background image

NORA ROBERTS 

CZEKAJĄC NA NICKA 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Była kobietą, która wie, czego chce. Dokładnie przemyślała powody przeprowadzki z 

Wirginii  Zachodniej  do  Nowego  Jorku.  Miała  zamiar  tam  się  urządzić,  osiągnąć  sukces 

zawodowy i zdobyć męża. 

No, może niekoniecznie w takiej właśnie kolejności. 

Frederica Kimball uważała się za osobę, która potrafi działać zależnie od sytuacji. 

Szła  teraz  w  dół  East  Side,  w  zapadającym  zmierzchu  wczesnej  jesieni,  i  myślała  o 

domu  w  Shepherdstown  w  Wirginii  Zachodniej,  gdzie  mieszkali  jej  rodzice  i  rodzeństwo. 

Dom  ten  był  wprost  wymarzonym  miejscem  do  życia:  rozległy,  pełen  radości,  roz-

brzmiewający muzyką i śmiechem. 

Wątpiła, czy mogłaby go opuścić, gdyby nie to, że wiedziała, iż w każdej chwili może 

wrócić i zostanie przyjęta z otwartymi ramionami. 

To  prawda,  że  wielokrotnie  bywała  w  Nowym  Jorku  i  miała  w  tym  mieście  wiele 

kontaktów, ale już tęskniła za rodzinnymi stronami, za swoim pokojem na pierwszym piętrze 

starego  domu  z  kamienia,  za  miłością  i  towarzystwem  rodzeństwa,  za  muzyką  ojca  i 

ś

miechem matki. 

Ale  nie  była  już  dzieckiem.  Miała  dwadzieścia  cztery  lata  i  osiągnęła  moment,  gdy 

należało zacząć żyć własnym życiem. 

Na  Manhattanie  nie  czuła  się  obco.  Spędziła  tu  przecież  pierwsze  kilka  lat  życia,  a 

później  często  przyjeżdżała  w  odwiedziny.  Tak,  ale  zawsze  z  rodziną,  uświadomiła  sobie 

nagle.  Cóż,  tym  razem  jest  zdana  tylko  na  siebie.  I  ma  sprawę  do  załatwienia.  Musi  przede 

wszystkim przekonać niejakiego Nicholasa LeBecka, że potrzebna mu jest partnerka. 

Sukces i renoma, jaką zdobył jako kompozytor w ciągu kilku ostatnich lat, jeszcze się 

zwiększy,  jeśli  ona  będzie  pisała  teksty  do  jego  piosenek.  Oczami  wyobraźni  widziała  już 

nazwisko  LeBeck  -  Kimball  na  plakatach  przy  Great  White  Way.  Wystarczyło,  by  puściła 

wodze fantazji, a już muzyka, którą razem napiszą, rozbrzmiewała jej w uszach. 

A teraz, uśmiechnęła się do siebie, musi przekonać Nicka, żeby zobaczył i usłyszał to 

samo.  W  razie  potrzeby  ucieknie  się  do  argumentu  lojalności  rodzinnej.  Byli  przecież 

poniekąd kuzynami, choć nie łączyły ich więzy krwi. 

Jeszcze  będziemy  się  całować,  pomyślała  i  jej  oczy  rozjaśnił  uśmiech.  To  był  jej 

ostateczny  i  najżywotniejszy  cel.  A  kiedy  go  już  osiągnie,  Nick  zakocha  się  w  niej  tak 

background image

rozpaczliwie,  jak  ona  jest  w  nim  zakochana  od  zawsze,  od  chwili,  gdy  po  raz  pierwszy  go 

zobaczyła. 

Czekała na niego dziesięć lat, a to jak na jej gust było aż nadto długo. Najwyższy czas, 

uznała, skubiąc brzeg błękitnego blezera, spojrzeć losowi prosto w twarz. 

Stanęła przed drzwiami baru, który teraz nazywał się „Pod żaglami”. Zdenerwowanie 

ukryła pod maską pewności siebie. Bar należał do Zacka Muldoona, brata Nicka, a właściwie 

brata przyrodniego, ale w rodzinie Freddie nikt się nie przejmował terminologią. Liczyły się 

uczucia. Fakt, że Zack ożenił się z siostrą jej macochy, uczynił z rodzin Stanislaski - Muldoon 

- Kimball - LeBeck jeden zagmatwany klan rodzinny. 

Marzeniem Freddie było dodać jeszcze jedno ogniwo do rodzinnego łańcucha, wiążąc 

siebie i Nicka. 

Odetchnęła  głęboko,  poprawiła  blezer,  przeciągnęła  ręką  po  skręconych 

złocistorudych  włosach,  których  nigdy  nie  była  w  stanie  doprowadzić  do  ładu,  i  po  raz 

kolejny rozpaczliwie zapragnęła, by mieć choć odrobinę egzotycznej urody Stanislaskich. 

Chwyciła za klamkę. Zrobi to, co sobie postanowiła, i ma nadzieję, że to wystarczy. 

W barze unosił się zapach piwa i przypraw korzennych. Od razu się domyśliła, że Rio, 

odwieczny  kucharz  Zacka,  przygotowuje  jeden  ze  swoich  słynnych  sosów  do  makaronu.  Z 

szafy grającej płynęła rzewna piosenka w wykonaniu Celine Dion. 

Wszystko  tu  wyglądało  tak  jak  zawsze,  wszystko  było  na  swoim  miejscu.  Ściany 

ozdobione malowidłami z motywami morskimi, długi sfatygowany kontuar i rzędy butelek na 

półkach.  Było  wszystko  z  wyjątkiem  Nicka.  Mimo  to  uśmiechnęła  się,  podeszła  do  baru  i 

wspięła się na stołek. 

- Postawisz mi drinka, żeglarzu? 

Zack  zaskoczony  podniósł  głowę  znad  kartki  papieru.  Na  widok  Freddie  twarz 

rozjaśnił mu szeroki uśmiech. 

- To ty! Witaj! - ucieszył się. - Nie sądziłem, że zjawisz się przed końcem tygodnia. 

- Lubię robić niespodzianki. 

-  Takie  to  i  ja  lubię.  -  Zack  zręcznie  popchnął  kufel  z  piwem  wzdłuż  blatu,  tak  że 

zatrzymał się dokładnie w dłoniach gościa. Potem pochylił się, ujął twarz Freddie w swe duże 

dłonie  i  wycisnął  na  jej  policzku  głośny  pocałunek.  -  Śliczna  jak  zawsze  -  stwierdził  z 

uznaniem. 

- Ty też. 

Powiedziała  prawdę.  Od  kiedy  go  przed  dziesięciu  laty  poznała,  jeszcze 

wyszlachetniał, jak dobra whisky. Wiek niczego mu nie ujął, wręcz przeciwnie. Stał się tym 

background image

bardziej  interesujący.  Włosy  wciąż  miał  gęste  i  kręcone,  a  w  spojrzeniu  ciemnoniebieskich 

oczu  było  coś  magnetycznego.  A  ta  twarz!  -  pomyślała,  wzdychając.  Opalona,  rasowa,  ze 

zmarszczkami, które tylko dodawały jej charakteru i uroku. 

Niejeden  raz  w  swoim  życiu  Freddie  zastanawiała  się,  jak  to  się  dzieje,  że  jest 

otoczona samymi pięknymi ludźmi. 

- Co u Rachel? - spytała. 

-  Wysoki  Sąd  ma  się  znakomicie  -  odparł.  Freddie  uśmiechnęła  się,  słysząc  dumę 

ukrytą w głosie Zacka. Jego żona, a jej ciotka, była teraz sędzią w sprawach kryminalnych. 

- Jesteśmy  wszyscy z niej bardzo dumni - powiedziała. - Widziałeś młotek, który jej 

podarowała mama? Wydaje dźwięk tłuczonego szkła, kiedy nim w coś uderzysz. 

- Czy widziałem? - Uśmiechnął się niewyraźnie. 

-  Nieraz  go  już  poczułem.  Mieć  sędziego  w  rodzinie  to  jest  coś.  -  Mrugnął 

porozumiewawczo. - Żebyś wiedziała, jak bajecznie wygląda w todze. 

- Wyobrażam sobie. A jak dzieciaki? 

- Ta okropna trójka? Doskonale. Chcesz soku? Freddie rozbawiona przechyliła głowę. 

- Nie rozśmieszaj mnie, Zack. Mam już dwadzieścia cztery lata, zapomniałeś? 

Potarł brodę w zakłopotaniu i przyjrzał się jej uważnie. Drobna postać i porcelanowa 

cera  prawdopodobnie  zawsze  będą  mylące.  Gdyby  nie  znał  jej  wieku,  tak  dobrze  jak  wieku 

własnych dzieci, poprosiłby o dowód tożsamości. 

- Po prostu nie mogę w to uwierzyć. Mała Freddie jest już dorosła. 

-  A  więc  skoro  jestem...  -  założyła  nogę  na  nogę  -  dlaczego  nie  nalejesz  mi  białego 

wina? 

- Już się robi. - Sięgnął po kieliszek, nawet nie oglądając się za siebie. - A co u was? 

Jak dzieci? 

- Wszyscy mają się dobrze i przesyłają wam pozdrowienia. - Wzięła kieliszek i uniosła 

go w górę. 

- Za rodzinę. 

Zack stuknął w nią butelką coli. 

- Jakie masz plany, kochanie? 

- O, całą masę. - Uśmiechnęła się i pociągnęła łyk wina. Zastanawiała się, co by sobie 

pomyślał,  gdyby  mu  wyjawiła,  że  największy  plan  jej  życia  to  uwiedzenie  jego  młodszego 

brata. - Przede wszystkim muszę znaleźć mieszkanie. 

- Wiesz przecież, że możesz mieszkać u nas jak długo zechcesz. 

background image

-  Wiem.  Albo  u  babci  i  dziadka,  albo  u  Michaiła  i  Sydney,  albo  u  Aleksa  i  Bess.  - 

Znowu się uśmiechnęła. Świadomość, że jest otoczona ludźmi, którzy ją kochają, dawała jej 

poczucie bezpieczeństwa. Ale... 

- Naprawdę chciałabym mieć własny kąt. - Oparła łokcie o kontuar. - Chyba już czas 

na małą przygodę. 

- Zaczął mówić, ale przerwała mu, potrząsając głową. - Nie zamierzasz mnie pouczać, 

prawda, wujku? Nie ty, chłopak, który wyruszył w morze. 

Tu  mnie  ma,  pomyślał.  Miał  znacznie  mniej  niż  dwadzieścia  cztery  lata,  kiedy 

pierwszy raz się zaokrętował. 

- Dobra, żadnych pouczeń. Ale będę miał na ciebie oko. 

- Liczę na to. - Wyprostowała się i odchyliła do tyłu. - A co porabia Nick? - spytała 

jakby mimochodem, z udaną obojętnością. - Myślałam, że go tu zastanę. 

- Jest w kuchni. Chyba podjada makaron Riosa. Freddie pociągnęła nosem. 

- Pachnie wspaniale. Chyba też tam pójdę i przywitam się z nim. Przy okazji zobaczę, 

co mają dobrego do jedzenia. 

- Idź. I powiedz Nickowi, że czekamy, żeby zaczął grać. Bo nie zapracuje na kolację. 

- Dobrze. 

Wzięła  kieliszek  z  winem  i  zsunęła  się  ze  stołka.  Powstrzymała  się  przed 

poprawieniem kolejny raz włosów. Z rezygnacją myślała o swoim wyglądzie. „Wdzięczny” - 

tylko to określenie przychodziło jej do głowy. Cóż, niewiele mogła zrobić przy swoim niskim 

wzroście i drobnej posturze. Już dawno wyzbyła się marzeń, że rozkwitnie w coś, co można 

będzie określić jako olśniewającą piękność. 

Do  niskiego  wzrostu  trzeba  dodać  kręcone  włosy  o  odcieniu  złocistorudym,  piegi  na 

zadartym  nosku,  duże  szare  oczy  i  dołeczki  w  policzkach.  Jako  nastolatka  marzyła  o  tym, 

ż

eby  być  wymuskaną  i  wyrafinowaną  elegantką.  Albo  kobietą  dziką  i  wyzwoloną.  Albo  też 

pełną  uroku  blondynką  o  zaokrąglonych  kształtach.  W  końcu,  gdy  dorosła,  zaakceptowała 

siebie  taką,  jaką  jest.  Zdarzały  się  jednak  nadal  chwile,  kiedy  żałowała,  że  nie  wygląda  jak 

renesansowy posąg. 

Szybko  jednak  napomniała  siebie,  że  jeśli  Nick  ma  ją  traktować  poważnie  jako 

kobietę, najpierw ona musi poważnie traktować siebie. 

Doszedłszy  do  takiego  wniosku,  pchnęła  energicznie  drzwi  do  kuchni.  I  serce 

podskoczyło jej do gardła. 

Nic nie mogła na to poradzić. Zawsze tak było, ile razy go zobaczyła, od chwili gdy 

ujrzała  go  po  raz  pierwszy.  Wszystko,  czego  kiedykolwiek  pragnęła,  o  czym  kiedykolwiek 

background image

marzyła,  było  przed  nią.  Nick  siedział  przy  stole  kuchennym,  pochylony  nad  talerzem  z 

makaronem. 

Nicholas  LeBeck,  nicpoń,  którego  jej  ciotka  Rachel  broniła  w  sądzie  z  pasją  i 

przekonaniem.  Młody  człowiek,  który  zboczył  z  drogi,  ale  dzięki  miłości,  trosce  i  oddaniu 

rodziny zdołał odłączyć się od młodzieżowych gangów ulicznych i ustatkować. 

Teraz  był  już  mężczyzną,  ale  wciąż  było  w  nim  coś  z  buntownika.  Ma  to  w  oczach, 

pomyślała,  a  serce  zabiło  jej  mocniej.  W  tych  cudownych,  chmurnych  zielonych  oczach. 

Wciąż  nosił  długie  włosy  sczesane  z  czoła  i  związane  w  krótki  koński  ogon.  Były  jasne  z 

odcieniem brązu. Miał usta poety, brodę boksera, a ręce artysty. 

Wiele  nocy  spędziła  na  marzeniach  o  jego  silnych  szerokich  dłoniach  i  długich, 

smukłych  palcach.  O  tym,  że  te  dłonie  ujmują  i  gładzą  jej  twarz,  przesuwają  się  wzdłuż  jej 

ciała. 

Był  zbudowany  jak  biegacz.  Wysoki,  smukły,  długonogi.  Teraz  miał  na  sobie  stare 

szare  dżinsy  sprane  na  kolanach.  Rękawy  koszuli  podwinął.  Zauważyła,  że  brakowało  przy 

nich  guzika.  Jedząc,  wymieniał  uwagi  z  Rio,  ogromnym  czarnoskórym  kucharzem,  a  ten 

wytrząsał tłuszcz z kosza pełnego frytek. 

-  Nie  powiedziałem,  że  jest  w  nim  za  dużo  czosnku.  Powiedziałem,  że  lubię  dużo 

czosnku.  -  Nick  nawinął  na  widelec  następną  porcję  makaronu,  jakby  chcąc  odwołać  swoje 

poprzednie słowa. - Jesteś bardzo porywczy jak na swój wiek, staruszku - dodał stłumionym 

głosem, przełykając makaron. 

Rio burknął coś pod nosem. 

- No, no, jaki tam staruszek - żachnął się. - Jeszcze dałbym ci popalić. 

-  Już  się  boję!  -  roześmiał  się  Nick  i  ułamał  kawałek  chleba  czosnkowego  w 

momencie,  gdy  Freddie  z  trzaskiem  zamknęła  za  sobą  drzwi.  Odłożył  chleb,  odsunął  się  od 

stołu i popatrzył na nią z niekłamaną przyjemnością. 

-  Widzisz,  Rio,  kto  nas  odwiedził?  Jak  leci,  Fred?  Podniósł  się  i  uścisnął  ją  po 

bratersku.  Zmieszał  się  lekko,  uświadomiwszy  sobie,  że  ciało,  które  się  do  niego  przytuliło, 

przypomniało mu, że mała Freddie jest już kobietą. 

-  Cóż...  -  Odsunął  się  wciąż  z  uśmiechem  na  twarzy  i  wcisnął  ręce  w  kieszenie.  - 

Myślałem, że przyjedziesz pod koniec tygodnia. 

- Zmieniłam plany. Cześć, Rio - zwróciła się do kucharza i odstawiła na stół kieliszek, 

by móc odwzajemnić braterski uścisk. 

- Siadaj, laleczko. Siadaj i jedz. 

background image

- Nie dam się prosić. W pociągu cały czas myślałam, co też dzisiaj gotujesz. - Usiadła 

przy stole, uśmiechnęła się i wyciągnęła rękę do Nicka. - Siadaj, wystygnie ci - powiedziała. 

- Masz rację. - Ujął jej dłoń, ścisnął i usiadł obok. 

- Co u was? Wszystko w porządku? Brandon wciąż gra w baseball? 

- Jeszcze jak! Jest kapitanem szkolnej drużyny. 

-  Westchnęła  na  widok  dużego  talerza,  który  postawił  przed  nią  Rio.  -  A  ostatni 

występ  baletowy  Katie  był  naprawdę  cudowny.  Mama  oczywiście  popłakała  się  ze 

wzruszenia.  Wiesz,  że  o  jej  sklepie  pisano  w  „Washington  Post”?  A  tata  właśnie  skończył 

nowy utwór. 

- Nawinęła makaron na widelec. - To tyle. A jak twoje sprawy? 

- W porządku. 

- Pracujesz nad czymś? 

- Mam następne zamówienie dla Broadwayu. - Wzruszył ramionami. Wciąż było mu 

niezręcznie opowiadać innym o swoich sukcesach. 

- Za „Ostatni przystanek” powinieneś dostać Tony'ego. 

- Już sama nominacja była nie lada wyróżnieniem. Potrząsnęła głową. 

-  Nick,  to  była  znakomita  rzecz.  Jest  znakomita  -  poprawiła  się,  bo  musical  wciąż 

szedł przy pełnej widowni. - Jesteśmy z ciebie dumni. 

- Cóż, to moja praca. 

-  Nie  chwal  go,  bo  mu  woda  sodowa  uderzy  do  głowy  -  odezwał  się  Rio,  który  stał 

przy kuchni. 

- Ejże, sam słyszałem, jak podśpiewywałeś „Miłość o zmierzchu” - zauważył Nick. 

Rio wzruszył potężnymi ramionami. 

- Może... Jeden czy dwa kawałki były całkiem niezłe. Jedz. 

- Pracujesz z kimś? - spytała Freddie. - Nad tą nową sztuką? 

- Nie. To na razie wstępny etap. Zaledwie zacząłem. Sam. 

Właśnie to pragnęła usłyszeć. 

- Gdzieś czytałam, że Michael Lorrey dostał jakieś zamówienie. Będziesz potrzebował 

nowego autora tekstów. 

- Tak. - Nick dołożył sobie makaronu. - Wcale mnie to nie cieszy. Dobrze mi się z nim 

pracowało. 

Inni na ogół słuchają tylko własnych słów zamiast muzyki. 

-  A  więc  masz  problem  -  uznała  Freddie.  -  Potrzebujesz  kogoś  z  solidnym 

przygotowaniem muzycznym, kto w melodii usłyszy słowa. 

background image

- Właśnie. - Nick podniósł do ust kufel piwa. 

-  Tym  kimś  jestem  ja  -  oświadczyła  zdecydowanie.  Nick  aż  się  zakrztusił.  Odstawił 

kufel i spojrzał na nią tak, jakby nagle zaczęła mówić jakimś egzotycznym językiem. 

- Coś ty powiedziała? 

-  Przez  całe  życie  uczyłam  się  muzyki.  -  Starała  się  opanować  emocje  i  przyjąć 

rzeczowy  ton.  -  Pamiętam,  że  jako  mała  dziewczynka  siedziałam  na  kolanach  ojca,  a  on 

trzymał  moje  dłonie  i  prowadził  je  po  klawiszach.  Ale  bardzo  go  rozczarowałam,  bo 

komponowanie nie jest moją namiętnością. Moja namiętność to słowa. Mogłabym dla ciebie 

pisać  teksty,  Nick,  lepsze  niż  ktokolwiek  inny.  -  Jej  oczy,  szare  i  spokojne,  napotkały  jego 

wzrok. - Bo rozumiem nie tylko twoją muzykę, ale i ciebie. A zatem, co o tym sądzisz? 

Nick aż podniósł się z krzesła. 

- Nie wiem... To dla mnie wielka niewiadoma. 

-  Dlaczego?  Przecież  wiesz,  że  pisałam  słowa  do  niektórych  utworów  tatusia.  I  do 

innych  zresztą  też.  -  Ułamała  kawałek  chleba  i  zaczęła  wolno  go  przeżuwać.  -  Mnie  się  ten 

pomysł  wydaje  logicznym  i  dobrym  rozwiązaniem  dla  nas  obojga.  Ja  szukam  pracy,  a  ty 

autora tekstów. 

-  Cóż...  -  Myśl  o  pracy  z  Freddie  trochę  go  zaniepokoiła  i  rozdrażniła.  Szczerze 

mówiąc, w ostatnich latach coraz częściej czuł się w jej obecności jakoś nieswojo. 

- A więc pomyśl o tym. - Uśmiechnęła się ponownie. Należąc do dużej rodziny, znała 

strategiczną  wartość  pozornego  wycofywania  się.  -  A  jak  już  ci  się  spodoba  ten  pomysł, 

możesz go zaproponować producentowi. 

- Mógłbym to zrobić. - Zawahał się. - Pewnie tak... 

- Wspaniale! Będę tu wpadać, albo złapiesz mnie w Waldorf. 

- Zatrzymałaś się w hotelu? 

- Tylko chwilowo, dopóki nie znajdę mieszkania. Może słyszałeś o czymś w okolicy? 

Podoba mi się tutaj. 

- Chcesz się tu na dobre przeprowadzić? 

-  Tak.  I  od  razu  ci  mówię,  że  nie  zamierzam mieszkać  u  nikogo  z  rodziny.  Chcę  się 

dowiedzieć, jak to jest mieszkać samej. A ty wciąż na górze, co? W dawnym pokoju Zacka? 

- Zgadza się. 

- A więc gdybyś słyszał o jakimś mieszkaniu w sąsiedztwie, daj mi znać. 

Zdziwiło  go,  że  przez  moment  zaniepokoił  się,  co  jej  przeprowadzka  do  Nowego 

Jorku może zmienić w jego życiu. Nic, oczywiście, że nic. 

- Myślałem, że wolałabyś Park Avenue. 

background image

-  Kiedyś  tam  mieszkałam  -  powiedziała,  kończąc  jeść  makaron.  -  A  teraz  szukam 

czegoś innego. - Odgarnęła włosy z twarzy i odchyliła się do tyłu. - Rio, to była poezja. Jeśli 

znajdę w pobliżu jakieś lokum, masz mnie codziennie na kolacji. 

-  Może  wykopiemy  Nicka  i  wprowadzisz  się  na  górę.  -  Mrugnął  do  niej 

porozumiewawczo. - Wolę patrzeć na ciebie niż na jego paskudną gębę. 

- Cóż, a tymczasem... - wstała i pocałowała olbrzyma w policzek - Zack chce, żebyś 

pograł, Nick. 

- Za moment. 

- Powiem mu. Może jeszcze chwilę posiedzę i posłucham. Do widzenia, Rio. 

- Do widzenia, laleczko. - Rio podśpiewując, wrócił do swojej roboty. - Ale wyrosła ta 

mała Freddie - powiedział. - Śliczna jak z obrazka. 

-  Tak,  w  porządku  dziewczyna.  -  Nick  był  zły,  że  korzenny  zapach  jej  perfum 

niepokojąco  drażnił  jego  zmysły.  -  Ale  wciąż  naiwna  jak  dziecko.  Nie  ma  pojęcia,  co  ją  tu 

czeka, w tym mieście. 

-  A  więc  będziesz  na  nią  uważał.  -  Rio  podniósł  w  górę  drewnianą  łyżkę.  -  Albo  ja 

będę uważał na ciebie. 

- Gadanie. - Nick wziął butelkę piwa i nalał sobie pełny kufel. 

Nowy Jork wciąż zaskakiwał Freddie. Wystarczyło, by przeszła zaledwie kilkadziesiąt 

metrów  w  dowolnym  kierunku,  a  już  zauważała  coś  nowego.  A  to  sukienkę  w  butiku,  a  to 

jakąś  interesującą  twarz  w  tłumie,  a  to  ulicznego  śpiewaka  o  głosie  Pavarottiego.  Między 

innymi  dlatego  tak  lubiła  to  miasto.  Wiedziała,  że  jest  naiwna,  tak  jak  może  być  naiwna 

kobieta,  która  wyrosła  w  małym  mieście,  otoczona  czułością  i  troskliwą  opieką.  Zdawała 

sobie sprawę, że daleko jej do sprytu Nicka, którego wychowała ulica, ale czuła, że ma niezłą 

dawkę zdrowego rozsądku. Skorzystała z niego, planując swój pierwszy dzień w mieście. 

Jedząc  rogaliki,  obserwowała  widok  rozciągający  się  za  oknem  hotelu.  Miała  sporo 

spraw do załatwienia. Odwiedzając wuja Michaiła w jego galerii, upiecze dwie pieczenie przy 

jednym  ogniu.  Pogada  z  nim,  a  przy  okazji  zorientuje  się,  czy  jego  żona  Sydney  nie 

pomogłaby jej znaleźć jakiegoś mieszkania przez swoją agencję nieruchomości. 

I nie zaszkodzi napomknąć mu - a tym samym pozostałym członkom rodziny - że ma 

nadzieję pracować z Nickiem nad jego najnowszym musicalem. 

To  nie  za  bardzo  uczciwe,  pomyślała,  nalewając  sobie  drugą  filiżankę  kawy.  Ale 

miłość  rządzi  się  własnymi  prawami.  A  ona  nigdy  by  nawet  nie  próbowała  tego  rodzaju 

łagodnej  presji,  gdyby  nie  wierzyła  w  swój  talent.  Jeśli  chodzi  o  umiejętności  w  zakresie 

background image

poezji i muzyki, była aż nadto pewna siebie. Tylko gdy w grę wchodził Nick, traciła wszelką 

odwagę. 

Oczywiście, kiedy już zaczną razem pracować, Nick przestanie ją traktować jak małą 

kuzyneczkę  z  zachodniej  Wirginii.  Ale  ona  nigdy  nie  będzie  mogła  konkurować  z  tymi 

gorącymi,  fascynującymi  kobietami,  które  kręciły  się  koło  niego.  A  więc,  pomyślała,  musi 

być sprytna i utorować sobie drogę do jego serca przez wspólną miłość do muzyki. 

To wszystko w końcu dla jego dobra. Ona jest najlepszą rzeczą, jaka może go w życiu 

spotkać. Tylko musi mu to uświadomić. 

A  więc  do  dzieła.  Nie  ma  czasu  do  stracenia.  Zerwała  się  od  stołu  i  pobiegła  do 

sypialni, żeby się ubrać. 

Godzinę później wysiadała z taksówki przed galerią SoHo. Miała pięćdziesiąt procent 

szansy,  że  zastanie  wuja.  Równie  dobrze  mógł  być  teraz  w  swym  domu  w  Connecticut  i 

rzeźbić albo bawić się z dziećmi. Mógł też pomagać ojcu gdzieś w mieście. 

Pchnęła drzwi z matowego szkła. Jeśli nie zastanie Michaiła, wpadnie do biura Sydney 

albo  do  sądu  do  Rachel.  Później  zajrzy  do  Bess  do  studia  telewizyjnego  albo  do  Aleksija. 

Pomyślała z radością, że w jakimkolwiek kierunku się ruszy, wszędzie może spotkać kogoś z 

rodziny. 

Pierwszą rzeczą, jaka rzuciła jej się w oczy w galerii, była nowa praca Michaiła. Nie 

widziała  jej  jeszcze,  lecz  od  razu  poznała  rękę  wuja.  Wyrzeźbił  w  mahoniu  podobiznę  swej 

ż

ony.  Na  wzór  Madonny,  Sydney  trzymała  w  ramionach  ich  najmłodsze  dziecko,  Laurel.  U 

jej  stóp  siedziała  jeszcze  trójka  w  różnym  wieku  i  różnego  wzrostu.  Podszedłszy  bliżej, 

Freddie  rozpoznała  swoich  kuzynów,  Griffa,  Moirę  i  Adama.  Nie  mogła  się  oprzeć,  by  nie 

przejechać palcem po policzku niemowlęcia. 

Pewnego dnia, pomyślała, będę tak samo trzymać moje dziecko. Moje i Nicka. 

-  Nie  czekam  na  faksy!  -  krzyknął  Michaił,  wchodząc  do  galerii  z  zaplecza.  -  Ty 

czekasz na faksy! Ja muszę pracować. 

- Ależ, Misza - dobiegł z głębi błagalny głos. - Waszyngton mówi... 

-  Nie  obchodzi  mnie,  co  mówi  Waszyngton.  Powiedz  im,  że  mogę  mieć  trzy  sztuki, 

nie więcej. 

- Ale... 

-  Nie  więcej  -  powtórzył,  zamykając  za  sobą  drzwi  i  mrucząc  coś  pod  nosem  po 

ukraińsku. 

- Cóż za artystyczny język, wujku - odezwała się. Przerwał w pół zdania. 

background image

- Freddie! - wykrzyknął, porwał ją za ramiona i uniósł jak piórko. - Ty chyba nic nie 

ważysz. - Pocałował ją w oba policzki i postawił z powrotem na ziemi. - Jak się czuje moja 

ś

liczna dziewczynka? 

- Świetnie. Cieszę się, że tu jestem i że cię widzę. Był jak jego przekleństwa, dziki i 

egzotyczny,  miał  brązowe  oczy  i  kruczoczarne  włosy  Stanislaskich.  Freddie  nieraz  myślała 

sobie,  że  gdyby  potrafiła  malować,  namalowałaby  w  śmiałych  pociągnięciach  pędzla  i 

barwach całą tę rodzinę. 

- Podziwiałam twoje prace - oznajmiła. - Są niewyobrażalnie piękne. 

- Nietrudno jest tworzyć coś pięknego, jeśli pracujesz nad czymś pięknym. - Popatrzył 

na  rzeźbę  wzrokiem  przepełnionym  miłością.  Miłością  do  tego  pięknego  tworzywa,  ale 

jeszcze  bardziej  do  rodziny,  którą  uwiecznił  w  swej  rzeźbie.  -  A  więc  przyjechałaś  za-

kosztować wielkiego miasta. 

-  Rzeczywiście.  -  Freddie  zatrzepotała  rzęsami, wzięła  pod  rękę  Michaiła  i  zaczęła z 

uwagą  studiować  jego  dzieło.  -  Mam  nadzieję,  że  będę  pracować  z  Nickiem  nad  jego 

najnowszym musicalem - zauważyła niby mimochodem. 

-  O?  -  Michaił  podniósł  brwi.  Ten  mężczyzna,  otoczony  przez  kobiety,  doskonale 

wyczuwał je i rozumiał. - Pisać słowa do jego muzyki? 

- Tak. Stworzymy dobry zespół, nie sądzisz? 

- Owszem, ale to nie to, o czym myślę, prawda? 

- Uśmiechnął się na widok jej kwaśnej miny. - Nasz Nick potrafi być uparty. Jak coś 

sobie wbije do głowy, to trudno mu to wybić. Mogę spróbować, chcesz? 

-  Myślę,  że  nie  będzie  takiej  potrzeby,  ale  trzymam  cię  za  słowo  -  roześmiała  się. 

Michaił przyjrzał jej się bacznie. Nie jest już dzieckiem, zauważył w duchu. - Jestem dobra, 

wujku. Mam muzykę we krwi, tak jak ty swoją sztukę. 

- A więc skoro wiesz, czego chcesz... 

-  Znajdę sposób, żeby  to mieć. -  Zdziwiona własnym tupetem wzruszyła  ramionami. 

To też miała w krwi. - Chcę pracować z Nickiem. Chcę mu pomóc. I zrobię to. 

- A czego chcesz ode mnie? 

-  Poparcia  rodziny,  jeśli  to  będzie  potrzebne,  choć  myślę,  że  uda  mi  się  go  samej 

przekonać. - Odgarnęła włosy gestem, który przypomniał Michaiłowi siostrę. 

-  A  teraz  potrzebuję  rady  co  do  mieszkania.  Może  ciocia  Sydney  pomoże  mi  coś 

znaleźć. 

background image

- Może, ale przecież u nas jest masa miejsca. Wiesz, jak dzieci cię lubią, a Sydney... - 

Zauważył wyraz jej twarzy i westchnął. - Obiecałem twojej mamie, że ci zaproponuję, żebyś 

mieszkała u nas. Wiesz, jak Natasza się martwi. 

- Nie ma powodu. Ona i tatuś zrobili dobrą robotę, wychowując kogoś niezależnego - 

kontynuowała,  nie  dając  mu  dojść  do  słowa.  -  Jakieś  niewielkie  mieszkanie,  wujku.  Poproś 

tylko  ciocię,  żeby  zadzwoniła  do  mnie  do  Waldorf.  Może  pójdziemy  razem  na  lunch,  jeśli 

będzie miała czas. 

- Zawsze ma dla ciebie czas. Jak my wszyscy zresztą. 

- Wiem. I mam zamiar to wykorzystać. Muszę mieć mieszkanie jak najprędzej. Zanim 

-  dodała  z  błyskiem  w  oku  -  babcia  zacznie  spiskować,  żebym  wprowadziła  się  do  nich  na 

Brooklyn.  No,  muszę  lecieć.  -  Pocałowała  go  w  policzek.  -  Mam  jeszcze  parę  spotkań.  - 

Skierowała się do drzwi. - Aha, jak będziesz rozmawiać z mamą, powiedz jej, że próbowałeś. 

Odwróciła się na pięcie i już jej nie było. Skinęła na taksówkę. A teraz, gdy zrobiła już 

początek,  kazała  taksówkarzowi  zawieźć  się  do baru  Zacka  i  zaczekać.  Podeszła  do tylnego 

wejścia i nacisnęła dzwonek. W chwilę później w domofonie rozległ się zaspany głos Nicka. 

- Jeszcze w łóżku? - spytała słodkim głosem. - Starzejesz się, Nicholas. 

- Freddie? Która, do diabła, godzina? 

- Dziesiąta, ale kto by Uczył godziny. Po prostu wpuść mnie do środka. Mam coś dla 

ciebie. Zostawię to na dole. 

Zaklął. Usłyszała, że coś upadło na podłogę. 

- Już schodzę - powiedział. 

- Nie, nie przeszkadzaj sobie. - Bała się, że nie zdoła się opanować na jego widok, na 

wpół rozbudzonego, jeszcze ciepłego ze snu. - Nie mam czasu. Tylko mnie wpuść, a potem 

zadzwoń, jak zobaczysz, co ci przyniosłam. 

- Co to jest? - zaciekawił się, otwierając drzwi. Freddie nie odpowiedziała. Wbiegła do 

ś

rodka, rzuciła na stół w kuchni teczkę ze swoimi tekstami i wybiegła. 

-  Wybacz,  że  cię  obudziłam!  -  zawołała  jeszcze  przez  domofon.  -  Jeśli  masz  dzisiaj 

czas, możemy pójść razem na kolację. Do zobaczenia. 

- Co, do diabła! Zaczekaj! 

Ale  ona  już  wsiadała  do  taksówki.  Zagłębiła  się  na  tylnym  siedzeniu,  odetchnęła 

głęboko i zamknęła oczy. Jeśli on jej nie zechce, jej talentu, poprawiła się w duchu, znajdzie 

się z powrotem w punkcie wyjścia. 

Myśl pozytywnie, upomniała siebie. Wyprostowała się, podniosła głowę. 

- Do Gucciego, proszę - rzuciła. 

background image

Jeśli  kobietę  czeka  randka  z  mężczyzną,  którego  zamierza  poślubić,  to  koniecznie 

musi sobie kupić nową suknię. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

Zanim  Nick  znalazł  i  wciągnął  dżinsy,  po  czym  zbiegł  na  dół,  Freddie  zdążyła  już 

odjechać. Na stole kuchennym leżała teczka, którą mu zostawiła. 

Co  też  temu  dzieciakowi  chodzi  po  głowie?  -  zastanawiał  się.  Budzi  go  skoro  świt, 

zostawia w kuchni tajemnicze papiery i znika bez słowa wyjaśnienia. Zaklął pod nosem, wziął 

teczkę i powlókł się z powrotem na górę. Musi się koniecznie napić kawy. 

Ostrożnie  stąpał  między  rozłożonymi  na  podłodze  gazetami,  częściami  garderoby, 

nutami.  Rzucił  teczkę  Freddie  na  blat  i  podszedł  do  ekspresu  do  kawy.  Musiał  się  bardzo 

skupić, żeby przypomnieć sobie, jak on działa. 

Nie był rannym ptaszkiem i nagle wyrwany ze snu z trudem zbierał myśli. 

Zaparzył kawę i zajrzał do lodówki. W barze Zacka nie podawano śniadań. Rio nie dał 

się  namówić,  by  je  przygotowywać,  a  więc  Nick  był  zdany  na  siebie.  W  lodówce  znalazł 

tylko resztkę mleka. Nawet płatki się skończyły. 

Zadowolił się więc kawą i papierosem. 

Usiadł i otworzył teczkę pozostawioną przez Freddie. Był bardzo ciekaw, co takiego 

mogło  skłonić  ją  do  tego,  by  budzić  go  o  tak  wczesnej  porze.  Nawet  bogate  dzieciaki  z 

małych  miast  powinny  wiedzieć,  że  bary  zamyka  się  bardzo  późno.  A  kiedy  Nick  zmieniał 

brata, rzadko kładł się spać przed trzecią nad ranem. 

Ziewnął i wyłożył zawartość teczki na stół. Zobaczył starannie wydrukowane kartki z 

nutami.  Ten  dzieciak  wbił  sobie  do  głowy,  że  będziemy  razem  pracować,  pomyślał.  Znał 

Freddie dostatecznie długo, by  wiedzieć, że jeśli coś postanowi, nie da sobie tego tak łatwo 

wyperswadować. 

Cóż,  na  pewno  ma  talent,  zamyślił  się.  Trudno  byłoby  się  spodziewać,  że  córce 

Spencera  Kimballa  słoń  nadepnął  na  ucho.  Ale  nie  wyobrażał  sobie  współpracy  z 

kimkolwiek. Owszem, dobrze mu się pracowało z Lorreyem, lecz Lorrey nie był jego krew-

nym. I nie pachniał tak słodko i kusząco jak grzech. 

Opamiętaj  się,  LeBeck,  upomniał  sam  siebie.  Odgarnął  włosy  z  czoła  i  sięgnął  po 

pierwszą kartkę. W końcu może chyba zrobić choć tyle dla swojej kuzyneczki. Przynajmniej 

zerknąć na jej pracę. 

Popatrzył i zmarszczył brwi. To była jego muzyka. Coś, czego nie dokończył, coś nad 

czym  pracował  podczas  jednego  ze  swoich  pobytów  w  Wirginii  Zachodniej.  Pamiętał,  jak 

siedział  przy  fortepianie  w  pokoju  muzycznym  w  tym  dużym  domu  z  kamienia,  a  Freddie 

background image

stała  obok  niego.  Kiedy  to  było?  Ostatniego  lata?  Przedostatniego?  Nie  mógł  sobie 

przypomnieć momentu, kiedy wyrosła tak nagle, że zaczynał odczuwać pewien niepokój, gdy 

opierała się o niego czy patrzyła z ukosa tymi niewiarygodnie dużymi szarymi oczami. 

Nick  potrząsnął  głową,  potarł  policzki  i  ponownie  skoncentrował  się  na  muzyce. 

Wygładziła ją, stwierdził, ale trochę zjeżył się na myśl, że ktoś majstrował nad jego dziełem. I 

dodała pełne poezji, romantyczne słowa, które znakomicie współgrały z nastrojem muzyki. 

„Na  zawsze  ty”.  Taki  tytuł  dała  piosence.  Kiedy  muzyka  rozbrzmiała  mu  w  głowie, 

zostawił niedopitą kawę, zebrał nuty, przeszedł do pokoju i usiadł przy pianinie. 

Dziesięć  minut  później  dzwonił  do  hotelu  Waldorf,  by  zostawić  pierwszą  z  wielu 

wiadomości dla panny Frederiki Kimball. 

Wróciła  do  hotelu  dopiero  późnym  popołudniem  w  świetnym  nastroju,  niosąc  liczne 

torby  z  zakupami.  Spędziła  bardzo  miły  dzień.  Najpierw  chodziła  po  sklepach,  w  południe 

zjadła  lunch  z  Rachel  i  Bess,  a  potem  kontynuowała  zakupy.  Wcisnęła  wszystkie  torby  do 

szafy i podeszła do telefonu. O tej porze na pewno zastanie już w domu kogoś z rodziny, jeśli 

nie wszystkich. 

Zauważyła  mrugające  światełko  na  sekretarce,  ale  zanim  zdążyła  wcisnąć  przycisk, 

rozległ się dzwonek telefonu. 

- Halo! - Podniosła słuchawkę. 

- Do diabła, Fred, gdzie ty się podziewałaś? Uśmiechnęła się, słysząc głos Nicka. 

- Tu i tam, a co? 

-  Interesujące  zajęcie.  Cały  dzień  usiłuję  cię  złapać.  Już  miałem  dzwonić  do  Aleksa, 

ż

eby zaczęto cię szukać. - Wyobraził ją sobie porwaną, pobitą, zmaltretowaną. 

Freddie ściągnęła buty. 

- Gdybyś to zrobił, powiedziałby ci, że spędziłam parę godzin na lunchu z jego żoną. 

Ale, ale... w czym problem? 

- Problem? Nie, dlaczego od razu problem... - W jego głosie słychać było sarkastyczne 

tony. - Zrywasz mnie na równe nogi skoro świt... 

- Po dziesiątej - sprostowała. 

-  A  potem  znikasz  na  cały  dzień  -  ciągnął.  -  Przypominam  ci,  że  coś  tam  wołałaś, 

ż

ebym do ciebie zadzwonił. 

- Owszem. - Starała się zachować obojętność, szczęśliwa, że Nick nie może zobaczyć 

nadziei rysującej się na jej twarzy. - Przejrzałeś nuty, które ci zostawiłam? 

Otworzył usta, ale milczał przez chwilę, starając się nie okazywać emocji. 

background image

- Rzuciłem na nie okiem. - Spędził całe godziny na czytaniu ich, studiowaniu, graniu. - 

Niezłe, zwłaszcza w części, którą ja napisałem. 

Mimo że nie mógł jej widzieć, podniosła hardo brodę. 

-  To  jest  o  wiele  lepsze  niż  niezłe,  szczególnie  te  części,  które  ja  dokończyłam  - 

oświadczyła, nie kryjąc dumy. - A co powiesz o słowach? 

Były  pełne  poezji,  zadumy,  ale  i  humoru  i  wywarły  na  nim  większe  wrażenie,  niż 

chciałby to przyznać. 

- Masz lekkie pióro, Fred. 

- O, dodajesz mi otuchy. 

-  No  więc:  są  dobre.  To  chciałaś  usłyszeć?  -  Wziął  głęboki  oddech.  -  Nie  wiem,  co 

chcesz, żebym z tym zrobił, ale... 

- Może pogadamy, co? Masz dziś czas? Zastanawiał się przez chwilę nad spotkaniem, 

które miał tego wieczoru, pomyślał o muzyce i uznał, że wszystko inne się nie liczy. 

- Nie mam nic takiego w planie, z czego nie mógłbym zrezygnować - odpowiedział w 

końcu. 

Ciekawe, mówi o pracy czy o kobiecie? - przemknęło Freddie przez głowę. 

- Świetnie, a więc zapraszam cię na kolację. Bądź w hotelu o wpół do ósmej. 

- Posłuchaj, dlaczego nie możemy... 

-  Przecież  musimy  coś  zjeść,  prawda?  Włóż  garnitur.  Niech  to  będzie  uroczyste 

wyjście. A więc o wpół do ósmej. - Freddie zagryzła wargi i odłożyła słuchawkę, zanim Nick 

zdążył zaprotestować. 

Zdenerwowana  usiadła  na  poręczy  fotela.  A  więc  zadziałało,  pomyślała.  Wszystko 

idzie według jej planu, nie ma powodów do zdenerwowania. Żadnych, absolutnie żadnych. 

Zacznie podrywać i uwodzić mężczyznę, którego kochała prawie przez całe życie. A 

jeśli jej się nie uda, będzie miała złamane serce, będzie upokorzona, a wszystkie jej nadzieje i 

marzenia legną w gruzach. 

Na razie jednak nie ma powodów do paniki. 

Ż

eby  sobie  dodać  odwagi,  podniosła  słuchawkę  i  zadzwoniła  do  domu.  Na  dźwięk 

znajomego głosu od razu wyzbyła się wszelkich obaw. 

- Mamo, to ja - odezwała się z uśmiechem. 

O  wpół  do  ósmej  Nick  krążył  po  holu  hotelu  Waldorf.  Nie  był  zbyt  szczęśliwy  z 

wyboru miejsca. Nie cierpiał garniturów, nie cierpiał luksusowych restauracji i napuszonych 

kelnerów.  Gdyby  Freddie  dała  mu  wybór,  zaproponowałby  ich  bar,  w  którym  mogliby 

spokojnie porozmawiać. 

background image

Oczywiście, od kiedy odniósł sukces na Broadwayu, musiał od czasu do czasu bywać 

na spotkaniach i imprezach, które wymagały oficjalnego stroju. Nie lubił tego jednak i starał 

się w miarę możliwości unikać takich okazji. Wciąż pragnął tylko tego, co zawsze - móc w 

spokoju pisać i grać swoją muzykę. 

Zmierzył  wzrokiem  jednego  z  portierów,  który  najwyraźniej  uznał  go  za  kogoś 

podejrzanego. 

Do  diabła,  ma  rację,  pomyślał  Nick  z  rozbawieniem.  Zack  i  Rachel  z  resztą  rodziny 

Stanislaskich  uratowali  go  wprawdzie  przed  więzieniem  i  pozostaniem  przez  całe  życie  na 

pograniczu  prawa,  ale  wciąż  jeszcze  było  w  nim  coś  z  buntownika,  z  samotnego  chłopca, 

przez nikogo nie rozumianego. 

Jego  przyrodni  brat,  Zack,  kupił  mu  przed  ponad  dziesięciu  laty  pierwsze  pianino  i 

Nick wciąż pamiętał szok, jaki przeżył, i zdziwienie, że ktoś go zrozumiał i zechciał spełnić 

jego nie wypowiedziane marzenie. Nigdy nie zapomni, ile zawdzięcza bratu, nigdy nie spłaci 

do końca długu, jaki wobec niego zaciągnął. 

Oczywiście, że to już przeszłość. Zmienił się, nie ściągał już na siebie kłopotów. Nie 

zrobiłby  już  niczego,  co  mogłoby  przynieść  wstyd  rodzinie,  która  go  zaakceptowała.  Wciąż 

jednak  był  Nickiem  LeBeck,  byłym  złodziejaszkiem,  zbuntowanym  artystą  i  włóczęgą, 

dzieciakiem, który pierwszy raz spotkał byłą obrońcę z urzędu, Rachel Stanislaski, w areszcie 

policyjnym. 

Garnitur  stanowił  tylko  cienką  warstwę  oddzielającą  przeszłość  od  teraźniejszości. 

Poprawił  krawat  z  wyraźnym  wstrętem.  Nieczęsto  wracał  myślami  do  przeszłości,  dopiero 

Freddie wywołała napływ wspomnień. 

Kiedy  ją  poznał,  miała  trzynaście  lat  i  przypominała  laleczkę  z  porcelany.  Pełna 

wdzięku, słodka, niewinna. Oczywiście, że ją kochał, tak jak się kocha kogoś z rodziny. Nie 

zmienił tego fakt, że z czasem stała się kobietą. Wciąż jednak był starszym od niej o sześć lat 

kuzynem. 

Jednak kobieta, która wysiadła teraz w windy, nie wyglądała na niczyją kuzynkę. Co, 

u diabła, zrobiła ze sobą? 

Nick  włożył  ręce  do  kieszeni  i  patrzył  na  nią  z  ukosa,  gdy  szła  przez  hol  w  krótkiej 

obcisłej sukience o barwie dojrzałych moreli. Upięła wysoko włosy, odsłaniając w ten sposób 

smukłą szyję i delikatne ramiona. W uszach błyszczały kolczyki z perełkami, a w zagłębieniu 

między piersiami spoczywała broszka z szafiru w kształcie łzy. 

Zna te wszystkie kobiece sztuczki, pomyślał Nick, gdy uśmiechnęła się do niego. 

background image

-  Witaj  -  powiedziała,  całując  go  w  kącik  ust.  -  Mam  nadzieję,  że  nie  czekałeś  zbyt 

długo. Wyglądasz wspaniale. 

- Nie wiem, dlaczego mieliśmy się dzisiaj tak stroić. Tylko po to, żeby coś zjeść? 

- Po to, żebym mogła włożyć nową sukienkę. - Obróciła się dokoła. - Podoba ci się? 

- Niezła. Ale możesz się przeziębić. Powstrzymała się, by nie parsknąć złością. 

- Nie sądzę, żebym się przeziębiła. Przed hotelem czeka samochód.  - Wzięła go pod 

rękę i poprowadziła do lśniącej, czarnej limuzyny. 

- Wynajęłaś samochód? Żeby pojechać na kolację? 

-  Miałam  taki  kaprys.  -  Uśmiechnęła  się  do  kierowcy  i  wśliznęła  do  środka.  Wdać 

było, że przywykła do luksusów. - To moja pierwsza randka w Nowym Jorku. 

Powiedziała  to  takim  tonem,  jakby  spodziewała  się  jeszcze  wielu  randek  z  wieloma 

mężczyznami. Nick odchrząknął i zajął miejsce obok niej. 

- Nigdy nie zrozumiem bogaczy - stwierdził. 

-  Też  nie  należysz  do  biednych  -  przypomniała  mu.  -  Twój  musical  idzie  na 

Broadwayu już drugi rok, dostałeś nominację do Tony'ego, przygotowujesz drugą sztukę. 

Wzruszył ramionami, zażenowany świadomością sukcesu finansowego. 

- Nie mam zwyczaju jeździć wynajętymi limuzynami - mruknął. 

-  No  to  masz  okazję.  -  Freddie  rozsiadła  się  wygodnie,  czując  się  jak  Kopciuszek  w 

drodze na bal. - W niedzielę spotykamy się na obiedzie u babci - wyjaśniła. 

- Tak, pamiętam. 

- Nie mogę się doczekać, kiedy zobaczę ich wszystkich i dzieciaki. Wstąpiłam rano do 

galerii wujka Miszy. Widziałeś rzeźbę cioci Sydney z dziećmi? 

-  Tak.  -  Nick  uśmiechnął  się  z  rozrzewnieniem.  Niemal  zapomniał,  że  ma  na  sobie 

garnitur i jedzie czarną limuzyną. - Jest przepiękna. A niemowlę kapitalne. Wiesz, że Bess ma 

następne? 

- Powiedziała mi podczas lunchu. Nie sposób powstrzymać tych Ukraińców. Dziadek 

znów musi kupować te gumisie, które zresztą uwielbia. 

- Nie martw się o zęby - powiedział Nick, naśladując akcent Jurija. - Wszystkie moje 

wnuki mają zęby z żelaza. 

Freddie  roześmiała  się.  Przysunęła  się  trochę  bliżej,  tak  że  kolanem  niby  niechcący 

dotknęła kolana Nicka. 

- Niedługo rocznica ich ślubu. 

- W przyszłym miesiącu. 

background image

-  Zastanawialiśmy  się,  czy  nie  urządzić  uroczystego  przyjęcia.  Można  by  wynająć 

jakąś salę, choćby w hotelu, ale w końcu doszliśmy do wniosku, że oni woleliby coś bardziej 

zwyczajnego, skromniejszego. Może w waszym barze? 

- Oczywiście, nie ma problemu. Będzie o wiele zabawniej niż w jakimś Hiltonie czy 

innym Holidayu. - A ja nie będę musiał się wbijać w ten cholerny garnitur, dodał w duchu. - 

Rio zajmie się kuchnią. 

- A ty ze mną muzyką. 

- Czemu nie... - Przyjrzał się jej uważnie. 

-  Myśleliśmy  o  kupieniu  wspólnego  prezentu,  od  nas  wszystkich.  Wiesz,  że  babcia 

zawsze marzyła o podróży do Paryża? 

- Nadia? - Uśmiechnął się na tę myśl. - Nie. Skąd wiesz? 

-  Powiedziała  niedawno  mamie.  Właściwie  tylko  napomknęła,  jak  to  ona.  Po  prostu, 

ż

e zawsze się zastanawiała, czy jest tam tak romantycznie, jak śpiewają w piosenkach. A więc 

pomyśleliśmy,  że  możemy  im  zafundować  wycieczkę  na  dwa  tygodnie,  kupić  bilety  na 

samolot, wynająć apartament u Ritza. 

- Wspaniały pomysł. Jurij i Nadia w Paryżu... 

- A ty dokąd zawsze chciałeś pojechać? - spytała Freddie, gdy limuzyna zatrzymała się 

przed restauracją. 

-  Hm.  -  Nick  wysiadł  z  samochodu  i  podał  jej  rękę.  -  Sam  nie  wiem.  Najlepszym 

miejscem,  w  jakim  byłem,  jest  Nowy  Orlean.  Nieprawdopodobna  muzyka.  Możesz  stanąć 

sobie po prostu na rogu ulicy i zewsząd ją słyszysz. Na Karaibach też nie jest źle. Pamiętasz, 

jak popłynąłem tam z Zackiem i Rachel? Boże, to było jeszcze zanim urodziły się dzieciaki. 

- Przysłałeś mi kartkę z Saint Martin - bąknęła. 

- To był mój pierwszy wyjazd. Zack uznał, że jako załogant nadaję się najbardziej na 

balast, a więc koniec końców wylądowałem w kuchni. Cała drogę narzekałem, ale w ogóle to 

byłem zachwycony. 

Weszli do środka. Restauracja była elegancka i przytulna, dyskretnie oświetlona. 

-  Kimball  -  rzuciła  Freddie  kierownikowi  sali,  który  zaprowadził  ich  do  stolika  w 

ustronnym miejscu. 

Idealny  wybór,  uznała.  Świece  w  srebrnych  kandelabrach  na  pokrytych  białymi 

lnianymi obrusami stolikach, zapach dobrego jedzenia, blask szlachetnego szkła. Nick może 

nie zdaje sobie sprawy, że jest uwodzony, ale ona uważała, że robi to najlepiej, jak umie. 

- Napijemy się wina? - spytała. 

background image

-  Oczywiście.  -  Wziął  kartę  oprawioną  w  skórę.  Lata  pracy  w  barze  nauczyły  go 

bezbłędnie rozpoznawać dobre roczniki. Przestudiował listę win i potrząsnął głową na widok 

obłędnych cen. Cóż, to przyjęcie Freddie. 

- Sancerre rocznik 88 - powiedział do kelnera czekającego na zamówienie. 

- Tak, proszę pana. Doskonały wybór - odparł ten z zawodową uprzejmością. 

-  Wyobrażam  sobie,  wnosząc  z  trzystuprocentowej  marży.  -  Słysząc  to,  Freddie  z 

trudem tłumiła śmiech, a kelner milczał z godnością. Nick oddał mu kartę i zapalił papierosa. 

- A więc co z mieszkaniem? Masz już coś? - zwrócił się do Freddie. 

- Dzisiaj nie miałam na to czasu, ale myślę, że Sydney coś mi znajdzie. 

-  Mieszkania  w  Nowym  Jorku  nie  znajduje  się  jak  z  bicza  strzelił.  Poza  tym  musisz 

uważać, żeby  cię nie wykiwano. Wielu tylko na  to czeka. Młoda dziewczyna z prowincji to 

niezły kąsek. Powinnaś pomyśleć raczej o zamieszkaniu na jakiś czas u kogoś z rodziny. 

- Potrzebujesz współlokatora? - Uniosła brwi. Popatrzył na nią zdziwiony. 

- Nie to miałem na myśli. 

