background image

Friedrich Durrenmatt

Kraksa

(Tłumaczył Andrzej Wirth)

background image

 

CZĘŚĆ PIERWSZA

Czy istnieją jeszcze jakieś  historie możliwe,  historie godne pisarza?  Jeśli ktoś nie chce 

mówić o sobie, romantycznie i lirycznie uogólniać swojej osobowości, jeśli nie czuje się zmuszony, 

aby opowiedzieć szczerze o swych nadziejach i porażkach, o tym, jak sypia z kobietami - jak gdyby 

prawdomówność mogła to wszystko podnieść do rangi uogólnienia, nie zaś w sferę medycyny lub 

w najlepszym razie  psychologii - jeśli ktoś nie chce tego robić, woli zaś dyskretnie  pozostać w 

cieniu, ukrywając taktownie sprawy osobiste, wpatrzony w swoje tworzywo jak rzeźbiarz w swój 

materiał, kształtując go, ucząc się jednocześnie na nim, jeśli jak pewien typ klasyków stara się nie 

popadać łatwo w zwątpienie - nawet kiedy nie da się zaprzeczyć,  że czysty nonsens jawi się na 

każdym   kroku  -   wówczas   pisanie   staje  się   czynnością   trudniejszą   i   bardziej   samotną,   a   także 

bardziej bezsensowną. Nie chodzi przecież o dobrą notę w historii literatury - komu nie zdarzyło 

się otrzymać dobrej noty, jakaż miernota nie została już wyróżniona - postulaty dnia są ważniejsze. 

Lecz i tutaj  znów dylemat i niekorzystna sytuacja na rynku. Życie oferuje nam  same rozrywki: 

wieczorem dostarcza ich kino, poezję daje codzienna  gazeta w felietonie, za większą sumkę, w 

praktyce - począwszy od jednego franka, już żąda się duszy, wyznań, właśnie prawdy, wymaga się 

wyższych wartości, morału, efektownych powiedzonek, zawsze coś musi być przezwyciężone albo 

spotkać   się   z   afirmacją,   raz   jest   to  chrystianizm,   kiedy   indziej   znów   powszechne   zwątpienie, 

wszystko  może stać się literaturą. Lecz jeśli autor właśnie wzbrania się przed  produkowaniem 

takiej  strawy,  coraz bardziej, z rosnącą  stanowczością, bo wprawdzie świadom jest, że impuls 

zmuszający do pisania tkwi w nim, w zależnej od przypadku grze świadomości i nieświadomości, 

w jego wierze i wątpliwościach, sądzi jednak, że  właśnie te sprawy z pewnością nie obchodzą 

publiczności - wystarczy to, co on pisze, kształtuje, formuje - niechaj więc apetycznie przedstawia 

samą tylko powierzchnię i wyłącznie nad nią pracuje, poza tym zachowa milczenie, nie rozwodząc 

się zbytnio ani nie  komentując. Kiedy dojdzie do takiego przeświadczenia, zatrzyma się,  będzie 

zwlekał,  stanie  bezradny,  jest  to prawie nieuniknione.  Rodzi  się  przeczucie,  że  nie ma  już co 

opowiadać, zaczyna się poważnie myśleć o rezygnacji, być może, jest jeszcze miejsce na parę zdań, 

poza tym można tylko wziąć kurs na biologię, by przynajmniej  myślowo zbliżyć  się jakoś do 

wybuchu ludzkości, do rosnących miliardów ludzi, do nieustannie produkujących macic - albo też 

zwrócić   się   ku   fizyce,   astronomii,   ażeby   uświadomić   sobie   strukturę  wszechświata,   w   którym 

krążymy. Reszta dla magazynów, dla takich tygodników, jak “Life”, “Match”, “Quick” i dla “Sie 

und Er” -  prezydent  z tlenowym  aparatem,  wujek Bułganin w swoim ogrodzie,  księżniczka w 

towarzystwie zuchowatego pilota, głośne gwiazdy filmowe i potentaci dolara, wielkości wymienne, 

background image

już   wyszły   z   mody,  ledwie   się   o   nich   czasem   wspomni.   Obok   powszedni   dzień  przeciętnego 

człowieka,   w   moim   przypadku   zachodnioeuropejski,  ściślej   szwajcarski,   zła   pogoda   i   zła 

koniunktura,   troski   i   nieszczęścia,  wstrząsy   wywołane   perypetiami   osobistymi,   bez   związku 

wszakże z całością świata, z biegiem rzeczy i nonsensów, z rozwojem konieczności. 

Los zeszedł ze sceny, na której toczy się gra, aby czaić się za kulisami, poza obowiązującą 

dramaturgią  -  na  pierwszym  planie  wszystko  jawi się  jako katastrofa,  choroba,  kryzys.  Nawet 

wojna  zaczyna być zależna od tego, czy mózgi elektronowe przepowiedzą jej  rentowność, lecz 

wiadomo,   że   to   nigdy  nie   nastąpi,   jeśli   maszyny  rachunkowe   prawidłowo  funkcjonują.  Klęski 

można sobie już tylko matematycznie wyobrazić, lecz biada, jeśli do sztucznych mózgów zakradnie 

się jakieś fałszerstwo, jeśli zostaną zastosowane niedozwolone chwyty. A to wszystko jeszcze nie 

jest tak przykre jak  sama możliwość, że nagle puszcza jakaś śruba, psuje się cewka, jakiś  guzik 

błędnie reaguje i już mamy koniec świata, z powodu  technicznego krótkiego spięcia, z powodu 

włączenia niewłaściwej dźwigni. Tak więc nie grozi już żaden Bóg, żadna sprawiedliwość, żadne 

fatum jak w Piątej symfonii - lecz wypadki drogowe, tamy  walące się na skutek zastosowania 

fałszywej   konstrukcji,   eksplozja  fabryki   bomb   atomowych   spowodowana   przez   roztargnionego 

laboranta,   źle   wyregulowane   wylęgarnie.   Nasza   droga   prowadzi   obok  ścian   wypełnionych 

reklamami butów Bally, wozów Studebakera,  lodów śmietankowych  i tablicami  pamiątkowymi 

znaczącymi   miejsca  spoczynku   nieszczęśliwych   ofiar   wypadków,   zdarzają   się   jeszcze  historie 

możliwe, w których z tuzinkowej twarzy wyziera nagle ludzkość, czyjś pech nabiera mimochodem 

sensu   ogólnego,   sąd   i  sprawiedliwość   stają   się   nagle   widoczne,   może   i   łaska,   wyjednana 

przypadkiem, odbita w monoklu pijanego.

background image

CZĘŚĆ DRUGA

Wypadek, wprawdzie nie poważny, kraksa również i tutaj: Alfredo Traps, żeby wymienić 

nazwisko, zatrudniony w branży tekstylnej,  lat  czterdzieści  pięć,  bynajmniej  jeszcze  nie otyły, 

zjawisko pociągające, o poprawnych manierach zdradzających wprawdzie pewną tresurę, trącących 

czymś prymitywnym i handlarskim - ten nasz współcześnik  jechał właśnie swym studebakerem 

jedną z większych dróg kraju. Już mógł się spodziewać, że za godzinę będzie u siebie w domu, w 

pewnym  znaczniejszym  mieście,  gdy nagle  wóz zastrajkował. Po  prostu przestał  się  poruszać. 

połyskująca czerwonym lakierem  maszyna  spoczęła bezradnie u stóp niewielkiego wzgórza, na 

które  pięła się droga; na północy utworzyła się kumulusowa chmura, na  zachodzie słońce stało 

wciąż jeszcze wysoko, tak niemal jak po południu. Traps wypalił papierosa i zajął się tym, czego 

wymagała sytuacja. Mechanik, który w końcu wziął na hol studebakera, oświadczył, że nie może 

usunąć   uszkodzenia   wcześniej   niż  następnego   dnia   -   defekt   gaźnika.   Czy   odpowiadało   to 

rzeczywistości, tego nie można było ani stwierdzić, ani też nie byłoby wskazane podejmować takiej 

próby - jest się wydanym  na łup mechaników,  jak  niegdyś  było  się zdanym  na laskę rycerzy 

rozbójników, a jeszcze przed tym na łaskę bóstw lokalnych i demonów. Za wygodny, aby odbyć 

półgodzinną drogę do następnej stacji kolejowej i podjąć nieco skomplikowaną, choć krótką podróż 

do domu, do żony, do czworga swych dzieci - sami chłopcy - postanowił Traps przenocować. Była 

godzina  szósta  wieczór,  ciepło,  zbliżał   się  najdłuższy  dzień  lata,  wioska,   na  której  skraju  stał 

warsztat samochodowy, miła, rozsypana  u stóp zalesionych wzgórz, z kościółkiem na pagórku, 

plebanią, z dębem prastarym, ujętym w żelazne obręcze i podpory, wszystko solidne, czyściutkie, 

nawet kupy gnoju przed chłopskimi domami  starannie spiętrzone i szykowne. Była tu również 

gdzieś   w   pobliżu  jakaś   fabryczka,   kilka   szynków   i   gospód,  jedną   z  nich   Trapsowi   już  nieraz 

polecano, lecz wszystkie pokoje były zajęte - jakiś zjazd hodowców drobiu zarezerwował łóżka - 

agentowi tekstylnemu wskazano willę, gdzie przyjmuje się czasem przyjezdnych. Traps ociągał się. 

Jeszcze można było wrócić koleją, lecz wabiła go nadzieja, że przeżyje tu jakąś przygodę. Nieraz 

trafiały   się   po   wsiach  dziewczęta,   jak   ostatnio   w   Grossbiestringen,   umiejące   docenić  agentów 

tekstylnych.   Ożywiony   nowym   impulsem   ruszył   w   stronę  willi.   Od   kościoła   dolatywało   bicie 

dzwonów. Krowy minęły go  porykując. Piętrowy domek stał w dość rozległym ogrodzie, ściany 

oślepiająco białe, płaski dach, zielone okiennice, do połowy przesłonięte krzewami, buki i świerki, 

od   frontu   kwiaty,   głównie   róże,  wśród   nich   człowieczek   w   podeszłym   wieku,   w   skórzanym 

fartuchu,  być  może właściciel  posesji, zajęty lekką robotą w ogrodzie: Traps  przedstawił się i 

poprosił o nocleg. 

background image

- Pański zawód - zapytał stary, który zbliżył się do parkanu, paląc  brissago, głowa jego 

ledwie wystawała nad furtkę. 

- Pracuje w branży tekstylnej. 

Stary   bacznie   zlustrował   Trapsa,   spoglądając   w   sposób   właściwy  dalekowidzom   ponad 

małymi, nieoprawnymi szkłami. 

- Oczywiście, może pan tutaj przenocować. 

Traps spytał o cenę. 

Nie zwykł za to przyjmować zapłaty, wyjaśnił stary, jest samotny,  jego syn przebywa w 

Stanach Zjednoczonych, nad nim ma pieczę gosposia, panna Simona, jest więc rad, jeśli od czasu 

do czasu może przyjąć kogoś w gościnę. 

Agent podziękował. Był wzruszony tą gościnnością i zauważył, że  na wsi nie wymarły 

bynajmniej   cnoty   i   dobre   zwyczaje   przodków.  Otworzono   mu   furtkę.   Traps   rozejrzał   się: 

żwirowane dróżki, trawniki, głębokie cienie, fragmenty oświetlone słońcem. 

Dzisiaj   wieczorem   spodziewa   się   kilku   panów,   powiedział   stary,  kiedy   zbliżyli   się   do 

kwiatów, i zaczął starannie przycinać krzak róży.  Mają przyjść przyjaciele, którzy mieszkają w 

sąsiedztwie,   bądź   we  wsi,   bądź   dalej   aż   u   stóp   wzgórza,   emeryci,   jak   on,   ściągnęli   tutaj   dla 

łagodnego klimatu i dlatego, że tutaj nie czuje się fenu, wszyscy  samotni, wdowcy, spragnieni 

czegoś nowego, jakiegoś urozmaicenia, będzie więc to dla niego wielka przyjemność móc zaprosić 

pana Trapsa na kolację i na następujący po niej kawalerski wieczór. 

Agent był zaskoczony. Właściwie chciał zjeść we wsi, w szeroko znanej gospodzie, lecz nie 

śmiał odrzucić zaproszenia. Czuł się  zobowiązany. Przyjął propozycję bezpłatnego noclegu. Nie 

chciał  robić   wrażenia   nieuprzejmego   mieszczucha.   Udawał   więc  zadowolonego.   Gospodarz 

zaprowadził   go   na   pierwsze   piętro.   Miły  pokój.   Bieżąca   woda,   szerokie   łoże,   stół,   wygodne 

krzesło, na ścianie obraz Hodlera, stare, oprawne w skórę tomiska na półce. Agent otworzył swoją 

walizeczkę, umył  się, ogolił, spowił się w chmurę  wody kolońskiej, podszedł do okna, zapalił 

papierosa. Wielka tarcza słoneczna opadała za wzgórza opromieniając buki. Podsumował pobieżnie 

interesy dnia, zlecenie firmy Rotacher niczego sobie, kłopot w Wildholzem, pięć procent zażądał 

łajdak, on mu jeszcze pokaże. Potem wyłoniły się wspomnienia. Powszednie, nieuporządkowane, 

zdrada małżeńska planowana w hotelu Touring, problem, czy    najmłodszemu synkowi (którego 

najbardziej   kocha)   kupić   elektryczną  kolejkę,   uprzejmość,   a   właściwie   obowiązek   nakazywał 

telefonicznie powiadomić żonę o niezamierzonej zwłoce. Jednak zaniechał tego, jak to już często 

bywało. Żona zdążyła się nawet przyzwyczaić, a  poza tym i tak by mu nie uwierzyła. Ziewnął, 

pozwolił sobie na jeszcze jednego papierosa. Widział, jak trzej starsi panowie zbliżali się krocząc 

żwirowaną alejką, dwóch ramię w ramię, gruby i łysy za  nimi. Powitanie, uściski rąk, objęcia, 

background image

rozmowy o różach. Traps odsunął się od okna, podszedł do półki z książkami. Sądząc po tytułach, 

które   odczytał,   można   się   było   spodziewać   nudnego  wieczoru   -   Hotzendorff,   “Zbrodnia 

morderstwa i kara śmierci”, Savingy, “System współczesnego prawa rzymskiego”, Ernst David 

