byczek na pewno 
również, 
tysiące razy chciałem rozwalić mu bąbel, żeby 
dosięgnąć tę 
jego rozdziawioną gębę i uciszyć jego lamenty, i tylko
myśl, 
że w jego makówce skrywa się to tajemnicze 
"Sezamie, otwórz 
się", dzięki któremu on, Byczek i chyba ja 
dostaniemy się 

background image

pod skrzydełka muslimów na friporcie zwanym 
Jedynką, 
zapobiegła morderstwu.
   Nieśliśmy go równinami w labiryncie głazów 
wielkich jak 
pięciopiętrowe domy, wciągali na linie na strome 
stoki, a po 
drugiej stronie opuszczaliśmy go ostrożnie jak 
koszyk jajek, 
wypróbowaliśmy setki sposobów, jak we dwójkę 
nieść trzeciego 
i za każdym razem wydawało się nam, że odkryliśmy
genialny 
sposób transportu bagażu bez wysiłku i za każdym 
razem 
następowało rozczarowanie. Mówię, że nieśliśmy go 
dwa dni, 
ale sam nie wiem dokładnie, jak to właściwie było, 
ponieważ 
szliśmy w nieregularnych odstępach, czasami nagle 
siadaliśmy bez porozumienia i natychmiast 
zasypialiśmy, nie 
przejmując się skowytami Jerzego Zasady, który 
przeżywał 
pierwszy etap czyśćca jeszcze za swojego świętego 
życia.
   Na początku trzeciego dnia obudziło nas milczenie 
Jerzego.
   - Zasnął - powiedział Byczek.
   - Umarł - poprawiłem go.

background image

   Pochyliliśmy się nad nim. Mój bąbel uderzył w 
bąbel 
Byczka, a oba nasze bąble stuknęły w bąbel Zasady 
pod nami.
   W przezroczystym szkle jego bąbla z trudem 
dojrzeliśmy 
zarysy twarzy. Czarne policzki pokryły się zarostem. 
Para 
oczu świeciła w półmroku. Czekaliśmy minutę, dwie, 
trzy, czy 
te oczy nie mrugną.
   - Mrugnął - powiedział Byczek.
   - Nie mrugnął. To ty mrugnąłeś.
   Ale pewności nie miałem.
   - Hergot, ja nie mrugnąłem, to on mrugnął.
   - Nie mów hergot, muslimie, mów ma szallah. Nie 
mrugnął. 
Jest sztywny. Jest martwy jak te kamienie wokół.
   - Jaki znowu muslim, koniec zabawy - warknął 
Byczek. 
Palce zacisnęły się na kolbie tysiąc czterysta 
pięćdziesiątki.
   - To chyba pójdziemy? - powiedziałem spokojnie.
   - Ja pójdę na pewno - odpowiedział tajemniczo, ale 
nie na 
tyle tajemniczo, żebym nie przejrzał jego zamiarów.
   - Ja też pójdę - powiedziałem. - Możesz mi w tym 
przeszkodzić tylko skracając mnie o głowę.
   - Tak - warknął - żebym miał na karku 
morderstwo. Rób, co 

background image

chcesz. Ja idę. Ty rób, co chcesz. Ale zapomnij o 
moim 
żarciu.
   I poszedł, a zapasy jedzenia razem z nim.
   Ruszyłem za nim. Na martwego mahometanina 
nawet nie 
spojrzałem.
   A jednak to cytrynowa cytryna. Dobrze wie, że na 
Księżycu 
trupa można znaleźć nawet po tysiącu lat dokładnie 
w takim 
samym stanie, w jakim był za życia, a wokół niego 
wszystkie 
ślady, które pozwolą glinom znaleźć mordercę. 
Mojego 
morderstwa nie usprawiedliwiłby żadną 
samoobroną. Udałoby mu 
się to trzy dni temu, kiedy tańczyliśmy wokół 
płaszczki. 
Wtedy można było ukartować wszystko, mógłby 
nawet 
spreparować ślady i dowody, które utwierdziłyby 
śledczych w 
przekonaniu, że strzelałem pierwszy.
   Ale tutaj, na pustyni, po dwudniowym wspólnym 
marszu? 
Dwaj mężczyźni, jeden strzał, jedna spluwa, prosta 
arytmetyka, podliczone, podkreślone - i morderstwo 
jest 
morderstwem z premedytacją.

background image

   Wędrowaliśmy dalej. I obaj mówiliśmy na głos 
sami do 
siebie, ale fonia starannie przenosiła głos jednego do 
słuchawek drugiego.
   - Zdążę na czas - powtarzał Byczek. - Zdążę na 
czas, 
przed tym parszywym terminem paragrafu sześć. 
Zdążę na czas. 
Wrócę do domu.
   A ja powtarzałem:
   - Zabiję cię. Chciałem zabić Zasadę, ale jego już 
diabli 
wzięli. Teraz kolej na ciebie, glino. Jako trzeciego 
zażyczę 
sobie pana egzekutora. Zabiję cię.
   I tak ciągle w kółko.
   Dopiero po dwunastu godzinach zawiodły go 
nerwy.
   Byłem utargany, na wpół ogłupiały piosenką, którą
do 
znudzenia powtarzałem, naprawdę sam do siebie, ale
nie na 
głos, więc nie spodziewałem się, że zaatakuje.
   Nerwy mu puściły, ale w dobrym miejscu. 
Maszerowaliśmy w 
odstępie kilku kroków po wąskiej ścieżce, przepaść z 
prawej, 
przepaść z lewej, jedna potworniejsza od drugiej.
   - Zabiję cię - mówiłem właśnie, kiedy nagle się 
odwrócił 

background image

i z wściekłością, która nie sprawiłaby zawodu jego 
nazwisku, 
rzucił się na mnie i obiema rękoma zdzielił mnie w 
piersi w 
to miejsce, gdzie piana pokrywała dziurę w 
skafandrze.
   Zamachałem rękoma, ale nie chwyciłem 
równowagi i 
poleciałem do tyłu.
   Usłyszałem suche trzaśnięcie - to mój blok 
zamarzniętej 
wody, czy raczej bloczek, który został mi po tej 
długiej 
udręce. Ale w tej chwili to nie był mój najważniejszy 
problem. Bardziej zajmował mnie upadek i wrzask. 
Pociągnąłem 
za sobą lawinę kamieni i księżycowego pyłu, bez 
powodzenia 
próbowałem czegoś się złapać, ale zatrzymałem się 
dopiero na 
dnie, jakieś piętnaście metrów pod poziomem ścieżki.
   Byczek stał nade mną, malusieńki jak zły troll, 
chociaż 
był ubrany jak sanitariusz. Promienie słońca 
tworzyły mu 
aureolę wokół hełmu.
   - Zdechnij tutaj - życzył mi serdecznie. - I łap. Jest 

niej jeden banan. Celuj dobrze, zaoszczędzi ci 
kłopotów.

background image

   Zamachnął się i rzucił mi na dół tę tysiąc czterysta 
pięćdziesiątkę. Może traktował to jako akt 
miłosierdzia, ale 
raczej po prostu nie chciało mu się jej targać. 
Zresztą po 
co, skoro jego wróg spadł w przepaść. Poza tym, 
kiedy znajdą 
moje ciało ze spluwą przy zwłokach, łatwo obroni 
tezę, że do 
ostatniej chwili byliśmy najlepszymi kumplami.
   Złapałem broń, bez namysłu wycelowałem w niego 

wypaliłem.
   Spudłowałem. Eksplozja wyrwała tonę skały i 
rzuciła ją 
Drodze Mlecznej w objęcia. W obłoku pyłu Byczek 
po raz 
ostatni mnie przeklął. Niewątpliwie przeklinał mnie 
dalej, 
kiedy podjął wędrówkę, ale jak wiadomo na 
Księżycu fonia za 
rogiem nie działa.
   A w ciągu kilku minut Byczek był za kilkoma 
rogami, 
obładowany zapasem wody i jedzenia, i chyba 
również swoim 
sumieniem.
   Ja tymczasem na dole smutno i wesoło umierałem, 
żegnałem 
się z mamą i tatusiami, i z małą Alenką, i wszystkimi 

background image

dziewczynami, i stopniowo w duchu odwiedzałem 
wszystkich 
kolegów, i prowadziłem z nimi mądre dysputy, i 
nawet 
podejrzewam, że wspólnie byśmy coś wymyślili, 
może znowu tę 
żarówkę. Ale nie wymyśliliśmy nic.
   Kiedy byliśmy w najlepszym, ciągnęła obok jakaś 
wyprawa 
selenologów i wyciągnęła mnie.
   Na Jedynkę dostarczyli mnie równą dobę po tym, 
jak 
przepadł mi termin powrotu na Ziemię, określony 
sztywno 
przez paragraf sześć.
   Ma szallah, jak powiedziałby religijny Jerzy 
Zasada. 
   A co na to przyjaciele? Byczek? Jak mu się 
powiodło? A co 
na Czeskopolskiej?
   - Nie wie pan? Już tydzień temu cały ten turnus 
bez 
problemów wrócił na Ziemię. Ten Brunza to musi 
być łebski 
facet. Ładnie to chłopcom załatwił. Jaki to człowiek? 
Znał 
go pan dobrze?
   Czyli turnus jest na Ziemi u swoich żon i 
dziewczyn, i 

background image

dzieci, i kolegów, i mam oraz tatusiów, a ja tkwię na 
żwirku 
jak żwirkowaty żwirek.
   Ma szallah.
                                                       cdn.

.N:95
                        

powieść

Ondrej Neff

Miesiąc mojego życia (2)

background image

(Mesic meho zivota)

przełożyła Joanna Czaplińska

                          Część II

1.  Mój kramik z antykami stał kawałek od głównej 
alei i 
gdybym tylko otworzył drzwi, wytknął głowę i 
nastawił ucho, 
usłyszałbym szum tłumu, który dniem i nocą 
przelewał się w 
górę i w dół jak melasa. Był to szum dziesięciu 
tysięcy 
głosów i dwudziestu tysięcy kroków. (Dziadek 
Wścibiacz 
przerwałby mi w tym miejscu opowieść i mruknąłby 
mi nad 
uchem, że nie można mechanicznie mnożyć liczby 
głosów przez 
dwa, ponieważ nie można wykluczyć z tłumu 
pewnego procentu 
jednonogich, ja bym mu na to powiedział, że 
jednonogi ma 
protezę i też robi hałas, on by na to pisnął, że kroku
protezy nie można liczyć tak samo jak krok nogi, bo 
proteza 
jest pochodzenia nieorganicznego, tak jak laska czy 
kule, 

background image

więc jeślibym liczył jako krok również hałas protezy, 
musiałbym do sumy wliczyć też stukanie lasek i kul, 
a ja bym 
na to odparł, Dziadku, opamiętaj się, kiedy ostatni 
raz 
widziałeś człowieka z laską, a co dopiero o kulach, a 
on by 
na to odpowiedział... no, coś by odpowiedział, to 
straszny 
człowiek, ten Dziadek Wścibiacz, jest straszny teraz i
chyba 
nie był lepszy pięćdziesiąt lat temu, w roku 
czterdziestym 
piątym). Każdy głos jest inny, jeden należy do 
mężczyzny, 
inny do kobiety czy dziecka, ktoś się śmieje, ktoś się 
kłóci 
czy nawet przeklina, ktoś krzyczy, a kto inny szepce, 
ludzie 
cisną się w kolejce przed kasą iluzyna, a na samej 
tylko 
głównej alei jest ich około pięćset, jedna z 
największych 
atrakcji biznesu turystycznego na Lunie, największa 
koncentracja emocji w Systemie Słonecznym, tak 
jest na 
plakatach, poza tym są to emocje nie cenzurowane, 
nie 
pocięte, nie poprawiane, surowe jak ziemniaki. 
Ludzie cisną 

background image

się w kolejce i krzyczą na siebie, weź od razu dwa 
bilety, 
nie pchaj się, gdzie się ładujesz, człowieku, Ziutek, 
przestań, to poniżej godności, przecież nie pozwolę 
robić 
się w jajo przez takie zero, co to znaczy zero i temu 
podobne. Dzwoni w tym dziewczęcy śmiech, 
dziewczyny się 
śmieją i cieszą, że zobaczą prawdziwe mordobicie, to 
lepsze 
niż iluzyn, a kiedy się napatrzą, pójdą do bistro na 
lody, 
są ich tu tysiące. Największa koncentracja łakoci w 
Systemie 
Słonecznym - tak piszą w ogłoszeniach. Dlaczego 
Księżyc ma 
okrągłą twarz? - Bo jada u Donalda. Co drugie 
bistro ma w 
nazwie Donalda, tam mają najwięcej lodów w 
największym 
wyborze gatunków, żadna kontrola zdrowotna nie 
wtyka nosa do 
receptury, na Lunie nie ma cenzury i nie ma kontroli
zdrowotnej. Tutaj nie ma bakterii, tu nam one nie 
szkodzą, 
przeciętna wieku wyższa o dwadzieścia, trzydzieści 
lat niż 
na górze na Ziemi, kto by się temu sprzeciwiał. 
Wymowa 

background image

statystyk jest jasna, największa koncentracja 
zdrowia w 
Systemie Słonecznym, ekrany wtłaczają to do tych 
ziemniakowych głów od rana do wieczora i 
ziemniaki tłumnie 
garną się na Lunę, a my ich podejmujemy, w 
Arkadii, w 
Eldorado, i w Alhambrze, Atlantydzie, i w Ozz, 
Disneylandzie 
i Lunaparku. Ale Arkadia jest najlepsza, ja tu 
mieszkam, mam 
tu swój kram z antykami kawałek od głównej alei i 
nie 
wychylam głowy za drzwi, nie nastawiam ucha na 
szum tłumu, 
jestem zadowolony z tego, co jest. Tak to wyglądało 
na Lunie 
i takie było moje życiowe credo, wtedy, w roku 
dziewięćdziesiątym piątym, tego miesiąca i tego dnia,
w tę 
godzinę, kiedy na zaplecze wparował Chudzielec i 
powiedział, 
że przysyła go pani Su.
   Był to ziemniak, od razu było widać po wzroście.
   Wszyscy ziemniacy są przeciętnie wyżsi od 
rodowitych 
żwirków. Ja też byłem wyższy od tej nowej generacji,
bo 
przecież urodziłem się na Pleśniawce, ale ten facet 

background image

porządnie przewyższał przeciętną i dlatego w duchu 
niezbyt 
odkrywczo nazwałem go Chudzielcem. Gdybym 
wiedział, kto to 
zacz i jak się z nim namęczę, może przyłożyłbym się 
staranniej do wymyślania przezwiska.
   Na początku udawałem, że nie wiem, kto to jest 
pani Su.
   - "Błękitna Laguna", obok iluzynu - przypominał 
mi 
Chudzielec. Dowcipnie na to odpowiedziałem, że na 
głównej 
alei iluzynów jest na pęczki, a on mi wyjaśnił, kto to 
jest 
ta madame Su (mnie wyjaśniać, kto to jest pani Su) i 
tak przez 
chwilę bawiliśmy się w chowanego, aż wreszcie się 
spytałem, 
o co mu chodzi.
   - Potrzebuję czegoś szczególnego.
   - To nasza specjalność. Co to ma być?
   - Mówi panu coś tysiąc czterysta pięćdziesiąt?
   - Przykro mi, ale robotów nie prowadzimy. Lubię 
mieć w 
sklepie spokój - udawałem głupiego.
   - Dobrze zapłacę - nalegał. - Bardzo proszę. Pani 
Su mnie 
poleciła. Dobrze wiem, że pan wie, co to jest tysiąc 
czterysta pięćdziesiąt.
   Ja też wiedziałem, że on wie, że ja wiem.

background image

   Nastawił mi nadgarstek w tym pięknym geście 
oddania, jaki 
znają tylko kochankowie. Dzisiaj się o tym już nie 
pamięta, 
ale nie zapominajcie, że w dziewięćdziesiątym 
piątym wszyscy 
mieli żywo w pamięci epidemię super-AIDS.
   - Niech mnie pan przeczyta - zaproponował.
   Rekomendacje miał dobre, rozmyślałem. Kochana 
Su nie 
przysłałaby mi żadnego tajniaka. Tylko że kochana 
Su za 
bardzo kocha pieniążki i za trzycyfrową sumę reali 
zrobi 
wszystko. Nawet naśle na mnie faceta, o którym nie 
jest na 
bank pewna, że jest swój.
   Ale on mnie zaprasza, żebym przeczytał.
   - Proszę bardzo - wzruszyłem ramionami.
   Zwolnił blokadę i mój orakl (stary model, 
przynajmniej na 
pierwszy rzut oka, przecież nie mogłem zagracić 
swojego 
sklepu z antykami jakąś hipernowoczesną 
aparaturą) zaczął:
   - Gaspar Dumoulins, urodzony dwudziestego 
piątego 
października dwa tysiące sześćdziesiątego trzeciego, 
stan 
zdrowia: biopole pe ku...

background image

   - Nieważne. Kim jest ten Dumoulins?
   - Pracuje w Instytucie Historii Najnowszej w 
Rydze, 
specjalizacja z kolonizacji Luny. Wykształcenie: 
katedra 
historii Wydziału Humanistycznego na Sorbonie, 
podyplomowe...
   - Nieważne. Co dalej?
   - Kolekcjoner antycznej broni. Ósmy co do 
wielkości zbiór 
w Akwitanii. Zawiera kompletną serię produkcyjną 
emitorów 
psychoszokujących FN, kompletną serię 
produkcyjną...
   - Wystarczy - poleciłem oraklowi. - Dziękuję za 
zaufanie, 
panie Dumoulins - zwróciłem się do Chudzielca. - 
Czyli 
zbiera pan psychiny.
   - To jednak tylko miękkie bronie. Według moich 
informacji 
tysiąc czterysta pięćdziesiątek używało się w latach 
czterdziestych jako broni ostrej.
   - Ktoś pana źle poinformował - powiedziałem z 
miną 
szczerego współczucia. - Typowe oznaczenie tysiąc 
czterysta 
pięćdziesiątek dotyczy likwidacji zawałów.
   - Dobrze. Właśnie taki likwidator zawałów 
chciałbym 

background image

uzyskać do kolekcji.
   - Niech pan słucha, panie Dumoulins, widział pan 
wystawę 
mojego sklepu. Jest tam kilka rarytasów: części 
ubioru, 
wyposażenie dla geologa, są tam nawet takie unikaty 
jak na 
przykład kompas, tak, pochodzi z pierwszej 
wyprawy lunarnej 
królestwa Simba z pięćdziesiątego siódmego, ich 
Akademia 
Królewska myślała o wszystkim i wyposażyła 
członków wyprawy 
w kompasy...
   Rozłożyłem ręce.
   - A tutaj wokół są inne skarby. Proszę wybierać 
oczyma, a 
jeśli jest pan poważnie zainteresowany, może pan 
również 
rękoma. Moja specjalność to orakle. Mam tu ich od 
groma, 
nawet te unikatowe pierwsze modele.
   - Wiem, że miewa pan kłopoty z policją - bez 
uprzedzenia 
rzucił Chudzielec Dumoulins. - Ale w moim 
przypadku nie musi 
się pan obawiać. Mam status VVIP, a to więcej niż 
immunitet 
dyplomatyczny, jak panu dobrze wiadomo. Żaden 
policjant nie 

background image

ma prawa mnie rewidować. Ze mną nie będzie miał 
pan 
kłopotów.
   - Proszę pokazać - zażądałem.
   Znowu wygarnął rękaw i tym razem jego blok 
zabłysnął 
czerwienią.
   - Jak pan to zdobył - zauważyłem. Nie było to 
pytanie, 
tylko wyraz podziwu. Od razu zawstydziłem się, że 
nie 
trzymałem języka za zębami. By ukryć zakłopotanie,
odwróciłem się i zawołałem Dziadka, żeby wylazł. 
Wiedziałem, 
że Dziadek cały czas nadstawia ucha i słyszał 
wszystko, o 
czym mówimy.
   Chudzielec Dumoulins nawet nie ruszył brwią, 
kiedy 
zobaczył Dziadka, i za to w duchu w moim białym 
notesiku 
wstawiłem mu plus. Dziadek nie prezentował się 
najlepiej. 
Pierwsza generacja protezowców była nieźle 
sfuszerowana. W 
połowie wieku było już lepiej i protetycznego 
cyborga na 
pierwszy rzut oka nie można było odróżnić od 
człowieka. Ale 

background image

Dziadka Wścibiacza wypadek spotkał chyba koło 
czterdziestego 
piątego. Lekarze złożyli go do kupy, lecz w połowie 
zniszczyli mu mózg, a powłokę fizyczną też nieźle 
pokiereszowali. Wyglądał jak monstrum 
Frankensteina, zresztą 
czasami występował w iluzynowych horrorach jako 
główny 
potwór.
   - Chyba mamy tu gdzieś jedną tysiąc czterysta 
pięćdziesiątkę, pamiętasz?
   - Hu - przytaknął Dziadek Wścibiacz i odkuśtykał 
tam, 
skąd przyszedł. Ja tymczasem zwróciłem się do 
Chudzielca.
   - Kiedyś mieliśmy jedną. Były wtedy w Arkadii 
zamieszki, 
ataki na fundziackich terrorystów... - machnąłem 
ręką. - 
Ach, jak ten czas leci.
   Dziadek przyczłapał z tą straszną spluwą.
   - Hu - powiedział. Był dzisiaj niezwykle gadatliwy.
   - Panie Dumoulins, nie oferuję jej panu. Tylko 
pokazuję,
bo myślę, że to jest tysiąc czterysta pięćdziesiątka.
   - Najpierw myślał pan, że to typ robota - 
przypomniał mi 
Chudzielec Dumoulins.
   - Mój wiek upoważnia mnie do zaników pamięci - 
powiedziałem uprzejmie.

background image

   Ale on już nie zwracał na mnie uwagi. Kiedy 
zobaczył tę 
nędzną spluwę, oczy wylazły mu na wierzch, a ręce 
zaczęły 
się trząść. To mnie uspokoiło. Tajniacy potrafili być 
przebiegli i gdyby chcieli, potrafiliby nawet 
przerobić blok 
osobisty. Nasłaliby na mnie tajniaka ze 
sfałszowanym blokiem 
i co bym począł? Ale tajniakom aż tak na mnie nie 
zależy. Ja 
jestem tylko małą rybą, praktycznie rybką. 
Chudzielec 
Dumoulins tymi roztrzęsionymi rękoma robił mi 
przed nosem 
przeciąg. Dziadek Wścibiacz obserwował, na wpół 
ukryty za 
moimi plecami. To był jego zwyczaj, nie lubił 
pokazywać się 
publicznie (chyba że mu za to płacili).
   - Hu - zauważył ostrzegawczo. Słuchawka 
przyczepiona za 
moim uchem rozgadała się.
   - Uważaj na niego - Dziadek miał na myśli 
Chudzielca. - 
Ma w rękawie jakiś metalowy przedmiot.
   - Dobra - odpowiedziałem. Oparłem się dłońmi o 
ladę tak, 
żeby sięgnąć palcem do sensoru psychiny 
wycelowanej na stałe 

background image

dokładnie w to miejsce, gdzie stał klient. To 
zabezpieczenie 
z czasów fundziackich zadym. Wtedy mieli je 
wszyscy kupcy, a 
kiedy fala przemocy opadła, wymontowali je. Ja nie.
   A gdyby do mojego sklepiku przyszedł Kat?
   - Mogę? - spytał Chudzielec.
   - Proszę bardzo. Nie jest nabita.
   Wziął broń do ręki. Nie robił tego po raz pierwszy. 
Umieścił ją na ramieniu ruchem strzelca 
wyborowego z tych 
złotych czasów, kiedy tu na Lunie dopiero wszystko 
się 
rozkręcało.
   - Ja ją panu tylko pokazuję - ostrzegłem go. - Nie 
oferuję. Nie jest na sprzedaż.
   - Brakuje mi do kolekcji - powiedział. - Zapłacę, ile
pan 
zażąda.
   Zajrzał mi w oczy i dodał:
   - Oczywiście, jeśli jest prawdziwa.
   - Wątpi pan w to?
   Dziadek znowu ostrzegawczo zahuczał i zaszeleścił 
mi za 
uchem, ale ja już jechałem na swojej desce 
surfingowej na 
grzbiecie fali gniewu. Że też nie dałem sobie po 
mordzie! To 
wchodzenie na deskę nigdy się dla mnie dobrze nie 
kończyło.

background image

   - Nie wiem. To jedyne, co mogę o tym powiedzieć. 
Jak pan 
wie, panie Nedomy, jestem naukowcem i 
przywykłem myśleć 
precyzyjnie.
   - To niech pan się przekona - zaproponowałem. - 
Mam tu 
potrzebne wyposażenie.
   Komplet antyk-kitu, mikroskop elektronowy, 
rentgen i 
wszystkie te manele stały w rogu.
   - Jeśli nie ma pan nic przeciw temu - powiedział 
uprzejmie - wolę polegać na własnym sprzęcie.
   Dziadek Wścibiacz obszedł mnie kiwając się z boku
na bok 
i położył na broni obie ręce: tę prawdziwą, pokrytą 
bliznami, i tę sztuczną, na której metalowe stawy 
prześwitywały przez dziury w plastykowej skórze. 
Tyle razy 
go namawiałem, żeby ją wymienił!
   Ale tutaj chodziło o utratę twarzy. Na tym jednak 
Dziadkowi nie zależało, ani w dosłownym, ani w 
przenośnym 
znaczeniu. Ale ja w wieku siedemdziesięciu lat byłem
jeszcze 
próżny jak paw. Odepchnąłem Dziadka łokciem i 
dosłownie 
wyrwałem mu broń z ręki.
   - Jak sobie łaskawy pan życzy.
   Chudzielec się przeistoczył.

background image

   Kiedy przyszedł, był słodki jak miód, szurał nóżką,
mówił łagodnie i grzeczniutko. A teraz? Kiedy 
zobaczył, że 
złapał mnie na haczyk, stwardniał, nabrał pewności i
jeszcze 
trochę urósł. O mało nie zrobił nam w suficie dziury 
głową.
   Wyciągnął z rękawu płaski przedmiot. Wtedy nie 
mogłem 
wiedzieć, co to jest. Wyglądało to jak flet albo jak 
kalkulator ze starych czasów. Naprawdę nie mogłem 
przeczuwać, że to antyk-kit najnowszej generacji. 
Prototyp, 
fasowali go naukowcy w wybranych instytutach 
historycznych.
   Przyłożył maszynkę do lufy i końcami szczupłych 
palców 
przejechał po jej czarnej powierzchni. Jakby z 
niezmiernej 
głębi (mimo że miało to grubość trzech centymetrów)
wynurzyły się chaotyczne wzory, które z wolna się 
przegrupowywały, tworzyły wykresy, liczby i litery, a
ja 
stałem za ladą, zapomniałem pogładzić palcem spust 
psychiny 
i tylko wytrzeszczałem oczy i czekałem, co z tego 
wyniknie.
   - Falsyfikat - oświadczył Chudzielec Dumoulins.
   - Pan zwariował - powiedziałem. - A gdyby nawet, 
co panu 

background image

do tego? Ja jej panu nie oferowałem. Nie jest na 
sprzedaż.
   - A te rzeczy - pokazał wystawę ręką uzbrojoną w 
ten 
parszywy aparacik - to nie są falsyfikaty?
   - Jak się na to spojrzy, panie Dumoulins. Jak się na
to 
spojrzy. W pewnym sensie są falsyfikatami, ale tak 
doskonałymi, że są niemal prawdziwe. Tam w kącie 
stoi antyk-
kit, niech pan wypróbuje.
   Tylko że pan Dumoulins nie był wczorajszy i zażył 
mnie 
takim asem atutowym, który przebił wszystkie karty,
jakie 
miałem w ręku: asem o nazwie antyk-kit najnowszej 
generacji. 
Która to może być? Piąta? Szósta? A czy to ważne?
   Otworzyły się drzwi i do sklepiku wpłynęła młoda 
piękność. Właściwie czemu nie miałbym powiedzieć 
całej 
prawdy?  Była przepiękna. Mulatka, nogi kończyły 
się w 
niebie, biodrami weszłaby do butelki, wpadłaby tam 
zupełnie, 
dopiero biust by ją zatrzymał, tak, tak, bo ten biust 
był 
prima sort!  
   Świeciła oczyma i uśmiechała się, chyba dlatego, że
kiedy 

background image

weszła, moja staromodność zaczęła pachnieć jak 
jakiś butik 
na głównej alei (są ich tam tysiące, największa 
koncentracja 
elegancji w Systemie Słonecznym).
   - Jak sprawy, kochanie? - spytała Chudzielca.
   - Źle - powiedział z najgłębszym smutkiem. - Ci 
panowie 
są oszustami.
   - Naprawdę? Wyglądają tak miło - zauważyła 
dziewczyna.
   Sądząc po jej uśmiechu, mój widok musiał ją 
bardzo 
radować. Chyba się zakochała, weźmie mnie za męża
i będzie 
miała ze mną dzidziusia.
   - Szanowny panie Dumoulins - powiedziałem, ale 
oczy same 
zezowały w stronę, gdzie stała piękność. - Proszę 
sobie 
darować te ostre słowa. Nie wiem, o co panu chodzi. 
Tę 
tysiąc czterysta pięćdziesiątkę mamy w sklepie już 
od 
dobrych dwudziestu lat, czyli jest to antyk sam w 
sobie. 
Jaką ją kupiłem, taką mam i na moim ekranie 
wyglądała na 
prawdziwą, może się pan przekonać, mikroskop 
elektronowy 

background image

stoi tam w kącie. Nie moja wina, że ten pański 
czarodziejski 
aparacik pokazał coś innego. Z pozostałym towarem 
jest tak 
samo. Ja kupuję i sprzedaję. Ludzie przynoszą mi 
oryginały, 
ale też falsyfikaty. Badam wszystko tym, co mam do 
dyspozycji. Kiedy sobie sprawię taki sprzęt, jaki pan 
był 
łaskaw wyciągnąć z rękawa, zaostrzę kryteria, 
antyków będzie 
mniej, ale za to będą droższe, czyli dla mnie jako dla 
kupca 
bilans wyjdzie na zero. I jeśli nawet sobie nie 
poprawię 
bytu, to na pewno nie stracę. Jasne?
   - Jawohl! - potwierdził Chudzielec. - Rozumiem i 
chciałbym wierzyć w to, co pan mówi.
   - A ma pan powody, żeby nie wierzyć?
   Oderwałem się już od czekoladowej piękności i 
przeniosłem 
spojrzenie na niego. Zaskrzypiało.
   - Słyszałem - powiedział Chudzielec - że za sklepem
ma 
pan warsztat i tam pan produkuje fałszywe antyki.
   - Niektóre antyki są uszkodzone i wymagają 
naprawy - 
powiedziałem, ale w ustach miałem sucho. Znowu się
zaczyna! 

background image

Niedługo sklep się zaniebieści od mundurów 
policyjnych.
   - Czy zdaje pan sobie sprawę, że mój aparat 
wiarygodnie 
udowodni, która część jest oryginalna, a która - jak 
pan 
mówi - naprawiona?
   - Hu! - odezwał się Dziadek Wścibiacz, a za uchem 
zadźwięczało:
   - Czemu się czepia akurat nas? Arkadia jest pełna 
fałszywych antyków. Kto myśli, że w 
dziewięćdziesiątym kupi 
u antykwariusza prawdziwy antyk, który ma ponad 
pięć lat, 
powinien trafić do czubków!
   - Czego pan ode mnie chce? - huknąłem na 
Chudzielca.
   Piękność, która do tej chwili tylko się uśmiechała, 
roześmiała się, a zabrzmiało to jak dzwoneczki 
loretańskie. 
Nie znacie ich, tych loretańskich dzwoneczków? 
Przyjdźcie 
kiedyś do mnie, puszczę je wam, mam świetne 
nagrania.
   - Wreszcie zaczęła się rozsądna rozmowa! - 
zawołała. - 
Gaspar jest tym, kogo nazywa się twardzielem. Żyje 

przekonaniu, że przed każdą rozmową trzeba powiać
grozą.

background image

   - Genevieve, przestań! - krzyknął, ale nie dała się 
zagłuszyć i ciągnęła:
   - Gdyby pozwolił mi rozmawiać z panem, 
moglibyśmy już 
podpisać kontrakt.
   - Jaki kontrakt? - zdziwiłem się.
   - Gaspar nie powiedział wam, że reprezentuje 
firmę Pan-
Universal Ilusin? Gaspar nie jest już tylko 
naukowcem i 
kolekcjonerem, jest panem reżyserem!
   Zrobiła minkę numer osiemnaście, wyrażającą 
całkowite 
zaskoczenie: oczy otwarte tak, że przez szparkę za 
nimi było 
widać przedni płat mózgu, kąciki ust lekko 
opuszczone i usta 
lekko otwarte, żeby masa perłowa zębów mogła 
robić blik, 
blik.
   Ja się nie musiałem przetwarzać: zaskoczenie na 
moim 
obliczu nie było udawane i wyglądałem chyba jak 
głupek.
   Pan-Universal Ilusin była firmą, która dostarczała 
do 
sieci iluzynów na Lunie, na Lagrangu, w Kole, na 
Pleśniawce 
i w koloniach Systemu największą liczbę filmów.

background image

   Spojrzałem na Dziadka Wścibiacza, ale on 
wyglądał jak 
zwykle, to znaczy jak monstrum Frankensteina.

2.  Czeskopolską udało się wybudować w 
rekordowym czasie 
jednego tygodnia na przepięknej pustyni, ale na 
odwrotnej 
stronie. Już wtedy na stronie widzialnej nie 
znaleźlibyście 
pustego miejsca więcej niż na rozłożoną chusteczkę 
do nosa.
   Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem dekoracje 
(lecieliśmy tu 
prywatnym gravem Chudzielca, on kierował, 
Genevieve 
siedziała obok mnie - a z tyłu kulił się Dziadek 
Wścibiacz, 
strasznie się bał, bez przerwy rzucał swoje "hu!" i 
gdybym 
nie wyłączył brzęczyka, który miałem za uchem, 
swoimi 
radami, uwagami i przestrogami chyba 
doprowadziłby mnie do 
szału; jeszcze nikt w życiu nie spotkał tak 
gadatliwego 
niemowy jak Dziadek Wścibiacz), serce we mnie 
zamarło i 
znowu przypomniałem sobie chwilę, kiedy stałem 
przed 

background image

kolegami, gwiazdy cicho się przypatrywały, a Kat 
pruł mi 
hermetyczną koszulkę.
   - Pierwsza klasa, prawda? - zwrócił się do mnie 
Chudzielec. - Mistrzowska robota. Dokładnie według
dokumentów.
   Wszystko zgadzało się z rzeczywistością - pokryte 
plastykiem ramiona ośmiornicy, na końcu macek 
wachlarzowato 
rozłożone kopalnie odkrywkowe, trochę z boku 
wysokie pagórki 
skał o zboczach tak stromych, że chyba za chwilę się 
obsuną. 
Nawet po tylu dziesiątkach lat spędzonych na żwirku
nie 
potrafiłem się do tego zjawiska przyzwyczaić.
   - Niech pan zwróci uwagę na grzejniki - powiedział
Chudzielec. - Ale iluzja!
   Lecz pan architekt trochę przesadził, grzejniki 
wyglądały 
na przegrzane, o czym nie omieszkałem 
Dumoulinsowi donieść. 
Na czole wyskoczyły mu zmarszczki zmartwienia.
   - Natychmiast zlecę poprawki - powiedział. - Iluzja 
musi 
być doskonała. W dziejach iluzynu jeszcze nie 
powstał tak 
historycznie wierny spacern jak "Trzech 
wspaniałych".

background image

   Tak nazywał się nasz spacern. Jednym odważnym 
miałem być 
ja, a Pan-Universal wynajął jeszcze dwóch frajerów, 
którzy 
wyglądali jak weterani i może coś pamiętali.
   Ale głównym źródłem emocji byłem ja, tak stało w 
kontrakcie.
   Historyczna dokładność, to było centralne hasło, 
wokół 
którego kręciły się wszystkie przygotowania jak 
wokół dobrze 
nasmarowanego wału. Chudzielec przetrząsnął 
wszystkie 
archiwa, żeby się dowiedzieć, jaki kształt miały łyżki 

stołówce, czy kołdra była rdzawobrązowa, czy 
brązowordzawa i 
czy drążek zgarniarki był na prawą czy na lewą 
rękę.
   - To będzie dokładna rekonstrukcja pańskiej 
osobistej 
historii - tak powiedział Chudzielec już podczas 
pierwszego 
spotkania w antykwariacie.
   Dokładna rekonstrukcja...
   - Oczywiście z małymi poprawkami - dodała 
Genevieve. - 
Przecież to będzie spacern dla milionów widzów.
   Chudzielec postanowił, że podczas przygotowania 
scenariusza będzie ze mną ściśle współpracował.

background image

   - Jest pan jednym z niewielu prawdziwych 
weteranów tutaj 
na Lunie. Każde pańskie wspomnienie ma wartość 
góry kobaltu. 
Proszę opowiadać, proszę!
   - Tak, tak! - klaskała w rączki Genevieve. - Proszę, 
niech pan opowiada!
   W skrócie opowiedziałem więc mniej więcej to, co 
już wam 
wyłożyłem: o paragrafie sześć i o tym, jak 
kierownictwo 
Czeskopolskiej chciało wykiwać cały turnus 
górników, jak 
Brunza się nie dał i jak ja, gołowąs durny, a więc i 
pochopny, chciałem wyrwać się z szychty na własną 
rękę, żeby 
się dostać na Jedynkę, gdzie obowiązuje prawo 
pieniądza i na 
nic innego nie zwraca się uwagi, i jak się to wszystko 
odbyło. Nie ominąłem niczego: ani Kata, ani moich 
dwóch 
udanych kolegów, jednego fundziaka, a drugiego 
policjanta.
   - Nie powinieneś opowiadać im wszystkiego - 
szeleścił mi 
Dziadek Wścibiacz za uchem, ale ja się nie obijałem i
waliłem w nich jak katarynka. Nie żałowałem 
papryki i 
pieprzu, tym bardziej że widziałem, jak im ta moja 
opowieść 

background image

smakuje.
   Genevieve straciła pewność siebie i zerkała na 
kochasia. 
Ten starał się niczego po sobie nie okazywać i nawet 
nie 
mógł być zaskoczony moim opowiadaniem. Jako 
historyk musiał 
znać fakty i wiedział, jak przed wiekiem miały się 
sprawy na 
Lunie.
   - To niesamowicie interesujące, panie Nedomy - 
powiedział, kiedy wreszcie skończyłem. - Nie-sa-mo-
wi-cie. 
Nagrałem pańskie opowiadanie, jeśli oczywiście pan 
nie ma 
nic przeciwko temu. To bezcenny dokument 
historyczny.
   - Ależ pieseczku... - odezwała się Genevieve.
   - Ale nie możemy zapominać, że kręcimy spacern. 
Spacern, 
panie Nedomy.
   - Spacerny kręci się już od trzydziestu lat, o ile mi
wiadomo. Jeden chłam większy od drugiego. Co mi 
do tego, że 
chcecie nakręcić pierwszy, którym chłamem nie 
będzie.
   - Oczywiście, to mój cel! Takie zadanie dostałem od
samego pana Kriegsmanna, generalnego dyrektora 
Pan-
Universal!

background image

   - O co więc panu chodzi?
   - Musimy przestrzegać reguł gatunku. I liczyć się z 
mentalnością widza. Na nasze wspólne dzieło czekają
miliardy. I wszyscy ci ludzie mają, jakby to 
powiedzieć, 
pewne mentalne wyposażenie, które musimy 
respektować.
   - To idioci - zauważyłem.
   - Nie lekceważmy inteligencji przeciętnego widza - 
powiedział miękko Chudzielec. - Jest wysoka. Ale 
poziom 
wiedzy jest ograniczony. Dzisiejszy widz nie rozumie 
niektórych faktów historycznych. Na przykład 
paragraf sześć: 
jak wyjaśnić widzom prawo regulujące długość 
pobytu na 
Lunie? Dzisiaj wszyscy pchają się na Księżyc, 
przeprowadzają 
się tu całe miasta, całe wielkie rejony, któż by nie 
marzył 
o długowieczności, co? Myśli pan, że widz potrafiłby 
się 
utożsamić z bohaterem, który ryzykuje życie tylko 
po to, 
żeby wrócić na Ziemię? Taka myśl wyda mu się 
śmieszna.
   - Nie byłem żadnym bohaterem - zaprotestowałem. 
- Byłem 
zwykłym górnikiem, którego zrobili w konia, a który
nie 

background image

chciał się dać. Wybrałem złą drogę, to prawda, ale 
też 
skisnąłem na Lunie, kiedy wszyscy spokojnie wrócili 
na 
Ziemię.
   - Wrócili do wojen fundamentalistycznych, na 
spotkanie 
epidemii Super-AIDS. Panie Nedomy, ilu ich jeszcze 
żyje?
   - Chyba niewielu, jak słyszałem - wzruszyłem 
ramionami.
   - Panie Nedomy, niech pan się pogodzi z tym, że w 
tym 
spacernie będzie pan bohaterem. Bez bohatera 
spacern nie 
może istnieć, proszę to zrozumieć!
   - Rozumiem, panie Dumoulins. Ale myślałem, że 
wam chodzi 
o prawdę historyczną.
   - W ramach reguł klasycznego spacernu.
   - Będzie pan rozsądny, prawda? - powiedziała 
Genevieve.
   - Hu - odezwał się Dziadek Wścibiacz. A za uchem 
mi 
zabrzęczało:
   - To wariaci. Przestań z nimi gadać. Mogą nas 
chyba 
przydusić za te fałszywe antyki, ale z tego się 
wykręcimy, 

background image

jak zwykle. Nikt nie udowodni premedytacji, a 
zresztą w 
magazynie mamy też oryginały. Powiedz im, że nie 
jesteś 
zainteresowany. 
   - Ale ja jestem zainteresowany - powiedziałem 
Dziadkowi. 
Nie tylko nakręceniem spacernu. Ta Genevieve 
bardzo, ale to 
bardzo mi się podobała.
   - Proszę? - spytał Chudzielec, który sądził, że moje 
słowa były skierowane do niego.
   - Niech pan wreszcie wydusi, czego pan chce - 
zażądałem.
   To, co wyłożył na ławę, było szkieletem 
tuzinkowego 
spacernu, jakie na głównej alei grają bez przerwy 
setki 
iluzynów. Dramatyczne spotkanie szlachetnego 
zdrowego 
Bohatera i Biedaka, który nie dba o przepisy higieny,
nie 
przestrzega postów, odmawia stania na głowie, nie 
chce 
medytować i pije alkohol. Zły przykład pociągnie 
kilku 
innych. Wybucha epidemia. Wszystkie leki przestają 
działać 
(bliżej nie sprecyzowane), a Bohater tudzież dwóch 

background image

drugoplanowych bohaterów wędrują do najbliższego
(cholernie 
oddalonego) szpitala po pomoc. Widz będzie się 
dusić z 
napięcia, aż wpadnie na to, że jeden z 
drugoplanowych jest 
zarażony, a kiedy główny Bohater po raz pierwszy 
kichnie, 
słabsze charaktery zaczną mdleć, że to, Jezus, Maria,
na 
niego też lezie! A on ciągle idzie i idzie, drugi 
drugoplanowy gdzieś spadnie i następuje koszmarny 
dylemat: 
wyciągnąć go kichając czy iść dalej do tego 
najbliższego 
odległego szpitala i wezwać pomoc do setek 
umierających. 
Straszne podejmowanie decyzji, w tej chwili połowa 
publiczności już będzie zemdlona. No i Bohater 
zadecyduje 
prawidłowo i znowu idzie i idzie, aż dochodzi, i 
sanitarne 
żyro nabite lekarzami i lekami ląduje w samą porę i 
ratuje 
wszystkich. Tylko ten ostatni Biedak, który jest 
wszystkiemu 
winien, umiera na śmierć i szepce: "Że też ja 
nikczemny 
piłem, że też ja heretyk nie chciałem medytować, nie 

background image

koncentrując wzroku wewnętrznego, że też 
kochałem tłustą 
wieprzowinę i ciągle ją żarłem". I na tym koniec, 
przeżywszy 
katharsis widzowie idą do domu stać na głowie, 
oczyszczać 
się wzrokiem wewnętrznym i przestrzegać przepisów
higieny.
   - Bardzo ładnie, naprawdę - pochwaliłem dzieło 
Chudzielca. - A ja mam być tym Bohaterem?
   - Pan nim jest - uroczyście powiedział Chudzielec.
   Żebyśmy się rozumieli: w tym iluzynie miała 
występować 
moja wewnętrzna psyche. Wygląd fizyczny temu 
Bohaterowi miał 
dostarczyć jakiś przystojniak, który od ciągłego 
stania na 
głowie miał na makówce małe przydeptanie, 
doskonały przykład 
Zdrowego Człowieka Naszych Czasów.
   Dziadek Wścibiacz jeszcze kilkakrotnie próbował 
mnie 
złamać, kiedy byliśmy sami.
   - Przecież nie może cię interesować taki chłam - 
nalegał.
   - To dno - przyznałem - ale proponują okrągłą 
sumkę, nie 
sądzisz? Nie musielibyśmy odwalać chałtury w 
warsztacie, 

background image

produkować podróbek zbieraczy minerałów 
Pierwszej Ekspedycji 
Lunarnej i podobnych głupstw, ciągle bojąc się, że 
ktoś na 
to wpadnie. Moglibyśmy zacząć handlować 
prawdziwymi 
antykami, na które dotąd nie mieliśmy forsy.
   - Prawdziwy antyk to taki - zabzyczał Dziadek - w 
którym 
nie odkryje się oszustwa.
   - Ta nowa maszynka wykryje oszustwo w każdym 
antyku - 
zaoponowałem. - Do tej pory antyk-kit mógł wykryć 
tylko 
sposób produkcji danego przedmiotu. Nowy 
odkrywa też sposób 
produkcji przedmiotu produkującego.
   - No Boże - brzęknął Dziadek - wyprodukujemy 
sobie nowe 
urządzenia starymi metodami i pojedziemy tak 
samo, jak do tej 
pory.
   - Dopóki nie przyjdzie ktoś z antyk-kitem jeszcze 
nowszej 
generacji.
   - No i co z tego? Zawsze można znaleźć jakieś 
rozwiązanie.
   - Ale ja mam dość tego ciągłego ukrywania.
   Monstrum Frankensteina wbiło we mnie wzrok i 
dopiero po 

background image

dłuższej chwili zabrzęczało mi w uchu:
   - To wolisz robić z siebie barana?
   - Za taką kopę reali zrobię z siebie barana do 
potęgi.
   Jak sami widzicie, faktycznie byłem baranem.
   Zdjęcia zaczęły się tydzień po przyjeździe do 
dekoracji 
Czeskopolskiej. Tam poznałem kierownictwo 
produkcji 
(szczerze pogratulowałem architektowi wnętrz, cały 
pojaśniał, a potem ze wzruszeniem mi opowiadał, że 
na pracę 
scenografa w iluzynie nikt nie zwraca uwagi, że to 
taka 
anonimowa niedoceniana harówa i że mi bardzo 
dziękuje i że 
bardzo sobie ceni moje zdanie). Aktorzy, których 
wybrano 
tylko dla wyglądu, trzymali się na uboczu. Zresztą 
aktorzy 
to nie jest odpowiednie słowo. Ciągle jestem ze starej
szkoły, stale mam w pamięci tri-di filmy. Teraz te 
figurki 
nazywano stantami, ponieważ prawdziwymi 
aktorami, którzy 
byli popularni wśród widzów, byli ci, którzy robili 
emocje. 
W tym przypadku będziemy nimi ja i gdzieś z tyłu ci 
pozostali.

background image

   - Mamy najnowsze odbiorniki emocyjne - chwalił 
się 
Chudzielec. - Szósta generacja. Dotąd niespotykana 
iluzja 
przeżycia.
   Normalne iluzynowe spacerny nakręcano tak, że 
najpierw 
robiono zdjęcia wszystkich scen ze stantami - w 
plenerze i 
atelier. A potem następowała ta wielka chwila, kiedy 
my, 
Wielcy Aktorzy, siadaliśmy w studio, wsadzali nam 
na makówki 
te wszystkie przyssawki czujników, a my mieliśmy 
włączyć 
swoje Wielkie Emocje.
   Chudzielec Dumoulins udzielał ostatnich 
instrukcji:
   - Zaczynamy od tej sceny, kiedy po raz pierwszy 
dowiaduje 
się pan o epidemii rozprzestrzeniającej się na 
Czeskopolskiej. W piersiach czuje pan narastający 
gniew 
wobec człowieka, który zaniedbał elementarnych 
zasad 
moralnych i zdrowotnych zagrażając życiu 
towarzyszy 
nieodpowiedzialnym zachowaniem, a zarazem rośnie
w panu 
decyzja, by stawić czoło epidemii i pokonać ją.

background image

   - Nie wiem, panie Dumoulins - powiedziałem - czy 
potrafię 
czuć to naraz. We mnie by rósł albo gniew, albo ta 
decyzja, 
ponieważ boję się, że jedno rośnięcie coś uszczknie z 
tego 
drugiego.
   Zapomniałem, że pan reżyser jest na planie 
pierwszym po 
Bogu, a reżyserem tego superwspaniałego spacernu 
był 
Chudzielec.
   - Powiedziałem gniew plus decyzja! Zapis, 
jedziemy, 
akcja!
   Wczułem się w to rośnięcie i rosłem, rosłem, 
wydawało mi 
się, że idzie mi zupełnie nieźle, ale nagle - stop.
   - Co się stało? - spytałem.
   - To nie jest ani gniew ani determinacja. 
Człowieku, pan 
śpi!
   Był wściekły i czułem, że zaczyna we mnie narastać
fala 
gniewu wobec niego oraz fala determinacji, by 
pieprznąć tym 
i wrócić do Arkadii do sklepiku z antykami, z 
których część 
na pewno była prawdziwa jeśli nie w dziesięciu, to 
przynajmniej w pięciu procentach.

