background image

Łańcuchy i płomienie - Shelly Laurenston   

 

 

 

 

Tłumaczenie: madlen 

Beta: agnieszka

 

 

ROZDZIAŁ 1 

 

- Żądałaś mojej obecności, Królowo Addieno? 

- Czy to takie trudne dla ciebie nazywać mnie Matką? - Królowa nawet nie spojrzała 

w górę znad swojej książki. 

W zasadzie... tak, było. 

- Żądałaś mojej obecności, Matko? 

Z  westchnieniem,  królowa  odłożyła  swoją  książkę  i  spojrzała  na  swoją  najstarszą 

córkę. 

- Jakże ja uwielbiam to pogardliwe spojrzenie. 

Rhiannon,  Pierworodna  Królowej  Smoków,  Pierworodna  Córka,  Biała  Smocza 

Czarownica i dziedziczka królewskiego tronu przysiadła na zadnich łapach. Odgarnęła swoje 
długie  białe  włosy  z  oczu  i  popatrzyła  na  swoją  rudowłosą  i  pokrytą  czerwonymi  łuskami 
matkę. 

- Czy możemy po prostu mieć to już za sobą? Mam rzeczy do zrobienia. 

- Naprawdę? Jakie? 

Cholera.  Tak  naprawdę  nie  miała  nic  do  zrobienia,  po  prostu  nie  chciała  tu  być. 

Rhiannon i jej matka nigdy nie były ze sobą w dobrych stosunkach. Nigdy się nie nauczyły 
tolerować  siebie  nawzajem.  Na  dworze  krążyła  nawet  opowieść  o  tym,  że  świeżo  po 
wykluciu,  Rhiannon  ugryzła  swoją  matkę,  gdy  ta  usiłowała  przytulić  swoją  nowonarodzoną 
córeczkę. Ale Rhiannon nie wierzyła w to ani przez jedną sekundę. Co prawda wierzyła, że 
ugryzła swoją matkę, ale nie wierzyła, że jej matka starała się ją przytulić. 

- To, co muszę zrobić to moja sprawa. Czy możemy się pospieszyć?

1

 

- Dobrze. 

Jej  matka  poruszyła  się  lekko  do  przodu  i  całe  ciało  Rhiannon  spięło  się  na  to 

zbliżenie, zwłaszcza gdy ujrzała straż królewską postępującą za królową. 

- Podjęłam decyzję.  

Rhiannon zmrużyła oczy. 

- Odnośnie? 

- Ciebie. Już czas, abyś została połączona w parę. Oznaczona. I wybrałam dla ciebie 

towarzysza. Jednego z moich najlepszych wojowników. Bercelaka Wspaniałego. 

Prychając ze śmiechu, Rhiannon spojrzała na swoją matkę. 

- Bercelaka Wspaniałego? Nie masz chyba na myśli Bercelaka Mściwego? I ta nisko 

urodzona jaszczurka

2

 to twój wybór na mojego partnera? - Roześmiała się głośniej, mocniej. - 

Oszalałaś! 

Niebieskie oczy jej matki błyszczały niebezpiecznie w słabo oświetlonej komnacie. 

- On jest tym, którego wybrałam. On jest tym, który cię Oznaczy. 

Śmiech Rhiannon zamarł na widok zimnego spojrzenia jej matki. 

                                                           

1

  Normalnie aż chciałoby się napisać: Czy możemy się streszczać? 

2

  Urocze :D tak go wyzywa i nim pogardza, a potem da sobie założyć łańcuch na szyję :P 

background image

Łańcuchy i płomienie - Shelly Laurenston   

 

 

 

 

Tłumaczenie: madlen 

Beta: agnieszka

 

 

- Co? Dlaczego? 

Gdy czerwona smoczyca tylko się na nią patrzyła, Rhiannon wybuchła. 

Ty bezduszna, kłamliwa suko

Jej umysł krzyczał na samą myśl o Bercelaku Mściwym, Władcy Bitwy na dworze 

jej matki. Każdy wiedział, że Bercelak jest niebezpieczny, złośliwy i ogólnie nieprzyjemny. 