- Właściwie nie byłby to zły pomysł. Skoro mamy razem pracować... 

- Chwileczkę. Nie uprzedzaj faktów. 

- Czyżbym to robiła? - Uśmiechnęła się znacząco. Kelner prezentował Nickowi wino. 

-  W  porządku.  -  Nick  niecierpliwie  machnął  ręką,  ale  nie  pozbył  się  kelnera,  dopóki 

nie dopełnił rytuału degustacji. Wręczył Freddie korek. Co jak co, ale wąchać go nie będzie. 

Aby przyspieszyć ceremoniał, wypił szybko na próbę łyk, który kelner nalał mu do kieliszka. 

- Świetne, dziękuję. 

Godnie  wyprężony,  kelner  nalał  wina  Freddie,  później  dopełnił  kieliszek  Nicka  i 

wstawił butelkę do srebrnego wiaderka. 

- A teraz posłuchaj - zaczął Nick. 

-  To  był  świetny  wybór  -  przyznała  Freddie,  delektując  się  pierwszym  łykiem.  - 

Wiesz,  że  w  pewnych  sprawach  mam  zaufanie  do  twojego  gustu,  Nicholas.  Ufam  ci  bez 

zastrzeżeń. Na przykład w sprawie win. - Podniosła kieliszek. - I w sprawie muzyki. Możesz 

nie  chcieć  tego  przyznać,  ale  twoja  mała  Freddie  jest  tak  samo  dobra  jak  ty.  I  jeśli  chcesz 

mieć ten musical, musisz uznać, że nadaję się do współpracy. 

-  Trudno  powiedzieć,  żebyś  była  tak  dobra  jak  ja,  dzieciaku,  ale  zła  nie  jesteś  - 

przekomarzał się. Stuknął kieliszkiem w jej kieliszek i na moment stracił wątek. W jej oczach 

było coś zagadkowego. Wydawało się, że kryją tajemnicę, której ona nie jest jeszcze gotowa z 

nim dzielić. - Tak czy inaczej, podobała mi się twoja robota. 

background image

- Och, panie LeBeck. - Zatrzepotała rzęsami, spuszczając skromnie wzrok. - Sama nie 

wiem, co powiedzieć. 

-  Zawsze  masz  dużo  do  powiedzenia.  Ten  kawałek,  „Na  zawsze  ty”,  bardzo  mi 

odpowiada. Myślę, że mógłbym go włączyć. 

-  Też  tak  myślę  -  uśmiechnęła  się.  -  Jako  córka  Spencera  Kimballa  mam  pewne 

kontakty.  Czytałam  libretto,  Nick.  Jest  cudowne.  Ta  historia  jest  uroczo  staroświecka  i 

współczesna zarazem. Ma piękny wątek miłosny, jest dowcipna, zabawna. A jeśli główną rolę 

zagra Maddy O'Hurley. 

- Skąd to wiesz? 

Znowu się uśmiechnęła, tym razem z widocznym zadowoleniem. 

- Kontakty. Mój ojciec pracował dla jej męża. Reed Valentine jest starym przyjacielem 

domu. 

- Kontakty - mruknął Nick. - To do czego ci jestem potrzebny? Możesz iść do samego 

Valentine'a. Ma pieniądze. 

-  Mogłabym  -  przyznała,  wydymając  wargi.  -  Ale  to  nie  w  moim  stylu.  -  Podniosła 

wzrok, ich spojrzenia się spotkały. - Chcę, żebyś ty chciał mnie, Nick. Jeśli nie zechcesz, nic 

z  tego  nie  wyjdzie.  -  Zamilkła  na  chwilę.  Czy  on  się  zorientuje,  że  nie  chodzi  jej  tylko  o 

muzykę,  lecz  również  o  jej  życie?  O  ich  życie.  -  Zrobię  wszystko,  żeby  cię  przekonać,  że 

mnie  chcesz.  A  później,  jeśli  popatrzysz  na  mnie  i  powiesz  mi  prosto  w  oczy,  że  się 

pomyliłeś, jakoś to przeżyję. 

Poczuł  niewytłumaczalny  ucisk  w  żołądku.  Coś  dziwnego,  niebezpiecznego, 

niechcianego.  Miał  nieprzepartą  chęć  przeciągnąć  dłonią  po  tym  aksamitnym,  delikatnym 

policzku. Nie zrobił tego jednak. Opanował się, odetchnął głęboko i zgasił papierosa. 

- W porządku, Fred, przekonałaś mnie. Napięcie, jakie czuła, zelżało. 

- Spróbuję, ale najpierw coś zamówmy. 

Wybrała  danie  na  chybił  trafił.  Za  bardzo  była  zaprzątnięta  tym,  co  i  jak  mu 

powiedzieć,  by  przejmować  się  czymś  tak  mało  ważnym  jak  jedzenie.  Pociągnęła  łyk  wina, 

obserwując, jak Nick naradza się z kelnerem. Kiedy skończył i popatrzył na nią, uśmiechała 

się. 

- O co chodzi? - spytał. 

- Właśnie sobie przypomniałam - pochyliła się i położyła dłoń na jego ręce - w jakich 

okolicznościach zobaczyłam cię po raz pierwszy. Wszedłeś do domu dziadków, gdzie zawsze 

był ruch i zamieszanie, i wyglądałeś, jakbyś dostał obuchem w łeb. 

background image

- Nigdy nie  widziałem czegoś takiego - przyznał z uśmiechem. - Nie wiedziałem, że 

może  w  ogóle  istnieć  taki  dom.  Wszyscy  się  śmieją  i  krzyczą,  dzieciaki  biegają,  wszędzie 

jedzenie. 

- A Katia od razu do ciebie podeszła i zażądała, żebyś ją wziął na ręce. 

- Twoja mała siostrzyczka zawsze miała na mnie oko. 

- Ja też. 

Zaczął się śmiać, ale nagle się zorientował, że to wcale nie jest śmieszne. 

- Daj spokój - zaprotestował. 

-  Naprawdę.  Jedno  spojrzenie  na  ciebie,  a  moje  serce  nastolatki  zaczynało 

niespokojnie  bić.  Miałeś  trochę  dłuższe  włosy  niż  teraz,  trochę  jaśniejsze.  W  uchu  nosiłeś 

kolczyk. 

Nick potarł płatek ucha. 

- Już go nie noszę. 

- Uważałam, że jesteś piękny, egzotyczny, jak oni wszyscy. 

Początkowe zakłopotanie tymi słowami ustąpiło miejsca zaciekawieniu. 

-  Rodzina  -  ciągnęła  dalej  Freddie.  -  Te  cudowne  twarze  przypominające  cygańskie, 

arystokratyczna  uroda  mojego  ojca,  nieskazitelna  piękność  Sydney,  niewiarygodna  męskość 

Zacka. 

Zack by się ucieszył, pomyślał Nick z rozbawieniem. 

- A potem poznałam ciebie. Byłeś skrzyżowaniem gwiazdy rocka z Jamesem Deanem 

- westchnęła rozmarzona. - Przepadłam z kretesem. Każda dziewczyna kiedyś traci głowę. Ja 

ją straciłam dla ciebie. 

- Cóż. - Nie bardzo wiedział, jak zareagować. - Chyba powinienem być dumny. 

- Oczywiście. Rzuciłam dla ciebie Bobby MacAroya i Harrisona Forda. 

-  Harrisona  Forda?  Nie  do  wiary.  -  Urwał  na  chwilę,  gdy  kelner  podał  przystawki.  - 

Ale kim u licha był Bobby MacAroy? - spytał. 

-  Najprzystojniejszym  chłopakiem  w  mojej  klasie.  Oczywiście  nie  miał  pojęcia,  że 

mam zamiar wyjść za niego za mąż i urodzić mu pięcioro dzieci. - Wzruszyła ramionami. 

- Jego strata. 

-  Żebyś  wiedział.  W  każdym  razie  tamtego  dnia  zupełnie  oniemiałam  i  musiałam 

nieźle się napracować, żeby  coś z siebie wykrztusić. Mała piegowata  Fred - zadumała się.  - 

Wśród tych wszystkich egzotycznych ptaków. 

-  Wyglądałaś  jak  z  porcelany  -  wymamrotał.  -  Mała  jasnowłosa  lalka  z  ogromnymi 

oczami. Pamiętam, że powiedziałem, że nie jesteś podobna do rodzeństwa, a ty wyjaśniłaś, że 

background image

Natasza jest twoją macochą. Zrobiło mi się ciebie żal. - Podniósł wzrok, zatapiając spojrzenie 

w  jej  przepastnych  oczach.  -  Bo  było  mi  żal  siebie,  też  byłem  bratem  przyrodnim.  A  ty 

siedziałaś taka poważna i powiedziałaś mi, że „przyrodni” to przecież tylko słowo. I że nie ma 

to żadnego znaczenia. Uderzyło mnie to, naprawdę. Po raz pierwszy mnie to uderzyło. I nagle 

odczułem różnicę. 

- Popatrz, nie wiedziałam. Wydawaliście się sobie tacy bliscy z Zackiem. 

-  Przez  długi  czas  próbowałem  go  nienawidzić.  Nie  do  końca  mi  się  to udawało,  ale 

bardzo się starałem i obrzydzałem życie nam obojgu. A potem zakochałem się w Rachel. 

- Co? Przecież... - Freddie dyplomatycznie zawiesiła głos i zajęła się jedzeniem. 

Teraz mógł już wspominać przeszłość bez żalu. 

- Tak. Miałem prawie dziewiętnaście lat. A ona była urzekająca, z tą wspaniałą figurą i 

niewiarygodnie  długimi  nogami.  W  swoim  młodzieńczym  zadufaniu  nie  rozumiałem, 

dlaczego miałaby mnie odrzucić. Zarumieniłaś się, Fred. 

Uśmiechnął się. 

- Ejże, każdy chłopak kiedyś traci głowę - powtórzył jej wcześniejsze słowa. - Byłem 

nieźle  wkurzony,  kiedy  się  dowiedziałem,  że  Rachel  i  Zack  ze  sobą  chodzą.  Czułem  się 

wystrychnięty na dudka. Uważałem, że zrobili ze mnie durnia. A później mi przeszło, bo było 

w  nich  coś  szczególnego.  I  w  końcu  dotarło  do  mnie,  że  ją  kochałem,  ale  nie  byłem  w  niej 

zakochany. Niezłe zakończenie, prawda? 

Zmierzyła go wzrokiem. 

-  Czy  ja  wiem?  Ale  wracając  do  naszych  baranów,  miałam  cię  przekonać,  że 

powinniśmy razem pracować. 

Nick  milczał  przez  chwilę,  czekając,  aż  kelner  uprzątnie  talerze  po  przystawkach  i 

poda główne danie. 

- Słucham - powiedział wreszcie, wznosząc kieliszek. 

Freddie nachyliła się. Owiał go zmysłowy zapach jej perfum. 

-  Mamy  ze  sobą  wiele  wspólnego,  w  różnych  dziedzinach.  W  naszej  przeszłości  jest 

wiele momentów podobnych. Jeszcze sprzed okresu, gdy ciebie poznałam. 

- Nie nadążam. Potrząsnęła niecierpliwie głową. 

-  Nie  ma  sensu  do  tego  wracać.  Ja  ciebie  znam,  Nicholas.  Lepiej  niż  ci  się  wydaje. 

Wiem, że twoja muzyka jest dla ciebie zbawieniem. 

Spochmurniał i nagle stracił zainteresowanie kolacją. 

- Mocno powiedziane. 

background image

- Ale trafione w dziesiątkę - dodała. - Sukces to dla ciebie produkt uboczny. Liczy się 

muzyka.  Pisałbyś  ją  i  grał  za  darmo,  gdyby  trzeba  było.  To  ona  pozwala  ci  się  w  życiu  nie 

zagubić,  nie  zejść  z  drogi.  Potrzebujesz  tej  muzyki  i  potrzebujesz  mnie,  żebym  napisała  do 

niej  słowa.  Bo  ja,  Nick,  jeśli  tylko  słyszę  muzykę,  słyszę  i  słowa.  Wiem,  co  chcesz 

powiedzieć przez swoją muzykę, ponieważ cię rozumiem. I ponieważ cię kocham. 

Obserwował ją, starając się oddzielić emocje od rozsądku. Musiał jednak przyznać, że 

miała rację. Nigdy nie był w stanie wyzbyć się emocji, komponując. Uczucia były pierwsze, a 

Freddie utrafiła w nie słowami, które napisała do jego muzyki, i słowami, które przed chwilą 

wypowiedziała. 

- Mocno powiedziane, Fred. 

- Mocno, ale to prawda. Stworzymy zespół, Nick. 

Jedyny  i  niepowtarzalny.  We  dwoje  zdziałamy  o  wiele  więcej  niż  każde  z  nas  w 

pojedynkę. 

Muzyka, którą grał tego ranka, dźwięczała mu w uszach, pamiętał każde słowo, które 

do niej napisała. „Zawsze byłeś ty i tylko ty. W moim sercu, w mojej duszy. Nie było nikogo 

przed tobą ani po tobie. Zawsze widziałam przed sobą twoją twarz. To ty przyprawiałaś mnie 

o łzy i śmiech”. 

Piosenka pełna tęsknoty, pomyślał, i pełna nadziei. Freddie ma rację, uznał. To jest to, 

czego potrzebował. 

-  Zgoda,  Fred.  Popracujemy  przez  jakiś  czas  i  zobaczymy,  co  z  tego  wyniknie.  Jeśli 

uda nam się stworzyć jeszcze dwie piosenki, zaniosę je producentom. 

Freddie nerwowo ściskała dłonie pod stołem. 

- A jeśli oni zatwierdzą materiał? 

- Jeśli zatwierdzą, zostajemy partnerami. - Podniósł kieliszek. - Umowa stoi? 

- O tak. - Wznieśli toast. - Stoi. 

Nie tylko wino spowodowało, że zakręciło jej się w głowie, gdy Nick odprowadzał ją 

po  kolacji  do  pokoju  hotelowego.  Oparła  się  plecami  o  drzwi,  roześmiała  i  popatrzyła  na 

niego rozpromienionym wzrokiem. 

- Będzie wspaniale. Jestem tego pewna. Odsunął jej delikatnie włosy z czoła. Dłoń mu 

drżała. 

- A więc do jutra. U mnie. Przynieś coś do jedzenia. 

- Będę skoro świt. 

- Zabiję cię, jeśli przyjdziesz przed dwunastą. Gdzie masz klucz, dzieciaku? 

- Tutaj. - Potrząsnęła mu przed nosem kluczem i wsunęła w zamek. - Chcesz wejść? 

background image

- Muszę jeszcze pójść do baru, zmienić Zacka. A potem... - urwał, tracąc wątek, gdy 

poczuł,  że  oplata  go  ramionami  -  trochę  się  przespać  -  dokończył,  pochylając  głowę,  by 

pocałować ją w policzek. 

Może  nie  szumiało  jej  w  głowie  dostatecznie,  ale  obróciła  się  tak,  że  ich  usta  się 

spotkały. Tylko na sekundę, ale się spotkały. Poczuła ich smak, delikatny dotyk jego warg i 

jego dłonie zaciskające się na jej ramionach. 

A później odwróciła się z zagadkowym uśmieszkiem. 

- Dobranoc, Nicholas - rzuciła. 

Nie  poruszył  się,  nie  drgnął  ani  jeden  jego  mięsień,  nawet  gdy  zatrzasnęła  mu  przed 

nosem  drzwi.  Słyszał  tylko  własny  oddech  i  bicie  własnego  serca.  Odwrócił  się  i  wolnym 

krokiem poszedł do windy. 

To przecież moja kuzynka, przypomniał sobie. Kuzynka, a nie jakaś seksowna laska, z 

którą można się przez chwilę zabawić. Nacisnął guzik. Zauważył, że lekko drży mu ręka. 

Jesteśmy  kuzynami,  powtórzył  raz  jeszcze.  Mamy  wspólną  rodzinę,  a  połączą  nas 

zależności zawodowe. Nie może o tym zapomnieć. W żadnym wypadku. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

 - Witaj, Rio. - Freddie weszła na zaplecze baru Zacka z torebką w jednej, a zakupami 

w drugiej ręce. 

- Witaj, laleczko. - Rio właśnie przygotowywał lunch. - Co tu robisz? 

- Pracujemy dzisiaj z Nickiem - odparła, wchodząc na schody. 

- Uważaj, żebyś nie musiała go za włosy wyciągać z łóżka. 

Freddie wzruszyła ramionami. 

-  Powiedział,  że  mam  przyjść  nie  wcześniej  niż  w  południe.  Jest  południe.  -  Co  do 

minuty, dodała w duchu, wchodząc na strome kręte schody. 

Stanąwszy  pod  drzwiami  mieszkania  Nicka,  zapukała  raz  i  drugi.  Odpowiedziała  jej 

cisza.  Poczekała  i  zapukała  jeszcze  raz.  No  dobrze,  Nicholas,  pomyślała,  trzeba  cię  będzie 

obudzić. Otworzyła drzwi i głośno oznajmiła swoje przybycie. 

W ciszy, jaka panowała w mieszkaniu, słyszała słaby szum wody. To prysznic, uznała 

i skierowała się do kuchni. 

Potraktowała  poważnie  słowa  Nicka  dotyczące  jedzenia.  Postawiła  na  stole  pudełko 

sałatki ziemniaczanej, zapiekankę z makaronem,  korniszony i kanapki.  Zajrzała do lodówki, 

by  sprawdzić,  co  jest  do  picia.  Znalazła  tylko  piwo  i  wodę.  Rozejrzawszy  się  po  kuchni, 

stwierdziła, że od dawna nikt tu nie sprzątał. 

Kiedy  w  parę  minut  później  Nick  wyszedł  z  łazienki,  zastał  ją  nad  zlewem  pełnym 

mydlin. 

- Co tu się dzieje? - zdziwił się. 

-  To  miejsce  woła  o  pomstę  do  nieba  -  oznajmiła,  nie  odwracając  głowy.  - 

Wstydziłbyś się tak mieszkać. Wyjęłam resztki z zamrażalnika. Trzeba to wyrzucić. 

Nick sięgnął po dzbanek do kawy. 

- Kiedy ostatni raz ścierałeś podłogę? - spytała. 

-  Chyba  we  wrześniu  tysiąc  dziewięćset  dziewięćdziesiątego.  -  Ziewnął  i  zamrugał 

powiekami  starając  się  przyzwyczaić  wzrok  do  światła  dziennego.  -  Przyniosłaś  coś  do 

jedzenia? - spytał, wsypując do dzbanka kawę. 

- Stoi na stole. Nie widać? 

Przyjrzał się krytycznie sałatce i kanapkom. 

- A gdzie śniadanie? 

- Przecież teraz jest pora lunchu - wycedziła przez zęby. 

background image

- Czas jest pojęciem względnym, Fred. - Wziął jednego korniszona. 

Odłożyła z hałasem ostatni talerz, jaki znalazła w zlewie. 

- Mógłbyś przynajmniej zrobić porządek w dużym pokoju - powiedziała. - Nie wiem, 

jak mamy pracować w takich warunkach. 

- Robię porządek w co trzecią niedzielę każdego miesiąca, trzeba czy nie. 

-  Nie  obchodzi  mnie,  kiedy  robisz  porządek.  Masz  zrobić  teraz.  -  Freddie  wzięła  się 

pod  boki  i  popatrzyła  na  niego  groźnie.  -  Nie  zamierzam  pracować  w  takim  bałaganie. 

Wszędzie porozrzucane rzeczy, pełno kurzu i śmieci. 

Oparł  się  o  stół  i  uśmiechnął.  Patrzył  na  jej  włosy  odgarnięte  do  tyłu,  na  chmurne 

oczy, zacięte usta. Wyglądała jak piękna bestia. 

- Rany, ależ ty jesteś ładna. 

- Wiesz, że nie lubię takiego gadania - prychnęła. 

- Wiem. 

Urwała kawałek papierowego ręcznika i wytarła ręce. 

- Na co się gapisz? - spytała. 

- Na ciebie. Czekam, aż zaczniesz się dąsać. Jesteś wtedy jeszcze ładniejsza. 

Miała ochotę się roześmiać, ale się powstrzymała. Nadal robiła groźną minę. 

- Tego już za wiele, Nick - ostrzegła. 

- Robię, co mogę, żebyś mną nie komenderowała tak jak Brandonem. 

- Wcale nim nie komenderuję. 

- Ależ komenderujesz. Jesteś bardzo apodyktyczna, maleńka. - Nick nalał sobie kawy. 

- Nie jestem. 

-  Apodyktyczna,  rozpieszczona  i  sprytna.  Freddie  głęboko  zaczerpnęła  powietrza. 

Postanowiła, że nie da się sprowokować. 

- Uważaj, bo oberwiesz. 

- To mi się podoba. - Nick wypił łyk kawy. - Jesteś bardzo bojowa. Tak bojowa, jak 

apodyktyczna. 

Z braku czegoś odpowiedniejszego chwyciła ręcznik i cisnęła nim w Nicka. 

-  Przyszłam  tutaj  pracować,  a  nie  wysłuchiwać  jakichś  bredni.  W  dodatku  mnie 

obrażasz. Jeśli tylko na to cię stać, to już mnie tu nie ma. 

Rzuciła  się  w  jego  stronę.  Była  wściekła.  Po  raz  pierwszy,  odkąd  przyjechała  do 

Nowego Jorku, poczuła, że ich stosunki znowu wróciły na dawną płaszczyznę. Starszy brat i 

mała kuzyneczka. Ze śmiechem chwycił ją za ramię i obrócił dokoła. 

- Daj spokój, Fred, nie szalej. 

background image

- Nie szaleję - odparła, szturchając go łokciem w żołądek. 

- No, dalej - zachęcał ją ze śmiechem. - Uderz mnie całym ciałem. 

Gdy  spróbowała  to  zrobić,  w  szamotaninie  nagle  stracili  równowagę.  Freddie  oparła 

się plecami o lodówkę. Trzymała Nicka za ramiona, on ją za biodra. Przestał się śmiać, gdy 

uzmysłowił  sobie,  że  przyciskają  całym  swoim  ciężarem.  Jej  oczy  ciskały  błyskawice,  były 

ogromne, a usta cudownie pełne. 

Freddie poczuła, że coś się w niej zmienia. Jakby osłabła... To było to, na co czekała, 

za  czym  tęskniła  -  mężczyzna  trzymający  w  ramionach  kobietę.  Instynktownie  przeciągnęła 

dłońmi w górę, do jego ramion. 

Cofnął  się  nagle,  uświadomiwszy  sobie,  że  mało  brakowało,  a  byłby  ją  pocałował.  I 

ten pocałunek nie miałby nic wspólnego z uczuciem braterskim. Przeciwnie, pocałowałby ją 

tak,  jak  spragniony  mężczyzna  całuje  spragnioną  kobietę.  I  zniszczyłby  tym  samym  coś 

więcej niż dziesięć lat zaufania. 

-  Nick  -  powiedziała  spokojnie,  niemal  prosząco.  Przestraszyłem  ją,  pomyślał  zły  na 

siebie. Cofnął ręce. 

- Przepraszam, nie powinienem był tak ci dokuczać. - Cofnął się i sięgnął po kubek z 

kawą. 

-  W  porządku.  -  Usiłowała  się  uśmiechnąć.  -  Jestem  do  tego  przyzwyczajona,  ale 

wciąż chciałabym, żebyś tu trochę posprzątał. 

Skrzywił się w odpowiedzi. 

-  To  moje  mieszkanie,  mój  bałagan,  moje  pianino  -  oświadczył.  -  Będziesz  musiała 

przywyknąć. Zastanowiła się przez chwilę, po czym skinęła głową na znak zgody. 

-  Dobrze.  A  kiedy  ja  będę  już  miała  mieszkanie  i  fortepian,  będziemy  pracować  u 

mnie. 

-  Może.  -  Wziął  widelec  i  zabrał  się  do  sałatki  ziemniaczanej.  -  Możesz  weźmiesz 

sobie kawy i pogadamy o mojej pracy? 

- O naszej pracy - skorygowała, biorąc dzbanek. 

- Nie zapominaj, że jesteśmy partnerami. 

Siedzieli  w  kuchni  od  godziny,  dyskutując,  analizując  i  omawiając  temat  musicalu 

„Kiedyś,  dziś,  zawsze”.  Akcja  miała  obejmować  dziesięć  lat,  od  młodzieńczej  miłości  po 

pochopne  małżeństwo,  jeszcze  bardziej  pochopny  rozwód,  by  wreszcie  skończyć  się 

dojrzałym, spełnionym związkiem. 

Nareszcie szczęśliwi, uznała Freddie. 

Wyboista droga, pomyślał Nick. 

background image

Oboje zgodzili się, że te dwa punkty widzenia dodadzą pikanterii ich pracy i siły ich 

muzyce. 

-  Ona  go  kocha  -  powiedziała  Freddie,  kiedy  usiedli  do  pianina.  -  Od  pierwszego 

wejrzenia. 

-  Ona  jest  po  prostu  zakochana,  bo  chciała  się  w  kimś  zakochać.  -  Nick  nastawił 

magnetofon.  -  Oboje  są  młodzi  i  głupi.  To  jedyne  cechy,  które  czynią  te  postaci 

przekonującymi, sympatycznymi i prawdziwymi. 

- Hm - bąknęła. 

-  Posłuchaj.  -  Usiadł  obok  niej,  ich  biodra  niemal  się  stykały.  -  Zaczyna  się  sceną 

zbiorową. Jest dużo ruchu, świateł, krzątaniny. Wszyscy się gdzieś spieszą. 

Przerzucił  kartki  i  z  jakimś  rodzajem  wewnętrznego  radaru  nieomylnie  wybrał  tę, 

której szukał. 

-  Chcę  ogłuszyć  publiczność  chaosem  i  zamieszaniem.  -  Nastawił  syntezator  stojący 

tuż za nim. - I energią młodości. 

- Oni dosłownie na siebie wpadają. 

- Tak. W tym miejscu. 

Zaczął  grać.  Pierwsze  nuty  zgrzytały,  budząc  zmysły.  Freddie  zamknęła  oczy  i  cała 

zamieniła się w słuch. 

Szybkie,  pełne,  chwilami  ostre  dźwięki.  O  tak,  wyczuwała,  o  co  mu  chodziło. 

Niecierpliwość, zaabsorbowanie sobą. Szybko, zejdź mi z drogi. Oczami wyobraźni widziała 

scenę  zapełnioną  tancerzami  poruszającymi  się  w  pozornym  nieładzie,  spieszącymi  dokądś, 

rozgorączkowanymi. 

- Tutaj trzeba dać więcej instrumentów dętych - mruknął Nick. Zapomniał o obecności 

Freddie, całkowicie pochłonięty komponowaniem. 

- Zaczekaj - wtrąciła się. 

- Chcę tylko dodać trochę dętych. Potrząsnęła głową i położyła dłonie na klawiaturze. 

Zaczęła nucić. 

- Chwileczkę - rzuciła. - Muszę sobie to wszystko wyobrazić, muszę to zobaczyć. 

Miała czysty głos. To dziwne, ale niemal o tym zapomniał. Był niski, kojący, a przy 

tym pełen siły. Nadspodziewanie zmysłowy. 

- Szybka jesteś - zauważył. 

- Jestem dobra. - Nie przerywała gry, oczami wyobraźni widziała scenę, w głowie już 

układała  słowa.  -  Musi  być  chór,  dużo  głosów,  punkt  i  kontrapunkt,  z  duetem  między 

background image

poszczególnymi partiami chóru. On idzie swoją drogą, ona swoją. Słowa powinny pokrywać 

się i łączyć, pokrywać i łączyć. 

-  Tak.  -  Włączył  syntezator.  -  To  świetny  pomysł.  Rzuciła  mu  długie,  powłóczyste 

spojrzenie. 

- Wiem. 

Ponad trzy  godziny minęły, zanim uporali się z początkowymi scenami.  Wypili przy 

tym  aż  dwa  dzbanki  kawy,  co  Nickowi  dodało  energii,  ale  Freddie  nalegała,  by  poszedł  do 

baru  i  przyniósł  jej  wodę  mineralną.  Kiedy  została  sama,  zrobiła  niewielką  zmianę  w 

partyturze. Właśnie miała przegrać ten fragment, gdy zadzwonił telefon. 

- Halo? - Podniosła słuchawkę. 

- Dzień dobry. Jest może Nick? 

Niski, zmysłowy, południowy głos kobiecy sprawił, że zesztywniała. 

- Zaraz wróci. Zszedł do baru. 

-  Poczekam,  jeśli  nie  masz  nic  przeciwko  temu.  Jestem  Lorelie  -  przedstawiła  się 

kobieta. 

Freddie ściągnęła brwi. 

- Cześć, Lorelie. Jestem Fred. 

- Kuzyneczka Nicka? 

- Owszem - wycedziła Freddie przez zęby. - Mała kuzyneczka. 

- Jakże się cieszę, kochanie. - Ze słuchawki płynęła sama słodycz. - Nick mówił mi, że 

spędził  z  tobą  wczorajszy  wieczór.  Nie  miałam  nic  przeciwko  temu,  choć  odwołał  nasze 

spotkanie. W końcu jesteście rodziną. 

Do diabła, domyślałam się, że chodzi o kobietę, i zaklęła w duchu Freddie. 

- Jesteś niezwykle wyrozumiała, dziękuję - odpowiedziała. 

-  Och  wiesz,  taka  młoda  dziewczyna  jak  ty,  sama  Nowym  Jorku,  potrzebuje 

mężczyzny,  który  by  się  nią  opiekował.  Ja  jestem  tu  od  pięciu  lat  i  wciąż  jeszcze  się  nie 

przyzwyczaiłam do tego miasta, do ludzi. Wszyscy wciąż się gdzieś spieszą, za czymś gonią. 

- Niektórzy mniej, inni bardziej - zauważyła Freddie. - A skąd ty pochodzisz, Lorelie? 

- spytała, siląc się na uprzejmość. 

-  Z  Atlanty,  kochanie.  Tam  się  urodziłam  i  wychowałam.  Ale  teraz  muszę  mieszkać 

tutaj, z tymi jankesami. Tutaj mam większe szanse, pokazy mody, telewizja. 

- Jesteś modelką? - zdziwiła się Freddie. 

-  Tak,  ale  ostatnio  grałam  bez  przerwy  w  reklamach  telewizyjnych.  To  okropne 

zajęcie, czujesz się jak wymaglowana, jeśli wiesz, co mam na myśli. 

background image

- Wyobrażam sobie. 

-  Właśnie  przy  tej  okazji  poznałam  Nicka.  Wstąpiłam  któregoś  dnia  do  baru, 

wykończona  po  nagraniu.  Poprosiłam,  żeby  przyrządził  mi  coś  chłodnego  i  długiego.  A  on 

powiedział, że sama  wyglądam jak  coś  chłodnego i długiego. -  Lorelie roześmiała się perli-

ś

cie. - Czyż Nick nie jest słodki? 

Freddie obejrzała się za siebie. Słodki Nick właśnie wchodził do pokoju obładowany 

butelkami z wodą. 

- Ależ jest. Zawsze tak o nim w domu mówimy - zapewniła. 

-  Cóż,  myślę,  że  to  dobrze,  że  Nick  będzie  się  opiekował  swoją  małą  kuzyneczką  w 

czasie  jej  pierwszego  pobytu  w  dużym  mieście.  Też  pochodzisz  z  południa,  prawda, 

kochanie? 

- Owszem, Lorelie. Jesteśmy praktycznie siostrami. Ale oto nasz słodki Nick. 

Z niebezpiecznie łaskawym wyrazem twarzy wyciągnęła ku niemu słuchawkę. 

- Twój kwiat magnolii przy telefonie - oznajmiła. 

Postawił butelki na podłodze i wziął słuchawkę. 

- Lorelie? 

Słuchał, od czasu do czasu zerkając ku Freddie. 

-  Tak,  jest,  nie,  to  w  Wirginii  Zachodniej.  Tak,  dość  blisko.  Ale  posłuchaj...  - 

Odwrócił  się  i  ściszył  głos,  gdy  Freddie  zaczęła  brzdąkać  na  pianinie.  -  Teraz  pracuję.  Nie, 

nie, może być dzisiaj wieczór. Przyjdź do baru koło siódmej. - Przełknął ślinę, nie rozumiejąc, 

dlaczego czuje się nieswojo. - Ja też się cieszę. O, naprawdę? - Zerknął ostrożnie przez ramię 

na Freddie. - To brzmi... interesująco. A więc do wieczora. 

Odłożył słuchawkę i podniósł jedną z butelek. Odkręcił i podał Freddie, zastanawiając 

się, dlaczego tak się czuje, jakby wykonywał uroczysty gest pojednania. 

- Zimna - powiedział. 

- Dzięki. 

I taki też był ton jej głosu. Zimny jak lód. Wzięła butelkę i pociągnęła długi łyk. 

- Czy powinnam cię przeprosić, że wczoraj przeszkodziłam ci w spotkaniu z Lorelie? - 

spytała. 

- Nie. My wcale nie jesteśmy... ona jest tylko... nie. 

-  To  miło,  że  powiedziałeś  jej  wszystko  o  swojej  zagubionej  kuzyneczce  z  Wirginii 

Zachodniej.  -  Freddie  odstawiła  butelkę  i  przebiegła  palcami  po  klawiszach.  Lepsze  to  niż 

zacisnąć  je  na  gardle  Nicka.  -  Wprost  nie  mogę  uwierzyć,  że  kupiła  taką  wzruszającą 

opowiastkę. 

background image

- Powiedziałem jej tylko prawdę. - Wstał i popatrzył na nią wilkiem. 

- A więc trzeba się mną opiekować? 

- Tego jej nie mówiłem. Ale właściwie, w czym rzecz? Chciałaś pójść na kolację, więc 

zmieniłem swoje plany. 

-  Następnym  razem,  Nick,  po  prostu  powiedz  mi,  że  masz  randkę.  Sama  sobie 

zorganizuję dzień. - Wściekła, wstała z trzaskiem od pianina i zaczęła pakować nuty. - I nie 

jestem twoją małą kuzyneczką, i nie potrzebuję ani nie chcę opieki. Chyba każdy głupi widzi, 

ż

e jestem kobietą, która umie się o siebie troszczyć. 

- Nigdy nie mówiłem, że nie jesteś... 

- Mówisz to, ile razy na mnie popatrzysz. - Kopnęła stertę ubrań leżących na podłodze 

i  chwyciła  torebkę.  -  Tak  się  składa,  że  znam  paru  mężczyzn,  którzy  byliby  aż  nadto 

szczęśliwi, gdyby poszli ze mną na kolację. I wcale nie traktowaliby tego jak obowiązku. 

- Przestań. 

- Nie przestanę. - Obróciła się gwałtownie. - Lepiej mi się przyjrzyj, Nick. Nie jestem 

już  małą  Freddie  i  nie  chcę,  żeby  mnie  traktowano  jak  pieska  czy  kotka,  którego  trzeba 

pogłaskać po głowie. 

Zbity z tropu patrzył na nią, nie rozumiejąc. 

- Co, u diabła, w ciebie wstąpiło? 

-  Nic!  -  wrzasnęła,  tracąc  nad  sobą  panowanie.  -  Nic,  ty  idioto.  Idź  się  przytulić  do 

swojej południowej piękności. 

Zatrzasnęła  z  hukiem  drzwi.  Nick  usiadł  i  sięgnął  po  butelkę  z  wodą,  potrząsając  z 

niedowierzaniem głową. A pomyśleć, że była takim słodkim, grzecznym dzieckiem... 

Freddie wybrała się na długi spacer, żeby odreagować stres i wyładować gniew, jaki ją 

ogarnął. Kiedy uznała, że uspokoiła się na tyle, by móc spokojnie rozmawiać, zatrzymała się 

przy budce telefonicznej i zadzwoniła do Sydney. Rozmowa trochę poprawiła jej humor. 

, Zaopatrzona w adres, wyruszyła obejrzeć mieszkanie do wynajęcia o kilkaset metrów 

od Nicka. I Było idealne. Chodziła z pokoju do pokoju, wyobrażając sobie, jak ustawi meble, 

gdzie rozłoży dywaniki. Mój własny dom, pomyślała, na tyle przestronny, żeby zmieścił się 

fortepian i rozkładana kanapa. Jeśli odwiedzi ją któreś z rodzeństwa, będzie mogło swobodnie 

przenocować. 

A co najważniejsze, na tyle blisko Nicka, by mogła go mieć wciąż na oku. 

No i jak ci się to podoba, Nicholas? - zastanawiała się, obserwując widok z okna na 

Manhattan. Będę na ciebie uważać. Tak bardzo cię kocham, ty głupi bałwanie. 

background image

Westchnęła, odwróciła się od okna i poszła do kuchni. Kuchnia była mała i wymagała 

urządzenia.  Ale  to  nie  problem.  Freddie  już  się  cieszyła  na  myśl  o  tym,  że  będzie  wybierać 

garnki, patelnie, naczynia i wszelkie potrzebne urządzenia kuchenne. Uwielbiała gotować. 

Już jako dziewczynka lubiła przebywać w ich okazałej kuchni w domu w Wirginii i w 

cudownie zatłoczonej kuchni babci na Brooklynie. 

Będę  tu  gotowała  dla  Nicka,  pomyślała,  przesuwając  dłonią  po  gładkim  blacie 

kuchennym, jeśli będzie grał właściwymi kartami. Nie. Uśmiechnęła się do siebie. Bawiła ją 

własna niecierpliwość. To ona rozda karty i rozegra je właściwie. 

Była  dla  niego  zbyt  surowa,  nawet  jeśli  jest  głupolem.  Przez  większą  część  swego 

dotychczasowego życia była w nim zakochana, a on tyle samo czasu spędził na traktowaniu 

jej  jak  małej  kuzyneczki,  z  którą  nie  łączyły  go  nawet  więzy  krwi,  lecz  określone 

okoliczności. Aby to zmienić, trzeba czegoś więcej niż jednej romantycznej kolacji i jednego 

dnia wspólnej pracy. 

I ona to zmieni. Położyła ręce na biodrach i ponownie zaczęła krążyć po mieszkaniu. 

Musi się tutaj przede wszystkim urządzić, zorganizować wszystko według własnego gustu. A 

kiedy to już zrobi, świat, który sobie stworzy, wypełni się muzyką, kolorami i miłością. 

I, co daj Boże, Nickiem. 

Dochodziła siódma, gdy Nick zszedł do baru. Zack podniósł brwi. 

- Jakaś gorąca randka? 

- Lorelie. 

- Ach, tak. Wysoka smukła brunetka ze zmysłowym głosem. 

- Jakbyś zgadł. - Nick wszedł za kontuar, by pomóc bratu. - Idziemy coś zjeść. Potem 

cię zastąpię. 

- Dam sobie radę. 

-  Ależ  to  żaden  problem.  Ona  dobrze  się  tu  czuje.  Kiedy  zamknę,  znajdziemy  sobie 

jakieś zajęcie. 

- Nie wątpię. Podaj do stolika szóstego dwie whisky i bourbona. 

- Już się robi. 

- A słyszałeś o mieszkaniu Freddie? - przypomniał sobie Zack. 

Nick zatrzymał się na moment. 

- Jakim mieszkaniu? 

-  Znalazła,  o  parę  przecznic  stąd.  Już  podpisała  umowę.  -  Zack  napełnił  pustą 

miseczkę orzeszkami. 

- Żałuj, że cię nie było. Przyszła do nas to oblać. 

background image

- Czy ktoś jej to załatwił? 

- Nie powiedziała. Dziewczyna ma głowę na karku. 

- Zgadza się. Powinna była poprosić Rachel, żeby przynajmniej przejrzała tę umowę. 

Zack zachichotał. Położył rękę na ramieniu Nicka. 

-  Ej  że,  pisklęta  muszą  kiedyś  opuścić  gniazdo.  Nick  przygotował  drinki  i  postawił 

tacę na końcu kontuaru. 

- Poszła do hotelu? - spytał. 

- Nie. Wyszła gdzieś z Benem. 

-  Z  Benem?  -  Nick  zacisnął  dłoń  na  szmatce,  którą  ścierał  blat.  -  Co  to  znaczy?  - 

zniecierpliwił się. 

- Poznałeś ją ze Stipleyem? 

-  A  co?  -  Zack  zabrał  się  do  przygotowywania  następnych  drinków.  -  Spytała  mnie, 

kim jest ten przystojny blondyn, więc go jej przedstawiłem. Oboje mieli na to ochotę. 

-  Mieli  ochotę  -  powtórzył  Nick.  -  A  ty  tak  po  prostu  pozwoliłeś  jej  wyjść  z  obcym 

facetem. 

- Daj spokój, Ben nie jest obcy. Znamy go od lat. 

- Tak - przyznał niechętnie Nick. - On lubi bary. Zack popatrzył na niego zaskoczony i 

rozbawiony. 

- My też. 

- Wiesz, że nie o to chodzi. - Nick wziął butelkę i nalał sobie whisky. - Nie możesz tak 

po prostu poznać jej z facetem i pozwolić pójść w tango. 

- Co ty mówisz. Chciała, żebym  go przedstawił,  więc to zrobiłem. Pogadali chwilę i 

postanowili pójść do kina. 

- No dobrze. 

Taki głupi to ja nie jestem, pomyślał. Poszli do kina. Który mężczyzna przy zdrowych 

zmysłach  chciałby  tracić  czas  w  kinie  w  dziewczyną  o  takich  dużych  cudownych  szarych 

oczach  i  bajecznych  ustach?  O  Boże,  poczuł  mdłości  na  myśl  o  tym,  że  Fred  zdana  jest  na 

towarzystwo Bena Stipleya. 

- Ben chciał po prostu mieć towarzystwo do kina. Zack, czyś ty oszalał? 

-  W  porządku,  powiem  ci  prawdę.  Sprzedałem  mu  ją  za  pięćset  dolarów  i  bilety  na 

cały sezon baseballowy. Teraz są już pewnie w palarni opium. 

Nick usiłował trzymać fantazję na wodzy, ale nie udało mu się tego zrobić z własnym 

temperamentem. 

background image

- Bardzo śmieszne, bracie. Zobaczymy, czy będzie ci tak samo do śmiechu, jak się na 

nią rzuci. 

Zack  odstawił  drinki  i  uważnie  przyjrzał  się  bratu.  Na  twarzy  Nicka  malowała  się 

wściekłość.  Choć  w  tej  sytuacji  wydawało  się  to  nie  na  miejscu,  postarał  się  nadać  swemu 

głosowi łagodne brzmienie. 

- Jeśli to zrobi, ona sobie z nim poradzi albo mu odda. W końcu Ben nie jest jakimś 

zboczeńcem. 

- Akurat, co ty o nim wiesz - mruknął Nick. Zack potrząsnął głową. 

- Nick, przecież lubisz Bena. Chodziłeś z nim na mecze. Pożyczył ci samochód, kiedy 

chciałeś pojechać w zeszłym miesiącu na Long Island. 

-  Oczywiście,  że  go  lubię.  -  Nick  poirytowany  wziął  pusty  kufel  i  zaczął  go 

machinalnie pucować. - Dlaczego nie miałbym go lubić? Ale to nie zmienia faktu, że Freddie 

poszła diabli wiedzą dokąd z obcym facetem. 

Zack wyprostował się i zaczął bębnić palcami po blacie. 

- Wiesz, braciszku, gdybym cię nie znał, pomyślałbym, że jesteś zazdrosny. 

-  Zazdrosny?  To  absurd.  -  Odstawił  kufel  i  sięgnął  po  następny.  Jeśli  się  czymś  nie 

zajmie, wypadnie z baru i zacznie sprawdzać wszystkie kina na Manhattanie. 

Nagle w głowie  Zacka zaczęła kiełkować pewna myśl. Popatrzył uważniej na Nicka, 

bawiąc się podejrzeniem, że bratu zaczyna zależeć na małej Freddie Kimball. 

-  A  więc  dlaczego  mi  nie  powiesz,  co  nie  jest  absurdalne?  Co  jest  między  tobą  a 

Freddie, Nick? 

- Nic, zupełnie nic. - Nick skupił się na kuflu, który starannie polerował. - Po prostu 

staram się nią opiekować, to wszystko. Czego nie można powiedzieć o tobie. 

- Coś czuję, że powinienem był zaniknąć ją na klucz - zażartował Zack - albo pójść z 

nimi  w  charakterze  przyzwoitki.  Następnym  razem,  jak  zobaczę,  że  rozmawia  z  którymś  z 

moich przyjaciół, wezwę szeryfa. 

- Zamknij się, Zack. 

- Nick, odpręż się, bracie. Twoja piękność z Georgii właśnie weszła. 

- To cudownie. - Nick zmusił się, by nie myśleć już o Freddie i przestać robić z siebie 

idiotę. W końcu ma swoje własne życie, a ona jest dorosłą kobietą i może robić, co chce. 

Obejrzał się i uśmiechnął na widok Lorelie kroczącej do baru. Oto i ona. Wspaniała, 

zmysłowa i jeżeli ich ostatnia randka mogła być zapowiedzią tego, co nastąpi, aż nadto skora 

ulec swej naturze. 

background image

Wspięła się na stołek przy barze, odrzuciła do tyłu długie ciemne włosy i popatrzyła 

na niego iskrzącymi się oczami o barwie nieba. 

-  Witaj,  Nick.  Nie  mogłam  się  już  doczekać.  Trudno  mu  było  odpowiedzieć  jej 

uśmiechem,  gdyż  nagle  poraziła  go  jak  grom  z  jasnego  nieba  myśl,  że  nie  jest  w 

najmniejszym stopniu zainteresowany jej południową szczerością. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Wyszedłszy  spod  prysznica,  Nick  poczuł  zachęcający  zapach  kawy  i  smażonego 

bekonu.  Powinno  go  to  wprawić  w  lepszy  nastrój,  ale  kiedy  mężczyzna  ma  za  sobą  nie 

przespaną noc z powodu niepokoju o kobietę, trzeba czegoś więcej niż gorącego śniadania, by 

mógł się rozluźnić. 

Będzie  się  musiała  długo  tłumaczyć,  uznał,  wchodząc  do  sypialni,  żeby  się  ubrać. 

Spędzić  pół  nocy  z  facetem,  którego  poznała  w  barze!  Coś  podobnego!  Nie  tak  ją 

wychowano. Kto jak kto, ale on wie coś na ten temat. 

To jest jedna z tych rzeczy, na które zawsze może liczyć, pomyślał, patrząc na swoje 

odbicie w lustrze. Rodzina Freddie, w której wszyscy troszczą się o siebie i niepokoją. Czuł to 

i widział za każdym razem, gdy ich odwiedzał. Imponowało mu to. 

A nawet trochę im tego zazdrościł. 

Jemu,  kiedy  dorastał,  brakowało  tego  rodzaju  troski  i  uwagi.  Matka  była  wciąż 

zmęczona. Nic dziwnego, zważywszy że wychowywała go sama. Kiedy poznała ojca Zacka, 

sytuacja  trochę  się  zmieniła.  Przez  chwilę  było  im  nawet  dobrze,  w  każdym  razie  lepiej  niż 

przedtem. Mieli w miarę przyzwoite mieszkanie, nigdy już nie chodził głodny ani nie widział 

rozpaczy w oczach matki. 

Z  perspektywy  czasu  wierzył  nawet,  że  matka  i  Muldoon  się  kochali,  może  nie 

namiętnie, może nie romantycznie, ale na tyle, by próbować razem urządzić sobie życie. 

Staruszek  naprawdę  próbował,  myślał  Nick,  wciągając  dżinsy.  Ale  i  tak  robił  swoje, 

uparty stary cap, który zawsze widział tylko jedną stronę medalu - własną. 

No i był jeszcze Zack. Zawsze cierpliwy, pozwalał, by dzieciak nie odstępował go na 

krok. Może to wspomnienie tego, jak Zack uczył go grać w piłkę czy pozwalał wszędzie sobie 

towarzyszyć, sprawiło, że Nick lubił dzieci i miał z nimi dobry kontakt. 

Wiedział bowiem aż za dobrze, co to znaczy być dzieckiem zdanym na łaskę i niełaskę 

dorosłych.  Zackowi  zawdzięczał  poczucie  bezpieczeństwa,  świadomość,  że  jest  ktoś,  kto 

będzie przy tobie zawsze, gdy będziesz go potrzebował. 

Ale to nie trwało wiecznie. Gdy tylko Zack stał się na tyle dorosły, by opuścić dom, 

zaciągnął się do marynarki. I zostawił Nicka samego, rozpaczliwie samotnego. 

Po  śmierci  matki  było  z  każdym  dniem  gorzej.  Przed  samotnością  Nick  bronił  się 

nieposłuszeństwem, krnąbrnością, buntem, a rodzinę zastąpił mu uliczny gang. 

background image

Stał  się  włóczęgą,  przemierzającym  ulice  i  szukającym  kłopotów.  I  znajdował  je, 

dopóki  nie  umarł  ojczym  i  nie  wrócił  Zack,  próbując  wyrwać  go  z  potrzasku,  w  jakim  się 

znalazł. 

Nick bynajmniej mu tego nie ułatwiał. Wspomnienie tamtych dni wywoływało na jego 

twarzy ponury uśmiech. Gdyby mógł znaleźć wtedy jakiś sposób na Zacka, zrobiłby to. Ale 

Zack  był  twardy  i  nie  popuszczał.  Rachel  też  nie  popuszczała.  Cały  klan  Stanislaskich  nie 

popuszczał. I w końcu zmienili jego życie. Kto wie, czy mu go nie uratowali. 

Nigdy tego nie zapomni. 

Może teraz nadeszła jego kolej, żeby się im odwdzięczyć. Freddie otrzymała staranne 

wychowanie, jakiego jemu nie dano, ale teraz jest dorosła i może robić, co chce. Wydawało 

mu się, że potrzebuje kogoś, kto w razie potrzeby ściągnąłby jej nieco cugle. , A skoro nikt 

inny nie zamierzał jej pilnować, zadanie to przypadło w udziale jemu. 

Zaczesał  do  tyłu  wilgotne  jeszcze  włosy  i  wciągnął  koszulę.  Może  ona  jest  zbyt 

naiwna,  nie  ma  dość  oleju  w  głowie,  zastanawiał  się.  Bądź  co  bądź  większą  część  swego 

dotychczasowego  życia  spędziła  z  rodziną  w  małym  mieście,  gdzie  wciąż  jeszcze  sensację 

wzbudza  fakt,  że  ktoś  skradnie  ze  sznura  suszącą  się  bieliznę.  Ale  jeśli  zdecydowała  się 

zamieszkać  w  Nowym  Jorku,  musi  się  nauczyć  poruszać  w  wielkim  mieście.  I  to  on  będzie 

tym mężczyzną, który ją tego nauczy. 

Przekonany o słuszności swej decyzji, Nick wkroczył do kuchni, by zacząć pierwszą 

lekcję. 

Freddie stała przy kuchence, krojąc cebulę, grzyby i paprykę na omlet. To miało być 

danie na przeprosiny. Po namyśle uznała bowiem, że poprzedniego dnia potraktowała Nicka 

zbyt ostro. Po prostu byłam zazdrosna, przyznała w duchu niechętnie. I to wszystko. 

Zazdrość  to  małostkowe,  zachłanne  uczucie,  na  które  nie  ma  miejsca  w  moich 

stosunkach z Nickiem, uznała. On jest wolnym człowiekiem, który ma prawo widywać się z 

innymi kobietami... do czasu. 

Napady  złości  w  niczym  mi  nie  pomogą,  a  już  na  pewno  nie  przyspieszą  zdobycia 

Nicka i pozyskania jego uczuć, napomniała siebie. Musi być szczera, wyrozumiała, pomocna. 

Nawet gdyby miało ją to zabić. 

Usłyszawszy jego kroki, odwróciła się i posłała mu szeroki uśmiech. 

-  Dzień  dobry.  Pomyślałam  sobie,  że  chciałbyś  dla  odmiany  zacząć  dzień  od 

tradycyjnego śniadania. Kawa już gotowa. Siadaj i nalej sobie. 

Patrzył  na  nią  tak,  jak  człowiek  może  patrzeć  na  ukochanego  szczeniaka,  który 

zamierza go ugryźć. 

background image

- Co jest grane, Fred? 

- Nic. Po prostu przygotowałam śniadanie. - Wciąż się uśmiechając, nalała mu kawy i 

postawiła na stole grzanki i bekon. 

- Pomyślałam sobie, że coś ci jestem winna po swoim wczorajszym występie. 

- Ach, to. Chciałem... 

- Sama nie wiem, co mi się stało - ciągnęła, nie dając mu dokończyć zdania. - Chyba 

diabeł  we  mnie  wstąpił.  -  Rzuciła  jajka  na  rozgrzaną  patelnię.  -  To  pewno  nerwy.  Nie 

zdawałam sobie sprawy, jaka ogromna zmiana nastąpiła w moim życiu, gdy tu przyjechałam. 

- Cóż, racja. - Trochę uspokojony, Nick wziął plaster bekonu. - Widzę to. Ale musisz 

być ostrożna, Fred. Konsekwencje mogą być poważne. 

-  Konsekwencje?  -  Obejrzała  się  na  niego  zdziwiona.  -  Och,  domyślam  się,  że 

mógłbyś mnie wylać, ale to trochę za dużo jak na jedną sprzeczkę. 

- Sprzeczkę? - Teraz on się zdziwił. - Kłóciłaś się z Benem? 

- Z Benem? - Zsunęła z patelni omlet. - Ach, Ben. Nie, a dlaczego? Skąd ci to przyszło 

do głowy? 

- Powiedziałaś przecież... O czym ty do diabła mówisz? 

-  O  wczorajszym  dniu.  O  tym,  jak  się  zachowałam  po  telefonie  Lorelie.  -  Pochyliła 

głowę. - A ty? 

- Ja mówię o tym, że dałaś się poderwać jakiemuś obcemu facetowi w barze. - Nick 

obserwował  ją,  nadziewając  na  widelec  pierwszy  kęs  omletu.  Do  licha,  ta  dziewczyna  umie 

gotować. - Jesteś szalona czy po prostu głupia? 

- Że co proszę? - Wszystkie jej dobre zamiary nagle poszły w niepamięć. - Chodzi ci o 

to, że byłam w kinie z przyjacielem Zacka? 

- Ładne mi kino. - Nick podniósł głos, szykując się do reprymendy. - Nie było cię w 

domu do pierwszej. 

Freddie wzięła się pod boki, zacisnęła dłoń na drewnianej łopatce. 

- A skąd ty wiesz, o której wróciłam? 

-  Przypadkowo  byłem  w  pobliżu  -  oświadczył  butnie.  -  Widziałem,  jak  wysiadałaś  z 

taksówki pod hotelem. Było piętnaście po pierwszej. - Na samo wspomnienie tego, jak stał na 

rogu  ulicy,  obserwując  ją  przemykającą  się  w  środku  nocy  do  hotelu,  stracił  humor,  ale 

bynajmniej nie apetyt. - Czyżbyś chciała mi wmówić, że byłaś na dwóch seansach? 

Sięgał właśnie po dżem, gdy Freddie trzasnęła go łopatką w sam środek głowy. 

- Ejże! - krzyknęła. - Szpiegujesz mnie. Tego już za wiele, panie LeBeck! 

background image

- Wcale cię nie szpiegowałem. Pilnowałem cię, bo nie wiesz, co robisz. - Wykazując 

szybki refleks, zdołał uchylić się przed następnym ciosem. - Odłóż tę cholerną łopatkę. 

-  A  właśnie,  że  nie.  I  pomyśleć,  że  miałam  wyrzuty  sumienia  z  powodu  mojego 

zachowania. - Wydęła z niesmakiem wargi. 

-  Bo  powinnaś.  I  powinnaś  mieć  na  tyle  rozumu,  żeby  nie  wychodzić  z  facetem,  o 

którym nic nie wiesz. 

- Wujek Zack nas poznał - rzekła lodowatym tonem, z trudem opanowując irytację. - 

Nie zamierzam tłumaczyć ci się ze swojego życia towarzyskiego. 

A więc to tak, pomyślał. Już on się postara, żeby nie zadawała się z przypadkowymi 

typami z baru. Musi jej to powiedzieć jasno i zdecydowanie. 

- Będziesz się komuś tłumaczyć, a tutaj jestem tylko ja. Gdzie u diabła byliście? 

