background image

Wiesław Wernic

Na południe od Rio Grande

Gady i ludzie

Wyjechała o świcie, gdy niebo ledwie zaczęło się przecierać z szarości nocy. To była jej 

siódma z kolei wyprawa na nagie płaszczyzny Chihuahua. Być moŜe, tym razem uwieńczona 
powodzeniem, być moŜe, znowu daremna. Zawsze jednak — bez względu na rezultat — 
stanowiąca rozrywkę w nieco monotonnym Ŝyciu na hacjendzie rodziców. Po raz pierwszy 
wyruszyła w tak długą drogę samotnie. Bez wiedzy matki, bez wiedzy don Pedro Gonzalesa, 
który — gdy nie mógł sam towarzyszyć córce — przydzielał jej do ochrony Piotra Asenjo, 
jednego z najstarszych, najbardziej doświadczonych vaquerów. Lecz Inez uwaŜała się za tak 
samodzielną, Ŝe nieproszone towarzystwo i nieproszoną opiekę traktowała prawie jak 
osobistą zniewagę.

Samodzielna na pewno była, tak ją wychował ojciec, biadający w duchu, Ŝe los obdarzył 

go córką, nie synem, przyszłym dziedzicem rozległych włości. Nie mogąc w tym wypadku 
nic zmienić, starał się wyrobić w swej jedynaczce cechy męskie, najcenniejsze w spe-
cyficznych warunkach Ŝycia wśród dziewiczej przyrody, w sąsiedztwie na pół 
cywilizowanych lub zupełnie pierwotnych ludzi.

Gdy Inez ukończyła dwanaście lat, ojciec otoczył ją specjalną opieką i rozpoczął specjalną 

edukację. Mając lat czternaście Inez świetnie jeździła konno, z powodzeniem polowała na 
drobną zwierzynę, a Ŝ sześciostrzałowego amerykańskiego colta potrafiła czterokrotnie trafić 
do niewielkiego, chociaŜ niezbyt odległego celu, jaki nierzadko stanowiła główka gwoździa 
wbitego w deskę. Odziana w męski strój, pod którym trudno było odgadnąć jej płeć, 
wyruszała przy boku ojca na parotygodniowe wyprawy w prerie.

Don Pedro Gonzales posiadał rozległe tereny rolne i pastwiska tuŜ nad granicą 

meksykańsko-amerykańską, niedaleko Yumy, tam gdzie Colorado wraz z rzeką Gila wpadają 
do Zatoki Kalifornijskiej. Zdarzyło się kiedyś, Ŝe granicę przekroczyła garść wojowników 
nawajskich, aby uzgodnić z Apaczami odłamu Chiricahua warunki korzystania z terenów 
łowieckich. Przybysze zostali wciągnięci w zasadzkę. Niespodziewane pojawienie się 
Gonzalesa z gromadą ludzi (właśnie wybierał się na daleką wyprawę myśliwską) uratowało 
od zguby Nawajów i ich wodza, Czarnego Niedźwiedzia. Meksykanin stanął po jego stronie i 
okazał się tak mądry i przewidujący, Ŝe zanim palce białych nacisnęły cyngle strzelb, a dłonie 
czerwonoskórych napięły cięciwy łuków — doszło do rozmowy, a później do wypalenia fajki 
pokoju, przy czym don Pedro znalazł, uznanie u obu skłóconych ze sobą stron. W rok później 
Gon zaleś stał się „białym bratem" Apaczów odłamu Mescalero z terenów Nowego Meksyku, 
bliskich krewniaków grupy Chiricahua, a przez Nawajów z Arizony został zaproszony na 
wielkie łowy. Wyprawa udała się znakomicie i na następną don Pedro Gonzales — wbrew, 
lekkim, zresztą protestom Ŝony — zabrał córkę. Odtąd rokrocznie, przy boku ojca, Inez — 
pół chłopak, pół dziewczyna — uczyła się zwyczajów raczej obcych kobietom jej rasy i 
pochodzenia. Te wyprawy urwały się przed dwoma laty, gdy hacjender sprzedał swą 
posiadłość na zachodzie i nabył inną, znacznie większą, połoŜoną o 180 mil na południe od 
pogranicznego amerykańskiego miasteczka El Paso i 75 mil od granicznej rzeki Rio Grandę 
del Norte, zwanej równieŜ Rio Bravo.

Z nowej posiadłości do łowieckich terenów Arizony było zbyt daleko. A ponadto inna 

jeszcze przyczyna zadecydowała o poniechaniu wypraw: Pedro Gonzałes, człowiek 
przewidujący, uznał, Ŝe na dłuŜszą metę najlepsze nawet umiejętności jazdy na siodle czy na 
oklep niewiele się przydadzą jego córce. Wywiózł ją więc do dalekiego miasta, w którym 
Inez musiała zrezygnować z męskiego stroju i męskich zwyczajów (by nie gorszyć otoczenia) 
na rzecz odpowiadających jej płci sukien oraz... zeszytów i ksiąŜek. Innymi słowy — 
znalazła się w internacie i w szkole równocześnie, a don Pedro stracił ochotę do dalekich 
wypraw.

background image

W okresie ferii Inez wracała do rodzinnego domu i do swych starych zwyczajów.

Oto, dlaczego pędziła teraz na końskim grzbiecie, dumna z samodzielności. Otoczenie 

dawnej hacjendy, tej na zachodzie, gdzie urodziła się i spędzała dziecięce lata, znała 
doskonale, lecz tu bawiła dopiero drugi rok, a ściśle — sześć miesięcy wakacyjnych przerw 
w nauce. CzyŜ przez te sześć miesięcy moŜna było poznać rozległe tereny, prawie 
bezludnych ziem, ciągnących się na północ ku Rio Grandę, na zachód — ku skalistym 
szczytom pasma Sierra Mądre Occidental, na południu i wschodzie — zamkniętych granicą 
rzeki Conchos i piaskami pustynnej Bolson de Mapimi? Lecz dziewczyna czuła się pewna 
siebie, zbyt pewna.

Beztroski ranek, przestrzeń wypełniona rzeźwym wiatrem wiejącym od skalistych gór, 

rozświetlona pierwszymi promieniami wschodzącego słońca, natchnęłaby doskonałym 
samopoczuciem największego nawet pesymistę, a cóŜ dopiero pełną energii i... zarozumia-
łości dziewczynę.

Pognała galopem wzdłuŜ pól kukurydzy, zielonkawej runi pszenicy i plantacji bawełny. Za 

mostkiem, przerzuconym nad sztucznym kanałem nawadniającym, wjechała w krainę równą 
jak stół, pokrytą rzadką, nędzną trawą.

Ś

ciągnęła cugle, zmuszając wierzchowca do kłusa. Teraz juŜ nikt nie dostrzegłby jej z 

okien dalekich budynków hacjendy.

Lekki wyrzut sumienia, Ŝe nie powiadomiła nikogo o swej wycieczce, szybko minął. Była 

teraz niezaleŜna, swobodna, tak jak przed laty na pastwiskach u ujścia Colorado. Nie zdawała 
sobie sprawy z róŜnicy, dzielącej tamte, znane jej dobrze, gęściej zaludnione, a więc bez-
pieczne tereny, od tych, na których obecnie się znajdowała. A i czasy się zmieniły. Druga" 
kadencja prezydenta Stanów Zjednoczonych Meksyku, generała Porfirio Diaza, rozpoczęta w 
roku 1884, z biegiem lat doprowadziła do powstawania lokalnych zamieszek wśród ludności, 
zwłaszcza chłopskiej, której nie odpowiadały dyktatorskie posunięcia prezydenta. Słaba i 
zdezorganizowana administracja nie potrafiła zabezpieczyć spokoju na obszernym terytorium 
państwa, a przede wszystkim w jego północnych rejonach, na których raz po raz pojawiały 
się i znikały zbrojne watahy ludzi podających się bądź za zwolenników, bądź za 
przeciwników centralnego rządu, co najczęściej tylko maskowało ich zwykły zbójecki 
proceder. A właśnie rozpoczęła się wiosna 1888 roku.

 Inez posuwała się wolno, wiedząc, Ŝe jazda w prostej linii doprowadzi ją w odpowiednim 

czasie do brzegów strumyka bez nazwy, dopływu niewidocznej stąd rzeki Conchos. Tam 
planowała zatrzymać się. Spieszyć się nie było sensu. Przybysze, na spotkanie których się 
wybrała, nie mogli zjawić się wcześniej niŜ około południa. Kiedy więc dostrzegła pasmo 
zieleni, tak odmiennej niŜ te poszarzałe, wyschnięte trawy wśród, których jechała, 
zeskoczyła z siodła i prowadząc zwierzę za cugle, skierowała się nad brzeg płytkiego, sze-
roko rozlanego strumyka. Rozejrzała się dokoła. Jak daleko okiem sięgnąć — przestrzeń 
bezludna.

Puściła wodze wierzchowca, który zanurzył pysk w wodzie, pił długo i spokojnie, po czym 

parsknął i potrząsnął łbem rozpryskując kropelki wilgoci.

Siadła tuŜ na granicy ziemi i wody, przyglądając się odbiciu swej sylwetki w połyskliwym 

nurcie. Trwało to jednak krótko. I nie dlatego, by oglądanie samej siebie nie sprawiało 
przyjemności. Przyczyna była inna: dźwięk, który ją przestraszył. Podniosła się ostroŜnie. 
Wiedziała — zakres wiadomości z tej dziedziny posiadała ogromny — iŜ kaŜdy 
gwałtowniejszy ruch stanowi dla poruszającego się powaŜne niebezpieczeństwo. W ciszy, 
jaka panowała dokoła, słyszała wyraźnie, coraz wyraźniej szmer jak gdyby szybko 
przewracanych kartek papieru, szelest, który mógł spowodować tylko jeden z wielkiej 
rodziny węŜów: grzechotnik. GdzieŜ on był?

Ze wzrokiem skierowanym ku ziemi podeszła do wierzchowca. Zwierzę znieruchomiało z 

uniesioną głową i sterczącymi w górę uszami. Groźny szelest był dla niego tak samo 
zrozumiały, jak dla człowieka.

Wydobyła strzelbę ze skórzanego pokrowca. Szelest trwał. Po chwili dostrzegła 

ciemnooliwkowego, w Ŝółte poprzeczne pasy węŜa. LeŜał splątany w ósemkę, z łbem 
płaskim, trójkątnym, uniesionym nad ziemią i z podobnie uniesionym końcem ogona, który 
wibrował tak szybko, Ŝe wyglądał jak poziomo nakreślony pasek.

background image

Gad tkwił nieruchomo, jakieś dziesięć do piętnastu kroków od Inez.

ZniŜyła lufę, z palcem na cynglu. Wówczas uwagę jej przykuła gruba jaszczurka o łapach 

palcowatych, skórze szarej, upstrzonej Ŝółtymi plamami. Spoczywała na piasku, bliŜej 
dziewczyny niŜ grzechotnika, lecz Inez wcale się jej nie przelękła.

— Escorpion — szepnęła. — CzyŜby na nią polował grzechotnik?

Escorpion — tak nazywano w tych stronach jedną z dwu gatunków jadowitych jaszczurek 

— helodermę meksykańską, zwierzątko dla człowieka niezbyt groźne, bo powolne i 
niemrawe.

Inez patrzała bez ruchu. Grzechotnik rozwinął sploty i sunął ku jaszczurce. JakieŜ mogła 

mieć szanse nieruchliwa heloderma w walce z tak groźnym przeciwnikiem? Dziewczyna 
oceniła je na... Ŝadne! I słusznie. Dlatego przyłoŜyła broń do ramienia uznając, Ŝe powinna 
pomóc słabszemu, i to tym bardziej Ŝe ten mocniejszy był najgroźniejszym z Ŝyjących na 
meksykańskiej ziemi gadów. . Przestrzeń między obu wrogami malała, choć posuwał się 
tylko wąŜ, heloderma leŜała bez ruchu jak gruby, kolorowy patyk. Powoli, z szelestem, 
grzechotnik zbliŜył się na niebezpieczną dla Inez odległość. Chwyciła konia za uzdę i cofnęła 
się kilka kroków. Ujrzała, jak wąŜ błyskawicznie zaatakował. Była to migająca w oczach 
plątanina ruchów tak szybkich, Ŝe nie mogła rozróŜnić helodermy od grzechotnika. Chciała 
pociągnąć za cyngiel, lecz jak tu trafić do upatrzonego celu? Szelest wzmógł się i nagle ustał. 
Inez z wraŜenia aŜ wstrzymała oddech.

— Nieprawdopodobne... — szepnęła.
Grzechotnik spoczywał nieruchomo, rozciągnięty na całą swą długość. Na nim leŜała 
heloderma ze szczękami zaciśniętymi tuŜ poniŜej głowy węŜa. Jakim to niespodziewanym 
zbiegiem okoliczności ta powolna w ruchach jaszczurka zdołała uprzedzić zwinnego 
napastnika? Inez nie potrafiła odpowiedzieć na to pytanie. Zresztą, zagadki nie potrafiłby 
rozwiązać nawet wnikliwy znawca Ŝycia zwierząt.

Tak oto walka została zakończona. Inez wsunęła broń do futerału, wskoczyła na siodło i 

przejechała na drugą stronę strumienia. Tam wybrała miejsce piaszczyste i pozbawione 
roślinności. Dopiero wówczas zsiadła i dokładnie obejrzała teren. Martwy grzechotnik 
pozostał za wodą, ale tu mógł pojawić się inny, Ŝywy.

Opowiem o tym matce — ucieszyła się nagle szczęśliwym zakończeniem przygody. — 

Nie, nie matce — zaprzeczyła sobie w myślach. — Zaraz by się zdenerwowała, ojciec 
przyjmie to spokojniej."

 Rozciągnęła się na brzegu ze strzelbą pod ręką, lecz juŜ nie czuła się tak swobodnie, jak 

przed kilku minutami. WciąŜ jej się zdawało, Ŝe słyszy charakterystyczny dźwięk, jaki 
wydaje grzechotnik. Nasłuchiwała czujnie, rozglądała się. Jeden raz, drugi, trzeci... To było 
nie do wytrzymania. Wstała i poczęła spacerować tam i z powrotem, tam i z powrotem... 
JakŜe jednak długo moŜna kontynuować tak bezsensowny spacer? Wizja grzechotnika, 
całego gniazda grzechotników, nie ustępowała. W końcu Inez postanowiła porzucić niebez-
pieczną rzeczkę. Ruszyła ku północy. Okolica nadal równa była jak stół, miejscami 
porośnięta nisko pieniącymi się, kłującymi chwastami, miejscami naga lub poznaczona 
kępami szarych kaktusów o dziwacznych kształtach i potęŜnych kolcach. Nad tym wszystkim 
wisiało niebo bez jednej chmurki, a słońce, które całą tarczą wyjrzało zza horyzontu, 
wypłoszyło resztki przedrannego cienia. Widnokrąg jak gdyby oddalił się, znacząc  krańce  
ziemi  cienką  linią  o  fioletowej barwie, która przygasała lub rozbłyskała migotliwym 
ś

wiatłem. Gdzieś z oddali, o setkę mil, słychać było burzę, błyskawice przekreślały niebo. 

Jakby przestroga dla samotnej amazonki, lecz ją zlekcewaŜyła. Drugie ostrzeŜenie, chociaŜ 
innego rodzaju, pojawiło się w południe,, po dalszej godzinie jazdy. Był nim najpierw 
malutki, lecz z kaŜdą sekundą powiększający się obłoczek kurzu. Szara chmurka, która rosła. 
Mogły ją wzbijać tylko kopyta lub racice czworonogów. Inez natychmiast uznała, Ŝe to 
kopyta koni niosących na swych grzbietach oczekiwanych gości. Nie zdziwiło jej, Ŝe tuman 
unoszący się w powietrzu jest zbyt wielki, jak na dwu jeźdźców, i Ŝe nadciąga z południa, 
zamiast z północnego zachodu. Pewno zmylili drogę.

Uradowana, Ŝe jej wyprawa nie okazała się daremna, pognała galopem, nie zwracając 

uwagi na zmieniający się kształt obłoku kurzu, który począł się rozszerzać w prawo i w lewo, 
zaginać na krańcach, tworząc coraz wyraźniej obwód półkola. Na koniec dostrzegła ludzi. 

background image

Nawet z tej odległości łatwo było stwierdzić, Ŝe stanowią sporą grupę, ą nie parę samotnych 
wędrowców. Wówczas zatrzymała wierzchowca i przyglądała się — zbyt długo — 
nadciągającej kawalkadzie. Po chwili zawróciła.

Gromada jeźdźców na pustkowiu zwiastowała niebezpieczeństwo, zwłaszcza w tak 

niespokojnych czasach. OstroŜność nakazywała odwrót tak szybki, jak to tylko było 
moŜliwe. Popędziła galopem w kierunku rzeczki, co pewien czas spoglądając za siebie. 
Kurzawa rozciągnęła się na kształt pełzającego smoka o długim ogonie i szablastych łapach-
skrzydłach, które miały ogarnąć dziewczynę i jej rumaka.

Nie ulegało wątpliwości — ścigano ją! Beztroska ustąpiła miejsca przeraŜeniu. 

Przypomniała sobie niezliczone opowieści o bandach grasujących w róŜnych częściach kraju, 
o rabunkach i innych aktach gwałtu dokonywanych na bezbronnych ludziach, ryzykujących 
samotne wędrówki poprzez pustkowia.

JakaŜ jestem głupia!" — pomyślała w popłochu i zmusiła wierzchowca do jeszcze 

szybszego biegu.

Daremnie. Koński kark począł lśnić potem, zwierzę zachrapało ostrzegawczo. Spojrzała w 

prawo, spojrzała w lewo. Szare skrzydła kurzu wyprzedziły ją o jard, a teraz ich końce 
półkoliście poczęły się zbiegać. Wolna przestrzeń malała z kaŜdą sekundą. Na koniec krąg 
się zamknął, kurz począł opadać. Inez widziała juŜ wyraźnie sylwetki jeźdźców: na prawo — 
trzy, na lewo — dwie, przed sobą — pięć. Zatrzymała konia. To był błąd, naleŜało 
spróbować przedrzeć się. Zamiast tego — spojrzała wstecz.  Tam posuwali się ludzie 
półkolistą linią.

Strach, obezwładniający strach pozbawił ją woli i wszelkiej myśli. Po sekundzie zdołała 

się jednak opanować. Wydobyła strzelbę z futerału, indiańskim zwyczajem oparła ją na łęku 
siodła i dopiero teraz ruszyła przed siebie drobnym kłusem. Znowu błąd. NaleŜało 
zaryzykować galop. Tymczasem krąg jeźdźców zwierał się coraz bardziej, odstępy między 
końmi malały. Inez była dobrym jeźdźcem, cóŜ więc ją powstrzymało od szarŜy na 
przeciwników? Resztki strachu, z którego nie zdołała się otrząsnąć. Musiała zatrzymać 
wierzchowca, gdy twarze tamtych wyłoniły się spoza zasłony opadającego pyłu. Twarze, 
sylwetki ludzkie, końskie łby. Oblicza spalone na mahoń wiatrem i słońcem, pokryte kurzem, 
zarośnięte, z wlepionymi w nią oczami, których blask wydał się jej okrutny. OdzieŜ tych 
ludzi, brudna, złachmaniona, składała się z rozmaitych, nie pasujących do siebie części. 
Mokasyny i rozdeptane pantofle, do których sznurkiem przywiązano ostrogi, zaplamione, 
połatane spodnie, dostrzegła nawet godny poŜałowania wojskowy mundur z wypłowiałymi 
lampasami, a obok — indiańskie legginy i traperskie skórznie pełne dziur. Spod kolorowych 
kamizelek widać było zgrzebne koszule, niegdyś białe, niektórzy nosili — meksykańskim 
zwyczajem — derki z otworami na głowę, ściśnięte w pasie rzemieniem. Jakiś 
czerwonoskóry, który przyplątał się do tej gromady białych i półbiałych, wetknął sobie we 
włosy dwa orle pióra — faktyczny czy rzekomy dowód dzielności... Wśród sfatygowanych 
sombreros Inez zauwaŜyła równieŜ — wręcz nie do wiary — cylinder, który dawno stracił 
swą czerń.

Miała dosyć czasu, by przyjrzeć się jeźdźcom. Stanęli kręgiem, nie padło ani jedno słowo i 
właśnie to milczenie bardzo ją zaniepokoiło. Bezruch i cisza, coś 

w rodzaju indiańskiej narady, podczas której przez długie minuty nikt nie ośmiela się 
odezwać pierwszy. Inez zdecydowała się przerwać tę złowrogą ciszę. Nadrabiając głosem, 
aby grzmiał grubiej, bardziej męsko i stanowczo, zapytała:

— Czego chcecie?
ś

adnej odpowiedzi.

Uderzyła konia piętami, by zamanifestować, Ŝe nie lęka się, Ŝe jest pewna siebie. 

Wierzchowiec zrobił kilka kroków i zatrzymał się przed Ŝywą przeszkodą ludzi i zwierząt.

— Przepuśćcie mnie! — krzyknęła.
— Adonde, caballero? 

Wśród przejmującej ciszy odezwał się jeden jedyny głos, chropowaty i drwiący.

Pojęła, Ŝe wzięto ją za chłopca. Na pierwszy rzut oka łatwo było się pomylić. Ubrana po 

męsku, włosy miała skryte pod słomianym kapeluszem o szerokich skrzydłach, które rzucały 
cień na jej twarz. Zresztą, w tych stronach nierzadko spotykało się męŜczyzn, których głowy 

background image

od miesięcy nie zetknęły się z noŜycami.

— Wracam do domu — odparła.
— Lo siento mucho, caballero. Es imposible! 

Por que?  — spróbowała rzeczowo i spokojnie zapytać.

— Nie chcemy, aby ktokolwiek dowiedział się o naszej obecności w tych stronach.
— Przyrzekam, Ŝe nie zdradzę. Mój ojciec dobrze wam zapłaci, jeśli pozwolicie mi 
natychmiast wrócić.

 Twój ojciec?   —  zainteresował się.   —  Kto to taki?

— Don Pedro Gonzales. Ma w okolicy hacjendę. Dobrze wam zapłaci... i ugości — 
dodała sama nie bardzo wierząc w drugą część swej obietnicy. KtóŜ by chciał gościć u 
siebie bandytów?

Zapłaci? — mruknął. — Jesteś tego pewien, caballero?

— Oczywiście — zapewniła Ŝarliwie Inez. — Nazywam się Inez Gonzales... — urwała 
nagle. Zdradziła swoją płeć, co w tej sytuacji było niewybaczalną głupotą. Stwierdziła to o 
sekundę za późno.

Ten typ o okrutnym wyrazie twarzy, z którym rozmawiała, zabawnie wybałuszył oczy i 

wybuchnął gromkim śmiechem. Nie był to śmiech wesoły, jednak zaraźliwy, bo cały krąg 
jeźdźców począł rechotać. Widziała, jak wiercili się na siodłach, walili łapskami po udach i 
po plecach sąsiadów. To trwało długo, przeraźliwie długo w odczuciu Inez. Zapewne kaŜda 
inna dziewczyna dostałaby spazmów. Jednak Inez coś niecoś widziała na szerokim świecie i 
niejeden raz (chociaŜ pod czujną opieką ojca) stawała twarzą w twarz z ludźmi o ordynarnym 
sposobie bycia, o złych oczach i mściwie zaciętych wargach, o obliczach napiętnowanych 
łotrostwem. Nigdy nie zmyliły jej udane uśmiechy i kapelusze elegancko zdejmowane z 
głów. Wiedziała, Ŝe to uznanie nie dla niej, lecz dla siły nieodstępnych vaquerów, którzy 
zamieniliby w dziurawy worek śmiałka usiłującego zniewaŜyć seńoritę. Ich seńoritę, oczko w 
głowie potęŜnego hacjendera. Lecz ojciec znajdował się o kilka mil stąd, a razem z nim 
uzbrojona słuŜba. Bezpieczeństwo Inez zaleŜało teraz tylko od niej samej, albo... od jakiegoś 
cudu. Lecz rozsądna córka don Pedra na cuda nie liczyła.

Ś

miali się ciągle, śmiali, a ona przymruŜyła oczy, aby nie widzieć tych okropnych, 

drgających twarzy i poczęła w 

myślach powtarzać starą, jak stary jest Meksyk, pieśń Majów, którą tyle razy nuciła jej 
matka:

Jedz, jedz, dopóki jest chleb.

Pij, pij, dopóki jest woda.
Nadchodzi dzień, w którym pył zaciemni powietrze,

Gdy klęska spadnie na kraj,

Gdy pojawi się chmura,
Gdy góra się podniesie,

Gdy mocny człowiek zajmie miasto... 

W miarę jak powtarzała w myśli, skandując słowa, opuszczał ją strach, narastał gniew. 

Najprawdopodobniej narodził się właśnie ze strachu. Często przecieŜ się zdarza, Ŝe 
rozpaczliwa sytuacja, połoŜenie bez wyjścia budzi w człowieku desperacką, szaleńczą wprost 
odwagę.

Otworzyła szeroko oczy i skierowała lufę swej strzelby wprost w to nienawistne oblicze 

człowieka, który musiał być chyba przywódcą bandy.

Wrzask urwał się. Przywódca, jakby nie zauwaŜając czarnego otworu lufy, skrzywił się w 

uśmiechu, który wydał się Inez ohydny, zdjął z głowy kapelusz i powiewając nim nad 
końskim karkiem zagadnął z błazeńską uprzejmością:

— Con ąuien el honor de hablar? 

Me llamo Inez Gonzales — odpowiedziała ze złością. — JuŜ wam mówiłam, 

puszczajcie!

JakieŜ miłe spotkanie, seńorita! — wykrzyknął. — Nie powinniśmy rozstawać się zbyt 

szybko. Na cześć seńority! — 

background image

wrzasnął i rzucił kapelusz w górę.
Inni poszli za jego przykładem. Frunęły ku niebu mniej lub bardziej dziwaczne, mniej lub 

bardziej zniszczone nakrycia głów, wszystko wśród wrzasków i śmiechów.

— Cofnij się! — krzyknęła. — Cofnij się, bo strzelę...

Strzelaj, seńorita — odparł i teatralnym gestem przyłoŜył dłonie do serca — a ujrzysz, 

jak krew bucha z mej bohaterskiej piersi...

Mijały sekundy.

No? CzyŜby nieustraszonej córce Gonzalesa zabrakło odwagi? Liczę do trzech: uno... 

dos... tres... Ech — zaśmiał się szyderczo — widzę, Ŝe nic z tego.
— Puśćcie mnie! — krzyknęła rozpaczliwie.
— Nie moŜemy. Mamy pewne porachunki z twoim ojcem. Przed miesiącem potraktował 
nas niezbyt gościnnie, gdy przybyliśmy do hacjendy napoić nasze strudzone konie. Jego 
przeklęta słuŜba raniła dwu naszych ludzi. W dzień później pochowaliśmy ich na pustyni. 
Smutne.

Inez Znała tę historię. Ojciec opowiadał dość szczegółowo. Nie chodziło wówczas o wodę 

dla koni, lecz o próbę kradzieŜy stada bydła. Doszło do strzelaniny i zginął jeden z vaquerów. 
Tak właśnie przedstawiała się prawda. Dlatego nie wytrzymała i krzyknęła:

— Kłamiesz!

Nie zaprzeczam pięknym paniom — odpowiedział z galanterią. — Jeśli uwaŜasz, Ŝe 

sprawa wyglądała nieco inaczej, nie będę się sprzeczał. Czy nie mam racji, amigos? 

Si, si, naturdlmente! — ryknęli chórem.

— A teraz — zdecydował przywódca — ruszymy na krótką przejaŜdŜkę jako eskorta 
seńority.
— Dokąd? — usiłowała opanować drŜenie głosu.

Tam — wskazał ręką na północ. — I pozwól, Ŝe ci się przedstawię — skłonił się 

kapeluszem. — Jestem Antonio Robledo, jeszcze nie „don", lecz kto wie?... A to — 
zatoczył kapeluszem koło — wierni towarzysze walki...
— Rozboju i rabunku!
— Nie rozumiemy się, seńorita, lecz gdy pobędziesz wśród nas dłuŜej...
— Nigdy!
— Nie trzeba się upierać — jego głos nabrał twardych akcentów. — Upór to zły doradca. 
A teraz — zwrócił się do swych towarzyszy — na cześć seńority: salwa!

Podniósł broń, podnieśli ją wszyscy w tym zamkniętym kręgu koni i ludzi.
Poderwała wierzchowca do skoku i wtedy właśnie zagrzmiały strzelby, od starych rusznic 

począwszy po nowoczesne karabiny wojskowe, które nieodgadnionym sposobem znalazły 
się w rękach tych ludzi.

Szarpnęła za cugle, koń wspiął się, przysiadł na zadzie.
Nagle dostrzegła rzecz dziwną: tuŜ przed nią dwu jeźdźców pochyliło się na siodłach. 

Jeden zakolebał się śmiesznie, wolno, wolniutko opadł głową na koński kark i tak pozostał 
nieruchomy. Jego sąsiad w sekundę później przechylił się do tyłu, runął na ziemię i leŜał w 
kurzu, z lewą nogą uwięzioną w strzemieniu. Czerwona struŜka popłynęła po piachu.

PrzeraŜona Inez nie pojmowała, jak to mogło się stać. Ze zdumieniem tylko stwierdziła, Ŝe 

nikt nie zwrócił uwagi na ten dziwny wypadek.

__ Jeszcze raz, amigos y compańeros! — ryczał rozochocony przywódca. — Na cześć 

seńority, która powiększyła nasze grono!

Strzelił pierwszy, zaraz rozległ się huk, lecz nim rozpłynęła się nad głowami strzelających 

prochowa chmura, dwu następnych zwaliło się z siodeł, a trzeci za-kołysał się, lecz utrzymał 
równowagę. To właśnie on wrzasnął:

 Dostałem!   Ktoś   mnie   postrzelił!   Antonio!   Kto

strzelił mi w plecy? Patrzcie! — on pierwszy zauwaŜył leŜących na ziemi. — Patrzcie! — 
krzyknął. — Kto pomordował tych ludzi? Zdrada!

Zwarty krąg jeźdźców rozstąpił się błyskawicznie, w mgnieniu oka zmienił się w bezładny 

kłąb ludzi i zwierząt. Konie chrapały, czując krew, ludzie wrzeszczeli i klęli wymachując 
bronią. Ponad gwar wybił się pojedynczy głos:

background image

— Zdrada! Uciekajmy!
Ozwał się kwik koni, zagrzmiał tętent kopyt, a po nim potrójny dźwięk strzałów, z lekka 

przytłumiony, jak gdyby dobiegający ze sporej odległości.

Inez nie czekała na dalszy bieg wypadków. W kręgu jeźdźców powstała szeroka luka. 

Uderzyła wierzchowca po zadzie i skoczyła przed siebie. Nikt jej nie zatrzymywał. 
Wątpliwe, czy w tym nieopisanym rozgardiaszu w ogóle zauwaŜono ucieczkę dziewczyny. A 
ona gnała przed siebie, nie bacząc na kierunek, byle dalej i dalej od tamtej bandy zbójów o 
złych oczach, złych obliczach i jeszcze gorszych zamiarach.

Pochylona nad końskim łbem, szeptała wprost do ucha zwierzęcia: — Prędzej... prędzej...
Jak to długo trwało? Nigdy później nie potrafiła tego określić, nawet gdy szczegółowo i 

spokojnie opowiadała o swej wyprawie przyjaciołom. Zapamiętała tylko jedno: Ŝe gdy 
grzbiet wierzchowca zalśnił potem, a z pyska poczęły kapać na ziemię białe płaty piany, 
słońce minęło szczyt nieba, wkraczając w drugą połowę dnia.

Obejrzała się. Horyzont był czysty i pusty. Wówczas zatrzymała się, zeskoczyła z siodła. 

Nogi się pod nią ugięły. Oparła głowę na łęku i wybuchnęła płaczem.

Nieznajomy

No więc — nareszcie Meksyk. Piszę „nareszcie", poniewaŜ wykonanie naszych 

zamierzeń, a równocześnie spełnienie obietnicy, ciągnęło się przez cztery lata.

W roku 1883 bawiłem z Karolem Gordonem (moim byłym pacjentem, a później 

nieodłącznym towarzyszem wiosenno-jesiennych wypraw myśliwskich na Dziki Zachód) w 
Arizonie *. Tam poznaliśmy równie jak my zapalonego miłośnika przygód i dziewiczej 
przyrody, meksykańskiego hacjendera: don Pedro Gonzalesa. Przybył w tamte pustkowia z 
córką (którą braliśmy długo za chłopca, poniewaŜ nosiła męski strój), z wozem wypełnionym 
sprzętem podróŜnym, w towarzystwie kilku kowbojów, których z hiszpańska zwano 
vaqueros. Zawarta w ten sposób znajomość rychło zamieniła się w przyjaźń, 
przypieczętowaną zaproszeniem nas (Karola i mnie) do Meksyku, do gospodarstwa Gonza-
lesa. Niemałego gospodarstwa!

Obiecaliśmy złoŜyć wizytę w roku następnym. Nic z tego nie wyszło. Nieprzewidziany 

zbieg okoliczności, powtarzający się z jakąś upartą złośliwością losu, odsuwał nasz wyjazd z 
roku na rok. W tym okresie Gonzales zdąŜył juŜ sprzedać swą posiadłość i nabyć inną — na  
wschodzie, w stanie (meksykańskim) Chihuahua,

w rejonie rzeki Conchos, dopływu Rio Grand

ę

 del Norte.

O tej zmianie dowiedziałem się z listu, jaki hacjender do mnie napisał, ponawiając, w 

wyszukanej, eleganckiej formie, swe poprzednie zaproszenie. I tak wreszcie, wiosną 1888 
roku, wyruszyliśmy z Karolem Gordonem zwiedzić Estados Unidos Mexicanos, czyli: Stany 
Zjednoczone Meksyku, kraj dotychczas nam obcy, a pełen egzotyki.

Teraz wyznam, Ŝe podczas podróŜy z północy (z Milwaukee, gdzie stale mieszkam) na 

południe dręczyła mnie wciąŜ myśl, Ŝe znowu jakieś nieprzewidziane wydarzenie zmusi nas 
do skierowania się w zupełnie inne strony. Tyle juŜ przecieŜ było nieudanych prób odwie-
dzenia Gonzalesa, Ŝe stałem się prawie przesądny. Jednak złe przeczucia nie ziściły się. 
Dotarliśmy bez przeszkód do pogranicznego El Paso, starego miasteczka o hiszpańskiej 
nazwie.

Większą część drogi przebyliśmy w kolejowym wagonie, wioząc broń i siodła. Konie, 

zupełnie niezłe, nabyliśmy dwadzieścia mil na północny wschód od El Paso. Przypadkowa 
rozmowa z konduktorem pociągu stała się wskazówką, dzięki której w kilka godzin później 
dotarliśmy bezbłędnie do niewielkiego rancho, gdzie wybraliśmy ze stada dwie sztuki, na 
oko wytrzymałe, a poza tym.:, tanie. W El Paso sprzedano nam skórzane wory do wody oraz 
produkty Ŝywnościowe, którymi uzupełniliśmy nasz skromny zapaś, zakupiony jeszcze w 
Milwaukee. Następnie pospacerowaliśmy po miasteczku, którego opisywać nie będę, 
poniewaŜ moje spostrzeŜenia są bardzo powierzchowne, a budowle El Paso nie zasługują na 

background image

najmniejszą o nich wzmiankę. Co się tyczy mieszkańców... Ano, właśnie. Ci utkwili w mej 
pamięci z przyczyn, które początkowo uznałem za prawie katastrofalne dla naszej dalszej 
podróŜy, ale w ostatecznym efekcie okazały się dla nas zbawienne. Z tego wynika, Ŝe nigdy 
nie naleŜy spieszyć się z oceną wypadków i wyciągać z nich pochopnych wniosków.

Zmęczeni, zakurzeni, brudni, a nade wszystko głodni — powędrowaliśmy w poszukiwaniu 

dogodnego miejsca, aby przywrócić sobie dobre samopoczucie przy pomocy paru litrów 
wody i... paru pełnych talerzy. Znaleźliśmy.

Nie pamiętam, czy to był „Hotel-Saloon" czy odwrotnie: „Saloon-Hotel", z dodatkiem 

jeszcze jakiegoś przymiotnika, dość, Ŝe znaleźliśmy się tam w najbardziej chyba 
nieodpowiedniej porze. Było południe. Mimo wczesnej wiosny dokuczał słoneczny skwar. I 
z tego powodu wnętrze saloonu (czy hotelu?) wyglądało rojnie, gwarnie i... obrzydliwie. 
Zasnute kłębami tytoniowego dymu, wypełnione odorem piwa, whisky, ohydnego miętowego 
samogonu, znanego pod nazwą „julep", oraz potu parującego z kłębowiska ludzkich ciał, 
które widać pogardzały wodą i mydłem. W sali było gorąco i duszno, Ŝaden powiew z 
zewnątrz nie chłodził duchoty. Gdy przekroczyliśmy próg, nie tylko nie odczułem Ŝadnej ulgi 
po ulicznej spiekocie, lecz przeciwnie, jeszcze bardziej zatęskniłem za wodą, mydłem i 
ręcznikiem.

— Wydaje się — mruknąłem do Karola — Ŝe znajdziemy tu wszystko, co moŜe 
zaspokoić pragnienie niewybrednego pijaka, lecz nic do zjedzenia. MoŜe lepiej iść nad 
rzekę?
— Łowić ryby?
— Umyć się. Czuję się tak, jakbym przed chwilą wyskoczył z rozgrzanego bagniska. Cały 
jestem oblepiony kurzem, brudem i wszelką inną ohydą.
— Cierpliwości! Spróbujemy. Chodź.
Pociągnął mnie za rękaw i poczęliśmy lawirować w tłumie mniej lub bardziej pijanych 

osobników, nie-
bezpiecznych w nagłym spotkaniu, bo z powodu ich mocno zachwianej równowagi oraz prób 
znalezienia podpory mogliśmy się obaj znaleźć na obrzydliwie brudnej podłodze. Jakoś 
dotarliśmy w pobliŜe szynkwasu, od którego odgradzał nas Ŝywy mur.

Czekaliśmy cierpliwie, licząc na to, Ŝe wreszcie ktoś będzie miał dosyć, a my wśliźniemy 

się na jego miejsce. Złudne nadzieje! Widać goście saloonu posiadali nieograniczone 
moŜliwości konsumpcyjne, mnóstwo pieniędzy i mnóstwo czasu.

— Ruszajmy nad rzekę — szepnąłem, lecz Karol na tę propozycję nie zareagował ani 

gestem, ani słowem i począł delikatnie, lecz pewnie wciskać się między dwu najbliŜszych 
nam osobników. Nie wiem, czy byli aŜ tak zajęci rozmową, czy teŜ tak zobojętnieli pod 
wpływem alkoholu na wszystko, co się wokół nich działo, dość, Ŝe manewry mego 
przyjaciela uszły ich uwadze. Karol dopiął swego i oparł się o złociście miedzianą blachę 
kontuaru. Stanąłem potulnie za jego plecami, lecz nie odwracając się złapał mnie za bluzę i 
pociągnął tak mocno, Ŝe wbrew swej woli znalazłem się w wąskiej szparze między Karolem 
a jakimś jegomościem w olbrzymim sombrero, przypominającym parasol, którego rondo 
przeorało mi policzek. Zniosłem to bez skargi, zresztą i tak jakiekolwiek moje uwagi nie 
dotarłyby do uszu adresata. Sombrero wykonało lekki obrót, tym razem trącając mnie w 
ucho, i ujrzałem zaczerwienione policzki, potęŜny nos, straszliwie długie pod nim wąsy, a 
nad tym wszystkim — oczy, które zdawały się nic nie dostrzegać. Powiało mi w twarz zło 
wonną mieszaniną: kiepskim cygarem, wódką, piwem i jeszcze czymś tam. Spodziewałem się 
awantury, lecz usłyszałem tylko łagodny głos, tak bełkotliwy, iŜ nie pojąłem ani słówka. Po 
jakiemu on do mnie zagadał? Przypuszczam, Ŝe była to hiszpańsko-angielska plątanina 
wyrazów plus
zniekształcenia wymowy natury... alkoholowej. PoniewaŜ brak odpowiedzi z mojej strony 
mogło zostać uznane za obrazę, rzekłem swą świeŜo wyuczoną hiszpańszczyzną:

Pardoneme... przepraszam.

Chyba nie usłyszał, bo odwrócił głowę (tym razem ustrzegłem się od zetknięcia z szorstką 

krawędzią sombrera) i skłonił ją na blat szynkwasu. Po paru sekundach osunął się powoli na 
podłogę. Od razu uczyniło, się luźniej. Za mymi plecami ktoś ryknął śmiechem, ktoś inny 

background image

wrzasnął: „Zabierzcie go!", po czym, nie wiem jak to się stało, leŜący zniknął, a ja łokciami 
oparłem się o kontuar. Bardzo mi to ulŜyło.

— Co jemy? — zapytałem rzeczowo Karola.
Zanim zdąŜył odpowiedzieć, pojawiła się przede mną

szklanka, zupełnie jak w czarnoksięskiej sztuce, do szklanki pociekł strumień płynu wprost z 
szyjki pękatej butelki. To samo misterium powtórzyło się przed Karolem. A przecieŜ o nic 
nas nie zapytano. Widać taki w tym lokalu panował zwyczaj. Ale nie koniec mego 
zdziwienia. Pełne szklanki porwała ręka barmana odzianego w przeraźliwie Ŝółtą koszulę. 
Spojrzał na nas badawczo, podsunął inne szklanki, puste, i napełnił je płynem jaśniejszym od 
poprzedniego i z butelki o innej etykiecie. Wszystko to dokonało się błyskawicznie. Barman 
zwięźle wyjaśnił:

— Dla was, seńores, coś specjalnego...

Zapewne ocenił nas po ubraniach, które chociaŜ zakurzone i nieco pomięte były szczytem 

elegancji w porównaniu z tymi, które nosili na swych grzbietach nasi sąsiedzi.

Nie będę pił — powiedziałem do Karola. — Najpierw muszę zaspokoić głód. Co on 

sobie myśli? Hej! —
krzyknąłem w kierunku Ŝółtej koszuli i pomachałem ręką.

Błysnął oczami, lecz nie odezwał się, zajęty bez przerwy napełnianiem szklanek. Ci ludzie 

pili bez Ŝadnego umiaru.

„Co tu się będzie działo za godzinę, za dwie?" — pomyślałem nieco zaniepokojony. — 

Karolu, zawołaj go!

Poskutkowało. Barman zbliŜył się, ale z miny dostrzegłem, iŜ jest w złym humorze.

Que desea...  — zagadnął po hiszpańsku.

Tengo hambre  — odparłem ostro.

Mamy guisantes en salda dulce — powiedział z angielska po hiszpańsku.

Moja znajomość hiszpańszczyzny okazała się niewystarczająca, abym mógł zrozumieć, o 

jaką to potrawę chodzi, ale z tym się nie zdradziłem.

— Proszę o dwie porcje, podwójne.
Kiwnął głową i szybko się oddalił.

— Nareszcie — szepnąłem do Karola. — Czuję piekielny głód.

Co to są te jakieś guisantes? — odszepnął.

— Nie wiem — wyznałem.
— Dlaczegoś zamówił? Nie lepiej było wziąć pieczeń o ludzkiej nazwie?

Obawiam się, Ŝe oprócz guisantes nie mają tu nic więcej. Poza wódką, oczywiście.

— To tylko przypuszczenie. Zapytam się.
— Daj spokój, Karolu. Jestem tak głodny, Ŝem gotów połknąć cokolwiek, i tak brudny, iŜ 
marzę tylko o wyjściu stąd i o kąpieli.
Szybciej, niŜ oczekiwałem, stanęły przed nami dwie miski wypełnione gęstą mazią. To 

był sos, w którym tkwiły ziarnka grochu. Tak oto wyglądała „guisantes en salda dulce", jak 
się później dowiedziałem, jedna z narodowych potraw hiszpańskich.

Chwyciłem łyŜkę. Groch na słodko! Nie, nie był zły. Stwierdziłem przy pierwszym łyku. 

Przy drugim poczułem lekkie palenie w gardle, przy trzecim wydało mi się, Ŝe całe 
podniebienie mam w ogniu. Czym prędzej sięgnąłem po szklankę i opróŜniłem ją do połowy. 
Pomogło.

Zerknąłem na Karola — równieŜ wyciągnął dłoń po naczynie, spojrzał na mnie i 

jednocześnie parsknęliśmy śmiechem.

— Do licha, Janie. Ta potrawa smakuje jak szkło pomieszane z cukrem.
— Nie narzekaj. Za to whisky jest wysokiej klasy.
Nie myliłem się, otrzymaliśmy trunek przedniego gatunku. Lecz ileŜ moŜna wypić, mając 

w perspektywie daleką jazdę konną? Tak, na oko, według mej mapy około 150 mil, co, w 
zaleŜności od stanu drogi, oznaczało trzy- lub czterodniową podróŜ.

— MoŜe poprosimy o piwo? — zaproponowałem.
Zgodził się. Dość długo czekałem, zanim Ŝółta koszula

pojawiła się w zasięgu mego głosu.

background image

Tengo sed '-r- pochwaliłem się swą hiszpańszczyzną — chce mi się pić...

— Whisky?

No, no — zaprzeczyłem gwałtownie. — Cerveza!

Pokręcił się za kontuarem i w chwilę później podsunął nam dwa kufle i dwie butelki. Przy 

piwie piekąco--słodki groch okazał się łatwiejszy do przełknięcia i uporaliśmy się z nim 
szybko.

— A teraz, Karolu — powiedziałem odstawiając pusty kufel — muszę się umyć i ogolić.
— Idziemy nad rzekę?
— Chwilowo wystarczy mi miednica, mydło i ręcznik. I koniecznie kawałek lusterka — 
dodałem przesunąwszy dłonią po kłującym zaroście brody.

Obawiam się, Ŝe w tym zakładzie nie znają ani miednic, ani luster.

— Zapytam się „Ŝółtej koszuli". Zagadnięty źle mnie zrozumiał.
— Seńores pragną wynająć pokój?
— AleŜ nie. Chcemy się umyć i ogolić.
— Studnia jest na podwórzu.
— Potrzebujemy miednicy.
— Wszystkie nasze pokoje wyposaŜone są w miednice — stwierdził z odcieniem dumy w 

głosie. — W lustra równieŜ.

A jakiejś zbędnej miednicy nie moŜna poŜyczyć?

Pokręcił przecząco głową.

Gospodarz zabrania wynoszenia sprzętu. Później ginie.

Więc zgoda, wynajmujemy pokój dwuosobowy.

Rozjaśnił twarz w uśmiechu.

Aguarde un momento  — przeszedł na hiszpańszczyznę.

Popychani z boku, potrącani z tyłu, nie daliśmy się oderwać od szynkwasu, póki nie 

pojawiła się znowu „Ŝółta koszula" w towarzystwie jakiegoś malca, na oko w wieku 
dwunastu-czternastu lat.

— To ci panowie — poinformował barman wskazując na nas palcem. — Dasz im 

najlepszy pokój. Panowie płacą...

Było to pytanie zadane w formie stwierdzenia. Zapłaciliśmy. Dość słono. Za jedzenie i za 

wynajęcie pomieszczenia na jedną dobę. Okazało się, iŜ na czas krótszy nie moŜna. Chciałem 
zaprotestować, lecz. Karol kopnął mnie w nogę, więc dałem spokój.

— Proszę poczekać — zagadnął chłopaczek w poprawnej angielszczyźnie i zniknął.

Zjawił się niespodziewanie po naszej stronie bufetu. I Ruszyliśmy za nim, torując sobie 

drogę poprzez kłębiący się i rozgadany tłum gości. Dobrnęliśmy na zaplecze bufetu, skąd po 
stromych schodach, przypominających drabinę, wdrapaliśmy się na pięterko i trafili do ko-
rytarzyka — rozgrzanego, dusznego i tak wąskiego, iŜ dwie osoby z trudem mogły się minąć. 
Panował tu półmrok, mimo to mogliśmy zauwaŜyć charakterystyczne rysy twarzy naszego 
przewodnika: wystające kości policzkowe, kształt nosa i usta powiedziały mi wiele — malec 
był Indianinem. Karol musiał to równieŜ zauwaŜyć, bo kiedy wlekliśmy się korytarzykiem, 
zagadał nagle do chłopca w niezrozumiałym dla mnie języku. Malec odpowiedział.

O co chodzi? — zwróciłem się do przyjaciela.

Indianin z plemienia Papago — wyjaśnił. Karol odwzajemnił  się  za moją  — 

całkowicie  mu obcą — hiszpańszczyznę. Znał kilkanaście dialektów indiańskich. A ja 
zaledwie mowę Czarnych Stóp i kilku pokrewnych językowo plemion. Karol mnie uczył, 
lecz tylko dorywczo i tylko podczas naszych wędrówek. Dzięki temu coś niecoś 
rozumiałem Dakotów, Apaczów, Komanczów, no i Czarne Stopy. Mogłem tym imponować 
mieszkańcom rodzinnego Milwaukee, ale na preriach moja skromna pod tym względem 
wiedza sprawiała mi nieco kłopotów.

— To tu — powiedział chłopak. — Bardzo dobry pokój, największy ze wszystkich.

Otworzył drzwi zbite z chropowatych tarcic. Nie było w nich klamki. Zamiast niej wbito 

dwa gwoździe: jeden w drzwi, drugi w futrynę, i połączono kawałkiem sznurka.

Pokój istotnie był obszerny i wyposaŜony w dwa metalowe łóŜka, w stolik z miednicą i 

dzbanek. Tyle tylko zdąŜyłem zauwaŜyć, gdy Karol zatrzymał się na progu.

background image

— To chyba nie tu — powiedział.
— Nie tu? — zdziwiłem się i w tym momencie dostrzegłem leŜącego na skotłaszonej 
pościeli, w ubraniu i w butach, męŜczyznę. Nawet chrapał! Jego kapelusz — jasnoŜółte 
sombrero — spadł na podłogę. Zatrzymaliśmy się zaskoczeni tym widokiem. Ale mały 
Papago nie okazał zdziwienia.

To tu, seńores — oświadczył z pewnością siebie.

Podszedł do śpiącego,  chwycił go za nogę tkwiącą w ogromnym bucisku.
— Ej! — wrzasnął. — Wstawaj!
Noga drgnęła, ciało poruszyło się, lecz tylko po to, by zmienić pozycję. Roześmiałem się.

— To jest pokój dla panów — zapewnił nas malec. — Ten pijak przyszedł tu bez wiedzy 
gospodarza. Czasem tak bywa. Wstawaj! — krzyknął, po czym dodał coś po hiszpańsku, 
czego nie zrozumiałem.
— MoŜe pójdziemy gdzie indziej? — zaproponował Karol.

Papago potrząsnął przecząco głową.

— Inne pokoje są mniejsze, seńores zapłacili za ten właśnie... Trzeba wyrzucić tego 
draba... — spojrzał na nas wymownie.
— Dobrze — zgodził się wesoło Karol. — PomoŜemy ci.
— Daj spokój — usiłowałem powstrzymać przyjaciela. — Na pewno jest sporo wolnych 
łóŜek...
— Lecz właśnie te przeznaczono dla nas. Nie lubię ustępować byle pijakowi. Bierzemy 
się do dzieła, Janie.

Zanim zdąŜyłem powtórnie zaprotestować, podszedł do śpiącego, chwycił dłonią za 

kołnierz bawełnianej koszuli i ściągnął bezwładne ciało na deski podłogi. Nieproszony gość 
dopiero teraz się ocknął. Otworzył oczy, popatrzył błędnym wzrokiem, coś zamamrotał i 
siadł.

Ująłem go pod pachy i dźwignąłem. Poczułem mdły odór alkoholu pomieszany z dymem 
cygara.

Wytrzeszczył na nas oczy, mętne i na pozór nic nie widzące. Jednak — jak się później 

okazało — zapamiętał nas bardzo dobrze. Chwiał się na nogach, wreszcie wybełkotał:

— 

No me siento hien...

— Co on gada? — zainteresował się mój przyjaciel.
— Powiada,   Ŝe  się  źle   czuje  —  przetłumaczyłem

skwapliwie.

— Ja myślę!  Jest pijany  jak bela.  PomóŜ go wypchnąć.

Nie tylko wypchnęliśmy za drzwi zataczającego się jegomościa, ale nawet 

doprowadziliśmy go do schodów, aby mieć pewność, Ŝe nie zawróci, kierowany pijackim ! 
uporem. Po czym, juŜ w pokoju, usłyszeliśmy rumor, jakby ktoś staczał się po stopniach. A z 
dołu docierał nadal wrzask pomieszanych głosów.

Nie wróci — stwierdził Karol, a chłopaczek klasnął w dłonie i wybiegł z pokoju.

Hasta luego! — wykrzyknął juŜ na progu. — Co on powiedział?

— Do zobaczenia.

— Ta hiszpańszczyzna juŜ mi bokiem wyłazi, a prze-i cięŜ jeszcze nie przekroczyliśmy 
granicy.

To bardzo przykre — odparłem udając współczucie.

Spojrzał na mnie ponuro. Uśmiechnąłem się nie bez zarozumiałości. Po raz pierwszy 

zdarzyło się, Ŝe podczas wspólnych wędrówek potrafiłem w czymś przewyŜszyć swego 
towarzysza. Poza moją wiedzą lekarską, oczywiście.

Zdjąłem kurtkę, ściągnąłem kamizelkę i koszulę, zanurzyłem dłonie w miednicy 

napełnionej zimną wodą. Co za ulga! Kiedy juŜ wymyłem się i odświeŜyłem, moje miejsce 
nad miednicą zajął Karol, a ja, rozciągnięty na łóŜku, wypuszczając obłoczki dymu z fajki, 
słuchałem brzęku kubła i plusku wody. Znowu poczęła ogarniać mnie senność.

— Długo jeszcze? — zagadnąłem.
— O co chodzi?

background image

— Piekielnie tu gorąco. Marzę o kąpieli w rzece.

PrzecieŜ tak ci radziłem — odparł wycierając się ręcznikiem — ale się uparłeś.

Podszedłem do okna, by poczuć na twarzy podmuch rzeźwiejszego powietrza. Okropnie 

się rozczarowałem. Za oknem wisiał parzący tuman kurzu. Zerwał się lekki wiatr, ale Ŝe 
słońce stało u szczytu nieba, zamiast chłodzić, grzał.

— Wyjrzyj no, Janie, czy nasze konie jeszcze stoją.
— Dlaczego nie miałyby stać? — zdziwiłem się, lecz posłusznie wysunąłem głowę za 
framugę.
Przede mną, poniŜej, leŜało pasmo szarorudej drogi, między dwoma rzędami niskich 

budynków. Ulica była pusta, pogrąŜona w spiekocie dnia i w ciszy. Dostrzegłem spadzisty 
daszek nad werandą, a przed nią poprzeczny drąg na palach wbitych w ziemię, do którego 
przywiązywano konie. Było ich pięć. Nasze znajdowały się nieco dalej. Trzech męŜczyzn, a 
raczej trzy sombrera — bo tyle widziałem z góry — zdradzały podejrzane zainteresowanie 
naszymi wierzchowcami. Jedno sombrero usiłowało zajrzeć do pyska memu koniowi, drugie 
— coś majstrowało przy jukach zwierzęcia Karola.

— Nie podoba mi się to — powiedziałem głośno.
— Co takiego?

— Zejdę na dół, jakieś typki tam się kręcą. Karol podszedł do okna i wyjrzał.
— Pędź, zaraz cię dogonię.
Skoczyłem do drzwi i pognałem drabiniastymi schodami na dół. Przekroczyłem próg 
wielkie] sali i zatrzymałem się raptownie. Zwarty tłum zagrodził mi przejście.

— 

Przepraszam — zwróciłem się ku barczystym plecom, które wyrosły na mej drodze. — 

Przepraszam — powtórzyłem głośniej — proszę zrobić mi miejsce — i natychmiast 
przetłumaczyłem to na hiszpański, najbardziej dokładnie, jak tylko potrafiłem: — Tenga la 
bondad de darme asiento!

Plecy nawet nie drgnęły. W gwarze panującym dokoła mój głos nie dotarł widocznie do 

odpowiednich uszu. Posunąłem się o krok, usiłując bokiem minąć Ŝywą przeszkodę. Jakoś 
mi się udało, lecz ugrzązłem na następnej. Zapijaczona twarz, nieprzytomne oczy, nie-
chlujny zarost i wąsiska dawno nie podcinane. Do licha! To był ten sam pijak, którego tak 
niedelikatnie ściągnęliśmy z łóŜka. Gapił się bezmyślnie, byłem pewien, Ŝe mnie nie poznał. 
Spróbowałem go obejść. Nieprzytomne oczy zamrugały. Nim zdołałem zniknąć w tłumie, 
cięŜkie łapsko spadło mi na ramię.

— Gringo! — wrzasnął.
Słowo „gringo" oznacza cudzoziemca, lecz jest to określenie raczej obelŜywe, bowiem 

poprawnie brzmi w języku hiszpańskim: „extranjero". Wiedziałem o tym bardzo dobrze.

Nie zareagowałem na obelgę, myślałem o naszych koniach, przy których kręciły się 

podejrzane typy. Więc tylko strąciłem łapę z ramienia i powiedziałem najbardziej 
uprzejmym tonem:

Perdoneme.

JuŜ go mijałem, gdy ta sama cięŜka dłoń po raz drugi opadła na me ramię.

Gringo! — zabrzmiał mi nad uchem ochrypły głos. — Patrzcie, przyjaciele! Gringo 

nas odwiedził.
Czego tu szukasz, lalusiu? Amigos! — darł się bełkotliwie, mieszając na przemian słowa 
hiszpańskie i angielskie. — On mnie napadł! Ja mu pokaŜę!

Tego było za wiele nawet jak na moje łagodne usposobienie. Zapomniałem o koniach, 

odwróciłem się energicznie i odepchnąłem napastnika. Zatoczył się i pewnie runąłby, gdyby 
znajdował się gdziekolwiek chociaŜ skrawek wolnego miejsca. Oparł się o przygodnego 
sąsiada i znowu ryknął: — Gringo! Obraziłeś mnie! Patrzcie, przyjaciele! Jakem Luis Vivas, 
rozpłatam brzuch temu przybłędzie!

Darł się tak głośno, Ŝe zagłuszył gwar panujący na sali. Od razu przycichło. Sięgnął za pas 

i wydobył długi myśliwski nóŜ. Chciałem się cofnąć, ale nie mogłem, chociaŜ 
nieoczekiwanie rozluźniło się wokół mnie i znalazłem się jakby na malutkiej arenie, 
otoczonej zwartym kręgiem widzów. Nie mieli zamiaru mnie przepuścić. Bójka w saloonie! 
CóŜ za urozmaicenie nudnego dnia.

background image

Luis Vivas — jeśli tak rzeczywiście się nazywał — uczynił krok w przód, krok do tyłu, po 

czym, lekko zgarbiony, skoczył ku mnie. Uchyliłem się. Ech, nie była to wielka sztuka 
wobec niepewnych ruchów pijaka. Trzasnąłem go w pochyloną głowę, nim zdąŜył mnie 
pchnąć błyszczącym ostrzem. Zachwiał się i runął na podłogę. Uczyniło się nagle bardzo 
cicho. Lecz ta cisza nie była wyrazem uznania dla mnie, raczej — wrogości, bo w sekundę 
później czyjś głos zachęcił napastnika:

— 

Dalej, Luis! Wal tego gringo!

Nie miałem zamiaru przedłuŜać spotkania. Kiedy leŜący gramolił się niezdarnie z podłogi, 

odwróciłem się, zdecydowany przerwać krąg widzów. Pchnąłem piersiami pierwszego z 
brzegu, otrzymałem cios pięścią poniŜej ramienia, a równocześnie jakiś Ŝyczliwy głos 
ostrzegł:

— UwaŜaj!
W samą porę. Pijany Luis gotował się do powtórnego ataku. Jednak nie zdąŜył. To Karol 

zdołał roztrącić stojących mu na drodze, jego pięść trafiła prościutko w szczękę Luisa, który 
runął cięŜko, aŜ z desek podłogi powiało kurzem. Buchnął gwar głosów. Gwałtownych i 
bezładnych, istny galimatias hiszpańsko-angielskich słów, ą moŜe i indiańskich dialektów.

Karol chwycił mnie za rękaw kurty: „Szybko!" — rozkazał. Przedarł się przez tłum, ja za 

nim. Jednak do drzwi nie dotarliśmy, bo chociaŜ rozstąpiono się na boki, drogę wiodącą ku 
ulicy zatarasowało trzech wąsatych jegomościów w wysłuŜonych sombrerach, rozcheł-
stanych koszulach barwy zuŜytych ścierek, w spodniach pełnych plam. U pasów, 
nabijanych mosięŜnymi ćwiekami, zwisały potęŜne kabury rewolwerów.

Czekajcie, panowie — odezwał się jeden z trójki. — Tak rzeczy nie moŜna zakończyć 

— a zwracając się w głąb sali: — Luis! ChodźŜe tu! Ci dŜentelmeni gotowi pomyśleć, Ŝeś 
stchórzył!

Luis musiał istotnie stchórzyć, bo gdy spojrzałem za siebie, nie dostrzegłem go.

Przepuśćcie nas, seńores — odezwałem się najgrzeczniejszym, na jaki potrafiłem się 

zdobyć, tonem. — Z powodu jednego pijaka nie będziemy do siebie strzelać.

— Luis powinien dostać szansę. Został obraŜony. Było to wręcz bezczelne stwierdzenie.
— Cofnijcie się — rozkazał Karol.

Gdzieś za naszymi plecami zagrzmiał huk wystrzału, a kilka głosów wrzasnęło:

Na nich! Bić gringos!  Gringos, gringos, gringos

!...

Chóralne skandowanie ogarnęło cały saloon. Jednak poza słowną zaczepką nie nastąpiła 

Ŝ

adna inna. Nikt z krzykaczy nie ruszył się z miejsca. Na nasze szczęście. Nie oparlibyśmy 

się, gdyby rzucił się na nas ten tłum. Lecz tych trzech nadal barykadowało nam drogę. 
Skoczyliśmy ku drzwiom. Otrzymałem uderzenie powyŜej ucha, grzmotnąłem napastnika w 
szczękę. Zachwiał się, lecz nie upadł. Drzwi znalazły się w zasięgu mej dłoni. Nie zdąŜyłem 
za nie chwycić, bo straszliwy cios w kark nieomal przygniótł mnie ku ziemi. W sekundę 
później ktoś skoczył mi na plecy — zaatakowano nas od tyłu. Dostrzegłem, jak Karol 
zmaga się z dwoma naraz przeciwnikami, a trzeci zbliŜa się ku mnie z rewolwerem w ręce. 
Miałem wypróbować na własnej czaszce uderzenie grubej rękojeści. I pewnie tak by się 
stało, gdyby nie nagła odsiecz. Starałem się wyprostować, zrzucić napastnika z pleców, aby 
uskoczyć przed atakującym z przodu, gdy usłyszałem, ponad gwar głosów, trzask 
podłogowych desek, jakby na nie runął spory cięŜar. Prawie równocześnie moje plecy 
zostały oswobodzone. Nie miałem czasu na sprawdzenie, co było tego przyczyną. Ruszyłem 
do ataku. Lewą ręką chwyciłem za kolbę skierowanego ku mnie rewolweru, prawą 
wepchnąłem błyskawicznie pod pachę przeciwnika i z rozmachem pochylając się uczyniłem 
obrót. Schwytany przewinął się nad moim ramieniem i runął na deski. Była to sztuczka, 
której nauczył mnie Karol. Wyprostowałem się.

Dalej,  dalej, amigos!  —  wrzasnął ktoś z boku.

Zostałem popchnięty ku drzwiom, później nieznajoma sylwetka skoczyła ku 

szamoczącemu się Karolowi. Dwa szybkie ruchy i mój przyjaciel, oswobodzony, wybiegł za 
próg. Teraz nastąpił grzmot dwu strzałów, brzęk rozbijanego szkła. Znalazłem się na 
werandzie, dałem susa w piach ulicy.

Szybciej, szybciej, dŜentelmeni — poganiał mnie nieznajomy głos. — Konie! Gdzie 

background image

wasze konie?

Wierzchowce stały tam, gdzie je poprzednio przywiązaliśmy. Czy wypatroszono juki? 

KtóŜby teraz sprawdzał. Skaczemy na siodła, ruszamy w chwili, gdy przez otwarte drzwi 
saloonu wylewa się wrzeszczący potok. Ale juŜ kopyta wzbijają kurz. Kilka głośniejszych od 
innych okrzyków, po nich — strzał.

— W lewo, w lewo, dŜentelmeni!

Skręcamy między domy, w ścieŜkę tak wąską, Ŝe z trudem minęłyby się na niej dwa 

wierzchowce. ŚcieŜka jest pusta, domy jak wymarłe. Cwałuję za Karolem, lecz wiem, Ŝe za 
mną jedzie jeszcze ktoś trzeci. Kto to jest? Chyba nasz sojusznik.

Ś

ciana budynków urywa się raptownie po lewej, po prawej — pale długiego corralu, 

później płaszczyzna zrudziałych traw przecięta migotliwym pasem wody. To granica. Rio 
Grandę del Norte. Jadący dotąd za mną teraz zrównał się.

— Szybciej, szybciej, kolego...
Wyprzedził mnie, wyprzedził Karola krzyknąwszy coś w przelocie. Karol uderzył 

wierzchowca po zadzie. Rzeka była tuŜ-tuŜ. Jeszcze piaszczysta plaŜa i bryzgi wody niby 
krople rzęsistego deszczu. Osiągnąwszy przeciwległy brzeg nie zwolniliśmy tempa i dopiero 
gdy okrył nas cień piniowego lasku, nasz przewodnik ściągnął cugle i zeskoczył z siodła.

No — odezwał się ukazując po raz pierwszy swą roześmianą i pokrytą kurzem twarz 

— moŜemy chwilkę odpocząć. Przyda się to naszym dzielnym rumakom. Jak się czujecie, 
dŜentelmeni? Nikt nie jest ranny?

Spojrzałem na Karola, przesunąłem dłonią po policzkach i potrząsnąłem przecząco głową.

— To się nam upiekło — stwierdził nieznajomy. — Mogło być gorzej.
— Pańska pomoc przyszła w samą porę — powiedziałem. — Dziękujemy.

Głupstwo, lubię taką zabawę — rozejrzał się dokoła. — Pusto, ale moŜe wywiodłem 

was w nieodpowiednią stronę? Wybaczcie. KaŜda inna droga odwrotu mogła okazać się 
niebezpieczną. Oni byli mocno rozŜarci. O co poszło, bo początku nie zauwaŜyłem?

Zdaliśmy krótką relację z przebiegu wydarzeń — naleŜało się naszemu obrońcy — i 
wyjaśniliśmy, Ŝe jedziemy do Meksyku.

Nieznajomy kiwnął głową:

— Świetnie! Bo zawrócić w tej chwili byłoby przedsięwzięciem ryzykownym.
— Oczywiście — przytaknąłem — chociaŜ... to tylko gromada pijaków.
— Tym gorzej. Wódka podsyca namiętności, zwłaszcza tu, na południu, gdzie nawet 
wśród trzeźwych czyny wyprzedzają rozum. To paskudne strony i gdyby nie pewne... hm... 
konieczności, nigdy bym tu nie zawitał.

Podczas tej rozmowy miałem okazję przyjrzeć się naszemu towarzyszowi. Na pierwszy 

rzut oka wyglądał sympatycznie. Tak mi się wydawało. MoŜe dlatego, Ŝe miał szczere 
oblicze, jasne oczy i jasne włosy, Ŝe był gładko ogolony i czysty, w przeciwieństwie do tych 
brudasów, z jakimi zetknęliśmy się w saloonie. Co tu robił, czym się zajmował? Z jego 
poprzednich słów przecieŜ wynikało, Ŝe w El Paso był przelotnym gościem. Na to pytanie nie 
mógł mi udzielić odpowiedzi strój z jelonkowej skóry, tak świeŜy, Ŝe strzepnąwszy warstwę 
kurzu, moŜna by go sprezentować w witrynie eleganckiego magazynu. Sylwetka 
nieznajomego, a moŜe jego sposób bycia przypomniała mi Colorado — tajemniczego jeźdźca 
przemierzającego pustkowia Nowego Meksyku — z którym Karol i ja przebyliśmy spory 
szmat drogi, dopóki nagła śmierć nie zakończyła naszej znajomości *. Było coś wspólnego w 
postaciach obu tych ludzi i chyba tylko świeŜy strój jednego, a zaniedbany drugiego — 
stanowiły róŜnicę, przecieŜ nieistotną.

No, dŜentelmeni — odezwał się nasz nowy towa

rz

ysz wstając z ziemi — pora mi 

wracać, a i wam radzę stąd ruszać.

Podszedł do konia, sprawdził popręgi i wskoczył na siodło.
— Nie zapomnimy o przysłudze — poŜegnał go Karol.— MoŜe się kiedy jeszcze 
spotkamy.
— Kto wie, kto wie? Szczęśliwej drogi!

Uderzył wierzchowca ostrogami, poderwał do biegu i w paru skokach dosięgnął brzegu 

rzeki. W chwilę później zakryły go srebrne bryzgi wody. Ujrzeliśmy go znowu, po tamtej 

background image

stronie, lecz tylko na mgnienie oka. Najpierw tuman kurzu, później zabudowania zakryły go 
przed naszymi oczami.

— Jedziemy? — zapytałem.
— Oczywiście, ale najpierw zajrzyj, Janie, do swej wspaniałej mapy. Dotąd ja 
prowadziłem, teraz na ciebie kolej.
Wydobyłem z juku mapę, rozpostarłem na ziemi. Ta mapa stanowiła mój osobisty sukces, 

z którego byłem bardzo dumny. Niełatwo było nabyć tak doskonałe dzieło kartograficzne. 
Szperałem przez kilka miesięcy po księgarniach i antykwariatach, aŜ wreszcie znalazłem, co 
chciałem, i kupiłem. Mapa musiała mieć długą historię. Od razu było to widać. Świadczyły o 
tym zarówno poprzecierane zgięcia papieru, który składano w ósemkę, jak kilka plam w 
rogach, a przede wszystkim naniesione atramentem poprawki. Gdy się im dobrze (jeszcze w 
Milwaukee) przyjrzałem, stwierdziłem, Ŝe piórem pociągnięto po liniach uprzednio 
naszkicowanych ołówkiem. To znaczy — Ŝe poprawek dokonano „na gorąco", w konkretnym 
miejscu, w którym nieznany podróŜnik odkrył błąd na mapie.

Mapa obejmowała północną część Meksyku, ściślej stan Chihuahuo, od granicy Rio 

Grandę ku południowi, aŜ po Bolson de Mapimi, pustynną wyŜynę, ku zachodowi — aŜ po 
krańce górskiego pasma Sierra Madre. Niektóre rzeczki wydrukowano linią przerywaną, co 
oznaczało, Ŝe kierunek koryta jest wątpliwy. Tak samo zaznaczono w kilku miejscach zarysy 
gór. OtóŜ przerywane linie zostały parokrotnie uzupełnione atramentem, nadano im inny 
kierunek. Mało tego, nieznany kartograf naniósł szereg innych rzeczek, których. nie 
uwzględniono w druku. MoŜe to były tylko okresowe strumienie, znikające z powierzchni 
ziemi w porze suchej. Tym lepiej dla nas, jako Ŝe wjeŜdŜaliśmy do tego kraju w przededniu 
pory deszczowej. Ale to jeszcze nie wszystko. Tym samym, nieco wyblakłym atramentem 
porobiono linie ciągłe, biegnące prosto poprzez płaszczyzny i wijące się wokół wzniesień. 
Przypuszczałem, Ŝe są to drogi lub szlaki najłatwiejszego przejazdu. Jedna z takich linii 
przykuła na dłuŜej moją uwagę. Oto, obok niej, w dwu miejscach, narysowano dwa trójkątne 
znaczki. Ta właśnie linia wiodła ku zachodowi, wprost ku górom, i kończyła się nakreślonym 
piórem maleńkim kwadracikiem. Tajemnicze znaki tak mnie zaintrygowały, Ŝe udałem się do 
właściciela antykwariatu, by dowiedzieć się, od kogo nabył mapę. Bezskutecznie. Powiedział 
mi tylko tyle, Ŝe przyniesiono mu ją przed dwoma miesiącami, lecz kto ją przyniósł — tego 
nie pamiętał.

 Mapę oglądaliśmy z Karolem wielokrotnie, dzięki czemu naniesione na nią atramentem 

geometryczne figury nie stały się ani trochę bardziej zrozumiałe. Mój przyjaciel 
przypuszczał, Ŝe w ten sposób oznaczono jakieś lokalne źródła. Na tę mapę spoglądaliśmy 
teraz obaj, lecz tym razem nie chodziło nam ani o trójkąty, ani o kwadracik, lecz o najkrótszy 
szlak wiodący do gospodarstwa Gonzalesa. Jak juŜ wspomniałem, a o czym pisał do mnie 
Meksykanin, posiadłość jego leŜała w pobliŜu rzeki Conchos, dopływu Rio Grandę. Don 
Pedro dokładniej określił połoŜenie swej hacjendy: przez sam środek toczył swe wody mały 
strumyk, wpadający do Conchos. Posuwając się z biegiem strumyka nie sposób było 
zabłądzić. Ba, lecz jak dotrzeć do strumyka? Chyba najpewniej jechać wzdłuŜ koryta Rio aŜ 
do skrzyŜowania z Conchos, a później w górę tej ostatniej aŜ do ujścia strumienia. Była to 
pewna droga, lecz bardzo długa. Znacznie krótsza wiodła poprzez pustkowia rozciągające się 
w trójkącie, którego dwa boki tworzyły koryta Rio Grandę i Conchos, trzeci mieliśmy 
wyznaczyć sami.