Przez  te  wszystkie  lata  jak  go  znała,  nigdy  nie  widziała,  żeby  do  kogokolwiek  się 

uśmiechnął...  z  wyjątkiem  niej.  Wciąż  ją  obserwował,  lekceważąc  zasady  hierarchii 
społecznej, dopóki w końcu mu nie powiedziała z całą szczerością, żeby przestał się na nią 
gapić jak na konia pieczonego na rożnie, albo ona wyrwie mu rogi z głowy. On tylko się do 
niej  uśmiechnął.  Po  raz  pierwszy  i  ostatni  się  uśmiechnął.  Wtedy,  kiedy  mu  groziła.  Nie 
wzięła tego za dobrą monetę. 

W  tym  momencie  obawiała  się,  że  będzie  musiała  się  bronić  przed  przymusowym 

Oznaczaniem.  Były  one  rzadkie,  ale  się  zdarzały.  Ale  potem  zaczęły  się  Wojny  Smoków. 
Walki  smoków  przeciwko  smokom  w  dążeniu  do  władzy.  Jako  obrońca  matki,  Bercelak 
prowadził wojnę i od tego czasu go nie widziała. 

Ale  wojny  się  skończyły  a  panowanie  jej  matki  było  zabezpieczone.  I  widocznie, 

jako nagrodę za wierną służbę, jej matka planowała wręczyć Bercelakowi 

- Podjęłam decyzję. Ceremonia odbędzie się w następnym miesiącu, aby świętować 

wasz związek. Będziesz w niej uczestniczyć. Będziesz wyglądać pięknie. I pozwolisz mu się 
posiąść. 

- Wiem dlaczego to robisz. Wiem co zamierzasz. - Nienawidziła desperacji w swoim 

głosie. Nienawidziła swojej matki. 

Gdy królowa wciąż tylko na nią patrzyła, Rhiannon ciągnęła dalej. 

-  Obawiasz  się,  że  wezmę  twój  tron,  zanim  będziesz  gotowa  mi  go  przekazać. 

Obawiasz się, że jeśli połączę się z kimś, kto nie jest lojalny w stosunku do ciebie, ja będę 
miała to wszystko... a ty nie będziesz miała nic. Więc dajesz mnie temu kawałkowi śmiecia! 

-  Dlaczego,  Rhiannon.  To  okropne  z  twojej  strony  tak  myśleć  o  swojej  kochającej 

matce. 

Powiedziała to tak lekceważąco, że Rhiannon wiedziała, że ma rację. Jej matka bała 

się jej. Bała się lojalności, którą córka zyskała pośród innych smoków oraz na dworze. Bała 
się jej umiejętności Magii, nadal słabych, ale rosnących nadmiernie - i zaskakująco - mocno. 

Jej  matka  bała  się  jej.  I  dlatego  ta  suka  była  chętna  przekazać  Rhiannon  jak 

ludzkiego niewolnika. 

Gniew ją oślepił, Rhiannon smagnęła matkę jedną ze swoich łap, ale przeklęte straże, 

które  chroniły  życie  królowej,  jakby  było  ich  własnym,  były  tam  przed  nią,  zanim  jej 
przedramię zdołało opuścić jej bok. Popchnęli ją w plecy. Ją! Księżniczkę

- Nie zrobisz mi tego, ty stara dziwko! - krzyczała, niezdolna się dłużej kontrolować. 

Krzywda i ból żerowały na niej jak pasożyt.  - Wezmę twój tron... wezmę twoją moc i twój 
skarb! I zostawię cię, żebyś zgniła! 

Zimne,  krystalicznie  niebieskie  oczy  patrzyły  na  nią  i  wiedziała,  że  nigdy  nie 

znajdzie w nich litości. Nigdy.  

- Pożałujesz tego, ty mała suko. 

background image

Łańcuchy i płomienie - Shelly Laurenston   

 

 

 

 

Tłumaczenie: madlen 

Beta: agnieszka

 

 

- Idź do diabła. 

Rhiannon  zrobiła  kilka  kroków  w  tył,  aż  stanęła  w  dużej  odległości  od  matki  i  jej 

obłąkanych strażników. A potem się odwróciła i wybiegła gwałtownie. 

Niczego nie żałowała. Ale dopilnuje tego, aby jej matka pożałowała wszystkiego. 

 

*** 

 

Bercelak Wspaniały, Smoczy Wojownik Królowej Smoków, Dziewiąty Syn Ailena 

Dziwkarza, Dowódca Smoczej Armii Królowej i tak dalej, i tak dalej, maszerował przez dom, 
w którym dorastał. W odróżnieniu od większości smoków, jego pierwszym domem nie była 
jaskinia... ale zamek. 