- Chcesz wiedzieć? Dobrze. Wyszliśmy z baru i poszliśmy do jego mieszkania, gdzie 

spędziliśmy następne parę godzin na dzikim niepohamowanym seksie. Niektóre numery, o ile 

mi wiadomo, są nadal zakazane w niektórych stanach. 

Oczy  Nicka  rzucały  groźne  błyski.  To  nie  z  powodu  jej  słów  czy  jej  zachowania. 

Gorzej,  to  z  powodu  własnej  wyobraźni.  Bez  trudu  bowiem  mógł  sobie  wyobrazić  taki 

scenariusz. Tyle że to nie z Benem łamałaby prawo, lecz z nim, Nickiem. 

- To wcale nie jest śmieszne. 

- To nie twoja sprawa, gdzie byłam i z kim spędziłam wieczór - warknęła, nie bacząc 

na  groźbę  pobrzmiewającą  w  jego  głosie.  -  Tak  jak  nie  jest  moją  sprawą,  co  ty  robisz  ze 

Scarlett O'Harą. 

-  Z  Lorelie  -  skorygował  przez  zęby.  Nawet  sobie  przy  tym  nie  uzmysłowił,  że  nie 

spędził tego wieczoru ani z Lorelie, ani z kimkolwiek innym. - A jeśli o ciebie chodzi, to jest 

moja sprawa. Jestem odpowiedzialny za... 

-  Za  nic  nie  jesteś  odpowiedzialny  -  ucięła,  uderzając  go  łopatką  w  pierś.  -  Za  nic, 

rozumiesz?  Jestem  już  dorosła  i  jeśli  będę  miała  ochotę  poderwać  sobie  przy  barze  sześciu 

facetów,  zrobię  to.  A  tobie  nic  do  tego.  Nie  jesteś  moim  ojcem  i  najwyższy  czas,  żebyś 

przestał go udawać. 

-  Twoim  ojcem  nie  jestem,  przyznaję  -  zgodził  się.  Poczuł  ostrzegawczy  sygnał,  że 

najwyższy czas się opanować. Jeszcze chwila, a całkowicie straci nad sobą panowanie. - Twój 

ojciec może nie potrafi ci powiedzieć, co się dzieje z kobietami pozbawionymi opieki, a już 

na  pewno  nie  potrafi  ci  pokazać,  co  się  może  przytrafić  kobiecie,  gdy  zada  się  z  niewłaści-

wym mężczyzną. 

- Ale ty potrafisz. 

background image

-  Żebyś  wiedziała.  -  Błyskawicznym  ruchem  chwycił  łopatkę  i  odrzucił  na  bok. 

Uderzyła o ścianę. 

- Przestań! - zawołała Freddie. 

- No i co zamierzasz zrobić? - Nacierał na nią, wpychając ją w kąt kuchni. - Zawołać 

pomoc? Myślisz, że ktokolwiek zwróci na to uwagę? 

Nigdy  przedtem  nie  patrzył  na  nią  w  ten  sposób.  Nikt  tego  zresztą  tak  nie  robił.  W 

jego wzroku było pożądanie i zaciekłość. Przeraziła się. Serce zaczęło jej walić jak młotem. 

-  Nie  bądź  śmieszny  -  powiedziała,  starając  się  zachowywać  z  godnością.  Niewiele 

więcej mogła zrobić, gdy chwycił ją za obie dłonie i przycisnął je do ściany tak, że czuła się 

jak w klatce. - Powiedziałam, przestań, Nick. 

- A co by było, gdyby on cię nie posłuchał? - Zbliżył się jeszcze bardziej. Czuła bijącą 

od  niego  skumulowaną  siłę,  kręciło  jej  się  w  głowie.  -  Może  on  chce  tylko  dotknąć  tego 

pięknego  ciałka,  a  może  chce  czegoś  więcej  -  mówił,  nie  wypuszczając  jej  z  uwięzi.  - 

Zamierza  wziąć  sobie  to,  czego  chce.  -  Zsunął  ręce  na  jej  biodra.  -  Jak  zamierzasz  go 

powstrzymać? Jak chcesz się bronić? 

Nie zastanawiała się nad tym, nie zadawała pytań. Powodowana strachem połączonym 

z podnieceniem, zarzuciła mu ręce na szyję. Wyraz jej oczu zmienił się, źrenice pociemniały, 

i nawet nie wiedziała, kiedy jej usta zetknęły się z jego ustami. 

Wlała  w  ten  pocałunek  wszystkie  swoje  marzenia  i  fantazje.  Przywarła  do  Nicka, 

wciskała się całą sobą w jego ciało. Oblała ją fala gorąca. Trzymał ją tak, jak zawsze chciała, 

ż

eby ją trzymał. Mocno, władczo, jakby należała tylko do niego, jakby była jego Własnością. 

Jego usta rozgniatały jej wargi, czuła jego język, jego zęby, zachłannie domagające się coraz 

ś

mielszych pieszczot. 

Pożądanie.  Ogarnęło  go  pożądanie,  dzikie,  nieokiełznane  pożądanie,  jakie  może 

kobieta  wyzwolić  W  mężczyźnie.  W  tym  momencie  zapomnieli  o  tym,  że  są  kuzynami, 

którzy znają się od lat. Mogli być dwojgiem obcych sobie ludzi, tak nowy był płomień żądzy, 

który  ich  ogarnął.  Ale  równie  dobrze  mogli  być  odwiecznymi  kochankami,  tak  idealnie 

zgrane były szybkie, gorączkowe, pełne zapamiętania ruchy rąk, ust, ciał. 

Stracił  zupełnie  głowę.  Zatracił  siebie.  Jej  usta  oferowały  cały  bukiet  smaków.  Były 

słodkie,  korzenne  i  cierpkie  zarazem.  A  on  był  wygłodniały.  Te  zapachy  podniecały  jego 

zmysły. Tego było aż nadto - zapach, smak i dotyk jej ciała, to było więcej niż oczekiwał, niż 

mógł sobie wymarzyć. W najśmielszych snach nie spodziewałby się takich doznań. Wszystko 

to otwierało się dla niego, czekało na niego, zapraszało do uczty, do rozkoszowania się. 

background image

Nie myślał teraz o tym, kim są czy kim byli. Nie myślał w ogóle o niczym, poddawał 

się emocjom, ulegał uczuciom, odrzucił rozsądek i rozwagę. Pragnął tylko jednego. Jej. 

Jego żądza rosła. Przycisnął jej biodra do szafki kuchennej, podniósł ją i posadził na 

blacie. Teraz miał swobodne ręce, mógł dotykać i brać. 

Słyszał  jej  przyspieszony  oddech,  gdy  wsunął  dłonie  pod  bluzkę.  Potem  usłyszał 

własne westchnienie bólu i rozkoszy, gdy poczuł pod palcami aksamitną, gładką skórę, sutki, 

nabrzmiałe i twarde z pożądania, gwałtownie bijące serce. Poczuł, że drży, i nagle ogarnął go 

wstyd. Oszołomiony tym, co zrobił, tym, co chciał zrobić, opuścił ręce i powoli się odsunął. 

Dyszała  ciężko.  Przymknęła  oczy,  chwyciła  się  blatu,  jakby  bała  się,  że  za  chwilę 

straci równowagę i upadnie. 

- Przepraszam, Fred. Dobrze się czujesz? - spytał z niepokojem. 

Milczała. Aby ukryć Wstyd, uciekł się do ataku. 

-  Jeśli  nie,  to  sama  sobie  jesteś  winna.  Sama  prowokujesz  do  takiego  zachowania!  - 

krzyczał.  -  Jeśli  na  moim  miejscu  byłby  kto  inny,  sprawy  potoczyłyby  się  całkiem  inaczej. 

Znacznie  gorzej  dla  ciebie.  Przepraszam,  że  cię  przestraszyłem,  ale  chciałem  dać  ci  lekcję 

pokazową. 

-  Czyżby?  -  Freddie  powoli  dochodziła  do  siebie.  Nic  z  tego,  co  sobie  kiedykolwiek 

wyobrażała, nie było nawet w części tak cudowne, tak radosne jak rzeczywistość, jak to, co 

przed  chwilą  przeżyła,  a  co  teraz  on  chciał  popsuć  przeprosinami  i  pouczeniami.  - 

Zastanawiam  się...  -  Zaczęła,  ześlizgując  się  na  podłogę,  choć  nie  była  pewna,  czy  zdoła 

utrzymać się na nogach - kto tu komu dawał lekcję. To ja ciebie pocałowałam, Nicholas. Ja 

cię pocałowałam i sprowokowałam. Przecież mnie pragnąłeś. 

Krew wciąż się w nim burzyła. Nie był w stanie zachować spokoju. 

- Nie gmatwajmy sprawy, Fred. 

-  Oczywiście,  nie  gmatwajmy.  Nie  całowałeś  swojej  małej  kuzyneczki,  Nick. 

Całowałeś  mnie.  -  Teraz  to  ona  postąpiła  krok  do  przodu,  a  on  się  cofnął.  -  I  ja  całowałam 

ciebie. 

Zaschło mu w gardle. Z trudem przełykał ślinę. Kim jest ta kobieta? - zastanawiał się. 

Kim jest ta diablica o oczach tak śmiałych i pewnych siebie, która sprawia, że przestaje nad 

sobą panować i że traci cały swój rozsądek? 

- Może straciłem na chwilę kontrolę... - Nick zawahał się. 

- O nie! - zaoponowała. 

Uśmiechała się z wyraźnym samozadowoleniem. Był to uśmiech skądinąd mu znany, 

który bardzo by sobie cenił u każdej innej kobiety. 

background image

- To nie w porządku, Fred - ostrzegł. 

- Dlaczego? 

- Dlatego. - Nie wiedział, jak ubrać w słowa przyczyny, które znał aż nadto dobrze. - 

Nie muszę ci wyliczać przyczyn. - Wziął kubek i dopił zimną już kawę. 

-  Myślę,  że  trudno  ci  je  będzie  wyliczyć.  -  Freddie  podniosła  hardo  głowę.  - 

Zastanawiam się, Nick, co byś zrobił, gdybym cię teraz pocałowała. 

Wziąłbym cię, tego był pewien, tutaj, od razu, na podłodze, bez chwili namysłu. 

- Przestań już, Fred. Oboje powinniśmy ochłonąć - przekonywał. 

- Może masz rację. - Wykrzywiła wargi. - Ale może raczej potrzebujesz trochę czasu, 

ż

eby się przyzwyczaić do myśli, że cię pociągam. 

- Nigdy tego nie powiedziałem. Odstawił kubek. 

-  Nie  zawsze  jest  łatwo  pogodzić  się  z  tym,  że  ludzie,  których,  wydaje  się,  znamy, 

zmieniają się. Ale ja mam czas, mnóstwo czasu. 

Stała spokojnie, ale czuł, że go osacza. 

- Fred... - Głęboko zaczerpnął powietrza. - Usiłuję zachować rozsądek, ale nie wiem, 

czy to się uda w tej sytuacji. 

Popatrzył na nią surowo. 

W  ogóle  nie  wiem,  czy  cokolwiek  się  uda.  Może  pewne  rzeczy  się  zmieniły,  ale 

niezależnie  od  wszystkiego  nic  już  nie  będzie  tak  jak  kiedyś.  Jeśli  wspólna  praca  miałaby 

zagrozić naszej przyjaźni... 

- Denerwuje cię myśl o pracy ze mną? 

Nie mogła poruszyć czulszej struny. Niezależnie od tego, w jakim stopniu się zmienił 

w  ciągu  ostatnich  lat,  wciąż  było  w  nim  coś  ze  zbuntowanego  chłopca,  dla  którego  sprawą 

honoru była jego duma. 

- Nie boję się pracy ani z tobą, ani z nikim. 

- Jeśli tak, to nie ma problemu. Oczywiście, jeśli sądzisz, że możesz nie być w stanie 

powstrzymać się przed... 

- Nie zamierzam cię więcej dotykać - przerwał jej ostro. 

Na widok wściekłości w jego wzroku uśmiechnęła się jeszcze łagodniej. 

- Cóż, dobrze. Myślę, że powinieneś wreszcie skończyć śniadanie, choć  wystygło. A 

potem zabieramy się do pracy. 

Dotrzymał  słowa.  Pracowali  razem  całymi  godzinami,  ale  ani  razu  nawet  jej  nie 

dotknął. Wiele go to kosztowało. Zauważył, że miała charakterystyczny sposób przesuwania 

ciała, pochylania głowy, spoglądania spod rzęs, co nie pozostawiało mężczyzny obojętnym. 

background image

Pod  koniec  dnia  wiedział  już  z  całą  pewnością,  że  co  jak  co,  ale  on  nie  mógł  być 

obojętny. 

- To dobre, to naprawdę dobre - powtarzała Freddie, przeglądając nuty. - Ktoś taki jak 

Maddy O'Hurley potrafi to docenić. 

- Nie powiedziałem, że to będzie solówka dla Maddy - mruknął Nick. 

Ale nie to było najistotniejsze. Najistotniejsze było, że Freddie czytała w jego myślach 

i że aż za dobrze czytała jego muzykę. On sam czuł się trochę jak ryba skubiąca przynętę, a 

Freddie... Freddie trzymała wędkę. 

- Może chciałem, żeby to śpiewał duet - powiedział. 

- Nie, nie chciałeś - odparła spokojnie. - Ale jeśli chcesz, to proszę bardzo. Może być 

duet.  Mam  parę  pomysłów  na  słowa.  -  Rzuciła  mu  powłóczyste  spojrzenie.  -  Trzeba  tylko 

troszkę zmienić muzykę. Może przyspieszyć tempo. 

- Ani mi się śni. Jest dobrze tak jak jest. 

-  Nie  dla  duetu.  Dla  Maddy  owszem.  -  Zanuciła  pierwsze  takty.  -  „Sprawiłeś,  że 

zapomniałam o dziś, o wczoraj”... 

- Próbujesz mnie wykolegować? - obruszył się. 

- Nie, próbuję z tobą pracować. - Szybko naniosła parę poprawek na nuty rozłożone na 

pianinie, odsunęła się od Nicka i uśmiechnęła. - Myślę, że potrzebna ci przerwa. 

-  Wiem,  komu  potrzebna  przerwa.  -  Chwycił  paczkę  papierosów,  wyjął  jednego  i 

zapalił. - Zamilcz na chwilę i pozwól mi nad tym popracować. 

- Oczywiście. - Freddie wstała od pianina i stanęła o parę kroków od niego. Patrzyła, 

jak koryguje nuty.  Zauważyła, że zmienia muzykę w miejscach, w których zmiany nie były 

potrzebne. Oboje dobrze o tym wiedzieli. 

Wyraźnie chciał z nią walczyć, a jej nic nie mogło bardziej ucieszyć niż stwierdzenie 

tego  faktu.  Jeśli  walczy,  to  znaczy,  że  chce  się  przed  czymś  bronić.  Położyła  mu  dłonie  na 

ramionach i zaczęła je lekko masować. 

- Przestań, Freddie - warknął, zdając sobie sprawę, że długo tego nie wytrzyma. 

- Jesteś strasznie sztywny i spięty. 

- Powiedziałem, żebyś przestała. - Uderzył w klawisze. 

- Ależ ty jesteś drażliwy. - Odstąpiła krok do tyłu. - Idę po coś zimnego. Przynieść ci 

coś? 

- Piwo. 

background image

Uniosła  brwi.  Wiedziała,  że  kiedy  pracuje,  pije  na  ogół  tylko  kawę.  Wyjmowała 

właśnie  z  lodówki  piwo  i  sok,  gdy  drzwi  otworzyły  się  z  trzaskiem  i  usłyszała  okrzyki 

powitania. 

-  Jesteś  aresztowany!  -  dobiegł  ją  z  pokoju  głos  Aleksa  -  za  przykucie  mojej 

siostrzenicy do pianina na całe popołudnie. 

- Gdzie nakaz, glino? Aleksij roześmiał się tylko. 

- Nie potrzebuję żadnego pieprzonego nakazu. Gdzie ona jest, LeBeck? 

- Wujku! Jak dobrze, że przyszedłeś! -  Freddie  wpadła do pokoju i rzuciła mu się w 

ramiona. - To było straszne. Cały dzień półnuty, ćwierćnuty, krzyżyki, bemole. 

- Dobrze, już dobrze, dziecinko. Jestem tutaj. - Pocałował ją w policzek i odsunął na 

długość wyciągniętych ramion. - Bess powiedziała, że jesteś jeszcze ładniejsza. Czy ten facet 

bardzo dał ci w kość? 

- Żebyś wiedział. - Objęła Aleksija w pasie i uśmiechnęła się zadowolona do Nicka. - 

Myślę, że powinieneś dać mu wycisk za wyzyskiwanie człowieka. 

-  Aż  tak  źle?  Cóż,  jestem  tu  po  to,  żeby  cię  stąd  zabrać.  Co  byś  powiedziała  na 

wspólną kolację? 

- Marzę o tym. Opowiesz mi wszystko o awansie, o którym wspomniała Bess. 

- To nic takiego - mruknął Aleks, skłaniając Nicka do przerwania gry i obejrzenia się 

przez ramię. 

- Słyszałem co innego - rzucił przyjaźnie. - Kapitanie. 

- To nieoficjalnie. - Aleks uderzył go w ramię. 

-  Oto  brutalność  policji.  -  Nick  poszedł  do  kuchni  po  piwo  dla  siebie  i  Aleksija.  - 

Zawsze ma ze mną na pieńku. 

-  Zaczęło  się  tamtej  nocy,  kiedy  wychodziłeś  przez  okno  ze  sklepu  ze  sprzętem 

elektronicznym. 

- Gliny mają pamięć jak słonie. 

- Jeśli chodzi o rozrabiaków, na pewno. - Aleks oparł się o pianino. - Ładnie graliście. 

Naprawdę pracujecie nad tym razem? 

- Podobno - odparła Freddie. - Tylko że Nickowi trudno się zdecydować, czy ma być 

moim partnerem, czy zastępcą mojego taty. 

- Tak? - zdziwił się Aleks. 

- Wczoraj mnie śledził, jak byłam na randce. 

- Nieprawda - zaprotestował Nick i pociągnął haust piwa. - Łudzi się, że jest dorosła. 

Aleks wyczuł, że sytuacja robi się napięta. 

background image

- Na moje oko trudno uznać ją za dziecko - stwierdził. 

- Dzięki, Aleks - rzuciła Freddie. - A więc jutro o tej samej porze? - zwróciła się do 

Nicka. 

- Może być. 

- Też możesz iść z nami na kolację - powiedział Aleks. - Zaproszenie było ogólne. 

-  Nie,  dziękuję.  -  Nick  odstawił  piwo  i  przebiegł  palcami  po  klawiaturze.  -  Mam  od 

cholery roboty. 

-  Jak  uważasz.  -  Aleks  wzruszył  ramionami.  -  Chodź,  Fred.  Umieram  z  głodu.  Cały 

dzień uganiałem się za bandziorami. 

- Jestem gotowa. - Freddie pochyliła się i pocałowała Nicka w policzek. - Do jutra. 

Aleks odczekał, aż znaleźli się za drzwiami. 

- A więc co się dzieje? - spytał. 

- Nie rozumiem. 

- Między tobą a Nickiem? 

-  Nie  tyle,  ile  bym  chciała  -  odrzekła  prosto  z  mostu  i  zeszła  na  jezdnię,  żeby 

zatrzymać taksówkę. 

- Prywatnie czy zawodowo? - dopytywał się Aleks. 

- Och, zawodowo dogadujemy się doskonale. Na początku przyszłego tygodnia będzie 

już miał co pokazać producentowi. A właściwie dlaczego nie mielibyśmy pojechać metrem? - 

zasugerowała, wpatrując się w opustoszałą ulicę. - O tej porze nie ma mowy o taksówce. 

Poszli w kierunku stacji. 

- A więc prywatnie, tak? - Spojrzał na nią kątem oka. 

-  Hm,  tak  -  przyznała,  patrząc  na  niego  niemal  z  zachwytem.  Jego  ciemne  włosy 

połyskiwały  w  blasku  zachodzącego  słońca.  Wyglądał  jak  rycerz  powracający  z  bitwy.  - 

Dobrze być tutaj z wami, wujku - powiedziała. 

- Dobrze, że ty jesteś z nami. A więc o co w tym wszystkim chodzi? - Nie dawał za 

wygraną. 

Westchnęła, ale nie wyglądała na zasmuconą. 

- Dokładnie o to, czym się martwiłeś. Kocham cię, wujku Aleksie. 

-  I  ja  cię  kocham,  Fred.  -  Zbiegali  do  metra.  -  Słuchaj,  wiem,  że  jako  dziewczynka 

byłaś wpatrzona w Nicka. 

- Czyżby? - Rozbawiona sięgnęła do torebki po drobne. 

- Pewno, trudno było nie zauważyć. 

background image

- Ale Nick nie zauważył. - Wrzuciła drobne z powrotem do torebki, gdy wyjął bilety 

dla nich obojga. 

- Cóż, on nie jest taki bystry. Ale teraz już nie jesteś małą dziewczynką. 

Freddie zatrzymała się, ujęła jego twarz w dłonie i ucałowała go w same usta. 

-  Nie  masz  pojęcia,  co  to  dla  mnie  znaczy  usłyszeć  te  słowa  od  kogoś  innego. 

Naprawdę cię kocham, Aleks. 

-  Oj,  chyba  niezupełnie.  -  Wziął  ją  pod  rękę  i  poprowadził  przez  tłum  czekający  na 

następny pociąg. 

- Nie, wcale. Martwisz się, że zrobię coś, czego będę żałować albo czego Nick będzie 

ż

ałował. 

- Gdybym tak myślał, on przez miesiąc nie byłby w stanie grać. 

Roześmiała się. 

- Gadanie. Kochasz go jak rodzonego brata. Złociste oczy Aleksija pociemniały. 

-  Ale  to  nie  powstrzymałoby  mnie  przed  połamaniem  mu  wszystkich  kości,  gdyby 

użył rąk w niewłaściwym celu. 

Pomyślała,  że  lepiej  nawet  nie  wspominać,  gdzie  znajdowały  się  ręce  Nicka  parę 

godzin temu. 

-  Jestem  w  nim  zakochana,  wujku  -  roześmiała  się,  potrząsając  włosami.  -  O,  to 

cudowne uczucie. Tobie pierwszemu to mówię. Nawet tata i mama nic jeszcze nie wiedzą. 

Uśmiech znikł z jej twarzy, gdy zobaczyła, że wpatruje się w nią oniemiały. 

- Naprawdę cię to zaskoczyło? - spytała. Zaklął pod nosem i popchnął ją w kierunku 

pociągu, który właśnie zatrzymał się na peronie. 

- A teraz posłuchaj mnie, Freddie... - zaczął. 

-  Nie,  najpierw  ty  mnie  posłuchaj.  -  Chwyciła  się  mocno  słupka.  -  Wiem,  że  twoim 

zdaniem  nie  potrafię  rozróżnić  między  młodzieńczym  zauroczeniem  a  prawdziwą  miłością, 

ale się mylisz, bo potrafię. Potrafię - powtórzyła z takim przekonaniem, że nie zaoponował. - 

Nie  kocham  chłopaka,  którego  poznałam  przed  laty,  takiego  jakim  był  wtedy.  Kocham 

mężczyznę,  jakim  jest  teraz.  Z  wszystkimi  jego  wadami  i  zaletami,  z  jego  niecierpliwością, 

popędliwością, uczciwością, a czasem złośliwością i małostkowością. Kocham go takim, jaki 

jest. On może tego jeszcze nie wiedzieć, może tego nie akceptować, może nie odwzajemniać 

mojego uczucia, ale to moich uczuć nie zmieni. 

Aleks odetchnął głęboko. 

- Dorosłaś. 

background image

- Tak, dorosłam. I mam przed sobą najlepsze przykłady. Nie chodzi mi tylko o mamę i 

tatę,  ale  o  ciebie  i  Bess,  i  was  wszystkich.  I  wiem,  że  jeśli  kochasz  dostatecznie  głęboko  i 

prawdziwie, to ta miłość trwa. 

Nie mógł się z nią spierać. Jego związek z Bess z każdym dniem stawał się pełniejszy 

i bardziej wartościowy. 

- Nick jest dla mnie tak samo ważny jak każdy z rodziny - oznajmił Aleks po chwili 

namysłu.  -  Nawet  ty.  A  więc  mogę  ci  powiedzieć,  że  on  nie  jest  łatwym  człowiekiem, 

Freddie. Nie pozbył się jeszcze bagażu, jaki na nim ciąży. 

- Zdaję sobie z tego sprawę. Nie mogę utrzymywać, że wszystko rozumiem, ale wiem, 

ż

e tak jest. Nie martw się o mnie za bardzo - dodała i pogłaskała go po policzku. - Prosiłabym 

cię tylko, żeby ta rozmowa została między nami. Chciałabym mieć trochę czasu, zanim reszta 

rodziny się dowie. Nie chcę wywoływać sensacji. 

Gdy  Freddie  wróciła  wieczorem  do  hotelu,  zastała  czekającą  na  nią  wiadomość. 

Zaintrygowana rozerwała kopertę już w windzie. 

Zobaczyła zamaszyste pismo Nicka biegnące w poprzek kartki. 

Dobra,  masz  racją.  To  będzie  solówka  dla  Maddy.  Na  jutro  chcą  mieć  słowa.  Dobre 

słowa. Uzgodniłem spotkanie z Valentine'em i resztą zespołu. Nie sfuszeruj niczego. Nick.

 

Pomknęła do pokoju jak na skrzydłach. 

W dwie godziny później pędziła do mieszkania Nicka, przeskakując po  dwa stopnie. 

Wiedziała,  że  Nick  pracuje  w  barze  i  że  nie  powinna  mu  teraz  przeszkadzać.  Usiadła  więc 

przy pianinie i włączyła magnetofon. 

- Mam już dla ciebie słowa, Nicholas, i są lepsze niż dobre. Sam posłuchaj. 

Podniecona zaczęła śpiewać do jego melodii. Słowa brzmiały jej w głowie, gdy po raz 

pierwszy usłyszała muzykę. Teraz udoskonalone, wygładzone idealnie współgrały z muzyką. 

Gdy wybrzmiała ostatnia nuta, Freddie przymknęła oczy. 

- Co ty tu robisz? 

Podskoczyła i błyskawicznie odwróciła głowę. W drzwiach stał Nick. Zauważyła, że 

nie był w przyjaznym nastroju. 

- Zostawiam ci wiadomość. Chciałeś mieć piosenkę przed spotkaniem. No i masz. 

-  Słyszałem.  -  Cierpiał,  słuchając  jej,  obserwując,  jak  ją  dla  niego  śpiewa.  -  Wesz, 

która godzina? - spytał. 

- Chyba dochodzi północ. Myślałam, że jesteś zajęty na dole. 

- Jesteśmy zajęci na dole. Rio mi powiedział, że tu jesteś. 

background image

-  Nie  musiałeś  przychodzić.  Po  prostu  nie  chciałam  czekać  do  jutra.  -  Zaczynała  się 

już denerwować. - Dużo usłyszałeś? 

- Wystarczy. 

- No i jak? - Obróciła się szybko na stołku, wpatrując się w niego niecierpliwie. - Co o 

tym myślisz? 

- Myślę, że to kupię. 

- No właśnie. Tylko tyle masz do powiedzenia? 

- A co niby mam powiedzieć? - zdziwił się. 

- Powiedz, co czujesz - zapytała. 

Nie  miał  pojęcia,  co  czuje.  W  jakiś  dziwny  sposób  wciągała  go  w  rewiry,  których 

nigdy nie chciał badać. 

-  Myślę  -  zaczął  ostrożnie  -  że  to  przejmujące  słowa,  trafiające  do  serca  i  duszy.  I 

myślę, że ludzie będą je nucić, wychodząc z teatru. 

Milczała.  Z  zakłopotaniem  stwierdziła,  że  oczy  napełniają  jej  się  łzami.  Spuściła 

wzrok, wpatrując się w swoje dłonie. 

- Nie spodziewałam się aż takiej pochwały z twoich ust - przyznała. 

- Wiesz, że masz talent, Fred. 

- Tak, mówię sobie, że wiem. - Podniosła wzrok. Serce biło jej szybciej, gdy na niego 

patrzyła.  -  Mówię  sobie  całą  masę  rzeczy,  Nick.  Rzeczy,  które  szybko  ulatują,  gdy  jestem 

sama  w  środku  nocy.  Ale  to,  co  powiedziałeś,  będzie  trwać,  niezależnie  od  wszystkiego,  co 

się stanie. 

Nie mógł oderwać od niej wzroku. Nawet nie wiedział, kiedy do niej podszedł. 

- Pokażę producentowi to, co przygotowaliśmy. Wezmę wolny dzień. 

- A ja zajmę się urządzaniem nowego mieszkania, żeby się nie rozchorować z nerwów. 

- Świetnie. - Bezwiednie wziął ją za rękę. Pokój tonął w półmroku, oświetlony tylko 

małą lampką stojącą na pianinie. - Nie powinnaś tu była wracać dziś wieczór - powiedział. 

- Dlaczego? 

- Za dużo o tobie myślę. Nigdy nie myślałem o tobie w ten sposób. 

- Czasy się zmieniają, ludzie też... 

- Nie zawsze tego chcemy i nie zawsze jest to najlepsze wyjście - mruknął, zbliżając 

usta do jej ust. 

Tym razem wszystko było inaczej. Była na to przygotowana, ale rym razem pocałunek 

był  powolny,  rozpaczliwy.  Nie  ogarnęła  jej  burza,  jej  ciało  po  prostu  osłabło,  omdlało, 

rozpływało się jak woskowa świeca, która zbyt długo się paliła. 

background image

Czuł niewinność, jej niewinność tak bezbronną wobec jego namiętności. Wyobraźnia 

rozpalała mu zmysły. 

-  Kłamałem  -  wyszeptał,  odsuwając  ją  od  siebie  ostatkiem  woli.  -  Powiedziałem,  że 

więcej cię nie dotknę. 

- Chcę, żebyś mnie dotykał. 

-  Wiem.  -  Położył  jej  dłonie  na  ramionach  i  przytrzymał.  -  A  ja  chcę,  żebyś  teraz 

poszła do siebie, do hotelu. Skontaktuję się z tobą jutro po rozmowie z Valentine'em. 

- Chcesz, żebym została - szepnęła. - Chcesz być ze mną. 

- Nie, nie chcę. - To przynajmniej była prawda. Nie chciał tego, nawet jeśli wydawało 

się,  że  tak  bardzo  tego  potrzebuje.  -  Jesteśmy  rodziną,  Fred,  i  wygląda  na  to,  że  możemy 

razem pracować. Nie chcę tego zniszczyć. Ty też nie. - Odstąpił o krok. - A teraz chcę, żebyś 

zeszła na dół i poprosiła Rio, żeby ci zamówił taksówkę. 

Każdy nerw miała napięty do ostatecznych granic, jak strunę. Chciało jej się krzyczeć 

ze złości, ale zobaczyła w jego oczach ogromne zatroskanie. 

- Dobrze, Nick, czekam na wiadomość. 

Przy drzwiach zatrzymała się jeszcze na chwilę i odwróciła. 

- Ale wciąż będziesz o mnie myślał. Za dużo. I nigdy już nie będzie tak jak dawniej. 

Kiedy drzwi się za nią zaniknęły, usiadł przy pianinie. Miała rację, przyznał pocierając 

czoło. Nic już nie będzie takie jak dawniej. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Niedzielny obiad w domu Stanislaskich nigdy nie przebiegał w spokojnej atmosferze. 

Zaczynało  się  wczesnym  popołudniem  od  krzyków  dzieci,  nawoływań  dorosłych,  głośnych 

rozmów  i  szczekania  psów.  A  później  z  kuchni  zaczynały  dochodzić  smakowite  zapachy, 

wobec których żadne podniebienie nie mogło być obojętne. 

W miarę jak rodzina się powiększała, dom na Brooklynie zdawał się rozciągać, jakby 

był  z  gumy,  żeby  pomieścić  wszystkich.  Na  podłodze  i  na  kolanach  dorosłych  tłoczyły  się 

dzieci, wszędzie walały się gry i zabawki. Gdy nadchodził czas posiłku, rozkładano duży stół, 

przy  którym  domownicy  i  goście  zasiadali  stłoczeni  jedno  przy  drugim.  Krążyły  półmiski  i 

wazy ze smakołykami przygotowanymi przez mamę, rozmawiano z ożywieniem, śmiano się i 

przekrzykiwano. 

Dom  Michaiła  i  Sydney  w  Connecticut  był  o  wiele  większy,  mieszkanie  Rachel  i 

Zacka  wygodniejsze,  a  poddasze  Aleksija  i  Bess  przestronniejsze.  Żadne  z  nich  jednak  ani 

przez  chwilę  nie  myślało,  by  przejąć  tradycję  domu  Stanislaskich  i  urządzać  u  siebie  nie-

dzielne obiady. 

Bo to tutaj jest  gniazdo  rodzinne, zadumała się  Freddie, ściśnięta na kanapie między 

Sydney a Zackiem. To tutaj, niezależnie od tego, gdzie każde z nich pracuje czy mieszka, jest 

ich dom. 

-  Na  kolanka!  -  zażądała  Laurel  i  zaczęła  się  wspinać  po  nodze  Freddie.  Miała 

słoneczny uśmiech ojca i chłodne, bystre oczy matki. 

- No chodź. - Wzięła ją na ręce i posadziła sobie na kolanach, a dziewczynka od razu 

zajęła się kolorowymi kamieniami w jej naszyjniku. 

- Jesteś zadowolona z mieszkania? - spytała Sydney, pochylając się ku niej. 

- Bardzo. Jestem ci niezmiernie wdzięczna. Właśnie o czymś takim myślałam. Świetna 

lokalizacja, metraż, wszystko. Jednym słowem nie mogłam trafić lepiej. 

-  To  dobrze.  -  Sydney  odwróciła  wzrok  od  Freddie,  kierując  go  ku  swemu 

najstarszemu synowi, który właśnie zabierał się do dokuczania siostrze. 

Nie  chodziło  o  to,  że  nadmiernie  martwiła  się  o  Moirę.  Dziewczynka  potrafiła  sama 

się bronić. Miała silne piąstki. 

-  Przestań!  -  zawołała  i  to  wystarczyło,  żeby  chłopiec  przestał  ciągnąć  siostrę  za 

koński ogon. - Rozglądasz się za meblami? - zwróciła się ponownie do Freddie. Laurel zeszła 

już z kolan Freddie i zaczęła teraz wspinać się po jej nodze. 

background image

- Trochę - odrzekła Freddie. Z góry dobiegł mrożący krew w żyłach okrzyk wojenny, 

po  którym  nastąpiło  głuche  uderzenie.  Nikt  nawet  nie  mrugnął.  -  Kupiłam  parę  rzeczy  w 

ostatnich  dniach.  Myślę,  że  zabiorę  się  do  tego  na  dobre  w  przyszłym  tygodniu,  już  po 

przeprowadzce. 

-  Wiesz,  znam  jeden  niezły  i  niedrogi  sklep.  Dam  ci  adres.  Zack  -  zwróciła  się  do 

męża. 

-  Hm?  -  Oderwał  wzrok  od  telewizora,  w  którym  właśnie  oglądał  mecz,  i  spojrzał 

pytająco na Sydney. 

Ruchem  głowy  wskazała  Gideona.  Najmłodsza  latorośl  Muldoonów  przysunęła 

właśnie krzesło do kredensu, gdzie na półce stał słoik z ulubionymi gumisiami Jurija. 

- Ani się waż, Gideon - ostrzegł Zack. 

- Tylko jednego, tatusiu - prosił chłopiec z miną niewiniątka. - Dziadek pozwolił. 

- Nie wątpię. - Zack wstał, chwycił syna w pasie i podrzucił do góry. - Ej, mamusiu, 

łap. 

Wprawa i refleks sprawiły, że Rachel chwyciła syna w locie. Podeszła do Freddie. 

-  A  gdzież  to  się  podziewa  nasz  Nick?  -  spytała.  To  samo  pytanie  zadawała  sobie 

właśnie Freddie. 

-  Jestem  pewna,  że  zaraz  przyjdzie.  Nigdy  nie  opuściłby  obiadu.  Wczoraj  z  nim 

rozmawiałam. 

Ale  nie  mógł,  a  może  nie  chciał  przekazać  jej  opinii  producentów  na  temat  ich 

wspólnego dzieła. Czekanie było dla niej jak siedzenie na rozżarzonych węglach. 

Przecież  do  czekania  powinnam  się  już  była  przyzwyczaić,  pomyślała  wzdychając. 

Czekam na Nicka od dziesięciu lat. 

Nie  zwracała  uwagi  na  gwar  toczących  się  wokół  rozmów.  Słowa  przepływały  jej 

mimo uszu. Wstała i torując sobie drogę między dziećmi i porozrzucanymi zabawkami, udała 

się do kuchni. Przy stole zastała Bess przyprawiającą sałatę i Nadię stojącą przy kuchni. 

Obrzuciła  wzrokiem  pomieszczenie.  Podobało  jej  się  to  miejsce  z  zawsze 

zastawionymi  blatami,  z  lodówką  całą  pokrytą  kolorowymi  rysunkami  dzieci.  Na  kuchence 

zawsze coś się gotowało, a słoik z herbatnikami nigdy nie był pusty. 

Właśnie  takie  pozorne  drobiazgi  stanowią  o  domowej  atmosferze.  Pewnego  dnia, 

przyrzekła sobie, i ja będę mieć taką kuchnię. 

- Babciu. - Freddie pocałowała Nadię w rozgrzany policzek. Poczuła delikatny zapach 

lawendy, zmieszany z aromatem pieczonego mięsa. - Pomóc ci w czymś? - spytała. 

- Nie, dziecko. Usiądź, nalej sobie wina. Gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść. 

background image

- Mnie pozwoliła tylko dlatego - powiedziała Bess - żebym się czegoś nauczyła. Nadia 

uważa, że powinnam wreszcie przestać przygotowywać posiłki za pomocą telefonu, jedynego 

sprzętu kuchennego, jakiego używam. 

-  Wszystkie  moje  dzieci  umieją  gotować  -  oświadczyła  Nadia  z  odcieniem  dumy  w 

głosie. 

- Nick nie - mruknęła Freddie i Skubnęła rzodkiewkę. 

-  Nie  mówiłam,  że  wszyscy  gotują  dobrze.  -  Nadia  wyrabiała  ciasto  na  kluski.  Była 

niedużą, ale silną kobietą, z siwymi już włosami i pogodną, zawsze uśmiechniętą twarzą. Jej 

spokój, uświadomiła sobie nagle Freddie, wynikał z tego, że była szczęśliwa. 

Wiek wyżłobił parę zmarszczek na jej twarzy, ale żadna nie była zmarszczką smutku i 

niezadowolenia z życia. 

- Kiedy się nauczysz - Nadia wskazała drewnianą łopatką w kierunku Bess - będziesz 

mogła uczyć swoje dzieci. 

- Przerażająca wizja. - Bess udała, że skóra jej cierpnie na samą myśl o tym. - Właśnie 

w  zeszłym  tygodniu  Carmen  wysypała  sobie  na  głowę  całą  torebkę  mąki,  a  potem  dodała 

jeszcze jajka. 

- Nauczysz ją gotować - uśmiechnęła się Nadia. - Synów też. Dam ci przepisy, które 

dostałam od mojej mamy. Freddie, przyrządzasz kurczaka tak, jak cię nauczyłam? 

- Oczywiście, babciu. - Freddie posłała Bess porozumiewawczy uśmiech. - Kiedy już 

się zadomowię w nowym mieszkaniu, zaproszę was z dziadkiem na prawdziwą ucztę. 

- Akurat - mruknęła Bess. 

Z  pokoju  zaczęły  dobiegać  głośne  okrzyki  powitania  i  radości.  Kiedy  hałas  wzmógł 

się do granic wytrzymałości, Nadia otworzyła piekarnik, żeby sprawdzić pieczeń. 

- Przyszedł Nick - oznajmiła. - Zaraz siadamy do obiadu. 

Freddie wstała i jak gdyby nigdy nic, sięgnęła po dzbanek z winem stojący na szafce. 

- Napijesz się czegoś zimnego, ciociu Bess? - spytała. 

- Może soku. - Bess z namaszczeniem kroiła ogórek w cieniutkie plasterki. - Jak tam 

mecz? 

-  Też  się  nad  tym  zastanawiałam  -  mruknęła  Freddie,  gdy  nagle  drzwi  do  kuchni 

otworzyły się z trzaskiem. 

W progu stanął Nick, z ogromnym bukietem kwiatów w jednej ręce, z dziewczynką na 

drugiej i z malcem uczepionym nogi. 

- Przepraszam za spóźnienie. - Wręczył bukiet Nadii i ucałował ją siarczyście w oba 

policzki. 

background image

- Czy chcesz mnie przekupić kwiatami? - roześmiała się. 

- Udało się? - zażartował. 

-  Zawsze  ten  sam.  -  Popatrzyła  na  niego  z  rozczuleniem.  -  Włóż  je  do  wody.  Weź 

tamten wazon. - Wskazała na szafkę przy drzwiach. 

Nie zwracając uwagi na czepiające się go dzieci, Nick podszedł do szafki. 

- Same smakołyki - powiedział. - Coś, co lubią małe dziewczynki. - Uśmiechnął się do 

Laurel i skubnął ją w policzek. 

Zapiszczała z radości i przytuliła się do niego. 

- Na ręce, Nick. Ja też chcę na ręce. 

Nick popatrzył w dół na chłopca uczepionego jego dżinsów. 

- Zaczekaj, aż będę miał wolną rękę, Kyle. 

- Kyle, zostaw Nicka w spokoju - włączyła się Bess, biorąc od Freddie szklankę soku. 

- Ale mamo, on wziął Laurel - skarżył się chłopiec. 

-  Poczekaj  na  swoją  kolej.  -  Nick  włożył  kwiaty  do  wazonu,  schylił  się  i  podniósł 

chłopca.  Z  Laurel  na  jednym,  z  Kyle'em  na  drugim  ramieniu,  odwrócił  się  i  popatrzył  na 

Freddie. - Cześć, mała. Jak leci? 

-  Ty  mi  powiedz.  -  Spoglądała  na  niego  znad  kieliszka  i  przeklinała  go  w  duchu,  że 

wygląda  tak  pięknie,  z  dziećmi  na  rękach,  ze  wzrokiem  obserwującym  ją  z  serdeczną 

ż

yczliwością. - Miałeś wiadomość od Reeda? 

-  Jest  niedziela  -  przypomniał  jej.  -  Wyjechał  z  rodziną  do  Hamptons  albo  do  Bar 

Harbor albo gdzieś tam jeszcze. Za parę dni się odezwie. 

Za parę dni to ona eksploduje. 

- Musiał jakoś zareagować. 

- Niezupełnie. 

- Przesłuchał taśmę? 

- Oczywiście, że tak. 

Kyle  szarpał  Nicka  za  włosy,  domagając  się,  by  zwrócił  na  niego  uwagę.  W  końcu 

rozpłakał się i wyciągnął ręce do Freddie. Wzięła go od Nicka. 

- A więc co powiedział po przesłuchaniu taśmy? 

- Niewiele. 

-  Musiał  coś  powiedzieć  -  nalegała.  -  Zwrócić  na  coś  uwagę.  Niemożliwe,  żeby  nie 

powiedział ani słowa. 

Nick tylko wzruszył ramionami. Sięgnął po plasterek marchewki z sałatki Bess, ale ta 

uderzyła go w rękę. 

background image

- No wiesz! - obruszył się. - Przecież nikt nie widzi. 

-  Ja  widzę.  I  to  ja  się  staram,  żeby  sałatka  pięknie  wyglądała.  Obieram  jarzyny, 

układam je, a ty chcesz mi zepsuć kompozycję.  Możesz wziąć to. - Wręczyła mu marchew, 

którą dopiero zamierzała pokroić. 

- Dzięki. A swoją drogą, Freddie, dlaczego nie zajmiesz się przez parę dni domem? - 

Ugryzł kawałek marchewki i zaczął ją przeżuwać. 

Obserwował Freddie. Lubił, gdy jej wzrok zmieniał się ze spokojnego w gniewny, gdy 

wydymała wargi, dając upust złości. 

-  Kup  parę  drobiazgów  do  nowego  mieszkania.  Kiedy  tylko  będę  coś  wiedział, 

skontaktuję się z tobą. 

- Chcesz, żebym tak po prostu czekała? 

Jakby na znak solidarności z Freddie, Kyle położył główkę na jej ramieniu i spojrzał 

spode łba na Nicka. 

- Chcesz, żebym tak po prostu czekała? - powtórzył, naśladując ton jej głosu. 

Nick roześmiał się ubawiony. 

-  To  jest  myśl.  I  niech  ci  czasem  nie  przyjdzie  do  głowy  samej  dzwonić  do 

Valentine'a. Stary przyjaciel rodziny czy nie, ale ja nie uznaję takich praktyk. 

Mogła  na  to  tylko  odpowiedzieć  milczeniem,  ponieważ  rozważała  już  taką 

ewentualność. 

- Nie wiem, dlaczego to miałoby... - zaczęła. 

- Nie - uciął krótko i wręczywszy jej resztę marchewki, wyszedł z kuchni. 

-  Uparty  i  zawzięty,  na  dodatek  przemądrzały,  wszystko  wie  najlepiej  -  burczała 

Freddie. 

- Wie najlepiej - powtórzył Kyle niczym echo. 

-  Ciociu  -  Freddie  zwróciła  się  do  Bess.  -  Czy  ty  wykorzystujesz  czasem  swoje 

znajomości? 

Bess ze zdwojoną uwagą zajęła się krojeniem pieczarek. 

- Wiesz, czasami mi się to zdarza. 

- Co za wiercipięta - burknęła Freddie, z trudem utrzymując Kyle' a na rękach. 

- Wielcipięta - powtórzył chłopiec, gdy wychodzili z kuchni. 

-  Ani  się  obejrzysz,  jak  będzie  dorosły.  Czas  szybko  płynie,  z  dzieci  wyrastają 

mężczyźni i kobiety - skomentowała Nadia. 

- Niełatwo być dorosłym - rzuciła Bess. Nadia w zamyśleniu wyrabiała ciasto. 

background image

-  On  jest  nią  zainteresowany  -  powiedziała.  Bess  podniosła  głowę.  Nie  była  pewna, 

czy Nadia zauważyła to co ona. Oczywiście, zadumała się Bess, ona powinna wiedzieć lepiej. 

W sprawach rodziny Nadia wie wszystko, nic nie uchodzi jej uwagi. 

- Ona nim też - oświadczyła i obie kobiety uśmiechnęły się do siebie. 

- Ona zrobi z niego człowieka - stwierdziła Nadia z przekonaniem. 

Bess skinęła głową. 

- A on ją trochę okiełzna. 

-  On  ma  w  sobie  dużo  serca  -  rozczuliła  się  Nadia.  -  I  ogromną  potrzebę  posiadania 

rodziny. 

- Oboje są tacy. 

- To dobrze. 

- To wspaniale - dodała Bess, biorąc do ręki szklankę soku. 

To  była  dopiero  pierwsza  z  wielu  rozmów  tego  wieczoru,  które  wprawiłyby  w 

zdumienie  Freddie  i  Nicka,  gdyby  je  usłyszeli.  Na  poddaszu  Bess  przytuliła  się  do  Aleksa. 

Miała zaspane oczy i ziewała. W pierwszych miesiącach ciąży zawsze była trochę ociężała i 

rozleniwiona. 

- Aleksij - zaczęła. 

-  Hm?  -  Pogłaskał  ją  po  włosach,  jednym  uchem  słuchając  wiadomości  w  telewizji, 

drugim żony. - Potrzebujesz czegoś? 

Bess  była  wręcz  książkowym  przykładem  kobiety  w  ciąży  z  wszystkimi 

zachciankami, dolegliwościami, nastrojami, jakie towarzyszą na ogół temu stanowi. 

- W lodówce są chyba jeszcze truskawki i masło orzechowe. Przynieść ci? - spytał. 

- Cóż... - Zastanowiła się przez chwilę, po czym potrząsnęła  głową. - Nie, myślę, że 

nie.  -  Uśmiechnęła  się,  widząc,  jak  Aleks  delikatnie  głaszcze  jej  brzuch.  -  Właściwie  to 

myślałam o Freddie i Nicku. 

Poruszył  się  niespokojnie,  pamiętając  o  tym,  co  przyrzekł  siostrzenicy.  Że  dochowa 

tajemnicy, jaką mu powierzyła. 

- Co takiego? 

-  Myślisz,  że  wiedzą  już,  że  oszaleli  na  swoim  punkcie,  czy  dopiero  zaczynają 

wyczuwać, że coś się kroi? 

- Co? - Aleks usiadł i wpatrzył się w żonę szeroko otwartymi oczami. - Nie rozumiem. 

-  Sama  nie  wiem.  -  Bess  kręciła  się  niespokojnie,  usiłując  przybrać  jak 

najwygodniejszą  pozycję.  -  Chyba  sami  są  tym  trochę  zaskoczeni.  Musi  im  się  to  wydawać 

niesamowite. 

background image

Aleks westchnął głęboko. Oszukiwał sam siebie, myśląc, że Bess, zajęta własną ciążą, 

nie zwraca uwagi na to, co dzieje się wokół niej. 

- Niesamowite? - powtórzył. - Skąd wiesz, że oszaleli na swoim punkcie? 

Bess spożytkowała całą swoją energię, by otworzyć jedno oko. 

- Ile razy mam ci mówić, że pisarze są tak samo spostrzegawczy jak gliny? Ty też to 

zauważyłeś,  prawda?  Sposób,  w  jaki  na  siebie  patrzą,  jak  wokół  siebie  chodzą,  jak  się 

zachowują, kiedy są razem? 

-  Może.  -  Nie  był  pewien,  czy  już  wewnętrznie  pogodził  się  z  tą  myślą.  -  Ktoś 

powinien napomknąć o tym Nataszy. 

Bess wzruszyła ramionami. 

- Aleksij, w porównaniu z matkami gliny i pisarze są głusi, niemi i ślepi. - Przytuliła 

się do męża i uśmiechnęła przymilnie. - A może jednak przyniesiesz mi truskawki? 

Rachel i Zack obchodzili pokoje dzieci. Rachel ściągnęła walkmana z głowy córki, a 

Zack  wcisnął  jej  głębiej  pod  pachę  pluszowego  zajączka.  Dawno  już  wyrosła  z  tej  zabawki 

dla dzieci, ale wciąż nie mogła się z nią rozstać. 

-  Z  każdym  dniem  robi  się  coraz  bardziej  podobna  do  ciebie  -  powiedział  Zack,  gdy 

zatrzymali się jeszcze na chwilę, by ostatni raz spojrzeć na swoją pierworodną córkę śpiącą 

słodko niczym nowo narodzone dziecię. 

- Z wyjątkiem brody - zgodziła się Rachel. - Tę na pewno ma po tobie. 

Wyszli  z  pokoju  córki  i  przeszli  przez  hol  do  pokoju  obu  synów.  Równocześnie 

wydali z siebie długie, bezradne westchnienie. Pokój wyglądał jak po trzęsieniu ziemi. Wśród 

tego  rumowiska  leżały  rozciągnięte  dwa  chłopięce  ciała.  Na  podłodze  i  meblach  walały  się 

ubrania, zabawki, modele samolotów, sprzęt sportowy, książki. Trudno było znaleźć choćby 

skrawek wolnej przestrzeni. Jake leżał na samym brzegu łóżka z ręką zwieszoną do podłogi. 

Cud,  że  nie  stoczył  się  w  sam  środek  tego  bałaganu.  Gideona  prawie  nie  było  widać  wśród 

skłębionych prześcieradeł. 

- Jesteś pewien, że to nasze dzieci? - zastanowiła się Rachel, trącając starszego syna 

łokciem. Zamruczał coś pod nosem i przesunął się bliżej środka łóżka. Teraz nie groziło mu 

już, że spadnie. 

-  Codziennie  zadaję  sobie  to  samo  pytanie  -  odparł  Zack.  -  Kiedyś  przyłapałem 

Gideona,  jak  opowiadał  jednemu  z  dzieci  Miszy,  że  jeśli  przywiążą  sobie  prześcieradło  jak 

pelerynę i skoczą z dachu domu Jurija, to polecą z powrotem na Manhattan. 

Rachel zaniknęła oczy i zadrżała. 

background image

-  Nawet  mi  tego  nie  mów.  Są  rzeczy,  których  wolę  nie  wiedzieć.  -  Uniosła  kołdrę 

Gideona  i  ze  zdumieniem  stwierdziła,  że  na  poduszce  zamiast  głowy  leży  noga  chłopca. 

Podniosła więc kołdrę z drugiej strony. 

- Chciałam cię spytać, co sądzisz o Nicku i Freddie - zwróciła się do Zacka. 

- Pracują razem? Uważam, że to wspaniale. - Zack zaklął pod nosem, stanąwszy stopą 

w samej skarpetce na lokomotywie kolejki. - Do diabła - syknął, uraziwszy się w palec. 

-  Ostrzegałam  cię,  że  tutaj  nie  należy  wchodzić  bez  butów.  Ale  wracając  do  mojego 

pytania, to nie mówiłam o ich pracy. Chodziło mi o to, co myślisz o ich romansie. 

Zack przestał masować stopę i utkwił zdumiony wzrok w Rachel. 

- Romans? Jaki romans? Czyj romans? - pytał, kompletnie zbity z tropu. 

- Nicka i Fred. Ej, Muldoon, uważaj, bo zmienisz się w słup soli. 

Zack powoli dochodził do siebie. Wyprostował się, zapomniał o bolącym palcu. 

- O czym ty właściwie mówisz? - spytał. 

- O tym, że Freddie jest po uszy zakochana w Nicku. I o tym, że ilekroć ona znajduje 

się w zasięgu jego ręki, on chowa ręce do kieszeni, jakby się bał, że zaraz jej dotknie. 

- Czekaj, czekaj. - Ponieważ podniósł głos, uciszyła  go. Wziął ją za rękę i pociągnął 

do przedpokoju. - Chcesz mi powiedzieć, że tych dwoje jest zainteresowanych... 

-  Chcę  powiedzieć,  że  etap  zainteresowania  już  dawno  mają  za  sobą.  -  Rachel 

rozbawiona  przechyliła  głowę.  -  Co  się  z  tobą  dzieje,  Muldoon?  Martwisz  się  o  swego 

braciszka? 

- Nie. Tak. Nie. - Zdezorientowany przeciągnął ręką po włosach. - Jesteś tego pewna? 

-  Oczywiście,  i  gdybyś  nie  traktował  Nicka  ciągle  jak  nastolatka  o  zbrodniczych 

instynktach, też byś to zauważył. 

Zack oparł się o ścianę i opuścił ramiona. 

-  Może  i  zauważyłem  coś  niecoś.  Widziałem,  jak  się  zachowywał,  kiedy  wyszła  do 

miasta z jednym z naszych kumpli. 

- A więc był zazdrosny? - ucieszyła się Rachel. - Szkoda, że tego nie widziałam. 

-  Chętnie  by  mnie  udusił  za  to,  że  ich  sobie  przedstawiłem.  -  Nagle  roześmiał  się 

głośno. - Ach, ty stary łobuzie! Freddie i Nick. Kto by pomyślał? 

- Każdy, kto ma oczy. Wzdycha do niego od lat. 

-  Masz  rację.  Może  i  jest  słodka,  ale  wie,  czego  chce.  Obawiam  się,  że  mój  mały 

braciszek może mieć kłopoty. - Obejrzał się na żonę. Rozpuszczone włosy spływały jej luźno 

za  ramiona.  Miała  na  sobie  tylko  cienką  koszulę,  która  zsuwała  jej  się  z  prawego  ramienia. 

background image

Szeroki uśmiech rozjaśnił mu twarz. - A co do romansu, Wysoki Sądzie, właśnie przeszło mi 

przez myśl... 

Nachylił się i zaczął szeptać jej coś do ucha. Uniosła brwi i wydęła usta. 

-  Cóż,  to  bardzo  interesująca  propozycja,  Muldoon.  Dlaczego  by  jej  nie 

przedyskutować... w łóżku? 

- Na to właśnie czekałem. 