background image

   - Dobra! - krzyknął z tyłu ten człowiek z zapisu. - 
Już 
się czuje!
   Ty chudzielczy draniu, czułem w duchu, poczekaj, 
kiedy 
się to skończy...
   - Stop! Nie może pan kierować gniewu przeciw 
konkretnej 
osobie. To musi być gniew nieukierunkowany. Niech 
pan nie 
zapomina, że czujniki mają bardzo precyzyjne 
właściwości 
rozdzielcze. Ale intensywność była dobra. Gotowy? 
Czujemy? 
Zapis, jedziemy, akcja!
   Czułem i czułem, aż w uszach zaczęło mi się kleić i 
dzwonić. To znów odezwał się Dziadek.
   - To bzdura, Kuba, skończ z tym! Gdybyś widział, 
jak 
wyglądasz, pękłbyś ze śmiechu, przecież oni zrobili z 
ciebie 
kompletnego błazna!
   - Stop! Co się tam odzywa? - przeklinał Chudzielec
Dumoulins.
   Dziadek Wścibiacz wyglądał zupełnie niewinnie, 
ale 
zapomniał, że w studio jest pełno techników, 
prawdziwych 
specjalistów, a oni bardzo łatwo odkryją winnego.

background image

   Wyrzucili go ku zadowoleniu reżysera. To mnie 
wkurzyło, 
bo od tej chwili czucie szło mi o wiele lepiej niż 
przedtem, 
jednak tylko do momentu, kiedy Dziadek odezwał się
znowu, 
ponieważ jego łącznik miał zasięg trzech kilometrów.
   - Ten pański kolega musi wyjechać - oświadczył 
reżyser 
Chudzielec Dumoulins pod koniec drugiego dnia 
nagrań. Do tej 
chwili z wielkim mozołem udało nam się nakręcić 
chyba tylko 
pięć sekwencji, a z tą szóstą, nadzwyczaj głupią 
(Bohater 
namawia dwóch drugoplanowych bohaterów do 
Wielkiej Wędrówki, 
by Ocalić Chorych Towarzyszy) nie mogliśmy ruszyć
z miejsca, 
bo Dziadek ciągle przeszkadzał uszczypliwymi 
uwagami.
   - Mam w kontrakcie, że Dziadek bierze udział w 
realizacji 
tego waszego wspaniałego spacernu - zwróciłem 
uwagę 
Chudzielcowi. Ale on miał pod ręką pół tuzina 
prawników, 
którzy uzupełniali jego mądrość.
   - Chcemy dotrzymać warunków umowy - 
powiedział. - Ale 

background image

umowa nie specyfikuje, gdzie pański przyjaciel 
będzie brał 
udział w realizacji dzieła.
   - No chyba tutaj, ze mną - powiedziałem naiwnie. 
Chudzielec się uśmiechnął.
   - Pańskie subiektywne rozumienie umowy - ciągnął
- nie 
jest zawarte w pisemnym porozumieniu. Pański 
przyjaciel 
weźmie udział w realizacji jako doradca przy 
naszym zespole 
w Arkadii.
   Nie mogłem nic zrobić, zwłaszcza dlatego, że w 
umowie, 
jak się okazało, zawarty był akapit o niewielkich 
rozmiarach, ale dużej doniosłości. Dotyczył praw 
Pan-
Universalu do wystąpienia przeciwko mnie z 
roszczeniem w 
przypadku, gdybym aktem złej woli czy 
niekooperatywności 
spowodował straty materialne.
   Dziadka odwieźli, a ja zostałem sam wśród 
dekoracji, o 
ile oczywiście nie liczyć tych setek ludzi z obsługi i
techniki. Z niektórymi nawet się zaprzyjaźniłem.
   Nakręciliśmy wszystko i Chudzielec był bardzo 
zadowolony, 
zaś jego przyjaciółka Genevieve nagradzała mnie 
uśmiechami - 

background image

szkoda, że nie mogłem powiesić tych uśmiechów w 
klapie jak 
baretek, bardzo ładnie by tam wyglądały. Podobała 
mi się 
coraz bardziej i zaczynałem się bać, że Su zauważy 
to, kiedy 
się znowu zobaczymy. A co z Genevieve?
   Podczas przerw chętnie ze mną rozmawiała i 
słuchała moich 
opowieści, a ja oczywiście czułem się jak w siódmym 
niebie. 
Zadawała mi głupiutkie pytania, na przykład kim 
byli ci 
fundziacy i czemu wszyscy tyle mówili o tej, jak to 
się 
nazywało, bombie atomowej, skoro przecież 
epidemia Super-
AIDS była o wiele gorsza. Ja jej wyjaśniałem, że 
najgorsze 
jest zawsze to, co jest teraz, i że taka już natura 
człowieka, że dla sekundy radości w teraźniejszości 
odda 
godzinę kłopotów w przyszłości, że robią tak nie 
tylko 
jednostki, lecz - co jest o wiele gorsze - całe 
społeczeństwa i że w ogóle najgorszy jest los 
proroków, 
którzy wykrzykują niewiarygodne prawdy i 
ostrzegają ludzi, 

background image

że tańczą na skraju kruchej przepaści, ponieważ 
wprawdzie 
kiedyś wystawi im się pomnik, ale dopiero po 
śmierci, a 
pomnik postawią ci, którzy ich uśmiercili.
   Nakręcanie nawet mi się podobało, jednak 
najbardziej mnie 
podniecała wizja chwili (która się nieubłaganie 
zbliżała), 
kiedy z siedziby Pan-Universalu przyjedzie pan 
Kriegsmann, 
żeby mi osobiście podziękować za nieocenione usługi,
a potem 
przekaże plastykową płytkę, która wyraża wartość 
ośmiuset 
reali. Dziadku, tym razem nie miałeś racji, mówiłem 
sobie 
przed snem, to było tego warte, osiemset reali, taka 
suma! 
Zobaczysz, zaczniemy nowe życie!
   Nagrywanie się skończyło i z Dumoulinsem i jego 
pięknością wróciłem do Arkadii. Zespół techniczny i 
stanci 
zostali na razie w dekoracjach i czekali, kiedy pan 
Kriegsmann - po obejrzeniu gotowego dzieła - 
przyśle swoje 
OK.
   Nastąpił ten długo oczekiwany dzień.
   Pan-Universal miał swoje biura na głównej alei, 
urządzono 

background image

je z monarchistycznym przepychem, jak to określił 
Chudzielec 
Dumoulins. Wszędzie prawdziwy plastyk i emulsja i 
temu 
podobne szlachetne materiały. Nie można powiedzieć
- było na 
co popatrzeć.
   Pan Kriegsmann również wyglądał imponująco, 
kiedy wszedł 
w towarzystwie jednego żywego i dwóch robotów-
sekretarzy, 
wyprostowany, przypięty do stojącego kołnierzyka, 
w ciemnym 
garniturze wbitym na atletyczne ciało.
   Wpadł ze swoją świtą bez uprzedzenia. Zaskoczył 
nas i 
chociaż spodziewaliśmy się jego przyjścia, nie 
podejrzewaliśmy, że wpadnie tu jak klęska 
żywiołowa.
   Wstaliśmy trochę zakłopotani, jak gdyby przyłapał
nas na 
czymś nieprzyzwoitym, na przykład na spożywaniu 
niehigienicznego pożywienia.
   - Witam pana, panie dyrektorze generalny - 
wykrzyknął 
Chudzielec radośnie unosząc ręce. - Jakie szczęście...
   - Jakie szczęście? Nieszczęście! Katastrofa! 
Przeklinam 
dzień, w którym pozwoliłem sobie wysłuchać 
pańskiej 

background image

paplaniny! I przy tym widzowie mają mdleć? Panie 
Dumoulins, 
ręczę za to, że podczas oglądania "Trzech 
wspaniałych" nawet 
dojrzewająca histeryczka nie dostanie wypieków.
   - Niech pan słucha, panie... - powiedziałem, ale 
generalny wściekle na mnie spojrzał i warknął:
   - Pan niech milczy. W tych pańskich emocjach był 
szum i 
myśmy go rozszyfrowali: forsa, forsa, forsa. To panu 
chodziło po głowie?
   - Ale on jest naprawdę autentycznym pionierem!
   - Dobrze o tym wiem, Dumoulins! - grzmiał 
generalny. - On 
jest autentycznym pionierem i nie jego za to winię. 
To pan 
nie potrafił wyciągnąć z niego tych autentycznych 
emocji 
pioniera!
   - Sekundę - powiedziałem i w tej chwili moje 
emocje były 
tak autentyczne, że gdyby chcieli je odbierać, chyba 
rozwaliłaby się im maszyna. - Pan Dumoulins jest 
czysty jak 
lilia. Kto go zmusił, żeby wypaczać rzeczywistość, 
żeby 
zmienić wszystkie fakty? Dekoracja jest w porządku,
krajobraz również, tylko ta historia jest wyssana z 
palca i 

background image

z prawdą nie ma nic wspólnego. To chłam, szanowny 
panie 
dyrektorze! A ponieważ Pan-Universal 
najprawdopodobniej 
nakręca tylko chłamy, ja, panie dyrektorze, żegnam 
się. Było 
mi bardzo miło, panie dyrektorze.
   - A gdzie pan chce iść? - spytał.
   - Do domu, jeśli pan chce wiedzieć.
   - Myli się pan. Idzie pan prosto do sądu. Ponieważ 
ja 
pana zaskarżę. Praca przy spacernie "Trzech 
wspaniałych" 
jeszcze nie skończona. Dopiero się zaczyna. To, co do 
tej 
pory nakręciliśmy, uważamy, powiedzmy, za zdjęcia 
próbne. 
Teraz bierzemy się do prawdziwej roboty. Jeszcze nie
pokazał 
pan tego, co przy najlepszej woli mógłbym nazwać 
autentyczną 
emocją. Reżyser Dumoulins jest chyba dobrym 
historykiem, 
ale, niestety, kiepskim reżyserem. Ale ja jestem 
znany z 
tego, że z każdego potrafię wydusić maksimum. 
Zmuszę kalekę 
do skakania, jeśli pan mnie rozumie. Ja przycisnę 
pana 

background image

Dumoulins, a on przyciśnie pana. Szanowny panie - 
podszedł 
do mnie i stuknął mnie palcem w piersi. Innego 
mężczyznę bym 
pozbawił tego palca, ale spojrzenie Kriegsmanna 
mnie 
dosłownie zamroziło. - Szanowny panie, w panu jest 
wystarczająco dużo emocji. Powtarzam, 
dotychczasowe 
niepowodzenie to nie pańska wina - zwrócił się do 
Dumoulinsa 
- mało pana przydusili. Teraz pana przyduszą 
porządnie, o to 
już ja się postaram.

3.  W "Błękitnej Lagunie" było pełno, jakby tam z 
tyłu na 
korytarzu przed toaletami miał halę odpraw 
Arkadia-Terminal, 
tak że wszyscy turyści byli zmuszeni ciągnąć akurat 
tędy. Su 
kręciła się za barem, tu i ówdzie wydawała jakieś 
polecenia, 
a między ludźmi krzątali się faceci ubrani w 
jaskrawożółte 
mundurki i starali się jak mogli stworzyć iluzję 
niefałszowanej chińskiej uprzejmości i gościnności. 
Zauważyła mnie, kiedy tylko wszedłem, to fakt, 
przed panią 
Su nie ukryje się nikt i nigdzie, i chociaż swoimi 

background image

laserowymi oczyma obserwowała mnie chyba tylko 
setną 
sekundy, przeczytała mnie do ostatniego skrętu 
DNA, który 
mam w małym palcu lewej nogi i zacząłem żałować, 
że nie 
zostałem w domu, żeby słuchać brzęczenia Dziadka 
Wścibiacza. 
Ten dziadowski dziadek porządnie grał mi na 
nerwach, ale o 
czym tu gadać. Jeśli chodzi o granie na nerwach, 
nawet 
superman czy android nie osiągnie przeciętnego 
wyniku 
przeciętnej kobiety, a pani Su przewyższała 
przeciętną 
kobietę pod każdym względem, w dyscyplinach dla 
mnie 
przyjemnych i nieprzyjemnych, czyli w czułości i 
tym 
odwrotnym.
   Przedarłem się do baru, mimochodem przywitałem
się z nią 
bransoletą, ale ona tylko skinęła głową. Wpadka, 
wpadka, 
prawdopodobnie o wszystkim wie. Ale jak mogła się 
dowiedzieć?
   - Człowieku, nie pchaj się - upomniała mnie 
turystka, 

background image

pochodziła pewno z Europy albo Ameryki Północnej 
czy skądś 
tam, zapakowana w hermaki, kompletne, włącznie z 
pełnym 
hełmem.
   - Może pani zdjąć kapelusik - przychylnie 
powiedziałem. - 
Tutaj nie grozi dehermetyzacja. 
   - Nie dla mnie takie bajki - odpowiedziała. Miała 
drogie 
hermaki i pierwszorzędny hełm. Doskonale przylegał
do twarzy 
i mimo że chyba właścicielce pochlebiał, nie mógł 
sfałszować 
rzeczywistości na tyle, żeby nie było widać, że pod 
maską 
skrywa się twarz bardzo pięknej kobiety. - Pan 
chyba też 
jest na Lunie jednym z tych zielonych, którzy ledwo 
zdążyli 
ochłonąć, a już niedoceniają niebezpieczeństwa.
   - Chłonę tu - odpowiedziałem - już od jakiegoś 
czasu.
   Uważała mnie za turystę, no tak, mój wzrost 
zawsze 
zdradzi, że urodziłem się na górze. Do śmierci nie da 
mi to 
spokoju.
   Pani Su była na mnie nieźle wkurzona, ale nie 
postawiła 

background image

na mnie krzyżyka. Kiedy zobaczyła, że nawiązałem 
interesującą rozmowę z tajemniczą cudzoziemką, 
przykolegowała się do nas i najbardziej oficjalnym z 
możliwych tonów spytała mnie, co zamawiam.
   - Wódkę martini on the rocks proszę - odparłem. 
Pani Su 
miała doskonały towar, martini importowała nawet z
góry, a 
lód był zawsze starannie ogrzany do minus sześciu.
   - Straszna obsługa - zauważyła turystka. - Widział 
pan te 
okropnie ubrane androidy? A jednak to prowincja. 
Brakuje tu 
stylu.
   - Pani Su jest najlepszą barmanką w Arkadii - 
powiedziałem zupełnie cicho i w ogóle mi nie zależało
na 
tym, czy Su słyszy, co mówię, chociaż wiedziałem, że 
słyszy. 
- "Błękitna Laguna" to najlepsza knajpa w Arkadii, 
a Arkadia 
jest najlepszym habitatem na Lunie. Jeśli chodzi o 
Lunę i 
jej styl, docenia go każdy i dlatego spadają tu nam 
na dół 
zastępy takich ziemniaków jak pani, madame.
   - Coś nie w porządku? - szybciutko zjawiła się pani
Su.
   - Coś takiego - cudzoziemkę zatkało z zaskoczenia. 
- Jak 

background image

pan ze mną rozmawia?
   - Proszę nie zwracać na niego uwagi - uśmiechnęła 
się 
pani Su. - Myśli, że arogancja należy do 
największych zalet 
weteranów kolonizacji.
   - Rocznik dwudziesty trzeci, za pozwoleniem - 
powiedziałem.
   Turystka się odwróciła, rozejrzała po sali, a potem 
gdzieś w kącie odkryła grupkę pięciu 
rozszczebiotanych 
kobiet, które zaszły już tak daleko, że odłożyły maski

ostro pociągały. Zaczęła na nie wściekle machać i 
gestykulować, co miało oznaczać: chodźcie tutaj, 
odkryłam 
prawdziwy skarb, chłopa, prawdziwego żwirka! 
Będzie 
opowiadać, no chodźcie!
   Gniew pani Su nie osiągnął takiego punktu, by 
zostawiać 
mnie na łasce sześciu turystek. Skinęła rączką, 
syknęła na 
androida ubranego w chałat mandaryna, żeby ją 
zastąpił i 
dała mi znak, że mogę się ukryć w świątyni jej 
kantorka. 
Zniknąłem za zasłonami z koralików w ostatniej 
chwili. 

background image

Turystka nawiązała kontakt i dwie z pięciu jej 
koleżanek już 
odkleiły swoje energiczne tyłeczki od taboretów.
   - Dzięki, Su - powiedziałem.
   Miała na sobie obcisłą suknię z połyskującego 
brokatu 
ozdobioną złotymi smokami, na lewym boku rozciętą
aż do tych 
partii, gdzie androidy miewają przekładnie stawowe.
Zapięta 
była po samą szyję, ale od złotej spinki na górze aż 
do 
dołka między piersiami spływał jej dekolt w kształcie
łzy.
   - Welcome home, sailor - powiedziała pani Su. 
Urodziła 
się w Hongkongu (to na górze na Pleśniawce, jeśli nie
wiecie), a kiedy - to jedna z najlepiej strzeżonych 
tajemnic 
Układu Słonecznego.
   - To było takie... - wzruszyłem ramionami - 
zdarzenie.
   - Przyjemne?
   - Trochę.
   - Dzięki za szczerość. Nigdy nie życzyłam sobie, 
żebyś 
był świętoszkiem, ale nie byłoby mile widziane, 
gdybyś się 
przeze mnie zaczął zachowywać jak skończony łotr.
   Uważnie mnie sobie obejrzała.

background image

   - Ponoć nie skończyło się dobrze.
   - Fiasko. Przyleciał sam wielki szef Kriegsmann. Aż
dziw, 
że nie zostawił po sobie krateru. Krater 
Kriegsmanna, to 
nieźle brzmi.
   - No i co?
   - Obstaje przy dotrzymaniu umowy. Ta zabawa 
kosztowała 
już taką górkę reali - pokazałem dość wysoko od 
podłogi. - 
Trochę to Kriegsmanna wyprowadziło z równowagi.
   - Potrafię go zrozumieć - powiedziała Su. - Ale to 
jeszcze nie powód, żebyś się szlajał z kochanką pana 
reżysera w hotelu Splendid.
   Wiedziała wszystko. Cała pani Su.
   - Przecież mówię, że to było takie zdarzenie.
   Szkoda, że z zakłopotania nie można wydestylować
samogonu. Pani Su miałaby co serwować przez cały 
rok.
   - Czyli jesteś ofiarą, prawda?
   - Bezbronną - wzruszyłem ramionami.
   - Na co cię wzięła?
   - Wzięła? Wybacz... - chciałem się bronić. - 
Przecież to 
ja oczarowałem Genevieve swoim wdziękiem, nie 
mogła się 
oprzeć zalotom tak doświadczonego...
   - Nie gadaj bzdur - powiedziała Su trochę 
rozdrażniona. - 

background image

Na coś musiała cię wziąć.
   Intensywnie mnie obserwowała, jej laserowe oczy 
grzebały 
teraz w strukturze atomów mojego ciała.
   - Wzięła cię... na zainteresowanie. Tak, była w tym 
ciekawość.
   - O czym ty mówisz?
   - Otworzyłeś się przed nią jak książka - mówiła 
tonem 
człowieka, który jest pewny swoich racji. - Chciała 
wiedzieć 
wszystko o tych romantycznych czasach. Płonęła z 
chęci 
poznania prawdy. Pozwoliła staremu pionierowi 
otworzyć przed 
sobą serce. To czyste i szlachetne serce prostego, ale 
tak 
twardego charakteru.
   - Pleciesz nonsensy. Rozmawialiśmy o wszystkim. 
Opowiadała mi o Ziemi, a ja jej o Arkadii. To chyba 
normalne, nie?
   - Co na to Dziadek?
   - Po co go w to mieszasz? Chyba nie on jest tu 
ważny.
   - Ależ tak. Dziadek ma w głowie mózg. A nawet 
dwa mózgi, 
jak dobrze wiesz, i chętnie z nich korzysta. Bardzo 
by mnie 
interesowało, co on o tym myśli, o tym całym... 
zdarzeniu.

background image

   Zdałem sobie sprawę, że to nie tylko zwykła scena 
zazdrości, jaką pani Su wywołuje po każdym moim 
wyskoku. Nie 
ma ich wiele, pozwalam sobie poszaleć najwyżej 
dwa, trzy 
razy do roku, ale przez cały ten czas było ich 
dostatecznie 
dużo, żeby jej występy stały się rutyną.
   - O co chodzi, Su? Już nigdy tej dziewczyny nie 
zobaczę. 
My się... pokłóciliśmy. Su, ja jej dałem w twarz!
   - No nie!
   - Naprawdę! Nie wiem, jak to się mogło stać...
   Naprawdę nie wiedziałem, mimo że mogłem 
szczegółowo 
odtworzyć każdą sekundę tej niezrozumiałej sceny. 
Genevieve 
w szlafroku, ja naprzeciw niej na środku pokoju w 
hotelu 
Splendid, za jej plecami krajobraz na całą ścianę 
(taki 
widok można zobaczyć najwyżej na ciemnej stronie) 

projekcji tri-di, siedziałem na małym taborecie, ona 
mi coś 
opowiadała (jeszcze dzisiaj potrafiłbym 
zreprodukować, o 
czym to mogło być, ale nie znaleźlibyście w tym 
żadnego 

background image

sensu, tylko takie czcze gadanie) i nagle coś się we 
mnie 
przełamało, czy może otworzyło, jakby oczy pokryło 
bielmo 
wściekłości, nagle do niej wystartowałem, już 
wstając 
zamachnąłem się, trafiłem ją w twarz, ona poleciała 
plecami 
na ten ekran tri-di, z nosa trysnęła jej krew, w 
oczach 
miała zdumienie, nie było w nich bólu, tylko 
zaskoczenie, a 
kiedy upadła, powiedziała coś w tym rodzaju 
"Widzisz, że są 
w tobie silne emocje". Chwyciłem ją za szyję i w tej 
chwili 
musiałem sobie prawie na głos powiedzieć: to nie jest
Kat, 
nie zabijaj jej, to normalna ziemska dziewczyna, 
pamiętaj, 
co mówił kolega Gaston jeszcze w Czeskopolskiej, że 
kobiet 
nigdy nie bije się w twarz, zawsze tylko w tyłek, to je 
podnieca, dziewczyny powinny dostać w tyłek. 
Gaston, ten się 
znał na rzeczy, co też się z nim dzieje!
   - Jakoś przypomniałem sobie Kata i połączyłem go 
z nią.
   Su otworzyła tajną skrytkę w swojej tajnej szafce i 

background image

wyjęła puzderko z drzewa sandałowego. Teraz zapali
sobie 
fajeczkę, robi to bardzo rzadko. To też odlot. Z tlącą 
się 
cygaretką między palcami ozdobionymi długimi, 
pomalowanymi na 
czarno paznokciami zanurzyła się w poduszki na 
fotelu.
   - Opowiadałeś jej o Kacie?
   - Chyba tak.
   - Chyba, czy na pewno?
   - Tyle jej opowiadałem... No, oczywiście, że jej 
opowiadałem, jak wtedy było! Pytała, jak trafiłem na
Lunę. 
Wiesz, ta dzisiejsza młodzież ma zupełnie błędne 
wyobrażenie 
o pionierach. Słuchaj, pionierzy! Czy byliśmy 
bohaterami dla 
iluzynów? Czy pasujemy do tri-di? Robiliśmy 
własnymi rękoma 
to, co teraz robią roboty, przecież w tym nie ma ani 
krzty 
romantyki. A przyjechaliśmy tutaj, bo wkurzała nas 
Ziemia. 
Chcieliśmy się wydostać z tego wiecznego 
kołowrotka: nie ma 
pracy, pieniądze najwyżej na standardowe życie, 
przeciętna 
statystyczna... Do cholery, tak było!

background image

   - Po co się denerwujesz? - spytała i wydawało się, 
że to 
ją naprawdę interesuje.
   - Bo mnie to wszystko wkurza.
   Zaciągnęła się i w gabineciku zapachniało jak za 
starych 
dobrych czasów. Kochałem Su, choćby ze względu na
te stare 
dobre czasy, które nas łączyły. Było to absurdalne, 
przecież 
fizycznie byłem w formie, jakbym miał na karku 
dopiero 
trzydziestkę, nie było ze mną ani gorzej, ani lepiej 
niż 
dzisiaj, ale czasami chwytała mnie nostalgia i uczucie

.L:31

.N:127

                        

beznadziejności, kiedy obserwowałem przemiany 
świata wokół 
siebie. Tak karkołomne i niepotrzebne, pogoń za 
wrażeniem, 

background image

pogoń za iluzją, tak, iluzyn, to był symbol tych 
czasów, 
których dożyłem, ale do których nie należałem. Su 
również do 
nich nie należała i w "Błękitnej Lagunie" stworzyła 
sobie 
świat dla samego siebie i dla niej - i również dla 
mnie.
   - Kiedy ty posuwałeś dziewczyny w hotelu Splendid

powiedziała Su - ja trochę popracowałam.
   Powiedziała coś do orakla. Jak diabeł z pudełka 
wyskoczył 
z niego półprzezroczysty projektyd i złożył 
wyszukany ukłon 
dokładnie tak, jak go nauczyła.
   - Bądź łaskaw powiedzieć panu Nedomemu, co 
wiemy o firmie 
Kriegsmanna - rozkazała projektydowi Su.
   Odwrócił się do mnie (nigdy nie potrafiłem pojąć, 
jak 
projektyd może mnie zobaczyć) i zaczął:
   - Pan-Universal jest w bardzo niebezpiecznej 
sytuacji. 
Projekt "Trzech wspaniałych" jest jego ostatnią 
deską 
ratunku. Hans Kriegsmann w realizację utworu 
zainwestował 
wszystkie rezerwy, a kontrakty wiążą go z siecią 
iluzynów.

background image

   - Pan-Universal ma kłopoty? - zdziwiłem się. - 
Przecież 
to jedna z największych firm!
   - Inwestycje w nową aparaturę do zapisu emocji są 
tak 
olbrzymie, że żadna inna firma się na nie chwilowo 
nie 
porwała.
   - Te przeklęte pudła! - warknąłem z 
rozdrażnieniem. - 
Niezłe świństwo, te zapisy emocji! Wyobraź sobie, że 
mają 
zdolności rozdzielcze wyższe o dwa szeregi!
   - Szanowny pan ma całkowitą rację - pochwalił 
moje słowa 
projektyd. - Kampania reklamowa obiecuje, że 
"Trzech 
wspaniałych" zagwarantuje widzom przeżycia 
zupełnie nowego 
rodzaju. Autentyczne emocje.
   - Dziękuję - powiedziała Su i skinęła na projektyd, 
żeby 
wlazł do budy, pardon, żeby zniknął w oraklu. - 
Słyszałeś 
wszystko?
   - W zasadzie o tym wiem - mruknąłem. - Tylko nie 
podejrzewałem, że Pan-Universal upada tak nisko.
   Znowu zaciągnęła się cygaretką. Wkurzyło mnie 
to. Do 

background image

diabła, czemu tu ma śmierdzieć? Palenie jest 
zabronione od 
dobrych sześćdziesięciu lat na Ziemi, a na Lunie było
niedozwolone zawsze. Jeszcze będziemy mieć 
przejścia z 
policją.
   - Siedzisz jak na szpilkach - zauważyła Su.
   - Nie zwracaj na mnie uwagi. Czego się ciągle 
czepiasz? 
Dobra, przespałem się z tą ziemniakową dziewczyną.
Puściłem 
się nie po raz pierwszy i obiecuję, że nie po raz 
ostatni. 
Po co robisz z tego aferę?
   Znowu prychnęła.
   - Ta historyjka o Kacie musiała ją zainteresować.
   - A czemu ją miałaby zainteresować? Obraz jest 
już 
zarejestrowany. Spacern całą gębą: epidemia, zły, 
chory, 
dobry, zdrowy, karetka przyjeżdża w ostatniej 
chwili, żeby 
nie wszyscy powyzdychali.
   - Tylko nie ma w tym emocji - skonstatowała.
   Wkurzyła mnie.
   - Co znowu zaczynasz z tymi emocjami? Po co 
depczesz po 
trupie? Już cię przeprosiłem, czego jeszcze chcesz?
   - Kubo - powiedziała poważnie - coś się z tobą 
dzieje. 

background image

Wygłupiasz się jak histeryk! Chłopcze złoty, co ta 
dziewczyna z tobą zrobiła?
   Trochę się uspokoiłem.
   - Przepraszam. No dobra, mam trochę zszarpane 
nerwy. 
Naciskają mnie, rozumiesz? Kriegsmann, ten 
Dumoulins...
   - Twój przyjaciel Dumoulins... Kubo, powiem ci od 
serca, 
co o tym wszystkim myślę. Ten twój Dumoulins 
wsadził ci 
dziewczynę do łóżka, żeby wyciągnęła z ciebie 
informacje. 
Stąd to zainteresowanie starymi przebrzmiałymi 
czasami, 
epoką pionierów i wszystkimi tymi sprawami, które 
nie mogą 
dzisiaj nikogo interesować, bo nikt nie jest w stanie 
tego 
zrozumieć. Oni chcą wiedzieć, co w tobie siedzi; chcą
znaleźć twój słaby punkt! Chcą odszukać ten 
obnażony nerw, a 
kiedy go znajdą, zaczną go drażnić, aż w końcu 
wyciągną z 
ciebie to, co chcą wyciągnąć! Nie powinieneś był 
wspominać o 
Kacie. To twój słaby punkt.
   - Ale, Su, od tych starych czasów wszystko się 
zmieniło... To prawda, że parę ładnych lat szukałem 
Kata, 

background image

ale dzisiaj to mi zupełnie obojętne! Czyż mógłbym 
dzisiaj 
nienawidzieć faceta, który pięćdziesiąt lat temu 
chciał mnie 
skrzywdzić? W taki nonsens nie uwierzy nawet 
dziecko!
   - Ale trochę gniewu w tobie zostało. Tak malutko...
   - Ani krztyny - uśmiechnąłem się. - Przecież wiesz.
   - Gdybym ci go tu, teraz, w tej chwili 
przyprowadziła...
   - Powiedziałbym, jak się masz, stary druhu! Ale, 
Su, ten 
facet już od dawna gryzie ziemię. Nie zapominaj, że 
wtedy 
cały turnus wrócił na górę. Nie został nikt...
   Dawno kiedyś analizowaliśmy tę sprawę 
szczegółowo i Su 
logicznie wywnioskowała, że nie mogę mieć 
pewności, że Kat, 
ten nieznany egzekutor, był z naszego turnusu. Mógł 
to być 
któryś z roczniaków, na pewno nie kot...
   - Kuba - powiedziała Su - ale... Przepraszam, nie 
chcę 
cię drażnić, ale wyobraź sobie, że została w tobie 
iskierka 
nienawiści do tego chłopa. Musiała w tobie zostać, 
wierz mi. 
A jeśli ci hochsztaplerzy z Pan-Universalu ją w tobie 
znaleźli i porządnie rozdmuchali...

background image

   - Co ja jestem jakiś płomyczek czy co? Po co te 
gadki?
   Znowu się pojawiła ta chmurka gniewu. Zaćmiła 
mi wzrok, 
widziałem przed sobą niewyraźną zielonkawą postać 
usianą 
złotymi nitkami, krzywdziła mnie, grała mi na 
nerwach jak na 
cytrze - brzdęk, brzdęk. Ja nie jestem do grania, 
zostało 
jeszcze we mnie sporo tego twardego górnika, 
niedźwiedzia 
samotnika, czy ja proszę kogoś o współczucie i rady?
Zostaw 
mnie w spokoju, zielona sylwetko, nie graj mi na 
nerwach, 
albo zrobię coś złego...
   Miałem ochotę ją zabić.
   Odskoczyłem do tyłu, chwyciłem taboret, na 
którym do tej 
chwili siedziałem, był to raczej puf, a nie taboret, 
porządnie wypchany, chwyciłem go i jednym 
szarpnięciem 
rozerwałem na dwie części. Ze środka wysypał się 
obłok 
mikroskopijnych plastykowych kulek, które go 
amortyzowały. 
Wpadały mi do nosa i zaczynały mnie łaskotać, 
dotknęły 

background image

obnażonych nerwów, musiało zasyczeć, kiedy doszło 
do tego 
kontaktu, krzyknąłem i cisnąłem resztą pufa przed 
siebie, 
chyba trafiłem Su, ale nie zwracałem na to uwagi. 
Odwróciłem 
się i wybiegłem omal nie zrywając koralikowej 
zasłony.
   - Oooo! - krzyknęły turystki, które czekały na mnie
przy 
barze - chodź do nas, przystojniaku - i rzuciły się do 
mnie. 
Machnąłem w lewo, machnąłem w prawo, jakiś facet
mnie zaczął 
dość ordynarnie wyzywać, trafiłem go pięścią prosto 
w twarz, 
a potem starczyło jeszcze kilka zdecydowanych 
ruchów 
łokciami i byłem przy wyjściu.
   Błękitne światło reklamy night clubu pani Su 
trochę mnie 
uspokoiło. Oparłem się o ścianę przy drzwiach i 
głęboko 
oddychałem. Serce głośno we mnie tłukło. Obok 
przechodziły 
grupki turystów. Nienawidziłem ich wszystkich, en 
gros i 
jako jednostki. Czemu nie zostaną na głównej alei, 
po co 

background image

włażą tutaj, w boczne uliczki? Czyżby Arkadia 
należała do 
nich, do tych parszywych ziemniakowych gapiów? 
Na co chcecie 
się gapić, durnie? Na pionierską romantykę? Czy 
była tu jakaś 
romantyka? Najpierw tu była tylko praca, a teraz 
został 
tylko fałsz.
   Do domu wróciłem w kiepskim humorze. Dziadek 
Wścibiacz, 
kiedy mnie zobaczył, zrozumiał, co się świeci i 
wycofał do 
swojej klitki. W pokoju był nieprzyzwoity bałagan. 
Krzesło 
stało mi na drodze. Odepchnąłem je. Upadło na 
ziemię. Nie 
trudziłem się podnoszeniem. Niech to zrobi Dziadek, 
on je tu 
postawił.
   Ulżyło mi dopiero w pokoju. Uwaliłem się na łóżko 
i przez 
chwilę wbijałem spojrzenie w sufit. Był pusty. 
Przypomniałem 
sobie pająki kątowe. Kiedy byłem mały, mieliśmy ich
w domu 
mnóstwo. Czy są jeszcze na Ziemi pająki kątowe? 
Tylu 
ziemniaków już spotkałem, ale o to nie zdążyłem 
zapytać.

background image

   Nostalgia chwyciła mnie za gardło i porządnie 
ścisnęła.
   - Kontakt - warknąłem.
   - Słucham? - natychmiast odezwał się telkom.
   - Hotel Splendid. Pokój Jaśmin.
   Przez chwilę rozlegał się nieprzyjemny dźwięk, a 
potem 
odezwała się Genevieve, zupełnie cicho, jakby mi 
szeptała 
prosto do ucha:
   - Czekałam na ciebie... Czekam na ciebie...

4.  Z najwyższego piętra hotelu Splendid roztacza się
piękny 
widok na całą Arkadię. Choćbyśmy dzisiaj na 
grawitechnice 
wieszali wszystkie psy, żyło się nam wtedy 
przyjemniej i nie 
traktujcie tego tak, jakbym znowu chciał ryzykować 
(zresztą, 
co tam - ryzykować już się nie będzie i basta). 
Warstwa 
atmosfery sięgała do wysokości tysiąca metrów, a 
powietrze 
było tak skonstruowane, że widać było całe 
rozgwieżdżone 
niebo, no i oczywiście w sprzyjającej porze Ziemię. 

powietrzu w szerokich kręgach unosili się lotniarze 
na 

background image

jasnoczerwonych, zielonych i błękitnych lotniach. 
Chłopcy 
chcieli się popisać przed dziewczętami, ale biada 
temu, kto 
przecenił swoje umiejętności - nad miastem wisiało 
policyjne 
gravo i załoga bacznie obserwowała, czy żeglarze nie 
lecą 
pod prąd albo nie pikują, nie robią beczek i tym 
podobnych 
akrobacji.
   Miasto tonęło w feerii świateł. Wydawało się, że 
płonie, 
wybucha, że to agonalny skurcz, ale skurcz się nie 
kończył, 
ogniste strzały niestrudzenie wzlatywały w górę, bez 
przerwy, dzień za dniem, tydzień za tygodniem, 
śmierć nie 
nadchodziła. A miasto chyba na nią zasługiwało, 
choćby 
dlatego, żeby sobie odpocząć. Na horyzoncie też 
płonęły 
światła. Tam były próżniowe atrakcje na wolnej 
przestrzeni: 
olbrzymia ślizgawka z lodem podgrzanym do minus 
trzech, taki 
jest najlepszy, gwiżdże pod łyżwami, a w 
sześciokrotnie 
mniejszej grawitacji łyżwiarze wykręcali najbardziej

background image

karkołomne piruety. Narciarze wspinali się na 
szczyty tak 
strome, że na Ziemi nie odważyliby się nawet na nie 
spojrzeć. Tor wyścigowy wabił automobilistów i 
motocyklistów, żeby wypróbować, jak się jeździ, 
kiedy nie 
przeszkadza opór powietrza. Technika plastywizyjna
potrafiła 
stworzyć w próżni baśniowe miasta, zamki i dżungle 
pełne 
zwierzyny. A jeszcze dalej, jak zanurzone w 
ciemności były 
strefy niczyje, gdzie wywożono śmieci, chociaż 
prospekty 
turystyczne twierdziły, że każde miasto lunarne jest 
samowystarczalne i recykluje wszystkie odpadki.
   Dla moich gospodarzy ten widok z wysokości 
wydawał się 
być czymś normalnym, mimo że to byli Ziemianie. A 
może 
właśnie dlatego, że to byli Ziemianie. Tu na górę, na 
najwyższe piętra Splendidu, trafia tylko personel 
hotelu, 
rzadko kiedy zwyczajny skalniak.
   - Ładny widok - zauważył pan Kriegsmann.
   - Powinniśmy przejść do rzeczy - to były słowa 
Dumoulinsa, pięknisia, któremu tak łatwo 
przyprawiłem rogi. 
Genevieve, sprawczyni wszystkiego, siedziała obok 
niego ze 

background image

świątobliwą minką. Trochę mnie denerwował ten 
niewinny wyraz 
jej twarzy, jakby nic się nie stało, jakby jeszcze trzy 
godziny temu...
   - Wie pan, że jestem tu po raz pierwszy? - 
odwróciłem się 
do nich. - Jeszcze nigdy nie widziałem Arkadii z 
takiej 
wysokości.
   - Jak się panu podoba? - uśmiechnął się 
Kriegsmann.
   - Podoba i nie podoba. Do czego potrzebna jest 
taka 
Arkadia?
   - Żeby ludzie żyli tu szczęśliwie.
   - A żyją?
   - Chyba tak. Gdyby pan otworzył okno, usłyszałby 
pan 
śmiech.
   Dobrze opłacony śmiech. Jedno parsknięcie za real.
Ale - 
dlaczego by nie? Śmiech jest zdecydowanie lepszy 
niż płacz.
   Przysiadłem się do nich. Każdy z nas miał do 
dyspozycji 
fotel o powierzchni mojej kanciapy. Na grubej 
kryształowej 
płycie (unosiła się w powietrzu, no cóż, 
grawitechnika) 

background image

stały kieliszki, każdy w innym kształcie, w środku 
coś 
wirowało, kołatało, jakby to była wrząca woda. 
Jakaś nowość, 
astro-gimlet, czy jak to tam się nazywało.
   - Może być pan dumny patrząc z okna. Swoją 
pracą również 
pan się przyczynił do takiego rozkwitu. Wie pan, że 
na całej 
Lunie jest tylko pięć i pół tysiąca ludzi, którzy są tu 
dłużej od pana?
   - Pan to jakoś obliczył?
   - Pięć tysięcy czterysta dwanaście, jeśli chce pan 
znać 
dokładne dane. Tak, faktografii poświęciliśmy wiele 
uwagi. W 
końcu cała produkcja Pan-Universalu 
charakteryzuje się 
historyczną dokładnością.
   Wzmianka o Pan-Universalu przywróciła mnie do 
rzeczywistości. Siedzieliśmy tu dla Pan-Universalu, a
nie 
żeby podziwiać widok z okna i cieszyć się - 
ewentualnie 
smucić - rogami jednego z nas.
   - Wobec tego nie rozumiem, czemu kręcicie takie 
knoty. 
Dobrze pan wie, że cała historia "Trzech 
wspaniałych" to 
kompletna bzdura.

background image

   - Ludzie nie znieśliby historycznej prawdy. Ale my, 
twórcy, musimy ją znać, żeby odnaleźć najlepszy ton 
wiarygodności. Proszę mi powiedzieć, dlaczego w 
ogóle pan 
został na Lunie?
   - Dobrze pan wie, panie Kriegsmann. Paragraf 
sześć. 
Przekroczyłem termin o jeden dzień.
   - Wróciłby pan na Ziemię, gdyby pan zdążył na 
Jedynkę?
   - Oczywiście! - uśmiechnąłem się. - Miałem tam 
rodzinę, 
kolegów, ożeniłbym się, miałbym dzieci...
   - ...zachorował na Super-AIDS i umarł.
   Dumoulins zapewne tego by sobie życzył - te słowa 

Super-AIDS wymówił z niekłamaną satysfakcją.
   - Może tak, może nie - powiedział pan Kriegsmann.
- Na 
pewno byłaby to olbrzymia strata, gdybyśmy nie 
spotkali tu 
weterana jednej z cudownych przygód naszych 
czasów. Ten 
marsz przez pustynię... ranny kolega, mężczyźni 
połączeni 
wspólną wolą! Wspaniałe! Wizualnie pokazaliśmy to 
bez 
zarzutu!
   Gorzej z emocjami, prawda, panie generalny, 
pomyślałem 

background image

sobie, ale wolałem się napić niż strzelić jakąś gafę. 
Smakowało bosko. Był w tym alkohol, ale oprócz 
tego coś 
jeszcze, jakiś afrodyzjak. Genevieve też piła coś 
podobnego, 
nie oszczędzałem się z piciem podczas spędzanych u 
niej 
wieczorów. Musiał w tym być afrodyzjak. Szanowni 
państwo, 
jak by nie było, mam już niemal siedemdziesiąt pięć 
lat.
   - A co z Katem? - spytał nagle Chudzielec.
   - A co ma być?
   Ostatnio uwagi o Kacie coraz bardziej mi 
przeszkadzały. 
Kiedyś dużo o nim myślałem, potem w ogóle, a 
jeszcze później 
było mi zupełnie obojętne, czy go wspominam, czy 
nie. Byłem 
zbyt daleko od niego. Ale teraz, chyba dlatego, że 
wraz z 
tymi ludźmi z Pan-Universalu powracałem do 
przeszłości, 
wspomnienia zjawiały się w żywszych barwach niż 
kiedykolwiek 
wcześniej, wspomnienia plastyczne, kolorowe i 
piekące.
   A może Su miała rację?
   Nie. Tego nie zamierzałem dopuścić do myśli. Su 
jest 

background image

zazdrosną histeryczką. Jakżeby inaczej. Nie może się
równać 
z Genevieve. W oświetleniu w barze wyglądała 
zupełnie 
nieźle, ale to, co jest w niej pięknego, to kosmetyka. 
Reszta to tylko smutek, zgorzknienie, starość. Biedna
mała 
Su. Powinna była zostać w Hongkongu. Umarłaby na
S-A i 
miałaby święty spokój.
   - Został pan na Lunie po to, żeby go znaleźć.
   - Nonsens. Powiedziałem, że paragraf sześć...
   - Paragraf sześć znieśli w pięćdziesiątym drugim i 
w tym 
czasie dziewięćdziesiąt osiem procent starych 
kolonistów 
wróciło na Ziemię.
   Pamiętałem... Jakżeby nie. Program 
rehabilitacyjny był 
hasłem dnia. Każdy pędził do domu, ładowali w 
niego calcium, 
naświetlali jakimiś promieniami. Trenowali, aż 
strzępy z 
niego leciały, a jeśli było trzeba, nawet wymienili 
serce. 
Dziewięćdziesiąt osiem procent? Chyba kiedyś ta 
liczba obiła 
mi się o uszy. Dla mnie liczyło się to, że odeszli 
wszyscy 
koledzy. Nawet ci, którzy kolegami nie byli.

background image

   Miałem wtedy znajomego w biurze paszportów. 
Osobiście 
kontrolowałem każdego, kto miał coś wspólnego z 
Czeskopolską. Byłem jak sęp. To szaleństwo trwało 
trzy lata. 
Przez moje ręce przeszło tysiące dokumentów. 
Każdą twarz 
studiowałem godzinami. Kata wśród nich nie było. 
Został na 
Lunie. Byłem tego stuprocentowo pewien. Chciałem 
go znaleźć 
za wszelką cenę. Na pewno był na Lunie!
   Jak mogłem mieć taką pewność? No mogłem, do 
cholery! 
Myślicie, że jestem jakimś prostaczkiem? Że przez 
tych 
dziesięć lat siedziałem na tyłku? Ludzie, ja 
przeszedłem 
Lunę wzdłuż i wszerz, obejrzałem każdy kamień, 
żeby się 
przekonać, że się za nim nie skrywa...
   Wtedy miałem gorącą krew... czterdzieste, 
pięćdziesiąte 
lata...
   Siedziałem w tym monstrualnym fotelu. Patrzyli na
mnie, 
ale miałem to w poważaniu. Czułem, że powraca coś 
z tych 
starych, pogrzebanych w zapomnieniu czasów. 
Jakbym był nagle 

background image

silniejszy, odważniejszy, no i młodszy.
   - Chciałby pan, żebyśmy tego człowieka odnaleźli?
   Pokręciłem głową.
   - Panie Kriegsmann, nawet panu to się nie uda. 
Wiem, że 
może pan dużo, ale wtedy poruszyłem wszystko, 
rozumie pan? 
Przez dziesięć lat nie robiłem nic innego, tylko 
szukałem 
tego faceta.
   - Źle się pan za to wziął - zauważył Chudzielec.
   - Jak to, do diabła?
   - Nie znalazł go pan.
   Odstawiłem szklankę na stół, aż stuknęło. 
Genevieve 
uśmiechnęła się do mnie. Uspokoiła mnie tym. 
Zostaw go, 
kochanie, mówił ten uśmiech. To zazdrośnik. Też się 
uśmiechnąłem. Grzała mnie świadomość, że jest we 
mnie siła i 
temperament.
   Już myślałem, że zdziadziałem, nieczuły jak krzyż 
na 
grobie. Nawet Kat i jego losy mi zobojętniały. 
Gdybym go 
spotkał i ktoś by mi powiedział, że to on... Byłbym 
zaskoczony - i na tym by się skończyło. 
Zachowałbym się tak 
jeszcze przed miesiącem. Ale teraz?
   - Niech pan sobie wyobrazi, że go znajdziemy.