Nasza narada trwała krótko. O jeździe brzegami Rio mój przyjaciel nawet nie chciał 

dyskutować, byłaby to jego zdaniem niepotrzebna strata czasu. Nie sprzeciwiłem się. Karol 
posiadał przecieŜ tak zwany traperski węch i — jak wielokrotnie to stwierdziłem — ten 
węch odnajdywania właściwych szlaków nigdy nas nie zawiódł.

ZłoŜyłem mapę, schowałem pieczołowicie i wyciągnąłem z kieszeni kompas, co wywołało 

na obliczu Karola lekki uśmiech. Wskoczyliśmy na siodła. Raz jeszcze przy pomocy lornetki 
zlustrowałem okolicę. Za nami brzeg rzeki nadal był bezludny, przed nami ciągnęła się 
jałowa pustka piasków i rzadkich traw, ponad które gdzieniegdzie wystrzelała pogmatwana 
sylwetka samotnego kaktusa. Klepnąłem konia po zadzie i opuściliśmy piniowy lasek.

Tu muszę dodać, Ŝe podczas pospiesznego odjazdu] z El Paso nieznajomy sojusznik 

background image

wyprowadził nas na? południe i przebyliśmy rzekę znacznie poniŜej bliźniaczego miasteczka 
wznoszącego się juŜ po meksykańskiej! stronie. Nie mieliśmy zamiaru go odwiedzać, wystar-
czyło nam El Paso.

Jechaliśmy ze dwie godziny, starając się nie męczyć! zbytnio wierzchowców.  Co  pewien 

czas  zwalnialiśmy!
biegu, a nawet przystawali. Najgorsza pora spiekoty juŜ minęła, pochłodniało. 
Dokoła nadal było pusto, Ŝadnego śladu ludzkiej obecności, Ŝadnego tropu 
czworonoga. Po kilku dalszych godzinach horyzont wypełniły drzewa mesąuity, 
natomiast drogę przecięło nam rozległe pole kolczastych agaw. Tu zatrzymaliśmy 
się na krótki postój. Zgodnie ze starym zwyczajem, wpojonym mi przez Karola, 
zanim zeskoczyłem z siodła, dokładnie rozejrzałem się po okolicy. Na północy 
szkła lornetki nie ukazały mi nic, poza pustką, taka sama pustka rozciągała się na 
południu, lecz za nami, na szlaku przebytej drogi, ciemny, ruchomy punkt zwrócił 
mą uwagę.

Jeździec — powiedziałem.

Karol przyłoŜył szkła do oczu.

Tylko jeden — stwierdził. — Zostajemy, zwierzęta muszą odpocząć. 

Jak się nazywa ta hacjenda Gonzalesa?

Nie wiem. Chyba się wcale nie nazywa.

— 

Szkoda, moŜna by zapytać o drogę tego, który gna za nami.

Nie ufam przygodnym informatorom, juŜ wolę wierzyć swej mapie. 

Zresztą... — tu spojrzałem jeszcze raz za siebie. —; Karolu, przecieŜ to nasz 
wybawiciel!
Widać nie powiodło mu się w El Paso.

Karol znowu sięgnął po lornetkę.

— 

Wygląda na to, Ŝe go nikt nie ściga. Ano, poczekamy.

Wreszcie okryty pyłem jeździec zatrzymał się przed nami. 

Witajcie, dŜentelmeni — powiedział z humorem — rozstanie było krótkie, lecz obfitowało w 
dramatyczne wypadki. Jednak... — tu obejrzał się — chyba ich zgubiłem...  

Kogo?

 Niech to licho porwie! Zbyt zaufałem swej dobrej gwieździe. Oni nie byli tak bardzo 

pijani, jak sądziłem. Musiałem przejeŜdŜać obok tego przeklętego saloonu, przed którym 
sterczała chmara łudzi. Nie wyobraŜacie sobie, jaki wrzask podnieśli! Rzuciło się bractwo ku 
mnie, jeden nawet zdąŜył złapać mnie za nogę. CóŜ miałem począć? Kopnąłem go, aŜ 
pofrunął na sam środek ulicy, i spiąłem konia ostrogami. Pobiegli za mną i próbowali swych 
pukawek. Bez skutku. Wtedy rzucili się do koni. Wywiodłem ich za miasto, na północ, 
później skręciłem na zachód i gdy straciłem ich z oczu, zawróciłem na południe, przebyłem 
rzekę, trafiłem na wasz ślad i oto jestem! Myślę, Ŝe teraz powinienem kilka dni przeczekać 
po tej stronie granicy.
Chyba nie będę wam przeszkadzał?

Oczywiście, Ŝe nie — odparłem skwapliwie, nazbyt skwapliwie.

PrzecieŜ nie znałem tego człowieka, a najdłuŜej za dwa dni mieliśmy dotrzeć do hacjendy. 

I co wówczas? Wprowadzić pod dach Gonzalesa przygodnego znajomka? Sytuacja mogła 
stać się wielce kłopotliwa, lecz teraz zapobiec jej nie było sposobu.

No, dŜentelmeni! Prowadźcie tam, gdzie leŜy cel waszej drogi, bo dla mnie obojętne, w 

której znajduję się stronie świata. Byle dalej od Rio Grandę.

Postąpiliśmy zgodnie z tym apelem, jako Ŝe inaczej postąpić nie mogliśmy. Po 

półgodzinnym odpoczynku skierowaliśmy konie na szlak, przy końcu którego stać miało 
domostwo Pedro Gonzalesa.

background image

Opuszczona chata

Powiedział, Ŝe nazywa się Barry Bede. MoŜe to prawda, moŜe nieprawda. Dla nas — 

sprawa zupełnie nieistotna. Dlaczego uciekał z El Paso — wiedzieliśmy, lecz po co tam 
przybył — pozostawało nadal tajemnicą. Czym się trudnił? Nie wypadało pytać, skoro sam 
dotychczas tego nie wyjawił.

Karol zagadnął go, czy zna tutejszą okolicę. Odparł, Ŝe bywał w Meksyku, lecz jedynie w 

zachodniej części. Karol pomarkotniał, niezbyt dowierzał mojej mapie, a przecieŜ w tej 
sytuacji tylko ona mogła być naszym przewodnikiem.

Jechaliśmy we trzech krainą pustą i otwartą, co pozwalało w porę zauwaŜyć 

jakiegokolwiek wędrowca. Ale i my w ten sposób byliśmy widoczni. Ciągle jeszcze 
spodziewałem się pogoni z El Paso, jednak moje przewidywania nie sprawdziły się.

Odległość z El Paso do hacjendy Gonzalesa, to znaczy do miejsca, w którym 

prawdopodobnie leŜała, wynosiła w linii prostej sto pięćdziesiąt mil. Tak wymierzyłem na 
mapie. Ba, lecz przecieŜ nie sposób poruszać się po linii idealnie prostej. Sto pięćdziesiąt mil 
mogło równie dobrze oznaczać w praktyce mil dwieście!

Jechałem na czele naszej małej kawalkady, co pewien czas przystając, co pewien czas 

spoglądając na mapę i na kompas. W takich warunkach nie mogliśmy posuwać się szybko. 
Zaabsorbowany swymi czynnościami nie słuchałem rozmowy, jaką Karol prowadził z na-
szym nowym towarzyszem. Prawdopodobnie chciał go „wybadać".

Słońce juŜ powędrowało na zachodnią półkulę nieba i dolnym rąbkiem dotykało 

horyzontu, a my nadal znajdowaliśmy 

się wśród nagiej płaszczyzny, pozbawionej wody, pozbawionej drzew, jeśli nie liczyć sa-
motnych mesąuitów,    przypominających    słupy    nie istniejącego ogrodzenia. Nocleg w 
takich warunkach nie zapowiadał się przyjemnie. Na szczęście, po dalszej godzinie jazdy 
dostrzegliśmy zamazane kontury czegoś, co mogło być samotną skałą, lecz równie dobrze — 
budynkiem. Jeśli budynek, to i woda, a tego najbardziej nam brakowało. Popędziliśmy konie. 
Po paru minutach wyjrzały z dali kontury domu, aŜ na koniec ukazał się zupełnie wyraźnie. 
Karol, który wysforował się na czoło, nagle zatrzymał wierzchowca. Podjechałem. Drogę 
przecinała rozpadlina. Jak głęboka, nie sposób stwierdzić. Jej dno ginęło w wieczornym 
mroku i — tak mi się wydało — w gąszczu krzewów, a moŜe nawet drzew. Śmiałek, który w 
porę nie zauwaŜyłby jaru, znalazłby w jego głębi niechybną śmierć. A cel naszej drogi — 
dom — wznosił się po przeciwległej stronie, zaledwie kilka jardów od nas. Bez słowa 
ruszyliśmy wzdłuŜ parowu. Na szczęście, nie był długi. Po przebyciu pół mili ujrzeliśmy, jak 
jego dno zaczyna się dźwigać, w końcu zrównało się z powierzchnią płaszczyzny, którą 
jechaliśmy. Karol skręcił, ja za nim, Bede za mną. Ruszyliśmy cwałem ku czarniejszej od 
nocy budowli.

— Tam nikogo nie ma — odezwał się Karol.
— Sądzisz?
— PrzecieŜ narobiliśmy dosyć łoskotu, a nikt nie wybiegł zobaczyć, kto nadjeŜdŜa. 
Hej! Jest tam kto? — zawołał.

Milczenie. Wydobyłem winchester z futerału i zeskoczyłem z siodła.

OstroŜnie, Janie — szepnął Karol pochylając się ku mnie.

Nim minąłem ogrodzenie, usłyszałem głuchy odgłos. Taki, jaki wywołuje upadek lub skok 

człowieka. Bede znalazł się tuŜ obok.

Ja to załatwię — powiedział półgłosem. — Mam doświadczenie w podobnych 

sprawach.

Podeszliśmy bliŜej, aŜ objawiła się nam w pełni cała struktura budowli: poczerniałe, 

drewniane ściany pełne dziur, powyrywane deski. Dwa otwory okienne, po prawej i po lewej 
stronie czegoś, co zapewne było wejściem, pozbawione szyb, a nawet ram.

Karol ma rację — zauwaŜyłem półgłosem — tu nikt nie mieszka.

Bede pierwszy przekroczył próg, ja zatrzymałem się. We wnętrzu było ciemno jak w 

background image

borsuczej norze. Minęło kilkanaście sekund. Z wnętrza budowli dobiegł mnie jakiś szmer, 
później ozwał się czyjś głos, na koniec usłyszałem kroki. Z czerni wyłonił się Bede, nie sam.

— Trudno się z nim dogadać — powiedział i pchnięciem ręki skierował ku mnie 
cudaczną postać w dziurawym sombrero na czubku głowy, omotaną w jakieś pledy nie-
pledy tak, Ŝe ginął w nich kształt człowieczy.
— Kto to?
— Wyciągnąłem go z mysiej dziury, to znaczy prawie spod podłogi, bo tam się zagrzebał. 
Zupełnie nie rozumiem, co on bełkocze.

Spróbujemy. Se un poco el espańol — zwróciłem się do obcego. — Me entiende?... 

Lo entiendo  — odparł głosem, w którym wyczułem drŜenie.

Poklepałem go po ramieniu dla dodania odwagi. Jego derka była tak brudna, Ŝe moja dłoń 

prawie przylepiła się do niej.

Gadaj — rozkazałem, nadal próbując swej hiszpańszczyzny. — Coś za jeden?

— Biedny kaboklo, seńor — wyjąkał.
— Tu mieszkasz?
— Si.
— Sam?
— Si.
— Dlaczego się ukrywałeś?
— RóŜni tędy wędrują...

Rozumiem, od nas nic ci nie grozi. Gdzie tu jest woda?

Pokazał ręką.

Ruszyłem we wskazanym kierunku i niewiele brakowało, a zapadłbym się w ziemię. To 

była dziura o sporej średnicy, obramowana kamieniami, lecz tak nisko, Ŝe moŜna się było o 
nie potknąć i runąć do środka. Obok spoczywało wiadro i długi drąg z hakiem. A więc — 
studnia.

— Jest woda — poinformowałem Karola.

Dopiero teraz zeskoczył z siodła, ujął za uzdy trzy nasze konie i przeprowadził je przez 

wyrwę w ogrodzeniu.

— Co on ci gadał?

Powiada, Ŝe jest biednym kaboklem i Ŝe się nas boi.

— Niezbyt wiele. Radzę sprawdzić, czy w tej ruderze nie ukrywa się ktoś jeszcze. 
Przydałaby się pochodnia.

Bede przytaknął. Ba, lecz gdzieŜ tu znaleźć smolną szczapę? Wróciłem do ogrodzenia i z 

niemałym wysiłkiem, przy pomocy myśliwskiego noŜa, odłupałem sporej wielkości drzazgę. 
Zapaliłem. Jarzyła się zupełnie dobrze. Bede pozostał przy koniach, Karol i ja wkroczyliśmy 
do wnętrza czegoś, co przed laty stanowiło zapewne mieszkalną izbę. Migotliwy płomień 
odkrył naszym oczom podłogę ułoŜoną co prawda z desek, lecz pokrytą taką warstwą kurzu i 
zeschłego błota, Ŝe przypominała raczej klepisko stodoły. Gdzieniegdzie deski powyrywano i 
trzeba było uwaŜać na dziury. Nie znaleźliśmy nawet śladu jakichkolwiek sprzętów. Rzecz 
zrozumiała, Ŝe nocleg w takim pomieszczeniu byłby udręką. Wyszliśmy na dwór, gdy 
księŜyc ukazał się rąbkiem tarczy i wysrebrzył okolicę. NaleŜało rozpalić ognisko, lecz z 
czego? Wokół nie rosło najmniejsze nawet drzewko.

Hej, ty — Bede zwrócił się do nieznajomego. — Masz opał? No, Ŝeby rozpalić ogień. 

Ogień... ognisko, rozumiesz?

Zagadnięty gapił się na nas bezmyślnie. Jak na złość zapomniałem słowa „drewno" w 

języku hiszpańskim.

Habla ingles?  — zapytałem licząc zresztą na odmowną odpowiedź.

Skinął głową. Jednak bardzo długo męczyliśmy się, aby wytłumaczyć, o co nam chodzi. 

Na koniec znowu kiwnął głową i powiedział:

Si, si... esperar.

Co znaczyło, Ŝe mamy zaczekać. Zniknął nam z oczu w czarnym wnętrzu budowli. 

Później usłyszeliśmy suchy trzask i pokazał się kaboklo ciągnący długą i grubą dechę. Był to 
na pewno kawałek podłogi. Pomyślałem,  Ŝe człowiek,  który tak lekkomyślnie postępuje z 

background image

własną chałupą, bardzo szybko pozostanie bez dachu nad głową.

Przywleczoną deskę poczęliśmy ciosać noŜami, co stanowiło pracę Ŝmudną, lecz nie 

mieliśmy siekiery.

Nie, ten obcy człowiek na pewno nie był właścicielem chaty, lecz przybłędą 

korzystającym przypadkowo z opuszczonego budynku. Pewnie dlatego krył się przed nami. 
Szepnąłem o tym towarzyszom.

Po chwili Meksykanin przyciągnął drugą deskę. Wydobył nóŜ zza pasa i począł z nami 

współzawodniczyć w struganiu drzazg i szczapek. W ten prymitywny sposób uzyskaliśmy 
sporą kupkę wiórów i trzasek, lecz o porąbaniu całego drewna mowy być nie mogło. Zgro-
madziliśmy drzazgi i Karol usiłował je podpalić. Niestety, ani od pierwszej, ani od drugiej, 
ani od trzeciej zapałki drewno — widać zbyt wilgotne — nie zapłonęło, Spróbowałem ja — 
bez skutku. Bede, który obserwował nasze wysiłki, pogrzebał po kieszeniach i wydobył 
ć

wiartkę papieru.

— Pozwólcie, moŜe mi się uda...

Zwinął papier w rulonik, ukląkł i wsunął go między drobne ścinki drewna. Papier 

zapłonął, a później ogień przeskoczył na trzaski, przygasł i juŜ-juŜ miał zniknąć, gdy nagle 
objął cały stos. Od razu uczyniło się weselej. Dźwignęliśmy jedną z desek i połoŜyli w 
poprzek ogniska. Z zabawną troską obserwowaliśmy, czy płomień ją chwyci. Czuliśmy 
wzmagający się chłód. Jak zwykle bywa na jałowych, półpustynnych obszarach, rozgrzana 
słońcem ziemia stygnie bardzo szybko, róŜnice temperatur między dniem a nocą sięgają 
kilkunastu stopni. Na szczęście, deska zapłonęła.

Karol naczerpał wody, rozkulbaczyliśmy wierzchowce i rozłoŜyli obozowisko. Gdy woda 

poczęła wrzeć w garnczkach, wydobyłem nasze zapasy Ŝywności. Karol z wielką wprawą 
zajął się przypiekaniem pociętego na paski boczku i pierwszy kawałek wręczył Bedemu. 
Przyjął go skwapliwie.

— Wybaczcie — powiedział — Ŝe nie mogę się dołoŜyć. Nieco pospieszny wyjazd z El 
Paso nie pozwolił zaopatrzyć się na drogę. śeby rzec prawdę, zdany jestem tylko na waszą 
pomoc, w dodatku przyznam, Ŝe myśliwy ze mnie Ŝaden, więc nawet w ten sposób nie 
potrafię powiększyć waszej spiŜarni.
— Głupstwo — odpowiedziałem wtykając mu w dłoń blaszany kubek pachnącej kawy. — 
To kiepskie jedzenie nawet w części nie wyrówna naszego długu...
— CóŜ za dług? — roześmiał się. — Po prostu... niezła zabawa. Zaczynałem juŜ nudzić 
się w tym El Paso, więc skoro ujrzałem dwu solidnie wyglądających facetów, 
zaatakowanych przez tłum pijaków, postanowiłem nieco rozruszać się i chyba zrobiłem to 
z niezłym skutkiem. Jak sądzicie, dŜentelmeni?
Nie zachwycił mnie taki punkt widzenia. Awantura w saloonie mogła się tragicznie 

zakończyć, nawet mimo nieoczekiwanej pomocy Bedego. KimŜe był nasz towarzysz? Czy 
przypadkiem nie jednym z takich samych zabijaków, jacy nas napadli? Tylko z przekory 
popierający stronę słabszą? Jeśli tak — mógł się stać bardzo dla nas kłopotliwym 
uczestnikiem podróŜy. I takiego człowieka musielibyśmy wprowadzić pod dach Gonzalesa? 
Bo jak tego uniknąć? Nie wiedziałem.

— Ej, Janie, cóŜeś się tak zamyślił?
Drgnąłem, o mało nie rozlewając kawy. To Karol przerwał moje rozwaŜania, przysunął się 

ku mnie i szepnął:

DajŜe coś gospodarzowi. Gapi się na nas, jakby od tygodnia nie jadł.

Spojrzałem. Kaboklo siedział w kręgu blasku padającego od ogniska. Teraz zauwaŜyłem, 

jak nędznie był odziany, jak bardzo wychudły. On jeden z naszej czwórki nic nie trzymał w 
dłoniach i tylko spoglądał smutnym wzrokiem. Zawstydziłem się. Odkrajałem spory kawał 
boczku.

Gracias  — szepnął.

OpróŜniłem własny kubek i świeŜą porcję  podsunąłem kaboklowi.

Gracias — powtórzył.

— Daleko stąd do hacjendy Gonzalesa? — zapytałem.

Błysnął ku mnie oczyma i milczał. Ponowiłem pytanie.

background image

Lejos... daleko.

— Ile mil?
Wzruszył ramionami.

No se... nie wiem.

— Mógłbyś nas doprowadzić?

Lo siento mucho, pero estoy ocupado ...

Nie nagabywałem go więcej. Odpowiedź wydała mi się zwykłym wykrętem, mającym 

pokryć wrodzone lenistwo. CóŜ on tu miał do roboty?

Skończył jeść, oddał mi kubek, powiedział znowu: gracias i zniknął w głębi chaty.

— Niezbyt przyjemny jegomość — mruknął Bede. — Chętnie nauczyłbym go lepszych 
manier.
— Nie warto.
— Ano, w takim razie postąpimy chyba podobnie jak nasz brudas. JuŜ późno.
Przywiązaliśmy mocniej konie do płotu, rozłoŜyli siodła i derki dokoła ogniska.
— Losujemy? — zapytałem Karola.
— Losujemy.
— Co za losowanie? — zdumiał się Bede. — Będziecie grać w karty?
— AleŜ nie. Trzeba ustalić kolejność nocnych wart.
Skrzywił się zabawnie:

A po co? Dokoła jest pusto i cicho. Kogo się obawiacie? Tego kabokla?

— MoŜe kabokla, moŜe nie kabokla — odparł Karol. Pustka nie gwarantuje 
bezpieczeństwa. Niekiedy samotny podróŜnik budzi się w bardzo licznym towarzystwie, 
nie zawsze sympatycznym. Albo teŜ nigdy się juŜ nie budzi.

Bede westchnął:

Ciągnijmy więc te losy...

Wypadło, Ŝe pierwszą wartę ma objąć Karol, drugą — ja, trzecią — Bede. To był 

paskudny dla mnie

wynik. Bardzo nie lubię przerywać sobie snu w połowie nocy.

Wymościłem swoje legowisko, otuliłem się derką, podsunąłem siodło pod głowę i prawie 

natychmiast zasnąłem. Śniło mi się, Ŝe jestem ptakiem, Ŝe krąŜę swobodnie nad ziemią, 
ponad lasy, sawanny, góry. Z tych pięknych majaków zostałem bardzo brutalnie wyrwany. 
Siadłem i odruchowo chwyciłem za broń.

— Co takiego?

Nade mną nachylał się Karol.

— Kaboklo uciekł — powiedział przyciszonym głosem.
— Widziałeś?
— Zajrzałem do chałupy. Nie ma go.
— Pewnie wyszedł na chwilę — mruknąłem tłumiąc ziewanie i odkładając broń. — To 
nie powód, Ŝeby mnie budzić.
— Obszedłem dom dokoła.

Przypuśćmy, Ŝe uciekł. Niech sobie ucieka, co nas to obchodzi?

To rzekłszy próbowałem naciągnąć na siebie derkę, lecz Karol mi nie pozwolił.

— Czego chcesz?
— Małego spacerku. Zabierz broń i chodź.

A on? — wskazałem na śpiącego Bede.

— Nie jest nam potrzebny. Przynajmniej na razie. Ani z niego westman, ani tropiciel 
ś

ladów. Idziemy.

Nietrudno sobie wyobrazić, jaki byłem wściekły. Z winchesterem w garści powlokłem się 

za Karolem. Było widno, bardzo widno, prawie jak w dzień. Tarcza księŜyca wisiała nad 
ziemią jak wielka lampa i tylko z jednej strony budynku leŜało szerokie i długie pasmo 
cienia. Podeszliśmy do koni. Spały z opuszczonymi łbami.

— Widzisz, jakie są spokojne? — zaszeptałem.

To nie mustangi — mruknął. — Nie obudziłby ich nawet strzał armatni.

background image

Obraziwszy w ten sposób nasze wierzchowce, pociągnął mnie dalej, za rozwalone 

ogrodzenie, a później za przeciwległą ścianę chałupy. Tam przystanęliśmy. Było cicho, 
najlŜejszy szmer nie zakłócał spokoju nocy.

— Nikogo — stwierdziłem półgłosem. — Ani człowieka, ani zwierzęcia na wiele mil 
dokoła.
— Nie bądź taki pewny. Gdzieś w okolicy muszą znajdować się ludzie. W przeciwnym 
wypadku nasz kaboklo nie czmychnąłby. Bo i po co?

Poczułem lekki niepokój. Rzeczywiście, w jakim celu uciekałby kaboklo? Bez 

wierzchowca nie zaszedłby daleko, więc ktoś nań czekał. Kto? I gdzie?

— Ale dlaczego uciekł?
— Gdybym wiedział, pewnie bym cię nie budził, a tak musimy się przespacerować 
kawałek. Jedyne miejsce, w którym moŜna by się ukryć, to ten parów przed domem. 
Musimy tam zajrzeć.
— MoŜe — wyraziłem przypuszczenie — kaboklo w nim siedzi samotnie i czeka, aŜ 
odjedziemy? ZauwaŜyłem, Ŝe się nas boi.
— Chyba Ŝartujesz, Janie! Obchodziliśmy się z nim jak z jajkiem. Nie, nie. Przyczyna 
jego ucieczki musi być inna. Chodźmy.
— Nie lepiej poczekać do świtu?
— Lepiej nie. Zresztą, widno jak w dzień.
Nie protestowałem dłuŜej. Między innymi i dlatego, Ŝe resztka snu wyparowała z mej 

głowy, poczułem chłód i pozostawanie bez ruchu wcale mi nie odpowiadało.

Rozejrzałem się dokoła, dostrzegłem na ziemi jakiś jasny przedmiot. Papier! Lekko zmięta 

spora kartka papieru.

Na ulicach miast śmiecie nie naleŜą do rzadkości, ale

na pustkowiach, podczas moich wypraw z Karolem, nigdy dotąd nie znalazłem najmniejszej 
nawet karteczki. Westman ani traper, jeśli nawet wiozą Ŝywność owiniętą w papier, nie 
wyrzucają go.

— Co tam masz?
Wyprostowałem kartkę. Z jednej strony była czysta, z przeciwnej — zadrukowana.

: Popatrz — powiedziałem — Pinkerton zawitał aŜ w te odludne strony. Gdzie go nie 

ma? To list gończy, jeśli się nie mylę.

— List gończy? SkądŜe się tu znalazł?
— Z kieszeni naszego towarzysza. Pamiętasz, jak rozpalał ognisko? Kawałek jest oddarty. 
Po prostu zgubił, wyleciał mu z kieszeni.

Jak juŜ wspomniałem, noc była widna, więc bez trudu odczytaliśmy tekst. Na górze kartki 

widniał duŜymi literami odbity napis: „Narodowa Agencja Wywiadowcza Pinkertona". 
PoniŜej — wizerunek oka z podpisem: „My nigdy nie śpimy", a jeszcze niŜej: „ZałoŜona 
przez Allana Pinkertona, 1850". Taki tekst miałem okazję juŜ parokrotnie czytać, a 
wspominam o nim dlatego tak szczegółowo, poniewaŜ nie kaŜdy z nim się zetknął. Głośna 
nie tylko na obszarze Stanów Zjednoczonych agencja stała się z biegiem lat znakomitym 
instrumentem walki z przestępczością i odgrywała swą rolę dopóty, dopóki stanowa i 
federalna policja nie zostały przeorganizowane w sposób zapewniający sprawne działanie. 
Pod nazwą i adresami agencji rzucał się w oczy grubymi czcionkami wydrukowany napis: 
„700 dolarów nagrody", a dalej: „Reuben Houston Burrows, alias Rube Burrows, oskarŜony 
o dokonanie rabunku, z bratem James Buchanan Burrows i innymi (wszyscy zamaskowani), 
nocą, w piątek 9 grudnia 1887.

Wsiadłszy do pociągu linii kolejowej St. Louis, Arkansas i Teksas, na stacji Genoa 
Arkansas, zmusili kuriera Southern Express Company do oddania kluczy od schowka 
pancernego, z którego zabrali 3500 dolarów. James Buchanan Burrows i trzej inni zostali 
aresztowani. Podczas próby aresztowania braci Burrows w Montgomery, Alabama, 23 
stycznia 1888, Reuben Burrows zastrzelił Neila Bray, zecera gazety «Advertiser», we-
zwanego do pomocy przez funkcjonariusza policji. Rysopis: Reuben Houston Burrows, lat 
32, 6 stóp wysokości, waŜy 160 funtów, oczy niebieskie, nosi kapelusznasunięty na czoło, 
oczy szeroko rozstawione, nos krótki, cera śniada, włosy jasne, lewą rękę nieco krótszą od 

background image

prawej (po złamaniu), trzyma zwykle w kieszeni...

No proszę, jaki dokładny opis — zauwaŜyłem..

Karol coś tam odmruknął i czytaliśmy dalej: „Nosi ciemne ubrania i wełniane koszule..."

— Mnóstwo osób uŜywa wełnianych koszul — powiedziałem. — Ja równieŜ.
— Nie przeszkadzaj...

„Numer butów 8, nie nosi biŜuterii (w tym miejscu roześmiałem się), nie uŜywa tytoniu; 

pije, lecz nie upija się, nie gra w karty, lubi opowiadać historie o węŜach, psach, kotach itd. 
Dobry jeździec, nosi rewolwer kaliber 45, celnie strzela. Urodził się w okręgu Lamor, w 
Alamabie. śonaty, ma dwoje dzieci, Ŝona przebywa..."

W tym miejscu arkusz został przedarty. ZłoŜyłem go we czworo i pieczołowicie wsunąłem 

do kieszeni. Spojrzałem na Karola, Karol spojrzał na mnie.

— Nie zauwaŜyłeś — zapytałem — czy jego lewa ręka jest krótsza od prawej?

UwaŜasz, Ŝe to Reuben Burrows, nie Barry Bede?

Wszystko się zgadza: oczy niebieskie, cera smagła, rewolwer, dobrze się przyjrzałem, 

colt kaliber 45...

— I co jeszcze, i co jeszcze?... Zmierzyłeś buty? Ej, Janie, Janie! Za parę dni i my 
będziemy mieli smagłą cerę, słońce w tych stronach nieźle piecze. Opowiadałem ci 
niegdyś historię o grzechotnikach. Więc moŜe to ja jestem Burrows?
— MoŜesz sobie kpić do woli, ale przecieŜ nawet wiek się zgadza.
— Wielki z ciebie mądrala. Czytałeś jego akt urodzenia?
— Zgoda, Karolu. Skoro darzysz go takim zaufaniem...
— O, przepraszam! Tego nie powiedziałem.
— Więc jednak!
— Jednak, jednak! Wolałbym go nie wprowadzać pod dach hacjendy Gonzalesa, tylko Ŝe 
nie mam pojęcia, jak temu zapobiec, Ŝeby go nie obrazić... PrzecieŜ Bede bardzo nam 
pomógł w El Paso. Porusz głową, Janie, wymyśl coś.

Obiecałem. Wróciliśmy do ogniska. Bede spał nadal. Postanowiliśmy nie budzić go i 

powoli, kryjąc się w cieniu padającym od chaty, ruszyliśmy w stronę parowu. Cień się 
skończył, oblało nas światło księŜyca. Staliśmy się widoczni jak dwa kotlety na patelni. 
Dlatego Karol po przejściu kilku jardów najpierw ukląkł, później połoŜył się i począć 
czołgać. Nie naśladowałem go. Byłem przekonany, Ŝe w parowie nikogo nie ma. Przyspieszy-
łem kroku nie zwaŜając na sygnały, jakie mi dawał ręką mój towarzysz. Nie chciałem grzebać 
się w obrzydliwym piachu, właŜącym w kaŜde załamanie ubrania. Miejsce, gdzie według 
moich obliczeń powinien by znajdować się parów, nie było odległe. Chciałem dotrzeć tam 
pierwszy i wykazać bezpodstawność podejrzeń Karola. Nagle mignął przede mną złotawy 
ognik, raz i drugi, ostre „ping, ping!" zabrzmiało mi w uszach. Rzuciłem się na ziemię, 
cofnąłem się ku Karolowi i znieruchomiałem dysząc cięŜko — z wysiłku i z wraŜenia.

Wracamy — szepnął mój towarzysz.

Odetchnąłem z ulgą, gdy na nowo ogarnął nas cień padający od ściany budynku. Dopiero 
wówczas podniosłem się. Nasze konie nadal stały w tym samym miejscu obok płotka, 
nadal Ŝarzyło się dogasające ognisko i nadal spał beztrosko zawinięty w derkę Bede.

Zgięty wpół, wyskoczyłem z cienia. W trzech susach znalazłem się przy śpiącym. Ziewnął 

głośno, gdy potrząsnąłem go za ramię, siadł i gapił się na mnie nic niewidzącymi oczyma. 
Jak pierwszy lepszy greenhorn! A przecieŜ w El Paso postąpił jak doświadczony westman.

— Wstawaj — rozkazałem półgłosem.
— Co takiego?
— Mamy gości.
— Co? Gdzie?
— Strzelano do nas z parowu.
Dopiero po tej informacji podniósł się leniwie, zabrał pas z rewolwerami i powlókł się za 

mną ku chacie.

Tu wypada dodać, Ŝe nie widziałem dotychczas w ręku Bedego długiej broni. Początkowo 

powątpiewałem, czy w ogóle ją ma, gdy jednak rozkulbaczyliśmy konie, zauwaŜyłem u jego 
siodła długi skórzany futerał, z którego wystawała kolba. Karolowi i mnie, gdy udawaliśmy 

background image

się na spoczynek, zawsze towarzyszył winchester umieszczony przy posłaniu po prawej 
stronie. Bede nie praktykował takiego zwyczaju. Nawet i teraz zabrał tylko rewolwery, 
niewiele przecieŜ warte w takiej sytuacji.

Klapnął cięŜko pod ścianą i ziewając zapytał:

CzyŜby to nasi przyjaciele z El Paso? Ej, chyba nie. Tamta pijana banda nie czekałaby 

do nocy. Co wy na to?

— Nic — odparłem. —- Skąd moŜna wiedzieć?
— A moŜe to znajomi naszego gospodarza? Gdzie on?
— Uciekł — odparłem i opowiedziałem Bedemu o odkryciu Karola i o naszej próbie 
dotarcia do parowu.
— Ho, ho! Chciałbym się z nim jeszcze spotkać i podziękować za gościnę. Co czynimy, 
dŜentelmeni? Czekamy do ranka czy jak?...

Musimy stąd uciekać — zauwaŜył Karol. — I to natychmiast.

— Wlec się wertepami po nocy? Nie lepiej poczekać do świtu?

ś

eby było jeszcze widniej? Wtedy nas capną w mgnieniu oka. Nie, nie! Noc, nie noc, a 

trzeba okulbaczyć wierzchowce i wiać!

Bede nic na to nie odpowiedział.
Znowu opuściliśmy smugę cienia i pobiegli do ogniska. Schwyciłem leŜący w pobliŜu 

patyk i energicznie rozgrzebałem nim resztki Ŝaru. Zaraz pociemniały. Tymczasem Karol i 
Bede zwinęli koce, złapali siodła, by zarzucić je na końskie grzbiety. Wówczas grzmotnęła 
ku nam świetlista salwa, oddana chyba z kilkunastu luf. Cudowne zrządzenie losu, Ŝeśmy 
wszyscy trzej nie padli na ziemię martwi jak głazy! Rzuciłem się do stóp własnego 
wierzchowca, Karol uczynił podobnie, tylko Bede leniwie pochylił głowę, kryjąc się za 
końskim zadem. Huk rozpłynął się w nocnej ciszy. Czekaliśmy leŜąc. Nic więcej nie 
nastąpiło. Bede powoli wyprostował się.

— Ale heca — szepnął. — Co robimy?
— Pod ścianę — rozkazał Karol.
Ruszył pierwszy, ja za nim, Bede na końcu.

Wydaje się — powiedział dowlókłszy się wreszcie do chałupy — Ŝe gwałtownie 

pragną nas tu zatrzymać.
Co za gościnność! Tylko... dlaczego im na nas tak zaleŜy?

Na nas? — zapytałem. — Myślę, Ŝe raczej na naszych koniach, na naszej broni i na 

całej reszcie bagaŜy, To jakaś banda rabusiów. Nie sądzisz, Karolu?
— Prawdopodobnie nie mylisz się.
— Spróbujemy jeszcze raz? — odezwał się Bede.
— Nie teraz. Gdy księŜyc zacznie zachodzić, zrobi się nieco ciemniej. Wtedy.

Miał rację, tylko Ŝe do zachodu księŜyca brakowało co najmniej pełnej godziny. Tę 

godzinę, która wydawała mi się przeraźliwe długa, spędziłem na przemian zasypiając, na 
przemian budząc się pełen niepokoju, czy nie zaskoczyli nas przeciwnicy. Lecz nic takiego 
się nie wydarzyło. Przy kaŜdym ocknięciu dostrzegałem Karola z winchesterem w dłoni, 
czujnie wpatrzonego w srebrną dal, i Bedego, który rozciągnął się pod ścianą i nawet lekko 
chrapał. śelazne musiał mieć nerwy!

Na koniec, przy którymś tam z rzędu przebudzeniu, Karol trącił mnie w ramię.

— Spróbujemy teraz...
— Przetarłem oczy i zauwaŜyłem, Ŝe pas cienia znacznie się poszerzył, ogarnął wygasłe 
ognisko, lecz nie sięgał płotka, przy którym stały konie. Tam było nadal widno jak w 
dzień. Jednak dłuŜsze czekanie graniczyło z nieroztropnością. Wiedziałem, Ŝe za kilkana-
ś

cie minut księŜyc przygaśnie, lecz wkrótce zabłysną zorze przedświtu i widoczność 

znowu się polepszy. Więc — albo teraz, albo wcale. Bezceremonialnie szarpnąłem Bedego 
za rękaw.
— Wstawaj — rozkazałem półgłosem — jeśli nie chcesz tu zostać na zawsze.
Poskutkowało. Bede wygramolił się spod ściany.
— Kiedy ja się wyśpię — mruknął.
— Prędzej — przynaglił Karol.

background image

— Idę, idę...
Złapałem siodło i przyskoczyłem do konia. I wówczas znowu, jakby na dany sygnał, ciszę 
nocy zburzył huk strzałów. Powtórnie zrej terowaliśmy w cień chaty.
— Paskudna sytuacja — mruknął Bede. — Czy im się to nie znudzi?
— Przypuszczam, Ŝe nie — odparłem. — Wymyśl coś, Karolu — zwróciłem się do 
przyjaciela.
— Trzeba ich przepłoszyć.
— Ale jak?
— Ruszymy w kierunku parowu, we trzech. Jeden daleko od drugiego. Powinno się udać.
— A jeśli tamtych jest większa gromada? — zapytałem. — Rozdzielą się, zajdą nas od 
tyłu i zabiorą konie.

— 

Taki manewr zauwaŜymy w porę, jest dość widno.

— To na nic — odezwał się Bede. — Mam lepszy pomysł. Sam ich wypłoszę z dziury, 
tylko musicie mnie ubezpieczać.

Jeden człowiek nie dojdzie.

— Dojdzie, jeśli uwaga tamtych będzie zwrócona w innym kierunku.
— To niby jak tego mamy dokonać?
— Prosta sprawa, będziecie strzelać bez przerwy.
— Do czego? — zapytałem.
— Do niczego, ot przed siebie, w kierunku parowu. Niech sądzą, Ŝe ich atakujemy. Idę o 
zakład, Ŝe pochowają głowy w tym przeklętym parowie i ani mnie zauwaŜą. To tchórzliwa 
banda, w przeciwnym wypadku zaatakowaliby nas ze znacznie bliŜszej odległości.

MoŜe i Bede miał rację, ale ryzyko wcale przez to nie było mniejsze.

— Szaleństwo — mruknąłem. — CóŜ tu poradzi jedna strzelba?
— Nie potrzeba mi strzelby — odparł Bede — mam lepszy sposób. Zaraz wam pokaŜę.
Nie czekając na odpowiedź, pobiegł ku koniom i szybko wrócił z siodłem, które cisnął pod 

ś

cianę.  Począł

grzebać w jukach, coś tam z nich wydobył i natychmiast wsunął do kieszeni. Nie zdąŜyłem 
zauwaŜyć, co to było.

— No, dŜentelmeni — powiedział — szkoda czasu na gadanie. Ubezpieczajcie mnie 
dobrze, a ujrzycie coś, czegoście chyba do tej pory jeszcze nie oglądali.
— Karolu — zaprotestowałem — przecieŜ to absurd! Zanim zrobi dziesięć kroków, 
zastrzelą go!
Lecz mój przyjaciel, wbrew oczekiwaniu, jakoś nie podzielił mego poglądu.
— Kto wie — odezwał się — kto wie? Nie mamy wyboru...

Zaniemówiłem.

Ś

wietnie — mruknął Bede — zresztą... i tak bym poszedł.

Wyskoczył z cienia i ruszył bardzo szybko, nieco w prawo od linii chałupy.

— Wariat — powiedziałem w gniewie. — Nawet strzelby nie wziął.
— Nie sądzę, aby miał źle w głowie. Widzisz, Janie, niekiedy czyny, które wydają nam się 
desperackie, najlepiej prowadzą do celu.
— Nie poznaję cię, Karolu! Ten człowiek poszedł na pewną zgubę.
— To nie takie pewne. Podejrzewam, Ŝe ten spryciarz nie po raz pierwszy targa śmierć za 
brodę. Ma doświadczenie. Patrz!

Bede, daleko juŜ poza granicą cienia, biegł schylony i skręcił jeszcze bardziej w prawo, 

zapewne po to, aby nam dać pole obstrzału. Przypadliśmy na samej granicy blasku i 
ciemności. Przed nami, kilkanaście jardów, w niewidocznym stąd parowie ukrywał się 
nieprzyjaciel. Widziałem, jak Bede posuwa się zygzakiem, skokami pokonując przestrzeń. 
Czynił to tak zadziwiająco ostroŜnie, Ŝe nie słyszałem odgłosu jego kroków. CóŜ jednak z 
tego? Tamci musieli dobrze widzieć napastnika. I rzeczywiście, w pół minuty później 
rozbłysły czerwono-złote iskry i ozwał się charakterystyczny głos strzelb.

— Strzelaj! — rozkazał Karol.
Nacisnąłem cyngiel, mierząc w błyski wykwitające jakby spod ziemi. Co 

prawda, tego rodzaju pukanina śmiechu była warta, jednak odniosła skutek. Po 

background image

kilku salwach moich i Karola tamta strona zamilkła.

Bede, którego nie traciłem z oczu, co pewien czas przystawał i kładł się na 

ziemię, potem gwałtownie podrywał się i szybko przebiegał kilkadziesiąt 
kroków. Mądrze sobie poczynał, ani słowa! W ten sposób zbliŜył się znacznie 
do celu. Teraz strzały ozwały się na nowo, jasne smugi mierzyły wprost w 
Bedego. Biegły wiązkami, tak gęsto, Ŝe przeraziłem się o całość skóry 
ryzykanta. Natychmiast wznowiliśmy obstrzał. Tamci znowu przerwali ogień.

— MoŜe nieco podpełzniemy?  — zaproponowałem.
— Nie! Biegiem, Janie!

Skoczyliśmy. Przebiegłem parę jardów i padłem. Z tego miejsca 

zauwaŜyłem, jak Bede ukląkł, zamachnął się całym ramieniem, jakby coś 
rzucał, i natychmiast rozciągnął się na ziemi. W sekundę później buchnął ku 
niebu płomień i dym, ogłuszający grzmot rozdarł ciszę. Nim przebrzmiał, 
Bede po raz drugi zamachnął się. Znowu płomień i dym.

Na chwilę zaparło mi dech w piersiach.

— Co to?
— Dynamit — wyszeptał Karol.
— PrzecieŜ dynamit nie wybucha, gdy go rzucić?
— Wybucha przy pomocy detonatora. Bede musiał mieć detonator. 
Zresztą... sam widzisz.
W chwilę po drugim wybuchu, na lewo od nas, tam gdzie parów dźwigał się 

ku powierzchni płaszczyzny, ukazały się sylwetki jeźdźców. Ilu ich było — 
nie zdąŜyłem policzyć, tak błyskawicznie przemknęli i znikli w tumanach 
kurzu. Tymczasem Bede podniósł się i pomachał ku nam kapeluszem.

— Idziemy — zadecydował Karol. — Trzeba sprawdzić, co po nich zostało.

Dołączyliśmy do Bedego i bez Ŝadnych przeszkód dotarli do krawędzi rozpadliny. Tarcza 

księŜyca dosięgła juŜ horyzontu, a równocześnie niebo poszarzało zwiastując rychły świt. Na 
wschodzie ukazały się pierwsze smugi róŜowej zorzy. Jednak w głębi rozpadliny nadal 
panowała ciemność i cisza.

— MoŜe tam jeszcze ktoś czyha na nas — ostrzegł Karol. — Niech się bardziej rozjaśni.
— Po moim fajerwerku? — roześmiał się Bede. — Jeśli tam jeszcze pozostał ktokolwiek 
z tej bandy, nigdy juŜ nie potrafi nikomu zaszkodzić.

Nie mogłem jeszcze otrząsnąć się z wraŜenia.

— To był dynamit — stwierdziłem oschłym tonem.
— Oczywiście. Przez pewien czas byłem straŜnikiem przy budowie kolei przez Góry 
Kaskadowe w Oregonie. Robotnicy mieli tego całe skrzynie. Dostałem kilka sztuk. Na 
pamiątkę. Przydało się. Co? Skutek znakomity i natychmiastowy.

Siadłem na krawędzi ostro spadającego zbocza, z oczami utkwionymi w mrok zalegający 

dno jaru. Nie miałem co się łudzić — dynamitowa detonacja musiała za sobą pociągnąć 
ofiary. I tym ofiarom naleŜało udzielić pomocy, taki przecieŜ był obowiązek kaŜdego lekarza. 
Z niecierpliwością czekałem, aŜ się rozwidni. ZauwaŜyłem, jak Karol pomaszerował 
brzegiem jaru do miejsca jego wylotu, jak Bede rozciągnął się na ziemi i chyba... drzemał! 
To człowiek o Ŝelaznych nerwach.

Spoglądałem w dół, a porośnięte trawą zbocze odsłaniało cal po calu swą pochyłość. 

Najpierw była czarna, później szara, w końcu poróŜowiała. Uniosłem głowę. Cały świat 
poróŜowiał. Purpurowe słupy zorzy wystrzeliły z horyzontu ku wysokościom nieba, 
niewidoczna dotąd dal odsłoniła się jak scena, na której podniesiono kurtynę. Z nieba 
poznikały gwiazdy, księŜyc zgasł. PrzełoŜyłem broń do lewej ręki i począłem wolniutko 
schodzić, raczej zsuwać się, łapiąc dla równowagi za wystające pęczki traw. Wreszcie 
znalazłem się w gęstwie krzaków porastających dno jaru.

— To ty, Janie?
Głowa Karola wyjrzała zza kępy zarośli.

Odkryłem lepszą drogę — dodał. — Znalazłeś co?

Bo ja nic. Ale i tak ta rozpadlina wygląda jak rzeźnicza jatka. Wszędzie ślady krwi.

background image

— A ludzie?! — krzyknąłem.
—- Ani jednego. Za to koni...

Zacząłem badać teren. Krzaki gdzieniegdzie rosły nie tknięte, gdzieniegdzie leŜały 

wyszarpnięte z korzeniami, jak gdyby tędy przeszło tornado. A poza tym — plamy, plamy na 
trawie, na liściach, na łodygach. Sądziłem, Ŝe to odbicie czerwonej zorzy, lecz gdy przyjrza-
łem się uwaŜniej, poznałem krew. Całe kałuŜe krwi, która nie zdąŜyła wsiąknąć w ziemię. 
Dalej spoczywały konie. Padły tu obok siebie. Piekielny ładunek w tym miejscu musiał 
wybuchnąć. Pięć zwierząt leŜało martwych. Plamy krwi, juŜ nie tak gęsto rozsiane, ciągnęły 
się i dalej, znacząc ścieŜkę, którą uciekali ludzie, lecz zwłok Ŝadnego z nich nie odnalazłem. 
Zawróciłem i w połowie powrotnej drogi natknąłem się na Bedego. Tkwił nieruchomo obok 
poszarpanych kadłubów końskich, na pierwszy rzut oka bardzo jakoś zaaferowany i ponury.

— Do diabła! — powiedział na mój widok. — Szkoda mi tych zwierząt. Kto by 
przypuszczał...

Myślę Ŝe ten, który juŜ widział skutki dynamito

wych wybuchów podczas trasowania 

kolejowego szlaku.
— Prawda — przytaknął jakoś miękko. — Jednak...

tutaj nie oczekiwałem takiego efektu. Zresztą... czy istniał jakiś inny sposób?

JuŜ chciałem odpowiedzieć, Ŝe wraz z Karolem wychodziliśmy cało z trudniejszych sytuacji, bez 

uŜywania dynamitu, i masakrowania ludzi i zwierząt, lecz w porę ugryzłem się w język. Takie 
twierdzenie zabrzmiałoby jak pusta przechwałka wobec człowieka, który po raz drugi, naraŜając 
własne Ŝycie, wyciągnął nas z biedy. Jednak nie zdobył mej sympatii. Odwróciłem się i w milczeniu 
podszedłem do Karola rozgarniającego krzaki kolbą winchestera.

— Czego szukasz?

— Porzuconej broni. Dziw nad dziwy! Nie ma jej tutaj.
— A cóŜ w tym dziwnego? Uciekali trzymając broń w garści.
— A zabici, a ranni? Sądzisz, Ŝe ofiarą dynamitu padły tylko zwierzęta?
— Nie sądzę, lecz śmiem przypuszczać, Ŝe nikt z tych ludzi nie poległ i nikt nie został cięŜko 
ranny. Inaczej nie potrafiliby tak szybko uciec. Chyba ładunki dynamitu padły właśnie między konie 
i nieszczęsne zwierzęta ocaliły ludzi. Nie sposób tego inaczej wytłumaczyć.
— Ano, chyba tak. Wobec tego nie mamy tu czego szukać. Wracajmy.

Wygramoliliśmy się z jaru, dotarli do chaty. Za nami przywlókł się Bede, milczący i ponury. Bez 

słowa zajął się rozpalaniem ogniska, a później począł grzebać po kieszeniach swej kurty. Odgadłem, 
czego szukał — papieru! Listu gończego! Postanowiłem nie mówić o swym odkryciu, Karol milczał 
równieŜ. Bede zrezygnował z poszukiwań i mocno się natrudził, zanim buchnął pierwszy  płomyk.  
Przysunąłem  siodło,   owinąłem   się

derką i grzałem wyciągnięte dłonie. Przemarzłem tak, Ŝe prawie szczękałem zębami. 
Przyczyną była nie tylko niska temperatura otoczenia, lecz i nie przespana noc. Chyba moi 
towarzysze czuli się podobnie, bo posiłek zjedliśmy w milczeniu.

Ruszamy — odezwał się pierwszy Karol. — Jeśli tamci oprzytomnieli po 

dynamitowym wstrząsie, moŜna oczekiwać powtórnej wizyty. Zbyt dla nas ryzykownej.
— Nie mam juŜ dynamitu — mruknął Bede. — Jedźmy.
Spakowaliśmy tłumoki, zagasili ognisko i w minutę później gnali galopem, byłe dalej od 

przeklętej chałupy. Nawet nie usiłowaliśmy sprawdzić, w jakim kierunku wiódł trop bandy, 
lecz było to zbyteczne. Na gładkiej jak talerz, otwartej płaszczyźnie wzrok sięga daleko i 
moŜna w porę dostrzec kaŜdego czworonoga i kaŜdego człowieka zmierzającego w naszym 
kierunku. A więc nic i nikt nie mógł nas zaskoczyć. Tak wówczas sądziłem.

Dziewczyna

Po ostatnio przeŜytej przygodzie dalszy ciąg naszej podróŜy, prawem kontrastu, wydawał 

się monotonny. Krajobraz stopniowo ulegał zmianie. Coraz częściej trafialiśmy na kaktusowe 
pola, które naleŜało objeŜdŜać, Ŝmudnie nadkładając drogi. Te kolczaste, nie do przebycia 

background image

przeszkody świadczyły, Ŝe gleba nie była całkowicie jałowa, Ŝe gdzieś w pobliŜu istniały 
zbiorniki wody umoŜliwiające wegetację roślinności bardziej odpornej na suszę. Słyszałem o 
koniach, które potrafiły zaspokajać pragnienie wilgotnym miąŜszem kaktusów, lecz tę 
informację między bajki kładę. PotęŜne, twarde kolce dobrze bronią kaktusowych pni przed 
kaŜdym napastnikiem. Omijaliśmy w bezpiecznej odległości te palisady kłujących igieł, 
nawet nie próbując szukać wśród nich źródeł wilgoci. A pić się nam chciało juŜ po kilku 
godzinach jazdy. Pośpiech, z jakim opuszczaliśmy samotną chatę, spowodował karygodne 
niedopatrzenie. PrzecieŜ zarówno Karol, jak ja, mieliśmy skórzane wory na wodę, ale nie 
napełniliśmy ich. Na szczęście, od czasu do czasu trafialiśmy na małe źródełka sączące się 
leniwie wśród piasków i w tych piaskach ginące. Jeden nocleg wypadł nam na brzegu 
miniaturowego stawku, obrośniętego sitowiem. Gleba dokoła przypominała po-1 kruszoną 
cegłę, a tam gdzie stykała się z wodą, była po prostu czerwonym błotem.

Paskudnie to wyglądało, paskudne było miejsce, paskudny smak miała woda. Była 

jednak... mokra. Bo jak wybredzać, gdy gardło wysuszone, wargi spękane, a twarz pokryta 
kurzem? Więc rozbiliśmy nocny biwak. Jednak bagienny odór płynu nie pozwolił mi 
przełknąć ani kropli. Przestrzegałem .równieŜ mych towarzyszy przed piciem surowej wody.

— Jeśli pragniecie chorować — dodałem — wskaŜcie mi najpierw szpital, w którym 

mógłbym was umieścić.

Karol posłuchał. Gorzej było z Bedem. Tylko wzruszył ramionami. Ukląkł i dłonią 

naczerpał tyle, ile potrzebował dla zaspokojenia pragnienia.

— Nic mi nie będzie — stwierdził beztrosko.
— Oby — wyraziłem Ŝyczenie.

Zanim rozpaliliśmy ognisko, zaskoczył nas pozornie nieprawdopodobny wypadek. Stawek 

był niewielki. Odległość dzielącą przeciwległe brzegi moŜna było przebyć w kilku skokach. 
A jednak! Nagle dostrzegłem na tym przeciwległym brzegu stadko — cztery sztuki — 
zabawnych zwierzątek, z kształtu podobnych do świń, lecz znacznie mniejszych i o 
ciemniejszej skórze. Zamarliśmy w bezruchu, bojąc się spłoszyć nieoczekiwanych gości, a 
one piły wodę pochrząkując zupełnie jak świnie. I nie zwracały na nas uwagi. Albo nigdy 
jeszcze nie spotkały człowieka, albo były tak spragnione, Ŝe zlekcewaŜyły 
niebezpieczeństwo. Zabierały się do odejścia, gdy Bede wyciągnął błyskawicznym ruchem 
swój colt. Chyba opróŜnił cały magazynek w kilka sekund. Słyszałem o takich sztuczkach, 
ujrzałem po raz pierwszy: prawa dłoń zaciśnięta na kolbie broni, lewa — płasko 
wyprostowana, odciągająca kurek szybkimi uderzeniami. Stadko rozproszyło się, lecz na 
brzegu pozostała jedna sztuka. Bede przyciągnął ją.

— Pekari — stwierdził Karol. — W smaku podobne do wieprzowiny.

Celności strzałów jednak nie pochwalił. Ja równieŜ. Zdumiewające polowanie zbyt mi 

przypominało sposób praktykowany przez osobników określanych na Dzikim Zachodzie, 
mianem rewolwerowców, ludzi często Ŝyjących na bakier z obowiązującym prawem i z 
przyjętymi zasadami moralności, zabijaków gotowych mordować na zamówienie i za opłatę! 
To właśnie oni doprowadzili do perfekcji szybkość oddawanych strzałów. Była to ponura 
sztuka, ileŜ pociągająca za sobą ofiar!

Bede upolował, lecz zupełnie nie wiedział, co ma dalej czynić ze swym trofeum. 

Wyręczyliśmy go. Po pół godzinie pekari obracało się na zaimprowizowanym roŜnie, a w 
garnku bulgotała woda na kawę.

Zrobiło się juŜ dobrze ciemno, gdy wreszcie pieczeń, nieco zwęglona na wierzchu, stała 

się jadalna. Byliśmy nieźle wygłodzeni, lecz na zjedzenie całej sztuki nie starczyło nam ani 
sił, ani ochoty. Bede, który zjadł najwięcej, i to wybierając co tłustsze kawałki, później całą 
noc stękał. Musieliśmy zwolnić go z obowiązku wartowania. Zasnął dopiero nad ranem, 
jednak nie daliśmy mu spać długo. Uznałem bowiem, Ŝe w tym miejscu nie powinniśmy 
przebywać, podejrzewając, Ŝe zaszkodziła mu nie pekari, lecz trująca woda, którą pił w stanie
surowym. Dałem mu sporą porcję whisky — dobry lek na takie Ŝołądkowe bóle. Resztę 
pieczeni — wbrew dotąd praktykowanym zwyczajom — pozostawiliśmy na brzegu jeziorka. 
Nie starczało czasu na wysuszenie mięsa, a pekari po paru zaledwie godzinach jazdy stałaby 
się niejadalnym paskudztwem.

background image

Przejrzałem dokładnie mapę, zorientowałem ją kompasem i w kilkanaście minut później 

ruszyliśmy w wybranym kierunku.

Posuwaliśmy się obok siebie. Szeroka droga — raczej niezmierne bezdroŜe — pozwalała 

na taki sposób jazdy. Bedego umieściliśmy w środku. Wyglądał nienadzwy-czajnie — wynik 
choroby i alkoholu zastosowanego na pusty Ŝołądek. Zapytałem, jak się czuje. Mruknął nie-
chętnie, Ŝe lepiej niŜ w nocy, lecz do końca swego Ŝycia nie weźmie do ust Ŝadnej świniny, 
bo nie wierzy, aby woda mogła być przyczyną jego dolegliwości, połknął do tej pory wiele 
setek galonów pochodzących z rzek i stawów i nigdy nie chorował. No, i co z takim gadać!

Jechaliśmy ani szybko, ani wolno, by nie męczyć siebie i zwierząt, nie byliśmy przecieŜ 

związani Ŝadnym wyznaczonym terminem. Od czasu do czasu lustrowałem przy pomocy 
lornetki horyzont pusty przed nami i za nami.

Około południa, gdy słońce praŜyło juŜ bezlitośnie, dotarliśmy do miejsca, gdzie nad 

nieckowatym zagłębieniem gruntu sterczał stromy pagórek, rzucający cień na całe 
zagłębienie. Dopiero tam zeskoczyliśmy z koni i legli dysząc ze zmęczenia i skwaru. 
Czułem, jak struŜki potu ciekną mi po plecach, koszula przylepia się do ciała, a stopy obute 
w grube skórznie pieką, jak gdybym je trzymał w ognisku.

Odczuwaliśmy pragnienie, najbardziej chyba Bede, bo zauwaŜywszy nasze wory luźno 

zwisające u siodeł, zapytał ochrypłym głosem, czy zawsze wędrując przez pustynię 
zapominamy o wodzie. A moŜe jesteśmy afrykańskimi wielbłądami, o których słyszał, Ŝe 
potrafią przez dziesięć dni i nocy wytrzymać bez kropli wilgoci? Odparłem, Ŝe lepiej w 
ogóle nie mieć wody niŜ truciznę zaczerpniętą z podejrzanego źródła. Nic na to nie od-
powiedział.

Tak półleŜąc czekaliśmy, aŜ słońce zejdzie ze szczytu nieba i zmniejszy się Ŝar powietrza. 

Jakimś wybrykiem
natury w zagłębieniu wyrosło nieco trawy, widać smacznej, bo nasze wierzchowce łapczywie 
ją szczypały. Miała jasnozieloną barwę i sprawiała wraŜenie soczystej. CzyŜby gdzieś płytko 
pod ziemią znajdowała się woda? Czuliśmy się jednak zbyt zmęczeni, by móc zabrać się do 
kopania nawet najmniejszego dołka. A i widok rozciągający się dokoła — przygnębiał. Ota-
czała nas smutna, brązowoŜółta płaszczyzna, ziemia naga, na której gdzieniegdzie rosły 
zakurzone kaktusy o dziwacznych rozgałęzieniach, niekiedy podobne do wieloramiennych 
ś

wieczników, niekiedy do jakichś olbrzymich widelców. Pusta równina ciągnęła się daleko 

ku linii horyzontu, tam gdzie niebo wydawało się granatowe. I Ŝadnego ruchu. Tylko w górze 
od czasu do czasu pojawiał się ptak o potęŜnych skrzydłach, zataczający nad nami koła. Być 
moŜe jakaś odmiana sępa, prawdopodobnie kondor, szukający łatwego łupu. Kondor przecieŜ 
najchętniej Ŝywi się padliną.

Po dwu chyba godzinach, gdy pas cienia skurczył się do szerokości kilku kroków, 

wsiedliśmy na konie, pozostawiając nieckę całkowicie juŜ pozbawioną trawy.

Wieczorny postój, a po nim nocleg wypadły znacznie lepiej, bo nad malutką rzeczką, 

której woda smakowała nam niczym najwyborniejszy trunek świata. Jak powiada 
przysłowie: nie to dobre, co dobre, ale to najlepsze, co potrzebne.

Bedemu apetyt widać dopisywał, bo spustoszył naszą podróŜną spiŜarnię w sposób, który 

mnie nieco zaniepokoił. W drogę zabraliśmy przecieŜ Ŝywność tylko dla dwóch osób. Jeśli 
nasza wędrówka przedłuŜy się, przyjdzie szukać zwierzyny, tylko gdzie? Na powtórne spot-
kanie pekari nie było nadziei. Obliczyłem naszą podróŜ na trzy dni dobrej jazdy, lecz albo 
moja mapa była kiepska i pokazywała mylne odległości, albo pobłądziliśmy. Z mojej winy. 
Taka myśl dręczyła mnie przez

całą noc. Rankiem zaraz rozwinąłem mapę i ku swej radości znalazłem niebieską wijącą się 
kreskę — rzeczka. Na pewno nad jej brzegami właśnie obozujemy! Nie omieszkałem 
pochwalić się tym odkryciem. Bede przyjął je radośnie, Karol — sceptycznie.

— Skąd ta pewność? — zapytał. — Na twojej mapie nie ma nawet nazwy.
— Ą gdyby była — odparłem podraŜniony takim niedowiarstwem — to cóŜ z tego? MoŜe 
ta rzeczka wcale się nie nazywa? A jeśli się nazywa, nie umieszczono jakoś nad jej 
brzegami tablic z wyjaśniającym napisem. Jednak... jestem pewien, Ŝe znajdujemy się we 
właściwym miejscu. Popatrz, Karolu! Ona wpada do Conchos, czyli Ŝe dziś jeszcze 
spotkamy Gonzalesa. Nie cieszysz się?

background image

Złośliwiec odparł, Ŝe oznaki radości przechowa w dobrym zamknięciu do wieczora, moŜe 

wówczas je okaŜe. I — cóŜ za paskudny zbieg okoliczności! — sceptycyzm Karola 
potwierdziły fakty.

Gdy wieczorne zorze rozświetliły ziemię i niebo, na próŜno poprzez szkła lornetki 

szukałem zarysu jakichkolwiek zabudowań. Jeśli istniały w pobliŜu, to chyba Gonzales 
wzniósł je... pod ziemią. Musiałem mieć bardzo strapioną minę po tej lustracji terenu, bo 
Karol tylko zerknął na mnie i sam sięgnął po szkła. Długo wodził nimi z prawa na lewo i z 
powrotem. Przez chwilę łudziłem się, Ŝe coś dostrzegł, bo na sekundę znieruchomiał, lecz 
natychmiast opuścił rękę.

Nic — powiedział krótko — nic a nic.

Pognębił mnie tym stwierdzeniem.

Jak dzisiaj „nic" — wtrącił się Bede — tym większe prawdopodobieństwo, Ŝe jutro 

będzie „coś". Do licha, przecieŜ w którymś miejscu na tej ziemi muszą przebywać ludzie?!

Nie uradował mnie swą pewnością. „W którymś miejscu" — oczywiście, lecz gdzie 
znajduje się to miejsce: o milę czy o sto mil od nas?

Karol ani mruknął o „cieszeniu się", lecz zauwaŜył, Ŝe nie ma jeszcze powodu do paniki. 

Nie z takich wychodziliśmy tarapatów. Mamy rzeczkę, posucha nam nie grozi. Posuwając się 
z biegiem wody, dotrzemy wreszcie do tej Conchos, a moŜe i do hacjendy Gonzalesa.

To „moŜe" zabrzmiało dla mnie niezbyt optymistycznie, więc milczałem. Do licha! 

CzyŜby moja mapa istotnie wywiodła nas na bezdroŜa? To pytanie dręczyło mnie aŜ do 
następnego dnia, kiedy nieoczekiwane spotkanie kazało mi zapomnieć o mapie i o 
hacjendzie.

W przedpołudniowych godzinach, gdy zgodnie z Ŝyczeniem Karola pędziliśmy z nurtem 

wody, lustracja horyzontu przy pomocy lornetki ukazała moim oczom szary tuman kurzu, 
chmurę przesuwającą się szybko w kierunku prostopadłym do obranej przez nas drogi. 
Zatrzymałem konia.

— Co tam? — zagadnął Karol. — Hacjenda? Wobec tego musimy skręcić.
— Chyba tak postąpimy, lecz to nie hacjenda. Zobacz.

Spojrzał przez lornetkę, potem oddał ją Bedemu.

— Jeźdźcy — powiedział. — Mam nadzieję, Ŝe to nie nasi goście z opuszczonej chaty. 
Nie pędzą naszym tropem. MoŜemy spokojnie jechać dalej.
— Oni kogoś ścigają — odparł Bede zwracając lornetkę.
— Ścigają? — zdumiałem się. — Zwierzynę? Nie zauwaŜyłem Ŝadnej sztuki. Chyba to 
coś bardzo małego.
Roześmiał się:
— Coś bardzo sporego. Jeździec!
Znowu przyłoŜyłem szkła do oczu. W polu ich widzenia szary tuman rozciągnął się i teraz 

wyglądał jak potęŜny smok z długim, zwęŜającym się ogonem. Głowę tego smoka tworzyła 
kawalkada konnych. Lecz gdzieŜ znajdował się ścigany jeździec?

— Trzeba patrzeć bardziej na lewo — zauwaŜył Bede. — Bardziej na lewo... jeszcze 

troszkę. No?

Po tej poprawce rzeczywiście zauwaŜyłem samotny punkcik mknący po płaszczyźnie.

To raczej wygląda na umówione spotkanie niŜ na pogoń — stwierdziłem. — Ten 

samotny wędrowiec zmierza naprzeciw grupie.
— Zatrzymał się! — krzyknął Karol. — Zawraca! Popatrzcie!
Rzeczywiście, sytuacja uległa gwałtownej zmianie. Wyglądało na to, Ŝe tamten człowiek 

ucieka. PrzeobraŜeniu uległ kształt smoka. Ogon pozostał tak samo długi, jak poprzednio, 
lecz tuŜ przy głowie poczęły wyrastać skrzydła. Jedno rozwinęło się w prawo, drugie w lewo. 
Następnie skrzydła poczęły zaginać się. W ten sposób utworzyło się szare, coraz 
obszerniejsze półkole kurzawy, a w tym półkolu znalazła się sylwetka samotnego jeźdźca.

— Gonią go — zbytecznie stwierdził Karol.

To było oczywiste. Spojrzeliśmy po sobie i bez jednego słowa zachęty wjechaliśmy 

galopem w rzeczkę. Woda bryznęła mi fontanną na twarz, dłonie, szyję i na kark 
wierzchowca.

Pędziliśmy bez przerwy aŜ do chwili, kiedy juŜ gołym okiem moŜna było zauwaŜyć, co 

background image

dzieje się przed nami. Z sekundy na sekundę rozszerzały się, rosły i zaginały skrzydła 
pościgu, aŜ wreszcie — zamknęły. Kurz opad^:. Samotny jeździec znalazł się w środku 
wielkiego kręgu.

Zwolniliśmy biegu, nakazywała to zwykła ostroŜność. śe nas do tej pory nie zauwaŜono, 

naleŜy połoŜyć na karb zainteresowania się napastników schwytanym jeźdźcem.

Karol zatrzymał konia pierwszy.

Zsiadamy! — rozkazał półgłosem.

Nieco w prawo wznosił się obły wał piachu, dostatecznie wysoki, by podprowadzony 

wierzchowiec stał się z przeciwnej strony całkowicie niewidoczny.

Przywiązaliśmy zwierzęta do palików wbitych w ziemię i legli na zboczu wału. Dla 

większego bezpieczeństwa zdjęliśmy kapelusze.

Teraz znajdowaliśmy się tak blisko, Ŝe bez trudu moŜna było policzyć krąg utworzony 

przez konnych. Lornetka pokazała mi kaŜdy szczegół ich stroju i rysy twarzy tych, którzy 
stali do nas przodem lub bokiem. Koszule i poncha, przeraźliwie brudne, świeciły dziurami; 
twarze spalone na brąz dawno, a moŜe nigdy nie zetknęły się z mydłem i wodą. Brody nie 
znały brzytwy.

W wąziutkiej luce między ludźmi tworzącymi krąg ujrzałem cel pościgu.

To chłopiec — szepnąłem Karolowi. — Nie wygląda na więcej niŜ szesnaście lat. 

JakŜe róŜni się od nich strojem!

Przed nami, jak na teatralnej scenie, rozgrywała się akcja dziwnej sztuki. Początkowo 

odniosłem wraŜenie, Ŝe się mylę, Ŝe to jednak nie napad, lecz przyjacielskie spotkanie. 
Usłyszałem chóralny okrzyk, jak powitanie, później — śmiech, później — kapelusze 
podrzucono ku niebu i zręcznie schwytano.

Poczekajmy jeszcze — szepnął Karol. — Pozory mogą mylić.

Teraz wszystko ucichło, lecz na krótko. Znowu buchnął krzyk, podniosły się ręce 

trzymające broń i zagrzmiała salwa oddana wprost w niebo. Chyba ten

chłopak był nie byle jakim gościem, skoro go tak hucznie witano. Więc nasze obawy nie 

miały uzasadnienia.

Lecz nagle widok się zmienił. Chłopak wspiął konia usiłując — to było oczywiste — 
przerwać krąg jeźdźców. Nie udało mu się.

Na co jeszcze czekamy, dŜentelmeni? — zaszeptał Bede. — PrzecieŜ to próba 

porwania!

Wysunął strzelbę spod pachy i skierował przed siebie. Nie mam pojęcia, kiedy zdąŜył 

wydobyć ją z futerału.

Leć po nasze winchestery, Janie — mruknął Karol. — Bede ma rację.

Wykonałem polecenie błyskawicznie, a jednak nim zdąŜyłem powrócić, zagadała 

trzaskającym głosem strzelba Bedego. Trzykrotnie. Padłem piersiami na piach i podałem 
broń Karolowi. Natychmiast przyłoŜył kolbę do ramienia i pociągnął za cyngiel. Naśladowa-
łem go, mierząc ponad głowy przeciwników. Sądziłem, Ŝe wystarczy strzał oddany na 
postrach. Zresztą.!, po raz pierwszy znalazłem się w sytuacji, w której atakowałem, sam nie 
będąc atakowanym.

Efekt naszych salw był natychmiastowy. Podniósł się wrzask, krąg jeźdźców rozerwał się. 

Najpierw zbił się w zwartą grupę, w chwilę później grupa ta, nadal krzycząc, pognała 
bezładnie w bok od nas, a za nią pogalopowały konie bez jeźdźców. Na ziemi pozostały trzy 
nieruchome ciała.

A samotny chłopak?

Jeszcze tamtych nie zakryła chmura kurzu, gdy on juŜ galopował w przeciwnym kierunku.

No i co? -— zagadnął mnie Karol. — Nadal utrzymujesz, Ŝe to było przyjacielskie 

spotkanie?

Początkowo tak wyglądało...

Boś wziął pozory za rzeczywistość.

Wyskoczyliśmy zza wzniesienia.  Stratowana ziemia, na niej bezwładne ciała. Ukląkłem 
przy jednym, potem przy drugim i przy trzecim. Tym ludziom nic juŜ nie mogła pomóc 
nawet najlepsza lekarska wiedza. Musiałem przybrać ponury wyraz twarzy, bo Bede, który 

background image

zatrzymał się o krok ode mnie, zauwaŜył:

Nie ma czego Ŝałować. To lepiej, Ŝe są martwi jak głazy. CóŜ by pan począł z 

rannymi?

Starałbym się ich opatrzyć. Zdumienie odmalowało się na jego obliczu.

Po co?

Takie postępowanie naleŜy do moich obowiązków. Spojrzał na mnie osłupiałym 

wzrokiem.

Czy... czy jesteście policjantami?

Nie — odparł za mnie Karol. — Ani policjanci, ani detektywi. Mój przyjaciel jest 

lekarzem.

Lekarzem? — wyjąkał Bede. — A ja uwaŜałem was za westmanów, za traperów! Obaj 

jesteście lekarzami? Coś podobnego! Po prostu wędrowny szpital. Czego tu szukacie?