Holle,   “Praktyka   przesłuchania”.   Agent   zrozumiał.   Gospodarz   był  prawnikiem,   może   byłym 

adwokatem. Przygotował się już na  rozwlekłe dysputy - cóż wie o prawdziwym życiu taki mól 

książkowy, świadczą o tym jego kodeksy. Było również do przewidzenia, że będzie się mówiło o 

sztuce albo o czymś podobnym, tematy, przy których mógł się łatwo zbłaźnić - dobre sobie, gdyby 

nie musiał trwać w centrum walki konkurencyjnej, on także nabrałby biegłości w subtelniejszych 

sprawach. Niechętni schodził więc na dół, gdzie na otwartej, wciąż oświetlonej słońcem werandzie 

zajęto   miejsca,  podczas   gdy   gosposia,   tęga   osoba,   nakrywała   stół   w   przyległej  jadalni.   Lecz 

zdumiał się, kiedy ujrzał oczekujące go towarzystwo.  Był rad, że najpierw zbliżył się doń pan 

domu, teraz wyglądający  niemal jak fircyk, nieliczne włosy starannie zaczesane, w znacznie za 

obszernym  surducie. Powitano Trapsa krótkim przemówieniem.  Zdążył ukryć swe zaskoczenie, 

bąknął, że całą przyjemność po jego stronie, skłonił się chłodno, pełen rezerwy, grał rolę bywałego 

w świecie fachowca od tekstyliów i pomyślał z żalem, że został przecież w tej wiosce tylko po to, 

aby przygadać sobie jakąś dziewczynę. To się nie udało. Zobaczył przed sobą trzech pozostałych 

starców, którzy  w niczym nie ustępowali zdziwaczałemu gospodarzowi. Jak  niesamowite kruki 

wypełniali   słoneczną   werandę   z   wyplatanymi  meblami   i   powiewnymi   firankami,   zgrzybiali, 

wymiętoszeni   i  zaniedbani,   chociaż   ich   surduty   zdawały   się   być   w   najlepszym  gatunku   -   co 

spostrzegł natychmiast - jeśli nie brać pod uwagę łysego (nazwiskiem Pilet, siedemdziesiąt siedem 

lat, jak oświadczył pan domu przy prezentacji, która teraz nastąpiła), sztywno i godnie siedzącego 

na   bardzo   niewygodnym   taborecie,   chociaż   wokół   stało  kilka   wygodnych   krzeseł.   Więcej   niż 

starannie ubrany,  w butonierce  biały goździk, gładził nieustannie przyczernionego krzaczastego 

wąsa, emeryt zapewne, może jakiś były, przez szczęśliwy przypadek wzbogacony zakrystian albo 

kominiarz, lub - co równie nie  wykluczone - maszynista. Tym  nędzniej prezentowali się dwaj 

pozostali. Jeden (pan Kummer, lat osiemdziesiąt dwa), grubszy  jeszcze od Pileta, otyły, złożony 

jakby   z   połci   słoniny,   siedział   w  fotelu   na   biegunach,   twarz  miał   jaskrawoczerwoną,   potężny 

nochal  pijaka,   jowialne   wyłupiaste   oczy   za   złotym   cwikierem,   do   tego,  pewnie   na   skutek 

przeoczenia, nocna koszula pod czarnym garniturem i kieszenie wypchane gazetami i papierami, 

podczas gdy drugi (pan Zorn, lat osiemdziesiąt sześć), wysoki i chudy, monokl wciśnięty w lewe 

oko, blizny na twarzy,  haczykowaty nos,  śnieżnobiała lwia grzywa, zapadłe  usta, pod każdym 

względem staroświeckie zjawisko - miał źle zapiętą kamizelkę i na nogach dwie różne skarpetki. 

- Campari ? - spytał gospodarz. 

- Proszę bardzo - odpowiedział Traps i usiadł w fotelu, podczas gdy  wysoki i chudy z 

background image

zainteresowaniem oglądał go przez monokl. 

- Pan Traps weźmie zapewne udział w naszej zabawie ? 

- Ależ oczywiście. Bardzo lubię zabawy. 

Starsi panowie uśmiechnęli się, pokręcili głowami. 

- Nasza zabawa jest być może szczególnego rodzaju - dorzucił gospodarz ostrożnie, jakby 

się ociągając. - Polega ona na tym, że wieczorem odgrywamy nasze dawne zawody. 

Starcy uśmiechnęli się znów grzecznie, dyskretnie. 

Traps zdziwił się. Jak ma to rozumieć ? 

- A no tak - sprecyzował gospodarz - ja byłem kiedyś sędzią, pan Zorn prokuratorem, a pan 

Kummer adwokatem, zabawiamy się zatem w sąd. 

- Ach tak. - Traps zrozumiał i pomysł wydał mu się możliwy do przyjęcia. A może jednak 

wieczór nie był jeszcze całkiem stracony. 

Gospodarz przypatrywał się agentowi z uroczystą miną. 

- W zasadzie - wyjaśnił  łagodnym  głosem - odtwarzaliśmy słynne  procesy historyczne, 

proces   Sokratesa,   proces   Jezusa,   proces   Joanny  d'Arc,   proces   Dreyfusa,   ostatnio   podpalenie 

Reichstagu. Kiedyś znów Fryderyk Wielki uznany został przez nas za niepoczytalnego. 

Traps zdumiał się. 

- I odgrywacie to każdego wieczoru ? 

Sędzia przytaknął. 

- Ale oczywiście najpiękniej jest - wyjaśnił dalej - kiedy się gra w oparciu o żywy materiał, 

wtedy wynikają szczególnie interesujące sytuacje. Nie dalej jak wczoraj był pewien poseł, który we 

wsi wygłosił przemówienie wyborcze i przegapił ostatni pociąg. Został skazany na czternaście lat 

więzienia za szantaż i przekupstwo. 

- Surowy sąd - stwierdził rozbawiony Traps. 

- To sprawa honoru - rozpromienili się starcy. 

- A jakąż rolę mógłbym odegrać ? 

Znów uśmieszki, niemal śmiech. 

- Mamy  już sędziego,  prokuratora   i  obrońcę  - są to  stanowiska  zakładające  znajomość 

przedmiotu i reguł gry - powiedział gospodarz.  - Jedynie stanowisko oskarżonego pozostaje nie 

obsadzone,  chciałbym wszakże jeszcze raz podkreślić, że pan Traps nie powinien  się w żadnym 

wypadku czuć zmuszonym do wzięcia udziału w zabawie. 

Pomysł starszych panów rozweselił agenta. Wieczór był uratowany. Może obejdzie się bez 

uczonej   i   nudnej   atmosfery,   zapowiada   się,   że  będzie   wesoło.   Był   człowiekiem   prostym,   nie 

wyróżniającym się intelektem i bez szczególnej skłonności do zajęć intelektualnych, człowiekiem 

background image

interesu - sprytnym, kiedy trzeba, gotowym w sprawach zawodowych na wszystko. Lubił przy tym 

dobrze zjeść i wypić, miał skłonność do rubasznych żartów. Weźmie udział w zabawie, powiedział, 

to zaszczyt dla niego zająć osierocone stanowisko oskarżonego. 

-   Brawo   -   zarechotał   prokurator   i   zaklaskał   w   dłonie   -   brawo,   tak  mówi   prawdziwy 

mężczyzna, to się nazywa odwaga. 

Agent zaczął rozpytywać się z ciekawością o zbrodnie, która mu teraz zostanie przypisana. 

- To bez znaczenia - odpowiedział prokurator wycierając monokl - zbrodni zawsze można 

się doszukać. 

Wszyscy się roześmieli. 

Pan Kummer podniósł się. 

-   Niech   pan   pozwoli,   panie   Traps   -   rzekł   tonem   niemal   ojcowskim   -  musimy   jeszcze 

spróbować naszego porto: jest stare, musi się pan z nim zapoznać. 

Poprowadził   Trapsa  do jadalni.  Wielki  okrągły stół  był  teraz  odświętnie  nakryty.  Stare 

krzesła z wysokimi oparciami, na ścianach  poczerniałe obrazy, wszystko solidne, staromodne. Z 

werandy dobiegała paplanina starców, w otwartych oknach pełgało światło wieczoru, wdzierał się 

świergot ptaków. Na jakimś stoliczku stały butelki, jeszcze inne na kominku, bordeaux ułożone w 

koszyczkach.  Obrońca starannie nalał porto drżącą nieco ręką ze starej flaszki do  dwóch małych 

kieliszków, napełnił je po brzegi, trącił się z agentem  przepijając do niego, zrobił to ostrożnie, 

kieliszki z kosztownym płynem ledwie się musnęły. 

Traps skosztował. 

- Wyborne - pochwalił. 

- Jestem pańskim obrońcą, panie Traps - powiedział pan Kummer. -  Powinniśmy zatem 

wypić za naszą przyjaźń ! 

- Za naszą przyjaźń ! 

Najlepiej   będzie   -   osądził   adwokat,   tak   nacierając   na   Trapsa   swoją  czerwoną   twarzą, 

pijackim nosem i cwikierem, że aż trącił go swym  olbrzymim brzuchem, nieprzyjemną miękką 

masą - najlepiej będzie, jeśli pan Traps od razu wyzna mu swoje przestępstwo. Wtedy on mógłby 

zagwarantować, że i w sądzie jakoś to pójdzie. Sytuacja nie jest wprawdzie groźna, ale nie należy 

jej bagatelizować. Wysoki,  chudy prokurator, wciąż jeszcze w pełni sił umysłowych, wydaje się 

niebezpieczny,  a  także  sam gospodarz zdaje się  skłaniać  do  surowości,  a może  nawet pewnej 

pedanterii, które z wiekiem - liczy sobie już osiemdziesiąt siedem lat - jeszcze przybrały na sile. 

Mimo to udało się jemu, obrońcy, przeforsować większość spraw, a przynajmniej nie dopuścić do 

najgorszego. Raz tylko, chodziło wtedy o  mord rabunkowy, nie można było naprawdę nic pomóc. 

Ale przecież mord rabunkowy nie wchodzi tu zapewne w rachubę, na to jego zdaniem, pan Traps 

background image

nie wygląda, a może jednak ? 

Agent roześmiał się, nie popełnił na szczęście żadnej zbrodni.  Następnie powiedział:  “Na 

zdrowie !” 

- Niech pan mi się zwierzy ! - zachęcał go obrońca. - Nie powinien  pan się wstydzić. Ja 

znam życie, mnie już nic nie zadziwi. Losy ludzkie rozwijały się przed moimi oczami, panie Traps, 

otwierały się otchłanie, może mi pan wierzyć. 

Bardzo mu naprawdę przykro, uśmiechnął się zalotnie agent, że jest oskarżonym, który nie 

popełnił przestępstwa - a poza tym to już rzecz prokuratora coś wynaleźć, przecież sam obrońca to 

powiedział,  nieprawda ? Jak zabawa, to zabawa. On sam jest ciekaw, co z tego  wyniknie. Czy 

odbędzie się prawdziwe przesłuchanie ? 

- Spodziewam się ! 

- Bardzo mnie to cieszy. 

Obrońca przybrał zakłopotany wyraz twarzy. 

- Pan się czuje niewinny, panie Traps ? 

Agent roześmiał się: - Zupełnie niewinny - i rozmowa wydała mu się nad wyraz zabawna. 

Obrońca przecierał cwikier. 

- Niech pan to sobie dobrze zakarbuje, młody przyjacielu - winny czy niewinny - chodzi o 

taktykę ! To wielce ryzykowne, mówiąc łagodnie, obstawać przy niewinności przed naszym sądem. 

Przeciwnie, byłoby najrozsądniej od razu obwinić się o jakieś  przestępstwo, na przykład, rzecz 

korzystna   szczególnie   dla   ludzi  interesu:   oszustwo.   Wtedy   zawsze   można   jeszcze   ustalić   na 

podstawie przesłuchania, że oskarżony przesadza, że właściwie nie można mówić o oszustwie, lecz 

raczej o niewinnym zatuszowaniu faktów ze  względu na reklamę, jak to często w handlu bywa. 

Droga   od   winy   do  niewinności   jest   wprawdzie   trudna,   ale   możliwa,   natomiast   jest   zgoła 

beznadziejne i ma katastrofalny wpływ na wynik, jeśli ktoś chce koniecznie zachować niewinność. 

Traci pan tam, gdzie mógłby pan jeszcze zyskać. Jest pan w sytuacji przymusowej, nie może pan 

już wybrać sobie winy, lecz musi pan pozwolić na narzucenie jej sobie. 

Agent,   rozbawiony,   wzruszył   ramionami.   Ubolewa,   że   nie   może  zadowolić   sądu,   ale 

naprawdę nie przypomina sobie niestety żadnego wykroczenia, które by go skłóciło z prawem. 

Obrońca znów założył  cwikier. Z Trapsem będzie miał kłopot,  powiedział z namysłem, 

niełatwa to będzie sprawa. - Ale przede wszystkim - zakończył rozmowę - niech pan się zastanawia 

nad każdym słowem, nie paple bez zastanowienia, bo inaczej zostanie pan skazany na wieloletnie 

więzienie, a wtedy nic zrobić się nie da. 

Potem   nadeszli   inni.   Zajęto   miejsca   za   okrągłym   stołem.   Swojski  nastrój,   żarciki. 

Nasamprzód podano najrozmaitsze zakąski, wędliny,  jajka po rosyjsku, ślimaki, zupę żółwiową. 

background image

Nastrój był znakomity, zjadano ze smakiem, chlipiąc bez żenady. 

- No, oskarżony, cóż pan może nam zaprezentować, spodziewam się  jakiegoś pięknego, 

solidnego morderstwa - zarechotał prokurator. 

Obrońca zaprotestował. 

- Mój klient został oskarżony, chociaż nie dopuścił się żadnego przestępstwa, jest to, można 

by rzec, niezwykle rzadki wypadek w sądownictwie. Oświadcza, że jest niewinny. 

- Niewinny - zdziwił się prokurator. Szramy na twarzy błysnęły czerwienią, monokl o mało 

nie wpadł mu do talerza, kołysał się jak wahadło na czarnym sznureczku. Karłowaty sędzia, który 

właśnie wrzucał do zupy kawałki chleba, znieruchomiał, spojrzał z wyrzutem na agenta, pokręcił 

głową,   nawet   milczący   łysek   z   białym   goździkiem  wytrzeszczył   w   zdumieniu   oczy.   Zapadła 

niepokojąca cisza. Przestały brzękać łyżki i widelce, umilkły sapania i mlaskanie. Tylko Simona w 

głębi pokoju chichotała cichutko. 

- Musimy przeprowadzić śledztwo - powiedział wreszcie prokurator. - Co nie może istnieć, 

nie istnieje. 

- No proszę - zaśmiał się Traps. - Jestem do dyspozycji ! 

Do ryb podano wino, lekkiego, musującego neuchatela. 

- A zatem - powiedział prokurator oczyszczając z ości pstrąga - przekonamy się. Żonaty ? 

- Od jedenastu lat. 

- Dzieciaki są ? 

- Czworo. 

- Zawód ? 

- W branży tekstylnej. 

- Jest pan agentem firmy, drogi panie Traps ? 

- Przedstawicielem generalnym. 

- Świetnie. Miał pan kraksę ? 

- Przypadek. Pierwszy raz od roku. 

- Ach, a przed rokiem ? 

- No tak, ale wtedy jechałem starym wozem - wyjaśnił Traps. -  Citroenem, model 1939, 

teraz mam studebakera, czerwony, na zamówienie. 

-   Studebaker,   ach,   to   interesujące,   i   to   od   niedawna   ?   Przedtem   nie  był   pan   pewnie 

przedstawicielem generalnym ? 

- Prostym, zwykłym agentem w branży tekstylnej. 

- Koniunktura - przytaknął prokurator. 