background image

   Serce zaczęło mi walić.
   Kriegsmann pochylił się i uważnie na mnie 
spoglądał. Co 
chciał wyczytać z mojej twarzy? Nie dałem po sobie 
nic 
poznać, przynajmniej tak mi się wydawało. Ale 
Kriegsmann 
raptem się wyprostował, zapadł w fotel i wyglądał 
jakby 
przeczytał to, co chciał.
   - Potrafiłby pan go zabić? - spytała Genevieve.
   - Chyba nie - powiedziałem, ale już w tej chwili 
było 
jasne, że kłamię. Tak, zabiłbym go na miejscu, 
chociaż to 
może absurdalne.
   - Mniej więcej tak sobie wyobrażam Kata - 
powiedział 
Kriegsmann bez uprzedzenia. Było to chyba 
polecenie dla 
orakla, ponieważ nagle nad płytą stołu pojawił się 
projektyd, chłop w hermetyzowanym kombinezonie 
jak żywy, 
nawet nie był przezroczysty, tylko wysokością różnił 
się od 
oryginału, mógł mierzyć jakieś pół metra. Poruszał 
się 
topornie, dokładnie tak, jak pamiętałem. Mój Boże, 
wtedy 

background image

hermetyzowane kombinezony uważaliśmy za 
olbrzymi postęp 
wobec bałwanów, ale co to było za niezgrabne 
monstrum wobec 
dzisiejszych łupinek!
   Projektyd szedł powoli, noga za nogą, jakby szedł 
po 
jakimś ruchomym chodniku, ponieważ w 
rzeczywistości wcale 
nie poruszał się naprzód. Zatrzymał się, nieśpiesznie 
pochylił i podniósł coś z ziemi. Przełknąłem ślinę, na 
oślep 
sięgnąłem ręką po szklankę, ale nie trafiłem. 
Położyłem rękę 
na kolanie. Nie chciałem stracić z tego widoku ani 
sekundy.
   Projektyd się wyprostował. W jego ręku zabłysnął 
ostry 
przedmiot. Powoli się obracał, aż stanął twarzą ku 
mnie.
   Nerwowo się zaśmiałem. Rozejrzałem się po 
pozostałych. 
Nie patrzyli na projektyd, ale na mnie. 
Powiedziałem, że to 
ładne albo coś w tym rodzaju i wziąłem szklankę. Nie
doniosłem jej jednak do ust.
   Projektyd wymierzył we mnie odłamkiem skały i 
ruszył do 
przodu.
   Rzuciłem w niego szklanką. Przeleciała przez jego 

background image

niematerialne ciało, odbiła się od stołu, ale nie 
rozbiła 
się. Za to gimlet się rozprysnął na wszystkie strony.
   - Zwariował pan? - wrzasnął na mnie Chudzielec. 
Wycierał 
sobie napój z twarzy i otrzepywał ubranie, 
szpanerskie, 
białe z wplecionymi srebrnymi nitkami. Napój 
dosięgnął 
również Kriegsmanna i Genevieve. Dziewczyna nic 
nie 
powiedziała, tylko wzięła serwetkę i wysuszyła sobie 
twarz. 
Kriegsmann przywołał androida, który w ciągu kilku
sekund 
przywrócił porządek. W tym zamieszaniu nawet nie 
zauważyłem, 
kiedy projektyd zniknął.
   - Przepraszam - wymamrotałem.
   - Nie musi pan przepraszać, panie Nedomy. 
Rozumiemy siłę 
pańskich uczuć. Powiedziałem, że mógłbym dla pana
coś 
zrobić. Tak, proszę to traktować jako przyjacielską 
propozycję. Znajdę pańskiego Kata. Proszę mi nie 
przerywać. 
Dzisiejsze środki kryminalistyki naukowej są o wiele 
lepiej 
rozwinięte niż w latach pięćdziesiątych, to oczywiste. 
Wtedy 

background image

wierzono w zbawienne psychotechniki. Czytanie 
myśli! Całe to 
gadanie było śmiechu warte. Każdy chociaż trochę 
moralnie 
silny człowiek potrafi stworzyć w sobie bariery. 
Psychotechnika była o dziwo skuteczna w 
przypadkach 
rozbitego okna: chłopiec sąsiadów przyznawał się już

trakcie pierwszego przesłuchania. Ale gdy chodziło o 
sprawę 
poważną i podejrzany przygotował się do 
przesłuchania, 
psychotechnika zawodziła.
   Zacisnąłem wargi gotowy nie wypowiedzieć już ani
słowa: o 
tym wiem tak samo dobrze jak pan, panie 
Kriegsmann. Jak pan 
myśli, kto zamówił z Ziemi najlepszy psychodetekt 
ówczesnych 
czasów? Przez pięć lat harowałem jak wół, żeby 
spłacić tę 
aparaturę. Pięć lat pracy na marne. Psychodetekt 
zawiódł, 
tak jak zawiodło wszystko.
   - Zapewne słyszał pan o odciskach psychicznych - 
kontynuował Kriegsmann.
   - Przesąd - odparłem.
   - To nie przesąd. Silne emocje naprawdę wywołują 
zmiany 

background image

strukturalne w materii. Słabną z upływem czasu, ale 
można je 
wyszukać i wzmocnić. Te metody, drogi przyjacielu, 
są na 
razie mało znane. Sprawa perspektywiczna. 
Technologia jest 
dostępna dla centralnych organów śledczych... i 
przodujących 
korporacji, jak na przykład Pan-Universal.
   - Pan-Universal jest przodującą korporacją? 
Pozwoli pan, 
że się zaśmieję!
   Nie wiadomo skąd w drzwiach pojawiła się Su.
   Zerknąłem na Genevieve. Uważnie spoglądała na 
Su. 
Opowiadałem jej o kobiecie, z którą spędziłem 
siedemnaście 
lat, ale zapewne wyobrażała ją sobie inaczej. Chyba 
to moja 
wina, nie opisywałem Su w różowych kolorach, co 
łatwo 
zrozumieć. Ale muszę przyznać, że w tej chwili i w 
tym 
oświetleniu wyglądała doskonale. Miała na sobie 
błękitny 
komplet ze spodniami. Wąskie nogawki podkreślały 
szczupłą 
sylwetkę, ale dzięki szerokim klapom i 
wywatowanym ramionom 
nie wyglądała na chudzinę. Przeciwnie, z tym 

background image

ciemnoniebieskim pasem ciągnącym się skośnie 
przez twarz 
prezentowała się przebojowo.
   Wstałem, wskazałem ją i powiedziałem:
   - To moja żona, pani Su. Genevieve Pascal, Gaspar 
Dumoulins i pan Hans Kriegsmann, dyrektor 
generalny Pan-
Universalu.
   - Generał bez armii - zauważyła cudowna Su, która
nie 
potrafiła od razu chylić przed kimś głowy.
   - Niezupełnie, droga pani - uśmiechnął się 
Kriegsmann 
delikatnie. - Pani mąż... nie przypuszczałem, że 
jesteście 
małżeństwem... należy do moich najświeższych 
zdobyczy.
   - Proszę mi to wyjaśnić trochę bliżej - powiedziała 
Su.
   - Złożyłem panu Nedomemu propozycję... 
przyjacielskiej 
przysługi. Chciałbym zrealizować marzenie jego 
życia.
   - To może się wreszcie dowiem, jakie jest marzenie 
twojego życia? - zwróciła się do mnie. Pan 
Kriegsmann 
uprzedził moją odpowiedź.
   - Pan Nedomy chce znaleźć pewnego człowieka. 
Znajomego z 

background image

dawnych lat. Poszukuje go już od dłuższego czasu. 
Działania 
rozpoczniemy jutro. Zaczniemy tam, gdzie ślady 
powinny być 
najświeższe, stosunkowo najświeższe, jeśli weźmiemy
pod 
uwagę nieprzyjemny fakt, że od tych wydarzeń 
upłynęło już 
pół wieku. Przeszukamy Czeskopolski Kombinat 
Wydobywczy!
   - Nie ma tam nikogo! Po co rozgrzebywać stare 
sprawy?
   - Niektóre rzeczy potrafi zrozumieć tylko 
mężczyzna - 
rzekł Kriegsmann.
   - Panie Kriegsmann, mnie pan nic nie wmówi. Nie 
należy 
pan do dobroczyńców ludzkości!
   - Dobroczyńca ludzkości? Na pewno nim nie 
jestem, ale 
panu Nedomemu chcę pomóc. Oczywiście, mam w 
tym swój własny 
interes. Wierzę, że radość z osiągnięcia celu uwolni 
barierę 
emocjonalną w jego psychice i że w miłej atmosferze 
skończymy nakręcanie wspaniałego widowiska. Już 
dzisiaj 
serdecznie panią zapraszam na premierę!
   - Jakubie, co ty na to? - spytała Su. Spojrzałem na 
Kriegsmanna.

background image

   - Niech pan słucha, nie wiem, jak pan to chce 
zrobić, ale 
Czeskopolska nie istnieje już od trzydziestu dwóch 
lat. 
Zniknęła z powierzchni Luny!
   - Uściślę: nie ma jej na powierzchni, ponieważ 
zniknęła 
pod powierzchnią. Została zasypana podczas 
budowy szóstej 
autostrady panlunarnej. Moi pracownicy wysłali 
pierwsze 
sondy. Które znalazły cel, droga pani. Hasło Pan-
Universalu 
to sukces. Proszę mi wierzyć, że wierność temu hasłu 
zawsze 
się nam opłacała.
   O tym nie wiedziałem. Myślałem, że budynki 
Czeskopolskiej 
zostały zdemontowane, że szychty zasypali...
   - Idziesz ze mną... czy z nim? - spytała Su. 
Uśmiechnęła 
się do mnie i to mnie złamało. Gdyby zaczęła się 
kłócić, 
łatwiej by mi było podjąć decyzję, pomogłaby mi 
przekora. 
Ale co zrobić z taką miłą i diabelnie piękną kobietą?
   - Wrócę do ciebie, obiecuję.
   Skinęła, ale nie przestała się uśmiechać.
   - Nigdy nie obiecuj tego, o czym nie jesteś 
przekonany, 

background image

że możesz spełnić - powiedziała Su, pożegnała się 
skinięciem 
głowy i skierowała się ku drzwiom. W połowie drogi 
jednak 
się zatrzymała, cofnęła i podniosła moją szklankę, 
która 
leżała na ziemi. Powąchała ją. Chudzielec Dumoulins
pytająco 
spojrzał na szefa, ale ten nieznacznie machnął ręką, 
ten 
gest oznaczał uspokojenie. Zauważyłem to, ale wtedy
nie 
potrafiłem wytłumaczyć.
   Su przez chwilę się zastanawiała, a potem szybko 
wyszła, 
zabierając ze sobą szklankę.
   - Kieliszek zostawimy pańskiej małżonce na 
pamiątkę - 
powiedział Kriegsmann. - Polecę, żeby przyniesiono 
panu 
nową. Mamy jeszcze sporo do omówienia. Jutro 
pana czeka coś 
na kształt wyprawy wojennej ze starych pionierskich
czasów.
   Obsługa przyniosła mi nową szklankę, pełną tego 
piekielnie dobrego gimletu, a jak piłem i omawiałem 
szczegóły wyprawy wojennej, czułem się wspaniale. 
Jak za 
starych pionierskich czasów.
   O Su zapomniałem.

background image

5.  Policjanci zgarnęli mnie, gdy tylko pojawiłem się 
na 
dole w hallu otoczony tłumem wydzierających się 
szczeniaków, 
którzy wsiedli do windy gdzieś na trzydziestym 
ósmym 
piętrze. Zachowywali się bardzo porządnie, to 
znaczy 
policjanci, nie chłopcy, którzy nie mogli się doczekać 
wycieczki pod pomnik Armstronga i wyrażali to 
bijąc się ze 
sobą, przy czym co piątym ciosem obdarzali mnie.
   Byłem trochę zaskoczony, kiedy ujrzałem dwie 
poważne 
postacie androidów w ciemnoniebieskich 
prochowcach 
rozmawiające z recepcjonistką, która w tym 
luksusowym hotelu 
była kobietą. Chyba mieli oczy w plecach, co u 
kukieł wcale 
nie było nieprawdopodobne, ponieważ gdy tylko 
drzwi windy 
się otworzyły, natychmiast się odwrócili i wyciągnęli 
mnie, 
skopanego od poziomu zero po mniej więcej kolana.
   Hall hotelu Splendid był urządzony z przepychem 
poniekąd 
pogrzebowym. Przeważała czerń i szarość, wszelkie 
metalowe 

background image

części srebrzyście połyskiwały, chyba po to, żeby 
uwydatnić 
kontrast z barwnymi strojami turystów, świetlnymi 
reklamami 
ulubionych atrakcji Arkadii i statkami administracji 
miejskiej, które dostojnie przepływały nad głowami i
nachalnie udzielały rad i poleceń nowo przybyłym. 
Kto 
chciał, mógł sobie taki statek wynająć za 
przewodnika, ale 
rzadko trafiał się taki szaleniec.
   - Jakub Nedomy, urodzony na Ziemi 29 listopada 
2023 - 
wypowiedział policjant magiczną formułkę, po 
której z 
konsekwencją godną lepszej sprawy następowało. - 
Pójdzie pan
z nami.
   - Nic nie wiem, nikogo nie znam, nigdzie nie byłem 
i o 
niczym nie słyszałem - odpowiedziałem swoją 
formułkę, której 
używam regularnie podczas podobnych okazji, które
w moim 
życiu zdarzają się wcale nie tak rzadko.
   - Tędy proszę - powiedział drugi android i wskazał 
drzwi 
obrotowe, przy których stał portier w mundurze 
admirała 

background image

floty kosmicznej i znieważał ją kłaniając się 
każdemu, nawet 
niejakiemu Kubie Nedomemu, właśnie 
zatrzymanemu za... a 
właściwie za co?
   Oczywiście wpadło mi do głowy jedyne, co mogło 
wchodzić w 
grę: jakiś napalony turysta doniósł na mnie jako na 
producenta fałszywych antyków.
   W Arkadii w tej branży pracowało nas kilkuset, 
może 
tysiąc, ale tylko paczka Pistoriusa i może jeszcze 
siostry 
M'Kot osiągały takie wyniki jak ja z Dziadkiem 
Wścibiaczem.
   Zresztą ten pomysł podrzucił mi właśnie on, 
Dziadek, już 
dawno, wiele lat temu, tuż po naszym spotkaniu: ja, 
zmęczony 
życiem notoryczny alkoholik i okolicznościowy 
narkoman, i 
on, wypuszczony z sanatorium na Lagrangu po 
piętnastu 
latach, gdzie z pięciu i pół kilograma ludzkiego 
boczku, pół 
metra jelit i resztek mózgu wyprodukowali cyborga, 
który z 
odległości piętnastu jardów we mgle wyglądał jak 
zwyczajny 

background image

mężczyzna. Wspólnie wyruszyliśmy w lepszą drogę. 
To znaczy 
ja przestałem chlać, on przestał umierać i zaczęliśmy
produkować falsyfikaty antyków, które 
sprzedawaliśmy snobom 
za bezwstydne pieniądze. Zupełnie dobrze sobie 
żyliśmy, z 
tym tylko wyjątkiem, że od czasu do czasu nas 
zgarniali, raz 
nam wlepili mandat, innym razem pół roku pudła, w 
zależności 
od tego, jak ostre przepisy właśnie panowały w 
Arkadii.
   W owym czasie mieliśmy zupełnie liberalnego 
burmistrza, 
który zwracał uwagę tylko na to, żeby zapełniała się 
miejska 
kasa, żeby było co pić, a ludzie żyli dobrze, zarówno 
turyści, jak i nasi, którzy turystów skubią.
   - Nie wiedzą panowie o kimś, kto chciałby nabyć 
Lunnika 
dwójkę z pięćdziesiątego dziewiątego roku zeszłego 
wieku? W 
doskonałym stanie po kapitalnym remoncie, 
wszystkie agregaty 
działają bez zarzutu - odezwałem się do policjantów, 
żeby 
nawiązać rozmowę. Ale z kukłami nie można sobie 
pożartować.

background image

   - Proszę usiąść z tyłu - powiedział ten, który 
wygłosił 
cudowną formułkę aresztowania (prefekt policji 
nigdy by się 
nie przyznał, że tak właśnie brzmi). Otworzył drzwi 
gravo i 
poczekał, aż się umoszczę na zdezelowanym 
siedzeniu. 
Śmierdziało tu potem i wymiocinami - czegóż innego 
można się 
spodziewać w policyjnym gravo?
  Zazwyczaj przesłuchiwali mnie i zamykali w 
budynku 
prefektury na Okrągłym Placu, ale tym razem 
wybrali zupełnie 
przytulne zadupie w dzielnicy zwanej Appolonia, 
gdzie za 
parę drobnych udzielano schronienia młodzieńcom i 
pannom, 
którzy urwali się z turystycznej eskapady 
zdecydowani 
pozostać na Lunie, by tutaj spróbować szczęścia. 
Rzadko 
trafiałem w te okolice - wątpię, czy znalazłbym tu 
klienta, 
najwyżej potencjalnego konkurenta.
   Weszliśmy przez wąskie drzwi do budynku 
strzeżonego z 
niechęcią przez androida, który, biedaczyna, miał 
obwody w 

background image

pięćdziesięciu procentach z offinu, a kto wie, czy 
powodziło 
mu się aż tak dobrze. Nigdzie nie było nawet 
wzmianki o tym, 
że w budynku pan prefekt ma swoją filię, nawet na 
drzwiach 
na pierwszym piętrze nie było żadnego napisu.
   Za to za drzwiami było najzwyklejsze biuro 
policyjne, 
jakie potraficie sobie wyobrazić. Stół pobryzgany 
kawą i Bóg 
wie czym jeszcze, niewygodne krzesła, w kącie 
wieszak, senna 
teleściana z ostatnimi reklamami. Ten facet przy 
stole był 
człowiekiem, nie kukłą. Uparcie dłubał sobie w 
zębach jakby 
miał nadzieję, że właśnie tam wykopie dzban pełen 
złotniaków, który jest ukryty na końcu tęczy.
   Skinął mi, żebym sobie wybrał krzesło, więc 
zacząłem 
przeglądać jedno po drugim, ale gdybym wybierał 
na chybił 
trafił wyszłoby na to samo. Obaj moi przewodnicy 
stanęli 
przy drzwiach i zamarli w kataleptycznym stanie, 
który u 
androidów zawsze działał mi na nerwy. Powietrze 
cuchnęło 

background image

dymem z papierosów. Pan komisarz, czy kto to był, 
zapewne 
hołdował tytoniowi. I komu się tu poskarżyć?
   - Może pan sobie pogratulować, że tak szybko pana
znaleźliśmy - zaczął. Wyciągnął wykałaczkę z ust i 
uważnie 
obejrzał jej pożółkły grot. Bez długiego celowania 
rzucił ją 
w kierunku kosza na śmieci, lecz chybił pudło o parę 
dobrych 
cali. Westchnął. To niepowodzenie chyba go zabolało.
   - Serdecznie panu dziękuję.
   Nie wydawało się, żeby mój sarkazm zrobił na nim 
większe 
wrażenie.
   - Zna pan tych ludzi? - spytał.
   Na teleścianie doszło do zmiany warty. Ćpuny, 
szmuglerzy, 
paserzy, złodzieje i oszuści, jak również trupy świeże 

odleżałe, ci którzy zginęli śmiercią tragiczną i 
naturalną, 
cała ta paczka zniknęła i zastąpiła ją galeria złożona 
tylko 
z trzech obrazów, ale za to pięknych i szlachetnych: 
pan 
dyrektor generalny Hans Kriegsmann uśmiechał się 
pośrodku, 
po jego lewicy wytrzeszczała oczy Genevieve, a po 
prawicy 

background image

swojemu szefowi służył Chudzielec Dumoulins.
   - No i co z tego? - spytałem.
   - Pańska przyjaciółka Su Wang-lin przyniosła nam 
interesujący dowód rzeczowy.
   Sięgnął do szuflady i wyjął szklankę, którą przed 
niecałą 
godziną posiadała moja droga Su. Wszyscy się 
śpieszyli, i 
Su, i policjanci.
   - Wie pan, jaki był główny składnik napoju, 
którym 
raczyli pana ci przestępcy?
   - Niech pan mówi - zachęciłem.
   Powiedział coś straszliwie długiego i 
niezrozumiałego. 
Potem dodał:
   - Mówiąc krótko, narkotyk. Psychofarmak o 
bezpośrednim 
wpływie na dowolne rejony życia duchowego. Niech 
mi pan 
powie, panie Nedomy, nie cierpiał pan w ostatnich 
dniach na 
ataki gniewu?
   Atak gniewu opanowywał mnie właśnie teraz, 
ponieważ 
odnosiłem uzasadnione wrażenie, że pan policjant 
nie ma 
czego szukać w dowolnych rejonach mojego życia 
duchowego, 

background image

ale opanowałem się, zwłaszcza ze względu na te dwie 
kukły, 
które stały za moimi plecami gotowe raz dwa się 
ocknąć.
   - Nie wydaje mi się.
   - Pani Su twierdzi coś odwrotnego. Poinformowała 
nas, że 
zachowuje się pan irracjonalnie, jest pan 
przewrażliwiony, a 
nawet agresywny. Rozbija pan meble.
   - Niech pilnuje swojego nosa! - warknąłem. - 
Meble! To 
był tylko taboret, zupełnie mały i stary.
   - Panie Nedomy, niech pan uważnie słucha, co 
panu zaraz 
powiem. Jest pan pod wpływem narkotyku. 
Wszystko świadczy o 
tym, że urabiali pana już od dłuższego czasu, 
niewątpliwie 
przez cały czas kręcenia i podczas prac 
przygotowawczych. 
Mogę wydać nakaz zatrzymania i kuracji 
profilaktycznej, ale 
wolałbym, żeby pan współpracował dobrowolnie. Nie
jest pan 
żadnym młodzieniaszkiem, panie Nedomy, i dobrze 
pan wie, że 
nie można w nieskończoność przeciążać 
zjuwenilizowanego 
organizmu. Nie jest pan czterdziestolatkiem!

background image

   - Niech pan słucha! - zacząłem krzyczeć. - Nie 
wiem, co 
naopowiadała panu Su. To histeryczka i jest o mnie 
zazdrosna. Ale to sprawa między mną a nią i policja 
nie ma 
prawa się do tego wtrącać. Żądam, aby natychmiast 
mnie 
uwolniono.
   Skinął ręką, trójca moich dobroczyńców się 
rozpłynęła, 
zresztą pod warstwą kurzu pokrywającą ekran jak 
szara 
kurtyna byli nie najlepiej widoczni, i pojawił się 
skomplikowany trigraf i wzór chemiczny.
   - Wynik analizy resztek napoju w szklance - 
powiedział. - 
Wie pan doskonale, na co na Lunie jesteśmy 
najbardziej 
cięci: na narkotyki, prostytucję i fałszerstwo. To 
właśnie - 
wskazał ekran - jest dowodem na obecność 
narkotyku i mam 
prawo zatrzymać osoby, które ten narkotyk do 
szklanki 
nalały, w mojej kompetencji jest też kuracja 
profilaktyczna.
   Zaczęła we mnie wrzeć wściekłość.
   - A po co ludzie pchają się na Lunę, czemu nie 
zostaną na 

background image

Ziemi, na Kole albo na Lagrangach? Ponieważ to 
jest ostatnie 
miejsce w Układzie Słonecznym, gdzie jeszcze można
się 
trochę zabawić. Turyści tu sobie trochę przyćpają, 
zachleją 
i liczą na to, że tubylcy ich oskubią. To się nazywa 
przemysł turystyczny! Wie pan o tym lepiej ode 
mnie. A 
gdybyście zaczęli na ludzi pokrzykiwać, gdybyście 
naprawdę 
wyeliminowali wszystkie narkotyki, a dobrze pan 
wie, że 
alkohol i nikotyna też są na tej liście, gdybyście 
pozamykali wszystkie dziwki i żigolaków, oszustów i 
cinkciarzy, cały przemysł turystyczny na Lunie 
pójdzie z 
torbami. Jak pan myśli, po co tu te tłumy ciągną? 
Żeby 
obejrzeć pomnik Armstronga i ślady Łunochodu? 
Drogi panie, 
żyję tu już ładnych parę lat i ręczę za to, że 
widziałem, 
jak te sławne ślady Łunochodu preparowano z okazji
setnej 
rocznicy i jak te prawdziwe zniknęły, kiedy w 
pięćdziesiątym 
pierwszym w Mare Imbrium otwierano kompleks 
produkujący 

background image

tlen. Panie komisarzu, mnie pan nie przechytrzy. Te 
wzorki 
może pan sobie wsadzić gdzieś. Gdzie ma pan 
dowód? W tej 
szklance? Niech pan mnie nie rozśmiesza. Pan 
Kriegsmann ma 
do dyspozycji więcej adwokatów niż pan goryli za 
plecami i 
nawet ten najgłupszy zapyta w sądzie, jak pan 
udowodni, że 
narkotyk w szklance umieścił Kriegsmann lub jego 
ludzie. Czy 
to nie mogła być równie dobrze pani Su, która panu 
ten dowód 
rzeczowy przekazała?
   Rozpaliłem się do białości i znowu pojawiły się te 
pasemka gniewu. Najchętniej bym komisarza zabił, 

przebłysku trzeźwości sam się zdziwiłem, czemu go 
jeszcze 
nie chwyciłem za szyję, ale zdałem sobie sprawę, że 
te dwie 
kukły trzymają mnie za ręce, że mnie uniosły, aż 
nogi 
odlepiły mi się od ziemi, i trzymają mnie jak w 
imadle. 
Mógłbym je kopać o wiele gorzej niż kopali mnie 
weseli 
chłopcy w windzie, ale to nie miało najmniejszego 
sensu. 

background image

Kukła reaguje na kopanie mniej więcej tak jak 
bazaltowy 
słup.
   Musieli mieć w rezerwie jeszcze jednego, ponieważ 
od tyłu 
nałożył mi na głowę naprawdę śmierdzący worek. 
Było to 
pięknie zharmonizowane. Jednocześnie kukły mnie 
puściły, a 
ten trzeci przyjemniaczek szarpnął za róg worka i 
już 
tkwiłem w nim po pas, potem zaś pociągnął za 
sznurek 
przyciskając mi w ten sposób ręce do ciała.
   W całkowitej ciemności natychmiast straciłem 
poczucie 
przestrzeni. Nigdy nie cierpiałem na klaustrofobię, 
nie 
mógłbym być górnikiem i nie wytrzymałbym na 
Lunie, ale 
możecie mi wierzyć, że ten worek to było narzędzie 
tortur 
dla doświadczonego żwirka mojego pokroju. 
Rzucałem głową z 
boku na bok, kopałem wokół siebie, ale kopniaki 
trafiały w 
powietrze. Po każdym takim wyrzucie bolały mnie 
stawy albo 
kolano, po chwili całe ciało miałem jakby w ogniu. 
Na linach 

background image

trzymali mnie zapewne wszyscy trzej, ponieważ nie 
mogłem się 
schylić ani cofnąć. Jak długo to trwało? 
Kilkusekundową 
wieczność. Potem odezwało się uderzenie, coś trafiło 
mnie w 
ramię, pneumatyczny zastrzyk przebił tkaninę, po 
całym 
ramieniu rozlał się płomień, a kiedy znowu 
przyszedłem do 
siebie, leżałem na stole w gabinecie, a wokół mnie 
stał 
tłumek obrzydliwie współczujących ludzi, którzy 
rozmawiali 
ze sobą półgłosem, chyba żeby nie urazić mojej 
wrażliwej 
duszyczki.
   Byłem spokojny, zrównoważony. W głowie miałem 
wysprzątane 
jak nigdy dotąd, korytarze myśli świeciły po 
przejeździe 
automatów czyszczących i polerujących, żeby przed 
główną 
inspekcją błyszczało. Chyba nawet jeszcze je 
pomalowano! 
Inteligencja ze mnie wręcz tryskała i gdyby mi ktoś 
polecił 
wymyślić żarówkę, zapytałbym, czemu chce tak 
mało.

background image

   - Proszę spokojnie leżeć, panie Nedomy, musi pan 
odpocząć 
- polecił mi kobiecy alt. Uśmiechnąłem się. Lubię 
kobiece 
alty (oczywiście wraz z wyposażeniem). - Teraz już 
wszystko 
będzie w porządku. Niech pan popatrzy w lewo... w 
prawo... 
Dobrze, reakcje w porządku.
   - Mogę usiąść?
   - Teraz już tak.
   Chcieli mi pomóc, ale nie potrzebowałem wsparcia.
Opuściłem nogi ze stołu. Byłem nagi. Wydało mi się 
to bardzo 
komiczne.
   Nie opodal na metalowym, białym krześle siedział 
ów 
komisarz. Jego pomagierzy zbili się w tłumek i tkwili
przy 
drzwiach. Zerknąłem na nich. Potem sobie 
przypomniałem, co 
zaszło... kiedy? Przed godziną? Przed tygodniem?
   - Chyba sporo narozrabiałem, co, panie 
komisarzu?
   - Inspektor Prochor - przedstawił się glina i 
pożółkłym 
palcem uderzył się gdzieś nad skronią. - A z tym 
rozrabianiem proszę się nie przejmować. To nie 
pańska wina. 

background image

Narkotyki to świństwo. Dlatego jesteśmy na nie tacy 
cięci.
   - Jesteście na nie cięci bez przerwy i w takim 
samym 
natężeniu, jak długo żyję, a z tego, co mój świętej 
pamięci 
tatuś opowiadał wynika, że za jego młodych lat nie 
było 
inaczej. Sto lat ostrej walki.
   - Kłopot w tym - powiedział inspektor z wyrazem 
głębokiego żalu - że nie udało się przekonać 
społeczeństwa o 
długotrwałej szkodliwości słabych narkotyków.
   - Jak nikotyna, prawda? A propos, już pan 
próbował mydła z 
jeleniem?
   Nie zrozumiał dowcipu i zrozumieć nie mógł, ale 
mnie 
rozśmieszył, a to było najważniejsze. Inspektorowi 
nawet do 
głowy nie przyszło, że to była aluzja do jego 
brudnych 
palców.  Zwróciłem się do zastępu sióstr 
miłosierdzia.
   - Co ze mną zrobiliście?
   - Rutynowe postępowanie. Teraz może pan być 
zupełnie 
spokojny. Nie opanują pana niepożądane stany, o ile 
oczywiście nikt panu ponownie nie poda narkotyku. 
Wierzę, że 

background image

będzie pan uważać. Powtarzam, nie zagraża żadne 
uzależnienie 
psychofizjologiczne - mówiła lekarka przyjemnym 
głosem. Była 
brunetką o twarzy usianej piegami. Malutka 
Lunianka, śliczna 
jak obrazek.
   - Złoży pan oficjalną skargę? - spytał inspektor 
badając 
wątpliwą czystość swoich paznokci.
   - Na kogo? - odparłem zdumiony.
   - Kriegsmann i Spółka. Oczywiście to oni podali 
panu 
narkotyk.
   - Jeżeli nawet, to nieświadomie - natychmiast 
odpowiedziałem. - Nie wierzę, żeby zdawali sobie 
sprawę z 
zawartości tego napoju. Przecież pan wie, jak to się 
odbywa, 
każdy barman w tym mieście pragnie wynaleźć coś, 
czego tu 
jeszcze nie było. A w dziedzinie picia, panie 
inspektorze, 
wynaleziono już praktycznie wszystko, chyba że 
mądra głowa 
dodałaby do drinka coś, czego jeszcze nikt wcześniej 
do 
drinków nie dodawał. Rozumie pan? W ten sposób 
do normalnego 
picia trafiają narkotyki.

background image

   - To pan wie od pani Su - zauważył inspektor.
   - Nie chce się pan ubrać? - spytała brunetka.
   - Jeśli się już pani napatrzyła...
   - O coś pana pytałem - inspektor przerwał mój 
flirt.
   - Skarga? Nie, zdecydowanie nie. W końcu jedyną 
krzywdą, 
jaka mnie spotkała, jest to, że się tu nieszczęśliwie 
zakochałem.
   Brunetka uśmiechnęła się do mnie i w tej chwili 
naprawdę 
myślałem, że moja uwaga jej pochlebiła. Dopiero o 
wiele 
później, kiedy przypomniałem sobie ten uśmiech i to 
spojrzenie, wyczytałem coś innego: gadaj, dziadku, 
zdrów, i 
wynoś się stąd jak najszybciej, nie tylko ty tu jesteś.
   Czułem się lekki jak ci szpanerzy, których 
obserwowałem 
za oknem tarasu widokowego w hotelu Splendid. 
Albo jak 
sterowiec. Gdybym wiedział, że terapia jest tak 
przyjemna, 
zostałbym bywalcem w szpitalu.
   - Załatwię panu transport - zaproponował 
inspektor. - 
Gdzie pan pojedzie? Do domu? Do pani Su?
   - Sam się o siebie zatroszczę. A propos, jak długo tu
byłem?
   - Dwa dni - odpowiedziała brunetka.

background image

   Przez wypolerowane korytarze myśl przeleciała z 
szybkością torpedy. Dwa dni... To oznacza, że 
przespałem 
wycieczkę do starej Czeskopolskiej. Jedna z 
pielęgniarek 
(zabijcie, ale ze stuprocentową pewnością nie wiem, 
czy to 
była dziewczyna czy kukła) podała mi ubranie. 
Machinalnie 
wciągnąłem je na siebie.
   - Mogę zadzwonić? - spytałem.
   - Do "Błękitnej Laguny"? - podchwycił inspektor. 
Był 
nadzwyczaj dobrze poinformowany.
   - Nie. Do Splendidu. Pokój Jaśmin.
   Inspektor przez chwilę porozumiewał się z 
telkomem, a 
potem z wyrazem najgłębszego współczucia 
powiedział:
   - Nikt się nie zgłasza, panie Nedomy.
   Po kilku pytaniach stwierdziłem, że również pan 
Kriegsmann i Gaspar Dumoulins wyjechali gdzieś 
poza miasto. 
Kierunek Czeskopolska.

6.  To była cudowna wycieczka.
   Z Arkadii wyruszyłem północnopołudniową, w 
kierunku na 
Alhambrę, ale na dwudziestym siódmym kilometrze 
zjechałem na 

background image

Strada del Sole, przejechałem przez Zwiezdogorodok
II 
(zatrzymałem się tam na kawę) i dopiero gdzieś za 
skrzyżowaniem siódmej ekspresowej opuściłem 
Strada del Sole. 
Droga magnetyczna po niecałych trzydziestu 
kilometrach była 
dosłownie rozjeżdżona, musiałem więc przełączyć na 
gravo, 
ale paliwa było pod dostatkiem, a zresztą po co sobie 
tym 
łamać głowę, skoro mój pokładowy mądrala był 
absolutnie 
spokojny.
   Jechaliśmy raczej przez bezdroża niż drogą, ale to 
nie 
oznacza, że ruch się jakoś wyraźnie zmniejszył. 
Przeciwnie. 
Młodzież, jak się wydawało, wyszukiwała kąciki, 
gdzie diabeł 
mówi dobranoc i zwłaszcza w ostatnich czasach 
najwięcej 
ośrodków turystycznych wyrosło właśnie tutaj, z 
dala od 
autostrad. Co kilometr reklama świetlna, która 
oferowała 
dziewiczą przyrodę, atmosferę niefałszowanego 
pionierstwa. 
Musiałem się uśmiechnąć, kiedy zobaczyłem płytę o 
rozmiarach 

background image

dwadzieścia pięć na dziesięć metrów wskazującą 
drogę do 
dotąd nie zbadanych kraterów. Tylko wówczas, gdy 
się 
gapiłem, dało się na to złapać pięć wycieczek.
   W Arkadii uprzejmi policjanci wyposażyli mnie w 
mapę 
wojskową, na której była zaznaczona powierzchnia 
niegdysiejszej Czeskopolskiej. Muszę przyznać, że 
bez tej 
mapy bym się zgubił. W ciągu ostatnich kilkunatu lat
w tych 
rejonach znalazłem się chyba tylko trzykrotnie, ale 
nigdy 
dla pocieszenia ducha: zazwyczaj przygnała mnie tu 
fucha. Za 
każdym razem coś innego. Raz tu budowali 
metalowy fundament 
dziesięć na dziesięć kilometrów pod lustro 
energetyczne, za 
drugim razem składowisko skały (od czasów 
wprowadzenia 
grawitechniki odpadły kłopoty z magazynowaniem 
materiałów 
sypkich) - za moich górniczych czasów był to jeden z 
najpoważniejszych problemów ze względu na 
sześciokrotnie 
mniejszą grawitację, ale obecnie w tym tak zwanym 
dziewiczym 

background image

rejonie budowano ośrodki wypoczynkowe, a takie 
budowanie 
było poprzedzone starannym oczyszczeniem 
okolicznej 
przyrody, naznaczonej dziewięćdziesięcioma laty 
bezlitosnego 
żyłowania złóż naturalnych.
   - Jeszcze pięć kilometrów - oświadczył mądrala.
   Droga nie była wspaniała, w głębokiej warstwie 
pyłu 
odbiły się bieżniki olbrzymich opon ciężarówek i 
moje koła w 
tych koleinach się ślizgały, bez generatora 
grawimetrowego 
zapewne bym się zabuksował, ale oczywiście nie na 
długo, 
ponieważ szybko by mnie wyciągnął jakiś 
księżycowy jeep.
   Słońce pięknie świeciło, był też niezły widok na 
Pleśniawkę, a ja sunąłem w odświętnym nastroju. 
Trzeba 
przyznać, że lekarze znają się na swojej robocie - 
złożyli 
mnie psychicznie do kupy, jak nigdy bym się tego nie
spodziewał.
   Ale ten zwariowany inspektor mnie rozśmieszył. To
są te 
ich policyjne mózgi, za każdym drobiazgiem węszą 
rozbudowaną 

background image

intrygę. Zdawałem sobie wprawdzie sprawę, że pan 
Kriegsmann i 
przyjaciel Dumoulins byli zdolni do wielu rzeczy, 
żeby 
naostrzyć moją psychikę jak brzytwę, ponieważ 
zdecydowane 
typy mają w iluzynach największe powodzenie. 
Jednak pan 
glina ma przerysowane wyobrażenia o produkcji 
takiego 
iluzynowego programu, jeśli myśli, że iluzynowy 
bohater 
zaćpa gdzieś w hotelu, a potem wpada w akcję jak 
oszalały. 
Naiwniak!
   - Jeszcze dwa kilometry - odezwał się mądrala i już
powoli zacząłem się rozglądać, gdzie się pojawi coś, 
co 
można by zobaczyć.
   Jak powiedziałem, budynki Czeskopolskiej zostały 
zasypane 
podczas budowy szóstej autostrady panlunarnej, ale 
według 
tego, co mówi pan Kriegsmann, Pan-Universal 
przedsięwziął 
wykopaliska archeologiczne, ujrzę więc chyba jakieś 
baraki, 
wieżę wydobywczą czy... skąd mogę wiedzieć, co 
właściwie 
zobaczę.

background image

   Kiedy trafiłem na miejsce, naprawdę nie było wiele
do 
oglądania.
   Zza horyzontu ze straszliwą gwałtownością, która 
tak 
przeraża nowicjuszy, wynurzył się nasyp o długości 
wielu 
kilometrów. Ilu? Nigdy się nie dowiedziałem. 
Zaczynał się za 
jednym horyzontem, a kończył za drugim. Gdzieś za 
nim była 
autostrada, ale mapa proponowała drogę, którą 
właśnie 
przebyłem, dlatego że autostradę panlunarną 
możecie opuścić 
tylko w terminalach. W jednym miejscu była 
wetknięta żółta 
tyczka z czerwono-żółtym proporczykiem w paski i 
inicjałami 
P-U.
   Czyli to jest symbol wielkiego przedsięwzięcia 
największej firmy iluzynowej Systemu Słonecznego, 
chyba 
pęknę, pomyślałem.
   Swoim jeepem dojechałem gdzieś do połowy stoku. 
Tam się 
zatrzymałem. Gravo trochę mnie popchnęło w górę, 
ale nie 
chciałem, by było włączone zbyt długo, ponieważ 
zapasy 

background image

paliwa nie były niewyczerpalne, a ja, wiarus ze starej
szkoły, wolałem zawsze wracać do domu z 
akumulatorem 
naładowanym do połowy niż jakkolwiek inaczej, w 
ostateczności w ogóle nie - co zdarzało się częściej niż
chciały przyznać biura podróży.
   Jeep był oczywiście otwarty, miałem więc na sobie 
hermetyzowany kombinezon i szczelną maskę, żadne
szpanerstwo, solidny model, jaki nosili przewodnicy 
turystyczni, alpiniści, poszukiwacze przygód i 
żółtodzioby, 
które chciały wyglądać jak pionierzy. To był ten 
paradoks - 
na pierwszy rzut oka nikt nie mógł odróżnić pioniera
od 
prawdziwego zielonego, dopiero po dłuższej 
obserwacji w 
akcji. Przez ramię przerzuciłem worek z zapasowymi
butlami, 
baterię, jakąś lampę i żelazny zapas jedzenia. Znowu
pozorna 
bzdura. Zapas żywności odrzuciłby każdy, kto 
mieszka na 
Lunie dłużej niż dwa lata. Jedzenie? Po co? Przecież 
do 
najbliższego restu jest pięć, najwyżej dziesięć 
kilometrów 
prostej drogi, a mapa zaprowadzi z nieomylną 
dokładnością. 

background image

Ale ja wtedy byłem już wygą ze starej szkoły, a poza 
tym 
lubiłem sobie poczynać jak wyga ze starej szkoły. 
Rest nie 
rest, ja polegam na sobie i na żelaznym zapasie i 
nikomu nie 
narzucam swojego stylu.
   Chyba więc was nie zaskoczę, jeśli powiem, że 
wziąłem ze 
sobą jeszcze czekan, dwadzieścia pięć metrów dobrej
liny i 
nożyk, no, porządny nóż.
   Wylazłem na samą górę. W tej otwartej 
przestrzeni, kiedy 
macie na sobie dobrą maskę z przezroczystym 
plastykiem, 
odnosicie wrażenie, że stoicie gdzieś na Ziemi. 
Krajobraz od 
dawna nie był taki jeżowaty, jak w czasach, kiedy 
ujrzałem 
go po raz pierwszy. Nie było tu wiatru i wody, które 
by 
powodowały erozję, tylko ludzie i ich zgarniacze i 
ładowarki. Bez względu na protesty ligi ochrony 
przyrody i 
konserwatystów z powierzchni znikał jeden krater 
po drugim, 
górskie grzebienie traciły swoje zęby, a szczeliny 
wypełniały się śmieciami. Jeszcze pięćdziesiąt lat i 
będzie 

background image

tu widok jak w Karkonoszach, pomyślałem. Dzięki 
gravo cała 
Luna dostanie atmosferę - wtedy wszyscy tak 
myśleliśmy.
   Na przeciwległym stoku szybko poruszały się trzy 
jeepy. 
Kierowcy nie żałowali maszyn, tak że za nimi unosił 
się 
wysoki i długi obłok pyłu i potrafię sobie wyobrazić, 
jak te 
dziewczyny piszczały i jęczały. Na pewno mieli ze 
sobą 
dziewczyny, po co w innym przypadku by tak szybko
jechali? 
Pomachałem do nich, oni mi odpowiedzieli.
   Patyk z chorągiewką Pan-Universalu był wbity w 
okrągły 
otwór o szerokości około trzech metrów. Ostrożnie 
podszedłem 
bliżej. Byłem trochę zdenerwowany, ponieważ ta 
dziura mogła 
być kraterem jakiejś szychty i gdyby brzegi jamy nie
były 
petryfikowane, mogłyby się zarwać, a upadek do 
szychty nie 
należy do przyjemności. Wkrótce się przekonałem, 
że brzegi 
są petryfikowane i zbliżyłem się bez dalszych obaw. 
Tam się 

background image

zatrzymałem. Wyciągnąłem z worka lampę i 
poświeciłem nią do 
środka.
   Spece Pan-Universalu trafili prosto na kopułę 
komory 
przepustowej, chyba nawet tej, w której kiedyś 
przeżyłem 
swoje nieprzyjemne przygody.
   Obiema rękoma chwyciłem tyczkę z chorągiewką i 
szarpnąłem. Nawet nie drgnęła. Była wbita głęboko i 
starannie. Przywiązałem do niej linę i spuściłem się 
do 
środka. Liną potrafiłem posługiwać się zupełnie 
nieźle, 
przez jakiś czas zarabiałem na życie również jako 
przewodnik 
wypraw górskich.
   W ciągu kilku sekund trafiłem podeszwami na 
podłogę. Od 
sklepionych ścian odbijało się ostre światło 
reflektora. Do 
dzisiaj ściany nie straciły odcienia jasnej szarości. No
bo 
i czemu miałyby ją stracić, pod kopułą już dawno nie
było 
tlenu, a w próżni i ciemności kolory się praktycznie 
nie 
zmieniają. Gdybym tego nie wiedział, nie mógłbym 
produkować
fałszywych antyków, a ja robiłem doskonałe sztuki.

background image

   Czego tu szukałem?
   To pytanie zadałem sobie dopiero w chwili, kiedy 
zrobiłem 
pierwsze kroki, żeby się rozejrzeć po otoczeniu.
   Muszę przyznać, że byłem trochę rozczarowany i 
że nie 
straciłem dobrego humoru tylko dzięki 
medykamentom, którymi 
naszpikowali mnie lekarze. Spodziewałem się 
bowiem, że 
zastanę tu zespół pana Kriegsmanna oddany 
wytężonej pracy. 
Musieli wiedzieć, że najpierw byłem na policji, a 
potem w 
ośrodku rehabilitacyjnym i że ich będę szukać.
   Jednak już to, że nie zostawili mi w hotelu 
informacji, 
oznaczało, że ani panu Kriegsmannowi ani 
przyjacielowi 
Dumoulinsowi ani, niestety, Genevieve, nie zależy na 
ujrzeniu mnie.
   Kriegsmann i jego ludzie zapewne zrezygnowali z 
wycieczki 
do ruin Czeskopolskiej.
   Długo jednak głowy tym sobie nie łamałem.
   Było to bowiem przedziwne uczucie - po pół wieku 
spacerować po miejscach, w których spędziłem swoje
szczenięce lata żwirka, kiedy właściwie żwirkiem 
zostałem.

background image

   Co by się stało, gdybym wówczas, przed 
pięćdziesięciu 
laty, nie uległ temu obłąkanemu pomysłowi i nie 
spróbował 
uciec?
   Oczywiście wróciłbym na Ziemię tak jak Brunza, 
Kazik, 
Dutkiewicz i inni panowie z kierownictwa, jak 
wszyscy 
chłopcy, których znałem - dobrze, z widzenia albo w 
ogóle 
nie. Ale oni teraz byli chyba wszyscy martwi, może z 
paroma 
wyjątkami. Umarli moi rodzice i koledzy, umarła 
mała 
siostrzyczka (dożyła dwudziestu pięciu lat, ale do 
dzisiaj 
mam ją w pamięci jako tę małą dziewczynkę, której 
obiecałem 
krater z Księżyca) i nie ma podstaw do 
przypuszczeń, że 
akurat ja miałbym to szczęście i uniknął tego 
strasznego 
wirusa AIDS, który w drugiej fali swojego 
szlachetnego 
postępowania nauczył się jako motocykla używać 
zupełnie 
zwykłych bakterii i poruszał się z organizmu do 
organizmu 

background image

likwidując to najcenniejsze, w co organizm jest 
wyposażony - 
odporność na choroby.
   Nagle dobry humor diabli wzięli, jakby z kąta 
zasyczał na 
mnie wąż. Opanowała mnie nostalgia. Zrobiłem się 
nerwowy i 
wydało mi się, że znowu wrócił ten niepokój i 
niezrozumiała 
wściekłość, która prowadziła do tego, że 
bezsensownie 
kłóciłem się z każdym, nawet z małą Su.
   To niemożliwe, powtarzałem sobie, lekarze 
wymietli ze 
mnie narkotyki żelazną miotłą!
   To niemożliwe, a jednak to prawda, uświadomiłem 
sobie.
   Świetlistym stożkiem przejechałem po ścianach. 
Dokładnie 
naprzeciw mnie była śluza, oczywiście zasypana 
cetnarami 
lunarnej skały. Na przeciwległej ścianie musi być 
przejście 
na korytarz. Odwróciłem się. Tak, przejście było i 
miało na 
wpół otwarte drzwi, które kusiły, żeby w nie wejść.
   Co tam zobaczę? Korytarz. Przejdę przez korytarz

odwiedzę miejsca kiedyś tak dobrze znane... Bzdura. 

background image

Sentymenty. Gdyby tu był Kriegsmann z całą 
paczką, badanie 
miałoby jakiś sens. A tak?
   Pożałowałem impulsu, który mnie tu 
przyprowadził. Lepiej
bym zrobił, gdybym został w Arkadii.
   Ale ten błąd będzie łatwo naprawić. Za parę godzin
będę w 

.N:162
                        

domu, zadzwonię do kilku kumpli, a oni już mi 
znajdą pana 
Kriegsmanna.
   Podniosłem z ziemi worek i przymocowałem do 
pleców. 
Kriegsmann...
   Dziwne. Ciągle myślałem o Kriegsmannie, o 
Genevieve już 
prawie nie. Jej obraz mnie opuszczał. Dobry znak - 
najwyższy 
czas, żebym uzbrojony w bukiet róż wrócił do 
staruszki Su i 
był dla niej słodki jak cukierek.

background image

   Wróciłem do liny, chwyciłem ją obiema rękoma i 
gwałtownie 
pociągnąłem. Za chwilę będę na górze.
   W pierwszym momencie wydało mi się, że nie 
trafiłem na 
linę, że chwyciłem próżnię, nawet się zatoczyłem i 
niewiele 
brakowało, a byłbym upadł. Ale moje ręce mocno 
ściskały 
sznur, więc pozostawało tylko spojrzeć w górę i 
podziwiać 
wspaniałe spirale, jakie lina kręciła podczas upadku.
   Ale numer! Taki wyżeracz i źle zawiązał linę! 
Gdyby 
zobaczyli to koledzy z naszego byłego oddziału, 
pękliby ze 
śmiechu. Kuba źle zacisnął węzeł, uwierzylibyście w 
to?
   Zdjąłem worek z ramienia, położyłem go pod nogi i
pogrzebałem w środku. Rac ratunkowych było całe 
pudełko. 
Kolejna rzecz, o której wycieczkowicz myśli, że to 
zbytek. 
Ja targałem takie pudełka po Lunie od pięćdziesięciu
lat i 
nigdy dotąd ich nie potrzebowałem. Dopiero teraz, 
kiedy 
znalazałem się w piętnastometrowej dziurze. Bez rac 
byłbym 

background image

tu dosłownie pogrzebany żywcem. Obok przejadą 
całe orszaki 
wycieczkowych jeepów, ale komu by przyszło do 
głowy, że przy 
tej zabawnej chorągiewce jest otwór, a pod tym 
otworem 
przepaść, a na dnie opuszczony człowiek! Sięgałem 
właśnie po 
race, kiedy w słuchawce odezwał się męski głos:
   - Jakubie Nedomy!
   - Tu jestem!
   Pudełko wypadło mi z ręki. W otworze na górze na
tle 
rozgwieżdżonego nieba pojawiła się główka jak u 
szpilki. 
Gdzie tam główka, solidna głowa, czy to człowiecza 
czy kukły 
(timbre głosu kazał mi przypuszczać, że to android).
   - Wiem, że pan tu jest - poważnie powiedział 
android (na 
pewno to był android).
   Dopiero w tej chwili przyszło mi do głowy, że to on 
odwiązał linę.
   - Przywołaj pomoc. Rozkazuję ci to. Albo sam mi 
pomóż. 
Rzuć mi linę. W jeepie mam zapasowy zwój. Szybko,
ruszaj 
się.
   - Panie Nedomy, pan kogoś szuka - skonstatował 
android.

background image

   - Oczywicie! Wie pan coś o panu Kriegsmannie?
   W tym zamieszaniu niechcący zacząłem go 
tytułować 
"panem".
   - Ponoć szuka pan człowieka, który dawno temu 
pana... 
skrzywdził.
   Mówił o Kacie, uświadomiłem sobie. Co to ma 
znaczyć?
   - Kiedyś go szukałem - wymamrotałem - ale to też 
dawno 
temu.
   - Dawno? - powtórzył za mną android. - Przecież 
właśnie 
teraz pan go tu szuka.
   - Szukałem pana Kriegsmanna.
   - Zdaje pan sobie sprawę, jak komicznie to brzmi?
   - Nie będę z tobą dyskutować. Natychmiast mnie 
wyciągnij!
   Zignorował mnie.
   - Mojemu panu nie podoba się, że go pan szuka. To 
spokojny człowiek. Nie lubi awantur. Pan mu 
przeszkadza.
   - Ty należysz do Kata! Natychmiast mnie z nim 
połącz!
   Android miał obowiązek wykonać moje polecenie. 
Ale nie 
wyglądało na to, że to zrobi. Serce zaczęło mi walić. 
Czyli 
to była kukła Kata!

background image

   - Niech pan tak brzydko nie mówi o tym dobrym 
człowieku. 
On sam nazywa siebie Egzekutorem, gdy wspomina 
stare czasy. 
Przyzna pan, że słowo Egzekutor brzmi lepiej i 
szlachetniej.
   - Wyciągnij mnie, rozkazuję ci to - powiedziałem 
zdecydowanym tonem. I nagle gniew. Wybuchł we 
mnie jak 
drzemiący wulkan. Moja wcześniejsza popędliwość 
była jedynie 
pomrukiem wobec wściekłości, jaka się teraz we 
mnie 
odezwała. Nie pamiętam, co wykrzykiwałem do tego 
androida. 
Miało to w sobie racjonalny sens. Zakładałem, że 
ktoś 
zmienił jego obwody bezpieczeństwa i podwyższył 
próg 
posłuszeństwa, jak to się robi w rodzinach z małymi 
dziećmi, 
żeby służba słuchała tylko sensownych poleceń 
naprawdę 
myślących istot, czyli dorosłych. Bezpiecznik można 
przestroić, ale nie wyjąć. Ale ten, kto stroił androida 
Kata 
(zapewne sam Kat) ustawił poprzeczkę cholernie 
wysoko. Ja 
swoje rozkazy wypowiadałem niezmiernie poważnie. 
Ignorował 

background image

mnie, jakby słuchał miauczenia kota.
   - Rozumie pan, że mój właściciel nie ma 
najmniejszej 
ochoty się z panem spotkać?
   - Przekaż mu, że mam go w dupie. Przekaż mu, że 
to dla 
mnie stara sprawa tak samo jak dla niego. Nie 
wierzysz mi? 
Spytaj pani Su. Ona dobrze wie, jak to jest. Ty 
przeklęta 
kukło, nie potrafisz pojąć, że po pięćdziesięciu latach
niektóre rzeczy tracą dla człowieka znaczenie?
   Ale teraz kłamałem.
   Gdyby z okrągłego, usianego gwiazdami otworu 
nad moją 
głową spuściła się nowa lina, a po niej Kat i wyznał 
mi 
swoją tożsamość (już od dawna byłem pewien, że 
muszę tego 
człowieka znać), pięściami rozbiłbym mu maskę i 
kazałbym mu 
wdychać świeżą księżycową próżnię.
   Bryzg laserowego błysku wywołał pod moimi 
nogami 
fajerwerki. Mimo woli odskoczyłem w tył. Właśnie 
tego chciał 
strzelec, trafił. Od pudełka z racami 
sygnalizacyjnymi 
dzieliły mnie teraz trzy, może cztery metry. 
Natychmiast 

background image

zdałem sobie sprawę z niebezpieczeństwa, które mi 
groziło. 
Muszę skoczyć do tego pudełka i zakryć je ciałem. 
Do mnie 
strzelać nie będzie. Tego byłem pewien. Żaden 
android tego 
nie zrobi, choćby nie wiadomo kto (Kat?) wyczyniał 
różne 
numery z jego e-psychiką.
   Rozpoczął kanonadę. Oślepiające bluzgi energii 
stworzyły 
mur między mną a tym pudełkiem, które oznaczało 
ocalenie. 
Krok po kroku musiałem się cofać.
   A potem starczył jeden dobrze wycelowany strzał i 
fajerwerki zaczęły się na nowo, tym razem na wielką 
skalę. 
Race się zajęły i rozpętały wokół mnie prawdziwe 
piekło.
   Stałem dalej, ponieważ w hermakach i masce nie 
mogło mi 
się nic stać i faktycznie, kiedy jedna z rac padła na 
moją 
pierś, odbiła się, a ja nie poczułem najmniejszej 
zmiany 
temperatury. Hermaki doskonale izolują, inaczej 
zresztą być 
nie może, człowiek zamarzłby na kość.
   Wszystko to wiedziałem, ale nie zapanowałem nad 

background image

mimowolnym gestem i uniosłem ręce, żeby chronić 
oczy. Race 
wokół mnie krążyły jak wściekłe lśniące szerszenie, 
trafiały w ściany, odbijały się od ich wypukłości w 
najróżniejszych kierunkach, padały na podłogę, a 
potem znowu 
pod kątem ostrym leciały w górę.
   A potem to się stało.
   Jedna raca, chyba ta ostatnia, wyleciała z pudełka i
trafiła w czubek mojego lewego buta. Nie było to 
silne 
uderzenie, nawet nie drgnąłem. Raca zmieniła 
kierunek i 
leciała prostopadle w górę, prosto w okrągły otwór 
upstrzony 
gwiazdami.  
   Trwało to zbyt krótko, bym zdążył z siebie wydać 
radosny 
okrzyk, ale dzisiaj, kiedy to sobie przypominam, 
zdaję sobie 
sprawę, że wtedy otworzyła się przede mną brama 
do 
wieczności. Raca leciała, skracała odległość z 
powolnością 
sadysty. Było to jak w prastarym sofizmacie o 
Achillesie i 
żółwiu, z pozostającej drogi przebyła połowę, a z tej 
połowy znowu połowę, a potem połowę połowy, nigdy
nie doleci 
do celu, starzy eleaci już dwa i pół tysiąca lat temu 

background image

udowodnili, że strzała nie doleci do celu.
   Mieli rację.
   Rakieta nie doleciała do celu. W ostatniej chwili, 
kiedy 
była już niemal na górze, android się wychylił i 
nadstawił 
pierś.
   Trafiła go z całym impetem, jak jej towarzyszka 
przed 
kilkoma sekundami trafiła mnie, i samo to uderzenie
na pewno 
mu nic nie zrobiło.
   Ja jednak w momencie uderzenia stałem na ziemi. 
A on?
   Wystawał swoim korpusem poza krawędź, 
zaczepiony tylko 
nogami.
   Ten android miał błyskawiczne reakcje. Zdążył 
chwycić 
rękoma płonącą rakietę, przytulić ją do piersi, 
trzymał ją 
jak średniowieczny pielgrzym świecę, ale tamten na 
pewno 
zwracał uwagę na to, żeby się nie poparzyć i żeby 
kapiący 
wosk nie poplamił mu włosienicy. Androidowi było to
obojętne. Dzierżył płonącą rakietę przy piersi, a 
potem już 
tylko spadał i spadał, nastąpiła nieskończoność 
numer dwa, a 

background image

kiedy się skończyła, tak potrzebna człowiekowi 
maszyna 
leżała rozbita pod moimi nogami, a śmierć maszyny 
była tak 
samo mokrą sprawą jak śmierć człowieka.
   W ręku ciągle trzymał pistolet laserowy.
   Musiałem włożyć sporo wysiłku, żeby wyrwać mu 
go z dłoni.
   Strzeliłem na próbę. Nie, broni nic się nie stało.
   Przynajmniej będę mieć środek, żeby skrócić 
nieskończoność numer trzy, kiedy zużyję ostatni 
kubik tlenu.
   Na pewno opętywało mnie szaleństwo, ponieważ 
dokładnie 
sobie przypominam, że na tę myśl zadrżałem. Ten 
laserowy 
pistolet na pewno skróci czyjeś życie, ale nie będzie 
to 
moje życie.
   To będzie jego życie, Kata czy Egzekutora, jak sam
siebie 
nazywał, życie tego, który podczas drugiego 
zamachu na mnie 
wysłał miast siebie tę maszynę, z której została tylko 
trzęsąca się kupka krzemowych galaret u moich 
stóp.