Sydney  leżała  przytulona  do  męża  w  sypialni  ich  dużego  domu  w  Conneticut.  Serce 

wciąż jej waliło, krew szybciej płynęła w żyłach. 

Ciekawe, myślała. Po tylu latach wciąż jeszcze mężczyzna zaskakuje ją tym, co może 

zrobić z jej ciałem. Miała nadzieję, że tak już pozostanie na zawsze. 

- Zimno? - spytał, przeciągając dłonią po jej nagich plecach. 

-  Żartujesz?  -  Uniosła  rozpaloną  twarz.  Ich  spojrzenia  się  spotkały.  -  Jesteś  taki 

piękny, Michaił - powiedziała. 

- Nie zaczynaj - ostrzegł. 

Zaśmiała się i pokryła pocałunkami jego pierś. 

- Kocham cię, Michaił. 

-  No  to  możesz  zaczynać.  -  Westchnął  z  zadowoleniem  i  objął  ją  za  szyję.  Przez 

chwilę leżeli w milczeniu, obserwując cienie tańczące na suficie. - Jak myślisz, czy czeka nas 

wkrótce ślub? 

Sydney nie spytała, czyj ślub. Chociaż jeszcze na ten temat nie rozmawiali, domyślała 

się, o kim mąż myśli. 

-  Nick  nie  jest  pewien,  czego  chce  i  co  ma  robić.  Myślę,  że  Freddie  jest  pewna  i 

jednego, i drugiego. A swoją drogą, miło na nich patrzeć. 

- Przypomina mi to inne czasy - zadumał się Michaił. - I inną parę. 

- O, naprawdę? - Uniosła się na łokciu i uśmiechnęła. 

- Byłaś bardzo uparta, mileńka. 

- A ty bardzo pewny siebie. 

- To prawda. - Nie poczuł się urażony. - Ale pamiętaj, że byłaś starą panną zakochaną 

tylko w swojej pracy. - Poczuł lekkie szturchnięcie w żołądek. - Wyzwoliłem cię z tego. 

- A kto teraz ciebie wyzwoli? - Przetoczyła się na niego, przyciskając go do materaca. 

Pogrążona  w  błogiej  nieświadomości,  że  stanowi  centrum  zainteresowania  całej 

rodziny,  Freddie  chwyciła  nowo  zakupiony  telefon  bezprzewodowy.  Niemal  chora  z 

podniecenia, szybko wybrała numer. Wiedziała, że ojciec prowadzi teraz zajęcia, ale matka na 

pewno jest w swoim sklepie. Chciała się im koniecznie pochwalić nowym mieszkaniem. 

background image

- Mamo. - Ściskając w ręku słuchawkę, krążyła między dużym pokojem a kuchnią. - 

Zgadnij, gdzie jestem. Tak. - Jej śmiech niósł się echem po mieszkaniu. - Jest cudowne. Nie 

mogę się doczekać, kiedy je zobaczycie. Tak, wiem, na przyjęcie urodzinowe. Wszystko jest 

bajeczne.  -  Przeskoczyła  przez  chińską  wazę,  którą  kupiła  w  sklepie  poleconym  jej  przez 

Sydney,  i  okręciła  się  na  pięcie.  -  Wdziałam  się  ze  wszystkimi  w  niedzielę.  Babcia 

przygotowała wyborną pieczeń. Prezent? - zastanowiła się przez sekund,. - Od tatusia? Tak, 

będę w domu przez cały dzień. A co to takiego? 

Tanecznym krokiem zaczęła znowu przemierzać mieszkanie. 

-  Dobrze,  uzbroję  się  w  cierpliwość.  Tak  dostałam  naczynia.  Dziękuję,  mamo. 

Zawiesiłam  nawet  szafkę  w  kuchni,  żeby  miały  gdzie  stać.  Kupiłam  już  trochę  potrzebnych 

rzeczy. 

Wyjęła z torby z zakupami ciasto i przeszła do salonu. 

- Nie, chcę kupić łóżko. Nie będę brała z domu. Liczę na to, że zachowacie mój pokój 

taki, jaki jest. Będę miała wrażenie, że zawsze mogę wrócić, że nie wyjechałam na dobre. O, i 

powiedz  Brandonowi,  że  nie  byłam  jeszcze  na  meczu,  ale  na  pewno  pójdę  w  przyszłym 

tygodniu. Natomiast mam już bilety na balet. 

Dwa bilety, dodała w duchu. Zabierze Nicka, nawet gdyby się opierał. 

- Powiedz Katie, że zapamiętam każdy ruch, każdy krok i gest, każde plie i fouettee. 

O,  i  powiedz  tacie...  Tyle  mam  do  powiedzenia  każdemu,  zresztą  wszystko  wam  opowiem, 

jak  przyjedziecie,  i...  Zaczekaj  mamo,  ktoś  dzwoni.  Tak,  mamo  -  uśmiechnęła  się.  -  Założę 

się, że wiem, kto to. Poczekaj, dobrze? Słucham - zawołała do słuchawki domofonu. 

- Panna Frederica Kimball? Przesyłka dla pani. - Dziadek? 

- A jak myślisz? - usłyszała silny męski głos. - Frank Sinatra? 

- Chodź na górę, Frankie. Mieszkanie 5D. 

- Wiem, wiem, moja mała. 

- Tak, to dziadek - powiedziała do telefonu. - Na pewno zechce zamienić z tobą parę 

słów,  jeśli  masz  czas.  -  Przekręciła  klucz  i  otworzyła  szeroko  drzwi.  -  Szkoda,  że  tego  nie 

widzisz,  mamo.  Mam  wspaniałą  windę,  z  żelazną  ozdobną  kratą.  A  moją  sąsiadką  z 

naprzeciwka  jest  poetka,  która  ubiera  się  na  czarno  i  mówi  z  wytwornym  brytyjskim 

akcentem  lekko  zabarwionym  Bronxem.  Chyba  nigdy  nie  nosi  butów.  O,  winda  już  jest. 

Dziadek! 

Jurij nie przyszedł sam. Był z nim Michaił, który taszczył ogromne pudła. 

- Garnki i patelnie - oznajmił, stawiając prezenty na podłodze. - Twoja babcia boi się, 

ż

e nie będziesz miała w czym gotować. 

background image

- Dziękuję. Właśnie rozmawiam z mamą. 

- Pozwól na chwilę. - Michaił chwycił od razu słuchawkę. Freddie niemal zniknęła w 

ramionach dziadka. 

Jurij był potężnym mężczyzną, z szerokimi barami. Ściskał ją tak, jakby nie widzieli 

się całe lata. 

- Jak tam moja dziecinka? - spytał. 

- Cudownie. 

Pachniał  miętą,  tytoniem  i  potem,  mieszanką,  która  kojarzyła  się  jej  z  miłością  i 

poczuciem absolutnego bezpieczeństwa. 

- Pozwól, że zwiedzę twoje królestwo - powiedział, obrzucając wzrokiem salon. - Nie 

masz półek - stwierdził. 

- Cóż... - Freddie objęła dziadka w pasie, przytuliła się do niego i zatrzepotała rzęsami. 

- Właśnie pomyślałam sobie, że gdybym znała jakiegoś stolarza, który miałby trochę czasu... 

- Ja ci zrobię półki. A gdzie są meble? 

- Na razie nie ma. Ale stopniowo będę kupować. 

- Mam w sklepie stół. Będzie pasować. 

Podszedł  do  okien  i  dokładnie  je  obejrzał.  Stwierdził,  że  mają  dobre  zamknięcia  i 

łatwo się przesuwają w górę i w dół. 

-  W  porządku  -  ocenił.  Sprawdzał  właśnie  listwy  podłogowe  i  krany  w  kuchni,  gdy 

wszedł Nick. - Przyszedłeś wypakować pudła? - spytał Jurij. 

- Nie. - Nick wręczył Freddie doniczkę z fiołkiem alpejskim. - Dla ciebie, żeby było ci 

przyjemniej w nowym mieszkaniu. 

Nie  byłaby  bardziej  wzruszona,  gdyby  przykląkł  na  jedno  kolano  i  ofiarował  jej 

pierścionek z brylantem. 

- Jest piękny - powiedziała z zachwytem. 

- Pamiętałem, że lubisz kwiaty. Pomyślałem sobie, że chciałabyś mieć jakąś roślinę. - 

Jak zwykle w jej obecności, wsunął ręce do kieszeni i zlustrował pokój. - Wydawało mi się, 

ż

e to miało być małe mieszkanko - zauważył. 

Zmieściłyby  się  tutaj  dwa  moje,  stwierdził  w  duchu  i  potrząsnął  głową  z 

niedowierzaniem. Bogaci mają zupełnie inną skalę wielkości. 

- Nie powinnaś zostawiać drzwi otwartych - przestrzegł. 

- Przecież nie jestem sama - zdziwiła się. 

-  Papo,  Nata  chce  z  tobą  porozmawiać.  -  Michaił  podał  Jurijowi  telefon.  -  Freddie, 

masz tu może coś do picia? 

background image

- W lodówce - odparła, nie spuszczając oczu z Nicka. - A więc wpadłeś, żeby obejrzeć 

mieszkanie i dać mu swoją aprobatę? 

-  Mniej  więcej.  -  Wyszedł  z  salonu  i  udał  się  do  sypialni,  w  której  była  tylko  szafa 

wypełniona po brzegi rzeczami, kilka pudełek i dywan, który musiał kosztować majątek. 

- Gdzie zamierzasz spać? - spytał. 

-  Dzisiaj  mają  mi  dostarczyć  łóżko.  Mam  zamiar  je  wypróbować.  To  będzie 

królewskie łoże. 

- Hm - mruknął. Niebezpieczne rewiry. Sama myśl o niej w łóżku była niebezpieczna. 

W jej łóżku, w jego łóżku, w jakim bądź łóżku. - Nie otwieraj tutaj okien - dodał. - Te schody 

przeciwpożarowe to zaproszenie. 

- Nie jestem idiotką, Nicholas - obruszyła się. 

- Nie, jesteś tylko młoda i niedoświadczona. - Chwycił w locie puszkę z sokiem, którą 

rzucił mu Michaił. - Musisz mieć w tych drzwiach porządny zamek. 

- O drugiej ma przyjść ślusarz. Coś jeszcze, tatusiu? Spojrzał na nią spode łba, ale się 

nie odezwał. 

Zastanawiał  się  właśnie  nad  ciętą  ripostą,  gdy  ponownie  rozległ  się  dzwonek 

domofonu. Wyglądało na to, że to kolejna przesyłka dla panny Kimball. 

- Przypuszczalnie łóżko - domyśliła się Freddie. 

Nick  zapalił  papierosa  i  zaczął  szukać  popielniczki.  Podała  mu  porcelanową 

podstawkę na mydło w kształcie łabędzia. 

Ale  to  nie  było  łóżko.  Stanęła  jak  wryta  z  szeroko  otwartymi  ustami,  gdy  czterej 

potężni mężczyźni wtaszczyli do mieszkania fortepian. 

- Gdzie go postawić, proszę pani? - spytał jeden. 

- O Boże, to od tatusia, o Boże. - Oczy Freddie natychmiast napełniły się łzami. 

-  Tam  -  wskazał  Nick,  podczas  gdy  Freddie  ocierała  policzki.  -  To  Steinway  - 

zauważył.  -  Wiadomo,  wszystko  co  najlepsze,  dla  naszej  małej  Freddie  -  skomentował 

zgryźliwie. 

- Zamknij się, Nick - krzyknęła i wyrwała słuchawkę Jurijowi. - Mamo, och, mamo - 

mówiła przez łzy. 

Powinienem był wyjść razem z nimi, pomyślał Nick, gdy w pół godziny później został 

z Freddie sam. Freddie nie mogła przestać się zachwycać nowym instrumentem. Śmiała się i 

płakała na przemian, gładząc czarne skrzydło fortepianu. 

- Przestań, dobrze? - Nick usiadł na ławeczce i uderzył w środkowe C. 

- Jedno z nas ma uczucia, których nie wstydzi się okazywać. Spróbuj A. 

background image

-  Boże,  co  za  instrument  -  mruknął.  -  Moje  małe  pianino  brzmi  przy  nim  jak 

zardzewiała blacha. 

Freddie  rzuciła  na  niego  okiem,  biorąc  parę  akordów.  Oboje  dobrze  wiedzieli,  że  w 

każdej chwili mógł zastąpić swoje pianino jakim by chciał instrumentem. Stać go było na to. 

Ale był do niego przywiązany i nie miał zamiaru tego robić. 

- Teraz moglibyśmy tutaj pracować, gdybyś chciał - powiedziała i zagrała parę taktów 

swojej ostatniej piosenki. - Jeśli będziemy mieli nad czym pracować - dodała. 

- Tak, nad tym. - Zaczaj improwizować bluesa. 

- Posłuchaj jaki ma ton. 

- Słucham. - Usiadła obok i bez trudu włączyła się w melodię, którą grał. - Nad tym? - 

spytała. 

- Hm. Aha - rzucił, jakby sobie nagle coś przypomniał. - Będziesz miała zajęcie, mała. 

Pod koniec tygodnia podpiszesz kontrakt. Ejże, tracisz tempo - zauważył. - Przyspiesz. 

Siedziała z rękami na klawiaturze, ale nie poruszała palcami. Patrzyła w ścianę przed 

sobą. 

- Nie mogę oddychać - powiedziała. 

- Spróbuj wciągać powietrze i wypuszczać. 

-  Nie  mogę.  -  Odwróciła  się  i  oparła  głowę  na  kolanach.  -  Podobało  im  się  - 

wykrztusiła wreszcie, gdy Nick nie bardzo wiedząc, co robić, nieporadnie głaskał jej plecy. 

- Byli zachwyceni - powiedział. - Wszyscy. Valentine powiedział, że Maddy O'Hurley 

uznała,  że  to  najlepszy  kawałek  na  otwarcie  w  całej  jej  karierze.  Chce  mieć  następne. 

Przejrzała też piosenkę o miłości. Oczywiście, zachwyciła ją moja muzyka. 

- Nie łżyj, LeBeck. - Mimo ostrego tonu oczy miała wilgotne. 

- Tylko nie zacznij się znowu mazać - ostrzegł. 

- Jesteś profesjonalistką. 

- Jestem autorką tekstów. - Uskrzydlona sukcesem, zarzuciła mu ręce na szyję i mocno 

uścisnęła. 

- Stanowimy zespół. 

-  Chyba  tak.  -  Nawet  nie  wiedział,  kiedy  wtulił  twarz  w  jej  włosy.  -  Przestań  tego 

używać - powiedział. 

- Czego? 

- Tych perfum. Za bardzo na mnie działają. 

-  Lubię  na  ciebie  działać  -  przyznała  bez  ogródek.  Przesunęła  wargi  po  jego  szyi  i 

Skubnęła lekko koniuszek ucha. 

background image

Mało brakowało, a straciłby nad sobą panowanie. 

-  Przestań  -  warknął.  Wziął  ją  za  ramiona  i  odsunął  od  siebie.  -  Łączą  nas  stosunki 

służbowe. Nie chcę, żeby mi w pracy przeszkadzały... 

- Co takiego? - zaciekawiła się. 

- Hormony. Mam już za sobą lata, gdy mną rządziły. I ty chyba też. 

- Hormony ci się burzą? - Przesunęła językiem po wargach. 

-  Przestań.  -  Wstał,  wiedząc,  że  lepiej  zachować  bezpieczny  dystans.  -  Musimy  od 

razu ustalić pewne reguły gry. 

- Świetnie. - Patrzyła na niego z rozbawieniem. - Jakie? 

-  Powinnaś  przede  wszystkim  pamiętać,  że  jesteśmy  partnerami.  To  znaczy 

wspólnikami w pracy. - Uznał, że lepiej będzie nie przypieczętowywać tego uściskiem dłoni. 

Zwłaszcza  że  jej  dłonie  były  miękkie,  delikatne  i  niewiarygodnie  zmysłowe.  -  Łączy  nas 

interes. 

- Zgoda. - Przechyliła głowę i powabnym, wystudiowanym ruchem założyła nogę na 

nogę. - A zatem, kiedy zaczynamy... wspólniku? 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Nick widział, że Freddie błądzi myślami gdzieś daleko, nie mogąc się skoncentrować 

na pracy. Przez dwa tygodnie stosunkowo  gładko posuwali się naprzód, ale w miarę jak się 

zbliżał dzień przyjazdu jej rodziny do Nowego Jorku na przyjęcie rocznicowe Nadii i Jurija, 

coraz częściej pracowała zrywami. 

Nie  chciał  jej  przywoływać  do  porządku,  lecz  to  ciągłe  przeskakiwanie  z  tematu  na 

temat - a to nowy przepis na kanapki, jaki miał dać jej Rio, a to lampa w stylu secesyjnym, 

którą  kupiła  do  salonu,  a  to  znów  słowa  piosenki,  które  pospiesznie  pisała  do  muzyki  z 

drugiego aktu - wcale nie wychodziło na dobre ich pracy. 

-  Dlaczego  po  prostu  nie  pójdziesz  na  zakupy,  do  manicurzystki,  nie  zrobisz  czegoś 

naprawdę ważnego? - ironizował Nick. 

Freddie  spojrzała  na  niego  z  politowaniem  i  siłą  woli  powstrzymała  się  przed 

ponownym zerknięciem na zegarek. Jej rodzina miała się zjawić za niecałe trzy godziny. 

- Jestem pewna, że gdyby Barbra Streisand raz opuściła przedstawienie, Broadway by 

się nie zawalił. 

Mógł się tego spodziewać. Nawet  gdyby nie zasugerowała, że  resztę dnia będą mieć 

wolną, sam by jej to musiał zaproponować. 

- Mamy zobowiązania - zauważył jednak. - A ja zobowiązania traktuję poważnie. 

- Ja też. Mówię tylko o paru godzinach. 

-  Parę  godzin  teraz,  parę  godzin  potem.  -  Zmieniał  jakąś  nutę  i  nawet  nie  podniósł 

wzroku. - W ostatnich dniach miałaś tych godzin aż nadto. - Wziął papierosa, którego przed 

chwilą  zostawił  na  popielniczce,  i  zaciągnął  się  głęboko.  -  To  musi  być  strasznie  męczące, 

gdy życie towarzyskie przeszkadza w uprawianiu hobby. 

Zaczerpnęła powietrza w nadziei, że jej to pomoże. Nie pomogło. 

-  To  musi  być  strasznie  męczące,  kiedy  twórczość  staje  się  obowiązkiem  - 

odparowała. 

Jeśli chciała go dotknąć, trafiła w dziesiątkę. 

- Dlaczego nie spróbujesz robić tego, co do ciebie należy? - zirytował się. - Nie mogę 

bez przerwy przywoływać cię do porządku. 

- Nikt nie musi mnie przywoływać do porządku - wycedziła przez zęby. - Jestem tutaj, 

prawda? 

background image

-  Dla  odmiany.  -  Cisnął  niedopałek  do  popielniczki.  -  Dlaczego  nie  spróbujesz 

przyłożyć się do czegoś, co pozwoli nam zarobić na utrzymanie? Nie każdy ma tatusia z górą 

forsy. Niektórzy muszą sami zarabiać na życie. 

- To nie fair. 

- Ale to fakt, dzieciaku. A ja nie będę tolerować partnera, który tylko wtedy chce się 

bawić  w  pisanie  piosenek,  kiedy  ma  na  to  ochotę  czy  wolną  chwilę  w  swoim  napiętym 

harmonogramie. 

Freddie odsunęła się i obróciła tak, by móc spojrzeć mu prosto w oczy. 

-  Pracuję  tak  samo  ciężko  jak  ty,  przez  siedem  dni  w  tygodniu  od  blisko  trzech 

tygodni. 

- Z wyjątkiem tych godzin, kiedy musisz iść kupić pościel albo lampę, albo czekać na 

dostarczenie łóżka. 

Dokuczał  jej  z  premedytacją,  ale  minio  że  zdawała  sobie  z  tego  sprawę,  połknęła 

haczyk. 

- Nie musiałabym się zwalniać, gdybyś się zgodził pracować u mnie. 

- Wspaniale, w tym kurzu i hałasie, kiedy Jurij montuje półki. 

- Są mi potrzebne - broniła się. Robiła co mogła, żeby ta rozmowa nie przerodziła się 

w kłótnię. - I to nie moja wina, że łóżko dostarczono z trzygodzinnym opóźnieniem. A w tym 

czasie skończyłam słowa dla chóru w drugim akcie. 

- Powiedziałem ci, że to wymaga pracy. - Ignorując ją, Nick zaczął grać. 

- Ale to jest dobre - upierała się. 

- Wymaga dopracowania - odparł. 

Zacisnęła zęby. Nie zamierzała bawić się w takie przerzucanie piłeczki. Wydawało jej 

się to zbyt dziecinne. 

- Dobrze, popracuję nad tym jeszcze. Tyle że twoja muzyka powinna mieć więcej ikry. 

Tego mu już było za wiele. 

- Nie mów mi, że moja muzyka nie ma ikry. Jeśli nie potrafisz napisać do niej słów, 

sam to zrobię. 

- Czyżby? A więc i słowa też będą do niczego - zauważyła z sarkazmem, podnosząc 

się z ławeczki. 

-  No  dalej,  lordzie  Byron,  bierz  się  do  poezji.  Przeszył  ją  wzrokiem,  który  by  zabił, 

gdyby wzrok mógł zabijać. 

background image

-  Nie  wchodź  mi  tu  ze  swoim  wykształceniem,  Freddie.  College  nie  czyni  z  ciebie 

jeszcze tekściarza, a tym bardziej nie robią tego znajomości. Pozwalam ci teraz na przerwę i 

jedyne, co możesz, to dobrze wykorzystać ten czas. 

- Ty mi pozwalasz na przerwę, paradne! - rzuciła z furią - Ty zarozumiały  idioto, ty 

ważniaku,  nie  widzisz  niczego  poza  czubkiem  własnego  nosa.  Wciąż  mi  dokuczasz!  I 

zapamiętaj,  że  sama  wyznaczam  sobie  przerwy!  Nie  potrzebuję  do  tego  ciebie.  A  jeśli  nie 

odpowiada ci mój sposób pracy czy jej efekty, powiedz to producentom. 

Przebiegła przez pokój, chwytając w biegu torbę. 

- Dokąd ty, do cholery, idziesz? - Zerwał się na równe nogi. 

- Do manicurzystki - warknęła, chwytając za klamkę. 

- Jeszcze nie skończyliśmy. Siadaj i rób to, za co ci płacą. 

Mogłaby z nim walczyć, ale po chwili zastanowienia doszła do wniosku, że awantury 

nie mają sensu. Bardziej niż swobodę ceniła sobie godność. 

-  Wyjaśnijmy  sobie  coś  -  zaproponowała.  -  Jesteśmy  partnerami.  A  partnerstwo, 

Nicholas,  oznacza,  że  żadne  z  nas  nie  jest  szefem.  A  więc  i  ty  nie  jesteś  moim  szefem  Nie 

zapominaj, że pozwoliłam ci decydować o wszystkim, całkowicie ci się podporządkowałam. 

- Ty pozwoliłaś mi decydować - powtórzył, akcentując każde słowo. 

- Właśnie. I tolerowałam twoje humory, twoje bałaganiarstwo i twój tryb życia, spanie 

do południa, wszystko. Tolerowałam to w imię naszej wspólnej pracy. Uznałam, że nie będę 

zwracać  uwagi  na  takie  drobiazgi,  że  najważniejsza  jest  muzyka.  Uznałam,  że  każdy  ma 

jakieś wady, które są irytujące dla otoczenia, ale ja tu nie jestem po to, żeby cię wychowywać. 

Na to i tak jest już, niestety, za późno. Nie pozwolę sobie jednak na twoje kąśliwe uwagi, na 

groźby, na przykre słowa. 

Oczy znów mu rozbłysły. W innych okolicznościach może zachwyciłaby się złotymi 

iskierkami w zielonych tęczówkach, ale nie w tej chwili. 

-  Nikt  ci  na  razie  nie  groził,  Freddie  -  zaprotestował.  -  A  teraz,  jeśli  już  się 

wyładowałaś, wracajmy do pracy. 

Odwróciła się i szybkim ruchem wbiła mu łokieć między żebra. Zdążył tylko zakląć, a 

już znikała za drzwiami. 

-  Idź do diabła  - usłyszał jeszcze jej głos, któremu towarzyszył huk zatrzaskiwanych 

drzwi. 

Mało  brakowało,  a  pobiegłby  za  nią.  Nie  był  jednak  pewien,  jak  się  powinien 

zachować. Czy udusić ją, czy raczej rzucić na łóżko. I jedno, i drugie byłoby błędem. 

Co w nią wstąpiło? - głowił się, rozcierając obolałe żebra i wracając do pianina. 

background image

Przecież  dziewczynka,  którą  znał,  zawsze  była  taka  zgodna  i  miła,  trochę  nieśmiała, 

pogodna i naturalna jak promyk słońca. Oto co się dzieje, kiedy dziewczynki zmieniają się w 

kobiety. Trochę konstruktywnego krytycyzmu, a stają się jędzami. 

Do  diabła,  nad  tym  chórem  trzeba  jeszcze  popracować.  Słowa  nie  są  na  takim 

poziomie jak zawsze. Stać ją na więcej. Musiał przyznać, że Freddie ma prawdziwy talent. 

W  zamyśleniu  usiadł  przy  pianinie  i  zaczął  po  raz  kolejny  przegrywać  ten  sam 

fragment.  Myślami  był  jednak  gdzie  indziej.  Nie  dawało  mu  spokoju  zachowanie  Freddie. 

Przez całe życie była rozpieszczana, przyzwyczajona, że spełniano wszystkie jej zachcianki. 

Zawsze  robiła  to,  co  chciała.  Najlepszy  dowód,  że  teraz  beztrosko  przedkłada  sprawy 

towarzyskie nad obowiązki. 

Ile  czasu  trzeba,  żeby  się  urządzić?  -  zastanawiał  się.  Kiedy  Rachel  i  Zack  się 

wyprowadzili, uporał się z tym w parę godzin. No tak, ale jak się uporał... 

Obrócił się na ławeczce i obrzucił wzrokiem pokój. Może jest tu bałagan, ale widać, 

ż

e  w  tym  pokoju  ktoś  mieszka,  jest  przytulny  i  ma  duszę.  Tak  mu  się  w  każdym  razie 

wydawało. 

Nie, zreflektował się po chwili. To nie pokój, to jednak chlew. Wciąż obiecywał sobie, 

ż

e  posprząta,  ale  jakoś  nie  mógł  się  do  tego  zabrać.  Trzeba  by  odmalować  ściany  i  może 

pozbyć się tego fotela z ułamaną nogą. 

To  żaden  problem.  Uporałby  się  z  tym  w  ciągu  weekendu.  Nie  potrzebuje  takich 

apartamentów, jakie wynajęła sobie Freddie. Może pracować wszędzie, w każdym miejscu. 

Irytujące  jest  tylko  to,  że  im  więcej  czasu  spędza  w  tym  mieszkaniu,  tym  bardziej 

zaniedbane  i  nijakie  mu  się  wydaje.  Ale  to  jego  sprawa  i  nie  potrzebuje  wysłuchiwać  jej 

komentarzy na temat swego stylu życia. 

Zdecydowany  pozbyć  się  jej  z  myśli,  położył  palce  na  klawiaturze  i  zaczął  grać.  Po 

dwóch taktach mina mu zrzedła. Zachmurzył się, zmarszczył czoło. 

Do diabła, ta muzyka rzeczywiście jest bez ikry. 

Po powrocie do domu Freddie dokończyła przekąski, które przygotowała dla rodziny. 

Ż

ałowała niemal, że nie wynajęła większego mieszkania. Gdyby miała dwie sypialnie zamiast 

jednej, wszyscy mogliby przenocować u niej, a nie korzystać z gościnności Aleksa i Bess. 

W  każdym  razie  przed  wieczorną  uroczystością  będą  jeszcze  mieli  trochę  czasu  dla 

siebie. Chciała wszystko zapiąć na ostatni guzik. 

Twój problem polega na tym, myślała, układając owoce i sery na paterze, że wszystko 

musi być na najwyższym poziomie. Freddie zawsze była perfekcjonistką. Dobrze to dla niej 

za mało, bardzo dobrze za mało, wspaniale też za mało. Perfekcja to jest to, co ją zadowala. 

background image

Krytykowała Nicka, bo nie był perfekcyjny. 

Zresztą  zasłużył  na  ostre  słowa,  zapewniała  siebie,  jakby  chcąc  uspokoić  własne 

sumienie.  Jak  mógł  ją  potraktować  niczym  zepsutego  i  rozkapryszonego  dzieciaka,  który 

tylko bawi się w pracę! To ją zraniło, zraniło tym bardziej, że pragnęła jego uznania w takim 

samym stopniu, jak jego miłości. Ból był tym większy, że on nie rozumiał, nie miał pojęcia, 

jakie to miało dla niej znaczenie. 

Lękała  się  Nowego  Jorku,  to  prawda,  ale  równocześnie  chciała  być  w  tym  mieście. 

Spełniały się jej oczekiwania i nadzieje. Pisanie tekstów do piosenek było marzeniem, które 

się ziściło, ale była to też ciężka praca, która w każdej chwili groziła klęską. 

Czy  on  zdawał  sobie  sprawę,  że  gdyby  nie  sprawdziła  się  jako  partner,  mogłaby 

ogłosić klęskę swoich pragnień? To nie była dla niej praca, a już na pewno nie hobby, to było 

po prostu jej życie. 

Wspomnienie wymiany zdań z Nickiem irytowało ją do tego stopnia, że postanowiła 

wyrzucić je z pamięci i skupić się całkowicie na wieczorze, który ją czekał. 

Wszystko musi być dopracowane w ostatnich szczegółach, pomyślała, krojąc pory na 

sałatkę. W zapale o mało nie skaleczyła się w palec. Zaklęła pod nosem. 

Nieważne, pomyślała i wzruszyła ramionami. Najważniejsze jest to, że niebawem cała 

rodzina  w  komplecie  będzie  święcić  uroki  długoletniego  małżeństwa.  Bardzo  się 

zaangażowała  w  przygotowania  do  obchodów  rocznicy  ślubu  Jurija  i  Nadii.  Wybrała  i  za-

mówiła kwiaty, pomogła Rio ułożyć menu i zajęła się całą masą drobnych spraw. 

Gdy  Nick  jeszcze  spał,  była  już  „Pod  żaglami”,  żeby  udekorować  bar.  Najpierw  z 

Rachel  i  Zackiem  wysprzątali  pomieszczenie  tak,  że  wszystko  aż  lśniło.  Bess  pomogła  jej 

porozwieszać baloniki, Aleks zwolnił się z pracy, żeby im pomóc. Sydney i Michaił pomagali 

Rio w kuchni. 

Wszyscy włączyli się w przygotowania do uroczystości. Wszyscy z wyjątkiem Nicka. 

Nie, nie będę o nim myśleć, przyrzekła sobie po raz kolejny. Będzie myśleć wyłącznie 

o  tym,  jak  zorganizować  ten  szczególny  wieczór,  żeby  był  jak  najbardziej  podniosły  i 

uroczysty. 

Zerwała  się  na  dźwięk  domofonu  i  podbiegła  do  drzwi.  Jeszcze  raz  obrzuciła 

wzrokiem pokój, upewniając się, że wszystko jest w porządku. 

- Słucham? 

- Meldują się Kirnballowie w komplecie - usłyszała głos ojca. 

-  Tatusiu!  Jak  to  dobrze,  że  już  jesteście.  Chodźcie  na  górę.  Jest  winda.  Na  piąte 

piętro. 

background image

- Jedziemy. 

Freddie  szybko  przekręciła  klucz  w  zamku,  zdjęła  łańcuch.  Nie  mogąc  się  doczekać 

gości, pobiegła do windy. 

Zobaczyła  ich  za  ozdobną  żelazną  kratą,  gdy  winda  się  zatrzymała.  Złociste  włosy 

ojca przeplatane tu i ówdzie siwymi nitkami i ciemne radosne oczy matki, potem Brandona w 

czapeczce drużyny baseballowej i Katie przyciśniętą do kraty. 

-  Freddie,  co  za  wspaniałe  miejsce!  -  Niemal  dorównująca  jej  wzrostem  Katie 

zarzuciła swe długie ramiona na szyję siostry. - Po drugiej stronie ulicy jest studio baletowe. 

Będę mogła oglądać próby z twojego okna. 

- Ekstra - przyznał Brandon. - Gdzie jedzenie? 

- Już czeka - zapewniła brata. Brandon stanowił  piękną mieszankę rodziców Po ojcu 

odziedziczył  złociste  włosy,  po  matce  egzotyczną  urodę.  -  Drzwi  są  otwarte  -  dodała,  gdy 

Brandon, całując ją szybko w policzek, popędził do mieszkania. 

- Tatusiu! - Zaśmiała się jak zawsze, kiedy porywał ją w objęcia. - Jak się cieszę, że 

jesteś. Tęskniłam za tobą. - Zamrugała powiekami, by ukryć napływające do oczu łzy. - I za 

tobą tęskniłam... - Przytuliła się do Nataszy. 

-  Nam  też  cię  brakuje.  Dom  nie  jest  ten  sam,  kiedy  ciebie  w  nim  nie  ma.  -  Natasza 

przycisnęła ją do piersi, po czym odsunęła na odległość ramion. - Popatrz na nią - zwróciła się 

do męża. - Jaka elegancka i zadbana. Spence, gdzie się podziała nasza mała córeczka? 

-  Wciąż  tutaj  jest.  -  Pochylił  się,  by  jeszcze  raz  pocałować  córkę.  -  Coś  ci 

przywieźliśmy - powiedział. 

- Jeszcze więcej prezentów? - Roześmiała się i objąwszy ich w pasie, poprowadziła do 

mieszkania. 

- Tatusiu, nie powiedziałam jeszcze o fortepianie. Jest piękny. 

Stanął  w  drzwiach  i  przyjrzał  się  instrumentowi.  Ciemne  drewno  lśniło  w  blasku 

promieni słońca padającego z okna. 

- Wybrałaś idealne miejsce - pochwalił. 

W  pierwszej  chwili  chciała  mu  powiedzieć,  że  to  Nick  wskazał,  gdzie  ustawić 

fortepian, ale tylko potrząsnęła głową. 

- W każdym miejscu świetnie by się prezentował - zauważyła. 

-  Nie  masz  nic  do  jedzenia?  Tylko  to  zielsko  dla  królików?  -  Brandon  wyszedł  z 

kuchni, pogryzając seler naciowy. 

- Tutaj nic innego nie dostaniesz. Najesz się na przyjęciu. 

- Mamo, tato! - zawołała Katie z sypialni. - Chodźcie tutaj. Musicie je zobaczyć! 

background image

-  To  moje  łóżko  -  wyjaśniła  Freddie  zaintrygowanym  rodzicom.  -  Wczoraj  je 

przywieźli. 

Było naprawdę bajeczne. Mając tak przestronny pokój, mogła sobie pozwolić na iście 

królewskie  łoże.  Miało  żelazne  wezgłowie  pomalowane  na  zielony  kolor,  co  nadawało  mu 

nieco spatynowany wygląd. Widać było rękę rzemieślnika artysty, który przyozdobił żelazne 

ornamenty kwiatami i ptaszkami. 

- Super! - wykrztusił zachwycony Brandon, mając usta pełne zielska dla królika. 

- Wspaniałe, prawda? - Freddie przesunęła dłonią po żelaznych ornamentach, dumna 

ze swego nabytku. 

- Jak z bajki - przyznała Natasza. 

-  Właśnie  -  rozpromieniła  się  Freddie.  Wiedziała,  że  matka  doceni  i  zaaprobuje  ten 

zakup. - A dziadek robi mi półki, żebym miała gdzie ustawić wszystkie rzeźby, jakie dostałam 

od  wujka  Miszy.  A  to  lustro  pochodzi  ze  sklepu  z  antykami,  który  mi  poleciła  Sydney.  - 

Wskazała  owalne  lustro  w  ozdobnej  miedzianozłotej  ramie,  zawieszone  na  bocznej  ścianie 

sypialni. - Nie znalazłam tylko jeszcze odpowiedniej komódki. 

- I tak bardzo dużo zrobiłaś jak na niecały miesiąc - powiedział z uznaniem Spence. 

Poczuł delikatny ból w okolicy serca. Zawsze tak będzie, pomyślał, ilekroć przypomni 

sobie,  że  jego  mała  córeczka  mieszka  daleko  od  niego.  Z  drugiej  strony  była  jego  chlubą. 

Objął ją i popatrzył z ojcowską dumą w oczach. 

- Słyszałem, że praca dobrze wam idzie - dodał. 

-  Owszem.  -  Freddie  zmusiła  się  do  uśmiechu.  Przeszli  do  salonu,  gdzie  Brandon 

rozłożył  się  już  na  kanapie,  a  Katie  biegała  od  okna  do  okna  w  nadziei,  że  zobaczy  lekcję 

baletu. 

-  Muszę  się  jeszcze  przebrać  -  oznajmiła  Freddie  w  chwilę  później,  kiedy  goście 

obejrzeli  już  mieszkanie  i  opowiedzieli  wszystko,  co  działo  się  u  nich  od  czasu  wyjazdu 

Freddie. - Masz bilety, tatusiu? 

- Oczywiście. - Poklepał kieszonkę marynarki. - Dwa do Paryża, bez terminu powrotu, 

z poświadczeniem pobytu w apartamencie dla nowożeńców u Ritza. 

-  Mama  i  papa  w  Paryżu  -  uśmiechnęła  się  Natasza.  -  Po  tylu  latach  taki  powrót  do 

Europy. 

Spence delikatnie pogładził jej ciemne loki. 

- Ale nie taki podniecający jak podróż furą przez góry - zauważył. 

-  Na  pewno  nie  -  roześmiała  się.  Wspomnienie  ucieczki  z  Ukrainy,  strachu  i 

przejmującego  zimna,  wciąż  było  żywe  w  jej  pamięci.  -  Ale  myślę,  że  będą  woleli  Paryż.  - 

background image

Zauważyła przyczajone zmartwienie w oczach Freddie. - Myślę, że powinniście już pójść, ty i 

dzieci  -  zwróciła  się  do  Spence'a.  -  Może  trzeba  w  czymś  pomóc  Zackowi  i  Nickowi.  - 

Uśmiechnęła  się,  patrząc  porozumiewawczo  na  męża.  -  Ja  jeszcze  zostanę.  Musimy  się  z 

Freddie wystroić na przyjęcie. 

Skinął głową ale widać było, że jest zaintrygowany, co się za tym kryje. 

- To brzmi jak spisek - skonstatował. - Zarezerwuj dla mnie pierwszy taniec - dodał, 

całując żonę. 

- Oczywiście. - Natasza poczekała, aż wyjdą po czym usiadła na kanapie z kieliszkiem 

wina, którym poczęstowała ją Freddie. - Pokaż mi, co chcesz dzisiaj włożyć. 

-  Kiedy  to  kupiłam  -  rzekła  Freddie,  wyjmując  z  szafy  nową  suknię  -  wyobrażałam 

sobie, że będę najbardziej seksowną kobietą na przyjęciu. Ale teraz.. . - zawahała się. Patrzyła 

z zachwytem na matkę wyglądającą jak Cyganka w miękko spływającej sukni z karminowego 

jedwabiu.  -  Ale  teraz,  kiedy  ciebie  widzę,  wiem,  że  będę  musiała  zadowolić  się  drugim 

miejscem. 

Natasza zaśmiała się i przeszła do sypialni. 

-  Nie  wspominaj  o  swoim  seksownym  wyglądzie  przy  ojcu.  On  jeszcze  nie  jest 

gotowy na taką wiadomość. 

- Ale nie jest zły, że się wyprowadziłam? - zaniepokoiła się Freddie. 

- Tęskni za tobą i nieraz zagląda do twego pokoju, jak gdyby się spodziewał, że tam 

będziesz, taka mała dziewczynka z warkoczykami. Ja też to robię - przyznała, przysiadając na 

brzegu łóżka.  - Ale pogodził się już z tym, że  wyjechałaś. Więcej, jest  z ciebie dumny.  I ja 

też. Nie tylko z powodu muzyki, ale z powodu tego, jaka w ogóle jesteś. 

Nikt nie mógł być bardziej zdziwiony niż Natasza, gdy Freddie opadła na łóżko obok 

niej i zalała się łzami. 

- Kochanie, co ci jest? - Natasza objęła ją, przytuliła i zaczęła uspokajająco głaskać po 

plecach. - No, kochanie, powiedz mamie. 

- Przepraszam. - Freddie wtuliła twarz w miękkie, przyjazne ramię Nataszy. - Myślę, 

ż

e to przez ten dzień dzisiaj, albo tydzień, tyle spraw się nagromadziło. Albo przez całe moje 

ż

ycie. Może jestem zepsuta i rozpieszczona. 

Natasza  poczuła  się  osobiście  urażona.  Odsunęła  się  i  popatrzyła  Freddie  prosto  w 

oczy. 

- Zepsuta? Nie jesteś ani zepsuta, ani rozpieszczona! Co cię skłoniło do takich myśli? 

-  Nie  co,  a  kto.  -  Niezadowolona  z  siebie  Freddie  zaczęła  się  nerwowo  rozglądać  w 

poszukiwaniu chusteczki. - Och, mamo, strasznie się dzisiaj pokłóciłam z Nickiem. 

background image

No tak, pomyślała Natasza. Mogła się tego spodziewać. 

- Często kłócimy się z tymi, na których nam zależy - pocieszyła córkę. - Nie powinnaś 

sobie tego tak bardzo brać do serca. 

-  Ale  to  nie  była  zwykła  sprzeczka,  jakie  już  nieraz  mieliśmy.  Powiedzieliśmy  sobie 

straszne  rzeczy.  On  nie  szanuje  ani  mnie,  ani  mojej  pracy.  Jeśli  o  niego  chodzi,  to  jestem 

zdecydowana na wszystko. Wiem, że jak coś się nie uda, ty i tatuś mi pomożecie. 

-  Oczywiście  będziemy  przy  tobie  zawsze,  kiedy  tylko  będziesz  nas  potrzebowała. 

Taka jest rola rodziny. To nie znaczy, że nie jesteś silna i niezależna. Po prostu jest ktoś, na 

kogo możesz zawsze liczyć. 

- Wiem o tym, mamo. - Same te słowa wystarczyły, żeby poczuła się lepiej. - On po 

prostu  myśli...  Och,  wolałabym  nie  dbać  o  to,  co  on  myśli  -  dodała  rozżalona.  -  Ale  go 

kocham. Tak bardzo go kocham. 

- Wiem - rzekła łagodnie Natasza. 

-  Nie,  mamo.  -  Freddie  zaczerpnęła  głęboko  powietrza  i  spojrzała  Nataszy  prosto  w 

twarz. - To nie tak jak z Brandonem i Katie, czy z innymi kuzynami. Ja go kocham. 

- Wiem. - Natasza poczuła ukłucie w sercu i pogłaskała Freddie po twarzy. - Myślałaś, 

ż

e tego nie zauważę? Już przed laty przestałaś go kochać dziecięcą miłością. I to boli. 

Freddie przytuliła twarz do ramienia Nataszy. 

-  Nie  spodziewałam  się,  że  tak  się  stanie.  Kiedyś  było  bardzo  łatwo  go  kochać.  - 

Pociągnęła nosem. - A teraz popatrz na mnie. Płaczę jak niemowlę. 

- Masz przecież uczucia, czyż nie? I masz prawo je okazywać. 

Nie  mogła  się  nie  uśmiechnąć,  usłyszawszy  z  ust  matki  prawie  dokładnie  te  same 

słowa, które ona rzuciła w twarz Nickowi parę dni wcześniej. 

-  Okazałam  je  na  pewno  dziś  po  południu.  Powiedziałam  Nickowi,  że  jest 

zarozumiałym idiotą. 

- Bo jest. 

Freddie już się trochę uspokoiła. 

- Pewnie, że tak. Ale jest też uprzejmy i cudowny, i kochany. Tylko że czasem trudno 

to dostrzec pod skorupą, w której się chroni. 

- Nie miał łatwego życia, Freddie. 

-  A  ja  miałam.  -  Freddie  sięgnęła  po  figurkę  śpiącej  królewny,  którą  podarował  jej 

Michaił.  -  Tatuś  ciężko  pracował,  żeby  stworzyć  mi  taki  dom,  jaki  każde  dziecko  powinno 

mieć. A potem zjawiłaś się ty i koło się zamknęło. Staliśmy się pełną rodziną. Nick był już 

background image

prawie dorosły, kiedy wkroczyliśmy w jego życie, i wiem, że poprzedzające lata pozostawiły 

blizny. Kocham go takim, jaki jest, mamo. 

- A więc będziesz musiała nauczyć się akceptować go takim, jaki jest. 

-  Zaczynam  to  rozumieć.  Wszystko  już  przemyślałam  -  powiedziała  Freddie  z 

tajemniczym  uśmiechem.  -  Opracowałam  szczegółowy  plan.  Ale  nie  jest  łatwo  przekonać 

mężczyznę, żeby się w tobie zakochał. 

- A chciałabyś, żeby to było łatwe? 

- Myślałam, że tak. Ale teraz już sama nie wiem, czego chcę i co mam robić. 

-  Jedno  możesz  zrobić  bez  trudu.  -  Natasza  podniosła  się,  wzięła  z  rąk  Freddie 

chusteczkę  i  otarła  jej  łzy.  -  Być  sobą.  Postępować  zgodnie  ze  swoimi  uczuciami.  Być 

cierpliwa.  -  Roześmiała  się  na  widok  miny,  jaką  zrobiła  córka.  -  Wiem,  że  to  dla  ciebie 

trudne, ale bądź cierpliwa, Freddie. Sprawdź, co będzie, jeśli cofniesz się o krok, zamiast biec 

naprzód. Jeśli on do ciebie przyjdzie, będziesz miała to, czego chcesz. 

-  Cierpliwość!  -  westchnęła  Freddie,  wznosząc  wzrok  ku  niebu.  -  Cóż,  spróbuję.  - 

Podniosła głowę. - Mamo, czy ja jestem apodyktyczna? 

- Może troszkę. 

- A uparta? 

- Może bardziej niż troszkę. Freddie roześmiała się. 

- To wady czy zalety? - spytała prowokacyjnie. 

- I jedno, i drugie. - Natasza pocałowała ją w czubek nosa. - Nie zmieniłabym żadnej z 

tych  cech.  Zakochana  kobieta  musi  być  trochę  apodyktyczna  i  bardziej  niż  trochę  uparta.  A 

teraz umyj twarz. Zrób się na bóstwo, niech trochę pocierpi. 

- Dobry pomysł - zgodziła się Freddie. 

Nick postanowił, że nie będzie żywił do Freddie urazy. Ten wieczór należy do Jurija i 

Nadii,  a  więc  nie  zepsuje  go  okazywaniem  złego  humoru.  Nawet  jeśli zasłużyła  na  to,  żeby 

dać jej nauczkę. 

A przy tym czuł się chyba trochę winny, zwłaszcza kiedy zszedł na dół i zobaczył na 

własne  oczy,  ile  czasu  i  wysiłku  poświęciła,  żeby  to  miejsce  przybrało  odświętny  wygląd. 

Gdyby  ktoś  go  obudził,  pomógłby  jej.  Spojrzał  na  weselne  dzwony  zawieszone  nad 

kontuarem. 

Jemu  coś  takiego  nie  przyszłoby  do  głowy.  Nie  wpadłby  też  na  pomysł,  żeby 

poustawiać  dokoła  kosze  i  wazony  z  kwiatami,  które  napełniały  pomieszczenie  zapachem  i 

rozweselały  barwami.  Nie  pomyślałby  o  gołębiach  zawieszonych  u  sufitu  ani  o  eleganckich 

ś

wiecach w srebrnych świecznikach. 

background image

Udekorowanie sali musiało jej zabrać mnóstwo  czasu, uznał. A więc powinien może 

okazać  trochę  więcej  cierpliwości,  gdy  go  zaatakowała,  będąc  już  zapewne  myślami  gdzie 

indziej. 

Wybaczy jej i puści w niepamięć to, co było. W końcu, jak mówi przysłowie, co było 

a nie jest, nie pisze się w rejestr. 

-  Ej,  Nick,  próbowałeś  już  tych  kuleczek  z  mięsa?  Odwrócił  się  i  uśmiechnął  do 

Brandona. 

- Widziałem je i o mało nie straciłem ręki, kiedy chciałem je spróbować. 

-  Widocznie  Rio  bardziej  lubi  mnie.  -  Brandon  włożył  do  ust  kulkę  nabitą  na 

drewnianą wykałaczkę. - Widziałeś już łóżko Freddie? 

-  Łóżko?  -  W  jego  głosie  było  poczucie  winy,  strach  i  ukryta  żądza.  -  Skąd!  A 

dlaczego miałbym je widzieć? 

- Bo to prawdziwe dzieło sztuki, ogromne jak jezioro! - Brandon wspiął się na stołek i 

posłał Nickowi sympatyczny uśmiech. - Co byś powiedział na piwo? - zagadnął. 

- Nie powiem. 

- Myślałem o sobie - zawołał Brandon, gdy Nick napełnił kufel. 

-  Pewno,  dzieciaku.  Możesz  sobie  pomarzyć.  -  Obejrzał  się  na  odgłos  otwieranych 

drzwi. I był szczęśliwy, że zdążył akurat przełknąć pierwszy łyk. 

Natasza  wyglądała  imponująco  w  podkreślającej  figurę  sukni  z  karminowego 

jedwabiu, ale jego wzrok przykuła Freddie. 

Wyglądała  tak,  jakby  była  przystrojona  światłem  księżyca.  Próbował  sobie 

powiedzieć, że suknia jest szara, ale błyszczała i połyskiwała srebrnymi refleksami. Opływała 

sylwetkę Freddie. Prosta linia i delikatnie zaznaczona talia uwydatniały jej smukłą figurę. A 

sposób, w jaki rozpuściła i zmierzwiła włosy, sprawiał wrażenie, jakby właśnie wstała z tego 

ogromnego łoża, o którym mu opowiadał Brandon. 

Natasza od razu podeszła do niego, by go uścisnąć. Freddie posłała mu tylko przelotny 

uśmiech, ale unikała jego wzroku. 

-  Nowy  garnitur?  -  spytała  na  chybił  trafił,  uzmysławiając  sobie,  że  musi  coś 

powiedzieć, i przez parę sekund wpatrywała się w klapy jego czarnej marynarki. Podobał jej 

się krój marynarki, ale oczywiście nie miała zamiaru tego powiedzieć. 

- Uznałem, że okazja tego wymaga - odrzekł. 

Ale nie krawata, zauważyła. Było mu do twarzy w rozpiętej pod szyją czarnej koszuli. 

W  oczach,  kiedy  wreszcie  podniósł  na  nią  wzrok,  rozbłysły  wyzywające  ogniki.  Miała 

nadzieję,  że  obojętne  wzruszenie  ramion  pozwoliło  zamaskować  wrażenie,  jakie  na  niej 

background image

zrobił.  Wydał  jej  się  niezwykle  pociągający  i  podniecający.  Po  swoim  zachowaniu  w  ciągu 

dnia nie zasługiwał jednak na najmniejszy komplement z jej strony. 

- Jesteś w tym stroju niezwykle przystojny - stwierdziła Natasza. 

- Dzięki. 

-  Wszystko  tutaj  wygląda  świetnie  -  wtrąciła  Freddie.  -  Przygotowania  sprawiły  mi 

dużą frajdę. 

-  Obróciła  się  powoli,  obrzucając  wzrokiem  salę,  żeby  raz  jeszcze  sprawdzić,  czy 

wszystko jest zapięte na ostatni guzik. 

- Dobra robota - pochwalił Nick, uznając, że tym samym wywiesił białą flagę. Freddie 

jednak  nie  zaszczyciła  go  spojrzeniem.  -  Wygląda  naprawdę  imponująco  -  ciągnął,  choć 

uznał, że najlepiej było w ogóle się nie odzywać. - Musiało ci to zająć masę czasu. 

-  Niektórzy  uważają,  że  czego  jak  czego,  ale  czasu  mi  nie  brakuje  -  odparowała.  - 

Brandon, chodź do mnie. Lada moment wujek Misza przywiezie dziadka i babcię. 

- Nie przywiezie ich - mruknął Nick znad kufla piwa. 

- Jak to: nie przywiezie? Przecież tak było umówione. 

- Zmieniłem plan - rzucił. - Przyjadą limuzyną. 

- Wynająłeś limuzynę? - zdziwiła się Freddie. 

-  Ktoś  mi  nasunął  ten  pomysł  -  powiedział  drwiąco.  -  W  końcu  to  ich  święto,  a  nie 

zwykła kolacja rodzinna. 

Freddie  wydała  z  siebie  jakiś  nieartykułowany  dźwięk.  Brandon  popatrzył 

zaniepokojony na matkę. 

- Zająć pozycje - mruknął, szykując się na niezłe widowisko. 

- To bardzo rozsądne, Nicholas. - Głos Freddie był lodowaty. Ku rozczarowaniu brata 

kontrolowała  jednak  swoje  zachowanie.  -  Jestem  pewna,  że  to  docenią,  zwłaszcza  że 

podniesienie  słuchawki  i  zamówienie  samochodu  nie  wymaga  ani  czasu,  ani  wysiłku.  Idę 

pomóc Rio. 

Obróciła się na pięcie i ostentacyjnie wyszła do kuchni. Tak w każdym razie odebrał 

to Nick. Odsunął na bok kufel z nie dopitym piwem. Wygląda na to, że czeka go bardzo długi 

wieczór. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Freddie była wściekła, że nie może myśleć o niczym innym tylko o Nicku. A przecież 

postanowiła, że nie będzie na niego zwracała uwagi. W tłumie gości kłębiących się w barze 

nie było trudno trzymać się z dala od jednego mężczyzny. 

Nie mogła jednak pohamować swoich uczuć, w każdym razie po tym, co Nick zrobił 

dla jej dziadków. 

Tak czy inaczej, czas nie był odpowiedni po temu, żeby roztrząsać swój stosunek do 

Nicka.  Czekały  grzanki,  które  należało  wznieść,  suto  zastawione  stoły,  które  trzeba  było 

opróżnić, i tańce, które należało odtańczyć. 

Nick  jednak  nie  prosił  jej  do  tańca.  Obtańcowywał  jej  ciotki,  jej  matkę,  Nadię, 

przyjaciółki  rodziny  i  kuzynki.  No  i  oczywiście  tańczył  z  tą  niewiarygodnie  seksowną 

Lorelie. 

Cóż, jeśli on zamierza ją lekceważyć, ona będzie robiła to samo. Jak gra, to gra. 

- Wspaniałe przyjęcie! - usłyszała nagle głos Bena tuż nad uchem. 

-  O  tak.  -  Zmusiła  się  do  uśmiechu,  gdy  niezdarnie  prowadził  ją  po  parkiecie  wśród 

tańczących par. -- Cieszę się, że mogłeś przyjść. 

- Nie zrezygnowałbym z takiej okazji. Znam rodzinę Zacka od lat. To cudowni ludzie. 

-  Najlepsi,  jakich  sobie  można  wyobrazić.  -  Uśmiechnęła  się  tym  razem  nieco 

pogodniej na widok Aleksa wirującego z matką w ramionach. - Naprawdę najlepsi. 

- Myślałem... - Ben pomylił krok i o mało nie nadepnął jej na palec. - Przepraszam, ale 

taniec nie jest moją mocną stroną. 

- Nie bądź taki skromny - zaoponowała, choć przez chwilę bała się, że Ben wyłamie 

jej nadgarstek. Skorzystała z pierwszej okazji, żeby wyzwolić się z jego ramion. - Jadłeś już 

coś? - spytała. - Rio przeszedł dzisiaj samego siebie. 

- A więc spróbujmy - zgodził się ochoczo. 

No tak, myślał ponuro Nick, zerkając z ukosa w kierunku Freddie, gdy Lorelie tuliła 

się  do  niego  w  tańcu.  Flirtuje  z  Benem.  Każdy,  nawet  Ben,  powinien  się  zorientować,  że 

wcale jej na nim nie zależy. Po prostu go czaruje, typowa kobieta. 