Kroczył przez sale, kiwając głową na powitanie swojemu licznemu rodzeństwu gdy 

przechodził obok. Włączając w to jego samego, była ich piętnastka. Niektórzy byli sparzeni. 
Niektórzy nie. Niektórzy już z własnym potomstwem. Zanim wszedł do domu ojca, zmienił 
formę  na  ludzką  i  włożył  strój  człowieka.  Jego  ojciec,  Ailean,  nalegał  na  to.  Z  przyczyn 
nieznanych dla żadnego z nich, ich ojciec uwielbiał być człowiekiem. Nie na jakiś czas, jak 
niektórzy z jego rodziny i czasami nawet jak on sam. Ale przez cały czas. Przemieniał się z 
powrotem w smoka tylko po to by walczyć, albo polecieć gdzieś szybko. 

Do  dnia  dzisiejszego  Bercelak  nie  miał  pojęcia  dlaczego  jego  matka,  piękna 

smoczyca  królewskiej  krwi,  tolerowała  tego  starego  bękarta.  Był  głośny,  nieprzyzwoity  i 
ordynarny. Dorastanie z nim było horrorem dla każdego z jego męskich potomków. Kobietom 
powodziło  się  znacznie  lepiej,  ale  kiedy  osiągnęły  wiek  dojrzały  odkryły,  że  posiadanie 
dziwkarza za ojca było dla nich niekorzystne gdy nadchodził czas łączenia w pary. Wszędzie 
gdzie szły, wyprzedzała je reputacja ich ojca. 

Teraz Bercelak musiał stawić czoła temu staremu bękartowi i nie wiedział dlaczego. 

Ailean  zażądał  jego  obecności,  wysyłając  czterech  braci  Bercelaka,  by  go  sprowadzili  z 
powrotem.  Nie  chcąc  zabić  swoich  krewnych,  Bercelak  zgodził  się  w  końcu  wrócić  do 
zamku. Chciał to mieć już za sobą i móc wrócić do domu. Teraz, gdy wojny się już skończyły 
miał plany do zrealizowania, a jego ojciec go opóźniał. 

Wpadł do gabinetu ojca, potem skrzywił się i odwrócił. 

-  Czy  sądzisz,  że  uda  ci  się  zejść  z  mojej  matki  na  tyle  długo,  by  mi  powiedzieć 

czemu żądałeś mojej obecności? 

- Kiedy to stałeś się tak nieśmiały, chłopcze?  

Bercelak usłyszał, jak jego matka daje klapsa jego ojcu, co zdawała się robić często, 

a potem usłyszał jak schodzi z biurka, na które rzucił ją Ailean, i z powrotem wkłada ubrania. 
To  dla  Ailena  jego  matka  pozostawała  człowiekiem.  Bercelak  zwyczajnie  nie  rozumiał 
dlaczego. 

- Załóż ubranie! - Usłyszał jak matka syczy i pokręcił głową. Bękart żył po to, by go 

zawstydzać. I odwalał dobrą robotę. 

Ręka jego matki spoczęła na jego barku. 

- Mój synu. 

Odwrócił się i spojrzał w dół na jej piękną twarz. 

background image

Łańcuchy i płomienie - Shelly Laurenston   

 

 

 

 

Tłumaczenie: madlen 

Beta: agnieszka

 

 

- Matko. - Pocałował ją w policzek. - Cieszę się, że cię widzę. 

Kącik ust jego matki wygiął się ku górze. 

-  Naprawdę?  Muszę  przyznać,  że  ze  wszystkich  moich  młodych  z  tobą  jest 

najtrudniej porozmawiać. 

- Chłopcze. - Jego ojciec, założywszy w końcu spodnie, oparł się o biurko. 

Dlaczego stary bękart upierał się, by go tak nazywać, Bercelak nigdy nie zrozumie. 

Nie  był  człowiekiem  i  nie  był  „chłopcem”.  Ale  jego  ojciec  nadal  zwracał  się  do  niego  - 
częściej niż do pozostałych jego braci - per „chłopcze”. Prawdopodobnie dlatego, że wiedział, 
że to go cholernie irytuje. 

- Ojcze. Posłałeś po mnie. 

