background image
background image

Plik jest zabezpieczony znakiem wodnym

 

background image

Wszystkie‍ prawa zastrzeżone. Zarówno cała książka, jak i jej części nie mogą być przedrukowywane ani w żaden inny sposób reprodukowane lub odczytywane w środkach masowego

przekazu bez pisemnej zgody Wydawnictwa Szara Godzina s.c.

Projekt‌ okładki i stron tytułowych

Anna‍ Damasiewicz

Redakcja

Grzegorz‍ Krzymianowski

Zdjęcia‍ na okładce

© Dmitry‍ Cherevko | Depositphotos.com

© Andrejs‌ Pidjass | Depositphotos.com

© Narodowe‍ Archiwum Cyfrowe

Redakcja‌ techniczna, skład, łamanie oraz opracowanie wersji elektronicznej

Grzegorz‍ Bociek

Korekta

Zespół

Niniejsza‌ powieść to fikcja literacka. Jakiekolwiek podobieństwo do wydarzeń lub postaci autentycznych jest zupełnie przypadkowe.

Wydanie‌ I, Katowice

 

2014

Wydawnictwo‍ Szara Godzina s.c.

biuro@szaragodzina.pl

www.szaragodzina.pl

Dystrybucja‌ wersji drukowanej: DICTUM Sp. z o.o.

ul.‌ Kabaretowa 21, 01-942 Warszawa

tel.‍ 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dystrybucja@dictum.pl

www.dictum.pl

Tekst‍ © by Agnieszka Krawczyk

© Szara‍ Godzina s.c., 2014

ISBN‍ 978-83-64312-39-7

background image

Ona‌ podpala włosy swym spojrzeniem

i‌ nagle kunsztem zuchwałym, gwałtowna,

wkręca‌ swą całą suknię w środek ognia,

skąd‌ już podobne przestraszonym wężom

nagie‌ ramiona grzechocząc się prężą.

(R.M.‍ Rilke,

 Hiszpańska‌ tancerka

, tłum.‌ M. Jastrun)

Introdukcja. Sol

 Invictus

Listopad‌ 1937

Luxtorpeda  z  Warszawy  do  Zakopanego  zahamowała  na  peronie  krakowskiego  dworca.  Z  luksusowego  wagonu,  mogącego  pomieścić

zaledwie sześćdziesiąt osób, wysiadł mężczyzna. Był jedynym pasażerem opuszczającym pociąg w Krakowie — reszta jechała dalej, spragniona
zimowych rozrywek w stolicy Tatr. Podróż zabrała mu zaledwie cztery godziny i choć bilet słono kosztował, mógł sobie pozwolić na taki wydatek.
Był  to  wysoki,  chudy  człowiek  o  zwracającym  uwagę  wyglądzie.  Miał  na  sobie  czarne,  jakby  żałobne  ubranie,  a  w  jego  nadmiernie  pociągłej,
bladej twarzy było coś drapieżnego, co kazało ludziom odwracać wzrok, gdy tylko napotkali jego przenikliwe spojrzenie.

Mężczyzna niechętnie porzucił ciepły wagon, wychodząc na zalaną deszczem i zasnutą mgłą ulicę. Skinął na fiakra i kazał się wieźć na ulicę

Szewską.

Przez całą drogę się nie odzywał i niechętnie wysiadł z dorożki już na miejscu. W bramie domu otrzepał starannie płaszcz z drobinek deszczu,

które osiadły na angielskiej wełnie jak srebrzysta mgła. Elektryczna żarówka przygasała co chwilę, słabo oświetlając korytarz i schody. Zmierzał
na  pierwsze  piętro,  tam  gdzie  na  ciężkich  dębowych  drzwiach  widniała  tabliczka  „Julian  Orwat  —  specjalista  telegnozji,  członek  Brytyjskiego
Towarzystwa Badań Psychicznych”. Przybysz uśmiechnął się lekko, czytając wizytówkę, po czym mocno zapukał do drzwi.

Po  niedługiej  chwili  otworzyła  mu  kobieta  w  średnim  wieku,  o  stroskanym  wyrazie  twarzy.  Była  bardzo,  wręcz  nienaturalnie  szczupła,  co

dodatkowo podkreślały ciemna suknia i gładko uczesane czarne włosy.

Mężczyzna‍ zdjął z uszanowaniem kapelusz i odezwał się głębokim głosem, w którym pobrzmiewał obcy akcent:
— Czy‍ zastałem pana Orwata?
Kobieta przyjrzała mu się uważnie, mrużąc jednocześnie oczy i marszcząc czoło w sposób charakterystyczny dla krótkowidzów, którzy — czy to

z próżności, czy ze zwykłego zapomnienia — nie noszą szkieł.

— Pan‌ był umówiony?
Mężczyzna‍ pokręcił przecząco głową.
— Nie,‍ proszę pani, nie byłem.
Kobieta‌ okazała lekkie zniecierpliwienie.
— Brat‌ nie przyjmuje nikogo bez wcześniejszego uzgodnienia. Prowadzi teraz wiele trudnych spraw i nie może się rozpraszać.
— Tak, zdaję sobie z tego sprawę — odpowiedział przybysz cierpliwie. — Mam jednak list polecający od pułkownika Prystora. Wiem, że razem

z pani bratem studiowali w Dorpacie. — Sięgnął do wewnętrznej kieszeni płaszcza i wydobył zeń kopertę z sejmową winietką.

— Od pana premiera? — powiedziała z niedowierzaniem kobieta, a nieznajomy skinął głową. Zerknęła na kaligraficzne pismo byłego szefa

rządu i czym prędzej zniknęła w głębi korytarza.

Nieznajomy  został  sam  w  mrocznym  i  dodatkowo  przytłoczonym  ciężkimi  meblami  przedpokoju.  Było  to  typowe  krakowskie  mieszkanie

w kamienicy z ubiegłego wieku. Ginąca gdzieś w oddali amfilada pokojów sprawiała, że wyglądało jak niezbadany labirynt. Z korytarza prowadziło
kilkoro  drzwi,  zapewne  do  różnych  części  mieszkania,  użytkowanych  przez  właścicieli  i  służbę.  Wszystkie  były  zamknięte  —  poza  głównymi,
otwartymi na oścież, w których zniknęła siostra jasnowidza — i toczyło się za nimi jakieś niepokojące, ujawniające się w cichych szelestach życie.
Nieznajomy wzdrygnął się, gdy uświadomił sobie, że podsłuchuje.

Kobieta‌ wróciła, prowadząc ze sobą przystojną służącą, która natychmiast odebrała od gościa płaszcz i kapelusz.
— Brat pana przyjmie. Przez wzgląd na przyjaźń z panem premierem — powiedziała szybko, starając się spojrzeć na mężczyznę z góry, co nie

było  łatwe,  ze  względu  na  jego  wysoki  wzrost.  —  Proszę  go  jednak  zbytnio  nie  męczyć.  Brat  od  pewnego  czasu  nie  jest  sobą.  Przykro  mi  to
mówić, ale liczę, że pan jako bliski znajomy premiera to zrozumie. Julian ma kłopoty ze zdrowiem, bardzo szybko traci siły, często jest wyczerpany.
Proszę mieć to na uwadze.

Mężczyzna skinął głową i pospieszył za nią w głąb mieszkania. Mijali różne pomieszczenia urządzone starymi, solidnymi meblami w ciemnej

barwie.  Co  ciekawe,  te  mieszczańskie  sprzęty  nie  dodawały  mieszkaniu  przytulności,  wręcz  przeciwnie,  przyczajona  obecność  wielkich  brył
drewna i ciężkich aksamitnych obić potęgowała tylko nieprzyjemne wrażenie. Tak, to miejsce było nieprzyjazne i kryło jakąś tajemnicę zwiastującą
rychłą katastrofę.

Nieznajomy  ponownie  się  wzdrygnął,  jakby  poczuł  na  plecach  powiew  zimowego  wiatru.  Kobieta  zamknęła  za  nim  drzwi  ostatniego  pokoju.

Znalazł się w olbrzymim pomieszczeniu o jednym półokrągłym boku, gdzie pod ogromnym, sięgającym podłogi oknem, z którego sączył się do
pokoju jedynie jesienny zmrok, siedział starszy mężczyzna z nogami przykrytymi pledem.

—  Witam,  panie  Nieznalski  —  powiedział  drżącym  głosem  gospodarz.  Przybysz  spojrzał  na  niego  ze  zdziwieniem.  Orwat  liczył  sobie  nieco

ponad  pięćdziesiąt  lat,  głos  gasnącego  staruszka  nie  pasował  więc  do  osoby  tak  doskonale  znanej  ze  zdjęcia  opublikowanego  niedawno
w gazetach; stało się tak przy okazji słynnej wizji psychometrycznej, która pozwoliła na odnalezienie ważnych dokumentów rządowych.

—  Dobry  wieczór  —  odpowiedział  ostrożnie  nieznajomy,  przyglądając  się  jasnowidzowi.  Orwat  miał  zmęczoną  twarz  człowieka,  który  wiele

wycierpiał. W tym wymizerowanym, naznaczonym chorobą lub długotrwałym osłabieniem obliczu uwagę zwracały oczy: błyszczące, żywe i czujnie
utkwione w gościu.

—  Co  pana  do  mnie  sprowadza?  Pisze  mi  tutaj  premier  Prystor,  że  jest  pan  jego  dobrym  znajomym  i  prosi  o  udzielenie  panu  wszelkiej

pomocy…

— Tak —‌ skinął głową przybysz. — Znamy się bardzo dobrze z loży… — W tym momencie ułożył w charakterystycznym geście dłoń na piersi.
—  Rozumiem,  ale  „deszcz  pada”  —  odpowiedział  szybko  Orwat,  wskazując  służącą,  która  bezszelestnie  wsunęła  się  do  pokoju  z  herbatą.

Nieznalski  uśmiechnął  się  lekko,  słysząc  to  przestarzałe  hasło  masonów,  oznaczające,  że  w  pobliżu  jest  profan,  więc  nie  należy  roztrząsać
drażliwych kwestii.

Chwilę  patrzyli  w  milczeniu  na  pokojówkę,  która  starannie  ustawiła  na  stoliku  filiżanki  i  nalała  herbatę.  Orwat  skinął  jej  głową,  a  dziewczyna

wycofała się równie cicho, jak wcześniej pojawiła.

— Nie‍ odpowiedział mi pan na pytanie o cel wizyty.
Nieznalski‌ poruszył się nieznacznie w fotelu, na którym usiadł.
— To delikatna‌ i trudna sprawa — rzekł ostrożnie.
Orwat‍ skrzywił się.
— Każda‌ z moich spraw jest taka.
—  Ale  nie  tak  jak  ta  —  nieoczekiwanie  przerwał  mu  przybysz,  a  jasnowidz  spojrzał  na  niego  ze  zdumieniem.  Nie  był  przyzwyczajony,  by

ktokolwiek odzywał się do niego w podobny sposób. Nawykł do bojaźliwego szacunku i dyskretnej obawy, którą otaczano jego osobę. Był sławny

background image

i prawie nigdy się nie mylił. Wśród polskich jasnowidzów praktycznie nie miał sobie równych, w Europie przewyższał go zaś chyba tylko jeden Rolf
Lessing. Brał wyłącznie najtrudniejsze sprawy i naprawdę niełatwo było do niego trafić czy zainteresować go swoim problemem. Polecenie byłego
premiera,  kogoś  z  wysokiej  arystokracji  czy  finansjery,  tak,  to  otwierało  drzwi,  ale  cóż…  Impertynencja  nie  gwarantowała  sukcesu,  wręcz
przeciwnie, budziła niechęć do klienta.

Nieznalski‌ jakby odczytał tę myśl i zrozumiał, że powodzenie jego misji wisi na włosku, bo odezwał się bardzo ugodowo:
—  Proszę  mi  wybaczyć,  zagalopowałem  się.  Jestem  po  prostu  zmęczony  i  nieco  wytrącony  z  równowagi.  Chciałem  tylko  powiedzieć,  że

sprawa, z którą do pana przyszedłem, jest nietypowa. Tak bardzo niezwykła, że mam powody sądzić, że nigdy nie spotkał się pan z podobną.

— Zadziwia‍ mnie pan — odparł cicho Orwat, obracając w dłoni filiżankę z herbatą. — Doprawdy budzi pan moje zainteresowanie.
— Chciałem‌ pana prosić o coś, czego zazwyczaj pan nie robi: o wykonanie auroskopii, a ściślej, przewidzenie daty mojej śmierci.
Ręka‌ Orwata zadrżała, gdy odstawiał filiżankę na stolik.
— Pan‍ wie, że nie wykonuję tego typu zleceń już od bardzo dawna.
— Tak, wiem — powiedział przybysz. — Proszę mi wierzyć, znam doskonale pańską karierę i dokonania. Nie zwracałbym się do pana z tą

prośbą, gdybym nie był przekonany, jak jest ważna, również dla pana.

— Dla‌ mnie? — zdziwił się jasnowidz. — Nie rozumiem!
Nieznalski  wpatrywał  się  w  niego  nieodgadnionym  wzrokiem.  Z  twarzą  częściowo  ukrytą  poza  zasięgiem  światła  lampy  przypominał

drapieżnego ptaka. Półmrok wyostrzał rysy, sprawiał, że jego oblicze niepokoiło.

— Auroskopia… — powiedział z wysiłkiem Orwat. — Odczytywanie przyszłości, stanu zdrowia z aury osoby pytającej. W skrajnych przypadkach

można odkryć w ten sposób okoliczności śmierci czy przewidywaną długość życia. Niebezpieczna i bardzo wyczerpująca sztuka. Od lat tego nie
robiłem, nie chciałem ryzykować…

Nieznalski‍ nic nie mówił, po prostu czekał. Wówczas zdarzyło się coś zupełnie niepojętego.
Jasnowidz  niespokojnie  poruszył  się  na  fotelu,  pled,  którym  był  owinięty,  opadł  na  podłogę  i  przybysz  zobaczył  bezwładne,  skręcone

w nienaturalnej pozie nogi swego gospodarza. Ręce Orwata zaczęły drżeć, czego nie mógł powstrzymać. Głowa opadła mu do przodu, uderzając
w  stolik,  który  przewrócił  się  z  brzękiem  tłuczonej  porcelany.  Jasnowidz  upadł  na  podłogę  i  dostał  ataku  drgawek.  Głowa  podskakiwała  mu
bezwolnie, a dłonie bezskutecznie usiłowały złapać oparcie. Nieznalski zerwał się ze swego miejsca i schwycił Orwata za ręce. Odchylił głowę
gospodarza do tyłu i wyprężył się; mogłoby się wydawać, że atak padaczki udzielił się także jemu. Na twarzy przybysza odmalował się dziwny
grymas, rysy mu stężały, a oczy zasnuły się mgłą. To była jednak tylko chwila. Mężczyzna prawie natychmiast odzyskał pełną kontrolę nad sobą
i usiłował uspokoić chorego. Drzwi otwarły się z trzaskiem i wpadła przez nie siostra Orwata wraz z przerażoną służącą.

Siostra  odepchnęła  bezceremonialnie  Nieznalskiego  i  uklękła  koło  jasnowidza.  Służąca  szybko  podłożyła  mu  pod  głowę  poduszkę.  Panna

Orwat  monotonnym  i  kojącym  głosem  zaczęła  ze  spokojem,  o  który  trudno  ją  było  podejrzewać  w  tej  sytuacji,  powtarzać:  „Julianie,  Julianie,
słyszysz mnie?”. Orwat powoli odzyskiwał świadomość. Siostra trzymała go za ręce, a spazmatyczne konwulsje wstrząsające jego ciałem mijały.
Po chwili leżał już na podłodze, nieruchomy, blady i wpatrzony niewidzącym wzrokiem w sufit. Jego przezroczysta, pożłobiona zmarszczkami twarz
sprawiała przerażające wrażenie, była jak gipsowa pośmiertna maska: obca, nieruchoma i pozbawiona wyrazu.