7.  Gdzieś koło pięćdziesiątki zacząłem częściej 
myśleć o 

background image

swoim życiu. Podstawowe pytanie brzmi: czy istnieją
w nim 
przypadki? Odpowiemy dopiero po wyjaśnieniu 
innego problemu, 
mianowicie, że coś w życiu istnieje, czyli coś jest 
częścią 
życia. Wokół nas rozwijają się miliony fabuł, 
powstają i 
zanikają, przenikają się, wzajemnie się wykluczają i 
niszczą, 
a każda z nich jest przypadkiem w tym sensie, że w 
żaden 
sposób nie przyczyniliśmy się do ich powstania ani 
do 
przeniknięcia się z inną fabułą ani do zaniku, że nie 
tknęliśmy ani jednego ogniwa łańcucha jej 
przyczynowości. 
Takie fabuły bez wątpienia są przypadkowe. Tylko 
przypadkiem 
minęliśmy brunetkę z kokardą przy szyi, zdanie, 
które 
usłyszeliśmy ("Przyniosła mu to, ale gdy tylko się 
odwróciła, już go nie było", jakoś tak to brzmiało), 
było 
zupełnie przypadkowe, przypadkiem oślepili 
lumiplast na 
fasadzie iluzyna obok "Błękitnej Laguny", 
przypadkiem 
przejeżdżające gravo w numerze rejestracyjnym 
miało dwie 

background image

szóstki i tylko przypadkiem to zauważyliśmy.
   To wszystko są przypadki, jeśli jesteśmy od nich 
odizolowani obojętnością. Przypadkowość zaczyna 
być 
problematyczna, kiedy wstępujemy do akcji. 
Zatrzymajmy tę 
brunetkę, pochwalny jej kokardę, zaprośmy ją do 
iluzyna na 
najnowszy przebój "Trzej wspaniali": czy to było 
spotkanie 
przypadkowe? A może nieświadomie czekaliśmy na 
brunetkę z 
kokardą, byliśmy na nią przygotowani i według 
praw 
statystyki kiedyś musieliśmy ją spotkać?
   Takimi abstrakcyjnymi rozmyślaniami nikt daleko 
nie 
zaszedł (może najwyżej do podręczników historii 
filozofii, 
ale to nie żadna sława). W życiu praktycznym 
odgrywają się 
fabuły przypadkowe i niektóre z nich są przyjazne, a
inne 
przeciwnie, niepomyślne. Spotykamy przyjaciela, 
który 
proponuje nam banana - to przypadek pomyślny. 
Ten sam 
przyjaciel (w innych okolicznościach) idzie przed 
nami, 

background image

odrzuca skórkę z banana, my się na niej 
poślizgniemy i 
złamiemy nogę - klasyczny przykład nieszczęśliwego 
przypadku. To przykłady jasne, obserwowane przez 
pryzmat 
chwili. Inaczej będą wyglądać z dystansu. Przyjaciel 

bananem po dwóch tygodniach przychodzi prosić o 
pożyczkę - 
nie można odmówić rozdającemu smakołyki, ale, 
biada, on 
nigdy pożyczek nie zwraca. Niech będzie przeklęty 
ten 
bananowy moment! W drugim przypadku, kiedy 
poślizgnęliśmy 
się na skórce, spotykamy w szpitalu olśniewająco 
piękną 
dziewczynę, brunetkę z kokardą przy szyi i to była 
Ona... 
Ozłocić tę skórkę, która nas połączyła! No a z 
biegiem lat 
skala zmienia się zupełnie i już w wieku 
pięćdziesięciu lat 
nie mogłem powiedzieć, czy do Księżyca przypisał 
mnie na 
stałe przypadek dobry czy zły.
   Łatwo się rozmyśla z upływem czasu i w spokoju i 
oby był 
mi dany spokój przynajmniej w tych chwilach, kiedy
znalazłem 

background image

się w sytuacji fatalnej, w kopule komory 
przepustowej 
niegdysiejszej Czeskopolskiej zasypanej 
niepotrzebną skałą, 
która przeszkadzała w budowie szóstej panlunarnej! 
O spokoju 
jednak nie mogło być mowy. Zachowywałem się jak 
opętaniec, 
utraciłem resztki samokontroli i byłem podobny 
raczej do 
zwierzęcia niż racjonalnie myślącego człowieka.
   Mój rozum był zaciemniony, ale nawet w tych 
chwilach 
otępienia miałem jasne przebłyski, które umożliwiały
mi 
uświadomienie sobie niektórych sprzyjających 
okoliczności, 
powiedzmy przypadków.
   I tak na przykład ów rozbity android był modelem 
przystosowanym do pracy w atmosferze tlenowej. 
Miał więc 
ubranie hermetyczne podobne do mojego, taką samą
maskę, a 
nawet butlę z tlenem na plecach, jednak oznaczoną 
literą 
"A". Miałem szczęście, że android Kata nie należał 
do 
kategorii androidów próżniowych. Szczęśliwy 
przypadek?

background image

   Dzięki szczęśliwemu przypadkowi odkryłem w 
komorze butlę 
z pianą petryfikacyjną. Ale nawet to nie było 
właściwie 
przypadkiem, te butle były obowiązkowym 
wyposażeniem komory 
i dziwne by było, gdyby ich brakowało. Piana, jak 
sprawdziłem, nie straciła nic ze swoich cudownych 
właściwości i w zasadzie nie mogła stracić, ponieważ 
polimeryzacja następowała po opuszczeniu 
pojemnika.
   No a to, że miałem przy sobie czekan i nóż, to już w
ogóle nie był przypadek, jak wiecie z poprzedniej 
wypowiedzi.
   Takie i podobne myśli przebłyskiwały w mojej 
rozwścieczonej mózgownicy, w króciusieńkich 
okamgnieniach. 
Przez większość czasu nie myślałem w ogóle, 
pracowałem jak 
mrówka.
   Pistolet laserowy miał akumulator zużyty w 
dwudziestu 
pięciu procentach, ale tych siedemdziesiąt pięć mogło
wystarczyć do wyżłobienia otworu w ścianie.
   W którym miejscu ciąć? Było to pytanie wręcz 
egzystencjalne. Resztki kopalni były zasypane wałem
ciągnącym się kilometrami. Uratuję się, jeśli uda mi 
się 
wykopać tunel tak, że podkop będzie w boku nasypu.
Biada mi, 

background image

jeśli się udam wzdłuż. Ale jak na dnie kopuły 
zorientować 
się, w którym miejscu mam kopać?
   Starałem się przypomnieć sobie tę chwilę, kiedy po 
linie 
spuszczałem się w dół, ale tyle razy okręciłem się 
wtedy 
wokół swojej osi, że absolutnie nie mogłem ufać 
natarczywemu 
wrażeniu, że owo miejsce jest na prawo od śluzy. 
Myślałem 
też o kształcie kopalni i próbowałem oszacować, jak 
mógł być 
nasypany wał. Ale te rozważania do niczego nie 
prowadziły. W 
ciągu pięćdziesięciu lat teren tak się zmienił, że 
jeszcze 
przed budową szóstej panlunarnej nad powierzchnię
wystawały 
tylko najwyższe obiekty, takie, jak ta kopuła komory.
   Spojrzałem w górę.
   Gwiazdy!
   W otworze ujrzałem gwiazdy. Tylko one mogą mi 
pomóc 
określić kierunek. Jak każdy doświadczony żwirek 
na 
gwiezdnej mapie znałem się zupełnie nieźle i w ten 
sposób 
określę bezpieczny kierunek. Ale tym razem było 
gorzej. 

background image

Trzymetrowy otwór na wysokości piętnastu metrów 
to, drodzy 
przyjaciele, kąt dwudziestu stopni. Kiedy więc 
spojrzałem w 
górę, ujrzałem tylko kilka gwiazd, które mogły 
należeć do 
każdego gwiazdozbioru, jaki wam przyjdzie na myśl.
Kiedy 
zdałem sobie z tego sprawę, ogarnęła mnie czarna 
rozpacz, 
która wkrótce zamieniła się w ulgę: o ja durny, 
przecież na 
dnie kopuły mogę się poruszać i jeśli będę patrzeć w 
górę, 
stopniowo zobaczę zupełnie spory kawałek nieba!
   Ta metoda nie była jednak tak łatwa, jak w 
pierwszej 
chwili mogło się wydawać, ponieważ nie jestem 
Dziadkiem 
Wścibiaczem i nie mam we łbie elektronicznej 
pamięci i nie 
zdołam zapamiętać położenia każdego z 
błyszczących punkcików 
tam w górze, żeby z poszczególnych danych 
cząstkowych metodą 
prostej syntezy stworzyć mozaikowy obrazek 
nieboskłonu. 
Włożyłem w to sporo spekulacji, zajęło mi to 
mnóstwo czasu i 

background image

wydychałem mnóstwo tlenu, zanim z pewnością 
udało mi się 
określić starą dobrą Kasjopeję. Potem już wszystko 
było 
jasne. Tunel muszę zacząć drążyć naprawdę na 
prawo od śluzy, 
jakieś cztery kroki.
   Starannie wymierzyłem i nacisnąłem spust. Na 
szczęście 
nie było tu atmosfery i plastykowi nie pozostawało 
nic poza 
topieniem się bez efektów ogniowych i dymnych. 
Promień 
przeciął plastyk i tkaninę z karbonitu oraz grubą 
warstwę 
siliplastu. Cierpliwie, centymetr po centymetrze 
ciąłem 
ścianę kopuły i z wielkim niepokojem obserwowałem
wskaźnik 
stanu akumulatora. Gdyby tak można było obliczyć, 
kiedy 
wyczerpię energię! Ale akumulatory były pod tym 
względem 
niezbadane. Trzymały ładunek, sknerzyły go, sączyły
po 
kropelkach i nagle łup i zamiast szóstki na 
wskaźniku była 
trójka, a już na jej miejsce pchała się dwójka. 
Ostrzem noża 

background image

narysowałem na ścianie krąg, naprawdę niewielki, i 
prosiłem 
wszystkie bóstwa wszechświata, nawet tych 
zapomnianych 
fundziackich bożków, przez których jeszcze pół 
wieku temu 
lało się tyle krwi, żeby mieli mnie w swojej opiece i 
żebym 
zdołał się tą dziurą przecisnąć.
   Nie będę przeciągać. Praca szła jak z płatka, 
pomijając 
to, że akumulator wyładował się, a tym samym 
płomień zgasł, 
kiedy do wycięcia pozostał ostatni centymetr.
   Tylko ostatni centymetr? Czy próbowaliście już 
kiedyś 
złamać centymetrowy siliplastowy krąg wzmocniony 
karbonitowymi włóknami? A ten kawałek "tylko" 
centymetrowej 
grubości był wbity głęboko, na co najmniej 
piętnaście 
centymetrów.
   Cały wysiłek na nic, a co gorsza, pistoletu już nigdy
nie 
wyceluję ani w Kata, ani nawet w siebie, żeby skrócić
cierpienia.
   Chyba że...
   Do dzisiaj się dziwię, skąd się wtedy we mnie 
wzięło tyle 
pomysłowości.

background image

   Czekanem i nożem przebiłem się do klatki 
piersiowej 
rozwalonego androida. Szło ciężko, ponieważ 
galareta już 
zaczęła tężeć, ale ku mojej uldze serce kukły (czyli 
akumulator) był w porządku. Od tej chwili musiałem
pracować 
bardzo ostrożnie, bo niewielki błąd mógł 
doprowadzić do 
wybuchu. Ale nie zapominajcie, że jestem specjalistą 
od 
podrabiania w tuzinie fachów i że w małym 
warsztacie za 
sklepikiem wyprodukowaliśmy z Dziadkiem 
Wścibiaczem 
kilkadziesiąt stuprocentowo prawdziwych 
antycznych 
androidów. Nie, naprawdę, serca kukły nie 
trzymałem w rękach 
po raz pierwszy.
   Serce przylepiłem do ściany tężejącą galaretą jego 
paraorganizmu.
   Trzeba było tylko odpalić.
   Kolejne "trzeba było tylko", które łatwo 
powiedzieć, ale 
piekielnie trudno zrobić.
   Szybko wpadłem na sposób, który ten 
improwizowany ładunek 
mógłby zainicjować do wybuchu: użyję akumulatora
swojej 

background image

lampy. Ale jak połączyć obwód elektryczny?
   Płynęły minuty, tlenu ubywało. A ja męczyłem 
mózg 
spekulacjami. 
   Pomógł mi znowu android.
   Był martwy, ale - jak wiecie - nawet android nie 
umiera 
natychmiast. W jego pozytronowym mózgu ostatnie 
impulsy 
ustają dopiero po dłuższym czasie. I na tym oparłem 
sposób 
na ocalenie. Kiedy odcinałem szyję androida i 
oddzielałem 
głowę od rozbitego korpusu, nie czułem się najlepiej. 
Maszyna na szczęście milczała, ale oczy były ciągle 
żywe i 
obserwowały każdy mój ruch. Twarz była 
nieruchoma, jak 
wyrzeźbiona z plastyku - i nieustannie musiałem 
sobie 
powtarzać, że naprawdę tak jest. Tak, nie czułem się 
najlepiej i tym bardziej nienawidziłem tego, który to 
zawinił, kto mnie wrobił w tę sytuację, twórcę mojej 
życiowej tragedii - bezimiennego sadystę, którego 
nazwałem 
Katem.
   To, co stworzyłem, nie było niczym innym niż 
układem 
spustowym.

background image

   Dopóki w mózgu androida tliła się choćby iskierka 
funkcji 
życiowych, energię czerpał z akumulatora. Kiedy 
mózg 
przestaje pracować na dobre, otwiera się droga w 
innym 
kierunku i uwolniona energia wywołuje eksplozję 
bomby.
   Wszystko to przygotowałem i opuściłem kopułę. 
Schowałem 
się w korytarzu, tym samym, w którym za dawnych 
lat 
ubierałem się w bałwana, kiedy dziadki chcieli mnie 
nastraszyć podczas ceremoniału chrzcin nowicjusza. 
Czekałem 
na wybuch w całkowitej ciemności i zastanawiałem 
się, czy w 
rezultacie nie popełniłem błędu buntując się przeciw 
temu 
tępackiemu obrządkowi, nie pozwalając się ochrzcić 
jak inni.
   Czemu nie podzielam losu innych? Czemu zawsze 
idę inną 
drogą? Czemu staram się dotrzeć do Jedynki na 
własną rękę, 
skoro reszta wraca do domu promem? I czemu żyję, 
skoro 
koledzy umierają na S-A? Żyję chyba tylko po to, że 
mam siłę 
napędową życia, która nazywa się Kat? Niedługo się 

background image

przekonam. Nie może być daleko. Na pewno jest 
wystraszony, 
skoro próbował dokonać na mnie zamachu.
   Układ spustowy wpuścił prąd do serca androida. 
W próżni 
oczywiście żadnego wybuchu nie słyszałem, ale 
podłoga pod 
moimi nogami nieźle zadrżała.
   Wpadłem do kopuły. Nic nie widziałem. Było 
ciemno, a 
później sobie uświadomiłem, że nawet lampa 
niewiele by 
pomogła, bo kopuła pełna była pyłu. Jednak w 
jednej ręce 
miałem czekan, w drugiej nóż, a kierunek drogi 
wbiłem sobie 
w pamięć. Dotarłem do dziury z dokładnością 
jakichś 
pięćdziesięciu centymetrów, a to niezłe osiągnięcie, 
zważywszy moje zdenerwowanie.
   Wybuch znacznie poszerzył otwór i dodatkowo 
stopił skałę 
na dobre dwa metry w głąb. Naprzód! Wszedłem do 
wykopu, a 
potem już tylko kopałem i ryłem, rękoma i nogami 
odpychałem 
wydrążoną skałę za siebie i w regularnych odstępach
pokrywałem szyb warstwą piany petryfikacyjnej, 
żeby mi to 
wszystko nie spadło na głowę.

background image

   Był to nasyp, ale trzeba pamiętać, że nigdy nie był 
ubity 
deszczem ani śniegiem jak na Ziemi i oddziaływała 
na niego 
tylko sześciokrotnie mniejsza grawitacja. Jak już 
wspomniałem, aż do wprowadzenia grawitechniki 
były problemy 
z magazynowaniem i transportem materiałów 
sypkich, ale 
wtedy, kiedy jak kret drążyłem szyb, ta słaba 
grawitacja 
stała po mojej stronie: skała była jakby 
natapirowana, 
posuwałem się więc do przodu z niezłą prędkością.
   Z niezłą prędkością... trwało to tak długo, że 
zużyłem 
swoją butlę i tę androida w osiemdziesięciu 
procentach.
   Kiedy czekan przebił ostatnią warstwę i wyleciał 
na 
zewnątrz, poczułem prawdziwe szczęście. Otwór 
poszerzyłem 
rękoma, wytoczyłem się, a potem już tylko zsuwałem

staczałem się po stoku w dół, by wylądować na 
brzuchu obok 
swojego jeepa.
   Krzyczałem z radości i gdyby w tej chwili podszedł 
do 
mnie Kat, wszystko bym mu wybaczył.

background image

   Dobrych pięć minut tak leżałem i nabierałem sił.
   Wreszcie wdrapałem się na siedzenie. Pierwsze 
spojrzenie 
na deskę rozdzielczą powiedziało mi jednak, że jest 
źle. Nie 
mrugała żadna płytka kontrolna, żadna cyferka, a 
mapa 
zniknęła. Jeep był tak samo martwy jak ten android 
w kopule. 
Otworzyłem maskę i od razu zorientowałem się, co 
się stało. 
Ktoś (kto?) zmiażdżył całe centrum rozdzielcze 
wozu. Został 
z niego wrak, który nie przejedzie nawet metra. 
Chyba że go 
popchnę.
   Coś mnie tknęło, żeby się rozejrzeć.
   Potem ich zobaczyłem.
   Na grzbiecie okolicznych pagórków 
poerodowanych 
niespożytą działalnością maszyn parkowało 
kilkadziesiąt 
jeepów i autobusów, niektóre samodzielnie, inne w 
grupkach. 
Były obsypane turystami, którzy na mnie patrzyli. W
pierwszej chwili nie zrozumiałem, o co chodzi, i 
rozpaczliwie machałem, żeby przywołać pomoc. Nikt
nawet 
palcem nie kiwnął, żaden jeep nie uruchomił silnika, 
żeby 

background image

zjechać do mnie na dół.
   Wyruszyłem więc prosto pod górkę do najbliższej 
grupki 
wozów. Indykator tlenu był coraz smutniejszy. 
Pozostawało mi 
ledwo pół godziny życia.
   Przede mną, na grzbiecie, w butlach i kontenerach 
zmagazynowano ocean tlenu, smacznego, 
pachnącego, 
życiodajnego tlenu.
   Wreszcie dobiłem do najbliższego jeepa.
   Był porządnie po pioniersku wyposażony: wszędzie
kołowroty i sondy selenologiczne, haki, wzięli nawet 
makietę 
tysiąc czterysta pięćdziesiątki. Na siedzeniach 
spoczywała 
rodzinka, ojciec z matką i dwóch synów. Mieli na 
sobie 
staromodne seryjne bałwany, więc przez 
przezroczyste bąble 
widziałem ich twarze. Wyglądali na rozbawionych, 
ale zapewne 
czuli się nieswojo.
   - Pomóżcie mi, proszę - krzyczałem do nich.
   Ciągle do mnie nie docierało, o co tutaj chodzi.
   - Pomóżcie! Kończy mi się tlen!
   Chłopcy pokazywali mi języki, jeden wspaniale 
zezował, a 
drugi rękoma robił ośle uszy. Matka z zakłopotaniem
się 

background image

uśmiechała, potem odwróciła się do męża i na 
uniwersalnej 
częstotliwości, na którą był nastawiony również mój 
telkom, 
powiedziała:
   - Artur, poleć mu, żeby poszedł dalej. Nie lubię tych
przedstawień.
   - Dobrze to robisz, frajerze - zwrócił się do mnie 
tatuś 
- ale masz tu innych widzów.
   Dotarło do mnie, że uważają mnie za androida, za 
jakąś 
atrakcję, która tutaj, na pustyni, gra ku uciesze 
publiczności rozbitka na Lunie!
   - Proszę mi uwierzyć, jestem człowiekiem, nie 
androidem! 
Potrzebuję tlenu! Popatrzcie na moje wskaźniki!
   - Chodź do nas, moje dzieci też chcą cię obejrzeć - 
odezwał się w słuchawkach sąsiad turysty-pioniera. 
Ten udał 
się w dzicz w komfortowym jeepie mieszkalnym i 
moje 
wystąpienie obserwował zza wielkiego okna. Trzy 
dziewczynki 
z warkoczykami przyciskały do szyby nosy, a jedna, 
ta 
najmłodsza, chyba się mnie bała, bo zaczęła płakać.
   Zataczałem się od wozu do wozu. Widzowie byli 
zachwyceni 

background image

i bili mi brawo. Widziałem ich dłonie, które uderzały

siebie, a w słuchawkach rozlegał się entuzjastyczny 
krzyk.
   Odwróciłem się plecami do publiczności i 
potykając się 
ruszyłem po stoku w dół.
   Historia się powtarza. Znów wędruję od 
Czeskopolskiej do 
cywilizacji. Znowu brak mi sił, znowu tylko krok 
dzieli mnie 
od zguby, ale wtedy byłem sam, a teraz dopinguje 
mnie 
kilkuset zadowolonych turystów w ogrzewanych 
hermakach albo 
kabinach jeepów. Znowu jestem zbiegiem. Po 
pięćdziesięciu 
latach.
   Pół wieku - i taka różnica! Czy ktoś jeszcze ośmiela
się 
twierdzić, że nie ma postępu?

8.  Historia się powtarza, ale po raz drugi to już 
fraszka.
   Ponoć tak jest zawsze: w moim przypadku 
sprawdziło się w 
stu procentach.
   Kiedy padłem pokonany przez zmęczenie, rozpacz, 
strach i 

background image

nienawiść, która potrafi wyczerpać człowieka tak 
samo szybko 
jak wysiłek fizyczny, widzowie na okolicznych 
pagórkach byli 
poważnie niezadowoleni z mojego przedstawienia i 
zadzwonili 
po brygadę naprawczą.
   Co prawda, nie obeszło się bez komplikacji. 
Centrum 
rozrywki nie miało w programie żadnej atrakcji na 
temat 
"Wędrówki Samotnego Pioniera" i pierwszą 
reklamację po 
prostu zignorowało, a z drugą uczyniło to samo. Z 
letargu 
wyrwał je dopiero rozeźlony ojciec rodziny, który 
zagroził, 
że złoży skargę w Radzie Miejskiej Arkadii, gdzie 
zasiada 
szwagier jego kuzyna. Strach przed zemstą szwagra 
jego 
kuzyna zmusił tych dobrych ludzi do tego, by wysłać 
wóz 
konserwatorów. No a ponieważ wśród mechaników 
ja z kolei 
miałem swojego znajomego, niewiele wysiłku 
kosztowało mnie 
przekonanie go, że nie jestem zepsutą kukłą, ale 
zupełnie 

background image

zwyczajnym człowiekiem, który jednak 
nieodwracalnie się 
zepsuje, jeśli mu jakaś dobra dusza nie umożliwi 
wymiany 
butli z niebieskim pasem, którą mam na plecach. 
Trochę 
zamieszania wywołała też okoliczność, że butla z 
tlenem na 
moich plecach miała oznakowanie "A", ponieważ 
pierwotnie 
należała do kukły, ale w końcu jednak uwierzyli, że 
moja 
oryginalna butla oznaczona literą "H" leży obok 
szczątków 
zniszczonego androida.
   Czy w tych chwilach coś odczuwałem?
   Oczywiście. Przeważała radość, ulga, ale wszystko 
to było 
zdławione przez ciężar zmęczenia. Chciało mi się 
spać i jak 
tak siedziałem obok mechaników na tylnych 
siedzeniach ich 
konserwatorskiego jeepa, głowa kołysała mi się na 
wszystkie 
strony i kilkakrotnie zmogła mnie drzemka.
   Odwieźli mnie aż do Zwiezdgorodku II, gdzie mieli
swoją 
bazę, a barmanka w bistro uśmiechnęła się do mnie 
jak do 

background image

starego znajomego widząc mnie tego dnia po raz 
drugi. Znowu 
zamówiłem kawę.
   - Co się panu stało? Wygląda pan, jakby przejechał
po 
panu walec.
   - Nie uwierzy pani, ale błądziłem po pustyni.
   Ten dowcip chwycił, ponieważ serdecznie się 
zaśmiała. 
Poleciła mnie potem swoim znajomym, załodze 
trucka na trasie 
Ozz-Arkadia, żeby mnie wzięli ze sobą. Kipiałem 
wprost z 
wdzięczności, kiedy chłopcy pozwolili mi wleźć do 
tyłu na 
koję. Pod głowę podłożyłem jakieś puszki i 
śrubokręty, 
przykryłem się chyba lewarem i już spałem jak 
zabity.
   Obudziłem się na wpół ogłupiały, ale w pełni sił. 
Zupełnie doszedłem do siebie dopiero w "Błękitnej 
Lagunie", 
gdzie kochana Su zaserwowała mi jakiś eliksir życia.
   Moja malutka kochana Su! To było przywitanie!
   Bez laserowych oczu, bez śledczych spojrzeń aż na 
dno 
mojej czarnej duszy, było to przywitanie syna 
marnotrawnego 
w całej rozciągłości: z radosnymi okrzykami, łzami 
w oku i 

background image

wieszaniem się na szyi. Personel również szczerze się 
cieszył, że pan wrócił, czy to byli chłopcy od techniki,
bramkarze czy kukły, ponieważ nawet android nie 
jest 
szczęśliwy, kiedy go pani opieprza i plącze mu 
program 
kaprysami. Pretensje zaczęły się po ogólnym 
uspokojeniu 
emocji.
   - Uwaga, naciśnij na hamulec, droga Su - 
powiedziałem. - 
To twoja wina. Gdybyś nie nasłała na mnie tych 
policjantów, 
nic by się nie stało.
   Su oświadczyła, że o żadnych policjantach w życiu 
nie 
słyszała i nie wzdragała się przed zadzwonieniem do 
Dziadka 
Wścibiacza, żeby natychmiast przyszedł do knajpy. 
Po 
pierwsze dlatego, że tu jestem, po drugie, żeby 
świadczyć o 
jej niewinności.
   - A co ze szklanką?
   Rozmowa, jak mówi klasyk, ślepego z głuchym.
   - Jaka szklanka?
   Ja znowu na to, że przecież ta szklanka, którą ona 
sama 
osobiście - i tak dalej, ale właśnie przytelepał się 
Dziadek 

background image

Wścibiacz, powiedział "Hu" i w ramach swoich 
sporych 
możliwości wyglądał na obrażonego, kiedy nie 
chciałem włożyć 
za lewe ucho słuchawek nastawionych na frekwencję 
jego 
brzęczenia.
   - Mnie oczywiście nie było obojętne, gdzie jesteś i 
co 
się z tobą stało. Moi szpiedzy mi meldowali, że 
widzieli cię 
w hotelu Splendid z tą brązową zdzirą, ale potem 
zniknąłeś i 
jej również nie mogli znaleźć. Myślałam, że 
pojechaliście do 
jakiegoś wiejskiego zajazdu. Nie rób miny 
niewiniątka, to 
nie pierwszyzna.
   Jej szpiedzy to byli portierzy w hotelach, 
szmuglerzy 
tytoniu i lekkich narkotyków, bimbrownicy, wesołe 
panienki i 
przygodni znajomi, oszuści i cinkciarze, czyli po 
prostu 
swoi ludzie.
   - Chętnie bym porozmawiał z inspektorem 
Prochorem - 
powiedziałem. Poleciłem oraklowi, żeby spełnił moją 
skromną 

background image

prośbę i naprawdę, maszyna aż sapała z wysiłku, 
połączyła 
się nawet z centralnym informatorem, który z 
wyrazem 
najgłębszego żalu powiedział mi, że w służbie 
korpusu 
policyjnego miasta Arkadii nie ma funkcjonariusza o
tym 
nazwisku i o ile jemu, informatorowi, wiadomo, to 
samo 
dotyczy pozostałych korpusów policyjnych 
wszystkich 
habitatów Aglomeracji odwróconej strony.
   - Może cię przewieźli na drugą stronę - 
zastanawiała się 
głośno Su.
   Odparłem, że to wykluczone, bo na wycieczkę 
wyruszyłem na 
własną rękę i z posterunku policji w Appolonii 
poszedłem 
prosto do Garaży Centralnych, gdzie pożyczyłem 
jeepa, który 
teraz, nawiasem mówiąc, leży rozbity jakieś 
pięćdziesiąt 
kilometrów od skrzyżowania siódmej ekspresowej i 
Strada del 
Sole, dokładnie tam, gdzie niegdyś wydobywała tytan
Czeskopolska.
   - Opłata oczywiście stuka dalej - dodałem.

background image

   - Zastawili na ciebie niezłe sidła - surowo 
powiedziała 
Su. - Tego im nie darujemy.
   Miała wśród swoich znajomych niezłą listę 
wpływowych 
osób, zastanawiała się więc, do kogo zwrócić się na 
początek 
- czy do pierwszego zastępcy prefekta policji, czy do 
sekretarza komisji do zwalczania honorowanej 
miłości (tak 
oficjalnie nazywano prostytucję), czy może do 
zarządu 
miejskiego, gdzie też działa szereg wpływowych 
przyjaciół. 
Dziadek Wścibiacz wreszcie postawił na swoim i 
zmusił mnie, 
żebym włożył słuchawkę i głowa wkrótce dudniła mi 
od jego 
brzęczenia.
   Tak się dogadywaliśmy, gdy wtem rozsunęła się 
kotara i 
szef-kukła wsunął do środka swoją plastykową 
szlachetną 
twarz i oświadczył, że przyszli jacyś panowie i jakieś 
damy 
i chcą rozmawiać z mistrzem Nedomym.
   Pani Su skinęła głową, szef-kukła się cofnął i do 
środka 
wmaszerował dyrektor generalny Pan-Universalu 
odziany w 

background image

bielutki frak z czarną orchideą w klapie. 
Błyskawicznie 
rzucił się do prawej ręki pani Su, uniósł ją w 
dłoniach 
gestem wynalezionym dla liturgii i przycisnął swoje 
usta do 
grzbietu jej ręki dokładnie w miejscu, przez które 
przebiega 
splot nerwowy wywołujący w duszy kobiety 
kłopotliwy stan 
określany mianem "oczarowania". Tuż za nim 
telepał się 
Gaspar Dumoulins. Nieomal ginął za olbrzymim 
bukietem 
chabrowoniebieskich i białych róż. Genevieve 
również nie 
wyglądała najgorzej, mimo że teraz, po tym 
wszystkim 
patrzyłem na nią bardziej krytycznym wzrokiem niż 
wcześniej. 
To była główna trójca, sztab główny, na drugim 
planie 
tłoczyła się drużyna męska i damska, zauważyłem 
bowiem 
brunetkę obdarzoną cudownym altem.
   Główną część uwagi poświęcono jednak nie pani 
Su, lecz 
mnie.
   - Mistrzu - zwrócił się do mnie dyrektor generalny 
Hans 

background image

Kriegsmann. - Niech pan pozwoli mi wyrazić mój 
najgłębszy 
podziw. Pański wyczyn będzie oznaczać przewrót w 
historii 
sztuki iluzynowej.
   - Jakubie! - krzyknęła Genevieve. - Jakubie, jestem
szczęśliwa!
   Prześliznęła się między panem Kriegsmannem a 
Dumoulinsem 
i wycisnęła mi na ustach pocałunek, który umarłego 
by 
postawił na nogi.
   - Brawo! Brawo! - wołali członkowie drużyny i 
klaskali. 
Personel "Błękitnej Laguny" oczywiście nie miał 
pojęcia, co 
się dzieje w kantorze, ale powstał tak nadzwyczajny 
hałas, 
że nikt nie wątpił w to, że dzieją się jakieś wielkie 
rzeczy.
   - Pozwólcie, że zaproszę wszystkich do prywatnej 
sali 
Spółki Pan-Universal na prezentację roboczej wersji 
naszego 
najnowszego dzieła "Trzej wspaniali".
   Dziwna sprawa. Być naprawdę wielkim 
człowiekiem oznacza 
nie dać nikomu wokół siebie okazji.
   Najchętniej wepchnąłbym panu Kriegsmannowi 
czarną 

background image

orchideę do lewej dziurki w nosie. Nie mogłem. Nie 
dał mi po 
temu okazji. Byłem jak królik ogłupiały nagonką. 
Pozwoliłem 
się wychwalać, wypiłem chyba z sześćdziesięcioma 
osobami 
szampana i pozwoliłem się wyprowadzić na 
zewnątrz, gdzie 
uliczkę zabarykadował autokar pomalowany w 
barwy wojenne 
Pan-Universalu. Wstydzić się za to nie muszę, 
ponieważ Su 
była w tej samej sytuacji i nawet Dziadek Wścibiacz 
nie miał 
się lepiej. Pan-Universal nas po prostu wziął do 
niewoli.
   Odwieźli nas do sali projekcyjnej i obejrzeliśmy 
"Trzech 
wspaniałych".
   Czapki z głów.
   To było arcydzieło!
   Ludzie, ja widziałem zapis gołej historii, obraz 
działalności stantów. Potem widziałem pierwszą 
wersję, w 
którą wmontowano moje emocje. Z całą skromnością
muszę 
powiedzieć, że nie było to złe. Ale to, co widzieliśmy i 
poczuliśmy teraz, było oszałamiające. Jeszcze nikt z 
nas nie 

background image

przeżył tak silnych emocji w fotelu sali iluzynowej, 
jak my 
- a widzieliśmy tylko wersję roboczą, dzieło 
połowiczne, 
które jeszcze się będzie szlifować.
   Były w tym najczystsze uczucia, jakie potraficie 
sobie 
wyobrazić. Najstraszliwszy strach, najradośniejsza 
radość, 
napięcie i ulga, momenty lirycznych marzeń, 
zmęczenie, 
zwierzęce stany czujności, wściekłość i nienawiść, 
dzikie 
zdecydowanie. Kto to obejrzy, będzie się czuć jak ten
najtwardszy, najodważniejszy, ale też najwrażliwszy 
pionier. 
Tak, to był najlepszy spacern, jaki kiedykolwiek 
nakręcono!
   W sali zapaliło się światło, ale my troje, którzy 
widzieliśmy dzieło po raz pierwszy, nie ruszyliśmy się

miejsc i gapiliśmy się na teleścianę jak cielęta.
   - Co to było? - spytałem pana Kriegsmanna.
   - To były pańskie emocje opracowane przez zespół 
najdoskonalszych zawodowców - rzekł dyrektor 
generalny Pan-
Universalu. - Co panu powiedziałem? Obiecałem, że 
wyduszę z 
pana najczystsze emocje, i widzi pan, że nie rzucałem
słów 

background image

na wiatr.
   - Praca profesjonalisty - zauważyła Su.
   - Profesjonalistów - poprawił ją pan Kriegsmann z 
iskierką w oku. - Wszyscy mają w tym swój udział. A
Genevieve wcale nie najmniejszy.
   - Czyli... - ciężko przechodziło mi to przez usta - te 
narkotyki... Su... policjanci... klinika, to wszystko...
   - Oczywiście, to wszystko była faza 
przygotowawcza. 
Szanowna pani - zwrócił się do Su - niezwykłą uwagę
przyłożyliśmy do wyprodukowania androida o pani 
wyglądzie. 
Zostawiłem go sobie do swoich prywatnych potrzeb -
jest 
czarujący. Po tym, co pan, panie Nedomy widział, na
pewno 
nie będzie nam pan miał za złe, kiedy powiem, że 
czujnik 
emocji był umieszczony w pańskim przewodzie 
pokarmowym. Jest 
mniej więcej takiej wielkości - pokazał palcem 
wskazującym i 
kciukiem przedmiot o średnicy dwóch centymetrów.
   - A tam na zewnątrz, w Czeskopolskiej?
   - Tam zdjęliśmy większość pańskich uczuć. 
Musieliśmy je 
odpowiednio wywołać.
   - Ten android... był pański?
   - Grał decydującą rolę. Mieliśmy tam też inne cuda

background image

techniki, na przykład emitory sugestywne 
najnowszej 
generacji. Zapewniam pana, że nie był pan w 
niebezpieczeństwie ani przez sekundę. Wszystko było
pod 
kontrolą.
   - A mechanicy?
   - Członkowie naszego zespołu. Tak samo jak 
widzowie na 
wzgórzach. Prowadziliśmy pańskie emocje krok za 
krokiem. 
Narkotyki? Oczywiście, musieliśmy poprawić 
pańską percepcję. 
Nazywa się to kondycjonalizacją farmakologiczną. 
Niezmiernie 
podnieśliśmy pańską wrażliwość na emitory sugestii. 
Proszę 
wybaczyć mój fachowy slang - ukłonił się drogiej Su 
- dla 
nas to normalny żargon.
   Wstałem.
   - Ale jednej rzeczy mi pan nie wyjaśnił.
   - Proszę pytać - Kriegsmann promieniał 
szczęściem. Był 
bohaterem dnia. "Trzej wspaniali" są prawie gotowi.
Za 
tydzień kopie będą prezentowane w dziesiątkach 
tysięcy sal 
sieci iluzynów na Lunie, w pięciu habitatach 
Lagrangu, na 

background image

Kole i oczywiście również na Ziemi i w koloniach. 
Pan-
Universal obronił swoją czołową pozycję w 
przemyśle 
produkcji snów. A ja?
   Ze mnie będzie gwiazda. Zamknę sklep. A co z 
panią Su?
   Na początek kupię jej hotel Splendid.
   - A więc? Niech pan pyta. Podoba mi się czystość 
pańskiego zdumienia. Nawiasem mówiąc, czujnik 
emocji działa 
dalej. Jest pan naturalny. Również pańskie 
zdumienie włączył 
do złotego archiwum i niewątpliwie wkrótce pojawi 
się w 
jakiejś naszej przyszłej kreacji. Niech pan pyta, 
proszę?
   - A co z Katem?
   - No tak, Kat... Motyw kata był częścią pańskiej 
kondycjonalizacji. Musieliśmy się oprzeć na 
pańskich 
prawdziwych emocjach, panie Nedomy. Dawno 
zapomnianą 
nienawiść do realnej osoby po prostu 
rozdmuchaliśmy. Z 
iskierki powstał pożar, ha, ha. Szanowna pani Su 
dobrze 
wyczuła nasze zamiary, wyrazy uznania! Ale warto 
było, 
prawda?

background image

   - Nie odpowiedział pan na moje pytanie.
   - Nie sprecyzował go pan jasno.
   - Obiecał mi pan, że znajdziecie Kata. Obstaję przy
tym, 
żeby pan tego dotrzymał. W przeciwnym wypadku...
   - W przeciwnym wypadku? - zesztywniał.
   - Nie wyrażę zgody na premierę.
   - Pan zwariował!
   - Absolutnie. Pan obstawał przy dotrzymaniu 
umowy z mojej 
strony. Teraz ja obstaję przy tym samym. Proszę 
przyjąć do 
wiadomości, że monitorowałem wszystkie nasze 
rozmowy i że 
zapisy znajdą zastosowanie w sądzie.
   Nie była to prawda, ale tego Kriegsmann nie mógł 
wiedzieć. Równie dobrze mogłem rozmowy 
monitorować, jeśli 
oczywiście miałbym do tego odpowiednią aparaturę.
   A że nie miałem? A czy to ważne?
   - Panie Nedomy - z powagą powiedział 
Kriegsmann. - Proszę 
o tym zapomnieć. Proszę zrozumieć: Pan-Universal 
był w 
rozpaczliwej sytuacji ekonomicznej. Postawiliśmy 
wszystko na 
jedną kartę. Projekt Dumoulinsa był w zasadzie 
dobry, 
chociaż ryzykowny. Nikt wcześniej nie nagrywał 
emocji 

background image

prawdziwego pioniera. Nawet nie było takiej 
potrzeby, bo 
aparatura nie miała odpowiednich zdolności 
rozdzielczych. 
Dopiero współczesna technika pokazała, gdzie leżą 
granice 
możliwości i my je przekroczyliśmy. Za tydzień 
będzie pan 
najpopularniejszym człowiekiem w Systemie 
Słonecznym. 
Wypowie pan życzenie i natychmiast będzie ono 
spełnione. 
Siedemdziesiąt pięć lat żył pan jak nędzarz! Wiem o 
panu 
wszystko. Zubożały student, górnik, pijak, 
szesnastokrotnie 
karany, producent fałszywych antyków... Człowieku, 
ma pan 
siedemdziesiąt pięć lat, najwyższy czas zacząć żyć 
nowym 
życiem!
   - Właśnie zaczynam. Powiedział pan, że wypowiem 
życzenie 
i będzie ono spełnione, ponoć już za tydzień. Czemu 
by to 
nie miało być zaraz? Chcę, żeby zaprowadzono mnie 
do Kata. 
Chcę, żebyście się dowiedzieli, kto to jest i gdzie go 
znajdę.
   Przez chwilę mi się przypatrywał.

background image

   W trakcie tej rozmowy wszyscy się od nas 
dyskretnie 
oddalili, stanęli przy ścianach i tam półgłosem 
rozmawiali, 
wymieniali towarzyskie frazesy i tylko kątem oka 
zerkali, co 
się będzie działo.
   Na pierwszy rzut oka nie działo się nic, tylko dwaj 
mężczyźni ze sobą rozmawiali: jeden elegancki, 
drugi aż 
komicznie obdarty, jeden bogaty, drugi biedny, jeden
sławny, 
a ten drugi?
   Stopień znaczenia zero.
   Zero to ja.
   Ale ja, zero, uniosłem głowę i sława musiała 
zatańczyć do 
melodii.
   - Tańcz, sławo.
   - Niech pan idzie ze mną - powiedział.
   Czyżby miał Kata schowanego w spiżarni? W 
szafce w 
garderobie? W szufladzie biurka?
   Zaprowadził mnie do gabinetu, który sąsiadował z 
salą i 
był od niej oddzielony półprzezroczystym lustrem. 
Kiedy 
zapalił światło, ujrzeliśmy fotele, teleścianę i 
widownię, 

background image

podnieconą bardziej lub mniej. Gdy wyszliśmy, 
wszyscy się 
wyraźnie ożywili i aż mnie zatkało na widok jak 
serdecznie 
pani Su rozmawia z Genevieve. Najlepsze koleżanki, 
można by 
pomyśleć. Dziadek Wścibiacz łaził w kółko, zapewne 
robił 
"Hu", ale nie było tam nikogo ze słuchawkami 
nastrojonymi na 
częstotliwość jego nadajnika. Jakiś idiota wcisnął mu
do 
ręki kieliszek, pełen najwyraźniej tego dobrego 
gimletu, 
chyba bez narkotyku. Dziadek z kieliszkiem! 
Większą radość 
by mu sprawił dwudziestopięciowoltowy akumulator.
   - Pytam po raz ostatni, naprawdę pan tego chce? 
Naprawdę 
pragnie pan spotkać człowieka, który pięćdziesiąt lat
temu 
niemal pana pozbawił życia? To bardzo stara 
historia, panie 
Nedomy, i zasługuje na zapomnienie.
   - Chcę się z nim spotkać.
   - Z nienawiści?
   Uśmiechnąłem się.
   - Ach, to nie... ta nienawiść... to była wasza praca, 
prawda?
   - Emitory - skinął głową. - Nienawiści już nie ma.

background image

   - Teraz jestem ciekawy, tylko tyle. Proszę 
zrozumieć: 
pięćdziesiąt lat zadaje pan sobie to samo pytanie. Też
by 
pan chciał znać odpowiedź.
   - Dobra, niech pan siada - powiedział Kriegsmann. 
- Niech 
pan podziękuje panu Dumoulins. Dzięki jego 
poszukiwaniom 
historycznym pozna pan prawdę. Myślę, że Gaspar 
zasługuje na 
pańską wdzięczność. Powinien mu pan sprawić 
radość. 
Wspominał coś o jakiejś broni, o tysiąc czterysta 
pięćdziesiątce. Ta pańska jest ponoć podrabiana.
   - Zaproponowałem mu podróbkę - wzruszyłem 
ramionami - ale 
mam również oryginał. Według niego zrobiliśmy z 
Dziadkiem 
Wścibiaczem falsyfikat.
   - Dobra - powiedział Kriegsmann. - Cieszę się, 
kiedy 
wszyscy się cieszą.
   Spokojnym zachęcającym głosem poprosił orakl o 
współpracę. Ściana pokryta imitacją drzewa 
tekowego 
rozjaśniła się.
   - To on, pański Kat - powiedział pan Kriegsmann.
   Zmrużyłem oczy.
   Z teleściany patrzyła na mnie twarz mniej więcej 

background image

dwudziestoletniego mężczyzny. Był mi znany, znałem
go 
dobrze, przecież to był...
   - Kazik! - krzyknąłem.
   - Kazimierz Prus, urodzony w Katowicach, 
Rzeczpospolita 
Polska.
   - To niemożliwe - powiedziałem. - To był mój 
najlepszy 
kumpel na szychcie! To on... mnie namawiał do 
ucieczki...
   - To było w jego stylu. Urodzony sadysta. Kochał 
zabijanie. Dewiacja psychiczna, rozumie pan? To nie 
była 
jego wina, swoje ofiary urabiał przez dłuższy czas. 
Doprowadzał je do sytuacji, w której popadały w 
konflikt z 
niepisanym prawem społeczeństwa. A potem z 
polecenia tegoż 
społeczeństwa karał winnych.
   - Co się z nim stało?
   Patrzyłem na twarz Kazika, a przez głowę 
przelatywały mi 
wspomnienia. Na biurku dyrektora odezwał się 
brzęczyk. Szef 
przyłożył ucho do słuchawki prywatnego telkomu.
   Kaziku, mój ty jedyny prawdziwy przyjacielu z 
Czeskopolskiej. Jak często rozmawialiśmy o 
poczuciu 

background image

osamotnienia... Dwa wilki stepowe. A ty, wilku, 
wystawiłeś 
mnie na strzał, przygotowałeś na mnie sidła.
   - Co się z nim stało? Żyje?
   - Chyba by pana interesowało, że chłopcy z 
wydziału 
zapisu chwalą jakość emocji, które właśnie pan 
przeżywa. Są 
jednak na granicy intensywności. Powinien się pan 
trochę 
pohamować, przyjacielu...
   - Niech pan odpowiada! Żyje?
   - Tak. Ale to nieważne, nie sądzi pan?
   - Chcę się z nim spotkać.
   - Wielu ludzi chciało się z nim spotkać. Jeden 
zrobił z 
nim to...
   Następne zdjęcia rozchwiały mój żołądek. 
Zmasakrowany 
człowiek w projekcji tri-di nie wygląda dobrze, a ten 
nieźle 
dostał w kość. Kupa mięsa, tylko tyle.
   - Trafienie tysiąc czterysta pięćdziesiątką w pierś. 
Ponoć nieuszkodzony został jedynie mały palec lewej
nogi.
   - Powiedział pan, że żyje...
   Milczał. Jak oczarowany patrzyłem na ten straszny
teatr.
   - Co z nim było potem? Protetyka?

background image

   - Proszę? - wyrwał się z zadumy. - Tak, oczywiście. 
Chce 
pan wiedzieć wszystko?
   Zmienił obrazek.
   - Oto on.
   Z teleściany patrzył na mnie Dziadek Wścibiacz.
   - Nie! - krzyknąłem.
   Teleściana była wykonana z mocnego materiału. 
Gdyby była 
bardziej krucha od deski pancernej, nie 
przetrwałaby tego 
uderzenia głową, jakie zaliczyła. A potem jeszcze 
długo 
tłukłem w nią pięściami, nawet kiedy zdjęcie 
Dziadka 
Wścibiacza już znikło.
   Opamiętałem się dopiero, kiedy dyrektor 
kilkakrotnie mną 
potrząsnął i wlepił mi kilka dobrze wymierzonych 
policzków.
   - Ty bydlaku! Mówiłem, żeby pan przestał!
   Obsunąłem się na ziemię. Siedziałem z 
wyciągniętymi 
nogami plecami oparty o teleścianę. Dyrektor 
generalny Pan-
Universalu stał nade mną i opętańczo krzyczał. Przez
szparę 
między jego nogami widziałem biurko.
   Zwisał z niego jakiś przedmiot na błyszczącym, 
pokręconym 

background image

sznurze.
   Słuchawka prywatnego telkomu.
   - Ty łajdaku! Właśnie mi meldowali... właśnie 
dzwonili... 
że aparat rejestrujący emocje eksplodował!
   Byłem zupełnie otępiały. W ustach czułem smak 
krwi.
   - A... zapis emocji do "Trzech wspaniałych"? - 
spytałem 
bez większego zainteresowania.
   - To też diabli wzięli, rozumiesz? I Pan-Universal 
też!
   Zebrałem się do kupy, wstałem i powlokłem się do 
drzwi. 
Otworzyłem je i przez ramię zerknąłem na 
dyrektora. Stał 
przy otwartej szafce, odchylał głowę i trzymał coś 
przy 
twarzy. Usłyszałem coś jakby "gul, gul". A jednak to 
rozsądny 
człowiek, pomyślałem.
   Potrząsnąłem głową, wszedłem do sali i zamknąłem
za sobą 
drzwi. Po prawej stronie miałem wielkie lustro. Co 
się za 
nim może dziać?
   - Czemu się śmiejesz? - spytała Su, kiedy do niej 
podszedłem.
   - Życie czasami bywa komiczne - powiedziałem i 
objąłem ją 

background image

wokół ramion. Mrugnąłem do Genevieve, skinąłem 
Chudzielcowi 
Dumoulinsowi i kilku innym, których poznałem 
podczas 
nakręcania. Chwyciłem Dziadka Wścibiacza za 
metalowy łokieć 
i we trójkę wyszliśmy z sali.
   Znaleźliśmy się na głównej alei, a walący tłum 
wessał nas 
w siebie jak polip. Powietrze pachniało koniakiem i 
wodą 
kolońską. Nad naszymi głowami płonęły pożary 
świetlnych 
reklam, a żółte statki powietrzne uprzejmie sączyły 
pożyteczne rady.
   A ja się ciągle śmiałem, ale nikt na to nie zwracał 
uwagi, ponieważ nie rzucałem się tym w oczy.
   Przecież ludzie przyjeżdżają na Lunę po to, żeby 
się śmiać 
i czuć szczęśliwie.
                                                        cdn.