Obok Trapsa siedział obrońca. 

background image

- Uważaj pan - powiedział szeptem. 

Agent branży tekstylnej, przedstawiciel generalny, jak możemy go już teraz nazywać, zajął 

się beztrosko befsztykiem po tatarsku,  wycisnął cytrynę, była to jego własna recepta - odrobina 

koniaku, papryka i sól. Lepszego jedzenia nie zdarzyło mu się nigdy kosztować, rozpromienił się 

cały, jak dotąd wieczory w “Schlaraffii” uważał za zaszczyt, największą przyjemność, jakiej mógł 

zaznać człowiek jego pokroju, lecz ten kawalerski wieczór zapowiadał jeszcze lepszą zabawę. 

- Aha - zauważył prokurator - należy pan do “Schlaraffii”. Jakiego pseudonimu używa pan 

tam ? 

- Markiz de Casanova. 

- Świetnie ! - zachichotał radośnie prokurator, jakby informacja ta miała szczególną wagę, 

wciskając   znów   monokl.   -   Bardzo   nam  przyjemnie   to   usłyszeć.   Czy   można   z   pańskiego 

pseudonimu wnosić o pańskim życiu prywatnym, mój drogi ? 

- Uwaga ! - syknął obrońca. 

- Drogi panie - odpowiedział Traps. - Tylko w pewnej mierze. Kiedy z kobietami przytrafia 

mi się coś pozamałżeńskiego, to tylko przypadkowo i bez ambicji. 

Czy pan Traps nie byłby tak dobry i nie zechciał opowiedzieć zebranemu tu towarzystwu 

swego życia w krótkim zarysie, zapytał  sędzia rozlewając do kieliszków neuchatela. Skoro już 

postanowiono odbyć sąd nad miłym gościem i grzesznikiem i, jeśli się uda, zamknąć go na długie 

lata, to byłoby rzeczą najwłaściwszą usłyszeć od niego coś bardziej szczegółowego, prywatnego, 

intymnego, jakiejś historyjki o kobietach, jeśli można - z pieprzykiem. 

- Opowiadać, opowiadać ! - domagali się chichocząc starsi panowie. Zaprosili raz do stołu 

jakiegoś alfonsa, który opowiadał najciekawsze i najbardziej pikantne rzeczy ze swojej dziedziny i 

udało mu się wykręcić czterema latami więzienia. 

- No, no - zaśmiał się również Traps - cóż o mnie można powiedzieć. Prowadzę zupełnie 

powszednie życie, moi panowie, pospolite życie, jak to zaraz wyznam. Pijemy ! 

- Pijemy ! 

Przedstawiciel   generalny   uniósł   kieliszek,   spojrzał   głęboko   w  nieruchome,   ptasie   oczy 

czterech   starców   utkwione   w   nim   tak,   jakby  był   szczególnie   smakowitym   kąskiem,   po   czym 

brzęknęły trącane kieliszki. 

Na dworze słońce wreszcie zaszło, ucichł także piekielny skwir  ptaków, krajobraz jednak 

rysował się jeszcze ostro - ogrody i czerwone dachy pośród drzew, lasy na wzgórzach, w oddali 

góry   i  kilka   lodowców   -   nastrój   spokoju,   wiejska   cisza,   uroczyste   przeczucie  szczęścia, 

błogosławieństwa bożego i kosmicznej harmonii. 

- Miałem twardą młodość - zaczął Traps, kiedy Simona zmieniła  talerz i podała potężny 

background image

dymiący półmisek. Champignons a la creme. - Ojciec mój był robotnikiem, proletariuszem, który 

padł   ofiarą   herezji  Marksa   i   Engelsa,   był   to   zgorzkniały,   ponury   człowiek,   który   nigdy  nie 

zatroszczył się o swoje jedyne dziecko, matka była praczką, przekwitła wcześnie. 

Mogłem chodzić tylko do szkoły powszechnej, tylko do powszechniaka - wyznał ze łzami w 

oczach,   rozgoryczony   i  wzruszony   zarazem   swoją   surową   przeszłością,   podczas   gdy   panowie 

powściągliwie trącali się kieliszkami marechaux. 

- Ciekawe - powiedział prokurator - ciekawe. Tylko szkoła powszechna. Ale przy pomocy 

łokci szanowny pan jakoś się wybił. 

-   No   myślę   -   chełpił   się   Traps,   rozgrzany   przez   marechaux,  zachęcony   towarzyską 

atmosferą, światem bożym odświętnie rozpościerającym się za oknami. - No myślę. Jeszcze przed 

dziesięcioma  laty byłem  tylko  domokrążcą  i  z małą  walizką  wędrowałem  od domu  do domu. 

Ciężka   praca,   włóczęga,   noclegi   po  stogach,   w   podejrzanych   zajazdach.   W   mojej   branży 

zaczynałem od dołu, od samego dołu. A teraz, moi panowie, gdybyście mogli zobaczyć moje konto 

bankowe ! Nie chcę się chwalić, ale czy ktoś z was ma studebakera ? 

- Niechże pan będzie ostrożny - wyszeptał zakłopotany obrońca. 

- Jak do tego doszło ? - spytał zaciekawiony prokurator. 

Obrońca upomniał Trapsa - powinien pilnować się i nie mówić za wiele. 

Traps   oznajmił,   że   przejął   wyłączne   przedstawicielstwo   hefajstonu  na   kontynent,   i 

triumfalnie rozejrzał się dokoła. - Tylko Hiszpania i Bałkany są w innych rękach. 

- Hefajstos był greckim bogiem - zarechotał mały sędzia nakładając  na talerz pieczarki - 

naprawdę wielkim kowalem-artystą. Boginię miłości i jej zalotnika, boga wojny Aresa, złapał do 

tak subtelnie  wykutej  i niewidzialnej  sieci, że inni bogowie nie mogli się dość  nacieszyć  tym 

połowem, co jednak oznacza hafajston, którego wyłączne przedstawicielstwo przejął szanowny pan 

Traps, to pozostaje dla sędziego zawoalowane i mgliste. 

- A jednak jest pan bliski prawdy, czcigodny gospodarzu i sędzio - roześmiał się Traps. - 

Sam pan mówi: zawoalowane, a właśnie ten nie  znany mi bóg grecki o prawie identycznym  z 

nazwą mego produktu imieniu utkał ową delikatną jak welon i niewidzialną sieć. Mamy dzisiaj już 

nylon,   perlon,   myrlon,   istnieje   również   hefajston,   król  sztucznych   tkanin,   nie   do   zdarcia, 

przejrzysty, prawdziwe  dobrodziejstwo dla reumatyków, stosowany zarówno w przemyśle, jak w 

modzie,   w   czasie   wojny   i   w   czasie   pokoju.   Znakomity   materiał   na  spadochrony,   a   zarazem 

najbardziej pikantna materia na nocne  koszule dla najpiękniejszych pań, jak uczą moje własne 

badania. 

- Słuchajcie no, słuchajcie - zaskrzeczeli starcy - własne badania, a  to dobre ! - Simona 

znów zmieniła talerze i podała pieczeń cielęcą. 

background image

- Co za uczta ! - rozpromienił się przedstawiciel generalny. 

- Cieszy mnie - powiedział  prokurator - że potrafi pan doceniać te  rzeczy,  i słusznie ! 

Prezentują nam tu najlepsze produkty, i to w  zadowalających ilościach, menu jak sprzed wieku, 

kiedy ludzie mieli jeszcze odwagę jeść. Chwała Simonie ! Chwała naszemu gospodarzowi ! Sam 

przecież robi zakupy, stary karzeł i wyjadacz, a co do win, to już Pilet, jako karczmarz, zabiega o 

nie w okolicznych wioskach. I jemu też chwała ! Lecz jakże przedstawia się pańska sprawa, mój 

zuchu ? Badajmy dalej pański przypadek. Teraz znamy  już pańskie życie - była to prawdziwa 

przyjemność wejrzeć w nie na chwilę, na pańską działalność uzyskaliśmy już jasny pogląd. Tylko 

jeden nieważny punkt nie został jeszcze wyjaśniony: jak doszedł pan  w swym zawodzie do tak 

lukratywnego stanowiska ? Samym wysiłkiem, tylko żelazną energią ? 

- Uwaga - syknął obrońca. - Teraz będzie niebezpiecznie. 

- To nie było  takie  łatwe - odpowiedział  Traps  przypatrując się  pożądliwie,  jak sędzia 

przystępuje do krajania pieczeni - musiałem najpierw pokonać Gygaxa, a to była ciężka robota. 

- Ach, pana Gygaxa, a któż to znowu ? 

- Mój dawny szef. 

- Trzeba było go się pozbyć, chciał pan powiedzieć ? 

- Trzeba go było usunąć, aby użyć szorstkiego języka mojej branży - odpowiedział Traps 

nabierając sosu. - Panowie wybaczą moją szczerość. W interesach idzie się na całego, ząb za ząb, a 

kto chce być  dżentelmenem, to trudno, taki ginie. Ja zarabiam pieniędzy jak lodu,  ale haruję jak 

dziki osioł, co dzień robię sześćset kilometrów moim  studebakerem. Tak bardzo fair znów nie 

postępowałem,  jak się rzekło,  kiedy trzeba było  staremu  Gygaxowi  przyłożyć  nóż do gardła  i 

pchnąć, ale musiałem iść w górę, co tu gadać, ostatecznie interes jest tylko interesem. 

Prokurator spojrzał ciekawie znad cielęcej pieczeni. 

- Usunąć, przyłożyć nóż do gardła, popchnąć, to są przecież dość złośliwe wyrażenia, drogi 

panie Traps. 

Przedstawiciel generalny zaśmiał się. 

- Należy je oczywiście rozumieć w sensie przenośnym 

- A jak się ma pan Gygax, szanowny panie ? 

- Umarł w zeszłym roku. 

- Czy pan oszalał - zasyczał wzburzony obrońca. - Pan chyba do cna zwariował. 

- W zeszłym roku - ubolewał prokurator. - To przykre. A ileż miał lat ? 

- Pięćdziesiąt dwa. 

- W sile wieku. A na co umarł ? 

- Na jakąś tam chorobę. 

background image

- Kiedy pan otrzymał jego stanowisko ? 

- Trochę wcześniej. 

-   Świetnie,   to   mi   na   razie   wystarczy   -   powiedział   prokurator.   -   Mamy  szczęście. 

Wygrzebaliśmy trupa, a to ostatecznie najważniejsze. 

Wszyscy   się   roześmiali.   Nawet   Pilet,   łysy   jak   pała,   który   z  nabożeństwem   zajadał, 

pedantycznie, nieomylnie pochłaniając niezmierzone ilości, podniósł wzrok znad talerza. 

- Dobrze - powiedział i skubnął czarnego wąsa. 

Po czym zamilkł i jadł dalej. 

Prokurator uroczyście podniósł kieliszek. 

-   Moi   panowie   -   oświadczył   -   na   cześć   tego   odkrycia   musimy  skosztować   pichon-

longueville z 1933 r. Dobre bordeaux do dobrej zabawy. 

Znów trącili się kieliszkami, przepijając do siebie. 

-   Niech   to   pioruny,   panowie   -   zdumiał   się   przedstawiciel   generalny,  jednym   łykiem 

wychylając pichon i wyciągając kieliszek ku sędziemu - Wspaniały trunek ! 

Zapadł zmierzch i nie można już było prawie rozpoznać twarzy zgromadzonych. Za oknami 

czuło się obecność pierwszych gwiazd,  gdy gospodyni zapaliła trzy wielkie, ciężkie świeczniki, 

które   rzuciły  na   ściany   cienie   siedzących   wokół   okrągłego   stołu   niczym   kielich  jakiegoś 

fantastycznego  kwiatu. Ufny,  swojski nastrój, atmosfera  powszechnej życzliwości,  rozluźnienie 

form towarzyskich, obyczajów. 

- Jak w bajce - zdumiał się Traps. 

Obrońca starł serwetą pot z czoła. 

- Sam pan jest bajką, drogi panie Traps - powiedział. Nie zdarzyło mi się jeszcze spotkać 

oskarżonego, który z większym spokojem zdobyłby się na tak nierozważne wynurzenia. 

Traps zaśmiał się. 

- Niech pan się nie obawia, drogi sąsiedzie. Kiedy przesłuchanie się już zacznie, nie stracę 

głowy. 

W   pokoju   śmiertelna   cisza   jak   przed   chwilą.   Nie   usłyszysz  najcichszego   mlaskania, 

najlżejszego chrząknięcia 

- Nieszczęśniku - jęknął obrońca. - Cóż pan przez to rozumie: “Kiedy przesłuchanie się już 

zacznie” ? 

- Czyżby - rzekł przedstawiciel generalny zgarniając na talerz sałatę - już coś się zaczęło ? 

Starcy   uśmiechnęli   się,   spojrzeli   po   sobie   porozumiewawczo,  przebiegle,   zachichotali 

radośnie. 

Milczący, opanowany łysek parsknął: 

background image

- On nie zauważył, on nie zauważył ! 

Traps   spojrzał   nieufnie,   był   zaskoczony,   ta   szelmowska   wesołość  wydała   mu   się 

niesamowita, wrażenie, które wprawdzie szybko ustąpiło, tak że sam nawet zaczął się śmiać. 

- Panowie wybaczą mi - powiedział - wyobrażałem sobie tę zabawę uroczyściej, godniej, z 

zachowaniem formalności, z posmakiem sali sądowej. 

- Kochany panie Traps - wyjaśnił mu sędzia. - Wiele bym dał, żeby  raz jeszcze ujrzeć 

pańską   zdumioną   twarz.   Nasz   sposób   sprawowania  sądu   wydaje   się   panu   obcy   i   za   bardzo 

pochopny,   jak   widzę,   lecz,  wielce   szanowny   panie,   my   czterej   przy   tym   stole   jesteśmy   na 

emeryturze i wyzwoliliśmy się od niepotrzebnego zalewu formułek, protokołów, papierków i ustaw 

i od całego tego kramu, który ciąży na naszych sądach. My sądzimy nie wdając się w szmatławe 

kodeksy i paragrafy. 

- To śmiałe - odpowiedział Traps trochę bełkotliwie. - To śmiałe, panowie, to mi imponuje. 

Nie wdając się w paragrafy, to jest śmiała idea. 

Obrońca podniósł się ceremonialnie. Idzie zaczerpnąć powietrza,  oznajmił, nim podadzą 

kurczaka i następne dania, mały zdrowotny  spacerek i papieros są na czasie, zaprasza więc pana 

Trapsa, aby mu towarzyszył. 

Z werandy wkroczyli prosto w noc, która wreszcie zapadła, gorąca i majestatyczna. Z okien 

jadalni spływały na trawniki wstęgi światła, sięgając aż po grządki z różami. Niebo pełne gwiazd, 

bez księżyca, ciemnym masywem rysowały się drzewa, ledwie się można było domyślić ścieżek. 

Ociężali od wina, coraz to zataczali się i tracili równowagę, kosztowało ich wiele wysiłku, aby iść 

normalnie i prosto, palili papierosy paisiennes - czerwone punkciki w ciemności. 

