background image

 

  ANALITYK

  Analityk

 

background image

  Najlepsze życzenia z okazji urodzin, doktorze Starks. Zniszczyłeś moje życie.

  Teraz ja zmienię Twoje w koszmar Rumpelstilskin.

  J E D E N

    SĄDZIŁ,   że   nie   przeżyje   tego   roku.   Większą   część   swoich   pięćdziesiątych   trzecich 
urodzin   spędził   jednak   jak   każdego   innego   dnia,   słuchając   ludzi   wylewających   żale   na 
własne   matki.   Matki   bezmyślne,   matki   okrutne,   matki   uwodzicielskie.   Zmarłe   matki, 
wiecznie żywe w umysłach swoich dzieci. Żyjące matki, które ich dzieci chętnie by udusiły. 
Dotyczyło to zwłaszcza pana Bishopa i panny Levy oraz szczególnie pechowego Rogera 
Zimmermana, który dzielił mieszkanie na Upper West Side – i najwyraźniej całe życie na 
jawie oraz większość sugestywnych  snów -z hipochondryczną, swarliwą manipulator-ką, 
zajadle tłumiącą wszelkie przejawy niezależności swego jedynaka. Każde z nich w pełni 
wykorzystało owego dnia przeznaczony dla siebie czas, by sączyć jad, oskarżając kobiety, 
które ich powiły.Cierpliwie słuchał wybuchów nienawiści, marząc jedynie o tym, by jego 
pacjenci choć na moment poniechali swojego gniewu i dostrzegli, że tak naprawdę są źli na 
samych siebie. Wiedział, że kiedyś nadejdzie taki dzień, gdy po latach analizy w pustelni 
jego gabinetu  wszyscy – nawet ten biedny,  zrozpaczony Roger Zimmerman – w końcu 
zdołają to pojąć.

Jednak w dniu urodzin, kiedy boleśnie przypomniał sobie o własnej śmiertelności, 

zaczął się zastanawiać, czy wystarczy mu czasu, by doprowadzić choćby jedno z nich do 
wewnętrznego   pojednania,   które   wieńczy   każdą   terapię.   Jego   ojciec   zmarł   wkrótce   po 
ukończeniu pięćdziesiątego trzeciego roku życia. Nadwątlił serce, paląc jak komin i żyjąc w 
nieustannym  stresie. Strach  przed podzieleniem jego losu czaił  się złowróżbnie na dnie 
umysłu Starksa. Zatem słuchając narzekań zgorzkniałego Rogera Zimmermana, w czasie 
kilku końcowych minut ostatniej tego dnia sesji był nieco rozproszony. I wtedy właśnie 
usłyszał trzykrotny, nikły dźwięk dzwonka dobiegający z poczekalni.

Dzwonek zwiastował zawsze przybycie nowego pacjenta. Nie zmieniając pozycji, 

spojrzał w terminarz, a następnie na zegar stojący na niewielkim stoliku poza zasięgiem 
wzroku   pacjenta.   Nikt   nie   był   zapisany   na   godzinę   osiemnastą.   Zegar   wskazywał 
siedemnastą   czterdzieści   osiem   i   siedzący   na   kanapce   Roger   Zimmerman   wyraźnie 
zesztywniał.

Zdawało mi się, że jestem ostatni. Starks nie odpowiedział.
Nigdy dotąd nikt po mnie nie przychodził. Doktor wciąż milczał.
Nie życzę sobie, by ktoś tu po mnie przychodził – podniósł glos Zimmerman. – Chcę 

być ostatni.

Jutro rozwiniemy tę kwestię – zaproponował Starks. – Możemy od tego zacząć. 

Niestety dziś musimy kończyć.

Zimmerman nie ruszał się z miejsca.
–Jutro? O ile się nie mylę, jutro jest ostatni dzień przed pana wy jazdem na ten 

cholerny sierpniowy urlop, zresztą jak co roku. I co mi to da?

Nadal milczał, pytanie zawisło w powietrzu.
Zimmerman głośno prychnął i opuścił nogi z kozetki na podłogę.

background image

–Nie lubię zmian – oświadczył ostro. – Wcale mi się to nie podo ba. – Podnosząc 

się, rzucił doktorowi ostre spojrzenie. – Zawsze ma być tak samo. Przychodzę, kładę się na 
kozetce, gadam. Zawsze je stem ostatnim pacjentem. Tak ma być i basta.

Po   tych   słowach   gwałtownie   się   obrócił,   demonstracyjnie   przemierzył   niewielki 

gabinet i wyszedł z wściekłą miną, nie oglądając się za siebie.

Starks   przez   chwilę   nie   podnosił   się   z   fotela,   wsłuchany   w   nerwowe   kroki 

mężczyzny stukające w korytarzu na zewnętrz. Potem wstał i wyszedł z gabinetu drugimi 
drzwiami, prowadzącymi do skromnej recepcji. Wynajął ten lokal rok po ukończeniu stażu, 
by  nie  zmienić  go  przez   ponad  ćwierć   wieku.  Nade  wszystko   cenił  sobie  rozkład  tego 
mieszkania i szczególne usytuowanie gabinetu.

Prowadziło do niego troje drzwi: jedne z sieni przerobionej na malutką poczekalnię, 

drugie   wprost   z   klatki   schodowej,   trzecie   zaś   z   kuchni   i   części   mieszkalnej,   w   której 
mieściła się sypialnia. Gabinet był więc czymś w rodzaju prywatnej wysepki łączącej te 
wszystkie światy. Często traktował go jako przedsionek, most do różnych rzeczywistości. I 
bardzo mu to odpowiadało.

Nie miał pojęcia, który z jego pacjentów pojawił się tak nieoczekiwanie. Otworzył 

drzwi do poczekalni i rozejrzał się. W pomieszczeniu nie było nikogo.

–Halo?   –   spytał   zdezorientowany,   choć   przecież   widział,   że   nikogo   nie   ma. 

Zmarszczył czoło, poprawił na nosie okulary w drucianej oprawce. – Ciekawe – rzekł. I 
wtedy zauważył kopertę leżącą na krześle przeznaczonym dla pacjentów.

Podszedł   i   wziął   ją   do   rąk.   Była   zaadresowana   na   maszynie.   Zwlekał   z   jej 

otwarciem,   zastanawiając   się,   który   z   pacjentów   podrzucił   mu   tę   przesyłkę.   W   końcu 
rozerwał kopertę i wyjął z niej dwie kartki zapisane pismem maszynowym. Przeczytał tylko 
pierwszą linijkę:

Najlepsze   życzenia   z   okazji   urodzin,   doktorze.   Witaj   w   pierwszym   dniu   swojej 

śmierci.

Wziął głęboki oddech. Zakręciło mu się w głowie od ciężkiego powietrza w dawno 

nie wietrzonym mieszkaniu. Żeby nie upaść, musiał oprzeć się o ścianę.

Doktor Frederick Starks, zajmujący się zawodowo terapią opartą na introspekcji, żył 

samotnie, nękany dzień po dniu wspomnieniami innych.

Podszedł do niewielkiego antycznego biurka z klonu, które podarowała mu przed 

piętnastu laty żona. Od jej śmierci minęły już trzy lata. Kiedy jednak usiadł przy biurku, 
miał wrażenie, że wciąż słyszy jej głos. Rozłożył list przed sobą na podkładce. Po chwili 
namysłu doszedł do wniosku, że od dziesięciu lat nie doznał strachu. Ostatnią rzeczą, jaka 
go przeraziła, była diagnoza, którą usłyszał z ust onkologa leczącego żonę.

Starał się uspokoić rozkołatane serce. Boleśnie odczuwał swoją samotność, zły na 

siebie, że czuje się z jej powodu taki bezbronny.

Ricky Starks – rzadko przyznawał, że woli to zdrobnienie niż swoje napuszone imię 

Frederick   –   lubił   porządek   i   był   niezwykle   poukładany.   Racjonalne   podejście   do   życia 
stanowiło,   jak   sądził,   jedyny   sposób   wprowadzenia   ładu   w   chaos   wnoszony   przez 
pacjentów.   Wątłej   budowy   ciała,   wzrostu   około   metra   osiemdziesięciu,   miał   szczupłą, 
ascetyczną sylwetkę, czemu sprzyjały codziennie odbywane w porze lunchu szybkie marsze 
oraz wytrwałe odmawianie sobie jakichkolwiek słodyczy.

Szczycił się włosami, które choć lekko przerzedzone, nadal porastały mu głowę jak 

łany pszenicy prerię. Od pewnego czasu nie palił i tylko sporadycznie pozwalał sobie na 
lampkę wina. Czuł się młodszy niż przed laty, ale miał gorzką świadomość, że jego ojciec 
nie   dożył   wieku,   w   który   on   właśnie   wkraczał.   Zresztą,   pomyślał,   nie   jestem   jeszcze 

background image

przygotowany na śmierć. Czytał dalszą część listu:

Jestem   kimś   z   twojej   przeszłości.   Zrujnowałeś   mi   życie.   Może   nie   wiesz   jak, 

dlaczego   ani   kiedy,   ale   zrobiłeś   to.   Sprowadziłeś   nieszczęście   i  smutek   na   każde   moje 
tchnienie. Zniszczyłeś moje życie. Teraz ja zmienię twoje w koszmar.

Ricky Starks znów zaczerpnął głęboko oddechu.
Początkowo   pragnąłem   zabić   cię   jak   psa,   by  wyrównać   rachunki.   Potem   jednak 

uznałem,   że   byłoby   to   za   proste.   Stanowisz   żałośnie   łatwy   cel,   doktorze.   Za   dnia   nie 
zamykasz   drzwi   na   klucz.   Od   poniedziałku   do   piątku   niezmiennie   spacerujesz   ustaloną 
trasą. W niedzielę  bierzesz „Timesa" i siadasz przy cebulowym  preclu oraz orzechowej 
kawie z dwiema łyżkami cukru, bez mleka, w kawiarni dwie przecznice na południe od 
twojego mieszkania.

To byłoby zbyt proste. Przyczajenie się i zamordowanie ciebie nie sprawiłoby mi 

oczekiwanej przyjemności. Uznałem, że będzie lepiej, gdy sam się zabijesz.

Ricky   Starks   niespokojnie   poprawił   się   na   krześle.   Zdawało   mu   się,   że   gorące 

powietrze drży i faluje nad literami  przed jego oczyma  jak żar nad kominkiem pełnym 
płonącego drewna. Usta wyschły mu na wiór.

Zabij się sam, doktorze.
Skocz z mostu. Strzel sobie w łeb. Wybiegnij przed rozpędzony autobus miejski. 

Wybór należy do ciebie. To najlepsze wyjście. Twoje samobójstwo będzie stosowniejsze, 
biorąc pod uwagę kontekst naszej znajomości. I niewątpliwie bardziej satysfakcjonujące 
jako sposób spłacenia długu wobec mnie. Zabawimy się w taką grę: masz dokładnie dwa 
tygodnie, licząc od szóstej jutro rano, by odkryć, kim jestem. Jeśli ci się uda, wykupisz 
jedno z drobnych ogłoszeń drukowanych codziennie na dole pierwszej strony „New York 
Timesa", a w treści umieścisz moje nazwisko. Tylko tyle. Wydrukujesz moje nazwisko.

Jeśli tego nie zrobisz, cóż… będzie wesoło. Jak pewnie widzisz, na drugiej stronie 

listu figuruje spis pięćdziesięciorga dwojga twoich krewnych. Od niespełna półrocznego 
noworodka, dziecka siostrzenicy, po kuzyna – inwestora z Wall Street, który jest tak samo 
zasuszony i nudny jak ty. Jeżeli nie zamieścisz ogłoszenia, daję ci wybór: natychmiast się 
zabijesz   lub   zniszczę   jedną   z   tych   niewinnych   osób.   Zniszczę.   Ciekawe   słowo.   Może 
oznaczać finansową ruinę. A równie dobrze gwałt psychiczny.

Może to też być morderstwo. Masz o czym myśleć. Może wybiorę kogoś młodego, a 

może starego.

Obiecuję jednak, że za moją sprawą spotka tę osobę coś takiego, czego ona sama – 

lub jej najbliżsi – nie zapomni do końca życia, choćby latami chodziła na psychoanalizę.

Cokolwiek przytrafi się tej osobie, w każdej minucie pozostałego ci na tym padole 

żywota będziesz dręczył się myślą, że przyczyniłeś się do jej nieszczęścia.

O ile oczywiście nie wybierzesz bardziej honorowego wyjścia i nie zabijesz się sam. 

Masz więc do wyboru: moje nazwisko lub twój nekrolog, oczywiście w tej samej gazecie.

Na dowód, że moje macki sięgają daleko, skontaktowałem się dziś z jedną z osób z 

listy i podrzuciłem jej skromną wiadomość. Zachęcam cię, byś przez resztę dzisiejszego 
wieczoru dobrze pokombinował, kto i w jaki sposób został dotknięty. A jutro z samego rana 
bierz się do roboty.

Oczywiście  nie  przypuszczam,  by udało   ci  się   odkryć   moją   tożsamość.   Więc   w 

ramach forów postanowiłem w ciągu najbliższych piętnastu dni podrzucać ci od czasu do 
czasu wskazówki. Oto pierwsza z nich:

Raz była szczęśliwa rodzina,

background image

Mamusia, tatuś i mała dziecina.
Lecz czas radości skrył się i schował,
Gdy w dal tak siną tatuś pożeglował.
Poezja nie jest moją mocną stroną. Za to nienawiść tak.
Możesz mi zadać trzy pytania. Takie, na które odpowiem tak lub nie. Tą samą drogą, 

w ramach ogłoszeń na pierwszej stronie „New York Timesa", odpowiem ci na swój sposób 
w ciągu doby. Powodzenia. Warto, żebyś poczynił niezbędne przygotowania do pogrzebu. 
Nie   radzę   ci   kontaktować   się   z   policją.   Najwyżej   cię   wyśmieją,a   tego   na   pewno   nie 
zniosłaby twoja duma. Poza tym rozwścieczyłoby mnie to jeszcze bardziej, a tymczasem 
wciąż nie wiesz, na co mnie stać. Zapewniam, że mogę reagować nieobliczalnie na wszelkie 
niegodziwe zachowania. Jednego możesz być absolutnie pewien: mój gniew nie zna granic.

 

background image

  RUMPELSTILSKIN

   Ricky Starks opadł ciężko na oparcie krzesła, jakby złość emanująca z listu zdzieliła go 
pięścią w twarz. Podniósł się z trudem,  podszedł do okna i uchylił  je, wpuszczając  do 
cichego pokoju miejskie hałasy, niesione nieoczekiwanym pod koniec lipca wietrzykiem. 
Wciągnął dwa głębokie oddechy i zamknął okno.

Wrócił   do   listu.   Z   jednej   strony   miał 

ochotę   go   zbagatelizować.   Po   prostu   nie   dać   się   wciągnąć   w   coś,   co   bynajmniej   nie 
przypominało gry.

Potrząsnął   głową.   Nic   z   tego.   Przez   moment   poczuł   uznanie   dla   wyrafinowania 

nadawcy. Groźba miała dwa ostrza. Jeśli pozostanie bierny, ucierpi ktoś inny. Niewinna i 
najprawdopodobniej  młoda  istota,  bo  młodzi  mają  więcej   do  stracenia.   Ricky  przełknął 
ślinę. Obwiniałby siebie i do końca życia przeżywał katusze.

W tym względzie nadawca miał całkowitą rację.
Ale popełnić  samobójstwo? Byłoby to zaprzeczeniem  wszystkiego,  o co walczył 

przez   całe   życie.   Podejrzewał,   że   ten,   kto   podpisał   się   Rumpelstilskin,   dobrze   o   tym 
wiedział.

–Muszę zadzwonić na policję – powiedział na głos.
Zawahał się. I co im powiem? Że dostałem list z pogróżkami? A potem usłyszę z ust 

jakiegoś nudnego, pozbawionego wyobraźni urzędnika: „I co z tego?". Następnie przyszło 
mu do głowy, żeby zatelefonować do adwokata. Ale przecież prawnik nic nie pomoże w 
sprawie wyłuszczonej w liście. Przeciwnik podszedł go na polu walki, które doskonale znał. 
Gra miała opierać się na intuicji, psychologii, emocjach i lęku. Potrząsnął głową i pomyślał: 
na tym polu mam jeszcze jakieś szanse.

Czego zdążyłem się dowiedzieć? – zadał sobie pytanie.
Ktoś wie, jak wygląda każdy mój dzień, kiedy mam przerwę na lunch i co robię w 

weekendy. Wykazał się sprytem, kompletując listę moich krewnych.

Zna datę moich urodzin.
Do pioruna, co ja takiego zrobiłem, żeby aż tak mnie nienawidzić?
Ricky zdawał sobie sprawę, że nie ustrzegł się pewnej właściwej wielu terapeutom 

arogancji wypływającej z przekonania, że czyni dobro na swoim niewielkim poletku. Ale 
bardzo zaniepokoiło  go to, iż  potrafił  zaszczepić  w kimś  tak  potworną nienawiść.  Kim 
jesteś? – zażądał od listu odpowiedzi.

Sięgnął do górnej szuflady z prawej strony biurka, by wyjąć stary, oprawny w skórę 

notatnik z adresami. Na początek, zdecydował, postaram się znaleźć krewnego, z którym 
skontaktował się mój prześladowca. Pewnie to jakiś dawny pacjent, może wycofał się z 
terapii   na   wczesnym   etapie   i   popadł   w   głęboką   depresję.   Ktoś,   kto   przez   wiele   lat 
pielęgnował  w sobie wręcz psychopatyczną  nienawiść do niego. Miał nadzieję, że przy 
odrobinie szczęścia uda mu się zidentyfikować byłego pacjenta. Kierowany empatią, starał 
się wmówić sobie, że nadawca listu – Rumpelstilskin – po prostu wyciąga rękę z prośbą o 
pomoc.   Jednak   po   chwili   równie   szybko   odrzucił   tę   nie   prowadzącą   do   niczego   myśl. 
Trzymając w dłoni notatnik z adresami, Ricky myślał o postaci, której imieniem podpisał się 
nadawca listu. Okrutny – powiedział do siebie – złowróżbny karzeł z baśni, który nikomu 
nie   daje   się   przechytrzyć,   a   przegrywa   jedynie   z   powodu   pecha.   To   spostrzeżenie   nie 
poprawiło mu samopoczucia.

background image

Odsunął list na bok i otworzył notes z adresami, by wyszukać numer pierwszej z 

pięćdziesięciu dwóch osób na liście. Skrzywił się nieco i zaczął wystukiwać kolejne cyfry 
na   klawiaturze   telefonu.   Przez   ostatnie   lata   właściwie   nie   kontaktował   się   ze   swoimi 
krewnymi i nie sądził, by wpadli w entuzjazm, słysząc jego głos w słuchawce. Zwłaszcza 
biorąc pod uwagę powód rozmowy.

 

background image

  DWA

   Ricky Starks czuł się niemal chory, usiłując wyciągać informacje od swych krewnych, 
którzy reagowali zdumieniem na jego telefon. Dochodziła już dziesiąta wieczór, a jemu 
zostało jeszcze ponad dwadzieścia pięć osób z listy. Jak dotąd, nie trafił na żaden ślad wart 
dalszych indagacji.

Dwudziestą   pierwszą   osobę   pamiętał   jak   przez   mgłę.   Jego   starsza 

siostra, zmarła przed dziesięciu laty, miała dwóch synów. Rozpoznał adres starszego z nich 
w   Deerfiled   w   stanie   Massachusetts,   kod   pocztowy   413.   Oświecił   go   nagły   przebłysk 
pamięci. Siostrzeniec był nauczycielem historii w tamtejszej prywatnej szkole. Odetchnął z 
ulgą i wyposażony przynajmniej w ten strzępek wiedzy, sięgnął po telefon. Wybrał numer i 
odczekał sześć sygnałów, nim ktoś podniósł słuchawkę. Głos był wyraźnie młody.

Halo – odezwał się Ricky.  – Chciałbym  rozmawiać z Timothym  Grahamem. Tu 

wujek Frederick. Doktor Frederick Starks.

Mówi Tim junior.
Po chwili milczenia Ricky podjął:
Witaj, Tim. Myśmy się chyba nigdy nie spotkali…
Widzieliśmy się. Raz. Pamiętam. Na pogrzebie babci. Chcesz rozmawiać z tatą?
Jeśli można.
O czym?
Ricky   zdziwił   się,   słysząc   podobne   pytanie   z   ust   kogoś   tak   młodego.   Odniósł 

wrażenie, że młodzieniec stara się chronić ojca.

Mam do niego pewną nietypową sprawę – wyjaśnił.
Mieliśmy już nietypowy dzień – powiedział zagadkowo nastolatek. – Tata jest teraz 

zajęty. Gliny jeszcze tu są.

Ricky nabrał gwałtownie powietrza.
–Policja? Stało się coś?
Tim   nie   odpowiedział   na   jego   pytanie,   natomiast   szybko   zadał   swoje,   nieco 

zaskakując nim Starksa:

–Po co dzwonisz?
Ricky zaczął wystudiowanym, spokojnym tonem:
Mój dawny pacjent – pewnie pamiętasz, że jestem lekarzem, prawda, Tim? – będzie 

próbował skontaktować się z kimś z naszej rodziny.  Dzwonię, żeby wszystkich ostrzec. 
Chciałbym o tym porozmawiać osobiście z twoim tatą. Co robi u was policja?

Chodzi  o moją   siostrę.   Ktoś  ją  śledził…  –  zaczął  niepewnie   chłopiec,   ale  zaraz 

przerwał. – Lepiej jednak poproszę tatę – zdecydował energicznie.

Ricky usłyszał stuknięcie słuchawki odkładanej na blat. Po chwili odezwał się głos:
Wujek Frederick?
Witaj, Tim. Wybacz, że cię niepokoję.
Nie szkodzi. Syn mówi, że chcesz mnie ostrzec.

background image

–Poniekąd. Dostałem dziś anonim, chyba od byłego pacjenta. Pisze, że będzie się 

starał   skontaktować   z   kimś   z   moich   krewnych.   Obdzwaniam   teraz   całą   rodzinę,   żeby 
wszystkich ostrzec i ustalić, czy już nie zrobił komuś przykrości.

Na łączach zapadła martwa, lodowata cisza na niemal minutę.
Co to za pacjent? – spytał ostro Tim senior. – Ktoś niebezpieczny?
Nie wiem dokładnie, kto to taki. List nie był podpisany. Domyślam się tylko, że 

może chodzić o dawnego pacjenta.

Zgłosiłeś to na policję?
Nie. Wysłanie listu nie jest przecież przestępstwem.
To samo powiedzieli mi ci dranie.
Słucham? – zaniepokoił się Ricky.
Gliny. Zadzwoniłem na policję, zadali sobie trud, żeby się do mnie pofatygować, i 

powiedzieli, że nie są w stanie nic zrobić.

Po co dzwoniłeś na policję?
Timothy   Graham   wziął   głęboki   oddech,   ale   zamiast   się   uspokoić,   zirytował   się 

jeszcze bardziej, jakby dał w ten sposób upust tłumionej złości.

–To musi być jakiś chory na umyśle drań. Ukatrupię go gołymi rękami, niech go 

tylko dorwę. Dasz wiarę? W dniu jej urodzin! Akurat w czternaste urodziny. Ohyda.

Ricky skamieniał. Nagle otworzyła mu się klapka w mózgu. Zdał sobie sprawę, że 

od początku powinien był zwrócić uwagę na ten szczególny związek. Z całej rodziny tylko 
córka Tima obchodziła urodziny w tym samym dniu co on. Zbeształ się w myślach: Trzeba 
było zadzwonić do nich w pierwszej kolejności.

Co się stało? – spytał wprost.
Ktoś   podrzucił   Mindy   urodzinową   kartę   do   jej   szkolnej   szafki.   Wiesz,   z   takich 

wielkich, składanych, landrynkowych, jakie sprzedają w supermarkecie. Wciąż nie mogę 
dociec,   jak   ten   drań   niepostrzeżenie   otworzył   szafkę.   Gdzie   była   wtedy,   do   cholery, 
ochrona?   W   głowie   się   nie   mieści.   W   każdym   razie,   kiedy  Mindy  przyszła   do  szkoły, 
znalazła tę nieszczęsną kartę i otworzyła ją, przekonana, że to żart którejś z koleżanek. I 
wiesz   co?   Z   karty   wysypał   się   cały   stos   wstrętnych   pornograficznych   zdjęć   kobiet 
przykutych łańcuchami. Naprawdę ostre fotki, dla ludzi o stalowych nerwach. Ktoś napisał 
na kartce: „Właśnie to z tobą zrobię, gdy znajdziemy się sam na sam".

Ricky zesztywniał na swoim krześle. Rumpelstilskin, pomyślał.
Spytał jednak:
Co na to policja? Co ci powiedzieli?
Miejscowi gliniarze – Tim się rozgorączkował – to kompletni idioci. Powiedzieli mi 

beztrosko, że na razie nie ma namacalnych dowodów, by ktoś czyhał na Mindy, więc nie 
mogą   nic   zrobić.   Im   potrzebna   jest   jawna   akcja.   Innymi   słowy,   ktoś   ją   musi   najpierw 
napaść. Po prostu horror. Starasz się chronić własne dzieci przed okrucieństwem i złem tego 
świata i proszę, wystarczy uśpić na chwilę czujność, a spotyka cię coś takiego.

Po tych słowach nauczyciel historii rozłączył się.
Ricky   Starks   oparł   się   ciężko   o   blat   biurka.   Poczuł,   że   ogarnia   go   rozpacz. 

Rumpelstilskin zadał cios wnuczce jego siostry, kompletnie bezbronnemu dziecku. Wybrał 
radosną chwilę, moment rozkwitu – jej czternaste urodziny – by zaprawić je strachem i 
ohydą. Ricky spojrzał na list. Gwałt psychiczny. Świadomie użył tego słowa zaraz obok 

background image

słowa „zniszczę".

Była północ, Ricky czuł się otępiały i samotny jak palec. Po całym gabinecie walały 

się skoroszyty z szarego papieru, notatniki ze stenografami, kartki papieru kancelaryjnego i 
minikasety magnetofonowe.

Stojąc w centrum tego bałaganu, czuł się jak człowiek, który wyszedł właśnie z 

piwnicznego   schronu  po  przetoczeniu   się  tornada.   Doszedł   do  wniosku,  że  studiowanie 
setek terapii oraz kartotek z dziesięciu lat nie ma sensu. Nie znajdzie tam Rumpelstilskina.

A w każdym razie nie dokona jego identyfikacji.
Gdyby nadawca listu znalazł się dziś na jego kozetce, na choćby najkrótszą terapię, 

Ricky natychmiast by się zorientował. Ton. Styl. To były dla niego cechy równie czytelne 
jak dla detektywa odciski palców. Nawet po długim czasie żaden pacjent nie mógł pojawić 
się tak dalece odmieniony, by skryć przed nim swoją tożsamość. Niektórzy byli zapewne 
wściekli, uznając lata wizyt za stracone. Trzeba się z tym liczyć, że nie każda terapia odnosi 
skutek. Na pewno znaleźliby się ludzie, którym nie pomógł. Lub tacy, których stan uległ 
pogorszeniu i którzy ponownie znaleźli się na dnie rozpaczy.

Jednak Rumpelstilskin zupełnie nie pasował do tego wizerunku. Ton jego listu i 

wiadomość   podrzucona   czternastolatce   zdradzały   wyrachowanego,   agresywnego   i 
przewrotnie pewnego siebie osobnika. Psychopaty, pomyślał Ricky. W ciągu wieloletniej 
kariery zdarzało mu się leczyć pacjentów o inklinacjach psychopatycznych, jednak żaden z 
nich nie przejawiał tak głębokiej nienawiści ani obsesji jak Rumpelstilskin. A jednak ktoś, 
kogo leczył bez powodzenia, był związany z autorem listu.

Chodzi o to, zdał sobie sprawę, by dojść, kim był ów pacjent, a następnie znaleźć 

jego   powiązania   z   Rumpelstilskinem.   Im   dłużej   się   nad   tym   zastanawiał,   tym   bardziej 
upewniał się, że o taki właśnie związek chodzi. Prześladowca, który chciał jego śmierci, był 
czyimś dzieckiem, współmałżonkiem lub kochankiem. Po pierwsze, należało ustalić, którzy 
z   jego   pacjentów   zrezygnowali   z   terapii   pod   byle   pretekstem.   A   następnie   zająć   się 
tropieniem Rumpelstilskina.

Wrócił do biurka, brodząc wśród porozrzucanych dokumentów i uniósł list: „Jestem 

kimś z twojej przeszłości".

Ricky   westchnął.   Czyżby   popełnił   błąd   wówczas,   gdy   przed   ponad   dwudziestu 

pięciu laty odbywał szpitalny staż? Błąd, który miał go teraz słono kosztować? Czy w ogóle 
pamięta swoich pierwszych pacjentów? Jeszcze w trakcie szkolenia z psychoanalizy jako 
student   stykał   się   ze   schizofrenikami   paranoidalnymi,   którzy   popełnili   poważne 
przestępstwa. Wtedy otarł się o psychiatrię sądową, co zresztą niespecjalnie przypadło mu 
do gustu. Gdy tylko praktyka dobiegła końca, szybko wrócił na znacznie bezpieczniejsze 
freudowskie poletko.

Wyczerpany   i   niepewny,   czy   doszedł   do   jakichś   konkretnych   wniosków,   Ricky, 

potykając się, opuścił gabinet, by przejść do niewielkiej sypialni. Było to proste, ascetyczne 
pomieszczenie   z   szafką   nocną,   komodą   i   jednoosobowym   łóżkiem.   Niegdyś   stało   tu 
podwójne łóżko z ozdobnym wezgłowiem, ale oddał je po śmierci żony. Znikły również 
prawie wszystkie pogodne dzieła sztuki, którymi żona ozdobiła ten pokój. Zatrzymał ich 
wspólną fotografię sprzed piętnastu lat, zrobioną przed letniskowym domkiem w Wellfleet, 
jednak   od   śmierci   żony   sukcesywnie   pozbywał   się   wszelkich   materialnych   śladów   jej 
istnienia. Powolna, bolesna śmierć, po której nastąpiły trzy lata wymazywania jej z pamięci.

Ricky   zdjął   ubranie,   nie   spiesząc   się,   złożył   z   pietyzmem   spodnie   i   powiesił 

niebieski blezer. Przysiadł na brzegu łóżka w samej bieliź-nie. W szufladzie nocnej szafki 
trzymał  fiolkę  proszków nasennych.  Połknął jeden z nadzieją, że szybko  przyniesie  mu 
głęboki, niczym nie zakłócony sen.

background image

Pierwsza pacjentka  w ostatnim  dniu przed planowanym  w sierpniu miesięcznym 

urlopem   przybyła   punktualnie  o  siódmej   rano.  Uznał   wizytę   za  udaną.   Nic  szczególnie 
emocjonującego ani dramatycznego. Jednak pacjentka wciąż robiła postępy.

Doktor Starks zakaszlał i poprawił się nieco na krześle.
–Obawiam się, że musimy na dzisiaj skończyć.
Młoda kobieta, która opowiadała o wątpliwej perspektywie związku z poznanym 

niedawno mężczyzną, westchnęła:

–Cóż, przekonamy się, czy będę z nim nadal za miesiąc.
To spostrzeżenie wywołało uśmiech na twarzy Ricky'ego.
Pacjentka opuściła nogi z kozetki i powiedziała:
–Udanych wakacji, doktorze. Do zobaczenia po Święcie Pracy.– Zabrała torebkę i 

oddaliła się z gabinetu żwawym krokiem.

Dzień nie odbiegał od rutyny.
Wyszedł z domu koło południa i przemierzył zwykłą trasę. Jednak kilka razy musiał 

się powstrzymać, by gwałtownie nie obrócić się i nie sprawdzić, czy ktoś go nie śledzi. 
Odetchnął z ulgą, gdy dotarł z powrotem do mieszkania.

Z popołudniowymi  pacjentami  poszło podobnie jak z porannymi.  Niektórzy byli 

rozgoryczeni z powodu jego urlopu, czego się zresztą spodziewał. Część z nich wyrażała 
swoje obawy i niepokój.

Minutę   przed   siedemnastą   rozległy  się   trzy  serie   dzwonka.   Wstał   i   podszedł   do 

drzwi. Pan Zimmerman nie lubił siedzieć w poczekalni. Pojawiał się tuż przed wizytą i 
oczekiwał, że zostanie niezwłocznie wpuszczony do gabinetu.

Ricky widział, jak w pewien mroźny zimowy wieczór spacerował tam i z powrotem 

przed budynkiem, co chwilę niecierpliwie spoglądając na zegarek, byle tylko nie czekać 
wewnątrz.   Starks   w   każdy   dzień   roboczy   otwierał   przed   nim   drzwi   punktualnie   o 
siedemnastej,   by   rozwścieczony   mężczyzna   mógł   wtoczyć   się   do   gabinetu,   walnąć   na 
kozetkę i bez zająknienia wylać swoje żale z powodu wszystkich krzywd, które go od rana 
spotkały. Ricky wziął głęboki oddech i nim otworzył drzwi, przybrał minę pokerzysty.

–Dzień dobry – zaczął jak zwykle od powitania.
Jednak w progu poczekalni nie stał Roger Zimmerman.
Ricky  ujrzał   posągowo  piękną,   wręcz  zjawiskową  kobietę.   Miała   na  sobie  długi 

czarny trencz,  ściągnięty paskiem,  i ciemne  okulary,  które natychmiast  zdjęła, ukazując 
przenikliwe, żywe zielone oczy.

Mogła   niewiele   przekroczyć   trzydziestkę.   Istota   w   pełnym   rozkwicie   swojej 

kobiecości.

Przepraszam – rzekł niepewnie Ricky. – Ale…
Ach – odezwała się lekceważąco, potrząsając sięgającymi ramion blond włosami. – 

Zimmerman dziś nie przyjedzie. Jestem tu w jego zastępstwie.

–Ależ on…
–Już   pana   nie   potrzebuje   –   wyjaśniła.   –   Dziś   dokładnie   o   godzi   nie   czternastej 

trzydzieści siedem postanowił zakończyć terapię. Co ciekawe, podjął tę decyzję akurat na 
stacji metra na Dziewięćdziesiątej Szóstej Ulicy po króciutkiej rozmowie z panem R.

Wyminęła oniemiałego doktora i weszła do poczekalni.

background image

Ricky bez słowa zaprosił ją do gabinetu. Obserwował, jak bacznie rozgląda się po 

pomieszczeniu.   Podeszła   do   półki   i   spojrzała   na   książki.   Następnie   skierowała   się   do 
kremowej ściany, na której wisiały jego dyplomy oraz portret samego Freuda w dębowej 
ramie. Twórca psychoanalizy trzymał na zdjęciu nieodłączne cygaro i spoglądał złowrogo 
swymi głęboko osadzonymi oczyma. Postukała w szkło, za którym znajdował się portret, 
palcem z długim tipsem polakierowa-nym na jaskrawą czerwień.

–Zdumiewające, że każdy zawód ma swojego patrona, którego można powiesić na 

ścianie.   Na   przykład   niewydarzeni   politycy   wieszają   sobie   Lincolna   czy   Waszyngtona. 
Psychoanalitycy   zaś,   tacy   jak   pan,   Ricky,   posiłkują   się   portretem   Zygmunta   Świętego. 
Domyślam   się,   że   chodzi   o   potwierdzenie   prawa   do   wykonywania   zawodu,   które   w 
przeciwnym razie ktoś mógłby podać w wątpliwość.

Ricky Starks bezszelestnie przeniósł fotel i postawił go przed biurkiem. Sam zaś 

wszedł za biurko i zaprosił gościa gestem do zajęcia miejsca naprzeciw siebie.

Co? – zdumiała się. – Nie na słynnej kanapce?
Byłoby to nieco przedwczesne – odrzekł chłodno. Ponownie wskazał jej miejsce. 

Młoda   kobieta   znów   rozejrzała   się   zielonymi   oczyma   po   pokoju,   jakby   starała   się 
zapamiętać każdy szczegół, w końcu jednak opadła na fotel. Rozparła się leniwie i sięgnęła 
do kieszeni czarnego płaszcza po pudełko papierosów. Wyjęła jednego, włożyła  do ust, 
zapaliła przezroczystą zapalniczkę na butan, ale ręka znieruchomiała jej przy koniuszku 
papierosa.

–Co   za   brak   obycia   z   mojej   strony.   Masz   chęć   na   papierosa,   Ricky?Potrząsnął 

głową.

–Jasne,   że   nie.   Kiedy   rzuciłeś?   O   ile   mam   dobre   informacje   od   pana   R.,   to   w 

siedemdziesiątym siódmym. Śmiała decyzja jak na owe czasy. Palenie było jeszcze wtedy w 
modzie.

Młoda kobieta przypaliła papierosa i zaciągnęła się nim z lubością, by następnie 

wypuścić leniwie kłąb dymu.

–Popielniczka? – spytała.
Ricky sięgnął do szuflady biurka. Postawił popielniczkę na brzegu blatu. Kobieta 

natychmiast zgasiła w niej papierosa.

–Dość – rzekła. – Wystarczy gryzącego dymu, by przypomnieć sobie stare dobre 

czasy.

Ricky milczał chwilę, nim zadał pytanie:
–Czemu mamy sobie przypominać stare dobre czasy?
Przewróciła oczami, odrzuciła głowę do tyłu i roześmiała się perliście. Przenikliwy 

śmiech był tu równie nie na miejscu, jak rubaszny rechot w kościele. Kiedy się już naśmiała, 
przeszyła Ricky'ego wzrokiem.

–Liczy się każde wspomnienie. Czy nie mówisz tego wszystkim po kolei pacjentom? 

Nigdy   nie   wiesz,   gdzie   kryje   się   klucz,   którym   otworzysz   drzwi   do   ich   świata 
wewnętrznego, czyż nie? Nigdy nie wiesz dokładnie, kiedy rozstąpią się wrota, byś ujrzał 
skrywane za nimi tajemnice. Więc zawsze musisz być w pogotowiu. Wiecznie czujny. Czy 
właśnie tak można zdefiniować terapię?

Kiwnął głową w odpowiedzi.
–Dobra   –   odparła   szorstko.   –   Dlaczego   sądzisz,   że   moja   wizyta   różni   się 

czymkolwiek od wszystkich pozostałych? Choć oczywiście tak jest w istocie.

background image

Nie odzywał się przez chwilę, mając nadzieję, że zbije ją tym z tropu. Okazała się 

zdumiewająco opanowana i zrównoważona. W końcu odezwał się cicho:

–Stoję na z góry przegranej pozycji. Tyle pani o mnie wie, a ja nie znam nawet pani 

imienia. Chciałbym wiedzieć, co ma pani na myśli,mówiąc, że pan Zimmerman zakończył 
terapię, a także, co łączy panią z człowiekiem, którego zwie pani panem R., a który, jak się 
do   myślam,   jest   również   nadawcą   listu   podpisanego:   Rumpelstilskin.Chciałbym 
niezwłocznie poznać odpowiedzi na te pytania.

Uśmiechnęła się bez emocji.
Proszę odpowiedzieć na moje pytania – powtórzył. – W przeciwnym razie zgłoszę 

się na policję i niech oni się tym zajmą.

Brak ci ducha walki, Ricky? Naprawdę nie chcesz się dać wciągnąć w tę grę?
A cóż to za gra, która polega na podrzucaniu obrzydliwej pornografii z pogróżkami 

wrażliwej dziewczynce. Co to za gra, która nakłania mnie do samobójstwa?

Sięgnął po słuchawkę.
–Ależ Ricky – odezwała się kobieta – czy to nie najwspanialsza gra ze wszystkich? 

Przechytrzyć własną śmierć?

Zawahał się, słysząc te słowa. Kobieta się uśmiechnęła.
–Możesz wygrać w tej grze, Ricky. Pod warunkiem jednak, że odłożysz słuchawkę. 

W przeciwnym razie ktoś gdzieś przegra. Zaufaj mi. Pan R. zawsze dotrzymuje słowa. A 
kiedy ten ktoś przegra, ty także będziesz przegrany. To dopiero pierwszy dzień, gdybyś się 
teraz wycofał, to tak, jakbyś oddał wynik walkowerem.

Odsunął dłoń od słuchawki.
Jak masz na imię? – spytał.
Mów   do   mnie   Wergiliusz,   zdrobniale   Wergil.   Każdy   poeta   potrzebuje   swojego 

przewodnika.

A co cię łączy z Rumpelstilskinem?
Jest moim  pracodawcą. Ma forsy jak lodu i stać go na absolutnie wszystko,  by 

dopiąć celu. Obecnie jest zaabsorbowany tobą.

Podejrzewam więc, że jako pracownica znasz jego imię, nazwisko i adres, które 

możesz mi przekazać, by zakończyć te głupoty.

Wergil potrząsnęła głową.
Niestety nie, Ricky. Pan R. nie jest na tyle głupi, by zdradzać swoją tożsamość przed 

byle pomocnikiem, którym w tym przypadku jestem ja. Zresztą nawet gdybym mogła ci 
pomóc,   nie   zrobiłabym   tego.   Gdzie   walka   sportowa?   Wyobraź   sobie,   że   Dante   i   jego 
przewodnik Wergiliusz natrafiliby na znak: Lasciate ogni speranza, voi ch'entrate… czyli 
„Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie!", a Wergiliusz powiedziałby: Nie 
idźmy tam. I co? Z poematu nici. Nie można napisać dzieła o tym, jak się zawróciło u wrót 
piekieł, prawda, Ricky? Guzik. Trzeba wejść do środka.

Więc po co tu przyszłaś?
Obawiał się, że możesz mu nie uwierzyć, choć ta młoda dama z Deerfield, która tak 

łatwo   straciła   swoją   młodzieńczą   niewinność,   powinna   być   wystarczająco   dobitnym 
dowodem.  Jednak wątpliwości  sieją niepewność, a ty masz  tylko  dwa tygodnie  na grę. 
Dlatego   też  przysłał  przewodniczkę,   która  pomoże   ci   natychmiast  zabrać  się   do  dzieła. 
Mnie.

background image

Ciągle tylko mówisz o grze – powiedział Ricky. – Ale dla pana Zimmermana to nie 

jest żadna gra. Przechodzimy obecnie ważny etap jego leczenia. Tajemniczy pan R. może 
sobie pogrywać ze mną, jednak posunął się za daleko, wciągając w to moich pacjentów.

Młoda kobieta, przedstawiająca się jako Wergiliusz, uniosła rękę.
–Daruj sobie ten patos.
Ricky milczał, patrząc na nią surowo.
Całkowicie zignorowała jego spojrzenie i delikatnie machnąwszy dłonią, dodała:
–Zimmerman sam zgłosił się do gry. Początkowo niechętnie, jak słyszałam, ale po 

chwili bardzo się apalił. Nie brałam niestety udziału w tej rozmowie. Ale powiem ci, kto 
brał. W pewnym sensie upośledzona kobieta w średnim wieku imieniem LuAnne. Sądzę, że 
powinieneś z nią porozmawiać. Kto wie, czego możesz się od niej dowiedzieć. Na pewno 
będziesz  próbował  skontaktować  się  z  panem  Zimmermanem,  by  ci  wszystko  wyjaśnił, 
obawiam się jednak, że jest nieuchwytny.

Starks chciał się domagać wyjaśnień, ale Wergil wstała.
Ricky – odezwała się zdawkowo – na tym kończymy dzisiejszą sesję. Przekazałam 

ci mnóstwo informacji, więc teraz bierz się do dzieła. A to nie jest twoją mocną stroną, 
prawda? Potrafisz tylko słuchać. I na tym koniec. Tym razem nie stać cię na bezczynność. 
Musisz ruszyć tyłek i brać się do roboty. W przeciwnym razie… lepiej o tym nie mówmy.

Szybkim krokiem podeszła do wyjścia.
Zaczekaj – powiedział pod wpływem impulsu. – Wrócisz?
Bo ja wiem? – odparła Wergil z nieznacznym uśmiechem. – Może. Zobaczymy, jak 

ci pójdzie.

Otworzyła drzwi i wyszła.
Przez chwilę nasłuchiwał stukotu jej obcasów w korytarzu. Potem skoczył na równe 

nogi i podbiegł do drzwi. Otworzył je, ale Wergil nie było już widać. Wrócił do gabinetu, 
oparł   się   o   parapet   i   wyjrzał   akurat   w   momencie,   gdy   kobieta   wyszła   przed   budynek. 
Obserwował, jak pod dom podjeżdża długa limuzyna. Wergil wsiadła do środka. Limuzyna 
odjechała ulicą zbyt szybko, żeby Ricky mógł dostrzec numery rejestracyjne, nawet gdyby 
był na tyle sprytny i czujny, by w ogóle przyszło mu to do głowy.

Czasem przy brzegu przylądka Cod, niedaleko jego domku letniskowego, pojawiają 

się silne prądy morskie, które bywają groźne i śmiercionośne. Gdy człowiek wpadnie w 
zasięg   takiego   prądu,   winien   pamiętać   o   kilku   podstawowych   zasadach.   Jeśli   je 
zbagatelizuje, może przypłacić to życiem. Ponieważ rwący nurt jest na ogół wąski, nigdy nie 
należy z nim walczyć. Trzeba mu się po prostu poddać, a już po kilku sekundach silny prąd 
zelżeje i wówczas bez trudu można dopłynąć do plaży. Są to najprostsze rady i mogłoby się 
wydawać,   że   wyrwanie   się   ze   szponów   prądu   morskiego   jest   niewiele   trudniejsze   od 
usunięcia ze skóry pchły tropikalnej. W rzeczywistości nie jest to aż tak łatwe. Gdy prąd 
niesie nas w głąb oceanu, wpadamy w panikę. Strach i wyczerpanie stają się dojmujące. 
Ricky co roku czytał o co najmniej jednym topielcu, który rozstawał się z życiem śmiesznie 
blisko brzegu.

Wziął głęboki oddech i starał się odsunąć wrażenie, że jego też coś popycha ku 

mętnej, niebezpiecznej głębinie. Gdy tylko samochód z Wergil zniknął z pola widzenia, 
Starks   sięgnął   po   notatnik,   w   którym   zapisany   był   telefon   Zimmermana.   Pospiesznie 
wykręcił   numer.   Nikt   jednak   nie   odbierał.   Nie   było   Zimmermana.   Nie   było   jego 
nadopiekuńczej matki. Nie było automatycznej sekretarki.

Odłożył słuchawkę w połowie sygnału i porwał płaszcz. W pośpiechu wybiegł z 

background image

mieszkania.

Ulice miasta wciąż zalewało słońce, choć nastał już wieczór. Postanowił nie łapać 

taksówki,  tylko   przejść  się   przez  Central   Park.  Doszedł   do  wniosku,  że   czas  i   wysiłek 
fizyczny pozwolą mu ułożyć w głowie wszystkie fakty.

Był   ciepły   wczesny   wieczór.   Po   przejściu   kilkuset   metrów   poczuł,   jak   pachy 

wilgotnieją mu od potu. Zdjął płaszcz i przerzucił go przez ramię. Beztroski wygląd, jaki na 
pozór   sprawiał,   kłócił   się   z   jego   samopoczuciem.   W   parku   pełno   było   biegaczy   i 
spacerowiczów z psami. Po kwadransie szybkiego marszu dotarł do kwartału, w którym 
mieścił   się   blok  mieszkalny   Zimmermana.   Zawahał   się   na  rogu.   Zrobił   kilka   kroków   i 
zatrzymał się. Potrząsnął głową.

–Co to mówiła Wergil? – szepnął pod nosem.
Zimmerman  postanowił  zakończyć  terapię  na pobliskiej  stacji metra  dokładnie  o 

14.37.

To się nie trzymało kupy.
Podszedł do budki telefonicznej, umieścił ćwierćdolarówkę w automacie i nerwowo 

wybrał   numer   Zimmermana.   Telefon   znów   dzwonił   kilkanaście   razy,   nikt   jednak   nie 
odbierał.   Tym   razem   Ricky   odczuł   ulgę.   Brak   odpowiedzi   zwalniał   go   z   obowiązku 
dobijania się do drzwi mieszkania pacjenta.

Odwiesił   słuchawkę   i   wyszedł   z   budki.   Musisz   przejąć   kontrolę   nad   sytuacją, 

powiedział do siebie. W oko wpadło mu wejście do stacji metra przy Dziewięćdziesiątej 
Szóstej. Podążył w tym kierunku, przystanął u szczytu schodów, a następnie powoli zszedł 
na dół. Z głębi tunelu dochodził stukot kolejki. Owiał go zbutwiały, zastarzały odór, a po 
chwili zalał gęsty żar. W budce z żetonami siedziała kobieta. Nachylił się do osłoniętego 
metalową siatką okienka w szybie z pleksiglasu.

Przepraszam panią – powiedział.
Chce się pan przesiąść? Zgubił pan drogę? Mapa wisi na tamtej ścianie.
Nie – odparł, kręcąc głową. – Zastanawiam się… Zastanawiałem się, czy zdarzyło 

się tu dziś coś szczególnego? Dziś po południu…

Pogadaj pan z glinami – ucięła. – Ale co…
To było przed moją zmianą. Nic nie widziałam.
Ale co się stało?
Jakiś facet skoczył pod pociąg. A może wpadł, nie wiem. Były tu gliny, ale ulotniły 

się przed moją zmianą.

Jakie gliny?
–Z transportu miejskiego. Z rogu Dziewięćdziesiątej Szóstej i Broadwayu.
Ricky zrobił krok w tył, poczuł skurcz żołądka. Brakło mu tchu. W tym momencie 

nadjechał pociąg, wypełniając stację hukiem, który uderzył go jak cios pięścią.

–Dobrze   się   pan   czuje?   –   kobieta   z   budki   przekrzykiwała   hałas.–   Kiepsko   pan 

wygląda.

Kiwnął głową i szepnął w odpowiedzi:
–Nic mi nie jest – choć było to wierutne kłamstwo.
Wszystko   było   obce   w   świecie,   w   którym   Ricky   znalazł   się   tamtego   wieczoru. 

Widoki,   dźwięki   i   zapachy   na   komisariacie   policji   transportu   miejskiego   przy   rogu 

background image

Dziewięćdziesiątej Szóstej i Broadwayu ukazały tę stronę miasta, o której miał co najwyżej 
mętne   pojęcie.   W   powietrzu   unosiła   się   nikła   woń   moczu   gryząca   się   z   ostrzejszym 
zapachem   silnego   środka   do   dezynfekcji.   Jakiś   mężczyzna,   zamknięty   w   areszcie   poza 
zasięgiem   jego   wzroku,   wykrzykiwał   niezrozumiałe   zbitki   słów.   Rozsierdzona   kobieta, 
siedząca z beczącym dzieckiem na ręku przed biurkiem sierżanta, klęła po hiszpańsku z 
zawrotną szybkością. Gdzieś dzwonił telefon, którego nikt nie odbierał.

Kobieta przed biurkiem sierżanta, kołysząc dziecko, wyrzuciła z siebie pożegnalną 

wiązankę, obróciła się z grymasem i minęła Ri-cky'ego z taką pogardą, jakby był robakiem 
niewartym zdeptania butem. Ruszył niepewnie w stronę oficera siedzącego za biurkiem.

Przepraszam… – zaczął, ale natychmiast mu przerwano.
Nikt tak naprawdę nie przeprasza, koleś. Tylko tak mówią. Wcale nie mają tego na 

myśli.

Pan mnie źle zrozumiał. Chodzi mi o to…
Nikt nigdy nie mówi tego, o co mu naprawdę chodzi. Warto to sobie wziąć do serca.
Policjant miał nieco ponad czterdziestkę, a do twarzy przylepiony beztroski uśmiech, 

którym dawał do zrozumienia, że widział już w życiu wszystko.

–Zacznę   jeszcze   raz   –   powiedział   ostro   Ricky.Policjant   znów   się   uśmiechnął, 

potrząsając głową.

Nikt nigdy nie zaczyna wszystkiego jeszcze raz, przynajmniej ja nikogo takiego nie 

spotkałem. Ale może pan będzie pierwszy.

Dziś   wydarzył   się   wypadek   na   stacji   metra   przy   Dziewięćdziesiątej   Szóstej. 

Mężczyzna wpadł…

Skoczył, jak słyszałem. Jest pan świadkiem?
Nie. Ale, jak sądzę, znałem tego mężczyznę. Byłem jego lekarzem. Chcę się czegoś 

dowiedzieć.

Lekarzem, mówisz pan? Od czego?
Przychodził do mnie od roku na psychoanalizę.
Jest pan psychoanalitykiem? Ricky przytaknął.
Ciekawy zawód – zauważył oficer. – Ma pan u siebie kozetkę?
Zgadza się.
–Ekstra. O jednego gościa na tę kozetkę mniej. Niech pan pogada z detektywem. 

Riggins zajmuje się tą sprawą. A przynajmniej tym, co z niej zostało, kiedy jadący stówą 
ekspres z Piątej Alei wpadł na stację.

Policjant   wskazał   mu   dwuskrzydłowe   drzwi   z   napisem:   Biuro   detektywa.   Ricky 

wszedł przez nie do niewielkiego gabinetu, w którym ujrzał labirynt szaroburych biurek ze 
stali.

Detektyw w białej koszuli i czerwonym krawacie, siedzący przy najbliższym biurku, 

uniósł głowę.