.N:193
                        

background image

powieść

Ondrej Neff

Miesiąc mojego życia (3)

(Mesic meho zivota)

przełożyła Joanna Czaplińska

                          Część 3

1.  Bardzo by mi się podobał, gdyby nie był 
namalowany na 
plakacie, a ten plakat nie wisiałby na mojej 
stróżówce.
   Tak, bardzo by mi się podobał.
   Musiałby mi się podobać. Oceńcie sami.
   Był dokładnie na tyle wysoki i dokładnie na tyle 
postawny, żeby wypełnić idealny mundur pilota 
zwiadowcy, a 

background image

taki idealny mundur, jak wiadomo, ma rozmiar 
pięćdziesiąt 
osiem. Gdyby miał o dwa deko więcej - nie tłuszczu 
oczywiście, ale materii bicepsowej - mundur mógłby 
być 
trochę opięty. A z kolei gdyby przeciwnie, te dwa 
deko 
zrzucił, na bluzie z pewnością zrobiłaby się fałdka. 
Ale on 
miał mięśni akurat tyle, żeby mundur nie był ani 
opięty, ani 
fałdzisty.
   Nosiłem już wiele mundurów, ale nigdy nie 
wyglądałem tak 
doskonale.
   I nie pamiętam też, żebym kiedykolwiek potrafił 
stanąć 
tak ładnie jak ten pilot zwiadowca na plakacie - w 
mocnym 
rozkroku, z jedną ręką opuszczoną wzdłuż ciała, pod
pachą 
drugiej hełm.
   To dlatego, że nigdy nie wypatrywałem Nowej 
Granicy.
   Tak bowiem stało na tym plakacie: NOWA 
GRANICA. A nad 
tym, też wersalikami i też fluoryzującymi literami, 
dopisano 
jeszcze Dzień D-30. To znaczy, że dzień D nastąpi za 

background image

trzydzieści dni. Już za miesiąc będziemy obchodzić 
wielkie 
święto - Dzień Pionierów. Znowu się czegoś dowiemy 
o Nowej 
Granicy.
   Ten przystojniak jej wypatruje, ten przystojniak 
już ją 
widzi, jakby miał ją na dłoni.
   Do wyglądania Nowej Granicy musicie mieć 
specyficzny 
talent, a jeśli go nie macie, nigdy nie traficie na 
plakat.
   Nowa Granica jest daleko. To jasne, gdyby była 
blisko, 
nie byłaby Nową Granicą, ale Starą Granicą. Ale nie 
jest też 
aż tak daleko, żeby nie można było jej dostrzec. Nie 
każdy 
sięgnie wzrokiem, ale wyjątkowe jednostki owszem, i
to są 
właśnie ci pionierzy, których znamy z plakatów.
   Taki człowiek oczywiście nie strzela oczyma i nie 
zezuje, 
jakby nie był pewien, co właściwie na tej Nowej 
Granicy się 
znajduje. Ale nie może patrzeć obojętnie, jakby 
patrzył na 
tri-di. Obserwator Nowej Granicy potrafi rozpoznać 
jej 

background image

główne zarysy: widzi je zupełnie wyraźnie i 
napawają go one 
entuzjazmem i pewnością siebie. Uświadamia sobie 
bowiem, że 
wyglądaniem przybliża sobie Nową Granicę i oswaja
ją i że w 
pewnym sensie już na niej spoczywa nogą zdobywcy.
   Traktując sprawę czysto teoretycznie, to kwestia 
odpowiedniego mrużenia oczu. Oko, jak wiadomo, 
jest 
wyposażone w powieki i otoczone kręgiem mięśni 
mimicznych, 
które w jednym ze skrajnych przypadków mogą oko 
zamknąć, a w 
drugim ekstremalnym przypadku otworzyć tak 
szeroko, że wokół 
bielma widać to takie czerwone. Powieki służą do 
ochrony 
przed uszkodzeniami mechanicznymi, przed 
nadmiarem światła, 
a czasami również do zaostrzenia obrazu. I na tym 
polega 
cały trik. Obserwator Nowej Granicy musi potrafić 
zmrużyć 
oczy tak, aby te wspaniałe kontury na horyzoncie 
zobaczyć 
wyraźniej, a tym samym radośniej, ale żeby przy 
tym nie 
wyglądać tak, jak za moich młodych lat 
krótkowidze, którzy z 

background image

próżności nie nosili okularów i mrużyli oczy w 
szparki, 
kiedy nie byli pewni, czy po drugiej stronie ulicy 
spaceruje 
Basia czy Kasia.
   To jest to. Mrużenie oczu. Jeśli to opanujecie, 
reszta 
idzie jak po maśle. Na twarzy powstaną bruzdy, 
zdecydowanie 
opadające od nasady nosa do kącików zamkniętych 
ust i dalej 
łączące się z brodą. Kiedy uda wam się wyhodować 
te 
energiczne bruzdy, kości policzkowe wystąpią jak 
skały 
granitowe, a broda stanie się przylądkiem 
odbijającym nawet 
najbardziej gwałtowne przypływy losu.
   Nauczycie się odpowiednio mrużyć oczy i stanie się 
z was 
pionier, nawet gdybyście przyjechali na Lunę przed 
tygodniem 
i zajmowali się tu produkcją rurek z kremem.
   Wyciągnąłem z kieszeni nożyk i starannie 
wyskrobałem w 
plakacie prostokątne okienko, zbiegiem okoliczności 
właśnie 
w tym miejscu, gdzie bohater miał rozporek. Potem 
wszedłem 

background image

do stróżówki, żeby się przekonać, że prześwit w 
plakacie 
wydrapałem na odpowiedniej wysokości, żeby móc 
wyglądać.
   Trafiłem bezbłędnie. Wystarczyło tylko trochę 
nachylić 
się nad stolikiem i widziałem cały port.
   Port Arkadia to brzmi oszałamiająco.
   Opanował mnie smutek. Nie mogłem w tej 
stróżówce 
wytrzymać, niemal tam umierałem, a szkoda by 
było, skoro tak 
długo wytrzymałem. Prawie sto dwadzieścia pięć lat. 
Cholerny 
szmat czasu.
   Wyszedłem na zewnątrz i oparłem się o ścianę.
   Padał drobny, nędzny deszczyk. Kropelki były tak 
małe, że 
prawie ich nie dostrzegałem, za to czułem je na 
policzkach, 
na grzbietach dłoni, za kołnierzem i na rękawach. 
Były to 
drobne, ale za to rozpustne istotki. Wirowały w 
powietrzu w 
szalonym tańcu i na ziemię docierały niezwykle 
powoli - 
niechętnie, długo lawirując, jakby się zastanawiały, 
gdzie 
mają wylądować. Gdybym był taką kroplą, nie 
nęciłaby mnie 

background image

perspektywa plaśnięcia o brudną ziemię albo 
wsiąknięcia w 
papierosowy niedopałek. Starannie wyszukałbym 
sobie miejsce 
lądowania i na pewno nie skierowałbym się za 
kołnierz 
takiego dziadka jak ja. Jeśli byłoby to choć trochę 
możliwe, 
wcelowałbym się w dekolt jakiejś młodej dziewczyny,
dokładnie 
między te dwa cudowne pagórki i tam, w 
pachnącym, miękkim i 
ciepłym zakątku otworzyłbym pierwszą puszkę piwa,
potem 
drugą, a może również trzecią, i wzdychałbym, jak 
mi dobrze. 
Zrobiłbym to, gdyby to było możliwe. Ale, jak każdy 
wie, 
akurat to możliwe nie jest. W porcie pada ciągle, 
albo 
prawie ciągle, musiałaby więc to być porządnie 
postrzelona 
dziewczyna, żeby przychodzić właśnie tutaj w 
wydekoltowanej 
bluzce. W tym cały kłopot. Szalone dziewczyny 
wyginęły 
wkrótce po tym, jak przestałem być młody. 
Dzisiejsze 
dziewczyny są rozsądne. Piersi obnażają tylko w 
solarium, a 

background image

na deszcz wychodzą w pelerynie. Kiedy ostatni raz 
widziałem 
nagą dziewczynę na deszczu!
   To w ogóle... Szkoda słów.
   Padał drobny i nędzny deszczyk, wilgoć opadała z 
olbrzymiej wysokości z kopuły, gdzie się skraplała, 
tworzyła 
chmury i kondensowała w krople tylko dlatego, że 
rada 
miejska oszczędzała na klimatyzacji.
   Oszczędza się na wszystkim. Na klimatyzacji i na 
oświetleniu. W porcie jest prawie ciemno. Tu i 
ówdzie 
migocze żółtawe światełko. Mnie interesuje przede 
wszystkim 
to jedno, żółtawe z niebieską obwódką.
   Stamtąd ma przyjść ocalenie.
   Ocalenie najpierw usłyszałem, potem zobaczyłem. 
We mgle - 
była to bowiem bardziej mgła niż deszcz - dźwięk 
niesie się 
dalej, a w ciemności człowiekowi wyostrza się słuch. 
Klap, 
klap, klapu klap, usłyszałem stukanie drobnych 
kroków.
   To on, stary, dobry Dziadek Wścibiacz.
   Gdyby Dziadek w tej chwili mnie zobaczył, 
spytałby, czemu 
się uśmiecham. Tak sobie, odpowiedziałbym. Aha, 
odparłby na 

background image

to. Nigdy nie jest ciekawski. Dokrot Kurz podczas 
operacji 
przywrócił mu naprawdę ludzki wygląd i z 
połowicznego 
androida zrobił go tylko na 
dwudziestopięcioprocentowego: te 
trzy czwarte były prawie zupełnie ludzkie, ale nawet 
ta 
jedna czwarta wystarczy, żeby Dziadek był daleki od 
pewnych 
ludzkich słabości. Na przykład nie jest ciekawski.
   Nie wiem, czy takie były zamiary doktora, czy też 
zrobił 
to mimo woli, pewne jest, że w przeciwnym wypadku
nie 
wytrzymałbym z Dziadkiem tak długo. Dawniej, za 
starych 
czasów, kiedy porozumiewał się tylko na falach 
krótkich, 
mogłem go wyłączyć. Robiłem pstryk i odbiornik za 
uchem 
przestawał brzęczeć. Ale po operacji Dziadek mówił. 
Byłoby 
okropne, gdyby mówił dużo, gdyby wszystko 
komentował i o 
wszystko wypytywał.
   Dziadek człapał po nierównych, zwietrzałych przez
lata 
płytach szkła przemysłowego. Wynurzył się z 
ciemności, kiedy 

background image

znalazły go różowe promienie latarni, która powoli 
obracała 
się na dachu stróżówki.
   Dziadek kroczył powoli i chyba przy tym 
przysypiał. 
Starałem się odgadnąć, czy jego torby są pełne czy 
puste. W 
tym przeklętym deszczu nic nie było widać.
   Podszedł do mnie.
   Od razu zrozumiałem, co się święci.
   - Nic - powiedziałem.
   - Masz iść dać się wypchać - przekazywał 
informację 
Dziadek. Mówił jeszcze, że nie pozwoli robić z siebie 
idioty.
   - To idiota - powiedziałem z rezygnacją. - Chodź, 
schowamy się.  
   Weszliśmy do stróżówki. Zamknąłem drzwi. 
Dziadek usiadł 
przy stole, westchnął, pogmerał w kieszeni płaszcza, 
który 
sięgał mu do samych pięt i postawił puszkę na stole.
   - Piwo! - ucieszyłem się. - A jednak!
   - Moje - powiedział Dziadek Wścibiacz. - Moulis mi
je 
dał. Ponoć nie mogę ci dać ani trochę.
   Otworzyłem puszkę i przyssałem się. Ostatnimi 
czasy to 
piwo jest coraz gorsze.
   - Jak by się mógł o tym dowiedzieć?

background image

   - Moulis ma swoich ludzi wszędzie - powiedział 
Dziadek 
Wścibiacz i wyrwał mi puszkę z ręki. To również 
konsekwencja 
operacji doktora Kurza. Dziadek już je i pije jak 
każdy inny 
człowiek.
   - Słuchaj, Dziadku, czego od ciebie chciał Moulis?
   - Obiecał mi, że dostanę piwa, ile zechcę.
   - Jeśli... Co za to?
   - Wypytywał o ciebie.
   - Co go interesowało?
   - Wszystko... Jak żyjesz, co porabiasz i jak 
potrafisz 
wyżyć z tej jałmużny, którą dostajesz od rady 
miejskiej.
   - Co mu powiedziałeś?
   - Że jesteś skromnym człowiekiem. Że w twoim 
wieku 
mężczyzna już niewiele potrzebuje.
   - Dziadku, to było poniżej pasa! Potrzebowałbym 
sporo, 
ale nie stać mnie! Sto dwadzieścia pięć lat to nie 
żaden 
zaawansowany wiek!
   Dziadek dopił swoje piwo. Zaliczka za zdradę. Ale 
Dziadek 
nie zdradzi.
   - To go nie interesowało - dodał.
   - Nawet mnie to nie dziwi.

background image

   - Chciał wiedzieć, jakie masz lewizny.
   - Ja? Lewizny w porcie? Jakie lewizny może mieć 
stróż 
portu?
   - Skądś usłyszał, że dorwałeś się do latarni.
   Kiedy jest najgorzej, ssę sok z tego monstra na 
dachu, 
ale rozsądnie. Uważam, żeby się trzymać w 
granicach 
przeciętnej konsumpcji. Jak ten Moulis mógł się o 
tym 
dowiedzieć?
   - Nie udowodni mi tego - powiedziałem.
   - Nie powinieneś przesadzać - ostrzegawczo 
powiedział 
Dziadek.
   - Rada miejska i tak nie urwałaby mi głowy.
   - Rada miejska nie, ale w NG są twardzi chłopcy.
   - To wszarze. Powiesili mi plakat na oknie, kiedy 
się 
zdrzemnąłem.
   Pokazałem biały prostokąt przyklejony do szyby.
   Dziadek się odwrócił. Jedno oko miał 
parabiotyczne, czyli 
tak samo kiepskie jak ludzkie, ale za to drugie to 
była 
stara, dobra cybernetyczna robota jeszcze z 
poprzedniego 
wieku. Dziadek miał co najmniej trzykrotnie większy
zasięg 

background image

spektrum widzialnego niż zwykły człowiek.
   Patrzył na plakat z tyłu i na pewno widział ten 
obrazek 
tak samo wyraźnie jakby stał tuż przed nim. Kiedy 
jego wzrok 
padł na rozporek bohatera, jego pochylona postać się
wyprostowała.
   - Nie powinieneś był tego robić - wysyczał.
   - Muszę widzieć, co się dzieje na zewnątrz. Jestem 
stróżem czy nie? Jak mam pilnować, skoro ktoś mi 
zakleił 
okno takim świństwem.
   - To plakat Nowej Granicy.
   - Nowa granica czy stara granica, przeszkadza mi. 
Zrobiłem w tym tylko malutkie okienko. To chyba 
pana 
Stavropulosa nie rzuci na kolana.
   - Jego nie... Jego nie. Było ich co najmniej tuzin.
   - Nygusów?
   Nygus to był mój termin. Nowa Granica, en gie. 
Nygus. 
Dobre, co?
   Ludzie złoci, ja w życiu miałem już do czynienia z 
ekologami, którzy urwaliby wam uszy za 
zadeptanego mlecza. 
Mahometańscy fundamentaliści niemal zmusili mnie 
do wzywania 
Allaha. Kiedy wybuchło to higieniczne szaleństwo po
epidemii S-A, zmuszali człowieka, żeby sobie 
najpierw umył 

background image

mydło, a dopiero potem się mył i biada temu, kto nie 
leciał 
z katarem do lekarza. I ja teraz, w wieku stu 
dwudziestu 
pięciu lat, mam klęczeć przed chłopaczkami, którzy 
się bawią 
w bohaterów kosmosu? To są en gie. Nygusy.
   - Gdyby wiedzieli, że tak ich nazywasz, skuliby ci 
buzię.
   - Dziadku, ty zawsze byłeś pesymistą.
   - Nie widziałeś ich. Był ich tam tylko tuzin, ale 
knajpa 
należała do nich. Śpiewali piosenki. Ryczeli hasła. 
Walili w 
stoły, aż ziemia się trzęsła.
   - Gdybyśmy byli gdzieś na Lagrangu - 
powiedziałem - może 
bym się bał. Ale Luna to nie Lagrange.
   Nie trzeba było mówić, który Lagrange. Te cztery 
już 
zlikwidowali, po prostu wysłali je do Słońca. Czyli 
pozostał 
tylko jeden Lagrange, ten największy, który 
połyskuje nad 
niebieskim kręgiem starej spleśniałej Ziemi jak 
srebrna 
pestka.
   Lagrang aż się roi od nygusów. Pęka w szwach, 
tylu ich 

background image

tam jest. Jak kiedyś pęknie, nygusów będzie pełny 
cały 
okoliczny wszechświat.
   Dziadek zajrzał w pustą puszkę. Najpierw tym 
prawie 
ludzkim okiem, potem tym drugim (chyba w 
spektrum 
promieniowania rentgenowskiego), ale nie wypatrzył
w niej 
zgoła nic. Już się zaczęła rozpadać, za chwilę 
zostanie z 
niej tylko kałuża, a i ona wkrótce wyparuje.
   - Nie powinieneś odwiedzić Su? - spytał nagle 
Dziadek.
   Zdenerwował mnie. Wyjaśniłem mu, że Su może 
się wypchać 
razem z całą tą paczką pijusów i narkomanów, która
udaje 
high life. Moja biedna Su zgłupiała na stare lata.
   - Wiesz, że nigdy nie lubiłem tłumu. Kuba 
samotnik.
   Ty też zawsze byłeś samotnikiem, Dziadku. Jeszcze 
wiele 
mógłbym do tego dodać, ale ugryzłem się w język. 
Nigdy nie 
zdradziłem się przed Dziadkiem, że wiem o nim 
trochę więcej 
niż on sam. Po co miałbym mu to mówić?
   - Teraz już nie chodzi o jakąś paczkę, Kubo. Nie 

background image

widziałeś ich. Wrzeszczeli jakby Arkadia należała do
nich. 
Moulis też się do nich przyłączył. Dla mnie jest jasne,
o co 
mu chodzi, NG potrzebuje portu. Ty im tu 
przeszkadzasz.
   Rozśmieszył mnie.
   - Ja, zwykły stróż?
   - Jesteś jednym z ostatnich stróżów, którzy nie są z 
nimi.
   - Wolanda też się już przekonał?
   Dziadek przytaknął.
   - O tym mi Moulis powiedział, kiedy tylko 
wszedłem do 
knajpy. Że ponoć jesteś ostatni.
   - Lepiej by zrobili, gdyby opanowali kierownictwo 
portu.
   - To też rozpracowują, Kubo. Są z nimi 
inżynierowie i 
chłopcy z obsługi. Nie dziw im się. Miło się słucha 
tych 
nygusowskich gadek o zdobyciu kosmosu.
   - To są aż tak głupi? Czy nie mają w głowie ani 
krzty 
rozumu? Musieliby przecież najpierw przekonać to 
spleśniałe 
jajko na niebie - przez szparkę między górną 
krawędzią 
plakatu a framugą pokazałem na Ziemię - musieliby 
przekonać 

background image

Radę Światową i poszczególne rady kontynentów i 
wszystkich 
tych jajogłowych tam na górze, że trzeba latać. Ale 
Dziadku, 
jak by ich mogli przekonać, skoro już nikt nie 
potrzebuje 
latania w kosmos?
   Jeszcze długo mówiłem. Musiałem się trochę 
wygadać. Kiedy 
tak siedzę w stróżówce zupełnie sam i wyglądam 
przez okno 
(nie zaklejone przez plakaty) na pusty port, też mi 
się ckni 
do czasów, kiedy było tu życie, kiedy statki lądowały 
jeden 
za drugim, kiedy główna aleja Arkadii pełna była 
ludzi, 
wszędzie śmiech i muzyka, dziewczyn, ile dusza 
zapragnie, a 
każda chciała przeżyć przygodę, kluby nocne jeden 
obok 
drugiego...
   Ale nie, nygusy wyobrażają to sobie inaczej, nie 
chcą 
rozrywki, śmiechu i tańca. To są zdobywcy. Minęło 
już 
sześćdziesiąt lat, odkąd człowiek stanął nogą na 
powierzchni 
Plutona. Nastąpił czas oswajania planety. Co chcemy

background image

oswoić na Plutonie? Do czego potrzebujemy nędznej 
kulki 
ciekłego azotu? Przecież nie wetknie się w niego 
nawet tego 
ich sztandaru, zresztą samo "święte stanięcie nogą" 
było 
dość problematyczne na planecie bez stałej 
powierzchni!
   To wszystko bzdury, czcza gadanina. Nic dziwnego,
że ruch 
Nowej Granicy powstał na Lagrangu wkrótce po 
likwidacji 
Dwójki i Trójki, a kiedy wysłali do pieca również 
Czwórkę i 
Piątkę, nygusy na Jedynce obrosły w piórka jak 
kiedyś 
fundziacy na Ziemi.
   Ale tutaj, na Lunie?
   Tutaj zawsze mieszkali tylko rozsądni ludzie. W 
końcu ci 
dzisiejsi mieszkańcy Luny to potomkowie pokoleń 
specjalnego 
gatunku.
   To byli ludzie, których brzydził histeryczny 
ekologizm 
przełomu dwudziestego i dwudziestego pierwszego 
wieku. 
Brzydzili się fundamentalistycznym terroryzmem. 
Brzydzili 
się higienizmem ery po epidemii Super-AIDS.

background image

   Skądże, tym ludziom nikt nie zawróci w głowie 
demagogią 
Nowej Granicy.
   Są rozczarowani, zmęczeni, dekadenccy, ale to nie 
szaleńcy.
   Moja - kiedyś moja - Su, czyżby miała zacząć 
grzmieć o 
konieczności podboju nowych światów?
   Wolne żarty.
   I takich ludzi mieszka tu większość. Tuzin 
gorących głów 
w knajpie Moulisa nie wyprowadzi ich z równowagi.
   O tym wszystkim mówiłem Dziadkowi 
Wścibiaczowi. Siedział 
bez ruchu. Chyba spał i nie słuchał mnie. Nawet 
gdyby tak 
było, nic bym sobie z tego nie robił. Czułem potrzebę
wylania żalów i chciałem przekonać samego siebie, 
że jest 
właśnie tak, jak mówię.
   Cholera, ale tęsknię do czasów, kiedy na Lunie było
rozrywkowo. Kiedy oskubywaliśmy z Dziadkiem 
lekkomyślnych 
turystów, kiedy żyłem z Su i zdradzałem ją ze 
spragnionymi 
przygód turystkami.
   Nie, nygusy nie potrafią przywrócić tych czasów.
   Na dworze zapiszczały hamulce jaszczurki 
Mirinka. Może 
Mirinek będzie miał dla mnie piwo.

background image

   Otworzył drzwi i wsunął do środka swoją 
rozczochraną 
głowę.
   - Słyszeliście już? Rada postanowiła wrzucić 
Lagrange 
Jeden do pieca. Ale nowina, co?
   Ale nowina, pomyślałem sobie.
   Gdyby tak Rada wysłała do pieca Lagrange razem 
z tymi 
nygusami. Ale tego Rada nie zrobi. Nygusy 
przeprowadzą się 
do nas!

2.  Porucznika Mantellę znam ładnych parę lat.
   To policjant w trzecim pokoleniu. Już jego dziadek 
co 
najmniej pięć razy wsadzał mnie za kratki w tych 
szalonych 
latach pięćdziesiątych, kiedy użerałem się - czy 
raczej 
upijałem - wściekłością i rozpaczą nad życiem, które 
uważałem za zmarnowane. Jego tata doszedł do 
stopnia 
kapitana i około roku piątego prowadził wydział 
walki z 
handlem fałszywymi antykami. Co oznacza, że 
również miałem z 
nim do czynienia, no i oczywiście on ze mną.
   Jak to już bywa, prawo nie ściga przestępstwa 
ciągle i w 

background image

takim samym natężeniu. Tak ja biblijna ziemia 
egipska 
również my, mieszkańcy ekskluzywnego miasta 
Arkadia, 
poznaliśmy lata tłuste i chude. Oczywiście bardziej 
nam się 
podobały lata tłuste. Turystów przyjeżdżało tu od 
groma, 
hotele we wszystkich habitatach były przepełnione, 
reale 
lały się strumieniami i nikomu - ani policjantom, ani 
turystom nie przeszkadzał pokątny handel 
falsyfikatami.
   Wtedy żyliśmy bardzo dobrze, Dziadek Wścibiacz, 
ja i 
droga Su.
   Kiedy napływ turystów zaczął opadać, było źle. 
Każde 
zjawisko ma swoją przyczynę, a jeśli jest to zjawisko 
niekorzystne, poszukuje się winnego. Turyści, nasi 
goście, 
zawsze mają rację. Czemu więc nagle zaczęli unikać 
lunarnych 
zabaw? Chyba coś im tu nie pasuje.
   I wtedy gniew organów policyjnych zwracał się 
przeciw 
nam, producentom podróbek.
   Mantella I potrafił być ostry i nieraz robiło mi się 
gorąco, kiedy sadzał mnie na krześle na środku 
swojego 

background image

gabinetu i opiekał mnie jak na rożnie. Musiałem mu 
na to 
pozwolić. Nawet dzisiaj nie potrafię sobie wyobrazić,
co by 
ze mną zrobił, gdybym mu przypomniał, że jeszcze 
rok 
wcześniej zaprosił mnie na urodziny Luigi Mantelli 
III. Co 
też to maleństwo może teraz porabiać?
   Z maleństwa wyrósł policjant jak się patrzy, 
dumny z 
tego, że już jego tatuś i dziadek nosili gwiazdki na 
pagonach.
   Nie żebym osobiście coś do niego miał albo żeby on 
się 
na mnie uparł. Między nami nie było płaszczyzny 
tarcia. 
Warsztat podróbek zamknęliśmy z Dziadkiem gdzieś
w ósmym 
roku. Presja policji? Nic z tych rzeczy. Zmusiła nas 
do tego 
konieczność. Turystów było coraz mniej - 
zapotrzebowanie na 
oryginalne hasselblady pierwszej ekspedycji 
lunarnej zerowe, 
grzywny wysokie - bylibyśmy idiotami, gdybyśmy 
utrzymywali 
warsztat, który przestał utrzymywać nas!
   Mantella II przeprowadził się na Langrage Jeden, 
a Junior 

background image

przejął po nim urząd, jak to na Lunie było w 
zwyczaju.
   Wyglądał dokładnie jak ten pionier na plakacie. 
Doskonale 
umiał wbić wzrok w Nowy Horyzont. Wspaniale się 
prezentował 
podczas parad i na bankietach, podczas obchodów 
Dnia Miasta 
(sto dziesiąta rocznica, ale ten czas leci!) i podczas 
prześcigania nowych oficerów.
   Mnie nigdy nie zaprosił, co to, to nie! Patrzyłem na 
Mantellę III tylko na ekranie w czasie transmisji.
   - Widzisz tego drania? - mawiałem do Dziadka 
Wścibiacza. 
- Nawet nie pamięta o starych znajomych.
   - Dzięki Bogu - dodawał wtedy Dziadek Wścibiacz 
rozsądnie.
   I nagle sobie przypomniał.
   Po nieskończenie długiej przerwie znowu 
znalazłem się w 
prefekturze.
   Biuro Juniora było o wiele bardziej luksusowe niż 
to, 
które pamiętałem z czasów jego taty. Przypominało 
mostek 
kapitański jakiegoś galaktycznego krążownika 
(gdyby 
krążowniki galaktyczne istniały gdzieś poza 
serialami 

background image

przygodowymi). Wszystko funkcjonalne i masywne, 
jakby gotowe 
do rozpoczęcia ostrzeliwania z dział blasterowych 
Sprzymierzonej Floty Zielonych Ludzików.
   Mantella III przyjął mnie niemal przyjaźnie, 
posadził w 
fotelu obrotowym (na środku pokoju, gdzieżby 
indziej) i 
przez chwilę gadał o niczym i o starych sprawach, 
zanim 
wydusił z siebie, po co właściwie mnie zaprosił.
   - Mam na ciebie donos, wujku - powiedział.
   - No patrzcie - zauważyłem. - Nawet mnie to cieszy.
Jak 
za starych czasów. Kto na mnie doniósł? 
Przepraszam, tego 
oczywiście mi nie powiesz, czyli spróbuję inaczej. 
Ależ, 
ależ? Jakich strasznych czynów dopuszczam się w 
swojej 
stróżówce w porcie? Sprowadzam sobie dziewczęta? 
Strzelam do 
wron na służbie?
   - Trzymasz androida. Naruszenie zarządzenia o 
humanizacji 
Luny.
   - Komu to mogło... - wydusiłem, ale w tej samej 
chwili do 
mnie dotarło.
   Dziadek Wścibiacz!

background image

   Mantella III obserwował mnie uważnie, z 
zaangażowaniem. 
Nie chce nikogo skrzywdzić, ani mnie, ani Dziadka. 
Ale nie 
chce też kłopotów. Chciałby zostać kapitanem jak 
jego 
ojciec, a może nawet prefektem, bijąc w ten sposób 
rodzinny 
rekord awansu służbowego.
   - Przecież to nonsens... Masz pewność?
   - Przykro mi. Przyszedł donos. Musieliśmy 
przeprowadzić 
rewizję. Dziadka mamy zarejestrowanego jako 
androida od roku 
2062.
   - Nigdy by mi nie przyszło do głowy, że tak długo 
trzymacie dokumenty.
   - Trzymamy, trzymamy - pokiwał głową Mantella 
III.
   - Przecież Dziadek nie jest androidem!
   - W papierach tak.
   - W najlepszym przypadku to cyborg!
   Chciałem dodać, że po operacji doktora Kurza to 

osiemdziesięciu procentach człowiek, ale wolałem to 
przemilczeć. Znałem dziadka, znałem również tatę, 
porucznika 
kołysałem na kolanach, ale to jednak policjant 
pragnący 

background image

czwartej belki, a może nawet gwiaździstej szarfy 
prefekta.
   - Nie został zarejestrowany jako cyborg.
   - Dobrze wiesz, jak wtedy było! Ktoś go trafił 
tysiąc 
czterysta pięćdziesiątką. Prosto w pierś. Myślał, że 
po nim. 
Tę tysiąc czterysta pięćdziesiątkę jeszcze mam 
schowaną.
   - Nawet o tym nie wspominaj!
   - Czy mogłem zarejestrować Dziadka jako 
cyborga? Po 
pierwsze, nie znałem jego nazwiska...
   (Dziadek do dzisiaj nie zna swojej tożsamości, 
nigdy mu 
się nie przyznałem, że właściwie znamy się od stu lat,
od 
czasów jego młodości, nigdy mu nie powiedziałem, w 
jakich 
okolicznościach widziałem go po raz ostatni w 
pierwotnym 
kształcie.)
   - ...po drugie, nie chciałeś go narażać na ryzyko 
powtórnego zamachu - dokończył za mnie Mantella 
III. - O tym 
wiem. Dlatego zarejestrowałeś go jako androida. 
Kubo, ale 
czemu nie zmieniłeś tego w roku dwudziestym 
drugim? Mamy 
czterdziesty piąty!

background image

   Rok dwudziesty drugi... Wielkie polowanie na 
androidy. 
Młodzież pijana z radości wielkimi młotkami 
rozbijała 
androidom głowy. Mówiło się na to "łuskanie 
kokosów". 
Wspaniała zabawa. Maszyny pozwalały się 
obezwładnić bez 
oporu. Skoro państwo sobie życzą, pozwolę się pobić,
to 
chyba była ich ostatnia myśl. Przemknęła przez tę 
dziwną 
galaretę, którą miały zamiast mózgu, i już 
następowało
wielkie bum!, karbonidowa czaszka pękała i galareta
rozpryskiwała się wokół. Wspaniała zabawa. Bum i 
kokos jest 
rozpołowiony.
   - Nigdy mi nie przyszło do głowy, że ktoś będzie 
brać na 
serio numer sprzed sześćdziesięciu lat!
   - No widzisz, ale bierze.
   - Co chcesz z tym zrobić? Chcesz Dziadka zatłuc 
młotkiem?
   - Gdyby sprawy przyjęły zły obrót, przemieścimy 
go na 
Lagranga.
   - Ale ponoć go będą likwidować.
   - Nonsens - szybko zaprzeczył Mantella III. - Kto ci

background image

tym powiedział?
   - Ludzie mówią.
   - Lagrange jest ostatnią stacją przesiadkową 
między Ziemią 
a Luną.
   - I tak nikt tu nie lata. Po co trzymać na chodzie 
stację, która zużywa prawie tyle samo energii co 
habitaty na 
Lunie? Nie ma ich wiele. Siedem na widocznej 
stronie i dwa 
na odwrotnej.
   W Mantelli III czytałem jak w książce. Gdyby 
zlikwidowali 
Lagrange Jeden, tata wróciłby na Lunę. I może 
chciałby objąć 
poprzednią funkcję? A wtedy adieu kariero, adieu 
czwarta 
belko. A gwiaździsta szarfa? Szkoda słów.
   Uważnie wpatrywałem się w twarz Mantelli III. 
Zdał sobie 
z tego sprawę, zmusił się do uśmiechu i pokręcił 
głową.
   Nic na to nie powiedziałem. Co też miałbym 
mówić? 
Przecież Mantella II wyglądał za swoim biurkiem na 
tak 
pewnego siebie, tak niedostępnego, był jak 
zaprojektowany na 
wzór dekoracji przygodowych psychohistorii (gdzie 
te czasy, 

background image

kiedy brałem udział w nakręcaniu prymitywnego 
iluzynu dla 
firmy Pan-Universal!). Wyglądał patetycznie, ale 
tym 
bardziej odnosiłem wrażenie, że coś skrywa, jakieś 
wewnętrzne obawy.
   - Skąd tyle zainteresowania Dziadkiem 
Wścibiaczem? - 
strzeliłem z boku. - Nie podejrzewałem, że policja 
tak się 
troszczy o mieszkańców o wątpliwej opinii. Bo kimże
innym 
jest Dziadek Wścibiacz? Na jego przestępstwa macie 

pamięci przeznaczony co najmniej taki sam blok jak 
na moje.
   - Owszem - powiedział sucho.
   - A gdyby... - myślałem na głos. - A gdyby to można 
było 
załatwić tak.
   Pomysł wydał mi się zupełnie niezły.
   - No gadaj! - popędzał mnie Mantella III.
   - Nie moglibyście go uznać za człowieka? Przecież 

zasadzie on jest człowiekiem, tylko mu trochę 
usprawnili 
organizm!
   A doktor Kurz to dzieło ukoronował. Ten doktor 
Kurz ma 

background image

złote ręce, ale mógłby je stracić, gdyby wpadli na 
wszystkie 
jego fuchy i przetrzepali mu palce. Nie, ja go nie 
wydam, na 
mnie można polegać.
   Luigi Mantella III ponuro na mnie spoglądał, 
jakbym 
powiedział coś, czego powinienem się wstydzić. Nie 
jestem 
przewrażliwiony, ale pod spojrzeniem tego gołowąsa 
zacząłem 
się wiercić w fotelu. Gdybym żył nawet dwieście lat, 
nie 
przyzwyczaję się do tego przenikliwego spojrzenia, 
szkoda 
gadać.
   - Kubo - powiedział porucznik - jesteś 
nieuleczalnym 
naiwniakiem. Nigdy nie przestaniesz lekceważyć 
możliwości 
policji.
   Zmęczonym, niemal zniechęconym głosem burknął
coś na 
boku. Chyba miał orakl wbudowany w szufladę czy 
co. To było 
ostatnie, co mi się wydało jako tako zabawne. Orakl 
natychmiast wyczarował projektyd Kazika Prusa w 
dwóch 
wersjach, zdrowego, jakiego go widywałem, a potem 

background image

zmienionego wystrzałem tysiąc czterysta 
pięćdziesiątki. Jak 
wiecie, nawet ten drugi obrazek nie był dla mnie 
żadnym 
novum, ale wtedy w gabinecie pana Kriegsmanna 
widziałem go 
tylko w płaskiej projekcji, tutaj natomiast był 
trójwymiarowy, aż się prosił o dotknięcie.
   - Wyłącz to! - krzyknąłem i odwróciłem głowę. 
Żołądek 
fiknął mi koziołka. Co się ze mną dzieje? Tylko co 
stuknęła 
mi setka, a już zaczynają zawodzić nerwy.
   - Ty naprawdę myślałeś, że nie wiem, kim jest 
Dziadek 
Wścibiacz?
   Iskierka inteligencji przeskoczyła w moich szarych 
komórkach.
   - Wiem to co najmniej od pięćdziesięciu lat - 
zauważyłem.
   Luigi Mantella III spojrzał gdzieś pod stół, miał 
tam 
chyba jakiś prywatny display, potem trochę 
obrażony wydął 
usta i zerknął na mnie.
   - Powiedzmy, że to prawda - powiedział.
   - Jeśli notuje się nazwiska informatorów - 
ciągnąłem - 
coś ci chyba powie słowo Dumoulins.
   Uśmiechnął się i skinął głową.

background image

   - To stara sprawa - powiedział. - Co też się dzieje z 
panem Dumoulinsem.
   - Kiedyś dużo się o nim mówiło. Zrobił karierę w 
Pan-
Universalu jako reżyser. Tuż przed tym, kiedy 
system iluzynu 
splajtował. Potem Dumoulins zapadł się pod ziemię. 
Dosłownie, ponieważ wyjechał tam na górę - 
pokazałem palcem 
w tym kierunku, gdzie do plastykowej przykrywki 
Arkadii 
szczerzyła się mateczka Ziemia. - Skoro już o tym 
mówimy - 
dodałem jakby nigdy nic - kto wtedy zaskarżył 
Dziadka?
   - Powiedziałbym ci, gdybym sam wiedział - 
Mantella był 
jak esencja szczerości. - Sam chciałbym to wiedzieć. 
Cholera, Kubo, to nie przelewki. Ten donos 
przyszedł 
anonimowo, prosto do biura prefekta.
   To po prostu cios między oczy.
   - Od kiedy prefekt zajmuje się duperelami?
   - On się tym nie zajmuje, przecież całą sprawę 
przekazał 
mnie. Ale nie daje mu spokoju pytanie, dlaczego ten 
gorliwiec czystości Luny wysłał donos prosto do 
niego. Dał 
mi ten przypadek i rozkazał, żebym go natychmiast 
poinformował, jak to załatwiłem.

background image

   - A gdybyś... - znowu się zastanowiłem. - A gdybyś 
prefektowi powiedział, że to pomyłka? Że osobiście 
obejrzałeś Dziadka Wścibiacza. Że to nie android, 
ale 
zwyczajny cyborg, protezowiec, jakich na Lunie 
tysiące.
   - Ty ciągle niczego nie rozumiesz i chcesz, żebym ci 
wyłożył kawę na ławę. Nie zdajesz sobie sprawy, że 
wiemy o 
Dziadku naprawdę wszystko?
   Ręce zrobiły mi się jakieś ciężkie i zsunęły się z 
oparcia na kolana.
   - Wiecie więc, że...
   - Oczywiście. Wiemy, że popełnił na Czeskopolskiej
kilka 
morderstw. Wiemy, że pracował dla tajnej 
organizacji 
górniczej jako Kat.
   - Sto lat temu! - krzyknąłem. - Ktoś go za to 
załatwił z 
tysiąc czterysta pięćdziesiątki, rozwalił go na 
kawałeczki, 
przed chwilą widziałeś wynik tych jatek. Lekarze na 
Lagrangu 
złożyli go do kupy, oni go znowu wyprodukowali, to 
cud, że 
wtedy z tą prymitywną techniką im się udało! Luigi, 
Dziadek 
nie ma pojęcia o swojej przeszłości. Jego życie 
zaczyna się 

background image

na Lagrangu, to dla niego rok zerowy. Jego dzisiejsze
sumienie nie ma zupełnie nic wspólnego z 
morderstwami sprzed 
stu lat. Między Kazimierzem Prusem a Dziadkiem 
Wścibiaczem 
nie ma żadnego związku.
   - Jest - powiedziała Luigi Mantella III i widać było,
że 
sam nie za bardzo wierzy w to, co mówi. - Jego 
indywidualny 
genokod jest dzisiaj taki sam jak sto lat temu. Z 
punktu 
widzenia prawa to jedna i ta sama osoba. W ogóle 
nieważne 
jest, czy ta osoba pamięta swoje czyny popełnione sto
lat 
temu, czy przyznaje się do nich i czuje za nie 
odpowiedzialna. W świetle litery prawa Dziadek 
Wścibiacz 
jest winien morderstw i usiłowań morderstw 
popełnionych w 
latach od 2044 do 2045 w kopalni Czeskopolska 
przez 
Kazimierza Prusa!
   Miałem wrażenie, że śnię.
   Ze ścian surowo spoglądały na mnie portrety tri-di 
Wielkiego Ojca Mantelli i Wielkiego Dziadka o tym 
samym 
nazwisku. Obaj mężczyźni mieli takie same 
pionierskie oczy 

background image

jak trzeci nosiciel nazwiska. Mantella III już od 
dawna 
przywykł do nieustannego dozoru obu Wielkich, ale 
może 
czasami robi mu się od tego niedobrze. Musi sobie 
uzmysławiać, że daleko mu do dziadkowskiej i 
ojcowskiej 
ostrości.
   To żwirek trzeciej generacji. W sztucznej 
atmosferze 
habitatu jego policyjne geny zmiękły i sflaczały, tak 
jak 
wszystkim reprezentantom Ostatniej Generacji. 
Chcecie 
dowodu?
   Gdyby nie był mięczakiem, w ogóle by ze mną nie 
dyskutował!
   - Ależ to kolosalna bzdura! To jest prawo? To jest 
sprawiedliwość?
   - Kubo, spojrzyj na to z drugiej strony - powiedział
Mantella III. - Wyobraź sobie, że jesteś mordercą. 
Zabiłeś, 
powiedzmy, matkę i trójkę jej dzieci. Umyjesz ręce, 
wysuszysz je ręcznikiem, pójdziesz do najbliższego 
pokątnego 
lekarza i powiesz: panie doktorze, niech pan ze mnie 
zrobi 
zupełnie nowego człowieka. Niech pan wymaże moją 
osobowość, 

background image

nie chcę zatrzymać nawet najmniejszego 
wspomnienia. Chcę 
nowego ciała, chcę nowej psychiki, chcę nowego 
nazwiska.
   - Tego by nikt nie zrobił.
   - Gdyby mu groził proces o morderstwo?
   - Nikt dobrowolnie nie rezygnuje ze swojej 
osobowości.
   - Rezygnujesz z niej co wieczór przed snem!
   - Ale wiem, że rano się obudzę. Albo przynajmniej 
mam 
taką nadzieję.
   - Również w tym przypadku wiesz, że się obudzisz. 
Ale nie 
będziesz już Kubą Nedomym, ale, powiedzmy, Suzan
O'Neill. A 
że nie będziesz miał przeszłości, wspomnień? I co z 
tego! 
Dostaniesz nowe, piękne ciało i za dwa tygodnie 
będziesz 
mieć wspomnień do woli!
   Przyznaję, że nigdy nie potrafiłem myśleć o 
Dziadku 
Wścibiaczu jako o wykonawcy nielegalnych 
egzekucji. Kiedy 
przed laty pan Kriegsmann wyjawił mi tajemnicę 
pochodzenia 
Dziadka, przyjąłem to do wiadomości, ale tylko 
rozumem, 

background image

nigdy uczuciem. Nie potrafiłem w to w pełni 
uwierzyć. W 
końcu znałem Dziadka niezłych parę lat, zanim w 
spółce Pan-
Universal spotkałem jej genialnego dyrektora!
   - Dlaczego nie aresztujecie Dziadka? - spytałem 
trochę 
wyzywająco.
   Porucznik wzruszył ramionami.
   - Sto lat temu na Lunie panowały trochę inne 
układy niż 
dzisiaj.
   Trochę mnie rozdrażnił. Ty mi będziesz opowiadać,
jak 
było na Lunie sto lat temu, młokosie!
   - Górnicy załatwiali porachunki między sobą, a 
policja 
się do tego nie wtrącała. Na Czeskopolskiej - i na 
innych 
kopalniach również - od czasu do czasu znajdowali 
jakiegoś 
trupa. Szmuglerzy ciężkich narkotyków, gwałciciele, 
złodzieje, wariaci, mordercy. Wtedy nie był to 
przedmiot 
zainteresowania policji. W annałach naszego 
wydziału 
zabójstw nie ma akt podpisanych "Morderstwa na 
Czeskopolskiej". W archiwum jest tylko maleńka 
wzmianka o 

background image

tym, że Ladislav Peszka zwany Dziadkiem 
Wścibiaczem jest 
tożsamy z Kazimierzem Prusem, wykonawcą 
nielegalnych 
egzekucji w kopalni Czeskopolska w latach 2044-
2045, kropka.
   - Od kiedy o tym wiesz?
   - Od kiedy - powtórzył sarkastycznie. - Od 
wczoraj. Wiem 
to od chwili, kiedy dostałem od prefekta rozkaz, żeby
rozwiązać aferę z androidem. Tak, nie krzyw się, 
dokładnie 
tak powiedział prefekt. Zadałem oraklowi kilka 
dociekliwych 
pytań - i oto wynik, Dziadek Wścibiacz i Kazimierz 
Prus są 
jednym ciałem.
   - No to ładnie - powiedziałem. - Dziadek nie może 
być 
androidem, ponieważ androidom na Lunę wstęp 
wzbroniony. Jako 
android nie może przeprowadzić się na Lagrange, bo
Jedynka 
stoi w obliczu likwidacji. Nie może się zarejestrować 
jako 
człowiek, bo ruszyłaby lawina starych spraw i komuś
mogłoby 
wpaść do głowy, że morderstwa nie karane w roku 
2045 mogą 

background image

być równie dobrze ukarane w roku 2145. Czy mogę 
spytać, co 
pozostaje?
   - Powrót na Ziemię - powiedział porucznik. - 
Jakkolwiek 
by na to patrzeć, zawsze jako wynik równania 
wychodzi powrót 
na Ziemię.
   - Dziadek wolałby raczej umrzeć - prychnąłem. - A 
ja 
Dziadka na Pleśniawkę nie puszczę.
   Wymaszerowałem bez serdecznego pożegnania, ale 
na plecach 
przez długi czas czułem ciepło w miejscu, w które 
wbijało 
się pionierskie spojrzenie porucznika.
   Gdyby patrzył na mnie parę sekund dłużej, 
wypaliłby mi w 
plecach dziurę.