-   Mój   Boże   -   Traps   zaczerpnął   powietrza   -   cóż   to   była   za   zabawa   tam  -   wskazał   ku 

oświetlonym oknom, w których właśnie ukazała się masywna sylwetka gospodyni. - Przyjemnie się 

zaczyna, całkiem przyjemnie. 

- Drogi przyjacielu  - powiedział obrońca zataczając się i wspierając  na Trapsie. - Nim 

zawrócimy i zaatakujemy naszego kurczaka, niech  mi wolno będzie zwrócić się do pana z jedną 

uwagą na serio, którą powinien pan sobie wziąć do serca. Darzę pana sympatią, mój drogi, życzę 

panu jak najlepiej, chcę mówić do pana jak ojciec: jesteśmy na najlepszej drodze, aby z kretesem 

przegrać nasz proces ! 

- A to pech - odpowiedział przedstawiciel generalny, ostrożnie  prowadząc obrońcę alejką 

wokół wielkiego, ciemnego i kulistego masywu zarośli. Dalej była sadzawka, wyczuli, że stoi tu 

kamienna  ława,   usiedli.   Gwiazdy   odbijały   się   w   wodzie,   chłód   wzrastał.   Od  strony   wsi   tony 

harmonijki i śpiew, zadął też uroczyście alpejski róg - Związek Hodowców Drobiu świętował. 

- Musi się pan wziąć w kupę- napomniał obrońca. - Ważne pozycje  zostały opanowane 

background image

przez wroga, zmarły Gygax, który całkiem niepotrzebnie wypłynął przez pańską niepowściągliwą 

paplaninę,  poważnie   panu   zagraża,   to   wszystko   obciąża,   niedoświadczony  obrońca   musiałby 

skapitulować, lecz wytrwałością - wykorzystując wszystkie szansa, przede wszystkim zaś licząc na 

pańską jak największą ostrożność i dyscyplinę - mogę jeszcze to, co istotne, uratować. 

Traps roześmiał się. 

- To byłaby wcale komiczna zabawa towarzyska - stwierdził - trzeba  by ja wprowadzić 

również na następnym posiedzeniu “Schlarafii”. 

-   Prawda   ?   -   ucieszył   się   obrońca.   -   Człowiek   odżywa.   Ja   zaraz  skapcaniałem,   drogi 

przyjacielu, jak tylko porzuciłem pracę i nagle, bez zajęcia, bez mojego dawnego zawodu miałem 

zażywać starości w tej wiosce. Bo cóż tu się dzieje ? Nic, tyle że nic czuje się fenu, to wszystko. 

Zdrowy klimat ? Dobre sobie - bez pracy umysłowej ! Prokurator dogorywał, przypuszczano, że 

nasz gospodarz ma raka  żołądka. Pilet cierpiał na cukrzycę,  mnie dokuczało nadciśnienie. Oto 

rezultat. Pieskie życie. Często siadywaliśmy smutni, gwarzyli sobie  tęsknie o naszych dawnych 

zawodach i sukcesach, to była nasza jedyna skromna rozrywka. I oto prokurator wpadł na pomysł, 

aby  wprowadzić tę zabawę, sędzia oddał do dyspozycji dom, a ja mój  kapitał. - No cóż, jestem 

kawalerem,  a jako wieloletni  adwokat  górnych  dziesięciu  tysięcy mogłem  sobie odłożyć  ładną 

sumkę. Mój  drogi, wprost nie chce się wierzyć, jak wspaniale potrafi się  odwzajemnić swemu 

obrońcy uniewinniony korsarz wielkiej finansjery - graniczy to już z rozrzutnością. Zabawa ta stała 

się   dla  nas   ożywczym   źródłem,   hormony,   żołądki,   soki   żołądkowe   znów  zaczęły   dobrze 

funkcjonować, zniknęła nuda, znów pojawiły się  energia, młodzieńczość, prężność, apetyt: niech 

pan tylko popatrzy i  nie zważając na swój brzuch wykonał parę ćwiczeń gimnastycznych,  jeśli 

Traps dobrze dojrzał w ciemności. - Bawimy się z gośćmi  sędziego, którzy odtwarzają naszych 

oskarżonych  - ciągnął obrońca  siadając - czasem z domokrążcami, a przed dwoma miesiącami 

musieliśmy   nawet   skazać   pewnego   niemieckiego   generała   na  dwadzieścia   lat   więzienia. 

Przejeżdżał tędy z małżonką, tylko moja sztuka uratowała go od szubienicy. 

-   Wspaniale   -   powiedział   Traps   -   ta   produkcja   skazańców   !   Lecz   ta  szubienica   to   już 

nieprawdopodobne, z tym już troszeczkę pan przesadza, szanowny panie mecenasie, kara śmierci 

została przecież zniesiona. 

- W prawodawstwie państwowym - stwierdził skwapliwie obrońca - lecz my tutaj mamy do 

czynienia z prawodawstwem prywatnym i znóweśmy ją wprowadzili. Właśnie możliwość skazania 

na karę śmierci sprawia, że nasza gra tak jest emocjonująca i osobliwa. 

- I kata też pewnie macie, co ? - zaśmiał się Traps. 

- Oczywiście - potwierdził z dumą obrońca. - Mamy i kata. Pilet. 

- Pilet ? 

background image

- Zdziwił się pan, co ? 

Traps przełknął parę razy ślinę. 

- Przecież on ma gospodę i dostarcza wina, które pijemy. 

- Zawsze był oberżystą - uśmiechnął się dobrodusznie obrońca. - Swoje państwowe zajęcie 

uprawiał tylko  jako amator.  Niemal  honorowo. Był  jednym  z najwybitniejszych  fachowców  w 

sąsiednim  kraju; wprawdzie już od dwudziestu lat na emeryturze, lecz wciąż  jeszcze biegły w 

swojej sztuce. 

Ulicą   przejechał   samochód   i   w   świetle   reflektorów   zajaśniał   dym  papierosów.   Przez 

mgnienie oka Traps ujrzał również obrońcę,  nieforemną postać w niechlujnym surducie, tłustą, 

zadowoloną, dobroduszną twarz. Zadrżał. Zimny poty wystąpił mu na czoło. 

- Pilet. 

Obrońca zdumiał się. 

- Cóż to się panu stało, drogi Traps ? Czują, że pan drży. Może zrobiło się panu niedobrze ? 

- Sam nie wiem - wyszeptał przedstawiciel generalny i ciężko westchnął. - Sam nie wiem. 

Ujrzał przed sobą łyska, który przy stole zachowywał się dość  głupkowato, trzeba było 

dużego opanowania, żeby jeść w  towarzystwie kogoś takiego, ale czyż można go winić, że miał 

biedaczysko   taki   zawód.   Łagodna   noc   letnia,   jeszcze   bardziej   łagodne  wino   nastroiły   Trapsa 

humanitarnie,  tolerancyjnie,  pozbawiły go  uprzedzeń, był  ostatecznie  człowiekiem,  który wiele 

widział i znał świat, nie był tchórzem ani filistrem, był nie byle jakim fachowcem tekstylnym, tak, 

teraz nawet wydało się Trapsowi, że wieczór, bez kata byłby mniej wesoły i zabawny, cieszył się 

już, że niebawem będzie mógł w “Schlarafii” popisać się tą przygodą, kata też pewnie jakoś by się 

sprowadziło przy pomocy niewielkiego wynagrodzenia i zwrotu kosztów, i wreszcie wyzwolony od 

obaw   wybuchnął  śmiechem:  “Ależ   wpadłem!   A   już   miałem   stracha   !   Zabawa   staje   się  coraz 

weselsza !” 

- Zaufaniem płaci się za zaufanie - powiedział obrońca, kiedy się już podnieśli i wspierając 

się wzajemnie, oślepieni światłem bijącym z  okien ostrożnie postępowali ku domowi. - Jak pan 

zabił Gygaxa ? 

- Ja miałbym zabić Gygaxa ? 

- No, jeżeli nie żyje ! 

- Ale to nie ja go zabiłem ! 

Obrońca zatrzymał się. 

-   Mój   drogi   ,   młody   przyjacielu   -   odpowiedział   współczująca.   -  Rozumiem   pańskie 

skrupuły. Ze wszystkich zbrodni najbardziej przykro jest przyznać się do morderstwa. Oskarżony 

wstydzi  się,  nie  chce  uznać  swego czynu,  zapomina,  usuwa go  z  pamięci,   w  ogóle  wiele  ma 

background image

zastrzeżeń   wobec   przeszłości,   obciąża   siebie   przesadnymi  wyrzutami   i   nikomu   nie   ufa,   nawet 

swemu przyjacielowi i opiekunowi, obrońcy, co właśnie jest najbardziej niedorzeczne, bo  dobry 

obrońca kocha mord i cieszy się, kiedy mu się jakiś mord przedstawi. Do rzeczy więc, drogi panie 

Traps. Ja czuję się dobrze wtedy, kiedy mam przed sobą jakieś rzeczywiste zadanie, jak alpinista, 

który stoi u stóp niepokonanego czterotysięcznika, że się tak wyrażę, jako doświadczony turysta - 

wtedy mózg zaczyna myśleć,  wszystkie tryby poruszają się sprawnie, aż miło. Pańska nieufność 

jest więc wielkim, tak, chciałoby się rzec, zasadniczym błędem, jaki pan popełnia. Dlatego niech 

pan się wreszcie przyzna, mój stary ! 

Przedstawiciel generalny zaklinał się jednak, że nie ma nic do wyznania 

Obrońca   zawahał   się.   W  ostrym   świetle   padającym   z   okna,  od  którego   dobiegał   coraz 

bardziej swawolny brzęk kieliszków i śmiechy, patrzył na Trapsa wytrzeszczonymi oczami. 

- Chłopcze mój, chłopcze - mruczał z dezaprobatą - a cóż to znowu ma znaczyć ? Wciąż 

jeszcze nie chce pan porzucić swojej fałszywej  taktyki i dalej chce pan grać niewinnego ? Czy 

wciąż pan jeszcze nic nie rozumie ? Trzeba się przyznać, czy się chce, czy nie, a zawsze znajdzie 

się coś, do czego należałoby się przyznać, przecież powinno  to panu już wreszcie zaświtać w 

głowie ! A więc śmiało, mój drogi, bez ceregieli i ociągania się, niech pan wali, co panu leży na 

wątrobie. Jak zabił pan Gygaxa ? W afekcie, prawda ? Wtedy musielibyśmy przygotować się do 

oskarżenia o zabójstwo. Mogę się założyć, że prokurator zdąża w tym kierunku. Przeczucie mi to 

mówi. Znam ja tego gagatka ! 

Traps potrząsnął głową. 

- Drogi panie obrońco - powiedział - Szczególny urok naszej gry polega na tym, jeśli wolno 

mi jako początkującemu wyrazić swoje  bardzo niekompetentne zdanie, że biorący w niej udział 

czuje   się  nagle   nieswojo   i   przenika   go   dreszcz   strachu.   Zabawa   grozi  przerodzeniem   się   w 

rzeczywistość. Człowiek zadaje sobie nieraz  pytanie, czy jest właściwie przestępcą, czy nie, czy 

rzeczywiście zabił starego Gygaxa, czy go nie zabił. Kiedy słuchałem pana, o mało nie zakręciło mi 

się w głowie. I dlatego zaufaniem odwzajemniam  zaufanie. Nie ponoszę winy za śmierć starego 

gangstera. Naprawdę. 

Przy   tych   słowach   wkroczyli   znów   do   jadalni,   gdzie   już   podawano  kurczaka,   a   w 

kieliszkach iskrzył się chateau pavie 1921. 

Traps,   ożywiony,   zwrócił   się   do   poważnego,   milczącego   łyska,  uścisnął   mu   rękę.   Od 

obrońcy dowiedział się, jaki był dawny zawód  łyska, i chciałby podkreślić, że nie może być nic 

bardziej miłego niż ujrzeć przy stole tak dzielnego człowieka, zapewnia go, że nie ma w tej mierze 

przesądów, wręcz przeciwnie. Pilet, gładząc przyczernionego wąsa, bełkotał rumieniąc się, trochę 

zażenowany i w jakimś okropnym dialekcie: 

background image

- Jestem rad, jestem rad, będę się starał. 

Po tej wzruszającej scenie bratania się kurczak smakował wyśmienicie. Był przyrządzony 

według sekretnego przepisu Simony, jak oznajmił sędzia. Mlaskano, jedzono rękoma, wychwalając 

ten  arcyprzysmak,   pito,   trącano   się   kieliszkami   za   zdrowie   każdego,  zlizywano   sos   z   palców, 

wszyscy czuli się znakomicie i w atmosferze przytulnej swojskości proces znów ruszył z miejsca: 

prokurator   z  serwetą   zawiązaną   wokół   szyi,   podnosząc   kąsek   ku   układającym   się  w   dziób, 

mlaskającym   ustom,   wciąż   żywił   nadzieję,   że   jako  przystawkę   do   drobiu   otrzyma   jeszcze 

przyznanie się do winy. 

-   Oczywiście,   kochany   i   wielce   szanowny   oskarżony   -   wypytywał  Trapsa   -   otruł   pan 

Gygaxa ? 

- Nie - zaśmiał się Traps. - Nic podobnego. 

- Powiedzmy więc: zastrzelił ? 

- Też nie. 

- Zaaranżował tajemniczy wypadek samochodowy ? 

Wszyscy się roześmieli, a obrońca zasyczał: 

- Uwaga ! To pułapka ! 

- Pech, panie prokuratorze, wyraźny pech - zawołał ze swadą Traps.  - Gygax umarł na 

zawał serca, i nie był to pierwszy zawał, jaki mu się przytrafił, już przed laty chwyciło go, musiał 

uważać na siebie, chociaż wobec innych udawał zdrowego, przy lada wzruszeniu można się było 

obawiać, że to się powtórzy, wiem dobrze. 

- Ach, i od kogóż to ? 

- Od jego żony, panie prokuratorze. 

- Od jego żony ? 

- Uwaga na miłość boską - wyszeptał obrońca. 

Chateau pavie z 1921 przerósł oczekiwania. Traps wychylał już czwarty kieliszek i Simona 

postawiła   obok   niego   dodatkową   flaszkę.  Ponieważ   prokurator   się   dziwi   -   tu   przedstawiciel 

generalny przepił do starszych panów - nie chcę, aby wysoki sąd myślał, że on coś ukrywa, chce 

powiedzieć  prawdę i przy prawdzie  obstawać,  choćby  nawet  obrońca miał  dalej  ostrzegawczo 

posykiwać swoje ostrzeżenia.  Z panią Gygax mianowicie istotnie coś go łączyło, no tak, stary 

gangster często bywał w podróży, zaniedbując najokropniej swoją  dobrze zbudowaną i powabną 

żonkę, od czasu do czasu grał więc rolę  pocieszyciela na kanapie w pokoju Gygaxa, a później 

niekiedy i w łożu małżeńskim, jak to się zdarza i jak to bywa na tym świecie. 