Ja nie jestem lekarzem — sprostował Karol. — Zbieram skórki, ale nie po to tu 

przyjechałem. Udajemy się w gościnę, do znajomych.

Czemu nie koleją? Albo dyliŜansem... Wygodniej.

Wygodniej, ale nudniej. Co kto woli — wtrąciłem się. — Niektórzy lubią z wysokości 

siodła oglądać kraj, który zwiedzają.

No, no... jeszcze nie spotkałem takiego lekarza — wyznał z zabawną szczerością Bede. 

—- Sądziłem, Ŝe lekarz siedzi w swym gabinecie albo wędruje z walizeczką po pacjentach, 
nie wysuwając nosa poza granice miasta.

NaleŜy pogrzebać tych nieszczęśników — zauwaŜył Karol.

Bede skrzywił się lekko.

A tamten? — zapytał. — Czy nie potrzebuje naszej pomocy?

Na pewno zmierza najkrótszą drogą do własnego domu.

Nie mamy łopaty — stwierdził Bede.

Nie przypadła mu do smaku propozycja Karolą, To było widoczne. Za chwilę okazało się, 

Ŝ

e nie brak łopaty stał się przyczyną zaniechania naszej smętnej roboty. Coś innego ją 

uniemoŜliwiło.

Bede, który rozglądał się dokoła, zapewne w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby częściowo 

zastąpić łopatę, znieruchomiał i wyciągniętą ręką wskazał horyzont.

Na koń, dŜentelmeni. Ktoś tu się zbliŜa, i to z niezłą szybkością, jeśli mnie oczy nie 

mylą. Pewnie nasi przeciwnicy zdołali nas policzyć i teraz wracają z odpowiednią porcją 
odwagi. Chce pan na nich zaczekać, doktorze?

Odwróciłem się. Znowu tuman kurzu unosił się nad ziemią i gnał wprost na nas. 

Skoczyliśmy na siodła i popędzili po śladach, jakie zostawił koń chłopaka. Niezła to była 
jazda. Spod kopyt pryskały w górę drobniutkie ziarnka piasku. Czułem ich uderzenia na 
twarzy, na wargach. Trzeszczały między zębami i nieprzyjemnie łaskotały po karku i 
plecach.

Tak przebyliśmy szmat drogi, aŜ zwierzęta poczęły chrapać i pot zabłyszczał na ich 

szyjach. Zwolniliśmy biegu, a nawet na chwilę przystanęli. Gołym okiem nie dostrzegłem za 
sobą nic poza pustką. Lecz w szkłach lornetki znowu wyrosła zamazana chmura kurzu.

Jadą — stwierdziłem.

Jadą — przytaknął Karol — lecz wyprzedziliśmy ich spory kawałek. Pewnie musieli 

zatrzymać się na chwilę przy zabitych.

Ruszajmy — zniecierpliwił się Bede. — Z tego patrzenia nic dobrego nie wyniknie, 

tylko czas tracimy.

Powędrowaliśmy przed siebie, nie forsując jednak zwierząt. Trzeba było oszczędzać ich 

siły na wypadek niebezpieczeństwa.

Przed nami nadal ani śladu ludzkiej gospodarki: budynków lub rolniczych upraw. Za nami 
— obłok kurzu gęstniał i olbrzymiał, lecz ciągle znajdował się 

daleko. Tamci przecieŜ równieŜ dosiadali koni, nie czarodziejskich maszyn, i w miarę 
przedłuŜania się jazdy zmęczenie coraz bardziej dawało się we znaki równieŜ i ich 
zwierzętom.

background image

Nieregularny trop samotnego jeźdźca wiódł nas w nieznane. Na koniec dostrzegliśmy 

wierzchowca i człowieka.

— Jest — ucieszyłem się. — Nareszcie ktoś wskaŜe nam właściwy kierunek.
— Byle nie ci, którzy gnają za nami — zaniepokoił się Bede.
— Spójrzcie! Są coraz bliŜej.
Miał rację. Gołym okiem moŜna juŜ było rozróŜnić sylwetki zwierząt i ludzi.
— A jeśli to tylko grupa spokojnych wędrowców? — nagle zrodziła się we mnie 
wątpliwość.
— To po cóŜ pędzą za nami? Chce pan zaczekać i sprawdzić, doktorze? Bo ja nie. Dalej, 
naprzód!

Nie, nie chciałem sprawdzać. Lepiej było zaufać naszym koniom niŜ podejrzanej 

gromadzie ludzkiej. Wzmogliśmy tempo jazdy i przez to znacznie zbliŜyli się do chłopaka. 
Sądziłem, Ŝe szybko się z nim zrównamy. Pomyliłem się. Odległość początkowo zmalała, 
lecz po jakimś czasie poczęła się utrzymywać bez zmian. Prawdopodobnie chłopak nas 
zauwaŜył i, biorąc za napastników, zmusił wierzchowca do szybszego biegu. Głupia sytuacja. 
JakŜe jednak dać mu znać, Ŝe jesteśmy sprzymierzeńcami? Niczego — ze względu na 
znaczną przestrzeń — nie wyjaśniłyby ani gesty, ani okrzyki. Więc zaniechaliśmy wszelkich 
tego rodzaju prób.

 Teraz poczęło dręczyć mnie pytanie, czy jedziemy we właściwym kierunku, czy nie 

oddalamy się od hacjendy Gonzalesa zamiast się do niej zbliŜać. Bo przecieŜ ten chłopak 
mógł podąŜać w zupełnie inną stronę! W ucieczce oddaliliśmy się znacznie od strumienia, 
który — według mej orientacji — miał wpadać do rzeki Conchos. Mój niepokój pogłębił się, 
gdy przebyliśmy strumień, który nagle przeciął nam drogę. Drugi strumień! Więc chyba nie 
dopływ Conchos.

Dostrzegłem, Ŝe uciekający zatoczył łuk i skierował się w dół strumienia. Dzięki temu 

łukowi znowu przybliŜyliśmy się do chłopca. Tak upłynęło — dokładnie tego nie stwierdzę 
— kilkanaście minut. Mój wierzchowiec na nowo pokrył się potem i chrapał. Przyhamowa-
łem jego bieg.

Karolu! — krzyknąłem. — Jeszcze chwila, a koń mi padnie.

Przystanęliśmy, aŜ Bede, który zamykał naszą kawalkadę, zrównał się z nami.

Co się stało?

Wskazałem na płaty piany ściekające z pyska zwierzęcia.

Teraz nas dopadną — zauwaŜył ponurym głosem. — Nie ma gdzie się skryć. Chyba za 

własnymi końmi.

Wykonał ruch, jakby chciał zsiąść. Karol powstrzymał go gestem ręki.

Nie trzeba, ruszymy stępa i zwierzęta wytchną.

AleŜ tamci...

    — 

Tamci właśnie zrezygnowali. Popatrzcie!

Odwróciłem się. Istotnie, obłok kurzu zmalał, skurczył się. Cieniał coraz bardziej, aŜ 
wreszcie opadł.

Co się im stało?

Pewnie pragną nas oskrzydlić jak tamtego — mruknął Bede. — Ale będzie zabawa!

Sięgnąłem po lornetkę. Nigdzie, ani na północy, ani na zachodzie czy wschodzie nie 

dostrzegłem niczego, co sygnalizowałoby dalszy pościg za nami.

— Wygląda na to, Ŝe naprawdę zaniechali pogoni. Dlaczego? Domyślasz się, Karolu? Bo 
ja nie.
— Prawdopodobnie w pobliŜu leŜy jakaś osada. Nie chcą dalej ryzykować. To jedyne 
wytłumaczenie, zresztą... przekonamy się wkrótce.

Być moŜe Karol nie mylił się, być moŜe przyczyna była inna. Tak czy owak, groŜące nam 

niebezpieczeństwo przestało istnieć równie nieoczekiwanie, jak się narodziło.

Odtąd jechaliśmy wolniutko, co pewien czas oglądając się, aŜ wreszcie piaszczysty, 

nieurodzajny pas wybrzeŜa rzeczki urwał się raptownie. Natrafiliśmy na rów odbiegający 
prostopadle od nurtu wody. Nad rowem przerzucony solidny mostek wywiódł nas na drogę, 
po obu stronach której zazieleniły się łąki, a dalej ciągnęły się zagony ornej ziemi, jedne 

background image

nagie, inne porośnięte uprawami, spośród których rozpoznałem tylko kukurydzę. Od razu 
poczułem się lepiej. Jeśli to nawet nie była hacjenda Gonzalesa, to na pewno jakieś 
gospodarstwo, gdzie zasięgniemy informacji.

Z wysokości końskiego grzbietu dostrzegłem sylwetki ludzi krzątających się wśród pól. 

Tak oto uciekający chłopak wywiódł nas z bezdroŜnej pustyni. Ujrzałem go teraz blisko, 
kilkanaście jardów przed nami. Zatrzymał wierzchowca i spoglądał ku nam, dzierŜąc w pra-
wicy strzelbę opartą kolbą na łęku siodła. Podjechaliśmy. Wówczas chłopak wsunął broń do 
futerału. Jego wierzchowiec zbliŜył się lekkim truchtem. Rysy twarzy jeźdźca wydały mi się 
znajome.

Que sorpresa?! — zawołał chłopiec nieco drŜącym głosem. — Co za niespodzianka? 

— powtórzył po angielsku. — Co za szczęście! Witam, seńor doctor, witam seńor Gordon, 
witam... — urwał spojrzawszy na naszego towarzysza, któremu widać nie znane były formy 
dobrego wychowania, bo nie przedstawił się.

— Mister Bede — wyręczyłem go i zaraz nie omieszkałem pochwalić się swą 
hiszpańszczyzną:

Buenos tardes, seńorita. Chyba się nie' mylę? Czy nic się pani nie stało?

Widziałem, Ŝe jeszcze drŜy, chociaŜ usiłuje nie pokazać tego po sobie.

Nie, nic się nie stało — odparła uśmiechając się, lecz w ten uśmiech na pewno włoŜyć 

musiała sporo wysiłku. Była dzielna ponad miarę swych lat.

Tak oto wyglądało spotkanie z Inez Gonzales, córką hacjendera, którą poznałem przed 

czterema laty podczas wędrówek przez bezdroŜa Arizony. W ciągu tych lat wyrosła z małego 
szkraba, równieŜ odzianego w męski strój, w dorosłą pannę, której ubranie mogło jeszcze 
mylić na odległość, lecz nie z bliska.

— Rodzice oczekują panów od tygodnia — powiedziała juŜ bardziej normalnym głosem. 
— Sześć razy opuszczałam hacjendę udając się naprzeciw. Ten siódmy raz mógł się 
skończyć dla mnie fatalnie, gdyby niespodziewana pomoc nie zjawiła się dosłownie w 
ostatniej chwili. Wzięłam panów za tamtych, dlatego tak gnałam. Nie widzieliście grupy 
jeźdźców? DuŜej grupy?
— Widzieliśmy — odparłem. — Widzieliśmy, jak ścigali samotnego jeźdźca, który wydał 
się nam młodym chłopcem. Widzieliśmy, jak ten chłopiec znalazł się w pułapce, chociaŜ 
początkowo sądziłem, Ŝe jest to spotkanie przyjacielskie.

Potrząsnęła przecząco głową.

To było okropne— stwierdziła szeptem. — Okropne strony i okropni ludzie...

— Na szczęście seńor Gordon — dodałem Ŝartobliwym tonem — wyprowadził mnie z 
błędu, a seńor Bede pierwszym strzałem strącił z siodła jednego z napastników. Co działo 
się później, to juŜ pani sama widziała.

Och! — zawołała. — To wy! Uratowaliście mnie!

Nie wiem, jak dziękować?! Co za cudowny zbieg okoliczności! Santa Madonna! Nie 
zapomnę wam tego nigdy, nigdy!

Wypowiedziała te słowa jednym tchem, a wargi jej drŜały ze wzruszenia.

Proszę bardzo — szepnęła — nie wspominajcie o tym rodzicom, dopóki im sama nie 

opowiem, bo... — w tym miejscu zawstydziła się zabawnie — bo dziś rankiem wyjechałam z 
hacjendy bez ich wiedzy.

Przyrzekliśmy zgodnym chórem. Natychmiast poweselała. Zerwała sombrero z głowy i 

machnęła nim nad końskim łbem:

Witam panów w imieniu ojca w Estrella del Sur! Proszę za mną.

Gwiazda Południa — przetłumaczyłem swym towarzyszom. Pięknie to brzmi.

Pomysł ojca. UwaŜał, Ŝe tak wielka hacjenda powinna nosić odpowiednią nazwę.

Ruszyła pierwsza, my za nią.
I oto dotarliśmy wreszcie do celu podróŜy. Jak na niezbyt daleką drogę z El Paso do 

posiadłości Gonzalesa — podróŜ trwała długo. KtóŜ mógł przewidzieć, ile to przeszkód 
spotkamy na naszej drodze? Lecz wszystko dobre, co się dobrze kończy. Pod wpływem takiej 
myśli zapomniałem na chwilę o kłopotliwym towarzystwie Bedego i o liście gończym, który 
spoczywał w kieszeni mej kurty.

background image

Estrella del Sur

Powitanie odbyło się chyba na miarę hiszpańskich arystokratów. Seńor Gonzales, 

zaalarmowany przez córkę, zbiegł po kamiennych stopniach werandy swego casa, czyli domu 
(przypominającego raczej pałacyk), i wygłosił krótkie przemówienie, obfitujące w tradycyjne 
zwroty grzecznościowe, których w hiszpańskim języku nie brakuje i które starał się 
przetłumaczyć na angielski. Nie bardzo to mu wyszło, jako Ŝe język angielski pod tym 
względem jest raczej skromny i zwięzły.

Karol i ja, znając Gonzalesa, nie byliśmy zaskoczeni pompatycznością powitania. Ale 

Bede! Słuchał, wytrzeszczając oczy, z miną tak zabawną, Ŝe duŜo wysiłku kosztowało mnie 
powstrzymanie się od śmiechu, jakŜe niestosownego w podobnej chwili. Na koniec 
gospodarz uścisnął obie dłonie Karola, to samo uczynił ze mną i powtórzył — po raz trzeci 
— z Bedem, czym wtrącił go w stan całkowitego oszołomienia.

— To jest mister Barry Bede — zaprezentowałem naszego towarzysza. — PodróŜujemy 

razem od El Paso. Spotkaliśmy się przypadkowo, a w drodze pan Bede pomógł nam wydobyć 
się z nie byle jakich tarapatów.

Wygłosiłem tę krótką informację, akcentując specjalnie słowa: „spotkaliśmy się 

przypadkowo". Lecz Gonzales albo nie pojął znaczenia, albo teŜ udał, Ŝe nie pojmuje. 
Odparł z hiszpańską galanterią:

— Przyjaciele naszych przyjaciół są naszymi przyjaciółmi.

Wypadło tylko uśmiechnąć się na podziękowanie. Be-de równieŜ rozpromienił się i ocknął 

ze stanu osłupienia.

 Mnie nie było wcale tak wesoło. Odpowiedź Gonzalesa, jeśli była szczera, stawiała nas w 
sytuacji, którą najlepiej określa przymiotnik „głupia". Postanowiłem przy najbliŜszej 
okazji w cztery oczy uświadomić naszego gospodarza, jak wygląda prawda.

Za zachowanie się „przyjaciela" Bedego nie mogliśmy przecieŜ ponosić 

odpowiedzialności, cokolwiek mogłoby się wydarzyć. Lecz teraz nie pora na taką, dość 
„delikatną", rozmowę.

Przez półmroczny hall gospodarz poprowadził nas w głąb równie mrocznego, przyjemnie 

chłodnego korytarza.

— 

To dla panów — powiedział zatrzymując się przed "wielkimi drzwiami, które 

pobłyskiwały bielą lakieru i złotem lśniącej mosięŜnej klamki.

Otworzył podwoje na ościeŜ, z odpowiednim ukłonem. Wkroczyliśmy do wnętrza pokoju, 

ź

le mówię — komnaty! Dwuokiennej, szerokiej i długiej, o ścianach, na których 

wymalowano srebrne lamperie. U szczytu tych ścian, pod samym sufitem biegły ozdobne 
gipsowe girlandy liści mesquite, a środek sufitu zdobił owalny, wypukły medalion, pełen 
skrzydlatych amorków, które zdawały się trzymać łańcuch ze zwieszającą się potęŜną 
naftową lampą.

Po prawej stronie komnaty ustawiono dwa łóŜka, raczej — łoŜa z czerwonawego 

meksykańskiego mahoniu, przedzielone równieŜ mahoniowym stolikiem. Po stronie lewej — 
długi stół otoczony półtuzinem krzeseł, nakryty szerokim, haftowanym płótnem 
olśniewającej białości. Środek stołu zajmowała srebrna patera wypełniona czubato kiściami 
bananów. Przestrzeń między oknami zajmowało potęŜne biurko z przemyślnymi przyborami 
do pisania.

Wszystko to — co tu duŜo gadać! — robiło na widzu mocne wraŜenie w zestawieniu z 

pustkowiem i dzikim otoczeniem ziem hacjendy. Zerknąłem na Karola, Karol zerknął na 
mnie, przymruŜył zabawnie jedno oko, lecz nie odezwał się ani słówkiem. Uznałem, Ŝe nie 
wypada tak obojętnie reagować na te wspaniałości, które oddawał nam do uŜytku don Pedro 
Gonzales. Więc podziękowałem, wyraŜając się nieco górnolotnie o dobrym smaku osoby, 
która ten pokój umeblowała.

— Ten pokój czekał na panów od tygodnia — rozpromienił się. — Proszę mi wybaczyć, 

background image

Ŝ

e nie przewidziałem tak zaszczytnej wizyty jeszcze jednego gościa —

tu skłonił się Bedemu. — Naprawimy to niedopatrzenie.
Zaraz przygotujemy drugi pokój, nie gorszy od tego.
Ten dla trzech osób byłby za ciasny.

Uśmiechnąłem się. W przydzielonej nam komnacie zmieściłoby się-swobodnie i pięć 

łóŜek. Jednak nie zaprzeczyłem. Stała obecność Bedego uniemoŜliwiłaby swobodną 
rozmowę z Karolem. Więc tylko raz jeszcze podziękowałem za tak wspaniałe lokum. Zaraz 
się jednak okazało, Ŝe to, co nam sprezentowano, to tylko część przeznaczonego dla nas 
apartamentu. Gościnny hacjender otworzył wąskie drzwi, znajdujące się w naroŜniku 
komnaty, i gestem pełnym galanterii wskazał drogę. Za drzwiami ciągnął się krótki 
korytarzyk, zakończony drugimi drzwiami. Nacisnąłem klamkę, postąpiłem krok i 
zatrzymałem się niczym biblijna Ŝona Lota zamieniona w słup soli.

Zaiste to, co ujrzałem, było i zdumiewające, i zaskakujące jednocześnie: łazienka. Ale 

jaka! Salka z okrągłym oknem o matowych szybach, wykładana zielonymi kafelkami, z 
zieloną wanną wpuszczoną w posadzkę. Nad wanną połyskiwały mosięŜne kurki —

Zimna i gorąca woda — wyjaśnił gospodarz z lekką nutką dumy w głosie. — To 

wszystko do panów dyspozycji. Za jakąś godzinkę poproszę na skromną zakąskę. Gdyby 
czegoś panom brakowało, wystarczy pociągnąć za zielony sznur wiszący przy drzwiach...

Wróciliśmy do komnaty i don Pedro wskazał nam jedwabną linkę zakończoną 

chwastem. Skłonił się ceremonialnie, ujął pod ramię Bedego i wraz z nim opuścił pokój.

Ledwie się drzwi za nimi zamknęły, padłem na mahoniowe krzesło, bardziej ładne niŜ 

wygodne, i wybuchnąłem śmiechem.

— I cóŜ ty na to, Karolu?
Wzruszył ramionami.

— Czuję się jak małpa w złotej klatce. Gdybym nie poznał Gonzalesa w innych 
okolicznościach, uznałbym go za jednego z tych bogaczy, którym tylko pieniądz 
imponuje. Co my tu będziemy robić?

Sądzę — odparłem — Ŝe nasz gościnny hacjender zapragnie nam sprezentować coś 

więcej poza tym fantastycznym urządzeniem domu i gospodarstwem.

— Obyś się nie mylił!
— Gonzales lubi wędrować: Jestem pewien, Ŝe posiedzimy tu tylko tak długo, jak długo 
Gonzales nie znudzi się pokazywaniem swych wspaniałości.

— To moŜe trwać wieki — ponuro zauwaŜył Karol.
— Nie wpadaj w pesymizm. Jeśli pragniesz nasz pobyt w hacjendzie skrócić, postaraj 
się okazać chociaŜ łut zachwytu przy kaŜdej okazji.

— Po co?

Po to, aby zaspokoić zabawną próŜność gospodarza. Zadowolony z zachwytu swych 

gości, szybko zaproponuje nam poznanie bliŜszych, a później dalszych

okolic hacjendy.

— To znaczy, Ŝe mam mu schlebiać?
— Coś w tym rodzaju.

— Bardzo tego nie lubię.

Nie przesadzaj. PrzecieŜ Gonzales jest dzielnym człowiekiem, w Arizonie pomógł 

nam niemało i całkowicie bezinteresownie, a Ŝe ma swoje słabostki?! KtóŜ ich nie ma? 
Postąpisz, jak zechcesz, Karolu, lecz ostrzegam cię, Ŝe zachowując kamienne oblicze na 
widok na przykład wiatraka pompującego wodę...
— Jakiego wiatraka? Nie zauwaŜyłem...
— Nie przerywaj, ja zauwaŜyłem. Jeśli będziesz sceptycznie nastawiony do 
Gonzalesowych cudowności, wpędzisz hacjendera w zły humor. WzmoŜe swe starania, by 
cię zadziwić, a to moŜe trwać bardzo, bardzo długo. Rozumiesz?
— Strasznie to wszystko zagmatwane, ale... postaram się. Będę się zachowywał jak 
tresowana małpa, która kłania się w cyrku trzema kapeluszami, stojąc na jednej nodze.
— No, no, Karolu, tylko bez przesady. Musimy uwaŜać, Ŝeby niczym nie urazić 

background image

Gonzalesa.
— Więc dobrze, zastosuję się do twoich okropnych rad.
— A teraz... jak powinniśmy postępować z Bedem? Pomyśl o tym.
— Wcale nie postępować.

Zrozum, Karolu, Ŝe ponosimy odpowiedzialność za wprowadzenie Bedego pod ten dach.

— Gonzales nie jest dzieckiem.
— Lecz nie wie, kogo tu sprowadziliśmy.
— A ty wiesz? Świstek drukowanego papieru, moŜe przypadkiem znajdujący się w 
kieszeni Bedego, od razu zrobił cię podejrzliwym. Zresztą sądzę, Ŝe Gonzales nie puścił 
mimo uszu informacji o przypadkowym spotkaniu i tylko jego cudaczna elegancja kazała 
mu nazwać Bedego naszym wspólnym przyjacielem. Przy pierwszej okazji poinformuj 
hacjendera o szczegółach naszej podróŜy, to powinno wystarczyć, a teraz... ani słowa wię-
cej na ten temat. Zamierzam wypróbować działanie błyszczących kurków nad wanną.
Zanim jednak zniknął za wąskimi drzwiami, zapukano do drzwi szerokich. Otworzyłem. 

Ukazał się hacjender, a krok za nim Murzyn dźwigający naręcz białych płócien.

Sądzę — powiedział Gonzales — iŜ wasze traperskie stroje, seńores, są nieco 

uciąŜliwe w naszym gorącym klimacie. Zechciejcie więc przyjąć — tu wykonał gest ręką 
w stronę Murzyna, który rozłoŜył sztuki płótna na krzesłach i wycofał się z pokoju. 
Wówczas hacjender podszedł do Karola i uścisnął mu obie ręce, z kolei uczynił podobnie 
ze mną. Nie mogłem pojąć, czemu mam przypisać ten nieoczekiwany przypływ serdecz-
ności.
— Seńores — powiedział hacjender, a głos drŜał mu ze wzruszenia — nigdy wam tego 
nie zapomnę! Gdyby nie wy, moją córkę spotkałoby straszliwe nieszczęście. Wiem juŜ o 
wszystkim...

Zrozumiałem, o co mu chodzi. Mruknąłem zmieszany, Ŝe na naszym miejscu postąpiłby 

podobnie kaŜdy inny przypadkowy świadek zdarzenia.

KaŜdy! — wykrzyknął dramatycznie hacjender. — JakŜe się pan myli, seńor doctor! 

ś

aden z tych zbójów, którzy napadli na Inez, nie kiwnąłby palcem, gdyby nawet pana 

ć

wiartowano na kawałki. To nie ludzie, to bestie! Niestety, w naszym pięknym kraju 

namnoŜyło się takich bestii. — Skłonił się i juŜ z ręką na klamce dodał:

Proszę was, seńores, nie wspominajcie o tym mej Ŝonie, dopóki jej nie uprzedzę. 

Bardzo by się zdenerwowała.

Skłonił się po raz drugi i wyszedł.

No — stwierdził Karol, gdy się drzwi zamknęły, a kroki za nimi ucichły — teraz 

jestem pewien, Ŝe Gonzales nie odmówi nam niczego. Kiedy go poproszę o wycieczkę w 
głąb kraju, migiem ruszymy. Porządny z niego chłop, szkoda tylko, Ŝe tak pompatyczny. Co 
myślisz o tych strojach, Janie?

— Nie moŜemy odmówić — powiedziałem sięgając po stos olśniewających białości. — 
No, no! Kurtka, spodnie, kamizelka... Mam nadzieję, Ŝe będą na nas pasować.
— Po jednym dniu uŜywania zrobią się szare, cóŜ za niepraktyczny kolor — gderał Karol 
przymierzając spodnie, z kolei marynarkę.
— Nie martw się. Na pewno kaŜdego ranka otrzymamy nowy garnitur na zmianę.
— AleŜ to marnotrawstwo! Kto słyszał, Ŝeby nosić białe ubrania? Człowiek tak odziany 
widoczny jest na milę i wystraszy kaŜde zwierzę. To dobre zimą, gdy śnieg przykryje 
ziemię.
— PrzecieŜ nie wybieramy się na polowanie — zauwaŜyłem rozbawiony. — A ty 
wyglądasz w tej bieli znakomicie.

Rozchmurzył się.

— Tak uwaŜasz?
— Zupełnie jak bogaty plantator bawełny z tysiącem czarnych niewolników.

To powiedziawszy uchyliłem się zręcznie przed rzuconą we mnie skórzaną kurtą Karola.

— Jeszcze jedno takie słowo, a zdejmę te łachy.
— No dobrze, dobrze.
— Teraz na ciebie kolej, nie mam zamiaru tylko sam wyglądać jak wariat.

background image

Szybko przebrałem się i od razu poczułem ulgę. Oceniłem, czym była w tutejszym 

klimacie gruba bawełniana koszula, nie mniej gruba kamizela i cięŜka kurta ze skóry, a czym 
taka leciutka, przewiewna odzieŜ.

Pospacerowałem tam i z powrotem w nowym stroju.

— Jak wyglądam?

Karol krytycznym wzrokiem zlustrował moją postać.

— Jak sam główny łapiduch największego szpitala świata. Biel przypomina mi zawsze 

rzezignatów.

Znowu zapukano do drzwi i oto Barry Bede i Pedro Gonzales ukazali się jak dwa jasne 

duchy w mroku korytarza. Tak więc i nasz przypadkowy towarzysz równieŜ został 
przebrany.

— Pozwólcie, seńores, podano do stołu... Poprowadził nas prościutko poprzez hall do 
pokoju, raczej sali o trzech wielkich oknach, na które zapuszczono Ŝaluzje z cienkich 
drewnianych deseczek. Poprzez szpary między nimi przedostawały się do wnętrza skąpe 
smugi dziennego blasku. Panował półmrok i przyjemny chłód.

Ś

rodek sali zajmował długi stół przykryty obrusem, pobłyskujący talerzami i sztućcami. 

Kiedy tak staliśmy, bezszelestnie uchyliły się przeciwległe drzwi i dwie kobiece sylwetki 
ukazały się naszym oczom. Łatwo odgadłem, Ŝe jedna z kobiet musiała być małŜonką 
gospodarza, bowiem druga, młoda dziewczyna, to po prostu Inez, którą po raz pierwszy 
widziałem w damskim stroju.

Zostaliśmy   przedstawieni   gospodyni   i   zaproszeni przez nią do zajęcia miejsc przy 
stole.

Rezygnuję z opisu bardzo długo trwającego obiadu (bo tym się okazała zapowiedziana 

przez Gonzalesa „skromna przekąska"), podczas którego rozmowa toczyła się o wszystkim 
i o niczym, na szczęście w języku angielskim (którym świetnie władała gospodyni), co 
zwolniło mnie od posługiwania się mą kiepską hiszpańszczyzną.

Seńora Concepcion (co w naszym języku oznacza „Maria") zaskoczyła mnie i swym 

wyglądem, i swym zachowaniem. Oczekiwałem starszej pani, typowej hiszpańskiej 
matrony o wystudiowanych ruchach oraz słowach pełnych godności i pompatycznych 
zwrotów. Tym-

czasem seńora Concepcion mogłaby uchodzić za starszą siostrę Inez. W jej sposobie 
mówienia nie uchwyciłem nic, co by raziło cudzoziemca sztucznością (bo Meksykanina na 
pewno by nie raziło!). Do kaŜdego z nas zwracała się z ujmującą bezpośredniością i 
młodzieńczym wdziękiem. Musiało to chyba nieco szokować don Gonzalesa, zauwaŜyłem, 
Ŝ

e kilkakrotnie twarz mu zadrgała, co natychmiast jednak maskował uśmiechem tak 

doskonałym, Ŝe na pewno był sztuczny.

Inez milczała przez cały czas, zapewne przytłoczona indywidualnością matki, a moŜe 

przestrzegająca zasad stosowanych w szanujących się rodzinach Kreolów, Ŝe w obecności 
rodziców młoda panna, nie pytana, nie zabiera głosu. Natomiast hacjender swoim zwyczajem 
wtrącał do rozmowy gładkie zdania, w których wyszukane zwroty walczyły o pierwszeństwo 
z nieskazitelną formą gramatyczną.

Gdy spoŜyliśmy ostatnią z licznych potraw, a panie podniosły się od stołu i złoŜyły nam 

ceremonialny ukłon, Gonzales zaprowadził nas do swego gabinetu. Tu — czarną skórą kryte 
fotele i hebanowe biurko oraz hebanowe boazerie tworzyły obraz tyleŜ dostojny, co ponury. 
Nim zdąŜyliśmy zapaść się w głębinach foteli, czarny, bezszelestny lokaj wniósł zastawę do 
kawy, a gospodarz wydobył z biurka drewniane, perłową macicą wykładane pudło pełne 
cygar.

— A teraz, seńores — zagaił — opowiedzcie, jak spotkaliście Inez. Wiem juŜ o tej 

dramatycznej przygodzie tak szczęśliwie zakończonej, lecz jakimŜe cudownym zrządzeniem 
losu zjawiliście się w samą porę?

Spojrzałem na Karola, Karol spojrzał na mnie. Obaj czuliśmy się ocięŜale i sennie po 

sutym obiedzie zakropionym hiszpańskim winem i usposobieni bardziej do sjesty niŜ do 
długiej opowieści o naszej podróŜy. Ale nie moŜna było przecieŜ sprawić zawodu 
gospodarzowi, który zapewne jedynie ze względu na kodeks towarzyski powstrzymywał się 
przed zadaniem tego pytania wcześniej.

background image

— Nie znam nikogo, kto potrafiłby lepiej opowiadać niŜ doktor — stwierdził z całą 
powagą Karol, a ja rzuciłem mu mordercze spojrzenie i lekko westchnąłem.
— Słuchamy, seńor doctor...

Westchnąłem po raz drugi i rozpocząłem relację. Jednak skróciłem rzecz o połowę, 

rozpoczynając dopiero od momentu naszego noclegu w opuszczonej chacie. Postąpiłem tak 
z dwu powodów: pierwszym — przyznam szczerze — było moje lenistwo, drugi był 
powaŜniejszej natury. O naszej przygodzie w El Paso zdecydowałem się poinformować 
Gonzalesa kiedy indziej. Przypuszczałem, Ŝe przejęty sprawą córki, zbagatelizowałby 
sprawę Bedego i gończego listu.

Kiedy skończyłem mówić, hacjender raz jeszcze wyraził nam swą ogromną wdzięczność. 

A potem — dane nam było poznać wszystkie udręki przesadnej gościnności! Zapewne w 
obawie, abyśmy się nie nudzili, gospodarz wywiódł nas z budynku, pokazując najpierw 
ogród, później uprawne pola. Nie zaliczam się do kategorii dobrych piechurów. W danym 
wypadku moją niesprawność pogłębiało zmęczenie wielogodzinną jazdą. W efekcie — 
marzyłem o wygodnym łóŜku tak intensywnie, Ŝe sporo z tego, o czym mówił gospodarz, 
nie dotarło do moich uszu. Barry Bede chyba równieŜ nie znajdował się w najlepszej formie 
fizycznej, bo wlókł się za nami z miną męczennika, nieczułego na piękności świata ani na... 
barwny monolog gospodarza. Jeden Karol —' wyszkolony w corocznych wędrówkach — 
stąpał energicznie przy boku hacjendera, pozbywszy się swej

poprzedniej ocięŜałości. ZauwaŜyłem, Ŝe przysłuchuje się bacznie, ba, nawet zadaje pytania. 
CzyŜby wspomniał czasy, kiedy parał się rolnictwem w Teksasie, zanim przedziwnym 
zrządzeniem losu zamienił się w łowcę skórek? Bo Ŝyciowa ścieŜka Karola była dość po-
gmatwana: najpierw kowboj, później poszukiwacz złota, jeszcze później początkujący traper, 
z kolei rolnik, który na nowo przeobraził się w trapera. Ale — do rzeczy!

Kończył się dzień, pochłodniało przyjemnie. CóŜ z tego? Niestrudzony hacjender ani 

myślał przerwać swego wykładu na temat plonów, hodowli koni, krów i wszystkich arkanów 
prowadzenia duŜego gospodarstwa. Mówił o swych pracownikach, którzy od czasu do czasu 
pojawiali się na szlaku naszego spaceru. Och! To był niezły marsz i coraz dotkliwiej czułem 
go w nogach. Gdy wreszcie wróciliśmy, bo juŜ pierwsze gwiazdy ukazały się na niebie, 
czułem się tak zmęczony, Ŝe zrezygnowałem z zaproszenia na wieczorny posiłek, usiłując 
moją odmowę wyrazić w formie najbardziej eleganckiej. Bede pewnie czuł się podobnie, bo 
równieŜ się wykręcił. Oblicze Gonzalesa wyraźnie spochmurniało, lecz Karol uratował 
sytuację. Wykazał odpowiednią porcję radości stwierdzając, Ŝe jest głodny jak wilk, a tak 
wybornych potraw jak na hacjendzie nigdy dotychczas nawet nie próbował. Rozstaliśmy się 
w hallu. Bede nie tylko towarzyszył mi do drzwi, lecz i wkroczył do naszej komnaty. Nie 
krępując się jego obecnością runąłem, cięŜko dysząc, na łóŜko. Bede zagłębił się w fotelu, 
lecz zanim to uczynił, sięgnął do stojącego na biurku pudła z cygarami (nie zapomniał o tym 
gościnny hacjender!) i po chwili zniknął w smugach wonnego dymu. Milczeliśmy obaj 
bardzo długo, na koniec mój gość odezwał się pierwszy:

— 

Nieźle tu, co? Ale to nie dla mnie. Czuję się jak ryba w sieci. ChociaŜ... gdybym miał 

taką hacjendę, kto wie...

Nie dokończył i zajął się cygarem.

Milczałem, nie czułem chęci do rozmowy, mimo Ŝe zaciekawiło mnie, po co Bede tu 

przyszedł. Czy tylko dlatego, Ŝe się nudził, czy teŜ powodowały nim inne przyczyny? MoŜe 
chciał się poŜegnać. To byłoby najlepsze.

— Pan jest lekarzem? — zagadnął wypuszczając ustami chmurkę dymu.
— Oczywiście — odparłem zdziwiony. — PrzecieŜ juŜ tę sprawę wyjaśniliśmy.
— Sądziłem, Ŝe to Ŝart,
— Najczystsza prawda. Czy coś dolega?
— Nie, nie — zaprzeczył energicznie. — Ja nigdy nie choruję.
— KaŜdy tak twierdzi, do czasu.
— Nie mogłem pana rozgryźć, nie pasował mi pan ani na trapera, ani na westmana, 
chociaŜ w El Paso nieźle pan wywijał pięściami.

Przerwał i znowu zaciągnął się dymem. O co mu chodziło, u licha?

— Przepraszam, pytałem z ciekawości — odezwał się znowu. — Jeszcze chciałbym o coś 

background image

zapytać...
— Słucham.
— Czy długo tu pozostaniemy?
— Nasza wizyta ledwie się zaczęła. Gordon i ja nie widzieliśmy Gonzalesa od czterech 
lat, chociaŜ nas parokrotnie zapraszał.
— Ten cały Gonzales jest... hm... nieco nudny. AŜ trudno mi wytrzymać te jego: „pozwoli 
seńor", „zechce seńor", „mam zaszczyt, seńor"... Ojej! Czy on nie umie gadać po ludzku? 
A oprócz tego... dali mi pokój prawie tak wielki, jak ten. Macie tu łazienkę?
Skinąłem - głową.

Ja równieŜ. Nigdy nie siedziałem w takiej wannie, nigdy nie spałem w łoŜu, po którym 

dyliŜansem moŜna obrócić.

— CóŜ — mruknąłem — hacjender przyjmuje nas, jak potrafi najlepiej. Łatwo się zresztą 
do tego przyzwyczaić.
— AleŜ ja nie chcę się przyzwyczaić! — wykrzyknął.
— CzemuŜ to?
— No... później moŜe nie potrafiłbym Ŝyć tak, jak teraz. Wracam do El Paso.
— No cóŜ, Gonzales nie będzie zachwycony taką decyzją. Zacznie przypuszczać, Ŝe nie 
podołał obowiązkom gospodarza...
— Niech sobie przypuszcza. Nic a nic mnie to nie obchodzi! Ruszam za dwa, trzy dni.

Nawet mrugnięciem oka nie zdradziłem, jak bardzo podejrzana wydała mi się taka 

decyzja. Powód tej decyzji uznałem za zwykły wykręt. Co mogłoby skłonić Bedego do 
nagłego opuszczenia hacjendy? Obawa przed zdemaskowaniem? W istocie rzeczy, jego 
wyjazd bardzo mi odpowiadał. Jednak nie omieszkałem go przestrzec.

Droga jest trudna, jak na samotnego wędrowca.

Banda, którą spotkaliśmy, nadal moŜe krąŜyć w pobliŜu, a i w El Paso nie wiem, czy ktoś nie 
przypomni sobie o mocnych pięściach Barry'ego Bede?

— W El Paso? — roześmiał się. — Zapomnieli o wszystkim, jak tylko wódka z nich 
wywietrzała. Proszę mi wierzyć, dobrze znam zwyczaje takich ludzi. Nie, nie! El Paso nie 
jest dla mnie groźne. A co się tyczy bandy... Ech, otrzymali od nas dobrą nauczkę. 
Zresztą... mam ścigłego konia.

Pewną rękę i znakomite oko — dodałem wspomniawszy na niedawną przeszłość. — 

Zawsze pan tak kropi do ludzi, mister Bede? — zapytałem nadając brzmieniu swego głosu 
niedbały ton. — PrzecieŜ aby uratować córkę hacjendera, wystarczyło pozabijać konie.

Doktorze — odparł nachylając się ku mnie — gdy mam do wyboru strzelać do 

człowieka lub do zwierzęcia, wybieram... człowieka. Ten, który znajduje się na siodle, moŜe 
być uczciwym, lecz równie dobrze: łotrem, łajdakiem, mordercą. Ten, który znajduje się pod 
siodłem, czyli koń, nigdy nikomu nie wyrządził krzywdy. Nie mam racji?

Nie odpowiedziałem. Podniósł się z krzesła.

— Jesteśmy obaj nieco zmęczeni, dobranoc, doktorze.

Wyszedł, a ja siadłem na łóŜku. W takiej pozycji zastał mnie Karol, gdy wraz z 

Murzynem, niosącym zapaloną lampę, wkroczył do pokoju.

— O czym tak dumasz?
— Niezły z niego numer.
— Z kogo?

Odczekałem, aŜ słuŜący zamknie drzwi za sobą, i powtórzyłem wiernie ostatnie słowa 

Bedego.

— Tak powiedział? No, no! ChociaŜ... być moŜe tkwi w tym ziarnko prawdy — dodał w 
zadumie.
— Piliście?
— Xeres, wino hiszpańskie. Zaczynam się coraz bardziej przekonywać do sposobu Ŝycia 
hacjendera.

  — Rozumiem. Pogadamy na ten temat jutro.

— Dlaczego jutro?

Dlatego, Ŝe kładę się spać, a tobie radzę to samo. Przez noc wywietrzeje ci z głowy 

Ŝ

ycie hacjendera razem z xeresem. Dobranoc!

background image

Nazajutrz rankiem zjawił się Murzyn z tacą, na której wniósł śniadanie, i z dwoma 

ś

nieŜnej białości garniturami. Sprawdziły się moje przewidywania.

Nie będę juŜ wspominał o dalszych szczegółach naszego pobytu na hacjendzie Estrella del 

Sur, byłoby to zbyt  monotonne.  Zaznaczę  jedynie,   Ŝe  kaŜdego  dnia Gonzales — 
prawdopodobnie w myśl z góry ułoŜonego programu — pokazywał nam fragment po 
fragmencie swego rozległego gospodarstwa. Niekiedy było to związane z pieszymi 
wędrówkami, niekiedy — z jazdą konną. Jak długo jednak moŜna zachwycać się gospodarką 
rolną nie będąc rolnikiem? Po tygodniu miałem tych „gospodarczych" wycieczek powyŜej 
uszu i z trudem kryłem znudzenie. Bede, który wbrew uprzedniej zapowiedzi nie wyjechał 
ani po dwu, ani po trzech dniach, oświadczył wreszcie gospodarzowi, Ŝe pilne sprawy 
wzywają go do powrotu.

Gospodarz zaprotestował przeciw wyjazdowi „drogiego gościa", jednak protest został 

dość słabo zaakcentowany, zabrzmiał tylko jako grzecznościowa formułka. Bede przyjął ją 
za dobrą monetę, bo powtórnie podkreślił „waŜność" spraw, które zmuszały go do skrócenia 
pobytu w hacjendzie, i Gonzales... ustąpił. Ta rozmowa toczyła się przy stole, w obecności 
rodziny hacjendera, mogłem więc obserwować twarz Karola. Nie potrafił ukryć zaskoczenia. 
Ba, nie znał jeszcze powodu, dla którego hacjender tak łatwo zrezygnował z zatrzymania 
Bedego. A powodem była moja poranna rozmowa z Gonzalesem. Dzięki szczęśliwemu 
zbiegowi okoliczności zdołałem zdybać hacjendera samego i opisać mu nie tylko bójkę w El 
Paso, lecz takŜe — raz jeszcze — zdarzenie w opuszczonej chacie, specjalnie podkreślając 
fakt znalezienia listu gończego.

— Więc przypuszcza, pan seńor doctor, iŜ poszukiwanym jest właśnie Bede?
— Podejrzewam...
— Hm, nie znam się na zwyczajach przestępców, lecz ja, gdyby mnie poszukiwano, nie 
nosiłbym przy sobie takiego dowodu przestępstwa.
— Dowodem to jeszcze nie jest, lecz podany w liście rysopis dziwnie pasuje do Bedego.
— Hm... jednak wiele ludzi bardzo podobnych do siebie chodzi po tym świecie.
— Oczywiście! Jednak zawsze coś się wie o tych ludziach, a co my wiemy o Bedem? Co 
robił w El Paso? Czym się zajmuje? Bo traperem ani eksplorerem na pewno nie jest. 
ZauwaŜyłem, Ŝe potrafi znakomicie strzelać i nieźle jeździ konno. Przez cały czas naszej 
wspólnej wędrówki nie powiedział o sobie ani słówka.
— A pan, doktorze, zwierzał mu się?
— Nie. Przed obcymi naleŜy raczej powściągać gadatliwość.
— To samo czyni Bede.

Lecz teraz — nastawałem — skoro jest gościem pana, czemu nadal zachowuje 

milczenie? To nawet nietakt w stosunku do pana.

— Ba, mógłby przecieŜ wymyślić jakiekolwiek kłamstwo, więc to milczenie raczej dobrze 
o nim świadczy. Kłamać nie chce, a prawdy ujawnić z jakichś tam przyczyn nie moŜe. 
Zresztą, ten tajemniczy człowiek, kimkolwiek byłby, wyświadczył wam i mnie ogromne 
usługi. Uratował moją córkę. CzyŜ mogę go traktować gorzej od innych gości?
— Oczywiście, Ŝe nie.
— Więc co mi pan radzi, doktorze?
— Nie nalegać zbytnio, gdy wyrazi chęć odjazdu.
— Lecz dotąd nie wyraził...

Uczyni to niebawem. JuŜ mi się zwierzał z konieczności powrotu do El Paso.

— Rozumiem. Nie będę zbytnio upierał się przy zatrzymywaniu go, lecz jeśli nie zdradzi 
chęci wyjazdu, pozostanie w hacjendzie tak długo, jak długo będzie mu się podobało.

Tak oto wyglądała nasza rozmowa i dlatego Gonzales nie protestował zbyt gorąco przeciw 
decyzji Bedego. Następnego ranka nasz przygodny towarzysz podróŜy odjechał. W godzinę 
później, na Ŝyczenie Karola, który pragnął poznać w Meksyku coś więcej poza hacjendą 
Estrella del Sur, wydobyłem swą mapę i pokazałem Gonzalesowi. Bardzo się nią 
zainteresował, a zainteresowanie jeszcze wzrosło, gdy zwróciłem mu uwagę na odręczne 
poprawki, a przede wszystkim na tajemnicze znaki geometryczne. Karol sugerował — 
zgodnie ze swym wcześniejszym poglądem — Ŝe w ten sposób oznaczono jakieś źródła czy 
innego rodzaju zbiorniki wody. Nie przekonało to hacjendera.

background image

— Zbiorniki wody? A któŜ je rysuje na mapie w taki sposób? Widzę tu przecieŜ 
naniesione koryta rzeczek w sposób przyjęty ogólnie przez kartografów. Dlaczego ten 
niezrozumiały wyjątek dla innych zbiorników, stawów czy jeziorek? Nikt nie oznacza ich 
trójkątami ani kwadratami. Nie, seńor Gordon. Tu chodzi o coś innego. Lecz o co? Ba, 
gdybyśmy wiedzieli, kto był poprzednio właścicielem mapy i kto dokonywał na niej 
poprawek?
— Na pewno geograf — wtrąciłem pospiesznie.
— To wcale nie jest pewne. MoŜe po prostu zwykły wędrowiec jako tako obeznany z 
mapami? Albo członek jakiejś ekspedycji wcale nie geograficznej? CóŜ, nie potrafimy 
odgadnąć, w jakim celu ten człowiek czy ci ludzie wędrowali w głąb Sierra Mądre 
Occidental. Prawdziwa łamigłówka. Bo wątpię, aby kartograf sprzedawał mapę, na której 
poczynił tak cenne z jego punktu widzenia poprawki.
— MoŜe stały się nieistotne? — zauwaŜyłem.
— Z naszych rozwaŜań nic nie wynika— odezwał się Karol. — Nie mam zaufania do 
map, nawet gdy są mniej tajemnicze. Chyba Ŝe moglibyśmy sprawdzić to osobiście...

Gonzales popatrzył na nas, zastanowił się chwilę.

— Wiecie panowie, Ŝe to niezła myśl! — wykrzyk

nął. — PrzecieŜ i tak miałem zamiar pokazać wam na-

sze góry i popróbować łowów na płową zwierzynę! Znakomita okazja! Popieram pana, 
seńor Gordon. Polowanie połączone z czymś w rodzaju wyprawy badawczej! To mi 
odpowiada, bardzo odpowiada. Jednak... trzeba będzie wyjazd jeszcze odłoŜyć na kilka dni. 
Przyznam, Ŝe trochę niepokoi mnie obecność w pobliŜu hacjendy tej bandy, z którą 
zetknęliście się, panowie. Robledo to niebezpieczny opryszek.

— Kto to jest? Zna go pan bliŜej? — zapytałem.
— BliŜej... — powtórzył z lekką goryczą w głosie. — Nigdy nie znajdowałem się bliŜej 
niego niŜ na odległość pistoletowego strzału, nawet wówczas, gdy walczyliśmy po jednej 
stronie.
— Z Francuzami?

Z Maksymilianem. Nie sposób przecieŜ twierdzić, iŜ byli to sami Francuzi, jak się 

powszechnie dziś mówi.
Szczerze powiem: sporo dzielnych Meksykanów znalazło się w tamtych szeregach, a nieco 
łotrów w naszych. Do tych ostatnich zaliczam Antonia Robledo
i myślę, Ŝe tylko przypadkiem nie z Maksymilianem, lecz z Juarezem się sprzymierzył. 
Zebrał bandę zabijaków, ludzi bezgranicznie odwaŜnych, trzeba przyznać, i niemało 
przyczynił się do naszego zwycięstwa. Teraz sytuacja się zmieniła, odkąd rządy objął 
generał Porfirio Diaz. Nie wspominałbym o tym nikomu obcemu, lecz was, seńores, 
uwaŜam za przyjaciół.

Skłoniliśmy głowy w milczeniu. Pomyślałem, Ŝe Gonzales manifestuje swą szczerość nie 

tyle z powodu dawnej z nami znajomości, ile dlatego, Ŝe jesteśmy cudzoziemcami nie 
naleŜącymi ani do stronników, ani do wrogów aktualnego prezydenta.

— 

Robledo uwaŜa się za stronnika Juareza — mówił dalej hacjender. — Wielkie nieba! 

Ja sam walczyłem pod sztandarami Juareza, lecz obecnie nasz wyzwoliciel nie Ŝyje. A co 
czyni Robledo?  Zaraz po zakończeniu wojny począł rabować majątki zwolenników 
Maksymiliana. Mówiąc między nami, seńores, w takim określeniu tkwi tylko źdźbło 
prawdy, bo Robledo najpierw napadał, a później rozgłaszał, Ŝe ukarał wrogów ludu. W 
końcu miarka się przebrała. Władze wysłały oddział wojska, aby zatrzymał Robleda. Na 
wiadomość o tym banda rozproszyła się, a jej przywódca gdzieś zniknął. Tak mi 
opowiadano, gdy przeniosłem się spod Yumy aŜ tutaj. Jednak po paru latach Robledo 
znowu ukazał się na widowni w towarzystwie bandy urwipołciów. Gdzieś ich zwerbował, 
bo chętnych do łatwego Ŝycia nie brakuje. Teraz krąŜy po całym kraju, lecz najczęściej od-
wiedza okolice mojej hacjendy.

W niezbyt pokojowych zamiarach — wtrąciłem.

W zupełnie wrogich. Jestem spokojnym człowiekiem, panowie, i próbowałem jakoś 

dogadać się z Robledo. Próby takie przyjął widocznie jako oznakę słabości, bo począł 
stawiać warunki. Obiecał mi ochronę hacjendy! Przed kim? Tego po dziś dzień nie wiem. 

background image

ZaŜądał w zamian dostarczania mu Ŝywności i pewnej opłaty miesięcznej. Oświadczył 
wreszcie, Ŝe jego oddział jest zaczątkiem powstańczej armii, która ma na celu obalenie 
Porfirio Diaza. A gdy to zostanie osiągnięte, ja za oddane usługi otrzymam wysoką 
godność w nowym rządzie. Odmówiłem, oczywiście. Nie jest to człowiek, z którym moŜna 
by rozmawiać powaŜnie.
— JuŜ chyba niemłody — wtrąciłem.

Kto go tam wie? Powiadają, Ŝe jak przystał do Juareza, był siedemnastoletnim 

chłopakiem. Jeśli to prawda, przekroczył juŜ pięćdziesiątkę, chociaŜ wygląda na znacznie 
młodszego. Zresztą, jakie to ma znaczenie? WaŜne jest tylko, Ŝe z powodu tego człowieka 
wyjazd z hacjendy pragnę opóźnić o kilka dni.
— A czego pan oczekuje w ciągu tych kilku dni? — zapytał Karol.

 Oczekuję dokładnych informacji. Wysłałem kilku dzielnych i sprytnych ludzi na 

miejsce, gdzie dokonano napadu na mą córkę. Stamtąd ruszą po śladach Robledo i nie 
spoczną, póki nie sprawdzą, dokąd te ślady wiodą. Mam nadzieję, Ŝe po nauczce, jaką od 
was otrzymali bandyci, odechce się im zaczepiać 

mieszkańców hacjendy. Gdyby się jednak okazało, Ŝe nadal krąŜą dokoła mej posiadłości, nie 
pozostanie nic innego, jak wyruszyć zbrojnie przeciw nim.

W tym miejscu spojrzał dość wymownie na mnie i na Karola.

— MoŜe pan na nas liczyć — zapewnił mój przyjaciel.

I nic innego nie mógł odpowiedzieć. PrzecieŜ nie wypadałoby, w naszej sytuacji, pozostać 

tylko widzami. I chociaŜ nie lubię rozlewu krwi, bo mój zawód polega na ratowaniu ludzi, a 
nie na ich uśmiercaniu, w myśli akceptowałem decyzję Karola. Gospodarz skłonił się nam z 
wielką wytwornością.

Wiedziałem, Ŝe mogę na was liczyć, seńores. Nigdy o tym nie zapomnę. śywię jednak 

nadzieję, Ŝe nie dojdzie do takiej ostateczności, Ŝe Robledo w tej chwili znajduje się za 
dziesiątą górą, za dziesiątą rzeką. A teraz, moi panowie, wracając do mapy, rzecz wydaje się 
być niezwykle interesująca, i to tak bardzo, Ŝe — tu uczynił pauzę dla większego efektu — 
poproszę Ŝonę, aby zechciała zaznajomić się ze sprawą.

Ta dziwna wypowiedź zaskoczyła nas i widocznie nadała naszym obliczom niezbyt mądry 

wyraz, bo Gonzales natychmiast dodał, i to nie bez dumy:

— Seńora Concepcion jest geografem. Zaraz ją powiadomię.

A to dopiero! — zawołałem, gdy tylko drzwi się zamknęły. — Same niespodzianki. 

Zanim przybyliśmy do hacjendy, przypuszczałem, Ŝe Ŝona Gonzalesa jest posuniętą w 
latach matroną. Okazało się, Ŝe nie wygląda na wiele starszą od córki. Teraz 
dowiadujemy się, Ŝe to... uczony w spódnicy!

— Znając przesadny sposób wyraŜania się naszego gospodarza — zauwaŜył Karol — 
sądzę, Ŝe jego małŜonka to po prostu geograf-amator, albo jeszcze coś mniej. Naukowa 
kariera jakoś mi do niej nie pasuje, tym bardziej Ŝe to konserwatywne i tradycyjne społe-
czeństwo bardzo ogranicza wolność kobiet, w przekonaniu, Ŝe rola gospodyń domowych 
najbardziej im odpowiada. Słyszałem coś niecoś na ten temat.
— Lecz seńora Concepcion moŜe być wyjątkiem.

Ech, rozmawiałem o Ŝonie Gonzalesa z pewnym człowiekiem zatrudnionym w 

hacjendzie.
— Po hiszpańsku czy na migi?
— Nie bądź złośliwy! To jankes z północnych stanów. Jest znakomitym znawcą koni i 
zarządcą tutejszej stadniny.
— Stadniny? A ileŜ to koni trzyma Gonzales?
— Chyba z setkę.
— No, no. I kiedyŜ to miałeś czas na pogawędkę?
— A jednak. Ciebie i Bedego mocno nudziły spacery z Gonzalesem i pewnie tylko 
połową ucha słuchaliście tego, co opowiadał o swym gospodarstwie. Mnie to in-
teresowało. Kto wie? MoŜe kiedyś w przyszłości kupię działkę w ustronnej, podgórskiej 
miejscowości, gdzie jeszcze nie wybito całej zwierzyny...
— I będziesz orał pole, siał pszenicę, doił krowy! A co z naszymi wyprawami? — udałem 

background image

zmartwienie.
— Przyjedziesz do mnie.
— Znakomicie. Dopóki jednak farma, działka i podgórska okolica istnieją tylko w twojej 
wyobraźni, opowiedz mi o tym jankesie i o naszej gospodyni.

Więc... kiedy tak wlekliście się za nami jak dwa zmęczone  woły,   znudzeni   i   

roztargnieni,   poprosiłem Gonzalesa, aby mi pokazał swe wierzchowce. Zgodził się 
natychmiast i dodał, Ŝe czeka mnie mała niespodzianka. Skręciliśmy w bok, lecz nie ku 
budynkom gospodarczym, jak się tego spodziewałem, lecz na łączkę porosłą tak soczystą 
trawą, jakby co dzień padały deszcze. A przecieŜ, odkąd tu przebywamy, ani kropla wody 
nie zrosiła ziemi. Dowiedziałem się, Ŝe Gonzales nawadnia swe łąki siecią rowów...

— Pięknie — przerwałem mu — lecz co z tym jankesem?
— Spotkałem rodaka na tej łączce. To była ta niespodzianka Gonzalesa. Facet ucieszył się 
usłyszawszy, skąd przybyłem. Później obejrzeliśmy kilka sztuk zwierząt, jakie pasły się w 
pobliŜu, prowadząc oŜywioną rozmowę. Gonzales bardzo był nawet niezadowolony, kiedy 
przybiegł do niego vaquero z jakąś tam sprawą. Wtedy zostałem sam na sam z tym 
hodowcą, bo wy zawieruszyliście się gdzieś w tyle. Zapytałem tego Coyle, bo takie mi 
podał nazwisko, jak mu się tu Ŝyje. Odparł, Ŝe znakomicie. Dodał, Ŝe gdyby Gonzales 
potrafił postępować tak, jak jego małŜonka, hacjenda stałaby się rajem na ziemi.

Ho, ho! CzyŜby ten jankes zadurzył się w seńorze?

— MoŜe tak, moŜe nie. Coyle jest zwariowany na punkcie koni, a Ŝona hacjendera 
równieŜ. Stąd wspólne zainteresowania. Ona, jak się dowiedziałem, wspaniale jeździ, zna 
się na uszlachetnianiu ras czworonogów, cudownie strzela, lubi polować i świetnie 
administruje majątkiem. Jeśli to prawda, to moim zdaniem takie zdolności i zamiłowania 
nie bardzo idą w parze z zainteresowaniami naukowymi.

Nie zdąŜyłem odpowiedzieć, bo do komnaty wkroczyła właśnie seńora Concepcion, a za 

nią jej małŜonek. Powitaliśmy ją z naleŜnym szacunkiem, który był jakby kopią zabawnej 
etykiety hacjendera. Dostrzegłem, Ŝe mu to sprawiło przyjemność.

Zasiedliśmy przy stole nad rozłoŜoną mapą. Seńora uśmiechnęła się:

— MąŜ opowiedział mi przed chwilą o cennym dokumencie, lecz chyba przesadził. 
Cenne dokumenty nie wyglądają tak świeŜo, jak ta mapa.

A znaki? Proszę, spójrz tutaj — powiedział hacjender. — Poprawki naniesione 

atramentem! Czy to nie interesujące?
— Nie tak prędko, mój drogi. Pozory często mylą.
— Jednak... — upierał się Gonzales — obejrzyj dokładnie.
— Właśnie to czynię.
Milczałem, Karol równieŜ. Seńora odwróciła arkusz, uniosła w górę, przeglądała pod 

ś

wiatło, przyglądała się coraz uwaŜniej, z rosnącym zainteresowaniem.

Istotnie — stwierdziła — mapa nie jest tak nowa, jak moŜna by sądzić po jej 

doskonałym stanie. Nie znalazłam na niej ani nazwiska kartografa, ani firmy drukarskiej. Nie 
wydaje się, aby wykonano ją w Meksyku, chociaŜ nazwy rzek i gór noszą hiszpańską 
transkrypcję.
MoŜe więc miejscem wydania był Madryt? Trudno mi w tej chwili stwierdzić to z całą 
pewnością. Roku edycji nie znalazłam, lecz sądząc po braku niektórych nazw i po 
poprawkach wadliwego biegu rzek i strumieni, dziś juŜ doskonale znanych, mapę 
opublikowano w okresie między uzyskaniem niepodległości przez                        
Meksyk a inwazją Francuzów. Czyli: między 1821 a 1864 rokiem.
Tak się domyślam. Ta granica czasu nasuwa mi pewne przypuszczenie: jeśli okaŜe się 
prawdą, będę mogła pa nu pogratulować, seńor doctor, niezwykłego nabytku.

MoŜecie sobie wyobrazić, jak mnie te słowa uradowały! Poczułem się nagle posiadaczem 

dokumentu wielkiej wagi. Seńora widocznie zauwaŜyła mój przedwczesny entuzjazm, bo 
znów uśmiechnęła się, tłumacząc mi łagodnie jak dziecku:

To tylko moje przypuszczenie, nie sprawdzone, mogę się mylić...

Musiałem opanować swoją ciekawość — nie wypadało wypytywać więcej.

A teraz, moi panowie — powiedziała gospodyni wstając od stołu — pozwólcie, Ŝe was 

background image

opuszczę razem z mapą. Zgadza się pan, doktorze? Chciałabym postudiować dokładniej 
pewne szczegóły, moŜe znajdę jakieś wyjaśnienia' i wskazówki w moich ksiąŜkach.

— 

AleŜ oczywiście! Proszę mapę zachować tak długo, jak długo będzie pani potrzebna.

Wyszła z pokoju, lecz Gonzales pozostał, zapewne, aby pochwalić się swą Ŝoną.

Seńora Concepcion ukończyła studia geograficzne w ParyŜu. MoŜecie jej ufać, 

seńores. Brała udział w kilku wyprawach organizowanych do Zachodniej Sierry celem 
zbadania miejsc, o których krąŜyły wieści, Ŝe kryją skarby pradawnych kultur.
— Skarby kultur? — zdziwił się Karol. — To znaczy: rozmaite starocie, których dawniej 
potrzebnie lub niepotrzebnie uŜywano, tak?

Właśnie to — potwierdził hacjender. — Nasz Meksyk pełen jest pamiątek przeszłości 

sprzed wieków, przedmiotów wyrabianych w czasach, gdy istniały i kwitły państwa 
Majów, Tolteków, Azteków! Proszę sobie wyobrazić, Ŝe państwo Majów istniało ponad 
tysiąc lat przed nami, a państwo Tolteków zostało zniszczone w XIII wieku... Coś niecoś 
wiem o tym, Ŝona wielokrotnie wtajemniczała mnie w te sprawy. Ale i wam, seńores, na 
pewno nie jest to obce.

Stanowczo Gonzales przeceniał zasób naszych wiadomości. Co do mnie, coś tam 

słyszałem o rozwoju starych kultur indiańskich, lecz Karol na pewno o tych sprawach 
wiedział tyle, co ja o... topografii księŜyca! Dlatego teraz zapytał:

— I to są takie cenne przedmioty?
— AleŜ tak, seńor. Mówią nam o Ŝyciu dawnych ludów na tej ziemi, a poza tym są 
wykonane z drogich metali, ze złota, srebra, zdobione szlachetnymi kamieniami. Niestety, 
to właśnie stało się w wielu wypadkach ich zgubą. Niepowołani ludzie traktowali takie 
znaleziska podobnie jak eksplorerzy odkryte Ŝyły złota. Sporo drogocennych pamiątek 
uległo zniszczeniu, przetopieniu na kruszec, sporo zostało sprzedanych nie wiadomo gdzie 
i komu.
— Hm — mruknął mój przyjaciel — trudno się dziwić biedakowi, gdy trafi na taki skarb. 
Ocenia go tylko na wagę złota i pieniędzy, które moŜna za niego otrzymać.

Zapewne, zapewne — zgodził się hacjender, lecz bez przekonania w głosie. — Jednak 

wielka to strata dla naszego kraju, bo utrudnia, a niekiedy wręcz uniemoŜliwia zapoznanie 
się z jego odległą przeszłością. A przeszłość ta kryje nie zbadane po dziś dzień tajemnice. 
Czy wiecie, panowie, Ŝe na Jukatanie odnaleziono część zręcznie zamaskowanych ksiąg 
Majów? Między innymi zawierają one proroctwo niejakiego Chilam Ba-lama z XV wieku, 
zapowiadające nadejście obcych ludzi ze wschodu i zagładę państwa. Przepowiednia 
sprawdziła się całkowicie! Czy to nie dziwne?
— Zbieg okoliczności —- zauwaŜyłem sceptycznie.
— Zdumiewający zbieg okoliczności! — wykrzyknął hacjender. — I dlatego takie 
określenie niczego nie tłumaczy. Posłuchajcie, panowie, fragmentu przepowiedni, 
nauczyłem się go od Ŝony. Inez zna go równieŜ

i twierdzi, Ŝe recytacja tego fragmentu przywraca jej równowagę ducha w chwilach 
zdenerwowania. Opowiadała mi, Ŝe podczas spotkania bandy Robledo, kiedy zupełnie 
straciła głowę i nie wiedziała, co począć, Chilam Bałam przywrócił jej jasność myśli. 
Posłuchajcie, panowie — powtórzył i... zacytował część przepowiedni.

Nie przytaczam jej, bowiem gdy — po kilku tygodniach — odtwarzałem historię naszego 

pobytu w Meksyku, tekst przepowiedni Balama włączyłem do opisanej na wstępie przygody 
Inez.

— No, i co powiecie? — zapytał Gonzales. — Prorok? Czy istnieją na naszym świecie 
prorocy? Ludzie widzący przyszłość?
— Chyba tak — odezwał się niespodziewanie Karol. — Rozmawiałem niejeden raz z 
czarownikami północnoamerykańskich plemion i niekiedy zaskakiwały mnie ich wróŜby. 
Sprawdzały się.
— No, no — powiedziałem Ŝartobliwie — ci czarownicy często „pomagali" w sposób 
czysto fizyczny swym przepowiedniom, aby się dokonały. Nauka całkowicie neguje 
wartość jakichkolwiek proroctw, a przewidywania uznaje tylko wówczas, gdy są oparte na 
sprawdzonych faktach.
— Nauka! — zawołał hacjender. — Moja Ŝona pomogła mnie ją cenić, lecz, seńores, 

background image

chociaŜ nauka się rozwija, obejmuje coraz szersze kręgi naszego Ŝycia, ileŜ jeszcze, 
wyraŜając się językiem geografów, mamy „białych plam"? Ile nie zbadanych tajemnic! 
Kto wie, moŜe w przyszłości...

Nad wieczorem, jak zwykle, zasiedliśmy przy jadalnym stole. Zapadł juŜ mrok, więc 

deszczułkowe story podniesiono i przez otwarte okna wpadał do wnętrza komnaty róŜowawy 
blask zachodu i lekki wiaterek. Zastanawiałem się, jak by tu najdelikatniej zagadnąć go-
spodynię o wyniki badania mapy, gdy wielkie drzwi jadalni, wiodące w głąb domostwa — 
zapewne w kierunku kuchni, bo przez nie wnoszono potrawy — uchyliły się bezszelestnie. 
Zwrócony byłem twarzą ku tym drzwiom właśnie i ujrzałem nagle, zamiast słuŜącego z tacą 
pełną parujących potraw, człowieka zupełnie nie pasującego ani do tej komnaty, ani do 
wystrojonej słuŜby domowej hacjendera. Wyglądał jak łachmaniarz. Pomyślałem, Ŝe moŜe to 
jakiś zaniedbany vaquero zjawia się w tak nieodpowiedniej chwili. Lecz za pierwszym 
przybyszem weszli, raczej wśliznęli się dwaj następni. Cała trójka kocim krokiem podbiegła 
do stołu i stanęła za plecami gospodarzy i ich córki. Wszystko to odbyło się szybciej, niŜ 
zdąŜyłem okiem mrugnąć.

Ten, który zajął środkową pozycję, mruknął coś rozkazującym tonem. Zawiodła mnie 

moja hiszpańszczyzna, nie zrozumiałem. Lecz domyśliłem się. Gospodarze znieruchomieli i 
połoŜyli dłonie na stole. Dostrzegłem, jak hacjender pobladł. Trzy długie lufy strzelb wymie-
rzono w naszym kierunku. Wymowa tego faktu była oczywista. CzyŜby Robledo składał nam 
nieproszoną wizytę? To była pierwsza myśl, jaka zaświtała w mej głowie. Zresztą, 
kimkolwiek byli przybysze, sytuacja przedstawiała się paskudnie. Czego chciały od nas te 
draby? Przemknęło mi przez myśl, Ŝe to ja mogę ich sprowokować do wyjaśnień, i 
powiedziałem, siląc się na beztroski ton:

No he comprendido. Soy extranjero (Co znaczy:

Nie zrozumiałem. Jestem cudzoziemcem).

Ś

rodkowy, zapewne przywódca, skierował na mnie swój wzrok i... lufę broni.

Norteamerica.no

— zapytał gardłowym głosem.

Si — odparłem.

— Przepraszam — powiedział kiepską angielszczyzną i z szarmanckim ukłonem.
— A ten drugi? — wskazał lufą na Karola.
— RównieŜ Amerykanin z północy.
— Bardzo mi miło. Siedźcie spokojnie i połóŜcie ręce na stole. Domyślam się, Ŝe jesteście 
gośćmi don Pedro Gonzalesa, więc włos wam z głowy nie spadnie. Nazywam się Antonio 
Robledo. Jestem dowódcą partyzantki walczącej z uzurpatorem Meksyku i mam interes 
tylko do Gonzalesa, nie do was. To są nasze sprawy.

Zrobiło mi się nagle bardzo zimno, a w sekundę później bardzo gorąco. Gdyby seńor 

Robledo wiedział, Ŝe ma przed sobą sprawców masakry w wąwozie, którzy ocalili Inez, a 
bandę zmusili do ucieczki, nie byłby dla nas tak łaskawy. PrzecieŜ wystarczyło ruszyć głową, 
aby skojarzyć wizytę dwu cudzoziemców w hacjendzie z klęską bandy. Jednak Robledo — 
nie ruszył. Naszym skórom nic na razie nie zagraŜało.

A Gonzalesowi i jego rodzinie?

Zerknąłem na Karola. Siedział sztywno, jakby kij połknął, ze wzrokiem utkwionym w 

napastników. CzyŜby coś obmyślał? PołoŜenie było beznadziejne. Ani Karol, ani ja nie 
mieliśmy przy sobie broni. Na pewno nie miał jej Gonzales. Zresztą, jakikolwiek nasz ruch 
spowodowałby natychmiastową reakcję napastników, być moŜe krwawą. Byłem tego pewien. 
Liczyłem więc tylko na to, Ŝe słuŜba zwróci uwagę na ciszę panującą w jadalni, Ŝe 
przybędzie lokaj-Murzyn lub ktokolwiek inny. Jeśli oczywiście Robledo nie zabezpieczył się 
przed taką niespodzianką.

— Seńora Gonzales, seńor Gonzales, seńorita — przemówił herszt. — Wybaczcie 

niespodziewane odwiedziny. Hacjenda została obstawiona. JeŜeli zachowacie spokój, nikt 
nie powie, Ŝe Antonio Robledo zastrzelił bezbronnych.

Wszystko to zostało powiedziane głosem beznamiętnym i dziwnie okrutnym. Poczułem, 

background image

jak włosy jeŜą mi się na głowie. Ten bandyta bez chwili wahania powystrzela całą rodzinę, 
jeśli stawi mu opór. Czego od niej chce?

Zaraz się dowiedziałem.

— 

Seńor — odezwał się znowu Robledo zwracając się do hacjendera — odmówiłeś paru 

sztuk bydła i koni dla mego oddziału. Pamiętasz? Tę sprawę juŜ załatwiłem. W tej chwili moi 
ludzie zabierają siedem krów i dwadzieścia koni. To nie jest rabunek. Gdy zmienią się rządy, 
otrzymasz odpowiednią zapłatę. Lecz ja obecnie mam zapłacić zaległy Ŝołd swoim 
Ŝ

ołnierzom i dlatego zmuszony jestem poŜyczyć od ciebie, seńor, pewną sumę pieniędzy. 

Gdy je przekaŜesz, natychmiast opuścimy hacjendę. Biorę was, cudzoziemcy — tu zwrócił 
się do nas — za świadków, Ŝe nie zastosowałem Ŝadnego przymusu i Ŝe jestem przyjacielem 
Amerykanów, którzy pomagali wielkiemu Juarezowi w jego walce z Francuzami.

Słuchałem tego przemówienia z rosnącym zdumieniem. Zaiste, trzeba mieć sporo 

bezczelności, Ŝeby z taką pewnością siebie mówić tak wierutne brednie. Robledo sam sobie 
przeczył, podkreślając brak przymusu, a równocześnie informując o grabieŜy koni i bydła 
oraz zamierzając okraść hacjendera z gotówki. PrzecieŜ nie sposób było traktować powaŜnie 
zapewnień o zapłacie za zwierzęta lub o zwrocie w tak oryginalny sposób zaciągniętej 
poŜyczki. Byłem ciekaw, jak zachowa się Gonzales.