3.  Wyszedłem na ulicę. Klimatyzacja na szczęście 
działała, 
mogłem więc odrzucić wysoki kołnierz peleryny 
przeciwdeszczowej na ramiona. Gdzieś za to się 
paliło. W 
powietrzu czuć było dym, a daleko rozlegała się 
ostrzegawcza 
syrena. Ostatnio ciągle gdzieś się pali. Jakżeby 
inaczej. 

background image

Instalacje podstawowe mają co najmniej pięćdziesiąt
lat. 
Wypowiadają służbę.
   Jak cała Arkadia. Jak my wszyscy.
   Nie, my nie wypowiadamy służby. Przecież my 
nikomu i 
niczemu nie służymy.
   Spojrzałem w górę. Już od dawna to, co było nad 
naszymi 
głowami, nazywano dachem. Kiedyś magistrat 
nieustannie 
wychwalał plastykową kopułę, gdy zlikwidowano 
sztuczną 
grawitację, a wraz z nią atmosferyczną bańkę. Że 
ponoć 
kopułę będzie się czyścić co trzy miesiące i będziemy 
mieć 
niezmącony widok na Ziemię i na gwiazdy, i Słońce, i
Lagrange, i na wszystkie atrakcje, jakie unoszą się w
przestrzeni. Skończyło się jak zwykle - obiecanki 
cacanki. 
Po kilku latach kopuła była pokryta półmetrową 
warstwą pyłu, 
a magistrat przestał się przyznawać do poprzednich 
obietnic. 
Wspominano o tym tylko podczas zmiany warty na 
ratuszu: nowy 
burmistrz podczas rytualnego obrzucania błotem 
usuniętych 

background image

właśnie grubych ryb grzmiał o karygodnym 
niedbalstwie,
prowadzącym do zaświnienia kopuły. Oczyszczenie 
to 
pierwszoplanowe zadanie nowego kierownictwa i on, 
burmistrz, 
osobiście postara się, żeby to nie trwało długo.
   Obiecanki cacanki.
   Standardowe oświetlenie... Jeszcze parę lat temu 
stymulowany dzień zmieniał się z nocą. W ciągu dnia
świeciło 
mocniej, w nocy słabiej. Potem już tylko przedłużali 
noc 
(zawsze oświadczając, że to wygoda dla 
mieszkańców), a potem 
jakiś anonimowy geniusz wpadł na pomysł, że dzień i
noc to 
szkodliwy dla zdrowia anachronizm, który - jak 
oświadczyła 
propaganda inspirowana przez ratusz - prowadzi do 
chaosu w 
biorytmach ludzkiego organizmu i wprowadzono 
standardowe raz 
na zawsze określone oświetlenie, przy którym nasze 
biorytmy 
wreszcie odpoczną.
   No a standardowe oświetlenie stanowiło - według 
mojego 
szacunku - chyba połową tego, czym było kiedyś za 
czasów 

background image

grawitechniki i potopu turystów dawne oświetlenie 
nocne.
   Plac był pusty, tylko od czasu do czasu przejeżdżał 
tędy 
jakiś wehikuł, zwykłe grawo z domontowanymi 
kołami. Śmieszne 
są te grawa na kółkach, przynajmniej mnie śmieszą. 
Ale nasza 
nowa generacja nie pamięta już grawitechniki. Taki 
Luigi 
Mantella III ostatnie prawdziwe grawa może 
pamiętać z 
dzieciństwa.
   Skierowałem się w stronę głównej alei. Kiedyś 
unikałem 
jej ruchu, ale teraz, gdy była wyludniona, lubiłem jej
rozmach. Maszerowałem samym środkiem, żeby nie 
widzieć 
zakurzonych rolet zamkniętych sklepów, knajp i 
night clubów 
i smakowałem każdy krąg światła rzucany przez 
skośnie 
umieszczone lampy. Szereg świetlnych kręgów niknął
w oddali 
i wyglądał jak nieregularnie rozmieszczone żółte 
kropki, 
ponieważ oczywiście nie każda lampa działała.
   Ten mój marsz środkiem ulicy miał jeszcze jedną 
wygodę. 

background image

Nie spotykałem tu żadnych znajomych. Po setce lat 
spędzonych 
w Arkadii znałem tu - przynajmniej z widzenia - 
każdego.
   Spacer kończył się przy Słupie, smutnej 
pozostałości 
ostatniego monstrualnego projektu, który miał być 
zrealizowany na Lunie: zadaszenie jednej czwartej 
powierzchni widzialnej strony Luny! Takie Słupy 
były w 
każdym habitacie. Faktycznie były to kamienie 
graniczne - 
przy nich kończyła się ekspansja, przedsiębiorczość, 
rozmach 
i zaczynało się - właściwie co?
   Agonia? Czy Su i jej Ostatnia Generacja mają 
rację?
   Przy Słupie skręciłem w plątaninę tak dobrze mi 
znanych 
uliczek. Tu i ówdzie musiałem sobie poświecić 
latarką. W 
wielu miejscach płyty chodnikowe były zerwane. 
Ktoś tu 
schodził, żeby obejrzeć energociąg, kanalizację czy 
Bóg wie 
co. No a potem nie trudził się z ułożeniem płyty z 
powrotem.
   Smutne rozmyślania zajęły mnie całkowicie, nawet 
nie 

background image

zauważyłem, że z ciemności przede mną dobiegają 
jakieś 
krzykliwe głosy, muzyka i śpiew. Możliwe też, że tę 
bandę 
spostrzegłem trochę później niż ona mnie i było już 
za 
późno, żeby skręcić w jakąś przecznicę czy wcisnąć 
się we 
wnękę w murze.
   Gdy tylko mnie ujrzeli, przestali wykrzykiwać i 
śpiewać i 
wyłączyli muzykę, żeby lepiej się na mnie 
skoncentrować.
   - Patrzcie, ziemniak - krzyknął jeden z nich, 
zapewne 
przywódca całej tej paczki.
   Było ich chyba siedmioro, chłopcy i dziewczyny, 
wszyscy w 
błękitnych mundurach Nowej Granicy. 
Przewyższałem ich co 
najmniej o głowę, i to był niezaprzeczalny dowód 
mojego 
ziemskiego pochodzenia. 
   Szedłem tak pomału, że wolniej już nie mogłem. A 
gdybym 
się zatrzymał, czy nawet odwrócił i zaczął biec, od 
razu 
miałbym ich na karku.
   - Przecież to Kuba, stróż z portu - odezwała się 
jedna z 

background image

dziewczyn, jeśli się nie mylę, córka Igora Palmienki, 
kiedyś 
doskonałego grawitechnika.
   Kontynuowałem marsz, ale nie zeszli mi z drogi, 
więc 
musiałem się zatrzymać.
   - Zawadzacie mi - powiedziałem spokojnie.
   Młode twarze.
   Niewinne? Absolutnie nie. Młody człowiek nie jest 
niewinny. Jest jak pusty worek odkurzacza, żądny 
jak 
najszybciej wessać trochę brudu. Tylko jeden na 
dziesięciu, 
czy może na stu potrafi w ciągu życia uniknąć brudu 

dopiero potem, po wielu próbach i pokusach jest 
niewinny. 
Mnie się to nie udało.
   Młode twarze. Oczywiście, wszystkie znałem. To 
Marketa, 
kiedy była mała, razem z jej rodzicami pojechaliśmy 
na drugą 
stronę, to była bardzo przyjemna wycieczka, wtedy 
wycieczki 
na ciemną stronę były w modzie. Jean Marie Klein, 
tak się 
nazywa ten małolat, a ty, chłopcze, jesteś strasznie 
podeobny do taty, ale w życiu sobie nie przypomnę, 
jak tata 

background image

się nazywa i gdzie go zaszufladkować. Dziadek 
Wścibiacz by 
sobie przypomniał, poszukałby w tym swoim 
cybernecie, który 
ma w głowie i od razu by wiedział.  
   - To ty zawadzasz nam! - krzyknął mi ich 
przywódca prosto 
w twarz.
   Nie, tego nie znałem. A jednak kogoś nie znam, 
pomyślałem 
z pewnym zadowoleniem. Za starych czasów nie 
poznawałem ani 
jednego z tysiąca ludzi na ulicy.
   Młoda Palmienkówna chciała mi pomóc.
   - On jest w porządku. To stróż z portu.
   - Jak to jest w porządku. Urodził się na Ziemi? 
Jasne, 
tylko popatrz. Wszyscy mają swój udział w tej nędzy.
   - Przecież mieszka tu od dawna - Palmienkówna się
nie 
poddawała.
   - Tym gorzej! - wściekle krzyknął chłopak. - Tym 
gorzej! 
Niech wynosi się z powrotem, skąd przyszedł, niech 
utopi się 
w tym swoim bagnie!
   Podniosłem rękę, żeby zrobić sobie przejście, kiedy
ten 
chłopak nieoczekiwanie uderzył mnie pięścią w 
twarz.

background image

   Był to słaby, powiedziałbym miękki cios, zdążyłem 
uchylić 
głowę na bok, tak że pięść ześliznęła się po policzku i 
nie 
trafiło mnie za mocno, ale zdenerwował mnie 
niesamowicie. 
Zupełnie automatycznie uderzyłem na płask dłonią 
w przód, 
trafiłem w coś kruchego, chrupnęło, zamachowiec 
poleciał do 
tyłu, a kiedy spojrzałem na dłoń, ujrzałem krew.
   Młodzież się rozstąpiła. Podszedłem do leżącego 
chłopaka, 
żeby mu pomóc wstać, ale wściekle mnie kopnął 
trafiając pod 
kolano. Do rozkwaszonego nosa przyciskał rękę.
   - Ty draniu - mamrotał spod ręki. - Kiedyś cię 
zabijemy. 
Wszystkich was zabijemy. 
   - Bo stoimy wam na drodze do Centrum 
Galaktyki? - 
zauważyłem uszczypliwie. Rzecznicy Nowej Granicy 
zawsze dużo 
gadają o Galaktyce i jej Centrum. Oczywiście, 
strasznie tam 
fajnie, w tym Centrum Galaktyki. Życzyłbym im, 
żeby się tam 
wszyscy przenieśli. Na pewno nieźle by się w tym 
Centrum 
Galaktyki bawili.

background image

   - Niech go pan zostawi - odezwał się z pogróżką w 
głosie 
chłopak tak podobny do swojego tatusia.
   - Przecież już nic nie mówię - burknąłem i 
ostrożnie 
obszedłem pobitego chłopaka. Noga porządnie mnie 
bolała.
   - Pozwolicie mu uciec? - biadował przywódca 
Krwawy Nos.
   - Hej, stój! Pójdzie pan z nami na policję. To panu 
nie 
ujdzie płazem, bić obywatela na ulicy.
   Czyli zaskarżycie mnie! Tę zdrową myśl urodził 
mózg Jean 
Marie Kleina, poznałem go nawet po głosie.
   - Oczywiście! Pobił członka Nowej Granicy!
   - Zawołajcie patrol!
   - Ratunku! Ratunku!
   Przyśpieszyłem kroku. Dwaj nygusi zaczęli za mną 
biec, 
ale chyba się bali, że się zatrzymam, odwrócę i pobiję
(tak 
by się skończyło) i po kilku metrach woleli się 
zatrzymać. 
Tylko krzyczeli za mną pogróżki i przezwiska.
   Dzięki temu do domu dotarłem trochę wcześniej 
niż się 
spodziewałem, mimo że kulałem na jedną nogę.
   Mieszkaliśmy z Dziadkiem Wścibiaczem ciągle w 
tym samym 

background image

starym mieszkaniu nad zlikwidowanym już dzisiaj 
sklepikiem. 
Po co się przeprowadzać? To zupełnie niezłe 
mieszkanie. 
Drzwi otwierały się bez skrzypienia, a zamek od razu
poznawał mój głos - dzięki dobrze wyposażonemu 
warsztatowi 
urządzenia domowe utrzymywaliśmy w doskonałym 
stanie, 
zdecydowanie o wiele lepszym niż arkadyjska 
przeciętna.
   Kiedy stałem w przedpokoju i zdejmowałem 
płaszcz, wydało 
mi się, że słyszę jakiś obcy, a jednak znany głos. 
Czyżby 
Dziadek miał randkę? Czyżby kuracja doktora 
Kurza była na 
tyle pomyślna, że...
   Wchodziłem po schodach powoli i cicho, żeby nie 
przeszkodzić Dziadkowi oraz jego przyjaciółce i nie 
wprawić 
ich w zakłopotanie. Jeśli się przekonam, że moja 
obecność 
jest niepożądana, natychmiast się wycofam. No 
dobra, powiem 
wprost: chciałem trochę popodglądać, podglądactwo 
to również 
w pewnym sensie seksualna uciecha, a nie miewałem 
ich 
ostatnio wiele.

background image

   Nie spodziewałem się jednak, że gościem Dziadka 
jest Su 
Wang-li, niegdyś moja bardziej niż bliska 
przyjaciółka.
   Szedłem cicho, ale supersłuchu Wścibiacza nie 
można 
oszukać.
   - Już jest! - radośnie zawołał Dziadek.
   Chyba swoim rentgenowskim wzrokiem widział 
nawet przez 
ścianę!
   Zdemaskowany, wszedłem na scenę.
   Grzecznie się przywitałem, rzecz jasna.
   Su Wang-li wyglądała wspaniale.
   Ubrana była w obowiązkową ciemną suknię, którą 
do piersi 
przyklejała chyba gumą do żucia. Opinała jej tułów i
biodra, 
a przy kolanach szeroko się rozbiegała w suto 
marszczony 
kielich. Złotawe oświetlenie naszego kąta tworzyło 
połyskliwe meandry na aksamitnej powierzchni 
materiału. 
Wokół szyi miała pięciokrotnie owinięty sznur pereł. 
Włosy 
sczesała w górę w skomplikowany kok. Twarz miała 
bladą, bez 
śladu makijażu. Uśmiechała się do mnie i na siedząco
podała 
mi rękę do pocałunku.

background image

   Pochyliłem do niej głowę, ale nie dotknąłem ręki 
ustami, 
do dzisiaj nie wywietrzały mi wszystkie zasady 
etykiety 
dworskiej, którymi kiedyś mnie raczyła.
   Dziadek Wścibiacz wstał, kiedy wszedłem i 
wyglądał na 
zmieszanego.
   Jego cyberneciak huczał w karbonidowej czaszce i 
w końcu 
sformułował zdanie, które miało mnie wprowadzić w
dobry 
nastrój:
   - Su przyniosła cały karton piwa!
   No, ten cyberneciak Wścibiacza zupełnie nieźle 
pracuje.
   Za chwilę, kiedy pozbędę się Su, dam mu inny 
temat do 
przemyśleń. Postanowiłem bowiem, że wyłożę 
Dziadkowi 
wszystko, o czym mówiliśmy u Luigi Mantelli III. 
Robi się 
gorąco i nie mam prawa niczego przed Dziadkiem 
ukrywać.
   - Nie ma dzisiaj żadnego przyjęcia? - spytałem Su.
   Dziadek podał mi otwartą puszkę schłodzonego 
piwa.
   - Ciągle jesteś zazdrosny? - uśmiechnęła się do 
mnie.
   - To nie zazdrość. Po prostu... nie podoba mi się to 

background image

wszystko.
   - Szkoda, że jesteś taki oschły. Mógłbyś się nieźle 
zabawić ostatniego roku na Lunie.
   To byli oni: ostatnie lata na Lunie, Ostatnia 
Generacja. 
Na górze na Ziemi kiedyś mawiano: po nas choćby 
potop. A 
Ziemia? Cywilizacja nietechnologiczna. Duchowość 
przez duże 
D. Medytacja, Służba Ogólnemu Dobrobytowi. 
Zespolenie z 
przyrodą. Ale z czym się mamy zespolić na Lunie? Z 
tymi 
kamieniami?
   - Przyszłaś się kłócić?
   Masowałem kopniętą łydkę. Sięgnąłem do niej 
bezwiednie, 
na pewno nie po to, żeby Su się nade mną litowała. 
Zauważyła 
to i spytała, co mi się stało. Opowiedziałem jej, a 
zwłaszcza Dziadkowi, kogo spotkałem na ulicy.
   - Mówiłem ci, żebyś nie wychodził wieczorem. Nikt 
już 
tego nie robi! - rugał mnie Dziadek. Ładnie syknęło, 
kiedy 
otwierał drugą puszkę piwa. Ta pierwsza na 
podłodze 
rozkładała się na czynniki pierwsze.
   - Coraz ich więcej - zauważyła Su. - I mają coraz 
większą 

background image

władzę.
    - Ryczą na ulicach i atakują, kiedy jest siedmiu na 
jednego.
   - Wkrótce będzie ich więcej, jak ostatni Lagrange 
pójdzie 
do pieca - powiedziała Su.
   - Może nie pójdzie - rzuciłem i powtórzyłem, co 
mówił mi 
Mantella III.
   Su pokręciła swoją piękną głową uśmiechając się 
przy tym 
smutno jak dobrze poinformowana królowa.
   - Wiem z wysokich kręgów - powiedziała trochę 
podwyższonym tonem, który irytował mnie już w 
czasach, kiedy 
jeszcze ją kochałem - że Lagrange padnie już 
wkrótce. 
Magistraty wszystkich habitatów Luny łamią sobie 
nad tym 
głowy. Część mieszkańców Lagrangu wróci na 
Ziemię, ale 
większość trafi na Lunę. Kto by chciał wracać do tej 
wilgoci... zmienny klimat, choroby, dajcie spokój!  
   - Urodziłaś się na Ziemi - przypomniałem jej. 
Zasznurowała usta i spojrzała na Wścibiacza. 
Dziadek szybko 
mrugał oczyma.
   - Dlatego przyszła - powiedział.
   Tych dwoje coś tu knuło i wychodziło z nich to jak 
słoma 

background image

z materaca.
   Su postanowiła wyłożyć karty na stół.
   - Słyszałam, że w Arkadii są lekarze 
wyspecjalizowani w 
zmianach osobowości.
   - Dziadek Wścibiacz to namacalny dowód - 
stwierdziłem. 
Przecież Su musiała pamiętać Dziadka 
przypominającego 
monstrum Frankensteina, cyborga, który 
porozumiewał się 
tylko radiem i nie potrafił powiedzieć więcej niż 
"hu".
   - Nigdy nie pomyślałeś o zmianie szkieletu?
   - Na Boga, po co miałbym to robić?
   - Bo każdy od razu widzi, że pochodzisz z Ziemi. I 
ja 
też.
   - I co z tego?
   - Co? Przed chwilą sam opowiadałeś, jak pobiłeś 
się na 
ulicy. O mało nie przetrącili ci nogi. Naprawdę cię to 
nie 
obchodzi?
   - Mnie kopnęli w nogę, a ja im rozbiłem nos w 
ilości sztuk 
jedna. Noga i nos, jesteśmy kwita.
   - Teraz może tak, ale za kilka miesięcy? Co się 
stanie, 

background image

kiedy ludzie z Lagrangu rzucą się na Lunę? Przecież 
wiesz, 
że praktycznie wszyscy popierają Nową Granicę! I 
że do ich 
programu należy przesiedlanie ludzi o ziemskim 
pochodzeniu 
na Ziemię!
   - Ja się smarkaczy nie boję - mruknąłem i 
sięgnąłem po 
kolejne piwo. Ale Su znała mnie jak swoją kieszeń.
   - Boisz się tak samo jak ja - powiedziała surowo. - 
Dziadek również. Wszyscy, którzy tu zostaliśmy, 
boimy się!
   - Ale, Su, jeśli ktoś na Lunie ma prawo nazywać 
siebie 
pionierami, to właśnie my!
   - Idź - uśmiechnęła się - i powiedz to na zebraniu 
Nowej 
Granicy. Nie jesteś pionierem, ponieważ nie 
urodziłeś się 
ani na Kole, ani na Lagrangu, ani na Lunie. 
Pochodzisz skądś 
z Europy, czy jak się to miasto nazywa, i masz 
komicznie 
wysoką sylwetkę, która przeszkadza, zajmuje dużo 
miejsca, 
zużywa mnóstwo tlenu i codziennie wydala mnóstwo 
odpadków.
   - Proponujesz - powiedziałem powoli i wyraźnie - 
żebym 

background image

poszedł do lekarza i kazał się przerobić na 
żwirkowego 
krasnoludka, pozwolił sobie zrobić młodziutką 
twarzyczkę i 
atletyczne ciałko, a kiedy pan doktor skończy, żebym
to 
ciałko ubrał w błękitny mundurek z inicjałami NG 
na 
ramieniu?
   - Owszem - powiedziała Su patrząc mi prosto w 
oczy.
   - No to wielkie gówno - powiedziałem. Nie wiem, 
jakim 
cudem przyszedł mi do głowy wulgarny słownik 
górników z 
Czeskopolskiej, chyba przez to napięcie, które 
wisiało w 
powietrzu.
   - Zrobiłbyś to dla mnie? Po starej przyjaźni? Jeśli 
cię 
bardzo poproszę?
   - Su, miejże rozum! To się na nic nie przyda! W 
archiwach 
policji zostaną nasze kody genetyczne i jeśli nygusy 
przejmą 
w Arkadii władzę, wpadną im do ręki również 
dokumenty. A 
wtedy staranie rozpętają polowanie na czarownice, 
potrafię 
to sobie wyobrazić.

background image

   - Co mamy robić? - wyszeptała, a łzy już kręciły się

jej oczach.
   - To przecież sprawa magistratu! Przestańcie się 
bawić w 
ostatnią generację, skończcie z ciągłymi przyjęciami, 
przestańcie pić i ćpać i weźcie się za krzykaczy z 
Nowej 
Granicy, dopóki nie ma ich wielu i nie mają żadnej 
władzy! A 
potem po prostu zakażecie przeprowadzek. Nikogo z 
Lagrangu 
nie wpuścicie do Arkadii i będzie spokój. Niech NG 
wybuduje 
sobie własne habitaty, a przede wszystkim niech jak 
najszybciej wybuduje tę galaktyczną flotyllę i 
wyniesie się 
jak najdalej. Tego sobie najmocniej życzę.
   - Gdybyś ty był burmistrzem... - powiedziała Su, 
ale nie 
dokończyła.
   - Nie jestem. Znajdziesz mnie w baraku w porcie. 
Jutro od 
drugiej do dziesiątej, pojutrze mam szesnastkę. Tak 
już 
jest, Su. Nigdy nie ciągnąłem z żadną paczką za 
jedną linę.
   - To był twój życiowy błąd.
   - Błąd? Chyba szczęście. Takie jest moje zdanie - 
powiedziałem.

background image

   Wstała i odprowadziłem ją przed dom. Już tam na 
nią 
czekało coś, co nazywało się samochodem. 
Pożegnaliśmy się, 
ona z płaczem, ja zakłopotany. Potem wróciłem na 
górę do 
Dziadka i opowiedziałem mu wszystko ze 
szczegółami. 
Spodziewałem się, że będzie mi wyrzucać, czemu 
tego nie 
powiedziałem wcześniej.
   Długo milczał, a potem zauważył: "hu!".

4.  W życiu obowiązuje zasada Wielkiego Inaczej.
   Optymiści wierzą, że wszystko skończy się dobrze, 

pesymiści, nieustępliwi w swojej wierze w 
niepomyślne 
zakończenie wszelkich działań, śmieją się z nich. 
Chyba 
jestem realistą, ponieważ wierzę, że wszystko 
skończy się 
inaczej niż człowiek sobie wyobraża, lepiej czy 
gorzej.
   Podam dwa przykłady, Dziadka Wścibiacza i 
Lagrangu 
Jedynki. Ale najpierw Dziadek, ponieważ ponad sto 
lat miałem 
go w kuchni, natomiast Lagrange wisiał w uczciwej 
odległości 

background image

nad powierzchnią Luny.
   Całe pół wieku nosiłem w sobie tajemnicę 
przeszłości 
Dziadka. Długie lata wiedziałem o jego tożsamości z 
wykonawcą nielegalnych egzekucji na 
Czeskopolskiej. Często 
sobie myślałem, że nie powinienem tej tajemnicy 
zostawiać 
dla siebie (często... no, jakoś raz na pięć lat, podczas 
periodycznych nawrotów świętości, kiedy 
przestawałem pić i 
uganiać się za kobietami. Wtedy poświęcałem się 
ćwiczeniom 
jogi, medytacji i treningowi autogennemu, jak te 
bzdury 
praktykuje się na Ziemi), ale w końcu nad 
moralnością zawsze 
zwyciężał zdrowy rozsądek.
   Czy Dziadek będzie szczęśliwszy?
   Czy potrafi pogodzić się ze świadomością, że zabił 
mnóstwo (sam nie wiem ilu) ludzi? Może dostanie od
tego 
pomieszania zmysłów, czy nawet targnie się na swoje
życie. 
Przecież jest wrażliwym człowiekiem.
   No, a kiedy musiałem wyjawić prawdę, Dziadek 
zareagował 
zupełnie inaczej niż się spodziewałem.
   - O rety! - powiedział. - No, to mam prawo do 
emerytury!

background image

   Jako były górnik faktycznie dostawałem jakieś 
grosze, 
natomiast Dziadek, człowiek bez przeszłości, miał 
prawo do 
zasiłku socjalnego.
   Dziadku jeden, ja zdradzam ci tajemnicę twojego 
życia, a 
ty do mnie z emeryturą!
   Ale cybernet w jego makówce pracował dalej.
   - Czy trafił mnie jakiś mój były klient - powiedział 
po 
dłuższym usilnym zastanowieniu. Trwało to jakieś 
trzy dni.
   - Twoi byli klienci - odpowiedziałem - śnią swój sen
na 
Polu Rozproszenia.
   - Ty też jesteś moim byłym klientem - 
zaprotestował 
Dziadek Wścibiacz. - Wiele życia wprawdzie w tobie 
nie ma, 
ale do Pola Rozproszenia jeszcze ci daleko.
   - Pomógł mi przypadek.
   - Może takich przypadków było więcej.
   - To ty powinieneś wiedzieć - odciąłem się zupełnie 
nielogicznie, ale też Dziadek od razu zaprotestował. 
Chciałem poprawić swoją reputację i włączyłem do 
akcji 
rezerwowe rejony szarej kory.
   - Mógł cię odstrzelić albo klient, który wyrwał się 
ze 

background image

szponów podobnym cudem jak ja, ale mógł to też być
jakiś 
twój kumpel. Ty byłeś wykonawcą, ale o zabójstwach
decydowali inni. Za tobą stał jakiś Komitet 
Sprawiedliwych, 
czy jak się to towarzystwo nazywało. Później, kiedy 
się 
dowiedzieli, że policja nie jest już obojętna na ich 
egzekucje, chcieli się pozbyć niewygodnego świadka.
   Cybernet Dziadka pracował pełną parą.
   - Nonsens - tak brzmiał werdykt. - Siedziałem w 
tym o 
wiele głębiej niż ktokolwiek inny. Oni te wyroki 
wydawali, 
ale ja je wykonywałem. To nielogiczne, że właśnie ja 
miałbym 
kogoś wrobić.
   - Nie się to nie wydaje takie nielogiczne. 
Wyobrażam 
sobie siebie w skórze jednego z tych Sprawiedliwych.
To już 
nie żaden twardziel, górnik i facet bez skrupułów. 
Ma 
rodzinę, zrobił karierę i nagle się dowiaduje, że 
policja 
wzięła się za nielegalne egzekucje. Myśli logicznie - 
za 
kogo wezmą się najpierw? Oczywiście za Kata. Co 
zrobi taki 

background image

Kat, kiedy policja go znajdzie i zamknie? Spróbuje 
zrzucić 
winę na resztę. To oni mnie zmusili do mordowania, 
to ich 
wina! Ja byłem tylko narzędziem, za mnie 
decydowali dranie z 
Komitetu! Kim są ci dranie z Komitetu, spyta 
policja, a Kat 
będzie śpiewał jak słowik. Tak będzie myśleć ten 
towarzysko 
ustawiony, były członek Komitetu i żeby ugruntować
swoją 
pozycję w miękkim fotelu pod swoim tłustym 
tyłkiem, dla 
pewności przerwie najsłabsze ogniwo w łańcuchu, 
które 
łączyło go z przeszłością. Jednym strzałem z tysiąc 
czterysta pięćdziesiątki pośle Kata do diabła.
   Nie przekonałem Dziadka, ale zabiłem mu ćwieka. 
W jego 
ludzki mózg i ten drugi, cybernetyczny.
   W ciągu następnych dni był jeszcze bardziej 
milczący niż 
przed operacją doktora Kurza, ponieważ nie 
słyszałem nawet 
jego "hu".
   A potem zniknął, rozpłynął się i nie pomógł mi 
nawet 
porucznik Mantella III, którego poprosiłem o 
pomoc. Dziadka 

background image

Wścibiacza pod zakurzoną kopułą Arkadii nie było.
   Czyli skończyło się zupełnie inaczej niż się 
spodziewałem.
   A Lagrange Jedynka?
   Mantella III na próżno upewniał się, że Lagrange 
zostanie 
tam, gdzie jest, z całą hordą aktywistów Nowej 
Granicy w 
swoich trzewiach.
   Plotki o przygotowywanej likwidacji przesiąkły do 
wszystkich komórek organizmu zwanego Arkadią i - 
jak 
słyszałem - w pozostałych habitatach nie było 
inaczej.
   Przejawiło się to na Dniu Pionierów, święcie co 
roku 
organizowanym w rocznicę pamiętnego dnia, kiedy 
Neil 
Armstrong zeskoczył z drabinki lądownika Apollo i 
zrobił 
pierwsze ślady, które pięćdziesiąt lat później, 
odpowiednio 
zrekonstruowane, doskonale się sprzedawały jako 
luksusowe 
popielniczki. Nie potraficie sobie nawet wyobrazić, 
ile 
takich autentycznych pierwszych śladów 
wyprodukowałem. 
Zużywałem ogromne ilości księżycowego pyłu i piany

background image

petryfikacyjnej. Ten pył przywoził mi ciężarówką 
jeden 
ziemniak (długo na Lunie miejsca nie zagrzał), 
nazywał się 
chyba Fuchs. Do śladów miałem matrycę, czyli 
sztancę.
   Na uroczystości nie poszedłem, oczywiście miałem 
dyżur. 
Wolanda przekupił mnie dwoma kartonami piwa, 
żebym wziął 
potrójną zmianę, taki się z niego zrobił fanatyk 
Nowej 
Granicy! Smakowałem te obchody w swojej 
stróżówce przed 
ekranem podłączonym do załatwionej na czarno 
linii, która 
wysysała sok z latarni na dachu.
   Plac centralny był błękitny jak ziemskie niebo, 
przyszli 
bohaterowie kosmosu i galaktyczni pionierzy 
maszerowali w 
kółko rycząc hasła, a Stavropulos ze swoimi ludźmi 
patrzył 
na to z trybuny obciągniętej błękitnym suknem 
usianym 
gwiazdami.
   Kiedy pionierzy już się namaszerowali i utworzyli 
zwarte 
szyki, z otwartymi gębami słuchali, co Stavropulos 
ma im do 

background image

powiedzenia.
   Bez tego piwa nie wytrzymałbym jego 
przemówienia bez 
trwałej ujmy na zdrowiu psychicznym.
   - Planeta Ziemia zanurza się w bagnie trwałej 
dekadencji 
- mówił Stavropulos. - Jej mieszkańcy zdradzili 
ideały 
Człowieka przez duże C, jego Cel przez duże C, jego 
Misję 
przez duże M. Tylko Luna, Lagrange i kilka 
istniejących 
   

.N:232
                        

jeszcze kolonii na Marsie stanowią ostoję Postępu, 
ponownie 
przez duże P. Tu żyją potomkowie Kolumba, 
Gagarina, 
Armstronga, Leviera i Iskandera!
   Ci potomkowie Iskandera, jedynego człowieka, 
który 
opuścił granice Układu Słonecznego na pokładzie 
samobójczego 
statku, chcieli mnie onegdaj pobić. Ale niewysoko 

background image

podskoczyli. Udało im się tylko kopnąć mnie w 
kolano. Ano, 
niepewne są pierwsze kroki prowadzące do Centrum
Galaktyki, 
przez duże C i duże G.
   Słowa "nie ścierpimy" Stavropulos użył w sumie 
siedemdziesiąt osiem razy, "żądałem" pięćdziesiąt 
jeden 
razy, trzydzieści trzy razy "ostrzegałem", z tego 
dwanaście 
razy "wyraźnie". Wiem dokładnie, stawiałem sobie 
kreseczki. 
Przemówienie zakończył efektownie.
   - Pionierzy, spójrzcie w górę! Popatrzcie, a ujrzycie
biały pas Drogi Mlecznej! To otwarte ramiona 
Galaktyki, 
która oczekuje na nadejście swoich synów. Nie 
rozczarujmy 
jej. Tak, nasza Wielka Gwiezdna Matko, 
przyjdziemy do Ciebie 
- już niedługo!
   Ale numer, przeleciało mi przez głowę. Kiedy 
pionierzy 
spojrzą, zobaczą kilka tuzinów małych latarni 
standardowego 
oświetlenia, a nad nimi najniższą warstwę pyłu 
osadzonego na 
kopule.
   Pionierzy spojrzeli i wszyscy co do jednego wydali 

background image

siebie entuzjastyczny ryk.
   Stavropulos kazał wyczyścić część kopuły nad 
Placem 
Centralnym! On się jednak zna na propagandzie, 
wiedział, co 
na tych durniach zrobi największe wrażenie! Mnie 
osobiście 
wprawdzie Droga Mleczna nigdy nie podniecała 
bardziej niż 
para wylatująca z czajnika, ale kto w pionierski 
sposób nie 
potrafi zmrużyć oczu i spoglądać na Nowy Horyzont,
nie 
doceni potęgi ramion Wielkiej Gwiezdnej Matki.
   Nastąpiły przemówienia szych o mniejszym 
znaczeniu, 
kolejne marsze i śpiewy chóralne, a na ekranie co 
chwilę 
pojawiało się widoczne przez kopułę rozgwieżdżone 
niebo, na 
nim zaś ta podłużna szarobiała plama zwana Drogą 
Mleczną.
   Musieli to zrobić maszynami, myślałem. Ręcznie 
nie 
potrafiliby oczyścić tak wielkiej powierzchni.
   Że też magistrat puścił ich na ten dach! Jest słaby i 
już 
od dłuższego czasu mówi się o remoncie kapitalnym.
   A co się stanie, kiedy pył z tak wielkiej powierzchni
przesuną w jedno miejsce konstrukcji?

background image

   Nie tylko mnie przyszło to na myśl. Dużo się o tym 
mówiło 
w knajpie Moulisa.
   - To dlatego - tłumaczył Moulis - że magistrat boi 
się 
Stavropulosa. A dlaczego? Dlatego, że Stavropulos 
dostanie 
posiłki, kiedy Rada zlikwiduje Lagrange i wszyscy ci 
engieowcy zlądują u nas.
   - Nygusy - poprawiłem go.
   Moulis ani goście nie słyszeli jeszcze o nygusach, 
wyłożyłem im więc ten prywatny żarcik. En gie, 
nygusy, 
zupełnie proste. Podobało im się, a kilku nawet 
wspaniałomyślnie postawiło mi za to piwo. Nigdy nie 
stawiałem ograniczeń dobroczynności. No a znowu 
inni 
wspaniałomyślnie zanieśli później informację o 
moim żarciku 
do najbliższej sekcji en gie, a stamtąd drogą 
służbową 
poszło to do góry, aż do Stavropulosa.
   Ale wtedy, kiedy u Moulisa w knajpie otwierałem 
usta, nie 
mogłem o tym wiedzieć, tak jak nikt nie mógł 
wiedzieć, że 
już następnego dnia kopuła się załamie.
   I załamała się.
   Stało się to w nocy, kiedy większość mieszkańców 
Arkadii 

background image

spała. Kopuła pękła oczywiście w najsłabszym 
miejscu, tam, 
gdzie Słup naruszył pierwotną konstrukcję nośną. 
Szpara była 
długa na pięćset metrów i szeroka na co najmniej 
pięćdziesiąt.
   Obudził mnie hałas. Cały dom się trząsł, obrazy 
spadały 
ze ścian, a naczynia na półkach w kuchni dzwoniły 
jak przy 
trzęsieniu ziemi. Byłem zamroczony przez sen, więc 
pierwszą 
moją myślą było, że to Dziadek Wścibiacz wraca i 
dobija się 
do drzwi.
   - Już idę, idę - pokrzykiwałem. Nie mogłem znaleźć
pantofli i zupełnie bezsensownie obwiniałem 
Dziadka, że 
gdzieś mi je zapodział. Ale stopniowo rozjaśniało mi 
się w 
głowie. Pięści Dziadka Wścibiacza nie mogły narobić
tyle 
hałasu!
   Telkom zajęczał sygnałem najwyższego 
niebezpieczeństwa. 
Odezwałem się natychmiast. To była śmiertelnie 
przerażona 
Su.
   - Pękła kopuła! - krzyczała. - Kuba, słyszysz mnie? 
Kopuła pękła!

background image

   Wreszcie błysnęło mi w głowie. Spojrzałem na 
zegar. 
Dwadzieścia po pierwszej.
   - Gdzie jesteś?
   - W domu, Kubo, po...
   Dom się znowu zatrząsł i połączenie się przerwało.
   Mieszkaliśmy z Dziadkiem, jak wiecie, w starym 
domu, 
który według dawno zapomnianych przepisów 
budowlanych był 
wyposażony w hermetyzację. Ale co z Su? Czy ma w 
mieszkaniu 
hermetyczne śluzy? Zgodnie z zarządzeniem rady 
miasta, 
którego nikt nie anulował, powinna mieć środki 
ochrony 
osobistej. Ale kto w Arkadii nie miał tego 
zarządzenia w 
nosie! Pod modną kopułą wszyscy jesteśmy 
bezpieczni. 
Skafander w mieszkaniu? Taka sama bzdura jak 
szalupa 
ratunkowa w górach.
   Ja w mieszkaniu miałem skafander, i to nie jeden.
   Ludzie kochani, jakżeby nie, przecież 
produkowaliśmy z 
Dziadkiem skafandry jak na taśmie fabrycznej, 
wśród turystów 
cieszyły się wzięciem, zwłaszcze te staromodne, styl 
bałwan, 

background image

z okrągłym przezroczystym hełmem!
   Nie męczyłem się dalszym poszukiwaniem kapci i 
na bosaka 
zbiegłem do warsztatu. W starej rupieciarni wśród 
pudeł nie 
sprzedanego towaru, którym nikt się nie interesuje i 
interesować nie będzie, znalazłem doskonałego 
bałwana z 
pojemną butlą - na szczęście ciągle pełną. Wrzuciłem
do 
worka jeszcze kilka innych rzeczy, przede wszystkim
hermaki 
z maską i kilkoma butlami dla Su, butlę z pianą 
uszczelniającą, baterie do lampy i - nie śmiejcie się - 
czekan i linę, jak za starych czasów.
   Ktoś mi będzie opowiadać, kto to jest pionier!
   Wyglądałem dziko, prawie jak Lavier podczas 
pierwszego 
zejścia na powierzchnię Marsa. W ekwipunku 
polowym ruszyłem 
na ulicę.
   Ruszyłem? Prześliznąłem się przez drzwi, 
wcześniej 
przerabiając przedpokój na improwizowaną śluzę 
powietrzną.
   Ludzie! Ze starych czasów pamiętam reportaże z 
wojen 
fundamentalistycznych. Nuakszot po trafieniu 
bombą atomową 

background image

(maczali w tym wtedy palce, o ile się nie mylę, 
Beduini z 
Sahary) nie wyglądał o wiele gorzej niż Arkadia po 
tej 
piekielnej dekompresji.
   Kiedy przecisnąłem się przez uchylone drzwi, 
otoczyła 
mnie ciemność. Zapaliłem reflektor i gdzie tylko 
skierowałem 
jego świetlny stożek, szczerzyła do mnie zęby groza. 
Przez 
ulice przed kilkoma chwilami przeleciał huragan. 
Całą fasadę 
domu naprzeciwko po prostu poderwał, zgniótł i 
zabarykadował 
nią najbliższe skrzyżowanie. Zamarły w zwierzęcym 
strachu 
oświetlałem rozpruty dom. Jak żuczki pod 
odrzuconym 
kamieniem miotali się ludzie w piżamach i koszulach
nocnych. 
Umierali w strasznych męczarniach, krew leciała im 
z oczu i 
ust. Na pewno krzyczeli, ale ich nie słyszałem. Na 
drugim 
piętrze jakiś człowiek zakładał hermetyczne ubranie,
ale też 
krwawił i stopniowo tracił przytomność. Wola życia 
zmuszała 

background image

go jednak do działania, wbijał się w ubranie coraz 
wolniej, 
podciągnął je aż do piersi, na chwilę zamarł, a potem
powoli 
upadł na twarz.
   Przesunąłem światło lampy w lewo. Tędy musiałem
się udać, 
żeby dojść do domu, w którym mieszkała Su. Czy 
wytrzymał 
napór uciekającego powietrza? Był tak samo stary i 
solidny 
jak mój, kiedyś mieściła się w nim chińska 
restauracja 
"Błękitna Laguna". Tak często tam bywałem, a 
nigdy nie 
zauważyłem, czy drzwi mają układ hermetyzujący! 
Na pewno 
mają, pocieszałem się. W tych starych dobrych 
czasach 
magistrat na pewno nie zezwoliłby na uruchomienie 
knajpy bez 
świadectwa o hermetyzacji. Gdzie są te czasy 
grawitechniki i 
sztucznej atmosfery!
   Była to droga przez mękę i bez czekanu oraz liny 
daleko 
bym nie zaszedł.
   Przyrównanie do sytuacji po wybuchu bomby 
atomowej 

background image

wydawało mi się coraz bardziej odpowiednie. 
Faktycznie, w 
miarę zbliżania się do głównej alei, obrazów grozy 
przybywało. Tutaj już nie było rozerwanych fasad 
(tam, gdzie 
mury wytrzymały napór powietrza, ludziom w 
środku w zasadzie 
nic się nie stało, widziałem ich przerażone twarze w 
ciemnych prostokątach okien, twarze oświetlone od 
spodu 
lampkami awaryjnymi jak w dzień zaduszny, kiedy 
dzieciarnia 
przebiera się w duchy), tutaj padały już całe domy, 
całe 
bloki. Moje nerwy, o dziwo, szybko przyzwyczaiły się
do 
myśli, że nastąpił koniec Arkadii i tylko machinalnie 
rejestrowałem, który dom się zawalił, a który 
wytrzymał, kto 
gdzie mieszka, kogo ze swoich znajomych mam 
spisać na 
straty, a z którymi prawdopodobnie się jeszcze 
zobaczę. Tu i 
ówdzie widziałem postacie ubrane w hermaki. 
Machały do mnie, 
ale nie mogłem słyszeć, co mówią, ponieważ mój 
bałwan był 
antykiem (mimo że fałszywym) i pochodził z czasów, 
kiedy 
telkomy pracowały jeszcze na częstotliwości fal 

background image

elektromagnetycznych. Postacie pokazywały mi 
kierunek, w 
którym idą. To było tam, gdzie padały domy, w 
stronę, którą 
podążał huragan. Ci ludzie ciągnęli do miejsca 
tragedii, 
chcieli pomagać i apelowali również do mnie, żebym 
poszedł z 
nimi. Tam gdzieś przed nami zerwała się kopuła, 
trzeba 
znaleźć otwór i scalić go, dopiero potem magistrat 
włączy 
agregaty awaryjne i wypuści rezerwy powietrza. 
Jeśli jakieś 
ma.  
   Parszywie się czułem, kiedy przecząco do nich 
machałem i 
nie chciałem słyszeć, co mogą o mnie mówić na 
swojej 
częstotliwości, kiedy odwrócili się do mnie plecami i 
pośpieszyli w swoją stronę.
   Mieli łatwiejszą drogę ode mnie, ponieważ szli po 
śladach 
huraganu, ja natomiast podróżowałem w poprzek.  
Szło to tak 
powoli, że chwilami wątpiłem, czy w ogóle posuwam 
się 
naprzód. Niektóre domy dosłownie przewróciły się 
jak 

background image

pudełka. Chyba w ogóle nie miały fundamentów! 
Miejscami 
oderwały się od podłoża razem z podłogą, w tym 
wypadku ich 
mieszkańcy mieli szansę na ocalenie. Widziałem 
kilka takich 
komicznie przewróconych bloków. Ludzie za oknami
machali do 
mnie, chcieli coś powiedzieć, chyba mnie prosili, 
żebym ich 
dom postawił znowu tak, jak ma stać, żeby mogli 
wleźć pod 
pierzyny i zapaść w przerwany sen. Ale gorzej było, 
jeśli 
oderwała się podłoga budynku. Dekompresja 
wyssała z domu 
ludzi i ich majątek. W ruinach ulic powstały zaułki, 
w które 
ciśnienie uciekającego powietrza dosłownie 
wprasowało 
potworny zlepek trupów, resztek mebli, ubrań, 
jedzenia. 
Sprężona nędza zanikłego człowieczeństwa. 
Potrafiłem na to 
spustoszenie patrzeć bez współczucia, tylko raz 
ścisnęło mi 
się serce, kiedy potknąłem się o coś, co okazało się 
lalką. 
Przypomniałem sobie swoją siostrzyczkę, którą - sto 
lat 

background image

temu! - opuściłem płaczącą na Ziemi pocieszając 
tylko 
obietnicą, że wrócę i przywiozę jej najmniejszy 
krater, jaki 
na Lunie znajdę.
   Podróż przez pagórki ruin trwała prawie trzy 
godziny. 
Przybywało ratowników, wędrowali w długich 
szeregach jak 
mrówki, a nad ich głowami przelatywały stare dobre 
rakietowe 
płaszczki. Ktoś je zapewne odkrył (dobrze 
zakonserwowane) w 
jakimś magazynie, dawno zapomnianym i dlatego 
nie 
zlikwidowanym przez magistracką biurokrację.
   Pokryty pyłem i po kolana opryskany jakąś cieczą 
(obawiałem się, że krwią i obawa ta, niestety, miała 
okazać 
się prawdziwa) stanąłem przed budynkiem, w 
którym kiedyś 
spędzałem najpiękniejsze lata życia w Arkadii, w 
winiarni z 
dansingiem "Błękitna Laguna", przy boku tej 
najukochańszej i 
najdelikatniejszej kobiety, jaką znałem.
   Dom stał. Oba sąsiednie się zawaliły. W ruinach 
jednego z 
nich coś się tliło. Na pewno ruiny by się paliły, gdyby 
miały dostęp powietrza.

background image

   Dom stał, a w oknach płonęło światło. Nawet bym 
się nie 
zdziwił, gdybym nad wejściem zobaczył świetlny 
napis 
"Błękitna Laguna".
   Dom stał, w oknach się świeciło, zasłonięte były 
kotarami, a na nich tu i ówdzie migały jakieś cienie. 
O mało 
nie rozpłakałem się z radości. Su żyła!
   Uderzyłem w drzwi.
   Otworzyły się niemal natychmiast.
   Również ten korytarz służył jako śluza powietrzna,
ale 
nie była to żadna improwizacja: drzwi na ulicę były 
hermetyzowane dokładnie tak, jak nakazywał 
przepis 
magistratu z roku... Bóg wie którego, a te kolejne, 
prowadzące do byłego salonu, jakby zmiotło.
   Drzwi jednak nie otworzyły się same. Obsługiwał 
je 
mężczyzna w szpanerskim złotawym ubraniu 
hermetycznym. Jego 
hełm stworzony był zapewne przez jakiegoś 
wybitnego artystę 
z czasów złotego wieku. Inspirował się chyba jakimś 
hinduskim 
bóstwem.
   Zerknąłem na indykator ciśnienia powietrza. 
Tracił 

background image

czerwony kolor, aż stał się zupełnie niebieski. 
Sięgnąłem do 
hełmu, ale mężczyzna w złotawym skafandrze 
powstrzymał mnie 
wymownymi gestami.
   Nie miałem pojęcia, o co mu chodzi, aż 
pomyślałem, że 
wnętrze domu jest bez powietrza. Przecież widziałem
tylko 
fasadę, mogła się urwać tylna ściana i Su... Nie, na 
zasłonach widziałem cienie. W środku żyli ludzie. 
Zapewne 
zdążyli na czas włożyć ubrania ochronne. Mieli 
szczęście.
   Moja kochana Su też miała szczęście. Tak, nie ma 
co 
ukrywać. Jeszcze ją kochałem, mimo że tak daleko 
ode mnie 
odeszła.
   Człowiek w złotym skafandrze otworzył drzwi do 
byłej sali 
restauracyjnej i lekkim pchnięciem w plecy zachęcił 
mnie do 
wejścia.
   W sali było ciemno. Obejrzałem się. Złoty człowiek 
stał 
między drzwiami w jasno oświetlonym korytarzu. 
Na 
bielusieńkiej podłodze ujrzałem swoje ślady. Były 
purpurowoczerwone.

background image

   Mężczyzna zamknął drzwi. Znalazłem się w 
całkowitej 
ciemności. Po omacku przeszedłem parę kroków. 
Wyciągnąłem 
ręce jak ślepiec w nieznanym terenie.
   Dotknąłem czegoś miękkiego, zwierzęco 
podatnego. To na 
pewno nie było ciało w skafandrze!
   Krzyknąłem z przerażenia: cóż innego mogło się 
wśliznąć w 
moje objęcia niż trup?
   Światło się nagle zapaliło i tuż przed sobą ujrzałem
twarz kochanej Su. Czemu nie leci jej krew z oczu i 
ust? 
Czemu się uśmiecha? Nawet coś do mnie mówi? 
Gdzieś mnie 
prowadzi...
   Nic nie rozumiejąc rozejrzałem się wokół siebie.
   Na doskonale wypolerowanym parkiecie w rytmie 
walca 
wirowało chyba ze dwadzieścia par, panowie we 
frakach, damy 
w wieczorowych toaletach. Androidy ubrane w 
tradycyjne żółte 
liberie "Błękitnej Laguny" serwowały napoje 
znudzonym 
dżentelmenom przy barze. A z tyłu pod ścianą, w 
boksach, 
gdzie światło trafiało ze wstydem i w ilości niemal 

background image

niemierzalnej, podejrzanie się kotłowało i tylko od 
czasu 
do czasu w szarówce błyskało nagie udo czy plecy.
   Przestąpiłem z nogi na nogę, cofnąłem się o krok.
   Na wypolerowanych parkietach znowu został 
krwawy ślad.
   Musiało to wyglądać jak krok walca, bo tańczące 
pary 
(wszyscy bowiem na mnie patrzyli, mężczyzna w 
zakrwawionym 
skafandrze na środku parkietu siłą rzeczy rzuca się 
w oczy) 
zatrzymały się, panowie wypuścili swoje damy z 
objęć i 
wszyscy zaczęli bić brawo.
   zapewne należałem do jednego z punktów 
oszałamiającego 
programu tego wieczoru urządzonego przez ludzi, 
którzy 
nazywali siebie Ostatnią Generacją. Świętowali 
zagładę 
Arkadii i szykowali się na pożegnanie ostatniej 
godziny 
życia, która - jak wierzyli - nadejdzie jeszcze tego 
dnia.