Na te słowa Trapsa starsi panowie zmartwieli, następnie zaś  zapiszczeli naraz głośno z 

satysfakcji i łysek, zwykle milczący, zawołał podrzucając biały goździk: 

background image

- Przyznaje się, przyznaje się. 

Tylko obrońca, zrozpaczony, złapał się za głowę. 

-   Co   za   głupota   -   zawołał.   Jego   klient   zwariował   i   nie   można   brać   na  serio   jego 

opowiadania. Traps zaprotestował z oburzeniem wśród nowych oklasków zgromadzonych. Od tego 

zaczęła   się   dłuższa  wymiana   zdań   między   obrońca   i   prokuratorem,   gwałtowne   zmaganie  się, 

komiczne   i   poważne   zarazem,   którego   treści   Traps   nie   rozumiał...  Chodziło   o   słowo   dolus, 

przedstawiciel   generalny   nie   wiedział,   co   by  też   mogło   oznaczać.   Dyskusja   stawała   się   coraz 

bardziej gwałtowna,  prowadzona coraz głośniej, coraz bardziej niezrozumiale, wtrącił się  sędzia, 

uniósł się nawet. Traps z początku usiłował przysłuchiwać się, aby zgadnąć, o czym była mowa, 

odetchnął   jednak,   kiedy   gospodyni  podała   sery  -  camambert,   brie,   ementaler,   gruyere,   tete   de 

moine, vacherin, limburger, gorgonzola i pogodziwszy się z tym, że dolus znaczy dolus, przepił do 

łyska, jedynego, który milczał i też zdawał  się nic nie rozumieć, kiedy naraz, niespodziewanie 

prokurator znów zwrócił się do niego. 

- Panie Traps - zapytał ze zjeżoną lwią grzywą i purpurową twarzą,  trzymając monokl w 

lewej ręce. - Czy wciąż jeszcze jest pan zaprzyjaźniony z panią Gygax ? 

Wszyscy wpatrzyli się w Trapsa, który wsunął do ust kawałek bułka z camambertem i żuł 

smakowicie. Następnie wychylił  jeszcze jeden  łyk  chateau pavie. Gdzieś tykał zegar, a od wsi 

dolatywały   wciąż  dalekie   tony   organków   i   męski   śpiew:   Był   sobie   domek  “Pod  Szwajcarską 

Szpadą” 

Odkąd umarł Gygax, wyjaśnił Traps, nie odwiedzał już kobietki. Ostatecznie nie chciałby 

psuć dobrej sławy dzielnej wdowy. 

To oświadczenie obudziło ku jego zdumieniu upiorną, niepojętą wesołość, wzrosła jeszcze 

ogólna   swawola,   prokurator   zawołał:   Dolo  malo,   dolo   malo,   wykrzykiwał   greckie   i   łacińskie 

wiersze,   cytował  Schillera   i   Goethego,   podczas   gdy   mały   sędzia   zdmuchiwał   świece,   aż  do 

ostatniej, której użył do tego, aby głośno sapiąc i pobekując, z  pomocą dłoni poruszanych za jej 

płomieniem,  rzucać  na  ścianę  najfantastyczniejsze  cienie,  kozły,  nietoperze,  leśne  duszki,  przy 

czym  Pilet tak bębnił w stół, że kieliszki, talerze, półmiski podskakiwały:  “Zanosi się na wyrok 

śmierci, zanosi się na wyrok śmierci !” Tylko obrońca nie brał udziału w ogólnej radości, podsunął 

Trapsowi  półmisek namawiając, żeby jadł, muszą się pocieszyć serem, nie  pozostało im już nic 

innego. 

Wniesiono chateau margaux. Spokój znów wrócił. Wszyscy  wpatrywali się w sędziego, 

który przystąpił ostrożnie i ceremonialnie  do odkorkowywania omszałej butelki  (rocznik 1914) 

przy pomocy osobliwego, zabytkowego korkociągu, którym można było wyciągnąć korek z leżącej 

butelki,   nie   wyjmując   jej   z   koszyczka,   czynność,  której   wszyscy   przyglądali   się   w   napięciu, 

background image

wstrzymując   oddech,  trzeba   było   przecież   zachować   korek   możliwie   nie   uszkodzony,   był   to 

bowiem   jedyny   dowód,   że   flaszka   rzeczywiście   pochodziła   z   roku  1914,   cztery   dziesiątki   lat 

zniszczyły już etykietkę. Korek wysunął się tylko częściowo, resztę trzeba było starannie usuwać, 

można   było  jednak   odczytać   jeszcze   na   nim   datę,   podawano   go   sobie   wzajemnie,  wąchano, 

podziwiano   i   w   końcu   uroczyście   wręczono  przedstawicielowi   generalnemu,   na   pamiątkę 

czarującego  wieczoru,  jak  wyraził  się  sędzia.  Teraz  sędzia  skosztował  wina,  mlasnął,  napełnił 

kieliszki, po czym inni zaczęli wąchać, popijać, wybuchali  okrzykami zachwytu, wychwalali tak 

świetnego   gospodarza.  Podawano   sobie   ser   i   sędzia   wezwał   prokuratora,   aby   wygłosić   swoją 

“mówkę   oskarżycielską”.  Prokurator  zażądał   naprzód  nowych  świec,  rzecz  powinna  się  odbyć 

uroczyście, z należnym nabożeństwem, potrzebna jest koncentracja, wewnętrzne skupienie. Simona 

przyniosła,   czego   żądał.   Wszyscy   byli   zaciekawieni,  przedstawicielowi   generalnemu   te 

przygotowania wydały się trochę niesamowite, przebiegł go dreszcz, lecz zarazem jego przygoda 

wydała mu się cudowna i za nic na świecie nie zrezygnowałby z niej. Jedynie jego obrońca zdawał 

się być niezupełnie zadowolony. 

- Zgoda, Traps - powiedział - wysłuchajmy mowy oskarżycielskiej. Zdziwisz się pan, kiedy 

zobaczysz  jakiegoś  sobie piwa nawarzył  przez  nieopatrzne  odpowiedzi i błędną taktykę.  O ile 

przedtem było źle, to teraz jest już beznadziejnie. Ale odwagi, już ja panu pomogę wydostać się z 

tarapatów, niech pan tylko nie traci głowy, będzie to kosztowało pana trochę nerwów, aby wyjść 

cało. 

Istotnie   przyszła   już   pora   na   przemówienie   oskarżyciela.   Ogólne  pochrząkiwanie, 

pokasływanie,   jeszcze   raz   się   trącono   i   prokurator  rozpoczął   swoją   mowę   wśród   chichotów   i 

uśmieszków. 

- Najzabawniejsze w tym naszym kawalerskim wieczorku, najbardziej udane jest chyba to - 

powiedział podnosząc kieliszek, nie  wstając jednak z krzesła - żeśmy natrafili na trop mordu z 

takim  wyrafinowaniem   uknutego,   że   wymknął   się   oczywiście   państwowemu  wymiarowi 

sprawiedliwości. 

Traps, zaskoczony, nagle wybuchnął gniewem. 

-   Ja   miałbym   popełnić   mord   ?   -   protestował.   -   No,   moi   panowie,  wydaje   mi   się,   ze 

poszliście za daleko, już obrońca wystąpił z tą  głupią historią - ale opamiętał się natychmiast i 

zaczął się śmiać  nieopanowanie, ledwie mógł się uspokoić. Cudowny kawał, teraz już  rozumie, 

chcą wmówić w niego zbrodnię. Można pęknąć ze śmiechu, naprawdę można pęknąć ze śmiechu. 

Prokurator spojrzał z godnością na Trapsa, przetarł monokl, znów go założył. 

- Oskarżony - powiedział - powątpiewa o swojej winie. To rzecz  ludzka. Któż z nas zna 

siebie,   któż   z  nas   wie   o  własnych   zbrodniach   i  skrywanych   nieprawościach   ?   Jedno  wszakże 

background image

powinno być już teraz podkreślone, nim namiętności naszej gry na nowo wybuchną: jeśli Traps jest 

mordercą   -   jak   ja   twierdzę,   jak   wewnętrznie   jestem  przeświadczony   -   wówczas   czeka   nas 

szczególnie uroczysta chwila. I  słusznie. Odkrycie mordu to radosne zdarzenie, przyspiesza ono 

rytm naszych serc, stawia nas wobec nowych zadań, decyzji, obowiązków - toteż chciałbym przede 

wszystkim   pogratulować   naszemu   drogiemu  domniemanemu   sprawcy,   nie   jest   bowiem   rzeczą 

możliwą   odkryć  mord   bez   pomocy   sprawcy,   przywrócić   rządy   sprawiedliwości.   A  zatem   za 

najlepsze zdrowie naszego przyjaciela, naszego skromnego  Alfredo Trapsa, którego życzliwy los 

zesłał między nas. 

Wybuchła   radosna   wrzawa,   biesiadnicy   powstawali,   pili   za   zdrowie  przedstawiciela 

generalnego, on dziękował ze łzami w oczach i zapewniał, że jest to najpiękniejszy wieczór jego 

życia. 

Prokurator, teraz również ze łzami: 

-   Jego   najpiękniejszy   wieczór,   oznajmia   nasz   szanowny   gość,   co   za  słowo,   co   za 

wstrząsające   słowo.   Wspomnijmy   tylko   czasy,   kiedy   w  służbie   państwa   uprawiało   się   ponure 

rzemiosło.   Nie   jako   przyjaciel,  stawał   wówczas   przed   nami   oskarżony,   lecz   jako   wróg;   tego, 

którego  powinniśmy przycisnąć do piersi, odpychaliśmy od siebie. Niech cię  więc przygarnę do 

piersi ! 

Z tymi słowami zerwał się, przyciągnął Trapsa i objął go gwałtownie. 

- Prokuratorze, drogi, drogi przyjacielu - bełkotał przedstawiciel generalny. 

- Oskarżony, kochany Traps - szlochał prokurator. - Bądźmy na ty.  Nazywam się Kurt. 

Twoje zdrowie, Alfredo ! 

- Twoje zdrowie, Kurt !   Całowali się, tulili do serca, głaskali, przepijali do siebie, rosło 

wzruszenie, skupiony nastrój rozkwitającej przyjaźni. 

- Jakże wszystko się odmieniło - promieniał prokurator. - Goniliśmy kiedyś od sprawy do 

sprawy, od zbrodni do zbrodni, od wyroku do wyroku; teraz spokojnie uzasadniamy, wysuwamy 

kontrargumenty,  referujemy, dysputujemy, mówimy i zgłaszamy sprzeciw, dobrodusznie, wesoło, 

bez   pośpiechu;   uczymy   się   szanować  oskarżonego,   kochać   go,   cieszymy   się   jego   sympatią, 

bratamy się wzajemnie. Z chwilą gdy to nastąpiło, wszystko toczy się dalej łatwo, zbrodnia traci 

wagę, wyrok nie jest już bolesny. Niech mi będzie  zatem wolno w obliczu dokonanego mordu 

wypowiedzieć słowa uznania. (Traps, znów w świetnym humorze, wtrąca w tym miejscu: “Dowód, 

drogi Kurt, dowód !”) - Słowa jak najbardziej zasłużone, bo  chodzi o doskonały, piękny mord. 

Oczywiście   drogi  sprawca  mógłby  widzieć  w  tym   burszowski  cynizm,  nic  nie   jest  mi   jednak 

bardziej  obce.   “Pięknym”  można   nazwać   jego   czyn   w   dwojakim   rozumieniu,   w   sensie 

filozoficznym  i   techniczno  -mistrzowskim.  Nasze  zgromadzenie   mianowicie,  zacny  przyjacielu 

background image

Alfredo,   porzuciło  przesąd,   aby   w   zbrodni   widzieć   coś   przeciwnego   pięknu,   straszliwego,  w 

sprawiedliwości natomiast coś pięknego, aczkolwiek może groźniej  pięknego; nie, my nawet w 

zbrodni   odkrywamy   piękno   jako   warunek  nieodzowny,   który   dopiero   umożliwia   wymiar 

sprawiedliwości. Oto aspekt filozoficzny. Oceńmy teraz techniczne piękno czynu. Ocena. Sądzę, że 

znalazłem właściwe słowo, moja mowa oskarżycielska nie chce przecież być mową terrorystyczną, 

która  mogłaby  naszego  przyjaciela  zażenować,  wprawić w  zakłopotanie,  lecz  oceną,  która mu 

przedstawi zbrodnię, pozwoli jej rozkwitnąć, uświadomi mu ją. Tylko na czystym cokole poznania 

można   wznieść   monolitowy   pomnik  sprawiedliwości.   -   Prokurator,   który   liczył   już   sobie 

osiemdziesiąt sześć lat, zrobił pauzę. Mimo podeszłego wieku przemawiał donośnym, skrzypiącym 

głosem i z wielkim ożywieniem, wiele przy tym jadł i popijał. Teraz ścierał pot z czoła zawiązaną 

dokoła szyi  poplamioną serwetą, wycierał nią pofałdowany kark. Traps był  wzruszony. Siedział 

bezwładnie w fotelu, ociężały od jedzenia. Był  syty,  lecz nie chciał dopuścić, aby zaćmiło go 

czterech   staruchów,  chociaż   przyznawał   w   głębi   duszy,   że   z   trudem   może   dotrzymać  kroku 

potężnym apetytom i pragnieniu starców. Był tęgim żarłokiem,  lecz nie zdarzyło mu się jeszcze 

spotkać takiej żywotności i takiego  obżarstwa. Zdumiony, wpatrywał się w stół, pochlebiała mu 

serdeczność,   z   jaką   traktował   go   prokurator,   słyszał,   jak   na   wieży  kościelnej   bije   uroczyście 

dwunasta i z daleka dolatuje nocny chór hodowców drobiu: “Życie nasze niby podróż...” 

- Jak w bajce - dziwił się wciąż przedstawiciel generalny. - Jak w  bajce. - A potem: - Ja 

miałbym popełnić mord, właśnie ja, ciekawi mnie tylko w jaki sposób ? 

Tymczasem sędzia odkorkował następną butelkę chateau margaux  1914 i prokurator, już 

znów rześki, zaczął od nowa. 

- Jak to się stało - mówił - jak odkryłem, że naszemu drogiemu  przyjacielowi można by 

zaszczytnie przypisać mord, i to nie zwyczajny sobie mord, ale mord mistrzowski, dokonany bez 

przelewu krwi, bez takich środków jak trucizna, pistolety i tym podobne ? 

Odchrząknął, Traps znieruchomiał z vacherinem w ustach, zapatrzony w prokuratora. 

Jako  fachowiec   musi  przede   wszystkim  wyjść   z  założenia,  ciągnął  prokurator  dalej,   że 

zbrodnia może ukrywać się za każdym zdarzeniem, w każdej osobie. Pierwsze domniemanie, że w 

osobie  pana Trapsa natrafiono na kogoś uprzywilejowanego przez los i obdarzonego łaską zbrodni, 

zawdzięcza tej okoliczności, że przedstawicie generalny przed rokiem używał był starego citroena, 

obecnie zaś chlubi się studebakerem. 