- Aye. Dziś otrzymałem wiadomość od Królowej. 

Jego matka zesztywniała przy nim. Robiła to zawsze na samą wzmiankę o królowej. 

- O czym? 

- Księżniczce Rhiannon. 

Serce stanęło mu w piersi. 

- Co z nią? – zapytał, mimo że bał się to zrobić. Zjadliwe stosunki pomiędzy nią a jej 

matką  były  niemal  legendarne.  A  Rhiannon  miała  zaledwie  sto  dwadzieścia  pięć  zim. 
Bogowie, czy królowa nie mogła w końcu czegoś z nią zrobić? 

- Masz ją posiąść. 

Bercelak zmarszczył brwi, co wydawało się zadziwiające nawet jak na niego, gdyż 

marszczył się przez większość czasu. Ale to sprawiło, że zmarszczył się bardziej. 

- Co to oznacza? - jego matka spytała, zanim on miał szansę. - Że ma ją posiąść? 

- To oznacza, że królowa chce, żebyś połączył się z jej córką. 

- Po moim tru... 

- Shalin... - Ailean jej przerwał. - Decyzja nie należy do ciebie. Tylko do chłopaka. 

- Tak, ale... 

- Wiem co czujesz do Addieny, ale, jak już mówiłem, to Bercelak podejmie decyzję. 

Nie ty. Nie ja. Ani królowa. - Srebrne oczy skoncentrowały się na nim. - Jeśli jej nie chcesz, 
powiedz mi to teraz, a ja będę walczył z królową w tej sprawie. Nie widziałem jej od wieków, 
ale  jestem  pewien,  że  wciąż  potrafię  być  całkiem...  -  jego  ojciec  szeroko  się  uśmiechnął  - 
...przekonujący. 

Shalin prychnęła i odwróciła się, ale jego ojciec kontynuował. 

- Ale chciałem dać ci wybór. Jaka jest twoja decyzja? 

Nie miał żadnej decyzji do podjęcia. Podjął ją już dawno temu, kiedy zobaczył białą 

smoczycę. Miał zaledwie pięćdziesiąt zim a ona prawie pięćdziesiąt dwie. Była starsza. Nigdy 
wcześniej nie był na dworze, a tym razem towarzyszył swojej matce. Popełnił swoją pierwszą 
pomyłkę jak tylko wszedł do Sali Królewskiej. Nastąpił na śnieżnobiały ogon księżniczki. Jej 
wściekłość  była  natychmiastowa  i  -  nie  czekając  na  przeprosiny  -  posłała  końcówkę  swego 
ogona prosto w jego oko.  

background image

Łańcuchy i płomienie - Shelly Laurenston   

 

 

 

 

Tłumaczenie: madlen 

Beta: agnieszka

 

 

Co dotąd wiedzieli nieliczni, a pozostali w końcu poznali, to to, że wszystkie dzieci 

Ailena były wychowywane... cóż... inaczej niż inne młode. Bercelak nie potrafił przypomnieć 
sobie  dnia,  kiedy  jego  ojciec  nie  wyskakiwał  z  ciemności,  chwytał  jego  ogon  i  rzucał  nim 
przez  pokój.  Nie  żeby  znieważyć  -  choć  tak  to  wyglądało  -  ale  dlatego,  że  chciał  by  jego 
potomstwo miało  refleks lepszy niż ktokolwiek inny.  I  - ku irytacji Bercelaka  - to  działało. 
Podczas  gdy  inni  smoczy  wojownicy  byli  brani  z  zaskoczenia  albo  uciekali  ze  strachu 
podczas  bitew,  Bercelak  nigdy  się  nie  cofnął,  nigdy  się  nie  bał  i  zdecydowanie  nigdy  nie 
uciekał.  Przenigdy.  Zamiast  tego  niszczył  wszystkich  bez  wyjątku,  dopóki  ostatecznie  nie 
nadali mu tytułu Królewskiego Władcy Bitwy. Była to najwyższa ranga, jaką nisko urodzony 
smoczy wojownik - jakim on sam był - mógł mieć nadzieję otrzymać.  

Więc  tego  dnia,  kiedy  zobaczył  jak  ten  ostry  jak  brzytwa  ogon  zbliża  się  do  jego 

twarzy, zareagował tak, jakby to zrobił w stosunku do każdego ze swoich krewnych; chwycił 
za ogon i zamachnął nim, rzucając księżniczką i dziedziczką królewskiego tronu przez Salę 
Królewską tuż obok jej matki. 