— Proszę mi pomóc przenieść go na sofę — powiedziała panna Orwat szorstkim głosem. Nieznalski wykonał jej polecenie. Kobieta troskliwie

okryła chorego pledem i rozkazała służącej pozbierać rozbitą porcelanę. Przybysz stanął w kącie pokoju, jakby usiłując stopić się z ciemnym tłem.
Orwatówna jednak o nim nie zapomniała.

—  Pańska  wizyta  zbytnio  się  przedłużyła.  —  W  jej  głosie  pobrzmiewało  zdenerwowanie,  które  Nieznalski  doskonale  rozumiał.  —  Julian  jest

chory, to poważna sprawa.

— Rozumiem —‍ odpowiedział szybko mężczyzna. — Czy te napady zdarzają się często?
— Nie… Od kilku tygodni nic takiego nie miało miejsca. Myślałam, byłam wręcz pewna, że jego stan się poprawia. A tu naraz to! Już dawno nie

doszło do tak gwałtownego ataku.

Powiedziała  to  z  wyraźną  pretensją  w  głosie  i  Nieznalski  był  przekonany,  że  to  jego  obwinia  o  wywołanie  napadu  u  chorego.  Zapewne

podejrzewa, że czymś go zdenerwował, być może przestraszył…

Przybysz‍ nic nie powiedział, bo siostra jasnowidza miała rację — to on był sprawcą niespodziewanego ataku konwulsji.
— Żegnam pana! — powiedziała z naciskiem i Nieznalski ruszył posłusznie do drzwi. Z sofy dało się słyszeć cichy, momentami niewyraźny

szept Orwata:

— Teresko,‌ nie gniewaj się, już mi lepiej. Poproś pana, żeby usiadł.
Teresa Orwat obrzuciła przybysza niełaskawym wzrokiem, ale najwyraźniej wola jej brata była w tym domu święta. Zacisnęła więc wąskie usta

w bladą kreskę, wyprostowała pogardliwie ramiona i nie wypowiadając ani słowa, wyszła z pokoju. Nie trzasnęła jednak drzwiami, zamknęła je
delikatnie, w sposób wprost bezgłośny.

—  Niech  pan  do  mnie  podejdzie…  kolego…  —  odezwał  się  znowu  z  wysiłkiem  chory,  a  Nieznalski  opuścił  swoje  bezpieczne  schronienie

w mrocznym kącie pokoju i zbliżył się do niego z pewnym wahaniem.

— Bo jest pan moim kolegą, prawda? — kontynuował jasnowidz, gdy mężczyzna przysunął fotel o aksamitnych obiciach w pobliże sofy.
Nieznalski skinął głową.
— Dzieliłem z panem częściowo tę wizję. Sam od kilku tygodni mam podobne. Widzę w nich pana — powiedział, ostrożnie dobierając słowa.
Orwat spojrzał na niego wzrokiem pełnym niepokoju.
— Ma pan wizję mojej śmierci?
Nieznalski zaprzeczył.
— Nie mogę tego jednoznacznie zinterpretować. Widzę szereg obrazów, które nie układają mi się w logiczny ciąg. Czarne mury, popiół, śnieg,

zgliszcza…

Orwat powstrzymał go ruchem dłoni.
— Pan wie, że wyznaczyłem swoją datę śmierci?
Nieznalski spojrzał na niego i skinął głową.
— Słyszałem, że trzyma pan horoskop pod kluczem, w bankowym sejfie.
Orwat wybuchnął śmiechem, który po chwili przerodził się w straszliwy, duszący kaszel.
—  O  tak!  Pod  kluczem,  bo  to  świadectwo  dla  niedowiarków.  Sam  doskonale  wiem,  że  zostało  mi  jeszcze  siedem  lat,  niecałe  siedem.

Podobnie jak panu.

Nieznalski odchylił się na fotelu i wpatrzył w jasnowidza szeroko otwartymi oczyma.
— To było w pańskiej wizji?
—  Tak.  Wiem,  że  nasze  losy  połączą  się,  ale  jeszcze  nie  teraz.  Nie  umrzemy  razem,  choć  stanie  się  to  w  tym  samym  czasie.  Nadciąga

katastrofa, pan to wie…

— Wiem — odpowiedział tamten. — I jeszcze to jedno: zimowe przesilenie. Ale nie rozumiem…
— Śnieg, Słońce Niezwyciężone, Sol Invictus — wyszeptał Orwat, osuwając się na poduszkę. — Niech pan już idzie, panie Nieznalski. Dobre

nazwisko pan sobie wybrał. Ja zresztą nie chcę znać prawdziwego.

— Zna je pan — powiedział mężczyzna i uścisnąwszy lekko dłoń gospodarza, wyszedł z pokoju.
Ani Teresa Orwat, podsłuchująca w sąsiednim, oddzielonym dwojgiem drzwi pomieszczeniu, ani dyżurująca w kuchni służąca nie słyszały, jak

opuścił dom. Kucharka jeszcze po wielu latach, czyniąc znak krzyża, opowiadała, że ten człowiek o niepokojącej ptasiej twarzy przyczaił się jak

background image

opuścił dom. Kucharka jeszcze po wielu latach, czyniąc znak krzyża, opowiadała, że ten człowiek o niepokojącej ptasiej twarzy przyczaił się jak
kruk na framudze okna i odleciał w ciemną, nieodgadnioną noc.

Rozdział pierwszy. Wołanie

Pierwsza zima okupacji była bardzo surowa. Temperatura spadała nawet do –30°C, a na ulicach Krakowa zalegały zaspy śniegu, których nie

sposób było uprzątnąć. Brakowało wszystkiego: jedzenia, opału, prądu i ciepłej odzieży. Tramwaje jeździły rzadko, a większość ulic z powodu
oszczędności wieczorami pogrążona była w ciemnościach. Zamilkł hejnał i kościelne dzwony, w ich miejsce pojawił się napastliwy głos miejskich
megafonów zwanych szczekaczkami, które zainstalowano na Rynku i Placu Szczepańskim.

Wojna  wybuchła  nagle  i  miała  się  szybko  skończyć,  ale  nadzieje  te  okazały  się  płonne.  6  września  o  świcie  do  miasta  wkroczyły  wojska

niemieckie. Był to poranek po wyjątkowo chłodnej jesiennej nocy, a na ulicach panowała zupełna cisza, bo armia polska wycofała się, nie chcąc
narażać  Krakowa  na  bombardowanie.  Mieszkańcy  od  kilku  dni  żyli  już  w  wielkim  strachu  i  niepewności,  sypiano  w  ubraniach  i  nieustannie
wyglądano nalotów, zwłaszcza że jeden z nich, mający miejsce w pierwszych dniach września, zburzył i zapalił kilka kamienic w centrum. Bomba
wybuchła  też  na  skrzyżowaniu  pod  Dworcem  Głównym,  a  prawie  doszczętnie  zniszczony  dom  na  rogu  Pędzichowa  i  Szlaku  przez  kilka  dni
przychodzili oglądać ciekawscy.

Niemcy weszli od strony Podgórza i spotkali się z prezydentem Klimeckim na moście. Dziwnie to wyglądało, gdy ten niemłody już w końcu,

łysiejący człowiek w czarnym tużurku wysiadł z samochodu tuż przed ostrzeliwującą miasto jednostką, by wyjaśnić, że wojsko polskie już dawno
opuściło Kraków, więc można zaprzestać ataku.

Parę  dni  później  wróciły  ciepłe,  a  nawet  prawie  upalne  jesienne  dni,  ale  nic  nie  miało  już  być  takie  jak  dawniej.  I  jak  powiedział  jeden

z kronikarzy tamtego okresu — najtragiczniejszą chwilą dnia stało się przebudzenie, gdy okazywało się, że senny koszmar jest rzeczywistością.

Artur Załuski, prywatny detektyw, cieszył się, że rok wcześniej sprzedał położone w okolicach Parku Krakowskiego luksusowe mieszkanie po

ojcu, cenionym krakowskim adwokacie, i przeniósł się do garsoniery przy Alejach, na ostatnim, piątym piętrze budynku tuż przy Wiśle. Jako cynik
i  człowiek  kierujący  się  w  życiu  bezwzględnym  pragmatyzmem  wiedział  jedno  —  apartament  przy  Szymanowskiego  szybko  stałby  się  łupem
wojennym, a on sam straciłby wszystko. Gratulował sobie zdolności przewidywania, zwłaszcza że udało mu się przy okazji ocalić kolekcję grafik
Alfonsa Muchy.

Kilka lat wcześniej skończył prawo w Wiedniu, ale nie poszedł w ślady swego ojca. Zawód adwokata wydawał mu się nudny jak flaki z olejem.

Poza tym nie umiał dobrze kłamać. A w zasadzie kłamał wyśmienicie, ale nie zamierzał tego robić dla innych.

Rodzina Załuskich była tak bogata i wpływowa, że właściwie jej wyrodny syn nie musiałby w ogóle pracować, ale Artura pociągała przygoda.

Wystarał się o licencję prywatnego detektywa i szybko zdobył mocną pozycję w swoim fachu.

Kryzys  lat  trzydziestych  to  nie  był  czas  koniunktury  dla  detektywów.  Przestępstwa  stały  się  trywialne  w  swej  brutalności  —  ludzie  zabijali  dla

wełnianego płaszcza czy kilku złotych. Artur ubolewał wręcz, że najgłośniejszą sprawą tych czasów było zabójstwo córki inżyniera Zaręby, za które
odpowiedziała  guwernantka  Rita  Gorgonowa.  Załuski  interesował  się  ustaleniami  procesu  i  nie  mógł  się  nadziwić  histerycznej  nieudolności
organów śledczych, zwłaszcza ich niedbałości w zabezpieczaniu śladów. Miał wrażenie, że gdyby dopuszczono go do materiałów dowodowych,
wyjaśniłby sprawę raz dwa, bo pewne jej aspekty nie dawały mu spokoju.

Sam  wyspecjalizował  się  w  oszustwach  ubezpieczeniowych.  Niektórzy  hochsztaplerzy  wykazywali  się  godną  podziwu  finezją.  Jako  detektyw

wynajęty  przez  Lloyda-Maddoxa  Załuski  zaangażował  się  w  sprawę  sfingowanej  kradzieży  wysoko  ubezpieczonych  brylantów  hrabiny  de  S.,
w  istocie  awanturnicy  i  szachrajki.  Rozwiązanie  tej  sprawy  przyniosło  mu  nie  tylko  okrągłą  sumkę  od  ubezpieczyciela,  ale  zasłużoną  sławę
doskonałego śledczego.

Artur miał bowiem swoją metodę rozumowania opartą na drobiazgowym badaniu miejsca przestępstwa. Już dawno temu zauważył, że policja

nie przykłada się zbytnio do oględzin areny zdarzeń. Jej celem jest schwytanie przestępcy, najlepiej na gorącym uczynku, zakucie go w kajdany
i jak najszybsze przekazanie pod skrzydła świętego Michała lub do Montelupy1.

On  pracował  zupełnie  inaczej.  Badał  okoliczności  przestępstwa  bardzo  dokładnie,  z  uporczywą  pedanterią.  Pokój  fałszywej  hrabiny  de  S.

w  Hotelu  Francuskim  był  dla  niego  sceną,  na  której  zakończono  przedstawienie.  Od  jego  umiejętności  zależało  odkrycie,  jaką  sztukę  tutaj
wystawiono. Spędził w tym niewielkim lokum wiele godzin. Przeszukał wszystkie sprzęty, zbadał walizki, zauważając w nich sprytnie umieszczone
drugie dna, zastanawiał się nad zmianą temperatury w pokoju, która ostatecznie naprowadziła go na wyjaśnienie zagadki. Była późna wiosna,
w  hotelu  już  nie  działało  ogrzewanie,  a  w  numerze  hrabiny  panował  niemiłosierny  zaduch.  Choć  stan  kominka  na  to  nie  wskazywał,  w  pokoju
najwyraźniej  napalono.  Popiół  starannie  uprzątnięto,  by  nie  wydało  się,  że  to  właśnie  tam  hrabina  spaliła  swe  futra,  rzekomo  skradzione  wraz
z  biżuterią  z  jej  sakwojaży.  Brylantów  zresztą  wcale  nie  odnaleziono,  a Artur  miał  powody,  by  przypuszczać,  że  istniały  wyłącznie  w  wykazie
przedmiotów ubezpieczonych dosyć nieroztropnie przez Lloyda.

Załuski uwielbiał takie zagadki, które traktował jak zadania matematyczne, logiczne łamigłówki. Podpisał stałą umowę z kilkoma towarzystwami

asekuracyjnymi i jeździł po całym kraju demaskować oszustów.

Wiodło mu się znakomicie i nie musiał się martwić o fundusze. Co prawda, jego rodzina załamywała ręce nad tą niegodną syna profesora

karierą, ale nie dbał o to. Zresztą ojciec zmarł w drugiej połowie lat trzydziestych, a matka wyjechała wraz z drugim mężem, dyplomatą, do Anglii.
Był wolny i mógł żyć tak, jak chciał.

Wybuch  wojny  pozbawił  go  zajęcia.  Władze  niemieckie  szybko  zamroziły  lokaty  Polaków  w  bankach,  pozwalając  tylko  na  niewielkie

comiesięczne wypłaty. Wymiana pieniędzy także uszczupliła jego oszczędności. Jeszcze miał pewną sumkę, którą uzyskał ze sprzedaży biblioteki
ojca, ale powoli zaczynał obawiać się o swój byt. Obecne władze nie lubiły pasożytnictwa: już w pierwszych dniach okupacji nakazały wszystkim
urzędnikom  powrót  do  pracy  i  podjęcie  normalnych  obowiązków,  zresztą  za  dużo  mniejsze  wynagrodzenie. Artur  nie  miał  stałej  posady  i  jako
osobie  nigdzie  niezatrudnionej  groziła  mu  wywózka.  Władze  Generalnego  Gubernatorstwa,  które  proklamowano  w  Krakowie  w  połowie
października, opróżniały intensywnie miasto, by zrobić miejsce dla swoich licznych urzędników.

Mógł się zatrudnić w jakimś biurze, ale nie wyobrażał sobie, że będzie przez kilka długich, ciągnących się jak wojenna noc godzin przepisywać

papiery. Władze niemieckie zresztą co chwila wydłużały czas urzędowania tych w końcu zupełnie nieistotnych biur i teraz pracowano już prawie
dziesięć godzin, z południową przerwą na obiad.

Jeden  z  jego  kolegów  zaproponował  mu  posadę  w  gazecie.  „Ilustrowany  Kuryer  Codzienny”,  duma  Krakowa,  został  zlikwidowany,  a  w  jego

miejsce powstała gadzinówka, okupacyjne pismo „Goniec Krakowski”, zwany zresztą przez mieszkańców miasta dowcipnie „Podogońcem”. Ta
licząca początkowo tylko kilka stron szmata przejęła wkrótce najpoczytniejszy dodatek dawnego IKC, czyli „Tajnego Detektywa”. Cóż to była przed
wojną za gazeta! Publiczność zabijała się o nią! Drukowano tam powieści sensacyjne w odcinkach oraz sprawozdania sądowe z prawdziwych
spraw.

Teraz też dodatek do „Gońca” miał prezentować podobne kryminalne historie.
Dawny znajomy Artura, Edward Janowski, reporter, który niegdyś relacjonował kilka ubezpieczeniowych dochodzeń Załuskiego, w tym słynną

sprawę  brylantów  fałszywej  hrabiny  de  S.,  wdrapał  się  z  wielkim  trudem  na  jego  poddasze,  by  zaproponować  mu  nowe  zajęcie.  Miałby  pisać
opowieści detektywistyczne dla „Gońca”.