- Wiem oczywiście - mówił dalej - że żyjemy w okresie wielkiej  koniunktury, i dlatego 

domniemanie   było   zrazu   bardzo   niejasne,  zbliżone   raczej   do   intuicji,   że   mamy   tu   przed   sobą 

przeżycie   radosne,  a   mianowicie   odkrycie   mordu.   Że   nasz   drogi   przyjaciel   zajął  stanowisko 

swojego szefa, że musiał szefa usunąć, że szef umarł, te fakty nie stanowiły jeszcze dowodu, były 

background image

to   dopiero   impulsy,   które   tę  intuicję   wzmacniały   ,   gruntowały.   Podejrzenie,   podbudowane 

logicznie, zjawiło się dopiero wtedy, kiedyśmy się dowiedzieli, na co umarł ten mityczny szef - na 

zawał   serce.   Tego   należało   się   chwycić,  kombinować,   wytężać   swoją   dociekliwość   i   węch, 

dyskretnie działać,  zastawiać wnyki na prawdę, w powszedniości rozpoznać coś  osobliwego, w 

wyraźnym dojrzeć coś niewyraźnego, jakieś zarysy we mgle; wierzyć w mord właśnie dlatego, że 

wydaje   się   absurdalny   -  zakładać,   że   jest   możliwy.   Rzućmy   okiem   na   materiał   dowodowy. 

Naszkicujmy portret zmarłego. Niewiele o nim wiemy; to, co wiemy, czerpiemy ze słów naszego 

sympatycznego gościa. Pan Gygax był przedstawicielem generalnym sztucznej tkaniny hefajston, 

w której  pożyteczne właściwości, wymienione przez naszego Alfredo, chętnie  wierzymy. Był to 

człowiek,   jak   możemy   dalej   wnosić,   idący   na  całego,   wyzyskujący   bezwzględnie   swoich 

podwładnych, człowiek, który nie zawahał się robić interesów metodami, które były często więcej 

niż wątpliwie. 

- To prawda - zawołał zachwycony Traps - świetnie pan utrafił w tego łajdaka ! 

- Dalej zaś możemy wnioskować - ciągnął prokurator - że wobec  innych chętnie udawał 

siłacza, osiłka, przedsiębiorczego człowieka  interesu, co znaleźć się potrafi w każdej sytuacji i z 

niejednego pieca  chleb jadał, i dlatego też Gygax ciężką chorobę serca najstaranniej  ukrywał - 

również i tutaj cytujemy Alfredo - znosił tę chorobę, jak możemy się domyślać, z pewnego rodzaju 

krnąbrnym sprzeciwem, że się tak wyrażę, jak osobistą utratę prestiżu. 

- Cudownie - zdumiał się przedstawiciel generalny. - to są już prawie czary, założyłbym się, 

że Kurt znał zmarłego. 

-  Niech lepiej milczy - syknął obrońca. 

-     Do   tego   należy   dodać   -   oświadczył   prokurator   -   jeżeli   chcemy  obraz   pana   Gygaxa 

uzupełnić, że zmarły zaniedbywał swoją żonę,  którą wyobrażamy sobie jako apetyczną i dobrze 

zbudowaną kobietkę  - tak przynajmniej wyraził się w przybliżeniu nasz przyjaciel. Dla  Gygaxa 

liczył   się   tylko   sukces,   interes,   pozory,   fasada   i   z   pewnym  prawdopodobieństwem   możemy 

przypuszczać, że był on przeświadczony o wierności swojej żony i sądził, że jest zjawiskiem zbyt 

nadzwyczajnym i zbyt wyjątkowym okazem mężczyzny, ażeby nasunąć żonie choćby samą myśl o 

zdradzie małżeńskiej, i dlatego też musiałoby to być dla niego wielkim ciosem, gdyby dowiedział 

się, że żona zdradziła go z naszym Casanovą z “Schlaraffii”. 

Wszyscy się roześmiali, a Traps z ukontentowania walił się po udach. 

- Taki był właśnie - powiedział rozpromieniony domniemaniem prokuratora. - To go dobiło, 

kiedy się dowiedział. 

- Pan po prostu zwariował - jęknął obrońca. 

Prokurator podniósł się i z wyrazem szczęścia na twarzy popatrzył na Trapsa, który nożem 

background image

oskrobywał tete de moine. 

- Ach - spytał - jakżeż on się o tym dowiedział, stary grzesznik ? Czyżby wyznała mu to 

jego apetyczna żoneczka ? 

- Na  to była za tchórzliwa, panie prokuratorze - odpowiedział Traps.  - Okropnie bała się 

tego gangstera. 

- Czy Gygax sam to wykrył ? 

- Na to był za bardzo zarozumiały. 

- Więc może ty mu wyznałeś, mój drogi przyjacielu i Don Juanie ? 

Traps mimo woli poczerwieniał. 

- Ależ nie, Kurt - powiedział - Co ty też sobie myślisz. Jeden z nieskazitelnych przyjaciół z 

jego branży uświadomił starego łotra. 

- Jakże to ? 

- Chciał mi zaszkodzić. Zawsze był wrogo nastawiony do mnie. 

- Co za ludzie - zdumiał się prokurator. - Lecz jak dowiedział się ów dżentelmen o twoim 

stosunku ? 

- Opowiedziałem mu. 

- Opowiedziałeś ? 

- No tak, przy kieliszku. czego się wtedy nie opowiada 

- Zgoda - skinął głową prokurator. - Ale przecież powiedziałeś przed  chwilą, że partner 

pana Gygaxa nastawiony był do ciebie wrogo. Czy nie można było mieć już z góry pewności, że 

stary łajdak o wszystkim się dowie ? 

Teraz energicznie wtrącił się obrońca, zerwał się nawet, zlany potem, który nasycał kołnierz 

jego surduta. 

- Chciałbym zwrócić uwagę Trapsa - oznajmił - że na pytanie to można nie odpowiadać. 

Traps był innego zdania. 

- Dlaczego nie ? - powiedział. - Pytanie jest przecież całkiem niewinne. Przeież omgło mi 

być zupełnie obojętne, czy Gygax o tym się dowie, czy nie. stary gangster zachowywał się wobec 

mnie tak bezwzględnie, że naprawdę nie potrzebowałem liczyć się z jakimiś względami. 

Przez   chwilę   w   pokoju   zapanowała   znowu   cisza,   cisza   śmiertelna,   i  zaraz   wybuchła 

wrzawa,   swawola,   homeryczny   śmiech,   istny   orkan  wesołości.   Łysy   milcząco   objął   Trapsa, 

ucałował go, obrońca tak się  śmiał, że aż zgubił cwikier. Takiemu oskarżonemu nie można po 

prostu   mieć   niczego   za   złe   -   sędzia   i   prokurator   tańczyli   wokół  pokoju,   łomotali   w   ściany, 

potrząsali   sobie   ręce,   włazili   na   krzesła,  tłukli   butelki,   wyprawiali   z   zadowolenia   najbardziej 

niedorzeczne figle. 

background image

- Oskarżony znów się przyznaje - zakrakał na cały pokój prokurator sadowiąc się teraz na 

oparciu   krzesła.   -   Drogiemu   gościowi   należy   się  najwyższa   pochwała,   gra   on   rzeczywiście 

znakomicie. Sprawa jest jasna, osiągnęliśmy ostateczną pewność - ciągnął dalej na chyboczącym 

się krześle. Wyglądał jak zwietrzały barokowy posąg. -  Przypatrzmy się naszemu szanownemu, 

drogiemu Alfredo. Był zdany  na łaskę i niełaskę tego gangstera, przebranego za szefa i tłukł się 

citroenem po okolicy. Jeszcze przed rokiem ! Mógłby być z tego dumny, nasz przyjaciel, ten ojciec 

czworga   dziatek,   ten   syn   robotnika   fabrycznego.  I   słusznie.   Jeszcze   podczas   wojny   był 

domokrążcą, a nawet nie domokrążcą - nie miał licencji, był więc tylko włóczęgą, sprzedającym 

towary tekstylne nielegalnego pochodzenia, małym  pokątnym handlarzem. Koleją od wioski do 

wioski   albo   pieszo   przez  polne   drogi,   całymi   kilometrami,   przez   mroczne   lasy   w   drodze   do 

odległych osiedli, przez ramię przewieszona wytarta skórzana torba czy nawet zwykły koszyk, w 

ręku rozlatująca się walizka. Teraz porósł w piórka, wrósł w interes, był członkiem partii liberalnej, 

w przeciwieństwie do swego ojca marksisty. Lecz któż wypoczywa na gałęzi, na którą wreszcie się 

wdrapał, kiedy ponad nim, blisko szczytu  - żeby się poetycko wyrazić - rozpościerają się dalsze 

konary z jeszcze  lepszymi owocami ? Wprawdzie zarabiał dobrze, mknął w swym  citroenie od 

jednego   sklepu   tekstylnego   do   drugiego,   maszyna   nie  była   taka   zła,   lecz   nasz   drogi   Alfredo 

widział, jak z prawa i z lewa wynurzają się nowe modele, przelatują ze świstem obok niego, mijają 

go i prześcigają. W kraju rósł dobrobyt, któż nie chciałby w nim uczestniczyć ? 

- Tak był właśnie, Kurt - promieniał Traps. - całkiem dokładnie tak. 

Prokurator był teraz w swoim żywiole, szczęśliwy, zadowolony jak szczodrze obdarowane 

dziecko. 

-   Łatwiej   było   powziąć   postanowienie   niż   je   przeprowadzić   -  wyjaśnił,   wciąż   jeszcze 

siedząc na poręczy krzesła. - Szef nie dopuszczał go wyżej, złośliwie, wytrwale go wykorzystywał, 

dawał mu zaliczki na konto nowych kontaktów, umiał coraz bardziej, bezlitośnie przywiązywać go 

do siebie ! 

- Bardzo słusznie - krzyczał w oburzeniu przedstawiciel generalny. -  Panowie nawet nie 

wyobrażają sobie, jak mnie usidlił ten stary gangster ! 

- Trzeba było iść na całego - powiedział prokurator. 

- I to jak jeszcze - potwierdził Traps. 

Odezwania   oskarżonego   rozogniły   prokuratora,   stał   teraz   na   krześle,  powiewając   jak 

chorągwią   serwetą   spryskaną   winem,   na   kamizelce  jego   widniały   resztki   sałatki,   sosu 

pomidorowego, ryby. 

Nasz drogi przyjaciel wystąpił najprzód w dziedzinie interesów, również i tutaj niezupełnie 

fair, jak sam przyznaje. Możemy sobie w  przybliżeniu przedstawić, jak to wyglądało. Nawiązał 

background image

potajemni  kontakt   z   dostawcą   swego   szefa,   sondował,   obiecywał   lepsze   warunki,  siał   zamęt, 

porozumiewał   się   z   innymi   agentami   tekstylnymi,   zawierał  przymierza   i   kontrprzymierza. 

Następnie wpadł na pomysł, aby obrać jeszcze inną drogę. 

- Jeszcze inną drogę ? - zdumiał się Trap  Prokurator skinął głową. 

- Ta droga, moi panowie, prowadziła poprzez kanapę w mieszkaniu Gygaxa prosto do jego 

małżeńskiego łoża. 

Wszyscy się roześmiali, najgłośniej Traps. 

- Rzeczywiście - potwierdził - to był złośliwy kawał, który zrobiłem staremu gangsterowi. 

Ale i sytuacja była aż za śmieszna, jak sobie przypominam. Dotąd wstydziłem się właściwie, któż 

się   chętnie  zastanawia   nad   sobą,   nikt   nie   ma   całkiem   czystej   koszuli,   lecz   między  tak 

wyrozumiałymi przyjaciółmi wstyd byłby czymś śmiesznym,  niepotrzebny, Ciekawe ! Czuję, że 

zostałem zrozumiany, i zaczynam też rozumieć siebie, jakbym zawierał znajomość z człowiekiem, 

którym   sam   jestem,   którego   gdzieś   tam   przedtem   poznałem     bardzo  przelotnie   jako   pewnego 

przedstawiciela generalnego w studebakerze z żoną i dziećmi. 

- Z satysfakcją stwierdzamy - odpowiedział prokurator tonem  ciepłym i serdecznym - że 

naszemu   przyjacielowi   zaczyna   coś   świtać.  Pomagajmy   mu   dalej,   aby   wreszcie   zyskał   pełną 

jasność. Śledzimy motywy jego postępowania z gorliwością radosnych archeologów, a natkniemy 

się w końcu na wspaniałość ukrytych  zbrodni. Nawiązał  stosunek z panią Gygax. Jak do tego 

doszło   ?   Widział   już   przedtem  apetyczną   kobietkę,   jak   możemy   sobie   wyobrazić.   Być   może 

zdarzyło się to późnym wieczorem, może w zimie, gdzieś około szóstej (Traps: “O siódmej, Kurt, o 

siódmej !”), kiedy zapadł piękna miejska noc, zapaliły się złote latarnie uliczne, wszędzie widniały 

oświetlone wystawy i kina, zielone i żółte neony, było przytulnie, rozkosznie, nęcąco. Jechał swym 

citroenem   śliskimi   ulicami   w   kierunku   dzielnicy  willowej,   gdzie   mieszkał   jego   szef   (Traps, 

zachwycony, wtrąca:  “Tak, tak, dzielnica willowa”), teczka pod pachą, polecenia, próbki tkanin. 

Miała   zapaść   ważna   decyzja,   lecz   limuzyna   Gygaxa   nie   stała   na  zwykłym   miejscu   przy 

krawężniku, mimo to przeszedł przez mroczny park, zadzwonił. Pani Gygax otworzyła, jej mąż nie 

wróci dzisiaj do domu, a służąca wyszła. Była w sukni wieczorowej, albo jeszcze lepiej w płaszczu 

kąpielowym,   zapytała,  czy Traps   nie  zechciałby  jednak  wstąpić   na jeden  aperitif,   zaprasza  go 

serdecznie, i tak oto siedzieli już w salonie obok siebie. 

Traps zdumiał się. 

- Skąd ty to wszystko tak dobrze wiesz, Kurt ? To zakrawa na czarną magię ! 