- Nick, kochanie. - Słodki głosik Lorelie przerwał mu te rozmyślania. - Zachowujesz 

się, jakby mnie tu nie było. Chwilami mam wrażenie, że tańczę sama z sobą. 

Uśmiechnął się do niej czarująco, sprawiając, że niemal uwierzyła, iż myśli wyłącznie 

o niej. 

background image

- Zastanawiałem się właśnie, czy nie odwiedzić bufetu - powiedział. 

- Odwiedziłeś go pięć minut temu - rzekła, wydymając wargi. Dobrze wiedziała, kiedy 

mężczyzna się wymyka i jak należy na to zareagować. Przy mężczyźnie tak atrakcyjnym jak 

Nick  trzeba  uciec  się  do  odrobiny  dyplomacji.  -  A  więc  może  przyniesiesz  mi  kieliszek 

szampana? - zaproponowała. 

- Już się robi. - Skwapliwie skorzystał z okazji. Przez cały wieczór Lorelie czepia się 

mnie jak rzep psiego ogona, pomyślał. Tego rodzaju zaborczość zawsze źle na niego działała i 

sprawiała, że odczuwał natychmiastową potrzebę oswobodzenia się z takiej słodkiej niewoli. 

Szczerze mówiąc, nic specjalnego do siebie nie czuli. Wiedział, że rozstając się z nią, 

nie złamie jej serca, ale z drugiej strony wiedział też ze smutnego doświadczenia, że kobiety 

ź

le znoszą nawet najłagodniejsze zerwanie. 

Powinien  zatem  postąpić  wobec  niej  możliwie  jak  najdelikatniej.  Im  prędzej  się 

wycofa, tym lepiej. Dla niej. 

Już  sama  ta  myśl  sprawiła,  że  poczuł  ulgę  i  zadowolenie  z  siebie.  Otworzył  butelkę 

szampana. Korek wystrzelił w górę. 

-  Dlaczego  mamy  tylko  muzykę  z  szafy?  -  Jurij  podszedł  do  niego  i  poklepał  go  po 

ramieniu. - W końcu jesteś pianistą, prawda? 

- Jestem, ale teraz ktoś na mnie czeka - odparł Nick. 

- Chcę, żeby mi zagrał ktoś z rodziny. Przecież to moje przyjęcie. 

Kto jak kto, ale Nick nie mógłby odmówić Jurijowi. 

- Zaczekaj, dziadku. Zaraz zagram. Weź tylko to. - Wręczył mu kieliszek szampana. - 

Nie, nie pij. - Roześmiał się i wskazał gestem ręki drugi koniec sali. - Widzisz tę brunetkę, o 

tam? Tę z ogromnymi... oczami? 

- Któż by jej nie zauważył? - Jurij wyszczerzył w uśmiechu wszystkie zęby. 

-  Zanieś  jej  tego  szampana,  dobrze?  I  wyjaśnij,  że  przez  chwilę  będę  grał.  Ale  nie 

podrywaj jej za bardzo. 

-  Nie  ma  obawy,  umiem  się  opanować.  -  Jurij  ruszył  tanecznym  krokiem  w  stronę 

Lorelie. 

Nick  zadowolony  utorował  sobie  drogę  przez  tłum  gości  do  fortepianu.  Uśmiech 

zniknął mu z twarzy, gdy zauważył, że na ławeczce przy fortepianie siedzi Freddie. 

-  Zajęłaś  moje  miejsce  -  stwierdził  sucho.  Rzuciła  mu  spojrzenie,  które  aż  nadto 

wyraźnie mówiło, że jest tak samo jak on niezadowolona z tej sytuacji. 

- Chcą, żebyśmy zagrali razem - wyjaśniła. 

- Nie jestem tym zachwycony. 

background image

- To uroczystość dziadków, prawda? Mają prawo do specjalnych życzeń. 

Trudno było nie zgodzić się z tym stwierdzeniem. 

- No to posuń się - powiedział. 

Usiadł ostrożnie, starając się nie dotknąć jej kuszących delikatnych ramion ani bioder. 

- Co zagramy? - spytał. 

-  Może  Cole  Portera,  a  może  Gershwina.  Odchrząknął,  przysunął  bliżej  mikrofon  i 

zagrał  pierwsze  takty  melodii  „Człowiek,  którego  kocham”.  Freddie  poprawiła  się  na 

ławeczce, położyła dłonie na klawiaturze i już po chwili grali na cztery ręce. 

Po  dwudziestu  minutach  była  zbyt  zadowolona  ze  wspólnej  gry,  by  boczyć  się  na 

Nicka. 

- Nieźle - zauważyła. 

- Cóż, ma się wprawę. 

- Hm - bąknęła i zmieniła rytm na boogie - woogie. 

Podchwycił  zadowolony,  że  zaczęła  trochę  improwizować.  Lubił  to.  Obawiał  się 

tylko, by jej perfumy za bardzo go nie podnieciły. 

- Możesz zrobić pięć minut przerwy - zasugerował. 

- Poradzę sobie. Ben pewnie czuje się osamotniony. 

-  Ben?  -  powtórzyła,  nie  sprawiając  wrażenia  zakłopotanej.  -  Ach,  Ben.  Myślę,  że 

jakoś  się  beze  mnie  obejdzie.  Ale  ty  stanowczo  powinieneś  zrobić  chwilę  przerwy.  Jestem 

pewna, że Lorelie za tobą tęskni. 

- Nie jest typem kobiety zaborczej - odparł, sam nie wierząc w to, co mówi. Szybko 

zmienił tempo gry, by zmylić Freddie i odwrócić jej uwagę. Ale ona bez trudu się do niego 

dostosowała. 

-  Naprawdę?  Nie  powiedziałabym  tego,  widząc,  że  ona  nie  odstępuje  cię  na  krok. 

Oczywiście,  niektórzy  mężczyźni...  -  Urwała,  gdy  rozległy  się  głośne  oklaski.  -  Spójrz  na 

nich.  -  Roześmiała  się  serdecznie  na  widok  Jurija  i  Nadii  wywijających  w  rytm  szybkiej 

muzyki. - Czyż nie są wspaniali? 

- Najlepsi. Dlaczego my... A to drań! 

-  Co  się  stało?  -  Podążyła  za  jego  wzrokiem.  Wyglądało  na  to,  że  samotny  Ben  i 

osamotniona Lorelie pocieszają się wzajemnie. O ile pocieszanie się było właściwym słowem 

na amory w ciemnym kącie sali. 

- Ona mu siedzi na kolanach. 

- Widzę, gdzie siedzi. 

background image

-  Wystarczyło  tylko  na  chwilę  zostawić  go  samego  -  wymamrotała  równocześnie  z 

Nickiem, który jak echo powtórzył te słowa w odniesieniu do Lorelie. 

Pierwszy się ocknął. 

- Co? Coś ty powiedziała? - Nic. A ty? 

- Nic. 

Nagle uśmiechnęli się do siebie jak na komendę. 

- Cóż... - Freddie odetchnęła głęboko i spojrzała na niego z ukosa. - Czyż nie tworzą 

pięknej pary? 

- Uroczą. A teraz idą tańczyć. 

- Tym gorzej dla niej - skomentowała ze współczuciem. - Ben to miły facet, ale nie ma 

pojęcia o tańcu. Obawiam się, że nadwerężył mi nadgarstek. 

-  Wytrzyma  to.  Ale  zwolnijmy,  zanim  Jurij  padnie.  Nick  płynnie  przeszedł  od 

szybkich rytmów boogie do wolniejszej, romantycznej melodii „Strangers in the Night”. 

Freddie  westchnęła  tęsknie.  Sentymentalne  melodie  zawsze  nastrajały  ją 

romantycznie.  Wzruszona  popatrzyła  na  Nicka  nieco  łagodniej.  Może  powinna  go  lepiej 

traktować, skoro tak dobrze im się razem gra i tak dobrze się rozumieją. 

- Wiesz, to piękne, co zrobiłeś dla babci i dziadka - powiedziała. 

-  Głupstwo.  Jak  sama  stwierdziłaś,  wystarczyło  podnieść  słuchawkę  telefonu  i 

zamówić limuzynę. 

- Zawieszenie broni - bąknęła i na sekundę dotknęła jego ręki. - Nie chodzi tylko o ten 

samochód, Nick, choć to był świetny pomysł. Ale że były w nim te białe róże, kawior, wódka. 

Bardzo to dobrze wymyśliłeś. 

-  Chciałem,  żeby  im  trochę  zaszumiało  w  głowach.  No  i  żeby  poczuli  się  jak 

prawdziwi  nowożeńcy.  -  Roześmiał  się,  zadowolony,  że  lody  między  nimi  stopniowo 

zaczynają topnieć. - Cieszę się, że ci się to podobało. 

Freddie odetchnęła z ulgą. A więc rozejm. 

-  Wiesz,  nie  powinienem  był  tak  się  zachować  wobec  ciebie  -  usprawiedliwiał  się.  - 

Nie  wziąłem  pod  uwagę,  ile  czasu  i  wysiłku  kosztowały  cię  przygotowania  do  dzisiejszego 

wieczoru,  nie  mówiąc  o  urządzaniu  mieszkania.  Choć  szczerze  mówiąc,  nie  mogę  pojąć, 

dlaczego tyle czasu poświęciłaś na szukanie lampy. 

Secesyjna lampa stanowiła przedmiot jej szczególnej dumy i radości. 

- Dobrze już, dobrze. Co ci się nagle stało? 

- Pięknie przygotowałaś salę na przyjęcie. 

background image

- Dzięki. - Zadowolona z małego zwycięstwa, gestem wezwała ojca, by ją zmienił. - A 

skoro  jesteś  taki  miły  -  dodała,  pochylając  się,  by  pocałować  go  w  policzek  - 

wspaniałomyślnie ci wybaczam. 

-  Nie  prosiłem  cię...  -  Ale  ona  już  wstała  i  zanim  zdążył  dokończyć  zdanie,  odeszła. 

Miejsce  córki  zajął  Spence.  Nick  zmarszczył  czoło  niezadowolony.  -  Kobiety  -  wzruszył 

ramionami. 

- Sam bym tego lepiej nie wyraził. Nie ma co mówić, wyrosła na kobietę atrakcyjną i 

niezależną - zgodził się Spence. 

- A była takim miłym dzieckiem - zamyślił się Nick. - Nie powinieneś był pozwolić jej 

dorosnąć. 

Obserwując  Nicka  kątem  oka,  Spence  doszedł  do  wniosku,  że  w  opinii  Nataszy  o 

stosunku tych obojga tkwiło źdźbło prawdy. Poczuł lekkie ukłucie w okolicy serca. Wiedział, 

ż

e  zawsze  tak  będzie,  ilekroć  uświadomi  sobie,  że  jego  mała  córeczka  zaczęła  prowadzić 

własne życie. Ale równocześnie był z niej dumny. 

Płynnie przeszli z Nickiem do muzyki Raya Charlesa. 

- Wiesz - ciągnął - odwiedzają już nas różni chłopcy, i Katie też zaczyna flirtować. 

- Niemożliwe. - Szok szybko ustąpił miejsca niemiłemu poczuciu starzenia się. Skoro 

do  Katie  już  przychodzą  chłopcy...  Jak  ten  czas  szybko  leci!  -  Niemożliwe.  Gdybym  miał 

córkę, nigdy bym na to nie pozwolił. 

- Rzeczywistość jest brutalna - zgodził się Spence, po czym przeszedł do właściwego 

tematu. - Wiesz, Nick, jestem spokojny, wiedząc, że nie spuszczasz Freddie z oczu. Bardzo 

bym się o nią martwił, gdybym nie miał pewności, że ktoś się nią opiekuje. Ktoś, komu ufam. 

-  Oczywiście.  -  Nick  przełknął  ślinę.  -  Masz  rację.  Pograj  chwilę  sam,  skoczę  do 

bufetu. 

Spence uśmiechnął się do siebie i mocniej uderzył w klawisze. 

-  Nie  powinieneś  mu  dokuczać.  -  Natasza  stanęła  za  mężem  i  położyła  mu  rękę  na 

ramieniu. 

- To mój obowiązek jako ojca, żeby trochę zatruć mu życie. Pomyśl tylko, jakiego w 

tym nabiorę doświadczenia do czasu, aż przyjdzie kolej Katie. 

- Aż boję się o tym myśleć - zażartowała. 

Było już dobrze po dziesiątej, gdy przyjęcie się skończyło. Oprócz Nicka i Freddie w 

barze został tylko Zack i Rachel. Freddie zadowolona rozejrzała się dokoła. 

Sala  sprawiała  wrażenie,  jakby  przeszło  przez  nią  tornado  albo  armia  najeźdźców 

stoczyła krwawą bitwę. 

background image

Z sufitu smętnie zwisały resztki dekoracji. Na podłodze walały się kolorowe bibułki, 

ozdoby  i  wstążki.  Na  stołach  stały  półmiski  i  salaterki  z  resztkami  jedzenia,  leżało  parę 

kawałków  tortu  i  resztka  roztopionych  lodów.  Tu  i  ówdzie  widać  było  plamy  na  obrusach, 

wszędzie walały się okruchy i niedopałki. 

Gdziekolwiek  spojrzeć,  widać  było  kieliszki,  szklanki  i  butelki.  W  rogu  ktoś  ułożył 

piramidę z kieliszków do wina. Na podłodze poniewierały się serwetki, a nawet, co dziwne, 

Freddie zauważyła porzucony gdzieś w kącie złoty pantofelek na cieniutkiej szpilce. 

Zastanawiała się, w jaki sposób jego właścicielka dokuśtyka do domu. 

Oparłszy się o bufet, Zack też obrzucił wzrokiem salę i roześmiał się szeroko. 

- Chyba zabawa była niezła. 

-  Raczej  tak.  -  Rachel  pozbierała  swoje  rzeczy.  -  Dziadek  wychodził  tanecznym 

krokiem, a mnie wciąż dźwięczą w uszach ukraińskie dumki. 

- Sama nieźle szalałaś - roześmiał się Zack. 

-  Wódka  tak  na  mnie  działa.  A  czyż  nie  było  cudownie  widzieć  ich  twarze,  kiedy 

daliśmy im prezent? 

- Babcia aż się popłakała - powiedziała Freddie. 

- A dziadek mówił, żeby przestała - wtrącił Nick - ale sam też płakał. 

-  To  był  cudowny  pomysł,  Freddie.  -  Oczy  Rachel  znowu  zwilgotniały.  - 

Romantyczny, uroczy, piękny. 

- Wiedziałam, że powinniśmy podarować im coś szczególnego. Nigdy bym o tym nie 

pomyślała, gdyby nie mama. 

- Nie mogłaś wpaść na lepszy pomysł. - Rachel włożyła płaszcz i obrzuciła wzrokiem 

salę.  -  Wiecie  co,  zostawmy  cały  ten  bałagan  i  chodźmy  -  zaproponowała.  -  Jutro  się 

posprząta. 

- Masz rację. - Zack miał ogromną ochotę zostawić to wszystko. Wziął żonę za rękę i 

pociągnął ją w stronę drzwi. - Opuszczamy pokład - zarządził. 

-  Idźcie  naprzód  -  powiedziała  Freddie  obojętnym  tonem.  Nie  chciała,  by  ta  noc 

dobiegła końca. A jeśli przedłużenie jej ma oznaczać mycie naczyń, przystanie i na to. - Ja tu 

trochę uporządkuję. 

Rachel zawahała się. 

- Myślę, że moglibyśmy... - zaczęła, czując nagle wyrzuty sumienia. 

- Nie. - Freddie popatrzyła na nią znacząco. - Idźcie do domu. Zostawiliście przecież 

dzieci z opiekunką. Musicie ją zwolnić. Na mnie nikt nie czeka. 

background image

- Jedna  godzina więcej  nie będzie miała znaczenia - stwierdził Zack, rozprostowując 

ramiona. 

- Owszem, nie zaangażowaliśmy opiekunki na całą noc - powiedziała Rachel i mocno 

nadepnęła mężowi na palec. 

- Ale... - próbował jeszcze dyskutować. Wreszcie pojął, w czym rzecz. 

- Dobrze, zacznijcie sprzątać. Ja jestem wykończony. Ledwo się trzymam na nogach, 

oczy mi się kleją. 

- Aby spotęgować efekt, ziewnął przeciągle. - Jutro dokończymy sprzątania, jeśli nie 

zdążycie  zrobić  wszystkiego.  Dobranoc,  Freddie.  -  Popatrzył  znacząco  na  swego 

przyrodniego brata. - Dobranoc, Nick. 

- Do jutra - rzucił Nick. Gdy drzwi się za nimi zamknęły, potrząsnął głową. - Dziwnie 

się zachowywał - zauważył. 

- Po prostu był zmęczony. - Freddie ustawiała na tacy szklanki. 

-  Nie,  co  innego  zmęczenie,  a  co  innego  dziwne  zachowanie.  On  się  dziwnie 

zachowywał. - On też się dziwnie czuje, uświadomił sobie teraz, gdy zostali z Freddie sami. - 

Posłuchaj,  oni  mieli  rację.  Jest  już  późno.  Dlaczego  nie  mielibyśmy  zostawić  tego 

wszystkiego i zabrać się stąd? Na porządki będzie czas jutro. 

-  To  idź  do  siebie,  jeśli  jesteś  zmęczony.  -  Freddie  z  pełną  tacą  skierowała  się  do 

kuchni. - Nie mogłabym zasnąć, wiedząc, że tak to wszystko zostawiłam. Ale wiem, że tobie 

to nie przeszkadza - dodała przez ramię, popychając nogą drzwi. 

-  Wydaje  mi  się,  że  to  nie  tylko  moja  sprawka  -  mruknął  Nick,  niosąc  drugą  tacę.  - 

Wydaje mi się, że widziałem jedną czy dwie osoby, które używały dziś wieczór szklanek. 

- Mówiłeś coś? - zawołała Freddie. 

- Nie. Nic. 

Zaniósł tacę do kuchni, gdzie ona już wkładała naczynia do zmywarki, i postawił ją z 

trzaskiem na stole. 

-  Nie  pójdziesz  do  piekła  za  to,  że  zostawisz  naczynia  w  zlewie  -  odezwał  się 

uszczypliwie. 

- Ani ty nie dostaniesz za to nagrody - odcięła się. - Powiedziałam, żebyś szedł spać. 

Poradzę sobie. 

- Poradzę sobie - powtórzył, naśladując jej ton i mimikę. Wziął wiaderko, wstawił je 

do zlewu, wlał płyn do mycia podłóg i nalał gorącej wody. 

Uśmiechnęła się, ale nic nie powiedziała. 

background image

Przez  następne  dwadzieścia  minut  pracowali  w  milczeniu.  Z  przyjemnością  patrzyła, 

jak  podłoga  odzyskuje  dawny  wygląd,  a  bufet  zaczyna  z  powrotem  lśnić.  Nick  z  zapałem 

szorował  stoły  i  ustawiał  krzesła,  pogwizdując  od  czasu  do  czasu.  Widziała,  że  nastrój  z 

minuty na minutę mu się poprawia. 

- Zauważyłam, że Ben i Lorelie wyszli razem - zaczęła. 

-  Nic  nie  ujdzie  twojej  uwagi  -  odrzekł  cierpko,  robiąc  krzywą  minę.  -  Dobrze  się 

bawili. Jak wszyscy. 

- Nie przejmujesz się tym za bardzo. 

- To nie było nic poważnego. - Wzruszył ramionami. - Między mną a Lorelie nigdy... - 

Uważaj, co mówisz, ostrzegł siebie. - Po prostu nie pasowaliśmy do siebie. 

Freddie ogarnęła niesłychana radość, ale zdołała nie okazać emocji. Przesunęła krzesło 

i ustawiła je przy stole, pod którym Nick właśnie umył podłogę. 

Zbliżył  się  do  niej.  Skoro  już  poruszyła  ten  temat,  uznał,  że  nadszedł  czas  na 

wyjaśnienia. 

- Freddie, chciałem z tobą porozmawiać na temat tego popołudnia. 

-  Dobrze.  Wiem,  że  jak  zrobimy  gruntowny  porządek,  Zack  pomyśli,  że  jest  tu 

niepotrzebny. A ja nie chciałabym ranić jego uczuć. 

Podeszła  do  szafy  grającej  i  pochyliła  się  nad  listą  piosenek.  Zastanawiała  się  przez 

chwilę, wreszcie nacisnęła guzik i odwróciła się. 

- Nie tańczyłeś ze mną dzisiaj - rzekła z wyrzutem. 

- Naprawdę? - zdziwił się, choć bardzo dobrze wiedział, dlaczego z nią nie tańczył. 

-  Naprawdę.  -  Podeszła  do  niego  powoli,  w  rytm  muzyki  rozbrzmiewającej  z  szafy. 

„Tylko ty z tym światem godzisz mnie...”, pomyślała. 

Doskonale. 

- Chyba nie chcesz zranić moich uczuć, Nicholas? 

- Nie, ale... 

Nie dokończył, bo go objęła. Ujął jej rękę i poprowadził na parkiet. 

Poruszał  się  płynnymi,  niezwykle  eleganckimi  ruchami.  Zawsze  tak  było, 

przypomniała sobie, opierając głowę na jego ramieniu. Gdy pierwszy raz z nim tańczyła, była 

niezwykle poruszona i aż drżała z przejęcia. Teraz też była poruszona, ale zupełnie inaczej niż 

przed laty. 

Jak kobieta, a nie jak dorastająca dziewczyna. 

background image

Ś

wietnie  się  poddaje,  pomyślał  Nick.  Cudownie  się  ją  prowadzi.  Zawsze  tak  było, 

przypomniał sobie, przyciągając ją bliżej. Ale nigdy przedtem tak nie pachniała jak teraz i nie 

pamiętał, by jej włosy tak go kusiły, by ich dotknąć... 

Byli sami i muzyka była odpowiednia do nastroju tej chwili. Zawsze był wyczulony na 

muzykę. Kusiło go, by musnąć wargami skroń Freddie, by lekko skubnąć koniuszek jej ucha. 

Zatrzymał się na sekundę, odsunął ją od siebie na długość wyciągniętej ręki i obrócił 

kilka  razy  dokoła.  Roześmiała  się.  Oczy  jej  rozbłysły  radośnie,  gdy  przyciągnął  ją  z 

powrotem. 

Wyczuwała  doskonale  każdy  jego  krok  i  ruch,  jak  gdyby  urodziła  się  w  jego 

ramionach. Wydawało się, że go uprzedza, gdy obracał ją, krążył dokoła niej, prowadził raz 

tak, a raz inaczej. Ruchem tak pełnym gracji jak cała choreografia ich tańca, podniosła głowę 

i spojrzała mu w oczy. 

Tylko na to czekał. Jego usta na to czekały. 

Złączyły  się  z  jej  ustami.  Zamknął  ją  w  ramionach,  zatopił  palce  w  jej  włosach.  Nie 

słyszał  już  melodii  płynącej  z  szafy,  bo  w  jego  głowie  rozbrzmiewała  inna  muzyka,  ich 

własna symfonia intymności. 

Pomyślał, że mógłby ją pochłonąć, gdyby mu na to pozwoliła. Jej skóra, jej zapach, jej 

cudownie szczodre usta. Kiedy ich pocałunek stał się gorętszy, bardziej zmysłowy, wyobraził 

sobie, jak proste byłoby wziąć ją teraz na ręce i zanieść na górę. Prosto do łóżka. 

Ta wizja tak go zaszokowała, że oprzytomniał i odsunął ją od siebie. 

- Fred... - zaczął. 

- Nic nie mów. - Jej oczy pociemniały, rozmarzyły się. - Tylko mnie całuj, Nick. Po 

prostu mnie całuj. 

Znowu  ich  usta  się  zetknęły,  co  sprawiło,  że  zapomniał  natychmiast  o  wszystkich 

powodach,  dla  których  nie  powinno  się  to  zdarzyć.  Mimo  wszystko  jednak  zdołał  się 

opanować. Położył jej ręce na ramionach i odstąpił o krok. 

- Nie możemy tego robić - powiedział. 

- Dlaczego? - zdziwiła się. 

- Stąpamy po niebezpiecznym gruncie - ostrzegł. - Weź rzeczy i torebkę. Odprowadzę 

cię do domu. 

-  Ale  ja  chcę  zostać  tutaj,  z  tobą  -  oświadczyła  spokojnie,  choć  serce  biło  jej  jak 

szalone. - Chcę pójść z tobą na górę, do łóżka. 

Nick poczuł znany już charakterystyczny ucisk w żołądku. 

- Powiedziałem, żebyś wzięła rzeczy i torebkę. Jest późno. 

background image

Może  nie  miała  zbyt  dużego  doświadczenia,  ale  sądziła,  że  wie,  kiedy  może  się 

posunąć  dalej,  a  kiedy  powinna  się  wycofać.  Na  miękkich  nogach  podeszła  do  bufetu  po 

torebkę. 

- Dobrze, niech będzie jak chcesz. Ale nie wiesz, co tracisz. 

Obawiał się, że wie, i to aż za dobrze. 

- Gdzie się tego nauczyłaś? 

- Ach, mało to było okazji? - rzuciła niedbale przez ramię, otwierając drzwi. - Idziesz? 

Teraz dopiero uzmysłowił sobie, że bezpieczniej byłoby wezwać dla niej taksówkę. Za 

późno. Freddie była już na ulicy. 

- Zaczekaj! - zawołał i pospiesznie zamknął drzwi baru na klucz. 

Freddie szła wolno w dół ulicy. 

- Piękna noc - zauważyła. Nick mruknął coś ze złością. 

- Tak, po prostu cudowna. Daj mi torebkę. 

- Co? 

-  Po  prostu  daj  mija.  -  Chwycił  małą  błyszczącą  kopertowkę  i  wsunął  ją  do  kieszeni 

marynarki. Dopiero teraz zauważył kolczyki w uszach Freddie. - Założę się, że te kamienie są 

prawdziwe - powiedział. 

-  Te?  -  Odruchowo  podniosła  rękę  i  dotknęła  kolczyka  z  szafirem  okolonym 

brylantami. - Tak, a dlaczego pytasz? 

-  Powinnaś  wiedzieć,  że  nie  należy  paradować  z  rocznym  dochodem  rencisty  w 

uszach. 

- Co za sens byłoby je mieć, a nie nosić - zauważyła z bezbłędną logiką. 

-  Jest  na  to  czas  i  miejsce.  A  Lower  East  Side  o  trzeciej  nad  ranem  jest  do  tego 

najmniej odpowiednia. 

-  Chcesz  je  włożyć  do  kieszeni?  -  spytała  wyniośle.  Zanim  zdążył  odpowiedzieć,  że 

właśnie o tym myślał, usłyszał czyjś głos. Wydał mu się znajomy. 

- Hej, Nick! 

Spojrzał na drugą stronę pustej ulicy i zobaczył jakiś cień. Rozpoznał go. 

- Idź jak gdyby nigdy nic - powiedział do Freddie, odruchowo zasłaniając ją sobą. - I 

nic nie mów. 

Zadyszany  od  biegu,  wyrósł  obok  nich  szczupły  mężczyzna  o  pociągłej  twarzy  w 

luźnych workowatych spodniach. 

- Jak leci, Nick? - spytał. 

- Nie narzekam, Jack. 

background image

Freddie otworzyła usta, ale wydobył się z nich tylko zduszony kwik, gdy Nick ścisnął 

ją za rękę tak, że miała wrażenie, jakby pogruchotał jej wszystkie kości. 

-  Niezła  sztuka.  -  Jack  mrugnął  porozumiewawczo  i  szturchnął  Nicka  łokciem.  - 

Zawsze miałeś szczęście. 

Mężczyzna wyglądał zbyt żałośnie, by się go bać. 

- Tak, szczęściarz ze mnie. Ale teraz się spieszymy, Jack. 

- Cóż, rzecz w tym, że jestem spłukany. A kiedy nie był? - pomyślał Nick. 

- Wpadnij jutro do baru, pożyczę ci. 

- Dzięki, ale rzecz w tym, że potrzebuję teraz. 

Nie zatrzymując się, Nick sięgnął do kieszeni i wyjął dwadzieścia dolarów. Doskonale 

wiedział, na co zostaną przeznaczone, jeśli Jackowi uda się o tej porze złapać swego dealera. 

- Dzięki, bracie. - Banknot zniknął w przepastnej kieszeni spodni. - Oddam ci. 

- Pewno. - Kiedy mi kaktus wyrośnie na ręce. - Do zobaczenia, Jack. 

- A pewnie. Raz Kobra, na zawsze Kobra. 

O  nie,  pomyślał  Nick.  Nigdy.  Wściekły,  że  został  zmuszony  do  tego  spotkania  i  że 

Freddie zetknęła się z kawałkiem jego brudnej przeszłości, przyspieszył kroku. 

- Znasz go z gangu, do którego kiedyś należałeś - powiedziała ze spokojem. 

- Tak, stał się ostatnim lumpem. 

- Nick... 

-  Włóczy  się  po  okolicy,  czasem  przez  cały  dzień.  Założę  się,  że  nie  będzie  cię 

pamiętał, bo był już naćpany, ale gdybyś się na niego natknęła, po prostu uciekaj. 

- Dobrze. - Chciała  go  wziąć za rękę, jakoś uspokoić, odsunąć ponure  wspomnienia, 

ale dotarli już do budynku, w którym mieszkała. Nick wyjął z kieszeni torebkę. 

Sam wziął klucze i otworzył drzwi. Wszedł z nią do środka i nacisnął guzik windy. 

- Jedź na górę i zamknij drzwi na klucz - powiedział. 

- Chodź ze mną, zostań ze mną - poprosiła. Chciał jej dotknąć, tylko raz jeszcze, ale 

palce wciąż były brudne w miejscu, gdzie dotknął ręki Jacka, kiedy wręczał mu pieniądze. 

- Czy ty zdajesz sobie sprawę, co się  właśnie zdarzyło? - spytał. -  Zetknęliśmy się z 

jakąś  częścią  mojego  życia  i  gdybyś  nie  była  ze  mną,  wziąłby  od  ciebie  coś  więcej  niż  te 

piękne kolczyki. 

-  On  nie  jest  częścią  twojego  życia  -  zaprotestowała  łagodnie.  -  On  nie  jest  twoim 

przyjacielem. Ale dałeś mu pieniądze. 

- Może dzięki temu nie naciągnie następnej osoby, którą spotka. 

- Nie jesteś już jednym z nich, Nick. Wątpię, czy tak naprawdę kiedykolwiek byłeś. 

background image

Nagle poczuł się śmiertelnie zmęczony. Oparł głowę o jej czoło. 

- Nie wiesz, kim byłem, kim jeszcze mógłbym być. A teraz idź na górę, Fred. 

- Nick... - zawahała się. 

Aby  zamilkła,  chwycił  ją  za  ramiona  i  przycisnął  usta  do  jej  warg.  Gdy  wreszcie 

mogła  odetchnąć,  zatoczyłaby  się,  gdyby  jej  nie  podtrzymał  i  nie  wepchnął  do  windy. 

Patrzyła, jak zasuwał żelazną kratę. Nie była zdolna do żadnego ruchu. 

- Zamknij drzwi na klucz - przypomniał jeszcze raz, odwrócił się i wyszedł. 

Na ulicy obejrzał się za siebie, popatrzył w przód i na boki. Później podniósł głowę i 

zaczekał, aż w jej oknie rozbłysło światło. 

Dopiero teraz ruszył w drogę powrotną do domu. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Miała niewiarygodne sny. Zgoda, spała zaledwie parę godzin, ale nie widziała powodu 

do  narzekań.  Prawdę  powiedziawszy,  obudziła  się  wcześnie,  w  cudownym  nastroju.  A  że 

miała  trochę  wolnego  czasu,  wybrała  się  do  centrum,  żeby  odwiedzić  kilka  interesujących 

sklepów i kupić do mieszkania jakieś drobiazgi, które Nick nazywał świecidełkami. 

Wróciwszy  do  domu  taksówką,  rzuciła  torbę  ze  swoimi  najnowszymi  nabytkami  i 

wyszła po raz drugi. Teraz była już jednak trochę spóźniona. Ale dzień był zbyt piękny, żeby 

się z tego powodu martwić. 

Wiosna  była  w  pełnym  rozkwicie,  w  powietrzu  czuło  się  już  zapowiedź  szybkiego 

lata. Powietrze było jasne i spokojne, nie czuło się jeszcze upału, który latem wprost zbijał z 

nóg. 

Freddie  uznała,  że  jest  jedną  z  najszczęśliwszych  kobiet  na  świecie.  Mieszka  w 

niezwykłym, ekscytującym mieście, jeśli wszystko dobrze pójdzie, czeka ją wspaniała kariera 

zawodowa. Jest młoda i zakochana. I, o ile nie zawodzi jej kobieca intuicja, niewiele trzeba, 

ż

eby przekonała mężczyznę, którego kocha, by odwzajemnił jej uczucie. 

Każdy punkt jej planu przybiera realne kształty. 

A  ponieważ  była  w  doskonałym  nastroju,  zatrzymała  się  przy  budce  ulicznego 

sprzedawcy i kupiła sobie i Nickowi po ogromnym preclu. 

Wkładała właśnie do kieszeni resztę, gdy zauważyła mężczyznę przechodzącego przez 

ulicę na wprost budynku, przy którym stała. 

Szczupła twarz, pochylona sylwetka, niechlujne ubranie.  Zadrżała,  gdy rozpoznała w 

nim typa, którego  Nick  minionej nocy  nazywał  Jackiem. Trzymał w ręce papierosa i raz po 

raz się zaciągał, rzucając przy tym czujne spojrzenia na lewo i prawo. 

Mimo że jego wzrok na sekundę zatrzymał się na Freddie, zorientowała się, że jej nie 

poznaje.  Odetchnęła  z  ulgą.  Oczywiście,  gdyby  sytuacja  tego  wymagała,  odezwałaby  się  do 

niego, ale szczęśliwie nie musiała tego robić. Tym bardziej nie chciała wspominać Nickowi o 

spotkaniu z jego dawnym kumplem z gangu. 

Przyspieszyła  kroku,  nie  oglądając  się  za  siebie.  Mimo  wszystko  czuła  się  trochę 

niepewnie.  Palił  ją  kark,  tak  jakby  ścigał  ją  czyjś  uporczywy  wzrok.  Na  szczęście  była  już 

przy barze. 

Kiedy weszła do kuchni, natychmiast zapomniała o Jacku. Zatrzymała się na chwilę, 

ż

eby wyrazić Rio swoje uznanie za wczorajszą ucztę. 

background image

Potem,  skubiąc  precel,  weszła  na  schody.  Radosnego  humoru  nie  zmącił  jej  nawet 

widok Nicka, który otworzywszy drzwi, od razu na nią warknął. 

- Spóźniłaś się. 

Co za sympatyczny facet! 

- Nie byłam pewna, czy wstałeś. Mamy za sobą długą noc. 

- Wstałem i pracuję, czego nie można powiedzieć o tobie. 

Miał za sobą długą i męczącą noc. Spał może z godzinę, a i to niespokojnie, pocąc się, 

przekręcając  z  boku  na  bok.  Męczyły  go  sny,  w  których  wracała  burzliwa  przeszłość  i 

odzywała się niepokojąca teraźniejszość. 

Wtedy  był  niedoświadczony,  ale  teraz  też  brakowało  mu  doświadczenia.  Cierpiał  z 

powodu  frustracji  emocjonalnej  i  fizycznej,  jakiej  nie  doznawał  nigdy  przedtem.  Doskonale 

przy tym wiedział, gdzie szukać przyczyny tego stanu uczuć. 

Stała teraz naprzeciw niego, jaśniejąca, złocista jak promień słońca. Mimo że Freddie 

zdawała sobie sprawę z jego podłego humoru, uśmiechnęła się radośnie, przechylając głowę 

w charakterystyczny dla siebie sposób. 

Nie  ogolił  się,  zauważyła,  ale  nie  raziło  jej  to.  Przeciwnie,  gniewne  oczy  i 

jednodniowy zarost przydawały jego twarzy trochę brutalności i dzikości, co na swój sposób 

było nawet pociągające. 

Odniosła wrażenie, że tej nocy w ogóle nie spał. 

- Nie wyspałeś się, co? Przyniosłam ci precla. Podsunęła mu go pod same usta. Chcąc 

nie chcąc. 

musiał ugryźć kawałek, ale nie był tym zachwycony. 

- A gdzie keczup? - upomniał się. 

-  Weź  sobie  z  lodówki.  -  Podeszła  do  pianina  i  usiadła  na  ławeczce.  -  Gotowy  do 

pracy? 

- Pracowałem bez przerwy. - Co innego niby można robić, jeśli się nie śpi? - A co ty 

robiłaś? 

- Zakupy. 

- Wyobrażam sobie. 

- Ale zanim zaczniesz mnie krytykować, dowiedz się, że przypadkiem skończyłam też 

słowa  do  „Gdy  cię  tu  nie  będzie”.  -  Otworzyła  teczkę  i  wyjęła  zapisane  kartki  papieru.  - 

Wygładziłam je, zanim otwarto sklepy - dodała. 

Mruknął  coś  pod  nosem,  ale  usiadł  obok.  W  miarę  czytania  humor  zaczął  mu  się 

poprawiać. Powinien był przewidzieć, że słowa będą doskonałe. 

background image

Nie zamierzał jednak wbijać ich autorki w dumę. 

- Niezłe - skwitował krótko. 

- Dziękuję, Gershwinie. 

- Bardzo proszę,  Byronie - zrewanżował się.  Dopiero teraz uważnie jej się przyjrzał, 

zmrużył oczy. 

- Coś ty zrobiła z włosami? - zdziwił się. Odruchowo je poprawiła. 

- Ściągnęłam je do tyłu i podpięłam. Tak jest wygodniej. 

- Ale ja wolę tak - powiedział i zaczął wyciągać z włosów szpilki. 

- Przestań. - Uderzyła go w rękę. 

Chwycił  ją  za  nadgarstki  i  przytrzymał  jedną  lęka,  drugą  wciąż  wyciągając  szpilki. 

Gdy wreszcie włosy opadły jej na ramiona, roześmiał się zadowolony. 

- O tak - powiedział. - Teraz dużo lepiej. Mruknęła coś pod nosem nachmurzona. 

- Widzę, że stałeś się ekspertem w sprawach fryzur - stwierdziła zjadliwie. 

- Tak jest ci bardziej do twarzy. Odgarnęła włosy z czoła. 

- A może i ja zmienię ci fryzurę, co? Żeby ci było bardziej do twarzy. 

Wyciągnęła rękę, ale on był szybszy. Była zła, że zawsze ją uprzedza. Mocował się z 

nią przez chwilę, aż zabrakło jej tchu i zaczęła chichotać. 

Po  chwili  zorientowała  się,  że  on  się  nie  śmieje,  ale  patrzy  na  nią  nieruchomym 

wzrokiem. Patrzy tak przenikliwie, z taką intensywnością, że serce znowu zaczęło jej szybciej 

bić, a w gardle wyschło. Ich nogi się splątały, tak że w końcu sama nie wiedziała, jak i kiedy 

znalazła się na jego kolanach. 

Poczuła  ucisk  w  żołądku,  serce  zaczęło  jej  bić  jak  szalone  i  ogarnęło  ją  uczucie 

absolutnej niemocy. 

- Nick - zdołała wykrztusić. 

- Tracimy czas. - Puścił jej ręce. Musi się opanować, przerwać tę niebezpieczną grę. - 

Przegrajmy ten kawałek, który skończyłaś. Zobaczymy, jak to brzmi. 

Cierpliwości, napomniała siebie, bądź cierpliwa. Wytarła o spodnie wilgotne dłonie. 

- Dobrze. Jeśli jesteś gotowy. 

Po  takim  trudnym  początku  praca  poszła  już  gładko.  Oboje  skoncentrowali  się  na 

muzyce. Siedzieli teraz biodro w biodro jak partnerzy, jak współpracownicy, jak przyjaciele. 

Minęła  jedna  godzina,  druga,  trzecia,  następna.  W  pewnym  momencie  Rio  przyniósł 

im trochę resztek z przyjęcia i został przez chwilę, żeby z rozanieloną miną posłuchać ich gry. 

Podjadali,  wygładzali  muzykę  i  słowa,  spierali  się  o  drobiazgi  i  niemal  osiągali 

jednomyślność w sprawach zasadniczych. 

background image

Niemal. 

- Powinno być romantycznie - powiedziała. 

- Zabawnie - skontrował. 

- To ich noc poślubna. 

-  Właśnie.  -  Wyjął  papierosa  i  zapalił,  ciesząc  się  w  głębi  duszy,  że  stopniowo 

zmniejsza  dzienną  dawkę  nikotyny.  -  Popędzili  do  tego  ślubu  na  łeb  na  szyję.  Znali  się 

wszystkiego trzy dni. 

- Są zakochani - zauważyła. 

-  W  ogóle  się  nie  znają.  Nic  o  sobie  nie  wiedzą.  -  W  zamyśleniu  zaciągnął  się 

papierosem,  układając  w  głowie  kolejną  scenę.  -  Pognali  do  sędziego  pokoju  na  absurdalną 

ceremonię,  a  teraz  siedzą  w  byle  jakim  pokoju  hotelowym,  zastanawiając  się,  co  właściwie 

ich do tego skłoniło. I co u diabła mają teraz zrobić. 

- Być może, ale to wciąż ich noc poślubna. A ty piszesz pieśń żałobną. 

Roześmiał się tylko. 

-  Słuchałaś  kiedyś  tak  naprawdę  „Marsza  weselnego”,  Fred?  -  Odłożył  papierosa  i 

zaczął grać. 

Freddie musiała przyznać, że muzyka była podniosła, poważna i trochę przerażająca. 

- W porządku, jeden zero dla ciebie. Zagraj to jeszcze raz i pozwól, że się zastanowię. 

Wstała  i  zaczęła  krążyć  po  pokoju,  wsłuchana  w  muzykę  wydobywającą  się  spod 

palców Nicka. Obserwowała go i zastanawiała się. 

Co w nim jest, że tak na nią działa? Czy jego wygląd? Może tak było przed laty, kiedy 

jako nastolatka zobaczyła po raz pierwszy te niespokojne zielone oczy. Ale teraz nie zwracała 

już takiej uwagi na wygląd Nicka. 

Jego zachowanie? Nie mogła się nie uśmiechnąć. Raczej nie. Potrafił być uprzejmy i 

kochający, lecz bywał również szorstki i nie dbał o uczucia innych. To nie znaczy, że chciał 

kogoś zranić czy sprawić ból, nie, on po prostu zapominał, że coś takiego jak uczucia w ogóle 

istnieje. 

To jego serce, uznała. To jego serce przyciąga jej serce. I tak już pozostanie. Ale co by 

było, gdyby go spotkała zaledwie wczoraj? Gdyby spotkali się jako obcy sobie ludzie, i ona 

oddałaby mu swe serce na zawsze? 

Czy byłaby przestraszona? Niepewna? A może podniecona? 

- Kim jest ten mężczyzna - mówiła do siebie półgłosem - który mnie żoną nazywa? I 

który  obrączką  na  zawsze  mnie  zdobywa?  Trzeba  czegoś  więcej  niż  obrączki,  by  zmienić 

ż

ycie dziewczyny... 

background image

Zmarszczyła czoło, gdy Nick się obrócił. 

-  Musi  być  trochę  dosadniej  -  powiedziała,  nadal  przemierzając  pokój  tam  i  z 

powrotem. 

- Dopóki śmierć nas nie rozłączy? - zastanawiała się dalej. - Ale czy serca to połączy? 

Miłość, szacunek i wierność, a jaka będzie codzienność? 

Nick odwrócił się i roześmiał. 

- Podoba mi się to. Małżeństwo i śmierć. Niezła para. 

-  Mogę  to  zrobić  lepiej.  Kim  jest  ten  mężczyzna,  który  czeka  pod  drzwiami?  Czego 

żą

da  ode  mnie?  Kim  dla  niego  mam  być?  Może  żoną?  Kochanką?  Dziwką?  On  chce  mnie 

nagą widzieć. Nie uda mi się wykręcić... 

Zatrzymała się, roześmiała i potarła w zakłopotaniu brodę. 

- Przesadziłam, co? 

- Dlaczego, to dobry temat. Popłoch, dziewczyna wpadająca w popłoch - powiedział. 

-  Kto  wie,  kto  wie.  -  Podeszła  do  niego.  -  Może  zaczniemy  tak  jak  proponowałeś, 

powoli, w żałobnym rytmie, coś jakby organy, wiolonczela. A potem dodamy tempa, szybciej 

i jeszcze szybciej. Panika. Popłoch. 

- I zmienimy tonację. 

- Dobrze. Spróbuj tutaj. - Aby zademonstrować, o co jej chodzi, pochyliła się nad jego 

ramieniem i położyła dłonie na jego dłoniach spoczywających na klawiaturze. 

-  Tak,  rozumiem,  wyobrażam  sobie  to,  o  czym  mówisz.  -  Dałby  wszystko,  żeby  nie 

czuć na plecach jej piersi. - Freddie, nie pchaj się na mnie. 

Ton jego głosu wzbudził jej czujność. 

-  Ojej,  przepraszam.  -  Cofnęła  się  odrobinę,  słuchając  jego  gry.  -  Tak,  to  chyba  to. 

Trafione  w  dziesiątkę  -  orzekła.  -  Położyła  dłonie  na  jego  ramionach  i  zaczęła  je  delikatnie 

masować. - Jesteś spięty - zauważyła. 

Uderzał palcami w klawisze, nie panując nad swoją grą. 

- Freddie, wciąż się na mnie pchasz - powtórzył z naciskiem. 

- Wiem. 

Jej włosy musnęły jego policzek, a zapach tych piekielnych perfum, których używała, 

podziałał  mu  na  zmysły  jak  nigdy  przedtem.  Chciał  ją  ofuknąć,  odwrócił  głowę  -  i  to  był 

pierwszy błąd - by zatopić wzrok w jej przepastnych szarych oczach. 

- Denerwuję cię, Nicholas? - zapytała, siadając na ławeczce obok niego. 

-  Doprowadzasz  mnie  do  szaleństwa  -  powiedział  zgodnie  z  prawdą,  zanim  się 

zreflektował, że nie powinien tego mówić. 

background image

-  To  dobrze.  -  Pochyliła  się  i  pocałowała  go  namiętnie  w  same  usta.  Nie  zdążył  się 

uchylić.  -  Ty  mnie  doprowadzasz  do  szaleństwa  od  lat.  Najwyższy  czas,  żeby  role  się 

odwróciły. 

Zaczynało mu brakować tchu. Pomyślał, że tak właśnie czuje się człowiek, gdy idzie 

na dno. Dusi się, grzęźnie i toczy przegraną bitwę z losem. 

-  To  nie  gra,  Freddie,  a  ty  nie  znasz  zasad  -  ostrzegł,  uznając,  że  najlepszą  formą 

obrony jest atak. 

Podniosła ręce, oparła je na jego ramionach, potem zbliżyła się do niego powoli, tak 

ż

e jej usta niemal dotknęły jego ust. 

- Chyba mógłbyś mnie ich nauczyć - szepnęła. 

Starał  się  panować  nad  sobą,  kontrolować  ruchy  i  słowa,  zdając  sobie  sprawę,  że 

rozmowa zbacza na niebezpieczne tory. 

-  Gdybyś  wiedziała,  czego  chciałbym  cię  nauczyć,  uciekłabyś  i  popędziła  prosto  do 

domu, do tatusia, nie zatrzymując się po drodze. 

Potraktowała te słowa jak wyzwanie. Podniosła dumnie głowę i popatrzyła mu prosto 

w oczy. 

- A więc przekonaj się - powiedziała. 

Byłoby  szaleństwem,  wiedział  o  tym,  byłoby  szaleństwem  chwycić  ją  w  ramiona  i 

wpić  się  ustami  w  jej  usta.  Zrobił  to  jednak.  Wmawiał  sobie,  że  chce  ją  tylko  przestraszyć, 

skłonić, by się zerwała na nogi i rzuciła do drzwi, dla własnego dobra. 

Ale to było kłamstwo. 

Kiedy ich ciała się zetknęły, kiedy poczuł, jak Freddie wtula się w niego, przyciska do 

jego ciała, ociera o nie, wiedział już, że wszelkie hamulce nie zdadzą się na nic. 

-  Do  diabła  -  syknął.  -  Co  my  robimy!  -  Podniósł  ją  z  ławeczki,  chwycił  w  ramiona 

ruchem, o jakim marzy każda kobieta. - Tym razem nie odejdziesz - szepnął. 

Zabrakło jej tchu, dyszała ciężko, ale popatrzyła na niego spokojnie. 

- Nie mam zamiaru nigdzie iść, Nick. A ty nie masz zamiaru mnie do tego nakłaniać. 

- A więc niech Bóg ma cię w opiece. Nas oboje - westchnął. 

Jego usta znów znalazły się na jej wargach, dzikie i nieokiełznane, gdy porwał ją na 

ręce i zaniósł do sypialni. 

Łóżko  było  nie  posłane,  prześcieradła  splątane,  widomy  znak  niespokojnej  nocy. 

Promienie  popołudniowego  słońca  zaglądały  do  pokoju,  bezlitośnie  ujawniając  panujący  w 

nim  nieład.  W  innych  okolicznościach  być  może  zwracałby  uwagę  na  otoczenie,  na 

background image

romantyczną oprawę, której kobieta może pragnąć. Ale teraz po prostu upadł razem z nią na 

łóżko i od razu uległ miotającej nim namiętności. 

Jego  dłonie  już  rozpinały  jej  bluzkę,  a  wargi  pokrywały  pocałunkami  jej  twarz.  Nie 

protestowała,  nie  miała  nic  przeciwko  tempu,  jakie  narzucił.  Traktowała  to  jako  coś 

normalnego  i  odpowiadała  tym  samym.  Po  tak  długim  czekaniu  pośpiech  wydawał  się  jak 

najbardziej  na  miejscu.  Być  może  gdzieś  w  głębi  jej  duszy  zakiełkowało  ziarnko  paniki, 

strachu, który połączony był z ciekawością. 

Czy to będzie bolało? Czy poczuje się upokorzona? 

Ale  kiedy  jego  gorące  usta  znów  spotkały  się  z  jej  ustami,  ziarnko  paniki  uschło  z 

gorąca, zanim miało szansę wzejść. Nigdy nie  wyobrażała sobie, że tak to może być.  Że jej 

pożądanie może być tak silne i przytłaczające, tak podniecające. Wszystkie jej fantazje, długo 

skrywane marzenia i ciche nadzieje bladły wobec tak oszałamiającej rzeczywistości. 

Nick  nie  mógł  się  nią  nacieszyć.  Wydawało  się,  że  czekał  całe  życie  na  tę  jedną 

chwilę.  Ona  była  ucztą  złożoną  z  zapachów,  smaków,  słodyczy  i  przypraw,  a  on 

wygłodniałym mężczyzną. Miała skórę w kolorze kości słoniowej i ogień w lędźwiach, który 

uwodził, podniecał i kusił. Każdy jej ruch, każdy gest, płynny jak taniec,  który połączył ich 

minionej nocy, wzmagał jego podniecenie do granic wręcz niewyobrażalnych. 

Instynktownie wyczuł, że jest dziewicą. Wiedział, że jest drobna, delikatna. Czuł pod 

palcami  wrażliwą  skórę  i  subtelne  kształty  dziewczyny.  Podświadomie  zwolnił  tempo.  I 

zaczął  się  nią  rozkoszować.  Miała  w  sobie  jakąś  wyjątkową  słodycz.  W  zarysie  ust,  w 

zaokrągleniu  ramion.  Delikatnie  przesuwał  wargi  w  dół  jej  szyi,  wzniecając  w  niej  kolejne 

etapy  rozkoszy.  Był  ostrożny,  a  równocześnie  niezwykle  zręczny.  Nie  spieszył  się.  Czuł 

drżenie jej ciała, widział jej twarz i rozumiał, że nie ma już żadnego powodu do pośpiechu. 

Freddie  nie  była  w  stanie  utrzymać  otwartych  oczu.  Powieki  za  bardzo  jej  ciążyły. 

Poza tym czuła się tak dziwnie lekko jak nigdy przedtem. Jak delikatna figurka ze szkła. A on 

trzymał  ją  w  swych  cudownych  rękach  tak  ostrożnie,  jakby  się  bał,  że  może  się  stłuc.  A 

później jego usta powędrowały niżej, do jej piersi. Ogarniało ją coraz większe podniecenie. 

Dotknąć  go,  pomyślała  nieśmiało.  W  końcu  go  dotknąć.  Poczuć  to  twarde  ciało,  te 

mięśnie pokryte opaloną skórą. Mrucząc pod nosem słowa zachwytu, wodziła dłońmi po jego 

ciele, ciesząc się z każdego nowego odkrycia. 

Te delikatne, niewprawne pieszczoty sprawiły, że krew uderzyła mu do głowy. Kiedy 

jego usta znowu wróciły do jej ust, zażądał trochę więcej i trochę dłużej. 

Wydawała  mu  się  śpiącą  królewną,  kiedy  tak  leżała  z  zamkniętymi  oczami,  lekko 

zarumienioną  skórą  i  włosami  jak  promienie  słońca  rozrzuconymi  na  poduszce.  Nie  spała 

background image

jednak.  Miała  wargi  nabrzmiałe  od  jego  nieustępliwych  ataków,  a  oddech  przyspieszony. 

Skupiony  na  niej,  kierował  ją  delikatnie  w  kierunku  następnego  poziomu  rozkosznych 

doznań. Była gorąca, wilgotna i porywająca. 

Otworzyła  szeroko  oczy,  zaskoczona  tym  nowym  wyrazem  intymności.  I  jakąś 

wewnętrzną  presją,  która  rozpierała  ją,  przytłaczała,  ogarniała  całe  ciało.  Nawet  gdy 

potrząsnęła  przecząco  głową,  poddawała  się  jego  pieszczocie.  Pieścił  ją  tak  długo,  aż 

osiągnęła  szczyt.  Krzyknęła  głośno,  zaskoczona  nie  znanymi  sobie  doznaniami.  Wbiła 

paznokcie  w  jego  plecy.  Pożądała  go  teraz  całą  sobą,  czekała  na  tę  jedną  chwilę,  która 

niebawem miała nastąpić. 

Wydawało jej się, że słyszy jego cichy jęk, przeciągłe westchnienie, że czuje drżenie 

jego ciała. Poddała mu się całkowicie, przywierając do niego całą sobą. 

Wiedział,  że  sprawi  jej  ból,  choć  bardzo  tego  nie  chciał.  Starał  się  być  delikatny  i 

ostrożny. Ale ona otworzyła się dla niego w sposób tak naturalny, jakby czekała na tę chwilę 

przez całe swoje życie. 

Będzie się smażył w piekle za to, co zrobił. Nick przeklinał siebie raz po raz, ale nie 

miał siły, by się ruszyć. Leżał na niej, wciąż jeszcze był w niej, próbując dojść do siebie po 

orgazmie swego życia. 

Nie  miał  prawa  jej  posiąść,  a  tym  bardziej  znajdować  w  tym  przyjemności.  Chciał, 

ż

eby coś powiedziała, cokolwiek, co wskazałoby mu, jak się zachować w zaistniałej sytuacji. 

Ale ona leżała bez ruchu, w milczeniu, obejmując jego plecy. 

Przypomniał sobie o poczuciu odpowiedzialności. Nadszedł czas, żeby wypić to piwo, 

którego nawarzył. 

Najdelikatniej jak to było możliwe, uniósł się i przetoczył na bok. Westchnęła cicho i 

wtuliła się w niego. 

Na pewno będę się smażyć w piekle, pomyślał, za to, że znów jej pragnę. 

-  Nie  ma  takiej  rzeczy,  którą  mógłbym  zrobić,  żeby  naprawić  to,  co  się  stało  - 

powiedział. 

- Nie ma - zgodziła się, kładąc dłoń na zadawnionej bliźnie nad jego sercem. 

Wpatrywał się w plamę na suficie. 

- Napijesz się czegoś? - spytał. - Może brandy? 

- Brandy? - zdziwiła się, potrząsając energicznie głową. - Nie byłam w wypadku ani 

pod lawiną. Po co mi brandy? 