Słucham?
Detektyw Riggins? Mężczyzna potrząsnął głową.
–To nie ja. Rozmawia na końcu sali z ludźmi, którzy widzieli dziś tego skoczka.
Ricky   dostrzegł   po   drugiej   stronie   pomieszczenia   kobietę   jeszcze   niestarą,   a   już 

background image

niemłodą.   Ubrana   była   w   męską   jasnoniebieską   koszulę   z   wyłogami   kołnierzyka 
przypinanymi na guziki oraz krawat w prążki z jedwabnego rypsu, szare spodnie i pasujące 
do reszty jak pięść do nosa białe adidasy z odblaskowymi pomarańczowymi paskami po 
bokach. Włosy ciemnoblond miała zebrane ciasno w koński ogon, przez co wyglądała na 
nieco więcej niż trzydzieści lat – na jakie szacował ją Ricky. Pani detektyw rozmawiała z 
dwoma czarnoskórymi nastolatkami noszącymi przesadnie workowate niebieskie dżinsy i 
dziwacznie nasadzone czapki baseballówki. Detektyw w czerwonym krawacie spytał: – Pan 
w   sprawie   tego   skoczka   z   Dziewięćdziesiątej   Szóstej?   Ricky   skinął   głową.   Detektyw 
podniósł słuchawkę. Wskazał sześć drewnianych krzeseł stojących rządkiem pod ścianą. 
Tylko  jedno było  zajęte  przez  obszarpaną,  niedomytą  kobietę  w trudnym  do określenia 
wieku. Jej gęste siwe włosy sterczały na wszystkie możliwe strony, mówiła coś do siebie 
pod nosem. Kobiecina miała na grzbiecie wyświechtany płaszczyk, który zaciskała na sobie 
coraz   mocniej,   przy   czym   kiwała   się   lekko   na   krześle.   Bezdomna   schizofreniczka, 
zdiagnozował Ricky.

–Niech pan siada obok LuAnne – zachęcił go detektyw. – Dam znać Riggins, że ma 

jeszcze jednego klienta.

Ricky   zesztywniał,   słysząc   imię   kobieciny.   Wziął   głęboki   oddech   i   podszedł   do 

rządka krzeseł.

–Mogę koło pani usiąść? – spytał, wskazując najbliższe niej krzesło.Spojrzała na 

niego z lekkim zdziwieniem.

–Chce wiedzieć, czy może tu siadać? A ja to niby kto? Królowa krzeseł? Może 

siadać, gdzie chce.

Ricky usiadł obok niej. Wiercił się na krześle, jakby nie mógł znaleźć wygodnej 

pozycji. W końcu zapytał:

–A więc LuAnne, była pani na stacji metra, kiedy ten mężczyzna spadł na tory?
LuAnne uniosła oczy ku jarzeniówkom i wlepiła wzrok w jasny, silny blask. Dała 

mu lekkiego kuksańca w ramię i odparła:

–Chce wiedzieć, czy tam byłam, kiedy ten gość wpadł pod pociąg?Powiem mu, co 

widziałam: krew i krzyczących ludzi, okropieństwo.Potem przyszły gliny. – Spojrzała spod 
oka na Ricky'ego. – Wszystko dobrze widziałam.

–Proszę   mi   opowiedzieć,   LuAnne,   co   pani   widziała.Odkaszlnęła,   jakby   chciała 

przeczyścić gardło.

–Chce wiedzieć, co widziałam – zaskrzypiała. – Chce wiedzieć o tym mężczyźnie, 

co umarł, i tej pięknej kobiecie, co do mnie podeszła i rzekła mi prawie szeptem: „Widziałaś 
to   LuAnne?   Widziałaś,   jak   ten   mężczyzna   zeskoczył   z   peronu,   kiedy   nadjechał 
pociąg!".Powiedziała mi: „Nikt go nie pchnął, LuAnne", mówiła: „Pamiętaj o tym, LuAnne. 
Nikt nie pchnął tego mężczyzny". Potem podszedł do niej mężczyzna, który powiedział: 
„LuAnne,   musisz   powiedzieć   policji,   co   widziałaś".   I   wtedy   ta   piękna   kobieta   dała   mi 
dziesięć dolców. Tobie też dała dychę?

Nie – odparł powoli Ricky – nie dostałem dziesięciu dolców.
Szkoda – rzekła LuAnne, kręcąc głową.
Uniósł wzrok i zobaczył detektyw Riggins, która zmierzała w jego kierunku. Na 

powitanie pojawił się na jej wargach ledwie dostrzegalny uśmiech.

–Witam – powiedziała. – Pan w sprawie Zimmermana? – Nim zdążył cokolwiek 

odrzec, zwróciła się do kobiety. – LuAnne, poproszę oficera, żeby cię zawiózł do schroniska 
na Sto Drugiej Ulicy,gdzie spędzisz noc. Dzięki, że się do nas pofatygowałaś. Bardzo nam 

background image

pomogłaś. Zostań w tym schronisku, dobrze, LuAnne? Może będę cię jeszcze potrzebowała.

LuAnne wstała, kręcąc głową.
–Ona chce, żebym została w schronisku.
–Spodoba ci się przejażdżka samochodem, LuAnne. Jeśli chcesz,poproszę chłopców, 

żeby jechali na sygnale.

LuAnne   uśmiechnęła   się   na   tę   myśl.   Żarliwie,   z   dziecięcym   entuzjazmem 

podchwyciła ten pomysł. Pani detektyw dała znak dwóm mundurowym i powiedziała:

–Potraktujcie naszego świadka jak VIP-a. Włączcie koguta.
Ricky   obserwował,   jak   obłąkana   kroczy   do   wyjścia   w   asyście   policjantów, 

powłócząc lekko nogami. Detektyw Riggins również za nią patrzyła.

Bywają gorsze – westchnęła. – Jestem ciekawa, kim ona naprawdę jest. Może ktoś 

gdzieś   się   martwi,   że   zaginęła,   doktorze?   W   Cincinnati   albo   Minneapolis.   Może   jest 
spadkobierczynią  naftowej  fortuny,   a  może   wygrała  los  na  loterii.   To  by dopiero   było, 
prawda? Zastanawiam się, co ją spotkało. Ten cały koktajl chemiczny buzujący w jej mózgu 
bez żadnej kontroli. Ale to już pańska działka.

Niestety, nie jestem specjalistą od terapii farmakologicznych – rzekł Ricky. – Moimi 

metodami pewnie nie dałoby się zbytnio pomóc LuAnne.

Detektyw  Riggins  zaprosiła  go do biurka, przy którym  stało  dodatkowe krzesło. 

Przeszli przez pokój ramię w ramię.

–Ma pan co nieco do powiedzenia, hmm? – zaczęła, siadając za biurkiem. – Był pan 

psychoterapeutą pana Zimmermana, o ile się nie mylę?

Wyjęła notatnik i ołówek.
Faktycznie. Przechodził u mnie terapię przez ostatni rok. Ale…
Czy miał jakieś myśli samobójcze w ostatnich tygodniach?
Nie. W żadnym razie – odparł stanowczo Ricky. Detektyw uniosła brwi.
Czyżby? Wcale? Ricky zawahał się.
Powiedzmy, że wciąż borykał się z różnymi sprawami, które go nękały. Nie miał 

jednak żadnych typowych objawów. Gdybym cokolwiek zauważył, podjąłbym odpowiednie 
kroki…

Czy kiedykolwiek w przeszłości któryś z pańskich pacjentów popełnił samobójstwo?
Tak. Niestety. Ale w tamtym przypadku oznaki były wyraźne. Ubolewam nad tym, 

że moje wysiłki okazały się niedostateczne w porównaniu z bezmiarem jego depresji.

Pewnie później dręczyło pana sumienie, doktorze?
Tak – odparł Ricky chłodno.
Pańska renoma ucierpiałaby, gdyby jeszcze jeden z pańskich pacjentów zdecydował 

się na konfrontację z pociągiem z Ósmej Alei, prawda?

Ricky odchylił się na krześle, patrząc chmurnym wzrokiem.
–Niech pani sobie daruje podobne sugestie, pani detektyw.Riggins uśmiechnęła się 

nieznacznie, kręcąc głową.

–No dobrze, zmieńmy temat. Jeśli twierdzi pan, że sam nie odebrał sobie życia, ktoś 

musiał   go   w   tym   wyręczyć.   Czy   pan   Zimmerman   mówił   o   kimś,   kto   pałał   do   niego 
nienawiścią? O partnerze w interesach? Porzuconej kochance?

background image

Ricky   wahał   się.   Wiedział,   że   to   doskonała   okazja,   by   zrzucić   ciężar   z   serca, 

poinformować   o   anonimie,   wizycie   Wergil   i   grze,   w   którą   usiłowano   go   wciągnąć. 
Wystarczyło   powiedzieć,   że   popełniono   przestępstwo,   a   Zimmerman   niewinnie   zginął, 
stając się ofiarą w rozgrywce, nie mającej z nim nic wspólnego. Nie miał jednak pojęcia, 
czym   ryzykuje.   Wszystkie   zdarzenia   dotyczące   jego   osoby   składały   się   w   mętną, 
nieuchwytną i zagmatwaną całość.

Potrząsnął głową.
–Pan Zimmerman nie wspominał nigdy o kimś takim. Śmiem jednak wątpić w to, że 

popełnił samobójstwo. Jego stan nie był aż tak poważny. Proszę to odnotować i umieścić w 
raporcie.

Detektyw   Riggins   wzruszyła   ramionami   i   uśmiechnęła   się,   z   trudem   kryjąc 

zmęczenie.

–Zapisałam każde pańskie słowo, doktorze. – Znów się uśmiechnęła. – Daję głowę, 

że wśród jego rzeczy osobistych znajdę jakiś liścik. A może do pana przyjdzie coś pocztą w 
tym tygodniu. Bardzo proszę w takim wypadku zrobić i przysłać mi kopię, którą dołączę do 
raportu.

Sięgnęła do stojącego na biurku pudełeczka po wizytówkę i podała mu ją teatralnym 

gestem.  Ricky schował kartonik do kieszeni, nawet nie spojrzawszy na niego, po czym 
podniósł się i skierował do wyjścia. Przemierzył  gabinet żwawym krokiem, obejrzał się 
dopiero, mijając drzwi; w przelocie ujrzał detektyw Riggins pochyloną nad staroświecką 
maszyną   do   pisania;   zaczynała   wystukiwać   raport   na   temat   pospolitej   i   pozornie 
pozbawionej logiki śmierci Rogera Zimmermana.

 

background image

  TRZY

  Duch Zimmermana najwyraźniej kpił sobie z niego. Nastał ranek po kiepskiej nocy. Ricky 
niewiele spał, a kiedy już przymknął oko, nękały go wyraziste sny o zmarłej żonie, która 
siedziała obok niego w sportowym dwuosobowym wozie. Zaparkowali w głębokim piachu 
przy brzegu oceanu, nieopodal ich letniskowego domku na przylądku Cod. Ricky miał we 
śnie wrażenie, że szarozielone wody Atlantyku – zwykle ten kolor zwiastował sztorm – 
zbliżają się coraz bardziej, grożąc tym, że fala przypływu porwie samochód. Rzucił się jak 
szalony, by otworzyć drzwi. Gdy jednak sięgnął klamki, zobaczył na zewnątrz umazanego 
krwią, wyszczerzonego w uśmiechu Zimmermana, który przytrzymywał drzwi, nie dając mu 
wyjść z auta. Na dodatek samochód nie chciał zapalić. We śnie zmarła żona była niezwykle 
opanowana i coś mu wskazywała. Stojąc później pod prysznicem, z łatwością zinterpretował 
swój sen.

Doktor Starks włożył starą niebieską koszulę i wypłowiałe spodnie khaki z 

wystrzępionymi   u   dołu   nogawkami.   Spodnie   nosiły   ślady   wieloletniego   wakacyjnego 
użytkowania,   nosił   je   bowiem   zawsze,   gdy   tylko   miał   wolne.   Od   lat,   gdy   budził   się 
pierwszego sierpnia, ochoczo wskakiwał w znoszone ciuchy, czym natychmiast odcinał się 
od pieczołowicie wypracowanej pozycji psychoanalityka z Upper East Side na Manhattanie. 
Odcinał się od mężczyzny, który wiele osiągnął, by przedzierzgnąć się w rolę przewidzianą 
na czas wakacji. Urlop był dla niego okazją, by uwalać się po łokcie ziemią, grzebiąc w 
ogródku w Wellfleet, by pozwolić piaskowi gromadzić się między palcami stóp w czasie 
długich   przechadzek   plażą   oraz   by   czytać   popularne   kryminały.   Tym   razem   wakacje 
zwiastowały jednak coś zupełnie innego.

Potrząsnął głową i poczłapał do ciasnej kuchenki. Na śniadanie przygotował sobie 

jedną kromkę wyschniętego pieczywa tostowego i czarną kawę. Potem zaniósł kawę do 
gabinetu,  gdzie  rozłożył  przed sobą na  biurku list  Rumpelstilskina.  Siadł  za  biurkiem  i 
wpatrywał się w słowa. Przez moment doznał zawrotów głowy, uderzyła go fala gorąca.

–Co się dzieje? – spytał siebie na głos.
Struchlał na myśl o tym, że Zimmerman został wepchnięty pod pociąg tylko po to, 

by ta wiadomość dotarła do niego. Wyobraził sobie,jak wraca do skąpanego w jarzeniowym 
świetle biura detektyw  Riggins i oznajmia, że nieznani sprawcy z rozmysłem pozbawili 
życia niewinnego człowieka, by wciągnąć go w dziwaczną, śmiertelną grę.

Po   chwili   jednak   uświadomił   sobie,   że   cały   ten   Rumpelstilskin   i   kobieta,   która 

przedstawiała się imieniem Wergiliusz, postarali się, by formalnie nic ich nie łączyło z tą 
przypadkową zbrodnią. Gdyby nawet detektyw Riggins nie wyśmiała go – choć raczej by to 
zrobiła – cóż mogłaby począć, by rozszyfrować niesamowitą historię lekarza, który upiera 
się przy niedorzecznej koncepcji rodem z lichego kryminału, choć wszystko wskazuje na to, 
że jego pacjent popełnił samobójstwo?

Ricky rozsiadł się wygodniej. Wiedział, że oto nadszedł decydujący moment. Odkąd 

list pojawił się w jego poczekalni, został wciągnięty w wir wydarzeń, do których nie miał 
nawet   kiedy   nabrać   dystansu.   Brakowało   mu   cierpliwości   koniecznej   do   analizy.   To 
oczywiście  kwestia  czasu,  którego  nie  było  za  wiele.   Pozostało   raptem  czternaście   dni, 
niemożliwie mało. Przelotnie wyobraził sobie skazańca z podpisanym przez gubernatora 
nakazem   egzekucji,   na   którym   wyszczególniono   zień   i   godzinę.   Zestawienie   było 
druzgoczące. To wielki luksus, pomyślał sobie, że nie wiemy, kiedy nam przyjdzie rozstać 
się ze światem. Kalendarz na biurku jakby z niego kpił.

Uniósł list i przeanalizował króciutki wierszyk. Jest w nim wskazówka, powiedział 

background image

do siebie. Wskazówka od psychopaty.

Mamusia, tatuś i mała dziecina…
Ciekawe, pomyślał Ricky, że autor użył słowa „dziecina", które nie określa płci.
Gdy w dal tak siną tatuś po żeglował. Żeglowanie może mieć dosłowne znaczenie 

lub być metaforą, jednak w obu przypadkach wskazuje na to, że ojciec opuścił rodzinę. Bez 
względu na powody, dla jakich ją porzucił, Rumpelstilskin musiał dusić w sobie nienawiść 
całymi latami. Matka – opuszczona przez męża – musiała dodatkowo ją podsycać. Ricky w 
jakiś sposób przyczynił  się do rozbudzenia  gniewu, który po latach  stał się morderczy. 
Tylko jak? Rumpelstilskin, założył Ricky, był prawdopodobnie dzieckiem jego pacjenta.

Ile   czasu   potrzeba,   zastanawiał   się   Ricky,   by   wyrósł   morderca?   Dziesięć   lat? 

Dwadzieścia? Mgnienie oka? Nie wiedział, ale miał nadzieję, że się tego dowie.

Doktor Starks wrócił do układania listy. Skupił się na dekadzie – od 1975 roku, 

kiedy zaczął staż, aż do 1985 – i spisywał nazwiska wszystkich pacjentów, którzy w owym 
czasie odbywali u niego terapię. Rok po roku, bez szczególnego trudu przypominał sobie 
historie ludzi leczących się u niego przez dłuższy czas. Wątpił jednak, by groził mu ktoś, kto 
przeszedł długotrwałą terapię.

Rumpelstilskin   jest   prawdopodobnie   dzieckiem   osoby,   z   którą   miał   rzadkie   lub 

krótkie kontakty. Na przykład kogoś, kto raptownie, bez uprzedzenia przerwał terapię.

Odszukanie w pamięci takich pacjentów było znacznie trudniejsze.
Ricky   usiadł   za   biurkiem   z   notatnikiem   przed   nosem,   żałując,   że   nie   prowadził 

bardziej szczegółowej dokumentacji. Dochodziło południe, gdy ktoś zadzwonił do drzwi. 
Dźwięk wyrwał go z zadumy. Wstał, przemierzył gabinet i poczekalnię, ostrożnie podszedł 
do   wejścia.   Przyłożył   oko   do   wizjera   pośrodku   dębowych   drzwi   i   w   tym   momencie 
dzwonek rozległ się ponownie. Ujrzał młodego mężczyznę w zaplamionej potem niebieskiej 
koszulce   Federal   Express,   ściskającego   w   ręku   kopertę.   Ricky   otworzył   zasuwy, 
pozostawiając jednak łańcuch.

Słucham? – spytał.
Mam list dla doktora Starksa. Ricky zawahał się.
Ma pan jakiś dowód tożsamości?
Młodzieniec   westchnął   i   wykonał   półobrót,   by   pokazać   przypięty   do   koszulki 

zalaminowany identyfikator ze zdjęciem.

Widzi   pan?   –   spytał.   –   Chodzi   mi   tylko   o   pański   podpis.   Ricky   z   ociąganiem 

otworzył.

Gdzie mam podpisać?
Doręczyciel podsunął mu sztywny blok z klamrą.
–O, tutaj – powiedział.
Ricky   podpisał.   Doręczyciel   spojrzał   na   podpis,   a   następnie   przejechał 

elektronicznym   czytnikiem   po   kodzie   kreskowym.   Urządzenie   zapiszczało   dwukrotnie. 
Ricky nie miał zielonego pojęcia, po co to robi. Następnie młodzian podał mu niewielką 
tekturową kopertę z sygnaturą doręczenia w ciągu jednego dnia.

–Miłego dzionka – rzekł na odchodnym.
Starks   stał   w   drzwiach,   wpatrując   się   w   nalepkę   na   kopercie.   Adres   zwrotny: 

Nowojorskie Towarzystwo Psychoanalityczne. Wszedł do poczekalni i zamknął drzwi na 
zamki. Przyjrzał się uważnie tekturowej kopercie, po czym wolno ją otworzył. W środku 

background image

znajdowała się zwykła szara koperta listowa. Wydrukowano na niej jego imię i nazwisko. 
Rozdarł   węższy   brzeg   i   wyjął   dwie   kartki.   Pierwszą   był   list   na   papierze   firmowym 
towarzystwa.   Z  miejsca  zauważył,   że  pochodzi  od  prezesa  organizacji,  lekarza,  którego 
ledwie znał. Przeczytał szybko:

Szanowny Panie Starks,
Z   przykrością   zawiadamiam,   że   Towarzystwo   Psychoanalityczne   otrzymało 

poważną skargę dotyczącą Pańskiej relacji z dawną pacjentką. W załączeniu przesyłam list 
ze skargą. Zgodnie z przepisami, po omówieniu problemu z zarządem naszej organizacji, 
przekazałem   sprawę   Stanowej   Komisji   ds.   Etyki   Medycznej.   W   najbliższym   czasie 
powyższa instytucja zwróci się do Pana.

Ricky rzucił okiem na podpis i przeszedł do drugiej kartki. Był to list adresowany do 

prezesa towarzystwa,opie zaś przesłano do wiceprezesa, przewodniczącego komisji etyki 
oraz oddzielnie do sześciu lekarzy zasiadających w tejże komisji. Jego treść brzmiała:

Szanowni Państwo,
Przed   ponad   sześciu   laty   zgłosiłam   się   do   doktora   Fredericka   Starksa,   członka 

waszej organizacji. Po mniej więcej trzech miesiącach terapii, w ramach której chodziłam 
do   niego   na   cztery   sesje   tygodniowo,   doktor   zaczął   mnie   wypytywać   o   moje   stosunki 
seksualne   z   partnerami   przed   ślubem   oraz   pożycie   z   mężem   w   trakcie   nieudanego 
małżeństwa. Przypuszczałam, że pytania tego typu mieszczą się w ramach psychoanalizy. 
Jednak z biegiem czasu stawały się one coraz bardziej natarczywe i obsceniczne. Ilekroć 
usiłowałam   zmienić   temat   naszej   rozmowy,   doktor   uparcie   do   niego   wracał.   Kiedy 
usiłowałam się sprzeciwić, wyjaśnił, że źródłem mojej depresji jest niezdolność pełnego 
zatracenia   się  w  stosunkach  seksualnych.  Wkrótce   po  tej  sugestii  zostałam  przez  niego 
zgwałcona. Mówił, że jeśli mu nie ulegnę, nigdy nie odzyskam równowagi psychicznej.

Kilka lat dochodziłam do siebie po tym, co zrobił mi doktor Starks. Byłam w tym 

czasie trzykrotnie hospitalizowana. Noszę blizny po dwóch próbach samobójczych.

Uważam, że nie powinnam na razie ujawniać swego nazwiska, choć doktor Starks 

zapewne   mnie   rozpozna.   Jeśli   zdecydują   się   Państwo   zająć   moją   sprawą,   proszę 
kontaktować się bezpośrednio z moim adwokatem lub/i terapeutą.

List nie był podpisany, ale znajdowało się w nim imię oraz nazwisko adwokata wraz 

z jego nowojorskim adresem, a także adres psychiatry z okolic Bostonu. Ricky'emu drżały 
ręce. Zrobiło mu się słabo.

List nie zawierał ani słowa prawdy.
Przez chwilę chodził po gabinecie tam i z powrotem. W końcu usiadł na starym 

skórzanym   fotelu   u   wezgłowia   kozetki.   Nie   miał   wątpliwości,   kto   spreparował   skargę. 
Rzekoma   anonimowość   fałszywej   ofiary   tylko   to   potwierdzała.   Pozostawało   jednak 
najważniejsze pytanie: dlaczego?

Sięgnął po telefon stojący na podłodze przy fotelu. Błyskawicznie otrzymał numer 

biura prezesa Towarzystwa Psychoanalitycznego i z furią wystukał go na słuchawce.

Odebrano w sekretariacie.
Dzień dobry – odezwał się zmęczony głos kobiecy. – Tu biuro doktora Rotha.
Chciałbym zostawić wiadomość dla doktora – powiedział energicznie Ricky.
Doktor   przebywa   na   urlopie.   W   sprawach   nie   cierpiących   zwłoki   można 

skontaktować się z doktorem Albertem Michaelsem pod nume…

Ricky nie dał jej dokończyć:

background image

Nie jest to ten typ sprawy nie cierpiącej zwłoki ani wiadomości, jaką ma pani na 

myśli. Doktor wolałby o niej wiedzieć.

No nie wiem – rzekła. – Mamy tu… pewne przepisy.
Wszędzie są przepisy – rzucił cierpko Ricky. – Ludzie o małych móżdżkach ślepo 

ich przestrzegają. Ludzie z charakterem wiedzą, kiedy należy je ominąć. A pani, do której 
grupy należy?

Kobieta zawahała się.
–Jaką wiadomość chciałby pan przekazać?
Proszę powiedzieć doktorowi Rothowi, że doktor Frederick Starks… lepiej niech to 

pani zapisze, bo nie chcę, żeby cokolwiek zostało przekręcone.

Notuję wszystko dokładnie – odparła oschle. Że doktor Starks otrzymał jego list i 

pragnie   poinformować,   że   w   skardze   nie   ma   ani   krzty   prawdy.   Wszystko   to   kłamstwo 
wyssane z palca.

–Nie   ma   krzty   prawdy.   Dobrze.   Wyssane   z   palca.   Zapisałam.   Mam   do   niego 

zadzwonić? Przebywa obecnie na urlopie.

–Nie tylko on ma urlop – rzekł cierpko Ricky i odłożył słuchawkę.
Opadł ciężko na fotel. Od dawna nie był  wobec nikogo aż tak niegrzeczny.  Nie 

leżało   to   w   jego   naturze.   Spodziewał   się   jednak,   że   w   ciągu   najbliższych   dni   będzie 
zmuszony jeszcze nieraz działać wbrew swojej naturze. Wrócił do listu doktora Rotha i 
ponownie przeczytał anonimową skargę.

Była  skonstruowana subtelniej, niż się wydawało  na pierwszy rzut oka. Autorka 

zarzucała mu gwałt w czasie tak odległym, że podlegał przepisom o przedawnieniu. Policja 
nie będzie się w to mieszała. Za to czeka go przykre dochodzenie przed komisją etyki. 
Powolne i niefachowe, które nie zacznie się raczej przed końcem gry.

–Chce, bym został na placu boju sam – wyrwało się z ust Ricky'emu. – Stara się 

mnie odciąć od wszelkiej pomocy.

Omal nie uśmiechnął się na myśl o tym,  jak szatański był  plan Rumpelstilskina. 

Wiedział, że będzie zadręczał się pytaniami dotyczącymi śmierci Zimmermana i że wpadnie 
w panikę w obliczu konnych zdarzeń, które nastąpią błyskawicznie jedne po drugich. Do go 
miałby zwrócić się o pomoc? Tylko do innego psychoanalityka, kolegi, gotowego udzielić 
mu rady.

Teraz   jednak   był   odcięty.   Podejrzenie,   że   nadużywając   autorytetu   zawodowego, 

wykorzystał seksualnie pacjentkę, uczyniło go trędowatym w światku psychoanalityków. 
Ricky gwałtownie wciągnął powietrze, jakby w gabinecie nagle się oziębiło. Muszę działać 
na własną rękę, pomyślał. Jestem banitą. Samotnym  rozbitkiem. I o to właśnie chodziło 
Rumpelstilskinowi.

Kolejny   raz   spojrzał   na   oba   listy.   Anonimowy   nadawca   wymieniał   nazwiska 

prawnika   z   Manhattanu   i   terapeuty   z   Bostonu.   Ricky   wzdrygnął   się   mimowolnie.   Oba 
nazwiska podano mu na talerzu. Wiedział, gdzie ma skierować następne kroki.

Resztę   dnia   zmarnotrawił   na   dokładne   przestudiowanie   pierwszego   listu 

Rumpelstilskina.   Usiłując   rozgryźć   rymowaną   wskazówkę,   zgromadził   jeszcze   więcej 
notatek i obserwacji. Ale już nazajutrz rano, kiedy włożył garnitur i krawat, po czym skreślił 
kolejny dzień w kalendarzu, znów poczuł presję czasu. Powinien mieć gotowe przynajmniej 
pierwsze pytanie, by zadzwonić do redakcji „Timesa" i umieścić je w ogłoszeniu.

background image

Gdy wyszedł z domu, żar, który lał się z nieba, najwyraźniej z niego drwił. Zakładał, 

że jest śledzony. Każdy przechodzień był podejrzany. Mężczyzna, który przywiózł towar do 
delikatesów na rogu, biznesmen idący spiesznie chodnikiem, bezdomny skryty we wnęce. 
Każdy mógł go śledzić.

Ricky   otrząsnął   się   i   zatrzymał   taksówkę   na   rogu.   Taksówkarz   miał   egzotyczne 

nazwisko,   które   nie   nadawało   się   do   wymówienia,   i   słuchał   jakiejś   dziwacznej   stacji 
radiowej z bliskowschodnią muzyką.  Burknął coś, gdy Ricky podał mu adres, i szybko 
włączył się w ruch.

Wielka  biała  ciężarówka  do przeprowadzek zastawiała  prawie całą boczną ulicę, 

przy której mieściła się kancelaria adwokacka, pozostawiając wąski przesmyk  dla ruchu 
samochodów. Trzech czy czterech osiłków wchodziło i wychodziło przez drzwi frontowe 
nijakiego budynku i znosiło po rampie do samochodu kartonowe pudła, biurowe krzesła i 
tym podobne przedmioty. Mężczyzna w niebieskim blezerze z identyfikatorem ochrony stał 
z boku i obserwował, jak postępują prace.

Ricky wysiadł z taksówki i podszedł do ochroniarza.
Szukam kancelarii adwokackiej mecenasa Merlina. To…
Piąte piętro, na samej górze – odparł ochroniarz. – Był pan umówiony? Mają teraz 

urwanie głowy z tą przeprowadzką.

Przeprowadzają się?
Z tego, co słyszałem, pną się w górę, nowy adres, większa kasa. Wpuszczę pana, 

tylko proszę nie plątać się pod nogami.

Winda jechała z turkotem, ale na szczęście nie grała w niej żadna ckliwa muzyczka. 

Gdy stanęła  na piątym  piętrze,  oczom Ricky'ego  ukazała  się kancelaria  adwokacka.  Jej 
drzwi podparto, żeby się nie zamykały, i dwóch mężczyzn mocowało się w nich z biurkiem. 
Unosili je i obracali na wszystkie strony, by przecisnąć mebel, pod czujnym okiem kobiety 
w średnim wieku ubranej w dżinsy, sportowe obuwie i markowy T-shirt.

–To moje biurko i znam na nim każde zadrapanie. Jeśli je choć draśnięcie, kupicie 

mi nowe.

Wyglądała   na   pedantkę,   która   odczuwa   wręcz   boleśnie   chwilowy   chaos 

przeprowadzki. Ricky wszedł energicznie do środka.

–Poszukuję mecenasa Merlina – powiedział. – Zastałem go?Kobieta odwróciła się 

szybko w jego stronę.

Jest pan klientem? Mecenas dziś nie przyjmuje. Mamy przeprowadzkę.
Jestem doktor Frederick Starks. Mam pewną sprawę do mecenasa Merlina. Gdzie go 

znajdę?

Kobieta wyglądała przez chwilę na zaskoczoną, ale zaraz uśmiechnęła się cierpko, 

kiwając głową.

Przypominam sobie pańskie nazwisko. Mecenas nie spodziewał się chyba tak rychłej 

wizyty.

Czyżby? – rzekł sardonicznie Ricky. – A ja myślałem, że wręcz przeciwnie.
Starks   miał   wrażenie,   że   kobieta   odeśle   go   z   kwitkiem,   kiedy   lekko   łysiejący 

mężczyzna po trzydziestce, z niewielką nadwagą, ubrany w wyprasowane spodnie khaki i 
kosztowną markową koszulkę sportową, wyłonił się z głębi biura.

–Merlin – przedstawił się, wyjmując z kieszeni złożoną batystową chusteczkę, by 

background image

wytrzeć   ręce.   –   Jeśli   nie   przeszkadza   panu   ten   bałagan,możemy   porozmawiać   w   sali 
konferencyjnej. Prawie wszystkie meble stoją tam jeszcze na swoim miejscu, choć zapewne 
potrwa to już niedługo.

Ricky został zaproszony do pomieszczenia, którego środek zajmował długi, okolony 

krzesłami, przytłaczający stół z wiśniowego drewna. Na końcu sali stał podręczny stolik z 
ekspresem do kawy. Adwokat wskazał gościowi krzesło, a następnie podszedł do kawiarki. 
Wzruszywszy ramionami, zwrócił się do Ricky'ego:

–Musi pan wybaczyć, doktorze. Kawa się skończyła.
–Nie szkodzi – odparł Ricky. – Nie przyszedłem tu na kawę.Odpowiedź wywołała 

uśmiech na twarzy prawnika.

Jasne, że nie – powiedział. – Ale sam nie wiem, jak mógłbym panu pomóc…
Merlin to dość rzadkie nazwisko – przerwał mu Ricky. – Nasuwa pytanie, czy nie 

jest pan jakimś magiem.

Prawnik znów się uśmiechnął.
Klienci   niejednokrotnie   oczekują,   że   wyciągniemy   z   cylindra   przysłowiowego 

królika.

A umie pan to zrobić?
Niestety nie – odparł Merlin. – Jestem zależny nie tyle od magicznych mocy, ile od 

stert   papierów   i   mnóstwa   roszczeń.   Jednak   przebieg   niektórych   spraw   zdaje   się   nieco 
przypominać czary mojego imiennika.

Przeprowadza się pan?
Prawnik   nachylił   się,   by   wyjąć   z   kieszeni   niewielki   skórzany   pugilares   na 

wizytówki. Wyłuskał jeden kartonik i podał nad stołem Ricky'emu.

Nowy   adres   –   powiedział   zachęcająco.   Ricky   spojrzał   na   wizytówkę.   Adres   w 

centrum.

Mam pewnie być kolejnym pańskim trofeum? Merlin kiwnął głową.
Tak sądzę.
Kim jest pańska klientka? – spytał napastliwie Ricky. Prawnik potrząsnął głową.
–Nie jestem upoważniony, by to ujawniać. Nie doszła jeszcze w pełni do równowagi 

i…

–Nic z tego, co mi zarzuca, nie miało miejsca – przerwał mu Ricky.– To brednie 

wyssane z palca. Pańskim prawdziwym klientem jest kto inny. Prawda, że mam rację?

Prawnik zawahał się.
Zapewniam pana, że moja klientka jest jak najbardziej prawdziwa – powiedział. – 

Podobnie, jak jej zarzuty. Panna X to nieszczęśliwa młoda kobieta.

Dlaczego nie nazwie jej pan panną R.? – spytał Ricky. – R jak Rumpelstilskin. To 

bliższe prawdy.

Merlin sprawiał wrażenie zdezorientowanego.
Chyba nie do końca rozumiem, o co panu chodzi. Wszystko jedno X czy R. To 

przecież nie ma znaczenia. Wpadł pan po uszy, doktorze Starks. I proszę mi wierzyć, im 
szybciej pan to załatwi, tym lepiej. Jeśli założę sprawę przeciwko panu, cóż, wystawi się 
pan na szwank. To puszka  Pandory,  doktorze. Wylecą  z niej  wszelkie  grzeszki. Każdy 
drobiazg zostanie podany do publicznej wiadomości.

background image

Nigdy nie nadużyłem zaufania mojego pacjenta.
–To świetnie. Mam nadzieję, że ma pan w tej sprawie absolutną rację. Ponieważ 

-jego głos stał się bezwzględny – nim skończę przesłuchiwać wszystkich pacjentów, których 
miał pan w ciągu ostatnich dziesięciu lat, i porozmawiam z kolegami po fachu, z którymi 
pan się wadził, bez względu na to, czy moja klientka istnieje, czy nie, straci pan dobre imię. 
Będzie pan skończony.

Ricky chciał coś powiedzieć, ale zmilczał.
–Ma pan jakichś wrogów, doktorze? A może zawistnych kolegów?Czy którykolwiek 

z pańskich pacjentów był kiedyś niezadowolony z terapii? A może kiedyś kopnął pan psa? 
Albo   nie   zahamował,   kiedy   wiewiórka   wyskoczyła   panu   pod   kola   nieopodal   domku 
letniskowego na przylądku Cod? – Merlin uśmiechnął się. – Wiem, że posiada pan tam 
domek. Piękna chatka na uroczym terenie z widokiem na ocean. Pięć hektarów. Nabyta w 
tysiąc   dziewięćset   osiemdziesiątym   czwartym   roku.   Czy   zdaje   pan   sobie   sprawę,   jak 
podskoczyła wartość nieruchomości w tamtych stronach? Na pewno. Powiem panu tylko 
jedno,   doktorze   Starks.   Wejdę   w   posiadanie   tej   nieruchomości   jeszcze   przed   końcem 
procesu. Stanę się właścicielem pańskiego mieszkania i rachunku bankowego w Chase,a 
także skromnego pakietu akcji przechowywanych przez Deana Wittera.

–Skąd pan wie… – zaczął niepewnie Ricky.Merlin przerwał mu gwałtownie.
–Muszę   wiedzieć   takie   rzeczy.   Gdyby   nie   posiadał   pan   czegoś,   na   co   miałbym 

chrapkę,   nie   zawracałbym   sobie   głowy.   Ale   ma   pan   to   i   owo.   Niech   mi   pan   wierzy, 
doktorze, jest pan bez szans.

Słowa prawnika spadały na Ricky'ego jak ciosy boksera, którego wygrana była z 

góry przesądzona. Wziął głęboki oddech, łajając się w myślach, że tu przyjechał. Najlepiej 
zrobi, jeśli zmyje się stąd jak najszybciej.

Zbierał się do wyjścia, kiedy Merlin dodał:
Piekło może przybierać różne formy, doktorze Starks. Powiedzmy, że jestem jedną z 

nich.

Co proszę? – zająknął się Ricky. Przypomniał sobie, co mówiła Wergil, oznajmiając, 

że jest jego przewodnikiem po piekle.

Prawnik uśmiechnął się.
–Za czasów króla Artura piekło było w umysłach ludzi czymś niezwykle realnym. 

Ówcześni   szczerze   wierzyli   w   demony,   diabły   i   opętanie.   Dziś   trochę   to   bardziej 
skomplikowane.   Nie   wierzymy,   że   będą   nas   przypiekać   rozżarzonymi   szczypcami   czy 
smażyć po wieki w kotle ze smołą. Co nam w takim razie zostało? Prawnicy. Proszę mi 
wierzyć, doktorze, potrafię bez trudu zmienić pańskie życie w koszmar ze średniowiecznych 
malowideł.

Drzwi   do   sali   konferencyjnej   raptem   się   otworzyły   i   dwóch   tragarzy   stanęło   w 

progu, wahając się czy wejść.

–Chcemy   zabrać   te   klamoty   –   odezwał   się   jeden   z   nich.   –   Cała   reszta   jest   już 

spakowana.

Merlin podniósł się.
–Działajcie, panowie. Doktor Starks właśnie zbierał się do wyjścia.Ricky też wstał.
Czas na mnie. – Spojrzał na wizytówkę prawnika. – Czy pod tym adresem może się 

z panem skontaktować mój adwokat?

Owszem.

background image

Ricky kiwnął głową, obrócił się i opuścił biuro, nie patrząc za siebie.
Wsiadł   do   taksówki   i   kazał   się   zawieźć   do   hotelu   Plaza.   Wydawało   mu   się   to 

najlepszym wyjściem w tej sytuacji. Wóz wyrwał do przodu, co było typowe dla miejskich 
kierowców taksówek, którzy gwałtownie dodawali gazu, gnali na złamanie karku, raptownie 
hamowali, skręcali i omijali slalomem inne pojazdy, by dotrzeć do celu w takim samym 
czasie, jak gdyby jechali równo i spokojnie. Ricky rozsiadł się i pomyślał, że niełatwo jest 
złapać taksówkę na Manhattanie, a ta, o dziwo, pojawiła się w chwili, gdy oszołomiony 
wyszedł z budynku. Zupełnie jakby na niego czekała.

Kierowca   gwałtownie   zahamował   przed   wejściem   do   hotelu.   Ricky   zapłacił,   po 

czym przecisnął się przez wąską przestrzeń z tyłu auta i wysiadł. Wszedł po schodach i 
zniknął za obrotowymi  drzwiami. W holu rojno było od gości. Skierował się wprost do 
wyjścia od południowej strony Central Parku i znów znalazł się na ulicy.

Portier łapał  dla gości taksówki. Ricky przepchnął  się przed rodzinkę stojącą na 

chodniku.

–Państwo pozwolą? – zwrócił się do ojca rodziny w średnim wieku, ubranego w 

koszulę  z hawajskim nadrukiem,  pilnującego trójki rozbrykanych  brzdąców. Niepozorna 
żoneczka stała obok. – Bardzo mi się spieszy. Nie chcę być niegrzeczny, ale…

Wskazał   taksówkę,   która   podjechała   właśnie   do   nich,   wskoczył   do   środka   i 

zatrzasnął za sobą drzwi, usłyszał jeszcze, jak żona się obrusza:

–To przecież nasza taryfa.
Ten   kierowca,   pomyślał   Ricky,   nie   jest   przynajmniej   podstawiony   przez 

Rumpelstilskina. Podał adres z wizytówki adwokata. Przedarcie się przez korki zajęło im 
kwadrans. Nowe biuro mieściło się w pobliżu Wall Street. Śmierdziało tu forsą.

Taksówkarz   zatrzymał   się   na   krawężniku   przed   budynkiem.   Ricky   zapłacił   i 

wygramolił   się   z   ciasnego   tyłu   pojazdu.   Jak   się   wcześniej   domyślał,   przed   olbrzymim 
biurowcem nie było śladu ciężarówki do przeprowadzek. Sprawdził jeszcze raz dokładnie 
adres na wizytówce, po czym wszedł do budynku i stanął przed wiszącym na ścianie spisem 
mieszczących   się   wewnątrz   biur.   Nie   znalazł   jednak   wśród   nich   kancelarii   Merlina. 
Podszedł do umundurowanego ochroniarza siedzącego przy drzwiach frontowych. Strażnik 
uniósł wzrok, gdy się do niego zbliżał.

–Mam pewien kłopot – zwrócił się do niego Ricky.  – Dostałem od adwokata tę 

wizytówkę, ale nie widzę na tablicy takiej kancelarii.

Ochroniarz wziął do ręki wizytówkę.
Adres się zgadza – powiedział – ale nie ma tu nikogo o tym nazwisku.
To może jest puste biuro.
Przeprowadza się dzisiaj.
Wszystkie lokale są zajęte. O ile wiem, od lat nie było tu wolnych miejsc.
Dziwne – zauważył Ricky. – Pewnie błąd drukarski. Strażnik oddał mu wizytówkę.
Możliwe.
Ricky schował bilecik do kieszeni, zacierając ręce, że oto wygrał pierwszą potyczkę 

ze swoim prześladowcą.

Kiedy   wrócił   do   domu,   nadal   nie   opuszczało   go   uczucie   satysfakcji.   Nie   miał 

pojęcia, kogo spotkał w kancelarii adwokackiej. Czy człowiek, który przedstawił się jako 
Merlin, był w istocie Rumpelstilskinem? Całkiem możliwe.

background image

Co wiem o psychopatach? – rozmyślał, pnąc się po schodach kamienicy o elewacji z 

piaskowca, w której mieściło się jego mieszkanie z gabinetem oraz pięć innych lokali. – 
Niewiele – mruknął pod nosem. Zajmował się głównie nerwicami. Wiedział, w jaki sposób 
dobrze sytuowani ludzie oszukiwali samych siebie, by usprawiedliwić własne działania.

Otworzył   skrzynkę,   widząc,   że   przyszła   nowa   poczta.   Długa   koperta   nosiła   w 

górnym   lewym   rogu   pieczątkę   policji   transportu   miejskiego.   Otworzył   ją   w   pierwszej 
kolejności.

W środku był niewielki skrawek papieru przypięty do większej kartki odbitej na 

ksero. Zaczął od niego:

Szanowny doktorze Starks,
W toku śledztwa znaleźliśmy wśród osobistych rzeczy pana Zimmermana załączony 

list. Przesyłam go, ponieważ jest w nim wzmianka o Panu. Śledztwo w sprawie jego śmierci 
zostało, nawiasem mówiąc, zamknięte.

Z poważaniem detektyw J. Riggins Ricky złożył karteczkę i przeczytał kserokopię. 

Krótka treść pisanego na maszynie listu napełniła go głębokim przerażeniem.

Do wszystkich zainteresowanych Gadam i gadam, a wcale nie jest mi lżej. Nikt nie 

potrafi mi pomóc. Nikt tak naprawdę mnie nie słucha. Poczyniłem odpowiednie ustalenia 
dotyczące mojej matki. Znajdują się wraz z moją ostatnią wolą w szufladzie mego biurka w 
pracy. Przepraszam wszystkich zainteresowanych, prócz doktora Starksa.

List podpisano na maszynie. Ricky wpatrywał się w pożegnalne słowa samobójcy i 

czuł, jak opuszczają go siły.

CzTERY List Zimmermana, rozważał Ricky, na pewno nie jest prawdziwy. Roger 

Zimmerman nie należał do ludzi rozchwianych wewnętrznie. Nie wykazywał żadnych myśli 
samobójczych, nie miał skłonności do samodestrukcji. Ricky spojrzał na list pożegnalny i 
uświadomił sobie, że jest jedyną osobą wymienioną tam z nazwiska. Zwrócił także uwagę 
na to, iż listu nie podpisano odręcznie.

Prysła cała duma z tego, że rankiem przejrzał manewry prawnika, w jej miejsce 

pojawiły się mdłości. Jadąc windą do swojego mieszkania, miał wrażenie, że ciężar ciała 
dosłownie   miażdży   mu   stopy.   Gdy   w   końcu   dotarł   do   gabinetu,   czuł   się   kompletnie 
wyczerpany.   Opadł   za   biurko   i   wziął   do   ręki   list   z   Towarzystwa   Psychoanalitycznego. 
Wymieniono  w  nim   bostońskiego   terapeutę,   u  którego  leczyła   się  jego  rzekoma   ofiara. 
Zapewne do niego miał zadzwonić w następnej kolejności.

Wciąż dręczony mdłościami, sięgnął po telefon i wykręcił numer terapeuty. Usłyszał 

tylko jeden sygnał, po którym – jak się zresztą spodziewał – włączyła się sekretarka: „Tu 
doktor   Martin   Soloman.   Nie   mogę   w   tej   chwili   odebrać   telefonu…".   Przynajmniej   nie 
wyjechał jeszcze na urlop, pomyślał Ricky.

–Doktorze  Soloman  – rzekł  energicznie  do słuchawki. – Mówi doktor Frederick 

Starks z Manhattanu. Pańska pacjentka postawiła mi poważne oskarżenie. Oświadczam, że 
jej   zarzuty   są   całkowicie   bezpodstawne.   Są   nieprawdziwe   i   brak   na   nie   jakichkolwiek 
dowodów. Dziękuję.

Odłożył   słuchawkę.   Rzeczowość   tej   wypowiedzi   pozwoliła   mu   odzyskać   nieco 

pewności siebie. Zerknął na zegarek. Pięć minut, pomyślał. Najwyżej dziesięć i oddzwoni.

Nie pomylił się. Po siedmiu minutach odezwał się telefon. Odebrał.
–Doktor Starks, słucham?
Rozmówca wziął głęboki oddech, nim powiedział:

background image

–Doktorze,  tu  Martin Soloman.  Odebrałem  właśnie pańską  zwięzłą  wiadomość  i 

uznałem, że muszę do pana bezzwłocznie oddzwonić.

Ricky nie odzywał się przez chwilę, w słuchawce zapadła cisza.
–Kim jest pańska pacjentka? Kto mnie oskarżył o karygodne zachowanie?
Tym razem Soloman milczał podobną chwilę.
Uważam, że nie mogę jeszcze wyjawić jej nazwiska. Powiedziała mi, że będzie do 

dyspozycji, gdy zgłoszą się do mnie osoby prowadzące śledztwo z odpowiedniej instancji 
do spraw etyki medycznej. Z pewnością doskonale zdaje pan sobie sprawę, kim byli pańscy 
pacjenci w ostatnim czasie. Zarzuty tego typu, wsparte szczegółami, jakimi raczy mnie od 
pół roku, potwierdzają zasadność oskarżenia.

Szczegółami? – zdumiał się Ricky. – Jakimi szczegółami? Nie wierzę, że ta osoba w 

ogóle istnieje.

Zapewniam pana, że to pacjentka z krwi i kości. Dokładnie mi pana opisała, łącznie 

z wszelkimi intymnymi szczegółami. Opisała też pański gabinet.

Brednie – zaperzył się Ricky.
Doktor Soloman znów milczał chwilę, w końcu zapytał:
–Niech mi pan powie, doktorze, w pańskim gabinecie obok portre tu Freuda wisi na 

ścianie niewielki niebiesko-żółty drzeworyt zachodu słońca na przylądku Cod?

Ricky o mało się nie zakrztusił. Faktycznie był to jeden z niewielu przedmiotów 

pozostałych w ascetycznym niemal wnętrzu jego gabinetu i mieszkania. Dostał go od żony. 
Po chwili spytał:

Od jak dawna spotyka się pan z tą pacjentką?
Nasza terapia trwa już pół roku. Dwa spotkania tygodniowo. Wszystko, co mówi, 

jest absolutnie spójne. Nie powiedziała do tej pory niczego, co podważyłoby prawdziwość 
jej zarzutów wobec pana.

Gdzie teraz jest?
Na wakacjach aż do trzeciego tygodnia sierpnia.
Ma pan może numer telefonu, pod którym można ją złapać?
Nie. Raczej nie. Jesteśmy umówieni na kolejną wizytę tuż przed Świętem Pracy.
Po namyśle Ricky spytał jeszcze:
Czy ma zjawiskowo piękne, przenikliwe zielone oczy?
Soloman zawahał się. Po czym rzekł z lodowatą rezerwą:
A więc rozpoznaje ją pan?
Nie – odparł Ricky. – Tylko zgadywałem. Po tych słowach odłożył słuchawkę.
To Wergil – mruknął pod nosem.
Przyłapał się na tym, że wpatruje się w wiszący na ścianie po przeciwnej stronie 

gabinetu obrazek, który tak wyraźnie utrwalił się we wspomnieniach fałszywej pacjentki. 
Byli tutaj, pomyślał, i to znacznie wcześniej. Rozejrzał się po gabinecie. Nigdzie nie był już 
bezpieczny.

Ogarnęła go nagła złość. Pod wpływem impulsu przeszedł na drugą stronę gabinetu i 

zdarł drzeworyt z gwoździa w ścianie. Cisnął go do kosza stojącego przy biurku, łamiąc 
ramkę   i   gruchocząc   szkło.   Trzask,   który   rozszedł   się   echem   po   ciasnym   gabinecie, 

background image

przypominał wystrzał z pistoletu.

Gniew  przeszedł  tak samo  szybko,  jak się pojawił i  znów ogarnęły go mdłości. 

Zakręciło   mu   się   w   głowie.   Kiedy   wszedł   za   biurko,   zauważył,   że   na   automatycznej 
sekretarce mruga jednostajnie czerwona lampka. Wdusił przycisk, by odsłuchać pierwszą 
wiadomość. Od razu poznał głos pacjenta, dobiegającego wieku emerytalnego dziennikarza 
„New York Timesa". „Doktorze Starks – mówił powoli mężczyzna – z góry przepraszam, że 
zostawiam wiadomość na pańskiej sekretarce w czasie urlopu, ale dziś rano otrzymałem 
niepokojący list. – Ricky'emu zabrakło nagle powietrza. – Była to kopia skargi złożonej na 
pana w Stanowej Komisji do spraw Etyki Medycznej. Domyślam się, że niezwykle trudno 
będzie obalić zarzuty ze względu na anonimowy charakter listu. – Pacjent zawahał się. – 
Znalazłem się między młotem a kowadłem. Uważam, że skarga stanowi ciekawą historię dla 
dziennika i należy ją przekazać reporterom z naszego działu miejskiego. Wiem jednak, iż 
robiąc to, poświęcam naszą znajomość. Jestem niezwykle poruszony zarzutami, których pan 
się zapewne wyprze. – Pacjent odzyskał już pewność siebie i dodał z gorzkim żalem: – 
Teraz   wszyscy   się   wypierają   swych   przewinień.   Prezydenci.   Członkowie   rządu. 
Przedsiębiorcy. Lekarze…".

Pacjent zawiesił głos i odłożył słuchawkę.
Ricky'emu lekko drżała ręka, gdy kolejny raz wdusił przycisk na sekretarce. Jako 

druga nagrała się łkająca kobieta. Poznał jedną ze swoich wiernych pacjentek. Ona także, 
jak   się   domyślał,   otrzymała   kopię   listu.   Dwie   pozostałe   wiadomości   nagrali   również 
pacjenci.

Ricky nie oddzwonił do żadnego z nich, a nim nadszedł wieczór, odezwał się do 

niego cały komplet. Godziny, które składały się na tygodnie, a te z kolei na lata pracy z 
każdą z tych osób, zniweczyło jedno zręczne kłamstwo. Nie wiedział, co ma im powiedzieć, 
i czy w ogóle należy się odzywać.

Bodajże po raz pierwszy w życiu zawodowym Ricky'emu zabrakło odpowiednich 

słów.

Rankiem skreślił kolejny dzień w kalendarzu i ułożył takie oto pytanie:
Myślę szybko,szukam wszędzie
Czy dwadzieścia lat to będzie
Czy ta liczba jest właściwa? (Bo na czasie mi nie zbywa).
Choć wysiłek to nie lada,
Matki R. szukać wypada?
Panienkę   z   „Timesa",   która   przyjęła   od   niego   zamówienie   na   jednoszpaltowe 

ogłoszenie na pierwszej stronie, zaintrygowała ta dziwaczna rymowanka.

–Oryginalny   tekst   –   zauważyła   niefrasobliwie.   –   Zwykle   przyjmu   ję   „serdeczne 

życzenia z okazji pięćdziesiątych urodzin" albo reklamy nowych produktów. A co to za 
okazja?

Ricky   chciał   być   uprzejmy,odpowiedział   więc   naprędce   wymyślonym 

kłamstewkiem.

To kolejny etap skomplikowanego konkursu. Niewinna letnia odskocznia od pracy 

dla wszystkich tych, którzy lubią łamigłówki i kalambury.

Ach tak – ożywiła się. – O to chodzi. Pańskie ogłoszenie ukaże się jutro. Życzę 

powodzenia w grze – dodała na koniec. – Mam nadzieję, że uda się panu wygrać.