—  Ludzie  są  spragnieni  takich  historyjek  —  mówił  Janowski,  wycierając  zroszone  potem  czoło  kraciastą  chustką.  —  Dla  ciebie  to  betka,

a będziesz miał stałe zatrudnienie. No i nieźle płacą!

Artur spojrzał na kolegę jak na rozdeptanego robaka.
— Rozumiem, rozumiem — powiedział tamten, rozkładając ręce w wyrazie bezradności. — Nie chcesz pracować dla takiej prasy. Masz prawo,

oczywiście. Ale myślałem, że jesteś mądrzejszy. Tu chodzi o przetrwanie, Artur. Ta wojna szybko się nie skończy, a w każdym razie my jej nie
wygramy. Trzeba jakoś się w tym odnaleźć, dopasować. Zresztą możesz pisać pod pseudonimem.

background image

— Wiesz, Edward — powiedział detektyw powoli — z pseudonimami to akurat tak jest, że zawsze znajdzie się jakaś menda, która wyniucha,

kto się kryje pod wymyślonym nazwiskiem. Powiedzmy więc, że nie przystanę na twą hojną propozycję, bo nie odpowiada mi poziom tej gazety.

Janowski mruknął coś pod nosem o głupocie Artura i obrażony opuścił progi jego mieszkania.
Załuski czytywał „Gońca”, jak zresztą prawie wszyscy. Była to przygnębiająca lektura pełna propagandowych półprawd i jawnych kłamstw. Jak

na detektywa przystało, interesował go przede wszystkim dział ogłoszeń drobnych. Ludzie handlowali wszystkim, czym się dało, a w szczególności
patefonami  i  sztucznymi  zębami,  które  skupowali  dentyści.  Dział  ogłoszeń  był  też  smutnym  świadectwem  wojennej  tułaczki  mieszkańców
Krakowa, szukających na łamach gazety swoich rozproszonych krewnych i bliskich.

Artur  zastanawiał  się  nawet,  czy  nie  zareklamować  tu  swych  umiejętności  detektywistycznych.  Po  namyśle  jednak  zrezygnował.  Od  osób

zaginionych  mamy  już  jasnowidza,  Juliana  Orwata,  pomyślał  z  humorem  i  postanowił  nie  zamieszczać  swego  anonsu  pomiędzy  patefonami
a zębami.

W  tym  mniej  więcej  czasie  Załuski  odkrył  pewną  specyficzną  cechę  swego  charakteru,  która  mogła  na  niego  sprowadzić  całkiem  realne

niebezpieczeństwo.  Zrozumiał  bowiem,  że  wcale  się  nie  boi.  Nie  odczuwał  strachu  przed  Niemcami,  Gestapo,  Granatową  Policją  —  zupełnie
jakby ktoś usunął mu ośrodek lęku. Uświadomił to sobie podczas jednej z łapanek; dostał się w nią, nieroztropnie zapuszczając się w okolice ulicy
Bernardyńskiej położonej w bezpośredniej bliskości Wawelu, a więc siedziby Generalnego Gubernatora, Hansa Franka.

Wracał wówczas od Abrahama Kravitzera, antykwariusza z ulicy Krakowskiej, z którym uciął sobie małą pogawędkę na temat rzadkich druków.

Artur już dawno sprzedał mu prawniczy księgozbiór po ojcu i nigdy nie żałował tej decyzji. Książki nie były mu potrzebne, Kravitzer zaś dał mu
uczciwą  cenę.  Teraz  staruszek  miał  inne  zmartwienie  —  Niemcy  przejmowali  żydowskie  sklepy  i  zakłady,  wyrzucając  z  nich  właścicieli.  Dużo
mówiło się też o planach zorganizowania specjalnej dzielnicy na Podgórzu, do której przesiedlono by starozakonnych. Artur wiedział, że jest to
możliwe. Nie miał złudzeń, znał dobrze Niemców, którzy systematycznie oczyszczali Kraków zarówno z Polaków, jak i Żydów.

Stary,  przygnębiony  sytuacją,  w  jakiej  pod  rządami  Franka  znaleźli  się  jego  rodacy,  chętnie  oderwał  się  od  niewesołych  myśli  i  zaczął

opowiadać  detektywowi  o  bibliofilskich  rarytasach,  które  wraz  z  masowymi  przesiedleniami  i  ucieczkami  trafiły  na  rynek.  Były  wśród  nich
prawdziwe białe kruki, które Kravitzer widział po raz pierwszy w życiu, zdumiony, że takie książki w ogóle są w Krakowie.

— Nie ma pan pojęcia, jakie pozycje potrafią wypłynąć — gorączkował się antykwariusz. — Niejedna biblioteka, w tym Jagiellonka, może sobie

o nich co najwyżej pomarzyć.

Artur słuchał go nieuważnie i tylko przez grzeczność. Uważał, że robi dobry uczynek, pozwalając się staremu wygadać i zapomnieć o smutnej

rzeczywistości.

— Panie Abrahamie — powiedział zmęczonym głosem — książka człowieka nie nakarmi i nie ocali, bez względu na to, co by o tym mówili

filozofowie. Gdy się nie ma wyboru, oddaje się diament za paszport czy choćby mocną wizę.

Antykwariusz pokiwał głową na znak zgody i chwilę w milczeniu obracał w dłoniach szklankę z jakimś gorącym naparem z ziół, który zastępował

mu herbatę. Potem uniósł brwi i spojrzał na Artura z uśmiechem.

— I tu sam pan sobie przeczy, panie Załuski! Mówi pan, że filozofowie nie mieli racji, bo książka nie może nikogo ocalić. A jednak chyba może,

skoro da się ją wymienić na paszport czy wizę.

Artur uśmiechnął się, a Kravitzer ciągnął dalej:
— Od początku wojny widziałem już takie cuda, o jakich mi się nigdy nie śniło. 

Anatomia

 Caspara Bartholina… Także inne foliały, o których

w Polsce nikt nie słyszał, a i w Europie zachowało się tylko kilkaset sztuk. Niezwykłe, niesamowite — szeptał do siebie coraz ciszej. — A wie
pan? — ożywił się niespodziewanie. — Ostatnio dostałem do wyceny coś takiego. Pierwsze wydanie Szekspira! Kto to kupi? Kto teraz ma na to
pieniądze?  —  emocjonował  się  antykwariusz,  a Artur  patrzył  na  niego  ze  smutkiem  i  przykrością.  Miał  wrażenie,  że  staruszek  już  trochę  traci
rozeznanie w rzeczywistości.

Załuski wyszedł od niego zmęczony i nieco zdenerwowany tym gadaniem o rzadkich książkach. Miał wrażenie, że Kravitzer zupełnie się poddał.

Mimo iż bał się, co przyniesie mu los, nie próbował zmienić swej sytuacji. Artur kilkakrotnie doradzał mu ucieczkę, oferując pomoc, ale stary tylko
uśmiechał się smutno i przecząco kręcił głową. Miał swój sklep, swoje zbiory i zamierzał zostać przy nich do końca.

— Do końca, panie Arturze, i dobrze pan wie, co mam na myśli! A na razie chciałbym, żebyśmy obaj udawali, że wszystko jest jak dawniej.

Proszę to dla mnie zrobić, bo w taki sposób lżej mi żyć i później lżej mi będzie umierać.

Takie  rozmowy  wprowadzały  detektywa  w  rozdrażnienie,  ponieważ  nie  lubił  bezczynności  i  pełnego  rezygnacji  pogodzenia  się  z  losem.  Nie

rozumiał tego.

Zatopiony w myślach, z przyzwyczajenia skierował się ku Wiśle i zanim zdążył się zorientować, znalazł się na początku Bernardyńskiej. Od razu

zrozumiał  też,  że  na  ulicy  coś  się  dzieje.  Nim  jednak  zdołał  zareagować,  ulicę  z  obu  stron  zablokowały  niemieckie  budy,  z  których  wyskoczyli
wrzeszczący żołnierze z psami.

Później  mówiono,  że  to  ruch  oporu  szykował  zamach  na  Franka  lub  innego  ważnego  dostojnika,  a  snajper  ukrywał  się  na  dachu  jednego

z domów przy Bernardyńskiej. Jak było naprawdę, tego Artur nigdy się nie dowiedział. Zrozumiał jednak coś zupełnie innego — ani na sekundę
nie zawładnął nim strach, choć przecież od początku oceniał swoje szanse na przeżycie jako marne.

Dwie  kolumny  żołnierzy  zaczęły  spychać  przechodniów  na  środek  ulicy;  ludzie  bezskutecznie  starali  się  ukryć  w  bramach  domów,  które

w  większości  przypadków  były  po  prostu  zamknięte.  Zresztą  nawet  otwarte  nie  gwarantowały  ocalenia  —  Niemcy  ścigali  uciekinierów  na
podwórkach  i  schodach,  gdy  ci  bezskutecznie  pukali  do  zamkniętych  drzwi  mieszkań.  Kilka  osób  wywleczono  z  piwnic  —  to  nie  była  dobra
kryjówka, bo zazwyczaj zamieniała się w pułapkę bez wyjścia.

Załuski błyskawicznie przypomniał sobie topografię tej ulicy. Miał fenomenalną pamięć, a od początku swej praktyki detektywistycznej zajmował

się  wyszukiwaniem  skrytek  oraz  bezpiecznych  przejść  pomiędzy  podwórkami  i  na  sąsiednie  ulice.  Zawsze  starał  się  myśleć  i  działać  jak
przestępca. Teraz, podczas okupacji, znajomość „sklepów rejonowych”, jak nazywał te tajne szlaki, mogła uratować mu życie.

Nie zastanawiając się zbyt długo, błyskawicznie skoczył w bramę przy klasztorze Bernardynów. Była nieco cofnięta, zasłaniał ją wystający front

kamienicy z numerem 3, tworzący naturalny załom muru. Na ulicy panowało zamieszanie, gdy ukrył się w cieniu sąsiedniego budynku i wspiął na
ozdobny  gzyms,  by  jednym  susem  przeskoczyć  klasztorny  mur.  Nikt  go  nie  zauważył,  a  pracujący  w  ogrodzie  bracia  uczynili  tylko  znak  krzyża,
widząc przebiegającego mężczyznę, który kierował się w stronę ulicy Koletek. Wydostanie się na chodnik również nie nastręczało problemów —
Artur ponownie przeskoczył mur, korzystając z nierówności ściany i plątaniny dzikiego wina bujnie pnącego się po starych, zniszczonych cegłach.
Na  Koletek  spokojnie  otrzepał  spodnie  i  wolnym  krokiem  odszedł  w  kierunku  miasta.  Zdążył  jeszcze  zobaczyć  gestapowskie  budy  uwożące
w stronę Montelupich schwytane ofiary. Choć nie było widać twarzy aresztowanych — stłoczonych gdzieś wewnątrz samochodu — Załuski mógł
wyobrazić sobie ich strach i przerażenie. Ale tylko wyobrazić, bo on nie doświadczał tego uczucia. Po prostu się nie bał, a w sytuacji zagrożenia
czuł wyłącznie przypływ adrenaliny i radość z ryzyka dającego mu niezwykłą, wręcz fizyczną przyjemność.

Jeszcze kilkakrotnie był w podobnej sytuacji jak ta na Bernardyńskiej i zawsze udawało mu się ujść bez szwanku. Ocalenie zawdzięczał przede

wszystkim zimnej krwi i świetnej znajomości miasta. Zaczął wierzyć, że nic mu nie zagraża, a fakt, że nigdy się nie boi, poczytywał za wyjątkowy
dar od losu.

Gdybym  odczuwał  lęk,  myślał  wielokrotnie,  byłbym  po  prostu  słaby.  Strach  odbiera  możliwość  działania,  paraliżuje,  prowadzi  wyłącznie  do

rozpaczy. W dodatku uzależnia jak narkotyk. Ten kto się boi, nie jest w pełni człowiekiem.

Tymczasem wciąż szukał pracy, bo powoli bieda zaczęła mu zaglądać w oczy. To zadziwiające, jak podczas wojny błyskawicznie tracą wartość

pieniądze, a koszty życia rosną. Po niedługim czasie praktycznie nie można było w Krakowie dostać mięsa ani żadnego tłuszczu, chleb był na
kartki, a cukier w ogóle przestał się pojawiać. Niebotyczną karierę zaczęły robić wszelkiego rodzaju erzace: zamiast cukru — sacharyna, zamiast

background image

smalcu — olej. Takiej biedy Załuski nie zaznał od czasów studiów, gdy w Wiedniu puszczał pieniądze przeznaczone na utrzymanie na zabawę
i  wyścigi  konne.  Coraz  bardziej  potrzebował  stałego  zajęcia  przynoszącego  dochód,  ale  propozycje,  które  otrzymywał,  były  raczej  trudne  do
zaakceptowania.

Najdziwniejszą z nich była oferta wstąpienia do policji śledczej. Złożył mu ją inny kolega, dawny śledczy kryminalny, który ze względu na swoje

niemieckie korzenie po wybuchu wojny znalazł się w Kripo.

Zaprosił Artura  na  piwo  do  Bisanza  i  zaoferował  posadę.  Gdy  Załuski  wyraził  ogromne  zdumienie  tą  propozycją,  kolega  odparł,  że  z  racji

wiedeńskich studiów i austriackiego pochodzenia po babce miałby wielką szansę zostać volksdeutschem, co znacznie ułatwiłoby mu życie.

— Twoja matka była, zdaje się, z domu Horn? — zapytał policjant, Janek Boehme, z którym Artur chodził do szkoły powszechnej.
— Moja matka jest Polką, podobnie jak była nią moja babka — powiedział mocno zdenerwowany Załuski i wyciągnął z kieszeni monetę, by

zapłacić za piwo i natychmiast opuścić lokal. — A mój kuzyn Ignacy Horn walczył w Hiszpanii i to nie po stronie faszystów.

Policjant obejrzał się strachliwie za siebie i uciszył go ruchem dłoni.
— Przestań! Nawet nie wspominaj o Ignacym, bo cię mogą za to zamknąć!
— Wątpię, czy żyje — powiedział Artur, patrząc na Janka niechętnie. — Nie mieliśmy od niego wiadomości od 1938 roku, kiedy trafił do obozu

w Miranda de Ebro.

— Sam więc widzisz — policjant przerwał mu nerwowo. — Nie ma się co chwalić znajomością z Hornem…
—  Sam  więc  widzisz  —  kpiąco  powtórzył  Artur  —  że  bardzo  trudno  mi  się  będzie  podać  za  Niemca…  którym  nie  jestem,  mimo  twych

szlachetnych sugestii, ponieważ moja 

grossmutter

 była tylko Austriaczką. Choć oczywiście nie mam się czego wstydzić, bo w końcu nasz dzielny

führer także urodził się w tym nudnym kraju walca i czekoladowego torcika.

Janek, a właściwie teraz już Hans Boehme zmełł w ustach przekleństwo i wyszedł z lokalu, zostawiając Artura przy stoliku. Załuskiemu nie było

wcale do śmiechu. Miał wrażenie, że jego sytuacja z każdym dniem się pogarsza.

Wypłacił  z  banku  wszystko,  co  się  dało,  i  sprzedał  niepotrzebne  rzeczy.  Październik  był  chłodny,  ale  w  listopadzie  przyszła  już  ostra  zima

z zawiejami śnieżnymi. Miał na tyle rozsądku, żeby nie wyprzedawać garderoby i ciepłych płaszczy, choć akurat one cieszyły się na rynku wielkim
powodzeniem. Malutkie mieszkanie postanowił ogrzewać piecykiem zwanym „kozą”, zaopatrzył się zatem w większą ilość opału, co okazało się
znakomitą inwestycją. Zamierzał jak najmniej wychodzić z domu i pokazywać się na mieście.