- Żeby złagodzić szok - powiedział. - A zatem wody - dodał niezadowolony z siebie. - 

Cokolwiek. 

background image

Wreszcie rozjaśniło jej się w głowie. Na tyle, by mogła zobaczyć żal i samopotępienie 

w jego oczach. 

- Chyba mi nie powiesz, że żałujesz tego, co się stało. - Popatrzyła na niego uważnie. 

-  Jest  mi  cholernie  przykro,  niezależnie  od  tego,  co  myślę.  Nie  powinienem  był  cię 

tknąć. Nie powinienem był dopuścić, żeby sprawy zaszły tak daleko. Wiedziałem, że to twój 

pierwszy raz. 

- Skąd? - Nagle zachwiała się jej duma i pewność siebie. 

- Pozwól powiedzieć tylko, że to było oczywiste. 

-  Ach  tak.  -  Może  po  tak  zdumiewającej  przyjemności  przyjdzie  upokorzenie.  -  Czy 

byłam... nieodpowiednia? 

-  Nie...  Co?  -  Zdziwiło  go  to  określenie  i  znowu  zaklął  w  duchu.  Ta  kobieta 

przyprawiła  go  niemal  o  utratę  przytomności,  a  teraz  pyta,  czy  była  nieodpowiednia.  -  Nie, 

nie byłaś. Byłaś zdumiewająca. 

- Byłam jaka? - Podniosła brwi. - Zdumiewająca? 

- To nie ma nic do rzeczy. 

- Ależ tak. I to dużo. - Zrozumiała, co dzieje się teraz w jego głowie i sercu, uniosła 

się na łokciu i popatrzyła z góry na jego twarz. Było jej przykro, że czuje się winny. - Zawsze 

wiedziałam, że pierwszy raz będzie z tobą, Nicholas. Zawsze chciałam, żebyś ty był pierwszy. 

Zastanawiał się, czemu nie wstydzi się swego wzruszenia. 

- Wykorzystałem to. 

-  Skądże!  -  Roześmiała  się  rozkosznie.  -  Może  chcesz  się  łudzić,  że  uwiodłeś 

dziewicę, Nick, ale to ja ciebie uwiodłam, i ciężko na to pracowałam. 

- Staram się przejąć odpowiedzialność za to, co się wydarzyło - tłumaczył cierpliwie. - 

A ty mi to cały czas utrudniasz. 

-  Dzięki  tobie  jestem  szczęśliwa  -  szepnęła  i  zbliżyła  usta  do  jego  twarzy.  -  Mam 

nadzieję, że się wzajemnie uszczęśliwimy. Dlaczego miałoby cię to smucić? 

Sam nie wiedział, dlaczego się do niej uśmiechnął. 

- Sprawiałaś wrażenie, że jesteś bliska płaczu, przerażona i zaszokowana. 

- Och - wydęła wargi. - Może następnym razem będzie całkiem inaczej. Jeśli zrobimy 

to całkiem inaczej... 

Po pewnym czasie zostawił ją i zszedł do baru na swoją zmianę. Po raz pierwszy od 

lat przyłapał się na tym, że raz po raz rzuca okiem na zegar. Mieszał drinki i podawał zakąski 

niemal automatycznie, z wprawą, jakiej nabrał przez lata pracy. Goście jednak działali mu na 

nerwy i z utęsknieniem czekał, aż ostatni z nich opuści lokal. 

background image

Zamknął  drzwi  na  klucz,  gdy  tylko  bar  opustoszał.  Pospiesznie  wytarł  blat  i  stoliki, 

ustawił krzesła i pobiegł z powrotem na górę. 

Freddie  spała  z  głową  wtuloną  w  poduszkę,  z  rękami  wyciągniętymi  na  tę  połowę 

łóżka, którą za chwilę miał zająć. Uśmiechnął się na ten widok. Rozkoszował się jej obrazem, 

słuchał  jej  spokojnego,  równego  oddechu,  cichego  szelestu  prześcieradła,  gdy  poruszała  się 

przez sen. 

A  później  przyszedł  mu  do  głowy  pewien  pomysł,  który  kazał  mu  się  uśmiechnąć  i 

rozpiąć koszulę. 

Rzucił ubranie na podłogę i usiadł na brzegu łóżka. Odsunął prześcieradło i połaskotał 

ją w stopę. 

Freddie podkuliła nogę i zadrżała. Usłyszała własne westchnienie, myślała, że to sen. 

Nagle przebudziła się i usiadła, gdy Nick skubnął zębami jej ucho. 

-  Nick?  -  Zdezorientowana,  z  bijącym  mocno  sercem,  odgarnęła  włosy  z  oczu  i 

zamrugała powiekami. 

- Co ty tu robisz? - zdziwiła się. 

- Budżecie. 

Jej  oczy,  które  powoli  przyzwyczajały  się  do  ciemności,  błyszczały  teraz  jak  oczy 

kota,  Albo  wilka.  Zorientowawszy  się,  że  siedzi  naga  i  nie  ma  się  czym  przykryć, 

skrzyżowała ręce na piersiach. Wydało mu się to nadzwyczaj podniecające. 

- Za późno - mruknął. - Już widziałem cię nagą. Zażenowana opuściła ramiona. 

- Miałem taką zachciankę, żeby pieścić twoje palce, a potem wędrować coraz wyżej i 

wyżej. Zaspokajam swoje zachcianki. 

- Ach tak. - Same te słowa sprawiły, że oblała się falą gorąca. - Chodź do łóżka. 

- Może. 

-  Chcę...  -  Wyprężyła  się  i  opadła  na  poduszki,  gdy  jego  język  zaczął  pieścić  jej 

kostkę. 

- Pomyślałem sobie, że skoro mnie uwiodłaś... 

- stopniował pieszczoty, przesuwając usta coraz wyżej - to teraz kolej na mnie. 

Kto by pomyślał, że wgłębienie pod kolanem może być tak cudownie wrażliwe? 

- Cóż - zająknęła się. - Masz rację. 

Następnego  ranka  weszła  do  swego  mieszkania,  śpiewając.  Nie  dość,  że  była 

zakochana, to Nick LeBeck był jej kochankiem. A ona jego kochanką. 

background image

Zakręciła trzy szybkie piruety w salonie, ukryła twarz w fiołkach, które jej podarował, 

po  czym  znowu  zawirowała  radośnie.  Nagle  wszystko  w  jej  życiu  stało  się  absolutnie 

doskonałe. 

Byłaby skłonna natychmiast opuścić swe piękne nowe mieszkanie i przeprowadzić się 

do  tej  klitki,  w  której  mieszkał.  Tak  jak  stała.  Mogła  sobie  jednak  wyobrazić  minę  Nicka, 

gdyby powiedziała mu o tym pomyśle. 

Przeżyłby szok. I nieźle by się przestraszył, to pewne. 

Nie  ma  powodu  do  pośpiechu,  napomniała  siebie.  Jeszcze  nie  teraz.  Na  razie 

wskazana jest cierpliwość. 

Jeśli  jednak  on  nie  uczyni  pierwszy  następnego  kroku,  będzie  musiała  przejąć 

inicjatywę. I wystąpić z propozycją. 

Ale  na  razie  była  bardziej  niż  zadowolona.  Wszystko,  czego  pragnęła  w  tym 

momencie, to wziąć prysznic - ten, który wzięła tego ranka razem z Nickiem, nie liczył się - i 

zmienić ubranie. Za godzinę musi być z powrotem u Nicka. 

Muszą jeszcze skończyć scenę z dzisiejszego aktu. 

Wyszła  właśnie,  ociekając  wodą,  spod  prysznica,  gdy  odezwał  się  dzwonek 

domofonu. 

-  Idę,  idę!  -  zawołała,  choć  oczywiście  przybysz  nie  mógł  jej  słyszeć.  -  Szybko 

wciągnęła szlafrok i podniosła słuchawkę. - Tak? 

- Fred, otwórz - poznała głos Nicka. Zadrżała. 

- Nick, przestań za mną chodzić. 

- Chodzić? Otwórz w końcu. Nie biegłbym tutaj całą drogę, gdybyś odebrała telefon. 

-  Brałam  prysznic.  -  Nacisnęła  guzik,  odsunęła  zasuwę  w  drzwiach  i  wróciła  do 

łazienki.  Zdążyła  tylko  owinąć  głowę  ręcznikiem  i  wklepać  krem,  gdy  Nick  wszedł  do 

mieszkania. 

- Nigdy nie zostawiaj otwartych drzwi, tak jak teraz - ostrzegł. 

Wciąż to samo, pomyślała. 

- Przecież wiedziałam, że to ty - broniła się. 

- Nigdy - powtórzył i popatrzył na nią zdziwiony. - Czy nie brałaś prysznica godzinę 

temu? - spytał. 

Przechyliła głowę i poprawiła ręcznik. 

-  Tak,  ale  byłam  zajęta  zupełnie  czymś  innym  niż  mycie.  A  ty  co,  pilnujesz  zużycia 

wody? 

Rozkojarzony zaczął machinalnie gładzić wyłóg jej szlafroka. 

background image

-  Jak  nazywacie  to,  co  masz  na  sobie?  -  spytał.  Spojrzała  w  dół  na  krótki  jedwabny 

szlafroczek. 

- Szlafrok. A twoim zdaniem co to jest? 

- Zaproszenie, ale nie mamy czasu. Pakuj się. Zdziwiła się. 

- Wyjeżdżam? - spytała. 

- My wyjeżdżamy. Maddy O'Hurley dzwoniła pięć minut po twoim wyjściu. Zaprasza 

nas na parę dni do swego domu w Hamptons. W Hamptons! 

Freddie ściągnęła z głowy spadający ręcznik. 

- Teraz? 

- Teraz. Ma tam letni dom i jest z nią rodzina. 

-  Zaczął  bawić  się  kosmykiem  jej  włosów.  -  Pomyślała,  że  będzie  to  okazja,  żeby 

razem popracować i trochę odetchnąć wiejskim powietrzem. 

- To brzmi jak ukartowany plan. 

- A więc się pospiesz, dobrze? - Nick zaczynał się już niecierpliwić. - Muszę wracać 

do siebie i też się spakować, wynająć samochód i zorganizować zastępstwo w barze. 

- Dobrze, już dobrze, idź. Jak będziesz gotowy, to i ja będę. 

- Trzymam cię za słowo. - Zajrzał do sypialni i stanął jak wryty. - Wielkie nieba! A to 

co takiego? 

-  Łóżko  -  odpowiedziała,  gładząc  rzeźbione  wezgłowie.  -  Moje  łóżko.  Wspaniałe, 

prawda? 

- Śpiąca królewna albo księżniczka na grochu, sam nie wiem - rzekł ze śmiechem. 

- Coś pośredniego. - Zmarszczyła czoło. - Większe niż twoje, co? 

-  Trzy  razy  takie.  -  Dotknął  jedwabnego  prześcieradła.  Nagle  zaświtała  mu  pewna 

myśl. Powoli odwrócił się i popatrzył na nią zamglonym wzrokiem. 

- No jak, Fred, szybko się spakujesz? 

- Wystarczająco szybko - obiecała, opadając wraz z nim na jedwabną pościel. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Nie  pojmowała,  dlaczego  nie  może  prowadzić.  Jazda  szybkim  wygodnym 

kabrioletem,  który  wynajął  Nick,  sprawiała  jej  przyjemność.  Upajała  się  wiatrem 

rozwiewającym  włosy,  muzyką  płynącą  z  radia.  Ale  mimo  wszystko  wolałaby  siedzieć  za 

kierownicą. 

- Dlaczego nie dasz mi prowadzić? - spytała lekko obrażonym tonem. 

- Bo wiem, jak jeździsz. Wleczesz się. 

- Nie wlokę, tylko przestrzegam przepisów. 

-  Wleczesz.  -  Jakby  dla  podkreślenia  swoich  słów,  nacisnął  mocniej  pedał  gazu.  Nie 

ma to jak szybka jazda i Ray Charles ze stereo. - Gdybyś ty prowadziła, do końca tygodnia 

nie dojechalibyśmy na miejsce. 

- Udało ci się już zapłacić jeden mandat - przypomniała mu uszczypliwym tonem. 

Policja zatrzymała go na dwudziestym kilometrze. 

- Gliny z drogówki nie mają za grosz fantazji. - Nick był wyraźnie zdegustowany. On 

ma, czego natychmiast dowiódł, biorąc z piskiem opon kolejny zakręt. - No dobrze, pilocie, 

powiedz, kiedy powinniśmy skręcić. Chyba niebawem. 

Freddie rzuciła okiem na kartkę z opisem trasy. 

- Już minęliśmy zjazd. Jakiś kilometr temu - mruknęła. 

- Nie ma sprawy. - Zawrócił jednym szybkim ruchem. Freddie nie wiedziała, czy się 

ś

miać, czy krzyczeć ze strachu. 

-  Ludzie  mogą  spać  spokojnie,  wiedząc,  że  mieszkasz  na  Manhattanie  i  nie  masz 

samochodu - zażartowała. - W lewo - dodała. - I zwolnij. Chcę dojechać cała. 

Zwolnił  trochę,  by  popatrzeć  na  okazałe  domy,  które  mijali.  Duże  trawniki,  dużo 

szkła,  dużo  pieniędzy,  stwierdził  w  duchu.  Wyobrażał  sobie  przestronne  pokoje  pełne 

antyków, z podłogami wyłożonymi perskimi dywanami. Albo błyszczące posadzki z drewna i 

nowoczesne meble. Baseny z dnem z błękitnych kafli i rozstawione wokół leżaki i łóżka do 

opalania.  Wszystko  to  oczywiście  otoczone  żywopłotami  i  ocienione  starymi  rozłożystymi 

drzewami. 

Kiedyś nawet nie przypuszczał, że znajdzie się w takim otoczeniu. A teraz został tutaj 

zaproszony. 

-  To  ten.  -  Freddie  wyciągnęła  rękę.  -  Z  cedrem  i  drzewami  czereśniowymi  przed 

wejściem. Och, czy nie jest tu pięknie? - zachwyciła się. 

background image

Drzewa  już  przekwitały,  pokrywając  ziemię  delikatnymi  różowymi  płatkami.  Widok 

był  niezapomniany.  Nick  nie  znał  się  na  roślinach,  ale  wydawało  mu  się,  że  w  powietrzu 

unosi się zapach lilii. 

Kiedy skręcił na pochyły podjazd, jego oczom ukazały się wspaniałe krzewy obsypane 

lawendowym kwieciem. 

- Niezłe jak na weekendowy azyl - mruknął, studiując konstrukcję ze szkła i drewna. - 

Musi tu być ze dwadzieścia pokoi. 

-  Prawdopodobnie.  Zastanawiam  się...  -  Freddie  przerwała,  gdy  zza  .domu  wybiegła 

pędem  czereda  dzieciaków.  Mimo  różnego  wzrostu  i  wagi  wydawały  się  tworzyć  jedną 

zwartą masę. 

- Widzę, że Maddy miała rację, mówiąc, że będzie tutaj cała rodzina - zauważył Nick. 

-  Na  to  wygląda  -  przyznała  Freddie.  -  Wydaje  mi  się,  że  najstarszy  chłopak  Maddy 

próbuje właśnie zamordować jedno z dzieci Trace'a - dodała, przyglądając się turlającym się 

w trawie chłopcom splecionym morderczym uściskiem. 

Uśmiechnęła  się  do  piegowatej  dziewczynki  o  rudych  kręconych  włosach  i  bliżej 

nieokreślonej plamie na policzku, która nagle wyrosła obok samochodu. 

- Mamo! - zawołała dziewczynka. - Mamo, przyjechali goście. 

Dziewczynka z krzykiem radości podbiegła do Freddie. 

- Cześć, jestem Julia. Pamiętasz mnie? 

-  Oczywiście.  -  Freddie  pocałowała  w  policzek  najmłodszą  córkę  Maddy.  -  Nick,  to 

Julia  Valentine.  W  tej  chwili  nie  podejmuję  się  przedstawić  ci  pozostałych  dzieci  -  dodała, 

spoglądając na kłębiące się na ziemi ciała. 

-  Cześć,  Julio.  -  Podobna  do  matki,  pomyślał  Nick.  O  ile  Maddy  O'Hurley 

rzeczywiście wygląda tak jak na scenie i na plakatach. - Tu się chyba toczy jakaś wojna. 

- Cześć. - Julia posłała mu promienny uśmiech. 

- Lubimy się bić. Jesteśmy Irlandczykami. 

- A, to wszystko tłumaczy - roześmiał się Nick, rozglądając się wokół. 

- Jest nas dużo - mówiła dziewczynka - bo prawie wszyscy mają bliźniaczki. Trace ma 

dwie pary bliźniaków. A ciocia Chantel ma trojaczki. - Zmarszczyła piegowaty nosek. - Sami 

chłopcy. Chodźcie. Zaprowadzę was do środka. 

Julia, choć miała zaledwie siedem lat, zerkała na Nicka kokieteryjnie. 

- Chcę być aktorką na Broadwayu - oznajmiła. 

- Tak jak mama. Będziesz mógł dla mnie pisać muzykę. 

- Dzięki. 

background image

Kiedy Julia otworzyła drzwi, przywitał ich mały  jasnowłosy  chłopiec z nienaturalnie 

błyszczącymi oczami, trzymający w ręce rechoczącą żabę. 

- Odłóż Chauncy'ego, Aaron - poleciła Julia protekcjonalnym tonem starszej siostry. - 

Nikt się go nie boi. 

-  Będzie  się  bać,  jak  mu  wyrosną  zęby  -  powiedział  ponuro  Aaron  i  popędził  do 

ogrodu. 

- To mój młodszy brat - poinformowała Julia. - Jest nie do wytrzymania. 

Zanim  zdążyli  ustosunkować  się  do  tych  słów,  na  schodach  pojawiła  się  rudowłosa 

piękność.  Miała  na  sobie  krótkie,  nierówno  obcięte  szorty  i  obszerną,  wypłowiała  koszulkę 

głoszącą, że kocha Nowy Jork. Była boso. 

Maddy O'Hurley, ulubienica Broadwayu, miała efektowne wejście. 

-  Aaron,  ty  mały  diable,  gdzie  jesteś?  -  zawołała.  -  Nie  mówiłam,  że  masz  trzymać 

tego gada w terrarium? 

Zatrzymała  się  na  widok  gości.  W  wyciągniętej  ręce  trzymała  małą  srebrzystą 

jaszczurkę. 

- Och. - Dmuchnęła na włosy opadające jej na oczy. - To by było tyle na powitanie. - 

Podała jaszczurkę Julii, by przywitać się z Freddie i towarzyszącym jej Nickiem. - Julio, bądź 

tak  dobra  i  zanieś  tego  gada  tam,  gdzie  jego  miejsce.  -  Pozbywszy  się  jaszczurki,  chwyciła 

Freddie w ramiona. - Tak się cieszę, że cię widzę. Jak to dobrze, że przyjechałaś. 

- Ja też się cieszę - odrzekła Freddie. 

- A ty jesteś Nick, prawda? - Maddy wyciągnęła do niego rękę. - Miło mi cię wreszcie 

poznać. Od dawna podziwiam twoją muzykę. 

Nick  wiedział,  że  się  w  nią  wpatruje  jak  urzeczony,  ale  niewiele  sobie  z  tego  robił. 

Wyglądała  dokładnie  tak  jak  na  scenie  i  na  plakatach.  Porcelanowa  cera,  wyrazista,  pełna 

ekspresji  twarz.  I  minio  że  była  matką  czwórki  dzieci,  zachowała  zgrabną,  pełną  wdzięku 

figurę tancerki. 

-  Pamiętam,  kiedy  pierwszy  raz  poszedłem  na  Broadway  -  powiedział.  -  Dziesięć, 

może jedenaście lat temu. Grałaś główną rolę. Nigdy przedtem i nigdy potem nie widziałem 

nikogo takiego jak ty. 

- Nieźle. 

Maddy uznała, że uścisk dłoni to za mało i pocałowała go w policzek. 

-  Chyba  cię  polubię.  Chodźmy  się  przejść.  Zobaczymy,  kto  jest  w  pobliżu.  Później 

zaniesiemy wasze rzeczy do pokoju. 

background image

Dom był duży i jasny. Miał szerokie przeszklone drzwi, duże łukowate okna, świetliki 

w  sufitach.  Gdzieniegdzie  natykali  się  na  skrzynię  z  zabawkami,  rękawicę  baseballową, 

rzucone  w  kąt  trampki.  Te  oznaki  zamieszkania  czyniły  elegancką,  wysmakowaną 

architekturę bardziej swojską i ludzką. 

W  dużym  słonecznym  salonie  pełnym  egzotycznych  roślin  i  paproci  w  różnych 

odcieniach  zieleni  zastali  legendę  Hollywood.  Chantel  O'Hurley  siedziała  na  kanapie  z 

podkurczonymi  nogami,  oczy  miała  przymknięte.  Obok  niej  stał  mężczyzna,  którego 

atletyczna  sylwetka  i  postawa  od  razu  skojarzyły  się  Nickowi  z  gliniarzami,  z  którymi 

niegdyś miał często do czynienia. 

- Brent dobrze sobie radzi - powiedział Quinn Doran, obserwując dzieci przez okno. - 

Może nie jest duży jak na swój wiek, kochanie, ale jest bardzo dzielny. 

- Potwory - westchnęła Chantel, ale było w jej tonie matczyne pobłażanie. - Dlaczego, 

skoro już imałam mieć trojaki, to nie mogły to być miłe grzeczne dziewczynki? 

- Zanudzilibyśmy się z nimi na śmierć. A nawiasem mówiąc, kto im pokazał, jak się 

używa procy? 

Chantel uśmiechnęła się do siebie. Oczywiście, że ona. To jej chłopcy, pomyślała. Po 

latach oczekiwania i nadziei urodziła od razu trzech. 

Leniwie wyciągnęła rękę, ruchem kobiety, która wie, że zawsze ktoś ją ujmie. 

- Chodź do mnie, Quinn, zanim nas tu znajdą. 

- Za późno - oznajmiła Maddy. - Mamy gości. Nick, to moja siostra Chantel, udająca 

Kleopatrę, a to jej mąż Quinn Doran. 

-  Freddie.  -  Chantel  uniosła  się  nieco,  by  pocałować  Freddie  w  policzek,  ale  jej 

spojrzenie  powędrowało  w  stronę  Nicka.  -  Masz  świetny  gust,  kochanie  -  stwierdziła  z 

uznaniem. 

- Też tak myślę. 

Nick  wpatrywał  się  w  nią  jak  urzeczony.  Blond  Wenus  przyglądała  mu  się  uważnie 

swymi  przepastnymi  błękitnymi  oczami,  w  końcu  uśmiechnęła  się.  Poczuł,  jak  każdy  nerw 

jego ciała napręża się niczym struna. 

-  Piszesz  muzykę  dla  Maddy  do  nowego  musicalu  -  powiedziała.  -  Z  tego,  co  mi 

mówiono, ma dość talentu, żeby jej głos brzmiał profesjonalnie. 

Maddy prychnęła pogardliwie. 

- Jest zazdrosna, bo ja dwa razy dostałam Tony'ego, a ona tylko raz głupiego Oscara. - 

Maddy odwróciła się do Freddie i Nicka. - Chodźcie, zobaczymy, kogo jeszcze uda nam się 

znaleźć. 

background image

-  Chwileczkę  -  mruknęła  Freddie,  gdy  przechodzili  z  Nickiem  przez  próg.  Dotknęła 

lekko kącika jego ust. 

- Co takiego? - spytał Nick. 

- Och, nic. Po prostu ślina. 

- Dziwne. - Jeszcze raz obejrzał się przez ramię na postać rozłożoną na kanapie. - W 

naturze wygląda jeszcze lepiej niż na ekranie. 

- Opanuj się, Nicholas. Nie chciałabym, żeby Quinn zabił cię we śnie. Wieść głosi, że 

wiedziałby, jak to zrobić, szybko i cicho. - Zanim zdążył odpowiedzieć, krzyknęła głośno: - 

Trace! 

Nick zobaczył, jak rzuca się w muskularne ramiona opalonego mężczyzny o posturze 

boksera. 

- Freddie! - Trace ucałował ją z dubeltówki. - Jak się czuje moja mała dziewczynka? 

- Świetnie. - Uwieszona szyi Trace'a, wskazała głową na swego towarzysza. - To Nick 

LeBeck - przedstawiła go - a to Trace O'Hurley. 

- Miło mi cię poznać. 

Mimo  przyjaznego  tonu  popatrzył  na  Nicka  w  sposób,  który  znów  przypomniał  mu 

gliniarzy. Dziwne, zastanawiał się Nick, przecież facet jest muzykiem. Uwielbiał jego utwory. 

Ale te oczy gliniarza... 

- Reszta jest w kuchni - powiedział Trace. - Abby gotuje. 

-  Dzięki  Bogu  -  ucieszyła  się  Maddy.  -  To  jedyna  osoba,  do  której  można  mieć 

zaufanie. Jesteś głodny? - zwróciła się do Nicka. 

- Cóż, ja... - zająknął się. 

-  Na  pewno  jesteś.  -  Wzięła  go  pod  rękę  i  poprowadziła  korytarzem,  zanim  zdążył 

dokończyć rozpoczętą myśl. - Ja po podróży zawsze jestem głodna jak wilk. 

Szli długim krętym korytarzem. Nick zwrócił uwagę, że Trace nadal trzyma Freddie w 

ramionach. Nie postawił jej z powrotem na podłodze, lecz uniósł ją jak rycerz swą wybrankę. 

Z końca korytarza dobiegła ich wrzawa i szum głosów. Maddy otworzyła drzwi. 

Kuchnia  była  ogromna,  ale  tak  zatłoczona,  że  sprawiała  wrażenie  małej.  Tylko 

jasnowłosa kobieta mieszająca coś w garnku na kuchence wyróżniała się spośród reszty. 

Chudy mężczyzna z przerzedzonymi włosami wirował wokół, trzymając w ramionach 

kobietę  w  średnim  wieku.  Poruszali  się  niezwykle  lekko,  zgrabnie  omijając  krzesła,  blaty  i 

pozostałe osoby. 

-  I  kiedy  zaczęliśmy  nasz  ostatni  numer  -  mówił  Frank,  obracając  Molly  trzy  razy  - 

porwaliśmy widzów. 

background image

Z  niezwykłym  wdziękiem  pchnął  żonę  w  ramiona  mężczyzny  opartego  o  blat 

kuchenny. 

- Molly wie, że mam dwie lewe nogi. - Dylan Crosby zaśmiał się i przekazał teściową 

swemu najstarszemu synowi. - Dalej, Ben, zatańcz z babcią, zanim ja ją zadepczę. 

Zauważywszy Trace'a, Frank uśmiechnął się szeroko. 

- Mam twoją żonę, Tracey! Dziewczyna zrobi karierę na deskach, jak tylko zrezygnuje 

z kariery naukowej. - Obrócił Gillian parę razy wkoło. - O, kogo widzę, Freddie! - zawołał. 

Trace  chwycił  Freddie  w  ramiona  i  rzucił  ją  Frankowi.  Nawet  nie  wiedziała,  kiedy 

znalazła się w jego objęciach. 

- Ejże, chłopcze! - zawołał Frank do Nicka. - Tańczysz? 

- W zasadzie... 

- Tato, pozwól im odetchnąć. - Abby odwróciła się od kuchni i podeszła do Nicka. - 

Witaj w domu wariatów. Jestem Abby Crosby. 

- Najpierw byłaś O'Hurley - przypomniał jej ojciec. 

-  A  więc  Abby  O'Hurley  Crosby  -  poprawiła  się.  -  I  jeśli  zdążysz  usiąść,  tata  nie 

będzie mógł zacząć cię uczyć stepowania. 

To  cała  drużyna,  stwierdził  Nick.  Dopóki  sam  nie  znalazł  się  we  własnej  rozległej 

rodzinie,  nie  wyobrażał  sobie,  że  ludzie  mogą  w  ten  sposób  żyć.  Ale  podobnie  jak  w 

przypadku  Stanislaskich,  ta  chaotyczna,  hałaśliwa  grupa  ludzi  też  stanowiła  jeden  rodzinny 

klan. 

Nick  przekonał  się  już,  że  w  takich  rodzinach  często  jedni  mówią  przez  drugich, 

przekrzykują  się  i  nie  słuchają  wzajemnie.  Sprzeczają  się  o  głupstwa,  kłócą  o  sprawy 

zasadnicze,  toczą  ze  sobą  małe  wojny,  ale  są  solidarni  wobec  przeciwnika  z  zewnątrz.  Gdy 

trzeba, stoją za sobą murem. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. 

Wiedział,  że  ich  polubi  i  będzie  się  tutaj  dobrze  czuł.  Zanim  skończył  się  posiłek, 

potrafił  już  rozróżnić  niektóre  dzieci,  nawet  bliźniaki  i  trojaczki,  których  tu  nie  brakowało. 

Nic dziwnego, uznał, skoro Maddy i jej siostry też były trojaczkami. 

Gdy  posprzątano  w  kuchni,  Freddie  i  Nick  chętnie  przystali  na  propozycję  Maddy, 

ż

eby zająć się muzyką. 

Nick szybko przystosował się do nerwowego rytmu życia w tym domu. Udało im się 

nawet trochę popracować w tej nie sprzyjającej skupieniu atmosferze. 

-  Mamo!  -  Najstarsza  córka  Maddy  stanęła  w  progu  pokoju  muzycznego.  -  Douglas 

znowu się bije. - Cassandra patrzyła ponuro, skarżąc na brata bliźniaka. 

- Jest mężczyzną, kochanie - powiedziała Maddy. 

background image

- Musisz być cierpliwa. 

Reed rzucił córce karcące spojrzenie. 

- Cassie, mamusia pracuje, nie widzisz? 

-  Widzę  -  westchnęła  Cassie.  -  Nie  przeszkadzać,  dopóki  nie  ma  krwi.  Może  zaraz 

będzie - mruknęła złowieszczo. 

-  Zacznijmy  drugą  zwrotkę,  dobrze?  -  zaproponowała  Maddy,  najwyraźniej 

rozkojarzona  z  powodu  wizji  bratobójstwa.  -  Nie  przerywaj  teraz  -  dodała  i  zaczęła  kolejną 

zwrotkę. 

-  Pracuj  przeponą,  Maddy  -  poinstruował  ją  Frank  -  bo  nie  usłyszą  cię  w  ostatnim 

rzędzie.  Ładna  melodia  -  zwrócił  się  do  Nicka  i  Freddie.  -  Wiecie,  myślałem  o  ruchu. 

Gdybyśmy... 

-  Tato,  naprawdę  najpierw  musimy  się  zająć  partiami  śpiewanymi,  a  dopiero  potem 

choreografią. Gdzie mama? - spytała Maddy, zanim zdążył jej powiedzieć, dlaczego nie ma 

racji. 

- Och, wyszła gdzieś z dzieciakami. Myślałem, żeby może... 

- Pewnie poszła po lody. - Maddy wiedziała, że musi uciec się do fortelu, jeśli chce, by 

ojciec nie wtrącał się do ich pracy. - Słyszałam, jak mówili coś na ten temat. 

-  Tak?  -  zaniepokoił  się  Frank.  -  To  lepiej  ich  poszukać.  Dzieci  nie  można 

rozpieszczać. Potem tylko płaci się za dentystę. 

-  Wybaczcie  -  rzekła  Maddy,  gdy  ojciec  wypadł  z  pokoju.  -  Kochana  rodzinka  - 

westchnęła. 

-  Nie  szkodzi.  -  Nick  wziął  akord.  -  Rozumiem  to.  A  teraz  trzecia  zwrotka  -  dodał  i 

nagle zaniemówił, gdy do pokoju weszła powłóczystym krokiem Chantel. 

- Nie przeszkadzajcie sobie - powiedziała. - Posiedzę w kąciku, cichutko jak myszka. 

-  Raczej  szczur  -  mruknęła  Maddy.  -  Wyjdź,  Chantel,  bo  rozpraszasz  mojego 

kompozytora. 

Chantel  wzruszyła  alabastrowymi  ramionami.  Wiedziała,  że  Maddy  nie  mija  się  z 

prawdą. 

- Cóż, jeśli wam przeszkadzam, to pójdę na basen. Może któreś z dzieci zechce sobie 

ponurkować. - Rzuciła ostatnie powłóczyste spojrzenie na Nicka i wypłynęła z pokoju. 

- Nie martw się. - Maddy poklepała Nicka po ramieniu. - Ona tak działa na mężczyzn. 

Podwyższa im poziom testosteronu. 

- Trzecia zwrotka, Nick. - Freddie szturchnęła go łokciem w żebra. 

- Tak, tak, właśnie się zastanawiałem... 

background image

Z  ogromnym  wysiłkiem  starał  się  wkomponować  zwrotkę  w  chór,  gdy  przed  oknem 

pokoju  przemknęła  Abby.  Piszczała  i  śmiała  się  na  przemian,  a  mąż  biegł  za  nią  z  dużym 

pistoletem na wodę w ręku. 

- Jak dzieci! - skwitował Reed, potrząsając głową. - A może zrobimy sobie przerwę? 

Czy to dobry pomysł, żeby trochę popływać w basenie? 

- Wspaniały - przyznała Maddy. 

- Idźcie naprzód. - Freddie zbierała nuty. - Ja jeszcze chwilę zostanę. 

- Dołącz do nas, kiedy skończysz. - Maddy wzięła Reeda za rękę. - Jeśli zdołasz znieść 

ten widok. 

Nick wyciągał szyję, usiłując dojrzeć, co dzieje się nad basenem. 

- Myślisz, że będzie w bikini? - spytał. - Maddy? - Freddie uniosła brwi. 

Oboje doskonale wiedzieli, kogo Nick ma na myśli, ale widokiem rozebranej Maddy 

też  żaden  mężczyzna  by  nie  pogardził.  Freddie  roześmiała  się,  widząc  minę  Nicka,  który 

wyobraża sobie siostry O'Hurley w bikini. 

- Już dobrze, dobrze, nie musisz odpowiadać - rzuciła. 

- Myślisz, że Abby też pójdzie się kąpać? - spytał. 

-  Myślę,  że  możesz  wpaść  w  tarapaty,  jeśli  będziesz  się  interesował  mężatkami.  A 

teraz,  jeśli  zdołasz  poskromić  swoje  hormony,  to  pozwól,  że  jeszcze  raz  przegram  całość. 

Maddy chce nad tym później popracować. 

- To jeszcze surowiec. 

- Zgoda, ale mimo wszystko jakiś zaczyn. 

Ma  rację,  przyznał  w  duchu.  Można  by  to  wszystko  wygładzić,  gdyby  pracowali  z 

Maddy sam na sam. 

- Dobrze, myślałem, że jeśli spróbujemy w ten sposób... 

Freddie zaniknęła oczy, słuchając pierwszych tonów. Bezwiednie zaczęła śpiewać. Jej 

czysty głos słychać było w ogrodzie. 

Maddy podniosła rękę, po czym położyła dłoń na ramieniu Abby. 

- Posłuchaj. 

-  Piękne  -  przyznała  Abby,  a  jej  oczy  zasnuły  się  mgłą.  -  Smutne  i  przepojone 

miłością. Śpiewając, nie jest w stanie tego ukryć. Ona jest w nim zakochana. 

- Cóż... - Chantel podeszła do obu sióstr. - Każdy musi przez to przejść. 

- My już przeszłyśmy. - Maddy popatrzyła w kierunku basenu. 

Dylan chwycił córkę Trace'a i usiłował wepchnąć ją do wody. Trzej synowie Chantel 

urządzali wyścigi, a Gillian i Cassie występowały w roli sędziów. 

background image

Douglas jak opętany pryskał wodą na drugą córeczkę Trace'a. 

Jego ojciec siedział, trzymając na kolanach bliźniaki Trace' a, i lizał lody. 

Ben  i  Chris,  synowie  Abby,  przystojni  młodzi  chłopcy,  stali  z  dala  od  tego  zgiełku, 

spierając się, którą kasetę włożyć do przenośnego stereo. 

Quinn  i  Trace  siedzieli  w  cieniu,  pociągając  piwo,  a  Molly  chwaliła  córeczkę  Abby, 

Evę, za jej podwodne akrobacje. 

Aaron i najmłodszy syn Abby szukali czegoś w trawie. Julia ciągnęła ich za koszule, 

ale nie zwracali na nią najmniejszej uwagi. 

Moja rodzina, pomyślała Maddy i pomachała do Reeda, dając mu w ten sposób znać, 

ż

e ma na wszystko baczenie. 

- Dobrze mi - powiedziała, zwracając twarz ku słońcu. - I mam nieodparte wrażenie, 

ż

e tych dwoje przy fortepianie pomoże mi zdobyć następnego Tony'ego. 

Chantel popatrzyła na siostrę. 

- Och, kochanie, to ty masz już jednego? Nie wiedziałam. 

Roześmiała się i szybko uciekła do basenu. 

Późno w nocy, gdy w domu wreszcie zapanował spokój, Nick przyciągnął Freddie do 

siebie. Oparła głowę na jego ramieniu. Skoro Maddy była na tyle domyślna, by umieścić ich 

w sąsiadujących pokojach, nie miał poczucia winy, wślizgując się do łóżka Freddie. 

Dobrze  mu  było,  gdy  tak  leżał  obok  niej,  spokojny,  usatysfakcjonowany  wspólnymi 

doznaniami.  W  sposób  tak  naturalny  wtuliła  się  w  niego,  że  zaczął  się  zastanawiać,  jak  w 

ogóle mógł dotychczas zasypiać sam, bez niej. 

- Zmęczona? - spytał. 

- Hm. Odprężona. To był wspaniały dzień. Cieszę się, że ich wszystkich zobaczyłam. 

Dzieci tak wyrosły. 

- Jest ich niezła drużyna. 

-  O  tak.  To  cudowne,  że  potrafią  tak  rozplanować  swoje  zajęcia,  żeby  co  roku 

spotykać się na tydzień lub dwa w jednym miejscu. Na ogół przyjeżdżają tutaj, ale czasem na 

farmę Dylana i Abby w Wirginii. - Freddie westchnęła rozespana i przytuliła się mocniej do 

Nicka,  gdy  jego  palce  zaczęły  delikatnie  gładzić  jej  plecy.  -  Raz  tam  byliśmy.  Jest  piękna, 

otoczona  wzgórzami,  na  łące  pasą  się  konie.  Wokół  jest  tyle  wolnej  przestrzeni,  że  można 

wędrować bez końca. 

- Potrzebują dużo miejsca na tyle dzieci. Abby ma dwie dziewczynki, bliźniaczki, tak? 

- Nie, one są córkami Trace'a i Gillian. Abby ma czworo dzieci: Bena, Chrisa, Evę i 

Jeda. Rodziły się po kolei, nie ma wieloraczków. 

background image

- Aż czworo! - Nick odruchowo się wzdrygnął. 

-  Przecież  lubisz  dzieci.  -  Podniosła  się  tak,  by  móc  przyjrzeć  się  jego  twarzy.  W 

ś

wietle księżyca padającym z okna wyglądała jak twarz jednego z bohaterów legendy o królu 

Arturze i rycerzach Okrągłego Stołu. 

- Oczywiście. Ale zawsze się dziwię, że są ludzie, którzy chcą i potrafią sprostać tylu 

trudom. 

Upajała się jego widokiem, tą męską, szorstką, jakby wyrzeźbioną twarzą, zielonymi 

jak morze oczami. Znowu zapragnęła się do niego przytulić, gotowa odpowiedzieć na każdą 

pieszczotę. 

-  Lubię  duże  rodziny.  Przez  kilka  lat  byłam  jedynaczką.  Nie  czułam  się samotna,  bo 

zawsze  miałam  obok  tatę,  ale  wszystko  się  zmieniło,  kiedy  w  naszym  życiu  pojawiła  się 

Natasza. Dopiero wtedy staliśmy się prawdziwą rodziną Chciałam mieć siostrę - ciągnęła - ale 

najpierw urodził się Brandon i bardzo się ucieszyłam. 

Nick też był jedynakiem, ale nie miał przy sobie ojca. 

- A ja zawsze chciałem mieć brata - wyznał. - I w końcu miałem Zacka. Tylko że on 

wypłynął w morze, a ja nie. 

Freddie  ból  ścisnął  serce  na  myśl  o  tym,  jak  bardzo  Nick  musiał  się  czuć  samotny, 

będąc chłopcem. 

- To na pewno było dla ciebie ciężkie przeżycie... 

-  Zrobił to, co musiał.  Wtedy wyglądało to tak, jakby mnie zostawił. Ale jakoś się z 

tym uporałem. 

Poczuła nagły przypływ miłości. 

-  A  więc  teraz  znowu  masz  brata  i  wspaniałą  dużą  rodzinę.  Nigdy  już  nie  będziesz 

sam, chyba że tego zechcesz. To dlatego ja chciałabym mieć co najmniej troje dzieci. 

W jego mózgu zapaliło  się ostrzegawcze światełko. Popatrzył na nią, później powoli 

przesunął wzrok na sufit. 

- Cóż - mruknął. 

Oszczędny  w  słowach,  pomyślała  Freddie,  ale  nic  nie  powiedziała,  nawet  nie 

westchnęła. Dużo za wcześnie na myślenie o dzieciach. O ich dzieciach. 

Nadeszła chwila, żeby zmienić temat, i Nick skwapliwie to wykorzystał. 

- Chantel nie wygląda na matkę - zauważył. 

- Ale jest matką. - Freddie uniosła brwi. - I jeśli nie masz nic przeciwko przyjacielskiej 

radzie, nie powinieneś tak wytrzeszczać gał za każdym razem, kiedy wchodzi do pokoju. 

background image

- Zazdrosna? - Spojrzał na nią chytrze. Zdumiała go i uraziła, wybuchając serdecznym 

ś

miechem. Wprost trzęsła się ze śmiechu, aż musiała usiąść i spróbować jakoś złapać oddech. 

Widok jego nachmurzonej miny tylko spotęgował ten wybuch niepohamowanej radości. 

- Chyba przesadzasz - odezwał się wreszcie. 

-  Zazdrosna...  -  powtórzyła  i  przycisnęła  dłoń  do  brzucha,  starając  się  uspokoić.  -  O 

tak, Nicholas. Jestem zazdrosna, i to jak. Niewątpliwie Chantel rzuci Quinna i zrobi w swoim 

sercu  miejsce  dla  ciebie.  Każdy  widzi,  że  oni  ledwo  ze  sobą  wytrzymują.  To  dlatego  w 

powietrzu aż iskrzy, kiedy znajdą się w tym samym pokoju. 

Ugodziła trochę jego męską ambicję. 

-  No  dobrze  -  przyznał  -  ona  świata  nie  widzi  poza  mężem.  A  swoją  drogą,  jak  on 

znosi te wszystkie sceny miłosne, w których oglądają na ekranie? 

- Bo wie, że ona nie gra, kiedy jest z nim. Tak myślę. - Przeciągnęła palcami po jego 

włosach.  -  Oto  na  czym  opiera  się  małżeństwo.  Na  zaufaniu  i  szacunku,  tak  samo  jak  na 

uczuciu i namiętności. 

W jego mózgu po raz drugi rozbłysło ostrzegawcze światełko. 

-  Chyba  tak  -  przyznał,  uznając,  że  najwyższy  czas  znowu  zmienić  temat.  -  Zack 

zzielenieje z zazdrości, kiedy wrócę i opowiem mu, że ją poznałem. Niektóre jej filmy oglądał 

tyle razy, że zna na pamięć całe dialogi. 

- A więc będziesz pękał z dumy. 

- Żebyś wiedziała. 

Odprężony  i  spokojny  pochylił  się  nad  nią.  Była  piękna  i  miała  w  sobie  coś... 

magicznego,  gdy  tak  leżała  w  świetle  srebrzystych  promieni  księżyca  padających  na  łóżko. 

Włosy w nieładzie, tak jak lubił, kąciki ust lekko uniesione, jakby uśmiechała się, myśląc o 

czymś bardzo przyjemnym. 

- Nie jesteś zmęczony? - spytał. 

Przesunęła dłoń wzdłuż jego piersi. Myślała o czymś bardzo przyjemnym. Myślała o 

nim. 

- Właśnie regeneruję siły. 

-  To  dobrze.  -  Przetoczyła  się  na  niego.  -  Za  chwilę  na  pewno  będziesz  ich 

potrzebował. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 - Mówisz, że poznałeś Chantel O'Hurley. Tę Chantel O'Hurley? 

-  Właśnie  mówię.  -  Nick  patrzył  na  Zacka  z  nie  ukrywaną  dumą.  Nie  od  dziś  było 

wiadomo,  że  blond  bogini  jest  obiektem  marzeń  Zacka,  przedmiotem  jego  „najskrytszych 

fantazji”, jak to określiła Rachel. 

-  Tę  samą  Chantel  O'Hurley,  której  filmy  na  wideo  kupujesz  natychmiast,  gdy  się 

pojawią w sprzedaży. 

- Nick wziął karton pustych opakowań po piwie, by je wynieść na podwórze. 

- Zaczekaj chwilę. - Zack chwycił go za rękaw. 

- To znaczy, że ją widziałeś na własne oczy? We własnej osobie? 

-  I to jakiej osobie! - przyznał Nick. - To jeszcze nie wszystko - dodał. - Siedziałem 

razem z nią przy stole, i to niejeden raz. Jedliśmy razem kolację. Oczywiście, jej siostrom też 

nic nie brakuje. Obie... 

-  Dobrze,  dobrze,  o  jej  siostrach  pomówimy  później.  Jedliście  kolację,  po  prostu 

kolację, tak? - Zack musiał się czegoś napić, bo z wrażenia wyschło mu w gardle. - Razem? 

-  Tak,  jadłem  z  nią  kolację.  -  Oczywiście,  że  nie  jedli  tej  kolacji  sam  na  sam, 

towarzyszyli  im  wszyscy  domownicy  z  dziećmi  włącznie,  ale  nie  widział  powodu,  żeby 

wspominać o takich detalach. - Mówiłem ci przecież, że zamierzam spędzić parę dni z Maddy 

i Reedem. 

- Nie spodziewałbym się tego. - Zack był wyraźnie poruszony. - Jeśli naprawdę jadłeś 

z nią kolację, rozmawiałeś z nią, to powiedz, jaka ona jest. 

Nick odwrócił się i ściągnął wargi, symulując pocałunek. 

- Przestań, bo mnie wykończysz. - Zack, ofiara własnej wyobraźni, nie odstępował go 

na krok. - Chodzi mi o to, jak ona wygląda, jak się porusza, co mówi? 

- Świetnie wypełnia bikini - zażartował Nick. 

- Bikini... - Zack przycisnął dłoń do serca. - Widziałeś ją w bikini? 

- Pływaliśmy razem w basenie. - W rzeczywistości on i Freddie grali z jej dziećmi w 

piłkę nad basenem. Ale któż by zwracał uwagę na takie drobiazgi. 

- Pływałeś z nią? - Zack oddychał ciężko. - Była... mokra. 

- Na ogół człowiek jest mokry, kiedy pływa. 

W  trosce  o  swoje  ciśnienie  Zack  postanowił  odsunąć  od  siebie  obraz  Chantel  w 

kostiumie kąpielowym. Później uruchomi wyobraźnię i będzie się nim upajał. 

background image

- I rozmawiałeś z nią? O czym? 

-  Przez  cały  czas.  Ma  bardzo  bystry  umysł.  To  też  dodaje  jej  uroku.  W  końcu  nie 

jestem zwierzęciem. 

- Zapytać nie wolno, czy co? - Bądź co bądź te marzenia to tylko niewinna rozrywka 

szczęśliwie żonatego mężczyzny, kochającego swoją żonę i pożądającego jej. - Naprawdę ją 

poznałeś. - Westchnął i chwycił następny karton z butelkami. 

- Nie tylko poznałem. Całowałem ją. 

- Uważaj, bo ci uwierzę. 

- Nie, masz rację. Nie całowałem jej. 

- No więc jak? 

- To ona mnie całowała. - Nick oparł się o skrzynki z piwem i dotknął palcem ust. - 

Tutaj, w tym miejscu. 

- Chcesz mi wmówić, że Chantel O'Hurley pocałowała cię w usta? 

- A czy ja bym cię okłamywał? Zack zastanowił się przez chwilę. 

- Nie - uznał w końcu. - Nie zrobiłbyś tego. - I zanim Nick się zorientował, chwycił go 

w objęcia, przyciągnął do siebie i pocałował w same usta. 

- Do diabła, Zack! - Nick przetarł usta dłonią. 

- Odbiło ci, czy co? 

-  Wyobraziłem  sobie,  że  całuję  ją  -  oznajmił  Zack.  -  Każdemu  facetowi  wolno  mieć 

marzenia. 

- A więc trzymaj te marzenia z dala ode mnie. 

- Nick jeszcze raz otarł usta. - Człowieku, a gdyby ktoś nas zobaczył? 

-  Nikogo  tu  nie  ma,  braciszku.  A  ja  doceniam  to,  że  przyszedłeś  mi  pomóc,  skoro 

tylko wróciłeś do miasta. 

- Nie ma o czym mówić. 

- A jak tam Freddie? Zadowolona z wizyty u sławnych i bogatych? 

-  To  dla  niej  chleb  powszedni.  -  Nick  podrapał  się  w  kark.  -  Wychowała  się  wśród 

takich ludzi. 

- Masz rację. Tutaj to ona jest po prostu naszą Freddie. 

Przenieśli  wszystkie  pojemniki  i  sięgnęli  po  mrożoną  herbatę,  którą  Rio  zostawił  w 

lodówce. 

- Gorąco jak na czerwiec - zauważył Zack. - Musisz sobie zainstalować klimatyzator 

w mieszkaniu. 

- Tak, mam zamiar. 

background image

Zack  uznał,  że  nadeszła  chwila,  by  napomknąć  Nickowi  o  czymś,  co  od  pewnego 

czasu nie dawało mu spokoju. 

- Myślałem - zaczął - biorąc pod uwagę twoją karierę i wszystko... - Wszystko to była 

Freddie,  ale  czas  jeszcze  nie  dojrzał  ku  temu,  by  o  tym  mówić.  -  Może  nie  zechcesz  tutaj 

zostać. 

- Na górze? 

- Tak, no i tutaj. W barze. 

Nick zdziwiony odstawił szklankę z herbatą. 

- Wyrzucasz mnie? 

-  Skąd!  Prawdę  mówiąc,  nie  wiem,  co  bym  bez  ciebie  zrobił.  Ale  zacząłem  się 

martwić,  że  czujesz  się  do  czegoś  zobowiązany.  Chyba  nie  marzysz  o  pracy  w  barze  przez 

całe życie. 

- Ty też o tym nie marzyłeś - odparł spokojnie Nick. 

-  To  co  innego  -  odparł  Zack,  ale  przerwał,  gdy  pochwycił  spojrzenie  Nicka.  -  W 

porządku, może i nie marzyłem, ale dokonałem takiego wyboru. I muszę przyznać, że kocham 

to miejsce, jestem tu szczęśliwy. Ale nie chcę, żeby któryś z nas zapomniał o tym, że przed 

tobą jest inna przyszłość. 

- Wciąż się o mnie troszczysz? 

- Z przyzwyczajenia. 

- Cóż, ustalmy to tak. Prędzej czy później będziesz musiał znaleźć innego barmana i 

innego  pianistę  na  pół  etatu.  Ale  na  razie  praca  na  wieczornej  zmianie  nie  koliduje  z 

komponowaniem.  A  jeśli  sztuka  okaże  się  niewypałem,  będę  potrzebował  jakiegoś 

zabezpieczenia. 

- Nie będzie niewypałem. 

- Masz rację, nie będzie. Ale na razie zostawmy wszystko tak jak jest. - Rzucił okiem 

na  zegar  i  zaklął  pod  nosem.  -  Już  jestem  spóźniony  -  rzucił.  -  Mieliśmy  z  Freddie  zacząć 

pracę pół godziny temu. No to na razie. 

Zack, zostawszy sam, poszedł z powrotem do baru. Nie, to nie jest statek, a on nie stoi 

przy  sterze.  A  Rachel  nie  jest  blond  gwiazdą  z  ekranów  filmowych.  Uśmiechnął  się  i 

dokończył herbatę. 

A on jest bardzo szczęśliwym człowiekiem. 

Nick  uznał,  że  najwyższy  czas  wypróbować  fortepian  Freddie.  Mimo  zabawy, 

ciągłego ruchu i pokusy, żeby spędzić cały czas na rozrywkach i wypoczynku zamiast pracy, 

background image

udało im się podczas pobytu u  O'Hurleyów również trochę popracować  i posunąć się dobry 

kawałek naprzód. 

Po powrocie miał co prawda ochotę na dzień lub dwa przerwy, ale Freddie nie mogła 

się  doczekać,  kiedy  znowu  zabiorą  się  do  pracy.  Tak  więc  zasiedli  po  południu  przy 

fortepianie  w  jej  mieszkaniu,  żeby  ostatecznie  dopracować  partię  chóru  na  zakończenie 

pierwszego aktu. 

- W porządku - uznał Nick. - Dobrze się stało, że nie skończyliśmy tego, kiedy był z 

nami Frank Jemu tylko choreografia w głowie. 

- Cóż, podoba mi się, ale myślę... 

- Przestań już myśleć. - Wziął ją w ramiona, gdy wstała. 

- Zostaw - broniła się. - Nawet nie zaczęliśmy drugiego aktu. 

- Odłóżmy to do jutra - zaproponował. 

-  Dzisiaj  -  upierała  się,  usiłując  wyswobodzić  się  z  jego  ramion!  -  Nick,  jest  środek 

dnia. 

- To i lepiej. 

- Przecież to ty zawsze powtarzałeś, że mamy pilną robotę. 

- Tylko wtedy, kiedy próbowałem nie robić tego, co chcę zrobić teraz. - Chwycił ją na 

ręce i rzucił na łóżko z takim rozmachem, że aż podskoczyła. 

-  Nie  wykonaliśmy  planu  na  dzisiaj  -  broniła  się,  gdy  zaczął  rozpinać  koszulę.  -  Nie 

taki plan miałam na myśli. 

- Chcesz, żebym cię uwiódł? 

- Nie. - Przechyliła głowę i rzuciła mu powłóczyste spojrzenie. - Cóż, może... - dodała 

po chwili namysłu. - Jeśli uważasz, że potrafisz. 

Nick już rozpiął koszulę. Myśl o czekającym go wyzwaniu dodatkowo go podnieciła. 

Freddie odwróciła wzrok, po czym znów go na niego skierowała, gdy usiadł na brzegu łóżka. 

- Patrzenie na mnie trudno nazwać uwodzeniem - zauważyła. 

- Lubię na ciebie patrzeć. Mógłbym to robić bez końca. 

- To bardzo miłe, panie Romansowiczu. 

-  Musisz  pamiętać,  że  nie  jesteś  do  końca  w  moim  typie,  jak  donoszą  wiarygodne 

ź

ródła. - Chwycił ją w pasie i przytrzymał mocno, gdy udając złość, chciała uciec z łóżka. 

- Nie interesuje mnie to - stwierdziła lodowatym tonem. - Puść mnie. 

- Ależ interesuje, i to bardzo. Widzę, jak bije ci puls na szyi. - Zbliżył do tego miejsca 

usta. - Wali jak młotem. 

- To ze złości - odparowała. 

background image

-  O  nie.  Kiedy  jesteś  naprawdę  zła,  robi  ci  się  tutaj  taka  kreska.  -  Przeciągnął 

koniuszkiem palców między jej brwiami i uśmiechnął się na widok powstającej zmarszczki. - 

O, właśnie tak. - Pocałował ją w czoło. Zmarszczka od razu zniknęła. 

- Nie chcę, żebyś... - Słowa uwięzły jej w gardle, gdy poczuła na ustach jego wargi. 

- Co? 

- Żebyś... mmm. - Oczy zasnuły jej się mgłą. 

- Właśnie tak myślałem. 

Czy  którykolwiek  mężczyzna  mógłby  się  oprzeć  jej  rozmarzonemu  spojrzeniu, 

rozkosznemu mruczeniu podczas długiego niespiesznego pocałunku? I tak właśnie pragnął się 

z  nią  kochać.  Niespiesznie,  długo,  żeby  jego  ciało  mogło  odczuć  najsubtelniejsze  zmiany  w 

jej ciele. Dotknięcie, i już się ku niemu uniosła. Pomrukiwanie, i westchnęła z radości. 