Ja też – odparł i odłożył słuchawkę. Wrócił do stert zapisków.

background image

Trzeba   zawęzić   krąg   podejrzanych   drogą   eliminacji,   pomyślał.   Należy   działać 

systematycznie   i   skrupulatnie.   Wykluczyć   mężczyzn   lub   kobiety.   Odrzucić   starszych   i 
skupić   się   na   młodych.   Ustalić   odpowiedni   przedział   czasowy.   Odszukać   właściwą 
znajomość. Nazwisko samo wypłynie. Od jednego nazwiska trafi jak po sznurku do innego.

Oddychał ciężko. Poświęcił swoje życie, pomagając ludziom wyzbyć się poczucia 

winy,   okiełznać   je.   Psychoanalityk   traktuje   pragnienie   zemsty   jako   obezwładniającą 
nerwicę, stara się pomóc pacjentom zdusić w sobie gniew, sprawić, by odrzucili brzemię nie 
wyrównanych   krzywd.   Wyrównywanie   rachunków   było   uznawane   w   jego   świecie   za 
słabość. A może wręcz chorobę.

Kiedy głowił się nad tym, jaką posiada wiedzę i jak może ją wykorzystać, zadzwonił 

telefon. Przeląkł się. Sięgnął po słuchawkę, zastanawiając się, czy nie jest to Wergil.

Nie była to jednak ona, a panienka z „Timesa".
–Doktor   Starks?   Przepraszam,   że   pana   niepokoję,   ale   wynikł   pewien   problem. 

System odrzucił numer pańskiej karty Visa, ponieważ karta została zlikwidowana.

Jak to zlikwidowana? To niemożliwe – rzekł z furią.
Może źle zapisałam numer.
Sięgnął   do   portfela   po   kartę   i   powolutku   odczytał   numer   ponownie,   cyferka   po 

cyferce.

Jednak zapisałam dokładnie. Mam właśnie ten numer – odparła po chwili kobieta.
Nic   z   tego   nie   rozumiem   –   wpadł   w   rozdrażnienie   Ricky.   –   Niczego   nie 

likwidowałem i co miesiąc sumiennie wpłacam wszystko, co jestem winien.

Banki mylą się częściej, niżby się mogło wydawać – rzekła przepraszającym tonem. 

– Może ma pan inną kartę? Albo wolałby pan zapłacić czekiem?

Ricky sięgał już do portfela po kolejną kartę, wtem zastygł w pół ruchu. Przełknął 

ślinę.

–Przepraszam   –   powiedział   wolno,   starając   się   opanować.   –   Muszę   jednak 

skontaktować się z bankiem. Tymczasem proszę mi przysłać rachunek.

Kobieta przystała na to, ale dwukrotnie sprawdziła jego adres, a na koniec dodała:
Czasem tak bywa. Może zgubił pan portfel? Lepiej niech się pan zgłosi do oddziału 

wydającego karty kredytowe i wszystko wyjaśni. Przyślą panu następnego dnia nową.

Zapewne – odparł Ricky i odłożył słuchawkę.
Powolutku wyjął kolejno z portfela wszystkie karty kredytowe. – Są nic niewarte – 

powiedział do siebie. Nie miał pojęcia, jak się to stało, ale wiedział, kto to zrobił.

Wolał jednak upewnić się telefonicznie, że się nie myli. Urzędnicy w biurach obsługi 

klienta wszystkich banków byli niezwykle uprzejmi, nie mogli mu natomiast pomóc. Kiedy 
tłumaczył,   że   nie   likwidował   żadnych   kart,   zapewniano   go,   iż   właśnie   to   zrobił.   Tak 
wynikało  z danych  w komputerze.  Prośbę o likwidację otrzymali  elektronicznie.  Mówił 
więc wszystkim kolejno, że jeszcze się z nimi skontaktuje.

Następnie wziął nożyczki i poprzecinał bezwartościowe kawałki plastiku na pół.
Ricky   nie   miał   pojęcia,   jak   dalece   Rumpelstilskin   wgryzł   się   w   jego   zasoby 

finansowe.   Warto   przejść   się   do   banku,   pomyślał.   Zostawił   także   wiadomość   swojemu 
brokerowi, który opiekował się jego skromnym pakietem akcji, z prośbą, by do niego pilnie 
oddzwonił. Potem siedział przez chwilę, głowiąc się nad tym, jakim cudem Rumpelstilskin 
wdarł się w ten obszar jego życia.

background image

Ricky nie miał pojęcia o komputerach. Jego wiedza o Internecie była bardziej niż 

skromna. Gdy przyszło mu pisać list, brał przedpotopową elektryczną maszynę do pisania. 
Żona nabyła komputer na rok przed śmiercią. Wiedział, że kontaktowała się dzięki niemu z 
grupami   wsparcia   i   rozmawiała   z   innymi   chorymi   na   raka.   Kiedy   zmarła,   spakował 
komputer i zaniósł go do piwnicy.

Teraz wstał i postanowił pójść po komputer żony. Upewnił się, czy dobrze zamknął 

za sobą drzwi, a następnie zjechał do piwnicy. Nie był tu od miesięcy. Wychodząc z windy,  
skrzywił się, gdy owiało go stę-chłe powietrze. Każde z sześciu mieszkań miało osobną 
piwniczkę, oddzieloną od innych gęstą siatką przybitą do ramy z taniego drewna balsa. 
Królowały   tu   połamane   krzesła,   pudła   i   kufry.   Ricky   podszedł   do   swojej   piwniczki   z 
kluczem w ręku.

Ale kłódka nie była zamknięta.
Kiedy przyjrzał  się  dokładniej, zauważył,  że  ktoś przeciął  ją obcęgami.  Instynkt 

podpowiadał mu, by wiać, gdzie pieprz rośnie, opanował się jednak i zrobił krok do przodu. 
Podszedł powoli do siatki. Komputer żony znikł. Gdy wszedł do środka, przekonał się, że 
brakuje jeszcze pudła. Dużego plastikowego pojemnika na akta, w którym przechowywał 
deklaracje podatkowe.

Zataczając się pod brzemieniem klęski, Ricky ruszył do windy. Nic dziwnego, że 

Merlin wiedział tyle o jego aktywach.

Deklaracje   podatkowe   są   jak   mapy   drogowe.   Można   w   nich   znaleźć   wszystkie 

dobrze wydeptane ścieżki podatnika, od numeru ubezpieczenia społecznego po darowizny 
na rzecz organizacji charytatywnych.

Brak  komputera  zaniepokoił  Ricky'ego  w  równym  stopniu.  Nie  miał  pojęcia,  co 

zachowało   się   na   twardym   dysku,   pamiętał   jednak,   że   żona   spędzała   przed   monitorem 
długie godziny, nim choroba odebrała jej ostatecznie także siłę do pisania. Kto wie, ile jej 
bólu, wspomnień i przemyśleń kryło to urządzenie. Podejrzewał, że Rumpelstilskin potrafi 
wyłuskać z komputera wszystko, co zechce.

Tej nocy Ricky borykał się z koszmarami. Śnił, że krojono go nożami, a także, że 

usiłuje przejść przez marnie oświetlony pokój, świadom,  że jeśli omsknie  mu się noga, 
spadnie w mroczną otchłań niepamięci.

Gdy   zbudził   się   przerażony,   pokój   zalewał   jeszcze   mrok,   a   jego   koszula   nocna 

przesiąknięta była potem. Przez chwilę nie umiał powiedzieć, czy koszmar już się skończył. 
Opuścił   znów   głowę   na   poduszkę,   ale   choć   bardzo   potrzebował   snu,   nie   był   w   stanie 
zmrużyć oka.

Jego ogłoszenie pojawiło się tego ranka w „Timesie" na pierwszej stronie, dokładnie 

tak,   jak   sobie   tego   życzył   Rumpelstilskin.   Po   przeczytaniu   go   Ricky   odczuł   przelotnie 
satysfakcję, jakby przybliżyło go to o krok do zwycięstwa.

Przed   południem   przygotował   dwie   robocze   listy.   Ograniczył   się   do   dekady 

zaczynającej się w roku 1975, przypomniał sobie do roku 1985 siedemdziesięciu trzech 
pacjentów, którzy przychodzili do niego na terapię trwającą od siedmiu lat (w przypadku 
pewnego   targanego   konfliktami   mężczyzny)   po   trzy   miesiące   (kobiety   przeżywającej 
kłopoty małżeńskie). W większości przypadków stosował tradycyjną  freudowską analizę 
cztery, pięć razy w tygodniu, wykorzystując znane sobie techniki.

Przyjął także w ciągu tych dziesięciu lat, o ile dobrze pamiętał, około dwudziestu 

pięciu pacjentów, którzy podjęli terapię, lecz po pewnym czasie ją przerwali. Niektórym 
zabrakło pieniędzy na jego honoraria. Kilkoro uznało, że nie potrafi im pomóc lub byli zbyt 
wściekli na cały świat, by nadal do niego przychodzić. Spisał ich na drugiej liście. I właśnie 
ta – zdał sobie sprawę – była znacznie groźniejsza. Znajdowały się na niej osoby, których 

background image

złość mogła przerodzić się w obsesję na jego punkcie, a potem zaszczepili ją innym.

Położył obydwie listy przed sobą na biurku i uznał, że najwyższy czas odszukać 

byłych pacjentów.

Cały ranek czekał na telefon  od swojego brokera. Nie doczekawszy się, sam do 

niego zadzwonił.

Sekretarka wyraźnie się ożywiła, słysząc jego głos.
–Ach, to pan, doktorze Starks. Pan Williams właśnie miał do pana dzwonić. Wynikło 

pewne zamieszanie w związku z pańskim rachunkiem.

Ricky poczuł skurcz w żołądku.
Zamieszanie?  – spytał.  – Jak pieniądze  mogą  robić  zamieszanie?  Mogą je robić 

ludzie, ale nie pieniądze. Łączę z panem Williamsem.

Doktor   Starks?   –   odezwał   się   szorstkim   tonem   broker,   mówiąc   szybko:   – 

Przepraszam,   że   musiał   pan   czekać,   ale   wynikł   pewien   problem.   Czy   otwierał   pan 
indywidualny rachunek obrotowy u któregoś z tych nowych internetowych brokerów?

–Nie, nie otwierałem. Szczerze powiedziawszy, nawet nie wiem, co to takiego.
–I tu dochodzimy do naszego zamieszania. Wszystko wskazuje na to, że na pańskim 

rachunku wykonano dużo ruchów day-trading.

A co to takiego? – zapytał Ricky.
To szybka sprzedaż akcji, by umknąć przed wahaniami rynku.
Rozumiem. Ale nie robiłem nic podobnego. Gdzie są moje pieniądze?
Broker zawahał się.
Nie jestem tego w stanie dokładnie określić. Nasi audytorzy badają właśnie pański 

rachunek. Mogę panu na razie powiedzieć, że dokonano na nim wielu transakcji.

Jakich znowu transakcji? Przecież nie ruszałem moich pieniędzy.
No, niezupełnie. Dokonano dziesiątek, a może nawet setek transakcji, przelewów, 

sprzedaży i inwestycji.

Gdzie są moje pieniądze?
Niezwykły   szlak   szalenie   skomplikowanych   i   brawurowych   transakcji 

finansowych…

Nie odpowiedział pan na moje pytanie – przerwał mu Ricky z rosnącą irytacją. – 

Gdzie są moje środki finansowe? Mój fundusz emerytalny…

Szukamy – powiedział broker powoli – jednak w chwili obecnej nie ma na pańskim 

rachunku ani centa. A przynajmniej nie jesteśmy w stanie nic znaleźć.

To niemożliwe.
Nasi   specjaliści   idą   tropem   transakcji   –   kontynuował   mężczyzna.   –   Na   pewno 

dojdziemy prawdy. Ale zajmie to trochę czasu.

–Ile?
–Przypuszczam, że nie więcej niż parę tygodni. Najwyżej.Ricky odłożył słuchawkę. 

Nie miał aż tyle czasu.

Zanim   dzień   dobiegł   końca,   udało   mu   się   ustalić,   że   jedynym   nietkniętym 

rachunkiem było skromne konto czekowe w Wellfleet. Miał na nim raptem dziesięć tysięcy 

background image

dolarów – korzystał z tych pieniędzy, by płacić na targu rybnym i spożywczym, pozwalały 
mu beztrosko spędzać wakacje.

Był nieco zdziwiony, że Rumpelstilskin nie przywłaszczył sobie także tych środków. 

Zadzwonił   do  kierownika   Pierwszego   Banku  na  Przylądku  i  poinformował  go,  że   chce 
zamknąć konto i prosi o wypłacenie całej sumy w gotówce. Kierownik odrzekł, że musi się 
w   tym   celu   pofatygować   osobiście,   co   było   Ricky'emu   na   rękę.   Żałował,   że   pozostałe 
instytucje   obracające   jego   pieniędzmi   nie   trzymały   się   podobnej   zasady.   Kierownik 
zaproponował,   że  przepisze  jego  środki   na  czek   kasowy,  który  będzie   przechowywał  u 
siebie aż do jego przyjazdu.

Ale jak tam dotrzeć?
Na biurku leżał zapomniany bilet lotniczy z La Guardia do Hyannis. Zastanawiał się, 

czy   rezerwacja   nadal   jest   aktualna.   Otworzył   portfel   policzył.   Miał   trzysta   dolarów.   W 
górnej szufladzie komody w sypialni leżało jeszcze tysiąc pięćset w czekach podróżnych.

Nie mam jak dotrzeć na przylądek Cod ani jak stamtąd wrócić,martwił się. Zajmie 

mi to co najmniej dobę. I wtedy nagle ogarnęło go znużenie. Był otępiały. Fala zmęczenia 
opanowała jego ciało. Rozpoznał kliniczne objawy depresji i wyciągnął przed siebie dłonie, 
ciekaw, czy nie drżą i nie są zesztywniałe. Niczego jednak nie dostrzegł.

Ile to jeszcze potrwa, zastanawiał się z rozpaczą.
Ricky znów źle spał, kiedy więc rankiem usłyszał stłumione stuknięcie świeżego 

numeru „Timesa" przed progiem, z miejsca się ocknął. W ciągu kilku sekund zgarnął gazetę 
i rozłożył ją na kuchennym stole. Od razu spojrzał na drobne ogłoszenia u dołu pierwszej 
strony.   Znalazł   tam  tylko  życzenia   urodzinowe,  reklamę   randek  internetowych   i  trzecie 
niewielkie ogłoszenie na jedną szpaltę: „Szczególne możliwości, czytaj na str. B-16".

Zrzucił   ze   złością   gazetę   z   niewielkiego   kuchennego   stolika.   Spodziewał   się 

rymowanki na dole pierwszej strony.

–Jak mam zdążyć na ten twój cholerny termin, skoro zwlekasz z odpowiedzią? – był 

bliski krzyku.

Kiedy przyrządzał sobie poranną kawę, dostrzegł, że ręce lekko mu drżą. Siedział 

przy stole niezdolny do wykonania żadnego ruchu, bo wszystko w nim dygotało. Trwało to 
całymi  godzinami, nie miał pojęcia, jaki krok ma teraz wykonać. Powinien robić plany, 
podejmować decyzje, działać, ale paraliżował go brak odzewu, na który tak bardzo czekał.

Ricky nie miał pojęcia, jak długo tak siedział, gdy uniósł nieco wzrok i spojrzał na 

zmiętoszonego „Timesa", dokładnie tam, gdzie go rzucił. Zauważył czerwony druk. Utkwił 
wzrok   w   czerwieni,   podniósł   się   z   krzesła   i   przemierzył   kuchnię.   Nachylił   się   nad 
wymiętoszoną gazetą, sięgnął ku czerwonej plamie i zbliżył ją do oczu.

Była to strona B-16 z nekrologami. Wśród nich jaskrawą czerwoną czcionką widniał 

tekst:

Dobrym tropem podążasz, Kiedy w przeszłość zdążasz. Dwadzieścia lat zgadłeś, 

zgadula.   A   ta   pacjentka   to   moja   matula.   Nagłowisz   się   wiele   nad   jej   osobą,   Lecz   ci 
podpowiem,   jaką   zdążać   drogą.   Posłuchaj   teraz,   szanowny   panie,   Znałeś   ją   jeszcze   w 
panieńskim stanie. Obiecywałeś cuda, narobiłeś smaku, Więc nie wywiniesz się, nieboraku. 
Ojczulek odszedł, matula zmarła, A ja dobiorę ci się do gardła.

Ricky   wpatrywał   się   w   wierszyk   i   analizował   ukrytą   w   nim   treść   przez   blisko 

godzinę. U schyłku dnia zdał sobie sprawę, że wiele dowiedział się o swoim prześladowcy. 
Jak na kogoś, kto początkowo zastrzegał się, że będzie odpowiadał tylko „tak" lub „nie", 
Rumpelstilskin wyjątkowo szczodrze obdarzył go wskazówkami. Dwadzieścia lat wstecz, z 
pewnym marginesem, dawało przedział od 1978 do 1983 roku. Pacjentką była niezamężna 

background image

kobieta. To znacznie zawężało pole poszukiwań.

Jak go uczono, i co stało się jego zwyczajem, usiadł i zaczął szperać we własnej 

pamięci. Kim byłem przed dwudziestu laty, zastanawiał się. I kogo wówczas leczyłem? Jest 
pewna zasada w psychoanalizie, na której opiera się terapia: każdy pamięta wszystko. Może 
nie   z   fotograficzną   dokładnością;   wyobrażenia   i   reakcje   mogą   być   zabarwione   przez 
wszelkiego rodzaju emocje. Gdy się jednak fakty odpowiednio uporządkuje, każdy pamięta 
wszystko. Urazy i obawy mogą kryć się pod grubą warstwą późniejszych doświadczeń, ale 
są tam i można się do nich dokopać, bez względu na to, jak bardzo nasza psychika będzie 
się temu opierać.

Tak więc, sam w swoim gabinecie, zaczął zgłębiać własną pamięć. Od czasu do 

czasu zerkał na strzępki notatek i rzucone na papier refleksje, bo tylko tyle uchowało się z 
tamtych lat. Teraz żałował, że nie był dokładniejszy. Z notatnikiem na kolanach starał się 
wyostrzyć   umysł,   by   przywołać   wspomnienia.   Kolejno   materializowali   się   w   pamięci 
ludzie. Powoli wracały nazwiska.

Gdy podniósł wzrok, zauważył, że gabinet wypełniają cienie. Cały dzień upłynął mu 

w   zadumie.   Na   żółtych   kartkach   rozłożonych   dookoła   spisał   dwanaście   oddzielnych 
przypadków. A w latach 1978-1983 co najmniej osiemnaście kobiet zgłosiło się do niego na 
terapię. Można to było jakoś ogarnąć, martwiło go jednak, że były jeszcze inne, których 
pomimo   starań   nie   potrafił   przywołać   z   zakamarków   pamięci.   Tylko   do   połowy 
zapamiętanych potrafił dopasować nazwiska. Były to pacjentki przychodzące do niego przez 
dłuższy   czas.   Miał   zaś   niepokojące   przeczucie,   że   matką   Rumpelstilskina   musiała   być 
kobieta, z którą spotkał się przelotnie.

Podźwignął się z krzesła, czując, jak zesztywniały mu kolana i ramiona od siedzenia 

w tej samej pozycji przez cały dzień. Leniwie się przeciągnął i uświadomił sobie, że nic 
dotąd nie jadł. Kuchnia świeciła pustkami. Odwrócił się i spojrzał przez okno w noc, która 
szybko  ogarniała miasto. Na myśl  o tym,  że musi  opuścić mieszkanie,  głód prawie mu 
przeszedł. Niezwykła reakcja. Przez całe życie miał tak niewiele obaw i wątpliwości. Teraz 
paraliżowała go myśl o wyjściu poza próg mieszkania. Postanowił jednak udać się dwie 
przecznice   na   południe.   Mieścił   się   tam   niewielki   bar,   gdzie   mógł   kupić   kanapkę.   Nie 
wiedział tylko, czy ktoś nie będzie go śledził.

Maszerował chodnikiem jak żołnierz, z oczami skierowanymi przed siebie. Knajpka, 

do której zmierzał, mieściła się w połowie ulicy, latem stało przed nią na zewnątrz sześć 
stolików. Kiszkowate wnętrze lokalu było ciemne: szynkwas znajdował się przy jednej ze 
ścian, a w pozostałą przestrzeń  wciśnięto dziesięć  stolików. Kiedy Ricky znalazł  się w 
środku, mrugnął raz czy dwa, nim jego wzrok przystosował się do panującego tu mroku. 
Zauważyła go kelnerka w średnim wieku.

–Jest pan sam? – spytała.
–Tak.
Obróciła się i spostrzegła wolne miejsce na końcu lokalu.
Proszę za mną – zaprosiła. Wskazała mu dłonią krzesło i wręczyła rozłożoną kartę. – 

Podać panu coś z baru? – spytała.

Kieliszek wina. Czerwonego – zamówił.
Już przynoszę. Dzisiejsze danie dnia to makaron z łososiem. Nawet niezły.
Ricky odprowadził wzrokiem kelnerkę do baru. Karta była duża. Oparł ją przed sobą 

o blat. Na odgłos kroków opuścił kartę, spodziewając się kelnerki z winem.

Zamiast niej przy stoliku stała Wergil.

background image

Trzymała dwa kieliszki, oba z czerwonym winem. Miała na sobie sprane dżinsy, 

szkarłatną koszulkę sportową, a pod pachą kosztowną teczkę ze skóry w kolorze mahoniu. 
Postawiła kieliszki na stole, wysunęła krzesło, usiadła naprzeciwko niego i odstawiła teczkę 
na podłogę. Potem wyciągnęła dłoń, wyjmując menu z ręki Ricky'ego.

–Zamówiłam   już   dla   nas   danie   dnia   –   oświadczyła   z   lekko   uwodzicielskim 

uśmiechem. – Kelnerka ma absolutną rację. Nawet niezłe.

Ricky wpatrywał się w młodą kobietę siedzącą naprzeciwko.
Sądzisz, że łosoś jest świeży?
Będzie jeszcze podskakiwał i łapał powietrze – zażartowała.
–To całkiem odpowiedni widok – rzekł miękko Ricky.Przełknęła łyk wina.
Do ryby powinno być raczej białe – zauważyła. – Z drugiej jednak strony, pijąc 

czerwone,   wykazujemy   beztroskę,   nieco   ryzyka   i   samowoli,   łamiemy   ogólnie   przyjęte 
zasady. Nie sądzisz, Ricky?

Uważam, że zasady nieustannie się zmieniają.
Wergil potrząsnęła głową, odrzucając zalotnie blond włosy. Odchyliła nieco głowę 

w śmiechu i ukazała długą szyję.

–No jasne, Ricky. Masz rację.
Kelnerka przyniosła koszyk pełen bułeczek. Gdy tylko odeszła od stolika, Wergil 

sięgnęła po jedną z nich.

Konam z głodu – powiedziała.
Jak   widzę,   doprowadzanie   mojego   życia   do   ruiny   pochłania   mnóstwo   kalorii   – 

zauważył.

Wergil znów się roześmiała.
Tak mi się wydaje – odparła. – Jak można by to określić, doktorze? Powiedzmy: 

dieta rujnująca?

Po   co   się   tu   zjawiłaś?   –   spytał   cichym,   spokojnym   głosem,   z   całą   jednak 

stanowczością, na jaką było go stać. – Jak widzę, wraz ze swoim pracodawcą uknuliście 
dokładny plan zniszczenia mi życia. Krok po kroku. Przyszłaś tu, żeby ze mnie drwić? A 
może trochę podręczyć w ramach jego gry?

Nikt do tej pory nie skarżył się na to, że moje towarzystwo to męczarnia – rzekła 

Wergil,   spoglądając   na   niego   z   udanym   zdumieniem.   Żołądek   gwałtownie   podszedł 
Ricky'emu do gardła, w ustach miał kwaśny posmak.

Moje życie… – zaczął.
Twoje życie uległo zmianie. I nadal będzie się zmieniać. Przynajmniej przez kilka 

kolejnych dni. Później jednak… W tym sęk.

Sprawia   ci   to   przyjemność?   –   spytał   nagle.   –   Sycisz   się   moim   cierpieniem.   To 

dziwne, bo nie wyglądasz mi na sadystkę, panno Wergiliusz. Nie dostrzegam u ciebie oznak 
skrzywienia psychicznego tego rodzaju. Z tym, że mogę się, rzecz jasna, mylić.

Ricky napił się wody,  łudząc się, że pod wpływem emocji Wergil coś chlapnie. 

Dostrzegł, jak zaczątek gniewu wykrzywia jej twarz. Ale opanowała się.

Chyba źle zrozumiałeś moją rolę, Ricky.
To wyjaśnij mi ją jeszcze raz.

background image

–Każdy   w   drodze   do   piekła   potrzebuje   przewodnika,   który   prowadzi   go   wśród 

pułapek.

–I ty masz być kimś takim. – Uniósł do ust kieliszek, ale zamiast się napić, spytał: – 

Jesteś zadowolona z siebie, Wergil? Nie przeszkadza ci to, że łamiesz prawo?

A kto powiedział, że łamię?
Przecież  każde działanie  twoje i twojego pracodawcy,  wszystkie  wasze plany są 

zbrodnicze. Do tej pory popełniłaś już kilka przestępstw, poczynając od morderstwa Rogera 
Zimmermana…

Policja uznała, że popełnił samobójstwo.
Udało wam się sprawić, by morderstwo wyglądało na samobójstwo. Nie mam co do 

tego żadnych wątpliwości.

Jeśli chcesz być takim uparciuchem, nie zamierzam cię przekonywać. Ale sądziłam, 

że twoją zawodową cechą jest otwarty umysł.

Ricky zbył przytyk i ciągnął: -…a kończąc na kradzieży i oszustwie. Nie wspomnę 

już o paszkwilu, który wysłałaś do Towarzystwa Psychoanalitycznego. To twoja robota, 
prawda? I jeszcze udało ci się przekonać tego idiotę z Bostonu o szczerości swoich intencji. 
Ale to nic, odzyskam dobre imię- powiedział dobitnie Ricky.

Wergil uśmiechnęła się.
–By jednak tego dokonać, musisz pozostać przy życiu.
Ricky   podniósł   wzrok   i   dostrzegł   kelnerkę   zbliżającą   się   z   ich   zamówieniem. 

Postawiła  przed   nimi   talerze   i  spytała,   czy  jeszcze  coś  podać.   Wergil  chciała   zamówić 
więcej wina, ale Ricky potrząsnął głową.

–Masz rację – powiedziała Wergil, gdy kelnerka znikła z pola widzenia. – Lepiej 

zachować trzeźwość umysłu.

Spojrzał na parujące danie.
–Dlaczego – spytał nagle – pomagasz temu człowiekowi? Czemu nie rzucisz tego 

wszystkiego w diabły i nie pójdziesz ze mną na policję? Już ja się postaram, żebyś wróciła 
do w miarę normalnego życia.Wolna od wszelkich zarzutów. Wiem, jak to zrobić.

Wergil również utkwiła wzrok w swoim talerzu. Kiedy uniosła oczy, z trudem kryła 

gniew.

–Postarasz się, żebym wróciła do normalnego życia? A kim ty jesteś? Magiem? Poza 

tym, niby co takiego wspaniałego jest w normalnym życiu?

Ricky zignorował to pytanie.
–Skoro nie jesteś kryminalistką, dlaczego pomagasz przestępcy?Wergil nie odrywała 

od niego wzroku. Cała jej beztroska ekscentryczność i energia gdzieś nagle prysły, a ich 
miejsce zajął lodowaty, bezwzględny chłód.

–Może mi nieźle płaci. Wiele osób zrobiłoby wszystko dla pieniędzy. Może jestem 

jedną z nich?

–Raczej w to wątpię – odparł ostrożnie Ricky.Wergil potrząsnęła głową.
–A jaki inny motyw może mnie skłaniać do działania? Przecież spotykamy się już 

drugi raz, Ricky. Skoro nie robię tego dla forsy, to po co?

Starks wbił wzrok w kobietę.
–Za mało o tobie wiem – zaczął bez przekonania.Demonstracyjnie odłożyła nóż i 

background image

widelec.

Wytęż   umysł,   Ricky.   Zrób   to   dla   mnie.   Pomijając   wszystko,   mam   być   twoim 

przewodnikiem. Bez mojej pomocy nie zbliżysz się ani o milimetr do odpowiedzi, w efekcie 
czego sam zginiesz lub zginie ktoś z twoich bliskich, kto nawet nie wie, co mu grozi. Czyż 
to nie głupota umrzeć tak bez sensu? To jeszcze gorsze niż przestępstwo. Więc odpowiedz 
na moje pytanie: jakie jeszcze inne motywy mogą kierować moim działaniem?

W takim razie, może miłość – rzekł nieoczekiwanie. Wergil skwitowała jego słowa 

uśmiechem.

Miłość?
Zakochałaś się w tym Rumpelstiltskinie.
Co za pomysł. Zwłaszcza zważywszy na to, jak ci już mówiłam, że go nie znam. 

Nigdy się nie spotkaliśmy.

Pamiętam twoje słowa. Ale nie wierzę w nie.
Miłość. Pieniądze. Tylko na tyle cię stać? Ricky zastanowił się.
Może strach. Wergil kiwnęła głową.
Już lepiej, Ricky. Może pan R. ma na mnie jakiegoś haka. Ale czy wyglądam na 

osobę, która działa wbrew własnej woli?

Nie – odparł.
No   dobrze.   Wróćmy   do   ciebie.   Otrzymałeś   dziś   odpowiedź   na   swoje  pytanie   w 

porannej gazecie? Ricky odezwał się dopiero po chwili:

–Tak.
–To dobrze. Przysłano mnie tu dziś, bym to sprawdziła. Dla pewności. Uznał, że nie 

byłoby  fair,   gdybyś  nie   znalazł   odpowiedzi,  których  szukasz.  Dobrze  się   zastanów  nad 
kolejnym pytaniem, Ricky, jeśli chcesz zwyciężyć. Jutro rano zostanie ci już tylko tydzień. 
Siedem dni i jeszcze dwa pytania.

Wergil pochyliła się i podniosła z ziemi niewielką skórzaną teczkę, którą przyniosła 

pod pachą. Otworzyła ją, wyjęła ze środka szarą kopertę i podała mu ją przez stół.

–Zajrzyj do środka – powiedziała.
Otworzył kopertę. W środku było sześć czarno-białych zdjęć w formacie 20 na 25 

centymetrów.   Wyjął   je   i   przejrzał.   Pierwsze   przedstawiały   dziewczynę   szesnasto-   czy 
siedemnastoletnią, ubraną w niebieskie dżinsy i T-shirt. Na dwóch kolejnych dziewczynka, 
może   dwunastoletnia,   siedziała   na   dziobie   kajaka,   wiosłując   po   jeziorze.   Ostatnie   były 
zdjęciami nastolatka o długich włosach i beztroskim uśmiechu, porozumiewającego się na 
migi   z   ulicznym   sprzedawcą   w   jakimś   zakątku   Paryża.   Wszystkie   fotografie   zostały 
wyraźnie zrobione bez wiedzy zainteresowanych.

–Poznajesz kogoś? – spytała chłodno Wergil.Ricky potrząsnął głową.
–To   twoi   dalecy   krewni,   Ricky.   Wszystkie   te   dzieciaki   znajdują   się   na   liście 

przysłanej na początku gry przez pana R.

Jeszcze raz przyjrzał się zdjęciom.
–Myślisz, że trudno było ich sfotografować? A przecież zamiast obiektywem można 

było celować do nich z karabinu. – Sięgnęła po zdjęcia. – Wystarczy,  że zostanie ci w 
głowie ich obraz, Ricky. Utrwal w pamięci ich uśmiechy. Chciałbyś ograbić jedno z nich – 
lub kogoś im podobnego – z przyszłości, uparcie czepiając się kilku żałosnych lat życia, 
które ci zostały na tym padole?

background image

Wergil zawiesiła glos. Następnie wężowym ruchem wyszarpnęła mu fotografie.
Zabieram je z sobą – powiedziała, chowając zdjęcia do teczki. Odsunęła się od stołu 

i   wstała,   rzucając   jednocześnie   banknot   studolarowy   na   swój   talerz   z   niedojedzonym 
makaronem.

Odebrałeś mi apetyt  – rzekła. – Skądinąd jednak wiem, w jak kiepskiej sytuacji 

finansowej się znalazłeś, więc zapłacę rachunek.

Zwróciła się do kelnerki krzątającej się przy stoliku obok.
–Macie jakieś ciasto z czekoladą? – spytała.
–Czekoladowy sernik – odparła kobieta.Wergil skinęła głową.
–Proszę przynieść kawałek dla mojego znajomego – poprosiła.– Jego życie stało się 

gorzkie. Potrzebuje czegoś na osłodę, by przetrwać kilka najbliższych dni.

Obróciła się na pięcie i wyszła, zostawiając Ricky'ego samemu sobie. Sięgnął po 

wodę i zauważył, że drży mu ręka; kostki lodu szczękały w szklance.

Wracając do domu w gęstniejącym mroku, Ricky Starks czuł się samotny jak palec.
W   jakiś   osobliwy   sposób   zdał   sobie   sprawę,   że   jest   właściwie   przezroczysty, 

niedostrzegalny. Jego osoba, jego byt nie znaczył absolutnie nic dla nikogo prócz człowieka, 
który go prześladował. Z drugiej strony, śmierć Ricky'ego miała kluczowe znaczenie dla 
przynajmniej jednego z jego krewnych.

Przypominając sobie twarze trójki młodych ludzi, przyspieszył kroku. Zaczął pędzić. 

Słyszał stukot własnych butów na chodniku. Spojrzał pod nogi i dostrzegł, że biegnie.

Gnał, ciężko dysząc. Pokonał jedną przecznicę, potem drugą, bez zatrzymywania się 

przebiegał przez ulicę, zostawiał za sobą roztrąbio-ne taksówki i przekleństwa rzucane pod 
swoim adresem, w głowie miał tylko wizję własnej śmierci. Nie zwalniał, póki nie dostrzegł 
swojego domu. Przystanął i nachylił się zasapany. Pozostał w tej pozycji kilka minut, by 
wyrównać oddech.

Kiedy w końcu uniósł wzrok, pomyślał: nie jestem sam.
Odwrócił się gwałtownie, starając się zauważyć, kto go śledzi. Przebiegi wzrokiem 

po potencjalnych obserwatorach snujących się wolno ulicą i zajrzał do pobliskich okien. 
Obrócił się i wlepił wzrok w swój budynek. Nie mógł się oprzeć wrażeniu, że ktoś był w 
jego mieszkaniu, podczas gdy on rozmawiał z Wergil.

Starał się opanować i skupić. Wziął długi głęboki oddech.
Stojąc   przed   domem,   w   którym   spędził   większość   swojego   dorosłego   życia, 

uświadomił sobie nagle, że nie ma już chyba takiego zakątka jego egzystencji, do którego 
jego prześladowca nie zdołał przeniknąć.

Po raz pierwszy w życiu pomyślał: muszę się gdzieś schronić. Nie mając pojęcia, 

gdzie mógłby się skryć, człapał powoli po schodach.

Ku swemu zdumieniu  nie spostrzegł śladów niczyjej  obecności. Odczuł ulgę, dy 

tylko zamknął za sobą drzwi i przekręcił klucz w zamku. Serce wciąż jednak waliło mu jak 
młotem.

–Musisz   się   porządnie   wyspać   –   powiedział   do   siebie   głośno,   rozpoznając 

charakterystyczną intonację, która z pewnością zaniepokoiłaby go u pacjenta.

Starał   się   pozbierać   myśli,   omiatając   wzrokiem   blat   biurka.   Dostrzegł,   że   lista 

krewnych przesłana przez Rumpelstilskina leży na samym środku. Ricky nie miał pewności, 
czy właśnie tam ją zostawił. Wyciągnął powoli rękę i przysunął ku sobie kartkę. Poczuł się 

background image

zdezorientowany. Zaczął się rozglądać rozbieganym wzrokiem. Przeglądał zapiski, notatniki 
i inne szpargały z biurka.

I wtedy się zorientował: pierwszy list, w którym Rumpelstilskin opisywał zasady gry 

i dawał mu pierwszą wskazówkę, usunięto z biurka. Znikł namacalny dowód, że skierowano 
pod jego adresem pogróżki. Została wyłącznie naga rzeczywistość.

 

background image

  PIĘĆ

   Nazajutrz rano przekreślił kolejny dzień w kalendarzu i zapisał w notesiku dwa numery 
telefonów.   Pierwszy   do   detektyw   Riggins   z   nowojorskiej   policji   transportu   miejskiego. 
Drugiego   numeru   nie   wykręcał   od   lat.   Należał   do   doktora   Williama   Lewisa.   Przed 
dwudziestu trzema laty doktor Lewis był terapeutą, u którego Ricky przeszedł swoją własną 
psychoanalizę,   nim   otrzymał   dyplom.   To   ciekawy   aspekt   psychoanalizy,   że   każdy,   kto 
pragnie zostać praktykiem, sam musi najpierw przejść terapię.

Oba   telefony,   pomyślał, 

wyznaczają dwa skrajne bieguny, z których mógłby się spodziewać pomocy. Musiał z kimś 
pogadać. Tylko z kim? Policjantka odebrała telefon już po drugim sygnale i odezwała się 
szorstko:

Tu Riggins.
Pani   detektyw,   tu   doktor   Frederick   Starks.   Pewnie   pamięta   mnie   pani, 

rozmawialiśmy w zeszłym tygodniu o śmierci mojego pacjenta.

Jasne,   że   pamiętam,   doktorze.   Przesłałam   panu   kopię   listu   pożegnalnego,   który 

wpadł nam w ręce. Pomyślałam, że to wiele wyjaśnia.

–Chciałbym   z   panią   omówić   pewne   okoliczności   związane   ze   śmiercią   pana 

Zimmermana.

Jakie okoliczności ma pan na myśli, doktorze?
Wolałbym nie mówić o tym przez telefon.
Brzmi to dość melodramatycznie, doktorze. Ale niech będzie. Ma pan ochotę do 

mnie  wpaść? Mamy tu obskurną klitkę,  gdzie skłaniamy przestępców do zeznań. Mniej 
więcej tym  samym  zajmuje się pan w swoim gabinecie  – tyle  że u nas odbywa  się to 
znacznie szybciej i bez białych rękawiczek.

Ricky złapał na rogu taksówkę. Kazał się zawieźć dziesięć przecznic na północ i 

wysadzić   obok   skrzyżowania   ulic   Madison   i   Dziewięćdziesiątej   Szóstej.   Wszedł   do 
pierwszego   lepszego   sklepu.   Był   to   akurat   damski   obuwniczy.   Przez   półtorej   minuty 
przyglądał się butom. Wyszedł, przeszedł na drugą stronę ulicy i złapał kolejną taksówkę. 
Kazał taksówkarzowi jechać na południe na dworzec Grand Central.

Na dworcu nie było zbyt tłoczno. Ricky wtopił się w tłumek ludzi zdążających przez 

ogromną halę do podmiejskich pociągów lub metra. Wsiadł do wagonu pierwszego metra, 
które nadjechało, przejechał jeden przystanek na zachód, szybko wysiadł, wynurzył się z 
podziemi na panujący na zewnątrz skwar i złapał następną taksówkę. Opadł na siedzenie i 
pozwolił   się   zawieźć   na   komisariat   policji   transportu   miejskiego   przy   rogu 
Dziewięćdziesiątej Szóstej i Broadwayu.

Riggins   podniosła   się,   gdy   wszedł   do   jej   biura.   Nie   wyglądała   już   na   tak 

przemęczoną jak poprzednio, lecz jej ubiór nie uległ wielkiej zmianie: ciemne spodnie i 
nieodpowiednie do nich adidasy, męska błękitna koszula z kołnierzykiem na guziki oraz 
czerwony krawat, zawiązany luźno wokół szyi.

Silnie uścisnęła mu dłoń na powitanie.
–Miło pana znów widzieć, doktorze, choć przyznam, że nie przypuszczałam, byśmy 

się jeszcze spotkali. – Zmierzyła go wzrokiem.– Fatalnie pan wygląda, doktorze. Czyżby 
wziął pan sobie zbytnio do serca konfrontację Zimmermana z pociągiem?

background image

Potrząsnął głową z uśmiechem. – Źle sypiam.
Riggins zaprosiła go do pokoiku przesłuchań.
Było   to   ponure   pomieszczenie,   bez   jakichkolwiek   ozdób,   pośrodku   którego   stal 

metalowy stół i trzy stalowe rozkładane krzesła. Jarzeniówka pod sufitem zalewała pokój 
jasnym światłem.

Policjantka   najwyraźniej   spostrzegła   spojrzenie,   jakim   otaksował   pokój,   bo 

powiedziała:

–Budżet   miejski   na   dekorację   wnętrz   jest   w   tym   roku   niezwykle   skromny. 

Musieliśmy zrezygnować z powieszenia na ścianach płócien Picassa. – Wskazała mu jedno 
z krzeseł. – Proszę siadać. Co pana do mnie sprowadza?

Ricky wziął głęboki oddech, nim zaczął.
–Krewny mojej byłej pacjentki rzuca bliżej niesprecyzowane pogróżki pod adresem 

moim   i   mojej   rodziny.   Podjął   ze   swojej   strony   pewne   kroki,   by   uprzykrzyć   mi   życie. 
Między innymi rzucił fałszywe oskarżenia na moją uczciwość zawodową, elektronicznie 
drenuje moje zasoby finansowe, włamuje mi się do domu, ingeruje w moje życie oraz żąda, 
bym   popełnił   samobójstwo.   Mam   powody   podejrzewać,   że   śmierć   Zimmermana   była 
elementem trwającej od tygodnia kampanii, która ma na celu zastraszenie mnie. Nie wierzę 
w jego samobójstwo. Riggins uniosła gwałtownie brwi.

Z tego, co pan powiedział, wynika, że wpadł pan w niezłe tarapaty. Chodzi o byłą 

pacjentkę?

Nie. O jej dziecko. Ale jeszcze nie doszedłem, czyje ono jest.
–I sądzi pan, że ten, kto pragnie pana śmierci, przekonał Zimmermana, by skoczył 

pod pociąg?

Ależ skąd. Pchnął go.
Na peronie stało mnóstwo ludzi, a nikt nie widział, by ktoś go popychał. Ani jedna 

osoba.

Brak świadków nie wyklucza takiej ewentualności. Oczy wszystkich instynktownie 

zwracają się w stronę wjeżdżającego na stację pociągu.

Jasne, doktorze. Ale jest jeszcze LuAnne, która twierdzi, że skoczył, i jeśli nawet nie 

jest w pełni godna zaufania, to musimy brać jej słowa pod uwagę. Do tego dochodzi list 
pożegnalny   napisany   przez   przygnębionego,   rozgoryczonego   nieszczęśnika.   –   Riggins 
przeszyła Ricky'ego przeciągłym spojrzeniem, nim dodała: – Wydaje mi się, że powinien 
pan, doktorze, zgłosić się do kogoś, kto mógłby panu pomóc.

Pani jest policyjnym detektywem. Opowiedziałem pani o zbrodni. Lub o czymś, co 

może okazać się zbrodnią. Ma pani chyba obowiązek sporządzić jakiś raport?

Chce pan oficjalnie wnieść skargę? Ricky spojrzał na nią surowo.
A powinienem? Co będzie potem?
–Przekażę ją przełożonemu, który uzna ją za totalną bzdurę, a następnie przepuści 

przez policyjną machinę biurokratyczną, w efekcie czego za parę dni odezwie się do pana 
jakiś detektyw, nastawiony jeszcze bardziej sceptycznie ode mnie. Chyba powinien się pan 
zgło sić do sekcji wymuszeń i oszustw nowojorskiego wydziału policji. Jednak na pana 
miejscu   wynajęłabym   prywatnego   detektywa,   a   na   dokładkę   najlepszego   adwokata   w 
mieście.

–A   pani   nie   mogłaby   się   tym   zająć?   Powiedzmy   w  ramach   kontynuacji   sprawy 

background image

Zimmermana?

Riggins ważyła odpowiedź. Do tej pory nie robiła żadnych notatek.
Może   –   powiedziała   ostrożnie.   –   Muszę   się   nad   tym   zastanowić.   Trudno   jest 

ponownie otwierać śledztwo, które raz zostało zamknięte.

Ale nie jest to niemożliwe.
Trudne. Ale nie niemożliwe.
Chyba może pani dostać upoważnienia od przełożonego… – zaczął Ricky.
Wolałabym   na   razie   nie   ruszać   tej   furtki   –   odparła.   –   Kiedy   oficjalnie   zgłoszę 

problem szefowi, automatycznie puszczę w ruch całą maszynę  biurokratyczną.  Na razie 
powęszę na własną rękę. Może. Umówmy się tak, doktorze Starks. Zrobię kilka kalkulacji i 
odezwę się do pana.

Mam nadzieję, że nie będę musiał zbyt długo czekać – powiedział Ricky.
Następnie wstał. Czuł, że dobrze zrobił, przychodząc tutaj. Może nie posunął się 

wiele do przodu, ale przynajmniej nie czuł się już taki osamotniony.

Ricky pojechał taksówką do Lincoln Center. Gmach Metropolitan Opera House był 

prawie pusty, prócz kilku turystów i ochroniarzy. Znajdowały się tu liczne, dobrze mu znane 
automaty   telefoniczne.   Mógł   sobie   dzwonić,   gdzie   chciał,   mając   na   oku   każdego,   kto 
śledziłby go w budynku opery.

Tak jak się spodziewał, zapisany w notesie telefon doktora Lewisa był nieaktualny. 

Został jednak połączony z nowym numerem w innym stanie. Odebrano dopiero po ósmym 
sygnale.

Słucham?
Z doktorem Lewisem, proszę.
Doktor Lewis przy aparacie.
Głos, którego Ricky nie słyszał od dwudziestu lat, wywołał w nim nieoczekiwanie 

silne emocje. Wyzwolił jednocześnie istny potok nienawiści, lęku, miłości i frustracji. Z 
trudem udało mu się zachować zimną krew.

Mówi doktor Frederick Starks.
Niech   mnie   kule   biją.   Miło   cię   znów   słyszeć,   Ricky,   po   tylu   latach.   Ale   mnie 

zaskoczyłeś.

Właściwie już tylko pan mi został. Na chwilę zapadła w słuchawce cisza.
Jakieś kłopoty, Ricky?
Tak. I mam nadzieję, że znajdzie pan trochę czasu na rozmowę ze mną.
Nie przyjmuję już pacjentów – zastrzegł się Lewis. – Cóż, latka lecą. Starość nie 

radość. Trzeba się usunąć w cień.

–Mogę się z panem spotkać?Starszy pan zawiesił głos.
Ale, niestety, musisz do mnie przyjechać. Nie mam już gabinetu w centrum.
Dokąd mam przyjechać?
Rhinebeck – powiedział doktor Lewis, podając dokładny adres na River Road. – 

Najlepiej jechać pociągiem z dworca Pensylwania.

A gdybym zjawił się u pana jeszcze dziś po południu…

background image

Przyjeżdżaj, kiedy chcesz. To jedno z dobrodziejstw emerytury, nie naglą już żadne 

terminy. Weź taksówkę z dworca. Czekam na ciebie z kolacją.

Pociąg jechał na północ, w odwrotnym kierunku do biegu rzeki Hudson. Ledwie 

garstka osób wysiadła w Rhinecliff. Ricky pozostał na peronie, przyglądając się bacznie 
każdej z nich, wciąż w obawie, że ktoś go może śledzić. Nikt jednak nie spojrzał nawet w 
jego stronę, prócz chłopca, który przystanął obok i zrobił głupią minę. Ricky wspiął się po 
wysokich schodach prowadzących z peronu. Przed dworcem stała jedna jedyna rozklekotana 
biała taksówka z porządnym wgnieceniem na przodzie maski. Na widok Ricky'ego kierowca 
podjechał ostro pod krawężnik.

Szuka pan taryfy, szefuniu? – spytał.
Tak – odparł Ricky i podał mu adres doktora Lewisa.
Do domu leciwego psychoanalityka wiodła wąska jednopasmówka pełna zakrętów. 

Korony   wybujałych   dębów   ocieniały   czarną   tłuczniową   nawierzchnię.   Po   drodze   mijali 
pasące się na polach stadka koni, a w głębi widać było ogromne, imponujące rezydencje.

Chudobę   doktora   Lewisa   stanowił   odnowiony   wiejski   dom,   pomalowany 

intensywnie na biało, z tabliczką 1791. W ogrodzie wisiał hamak otoczony drewnianymi 
leżakami, przed stajnią stało dziesięcioletnie niebieskie volvo kombi.

Taksówka   odjechała,   Ricky   przystanął   na   skraju   żwirowej   drogi.   Wziął   głęboki 

oddech, czując, jak walczą w nim sprzeczne emocje, stopy miał jak z ołowiu, a serce waliło 
mu młotem. Relacja między terapeutą a pacjentem przypomina pod wieloma względami 
zależność między człowiekiem dorosłym a dzieckiem. Lekarz zna najtajniejsze zakamarki 
duszy pacjenta, który z kolei niewiele wie o swoim terapeucie.

Ricky   był   w   połowie   drogi   do   schodków,   gdy   frontowe   drzwi   otworzyły   się 

zamaszyście. Nim ujrzał starszego pana, usłyszał jego głos.

Jest ci trochę niezręcznie, jak się domyślam.
Czyta   pan   w   moich   myślach   –   odpowiedział,   stosując   żartobliwe   powiedzonko 

psychoanalityków.

Gospodarz zaprowadził go prosto do gabinetu. Białe ściany.  Książki na półkach. 

Abażur od Tiffany'ego. Orientalny dywan. W powietrzu unosiła się subtelna woń bzu.

Doktor   Lewis  był  drobny,  nieco  przygarbiony  w  ramionach  i  łysy.  Z   jego  uszu 

wystawały bujne kępki włosów, co nadawało mu dość niesamowity wygląd. Nosił okulary 
na samym czubku nosa i poruszał się powoli. Lekko utykając, doszedł wreszcie do jednego 
z   wielkich,   obitych   czerwoną   skórą   foteli   z   wysokim   oparciem   i   wskazał   Ri-cky'emu 
najbliższy. Starks opadł na miękkie poduszki.

–Cieszę się, że cię znów widzę, Ricky, kopę lat. Kiedy się ostatnio widzieliśmy?
–Z dziesięć lat temu. Świetnie pan wygląda, doktorze.Doktor Lewis uśmiechnął się i 

potrząsnął głową.

–Nie powinieneś zaczynać od tak oczywistych kłamstw, ale w moim wieku człowiek 

uczy się doceniać łgarstwa. Prawda zaczyna  być  taka przykra. Przydałoby mi się nowe 
biodro,   nowy   pęcherz,   para   nowych   oczu   i   uszu,   trochę   nowych   zębów.   No   i   jeszcze 
powiedzmy stopy. Ale pod kopułą wszystko działa jak należy. – Poklepał się po czole. – 
Zapewne jednak nie przyjechałeś na kontrolę mojego stanu zdrowia. Zjemy razem kolację, 
przygotowałem ci nocleg w gościnnym pokoju. A teraz zamieniam się w słuch, powiedz, co 
cię tu do mnie sprowadza.

Ricky milczał przez chwilę, bo nie wiedział, od czego zacząć. Spojrzał na starszego 

pana i poczuł, że traci panowanie nad sobą. W końcu wycedził drżącym głosem:

background image

–Chyba został mi już tylko tydzień życia.
Mówił   bez   przerwy   przez   ponad   godzinę.   Opowiedział   o   liście,   rymowankach, 

groźbach i stawce w tej grze. Opisał Wergil, Merlina i jego fałszywe biuro. Starał się nie 
pominąć  żadnego  szczegółu, wspomniał  o tym,  że wyczyszczono  mu  konta, i o dwóch 
spotkaniach z detektyw Riggins. Opowiedział o Zimmermanie i bezpodstawnym oskarżeniu 
o molestowanie  seksualne.  Na  zakończenie   zwierzył  się,  jakie  wrażenie  zrobiły  na  nim 
zdjęcia młodych krewniaków, które pokazała mu Wergil. Potem utkwił wzrok w leciwym 
terapeucie.

–Zdumiewające – powiedział w końcu doktor Lewis, wzdychając głęboko. – Wydaje 

mi   się,   że   najważniejsze,   Ricky,   jest   tu   pytanie,które   postawił   ci   Rumpelstilskin:   czy 
odbierzesz sobie życie, żeby uratować drugiego człowieka?

Ricky był zaskoczony.
–Nie jestem pewny… – wybełkotał. – Raczej nie rozważałem takiej możliwości.
Doktor Lewis poprawił się w fotelu.
To pytanie wcale nie jest takie bezsensowne – dodał. – Zdaje mi się, że pozostaje ci 

prosty wybór: Czy uda ci się wygrać? Czy ustalisz w ciągu pozostałych ci kilku dni, kim jest 
Rumpelstilskin? A jeśli nie, czy zabijesz się, by ratować bliźniego?

Nie sądzę… – zaczął Ricky, ale przerwał.
Doktor Lewis spojrzał na niego i wzruszył ramionami.
Przykro mi. Oczywiście nie rozważałeś takiej możliwości świadomie. Ale ciekaw 

jestem, czy w podświadomości nie zadawałeś sobie tych właśnie pytań i czy to nie w ich 
rezultacie postanowiłeś mnie odszukać.