Gdy straż królowej mocno go trzymała był całkowicie pewien, że tego dnia umrze. 

Ale Królowa... miała inne plany.  I, żeby być uczciwym,  nie wydawała się martwić tym  jak 
potraktował jej córkę. 

Ale on się martwił. Po tym, próbował wszystkiego, by Rhiannon mu wybaczyła. By 

się do niej zbliżyć. Ale kiedy go widziała, przewracała oczami i przechodziła na drugą stronę. 
Gdy  próbował  z  nią  porozmawiać,  ziewała  mu  prosto  w  twarz  i  zostawiała  w  miejscu,  w 
którym stał. 

W  końcu  zostawił  ją  w  spokoju.  Ale  nigdy  nie  przestał  jej  pragnąć.  I  to  się  nie 

zmieniło. To się nigdy nie zmieni. 

- Posiądę ją. 

Jego matka chwyciła go za ramię. 

- Bercelak... 

- W porządku Matko. Wiem, co robię. - Spojrzał na swojego ojca. - Posiądę ją.  

Ailean  uśmiechnął  się.  Był  to  jeden  z  tych  dużych  uśmiechów,  które  ogromnie 

irytowały Bercelaka. 

-  Tak  myślałem,  że  to  właśnie  powiesz.  Ona  będzie  na  ciebie  czekać  w  twoim 

legowisku. 

Bercelak i Shalin wymienili spojrzenia. Był przekonany, że będzie musiał iść po nią 

sam.  W  końcu,  była  to  Księżniczka  Rhiannon.  A  ona  nigdy  nie  pozwalała  nikomu  o  tym 
zapomnieć. 

Bercelak przechylił głowę na bok. 

- Będzie? 

 

*** 

 

Rhiannon  wzbiła  się  w  powietrze  tak  szybko,  jak  tylko  wyszła  z  Devenallt 

Mountain.

3

  Leciała  i  leciała,  zdeterminowana  by  wrócić  do  swojego  legowiska  przez 

                                                           

3

  Siedziba dworu Królowej Smoków 

background image

Łańcuchy i płomienie - Shelly Laurenston   

 

 

 

 

Tłumaczenie: madlen 

Beta: agnieszka

 

 

zapadnięciem  zmroku.  Miała  tak  wiele  do  zaplanowania,  ponieważ  wiedziała,  ze  jej  matka 
najprawdopodobniej zaplanuje natychmiast jakiś kontratak. Ale jej legowisko było fortecą. Z 
pomocą  lojalnych  jej  czarowników  wzniosła  tyle  magicznych  i  fizycznych  osłon  wokół 
swojej jaskini, że nie było sposobu aby jej matka się przez nie przedarła. 

Leciała przez lasy i miasta. Zamki i farmy. Niewielu ją widziało, a ci którzy widzieli 

krzyczeli ze strachu i uciekali. Bogowie, jakże musiała być wściekła. Nie zniżyła się nawet i 
nie porwała szybkiej przekąski z jednej z wiosek ani nie cieszyła się zwyczajnie ich krzykami. 

Skierowała się ku otwartemu morzu, poruszając się szybciej z wiatrem. Zbliżała się 

do  wielkiej  góry  gdy  to  poczuła.  Małe  łaskotanie  w  brzuchu.  Wiedziała,  że  to  jej  matka  i 
natychmiast wyrecytowała zaklęcie, by wznieść mocniejsze bariery wokół swojego ciała. Ale 
zanim udało jej się to zrobić, moc bogów przeszła przez nią jak błyskawica... a potem zaczęła 
spadać. 

Desperacko próbowała trzepotać swoimi skrzydłami, ale bezskutecznie. Spojrzała w 

dół na siebie i krzyknęła ze strachu. 

Człowiek. Jej matka przemieniła ją w człowieka. A ona nie była w stanie przemienić 

się z powrotem! 

Na sekundy, zanim uderzyła o ziemie, jej ostatnią myślą było... 

O cholera. 

 

*** 

 

Bercelak  patrzył  na  wygiętą  nagą  kobietę  przed  jego  legowiskiem.  Białe  włosy, 

splątane przez krew i brud, okrywały ją całą z wyjątkiem małego dziwnego znamienia na jej 
nagim ramieniu. 