Obecność Niemców działała na niego przygnębiająco i odbierała mu ochotę do spacerów. Na Rynku Głównym zainstalowano co półtora metra

wysokie  maszty  flagowe,  na  których  łopotały  wielkie  chorągwie  ze  swastyką.  Taka  sama  ogromna  szmata  zwieszała  się  z  Wawelu  będącego
rezydencją Generalnego Gubernatora Hansa Franka. Artur musiał ją oglądać, ilekroć tylko spojrzał przez okno. Nauczył się później ignorować ten
nazistowski symbol, udając, że go nie zauważa. Rynek przemianowano na Alte Market, Wawel zaś na Burg. Po mieście krążyły plotki, że Niemcy
zdarli z Kaplicy Zygmuntowskiej pozłotę wartą kilkadziesiąt milionów złotych. Tych pogłosek nie dało się sprawdzić, bo Polacy nie mieli wstępu na
Wawel,  podobnie  jak  nie  wolno  im  było  wchodzić  do  Lasku  Wolskiego,  gdzie  stacjonowało  wojsko,  czy  spacerować  w  okolicach  Błoń,
zamienionych na wielki poligon.

Z każdym dniem hitlerowcy panoszyli się w Krakowie coraz bardziej.
Z Niemiec przyjechał specjalny minister, który zajął się rabowaniem dzieł sztuki. Wywieziono ołtarz Wita Stwosza do Berlina, ze ścian Muzeum

Narodowego  zdjęto  najcenniejsze  obrazy.  Szef  oddziału  sztuki  przy  Generalnym  Gubernatorstwie,  niejaki  Kajetan  Mühlmann,  działał  niezwykle
szybko i skutecznie. Trudno się zresztą dziwić — to w końcu on złupił w 1938 roku w Wiedniu kolekcje Oskara Bondy i rodziny Ephrussi. Artur
podejrzewał, że miał w muzeach swoich konfidentów, którzy udostępniali mu katalogi zbiorów.

Tym  razem  Załuski  się  mylił;  Mühlmann  miał  przede  wszystkim Agnes  Petzoldt.  O  tej  niemieckiej  baronównie  wykształconej  na  berlińskim

uniwersytecie i w wiedeńskiej akademii sztuki krążyły wręcz fantastyczne opowieści. Była ulubienicą Hitlera i jego doradczynią w sprawie cennych
obiektów.  Mówiono,  że  to  na  specjalne  polecenie  führera  jeździ  po  Europie  i  wyszukuje  rzadkie  i  najbardziej  wartościowe  dzieła.  Gubernator
Frank nie lubił jej, ale miał na tyle oleju w głowie, żeby się z tym nie afiszować. Podobnie nie znosił jej komendant miasta Otto von Wächter, który
zajął rodową siedzibę Potockich, czyli Pałac Pod Baranami i na własną rękę zaczął ściągać tam ukradzione z muzeów sprzęty i obrazy. Plotka
głosiła, że Agnes Petzoldt wkroczyła kiedyś do Pałacu bez zapowiedzi i uprzedzenia, zrugała żonę Wächtera, wyglądającą jak tłusta niemiecka
gęś, i odebrała komplet secesyjnych mebli.

Gdy urażona pani Wächter, najwyraźniej nie wiedząc, z kim ma do czynienia, zaczęła ciskać się w gniewie i obiecywać rychłą interwencję męża,

a nawet samego gubernatora, Agnes Petzoldt osadziła ją jednym zdaniem, które zdarzało się jej wypowiadać bardzo często:

— Führer się tym interesuje…
Agnes była wyrachowana, przebiegła i atakowała jak żmija; hazard był jej ulubioną rozrywką, więc traktowała te poszukiwania jak sport. Jej

pościg za kolekcją Czartoryskich przeszedł do legendy — baronówna tropiła zbiory wytrwale, aż dopadła je w Sieniawie. Na nic zdały się protesty
właścicieli,  że  obiekty  należą  do  prywatnej  fundacji,  a  nie  do  rządu  polskiego,  na  nic  interwencje  u  koronowanych  głów  Europy,  na  nic  próby
odwołania się do arystokratycznego pochodzenia Agnes Petzoldt. Wywiozła wszystko, co ją interesowało, w tym niezwykły eksponat, nigdy już
później  nieodnaleziony:  szkatułkę  królewską,  w  której  Izabela  Czartoryska  gromadziła  pamiątki  po  polskich  władcach.  Trzy  obrazy  —  Rafaela,
Rembrandta  i 

Damę z łasiczką

  —  szybko  wysłała  do  Berlina,  skąd  jeszcze  prędzej  wróciły  jako  dar  Hitlera  dla  Hansa  Franka.  Najwyraźniej

wodzowi nie zależało na nich w najmniejszym stopniu.

O baronównie można było usłyszeć różne plotki. Mówiono, że specjalnie angażowała polskie służące, by później je bić i dręczyć. Ponoć miała

sadystyczne  skłonności,  których  nawet  nie  starała  się  tłumić,  a  jej  pokojówki  chodziły  posiniaczone  i  z  podrapanymi  twarzami.  W  swoich
apartamentach ukrywała kolekcję damasceńskich noży, którymi uwielbiała kaleczyć swe ofiary. Dziwne zestawienie — niemiecka arystokratka
i utalentowany nożownik jednocześnie. I to bynajmniej nie był jedyny kontrast w osobowości baronówny.

Powszechną  uwagę  zwracał  jej  wygląd. Agnes  była  wysoka,  niezwykle  zgrabna,  miała  bladą,  pociągłą  twarz  i  ciemne,  prawie  czarne  włosy

obcięte  na  wysokości  karku.  Nie  nosiła  typowej  dla  niemieckich  kobiet  fryzury  z  gładko  zaczesanymi  włosami  po  bokach  głowy  i  starannie
ułożonym  wałeczkiem  z  tyłu  ani  też  charakterystycznych  dla  nazistowskich  urzędniczek  strojów  z  długą,  prostą  spódnicą  i  prawie  męską
marynarką.  Baronówna  wyglądała  jak  kobieta  przeniesiona  z  lat  dwudziestych,  z 

variétés

  w  stylu  szwajcarskiego  Cabaret  Voltaire.  Uwagę

przyciągał  pewien  szczegół  jej  twarzy  —  lewe  oko  miała  przysłonięte  satynową  przepaską.  Straciła  je  podczas  zamachu,  w  którym  zginął  jej
narzeczony,  adiutant  Hitlera,  Bruno  von  Kempisch.  Mówiono,  że  był  to  atak  na  samego  führera,  ale  on  jak  zwykle  uniknął  śmierci  —  nie  wziął
udziału w wystawie, na której eksplodowała bomba. Von Kempisch stracił życie, a jego narzeczona oko. Odłamek uszkodził ponoć oczodół w tak
oszpecający  sposób,  że  Agnes  nigdy  nie  pokazywała  się  bez  opaski.  Drugie  oko  podkreślała  natomiast  niezwykle  starannym  ciemnym
makijażem, nadającym jej twarzy pełnego tajemniczości blasku. W tym czasie, rzadko która kobieta przykładała tak dużą wagę do swej aparycji
i stroju, baronówna jednak zawsze wyglądała perfekcyjnie i popisywała się nieskazitelną elegancją. Suknie sprowadzała z Rzeszy, podobnie jak
robione na zamówienie kapelusze, miała też kolekcję futer. Po mieście poruszała się sportowym czerwonym bentleyem, którego jeszcze przed
wojną przywiozła z Anglii, jeździła brawurowo i bardzo ryzykownie.

Mieszkała  przy  ulicy  Retoryka,  w  kamienicy  zbudowanej  przez  znanego  krakowskiego  architekta  okresu  secesji  Teodora  Talowskiego

i  nazwanej  przez  niego  „Ars  longa,  vita  brevis”.  Mówiono,  że  sama  wybrała  ów  dom,  właśnie  ze  względu  na  tę  inskrypcję.  Zajmowała  tam
siedmiopokojowe mieszkanie, w całości ponoć wypełnione wiedeńską secesją, którą kolekcjonowała.

Artur nigdy jej nie widział i nie bardzo miał ochotę oglądać. Wściekłością napawał go fakt, że ktoś tak fałszywy i pazerny jak ona może panoszyć

się w jego mieście i w jego kraju. Nazistowska buta i zapatrzenie w siebie irytowały go i wpędzały w przygnębienie. Tak przeżył pierwszą zimę
okupacji i część wiosny.

background image

Wiosną 1940 roku oszczędności Artura ostatecznie się wyczerpały. Racje żywnościowe wciąż były maleńkie, a ceny na czarnym rynku szalały.

Kolejki  przed  sklepami  stały  się  wojenną  powszedniością.  Okazało  się  jednak,  że  mimo  wojny  w  narodzie  pojawił  się  niezwykły  pęd  do  nauki
języków  obcych.  Jak  głosił  obiegowy  dowcip:  „Optymiści  uczą  się  angielskiego,  pesymiści  niemieckiego,  a  głupcy  francuskiego”.  Załuski  znał
wszystkie te języki, więc zaczął udzielać prywatnych lekcji.

Ponieważ nie chciał przyjmować nikogo u siebie, korepetycje zmusiły go do wędrówek po mieście, co z kolei narażało go na znienawidzone

widoki żołnierzy Wehrmachtu, niemieckich mundurów, znaczków ze swastykami i nazistowskich flag. Niemcy działali mu na nerwy, burząc jego
klasyczne poczucie estetyki.

Jeden raz widział nawet gubernatora Franka. Szedł wówczas na lekcję i znalazł się w okolicy Brackiej, nazywanej teraz Kassino-Gasse, bo

w  zamykającym  ją  Pałacu  Larischa,  dawnej  siedzibie  prezydenta  miasta,  urządzono  dom  gry  dla  Niemców.  Nagle  od  strony  Franciszkańskiej
w jakimś zupełnie dzikim tempie wyjechało pięć samochodów tworzących kolumnę otoczoną przez motocykle. Zatrzymali się przy Domu Partii;
żołnierze niezwykle szybko sformowali potrójny szpaler, w którym pojawił się nerwowy, czarnowłosy mężczyzna o zaciętej twarzy. Artur Załuski znał
go jedynie z niezbyt wyraźnych zdjęć w gazecie, ale od razu domyślił się, że ma przed sobą Hansa Franka. Gubernator szybkim krokiem przeszedł
z jezdni do bramy i zniknął za drzwiami. Król Polski, pomyślał z przekąsem Artur.

Pod  koniec  lata  zupełnie  nieoczekiwanie  znalazł  wreszcie  satysfakcjonujące  źródło  zarobków  —  otworzył  biuro  pisania  podań.  Niemiecka

biurokracja całkowicie spełniła pokładane w niej nadzieje — krakowianie musieli wypełniać niezliczone ilości druczków, formularzy i podań, co dla
osób nieznających biegle języka stanowiło nie lada problem. Aby cokolwiek załatwić, trzeba było przedstawić w urzędzie druk. Niemcy uwielbiali
wręcz wszelkie, jak to nazywał Załuski, „poświadczenia do zaświadczenia”, wiedział więc, że pracy mu nie zabraknie.

Artur wystarał się o koncesję, zdobywając ją między innymi dzięki łapówce, czyli obrazowi niezwykle wówczas popularnego Juliusza Kossaka,

i w małym lokalu na parterze kamienicy, w której mieszkał, otworzył biuro. Była to doskonała inwestycja. Administracja niemiecka produkowała
nowe wytyczne i zarządzenia z szybkością przedwojennej Luxtorpedy, a ludzie nie nadążali z uzupełnianiem wszystkich dokumentów.

Artur szybko zauważył, że mnogość wymaganych danych, koniecznych papierów i obowiązkowych wpisów to kolejny sposób, w jaki okupant

starał  się  inwigilować  społeczeństwo.  Większość  tych  informacji  była  kompletnie  nieważna  dla  załatwianej  sprawy,  ale  na  pewno  przydatna
Niemcom.  Siłą  rzeczy  Załuski  musiał  też  zaprenumerować  „Gońca”  jako  dziennik,  który  publikował  ogłoszenia  urzędowe.  Zebrał  też  pokaźną
biblioteczkę niemieckich aktów prawnych i rozporządzeń Generalnego Gubernatorstwa.

Na co mi przyszło, mówił do siebie. Tak długo uciekałem przed pracą adwokata, by wreszcie stać się marnym gryzipiórkiem prowadzącym

biuro  podań.  Wiedział  jednak,  że  nie  powinien  narzekać.  Lekcje  języków  były  mało  opłacalne  i  męczyła  go  codzienna  bieganina,  a  z  pisania
podań  miał  co  prawda  zerową  satysfakcję,  ale  za  to  wysokie  dochody.  Mógł  sobie  wreszcie  pozwolić  na  lepsze  jedzenie,  a  nawet  posiłki
w restauracjach, za którymi bardzo tęsknił w okresie słabej prosperity.

Ludzie przychodzili z najróżniejszymi problemami, w większości byli to przesiedleńcy, którzy chcieli się jakoś zainstalować w Krakowie. Wiele

spraw  dotyczyło  też  kwestii  mieszkaniowych.  Utworzenie  dzielnicy  niemieckiej,  ciągnącej  się  od  Parku  Krakowskiego  w  kierunku  Bronowic
i  wokół  budynku Akademii  Górniczo-Hutniczej,  zamienionej  na  siedzibę  rządu  Generalnego  Gubernatorstwa,  spowodowało  wysiedlenie  setek
osób, które poszukiwały innego lokum. Artur miał wrażenie, że w Krakowie nieustannie trwa jakaś gigantyczna wędrówka ludów — przemieszczali
się zarówno stali mieszkańcy miasta, jak i napływający tu uciekinierzy, zwłaszcza z poznańskiego.

Miał więc ręce pełne roboty. Zimą musiał zatrudnić pomocnika. Abraham Kravitzer polecił mu Antoniego Smołę, młodego chłopaka, który przed

wojną zaczął studiować prawo. Młody człowiek okazał się pracownikiem dobrym i obowiązkowym. Przychodził do biura na długo przed swoim
pryncypałem, a gdy tylko Artur pojawiał się w drzwiach, rzucał się, by przygotować herbatę. Nigdy nie wziął niczego bez pozwolenia i choć widać
było, że mu się nie przelewa, starał się w biurze jeść i pić tylko to, co przyniósł z domu.

Był solidny i małomówny, za co Załuski najbardziej go cenił. Chłopak przyjmował wszystkich interesantów z tą samą chłodną uprzejmością, która

budziła szacunek klientów i jednocześnie nie pozwalała na nadmierne spoufalanie się. Jego fachowość i świetna znajomość języka niemieckiego
także nie pozostawiały nic do życzenia. Smoła urodził się w Zagłębiu Ruhry, gdzie jego ojciec był górnikiem, ale dosyć niechętnie mówił o swojej
rodzinie i przeszłości. Był bardzo skryty i milczący, nigdy się nie skarżył, nie narzekał na swój los, niczemu się nie dziwił, żadna sprawa nie była dla
niego zbyt zawiła czy trudna. Załatwiał wszystko, jakby stopień skomplikowania problemu nie miał dla niego znaczenia. Po zakończeniu godzin
urzędowania starannie sprzątał swoje miejsce pracy i spieszył się do własnych spraw, pozostawiając zamknięcie biura Załuskiemu. Taka była
między  nimi  niepisana  umowa. Artur  często  zostawał  sam  w  biurze  i  po  wyjściu  pomocnika  przeglądał  papiery,  czytał  urzędowe  dzienniki  czy
rozporządzenia.

Czasami, gdy dokuczyła mu samotność, zakładał kapelusz i ruszał na późny obiad do jednej z restauracji. Śmieszyła go obłuda ich właścicieli.