- Wprawa - wyjaśnił prokurator. - Losy ludzkie rozgrywają się  jednakowo. Nie było to 

bynajmniej   uwiedzenie,   ani   ze   strony   Trapsa,  ani   owej   kobiety,   to   była   okazja,   którą   on 

wykorzystał. Była sama i nudził się, nie miała nic określonego na myśli, była rada, że może z kimś 

background image

porozmawiać, w mieszkaniu było przytulnie i ciepło, a pod kwiecistym płaszczykiem kąpielowym 

miała   nocną   koszulę.   Kiedy  Traps   usiadł   obok   niej   i   zobaczył   jej   białą   szyję,   wypukłość 

wychylających się piersi, ona zaś szczebiotała, zła na męża, rozczarowana - jak trafnie wyczuł to 

nasz przyjaciel -dopiero wtedy pojął, że musi tutaj uderzyć, a kiedy już uderzył, wtedy dowiedział 

się  niebawem wszystkiego o Gygaxie. Jak podejrzany jest stan jego  zdrowia, że jakieś silniejsze 

przeżycie   może   go   zabić,   ile   ma   lat,   jak  grubiański   i   niedobry   jest   dla   swojej   żony   i   jak 

niewzruszenie przekonany o jej wierności, bo od żony, która chce się zemścić na mężu, można się 

dowiedzieć wszystkiego. Utrzymywał więc dalej ten stosunek, gdyż teraz powziął już zamysł i szło 

mu tylko o to, aby wszelkimi środkami zrujnować szefa, niech się co chce dzieje. I tak przyszła 

chwila, kiedy już wszystko miał w ręku, wspólnika, dostawców, białą, rozkoszną nagą kobietę w 

nocy,  i tak zaciskał  pętle  dążąc do skandalu.  Z wyrachowaniem.  Również  i to możemy sobie 

wyobrazić:   smutna   pora   zmierzchu,   wieczór   i   tym   razem.   Naszego  przyjaciela   spotykamy   w 

restauracji, powiedzmy sobie: w jakiejś winiarni na starym mieście, trochę tu za gorąco, wszystko 

solidne,  patriotyczne, wytworne (nawet ceny), witrażowe szybki, okazały  gospodarz (Traps: “W 

piwnicy ratuszowej, Kurt”), okazała gospodyni,  że sprostujemy nasza pomyłkę, na tle portretów 

nieżyjących   już  bywalców   gospody,   sprzedawca   gazet   spacerujący   po   sali,   to   znów   z  niej 

wychodzący,  później Armia Zbawienia, śpiewająca pieść  “Kiedy  błyśnie promyk  słońca”, paru 

studentów,   jakiś   profesor,   na   stoliku  dwa   kieliszki   i   dobry   trunek,   widać,   że   Traps   dziś   nie 

oszczędza,  wreszcie   w   rogu   solidny   partner   Gygaxa,   blady,   tłusty,   spocony,   w  rozpiętym 

kołnierzyku, apoplektyczny jak ofiara, w którą się właśnie celuje, nie mogący wyjść z podziwu, co 

to wszystko ma znaczyć,  dlaczego Traps naraz go zaprosił, słuchający z uwagą, z własnych ust 

Trapsa dowiadujący się o zdradzie małżeńskiej, aby następnie, w parę godzin później, jak się stać 

musiało i jak to przewidział nasz Alfredo, pędzić do szefa i uświadomić nieszczęśliwca w poczuciu 

obowiązku, z przyjaźni i dlatego, że tak nakazuje przyzwoitość. 

- Co za obłudnik ! - wołał Traps oczarowany,  z płonącymi,  szeroko  otwartymi  oczami 

słuchając relacji prokuratora, szczęśliwy, że oto poznaje prawdę, dumną, śmiałą i samotną prawdę. 

Następnie: 

Tak zatem ziściło się przeznaczenie, nadszedł dokładnie przewidziany moment, w którym 

Gygax wszystkiego się dowiedział, mógł jeszcze ten stary gangster dojechać do domu - wyobraźmy 

to sobie - kipiący wściekłością, już w samochodzie nagłe poty, ból w okolicy serce, drżenie rąk, 

gniewne gwizdki policjantów, nie  zauważone znaki drogowe, męcząca droga z garażu do drzwi 

wejściowych,   upadek,   być   może   już   w   korytarzu,   kiedy   małżonka  wybiegła   na   spotkanie, 

przyjemna, apetyczna kobietka. Nie trwało to już długo, lekarz wstrzyknął jeszcze morfinę i już po 

wszystkim,  nieodwołalnie, jeszcze jakieś rzężenie, szloch małżonki. Traps w  domu, w otoczeniu 

background image

swoich   najbliższych   przyjmuje   telefon,  zmieszanie,   wewnętrzny   wybuch   triumfu,   nastrój 

spełnienia, w trzy miesiące później studebaker. 

Znów śmiechy. Poczciwy Traps, wciąż wpadający w osłupienie,  śmiał się również, choć 

lekko   zakłopotany,   drapał   się   w   głowę,  przytakiwał   z   uznaniem   prokuratorowi,   lecz   nie   był 

bynajmniej strapiony, był nawet w dobrym humorze. Wieczór wydał mu się jak najbardziej udany, 

wzburzyło go to wprawdzie nieco i skłoniło do refleksji, że przypisano mu mord, stan ten odczuwał 

jednakże jako  przyjemny.  Rosło w nim przeczucie spraw wyższego porządku,  sprawiedliwości, 

winy i pokuty, napełniając go zdumieniem. Strach,  którego nie zapomniał, który ogarnął go w 

ogrodzie i później na widok wybuchowej radości biesiadników, wydał mu się teraz nieuzasadniony, 

bawił go. Wszystko było tak bardzo ludzkie. Był ciekaw, co będzie dalej. Towarzystwo zataczając 

się, z wciąż  potykającym się obrońcą, przeniosło się na czarną kawę do salonu,  pomieszczenia 

przeładowanego   bibelotami   i   wazami.   Na   ścianach  ogromne   sztychy,   widoki   miast,   tematy 

historyczne.,   “Przysięga   na  Rutli”,   “Bitwa   pod   Laupen”,   “Klęska   szwajcarskiej   gwardii”, 

“Proporzec   siedmiu   nieugiętych”,   sufit   w   gipsaturach,   sztukaterie,   w  rogu   fortepian,   wygodne 

fotele,   niskie,   ciężkie,   na   nich   hafty,   zacne  sentencje:   “Chwała   temu,   co  kroczy  sprawiedliwą 

drogą”, “Kto ma czyste  sumienie, ten sypia spokojnie”. Przez otwarte okno widać było  szosę, 

ledwie   majaczącą   w   ciemnościach,   raczej   można   się   było   jej  domyślać,   bajkowej,  zapadłej   w 

ciemność, z rozkołysanymi światłami i reflektorami samochodów, które o tej porze przejeżdżały z 

rzadka,  było   już   przecież   około   drugiej.   Czegoś   bardziej   porywającego   od  mowy   Kurta   nie 

zdarzyło   mu   się przeżyć,   sądził  Traps.  W  zasadzie  niewiele  można   tu dorzucić,   kilka  małych 

sprostowań, te byłyby zapewne wskazane. I tak na przykład: szlachetny partner Gygaxa był raczej 

drobny, chudy, w sztywnym kołnierzyku, bynajmniej nie przepoconym, a pani Gygax przyjęła go 

nie   w   płaszczu   kąpielowym,  lecz   w   kimonie,   co   prawda   głęboko   wydekoltowanym,   tak   że 

serdeczność jej zaproszenia dostrzegalna była gołym okiem - był to jeden z jego dowcipów, dowód 

dyskretnego humoru - również i zasłużony zawał serca zaskoczył tego łajdaka nie w domu, lecz w 

magazynach, podczas fenu - jeszcze przewiezienie do szpitala, następnie znów atak i zgon. Lecz to 

wszystko,   jako   się   rzekło,   nie   jest  istotne,   przede   wszystkim   zaś   zgadza   się   dokładnie   to,   co 

oznajmił jego wielki, serdeczny przyjaciel, prokurator: rzeczywiście zadał się z panią Gygax tylko 

po to, aby zrujnować starego łajdaka, tak, nawet  przypomina sobie teraz dokładnie, jak w jego 

łóżku, sponad jego  małżonki,  wpatrywał się w jego fotografię, w to niesympatyczne,  spasione 

oblicze  w rogowych  okularach,  zza  których  patrzyły  wytrzeszczone  oczy,  i jak dziką radością 

ogarnęło go przeczucie, że tym, co teraz tak radośnie i żarliwie uprawia, morduje - w rzeczy samej 

- swego szefa, że go z zimna krwią wykańcza. 

Usadowiono   się   już   w   miękkich   fotelach   z   szlachetnymi  sentencjami,   kiedy   Traps   to 

background image

oświadczył. Sięgano po filiżanki z gorącą kawą, mieszano łyżeczką, popijano koniakiem z wielkich 

pękatych kieliszków, był to roffignac 1891. 

- A zatem przechodzę do wniosku o karę - oznajmił prokurator, rozparty w monstrualnym 

fotelu,   z   nogami   w   skarpetkach   nie   od   pary  (jedna   w   szaro-czarną   kratę,   druga   zielona), 

zarzuconymi  na poręcz. - Drogi Alfredo nie działał “dolo indirecto”, z czego mogłaby wyniknąć 

śmierć tylko przypadkowa, lecz “dolo malo”, w złym zamiarze, na co wskazują już same fakty; z 

jednej strony sam sprowokował skandal, z drugiej zaś po śmierci starego łajdaka nie odwiedził już 

ani razu jego apetycznej żonki, z czego niezbicie wynika, ze małżonka był jedynie narzędziem w 

jego krwawych planach, miłosną bronią morderczą, że tak powiem, że mamy zatem do czynienia z 

mordem  przeprowadzonym   w   sposób   psychologiczny,   tak   mianowicie,   że  oprócz   zdrady 

małżeńskiej nie wydarzyło się nic niezgodnego z prawem, co prawda tylko pozornie. Dlatego też, 

gdy się ten pozór już  rozwiał, tak, kiedy już drogi oskarżony sam najuprzejmiej się  przyznał, ja 

jako prokurator mam przyjemność - i na tym kończę swój wywód - żądać od wysokiego sądu kary 

śmierci dla Alfredo Trapsa, jako zapłaty za zbrodnię, która zasługuje na podziw, budzi zdumienie i 

ma prawo uchodzić za jedną z najbardziej niezwykłych zbrodni stulecia. 

Śmiano się, bito brawo i rzucono się na tort, który teraz wniosła Simona. Dla ukoronowania 

wieczoru, jak powiedziała. Za oknami wzeszedł jako dodatkowa atrakcja późny księżyc, cieniutki 

sierp. Lekki szum drzew, poza tym cisza, na ulicy tylko z rzadka jakiś samochód, jakiś spóźniony 

przechodzień, powracający do domu ostrożnie, nieznacznym zygzakiem. Przedstawiciel generalny 

poczuł się ocalony, siedział obok Pileta na miękkiej pluszowej kanapie (sentencje: “Przebywaj w 

przyjaciół gronie”), opasał ramieniem milczącego, który w pewnych momentach wyrzucał z siebie 

pełen  zdumienia   okrzyk   “świetnie”,   z   nieśmiało   syczącym  “ś”,   lgnąc   tkliwie  do   jego 

wypomadowanej  elegancji. Z ufnością. Policzek  przy  policzku.  Wino uczyniło  go ociężałym  i 

zgodnym,  rozkoszował się, że  przebywa w rozumnym  gronie, że może być szczery, może być 

samym   sobą,   że   nie   ma   już   żadnej   tajemnicy,   bo   żadna   już   nie   była  mu   potrzebna,   że   jest 

doceniany, kochany, zrozumiany, i myśl, że popełnił morderstwo, docierała coraz głębiej do jego 

świadomości,  wzruszała,   przemieniała   jego   życie,   czyniła   je   bardziej   ważkim,  bardziej 

bohaterskim, bardziej cennym. Zachwycało go to prawie. Planował mord i dokonał go, aby pójść 

wyżej - uświadomił to sobie teraz z pełną jasnością. 

I to właściwie nie z zawodowych czy z finansowych przyczyn, czy dlatego że pragnął mieć 

studebakera, lecz w istocie rzeczy, aby stać się prawdziwym, głębszym człowiekiem - jak mu się 

zdawało w tej chwili u kresu jego myślowych możliwości - godnym szacunku, przyjaźni uczonych 

i wykształconych mężów, którzy mu teraz - nawet Pilet - jawili się jak owi pradawni magowi, o 

których kiedyś czytał w  “Readers Digest”, którzy teraz odkryli nie tylko tajemnicę gwiazd,  lecz 

background image

więcej,  także  i  tajemnice  sprawiedliwości,  jurisprudencji (upajał  się  tym   słowem),  którą   on w 

swoim żywocie tekstylnego fachowca poznał tylko jako abstrakcyjne zagrożenie i która teraz jak 

jakieś  potężne,   niepojęte   słońce   wschodziła   nad   jego   ograniczonym  horyzontem   niczym   jakaś 

całkowicie niezrozumiała idea, która go tym gwałtowniej przyprawiała o drżenie i napawała grozą. 

Przysłuchiwał się więc, pociągając głośno złocistobrunatny koniak,  najpierw głęboko zdumiony, 

potem   coraz   bardziej   oburzony   na  wywody   grubego   obrońcy,   wobec   tych   gorliwych   prób 

zmierzających do przekształcenia jego czynu w coś zwyczajnego, mieszczańskiego, powszedniego. 

Pan Kummer, odrywając cwikier od mięsistych policzków i eksplikując swe słowa przy pomocy 

małych,   wytwornych,  geometrycznych   gestów,   wywodził,   że   z   przyjemnością   wysłuchał 

wynalazczej mowy pana prokuratora. Oczywista, stary gangster Gygax nie żyje, jego klient zaznał 

przez niego wielu cierpień, ogarnęła go prawdziwa animozja do pryncypała, próbował go obalić, 

któż temu zaprzeczy, gdzież to się nie zdarza, fantastyczne jest tylko  przedstawiać śmierć tego 

chorego na serce człowieka interesu jako mord (“Ale ja przecież zamordowałem” - zaprotestował 

nagle Traps,  jakby spadł z nieba). W przeciwieństwie do prokuratora uważa on  oskarżonego za 

niewinnego,   tak,   niezdolnego   do   występku.   (Traps  wtrąca,   tym   razem   rozgoryczony:  “Ale   ja 

przecież  jestem winny !”)  Przedstawiciel  generalny hefajstonu jest tutaj  typowym  przykładem. 