Pochylając  się,  powąchał  ją.  Nie...  nie  urodziła  się  człowiekiem.  W  rzeczywistości 

była smokiem w ludzkiej formie. 

Cóż... przybył obiad. 
Popchnął  ją  swoim  pyskiem,  przekręcając  ją  na  plecy.  Kiedy  zobaczył  jej  twarz, 

serce stanęło mu w piersi po raz drugi tego samego dnia. 

Rhiannon. Księżniczka Rhiannon. Jego Rhiannon. 
Spojrzał na nią. Była pokrwawiona i połamana. Spojrzał w górę na niebo i dostrzegł 

miejsce,  z  którego  upadła.  Nic  dziwnego,  że  królowa  powiedziała,  że  Rhiannon  będzie 
czekała na niego w jego legowisku. Tutaj zrzuciła swoją córkę. 

To nie może być dobre. 
Ale  nie  miało  to  znaczenia.  Ostatecznie  ją  miał.  Miał  swoją  Rhiannon.  I  planował 

zatrzymać ją... na zawsze. 

 

*** 

 

Krzyki. Skąd te wszystkie krzyki? 
Rhiannon  poruszyła  się  i  krzyki  stały  się  zdecydowanie  grosze,  ale  uświadomiła 

background image

Łańcuchy i płomienie - Shelly Laurenston   

 

 

 

 

Tłumaczenie: madlen 

Beta: agnieszka

 

 

sobie także, że te krzyki były w jej głowie. 

Przyłożyła  łapy  do  czoła,  chcąc  odepchnąć  ból...  tylko  że  coś  było  nie  tak.  Miała 

wrażenie, że jej głowa jest inna. I jej łapy również. 

Siłą  woli  otworzyła  oczy  i  popatrzyła  na  swoje  pazury.  Tylko,  że  nie  było  jej 

potężnych  białych  pazurów,  które  dumnie  nosiła  naostrzone.  To  były  -  zmarszczyła  się  z 
zakłopotaniem  - to  były  paznokcie.  Ludzkie. Tak samo  jak łapa, do której  te bezużytecznie 
paznokcie były przyczepione. Nie jej potężna łapa, ale łapa człowieka. R.. ręka. 

Spojrzała  w  dół  na  siebie  i  zdała  sobie  sprawę,  że  nie  śni.  Człowiek.  Jej  matka 

przemieniła  ją  w  człowieka.  Zmieniała  formę  na  ludzką  wiele  razy,  ale  tylko  po  to,  by 
oszukać  ludzi  wokół  siebie...  no  dobrze,  i  żeby  sprawdzić  czy  jej  ludzka  forma  była  choć 
trochę atrakcyjna. Poza tym, żyła jako smok i nigdy nie rozumiała tych, którzy robili inaczej. 
Dlaczego  ktokolwiek  chciałby  być  człowiekiem,  to  było  poza  jej  zdolnością  rozumienia...  I 
niech to wszystko cholera, ona sama była genialna!

 

Wiedząc,  że  powinna  się  uspokoić,  Rhiannon  wzięła  głęboki  oddech  i  powoli  go 

wypuściła.  Gdy  już  oczyściła  swój  umysł  i  krzyki  w  jej  głowie  osłabły,  wypowiedziała 
zaklęcie,  które  miało  ją  zmienić  z  powrotem  w  smoka.  Jasne  kolory  Magii  roziskrzyły  jej 
ludzkie ciało... i nic. Absolutnie nic. 

- Zabrała wszystkie twoje moce. 

Rhiannon odwróciła głowę i spojrzała na czarnego smoka obserwującego ją. 

- Bercelak - spojrzała z pogardą. Oczywiście, gdzieżby indziej, jak nie u stóp smoka, 

którego Rhiannon nigdy nie chciała widzieć, jej matka by ją zrzuciła? 

Nienawidzę tej suki. 

- Rhiannon. 

Warcząc, zmusiła swoje ludzkie ciało by usiąść. 

-  Zwracaj  się  do  mnie...  Nisko  Urodzony...  moim  tytułem.  Dla  ciebie  jestem 

Księżniczką Rhiannon. 

Wpatrywał się w nią przez chwilę ze swoją typową zmarszczką - czy nie miał innego 

wyrazu twarzy? - a potem prychnął. 