Hacjender, wciąŜ odwrócony plecami do napastników, nawet nie drgnął. Odpowiedział 

patrząc prosto przed siebie:

— Nie otrzymasz ode mnie ani jednego peso, ani jednego centavo, choćbyś tu za mną stał 

całą noc ze swą

pukawką. Nie dlatego nic ci nie dam, Ŝe jestem skąpy lub Ŝe taki haracz mocno mnie 
zuboŜy, lecz poniewaŜ ty i twoja banda nie jesteście warci nawet ziarnka piasku. Hańbisz 
się i hańbisz pamięć Juareza powołując się na jego imię. Nasz bohater narodowy nie 
potrzebuje pomocy rozbójników. MoŜesz sobie kraść, lecz do czasu, bo dobrowolnie nie 
otrzymasz niczego. Groźby się nie lękam od takiego tchórza jak ty! Sterczysz za mymi 
plecami, bo nie masz odwagi spojrzeć mi w oczy.

Nie wiem, czy Gonzales odwoływał się do honoru bandyty, czy teŜ obmyślił jakąś 

kontrakcję, której powodzenie zaleŜało od zmiany miejsca, w jakim tkwił Robledo.

Obelga odniosła skutek. Robledo bez słowa obszedł dokoła stół i zatrzymał się między 

krzesłem Karola a moim. Lufa jego strzelby znalazła się na wysokości mej głowy, 
zwrócona wylotem w pierś siedzącego po przeciwnej stronie hacjendera. Wystarczyłby 
energiczny ruch mej ręki, aby wytrącić broń z dłoni przeciwnika. Lecz taki ruch byłby 
najpewniej moim ostatnim ruchem.

— 

Seńor Gonzales — zaczął Robledo i... umilkł. W ciszę komnaty wdarł się przytłumiony 

trzask, tak charakterystyczny dla winchestera głos strzału. V

Robledo pochylił się, schwycił za blat stołu, po czym wolno osunął się na podłogę, 

ś

ciągając obrus i stojące na nim talerze. Brzękowi rozbijanych naczyń towarzyszył huk 

dwóch kolejnych wystrzałów. Obaj straŜnicy, tkwiący za plecami Gonzalesa, upadli.

Odwróciłem się gwałtownie — ujrzałem człowieka gramolącego się przez okienny 

parapet.

— Dobry wieczór, dŜentelmeni! Widzę, Ŝe zjawiłem się w porę — powiedział 

wesołym głosem Barry Będę. — Wszystko dobre, cb dobrze się kończy...

                                                                               

                                                                        W odpowiedniej 
chwili

Jezioro miało kształt elipsy, o szerokości tak małej,, Ŝe gołym okiem mogłem rozróŜnić 

pnie jodeł rosnących kępami tuŜ nad przeciwległym brzegiem. Głębiej las; gęstniał w ciemną 
masę, która pięła się ku niebu, porastając zbocza i grzbiet dalekiego, potęŜnego wzniesienia. 
W połowie odległości między wąziutkim pasemkiem piaszczystej łachy a najwyŜszym 
punktem lesistego grzbietu widniała polanka pokryta jasnozieloną trawą, o kształtach 

background image

doskonałego kwadratu. Na niej zauwaŜyłem i długo obserwowałem małe stadko 
czworonogów o Ŝółtawym runie. Wyglądały na bighorny — owce wielkorogie, te same, które 
zamieszkują montańskie góry Północnej Ameryki i od których nazwę swą wzięły dwie rzeki: 
Mała i DuŜa Bighorn oraz pasmo górskie.

Tak oto przywędrowaliśmy przed próg Sierra Mądre Occidental, skąd biorą początek 

największe rzeki północnego Meksyku.

Do tego miejsca zawiodła nas seńora Concepcion, jak się okazało, znakomita 

przewodniczka.

Na prawo i na lewo wąski i długi nurt jeziora wił się-wśród zielonych przylądków, 

miniaturowych zatok i złoto połyskujących łach. Lasy drzemały w ciszy południa, najlŜejszy 
powiew nie marszczył lustra wody, tylko od czasu do czasu wyskakująca na powierzchnię 
wielka ryba znaczyła regularnymi kręgami taflę jeziora. Na płyciznach sterczały nieruchomo, 
jak posąŜki wykute w kamieniu, długonogie, siwe czaple.

Przyjemnie było tak siedzieć, patrzeć i odpoczywać po męczącej drodze i dniach pełnych 

wraŜeń, jakie poprzedziły nasz wyjazd.

Znajdowałem się nad brzegiem, na niskiej skarpie spadającej trawiastym zboczem ku 

wodzie. Kilka jardów ode mnie, pod cienistym modrzewiem, spoczywał główny bohater 
niedawnych wypadków — Barry Bede. LeŜał z kapeluszem nasuniętym na twarz i drzemał. 
Dlaczego nam towarzyszył, dlaczego zawrócił z drogi wiodącej ku El Paso? Jakim sposobem 
znalazł się w hacjendzie w tak decydującej chwili?

Bede opuścił Estrella del Sur późnym rankiem, kierując się na północny wschód. Pragnął 

— jak opowiadał — najkrótszym szlakiem dotrzeć do Rio Grandę, przebyć ją najbliŜszym 
brodem, omijając w ten sposób El Paso.

To zamierzenie nie zostało spełnione. Minąwszy granice hacjendy znalazł się na tej samej 

drodze, którą we trzech nie tak dawno podąŜaliśmy w odwrotnym kierunku. Teraz naleŜało 
nieco skręcić ku wschodowi, co teŜ Bede natychmiast uczynił, kierując się połoŜeniem 
słońca.

Zielona płaszczyzna coraz bardziej płowiała, w miarę jak jeździec oddalał się od 

uprawnych pól i sztucznie nawadnianych łąk gospodarstwa Gonzalesa. Trawy rzedły, łysiny 
piasku coraz częściej znaczyły ziemię, aŜ na koniec rudy dywan jałowej gleby rozciągał się 
na wschód, na zachód, na północ, na południe... Bede ruszył galopem, bo skwar lał się z 
nieba coraz dokuczliwszą strugą, a wokół nie rosło nic, co mogłoby ofiarować choć skrawek 
cienia. Wkrótce przecięła mu drogę szarozielona gęstwa zakurzonych kaktusów. Kolczaste 
pole ciągnęło się na prawo i na lewo, jak okiem sięgnąć, bez najmniejszej przerwy, bez 
najwęŜszej ścieŜki, która pozwoliłaby sforsować kolczastą zaporę. Bede, który — jak juŜ 
wspomniałem — pragnął przebyć Rio Grandę jak najdalej od El Paso, ruszył skrajem 
kaktusowego pola na południowy wschód. Po pół godzinie trafił na szeroki, wydeptany w 
piachu ślad sporej gromady czworonogów. Bede, sam to przyznawał, nie był wytrawnym 
tropicielem. Lecz nawet człowiek słabo obeznany z odciskami nóg zwierząt z łatwością 
rozpoznałby ślady końskich kopyt. Podkute konie oznaczały gromadę wędrowców, 
wjeŜdŜającą w głąb szerokiej wyrwy, którą nagle dostrzegł w gęstym Ŝywopłocie. Jechał 
dość długo, przekonany, Ŝe wreszcie przebrnie kolczastą zaporę. Tak dotarł do miejsca, w 
którym wolna przestrzeń rozszerzała się tworząc wielki krąg mocno wydeptanej, gołej ziemi. 
Dalej — rosły kaktusy, a Bede z wysokości siodła nie potrafił dojrzeć krańca nieprzebitego 
gąszczu. GdzieŜ więc podzieli się ludzie, których tropem wędrował? śe bawili w tym 
miejscu dość długo, świadczyły o tym dwa kręgi poczerniałej ziemi, dwa wygasłe ogniska z 
resztkami zwęglonych szczap kaktusowych i resztkami przypalonego mięsa ciśniętego w po-
piół.

PoniewaŜ wędrowcy na pewno nie przefrunęli nad kaktusowym polem — rzecz jasna, Ŝe 

zawrócili, czego Bede nie zauwaŜył. Skręcił koniem, bardzo zły na siebie z powodu 
gapiostwa. Gdy powtórnie znalazł się na skraju kaktusowego pola, zatrzymał wierzchowca. 
AleŜ tak! To było jasne. Ludzie, za którymi podąŜał, wyjechawszy ze ślepego zaułka, 
powędrowali dalej na wschód, wzdłuŜ krawędzi pola. Postanowił ich naśladować, 
przypuszczając, Ŝe kierunek drogi wyprowadzi go najpewniej nad brzeg Rio Grandę. Jednak 

background image

nie spieszył się, bo nie miał zamiaru dołączyć do nieznajomych. Była   to   mądra 
przezorność   i   praktyczny   wniosek.

Obserwując odciski kopyt, Bede nie potrafił, jak dobry tropiciel, obliczyć, ile zwierząt tędy 
przeszło, ilu ludzi jechało na grzbietach wierzchowców. Przypuszczał jednak, Ŝe gromada 
jest tak liczna, Ŝe nawet jego wielo-strzałowy winchester i oba colty nie zrównowaŜyłyby, 
w razie czego, przewagi tamtej strony. Wolał trzymać się z daleka, przynajmniej do czasu, 
aŜ — przy sprzyjających okolicznościach — stwierdzi, kim są ci, których tropem podąŜa.

Przeklęte pole kaktusów ciągnęło się bez końca. Trop równieŜ nie znikał, wręcz 

przeciwnie — stawał się coraz wyraźniejszy, coraz świeŜszy, więc Bede zwolnił biegu.

Chyba w jakąś godzinę później stwierdził, Ŝe trop poczyna odbiegać od linii kaktusów, 

coraz bardziej i bardziej. Przystanął, medytując, co począć: czy trzymać się raz obranego 
kierunku, czy teŜ zaufać nieznanym jeźdźcom i nadal podąŜać za nimi, w nadziei Ŝe 
doprowadzą go do rzeki? Istniała jeszcze moŜliwość trzecia — zawrócić na zachód i tam 
szukać dogodnej drogi.

Zdecydował się ruszyć szlakiem wydeptanym przez jego poprzedników. Wkrótce 

poŜałował tej decyzji: trop wywiódł go na zupełne bezdroŜe, na pustynię, gdzie nie rosło 
najlichsze źdźbło trawy. Kaktusowe pole dawno znikło za horyzontem. Najgorsze jednak 
było to, iŜ Be-demu pomyliły się strony świata. Nie wiedział, gdzie jest wschód, gdzie 
południe. Słońce zdołało przewędrować szmat nieba i z jego połoŜenia niczego juŜ nie po-
trafił wywnioskować. Wobec takiej sytuacji postanowił trzymać się nadal tropu. PrzecieŜ 
tamci musieli wreszcie dotrzeć do miejsca, w którym znajdowała się woda, moŜe do osiedla 
ludzkiego, a oderwanie się od ich tropu groziło, Ŝe zgubi się na pustyni. Tak więc Bede 
ruszył wydeptaną ścieŜką.

W którymś tam miejscu, o jakiejś tam godzinie (bo dokładnie nie pamiętał) ujrzał przed 

sobą, bardzo jeszcze daleko, szarą chmurkę kurzu. Chmurka była ani mała, ani duŜa, taka 
właśnie, jaką wywołuje kilkanaście kopyt końskich bijących w piaszczystą glebę. Oto byli ci, 
których śladem podąŜał. Dzięki tej chmurce kurzu oni nie mogli go zauwaŜyć, on mógł bez 
ryzyka obserwować kierunek ich jazdy. Bardzo wygodna sytuacja. Zmieniła się, gdy Bede 
niespodziewanie dostrzegł czarny punkcik zbliŜający się prawej strony. Wkrótce mógł juŜ 
rozpoznać samotnego jeźdźca. Uznał to za pomyślny zbieg okoliczności, okazję do 
zasięgnięcia języka, bo spotkania z samotnym wędrowca Bede się nie lękał. Skręcił więc 
konia i pogalopował naprzeciw. Tamten — równieŜ go dostrzegł, na chwilę się zatrzymał, 
lecz znowu ruszył przed siebie. Stanęli, jeden naprzeciwko drugiego, o kilka kroków, obaj 
trzymając w dłoniach broń. Nieznajomy schował ją pierwszy i radośnie wykrzyknął: 
„Buenos dias... Que suerte!" 

— Teraz juŜ wiem, co to znaczy — opowiadał Bede — lecz wówczas, gdyby nie radosna 
mina tamtego, mógłbym równie dobrze uznać jego słowa za wezwanie do walki lub do 
poddania się. PrzecieŜ nie znam hiszpańskiego. Na szczęście ten vaquero, bo był to 
vaquero z hacjendy, znał kilka słów angielskich. Kiedy zrozumiałem, o co mu chodzi, 
natychmiast zmieniłem decyzję swego powrotu za Rio Grandę.

Szlachetnie pan postąpił — wtrącił się Gonzales. — Wszyscy panu zawdzięczamy 

Ŝ

ycie.

Bede lekko wzruszył ramionami.

Nie myślałem wówczas o tym. Vaquero zdołał mi wytłumaczyć, Ŝe obłoczek kurzu, 

jaki mnie wiódł w nieznane,  wzbijany jest  kopytami  koni  bandy Robleda.
Zapytałem, ilu ich jest. Pokazał na palcach obu dłoni, i to dwukrotnie. Dwudziestu ludzi! A 
dokąd zmierzają? Nie był tego pewien, lecz podejrzewał, Ŝe w kierunku hacjendy. Jeśli się 
nie mylił, waszym skórom mogło grozić powaŜne niebezpieczeństwo. Jak mu zapobiec? Nie 
wiedziałem. Wówczas vaquero wyjaśnił mi, Ŝe gdzieś w okolicy przebywa jeszcze siedmiu 
vaquerów, których wysłano, aby zbadali, dokąd udał się Rabledo. Z siedmioma uzbrojonymi 
ludźmi moŜna wiele dokonać, zwłaszcza gdy się zaskoczy przeciwnika. Tak sobie po-
myślałem. Tylko naleŜało tych ludzi najpierw zgromadzić. Gdy wreszcie odszukaliśmy 
jednego z nich, wisząca na horyzoncie chmurka kurzu juŜ zdąŜyła rozpłynąć się w powietrzu. 
Z odszukaniem dwu następnych poszło szybciej. Ten kurz ich równieŜ zaalarmował i znaleźli 

background image

się na naszej drodze. Było nas juŜ pięciu, więc nie oglądając się na innych pognaliśmy ku 
hacjendzie.

Z dalszej relacji Bedego wynikało, Ŝe była to szaleńcza jazda, a konie tylko dlatego nie 

padły, Ŝe odległość nie była wielka. Przybyli do granic hacjendy, do rowu nawadniającego, 
bez przeszkód i przez nikogo nie zauwaŜeni. śycie w hacjendzie wydawało się toczyć 
zwykłym, codziennym torem. Przez chwilę łudzili się nawet, Ŝe banda ominęła gospodarstwo 
i udała się w jakimś innym kierunku. Złudzenie nie trwało długo, a z opowiadania Bedego 
wynikało, Ŝe to właśnie on dostrzegł pomyłkę. Szczerze przyznał, Ŝe początkowo cisza i 
spokój panujące na polach i łąkach wprowadziły go w błąd.

— Jednak, dŜentelmeni — mówił — mam juŜ taką naturę, Ŝe na zimne dmucham. 

Postanowiłem i teraz podmuchać. Wytłumaczyłem vaquerom, Ŝeby zsiedli z koni, Ŝe tak 
będzie bezpieczniej. Posłuchali.

Ruszyli w głąb hacjendy ze strzelbami w dłoniach, jeden za drugim, jak ustawił ich Bede. 

Dotarli do corralu, w którym trzymano najlepsze wierzchowce, przeznaczone dla hacjendera 
i jego rodziny. Normalnie nikt ich nie pilnował, bo i po co? Zwierzęta nie były w stanie 
przeskoczyć wysokiego ogrodzenia. Tym razem — i to wzbudziło podejrzenie idących za 
Bedem ludzi — corralu strzegł uzbrojony męŜczyzna, oparty plecami o palisadę. Swej 
funkcji widać jednak nie traktował powaŜnie, bowiem długa rusznica wisiała na sęku jednego 
z drągów ogrodzenia, a jej właściciel, zadarłszy głowę ku niebu, zajęty był wlewaniem do 
gardła zawartości wielkiej tykwy. Gdy podeszli bliŜej, Bede — pociągnąwszy nosem — 
stwierdził, Ŝe nie była to woda. Pijący oderwał tykwę od ust, spojrzał na przybyszów niezbyt 
przytomnym wzrokiem i coś tam zagadał bełkotliwie, czego Bede nie zrozumiał, lecz 
zrozumieli vaquerzy. Efekt tych słów był piorunujący. Dwu idących za Bedem ludzi 
wyskoczyło jak spręŜyny z zepsutego fotela. StraŜnik został obalony, związany, a do ust we-
pchnięto mu knebel.

— To człowiek Robleda — wyjaśnił jeden z vaquerów.
Skrępowanego ciśnięto w głąb corralu, gdzie rosła trawa tak wysoka, Ŝe zakryła leŜącego. 

Odebrano mu długą rusznicę.

Pomyślałem — mówił dalej Bede — Ŝe jeśli cała banda w taki sposób spełnia rozkazy 

swego dowódcy, jej likwidacja stanie się tylko wesołą zabawą. Jednak nie lekcewaŜyłem 
niebezpieczeństwa.

Od corralu, w zupełnym milczeniu i w tym samym szyku, ruszyli w kierunku zabudowań 

gospodarczych, wytęŜając wzrok i nastawiając uszu. Nic, zupełna cisza i ani jednej sylwetki 
ludzkiej w polu widzenia. Bede przeląkł się, czy nie przybyli za późno. Przyspieszył kroku, a 
za nim maszerująca czwórka. Zatrzymali się na chwilę przed długą szopą o płaskim dachu. 
Przez szpary w ścianie dostrzegli półmroczne wnętrze i uchylone wrota po przeciwległej 
stronie. Wyglądało na to, Ŝe wewnątrz nie ma nikogo. Podczołgali się do drzwi, wskoczyli do 
ś

rodka. Znaleźli się we wnętrzu magazynu ziarna. Nieco rozsypanej kukurydzy zalegało kle-

pisko, a na prawo i lewo piętrzyły się pękate wory, tworząc dwie równoległe ściany. Jednak 
magazyn nie był bezludny! W przejściu między workami nieruchomo spoczywali skrępowani 
vaquerzy Gonzalesa. Było ich dziesięciu. Bede przeraził się. Robledo długo juŜ musiał 
buszować po hacjendzie, skoro zdołał unieszkodliwić tylu jej pracowników. A co się stało z 
hacjenderem i jego rodziną?

Jeńcy zostali szybko oswobodzeni z pęt i z knebli w ustach. Niektórzy byli nieco 

poturbowani, lecz natychmiast porwali się na nogi i poczęli gadać jeden przez drugiego, aŜ 
Bede wrzasnął na nich gromko, pytając:

— Gonzales? Hacjendero?

Otrzymał bardzo długą odpowiedź, z której, niestety, pojął tylko jedno słowo: casa. A 

więc w domu naleŜało szukać Gonzalesa. Nie czekając na vaquerów wybiegł z szopy. 
Dokoła nadal było pusto i nikt mu w drodze nie przeszkodził. Dostrzegł otwarte okna, 
skoczył pod najbliŜsze.

— 

I to juŜ wszystko, dŜentelmeni — zakończył relację. — Resztę znacie.

Znaliśmy. Gdy nasz wybawca znalazł się w jadalni, podbiegłem do rozciągniętych na 
podłodze napastników. Najlepsza nawet wiedza lekarska nie mogłaby im pomóc. Dwaj 

background image

zostali trafieni w sam środek czoła, trzeci — Antonio Robledo — w tył głowy. O takt Bede 
okazał się znakomitym strzelcem, lecz nie byłem w stanie pogratulować mu jego 
błyskawicznej akcji, zbyt krwawe dała efekty. Rzekłem więc tylko: — Wszyscy trzej nie 
Ŝ

yją...

Zupełnie automatycznym ruchem chwyciłem lufę winchestera, który podsunął mi Karol. 

ZdąŜył w jakiś niezrozumiały dla mnie sposób wybiec z jadalni, zabrać broń z naszego 
pokoju i błyskawicznie powrócić. Wyskoczyliśmy, całą czwórką, przez okna. Usłyszałem 
głos karabinu, po nim drugi, bardziej głuchy, jakby dobiegający z wnętrza jakiegoś 
budynku, lecz z którego?

Gonzales twierdził, Ŝe gdzieś z prawej strony, Karol — Ŝe z lewej. Podzieliliśmy się na 

dwie grupy, co nie było decyzją rozsądną, jednak lepszą od jałowego sporu zabierającego 
drogocenny czas. Robledo nie Ŝył, lecz jego banda buszująca po hacjendzie stanowiła dla 
nas nadal śmiertelną groźbę. Pobiegłem za Karolem. Skręcił ku jakiejś budowli 
gospodarczej, samotnie wznoszącej się w polu. Zanim dopadliśmy ściany, zza rogu 
wyskoczyło kilkunastu jeźdźców, galopujących wprost na nas. Byłem tak zaskoczony, Ŝe 
gdyby nie Karol, pewnie oberwałbym końskim kopytem, ZdąŜył mnie szarpnąć (przez 
dobry tydzień, czułem potem ból ramienia), aŜ przewróciłem się, a rozpędzone rumaki 
przemknęły chyba o cal dalej.

Zerwałem się, gdy konie przemknęły. Karol przyłoŜył do ramienia winchester, lecz 

natychmiast go opuścił.

— To zbyteczne — powiedział, jakby się tłumacząc. — Miałbyś kłopot z rannymi...
— Oczywiście — przytaknąłem skwapliwie. — Ilu ich było? Nie zauwaŜyłeś?

Co najmniej dziesięciu. Chyba to cała reszta bandy.

Okazało się jednak, Ŝe Karol mylił się w ocenie. W kilka minut później spotkaliśmy grupę 

vaquerów z Gonzalesem i Bede, prowadzących na postronkach dalszych czterech 
obdartusów.

Nie będę opisywał szczegółów. Powiem tylko, Ŝe Gonzales i Bede złapali, bez większego 

ryzyka, tych z bandy, którzy nie zdąŜyli uciec. Jak się później z zeznań jeńców okazało, trzej 
spośród pracowników hacjendy pozostawali w zmowie z Robledo: dwaj vaquerzy i po-
sługacz kuchenny. To właśnie on wprowadził Robleda i dwu jego ludzi do jadalni bocznym 
wejściem, tak Ŝe nikt tego nie zauwaŜył. Ta „zdrada" najbardziej wstrząsnęła hacjenderem. 
Wierzył głęboko, Ŝe jego pracownicy są wiernymi i oddanymi mu ludźmi, Ŝe moŜe

na nich polegać.  I takie rozczarowanie! A równocześnie — kłopot. Bo co z nimi począć?

Pytanie padło podczas narady, na którą zaprosił nas Gonzales, gdy Ŝycie w hacjendzie 

wróciło do normy. W tej naradzie, oprócz mnie i Karola, wzięli udział seńora Concepcion 
oraz Bede.

Co począć z jeńcami? — zagaił zebranie gospodarz.

PoniewaŜ nikt pierwszy nie kwapił się z zabraniem głosu, odparłem, Ŝe jeńcy naleŜą 

przecieŜ do Gonzalesa, i to jego, nie nasza decyzja powinna rozstrzygnąć o ich losie.

— A co pan sądzi? — zwrócił się hacjender do Bedego. — Pan, bez którego wspaniałej 

akcji nie siedzielibyśmy teraz tak beztrosko przy stole. Jaki jest pana
pogląd na sprawę jeńców?

Odpowiedź wypadła zwięźle:

— Uczynisz, seńor, co zechcesz. Czy puścisz ich wolno, czy powiesisz, nawet okiem nie 

mrugnę.

Widziałem po minie Gonzalesa, Ŝe nasze odpowiedzi nie przypadły mu do smaku. 

PrzecieŜ niczego nie doradzały. Spojrzał na Ŝonę, szukając u niej pomocy. Uśmiechnęła się. 
Prawdopodobnie hacjender nie po raz pierwszy oczekiwał od małŜonki rozstrzygnięcia spra-
wy, której sam rozstrzygnąć nie umiał.

— Nie pojmuję celu tych rozwaŜań — wtrącił się niespodziewanie milczący dotąd Karol. 
— Nad czym się zastanawiać? Ci ludzie popełnili przestępstwo. CzyŜ nie obowiązują tu 
Ŝ

adne prawa?

AleŜ, seńor! — Ŝachnęła się pani Gonzales. — Prawo obowiązuje, zapewniam pana. 

ś

yjemy w cywilizowanym kraju. Zgodnie z prawem naleŜy wszystkich tych ludzi, 

background image

członków bandy i ich wspólników, odesłać do Chihuahua i oddać do dyspozycji władz. 
Lecz taki transport potrwa kilka dni i wymagać będzie eskorty grupy dobrze uzbrojonych 
straŜników, bo trzeba liczyć się z próbą odbicia więźniów. Robledo zginął, lecz co 
najmniej połowa jego bandy ocalała. A ponadto... jeśli nawet transport dotarłby do celu, 
nie mam Ŝadnej pewności, Ŝe przestępcy... zostaną przykładnie ukarani.

— JakŜe to? :— wykrzyknął Karol, zaskoczony odpowiedzią.

Sytuację wyjaśnił hacjender.

— Rzecz w tym, jak juŜ niedawno mówiłem panom, Ŝe w naszym pięknym kraju 
występują, niestety, w niektórych dzielnicach pewne oznaki rozprzęŜenia. Nie ma co 
ukrywać, seńores, Ŝe cierpi na tym przede wszystkim wymiar sprawiedliwości, dlatego...
— Krótko mówiąc — przerwała mu małŜonka — ktoś, na przykład nieŜyczliwy nam, 
mógłby wypuścić napastników na wolność. I dlatego uwaŜam, Ŝe w takiej sytuacji 
pozostaje: albo na miejscu osądzić schwytanych, albo — zrobiła pauzę — pozwolić im 
swobodnie odjechać.
— Sąd na miejscu — zauwaŜyłem — czyli coś na wzór naszego preriowego sądu Lyncha. 
Nigdy nie popierałem tego rodzaju wymiaru sprawiedliwości, poniewaŜ uwaŜam go za 
bezprawie!
— Bezprawie? — powtórzył Bede tonem pytania.

Oczywiście — poparł mnie Karol. — W sądzie prerii nie istnieją sprawiedliwi 

sędziowie. PrzecieŜ nawet ci, którzy nie zostali poszkodowani, liczą się z tym, Ŝe mogą 
nimi zostać. Dlatego wyrok w większości wypadków jest stronniczy. A poza tym... 
wysokość kary powinna być dostosowana do szkodliwości czynu, a sąd Lyncha zna jedną 
tylko karę: śmierć. Wiesza się więc na najbliŜszym drzewie zarówno złodzieja koni, jak i 
mordercę. Przepraszam — zwrócił się do hacjendera — Ŝe wtrącam się w nie swoje 
sprawy -— tu Gonzales przecząco potrząsnął głową — lecz czy choć jeden z pańskich 
ludzi został zabity lub cięŜko ranny?
— Nie. Kilku jest nieco poturbowanych.
— Czy poniósł pan jakie straty?
— No... nie.
— Czy więc wolno nam wobec napastników zastosować jedyną karę, jak wyrokuje sąd 
Lyncha: karę śmierci?
Nikt mu nie odpowiedział. Dopiero po chwili milczenia Bede mruknął:
— Cała ta banda, jak przypuszczam, popełniła niejedno morderstwo.
— MoŜe tak, moŜe nie — stwierdził Karol. — Nie wolno nikogo skazywać na podstawie 
przypuszczenia. A poza tym... tych trzech zabitych w jadalni to chyba wystarczająca 
nauczka i kara równocześnie.

Bede znowu coś tam mruknął, lecz tak cicho, Ŝe nie dosłyszałem.
Ostateczna decyzja naleŜała do Gonzalesa, lecz ten nadal z nią się nie kwapił. Czy 

przyczyną była obawa, Ŝe ostra kara spowodować moŜe srogi odwet, czy teŜ lękał się, Ŝe 
pobłaŜanie jeszcze bardziej rozzuchwali bandytów? PrzecieŜ pamiętałem — jeszcze ze 
wspólnej wędrówki po Arizonie — Ŝe hacjender był zawsze człowiekiem zdecydowanym i 
bardzo energicznym.

Mimo woli drgnąłem na głos pani domu:

— Powinniśmy tych ludzi puścić wolno. — Jest to jedyny sposób pozbycia się kłopotu — 
ciągnęła seńora Concepcion. — Postępując inaczej, tylko go sobie przysporzymy. Nie 
sądzisz tak, Pedro? — zwróciła się do męŜa.

Od początku myślałem o takim załatwieniu sprawy — odpowiedział. — Odstawić tych 

ludzi do Chihuahua to działać wbrew zdrowemu rozsądkowi, a skazywać ich na śmierć... 
to zbyt okrutne.

— Puści ich pan na koniach i z bronią? — zagadnął Karol.
— Na koniach. Nikt nie powie, Ŝe Gonzales kradnie konie, nawet gdy ich właścicielami są 
przestępcy. Jednak broń będą musieli zostawić. Za karę.
— A ci trzej pana pracownicy pozostający w zmowie z Robledem?

Wygnam ich. To niewdzięcznicy i zdrajcy. Czy nie mam racji?

background image

— Tym razem nie — odparł Karol. — Popełni pan błąd i zyska trzech śmiertelnych 
wrogów.
— CóŜ więc pan radzi?
— Niech im pan przebaczy i nadal zatrzyma w słuŜbie. Dobrze obserwując, przez 
zaufanych ludzi, ich dalsze postępowanie.
— Zaufanych! — wykrzyknął z goryczą hacjender. — KomóŜ mógłbym teraz ufać, jeśli 
tych trzech mnie zawiodło?

Zabrzmiało to dość pompatycznie, lecz przyzwyczajeni juŜ do takich sformułowań, nawet 

okiem nie mrugnęliśmy.

— Darzył ich pan specjalnymi względami? — zapytał Karol.
— CóŜ znowu! Lecz przecieŜ nie działo się im źle.
— A moŜna wiedzieć, ilu pracowników zatrudnia pan w hacjendzie?
— To nie tajemnica. Pięćdziesięciu ośmiu.
— I nigdy się pan na nich nie zawiódł?

Hm... w takim stopniu, jak na tej trójce zdrajców, nigdy!

Wobec tego jest pan najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Mieć taką gromadę 

ludzi pod swymi rozkazami i zawieść się tylko na trzech! ToŜ to się prawie nie liczy. 
Jeszcze raz radzę panu okazać wspaniałomyślność. Kto wie, moŜe w ten sposób zmieni 
pan wrogów w oddanych sobie przyjaciół?
Gonzales przystał na takie rozwiązanie, lecz dopiero wówczas, gdy wniosek Karola 

poparła seńora Concepcion. I w ten sposób uniknęliśmy zarówno sądu Lyncha, jak 
transportowania schwytanych do odległego miasta Chihuahua. Nie wdając się w zbędne 
szczegóły, powiem tylko, Ŝe ludzie Robleda puszczeni zostali wolno na swych własnych 
wierzchowcach. Odebrano im broń, lecz zaopatrzono w Ŝywność na trzy dni. Widziałem, jak 
odjeŜdŜali nie kryjąc swej radości. Trzej pracownicy hacjendy — opowiadał mi o tym Karol, 
poniewaŜ ja nie chciałem uczestniczyć w ich rozmowie z Gonzalesem — bardzo się kajali, 
chcieli go całować po rękach usłyszawszy, Ŝe w niepamięć zostaje puszczone ich prze-
winienie.

Tak zakończyła się ostatecznie historia napadu na hacjendę, a równocześnie rozpoczęła się 

historia inna, związana z naszą wyprawą w pasmo Sierra Mądre Occidental. Kiedy juŜ 
bowiem wszystko zostało opowiedziane i rozwaŜone, co by było, gdyby wypadki przybrały 
inny obrót, nieoczekiwana informacja skierowała nasze zainteresowania w inną stronę.

Seńora Concepcion, w kilka dni po napadzie Robledo, zdradziła nam wreszcie wyniki 

swych studiów nad moją mapą. W podręcznej bibliotece odnalazła ksiąŜkę traktującą o 
wyprawach badawczych, mających na celu odszukanie i zabezpieczenie dla przyszłych 
pokoleń skarbów przeszłości, świadczących o wysokiej cywilizacji i bogatej kulturze ludów, 
które te ziemie kiedyś zamieszkiwały.

— 

Wśród tych znalezisk — tłumaczyła pani Concepcion — jak rozmaite dzieła sztuki 

ludowej, przedmioty codziennego uŜytku albo słuŜące kultom religijnym, trafiały się wyroby 
ze złota, srebra, jaspisu... Ile ich jeszcze kryją ruiny dawnych miast, grobowce i nie zbadane 
pustkowia, ongiś gęsto zaludnione, któŜ odgadnie?

Słyszałem juŜ dawniej o tych sprawach, lecz Karol i Bede z powątpiewaniem kiwali 

głowami, nie bardzo rozumiejąc, jaki sens ma pracochłonne grzebanie w ziemi dla 
wydobycia z jej wnętrza glinianego garnka, strzały z kamiennym grotem czy prymitywnej 
siekierki. Przestali się dziwić dopiero wtedy, gdy nasza gospodyni wspomniała o 
szczerozłotych bransoletach, pierścieniach i nausznicach wysadzanych drogimi kamieniami. 
OtóŜ — jak mówiła dalej pani Concepcion — w roku 1865, a więc w pełni trwającej walki 
zbrojnej toczonej przez Juareza z wojskami Maksymiliana *, wyruszyła w kierunku Sierra 
Mądre Occidental wyprawa kilku — jedni twierdzili: uczonych, inni: awanturników. W 
zawierusze wojennej mało kto interesował się losami tej garstki wędrowców, szukających nie 
wiadomo dokładnie czego. Gdy nadeszły lata pokoju, któryś z archeologów przypomniał 
sobie o tej wyprawie i starał się odszukać jej uczestników. Bez Ŝadnego jednak rezultatu. 
MnoŜyły się plotki. Powiadano, Ŝe na czele wyprawy stał niejaki Bazaine — Francuz, bliski 
krewniak Achillesa Bazaine, generała, później marszałka, dowódcy francuskiego korpusu 

background image

ekspedycyjnego w Meksyku. śe brało w tej wyprawie udział paru geografów oraz grupa 
Indian-przewodników. Informacja ta została wyśmiana. Stwierdzono, Ŝe głównodowodzący 
francuskimi siłami w Meksyku nie miał takiego krewnego, a jeśli nawet miał — dodawali 
ostroŜni sceptycy — noga tego krewniaka nigdy nie dotknęła meksykańskiej ziemi. Na 
koniec zgodnie uznano pogłoskę o wyprawie w Sierra Mądre Occidental za bajkę, nie 
wiadomo gdzie, kiedy i w jakim celu wymyśloną. Mimo takiej opinii w kilku pracach 
geograficznych zamieszczono o niej wzmianki zaopatrzone znakami zapytania.

Tyle nam opowiedziała seńora Concepcion. Starałem się wszystko streścić wiernie, lecz 

jeśli popełniłem jakieś błędy — proszę o wybaczenie. Nie jestem ani historykiem, ani 
geografem, ani archeologiem, a dzieje Meksyku znam bardzo pobieŜnie.

— 

OtóŜ, seńores — mówiła dalej małŜonka hacjendera -— po paru latach zagadkowa 

sprawa odŜyła. Pewien Indianin z plemienia Zapoteków, mieszkający niedaleko Oaxaca, 
wyznał przed śmiercią spowiednikowi, Ŝe zabił człowieka. Przed wielu, wielu laty. Co 
oznaczało słowo „wiele", nie moŜna było ustalić, poniewaŜ ten Zapotek nie potrafił liczyć. 
Wyjaśnił jednak dodatkowo, Ŝe w tamtym czasie trwała wielka wojna. Fakt zabójstwa nie 
byłby niczym nadzwyczajnym, lecz zdumiewająco przedstawiały się okoliczności, w jakich 
morderstwo zostało popełnione. Oto Indianin wyznał, Ŝe wraz z kilkoma swymi 
pobratymcami brał udział w jakiejś wyprawie w głąb Sierra Mądre Occidental. Wyprawa 
kierowana była przez cudzoziemców, słabo władających hiszpańskim, i przez Kreolów. 
Indianie zostali .zwerbowani na wyprawę przez Kreolów za wynagrodzeniem tak dla nich 
wysokim, Ŝe zgodzili się opuścić swe rodzinne strony i powędrować daleko na północ. 
Podobno, jak opowiadał Indianin, odkryli w górach jakieś olbrzymie skarby, lecz przyniosły 
one nieszczęście znalazcom. Cudzoziemcy zapragnęli przywłaszczyć je wyłącznie sobie. 
Doszło do bójki z Kreolami. Jeden z cudzoziemców został zabity, drugi — uciekł. Nieco 
później Kreole równieŜ się pokłócili przy podziale skarbów i wezwali na pomoc Indian, jedni 
przeciw drugim. Skończyło się na tym, Ŝe biedni i ciemni Zapotecy zorientowali się wreszcie, 
jaką wartość posiadają znalezione przedmioty, i zaatakowali Kreolów, którzy nierówną 
walkę przypłacili Ŝyciem. Wówczas to właśnie spowiadający się Indianin zabił jednego z 
białych. Rzecz nigdy nie zostałaby ujawniona, gdyby nie ciekawość spowiednika. Zapytał, co 
składało się na znaleziony „skarb". Umierający odparł, Ŝe były to przedmioty ze złota i 
srebra: nausznice, naszyjniki, bransolety i jakieś figurki ludzi i zwierząt. Zapotecy mieli 
zamiar zabrać to wszystko, lecz tego samego dnia, w którym zginęli Kreole, powrócił 
samotny cudzoziemiec. Zaczaił się, a gdy Indianie beztrosko spali, ukradł im broń. Rankiem 
kazał im wsiąść na konie i ruszać w powrotną drogę. Posłuchali, lecz zawrócili po kilku 
godzinach, licząc na to, Ŝe cudzoziemiec odjechał nie zabrawszy wszystkich „skarbów". 
Srodze się zawiedli. Powitały ich kule. Uzbrojony cudzoziemiec czuwał, ranił jednego z 
Indian, a resztę zmusił do rejterady. Tym razem towarzyszył, w pewnej odległości, grupie 
Zapoteków. Opuścił ją dopiero o zmierzchu. Następnego dnia przepędzeni usiłowali raz 
jeszcze spróbować szczęścia, lecz zmylili drogę. Zrezygnowali więc i powrócili w rodzinne 
strony. Spowiednik uzyskał zgodę umierającego na przekazanie tych informacji władzom, co 
teŜ zostało dokonane. Poczęto szukać indiańskich uczestników wyprawy, lecz bezskutecznie. 
Widać Zapotecy przestraszyli się i nikt ani słówkiem nie zdradził, Ŝe wie cokolwiek o tej 
sprawie. W końcu urzędnicy administracji doszli do wniosku, Ŝe opowieść przekazana 
księdzu była jedynie chorobliwym majaczeniem i... sprawę uznali za zakończoną. To juŜ cała 
historia, seńores. Przed paru laty wątpiłam w jej prawdziwość. Teraz skłonna jestem przy-
puszczać, Ŝe tkwi w niej ziarno prawdy.

— Czy to ma jakiś związek z mapą? — zapytał Karol.
— Tak. Pańska mapa, doktorze — zwróciła się do mnie — wygląda na mapę uŜywaną 
podczas tamtej wyprawy. Świadczyłyby o tym pewne szczegóły...

    — 

Przypuszczenie czy pewność? — zagadnąłem.

— Coś pośredniego. Zapomniałam wspomnieć o drobiazgu, przecieŜ niezwykle waŜnym. 
Zapotek mówił księdzu, Ŝe jeden z cudzoziemców miał wielki papier, który zawsze nosił 
przy sobie i z którym ostatecznie uciekł. To miał być Francuz. Indianin dodał, Ŝe cudzo-
ziemiec coś tam wciąŜ znaczył na papierze.

background image

— A więc przypuszcza pani, Ŝe nabyta przeze mnie mapa jest identyczna z uŜywaną przez 
Francuza?

Skinęła głową. Karol wstał z krzesła i spojrzał na rozłoŜony arkusz.

— Poprawki są naniesione atramentem — powiedział. — Chyba się nie mylę?
— Oczywiście, Ŝe to atrament — odparłem. — Masz jakie wątpliwości?
— Mam. KtóŜ wozi na tak długą wędrówkę pióro i atrament?
— Przypuszczam, Ŝe najpierw poprawki narysowano ołówkiem. Dopiero później 
utrwalono je atramentem.
— Nie dostrzegam ani śladu ołówka.
— To o niczym nie świadczy. PrzecieŜ minęły dwadzieścia trzy lata! Bo poprawki miały 
być wykonane w 1865 roku, jak wynika z opowieści seńory. Siady ołówka musiały 
zniknąć — dowodziłem.

Przypuśćmy — zauwaŜył sceptycznym tonem Karol. — Jak jednak wytłumaczyć 

wędrówkę mapy z północnego Meksyku aŜ po Milwaukee? Co miał do roboty tajemniczy 
Francuz nad jeziorem Michigan?
— Zaiste, Karolu, zbyt wielu wymagasz odpowiedzi.

MoŜe ten Francuz pochodził z Kanady i tam powracał? MoŜe mapę ktoś ukradł?

Seńor Gordon — wtrąciła się gospodyni — róŜne wątpliwości moŜna by rozstrzygnąć 

dopiero po przybyciu na miejsce oznaczone na mapie. Lecz w jaki sposób mapa 
zawędrowała tak daleko na północ, tego się chyba nigdy nie dowiemy.

Sprawdzić! — wykrzyknął niespodziewanie hacjender. — To doskonała myśl. 

Zamierzałem panom pokazać szmat naszego kraju, a Zachodnia Sierra jest piękna i obfituje 
w zwierzynę. Jedźmy tam! Nic nie stracimy, jeśli mapa okaŜe się pomyłką. Zapolujemy i 
obejrzymy ciekawe strony.
— To brzmi zachęcająco — zauwaŜył Karol. — Czy to jednak moŜliwe w obecnej 
sytuacji?
— Myśli pan o Robledo? Herszt nie Ŝyje, a banda rozbita.
— Hm... prawda, jednak wydaje mi się, Ŝe nie powinien pan opuszczać teraz hacjendy. 
Licho nie śpi.
— Istotnie — wtrąciła się seńora Concepcion. — Przez jakiś czas powinniśmy tu 
pozostać. Trójka naszych najlepszych zwiadowców-vaquerów ruszyła w ślad za 
uciekającymi, aby zbadać, dokąd się udali. Musimy poczekać na ich powrót.

Dostrzegłem, jak Bede poruszył się niespokojnie. Dotąd milczał, jak gdyby historia mapy 

wcale go nie interesowała.

— A ja wracam na północ — odezwał się jakoś niezbyt zręcznie. — Po raz drugi chyba 
nie zabłądzę...

Seńor chce nas opuścić? — zdumiał się hacjender. — Po tym wszystkim, czego dla nas 

dokonał? AleŜ to niemoŜliwe! Nie spłaciłem swego długu, a nie mam innego sposobu 
wyraŜenia swej wdzięczności, jak tylko gościć pana jak najdłuŜej!

Bede uśmiechnął się:

— Moje interesy wymagają; abym się udał na tamten brzeg Rio Grandę.
— Czy to coś pilnego? — zaniepokoił się Gonzales. — Nie powinien pan odjeŜdŜać tak 
nagle.

Nie będę tu przytaczał wszystkich argumentów hacjendera przemawiających za 

pozostaniem Bedego. Nie przekonały uparciucha. Dopiero gdy nasz gospodarz przed oczyma 
— raczej przed... uszami! — słuchaczów roztoczył miraŜ skarbów, jakie odkryjemy („ten sa-
motny Francuz — dowodził — nie mógł niczego zabrać, by zaznaczył miejsca ukrycia na 
mapie") — Bede zmiękł i przyznał, Ŝe jego interesy na północy nie są znowu tak pilne, a być 
moŜe stały się juŜ nieaktualne.

Nie spodobała mi się ta nagła zmiana decyzji. CzyŜby nasz tajemniczy towarzysz sądził, Ŝe 

„skarbami" po prostu podzielimy się? Ba, jeśli Bede — jak przypuszczałem — był 
poszukiwany listem gończym agencji Pinkertona, takie mniemanie bardzo pasowało do jego 
moralnej sylwetki. Tymczasem jednak otaczała go sława pogromcy Robledo, sława 
człowieka, który ocalił hacjendera. PrzecieŜ.... nigdy dotąd nie spotkałem osobnika, który w 

background image

tak krótkim czasie wyprawił na tamten świat lub poranił tyle ludzi! Na próŜno 
przekonywałem sam siebie, Ŝe zabici i ranni byli groźnymi dla otoczenia opryszkami. 
Krwawe jatki pozostaną krwawymi jatkami, bez względu na to, z jakiego punktu widzenia 
zagadnienie rozpatrywać. Bede był odwaŜny, ani chybi! Lecz nie tylko odwaga przesądza o 
wartości człowieka.

I tak oto zapadła decyzja sprawdzenia, gdzieś tam w górskiej głuszy, czy moja mapa 

stanowiła ongiś własność uczestnika tajemniczej wyprawy, czy teŜ nie miała z tą wyprawą 
nic wspólnego. Zresztą, kaŜdy z nas traktował zaplanowaną wędrówkę inaczej. Karol — jako 
okazję do polowania na płową zwierzynę. Bede — najprawdopodobniej — jako moŜność 
łatwego wzbogacenia się, Gonzales — jako piękną wycieczkę, podczas której chciał nam 
pokazać egzotyczną przyrodę swego kraju. Wydaje się, Ŝe tylko ja i seńora Concepcion (bo 
co myślała na ten temat Inez — nie wiem) wierzyliśmy, Ŝe w dzikich górach istotnie 
natrafimy na ślady jakiejś nie odkrytej dotychczas tajemnicy.

Po naszej naradzie rozmawiałem z panią Concepcion parokrotnie, a nawet oglądałem jej 

imponujący księgozbiór. Wydaje się, Ŝe w ten sposób zyskałem sobie sympatię gospodyni. 
Bo tylko ja jeden naprawdę zainteresowałem się, choć pobieŜnie, treścią grubych tomów 
traktujących przede wszystkim o geografii Meksyku i południowych części Ameryki 
Północnej. Seńora Concepcion pokazała mi kopię mapy Florydy, sporządzoną. z oryginału 
narysowanego przez Jacąues le Moyne de Morgues, uczestnika francuskiej ekspedycji na 
Florydę w 1564 roku. Mało się na tych sprawach znam, lecz gospodyni zapewniła mnie, Ŝe 
mapa ta, zwłaszcza w częściach lądu, który Francuzi spenetrowali, jest zdumiewająco 
dokładna. Przy okazji wspomniała o swym własnym udziale w kilku wyprawach mających na 
celu opracowanie kartograficzne nie zbadanych rejonów ojczystego kraju.

Biorąc pod uwagę trudności, jakie musiała pokonać, by wedrzeć się w świat wiedzy, jak 

dotąd niedostępny kobietom, naleŜało uznać panią Gonzales za osobę nieprzeciętną. 
Dlaczego jednak, osiągnąwszy tak wiele, zamknęła się w odległej od centrów kulturalnych i 
naukowych hacjendzie?

W Stanach Zjednoczonych pierwszy dyplom naukowy uzyskała kobieta za studia 

lekarskie w roku 1849, lecz tu, w konserwatywnym społeczeństwie Meksyku, w którym 
Ŝ

yciową rolę kobiet ciągle jeszcze ograniczano do prowadzenia domu — pani Concepcion 

natrafiła widać  na  przeszkody  nie  do  przezwycięŜenia.   Nieco później stwierdziłem, Ŝe 
poświęcając swój czas wyłącznie problemom hacjendy, seńora Concepcion orientuje się w 
gospodarce rolnej nie gorzej od męŜa.

Nasz pobyt w gościnnym domu dobiegał końca. Powrócili z dalekiej wyprawy wysłani 

przez Gonzalesa zwiadowcy-vaquerzy. Od nich dowiedzieliśmy się, Ŝe trzej puszczeni przez 
hacjendera ludzie nie podąŜyli za uciekającą grupą, lecz skierowali się ku pustynnej wyŜynie 
Mapimi, ciągnącej się na południe od hacjendy i koryta rzeki Conchos. Grupa uciekająca 
pognała na północ. Jeden z vaquerów opowiedział, Ŝe bandyci, pozbawieni wodza, pokłócili 
się. Opowiadający obserwował ten incydent, ukryty za piaszczystym pagórkiem. O mało nie 
doszło do bójki, na koniec pięciu ludzi ruszyło dalej na północ, pięciu skierowało się na 
zachód. Vaquerzy równieŜ się rozdzielili, by nadal ich obserwować. Po kolejnych dwu 
dniach jazdy nabrali pewności, Ŝe pierwsza piątka uciekających zmierza ku granicy Stanów 
Zjednoczonych, druga — ku Zachodniej Sierra Mądre. Wynikało z tego, Ŝe dawna banda 
Robledo nie ma zamiaru powtórzyć napadu na hacjendę.

— A teraz, seńores — powiedział hacjender po zdaniu nam tej relacji — czas pomyśleć o 

mapie i o wyprawie.

Było dla mnie jasne, Ŝe naszą ekspedycję w góry poprowadzi sam Gonzales, Ŝe na pewno 

towarzyszyć mu będzie grupa dobrze uzbrojonych ludzi, lecz kto z rodziny pojedzie z 
hacjenderem — o tym nie było dotąd mowy. Przypuszczałem, Ŝe starym zwyczajem zabierze 
z sobą córkę. Zaskoczyła mnie więc wiadomość, Ŝe seńora Concepcion równieŜ wybiera się 
w drogę.

Zdziwienie Karola wyraziło się w pytaniu:

— I nie obawia się pan zostawić gospodarstwo bez opieki?

Bez opieki? — powtórzył hacjender. — Opiekę ma zapewnioną, i to doskonałą. Mój 

background image

zarządca to człowiek energiczny, znający się na rzeczy i godny zaufania. Ja znam się na 
ludziach!

Taktownie przemilczałem biadania Gonzalesa sprzed kilku dni na temat zaufania...
Więc oto ustalony został skład „ekspedycji", jak ją szumnie nazywał hacjender: nas trzech, 

Gonzales z rodziną, pięciu konnych vaquerów pozostających pod bezpośrednimi rozkazami 
Coylego (tego od koni), woźnica z wozem, w którym miał jechać kucharz i osobisty słuŜący 
hacjendera.

Powiem szczerze — nie przypadła mi do smaku tak liczna karawana: cięŜki, mało 

ruchliwy zespół ludzi i bagaŜy. JakŜe się to róŜniło od moich poprzednich wędrówek w 
towarzystwie Karola jedynie, podczas których przywykłem do swobody, jaką dawał dobry 
wierzchowiec i niewielki bagaŜ przytroczony do siodła. Pocieszałem się myślą, Ŝe hacjender 
— taki, jakim poznałem go przed laty w Arizonie — umiał znosić nie byle jakie trudy 
podróŜy w nieznane.

Któregoś dnia, gdy zorze świtu pomalowały niebo róŜowymi barwami, wyruszyliśmy: 

dwunastu ludzi na koniach, trzech — na koźle wielkiego wozu krytego płócienną budą.

Powróciłem do traperskiego przyodziewku, który przez pierwsze godziny po zrzuceniu 

lekkiego i miękkiego stroju z bawełny wydał mi się cięŜki, sztywny i szorstki w dotyku. 
Natomiast Karol nie ukrywał zadowolenia powróciwszy do swej traperskiej skóry. Obie 
panie równieŜ zmieniły suknie na spodnie i bluzy — co na pewno zgorszyłoby niejednego 
meksykańskiego seńora.

Strumykiem płynącym poprzez hacjendę dotarliśmy do rzeki Conchos i tu, poŜegnani 

przez administratora hacjendy, ruszyliśmy w górę rzeki ku  Sierra  Madre Occidental. Wybór 
takiej drogi zapewniał nam wodę na tych jałowych, prawie pustynnych ziemiach. Na prze-
ciwległym brzegu Conchos zaczynała się bezwodna wyŜyna — Bolson de Mapimi *. 
Dostrzegłem faliste pagórki porośnięte rzadką i niską trawą, gdzieniegdzie pocięte 
rozpadlinami, gdzieniegdzie ponad płaszczyznę wyrastały piaszczyste wzgórza. Jak wyjaśnił 
mi Gonzales, niewielkie jeziorka i strumyki w porze letniej prawie całkowicie tam 
wysychają.

WzdłuŜ Conchos posuwaliśmy się tak długo, jak długo trasa ta zgodna była z kierunkiem 

wyznaczonym przez moją mapę tajemniczymi kwadracikami i trójkątami. Przewodnikiem 
naszej wyprawy była pani Concepcion i ona teŜ zdecydowała — po porozumieniu się z 
małŜonkiem — w którym miejscu naleŜało poŜegnać się z rzeką.

PodróŜ upływała bez przeszkód, okazała się nawet nieco monotonna. Jednostajny, prawie 

pustynny krajobraz zmienił się dopiero wówczas, gdy zagłębiliśmy się w doliny, wybiegające 
z gór w nizinę, niczym rozcapierzone palce olbrzyma. Tu przyroda odkryła nam bardziej 
interesujące oblicze: zielone gaje i szmaragdowe łąki, ciemne bory na dalekich zboczach 
awangardy gór i pieniste, mieniące się w słońcu siklawy, walące z szumem po skalnych 
progach. Na koniec dotarliśmy do niewielkiego jeziora. Tu mieliśmy pozostać dwa, a nawet 
trzy dni. Don Pedro Gonzales nie zapomniał przecieŜ o polowaniu i właśnie chciał sprawdzić 
celność swej broni na czworonogich mieszkańcach podgórza. Do jeziorka dotarliśmy o 
zmierzchu. Następnego dnia rankiem hacjender ze swą córką, Karolem i Coylem ruszył na 
pierwsze łowy. Według jego słów tereny te obfito-

wały w pumy, jaguary, oceloty i rysie, w borsuki i szopy, w owce wielkorogie i w mnóstwo 
zwierzyny innych gatunków.

Barry Bede nie zdradzał chętki do polowania, a ja jeszcze nie odsapnąłem po kilkudniowej 

jeździe i nie nęciła mnie piesza, wielogodzinna wędrówka. Tkwiłem więc na krawędzi 
skarpy, nad wodą, rozkoszując się spokojem i pięknem przyrody, a Barry Bede, obojętny na 
te wszystkie widoki spał w cieniu modrzewia. Zanim się połoŜył, opowiedział mi — tym 
razem ze wszystkimi szczegółami, które poprzednio pominął — o swej nieudanej wędrówce 
ku Rio Grandę. Po czym ziewnął i oświadczył, Ŝe musi nieco odpocząć.

Znaki przeszłości

background image

Woda cicho pluskała o brzeg, na płyciznach poruszały się gromadki malutkich rybek, 

chroniące się tu przed napastnikami głębin. Spojrzałem w lewo. Złudzenie? A moŜe to pień 
drzewa podmytego przez wody jeziora? Szybko podniosłem się i jeszcze szybciej pobiegłem 
szukać seńory Concepcion.

Odnalazłem ją między pierwszymi drzewami boru, który otaczał łąkę nad jeziorem. 

Siedziała na krzesełku przed namiotem, z grubą ksiąŜką w dłoniach.

— Człowiek?! — zawołała zrywając się z krzesła, gdy poinformowałem ją o swym 
spostrzeŜeniu.
— Wygląda na samotnego rybaka. Albo na myśliwego — uzupełniłem informację.
— Świetnie! Ten rybak czy myśliwy na pewno lepiej od nas zna okolicę. Byle go tylko nie 
spłoszyć. Jeśli zobaczy tyle koni i ludzi, gotów się przestraszyć i umknąć. Spieszmy się, 
doktorze.

Pobiegliśmy aŜ .do miejsca, w którym las tworzył małą polankę. Tu pasły się konie, tu stał 

nasz wóz, z widoczną z daleka białą budą.

Antonio! — zawołała moja towarzyszka. A gdy zbliŜył się jeden z vaquerów, 

rozkazała: — Wepchnijcie wóz głębiej między drzewa, konie równieŜ. Powiedz ludziom, 
Ŝ

eby nie wychodzili z lasu, ktoś płynie do nas po jeziorze.

Wydawszy polecenie, skierowała się ku wodzie, ja za nią.

Łódka — stwierdziła stanąwszy kilka kroków od brzegu. — Kładźmy się, doktorze, 

nasz widok moŜe go spłoszyć.

Trawa w tym miejscu sięgała wyŜej kolan, więc zakryła nas całkowicie, ale my mogliśmy 

obserwować jezioro.

CzyŜby tutejsi mieszkańcy byli aŜ tak strachliwi? — zagadnąłem szeptem swą 

sąsiadkę. — Jak dotychczas dali się nam we znaki raczej zbytnią śmiałością.
— Właśnie, właśnie — odparła. — Nadmiar odwagi jednych powoduje uzasadnioną 
ostroŜność innych. Warunki bezpieczeństwa, zwłaszcza tu, na północy, pozostawiają sporo 
do Ŝyczenia. Takich band jak Robleda jest znacznie więcej. Jedne głoszą, Ŝe są 
stronnikami Diaza, inne, Ŝe przeciwnikami, a cierpi na tym spokojna ludność.
— Coś jak u nas podczas wojny Północy z Południem — zauwaŜyłem. — Byłem wówczas 
małym chłopcem, lecz coś niecoś pamiętam z tamtych czasów.

O, tu jest znacznie gorzej. Wasza wojna domowa nie objęła całego kraju. U nas, poza 

wielkimi miastami, nie istnieje Ŝadna oaza spokoju. Niech pan spojrzy, doktorze — nagle 
zmieniła temat — on jest coraz bliŜej i wygląda na to, Ŝe zamierza przybić do brzegu.
Nie myliła się. Łódka coraz wyraźniej kierowała się w naszą stronę. Człowiek stał na rufie 

i długą tyką popychał swój wątły stateczek. W końcu dziób zaszurał na przybrzeŜnym piasku. 
Wioślarz wyskoczył na ląd. Wtedy moja towarzyszka podniosła się.

Buenos dias — powiedziała.

Zatrzymał się jak skamieniały.  Wybiegłem spośród traw, odcinając mu drogę odwrotu. 
Zaniechał ucieczki obserwując mnie i seńorę Concepcion czarnymi jak węgiel oczami.

— Nie zrobimy ci nic złego — powiedziała pani Gonzales.

Zamruczał coś niewyraźnie.

— Twierdzi, Ŝe jest spokojnym rybakiem i musi wracać do swej wioski — wytłumaczyła 

mi pani Concepcion. — To dialekt — dodała — mieszanina hiszpańskiego i języka 
Tarasków.

Przybysz znowu coś mruknął i teraz rozpoczęła się rozmowa, której treści, niestety, nie 

pojąłem. Okazało się, Ŝe znajomość samej hiszpańszczyzny na terenie Meksyku nie 
wystarcza! Jak się później dowiedziałem, w tym kraju, obok hiszpańskiego, istnieją 
trzydzieści trzy języki indiańskie oraz dwadzieścia jeden narzeczy. Bagatela!

Przyglądałem się rybakowi. Był chudy, drobny, miernego wzrostu. Jego twarz posiadała 

charakterystyczne dla ras czerwonoskórych wystające kości policzkowe. Ciemna cera 
równieŜ wskazywała na to, Ŝe mam przed sobą albo czystej krwi Indianina, albo Metysa.

Odziany był nędznie, w postrzępioną koszulę, w brudne, obszarpane spodnie, na stopach 

background image

miał prymitywne trepki-podeszwy z łyka, przewiązane kilkoma rzemykami. Głowę okrywał 
słomkowy podniszczony kapelusz, spod którego spadały mu na ramiona czarne, długie 
włosy. Na piachu spoczywała łódka — kloc z jednego pnia wypalonego od wewnątrz, jak to 
praktykowali ongiś osadnicy Północnej Ameryki, zanim nauczyli się od tubylców budować z 
kory lekkie i zwrotne canoe. Na dnie łodzi-kloca spoczywała siatka upleciona z nie znanych 
mi włókien.

Doktorze! Idziemy! — usłyszałem głos seńory Gonzales.

Zawróciłem. Ujrzałem, jak pani Concepcion w towarzystwie rybaka zmierza w stronę lasu 

i ukrytego w nim namiotu. Widać zdołała przekonać przybysza, Ŝe nic mu nie grozi. Zanim 
ich dopędziłem, seńora zdąŜyła zniknąć we wnętrzu namiotu, a po chwili ukazała się znowu, 
podając coś Indianinowi. Dostrzegłem, jak oczy błysnęły mu radośnie. Darem pani 
Concepcion były cygara, z których jedno natychmiast wepchnął do ust. Całe! Jego oblicze 
wyraŜało zachwyt, a szczęki poczęły poruszać się miarowo.

Seńora zasiadła na krzesełku, z zarośli wynurzył się jeden z vaquerów.

W porządku, Antonio. MoŜecie juŜ wyprowadzić konie.

Widok zwierząt i gromadki ludzi nie spłoszył przybysza. Rozpromieniona twarz nie 

zasępiła się. Kucnął na ziemi, kilka kroków od pani Gonzales, milczący i całkowicie 
pochłonięty Ŝuciem tytoniu.

— Uzyskałam kilka ciekawych informacji — zwróciła się do mnie seńora. — Ten rybak 
mieszka w wiosce połoŜonej na przeciwległym brzegu rzeki, wpadającej do jeziora, tam... 
— wskazała ręką kierunek. — Mówi, Ŝe przed laty bawiła tu grupa ludzi: gringos i 
Indianin. Później ruszyli w głąb gór, wzdłuŜ rzeki. Najpierw jednak próbowali ją przebyć 
konno, bezskutecznie. Koryto wypełniają głazy, których nie sposób ominąć, wartki prąd 
uniemoŜliwia spływ łodzią.
— Więc do wioski nie dotarli?

Nie, lecz ten rybak odwiedzał przybyłych. Najpierw wysłał go ojciec, na przeszpiegi. 

Później nosił cudzoziemcom ryby, za które płacili tytoniem i szklanymi świecidełkami. 
Tak to złakomiło innych mieszkańców wsi, Ŝe w tajemnicy jeden przed drugim nosili, co 
kto miał, na sprzedaŜ, aŜ tajemnica się wydała. Doszło do kłótni, bo jego ojciec uwaŜał, Ŝe 
jako pierwszy ma prawo do wyłączności handlu. Po kilku dniach tamci odjechali.

Sądzi pani, Ŝe ci gringos-cudzoziemcy to ludzie z tajemniczej wyprawy po skarby? 

Właściciele mojej mapy?
— MoŜe tak, moŜe nie. Postaram się jeszcze wybadać

naszego gościa na ten temat, jeśli pamięta coś więcej. Musiał być wówczas bardzo młody.

Tę rozmowę prowadziliśmy w języku angielskim. Teraz seńora zagadała do Indianina i 

znowu przestałem cokolwiek rozumieć. Znudzony powlokłem się do swoich juków, 
wydobyłem z nich mapę i powróciwszy w pobliŜe namiotu, rozłoŜyłem arkusz na ziemi.

Muszę wyjaśnić, Ŝe moja mapa obejmowała spory szmat kraju, co z konieczności 

spowodowało pominięcie pewnych szczegółów topograficznych. Do tej pory pani Gonzales 
posługiwała się innymi, bardziej dokładnymi mapami, na które przeniosła tajemnicze znaki 
zrobione atramentem. Teraz, wodząc palcem po papierze, zatrzymałem go na malutkim 
niebieskim kółeczku oznaczającym zbiornik wody. CzyŜby to było jeziorko, nad którym 
obozowaliśmy?

PoniewaŜ niezrozumiała dla mnie rozmowa uległa chwilowej przerwie, powiedziałem o 

swym przypuszczeniu. Potrząsnęła przecząco głową.

Nie, doktorze, na pańskiej mapie jezioro, nad którym obozujemy, nie istnieje. A to, 

które pan odnalazł, znajduje się o jakieś dwadzieścia kilometrów stąd, czyli o jakieś 
dwanaście i pół amerykańskiej mili. Nawet kształt jest inny, na rysunku jest okrągłe, a tu, 
proszę popatrzyć, podłuŜne.

Stropiłem się. Dostrzegła to natychmiast, bo dodała:

KaŜdemu zdarzy się pomyłka, zwłaszcza Ŝe niektóre mapy to istne szarady, tak 

niedokładnie zostały sporządzone. Nawet mnie...

Nie dowiedziałem się nigdy, co przytrafiło się seńorze, bo teraz szybko zagadał do niej 

Indianin. Dotyczyło to chyba mej mapy, bo przybysz kilkakrotnie wskazał na nią palcem. 

background image

Kiedy umilkł, pani Gonzales znowu zwróciła się do mnie:

— On twierdzi, Ŝe widział taki papier w rękach gringos... Mówi, Ŝe kłócili się o niego, 
lecz o co im poszło, tego nie zrozumiał.
— Jak to, poznaje tę mapę?
— No, nie! CóŜ on się tam moŜe znać! Wszystkie wyglądałyby dla niego jednakowo.
— No więc — powiedziałem zawiedziony — po prostu jacyś ludzie posiadali jakąś mapę. 
Zwykły zbieg okoliczności.
— A jednak... Proszę zauwaŜyć, Ŝe cudzoziemcy nieczęsto odwiedzają te góry. Czy panu 
ten fakt nie kojarzy się z moją opowieścią o tajemniczej wyprawie? Kierowanej właśnie 
przez gringos?

Prawda — przyznałem — sporo tu jest zbieŜności, ale to jeszcze nie dowód, Ŝe 

znajdujemy się na właściwym tropie.
— Nie dowód — zgodziła się — lecz prawdopodobieństwo. I mam nadzieję, Ŝe w dalszej 
wędrówce uda nam się trafić na istotne dowody.
— Niczego nie pragnę bardziej — odparłem z oŜywieniem.
— Ja równieŜ. Sądzę, Ŝe naleŜałoby odwiedzić wioskę tego rybaka. MoŜe odnajdziemy 
innych świadków tamtego zdarzenia?

Słusznie. Dziwi mnie jednak, Ŝe ludzie, o których opowiada nasz gość, nie nanieśli na 

„moją" mapę ani rzeki, ani tutejszego jeziora. Korygując równocześnie bieg pomniejszych 
strumieni. CzyŜby to jednak nie byli ci sami ludzie?
— Zastrzelił mnie pan, doktorze, tą uwagą. Hm... albo się, mylę, albo teŜ tkwi w tym 
jakaś zagadka, której teraz nie rozwiąŜemy.
Istotnie, nie sposób było odpowiedzieć obecnie na moje pytanie. Zwinąłem więc mapę i 

odniosłem ją do swych bagaŜów. Właśnie ukazali się między lasem a wodą nasi myśliwi 
wracający z rannej eskapady. ZauwaŜyłem zasępione oblicze Gonzalesa, Karola i Coylego. 
Tylko Inez okazywała uśmiechniętą twarz. Widocznie polowanie nie udało się, lecz córka 
hacjendera wcale się tym nie przejęła.

— Dziwne — zastanawiał się głośno Gonzales — ani śladu zwierzyny. Musiał ją ktoś 
przepłoszyć, a przecieŜ polowałem w tych okolicach niejeden raz...
— To przykre — odparłem udając współczucie — tym bardziej Ŝe rankiem, siedząc nad 
jeziorem, obserwowałem przez dobre pół godziny, jak stadko bighornów baraszkowało na 
tamtym brzegu.
— A to prawdziwy pech! — zawołał hacjender. — Uciekła nam pieczeń sprzed nosa.
— Pieczeni nie będzie — stwierdziłem — ale ryby na pewno.
— Ryby? — zainteresował się Karol. — Łowiłeś?
— Nie, lecz przybył do nas pewien dostawca wraz z siecią i łodzią, której nie omieszka 
napełnić. Właśnie rozmawia z seńorą Concepcion.
Wytrzeszczyli na mnie oczy ze zdumienia i pobiegli w stronę namiotu.

Moje przewidywania okazały się słuszne: otrzymaliśmy ryby, mnóstwo ryb, od naszego 

gościa. Wypłynął na jezioro i po godzinie powrócił z łodzią tak wypełnioną, Ŝe ledwo 
trzymała się na wodzie. Natomiast nadzieje seńory na uzyskanie dalszych informacji spełzły 
na niczym. Indianin albo nie chciał nic więcej powiedzieć, albo po prostu nie wiedział. 
Obdarowany jeszcze jedną porcją cygar, obiecał odwiedzić nas nazajutrz, znowu z rybami.

Tak zakończył się pierwszy dzień naszego pobytu nad jeziorem. Następnego ranka rybak 

znów przybył. Nie tylko z plonem obfitego połowu, lecz i w towarzystwie innego krajowca, 
znacznie starszego. Wskazywała na to i twarz poorana bruzdami i włosy poczynające siwieć

(rzecz niesłychanie rzadka wśród czerwonoskórych), i ruchy powolne, i oczy bez blasku, 
wydające się niczego nie dostrzegać. Odziany był tak samo nędznie, jak jego młodszy 
towarzysz. Dodam, Ŝe przez cały czas pobytu w tej części Meksyku nie spotkałem Indian 
schludniej wyglądających. Co prawda i w Północnej Ameryce nieraz oglądałem nędznie 
odzianych tubylców, lecz równieŜ — Nawajów, w pięknych kolorowych derkach tkanych 
przez kobiety tego plemienia, Apaczów w barwnych pióropuszach i zdobionych paciorkami 
skórzanych serdakach, a na dorocznym Tańcu Słońca, gdy bawiłem w Kanadzie wśród 
Czarnych Stóp, mogłem podziwiać bogate stroje wojowników: kaftany bez rękawów zakła-

background image

dane na gołą pierś, z wyszytymi na nich barwnymi wizerunkami kwiatów, zwierząt, ptaków. 
Pamiętam leg-giny męŜczyzn: siwe, brązowe lub na niebiesko pofarbowane, wykonane z 
jeleniej lub koźlej skóry, niekiedy z wełny, obszyte na szwach barwnymi frędzlami, sięgające 
mokasynów wyprawionych na czarno — stroje, które niejeden biały amator chętnie nabyłby 
za nie byle jaką cenę. Tu nie zauwaŜyłem nic, co warte byłoby chociaŜ centa. I to w kraju, o 
którym legendy i prawdy głosiły, Ŝe był skarbcem nowego kontynentu za czasów Majów, 
Tolteków, Azteków. JakŜe go musieli złupić hiszpańscy konkwistadorzy?

Dwaj przybysze powędrowali wprost ku namiotowi seńory, uwaŜając ją zapewne za wodza 

naszej gromadki. Co zresztą w pewnym sensie zgodne było z rzeczywistością, chociaŜ w 
sprawach organizacyjnych decydujący głos miał Gonzales. I słusznie. Był doświadczonym 
podróŜnikiem i człowiekiem odwaŜnym.

Zgromadziliśmy się przed namiotem, jak orszak czekający na ukazanie się monarchy. 

Nagabywany przez nas rybak nie chciał mówić i na wszystkie pytania odpowiadał krótko: 
seńora.

Na koniec ukazały się obie panie. Utworzyliśmy szerokie półkole, sadowiąc się na trawie, 

jak kto mógł najwygodniej. Jedna tylko seńora Concepcion zajęła krzesełko, a naprzeciw 
niej kucnęli przybysze. Pierwszy zagadał znany juŜ nam młody rybak. Z jego gestów, Li 
słów nie potrafiłem rozróŜnić, domyśliłem się, Ŝe mówi o swym towarzyszu. Ulokowałem się 
tuŜ obok Gonzalesa i gdy ciągnęła się okropnie długa niezrozumiała gadanina, szepnąłem do 
hacjendera:

— Rozumie pan coś z tego?

Skinął głową i przysunąwszy się do mnie jeszcze bliŜej począł tłumaczyć piąte przez 

dziesiąte, jednak wystarczająco jasno:

Ten stary jest najstarszym w wiosce... Bardzo biedny. Nie stać go nawet na garść 

tytoniu... Pamięta wiele, bardzo wiele. On chodził do tamtych gringos, rozmawiał z 
Indianami, którzy im towarzyszyli...

W tym miejscu Gonzales przerwał tłumaczenie i wtrącił własny komentarz:

Nie podoba mi się to wszystko. Ci dwaj urwipołcie wyglądają na zwykłych oszustów. 

Za kilka cygar naplotą nam, co im ślina na język przyniesie...

Jednak małŜonka hacjendera widać miała inny na sprawę pogląd, bo podniosła się, znikła 

we wnętrzu namiotu i powróciła z dwiema garściami cygar, które rozdzieliła między obu 
przybyszów. Natychmiast poczęli Ŝuć, nie odzywając się ani słowem. Czekaliśmy. Wreszcie, 
gdy juŜ cierpliwość nasza dobiegała granic, „najstarszy człowiek wsi" otworzył usta, coś 
zabełkotał i umilkł.

— Co on mówi? — zaszeptałem.
— Powiada, Ŝe musi sobie przypomnieć, jak to było — przetłumaczył hacjender i zaraz 
dodał: — Ja sądzę, Ŝe potrzebuje nieco czasu, aby wymyślić jakąś bajeczkę.