Kiedy określa go jako niezdolnego do występku, nie chce przez to powiedzieć, że jest on niewinny, 

wręcz przeciwnie. Traps jest być  może zaplątany we wszystkie rodzaje występków, cudzołożył, 

szwindlem przebijał się przez życie, nie zawsze cofając się przed krzywdą, nie tak jednak, aby jego 

życie miało się składać z samych zdrad małżeńskich i szwindlów, nie, nie. Ono również ma swoje 

pozytywne   strony,   a   nawet   cnoty.   Drogi   Alfredo   jest   pracowity,  wytrwały,   oddany   swym 

przyjaciołom,   stara   się   zapewnić   dzieciom  lepszą   przyszłość,   pod   względem   politycznym 

niezawodnie lojalny,  trzeba tylko oceniać jego życie jako całość. Ma może we krwi pewną  dozę 

niesolidności, trochę zepsuty, jak to często się zdarza  w niejednym życiu przeciętnym, tak nawet 

musi się zdarzać, lecz właśnie dlatego nie jest zdolny do wielkiego, czystego, dumnego występku, 

do zdecydowanego czynu, do niewątpliwej zbrodni. (Traps: “Oszczerstwo, istne oszczerstwo.”) Nie 

jest on zbrodniarzem, lecz ofiarą epoki, Zachodu, cywilizacji, która stopniowo traciła wiarę (coraz 

bardziej mglistym tonem) w chrystianizm, uniwersalizm, i jest  tak chaotyczna, ze jednostce nie 

przyświeca  już żadna gwiazda  przewodnia. W rezultacie  występuje zamęt, zdziczenie,  zaczyna 

obowiązywać prawo pięści, brak jest prawdziwej obyczajności. I cóż  się teraz stało ? Ten jak 

najbardziej   przeciętny   osobnik   wpadł   całkiem  nie   przygotowany   w   ręce   wyrafinowanego 

prokuratora.   Jego  intensywna   działalność   w   branży   tekstylnej,   jego   życie   prywatne,  wszystkie 

przygody jego żywota, na który składały się podróże zawodowe, walka o chleb i mniej lub bardziej 

niewinne przyjemności,  zostały teraz prześwietlone, przebadane, poddane sekcji. Niezależne  od 

background image

siebie   fakty   zostały   powiązane,   ukradkiem   podsunięto   logiczny  plan   dla   wyjaśnienia   całości, 

zdarzenia, które równie dobrze  przebiegać mogły inaczej, zostały przedstawione jako przyczyny 

działań, z bezmyślności zrobiono świadomy zamiar, tak że w końcu, w konsekwencji przesłuchania 

wyskoczył morderca jak królik z kuglarskiego cylindra. (Traps: “Nieprawda !”) Jeśli rozważa się 

sprawę Gygaxa z trzeźwym obiektywizmem, nie poddając się mistyfikacjom prokuratora, dochodzi 

się do przekonania, że w rzeczy  samej stary gangster sam jest winien swej śmierci przez swe 

nieporządne życie, przez swą konstytucję fizyczną  - czym jest choroba  managerów, nie trzeba 

wyjaśniać - brak wytchnienia, hałas, zrujnowane małżeństwo i rozstrojone nerwy, lecz najpewniej 

zawał  wywołany był  przez fen, o którym  wspomniał Traps, właśnie fen  odgrywa  w sprawach 

sercowych decydującą rolę (Traps: “Śmieszne !”), mamy zatem wyraźnie do czynienia ze zwykłym 

nieszczęśliwym wypadkiem. Oczywiście, jego klient postępował bezwzględnie, lecz zmuszały go 

do tego właśnie prawa walki konkurencyjnej, jak to sam wciąż podkreśla; oczywiście, najchętniej 

uśmierciłby swego szefa,  jakież to myśli  nie przychodzą czasem do głowy, jakich czynów  nie 

dokonuje się w myślach, ale przecież tylko w myślach, czyn poza takimi myślami nie istnieje i nie 

można   go   skonstatować.   Jest  absurdem   przyjmować   jego   istnienie,   lecz   jeszcze   większym 

absurdem   jest,   kiedy   sam   klient   sobie   wyobraża,   że   popełnił  morderstwo.   Oprócz   kraksy 

samochodowej   doznał   jeszcze   innej,  psychicznej   kraksy,   i   dlatego   on,   obrońca,   wnosi   o 

uniewinnienie Alfredo Trapsa itd., itd. 

Przedstawiciela   generalnego   coraz   bardziej   drażniła   ta   życzliwa  zasłona   dymna,   którą 

zasnuta   została   jego   piękna   zbrodnia,   w   której  zbrodnia   ta   ulegała   zniekształceniu,   zanikała, 

stawała   się   nierealna,  zjawiskowa,   była   tylko   wynikiem   ciśnienia   atmosferycznego.   Czuł   się 

niedoceniony, zaprotestował przeto gwałtownie, gdy tylko obrońca  wypowiedział ostatnie słowa. 

Zerwał się oburzony, trzymając talerzyk z nowym kawałkiem tortu w prawej, kieliszek roffignaca 

w   lewe   ręce,  i   oświadczył,   że   chciałby,   nim   zapadnie   wyrok,   najuroczyściej  zapewnić,   iż 

solidaryzuje się z przemówieniem prokuratora - w tym miejscu oczy jego nabiegły łzami - to było 

morderstwo, świadome  morderstwo, teraz stało się to dla niego jasne, mowa obrońcy  natomiast 

głęboko go rozczarowała, wręcz przeraziła. Właśnie po nim spodziewał się zrozumienia, powinien 

się go spodziewać, uprasza więc o wyrok, więcej, o karę, nie dlatego, iżby chciał schlebiać sądowi, 

lecz   powodowany   szczerym   zapałem,   bo   dopiero   tej   nocy  zaświtało   mu,   co   to   znaczy   żyć 

prawdziwym życiem (tutaj zmieszał  się trochę poczciwy zuch), po cóż istniałyby wyższe ideały 

sprawiedliwości,   występku   i   grzechu   niczym   owe   pierwiastki  chemiczne   i   związki,   z   których 

wygotowuje   się   sztuczną   tkaninę,   żeby  pozostać   przy   przykładach   z   jego   branży,   gdyby   nie 

świadomość, która go odrodziła, w każdym bądź razie - jego słownictwo pozazawodowe jest nieco 

skąpe, prosi więc o wybaczenie, ledwie jest w stanie wyrazić, co ma na myśli - w każdym razie 

background image

odrodzenie wydaje  mu się właściwym wyrażeniem dla określenia szczęścia, które go  teraz jak 

potężny wicher owiewa, wzburza i porywa. 

Tak doszło do wyroku, który ogłosił mały, teraz również porządnie już pijany sędzia wśród 

śmiechów, pisków, okrzyków radości i prób jodłowania (podjętych przez pana Pileta), ogłosił ten 

wyrok z wysiłkiem, gdyż nie tylko wlazł na fortepian stojący w rogu, czy też raczej do fortepianu, 

bo   uprzednio   go   otworzył,   również   i   samo  mówienie   nastręczało   mu   niepokonalne   wprost 

trudności. Zacinał się na pewnych słowach, inne przekręcał lub połykał, zaczynał zdania, których 

nie mógł już opanować, nawiązywał do takich, których sens już dawno zapomniał, lecz w ogólnych 

zarysach można było jeszcze odgadnąć bieg myśli. Zaczął od pytania, kto ma rację, prokurator, czy 

obrońca,   czy   Traps   istotnie   popełnił   jedna   z   najosobliwszych   zbrodni  stulecia,   czy   też   jest 

niewinny. Żadnego z tych dwu poglądów nie  może uznać za słuszny. Chociaż Traps istotnie nie 

dorósł do poziomu metod stosowanych w śledztwie przez prokuratora, jak utrzymuje obrońca, i z 

tego powodu przystał na wiele rzeczy,  które formalnie  biorąc nie rozegrały się w ten właśnie 

sposób, lecz jak się okazuje,  właśnie on zamordował,  wprawdzie nie powodowany szatańskim 

zamiarem,   bynajmniej,   lecz   dlatego   tylko,   że   przyswoił   sobie  bezmyślność   świata,   w   którym 

przyszło mu żyć jako generalnemu  przedstawicielowi sztucznej tkaniny hefajstonu. Zabił, bo to 

wydawało mu się właśnie najbardziej naturalne, aby drugiego przyprzeć do muru, bez skrupułów 

iść naprzód, niech będzie, co ma być. W świecie, który przemierzał swoim studebakerem, nic by 

się nie stało ich drogiemu Alfredo, nic nie mogłoby mu się stać, lecz właśnie był uprzejmy zawitać 

do ich białej ustronnej willi (tu sędzia stał się  mglisty i ciągnął swoją mowę wśród radosnego 

szlochu,  przerywanego   raz   po   raz   wzruszonym,   potężnym   kichnięciem,   przy  czym   jego   mała 

główka ginęła spowita w ogromnej chustce, co  wywoływało wciąż rosnącą wesołość obecnych). 

Zawitał   do   czterech  starych   ludzi,   którzy   wniknęli   w   jego   świat   czystym   promieniem 

sprawiedliwości,   co   wprawdzie   osobliwe   ma   rysy,   on   wie,   wie,   wie   o  tym   dobrze.   Ta 

sprawiedliwość   śmieje   się   szyderczo   z   czterech  zwietrzałych   oblicz,   odbija   się   w   monoklu 

sędziwego prokuratora,  w  cwikierze  grubego obrońcy,  chichocze  w ustach pijanego, już nieco 

bełkotliwego sędziego i rozbłyskuje czerwono na łysinie emerytowanego kata (inni niecierpliwie, 

przekrzykując   te  poetyczności:  “Wyrok,   wyrok   !”),   w   imię   której   on   teraz  ich  najlepszego, 

najdroższego Alfredo skazuje na śmierć (prokurator, obrońca, kat i Simona: “Brawo!” Traps, teraz 

również   szlochający   ze  wzruszenia:   “Dzięki,   drogi   sędzio,   dzięki   !”),   chociaż   pod   względem 

prawnym tylko na tym  się opiera, że skazany sam siebie uznaje  winnym.    A to jest w końcu 

najważniejsze.   Cieszy   go   więc,   że   wydał  wyrok,   który   skazany   uznaje   w   całej   rozciągłości, 

godność ludzka nie żąda łaski i również nasz szanowny drogi gość radośnie przyjmuje uwieńczenie 

swego mordu, które, jak on mniema, nastąpiło wśród nie mniej przyjemnych okoliczności niż sam 

background image

mord. To, co u mieszczuch,  u przeciętnego człowieka przejawia się jako przypadek, jako kraksa 

albo jako zwykła konieczność natury, jako choroba, jako zatkanie  naczynia krwionośnego przez 

zator,  jako złośliwy nowotwór, jawi  się  tutaj  jako nieunikniony wynik  moralny.  Dopiero  tutaj 

konsekwentnie  doskonali   się   życie   na   wzór   dzieła   sztuki,   ludzka   tragedia   staje   się  widoczna, 

rozbłyskuje, przyjmuje nieskazitelną postać, doskonali się (inni: “Koniec, koniec !”), tak powinno 

się to z całym spokojem powiedzieć: dopiero w akcie obwieszczenia wyroku, który z oskarżonego 

czyni   skazańca,   dokonuje   się   nobilitacja  sprawiedliwości;   nie   może   być   nic   wyższego, 

szlachetniejszego, większego niż chwila, w której człowiek zostaje skazany na śmierć. To się teraz 

zdarzyło. Traps, któremu być może nie przysługuje aż  takie szczęście - gdyż w zasadzie tylko 

warunkowa   kara   śmierci  byłaby   dopuszczalna,   której   on   nie   chce   brać   pod   uwagę,   aby   ich 

drogiemu przyjacielowi nie sprawić zawodu - słowem, Alfredo stał się teraz równy i godny, a by 

być przyjętym do ich grona jako gracz mistrzowski itd. (inni: “Szampana tutaj !”) 

Wieczór osiągnął swój punkt szczytowy. Pienił się szampan, wesołość zgromadzonych była 

niezmącona, z polotem, braterska, nawet obrońca został znów omotany siecią przyjaznych uczuć. 

Świece dopalały się, kilka już zgasło, na dworze pierwsza zapowiedź ranka, gwiazdy blednące od 

dalekiego wschodu słońca, rześkość i rosa. Traps był zachwycony, a zarazem zmęczony, zażądał, 

aby zaprowadzono go do pokoju, zataczał się od jednej przyjaznej piersi do drugiej. Rozlegał się 

już tylko bełkot, wszyscy byli pijani, donośna wrzawa wypełniła salon, mowy pozbawione sensu, 

monologi, nikt już  bowiem nie słuchał drugiego. Od wszystkich zalatywało czerwonym  winem i 

serem, głaskano przedstawiciela generalnego po włosach,  pieszczono go, całowano utrudzonego 

szczęśliwca,   który   był   niczym  dziecko   w   otoczeniu   dziadków   i   wujów.   Milczący   łysek 

odprowadzał go na górę. Żmudnie drapali się po schodach na czworakach, w połowie drogi utknęli, 

splątani w sobie, nie potrafili już iść dalej, przykucnęli na stopniach. Z góry, przez okno, sączył się 

blask kamiennego świtu, mieszała się z białością tynkowanych ścian, nadto z zewnątrz przenikały 

pierwsze odgłosy wstającego dnia, od dalekich dworców gwizdy i szczęk przetaczanych wagonów 

jak niejasne wspomnienie o jego spóźnionym powrocie do domu. Traps był szczęśliwy, wyzbyty 

wszelkich pragnień jak nigdy jeszcze w swoim drobnomieszczańskim życiu. Jawiły mu się blade 

obrazy, chłopięca  twarzyczka, zapewne najmłodszy synek, którego najbardziej kochał,  potem, w 

półmroku, wioska, do której trafił w wyniku kraksy, jasna  wstęga szosy wspinająca się na małe 

wzniesienie, pagórek z kościołem, olbrzymi szumiący dąb opasany żelaznymi obręczami i wsparty 

na podporach, zalesione wzgórza, za nimi bezkresne świecące niebo, w górze, wszędzie, bez końca. 

Lecz oto właśnie łysek wywrócił się, wymamrotał: “Chcę spać, chcę spać, jestem zmęczony”, po 

czym rzeczywiście zasnął, słyszał jeszcze tylko, jak Traps pełznął w górę, później upadło z hukiem 

krzesło.   Milczący   łysek   ocknął   się   na  schodach,   lecz   tylko   na   sekundę,   jeszcze   pełen   snów   i 

background image

wspomnień o minionych koszmarach i chwilach wypełnionych grozą, następnie zakotłowało się od 

gmatwaniny nóg wokół niego, śpiącego, bo inni  wchodzili po schodach. Wygryzmolili na stole, 

piszcząc i skrzecząc, pergamin z wyrokiem śmierci, utrzymany w tonie niezwykle panegirycznym, 

z dowcipnymi zwrotami, o akademickiej frazie -  łacina i stara niemczyzna - następnie ruszyli w 

drogę, aby dzieło to położyć generalnemu przedstawicielowi przy łóżku, dla miłego upamiętnienia 

wielkiej   pijatyki,   kiedy   się   rano   przebudzi.   Na   dworze  jasno,   wczesna   godzina,   pierwsze 

niecierpliwe i ostre krzyki ptaków - i tak wchodzili po schodach, stąpali poprzez pogrążonego we 

śnie łyska. Jeden trzymał się drugiego, wszyscy trzej zataczali się,  posuwając się nie bez trudności, 

zwłaszcza na zakręcie schodów, gdzie wzajemne zderzanie się, cofanie, rozpychanie i ustępowanie 

do tyłu były nieuniknione Wreszcie stanęli przed drzwiami pokoju gościnnego. Sędzia otworzył i 

uroczysta grupa skamieniała na progu - prokurator z jeszcze nie odwiązaną serwetą - we framudze 

okna wisiał Traps, bez ruchu, ciemna sylweta a na tle mdło srebrzystego nieba, w ciężkim zapachu 

róż, tak ostatecznie i bezwzględnie, że prokurator, w którego monoklu przeglądał się dojrzewający 

ranek,   musiał   najprzód  zaczerpnąć   powietrza,   zanim,   bezradny   i   smutny   z   powodu   straty 

przyjaciela, zawołał z niekłamanym bólem: 

- Alfredo, kochany Alfredo ! Coś ty też sobie, na miłość boską, pomyślał ? Zepsułeś nam 

nasz najpiękniejszy wieczór !