Oficjalnie władze niemieckie walczyły z czarnym rynkiem, nieoficjalnie popierały go. Racje kartkowe dla Polaków były tak małe, że korzystający
wyłącznie  z  nich  byli  narażeni  na  śmierć  głodową  i  stawali  się  przymusowymi  klientami  jadłodajni  prowadzonych  przez  Komitet  Opiekuńczy.
Czarny rynek istniał zatem i rozwijał się wspaniale między innymi dzięki Niemcom sprzedającym zainteresowanym drogie alkohole i jedwabne
pończochy, by w zamian nabyć produkty żywnościowe, które można było wysłać do Rzeszy. Tak to bowiem było z wojennymi fortunami — ludzie
zdobywali duże pieniądze, których nie było na co wydać. Okupacyjni milionerzy, zwykle wywodzący się spośród handlarzy i szmuglerów, mogli
więc raczyć się najlepszymi trunkami i posiłkami w drogich restauracjach i… niewiele więcej.

Knajpy — w ramach walki z czarnym rynkiem czy też, jak go zwano w Krakowie, „paskiem” — miały oficjalny, zaakceptowany przez władze

cennik, zwykle wywieszony przed lokalem. Wedle tego cennika kotlet kosztował dwa złote, a najlepsze dania pięć. Gdy się jednak wchodziło do
środka, siadało przy stoliku i żądało posiłku w tej cenie, rychło okazywało się, że ostatnia porcja „akurat wyszła” i można zamówić coś innego,
równie świetnego, tylko pięć razy drożej.

Artura,  jako  się  rzekło,  śmieszyła  ta  ekwilibrystyka  knajpiarzy.  Choć  obecnie  nie  uskarżał  się  na  zarobki,  brzydziło  go  wyrzucanie  pieniędzy

w  błoto,  zwłaszcza  w  obliczu  niewyobrażalnej  nędzy,  jaka  dotykała  innych.  Załuski  nie  był  wrażliwy  i  czułostkowy,  ale  miał  poczucie  smaku;
korzystanie z uciech życia, gdy inni nie mieli na chleb, uważał zatem za naruszenie zasady 

decorum

, zwłaszcza gdy przyzwoity kotlet wieprzowy

kosztował osiemnaście złotych, a pensja urzędnika wynosiła dwieście.

Wiosną 1941 sytuacja ponownie się zmieniła — naziści spełnili swoją zapowiedź i utworzyli getto na Podgórzu, gdzie w ciągu zaledwie dwóch

tygodni przesiedlono ludność pochodzenia żydowskiego. Getto było małe i składało się jedynie z piętnastu wąskich ulic z niewielkimi, zazwyczaj
parterowymi lub piętrowymi domami. Abraham Kravitzer został wysiedlony na ulicę Węgierską, gdzie uruchomił ponownie mały sklep, i zatroskany
Artur, któremu dzięki sowitej łapówce udało się wystarać o przepustkę, odwiedzał go tam od czasu do czasu.

Tak przeszło kilka kolejnych miesięcy; w czerwcu Hitler zaatakował Związek Radziecki i wydawało się, że nic nie jest w stanie powstrzymać go

przed triumfalnym pochodem na wschód. Artur, przygnębiony sytuacją na froncie i troskami codziennego okupacyjnego dnia, prawie nie zauważył,
że  wkrótce  minęło  lato  i  nadeszła  jesień,  a  z  nią  widmo  kolejnego,  trzeciego  już  roku  okupacji  i  zimy  tak  mrocznej  jak  najkoszmarniejszy  sen.
Ogarniała go chandra, z którą walczył za pomocą laudanum z zaprzyjaźnionej apteki przy Grodzkiej i nieczęstych wizyt w knajpie. Czasami lubił
wyjść i zagubić się w tłumie. Niczego się nie bał, po prostu czuł obrzydzenie do tej wojny.

Tego jesiennego dnia już, już miał założyć kapelusz i udać się na późny obiad, gdy do drzwi wejściowych ktoś zastukał.
Było  tuż  po  ósmej  wieczorem  i  godziny  pracy  biura  podań  dawno  się  skończyły,  a  Załuski  nie  przypominał  sobie,  by  się  z  kimś  umówił

prywatnie. Mimo to odłożył kapelusz i otworzył drzwi.

Stała za nimi bardzo szczupła kobieta w średnim wieku, ubrana starannie i dostatnio w ładny płaszcz. Na głowie nosiła kapelusz, a nie chustkę

czy beret jak inne panie. Załuski odniósł niejasne wrażenie, że skądś ją zna.

— Pan Artur Załuski? — spytała, a on skinął głową. — Prywatny detektyw? — upewniła się jeszcze, a Artur się roześmiał.

background image

— Byłem nim przed wojną, ale teraz zajmuję się pisaniem podań.
Kobieta skrzywiła się.
—  Podanie  potrafię  napisać  sobie  sama  —  powiedziała  dosyć  impertynenckim  tonem.  —  Potrzebuję  pańskiej  pomocy  jako  prywatnego

detektywa. Wpuści mnie pan wreszcie?

Załuski przeprosił i odsunąwszy się od drzwi, przepuścił dziwnego gościa. Kobieta rozejrzała się po skromnym wnętrzu biura, wyjęła szpilkę

i  zdjęła  kapelusz,  odsłaniając  gładko  zaczesane  ciemne  włosy.  Płaszcz  tylko  rozpięła,  przysuwając  sobie  krzesło  nieco  bliżej  biurka.  Zdjęła
eleganckie  rękawiczki  z  delikatnej  skórki,  odsłaniając  ręce  o  długich,  szczupłych  palcach  ozdobionych  złotymi  pierścionkami.  Zamożna,  uznał
Artur, wchodząc w swą dawną profesję detektywa. Zawsze najpierw starał się ocenić klienta, zgadnąć, z czym do niego przychodzi. Ta kobieta
stanowiła dla niego pewną tajemnicę.

Zdecydowanie nie była piękna, ponieważ w szczupłej, trójkątnej twarzy miała coś odpychającego. Dodatkowo efekt psuły głęboko osadzone

oczy, teraz jeszcze mocno podkrążone, jakby ich właścicielka źle sypiała od dłuższego czasu.

— Jestem Teresa Orwat — powiedziała, najwyraźniej zdenerwowana oględzinami, którym ją poddał. — Przychodzę w sprawie mojego brata

Juliana.

— Byłem pewny, że panią znam — powiedział Załuski. — Widziałem panią przed wojną na zdjęciu w gazecie. Z bratem…
Wzruszyła ramionami, jakby to jej zupełnie nie obchodziło.
— Mniejsza z tym — powiedziała. — Chodzi o to, że mój brat zaginął.
— Zaginął? — zdziwił się Artur. Myśl, że słynny jasnowidz szukający osób zaginionych i zmarłych sam zniknął, wydawała się dosyć absurdalna

i nierzeczywista, ale darował sobie uszczypliwą uwagę na ten temat.

Chwilę patrzyła na niego, jakby czekając, czy powie coś niestosownego, ale kiedy nic takiego nie nastąpiło, ciągnęła:
—  Brat  prowadził  ostatnio  bardzo  trudne  i  wyczerpujące  sprawy.  Spotykał  się  z  różnymi  ludźmi,  czasami,  choć  niezwykle  rzadko,  wychodził

z domu na dłużej. Nigdy mi się nie zwierzał, co robi i dokąd chodzi, a ja nie pytałam, bo wiedziałam, że tego nie lubi. Kilka dni temu wyszedł rano
z mieszkania i nie wrócił. Czekałam spokojnie do wieczora, potem do rana, ale zaczęłam się niepokoić, bo nigdy wcześniej coś takiego się nie
zdarzyło…

— Jest wojna — wtrącił się Artur.
Zmierzyła go wyniosłym spojrzeniem.
— Tak, wiem, proszę pana. Dlatego zwlekałam tak długo z zawiadomieniem policji. Gdy to wreszcie zrobiłam, miałam wrażenie, że zupełnie ich

to nie interesuje. Mój brat nie jest byle kim, sam pan to przyzna. Doradzał polskiemu rządowi, ale też wielu znakomitościom zagranicznym, również
Niemcom. A tu jakby się to w ogóle nie liczyło. Poszłam do Rady Opiekuńczej, do hrabiego Ronikera i on obiecał mi zrobić, co w jego mocy, ale
do tej pory nie mam żadnych wieści o Julianie. Wtedy pomyślałam o panu. Czytywałam przed wojną „Tajnego Detektywa”, doszłam do wniosku, że
pan się nadaje najlepiej do tego typu poszukiwań. Chcę odnaleźć brata, bez względu na koszty.

Artur zastanowił się, w jaki sposób ubrać w słowa to, co miał do powiedzenia, aby jej nie urazić.
—  Nie  bierze  pani  pod  uwagę,  że  bratu  mogło  się  coś  stać?  Jest  wojna,  ludzi  zdesperowanych  nie  brakuje,  napady  rabunkowe,  także

zakończone morderstwem, zdarzają się nader często, a władz niemieckich to nie interesuje, chyba że ofiarą jest Niemiec.

Teresa Orwat stanowczo pokręciła głową.
— Całkowicie to wykluczam! Powiem panu więcej, jestem przekonana, że mój brat żyje!
— A na jakiej podstawie? — zainteresował się detektyw, a ona spojrzała na niego ze złością.
—  Proszę  pana,  zanim  zdradzę  panu  szczegóły,  chciałabym  wiedzieć,  czy  podejmie  się  pan  sprawy.  Bo  w  innym  wypadku  nie  chciałabym

odkrywać pewnych sekretów brata.

Załuski zastanowił się. Odwykł już od zawodu detektywa, ale ponowna możliwość poprowadzenia śledztwa była ogromnie kusząca. Z drugiej

strony  czuł  wstręt  do  miasta  pod  okupacją  i  niemieckich  urzędników,  których  musiałby  spotykać.  Ale  to  sprawa  zaginięcia  Juliana  Orwata,
najsłynniejszego jasnowidza — dziwne, że do tej pory nie dotarły do niego żadne plotki na ten temat, widać zdarzenie było jeszcze świeże.

Podjął decyzję.
— Szanowna pani, przyjmę zlecenie, to dla mnie zaszczyt pomóc tak słynnemu człowiekowi i jego rodzinie.
Twarz Teresy Orwat wygładziła się, bo widać takiej odpowiedzi oczekiwała.
—  Pyta  pan,  skąd  biorę  pewność,  że  mój  brat  żyje?  Otóż,  ale  niech  to  pozostanie  między  nami,  mój  brat  miał  wizję  swojej  śmierci.  Był

przekonany, że umrze w roku 1944, 

nota bene

, wojna będzie wtedy jeszcze trwała…

Brednie, doszedł do wniosku Artur, którego dreszcz przeszedł na samą myśl, że mogłaby to być prawda. Już teraz nie było co jeść, więc sytuacji

za kilka lat w ogóle sobie nie wyobrażał.

— Kiedy brat miał tę wizję? — zapytał, a siostra jasnowidza odpowiedziała natychmiast, jakby przygotowana na to pytanie:
— W 1936 roku, ale ja poznałam szczegóły w listopadzie 1937.
— Tak dokładnie to pani pamięta? — zdziwił się Artur, a ona potwierdziła skinieniem głowy.
— Okoliczności związane z tą wizją na zawsze zapadły mi w pamięć, ale w tej chwili nie  będziemy  o  tym  rozmawiali.  Chcę  tylko,  żeby  pan

wiedział, że wierzę w talent mojego brata i jestem przekonana, iż nie zginął w żadnym ulicznym napadzie. Sądzę, że został uprowadzony.

— Uprowadzony? — zdziwił się Artur. — Przez kogo?
Ona uśmiechnęła się, po raz pierwszy odkąd weszła do biura.
— W tym celu zaangażowałam pana. To pan ma mi odpowiedzieć na to pytanie.
Artur zmierzył ją wzrokiem i z czeluści swej szuflady w biurku wyciągnął duży notes, który niegdyś, w innym życiu, służył mu do opracowywania

wstępnych szkiców spraw.

Otworzył go na wolnej stronicy i posługując się wynalezionym przez siebie szyfrem opartym na kombinacji kodów i znaków stenograficznych

wpisał bieżącą datę i nazwisko klientki.

— Będę potrzebował kilku informacji.
Teresa skinęła głową.
— To zrozumiałe, proszę pytać.
— Powiedziała pani, że brat pracował nad kilkoma zagadnieniami… Chciałbym poznać szczegóły.
Kobieta zawahała się, ale po chwili odpowiedziała:
—  Prowadził  dwie  trudne,  jak  sam  mówił,  sprawy.  Jedną  było  poszukiwanie  młodej  dziewczyny,  zlecili  mu  to  zrozpaczeni  rodzice.  Nie  mam

pojęcia, o co dokładnie chodziło, ale Julian podejrzewał, iż dziewczyna nie żyje. Miał widzenie… Widział jej zwłoki w jakimś rowie przy drodze,
przykryte  czerwonym  płaszczem.  Więcej  nie  wiem  —  powiedziała  bezradnie  i  nerwowo,  zaciskając  bezwiednie  dłonie.  Cała  jej  wcześniejsza
arogancja znikła, a w jej miejsce pojawiła się rozpacz, a nawet lekka desperacja. Stało się oczywiste, że Teresa Orwat żyje w wielkim napięciu i to
już od dłuższego czasu.

— Rozumiem — uspokoił ją Artur. — A druga sprawa?
— Manuskrypt. Komuś zaginęło cenne dzieło. Jakiś starodruk o dużym formacie. Julian podjął się odszukania zguby. Nie zdradził mi jednak, czy

miał jakąś wizję w tej sprawie. Wie pan, brat był bardzo skuteczny w poszukiwaniach zaginionych dokumentów.

— Tak, słyszałem o tym — odpowiedział Artur. — Czy wie pani, kim byli zleceniodawcy?
Pokręciła przecząco głową.

background image

— Nie mam pojęcia. Miałam tylko wrażenie, że w sprawie tego starodruku przychodził ktoś z Magistratu, jakiś urzędnik lub wojskowy. Co do

dziewczyny natomiast, to wiem, że o udzielenie pomocy jej rodzinie poprosił brata jeden z członków loży.

— Loży? — Artur właściwie nie był tym zdziwiony. Jego ojciec też należał do masonerii, ale samego Artura zupełnie to nie interesowało.
Teresa niechętnie wzruszyła ramionami.
— Proszę pani — Załuski starannie ważył słowa — pani brat zaginął, a ja nie otrzymałem od pani żadnej informacji, od której mógłbym zacząć

dochodzenie. Zaginiona dziewczyna, skradziona książka… Sama pani przyzna, że to za mało.

Panna Orwat otaksowała go spojrzeniem.
— Być może pomyliłam się co do pana — wycedziła przez zaciśnięte zęby. Wstała i zaczęła zakładać rękawiczki. Artur również podniósł się ze

swojego miejsca.

— Najwyraźniej — powiedział swobodnie, patrząc na nią z uwagą. Chwilę mierzyli się wzrokiem, aż Teresa westchnęła i sięgnęła do torebki.

Wydobyła z niej przewiązany sznureczkiem niewielki notes w skórzanych oprawkach. Położyła go na stole i szybkim ruchem zatrzasnęła torbę.

— Dobrze więc, spróbuję panu zaufać, bo chyba nie mam wyboru. To notatnik Juliana. Spisywał w nim różne myśli, luźne uwagi dotyczące

spraw. Nic więcej nie wiem. Oczekuję wiadomości od pana za kilka dni. Nie musi pan do mnie przychodzić. Wystarczy list.

Skinęła mu głową i wyszła, delikatnie zamykając za sobą drzwi. Załuski podniósł ze stołu notes i rozwiązał sznurek. Większa część notatnika

była zapisana równym kaligraficznym pismem, praktycznie bez marginesów. Artur przyjrzał się uważnie i nie mógł się nie roześmiać.

Orwat posługiwał się tajnym kodem.