Znowu zapadło milczenie, po czym starzec przemówił. Nastawiłem uszu, lecz rozróŜniłem 

tylko jedno, często powtarzające się słowo: „Quetzalcoatl", całkiem mi obce.

Gonzales słuchał, od czasu do czasu krzywiąc się zabawnie. Siedziałem cierpliwie, nie 

ś

miąc niepokoić hacjendera pytaniami i tłumiąc wesołość na widok straszliwie znudzonej 

miny Bedego, którego sprowadziła ciekawość, a spotkało rozczarowanie. Jeśli chodzi o Ka-
rola, który tkwił tutaj niczym Chińczyk na tureckim kazaniu, przyglądał się badawczo obu 
Indianom, cierpliwy, jak kaŜdy traper czekający w milczeniu i bezruchu na pojawienie się 
zwierzyny. Nie wytrzymałem.

Kto to jest ten Quetzalcoatl? — szepnąłem Gonzalesowi.

Stary — odparł szeptem — plecie smalone duby. Dziwię się, Ŝe moja Ŝona chce tego 

słuchać. Quetzalcoatl, czyli Pierzasty WąŜ, to jeden z bogów Majów i Tolteków, który z 
kolei został włączony do kręgu bóstw Azteków. Według wierzeń tych ostatnich 
Quetzałcoatl Ŝył kiedyś na ziemi jako wódz plemienia, a opuszczając je obiecał, Ŝe 
powróci ze wschodu. Ta wiara w powrót bóstwa okazała się zgubną dla Azteków. Kiedy 
przybyli tu, właśnie ze wschodu, Hiszpanie, zostali uznani za wysłanników Pierzastego 
WęŜa i radośnie witani. Dopiero okrucieństwa najeźdźców przekonały Azteków, jak bar-
dzo się pomylili, lecz na obronę było juŜ za późno.

background image

— Bardzo interesujące — mruknąłem.
— Lecz nie to, co ględzi ten starzec. Przekręca haniebnie całą legendę. Opowiada, Ŝe 
Quetzalcoatl przybył w te góry, by zbliŜyć się do nieba, i Ŝe tu opuścił ziemię, .obiecując 
powrócić. Zanim to uczynił, ukrył wśród dolin niezmierne skarby, aby ich nie dostali 
Francuzi. Co za okropne pomieszanie historii!
Umilkł i znowu począł przysłuchiwać się rozmowie.

Pewnie stała się bardziej interesująca, bo hacjender parokrotnie wtrącił się do niej, zadając 
pytania, jak wyczułem z intonacji głosu, bo treści nie zrozumiałem. Wszystko to trwało, jak 
na mą ocenę, straszliwie długo i kiedy wreszcie spotkanie dobiegło końca, a obaj Indianie 
wrócili do łodzi, wsiedli do niej i odpłynęli — odetchnąłem z ulgą. Chyba tak samo 
uradowali się Karol i Bede. Lecz cierpliwość nasza na powtórną wystawiona została próbę. 
Wbrew moim oczekiwaniom seńora oświadczyła, Ŝe informacje, które uzyskała, są nieco ba-
łamutne, musi się zastanowić nad nimi i pewne szczegóły ponownie sprawdzić na mapach. 
Rozeszliśmy się z niczym. Gonzales gdzieś się zawieruszył, tak Ŝe nie zdołałem od niego 
dowiedzieć się, co jeszcze mówił stary Indianin, poza historią o Quetzalcoatlu.

Przydybałem hacjendera dopiero o zmierzchu, przy ognisku. Trzeba było aŜ dwa rozpalić, 

aby pomieścili się wszyscy uczestnicy naszej wyprawy. Przy pierwszym zasiadła rodzina 
hacjendera i nasza trójka. Nie musieliśmy sami piec ani smaŜyć mięsa — Murzyn-słuŜący 
przyniósł gotowe juŜ potrawy. Ryby, bo były to właśnie ryby, zostały nam podane na 
półmisku. Jedliśmy je na talerzach i przy pomocy widelców. Bardzo elegancko i bardzo... 
dziwnie, jak na taką głuszę, wśród której biwakowaliśmy. Jedzenie było znakomite, kawa — 
rozlana do filiŜanek, a nie do ordynarnych kubków blaszanych — wspaniała. Cygara, którymi 
częstował nas Gonzales, zaspokoiłyby najbardziej wybrednego palacza. A po kolacji nikt z 
nas nie potrzebował myć naczyń. Bardzo mi to przypadło do gustu. Wierzcie, Ŝe szorowanie 
piaskiem misek, i to w zimnej wodzie, do przyjemności nie naleŜy. Piasek wbija się w skórę, 
wciska się za paznokcie, a później... i tak trzeszczy w zębach, bo zwykle nie udaje się 
wyszorować do czysta tłustej powierzchni.

Paląc cygaro i siedząc na pniaku w miłym cieple ogniska, spodziewałem się interesującej 

relacji pani Concepcion. Chyba miała juŜ dosyć czasu na rozwaŜenie uzyskanych od Indian 
wiadomości. Jednak i tym razem musiałem jeszcze poczekać. Oto zjawił się przy naszym 
ognisku Coyle (ten od koni!) z:., gitarą pod pachą! Skłonił się pani Gonzales i zapytał, czy 
moŜe uprzyjemnić nam czas śpiewem i grą. Uzyskał zgodę, a nawet kilka oklasków 
hacjendera i Bedego, które, jak się wkrótce okazało, były w pełni uzasadnione.

Coyle miał dobry słuch i miły głos. Jedna z jego piosenek, coś w rodzaju ballady z 

Dzikiego Zachodu, szczególnie mi odpowiadała. Następnego dnia poprosiłem, aby powtórzył 
słowa. Zapisałem je na pamiątkę.

W małym miasteczku na południu, 

Gdzie z nieba pada słońca blask, 
Płynęły lata nieco nudno, 

Dni bez radości, dni bez radości, dni bez radości i bez trosk.

Lecz trzeba z was kaŜdemu wiedzieć, 

ś

e mnóstwo w świecie takich miast. 

Tam nudzie łatwo się zasiedzieć, 
Tam w nudzie wolno, tam w nudzie wolno, tam w nudzie wolno płynie czas.

W miasteczku dzielny szeryf czuwał, 

Bo choć nie działo się nic źle, 
Często się zdarza, często bywa, 

ś

e gdy nie czuwasz, Ŝe gdy zasypiasz, Ŝe gdy zasypiasz, nie zbudzisz się!

Któregoś ranka, wczesnym świtem, 

Wiatr na swych skrzydłach przyniósł wieść, 
ś

e do miasteczka trzech bandytów

background image

 

Przybywa zemstę, przybywa zemstę, przybywa zemstę krwawą nieść.

                    

Więc wszystkich męŜczyzn szeryf prosi:

                  „

PomóŜcie — woła — bo w tym rzecz, 

                    

ś

e gdy choć dzielnych dwu się zgłosi, 

                     

To przepędzimy, to przepędzimy to przepędzimy zbójów precz!"

„Nie mogę — ktoś się tam oburza 

— 

Ma ręka drŜy, gdy strzelać mam." 

Nie mogę — powie tchórz do tchórza 

— 

Niech szeryf radzi, niech szeryf radzi, niech szeryf radzi sobie sam!"

Więc do szeryfa Ŝona rzekła: 

Ciśnij to w diabły, skacz na koń.

 

O, bodaj nie wyjrzeli z piekła

 

Ci, którzy nie chcą, ci, którzy nie chcą, ci, którzy nie chcą chwycić za broń!"

Lecz szeryf został. O tym śpiewa 

Zielonej prerii chłodny wiatr I szumią w borze stare drzewa,

I śpiewam ja, i śpiewam ja, i śpiewam ja — wędrowca brat.

Zgadnijcie teraz, co się stało?
Wszak tamtych trzech, on — jeden był!

A przecieŜ wyszedł z tego cało,
Gdy tamtych trzech, gdy tamtych trzech, gdy tamtych trzech runęło w pył.

A gdy umilkły wreszcie strzały, 
Ludzie przybiegli, buchnął śmiech.

Niech Ŝyje szeryf nasz wspaniały! 

On jeden dzielny, on jeden dzielny, on jeden dzielny jest za trzech!"

Lecz szeryf odpiął srebrną gwiazdę
I cisnął ją na drogi pył,
Osiodłał konia do odjazdu.

Nie będę z wami, nie będę z wami, nie będę z wami dłuŜej Ŝył!"

JuŜ czas zakończyć tę legendę,
Opuszcza miasto szeryf-chwat

I tylko w pieśni istnieć będzie 

Tego zdarzenia, tego zdarzenia, tego zdarzenia wieczny ślad.

Teraz i ja klaskałem, klaskał Karol i pani Gonzales, i jej małŜonek, Inez i Bede.

Dziękujemy — powiedziała seńora — to było piękne, lecz wróćmy do spraw, które w 

tej chwili muszą nas interesować najbardziej. Powtórzę to, czego do
wiedziałam się od Indian. Proszę zostać — zwróciła się do Coylego widząc, Ŝe wstaje. Moje 
wiadomości mogą się przydać i panu.

Na początku wysłuchałem znanego juŜ z tłumaczenia Gonzalesa fragmentu. Dlatego 

pomijam tę część. Druga okazała się znacznie ciekawsza. OtóŜ, stary Indianin stwierdził, Ŝe 
na poszukiwanie skarbów ukrytych przez Quetzalcoatla wyruszyła przed wielu, wielu laty 
wyprawa w góry. Uczestniczyli w niej Indianie z południa, lecz wyprawą kierowali Kreole i 
cudzoziemcy. Obozowali kilka dni nad rzeką wpadającą do jeziora i nabywali ryby od 
mieszkańców wsi. Później prosili o przewodnika, obiecując dobrze zapłacić. Znalazło się 
wielu chętnych, którzy jednak najpierw chcieli się dowiedzieć, dokąd mają wyprawę 
prowadzić. Nie uzyskali wyraźnej odpowiedzi. Kreole wspomnieli tylko, Ŝe pragną zbadać 
wnętrze gór. Lecz Indianie towarzyszący białym zdradzili, Ŝe chodzi tu o jakieś skarby ukryte 
przez dawnych władców Meksyku. Kiedy wiadomość ta rozniosła się wśród mieszkańców 
wioski, poczęto szeptać o skarbach Quetzalcoatla. I wówczas kandydaci na przewodników 
odmówili swych usług. Kto bowiem sięga po własność Quetzalcoatla, tego czeka śmierć.

Mimo to, jak opowiadał starzec, znalazł się człowiek, którego skusiła wysokość 

background image

zapłaty, i ruszył z wyprawą. Sądzono, Ŝe nigdy nie wróci. Jednak zjawił się.

Zapytałam — mówiła dalej seńora Concepcion — jak długo trwała nieobecność 

przewodnika. Niestety, pojęcie czasu jest w tych stronach dość względne. Podobno 
przewodnik wyruszył na wiosnę, a wrócił zimą.
Przybył do wsi konno, co wzbudziło w mieszkańcach zrozumiałe poruszenie. Nikt z nich nie 
miał konia.
Oprócz tego przewodnik przywiózł mnóstwo cennych przedmiotów: aŜ dwie strzelby, kilka 
sztuk poncho, noŜe, szklane paciorki, futro jaguara. Nie chciał zwierzyć się nikomu, jak 
udała się wyprawa. Dopiero później, pod wpływem aquardiente, zdradził tajemnicę naszemu 
informatorowi. Wyprawa posługiwała się papierem, na którym widać było jakieś rysunki 
(oczywiście chodzi tu o mapę), i po wielu, wielu dniach dotarła do miejsca, w którym ukryto 
skarby. Przy ich podziale doszło do kłótni między cudzoziemcami i Kreolami, później do 
walki. Gdy kilku z nich poległo, towarzyszący wyprawie Indianie rzucili się na pozostałe 
blade twarze i pomordowali je. Jeden tylko człowiek zdołał uciec, lecz powrócił w nocy, by 
pijanym i śpiącym czerwonoskórym zabrać broń i zmusić ich do ucieczki. Co stało się z 
rzekomymi skarbami, tego nie zdołałam się dowiedzieć. Dodam, Ŝe to, co mówił stary rybak, 
róŜni się tylko w szczegółach od tego, co poprzednio dowiedziałam się od młodego rybaka. 
No cóŜ, Ŝaden z nich przecieŜ nie był naocznym świadkiem wydarzeń, o których opowiadał.

Umilkła na chwilę, po czym zapytała:

— Pamiętacie, seńores, naszą rozmowę w hacjendzie?
— Oczywiście — odparłem za wszystkich... — Jednak... — zawahałem się.

— Proszę, niech pan mówi.
— Dostrzegam sporo niejasności. Gdzie się podział indiański przewodnik wyprawy?
— Pytałam o to samo. Ten stary rybak twierdzi, Ŝe dosięgła go zemsta Quetzalcoatla. W 
kilka miesięcy po powrocie wybrał się na ryby i utonął.
— Dobrze — zgodziłem się. — Lecz w jaki sposób przewodnik wrócił do wsi z dwiema 
strzelbami, skoro blada twarz zabrała Indianom wszystką broń?
— Jest w tym na pewno jakaś sprzeczność, lecz ten starzec nie potrafił czy teŜ nie chciał 
tej sprzeczności wytłumaczyć.
— To jeszcze nie koniec moich wątpliwości. Dlaczego ci Kreole i cudzoziemcy wynajęli 
tu przewodnika, mając ze sobą kilku Indian?

Uśmiechnęła się:

— Zbyt wiele pan ode mnie wymaga. Nie wiem. Być moŜe tamci Indianie-Zapotecy nie 
znali tak dobrze gór, jak mieszkańcy wioski. Lecz chyba nie jest to waŜne, lecz fakt, Ŝe 
opowieść obu rybaków niewiele róŜni się od tej, którą zeznał księdzu umierający Zapotek. 
I dlatego twierdzę, Ŝe znajdujemy się na właściwym tropie? To, Ŝe spotkaliśmy rybaków, 
stanowi szczęśliwy zbieg okoliczności.
— Zamierza pani nająć przewodnika? — zapytał Karol.
— Nie. Nawet gdybyśmy w dalszej drodze mieli trafić na trudności, lepsze to niŜ 
wtajemniczanie tych ludzi w nasze sprawy. Zbyt wielkie ryzyko.
— Więc oni nie wiedzą, co jest celem naszej wyprawy?
— Polowanie, po prostu polowanie. Tyle im powiedziałam.
— Seńora jest bardzo przewidująca — wtrącił się Coyle. — I słusznie była tak 
powściągliwa w mowie.

W   przeciwnym   wypadku  nieco   lękałbym   się   tego... Quetzalcoatla.

Roześmieliśmy się, a pani Gonzales dodała:

— Gadulstwo nigdy nie jest cnotą i raczej cechuje... kobiety, lecz ja, gdy wdzieję męski 
strój, zaraz zmieniam skórę.
— Dlatego mnie nieco dziwi, Ŝe ci rybacy tak łatwo zdradzili obcym swą tajemnicę. Znam 
nie od dziś Indian i wiem, Ŝe są ostroŜni w udzielaniu informacji nieznanym przybyszom 
-— zauwaŜył Karol.
— Prawda — przyznała — chociaŜ meksykańscy autochtoni są nieco inni. Długoletnie 
rządy Hiszpanów wywarły swój wpływ na starą ludność Meksyku. Znacznie silniejszy niŜ 
Anglicy na Indian północnoamerykańskich.

background image

— Ciekawe stwierdzenie — mruknął Karol, ale tak, Ŝe go wszyscy usłyszeli.
— Nie zgadza się pan?
— Nie wiem, nie znam Meksyku.
— A więc róŜnica polega na tym, Ŝe hiszpańscy konkwistadorzy nie przybyli tu, aby wieść 
Ŝ

ywot rolników, jak pierwsi osadnicy Ameryki Północnej. Tym ostatnim potrzebna była 

tylko ziemia, tym pierwszym: ziemia i ludzie, którzy by ją uprawiali. Anglicy stopniowo 
wypierali Indian z najurodzajniejszych terenów, konkwistadorzy szybko opanowali cały 
Meksyk, czyniąc z ludności tubylczej niewolników pracujących na roli dla swych panów. 
Taka niewolnicza praca pokoleń musiała wywrzeć ujemny wpływ na charakter miejscowej 
ludności. Indianie północnoamerykańscy, cofając się na zachód, długo jeszcze korzystali z 
wolności i mogli prowadzić walkę do ostatka. Tu działo się inaczej. Wraz z podbiciem 
państwa Azteków przez Korteza złamany został wszelki opór.

Ś

wietnie się pani orientuje w historii swej ojczyzny — powiedziałem z uznaniem. — 

Jeśli jednak woła walki została złamana, jak wytłumaczyć oderwanie się Meksyku od 
Hiszpanii?

— Trafił pan w sedno, doktorze. Trzeba jednak wiedzieć, Ŝe inicjatywa uniezaleŜnienia 
się od Madrytu wyszła od Kreolów, podobnie jak inicjatywa uniezaleŜnienia dawnych 
kolonii angielskich w Ameryce Północnej wyszła właśnie od samych Anglików. U nas 
pierwszym, który wystąpił przeciw Madrytowi, był ksiądz Hidalgo, Hiszpan. Tej samej 
narodowości był Franciszek Ksawery Mina. Hiszpanem z pochodzenia był Antonio Lopez 
de Santa Anna, przez długie lata walczący o niezaleŜność tych ziem. Juarez nie 
zwycięŜyłby, gdybyśmy nie wspierali go w walce. My, Kreole! Tak to wygląda. No... zbyt 
daleko odbiegłam od tego, co nas w tej chwili najbardziej interesuje. A więc, uzyskałam te 
wszystkie informacje dzięki temu, Ŝe powiedziałam młodemu rybakowi, iŜ mój daleki 
krewny zginął w wyprawie w Sierra Mądre, i pytałam, czy czegoś o takiej wyprawie nie 
słynął. Reszty... dokonały cygara! I to wszystko. Przewodnika nie weźmiemy, powinny 
nam wystarczyć mapy.
— Sprawa jest jasna — zabrał głos hacjender. — Chyba teraz nikt z was nie wątpi, 
seńores, Ŝe opowieść o tajemniczej wyprawie była zgodna z prawdą.
Nie wiem, co myśleli moi towarzysze, ja zgadzałem się z Gonzalesem.
Na tym zakończył się dzień. Udaliśmy się na spoczynek: obie panie do swego namiotu, 

męŜczyźni do ognisk, gdzie umościli sobie posłania. Jeden Coyle nie mógł nas naśladować 
— sprawował obowiązki dowódcy nocnych straŜy, pełnionych kolejno przez vaquerów. 
Bardzo mi to odpowiadało. Przyjemnie spać od zmierzchu do świtu, nie przerywając snu na 
nocną wartę. Jednak swego winchestera połoŜyłem pod ręką. Karol uczynił podobnie, a 
nawet — więcej. Przebudziwszy się przypadkowo w pełni nocy, dostrzegłem, jak krąŜył w 
pobliŜu, tu i tam. Zagadnąłem go nazajutrz, czego szukał po nocy. Odparł, Ŝe sprawdzał, czy 
nasi wartownicy rzetelnie spełniają swe obowiązki.

Rankiem rozstaliśmy się z jeziorem i dotarli do ujścia wpadającej doń rzeki. To była 

górska rzeka, co się zowie! Z korytem poprzegradzanym kamiennymi progami z potęŜnych 
głazów, o które rozbijała się woda, pełna pian, wirów i szumiących bystrzyn. Ten widok po-
trafił zniechęcić największego nawet śmiałka do podejmowania ryzyka przeprawy. Nam ani 
w głowie to było. Jechaliśmy brzegiem, obserwując wznoszące się po przeciwległej stronie 
koryta chaty wioski i grupę jej mieszkańców gapiących się na naszą karawanę.

Pochód otwierał Gonzales z małŜonką i córką, później — ja, Karol i Bede. Za nami toczył 

się wóz, a kawalkadę zamykali vaquerzy z Coylem jako dowódcą.

Powolna to była wędrówka ze względu właśnie na wóz, wypełniony amunicją i Ŝywnością, 

bo Gonzales przezornie zabezpieczył się w Ŝywność, nie licząc zbytnio na myśliwskie trofea. 
Nieudane polowanie poprzedniego ranka uzasadniało jego ostroŜność. Dodam, Ŝe sporo 
miejsca w wozie zajmowały poncha, futra, a nawet zapasowy namiot. Gdy zagadnąłem 
hacjendera, po co zabrał te zbyteczne moim zdaniem bagaŜe, wyjaśnił, Ŝe zbliŜa się 
meksykańska zima — pora deszczowa, trwająca od czerwca do października. Nie powoduje 
to wielkiego spadku temperatury, lecz w górach, na duŜych wysokościach, dają o sobie znać 
ś

nieg i mróz.

background image

— 

A kto wie — zauwaŜył hacjender — jak wysoko przyjdzie nam zawędrować? Przydadzą 

się wówczas i podwójne derki, i namiot.

Tymczasem jednak nie chłód, lecz nadmierny skwar bardzo  nam  dokuczał.  Na  szczęście  

posuwaliśmy  się 

ciągle wzdłuŜ rzeki. Kryształowo czystej wody do picia 

nie brakowało, a z 

kąpieli korzystaliśmy w godzinach największego gorąca.

Szlak nasz nie był trudny — szeroka, trawiasta płaszczyzna ograniczona z jednej 

strony korytem wspomnianej rzeki. Któregoś dnia drogę zwęził nam podłuŜnie 
ciągnący się kanion o stromych ścianach i ginącym w mroku dnie. Zdumiewające były 
jego barwy! Poprzeczne, kolorowe pasy biegły jeden nad drugim, na przemian: 
zielone, Ŝółte i róŜowe. Nie mogłem oczu oderwać od tej tęczy, nie wymalowanej na 
niebie, lecz utrwalonej w ziemi. Dopiero Karol fuknął na mnie, ostrzegając, Ŝe jeśli co 
krok będę kontemplował piękno, nigdy nie dobrniemy do celu.

Tego samego dnia, pod wieczór, Karol i Gonzales ustrzelili nad rzeką dwie 

antylopy. Nie przypuszczałem, Ŝe te typowe dla prerii północnoamerykańskiej 
zwierzęta mogą zawędrować tak daleko na południe. Gonzales przyznał, Ŝe nigdy 
dotąd nie spotkał tych czworonogów na ziemiach Meksyku. Mieliśmy więc 
wyjątkowe szczęście oraz... sporą ilość wybornego mięsa.

Antylopy — to moje „dobre znajome". Oglądałem je i podziwiałem niejeden raz. 

Wielokrotnie dźwigaliśmy upolowane sztuki razem z Karolem, bo cięŜar tych 
zwierząt jest niemały, około 150 funtów, a wysokość sięga 5 stóp. Cechą 
charakterystyczną antylop prerii, zwanych równieŜ widłorogami (od rogów 
przypominających widły), jest niezwykła szybkość, jaką potrafią rozwijać, bo do 44 
mil na godzinę. Nie dogoni ich najściglejszy nawet wierzchowiec, tym bardziej Ŝe 
antylopy świetnie skaczą, swobodnie pokonując nierówności gruntu. Na otwartej 
przestrzeni nie dają się ani zaskoczyć, ani dopędzić. Prawdopodobnie dlatego właśnie 
nie zostały całkowicie wytępione przez człowieka.

Przy wieczornym ognisku podano nam na cynowych talerzach płaty antylopiej 

pieczeni, świetnie przyrządzonej przez Gonzalesowego kuchcika. Muszę przyznać, Ŝe 
sposób, w jaki hacjender organizuje łowieckie wyprawy, ma swe dobre strony. 
Natomiast złe, według mego przekonania, polegają na tym, Ŝe uczestnik nie moŜe 
korzystać z pełnej swobody. Odczułem to niejeden raz, ponaglany do pośpiechu 
wtedy, gdy przychodziła mi chętka połoŜyć się w cieniu drzew i obserwować ptaki 
krąŜące po niebie lub wspaniałą, barwną roślinność porastającą stoki coraz bliŜszych 
gór. Myślałem o swych poprzednich myśliwskich wędrówkach z Karolem, podczas 
których nikt nas nie poganiał, a podróŜ przerywaliśmy tyle razy, ile razy nam się to 
spodobało. Teraz musiałem trzymać się „regulaminu" wyznaczonego przez 
Gonzalesa.

Wolno, lecz nieprzerwanie posuwaliśmy się w głąb Sierra Mądre i ciągle 

towarzyszyła nam spieniona rzeka, tworząc granicę nie do przebycia. Droga nadal 
była wygodna. Zastanawiałem się jednak, co poczniemy, gdy szlak zwęzi się do 
szerokości ścieŜki. Seńora Concepcion nie obawiała się tego, twierdziła, Ŝe ci, którzy 
przed wielu laty posuwali się w tym samym kierunku, jechali konno, z czego wynika, 
Ŝ

e trasa musi być dość szeroka. Następne dni potwierdziły prawdę jej słów. Droga, 

zamiast się zwęŜać, jeszcze się poszerzyła, bo zagubił się ograniczający ją kanion, a 
jego miejsce zajął łagodny stok, od pewnej wysokości porosły lasem. Na którymś z 
postojów hacjender poprowadził mnie nieco w górę, pokazując poszczególne gatunki 
drzew: modrzewie, cyprysy, mahonie.

— 

Im wyŜej, tym mniejsza róŜnorodność. Później napotykać będziemy juŜ tylko 

sosny i świerki. Te góry, doktorze, to przekrój wszystkich klimatów świata. U 
podnóŜa kwitną cytryny, wierzchołki pokrywa śnieg i lód.

Następnego dnia dotarliśmy do dziwnej polanki. Piszę: dziwnej, poniewaŜ miała 

zdumiewająco regularny kształt koła. Z lewej strony ograniczało ją wzniesienie 
porosłe starodrzewem, z prawej — rzeka. Naprzeciw dźwigała się dziwacznych 
kształtów samotna skała, rozdzielająca prostą dotąd drogę na dwie części: prawą — 

background image

wiodącą nadal wzdłuŜ koryta rzeki, lewą — zagłębiającą się wąwozem w górskie 
zbocze.

.Zatrzymaliśmy się, chociaŜ daleko jeszcze było do końca dnia. NaleŜało bowiem 

zastanowić się nad wyborem dalszej trasy. Seńora Concepcion wydobyła z wozu plik 
map. RozłoŜyliśmy je w cieniu drzew, na ziemi, a nasza przewodniczka poczęła 
ołówkiem i cyrklem odmierzać przebytą drogę. Spoglądaliśmy na to w milczeniu: 
hacjender, Bede i ja. Natomiast Karol zabrał 

długą broń i ruszył w głąb wąwozu, 

wyjaśniając nam, Ŝe spróbuje tylko „coś ustrzelić" i wkrótce wróci.

Łagodny wietrzyk spadał z wysoczyzn, szeleścił papier porozkładanych map. Kilka 

kroków od nas konie szczypały trawę, vaquerzy rozmawiali półgłosem.

— Według moich obliczeń — powiedziała seńora — znajdujemy się bardzo blisko 
pierwszego z tych tajemniczych znaków widocznych na pańskiej mapie, doktorze.
— Ba — wtrącił się hacjender — gdybyśmy wiedzieli, czego szukać? Bo mogło się 
zdarzyć, Ŝe mamy juŜ to za sobą.
— Lecz przecieŜ — zauwaŜyłem — znak musiał być zrobiony wyraźnie, tak aby go nie 
przeoczyć.
— Zapewne, zapewne — zgodził się Gonzales — ale ile juŜ lat minęło od tamtych dni? 
Przez cały ten czas przyroda na pewno nie pracowała nad polepszeniem oznakowania, 
raczej je zatarła.

Nic na to nie odrzekłem, racja była po stronie Gonzalesa. I oto nowy kłopot!

Nie moŜemy dalej ruszać bez odszukania znaku — powiedziała seńora. — Trzeba 

dokładnie sprawdzić kawałek drogi za nami i kawałek przed nami.

Na szczęście nie doszło do tak Ŝmudnych poszukiwań. Ledwie zdąŜyliśmy wstać, ukazał 

się Karol.

— JuŜ z polowania? — zdziwiłem się. — Nie znalazłeś zwierzyny?
— Znalazłem coś lepszego, jeśli się nie mylę. Chodźcie ze mną, sami ocenicie.
— Nie bądź taki tajemniczy. Odkryłeś skarby?
— Nie, lecz być moŜe coś, co do nich prowadzi.
— Oznakowanie?! — wykrzyknął hacjender.
— Na to wygląda.
Łatwo sobie wyobrazić, z jaką niecierpliwością podąŜyliśmy za Karolem.
Po przejściu kilkudziesięciu jardów ujrzeliśmy w głębi wąwozu, usytuowany na samym 

ś

rodku drogi, regularny kopczyk z kamieni, zarosły zielskiem i nieco przysypany ziemią.

— I co wy na to? — zagadnął mój przyjaciel nieco chełpliwie.

To jest dzieło rąk ludzkich — stwierdził Gonzales — drogowskaz, którego szukamy. A 

ty, co sądzisz o tym? — zwrócił się do Ŝony.

To samo — odparła. — Nasz trójkącik z mapy albo... zdumiewający zbieg 

okoliczności. Tych kamieni na pewno nie przyniosła tu woda ani nie spadły ze zbocza, a 
poniewaŜ nie wierzę, aby jakaś jeszcze druga ekspedycja posuwała się tędy przed nami, 
ten drogowskaz został wzniesiony przez posiadaczy pańskiej mapy, doktorze. MoŜemy 
sobie pogratulować. A więc... szybko w drogę! 
— Czy nie warto zbadać wnętrza tego kopca? — zapytał hacjender. — MoŜe coś tam 
ukryto, jakieś wskazówki...
— Wątpię. Wyprawy odkrywcze istotnie niekiedy pozostawiają zapiski ukryte w 
oznaczonych miejscach, lecz w tym wypadku... Zresztą... poszukajmy.

Zabraliśmy się we czwórkę do roboty. Kamienie nie były wielkie i wkrótce oczyściliśmy z 

nich cały krąg, ale nie znaleźliśmy nic.

Po kwadransie wjechaliśmy do wąwozu, którego dno dźwigało się powoli, aŜ 

wyprowadziło nas na trawiastą płaszczyznę, i znowu ujrzeliśmy rzekę płynącą na prawo od 
nas.

Po dwu dalszych dniach wędrówki ukazał się naszym oczom drugi, podobny do 

poprzedniego kamienny drogowskaz, ustawiony w bardzo odpowiednim miejscu, tam gdzie 
do rzeki wpadał górski strumień. Tu naturalna droga rozdzielała się. Jedno jej ramię biegło 
nadal brzegiem rzeki, drugie towarzyszyło strumieniowi. OtóŜ właśnie nad strumieniem 

background image

odkryliśmy kamienny wzgórek.

Te znaki nagle wzbudziły we mnie wątpliwość: czy rzeczywiście wznieśli je uczestnicy 

wyprawy, która tak tragicznie została zakończona? Bo w jakim celu? Dla wytyczenia drogi 
powrotu? Wskazania właściwej trasy dla następnej wyprawy? Lecz po co mieliby tu ponow-
nie wyruszać i czy przewidywali kolejną ekspedycję? A poza tym rozporządzali niezłą 
mapą...

Podzieliłem się swymi wątpliwościami z otoczeniem podczas najbliŜszego wieczornego 

ogniska. Byli zaskoczeni.

— Chyba te znaki ustawiono dopiero w drodze powrotnej — zauwaŜył Bede.
— Nie było drogi powrotnej — zaprotestowałem. — PrzecieŜ wyprawa została rozbita, a 
nie sposób przypuścić, aby kamienne znaki ustawiali wracający do swych rodzinnych 
stron Indianie lub samotny biały człowiek, który tych Indian przepędził.

Słusznie, doktorze — zauwaŜyła pani Concepcion. — Zaiste, dał nam pan zagadkę do 

rozwiązania.
— Myślę, Ŝe ją rozwiązałem — stwierdziłem skromnie.
— Słuchamy, słuchamy! —wykrzyknął Gonzales.
— OtóŜ... wydaje mi się, Ŝe znaki zarówno na mapie, jak i na ziemi nie zostały zrobione 
przez tych, którzy szukali „skarbów".
— A przez kogo? — zainteresował się Bede.
— Przez tych, którzy „skarb" ukryli — obwieściłem triumfalnie.
— Z tego wynika, Ŝe przed nami ciągnęły tędy dwie wyprawy, a nie jedna — powiedziała 
seńora.

Właśnie tak — przytwierdziłem. — Pierwsza wyprawa zakopała gdzieś w górach nie 

znane nam przedmioty, zaznaczyła ich miejsce ukrycia i drogę doń wiodącą, zarówno na 
mapie, jak i w terenie. Później — tak sądzę — mapa dostała się w inne ręce i druga ekspe-
dycja ruszyła po śladach pierwszej.

— A moŜe to ta sama? — wyraził wątpliwość Karol.
— Nie wygląda na to — odparłem. — Nie szukaliby przecieŜ przewodników.
— Doktorze! — wykrzyknął hacjender. — Pan jest genialny. Nikt z nas nie wpadł na taki 
pomysł. Sądzę, Ŝe mapa, którą pan nabył, jest znacznie starsza, niŜ przypuszczaliśmy.

Nie mapa — zaprzeczyła seńora — lecz znaki na niej narysowane. MoŜe zresztą nie o 

wiele starsze. Jedną wyprawę od drugiej mogły dzielić lata, lecz mogły równieŜ dzielić 
tylko miesiące. 
— Lecz kto zorganizował pierwszą wyprawę? — zapytał Karol. — Nie słyszała pani o 
niej?
— Nigdy — stwierdziła. — Nie spotkałam najmniejszej nawet wzmianki.
— PrzecieŜ to zrozumiałe — wtrąciłem. — Ci, którzy chcieli ukryć cenne 
najprawdopodobniej przedmioty, musieli działać w najgłębszej tajemnicy.
— Lecz czemu nie powrócili do swego schowka? — odezwał się Gonzales.
— MoŜe czas jeszcze nie nadszedł, a moŜe tamci ludzie zginęli? — odparła seńora 
Concepcion. — KtóŜ odgadnie?

Rankiem ruszyliśmy nową drogą, znacznie mniej wygodną od poprzedniej. Stosunkowo 

wąskie wybrzeŜe strumienia po przebyciu niecałej mili zamieniło się w wąwóz: z prawej i z 
lewej strony wyrosły porośnięte krzakami, gdzieniegdzie drzewami zbocza, a strumień 
znalazł się prawie w środku wąwozu, płynąc między dwiema wąskimi, pokrytymi Ŝwirem 
plaŜami.

— Miejmy nadzieję — zauwaŜył hacjender, gdy zagłębiliśmy się w gardziel tej cieśniny 
— Ŝe ten wąwóz wkrótce się skończy i to zanim spadnie pierwszy deszcz, bo deszcze tutaj 
jak wodospady. Kiepsko będziemy wyglądać, gdy zaskoczy nas ulewa.

Lecz niebo było pogodne i nic nie wróŜyło zmiany. Za to ziemia spłatała nam psikusa. 

Wieczorem zagrodziła nam drogę nieprzewidziana przeszkoda. Dostrzegliśmy ją w półmroku 
jako brązowy wał ziemi, korzeni, pni i gałęzi. Ciągnęła się w poprzek wąwozu, od ściany do 
ś

ciany. Co za szczęście, Ŝe strumień zdołał utorować sobie przepływ pod spodem usypiska, w 

przeciwnym wypadku po tamtej stronie barykady powstałoby jezioro groŜące nam 

background image

zatopieniem w wypadku przerwania tamy.

PoniewaŜ ściemniało się coraz bardziej, postanowiliśmy zanocować, a dopiero rankiem 

dokładniej zbadać sytuację. Na pierwszy rzut oka zabrnęliśmy w pułapkę bez wyjścia.

Kurara

W niezbyt wesołych nastrojach powitaliśmy ranek, na szczęście słoneczny, nie 

zapowiadający deszczu. Tego by jeszcze brakowało!

Ziemny wał w świetle dnia nie przedstawiał się tak groźnie, jak wczoraj, jednak jego 

wysokość sięgała kilkunastu stóp. Skąd runęły te zwały gruntu, nie mogliśmy odgadnąć, 
poniewaŜ ściany wąwozu były nie tknięte. Dopiero gdy wspięliśmy się na barykadę, ujrzałem 
po przeciwnej stronie zupełnie zrujnowane, nagie zbocze. To z niego właśnie obsunęła się 
ziemia wraz ze wszystkim, co na niej rosło.

Strumień jednak nie wyŜłobił sobie odpowiednio szerokiego koryta pod tamą i tylko część 

jego wody przepływała. Reszta gromadziła się przed nasypem. Na oko wyglądało, Ŝe sięga 
prawie dwu stóp wysokości, zalewając całe dno wąwozu.

— Co robimy? — zapytałem Gonzalesa. — Szukamy nowej drogi?
— A cóŜ innego nam pozostało? — wtrącił się Bede stojący obok mnie na szczycie 
barykady.

Nie wiem — odparł hacjender. — Chodźcie, seńores, do mojej Ŝony, moŜe ona nam 

wyjaśni, czy da się ominąć ten wąwóz.
Zeszliśmy. Przed namiotem pani Gonzales klęczała nad rozłoŜonymi mapami. Uklękliśmy 

obok i cierpliwie czekali. Trwało to dość długo. Na koniec seńora wyprostowała się i 
spojrzała na męŜa.

— I co powiesz, moja droga?
— Niestety, nic pewnego. NaleŜy cofnąć się do rozgałęzienia, a później posuwać wzdłuŜ 
rzeki. Jak długo? Ba, tego nie wiem. Oczywiście, Ŝe do pierwszej doliny skręcającej w 
lewo, lecz czy w takiej dolinie zmieści się nasz wóz, tego nie potrafię z mapy odczytać.
— Brzmi to niezbyt pocieszająco — zafrasował się hacjender. — Chodźmy raz jeszcze 
obejrzeć barykadę.
Wróciliśmy. Gonzales wdrapał się na grzbiet nasypu. Dreptał po nim tam i z powrotem, 

uderzał butem w ziemię, wreszcie znieruchomiał i zwrócił się do nas oczekujących na dole 
wyniku tych niezrozumiałych badań.

Czy moŜe zauwaŜyliście, seńores, jakieś wielkie głazy tkwiące w nasypie?

Zgodnie z prawdą stwierdziliśmy, Ŝe Ŝadnych kamieni nie widzimy, lecz Karol 

natychmiast dodał, Ŝe mogą one znajdować się na spodzie, przysypane ziemią.

— Proponuję przekonać się, jak to wygląda — zdecydował hacjender.
— O czym pan myśli? — zdziwiłem się.
— O przekopaniu tej zawalidrogi.

Czym?! — wykrzyknął Bede. — Rękami?

Zabrzmiało  to  nieco  ironicznie,   lecz   Gonzales  nie zwrócił na to uwagi.

— Rękami — odparł- — lecz uzbrojonymi w kilofy, łopaty i piły. Wszystkie te narzędzia 
znajdują się w wozie. Odrzucimy ziemię, a grubsze pnie potniemy na kawałki. To nie 
będzie zbyt trudne.
— Pan jest nadzwyczajny — stwierdziłem szczerze.— Mnie nie przyszłoby do głowy 
wozić tak cięŜkiego sprzętu.

Uśmiechnął się z zadowoleniem.

Ba, doktorze, gdy się człowiek wybiera w dzikie strony, powinien być przygotowany 

na najgorsze i zaopatrzony w środki do pokonywania przeszkód. Sądzę, Ŝe w dwa, trzy dni 
zdołamy usunąć z tej barykady tyle ziemi, Ŝe wóz przejedzie. Lepsze to od błądzenia po 
górach, nie wiadomo jak długo. A teraz, seńores, do roboty. Podzielimy się na grupy, aby 
bez przerwy pracować. Przyda się kaŜda para rąk.

background image

Po takim wezwaniu nie pozostało nam nic innego, jak zastosować się do propozycji 

hacjendera.

Odtąd, na przemian, my wszyscy, z wyjątkiem pań i kucharza, staliśmy się ludźmi łopat, 

kilofów i ciesielskich pił. Robota była cięŜka, zwłaszcza dla mnie, niezbyt przywykłego do 
tego rodzaju wysiłku. Bede, jak zauwaŜyłem, równieŜ nie był zachwycony, lecz nawet nie 
mruknął, gdy po usunięciu wierzchniej warstwy ziemi i krzaków musiał kilof zamienić na 
piłę i w pocie czoła ciąć potęŜne pnie powalonych drzew.

Po jednym tylko dniu takiej pracy, przerwanej na krótko w porze południowego posiłku, 

zebraliśmy się przy wieczornym ognisku, marząc tylko o śnie, bo nawet nie czuliśmy głodu. 
W takiej sytuacji nieco ponuro było przy ogniu, a próby obu pań rozweselenia nas opo-
wiadaniem zabawnych historyjek spełzły na niczym.

Wieczór następny wypadł podobnie, a rankiem sądziłem, Ŝe nie dźwignę się z posłania, tak 

bardzo bolały mnie mięśnie nóg, rąk i pleców. Jednak przemogłem się, później ból ustąpił.

Wspólny wysiłek dał oczekiwany rezultat. JuŜ w południe trzeciego dnia ziemia została 

przekopana, przetarte piłami pnie odsunięte i powstał przejazd dostatecznie szeroki, by 
zmieścił się w nim nasz wóz. Lustro wody gromadzącej się po przeciwnej stronie nasypu na-
tychmiast obniŜyło się, droga stanęła otworem. Lecz nie ruszyliśmy tego dnia. Wszyscy byli 
zbyt zmęczeni. Nawet kilka godzin leniwego odpoczynku (spacerować nie było gdzie, a 
drapać się po stromych ścianach wąwozu — nikomu się nie chciało) nie przywróciło nam 
pełnej sprawności fizycznej. Dlatego teŜ znowu przy wieczornym ognisku panowało rzadko 
przerywane półsłówkami milczenie. Pani Concepcion zapragnęła widać oŜywić smętną 
biesiadę.

No — powiedziała — skoro milczycie jak zaklęci, ja się postaram urozmaicić 

dzisiejszy wieczór. Kto z was, poza tobą, Pedro — zwróciła się do męŜa — i po za Inez, 
słyszał o Hiawacie?

Zanim zdąŜyłem odpowiedzieć, odezwał się Karol:

Hiawatha, wódz Irokezów, w czasach, gdy jeszcze nie istniały Stany Zjednoczone, 

utworzył federację złoŜoną z plemion Mohawków, Onsida, Onondaga, Kahuga i Seneka.

Karol mnie zaskoczył, a przecieŜ powinienem pamiętać, Ŝe nie był przeciętnym traperem 

znającym tylko futra, sidła i celną broń. W latach swej młodości — i później — czytał 
bardzo wiele, a wówczas gdy go poznałem, zadziwił znajomością indiańskich problemów.

A kto z was zna „Pieśń o Hiawacie"? — zapytała powtórnie seńora.

PoniewaŜ nikt nie odpowiedział, odezwałem się ja:

To poemat Longfellowa.

— Czytał go pan, doktorze?
— Nie — stwierdziłem z lekkim wstydem. — Wiem tylko, iŜ jest to poemat oparty na 
legendach Indian północnoamerykańskich.

Prawda — potwierdziła. — Widzę, Ŝe się bardzo nudzicie, seńores, więc spróbuję 

wam powtórzyć fragment tego poematu, opowiadający o tym, jak powstała pierwsza 
fajka pokoju. Kogo to nie ciekawi, moŜe nie słuchać — dodała Ŝartobliwie. — Nie 
obraŜę się. Rzecz jasna, nikt z nas nie ruszył się z miejsca.

Ś

ród skalistych wierchów prerii,

 Na Czerwonym Kamionisku, 
Gdzie się Głaz Fajkowy  wznosi, 
Gicze Manito potęŜny, 
Władca Ŝycia, stał wysoko 
Na czerwonej turni stromej I przyzywał szczepy bliźnie, 
Bratnie ludy przywoływał.

Spod stóp jego biegła rzeka 

I wpływała w blask poranka,
I jaśniała nad przepaścią, 
Jak kometa Iszkudaha.
Nad doliną nachylony, 
Wielki duch wyznaczył palcem
Krętą drogę lśniącej rzece I powiedział: 

background image

„Tędy tobie".I ułamał z rudej skały

Wystający kawał głazu Ręką ugniótł i ulepił 

Cybuch fajki starodawnej, 

Przyozdobił go wzorzyście, 
Potem z rzeki wyrwał trzcinę,

Długą trzcinę wód przybrzeŜnych, 
Ciemnym liściem obrośniętą.

Wprawił trzcinę w palenisko 

I napełnił cybuch korą, 
Korą wierzby pokruszoną,

Tchnął potęŜnie w puszczę bliską 
I rozŜarzył swym oddechem 

RozłoŜyste drzew konary, 
AŜ zajęły się płomieniem.

Tak, śród szczytów gór ogromnych
Stojąc sam, wyprostowany,
Gicze Manito potęŜny
Skalną fajkę swą zapalił,
Fajkę Zgody i Pokoju,
Bliźnim szczepom dając hasło". 

No, i jak wam się to podoba? — zapytała seńora.

Odpowiedzieliśmy oklaskami. Był to nasz drugi — jak to określił Ŝartobliwie Gonzales — 
wieczór literacki przy ognisku.
Nazajutrz dzień wstał szary, nie rozświetlony ani jednym promykiem słońca. Zatroskany 

hacjender co chwila spoglądał w niebo pokryte chmurami i poganiał wszystkich do zwijania 
obozowiska. Ruszyliśmy wąwozem, którego końca nie było widać, i pełni niepokoju, czy aby 
burza nie zaskoczy nas tutaj, a wezbrany strumień nie zatopi ludzi i zwierząt.

Burza wisi w powietrzu — zwierzył mi się hacjender. — Oj, Ŝeby nie wynikła z tego 

bieda. Ten wąwóz to prawdziwa pułapka. WyobraŜa pan sobie, co będzie się działo, jak 
lunie? śeby chociaŜ dotrzeć do miejsca, w którym zbocza są mniej strome.

Marzenie Gonzalesa nie spełniało się, lecz deszcz równieŜ nie padał, chociaŜ opona chmur 

gęstniała i z ranka uczyniła wieczorny zmierzch. Dlatego w wąwozie, o grzbietach ścian 
porośniętych borem, panowała prawie nocna ciemność. Na szczęście droga była równa, po-
kryta jedynie drobnym Ŝwirem.

Przekład Juliana Tuwima. Z ksiąŜki pt. „Poeci języka angielskiego" — wybór i opracowanie: Henryk 

Krzeczkowski, Jerzy S. Sito, Juliusz śuławski, PIW 1971.

Tak upłynęły ze trzy chyba godziny, po których pierwsza błyskawica rozświetliła mrok, 

oślepiając na kilka sekund ludzi i zwierzęta. Po czym uczyniło się jeszcze bardziej ciemno i 
jeszcze bardziej cicho. W tej ciszy słychać było tylko uderzenia podków w kamyki i 
przytłumiony turkot wozu. Na koniec gdzieś z głębin i z wysokości gór nadpłynął głos 
grzmotu. Przeciągły, huczący, zakończony grzechotliwym dźwiękiem, podobnym do tego, 
jaki wywołuje skalna lawina.

—- Nieźle się zaczyna — zauwaŜył Gonzales. — Ale to jeszcze daleko. Popędzajmy 

konie, moŜe wreszcie skończy się ten piekielny wąwóz.

Zwiększyliśmy tempo jazdy, lecz nadal mizerna to była szybkość — wyładowany wóz 

stanowił powaŜną przeszkodę. Po kilku minutach znowu pojaśniało, lecz tym razem przerwa 
między błyskiem a grzmotem była krótsza. I tak odtąd powtarzały się światła i głosy nieba, 
aŜ zerwał się wiatr i uderzył nas w plecy z taką siłą, Ŝe pochyliliśmy się na siodłach, a 
wierzchowce stuliły uszy i zachrapały. Węzizną wąwozu strumień powietrza przemknął z 
prędkością huraganu, później wróciła cisza i powietrze zastygło w bezruchu. Na krótko 
jednak. Nastąpiło drugie uderzenie, a równocześnie góry i doliny, dno wąwozu, jego zbocza i 
grzbiety gęste od drzew ukazały się nagle naszym oczom z przeraźliwą dokładnością. 
Trójpalczasta błyskawica spadła z czarnego nieba, a po szczytach i nizinach przewalił się 
dudniący głos gromu. Poczułem na policzkach i na dłoniach pierwsze krople wilgoci.

background image

-— KiedyŜ się skończy ten wąwóz? — jęknął hacjender, gdy dudnienie umilkło.
— Chyba zbocza maleją — odparłem.
— Tak pan...
Reszty nie usłyszałem. Huknęło gdzieś bardzo blisko,

moŜe w trzy sekundy po błyskawicy. Znowu spadły cięŜkie krople. Gonzales zatrzymał 
wierzchowca.

— Co takiego?! — zawołałem podjeŜdŜając.
Wskazał dłonią na lewą ścianę. To juŜ nie było pionowe zbocze towarzyszące nam 

nieprzerwanie od chwili rozwidlenia się dróg. Tutaj, w wyniku erozji, zmyte były wszystkie 
wystające fragmenty ściany, ba — ścięty został stromy grzbiet i dzięki temu utworzyła się 
lekko spadzista płaszczyzna, wznosząca się łagodnie od dna wąwozu po gąszcz leśny rosnący 
na górze.

— Chce pan tędy wjechać? Skinął głową.
— Konie nie uciągną wozu — zauwaŜyłem.

Muszą! To powaŜna sprawa, doktorze. Ja znam tutejsze deszcze. Wąwóz zostanie 

zalany.

Seńora Concepcion, a wraz z nią reszta naszej gromadki, zrównała się z nami. Hacjender 

wyjaśnił sytuację.

Z koni! — rozkazał. — Prowadźcie zwierzęta, mocno trzymając za uzdy. Szybko, 

szybko!

Spełniliśmy polecenie. Wbrew pozorom podejście nie było łatwe. Trzymałem swego 

wierzchowca tuŜ przy pysku i ledwie doprowadziłem' go między pierwsze drzewa, tak mi się 
wyrywał i trwoŜył czując pod kopytami usuwającą się ziemię. Inni z nie mniejszym trudem 
wypełnili to zadanie. Jednak obeszło się bez wypadku.

Wyprowadziwszy wierzchowce zbiegliśmy na dół, by pomóc wciągać wóz. To było 

trudniejsze zadanie, nie tylko dlatego, Ŝe wehikuł stanowił tak wielki cięŜar, lecz takŜe z tej 
przyczyny, Ŝe zbocze rozdeptały juŜ kopyta dwunastu koni. Ustawiliśmy się z tyłu wozu, z 
boków vaquerzy chwycili za szprychy kół, woźnica krzyknął i smagnął batem zaprzęg. 
Pojazd ruszył gwałtownie, lecz co chwila grzązł w sypkim piachu zbocza, nie przejechawszy 
nawet połowy jego długości. Dwu ludzi podskoczyło do koni, chwyciło je za uździenice, 
reszta podparła ramionami wóz i pchała co sił. Wolno, wolniutko, dysząc z wysiłku, 
pokonywaliśmy krok po kroku wzniesienie. Gdy dosięgliśmy górnej krawędzi zbocza i wóz 
wtoczono między drzewa, runąłem bezwładnie pod najbliŜszy pień, niezdolny do 
jakiegokolwiek wysiłku. Jednak nie dane mi było długo w ten sposób odpoczywać. Bowiem 
bez Ŝadnego znaku ostrzegawczego nagle lunął gwałtowny deszcz. Zaszumiało w gałęziach 
drzew, a później istny wodospad zwalił się na ziemię.

Zerwałem się i pobiegłem do wozu, wskoczyłem pod budę, gdzie na pakunkach i stosach 

derek juŜ usadowiła się nasza gromadka: dziewięć osób, wliczając w to woźnicę, kuchcika i 
słuŜącego Gonzalesa. Było niemoŜliwie ciasno, ale za to sucho. Deszcz grzmocił w płócienną 
budę, oślepiające błyskawice migotały w szparach, gromy biły raz dalej, raz bliŜej, aŜ w 
uszach dzwoniło. Gonzales załoŜył poncho i wygramolił się z wozu.

Pójdę sprawdzić, jak sobie radę dają vaquerzy — wyjaśnił znikając w ciemnościach i w

szumie ulewy.

Wrócił dopiero po kilkunastu minutach, ociekający wodą jak topielec, jednak okazało się, 

Ŝ

e zmokło tylko poncho, bo gdy je zrzucił, ubranie miał suche.

— Co z ludźmi? — zapytała seńora.
— Radzą sobie, jak mogą. Popętali konie i siedzą pod drzewami. Są głodni. Wydobądźcie 
zapasy, zaraz tu się zjawią.
Kuchcik zdołał wydobyć ze skrzynek i blaszanek pszenne suchary i plastry wędzonego 

boczku. Coyle, wyglądający niczym przysłowiowa zmokła kura, wsunął ociekający wodą 
kapelusz i mokre dłonie do wnętrza wozu, aby otrzymać porcję dla vaquerów. Na dokładkę 
dostał butelkę whisky. Nas, stłoczonych pod budą, poczęstowano tym samym. Smętna była ta 
zimna kolacja, lecz jeszcze smętniejsza — zimna noc, która po niej nastąpiła.

Deszcz nie ustawał, chłód coraz mocniej dawał się we znaki. ZałoŜyliśmy poncha z 

background image

grubego sukna, lecz cóŜ z tego, gdy ścisk nie pozwolił nawet na wyprostowanie nóg. 
Zasypiałem i budziłem się parokrotnie, za kaŜdym razem słysząc szum ulewy. Dopiero nad 
ranem przestało padać, ale niebo pozostało pochmurne.

Wyszliśmy z wozu niewyspani i markotni. Naszą markotność pogłębiły nieudane próby 

rozpalenia ogniska. Błoto chlupało pod butami, leŜące na ziemi gałęzie tak nasiąkły wilgocią, 
Ŝ

e kuchcik, a później Coyle tylko napsuli mnóstwo zapałek i papieru usiłując wzbudzić 

płomień.

Poszedłem spacerkiem nad wąwóz. JakŜe inny widok przedstawiał niŜ poprzedniego dnia! 

Od ściany do ściany, po same krawędzie wypełniała go brudna, mętna woda, płynąca w dół 
leniwym nurtem. Nie mogłem pojąć przyczyny tego zjawiska, wyjaśnił mi je dopiero 
Gonzales.

— Prosta sprawa, doktorze. Gdzieś tam obsunęło się zbocze. Wezbrany strumień i deszcz 

zrobiły swoje. Nauczka dla nas na przyszłość: nie korzystać z Ŝadnych wąwozów.

Tego dnia nie ruszyliśmy dalej. Droga była zbyt rozmokła, a Ŝe wiodła skrajem, tuŜ nad 

wąwozem, istniała uzasadniona obawa, Ŝe cięŜki wóz moŜe się zsunąć do wody.

Koło południa na krótko zaświeciło słońce, lecz nadal było chłodno. JakŜe więc uradowali 

się wszyscy, gdy wspólnym wysiłkiem Gonzalesa i Karola zapłonęły dwa stosy gałęzi. Co 
prawda, więcej dawały dymu niŜ ognia, jednak nieco ciepła padło i na nasze zmarznięte 
postacie. NajwaŜniejsze przecieŜ było to, Ŝe zagotowano wodę i kaŜdy otrzymał kubek 
wrzącej kawy. Ogień pod trzymywaliśmy cały czas, równocześnie susząc wokół niego 
następne porcje paliwa. W ten sposób udało się nam zgromadzić przed zapadnięciem zmroku 
tyle suszu, Ŝe nawet z części tego zapasu sporządziliśmy posłania, bo ziemia nadal była 
wilgotna, a nocleg na błocie — ani przyjemny, ani bezpieczny. Z konarów i gałęzi jedliny 
vaquerzy ustawili wokół ognisk prymitywne szałasy, skupiające w swych wnętrzach ciepło 
ognia i mające chronić przed deszczem. Na szczęście deszcz nie spadł, a ja spałem jak suseł 
w zimowej norze.

Rankiem wszystko się odmieniło. Z chmur na niebie pozostały tylko drobne obłoczki, 

słońce błyszczało, a mokra ziemia parowała. W dwie godziny później ruszyliśmy szlakiem 
wiodącym wzdłuŜ wąwozu. Woda w nim nieco opadła, jednak nie odkryła dna.

Od miejsca naszego nieudanego noclegu droga poczęła coraz wyraźniej wznosić się, a. 

równocześnie obniŜały się ściany wąwozu-rzeki, aŜ na koniec ujrzeliśmy juŜ tylko strumień 
huczący po głazach i dalej — z pół mili — wodospad tryskający z podnóŜa wyniosłej skały. 
To był początek — dla nas koniec — strumienia, który nam tak długo towarzyszył. 
Rozstawaliśmy się z wodą, kto wie, na jak długo. Gonzales rozkazał napełnić wszystkie 
skórzane wory i zapasową beczkę znajdującą się na wozie.
PowyŜej wodospadu, kilka jardów za nim, natrafiliśmy na kolejny trzeci drogowskaz. I tym 
razem był nim kopczyk ułoŜony z kamieni. Milę za tym kopczykiem szerokość drogi 
stopniowo zaczęła się zwęŜać, las coraz bardziej podchodził z obu stron, aŜ w końcu nasz 
wóz musiał się zatrzymać. ŚcieŜka okazała się za wąska. Odbyliśmy krótką naradę, 
poświęconą nie tyle szukaniu innej trasy, bo taka nie istniała, ile ustaleniu składu osobowego 
grupy, która miała ruszyć dalej. Wóz musiał tu pozostać, a wraz z nim ludzie, potrzebni, by 
go pilnować, a zbyteczni, nawet zawadzający w dalszej podróŜy. Kończyła się więc 
wędrówka dla woźnicy, kuchcika i słuŜącego. RównieŜ pozostać musiał Coyle, jako 
kierownik całej grupy. ZauwaŜyłem, Ŝe zmartwił się z powodu takiej decyzji hacjendera. 
Pozostawało ponadto trzech spośród pięciu vaquerów. Sądziłem, Ŝe ich los podzielą równieŜ 
obie panie. Omyliłem się. Seńora Concepcion nie wspomniała o sobie podczas narady, a jej 
małŜonek nawet nie mruknął na ten temat. Natomiast z listy uczestników drugiego etapu 
wędrówki skreślono Inez. Widziałem, jak spochmurniała usłyszawszy ten wyrok. Zerwała się 
gwałtownie z ziemi i krzyknęła:

— Ja mam zostać?!

Niestety, Inez — odpowiedział spokojnie hacjender — nie moŜemy jechać wszyscy. 

Zbyt wiele musielibyśmy zabrać Ŝywności i wody.
— Ale dlaczego ja?
— PoniewaŜ przewiduję bardzo trudną drogę. Tym razem uznałem, Ŝe nie trzeba naraŜać 
cię na taki wysiłek.

background image

— PrzecieŜ tyle juŜ razy jeździłam z tobą...
— Ale zawsze posuwał się za nami wóz zapewniający wygodny nocleg i dobre 
wyŜywienie. Teraz przyjdzie pewnie i pogłodować nieco, gdy zapasy się wyczerpią, a 
zwierzyna zawiedzie.
Odpowiedź ta wcale nie przekonała dziewczyny i chyba tylko obecność obcych 

zapobiegła rodzinnej kłótni. Ja uznałem decyzję hacjendera za słuszną. Ze wszystkich 
bowiem osób wchodzących w skład naszej wyprawy — Inez najmniej udzielała się pracom 
przy rozbijaniu i zwijaniu conocnych obozowisk, nikt zresztą nie miał do niej o to pretensji, 
lecz nonsensem byłoby zabieranie w dalszą drogę osoby najmniej uŜytecznej.

W rezultacie — zamiast piętnastu, tylko siedmiu jeźdźców ruszyło w dalszą drogę w tym 

Gonzales z Ŝoną, nasza trójka (Karol, Bede i ja) oraz dwu vaquerów mających opiekować się 
dwoma końmi jucznymi. Te konie obciąŜone zostały worami z wodą, kociołkiem do 
gotowania, kocami, zapasową amunicją, a nawet oskardami, gdyŜ hacjender przewidywał, Ŝe 
będą potrzebne.

Przed rozstaniem zadecydowaliśmy, aby wóz cofnął się aŜ do wodospadu, właśnie ze 

względu na wodę, której tu nie było.

Nasza siódemka ruszyła leśną duktą, Ŝegnana przez wszystkich z wyjątkiem Inez, która 

obraŜona na cały świat, skryła się pod budą wozu.

Tak więc pozostawiliśmy za sobą luksus wiezionych sprzętów oraz ludzi, którzy wyręczali 

nas w Ŝmudnych czynnościach rąbania drew, rozpalania ognisk, pitraszenia posiłków, 
pojenia koni i odprawiania nocnych wart. Odtąd zdani byliśmy wyłącznie na własne siły. 
Wcale mnie to nie przeraŜało. Posiadałem niezłe doświadczenie, wiedziałem, Ŝe Gonzales i 
w takich warunkach da sobie świetnie radę, a Karol, jak zwykle, zabłyśnie traperskimi 
talentami. Ciekaw byłem tylko, jak zachowa się pani Concepcion lub Bede, w którego 
zdolności westmańskie jakoś nie potrafiłem uwierzyć.

Jechaliśmy jedno za drugim wąską dróŜką. Na czele — hacjender, po nim — seńora, 

później Karol, ja i Bede. Pochód zamykali vaquerzy z jucznymi zwierzętami. Nasze ruchy 
ograniczała z obu stron czarna gęstwa drzew i krzewów, niekiedy cicha, niekiedy roz-
brzmiewająca głosami ptaków. Mimo to posuwaliśmy się znacznie szybciej niŜ dotąd, bo 
jazdy nie hamował cięŜki wóz, a zabłądzić było nie sposób — przed nami otwierał się tylko 
jeden szlak, bez Ŝadnych odnóg ani rozdroŜy. Bór ciągnął się nieprzerwanie, pachnący Ŝy-
wicą i igliwiem sosen i świerków. W jego głąb wzrok nie sięgał dalej, jak na dwa—trzy 
jardy. Gąszcz wysokich  paproci,   małych,   liściastych   drzewek,   wykroty

i powalone pnie tworzyły nieprzenikliwą kurtynę. Przez taką gęstwę nie przedarłby się 
człowiek na koniu, a i pieszy bez siekiery czy meksykańskiej maczety utknąłby po paru 
krokach.

Puszcza towarzyszyła nam przez cały dzień aŜ do zmroku i wśród niej rozbiliśmy pierwsze 

obozowisko, skromne, na miarę naszych potrzeb i moŜliwości. Nocną wartę rozdzieliliśmy 
między sześciu męŜczyzn, co do mnie, wykreśliłbym z tej listy Bedego, bo chociaŜ nie 
odmawiałem mu odwagi i celnego oka... ta jego tajemnicza przeszłość! Kim w istocie był? 
Czemu nie opowiadał o swym zawodzie, jak zwykli to czynić ludzie po dłuŜszej znajomości?

Moja kolejka straŜowania wypadła dobrze po północy. Począłem przechadzać się po 

ś

cieŜce tam i z powrotem, bo to była przecieŜ jedyna wolna od drzew przestrzeń i na niej 

Ŝ

arzyło się wiśniowymi węgielkami przygasłe ognisko. Dokoła panowała cisza, moi 

towarzysze spali, bór milczał i tylko od czasu do czasu podmuch wiatru delikatnie szumiał w 
szczytach drzew. KsięŜyc wzeszedł na niebo i wysrebrzył szlak, po którym kroczyłem. 
Pierwsza moja nocna warta w warunkach tak niedogodnych, po rocznej prawie przerwie. 
Widoczność była przecieŜ bardzo ograniczona ścianami lasu, za którymi kryć się mogły 
najbardziej niebezpieczne niespodzianki. Jednak nabyte przeze mnie doświadczenie 
odezwało się natychmiast, gdy zastąpiłem swego poprzednika, i ująłem dłonią za lufę 
winchestera. Jak zwykle w takich wypadkach najpierw byłem nieco senny, później nocny 
chłód orzeźwił mnie, i to tak bardzo, Ŝe wróciłem do ogniska po poncho i szybko je 
załoŜyłem. Bardzo pomogło. Lecz meksykańskie poncho, świetnie chroniące przed zimnem, 
posiada pewne wady. Krępuje ruchy, a jeden tylko w nim otwór, na głowę, przy jednocze-

background image

snym braku jakichkolwiek rozcięć — uniemoŜliwia swobodnę manewrowanie rękami, przede 
wszystkim bronią. Ta ciepła i cięŜka odmiana peleryny nie nadaje się, rzecz jasna, do 
polowania.

Wdziawszy poncho uniosłem początkowo jego prawy skraj, aby dłoń trzymająca 

winchester była odsłonięta. Wkrótce jednak palce tak mi zgrabiały, Ŝe schowałem je wraz z 
bronią pod poncho.

Dokoła nie działo się nic, mimo to nastawiałem uszu na odgłosy nocy, wytęŜałem wzrok, 

aby przebić ciemności boru — bezskutecznie. Blask księŜyca tak daleko nie sięgał.

Chyba po pół godzinie dreptania tam i z powrotem postanowiłem powędrować nieco dalej, 

drogą, którą dopiero mieliśmy ruszyć rankiem. Kroczyłem prawie bezszelestnie, stąpając po 
niskiej trawie porastającej ścieŜkę, omijając krzaki wysuwające z obu stron swe gałęzie. 
Nagle usłyszałem dźwięk, jaki wydaje cięŜki przedmiot przy upadku na miękkie podłoŜe. 
Zatrzymałem się. Odgłos nie powtórzył się. Nadal panowała cisza i tylko delikatny szum 
gałęzi na wierzchołkach drzew zasygnalizował obecność wiatru. Ruszyłem dalej.

Trudno mi określić, ile jardów przemierzyłem, bacznie rozglądając się na obie strony. 

Przede mną biegła prosto wysrebrzona księŜycem steczka, pusta, jak daleko sięgał mój 
wzrok. Dlatego nie wiem, co mnie skłoniło do zawrócenia. Nagle poczułem niczym nie 
uzasadniony niepokój, chociaŜ cisza trwała dalej, a moim towarzyszom nic nie mogło 
zagraŜać, zresztą — nie odszedłem od nich daleko. Coraz gorszy stan moich nerwów w 
pewnej chwili kazał mi się zatrzymać. Odwróciłem się i zamarłem w pół kroku.

W jasnym blasku, o kilka kroków od ogniska, stał kot! Ale jaki kot?! Tak na oko długość 

jego sięgała chyba pięciu stóp. Widziałem bardzo wyraźnie czarne, owalne plamy na bladym 
futrze, błyszczące ślepia i krótkie,

sterczące uszy na wielkiej głowie. WraŜenie było silne, lecz z gatunku tych, które jeŜą włos 
pod kapeluszem i wywołują nieprzyjemny dreszcz na plecach.

Myślę, Ŝe spotkanie było nieoczekiwane zarówno dla mnie, jak dla zwierzęcia. Chyba 

dopiero przed sekundą wyszło z lasu. DrapieŜnik tkwił w miejscu jak skamieniały, ani 
uciekając, ani gotując się do skoku na mnie. Zorientowałem się pierwszy, jakie skutki mogą 
wyniknąć z takiej schadzki. Czy czułem strach? Nie wiem. Zdawałem sobie tylko sprawę, Ŝe 
od szybkości działania zaleŜy moje Ŝycie.

Wyszarpnąłem spod poncho winchester tak energicznie, Ŝe fałdy cięŜkiego materiału 

wytrąciły mi broń z palców — upadła za najbliŜszy krzak, w mrok lasu.

Zaiste, taki wypadek moŜe się przytrafić chyba tylko greenhornowi, a przecieŜ ja od 

dawna przestałem uwaŜać się za greenhorna! Moja paskudna niezręczność kazała mi znowu 
znieruchomieć. śe wówczas zwierzę nie ruszyło do ataku, to chyba tylko dlatego, Ŝe 
spotkanie wypadło w tę cudowną, jedną w roku noc, o której bajają myśliwi, Ŝe Ŝaden z 
drapieŜników nie ośmiela rzucić się na człowieka. Kto chce, niech w to wierzy. Ja — prawie 
uwierzyłem!

Oprzytomniałem, dałem jeden, długi krok poza ścieŜkę i schyliłem się po strzelbę. Nie 

mogąc jej dostrzec w gąszczu, ukląkłem, tracąc w ten sposób zwierzę z oczu. Nerwowo 
macając dłońmi (wydawało mi się wówczas, Ŝe poszukiwanie trwa minuty, w rzeczywistości 
— zaledwie kilka sekund), natrafiłem na zimną stal lufy. Podniosłem się błyskawicznie, juŜ z 
kolbą przy ramieniu. Zanim cokolwiek dostrzegłem, juŜ usłyszałem: dźwięk dwu strzałów, 
tak szybko następujących po sobie, Ŝe zlały się w jeden przeciągły huk.

— UwaŜaj, Janie!
Poznałem, głos Karola i natychmiast wrócił mi spokój. Mój przyjaciel stał w pobliŜu 
leŜącego nieruchomo zwierzęcia, nieco w tyle i nieco z boku. Teraz ruszył wprost na 
bezwładne cielsko i trącił je końcem lufy. Próba widać wypadła pomyślnie, bo odezwał się 
półgłosem:

— Opuść broń, wszystko w porządku. ZbliŜyłem się.
— Co to za dziwo? — zapytałem.

Jaguar. Niezła sztuka. Jak to się stało? Opowiedziałem w paru słowach, lecz zanim 

skończyłem swą krótką relację, otoczyli nas wyrwani ze snu towarzysze. Musiałem wszystko 
powtórzyć.

background image

— Jaguar — stwierdził Gonzales obmacując futro. — Wielkolud, piękny okaz. Coraz 
mniej tych zwierząt.
— Jeszcze przed kilku laty — powiedział Karol — moŜna było spotkać je na południu 
Stanów, teraz zostały chyba doszczętnie wytępione. Zbyt ładne mają futro i zbyt lubią 
mięso domowego bydła. Padły ofiarą traperów i hodowców.
— Nigdy nie spotkałem się z jaguarem i nie rozpaczam z tego powodu, gdyby nie ty, 
Karolu... jak to się stało, Ŝe zjawiłeś się tak w porę?
— Hm... wiesz jak bardzo mam czujny sen (było to samochwalstwo, lecz prawdziwe!), jak 
budzi mnie kaŜdy podejrzany szelest. Jednak tym razem obudziłem się wśród kompletnej 
ciszy. Nasłuchiwałem. Bezskutecznie. Mimo to podniosłem się i spojrzałem na ścieŜkę. 
KsięŜyc świecił mi prosto w oczy, więc nie od razu zauwaŜyłem, kto po tej ścieŜce 
spaceruje. Dopiero po kilku sekundach spostrzegłem dwa cienie: mniejszy i bliŜszy mi 
oraz większy i bardziej oddalony. Mniejszy cień to był właśnie jaguar, cień większy padał 
od twojej postaci. Przyznam, Ŝe wyglądało to nieco groteskowo: zwierzę kroczyło za 
twymi plecami, spokojnie jak domowy kot, ale taki spokój nie mógł trwać długo. No i... 
zdąŜyłem!
— Widziałeś, jak upadła mi broń?
— Oczywiście. Wówczas złoŜyłem się, strzał był trudny, bo w tył głowy jaguara, ale na 
obejście go z boku nie było czasu. To wszystko. Na przyszłość jednak nie zakładaj na 
siebie poncho, gdy jesteś sam. Okazuje się, Ŝe jest to okrycie nieco... niebezpieczne!

Zaciągnęliśmy trofeum w pobliŜe ogniska, a Ŝe do świtu brakowało jeszcze sporo godzin, 

pokładliśmy się spać. Mnie zluzował w dyŜurze hacjender.

Nazajutrz odjazd nieco się opóźnił, bo Karol z Gonzalesem wzięli się do ściągania futra. 

Gdy wreszcie tego dokonali, rozpoczęło się nacieranie wewnętrznej powierzchni skóry 
ciepłym jeszcze węglem drzewnym i popiołem. Ten zabieg jest konieczny i stosowany po-
wszechnie przez traperów. Bez niego futro sztywnieje, kurczy się i pęka, a włos wyłazi. 
PoniewaŜ reszta z nas nie miała nic do roboty, wynikła z tego rozmowa dotycząca oczywiście 
mej nocnej przygody. Po raz trzeci — pani Gonzales i Bedemu — powtórzyć musiałem 
szczegóły tego zdarzenia, jak się wówczas czułem i jakie myśli przychodziły mi do głowy. 
Byłem szczęśliwy, gdy hacjender i Karol wreszcie dokończyli dzieła, co zmusiło mych 
słuchaczy do siodłania koni i zwijania manatków.

Tego ranka zrezygnowaliśmy z mycia, nasz zapas wody bardzo się zmniejszył.

— Umyjemy się wieczorem albo jeszcze wcześniej — pocieszył mnie hacjender.
— Skąd taka pewność? — zdziwiłem się.
— Stąd, seńor, Ŝe jaguary bardzo lubią tereny podmokłe i rzeki, same zresztą są 
doskonałymi pływakami, co, zwaŜywszy na ich przynaleŜność do rodziny kotów, moŜe 
wydawać się nieco dziwne. A przecieŜ sam obserwowałem jaguara, jak leŜał na grubym 
konarze drzewa, tuŜ nad lustrem wody, a później do niej skoczył i wyszedł z wielką rybą 
w pysku.