Potrzebuję pańskiej pomocy – wyjaśnił Ricky. – Muszę zagłębić się w czasy, kiedy 

matka Rumpelstilskina była moją pacjentką. Podejrzewam, że spotykałem się z nią w czasie, 
w którym przychodziłem do pana na psychoanalizę. Musiałem o niej wspominać podczas 
naszych sesji. Potrzebuję płyty rezonansowej. Kogoś, kto ożywi wspomnienia.

Doktor Lewis kiwnął głową.
–To całkiem rozsądna prośba i dobre wyjście. Nie jestem dla ciebie zbyt okrutny? Z 

wiekiem zrobiłem się zgryźliwy. Oczywiście, że ci pomogę. Ale uważam, iż dodatkowo 
warto zagłębić się w twoją teraźniejszość. A może i przyszłość. By wygrać w tej grze, 
musisz stać się bardziej dalekowzroczny od swego przeciwnika.

–Ale jak mam…
Doktor Lewis wstał.
Zastanowimy   się   nad   tym   przy  skromnej   kolacji,   wieczór   jest   jeszcze   młody.   – 

Uśmiechnął się. – Oczywiście bierzesz pod uwagę pewną możliwość.

Niby jaką? – zdziwił się Ricky.
To jasne, że ten cały Rumpelstilskin planował swój odwet miesiącami, a może nawet 

latami.

Zapewne.
W takim razie – wycedził doktor Lewis – dlaczego nie zakładasz, że przeciągnął 

mnie na swoją stronę, powiedzmy groźbami lub naciskami. A może mnie opłacił? Dlaczego 
uważasz, że jestem twoim sprzymierzeńcem, Ricky?

Starszy pan skinął ręką, by Starks poszedł za nim do kuchni, zamiast odpowiadać na 

ostatnie pytanie.

background image

Na rozkładanym stole pośrodku kuchni nakryto dla dwóch osób. Dzbanek wody z 

lodem stał na blacie. Doktor Lewis przemierzył kuchnię, by wyjąć z piekarnika zapiekankę. 
Postawił ją na opatrzonej nóżkami podstawce, a następnie sięgnął do lodówki po sałatkę. 
Nucił coś pod nosem, kończąc nakrywać stół.

–Siadaj, Ricky. Upichciłem kurczaka. Częstuj się, proszę.Ricky był onieśmielony. 

Sięgnął po dzbanek i nalał sobie wody do smukłej szklanki.

A zrobił to? – spytał nieoczekiwanie.
Niby co?
Czy Rumpelstilskin był u pana? Czy bierze pan w tym udział? Doktor Lewis usiadł, 

precyzyjnie   wygładził   serwetkę   na   kolanach,   a   następnie   nałożył   sobie   dużą   porcję 
zapiekanki i sałatki, nim odpowiedział:

Powiedz mi, Ricky – rzekł powoli – co by to zmieniło?
Chciałbym   mieć   pewność,   że   jest   pan   po   mojej   stronie.   Staruszek   pokręcił 

niespiesznie głową.

–Wcale nie. Wystarczy ci pewność, że pragnę ci pomóc. Moje motywy nie mają 

znaczenia. Może Rumpelstilskin ma na mnie jakiegoś haka. A może nie ma. Jedz, proszę. 
Przed nami długa noc.

Obaj lekarze jedli posiłek we względnej ciszy. Zapiekanka była smakowita. Na deser 

pojawiła się domowa szarlotka ze szczyptą cynamonu i czarna kawa.

Doktor   Lewis   zaniósł   naczynia   do   zlewu.   Dolał   sobie   kawy   i   gestem   zaprosił 

Ricky'ego z powrotem do gabinetu. Usiedli naprzeciwko siebie jak poprzednio.

–Od czego chcesz zacząć, Ricky?
Starks   opanował   się,   choć   irytowała   go   nie   jednoznaczność   zachowań 

psychoanalityka.

Chcę sięgnąć do okresu sprzed dwudziestu trzech lat. Kiedy zjawiłem się u pana po 

raz pierwszy.

Byłeś wówczas pełen entuzjazmu i doskonale znałeś teorię.
Sądziłem, że uda mi się w pojedynkę zbawić świat od rozpaczy i obłędu.
–I co, udało się?
Nie. Przecież pan wie. To nigdy nie wychodzi.
Ale uratowałeś kilka osób?
Ricky chciał zachować dla siebie odpowiedź, która nasunęła mu się jako pierwsza, 

ale nie zdołał.

Nie udało mi się uratować kogoś, na kim mi najbardziej zależało. Leciwy terapeuta 

uniósł nieco brwi.

Jak się domyślam, mówisz o swojej żonie?
Tak,   o   niej.   Poznaliśmy   się.   Pokochali.   Byliśmy   nierozłączni   przez   wiele   lat. 

Zachorowała. Zmarła. Koniec. To nie ma z nią żadnego związku.

Oczywiście, że nie – powiedział doktor Lewis. – Ale kiedyście się poznali?
Zaczęliśmy się spotykać jeszcze podczas mojej terapii u pana. Pewnie pan pamięta.
Jasne. Gdzie pracowała?

background image

Była prawnikiem. Kiedy się poznaliśmy, właśnie trafiła do kancelarii obrońców z 

urzędu na Manhattanie.

Rozumiem.   A   więc   broniła   przestępców.   Teraz   depcze   ci   po   piętach   ktoś,   kto 

prawdopodobnie jest przestępcą, i uważasz, że obie sprawy nie mają ze sobą nic wspólnego?

Ricky już otwierał usta, ale się nie odezwał. Zmroziła go ta uwaga.
–Rumpelstilskin nie mówił nic…
–Tylko głośno myślę – zastrzegł się doktor Lewis, unosząc dłoń w powietrzu.
Zapadła cisza. Ricky wspominał siebie jako młodego energicznego człowieka, przed 

którym świat stał otworem.

W czasie naszej terapii, doktorze, spotykałem się z pacjentami w trzech miejscach: w 

poradni przy Prezbiteriańskim Szpitalu Kolumbia, przez krótki czas z ciężko upośledzonymi 
w Bellevue…

Tak   –   kiwnął   głową   doktor   Lewis.   –   Studia   kliniczne.   O   ile   sobie   dobrze 

przypominam, miałeś awersję do umysłowo chorych.

Miało go to sprowokować, ale Ricky nie podjął rękawicy.
–A później było dwunastu-osiemnastu pacjentów, którzy przycho dzili do mnie na 

pierwsze   sesje   psychoanalityczne.   O   tych   wszystkich   przypadkach   słyszał   pan   podczas 
mojej terapii.

–Tak. Tak. Zgadza się.
Ricky odchylił się do tyłu.
Trzeba wykreślić wszystkich pacjentów z Bellevue, bo byli zbyt  upośledzeni, by 

wśród   nich   mógł   się   znaleźć   ktoś   na   wskroś   zły.   Zostają   w   takim   razie   moi   prywatni 
pacjenci i ci z poradni.

Zacznijmy więc od poradni.
Ricky przymknął na chwilę oczy, starając się przywołać wspomnienia. Przyszpitalna 

poradnia składała się z ciasnych gabinecików na parterze potężnego szpitala, nieopodal izby 
przyjęć. Większość pacjentów pochodziła z Harlemu lub południowego Bronxu. Byli to 
głównie biedni, umęczeni robotnicy, sytuujący się między klasą średnią a bezdomnymi – ich 
zdrowiem psychicznym nikt się nie zajmował. A przecież mieli problemy jak najbardziej 
realne; stykał się z narkomanią, wykorzystywaniem seksualnym i biciem. Widział wiele 
samotnych matek porzuconych przez mężów, z nieczułymi dziećmi o zimnych oczach, dla 
których szczytem kariery mogło być wstąpienie do ulicznego gangu.

Wszyscy   ludzie,   z   którymi   stykałem   się   w   poradni,   byli   w   jakiś   sposób 

poszkodowani   –   powiedział   Ricky.   –   Wywodzili   się   z   marginesu   społecznego. 
Przypuszczam, że poszukiwana przeze mnie osoba nie należała do nich, lecz do pierwszych 
pacjentów, którzy zgłosili się do mnie na psychoanalizę. Powinienem chyba szukać w tej 
grupie. Rumpelstilskin zdradził mi, że chodzi o jego matkę. Wtedy jednak posługiwała się 
swoim panieńskim nazwiskiem – dodał.

Interesujące – skinął głową doktor Lewis. W jego oczach jarzyła się ciekawość. – Ile 

miałeś niezamężnych kobiet wśród swoich pacjentek?

Ricky namyślił się i wyszperał w pamięci garstkę osób.
–Siedem.
Siedem kobiet. Miały od dwudziestu do trzydziestu paru lat. Wszystkie, jak to się 

mówi, robiły kariery – pracowały w biznesie, w finansach, były sekretarkami dyrektorów 

background image

lub prawniczkami.

Powoli wracały we wspomnieniach głosy i słowa wypowiadane w jego gabinecie. 

Ważne momenty, przełomy, chwile zrozumienia – wszystko wypływało na powierzchnię 
dzięki   pytaniom   leciwego   terapeuty,   który   przycupnął   na   brzeżku   fotela   jak   kruk.   Noc 
spowiła   wszystko   poza  niewielkim   pokojem  i  światem   wspomnień  Ricky'ego.  Nie  miał 
pojęcia, ile minęło czasu, ale czuł, że jest już bardzo późno. Raptem przerwał, nie kończąc 
wątku. W oczach doktora Lewisa płonęła zdumiewająca energia.

Nie ma jej wśród nich, prawda, Ricky? – spytał nagle.
Ale właśnie te kobiety przychodziły do mnie na terapię… – odparł bezradnie. …

która przyniosła większe lub mniejsze efekty. Nie przypominasz sobie żadnych porażek, 
Ricky? W tym kierunku musisz podążyć, szukając związku z Rumpelstilskinem. Na pewno 
nie w swoich sukcesach.

To pewnie możliwe, ale niby jak…
Mam wrażenie, że grupa pacjentów z poradni zajmuje w twoich wspomnieniach 

podrzędne miejsce. Bo byli ubożsi? Mniej wykształceni? Być może oni nie wryli się zbyt 
głęboko w pamięć młodemu doktorowi Starksowi.

Ricky   powstrzymał   się   od   odpowiedzi,   ponieważ   dostrzegł   w   słowach   staruszka 

zarówno prawdę, jak i cień uprzedzenia.

Kto przychodził, ale przerwał leczenie, Ricky?
Nie wiem.
Z kim odbyłeś piętnaście sesji?
Piętnaście? Czemu akurat tyle?
A ile dni dał ci ten cały Rumpełstilskin na rozszyfrowanie jego tożsamości?
Piętnaście.
Dwa tygodnie i jeszcze dzień. Powinieneś był zwrócić większą uwagę na tę liczbę, 

Ricky, bo może być ważna. Czego on od ciebie oczekuje?

Mam się zabić.
Więc kto pojawił się u ciebie piętnaście razy, a następnie popełnił samobójstwo?
Ricky'emu zakręciło się w głowie, poczuł, jak narasta mu ból pod czaszką. Czemu 

nie przyszło mi to na myśl, zastanawiał się gorączkowo. Przecież to takie oczywiste.

Nie wiem… – znów wybełkotał.
Ależ wiesz – rzeki starszy pan z lekkim zniecierpliwieniem. – Tylko wypierasz to ze 

świadomości. – Wstał po tych słowach. – Późno już, rozczarowałeś mnie. Posłałem ci łóżko 
w   pokoju   gościnnym.   Po   schodach   w   prawo.   Może   rano,   kiedy   wszystko   przetrawisz, 
dojdziemy w końcu do jakichś wiążących wniosków.

Musi mi pan jeszcze pomóc – powiedział słabo Ricky.
Już   dość   ci   pomogłem   –   odparł   doktor   Lewis.   Zdecydowanym   ruchem   wskazał 

gościowi schody.

Schludna sypialnia była urządzona ze smakiem, a swoją sterylnością przypominała 

nieco pokój hotelowy. Ricky domyślał się, że była rzadko używana. Przy łóżku nie piętrzyły 
się sterty kolorowych magazynów, na ścianach nie wisiały rodzinne fotografie.

Ricky  rozebrał  się  do  bielizny  i  padł  na łóżko.  Był  wypompowany,   ale  sen nie 

przychodził. Odgłosy świerszczy i trzepot ciem, które od czasu do czasu obijały się o okno, 

background image

brzmiały głośniej niż miejski harmider. Wsłuchał się we wszystkie te dźwięki i wtedy gdzieś 
z oddali doszedł go przytłumiony głos doktora Lewisa. Ricky starał się skupić. Leciwy 
terapeuta złościł się na coś, mówił szybko podniesionym głosem. Ricky na próżno wysilał 
słuch, by odróżnić poszczególne słowa. W końcu usłyszał, bez wątpienia, trzask odkładanej 
słuchawki.

Ani się spostrzegł, jak zapadł w sen, obudziły go dopiero jasne promienie słońca na 

twarzy. Był  wymarzony letni poranek, ale Ricky'ego przepełniała gorycz rozczarowania. 
Łudził się nadzieją, że dawny terapeuta naprowadzi go na odpowiednie nazwisko. A jeśli 
nawet spostrzeżenia doktora Lewisa były trafne, pomyślał sobie teraz, wciąż nie potrafił 
przywołać z pamięci rzeczywistości, w której żyła owa kobieta. Dotarło do niego w końcu, 
że zbyt szybko skreślił gorzej sytuowane pacjentki, widywane w poradni psychiatrycznej.

Ubrał się, ochlapał twarz wodą i chwyciwszy marynarkę, zbiegł po schodach. Poczuł 

przypływ nowej energii na myśl, że z pomocą doktora Lewisa rozbije mur, za którym kryły 
się tłumione wspomnienia, i wszystko wróci z siłą wodospadu.

Zajrzał   do   gabinetu,   szukając   gospodarza,   pokój   był   jednak   pusty.   Przemierzył 

centralny korytarz wiejskiego domku w kierunku kuchni, skąd rozchodził się aromat kawy. 
Tu również nie było doktora.

Na   rozgrzanej   płycie   stał   dzbanek   świeżej   kawy,   nieopodal   czekała   na   niego 

filiżanka. Oparto o nią złożoną kartkę papieru z jego imieniem. Odczytał list.

Ricky,
Dostałem   nieoczekiwane   wezwanie   i   raczej   nie   wrócę   przed   upływem   Twego 

terminu.   Uważam,   że   powinieneś   zbadać   obszar,   którego   zaniechałeś,   a   nie   ten,   który 
zgłębiasz. Zastanawiam się, czy wygrywając tę grę, nie przegrasz jej zarazem, i odwrotnie, 
przegrywając, nie wygrasz. Rozważ uważnie wszystkie możliwości. I bardzo Cię proszę, nie 
kontaktuj się już nigdy ze mną pod żadnym pozorem.

Dr W. Lewis Ricky zatoczył się, jakby ktoś wyrżnął go w twarz. Złapał się krawędzi 

blatu, by nie stracić równowagi. Wówczas dobiegł do niego warkot samochodu zbliżającego 
się po żwirowym podjeździe.

W pierwszej chwili pomyślał, że doktor Lewis wraca, by mu wszystko wytłumaczyć, 

podbiegł więc do drzwi frontowych. Zdziwiło go to, co ujrzał.

Do domu zbliżała się ta sama taksówka, która przywiozła go wczoraj z dworca. 

Kierowca pomachał do niego i opuścił szybę.

–Witaj, doktorku, jak się pan miewa? Musimy ruszać w drogę, jeśli chce pan zdążyć 

na pociąg. Następny będzie dopiero późnym popołudniem.

Ricky spytał po chwili wahania:
Skąd pan wiedział, że trzeba mnie odwieźć? Przecież nie wzywałem pana.
Ktoś pana wyręczył. Dostałem wiadomość na pager, bym tu szybko przyjechał po 

doktora Starksa, żeby zdążył  na pociąg o dziewiątej  piętnaście.  Wdusiłem więc gaz do 
dechy i oto jestem, ale jeśli się nie pospieszymy, pociąg ucieknie.

Ricky nie wiedział przez chwilę, co robić. Miał wyrzuty sumienia, że zostawia dom 

otwarty na oścież. Machnął jednak na to ręką i zajął tylne siedzenie.

–Dobra – powiedział. – Jedźmy.
Kierowca ruszył jak z kopyta, spod kół wyprysnął żwir.
W   kilka   minut   byli   już   na   skrzyżowaniu   u   zbiegu   drogi   dojazdowej   do   mostu 

Kingston-Rhinecliff nad rzeką Hudson oraz River Road. Nowojorski policjant na środku 

background image

drogi kierował ruch na prawo. Taksówkarz otworzył okno i zawołał do policjanta:

–Panie władzo! Chciałbym przejechać. Spieszymy się na pociąg!Policjant potrząsnął 

głową.

Nie   ma   mowy.   Droga   jest   zablokowana   niecały   kilometr   stąd.   Trzeba   jechać 

objazdem. Jakiś staruszek zagapił się na rozjeździe. Niemal owinął się wokół drzewa. Być 
może dostał zawału i zemdlał za kierownicą. Żyje? – spytał taksówkarz.

Policjant potrząsnął głową, dając do zrozumienia, że nie wie.
–Pogotowie   pojechało   już   na   miejsce   wypadku.   Dzwonili   po   straż   pożarną   ze 

szczękami do rozwierania wraków.

Ricky gwałtownie nachylił się do przodu.
Jaki to samochód?
Stare niebieskie volvo – odparł policjant i dał znak taksówkarzowi, żeby jechał. 

Kierowca ruszył.

Muszę to koniecznie zobaczyć! – rozgorączkował się Ricky. – Ten samochód…
Jeśli tam pojedziemy, ucieknie panu pociąg.
Ale ten samochód… Doktor Lewis jeździ starym niebieskim volvo.
Mnóstwo tu takich wozów. – Ale to nie…
Gliny   i   tak   pana   tam   nie   wpuszczą.   A   nawet   jeśli,   to   co   pan   zrobi?   Ricky   nie 

wiedział, co odpowiedzieć. Opadł na siedzenie.

Niech   pan   wraca   do   miasta.   Zadzwoni   pan   od   siebie   na   posterunek   policji   w 

Rhineback. Powiedzą panu, co i jak. No chyba, że chce pan jechać do szpitala, ale nie radzę. 
Kręciłby się pan po oddziale intensywnej opieki medycznej, wiedząc niewiele więcej niż 
teraz. Nie spieszy się pan nigdzie?

Spieszę – odparł Ricky, choć wcale nie był tego pewien.
Ten gość w niebieskim volvo to pana bliski przyjaciel?
Nie – odparł Ricky. – Żaden tam przyjaciel. Po prostu go znałem. A przynajmniej 

wydawało mi się, że znam.

No dobra – zdecydował taksówkarz. – Jedziemy.
Znów przyspieszył i przejechał na żółtym świetle. Ricky opadł na siedzenie i jeszcze 

raz spojrzał przez tylną  szybę,  w kierunku, gdzie wydarzył  się wypadek.  Choć wytężał 
wzrok, nie dostrzegł błyskających kogutów, choć nastawił uszu, nie słyszał syren.

Przybył   na   dworzec   tuż   przed   odjazdem   pociągu.   Na   peronie   czekała   nieliczna 

garstka pasażerów, którzy wybierali się do Nowego Jorku rankiem w środku tygodnia. Kilku 
biznesmenów   rozmawiających   przez   komórki,   trzy   kobiety,   zapewne   planujące   zakupy, 
kilkoro nastolatków w dżinsach – nikt więcej.

Wagon świecił pustkami. Ricky poszedł na sam jego koniec, ulokował się w rogu i 

od razu odwrócił głowę, by wyglądać przez okno na rzekę Hudson.

Czul   się   jak   odcięta   od   dna   boja,   dryfująca   bezwolnie,   narażona   na   wszelkie 

niebezpieczeństwa.   Coś   blokowało   wspomnienia,   które   naprowadziłyby   go  na   właściwy 
trop. Właściwa pacjentka, właściwa relacja wciąż były poza jego zasięgiem, choćby nie 
wiem jak bardzo wytężał umysł.

Ale   jednego   był   już   pewien.   Jego   życiowe   osiągnięcia   nie   miały   z   tym   nic 

wspólnego.   Błąd,   który   stał   się   motorem   działania   Rum-pelstilskina,   musiał   popełnić, 

background image

stawiając pierwsze kroki w zawodzie. Szybko zrezygnował z trudnego i niewdzięcznego 
leczenia   życiowo   upośledzonych,   by   zająć   się   znacznie   intratniejszymi   terapiami 
znerwicowanych   bogaczy.   Zdenerwował   się,   kiedy   to   do   niego   dotarło.   Młodym 
mężczyznom zdarzają się pomyłki. W każdym zawodzie. Teraz był dojrzały i nie popełniłby 
już tamtego błędu, cokolwiek to było. A jednak miał odpowiadać za coś, co przytrafiło mu 
się ponad dwadzieścia lat temu.

W ciągu całej drogi wyglądał przez okno. Na kolejnych stacjach ledwie unosił wzrok 

i nieco poprawiał się na miejscu. Ostatnią stacją przed miastem było Croton-on-Hudson, 
jakieś   pięćdziesiąt   minut   od   dworca   Pensylwania.   W   pociągu,   w   dziewięćdziesięciu 
procentach pustym, było mnóstwo wolnych miejsc, Ricky zdziwił się więc, gdy zza jego 
pleców wyłonił się jakiś pasażer i zajął miejsce tuż obok, opadając z głuchym klapnięciem.

Ricky odwrócił głowę i zdumiał się.
–Witam, doktorze – powiedział żwawo mecenas Merlin. – Wolne miejsce?

 

background image

  SZEŚĆ

   Merlin oddychał z wysiłkiem, jak ktoś, kto musiał przebiec ostatnie pięćdziesiąt metrów, 
by zdążyć na pociąg. Czoło rosił mu pot, sięgnął więc do wewnętrznej kieszeni marynarki 
po białą batystową chusteczkę, by otrzeć sobie twarz.

–Ledwie zdążyłem – wysapał z 

trudem. – Muszę koniecznie popracować nad kondycją.

Ricky wziął głęboki oddech, nim spytał:
–Co pan tu robi?
Prawnik   skończył   wycierać   twarz   chusteczką,   a   następnie   rozprostował   ją 

precyzyjnie   na   kolanach,   wygładził,   złożył   i   schował   do   kieszeni   na   piersi.   Postawił 
aktówkę i wodoodporny sportowy worek przy nogach. Odchrząknął i odpowiedział:

Jak to co? Chcę panu dodać otuchy, doktorze Starks. Otuchy.
Okłamał mnie pan wtedy. Pojechałem pod nowy adres kancelarii. Nikt tam o panu 

nie słyszał. Kim pan jest?

Prawnik zbaraniał.
Był pan w mojej nowej kancelarii?
Tak. Nie wierzyłem, że jest pan tym, za kogo się podaje, a kiedy zjawiłem się pod 

adresem podanym na pańskiej wizytówce…

Dałem panu wizytówkę? – Merlin potrząsnął głową. – W dniu przeprowadzki? To 

wiele   wyjaśnia.   Pierwsza   partia   wizytówek   z   drukarni   miała   błędny   adres,   niestety 
zorientowałem się dopiero po jakimś czasie. Nowe biuro mieści się przecznicę dalej.

Nie wierzę panu – powtórzy! Ricky. – Wie pan co, panie Merlin? W tym pociągu 

jest pod dostatkiem wolnych miejsc. – Wskazał ręką świecący pustkami wagon. – Niech się 
pan przesiądzie i zostawi mnie w spokoju.

Merlin ani drgnął.
To byłoby nieroztropne – rzekł przeciągle.
Może nie mam już ochoty zachowywać się roztropnie – odparł Ricky. – Może lepiej 

jest działać bez rozwagi.

Prawnik uśmiechnął się.
–Ależ doktorze Starks, czyżbym słyszał brzmiącą w pańskim gło sie bezradność?
Ricky nie zareagował. Powiedział za to:
–Może w końcu przekaże mi pan tę wiadomość? Przecież po to pan tu jest? Jako 

posłaniec. Więc o co chodzi?

–O pośpiech, doktorze. O tempo. Szybkość.-Po co?
–Musi pan postawić drugie pytanie  w jutrzejszej gazecie. Trzeba się pospieszyć. 

Czas nagli.

Merlin sięgnął  po teczkę  i położył  ją sobie na kolanach. Kiedy otworzył,  Ricky 

dostrzegł laptopa, kilka skoroszytów z szarego papieru oraz telefon komórkowy. Był w niej 
także stalowoniebieski półautomatyczny pistolet. Prawnik odsunął na bok broń i wziął do 
ręki telefon. Otworzył klapkę i zwrócił się do Ricky'ego.

background image

Czy od rana nie chodzi panu po głowie pewne pytanie? Ricky nie odrywał oczu od 

pistoletu.

To znaczy?
Co pan widział w drodze na stację?
Na twarzy Ricky'ego nie drgnął żaden mięsień, głos miał metaliczne brzmienie.
Wypadek.
Jest pan tego pewny, doktorze?
Merlin wystukał jakiś numer i przekazał Ricky'emu telefon.
–Proszę zadać swoje pytanie. Wystarczy nacisnąć przycisk „Zadzwoń".
Ricky wahał się, ale w końcu wziął telefon i połączył się. Po jednym sygnale w 

słuchawce usłyszał:

–Policja stanowa, Rhinebeck. Posterunkowy Johnson. W czym mogę pomóc?
Ricky nie odzywał się, więc posterunkowy powtórzył.
–Policja stanowa.Halo?
W końcu wykrztusił:
Halo. Tu doktor Frederick Starks.
Dziś  rano,   kiedy  jechałem   wzdłuż   River   Road  na   stację   kolejową,   wydarzył   się 

wypadek. Martwię się, czy nie został w nim poszkodowany mój znajomy.

Dziś rano? – zdziwił się posterunkowy.
Zgadza się – potwierdził Ricky. – Niecałe dwie godziny temu.
Pan wybaczy, doktorze, ale dziś rano nie zgłoszono żadnego wypadku.
Ricky siadł prosto jak struna.
–Przecież widziałem… niebieskie volvo.
–Dzisiaj wykluczone. Mam dyżur przy telefonie od szóstej rano,więc odbierałem 

wszystkie zgłoszenia. Jest pan pewien, że pan to widział?

Ricky gwałtownie zaczerpnął powietrza.
Musiało mi się zdawać. Dziękuję, panie posterunkowy.
Nie   ma   sprawy   –   odparł   mężczyzna   i   rozłączył   się.   Ricky'emu   zakręciło   się   w 

głowie.

Przecież   na   własne   oczy   widziałem   policjanta.   Kierował   ruch   objazdem   i 

powiedział… „Powiedział", co za zwrot. On coś powiedział, a pan mu uwierzył na słowo. 
Zobaczył pan mężczyznę w mundurze funkcjonariusza policji stanowej i uznał pan, że to 
policjant. A widział pan karetkę? Straż pożarną? Czy wyły syreny?

–Nie.
–Więc na podstawie słów jednego człowieka założył pan, że zdarzył się wypadek i 

nie sprawdzał pan już dalej? Uznał pan, iż ma ważniejsze sprawy niż upewnienie się, czy 
ktoś nie potrzebuje pańskiej pomocy. – Merlin uśmiechnął się irytująco, jak ktoś, kto trzyma 
w ręku wszystkie asy. – A może warto zadzwonić do znajomego? Upewnić się, że nic mu 
nie jest.

Ricky   pospiesznie   wybrał   numer   doktora   Lewisa.   Przez   długą   chwilę   nikt   nie 

odbierał. Nim zdążył cokolwiek powiedzieć, odezwał się prawnik.

background image

–Skąd pan wie, że ten dom faktycznie należał do doktora Lewisa?– spytał Merlin. – 

Czy widział pan coś, co bezpośrednio łączyło poczciwego doktora z tym budynkiem?

Ricky   skupił   myśli.   Pokój,   w   którym   spędzili   większość   nocy,   był   typowym 

gabinetem. Na pólkach stały książki. Krzesła. Lampy. Dywany. Nie przypominał sobie nic 
charakterystycznego. Kuchnia była jak każda inna. Pokój gościnny wręcz sterylny.

Nie odzywał się.
Merlin odsapnął głęboko.
–Pozwoli pan, doktorze, na krótkie podsumowanie. Może pan być pewien tylko tego, 

że spędził kilka godzin w towarzystwie lekarza,którego znal pan przed laty. Nie wie pan, 
czy był to jego dom ani czy starszy pan uległ wypadkowi. Nie ma pan też pewności, czy 
pański dawny znajomy żyje, czy też nie, prawda?

Ricky zaczął odpowiadać, ale zamilkł.
Merlin ciągnął, obniżając głos:
Oj Ricky, Ricky. Czy dziś rano zdarzył się wypadek? – Nie.
Jest pan pewien?
Przecież rozmawiałem przed chwilą z policją stanową. Posterunkowy powiedział, 

że…

Skąd pan wie, że to była policja? Przecież to ja wybrałem numer i przekazałem panu 

słuchawkę.   Może   pański   przyjaciel   doktor   Lewis   spoczywa   teraz   w   kostnicy   hrabstwa 
Dutchess.

–Ale…
Gubi się pan, Ricky, tyle powiem.
No dobrze – rzucił ostro Starks. – Więc o co chodzi?
Prawnik   przymrużył   nieco   oczy,   jakby   zirytowany   bezceremonialnym   pytaniem 

Ricky'ego. Wskazał wodoodporny worek przy swoich nogach.

–Może wcale nie było wypadku, doktorze, ale mam tu jego uciętą głowę. Kto wie, 

Ricky?

Starks cofnął się gwałtownie ze zdumienia.
–Czy to możliwe, Ricky? – drażnił się z nim jadowicie prawnik,sycząc jak wąż.
Ricky   opuścił   wzrok   na   torbę   –   najzwyklejszy   worek   na   ramię,   pozbawiony 

całkowicie cech szczególnych, mogących zdradzić jego zawartość. Był dostatecznie duży, 
by zmieściła się w nim ludzka głowa, a przy tym wodoodporny, zatem zabezpieczony przed 
powstaniem jakichkolwiek plam czy zacieków.

Spojrzał znów na Merlina.
Możliwe – wyszeptał.
To ważne, byś  zrozumiał,  że wszystko  jest możliwe,  Ricky.  Można upozorować 

wypadek samochodowy; można wyczyścić konta bankowe; można zabić krewnego. Musisz 
działać!

Głos mu drżał, gdy zadawał kolejne pytanie:
Nie znacie żadnych granic? Merlin potrząsnął głową.
Absolutnie żadnych. Ricky poprawił się na miejscu.

background image

–Załóżmy – powiedział Merlin cicho, lekko ochrypłym głosem -że wyszedłbym w 

tej chwili z przedziału. Zostawiłbym pana z torbą i jej zawartością…

Znów się uśmiechnął. Opuścił rękę i odwrócił nieco torbę, by ukazały się inicjały 

F.A.S. na górze. Frederick A. Starks. Ricky wpatrywał się w litery.

–Nie sądzisz, że torba została kupiona za pomocą jednej z twoich kart kredytowych, 

nim wszystkie zostały unieważnione? Jasne, że mogę zabrać ze sobą worek. A ty udasz, że 
nie widziałeś go na oczy.

–Jak…
Zadaj swoje drugie pytanie. Dzwoń natychmiast do „Timesa".
Nie jestem pewien, czy…
Teraz, Ricky. – Dla podkreślenia swoich słów Merlin zaczął wystukiwać numer na 

komórce.   –   Proszę   –   powiedział   –   wybrałem   ci   numer   działu   ogłoszeń   drobnych   w 
„Timesie". Zadaj pytanie!

Wziął   od   Merlina   słuchawkę.   Uzyskał   błyskawiczne   połączenie   z   kobietą,   która 

przyjmowała od niego zlecenie w zeszłym tygodniu.

–Mówi doktor Starks – powiedział powoli. – Chcę umieścić na pierwszej stronie 

kolejne ogłoszenie.

Myślał intensywnie, starając się ubrać swoje myśli w słowa.
Poznaję pana, doktorze. Jak idzie gra? – spytała kobieta.
Przegrywam – wyznał Ricky.  A po chwili dodał: – Właśnie to chcę umieścić w 

ogłoszeniu. – Zawiesił głos i wziął głęboki oddech.

Dwadzieścia lat temu to było, Wielu biedaków w szpitalu się leczyło.
Czy odchodząc do lepszej roboty, Zgotowałem ci żywot sieroty?
I gdy inną poszedłem drogą, Twoja matka skończyła z sobą?
Panienka z gazety powtórzyła treść i zauważyła:
Bardzo niezwykła wskazówka jak na taki konkurs.
Bo to niezwykła  gra – odpowiedział Ricky.  Podał jej ponownie swój adres, pod 

który miała wysłać rachunek, i rozłączył się.

Merlin pokiwał głową. – Świetnie – pochwalił. – Bardzo sprytnie, zważywszy na to, 

że działasz pod wpływem stresu. Masz wiele zimnej krwi, doktorze Starks.Znacznie więcej, 
niż sądziłeś.

Pociąg docierając do stacji, nieoczekiwanie wjechał do tunelu. zostawiając za sobą 

południowe słońce. Za oknem przemykały ciemne tory, pociągi i betonowe filary. Ricky 
pomyślał, że tak właśnie jest w grobie.

Merlin podniósł się z miejsca, gdy tylko pociąg zaczął hamować.
–Czytujesz   nowojorskie   „Daily   News",   Ricky?   Nie   sądzę,   bo   nie   wyglądasz   na 

kogoś, kto sięga po brukowce. Uważam jednak, że skorzystałbyś, przeczytawszy dzisiejsze 
wydanie. Znajdziesz w nim artykuł, który cię niewątpliwie zainteresuje. Koniecznie tam 
zajrzyj.

Machnął   nieznacznie   ręką.   –   Miło   minęła   nam   podróż,   nieprawdaż?   Ani   się 

obejrzeliśmy, a już jesteśmy na miejscu. – Wskazał worek.

A to dla ciebie, doktorze. Prezent.

background image

Merlin obrócił się na pięcie, zostawiając Ricky'ego samego w pustym wagonie.
Serce mu waliło i drżały dłonie. Schylił się, by podnieść worek z ziemi. Czuł się 

słabo. Powoli otworzył długi suwak u góry. Odsunął klapkę i zajrzał do środka.

Wewnątrz worka leżał wielki melon.
Odetchnął z ulgą, świat wrócił na swoje miejsce.
Zamknął worek i wstał.
Zarzucił   go   na   ramię   i   ruszył   peronem.   Miał   przed   sobą   budynek   dworca 

Pensylwania, powoli zbliżał się do blasku dworcowych świateł. Po drodze dostrzegł kątem 
oka   bagażowego   przycupniętego   na   wózku   i   zatopionego   w   lekturze   „Daily   News". 
Mężczyzna rozłożył gazetę, Ricky'emu zaś rzucił się w oczy krzykliwy tytuł na pierwszej 
stronie. „Potrącona przez samochód, detektyw policji transportu miejskiego w śpiączce".

Opadł na twardą drewnianą ławkę pośrodku dworca z egzemplarzem „Daily News" 

na kolanach. Każde kolejne słowo, które czytał, gnało przez jego umysł  jak pojazd bez 
kontroli,   zdążający   ku   nieuchronnej   katastrofie   Trzydziestoczteroletnia   Joanne   Riggins, 
pracująca jako detektyw w nowojorskiej policji transportu miejskiego, została ubiegłej nocy 
potrącona nieopodal swojego domu, w trakcie przechodzenia przez ulicę. Kierowca zbiegł z 
miejsca zdarzenia. Pani detektyw po przebytej operacji pozostaje w śpiączce na oddziale 
intensywnej   terapii   w   Brooklyń-skim   Centrum   Medycznym.   Stan   jej   zdrowia   nie   jest 
stabilny.   Świadkowie   widzieli   czerwonego   pontiaca   firebird   uciekającego   z   miejsca 
wypadku. Wóz pasuje opisem do samochodu męża, z którym ofiara jest skłócona. Choć 
wozu nie odnaleziono, były mąż został przesłuchany. Twierdzi, że skradziono mu samochód 
poprzedniej   nocy.   Gazeta   podawała   także,   iż   były   mąż   publicznie   rzucał   pogróżki   pod 
adresem żony w ostatnim roku ich małżeństwa.

Wymarzona historia dla brukowca: namiętność, która wymknęła się spod kontroli, 

by doprowadzić do tragedii.

Ricky wiedział, że nie było w tym ani cienia prawdy.
Za kierownicą nie siedział wcale mężczyzna, którego przesłuchała policja. Zmiął i 

cisnął   w   złości   „Daily   News".   Zastanawiał   się,   czy   nie   zadzwonić   do   detektywów 
prowadzących  to śledztwo. Rozważał  telefon do przełożonego Joanne Riggins w policji 
transportu   miejskiego.   Potrząsał   głową,   rosła   w   nim   bezsilność.   Nie   było   najmniejszej 
szansy, myślał, by ktokolwiek wysłuchał tego, co ma do powiedzenia. Nie dopuszczą go w 
ogóle do głosu.

Dźwignął   się   i  poczłapał   na  postój   taksówek,   jakby  był   ranny.   Przy  wejściu   na 

dworzec żebrał jakiś bezdomny. Ricky przystanął i wsypał mu do starego styropianowego 
kubka po kawie wszystkie drobne.

–Dziękuję panu. Dziękuję – zachrypiał mężczyzna. – Bóg zapłać.
Ricky przyglądał się przez chwilę żebrakowi. Zauważył rany na jego dłoniach, twarz 

znaczyły   mu   liszaje   częściowo   ukryte   pod   rzadką   brodą.   Bród,   smród   i   ubóstwo. 
Zdegenerowany przez ulicę i chorobę psychiczną. Mógł mieć równie dobrze czterdzieści, 
jak i sześćdziesiąt lat.

Nic panu nie jest? – zainteresował się Ricky.
Wszystko w porządku, proszę pana. Bóg zapłać. Taki pan hojny.
Skąd pan jest? – spytał.
Bezdomny wlepił w niego wzrok, raptem stał się nieufny.
Stąd – odparł ostrożnie, wskazując swoje miejsce na chodniku.

background image

A gdzie jest pana dom? – pytał dalej Ricky.
Mężczyzna wskazał swoje czoło. Wydało się to Ricky'emu logiczne.
–W takim razie – powiedział Starks – dobrego dnia.-I wzajemnie, proszę pana. I 

wzajemnie. Bóg zapłać.

Odszedł,   zastanawiając   się,   czy   nie   skazał   tego   nieszczęśnika   na   śmierć,   tylko 

dlatego, że zamienił z nim kilka słów. Poszedł do taksówki dręczony myślą, czy każda 
osoba, z którą się kontaktował, stanie się celem jego prześladowcy jak Joanne Riggins, jak 
przypuszczalnie   doktor   Lewis.   Jak   Zimmerman.   Jedna   ranna,   jeden   zaginiony,   jeden 
martwy. Kontakt ze mną jest niebezpieczny, uświadomił sobie.

Trucizna, pomyślał. Jestem jak trucizna.
Przeszedł prawie sześćdziesiąt przecznic dzielących go od domu, nawet nie zdając 

sobie sprawy, że oddycha, jakby przeniósł się w inny wymiar.

Następnie zamknął się w mieszkaniu i opadł na fotel w gabinecie. Nie ruszał się stąd 

do końca dnia i przez całą noc, bał się wyjść, bał się pozostać, bał się wspomnień, bał się 
pustki w głowie, bał się jawy i bał się snu.

Musiał się trochę zdrzemnąć nad ranem, bo kiedy otworzył oczy, za oknem był już 

dzień. Zesztywniał mu kark, trzeszczały wszystkie stawy, jakby oburzone, że spędził noc w 
fotelu.   Wstał   ostrożnie,   udał   się   do   łazienki,   gdzie   spryskał   twarz   wodą,   przez   chwilę 
przyglądał się sobie w lustrze. Napięcie wyżłobiło bruzdy na jego twarzy. Od ostatnich dni 
życia żony nie był tak bliski załamania. „Times" leżał przed drzwiami. Podnosząc gazetę, 
dostrzegł   swoje   pytanie   u   dołu   pierwszej   strony,   obok   ogłoszenia,   w   którym   szukano 
ochotników do przeprowadzenia badań nad impotencją.

Dręczyła go myśl, że musi czekać jeszcze całą dobę na odpowiedź. Zdawał sobie 

sprawę z konieczności działania, nim dostanie kolejną wskazówkę. Została mu już tylko 
wizyta w poradni, gdzie przelotnie pracował przed dwudziestu laty. Ubrał się pospiesznie i 
ruszył do wyjścia. Jednak raptem zatrzymał się przed drzwiami z dłonią na klamce. Poczuł, 
jak   nieoczekiwanie   ogarnia   go   lęk,   a   serce   gwałtownie   przyspiesza.   Wewnętrzny   głos 
domagał się, by nie wychodził, bo nie jest bezpieczny nigdzie poza mieszkaniem.

Doskonale znał te objawy. Leczył wielu pacjentów, którzy mieli podobne napady 

lękowe. Przygryzł wargę, uświadamiając sobie, że leczyć to jedno, a doświadczyć czegoś na 
własnej skórze to drugie. Spowijał go czarny wicher, był przekonany, że umrze, jeśli tylko 
przekroczy próg.

Wiele go kosztowało, by zdobyć się na otworzenie drzwi. Boleśnie odczuwał każdy 

krok. Nim znalazł się na ulicy, cały zlany był potem. Stanął na krawężniku, uniósł dłoń. W 
mgnieniu oka, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, żółta taryfa zatrzymała się przy 
nim, by wysadzić pasażera. Ricky otworzył drzwi przed niewidocznym pasażerem, bo w ten 
sposób od lat zaklepywało się w tym mieście taksówkę. Ze środka wyłoniła się Wergiliusz.

–Dzięki,   Ricky   –   odezwała   się.   Poprawiła   sobie   ciemne   okulary   na   nosie.   – 

Zostawiłam ci gazetę na siedzeniu – dodała.

Bez   słowa   odwróciła   się   i   pospiesznie   odeszła.   Szybko   znikła   za   najbliższym 

rogiem.

–Proszę wsiadać. Gdzie jedziemy? – spytał taksiarz.
Ricky zajrzał do samochodu. Z tyłu leżał złożony bieżący egzemplarz „Timesa". Nie 

myśląc wiele, wsiadł do środka.

–Prezbiteriański Szpital Kolumbia – powiedział. – Proszę stanąć od strony poradni.

background image

Kierowca włączył taksometr i wmieszał się w przedpołudniowy ruch uliczny.
Ricky   sięgnął   po   gazetę.   To,   czego   szukał,   znalazł   na   stronie   A-13.   Wielkie 

drukowane czerwone litery na ogłoszeniu Lorda Taylora głosiły:

Ricky zawęża pole działania,
Bliżej i głębiej drąży bez wahania.
Ambicja i chętka zmian cię omamiła,
Zlekceważyłeś to, co mówiła.
Rzuciłeś ją samotną na pastwę losu,
A ona w samobójstwie odnalazła sposób.
Teraz dziecina, co czyn widziała twój,
Pomści swą matkę, ruszając na bój.
Dziś bogacz, choć niegdyś w niedoli, dopnie teraz swojej woli.
Akta jej leżą wśród innych chorych,
Ale czy zdążysz znaleźć je w porę?
Bo, mój biedny Ricky, tak pryskają sny,
Pozostały siedemdziesiąt dwie godziny gry.
Prościutkie   rymy,   podobnie   jak   poprzednio,   drwiły   z   niego   swoim   dziecięcym 

rytmem odliczanki. Nie było jednak nic dziecięcego w zamysłach Rumpelstilskina. Ricky 
wydarł tę stronę z „Timesa", złożył ją i schował do kieszeni spodni.

Taksówkarz wysadził  go na chodniku przed ogromnym  kompleksem  szpitalnym. 

Ujrzał   w   głębi   bloku   wejście   na   izbę   przyjęć,   nad   którym   wisiała   wielka   tablica   z 
czerwonymi literami. Obok stała karetka. Ricky poczuł, jak mimo letniego upału przebiega 
mu po plecach zimny dreszcz. To była trzecia okazja oglądania tego szpitala: pierwsza, 
kiedy pracował pół roku w poradni, nim zajął się prywatną praktyką; druga, gdy jego żona 
zgłosiła się tu, szukając wszędzie pomocy w swojej daremnej walce o życie; dziś zdarzyła 
się   trzecia   –   wrócił,   by   odszukać   nazwisko   pacjentki,   którą   kiedyś   zlekceważył   lub 
zaniedbał, co groziło mu teraz śmiertelnym niebezpieczeństwem.

W recepcji  archiwum  siedział  brzuchaty pracownik  w średnim  wieku, ubrany w 

jaskrawą   koszulę   z  hawajskim   nadrukiem   i   spodnie   khaki.   Lekko   zbaraniał,   gdy  Ricky 
wyłuszczył mu sprawę.

Jakich dokładnie dokumentów sprzed dwudziestu lat pan potrzebuje, doktorze?
Kart wszystkich pacjentek z tej połowy roku, gdy tu pracowałem – wyjaśnił Ricky.
To trochę potrwa – odparł mężczyzna. – Wpływa tu mnóstwo podobnych próśb.
Ricky miał w portfelu dwieście pięćdziesiąt dolarów. Wyjął dwieście i położył na 

blacie.

–Na zachętę – powiedział. – Niech mnie pan najlepiej przesunie na sam początek 

listy.

Mężczyzna rozejrzał się, a ponieważ nie było nikogo w zasięgu wzroku, zgarnął 

pieniądze z blatu.

–Doktorze – rzekł z lekkim uśmiechem – jestem do pańskich usług.
Wcisnął pieniądze do kieszeni.

background image

Zaprowadził go do niewielkiego metalowego stolika obok archiwum. Stało przy nim 

twarde drewniane krzesło, na którym Ricky usiadł, tymczasem brzuchacz zaczął przynosić 
karty zdrowia. Resztę ranka zajęło wyszukanie odpowiednich 279 kart. Mężczyzna ustawił 
je w stertach na podłodze obok Ricky'ego. Zaopatrzył go także w żółty notatnik i długopis.

Godziny mijały. Czytanie kart przypominało szukanie skarbu na dnie jeziora. Każda 

karta zawierała nazwisko pacjenta, adres, informacje o najbliższym krewnym i ewentualnie 
dane o ubezpieczeniu. Dalej figurowała diagnoza. Miałkie słowa nie były w stanie ukryć 
dramatów osób, które zgłaszały się do poradni: molestowanie seksualne,bicie, narkomania, 
schizofrenia.   Przed   laty   Ricky   przybył   tu   pełen   entuzjazmu,   pragnął   pomagać   biedocie 
miejskiej,   stosując   techniki   psychoanalityczne.   Jego   szczytne   ideały   legły   wszakże   w 
gruzach po upływie około tygodnia.

Już w ciągu pierwszych pięciu dni pacjent przetrząsnął mu biurko w poszukiwaniu 

próbek leków; zaatakował go jakiś dzikus, który słyszał głosy; był także zmuszony wysłać 
kilkuletnią   dziewczynkę   na   oddział   pomocy   doraźnej,   bo   ktoś   przypalił   jej   ramiona 
papierosem. Nie chciała za nic wyjawić, kto taki. Ricky dobrze ją sobie przypominał: mała 
Portorykanka o delikatnych czarnych oczach wyjątkowej urody. Nie miała ubezpieczenia. 
Spotkał się z nią pięć razy, bo tyle dopuszczał oficjalny limit.

Wziął kolejną kartę i zastanowił się, jak to możliwe, że wytrwał tu aż pół roku. Przez 

cały czas  towarzyszyło  mu  poczucie   całkowitej  bezradności.   Spostrzegł   swoje odręczne 
notatki. Wyjął je i starał się powiązać ich treść z nazwiskiem na karcie.

Nieopodal brzuchaczowi spadł z biurka ołówek. Klnąc, schylił się po niego.
Ricky spojrzał, jak prostuje się przed jarzącym się monitorem komputera. I wtedy 

coś   sobie   uświadomił.   Jego   nieznaczne   zgarbienie,   sposób,   w   jaki   się   schylił,   były 
wskazówką, którą powinien był rozszyfrować już w chwili, gdy tamten zgarniał pieniądze. 
Ricky po cichu odsunął się od stołu i zaszedł mężczyznę od tyłu.

Gdzie to jest? – syknął cicho. Mówiąc, chwycił mocno brzuchacza za obojczyk.
Niby co, do cholery?
Gdzie to jest? – powtórzył Ricky dobitnie.
O co panu chodzi? Puszczaj mnie!
Dopiero wtedy, gdy mi powiesz, gdzie to jest – powtórzył Ricky. Trzymał go teraz 

za gardło. – Gdzie to jest?

Zabrali!
Tak już lepiej. Kto taki?
Mężczyzna i kobieta. Raptem dwa tygodnie temu. O co wam, do cholery, chodzi?
Ile ci zapłacili?
Więcej niż pan. Znacznie więcej. Nie sądziłem, że to aż takie ważne. Jedna karta, 

która od dwudziestu lat zarastała kurzem. Myślałem, że nic się nie stanie.

–Zwłaszcza że zarobiłeś na tym. Ile?
Nie chciał się przyznać, ale w końcu wzruszył ramionami.
–Tysiąc pięćset. Setkami.
Suma   nie   wydała   się   Ricky'emu   przypadkowa.   Dwa   tygodnie   i   dzień   w 

studolarowych banknotach. Spojrzał na stosy kart, plując sobie w brodę, że zmarnował tyle 
czasu.

–Zabrali więc kartę i dali ci w łapę, ale ty nie jesteś w ciemię bity,jak by się zdawało, 

background image

prawda?

Brzuchacz zmrużył lekko oczy.
To znaczy?
Pracujesz w tym archiwum nie od dziś i dobrze wiesz, że nie wolno nadstawiać 

karku. Wydałeś tę kartę dopiero po zrobieniu kopii, mam rację?

To prawda, zrobiłem ksero – odparł powoli.
–Dawaj-zażądał Ricky.
Brzuchacz zawahał się.
A ile dostanę?
–Wystarczy, że nie doniosę twojemu przełożonemu.Mężczyzna schylił się i odsunął 

szufladę. Wyjął z niej kopertę, którą podał Ricky'emu.

Proszę – rzekł. – I niech mi pan już da spokój. Ricky zajrzał do środka.
To na pewno ta?
Brzuchacz wyjął z szuflady kolejną, tym razem mniejszą kopertę.
I jeszcze to – powiedział. – Było przyczepione zszywaczem do karty od zewnątrz. 

Nie dałem tego temu gościowi. Sam nie wiem czemu.

A co to jest?
–Raport policyjny i akt zgonu.
Ricky gwałtownie nabrał powietrza.
Czemu kobiecina, która pojawiła się tu w poradni przed dwudziestu laty, stała się 

nagle taka ważna? – spytał obcesowo brzuchacz.

Ktoś popełnił błąd – odparł krótko Ricky.
Wyszedł ze szpitala. Czuł narastające mrowienie w dłoniach. Nie pamiętał, żeby 

kiedykolwiek przedtem użył siły dla osiągnięcia celu. Wystarczały mu słowa – tak było 
dawniej, do otrzymania listu od Rumpelstilskina.

Ruszył   w   kierunku   rzeki   Hudson   przez   rozległy   kompleks   szpitalny.   Niewielki 

skwerek   rozciągał   się   nieopodal   wejścia   do   Harkness   Pavilion,   tutejszego   oddziału 
stworzonego dla bogaczy. Cichy zakątek, gdzie można wygodnie przysiąść na ławeczce i 
zapomnieć o miejskim zgiełku.

Bez problemu znalazł wolną ławkę. Usiadł, kładąc teczkę i kopertę na kolanach. Po 

chwili sięgnął do teczki.

Pacjentką, która zgłosiła się do niego przed dwudziestu laty, była Claire Tyson. Jej 

nazwisko   nic   mu   nie   mówiło.   Nie   kojarzyło   się   z   żadną   twarzą.   Ani   żadnym   głosem. 
Zmroziło go, że nie jest w stanie wykrzesać choćby strzępka wspomnień.

Przeczytał pospiesznie formularz przyjęcia. Kobieta zgłosiła się do poradni w stanie 

ciężkiej  depresji, dodatkowo zdarzały jej  się stany lękowe graniczące  z paniką.  Została 
przyjęta na oddziale pomocy doraźnej, gdzie opatrzono jej stłuczenia i rany. Widać było na 
jej ciele ślady związku z brutalnym mężczyzną, który nie był ojcem trójki jej dzieci. Nie 
posiadała ubezpieczenia zdrowotnego. Na formularzu znalazł się jedynie numer jej zasiłku.

Na drugiej stronie ujrzał swoje pismo. Zmroziły go własne słowa. Były skrótowe, 

lakoniczne, nieskończenie rzeczowe.

Panna Tyson przedstawiła się jako 29-letnia matka trójki dzieci, w wieku 10, 8 i 5 

background image

lat. Twierdzi, że ich ojciec porzucił ją przed kilku laty, gdy znalazł pracę na polu naftowym 
na Południowym Zachodzie. Pracuje w niepełnym wymiarze godzin, ponieważ nie stać jej 
na   opiekunkę   do   dzieci.   Otrzymuje   rządowy   zasiłek,   federalną   pomoc   dla   dzieci   osób 
uzależnionych, bony żywnościowe oraz dofinansowanie czynszu. Twierdzi, że nie może 
wrócić na rodzinną Florydę, bo poróżniła się z rodzicami i ojcem dzieci.