Wydawało się, że nie ma takiej rzeczy, którą mógłby zrobić lub o którą poprosić, żeby 

na  nią  ochoczo  nie  przystała.  Chciał  ją  widzieć  całą,  w  promieniach  południowego  słońca 

wpadającego  przez  okna,  przy  dźwiękach  ruchu  ulicznego  i  hałasów  dobiegających  z  dołu. 

Powoli i cierpliwie rozpinał guziki jej bluzki, jeden po drugim, nie spiesząc się. 

Pod spodem miała obcisłą bawełnianą koszulkę wykończoną koronką. Wsunął pod nią 

dłoń, usłyszał przyspieszony oddech. 

Zawsze tak jest, przemknęło jej przez głowę. Cudownie, naturalnie, czule. Niezależnie 

od tego, czy kochają się namiętnie czy spokojnie, niespiesznie czy  gorączkowo, zawsze jest 

tak samo prosto i naturalnie. 

Perfekcyjnie. 

Wzbierało w niej pożądanie, rozkwitało niczym kwiat róży, płatek po płatku. To takie 

łatwe otworzyć się dla niego, zespolić się z nim tak, by ich usta utopiły się w sobie, a ciała 

tworzyły jedno ciało. 

Musnął ją powiew wiatru od okna, tak leniwy jak jego dłonie. Jej skóra stawała się na 

przemian raz ciepła, raz chłodna, ciepła i chłodna. Dźwięki ulicy i promienie słońca zdawały 

jej się snem, wytworem fantazji i wyobraźni. Stopniowo zatracała poczucie rzeczywistości. 

Wygięła  się  w  łuk,  by  ułatwić  mu  ściągnięcie  koszulki,  opuszczenie  spodni.  W 

rewanżu zsunęła mu z ramion koszulę i przeciągnęła dłońmi wzdłuż opalonych muskularnych 

ramion. 

Nie  była  pewna,  w  którym  momencie  tempo  zaczęło  się  zwiększać,  a  fala  gorąca 

wzbierać.  Czuła  się  tak,  jakby  w  jej  żyły  sączył  się  narkotyk,  wprowadzając  ją  w  stan 

cudownego oszołomienia. Przywarła do niego, ocierając się gorączkowo o jego ciało. 

- Teraz, Nick, teraz - szepnęła i położyła się na nim. 

background image

Rozkosz, jaka go ogarnęła, była niespodziewana i gwałtowna. Zachłanna, przemożna, 

groźna, do granic bólu i wytrzymałości. Zadrżał. Nikt nigdy nie dał mu tego co ona. 

Z żadną kobietą nie doświadczył podobnych doznań. 

- Teraz - szepnęła. - Teraz... 

Uniosła się jeszcze raz i opadła na niego. Chwycił ją za biodra i znowu uniósł w górę. 

Zapomniał,  gdzie  jest,  zapomniał  o  czasie,  zapomniał  o  rzeczywistości.  Była  tylko  ona  i 

wszechogarniająca, obezwładniająca moc pożądania. 

Leżeli obok siebie wyczerpani i szczęśliwi. Myślał o ich związku. Nigdy nie stworzył 

dla niej romantycznego nastroju. Nie było kolacji przy świecach i winie, długich spacerów i 

cichych zakątków. 

Zasługiwała na to. Zasługiwała na więcej, niż jej dawał. Ale przecież, usprawiedliwiał 

sam  siebie,  od  początku  próbował  ją  przekonać,  że  zasługuje  na  więcej,  niż  on  jej  może 

zaoferować. Nie słuchała go, a więc jedyne co mógł zrobić, to dać jej tyle, ile mógł. 

Pragnąłby móc dać jej wszystko. 

Skąd ta myśl? - zastanawiał się. Kłębiły się w nim różne uczucia, rozgrzewając go jak 

płomień,  rozbrzmiewała  w  nim  jak  muzyka.  Kiedy  pożądanie  zmieniło  się  w  tęsknotę,  a 

tęsknota w miłość? Nie wiedział. 

Ostrożnie, ostrożnie, ostrzegał się. Będzie zgubą dla nich obojga, jeśli pozwoli, by to, 

co  kłębi  się  w  jego  duszy,  wymknęło  się  spod  kontroli.  Lepiej  powstrzymać  ciąg  myśli  i 

udawać, że nigdy nie myślał o niczym więcej jak o spędzeniu z nią romantycznego wieczoru 

przy świecach. 

-  Masz  niezłe  ciuchy  w  tej  szafie  -  zauważył.  Zdziwiło  ją,  że  zwrócił  uwagę  na  jej 

garderobę. 

-  Nawet  w  Wirginii  Zachodniej  staramy  się  od  czasu  do  czasu  kupić  i  nosić  coś 

oryginalniejszego niż dżinsy i golfy. 

- Czemu się denerwujesz, podoba mi się zachodnia Wirginia. 

To tam się wychowywała, w dużym domu z antykami i gospodynią zaangażowaną na 

stałe. On zaś wychowywał się w barze i na ulicy pod opieką ojczyma, który trochę za często 

zaglądał do kieliszka. Pamiętaj o tym, LeBeck, zanim przyjdą ci do głowy szalone pomysły. 

- Pomyślałem sobie, że mogłabyś włożyć coś z tych ciuchów i wyszlibyśmy. 

- Wyszli? - Usiadła, mrużąc oczy. - Dokąd? 

-  Dokąd  zechcesz.  -  Wolałby,  żeby  nie  patrzyła  na  niego  tak,  jakby  właśnie  dał  jej 

obuchem  w  głowę.  Przecież  przedtem  już  razem  wychodzili,  jeżeli  można  to  tak  określić.  - 

Mam trochę znajomości - dodał. 

background image

- Mogę kupić bilety na jakieś przedstawienie. Nie moje - dodał szybko, zanim zdążyła 

cokolwiek powiedzieć. - Nie chcę, żeby kawałki, które piszę, konkurowały ze sobą w mojej 

głowie. 

Przesunęła się trochę, zachwycona pomysłem randki. 

- Trochę za późno, żeby kupić bilety na dzisiaj - zauważyła. 

-  Nie,  jeśli  się  wie,  do  kogo  zadzwonić.  -  Przesunął  palcem  wzdłuż  jej  ramienia. 

Westchnęła. Zastanawiała się, czy Nick uzmysławia sobie, że wciąż jej dotyka, czy też robi to 

bezwiednie. - Potem moglibyśmy pójść gdzieś na kolację. Może do tej francuskiej restauracji, 

którą tak lubisz. 

To nie zwyczajna randka, pomyślała oszołomiona. To randka nadzwyczajna. 

- Byłoby miło - rzekła, nie bardzo wiedząc, jak zareagować, ale on już był na nogach i 

chwycił swoje ubranie. 

- A więc zbieraj się - powiedział. - Ja tylko wykonam parę telefonów i spotkamy się u 

mnie. Za godzinę. 

Nachylił się, pocałował ją szybko w policzek i już go nie było. Freddie przez dłuższą 

chwilę pozostawała w bezruchu, oniemiała ze zdziwienia. 

Może  on  i  nie  jest  Lancelotem,  pomyślała,  potrząsając  głową,  ale  w  zbroi  czy  bez, 

potrafi być rycerzem. 

Całą godzinę zajęły jej przygotowania do wyjścia. Miała nadzieję, że Nickowi będzie 

się podobała jedwabna suknia bez ramion w ciemnofioletowym kolorze. Ale kiedy omal nie 

złamała obcasa na jakiejś nierówności chodnika, żałowała, że nie umówili się u niej. 

Przemknęła  obok  Rio,  pomachawszy  mu  ręką,  i  wykonała  szybki  piruet,  gdy 

zagwizdał z zachwytu na jej widok. Zapukała do drzwi na górze i od razu weszła do środka. 

- Tym razem ty jesteś spóźniony - zawołała. 

- Pomagałem Zackowi wyładować towar. 

- Ach tak. - Skubnęła dolną wargę. - Nawet nie pomyślałam, że możesz mieć zmianę. 

- Nie, dziś mam wolny wieczór. 

Wyszedł  z  sypialni,  wciągając  po  drodze  marynarkę.  Obrzucił  ją  wzrokiem  i  skinął 

głową z aprobatą. 

- Bardzo ładna. 

- Tylko tyle? - Przekrzywiła kokieteryjnie głowę. 

-  Nie.  -  Chwycił  ją  w  ramiona,  uniósł  na  palce  i  całował  tak  długo,  aż  zabrakło  jej 

tchu. 

- W porządku - wykrztusiła wreszcie, z trudem łapiąc oddech. - Teraz lepiej. 

background image

Nick, nagle zdenerwowany, wypuścił ją z objęć. 

-  Mamy  jeszcze  dość  czasu  na  drinka,  zanim  zacznie  się  przedstawienie.  Może  będę 

twoim osobistym barmanem? 

- Czemu nie? Białe wino według wyboru barmana. 

- Myślę, że mam coś, co ci będzie odpowiadało. 

- Wyjął butelkę cristalu ze schowka Zacka. 

- O! - Freddie aż jęknęła. - Ten wieczór na pewno będzie wart zapamiętania. 

- A widzisz. - Doszedł do wniosku, że lubi ją zaskakiwać, sprawiać jej niespodzianki. 

Wyjął korek z zawodową wprawą i rozlał wino do dwóch kieliszków, które kiedyś przyniósł z 

baru. - Za więzy rodzinne - powiedział, wznosząc toast. 

- O co ci właściwie chodzi? - uśmiechnęła się. 

- Nie bardzo mogę się zorientować, do czego zmierzasz. 

I  znowu  poczuł  znany  ucisk  w  żołądku  i  koło  serca.  Wezbrała  w  nim  tęsknota 

połączona z pożądaniem. 

- Sam dobrze nie wiem - przyznał. 

Ale  ten  fakt  nie  denerwował  go,  choć  powinien  być  zdenerwowany.  Był  szczęśliwy. 

Wprost niewiarygodnie, totalnie szczęśliwy. Za każdym razem, gdy na nią popatrzył, czuł się 

szczęśliwszy. Mógłby tak na nią patrzeć do końca życia. 

Oddychał z trudem. 

- Nic ci nie jest? - Freddie dała wyraz swej troski, klepiąc go po plecach. 

-  Nie,  wszystko  w  porządku.  Czuję  się  świetnie.  Teraz  z  kolei  ona  poczuła  lekkie 

zdenerwowanie. 

Odstąpiła o krok do tyłu. 

- Dlaczego tak na mnie patrzysz? - spytała z niepokojem. 

- Jak? 

- Jakbyś mnie nigdy przedtem nie widział. 

- Nie wiem - skłamał. 

Doskonale  wiedział  dlaczego:  bo  nigdy  przedtem  nie  patrzył  na  nią  oczami 

zakochanego mężczyzny. Stała się rzecz w najwyższej mierze zdumiewająca: zakochał się po 

uszy w kobiecie, która była jego najbliższym przyjacielem. 

- Siądźmy. - Czuł, że musi usiąść. 

-  Dobrze.  -  Ostrożnie  przysiadła  na  kanapie.  -  Nick,  ty  się  źle  czujesz.  Może  lepiej 

zrezygnujmy z teatru. 

- Nie, nic mi nie jest. Czy nie powiedziałem, że czuję się Świetnie? 

background image

- Ale nie wyglądasz dobrze. Jesteś blady. 

Tak przypuszczał. Nigdy przedtem nie był w nikim zakochany. Podrywał dziewczyny, 

uwodził, bawił się nimi, ale teraz wyglądało na to, że to on przepadł z kretesem. 

Przez Freddie. Ona była tego przyczyną. 

Zaczął się już przyzwyczajać do tego, że może się z nią kochać. Ale zakochać się to 

całkiem co innego. Nie mógł teraz myśleć o niczym innym. To uczucie, tak dla niego nowe i 

nieznane, zawładnęło nim w sposób przemożny. 

- Wiesz, Fred... sprawy między nami bardzo szybko posuwają się naprzód. 

Uniosła brwi ze zdziwieniem. 

- Uważasz, że dziesięć lat to szybko? 

- Wiesz dobrze, o czym mówię. - Machnął ręką. 

- Myślałem, że potrafię rozgraniczyć sprawy zawodowe i prywatne. 

Przeszedł ją zimny dreszcz. Przeraziła się. 

- Próbujesz się mnie łagodnie pozbyć, Nick? - spytała, starając się zachować spokój. 

- Skąd - oburzył się. Sama myśl o jej utracie była niewyobrażalna. - Nie - powtórzył i 

chwycił  jej  dłoń  tak  mocno,  aż  jęknęła.  -  Chcę  cię,  Fred,  właśnie  zaczynam  sobie 

uświadamiać, jak bardzo. 

Serce na chwilę jej zamarło. 

- Masz mnie, Nick - szepnęła. - Zawsze będziesz mnie miał. 

-  Wszystko  się  zmieniło.  -  Nie  bardzo  wiedział,  jak  to  wyrazić,  żeby  jego  słowa 

usatysfakcjonowały  ich  oboje,  ale  musiał  jakoś  dać  jej  do  zrozumienia,  co  czuje.  -  Nie 

dlatego,  że  poszliśmy  razem  do  łóżka.  Nie  dlatego,  że  to,  co  przeżywam  z  tobą,  jest  inne, 

silniejsze od tego, co dotąd przeżywałem. 

-  Nick.  -  Przepełniona  miłością  przycisnęła  ich  splecione  dłonie  do  twarzy.  -  Nigdy 

przedtem tak do mnie nie mówiłeś. Nie przypuszczałam, że to nastąpi. 

On  też  nie.  Teraz  bał  się,  że  nie  potrafi  dostatecznie  szybko  dobrać  odpowiednich 

słów. 

-  Nie  chcę  niczego  przyspieszać,  Fred,  nie  chcę  nalegać,  ale  myślę,  że  powinnaś 

wiedzieć... 

Odgłos ciężkich kroków na schodach sprawił, że Nick zaklął głośno. Żadne z nich się 

nie poruszyło, gdy w progu stanął Rio. Miał poważną i zaniepokojoną minę. 

- Nick, lepiej zejdź szybko na dół - powiedział. 

Nick poczuł, jak strach ściska mu gardło. 

- Zack? 

background image

- Nie, nie Zack. - Rio popatrzył na Freddie błagalnym wzrokiem. - Ale lepiej zejdź. 

- Zaczekaj - rzucił Nick do Freddie, ale Rio zaoponował. 

- Niech też zejdzie. Może pomóc. - Kiedy Nick mijał go, położył mu dłoń na ramieniu. 

- Chodzi o Marlę. 

Nick zatrzymał się, odwrócił do Freddie. Nie było sposobu, żeby nie wciągnąć jej w tę 

sprawę. 

- Bardzo z nią źle? - spytał. 

Kucharz tylko potrząsnął głową i poczekał, aż Nick z Freddie wyjdą. Imię Marla nic 

Freddie  nie  mówiło.  Myślała,  że  może  to  któraś  z  dawnych  kochanek  Nicka  wtargnęła  do 

baru powodowana zazdrością albo, co gorsza, pijana. 

Ale  widok,  jaki  ukazał  się  jej  oczom,  gdy  weszli  do  kuchni,  zaprzeczył  takim 

domysłom.  Kobieta  była  ciemna,  szczupła  i  kiedyś  musiała  być  ładna,  zanim  zmartwienia  i 

ciężka  praca  wyżłobiły  głębokie  bruzdy  w  jej  twarzy.  Trudno  było  jednak  powiedzieć  coś 

więcej, gdyż była poraniona i posiniaczona. 

Siedziała  w  milczeniu,  za  nią  stał  chłopiec  z  zapadłymi  oczami,  kurczowo  się 

trzymając  oparcia  jej  krzesła,  a  u  jej  stóp  siedziała  mała  dziewczynka  z  palcem  w  buzi. 

Kobieta trzymała na kolanach może trzymiesięczne, popłakujące niemowlę. 

Nick chciał na nią krzyknąć, chciał potrząsnąć tą kobietą, tą dziewczyną, którą kiedyś 

znał  i  niemal  pokochał,  by  przestała  patrzeć  tym  pustym,  przeraźliwie  beznadziejnym 

spojrzeniem zbitego psa. Nie zrobił tego jednak. Podszedł do niej i delikatnie ujął ją za brodę. 

Uniosła ku niemu wzrok. Z jej oczu spłynęła pierwsza łza. 

- Przepraszam, Nick. Wybacz mi. Nie wiedziałam, dokąd pójść. 

- Nigdy nie przepraszaj, kiedy tu przychodzisz. Nie musisz za nic przepraszać. Cześć, 

Carlo. - Uśmiechnął się lekko do chłopca i delikatnie przesunął dłoń po jego ramieniu. 

Carlo zesztywniał i jeszcze bardziej zamknął się w sobie. Wiedział, że dużym dłoniom 

nigdy nie można ufać. 

- A kimże jest ta duża dziewczynka? To Jenny? Ależ ty urosłaś. - Nick podniósł ją i 

przytulił.  Nie  wyjmując  palca  z  buzi,  położyła  głowę  na  jego  ramieniu.  -  Rio,  usmaż 

dzieciakom parę hamburgerów, dobrze? - zwrócił się do kucharza. 

- Już to robię. 

- Jenny, chcesz usiąść na blacie i popatrzeć, jak Rio gotuje? 

Dziewczynka skinęła głową. Nick posadził ją na kontuarze. Carlo stanął obok. 

-  Nie  chcę  ci  sprawiać  kłopotu,  Nick  -  zaczęła  Marla,  poruszając  się  miarowo,  by 

ukołysać niemowlę. 

background image

-  Chcesz  kawy?  -  Nie  czekając  na  odpowiedź,  wziął  dzbanek.  -  Marlo,  dziecko  jest 

głodne. 

- Wiem. - Z ogromnym  wysiłkiem pochyliła się  i sięgnęła po papierową  torbę, która 

leżała na podłodze obok krzesła. - Nie mam pokarmu, ale dostałam parę odżywek. 

-  Przygotuj  je.  -  Freddie  z  nieśmiałym  uśmiechem  wyciągnęła  ręce.  -  Potrzymam 

małą, dobrze? 

- Oczywiście. To dobre dziecko. Tylko że... - Marla zaczęła cicho płakać. 

- Wszystko będzie dobrze - uspokajała ją Freddie, biorąc na ręce dziewczynkę. - Teraz 

wszystko będzie dobrze. 

- Jestem taka zmęczona - powiedziała Marla. - To dlatego, że jestem zmęczona. 

- Nie. - Nick postawił przed nią kawę. - Nie udawaj. Znowu cię pobił, tak? 

- Nick. - Freddie popatrzyła wymownie w kierunku dzieci. 

- Myślisz, że one nie wiedzą, co się dzieje? - zapytał, ściszając jednak głos. - Wróć do 

rzeczywistości.  -  Usiadł  obok  Marli  i  włożył  jej  w  dłonie  kubek  z  kawą.  -  Czy  tym  razem 

zawiadomisz wreszcie policję? 

- Nie mogę, Nick. - Skuliła się, słysząc gniewny pomruk z jego strony. - Nie wiem. co 

by wtedy zrobił. On jest szalony, Nick. Wiesz, w jaki szał wpada Reece, kiedy się upije. 

- Wiem. - Potarł dłonią pierś. Miał blizny, które nie pozwalały mu o tym zapomnieć. - 

Mówiłaś, że go zostawisz. 

- Zostawiłam go. Przysięgam, że zostawiłam. Tobie bym nie kłamała, Nick. Byłam w 

tym  mieszkaniu,  które  mi  załatwiłeś  przed  urodzeniem  dziecka.  Nie  przyjęłabym  go  z 

powrotem, nie po tym, co się stało ostatnim razem. 

Ostatnim  razem,  jak  pamiętał  Nick,  Reece  zrzucił  ją  ze  schodów.  Była  w  szóstym 

miesiącu ciąży. 

-  A  więc  skąd  ta  przecięta  warga,  podbite  oko?  Popatrzyła  ze  znużeniem  na  kubek  i 

podniosła go mechanicznie do ust. Rio postawił przed nią talerz. 

- Wezmę dzieci do baru, żeby zjadły - powiedział. 

-  Dzięki.  -  Otarła  łzy.  -  Bądźcie  grzeczni,  dobrze?  Nie  róbcie  kłopotu  panu  Rio.  - 

Uśmiechnęła  się  nieśmiało,  gdy  Freddie  usiadła,  by  nakarmić  niemowlę.  -  Ma  na  imię 

Dorothy - powiedziała. - Jak w „Czarodzieju z krainy Oz”. Dzieci je wybrały. 

- Jest śliczna. 

- I dobra. Prawie nie płacze i śpi przez całą noc. 

- Marla - przerwał jej Nick, lekko już zniecierpliwiony. 

Kobieta głęboko zaczerpnęła powietrza. 

background image

- Zadzwonił do mnie, że chce zobaczyć dzieci - wyjaśniła. 

- Ma w nosie dzieci. 

- Wiem. - Wargi Marli drżały, ale starała się opanować. - Ale miał taki smutny głos, 

więc  pozwoliłam  mu  raz  przyjść.  Przyniósł  im  lody,  no  to  miałam  nadzieję,  że  może  tym 

razem... 

Przerwała, wiedząc, że ta nadzieja była więcej niż płonna. Była zabójcza. 

-  Nie  chciałam  pozwolić  mu  wrócić,  ani  nic  takiego.  Wyglądało,  że  mogę  czasem 

pozwolić mu zobaczyć dzieci. Jeśli będę pewna, że nie jest pijany i nie będzie się ciskał. Ale 

dziś  wieczór,  jak  przyszedł,  to  byłam  z  małą  w  łazience.  Jenny  go  wpuściła.  Było  już  za 

późno, Nick. Zobaczyłam, że jest pijany, i kazałam mu się wynosić. Ale było już za późno. 

-  W  porządku.  Uspokój  się.  -  Wstał,  żeby  wziąć  lód,  i  przyłożył  go  do  jej 

opuchniętych warg. 

Ale ona nie była w stanie się uspokoić. Teraz, kiedy już zaczęła, musiała wyrzucić z 

siebie wszystko, wylać cały swój ból. Niczym truciznę, do której wypicia ją zmuszono. 

-  Zaczął  rzucać  różnymi  przedmiotami  i  wrzeszczeć.  Zamknęłam  dzieci  w  łazience, 

ż

eby nie mógł im nic zrobić. To go tylko jeszcze bardziej rozjuszyło. Rzucił się na mnie. Nie 

wiem,  jak  udało  mi  się  uciec,  ale  dostałam  się  do  łazienki  i  zamknęłam  się  tam  razem  z 

dziećmi. Wyszliśmy po schodach przeciwpożarowych. I przybiegliśmy tutaj. 

-  Nick,  weź  małą  -  powiedziała  Freddie  i  wstała,  podając  mu  niemowlę.  -  Zaczekaj, 

obmyję cię - zwróciła się do Marli i przyłożyła do rany kobiety zmoczoną ściereczkę. 

Przecierała  zadrapania,  oczyszczała  zranienia,  przez  cały  czas  przemawiając  do  niej 

łagodnie.  Mówiła  o  dzieciach  Marli,  o  jej  nowo  narodzonej  córeczce.  Kiedy  Marla  zaczęła 

odpowiadać, usiadła i wzięła ją za rękę. 

- Są takie miejsca, gdzie mogłabyś pójść - tłumaczyła. - Byłabyś tam bezpieczna, ty i 

dzieci. 

- Musi zawiadomić policję - upierał się Nick. Mimo poirytowania tulił do siebie śpiącą 

dziewczynkę. 

- Zgadzam się z nim. - Freddie wzięła kawałek lodu i podała Marli. - Ale rozumiem, 

ż

e się boisz. Tylko pamiętaj, że oni znajdą ci schronisko dla samotnych matek. 

- Nick mówił, że powinnam już dawno zgłosić się na policję, ale myślałam, że sama 

sobie poradzę. 

- Każdy czasem potrzebuje pomocy. 

Marla przymknęła oczy i próbowała wykrzesać z siebie choćby odrobinę odwagi. 

background image

-  Nie  mogę  pozwolić,  żeby  krzywdził  moje  dzieci.  Jeżeli  powiesz,  że  mam  pójść  na 

policję, to pójdę - zwróciła się do Nicka. 

To  było  więcej,  niż  się  spodziewał.  Wiedział,  że  decyzję  Marli  zawdzięcza  w  dużej 

mierze Freddie. 

- Fred, na dole przy telefonie jest numer. Zapisany pod „Karen”. Zadzwoń tam, poproś 

ją do telefonu i wyjaśnij, o co chodzi. 

- Dobrze. - Gdy wychodziła, znowu usłyszała płacz Marli. 

Już  prawie  wszystko  uzgodniła,  gdy  wszedł  Nick.  Przez  chwilę  ją  obserwował, 

szczupłą zgrabną kobietę w eleganckiej sukni. 

- Muszę cię jeszcze wykorzystać, Fred - powiedział. - Przykro mi, że ten wieczór nam 

się nie udał, ale to jeszcze nie koniec. 

- W porządku, ale nie bardzo wiem, o co ci chodzi. Och, Nick, jak mi żal tej kobiety. 

-  Chciałbym,  żebyś  ją  zawiozła  do  schroniska  dla  samotnych  matek.  Mężczyzna  nie 

powinien  jej  tam  towarzyszyć.  Trudno  się  dziwić.  A  ja  byłbym  spokojniejszy,  wiedząc,  że 

pomożesz jej się tam jakoś urządzić. 

- Oczywiście, pojadę z przyjemnością. Wrócę... 

- Nie, jedź potem do domu - rzekł rozkazującym tonem. - Jak wszystko załatwisz, jedź 

do domu. Ja mam jeszcze coś do zrobienia. 

- Ale Nick... 

- Nie mam czasu na dyskusje - uciął i wyszedł, zatrzaskując za sobą drzwi. 

Miał  coś  do  załatwienia.  Przypuszczał,  że  niewiele  czasu  zajmie  mu  odnalezienie 

swego dawnego szefa gangu. Reece wciąż obracał się w tych samych rewirach co przed laty, 

kiedy  byli  nastolatkami.  Przemierzał  te  same  ulice  i  te  same  podejrzane  spelunki,  gdzie  za 

parę dolarów każdy mógł kupić narkotyk, alkohol czy kobietę. 

Znalazł Reece'a pochylonego nad szklanką whisky kilka przecznic od swego baru. W 

pomieszczeniu  panował  półmrok.  Powietrze  było  przesycone  dymem  i  wonią  tłuszczu, 

podłoga  zasypana  niedopałkami  i  łupinami  orzeszków.  Wódka  była  tu  tania  i  dostępna  w 

każdej ilości. 

- Reece - zwrócił się do samotnego mężczyzny, który przycupnął przy końcu baru ze 

wzrokiem utkwionym w szklance. 

Przytył  w  ciągu  tych  lat,  ale  nie  były  to  mięśnie  wyrobione  w  czasie  ćwiczeń,  lecz 

obrzęk opilczy. 

Mężczyzna powoli obrócił się na stołku i szyderczo spojrzał na Nicka. 

background image

- Kogóż to ja widzę - odezwał się. -  O ile mnie wzrok nie myli, to sam  LeBeck,  we 

własnej  osobie.  Gus,  podaj  mojemu  przyjacielowi  drinka  jak  dżentelmenowi,  a  mnie  dolej. 

Zapisz na jego rachunek. - Ta myśl tak go rozbawiła, że omal nie stoczył się ze stołka. 

- Oszczędź sobie - zwrócił się Nick do barmana. 

- Cóż to, nie napijesz się ze starym przyjacielem, LeBeck? Nie zasługuję na to, co? 

- Nie piję z ludźmi, którzy do mnie strzelają. 

- Ejże, nie mierzyłem w ciebie. - Reece postawił na kontuarze szklankę i pchnął ją w 

kierunku barmana, sygnalizując, by mu ją napełnił. - I odsiedziałem swoje, zapomniałeś? Pięć 

lat, trzy miesiące, dziesięć dni. - Wyjął pogniecioną paczkę papierosów i wyciągnął jednego 

zębami. - Wciąż wkurzony o Marlę? Ona zawsze na mnie leciała, stary. Do diabła, obrabia-

łem ją, a ty myślałeś, że jest tylko twoja. 

- Mądrzy ludzie powiadają, że co było, a nie jest... Ale ty nigdy nie byłeś za mądry. A 

co do Marli, to musimy pogadać. Tu i teraz. 

- To moja kobieta i mój biznes. Taka jest prawda. 

- Może była. - Nick pochylił się nad Reece'em. Oczy pałały mu gniewem. - Nie waż 

się do niej zbliżyć - ostrzegł. - Nigdy więcej. Jeśli to zrobisz, zabiję cię - rzekł spokojnie, lecz 

na tyle dobitnie, że barman sięgnął po ukryty pod blatem pistolet. 

Reece tylko parsknął. Pamiętał Nicka sprzed lat. Nigdy nie rzucał słów na wiatr. 

- Ta suka znowu poleciała do ciebie? 

- Sądzisz, że nic takiego się nie stało, co? Rozerwana warga, parę zadrapań, to mało? 

Tym razem nie musiała jechać do szpitala. 

- Mężczyzna ma prawo pokazać babie, kto tu rządzi. - Reece wypił duży łyk whisky. - 

Sama się o to prosiła. Wiedziała, że nie chcę tego bachora, Do diabła, ten pierwszy nawet nie 

jest mój, ale go wziąłem, co nie? Wziąłem ją i tego bękarta. No to nie gadaj mi, że nie mogę 

nauczyć mojej starej rozumu. 

-  Nie  zamierzam  ci  nic  mówić.  Zamierzam  ci  pokazać.  -  Nick  wstał  z  krzesła,  - 

Podnieś się, Reece. 

Oczy Reece'a pociemniały na myśl o bójce i krwi. 

- Chcesz się bić, bracie? - spytał. 

-  Wstawaj  -  powtórzył  Nick.  Widząc,  że  barman  umyka  poza  zasięg  jego  wzroku, 

Nick sięgnął po portfel. Wyjął parę banknotów i rzucił je na blat. - To powinno pokryć straty. 

Barman chwycił pieniądze, przeliczył je i skinął głową. 

- Nie ma problemu - powiedział. 

background image

- Prosisz się, żeby ci dołożyć, LeBeck. - Reece zsunął się ze stołka. - No to dalej, do 

roboty. 

Gdy  pokazała  się  pierwsza  krew,  kelnerka  wymknęła  się  na  zewnątrz.  Kilku  gości 

okrążyło ich, spodziewając się niezłej zabawy. 

Może Reece i był pijany, ale alkohol dodał mu tylko chęci walki. Jego potężna pięść 

trafiła  Nicka  w  skroń,  druga  w  żołądek.  Nickowi  pociemniało  w  oczach.  Skulił  się  na 

moment, ale gdy się z powrotem wyprostował, uderzył Reece'a prosto w szczękę. Bił go teraz 

metodycznie, wymierzając cios za ciosem. Z nosa Reece'a trysnęła krew. Oparł się ciężko o 

stół, omal go nie przewracając. 

Targany furią, rzucił się na Nicka jak wściekły byk, uderzając raz głową, raz pięścią. 

Nick  starał  się  uchylać  przed  ciosami.  Zapędzony  w  kąt,  nie  miał  jednak  dużej  możliwości 

manewru.  Gdy  Reece  pchnął  go  całym  sobą  Nick  upadł  i  niemal  natychmiast  poczuł  ręce 

Reece'a  zaciskające  się  na  gardle.  Z  trudem  łapał  powietrze.  Zdesperowany,  doprowadzony 

do ostateczności, walczył jak lew, starając się wyswobodzić z uścisku przeciwnika. 

W końcu udało mu się  go obezwładnić. Pochylił  się nad nim i w zapamiętaniu dalej 

okładał  go  pięściami.  Twarz  Reece'a  pokryła  się  krwią  Nick,  zaślepiony  nienawiścią,  stracił 

nad sobą kontrolę. Atakował, mimo że przeciwnik już nie bronił się, nie poruszał. 

- Dość. - Barman i dwóch gości odciągnęło go od leżącego na podłodze Reece'a. - Nie 

chcę, żeby ktokolwiek został w moim barze pobity na śmierć. Zrobiłeś, po co przyszedłeś, a 

teraz się wynoś. 

Nick wstał i wierzchem dłoni otarł z twarzy krew. 

-  Powiedz  mu,  że  jak  jeszcze  raz  podniesie  rękę  na  kobietę,  to  dokończę  to,  co 

zacząłem. 

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

Freddie  odwiozła  Marlę  z  dziećmi  do  schroniska  dla  samotnych  matek.  W  drodze 

powrotnej zastanawiała się nad wydarzeniami dnia. Bóg jej świadkiem, że była wykończona 

fizycznie  i  psychicznie  jak  jeszcze  nigdy  w  życiu.  Nie  widziała  całego  schroniska,  weszła 

zaledwie  do  holu,  ale  od  razu  zorientowała  się,  że  to  miejsce  nie  było  bezduszną  instytucją 

socjalną,  w  której  człowiek  czułby  się  zagubiony  i  samotny.  Nick  dokonał  właściwego 

wyboru. 

Na  ścianach  wisiały  rysunki  dzieci,  niewielki  pokój  dzienny,  do  którego  zajrzała  z 

holu,  był  urządzony  skromnie,  ale  wygodnie.  Kobieta,  która  ich  przyjęła,  wyglądała  co 

prawda na zmęczoną, ale miała miły, kojący głos. Ostatni widok, jaki Freddie zapamiętała, to 

Marla prowadzona przez nią na górę. Kobieta, pochylona, mówiła coś do niej półgłosem. 

Zastanawiała  się,  czy  wracać  do  domu.  Mimo  że  Nick  na  to  nalegał,  skierowała  się 

jednak do baru, by na niego zaczekać. 

-  Spodziewałem  się,  że  wrócisz  -  powiedział  Rio  na  jej  widok.  -  Marla  i  dzieci  są 

bezpieczne? - upewnił się. 

-  Tak.  -  Usiadła  przy  stole  i  odetchnęła  z  ulgą.  Wydaje  mi  się,  że  to  odpowiednie 

miejsce. Będzie się tam dobrze czuła. Myślę, że ona nawet sobie nie uświadamiała, gdzie się 

znalazła. Po prostu poszła za mną tam, gdzie ją zaprowadziłam. 

-  Zrobiłaś  wszystko,  co  mogłaś.  -  Rio  postawił  przed  nią  talerz.  -  A  teraz  coś  zjedz. 

Musisz być głodna jak wilk. 

-  Pewnie,  że  zjem.  -  Freddie  wzięła  widelec  i  nabrała  kawałek  kurczaka  z  ryżem.  - 

Kim jest ta kobieta, Rio? 

- Kiedyś była dobrą znajomą Nicka, ale kiedy przeniósł się tutaj z Zackiem i Rachel, 

przestali się widywać. Kiedy zaszła w ciążę pierwszy raz, jej rodzina wyrzuciła ją z domu. 

- Straszne - oburzyła się Freddie. - Jak ludzie mogą być tak bez serca? A co z ojcem 

chłopca? 

- Myślę, że ani ona, ani Carlo w ogóle go nie obchodzili. - Rio wzruszył ramionami. - 

W każdym razie to nie jest chłopak Nicka. 

-  Nie  musisz  mi  tego  mówić,  Rio.  Nick  nigdy  by  ich  nie  zostawił  bez  opieki.  - 

Odłożyła widelec i potarła ręką twarz. - Czy ten mężczyzna, który jej to zrobił, który ją pobił, 

to ojciec Carla? 

background image

- Nie. Dopiero cztery lata temu się z nim związała. Kiedy chłopiec się urodził, siedział 

za kratkami. 

- Prawdziwy książę z bajki. 

-  O,  Reece  to  wspaniały  sukinsyn,  nie  ma  co  mówić.  -  Zamiast  kawy,  której  się 

spodziewała, Rio postawił przed nią filiżankę ziołowej herbaty. - Mam wrażenie, że to imię 

nic ci nie mówi? 

-  Skąd.  A  powinno?  -  Freddie  zesztywniała.  Wypiła  łyk  herbaty.  -  Rumiankowa.  - 

Uśmiechnęła się mimo woli. 

-  Mało  brakowało,  a  zabiłby  Nicka  -  wyjaśnił  Rio.  Ciemne  oczy  pociemniały  mu 

jeszcze  bardziej.  -  Jakieś  dziesięć  lat  temu  wpadł  tutaj  z  paroma  chłopakami  ze  swojego 

gangu, wszyscy uzbrojeni po zęby. Chcieli tu wszystko splądrować i zabić Zacka. 

- Ach tak, wiem. - Krew napłynęła jej do twarzy. - Nick odepchnął Zacka... 

- I kula trafiła w niego - dokończył Rio. - Myślałem, że już po nim. Ale on jest twardy. 

O tak, Nick zawsze był twardy. 

Bardzo powoli, jakby się bała, że rozleci się na kawałki, Freddie wstała z krzesła. 

- Gdzie on jest, Rio? - spytała. - Gdzie jest Nick? Mógł skłamać, ale postanowił być z 

nią szczery. 

- Myślę, że poszedł szukać Reece'a. I myślę, że go znalazł. 

Freddie z trudem łapała oddech. 

- Musimy dać znać Zackowi. Musimy... 

- Zack już wie. Poszedł go szukać. Aleks też. - Położył jej na ramieniu ciężką dłoń. - 

Teraz nie pozostaje nam nic innego, jak czekać, złotko. 

W  końcu  poszła  na  górę  do  mieszkania  Nicka.  Przemierzała  je  nerwowo  wzdłuż  i 

wszerz.  Każdy  dźwięk  dochodzący  z  ulicy  czy  z  baru  na  dole  sprawiał,  że  zaczynało 

brakować jej tchu, a serce biło jak oszalałe. Każde wycie syreny przyprawiało ją o dreszcze. 

Nick jest twardy. Nick był zawsze twardy... 

Nie obchodziło jej, czy jest twardy i jak bardzo. Chciała, żeby był już w domu, cały i 

zdrowy. 

Nękana  koszmarnymi  obrazami,  jakie  podsuwała  jej  wyobraźnia,  postanowiła  czymś 

się zająć. Zaczęła sprzątać. Najpierw starła kurze, potem zabrała się do podłogi. Właśnie na 

klęczkach  szorowała  posadzkę  w  kuchni,  gdy  usłyszała  kroki  na  schodach.  Zerwała  się  na 

równe nogi i pobiegła do drzwi. 

- Nick, o Boże, Nick. - Z okrzykiem ulgi rzuciła mu się na szyję. 

background image

Pozwolił  jej  tulić  się  do  siebie  przez  chwilę,  choć  każde  dotknięcie  sprawiało  mu 

ogromny ból. Wreszcie ją odsunął. 

- Mówiłem, że masz iść do domu - powiedział. 

- Nie obchodzi mnie, co mówiłeś. O Boże, jesteś ranny. 

Ulga ustąpiła miejsca przerażeniu. Nick miał zakrwawioną twarz, opuchnięte powieki, 

ubranie podarte i naznaczone plamami krwi. 

- Musisz pojechać na pogotowie - powiedziała. 

- Nie potrzebuję pieprzonego pogotowia. - Zachwiał się na nogach i osunął na fotel. I 

modlił  się  w  duchu  do  wszystkich  znanych  sobie  bogów,  by  nie  zemdleć.  -  Daj  mi  spokój, 

Fred. Mam już dość. Najpierw Zack, teraz ty. Idź do domu. Zostaw mnie. 

Wiedziała, co ma robić. Poszła do łazienki i wyjęła z apteczki wszystko, co mogło się 

przydać  w  tej  sytuacji.  Wyposażona  w  środek  odkażający,  bandaż,  plastry  i  ubranie,  które 

zdjęła ze sznura, wróciła do pokoju. Zastała go na fotelu w takiej samej pozycji, w jakiej go 

zostawiła. 

Zerknął  na  nią  i  gdyby  nie  to,  że  każdy  najmniejszy  ruch  sprawiał  mu 

niewypowiedziany ból, byłby wyraził swe oburzenie odpowiednią mimiką. 

- Nie potrzebuję niańki - mruknął. 

- Siedź cicho. Nie zamierzam cię niańczyć, tylko doprowadzić do jako takiego stanu. - 

Głos  jej  drżał,  ale  przecierała  mu  rany  pewnymi  ruchami.  -  Wyobrażam  sobie,  jak  wygląda 

ten drugi - powiedziała. - Po co go szukałeś? 

- To moja sprawa. Ona kiedyś coś dla mnie znaczyła. - Syknął, gdy przycisnęła mu do 

nabrzmiałej  powieki  zimny  kompres.  -  A  nawet  gdybym  nigdy  przedtem  jej  nie  widział,  to 

każdy facet, który bije kobietę i porzuca dzieci, zasługuje na to, żeby dać mu w mordę. 

- Zgadzam się z twoją opinią, ale nie pochwalam metod. Nie tędy droga, Nick. 

Zaklął pod nosem. 

- Zmykaj, Fred, do domu, słyszysz? Nie chcę cię tu widzieć. 

- Ani myślę. - Próbowała się pocieszać, że rany na jego twarzy nie są na tyle głębokie, 

by  trzeba  było  zakładać  szwy.  A  gdy  zobaczyła  jego  ręce,  ogarnęła  ją  furia.  -  Patrz,  co 

zrobiłeś z rękami. Ty idioto! Dlaczego nie używasz rozumu zamiast mięśni? 

Omal  się  nie  rozpłakała  ze  złości.  Jego  piękne  dłonie  artysty  były  opuchnięte  i 

pokrwawione. Formowały się już na nich czarne strupy. 

- Parę razy trafiły w jego zęby - wyjaśnił. 

-  To  właśnie  cały  ty!  Czyż  to  nie  typowe?  Pierwsza  zasada  działania  Nicholasa 

LeBecka. Jeśli nie możesz rozwiązać problemu, załatw go pięściami. 

background image

- Przykładała mu do dłoni zimne kompresy. - Powinieneś był wezwać Aleksija. 

-  Nie  denerwuj  mnie,  Fred.  Słyszałaś,  co  ona  mówiła.  Wdziałaś  ją.  Ona  nie  złoży 

skargi, nie będzie zeznawać. 

- Przecież jest w schronisku razem z dziećmi. Nic jej już nie grozi. 

- A jemu miało ujść na sucho, co? Nie tym razem. 

- Nick spróbował zgiąć  palce.  Były sztywne i obolałe, ale najbardziej dawała mu się 

we znaki klatka piersiowa. Freddie jeszcze jej nie widziała. - Kiedyś próbował zabić mi brata 

i  dostał  za  to  niecałe  sześć  lat.  Prawo  twierdzi,  że  jest  zresocjalizowany,  a  więc  wychodzi  i 

zaczyna  maltretować  Marlę.  Wynaturzone  prawo.  Moje  prawo  to  pięść,  a  ona  nigdy  nie 

zawodzi. 

- Kiedyś o mało cię nie zabił. - Wargi jej drżały, oczy zwilgotniały. - Mógł to zrobić 

teraz. 

- Ale nie zrobił. A teraz w tył zwrot. 

Z  najwyższym  trudem  stanął  na  nogach  i  powlókł  się  do  kuchni.  Wyjął  z  szafki 

aspirynę, ale obolałymi dłońmi nie był w stanie odkręcić buteleczki. 

Freddie  wzięła  zesztywniałymi  rękami  buteleczkę,  otworzyła  ją  i  postawiła  na  stole. 

Nalała mu szklankę wody. 

- Dokąd, Nick? - spytała, panując nad głosem. - Dokąd mam zrobić ten w tył zwrot? 

Nick stał w miejscu. Oparł ręce o blat, ciało pulsowało mu z bólu. 

-  Nie  mogę  teraz  o  tym  mówić.  Jeśli  chcesz  coś  dla  mnie  zrobić,  to  idź  do  domu. 

Zostaw mnie samego. Nie chcę cię tutaj widzieć. 

-  Dobrze.  Powinnam  wiedzieć,  że  samotny  wilk  wycofuje  się  na  swoje  legowisko, 

ż

eby lizać rany. A więc bywaj. - Odwróciła się na pięcie i poszła do drzwi. 

Była już w połowie pokoju, gdy wszedł Zack. Nie zatrzymała się. Ocierając wilgotny 

policzek, szybko wybiegła na schody. 

- Uważaj - rzuciła tylko. - Jest wściekły. 

- Freddie... - zaczął, ale jej już nie było. Wszedł do kuchni. - Coś ty jej zrobił? - spytał. 

- Dlaczego płacze? 

Nick zaklął i wysypał na stół cztery tabletki aspiryny. 

-  Daj  mi  spokój,  Zack.  -  Skrzywił  się,  przełykając  lekarstwo.  -  Nie  jestem  w 

towarzyskim nastroju. 

- Nie przychodzę tu do towarzystwa. Siadaj, do cholery, zanim się przewrócisz. 

To  w  każdym  razie  był  rozsądny  pomysł.  Nick  ostrożnie  podszedł  do  krzesła  i  z 

dużym trudem usiadł. 

background image

Zack obrzucił go uważnym wzrokiem. Widać rękę Freddie, stwierdził z uznaniem, ale 

mimo to jego brat wciąż przypomina worek treningowy. 

- Dołożył ci, co? 

- On też dostał swoje. 

- Zdejmuj te strzępy koszuli. Zobaczymy, jak wyglądasz. 

- Nie interesuje mnie. - Nie miał jednak siły, by się opierać, gdy Zack zaczął ściągać z 

niego  podarty  materiał.  Głuchy  jęk  i  głośne  przekleństwo  potwierdziły  najgorsze 

przypuszczenia Nicka. - Aż tak źle? - zapytał. 

- Do diabła, Nick. Musiałeś szukać sobie kłopotów? Nieźle cię załatwił. 

-  Nie  musiałem  szukać  daleko.  -  Podniósł  wzrok,  napotkał  spojrzenie  Zacka.  -  Od 

dawna się na to zbierało. W końcu sprawa została załatwiona. 

Zack tylko kiwnął głową, zaczął otwierać szafy. 

- Masz gdzieś tę maść? - spytał. 

- Chyba tak. Może pod zlewem. 

Zack znalazł maść i zabrał się do kończenia tego, co zaczęła Freddie. 

- Jutro będziesz się czuł jeszcze gorzej - zauważył. 

- Dzięki za informację. Właśnie to chciałem usłyszeć. Możesz mi dać papierosa? 

Zack wyjął z paczki papierosa, zapalił go i włożył w opuchniętą dłoń Nicka. 

- Mam nadzieję, że tamten wygląda podobnie - powiedział. 

- Dużo gorzej. Szkoda, że go nie widziałeś. 

-  To  jest  coś  -  mruknął  Zack.  -  Dziwię  się,  że  miałeś  jeszcze  energię  na  walkę  z 

Freddie. 

-  Nie  walczyłem  z  nią.  Po  prostu  chciałem  się  jej  pozbyć.  Nie  powinna  tu  być.  Nie 

powinna mieć z tym nic wspólnego. 

- Może i nie. Ale mam wrażenie, że potrafiłaby się z tym pogodzić. 

Po dwóch dniach, w czasie których starał się jej unikać, była już pewna, że Nick wciąż 

liże swoje rany. Po raz kolejny odchodziła spod drzwi jego mieszkania. Nie spodziewała się, 

ż

e będą zamknięte na klucz. Jedyną pociechę stanowiło zapewnienie Zacka, że Nick dochodzi 

do siebie. 

Była już zmęczona zamartwianiem się o niego. A ponieważ ze względu na stan jego 

poranionych dłoni nie mogli pracować, znalazła inne sposoby wypełniania sobie czasu. 

Dużą  radość  sprawiały  jej  odwiedziny  w  schronisku.  Kupowała  zabawki  dla  dzieci, 

rozmawiała z matkami. Marla wciąż wydawała się zdenerwowana i spięta, ale dzieci już się 

background image

uspokoiły  i  odzyskały  formę.  Prawdziwe  szczęście  Freddie  odczuła  w  dniu,  gdy  smutny 

zwykle Carlo po raz pierwszy się do niej uśmiechnął. 

Czas,  pomyślała.  Oni  tylko  potrzebują  czasu  i  serdecznej  troski.  A  czego  potrzebuje 

Nick? 

Najwyraźniej  nie  Freddie  Kimball.  W  każdym  razie  nie  teraz.  Pozwoli  mu  zatem  od 

siebie  odpocząć,  skoro  tego  chce,  ale  prędzej  czy  później  to  ona  rozchoruje  się  od  tego 

trzymania się na uboczu i wyczekiwania. 

Miłość nie powinna być tak skomplikowana, pomyślała, wracając do domu. Wszystko 

wydawało się jej takie proste, kiedy opuszczała dom w zachodniej Wirginii, by wyjechać do 

Nowego  Jorku.  Wszystko,  co  planowała  i  o  czym  marzyła,  pomału  nabierało  realnych 

kształtów. A teraz, z powodu jakiegoś odprysku z przeszłości Nicka, to wszystko zaczęło się 

walić. 

Westchnęła  i  otworzyła  drzwi  do  swego  budynku.  Nagłe  szturchnięcie  w  plecy 

sprawiło, że się potknęła. Upadłaby, gdyby czyjeś ręce nie objęły jej w porę i nie szarpnęły do 

tyłu. 

- Idź naprzód - usłyszała męski głos. - I bądź cicho. Czujesz? To nóż. Nie chciałbym 

go użyć. 

Spokojnie, powiedziała sobie. Nie wpadaj w panikę. Przecież jest dzień. 

- Mam pieniądze w torebce - powiedziała. - Weź. 

- Pogadamy o tym. Otwórz windę. 

Sama  myśl  o  pozostaniu  z  nim  sam  na  sam  w zamknięciu  sprawiła,  że  usiłowała  się 

wyrwać. Krzyknęła głośno, gdy poczuła ukłucie ostrza. 

- Otwórz windę albo cię załatwię. 

Usiłując  zachować  choć  trochę  trzeźwości  umysłu,  uwolnić  się  od  paniki,  która 

przyprawiała  ją  o  dreszcze,  wykonała  polecenie.  Kiedy  tylko  znaleźli  się  w  środku  i  winda 

ruszyła, przesunął się w bok i wtedy go zobaczyła. 

Szczupła twarz, szkliste oczy. To był mężczyzna, którego Nick nazywał Jackiem. 

-  Jesteś  przyjacielem  Nicka.  -  Usiłowała  mówić  spokojnie.  -  Byłam  z  nim  wtedy, 

kiedy dał ci pieniądze. Jeśli potrzebujesz więcej, dostaniesz ode mnie. 

- Dostanę od ciebie coś więcej niż pieniądze. - Jack podniósł nóż i przyłożył ostrze do 

jej policzka. - To sprawa honoru, dziecinko. 

- Nie rozumiem. - Jej nadzieja, że będzie mogła wypaść z krzykiem z windy, zanim on 

wysiądzie, rozwiała się, gdy wykręcił jej rękę do tyłu i mocno przytrzymał. 

background image

-  Ani  słowa  -  ostrzegł.  -  Idziemy  prosto  do  ciebie,  a  ja  wiem,  które  to  mieszkanie. 

Widziałem z dołu, jak zapalałaś światło. Otworzysz drzwi i wejdziemy do środka. 

- Nick nie chciałby, żebyś mnie skrzywdził. 

-  Tym  gorzej  dla  niego.  Nie  wyjmuj  z  torebki  niczego  oprócz  kluczy,  mała,  bo 

pożałujesz. 

Wyjęła  klucze  i  zaczęła  otwierać  kolejne  zamki.  Robiła  to  bardzo  powoli.  Miała 

nadzieję, że jeśli postoją tu dłużej, ktoś nadejdzie, ktoś przyjdzie jej z pomocą. 

- Ruszaj się. - Jack silniej wykręcił jej ramię. Pisnęła z bólu. Otworzyła ostatni zamek. 

Wepchnął ją do środka. Był spocony. - Nareszcie, tylko ty i ja - powiedział, popychając ją na 

fotel. - Nick nie powinien był szukać Reece'a. Kto raz znajdzie się w Kobrze, zostaje w niej 

na zawsze. 

-  To  Reece  kazał  ci  to  zrobić.  -  Rozbłysła  w  niej  nowa  iskierka  nadziei.  -  Jack,  nie 

musisz spełniać jego rozkazów. On cię wykorzystuje, traktuje jak narzędzie. 

- Reece jest moim przyjacielem, moim bratem. 

-  Oczy  błyszczały  mu  nienaturalnie.  -  Inni  zapominają,  jak  to  było  w  dawnych 

czasach, ale nie Reece. On dochowuje wierności. 

Freddie  mogłaby  czuć  litość  -  na  pewno  ten  mężczyzna  był  żałosny  i  zasługiwał  na 

litość - gdyby nie paraliżujący strach. 

- Jeśli coś mi zrobisz, tylko ty za to zapłacisz - ostrzegła. - Nie Reece. 

- Nie martw się o mnie. Ściągaj kieckę. 

Strach aż krzyczał z jej oczu. Jack wyszczerzył zęby w szyderczym uśmiechu. Był na 

haju. Zrobił użytek z pieniędzy, jakie dostał od Reece'a, i kupił sobie solidną porcję koki. 

- Najpierw się trochę zabawimy. Rozbieraj się, mała. Mam wrażenie, że Nick znalazł 

już sobie inną zabawkę. 

Zgwałci  mnie,  pomyślała,  i  chociaż  było  to  odrażające,  czuła,  że  przeżyje  jego  atak. 

Intuicyjnie wiedziała jednak, że on wcale nie chce, by przeżyła. Zgwałci ją, a później zabije. 

I będzie miał w tym przyjemność. 

- Proszę cię, zostaw mnie - błagała, starając się zyskać na czasie. 

- Będziesz dla mnie miła, to nic ci nie zrobię. 

- Oblizał wargi. - Wstawaj i rozbieraj się albo cię pochlastam. 

- Proszę, nie - powtórzyła, zbierając się w sobie. Będzie musiała działać szybko. Jeśli 

będzie miała szczęście, uda się. Musi spróbować, drugiej szansy już nie będzie. - Zrobię, co 

zechcesz. Wszystko - zapewniła. 

- Pewno, wstawaj. 

background image

Pogroził jej nożem. Zerknęła w kierunku drzwi do sypialni. Jack był na tyle głupi, by 

podążyć za jej wzrokiem. 

I wtedy zerwała się i rzuciła na niego. 

Klucze, których jej nie odebrał, trzymała kurczowo w zaciśniętej dłoni jak kastet. Bez 

chwili wahania uderzyła go nimi prosto w oczy. 

Krzyknął  z  bólu.  Nigdy  nie  słyszała  mężczyzny  tak  krzyczącego,  dziko  i  obłędnie. 

Jedną  rękę  przycisnął  do  oczu,  drugą  na  oślep  wymachiwał  nożem.  Freddie  wykorzystała 

moment, chwyciła swoją cenną lampę secesyjną, zamachnęła się i z całej siły uderzyła go w 

głowę. 

Nóż  wypadł  mu  z  ręki,  kiedy  osuwał  się  na  podłogę.  Z  trudem  łapiąc  powietrze, 

podeszła do telefonu. Podniosła słuchawkę i wybrała numer. 

- Wujek Aleks? Potrzebuję pomocy - powiedziała. 

Nie  zemdlała.  Wciąż  jeszcze  drżała  z  przerażenia,  ale  zgodnie  z  poleceniem  Aleksa 

wyszła z mieszkania. Stała przed domem, gdy zajechał pierwszy wóz policyjny. 

W trzydzieści sekund później na miejscu był już Aleks. 

-  Wszystko  w  porządku?  Nic  ci  nie  jest?  -  Objął ją  i  wtulił  twarz  w  jej  włosy.  -  Nie 

zrobił ci krzywdy? 

- Nie, nic mi nie jest. Tylko kręci mi się w głowie. 

- Siadaj, dziecko. Tutaj. - Pomógł jej wejść na schody przed domem. - Głowa między 

kolana.  Byłaś  bardzo  dzielna  -  rzekł  z  uznaniem.  -  Idźcie  na  górę  -  zwrócił  się  do  swoich 

ludzi.  -  Zabierzcie  tego  sukinsyna  z  mieszkania  mojej  siostrzenicy.  Aresztujcie  go  pod 

zarzutem  napadu  z  zamiarem  gwałtu  i  zabójstwa.  Zmierzcie  jego  nóż.  Jeśli  przekracza 

dozwolony limit, dodajcie zarzut o nielegalne posiadanie broni. 