Rozdział drugi. Labirynt

Załuski nie dziwił się jasnowidzowi, że notował swe myśli szyfrem, sam w końcu także to robił. Szybko przysunął lampę i zaczął badać kartkę za

kartką. Zapis tylko na pozór wydawał się łatwy. Artur z doświadczenia wiedział, że tego rodzaju kody powinny być wygodne dla piszącego, czyli
opierać  się  na  jakimś  dobrze  mu  znanym  systemie.  On  korzystał  ze  stenografii,  którą  zmodyfikował  dla  swoich  potrzeb,  nieznacznie
przekształcając znaki i wprowadzając kilka swoich, niemających zresztą dla tekstu żadnego znaczenia. Ich zadaniem było jedynie wprowadzanie
niepowołanego czytelnika w błąd. Załuski pamiętał, że inni posługują się często martwymi językami, łaciną lub starożytną greką, czy też językiem
esperanto — tak czynił przykładowo jego ojciec, gdy nie chciał, by notatka była zrozumiała dla zbyt wielu osób.

Szyfr Orwata także oparty był na systemie greckich liter, które jednak nie dawały się ułożyć w jakiekolwiek zrozumiałe słowa. Artur pojął, że

kształty  były  tutaj  pretekstem,  ukrywając  zupełnie  inną  treść.  Przyglądał  się  zapiskom  przez  chwilę  ze  zmarszczonymi  brwiami.  Nie,  pobieżna
analiza zaprowadziła go donikąd. Sprawa nie była prosta.

Przerzucił  jeszcze  raz  notatki,  które  zrobił  podczas  rozmowy  z  Teresą.  Jasnowidz  zniknął  tydzień  wcześniej,  policja  kryminalna  nie  wykazała

specjalnego zainteresowania. O ile Artur sobie przypominał, w żadnej z gazet nie było doniesienia o morderstwie.

Orwat  nawet  w  tak  niepewnych  czasach  nie  mógł  zaginąć  całkowicie  bez  śladu.  W  grę  wchodziło  oczywiście  aresztowanie,  co  należało

sprawdzić w pierwszej kolejności, choć zapewne taką wiadomość Teresa uzyskałaby od hrabiego Ronikera. Inną możliwością był wyjazd czy po
prostu  ucieczka.  Ludzie  czasami  długo  przygotowują  się,  by  zniknąć  rodzinie  sprzed  oczu,  o  co  w  czasie  wojennej  zawieruchy  wcale  nie  jest
trudno. Prawdopodobne było także zabójstwo — morderstwo przypadkowe, rabunkowe lub z zemsty. Jasnowidz mógł wreszcie zostać porwany.

Skoro prowadził dwie sprawy dotyczące dwóch zaginięć, młodej kobiety i cennej książki, tutaj można było upatrywać klucza do rozwiązania

zagadki. Jego zniknięcie mogło wiązać się z jedną z tych spraw. Lub z obiema. Albo też z żadną z nich.

Artur rozsiadł się na krześle i z lubością wyciągnął przed siebie długie nogi. Moment, gdy zaczynał w śledztwie nanizywać koraliki hipotez, lubił

najbardziej. Na tym etapie szarada miała sto rozwiązań, a każde było jeszcze możliwe.

Dobra policyjna szkoła mówiła: wytypuj i sprawdź wszystkie ewentualności, odrzuć niepasujące, a ta, która zostanie, choćby nawet najbardziej

nieprawdopodobna, będzie prowadziła do prawdy.

Naszkicował plan działania na najbliższe dni. Na razie pójdzie ścieżką wydeptaną już przez Teresę — odwiedzi hrabiego Ronikera, szefa Rady

Opiekuńczej, i spotka się z kimś z policji.

Następnego dnia zawiadomił Smołę, że przez pewien czas nie pokaże się raczej w biurze. Pomocnik przyjął to z właściwym sobie spokojem.
— Pracuje pan nad czymś? — zapytał, ale widać było, że gdyby szef nie udzielił mu żadnej odpowiedzi, nie zmartwiłby się tym.
— Tak, mam pewną sprawę…
Smoła popatrzył na niego uważnie, jakby próbował przeniknąć jego zamiary.
— Coś kryminalnego? — spytał wreszcie, a Artur skinął głową.
—  Niech  pan  uważa,  mecenasie.  —  Pomocnik  zawsze  tak  tytułował  swego  pryncypała,  mimo  stanowczych  protestów  samego  Załuskiego.

— Radzę się trzymać z daleka od Montelupy i świętego Michała. Ponoć łatwo tam wpaść, a wyjść nieskończenie trudno.

Artur uścisnął mu dłoń z sympatią i powierzając jego opiece biuro oraz klientów, udał się na Krowoderską 5, gdzie mieściła się siedziba Rady

Głównej Opiekuńczej. Była to organizacja, która działała już podczas poprzedniej wojny, wspierając ubogich, sieroty i jeńców wojennych. Teraz
oprócz  wydawania  posiłków  i  odzieży  potrzebującym,  rozdzielania  zapomóg  i  świadczenia  pomocy  medycznej  zajmowała  się  przesyłaniem
paczek do obozów i więzień oraz pomocą wysiedlonym. Zarówno pierwszy prezes — książę Radziwiłł, jak i drugi — hrabia Adam Roniker mieli
pełne  ręce  roboty,  toteż  Załuski  nie  zdziwił  się,  że  nie  udało  mu  się  dostać  do  żadnego  z  nich.  Przyjął  go  za  to  jeden  ze  współpracowników
hrabiego, który okazał się dawnym studentem ojca Artura.

— Słucham pana, w czym możemy pomóc? Rada oczywiście rejestruje krakowską inteligencję i profesurę, mogę panu wydać skierowanie na

ulicę Gołębią, otrzyma pan zapomogę.

Załuski wyjaśnił, że nie przyszedł tu w tym celu. Wspomniał o znajomości z Teresą Orwat, jej wizycie u prezesa i spytał o najnowsze wieści.
Konstanty Grochowski, sekretarz prezesa, człowiek ponad czterdziestoletni o gładko wygolonych policzkach i starannie zaczesanych do góry

rzednących włosach, zamyślił się na chwilę.

— Tak, pamiętam tę sprawę. Panna Orwat była tutaj, przekonana, że jej brat został uprowadzony. Wiem, że prezes sprawdzał swoimi kanałami,

ale ani na Montelupich, ani w świętym Michale nie przetrzymują pana Orwata. Co więcej, władze niemieckie nic nie wiedzą o takiej osobie, nie
jest im znana i nie znajduje się w kręgu ich zainteresowań.

— To raczej dziwne — uśmiechnął się Artur. — Odniosłem wrażenie, że każdy znajduje się w kręgu zainteresowań Niemców.
— Pan Orwat najwyraźniej nie.
— Jego siostra mówiła mi, że policja odmówiła zajęcia się tą sprawą.
Grochowski spojrzał na Artura zmęczonym wzrokiem.
—  Trudno  się  dziwić.  W  tym  przypadku  nie  podejrzewam  ich  o  złą  wolę.  Po  prostu  mamy  czas  wojenny,  nie  sposób  wymagać,  by  policja

prowadziła śledztwa w sprawie zaginięć. Być może zakładają, że pan Orwat sam wróci do domu. Zresztą, między nami mówiąc, ja też mam taką
nadzieję. Panna Teresa wydała mi się osobą bardzo nerwową i przewrażliwioną na punkcie brata. Zapewne martwi się na zapas. Pan Julian mógł
gdzieś wyjechać, nie informując jej o tym, a obecnie połączenia drogowe są tak marne, że podróż z Krakowa do Katowic zajmuje cały dzień.

— Nie sądzę, aby Orwat udał się do Katowic — powiedział Artur z namysłem.
Grochowski wzruszył ramionami.
— Mógł pojechać w każdym kierunku, a nawet uciec z Polski.
Załuski odniósł wrażenie, że Grochowski chce się go pozbyć. Istotnie, sekretarz nie powiedział mu za wiele.
— Czy prezes dowiedział się czegoś na policji? Mieli jakieś niewyjaśnione sprawy? Może morderstwo lub napad?
Grochowski pokręcił głową.

background image

— Z naszych ustaleń wynika, że Orwat nie padł ofiarą morderstwa. W każdym razie nie odnaleziono niezidentyfikowanych zwłok. Nie sądzimy

też, by go sekretnie aresztowano, bo i za co?

Naiwność Grochowskiego rozbawiła Artura, ale i tej informacji nie skomentował, ponieważ miał jeszcze jedno, najważniejsze pytanie:
— A czy nie obiła się panom o uszy sprawa jakiegoś innego zaginięcia? Może kobiety?
— Zaginięcie kobiety? — zdziwił się Grochowski. — A to mogłoby mieć związek z Orwatem?
Artur przez chwilę się wahał, ale postanowił nie odkrywać kart.
— Nie wiem. Po mieście krążą różne plotki, próbuję dowiedzieć się czegoś na ten temat.
Grochowski przez chwilę myślał, aż wreszcie odpowiedział:
— Była taka sprawa. Nawet zupełnie niedawno. Słyszałem pogłoskę, że zaginęła Róża Starska, córka profesora Ludwika Starskiego. Pan wie,

został aresztowany przez Niemców podczas tej akcji na uniwersytecie i wywieziony do obozu. Ale nie znam żadnych szczegółów, zresztą nikt nam
tego nie zgłaszał i nie prosił o pomoc.

— Rozumiem, dziękuję bardzo.
Artur wstał i zapiął płaszcz. Grochowski wyciągnął do niego rękę.
— Było mi miło poznać pana. Szczerze lubiłem i szanowałem pańskiego ojca, żałuję, że od nas odszedł.
— Myślę, że gdyby żył, prawdopodobnie siedziałby teraz w Sachsenhausen.
— Może by go zwolnili, jak profesora Fryderyka Zolla — żarliwie powiedział sekretarz, który najwyraźniej uważał, że prawnicy cieszyli się jakimiś

większymi  względami  u  Niemców  niż  reszta  profesury.  Artur  podejrzewał  jednak,  że  znakomity  cywilista  został  zwolniony  raczej  z  powodu
podeszłego wieku niż swojej profesji.

Miał  przy  tym  poczucie,  że  niewiele  się  dowiedział.  Oczywiście,  należało  sprawdzić  trop  z  córką  profesora  Starskiego,  ale  nie  wiązał  z  nim

większych nadziei.

Plotki, plotki, plotki, pomyślał, zmierzając do Bisanza na kawę. Ta elegancka kawiarnia mieściła się na rogu Karmelickiej i Dunajewskiego,

niedaleko  kina  Scala.  Był  to  pierwszorzędny  lokal,  który  jeszcze  przed  wojną  reklamował  się  „oświetleniem  elektrycznym”  i  ręczył  „za  szybką
i rzetelną obsługę”. W istocie, kawiarnia oferowała wygodne i komfortowo urządzone wnętrza w stylu charakterystycznym dla europejskich stolic
oraz  znakomity  wybór  likworów  i  winiaków.  Teraz,  z  powodu  wojny,  nieco  podupadła,  ale  trzymała  poziom.  Ponieważ  właściciel  podpisał
volkslistę,  lokal  przeznaczony  był  wyłącznie  dla  Niemców,  a  właściwie  dla  volksdeutschów  (nosił  nawet  obrzydliwą  nazwę  Volksdeutsches
Kaffeehaus), więc nieco niebezpiecznie było się tu pojawiać bez odpowiednich papierów. Załuski wiedział o tym, lecz całkowicie to ignorował, bo
miał  swój  cel.  Podobnie  jak  kawiarnia  w  hotelu  Grand,  Volksdeutsches  Kaffeehaus  było  ulubionym  miejscem  spotkań  kapusiów.  A  Artur
postanowił zaczaić się na jednego z nich, Dolka Wolffa, swego dawnego przedwojennego informatora, teraz współpracownika Sipo.

Na  razie  jednak,  o  tej  wczesnej  godzinie,  kawiarnia  była  prawie  pusta.  Lecz  Artur  wiedział,  że  na  pewno  się  doczeka.  Dolek  miał  swoje

przyzwyczajenia i gusta, które prędzej czy później musiały go zgubić. Tak się składało, że Załuski znał większość z nich i zamierzał tę wiedzę
wykorzystać.

Usiadł  więc  przy  oknie  i  spoglądając  na  pobliską  ulicę  Dunajewskiego  oraz  widoczne  tuż  za  nią  Planty,  zamówił  kawę.  Krakowski  deptak

wyglądał  dosyć  marnie.  Niemcy  zlikwidowali  ogrodzenia,  rekwirując  żelazo  dla  wojska,  i  teraz  wszystkie  trawniki  były  zadeptane.  Mimo  braku
zieleni  spacerowiczów  nie  brakowało.  Artur  uświadomił  sobie,  ile  osób  nie  ma  pracy  i  włóczy  się  po  mieście  bez  celu,  niepotrzebnie  się
narażając. Plantami snuli się też ludzie starsi, którym po prostu doskwierała samotność. Przychodzili tu w nadziei na spotkanie kogoś znajomego,
obsiadali  wszystkie  wolne  ławki,  budząc  tym  niechęć  Niemców.  Załuski  z  uśmiechem  wspomniał  list,  jaki  przeczytał  w  „Krakauer  Zeitung”  —
niemiecki urzędnik skarżył się w nim, że po pracy nie może spokojnie odpocząć na Plantach, bo wszystkie wygodne miejsca zajmują Polacy,
którzy spędzają tam całe godziny. W lecie na Plantach zbierano też lipę, z której można było zaparzyć aromatyczny napój zastępujący herbatę.

Detektyw oderwał wzrok od okna, a jego myśli wróciły do dzisiejszych spotkań.
Jeżeli chodziło o sprawę Orwata, tkwił wciąż w martwym punkcie. Tak jak przypuszczał, wizyta u sekretarza hrabiego Ronikera nic nie dała.

Szczerze wątpił, czy rozmowa z samym prezesem przyniosłaby jakiekolwiek dodatkowe informacje. Obawiał się poważnie, że Rada Opiekuńcza
miała zbyt małe wpływy, by wiedzieć, co stało się z Orwatem.

Jeśli istotnie coś się stało. Jasnowidz mógł opuścić Kraków, tak jak sugerował Grochowski. Oczywiście, było trochę dziwne, że nie zabrał ze

sobą siostry, swojej jedynej towarzyszki i wieloletniej asystentki, ale i to dało się wyjaśnić. Może wyjazd wiązał się ze zbytnim ryzykiem, na które
nie chciał narażać nerwowej kobiety? Być może planował, że Teresa dołączy do niego później? Istniała też możliwość, że zorientował się, że coś
mu zagraża, i stąd nagła decyzja o ucieczce z kraju.

Orwat mógł jednak po prostu zostać zabity — przez pomyłkę lub w wyniku napadu, albo też podczas ulicznej egzekucji. Były już wypadki, gdy

ciała zamordowanych odnajdywano w zupełnie przypadkowy sposób. Załuski słyszał o takiej sprawie z Podgórza, gdzie we wrześniu 1939 roku,
tuż po wkroczeniu Niemców, zabito kilku mężczyzn i pochowano ich potajemnie. Ciała odnalazł pies, który kopiąc w świeżej ziemi, dogrzebał się
do płytko pochowanych zwłok. Artur nie miał złudzeń — takich sytuacji było więcej i podobny los mógł spotkać nawet kogoś tak znanego jak Julian
Orwat.

Przesadnie  ugrzeczniony  kelner,  dowód  na  ową  reklamowaną  przed  wojną  „szybką  i  rzetelną  obsługę”,  przyniósł  kawę  i  detektyw

z przyjemnością wypił pierwszy łyk. Powszechnym erzacem zastępującym kawę była soja, ale tutejszej „małej czarnej” nie można było niczego
zarzucić.  Załuski  zatęsknił  za  kieliszkiem  koniaku,  postanowił  jednak  nie  folgować  sobie  nadmiernie.  Zamiast  tego  rozejrzał  się  po  lokalu,
ponieważ odniósł niejasne wrażenie, że dzieje się w nim coś podejrzanego.