- Możesz sobie być księżniczką. Ale w tej chwili jesteś taką bez swoich mocy i łap. - 

Wstał i zrobił kilka kroków w jej stronę. - Jesteś człowiekiem. Bez skrzydeł. Nie masz szansy 
mi uciec. To dobrze, że cię rozpoznałem, bo inaczej mógłbym zrobić z ciebie urocze danie z 
odrobiną pietruszki. I ziemniakami. 

Kolejne dwa kroki zbliżyły go do niej i Rhiannon, ignorując ból w głowie, cofnęła 

się. 

-  Cała  ta  miękka  skóra  i  łamliwe  kości  -  nieomal  zanucił.  -  Nie  możemy  pozwolić 

odejść w ten okrutny świat tak bezbronnej księżniczce, prawda? Potrzebujesz mnie, bym się 
tobą  zaopiekował.  Bym  cię  chronił.  Tak  jak  musiałem  to  zrobić  dzisiaj.  Gdybym  nie  miał 
umiejętności,  które  otrzymałem  od  matki  i  tych,  które  zyskałem  na  polu  bitewnym,  nie 
mógłbym cię uleczyć. 

- Niczego od ciebie nie potrzebuję, Bercelaku, synu dziwkarza. 

Przestał się poruszać, jego zimne czarne oczy znieruchomiały na jej twarzy. 

background image

Łańcuchy i płomienie - Shelly Laurenston   

 

 

 

 

Tłumaczenie: madlen 

Beta: agnieszka

 

 

-  Odkąd  wiem,  że  twoja  matka  zajęła  się  fiutem  mojego  ojca,  wybacz  mi,  że  nie 

czuję się prawdziwie obrażony. - Podniósł jedną brew. - Nie jesteśmy spokrewnieni, prawda? 

- Ty... - Oszołomiona, że ktoś śmie mówić do niej w ten sposób, Rhiannon zmusiła 

się by wstać. Krzyki w jej głowie stały się zdecydowanie gorsze, ale nie obchodziło to jej. Nie 
mogła pozwolić temu aroganckiemu bękartowi traktować się w ten sposób. Nikt... absolutnie 
nikt nie potraktował jej w ten sposób. - Posłuchaj mnie dobrze, Nisko Urodzony, nie myśl ani 
przez chwilę, że nie wytnę ci serca z twojego bezwartościowego ciała i nie będę go nosić na 
swojej głowie... jak kapelusza. 

Bercelak  wypluł  zaklęcie.  Płomienie  wybuchły  wokół  smoka  i  zblakły, 

pozostawiając jedynie jego ludzką formę. I, och... na mrocznych bogów ognia... co to było za 
ludzkie ciało. Czarne jak węgiel włosy sięgały w dół na plecy, omiatając jego wąskie biodra. 
Ponieważ był smokiem bitewnym, jego włosy były krótsze niż u rodziny królewskiej, której 
bronił.  Miał  także  blizny.  Wiele  blizn,  niektóre  z  nich  w  interesujących  miejscach.  Jedną 
okropną  bliznę  miał  tuż  przy  oku.  Och,  i  jego  oczy...  tak  czarne  jak  jego  włosy.  Ciemne  i 
niezgłębione, patrzące na nią spod czarnych brwi. A jego ciało... nigdy nie myślała, że ludzkie 
ciała mogą być tak miłe dla oka. Zwłaszcza męskie. Aż do teraz. Te wszystkie mięśnie i te 
wielkie silne ramiona. Wszystko w nim było idealne. Jego twarz, jego ciało. Jego blizny. 

Patrzyła na niego gdy do niej podchodził, zmuszając ją  do cofnięcia się pod ścianę 

jaskini.  Skrzywiła  się;  skały  kłuły  jej  miękką  ludzką  skórę,  której  zaczynała  nienawidzić. 
Czuła się słaba, bezbronna. 

Jak ludzie mogą żyć w ten sposób? 

-  Powiedz  mi,  Księżniczko,  czy  naprawdę  uważasz,  że  ktoś  tu  przybędzie  by  cię 

przede mną uratować? Jestem wszystkim co masz. Nawet twoja matka cię opuściła. 

- Opuściła mnie już dawno temu. 

Wydawało się jakby jego naturalny wyraz twarzy nieco zmiękł na to stwierdzenie. 