5.  Bez pomocy techników z Lagrangu z Arkadią 
byłoby 
kiepsko. Chyba wszyscy byśmy zginęli po zużyciu
ostatnich kubików rezerwowych zapasów tlenu.

background image

   Jak się później dowiedzieliśmy, komandor Nowej 
Granicy 
Avram Stavropulos natychmiast po wypadku 
skontaktował się ze 
sztabem ruchu na Lagrangu i kiedy przedzierałem 
się przez 
ruiny, żeby pomóc Su, ekipa ratownicza już była w 
drodze.
   Jeśli chodzi o dekompresję, Lagrange był 
wystawiony na 
mniej więcej takie samo ryzyko jak każdy habitat na
Lunie. 
Arkadyjski magistrat jednak nie liczył się poważnie 
z żadną 
awarią, natomiast administracja Lagrangu, w całości
opanowana przez członków NG, trzymała w 
pogotowiu szturmowe 
jednostki remontowe przez dwadzieścia cztery 
godziny na 
dobę. Wszyscy ci mężczyźni i kobiety byli doskonale 
wytrenowani i wyposażeni, i gdyby okoliczności tego 
wymagały, 
złożyliby w ofierze nawet życie.
   Na miejsce katastrofy trafiłem później, już po 
strasznym 
wystąpieniu w sali tanecznej byłej "Błękitnej 
Laguny", gdzie 
pobiłem się z jakimiś ludźmi i gdzie również mała Su
- wstyd 

background image

przyznać - zarobiła ode mnie policzek. Miałem być 
gwoździem 
ich programu (Su się zarzekała, że kiedy do mnie 
dzwoniła, 
była sama i że jej kompani przyszli dopiero później, 
ale 
wierzcie kobiecie). Bez wątpienia byłem gwoździem 
programu, 
mniej chyba liczono, że będzie to gwóźdź 
kulminacyjny i 
ostatni. Dałem niezły występ i z niemałą 
przyjemnością 
przypominam sobie te chwile, kiedy panowie we 
frakach z 
zakrwawionymi nosami uciekali przede mną po 
kątach. 
Przypominam sobie z przyjemnością, za to 
niechętnie 
opowiadam, że była w to wplątana Su.
   Bardziej interesujące było to, co się działo przy 
Słupie, 
gdzie pod ciężarem nawarstwionego pyłu załamała 
się kopuła.
   Im bliżej epicentrum (to chyba najwłaściwsze 
słowo), tym 
droga była szersza. Huragan osiągał tu maksymalną 
siłę. 
Niektóre budynki wytrzymały, ale te słabsze 
uciekające 

background image

powietrze po prostu porwało ze sobą. Nigdzie nie 
piętrzyły 
się żadne ruiny. W pierwszych minutach katastrofy 
wyleciały 
przez otwór na zewnątrz. Powietrze skraplało się, 
zbijało w 
olbrzymią chmurę, z której leciało na dół wszystko, 
co 
tornado zabrało podczas swojej morderczej drogi. 
Spadały 
rozerwane domy z całym wyposażeniem, również z 
ludźmi, 
których śmierć zaskoczyła we śnie. Był to deszcz 
fatalny w 
skutkach, ponieważ kopuła, słaba na tyle, że nie 
uniosła 
zwału pyłu, zapadała się wszędzie tam, gdzie spadły 
na nią 
ruiny. Ten wtórny pogrom dotknął, jak się później 
okazało, 
zwłaszcza wschodnie dzielnice arkadyjskie. W 
pierwszych 
minutach zginęło ponad sto pięćdziesiąt tysięcy ludzi,

fazie drugiej przybyło kolejnych pięćdziesiąt tysięcy 
ofiar. 
W ciągu tej strasznej nocy liczba mieszkańców 
habitatu 
spadła o jedną trzecią!
   Ale wrócę do swoich osobistych doświadczeń.

background image

   Kiedy biłem się w restauracji, glidery jednostek 
szturmowych z Lagrangu lądowały - bardzo 
ostrożnie - na 
nieuszkodzonych częściach kopuły. Tak, to były 
glidery! Mimo 
zakazu Rady używania techniki grawitacyjnej, na 
Jedynce 
uchowała się flota gliderów szturmowych (za wiedzą 
Mostka, 
jak mieszkańcy Lagrangu nazywają swój magistrat).
Nie 
uznajemy żadnych bredni o degradacji materii, 
oświadczyły 
ponoć najwyższe głowy NG, i w razie potrzeby nie 
zawahamy 
się przed wykorzystaniem grawitechniki. A kiedy 
szedłem po 
głównej alei, ratownicy w błękitnych ubraniach 
hermetycznych 
na największe szpary już naciągali kilometry 
kwadratowe 
folii.
   Nie szedłem sam.
   Główna aleja była pełna ludzi. Gdyby znalazł się tu
ktoś 
niezainteresowany i obserwowałby te tłumy nie 
tracąc 
poczucia humoru, musiałby się roześmiać. 
Barwniejszego 

background image

przeglądu ubrań ochronnych nie zobaczylibyście 
nawet na 
najbardziej zwariowanej wycieczce przebierańców. 
Jak dawno 
już nie organizowano takich wycieczek! Bez 
grawitechniki 
trudno było podróżować po drogach i autostradach, 
które 
szybko niszczały pod ciężkimi kołami 
improwizowanych wozów. 
Ujrzelibyście poczwary w starodawnych 
skafandrach z 
okrągłym hełmem - jednym z nich byłem ja. 
Zobaczylibyście 
hermetyczne ubrania robocze i sportowe, 
alpinistyczne, 
narciarskie, strzeleckie, łyżwiarskie. Te ostatnie 
zresztą 
były nadzwyczaj komiczne, ponieważ łyżwy były na 
stałe 
połączone z podeszwą, nieszczęśnicy kuleli więc w 
nich, 
potykali się i przewracali, ale znowu wstawali i 
kontynuowali drogę naprzód, ponieważ chcieli 
pomagać. 
Najzabawniej jednak wyglądały skafandry 
rozrywkowe, które 
były w modzie w okresie złotego turystycznego wieku
Arkadii. 
Był tam styl "Baśni z tysiąca i jednej nocy", styl 

background image

średniowieczny, podwodny, demoniczny, antyczny i 
kowbojski. 
Mody podówczas zmieniały się szybko, w rytmie tych
szalonych, 
wesołych lat. W niejednym domu znaleźlibyście 
schowany w 
szafie po rodzicach czy dziadkach taki skafander-
przebranie 
i, jak się okazało, był to często jedyny sprawny 
skafander.
   Tym jednak nie łamałem sobie głowy. Śpieszyłem 
naprzód i 
jeżeli zwracałem na coś uwagę, to tylko na to, że 
wokół mnie 
było coraz więcej ludzi, tym samym nasz wspólny 
marsz był 
coraz wolniejszy, aż utknął zupełnie.
   Jak już powiedziałem, nie mogłem się z nikim 
porozumiewać 
i denerwowało mnie to już choćby dlatego, że za 
szybami 
skafandrów widziałem wiele znajomych twarzy. 
Zrozumieli oni 
wkrótce, w jakiej jestem sytuacji, porozumiewaliśmy
się więc 
gestami. Szło nam nieźle, bo najczęściej używanym 
gestem 
było wzruszenie ramion. Nie, nie wiem dokładnie, co 
się 

background image

stało, nie wiem, czemu się nie ruszamy, nie wiem, co 
jest w 
przodzie.
   Tłum gęstniał. Z tyłu cisnęli się na nas nowo 
przybyli. 
Nie było mi to w smak, bo zapas tlenu w butlach na 
moich 
plecach (dzięki kilku brutalnym akcjom 
odpowiednio 
uzupełniony w "Błękitnej Lagunie") nie mógł 
wystarczyć na 
zawsze i jeśli zaraz nie zacznie się coś dziać, musimy 
wracać, skąd przyszliśmy albo niepotrzebnie tu 
umrzemy.
   Ale jak wrócić, skoro przychodzą nowi ludzie, 
płonący z 
pragnienia niesienia pomocy na równi z nami!
   Wreszcie coś się zaczęło dziać!
   Nastąpiło wielkie cofanie i przepychanie, tu i 
ówdzie 
tłum gwałtownie szarpnął się w przód, jeden nurt 
złapał 
również mnie i ciągnął, naprawdę było to podobne 
do prądu w jakiejś cieczy, były tu też wiry, 
kilkakrotnie 
obróciły mnie w kółko, straciłem więc orientację, w 
którym 
kierunku właściwie idę i uspokajała mnie tylko 
świadomość, 
że nie tkwię w tym samym, i to, że zbliżamy się do 

background image

reflektorów, które świeciły gdzieś z przodu, 
zawieszone na 
wysokich słupach.
   Potem wokół mnie zaniebieściło się od mundurów 
NG, 
chwyciły mnie jakieś ręce i wepchnęły na platformę 
ciężarówki wypchanej ludźmi w skafandrach, ze 
mną przybyło 
jeszcze piętnastu następnych, a potem ciemność, 
ruch żołądka 
w górę i w dół, obawa przed zamkniętą przestrzenią 
(mimo że 
nigdy nie cierpiałem na klaustrofobię, jak dobrze 
wiecie) i 
ten niejasny stan trwał aż do chwili, kiedy 
ciężarówka się 
zatrzymała, wyszliśmy na ostro oświetloną 
płaszczyznę i tam 
jakieś ręce zdjęły mi hełm.
   - Dalej, dalej, nie zatrzymywać się, idziemy, 
idziemy - 
krzyczały szczekliwe głosy.
   Ktoś popychał mnie z tyłu i z boków, ale zdążyłem 
się 
rozejrzeć i byłem w domu: zawieźli nas na były 
stadion 
łyżwiarski. Od dawna nie było tu lodu, potykaliśmy 
się więc 
na zdewastowanej silikatowej podłodze. Błękitni 
nieźle sobie 

background image

poczynali, jak wyćwiczone owczarki: dzielili nas na 
grupki 
po dziesięciu i przy nieustannym krzyku "dalej, 
dalej" 
poganiali nas do przodu, aż spodobało im się jakieś 
miejsce, 
tam nas usadzali z rękami założonymi na głowę.
   Z góry przemawiał do nas oficjalny głos:
   - Zachowajcie spokój, nie opuszczajcie 
wyznaczonego 
miejsca, nie rozmawiajcie. W przypadku nagłej 
potrzeby 
podnieście lewą rękę. Straż się wami zaopiekuje. 
Potrzeby 
wypróżniania nie uważamy za nagłą.
   - To mamy się zesrać? - spytałem rzeczowo swojego
sąsiada. Znałem go z widzenia, był to technik 
kompresorów 
powietrza, żwirek drugiej generacji. Nie zdążyłem 
nawet 
zamknąć ust, a już dostałem. Cios padł z lewej strony

powalił mnie na bok. Połowa twarzy chyba mi 
eksplodowała, a 
w ustach zrobiło się słono. Nieprzytomnie spojrzałem
w górę: 
nade mną stał młodziutki pionier uzbrojony w coś, 
co 
wyglądało jak tysiąc czterysta pięćdziesiątka, ale 
było o 

background image

wiele mniejszego kalibru, a na dole miało kanciasty 
pojemnik, 
chyba magazynek. Czyżby broń palna? Przecież już 
od dawna 
jest zakazana!
   - Główną zasadą jest milczenie. Milczcie, a nic się 
wam 
nie stanie. Milczcie. Niedługo będziecie mieć okazję 
do 
mówienia. Na razie milczcie. Milczcie, dopóki nie 
zażądamy, 
żebyście mówili. Milczcie.
   Młody pionier pomógł mi usiąść. Mój sąsiad był 
tak 
oniemiały ze zgrozy, że bał się ruszyć palcem.
   - Zamknij pysk, ty jebany sukinsynu, albo ci 
wytłukę zęby 
z tej twojej pieprzonej gęby - przyjacielsko 
powiedział 
młody pionier.
   Była to dobra lekcja dla mnie i dla wszystkich w 
pobliżu.
   Z rękoma za głową siedziałem więc bez słowa. 
Ponieważ 
byłem wyższy niż większość ludzi wokół, miałem 
zupełnie 
niezły widok. Były nas tu tysiące, wszyscy siedzieli w 
grupkach, a po uliczkach między grupkami 
swobodnie, krokiem 

background image

zwycięzców, chodzili szturmowcy NG z bronią w 
rękach. Tak, 
na pewno była to broń.
   Głowa pękała mi z bólu.
   Po krótkim czasie ujrzałem jednak parę 
nieuzbrojonych 
nygusów. Raźno maszerowali najwyraźniej do mnie. 
A i to nie 
odbyło się bez komiki, ponieważ szli ruchem konika 
szachowego, raz w prawo, raz w lewo, kroczyli 
uliczkami 
między grupkami więźniów jak przez labirynt.
   Więźniów? Tak, czymże innym byliśmy?
   Podeszli do nas, rozkazali mi wstać i poprowadzili 
przez 
ludzki labirynt znowu szachowo, znowu w prawo - w
lewo, aż 
do przejścia w bandzie, a potem uliczkami między 
ławkami 
gdzieś w górę, na najwyższe trybuny. Tam paliło się 
czerwone 
światło, tłoczyli się jacyś ludzie, słyszałem ordynarne
krzyki i jęki, chyba kogoś bili.
   Ci chłopcy mieli pełne ręce roboty.
   Mężczyźni w mundurach obu odcieni niebieskiego:
policjanci w granatowych, szturmowcy z NG w 
błękitnych, 
aktywni, ważni, energiczni, wszyscy pracowali aż 
miło. Tu 

background image

prowadzili mężczyznę na przesłuchanie, tam z kolei 
innego z 
przesłuchania wywlekali, jeden szeptał jakieś 
sekretne 
prawdy do nadajnika, jego towarzysz dogadywał się 

przenośnym oraklem otoczony nadsłuchującymi w 
napięciu 
kolegami ("Tak, tak, jakoś tak ten facet mówił"), a 
potem 
wszyscy się rozeszli do istotnych zadań. Śmierdziało 
tu 
potem i krwią, przenikliwym zimnem - i strachem.
   Mnie doprowadzili do stolika oświetlonego 
przenośną 
lampą. Siedzieli przy nim dwaj mężczyźni. Najpierw 
zobaczyłem same ręce, ponieważ stożek światła 
sięgał tylko 
do ich piersi, ale potem, kiedy oczy przywykły, 
dojrzałem 
również twarze, a jedną nawet poznałem.
   Był to porucznik Luigi Mantella III. Ten drugi, 
ubrany w 
mundur oficera jednostek szturmowych korpusu 
Nowej Granicy - 
chyba też porucznik - warknął:
   - Nazwisko...
   - Jakub Nedomy, znana firma - odpowiedział za 
mnie 
Mantella III.

background image

   - Znana firma, no patrzcie - powiedział 
jasnoniebieski 
zbawiciel ludzkości. Potem spojrzał gdzieś za moje 
ramię.
   - Zatrzymany na miejscu czynu - rzucił jeden z 
moich 
przewodników.
   - Na miejscu czynu, no oczywiście. Pochodzenie 
ziemskie. 
Rzygać się od tego chce.
   - Nie pan posłucha, ja... - zacząłem, ale uciszył 
mnie 
cios pięścią. Trafił tuż obok tego miejsca, gdzie już 
było 
niebiesko po uderzeniu kolbą. Jak tak dalej pójdzie, 
będę 
nieźle pomalowany. A jeżeli popatrzeć na to, co się 
dookoła 
wyprawiało, mogłem się z tą ewentualnością 
stuprocentowo 
liczyć. Jeśli nie pomoże mi Mantella III.
   Ale na razie nic na to nie wskazywało. Mantella III 
nie 
przejawiał ani krztyny współczucia.
   Orakl postawiony na stole syknął i wyjechała z 
niego cała 
karta.
   - Niezły rejestr - zauważył nieznajomy 
szturmowiec. - No 

background image

i patrzcie, w tym samym mieszkaniu przebywa 
jeszcze jeden 
taki bydlak - miał na myśli Dziadka Wścibiacza. 
Skinął na 
jednego ze strażników, żeby połączył się z patrolem. -

ciągu pół godziny chcę tu mieć tego drania.
   Chciałem powiedzieć, że raczej mu się to nie uda, 
ale 
wolałem wysysać krew ze zranionego dziąsła. Mimo 
wieku łatwo 
się uczę: wystarczyły dwa ciosy i już wiem, że mam 
nie 
mówić, jeśli mnie nie pytają. Teraz zaczęli się pytać:
   - Co pan robił na Alei Pionierów?
   - Wydarzył się wypadek... chciałem pomagać.
   Śledczy się zaśmiał i zwrócił do Mantelli III:
   - Słyszał pan? Wszyscy śpiewają taką samą 
piosenkę. Czyli 
chciał pan pomagać - znowu mnie zaatakował. - 
Może pan to 
udowodnić?
   Wzruszyłem ramionami.
   - Doszedłem do Słupa, był tam tłum ludzi... a 
potem mnie 
zabrali i przywieźli tutaj. Nie rozumiem, co macie 
przeciwko 
mnie...
   - Ty sabotażysto, ja ci tę niewinność wytłukę z 
głowy.

background image

   - Luigi, wyjaśnij mu, że... - zwróciłem się do 
Mantelli 
III, ale nie powinienem był tego robić. Dobry Luigi 
zaczął 
krzyczeć i wydzierał się na mnie jeszcze gorzej niż 
jego 
kolega z Lagrangu - skąd by miał być, jak nie z 
Lagrangu, 
nigdy tej fizjonomii nie widziałem!
   Krzyczał głośno, ale nie oszukał mnie. Nie wkładał 
w swój 
gniew serca. W jego głosie wyczułem raczej 
niepewność. Z 
tego, co mówił, czy raczej wykrzykiwał i wypluwał, 
zrozumiałem, że według oficjalnej komisji śledczej 
dekompresja Arkadii nastąpiła na skutek rozległego 
sabotażu 
inspirowanego z Ziemi. Sprawcy są członkami piątej 
kolumny, 
obywatelami o pochodzeniu ziemskim.
   - Ładunek eksplodował o pierwszej dwadzieścia - 
powiedział błękitny pionier, kiedy Mantella III już 
się 
wykrzyczał. - Co pan robił o tej porze?
   - Byłem w domu.
   - Czy ktoś może to potwierdzić?
   Już chciałem powiedzieć, że dzwoniła do mnie Su 
Wang-li, 
ale uświadomiłem sobie, że również ona urodziła się 
na Ziemi 

background image

i mimo że jeszcze parę godzin temu byłem 
zdecydowany 
definitywnie wymazać ją z pamięci, wdeptać w 
nicość nawet 
cień jej wspomnienia, teraz, po tym, co się stało, 
postanowienie to wydało mi się małostkowe, 
nieważne, po 
prostu śmieszne.
   - Ma pan współlokatora - zauważył sucho Mantella
III. 
Chyba chciał mi pomóc. Chyba.
   - Nie ma go w domu.
   - Gdzie jest?
   - Nie wiem. Zniknął. Już dawno temu. Nie mam 
pojęcia, 
gdzie jest.
   - Zgłosił pan to?
   - Nie. Nie wiedziałem, że trzeba.
   - Interesujące. Nie wiedział pan. Jeszcze do tego 
wrócimy. Czyli o pierwszej dwadzieścia był pan w 
domu. Na 
miejscu czynu został pan zatrzymany o piątej 
piętnaście. Co 
pan robił między pierwszą dwadzieścia a piątą 
piętnaście?
   I co, mam się pochwalić, że odwiedziłem Su?
   - Byłem w domu, a potem, chyba wpół do czwartej 
wyszedłem, żeby zobaczyć, co się właściwie stało i 
żeby 

background image

pomóc przy pracach ratunkowych, jeśliby było 
trzeba.
   Potrafiłem sobie wyobrazić, jaki bajzel bym 
wywołał u Su, 
gdybym ją do tego wciągnął. Ruch Nowej Granicy 
nienawidził 
wszystkich ludzi urodzonych na Ziemi, a wśród nich 
z kolei 
najbardziej nienawidził tych, którzy ulegli modzie 
Ostatniej 
Generacji. Gdyby się dowiedzieli, że Ostatnia 
Granica
urządziła bal w czasie, kiedy jedna trzecia 
mieszkańców 
Arkadii umierała...
   Mantella III w trakcie naszej rozmowy bawił się 
oraklem. 
Chyba porozumiewał się z nim pisemnie, jak to 
zazwyczaj 
robią policjanci podczas przesłuchania, kiedy chcą 
spytać 
centralny bank danych tak, by przesłuchiwany nie 
wiedział, o 
co chodzi.
   Pionier w mundurze Nowej Granicy udawał teraz -
niezbyt 
przekonująco - dobrego wujka, który rozumie 
aresztowanego. 
Właściwie nie robił tego aż tak bardzo nieudolnie, 
inny może 

background image

by się na to złapał, ale na takie numery jestem zbyt 
otrzaskanym kryminalistą.
   - Czyli był pan wtedy w domu... Zakładam, że 
obudził pana 
wstrząs. Na pewno się pan przestraszył, ale potem 
skusiło 
pana łóżko, znowu pan usnął, a wcześnie rano 
powiedział pan 
sobie, że jednak warto sprawdzić, co się stało.
   Kątem oka zerknął na ukryty ekran orakla.
   W głowie zadzwonił mi sygnał ostrzegawczy. 
Bardzo 
niepewnie kontynuowałem fabułę bajeczki.
   - Nie, spać nie poszedłem. Długo szukałem ubrania 
ciśnieniowego. Wentyl regulacyjny był zepsuty, 
musiałem go 
naprawić. Miałem puste butle.
   - Interesujące - zauważył Mantella III. Oparł się o 
poręcz krzesła, a ręce założył na piersi. - 
Interesujące. 
Chcielibyśmy panu wierzyć. Ale nie możemy. Trzech 
świadków 
widziało pana na ulicy o pierwszej czterdzieści! A 
poza tym 
od trzeciej rano przed pańskim domem stoi patrol 
Nowej 
Granicy. Od początku był pan na liście 
podejrzanych, panie 
Nedomy... Pochodzenie ziemskie... niezliczoną ilość 
razy 

background image

karany za przewinienia najróżniejszego rodzaju... 
został na 
Lunie bez konkretnego powodu... My ten powód 
przeczuwamy. 
Jest pan jednym z czołowych działaczy piątej 
kolumny! Jest 
pan elementem wywrotowym! Ten spisek jest jak 
pajęcza sieć, 
a pan siedzi diabelnie blisko tej sieci, o ile pan sam 
nie 
jest Pająkiem! Weźmiemy sobie pana pod lupę, 
Nedomy, 
przetrzepiemy pana, wywrócimy na lewą stronę! 
Jeszcze pan 
wszystko wyśpiewa. Zaprowadzi nas pan do gniazda 
pająka i 
będzie nam pan całować ręce za to, żeśmy pana na 
ten spacer 
wypuścili. Odprowadzić! I lanie! Porządne, dopóki 
nie 
zobaczy chórów anielskich. A potem jeszcze raz. 
Nedomy, już 
pana trzymamy i nie puścimy!
   I zaczął się kołowrót, który trwał sześć tygodni.
   Straciłem zęby i jedno oko, skóra wisiała mi na 
żebrach i 
nikt by teraz nie poznał, czy jestem czarny czy biały, 

nawet zwątpiłby chyba w moją przynależność do 
rodzaju 

background image

ludzkiego. Szturmowcy Nowej Granicy o podróży ku
Centrum 
Galaktyki w Objęcia Kosmicznej Matki myśleli 
śmiertelnie 
poważnie, skoro kosztowałem ich (i inni również) 
tyle pracy!
   A jak skończyła Su?
   Zdradziłem ją jeszcze pierwszego dnia, już na 
drugim 
przesłuchaniu.
   Tak, doniosłem na biedną Su.

6.  W kratce wentylatora zamigotał kawałek piktora.
   Leżałem na plecach, z rozciągniętymi rękoma i w 
zmłócone 
plecy wchłaniałem kojący chłód podłogi. Starałem 
się 
zaostrzyć wzrok na zakurzony luminor wpuszczony 
w sufit. Nic 
z tego. Świetlny owal odpływał, chwiał się na boki, a 
wokół 
niego tworzyły się tęczowe elipsy.
   Piktor w kratce lekko się kołysał, jakby chciał mnie
skusić: wstań, wyciągnij rękę, jak staniesz na 
palcach, 
dosięgniesz mnie, wytrzymasz tę chwilę potwornego 
bólu, 
przeżyłeś gorsze rzeczy.
   Zauważyłem go dopiero po dłuższej chwili. Co tam,

background image

zauważyłem, coś obcego dostało się w pole mojego 
widzenia. 
Kiedy obserwowałem luminor, jakiś biały trójkącik 
trzepotał 
w ciemnym pograniczu. Ale kiedy poruszyłem okiem,
luminor 
mocniej się rozżarzył i nie widziałem już nic poza 
tęczowymi 
elipsami.
   Więzień ma dosyć czasu. To chyba jedyne, co mu 
pozostawiają - czas. Podejrzewają, że współpracuje z
nimi, 
że działa jak lepiący duszę ług. Może to i prawda w 
przypadku nowicjuszy. Ja po czterech tygodniach 
więzienia 
miałem duszę tak porozklejaną, że niewiele w niej 
pozostało 
dla jakiegoś ługu. Tak więc czas pracował 
praktycznie dla 
mnie: leczył moje rany spokojnie i nienachalnie jak 
chłód 
podłogi.
   Mogło trwać godzinę albo nawet dwie, zanim mój 
wzrok 
przyjął do wiadomości niespokojny trójkącik 
rozchwiany w 
zębach silikatowej kratki. W areszcie każda zmiana 
jest 
większym wydarzeniem niż przyjazd do Arkadii 
zespołu 

background image

baletowego Teatru Wielkiego na występy gościnne. 
Zmiana to 
pojęcie względne, zmienne. Człowiek wolny przejście
ze stanu 
spokoju w stan bólu pojmuje jako wielce gwałtowną 
zmianę - 
ale nie ja i moi współwięźniowie. Po tygodniach 
więzienia 
było mi w zasadzie obojętne, czy mnie biją czy nie, 
ponieważ 
ból stał się stałym elementem mojego istnienia. Ale 
piktor w 
wentylacji? To było coś!
   Teraz już nie wiem, jak mogłem tak szybko dojść 
do 
wniosku, że w wentylatorze jest piktor. Nie miałem z 
nimi
dawno do czynienia, ale jednak na tyle często, żebym
znał je 
dobrze, od tego czasu, kiedy przestałem się 
zajmować 
oraklami. Dawniej, za starych czasów, piktory 
należały do 
mojego codziennego życia. A jeszcze wcześniej, 
przyjaciele... Pamiętam jeszcze nawet papier i jako 
chłopak 
czytywałem prawdziwe papierowe książki.
   W myślach rozległ się dzwonek alarmowy.
   Zmiana w celi nie odbywa się ot, tak. Zawsze 
chodzi o 

background image

zmianę w stosunku do więźnia. Uchylają się drzwi i 
czyjś but 
wsuwa do celi miskę z jedzeniem. Zmiana. W ciszy 
odzywają 
się słowa "żryj, bydlaku". Zmiana. Dyżurny (więzień

zakrytą twarzą, w masce połyskują tylko 
rozgorączkowane 
oczy) przychodzi z kiblem na potrzebę. Zmiana. Róg 
piktora w 
wentylatorze. Zmiana.
   Co mam robić? Jak zareagować?
   Na pewno mnie obserwują. Nie wiem, gdzie mają 
swoje oczy:
w ścianach, w suficie, czy może pod moimi plecami. 
Widzą 
mnie, słuchają mojego oddechu, wąchają mnie (tej 
czynności 
im nie zazdroszczę). Są wszędzie. Zmiany nastają, 
ponieważ 
oni tego chcą. Muszę się zachowywać zgodnie z ich 
wolą. 
Chcą, żebym żarł. Żrę. Chcą, żebym się wypróżniał. 
Wypróżniam się, nawet jak nie ma z czego i każde 
napięcie 
mięśni brzucha sprawia mi ból. Ale mimo to siedzę 
na kiblu i 
słucham, jak do środka kapie moja krew.
   Gdybym tego nie zrobił, gniewaliby się.
   Że biliby mnie? Również, ale tego się nie boję.

background image

   Gniewaliby się, a ja nie chcę, nie mogę do tego 
dopuścić. 
Żyję tak, żeby się nie gniewali. Zrobię wszystko, 
byleby się 
nie gniewali.
   Proszę, nie gniewajcie się.
   Trójkącik macha do mnie z kratki wentylatora.
   Co mam robić?
   Chyba powinienem dalej leżeć. Przecież nie mogę 
tego 
trójkącika widzieć. Przecież wy nie chcecie, żebym 
widział. 
Jedno oko wybiliście mi kolbą, a drugie zranili tak, 
że 
ledwo widzę. Rozumiem. Gniewał was mój ostry 
wzrok i dlatego 
mnie go pozbawiliście. Dobrze zrobiliście, bo już was
nie 
gniewam moim bydlęcym spojrzeniem.
   Ale ja ten trójkącik widzę!
   Powinienem zawołać straż. Nie będziecie się na 
mnie 
gniewać? Powiem, że tam na górze jest trójkącik to 
będą 
się gniewać! Co im do mojego trójkącika? Po co im 
sprawiam 
kłopot?
   Zaczynałem wpadać w panikę.
   Odwróciłem się na brzuch.

background image

   Teraz było jeszcze gorzej. Wprawdzie nie 
widziałem już 
piktora, ale za to on patrzył na mnie. Czułem go na 
plecach. 
Jego koniec kłuł mnie w potylicę. Wwiercał się w 
czaszkę jak 
kombajn górniczy, z zaciętym uporem wgryzał się w 
mózg. Za 
chwilę wydrąży w czaszce tunel, wyjrzy przez czoło i 
zawiśnie przed moim okiem, żebym go zobaczył.
   Po co, po co jest tu ten trójkącik?
   Jest wysoko, chyba nie dosięgnę do niego. Jedynie 
gdybym 
się wspiął na palce, ale są rozbite kolbą. Bolałoby 
mnie to, 
ale ich, tych wszystkich, którzy na mnie patrzą, 
cieszy mój 
ból. Jeśli nie dostarczę im rozrywki, będą się 
gniewać.
   Dostarczyłem im rozrywki.
   Ból był tak straszny, że się zmoczyłem. Ucieszyło 
mnie 
to. Moi panowie cieszą się, kiedy się moczę z bólu lub
strachu. Robię wszystko po to, żeby się cieszyli.
   Dosięgnąłem trójkącika, chwyciłem go między 
kciuk i palec 
wskazujący. Brakowało mi sił, żeby go chwycić 
porządnie, ale 
na szczęście miałem zerwane paznokcie i opuszki 
palców 

background image

trochę ropiały, więc piktor przykleił się do nich. 
Zdążyłem 
go trochę przesunąć. Siły mnie opuściły i upadłem na
podłogę. W kratce wentylatora zaszeleściło. Piktor 
wyleciał 
na zewnątrz i powoli, powolutku opadał na ziemię, 
aż 
wylądował tuż przy mojej twarzy.
   Zobaczyłem obrazek.
   Był bardzo ładnie pokolorowany i oczywiście w tri-
di. 
Ukazywał mnie, przywiązanego do fotela i 
uduszonego struną. 
Panowie lubili się bawić w duszenie nas struną, nas, 
świńskich ziemniaków. Mnie też kilkakrotnie dusili, 
ale 
nigdy nie udusili. Za to zawsze wyjaśniali, że 
następnym 
razem będzie inaczej. Następnym razem dociągną 
drut do 
końca. Jeśli będę ich gniewać. Nie chcę ich gniewać, 
nie 
dlatego, że boję się uduszenia, ale dlatego, że boję się 
ich 
gniewać.
   Ładny obrazek. Podoba mi się, bo moim panom na 
pewno by 
się podobał.
   Wokół jest ozdobiony ornamentem. Kiedy byłem 
małym 

background image

chłopcem, mama miała na stole w pokoju biały obrus
z koronką 
na brzegach. Na obrusie był wyhaftowany obrazek 
Czerwonego 
Kapturka i wilka. To też jest taki obrusik. Pośrodku 
jestem 
ja z drutem wpijającym się w szyję, a wokół jest 
koronka. 
Rozumiem.
   Rozumiem...
   Tak, koronka to... to pismo.
   Chwyciłem piktor i przybliżyłem do oka.
   "KUBO! ODWAGI! POMOC BLISKO. ŻĄDAJ 
PRZENIESIENIA NA 
LAGRANGE. KAZIK".
   Przeniesienia na Lagrange!
   Tego się boję jeszcze bardziej niż oczu i uszu w 
ścianach. Panowie przenoszą się z Lagrangu na 
Lunę, a w 
drugą stronę ponoć wożą wrogów publicznych. 
Stacja zostanie 
spalona w Słońcu. Czy odwiozą więźniów z 
powrotem? A może 
razem ze stacją poślą ich do pieca? Mówią, że tak... 
Ale ja 
- nie, żaden więzień pod tym względem panom nie 
wierzy.
   Proszę, nie gniewajcie się! Nie gniewajcie się! Lubię
was 

background image

i jestem wam wdzięczny za to, co dla mnie 
zrobiliście, ale 
nie wierzę wam.
   Nie moja wina.
   Niektórzy dobrowolnie zgłosili się na Lagrange.
   Już nigdy o nich nie słyszano.
   Nie, więźniowie między sobą nie rozmawiają. Nie 
możemy 
rozmawiać, panów to gniewa. I tak wszystko wiemy. 
Myśli 
przedzierają się przez ściany, pełzają tuż nad 
podłogą, są 
ukryte w kiblu na potrzeby. Kropla krwi spada na 
śmierdzącą 
zawiesinę. Kap... i to ta ważna informacja, dzięki 
której 
wiem. Kap, kap, krew kapie, to więzienny telegraf.
   Doczołgałem się do drzwi.
   Buch... buch...
   Uderzam pięścią w metal.
   Panowie wbiegną do środka bardzo rozgniewani.
   Drzwi odrzuciły mnie na bok. Leżałem pod samą 
ścianą. 
Wyżywali się na mnie, ich ciężkie buty deptały mnie 
po 
twarzy. Gniewali się.
   Wyciągnąłem przed siebie piktor.
   Jeden z panów z obrzydzeniem wyrwał mi go z 
ręki, 
spojrzał i roześmiał się. Podał go temu drugiemu.

background image

   - Dobre, co?
   - Bomba. Jak żywy... ten trup. Doczekasz się, ty 
żywy 
trupie. To już nie potrwa długo.
   - Tam... naokoło... - wyszeptałem.
   Wgapiali się w piktor.
   - O czym gadasz? Nie żartuj z nas, bydlaku!
   - Napis... napisane...
   Uświadomiłem sobie, że nie potrafią czytać. Młode 
pokolenie NG już nie uczyło się czytać. Czytanie to 
ohydny 
nierząd, szkodliwy i dekadencki. Ten motłoch na 
górze na 
Ziemi czyta. Silna generacja zdobywców gwiazd nie 
czyta, 
żyje wśród obrazów i przygotowuje się do zdobycia 
galaktyki.
   - Chcesz się wywyższać, gnojku.
   - Wrogowie... przysłali...
   Chciałem im powiedzieć, żeby jak najszybciej 
oddali 
piktor jakiemuś dowódcy, który jeszcze potrafi 
czytać, ale 
nie potrafiłem znaleźć słów, które by ich nie 
rozgniewały.
   - Wrogowie... wrogowie...
   To było dobre zaklęcie. Chcieli wiedzieć wszystko o
wrogach. Już sporo im o nich powiedziałem. 
Powiedziałem o 
Su. Powiedziałem o jej przyjaciołach, o dekadentach 

background image

Ostatniej Generacji. O właścicielu knajpy Moulisie i 

ludziach, którzy się u niego spotykali. O Mirinku. 
Uśmiechał 
się, kiedy mi oznajmiał, że likwidują Lagrange. 
Chcieli 
wiedzieć wszystko o wrogach. Wyczułem, że 
wrogowie są 
również w ich własnych szeregach. Powiedziałem im 
wszystko, 
co wiedziałem o Mantelli III. Cieszyli się. Nie 
gniewali się 
na mnie. Wtedy po raz pierwszy od długiego czasu 
nie 
płakałem z bólu, ale ze szczęścia.
   Wrogowie...
   Kiedy wypowie się słowo "wróg", zaostrzają uwagę

zaczynają was lepiej traktować. Pamiętajcie na 
wszelki 
wypadek, gdybyście wpadli w ich ręce.
   Wyszli.
   Leżałem przy ścianie.
   Kazik. To przecież imię Dziadka Wścibiacza. 
Również wróg. 
Wszystko im o nich powiedziałem. Wszystko, co 
wiedziałem. 
Powiedzieli mi, że go zabili. Kiedy indziej mówili, że 
jest 

background image

zamknięty w sąsiedniej celi. A kiedy indziej znowu, 
że 
siedzi w jednej celi z Su i że co wieczór patrzą, jak 
tych 
dwoje parzy się jak zwierzęta. Ale przecież Su nie 
żyje, 
powiedzieli mi to.
   Nie mogę im wierzyć.
   Proszę, tylko nie odwoźcie mnie na Lagrange. To 
blisko 
Ziemi. Lagrange pójdzie do pieca. Nie chcę do pieca. 
Chcę 
być na Lunie, albo raczej na Miesiącu, jak się 
mawiało w 
mojej młodości. Miesiąc, miesiączek. Miesiąc mojego
życia...
   Drzwi się otworzyły.
   - Skąd to masz?
   Pan dowódca zamachał piktorem w powietrzu.
   - Tam... - próbowałem skierować oko na 
wentylator.
   - Chyba w wentylatorze - zauważył jeden ze 
strażników 
towarzyszących dowódcy.
   - Wstrętna banda. Są jak robactwo. Weźcie go, 
umyjcie, 
dajcie mu jakieś szmaty. I wzmocnienie. Potem 
przyprowadźcie 
mi go do biura.
   Wyszedł.

background image

   Obaj strażnicy patrzyli na mnie z lekka przerażeni.
   Jeszcze przed pięcioma minutami nie dotknęliby 
mnie 
inaczej niż podeszwą buta albo kolbą. Teraz musieli 
się nade 
mną pochylić, wziąć mnie pod ramiona i spróbować 
postawić 
na nogi, które się pode mną załamywały. Bałem się, 
że 
się będą gniewać, ale nie gniewali się.
   Przeciwnie, wyczułem, że się boją.
   Gdyby po drodze coś mi się stało, albo gdybym 
umarł na 
ich rękach, pan dowódca by się gniewał, ale nie na 
mnie, 
tylko na nich. Dlatego się boją.
   Nie umrę wam. Nie chcę, żebyście przeze mnie 
musieli się 
bać pana dowódcy, a już w ogóle nie chcę, żeby pan 
dowódca 
musiał się gniewać.
   Bardzo was wszystkich lubię. Tylko nie wierzę 
wam.
   Prowadzili mnie korytarzem stadionu, który stał 
się moim 
domem, który pokochałem, gdzie byłem szczęśliwy, 
kiedy 
panowie się nie gniewali i zrozpaczony, kiedy się 
gniewali. 

background image

Kochałem korytarz i chyba nigdy nie doznałem 
takiej rozkoszy 
jak pod letnim prysznicem, pod który mnie 
postawili.
   Wyglądali na troskliwych, kiedy mnie mydlili, 
używali 
własnego mydła (oczywiście, przecież my, ziemniaki, 
nie 
mieliśmy do niego prawa), nie opuścili na moim ciele 
żadnego 
miejsca, jak mamusia myjąca swojego różowego 
bobasa.
   Mamusia... ja też miałem mamusię. Każdy miał 
mamę. To 
chyba piękna rzecz być czyjąś mamą.
   Na Lunie od dawna nie rodzą się żadne bobasy.
   Ponoć to już nie ma żadnego sensu. Dopiero ruch 
Nowej 
Granicy postara się o potomstwo, kiedy wybuduje 
galaktyczne 
statki i padnie w otwarte ramiona Wielkiej 
Gwiezdnej Matki.
   - Przyprowadziliśmy numer 2 621, panie kapitanie 

zameldowali karnie, kiedy doprowadzili mnie do 
dowódcy.
   - Dobra, dobra, idźcie już. Panie Nedomy, niech 
pan siada 
- powiedział dowódca. Uważnie na mnie spoglądał. - 
No, 

background image

doprowadzili pana do porządku.
   Spod prysznica zaprowadzili mnie do lekarza. Dali 
mi 
kroplówkę wzmacniającą, a regenerator też bardzo 
mi pomógł.
   Ból zniknął i żyłami powoli rozlewały się fale siły 
życiowej.
   Wraz z nimi zaczęła się odzywać nienawiść.
   Dowódca się uśmiechnął.
   Opierał się tyłkiem o krawędź stołu. Młody kapitan
Nowej 
Granicy. Ile mógł mieć lat? Jak długą wędrówkę 
życiową 
zdążył przejść? A ile wędrówek życiowych przerwał?
   - Chyba już pan zrozumiał, że przestaliśmy pana 
kondycjonalizować psychicznie. Musimy z panem 
rozsądnie 
porozmawiać.
   - Już pan ze mną rozmawia.
   - Od pańskiego aresztowania upłynęły cztery 
tygodnie. 
Tak, śledztwo trwa miesiąc.
   Miesiąc mojego życia, cierpko pomyślałem.
   - Pański przypadek jest poważny, panie Nedomy. 
Organa 
śledcze znalazły w pańskim mieszkaniu narzędzie 
czynu.
    - Tak?
   Zdobyłem się już nawet na ironię. Wkrótce chyba 
nastąpi 

background image

wściekłe bicie, szoki. I znowu ta kondycjonalizacja 
psychiczna. Znowu zrobił ze mnie zwierzę.
   - Nazywa się to chyba tysiąc czterysta 
pięćdziesiątka. 
Bardzo niebezpieczna broń. W opinii ekspertów 
zupełnie 
swobodnie przebije ochronną kopułę miasta. 
Naruszy jej 
strukturę nośną i podczas dekompresji uciekająca 
atmosfera 
ją rozerwie. Do takiego czynu potrzebne jest 
zdecydowanie, 
no i doświadczenie. Pan jest byłym górnikiem, panie 
Nedomy. 
Przyjechał pan na Lunę na początku roku 2044. 
Pracownik 
ówczesnej Czeskopolskiej. Nie miał pan na szychcie 
wielu 
kolegów. Ten... Kazik był najlepszym z nich, 
prawda?
   Nic na to nie odpowiedziałem.
   Naprawdę było ze mną o wiele lepiej! Potrafiłem 
milczeć, 
a nic pana tak nie gniewa jak milczenie więźnia 
podczas 
przesłuchania.
   Znowu się uśmiechnął.
   Był to przystojny młody mężczyzna. Miał wysokie 
czoło i 
gęste, niezbyt długie, połyskujące włosy. Prosty nos i 

background image

delikatne, trochę dziewczące usta.
   Te usta potrafiły krzyczeć:
   - Bydlaku... Rozbijcie mu gębę!... Gnojku! 
Rozwalcie mu 
jaja...
   Teraz ładnie się uśmiechały.
   - Rozumiem, jak się pan czuje. To był chyba 
najgorszy 
miesiąc pańskiego życia, prawda? Miał pan pecha.
   - Miałem pecha, bo chciałem pomagać ludziom - 
powiedziałem po chwili zastanowienia. Chyba bym 
się 
rozpłakał, gdybym tego nie wyrzucił. Ale on pokręcił 
głową.
   - Niech pan nie popełnia błędu. I tak byśmy pana 
zamknęli, nawet gdyby pan został w domu.
   - Nawet gdybyście mnie nie zgarnęli na miejscu... 
czynu?
   - Chciał pan powiedzieć na miejscu katastrofy, 
prawda? 
Niech pan się nie obawia, nie będę pana bił. Brzydzę 
się 
przemocą i nigdy bym do niej nie dopuścił, gdyby nie
okazało 
się, że bez jej pomocy nawet najstaranniejsza 
kondycjonalizacja psychiczna jest bezsilna. Ból 
fizyczny, 
panie Nedomy, to drążek sterowania psychiką 
ludzką. 

background image

Niestety... Osobiście bardzo mi przykro. Czyli pan 
myśli, że 
chodzi o wypadek. Że kopuła załamała się pod 
ciężarem 
zgarniętego pyłu. Że za dekompresję odpowiada nasz
komandor 
Stavropulos. Myśli pan tak? Panie Nedomy, 
podejrzewam, że 
tak jest. Wiem, że tak jest.
   Ostrożnie nabrałem powietrza. Pachniało jakimiś 
słodkimi
pastylkami.
   - Wiem o tym ja, wie o tym pan, każdy w Arkadii o 
tym 
wie. A teraz, panie Nedomy, proszę mi odpowiedzieć 
na 
pytanie, czy możemy do tego dopuścić? Nie, nie musi
pan 
odpowiadać. Nie rozumie pan właściwie, o co chodzi. 
Jestem z 
komandorem codziennie w bezpośrednim kontakcie.
   Wyprostował się i uderzył pięścią w klatkę 
piersiową. 
Teraz już łatwiej mi było uwierzyć, że jego delikatne 
usta 
potrafią wulgarnie kląć. Potem zaczął paplać jak z 
nut:
   - Zapoznał mnie z wszystkimi planami. Są 
wspaniałe. Są 

background image

gigantyczne. Otwierają ludzkości nowe horyzonty. I 
nawet sam 
komandor nie wie o wszystkim, co się rodzi w sztabie
Nowej 
Granicy tam na górze, na Mostku Kapitańskim w 
łonie Rady 
Astrokratów. Plany są olbrzymie. Będziemy je 
realizować z 
poparciem wszystkich moralnie zdrowych ludzi. Jest 
ich pod 
dostatkiem! We wszystkich siedmiu habitatach Luny
odwrotnej 
strony i w Arkadii. Tutaj, w Arkadii, rodzi się 
świetlana 
przyszłość ludzkości, a nie tam na górze w bagnie 
dekadenckiej Ziemi!
   Obszedł stół i stanął za nim jak za mównicą. 
Pięściami 
oparł się o blat, a tułów pochylił do przodu.
   - Co to jest ludzkie szczęście? Dekadenci na Ziemi 
twierdzą, że szczęście tkwi w samym życiu, że jest 
wewnątrz 
człowieka, w nim samym i w jego stosunkach z 
pozostałymi 
ludźmi. Bzdury, cholerne, zepsute bzdury! Los 
obarczył 
Człowieka wielkim posłannictwem. Musimy je 
wypełnić. 
Kto przeciwstawia się Losowi, będzie zmiażdżony.