Z klinicznego punktu widzenia, panna Tyson wydaje się kobietą o ponadprzeciętnej 

inteligencji, która bardzo troszczy się o swoje dzieci i pragnie im zapewnić jak najlepsze 
warunki   bytowe.   Posiada   świadectwo   ukończenia   liceum,   studiowała   także   dwa   lata   w 
college'u,   zrezygnowała   jednak   z   nauki   po   zajściu   w   pierwszą   ciążę.   Unika   kontaktu 
wzrokowego, mówiąc o swej sytuacji, unosi głowę jedynie zagadnięta o dzieci. Twierdzi, że 
żyje   tylko   dla   nich   i   zaprzecza,   jakoby  miała   myśli   samobójcze.   Zapewnia,   iż   nie   jest 
uzależniona od narkotyków ani żadnych innych używek.

Wstępna   diagnoza:   Silna,   uporczywa   depresja   wywołana   ubóstwem.   Zaburzenia 

osobowości. Przypuszczalnie zażywa narkotyki. Zalecenia: Leczenie w poradni w ramach 
limitu (pięć wizyt).

Była jeszcze druga kartka, z której wynikało, że Cłaire Tyson pojawiła się u niego 

cztery razy i nie przyszła już na piątą przysługującą jej wizytę. Ricky'emu przemknęła przez 
głowę pewna myśl. Otworzył odpis aktu zgonu i porównał datę z dniem, gdy zgłosiła się do 
poradni: piętnaście dni różnicy.

Oparł się ciężko o ławkę. Zgłosiła się do niego po pomoc, a pół miesiąca później nie 

żyła.

Akt zgonu parzył go w dłonie. Ricky pospiesznie przeczytał jego treść. Claire Tyson 

powiesiła   się   w   łazience   swojego   mieszkania   na   skórzanym   pasku   przywiązanym   do 
wystającej ze ściany rury. Podczas sekcji zwłok stwierdzono, że niedługo przed śmiercią 
została pobita, a także iż była w trzecim miesiącu ciąży. Raport policyjny, przyczepiony do 
aktu zgonu, mówił o tym, że Rafael Johnson został przesłuchany na okoliczność pobicia, ale 
go nie aresztowano. Dzieci trafiły do domu dziecka.

I tu dochodzimy do sedna, pomyślał Ricky.
Słowa na papierze w żaden sposób nie odzwierciedlają koszmaru życia i śmierci 

Claire Tyson, przyznał. Słowo ubóstwo nie mówi nic o życiu wśród szczurów w brudzie i 
rozpaczy. Słowo depresja nie kojarzy się z niewyobrażalnym brzemieniem, jakie musiała 
dźwigać na swoich barkach. W czarnej dziurze, która więziła młodą Claire Tyson, tylko 
jedna rzecz nadawała sens jej istnieniu: trójka dzieci.

A teraz jedno z nich chciało go dopaść.
Pewnie  najstarsze,  domyślał   się  Ricky.   Przypuszczalnie  mówiła  mu,   że  idzie  do 

szpitala na wizytę do mnie z nadzieją, iż jej pomogę.

Gdy odszukasz to dziecko, odnajdziesz Rumpelstilskina.
Podniósł się z ławki, miał wiele do zrobienia. Na swój sposób cieszył się, że działa 

pod presją czasu, w przeciwnym razie zacząłby się gryźć z powodu tego, co zrobił – a raczej 
czego nie zrobił – przed dwudziestu laty.

Na   resztę   dnia   pochłonęło   go   nowojorskie   biurokratyczne   piekło.   Ponieważ 

dysponował jedynie nazwiskiem i adresem sprzed dwudziestu lat, odsyłano go po całym 
centrum Manhattanu  od jednego urzędnika pomocy społecznej  do drugiego, starając się 
ustalić, co stało się z trójką dzieci Claire Tyson.

Stał naprzeciwko potężnej, sympatycznej Latynoski w archiwum sądu dla nieletnich. 

Miała bujną kruczoczarną czuprynę, którą odgarnęła sobie gwałtownym ruchem z twarzy, 
zdominowanej przez okulary w srebrnej oprawce.

background image

Doktorze – powiedziała – to żaden punkt zaczepienia.
Nie mam lepszego – odparł.
Jeśli   jej  dzieci   zostały adoptowane,  ich   akta  są zapewne  poufne.  Do odtajnienia 

potrzeba zgody sądu.

Ale uzyskanie jej może potrwać kilka dni.
Zgadza   się.   Gdyby   udało   się   panu   uzyskać   więcej   danych   na   temat   tych   ludzi, 

mógłby pan coś wyszperać za pomocą wyszukiwarki internetowej.

Nie umiem posługiwać się komputerem.
–Wiele   można   zdziałać   z   numerem   ubezpieczenia   –   podsunęła.Ricky   zerknął   na 

kartki otrzymane w szpitalu. Policjanci, którzy przesłuchiwali Rafaela Johnsona, brutalnego 
konkubenta zmarłej, odnotowali w raporcie jego numer ubezpieczenia.

Zaraz, zaraz! – zawołał Ricky – Jeśli podam pani nazwisko i numer ubezpieczenia, 

komputer coś znajdzie?

Kto wie. Jak brzmi nazwisko?
Ricky   pokazał   kobiecie   nazwisko   i   numer   ubezpieczenia   z   policyjnego   raportu. 

Rozejrzała się wokół siebie.

–Nie   powinnam   tego   robić   –   mruknęła.   –   Zważywszy   na   to   jednak,że   jest   pan 

lekarzem, spójrzmy, co tu mamy.

Latynoska   wstukała   dane   palcami   o   pomalowanych   na   czerwono   paznokciach. 

Komputer zafurkotał. Ricky ujrzał hasło, które pojawiło się na monitorze. Zdumiona kobieta 
uniosła brwi.

–Niezły z niego gagatek, doktorze. Ma na swoim koncie rozbój,jeszcze jeden rozbój, 

napad, odsiedział w Sing Sing sześć lat za napad z bronią w ręku. Nieźle narozrabiał. – 
Kobieta czytała dalej i dodała: – Nie będzie z niego pożytku, doktorze. Wącha kwiatki od 
spodu.Od pół roku. Niech mu ziemia lekką będzie. Jest tu raport. Wygląda na to, że ktoś 
zakatował go na śmierć. Wyjątkowo brutalnie. A kiedy już wyzionął ducha, powiesili go na 
rurze na jego własnym pasku.

Nogi ugięły się pod Rickym. W lot pojął, kto dopadł Rafaela Johnsona. I dlaczego.
Wykręcił   numer   działu   ogłoszeń   drobnych   „New   York   Timesa"   z   automatu 

telefonicznego w holu budynku sądu, by zadać ostatnie pytanie. Urzędniczka najwyraźniej 
zirytowała się, że dzwoni tuż przed osiemnastą, ostatecznym terminem składania ogłoszeń.

–Słucham, doktorze – rzekła oschle. – Jaka ma być treść tego ogłoszenia?
Ricky namyślił się chwilę, po czym powiedział:
Czy ten, którego szukam, jest jednym z trojga?
Młodo osierocony, dziś los swój odmienia, Mszcząc się na tych, od których doznał 

niegdyś cierpienia?

Kobieta,   nie   robiąc   żadnych   komentarzy,   sprawdziła   treść,   za   co   Ricky   był   jej 

wdzięczny.

Wyszedł na ulicę i już unosił rękę, by złapać taksówkę, kiedy postanowił przejechać 

się   metrem.   Jednostajny   strumień   ludzi   spływał   w   głąb   trzewi   Manhattanu,   by   złapać 
kolejkę do domu. Przyłączył się do nich i poczuł się, o dziwo, bezpiecznie w tym ścisku. 
Wagoniki były wypełnione po brzegi ludźmi, jechał więc na północ uwieszony metalowego 
uchwytu, podrygując w rytm kolejki. Co za luksus, znaleźć się w absolutnie anonimowym 
tłumie.

background image

Starał się nie myśleć o tym, że począwszy od następnego ranka zostaną mu raptem 

niecałe siedemdziesiąt dwie godziny.

Stacja metra oddalona była o dwie przecznice od mieszkania Ricky'ego. Wyszedł na 

zewnątrz,   zadowolony,   że   znów   jest   na   otwartej   przestrzeni.   Zatrzymał   się,   oddychając 
przez   moment   żarem   rozgrzanego   chodnika,   po   chwili   ruszył   spiesznym   krokiem.   Gdy 
wyszedł zza rogu swojej ulicy, stanął jak wryty.

Przed budynkiem, w którym mieszkał, ujrzał trzy radiowozy błyskające światłami, 

wielki czerwony wóz strażacki oraz dwa żółte samochody robót publicznych. Błyskające 
światła   ostrzegawcze   rozświetlały   gęstniejący   mrok.   Ricky   dostrzegł   kilku   policjantów 
stojących przed schodami do budynku i pochłoniętych rozmową z mężczyznami w kaskach. 
Straż pożarna odjechała z przeraźliwym warkotem silnika i przenikliwym wyciem syren.

Ruszył żwawo do przodu. Zasapał się, nim dotarł do budynku. Jeden z policjantów 

zagrodził mu drogę.

–Nie tak szybko, przyjacielu.
Ale ja tu mieszkam – odparł zirytowany. – Co się stało?
Mieszka pan tu? – zdziwił się policjant. – Kiepsko. Lepiej niech pan pogada z nimi.
Ricky spojrzał na drugą grupkę mężczyzn. Poznał jednego z sąsiadów – maklera 

giełdowego, który zawsze pilnował spraw lokatorów. Teraz kłócił się z mężczyzną w żółtym 
kasku z wydziału robót publicznych. Dwóch pozostałych mężczyzn stało obok. Rozpoznał 
w nich administratora budynku oraz konserwatora instalacji.

Mężczyzna w żółtym kasku mówił podniesionym głosem. Kiedy Ricky się zbliżył, 

usłyszał:

–Do   mnie   należy   decyzja,   czy   budynek   nadaje   się   do   mieszkania,i   mówię 

stanowczo: nie!

Zdenerwowany makler odwrócił się w stronę Ricky'ego.
Co się tu dzieje? – spytał go Starks.
Burdel. Jeden wielki burdel. Podobno na drugim piętrze wywaliło instalację. Pękło 

kilka rur. Parter i pierwsze piętro zalały hektolitry wody, a teraz ten bubek chce wysiedlić 
budynek.

Ale moje rzeczy…
Człowiek z wydziału robót publicznych pójdzie z panem i weźmie pan, co chce. 

Twierdzą, że konstrukcja grozi zawaleniem.

Jak to się stało?
Nie wiadomo. Mówią, że wygląda to tak, jakby wysadziło rury. Podobno wszystko 

zaczęło   się   w   mieszkaniu   nad   panem,   więc   mam   nadzieję,   że   zna   pan   porządną   firmę 
budowlaną.

Ricky   cofnął   się,   by   spojrzeć   w   górę   na   mieszkanie,   które   zajmował   od 

ćwierćwiecza. Czuł się tak, jakby ktoś powiadomił go o śmierci bliskiej osoby. Zwrócił się 
do konserwatora budynku.

Chcę   wejść   do   środka   –   poprosił.   –   Wprowadźcie   mnie.   Mężczyzna   posępnie 

pokiwał głową.

To przykry widok – powiedział.
Woda wciąż lała się z sufitu i spływała strumieniami po ścianach holu, gdy Ricky 

wszedł do budynku. Powietrze było wilgotne jak w dżungli.

background image

Powoli wchodzili po schodach, omijając – o ile się dało – kałuże. Po chwili woda i 

tak chlupotala Ricky'emu w butach. Na pierwszym piętrze dostrzegł ogromne wybrzuszenie 
w suficie, przypominające olbrzymi bąbel, który może pęknąć w każdej chwili.

Drzwi   do   jego   mieszkania   były   otwarte   na   oścież.   Przystanął   po   przekroczeniu 

progu.

Odniósł wrażenie, że przez mieszkanie przetoczył się huragan. Rdzawa brudna woda 

pokrywała   podłogi.   Poodpadały  wielkie   kawałki   sufitu,   płyty   gipsowe  schodziły   całymi 
płatami. Ledwie wyczuwalny w przedpokoju odór ścieków nasilił się, gdy wszedł głębiej.

Ostrożnie zajrzał do gabinetu i zatrzymał  się w drzwiach. Olbrzymi  kawał gipsu 

spadł   na   kozetkę.   W   suficie   były   co   najmniej   trzy   dziury,   obnażone   rury   zwisały   jak 
stalaktyty w jaskini. Obrazki, dyplomy i portret Freuda pospadały ze ścian.

Kiedy Ricky zrobił krok do przodu, konserwator chwycił go za ramię.
–Lepiej nie – powiedział. – Podłoga może się zarwać.-Moje rzeczy…
–To tylko przedmioty, doktorze. Nie warto dla nich narażać życia.Musimy iść, by 

fachowcy mogli zabrać się do roboty. Trzeba wypatroszyć ten budynek od góry do dołu.

Właśnie tak czuł się teraz Ricky. Wypatroszony od stóp do głów. Niewielki odłamek 

sufitu spadł za jego plecami, jakby na potwierdzenie słów konserwatora.

Gdy znalazł się znów na zewnątrz, podszedł do niego sąsiad makler i człowiek w 

żółtym kasku.

–Kiepsko   –   odezwał   się   makler.   –   Widział   pan   kiedyś   taką   demolkę?Ricky 

potrząsnął głową.

Makler podał mu swoją wizytówkę.
–Proszę się do mnie odezwać za kilka dni. Ma pan gdzie się tymczasem zatrzymać?
Ricky kiwnął głową, chowając wizytówkę do kieszeni. Pozostało mu jeszcze jedno 

nietknięte miejsce, nie spodziewał się jednak, by długo takie pozostało.

 

background image

  SIEDEM

   Koniec nocy krępował go, jak źle dopasowany garnitur, przyciasny i niewygodny. Kiedy 
przyłożył policzek do szyby autokaru Bonanza, poczuł chłód poranka, wsłuchując się w 
monotonny  terkot  silnika  Diesla.   Minąwszy  przystanek  w  Providence,   autokar   dotarł   w 
końcu do trasy numer 6 prowadzącej na przylądek Cod i powoli sunął autostradą do celu, 
wysadzając podróżnych w Bourne, Falmouth, Hyannis i Eastham. W autobusie została już 
tylko   garstka   pasażerów.   Siedzący   samotnie   z   tyłu   Ricky   zamyślił   się   nad   tym,   dokąd 
zmierza:   do   domu   pełnego   przykurzonych   wspomnień.   Do   poobijanej,   obdrapanej 
dziesięcioletniej   hondy   accord,   którą   jeździł   wyłącznie   w   czasie   wakacji.   Do   spranych 
spodni   khaki,   koszulek   polo   oraz   swetrów   z   wystrzępionymi   kołnierzami.   Do   czeku 
kasjerskiego   na   dziesięć   tysięcy   dolarów   leżącego   w   banku.   Do   życia   w   kompletnym 
chaosie,   mając   na   dodatek   około   trzydziestu   sześciu   godzin   do   ostatecznego   terminu 
wyznaczonego przez Rumpelstilskina.

Po   raz   pierwszy   zaczął   obsesyjnie   myśleć   o   wyborze,   jaki   mu   został:   nazwisko 

prześladowcy łub własny nekrolog. W przeciwnym razie ucierpi niewinna istota, stanie jej 
się   straszna   krzywda,   której   Ricky   mógł   się   co   najwyżej   domyślać.   Był   pewien,   że 
Rumpelstilskin dotrzyma słowa. Nie wątpił też w zasięg jego macek.

Zerknął na zegarek. Zajedzie do Wellfłeet o świcie.
Tym, co bodajże najbardziej lubił w corocznych wakacjach, była rutyna. Zawsze 

pierwszego sierpnia leciał tym samym  samolotem z La Guardia do Provincetown, gdzie 
przyjeżdżała po niego taksówka niezmiennie tej samej korporacji. Rytuał otwierania domu 
pozostawał ten sam, poczynając od otwarcia okien, by wpuścić do środka świeże powietrze 
znad zatoki przylądka Cod, a kończąc na zdjęciu wysłużonych pokrowców z rattanowych 
mebli. Od kilku lat wykonywał wszystkie te czynności sam, ale z czasem przywykł do tego.

W tym roku wszystko uległo zmianie. Autobus wysadził go bezceremonialnie na 

pokrytym  czarną nawierzchnią parkingu przy restauracji „Szałas pod Homarem". Ruszył 
poboczem autostrady. Niecałą godzinę zajęło mu dotarcie do drogi gruntowej, która wiodła 
do jego domu,  stojącego ledwie czterysta  metrów  od niej, lecz  skrytego  przed ludzkim 
wzrokiem.

Większość najnowszych  budynków  na przylądku  nosiła znamiona  ostentacyjnego 

bogactwa   zarówno   pod   względem   architektury,   jak   i   lokalizacji.   Olbrzymie   domiszcza, 
którymi dosłownie usiane były wszystkie wzgórza i cypelki, stały frontem do Atlantyku. 
Dom   Ricky'ego   był   inny.   Zbudowany   przed   ponad   wiekiem,   służył   niewielkiej   farmie, 
usytuowano go więc na skraju pola, gdzie niegdyś uprawiano kukurydzę. Stanowił zaciszną 
i przytulną przystań, której atutem był nie widok z okien, lecz historia, w którą wrósł.

Ricky przystanął na stopniu przed wejściem i odczuł ulgę, znajdując zapasowy klucz 

pod szarą płytą chodnikową, dokładnie tam, gdzie go zostawił. Otworzył drzwi i wszedł do 
środka. Odetchnął z przyjemnością zatęchłym,  zastałym powietrzem. Kiedy przypomniał 
sobie, jakie zadania  go czekają – wielkie sprzątanie i zamiatanie – ogarnęło go raptem 
zmęczenie. Wspiął się po wąskich schodach do sypialni i runął na skrzypiące podwójne 
łóżko, w którym sypiał samotnie przez trzy ostatnie sezony. Niemal natychmiast zapadł w 
głęboki, lecz niespokojny sen.

Kiedy wczesnym popołudniem otworzył oczy, stwierdził, że słońce pokonało już na 

niebie daleką drogę. Przez chwilę był zdezorientowany, po chwili jednak, gdy się do reszty 
ocknął, świat wokół znów zarysował się w ostrych konturach.

background image

Dziarsko zabrał się do zwykłych wakacyjnych prac. Udał się do stodoły, by zdjąć 

pokrowiec   z   hondy   i   podłączyć   akumulator   do   prostownika,   który   przechowywał   w 
schowku. Następnie wrócił do domu, poodsłaniał meble i z grubsza zamiótł podłogę.

Odetchnął z ulgą, gdy honda zapaliła. Sprawdził, czy działają hamulce. Wycofał 

ostrożnie samochód.

Pierwszy Bank na Przylądku był niewielkim budyneczkiem krytym gontem jak wiele 

starszych   domów   w   okolicy.   W   środku   jednak   dorównywał   nowoczesnością   wszystkim 
placówkom tego typu. Łączył stare z nowym.

Kierownik – niski, przyjazny mężczyzna – potrząsnął energicznie dłonią Ricky'ego.
–Spodziewaliśmy się pańskiego przyjazdu, doktorze Starks.Wczoraj kurier zostawił 

u nas na przechowanie przesyłkę dla pana.

–Przesyłkę?
Kierownik   podał   mu   kopertę   z   przesyłką   ekspresową.   Widniało   na   niej   imię   i 

nazwisko Ricky'ego  oraz  kierownika   banku. Wysłano  ją  z Nowego Jorku.  Jako  adresat 
figurował R.S. Skin, obok dopisano numer skrytki pocztowej. Ricky wziął kopertę, ale nie 
otworzył jej.

–Dziękuję – powiedział. – Przepraszam za dodatkowy kłopot.
Kierownik banku wyjął z szuflady biurka mniejszą kopertę.
–A   tu   mamy   czek   kasowy   –   rzekł,   podając   mu.   –   Na   sumę   dziesięciu   tysięcy 

siedmiuset siedemdziesięciu dwóch dolarów.

Ricky spojrzał na czek.
–Mam   nadzieję,   że   nie   sprawię   kłopotu,   prosząc   o   wypłacenie   całej   sumy   w 

gotówce?

Kierownik lekko przewrócił oczami.
–To niebezpieczne trzymać przy sobie tyle gotówki, doktorze. Może lepiej wypłacę 

w czekach podróżnych?

Dziękuję za troskę, ale mimo wszystko wolę gotówkę. Kierownik kiwnął głową.
Zaraz wracam. W setkach?
Może być.
Ricky został w pokoju sam. Niebawem kierownik wrócił z gotówką w kopercie.
Przeliczy pan?
Nie trzeba. Ufam panu – odparł Ricky.
–Gdybym mógł czymkolwiek służyć, doktorze Starks, oto moja wizytówka.
Ricky   schował   bilecik.   Bąknąwszy   pod   nosem   podziękowanie,   odwrócił   się   i 

wkroczył w swój ostatni dzień – został mu jeszcze cały dzień życia.

Zapadał łagodny zmrok, kiedy wrócił do domu. Na niebie pojawiły się pierwsze 

gwiazdy.   Świat   wydaje   się   taki   bezpieczny,   pomyślał.   Nadciągała   noc,   podczas   której 
wszyscy powinni być wolni od trosk i zmartwień.

Dopuszczał możliwość, że w środku czeka już na niego Merlin lub Wergil, nikogo 

jednak nie było. Zrobił sobie filiżankę kawy, a następnie usiadł przy drewnianym stole, przy 
którym   swego   czasu   spożył   z   żoną   tyle   wspólnych   posiłków,   i   otworzył   przesyłkę 
przekazaną   mu   przez   kierownika   banku.   Wewnątrz   znalazł   kopertę   opatrzoną   jego 

background image

imieniem. Rozerwał ją i wyjął złożoną kartkę.

Szanowny doktorze Starks,
W związku z Pańską prośbą skierowaną do naszego biura, z radością spieszymy 

powiadomić,   że   nasi   pracownicy   potwierdzili   prawdziwość   Pańskich   podejrzeń.   Nie 
jesteśmy niestety w stanie dostarczyć Panu więcej szczegółów na temat wiadomych osób. 
Mamy świadomość, że działa Pan pod ogromną presją czasu.

Rachunek za nasze usługi otrzyma Pan w ciągu doby.
Z poważaniem,
R.S. Skin, prezes
R.S.   Skin   prywatni   detektywi   Ricky   odczytał   list   trzykrotnie,   nim   go   w   końcu 

odłożył na stół. Precyzyjnie skonstruowane pismo, pomyślał. Potrząsnął głową nieomal z 
podziwem.   List   zawierał   wszystko,   co   chciał   wiedzieć,   ale   informacja   była   tak 
zakamuflowana,   że   nie   wzbudziłaby   podejrzeń   postronnego   czytelnika.   Każdy   zaś 
ciekawski, który zapragnąłby podążyć tym tropem, natknąłby się na mur.

Co   by   mu   przyszło   z   zakreślenia   czerwonym   flamastrem   nazwiska   R.S.   Skin   i 

zostawienia tego listu jakiemuś detektywowi z notatką: „To on jest winien mojej śmierci".

Ten   człowiek   po   prostu   nie   istniał.   A   przynajmniej   nie   tam,   gdzie   szukałby   go 

miejscowy policjant z Wellfleet  w stanie Massachusetts. Za to każdy,  kto przeanalizuje 
życie Ricky'ego, odkryje w mgnieniu oka, że zmarła mu żona, kariera zawodowa legła w 
gruzach, znalazł się na skraju bankructwa, a jego mieszkanie zostało zniszczone w wyniku 
awarii. Niezwykle żyzna pożywka dla samobójczych myśli.

Jeśli odbierze sobie życie, będzie stanowił wręcz kliniczny przypadek. Nikt nie uzna 

jego śmierci za coś nadzwyczajnego.

Przez chwilę był zły na siebie: sam uczyniłeś siebie takim łatwym celem. Zacisnął 

dłonie w pięści i oparł je mocno o blat.

Wziął głęboki oddech i na głos zapytał:
–Chcesz żyć?
W   pokoju   panowała   cisza.   Przez   chwilę   nasłuchiwał,   jakby   spodziewał   się,   że 

odpowie mu jakiś duch.

–Czy będziesz w stanie żyć dalej za cenę życia niewinnej istoty? – postawił następne 

pytanie.

Wziął kolejny oddech i odpowiedział sobie, potrząsając głową:
–A masz wybór?Znów zapadła cisza.
Ricky zrozumiał jedno z absolutną pewnością: w ciągu dwudziestu czterech godzin 

doktor Frederick Starks będzie musiał rozstać się z żywotem.

Ostatni   dzień   swojego   życia   Ricky   poświęcił   na   staranne,   gorączkowe 

przygotowania.

W portowym  sklepiku dla marynarzy kupił pistolet  na flary alarmowe  oraz dwa 

dwudziestolitrowe kanistry na paliwo do silnika przyczepnego do łodzi. Bez skrępowania 
spytał nastoletniego sprzedawcę o ceny i wybrał najtańsze. Kiedy nastolatek pytał, po co mu 
aż dwa, Ricky odparł, że jeden nie spełni swojej roli.

Potem zaszedł do apteki.
–Potrzebny mi pewien lek -powiedział. Podał do autoryzacji swój numer z Urzędu 

background image

Wdrażania Środków Farmaceutycznych. – Elavil w trzydziestomiligramowych tabletkach, 
zapas na trzydzieści dni.W sumie dziewięćset miligramów.

Farmaceuta pokręcił głową.
Od   dawna   nikt   o   to   nie   pytał,   doktorze   Starks.   Mamy   teraz   na   rynku   jego 

skuteczniejsze   odpowiedniki,   które   wywołują   mniejsze   efekty   uboczne.   Czy   na   pewno 
chodzi panu właśnie o elavil?

Zdecydowanie – potwierdził Ricky.
Po opuszczeniu apteki podążył trasą numer 6 do Provincetown. Było to miasteczko 

tętniące   modnym   tłumem   młodzieży,   który   stanowił   przeciwwagę   dla   rzeszy 
konserwatywnych   doktorów,   prawników   oraz   pisarzy,   ściągających   do   Wellfleet. 
Niewielkie   szanse,   by   spotkał   tu   kogoś   znajomego.   A   zatem   wymarzone   miejsce   do 
zrobienia kolejnych zakupów.

W sklepie sportowym nabył niewielki czarny plecak i parę butów do biegania. W 

drogerii kupił czarną farbę do włosów Grecian 5 o natychmiastowym działaniu, tandetne 
okulary   przeciwsłoneczne   oraz   parę   regulowanych   aluminiowych   kul   inwalidzkich,   z 
metalowymi, półokrągłymi podpórkami dla przedramion.

Miał   jeszcze   jedną   rzecz   do   załatwienia   w   Provincetown   na   dworcu   autokarów 

Bonanza. Czekał na zewnątrz, w okularach przeciwsłonecznych na nosie, do momentu, aż 
przyjedzie autobus i wysypie się z niego wataha weekendowych turystów. Potem szybko 
wszedł do środka i kupił, co chciał.

Wracając do domu hondą, pomyślał, że jego czas wkrótce się wyczerpie. Przednią 

szybę   zalewało   słońce,   żar   wlewał   się   do   środka   przez   otwarte   boczne   okna.   Nastało 
popołudnie, pora, kiedy wakacjusze schodzą z plaży, zebrawszy kocyki oraz turystyczne 
chłodziarki, i pokonują niezbyt wygodną drogę do swoich pojazdów – pora niczyja.

Zajechał na stację Texaco, wyjął z bagażnika oba kanistry i wlał etylinę po sam 

korek. Nastolatek pracujący na stacji spostrzegł to i zawołał:

–Proszę  pana, trzeba  zostawić  trochę  miejsca  na  olej, jeśli chce  pan to  wlać do 

silnika   przyczepnego.   Jedni   mieszają   w   proporcji   pięćdzie   siąt   do   jednego,   inni   sto   do 
jednego, ale olej trzeba wlać bezpośrednio do kanistra.

Ricky potrząsnął głową.
Nie   zamierzam   tego   wlewać   do   silnika,   ale   dzięki   za   troskę.   Nastolatek   nie 

ustępował:

Ale przecież to kanistry do silnika przyczepnego.
–Wiem, wiem – powiedział Ricky. – Ale ja nie potrzebuję paliwa do takiego silnika.
Zapłacił, włożył kanistry do bagażnika i ruszył do domu.
Postawił tymczasowo oba kanistry z benzyną w salonie i wszedł do kuchni. Zaschło 

mu w gardle, sięgnął więc do lodówki po wodę mineralną i wypił całą butelkę duszkiem. W 
miarę jak mijał jego ostatni dzień, serce biło mu coraz szybciej, starał się więc uspokoić.

Podszedł do telefonu, by zadzwonić do działu ogłoszeń w „Timesie", jak robił to już 

trzykrotnie.

Jednak tym razem było zupełnie inaczej. Obyło się bez rymowanek czy pytań.
Panie R.: Wygrał pan. Odsyłam do lektury „Cape Cod Times".
Załatwiwszy to, usiadł przy kuchennym stole z notatnikiem w dłoni. Przez chwilę 

gryzł końcówkę długopisu, a potem pospiesznie napisał:

background image

Do zainteresowanych Zrobiłem to, bo czuję się samotny i nie potrafię sobie radzić 

dłużej z tą pustką. Nie jestem w stanie znieść myśli, że przeze mnie mógłby cierpieć ktoś 
inny.

Cały   mój   pozostały   majątek   ma   zostać   sprzedany,   a   wpływy   przekazane 

Towarzystwu Ochrony Przyrody oraz Amerykańskiemu Towarzystwu Kardiologicznemu. 
Grunty posiadłości w Wellfleet mają zostać włączone do rezerwatu.

Przyjaciele,   mam   nadzieję,   że   mi   wybaczycie.   Pacjenci,   mam   nadzieję,   że   mnie 

zrozumiecie. Panie R., za sprawą którego zdecydowałem się na ten krok, mam nadzieję, iż 
niebawem wylądujesz w piekle, gdzie już na ciebie czekam.

Podpisał list zamaszyście, włożył do koperty i zaadresował do komisariatu policji w 

Wellfleet.

Zabrał farbę do włosów oraz plecak do łazienki na piętrze. Po chwili wyłonił się 

spod prysznica z kruczoczarnymi włosami. Zerknął na siebie w lustrze i uznał, że wygląda 
dość głupawo. Szybko wytarł się ręcznikiem. Wybrał z szafy kilka starych letnich ubrań i 
wrzucił je wraz z wypłowiałą wiatrówką do plecaka. Dorzucił jeszcze dodatkową zmianę 
garderoby, którą złożył w kostkę i umieścił na wierzchu plecaka.

Zaniósł plecak, ubranie na zmianę oraz kule do samochodu, gdzie położył wszystko 

na siedzeniu dla pasażera obok okularów przeciwsłonecznych i butów do biegania. Wrócił 
do domu, gdzie resztę wieczoru spędził spokojnie, siedząc przy kuchennym stole.

Nie miał pojęcia, komu ratuje życie, wiedział jednak, że to istota z krwi i kości. 

Pamiętaj o tym, powtarzał sobie w duchu.

Gdy minęła północ, po raz ostatni obszedł dom. Był przywiązany do każdego kąta i 

skrzypnięcia każdej klepki.

Ręce lekko mu drżały, kiedy zabrał na piętro pierwszy kanister z benzyną, którą 

rozlał po całej podłodze.

Drugi kanister opróżnił na parterze.
W   kuchni   zdmuchnął   płomienie   pilotujące   w   starej   kuchence   gazowej.   Odkręcił 

wszystkie kurki. Pomieszczenie szybko wypełniało się gryzącym zapachem zgniłych jajek.

Zabrawszy pistolet do flar alarmowych, wyszedł przed okna salonu. Nabrał głęboko 

powietrza i starając się nie myśleć, co robi, dokładnie wycelował i odpalił flarę wprost w 
środkowe okno. Najpierw rozległ się głuchy odgłos, a następnie trzask i błysk. Już po chwili 
dostrzegł pierwsze jęzory ognia, które błyskawicznie się rozprzestrzeniały.

Biegiem dotarł do hondy. W momencie kiedy uruchamiał silnik, usłyszał wybuch. 

Płomienie dotarły do kuchenki gazowej. Postanowił nie oglądać się za siebie, wdusił gaz do 
dechy i odjechał w gęstniejącą noc.

Ricky   zdążał   ostrożnie   i   pewnie   ku   plaży   Hawthorne.   W   pobliżu   Wellfleet 

znajdowało się kilka plaż odpowiednich do jego celów, myślał, ale ta leżała najbardziej na 
uboczu, rozciągała się szerokim pasem piasku, nad którym wznosiło się piętnastometrowe 
urwisko, tu także były najsilniejsze fale na całym przylądku. Na końcu parkingu stała tablica 
ostrzegawcza: Silne prądy morskie. Kąpiel wzbroniona.

Zatrzymał wóz tuż przy niej i umieścił na środku kierownicy list adresowany do 

policji w Wellfleet.

Wysiadł z samochodu, biorąc kule, plecak, buty do biegania oraz ubranie na zmianę. 

Położył   wszystko   na   szczycie   urwiska,   nieopodal   drewnianej   barierki,   która   wytyczała 
wąską ścieżkę na piasku.

background image

Na niebie unosił się księżyc w pełni, rzucający na plażę nikłą poświatę. Ułatwiło to 

zejście nad wodę po stromym, osuwającym się urwisku. Gdy powiała mu w twarz lekka 
bryza, ogarnęły go wątpliwości. Wziął głęboki oddech.

Po chwili jednak rozebrał się szybko do naga i złożył ubranie w kostkę na piasku z 

dala od miejsca, gdzie docierała woda. Wyjął fiolkę z tabletkami, które kupił rano, i wysypał 
całą jej zawartość do ręki. Opróżnioną fiolkę umieścił wśród ubrań.

Na koniec uniósł głowę i spojrzał w bezmiar czarnego oceanu oraz gwiazdy, którymi 

usiane było niebo. To wystarczająco piękna noc na śmierć, powiedział do siebie.

Nagi, na kilka godzin przed świtem, ruszył powoli ku spienionym falom.

 

background image

  OSIEM

   Dwa tygodnie po swojej śmierci  Ricky siedział  na skraju sfatygowanego  łóżka, które 
skrzypiało przy najmniejszym ruchu. Wsłuchiwał się w odgłos samochodów, który dobiegał 
przez   cienkie   ściany   obskurnego   motelu   na   przedmieściach   Durham   w   stanie   New 
Hampshire. Wybrał to miejsce, gdyż miasto było uniwersyteckie. Powoli bladła czarna farba 
pokrywająca jego jasne włosy, przez co stawał się coraz bardziej podobny do siebie. Co za 
ironia, pomyślał, choć znów będzie wyglądał jak dawniej, już nigdy nie będzie tym samym 
człowiekiem. Na   stole   obok   leżały   egzemplarze   „Cape   Cod   Times"   oraz   „New   York 
Times", które ukazały się dzień po jego śmierci. W lokalnej gazecie z przylądka pojawił się 
artykuł   na   dole   pierwszej   strony:   „Samobójstwo   znanego   psychoanalityka.   Wybuch   w 
zabytkowym  domu farmerskim". Dziennikarzowi udało się ustalić, że w ostatnim czasie 
zarzucono Ricky'emu „naganne zachowanie", a ponadto „dopadła go nędza".

W obu artykułach stwierdzono, że prawdopodobnie utonął, a straż przybrzeżna szuka 

jego   ciała.   „Cape   Cod   Times"   cytował,   ku   zadowoleniu   Ricky'ego,   słowa   miejscowego 
kapitana,   który   twierdził,   że   szanse   odnalezienia   zwłok   w   okolicy   plaży   Hawthorne   są 
znikome z uwagi na silne prądy morskie.

Według Ricky'ego, był to najlepszy sposób na popełnienie samobójstwa, wziąwszy 

pod uwagę, jak niewiele miał czasu na zorganizowanie całej operacji.

Podszedł do oceanu, zostawiając wyraźne ślady na wygładzonym przez wodę piasku. 

Kiedy fale lizały mu stopy, wrzucił w czarną toń wszystkie pigułki, a następnie przeszedł po 
kostki w wodzie około stu metrów. Uznał, że w tej odległości nikt nie zwróci uwagi na 
nowy ślad wychodzący z morza.

Godziny, które później nastąpiły, wspominał w motelowym pokoju jako jeden wielki 

koszmar.   Włożył   zapasowe   ubranie,   które   wcześniej   zostawił   na   szczycie   urwiska. 
Przymocował   dokładnie   kule   do   plecaka,   a   następnie   przebiegł   dziesięć   kilometrów 
dzielących go od parkingu przy „Szałasie pod Homarem". Musiał koniecznie zdążyć, nim 
pojawi   się   pierwszy   pasażer   ekspresowego   autobusu   odjeżdżającego   o   szóstej   rano   do 
Bostonu. Miał mu się ukazać w nikomu dotąd nie znanej postaci.

Na miejscu odpiął kule od plecaka i wsparł się na nich. Kiedy autobus nadjechał 

spóźniony   o   dwie   minuty,   ruszył   wsparty   na   kulach   do   drzwi.   Dwóch   młodzieńców 
rozstąpiło się, by go przepuścić. Wszedł po stopniach z mozołem i pokazał kierowcy bilet, 
który nabył poprzedniego dnia.

W Bostonie miał  godzinę do odjazdu autobusu do Durham. Skorzystał z wolnej 

chwili, by oddalić się od dworca autobusowego na South Street. W końcu znalazł pojemnik 
na   śmieci   przed   biurowcem.   Wyrzucił   do   niego   kule.   Wrócił   na   dworzec   i   wsiadł   do 
swojego autobusu.

Durham,  myślał,  miało  też inne zalety:  nigdy tu nie był  i absolutnie nic  go nie 

łączyło z tym miastem. Poza tym podobała mu się tablica rejestracyjna New Hampshire z 
mottem: Żyć wolnym lub umrzeć.

Podszedł do okna w motelu i wyjrzał w mrok. Mam tyle do zrobienia, pomyślał. 

Doktor Frederick Starks przestał istnieć. Wiedział, że przede wszystkim musi zdobyć nową 
tożsamość.

Podszedł do ściany, by wyłączyć światło – pokój pogrążył się w ciemnościach. Od 

czasu do czasu po ścianie przesuwały się smugi świateł samochodów. Położył się na łóżku.

background image

Kiedyś, wspominał, studiowałem, by ratować ludzkie życie.
Teraz muszę się nauczyć, jak zacząć je od początku.
Ricky Starks nie marzył nawet, by kiedykolwiek wrócić do Nowego Jorku. Nie o to 

mu chodziło, lecz o to, by mężczyzna, który zrujnował mu życie, zapłacił za swoją okrutną 
zabawę. Wiedział, iż musi przechytrzyć  Rumpelstilskina w jego własnej grze. Stworzyć 
zupełnie nową osobę, by nie zdradzić się, że wciąż żyje.

W   Stanach   Zjednoczonych,   uświadomił   sobie,   jesteśmy   przede   wszystkim 

numerami. Numerami ubezpieczenia społecznego. Numerami rachunków bankowych i kart 
kredytowych. Numerami tablic rejestracyjnych. O nie musiał się zatroszczyć w pierwszej 
kolejności. Potem trzeba poszukać jakiejś roboty.

Udał się do biblioteki na ulicy Jonesa. Była jedną z sieci placówek państwowych 

dostępnych   dla   każdego.   Znajdował   się   w   niej   długi   stół   z   czterema   komputerami   do 
ogólnego użytku.

Ricky   wszedł   między   regały   i   prawie   natychmiast   wpadła   mu   w   oko   książka 

„Podstawy obsługi komputera na potrzeby domowe". Zapadł się w skórzanym fotelu. Po 
godzinie   lektury   podszedł   do   komputerów,   kliknął   myszką   jednego   z   nich   i   przysunął 
krzesło   do   monitora.   Na   ścianie   zauważył   dokładną   instrukcję,   jak   należy   korzystać   z 
Internetu. Postępował zgodnie ze wskazówkami, a komputer posłusznie wykonywał jego 
komendy. Połączył się z jedną z wyszukiwarek, zgodnie z objaśnieniami w podręczniku, i 
wpisał: „fałszywa tożsamość".

Nim dzień dobiegł końca, Ricky dowiedział się, jak bardzo rozwinięty jest rynek 

fabrykowania tożsamości. Znalazł dziesiątki firm, które proponowały fałszywe dokumenty 
wszelkiego   rodzaju,   sprzedawane   pod   hasłem:   Wyłącznie   do   zabawy.   Sporządził   listę 
adresów i dokumentów. Doskonale wiedział, co mu jest potrzebne, ale w mig pojął, że 
załatwienie   tego   wszystkiego   nie   będzie   takie   proste.   Ludzie   potrzebujący   fałszywej 
tożsamości byli konkretnymi osobami. A on był nikim.

Gotówka, którą dysponował, nie mogła się na nic przydać. Wymagano numerów kart 

kredytowych.   A   przecież   nie   miał   ani   jednej.   Wymagano   adresów   e-mailowych.   Nie 
posiadał żadnego. Żądano też adresu w celu dostarczenia dokumentów. Nie miał dachu nad 
głową.

Odsunął się od komputera i wyszedł z biblioteki. Słońce świeciło mocno, powietrze 

wciąż było ciężkie od letniego upału. Szedł przed siebie, aż dotarł do dzielnicy willowej. 
Zauważył   niewielką   wywieszkę   napisaną   ręcznie:   Pokój   do   wynajęcia.   Informacja   na 
miejscu.

Już-już chciał wejść. Właśnie tego mi trzeba, pomyślał. Zatrzymał się jednak w pół 

kroku. Nie mam nazwiska. Przybywam znikąd.

Zanotował sobie w pamięci to miejsce i ruszył dalej, myśląc, że musi stać się kimś. 

Kimś,   kogo  nie  można  wytropić.   Miał  inny  problem   niż  przestępcy,  mężczyźni  chcący 
wymigać się od alimentów, byli członkowie sekt, którzy obawiali się, że ktoś im depcze po 
piętach, kobiety uciekające przed brutalnymi mężami.

Musiał stać się zarazem martwy i żywy.
Kiedy pomyślał o tej sprzeczności, uśmiechnął się.
Wiedział dokładnie, co robić.
Stosunkowo   szybko   znalazł   sklep   Armii   Zbawienia   z   odzieżą.   Znajdował   się   w 

niczym   niewyróżniającym   się   centrum   handlowym   przy   głównej   linii   autobusowej. 
Wewnątrz przypominał niewielki magazyn ze sprzętem elektrycznym na sprzedaż i wieloma 

background image

rzędami wieszaków darowanych ubrań.

Wszystko  było  tanie, ale on wybrał rzeczy najtańsze: dziurawy zimowy płaszcz, 

który sięgał mu kostek, wytarty sweter oraz spodnie o dwa numery za duże.

Kasjerem był leciwy wolontariusz noszący grube okulary oraz jaskrawoczerwoną 

sportową koszulę, która aż biła w oczy na tle tego zgrzebnego wnętrza pełnego szarości. 
Mężczyzna uniósł płaszcz do nosa i powąchał go.

Naprawdę chce pan to kupić?
Tak, biorę go – odparł Ricky. Śmierdzi jak z rynsztoka – zauważył kasjer. – Mamy 

lepsze rzeczy, nie wygląda pan na takiego obdartusa.

Ricky potrząsnął głową.
–Właśnie   takich   szmat   potrzebuję.   Robimy   przedstawienie   –   skłamał.   Zapłacił   i 

opuścił sklep z zakupami pod pachą.

Rankiem   spakował   nowo   nabyte   stare   ciuchy   w   papierową   brązową   torbę.   Całą 

resztę: kilka dokumentów dotyczących Rumpelstilskina, gazety i pozostałe ubrania wrzucił 
do plecaka. Zapłacił w recepcji za motel i wyjechał porannym autobusem firmy Trailways 
do Bostonu.

W kabinie toalety na dworcu autobusowym przy South Street zdjął wszystko, co 

miał na sobie, i włożył łachy z Armii Zbawienia. Spakował ubranie do plecaka wraz z resztą 
dobytku, w tym także całą gotówkę, prócz setki w dwudziestodolarowych banknotach, którą 
ukrył   w   podszewce   płaszcza.   Po   wyjściu   z   kabiny   przyjrzał   się   sobie   w   lustrze   nad 
umywalką. Nie golił się już od kilku dni, dzięki czemu wyglądał bardziej wiarygodnie.

Włożył   plecak   do   metalowej   skrytki,   wrzucił   dwie   dwudziestopięciocentówki, 

przekręcił klucz, który schował do kieszeni, i pospiesznie opuścił dworzec autobusowy. 
Zatrzymał się tylko raz, kiedy miał wrażenie, że nikt na niego nie patrzy, zebrał trochę 
brudu z chodnika i wtarł go sobie we włosy oraz twarz. Ledwo przeszedł dwie przecznice, 
pot zaczął mu się zbierać pod pachami i na czole, otarł go rękawem płaszcza.

Nim   dotarł   do   trzeciej   przecznicy,   pomyślał:   teraz   już   wyglądam   na   tego,   kim 

jestem. Na bezdomnego.

Pierwszą noc spędził samotnie pod łukiem mostu z cegły nad rzeką Charles. Opatulił 

się płaszczem i przywarł do ściany. Starał się skraść nocy choć kilka godzin snu, obudził się 
wkrótce po świcie z zesztywniałym karkiem. Wstał i ostrożnie się przeciągnął. Usiłował 
przypomnieć sobie, kiedy ostatnio spał pod gołym niebem – tak, to było w dzieciństwie.

Przez cały dzień krążył po mieście od schroniska do schroniska. Szukał. Dopiero 

późnym popołudniem, kiedy słońce skłaniało się ku zachodowi, a nad asfaltem falowało 
rozgrzane powietrze, spostrzegł dogodną okazję.

Tramp  grzebał w koszu na śmieci  na skraju parku nieopodal rzeki. Przypominał 

Ricky'ego   wzrostem   i   posturą,   miał   wyleniałe,   pozlepiane   brudem   kosmyki   brązowych 
włosów. Ubrany był w robioną na drutach czapeczkę i płaszcz, który sięgał mu do butów 
-jednego brązowego, a drugiego czarnego. Bełkotał coś pod nosem, pochłonięty zawartością 
śmietnika, co chwilę kaszląc. Ricky podszedł do niego na tyle blisko, by dostrzec zmienioną 
chorobą skórę na jego twarzy. Widział, jak wyjmuje ze śmieci pustą puszkę po napoju i 
wrzuca ją do starego, metalowego wózka sklepowego.

Druga puszka widać się nie nadawała, bo cisnął ją na ziemię i kopnął w najbliższe 

krzaki.

Skrajne   reakcje   emocjonalne,   pomyślał   Ricky.   Najpewniej   schizo-frenik.   Słyszy 

głosy,   skłonny   do   gwałtownych   wybuchów   maniakalnych.   Zmiany   skórne   mogą   być 

background image

mięsakami Kaposiego. Może mieć AIDS. Podobnie jak gruźlicę lub raka płuc, wziąwszy 
pod uwagę paskudny kaszel.

Po kilku minutach mężczyzna uznał, że wydobył ze śmietnika wszystko, co miało 

dla niego jakąś wartość, i odszedł, ciągnąc za sobą wózek. Ricky ruszył za nim.

Niebawem doszli do ulicy w Charlestown, przy której rozlokowały się podrzędne, 

obskurne   sklepiki.   Ricky   patrzył,   jak   mężczyzna   podąża   wprost   do   wyblakłego   żółtego 
budynku, na którym widniał wielki szyld: Tanie napoje i alkohole. Poniżej był drugi napis: 
Skup surowców wtórnych. Przy nim strzałka prowadząca na tyły zabudowań. Mężczyzna, 
ciągnąc wózek pełen puszek, udał się wprost za narożnik domu. Ricky poszedł jego śladem.

Na tyłach sklepu znajdowały się drzwi o skrzydłach dzielonych poziomo, a nad nimi 

szyld: Skup. Z boku umieszczony był niewielki przycisk dzwonka. Mężczyzna go wdusił. 
Niemal  natychmiast  pojawił się nastolatek.  Transakcja zajęła  ledwie  chwilę. Mężczyzna 
przekazał zebrane puszki; nastolatek policzył je i wyciągnął kilka banknotów z pliku, który 
trzymał w kieszeni. Mężczyzna wziął pieniądze, sięgnął pod płaszcz, by wyjąć gruby, stary 
portfel   ze   skóry.   Włożył   do   niego   kilka   banknotów,   ale   jeden   wręczył   z   powrotem 
nastolatkowi. Chłopak zniknął na zapleczu, by po chwili pojawić się z butelką, którą podał 
bezdomnemu.

Ricky przysiadł na ziemi i skulił się. Czekał, aż mężczyzna go minie. Na chwilę 

zwiesił głowę, następnie zaś ruszył w ślad za nim.

Na   Manhattanie   Starks   był   myszą,   a   Rumpelstilskin   kotem.   Tym   razem   sprawa 

wyglądała inaczej. Początkowo trzymał się na dystans, ale później przyspieszył, starając się 
nie stracić mężczyzny z oczu.

Przeszli   dziesiątki   mniej   i   bardziej   ruchliwych   przecznic.   Dzielnica,   w   którą   się 

zagłębiali, stawała się z każdym krokiem coraz bardziej obskurna. Zobaczył, że mężczyzna 
waha się w połowie przecznicy i zawraca w jego stronę. Uskoczył za węgieł. Kątem oka 
dostrzegł,  jak człowiek ów zapuszcza się w zaułek między dwoma budynkami  z cegły. 
Ricky ruszył za nim.

Doszedł do końca zaułka i ostrożnie wyjrzał zza rogu. Był to posępny i odcięty od 

świata zakątek, witający noc z wyprzedzeniem. Ricky ledwie dojrzał gdzieś na końcu stos 
porzuconych kartonowych pudeł i zielony, stalowy pojemnik na śmieci. Usłyszał, jak ktoś 
fałszując, podśpiewuje pod nosem.

Zaczął iść ostrożnie w kierunku głosu. Potknął się raz czy dwa o bliżej nieokreślone 

odpadki. W pewnej chwili omal nie wszedł na mężczyznę, kiedy nucenie umilkło.

Ktoś ty?
To tylko ja – odparł Ricky.
To mój zaułek – usłyszał w odpowiedzi. – Fora ze dwora.
Teraz jest także mój – oświadczył Ricky.
Wziął głęboki oddech i zapuścił się w obszary, które musiał zgłębić, jeśli chciał się 

porozumieć z mężczyzną. Przypominało to skok do basenu z mętną wodą, gdzie nie widać, 
co się kryje pod powierzchnią. Zaczątek świata obłędu.

–Kazał mi z tobą pogadać – rzekł Ricky. – Powiedział mi dokład nie: „Odszukaj 

tego gościa z zaułka i spytaj, jak się nazywa".

Mężczyzna zawahał się.
Kto ci to mówił?
A jak myślisz? – Ricky odpowiedział pytaniem. – Nie wolno mi wypowiedzieć na 

background image

głos jego imienia,bo ktoś może podsłuchiwać. Ciii! Ale mówił mi, że ty będziesz wiedział, 
po co się tu zjawiłem, jeśli jesteś tą osobą. A jesteś?

Nie   wiem   –   usłyszał   w   odpowiedzi.   Mężczyzna   starał   się   poukładać   sobie   to 

wszystko w głowie. – Myśli mi się plączą. Łeb mi pęka.

Przez chwilę Ricky odczuł pokusę, by po prostu wyrwać mu to, czego potrzebował. 

Ręce mu jednak zadrżały na myśl o przemocy.

–Mów, kim jesteś – wyszeptał Ricky. Mężczyzna zaczął łkać.
Nie zrobiłem nic złego. Czego ode mnie chcesz?
Twego imienia i nazwiska. Jak się nazywasz?
Wolę nie mówić -jęknął. – Boję się. Chcesz mnie zabić?
Nie   zrobię   ci   krzywdy,   jeśli   udowodnisz   mi,   kim   jesteś.   Po   chwili   milczenia 

mężczyzna powiedział powoli:

Mam portfel.
Dawaj go! – zażądał Ricky.
Mężczyzna   sięgnął   pod   płaszcz.   W   ciemnościach   Ricky   ledwie   widział,   że 

wyciągnął coś ku niemu. Za moment pochwycił skórzany przedmiot i schował do kieszeni.

Bezdomny rozpłakał się.
Ricky powiedział łagodniej:
Nie masz się już czego bać. Zostawię cię teraz w spokoju.
Błagam – zawodził mężczyzna. – Idź sobie.
Ricky sięgnął pod podszewkę płaszcza po dwudziestodolarowy banknot. Wetknął go 

bezdomnemu do ręki.

–Masz – powiedział, po czym odwrócił się i ostrożnie zaczął się oddalać, myśląc, że 

ani nie ukradł, ani nie kupił tego, co było mu potrzebne. Zrobił to, co musiał, nie łamiąc 
reguł gry. W mroku zbliżał się powoli ku słabemu światłu ulicy w oddali.

Nie otwierał zdobycznego portfela, póki nie dotarł na dworzec autobusowy i nie 

wyjął ze schowka swoich ciuchów. W męskiej toalecie udało mu się trochę umyć, usunął 
nieco  brudu z twarzy i  dłoni. Nie  był  jednak w stanie  zmyć  tłuszczu  ze  zmatowiałych 
włosów ani pozbyć się odoru, jaki wydzielał. W tym celu konieczny był prysznic. Wyrzucił 
łachmany do najbliższego kosza i przebrał się w znacznie przyjemniejsze spodnie khaki i 
sportową koszulę, które wyjął z plecaka.