- Wiem, że to zrobiła. To cię rani. 

Zaśmiała się krótko, bezlitośnie. 

- Nic mnie nie rani, Nisko Urodzony. Absolutnie nic. 

- Jak to możliwe? - I z jakiegoś powodu brzmiał tak, jakby mu naprawdę zależało na 

jej odpowiedzi. 

- Kiedy przestajesz czuć cokolwiek, jest to całkowicie możliwe. 

Jedną wielką dłonią dotknął jej policzka. 

-  Nie  mam  ochoty  cię  skrzywdzić,  Księżniczko.  Ale  pragnę,  byś  czuła.  Pragnę  byś 

czuła wszystko, kiedy jesteś ze mną. 

Przewróciła oczami. 

- Och, proszę, Nisko Urodzony. Nie próbuj mnie uwodzić. - Opierając swoje dłonie 

na jego klatce piersiowej popchnęła go do tyłu i odsunęła od ściany. - Nie jestem dzieckiem. 
Byłam uwodzona przez najlepszych. - Popatrzyła na niego w górę i w dół. - Tych królewskiej 
krwi. I boli mnie, że muszę ci to powiedzieć, ale sporo ci brakuje. 

Oparł  się  plecami  o  miejsce,  które  właśnie  opuściła  i  założył  ręce  na  swojej 

wspaniałej klatce piersiowej. 

- Czy mój brak królewskiej krwi naprawdę ci przeszkadza? 

background image

Łańcuchy i płomienie - Shelly Laurenston   

 

 

 

 

Tłumaczenie: madlen 

Beta: agnieszka

 

 

-  Nie. To mnie obraża  - odpowiedziała szczerze. -  Czy jesteś  tym  najlepszym  kogo 

mogła  zaproponować  matka?  Nie  jestem  jakimś  ochłapem  ze  stołu  rzuconym  pomiędzy  jej 
ulubione bitewne psy. Jestem królewskiej krwi. Jestem córką króla. I, by być całkiem szczerą, 
zasługuję  na  kogoś  lepszego  niż  ty.  A  teraz,  Nisko  Urodzony,  odprowadzisz  mnie  do 
najbliższego wyjścia. 

Poruszył się tak szybko, że nie miała szansy nawet podskoczyć, a co dopiero uciec. 

Jego dłonie opadły na jej szyję, przytrzymując ją w miejscu. Pomyślała, że on będzie usiłował 
wydusić z niej życie - niestety, nie byłby to pierwszy raz, gdy coś takiego jej się przydarzyło. 
Zamiast tego, górował nad nią, patrząc w dół na jej twarz. Jego czarne oczy wpatrywały się z 
jej. 

-  Kiedy  skończę...  -  powiedział  to  miękko  niskim  głosem,  podczas  gdy  jego  twarz 

wciąż wyglądała tak intensywnie... nerwowo - ...nie będziesz w stanie wyobrazić sobie życia 
beze mnie. Będziesz za mną tęsknić, pragnąc mnie jak nigdy przedtem nie pragnęłaś nikogo 
w  swoim  życiu.  Będziesz  za  mną  tęsknić,  gdy  wyjadę  i  pragnąć  mnie,  gdy  będę  tuż  obok 
ciebie. Żaden inny mężczyzna nigdy nie będzie wystarczająco dobry. Żaden inny mężczyzna 
nie będzie godnym wziąć tego ciała dostarczając mu przyjemności o jakiej tylko marzyłaś. A 
kiedy będziesz dochodzić i krzyczeć moje imię, błagając mnie, bym cię zatrzymał jako swoją, 
Oznaczę  cię.  I  twoje  serce  oraz  dusza  będą  należeć  tylko  do  mnie.  Ale  do  tego  czasu, 
księżniczko, nigdzie się nie wybierasz. 

Wtedy ją puścił i odszedł. 
Odczekała  dopóki  nie  odszedł  dostatecznie  daleko,  tak  by  nie  mógł  jej  uderzyć,  i 

powiedziała: 

- Ach tak? Ty i jakie wojsko? 

Zatrzymał się, spoglądając na nią przez swoje ramię. Nie była w stanie patrzeć mu 

prosto w oczy; potarła je swoją ręką i westchnęła. 

- No cóż, to zabrzmiało okropnie niewłaściwie.