Na pozór wokół panował idealny spokój, ludzie siedzieli przy stolikach, rozmawiając przyciszonym głosem. Było to tak zwane „lepsze” wojenne

towarzystwo, ubrane z gustem i dostatnio, o twarzach niezdradzających troski o dzień powszedni. Volksdeutsche i ich kobiety, odziane w garsonki
z gatunkowej wełny i niewielkie kapelusze, jacyś szmuglerzy załatwiający dyskretnie swoje interesy.

Z pewnej nerwowości, ukradkowo rzucanych krótkich spojrzeń Artur bezbłędnie jednak wywnioskował, że przy jednym ze stolików spotykają się

konfidenci.  Siedzieli  we  czwórkę,  trzech  mężczyzn  i  kobieta  o  wysoko  upiętych  ciemnych  włosach  i  ustach  pomalowanych  różową  szminką.
Załuski przyjrzał się jej uważnie, by stwierdzić, że kojarzy ją z widzenia. Chyba nigdy nie znał jej prawdziwego nazwiska, ale w lokalach, w których
występowała, przedstawiano ją jako Ritę. Była tancerką egzotyczną, a jej programy przyciągały sporą rzeszę publiczności. Ostatnio występowała
w osławionej Cyganerii, nocnym lokalu „tylko dla Niemców”, mieszczącym się przy ulicy Szpitalnej. Już przed wojną miejsce to nie cieszyło się zbyt
dobrą sławą. Właściciele dokładali starań, by zrobić zeń elegancki kabaret, ale wysiłki te spełzały na niczym. Wciąż był to podrzędny tingel-tangel
z mętną reputacją. Teraz, w czasie wojny, było jeszcze gorzej — w mieście szeptano, że bywalczyniami kawiarni stały się głównie damy lekkich
obyczajów, demimondenki, jak oględnie mówiło się w towarzystwie o takich kobietach, a słynne „tańce egzotyczne” to w istocie wyuzdane striptizy.
Lokal był znany również z tego, że prawie oficjalnie sprzedawano tam kokainę, którą chętnie raczyły się panie z półświatka, takie jak Rita.

Dwaj  towarzyszący  jej  panowie  nie  wyróżniali  się  niczym  szczególnym  —  nosili  przyzwoitej  jakości  ubrania,  którym  jednak  daleko  było  do

luksusu.  Mówili  przyciszonymi  głosami,  zwracając  się  do  trzeciego  mężczyzny,  odzianego  w  stalowoszary  elegancki  garnitur.  Człowiek  ten,
o przerzedzonych ciemnych włosach, przyciągał uwagę swoją twarzą. Owalną, o mocno zarysowanej szczęce i dziwnym rybim wyrazie oczu, które
wyglądały tak, jakby cierpiał na chroniczne zapalenie spojówek. Rita nie odzywała się w ogóle, dystansując się od tego towarzystwa, i popijała
likier z wysokiego kieliszka. Detektyw zwrócił uwagę na lakier, którym miała pomalowane paznokcie, w identycznym odcieniu co kolor szminki,
czego nie spotykało się zbyt często.

Artur  obserwował  ich  ukradkiem,  starając  się  dobrze  zapamiętać.  Długoletnie  doświadczenie  podpowiadało  mu,  że  ma  do  czynienia

z  kapusiami.  Widział  ich  wielu  przed  wojną  i  potrafił  rozpoznać  bezbłędnie  ten  typ.  Tajny  informator  był  przyczajony,  wewnętrznie  spięty

background image

i bezustannie czujny. Oczywiście istnieli też konfidenci wirtuozi, których nawet Załuski nie był w stanie rozgryźć, ale takich spotykało się naprawdę
rzadko. Zawsze zdradzało ich zachowanie, w którym na przemian dominowała nadmierna rezerwa lub przesadna swoboda.

Mężczyźni, na których patrzył, znakomicie opanowali sztukę kamuflażu. Wyglądali niepozornie, a wzrok obserwatora prześlizgiwał się obojętnie

po ich twarzach, zwykłych i niemożliwych do zapamiętania. A jednak coś ich ze sobą łączyło — jakieś osobliwe i trudne na pierwszy rzut oka do
uchwycenia  podobieństwo.  Może  to  były  szeroko  rozstawione,  jakby  kałmuckie  oczy  i  wystające  szczęki?  A  może  widoczna  spod  koszuli
tasiemka szkaplerza franciszkańskiego, mająca najwyraźniej zapewnić ochronę Matki Boskiej w odpowiedzialnej i niebezpiecznej pracy kapusia?
Artur aż skrzywił się na ten dysonans. To całkiem nowy gatunek człowieka, ewolucja wykształciła go w warunkach wojennych, stwarzając nową
jakość: 

homo  konfidentus

,  pomyślał,  odwracając  od  nich  z  obrzydzeniem  wzrok  i  spoglądając  przez  okno  na  ulicę,  którą  właśnie  przejechał

czerwony bentley.

Nie mógł się tylko zorientować dla kogo pracuje ta trójka. Dla Gestapo? Kripo? Od dawna wiedział, że Pomorska, jak obiegowo określano

siedzibę Gestapo, ma całą sieć swoich agentów i donosicieli. Wywodzili się ze wszystkich warstw, prezentując szeroki przekrój społeczeństwa.
Szpiclów rekrutowano w najrozmaitszy sposób: niektórzy donosili dla pieniędzy lub z zazdrości, innych złamano podczas śledztwa w kazamatach
na Pomorskiej lub w więzieniu Montelupich. Wszyscy jednak robili to ze strachu. Aparat policyjny Rzeszy dopiął już swego i mieszkańcy Krakowa
czuli paniczny lęk przed mundurem.

Mundurów tych zresztą było w mieście całe mnóstwo i trudno się było zorientować, do jakiej formacji należy jego właściciel. Ponieważ okupant

był  ściśle  zmilitaryzowany,  mijany  przechodzień  mógł  być  śledczym  torturującym  więźniów  na  Pomorskiej,  ale  też  referentem  administracyjnym
w dziale płac. Ludzie nie potrafili ich jednak odróżnić, więc każda czapka z nazistowskimi emblematami budziła grozę.

Niespodziewanie z tych rozmyślań wyrwał Artura cichy nosowy głos.
— Szukasz mnie? — Zgodnie z przypuszczeniami detektywa Dolek w końcu pojawił się w kawiarni. Bez wahania usiadł naprzeciw Załuskiego,

zasłaniając się płachtą „Krakauer Zeitung”, którą wziął ze stojaka przy wejściu.

—  Tak,  czekam  na  ciebie,  mam  sprawę  —  powiedział  krótko,  spoglądając  znowu  na  salę.  Czwórka  przy  stoliku  najwyraźniej  zakończyła

konferencję, bo ten, którego Załuski uznał za szefa, zamknął leżący przed nim notes, wziął rękawiczki i kapelusz i nie żegnając się z resztą, opuścił
lokal. Pozostała trójka nadal nie ruszała się z miejsc, nie odzywając się do siebie.

— Że też nie boisz się tu przychodzić — powiedział Dolek z pewnym podziwem, a Artur musiał się uśmiechnąć.
— Lubię ryzyko.
— To widać… Jaka to sprawa?
— Chodzi mi o sprawdzenie pewnej informacji, a właściwie dwóch.
Dolek zerknął wymownie znad gazety.
— To będzie kosztować dubeltowo!
— Wiem.
— Zapewne wiesz też, że w tym niespokojnym czasie stawki poszły w górę. Ja też muszę z czegoś żyć, mam żonę i dzieci na utrzymaniu.
Załuski  spojrzał  na  konfidenta  z  rozbawieniem.  Dolek,  noszący  na  swe  nieszczęście  imię  führera,  przed  wojną  był  drobnym  cwaniaczkiem

żyjącym z pokątnego handlu złotem i walutami. Policja przymykała na to oko, ponieważ dostarczał im cennych informacji na temat przemytu. Teraz,
jak  dowiedział  się Artur,  Dolek  wziął  się  za  handel  na  wielką  skalę.  Razem  z  co  mniej  ideowymi  urzędnikami  Rzeszy  upłynniał  rzeczy,  które
przychodziły niemieckimi transportami, głównie przeznaczonymi na front. W cenie była szczególnie ciepła bielizna, ale i innymi artykułami Dolek
nie pogardził. Musiał oczywiście wysługiwać się swoim mocodawcom, ale zapewne też w ograniczonym zakresie, bo chroniła go nie tylko sieć
powiązań z Niemcami, ale i podpisana volkslista.

— Nie martw się, twoje dzieci będą miały na chleb — rzucił więc Artur, wiedząc doskonale, że Dolek nie ma ani żony, ani potomstwa. Przez

jego życie przewijał się tylko nieskończony korowód kochanek.

—  Przejdźmy  więc  do  rzeczy  —  Wolff  specjalnie  ściszył  głos,  bo  od  stolika  wstała  właśnie  owa  trójca  z  tancerką  Ritą  i  ruszyła  do  wyjścia.

Załuski przyglądał im się spod oka.

— Znasz ich? — zapytał, gdy zatrzasnęły się już za nimi drzwi.
Dolek odłożył gazetę i wzruszył ramionami.
— Przelotnie. Ta Rita to jakaś artystka i podobno dziwka, a tych dwóch frajerów chyba handluje sacharyną. Drobne płotki, jednym słowem…
— Wyglądali na szpicli…
Wolff  uśmiechnął  się  ironicznie  i  nie  skomentował. Artur  milczał  przez  chwilę,  zastanawiając  się,  jak  przedstawić  sprawę,  by  nie  zdradzić

Dolkowi za dużo. Nie obawiał się, że tamten go zakapuje, jego dochodzenie nie miało nic wspólnego z polityką, nie była to też na razie sprawa
kryminalna.  Wybrał  drogę  najprostszą,  czyli  zaoferował  łapówkę.  Powiedział  Wolffowi,  że  na  polecenie  rodziny  szuka  Orwata,  który  być  może
siedzi gdzieś na Montelupich. Rodzina chętnie wpłaci „na Czerwony Krzyż”, by wynagrodzić fatygę temu, kto udzieli jakichś informacji w sprawie
krewniaka. No i oczywiście donacja będzie hojniejsza, gdyby trzeba było załatwić zwolnienie.

—  To  ten  jasnowidz?  —  upewnił  się  Dolek.  —  Nic  nie  wiem,  obiłoby  mi  się  o  uszy,  gdyby  siedział,  ale  popytam  jeszcze.  Mam  jednego

znajomego w Kripo, to Niemiec, ale porządny człowiek. A ta druga sprawa?

— Też zaginięcie. Młoda kobieta, córka profesora Starskiego, Róża. Rodzina podejrzewa, że mogło się jej stać coś złego.
— Morderstwo? — zainteresował się Dolek. — Zabójstwami zajmuje się pierwszy komisariat Kripo na Szlaku. Tam właśnie pracuje ten mój

znajomy. Popytam.

— Dobra. Kiedy się spotkamy?
— Daj mi kilka dni. Spotkajmy się za tydzień o tej samej porze w Pani.
— Nie tutaj? — zdziwił się Artur. Dolek skrzywił się.
— Sam widzisz, co to za buda. Schodzą się tu konfidenci, jeszcze nas ktoś przyuważy i ruch oporu wyda wyrok. Stary Bisanz zupełnie zszedł na

psy.  Za  chwilę  będzie  tu  tak  samo  jak  w  Grandzie  — 

à propos

,  czy  wiesz,  że  tam,  w  restauracji,  kapusie  mają  nawet  swoją  stołówkę,  gdzie

przychodzą na obiady? Świat się kończy. Pewnie im jeszcze bloczki żywnościowe wydają w Gestapo. Za pokwitowaniem… Zastanawiam się,
gdzie są ci partyzanci, których Niemcy się tak boją! Już dawno powinni tam przyjść i zlikwidować tę konfidencką melinę.

Taki był właśnie Dolek Wolff, który sam wysługiwał się Niemcom, a wieszał psy na kapusiach.
Artur pożegnał się krótko z Dolkiem i ruszył przez miasto w kierunku Wielopola, gdzie w dawnym budynku IKC, imponującym gmachu zwanym

potocznie „krążownikiem”, miała siedzibę redakcja „Gońca Krakowskiego”.

Na Placu Szczepańskim przywitał go wrzask szczekaczki, która nadawała bez przerwy komunikaty i skoczne niemieckie melodie. Uszy więdły

od tego wrzasku, więc Załuski skręcił w stronę Rynku, gdzie od razu pochłonął go tłum. Przed wojną, na linii A–B, będącej rodzajem krakowskiego

corso

, mieszkańcy miasta spotykali się podczas niedzielnych spacerów. Teraz też było tutaj tłoczno, ale miejsce zadowolonych ze swego życia

mieszczan zajęli wojenni uchodźcy i zrozpaczeni ludzie — poszukiwano rodzin, pracy, utrzymania albo po prostu kontaktów.

Załuski z trudem przeciskał się przez ciżbę, odwracając głowę od łopoczącej na gmachu Feniksa flagi ze swastyką. Był to próżny trud. Na rynku

było  aż  czerwono  od  nazistowskich  symboli;  wisiały  wszędzie,  przede  wszystkim  na  Ratuszu,  ale  też  na  specjalnie  wybudowanych  masztach.
Wszystko to sprawiało wrażenie, jakby za chwilę miała odbyć się jakaś parada wojskowa z udziałem samego Hitlera.

No  tak,  pomyślał  Artur,  zbliża  się  rocznica  proklamowania  Generalnego  Gubernatorstwa,  więc  się  szykują.  Niemcy  lubowali  się  w  takich

świętach. Dopiero co obchodzili rocznicę wybuchu wojny. Teraz też planowano parady, przemowy, a nawet pokaz sztucznych ogni. Mówiło się, że
przyjedzie Hess, a może nawet sam Himmler. Było to całkiem możliwe — z okazji poprzedniej fety Kraków odwiedził osobiście doktor Goebbels.

background image

Detektyw miał okazję widzieć, jak w otwartym samochodzie wizytował miasto.

Teraz też najwyraźniej spodziewano się kogoś bardzo ważnego, bo niemieckie patrole krążyły wszędzie, jakby w każdej chwili obawiano się

zamachu.  Jednocześnie  okupacyjna  władza  starała  się  ze  wszystkich  sił  upiększyć  Rynek,  schlebiając  gustowi  swych  rodaków.  Fasady
kamieniczek  pomalowano  więc  na  wyraziste  kolory:  żółty,  buraczkowy  i  niebieski,  co  sprawiło,  że  przybrały  wygląd  domków  z  piernika  albo
dziecięcych zabawek. Załuskiego wciąż szokował ten biedermeierowski styl, ale miał nadzieję, że deszcz i wiatr spatynują nieco krzykliwe barwy.
Na razie raziły boleśnie oczy.

Artur przyspieszył kroku, minął kawiarnię Noworolskiego w Sukiennicach — co ciekawe, akurat ten lokal nie był 

nur für Deutsche

 — i zniknął

w świetle ulicy Siennej. Na Wielopolu, pod Pocztą Główną, obecnie niemieckim urzędem pocztowym, powitała go kolejna szczekaczka, tą samą
okropną polką, jaką słyszał już na Placu Szczepańskim. Czym prędzej przeszedł ulicę i zniknął w bramie dawnego IKC.

Załuski  zapytał  portiera  o  swego  kolegę  Edwarda  Janowskiego,  a  mężczyzna,  najpierw  konsultując  się  „z  górą”  przez  telefon,  wskazał  mu

odpowiedni pokój.

Janowski przywitał dawnego znajomego ze zdziwieniem, a nawet z pewną rezerwą, najwyraźniej dobrze zapamiętał ich ostatnią rozmowę, gdy

Artur w tak obcesowy sposób odrzucił propozycję pracy dla reaktywowanego „Tajnego Detektywa”.