Opuścił   toaletę   i   kupił   bilet   do   Durham.   Ponieważ   do   odjazdu   została   jeszcze 

godzina, udał się w ciemny zaułek dworca, gdzie otworzył portfel.

Uśmiechnął się do pierwszej rzeczy, jaką wyjął: była to wyświechtana i wyblakła, 

ale wciąż czytelna legitymacja ubezpieczeniowa.

Widniało na niej: „Richard S. Lively". A więc z angielska „pełen życia". Spodobało 

się   to   Ricky'emu.   Po   raz   pierwszy   od   kilku   tygodni   poczuł,   że   żyje.   Nie   musiał   się 
przyzwyczajać do nowego imienia, bo zdrobnienie od Richarda i Fredericka brzmiało tak 
samo.   Odrodzenie   na   dworcu   autobusowym,   pomyślał   sobie.   Bywają   pewnie   gorsze 
miejsca.

Znalazł prócz tego prawo jazdy z Illinois, którego ważność wygasła – widniało na 

nim nieostre zdjęcie Richarda Lively'ego – oraz legitymację szpitalną z placówki w Chicago 
z czerwoną gwiazdką w rogu. AIDS, pomyślał Ricky, nosiciel wirusa HIV. Nie mylił się co 

background image

do zmian skórnych na twarzy mężczyzny. Wyjął jeszcze dwa pożółkłe wycinki prasowe, 
rozłożył   je   ostrożnie   i   przeczytał.   Pierwszy   był   nekrologiem   siedemdziesięciotrzyletniej 
kobiety;   drugi   zaś   artykułem   o   zwolnieniach   robotników   z   fabryki   samochodów.   W 
pierwszym, domyślał się Ricky, chodziło o matkę Richarda Lively'ego, drugi zaś dotyczył 
pracy, jaką wykonywał, nim został bezdomnym. Przeczytał szybko oba wycinki, notując w 
pamięci   ważniejsze   szczegóły.   Włożył   je   z   powrotem   do   portfela,   który   wyrzucił   do 
pobliskiego kubła.

Ta wiedza mi wystarczy, pomyślał.
Przez głośniki zapowiedziano jego autobus. Ricky wstał, zarzucił sobie plecak na 

ramię. Kryjąc doktora Starksa głęboko w sobie, zrobił pierwszy krok jako Richard Lively.

Jego życie zaczęło szybko nabierać tempa.
W ciągu tygodnia wynajął pokój nieopodal biblioteki publicznej i zatrudnił się w 

dwóch miejscach na pół etatu. Wieczorami pracował w kasie miejscowego marketu Diary 
Mart po pięć godzin dziennie, natomiast rano przez pięć godzin ustawiał towary na półkach 
w sklepie spożywczym Stop Shop.

Posługując się numerem ubezpieczenia społecznego Richarda Lively'ego, otworzył 

rachunek bieżący, gdzie zdeponował resztę gotówki. Kiedy to wszystko mu się powiodło, 
doszedł do wniosku, że wcale nie jest tak trudno przechytrzyć  machinę biurokratyczną. 
Wydano   mu   nową   legitymację   ubezpieczeń   społecznych   na   podstawie   kwestionariusza, 
który podpisał już własnoręcznie. Urzędnik w wydziale ruchu drogowego nawet nie spojrzał 
na zdjęcie w jego prawie jazdy z Illinois, kiedy Ricky zgłosił się po dokument stanu New 
Hampshire; tym razem znalazło się w nim jego prawdziwe zdjęcie i podpis, jego kolor oczu, 
waga i wzrost. Zapisał się do wypożyczalni wideo oraz YMCA. Wszystko, by otrzymać 
kolejne dokumenty z nowym nazwiskiem.

Ważny krok zrobił, gdy w połowie października wpadło mu w oko ogłoszenie, w 

którym Uniwersytet New Hampshire poszukiwał dozorcy na pół etatu. Zrezygnował z pracy 
w Diary Mart, by cztery godziny dziennie sprzątać laboratoria naukowe. Traktował pracę 
nader sumiennie ku zadowoleniu swego przełożonego. Ricky'emu chodziło jednak przede 
wszystkim   o   legitymację   uniwersytecką,   którą   zapewniała   ta   posada,   dzięki   niej   miał 
bowiem nieograniczony dostęp do sieci komputerowej.

Nadał sobie w sieci imię Odyseusz.
Od tej pory posiadał adres internetowy i mógł bez przeszkód surfować po Internecie. 

Pozakładał różne konta, podając skrytkę pocztową jako swój adres. Coraz lepiej radził sobie 
z komputerem.

W   dwóch   różnych   źródłach   sprawdził   drzewo   genealogiczne   swojej   rodziny. 

Przekonał się, że Rumpelstilskin nie miał najmniejszych  kłopotów ze skompletowaniem 
listy jego krewnych, od której zaczął swoje groźby. Po paru godzinach szperania miał już 
gotową listę pięćdziesięciu przypadkowych członków rodziny doktora Fredericka Starksa.

Kiedy na monitorze wyskoczyło jego własne imię i nazwisko – drugi zaś program do 

wyszukiwania drzewa genealogicznego, z którego korzystał, poinformował, że niedawno 
zmarł   –   Ricky   mimo   woli   zesztywniał   na   krześle,   choć   przecież   nie   powinien   być 
zaskoczony.

Potem   przeszedł   do   drugiego   etapu:   postanowił   stworzyć   zupełnie   nową   osobę. 

Kogoś, kto nigdy nie istniał, a mimo to zaciągał drobne kredyty, jego zaś przeszłość została 
odnotowana   w   różnych   dokumentach.   Czasem   było   to   dziecinnie   proste,   jak   choćby 
uzyskanie   fałszywych   dokumentów   tożsamości   na   nowe   nazwisko.   Wciąż   nie   mógł   się 
nadziwić, że istnieją firmy internetowe dostarczające fałszywych dokumentów „do zabawy". 
Nazamawiał   praw   jazdy   i   legitymacji   studenckich.   Zdobył   dyplom   Uniwersytetu   Iowa, 

background image

rocznik  1970,  a także   świadectwo   urodzenia  z  nie  istniejącego   szpitala   w  Des  Moines. 
Wymyślił   sobie   fałszywy   numer   ubezpieczenia   społecznego.   Uzbrojony   w  stos   nowych 
dokumentów, otworzył  skromny rachunek bieżący na drugie nazwisko. Imię  i nazwisko 
dobrał sobie z rozmysłem: Frederick Lazarus. Stał się przecież Łazarzem.

Pomysł   uderzał   prostotą:   Richard   Lively   to   człowiek   z   krwi   i   kości   wiodący 

przykładne   i   bezpieczne   życie.   Posłuży   za   bazę.   Frederick   Lazarus   był   natomiast   od 
początku do końca zmyślony. Składał się jedynie z fikcyjnych numerków. Mógł być groźny. 
Mógł być przestępcą. Stać go było na ryzyko.

DzIEWIĘĆ Mijały tygodnie i miesiące, stan New Hampshire spowiła zima.Ricky żył 

z   dnia   na   dzień   jako   Richard   Lively,rozbudowując   tymczasem   powoli   swoją   drugą 
tożsamość jako Frederick Lazarus.

Lively chadzał w wolne wieczory na uniwersyteckie mecze koszykówki, od czasu do 

czasu   pilnował   dziecka   swojej   gospodyni,   która   nadzwyczaj   szybko   obdarzyła   go 
zaufaniem. Dwa wieczory tygodnio wo pracował od dziesiątej wieczór do drugiej nad ranem 
jako   wolontariusz   przy   telefonie   zaufania   dla   samobójców   –   w   ten   sposób   mógł   się 
przynajmniej   w   pewnym   stopniu   zrehabilitować   za   to,   że   nie   poświęcił   dość   uwagi 
nieszczęsnej Claire Tyson, kiedy zgłosiła się do niego przed laty.

Lazarus   był   zupełnie   innym   człowiekiem.   Należał   do   klubu   sportowego,   gdzie 

samotnie pokonywał wielokilometrowe dystanse na ruchomej bieżni, a w dalszej kolejności 
ćwiczył z ciężarkami. Zeszczuplał. Rozrósł się w barach. Trenował samotnie w ciszy, którą 
mąciły tylko sporadyczne stęknięcia i miarowe kroki na bieżni. Zaczął odgarniać swoje 
płowe włosy z czoła, mocno je przygładzając.

W   sobotnie   popołudnie   pod   koniec   stycznia   przez   godzinę   miło   gawędził   ze 

sprzedawcą w sklepie sportowym na temat różnych typów broni. W piwnicy sklepu mieściła 
się strzelnica, gdzie sprzedawca ochoczo pokazał Ricky'emu – który do tej pory nie miał 
broni w ręku -jak celować i zachować prawidłową postawę, trzymając pistolet oburącz, tak 
by skupić się wyłącznie na celu, który pokaże się na muszce. Ricky wystrzelał dziesiątki 
nabojów, od niewielkich automatycznych kaliber 22 poprzez magnum 357 i 9-milimetrowe 
lubiane przez stróżów prawa, a kończąc na czterdziestcepiątce, która szarpała ramieniem i 
piersią po oddaniu strzału.

Zdecydował   się  na  samopowtarzalnego   rugera  kaliber   9  mm  z   magazynkiem   na 

piętnaście   nabojów   –   taki   sam   widział   w   teczce   Medina,   gdy   jechali   pociągiem   na 
Manhattan.

Wypełniając formularz, by otrzymać pozwolenie na broń, wpisał fałszywy numer 

ubezpieczenia społecznego, który zdobył właśnie na takie okazje.

–Potrwa kilka dni – poinformował go sprzedawca. – To i tak nic w porównaniu z 

terminami, jakie mają w Massachusetts. Jak pan płaci?

Gotówką – odparł Ricky. – Plastik tylko komplikuje życie.
Za to ruger kaliber dziewięć milimetrów je upraszcza, dobrze mówię?
Ricky przytaknął.
–Wszak o to chodzi.
Pewnej   nocy   pod   koniec   wiosny,   dziewięć   miesięcy   po   własnej   śmierci,   Ricky 

rozmawiał   bite   trzy   godziny   przez   telefon   z   zagubioną   młodą   kobietą,   pogrążoną   w 
głębokiej depresji, która zadzwoniła w rozpaczy do telefonu zaufania. Miała przed sobą na 
stole fiolkę tabletek nasennych. Rozmawiali o tym, jak wygląda jej życie, a jakie mogłoby 
być. Starał się tchnąć nadzieję w każde swoje słowo, kiedy więc oboje powitali wschód 
słońca, odłożyła groźną fiolkę i zapisała się na wizytę w klinice.

background image

Wyszedłszy rankiem, bardziej ożywiony niż zmęczony po nocy, postanowił zdobyć 

pierwszą informację.

Po zakończeniu swojej zmiany na uniwersytecie dostał się za pomocą elektronicznej 

przepustki   do   pracowni   wydziału   informatycznego.   Było   to   kwadratowe   pomieszczenie 
podzielone przepierzeniami, w każdym boksie stał komputer podłączony do głównej sieci 
uniwersyteckiej. Zalogował się do jednego z nich, wpisując swoje hasło. W teczce po lewej 
miał skromne informacje, jakie udało mu się zebrać w poprzednim życiu na temat kobiety, 
której problem zbagatelizował.

Wiedział   już,  że   przed  dwudziestu   laty,   kiedy  kobieta   popełniła  samobójstwo  w 

Nowym Jorku, jej dzieci przekazano pod skrzydła państwa do adopcji. Kiedy wpisał jej 
dane do wyszukiwarki, pojawiło się zdumiewająco niewiele. Programy, za pomocą których 
błyskawicznie   odszukał   swoich   krewnych,   okazały   się   w   jej   przypadku   właściwie 
bezużyteczne.

Następnie przewertował książki telefoniczne północnej Florydy, bo w akcie zgonu 

znalazł adres jej najbliższego krewnego z Pensa-coli. Gdy jednak sprawdził informację, 
okazało się, że mieszka tam już ktoś inny.

Mimo   wszystko   postanowił   zacząć   swoje   poszukiwania   od   tego   miejsca. 

Zarezerwował bilet lotniczy i tak ułożył sobie grafik, by wygospodarować trochę wolnego 
czasu. Wstąpił do sklepu z używaną odzieżą, gdzie nabył tani, przewiewny czarny garnitur. 
Pewnie w takim chodziłby przedsiębiorca pogrzebowy. Późnym wieczorem na dzień przed 
wyjazdem,   ubrany   w   służbową   koszulę   i   robocze   spodnie,   zakradł   się   do   budynku 
uniwersyteckiego wydziału teatralnego. Za pomocą jednej z przepustek otworzył magazyn, 
w   którym   przechowywano   kostiumy   do   różnych   sztuk   wystawianych   przez   studentów. 
Szybko znalazł dokładnie to, czego potrzebował.

Powietrze  znad Zatoki  Meksykańskiej  było  ciężkie  i parne, jakby kryło  w sobie 

groźbę. Kiedy Ricky odetchnął nim kilka razy, przechodząc z klimatyzowanej hali lotniska 
do wypożyczalni samochodów, poczuł w płucach wręcz oleiste gorąco, jakie nie nawiedzało 
przylądka Cod i Nowego Jorku nawet w najbardziej upalnym okresie sierpnia.

Miał prosty plan: wynajmie pokój w tanim moteliku, a następnie uda się pod adres 

figurujący w akcie zgonu Claire Tyson. Podpyta sąsiadów, czy nie wiedzą, gdzie przeniosła 
się jej rodzina.

Po krótkiej wędrówce znalazł Motel 6 usytuowany przy szerokim bulwarze, pełnym 

barów szybkiej obsługi i tanich sklepików. Czuło się zapach powietrza znad pobliskiego 
oceanu, ale wody nie było widać, bo jak okiem sięgnąć, jej widok zasłaniały nie kończące 
się rzędy placówek handlowych i krzykliwe szyldy.

Zameldował   się   jako   Frederick   Lazarus,   zostawił   w   pokoju   torbę   podróżną   i 

przeszedł   przez   parking   do   całodobowego   sklepu   ogólnospożywczego.   Kupił   tam 
szczegółową mapę okolic Pensacoli.

Zabudowa   wokół   olbrzymiej   bazy   marynarki   wojennej   była   jednolita:   rzędy 

domków   poprzecinane   żużlowymi   dróżkami,   wśród   których   rosły   wypalone   słońcem 
maciupeńkie   trawniczki.   Alejki   były   zadbane,   a   domki   świeżo   odmalowane.   Jednak   im 
bardziej Ricky oddalał się od oceanu, tym stawały się biedniejsze.

Odnalazł ulicę, na której mieszkała rodzina Claire Tyson, i numer trzynasty, mniej 

więcej   pośrodku.   Zaparkował   samochód   przed   budynkiem.   Był   to   niewielki 
jednokondygnacyjny domek pomalowany wyblakłą różową farbą. Z kilku okien wystawały 
klimatyzatory.  Betonowa płyta  służyła  za ganek, a z boku o ścianę oparto zardzewiały, 
czarny grill. Ogromne  żółte psisko przywiązane  łańcuchem  do płotu zaczęło  ujadać jak 
oszalałe, kiedy zbliżał się podjazdem do drzwi frontowych. Wcisnął guzik i doszedł go ze 

background image

środka odgłos dzwonka. Kiedy ustał płacz dziecka, usłyszał:

–Już idę, idę…
Drzwi   się   otworzyły   i   stanęła   w   nich   czarnoskóra   kobieta   z   niemowlęciem   na 

biodrze. Nie otwierała drzwi z siatką.

Czego pan chce? – spytała nerwowo. – Przyszedł pan po telewizor? Pralkę? A może 

po butelkę ze smoczkiem? Co pan zabierze tym razem?

Nie zamierzam nic pani zabierać – zapewnił.
Przysłali pana z elektrowni?
Nie. Mam tylko kilka pytań – wyjaśnił Ricky. Uśmiechnął się. – A jeśli udzieli mi 

pani odpowiedzi, może nawet sypnę groszem.

Kobieta nie przestawała przyglądać mu się podejrzliwie, ale w jej oczach pojawiła 

się dodatkowo ciekawość.

Co to za pytania?
Chodzi o kogoś, kto tu kiedyś mieszkał. Jakiś czas temu. O rodzinę Tysonów.
Znaczy o tego eksmitowanego przed naszym wprowadzeniem się tutaj.
Ricky sięgnął po portfel i wyjął z niego banknot dwudziestodolarowy. Uniósł go, a 

kobieta otworzyła drzwi.

Jest pan gliną? – spytała. – Albo detektywem?
Nie jestem policjantem – odparł Ricky – ale powiedzmy, że bawię się w detektywa.
Wszedł do domu.
Przez chwilę mrugał, nim jego oczy przywykły do panującego wewnątrz mroku. W 

ciasnej sionce nie było czym oddychać. Poszedł w ślad za kobietą do saloniku. Okna były 
pootwierane, a mimo to panował tam taki zaduch, jakby kiszkowaty pokój był więzienną 
celą.   Stały   tu   krzesło,   kanapa,   telewizor   oraz   czerwono-niebieski   kojec,   w   którym 
wylądowało dziecko. Ściany były gołe z wyjątkiem pojedynczej fotografii ślubnej, na której 
uwieczniono sztywno upo-zowaną kobietę z młodym Murzynem w mundurze marynarskim. 
Ricky zerknął na zdjęcie i spytał:

To pani mąż? Gdzie teraz jest?
Wypłynął w morze – odparła. – Jest gdzieś w Zatoce Perskiej. Wraca dopiero za dwa 

miesiące.

Jak pani na imię?
Charlene – odparła. – A teraz niech mi pan powie, co to za pytania, za które pan 

zapłaci? Mąż kiepsko zarabia.

Ricky podszedł do jedynego w pokoju krzesła i usiadł na nim, tymczasem Charlene 

usadowiła się na kanapie.

Proszę mi powiedzieć wszystko, co pani wie o rodzinie Tysonów. Mieszkali tu przed 

państwem?

Zgadza się – potwierdziła. – Słyszałam tylko o staruszku. Mieszkał tu sam. Co pana 

obchodzi ten starzec?

Zapisano   mu   w   spadku   pewną   sumkę   –   skłamał   Ricky.   –   Rodzina   zleciła   mi 

odnalezienie go.

Nie sądzę, żeby potrzebował forsy tam, gdzie teraz jest.

background image

To znaczy gdzie?
W szpitalu domu opieki dla weteranów przy placu Midway. O ile już nie wyciągnął 

kopyt.

A jego żona?
Nie żyje. Od dobrych kilku lat.
Poznała go pani? Charlene potrząsnęła głową.
Słyszałam o nim tylko od sąsiadów.
Co takiego?
–Podobno   mieli   córkę,   która   zmarła   dawno   temu.   Żyli   z   zasiłków.Starsza   pani 

zachorowała   na  serce.   Nie   miała   ubezpieczenia,   tylko   Medicare   dla   osób   w  podeszłym 
wieku. Staruszka zmarła, zostawiając męża z górą nie zapłaconych rachunków. Pewnego 
dnia starzec dowiedział się, że właścicielem hipoteki nie jest już bank. Ktoś wykupił weksel. 
Raz, a może dwa razy nie zapłacił kolejnej raty i pojawili się ludzie szeryfa z nakazem 
eksmisji. Wyrzucili starego na bruk. Wylądował w domu opieki.

Ricky zastanawiał się nad tym, co usłyszał, w końcu spytał:
A wy wprowadziliście się po jego eksmisji?
Właśnie – westchnęła Charlene i potrząsnęła głową. – O tym staruszku słyszałam od 

sąsiadów z przeciwka. Ale też się wyprowadzili. Chyba nie ma już w okolicy nikogo, kto go 
znał osobiście. Nie był zbyt lubiany.

Ricky spytał po chwili namysłu:
–Ma pani nazwisko, a może choćby adres tego faceta, któremu płaci pani czynsz?
Charlene zdziwiła się nieco, ale kiwnęła głową.
–Jasne. Wystawiam czek na prawnika z centrum, który przelewa mamonę na konto 

właściciela.  Kiedy jestem przy forsie. Ale gospodarz to równy gość. Ten jego adwokat 
dzwoni do mnie i mówi, żebym zapłaciła, jak będę mogła. – Podniosła z podłogi ogryzek 
kredki i zapisała na odwrocie koperty nazwisko i adres. – Mam nadzieję, że przyda się to 
panu na coś.

Ricky   wyjął   z   portfela   dwa   banknoty   dwudziestodolarowe   i   podał   je   kobiecie. 

Kiwnęła głową z wdzięcznością. Zawahał się i wyjął trzeci banknot.

A to dla dziecka – powiedział.
Dziękuję uprzejmie szanownemu panu.
Kiedy znalazł się znów na ulicy, musiał osłonić ręką oczy. Rozpościerało się nad 

nim bezkresne błękitne niebo, upał jeszcze się wzmógł. Spojrzał tam, gdzie przy krawężniku 
stał samochód z wypożyczalni i starał się wyobrazić sobie staruszka siedzącego na ulicy 
wśród swego skromnego dobytku. Zastanawiał się, czy, siedząc zrozpaczony w skwarze, 
zdawał sobie sprawę, że człowiek, który pozbawił go dachu nad głową, był dzieckiem jego 
własnego dziecka, do którego przed laty odwrócił się plecami.

Niecałe siedem przecznic od domu, z którego uciekła Claire Tyson, mieściło się 

potężne,   rozległe   liceum.   Ricky   zostawił   samochód   na   parkingu   i   spojrzał   na   ogromny 
betonowy budynek, przy którym za trzymetrowym  płotem widać było boisko piłkarskie. 
Tuż   za   wejściem   głównym   znajdowała   się   portiernia,   gdzie   ochroniarz   wytłumaczył 
Ricky'emu, jak dojść do pomieszczeń administracyjnych.

Sekretarka siedząca przy biurku za drzwiami z napisem: Administracja zaprowadziła 

go do gabinetu dyrektorki, gdy wyłuszczył powód swojej wizyty. Czekał przed drzwiami, aż 

background image

sekretarka pokrótce wyjaśni, z czym przychodzi, i po chwili został zaproszony do środka. W 
gabinecie ujrzał kobietę w średnim wieku siedzącą przed komputerem, spojrzała na niego 
znad okularów wzrokiem rasowej belferki. Wskazała mu krzesło, tymczasem sama odsunęła 
się od komputera wraz z krzesłem na kółkach i znalazła się za biurkiem, na którym piętrzyły 
się stosy papierów.

–Czy mogę panu w czymś pomóc? – spytała rzeczowo.Ricky kiwnął głową.
–Potrzebuję pewnych informacji – rzekł – o uczennicy, która uczęszczała do tego 

liceum pod koniec lat sześćdziesiątych. Chodzi o Claire Tyson…

Akta szkolne są poufne – przerwała mu dyrektorka. – Ale pamiętam ją.
Od jak dawna pani tu pracuje?
Przyszłam   zaraz   po   studiach   –   odparła.   –   Mogę   panu   najwyżej   pokazać   księgę 

uczniów z sześćdziesiątego siódmego roku.

Nie chodzi mi wcale o jej wyniki w nauce – sprostował Ricky, wyjmując z kieszeni 

spreparowany przez siebie list o szansie uratowania dziewczynki chorej na raka i podając go 
dyrektorce. – Szukam kogokolwiek, kto znałby jej krewnych.

Kobieta szybko przeczytała list. Twarz jej złagodniała.
Ach   rozumiem   –   rzekła   przepraszającym   tonem.   –   Bardzo   mi   przykro.   Nie 

wiedziałam.

Nic   się   nie   stało   –   odparł   Ricky.   –   To   desperacka   próba.   Ale   człowiek   zrobi 

wszystko dla siostrzenicy potrzebującej przeszczepu szpiku.

Tonący brzytwy się chwyta – zauważyła. – Nie sądzę jednak, by byli w tej okolicy 

jacyś Tysonowie spokrewnieni z Claire.

To ciekawe, że pamięta pani Claire – zagadnął Ricky.
Bo była niezwykła. Pod wieloma względami. Prowadziłam wtedy poradnię i często 

miałam z nią do czynienia.

Kobieta  wstała i podeszła do półki z książkami  przy tylnej  ścianie, by wrócić z 

księgą absolwentów z roku 1967. Podała ją Ricky'emu.

Przeglądał księgę strona po stronie, aż doszedł do Claire Tyson. Z trudem rozpoznał 

kobietę, która zgłosiła się do niego dziesięć lat później, w świeżej, gładziutkiej buzi prawie 
dorosłej   panny   ze   zdjęcia.   Przeczytał   tekst   pod   fotografią.   Należała   do   różnych   kółek: 
francuskiego,   naukowego   oraz   teatralnego.   Odnotowano   też   jej   wszystkie   osiągnięcia 
naukowe, między innymi stypendium przyznane za dobre wyniki w nauce. Znalazł cytat, 
umieszczony   dla   żartu,   który   wydał   mu   się   nieco   złowieszczy:   „Rób   innym,   co   tobie 
niemiłe, zanim cię uprzedzą". Oraz przepowiednię: „Pragnie żyć szybko. Za dziesięć lat 
będzie na Broadwayu lub pod nim".

Dyrektorka zerkała Ricky'emu przez ramię.
Nie miała szans – westchnęła.
Słucham? – spytał Ricky.
Była  jedynym  dzieckiem,  powiedzmy,  konfliktowego małżeństwa.  Żyli  na skraju 

ubóstwa. Ojciec był tyranem. A może nie tylko.

–To znaczy…
Przejawiała wiele typowych reakcji wskazujących na przemoc w rodzinie. Bardzo 

często z nią rozmawiałam, kiedy dostawała nie kontrolowanych napadów histerii. Płakała. 
Krzyczała. Wpadała w depresję. Potem stawała się wyciszona, obojętna, nieobecna, jakby 

background image

przenosiła się w inny wymiar, choć siedziała tuż obok mnie. Niewątpliwie zawiadomiłabym 
policję, gdybym dostrzegła niepodważalne dowody.

Jasne.
Widziałam,   jak   szuka   pierwszej   lepszej   okazji,   by   się   wyrwać   z   domu.   Ten 

chłopak…

Jej chłopak?
Tak.  Jestem  niemal   pewna,  że  była   w  ciąży i  to  całkiem  zaawansowanej,  kiedy 

ukończyła szkołę tamtej wiosny.

–Jak się nazywał? Zastanawiam się, czy dziecko…'To niezwykle ważne, sama pani 

rozumie.

Urodziła. Ale nie znam jej dalszych losów. Nie zapuścili tu korzeni. Chłopak chciał 

wstąpić   do   marynarki,   ale   nie   wiem,   czy   mu   się   udało,   a   ona   poszła   do   miejscowego 
dwuletniego college'u przygotowującego na studia. Nie sądzę, żeby się pobrali.

A ten chłopak?
Daniel Collins. Przystojniacha. Ulubieniec kobiet. Grał w piłkę nożną i baseball, ale 

nigdy nie był gwiazdą. Choć miał głowę na karku, nie garnął się do nauki. Taki, co to 
zawsze wie, gdzie jest najlepsza zabawa.

Nie lubiła go pani?
A niby za co? Przypominał mi drapieżnika. Wszystkie dziewczęta, które mu wpadły 

w oko, tańczyły, jak im zagrał. Zwłaszcza Claire.

Ma pani może adres jego rodziny?
Dyrektorka wstała, podeszła do komputera i wstukała imię oraz nazwisko dawnego 

ucznia. Następnie wzięła ołówek i zapisała numer na skrawku papieru, który przekazała 
Ricky'emu.

Sądzi pani, że ją zostawił?
Na pewno. Wykorzystał ją i porzucił. Miał prawdziwy dryg do wyciskania ludzi jak 

cytryny i pozbywania się ich przy byle okazji. Ale czy zajęło mu to rok, czy dziesięć lat, 
tego już nie wiem. W moim zawodzie człowiek uczy się przewidywać przyszłość swoich 
podopiecznych. Czasem mogę kogoś nie docenić lub przecenić. Ale zwykle się nie mylę.

Zanim Ricky udał się do szpitala dla weteranów, wstąpił na chwilę do motelu, by 

przebrać   się   w   czarny   garnitur.   Wziął   również   rekwizyt   pożyczony   z   uniwersyteckiego 
magazynu teatralnego i założył go sobie na szyję.

Piętrowy   budynek   szpitala   z   bielonych   cegieł   stal   na   placu   między   sześcioma 

różnymi   kościołami:   zielonoświątkowców,   baptystów,   katolików,   kongregacjonistów, 
unitarian   oraz   afrykańskich   metodystów   –   przed   każdym   pyszniła   się   na   trawniku 
obiecująca tablica informacyjna. Przed szpitalem ustawiono dwa maszty flagowe, a na nich 
tuż obok siebie zwisały w upale późnej wiosny flaga amerykańska i flaga Florydy. Przy 
dróżce prowadzącej do wejścia rosło kilka zielonych krzewów, garstka pozostawionych bez 
opieki   staruszków   na   wózkach   grzała   się   w   popołudniowym   słońcu.   Ricky   wszedł   do 
środka. Podszedł do recepcjonistki za biurkiem.

Witam, ojcze – powiedziała pogodnie. – W czym mogę pomóc?
Dzień   dobry   –   odparł   Ricky,   muskając   koloratkę   wypożyczoną   z   magazynu 

kostiumów.   –   Za   duży   upał   na   noszenie   szat   duchownych   –   zażartował.Recepcjonistka 
roześmiała się.

background image

Przyszedłem z wizytą do pacjenta. Nazywa się Tyson.
Ojciec jest jego krewnym?
Nie, ale jego córka prosiła, bym go odwiedził.
Taka   odpowiedź   najwyraźniej   ją   usatysfakcjonowała,   bo   spojrzała   do 

komputerowego rejestru. Lekko się skrzywiła, gdy na monitorze pojawiły się dane pacjenta.

–Przykro mi, ojcze, pan Tyson przebywa na terenie hospicjum – powiedziała.-A jego 

stan…

Nie rokuje nadziei.
A więc, przybywam  w samą  porę. Może uda mi  się przynieść  mu nieco ulgi w 

ostatnich dniach życia.

Recepcjonistka kiwnęła głową. Wskazała na plan szpitala.
–Proszę iść tędy.
Koloratka   i   garnitur   doskonale   spełniały   swoje   zadanie.   Nikt   nie   legitymował 

Ricky'ego;   nikomu   nie   przyszło   do   głowy,   że   może   być   intruzem.   Kiedy   zjawił   się   w 
hospicjum, dyżurna pielęgniarka uniosła wzrok i powiedziała:

Ach, to ojciec, właśnie miałam telefon, że ojciec do nas idzie. Pan Tyson leży w 

pokoju numer trzysta.

Dziękuję – odezwał się Ricky. – Czy możesz mi powiedzieć, moje dziecko, na co 

choruje?

Pielęgniarka karnie podała Ricky'emu odpowiednią kartę. Rak płuc.
Calvin Tyson był chudy jak szkielet. Z szyi zwisała mu maska tlenowa, którą od 

czasu do czasu przykładał do ust, żeby lżej oddychać. Odkryte patykowate nogi leżały na 
łóżku jak gałęzie strącone przez wicher z drzewa. Jego współlokator przedstawiał podobny 
obraz nędzy i rozpaczy. Obaj mężczyźni dyszeli unisono w agonii. Tyson uniósł głowę i 
spojrzał na Ricky'ego, gdy tylko ten wszedł do pokoju.

Proszę mnie zostawić w spokoju – wycharczał z trudem. – Nie chcę duchowego 

pocieszenia.

Nie zamierzam wspierać pana na duchu – odparł Ricky. – A przynajmniej nie tak, 

jak pan myśli. – Zawiesił głos i upewnił się, że drzwi są dokładnie zamknięte. Energicznym 
krokiem obszedł łóżko i spojrzał na towarzysza niedoli Tysona. Wskazał słuchawki leżące 
na jego łóżku. – Zechce pan czegoś posłuchać? Chcę odbyć prywatną rozmowę z pańskim 
towarzyszem.

Mężczyzna wzruszył ramionami i nałożył słuchawki.
W   porządku   –   powiedział   Ricky,   a   następnie   nachylił   się   nad   umierającym 

człowiekiem. – Domyśla się pan, kto mnie przysyła?

Nie mam pojęcia – wychrypiał Tyson. – Nie ma już nikogo, kogo obchodziłby mój 

los.

Myli się pan – odparł Ricky. – Pańska córka…
Nie żyje. Była złą dziewczyną. Od urodzenia.
–A nie widzi pan w tym  przypadkiem  swojego udziału?Calvin Tyson potrząsnął 

głową.

–Nic  pan  nie   wie.  Nikt  nic  nie   wie.  Było,  minęło.  Dawne  dzieje.Ricky  spojrzał 

mężczyźnie w oczy. Były zupełnie wyprane z jakichkolwiek uczuć.

background image

Pańska córka, Claire, miała trójkę dzieci…
Ta dziwka uciekła z jakimś łachmytą, a potem przeniosła się do Nowego Jorku. To 

ją zabiło. Nie ja.

Po jej śmierci – Starks ciągnął myśl – zgłoszono się do pana. Był pan jej najbliższym 

żyjącym krewnym. Dzwonił do pana ktoś z Nowego Jorku z pytaniem, czy przygarnie pan 
jej dzieci.

–A na co mi były jej bachory? Żyła bez ślubu. Nie chciałem ich.Ricky spojrzał na 

Calvina Tysona.

Więc podpisał pan odpowiednie papiery, by umożliwić adopcję, zgadza się?
Tak. Co to pana obchodzi?
Bo muszę je odszukać.
Po co?
Ricky rozejrzał się. Wskazał dłonią szpitalny pokój.
–A   wie   pan,   kto   położył   łapę   na   pańskim   domu   i   wyrzucił   pana   na   bruk,   by 

ostatecznie trafił pan tu i dokonał żywota w samotności?

Tyson potrząsnął głową.
–Ktoś odkupił weksel na dom z banku. Nie dał mi szansy uregulowania długów. 

Rach-ciach. I straciłem dach nad głową.

–I co potem pana spotkało? Nagle oczy starego zwilgotniały.
Kupka nieszczęścia, pomyślał Ricky. Zdusił w sobie rosnącą litość. Calvin Tyson 

zasłużył   sobie   na   swój   los.   Żyłem   na   ulicy.   Zachorowałem.   Zostałem   pobity.   A   teraz 
szykuję się na śmierć.

Trafił pan tu za sprawą syna własnej córki – powiedział z naciskiem Ricky.
Calvin Tyson otworzył szeroko oczy.
–To on wykupił weksel. Wyeksmitował pana za to, że go pan odtrącił i jego matkę. 

W ten sposób się zemścił. Pewnie wynajął jakiegoś draba, żeby pana pobił.

Mężczyzna załkał chrapliwie.
Więc całe zło, które mnie spotkało… …jest dziełem jednego człowieka – wyręczył 

go Ricky. – I właśnie jego szukam. Pytam więc pana jeszcze raz. Podpisał pan pozwolenie 
na adopcję dzieci, prawda?

Tyson przytaknął.
Zapłacili panu?
Znów przytaknął.
Kilka tysiączków.
–Jak nazywają się ludzie, którzy je adoptowali?
Mam papiery.
Gdzie?
W pudełku w szafie. – Wskazał obdrapany metalowy mebel.
Ricky otworzył drzwi szafy. W środku wisiały wyświechtane ubrania. Na dnie stała 

tandetna szkatułka. Zamknięcie było zepsute. Ricky grzebał w starych papierzyskach, aż 
natrafił na kilka złożonych razem kartek opasanych gumką recepturką. Zauważył urzędową 

background image

pieczęć nowojorską. Wetknął dokumenty do kieszeni.

Panu nie będą już potrzebne – powiedział.
Co pan zamierza? – wydyszał Tyson. Mówił szeptem dławionym przez nowotwór, 

który przeżerał mu klatkę piersiową, słowa przeplatały się z sapaniem i świstami.

Odszukać te dzieci.
Po co?
Bo jedno z nich zabiło także mnie – rzekł cicho Ricky i ruszył do wyjścia.
W porze kolacji Starks zastukał do drzwi schludnego domku farmerskiego z dwiema 

sypialniami,   mieszczącego   się   na   zacisznej   ulicy   obsadzanej   palmami.   Nie   zdejmował 
duchownych insygniów, które dodawały mu pewności siebie. Usłyszał ze środka szuranie, 
po chwili drzwi się uchyliły i w szparze pojawiła się głowa staruszki.

Słucham? – odezwała się.
Witam panią – rzekł pogodnie Ricky. – Mam nadzieję, że mi pani pomoże. Szukam 

miejsca pobytu Daniela Collinsa.

Kobieta jęknęła i zakryła usta dłonią.
On jest dla nas stracony.
Wybaczy pani – powiedział Ricky. – Nie rozumiem? Kobieta potrząsnęła głową i 

odrzekła wymijająco:

Dlaczego ojciec szuka mojego syna?
Wyjął sfabrykowany przez siebie list o dziewczynce chorej na raka, przypuszczając, 

że kobieta przeczyta go na tyle pobieżnie, by nie wzbudził w niej podejrzeń.

–Jak pani widzi, pani Collins, nie mylę się, prawda? moja parafia poszukuje dawcy 

szpiku   dla   dziewczynki   daleko   z   panią   spokrewnionej.   Poprosiłbym   również   panią   o 
zbadanie krwi, ale obawiam się, że przekroczyła już pani wymagany wiek.

Ma pani, o ile się nie mylę, powyżej sześćdziesięciu lat? – Ricky nie miał pojęcia, 

czy faktycznie istnieje limit wieku dla dawców szpiku. – Może usiądziemy?

Kobieta z niechęcią skinęła głową i otworzyła szerzej drzwi. Wszedł do domu, który 

wydawał się równie kruchy, jak mieszkająca w nim starsza pani. Pełno tu było niewielkich 
porcelanowych bibelotów i figurek. W powietrzu unosił się wiekowy zapach stęchlizny. 
Kanapa zaskrzypiała pod jego ciężarem.

Czy można się skontaktować z pani synem? Może nadawałby się na dawcę?
Nie żyje – odparła chłodno kobieta. – Umarł dla nas wszystkich. Umarł dla mnie. 

Jest martwy i nic niewart, przysparza tylko bólu, ojcze. Przykro mi.

–A w jaki sposób?
Potrząsnęła głową.
Jeszcze nie. Ale niebawem.
Kobieta sięgnęła po album z wycinkami.  Otworzyła  go, przerzuciła kilka stron i 

przekazała Ricky'emu.

Pośrodku strony znajdował się artykuł z „Tribune" wychodzącej w Tampie. Tytuł 

głosił: „Mężczyzna aresztowany po morderstwie w barze". Na przeciwnej stronie widniał 
kolejny tytuł: „Policja na tropie zabójcy z baru". Ricky przeczytał wycinki. Fakty mówiły za 
siebie.   Daniel   Collins   został   aresztowany   na   miejscu   zdarzenia,   był   pijany   do 

background image

nieprzytomności, w pobliżu był zakrwawiony nóż, a obok leżała na plecach jego ofiara, 
pocięta wyjątkowo brutalnie.

Kiedy Ricky uniósł wzrok, staruszka potrząsnęła głową.
Mój synuś – powiedziała. – Najpierw odebrała go nam ta dziwka, a teraz skończy na 

krześle elektrycznym.

Czy data jest już ustalona? – spytał Ricky.
Nie. Jego adwokat będzie się jeszcze odwoływał. Nie znam się na prawie. Wiem 

jedno, mój syn mówi, że tego nie zrobił.

Twierdzi, że jest niewinny?
Tak. Nie przypomina sobie żadnej bójki. Ocknął się dopiero, kiedy policjanci zaczęli 

go okładać pałkami. Był umazany krwią, a obok leżał nóż. Jednak fakt, że urwał mu się 
film, nie uwalnia go z odpowiedzialności.

Wstała, Ricky też się podniósł.
Kiedy o tym mówię, serce mi pęka,ojcze. I nie ma już dla mnie ukojenia.
Myślę, moja córko, że powinna pani otworzyć swoje serce na wszelkie dobro, jakie 

spotkało panią w całym życiu.

Wszelkie dobro skończyło się w dniu, gdy pojawiła się ta dziewucha, ojcze. Kiedy 

pierwszy raz zaszła w ciążę, zamknęły się przed nim wszystkie perspektywy życiowe. Ona 
ponosi winę za wszelkie zło, jakie go spotkało.

Jej głos nie znosił sprzeciwu, był chłodny i opanowany. Święcie wierzyła, że jej 

ukochany syn jest tylko Bogu ducha winną ofiarą.

–Czy orientuje się pani, co się stało z trójką ich dzieci? To przecież pani wnuki.
Kobieta potrząsnęła głową.
Słyszałam,   że   zostały   oddane.   Danny   podpisywał   jakieś   papiery,   kiedy   był   w 

więzieniu w Teksasie.

A zna pani ich imiona?
Kobieta znów potrząsnęła głową. Bezwzględność tego gestu uderzyła Ricky'ego, w 

końcu zrozumiał, skąd brał się egoizm Daniela Collinsa.

Chowające się za horyzontem słońce rzucało ostatnie promienie na Ricky'ego, kiedy 

otępiały przystanął na chwilę na chodniku, zastanawiając się, czy macki Rumpelstilskina 
sięgały tak daleko, by wtrącić Daniela Collinsa do celi śmierci. Był skłonny w to uwierzyć.

Po   powrocie   do   stanu   New   Hampshire   Ricky   z   entuzjazmem   poświęcił   się 

rutynowym   prostym   zajęciom   w   Durham.   Zatracił   się   w   monotonii   wstawania   rano, 
chodzenia   do   pracy,   zmywania   podłóg,   czyszczenia   łazienek   i   polerowania   korytarzy. 
Przekonał   się,   że   wcale   nie   tęskni   za   czasami,   kiedy   był   psychoanalitykiem.   O   dziwo, 
Richard Lively w większym stopniu ucieleśniał to, kim Ricky naprawdę pragnął być – tym 
samym człowiekiem, który spędzał wakacje na przylądku Cod, nie zaś doktorem Starksem 
leczącym znerwicowanych bogaczy.

O ile jednak coraz lepiej czuł się w nowej skórze, wewnętrzny głos należący do 

Fredericka Lazarusa mobilizował go do działania. Trenując, nabierał coraz lepszej kondycji 
fizycznej, a zapamiętale ćwicząc godzinami na strzelnicy, zyskiwał coraz celniejsze oko.

Gdy któregoś razu późną nocą siedział w swoim wynajętym pokoju, zastanawiał się, 

czy nie mógłby po prostu zapomnieć o wszystkim, co go spotkało, odciąć się od przeszłości 
grubą krechą i zacząć żyć nowym życiem.

background image

Zdał sobie sprawę, że nadszedł  czas decyzji.  Jedno było  absolutnie pewne: jeśli 

Rumpelstilskin   zorientuje   się,   że   uszedł   z   życiem,   jeśli   zrodzi   się   w   nim   choćby   cień 
podejrzenia, iż Ricky Starks znajduje się wśród żywych, z miejsca zacznie mu deptać po 
piętach. Ricky wątpił, by drugi raz dano mu okazję do udziału w jakiejkolwiek grze.

Z jednej strony chciał wieść szczęśliwe życie jako Richard Lively. Jednak drugi głos 

sprzeciwiał się temu, wszak doktor Starks nie zasłużył na śmierć. Choć bez wątpienia mógł 
lepiej potraktować Claire Tyson. Rumpelstilskin nie mylił się w tej kwestii.

–Ale przecież jej nie zabiłem – powiedział na głos.
Pokój, w którym siedział, był zarówno trumną, jak i tratwą ratunkową.
Na ile jest bezpieczny, żyjąc w ukryciu? I obawiając się, że za każdym oknem może 

czaić się Rumpelstilskin? Ricky chciał znaleźć odpowiedź.

Rozłożył obok siebie na łóżku dokumenty zabrane staremu. Znalazł w nich nazwisko 

przybranych rodziców, którzy przygarnęli dzieci przed dwudziestu laty. Właśnie do nich 
uda się w następnej kolejności.

Zgarnął rozłożone na łóżku dokumenty.
–W porządku – mruknął pod nosem – zaczyna się nowa gra.
Bez problemu dowiedział się, że nowojorska opieka społeczna umieszczała trójkę 

dzieci w kolejnych rodzinach zastępczych przez pierwsze pół roku po śmierci ich matki i że 
ostatecznie adoptowali je Howard i Martha Jacksonowie, zamieszkali w West Windsor w 
stanie   New   Jersey.   Pracownica   opieki   społecznej   odnotowała,   że   były   duże   kłopoty   ze 
znalezieniem dzieciom odpowiedniej rodziny, ponieważ we wszystkich domach zastępczych 
prócz  ostatniego  -nie   wymienionego  jednak  z nazwy  – były  niegrzeczne,   zbuntowane  i 
agresywne. Opiekunka zalecała psychoterapię, zwłaszcza najstarszemu z rodzeństwa.

Dzieci figurowały w aktach jako: dwunastoletni Łukasz, jedenastoletni Mateusz oraz 

dziewięcioletnia Joanna.

Biblijne imiona, zauważył Ricky.
Mimo starań nie znalazł w Internecie niczego na ich temat. W książce telefonicznej 

było wielu Jacksonów mieszkających w środkowym New Jersey, ale nie występowało w 
niej żadne z imion wymienionych  w skąpych dokumentach, jakie posiadał. Dysponował 
tylko starym adresem. To zaś oznaczało, że musi zapukać do kolejnych drzwi.

Ricky nie golił się od pewnego czasu, więc szybko urosła mu rzadka broda. Kiedy 

późnym wieczorem znów zakradł się do uniwersyteckiego magazynu teatralnego, znalazł 
przypinany brzuch – poduchę, dzięki której wydawał się o jakieś dwadzieścia kilo tęższy, 
oraz brązowy garnitur zdolny pomieścić jego nowe, obfitsze kształty. Wrzucił wszystko do 
zielonego worka na śmieci i zabrał do domu. Gdy znalazł się w swoim pokoju, dołożył do 
worka pistolet półautomatyczny oraz dwa pełne magazynki.

Wypożyczył samochód z miejscowej firmy Rent-A-Wreck, z której usług korzystali 

głównie   studenci.   Ekspedient   skrupulatnie   spisał   wszystkie   dane   z   fałszywego 
kalifornijskiego prawa jazdy,  które Ricky mu  podsunął. Nazajutrz w piątkowy wieczór, 
kiedy skończył zmianę na uniwersytecie, udał się w drogę na południe do New Jersey.

Dobrze po północy przejeżdżał przez Manhattan. Obejrzał się przez ramię na moście 

Waszyngtona. Gdy dotarł na płatną autostradę prowadzącą do New Jersey, zawładnęła nim 
niezwykła   mieszanka   emocji.   Nowy   Jork   symbolizował   to,   kim   niegdyś   był;   gruchot, 
którym sunął po autostradzie – to, czym stał się teraz; mrok zaś, w którym tonęła droga 
przed nim – jego przyszłość.

Zwabiła   go   tablica:   Wolne   pokoje   przy   motelu   EconoLodge   na   trasie   numer   1. 

background image

Zatrzymał się tam na noc. Rankiem wsadził pod koszulkę przypinany brzuch, włożył tani 
garnitur, a pistolet wraz z magazynkami umieścił w kieszeni.

Jechał przez okolicę, którą niegdyś pokrywały pola. Obszar ten jednak od pewnego 

czasu   urbanizowano.   Mijał   po   drodze   liczne   osiedla   o   różnym   standardzie   –   od 
przeznaczonych dla klasy średniej po luksusowe niby-pałacyki z basenami i garażami na 
trzy pojazdy.

W   końcu   dostrzegł   skrzynkę   pocztową   przy   bocznej   drodze   wśród   nie 

zagospodarowanych jeszcze pól. Numer zgadzał się z adresem podanym w dokumentach. 
Wahał   się.   Przy   podjeździe   widniał   napis:   Hodowla   „Jesteś   bezpieczny":   psy   obronne, 
opieka, zabiegi kosmetyczne, tresura, zdrowi reproduktorzy. A obok rysunek rottweilera. 
Ricky ruszył podjazdem wśród drzew, których korony tworzyły nad głową baldachim.

Szpaler drzew się urwał i Ricky znalazł się przed domkiem w stylu rancza z lat 

pięćdziesiątych   z   ceglaną   fasadą.   Dom   był   kilkakrotnie   przebudowywany,   konstrukcja 
pomalowanych na biało desek łączyła go z całym rzędem ograniczonych siatką wybiegów. 
Kiedy wysiadł z samochodu, rozległa się kakofonia psiego szczekania. Zauważył tablicę z 
napisem:   Biuro.   Olbrzymi   czarny   rottweiler   w   najbliższej   klatce,   wagi   co   najmniej 
pięćdziesięciu kilogramów, podniósł się na tylne łapy i szczerzył kły.

Ricky   zastał   w   biurze   mężczyznę   w   średnim   wieku   siedzącego   za   starym 

metalowym biurkiem i liczącego na kalkulatorze. Był szczupły, łysy, miał potężne bicepsy. 
Podniósł się i zbliżył do przybysza.

–Słucham pana? – odezwał się.
Ricky pokazał mu legitymację prywatnego detektywa, którą kupił przez Internet.
–Domyślam się więc, panie Lazarus – powiedział mężczyzna – że nie szuka pan tu 

szczeniaka.

–Nie.
Czym mogę, w takim razie, służyć?
Przed   laty   na   tym   ranczu   mieszkało   pewne   małżeństwo.   Howard   i   Martha 

Jacksonowie.

Mężczyzna   zesztywniał   na   dźwięk   tego   nazwiska.   Cała   jego   serdeczność 

momentalnie prysła.

A co panu do tego?
Chodzi mi o trójkę ich dzieci.
Mężczyzna namyślał się, jakby ważąc słowa Ricky'ego.
Przecież oni nie mieli dzieci. Zmarli bezpotomnie. Był tylko brat, który mieszkał 

gdzieś daleko. To od niego odkupiłem tę posiadłość. Wytargowałem nawet niezłą cenę. 
Dzięki mnie interes rozkwitł. Ale nie było mowy o żadnych dzieciach. Żadnych.

Jest pan w błędzie – powiedział Ricky. – Mieli dzieci. Adoptowali sieroty z Nowego 

Jorku.

Nie wiem, skąd szanowny pan ma te informacje, ale myli się pan. Nawet bardzo. Nie 

mieli żadnych dzieci. Adoptowanych ani własnych. O co więc tak naprawdę panu chodzi?

Mam klienta. Interesuje się dziećmi, które Jacksonowie adoptowali w maju tysiąc 

dziewięćset osiemdziesiątego roku. Chce im zadać kilka pytań. Więcej nie mogę zdradzić – 
wyjaśnił Ricky.

Oczy mężczyzny zrobiły się wąskie jak szparki.

background image

–A   więc   ktoś   panu   płaci   za   szwendanie   się   i   zadawanie   pytań?   Ma   pan   numer 

telefonu? Zadzwonię, jeśli sobie coś przypomnę.

Przyjechałem z daleka.Hodowca utkwił wzrok w Rickym.
Przecież   linie   telefoniczne   łączą   wszystkie   stany.   Jak   mam   się   z   panem 

skontaktować w razie potrzeby?

A niby co, czego nie pamięta pan teraz, może jeszcze przyjść panu do głowy? – 

spytał Ricky.

Mężczyzna przeszywał go wzrokiem, jakby chciał zapamiętać każdy szczegół jego 

twarzy i sylwetki. Zachowywał się podejrzanie. Ricky Starks zrobił krok w kierunku drzwi.

–Umówmy   się   tak.   Dam   panu   kilka   godzin   na   przemyślenie,   a   potem   sam 

zadzwonię.

W pośpiechu opuścił biuro i ruszył w kierunku wypożyczonego samochodu.
Hodowca poszedł za nim, skręcił jednak w bok i błyskawicznie dotarł do klatki z 

rottweilerem. Kiedy tylko otworzył furtkę, pies z rozdziawionym pyskiem stanął przy jego 
nodze. Hodowca dał znak otwartą dłonią i pies zastygł, wpatrzony w Ricky'ego, czekając na 
kolejną komendę. Warknął basowo.

Hodowca złapał psa za obrożę.
–Tablice rejestracyjne z New Hampshire – powiedział po chwili.– Z sentencją: „Żyć 

wolnym lub umrzeć". Godne uwagi. A teraz zmiataj pan stąd.

Ricky, nie wahając się ani chwili, wskoczył do wozu i zatrzasnął za sobą drzwi. 

Odjeżdżając, dostrzegł w lusterku hodowcę, a u jego boku psa, który nie spuszczał z niego 
nienawistnych ślepiów.

Ricky odniósł wrażenie, że sprawa, w którą wdepnął, jest znacznie poważniejsza, niż 

się spodziewał. Postanowił wrócić do New Hampshire, gdzie był bezpieczny. Zatrzymał 
wypożyczony wóz przed recepcją motelu EconoLodge i wszedł do środka.

Odjeżdżam – powiedział. – Lazarus, pokój trzydzieści dwa. Recepcjonista podliczył 

w komputerze rachunek i powiedział:

Gotowe. Były do pana dwa telefony.
Telefony? – zdumiał się Ricky. Recepcjonista kiwnął głową.
–Dzwonił jakiś facet z hodowli psów i pytał, czy mieszka pan tutaj. Chciał zostawić 

wiadomość.  Później, dosłownie przed chwilą, był  drugi telefon.  Może pan skorzystać  z 
tamtego aparatu, wystarczy wstukać numer pańskiego pokoju, żeby odsłuchać wiadomości.