Przewidywania Gonzalesa sprawdziły się, chociaŜ niezupełnie tak, jak sądził. Po trzech 

godzinach jazdy towarzyszący nam dotąd bór począł przerzedzać się, wysokość drzew 
malała, coraz częściej wyrastały liściaste krzaki i trawy. Równocześnie twarda dotąd ścieŜka 
poczęła uginać się pod kopytami zwierząt. Raz po raz odnajdywaliśmy na niej ślady racic lub 
odbicia łap drapieŜników. Las zmieniał się w lasek rzadko porośnięty
niskimi drzewkami. Wreszcie skończyło się i to. Ukazała się otwarta przestrzeń rudawych 
traw. Gdzieniegdzie wśród kęp roślin widniały czarne oka bagiennej wody. Nie o taką wodę 
przecieŜ nam chodziło. Teraz ścieŜka poczęła łagodnie obniŜać się. Cała okolica robiła 
wraŜenie niecki wypełnionej grząskim gruntem i ściekającymi z pobliskich wysoczyzn 
strumieniami, których wody nie znajdywały stąd ujścia. Przed nami, z półtorej mili, czerniały 
pasma lasów rosnących na wysokich grzbietach, a nawet poniŜej okalających nieckę wzgórz. 
Dalej — nagie szczyty turni świecące w słonecznym blasku jak diamenty. Pachniało 
zgnilizną, złą wonią, która ostrzega przed malarią i febrą, a kto tego ostrzeŜenia w porę nie 
pojmie, pada ofiarą cięŜkiej choroby. Dlatego naleŜało jak najszybciej poŜegnać się z tym pa-
skudnym krajobrazem. Zresztą, nie istniało tu miejsce ani na odpoczynek, ani na nocleg: 

background image

wąska steczka ograniczona z obu stron czymś, co juŜ na pierwszy rzut oka wyglądało na 
trzęsawisko.

Im niŜej zjeŜdŜaliśmy, tym bardziej uginała się ziemia pod nogami koni, co zmuszało do 

jazdy stępa — jeden niebaczny krok w lewo czy w prawo groził ugrząźnięciem.

Męcząca to była wędrówka, tym bardziej Ŝe przypadła na godziny największej spiekoty, a 

schronić się przed promieniami słońca nie było gdzie. Na samym dnie niecki wierzchowce 
zapadały się po pęciny. Zeskoczyliśmy z siodeł i maszerowali przeraźliwie długo, nim droga 
poczęła się dźwigać i wkroczyliśmy na lesisty stok łagodnie pnący się ku niebu. Co za 
szczęście, bo juŜ ledwie powłóczyłem nogami!

Wprawdzie ścieŜka poszerzyła się prawie dwukrotnie, lecz coraz częściej trzeba było 

przedzierać się przez gęste krzewy i plątaninę roślin o wysokich łodygach. Upragniony przez 
wszystkich postój wypadł na samym grzbiecie wzniesienia, skąd rozciągał się widok na stok 
przeciwległy i na rozległą i długą dolinę, porosłą tylko trawą, przypominającą prerie 
północnoamerykańskie. Wydało mi się nawet, Ŝe wśród tych traw dostrzegam stadko 
antylop. Zanim jednak wydobyłem z juku lornetkę, zwierzęta znikły, a nikt z moich 
towarzyszy nie potwierdził mojej obserwacji.

Wody nie było ani w miejscu postoju, ani w zasięgu naszych oczu. Byliśmy spragnieni, 

więc Gonzales zezwolił kaŜdemu na wypicie po pół kubka ciepłej, cuchnącej skórą lury, 
zaczerpniętej z naszych bukłaków. Konie otrzymały więcej, chociaŜ pozostał nam tylko je-
den pełny wór. Seńora wydobyła mapy i poczęła je studiować.

Ani rzeki, ani strumienia — zauwaŜyła głośno. — Przynajmniej nic takiego nie 

zaznaczono na pańskiej mapie, doktorze. Dopiero po tamtej stronie wzniesienia, za doliną, 
znajduje się jeziorko. Wątpię, abyśmy przed nocą potrafili doń dotrzeć. To spory szmat 
drogi.

Informację przyjęliśmy w posępnym milczeniu. Jeden Gonzales ustosunkował się do niej 
dość niefrasobliwie:

— Nie ma strachu. PrzecieŜ wytrzymamy jeszcze jeden dzień. Konie nieco pocierpią i to 
wszystko, prawda, seńores? Lecz powiedz mi,, moja droga — zwrócił się do Ŝony — w 
jakim kierunku mamy posuwać się dalej.
— Prosto, ciągle prosto — odparła pochylając się nad mapą. — Dolina leŜąca przed nami 
jest tu zaznaczona bardzo wyraźnie, a strzałka wyrysowana atramentem wskazuje wprost 
na grzbiet górski.
— A znaki? śadnych znaków?
— Tylko jeden, kwadratowy, ostatni. Bardzo daleko stąd.
— Jak daleko?

Roześmiała się:

Ba, gdybyśmy posiadali skrzydła, mogłabym odpowiedzieć bardziej dokładnie. Dla 

ptaków to moŜe i blisko, lecz jak wymierzyć na mapie długość drogi,
gdy przed nami tyle dolin i wzniesień, i krętych ścieŜek?

Hacjender zmieszał się.

Wybacz, moje pytanie nie miało sensu. Myślę, seńores — zwrócił się do nas — Ŝe 

powinniśmy ruszać stąd jak najszybciej. Bez względu na to, czy czeka nas dziś dłuŜsza czy 
krótsza wędrówka. Im prędzej osiągniemy jeziorko, tym lepiej.

Dosiedliśmy na nowo koni. Zjazd zboczem okazał się nie mniej trudny niŜ poprzednio 

wjazd. MoŜe był nawet jeszcze trudniejszy. Zmęczone zwierzęta potykały się na 
nierównościach gruntu i wystających z ziemi kamieniach. W końcu zjechaliśmy na tę 
miniaturową prerię i odtąd, juŜ kłusem, przez szeleszczące trawy podąŜali ku końcowi 
równiny. Słońce minęło szczyt nieba, znacząc drugą połowę dnia, Ŝar przestał nękać ludzi i 
zwierzęta.

Dolina, niczym górska hala, była kilka mil długa i tyleŜ szeroka, o kształcie owalnym, 

otoczona łagodnymi wzniesieniami. Obliczyłem, Ŝe posuwając się z dotychczasową 
szybkością przejedziemy ją, zanim dzienna gwiazda pocznie kryć się za górskie szczyty, i 
moŜe jeszcze przed nocą znajdziemy się W sąsiedztwie zapowiadanego jeziorka. Moje 
przewidywania nie sprawdziły się. Przypadek, ale pomyślny, zmienił naszą sytuację. Oto gdy 

background image

mijaliśmy końcowy odcinek doliny, koń jadącego na czele kawalkady Gonzalesa raptownie 
skręcił. Mój wierzchowiec począł parskać, wreszcie rzucił się do galopu, a pozostałe 
zachowały się podobnie. Nie był to jednak popłoch ani ucieczka przed drapieŜnikiem. Zanim 
odgadłem przyczynę, hacjender, pędzący wprost na stromą skałę, która wyrosła niespodzie-
wanie z łagodnego zbocza, krzyknął po hiszpańsku:

Agua! Agua!

Więc konie zwietrzyły wodę. Pognały wszystkie pod skałę i mieliśmy nie lada kłopot, aby 

je z tego miejsca odprowadzić. Źródełko było bardzo mizerne, ciurkało u podnóŜa 
gigantycznego głazu wątłym strumieniem, który po kilku krokach ginął wśród traw, a dalej 
zapewne wsiąkał w glebę. Dlatego właśnie nie zauwaŜyliśmy Ŝadnej rzeczki podczas jazdy.

Wierzchowce poczęły się przepychać, kwiczeć, gryźć, wyrywając się do wody. Z trudem 

opanowaliśmy sytuację, a później podprowadzali kolejno jedno zwierzę po drugim, aby je 
napoić. Zajęło to sporo czasu, aŜ w końcu i ludzie mogli zaspokoić pragnienie.

— Zostajemy — zadecydował hacjender. — Miejsce na nocleg wymarzone, jest woda, 
opał pod bokiem, a otwarta przestrzeń chroni nas przed niespodziewanymi wizytami.
— Niespodziewane wizyty? — zdziwił się Bede. — PrzecieŜ to pustkowie.
— Mam na myśli krewnych naszego jaguara. Ludzi tu nie ma, tym lepiej.
Obóz rozbiliśmy na skraju lasu, na łące, u podnóŜa góry, lecz nie przy źródle. Gonzales 

słusznie zauwaŜył, Ŝe jedyna zapewne w tych okolicach woda ściągać musi wieczorem i nocą 
zwierzynę, a ta składa się nie tylko z trawoŜernych. Bezpieczniej więc trzymać się z dala od 
wodopoju.

Przed rozpaleniem ogniska oczyściliśmy przy pomocy kilofów spory krąg łąki tak, aby 

płomień nie mógł przerzucić się na trawy i nie spowodował poŜaru. OstroŜność konieczna. 
Podczas jednej z mych wędrówek z Karolem poprzez północnoamerykańskie prerie byłem 
ś

wiadkiem  takiego poŜaru.  Jeziorko, nad któ

rym

 zatrzymaliśmy się wówczas, ocaliło nas i 

nasze konie od upieczenia się Ŝywcem, ale cośmy się najedli strachu, to najedli. 
Doświadczony westman znajdzie jednak radę na poŜar. Po prostu, nie czekając, aŜ ogarnie go 
huczące i trzaskające morze płomieni sam podpali trawy w miejscu postoju. Nikły 
początkowo płomień nie wyrządzi mu krzywdy, za to wypaliwszy szmat ziemi odgrodzi go 
od poŜogi, przed którą nie ma ucieczki. Ogień gna z nieprawdopodobną szybkością. I chyba 
tylko śmigłe antylopy, poza ptactwem, mają szansę ocalenia. Bizony i niedźwiedzie, jeśli w 
pobliŜu nie trafi się skalisty lub piaszczysty teren lub nie przepływa szeroka rzeka — giną, 
doścignięte ogniem. Nawet mustangom rzadko kiedy udaje się ujść zagładzie.

Nareszcie mogłem się jako tako umyć. Gonzales wraz ze swą małŜonką zajęli się 

kucharzeniem, vaquerzy poszli na skraj lasu po suche gałęzie. Wkrótce buchnął płomień. 
Ani spostrzegliśmy się podczas ogniskowej gawędy, jak zapadł zmrok i nadeszła pora 
nocnego spoczynku. Mnie przypadła w wyniku losowania najwcześniejsza z wart. Bedemu 
— ostatnia, przed samym świtem. Gdy więc minął czas mego straŜowania, zbudziłem 
Karola, którego kolejka wypadała po mnie, otuliłem się kocem, nogi wyciągnąłem w stronę 
ledwo tlejącego się ogniska, podsunąłem siodło pod głowę i prawie natychmiast zasnąłem. 
Przemieniłem się w ptaka, który fruwał na wielkich wysokościach, nad górami, dolinami i 
prerią, gdzie pasły się tabuny mustangów. JakŜe mi było lekko i jak kolorowo wyglądał 
ś

wiat, który rozciągał się w dole!

Z marzeń brutalnie zostałem wyrwany. To Bede szarpał mnie za ramię.
Siadłem, przetarłem oczy, spojrzałem: to juŜ była przedranna szarówka, ostatnie chwile 

uciekającej nocy.

— Co? — zapytałem szeptem, równocześnie sięgając

po broń.

PołoŜył palec na ustach i wskazał kciukiem lewej dłoni na czerniejący przed nami las.
Podniosłem się ostroŜnie, aby nie zbudzić towarzyszy, i ruszyłem za Bedem. Odeszliśmy 

kilkanaście kroków i dopiero wówczas pokazał mi leŜącą wśród traw pierzastą strzałę łuku.

— Skąd to?
— Wypadła z lasu — wyjaśnił cicho. — Na pewno wymierzona została we mnie, lecz nie 
doleciała celu.

background image

Następnie opowiedział, Ŝe nie podniósł strzały, aby moŜna było ustalić miejsce, z którego 

została wyrzucona. Kazałem mu iść na prawo w głąb boru, lecz niedaleko, szukać śladów na 
ziemi i na krzewach. Ścisnąłem broń w garści i udałem się w lewo. Stąpałem, jak mogłem 
najciszej, przecieŜ nie sposób było uniknąć szelestu potrącanych liści gęsto rosnących 
krzaków. W dolinie panowała juŜ szarówka, w borze trwał jeszcze nocny mrok. O dojrzeniu 
jakichkolwiek śladów mowy nie było, mogłem je tylko zadeptać. Wycofałem się na otwartą 
przestrzeń, a w chwilę później zbliŜył się Bede.' Rzecz jasna — nic nie zauwaŜył. 
Podeszliśmy do koni, lecz nie zdradzały zaniepokojenia. Wobec tego ruszyliśmy skrajem 
lasu, przystając co kilka kroków i nasłuchując. Bezskutecznie. Tak to trwało do chwili, aŜ 
ranne zorze poczęły róŜowić niebo.

Wróciliśmy do ogniska, przy którym juŜ krzątał się Gonzales i obaj vaquerzy. Seńora 

jeszcze spała, a Karol niemrawo ściągał z siebie derkę. Opowiedziałem mu, co zaszło. Zerwał 
się natychmiast.

— Dlaczego mnie nie zbudziłeś? — zirytował się. — Prowadźcie!

Poczekaj z pół godzinki — powiedziałem. — W lesie jest teraz zupełnie ciemno, nawet 

sowa niczego nie dostrzeŜe. Zgodził się.

— Ten łucznik na pewno dawno juŜ odszedł — zauwaŜył — lecz odciski jego stóp 

pozostały. Radzę wszystkim nie rozstawać się z bronią.

Hacjender, słysząc naszą rozmowę, przerwał układanie gałęzi.

Niepomyślną przyniósł nam pan wiadomość, doktorze. Nie lubię niewidocznych 

myśliwych polujących na ludzi. Z widocznymi zawsze jakoś moŜna się dogadać. A moŜe — 
tu zwrócił się do Bedego — ta strzała wcale nie dla pana była przeznaczona, lecz dla jakiegoś 
czworonoga?

Zapytany lekko wzruszył ramionami.

— Zaczynała się juŜ szarówka i nieźle widziałem.

Zresztą... mogę pokazać, jak to wyglądało.

Odczekaliśmy jeszcze kilkanaście minut i gdy się na dobre rozjaśniło, ruszyliśmy całą 

gromadką, bo i seńora Concepcion przyłączyła się do nas.

Bede, doszedłszy do miejsca, w którym leŜała strzała, zatrzymał się.

— Stałem, ot tu — wyjaśnił — twarzą do lasu, bo dolina była pusta. Przypuszczałem, Ŝe 
jeśli nam cokolwiek moŜe zagraŜać, to tylko od strony puszczy, dlatego na nią się gapiłem.
— Słusznie — pochwalił hacjender.
— Strzała wyleciała na mnie z gąszczu — mówił dalej Bede — lecz padła o dwa kroki w 
bok. Zresztą... wątpię, aby mogła przebić poncho, a nawet gdyby przebiła, mogłaby mnie 
tylko drasnąć. To nie kula przecieŜ!

Proszę tak nie myśleć — sprzeciwił się Gonzales. — Nie zna pan tutejszych 

łuczników. Sądzę, Ŝe ten pocisk dlatego był niecelny, Ŝe w locie otarł się o jakąś gałąź. 
Słyszał pan co? Jakieś odgłosy kroków, szelest?
— Nic a nic.
Karol schylił się i podniósł z ziemi śmiercionośne narzędzie. Trzymał je w garści i 

uwaŜnie badał.

— Oglądałeś, Janie? — zwrócił się do mnie.
Zaprzeczyłem.

To teraz obejrzyj dokładnie, zwłaszcza ostrze, i uwaŜaj, abyś nikogo przypadkiem nie 

zadrasnął. To jest... latająca śmierć.

Podał mi strzałę. Przyjrzałem się zaostrzonemu grotowi i zimno mi się zrobiło. Pokryty był 

brunatną, na oko lepką masą. Nie miałem wątpliwości.

Kurara — powiedziałem głośniej, niŜ wymagała tego potrzeba. — Kurara — 

powtórzyłem — czyli wyciąg z pewnego gatunku lian, trucizna powodująca przy najlŜejszym 
zadraśnięciu szybką śmierć od uduszenia.
Kurara poraŜa mięśnie oddechowe i nie ma na nią odtrutki.

Spojrzałem na Bedego. Zbladł.

background image

                                                                       

Komplikacje

Zaskoczyłem słuchaczy swą informacją. Przez parę sekund nikt się nie odezwał. Wreszcie 

Gonzales głosem, który wydał mi się nieco drŜący, zagadnął:

— Czy pan się nie myli, doktorze? W naszym kraju nie rosną liany dostarczające soku na 
tę straszną truciznę, tu Meksyk, nie Ameryka Południowa.
— On się nie myli — odpowiedział za mnie Karol. — Armatnia salwa jest mniej 
niebezpieczna od draśnięcia takim kolcem.
Wręczyłem strzałę hacjenderowi. Długo się nad nią zastanawiał.
— Rzeczywiście — westchnął — wygląda na kurarę. Wracajmy do ogniska, seńores, 
trzeba coś postanowić...
— Przyjdziemy, za chwilę — powiedział Karol. — Janie, chodź ze mną.

Zrozumiałem, lecz Gonzales nie pojął.

— Dokąd? — zapytał.
— Przetrząsnąć nieco las, jest juŜ wystarczająco widno.
— Pójdę z wami.
— Lepiej... nie. Im więcej osób, tym łatwiej zatrzeć wszelkie ślady.
Wkroczyliśmy w puszczę, dokładnie w tym miejscu, skąd według słów Bedego wypadła z 

gąszczu strzała. Pachniało wilgocią nocy i dyszało chłodem poranka.
Rosa pokrywała co niŜsze rośliny, a nawet potęŜne pnie drzew świeciły wilgocią. Stąpaliśmy 
powoli i ostroŜnie, w odległości jarda od siebie, obserwując bacznie poszycie, zarośla, 
drzewa do wysokości własnych głów. Jeśli bowiem pozostawiono tu jakiekolwiek ślady, to 
na pewno nie wyŜej. —Złamana gałązka — powiedziałem półgłosem.

— Zatrzymaj się.
Stanąłem. Karol podszedł.

— Jeśli tego nie zrobiłeś ty — zauwaŜył — albo Be-de dzisiejszego ranka, mamy 
pierwszy ślad.
— MoŜe zrobiłem, moŜe nie zrobiłem — odparłem. — Było wówczas ciemno jak w norze 
borsuka. Ale — dodałem natychmiast — spójrz na ziemię. Nie są to odciski ani moich 
butów, ani Bedego. Nie mają obcasów.

Znakomicie, Janie — ucieszył się — to jasne.

Schylił się, podniósł jakiś patyczek, ukląkł i przyłoŜył go do wgłębienia widocznego w mchu.

— Jegomość tkwił tu nieco dłuŜej, prawda, Janie?

Potwierdziłem. Tylko dłuŜsze przebywanie w jednym miejscu powoduje tak głębokie 

zapadnięcie się stopy w miękkim podłoŜu.

— A teraz odwróć się. Co widzisz?
Wykonałem polecenie.
Między listowiem krzaka i konarami iglastych drzew utworzyła się luka, okienko o 

nieregularnych kształtach. Dostrzegłem przez nie, bardzo wyraźnie, fragment porośniętej 
trawą doliny.

— Stąd strzelał — powiedziałem. — Myślę, Ŝe puszczając cięciwę łuku zaczepił o 
gałązkę. To dlatego strzała zboczyła ze swej drogi. Bede miał szczęście.
— Na to wygląda. A teraz szukajmy dalej. Trzy kroki w lewo, Janie, i posuwaj się 
równolegle do mnie. Tak, doskonale — uznał, gdy zastosowałem się do wskazówki.

Karol Gordon chwilami przypominał wymagającego nauczyciela, nie szczędzącego jednak 

pochwał, gdy uczeń dobrze rozwiązał zadanie. Początkowo trochę mnie to irytowało, mój 
przyjaciel zapominał, Ŝe przez tyle lat zdołałem juŜ pojąć podstawowe zasady traperstwa i 
przyswoić je sobie. Później jakoś przywykłem.

Szliśmy powolutku, aŜ z kolei przystanął Karol.

— Co takiego?
— Nieznajomy zaczął uciekać — odpowiedział. — Spójrz.

ZbliŜyłem się. Teraz odciski nóg wyglądały nieco inaczej, jak gdyby skróciły się i 

pogłębiły na czubkach.

background image

— Biegł — na palcach — zauwaŜyłem. — Przestraszył się. Lecz kogo czy czego?
— MoŜe wyników swego pudła? Bedego?
— PrzecieŜ Bede nie wchodził do lasu.
— Ale później wszedł, razem z tobą.
— I tamten tak długo czekał? — zaśmiałem się cicho.
— Z twego opowiadania wynika, Ŝe wszystko trwało zaledwie parę minut.
— Wystarczająco długo, Ŝeby spokojnie odejść i nie wpadać w panikę.
— MoŜe oczekiwał Bedego, aby powtórzyć strzał, lecz dostrzegłszy dwu ludzi 
przestraszył się.
— Nie, nie! Nigdy w to nie uwierzę. Raczej gotów jestem przypuścić, Ŝe gdy Bede 
odszedł, tamten posunął się na skraj lasu i obserwował nasze ognisko. Wycofał się 
pospiesznie, dostrzegłszy nasz powrót.

Tak czy siak, uciekał. Zbadajmy jego drogę.

Gąszcz stawał się coraz bardziej zwarty, ale dlatego coraz lepiej widać w nim było drogę 
odwrotu nieznajomego łucznika: połamane gałązki, stratowane poszycie. Na którymś z 
krzaków Karol odkrył patyczek zakończony kolorowymi piórkami.
— Złamał strzałę — wyjaśnił mi zbytecznie (znowu „nauczycielskie" skłonności!) — 
zawadził o gałąź.
— Trzymał strzałę w ręku przepychając się przez taki matecznik? Nie bał się zranić 
ś

miercionośnym grotem?

— MoŜe nie starczyło mu czasu, by ją schować, a moŜe zawadził właśnie kołczanem?

Raczej kołczanem, ale jak długo jeszcze kaŜesz mi wędrować przez to bezdroŜe? Co 

nam to da? Gonzales na pewno się niepokoi.
— Cierpliwości, Janie. Chyba wiesz dobrze, Ŝe w warunkach, w jakich się znajdujemy, 
nawet drobiazgi w porę zauwaŜone mają znaczenie.
— Zgoda, lecz nie znajdziemy ani łucznika, ani drobiazgów, na których ci tak zaleŜy.
— Skąd taka pewność? O... proszę.
Przystanął, sięgnął dłonią do pnia na wysokości swej głowy, coś tam zdjął i podsunął mi 

na dłoni pod oczy: dwa długie, kruczoczarne włosy.

— Wspaniale! — stwierdziłem. — Nigdy bym tego nie zauwaŜył, lecz... cóŜ z tego?
— Indianin!
— Ech, dawno o tym wiedziałem. KtóŜ dziś uŜywa łuku poza czerwonoskórymi. 
Wracajmy.
— Jeszcze tylko parę jardów. Chcę sprawdzić, w jakim kierunku odszedł.

Ruszył steczką wyznaczoną połamanymi krzewami i zdeptanym poszyciem. Czekałem, 

rozglądając się z nudów, ale nie dostrzegłem nic godnego uwagi. Słyszałem lekki szelest 
roztrącanych gałęzi, później zapanowała cisza, wreszcie ozwał się głos Karola:

— Chodź tutaj!
Pospieszyłem. CzyŜby znowu coś odkrył? Istotnie — odkrył.

Zajmij się nim — powiedział — ja przeszukam zarośla.

Westchnąłem. W gęstym poszyciu mchu, traw, paproci leŜał nieruchomo człowiek, twarzą 

ku ziemi. Widziałem jego plecy zakryte brudną, postrzępioną, bawełnianą koszulą, ale przede 
wszystkim bardzo zakrwawioną. Odwróciłem go na wznak, odsunąłem długie czarne włosy 
zakrywające czoło, oczy, nos i usta. Ukazało się oblicze starego człowieka, pomarszczone, z 
zagojoną szramą na lewym policzku i pozbawione zarostu. Barwa skóry i wystające kości 
policzkowe zdradzały jego pochodzenie. Sprawdziłem oddech i puls. Zdjąłem kołczan pełen 
ś

miercionośnych strzał, jedna z nich miała urwany bełt. Podniosłem się z klęczek. Meksyk 

coraz mniej mi się podobał.

Po chwili Karol, który myszkował w pobliŜu, wyłonił się z krzaków.

— I co?
— Uderzenie ostrym narzędziem w plecy. Śmiertelne.
— Czyli: noŜem.
— Najprawdopodobniej, lecz noŜa nie znalazłem.
— Bo go zabrał.

background image

— Kto?
— Napastnik, który skrył się za tamtym krzewem. Na tego Indianina, polującego na 
Bedego, polowali dwaj inni. Musiał ich zauwaŜyć i to była przyczyna panicznej ucieczki. 
Jeden z napastników ukrył się właśnie tutaj i to on ugodził biegnącego. Później oddalił się, 
dość szybko i przyłączył się do towarzysza. Tyle odczytałem ze śladów.
— Nie domyślasz się, kim mogli być ci ludzie?
— Buty z wysokimi obcasami. To wszystko.
— Dlaczego nie zabrali kołczanu i łuku? Ten nieszczęśnik jeszcze trzyma swą broń.
— MoŜe nie umieją uŜywać łuków, lecz najprawdopodobniej zostali spłoszeni nadejściem 
twoim i Bedego. Jestem prawie pewien, Ŝe morderstwo popełniono w tym czasie, kiedy 
Bede udał się do ogniska.
— I co teraz?
— Nic, wracamy.
— A on? — wskazałem na leŜącego.
— Przyślemy vaquerów z kilofami, niech wykopią dół. MoŜe Gonzales będzie chciał go 
obejrzeć?

Schylił się, oswobodził łuk z dłoni zabitego.
— Zabierz kołczan, Janie. Pięknie go spalimy. Chodź.
Na granicy lasu i łąki natknęliśmy się na Gonzalesa

i Bedego.

Niepokoiłem się o was, seńores — zaczął hacjender, lecz zaraz zmienił obiekt swego 

zainteresowania. — Co to? Łuk i strzały? Schwytaliście go? Co teŜ ja gadam! Pewnie was 
zaatakował i...
— Nie atakował — przerwał mu Karol — sam został zaatakowany, i to nagle. Zresztą 
niedaleko, najlepiej, Ŝeby pan sam zobaczył, a ty, Janie — zwrócił się do mnie — wracaj 
do obozu i zawiadom panią.
Postąpiłem, jak sobie Ŝyczył, i wraz z kołczanem i łukiem (który Karol mi wręczył) 

zadziwiłem i równocześnie zaniepokoiłem seńorę i obu vaquerów. Opowiedziałem 
dokładnie, co i jak się stało. Uspokoiła się, obejrzała łuk i kołczan.

— Piękne — stwierdziła — i pięknie wyglądałyby zawieszone na ścianie pokoju. A 
strzały...
— Proszę nie wyjmować — ostrzegłem.
— AleŜ...
Delikatnie wyjąłem kołczan z jej dłoni, jeszcze delikatniej wyciągnąłem z jego wnętrza 

strzałę. Jej grot lśnił brunatną mazią, podobnie jak tamtej, wystrzelonej w Bedego. PołoŜyłem
strzałę na Ŝarzących się węglach ogniska, na to cisnąłem kołczan i łuk.

   

Łuk nie jest groźny, proszę go wyjąć, doktorze!

Pokręciłem  przecząco  głową,   dorzuciłem  kilka  suchych gałązek, aŜ buchnął płomień i 
ogarnął cały stos.

— Nie wiadomo, kogo jeszcze spotkamy po drodze — odparłem — łuki nie rosną w lesie 
ani na łące, lepiej, Ŝeby nie istniał, zbyt zwraca uwagę.
— O czym pan mówi?
— Nie chcę, abyśmy przez przypadek ponieśli konsekwencje czynu, którego nie 
popełniliśmy. Rozumie pani?
Roześmiała się.

— Zupełnie jak w kryminalnej powieści! Czy to jednak nie przesadna ostroŜność? Szkoda 
mi tego łuku.
— OstroŜność nigdy nie jest przesadna, jeśli moŜe zapobiec nieszczęściu.
— Pan się lęka, doktorze — stwierdziła.
— Tak — przyznałem. — Zastanawiam się, czy nasze ryzyko nie jest zbyt wielkie w 
stosunku do celu, który zamierzamy osiągnąć. Bawię tu niezbyt długo, a przez ten czas 
dane mi było widzieć tylu zabitych, Ŝe w porównaniu z Meksykiem nasz Zachód, zwany 
Dzikim, wygląda na oazę spokoju i bezpieczeństwa. A teraz znowu człowiek z zatrutymi 
strzałami, który przez przypadek nie stał się mordercą, zadźgany przez zabójców z noŜami. 

background image

Dlaczego? Czy to nie przeraŜające?

Jesteśmy ludźmi gorącej krwi — próbowała zaŜartować, lecz natychmiast zmieniła ton 

i dodała: — śyjemy w wyjątkowym okresie, za rządów Juareza było znacznie spokojniej.

Rozmowa się urwała, bo nadszedł Gonzales z towarzyszami. Ogień jeszcze trawił resztki 

kołczanu i łuku.

— Spalił pan? — zwrócił się do mnie, a w jego głosie odczułem Ŝal i wyrzut 
równocześnie. — To piękna, stara broń.
— Nic lepszego nie moŜna było uczynić — odparł za mnie Karol.
— Jak pomyślę o tej kurarze, ciarki mi biegną po krzyŜu — wtrącił Bede.

Zdaje się jednak, Ŝe nasze poglądy nie przekonały hacjendera, a juŜ na pewno nie 

przekonały jego małŜonki. Widziałem to po jej nachmurzonej twarzy. Co za dziwni ludzie!

Siadajmy, seńores — poprosił hacjender — naleŜy zastanowić się nad przyszłością.

RozłoŜyliśmy się wokół ognia, vaquerzy podali kubki z kawą, boczek i suchary. 

Nieprzewidziane wypadki zmieniły porządek naszych corannych zajęć i nikt jeszcze nie jadł 
ś

niadania.

Posiłek trwał krótko i prawie w zupełnym milczeniu. Dopiero gdy znikła ostatnia kropla 

kawy i ostatni okruch suchara, a Gonzales jak zwykle poczęstował nas cygarami, 
przystąpiliśmy do rzeczy.

A więc, moja droga, i wy, panowie, trzeba się zastanowić nad naszą dalszą wędrówką 

— rozpoczął hacjender. — Dziwna historia, która się tu wydarzyła, to niezbyt pomyślny 
dla nas znak.
— Czy przypadkiem nie przeceniasz tego znaku, Pedro? — odezwała się seńora 
Concepcion. — PrzecieŜ nie wybraliśmy się tutaj na podmiejską przejaŜdŜkę i jeden łuk 
nie powinien wywoływać popłochu. Jeśli zachowamy zawsze przecieŜ obowiązującą 
podczas podobnych wypraw ostroŜność, dotrzemy do celu. Pomyśl tylko, jakiego odkrycia 
dokonamy za dzień lub dwa!
— Dzień czy dwa? — zdziwił się hacjender. — Mówiłaś, Ŝe nie sposób dokładnie 
zmierzyć odległości.
— Mówiłam, prawda, lecz... chyba się nie mylę planując dalszą podróŜ na... no, moŜe na 
trzy dni.

Słuchając tego pomyślałem, Ŝe równie dobrze nasza wędrówka do celu, jeśli go łatwo 

odnajdziemy, moŜe trwać i tydzień. Seńorze bardzo zaleŜało na tajemniczych skarbach. Była 
odwaŜną, lecz chyba niezbyt roztropną kobietą. A moŜe wizja archeologicznego odkrycia tak 
zamąciła jej zdrowy rozsądek?

Jeśli to nawet dwa czy trzy dni — upierał się Gonzales — nie moŜemy naraŜać Ŝycia i 

zdrowia naszych gości.

Argument był — z punktu widzenia hiszpańskiej gościnności — nie do odparcia. I to 

chyba wprawiło seńorę w lekkie rozdraŜnienie.

— PrzecieŜ spaliliśmy zatrute strzały, a ten, których uŜywał, juŜ nie Ŝyje.

— A tamci dwaj? — zapytał hacjender.
— Nie przesadzaj, Pedro, nie są bardziej groźni od Robleda, gdy tkwił za twoim krzesłem 
w naszym własnym domu. Zdawałoby się tak bezpiecznym! A zresztą... ci, którzy zabili 
Indianina, stali się w ten sposób naszymi sprzymierzeńcami.

Pokręcił głową na znak powątpiewania.

— Nie zawsze moŜna liczyć na cudowne zjawienie się seńora Bede w odpowiednim 
momencie, a w dobre duchy puszczy nie wierzę. Ktoś w jej głębi załatwia swe prywatne 
porachunki i nie sposób uwaŜać go za naszego przyjaciela lub wybawcę. Poza tym 
zaczynam się niepokoić o Inez, o Coylego, o vaquerów, których pozostawiliśmy tak 
daleko. Lecz... niech teraz wypowiedzą się nasi goście, posiadają przecieŜ doświadczenie 
w takich sprawach.
— Ufam Coylemu, potrafi zachować ostroŜność. Inez nie jest juŜ bezradnym dzieckiem. 
Dała tego dowody — sprzeciwiła się gwałtownie seńora. — Zresztą, znaczna odległość, 
jaka nas dzieli od nich, jest gwarancją ich bezpieczeństwa. Czy sądzisz, Ŝe po całych 
górach wędrują łucznicy z zatrutymi strzałami?

background image

Gonzales westchnął:

— Obyś się nie myliła...

Umilkł i spojrzał na Karola. Mój przyjaciel nie od razu zabrał głos. Palił cygaro, 

zastanawiał się.

Dobrze — powiedział wreszcie. — Oto, co myślę.

Niebezpieczeństwo istnieje nadal. Zniszczone strzały z kurarą nie zmieniają sytuacji. MoŜe 
jakiś drugi łucznik lub parę tuzinów łuczników posiada podobny arsenał tych strasznych 
pocisków. Kim są ludzie tak świetnie władający noŜami, równieŜ nie sposób odgadnąć.
Skąd tu przyszli i po co? Same zagadki. Jeśli więc postanowicie wracać, zgodzę się z tym, bo 
będzie to rozsądna decyzja.

— A jeśli ruszymy dalej? — zapytała seńora.
— Ruszę i ja. Jednak... radziłbym zawrócić.
— Dziękuję, seńor — odparł Gonzales. — A pan, doktorze?
— Radzę zawrócić — powtórzyłem słowa Karola. — Niebezpieczeństwo jest ogromne, a 
poza tym... jakaŜ pewność, Ŝe odszukamy skarb?
— Lecz jeŜeli nie zastosujemy się do pańskiej rady, jak pan postąpi, doktorze? — 
odezwała się seńora.
— Pojadę z wami. Mój zawód moŜe okazać się potrzebny, chociaŜ wobec kurary jestem 
całkowicie bezradny. Proszę o tym pamiętać. śadna siła ludzka nie uratuje ranionego 
zatrutą strzałą. To wszystko!
Przyznam, Ŝe byłem wściekły i z trudem zachowałem spokój. Przejrzałem grę seńory. 

Doprowadziła swymi pytaniami do tego, Ŝe obaj — Karol i ja — postanowiliśmy 
towarzyszyć wyprawie bez względu na to, jaka miała zapaść decyzja. Kto wie, moŜe 
odmowa skłoniłaby Gonzalesa do postąpienia wbrew woli, swej małŜonki? Lecz czyŜ 
mogliśmy go opuścić w niebezpieczeństwie? A Bede? Do niego z kolei zwrócił się 
hacjender.

— Chyba — odpowiedział skrobiąc się z zakłopotaniem po parodniowym zaroście — 
odwrót nie będzie bezpieczniejszy od dalszej jazdy. Jaką mamy pewność, Ŝe w drodze 
powrotnej nie zostaniemy napadnięci?
— Słusznie! — wykrzyknęła seńora.
— Lecz skracając o kilka dni podróŜ — zdołałem, się wtrącić — zmniejszamy ryzyko.

A ja myślę, doktorze — powiedział Bede — Ŝe ryzyko jest takie samo. JakŜe więc 

rezygnować z naszych skarbów, znajdując się tak blisko nich? Jestem za tym, Ŝeby jechać 
dalej. Zresztą... niech mi tu podejdzie któryś z tych łuczników, dam sobie radę, zanim 
zdąŜy naciągnąć łuk. — Tu klepnął się po futerale colta wiszącym u pasa. — 
Znajdowałem się niejeden raz w gorszych tarapatach, a przecieŜ chodzę cały i zdrowy.
Ostateczna decyzja naleŜała do Gonzalesa, ale juŜ spostrzegłem po jego minie, Ŝe 

argumenty Bedego trafiły mu do przekonania, chociaŜ były tylko zwykłą fanfaronadą.

— 

No cóŜ, seńores? Chyba jednak spróbujemy wykonać to, co postanowiliśmy 

rozpoczynając naszą podróŜ. Jednak — tu spojrzał na Karola i na mnie — nie wolno 
lekcewaŜyć niebezpieczeństwa, o którym mówiliście. Jeśli więc powtórzy się historia z 
łukiem i zatrutymi strzałami, pierwszy dam sygnał do odwrotu. Sądzę, Ŝe krwawy 
porachunek dokonany w lesie nie ma nic wspólnego z naszym tutaj pobytem, lecz nie 
wykluczam niespodzianek. Dlatego wymagam od wszystkich, aby odtąd, bez względu na 
temperaturę, nosili poncho. Gruba, a równocześnie elastyczna tkanina działać będzie jak 
pancerz. Ugnie się pod uderzeniem strzały, ale jej nie przepuści. Zgadzacie się?

Rzecz zrozumiała, Ŝe zgodziliśmy się. Co prawda ogarnęła mnie chętka zapytać złośliwie, 

w jaki sposób mamy chronić przed zranieniem twarze i dłonie, lecz powstrzymałem się.

I tak oto — jak się mówi — klamka zapadła. Zwinęliśmy obóz szybciej niŜ w inne dni, 

pragnąc najprędzej oddalić się z niebezpiecznego miejsca, jak gdyby kilka mil dalej leŜała 
kraina spokoju i beztroski. Mimo pośpiechu pochowaliśmy zabitego Indianina.

Przywdziawszy poncha wskoczyliśmy na konie i ruszyliśmy łagodnym wzniesieniem, aŜ 

ogarnął nas bór porastający zbocze. Wbrew pragnieniu jazda nie była szybka. Pochyłość 
tylko początkowo nie sprawiała trudności. Po przebyciu niecałej mili — szlak wijący się 

background image

między drzewami stał się wąskim i stromym Ŝlebem, wypełnionym szutrem.

Ponad trzy godziny trwała męcząca ludzi i zwierzęta wspinaczka, a kiedy wreszcie 

osiągnęliśmy goły całkowicie grzbiet góry i po krótkiej przerwie poczęli schodzić, zerwał się 
gwałtowny wicher i napędził chmur. W kilka minut później lunął deszcz tak gęsty, Ŝe świata 
nie było widać. Spod końskich kopyt spływały potoki wody, wierzchowce poczęły się ślizgać 
po namiękłej ziemi. Musieliśmy zeskoczyć z siodeł i prowadzić zwierzęta krok za krokiem, 
prawie po omacku. Doceniłem wówczas wartość poncha — nie przeniknęła przez nie ani 
kropla wilgoci i choć głowę i nogi zlewały zimne strugi, ubranie miałem suche. Kiedy 
znaleźliśmy się w kolejnej dolinie, deszcz przestał padać, chmury rozstąpiły się i nawet 
zdąŜyliśmy zobaczyć ostatnie zorze dogasającego zachodu.

Dolinę porastała trawa, gdzieniegdzie kępki krzewów i niskich drzew, na wzór 

afrykańskiego buszu. W środku znajdowało się jeziorko. Właśnie to, które ukazała nam 
poprzednio na mapie seńora Concepcion.

Nocleg byłby przyjemny, gdyby nie nadmiar wilgoci, chłodu i dymu z ogniska. Powiem 

teraz w skrócie: przez następne trzy dni cieszyliśmy się piękną pogodą i mało uciąŜliwą 
drogą. Wody nam nie brakło, tu i tam trafialiśmy na górskie strumyki. I nic nas nie niepo-
koiło ani za dnia, ani podczas noclegów, nie odkryliśmy Ŝadnych śladów obecności 
człowieka. Jedno tylko trapiło nas zmartwienie: brak zwierzyny. Zapasy Ŝywności kurczyły 
się niepokojąco. Gonzales, który tyle obiecywał sobie polowań, począł narzekać, Ŝe góry 
zamieniły się w pustynię, a czworonogi, od których — wedle jego słów — roiło się jeszcze 
przed rokiem, nagle gdzieś odeszły. Znając jednak przesadny sposób wysławiania się 
hacjendera, jego skłonność do wyolbrzymiania drobnych faktów, niekiedy wręcz ich 
przeinaczania, przypuszczałem, Ŝe przed rokiem sytuacja przedstawiała się

podobnie. Postanowiliśmy, Ŝe kaŜdy z pełniących wartę na początku nocy lub świtaniem, a 
więc kiedy zwierzyna udaje się do wodopoju, powinien starać się ustrzelić któreś z 
trawoŜernych, lub — jeszcze lepiej — obudzić Karola i Gonzalesa, najlepszych myśliwych w 
naszym gronie.

Przez kolejne dwie noce nie pojawił się w pobliŜu Ŝaden godny strzału czworonóg. 

Dopiero trzeciej nocy, gdy obozowaliśmy niedaleko bagnistego stawku, zauwaŜyłem podczas 
swej warty stadko zwierząt przypominających domowe świnie. Tarzały się w błocie na prze-
ciwległym brzegu. Obudziłem Karola i hacjendera. Wiatr wiał w naszym kierunku, 
podeszliśmy nie dostrzeŜeni i dwa celne strzały połoŜyły dwie sztuki. Huk obudził całe 
towarzystwo, a widok myśliwskich trofeów tak nas uradował, Ŝe zrezygnowano z dalszego 
snu. Nic dziwnego, wszystkim przejadł się słony boczek, od wielu dni podstawowe danie 
ś

niadań, obiadów i kolacji.

Upolowane zwierzęta naleŜały do gatunku pekari. Pekari obroŜne, jak wyjaśnił mi 

hacjender, a nazwa pochodzi od Ŝółtego pasa biegnącego dokoła szyi i karku, wyraźnie 
widocznego na Ciemnobrunatnej, szczeciniastej sierści. Łeb był podobny do łba domowej 
ś

wini, mięso — jak się później okazało — wcale nie gorsze. Pekari obroŜne Ŝyje w Meksyku 

aŜ po południową część Stanów Zjednoczonych, jednak ja podczas wędrówek po Teksasie, 
Arizonie i Nowym Meksyku nigdy się na tego krewniaka świni nie natknąłem.

Prawie cały dzień zajęło nam przyrządzanie mięsa, aby nie zepsuło się w drodze. Kiedy ta 

Ŝ

mudna robota została zakończona, zrobiło się juŜ zbyt późno na dalszą podróŜ. Z 

zapowiadanych przez seńorę trzech dni minęło juŜ... pięć, a cel zaznaczony na mej mapie 
czarnym kwadracikiem nadal znajdował się gdzieś tam przed nami. Na ten temat sporo było 
gadania przy wieczornym ognisku i sporo pytań, na które małŜonka hacjendera odpowiadała 
raczej skąpo i ostroŜnie. Twierdziła, Ŝe wyklucza moŜliwość przeoczenia ostatniego z 
zaznaczonych na mapie drogowskazów. Znajduje się on w dolinie przypominającej kształtem 
trójkąt, którego wierzchołek zwęŜa się i kończy ślepo w skale. Istotnie, do tej pory nie 
natrafiliśmy na tak oryginalnie ukształtowany teren. NaleŜało więc uzbroić się w cierpliwość 
i — ze zwykłych grzecznościowych względów — nie przypominać seńorze o „odkryciu, 
jakiego dokonamy za dzień czy dwa". Nie przypuszczam, aby osoba świetnie znająca się na 
mapach mogła popełnić tak powaŜny błąd. A więc celowo skróciła czas dalszej podróŜy, 
aby' nie zniechęcać do niej swego małŜonka. Sprytnie zostało to pomyślane, lecz nie miałem 

background image

uznania dla takiego sprytu.

Jeszcze minęły dwie doby, zanim oczom naszym ukazała się zapowiedziana przez seńorę 

dolina. Ujrzeliśmy ją na dalekim planie, w dole, poniŜej przełęczy, na którą wywiodła nas 
mapa. Słońce zmierzało ku zachodowi i czarny cień padający od gładkiej iglicy skalnej 
posiadał, zbiegiem okoliczności, taki sam kształt trójkąta, jak dolina.

Z przełęczy nizina wyglądała jak potęŜna plastyczna mapa i tylko góry wznoszące się po 

tamtej stronie doliny, strome, kolorowe skały, u stóp porośnięte rzadkim lasem, w górze 
zupełnie nagie, bodły niebo kamienistymi turniami.

Oto był cel naszej wędrówki. Gdzieś tam w dole, zakopany w ziemi czy moŜe ukryty w 

jaskini, spoczywał „skarb". Jego bliskość sprawiła, Ŝe zapomnieliśmy o trudnościach drogi, o 
strzałach, łukach, noŜach i kurarze. Zresztą, ostatnie dni uśpiły naszą czujność, utwierdzając 
w przekonaniu, Ŝe w tych dzikich stronach, nie licząc zwierząt, jesteśmy zupełnie samotni.

Gonzales podniósł prawicę i pierwszy ruszył w dół. Milczeliśmy. Słychać było tylko 

klaskanie kopyt po stwardniałym gruncie i chrzęst skórzanej uprzęŜy, gdy wierzchowce 
szarpały cuglami. Co nas czekało? Sukces czy klęska? Czy odnajdziemy „skarb", czy teŜ 
został on tak ukryty, Ŝe tylko osoba wtajemniczona mogła by go odkryć? A moŜe w ogóle go 
nie ma? MoŜe ktoś juŜ nas uprzedził?

Takie to myśli zaprzątały moją głowę, a przypuszczam, Ŝe i głowy mych towarzyszy.

ZjeŜdŜaliśmy coraz niŜej, aŜ na samo dno, gdzie trawy, pachnące zioła i wąziutkie ścieŜki 

wydeptane przez czworonogi powitały nas wonią i ciszą nadciągającego wieczoru.

Hacjender zatrzymał konia.

— Przede wszystkim — powiedział zniŜając głos — musimy sprawdzić, czy płynie tędy 
jakiś strumień. Co mówi o tym mapa? — zwrócił się do Ŝony.
— Nic. Ani śladu wody. Lecz to jeszcze niczego nie dowodzi. Spotkaliśmy po drodze 
sporo źródeł, których nie zaznaczono.
— Kiepska sprawa — zauwaŜył. — Jednak szukajmy, oby z pomyślnym rezultatem. 
NiemoŜliwy będzie dłuŜszy tu pobyt, jeśli nie odkryjemy najmniejszego chociaŜby 
ź

ródełka. A teraz, seńores, rozdzielmy się na dwie grupy, sprawniej pójdzie szukanie. 

Juczne konie niech tu zostaną.

Ruszyłem za Karolem, tamci pokłusował! w przeciwnym kierunku. Pojechaliśmy jedną z 

naturalnych ścieŜek przetartych wśród traw przez czworonogi zdąŜające do wodopoju.

— Tak więc, Karolu — odezwałem się, gdy zostaliśmy sami — wygląda na to, Ŝe seńora 
miała rację: spokojna podróŜ i bezbłędne znalezienie celu.

Powoli, powoli. Jeszcze nie wróciliśmy do hacjendy, jeszcze nie odkopaliśmy 

„skarbów", o których było tyle gadania. Przyznam, Ŝe bardziej liczyłem na piękne trofea 
myśliwskie, lecz polowania całkowicie zawiodły.

— Masz jaguara.
— To tylko szczęśliwie zakończony przypadek. Popatrz, Janie, coś tam błyska.
— Woda?
— Raczej nie woda. O, na pewno nie woda — powtórzył, gdy ujechaliśmy kilka dalszych 
jardów.

Na koniec i ja ujrzałem coś błyszczącego róŜowo w promieniach zachodu. Zeskoczyliśmy 

z siodeł i stanęliśmy jak skamieniali. Wśród traw spoczywały róŜowiejące w blasku kości.

— Oto dolina szkieletów — szepnął mój towarzysz. — W jakieŜ okrutne strony 
zawędrowaliśmy?
— MoŜna było przewidzieć — odparłem. — Zapomniałeś, jak seńora opowiadała o kłótni 
i krwawej walce odkrywców skarbu? PrzecieŜ miał wówczas ocaleć tylko jeden biały 
człowiek. Tu leŜą ci, którzy nie ocaleli.
Karol kopnął szpicem buta jakiś- przedmiot, schylił się, podniósł go. Była to fuzja o lufie 

przeŜartej rdzą i kolbie tak zbutwiałej, Ŝe uginała się pod naciskiem palców. Znaleźliśmy 
jeszcze dwa kordelasy myśliwskie, trzy rewolwery i kilka rodzajów broni palnej — długiej. 
Wszystko nie nadające się juŜ do uŜytku.

— IluŜ tu ludzi mogło paść?
Ogarnąłem wzrokiem wstrząsające pobojowisko i wzruszyłem ramionami.

background image

Czy to takie waŜne? PrzecieŜ chyba nie masz zamiaru liczyć. Myślę, Ŝe poległo tu 

pięciu lub sześciu, jeśli trawa nie zakryła szczątków innych, a dzikie zwierzęta nie 
porozrzucały kości. Chodźmy.

Ruszyliśmy dalej, prowadząc konie za uzdy. Tak nas dogonił Bede z wiadomością, Ŝe 

znaleźli wodę. Zawróciliśmy. Źródło znajdowało się w przeciwległym końcu doliny, lecz Ŝe 
dolina nie była rozległa, szybko dołączyliśmy do reszty towarzystwa.

Noc zapadła, nie rozpalono ogniska. Karol opowiedział o naszym odkryciu, co zresztą nie 

wywarło na słuchaczach większego wraŜenia. Natomiast seńora z widocznym 
zadowoleniem zauwaŜyła, Ŝe uzyskaliśmy jeszcze jedno potwierdzenie: znajdujemy się na 
właściwym miejscu. Zupełnie jakby chodziło nie o szczątki ludzkie, lecz o jakieś resztki po 
rozpalonym niegdyś ognisku. Zdaje się, Ŝe „gorączka skarbu" (na podobieństwo „gorączki 
złota") stłumiła w naszej towarzyszce wszelkie ludzkie odczucia!

Nie spałem dobrze tej nocy, zapewne dlatego, Ŝe przed snem rozmyślałem o tragedii, jaka 

rozegrała się przed laty. Później męczył mnie koszmar: słyszałem odgłosy walki, huk 
strzałów, dzikie okrzyki ludzi. Budziłem się, zapadłem w drzemkę i tak dotrwałem do 
pierwszej rannej zorzy. Dopiero zimna źródlana woda, której nie szczędziłem przy myciu, 
przywróciła mi spokój serca i umysłu. W dzień zresztą dolina wyglądała niezwykle 
malowniczo, czyniąc wraŜenie azylu spokoju i oazy pięknej przyrody.

ZauwaŜyłem, jak bardzo niecierpliwiła się seńora Concepcion podczas śniadania. Nie 

mogła doczekać się chwili, w której rozpoczniemy poszukiwania. Bede równieŜ był mniej 
spokojny niŜ zazwyczaj. Widać i jego opanowało pragnienie ujrzenia wreszcie „skarbów" 
ukrytych w dolinie.

Natychmiast po zakończeniu posiłku wskoczyliśmy na konie i zostawiwszy obu vaquerów 

na straŜy ogniska i jucznych zwierząt, rozpoczęli penetrację terenu. Pierwszym naszym 
zadaniem było odszukanie tajemniczego znaku, ostatniego, jaki wyrysowano na mapie. 
Przypomnę, Ŝe do tej pory znaki te znajdowaliśmy zawsze w miejscach, w których mogła 
powstać wątpliwość co do kierunku dalszej drogi. Tu jednak nie istniały Ŝadne drogi. Dolina, 
jak się wkrótce przekonaliśmy, nie miała wyjścia. Jedynym szlakiem, jaki łączył ją z resztą 
ś

wiata, był szlak, którym tu przybyliśmy.

Dokoła wznosiły się strome zbocza, niedostępne dla jezdnych, trudno osiągalne dla 

piechura.

W jakimŜe więc punkcie powinno było znajdować się to, co na mapie oznaczono czarnym 

kwadracikiem?

Po godzinnej wędrówce tu i tam, po zeskakiwaniu z koni i rozgarnianiu traw w miejscach 

mniej widocznych byliśmy tak samo mądrzy, jak poprzednio. W południe, po dalszym 
bezowocnym krąŜeniu, wróciliśmy na odpoczynek przy ognisku. Myślę, Ŝe przejechaliśmy 
dobrych kilka mil przetrząsając cały teren. Czułem zmęczenie w kościach, lecz ani śladu 
apatii, mój przyjaciel równieŜ nie objawiał Ŝadnych oznak przygnębienia, lecz reszta 
towarzystwa pogrąŜyła się w ponurym nastroju, milcząc lub odpowiadając półgębkiem na 
moje i Karola pytania. Wyglądało to nawet zabawnie i z trudem stłumiłem ogarniającą mnie 
wesołość, aby nie draŜnić innych.

Czy oznacza to, Ŝe nie obchodził mnie rezultat naszych poszukiwań? Wręcz przeciwnie, 

bardzo mnie to interesowało. Rzecz w tym, Ŝe zupełnie inaczej niŜ panią Concepcion, 
hacjendera lub Bedego. Dzięki mnie — chociaŜ zupełnie przypadkowo — sprawa wydobyta 
została z zapomnienia. Z niepewnej, raczej bajkowej historii przekształciła się w 
rzeczywistość. Nie mogłem więc pozostać obojętny na dalszy przebieg wypadków. Ale 
seńorze — jak łatwo odgadłem — chodziło raczej o efekt odkrycia, o rozgłos w świecie 
nauki; Gonzalesowi — o sławę małŜonki, no i... własnego nazwiska. Co się tyczy Bedego — 
nadal przypuszczałem, Ŝe zajmuje go jedynie wartość materialna „skarbu". Mnie natomiast 
nic a nic nie zaleŜało na rozgłosie ani na jakichkolwiek drogocennych kruszcach. Ciekawiło 
mnie zakończenie tej przygody, intrygowała tajemnica otaczająca dotąd tę zagadkową 
sprawę. A poza tym -— nie byłem pesymistą. UwaŜałem, Ŝe niezbyt rozległą dolinę moŜna 
przeszukać bardzo dokładnie, byle tylko działać systematycznie i bez zbędnego pośpiechu. 
Wówczas nic się przed naszymi oczami nie ukryje. Sądziłem, Ŝe jedyny ocalały z tamtej 
ekspedycji biały musiał działać nerwowo i szybko. PrzecieŜ mógł się spodziewać w kaŜdej 

background image

godzinie powrotu Indian dwukrotnie przepędzanych z doliny. Jeśli więc nie zabrał 
wszystkiego, co tu znaleziono — a jakŜe mógł zabrać nie mając jucznego zwierzęcia? — 
pozostała część „skarbu" została zakopana prowizorycznie, bez naleŜytego zatarcia śladów, i 
dlatego bystry obserwator powinien by łatwo zauwaŜyć to miejsce. Tylko czas i bujna flora 
mogły lepiej zamaskować skrytkę.

Podzieliłem się tą myślą z towarzyszami i w ten sposób poprawiłem im humor. Jednak 

natychmiast mimo woli go popsułem zauwaŜywszy, Ŝe nawet gdyby „skarby" zostały z 
doliny wywiezione, to ślad po nich musiał się zachować. Najbardziej dotknięta takim 
przypuszczeniem poczuła się seńora Concepcion. Zaraz teŜ odparła, Ŝe tego rodzaju-
ewentualność nie wchodzi w rachubę. Jeśli cokolwiek z tej doliny wywieziono, mogła to 
być jedynie drobna część ukrytych przedmiotów. Nie wiem, na czym opierała swe 
twierdzenia. Myślę, Ŝe jedynie na własnych... pragnieniach.

W drugiej połowie dnia podjęliśmy znów poszukiwania. Tak nas wszystkich 

zaabsorbowały, Ŝe nikt nie pomyślał o przetrząśnięciu chociaŜby najbliŜszego otoczenia 
doliny. Gdy zapadł zmierzch a zmordowani i przygnębieni „poszukiwacze" przyszli grzać się 
przy ognisku, powiedziałem, co myślę o takim niedopatrzeniu.

Zdaje się, Ŝe tylko Karol wysłuchał mnie z naleŜytą uwagą, reszta tonęła w marzeniach: na 
przemian pełnych nadziei lub zwątpienia.

Zaproponowałem, aby najbliŜszego ranka przeznaczyć kilka godzin na penetrację okolicy. 

Spojrzeli na mnie jak na wroga, nie chcąc nawet dyskutować na ten temat. I nic nie 
wskórałbym, gdyby Karol nie podchwycił mojej propozycji i nie zdobył się na decyzję. 
Oświadczył, Ŝe rankiem wyłączymy się z poszukiwań „skarbu". Bezpieczeństwo nas 
wszystkich jest równie waŜne, jak cel, dla którego tu przybyliśmy.

— PrzecieŜ dolina robi wraŜenie niedostępnej fortecy — zauwaŜył Bede.
— Lecz tylko wraŜenie — odparł mój przyjaciel. — Łatwo wdrapać się po okolicznych 
skałkach, a jeszcze łatwiej z nich zejść. Zbadamy to jutro, ja i doktor. Kto wie, moŜe 
naleŜy na skraju wystawić wartownika, aby obserwował dolinę i jej otoczenie?
Gonzales przystał na tę propozycję. Jednak poznałem po intonacji jego głosu, Ŝe zgoda 

była tylko grzecznościowym gestem wobec gości, a nie wynikiem przekonania.

Nazajutrz rozstaliśmy się: hacjender ze swą gromadką udał się na kolejne przeszukiwanie 

doliny, my — na spenetrowanie tego, co tę dolinę otaczało. Karol nie mylił się twierdząc, Ŝe 
stosunkowo łatwo dotrzeć do krawędzi otaczającej dolinę, chociaŜ pozornie wydawało się to 
niemoŜliwe.

W kilku miejscach pod działaniem erozji utworzyły się pochyłe rynny, wypełnione gruzem 

i piaskiem. Jedną z takich rynien powędrowaliśmy ku górze, trafiając na przełęcz dzielącą 
dwie kamienne iglice. Z tego miejsca mogliśmy obserwować przeciwległy stok wzniesienia 
— całkowicie nagą, łagodnie opadającą pochyłość. Ciągnęła się z pół mili. Dalej rósł las. 
Przemaszerowaliśmy pochyłością równolegle do obwodu doliny aŜ do miejsca, w którym 
skały i rozpadliny zmusiły nas do odwrotu. Niestety i odwrotny kierunek drogi nie pozwolił 
na dokładniejsze przeszukanie otoczenia i tu bowiem strome urwiska zagrodziły przejście. 
Zbadaliśmy więc to, co mogliśmy zbadać, nie znajdując nigdzie Ŝadnych śladów ani 
końskich kopyt, ani ludzkich stóp. Z kolei naleŜało spenetrować przeciwległe krańce doliny, 
a przede wszystkim drogę, która nas do niej doprowadziła. Jednak do wykonania tego 
zamiaru nie doszło, bowiem przybiegł do nas zdyszany vaquero z wiadomością, Ŝe odkryto 
miejsce, gdzie na pewno schowane są skarby. Pognaliśmy tak szybko, jak tylko na to ze-
zwoliło zmęczenie po niedawnej wspinaczce.

Z daleka dostrzegłem grupę towarzyszy skupionych u stóp stromej skały, niedaleko 

ź

ródełka. A oto, co ujrzałem zatrzymawszy się u celu: resztki porąbanych maczetami pnączy 

porastających podnóŜe skały, czarny otwór jaskini oraz Gonzalesa i Bedego z prymitywnymi 
pochodniami, które bardziej kopciły, niŜ dawały światła.

— Seńores — zwrócił się do nas hacjender — przybywacie w porę! MoŜe się mylę, ale 
chyba tu właśnie spoczywał skarb ukryty przed laty.
— Spoczywał? — zapytałem zdziwiony. — Więc juŜ go nie ma?
Gonzales tylko pokręcił głową, seńora Concepcion i Bede ponuro milczeli.

background image

— Wejdźcie i sprawdźcie sami.
Hacjender ruchem ręki wskazał czarny otwór. Karol zagłębił się pierwszy w ciemność 

wnętrza, po nim ruszył hacjender i Bede z pochodniami, wreszcie pani Concepcion i ja.

Migotliwy, dymiący płomień rozświetlił mrok sporej pieczary. Całkowicie pustej, o dnie 

wysłanym miękkim piaskiem i drobnymi kamykami.

Rozeszliśmy się badając ściany, które w górze zbiegały się w owalne sklepienia. Przy 

pomocy kilofów wzruszono ziemię w kilku miejscach. Jedynym efektem tych 
powierzchownych poszukiwań były dwa kawałki zbutwiałych desek i kilka glinianych 
skorup, najprawdopodobniej szczątków garnka. Jak się nieco później dowiedziałem, pani 
Concepcion jeszcze przed naszym przyjściem znalazła tu nieźle zachowaną figurkę z gliny, 
przedstawiającą siedzącego męŜczyznę, grającego na dziwacznym instrumencie. Seńora 
wyjaśniła, Ŝe instrument ten nazywa się omichicahuaztłi, bardzo stary i popularny wśród 
meksykańskich Indian. Składa się z kawałka drewna lub z kości odpowiednio ponacinanych. 
Dźwięk uzyskuje się przez przeciąganie kijem lub muszlą po tych nacięciach. Seńora 
twierdziła, Ŝe figurka została wykonana przed kilkuset laty, Ŝe posiada wysoką wartość 
muzealną.

Nic więcej nie znaleziono, pochodnie poczęły gasnąć, dym dusić, bo grota nie miała 

przewiewu, więc ruszyliśmy ku wyjściu. TuŜ na granicy ciemności jaskini i dziennego 
ś

wiatła czubek mego buta trafił na jakiś płytko zagrzebany w piachu przedmiot, który 

potoczył się i utknął w kępie traw. Schyliłem się, podniosłem, wytarłem o rękaw kurtki, aŜ 
błysnęło Ŝółto.

Jeśli nikt tego z państwa nie zgubił — powiedziałem Ŝartem — mamy dowód, Ŝe w 

grocie bawili kiedyś ludzie, a moŜe nawet coś w niej ukryto. Proszę.

Podałem znalezisko seńorze.

— Pierścień! — krzyknęła.
— Złoty — dodałem — jeśli się nie mylę.
— Na pewno złoty. Doktorze, pan posiada sokoli wzrok.
— Zwykły przypadek — sprostowałem.

Pierścień przewędrował z rąk do rąk. Opłukany w wodzie strumienia, ukazał na swym 

obwodzie drobniutki, misternie wykonany ornament.

— MoŜe by jeszcze raz przeszukać grotę? — zaproponował Bede.
— Szkoda czasu — odparł Karol.
— Dlaczego?
— Dlatego, Ŝe to, co w tej grocie się znajdowało, zostało wyniesione lub przeniesione w 
inne miejsce.
— GdzieŜ więc są skarby jakiegoś tam indiańskiego bóstwa?
Nikt mu na to nie odpowiedział, a Karol zapytał:
— Czy wejście do jaskini było zamurowane?

Nie — odparł hacjender. — W przeciwnym wypadku najprawdopodobniej nigdy bym 

tej jaskini nie zauwaŜył. Otwór został całkowicie zakryty roślinnością. Zupełnie 
przypadkowo zwróciłem uwagę na wielkie i mniejsze głazy wystające spośród liści i 
pnączy. Rozchyliłem zarośla i ujrzałem otwór. Te kamienie, seńores, słuŜyły kiedyś do 
zawalania wejścia. Oto dowód — schylił się i podniósł dwa odłamki skały. — Proszę 
zauwaŜyć resztki gliny na krawędziach. Gdy za-murowywano otwór, glina posłuŜyła do 
spajania głazów i zatykania otworów.

Karol obejrzał dokładnie oba kamienie.

— Nie myli się pan — stwierdził. — Nie ma czego szukać w jaskini. Czy trafiliście na 
ś

lad drogowskazu z mapy?

— Nie, niestety — westchnął hacjender.
— Teraz to juŜ nie ma dla nas Ŝadnego znaczenia. Przypuszczam, Ŝe został rozebrany 
przez ludzi, którzy musieli wiedzieć, Ŝe w jego wnętrzu ukryto wskazówki ułatwiające 
znalezienie jaskini.

Wróciliśmy do obozowiska. Pierścień raz jeszcze obiegł krąg siedzących, podawany z ręki 

do ręki z naleŜytą ostroŜnością. Natomiast figurkę seńora tylko nam pokazała, lękając się o 

background image

całość dość kruchej glinianej powłoki.

— To naleŜy do pana, doktorze — powiedziała wręczając mi cenne znalezisko, gdy złoty 
krąŜek został juŜ dokładnie obejrzany.
— Nie znam się na tym — odmówiłem przyjęcia. — Przypuszczam, Ŝe jest to dzieło 
staroŜytnej sztuki, warte znacznie więcej niŜ metal, z którego je wykonano. Pani najlepiej 
będzie wiedziała, co z tym uczynić.

Rozpromieniła się i podziękowała z iście hiszpańską galanterią.

Zastanówmy się — zabrał głos Gonzales — dokąd mogły zostać przeniesione 

przedmioty z jaskini. Nie potrafimy przekopać całej doliny, więc dobra myśl moŜe nas 
skierować na właściwy ślad.

Tu spojrzał na Karola.

— Nie trzeba kopać na oślep — oświadczył mój przyjaciel. — Twierdzę, Ŝe miejsce 
ukrycia powinno być dość widoczne, poniewaŜ zakopującą była tylko jedna osoba, a 
sytuacja zmuszała ją do pośpiechu.
— Lecz gdzie szukać takiego miejsca? — wyrwał się hacjender, a nie otrzymawszy 
odpowiedzi, zauwaŜył smętnie: — Jutro próbujemy na nowo...
Następnego ranka hacjender zaproponował, aby zamiast chaotycznych badań terenu 

podzielić dolinę na części, tak jak postępują mierniczowie przy parcelacji ziemi, i kaŜdą z 
nich przetrząsnąć kolejno. Pomyślałem, Ŝe tego rodzaju poszukiwanie przeciągnąć, się moŜe 
na kilka tygodni, nie gwarantując pomyślnego wyniku. Jednak nie zdradziłem głośno swych 
wątpliwości, bo nie miałem nic innego do zaproponowania. Zapytałem natomiast, na jak 
długo mogą nam jeszcze wystarczyć resztki pekari i te zapasy Ŝywności, które zostały za-
brane z hacjendy.

— Na trzy dni — odparł Gonzales — najdłuŜej na trzy dni.
— Więc zanim te trzy dni miną, powinniśmy urządzić polowanie.
— Oczywiście, seńor doctor. Lecz chyba dwie osoby wystarczą na taką małą wyprawę 
myśliwską. Pozostałe nie muszą przerywać swej pracy. Czy moŜe ktoś ma inną 
propozycję?
— Ja — odparł Karol.
— Słucham, seńor.

Zastanawiałem się, jak bym postąpił pragnąc ukryć drogocenny przedmiot, a mając 

mało czasu na ukrycie go, zdany wyłącznie na własne siły.

— I do jakiego wniosku pan doszedł?
— ZaleŜało by to przede wszystkim od charakteru osób, które pragnęłyby odszukać 
schowany przeze mnie przedmiot.

Zabrzmiało to nieco zagadkowo, nic teŜ dziwnego, Ŝe hacjender znowu zapytał:

— Co pan przez to rozumie?
— Zaraz wyjaśnię. Ten nie znany nam uczestnik ekspedycji, która opróŜniła jaskinię, a 
później... wzajemnie się wymordowała, mógł lękać się tylko powrotu Indian. Nikt więcej, 
poza nim, nie pozostał przecieŜ przy Ŝyciu, oprócz właśnie Indian. Ich zwyczaje i przesądy 
najprawdopodobniej były mu znane i wyzyskał je dla ukrycia skarbu. Czy mówię 
zrozumiale?
— Oczywiście, seńor.
— A więc — ciągnął Karol — musiał znaleźć miejsce, które zniechęciłoby 
czerwonoskórych do szukania dzięki pewnym, nazwijmy to, cechom odstręczającym. 
Wydaje mi się, Ŝe odkryłem takie miejsce. Zanim więc dwu z nas uda się na polowanie, a 
reszta wróci do penetrowania doliny, sprawdźmy, czy się nie mylę.
To powiedziawszy wstał od ogniska i ruszył prosto w ten zakątek doliny, w którym 

natrafiliśmy juŜ pierwszego dnia na szkielety.

Teraz odgadłem, co mój przyjaciel miał na myśli. Trzeba było dobrze znać psychikę 

czerwonoskórych, aby wpaść na taki pomysł.

Gdy znaleźliśmy się w miejscu, skąd widać było dokładnie bielejące szczątki ludzkie, 

Karol kazał nam zatrzymać się, a sam ruszył dalej między wysokie trawy i ślady tragicznego 
wydarzenia sprzed lat. KrąŜył tu i tam, co pewien czas przystając. Pomyślałem, Ŝe jeśli się 

background image

nie myli, nieznany uczestnik tamtej wyprawy nie tylko wiedział, czego lękają się półdzicy 
Indianie, lecz równieŜ sam był człowiekiem pozbawionym wszelkich skrupułów. KomuŜ 
bowiem innemu przyszłoby do głowy zamaskować miejsce schowka zwłokami niedawnych 
towarzyszy wyprawy? CóŜ za makabryczny pomysł!

Tu! — zawołał Karol. — Nie! — zaprotestował widząc, Ŝe ruszamy całą gromadką. — 

Zaczekajcie. Tylko dwie osoby z kilofami.

Gonzales przywołał vaquerów i kazał im zastosować się do poleceń seńora Gordona.

Dziwacznie to wszystko wyglądało. Tkwiliśmy w miejscu jak na pogrzebie, na którym 

opieszali grabarze dopiero ryją dół. Vaquerzy pracowali bardzo sprawnie, lecz Ŝe kilofy nie 
bardzo nadają się przecieŜ do wygarniania ziemi, praca przewlekała się.

Gonzales przyglądał się temu obojętnie, natomiast na twarzy pani Concepcion dostrzegłem 

oznaki zniecierpliwienia, a Bede parokrotnie wzruszył ramionami i coś tam zamruczał do 
siebie.

Mimo niesprawnych narzędzi dół się pogłębiał i wydłuŜał równocześnie. Wskoczyli weń 

obaj kopacze, Karol zatrzymał się na krawędzi. Pokazywał palcami i mówił lecz tak cicho, Ŝe 
nie dosłyszałem ani słowa. W chwilę później cała trójka pochyliła się nad dołem, kilofy 
odrzucono. Jeszcze kilka sekund, a ujrzeliśmy, jak wydobywają z głębi ziemi nieforemny 
tobół.

Jest! Jest! — krzyknęła seńora i wybiegła naprzeciw rozgorączkowana, z wypiekami 

na twarzy, roztrzęsionymi rękami co chwila dotykając cięŜaru. Robiła wraŜenie osoby 
półprzytomnej, jakŜe niepodobnej do tej spokojnej pani, która przyjmowała nas w 
hacjendzie.
Tak zrównowaŜonej, Ŝe nawet okiem nie mrugnęła, gdy za jej krzesłem stanął uzbrojony zbir 
z bandy Robleda.

To, co z daleka wyglądało jak zwój skór, z bliska okazało się futrem jaguara, bardzo 
zniszczonym. Włos kępkami powypadał, ukazując łysiny skóry, 

miejscami pleśń przeŜarła opakowanie i gdyby nie rzemienne lasso, którym oplatano cały 
tobół, jego zawartość rozsypałaby się.

Gonzales przeciął noŜem rzemień. Karol szarpnął.
— Skarby Quetzalcoatla... — szepnął hacjender głosem pełnym podziwu i zarazem 

niedowierzania.

Mgła

Bohaterem dnia był Karol. Jemu składano gratulacje. Jemu ściskali dłonie Gonzales, 

seńora, Bede. Nawet obaj vaquerzy spoglądali z podziwem na człowieka, który tak cudownie 
odgadł miejsce ukrycia drogocennych przedmiotów. Drogocennych przede wszystkim 
dlatego, Ŝe wykonali je w odległych stuleciach mistrzowie swego zawodu, których imiona 
zginęły w pomroce dziejów tego kraju. Tak przynajmniej twierdziła pani Gonzales, a jej 
małŜonek tym twierdzeniom przytakiwał.