- Mówił, że Reece kazał mu to zrobić - rzekła Freddie martwym głosem. 

- Nie martw się, już my się tym zajmiemy.  Zawiozę cię na pogotowie.  Nie zostawię 

cię tu samej. 

- Po co na pogotowie? - Podniosła na niego wzrok. Nie kręciło jej się już w głowie, ale 

wciąż  była  oszołomiona.  -  Tylko  lekko  mnie  drasnął  -  powiedziała.  Dotknęła  delikatnie 

palcami boku i popatrzyła w milczeniu na czerwony ślad. 

Błyskawicznie osunęła się w ramiona Aleksa. 

- Na pogotowie - powtórzył. 

,  -  Nie,  proszę.  Rana  nie  jest  głęboka.  Trochę  piecze,  ale  już  prawie  nie  krwawi. 

Trzeba ją tylko opatrzyć. 

background image

W  tym  momencie  zgodziłby  się  na  wszystko.  Wciąż  ją  podtrzymując,  patrzył  na 

dwóch mężczyzn wyprowadzających utykającego i krwawiącego Jacka. 

Nie  mógłby  zabrać  jej  z  powrotem  na  górę,  pomyślał.  Chciał,  żeby  znalazła  się  jak 

najdalej od tego miejsca. 

- Dobrze, dziecko. Bar Zacka jest niedaleko. Zawiozę cię tam i zobaczymy, co się da 

zrobić. Jeśli rana mi się nie spodoba, zabiorę cię na pogotowie. 

-  Zgoda.  -  Oparła  głowę  o  jego  ramię.  Nagle  uzmysłowiła  sobie,  że  pragnie  tylko 

jednego: porządnie się wyspać. 

- Ten bydlak potrzebuje doktora - powiedział jeden z policjantów do Aleksa. 

-  To  go  zawieź  i  dopilnuj,  żeby  zrobiono,  co  trzeba.  Nie  chcę  mieć  z  nim  potem 

kłopotów, jak go zamknę. 

Z  krótkiej  jazdy  do  baru  Zacka  Freddie  zapamiętała  jedynie  kojący  głos  Aleksa. 

Przypominał jej głos ojca, kiedy była mała i chorowała na ospę. 

- Wujku, nie dałam się skrzywdzić - powiedziała. 

- Nie, dziecinko, byłaś bardzo dzielna. Ale pozwól, że teraz ja się tobą zaopiekuję. 

Kiedy weszli do kuchni, Rio wydał okrzyk przerażenia. 

-  Siadaj  tutaj!  Siadaj!  -  mówił.  -  Kto  zranił  moją  małą  dziewczynkę?  Kto  to  zrobił? 

Nick! - zawołał, nie dając Aleksowi i Freddie czasu na odpowiedź. - Gdzież się podziewa ten 

osioł? - Otworzył drzwi do sali. - Zack, przynieś mi tu zaraz brandy! - zawołał w stronę baru. 

- Bądź spokojna, złotko - zwrócił się do Freddie, ściszając głos o parę decybeli. 

- Nic mi nie jest, Rio, naprawdę - zapewniała go, przyciskając twarz do jego szerokiej 

dłoni. 

-  Wydaje  się  powierzchowna  -  orzekł  Aleks,  obejrzawszy  ranę.  Spodziewał  się 

najgorszego, kiedy podciągnął bluzkę, żeby obejrzeć skaleczenie. - Sami się z tym uporamy - 

dodał. 

-  Co  tu  się,  u  diabła,  dzieje?  -  Zack,  zaalarmowany  głośnymi  okrzykami,  wszedł, 

niosąc  butelkę  brandy.  Jedno  spojrzenie  na  Freddie  wystarczyło,  by  natychmiast  przykląkł 

obok Aleksa. 

-  Pozwólcie  jej  odetchnąć.  Odsuńcie  się  trochę.  -  Rio  wziął  butelkę  i  nalał  pełny 

kieliszek. - Wypij to, Freddie. 

Posłuchałaby  go,  gdyby  w  tym  momencie  w  kuchni  nie  zjawił  się  Nick.  Jego 

opuchnięte oczy wyglądały jak dwie szparki, rany i sińce na twarzy prezentowały się w całej 

okazałości. 

Na widok Freddie cała krew spłynęła mu do stóp. 

background image

- Co się stało? Miałaś wypadek? - spytał przerażony. 

Chwycił ją za rękę tak mocno, że omal nie zmiażdżył jej kości. 

- Zaczekaj chwilę - ofuknął go Aleks. - Wypij brandy, Freddie. Rozluźnij się. 

- Nic mi nie jest - zaprotestowała, ale kieliszek brandy wyrwał ją z otępienia i sprawił, 

ż

e zaczęła nerwowo drżeć. 

-  Czy  to  krew?  -  Nick  ze  zgrozą  wpatrywał  się  w  plamę  na  jej  bluzce.  -  Na  litość 

boską, ona krwawi. 

- Zajmiemy się tym. - Aleks wziął środek dezynfekcyjny, który podał mu Rio, i zaczął 

delikatnie  przecierać  ranę.  -  Zabieram  cię  do  nas,  Freddie.  Jak  się  lepiej  poczujesz,  złożysz 

zeznanie. 

- Mogę to zrobić teraz. Nawet wolę. 

-  Co  to  znaczy:  zeznanie?  Zostałaś  napadnięta?  -  dopytywał  się  Nick.  -  Do  diabła, 

Freddie, ile razy ci mówiłem, żebyś uważała? 

-  Nie  została  napadnięta  -  westchnął  Aleks.  -  Twojego  starego  kumpla  Jacka  nie 

interesowały jej pieniądze. 

Nick zbladł jak chusta, puścił rękę Freddie i cofnął się o krok. 

- Jack... - W jego głosie była furia, oczy ciskały błyskawice. - Gdzie on jest? 

-  W  areszcie.  A  raczej  to,  co  z  niego  zostało.  - Aleks  przeciągnął  dłonią  po  włosach 

Freddie,  wyjął notatnik i przybrał bardziej oficjalny ton. - Opowiedz wszystko od początku, 

wszystko, co zapamiętałaś. 

- Wchodziłam do domu... - zaczęła. 

Nick  słuchał  w  milczeniu,  obezwładniony  poczuciem  niemocy  i  rozpaczą.  To  przeze 

mnie,  pomyślał.  Wszystko  przeze  mnie.  Przez  niego  spotkało  ją  tak  przerażające  przeżycie. 

Jego chęć wyrównania dawnych rachunków, rozwiązania problemu na własną rękę, mogła ją 

kosztować życie. 

- I wtedy zadzwoniłam do ciebie - zakończyła Freddie. - Widziałam, że krwawi. Jego 

oczy... - zająknęła się. 

- Pozwól, że ja się będę o niego martwić - oznajmił Aleks, - A teraz postaraj się o tym 

nie myśleć. Pójdę do ciebie i przyniosę ci trochę rzeczy. Zostaniesz u nas, jak długo zechcesz. 

- Jestem ci bardzo wdzięczna, Aleks, ale wolę wracać do domu. - Wzięła go za rękę, 

zanim zdążył zaprotestować. - Nie mogę bać się zostać we własnym mieszkaniu, wujku. Nie 

dam się zastraszyć. 

- Twarda sztuka. - Aleks popatrzył na nią z uznaniem i pocałował w policzek. - Jeśli 

zmienisz zdanie, zadzwoń. 

background image

Wstał i popatrzył na trzech mężczyzn stojących koło Freddie. 

- Opiekujcie się nią Ja jadę na komisariat. - Położył rękę na ramieniu Nicka. - Niech 

trochę wypocznie. Ciebie na pewno posłucha. 

Kiedy wyszedł, Freddie poczuła spoczywające na niej trzy pary oczu. 

- Co tak patrzycie? Nie mam zamiaru rozlecieć się na kawałki - powiedziała. 

Nick nie odezwał się, po prostu podszedł do niej i podniósł ją z krzesła. 

- Nie trzeba mnie nieść na rękach - oburzyła się. - Pójdę na własnych nogach. 

- Nic nie mów. Tylko nic nie mów. Zaniosę ją na górę - zwrócił się do obu mężczyzn. 

- Powinna poleżeć. 

- Mogę poleżeć u siebie. 

Nie zwracając uwagi na jej protesty, zaczął iść na górę. 

-  Nie  chcesz,  żebym  tu  była.  -  Nagle  łzy  stanęły  jej  w  oczach.  Napięcie  i  przeżycia 

całego dnia zrobiły swoje. - Myślisz, że nie wiem, że nie chcesz, żebym tu była? 

-  Zostaniesz  tu  i  koniec.  -  Zaniósł  ją  prosto  do  sypialni.  -  Odpoczniesz,  dopóki  nie 

nabierzesz sił. 

- Nie chcę być z tobą - protestowała. 

Poczuł bolesny skurcz w okolicy serca. Ale nie mógł jej winić za te słowa. 

- Zostawię cię tu samą, nie bój się - uspokoił ją. 

- Nie kłóć się ze mną, Fred, proszę. - Położył ją na łóżku i okrył kocem. - Schodzę do 

baru - oznajmił. 

- Chcesz czegoś? Chcesz, żebym zadzwonił po Rachel albo kogoś z rodziny? 

- Nie. - Zamknęła oczy. Teraz, kiedy już leżała, nie była pewna, czy w ogóle dałaby 

radę wstać. - Niczego nie potrzebuję. 

-  Postaraj  się  zasnąć.  -  Spuścił  żaluzje  i  cicho  wyszedł  z  pokoju.  -  Gdybyś  czegoś 

potrzebowała, zadzwoń do baru. 

Zamknęła oczy. Chciała, żeby jak najprędzej wyszedł. Nawet gdy usłyszała trzaśniecie 

drzwi, nie podniosła powiek. 

Nie zaoferował jej serdecznego współczucia Aleksa ani szczerej troski Rio i Zacka. O 

tak,  jest  zły,  pomyślała,  wściekły  z  powodu  tego,  co  jej  się  przytrafiło.  Wiedziała,  że  się 

zmartwił,  zbyt  wiele  już  między  nimi  zaszło,  by  mógł  się  nie  przejmować.  Ale  nie 

zaopiekował  się  nią  tak,  jak  by  tego  pragnęła.  A  pragnęła  rozpaczliwie  jego  bliskości,  jego 

serdecznej troski. 

Zastanawiała się, czy kiedykolwiek okaże jej takie uczucia. 

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

Nie  spodziewała  się,  że  zaśnie.  Gdy  się  obudziła,  lekko  oszołomiona,  zaczynało  już 

zmierzchać.  Sama  nie  wiedziała,  czy  to  dobry,  czy  zły  znak,  że  niemal  natychmiast 

przypomniała sobie, co się wydarzyło i dlaczego leży za dnia sama w łóżku Nicka. 

Skrzywiła  się  z  bólu,  gdy  dotknęła  bandaża,  ale  odrzuciła  koc  i  wstała.  Musi  się 

koniecznie  czegoś  napić.  Męczyło  ją  pragnienie,  a  brandy,  którą  wypiła  w  barze  na  dole, 

pozostawiła jej w ustach nieprzyjemny gorzkawy smak. 

Poszła do kuchni i nalała sobie pełną szklankę  wody.  Zdziwiło ją, że jest taka słaba. 

Uzmysłowiła sobie jednak, że od śniadania nic nie jadła, a śniadanie też nie było obfite. 

Nie  robiąc  sobie  większych  nadziei,  otworzyła  lodówkę.  Miała  wybór  między 

czekoladą  a  jabłkiem.  Łapczywie  chwyciła  i  jedno,  i  drugie.  Właśnie  nalewała  następną 

szklankę wody, gdy do kuchni wszedł Nick, niosąc tacę. 

Serce  mu  się  ścisnęło  na  jej  widok.  Była  taka  drobna,  taka  delikatna.  Ze  zgrozą 

pomyślał,  co  ją  mogło  spotkać.  Nie  chcąc  okazywać  targających  nim  uczuć,  przybrał  na 

wszelki wypadek neutralny ton. 

- O, wstałaś - zauważył obojętnie. 

- Jak widać - odparła takim samym tonem. 

- Rio przysyła ci coś do zjedzenia. - Postawił tacę na stole. - Nie jesteś już taka blada - 

dodał. 

- Czuję się dobrze. 

- O tak, na pewno. - W jego głosie brzmiała ironia. 

-  Powiedziałam,  że  czuję  się  dobrze.  To  ty  wyglądasz,  jakby  przejechał  po  tobie 

walec. 

- Ja sam się o to prosiłem - przyznał. - Ty nie. Ale oboje wiemy, czyja to wina. 

- Reece'a. 

Nick wyjął papierosa. Był zdenerwowany. 

- Nic byś nie obchodziła Reece'a,  gdyby nie ja.  A  gdybyś nie była wtedy  w nocy ze 

mną, Jack nie miałby pojęcia, gdzie cię szukać. 

Milczała przez chwilę, żeby zebrać myśli. 

-  Aha,  więc  to  wszystko  przez  ciebie.  Według  twojej  pokrętnej  logiki  grożono  mi 

nożem i mogłam zostać zgwałcona, bo pewnej nocy zdarzyło mi się iść z tobą ulicą. 

Nóż. Gwałt. Przeszedł go zimny dreszcz. 

background image

-  Nie  ma  w  tym  nic  pokrętnego.  Reece  chciał  się  na  mnie  zemścić  i  znalazł  sposób. 

Niewiele mogę zrobić, dopóki Aleks... 

- Zrobić? - przerwała mu. - Co chciałbyś zrobić? Znowu bić się z Reece'em, czy może 

wykończyć Jacka? Myślisz, że w ten sposób załatwisz sprawę? Wyrównasz rachunki? 

-  Nie.  Wiem,  że  niczego  nie  załatwię.  -  To  właśnie  było  najgorsze.  Nie  mógł  już 

cofnąć  tego,  co  się  stało.  Mógł  tylko  wpłynąć  na  to,  co  będzie.  Zdusił  papierosa.  Nagle 

odechciało  mu  się  palić.  -  My  jednak  możemy  pewne  sprawy  ustalić.  Myślę,  że  kiedy 

dojdziesz do siebie, powinnaś pracować w domu. Będę ci przesyłał muzykę. 

- Co to ma znaczyć? - zdziwiła się. 

-  To,  co  powiedziałem.  Myślę,  że  osiągnęliśmy  punkt,  kiedy  korzystniejsza,  bardziej 

konstruktywna będzie praca w pojedynkę. - Popatrzył na nią chłodno. - I nie chcę, żebyś tutaj 

przychodziła. 

- Rozumiem. - Urażona, podniosła dumnie głowę. - Rozumiem, że dotyczy to zarówno 

sfery zawodowej, jak i prywatnej. 

- Właśnie. Przykro mi. 

- Naprawdę? Czyż to nie urocze? „Przykro mi, Fred, ale się skończyło”. - Odwróciła 

się gwałtownym ruchem. - Kochałam cię przez całe życie - wyznała. 

- Ja też cię kocham, ale wierz mi, tak będzie najlepiej dla nas obojga. 

- Ja też cię kocham - powtórzyła zbliżając się do niego i chwytając go za koszulę. - Jak 

ś

miesz powtarzać te słowa w taki sposób po tym, co ci wyznałam - rzekła z oburzeniem. 

Powoli, ale stanowczo oderwał jej palce od koszuli. 

-  Popełniłem  błąd.  -  Sam  siebie  o  tym  przekonywał.  -  I  teraz  chcę  go  naprawić. 

Rozumiem, że mogłaś pomylić uczucia z seksem. 

Niewiele  myśląc,  wymierzyła  mu  siarczysty  policzek.  Sama  była  tym  zaskoczona  na 

równi z nim. Przez chwilę słychać było tylko jej przyspieszony oddech. 

- Wydaje ci się, że to był tylko seks? - Wybuchnęła w końcu. - To, co zaszło między 

nami,  to  były  tylko  zmysły  i  nic  więcej?  Do  diabła!  Na  pewno  nie.  Dobrze  wiesz,  że  nie. 

Może to był jedyny sposób, żeby się do ciebie zbliżyć, ale to jest dla mnie ważne. Wszystko 

obmyśliłam,  wszystko,  żebyś  zwrócił  na  mnie  uwagę,  żebyś  się  zorientował,  co  do  ciebie 

czuję. Zaplanowałam to dokładnie, w szczegółach, krok po kroku... 

- Zaplanowałaś? - Przerwał jej i przeszył ją wzrokiem. - Ty to zaplanowałaś? Przyjazd 

do Nowego Jorku, wspólną pracę nad musicalem, przespanie się ze mną? To wszystko było 

fragmentem większego scenariusza? 

background image

Otworzyła usta, ale natychmiast zaniknęła je z powrotem. Tak jak on to ujął, wszystko 

wydawało  się  działaniem  wykalkulowanym,  z  premedytacją.  A  przecież  tak  nie  było,  nie 

miało być. Na pewno nie, jeśli dodać do tego miłość. 

- Przemyślałam to - zaczęła. 

- O tak, z całą pewnością przemyślałaś - powtórzył, by trochę ochłonąć i uspokoić się 

po tym, co usłyszał. - Wszystko to sobie obmyśliłaś w swojej małej główce. Zachciało ci się 

czegoś i robiłaś, co trzeba, żeby to dostać. 

- Tak. - Usiadła zawstydzona. - Chciałam, żebyś mnie kochał. 

-  A  jak  wygląda  dalszy  ciąg  twojego  planu,  Fred?  Chcesz  mnie  wciągnąć  w 

małżeństwo, rodzinę, mały biały domek? 

- Nie, nie chcę cię wciągać. 

- Wciągać może nie, ale to jest twój cel, czy tak? 

- Prawie - burknęła. 

- Widzę! - prychnął i zaczął nerwowo krążyć po kuchni. - lista celów do osiągnięcia 

sporządzona  przez  Freddie.  Przeprowadzka  do  Nowego  Jorku.  Praca  z  Nickiem.  Spanie  z 

Nickiem. Ślub z Nickiem. Założenie rodziny, idealnej rodziny  - dodał tonem, który nieomal 

przyprawił  ją  o  łzy.  -  To  by  było  to,  do  czego  dążysz.  Twój  ideał.  Zawsze  chcesz,  żeby 

wszystko było uporządkowane i akuratne. Przykro mi, ale muszę cię rozczarować. To nie ze 

mną. Mnie to nie interesuje. 

-  Wystarczająco  jasno  powiedziane.  -  Zaczęła  się  podnosić,  ale  położył  jej  rękę  na 

ramieniu i zmusił, żeby usiadła. 

- Myślisz, że to takie proste? Chcę, żebyś dobrze przyjrzała się temu mężczyźnie, na 

którego  polujesz.  Oddaliłem  się  zaledwie  o  dwa  kroki  od  faceta,  który  przyłożył  ci  nóż  do 

pleców.  Zdaję  sobie  z  tego  sprawę.  Rodzina  też  zdaje  sobie  z  tego  sprawę.  Rodzina,  którą 

bierzesz za przykład do naśladowania. Czyż nie tak, Fred? Czyż rodzina Stanislaskich nie jest 

twoim wzorem? 

- A dlaczego nie? - oburzyła się Freddie, wściekła, że jest bliska płaczu. - Dlaczego? 

-  Bo  ja  znam  życie,  a  ty  nie.  Jak  myślisz,  ilu  ludzi  żyje  tak  jak  oni?  Stosujesz 

zawyżone kryteria, moja droga. 

- Co w tym złego? Przecież można żyć tak jak oni. To się udaje. To może się udać. 

-  Im  tak.  I  paru  innym.  Czy  właśnie  to  ci  zaświtało  w  głowie,  kiedy  byliśmy  u 

O'Hurleyów? Następna duża, szczęśliwa rodzina? Podniosła hardo głowę. 

- To tylko potwierdza mój punkt widzenia. Najwyraźniej może się udać. 

background image

- Im tak. - Uderzył pięścią w stół, zmuszając ją tym samym, by popatrzyła mu prosto 

w twarz. - Zastanów się przez chwilę, Freddie. Pomyśl o tym, co się tutaj wydarzyło w ciągu 

ostatnich  dni.  To  właśnie  mój  świat,  moje  życie.  Maltretowane  kobiety,  zastraszone  dzieci, 

pijacy awanturujący się w barach, bójki, napady. Mężczyźni, dla których gwałt jest rozrywką. 

I ty chcesz na tym budować rodzinę? Ty nie należysz do takiego świata. Opamiętaj się. 

- Nie ponosisz winy za to, co zdarzyło się Marli. Czy mnie. 

-  Nie?  -  Wykrzywił  wargi.  -  Przecież  ja  w  tym  wszystkim  tkwiłem  po  uszy.  Może  i 

oddaliłem się od tamtego świata, ale tylko dzięki rodzime. Jak myślisz, co by oni powiedzieli, 

gdyby się dowiedzieli, że z tobą sypiam? 

- Nie bądź śmieszny. Oni cię kochają. 

- Tak, kochają. A ja im bardzo dużo zawdzięczam Myślisz, że mam zamiar odpłacić 

im  się  w  ten  sposób,  że  będę  razem  z  tobą  kiwał  się  nad  barem?  Uważasz,  że  jestem 

dostatecznie szalony, żeby myśleć o małżeństwie i dzieciach? Dzieci! Na litość boską, a skąd 

ja pochodzę? Nie wiem nawet, kim był mój ojciec. Ale wiem, kim ja jestem, i nie ucieknę od 

tego. Troszczę się o ciebie, oczywiście, że tak, na tyle, żeby nie wciągnąć cię w piekło. 

- Troszczysz się - powiedziała z namysłem - a więc zrywasz ze mną. 

~  Właśnie.  Chyba  postradałem  zmysły,  pozwalając,  żeby  sprawy  zaszły  tak  daleko  i 

prawie... - Przerwał, przypomniawszy sobie, jak bliski był parę dni temu wyznania jej swoich 

uczuć. - Działałaś na mnie tak silnie, że chwilowo przestałem kontrolować sytuację. Ale teraz 

powinniśmy się rozstać. Dla dobra rodziny spróbujmy zapomnieć o tym, co było. Zapomnieć 

i już nigdy do tego nie wracać. 

- Zapomnieć? - Nie wierzyła własnym uszom. 

- Tak, o wszystkim. Nie mam zamiaru ryzykować, że znowu cię zranię, i na pewno nie 

mam zamiaru zranić reszty rodziny. Są wszystkim, co mam. To jedyni ludzie, którzy o mnie 

dbali, którym na mnie zależało. 

- Biedny, biedny Nick - powiedziała pełnym politowania tonem. - Biedny, zagubiony, 

samotny  Nick,  odrzucony  przez  cały  świat.  Czy  ty  naprawdę  myślisz,  że  tylko  ciebie  to 

spotkało? Że tylko ty zostałeś odrzucony, tylko ty odczuwałeś w życiu brak miłości i troski? 

Cóż, czas, żebyś nauczył się z tym żyć. Ja się nauczyłam. 

- Nic nie wiesz na ten temat. 

- Moja matka nigdy mnie nie chciała. 

- Nie gadaj głupstw. Natasza... 

- Nie mówię o Nataszy - sprostowała chłodno. - Mówię o mojej biologicznej matce. 

To go zbiło z tropu. Zapomniał, że Spence miał już kiedyś żonę. 

background image

- Ale ona umarła, kiedy byłaś dzieckiem, kiedy byłaś całkiem mała. Nie wiesz, co ona 

czuła. 

- Wiem doskonale. - W głosie Freddie nie było goryczy. To go zastanowiło. Jej głos 

był zupełnie wyprany z emocji. - Tatuś nie chciał, żebym wiedziała. Wątpię, czy zdaje sobie 

sprawę,  że  nieraz  podsłuchiwałam  jego  rozmowy  z  siostrą  albo  z  Nataszą.  Byłam  tylko 

pomyłką,  która  się  przydarzyła  mojej  matce,  więc  postanowiła  o  mnie  zapomnieć.  Niewiele 

myśląc,  opuściła  mnie,  gdy  byłam  dzieckiem.  Ale  mam  w  sobie  jej  krew.  Jej  oziębłość,  jej 

hardość i upór. Nauczyłam się jednak z tym żyć i potrafię to przezwyciężyć. 

-  Przepraszam.  Nie  wiedziałem  -  usprawiedliwiał  się.  -  Nikt  nigdy  mi  o  tym  nie 

mówił. - Wiele by dał, żeby móc ją wtedy pocieszyć, ukoić, dać poczucie bezpieczeństwa. - 

Ale to niczego nie zmienia - dodał. 

- Nie, nie zmienia - zgodziła się. - Nie chcesz, żeby cokolwiek zmieniło. - Rozpłakała 

się,  ale  były  to  bardziej  łzy  gniewu  niż  żalu.  -  Wiedziałeś,  że  jestem  w  tobie  zakochana.  I 

wiedziałeś, że nie ma takiej rzeczy, której bym nie zrobiła, żebyś był szczęśliwy. Poszłabym 

na każdy kompromis, na każde ustępstwo. Ale ty nie uznajesz kompromisów, Nick. 

-  Skończmy  dziś  tę  rozmowę  -  zaproponował.  -  Jesteś  zbyt  rozstrojona,  zbyt 

zdenerwowana. Wezwę ci taksówkę. 

- Nie wezwiesz mi taksówki. - Rzuciła się na niego. - Nie pozbędziesz się mnie. Pójdę 

wtedy,  kiedy  ja  uznam  za  stosowne.  Dam  sobie  radę  sama.  Chyba  dowiodłam  tego  dzisiaj, 

nie? Nie jesteś mi potrzebny. 

Zawiesiła  na  chwilę  głos  i  zamknęła  oczy.  Kiedy  je  ponownie  otworzyła,  ciskały 

błyskawice. 

- Nie potrzebuję cię. Co za pomysł. Mogę bez ciebie żyć, Nicholas, a więc nie musisz 

się martwić, że będę cię nachodzić. Myślałam po prostu, że mógłbyś mnie pokochać. 

Oddychała ciężko. 

-  Pomyliłam  się.  Nie  jesteś  zdolny  do  miłości.  Chciałam  od  ciebie  tak  mało,  tak 

ż

ałośnie mało, że aż się teraz tego wstydzę. 

- Fred. - Nie mógł się powstrzymać, by nie chwycić jej za rękę. 

- Nie, do diabła, zostaw mnie, jeszcze nie skończyłam. Nie powiedziałeś mi ani razu, 

ż

e  mnie  kochasz.  Nie  tak,  jak  mężczyzna  mówi  to  kobiecie.  I  nawet  nie  okazałeś  mi  tego, 

chyba że w łóżku. A to za mało. Ani jednego czułego słowa, ani jednego. Nie potrafiłeś nawet 

zmusić się, żeby powiedzieć mi choćby raz, że jestem piękna. Żadnych kwiatów, muzyki, nic, 

chyba  że  z  okazji  czyjegoś  święta.  Żadnej  kolacji  przy  świecach,  chyba  że  ja  ją 

background image

zaaranżowałam.  To  ja  o  ciebie  zabiegałam,  to  ja  ci  nadskakiwałam,  to  ja  cię  uwodziłam. 

Ż

ałosne, prawda? Nieba bym ci przychyliła, i oto co mam w zamian. 

-  To  nie  tak  -  próbował  się  bronić,  przerażony,  że  rzeczywiście  może  myśleć  w  ten 

sposób. - Oczywiście, że jesteś piękna. 

- Teraz ty jesteś żałosny - wypaliła. 

-  Jeśli  nie  byłem  romantyczny,  to  dlatego,  że  sprawy  potoczyły  się  tak  szybko.  - 

Wiedział, że kłamie. 

Dziwił się tylko, dlaczego usiłuje się bronić, dlaczego wpadł w panikę, gdy popatrzyła 

na niego zimno i obojętnie. Przecież powinien być zadowolony, skoro tak bardzo chciał się jej 

pozbyć. - Nie mogę dać ci tego, co potrzebujesz. 

- To aż nadto jasne. Lepiej mi będzie bez ciebie. To też aż nadto jasne. A więc zróbmy 

tak, jak proponujesz. Zapomnijmy o tym, co było. 

Wstała i skierowała się do drzwi. 

- Fred, zaczekaj chwilę. - Przytrzymał ją za ramię. 

- Nie dotykaj mnie - warknęła takim tonem, że natychmiast opuścił rękę. - Będziemy 

dalej pracować nad musicalem, aż go skończymy. I będziemy prowadzić uprzejme rozmowy 

w rodzinnym gronie. Poza tym nie chcę cię widzieć. 

- Mieszkasz o trzy ulice ode mnie - zawołał jeszcze. 

- To się może zmienić. 

- Wrócisz do Wirginii? 

Rzuciła mu lodowate spojrzenie przez ramię. 

- Nigdy w życiu. 

Myślał o tym, żeby się  upić. To byłoby najprostsze wyjście,  a przy tym  nie zrobiłby 

tym krzywdy nikomu prócz siebie. Ale jakoś nie mógł wzniecić w sobie entuzjazmu dla tego 

pomysłu. 

W  końcu  się  położył,  ale  nie  mógł  zasnąć.  Muzyka,  którą  zaczął  pisać  o  świcie, 

wydawała mu się martwa i bez polotu. 

Zrobiłem to, co należało zrobić, powtarzał sobie w kółko. A więc dlaczego czuł się tak 

podle? 

Nie  miała  prawa  go  atakować.  W  każdym  razie  nie  po  tym,  jak  mu  powiedziała,  że 

wszystko, co się zdarzyło od czasu jej przyjazdu do Nowego Jorku, było z góry ukartowane. 

To on był ofiarą, a jednak to on zrobił, co mógł, żeby koniec końców ją ochronić. 

background image

Wyobrażać  go  sobie  żonatego,  wychowującego  dzieci!  Wzruszył  ramionami  i  opadł 

na  fotel.  Ta  wizja  nagle  stała  się  pociągająca.  Może  i  szalona,  ale  dziwnie  pociągająca. 

Własna rodzina, kochająca go kobieta. Oczywiście, że to obłędny pomysł. 

Obłędny czy nie, ale teraz już i tak beznadziejny. Kobieta, która wyszła stąd wczoraj, 

nie kocha go. Wszystko, co do niego czuje, to pogarda. 

Postarałeś się o to, prawda, LeBeck? Ty idioto. 

Mógł  wykonać  inny  ruch,  ale  teraz  już  było  za  późno.  Miał  szansę  kochać  i  być 

kochanym, ułożyć sobie życie z jedyną kobietą, która naprawdę coś dla niego znaczyła. 

Jak mógł być taki głupi, taki ślepy? Miałby ją już zawsze obok siebie. Gdyby otrzymał 

dobrą  wiadomość,  ona  byłaby  pierwszą  osobą,  z  którą  by  się  nią  dzielił.  Gdyby  był 

przygnębiony, już sam jej głos w telefonie poprawiłby mu nastrój. 

Przyjaźń.  Przypuszczał,  że  tu  właśnie  jest  pies  pogrzebany.  Byli  przyjaciółmi,  więc 

kiedy poczuł do niej coś więcej niż przyjaźń, spróbował to pohamować, zignorować, wyrzec 

się  tego.  Wynajdywał  różne  tłumaczenia,  które  mogłyby  ukryć  prawdziwą  przyczynę  jego 

zachowania. 

Nie wierzył, że jest jej godny. 

Nawet wtedy, gdy ich wzajemne stosunki się zmieniły, nie był w stanie do końca się 

zaangażować. Ona miała rację. Nigdy nie usłyszała od niego żadnego czułego słowa. Nigdy 

nie okazał jej kurtuazji, z jaką mężczyzna powinien traktować kobietę, która mu się podoba, 

nigdy się do niej nie zalecał. 

A teraz ją stracił. 

Odrzucił w tył głowę, przymknął oczy. Będzie jej lepiej bez niego. Jest tego pewien. 

Zawsze był tego pewien. 

Pukanie  do  drzwi  sprawiło,  że  zerwał  się  na  równe  nogi.  Wróciła,  przemknęło  mu 

przez myśl, wróciła. 

Cała radość zniknęła, gdy ujrzał w progu Rachel. 

- Miłe powitanie - zauważyła na widok rozczarowania malującego się na jego twarzy. 

- Wybacz. - Musnął wargami jej policzek. - Byłem... Nic. Co cię sprowadza? 

- Przyszłam cię odwiedzić. Mam godzinę czasu. 

- Usiadła i gestem ręki wskazała krzesło obok siebie. 

- Siadaj, Nick. Chcę z tobą pomówić. 

Jej ton od razu nakazał mu mieć się na baczności. 

- O co chodzi? - spytał ostrożnie. 

- O ciebie. Siadaj. - Położyła dłoń na jego ręce. 

background image

- Wiesz, że cię kocham. 

- Wiem, i co z tego? 

- Nic, a teraz, skoro już to uzgodniliśmy, chcę ci powiedzieć, że jesteś draniem. - Dłoń 

spoczywająca  na  jego  ręce  zwinęła  się  w  pięść  i  uderzyła  go  w  ramię.  -  Co  za  głupi, 

bezmyślny, kretyński, ślepy cymbał. Skończony sukinsyn. 

- Nie rozumiem - wycedził przez zęby, zdumiony słownictwem, jakiego pani mecenas 

nie zwykła używać. Nie miał jej jednak tego za złe. 

- Zostałam dzisiaj w nocy u Freddie. Nie chciała, ale ją przekonałam. 

- Ach, tak. Jak się ma? 

-  Jeśli  chodzi  o  napad,  to  już  doszła  do  siebie.  A  jeśli  chodzi  o  ciebie,  to  nieźle  ją 

zraniłeś. 

- Zaczekaj. Wcale na nią nie napadałem. 

-  Sprzeciw  odrzucony.  Dowiedziałam  się  o  wszystkim,  co  zaszło  między  wami.  Nie 

dość, że złamałeś jej serce, to jeszcze nieźle pogmatwałeś sobie życie. To naprawdę nie lada 

sztuka. 

Jego mechanizm obronny włączył się, zanim zdołał go unieruchomić. 

-  Posłuchaj,  parę  razy  spaliśmy  ze  sobą.  Uświadomiłem  sobie,  że  to  był  błąd,  i 

wycofałem się. Uznałem, że należy z tym skończyć. 

- Nie obrażaj mnie, Nick - powiedziała chłodno. Ani Freddie. Ani siebie. 

Zamknął oczy i zastanowił się przez chwilę. Do diabła z tym, pomyślał. Do diabła ze 

mną, z moją dumą, z moją ambicją, z tym wszystkim, co stoi mi na drodze. 

-  Kocham  ją,  Rachel  -  wyrzucił  z  siebie.  -  Nie  zdawałem  sobie  sprawy,  jak  bardzo, 

dopóki nie zniknęła za drzwiami. 

Rachel z niejakim trudem powstrzymała się przed wyrażeniem mu swego współczucia 

i sympatii. Postanowiła być twarda. 

- A czy powiedziałeś jej, że ją kochasz? 

- Nie tak, jak by tego chciała. To jedna z tych rzeczy, które zaniedbałem. 

- Tak mi się wydawało. 

-  Nie  byłem  gotowy.  -  Wstał  i  zaczął  krążyć  po  pokoju.  -  Ona  wszystko  sobie 

obmyśliła, każdy krok, każdy ruch. 

- A ty uznałeś, że ci to przynosi ujmę - wtrąciła Rachel. - Co tylko dowodzi, że jesteś 

głupi.  Niejeden  inteligentniejszy  mężczyzna  byłby  zachwycony  tym,  że  atrakcyjna, 

pociągająca  kobieta  uważa  go  za  atrakcyjnego  i  pociągającego.  Uznałby  to  za  komplement 

mile łechcący jego męską próżność. 

background image

-  Mnie  to  obezwładniło,  rozumiesz?  Sparaliżowało.  Wszystko,  co  do  niej  czułem, 

uderzyło mnie jak obuchem w łeb, rozumiesz? Nie wiedziałem, że tak może być. 

- A więc żeby to załatwić, wyrzuciłeś ją za drzwi. 

- Sama odeszła. 

- Chcesz, żeby tak zostało? W porządku. Ona nie zamierza wracać. A jeśli ośmielisz 

się  mi  powiedzieć,  że  nie  jesteś  dla  niej  dość  dobry,  że  nie  możesz  jej  uszczęśliwić,  to  nie 

ręczę  za  siebie.  Zostało  w  tobie  tylko  trochę  z  tego  chłopca,  którego  poznałam  przed  laty, 

tylko cząstka, i to ta najlepsza. 

Chciał w to wierzyć. Starał się przez ponad dziesięć lat, żeby stało się to prawdą. 

- Nie wiem, czy mogę jej dać to, czego pragnie... 

- A więc nie dasz - odpaliła Rachel bez cienia sympatii. - I ona to przeżyje. Wypłakała 

już wszystkie łzy i wyzbyła się wszelkiej złości. Kobieta, z którą się przed chwilą rozstałam, 

była bardzo opanowana i zdecydowana zapomnieć o tobie. 

-  Chcę,  żeby  wróciła.  -  Ta  myśl  nie  była  tak  straszna,  jak  sądził.  Prawdę  mówiąc, 

wydawała się ze wszech miar słuszna. - Chcę, żeby wróciło to, co było. 

- A więc zabieraj się do roboty, przyjacielu. - Rachel wstała, wzięła  go  za ramiona i 

ucałowała w oba policzki. - Liczę na ciebie, LeBeck. 

Nie był pewien, czy poszedłby sam z sobą o zakład, że jego plan się uda. Nie będzie 

łatwo, uznał, gdy zmierzał z dwiema torbami do domu Freddie. Rozegranie sceny balkonowej 

na ciasnym podeście przeciwpożarowym będzie wymagało nie lada zręczności. 

Podniósł  głowę  i  popatrzył  na  piąte  piętro  bloku,  w  którym  mieszkała,  po  czym 

skierował się do wyjścia awaryjnego. 

- A dokąd to, LeBeck? 

Gliniarz,  którego  Nick  znał  pół  życia,  wyrósł  niepostrzeżenie  obok  niego.  Rękę 

trzymał na policyjnej pałce. 

-  Jak  leci,  sierżancie  Mooney?  Policjant  podejrzliwie  wpatrywał  się  w  torby,  które 

niósł. 

- Pytałem, dokąd idziesz, LeBeck - powtórzył. 

- Muszę się tam włamać, Mooney. 

- Co ty powiesz! 

-  Widzisz  to  okno?  -  Nick  wyciągnął  rękę  i  zaczekał,  aż  Mooney  popatrzy  we 

wskazane miejsce. - Tam mieszka kobieta, którą kocham. 

-  Tam  mieszka  siostrzenica  kapitana  Stanislaskiego.  I  ta  dziewczyna  ma  aż  nadto 

kłopotów. 

background image

- Wiem. To w niej jestem zakochany. Ona ma umie chwilowo trochę dość. 

- Gadanie. 

- Naprawdę. Nabałaganiłem i teraz chcę to naprawić. Posłuchaj, ona mnie nie wpuści 

frontowymi drzwiami. 

- Myślisz, że pozwolę ci wdrapać się po tej drabinie aż do jej okna? 

Nick przesunął torby. 

- Mooney, jak długo mnie znasz? 

-  Za  długo.  -  Ale  minio  groźnej  miny  Mooney  się  uśmiechnął.  -  Co  ci  przyszło  do 

głowy? 

Gdy Nick skończył mu opowiadać, policjant wyszczerzył zęby w uśmiechu. 

-  Powiem  ci,  co  zrobię,  bo  obserwowałem  cię,  jak  z  łobuza  zmieniałeś  się  w 

porządnego  obywatela.  Będę  tu  stał  i  pozwolę  ci  na  twój  najlepszy  skok  w  życiu.  Ale  jeśli 

panna nie okaże się gościnna, natychmiast zejdziesz z powrotem. 

- Zgoda. Tylko posłuchaj, to może trochę potrwać. Ona jest okropnie uparta. 

- Jak wszystkie. Podsadzę cię, chłopcze. 

Z  pomocą  policjanta  Nick  wspiął  się  na  pierwszy  szczebel  drabiny.  Po  wspinaczce, 

która przypomniała mu, że ma jeszcze nie zagojone rany, zapukał do okna Freddie. 

W chwilę potem otworzyła je. 

Oczy  miała  jeszcze  trochę  podpuchnięte,  co  tylko  dodało  mu  otuchy,  mimo  że  nie 

patrzyły na niego zbyt przyjaźnie. 

- Fred, chciałbym... - zaczął. Zatrzasnęła okno i przekręciła zamek. 

- Jeszcze raz, Nick! - zawołał Mooney. 

- Co tu się dzieje? - spytał jakiś mężczyzna, który właśnie wyszedł z piekarni obok. 

- Ten chłopak próbuje oczarować pewną damę - Wyjaśnił policjant. 

Nick  modlił  się  w  duchu,  żeby  to  był  tylko  wybuch  złości.  Jeśli  ona  poważnie 

potraktowała  ich  rozstanie,  utraci  wszystko,  co  miało  dla  niego  jakiekolwiek  znaczenie. 

Muszę tylko zwrócić na  siebie jej uwagę, powtarzał sobie, ocierając o dżinsy spoconą dłoń. 

Wyjął kwiaty. Były trochę pogniecione, ale nie sądził, by to zauważyła. 

Zapukał jeszcze raz, mocniej. 

-  Otwórz,  Fred!  -  zawołał.  -  Przyniosłem  ci  kwiaty.  Popatrz  tylko.  -  Zdesperowany 

potrząsnął bukietem, gdy za szybą pojawiła się jej twarz. - Żółte róże, twoje ulubione - dodał. 

W odpowiedzi szczelnie zasunęła zasłony. 

- Dalej, Nick, jeszcze raz - zachęcał z dołu Mooney. 

background image

-  Zamknij  się  -  warknął  Nick.  Obok  policjanta  zaczęli  się  już  gromadzić  gapie,  ale 

Nick  nie  zwracał  na  nich  uwagi.  Sięgnął  po  swoją  następną  broń.  Umieścił  w  lichtarzach, 

które przyniósł w torbie, świece, i zapalił je. Odwrócił się do okna i starał się wołać na tyle 

głośno, by Freddie go usłyszała, lecz nie na tyle, by odpowiedziały mu komentarze z dołu. 

-  Ej,  otwórz,  mam  świece.  Palą  się.  Czy  mówiłem  ci  już,  że  pięknie  wyglądasz  w 

ś

wietle  świec?  Oczy  ci  tak  cudownie  błyszczą,  a  skóra  wydaje  się  jeszcze  gładsza?  Jesteś 

piękna zawsze, w każdym świetle, naprawdę, i w słońcu, i przy księżycu. Powinienem był ci 

to powiedzieć. Powinienem był ci powiedzieć całą masę rzeczy. 

Na moment przymknął oczy, zaczerpnął tchu. 

-  Bałem  się,  że  zniszczę  ci  życie,  Fred,  a  więc  wszystko  zagmatwałem  i  omal  nie 

zniszczyłem  i  twojego,  i  swojego.  -  Przycisnął  dłonie  do  szyby.  -  Pozwól  mi  to  naprawić. 

Muszę  to  naprawić.  Pozwól  mi  tylko  powiedzieć  ci  to  wszystko,  co  powinienem  był  ci 

powiedzieć  wcześniej.  Że  twoja  skóra  cudownie  pachnie,  że  oddycham  tobą  nawet  wtedy, 

kiedy cię koło mnie nie ma, że czuję twoją obecność, jakbyś była we mnie. 

- Nieźle, naprawdę nieźle - westchnął z uznaniem Mooney, a zebrany obok tłumek w 

milczeniu pokiwał głowami. 

- Otwórz okno, Fred. Muszę cię dotknąć. 

Nie  miał  nawet  pewności,  czy  Freddie  go  słucha.  Widział  tylko  barierę  z  zasłon, 

dzielącą go od niej. Wyjął przenośną klawiaturę. Z dołu dobiegły gwizdy i okrzyki zachęty. 

- Napisaliśmy tę piosenkę o sobie, Fred, a ja nawet o tym nie wiedziałem. 

Zagrał pierwsze akordy melodii „Na zawsze ty” i zapominając o swojej dumie, zaczął 

ś

piewać. 

Był właśnie w połowie zwrotki, gdy Freddie odsunęła zasłonę i podniosła okno. 

-  Przestań  -  powiedziała.  -  Robisz  z  siebie  durnia.  Jestem  zażenowana  tym  całym 

widowiskiem. Masz natychmiast... 

- Kocham cię. 

Zamilkła, słysząc te słowa. Zauważył łzy napływające jej do oczu. 

- Nie chcę drugi raz przeżywać tego samego. Odejdź. 

-  Zawsze  cię  kochałem,  Fred  -  oznajmił  spokojnie.  -  To  dlatego  nie  było  w  moim 

ż

yciu żadnej kobiety, która by naprawdę coś dla mnie znaczyła. Byłem ostatnim durniem, że 

kazałem  ci  odejść.  Popełniłem  błąd.  Proszę,  żebyś  mi  wybaczyła.  Daj  mi  jeszcze  jedną 

szansę, bo bez ciebie będę niczym. 

Po policzku Freddie spłynęła pierwsza łza. 

- Dlaczego to robisz? Już jakoś doszłam do siebie. 

background image

- Powinienem był to zrobić dawno temu. Nie zostawiaj mnie, Fred.  Daj  mi szansę. - 

Nick podał jej kwiaty. 

Wzięła je po krótkiej chwili wahania. 

- Nie chodzi tylko o kwiaty, Nick - powiedziała. - Byłam zła, bo... 

- Bałem się ciebie kochać - szepnął. - Bo byłem taki silny, taki potężny. Myślałem, że 

ta miłość mnie zmiażdży, obezwładni. Bałem się okazać ci uczucia. 

Przeniosła  wzrok  z  kwiatów  na  niego.  Ich  spojrzenia  się  spotkały.  Kiedyś  marzyła  o 

tym, żeby tak na nią patrzył. Z czułością, tkliwością i miłością. 

- Zawsze chciałam cię takiego, jaki jesteś, Nick - wyznała. 

- Chodź do mnie. - Ze wzrokiem zatopionym w jej oczach wyciągnął rękę. - Witaj w 

moim świecie. 

Roześmiała się i potrząsnęła głową. 

- Dobrze, ale boję się, że aresztują nas za włamanie. Albo wezmą za podpalaczy. 

- Spokojna głowa. Pilnuje nas znajomy gliniarz. Wyszła na ciasny pomost i spojrzała 

w  dół.  Obok  policjanta  zgromadził  się  już  spory  tłum  obserwatorów.  Ktoś  nawet  do  niej 

pomachał. 

- Nick, to bez sensu. Przecież możemy porozmawiać w środku. 

- Podoba mi się tutaj. - Chciała, żeby było romantycznie, a więc będzie. - I nie ma co 

dużo mówić. Po prostu powiedz, że mnie jeszcze kochasz. 

- Kocham cię. Kocham. 

- Wybaczysz mi? - spytał. 

- Nie miałam takiego zamiaru, Nick. Nigdy. Chciałam żyć bez ciebie. 

- Tego się obawiałem. - Ujął jej dłoń. - A teraz? 

- Nie zostawiłeś mi dużego wyboru. - Otarła łzę. 

- Co ci przyszło do głowy? Świece i muzyka przed południem? 

Już mi wybaczyła, pomyślał. 

-  Przyszło  mi  do  głowy,  że  najwyższy  czas  trochę  cię  pouwodzić.  Chcesz,  żebym 

przeszedł do następnego etapu mojego mistrzowskiego planu? 

- Nie chciałabym tego żałować. 

- Mam nadzieję, że nie będziesz. - Uniósł jej dłoń i pocałował tak, jak nigdy jeszcze 

tego nie robił. - Chciałbym ci tylko przypomnieć, że to ty na mnie polowałaś. I cieszę się, że 

to robiłaś. - Pocałował po raz drugi jej dłoń. - Będę potrzebował dużo czasu, żeby okazać ci w 

pełni  swoją  wdzięczność.  -  Nie  spuszczając  z  niej  wzroku,  sięgnął  do  kieszeni  i  wyjął  małe 

pudełeczko. - Mam nadzieję, że się zgodzisz, Fred. Wyjdź za mnie. - Uniósł wieczko i oczom 

background image

Freddie ukazał się elegancki, tradycyjny pierścionek z brylantem. - Nikt nigdy nie kochał cię 

tak jak ja. I nikt nie będzie cię tak kochał. 

- Nick... - Przyłożyła dłoń do ust. To nie sen, uzmysłowiła sobie. To nie fantazja, to 

nie scena z jej wyobraźni. To rzeczywistość. Porywająca. 

I perfekcyjna. 

- Tak, o tak! - wykrzyknęła i rzuciła mu się w ramiona. 

-  Wygląda  na  to,  że  chłopak  wreszcie  dopiął  swego  -  zauważył  Mooney.  Popatrzył 

jeszcze  chwilę  na  całującą  się  parę,  po  czym  popukał  w  pałkę.  -  Wystarczy.  Rozejść  się  - 

zwrócił się do gapiów. - Zostawmy ich samych. 

Zagwizdał  i  nie  spiesząc  się,  odszedł.  Po  paru  metrach  odwrócił  się  raz  jeszcze,  by 

zobaczyć, jak piękna kobieta wyrzuca wysoko w górę bukiet kwiatów. 

Nick LeBeck, pomyślał. Ten chłopak ma za sobą długą drogę. 

background image

EPILOG 

 - Artykuł „Rytm Broadwayu” napisany przez Angelę Browning - powiedziała Freddie 

i zaczęła czytać: 

Wczorajsza  premiera  musicalu  „Kiedyś,  dziś,  zawsze  "  zakończyła  się  ogromnym 

sukcesem autorów i wykonawców.  Wspaniała Maddy O'Hurley i partnerujący jej, znakomity 

jak zawsze, Jason Craig raz jeszcze potwierdzili swoją klasą, lokującą ich w czołówce gwiazd 

Broadwayu. Publiczność, z waszą recenzentką włącznie, zgotowała im owację, poczynając od 

pierwszej,  pełnej  dynamizmu  sceny  otwierającej  spektakl  aż  po  prawdziwie  romantyczne 

zakończenie.  Maddy  O'Hurley  po  mistrzowsku  poprowadziła  swoją  rolę,  ukazując  w  sposób 

niezwykle przekonujący rozwój bohaterki od naiwnego dziewczątka do dojrzałej kobiety.

 

Na słowa najwyższego uznania, obok dwójki gwiazdorów, zasługuje cały zespół, który 

nadał  przedstawieniu  niepowtarzalny  kształt,  ożywiając  scenę  w  rytm  porywającej  muzyki. 

Można powiedzieć, w każdym razie ja tak sądzęże od wczorajszego wieczoru Broadway ma 

dwoje  nowych  ulubieńców.  Para  twórców,  kompozytor  Nicholas  LeBeck  i  autorka  tekstów 

Frederica  Kimball  stworzyli  dzieło,  które  bawi  i  wzrusza,  porywa  serca  i  porusza  umysły. 

Wierzcie  mi,  nie  było  chyba  wczoraj  na  widowni  nikogo,  kto  nie  uroniłby  łzy,  studiują

dwojga  bohaterów  śpiewających  „Na  zawsze  ty  ".  Muzyka  I  słowa  są  niewątpliwie  sercem 

każdego musicalu, ale to serce biło ze szczególną energią i niezwykłym wyczuciem. Już debiut 

pana  LeBeck,  „Ostatni  przystanek",  dowiódł  jego  talentu  jako  kompozytora.  Ten  musical 

tylko potwierdził, żenię myliliśmy się w jego ocenie.

 

Jego  partnerka  dorównuje  mu  pod  każdym  wzglądem.  Teksty  Frederiki  Kimball  są 

niezwykle poetyckie, liryczne i romantyczne, a zarazem pełne Humoru i finezji- Tak idealnie 

współgrają  z  muzyką,  ze  chwilami  nie  sposób  powiedzieć,  co  było  pierwsze  -  melodia  czy 

słowa.

 

Być może tę doskonale harmonijną współpracą należy zawdzięczać i temu, ze Nicholas 

LeBeck i Freaenca Kimball są nie tylko partnerami w pracy, lecz również w życiu. Pobrali się 

zaledwie trzy miesiące temu. Po ostatnim wielkim wieczorze nowożeńcy mają niejeden powód 

do radości. A ja, ze swej strony, życzę im długiego, szczęśliwego i owocnego partnerstwa.

 

Ile razy jaszcze będziesz to czytać? Fredy jedynie westchnęła w odpowiedzi. Siedząc 

po turecku obok Nicka, na środku skotłowanego łóżka, otoczona porannymi wydaniami gazet. 

Włosy  spływały  jej  na  plecy.  Nic  już  nie  zostało  z  kunsztownej  fryzury,  którą  nosiła 

background image

poprzedniego wieczoru. Czarna jedwabna suknia, którą kupiła po kilku dniach penetrowania 

sklepów, leżała na podłodze, w miejscu, gdzie rzucił ją Nick. 

Wrócili  do  domu  o  świcie,  szczęśliwi,  roześmiani,  upojeni  sukcesem,  szampanem  i 

namiętnością. 

- Było cudownie - powiedziała. 

- Dzięki - roześmiał się. 

Uderzyła  go  gazetą,  którą  właśnie  czytała  po  raz  kolejny  z  rzędu,  i  popatrzyła  na 

obrączkę, lśniącą na jej palcu w blasku porannego słońca. 

-  Nie  mówię  o  tym,  choć  to  też  nie  było  złe  -  wyjaśniła,  przymykając  oczy,  by  raz 

jeszcze  przypomnieć  sobie  nastrój  poprzedniego  wieczoru.  -  Mówię  o  tych  tłumach, 

ś

wiatłach, muzyce.  I owacjach.  Boże, kocham owacje. Pamiętasz, jak ludzie wstali i zaczęli 

klaskać po piosence „Opuszczę cię pierwsza”? 

Podłożył ręce pod głowę i nie przestawał się uśmiechać. Wyglądała tak cudownie, tak 

kusząco, gdy siedziała na łóżku w podkoszulce, z włosami w nieładzie, oczami błyszczącymi 

z podniecenia. Należała do niego. 

- Naprawdę? Nie zauważyłem. 

- Oczywiście. To dlatego o mało nie wyłamałeś mi wszystkich palców, ściskając mnie 

za rękę. 

-  Chciałem  cię  po  prostu  powstrzymać  przed  wyskoczeniem  na  scenę  i 

podziękowaniem za aplauz. 

-  Wiesz,  miałam  na  to  ochotę  -  przyznała.  -  Chciałam  tańczyć  razem  z  aktorami. 

Podobało mi się, Nick. 

-  Mnie  też.  Siedziałem  w  pierwszym  rzędzie  i  słuchałem  tego,  co  zrodziło  się  nad 

barem  na  moim  starym  pianinie.  I  przypominałem  sobie,  co  zaszło  między  nami,  gdy 

pisaliśmy te słowa i muzykę. 

Wzięła go za rękę. 

- To był najbardziej podniecający okres w moim życiu - wyznała. - A ostatni wieczór 

był jego ukoronowaniem. Wszyscy tak wspaniale wyglądali, cała rodzina. Było niemal jak w 

dniu naszego ślubu, wszyscy wystrojeni, rozpromienieni. A ty okropnie zdenerwowany. 

- A ty piękna. - Nick patrzył, jak szeroki uśmiech rozjaśnia jej twarz. Nie musiała się 

już  upominać  o  czułe  słowa  i  komplementy.  Teraz  przychodziły  mu  z  łatwością.  -  Pani 

LeBeck.  -  Usiadł  i  przeciągnął  dłonią  po  jej  włosach.  Ich  usta  się  złączyły.  -  Kocham  cię  - 

powiedział. 

background image

- Nick. - Przytuliła policzek do jego twarzy. - Jest idealnie, doskonale. Wiedziałam, że 

tak będzie, jeśli poczekam. I skądinąd wiem, że może być tylko lepiej. Tworzymy zespół. 

- I jesteśmy nowymi ulubieńcami Broadwayu. LeBeck i Kimball. 

Zaśmiała się i ukryła twarz w jego ramieniu. 

- Teraz ty przeczytaj - poprosiła. Wsunął ręce pod jej koszulkę. 

- Teraz? - spytał. 

- Potem - mruknęła, przytulając się do niego.