Ricky zastosował się do wskazówek recepcjonisty.  Pierwszą wiadomość zostawił 

hodowca psów: „Tak myślałem, że zatrzyma się pan w pobliżu, w jakimś niedrogim lokum. 
Nietrudno   było   pana   wytropić.   Zastanawiałem   się   nad   pańskimi   pytaniami.   Proszę 
zadzwonić. Chyba mam pewne informacje, które mogą się panu przydać. Niech pan lepiej 
szykuje książeczkę czekową, bo za darmo nie powiem ani słowa".

Kolejna   wiadomość   włączyła   się   automatycznie.   Rozmówczyni   mówiła   szybko, 

opanowanym głosem. Ów głos zdumiał go, jak kawałek lodu znaleziony na rozgrzanym 
upałem   chodniku.   „Panie  Lazarus,  właśnie   dowiedziałam   się,  że  interesuje   pana  zmarłe 
małżeństwo   Jacksonów.   Sądzę,   że   wiem   coś,   co   może   pana   zainteresować.   Proszę 
zadzwonić   do   mnie   niezwłocznie   pod   numer   dwieście   dwanaście-pięć   pięć   pięć-
siedemnaście siedemnaście, umówimy się na spotkanie".

Rozmówczyni się nie przedstawiła. Było to zbędne. Poznał jej głos – Wergil.

background image

 

background image

  DZIESIĘĆ

   W pośpiechu spakował torbę i odjechał z piskiem opon, byle dalej od moteliku w New 
Jersey i znajomego głosu w słuchawce.

Nie   miał   pojęcia,   co   mogło   łączyć   hodowcę 

psów z Rumpelstilskinem, ale na pewno istniał między nimi jakiś związek. Przeraziła go 
łatwość, z jaką ten facet znalazł motel, w którym się zatrzymał.

Starks   prowadził   ostro   i   szybko   do   New   Hampshire,   starając   się   po   drodze 

oszacować   rozmiary   grożącego   mu   niebezpieczeństwa.   Minął   tablicę:   Witamy   w 
Massachusetts,   kiedy   wpadł   na   pewien   pomysł.   Zauważył   zjazd,   a   w   pobliżu   jakże 
charakterystyczne w amerykańskim krajobrazie centrum handlowe. Zostawił wypożyczony 
samochód na parkingu przed centrum handlowym. Wnet zlokalizował automaty telefoniczne 
nieopodal barów szybkiej obsługi. Doskonale pamiętał numer telefonu. „New York Times", 
ogłoszenia drobne – usłyszał.

Chcę   zamówić   ogłoszenie   z   tych   małych,   jednoszpaltowych   na   dole   pierwszej 

strony.

Szybko podał numer karty kredytowej. Pracownik odnotował dane i spytał:
Jak ma brzmieć ogłoszenie, panie Lazarus? Po chwili wahania powiedział: „Panie R. 

Gra znów się toczy. Nowy Voice". Pracownik sprawdził treść.

To wszystko? – spytał.
Tak. Słowo Voice ma być dużą literą.
Pracownik odnotował tę uwagę i Ricky rozłączył się. Następnie ruszył do jednego z 

barów szybkiej obsługi, zamówił kawę i zgarnął całą garść serwetek. Usiadł przy wolnym 
stoliku z długopisem w dłoni. Wyłączył się z otaczającego go ruchu i zgiełku, koncentrując 
się na tym, co chciał napisać. Ostatecznie po kilku próbach sklecił taki tekst:

Nie wiesz, kim jestem, choć wiesz, kim byłem, Bo w mrok niewiedzy cię wtrąciłem.
Ricky odszedł, wyzionął ducha.
A ty teraz mnie posłuchasz. Łazarz powstał tak jak ja.
Dziś kto inny umrzeć ma.
Stary zestaw, nowa gra,
Twarzą w twarz pan R. i ja.
Komu śmierć uderzy w dzwon?
Zły poeto, znaj jej ton.
Ricky przez chwilę podziwiał swoje dzieło, by zaraz potem znów znaleźć się przy 

automacie. Wkrótce uzyskał połączenie z działem ogłoszeń drobnych w „Village Voice".

Chcę umieścić ogłoszenie w dziale „Osobiste" – powiedział.
Nie ma sprawy – usłyszał w słuchawce. – Jaki ma być nagłówek?
Nagłówek? – spytał Ricky.
No wie pan: BK, czyli biała kobieta, albo SM – sadomasochizm. Ricky zdecydował 

po namyśle:

background image

–Niech   będzie   tak:   „BK,   50+,   szuka   odpowiedniego   mężczyzny   do   zabaw   i 

swawoli".

Pracownik powtórzył treść.
W porządku – rzekł. – To wszystko?
Jeszcze nie – powiedział Ricky i odczytał swój wierszyk.
No, no – zauważył  rozmówca,  gdy sprawdził  zgodność treści  – to coś nowego. 

Czegoś takiego jeszcze u nas nie było. Wszelkiego rodzaju świry polecą jak muchy do 
miodu. Przydzielimy panu numer skrytki, do której będzie pan miał dostęp telefoniczny. – 
Ricky słyszał, jak pracownik stuka w klawiaturę komputera. – Skrytka numer trzynaście 
trzynaście. Mam nadzieję, że nie jest pan przesądny?

–Ani trochę – odparł Ricky. Zanotował na serwetce numer telefonu, przez który miał 

się łączyć ze skrytką, i odłożył słuchawkę.

Przemknęła mu myśl, by zadzwonić do Wergil na podany przez nią numer. Nie uległ 

jednak pokusie. Musiał najpierw załatwić kilka spraw.

W „Sztuce wojny" Sun-Tsu zwraca uwagę na to, jak ważny jest dokonany przez 

wodza wybór pola walki. Jeśli pozostaje ono wrogowi nie znane, zdobywamy przewagę. 
Ricky pomyślał, że przyda mu się ta nauka.

Przeczuwał, że wkrótce ktoś może go wytropić w Durham. Prześladowca trafi tu jak 

po sznurku na podstawie tablicy rejestracyjnej, na którą zwrócił uwagę hodowca psów.

Po powrocie do Durham Ricky zwrócił samochód do wypożyczalni, wpadł na chwilę 

do swojego pokoju, a potem udał się prosto na dyżur telefonu zaufania. Nie miał pojęcia, ile 
zyskał na czasie dzięki ogłoszeniom, ale na pewno trochę. Ogłoszenie w „Timesie" pojawi 
się nazajutrz rano, w „Village Voice" zaś pod koniec tygodnia.

Istniała duża szansa, że Rumpelstilskin nie zacznie działać, dopóki nie przeczyta 

obu.   Tymczasem   wiedział   tylko,   że   korpulentny   prywatny   detektyw   Frederick   Lazarus 
zjawił  się  na  psiej  farmie   w  New  Jersey i  wypytywał   o małżeństwo,   które  według  akt 
adoptowało przed laty trójkę rodzeństwa. Ricky nie sądził jednak, by Rumpelstilskin długo 
pozostał ślepy na inne dowody jego istnienia. Jedynym posiadanym przez niego atutem był 
brak   jakichkolwiek   więzi   pomiędzy   doktorem   Frederickiem   Starksem   a   Frederickiem 
Lazarusem czy Richardem Livelym. Jeden został uznany za zmarłego. Dwaj pozostali byli 
zupełnie anonimowi.

Jeśli Richard Lively miał wyjść cało ze zbliżającej się konfrontacji, Ricky musiał 

odwrócić uwagę Rumpelstilskina od Durham.

Szepnął pod nosem:
–Wracam do Nowego Jorku.
Nazajutrz rano zaczął przygotowywać się do wyjazdu. Opłacił czynsz na miesiąc z 

góry i oznajmił gospodyni, że wyjeżdża w sprawach służbowych do miasta. Postawił w 
pokoju roślinę doniczkową i poprosił o jej regularne podlewanie. To najprostszy sposób, by 
uśpić czujność kobieciny – czy uciekinier prosiłby o podlewanie kwiatka? Przełożony z 
uniwersytetu   pozwolił   mu   wykorzystać   urlop   plus   nagromadzone   nadgodziny.   Ricky 
dokonał telefonicznie przelewu z miejscowego banku, gdzie Frederick Lazarus miał swoje 
konto, na rachunek w banku na Manhattanie, który otworzył sobie drogą elektroniczną.

Porobił również hotelowe rezerwacje w całym mieście na kolejne dni, posługując się 

przy każdej, z wyjątkiem ostatniej, numerami kart kredytowych Fredericka Lazarusa. Dwa 
ostatnie   hotele   mieściły   się   mniej   więcej   naprzeciwko   siebie   na   Dwudziestej   Drugiej 
Zachodniej. W pierwszym zarezerwował dwie doby dla Fredericka Lazarusa. W drugim – 

background image

dwa tygodnie, używając karty VISA na nazwisko Richard Lively.

Zlikwidował skrytki pocztowe Fredericka Lazarusa, zlecając przesyłanie listów na 

adres drugiego hotelu.

Na koniec spakował do torby broń i kilka zmian ubrań, oddał wóz do Rent-A-Wreck 

i wypożyczył następny. Tym razem jednak zostawił wyraźne ślady. Na formularzu napisał 
imię   i   nazwisko   oraz   numer   telefonu   pierwszego   hotelu,   gdzie   zrobił   rezerwację   dla 
Fredericka Lazarusa.

–I jeszcze jedno – powiedział do pracownika. – Doradziłem kumplowi, żeby też 

wynajął   u   państwa   wóz.   Macie   przystępne   ceny   i   nie   robicie   ceregieli,   jak   te   większe 
wypożyczalnie.

Jasne  – podchwycił  młodzieniec,  zdumiony,  że ktokolwiek  zawraca  sobie głowę 

promowaniem ich usług.

Więc – ciągnął Ricky – jeśli zjawi się tu w ciągu najbliższych dni, dajcie mu dobrą 

cenę.

Chłopak kiwnął głową.
–A gdyby pytał o mnie, proszę mu powiedzieć, że wyjechałem w interesach. Do 

Nowego Jorku.

Młodzieniec wzruszył ramionami.
Nie ma sprawy. A ten pana znajomy jakoś się nazywa?
Jasne. R.S. Skin. Łatwo zapamiętać. Pan R. Skin.
W drodze trasą numer 95 do Nowego Jorku Ricky zatrzymał się w trzech centrach 

handlowych, gdzie kupił trzy telefony komórkowe i laptopa.

Wczesnym   wieczorem   zajechał   do   pierwszego   hotelu,   mieszczącego   się   w 

Chinatown. Było to zakazane miejsce i jak się Ricky spodziewał, nikogo tu nie zdziwiło, że 
zameldował się bez bagażu i wyszedł po kwadransie.

Pojechał metrem do ostatniego hotelu na swojej liście, gdzie przedstawił się jako 

Richard Lively.

Późnym wieczorem opuścił na krótko pokój hotelowy, żeby kupić w delikatesach 

kanapki i coś do picia.  Potem aż do rana – z wyjątkiem jednego wyjścia  o północy – 
opracowywał w skupieniu plan.

Ulica lśniła po przelotnym deszczu. Latarnie rzucały żółte snopy światła na czarną 

wilgotną nawierzchnię. Ricky szedł przez miasto szybkim krokiem, póki nie znalazł stojącej 
na uboczu budki telefonicznej. Pojazd na sygnale zmącił nocną ciszę. Ricky poczekał, aż 
syrena ucichnie. Wówczas wykręcił numer redakcji „Village Voice" i połączył się ze swoją 
skrzynką numer 1313. Miał ponad trzydzieści odpowiedzi.

Większość   od   osób   sprowokowanych   wzmianką   o   „zabawach   i   swawolach". 

Trzydziesta różniła się od pozostałych. Głos był chłodny, o metalicznym brzmieniu. Ricky 
domyślał się, że rozmówca mówił przez urządzenie zniekształcające. Nie ulegało jednak 
kwestii, że odpowiedź była zagraniem psychologicznym.

Ricky ma olej w głowie, łebski z niego człek.
A oto rym, żeby dalej szedł: Czuje się bezpieczny, lecz brak mu pokory, Niechże 

jednak lepiej  nie wyłazi  z nory.  Wymknął  się raz, to doprawdy sztuka. Niechaj  jednak 
więcej guza tu nie szuka.

Oto druga szansa, nowej gry początek,

background image

Marnie się dla niego zakończy ten wątek.
Tym razem dług, z którym mi zalega,
Spłaci do ostatka, nieszczęsny lebiega.

Ricky odsłuchał wiadomość trzy razy. Wyczul w tym głosie coś znajomego, coś, co 

pobrzmiewało w metalicznym tonie mimo przetworzenia. Wzdrygnął się na myśl, że oto 
przemawia do niego sam Rumpelstilskin.

Kiedy wierszyk dobiegł końca, usłyszał głos Wergil: „Oj Ricky, Ricky. Co za radość 

znów cię słyszeć. To niesamowite. Aleś mnie zaskoczył. Ostrzegałam ich, przecież wiesz. 
Naprawdę. Mówiłam im: Ricky to bystry gość. Ma intuicję i potrafi szybko działać, ale nie 
chcieli mnie słuchać. Myśleli, że będziesz tak samo nieostrożny jak każdy inny. No i sam 
widzisz, czym się to skończyło".

Westchnęła głęboko i ciągnęła: „Cóż, nie potrafię zrozumieć, dlaczego chcesz odbyć 

kolejną rundę z panem R. Uważam, że powinieneś siedzieć cicho jak mysz pod miotłą i nie 
ujawniać   się.   Podejrzewam   bowiem,   że   tym   razem   pan   R.   zażyczy   sobie   bardziej 
namacalnego   dowodu   swego   zwycięstwa.   To   bardzo   drobiazgowy   człowiek.   Tak 
przynajmniej słyszałam".

Głos Wergil urwał się, jakby raptownie odłożyła telefon. Ricky usłyszał sygnał w 

słuchawce   i   przeszedł   do   kolejnej   wiadomości.   Ponownie   była   to   Wergil.   „Ricky,   nie 
chciałabym, żeby spotkało cię to, co za pierwszym razem, ale jeśli chcesz zaczynać grę, 
twój wybór. Pierwszy ruch należy do ciebie".

Rankiem Ricky Starks pojechał metrem do śródmieścia, do pierwszego hotelu, w 

którym   się  zameldował,   choć  nie  zamieszkał.  Zwrócił   klucz  obojętnemu  recepcjoniście, 
który przeglądał pismo pornograficzne. Mężczyzna miał prymitywną twarz. Wziął klucz, 
ledwie bąknąwszy coś pod nosem.

–Niech pan posłucha – powiedział Ricky. Recepcjonista spojrzał na niego. – Może 

mnie tu szukać pewien mężczyzna.

Recepcjonista kiwnął głową bez większego zainteresowania.
Ricky uśmiechnął się. Nie mógł sobie wyobrazić dogodniejszych okoliczności dla 

swoich   zamiarów.   Rozejrzał   się   wokół,   upewnił   się,   że   są   sami   w   obskurnym   holu,   a 
następnie sięgnął do kieszeni marynarki poniżej kontuaru, wyjął pistolet i załadował go z 
charakterystycznym odgłosem.

Recepcjonista gwałtownie podniósł wzrok, wybałuszając oczy.
Ricky uśmiechnął się protekcjonalnie.
Może w końcu zaczniesz mnie słuchać.
Zamieniam się w słuch – odparł szybko mężczyzna.
Więc powtórzę – rzekł Ricky. – Jeśli będzie o mnie pytał jakiś facet, dasz mu ten 

numer:   dwieście   dwanaście-pięć   pięć   pięć-dwadzieścia   siedem   dziewięćdziesiąt   osiem. 
Zastanie mnie pod nim.

Weź od niego za to pięćdziesiąt dolarów. Albo jeszcze lepiej stówę. I tak mu się 

opłaci. Mężczyzna spojrzał ponuro i kiwnął głową.

A jeśli mnie tu nie będzie? Powiedzmy, że skończy się moja zmiana.
Chcesz zarobić stówkę, to nie ruszaj tyłka – poradził mu Ricky.
Dobra. Niech będzie.

background image

No to świetnie – powiedział Ricky, chowając broń do kieszeni. Uśmiechnął się do 

recepcjonisty   i   wskazał   magazyn   pornograficzny.   –   Nie   przeszkadzam   w   poszerzaniu 
horyzontów – rzekł i ruszył do wyjścia.

Przemierzył miasto, by zameldować się w kolejnym hotelu.
Hotel przypominał wystrojem poprzedni – przygnębiające, wysłużone wnętrze. W 

holu   minął   dwie   kobiety   –   kuse   spódniczki,   krzykliwe   makijaże,   wysokie   szpilki   nie 
pozostawiały cienia wątpliwości, czym się parały.  Kiedy przechodził obok, spojrzały na 
niego, chętne oskubać go z kasy. Potrząsnął głową, gdy jedna z nich rzuciła mu zaczepne 
spojrzenie. Zdziwił się, kiedy usłyszał, jak druga mówi:

–Glina.
Zdawało mu się, że doskonale radzi sobie w światku, do którego trafił. Okazuje się 

jednak, pomyślał, że trudniej jest ukryć swoje korzenie, niż sądził. Jesteś tym, kim jesteś, 
nie tylko na zewnątrz, ale i wewnątrz.

Opadł   na   łóżko   i   poczuł,   jak   uginają   się   pod   nim   sprężyny.   Właśnie   w   takim 

środowisku   chciał   się   znaleźć.   Chciał   przekonać   Rumpelstilskina,   że   podobnie   jak   on, 
wszedł w konszachty z półświatkiem.

Przez   godzinę   leżał   na   łóżku   ze   wzrokiem   wbitym   w   biały   sufit   i   pozbawioną 

abażuru żarówkę, zza ściany dochodziły jęki kopulującej pary.

Po   południu   tego   samego   dnia   Ricky   znalazł   sklep   z   nadwyżkami   dla   wojska   i 

marynarki wojennej, gdzie nabył kilka rzeczy, które mogły mu się przydać w kolejnym 
etapie gry. Niewielki łom, tanią blokadę rowerową, rękawiczki chirurgiczne, miniaturową 
latarkę, rolkę taśmy izolacyjnej oraz najtańszą lornetkę, jaką mieli na składzie.

Po   powrocie   do   pokoju   spakował   wszystko   wraz   z   pistoletem   i   dwoma   świeżo 

kupionymi telefonami komórkowymi do plecaczka.

Z trzeciej komórki zadzwonił do kolejnego hotelu na swojej liście, gdzie się jeszcze 

nie zameldował. Zostawił pilną wiadomość dla Fredericka Lazarusa, by ten niezwłocznie 
oddzwonił, gdy tylko się pojawi. Podał recepcjonistce numer komórki, a następnie schował 
aparat do zewnętrznej kieszeni plecaka, uprzednio dokładnie oznaczywszy go długopisem. 
Kiedy   dotarł   do  wypożyczonego   samochodu   stojącego   na   parkingu   pod   gołym   niebem, 
wyjął znów komórkę i zadzwonił do tego samego hotelu, by zostawić sobie drugą pilną 
wiadomość. Zrobił to jeszcze trzy razy, jadąc w kierunku New Jersey. Za każdym razem 
coraz ostrzej i uporczywiej domagał się, by pan Lazarus oddzwonił, bo ma do niego sprawę 
nie cierpiącą zwłoki.

Po ostatnim telefonie zatrzymał się w przydrożnym barze przy wjeździe na płatną 

autostradę  Jersey.   Wszedł  do męskiej  toalety,  umył  ręce   i zostawił   komórkę   na  brzegu 
umywalki. Kiedy wychodził, minęła go grupka nastolatków zmierzająca do toalety. Uznał, 
że pewnie przywłaszczą sobie telefon i zaczną z niego od razu korzystać, a właśnie o to mu 
chodziło.

Pod wieczór dotarł do West Windsor.
Wstąpił do jadłodajni, którą wypatrzył przy trasie numer 1, by zabić nieco czasu, 

spożywając cheeseburgera z frytkami. Kiedy wyszedł na zewnątrz, zmierzch wciąż jeszcze 
się ociągał. Pojechał na miejscowy cmentarz. Miał szczęście, bo brama nie była zamknięta. 
Postawił wypożyczony samochód za niewielkim składzikiem skleconym z desek, tak by nie 
był widoczny z drogi, a także nie wzbudził podejrzeń, gdyby ktoś go jednak zauważył. 
Światło dnia blakło teraz z każdą chwilą, niebo nad New Jersey stało się szarobure, jakby 
skraj świata spopielił się w upale. Ricky zarzucił sobie plecak na ramię, spojrzał na pustą 
wiejską drogę i zaczął biec w kierunku psiarni, gdzie miały na niego czekać przydatne 

background image

informacje.

Zszedł   z  jezdni,  znalazł   się  pod  baldachimem  drzew,  minął   tablicę  z   rysunkiem 

rottweilera o potężnej piersi. Zboczył z drogi dojazdowej w krzaki, za którymi farma kryła 
się   przed   wzrokiem   podróżujących   autostradą,   ostrożnie   podkradł   się   do   domu   i   psich 
zagród. Wciąż skryty wśród zieleni, wyjął z plecaka lornetkę i zlustrował okolicę.

Najpierw przyjrzał się zagrodzie najbliżej drzwi frontowych. Rottweiler przechadzał 

się nerwowo tam i z powrotem. Ricky nie zbliżał się zanadto, żeby nie drażnić psa. Omiótł 
lornetką okolicę i zobaczył wyraźny blask telewizora wypełniający pomieszczenie od frontu 
głównego budynku. Biuro, nieco po lewej, skrywał mrok. Domyślał się, że było zamknięte. 
Kilka psów ożywiło się w swoich klatkach, węszyły ostro w powietrzu.

Ricky wziął głęboki oddech. Kiedy podniósł wzrok, stwierdził, że światło dnia w 

końcu zgasło. Wyjął niewielki łom i blokadę rowerową, chwycił je mocno prawą dłonią. 
Wyskoczył z krzaków i rzucił się biegiem w stronę budynku.

W powietrzu rozległa się kakofonia skamlenia, wycia, szczekania i warczenia. Ricky 

słyszał, że zwierzęta biegają ożywione w ciasnych zagrodach. Momentalnie dotarł do boksu 
rottweilera. Poruszał się błyskawicznie, szybko zabezpieczył blokadą rowerową drzwiczki 
do klatki i zatrzasnął zamek na szyfr. Rottweiler natychmiast zdarł plastik chroniący stalowy 
łańcuch. Ricky pognał do biura.

Wepchnął łom w drzwi i wyrwał zamek. Drzwi stanęły otworem. Wszedł do środka. 

Przerzucił plecak na pierś, by schować łom i wyjąć pistolet.

Psy tymczasem urządzały prawdziwy koncert. Zapalił latarkę i przeszedł cuchnącym 

korytarzem   między   boksami,   po   drodze   zatrzymując   się   i   otwierając   kolejno   wszystkie 
drzwiczki. Po chwili otoczyło go rozszczekane kłębowisko czworonogów wszelkich ras. 
Wymachując rękami w lewo i w prawo, opędzał się od rozbrykanej zgrai. Wreszcie wycofał 
się do biura.

Usłyszał,   jak   ktoś   zapala   zewnętrzne   reflektory   i   trzaska   drzwiami.   Właściciel 

psiarni,   pomyślał.   Policzył   do   dziesięciu,po   czym   dobiegł   go   dźwięk   ponad   ujadaniem 
pobudzonych   psów:   mężczyzna   usiłował   otworzyć   klatkę   z   rottweilerem.   Wtedy   Ricky 
rozwarł na oścież drzwi biura.

–Przywracam wam wolność – powiedział.
Blisko trzydzieści psów, zachwyconych swobodą, pomknęło, szczekając, w ciepłą 

noc.

Kiedy   Ricky   wyszedł   na   zewnątrz   i   stanął   na   skraju   światła   rzucanego   przez 

reflektor, usłyszał, jak właściciel psiarni klnie siarczyście, przewrócony przez rozpędzoną 
hordę psów. Podźwignął się, próbując odzyskać równowagę. Gdy w końcu uniósł wzrok, 
dostrzegł pistolet Ricky'ego wycelowany we własną głowę.

–Jesteś sam? – spytał Ricky.
Co? – stęknął mężczyzna, zataczając się ze zdumienia.
Czy jesteś sam? Czy jest jeszcze ktoś w domu? Mężczyzna załapał. Pokręcił głową.
Jestem sam.
Ricky zbliżył do niego pistolet na tyle, by tamten poczuł gryzący zapach stali, smaru, 

a może i śmierci. Rottweiler wciąż napierał na metalowe ogrodzenie, szczerząc wściekle 
kły.

Dobra. Porozmawiajmy.
Kim jesteś? – spytał mężczyzna.

background image

Dopiero   po   chwili   Ricky   uświadomił   sobie,   że   podczas   pierwszej   wizyty   był 

ucharakteryzowany.

–Kimś, kogo wolałbyś nie znać – rzekł głucho, celując w jego głowę.
Chwilę   zajęło   mu   usadzenie   hodowcy   tam,   gdzie   chciał,   czyli   przy   drzwiach 

wiodących na wybieg rottweilera, z rękoma na kolanach, by mógł dobrze je widzieć.

Część psów rozpierzchła się, część zebrała się u stóp swego pana, a pozostałe hulały 

po żwirowym podjeździe.

Nie   mam   pojęcia,   kim   pan   jest   –   odezwał   się   mężczyzna.   –   Nie   trzymam   tu 

pieniędzy, a poza tym…

To nie napad. Wystarczy ci wiedzieć, że jestem uzbrojonym facetem, który chce 

otrzymać odpowiedzi na parę pytań.

Hodowca kiwnął głową.
–Chcę się dowiedzieć czegoś o tym zmarłym małżeństwie i trójce dzieci, których, 

jak   twierdzisz,   nie   adoptowało.   A   także   o   telefonie,jaki   wykonałeś   po   wizycie   mojego 
znajomego, Lazarusa. Gdzie dzwoniłeś?

Mężczyzna potrząsnął głową.
Powiem ci tylko, że zapłacili mi za ten telefon.
Kto taki?
Mężczyzna potrząsnął głową.
–Moja sprawa, twardzielu.
Ricky uniósł pistolet na wysokość jego głowy. Hodowca uśmiechnął się.
Widziałem wielu gości, którzy potrafią posługiwać się pukawkami,  ale ty,  idę o 

zakład, nie jesteś jednym z nich. – Miał głos zdenerwowanego hazardzisty.

Masz rację – rzekł Ricky przeciągle. – Nie mam wielkiej wprawy w strzelaniu. Może 

więc warto trochę poćwiczyć?

Po tych słowach wycelował lufę w rottweilera.
Ej, ty, po co ten pośpiech! – Emocje poniosły hodowcę, tak jak gromadkę psów 

swawolących dookoła.

Więc będziesz gadał? – spytał Ricky.
Ten pies jest wart tysiące. Cholera! – rzucił hodowca. – To samiec alfa! Poświęciłem 

wiele godzin, połowę mojego życia, na jego tresurę. Nie możesz go zastrzelić.

To   się   jeszcze   okaże   –   odrzekł   Ricky.   –   Dobrze   się   zastanów,   czy   ukrywanie 

informacji jest warte życia psa.

Nie mam pojęcia, kim oni są – zaczął mężczyzna. Po tych słowach Ricky znów 

wycelował w psa. – No dobra. Powiem.

Mądry chłopiec.
Niewiele wiem – zastrzegł hodowca.
Kiepski początek – zauważył Ricky. Bez namysłu strzelił w stronę psa. Kula trafiła 

w drewnianą budę na końcu zagrody. Bestia zawyła z przerażenia i wściekłości.

Nie rób tego! Błagam. Masz rację co do tego małżeństwa. Nie znam szczegółów, ale 

adoptowali tę trójkę dzieci tylko na papierze. Nigdy ich tu nie było. Nie mam pojęcia, o co 

background image

w tym wszystkim chodziło, bo zjawiłem się tu już po śmierci małżonków. Oboje zginęli w 
wypadku samochodowym. Na rok przed ich śmiercią proponowałem, że odkupię posiadłość. 
Po kraksie zadzwonił do mnie człowiek, który przedstawił się jako wykonawca testamentu. 
Spytał, czy chcę kupić nieruchomość wraz z hodowlą. Cena była niewiarygodnie niska. Psie 
pieniądze. Z miejsca podpisaliśmy umowę.

Kto prowadził transakcję? Jakiś prawnik?
Tak, miejscowy gość.
Wiesz może, kto sprzedał posiadłość?
Tylko   raz   widziałem   jego   nazwisko.   Wydaje   mi   się,   że   jakiś   lekarz.   Kazali   mi 

zadzwonić pod wskazany numer, jeśli ktokolwiek pytałby o to zmarłe małżeństwo lub o 
trójkę dzieciaków.

Dostałeś nazwisko?
Nie, tylko numer na Manhattanie. Sześć czy siedem lat później jakiś facet zadzwonił 

do mnie ni stąd, ni zowąd z wiadomością, że numer się zmienił. I dał mi kolejny nowojorski 
telefon. Potem, znów po kilku latach, ten sam facet odezwał się i podał mi kolejny numer, 
tym razem w jakiejś wiosce w stanie Nowy Jork. Pytał, czy ktoś się tu kręcił. Odparłem, że 
nie. Nikt nie interesował się poprzednimi właścicielami aż do dnia, w którym pojawił się 
Lazarus. Zaczął mnie wypytywać, ale przegnałem go na cztery wiatry. Potem zadzwoniłem 
pod   tamten   numer.   Odebrał   mężczyzna.   Postarzał   się.   Słychać   to   było   po   jego   głosie. 
Podziękował za wiadomość. Nie więcej jak dwie minuty później odezwał się znowu telefon. 
Tym razem dzwoniła młoda kobieta. Powiedziała, że wyśle mi nieco gotówki za przysługę, 
a w ramach premii dostanę jeszcze więcej, jeśli znajdę tego La-zarusa. Odparłem, że na 
pewno zatrzymał się w jednym z trzech czy czterech okolicznych moteli. Od tamtej pory był 
spokój, póki nie zjawiłeś się ty.

–Pod jaki numer dzwoniłeś?
Hodowca wyrecytował bez zająknięcia dziesięć cyfr.
–Dzięki – powiedział chłodno Ricky. Nie musiał nic zapisywać.Znał ten numer.
Machnął pistoletem, nakazując mężczyźnie, by obrócił się do niego tyłem.
–Dłonie   za   plecy   –   polecił.   –   Muszę   cię   unieruchomić   na   jakiś   czas,żeby   móc 

spokojnie odejść, nim dorwiesz obcęgi i wypuścisz na wolność to bydlę. Wolę być przez 
chwilę sam.

Hodowca uśmiechnął się, słysząc tę uwagę.
–To jedyny mściwy pies, jakiego znam. Dobra. Rób więc, co masz robić.
Ricky związał mu ręce taśmą izolacyjną i wstał.
Zadzwonisz do nich, prawda? Mężczyzna kiwnął głową.
Gdybym powiedział, że nie, i tak byś się kapnął, że kłamię. Ricky pomyślał, nim się 

odezwał:

W porządku, w takim razie przekaż im ten wierszyk:
Niebawem naszej zabawy kres.
Teraz Lazarus zwycięzcą jest.
Na nic się nie zda wasze gadanie,
Czytajcie „ Voice" nowe wydanie.
–Powtórz.

background image

Dopiero   po   kilku   próbach   właściciel   psiarni   zdołał   mniej   więcej   opanować 

rymowankę. Ricky uśmiechnął się.

Posłuchaj mojej rady.-Tak?
–Zadzwoń.   Wyrecytuj   wierszyk.   Złap   wszystkie   psy,   które   uciekły.A   potem 

zapomnij o całej sprawie. Wróć do swojego zwykłego życia,jakby nigdy nic się nie stało.

Potem,   zostawiwszy   hodowcę   siedzącego   na   ziemi,   przebiegł   przez   podjazd,   a 

następnie skierował się ku cmentarzowi, gdzie stał jego samochód. Tej nocy czekała go 
daleka   podróż.   Daleka   w   sensie   dosłownym   i   przenośnym.   Wiodła   w   przeszłość   i 
wyznaczała kierunek ku przyszłości. Przyspieszył jak maratończyk, który czuje, że zbliża 
się już do mety, choć jeszcze jej przed sobą nie widzi.

Wkrótce po północy dotarł do budki, w której pobiera się opłaty za użytkowanie 

autostrady, po zachodniej stronie rzeki Hudson na północ od Kingston w stanie Nowy Jork.

Uiścił  opłatę.  Jego samochód  był  jedynym,  który przekraczał  most  o tak późnej 

porze. Wypatrzył miejsce na postój po stronie Rhinec-liff. Zatrzymał się i wyjął jeden z 
telefonów komórkowych. Wykręcił numer recepcji ostatniego hotelu, w którym miał się 
zatrzymać Frederick Lazarus.

Hotel Exelsior. Czym mogę służyć?
Nazywam się Frederick Lazarus – przedstawił się Ricky.
Rezerwowałem pokój od dzisiaj. Ale przyjadę dopiero jutro. Mógłby pan sprawdzić, 

czy są dla mnie jakieś wiadomości?

Proszę chwileczkę poczekać – odparł recepcjonista. Rozległ się stukot odkładanej na 

blat słuchawki. Po chwili Ricky usłyszał: – Cieszy się pan wielkim powodzeniem, panie 
Lazarus. Czekają na pana co najmniej trzy lub cztery wiadomości.

Proszę mi je odczytać – rzekł Ricky. – A ja już pana odpowiednio wynagrodzę, gdy 

przyjadę.

Recepcjonista   przeczytał   wiadomości,   które   Ricky   sam   zostawił   dla   siebie,   ale 

żadnych innych. To dało mu do myślenia.

–Kręcił się tam ktoś, kto mnie szukał?
Mężczyzna zawahał się, co wystarczyło za odpowiedź. Nim recepcjonista skłamał, 

mówiąc „nie", Ricky uprzedził go:

Zabójcza laska, co?
Recepcjonista odchrząknął.
Jest tam teraz? – spytał Ricky.
Nie – padła odpowiedź. – Wyszła. Niecałą godzinę temu, wkrótce po rozmowie 

przez komórkę. Spieszyła się. Ten facet wyszedł razem z nią. Cały wieczór kręcili się tu i 
wypytywali o pana.

A ten facet, który z nią był? Taki pulpecik o ziemistej cerze?
Zgadza się – potwierdził recepcjonista i dodał ze śmiechem. – To był on.
Mam cię, Merlin, pomyślał Ricky.
Zostawili jakiś numer telefonu?
Nie. Powiedzieli, że jeszcze wrócą. I prosili, żebym nic panu nie mówił. O co tu 

chodzi?

background image

Prowadzę   z   nimi   interesy.   Gdyby   się   pojawili,   proszę   im   podać   ten   numer…   – 

Odczytał numer ostatniej komórki. – I niech panu dobrze za niego zapłacą. To dziani ludzie.

Rozłączył się i opadł na fotel. Właściciel psiarni zdążył się już na pewno oswobodzić 

z pęt i zadzwonił, gdzie trzeba, w związku z czym Ricky spodziewał się, że w domu, do 
którego zmierzał, będzie się paliło przynajmniej jedno światło.

Tak jak poprzednio, Ricky zostawił wypożyczony samochód na poboczu, by nie 

rzucał się nikomu w oczy. Do celu miał jeszcze dobre półtora kilometra, postanowił jednak 
dopracować swój plan działania w czasie drogi. Biegnąc, zadał sobie pytanie: czy chcesz tej 
nocy pozbawić kogoś życia?

Zatrzymał   się,   gdy   dotarł   do   podjazdu   przed   domem.   Zgodnie   z   jego 

przewidywaniami, w gabinecie paliło się pojedyncze światło.

Spodziewa się mnie, pomyślał Ricky. A Wergil i Merlin, którzy mogliby mu pomóc, 

wciąż tkwią w Nowym  Jorku. Nawet jeśli wdusili gaz do dechy po moim  telefonie  do 
hotelu, czeka ich co najmniej godzina jazdy.

Wziął   pistolet   do   prawej   ręki   i   zarepetował.   Odbezpieczył   broń   i   nonszalancko 

podszedł do drzwi frontowych. Bez pukania przekręcił gałkę. Tak jak myślał, było otwarte.

Wszedł do środka. Z gabinetu dobiegł głos:
–Tu jestem, Ricky.
Zrobił krok do przodu, unosząc przed sobą pistolet.  A następnie wszedł w snop 

światła wylewającego się przez drzwi.

–Witam, doktorze Lewis.
Starszy pan stał za biurkiem wyczekująco pochylony.
Jechałeś taki szmat drogi tylko po to, żeby mnie zamordować? – spytał.
Tak – odparł Ricky, choć mijało się to z prawdą.
A więc, do dzieła. – Doktor wbił w niego wzrok.
Rumpelstilskin – rzucił Ricky. – Więc to był pan, od samego początku.
Doktor Lewis potrząsnął głową.
–Mylisz się. Ale faktycznie ja go stworzyłem. Przynajmniej w pewnym stopniu.
Ricky przesunął się w bok i wszedł głębiej do pomieszczenia, trzymając się blisko 

ściany. Stały przy niej te same półki z książkami, co poprzednio. Wiało tu chłodem. Żaden 
element na ścianach ani na biurku nie mówił nic o właścicielu gabinetu. Ricky pomyślał 
ponuro: niepotrzebny dyplom w ramkach, który uprawnia do bycia złym. Zastanawiał się, 
czemu   wcześniej   uszło   to   jego   uwagi.   Skinieniem   pistoletu   kazał   staruszkowi   siąść   w 
skórzanym fotelu za biurkiem.

Doktor Lewis opadł z westchnieniem.
–Chcę widzieć pańskie dłonie – zażądał Ricky.
Starszy pan podniósł ręce, a następnie postukał się w czoło palcem wskazującym.
Nie to, co  mamy  w dłoniach,  jest naszą prawdziwą  bronią, Ricky,  ale  to, co w 

głowie.

Dawniej pewnie bym się z panem zgodził, doktorze, ale teraz w pełni polegam na 

tym   cacku,   czyli   samopowtarzalnym   rugerze.   Magazynek   mieści   piętnaście   nabojów,   a 
wystarczy jeden, by rozłupać panu czaszkę.

background image

Doktor Lewis milczał, spoglądając na pistolet. Po chwili na jego twarzy pojawił się 

uśmiech.

–Ricky, przychodziłeś do mnie na kozetkę cztery razy w tygodniu przez cztery lata. 

Doskonale wiem, że nie nadajesz się na zabójcę.

Ricky potrząsnął głową.
–Znał pan doktora Fredericka Starksa. Ale on już dawno nie żyje, a o mnie nie wie 

pan nic.

I po tych słowach oddał strzał.
Pojedynczy pocisk świsnął doktorowi Lewisowi nad głową i trafił w pełną książek 

półkę za jego plecami. Ricky ujrzał, jak kula strzępi jakiś foliał medyczny.

Doktor Lewis zbladł.
–Boże drogi – wyrwało mu się. Obrócił się nieco na fotelu i zerknął, gdzie trafiła 

kula. Wydał z siebie zdławiony rechot i potrząsnął głową.

–Co za strzał, Ricky. Masz oko. Bliżej prawdy niż mojej głowy.Ricky spojrzał na 

leciwego lekarza. Podobnie jak przed rokiem, ustawił fotel naprzeciwko staruszka.

Skoro nie pan jest Rumpelstilskinem – spytał chłodno – to kto nim jest?
Najstarsze dziecko kobiety, której nie potrafiłeś pomóc.
Do tego już sam doszedłem. Kto to taki? Doktor Lewis wzruszył ramionami.
Chłopiec, którego adoptowałem.
Tego dowiedziałem się dziś wieczorem. A pozostała dwójka?
Jego młodszy brat i siostra. Znasz ich. To Merlin i Wergil.
Ich także pan adoptował?
Tak. Przygarnęliśmy całą trójkę. Najpierw władze Nowego Jorku ustanowiły nas ich 

rodziną zastępczą. A później dogadaliśmy się z naszymi krewnymi z New Jersey, by byli dla 
nas przykrywką.

Noszą więc pańskie nazwisko?
Nie. – Starszy pan potrząsnął głową.
–To nie takie proste, Ricky. Nie znajdziesz ich w żadnej książce telefonicznej pod 

nazwiskiem Lewis. Stworzyłem ich od początku. Każde ma inne nazwisko. Inną tożsamość. 
Inne wykształcenie i przeszło inną terapię. W głębi duszy są jednak rodzeństwem.

Ale po co? Po co ten cały cyrk z tuszowaniem ich przeszłości?
Moja żona chorowała, a poza tym w świetle prawa byliśmy już za starzy na adopcję. 

Pomysł z krewnymi sprawdził się. Chętnie nam pomogli za odpowiednią opłatą. Pomogli i 
zapomnieli o całej sprawie.

Jasne – rzekł Ricky z ironią. – A ten ich wypadek? Zginęli w kraksie.
Doktor Lewis potrząsnął głową.
–Zbieg okoliczności – powiedział.
–Czemu   właśnie   oni?   Czemu   akurat   ta   trójka?   Starszy   pan   znów   wzruszył 

ramionami.

–Powiedz mi, Ricky. Zabójca – taki prawdziwie bezwzględny,morderczy psychopata 

– to ktoś, kogo ukształtowało środowisko? Czy może już takim się urodził? Jak to jest, 

background image

Ricky? Środowisko. Każdy psychoanalityk to potwierdzi. Najwyżej genetycy mogą się nie 
zgadzać. Jednak z psychologicznego punktu widzenia, kształtuje nas otoczenie.

Zgoda. Więc przygarnąłem tego dzieciaka wraz z dwójką jego rodzeństwa, by stał 

się   dla   mnie   szczurem   doświadczalnym   w   badaniach   nad   złem.   Porzucony   przez 
biologicznego  ojca. Odrzucony przez krewnych. Bity przez socjopatycznych  kochanków 
matki. W końcu na jego oczach zrozpaczona matka odebrała sobie życie z powodu nędzy. 
Istna recepta na zło, sam przyznasz.

Faktycznie.
Wydawało mi się, że mogę przygarnąć to dziecko i zniwelować w nim pierwiastek 

zła. Łudziłem się, że potrafię zrobić z niego pełnowartościowego członka społeczeństwa. Co 
za arogancja z mojej strony…

Nie udało się?
Nie.   Wszczepiłem   mu   jednak,   o   dziwo,   lojalność.   I   powiedzmy,   coś   w   rodzaju 

przywiązania. To przerażające, a zarazem fascynujące, Ricky, być kochanym przez anioła 
śmierci. Bo tym właśnie jest Rumpelstilskin. Zawodowym mordercą. I jest w swoim fachu 
doskonały.   Posiadł   najlepsze   wykształcenie,   na   jakie   mnie   było   stać.   Exeter.   Harvard. 
Szkoła Prawa w Columbii. Wiesz, co jest w tym wszystkim najciekawsze?

–No?
–Jego praca tak naprawdę niczym nie różni się od naszej. Ludzie przychodzą do 

niego ze swoimi problemami. Słono mu płacą za ich rozwiązywanie.

Ricky poczuł, że brak mu tchu.
–I jeszcze jedno, prócz tego, że jest bajecznie bogaty, ma pewną cechę. Nic nie jest 

w stanie go powstrzymać.  – Staruszek westchnął i dodał. – Ale o tym zdążyłeś już się 
zapewne przekonać. Przyczaił się na wiele lat i szykował do zniszczenia wszystkich, którzy 
kiedykolwiek skrzywdzili jego matkę.

Ale dlaczego włączył w to mnie? – wyrwało się Ricky'emu. – Przecież ja nie…
Ależ tak. Przyszła do ciebie po pomoc w rozpaczy, ty zaś byłeś nazbyt zajęty własną 

karierą, by poświęcić jej odrobinę uwagi.

Po chwili Ricky spytał:
–Kiedy się pan dowiedział… Że łączy cię coś z moim eksperymentem adopcyjnym? 

Pod koniec twojej terapii. Postanowiłem obserwować, jak to się z czasem rozwinie.

Ale przecież mógł mnie pan ostrzec, kiedy Rumpelstilskin zdradził swoje zamiary.
Miałem   zdradzić   adoptowane   dziecko   dla   dawnego   pacjenta?   Którego   zresztą, 

szczerze mówiąc, nie za bardzo lubiłem.

Te słowa ubodły Ricky'ego. Wyraźnie widział, że starzec jest równie przesiąknięty 

złem jak dziecko, które ongiś adoptował. A może nawet bardziej.

Co z pozostałą dwójką?
Mężczyzna,  którego  znasz jako Merlina,  naprawdę  jest prawnikiem  i to całkiem 

zdolnym. Kobieta zaś, która przedstawiła ci się jako Wergiliusz, to aktorka, którą czeka 
świetlana  kariera.   Zwłaszcza   teraz,  gdy  już  prawie  uporali  się  z  demonami   przeszłości. 
Powinieneś jeszcze wiedzieć, że oboje święcie wierzą, iż to ich starszy brat – znany ci jako 
Rumpelstilskin – uratował im życie. Nie ja, choć jest w tym trochę i mojej zasługi. Dzięki 
niemu trzymają się razem. Pamiętaj, że są bez reszty oddani człowiekowi, który cię zabije.

Kim on jest? – spytał Ricky.

background image

Mam ci podać jego nazwisko? Adres? Miejsce pracy?
–Tak. Chcę poznać nazwiska ich wszystkich.Psychoanalityk potrząsnął głową.
Jesteśmy tu sami, Ricky. Ale jak długo jeszcze? Chyba nie wątpisz, że wiedząc, iż 

do mnie jedziesz, wezwałem pomoc. Ile im to zajmie?

Mamy dość czasu.
Na twoim miejscu nie byłbym tego taki pewien – uśmiechnął się staruszek. – Ale 

umilmy sobie czas. Powiedzmy,  że gdzieś w tym pokoju znajdziesz informacje, których 
szukasz. Czy dotrzesz do nich w porę, nim zjawią się moje posiłki?

Znużyły mnie te gierki.
Masz je w zasięgu wzroku. I byłeś bliżej nich, niż mogłem się spodziewać. Na tym 

dość podpowiadania.

Rezygnuję z gry.
Obawiam się, że na razie nie możesz się wycofać, bo gra wciąż się toczy. – Doktor 

Lewis gwałtownie uniósł obie dłonie i dodał: – Muszę coś wyjąć z górnej szuflady biurka. 
Na pewno cię to zainteresuje. Mogę?

Ricky   wycelował   mu   pistolet   w   czoło   i   skinął   głową.   Na   ustach   Lewisa   znów 

pojawił się perfidny uśmieszek. Wyjął z szuflady kopertę.

Proszę mi ją podać.
Jak sobie życzysz. – Doktor przesunął kopertę po blacie biurka, Ricky podniósł ją. 

Na   ułamek   sekundy   spuścił   staruszka   z   oczu.   Popełnił   błąd.   Kiedy   ponownie   podniósł 
wzrok, ujrzał starszego pana z uśmiechem na twarzy i rewolwerem o krótkiej lufie kaliber 
38.

Mężczyźni patrzyli sobie w oczy, celując w siebie nawzajem.
To ci dopiero fantazja psychoanalityka, nie ma co – wyszeptał doktor Lewis. – Czyż 

w układzie przeniesienia nie pragniemy zamordować swego terapeuty, tak jak matki lub 
ojca czy każdej innej osoby, którą obarczamy winą za wszelkie zło, jakie nas spotkało?

Dziecko mogło być szczurem doświadczalnym wykorzystanym do badań nad złem, 

jak pan wspominał, ale można je też było odmienić. Mógł pan to zrobić, ale wolał pan 
obserwować, jak się rozwinie pozostawione samo sobie.

Doktor Lewis nieco zbladł.
–Doskonale pan wiedział – ciągnął Ricky – że jest pan takim samym psychopatą jak 

on. Chciał pan mieć zabójcę, więc znalazł go sobie, ponieważ w gruncie rzeczy to pan 
pragnął zostać zabójcą.

Starzec rzucił mu groźne spojrzenie.
–Zawsze byłeś bystry. Pomyśl tylko, do czego byś doszedł, gdybyś był ambitniejszy. 

Odrobinę subtelniejszy.

–Proszę odłożyć broń, doktorze.
Nie zastrzeli mnie pan.Doktor Lewis wciąż celował w Ricky'ego, ale kiwnął głową.
Przecież nie muszę – powiedział. – Ten, kto raz cię zabił, zrobi to ponownie.
Raczej  nie,  jeśli  wolno  mi  coś powiedzieć.  Może  znowu zniknę. Raz  się udało, 

rozpłynę się jak kamfora drugi raz.

Mylisz się, Ricky. – Doktor Lewis wzruszył ramionami. – Nasz czas kończy się tej 

background image

nocy. To ostatnia sesja. Chciałbym postawić ci pewne pytanie. Skoro Rumpelstilskin tak 
bardzo   pragnął   twojej   śmierci,   gdyż   zawiodłeś   jego   matkę,   co   zrobi,   kiedy   nabierze 
przekonania, że uśmierciłeś także mnie?

O co panu chodzi? – spytał Ricky.
Staruszek jednak nie odpowiedział. Zamaszystym gestem uniósł lufę do skroni i z 

uśmiechem szaleńca wypalił.

 

background image

  JEDENAŚCIE

   Osłupiały i przerażony Ricky wydał zduszony krzyk, który zlał się z echem wystrzału.

Nim odgłos wtopił się w noc, zerwał się na równe nogi i zbliżył  do biurka, by 

przyjrzeć   się   człowiekowi,   któremu   niegdyś   bezgranicznie   ufał.   Ciało   doktora   Lewisa 
opadło do tyłu, odchylone lekko w bok silą śmiercionośnego strzału w skroń. Miał otwarte 
oczy i wpatrywał się nimi w przestrzeń z makabryczną intensywnością. Purpurowa mgiełka 
krwi spryskała półkę z książkami, ciemnordzawa strużka spływała zaś psychoanalitykowi 
po twarzy. Ricky stłumił krzyk, gdy ciałem starca wstrząsnęły śmiertelne konwulsje.

Próbował zebrać myśli. Mocno chwycił się biurka, by odzyskać równowagę.
–Coś ty mi zrobił, staruchu? – jęknął głośno.
Po   chwili   sam   znalazł   odpowiedź   na   to   pytanie:   Lewis   chciał   go   zabić.   Śmierć 

doktora niewątpliwie rozjuszy trio, które pomści ją w okrutny sposób. Starzec pragnął, by 
wszystkie osoby, biorące udział w grze o życie, sięgnęły takiego dna moralnego, jakiego 
sięgnął on sam. Było to ważniejsze niż zabicie Ricky'ego. Od początku, myślał Ricky, nie 
chodziło wcale o samą śmierć, lecz o pewien proces, który prowadzi do zbrodni.

Taka gra mogła się narodzić tylko w umyśle psychoanalityka.
Rumpelstilskin   mógł   występować   jako   anioł   zemsty   i   jednocześnie   prowokator, 

myślał Ricky, ale twórcą gry był ten nieboszczyk. Nie ulegało to wątpliwości.

Dopiero po chwili przypomniał sobie, że wciąż ściska w dłoni kopertę, którą wręczył 

mu   dawny   mentor.   Rozdarł   papier   i   wyjął   ze   środka   pojedynczą   kartkę.   Pośpiesznie 
przeczytał:

Ricky, zapłatą za zło jest śmierć. Możesz traktować mój ostatni czyn jako okup za 

wszelkie   wyrządzone   przeze   mnie   zło.   Informacje,   których   szukasz,   są   przed   twoimi 
oczami,   ale   czy  masz   dość  sprytu,   by  je   dostrzec?   Wątpię.   Wielce   prawdopodobne,   że 
jeszcze tej nocy rozstaniesz się z życiem, podobnie jak ja. Z tą różnicą, że twoja śmierć 
będzie bardziej bolesna niż moja, bo masz o wiele czystsze sumienie.

List nie był podpisany.
Znów ogarnęła go panika.
Usiłował   przekalkulować   w   myślach:   zaraz,   kiedy   to   staruszek   zadzwonił   do 

Merlina, Wergil, a może i do Rumpelstilskina z wiadomością, że Ricky jedzie do niego? Z 
miasta do domku na wsi były dwie godziny. Może ciut krócej. Czy zostały mu już tylko 
sekundy? Minuty? A może kwadrans?

Przed twoimi oczami… myślał gorączkowo. Ostrożnie obszedł biurko, starając się 

nie trącić zwłok, i otworzył górną szufladę.

Była pusta.
Podobnie jak pozostałe. Schylił się, by zajrzeć pod biurko, ale i tam nic nie znalazł. 

Skoncentrował się więc na nieboszczyku. Ciężko sapiąc, przeszukał kieszenie zmarłego. 
Nic.

Kolejny raz omiótł wzrokiem gabinet.
Chciało mu się wyć ze złości. Wiedział, że to, czego szuka, musi być tuż.
Wziął kolejny głęboki oddech. A może nie ma nic, pomyślał, tylko stary chce mnie 

background image

przytrzymać   do   przyjazdu   swoich   adoptowanych   dzieci   morderców.   Nie,   to   kłamstwo 
byłoby zbyt banalne. Doktor Lewis był bardziej wyrafinowany.

Ricky   skierował   się   do   półki   z   książkami.   Rzędy   dzieł   z   dziedziny   psychiatrii. 