Jak juŜ wspominałem, nie znam się na archeologii, na wykopaliskach ani na zamierzchłej 

historii ludzkości i pozostawionych przez nią śladach. Seńora na pewno orientowała się w 
tych sprawach i nie miałem powodu jej nie wierzyć. Karol ani mrugnął słuchając wyjaśnień i 
jeden tylko Bede wydawał się głuchy, lecz wcale nie ślepy. Widział jednak tylko to, co 
pragnął widzieć: mnóstwo kosztownych drobiazgów, nie mających Ŝadnego praktycznego 
znaczenia, za to cennych ze względu na surowiec, z którego je sporządzono.

— IleŜ to moŜe waŜyć? — zapytał i natychmiast sam sobie odpowiedział: — Chyba ze 
czterdzieści funtów. Jak pan sądzi, doktorze?
— Prawdopodobnie — odparłem — lecz nie na wadze opiera się wartość tych 
przedmiotów.

Być moŜe — zgodził się wesoło — jednak dla mnie funt złota pozostaje funtem złota, 

bez względu na to, czy składają się nań monety czy teŜ ozdóbki, za który mi tak przepadają 

background image

nasze panie. Ale obłowiliśmy się! — wykrzyknął, a później zniŜając głos zapytał poufnym 
tonem: — IleŜ to na kaŜdego z nas wypadnie?

NaleŜało wyprowadzić go z błędu, lecz nie chciałem tego czynić w obecności seńory i 

Gonzalesa — wstyd mi było za Bedego.

Pociągnąłem go za rękaw i gdy odeszliśmy tak daleko, Ŝe nikt nie mógł nas podsłuchać, 

powiedziałem:

— Pan się myli, Bede.

— O co chodzi, doktorze? — spojrzał na mnie zdumiony.
— Właśnie o to, co znaleźliśmy w ziemi. Przypuszczam, Ŝe Gonzales i seńora ofiarują 
nam na pamiątkę tej wyprawy jakiś drobiazg, lecz nie ma mowy o podziale znaleziskiem.

Dlaczego? Czy pan i ja nie ponosiliśmy trudów podróŜy?

Długo musiałem mu tłumaczyć, Ŝe istnieje róŜnica między Ŝyłą złota czy samorodkami a 

przedmiotami cennymi ze względów naukowych.

— Więc cóŜ z tym się stanie?
— O tym zadecyduje seńora, lecz jestem pewien, Ŝe przekaŜe wszystko któremuś z 
muzeów.

— Z muzeów? — powtórzył. — śeby leŜało bezuŜytecznie?

Brak zrozumienia, jaki zdradził tym jednym zdaniem, był doprawdy irytujący. Nie 

wiedziałem, czy mam śmiać się czy złościć. Lecz cóŜ był winien Bede temu, Ŝe nikt nie 
uczył go historii?

Czy będzie bezuŜyteczne, czy uŜyteczne, niech się pan o to zapyta seńory. Nam obu 

nic do tego.

Po jego minie pojąłem, Ŝe stracił nieco nadziei na podział „skarbu". Westchnął i 
powiedział tonem głębokiego Ŝalu:

Moja część starczyłaby mi na dwa lata dobrego Ŝycia. Kto wie, moŜe kupiłbym jakie 

rancho, a tak...
chociaŜ... czy pan jest pewien, doktorze?

Nie słuchałem dłuŜej i szybko wróciłem do reszty towarzystwa. Przeglądano w skupieniu 

przedmioty wyjmowane kolejno z tobołu. Największą radość i zdumienie równocześnie 
wywołały dwie maski, misternie wykute z cienkiej złotej blachy, zdobne agatami w 
obramowaniach otworów na oczy i usta. Seńora obracała je na wszystkie strony, zanim 
zdecydowała się odłoŜyć.

Nie sposób wymienić wszystkich skarbów, tyle ich było: naszyjniki z agatów, złote 

nausznice, bransolety, pierścienie, małe figurki ze srebra, przedstawiające dziwne zwierzęta 
z ludzkimi głowami, miedziane noŜe o złotych rękojeściach...

Długo jeszcze zabawiano by się podawaniem z rąk do rąk tych bezcennych drobiazgów, 

gdyby nie decyzja Gonzalesa. Podniósł się z klęczek.

— Zaniesiemy to do ogniska — zaproponował, ale tonem rozkazu. — NaleŜy dobrze 
zapakować, Ŝeby nie rozsypało się w drodze. Pooglądamy sobie w hacjendzie, teraz pora 
przygotować się do powrotu.
— A co z polowaniem? — przypomniał Karol. — Jeśli mamy wracać szybko, warto 
właśnie teraz zaopatrzyć się w Ŝywność.
Hacjender spojrzał na Karola, później skierował wzrok na „skarby". Widziałem, Ŝe waha 

się: czy wybrać przyjemność wyprawy myśliwskiej, czy obowiązek do-pomoŜenia małŜonce 
w umiejętnym zabezpieczeniu znaleziska przed dalekim transportem. W końcu — westchnął. 
JuŜ wiedziałem, na co się zdecydował.

Idźcie,  seńores  —  zwrócił  się   do  Karola  i  do mnie. — Czeka mnie mnóstwo 

roboty. Pomyślnych łowów! — rzucił, gdy odchodziliśmy.
— Polowanie o tej porze dnia przedstawia się dość beznadziejnie — zauwaŜył Karol.
— Wiem o tym. I po co ta cała wyprawa?
— Bo i tak w dolinie nie mamy juŜ nic do roboty, a poza tym naleŜy zbadać okolicę od tej 
strony.
— WciąŜ myślisz o ludziach? Nie ma tu nikogo poza nami.

background image

— Jesteś tego pewien?
— AleŜ, Karolu, to bezludne lasy!
— MoŜe tak, moŜe nie. Gdyby mój wzrok mógł przebić gęstwinę drzew...
— Jesteś zaniepokojony? Czym?
— Sam nie wiem czym. To śmieszne, lecz odkąd przybyliśmy do doliny, doznaję uczucia, 
jak gdybym stale znajdował się pod czyjąś obserwacją.

Przyjrzałem mu się bacznie.

Nie jesteś chory, Karolu? W gorączce róŜne myśli świtają w głowie, a niedorzeczności 

przybierają realne kształty. Głowa cię nie boli?

ś

achnął się.

Daj spokój! Nic mi nie dolega. Ani głowa, ani gardło, ani Ŝołądek i zbytecznie 

przyglądasz mi się swym lekarskim okiem. Nic nie wykryjesz. MoŜe przez
twoją lornetkę uda nam się zauwaŜyć coś godnego strzału. A teraz: ani mru-mru! Zwierzyna 
równieŜ posiada uszy.

Zastosowałem się do tego zalecenia. Przyznam, Ŝe niepokoju czy przywidzeń swego 

towarzysza wcale nie potraktowałem tak lekko, jak by to wynikało z moich słów. Traper, 
westman czy nawet kowboj, spędzający większość swego Ŝycia z dala od ludzkich skupisk i 
w samotności pierwotnej przyrody, niekiedy potrafią reagować znacznie czulej na zjawiska 
uchodzące zmysłom przeciętnego mieszczucha. To nie bajka. Ich system nerwowy, na pewno 
zdrowszy niŜ u człowieka atakowanego tempem Ŝycia i gwarem miejskim, lepiej odbiera 
sygnały świata. Kto wie, moŜe Karol istotnie coś odczuwał, nie potrafiąc jednak 
wytłumaczyć tego faktu? A któŜ by potrafił?

Postanowiłem bardziej zwracać uwagę na wszelkie znaki, które mogłyby świadczyć o 

obecności człowieka, niŜ na zwierzęce tropy. Tymczasem, wspinając się z doliny ku 
przełęczy po twardej ścieŜce, miałem cały czas wzrok utkwiony w ziemi. Nie zauwaŜyłem 
jednak Ŝadnych innych śladów. Tak dotarliśmy do przełęczy, gdzie trzeba było odsapnąć 
chwilę i rozejrzeć się.

Za nami, w dolinie widać było grupkę naszych towarzyszy wielkości sporych... mrówek. 

Przed nami — szlak spadał równo i łagodnie po gładkim zboczu, ginąc gdzieś w odległym 
lesie. Było dość chłodno — pomyślny znak, poniewaŜ duchota i ciepło stanowiły w tych stro-
nach sygnały ulewnych deszczów. Rzeźwość poranka sprzyjała szybkiemu marszowi, 
energicznym ruchom i bystremu spojrzeniu. Słońcu daleko jeszcze było do szczytu nieba, 
cienie leŜały długie i wyraźne, a dzięki przejrzystemu powietrzu wzrok sięgał na milę.

PrzyłoŜyłem szkła do oczu, raz jeszcze zerknąłem na dolinę, potem zająłem się obserwacją 

ś

cieŜki, która tam, w dole, zmieniała się w ciemnozielony wąwóz biegnący między 

szpalerami drzew, nakryty wysoko w górze potęŜnymi konarami. ŚcieŜka była pusta.

UwaŜam — szepnąłem — Ŝe nasze myśliwskie trofea dadzą się zmieścić w naparstku i 

jeszcze zostanie w nim sporo wolnego miejsca.

Karol uśmiechnął się:

— Zobaczymy.

 Gdy dobrnęliśmy do linii lasu, Karol zatrzymał mnie gestem ręki. Staliśmy parę minut 

wsłuchując się w głosy puszczy, lecz nic, poza delikatnym szumem wierzchołków drzew i 
samotnym głosem nieznanego ptaka, nie dotarło do naszych uszu. Lekki wiatr dmuchał nam 
prosto w plecy — sytuacja bardzo nie sprzyjająca naszym myśliwskim zamierzeniom, bo 
ostrzegająca czworonogi o bliskości ich największego wroga. NaleŜało układ zmienić, to 
znaczy posuwać się przeciw wiatrowi, czyli — w praktyce — wracać do doliny, co było 
oczywistym nonsensem. Istniało trzecie rozwiązanie: pomaszerować skrajem lasu, podnóŜem 
grzbietu, który nas odgradzał od doliny. Tak teŜ postąpiliśmy, mając teraz wiatr z boku, a nie 
z tyłu. Czworonóg znajdujący się przed nami nie mógł nas zwietrzyć.

Droga była kiepska, zarośla sięgały niekiedy samej stromizny, niekiedy przejście 

zagradzały odłamy skalne. Posuwając się w ten sposób, czyniliśmy tyle hałasu, co stado 
bawołów. Przyspieszyłem kroku i w jakimś szerszym miejscu zrównałem się z towarzyszem.

Słuchaj — powiedziałem szeptem — w ten sposób nic nie osiągniemy.

A co proponujesz?

background image

Wiatr, nie wiatr, naleŜy w którymś punkcie skręcić, zaszyć się w borze i czekać.

Myślę o tym samym, tylko szukam odpowiedniej okazji.

Nie odgadłem, o co mu chodzi, lecz przecieŜ to on był doświadczonym myśliwym, nie ja. 

Poszliśmy dalej, ciągle lawirując między skalnym rumowiskiem a gęstwiną krzaków nie do 
przebycia. Trwało to chyba z godzinę, aŜ wreszcie w zielonym murze lasu ujrzałem wąziutką 
steczkę, raczej — ciąg stratowanych mchów, połamanych krzewów i gdzieniegdzie odartych 
z kory pni.

To była ścieŜka czworonogów. Niejeden raz, wędrując przez puszcze, natykałem się na 

tego rodzaju leśne

„ulice", nigdy zupełnie nie zarastające, poniewaŜ — chociaŜ wyda się to dziwne — 
korzystają z nich zwierzęta dość często. Wbrew przekonaniu ludzi, którzy obserwują 
przyrodę tylko w okresie krótkich wakacji, czworonoŜny mieszkaniec pustkowi lubi 
korzystać z utartych dróg, zawsze przebywa w ściśle dającym się wymierzyć obszarze i 
wędruje przewaŜnie tymi samymi ścieŜkami. Wyjątkiem spośród czworonogów są chyba 
tylko bizony. Ich potęŜne niegdyś stada odbywały dwa razy w roku dalekie marsze w 
poszukiwaniu odpowiedniej ilości paszy, lecz i one w tych dwukrotnych wędrówkach 
niewiele zbaczały z raz przemierzonej trasy. Inni mieszkańcy puszczy nie potrzebują 
zmieniać miejsca swego pobytu: zimą czy latem, jesienią czy wiosną dziewiczy las potrafi 
ich wykarmić. I tylko w wypadkach poŜarów leśnych lub nadmiernego przyrostu zwierząt 
zaobserwować moŜna zjawisko migracji. Jednak człowiek świetnie się stara, aby temu 
zapobiec. Ba, takie starania doprowadziły juŜ do całkowitego niemal wytrzebienia niektórych 
gatunków.

Bizon, ozdoba prerii, niedługo zniknie z powierzchni ziemi, jeśli ktoś mądry i władny nie 

połoŜy kresu ochydnej rzezi, prowadzonej nie z konieczności, nie z potrzeby zaspokojenia 
głodu, lecz dla szybkiego wzbogacenia się, bowiem Ŝadna inna nie dorówna wartości 
bizoniej skóry. Jeśli spotkacie się kiedykolwiek z informacją dotyczącą ilości dzikich 
zwierząt Ŝyjących na określonym obszarze — nie dziwcie się. To będzie informacja bardzo 
dokładna, wytrawny bowiem myśliwy lub leśnik potrafią zliczyć zwierzęta mieszkające na 
terenie podlegającym ich pieczy. Właśnie dlatego, Ŝe czworonogi nie opuszczają obszarów, 
na których się urodziły.

Lecz wracam do naszej wyprawy łowieckiej.
Zagłębiliśmy się w leśną ulicę, ciemną od dziwnego, zielonego mroku. Byłem ciekaw, 

dokąd to został przetarty ten wąski szlak. Zazwyczaj tego rodzaju ścieŜki biegną ku wodzie.

Szliśmy starając się stąpać jak najciszej i jak najciszej rozgarniać gałęzie. Nie było to 

łatwe, lecz ja, a przede wszystkim Karol, mieliśmy niezłą wprawę. Chwilami wydawało mi 
się, Ŝe zielony tunel nie ma końca, Ŝe wywiedzie nas zbyt daleko od doliny, gdy nagle 
ujrzałem w ciemnej głębi okrągły, wielki otwór, za którym błyszczało jasne światło dnia. 
Przyspieszyliśmy kroku i oto rozstąpiły się drzewa i zarośla. Ukazała się zielona polana, 
przez którą biegły wydeptane ścieŜki zmierzające gdzieś ku środkowi tej otwartej przestrzeni. 
Las otaczał ją ze wszystkich stron. Jego skrajem dotarliśmy do stanowiska, gdzie łagodny 
wiatr podmuchiwał nam prosto w twarze. Tu Karol połoŜył się między krzakami, a ja krok od 
niego. Nic nie zasłaniało widoku. Wydało mi się, Ŝe środek polany znajduje się nieco niŜej 
od jej krańców. Być moŜe, Ŝe tam właśnie istniał jakiś zbiorniczek wody, co tłumaczyłoby 
istnienie aŜ tylu ścieŜek.

Umieściłem winchester na wysokości prawego ramienia, a po lewej stronie — lornetkę. 

Teraz naleŜało juŜ tylko cierpliwie czekać. Ze skutkiem lub bez. JakieŜ stworzenie przyjdzie 
do wodopoju o takiej porze?

Minuty się wlokły,  trwała  cisza, polana  grzała się

w słońcu, które wspinało się stopniowo na szczyt nieba. Wiaterek dmuchnął w nos zapachem 
Ŝ

ywicy. Z nudów począłem śledzić niezdarne ruchy jakiegoś robaczka pełzającego w trawie. 

I wówczas usłyszałem miękkie uderzenia: duch, duch, duch... Uniosłem głowę.

Na polanę wbiegło stadko czworonogów. Antylopy nie-antylopy, jelenie nie-jelenie... 

OstroŜnie sięgnąłem po lornetkę. Nie antylopy! Dźwigały większe poroŜa i same były 
znacznie wyŜsze. Chyba jelenie? Pomyślałem: „chyba", jako Ŝe zwierzęta nosiły nie tylko 

background image

mniej rozgałęzione od jelenia rogi, lecz i kształt tych rogów był inny, wyrastały bardziej 
pionowo niŜ na boki. Barwa zwierząt równieŜ była odmienna. Przez szkła widziałem sierść 
szarobrunatną na grzbietach, spodem nieco jaśniejszą. Dotknąłem ramienia Karola. Nie od-
wrócił się, tylko przecząco pokręcił głową. Pewnie sądził, Ŝe chcę strzelać, lecz w tych 
warunkach byłoby to marnowanie kul. Zwierzęta, wszystkiego cztery sztuki, poczęły się 
paść, ale daleko, na przeciwległym krańcu polany pod lasem. Czy podejdą bliŜej? To juŜ nie 
od nas zaleŜało, lecz od odrobiny szczęścia, które sprzyja lub nie sprzyja myśliwym. Czołgać 
się w stronę pasącego się stadka było zbyt wielkim ryzykiem. Chwiejące się łodygi traw na 
pewno zdradziłyby nas. Dlatego Karol nie ruszał się, a ja go naśladowałem.

Stadko krąŜyło tu i tam, bardzo wolno, szczypiąc trawę. Z radością stwierdziłem, Ŝe 

stopniowo podchodzi w naszą stronę.

 Nie potrafię określić, jak długo trwała taka sytuacja bez zmian. I nagle straciłem wszelkie 

nadzieje. Czworonogi zerwały się do biegu, juŜ sądziłem, Ŝe znikną w puszczy. Ruszyły 
poprzez łąkę, ominęły jej środek i wielkim łukiem zbliŜyły się do linii zarośli, w których 
właśnie spoczywaliśmy. Odetchnąłem. Zwierzęta zatrzymały się z szyjami wyciągniętymi na 
wiatr, jakby czymś zaniepokojone, lecz po chwili spuściły głowy i zajęły się na nowo 
skubaniem trawy. MoŜe jakiś drapieŜnik je przestraszył i z nie znanych mi przyczyn zrezy-
gnował z polowania? Zresztą, gdziekolwiek się teraz znajdował i cokolwiek zamierzał 
uczynić, naleŜało natychmiast wykorzystać okazję. Zerknąłem na Karola. Skinął głową i 
wolniutko przyciągnął do ramienia broń. Postąpiłem podobnie. PołoŜyłem palec na cynglu, 
muszkę lufy skierowałem tak, by jej szpiczasty koniec przypadł na sam środek czoła 
najbliŜszego rogacza, i zastygłem w bezruchu. Nie chciałem strzelać pierwszy, poniewaŜ 
Karol miał lepsze oko i pewniejszą rękę, a moje pudło spłoszyłoby zwierzynę. Teraz 
odezwała się grzmiącym głosem broń mego przyjaciela, lecz zanim huk przebrzmiał — 
nacisnąłem spust i podwójne echo poniosło się po polanie. Mój rogacz zwalił się na-
tychmiast, reszta skręciła w lewo i znikła w leśnych zaroślach. Więc nie chybiłem! To Karol 
uczynił dziurę w powietrzu!

Uradowany, wyskoczyłem z krzaków, podbiegłem do leŜącego nieruchomo zwierzęcia.

— Nie martw się, Janie — doszły mnie słowa Karola — kaŜdemu moŜe się przydarzyć...
— Co moŜe się przydarzyć? PrzecieŜ to ty spudłowałeś haniebnie. Ja mierzyłem do tej 
właśnie sztuki.
— Cooo? — przestał się śmiać, ukląkł.
— Patrz — powiedziałem ciągnąc równocześnie za poroŜe swe trofeum. — Ot, tu. Dostał 
prosto w czoło. Jak ci się to podoba?
— Rzeczywiście — zgodził się. — No, no. Ale i ja trafiłem.
— Gdzie?
— Przyjrzyj się. W lewą komorę.
Sprawdziłem. Nie mylił się.

— Z tego wynika, Ŝe upatrzyliśmy sobie tę samą sztukę — rzekłem nieco rozczarowany 
tym połowicznym sukcesem.
— To i dobrze. Dwóm takim nie dalibyśmy rady. Wiesz, co to waŜy?
— Jak na jelenia...
— To nie jeleń, tylko mulak. Znakomite mięso, pachnące ziołami. Przekonasz się.
— Meksykańska zwierzyna?
— Nie tylko meksykańska. Dawniej moŜna ją było spotkać od Kanady po północny 
Meksyk, lecz raczej nie na prerii, lecz w lasach. Teraz to juŜ rzadkość. Z przeraŜeniem 
myślę, co mnie czeka za parę lat. Przyjdzie uganiać się za wiewiórkami, ale wówczas, 
przysięgam ci, nie wezmę strzelby do ręki i zamieszkam u ciebie jako emerytowany traper 
pod lekarską opieką.
— Świetnie! — roześmiałem się. — Jak to mamy nieść?

Na drągu. Trzeba przysposobić mocną Ŝerdkę. Mulaki dochodzą niekiedy do czterystu 

funtów wagi, ten, na szczęście, jest lŜejszy, ale ze dwieście na pewno waŜy.

Poszliśmy w gęstwinę i z wielkim mozołem myśliwskimi noŜami ucięli spory chojak. Nogi 

mulaka zostały związane jakąś pnącą rośliną podobną do liany, a między nie wsunięty drąg. 

background image

Stęknąłem, gdy jeden jego koniec spoczął na mym ramieniu. To był niezły cięŜar. Na dobitkę 
poroŜe (bo mulak wisiał przecieŜ do góry nogami) zawadzało o nierówności gruntu.

Ruszyliśmy prosto, wybierając najkrótszą drogę przez środek polanki. Udawałem, Ŝe mi 

wesoło, lecz muszę przyznać, Ŝe waga zwierzęcia po prostu wbijała mnie w ziemię, i to w 
dosłownym znaczeniu. Po jakimś czasie grunt począł lekko uginać się pod nogami. Karol 
przystanął.

— Co tam?
— Bagno. Tędy nie przejdziemy.
— No, to zawracaj -— stęknąłem, bo tkwienie w miejscu wydało mi się jeszcze bardziej 
dokuczliwe.

Chwileczkę. Muszę coś sprawdzić. Zdejmujemy...

Z ulgą uwolniłem się od drąga. Karol postąpił kilka kroków, zatrzymał się i bacznie 
obserwował poszycie.
— Popatrz tu — wskazał palcem na trawy.

W grząskiej powierzchni widniał wyraźnie głęboki odcisk buta z lewej nogi, nieco dalej 

— z prawej strony — drugi taki odcisk. Ktoś obchodził bagienko. Zdjąłem przewieszony 
przez ramię winchester, spojrzałem przez lornetkę w kierunku oddalających się tropów. Po-
lana była pusta. Skierowałem wzrok ku ziemi.

— Kiedy to powstało, jak sądzisz?

Zagadka — odparł Karol. — W tej gliniastej glebie i w tym klimacie odcisk mógł być 

zrobiony przed godziną, przed tygodniem, przed miesiącem, bodaj Ŝe przed rokiem. 
Wyschnięciu i wykruszeniu się zapobiegła wilgoć. Zbadajmy, dokąd wiodą te ślady.

Zostawiliśmy mulaka i szli obok mokrych odcisków, które łukiem obiegły środek polany, a 

później znikły w leśnych chaszczach. Na suchszym gruncie widać było, Ŝe odciski stóp 
pochodziły co najmniej sprzed kilku dni. Na leśnym poszyciu zniknęły prawie całkowicie i 
tylko kilka złamanych gałązek świadczyło, Ŝe tu ktoś zagłębił się w bór. Nieco dalej — 
gęstwa i mrok nie zezwoliły na dokładniejsze badanie. Zawróciliśmy.

Dźwignęliśmy drąg z wiszącym mulakiem i powlekli się skrajem polany, zieloną dróŜką 

leśną, przejściem między lasem a masywem górskim. W trakcie wędrówki parokrotnie, na 
moje Ŝądanie, czyniliśmy przerwy. Jednak najgorsze dopiero nas czekało: podejście do 
przełęczy i zejście z niej. Na najtrudniejszym odcinku przystawaliśmy co kilka kroków. Oba 
ramiona miałem zdrętwiałe, bo drąŜek co pewien czas przekładaliśmy, a kiedy wreszcie 
ukazało się dno doliny i dostrzegłem sylwetki naszych towarzyszy skupionych wokół ogni-
ska, oświadczyłem Karolowi ochrypłym głosem:

— Dalej nie niosę — i zawołałem tak głośno, jak tylko było mnie stać w tym zmęczeniu: 

— Bede! Hej, Bede!

Przybiegł natychmiast, a z nim jeden z vaquerów.
Uff! Jak lekko było stąpać pozbywszy się nieznośnego ładunku! Szkoda, Ŝe to juŜ ostatni i 

najkrótszy odcinek powrotnej drogi.

Karol i Gonzales najpierw wspólnie podziwiali trofeum, przy czym i dla mnie znalazły się 

wyrazy uznania, a później cała gromadka wysłuchała relacji mego przyjaciela dotyczącej 
tropów odkrytych na polanie.

— I co pan nam radzi? — zapytał hacjender wysłuchawszy uwaŜnie opowiadania.
— Zmykać! Jak najprędzej stąd zmykać. Bardzo nie lubię tajemnic, zwłaszcza gdy noszą 
buty z obcasami i pozostawiają ślady w sąsiedztwie mego obozowiska.

—- Jutro rankiem ruszamy w drogę powrotną — zdecydował Gonzales. — Nie wolno nam 

ryzykować mając pod opieką taki skarb. A teraz, seńores, zajmijmy się tym wspaniałym 
mulakiem, który zaszczyt przynosi myśliwym — tu skłonił się Karolowi i mnie. — NaleŜy 
przygotować zapas Ŝywności. Kto wie, czy trafi się okazja do następnego polowania?

— Jeszcze jedno — wtrącił się Karol.
— Słucham, seńor.
— Proszę wysłać vaquera na przełęcz. Niech obserwuje całą dolinę z jednej strony, a z 
drugiej to, co jest za przełęczą. Być moŜe, niepotrzebnie, lecz nadmiar ostroŜności jeszcze 
nikomu nie zaszkodził.

background image

— Słusznie, seńor.
— Ja pójdę — wyrwał się Bede. — Nie umiem oprawiać zwierząt ani piec mięsa. Na nic 
się wam tu nie przydam.
— Zgoda, proszę iść, seńor Bede. Za dwie godziny zluzujemy pana.
— Co mi tam! To nie nocna warta. Mogę siedzieć do wieczora.

I poszedł.

Ja, poniewaŜ moje zdolności rzeźnicze i kucharskie nie wytrzymywały porównania z tym, 

co potrafili hacjender i Karol, i najprawdopodobniej tylko bym przeszkadzał, zostałem 
zatrudniony przez seńorę Concepcion przy pakowaniu skarbu. Część złotych drobiazgów 
została juŜ pozawijana w długie pasy sukna, na które pocięto koc, lecz jeszcze pozostało 
sporo do zrobienia.

Na takich to zajęciach upłynął czas prawie do wieczora. Zapadła decyzja, Ŝe w nocy 
czuwać będą po dwie osoby równocześnie. Odwołaliśmy Bedego z 

przełęczy. Nic nie zauwaŜył: ani człowieka, ani zwierzęcia, ani — jak zapewniał — 
podejrzanego znaku. Prawdopodobnie ktoś przebywał w tych stronach, lecz jeszcze przed na-
szym przyjazdem.

Jak zwykle kolejność nocnych wart losowaliśmy. Mnie i jednemu z vaquerów przypadła 

ostatnia. Przede mną straŜ pełnili Karol i Bede, i to Karol obudził mnie w odpowiedniej 
porze.

Gwiazdy jeszcze błyskały na czarnym niebie, lecz juŜ słabiej, a księŜyc powoli krył się za 

daleki, wyniosły szczyt. Było cicho, nawet wiatr widać zasnął,, bo nie czułem najmniejszego 
podmuchu.

— Co nowego? —- zapytałem pół Ŝartem, pół serio, wygramoliwszy się z pledów i 
odszedłszy od ogniska.
— Nic — mruknął mój przyjaciel -— ale uwaŜaj, szykuje się mgła.
— Mgła? AleŜ skąd? Powietrze jest bardzo przejrzyste.
— Będzie mgła nad ranem, zobaczysz. Obawiam się, Ŝe przy małej widoczności nie 
ruszymy jutro w drogę.
To powiedziawszy zajął miejsce przy ognisku, zawinął się w mój koc i prawdopodobnie 

natychmiast zasnął. Tymczasem ja i vaquero podzieliliśmy między siebie teren: on miał 
patrolować część doliny graniczącą z trudno dostępnym zboczem, ja — obszar przylegający 
do przełęczy.

Pierwsza godzina minęła bez Ŝadnych oznak wieszczących przewidzianą przez Karola 

mgłę. Nieco później dmuchnął lekki wiatr, niebo poczęło tracić swą czerń, lecz nic nie 
zapowiadało zmiany pogody. Tyle tylko, Ŝe poczułem wilgoć w powietrzu, ale tak przecieŜ 
działo się kaŜdym przedświtem.  Niebo poczęło szarzeć, lecz

widoczność nie polepszała się. Wkrótce dostrzegłem przyczynę tego zjawiska: z grzbietów 
otaczających dolinę począł spływać coraz gęstszy, najpierw siwy, później biały tuman. 
Prognoza Karola sprawdzała się zdumiewająco! Im widniej się robiło, tym wyraźniej wi-
działem białe pasemka, lekko opadające ku ziemi, lecz nie roztapiające się. Po paru minutach 
nieprzenikniona biel zakryła całą powierzchnię łąki, sięgając mi do kolan, a wkrótce 
zakrywając mi piersi, nos, oczy... Teraz mój wzrok nie sięgał dalej niŜ na jard, przede mną 
kłębiła się nieprzenikliwa zasłona. Mgła gęstniała, czułem paskudną wilgoć na twarzy, na 
dłoniach. Lufa winchestera lśniła, jakbym ją przed chwilą wydobył z wody. CóŜ za 
nieprzyjemne uczucie! Dlatego postanowiłem nieco skrócić swój dyŜur, taka warta nie miała 
sensu — przecieŜ nic nie widziałem! A poza tym chciałem się rozgrzać przy ognisku. 
Znajdowało się ono, jak pamiętałem, z tyłu za mną, nieco w prawą stronę. W tym teŜ 
kierunku ruszyłem. Bardzo wolno, grunt był nierówny i łatwo mogłem potknąć się o jakiś 
występ lub trafić stopą w dziurę. Wlokłem się tak omackiem, póki nie zdałem sobie sprawę, 
Ŝ

e moja wędrówka trwa jakoś zbyt długo. Zatrzymałem się. Dokąd teraz: w prawo czy w 

lewo?

Przypomniałem sobie, Ŝe człowiek nie kontrolujący kierunku, w jakim się posuwa, mimo 

woli skręca w lewo. Musiało i mnie coś takiego się przydarzyć. NaleŜało skorygować błąd. 
Skręciłem bardziej w prawo, trochę rozbawiony taką sytuacją, trochę zły na siebie. Lecz i 

background image

nowy kierunek nie doprowadził mnie do celu tak szybko, jak według mego mniemania 
powinno było to nastąpić. Mimo to nie przerwałem marszu rozumując, Ŝe jeśli nawet minę 
nasze obozowisko, nie zabłądzę. Zatrzyma mnie przecieŜ przeciwległy kraniec doliny. Po-
znam go po nagłej stromiźnie. Lecz grunt, po którym kroczyłem, nadal był równy. GdzieŜ, u 
licha, leŜała wysoczyzną, na którą z takim trudem wspinałem się wraz z Karolem? CzyŜbym 
kręcił się w kółko?

Zrobiło mi się jakoś nieprzyjemnie. Uczucie chyba całkiem normalne u człowieka, który 

od przeszło pół godziny usiłuje trafić do celu leŜącego odeń nie dalej niŜ o kilka minut 
niezbyt szybkiego marszu.

Znowu przystanąłem. Gęsta wata mgły otulała mnie szczelnie ze wszystkich stron. Co 

teraz począć? MoŜe wypalić z winchestera i hukiem zaalarmować towarzyszy? Jednak 
uznałem, Ŝe nie mam prawa do takiego alarmu, który mógłby zostać opacznie pojęty. Lepiej 
było zawołać. NatęŜyłem głos i krzyknąłem:

— Hej, hej!
Nic, Ŝadnego odzewu. Nasłuchiwałem chwilę, a później powtórzyłem wołanie. Po paru 

sekundach ciszy wydało mi się, Ŝe słyszę szuranie butów po ziemi.

— Hej! — wrzasnąłem. — Jest tam kto?
Mój głos utonął w mgle, szuranie ucichło.
— MoŜe to dzikie zwierzę? — przyszła mi do głowy

niedorzeczna myśl. — A moŜe koń?

W tym przekonaniu ruszyłem przed siebie. Wówczas raz jeszcze dobiegł mych uszu 

tajemniczy odgłos, coś chwyciło mnie za rękaw kurty. Odwróciłem się i... świat przestał dla 
mnie istnieć.

Otworzyłem oczy, było mroczno.
„Jeszcze noc?" — zdziwiłem się w myślach.

Trochę było mi twardo, więc zapragnąłem zmienić połoŜenie ciała. Nie dokonałem tego. 

Ręce i nogi miałem skrępowane. Chciałem krzyknąć. W ustach tkwił knebel. Teraz 
przypomniałem sobie dolinę, mgłę, dziwny szelest i cios, jaki- otrzymałem w głowę. 
Wspomniałem na przeczucia Karola. Sprawdziły się. CzyŜby nas wszystkich tak załatwiono 
korzystając z mgły? I gdzie ja jestem?

Nieba nade mną nie było, lecz w górze migotały krwawe błyski. Pozwoliły dojrzeć 

sklepienie. Nierówne, ciemne, postrzępione występami. Odwróciłem głowę w prawo — 
skalista, chropowata ściana znajdowała się tuŜ, tuŜ. Zerknąłem w lewo: ciemna przestrzeń, za 
nią druga ściana. Uniosłem nieco głowę. Poczułem natychmiast ból w skroniach, lecz 
zdąŜyłem zauwaŜyć okrągły, biały otwór, za którym migotały płomienie. Zrozumiałem: 
byłem w jaskini, przed którą płonęło ognisko, biały otwór to wejście, za którym kłębiła się 
mgła. Głowa mi opadła. LeŜałem nieruchomo, starając się usłyszeć cokolwiek. Długo, bardzo 
długo czekałem na pierwszy dźwięk. AŜ doczekałem się. Do złudzenia przypominał ostatni 
głos, jaki dobiegł mych uszu, nim pogrąŜyłem się w nicość: szuranie. Ktoś wszedł do jaskini, 
stanął nade mną. Wysoki męŜczyzna, cuchnący dymem i końskim potem. Pochylił się, ale w 
półmroku nie potrafiłem dojrzeć jego oblicza. Widać zauwaŜył, Ŝe mam oczy otwarte, bo 
zapytał:

Como se siente... 

Gdyby nie knebel w ustach odpowiedziałbym, Ŝe czuję się fatalnie, a tak tylko pokręciłem 

głową. Spostrzegł swe niedopatrzenie i wyciągnął mi szmatę z ust. Poznałem własną chustkę 
i poczułem się mniej obrzydliwie. Powtórzył pytanie, lecz przyszło mi nagle na myśl, by 
udawać, Ŝe nie rozumiem hiszpańskiego.

— Nie rozumiem — odparłem po angielsku.
Podrapał się po brodzie. Był obrośnięty jak niedźwiedź. Odwrócił się i odszedł. W stronę 

ogniska. KtóŜ tam przy nim siedział? Ręce miałem skrępowane na plecach, podparłem się 
nimi i lekko dźwignąłem. W głowie mi łupnęło przeraźliwie. Przy ognisku było ich trzech. 
Jeden stał, dwaj siedzieli. Rozmawiali, lecz tak cicho, Ŝe ani jedno słowo nie dotarło do 

background image

mych uszu. Po czym sytuacja się zmieniła: stało dwu, siedział jeden. Tych dwu ruszyło w 
moim kierunku. Natychmiast opadłem na twarde leŜe. Stanęli nade mną.

Powiedz mu — rozkazał po hiszpańsku ten, który poprzednio usiłował ze mną 

rozmawiać — Ŝe nie ma się czego lękać, jest tylko zakładnikiem.

Zdanie to zostało przetłumaczone w zupełnie poprawnej angielszczyźnie.

— Rozumiesz?
— Rozumiem — odparłem. — Po co wam zakładnik?

Znowu nastąpiła wymiana hiszpańskich słów i tłumaczenie ich na angielski. Tak to 

odbywało się podczas całej rozmowy.

— Jesteś naszym zakładnikiem — wyjaśnił tłumacz — poniewaŜ musimy porozmawiać z 
Gonzalesem.
— Znacie go?
— Znać, nie znamy, lecz wiemy, jak się nazywa.

Jaki macie interes do Gonzalesa? — zagadnąłem, coraz bardziej zaciekawiony.

— Powiedzieć mu? — zapytał „Anglik".
— Oczywiście — odparł „Hiszpan".
— Słuchaj — zwrócił się do mnie — jesteśmy tu dłuŜej od was.
— Tu? W dolinie?
— W dolinie i w okolicy. Dzięki temu ocaliliśmy was od paskudnej śmierci.
— A to jakim sposobem?
— Powiedzieć mu?
— Powiedz.

Skarbu w dolinie strzegł jakiś wariat, obłąkaniec. Indianin. Albo Metys. Znał miejsce 

ukrycia, lecz uwaŜał, Ŝe jest straŜnikiem jakiegoś tam indiańskiego boga, który mu 
nakazał mordować wszystkich poszukiwaczy.
— Skąd wiecie?
— Gadaliśmy z tym wariatem. Nic z tego nie wyszło. Począł nam grozić śmiercią. Mógł to
uczynić, jego strzały były zatrute kurarą. Udaliśmy, Ŝe rezygnujemy. Wówczas zjawiliście 
się wy i on zaczął was śledzić. A jak to się skończyło, to juŜ wiesz.
— Wiem. Dostał noŜem.
— Zgadza się. JuŜ nie był nam potrzebny.
Wzdrygnąłem się na te słowa.

— PrzecieŜ był jedynym człowiekiem znającym miejsce ukrycia.
— JuŜ nie jedynym. Wy równieŜ znaliście.
— Skąd wiedziałeś?
— Podsłuchałem waszą rozmowę.

Z trudem zachowałem spokój. Oto jak bardzo byliśmy nieostroŜni. Po prostu — 

greenhorny! Lecz ten drab nie podsłuchał wszystkiego, nie znał naszych kłopotów z 
ustaleniem właściwego miejsca, na które natrafiliśmy przecieŜ tylko dzięki zdumiewającej 
intuicji Karola. W jaki jednak sposób dowiedział się on — i jego kumple — w ogóle o 
istnieniu skarbu? W jaki sposób natknęli się na człowieka z kurarą? I kim był ten człowiek? 
Zapytałem o to.

Popatrzyli na mnie i po chwili namysłu „Anglik" odparł:

— Wariata spotkaliśmy przypadkowo, a skąd wiedzieliśmy o skarbach, nie pytaj, bo i tak 
się nie dowiesz.
— Czego chcecie od Gonzalesa? — zacząłem z innej beczki.
— Podziału. Podzielimy się równo, po połowie. Jesteś głodny?
Byłem rzeczywiście głodny. śeby oddać sprawiedliwość — nieźle mnie nakarmili.
— Ty mnie stuknąłeś? — zagadnąłem „Anglika", gdy przyniósł porcję pieczeni i 
rozwiązał mi ręce.
— Ja — przyznał i roześmiał się, lecz jakoś bardzo nieprzyjemnie. — Bez tego pewnie 
byś z nami nie poszedł.
W pieczarze powidniało. Teraz mogłem lepiej przyjrzeć się memu rozmówcy. Czerwona 

twarz, zarośnięta. MoŜe gdyby się ogolił, byłby przyjemniejszy, ale tak — robił wraŜenie 

background image

odstraszające. Co się tyczy jego odzieŜy, nie wyglądała na więcej zuŜytą od mojej i trudno po 
niej poznać, czy nosi ją biedak, czy człowiek nie liczący się z pieniędzmi. Kim był? Pytać nie 
miało sensu.

Po zaspokojeniu głodu poczułem się znacznie lepiej. Widziałem, Ŝe chwilowo nic mi nie 

grozi. Któryś z tych drabów powędruje do Gonzalesa i przedstawi mu warunki. Jak je 
przyjmie hacjender? Byłem pewien, Ŝe uczyni wszystko, aby mnie uwolnić, lecz jak się do 
tego zabierze? Jeśli naiwnie zaufa bandytom (to określenie chyba najlepiej pasowało) i 
odstąpi im połowę „skarbu" — jaka gwarancja, Ŝe zostanę zwolniony, a nie nadal więziony, 
aŜ do chwili uzyskania drugiej połowy? Pocieszała mnie myśl, Ŝe Karol swym 
doświadczeniem i sprytem wesprze hacjendera. Czy mam czekać bezczynnie? Ach, gdybyŜ 
wiedzieć, gdzie się znajduję?

— Zimno tu — odezwałem się — i piasek jest wilgotny. Nie moŜna by bliŜej ognia? 
PrzecieŜ wam nie ucieknę.
— Nawet nie próbuj — warknął. — Nie myśl, Ŝe jesteś nietykalny. Dawaj ręce.

Skrępował je na nowo i poczłapał ku wyjściu. Wtedy spróbowałem rozluźnić pęta. Nie 

udało się, nie starczyło czasu. „Anglik" wrócił. Rozsupłał mi rzemień na nogach.

— Chodź — rozkazał.

Dźwignąłem się nie bez trudu. W głowie mi zahuczało, ściana jaskini wykonała skok w 
górę i w dół. O mało nie upadłem, lecz jakoś mi to przeszło. Uczy

niłem dwa kroki i znowu się zachwiałem. Tym razem przyczyną nie była głowa, lecz nogi. 
Od długiego leŜenia i od krępujących je więzów zupełnie zdrętwiały. Postałem kilka sekund, 
wreszcie ruszyłem, wprost na białe oko wyjścia. Ogień migotał, a wokół niego mgła 
rozstąpiła się, tworząc malutki krąg widoczności. Dalej ściana nieprzenikliwej bieli nie 
pozwalała niczego dostrzec.

— Siadaj.

Kucnąłem przy ognisku. Wtedy na nowo skrępowano mi nogi, lecz ręce pozostały wolne. 

Mogłem ogrzać dłonie. Czułem mokry chłód na całym ciele i powoli tajałem w kręgu ciepła. 
Równocześnie gapiłem się na sąsiadów. Pierwszych dwu juŜ poznałem w jaskini — 
„Anglika" i „Hiszpana" — teraz trafiła się okazja zerknąć na trzeciego. Zabawne! Ci trzej 
nieznajomi bardzo byli do siebie podobni, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Tak to 
zacierały róŜnicę zarośnięte oblicza i jednakowe sombrera na głowach. Lecz w sumie — 
czynili niezbyt przyjemne wraŜenie. Zresztą, gdyby nawet przyjęto mnie radosnymi 
uśmiechami, nie potrafiłbym zapomnieć o ciosie w głowę i jego wciąŜ odczuwanych 
skutkach.

Tamci nie odzywali się do mnie. Tkwili wokół ogniska jak trzy niezbyt udane, toporne 

posągi. Milczałem i ja. Rozmyślałem nad tym, jak bardzo niepokoją się moi towarzysze i jak 
czują się bezradni we mgle, która uniemoŜliwia odszukanie moich śladów i śladów tych, któ-
rzy mnie porwali. Przypuszczałem bowiem, Ŝe napadu dokonało co najmniej dwu ludzi. Po 
ogłuszeniu dźwignęli mnie z ziemi i przynieśli tutaj. Lecz gdzieŜ znajdowało się to „tutaj"? 
Chyba niezbyt daleko od doliny. Przeklęta mgła nie pozwalała nic dojrzeć. Czy za jej ścianą 
szumiał las, czy wznosiła się góra, czy rozciągała łąka? JakŜe mogłem odgadnąć? I w takiej 
sytuacji próba ucieczki nie miała sensu. W którą stronę uciekać?

Kiedy tak dumałem, „Hiszpan" odezwał się (oczywiście po hiszpańsku):

— Idź, juŜ czas.

Sądziłem, Ŝe te słowa są skierowane do „Anglika", lecz omyliłem się. Wstał ten trzeci. 

Przewiesił przez ramię staroświecką rusznicę i zniknął we mgle. Znowu trwała cisza. 
Przerwał ją „Anglik".

— Chyba go nie zatrzymają?
— Pewnie, Ŝe nie — odparł „Hiszpan". — PrzecieŜ mamy zakładnika.
— To gringo — mruknął „Anglik".
— CóŜ z tego? Jest gościem hacjendera, a Gonzales nie da gościowi zrobić krzywdy. 
Zresztą... przepadło. Kazałem wam schwytać Gonzalesa.
— Mgła spadła dopiero nad ranem, a wtedy ten był na warcie i jakiś vaquero. Iść do 
ogniska to zbyt wielkie ryzyko.

background image

— Dlatego jesteście usprawiedliwieni.

Znowu nastało milczenie. Jednak „Anglik" był pewnie urodzonym gadułą i długo nie 

wytrzymał.

— Słuchaj, Jose, a jak oni zatrzymają Miguela? Co wtedy?
— Nie nudź! PrzecieŜ mamy zakładnika.
— Zatrzymają Miguela i przyjdą uwolnić tego gringo. Nie damy rady...
— Jesteś głupcem, Ricardo! JakŜe tu trafią?
— Po śladach — upierał się „Anglik" — Ricardo.
— Durniu! Spróbuj odnaleźć ślady w taką mgłę.
— Jutro mgła opadnie.
— Lecz wilgoć je zatrze. A teraz milcz i nastawiaj uszu.
Podczas tej rozmowy siedziałem z oczami utkwionymi w ogień, aby nie zdradzić się, Ŝe 
wszystko rozumiem.

— Jose!
— Znowu? Czego chcesz?
— JeŜeli hacjender nie przystanie na podział?
— Przystanie.
— A jeśli nie?
— Są inne sposoby — zaśmiał się Jose. — ChociaŜ nas tylko trzech, potrafimy przecieŜ 
sprzątnąć całą szóstkę, a ten będzie pierwszym.
— Tam jest kobieta.
— Kobietę zabierzemy.
— Paskudna robota — zauwaŜył Ricardo.

I ja tak myślę. Dlatego chcę ugodzić się z Gonzalesem.

MoŜecie sobie wyobrazić, jak się poczułem, wysłuchawszy tej pogawędki! W razie 

odmowy Gonzalesa — ja miałem paść pierwszy tej odmowy ofiarą. Pocieszałem się, Ŝe 
zanim do tego dojdzie, jeśli w ogóle dojdzie, znajdę jakiś sposób ucieczki. Z natury nie 
jestem pesymistą, a pesymizm w takiej sytuacji to pewna przegrana. Gdyby tak dorwać się 
do koni? PrzecieŜ mają konie, nie wędrowali za nami piechotą. Lecz nie słyszałem ani 
charakterystycznego potupywania, ani rŜenia. Jeśli ich było tylko trzech, to konie musieli 
trzymać pod bokiem. Więc ciszę powodowała po prostu mgła otulająca nas jak 
dźwiękoszczelna wata.

JakŜe ten czas się wlókł! Dumałem spoglądając w niebo, wypatrując słonecznego 

promyka, który by rozproszył opary. Na próŜno. Wreszcie ten, który zwał się Jose, 
powiedział półgłosem:

— Idzie...
Jak on to usłyszał?

Zerwali się obaj i stanęli ze strzelbami w dłoniach tuŜ za mymi plecami. Gdyby doszło do 

strzelaniny, pierwszy dostałbym kulą. Na szczęście — nie doszło.
Z białych tumanów wynurzył się cień, który w chwilę później przybrał człowiecze kształty. 
To był wracający wysłannik.

— Jak poszło?
— Zgadzają się.
— Nikt za tobą nie szedł?
— Kluczyłem jak górska kozica, nawet w jasny dzień zgubiliby moje ślady.
— Co powiedział Gonzales?
— Poczekaj, niech trochę odsapnę.

Zdjął z ramienia strzelbę i siadł przy ogniu.

— Będziesz ty gadał wreszcie?
— JuŜ... Czemu sterczycie? Odeszli ode mnie i połoŜyli się obok.
— Słucham — przypomniał Jose.
— Więc...

Było to ostatnie słowo Miguela. Nagle wydało mi się, Ŝe biały tuman, który nas otaczał, w 

pewnym miejscu dziwnie się zakołysał. W sekundę później buchnęły z jego głębi 

background image

czerwonozłote iskierki, seria huków, podobnych do trzasku szybko łamanych gałęzi, umilkła 
bez echa. Z mgły wyskoczyła znajoma postać.

W nogi, doktorze... — usłyszałem ochrypły głos.

To był Bede. Zerwałem się. Dopiero teraz dostrzegł moje pęta. Przeciął je jednym ruchem 
noŜa. Byłem wolny, lecz za jaką cenę...

Kim jest Bede?

— Muszę porozmawiać z panem, doktorze.
Stało się to podczas jednego z kolejnych postojów, daleko od doliny, w drodze, która z 

kaŜdą milą przybliŜała nas do miejsca, gdzie czekał wóz i pozostali uczestnicy wyprawy.

Bede ustawicznie kręcił się wokół mnie, a ja udawałem, Ŝe go nie dostrzegam. Wiele bym 

dał, aby ostatecznie pozbyć się jego towarzystwa, lecz nie mogło to nastąpić wcześniej niŜ po 
powrocie do hacjendy.

Zostało juŜ wyjaśnione wszystko, co moŜna było wyjaśnić, bo istniały nadal zagadki, 

których nikt z nas nie potrafił rozwiązać. Wiedziałem, Ŝe moje uwolnienie było tylko dziełem 
Bedego. Nie bacząc na porozumienie między Gonzalesem a wysłannikiem bandy, udał się 
trop w trop za Miguelem. śe go nie zgubił we mgle, to cud prawdziwy. Co dalej z tego 
wynikło — wiemy.

Teraz Gonzales nie potrzebował dzielić „skarbu". Cenne znalezisko zostało zachowane w 

całości i na pewno stanie się ozdobą któregoś z muzeów. To wszystko prawda, lecz za nami 
znowu pozostały ludzkie zwłoki. Nic więc dziwnego, Ŝe dla mnie Bede stał się uosobieniem 
paskudnego rewolwerowca. Ile razy wkraczał do akcji, tyle razy przemawiała broń, zawsze 
piekielnie celna i zawsze powodująca śmierć człowieka. Przyzwyczajenie, zbieg okoliczności 
czy świadectwo bandyckiej profesji naszego towarzysza? Byłem wściekły!

Hacjender przyjął zdarzenie tak, jakby nic się nie stało. Seńora nie ukrywała radości z 

ocalenia „skarbu", a vaquerzy spoglądali na Bedego jak na bohatera. Karol rzeczowo 
stwierdzał, Ŝe odstąpienie połowy „skarbu" nie gwarantowałoby nam bezpieczeństwa w 
drodze powrotnej, a wobec tego nie naleŜy zbyt surowo oceniać Bedego...

Nie potrafiłem z tym się zgodzić. I w takim właśnie nastroju odbywałem drogę powrotną.
Bede dopadł mnie, gdy przedwieczorną porą, juŜ po rozbiciu nocnego biwaku, 

odpoczywałem samotnie nad pluszczącym górskim ponikiem.

— Słucham — odparłem szorstko. — O co chodzi?
Widziałem, jak się stropił.

— Czy pamięta pan, doktorze, piosenkę, którą śpiewał Coyle?
— Piosenkę? Ach, o tym dzielnym szeryfie?
— Własne.
— Pamiętam.
— Jak pan uwaŜa, czy jakiś wypadek moŜe się powtórzyć dokładnie w ten sam sposób i w 
tych samych okolicznościach?
— Oczywiście — odparłem. — Na przykład w tych samych okolicznościach moŜna spaść 
z konia.
— Nie o tym myślałem, to zbyt proste. Widzi pan, ja brałem udział w takiej historii.
— W jakiej?
— Ano w tej, o której śpiewał Coyle.
— A, to coś nowego! Był pan szeryfem? — zdumiałem się.
— Och, nie! ChociaŜ taka robota bardzo by mi odpowiadała.

Rzeczywiście — zauwaŜyłem ironicznie. — Strzelać to pan potrafi, lecz od szeryfa 

wymaga się czegoś więcej. A tego „więcej" chyba panu brakuje...

— Ma pan do mnie Ŝal, doktorze? Za to, Ŝe pana uwolniłem?
— Nie, nie za to... Zresztą, proszę mówić dalej. Co z tym Coyle?

background image

— Z Coyle to nic, ale to nieprawda, Ŝe tamten szeryf był samotny. Ja mu pomagałem. 
Chyba... Ŝe to jakaś inna historia. Dlatego się pytam, czy mogą wydarzyć się dwa takie 
same wypadki w takiej samej sytuacji?

— Radzę zwrócić się w tej sprawie do Coylego.
Miałem   zamiar   wstać   i   odejść.   Jednak   zostałem.

Przyszło mi do głowy, Ŝe moŜe jakąś okólną drogą dowiem się wreszcie, kim jest mój 
rozmówca. Dlatego zapytałem:

— A co pan robił w tym miasteczku, o którym śpiewał Coyle?
— Początkowo to zupełnie nic. Wpadłem tam przypadkiem. Nazywało się... ech... 
nazywało się... coś na „creek"...
— Mniejsza z tym, to niewaŜne.
— NiewaŜne — zgodził się. — Zapytam Coylego, musiał tam być.

— Albo wymyślił sobie bajkę.
Pokręcił głową.

— Za bardzo wszystko pasuje. Ja tam przyjechałem z listem gończym w kieszeni. 
Ś

wietnie pamiętam, Ŝe szukano Billa Harpera. Miał na sumieniu kilka rabunków i ze dwa 

morderstwa. Obiecano nagrodę: tysiąc dolarów! śywy albo umarły! Tak napisali. Tysiąc 
dolarów, a ja goniłem resztkami pieniędzy. Szukałem tego Billa, Ŝeby powiedzieć prawdę, 
zupełnie omackiem. Bawiłem jeden dzień w tym miasteczku, a następnego zrobiła się 
chryja!
— Jaka chryja?
— Tak, jak śpiewał Coyle: „Któregoś ranka, wczesnym świtem, wiatr na swych 
skrzydłach przyniósł wieść, Ŝe do miasteczka trzech bandytów przybywa zemstę krwawą 
nieść..."
— Ale pamięć to ma pan znakomitą. Ja nie potrafię powtórzyć ani jednej strofki.
— Rzeczywiście, pamięć mi dopisuje. OtóŜ... tak właśnie było, a jednym z tych bandytów 
okazał się Bill Harper. MoŜe pan sobie wyobrazić, jak się ucieszyłem!
Nie, nie mogłem sobie tego ani rusz wyobrazić! Radość z powodu pojawienia się 

przestępcy — to było dla mnie coś zupełnie nie do przyjęcia.

— OtóŜ — mówił Bede — ten Bill Harper miał na pieńku z tamtejszym szeryfem. Ludzie 
dostali pietra, wiedzieli, Ŝe albo szeryf, albo Harper. "Nikt nie chciał pomóc szeryfowi. 
Nawet radzili mu, Ŝeby wyjechał, bo wtedy i Harper zniknie. Pognałem do szeryfówki. Po-
wiedziałem, o co mi chodzi. Myśli pan, Ŝe się ucieszył? Oglądał mnie na wszystkie strony. 
MoŜe podejrzewał, Ŝe jestem kumplem Harpera? Na koniec zgodził się. Pod warunkiem, Ŝe 
będę strzelał dopiero w ostateczności. Co przez to rozumiał, nie wiem. Wyszliśmy z sze-
ryfówki, gdy na stacji zagwizdał parowóz, co znaczyło, Ŝe pociąg przyjechał. Ten z 
Harperem. Powiadam panu, doktorze, ulica była pusta, jakby cała ludność zapadła się pod 
ziemię. Tylko jeden zapóźniony biegł od stacji. Wrzasnął, Ŝe Harper jest, i skoczył do 
któregoś domu tak szybko, Ŝe nawet nie zdąŜyłem zauwaŜyć, do którego. Ano, zostaliśmy 
tylko dwaj na pustej drodze. To było niezłe ryzyko, ale ja lubię takie sytuacje. Pewnie 
mam to we krwi.
— Niech pan się streszcza, Bede — przerwałem mu — poczyna robić się chłodno.
— Więc ja trafiłem Harpera, a szeryf, zanim odjechał, potwierdził to na piśmie.
— I dostał pan swój tysiąc dolarów?
— A jakŜe!
— Czy to wszystko?

Nie mogłem jeszcze odgadnąć, w jakim celu Bede opowiedział mi tę historię.

Jeszcze nie wszystko. Chcę się pana poradzić w waŜnej sprawie.

Westchnąłem cicho. Tylko tego brakowało! Miałem radzić osobie, której sama obecność 

wprawiała mnie w zły humor. Znowu ogarnęła mnie chętka, Ŝeby odejść. I znowu zostałem. 
Ostatecznie — jaki by nie był — to człowiek, który tylokrotnie pomógł mnie i Karolowi 
wydostać się z tarapatów, który ocalił Gonzalesa, a na koniec, mimo Ŝe nie pochwalałem 
jego „ręki szybszej niŜ myśli", działał w mojej obronie.

— Słucham — powiedziałem.

background image

— Myślę, doktorze — zaczął Bede — Ŝe pewnie zastanawiał się pan, po co przyjechałem 
do El Paso.
— KaŜdy ma prawo odwiedzać El Paso — odparłem wykrętnie.
— A wie pan, czym się trudnię?
— Nie mam pojęcia, lecz przecieŜ nigdy o to nie pytałem.
— No, tak. Sam o tym opowiem... Kiedy przybyłem do miasteczka, o którym śpiewał 
Coyle, posiadałem juŜ spore doświadczenie. W El Paso jeszcze większe, dlatego sądziłem, 
Ŝ

e mi się powiedzie. Siedemset dolarów to niemała suma dla takiego jak ja.

— O czym pan mówi?

Ś

cigałem pewnego jegomościa poszukiwanego przez Agencję Pinkertona za 

zastrzelenie człowieka z Montgomery, w Alabamie. Zabójca nazywa się Reuben Burrows. 
Nie słyszał pan o nim?
— Nie, chyba nie...— poprawiłem się, nie pamiętając, jakie to nazwisko wymieniał 
druczek Pinkertona.

Przestępstwo zostało dokonane w styczniu, ale do wiosny jeszcze ptaszka nie 

schwytali. Teraz to juŜ pewnie siedzi za kratami albo nie Ŝyje. Miałem list gończy, gdzieś mi 
się w drodze zapodział.

Drgnąłem. Moja pomyłka stała się dla mnie sprawą oczywistą. Jednak przecieŜ nie 

uczyniłem nic, aby Be-demu zaszkodzić. Jak to dobrze!

— Gdyby nie bójka w saloonie — tu westchnął — nie wędrowałbym teraz przez te dzikie 
strony. JakŜe jednak mogłem spokojnie przyglądać się, gdy banda pi-jusów rzuca się na 
dwu porządnych ludzi?
— To znaczy... Ŝe przez nas stracił pan zarobek. Bardzo mi przykro.
— Głupstwo, doktorze! Co się stało, to się stało i nie ma o czym mówić.
— Więc pan pracuje dla Pinkertona?
— W tym jednym wypadku. W innych pracuję dla innych.

Zabrzmiało to nieco zagadkowo.

— Jest pan agentem policji?
— O, nie! Pracuję ochotniczo, doktorze — zaśmiał się. — Pomagam raz jednym, raz 
drugim;

Rozumiem. NaleŜy pan do grupy ludzi, których powszechnie nazywają „łapaczami". 

Uznaniem to się oni nie cieszą. IleŜ pan osób doprowadził za kratki?
— Ani jednej.

Taka odpowiedź wyglądała na kpiny. Spojrzałem na niego zdziwiony.

— Co to znaczy?
— To znaczy, doktorze, Ŝe miałem takie pieskie szczęście: ścigany zawsze sięgał po broń. 
Lecz ja byłem szybszy. I nieźle strzelam.

ś

e pan lubi strzelać, stwierdziłem to juŜ parokrotnie, lecz postępując tak z ludźmi 

poszukiwanymi przez prawo, kiepską wyświadcza pan prawu przysługę.

Pan nie jest „łapacz", pan jest najzwyklejszy „rewolwerowiec". Podejrzewam, Ŝe pan 
prowokuje ściganego do sięgnięcia po broń, zamiast go zaskoczyć. Czy nie tak? Pokiwał 
głową i skrzywił się zabawnie.

— Ja uwaŜam, Ŝe kaŜdemu trzeba dać szansę.
— Rozumiem — odparłem, z trudem tłumiąc gniew. — WyobraŜam sobie, Ŝe zjawiał się 
pan przed poszukiwanym i oświadczał mu, Ŝe chce go doprowadzić do szeryfa, a później 
czekał, aŜ tamten wyciągnie rewolwer. Wówczas juŜ miał pan prawo strzelać, przecieŜ w 
obronie własnej! Nie tak było?
— Właśnie tak. Pan chyba znał jakiegoś „łapacza"?
— Znałem. Dzisiaj jest szeryfem.
— No, więc! — ucieszył się. — I „łapacz" moŜe zyskać ludzki szacunek.
— To była wyjątkowa sprawa. Najzwyklejszy farmer został „łapaczem" tylko dlatego, Ŝe 
brakowało mu pieniędzy na leczenie Ŝony. Skusił go list gończy i wysoka nagroda, lecz 
przez okres swej paromiesięcznej działalności zabił tylko jednego człowieka, tak się zło-
Ŝ

yły tragiczne okoliczności. Ale iluŜ później doprowadził do szeryfa? Nic dziwnego, Ŝe go 

background image

samego obrano szeryfem. Bo nie dawał nikomu takiej „szansy", jak pan, to jest zwykłe 
morderstwo. Lecz pan niech na to nie liczy. W miejscowości podlegającej pana władzy 
sędzia nie miałby nic do roboty. Za to pogrzebów byłoby mnóstwo, nawet ludzi, którym 
groziło tylko więzienie. Be-de — powiedziałem wzburzony — i ja, i mój przyjaciel wiele 
panu zawdzięczamy, dlatego słucham tak spokojnie, lecz po powrocie do hacjendy 
rozstaniemy się.
ZauwaŜyłem, Ŝe się zmartwił. Zupełnie szczerze zmartwił, się. Do licha! On niczego nie 

pojmował. Jak dziecko uzbrojone w nigdy nie chybiający colt. Strzelające dla zabawy. JakŜe 
okrutnej!

— Prosił mnie pan o radę — mówiłem dalej. — Nie wiem, w jakiej sprawie, lecz dam 
panu radę nie proszoną: niech pan zerwie ze swym procederem, z zarabianiem na ludzkich 
trupach. A jeśli nie rozumie pan jeszcze, dlaczego, to... chociaŜby dlatego, Ŝe w końcu ktoś 
moŜe okazać się szybszy!

Właśnie, właśnie! —uradował się. — O tym chciałem mówić, bo to nie prosta sprawa. 

Nie wiem, jak z niej wybrnąć. Widzi pan, mój ojciec był farmerem, w Missouri. Mieliśmy 
pola, łąki, zabudowania prawie dwie mile od miasteczka, które się zwie Sunday. Zabawna 
nazwa, prawda? Nasze gospodarstwo leŜało w pobliŜu Sunday. To było dobre sąsiedztwo. 
Plony sprzedawaliśmy na miejscu i wiodło się nam bardzo dobrze. O dziecięcych latach 
nie będę mówił, bo to niewaŜne. Później przyszła na świat siostrzyczka, a po niej brat. 
Wtedy juŜ biegałem do szkoły, do Sunday, bo ojciec chciał, Ŝebym nabrał rozumu. Od tego 
wszystkiego się zaczęło. Któregoś dnia, przed przerwą wakacyjną, gdy wracałem do 
chałupy, lunął deszcz. Nie było gdzie się schronić. Skoczyłem do saloonu, stał na samym 
skraju miasteczka, ostatni budynek. Saloon „Pod Złotym Słońcem" i takie słońce zostało 
namalowane na desce, nad drzwiami. Pamiętam, jakby to było wczoraj: złota farba z tego 
słońca oblazła i wyglądało zupełnie szaro.
Wbiegłem do saloonu. Nie jest to miejsce dla dzieci, nawet dla podrastających chłopców, 

lecz deszcz mnie usprawiedliwiał. Poza tym wiedziałem, Ŝe karczmarz zna mego ojca i 
pozwoli przeczekać ulewę. Byłem nieco onieśmielony, jak to wiejski chłopak, który jeszcze 
nie poznał świata ani ludzi. Saloon był pusty, przynajmniej

tak mi się wydało. Karczmarz oparty o szynkwas spojrzał na mnie, a ja 
szybko powiedziałem:

„Jestem Barry Bede. Czy mogę tu posiedzieć?"

Roześmiał się.

„Nigdy jeszcze nie miałem takiego gościa. Jesteś synem Harry Bedego?"

Przytaknąłem.

„No, to siadaj. Znamy się z twym ojcem od lat. Podobny jesteś. Chcesz 

piwa?"

Podziękowałem grzecznie, jak mnie w domu uczono.

„Rozumiem, nie masz pieniędzy, ale to ja stawiam."

Nalał mi z kranu, lecz nie w kufel, a w małą szklaneczkę.

„Niech ci będzie na zdrowie."

Nie chciałem go obrazić, więc wziąłem. Siadłem za którymś stolikiem, z 

twarzą zwróconą ku oknu, i patrzyłem na drŜącą firankę wody. Czułem się 
kiepsko w tym saloonie i marzyłem, aby jak najprędzej znaleźć się w domu. 
Lecz deszcz nie ustawał. I wtedy usłyszałem odgłos kroków, cięŜkich 
kroków. Jakaś postać zasłoniła mi okno, czyjś głos zapytał bardzo Ŝyczliwie:

„Czy mogę się przysiąść?"

Wytrzeszczyłem oczy. Jeszcze nikt do mnie w ten sposób się nie zwracał. 

Pan wie, doktorze, jak to jest. Dorośli albo przepędzają dzieci, albo 
lekcewaŜą je, albo się z nich śmieją. Dlatego myślałem, Ŝe ten obcy kpi sobie 
ze mnie. Ale on powtórnie zapytał, czy moŜe się przysiąść. Wykrztusiłem, Ŝe 
tak. Postawił kufel, przysunął zydel.

„Smakuje ci piwo, synku?" — zagadnął.

Znowu zdobyłem się tylko na „tak", ale nieznajomy coraz bardziej 

zaczynał mi się podobać.

background image

Widzisz — mówił dalej — piwo to dobra rzecz, lecz w miarę. Jak zbyt 

wiele się nałykasz, stajesz się ocięŜały, oczy mętnieją i ręka się trzęsie.   
Pamiętaj o tym."

Odparłem, Ŝe będę pamiętał, i gapiłem się na jego strój. Chyba musiał być traperski. 

Słyszałem wiele o traperach i tak ich właśnie sobie wyobraŜałem. Ten miał na sobie kurtkę 
skórzaną bez rękawów, koszulę niebieską i czarny okrągły kapelusz. A dokoła bioder pas, z 
którego zwieszały się w wielkich futerałach dwa rewolwery.

— Jakoś to nie pasuje do trapera — zauwaŜyłem myśląc o stroju, jaki Karol 
przywdziewał wybierając się na swe myśliwskie wyprawy.
— Pewnie, Ŝe nie pasuje, lecz ja, doktorze, byłem wówczas mały pętak i nic się nie 
znałem na tych sprawach. Najbardziej jednak spodobały mi się ostrogi, jakie tamten gość 
miał przy butach. Musiał zauwaŜyć moje zachwycone spojrzenie, bo uśmiechał się od 
czasu do czasu i pociągał z kufla. Na koniec sięgnął do kabury i wydobył oksydowany, 
niebiesko lśniący rewolwer. Później się dowiedziałem, Ŝe to był colt, ale wówczas nie 
odróŜniałem kapiszonówki od broni skałkowej, a skałkowej od iglicówki. Jak ujrzałem to 
lśniące cudo, mało mi oczy nie wyskoczyły, a tamten wyjął naboje z bębenka i wsunął mi 
kolbę w dłoń. Wyprostowałem rękę i zmierzyłem w lustro wiszące na ścianie.

„CięŜki" — powiedziałem, byle co powiedzieć i byle jak najdłuŜej trzymać broń.
„PołóŜ palec na cynglu, synku — doradził — ot tak, doskonale. A teraz naciśnij, wolno, 

delikatnie..."

Ledwie dotknąłem spustu, a rewolwer zrobił „klik--klak".

„O! — zawołałem — jak to łatwo!"
Uśmiechnął się.

„Strzelać łatwo, trafić trudniej."

A pan umie?" — zapytałem naiwnie.

„Dziewięć na dziesięć razy, pokazałbym ci..."

Karczmarz, który pewnie cały czas przysłuchiwał się naszej rozmowie, nagle zawołał od 

szynkwasu:

„Barry, wracaj do domu. Deszcz juŜ przestał padać, a ojciec na pewno się niepokoi."
Westchnąłem i zwróciłem rewolwer.
„Muszę juŜ iść, przepraszam" — powiedziałem niemrawo. Podziękowałem za piwo i 

ruszyłem ku drzwiom.

„I na mnie czas" — zauwaŜył nieznajomy.
PołoŜył jakąś monetę na ladzie i zwrócił się ku mnie:

„Daleko mieszkasz, synku?"
„Będzie ze dwie mile."
„A w jakim kierunku?"

Pokazałem ręką.

„Podwiozę cię."
Wydało mi się, Ŝe szynkarz bardzo się zaniepokoił. Powiedział szybko:
„Lepiej, Ŝeby chłopak się przeleciał. To zdrowiej. Ruch mu dobrze zrobi. Prawda, Barry?"

„Tak... — odparłem — nie..."

Nie wiedząc, na co się zdecydować, wybiegłem na dwór. Świeciło słońce i odbijało się w 

kałuŜach wody. Gliniasta droga, którą musiałem maszerować, pełna była takich kałuŜ i błota. 
Lecz cóŜ miałem począć? Skierowałem się desperacko na ten bajorowaty szlak.

„Zaczekaj!"
Stanąłem, odwróciłem się. Nieznajomy kiwał na mnie ręką. Później zniknął za rogiem 

budynku, lecz na krótko. Ukazał się z powrotem, na koniu. CóŜ to był za koń! Czarny jak 
kruk, z białą strzałką na czole. Podjechał do mnie.

„No, chłopcze, hop!"
Podskoczyłem, a on wciągnął mnie na siodło, posadził przed sobą, tuŜ za końskim 

grzbietem.

„Pojedziemy wolno — oświadczył. — Wielkie błoto, ale i tak znajdziesz się szybciej na 

miejscu."

background image

W drodze rozmawialiśmy, raczej to on mówił, bo ja podziwiałem pięknego wierzchowca, 

piękną uprząŜ i rozglądałem się dokoła pragnąc, aby mnie ujrzał któryś z kolegów lub ze 
znajomych ojca, ale jak na złość droga była pusta.

„Tu mieszkam" — poinformowałem na widok domu stojącego o kilka jardów w bok.
„No, to koniec naszej podróŜy" — zauwaŜył wesoło.
Zatrzymał konia i pomógł mi zeskoczyć.
„A moŜe... — wyjąkałem — moŜe pan nas odwiedzi. ChociaŜ na chwilkę — 

powiedziałem prosząco. — Rodzice będą radzi."

„Dziękuję, chłopcze. Nie zapomnę ci tego. No, bywaj! Kto wie, czy się jeszcze nie 

spotkamy."

Machnął ręką, tknął konia ostrogami i po chwili zniknął za kurtyną wodnych rozbryzgów 

i błota.

W domu matka się zatroskała, czy nie zmokłem. Powiedziałem o saloonie i o przejaŜdŜce.

„Jakiś uczynny jegomość — zauwaŜył ojciec. — Ciekaw jestem, kto to taki. Jak będę w 

Sunday, zapytam Kernta."

Tak się nazywał właściciel saloonu „Pod Złotym Słońcem". Po paru dniach rzeczywiście 

musiał zapytać, bo kiedy wróciłem jak zwykle ze szkoły, powiedział:

„Wiesz, Barry, ten jegomość, który cię wiózł, to zupełnie obcy człowiek. Podobno 

pokazywał ci, jak się strzela?"

Przyświadczyłem.

„Na drugi raz nie daj się tak łatwo wciągnąć w rozmowę. Bądź ostroŜny."
„Dlaczego? — zapytałem zdziwiony. — Czy zrobiłem

coś złego?"

„AleŜ nie, synku, tylko Kernt mówił mi, Ŝe mu się ten człowiek nie podobał, a Kernt ma 

dobre oko."

Nic na to nie rzekłem, lecz nie podzieliłem opinii szynkarza. Nigdy dotąd nie zetknąłem 

się z dorosłym, który by tak powaŜnie, jak równy z równym, ze mną rozmawiał. I tak 
grzecznie! Marzyłem w cichości, Ŝe znowu spotkam nieznajomego z Sunday i wypatrywa-
łem oczy maszerując do szkoły i z powrotem. Na próŜno!