background image

   Przestałem go słuchać. Dobrze znałem ćwiczenia 
retoryczne 
przywódców Nowej Granicy. Zebrałem się do kupy 
na tyle, że 
byłem w stanie zastanowić się nad tym, po co mnie tu
wezwał. 
Czego ode mnie chce? Czego w ogóle może chcieć od 
człowieka, 
którego w każdej chwili może skinięciem ręki odesłać
w stan 
półżycia?
   - Nie możemy pozwolić na to, żeby ludzie zwątpili. 
Musimy 
w nich podsycać fanatyczną determinację. Tak, 
załamał się 
dach. To tragedia, ale spowodowana przez 
karygodne 
zaniedbania dekadenckiego arkadyjskiego 
magistratu. Gdyby 
ludzie dopuścili myśl, że winien jest magistrat...
   Machnął ręką. Ludzie to była zapewne duża 
przeszkoda na 
drodze Ruchu do jego gigantycznych celów.
   - Na tym stadionie można by jeździć na łyżwach. 
Ale 
ludzka głupota jest niebotyczna. Wielu zrzuca winę 
na Ruch. 
Gdybyśmy nie wykazali się pełną determinacją, co 
by się 

background image

stało? Plotkarze, oszczercy i bluźniercy podłamaliby 
wiarę 
społeczeństwa w historyczne posłannictwo ludzkości.
Zdarzył 
się wypadek i my wszyscy głęboko nad tym 
ubolewamy. Ale na 
drodze ludzkości w Ramiona Kosmicznej Matki 
będą ofiary. Nie 
może ich nie być. Kiedyś będziemy je wspominać. 
Wystawimy im 
pomnik na największej planecie Centralnego Słońca 
Galaktyki. 
Ale teraz? Teraz musimy walczyć. Twardo. Być 
bezwzględni 
wobec siebie i innych. Do Centralnego Słońca doleci 
tylko 
człowiek zahartowany uderzeniami młota na 
kowadle. Silny. 
Odporny. Zdecydowany. Nie wątpiący. Dlatego 
musimy 
społeczeństwu pokazać prawdziwego winnego tego 
przestępstwa.
   - To ja?
   - Tak - odpowiedział dowódca i znowu ładnie się 
uśmiechnął.

background image

.N:265
                        

7.  Na Lagrangu czekało mnie niejedno zaskoczenie.
   Po tym, co się wydarzyło w ciągu ostatnich sześciu 
tygodni, nabyłem odporności na zaskoczenia, a 
wcześniej też 
nie byłem naiwniakiem, w moim wieku coś takiego 
byłoby 
śmieszne. A jednak się zdziwiłem, kiedy 
stwierdziłem, że na 
Lagrangu nie ma oddziału więziennego.
   - To niemożliwe! Ponoć codziennie na Lagrange 
odlatują 
transporty z Arkadii i innych habitatów!
   Panna M'Bot, sierżant jednostek szturmowych 
Nowej 
Granicy, zdecydowanie zaprzeczyła, jakoby coś 
takiego było 
możliwe. Gdyby był na Lagrangu jakiś oddział, 
oświadczyła, 
musiałaby o tym wiedzieć. Zresztą, po co ktoś miałby
wozić 
więźniów na Lagrange?
  Nie miałem powodu brać tego na wiarę.
   - Byłaby to prosta egzekucja niewygodnych osób.
   Wyśmiała mnie.

background image

   - Drogi poruczniku, prosta egzekucja? Pan myśli, 
że 
Komitet Nadzorczy by na to pozwolił?
   To, że zostałem porucznikiem NG, może was 
zaskoczy. Mnie 
z kolei zaskoczyła wzmianka o jakimś Komitecie 
Nadzorczym. W 
Arkadii mówiło się o tym, że likwidację Lagrangu 
zarządził 
sam Mostek, aby uniemożliwić infiltrację z Ziemi. 
Lagrange 
jest stacją przesiadkową wrogich myśli, tak 
powtarzał 
Stavropulos niemal w każdym swoim przemówieniu.
   - Wkrótce się pan do tego przyzwyczai, poruczniku

mówiła sierżant M'Bot - że z Lagrangu zobaczy pan 
w trochę 
innej perspektywie i Lunę i Ziemię.
   Przyzwyczaję się, to jasne, ty miły czarny kociaku. 
Przyzwyczaiłem się do innych rzeczy, o wiele 
gorszych!
   Na przykład do myśli, że Su naprawdę nie żyje.
   Już się przyznałem do tego, że wydałem ją zaraz na
początku swojej kalwarii. Później śledczy często 
pytali o 
nią i często mi o niej opowiadali. Przede wszystkim 
po to, 
żeby dotknąć czułe miejsce mojej duszy. Cztery 
tygodnie 

background image

wegetowałem jak ruina bez woli, manipulowana 
przez 
skomplikowany system nacisku psychicznego i 
fizycznego. Ale 
nawet w trakcie tych koszmarnych dni gdzieś na 
dnie myśli 
czasami tliła się nadzieja, że nie dała się złapać.
   Członkowie Ostatniej Generacji byli wpływowymi 
urzędnikami z magistratu i ludźmi z policji. Na 
pewno w porę 
dostali cynk, co się szykuje. Po raz ostatni widziałem 
Su 
w byłej "Błękitnej Lagunie" po tej strasznej 
rozróbie, którą 
tam wywołałem. Przepraszała mnie w śluzie 
powietrznej, 
urządzonej w hallu. Płakała i zaklinała się, że to nie 
jej 
wina, że jesteśmy sobie tak dalecy. Otworzyłem 
wtedy drzwi 
wewnętrzne i popchnąłem ją tam, gdzie według mnie
było jej 
miejsce, między tę bandę pijaków i narkomanów, i 
odszedłem 
bez żalu.
   Co się działo później? Dał ktoś tej bandzie cynk, że 
zbliża się komando szturmowców NG, żeby ich 
wszystkich 
pozamykać?
   Mieli dość czasu. W pierwszej fazie aresztowań NG

background image

skoncentowała się na nas, którzy pośpieszyliśmy do 
epicentrum dekompresji. Przed domami niektórych 
prominentów 
(ponoć ja również do nich należałem) patrolowali 
członkowie 
oddziału "Młodych Strażników Nowej Generacji". 
Czy pilnowali 
również jej domu? Jedno sobie uświadamiałem 
nawet w tych 
najgorszych chwilach: nigdy na korytarzach 
zaimprowizowanego 
więzienia nie spotkałem żadnego z uczestników tego 
przyjęcia. Spostrzegłem tysiące znanych twarzy, 
naprawdę, 
przecież przez te lata życia w Arkadii stopniowo 
spotykałem 
się praktycznie ze wszystkimi starymi kolonistami, a 
na nich 
nienawiść NG skoncentrowała się z największą 
intensywnością. 
Jak to możliwe, że prominenci Ostatniej Generacji 
uciekli 
przed swoim przeznaczeniem?
   Kapitan Levasseur na zakończenie naszej 
pierwszej rozmowy 
zawołał swoich ludzi i rozkazał, żeby mi urządzili 
kwaterę w 
administracyjnej części więzienia. Bez dozoru, jak 
podkreślił. Kwaterę mają urządzić na poziomie 
oficerskim. 

background image

Niech się niczemu nie dziwią i wykonają rozkaz 
natychmiast, 
rozejść się.
   Zdziwiłem się ja.
   Oficerski luksus, bez dozoru? To oznacza, że 
znowu jestem 
wolnym człowiekiem? Jak to? Przecież miałem 
figurować jako 
główny aktor monstrualnego procesu, podczas 
którego 
społeczeństwu zostaną ukazani winni masowego 
zabójstwa 
mieszkańców Arkadii, a przede wszystkim ja, 
człowiek, który 
strzelił z tysiąc czterysta pięćdziesiątki do kopuły i 
spowodował tę potworną dekompresję?
   - Jak zawsze, drogi panie Nedomy, w życiu są dwie 
możliwości. O tej pierwszej pana poinformowałem, 
będzie pan 
sądzony, osądzony i bez wątpienia stracony. A ta 
druga...
   - Zapewne muszę zrobić jakieś świństwo.
   - Nie. Nie chcemy od pana niczego poza tym, żeby 
pan 
pomógł swojemu przyjacielowi... Nazywa go pan 
zdaje się 
Dziadkiem Wścibiaczem. Prosi pana o pomoc. 
Wysłał panu do 
celi gryps.

background image

   A tak naprawdę kto mi go wysłał? Czy aby na 
pewno 
Dziadek? Czy byłoby możliwe przeszmuglowanie do 
więzienia 
grypsu bez wiedzy moich oprawców? Takie pytania 
plątały mi 
się po głowie, ale milczałem.
   - Pański przyjaciel przed wieloma laty stał się 
ofiarą 
morderczego zamachu - kontynuował kapitan 
Levasseur. - 
Wiemy, dlaczego ktoś próbował go zamordować. 
Wiemy o 
nielegalnych egzekucjach na Czeskopolskiej. Wiemy,
czemu 
pański przyjaciel nagle zniknął z miasta i wiemy 
również, co 
robił przez cały ten czas, kiedy nie miał pan z nim 
kontaktu.
   Uważnie słuchałem.
   - Poszukiwał swojego mordercy, rozumie pan? A 
ten 
morderca poszukiwał jego. Przypomina pan sobie 
ten zagadkowy 
donos, o którym poinformował pana Luigi Mantella 
III? Nie 
mógł pochodzić od nikogo innego, tylko od 
mordercy.
   A zatem mamy dwie tajemnicze postacie, Kata i 
jego 

background image

mordercę, pomyślałem.
   - Pański przyjaciel nie miał pojęcia, że pomagamy 
mu w 
poszukiwaniach. My wiemy bowiem, gdzie ukrywa 
się jego wróg.
   Dramatycznie zamilkł. Wszyscy ci oficerowie NG 
mieli 
dobrą szkołę retoryki komandora Stavropulosa.
   Potem wyrzucił rękę i wskazał palcem sufit. 
Gwałtownie, 
jakby chciał go przebić.
   - Tam na górze, na Lagrangu. Morderca jest 
członkiem 
Mostka.
   Kapitan pochylił się nad swoim biurkiem. 
Zachowywał się 
teatralnie, jakby z odległości obserwował go 
Stavropulos.
   - Nasz Ruch otoczony jest wrogami. Nienawidzi nas
dekadencka Ziemia. Nienawidzi nas zgniłe pokolenie
starych 
kolonistów. A w naszych szeregach zagnieździli się 
najwięksi 
wrogowie. Chcą rozłożyć ruch od wewnątrz, rozumie
pan? 
Musimy się ich pozbyć! Ale jak ich odkryć? Jak 
zagiąć na 
nich haka? Jak ich zdemasować?
   - Chcieliście, żeby Dziadek zaprowadził was do 
wroga na 

background image

Mostku?
   - Tak! Ale jest jeden wielki kłopot...
   - Rozumiem - skinąłem. - Dziadek nie pozna 
swojego 
mordercy. Nie pamięta niczego, co było przed 
operacją na 
Lagrangu.
   - Ale pan go zna! Rozumie pan już? Pańskie 
interesy i 
nasze są wspólne! Pan pomoże nam, a my pomożemy
panu.
   - Jak wam mogę wierzyć? A jeśli ja wam pomogę, a
wy mnie 
oszukacie?
   Znowu mnie obdarzył swoim chłopięcym 
uśmiechem.
   - Drogi panie Nedomy... Pan nam musi wierzyć. Co
innego 
panu pozostaje? Jeśli pan odmówi, znajdzie się pan 

dokładnie takiej samej sytuacji jak dzisiaj rano, 
zanim 
kazałem pana wyciągnąć z tej nory. Nie ma pan 
wyboru. 
Oczywiście, o ile pan chce się zastanawiać nad 
wyborem 
między pewną śmiercią a nadzieją na ocalenie.
   - Ale mam jeden warunek.
   - Jaki?

background image

   - Chcę wiedzieć, co się stało z Su Wang-li. Ale tym 
razem 
bez bzdur, kapitanie. Chcę dowodów. Chcę ją 
zobaczyć żywą 
lub martwą, jeśli wpadła w wasze ręce. A jeśli nie... 
będziecie mi to musieli udowodnić. Teraz mówię 
poważnie. 
Kapitanie, jeśli pan tego nie zrobi... z chęcią wrócę 
tam na 
dół.
   Kapitan Levasseur oczywiście nie miał pojęcia, kim
jest 
niejaka Su Wang-li, ale jego orakl szybko podał 
szczegółowe 
informacje.
   - Przykro mi, panie Nedomy, ale pani Su Wang-li 
nie żyje.
   A jednak.
   - Zabiliście ją?
   - Nie. To było morderstwo.
   - NG...
   - Ruch nie miał z tym nic wspólnego. Chce pan 
dowodów? 
Oto one.
   Podetknął mi pod nos tyle dowodów, że się 
zachłysnąłem. 
Umożliwił mi dostęp do wszystkich materiałów 
archiwum 
policyjnego. Nie będę męczyć szczegółami. Ponoć 
znaleźli jej 

background image

zwłoki. Przyczyna zgonu - trafienie nabojem tysiąc 
czterysta 
pięćdziesiątki, prymitywnej broni z poprzedniego 
wieku, 
używanej pierwotnie jako narzędzie podczas 
drążenia 
korytarzy kopalnianych. Czy mogłem im wierzyć?
   - Tysiąc czterysta pięćdziesiątka - zauważył kapitan
Levasseur. - Czy ten opis nie jest panu znajomy?
   Dziadek Wścibiacz trafiony z tysiąc czterysta 
pięćdziesiątki. Su Wang-li trafiona z tysiąc czterysta 
pięćdziesiątki. Czy ślady też prowadzą na górę na 
Lagrange?
   - Pomogę wam, kapitanie. Nie, pomogę sobie. A 
potem... 
róbcie ze mną, co chcecie.
   Zarozumiale się uśmiechnął. Nie mógł mieć 
pewności, że 
tak postanowię, ale potrafił przekonać samego siebie,
że 
wszystko przewidział i że to jest kolejny dowód jego 
nieograniczonych możliwości.
   Po dwóch tygodniach rehabilitacji psychicznej i 
fizycznej, 
w mundurze porucznika NG wysłali mnie na górę na
Lagrange, 
gdzie zaopiekowała się mną M'Bot.
   Lagrange Jeden odwiedziłem w życiu chyba ze 
dwadzieścia 

background image

pięć razy, ale w ciągu ostatnich dwudziestu lat tam 
nie 
byłem. Nie było powodów. Kiedy ustała turystyka, 
obumarło 
życie w Arkadii i na stacjach Lagrangów. 
Obumierały 
stopniowo, a Jedynka, największa i najważniejsza, 
trafiła na 
koniec kolejki. W tych dniach było tu jednak żywo. 
Dziesiątki tysięcy ludzi przeprowadzały się i we 
wszystkich 
trzech portach bez ustanku lądowały i startowały 
statki i 
brały kurs bądź na Ziemię, bądź na Lunę. 
Olbrzymia 
silikatowa struktura, która przez wieki żarzyła, 
jakby 
chciała konkurować ze Słońcem, stopniowo 
ciemniała. 
Dzielnice mieszkalne wyludniały się. Technicy 
demontowali 
agregaty, bioniczne info-banki, przenosili fabryki.
   Ale jedną rzecz zauważyłem tuż po przylocie: 
nigdzie nie 
dostrzegłem żadnej oznaki tego, że statki przywożą 
na 
Lagrange więźniów! Nasz statek wylądował niemal 
pusty, 
przyleciała nim tylko grupa techników i jacyś 
urzędnicy. 

background image

Oczywiście to nie mógł być żaden dowód, ale moje 
oczy (tak, 
oczy - zniszczone oko zastąpili dobrą protezą) 
doświadczonego kryminalisty natychmiast by 
zdemaskowały 
drobiazgi, które niedoświadczony człowiek by 
pominął: 
wydzielone korytarze i ogrodzone lądowiska, zbyt 
wysokie 
strażnice, podejrzane "okienka" w rozkładzie 
lotów...
   Nic z tych rzeczy! Był to ruchliwy, otwarty port, 
gdzie 
nikt na nic nie zwracał uwagi. Wielkie płaszczki 
cicho 
ślizgały się na magnetycznych poduszkach i 
przewoziły na 
swoich plecach sterty niewdzięcznych ładunków. 
Między nimi 
lawirowały androidy - na Lagrangu nikt nie zakazał 
produkcji 
i używania androidów - i przemieszczały bagaże do 
wnętrzności statków kosmicznych. Na bocznych 
pasach 
obozowały tysiącosobowe grupy ludzi. Nie był to 
radosny 
widok, mimo że były wśród nich dzieci (kolejny 
dowód 
wyjątkowości pozycji Lagrangu Jeden, gdzie nie 
obowiązywały 

background image

prawa lunarne o regulacji urodzin). Wszyscy ci 
ludzie mieli 
zmęczone, szare twarze. Walka ze smutkiem 
przestała ich już 
interesować, teraz dawali upust tęsknocie. Potrafiłem
to 
zrozumieć, przecież urodzili się tutaj, we 
wnętrznościach 
kosmicznej wyspy, skąd był niezakłócony widok na 
Słońce, na 
Ziemię i Lunę, na dwa olbrzymie dyski, jeden 
srebrny, drugi 
niebieski - popryskany smugami chmur. Kiedy 
wsiądą na statek 
i odkleją się od portowych płyt, skończy się ich życie.
Nastąpi z kolei drugie, ale tej możliwości ich uczucia 
nie 
potrafiły dotąd dopuścić.
   M'Bot podprowadziła mnie do niskiego, żółtego 
wozu. Nie 
miałem żadnych bagaży, zgodnie z instrukcją 
Levasseura miał 
mnie wyposażyć Trzeci Pułk, do którego należała 
również 
M'Bot.
   Była to miła, młoda kobieta, która aż nazbyt 
przypominała 
mi pewną dziewczynę imieniem Genevieve, ale - 
wierzcie, czy 

background image

nie - miała coś wspólnego również z Su, może 
temperament, 
może sposób mówienia.
   W ciągu półgodzinnej jazdy obok M'Bot 
odetchnąłem 
bardziej niż w czasie dwutygodniowej kuracji 
rekonwalescencyjnej. Powoli opanowywał mnie 
niepokój, 
którego sobie nie uświadamiałem. Wkrótce 
zrozumiałem, w czym 
tkwi zasadnicza różnica między Arkadią a 
Lagrangiem: tutaj 
wszystko było w ruchu, ludzie byli aktywni, mieli 
jakieś 
cele i pracowali, żeby je osiągnąć. A mieszkańcy 
Arkadii? 
Oni tylko gadali o wielkich celach, gigantycznych 
zadaniach, 
ofiarach jednostki dla ogółu.
   Również ja, który nigdy nie ulegałem bierności, 
skończyłem jako stróż w porcie, smutny pijak piwa, 
które z 
roku na rok stawało się gorsze.
   M'Bot opowiadała mi o tym, ile ludzi wraca na 
Ziemię, o 
tym, że ruch Nowej Granicy nie przeszkadza tym 
ludziom w 
powrocie (to również mnie zaskoczyło, kapitan 
Levasseur 

background image

twierdził dokładnie odwrotnie) i że również Ziemia 
jest 
przygotowana na powrót repatriantów, opracowano 
duży program 
medyczny, który pomoże im zaadaptować się w 
sześciokrotnie 
większym ciążeniu.
   - Gdyby to istniało sto lat temu - westchnąłem. 
Sierżant 
nic na to nie powiedziała.
   Wnętrze Lagrangu było prawdziwym labiryntem, 
ale M'Bot 
doskonale się w nim orientowała. Czasami wydawało
mi się, że 
jeździmy w kółko, ale to dlatego, że spotykaliśmy 
kolumny 
ciągle takich samych ludzi o szarych, zmęczonych 
twarzach z 
nieforemnymi pakunkami na plecach. Osobiście 
nieśli swoje 
najcenniejsze rzeczy, bali się, zupełnie słusznie, że 
mogłyby się zgubić w chaosie, który tu wszędzie 
panował. Kto 
by się poważnie zajmował losem pakunku we 
wnętrzu kosmicznej 
wyspy, która już za trzy tygodnie będzie wysłana w 
długą 
podróż do słonecznego pieca!
   - Już dawno bylibyśmy na miejscu - tłumaczyła 

background image

dziewczyna, która coraz bardziej mi się podobała - 
ale 
niektóre łącza są już zdemontowane i wszędzie są 
straszne 
objazdy.
   Mogła mi wmówić wszystko, już dawno straciłem 
orientację.
   Nie wiem dlaczego, ale coraz bardziej jej ufałem.
   - Powiedzieli pani, po co przyleciałem? - spytałem. 
Roześmiała się.
   - Czemu pan nikomu i niczemu nie wierzy?
   Chciałem odpowiedzieć, że w Arkadii od czasu, 
kiedy 
Stavropulos zaczął wprowadzać w życie swoje 
kaprysy, nikt 
nie wierzy w nic i nikomu, ale nie ufałem jej na tyle, 
żeby powiedzieć to na głos.
   - To nie podejrzliwość - zaoponowałem więc. - 
Ostrożność 
to główna cecha członka Nowej Granicy!
   - Ostrożność? A ja myślałam, że odwaga!
   Miała piękne, białe zęby, połyskiwały w ciemnej 
twarzy 
mocniej niż latarnia na stróżówce portowej Arkadii 
na dole. 
Na dole? Czy na górze? Cholernie trudno to określić.
   Przeleciało  mi przez głowę, że ta dziewczyna mówi
jakoś 
dziwnie i że chyba kapitan miał rację tłumacząc mi 
podczas 

background image

dwutygodniowej rehabilitacji, że Mostek, i niestety 
również 
korpus oficerski NG na Lagrangu, są przesiąknięci 
zdradą, a 
on i członkowie sekcji lunarnej mają nadzieję, że 
moja misja 
zrobi wyłom w murze fałszu, którym opancerzyli się 
wszyscy 
ci renegaci.
   Wreszcie się zatrzymała. Znowu przypomniałem 
sobie swoje 
górnicze początki: znaleźliśmy się na dnie szybu, 
którego 
koniec gubił się w nieskończoności. Musiał mieć 
wysokość 
dwustu, trzystu metrów. Wysokość? Raczej 
głębokość, jak 
przypomniała mi dziewczyna. To szyb centralnej 
windy 
prowadzącej do pomieszczeń Mostka. Poruszamy się 
głową ku 
środkowi stacji, nogami po obwodzie.
   - Przyzwyczaisz, przepraszam, przyzwyczai się pan
do 
tego.
   - Mówią na mnie Kuba - podałem jej rękę. 
Uśmiechnęła się. 
Z góry czy raczej z dołu przyjechała kabina windy.
   - Nazywam się Agnes - powiedziała. Drzwi za jej 
plecami 

background image

otworzyły się. Nie przestawała się uśmiechać i nie 
puszczała 
mojej ręki. Oczy miała złote i jeszcze głębsze niż ten 
szyb.
   Patrzyłem w te oczy i czekałem, kiedy się w nie 
zapadnę.
   Weszliśmy do kabiny. Drzwi zamknęły się za nami 
jak 
szczęki jakiegoś bezzębnego, dobrego, ale mimo 
wszystko 
niebezpiecznego zwierza.
   - Znasz Dziadka Wścibiacza? - spytałem.
   Błysnęła zębami.
   - Bardzo dobrze.
   Ukłuła mnie szpilka bezsensownej zazdrości. 
Naprawdę, 
jestem niemożliwym staruszkiem!
   - Kiedy się z nim zobaczę?
   - Już za chwilę.
   Wyciąg zatrzymał się destabilizując trochę mój 
żołądek. 
Odzwyczaiłem się od tego rodzaju podróżowania!
   Bezzębne szczęki otworzyły się. Agnes chwyciła 
mnie za 
łokieć i wyprowadziła. Nie zdawałem sobie sprawy, 
że kiedy 
drzwi się za nami zamkną, zapanuje ciemność.
   Zamknęły się i zapanowała ciemność.
   - Witam cię na Lagrangu - odezwał się Dziadek 
Wścibiacz.

background image

   Był blisko, bardzo blisko.
   - Agnes... - powiedziałem.
   - Jestem tutaj - odpowiedziała.
   - Czemu tu tak ciemno?
   - Chcę cię przygotować na pewną niespodziankę - 
odezwał 
się trochę zakłopotany Dziadek. - Nie chciałbym cię 
przestraszyć.
   - Myślisz, że jestem dzieckiem? Przecież nie możesz
wyglądać gorzej niż za starych czasów, zanim doktor
Kurz cię 
posklejał!
   - Monstrum Frankensteina - zażartował. Nigdy 
przy nim nie 
wspominałem o tej starej książce. Patrzcie, dokąd 
prowadzi 
pęd do wiedzy. Dziadek studiował monstrologię.
   - Przestań się bawić w chowanego. Agnes, zapal 
światło, 
niech to już będzie za mną!
   - Jak chcesz - powiedziała Agnes i zapaliła światło.
   Przestraszyłem się niemiłosiernie.
   W niewielkim owalnym pomieszczeniu stałem z 
Agnes sam. 
Zdałem sobie sprawę, co to oznacza.
   - Agnes... Dziadku...
   - Oczywiście - mruknął Dziadek Wścibiacz ustami 
tej 
pięknej młodziutkiej Murzynki. - To ja, któżby inny?

background image

   Na Lagrangu faktycznie nietrudno o 
niespodzianki!

8. Doktor Kurz tym razem zadał sobie z Dziadkiem 
trudu i 
przeszedł samego siebie. To, co nazywam Agnes, było

rzeczywistości androidem najnowszej generacji 
(piętnastej? 
szesnastej? musiałbym spytać orakla) tak dojrzałej, 
że nawet 
najbardziej fanatyczny łowca androidów z bandy 
Stavropulosa 
nie powziąłby ani cienia podejrzenia. Wymyślił dla 
Dziadka 
fantastyczne przebranie. W młodziutkiej pani 
sierżant 
oddziałów szturmowych Nowej Granicy nikt by nie 
szukał 
wtyczki.
   - Nie szukał - powtórzył Dziadek. - Nie biorąc pod 
uwagę 
tego, że Luigi Mantella złapał mnie po trzech 
tygodniach.
   - Mantella Trzeci - poprawiłem go. - Nawiasem 
mówiąc... 
nie mógłbyś mówić dziewczęcym głosem? Nie 
potrafisz sobie 
wyobrazić, jak to niesamowicie brzmi, kiedy...

background image

   Naprawdę, robiło mi się niedobrze. Agnes - będę ją 
tak 
nazywał - zdziwiła się:
   Naprawdę? Nie przyszłoby mi to do głowy!
   I opowiadała dalej. Mantella III potwierdził swój 
trop i 
Dziadek-Agnes myślał, że wszystko stracone. A 
potem ku swemu 
zdumieniu stwierdził, tak jak trochę później 
stwierdziłem 
również ja, że jego interesy i interesy Stavropulosa są
zadziwiająco zgodne: kierownictwo Nowej Granicy 
w Arkadii 
jest niezmiernie zainteresowane zdemaskowaniem 
członka 
Mostka, który niegdyś próbował zabić Dziadka 
Wścibiacza, a 
teraz chciał go usunąć z drogi metodami, powiedzmy,
dyplomatycznymi.
   - Wysłali mnie tutaj, żebym go znalazła - 
kontynuowała 
Agnes. - Wszędzie mają swoich ludzi. Pomogli mi 
dotrzeć do 
kręgów bezpośrednio sąsiadujących z Mostkiem. 
Mogłabym się 
nawet dostać na posiedzenie Mostka, ale co bym tam 
mogła 
zrobić? Kubo, przecież ja nikogo nie poznam! Nie 
mam żadnych 
wspomnień sprzed wielkiego strzału!

background image

   - Po to ja tu jestem - wzruszyłem ramionami. - 
Wskażę 
palcem, powiem "To on!", a  ty będziesz działać. Co 
zrobisz?
   - Działać będą inni członkowie Mostka. Wezmą go 
w obroty, 
zobaczysz.
   Żeby tylko nie wzięli w obroty również nas, 
pomyślałem. 
Jakoś przestawało mi się podobać to wszystko, jeśli 
w ogóle 
kiedykolwiek mi się podobało. Wydawało mi się 
komicznie 
skonstruowane, poprowadzone wzdłuż krzywej 
linijki. Ja mam 
te same cele co Stavropulos, Dziadek ma te same cele
co 
Stavropulos, trafimy na Mostek, jak wskażę palcem i
wszyscy 
powiedzą: "Ojejku, mieliśmy wśród siebie czarną 
owcę, no 
patrzcie..."
   - Głupota... Dziadku... Agnes... To wszystko 
bzdura!
   Agnes spojrzała na zegarek.
   - Za pięć minut przyjedzie winda. Kurierzy 
przyniosą 
materiały na posiedzenie Mostka. Ludzie 
Stavropulosa właśnie 

background image

w tej chwili zlikwidowali członków ukrytego sztabu, 
który 
miał tu czekać na kurierów. Weźmiemy materiały i 
zaniesiemy 
je na Mostek.
   - A ja tam zacznę się rozglądać, pokazywać 
palcem...
   Agnes opierała się o owalną ścianę z rękoma 
założonymi na 
piersiach. A były to nie byle jakie piersi. Czyżby 
Dziadek... Ależ skądże, o czymś takim nie wolno mi 
myśleć.
   - Nie zrezygnujesz?
   - Nie - odpowiedziała Agnes. - Chcę poznać tego 
człowieka.
   - A może zrobimy to bez skandalu. Powiem ci na 
ucho, że 
to trzeci z lewej, ty skiniesz i wyjdziemy, jakby się 
nic 
nie stało.
   Pokręciła głową.
   - Nie da rady. Co najmniej jedna trzecia straży 
należy do 
Stavropulosa. Są poinformowani, nie wypuszczą nas.
Musimy 
ciągnąć ze Stavropulosem za jedną linę, albo nas tą 
liną 
udusi...
   - Nie czujesz się głupio? Ciągnąć za jedną...
   Usłyszałem szum windy.

background image

   - Znikajmy stąd - nalegałem. - Chodź!
   - Dokąd? - Agnes smutno się uśmiechnęła. - 
Jesteśmy 
pionkami w rozegranej partii. Możemy iść tylko o 
jedno pole 
do przodu.
   - Albo na skos.
   - Ale musielibyśmy wziąć figurę. Nie mamy na to 
siły. 
Wyglądaj oficjalnie, już są na miejscu.
   Za drzwiami zapiszczały hamulce windy.
   Również za plecami coś zaszumiało.
   Drzwi otworzyły się niemal równocześnie - drzwi 
windy i 
te dotąd ukryte w owalnej ścianie przedpokoju. 
Mogłem sobie 
wyobrazić, że ich framugi są w rzeczywistości 
ramami obrazów 
i że te obrazy są identyczne. Mogłyby się nazywać 
"Aresztowanie przestępców". Faceci o twarzach 
wyciosanych z 
lodu. Wycelowana broń. Szerokie ramiona, nogi w 
oficerkach z 
twardą podeszwą. Wystarczyło, żebym spojrzał na te
buty, a 
rozbolało mnie całe ciało. Żadnego z tych chłopców 
nie 
chciałbym na świadka na ślubie. Wyglądali jak 
odlewy z tej 

background image

samej matrycy, tylko jeden się różnił, miał na 
ramionach 
belki. Właśnie on nam łaskawie powiedział, że Agnes 
M'Bot i 
Jakub Nedomy są od tej chwili aresztowani i 
rozkazał, 
żebyśmy szli na nimi.
   Cóż innego pozostawało pionkom na szachownicy 
niż 
przesunąć się o jedno pole?
   - Widzisz, baranie - powiedziałem z wyrzutem do 
Dziadka 
Wścibiacza zaszytego w ciało murzyńskiej piękności.
Jeden z 
naszych przewodników szturchnął mnie kolbą w 
plecy. Dla 
innego byłby to strzał armatni, ale dla mnie tylko 
szturchnięcie, przecież nawet mi nie złamał żebra. 
Faktem 
jest, że o mało nie upadłem, ale Agnes mnie 
podtrzymała. 
Doktor Kurz odwalił kawał dobrej roboty, android 
miał siłę 
trzech mężczyzn.
   Zaprowadzili nas do ogromnej sali, gdzie roiło się 
od 
błękitnych mundurów i z błogością pomyślałem, że ci
zabiegani aktywiści, którzy kręcą się wokół orakla, 
porozumiewają się, decydują, wydają rozkazy, 
rozmawiają 

background image

przez pięć telkomów naraz, to są członkowie Mostka.
Na 
Dziadku, czy raczej Agnes, widok ten nie zrobił 
jednak 
najmniejszego wrażenia. Jej twarz była obojętna i 
zrozumiałem, że to tylko jakieś biuro, natomiast sala 
Półbogów jest gdzieś indziej.
   Konwój przekazał nas członkom straży 
wewnętrznej, którzy 
nie nosili mundurów. Również wyglądem różnili się 
od naszych 
dotychczasowych towarzyszy. Byli starsi i wyglądali 
całkiem 
inteligentnie, zwłaszcza ich dowódca. Na pewno 
można by z 
nim ciekawie pogawędzić o okresie bzu klasyka 
poezji zapachu 
Svana Lindgrena. Po wszystkich było widać, że są 
wprowadzeni 
w najświętsze tajemnice Mostka i że nie 
zaskoczyłaby ich 
nawet informacja, że Ziemia jest płaska i się nie 
kręci. Z 
umundurowanymi strażnikami rozmawiali ostro i 
podejrzliwie. 
Wobec nas zachowywali się niemal przyjaźnie. 
Gdybym 
poprosił, chyba daliby mi piwo. Zdałem sobie 
sprawę, że 

background image

jeszcze przed dwoma miesiącami zrobiłbym to bez 
ceregieli. 
Ale po doświadczeniach ze stadionu już nigdy nie 
będę taki 
jak wcześniej. Już nie będę tym starym Kubą 
Nedomym, który 
guzik sobie robił z Piotra i Pawła, i maszerował 
przez życie 
swoją drogą, jak mu się podobało.
   - Dokąd nas prowadzicie? - spytałem. Ośmieliłem 
się 
dopiero po chwili.
   - Sprawdzimy, kim i czym jesteście, a potem 
odeślemy was 
na Lunę. Tam o was zadbają.
   Wzdrygnąłem się, ponieważ jasne było, jak o nas 
zadbają.
   - Żądamy, żeby przesłuchał nas Mostek.
   To tylko facetów rozśmieszyło.
   - Chłopcze drogi, skąd ty spadłeś?
   Ale nie śmiali się długo. Prowadzili nas, jak się 
okazało, do swojego bloku, gdzie nas chcieli 
przesłuchać i 
sprawdzić naszą tożsamość. Nagle jednak nie 
wiadomo skąd, 
wyłonił się jakiś facet i zastąpił nam drogę. Był w 
mundurze 
pułkownika Nowej Granicy. Chyba skądś go znałem,
ale dopiero 

background image

po chwili przypomniałem sobie, kto zacz: Luigi 
Mantella II, 
mój stary dobry przyjaciel z dzikich czasów Luny, 
ojciec 
dawniej przyjaznego, teraz oficjalnego Luigi 
Mantelli III!
   - Stać! - zawołał władczo. - Tych ludzi musi 
przesłuchać 
Mostek!
   Zatrzymaliśmy się. Członkowie straży wewnętrznej
nie 
wypadli jednak sroce spod ogona.
   - Zostali zatrzymani na terenie Mostka i są w mojej
prawomocy - powiedział ten, który najpierw się 
dziwił, skąd 
spadłem i wyglądał na znawcę poezji zapachowej. - 
Prowadzimy 
ich na przesłuchanie, pułkowniku.
   - W przypadku podejrzenia o zdradę stanu prawo 
przesłuchania ma tylko Mostek - spróbował 
zagrzmieć 
Mantella, ale jakoś mu to nie wychodziło. - 
Rozkazuję wam... 
na moją odpowiedzialność...
   Twarz znawcy poezji zapachów stężała, również 
jego nos, 
na pierwszy rzut oka miękki, mógłby wiercić dziury 

silikatowych ścianach.
   - Panie pułkowniku, całkowita odpowiedzialność za

background image

bezpieczeństwo terenu Mostka należy do straży 
wewnętrznej. 
Proszę się cofnąć i nie utrudniać wykonywania 
obowiązków 
służbowych!
   - To naruszenie dyscypliny! Poślę was przed sąd 
wojskowy!
   - Który sprawiedliwie orzeknie, kto w tym 
przypadku 
przekracza zakres swoich uprawnień!
   Wydawało się jednak, że determinacja 
podwładnych naszego 
znawcy poezji zapachowej powoli słabnie. Poza tym 
różnież 
my, Agnes i ja, mieliśmy interes w tym, by 
przesłuchali nas 
członkowie Mostka. Jeśli Levasseur miał rację, 
mogliśmy tam 
wywołać niezłą rozróbę i wyciągnąć z tego jakieś 
korzyści. 
Słaba nadzieja, ale jednak.
   - Panie pułkowniku - zwróciłem się do Mantelli II -
znamy 
pewne fakty, które możemy ujawnić tylko przed 
członkami 
Mostka.
   - Chodzi o zdradę stanu?
   - Bez jakichkolwiek wątpliwości, panie 
pułkowniku.

background image

   - Majorze, rozkazuję panu - zagrzmiał Mantella II.
Ale 
trafił swój na swego. Jakoś tak to już jest urządzone, 
że 
niełatwo określić i ocenić znaczenie oraz wagę 
pułkownika w 
mundurze, a majora w cywilu. Trzeba przyznać, że 
wrzeszczeli 
na siebie dość długo i że major powoli brał górę: 
wolno 
przesuwaliśmy się w tym samym kierunku, co 
poprzednio. 
Pomyślałem, że moglibyśmy się wymknąć i wśliznąć 
do sali 
Mostka, ale nasi przewodnicy chyba wyczuli, co się 
nam roi i 
chwycili nas za ramiona.
   Mantella II nagle przestał krzyczeć, zamknął usta 
jak 
szufladkę, odwrócił się i odmaszerował, jakby sobie 
przypomniał, że zostawił czajnik na kuchence.
   Sukces przyszedł tak nagle, że zaskoczył samych 
zwycięzców.
   Pomyślałem, że rezygnacja pułkownika była 
dziwnie 
podejrzana, ale za pierwszym pomysłem nie 
przyszedł 
następny, wolałem więc to spostrzeżenie zostawić dla 
siebie.

background image

   Zaprowadzili nas tam, gdzie chcieli nas 
zaprowadzić i 
nastąpiło rutynowe przesłuchanie, jakich 
przeżywałem już 
dziesiątki. Trochę mnie rozczarowało. Miałem 
nadzieję, że 
straż wewnętrzna Mostka postępuje innymi 
metodami niż 
arkadyjscy policjanci w wyświechtanych portkach.
   Prawda, zdziwili się, kiedy Agnes wyjawiła im 
swoją 
tożsamość.
   - To pani jest mężczyzną?
   - Jak najbardziej - odparła głosem Dziadka 
Wścibiacza.
   - To android - chciałem wytłumaczyć, ale 
krzyknęli, żebym 
siedział cicho. Wkrótce się jednak okazało, że mają 
inne 
środki niż policjanci w Arkadii. Agnes i ja nie 
chcieliśmy 
zdradzić doktora Kurza, ale oni wyciągnęli z nas tę 
tajemnicę tak łatwo, że nie zdążyłem się zdziwić.
   - Doktor Kurz, Arkadia - zastanawiał się major na 
głos. - 
Interesujące... sprawdzimy!
   Orakl z naturalną służalczością znalazł kod 
połączenia z 
doktorem Kurzem. Ale z samym połączeniem było 
już gorzej.

background image

   Było zablokowane.
   Teraz jednak major pokazał, co potrafi i jaka jest 
władza 
wewnętrznej straży Mostka.
   - Kto zarządził blokadę?
   - Komandor Avram Stavropulos - odpowiedział 
orakl.
   - Z upoważnienia Mostka nakazuję otwarcie 
blokady!
   - Tak, panie - powiedział uprzejmie orakl.
   Na ekranie ukazał się nam widok gabinetu Kurza.
   Doktor wyglądał na zmęczonego, był zarośnięty, a 
pod 
oczyma miał ciemne kręgi. Razem z nim w 
pomieszczeniu byli 
dwaj funkcjonariusze NG, rozparci w fotelach. 
Kiedy odezwał 
się telkom, usiłowali przyjąć bardziej dostojne 
pozycje.
   - Major Fekete, straż wewnętrzna Mostka - 
przedstawił się 
znawca poezji. - Panie doktorze...
   Ku naszemu zaskoczeniu dwaj mężczyźni w 
mundurach 
wyskoczyli z foteli i podbiegli do doktora, ze 
zdumieniem 
patrzącego na ekran.
   - Czy to prawda, że pan operował... - zaczął major, 
ale 

background image

doktor Kurz go uprzedził, spojrzał na mnie, pokazał 
palcem i 
krzyknął:
   - Tak, tak, jego operowałem! Ma w sobie bombę! 
On zaraz 
wybuchnie. Musicie...
   Błysnęło. Jeden  z błękitnych wystrzelił bez 
celowania. 
Na tak bliską odległość nie mógł spudłować. 
Ładunek 
energetyczny trafił doktora Kurza w plecy. Biedak 
uniósł się 
i upadł twarzą na czujnik wizyjny telkomu. Ekran 
pociemniał. 
Potem ktoś przerwał połączenie.
   - Szybko! - krzyknął major.
   Jego ludzie działali błyskawicznie, mimo że ich 
poczynania mogłem obserwować tylko przez parę 
sekund, dopóki 
nie straciłem świadomości.
   Ale później mi opowiadali, co się działo, zanim w 
moich 
piersiach nie znaleźli ukrytej bomby zegarowej 
wielkości 
męskiej pięści. Zabiłaby mnie oraz wszystkich 
członków 
Mostka i rozbiła centralną część Lagrangu tak łatwo,
jak 
dziecko rozbija bombkę na choince. Umożliwiłoby to

background image

Stavropulosowi drogę do tej cudownej mety, jaką od 
pradawna 
nazywa się niekontrolowaną mocą.

                          CZĘŚĆ IV

Nie spuszczałem oczu ze spławika. Chwiał się, ale 
moje 
doświadczenie z wędkowaniem było o wiele mniejsze 
niż 
doświadczenia z czymkolwiek innym, a jeśli mogę 
przynajmniej 
trochę przesadzać, niemal nie potrafiłem odróżnić, 
czy 
gdzieś na dole w wabik stuka draft, czy też to tylko 
wiatr 
postanowił, że pozamiata powierzchnię jeziora. Las 
za moimi 
plecami szumiał, ale nie brzmiało to jak śmiech. 
Czyli to 
jednak będzie draft.
   To był draft.
   Przekonałem się o tym metodą eliminacji. 
Przybiegł 
Dziadek Wścibiacz, huczał i tupał, i spławik przestał 
się 
ruszać. Wiatru nie można było spłoszyć. Jemu 
obojętny był 
Dziadek, obojętny mu jestem ja i te góry wokół.

background image

   - Znowu się odezwali - wściekle krzyczał. - 
Naprawdę nie 
wiem, co zrobimy.
   - Jak to? Ja na przykład będę łowił ryby.
   Wzdychał i prychał, a kiedy usiadł obok mnie 
(najpierw z 
wysiłkiem, a potem z błogością, kiedy zamoczył nogi 

wodzie).
   - Tylko, żeby nas zostawili. Ponoć liczą na nas. 
Jesteśmy 
pionierami, weteranami pierwszej fali.
   - Ano jesteśmy.
   Powoli kręciłem kołowrotkiem. Ruch przynęty 
może zwabić 
drafta.
   - Chcieliby nas do komitetu.
   - Jeszcze nie jesteśmy w tym ich towarzystwie. Jak 
to się 
nazywa?
   - Związek Pionierów.
   - Związek Pionierów, o mój Boże...
   Mogliby wymyślić inną nazwę. Fundamentaliści. 
Bojownicy 
na Froncie Zdrowia, Nowa Granica, to były nazwy. 
To dudniło 
jak dzwon! Ale Związek Pionierów?
   Spróbowałem zarzucić dalej, w miejsce, gdzie nie 
dochodziły krzyki Dziadka.
   - Ty, Kuba...

background image

   Wiedziałem, że Dziadek coś jeszcze chowa za 
pazuchą.
   Nawet nie mruknąłem. Czasami mam 
najwyraźniej sadystyczne 
skłonności. Długo milczał, a potem z niego wylazło:
   - Su przyłączyła się do nich.
   Jakżeby inaczej! Żeby Su Wang-li gdzieś nie było! 
Kiedy nas stąd wygonią, my z Dziadkiem wyjdziemy 
z tego z 
otartym grzbietem, jeśli w ogóle wyjdziemy. Ale Su? 
Ona 
zachowa styl, jak wtedy na Lunie. Zniknie i znowu 
się pojawi, 
zalotna, uśmiechnięta, "Kubo, mój drogi", powie, 
"gdzie się 
podziewałeś? Umieram z tęsknoty." I będzie palić 
podejrzanego papierosa przez długą lufkę.
   - Dobrze robi - skinąłem. - Przynajmniej będzie 
mieć 
spokój.
   - Ja też chciałbym mieć spokój.
   - A nie masz? Popatrz tylko! Te góry dookoła, lasy, 
jezioro... Myślałeś kiedyś, że będziesz mieszkać na 
brzegu 
jeziora?
   - Ale za tymi górami jest Triville, a w nim Związek,
no i 
również Odnowiciele. Biją się, i jedni i drudzy by 
chcieli...

background image

   Czemu tak zależy im na tym, żebyśmy właśnie my 
dwaj...
   Su nieźle mi wtedy nawrzucała zaraz następnego 
dnia po 
tym miłym spotkaniu na Lagrangu. Że ponoć zawsze
siedzę na 
zawietrznej. Że nigdy nie byłem pożyteczny, z 
wyjątkiem 
półtora roku w kopalni. Kryminalista, oszust, 
pasożyt. Ona 
ponoć bardziej szanuje takiego Mantellę III, który 
przynajmniej w coś wierzył.
   - Ale wierzył w świństwa! - krzyknąłem.
   - A czy Nowa Granica nie postawiła na swoim? Nie 
budują 
gwiazdolotu? Nie przygotowuje się pierwszej 
wyprawy 
międzygwiezdnej?
   - I myślisz, że polecą w gorące piekło dlatego, że 
pan 
Stavropulos był łotrem, a Mantella III fanatykiem, i 
że 
kazali mi posiekać tyłek na mielonkę?
   - Chyba tak - odpowiedziała Su. - Chyba inaczej 
nie 
można. Zawsze są na świecie ludzie, którzy robią 
rozróby i 
ludzie, którzy potem wszystko porządkują. A poza 
tym są tam 
ludzie, którzy od wszystkiego umywają ręce. To ty.

background image

   No powiedzcie, nie przełożylibyście jej przez 
kolano i 
nie wlepili klapsa? Ale ostrożnie, ma swoje lata!
   - Ci wszyscy - powiedziałem jej - odeszli. A kiedy 
potrzebna będzie praca bez czczej gadaniny, będę 
stał 
gotowy, a razem ze mną jeszcze mnóstwo takich jak 
ja. 
Niektórzy mają alergię na seler. Ja dostaję wysypki, 
kiedy 
słyszę patetyczne hasła.
   Jakoś tak to Su powiedziałem, potem się 
pokłóciliśmy i 
pogodziliśmy i znowu pokłóciliśmy, chyba inaczej już
między 
nami być nie może.
   Czyli Su się do nich przyłączyła. Będzie jej łatwiej, 
kiedy nas stąd wyrzucą skandując okrzyki.
   Może to jeszcze trochę potrwa. Nie chciałbym stąd 
odchodzić już jutro. Ładnie tu, chociaż życie też ma 
swoje 
ciemne strony. Dziadek Wścibiacz cały czas ma je w 
pamięci i 
trochę je wyolbrzymia. Teraz zauważył, że za 
Niebieskim 
Grzebieniem wyszedł Asdal. W jego promieniach 
mała Sonora 
zupełnie zniknie.
   I przylecą draskary. Szkaradne potwory.
   Spakowałem wędki.

background image

   - Chodź - powiedziałem. - Życie na Umie to nie 
tylko 
łowienie ryb.
   I poszliśmy po stare dobre tysiąc czterysta 
pięćdziesiątki, bo bez nich człowiekowi trudno z 
draskarami 
wytrzymać. Skoro już jesteśmy przy tysiąc czterysta 
pięćdziesiątkach, wiecie, że Dziadek Wścibiacz nigdy
się nie 
dowiedział, kto wtedy na Lunie załatwił go z tysiąc 
czterysta pięćdziesiątki? Ale mam nadzieję, że kiedy 
zacznie 
dźwigać na plecach dwudziesty krzyżyk, zupełnie 
przestanie 
go to interesować. To już niewiele czasu.

                  Dokończone w roku 2212 czasu 
standardowego,
                Jezioro Yoda, planeta Uma, układ Sonora-
Asdal

                         K O N I E C