Woluminy na temat depresji, lęków i snów. Dziesiątki książek, w tym ta trafiona jego kulą: 
„Encyklopedia   upośledzeń   psychicznych".   Jego   strzał   rozerwał   tylko   litery   „cznych" 
należące do ostatniego słowa.

Zatrzymał   się   wpatrzony   przed   siebie.   Po   co   psychoanalitykowi   książka   na   ten 

temat,   skoro   zajmował   się   łagodnie   zwichrowanymi   emocjami,   a   nie   poważnymi 
skrzywieniami.

Wcześniej   doktor   Lewis   odwrócił   się,   spojrzał,   gdzie   trafiła   kula,   i   parsknął 

śmiechem. Ricky zdjął z półki encyklopedię. Otworzył ją na tytułowej stronie. Na tytule 
czerwonym   atramentem   napisano:   „Trafny   wybór,   Ricky.   Ale   czy   uda   ci   się   odnaleźć 
właściwe hasła?".

Uniósł wzrok, słyszał tykanie zegara. Nie miał czasu do namysłu. Ostatni raz rzucił 

okiem na zwłoki. Pomyślał, że powinien coś powiedzieć, cokolwiek odczuć, tymczasem 
puścił się pędem do samochodu.

Biegnąc,   pokonał   tylko   połowę   odległości   dzielącej   go   od   samochodu,   kiedy 

usłyszał, że jakiś pojazd zbliża się szybko w jego kierunku. Nie wahając się ani chwili, skrył 
się za kępą drzew. Przykucnął, lecz uniósł głowę, gdy wielki czarny mercedes przejechał z 
rykiem obok.

Dotarł  do  miasta   na  długo  przed   świtem.  Wrócił  do  wynajętego  pokoju.  Musiał 

zwalczyć w sobie chęć natychmiastowego rzucenia się na łóżko i zaśnięcia.

Odpowiedzi… zastanawiał się. Znajdzie je wszystkie w księdze o upośledzeniach 

psychicznych. Tylko gdzie? Encyklopedia, licząca siedemset siedemdziesiąt dziewięć stron, 
była ułożona alfabetycznie. Nie wiedział, co robić, nie miał czasu na studiowanie kolejno 
każdej stronicy.

Kartkował na chybił trafił, zastanawiając się nad taktyką. Przerzucił kilka stron na 

literę   V.   Całkiem   przypadkowo   wpadł   mu   w   oczy   znaczek   na   pierwszej   stronie   sekcji 
poświęconej tej literze. W górnym rogu, tym  samym  atramentem, którym  doktor Lewis 
powitał go na pierwszej stronie, widniał ułamek 1/3. To wszystko.

Ricky przeszedł do haseł na literę M. W podobnym miejscu znalazł 1/4. W końcu na 

pierwszej stronie z hasłami na R odszukał 2/5.

Nie miał wątpliwości, że oto posiadł klucz. Teraz czekało go otworzenie zamków. 

Pochylił   się   nieco,   główkując   gorączkowo.   Zagadka   była   tworem   jednej   z   najbardziej 
złożonych osobowości, z jakimi zetknął się w swojej praktyce.

Zadał sobie pytanie: co tak naprawdę wiem?
Portrety   zaczęły   wyłaniać   się   w   myślach,   poczynając   od   Wergil.   Doktor   Lewis 

mówił, że to aktorka. Była najmłodszym z rodzeństwa dzieckiem wyrosłym w biedzie. W 
podświadomości zapewne walczy ze swoją tożsamością, zastanawiając się, kim faktycznie 
jest. Stąd wybór zawodu, w którym trzeba co chwilę stawać się kimś innym.

Ricky poprawł się na krześle. Spróbuj zgadnąć, zmuszał się do myślenia. Naukowa 

hipoteza: narcystyczne zaburzenie osobowości.

Otworzył encyklopedię na odpowiednim haśle.
Serce szybciej mu zabiło. Zobaczył, że doktor Lewis zakreślił na żółto kilka liter w 

środku wyrazów. Ricky spisał je na kartce. Usiadł prosto i spojrzał na to, co powstało. Nie 
miało to najmniejszego sensu. Wrócił do encyklopedycznej definicji i przypomniał sobie o 

background image

kluczu: „1/3". Tym razem zapisał co trzecią z zaznaczonych na żółto liter. Znowu kulą w 
płot.

Wytężał umysł. Spojrzał na litery, które były od siebie oddalone o trzy słowa. Nim je 

jednak spisał, pomyślał: jedna na trzy. Zapisał więc te, które znajdowały się trzy linijki 
niżej.

Po chwili uzyskał wyraz Agencja.
Szybko spisał pozostałe sześć liter i otrzymał Jonesa.
Wstał i podszedł do szafki nocnej, na której leżała książka telefoniczna Nowego 

Jorku. Otworzył na stronie poświęconej agencjom aktorów i znalazł niewielkie ogłoszenie 
wraz z telefonem: „Agencja Jonesa – agencja aktorów i aktorek teatralnych oraz filmowych, 
pośredniczy w dobieraniu przyszłych gwiazd do ról".

Pierwsze trafienie. Teraz prawnik Merlin.
Przypomniał   sobie   jego   wygląd:   włosy   starannie   zaczesane,   garnitury   dokładnie 

odprasowane, manicure. Człowiek, który pragnął wszechobecnego porządku, nie tolerując 
bałaganu   światka,   z   jakiego   się   wywodził.   Ricky   nie   miał   najmniejszego   problemu   z 
diagnozą: zaburzenie obsesyjno-kompulsywne.

Otworzył encyklopedię na odpowiedniej stronie i znów dostrzegł litery zaznaczane 

w ten sam sposób, co poprzednio. Za pomocą klucza błyskawicznie odcyfrował pierwsze 
słowo, które go nieco zaskoczyło: Arneson. Nie była to przypadkowa zbitka liter, ale wyraz 
nic mu nie mówił.

Nie tracąc  nadziei,  sprawdził,  że  kolejną literą  jest p. Pozostałe  litery stworzyły 

wyraz Fortierowi. Arneson p. Fortierowi. Rozprawa sądowa. Urzędnik przy komputerze z 
dostępem do rejestru spraw w toku wyszuka mu ją bez problemu.

Wracając do encyklopedii, Ricky pomyślał o człowieku, który był osią wszystkich 

zdarzeń: Rumpelstilskin. Przerzucił strony do hasła na P: psychopaci. Znalazł podrozdział 
poświęcony psychopatycznym mordercom.

Były tu oznaczenia, których się spodziewał.
Szybko odszyfrował literki.
Zacisnął kartkę mocno w dłoni, zmiął ją w kulkę i wrzucił w kierunku kosza.
Litery złożyły się w komunikat: To nie ten.
Choć nie spał za wiele, energii dostarczała mu adrenalina. Wziął prysznic, ogolił się 

i włożył marynarkę oraz krawat. W porze lunchu udał się do biura sądowego Wystarczyło 
nieco perswazji, by uzyskał informację o sprawie Arneson przeciw Fortierowi. Był to spór 
cywilny w sądzie okręgowym, rozprawę wstępną zaplanowano na następny ranek.

Urzędnik podał mu nazwiska wszystkich stron. Nie znał żadnego, ale wiedział, że 

jedno z nich nosi człowiek, którego szukał. Opuścił gmach sądu, a plan sam zaczął mu się 
układać w głowie.

Pojechał  najpierw  taksówkę na  Times   Square,  gdzie   wszedł  do  jednego  z  wielu 

sklepów z różnościami i poprosił o wydrukowanie sześciu lipnych wizytówek. Następnie 
złapał kolejną taksówkę, która zawiozła go do biurowca z metalu i stali na East Side. Przy 
wejściu stał strażnik, który kazał mu się wpisać do księgi gości. Podpisał się zamaszyście 
jako:   „Frederick   Lazarus,   producent".   Strażnik   podał   mu   plastikowy   identyfikator   z 
numerem piętra, na które się udawał.

Gdy znalazł się w biurze Agencji Jonesa, powitała go atrakcyjna recepcjonistka.

background image

Czym mogę panu służyć? – spytała.
Dzwoniłem   do   was   –   skłamał   Ricky   –   w   sprawie   reklamówki,   którą   kręcimy. 

Szukamy nowych twarzy. Byłem dziś umówiony na przejrzenie państwa portfolio.

Recepcjonistka uśmiechnęła się.
–Oczywiście – powiedziała. Sięgnęła pod blat po wielki oprawny w skórę foliał. – 

Oto nasi obecni klienci. Jeśli wpadnie panu ktoś w oko, skontaktuję pana z odpowiednim 
agentem.

Wskazała mu skórzaną kanapkę w rogu. Ricky wziął ze sobą portfolio i zaczął je 

wertować. Zdjęcie Wergil było siódme z kolei.

Mam cię – szepnął pod nosem. Na odwrocie widniało jej prawdziwe nazwisko, adres 

i   numer   telefonu,   wraz   ze   spisem   ról   w   sztukach   niekomerycyjnych   teatrów   poza 
Broadwayem  oraz udziałem w reklamach. Spisał wszystko na skrawku papieru. Później 
odnotował jeszcze dane dwóch innych aktorek. Oddał portfolio recepcjonistce, zerkając na 
zegarek.

Krucho   u   mnie   z   czasem   –   powiedział.   –   Czy   mogłaby   mnie   pani   umówić   na 

spotkania z tymi trzema paniami? Powiedzmy tę na lunch jutro w południe u Vincenta na 
Osiemdziesiątej Drugiej Wschodniej. A później te dwie o drugiej i czwartej w tym samym 
miejscu. Będę pani wdzięczny. Mamy nóż na gardle, sama pani rozumie.

Recepcjonistka spojrzała na niego zmieszana.
Zwykle to agenci organizują spotkania – rzekła z wyraźną niechęcią.-Panie…
Rozumiem – przerwał jej. – Ale będę w mieście tylko do jutra, a potem wracam do 

Los Angeles. Przykro mi, że muszę to załatwiać w takim popłochu.

Zobaczę, co się da zrobić… ale jak się pan nazywa?
Ulisses – powiedział Ricky.  – Richard Ulisses. To mój numer telefonu. – Wyjął 

jedną z fałszywych wizytówek, na której był numer jego ostatniej komórki. – Niech się pani 
zorientuje – poprosił. – A gdyby wynikły jakieś problemy, proszę dzwonić.

Po tych słowach opuścił biuro.
Zanim wysiadł następnego ranka z wypożyczonego samochodu, by udać się do sądu, 

potwierdził   jeszcze   spotkanie   przy   lunchu   z   agentem   Wergil   oraz   dwiema   pozostałymi 
aktorkami modelkami, które zamierzał zresztą wystawić do wiatru.

Nie chciał rozstawać się z pistoletem. Zdawał sobie jednak sprawę, że nie wolno mu 

uruchomić alarmu wykrywacza metali w sądzie. Był elegancko ubrany w blezer, krawat, 
koszulę   frakową   i   spodnie.   Kiedy   ujrzał   swoje   odbicie   w   lustrze,   przypomniał   sobie 
pierwszy na studiach wykład z psychiatrii. Wykładowca wyjaśnił, że bez względu na to, ile 
wiemy o zachowaniu człowieka ani w jakim stopniu pewni jesteśmy swojej diagnozy, nie 
można przewidzieć z absolutną pewnością, jak zachowa się dany osobnik.

Zastanawiał się, czy tym razem jego domysły są trafne.
Jeśli tak, będzie wolny. Jeśli nie, to już po nim.
Pomyślał o trójce, która czyhała na jego życie. Potomstwo jego porażki. Wyrosłe w 

nienawiści do każdego, kto zawiódł w udzieleniu pomocy.

–Teraz już cię znam – powiedział na głos, myśląc o Wergil. – A ciebie zaraz poznam 

i dopadnę – ciągnął, przywołując w pamięci wizerunek Merlina.

Niestety, Rumpelstilskin wciąż był nieuchwytny niczym cień.
Starks   udał   się   na   salę   sądową,   w   której   mężczyzna   znany   mu   jako   Merlin 

background image

przekonywał grono sędziów do swoich racji. Tak jak przypuszczał, sala świeciła pustkami. 
Wkradł się po cichutku i zajął miejsce, starając się to zrobić jak najdyskretniej.

Kilkoro   prawników   i   powodów   siedziało   na   przedzie   przy   solidnych   dębowych 

stołach przed ławą sędziowską. Sami mężczyźni, którzy bacznie obserwowali, jak sędzia 
reaguje na ich słowa. Na tym etapie nie było ławy przysięgłych, w związku z czym zwracali 
się bezpośrednio do sędziów.

Ricky poczuł dreszczyk emocji, gdy Merlin wstał.
Zgłasza pan sprzeciw, panie Thomas? – spytał sędzia.
Zgłaszam – oświadczył Merlin z satysfakcją.
Ricky   rzucił   okiem   na   listę   prawników   biorących   udział   w   tej   sprawie.   Mark 

Thomas.

A więc tak się nazywał.
Nie było potrzeby dłużej siedzieć. Po cichu wyszedł.
Ustawił się przy ewakuacyjnej klatce schodowej naprzeciwko wind. Poczekał, aż 

grupka prawników opuści salę i wskoczył  na klatkę schodową. Zdążył  jednak zobaczyć 
Merlina, który niósł dwie teczki pękate od dokumentów i akt sądowych. Jest mu za ciężko, 
by chciał skorzystać z dalszych wind, domyślił się Ricky.

Zbiegł po dwa stopnie na pierwsze piętro. Kilka osób czekało przy windach, by 

zjechać na parter. Ricky dołączył do nich. Winda znajdowała się na drugim piętrze. Po 
chwili zaczęła zjeżdżać. Starks był pewien, że Merlin nie jest typem człowieka, który usuwa 
się na koniec kabiny, by zrobić innym miejsce. Winda stanęła, drzwi się rozsunęły.

Merlin uniósł wzrok, Ricky spojrzał mu prosto w oczy.
Poznał go w ułamku sekundy. Starks widział, jak na twarzy prawnika pojawia się 

panika.

–Witaj, Merlin – powiedział cicho.
Jednocześnie wyjął z kieszeni zabawkę i przyłożył ją do piersi adwokata. Był to 

pistolet na wodę wzorowany na niemieckim lugerze z czasów drugiej wojny światowej. 
Pociągnął za cyngiel. W pierś Merlina wystrzeliła struga czarnego atramentu.

Nim ktokolwiek zareagował, drzwi się zamknęły.
Restauracja, którą wybrał na lunch z Wergil, miała w oknach ogromne szyby. Ricky 

zaczekał   na   sunącą   chodnikiem   grupę   turystów.   Wmieszał   się   w   nią.   Kiedy   rozgadane 
towarzystwo mijało lokal, szybko odwrócił głowę i ujrzał Wergil przy stoliku, zgodnie ze 
swoim oczekiwaniem, w rogu restauracji. Czekała jak na szpilkach. Była sama.

Minął okno i nabrał głęboko powietrza.
Może otrzymać telefon w każdej chwili, pomyślał Ricky. Na pewno trochę czasu 

zajęło Merlinowi ogarnięcie się i przeproszenie kolegów po fachu. Kiedy w końcu sięgnie 
po telefon, w pierwszej  kolejności odezwie się do starszego brata. Będzie to konkretna 
rozmowa o faktach. Rozważą ewentualny rozwój wypadków. Później zadzwoni do Wergil, 
ale Ricky go ubiegnie. Uśmiechnął się, obrócił energicznie i ruszył sprężystym  krokiem 
wprost do drzwi wejściowych lokalu. W progu stała hostessa, która już miała na ustach 
rutynowe pytanie, ale uciszył ją, mówiąc:

–Ktoś już na mnie czeka.
I przemierzył szybko restaurację.
Wergil była odwrócona plecami, ale obróciła się na odgłos jego kroków.

background image

–Witaj – powiedział Ricky. – Pamiętasz mnie?Zdumienie pojawiło się na jej twarzy.
–Bo ja – ciągnął Ricky, zajmując miejsce przy stoliku – dobrze cię pamiętam.
Wergil nie odezwała się ani słowem, choć odchyliła się nieco do tyłu. Miała pod 

ręką na stole swoje portfolio i CV, gotowa do spotkania z producentem. Teraz powolutku 
odłożyła materiały na podłogę przy stoliku.

–Chyba to się nam nie przyda.
Nim Ricky zdążył odpowiedzieć, w jej kieszeni rozległo się dzwonienie. Komórka. 

Ricky pokręcił głową.

–To twój brat, prawnik, dzwoni z ostrzeżeniem, że dziś rano pojawiłem się w jego 

życiu. Niebawem znów odezwie się telefon, zadzwoni starszy brat, zawodowy morderca. On 
też będzie chciał cię ostrzec.Nie odbieraj.

Jej dłoń zawisła w powietrzu. – Bo co?
–Powinnaś się zastanowić, na ile zdesperowany jest Ricky. A co za tym idzie – do 

czego jest zdolny?

Wergil nie odbierała, telefon przestał dzwonić.
Do czego więc jest zdolny? – spytała wyzywająco. Uśmiechnął się szeroko.
Do wszystkiego.
Wergil poprawiła się na krześle.
–Zapewne, ale, jak sądzę, nie ustrzeli mnie w restauracji na oczach tłumu.
Ricky wzruszył ramionami.
–Al Pacino zrobił to w „Ojcu chrzestnym". Na pewno widziałaś.Ale ja nie muszę 

strzelać do ciebie akurat tutaj. Jest tyle innych miejsc. Teraz już wiem, kim jesteś. Znam 
twoje   nazwisko.   Adres.A   co   najważniejsze,   wiem,   kim   pragniesz   zostać,   jakie   masz 
ambicje.Wpadłaś w taką samą pułapkę, jak niegdyś doktor Starks. Merlin też.Kiedyś wy 
wciągnęliście mnie do gry, teraz ja zrobię to samo z wami.To gra o życie. Chodzi w niej o 
rewanż. Podejrzewam, że znasz już niektóre zasady.

Wergil   zbladła.   Sięgnęła   po   szklankę   wody   z   lodem,   wypiła   głębszy   łyk,   nie 

spuszczając Ricky'ego z oczu.

–On ciebie dopadnie, Ricky – wyszeptała. – Dopadnie cię, zabije,i tak jak zawsze, 

nie da mnie skrzywdzić.

Ricky nachylił się do przodu.
–Jak każdy starszy brat? Niech próbuje, droga wolna. Tylko weź pod uwagę jedno: 

on nie ma pojęcia, kim się stałem. Cała wasza trójka ścigała Lazarusa, byliście przekonani, 
że zagoniliście go w kozi róg. Ale wiesz co? Hokus-pokus. On się niebawem rozpłynie w 
powietrzu. W każdej chwili, bo się zużył. – Ricky wstał, gwałtownie odsuwając krzesło. – 
Żegnaj, Wergil – powiedział, znów nachylając się nad kobietą. – Nie sądzę, byś chciała 
mnie jeszcze kiedyś widzieć, bo możesz już po mnie nikogo w życiu nie zobaczyć.

Nie czekając na jej reakcję, odwrócił się i energicznym krokiem opuścił restaurację. 

Przebił się przez tłum ludzi, jak rolkarz na zatłoczonym torze, myślami był już jednak gdzie 
indziej. Usiłował wyobrazić sobie mężczyznę, który dybał na jego życie. Zastanawia! się, 
jak zareaguje  psychopata,  kiedy dowie  się, że dwie  istoty najbliższe  jego sercu  zostały 
śmiertelnie przestraszone.

Maszerował   żwawo   chodnikiem   i   myślał:   Będzie   działał   szybko,   nie   będzie   się 

przygotowywał ani opracowywał planu. Zaślepi go furia, straci swój instynkt i zapomni o 

background image

doświadczeniu.

A co najważniejsze, popełni błąd.
Ricky Starks rozmyślał dalej w tanim nowojorskim pokoiku. Doszedł do wniosku, że 

musi przechytrzyć Rumpelstilskina w ostatecznej rozgrywce. Przypuszczał, iż wie, jak tego 
dokonać. Pierwsze elementy jego planu już się ziściły. Bez trudu domyślał się przebiegu 
dyskusji, jaka toczyła się między braćmi i siostrą, kiedy on siedział sobie w wynajętym 
pokoju. Nie będą rozmawiali przez telefon. Spotkają się. Podniesione głosy. Łzy i złość, a 
może   nawet   obelgi.   Do   czasu   szło   im   jak   po   maśle,   mścili   się   w   okrutny   sposób   na 
wszystkich, którzy kiedyś zaszli im za skórę. W końcu jednak kosa trafiła na kamień. Już 
słyszał, jak krzyczą: „Ty nas w to wrobiłeś!" pod adresem stojącej w cieniu osoby, która tyle 
dla nich znaczyła przez te wszystkie lata.

Choć czuli się w obowiązku pomagać mu, młodszy brat i siostra myśleli głównie o 

swoich aspiracjach: o życiu na scenie oraz triumfach na sali sądowej, gdzie obowiązują 
określone   zasady.   Spośród   trójki   rodzeństwa   jedynie   Rumpelstilskin   pragnął   żyć   poza 
wszelkimi   ograniczeniami.   W   przeciwieństwie   do   tych   dwojga,   co   właśnie   czyniło   ich 
słabymi.

Ricky znalazł kawałek papieru i zaczął układać wierszyk. Znów zadzwonił do działu 

drobnych ogłoszeń w „Village Voice", jednak tym razem, by otrzymać istotne informacje, 
zadał pracownikowi kilka kluczowych pytań.

Czy mogę odsłuchiwać odpowiedzi poza miastem?
Jasne – usłyszał. – Wystarczy wykręcić numer kierunkowy.
No to  świetnie,  bo muszę  w najbliższy weekend  wyjechać  na przylądek  Cod w 

interesach,   a   chciałbym   jak   najszybciej   zapoznać   się   z   treścią   odpowiedzi   na   moje 
ogłoszenie. Żaden problem – zapewnił pracownik gazety.

Mam nadzieję, że pogoda dopisze. Był pan kiedyś na przylądku Cod?
W   Provincetown   –   odparł   mężczyzna.   –   Robi   się   tam   ciekawie   po   Święcie 

Niepodległości czwartego lipca.

Faktycznie   –   potwierdził   Ricky.   –   Ja   mam   metę   w   Wellfleet.   A   przynajmniej 

miałem.   Musiałem   sprzedać.   Po   pożarze.   Zostało   mi   jeszcze   do   załatwienia   kilka 
formalności, a potem wracam do kieratu w Nowym Jorku.

Jasne – odparł mężczyzna. – Sam też chciałbym mieć domek na przylądku.
Może kiedyś będzie pan miał – pocieszył go Ricky. Odchrząknął i wyrecytował treść 

ogłoszenia. Umieścił je pod skromnym nagłówkiem: „Szukam pana R.".

Ricky tutaj, Ricky tam. Cały świat w zasięgu mam.
W miejscach nowych oraz starych Nikt nie złapie mnie za bary.
Pan R. może szukać wszędzie, A i tak wiedzieć nie będzie, Kiedy Ricky przyjdzie 

znów, Nie przyjaciel, ale wróg.

Posłaniec kiepskiej nowiny. Ktoś zginie z jego przyczyny.
Ogłoszenie miało się ukazać w najbliższy piątek, jednak gazeta trafiała do kiosków 

już   w   czwartkowy   wieczór   i   właśnie   wtedy   cała   trójka   przeczyta   wiadomość.   Merlin, 
mówiąc swoim szorstkim, apodyktycznym, prawniczym tonem, porozmawia przez telefon z 
kierownikiem działu ogłoszeń i dojdzie, który z pracowników przyjmował jego zlecenie. 
Ten przypomni sobie ich rozmowę o przylądku. Potem trójka rodzeństwa znów się pokłóci. 
Dwoje młodszych będzie chciało towarzyszyć panu R. w polowaniu, ale on się sprzeciwi. 
Tego zabójstwa zechce dokonać sam.

background image

I właśnie sam uda się w podróż, pomyślał Ricky.
Samotnie ruszy na spotkanie śmierci.
Wymeldował   się   z   taniego   pokoiku   i   pojechał   na   północ   do   Durham.   Odstawił 

wynajęty   samochód   i   poświęcił   cały   ranek   na   uśmiercenie   Fredericka   Lazarusa. 
Zlikwidował, skasował, pozamykał wszystkie legitymacje członkowskie, karty kredytowe 
oraz telefoniczne konta bankowe. Po upływie paru godzin Frederick Lazarus rozpłynął się 
jak kamfora.

Z Richardem Livelym było trudniej, bo ten miał pozostać przy życiu. Ale on także 

musiał ulotnić się z New Hampshire możliwie jak najdyskretniej. Miał porzucić całe swoje 
dotychczasowe życie, ale nie dać po sobie poznać, że to właśnie robi, na wypadek gdyby 
kiedyś pojawił się w tych stronach ktoś, kto zacznie wypytywać i powiąże jego zniknięcie z 
konkretnym weekendem.

Zachował konto bankowe Richarda Lively'ego z najniższym możliwym wkładem. 

Wyjaśnił przełożonemu na uniwersytecie, że z powodu problemów rodzinnych musi udać 
się na kilka tygodni na Zachodnie Wybrzeże. Podobną rozmowę odbył ze swoją gospodynią 
i zapłacił za kolejny miesiąc z góry.

Kiedy szedł ulicą, nagle ogarnął go żal. Doskonale czuł się w tym małym światku, 

było mu go przykro opuszczać.

Złapał południowy autobus firmy Trailways do Bostonu, a następnie w piątkowe 

popołudnie udał się autokarem Bonanzy na przylądek Cod. Zdążyli już przeczytać wierszyk, 
pomyślał.   Merlin   wypytał   pracownika   gazety.   Ricky   spojrzał   na   zegarek   i   pomyślał: 
niebawem wyruszy w drogę i będzie gnał na złamanie karku.

Na przedmieściach Provincetown znalazł motel, gdzie były jeszcze wolne pokoje, 

pewnie z powodu byle jakiej pogody. Ricky zapłacił gotówką za cały weekend z góry i udał 
się   do   sklepu   dla   turystów,   gdzie   nabył   silną   latarkę   oraz   wielkie   poncho   w   kolorze 
burooliwko-wym.   Do  tego  dokupił  kapelusz  maskujący  z  szerokim  rondem,  do  którego 
przyszyto   siatkę   przeciwko   komarom   osłaniającą   całą   głowę.   Prognoza   zapowiadała 
sprzyjającą   mu   pogodę:   parno,   burzowo,   zachmurzone   niebo,   wysokie   temperatury. 
Wczasowicze  nie byli  zapewne  zachwyceni.  Ricky wyjaśnił  ekspedientowi,  że zamierza 
jeszcze popracować trochę w ogródku.

Kiedy wyszedł na ulicę, ujrzał, jak od zachodu nadciągają pierwsze ogromne chmury 

burzowe.   Spojrzał   na   ciemniejące   niebo,   a   ponieważ   szybciej   zapadał   zmierzch, 
przyspieszył kroku, by poczynić odpowiednie przygotowania.

Nim   dotarł   do   drogi   prowadzącej   do   jego   starego   domu,   niebo   stało   się   niemal 

brązowe. Autobus jadący trasą numer 6 wyrzucił go kilka kilometrów od celu.

Resztę drogi pokonał bez wysiłku biegiem. W plecaku niósł zakupy i broń.
Ricky miał szczęście. Droga była pusta. Kiedy dotarł do podjazdu, zwolnił tempo, po 

chwili skrył się za drzewami. Wynurzywszy się spod ich koron, ujrzał to, co miał nadzieję 
zobaczyć:   zwęglone   szczątki   swojego   domu.   Choć   minął   już   rok,   ziemia   wciąż   była 
poczerniała wokół posępnego szkieletu budynku.

Ricky podszedł tam, gdzie niegdyś były drzwi frontowe. Wszedł do środka i powoli 

poruszał się wśród ruin. Kryjówka, którą spodziewał się tu znaleźć, czekała na niego, tuż 
obok   głównego   komina,   połączonego   z   kominkiem   w   salonie.   Kawał   sufitu   i   grube 
drewniane belki opadły, tworząc coś w rodzaju przybudówki, omalże małej jaskini. Ricky 
włożył poncho i kapelusz chroniący przed ukąszeniami owadów, wyjął z plecaka latarkę i 
samopowtarzalny pistolet. Wczołgał się w zgliszcza i czekał w ukryciu na nadejście nocy, 
na zbliżającą się burzę oraz na mordercę.

background image

Rzęsisty   deszcz   padał   przez   pierwszą   część   nocy,   grzmiały   pioruny,   błyskawice 

rozświetlały   ocean,   później   opady   zelżały   do   monotonnej,   natrętnej   mżawki.   Ricky   nie 
wychodził z ukrycia, jak myśliwy przyczajony w zasadzce. Z rzadka zmieniał pozycję. Ze 
swej kryjówki widział teren przed domem, najlepiej wówczas, gdy błyskawica przecinała 
niebo.

Do godziny dwudziestej drugiej okolica skryła się w wilgotnym mroku pachnącym 

pleśnią.   Miał   wyostrzone   zmysły   i   czujny   umysł,   odnotowujący   wszelkie   zakłócenia 
nocnego spokoju. W pewnej chwili wystraszył go nietoperz, który przeleciał mu nad głową, 
później para saren wyłoniła się na chwilę z lasu.

Ricky   wciąż   czekał.   Jego   przeciwnik   zapewne   nieraz   działał   nocą   i   czuł   się 

swobodnie   o   tej   porze.   Znam   cię,   Rumpelstilskin,   myślał,   będziesz   chciał   to   wszystko 
załatwić w ciemności. Już niebawem się tu zjawisz.

Pół godziny po tym,  jak w oddali  pojawiły się i znikły reflektory poprzedniego 

samochodu, Ricky dostrzegł kolejny pojazd, który jechał nieco wolniej, jakby niepewnie. 
Snop światła zatrzymał się przy wjeździe na jego posiadłość, po chwili pojazd przyspieszył i 
odjechał. Ktoś znalazł to, czego szukał, pomyślał.

Dwadzieścia   minut   minęło   w   absolutnych   ciemnościach.   Ricky   czuł   w   uszach 

pulsowanie adrenaliny. Serce waliło mu jak oszalałe.

W końcu przestało mżyć. Starks spojrzał w górę i dostrzegł zarys chmury sunącej po 

niebie, jakby podążającej za sprawą niewidocznego wioślarza. Nieco księżycowego blasku 
przesączyło  się przez  chmurę,  snop rozproszonego światła  przełamał  czerń nocy.  Ricky 
omiótł wzrokiem okolicę i spostrzegł postać stojącą o krok od lasu.

W pierwszej chwili zamarł. Jednak zaraz uzmysłowił sobie, że sam jest niewidoczny, 

że nie można go odróżnić od plątaniny spalonych kawałków drewna i zgliszcz.

Sekundę później ciemna postać poruszyła się w jego polu widzenia. Szła ostrożnie, 

nieco   pochylona   –   urodzony   drapieżnik.   Dotarła   do   dawnego   ogrodu.   Ricky   dostrzegł 
wahanie mężczyzny, nim ten przestąpił resztki progu. Zaczął myszkować w zgliszczach.

Wie, że tu jestem, pomyślał Ricky.
Mężczyzna   podszedł   jeszcze   parę   kroków   i   lekko   potknął   się   o   szczątki   belki 

dachowej. Zatrzymał się i kopnął gruzy.

–Doktorze Starks – szepnął – wiem, że pan tu jest. Proszę wyjść z ukrycia. Pora 

zakończyć grę.

Ricky ani drgnął.
–Gdzie pan jest, doktorze? – nalegał mężczyzna, obracając się we wszystkie strony. 

Kolejny raz odezwał się pełnym  głosem, z niecier pliwą determinacją: – Gdzieś się, do 
cholery, schował?

Odwrócił się plecami do Ricky'ego. Ricky wyciągnął pistolet spod poncho, uniósł go 

oburącz, jak uczono na strzelnicy w New Hampshire i skierował lufę w sam środek pleców 
Rumpelstilskina.

–Jestem za tobą – powiedział spokojnie.
Miał wrażenie, jakby wydostał się poza czas. Sekundy, które normalnie składałyby 

się   na   minuty,   rozpierzchały   się   jak   płatki   kwiatów   na   silnym   wietrze.   Pozostawał   w 
niezmienionej pozycji z bronią wymierzoną wprost w plecy przeciwnika, który oddychał 
płytko i z wysiłkiem. Jego cel stał nieruchomo.

–Mam   broń   –   rzekł   głosem   ochrypłym   z   napięcia.   –   Celuję   ci   w   ple   cy.   To 

background image

samopowtarzalny pistolet kaliber dziewięć załadowany nabo jami rozrywającymi. Wypalę, 
jeśli choćby drgniesz. Zdążę strzelić dwa, a może trzy razy, nim się odwrócisz i wycelujesz 
we mnie.

Jeśli zaskoczył tym Rumpelstilskina, tamten nie dał nic po sobie poznać. Roześmiał 

się tylko na głos.

–Pomyśleć,   że   sam   ci   się   wpakowałem   na   linię   ognia.   Dobrze   grałeś,   doktorze 

Starks, znacznie lepiej, niż się spodziewałem, wykazałeś się umiejętnościami, o które bym 
cię nie posądzał. – Zawiesił głos, a po chwili dodał: – Najlepiej zrobisz, jeśli od razu do 
mnie strzelisz. W plecy. Na razie masz nade mną przewagę. Jednak z każdą chwilą twoja 
pozycja słabnie. Jako zawodowiec, radzę ci nie przepuścić takiej okazji.

Ricky zmilczał.
–Mężczyzna roześmiał się.
Na co czekasz, doktorku? Daj upust swojej złości. Strzelaj. Ricky celował, ale nie 

nacisnął spustu. Ogarnęły go wątpliwości.

Ja cię znam – powiedział nagle. – Znam twój głos.
–Jasne – odparł Rumpelstilskin drwiącym tonem. – Miałeś okazję słyszeć go dość 

często.

Ricky'ego ogarnęło uczucie, jakby raptem znalazł się na śliskim lodzie. Jego głos 

stracił pewność.

Odwróć się – zażądał.
Rumpelstilskin potrząsnął głową.
Wcale   tego   nie   chcesz.   Kiedy   odwrócę   się   do   ciebie   przodem,   stracisz   całą 

przewagę. Ustalę twoje położenie, doktorze, a kiedy już będę wiedział, gdzie jesteś, szybko 
zginiesz.

Ja cię znam – powtórzył szeptem Ricky.
Czy aż tak trudno mnie poznać? Mam ten sam głos – powiedział Rumpelstilskin. – 

Przez cały rok spotykaliśmy się regularnie pięć razy tygodniowo.

Ricky'emu zupełnie zaschło w gardle, wydukał jednak nazwisko:
Zimmerman? Rumpelstilskin znów się zaśmiał.
Zimmerman to zimny trup. – Ale przecież ty…
–Jestem kimś, kogo znałeś jako Rogera Zimmermana. Z jego schorowaną matką, 

beznadziejną   pracą   i   wszystkimi   tymi   bzdurami,   któ   re   wyrzucałem   z   siebie   w   twoim 
gabinecie. Takiego właśnie Zimmermana znałeś.

Ricky'emu zakręciło się w głowie.
Ale wtedy w metrze…
Tam był faktycznie Zimmerman, prawdziwy Zimmerman, który istotnie miał myśli 

samobójcze. Został rzucony w ramiona śmierci.

–Ale jak to…
Rumpelstilskin wzruszył ramionami.
–Doktorze,   pacjent   przychodzi   do   twojego   gabinetu,   przedstawia   się   jako   Roger 

Zimmerman, zapisuje na terapię i w terminie opłaca honorarium. Pomyślałeś przez moment, 
by sprawdzić, czy pacjent jest faktycznie tym, za kogo się podaje?

background image

Ricky milczał.
–Nie sądzę. Gdybyś to sprawdził, przekonałbyś się, że prawdziwy Zimmerman jest 

mniej więcej taki, jakim ci go zaprezentowałem. Jedyna różnica polegała na tym, że nie 
przychodził na terapię osobiście.To ja się zjawiałem zamiast niego. Pożyczyłem sobie jego 
życie i śmierć. Bo musiałem cię dobrze poznać, doktorku. Musiałem cię poobserwować. 
Trochę to trwało, ale dowiedziałem się wszystkiego,czego chciałem.

Kim jesteś? – spytał Ricky.
Nie dowiesz się nigdy – usłyszał w odpowiedzi. – Zresztą wiele już wiesz. Znasz 

moją   przeszłość.  Poznałeś   moje   rodzeństwo.  Ale  nigdy  nie  dowiesz  się   dokładnie,   kim 
jestem.

–Czemu mi to zrobiłeś? – spytał Ricky.
Rumpelstilskin potrząsnął głową.
Przecież znasz odpowiedź. Czy to takie dziwne, że ktoś, kto w dzieciństwie dość się 

napatrzył na zło, jakiego zaznała bliska mu osoba, na jej rozpacz tak straszną, iż jedyne 
wyjście widziała w samobójstwie – że ów ktoś, gdy dorósł, mści się na wszystkich, którzy 
zawiedli, w tym także ty, doktorku?

Zemsta niczego nie rozwiązuje – zauważył cicho Ricky.
Mówisz jak ktoś, kto nigdy nie doświadczył zemsty.
Ricky wyczuł, że przeciwnik ma na twarzy uśmiech. Bezduszny, zimny uśmiech. 

Oczyma wyobraźni widział, jak mężczyzna zaciska palce na broni.

–Uważam, że nasza ostatnia sesja jest bardzo ciekawa, doktorze Starks, ale czas 

najwyższy, by jeden z nas pożegnał się z życiem. Wiele wskazuje na to, że to będziesz ty.

Ricky   skierował   lufę   pistoletu   w   dół.   Był   zaklinowany   wśród   gruzu,   nie   mógł 

poruszyć  się w prawo ani w lewo, wycofanie się tyłem nie wchodziło w grę. Nie miał 
właściwie wyboru.

–Zapomniałeś o czymś – powiedział wolno. – Doktor Starks już nie żyje.
I po tych słowach wypalił.
Wyglądało to tak, jakby mężczyzna zareagował na drobną zmianę w modulacji głosu 

Ricky'ego. Gdy Ricky pociągnął za cyngiel, Rumpelstilskin padł na ziemię, obracając się 
jednocześnie, w związku z czym strzał wymierzony w środek pleców, paskudnie rozerwał 
mu łopatkę. Drugi pocisk wbił się w mięśnie prawej ręki.

Ricky wypalił jeszcze raz, jednak tym razem kula ze świstem poleciała w ciemność.
Rumpelstilskin przekręcił się, sapiąc z bólu i usiłował podnieść swoją broń ranioną 

ręką. Chwycił pistolet w lewą dłoń, starając się wymierzyć w przeciwnika, i zatoczył się w 
tył, tracąc równowagę. Ricky zamarł wpatrzony w lufę pistoletu uniesioną jak głowa kobry, 
kolebiącą się w tył i w przód.

Wtem strzał rozdarł ciszę, Starks poczuł, jak gorący podmuch kuli przelatuje przez 

bezkształtne  poncho zwisające mu  z ramion.  Wciągnął powietrze, poczuł kordyt  i dym, 
znów opuścił lufę pistoletu. Gdy skierował ją prosto w twarz Rumpelstilskina, morderca 
osunął się na ziemię. Broń wypadła mu z ręki. Zdrową rękę uniósł do twarzy, jakby starając 
się osłonić przed kolejnym strzałem.

Adrenalina,   gniew,   nienawiść,   strach,   wszystkie   przeżycia   ostatnich   miesięcy 

zsumowały   się   w   tym   momencie   i   Ricky   zapragnął   stać   się   świadkiem   śmierci   tego 
człowieka.

background image

Ale nie zabił go.
Rumpelstilskin   był   blady   jak   ściana.   Krew,   niczym   strużki   czarnego   atramentu, 

spływała mu z rąk i klatki piersiowej. Jeszcze raz ostatkiem sił starał się dosięgnąć broni, ale 
nie dał rady.

Ricky zerwał się na równe nogi i doskoczył do przeciwnika. Kopnął na bok jego 

pistolet,   a   swój   schował   do   plecaka.   Gdy   Rumpelstilskin   bełkotał,   tracąc   przytomność, 
chwycił go za klapy. Z wysiłkiem uniósł rannego i przerzucił go sobie przez ramię. Powoli 
się wyprostował i ruszył niepewnym krokiem wśród gruzów. Wynosił ze zgliszcz swojego 
domu człowieka, który chciał go zabić.

Pot szczypał go w oczy, każdy krok był męczarnią. Wiedział, że Rumpelstilskin jest 

ledwie   przytomny.   Wreszcie   przystanął   na   skraju   drogi   i   zrzucił   rannego   na   ziemię. 
Przeszukał jego ubranie. Z ulgą namacał to, czego się spodziewał: telefon komórkowy.

Rumpelstilskin oddychał z coraz większym wysiłkiem. Ricky opatrzył mu rany, na 

ile mógł w tych warunkach, i zadzwonił pod numer pogotowia w Wellfleet, który znał od 
dawna na pamięć.

Pogotowie Przylądka Cod – odezwał się rzeczowy, kompetentny głos.
Niech pan  słucha uważnie  – powiedział  wolno Ricky.  – Zdarzył  się wypadek  z 

bronią. Ranny znajduje się na Old Beach Road przy wjeździe na posesję zmarłego doktora 
Starksa. Leży na podjeździe. Ofiara ma liczne rany postrzałowe i jest w szoku. Umrze, jeśli 
nie zjawicie się tu w kilka minut. Czy zrozumiał pan wszystko?

Tak. Już wysyłam karetkę. Old Beach Road. Kto mówi?
Wie pan, gdzie to jest?
Tak, ale chcę wiedzieć, z kim rozmawiam. Ricky odparł po zastanowieniu:
Jestem kimś, kto jest nikim.
I rozłączył się. Wyjął z plecaka latarkę, zapalił ją i położył na piersi nieprzytomnego. 

Doszedł   go   z   oddali   dźwięk   syreny.   Spojrzał   jeszcze   raz   na   mężczyznę.   Trudno   było 
powiedzieć, czy przeżyje najbliższe kilka godzin. Może. A może nie. Bodajże pierwszy raz 
w życiu Ricky'emu uśmiechała się niepewność.

Odwrócił się i ruszył biegiem, początkowo niezbyt szybko, ale później nabrał tempa. 

Pędził przed siebie, stopy miarowo uderzały o ziemię. Po chwili pochłonęła go ciemność.

Ricky znikł, jakby stał się duchem.

 

background image

  DWANAŚCIE

    Nieopodal   Port-au-Prince   Przed   godziną   słońce   wyłoniło   się   zza   horyzontu,   Ricky 
obserwował gekona, małą żółtozieloną jaszczurkę biegającą po ścianie, jakby nie podlegała 
prawu   ciążenia.   Drobny   gad   poruszał   się   susami,   od   czasu   do   czasu   przystawał,   by 
rozciągnąć   pomarańczowy   worek   pod   gardłem   i   znów   śmigał   kilka   kroków.   Ricky 
zazdrościł mu prostoty życia z dnia na dzień: cała jego filozofia sprowadzała się do tego, by 
znaleźć jedzenie i nie dać się samemu zjeść. Wystawił   nogi   z   łóżka.   Przeciągnął   się, 
przeczesał   dłonią   rzednące   włosy,   sięgnął   po   szorty   khaki   zwisające   z   szafki   nocnej   i 
poszukał okularów.

Zajmował prawie kwadratowy, zgrzebny pokój z przybrudzonym białym tynkiem na 

ścianach. Niewiele tu miał: radio i nieco ciuchów. Dwie półki przy ścianie były zapchane 
wydawnictwami medycznymi.

Podszedł do okna, by spojrzeć na wzgórza porośnięte soczystą zielenią, wznoszące 

się wysoko nad miastem, i pomyślał, że Haiti to jeden z najbardziej niezwykłych krajów. 
Nie widział biedniejszego miejsca na ziemi, a jednocześnie pod pewnymi względami był to 
najbogatszy zakątek. Kiedy przechadzał się ulicą, zdawał sobie sprawę, że jest jedynym 
białym w promieniu wielu kilometrów. Początkowo drażniło go to, ale z czasem przywykł. 
Odpowiadało mu bycie innym. Opuścił swój pokój, wstąpił do sklepiku spożywczego po 
kawę i świeże pieczywo, a następnie udał się dziarskim krokiem do kliniki.

Tłoczący się przed wejściem tłum zasłaniał napisaną odręcznie wielkimi czarnymi 

kulfonami tabliczkę: Klinika doktora Dumon-daisa. Od 7 do 19 i dodatkowo umówione 
wizyty. Ricky uśmiechnął się na powitanie, widząc kilkoro regularnych pacjentów. Twarze 
rozpromieniły się na jego widok i usłyszał, jak kilka osób szepcze: Bonjour, monsieur le 
docteur. Uścisnął dłoń pewnemu staruszkowi – krawcowi o nazwisku Dupont, który uszył 
mu na miarę brązowy lniany garnitur, gdy Ricky przepisał mu vioxx na reumatyzm. Lek 
przyniósł oczekiwaną ulgę.

Gdy przestąpił próg kliniki, dostrzegł pielęgniarkę doktora Du-mondaisa, postawną 

kobietę dysponującą szeroką wiedzą na temat ludowych leków i mikstur woodoo.

Bonjour, Helene – powiedział Ricky. – Tout le monde est arrive.
O tak, doktorze. Roboty nie zabraknie na cały dzień.
Ricky potrząsnął głową. Ćwiczył z nią wyspiarski francuski, ona zaś szkoliła przy 

nim angielski.

Nie, nie Helene, pas docteur. C'est mounsieur  Lively.  Je ne suis pas un docteur 

encore.

Tak, tak, pan Lively. – Uśmiechnęła się szeroko, jakby nie do końca rozumiejąc, ale 

mimo to mając ochotę pośmiać się z pysznego żartu, który powiedział Ricky, no bo jak ktoś 
o takiej wiedzy medycznej może nie życzyć sobie, by zwracano się do niego „doktorze".

Ricky zapukał do drewnianych drzwi i wszedł do gabinetu. Auguste Dumondais, 

zasuszony drobny mężczyzna z ogoloną głową, noszący dwuogniskowe okulary, zakładał 
biały kitel.

Ach, to ty, Ricky. Mamy dzisiaj huk roboty.
Oui – odparł Ricky. – Bien sur.
Ale czy to nie dziś nas opuszczasz?
–Jadę na krótko w odwiedziny do domu. Niecały tydzień.

background image

Lekarz kiwnął głową. Ricky widział w jego oczach powątpiewanie.
Auguste Dumondais nie wypytywał zbytnio Ricky'ego, gdy ten zjawił się w klinice 

przed pół rokiem, by zaoferować swoje usługi za skromną pensyjkę. Teraz doktor obawiał 
się, że szczęśliwy traf, który zesłał mu pomocnika, odwróci się i zabierze mu go.

–Najwyżej tydzień, obiecuję.
Dzień   minął   tak   szybko,   że   Ricky   omal   się   nie   spóźnił   na   swój   samolot   linii 

CaribeAir   do   Miami.   Biznesmen   w   średnim   wieku,   Richard   Lively   –   podróżujący   z 
wydanym   niedawno   paszportem   amerykańskim,   w   którym   widniało   raptem   parę 
stempelków z kilku karaibskich państw – został bez zbędnych ceregieli przepuszczony przez 
celników. Miał bilet na samolot o ósmej rano lecący na La Gu-ardia, przenocował więc w 
Holiday Inn przy lotnisku. Długo mydlił się pod gorącym prysznicem – był to prawdziwy 
luksus w porównaniu ze spartańskimi warunkami jego klitki na Haiti. Spał jednak kiepsko. 
Pościel była zbyt miękka, materac zaś za sprężysty. W ciszy odtwarzał w pamięci ostatni 
telefon do Wergil, który wykonał przed dziewięcioma miesiącami.

Wybiła   północ,   gdy   w   końcu   dotarł   do   motelowego   pokoju   na   przedmieściach 

Provincetown. Opadł na łóżko i wykręcił numer do mieszkania Wergil na Manhattanie.

Gdy podniosła po pierwszym sygnale, powiedziała tylko:
–Tak?
–Nie mój głos spodziewałaś się usłyszeć, prawda? – odezwał się po chwili. Milczała.
Twój braciszek, ten prawnik, jest pod ręką?
Jest.
To   niech   podniesie   słuchawkę   drugiego   aparatu   i   słuchajcie   oboje.   Po   paru 

sekundach Merłin włączył się do rozmowy.

–A   teraz   bądźcie   cicho   i   słuchajcie.   Wasz   brat   przebywa   obecnie   w   Centrum 

Medycznym Mid Cape. By przeżyć, potrzebuje wsparcia swego ukochanego rodzeństwa. 
Policja będzie chciała wiedzieć to i owo. Po pierwsze jednak, musicie się nim zaopiekować.

Odpowiedziała mu cisza po drugiej stronie.
Jest jednak jeszcze parę innych spraw, którymi musicie się zająć.
Niby   jakich?   –   spytała   Wergil,   jej   głos   był   bezbarwny,   starała   się   nie   zdradzać 

żadnych emocji.

Po pierwsze, rzecz naprawdę podstawowa: pieniądze,  które skradliście  z mojego 

funduszu emerytalnego oraz rachunków inwestycyjnych. Prześlecie pełną sumę na rachunek 
w banku szwajcarskim o numerze zero jeden-zero zero dziewięćset siedemdziesiąt sześć-
dwa. Zapiszcie. I zrobicie to niezwłocznie.

Co jeszcze? – spytała Wergil.
Zaczyna   się   nowa   gra   –   odparł   Ricky.   –   To   gra   o   to,   by   pozostać   przy   życiu. 

Wszyscy będziemy brać w niej udział. Jednocześnie.

Nikt z rodzeństwa się nie odezwał.
Zasady są proste – dodał Ricky.
To znaczy jakie? – podjęła miękko Wergil.
Pacjenci płacili  mi  od siedemdziesięciu pięciu do stu dolarów za godzinną sesję 

terapeutyczną.   Przeciętnie   spotykałem   się   z   każdym   z   nich   cztery,   czasem   pięć   razy 
tygodniowo, zasadniczo przez czterdzieści osiem tygodni w roku. Sami sobie policzcie.

background image

No dobra -powiedziała z ulgą. Świetnie – rzekł energicznie Ricky. – Oto na czym 

polega gra, by utrzymać  się przy życiu:  każdy,  kto chce żyć,  zaczyna  terapię.  U mnie. 
Płacicie, to żyjecie. Gdy tylko wyschnie źródełko mamony, będę zmuszony zapolować na 
was. – Ricky zawiesił głos, a po chwili dodał: – Lub na kogoś wam bliskiego. Na żonę. 
Dziecko. Lubego. Partnera.

Znów odpowiedziała mu cisza.
–Jest to – ciągnął Ricky – mniej więcej taki sam wybór, jaki daliście mi kiedyś. Z tą 

różnicą, że tym razem chodzi o gotówkę.

Po tych słowach rozłączył się.
Około półtorej godziny zajęło Ricky'emu dotarcie z La Guardia do Greenwich w 

stanie   Connecticut.   Zatrzymał   się   na   krótką   chwilę   w   centrum   miasta   i   nabył   butelkę 
drogiego wina w sklepie dla smakoszy. Następnie udał się do domu przy ulicy, która -jak na 
wybujałe standardy najbogatszych amerykańskich społeczności – była całkiem skromna.

Zostawił   samochód   przed   domem   stylizowanym   na   epokę   Tudo-rów.   Na   tyłach 

budynku znajdował się basen, a od strony frontowej rósł wielki dąb.

Z butelką wina w dłoni zadzwonił do drzwi i czekał w marcowym słońcu.
Po chwili otworzyła mu młoda kobieta, która miała najwyżej trzydzieści kilka lat. 

Ubrana w dżinsy i czarny golf, blond włosy odgarnięte z twarzy. Nim zdążył się odezwać, 
szepnęła:

Ciii. Dopiero co ukołysałam do snu bliźniaki. Ricky uśmiechnął się do niej.
Nieźle musi dawać w kość taki tandem – zauważył z sympatią.
–Nawet pan sobie nie wyobraża – odparła ledwie słyszalnym szeptem. – Słucham 

pana?

Ricky wyciągnął przed siebie wino.
–Jestem to winien pani mężowi – powiedział. – Przed około rokiem łączyły nas 

wspólne   interesy.   Pragnę   po   prostu   jeszcze   raz   podziękować   i   wyrazić   w   ten   sposób 
wdzięczność za korzystne dla mnie rozwiązanie sprawy.

Nieco zażenowana przyjęła butelkę.
Bardzo dziękuję, panie…
Ricky – dokończył. – Na pewno mnie pamięta.
Odwrócił   się   na   pięcie   i   wrócił   do   wypożyczonego   wozu.   Dowiedział   się 

wszystkiego, czego pragnął. Merlin wiódł szczęśliwe życie. Ale przynajmniej tej nocy nie 
będzie mógł zasnąć.

Rozważał   możliwość   złożenia   wizyty   także   Wergil,   ale   ostatecznie   zamówił   w 

kwiaciarni bukiet dwunastu kalii, który został dostarczony na plan filmowy, gdzie grała 
skromną rólkę w wysokobudżetowym filmie hollywoodzkim. Białe kalie pasowały jak ulał. 
Zwykle posyła się je na pogrzeby wraz z kondolencjami. Wergil na pewno się zorientuje. 
Kazał przewiązać kwiaty czarną satynową wstążką i dołączyć bilecik o prostej treści:

Wciąż myślę o Tobie.
Dr.S.
Chyba stałem się facetem oszczędnym w słowach, pomyślał.