Minął jeden roczek, minął drugi. Szkołę ukończyłem i stałem się pierwszym pomocnikiem 

ojca w gospodarstwie oraz przykładem dla młodszego rodzeństwa. Nauczyłem się jeździć 
konno, nabyłem okrągły kapelusz i udawałem kowboja na ojcowej zagrodzie. Do Sunday 
jeździłem co kilka dni po zakupy, wpadałem nawet do

saloonu, lecz nigdy nie trafiłem na ślad nieznanego przybysza, aŜ do dnia... Do pewnego 
dnia, który stał się jak gdyby kolejnym szczeblem drabiny prowadzącej mnie nie wiadomo 
dokąd.

Dorobiliśmy się małego stadka bydła. Pasło się zazwyczaj na łące, hen pod lasem. Nie tak 

znowu daleko, lecz ja, jak juŜ wspomniałem, udawałem kowboja, a jak kowboj, to konno! 
Ba, miałem juŜ nie tylko szerokoskrzydły kapelusz, lecz i lasso zawieszone na łęku siodła. 
Kupiłem w Sunday szeroki pas, chociaŜ nie zwieszały się z niego wielkie rewolwery. Ojciec, 
który przystał na lasso (wprawdzie śmiał się ze mnie), o nabyciu broni nawet nie chciał 
słuchać.

Pogalopowałem więc na koniu i z lassem, prawie jak kowboj, spędzić bydło spod lasu do 

zagrody, bo miało się juŜ ku wieczorowi. śe dzień był ciepły, jak na wiosnę, przejaŜdŜka 
taka to sama przyjemność: Dognałem stadko juŜ na skraju boru i policzyłem sztuki. Zawsze 
liczyłem, odkąd zdarzyło się przypędzić o jedną za mało, co ojciec natychmiast zauwaŜył i co 
kosztowało mnie przeszło pół nocy poszukiwań.

Tym razem równieŜ brakowało jednej krowy. Nie zauwaŜyłem jej ani na łące, a było 

jeszcze dość widno, ani pod lasem. Musiała wedrzeć się w gąszcz. Zeskoczyłem z siodła. Las 
nie był wielki, ot, po prostu taka wyspa z drzew na równinie, nie dłuŜsza niŜ na pół mili, ale 
dość zarośnięta. Wkroczyłem w te zarośla, wypatrując, czy gdzieś nie błyska jasny zad lub 
białe, rogate czoło. Przepychałem się między chojakami i... wyszedłem wprost na konia! Co 
tu robi koń? Z siodłem, uzdą i jukami! A gdzie jeździec?

Ujrzałem go pod pniem sąsiedniego drzewa. Zastygłem w bezruchu. Nie na widok 

background image

nieznanego człowieka, lecz... czarnej lufy rewolweru wycelowanej wprost w moją pierś.

Kto ty jesteś?" — zapytał ochrypłym szeptem, „Ja? No... z gospodarstwa. Tu jest farma, 

niedaleko".
„Czego szukasz?"
„Krowa uciekła w las."

Zaśmiał się i opuścił broń. Przypatrywał się uwaŜnie. Zaraz poczułem się lepiej. Nigdy 

dotąd nikt nie trzymał mnie na muszce lufy.

„Jak się nazywasz?" — patrzał na mnie uwaŜnie.
„Barry Bede" — odpowiedziałem, ciągle jeszcze nie mogąc ochłonąć ze zdumienia.
„Barry Bede — powtórzył. — Barry... Ja chyba ciebie znam. Byłeś wówczas malcem. 

Pamiętasz?"

Potrząsnąłem przecząco głową.
„Zapomniałeś o piwie w saloonie? O konnej przejaŜdŜce? Po deszczu."

Jakaś klapka odemknęła się w mojej głowie.

„To pan?! — zawołałem. — Pan wiózł mnie na czarnym jak kruk wierzchowcu!"
Spojrzałem na konia stojącego przy drzewie. Nie, nie był czarny, tylko jakiś srokaty. 

Nieznajomy dostrzegł moje spojrzenie.

„To nie ten" — zauwaŜył.
„A co się z tamtym stało?"
„Zginął jak dzielny koń. Od kuli."

A pan?" — zapytałem, bo postać siedząca przy pniu nie przypominała eleganckiego 

gościa saloonu w Sunday.

Kurtę nadal nosił skórzaną, ale skóra straciła połysk, gdzieniegdzie świeciła wytartą bielą 

i czerniała plamami. Prawy rękaw niebieskiej koszuli został rozdarty, lewy podwinięty 
powyŜej łokcia. To, co znajdowało się poniŜej, było szarą szmatą, z której wystawała tylko 
dłoń.

„Wypadek?" — zagadnąłem, chociaŜ na poprzednie pytanie wcale mi nie odpowiedział.

Tii muszę dodać, doktorze, Ŝe wówczas miałem głowę nabitą róŜnymi bajędami o Dzikim 

Zachodzie, na którym Ŝyli prawdziwi bohaterowie walczący w obronie słabszych, ratujący 
wędrowców napadniętych przez czerwonoskórych, zabierający złoto bogatym wyzyski-
waczom, aby je rozdać biednym. Pewnie Ŝyli i tacy, ale... Pan chyba wie, doktorze, ileŜ to 
pięknych legend dolepiono do postaci zwykłych awanturników lub wręcz bandytów!

— Zrozumiałe — zauwaŜyłem — ludzie tęsknią za sprawiedliwością, za dzielnością i 
cenią to sobie. Gdy zabrakło wzorców, poczęli upiększać postacie „bohaterów".
— Dziki Zachód — doktorze — nie leŜał daleko od granic stanu Missouri, ba, nawet z 
nim graniczył na południowym zachodzie. Pan na pewne wie. To jest terytorium 
Oklahoma, jego część zwana Terytorium Indiańskim, na którym nie wolno było się 
osiedlać. Dziki Zachód! Często o nim marzyłem. A teraz siedział przede mną przybysz, na 
pewno z Dzikiego Zachodu. Zapomniałem o strachu i gapiłem się nań z cielęcym za-
chwytem, jak na „dzielnego za trzech", jak śpiewał Coyle, przybyłego z bliskiej i 
równocześnie dalekiej krainy.
„Miałem przykry wypadek — odpowiedział na moje pytanie. — Ale to głupstwo, za kilka 

dni śladu nie zostanie. Gorzej, Ŝe ostatnio prawie nic nie jadłem. Nie masz, Barry, kapinki 
mleka?"

„Mogę wydoić krowę — zaoferowałem się ochoczo — ale chyba najlepiej, Ŝeby pan 

poszedł ze mną do domu. Tam się znajdzie wszystko, co potrzeba. I nowy opatrunek. Czy to 
rana?"

„Ot, takie draśnięcie. Do domu nie pójdę. Sprawiłbym kłopot twoim rodzicom."

Nie nalegałem. Kazał mi odpiąć garnczek przywieszony do juków siodła. Odszukałem 
zagubioną krowę, nadoiłem mleka.

Teraz — powiedziałem z wahaniem — muszę juŜ wracać. Ojciec będzie mnie szukać."

Zaniepokoił się.

„Idź, idź, Barry, ale... słuchaj, mój chłopcze, czy moŜesz mi coś przyrzec?"

background image

„Oczywiście!"
„Daj mi słowo, Ŝe nie powiesz o mnie nikomu. śe ja tu jestem."
„Jak to? PrzecieŜ to nasza ziemia, nikt obcy tu nie przychodzi."
„To bardzo dobrze. Ale ja nie chcę, aby ktokolwiek

0 mnie wiedział. Rozumiesz?"

Na  słowie   „ktokolwiek"   połoŜył  specjalny  akcent.

1 tym wpędził mnie w rozterkę. Co powiem rodzicom, gdy zapytają, dlaczego tak długo 
marudziłem z bydłem?

„Czy to konieczne?"

„Konieczne. Ścigają mnie źli ludzie, Barry. Jeśli mi nie pomoŜesz, będę musiał dosiąść 

konia i ruszać dalej. Po nocy. Diablo mi to nie na rękę, źle się czuję."

Powiedział to głosem smutnym, zmęczonym, aŜ mnie coś w sercu kolnęło. Pewnie był 

chory. Zrobiło mi się go Ŝal.

„Ojciec nikomu nie zdradzi" — powiedziałem z przekonaniem.
„Nie, nie — zaprotestował energicznie. — To na nic. Jeśli powiesz ojcu..."

Urwał i podniósł się spod pnia. ZauwaŜyłem, Ŝe chwieje się na nogach.

„Muszę ruszać — oświadczył. — Przez ciebie, przez takie głupstwo."

Przekonał mnie.

„Dobrze — zgodziłem się — nie powiem, ale teraz powinienem juŜ wracać..."

I wróciłem, pędząc przed sobą krowy. Rodzicom powiedziałem o poszukiwaniu jednej 

sztuki w lesie. To ich zadowoliło i o nic więcej nie pytali. Nie potrzebowałem, kłamać, lecz 
mimo tego czułem się jakoś bardzo nieswojo.

Następnego ranka moja rodzina: matka, ojciec, brat i siostra wsiedli do czterokołowego, 

półcięŜarowego wózka i ruszyli do Sunday. Ojciec zawoził bronę do kowala, matka miała 
mnóstwo sprawunków do załatwienia, a moje rodzeństwo zostało zabrane, abym nie musiał 
go pilnować. Cała gromadka mogła powrócić najwcześniej późnym wieczorem lub dopiero 
rankiem dnia następnego, przenocowawszy w Sunday u przyjaciół.

Kiedy indziej zmartwiłbym się takim obrotem sprawy — zwalono na mnie robotę w 

gospodarstwie i nudę samotności. Lecz tym razem ucieszyłem się z tej sytuacji. Byłem 
ciekaw, co porabia mój znajomy w lesie. Miałem nadzieję, Ŝe jeszcze nie odjechał. Gdy więc 
wózek zniknął w tumanach kurzu, osiodłałem konia, wyprowadziłem krowy z zagrody, 
pognałem je na pastwisko, pocwałowałem do lasu i przedarłem się przez zarośla.

Był! Pod tym samym drzewem. W dziennym świetle wyglądał jeszcze gorzej niŜ wczoraj.
„Jak się masz, Barry — przywitał mnie cichym głosem. — Spodziewałem się, Ŝe 

przyjedziesz. Chciałem ruszyć stąd o świcie, lecz siły nie dopisały. Mówiłeś o mnie?"

Zaprzeczyłem.
„To dobrze — szepnął — nie zawiodłem się na tobie. A nie masz czego do zjedzenia, 

chłopcze?"

Odparłem, Ŝe owszem. Cała fura jedzenia jest w chałupie.

To na nic" — mruknął.

AleŜ dom jest pusty! — krzyknąłem. — Rodzin pojechała do Sunday".

„A kiedy wróci?"                                                     
„Dopiero późnym wieczorem lub jutro rano." 
„Aha. Słyszałem turkot wozu. No to, moŜna by zaryzykować."                                                   

Podniósł się z trudem, ujął konia za cugle. Wyszliśmy na skraj łąki, skąd juŜ widać było 

nasz dom. Lecz tu nieznajomy zatrzymał się. Spojrzał na mnie podejrzliwie i zagadnął:
„A nie zwodzisz mnie przypadkiem?" „Bodajbym pod ziemię się zapadł, jeśli kłamię!" 
Twarz mu się rozpogodziła, ale przez cały czas rozglądał się czujnie dokoła, a zanim wszedł 
do chałupy, zajrzał do środka przez szybę. Sądziłem w swej naiwności, Ŝe to taki westmański 
nawyk. W końcu wkroczył do izby i cięŜko opadł na najbliŜszą ławę. Przygotowałem mu 
ś

niadanie, a gdy zaspokoił głód, zaproponowałem, aby się umył. Nie przystał na to tak łatwo, 

jak na posiłek, wreszcie zgodził się pod warunkiem, Ŝe wyjdę na dwór pilnować drzwi, aby 
przypadkiem ktoś obcy go nie zaskoczył. Nagotowałem pełny szaflik wrzątku i zostawiłem 
gościa, lecz nie po to, aby pilnować drzwi, lecz oporządzić mu konia. Trwało to dość długo, 

background image

gdy więc wróciłem, mój westman juŜ się ubierał.

„To był świetny pomysł, ta kąpiel, Barry. Czuję, jak mi wracają siły. Nie masz, chłopcze, 

jakiej czystej szmaty?"

Nie znałem się na opatrywaniu ran, więc tylko przyniosłem pas nowiutkiego płótna, a 

później pomogłem odwinąć mokry i brudny opatrunek. Rana nie była głęboka, jak 
zauwaŜyłem, lecz za to długa, biegnąca od ramienia w dół. Od noŜa czy od kuli... skąd 
miałem wiedzieć?

Dziękuję ci, Barry. No, czas mi w drogę" — powiedział gdy juŜ opatrzył i zabandaŜował 

ranę.

„Juz?!" — wykrzyknąłem szczerze zmartwiony.

Za chwilę miał zniknąć mi z oczu jeden z tych ludzi, o których krąŜyły legendy: 

prawdziwy westman, mieszkaniec prerii, puszcz i górskich dolin.

„Tak, juŜ — odparł. — Jednak — zastanowił się — moglibyśmy pogawędzić jeszcze 

trochę. Na końskich siodłach."

Wytrzeszczyłem oczy.
„Nie rozumiesz? Jadę do Greenhill. MoŜesz mnie odprowadzić."

Greenhill było nieco większym miasteczkiem od Sunday. Bawiłem tam tylko raz, bo leŜało 

dość daleko od naszej zagrody. PodróŜ w jedną stronę trwała pół dnia.

„Nie mogę" — odparłem smętnie.
„Szkoda. Chciałem ci ofiarować coś na pamiątkę naszego spotkania, lecz nie mam nic 

takiego. Dopiero w Greenhill, ale skoro nie moŜesz... To odprowadź mnie choć kawałek."

Pokusa była silna. Uległem. No, bo cóŜ szkodziło oddalić się od domu na parę godzin? 

Pojechałem.

Zabawiał mnie podczas jazdy opowiadaniami o Dzikim Zachodzie. Słuchałem, aŜ mi uszy 

rosły. Jeśli nawet tylko połowa z tego, co mówił, była prawdą, jakŜe ciekawy wiódł Ŝywot w 
porównaniu z moim! Ach, gdybyŜ tak wyrwać się w tamte strony z doświadczonym 
towarzyszem przy boku! Choćby na kilka dni, na tydzień! Ba, nieziszczalne marzenie...

Zasłuchałem się tak bardzo, Ŝe straciłem poczucie czasu. I oto w dali przed nami, na 

rozległej równinie, zamajaczyły szczyty domostw.

„To juŜ Greenhill — zauwaŜył zatrzymując wierzchowca. — MoŜe jednak wypijemy 

przed rozstaniem szklaneczkę za nasze zdrowie?"

No, skoro juŜ dotarłem tak daleko, cóŜ szkodziło wpaść do Greenhill?

 „

Dobrze" — skinąłem głową.

Zatrzymaliśmy się na skraju malutkiego lasku rosnącego przy drodze.
„Barry — powiedział — pewnie cię to zdziwi, lecz gdybyś nieco pobył na Dzikim 

Zachodzie, nic by cię nie dziwiło. Ja tu zaczekam, a ty jedź."

„Po co?"

„Muszę być ostroŜny. Pierwszy budynek po prawej stronie to piętrowy dom z napisem: 

Skład zaopatrzenia. Wejdziesz do środka i zapytasz o pana Ratha. Jak go znajdziesz, 
powiesz, Ŝe przysyła cię Niebieski Bill. Zapamiętasz?"

„Oczywiście. A kto to jest Niebieski Bill?"
„To ja. Tak mnie znajomi przezywają. Od niebieskich koszul, które bardzo lubię. Powiedz 

temu Rathowi, Ŝe Niebieski Bill pyta, czy moŜe przyjechać: I jeszcze jedno: rozmawiaj z 
Rathem tak, Ŝeby nikt więcej cię nie słyszał. To waŜne, mam mnóstwo wrogów, którzy tylko 
czekają, Ŝeby mi nogę podstawić. A teraz jedź i szybko wracaj."

Pognałem konia, wjechałem do Greenhill, odnalazłem skład, a w nim pana Ratha. Kiedy 

zadałem zlecone mi pytanie, najpierw obejrzał mnie ze wszystkich stron, a później zapytał:

„Gdzie jest Bill?"
„Niedaleko."

„No, to moŜe wpaść."

Wróciłem do lasku, powtórzyłem odpowiedź.

„Świetnie, Barry. Spisałeś się znakomicie. Jedziemy."

Ano, przybyliśmy do tego składu zaopatrzenia. Długa, mroczna sala pełna towarów. Rath i 

Niebieski Bill padli sobie w objęcia. Później  coś tam szeptali, a ja

background image

dreptałem wzdłuŜ półek, lad i stołów. Czego tam nie było! Od ubrań i broni po rolnicze 
pługi, końską uprząŜ, derki, bele tytoniu, wory z mąką, grochem, solą, cukrem, ech...

Barry! — zawołał Bill. — To dla ciebie, na pamiątkę."   

Wręczył mi szeroki pas, z którego zwisały skórzane kabury. Z ich głębi połyskiwały kolby 

dwu rewolwerów.

„ZałóŜ, chłopcze."

ZałoŜyłem bojąc się, Ŝe to wszystko sen, Ŝe za chwilę przebudzę się pod ojczystym 

dachem, aby wypędzić krowy na pastwisko. Później przyszło zastanowienie.

„Ja nie mogę tego przyjąć. To... to musi być strasznie drogie."

Roześmieli się obaj, a Rath zauwaŜył:
„Skoro ci Bill daje, to nie namyślaj się i bierz."
Niebieski Bill (tak go odtąd w myślach zacząłem nazywać) klepnął mnie po plecach.

 „Weź, chłopcze. Nie zgadniesz, jak bardzo mi pomogłeś."

Rzeczywiście — nie zgadłem. Jednak przyjąłem dar, a później udałem się w ciemniejszy 

kąt, aby wydobyć broń i nacieszyć się jej widokiem. To były dwa colty, błękitnie 
oksydowane, podobne do coltów Billa. Nigdy w Ŝyciu nie czułem się bardziej uradowany z 
prezentu. Tamten dzień dobrze mi utkwił w pamięci. Pewnie bym w składzie przesiedział do 
nocy, bawiąc się bronią, lecz Bill przywołał mnie. Ledwie go teraz poznałem. Wszystko na 
nim było nowiutkie. Od kapelusza po buty. Tak się obsprawił. Ale koszulę zachował 
niebieską, tyle Ŝe nową. I zapłacił. ZauwaŜyłem: samymi złotymi monetami. Takiej kupy 
złota jeszcze nie widziałem. Nawet Rath się zdziwił, bo pokręcił głową:

„No, no, Bill. Nieźle ci się powodzi."

Później się uściskali, a jeszcze później Rath pomógł wynieść paczki sucharów, nabojów i 

czegoś tam jeszcze, co Bill zręcznie upakował w jukach swego i mojego siodła. Uściskali się 
ponownie, wskoczyliśmy na konie i wolniutko pojechali główną ulicą. Z obu stron Wznosiły 
się domy, domki i budy, których partery zajmowały liczne przedsiębiorstwa handlowe: 
sklepy, składy, saloony.

Jechaliśmy ramię w ramię, mijaliśmy pojedynczych przechodniów, pojedynczych 

jeźdźców oraz całe grupki męŜczyzn podpierających płoty i ściany domostw.

„Mam tu wielu przyjaciół — zwierzył się Niebieski Bill. — Jednego z nich przed chwilą 

poznałeś. Teraz poznasz drugiego, prowadzi saloon. Zobaczysz, jak u niego ładnie."

Jednak los zrządził, Ŝe wnętrza saloonu nie ujrzałem. Gdy podjechaliśmy do długiej 

werandy, z wyŜyn której gapiło się na nas trzech czy czterech lekko podpitych młokosów, z 
boku, z głębi drogi zbliŜało się dwu męŜczyzn. Bill musiał ich zauwaŜyć, bo odezwał się do 
mnie półgłosem:

„Nie złaź z konia, Barry, i... uwaŜaj!"

Nie zdąŜyłem zapytać, na co czy na kogo mam uwaŜać, bo jeden z tych dwu zagadnął 

Billa:

„Ty jesteś William Fagin?"
„Ja?" — zdziwił się Bill i tyle brzmiało w jego głosie szczerego zdumienia, Ŝe byłem 

przekonany o omyłce.

Tak, ty. Zejdź z konia. Sprawdzimy. Hej, chłopcy — krzyknął przybysz w stronę werandy 

— pomóŜcie!"

Zanim zbiegli, a niezbyt sporo im to szło, Bill wspiął wierzchowca do skoku, runął na 

zagradzających mu drogę. Cud prawdziwy, Ŝe ich nie stratował. A ja? Ruszyłem za nim. 
Byłem zbyt przestraszony, Ŝeby móc zastanowić się chociaŜ chwilę. Przegnaliśmy ulicą. 
Uciekali na boki przypadkowi przechodnie, ale nim dopadliśmy ostatniego domku, 
zahuczały rewolwery. Skuliłem się na siodle sądząc, Ŝe nadeszła moja ostatnia godzina 
Jednak nie nadeszła! Wyjechaliśmy na trakt pusty z obu stron. Niebieski Bill, a moŜe 
William Fagin, gnał jak sto diabłów ściganych przez archanioła Gabriela, a ja ani o krok nie 
pozostawałem w tyle. Musiałem być dobrym jeźdźcem, bo w przeciwnym wypadku 
skręciłbym kark sobie i zwierzęciu. Po przebyciu chyba z mili Bill skierował wierzchowca w 
bok, na bezdroŜe lekko faliste, porosłe trawą. Nie wiedziałem, dlaczego tak czyni, lecz 
naśladowałem go i zjeŜdŜając z drogi dostrzegłem za nami chmurę kurzu, a w niej gromadę 

background image

kawalerzystów. Pościg! Sądzę, Ŝe gdybym wówczas przystanął, doktorze, spotkałoby mnie 
sporo przykrości, jednak wróciłbym do rodziców. Jeśli nie tego, to następnego dnia. Ale ze-
mnie wówczas wyparował cały rozum i galopowałem za Billem widząc w ucieczce jedyny 
ratunek. I co pan na to powie? Uciekliśmy! Na moje nieszczęście. Poprzez trawiaste pagórki 
Bill przywiódł mnie w głąb płytkiego wąwozu, później wydostaliśmy się pod samą granicę 
lasu i wędrowaliśmy juŜ wolniej, aŜ ze zmrokiem zapadli w gąszczu. Tam stanęliśmy na 
nocleg. Nie był przyjemny, bo bez ogniska.

„Barry — odezwał się rankiem Bill — z ciebie zuch, co się zowie, jednak musisz wracać 

do domu. Nie dla kaŜdego taka włóczęga. Długo jej nie wytrzymasz."

Uradowałem się takim stwierdzeniem, lecz równocześnie i zasmuciłem. Dręczyły mnie 

wyrzuty sumienia, Ŝe zostawiłem ojcową zagrodę na cały dzień i na całą noc bez opieki, Ŝe 
zawiodłem zaufanie rodziców, i dlatego, naleŜało natychmiast wracać. Lecz... i na tym 
polegała głupota podrostka, Ŝeby rzecz nazwać po imieniu, myślałem, Ŝe juŜ nigdy nie trafi 
mi się taka okazja wędrówki z prawdziwym westmanem. Okazja do opowiadania w gronie 
rówieśników o przygodach, jakich Ŝaden z nich nigdy nie doświadczył.

„Barry — mówił dalej Bill — musisz jeszcze nieco zdobyć się na cierpliwość. Nie wolno 

ci wracać natychmiast, nie wolno ci wracać przez Greenhill. Zaraz by cię tam złapali."

Oczywiście, miał rację, chociaŜ ja do Ŝadnej nie poczuwałem się winy. I natychmiast o 

tym powiedziałem.

„Ty o tym wiesz — odparł — i ja o tym wiem. Ale oni? Zanim cię wypuszczą, 

przesiedzisz kilka dni w areszcie. A rodzice? Co sobie pomyślą? MoŜesz mi wierzyć, Ŝe i 
mnie by wypuszczono, bo to wszystko jakaś pomyłka, jednak wolę, póki co, zejść z oczu 
tych, którzy chcą wpakować mnie za kratę."

Tak mi to wytłumaczył. I uwierzyłem. Pan się ze mnie śmieje, doktorze? Słusznie, lecz ja 

wówczas byłem naiwnym, prostodusznym wiejskim wyrostkiem. Towarzyszyłem więc dalej 
swemu opiekunowi. Piękna to była podróŜ, bo i kraj malowniczy, i pora roku sprzyjająca 
dalekim wycieczkom.

Nie nudziłem się. Łowiliśmy ryby w przejrzystych strumieniach, polowali, a w noce długo 

gwarzyli przy trzaskającym ognisku. Lecz to jeszcze nie wszystko. Niebieski Bill uczył mnie 
strzelać z rewolweru i juŜ po pierwszej lekcji oświadczył, Ŝe mam szybki refleks, bystre oko 
i pewną rękę. Sądziłem, Ŝe to pochlebstwo. Później okazało się, Ŝe mówił prawdę. I właśnie 
dzięki temu, Ŝe to prawda, mogę teraz o tym opowiadać. W róŜnych przecieŜ bywało się 
tarapatach...

Jako myśliwy spisywałem się gorzej. MoŜe to była wina strzelby, którą mi Bill poŜyczał 

(bo własnej nie miałem), a moŜe po prostu nie starczało mi cierpliwości, cnoty koniecznej 
dla trapera. Jestem niecierpliwy po dziś dzień.

Wędrowaliśmy długo, bardzo długo, ciągle na zachód i w coraz lepszej komitywie, 

chociaŜ Bill nie zdradził mi swego nazwiska, a ja nie wierzyłem, Ŝe nazywa się Fagin. 
Któregoś dnia zagadnąłem go o to.

„Barry — odparł ze śmiechem — czy to waŜne? W tych stronach kaŜdy przybiera sobie 

nazwisko, jakie mu odpowiada najlepiej. Dla przyjaciół jestem Niebieski Bill, więc i dla 
ciebie. A jak wołają na mnie wrogowie... cóŜ to moŜe cię obchodzić, chłopcze? I dam ci je-
szcze przestrogę: na Dzikim Zachodzie nie pytaj nikogo o nazwisko. Niebezpiecznie! Lepiej 
poczekaj, aŜ nieznajomy sam się przedstawi. I nigdy nie śmiej się, gdy usłyszysz, Ŝe spotkany 
na drodze czy w saloonie człowiek podaje się za cesarza chińskiego zwiedzającego nasz 
piękny kraj. Będziesz o tym pamiętał, Barry?"

Przyrzekłem nie zapomnieć i przyrzeczenia dotrzymałem, co niejeden raz wyszło mi na 

dobre.

Po kilku tygodniach, pod koniec lata, gdy zabrakło nam sucharów, tytoniu, kawy i cukru 

(bo mięsa nigdy nie brakowało, preria nie była tak przetrzebiona jak obecnie), Bill 
zdecydował, Ŝe trzeba uzupełnić zapasy.

„Wytrzeszczaj oczy, Barry, dobrze wytrzeszczaj — zaŜartował. — Jak tylko dojrzysz 

dachy domostw, mów natychmiast. Ruszymy prościutko między domy i ludzi, wpadniemy do 
sklepu kupić co trzeba, później zawadzimy o saloon, a jeszcze później odprowadzę cię prosto 
do rodziców. Widziałeś juŜ sporo, duŜo więcej od wszystkich swych rówieśników, i czas ci 

background image

wracać. Jestem pewien, Ŝe o tamtej hecy w Greenhill dawno zapomniano."

Na wzmiankę o rodzinnym domu zrobiło mi się jakoś miękko na sercu. JuŜ bardzo 

chciałem stanąć przed ojcem i matką, wytłumaczyć im, Ŝe bardziej zbieg okoliczności   niŜ  
lekkomyślność, nie  zezwoliły   wcześniej przerwać tej wariackiej wędrówki. Dlatego szybko 
odpowiedziałem:

„Oj tak, pora mi wracać."

Któregoś popołudnia ukazały się na równinie dachy, a później budowle w całej 

okazałości. Przed pierwszym domkiem, na kiju wbitym w ziemię wisiała tablica: „Helldock. 
Mieszkańców 261."

Minęliśmy ten pierwszy dom, następnie drugi i trzeci. Wyprzedzili kilku przechodniów, a 

później kowboja na myszatym wierzchowcu i o mało nie wpadli na pijaka posuwającego się 
zygzakiem w poprzek drogi.

„Wiesz co, Barry? — Bill zatrzymał konia. — Zostanę na siodle, a ty załatw sprawunki. 

Patrz, tam jest sklep. Widzisz? Kup trzy funty sucharów, funt kawy i pół funta tytoniu. Nic 
więcej."

Po tych słowach sięgnął do juku i wydobył kilka złotych monet. Osłupiałem.
„PrzecieŜ za to moŜna nabyć pół zawartości sklepu!"

„Nie znasz się na cenach, Barry. W takich małych miasteczkach handlują największe 

zdzierusy. Zresztą... jak ci co zostanie, kup flaszkę piwa. Wypijemy w drodze, a z saloonu 
zrezygnujemy. OstroŜność nie zawadzi. No, ruszaj chłopcze, będę tu czekał."

Wrzucił mi monety wprost do kieszeni i pojechałem. Niedaleko, kilkanaście jardów. 

Zeskoczyłem z siodła, przywiązałem zwierzę do palika sterczącego przed drzwiami i 
wkroczyłem do wnętrza.

Wie pan na pewno dobrze, doktorze, Ŝe wszystkie sklepy małych miasteczek na Zachodzie 

są podobne do siebie jak dwie krople wody. Zawsze po jednej stronie lada z produktami 
spoŜywczymi, po przeciwnej z wyrobami przemysłowymi. A powietrze zawsze tak samo 
pachnące mieszaniną tytoniu, skóry, suszonych owoców, kawy i czegoś tam jeszcze.

W środku było pusto, sprzedawca drzemał za ladą.

Postukałem pięścią w deskę. Zerwał się z fotela, przetarł oczy i natychmiast uśmiechnął. 
Widać niezbyt wielu tego dnia odwiedziło go klientów. Powiedziałem, czego mi potrzeba. 
Począł się krzątać przy półkach, bardzo powoli. Widać nudził się, a ja przerwałem tę nudę. 
Zagadywał mnie o pogodę, pytał, skąd i dokąd jadę, ale nie zdąŜyłem juŜ odpowiedzieć, bo z 
dworu dobiegł nagle dźwięk strzału. Huknęło drugi raz i trzeci.

„Przepraszam! Proszę poczekać. Tam coś się dzieje!" — wrzasnął sprzedawca i wybiegł 

ze sklepu.

Nie poczekałem. Wyszedłem na dwór. Minęło mnie kilku ludzi biegnących w stronę 

miejsca, gdzie został Bill. Pospieszyłem tam, przejęty niepokojem. Nad grupką ludzi 
sterczała głowa konia — bez jeźdźca. To był wierzchowiec Billa. Serce mi załomotało. 
Rozepchnąłem gapiów, nikt jakoś na to nie zwrócił uwagi. Interesowało ich coś zupełnie 
innego. W kurzu drogi spoczywał człowiek. To był Bill! Bez kapelusza, ściskający colta w 
garści. Czerwona plama na piersiach, na niebieskiej koszuli, ogromniała z kaŜdą sekundą. Pa-
trzyłem osłupiały, a pot począł mi ściekać z czoła, spływać po plecach. W gardle poczułem 
suchość, jakbym przez kilka dni nie wypił kropelki wody. KaŜdy mięsień we mnie drgał. 
Zabito człowieka, a ja prawie byłem tego świadkiem. Po raz pierwszy w Ŝyciu. Chciałem 
klęknąć przy leŜącym, lecz powstrzymał mnie czyjś surowy głos:

„Ludzie, rozstąpcie się! To jest William Fagin, zwany Niebieskim Billem. Poszukiwany za 

napad na wagon pocztowy linii Union Pacific w Big Springs, przed dwoma miesiącami! 
Zabił konduktora., konwojenta i ranił maszynistę! Zrabował dziesięć tysięcy dolarów w zło-
tych dwudziestodolarówkach! Teraz juŜ wiecie. Rozstąpić się!"

ZdąŜyłem tylko tyle zauwaŜyć, Ŝe człowiek, który to mówił, miał przypiętą do kurty 

gwiazdę szeryfa. ZdąŜyłem tylko tyle, bo niespodziewanie odezwał się ktoś z grupy gapiów:

„On nie był sam!"
„Tak, tak — podchwycił inny głos. — Widziałem ich obu!"

Nogi ugięły się pode mną. Jeszcze sekunda, a począłbym uciekać. Na szczęście coś 

background image

zatrzymało mnie w miejscu. Miał pan kiedy takie uczucie, doktorze? Przysięgnę, Ŝe 
niewidzialna ręka trzymała mnie za włosy. Myślę, Ŝe to była resztka rozumu, jaka jeszcze 
została w mej skołatanej głowie. Odwróciłem się wolniutko i spokojnie odszedłem. Ile razy 
chciałem przyspieszyć kroku, tyle razy tajemnicze palce zaciskały się na mej czuprynie, 
jakby chciały ją wyrwać razem ze skórą.

Tak dotarłem do sklepu, przed którym tkwił mój koń. Sklepikarz jeszcze nie wrócił, ale 

nie miałem zamiaru na niego czekać. Byłem mokry od potu. Ze strachu. Wskoczyłem na 
siodło, ruszyłem, lecz tylko stępa. Szybciej nie potrafiłem, właśnie z powodu... tej nie-
widzialnej dłoni spoczywającej mi na głowie. Dopiero gdy minąłem ostatnie zabudowania, 
ucisk zelŜał. Pognałem kłusa, później galopem.

Skręciłem z gościńca wprost na ugór porośnięty trawą i pędziłem tak długo, aŜ zwierzę 

poczęło chrapać z wysiłku. Dopiero wówczas przystanąłem i odwróciłem się. Było pusto. 
Nikt mnie nie gonił.

                                                                                  

Za zdrowie...

— Nieprawdopodobna historia — zauwaŜył Karol. — Chyba Bede nieco od siebie dodał. 
ChociaŜ... i mnie nie zawsze dawano wiarę, gdy opowiadałem o Dzikim Zachodzi. Więc 
przyjmijmy to za prawdę.
— A ja wierzę, Ŝe to prawda — odparłem.
— KtóŜ to dokładnie sprawdzi? Ale z ciebie, Janie, tajemniczy jegomość. Nie mogłeś mi 
tego wcześniej opowiedzieć?
— Nie trafiła się okazja, a nie chciałem, aby Bede zauwaŜył, Ŝe rozgłaszam jego 
tajemnicę.
— Słusznie. A co wie Gonzales?
— Tylko tyle, ile mu Bede sam wyznał lub jeszcze opowie. Bo ode mnie... bardzo mało.

Siedzieliśmy przed kominkiem, w którym trzaskały sosnowe polana, i popijali whisky. Za 

okienną szybą siąpił jesienny deszcz, a wieczorny mrok gęstniał z kaŜdą chwilą. Przyjemnie 
było tak gawędzić w ciszy i cieple. Wróciliśmy zaledwie przed kilku godzinami z dalekiej 
wyprawy za Rio Grandę. Znaleziony skarb juŜ bez przeszkód został dowieziony do hacjendy 
Gonzalesa, obejrzany i posegregowany. Seńora Concepcion wysłała list do Muzeum 
Narodowego w mieście Meksyk i czekała na przybycie przedstawicieli tego muzeum. 
PoŜegnaliśmy więc gościnnych gospodarzy i ruszyli w powrotną drogę. Tym razem juŜ tylko 
we

dwójkę. Barry Bede pozostał w hacjendzie jako... pracownik Gonzalesa. Jak do tego doszło, 
opowiem nieco później.

No i cóŜ przydarzyło się następnie naszemu znajomkowi? — ponaglił mnie Karol. — 

ś

e nie chciałeś, czy nie mogłeś mi o tym powiedzieć w drodze do hacjendy i w samej 

hacjendzie, rozumiem. Lecz nie mogę pojąć, dlaczego ukrywałeś przede mną dzieje 
Bedego podczas naszej drogi powrotnej? Co ci przeszkadzało?
— Nic a nic. PrzecieŜ juŜ wiedziałeś, Ŝe Bede nie jest przestępcą, Ŝe przeciwnie, to 
właśnie on szukał przestępcy. To chyba było najwaŜniejsze. A ze szczegółową relacją, 
bardzo długą, jak teraz widzisz, chciałem poczekać do spokojniejszych dni. Wolę 
opowiadać siedząc w fotelu niŜ na końskim siodle lub w zatłoczonym wagonie 
kolejowym.
— Niech będzie i tak — tu spojrzał na mnie podejrzliwie. — A moŜe lękałeś się, Janie, 
Ŝ

e po zaznajomieniu się z Ŝyciorysem Bedego zawrócę konia, aby przestrzec Gonzalesa 

przed nowym pracownikiem?
— CóŜ za pomysł! — wykrzyknąłem. — Ani mi to w głowie zaświtało. Zresztą... 
wysłuchaj do końca. Później mnie skrytykujesz lub... pochwalisz.
Kiwnął głową.

background image

Tak więc — wróciłem do tematu -— po tej panicznej ucieczce z Helldock, zupełnie na 

oślep, Bede po prostu zabłądził, a bał się zapytać kogokolwiek o właściwą drogę. Był 
ś

miertelnie przeraŜony i nie moŜna się temu dziwić. Dopiero po trzech dniach bezcelowej 

włóczęgi nieco się opamiętał i przemyślawszy wszystko dokładnie, zdecydował jak 
najszybciej wracać pod rodzinny dach. Nie jestem przesądny, Karolu, wiesz o tym dobrze, 
lecz tym razem zbieg niepomyślnych okoliczności był tak zaskakujący, Ŝe prawie gotów je-
stem uwierzyć w złowróŜbny los, jaki zaciąŜył nad dalszym Ŝyciem Bedego. Po trzech 
dniach włóczęgi Bede był prawie chory z głodu. Zjadł wszystkie suchary włoŜone mu do 
juku przez Niebieskiego Billa (czy Fagina, jak wolisz), a polować nie umiał, zresztą nie miał 
strzelby. Wyprawę na antylopy lub inne trawoŜerne czworonogi, tylko z rewolwerem w 
ręku, uznał za bezsensowną. Posiadał jednak nieco pieniędzy. Nie zdąŜył przecieŜ oddać 
Billowi dolarów otrzymanych na zakupy, których nie dokonał. Teraz juŜ wiedział, Ŝe te złote 
dwudziestodolarówki pochodzą z rabunku, Ŝe powinien je zwrócić. Lecz komu? 
NajbliŜszemu szeryfowi? Przed taką wizytą wszystko się w nim wzdrygało. Zresztą, był 
piekielnie głodny. Postanowił więc, Ŝe w tej sprawie zasięgnie rady u ojca, a tymczasem za-
kupi za część posiadanej sumy tyle Ŝywności, ile było mu potrzeba, by o własnych siłach 
dotrzeć do Sunday. Jak daleko od tego Sunday odjechał, nie miał pojęcia.

Błądząc jeszcze trochę, dotarł wreszcie do jakiejś osady, znalazł w niej sklep, nabył w nim 

sucharów, chleba, kaszy, cukru i kawy, a nawet mały garnczek do gotowania i koc. Nic 
przecieŜ z domu nie zabrał, licząc na szybki powrót.

W sklepie zastał nie tylko właściciela, lecz jeszcze kilku męŜczyzn. Kiedy połoŜył na ladę 

złotą monetę, wzbudził zainteresowanie. Sklepikarz rzucił krótkie: „ho, ho...", a inni klienci 
sklepu patrzyli na niego w zdumieniu, jakby nigdy nie oglądali złota. Bede zauwaŜył to i, jak 
mi opowiadał, nieco się przestraszył. Szybko zabrał zakupy i zrezygnował z pytań o drogę. 
Wpakował nabytek do juków byle jak, wskoczył na siodło i szybko opuścił osadę.

— Kierując się w stronę domu?
— Ba, rzecz w tym, Ŝe nie był pewien, która strona jest właściwa. Lecz jeśli los sprzysiągł 
się przeciw niemu, gdziekolwiek by pojechał, spotkałoby go to samo.
— Co ja słyszę! Stałeś się fatalistą, Janie?
— Nie bądź złośliwy... OtóŜ, po godzinie jazdy, na pustym, ledwie przetartym szlaku 
wypadł na Bedego zza samotnej kępy drzew jeździec. Nie róŜniący się strojem od 
przeciętnych jeźdźców Dzikiego Zachodu. Natomiast oblicze jego stanowiło zagadkę. 
Wszystko, co normalnie znajduje się poniŜej oczu, zostało zakryte wielką czarną chustą. 
Nieznajomy kazał Bedemu zatrzymać się, który to rozkaz poparł czarną lufą rewolweru, 
skierowaną w jego głowę. Rzecz jasna, Bede zatrzymał się bez słowa protestu. Opowiadał 
mi, Ŝe wówczas po raz trzeci w swym Ŝyciu poczuł obezwładniający go strach. Z kolei 
kazano mu zejść z siodła, co wykonał błyskawicznie, i stanąć po przeciwnej stronie 
własnego wierzchowca, z rękami podniesionymi. Dopiero wówczas nieznajomy zeskoczył 
na ziemię, podszedł do niego, wyciągnął z futerałów oba colty i cisnął w kurz drogi. 
Następnie zajął się badaniem zawartości obu juków siodła. Gdyby tę czynność wykonywał 
bardziej delikatnie, sprawa chyba nie pociągnęłaby za sobą dalszych skutków, lecz 
napastnikowi widać bardzo się spieszyło...
— Czemu nie moŜna się dziwić — wtrącił Karol.
— Czemu nie moŜna się dziwić — powtórzyłem. — Jegomość w czarnej chustce kaŜdy 
przedmiot wydobyty z juku ciskał na ziemię. Bede, jak opowiadał, przyglądał się tej 
nieoczekiwanej rewizji najpierw z przeraŜeniem, później juŜ tylko z zaniepokojeniem, 
wreszcie ze wściekłością. Cały strach z niego wyparował, pozostał tylko gniew. Mówił, Ŝe 
trząsł się ze złości „na drania, który był równocześnie chamem". Wierzę mu. Kiedy 
bandyta opróŜnił oba juki, nic cennego w nich nie znajdując, zapytał: „Gdzie masz złoto? 
Gadaj szybko!"

Jakie złoto? — zdziwił się Bede mając na myśli nie monety, lecz kruszec wydobyty z 

ziemi. — Nie mam złota."
„Nie łŜyj! Byłem w sklepie i widziałem, jak płaciłeś."
Bede roześmiał się.
„Mam wszystkiego trzy złote dwudziestodolarówki — odparł. — To cały mój majątek."

background image

„Gdzie?"

W kieszeni, w spodniach."

W której?"

„W lewej."

Zamaskowany drab podszedł jeszcze bliŜej, trzymając ciągle colta w garści. Lewą ręką 

sięgnął do kieszeni Bedego i wrzasnął: „Stój spokojnie, szczeniaku, bo ci łeb rozwalę", czy 
coś w tym rodzaju.

To odezwanie stało się przysłowiową kroplą przepełniającą kielich goryczy. Bede nie 

potrafił opowiedzieć mi dokładnie, jak dokonał tego ryzykownego czynu. Chyba odwrócił się 
gwałtownie, unieruchamiając w ten sposób lewą rękę napastnika w swej kieszeni, i uderzył 
rabusia w szczękę, równocześnie lewą ręką złapał za broń. Zaczęła się szarpanina trwająca 
dość krótko, bo w którejś sekundzie colt wypalił. Bandyta osunął się na ziemię, pociągając za 
sobą Bedego. Ten natychmiast się podniósł, tamten... pozostał nieruchomy.

Bede, jak mi opowiadał, próbował go ocucić sądząc, Ŝe tylko zemdlał. Lecz powiększająca 

się plama krwi na koszuli ujawniła mu prawdę. Jednak Bede spędził przy zwłokach z pół 
godziny, nim zrozumiał, Ŝe wszelkie próby ratunku nic juŜ nie pomogą. I tak oto, po raz drugi 
stał się świadkiem gwałtownej śmierci. ChociaŜ działał w obronie własnej i kaŜdy sąd byłby 
go uniewinnił, przeraŜony chłopak poczuł się mordercą.

Na pół przytomny pozbierał swe porozrzucane ma-natki, wskoczył na konia i ruszył przed 

siebie. Uznał,

 Ŝe

 w takiej sytuacji nie powinien wracać do rodziców. Wędrował dość długo, 

gdzieś w południowe strony, unikając ludzkich skupisk dopóty, dopóki starczało mu zapasów 
Ŝ

ywności. Później, gdy głód okazał się silniejszy od obawy aresztowania (Bede ubrdał sobie, 

Ŝ

e jest poszukiwany listem gończym), wstąpił do napotkanego po drodze miasteczka. 

Załatwił, co miał załatwić, i nikt jakoś nie zwrócił uwagi na niego ani na kolejną złotą 
dwudziestodolarówkę.   Widać w tych stronach takie monety nie naleŜały do rzadkości. 
Nieco uspokojony, nie zagrzał jednak długo miejsca i ruszył dalej. Dokąd? Po prostu przed 
siebie, byle dalej od tamtej drogi, na której pozostawił zwłoki zamaskowanego człowieka.

Później, w miarę wyczerpywania się zapasów Ŝywności, coraz częściej odwiedzał małe 

miasteczka i osady, śmielej wstępował do sklepów, natomiast nigdy do saloonów. Nie z 
obawy, bo ta coraz bardziej w nim wygasała, lecz dlatego, Ŝe ze złotych monet pozostała mu 
juŜ tylko jedna sztuka, więc wydatek na piwo czy whisky uwaŜał za marnotrawstwo.

Któregoś dnia przypadkowo dowiedział się, Ŝe wędruje po terenie Teksasu. Mało go to 

obeszło i tylko ubiory napotykanych jeźdźców wywoływały w nim podziw. Były inne niŜ na 
północy, bardziej strojne. Doszedł do wniosku, Ŝe ludzie muszą tu być zamoŜniejsi niŜ na 
północy, a więc i o pracę łatwiej. Postanowił jej poszukać, gdy któregoś dnia, grzebiąc w 
kieszeni, znalazł w niej juŜ tylko same drobne monety. Tym razem los mu sprzyjał. 
Zatrudniono go w pierwszej napotkanej farmie. Właściciel sprawiał miłe wraŜenie, gospo-
darka równieŜ. Bede coś niecoś znał się na tym.

Słowom przybysza, Ŝe parał się rolnictwem, nie od razu dano wiarę. Musiał przejść coś w 

rodzaju egzaminu: wydoić kilka krów, pomóc miejscowym kowbojom w zapędzaniu stadka 
bydła do corralu. Wywiązał się z tych zadań celująco. A gdy podczas wieczornego posiłku 
farmer wypytywał go, czym trudnił się i co porabiał dotychczas. Bede, nie umiejąc jeszcze 
kłamać, opowiedział rzetelną prawdę o swych rodzicach, o gospodarstwie i tylko nazwę 
miasteczka zmienił z Sunday na Monday, zupełnie jakby odwrócił kartę kalendarza. Na 
większą fantazję nie było go stać. Gorzej wypadło z wytłumaczeniem przyczyny tak dalekiej 
wędrówki: z Missouri do Teksasu. Bede zaplątał się nieco, mówiąc o katastrofalnym 
nieurodzaju. Raz winił za to ulewne deszcze, by w kilku następnych zdaniach narzekać na 
suszę. Oświadczył, Ŝe aby ulŜyć rodzinie i nieco zarobić, postanowił nająć się do pracy. A 
dlaczego tak daleko zawędrował? Ano, po prostu nie miał szczęścia. Wszędzie, dokąd się 
zgłaszał, odprawiano go z kwitkiem, a on się nie znał na niczym, poza rolnictwem.

Czy farmer uwierzył, czy nie uwierzył w tę historyjkę, któŜ odgadnie? W kaŜdym razie o 

nic więcej Bedego nie pytał. Szczęście nie trwało jednak długo, wszystkiego trzy miesiące. 
Farmer nie potrzebował dodatkowego pracownika na okres zimy. Grzecznie podziękował, 
nieźle zapłacił i obiecał, Ŝe z wiosną gotów chłopaka znów zatrudnić.

Po takiej eleganckiej odprawie Bede, juŜ bardziej pewien swej wartości, ruszył na północ. 

background image

O najęciu się do pracy w farmie zimą nawet nie marzył. Dlatego postanowił najprzykrzejszą 
porę roku spędzić w mieście. Tym bardziej Ŝe nigdy nie mieszkał w „prawdziwym" mieście i 
był ciekaw, jak tam się Ŝyje. Z taką decyzją zawędrował do Little Rock w Arkanzasie. Los 
znowu się doń uśmiechnął. Znalazł pracę w kuźni. Oczywiście, nie w takiej typu wiejskiego, 
lecz w zmechanizowanej, gdzie młoty i prasy porusza para.

PoniewaŜ nic na kowalstwie się nie znał, włączony został do obsługi kotła jako zwykły 

palacz. Łopatą machać potrafił. W kurzu wygarniętego z rusztów popiołu, w chmurze 
węglowego pyłu, przez dziesięć godzin dziennie wypacał z siebie wszystkie siły. Wracał 
zmordowany do małego pokoiku, który wynajął za duŜe pieniądze. A płaca była kiepska. 
Musiał sprzedać konia.

Po dwu miesiącach przeniesiono go do działu pras, gdzie potęŜne sztaby Ŝelaza, rozgrzane 

do białości, wsuwano pod pneumatyczną zgniatarkę. Pryskały iskry, ludzie dyszeli w falach 
gorąca bijącego z rozŜarzonego metalu. Bede pomagał transportować z pieca pod prasę setki 
funtów waŜące, oślepiające oczy kłującym blaskiem, czworokątne, lub okrągłe bale. Była to 
praca pełna ryzyka. Pod sztaby wyciągane z wnętrza huczącego płomieniami pieca 
podsuwano łańcuchy, zaczepione wysoko pod stropem do osi kółka przesuwanego po 
poziomej szynie. Trzech, niekiedy czterech ludzi długimi prętami popychało ładunek, aby 
trafił wprost pod stalowy młot zgniatacza. Zdarzało się jednak, Ŝe sztaba zsuwała się z 
łańcuchów, z łoskotem waliła na kamienną podłogę, a wówczas, dopóki nie ostygła, nie 
moŜna było jej podnieść i usunąć z drogi wiodącej z pieca do zgniatacza. Równocześnie 
następne porcje musiały nadal tą samą drogą wędrować. Bo przerwanie pracy równało się 
zmniejszeniu zarobku robotników.

Bede otrzymywał teraz znacznie wyŜszą płacę niŜ w kotłowni, lecz robota była prawie 

mordercza. Po miesiącu takiej harówki juŜ był gotów z niej zrezygnować. ZdąŜył 
znienawidzić nie tylko kuźnię, lecz i całe miasto, w którym było mu duszno, ponuro i 
obrzydliwie. Zatęsknił do otwartych przestrzeni, do widoku stad bydła, nawet do kujotów, 
wyrządzających tyle szkód farmerom. I pewnie uciekłby z Little Rock, gdzie koń poniesie, 
gdyby miał tego konia lub pieniądze na jego kupno. Wędrówka piesza równałaby się 
samobójstwu. Nie dość bowiem, Ŝe zima dokuczliwym mrozem ścisnęła ziemię, lecz ponadto 
rozszalała się huraganami lodowatych wiatrów i śnieŜnych zawiei, co najlepszego nawet 
westmana moŜe wyprowadzić na bezdroŜa śmierci. Tak więc Bede został w swej, jak ją 
nazywał, mordowni. Co prawda, usiłował zmienić zawód na lŜejszy, na przykład sprzedawcy 
w sklepie, lecz gdy prezentował swe umiejętności, a raczej ich niedostatek, proponowano mu 
zaledwie sprzątanie lokalu lub wyładowywanie towarów za tak niskie wynagrodzenie, Ŝe 
musiałby głodować, a przecieŜ marzył o kupnie konia i ucieczce wczesną wiosną z obrębu 
zakurzonych murów, wiecznie krzątającego się tłumu i złowonnych śmietników.

ś

ył jak pustelnik. Nigdzie nie bywał, poza kuźnią, unikał saloonów, sal tańca i drogich 

sklepów z obawy, Ŝe roztrwoni z takim trudem ciułane centy i dolary. Dlatego święta BoŜego 
Narodzenia i Nowy Rok zapisały się w jego pamięci jako najbardziej ponure z ponurych. 
Opowiadał mi, i chętnie w to wierzę, Ŝe w roj-nym i gwarnym mieście począł dziczeć jak co 
najmniej samotny traper, miesiącami wędrujący po bezludnej puszczy. Myślę, Ŝe jego 
sytuacja była jeszcze bardziej przykra. Samotnego trapera otacza Ŝywa przyroda, Bedego 
otaczały jedynie martwe ściany domostw i wynajmowanego pokoiku. W końcu jednak zebrał 
okrągłą sumkę. Starczyła mu na nowe ubranie i buty. Starczyła na wierzchowca, jakiego 
kupił wręcz za bezcen i ku radości sprzedawcy, który widać uznał, Ŝe zrobił znakomity 
interes pozbywając się zwierzęcia wyglądającego tak, jakby za godzinę miało zakończyć 
swój Ŝywot. Po prostu: skóra i kości.

Bede jednak znał się na koniach i bezbłędnie stwierdził, Ŝe wierzchowiec to 

najprawdziwszy mustang, zmarnowany warunkami miejskiego Ŝycia. Po dwu tygodniach 
jazdy przez prerię koń nabrał wigoru, po dalszych dwu zmienił się w ścigłego i wytrwałego 
bieguna.

Pobyt na prerii wyszedł na dobre i Bedemu. I on był tylko skórą i kośćmi w dniu, w 

którym opuszczał Little Rock, ale juŜ w dwa tygodnie później odzyskał wygląd zdrowego i 
silnego młodzieńca. Juki miał wypchane Ŝywnością, kieszenie pełne monet, a w woreczku 
zawieszonym na szyi pod koszulą ukrywał papierowe banknoty. JuŜ nie unikał ludzi, nie 

background image

omijał osad, nie krył się, pewien, Ŝe czas zatarł wszelkie ślady jego znajomości z Niebieskim 
Billem i spotkania z zamaskowanym rabusiem. Wydarzenia sprzed pół roku wydały mu się 
odległą przeszłością, a wyrzuty sumienia z powodu wydatkowania kilku zrabowanych przez 
Billa monet jakoś przycichły. Zresztą, postanowił poradzić się ojca w tej sprawie i gnał 
najkrótszą drogą do Sunday w rodzinnym stanie Missouri.

JednakŜe nieoczekiwane spotkanie przesunęło powrót pod rodzinny dach w 

nieskończoność. W samo południe trafił do miasteczka Jonesboro. Czuł pragnienie, a i 
wierzchowca naleŜało napoić. Bacznie się rozglądając dostrzegł upragniony saloon. Uwiązał 
konia przed wejściem i śmiało wkroczył do długiej, widnej i czystej sali, sprawiającej miłe 
wraŜenie. Ruszył prosto ku; szynkwasowi, przy którym tkwiły tylko dwie osoby. Jedna po 
przeciwległej stronie, w białym kitlu, oczywiście sprzedawca-barman lub właściciel; druga 
była na pewno gościem, opartym o szynkwas i popijającym Ŝółty płyn ze szklanki. Bede zajął 
miejsce o parę kroków od tamtego.

„Piwo" — powiedział do barmana, a kiedy ze srebrnego kurka zaczęła płynąć do kufla 

pienista struga, rozejrzał się dokoła. I zdumiał się. Było zupełnie pusto. Poza nim, 
nieznajomym i barmanem nikogo!

„Zawsze tu tak? — zapytał, gdy podsunięto mu kufel. — Interes nie idzie?"

Obsługujący spojrzał na Bedego jakoś dziwnie. Wydało mu się, Ŝe nawet mrugnął nań 

porozumiewawczo jednym okiem, a później odparł:

„RóŜnie bywa. Teraz mamy południe, ludzie wolą odpoczywać w cieniu."
To powiedziawszy odwrócił się i począł ustawiać butelki na długiej półce biegnącej 

wzdłuŜ ściany. Widać nie naleŜał do ludzi rozmownych.

Bede ciągnął piwo, pogrąŜony myślami w przeszłości. Wspominał rodzinny dom i swój 

idiotyczny pomysł przejaŜdŜki z Niebieskim Billem. Ogarnęła go tęsknota za ojcem, matką... 
jakŜe chciał znaleźć się juŜ przy nich, wytłumaczyć wszystko...

Ktoś trącił go w ramię. Obejrzał się. To samotny sąsiad nagle zapragnął poczuć się mniej 

samotnym.

„Napijesz się, kolego?" — zapytał ochrypłym głosem.

„Dziękuję — odparł Bede. — Czeka mnie daleka droga i muszę mieć jasno w głowie".
„EjŜe! A cóŜ to szkodzi?"

Przysunął butelkę, krzyknął do barmana o szklankę i napełnił ją po brzegi.

„Pij!" — rozkazał.
Bede spojrzał mu prosto w twarz: spaloną słońcem, czerwoną i nieco nabrzmiałą. Po 

oczach poznał, Ŝe jegomość ma dobrze w czubie.

„Jeśli odmówię wyniknie awantura" — pomyślał i sięgnął po naczynie.

Trącili się. Bede wypił połowę, tamten • do dna, po czym natychmiast dopełnił porcję 

Bedego, a sobie nalał drugą. Znowu trącili się i znowu tamten jednym haustem opróŜnił 
naczynie, a Bede zaledwie pociągnął skromny łyczek, po czym odsunął swą szklankę jak 
najdalej od butelki.

„Do dna, przyjacielu! Do dna! Kto wie, czy jeszcze kiedy się spotkamy?"
„Dziękuję" — odparł Bede starając się nadać swemu głosowi ton stanowczości.
„Nie ma za co. Pijmy!"

„Dziękuję, nie..."
„Odmawiasz? A wiesz ty, komu odmawiasz?"

„Nie wiem i... nie chcę wiedzieć!" — powiedział Bede nieco podniesionym głosem, zły, 

Ŝ

e będzie musiał opuścić tak przyjemnie chłodny lokal, by przerwać tę sprzeczkę.

OpróŜnił do końca kufel, nie dopitą szklankę whisky zostawił, zapłacił za piwo i 

zamierzał wyjść z saloonu.

„Ej! Nie tak prędko!" — cięŜka dłoń spadła mu na ramię.
„Proszę mnie puścić."

A... prosisz. Nie, bratku, ja cię nauczę grzeczności. Nie znoszę hardych młokosów — 

podsunął mu szklankę. — Pij!"

„Nie będę pił."
„Nie? To... masz!"

background image

Whisky chlusnęła prosto w twarz Bedemu. Na sekundę oślepiła go, lecz po chwili 

fundator runął na deski podłogi, zwalony jednym uderzeniem pięści. Po trzeźwemu Bede na 
pewno nie zdobyłby się na tak desperacki czyn, lecz teraz w głowie mu coś niecoś szumiało.

Powalony podniósł się natychmiast.

„Sięgnij po swą pukawkę! — zagrzmiał. — śywo! Nie lubię czekać!"

„A jeŜeli nie sięgnę?"
„To i tak nie wyjdziesz stąd na własnych nogach!"

Bede zmartwiał. Znalazł się w sytuacji, którą znał z opowiadań, nigdy z własnego 

doświadczenia. Lecz strachu jakoś nie czuł.

„Liczę do trzech — ostrzegł nieznajomy. — Na: trzy... strzelam. Uwaga: raz... dwa... i... 

trzy!"

Bede wyszarpnął colta z kabury i prawie jednocześnie nacisnął cyngiel. Nie mierzył, w 

takiej chwili nie starcza czasu na celowanie. Huk dwu wystrzałów zlał się w jeden dźwięk. 
Nieznajomy zachwiał się, ręka trzymająca broń opadła, cała postać jak gdyby złamała się w 
pasie i osunęła na deski. Bede jak przez mgłę widział barmana wybiegającego zza 
szynkwasu, później jakichś ludzi, którzy wtargnęli z ulicy. Oprzytomniał dopiero wówczas, 
gdy cięŜka dłoń klepnęła go po plecach i uradowany głos wykrzyknął:

„Chłopie! Co za dzień?! Po prostu wierzyć się nie chce! Jak to się stało?"

Bede automatycznym ruchem wsunął colta do kabury. Sala wypełniła się tłumem, a on 

nadal tkwił w miejscu. Wówczas podszedł doń męŜczyzna ze srebrną gwiazdą przypiętą na 
lewej piersi. Szeryf.

Gratuluję — powiedział. — Wyratowałeś nas z nie lada biedy."

„On mnie pierwszy zaczepił" — odezwał się Bede.
„Oczywiście! — zawołał szeryf. — Zawsze tak postępował, lecz na koniec trafił na 

lepszego. Chodźmy."

Bede dał się bezwolnie wyprowadzić na dwór. Równie bezwolnie, jak cielę na postronku, 

ciągle nic nie rozumiejąc, podąŜył za szeryfem i wkroczył do wnętrza szeryfówki. Tam 
dopiero dowiedział się, Ŝe pijany gość saloonu, który swym pojawieniem się wszystkich wy-
płoszył, był słynną osobistością w najbardziej ponurym sensie tego słowa. Poszukiwany 
listami gończymi, znany wielu mieszkańcom Jonesboro i okolicy ze zbójeckich napadów i 
karcianego szulerstwa, cieszył się niczym nie skrępowaną swobodą. Uchodził za niedościgłe-
go rewolwerowca, więc nawet pięćsetdolarowa nagroda za dostarczenie go władzom 
sądowym „Ŝywego lub martwego", jak głosił list gończy, nikogo nie skusiła. Chyba nawet 
samego... szeryfa!

Bede stał się parodniowym bohaterem miasteczka. Przesiedział tam okrągły tydzień, 

goszczony przez co znaczniejszych obywateli, a gdy wreszcie ruszył w dalszą drogę, był 
bogatszy o pięćset dolarów i dumny jak przysłowiowy paw.

Wydaje się jednak, Ŝe zabity rewolwerowiec miał godnych siebie sprzymierzeńców i 

mścicieli, bo Bede, nie ujechawszy więcej niŜ dwie mile, padł ofiarą 

zamachu. Strzelono doń, gdy mijał przydroŜną kępę drzew. Dostał kulą w plecy, zwalił się z 
konia i stracił przytomność. Po godzinie znalazł go jeden z mieszkańców Jonesboro, 
przewiózł do miasteczka, gdzie Bede poddany został długiej, bo prawie dwa miesiące trwa-
jącej kuracji. Swe Ŝycie zawdzięcza bardziej chyba odporności organizmu niŜ zabiegom 
miejscowego lekarza, który, co tu gadać, nie mógł być geniuszem w swym zawodzie.

Gdy wrócił do zdrowia, stwierdził, Ŝe nieznany napastnik dybał nie tylko na jego Ŝycie, 

lecz i na pieniądze. Wszystkie monety i banknoty, schowane w kieszeniach ubrania, zginęły. 
Ocalały tylko te, które trzymał w woreczku ukrytym pod koszulą.  Błogosławił teraz swą 
przezorność i gromił się jednocześnie za głupotę, bo pięćsetdolarową nagrodę nie do 
woreczka wsadził, lecz do kurty. Szeryf Jonesboro szczerze mu współczuł, lecz nie miał 
moŜliwości dokonania powtórnej wypłaty. Napastnika nie odnaleziono i Bede opuścił 
miasteczko bogatszy o nowe doznania i uboŜszy o ładną sumkę. Chyba po raz pierwszy, tak 
pokrzywdzony, zastanawiał się nad stanem bezpieczeństwa miast, miasteczek i zapylonych   
szlaków   Zachodu.   UtoŜsamiał   swą   własną krzywdę z krzywdą społeczną, co jest 
zrozumiałe, poniewaŜ najlepiej odczuwa się bolączki innych, doświadczywszy ich na własnej 

background image

skórze. Na myśl o bezkarnie hulających bandytach Bede aŜ zgrzytał zębami. Dlaczego tak się 
działo? Na takie pytanie znalazł tylko jedną odpowiedź: bo ludzie bardziej się lękają 
czynnego wystąpienia  przeciw  gwałcicielom  prawa,  niŜ  napadów.
KaŜdy łudzi się nadzieją, Ŝe to nie jego spotka. Sądzę, Ŝe te i im podobne myśli, o których mi 
Bede jednak nie wspominał, spowodowały dalszą zwłokę w podróŜy. Po jednym dniu jazdy 
dotarł do małej osady, której nazwy nie zapamiętał (albo z jakichś przyczyn nie chciał mi jej 
zdradzić), i tam, na ścianie szeryfówki, zauwaŜył list gończy. Poszukiwano Abrahama Quin 
za rabunki i morderstwa. Nagroda wynosiła osiemset dolarów, jak zwykle: za dostarczenie 
„Ŝywego lub martwego".

Myślę, Karolu, Ŝe ten prawie sakramentalny zwrot był jedną z przyczyn legalnych 

morderstw. RóŜne typy, zachęcone nagrodami, ułatwiały sobie ich zdobycie przy pomocy 
celnego i śmiertelnego strzału. To było prostsze od chwytania przestępcy Ŝywcem. Odpadał 
bowiem kłopot transportu człowieka, który w drodze mógł uciec. Lecz w ten łatwy sposób 
zabijano i takich, którym groziło co najwyŜej więzienie.

Co tam dalej się wydarzyło, Bede nie chwalił się przede mną, dość, Ŝe Abraham Quin nie 

wygrał w rewolwerowym pojedynku. Na tym taka kariera Ŝyciowa naszego znajomka pewnie 
by się zakończyła. Dojechał wreszcie do Sunday, ominął miasteczko, Ŝeby nie tracić czasu, 
pogalopował prosto do rodzinnego domu, gnany na przemian niepokojem i radością.

Ujrzał zabudowania i odetchnął z ulgą: stały jak dawniej. Nic się nie zmieniło. Zeskoczył 

z siodła, podbiegł do znajomych drzwi i na ich progu zetknął się twarzą w twarz z zupełnie 
obcym człowiekiem. Sądził, Ŝe to jakiś gość ojca.

„Przepraszam" — powiedział chcąc wyminąć tę Ŝywą przeszkodę. '"„Pan do mnie?" — 

zapytał nieznajomy.

„Do siebie."
„Do siebie? — zdziwił się obcy i przyjrzał się bacznie Bedemu. Czy pan jest krewnym 

Bedego?"

Synem. Co się stało?"

AleŜ nic. Proszę wejść."

Bede wkroczył do wnętrza. Wszystko tu było takie, jak przed rokiem, tylko ludzie inni: 

nieznana kobieta i małe dziecko.

Co się stało?" — powtórzył Bede drŜącym głosem.

Nazywam się Henry Wing i od pół roku jestem właścicielem tej farmy."

A moi rodzice?!"

Cali i zdrowi. Po prostu sprzedali gospodarstwo i wyjechali."

Dokąd?"

Ba, dokładnie nie wiem. Pana ojciec mówił, Ŝe trafiła mu się ładna farma w Wyomingu i 

Ŝ

e po zaginięciu. syna, domyślam się, Ŝe to pan (tu Bede potakująco skinął głową), zbrzydły 

mu te strony."

Tak to wyglądał upragniony powrót do domu. Bede-go ogarnęła rozpacz. Pojechał do 

Sunday, prosto do saloonu, gdzie zarówno właściciel, jak przypadkowi goście powitali go 
jak zmartwychwstałego. Przyszło mu odpowiadać na setki pytań, bardzo denerwujących, bo 
przecieŜ nie chciał się publicznie przyznawać do tak kapitalnego głupstwa, które popełnił. 
Odpowiadał piąte przez dziesiąte, Ŝe podczas nieobecności rodziców odprowadzał 
zabłąkanego i chorego wędrowca, Ŝe w drodze powrotnej został napadnięty i cięŜko 
poraniony, Ŝe leŜał w szpitalu, a później musiał pracować na Ŝycie. Nie bardzo to wszystko 
trzymało się całości i po trzeźwemu nie znalazłby wiary u słuchaczy. Na szczęście mieli 
dobrze w czubie i nie zwaŜali na szczegóły.

Kiedy zaspokoił ciekawskich, sam zaczął pytać, i tu spotkało go rozczarowanie. Nikt z 

obecnych, nawet karczmarz, nie znał nowego adresu państwa Bede. Potwierdzono tylko 
informację Winga, Ŝe to „gdzieś w Wyomingu".

Biorąc pod uwagę, Ŝe obszar Wyomingu liczy ponad 97 tysięcy mil kwadratowych, 

wiadomość ta miała wartość równą zeru. Jednak Barry Bede chwycił się jej jak deski ratunku 
i zdecydował podąŜyć za jedyną wskazówką.

W Sunday nie zabawił długo. Po prostu pragnął uniknąć dalszych kłopotliwych pytań. 

Wyruszył tego samego dnia, ku północnemu zachodowi. Konno. Znacznie szybciej przebyłby 

background image

tę przestrzeń koleją, lecz przecieŜ nie wiedział, na jakiej stacji powinien wysiąść, i uznał, Ŝe 
konna wędrówka pozwoli szczęśliwym zbiegiem okoliczności trafić na ślad podróŜy 
rodziców. Jednak na taki ślad nie trafił i całe przedsięwzięcie stało się desperackim krokiem 
człowieka mającego mnóstwo czasu i sporo pieniędzy do stracenia.

O tej wędrówce Bede opowiedział mi w duŜym skrócie. Gdy wydał ostatnie centy, znalazł 

się w dość kłopotliwej sytuacji, bowiem nie chciał przyjąć Ŝadnej stałej pracy zmuszającej 
do przerwania poszukiwań. Lecz z czego miał Ŝyć? Rozwiązanie tego dylematu wydawało 
się Bedemu bardzo proste: postarał się o zatrudnienie dorywcze, jeśli tak wolno je nazwać, 
stał się czymś pośrednim między „łapaczem" a rewolwerowcem. I trudno mi powiedzieć, 
czym bardziej.

 Na obszarze Wyomingu ujął, w myśl zaleceń listów gończych: „...Ŝywego lub martwego", 

czterech poszukiwanych przestępców, a wszystkich właśnie... martwych. Otrzymane nagrody 
pozwoliły mu na dalsze tropienie rodziny przez następne pół roku. Bez rezultatu. Później, 
gdy znowu wyczerpały się fundusze, zapędził się za ściganym bandytą aŜ na teren Utahu, a z 
Utah do Arizony, gdzie wreszcie odniósł kolejny ponury sukces: piąty zabity! Potem 
przydarzyła mu się historia, o której rzekomo śpiewał w swej balladzie Coyle, chociaŜ 
przypuszczam, Ŝe chodzi tu o dwa róŜne, choć podobne wypadki.

Do chwili spotkania się z nami Bede miał dwanaście tego rodzaju sukcesów, bo Ŝadnego 

ze ściganych nie ujął Ŝywcem. Ostatnio ścigał trzynastego i widać trzynastka okazała się dlań 
cyfrą... moŜe szczęśliwą, nie feralną... Spotkał właśnie nas i musiał zrezygnować z dalszej 
pogoni. Rodziny nie odnalazł i chyba ostatecznie zwątpił w sens poszukiwań. O tym 
wszystkim dowiedziałem się od niego tam, w Sierra Mądre Occidental. Nadal jednak nie 
mogłem pojąć, w jakim celu Bede odbył przede mną tak generalną spowiedź.

Ale dowiedziałeś się...

Ale dowiedziałem się. Bede był przekonany, z czym się zresztą nigdy nie krył, Ŝe 

podzielimy się „skarbami" i tylko dlatego zdecydował się wziąć udział w wyprawie. 
Liczył, Ŝe przypadnie mu suma wystarczająca na kupno gospodarstwa rolnego i na zerwa-
nie z zawodem, którym się parał. Szczerze mi o tym powiedział. Rachuby go zawiodły i 
oto dlaczego poprosił mnie o poradę i o pomoc. Obiecałem i obietnicy dotrzymałem. Nie 
było to trudne. Pamiętasz przecieŜ, Ŝe rozmawiałem z Gonzalesem i hacjender był 
niezmiernie uradowany moŜliwością zatrudnienia, jak się wyraził, „znakomitego strzelca, 
odwaŜnego człowieka, który mu Ŝycie uratował, i... prawdziwego dŜentelmena". W słusz-
ność tego określenia jednak nieco wątpiłem. I chociaŜ najpierw wydawało mi się, Ŝe 
spełniłem dobry dla obu stron (Gonzalesa i Bedego) uczynek, pomagając Bede-mu zerwać 
z dotychczasowym trybem Ŝycia, obecnie dręczą mnie pewne wątpliwości. Czy dobrze 
przysłuŜyłem się hacjenderowi? Właśnie dlatego opowiedziałem ci, Karolu, tak 
szczegółowo wszystko, co wiem o Bedem. Co o tym sądzisz?
Mój przyjaciel uśmiechnął się i podsunął pustą szklankę.
— Nalej, Janie — powiedział — do pełna, Ŝeby nasz toast był szczery.
— Proszę — odparłem rozbawiony.

A teraz, trąćmy się, Janie. Za zdrowie Barry Bedego, aby mu się wiodło, bo mimo 

wszystko ten człowiek zasłuŜył na lepsze Ŝycie...

 „

BodzioKB”