— Co cię sprowadza? — zapytał bez wstępów, gdy tylko Załuski się przywitał.
— Delikatna sprawa…
— Jak wszystkie twoje sprawy. — Dziennikarz wzruszył ramionami. — Zamieniam się w słuch.
Artur  opowiedział  mu  o  wizycie  siostry  Orwata.  Tak  jak  podejrzewał,  pismak  aż  zastrzygł  uszami,  gdy  usłyszał,  że  krewna  jasnowidza

podejrzewa porwanie.

— Kapitalny temat dla moich czytelników! Już widzę ten nagłówek: „Tajemnicze zniknięcie jasnowidza — kto odszuka specjalistę od zaginięć?”.
— Raczej banalny — ostudził jego zapały Artur. — W ogóle dziwię się, że w obecnych czasach ktoś czyta podobne brednie.
— Bardzo się mylisz! W obecnych czasach jest duże zapotrzebowanie na brednie. Ludzie uwielbiają czytać powieści sensacyjne i romanse,

a my im to dajemy.

—  Myślałem,  że  specjalizujecie  się  w  popularnonaukowych  broszurkach  typu 

Domowe  kosmetyki  z  resztek

  —  zażartował Artur,  bo  i  taki

poradniczek,  jako  dodatek  do  gazety,  sprzedawał  „Goniec  Krakowski”.  Była  to  praktyczna  broszura,  jak  niewielkim  nakładem  środków,  ze
zbywających produktów żywnościowych, zrobić kosmetyki pielęgnacyjne.

Janowski ponownie się obruszył.
— Śmiej się, ale ta publikacja cieszyła się ogromnym powodzeniem!
Artur  nie  miał  co  do  tego  najmniejszych  wątpliwości,  ale  nie  zamierzał  przeciągać  struny,  naigrywając  się  z  kolegi,  bo  zależało  mu  na

informacjach.

— Czyli nie dotarło do ciebie nic na temat zaginięcia Orwata? — spytał.
— Nie. I jestem bardzo zdziwiony, bo zazwyczaj takie plotki szybko się rozchodzą.
Artur pomyślał, że w tym wypadku niekoniecznie. Orwat mieszkał tylko z siostrą, od wybuchu wojny praktycznie nie wychodził z domu. Z tego, co

pamiętał detektyw, już wcześniej trudno się było dostać do niego w sprawie porady, a teraz to w ogóle konieczne były bardzo wysokie koneksje.
Kto  miał  więc  rozpowszechniać  plotki  o  zaginięciu  jasnowidza?  Nie  licząc  siostry,  nie  było  osób,  które  o  tym  wiedziały.  Poza  ewentualnymi
porywaczami, ale oni raczej nie byli chętni do zwierzeń.

— Czy w ogóle coś słyszałeś ostatnio o Orwacie? — zapytał jeszcze Artur. Sprawa robiła się coraz bardziej niejasna. Jedyna nadzieja w tym,

że Dolek dowie się swoimi kanałami czegoś konkretnego.

Janowski zamyślił się głęboko i wreszcie powiedział:
— Widziałem go raz w domu gry.
— W domu gry? — zdziwił się Załuski. — Tym niemieckim, w Pałacu Larischa?
Janowski skinął głową.
— To niezwykłe — powiedział Artur. — Co on tam robił? Grał? Jasnowidz jest chyba dość niebezpiecznym kompanem przy zielonym stoliku?
— Właśnie nie grał. Kompletnie go to nie interesowało. Chodzę czasami do kasyna, bo lubię sprawdzić, co w trawie piszczy, jako dziennikarz

mam  tam  stałą  przepustkę.  Zauważyłem  go  od  razu,  choć  początkowo  nie  rozpoznałem,  ponieważ  bardzo  się  zmienił.  Schudł  i  przygarbił  się.
Zwróciłem na niego uwagę, bo bardzo się wszystkim przyglądał, tak badawczo, jakby kogoś szukał. Kręcił się pomiędzy stołami, obserwował.
Potem gdzieś zniknął, nie zauważyłem kiedy, bo wciągnęła mnie gra.

— Widziałeś go tam jeszcze?
—  Nie,  już  nie.  Pamiętam,  że  zapytałem  kelnera,  czy  często  widuje  tu  tego  gościa.  Powiedział  mi,  że  widzi  go  pierwszy  raz.  To  musiał  być

jednorazowy wyskok.

— Rozmawiałeś z nim? — zapytał Artur, a dziennikarz ponownie się zamyślił.
— Nie. Ja go właściwie nie znam, poza tym nie ciekawiło mnie to. Dla mnie Orwat był przebrzmiałą sławą. Jego wielkie sprawy skończyły się

przed wojną, potem zaczął chorować, zamknął się z siostrą w tym mieszkaniu na Wiślnej. Nie interesowałem się nim i jego karierą.

Artur błyskawicznie podjął decyzję.
— Musisz mnie wprowadzić do tego kasyna, to bardzo ważne!
Janowski pokręcił przecząco głową.
— Nie ma mowy, tego się nie da załatwić. Polacy muszą mieć specjalną przepustkę, wątpię, żeby mi się udało ją zdobyć.
— Ty jakoś swoją załatwiłeś — powiedział ironicznie Załuski, który oczywiście nie uwierzył, że zezwolenie na korzystanie z domu gry Janowski

dostał  w  uznaniu  dla  swych  dziennikarskich  talentów.  Jeszcze  przed  wojną  był  zapamiętałym  hazardzistą.  Zamiłowanie  do  ruletki  sprawiło,  że
odeszła od niego żona i miewał okresowe problemy finansowe. Zawsze jednak potrafił z nich wybrnąć, bo „Tajny Detektyw”, w którym publikował
swe artykuł, był niezwykle poczytny, a Janowski potrafił pisać o zbrodni jak nikt inny. Jego charakterystyczny, barwny styl miał wielu zwolenników.
„Zbliżała  się  noc,  ponura  od  deszczu  i  wiejącego  groźnie  wichru”  —  tak  zwykle  zaczynał  swoje  teksty,  uważając,  że  sugestywne  obrazowanie
pobudza  emocje  czytelnika.  Nawet  w  artykułach  dotyczących  oszustw  Janowski  nie  szczędził  przymiotników  i  nadużywał  poetycznych  zwrotów.
Co  ciekawe,  czytelnicy  to  kupowali,  wyczekując  kolejnego  odcinka  z  dużym  napięciem.  Tak,  Janowski  był  mistrzem  trzeciorzędnej  literatury
kryminalnej, z której uczynił swoistą sztukę. Teraz jednak enuncjacje Załuskiego były mu nie na rękę. Dziennikarz bardzo ukrywał swój hazardowy
nałóg. Artur był pewny, że bywa w kasynie częstym gościem, i musiał przekonać go, by go tam zabrał. Odezwał się więc ugodowym tonem:

— Posłuchaj, Edward, to duża sprawa. Może być spory szum. Jak do czegoś dojdę, obiecuję ci relację dla tej twojej gazety, zgadzasz się?
Janowski był przede wszystkim dziennikarzem. Nowe wcielenie „Tajnego Detektywa” cierpiało na niedostatki aktualnych spraw kryminalnych.

W kraju, gdzie ludzie ginęli setkami, zakatowani przez Gestapo, rozstrzeliwani w ulicznych łapankach czy zabijani z powodu kaprysu niemieckiego
żołnierza, brakowało tematów dla gazety kryminalnej. Ot, paradoks. Janowski posuwał się do tego, że częściowo wymyślał opisywane sprawy,
bazując na przedwojennych śledztwach. Miał oczywiście znajomości w Kripo, policji kryminalnej okręgu krakowskiego, ale oni, mimo iż pozornie
zajmowali się tradycyjnymi przestępstwami: rozbojem, włamaniami czy obyczajówką, tak naprawdę byli tylko przybudówką dla działań Pomorskiej.
Każda  sprawa  kryminalna  okazywała  się  w  końcu  polityczna  i  dawała  asumpt  do  szeregu  aresztowań.  O  komisariacie  Kripo  przy  ulicy  Szlak
krążyła nawet taka plotka, że jego dyrektor wyznaczał swoim ludziom dzienną liczbę osób do aresztowania, a gdy funkcjonariusz nie mógł owej
normy  wypracować,  otrzymywał  dodatkową  służbę  poza  kolejnością.  Kripo  szybko  wzbogaciło  się  o  własne  kazamaty  oraz  cele  z  łańcuchami
i hakami przymocowanymi do ścian, gdzie brutalnie przesłuchiwano zatrzymanych. Komisariat miał także własną siatkę agentów, prawie równie

background image

gęstą jak Gestapo. Kriminalpolizei była równie groźna jak jej młodsza siostra Gestapo, dlatego lepiej było nie pchać się w jej ręce, nawet jako
dziennikarz  szukający  dobrego  tematu.  Aktualna  sprawa,  śledztwo  w  sprawie  zaginięcia  popularnej  niegdyś  osoby,  było  prawdziwą  gratką,
z której „Tajny Detektyw”, a właściwie to, co z niego pozostało, nie mógł zrezygnować.

Janowski miał tego świadomość, więc po krótkim wahaniu powiedział do Artura:
—  Jest  taki  oficer  Sipo2  z  referatu  zajmującego  się  handlem  i  rzemiosłem,  któremu  podlegają  drukarnie.  Sprawdza  tę  naszą,  w  której

drukujemy „Gońca” i „Krakauer Zeitung”. Postaram się z nim pogadać i wydobyć dla ciebie to zezwolenie. Ale musisz się uzbroić w cierpliwość
i oczywiście, gęba na kłódkę!

— To jasne! — Załuski poklepał dziennikarza po plecach, wziął ze stołu kapelusz, zapiął płaszcz i pożegnawszy się krótko, wyszedł na ulicę.
Zapadł już jesienny zmierzch i zrobiło się zimno. Załuski postawił kołnierz płaszcza i przez chwilę zastanawiał się, czy nie wsiąść do tramwaju,

ale kursująca przez Rynek Główny w kierunku jego domu szóstka była tak zatłoczona, że postanowił się przespacerować. Mimo zapadającego
zmroku na ulicach widać było wielu ludzi. Załuski uświadomił sobie, że to pora, gdy zamykano biura. Krakowianie pracujący w urzędach mogli
wreszcie zająć się swoimi sprawami — stąd przepełnione tramwaje i ogonki przed sklepami. Kartki, niskie przydziały żywnościowe i wysokie
ceny, zwłaszcza, jak się to mówiło, „w pasku”, były głównym tematem rozmów. Załuski minął też kilka sklepów dla Niemców — zazwyczaj były to
magazyny  z  luksusowymi  towarami:  tekstyliami,  odzieżą  i  butami.  Zwykły  obywatel  musiał  się  zadowolić  rezerwami  sprzed  wojny.  Szczególnie
przygnębiająca była dla niego witryna księgarni, w której na honorowym miejscu ustawiono portret führera. Zwrócony prawym profilem Hitler był na
obrazie  przedstawiony  w  wojskowym  płaszczu  z  podniesionym  kołnierzem  i  dumnym  wzrokiem  wpatrywał  się  w  dal.  Obraz  był  kiczowaty,
w krzyczących kolorach, a z dwóch stron otaczały go wazony z kwiatami z bibułki. Poniżej rozłożono kilkanaście egzemplarzy 

Mein Kampf

,  które

budziły obrzydzenie Artura.

Przeszedł  jeszcze  kilka  kroków  i  znalazł  się  przed  Pałacem  Larischa,  zlokalizowanym  na  rogu  Brackiej  i  Placu  Wszystkich  Świętych.  Przed

wojną była to siedziba prezydenta miasta, obecnie kasyno i dom gry dla niemieckich oficerów. Był to bardzo ładny budynek w barokowym stylu,
z imponującą fasadą o bogato zdobionych oknach. Wnętrze także zadziwiało oryginalnością — na parterze mieściły się pomieszczenia użytkowe,
te bardziej reprezentacyjne usytuowano zaś na pierwszym piętrze. To rozwiązanie architektoniczne nazywano 

piano nobile

  lub 

bel-étage

 i było

charakterystyczne dla okresu, w którym zbudowano pałac.

Niemcy otworzyli w Pałacu Larischa najpierw kręgielnię, a potem dom gry. W mieście krążyły różne plotki na temat tego przybytku, mówiono, że

ponoć samo wyposażenie kręgielni kosztowało osiemdziesiąt tysięcy złotych. Na pewno były tam stoły do ruletki i bakarata, podobno podawano
za darmo bardzo wykwintne jedzenie i trunki. W to ostatnie Załuski nie był w stanie uwierzyć — niemiecka oszczędność i iście germańska pogoń
za zyskiem nie pozwoliłyby na takie marnotrawstwo. Opłaty musiały być, choćby symboliczne. Raz jeden Załuski widział szton z tego kasyna — był
wykonany z aluminium i miał w środku dużą dziurkę.

Artur  nie  stał  zbyt  długo  przed  Pałacem  Larischa,  bo  było  to  niebezpieczne;  ulicę  całkowicie  opanowali  Niemcy,  ze  względu  na  sąsiedztwo

budynku  Magistratu,  gdzie  teraz  urzędowali.  Nazistowska  administracja  rozrastała  się  w  takim  tempie,  że  nie  mógł  już  jej  pomieścić  dawny
budynek Akademii Górniczo-Hutniczej przy Alejach.

Przeszedł szybkim krokiem przez Planty i po kwadransie znalazł się u siebie. Choć okna w biurze na dole starannie zasłonięto i nie widać było

światła, Arturowi wydawało się, że ktoś tam jest. Decydowała tu jego zawodowa, detektywistyczna intuicja, która w dawnych czasach chroniła go
przed niejedną przygodą. Po prostu wyczuwał niebezpieczeństwo jak mało kto. Teraz było podobnie.

Wyciągnął klucz z kieszeni i otworzył drzwi.
Antoni Smoła i jakiś drugi człowiek, odziany w zniszczoną marynarkę, zerwali się od stołu. Antoni sięgnął ręką do kieszeni, gdzie najwyraźniej

ukrył broń.

—  Spokojnie,  panowie  —  powiedział  Załuski,  który  nie  miał  wątpliwości,  w  czym  przeszkodził.  Odbywało  się  tu  najwyraźniej  konspiracyjne

zebranie.

— Panie mecenasie… — zaczął Smoła, ale Artur uciszył go ruchem dłoni. Podszedł do tego drugiego, poważnie wyglądającego mężczyzny,

który nie stracił ani na moment zimnej krwi i tylko obserwował go uważnie stalowymi oczami.

— Artur Załuski — przedstawił się, a tamten silnie uścisnął mu rękę.
— Nazywam się Kwas, Ignacy Kwas.
Artur skinął głową, choć dobrze znał tego człowieka. Był przedwojennym sędzią sądu grodzkiego i nosił nazwisko Szymkiewicz, ale widocznie

nie chciał być pod nim znany.

— Panowie — powiedział Artur — nie interesuje mnie, co tutaj robicie, możecie być spokojni, nie wydam was.
— Światło widać z ulicy? — zapytał Kwas, a Artur przecząco pokręcił głową.
Były sędzia spojrzał na niego uważnie, jakby zastanawiając się, co Załuski ukrywa. Po chwili odezwał się spokojnym głosem:
— Wiemy, że jest pan uczciwym Polakiem. Nie zapisał się pan na niemiecką listę narodowościową, choć pana do tego zachęcali. Nie będę od

pana odbierał przysięgi, ale liczę na to, że spełni pan swoją obietnicę. Pan wie, dla nas to sprawa życia i śmierci…

— Nie interesuje mnie wasza działalność — powtórzył Artur. — Choć niepokoi mnie trochę, że zrobiliście z mojego biura lokal kontaktowy, to

niezbyt bezpieczne dla nas wszystkich.

Kwas skinął głową.
— Ma pan rację. Przeniesiemy lokal gdzie indziej, nie będziemy już pana niepokoić. A pan po prostu zapomni o całej sprawie, dobrze?
Załuski skinął głową. Zabrał z szuflady biurka notes Orwata, skinął konspiratorom głową i wyszedł z biura.

Rozdział trzeci. Agnes

Chwilę jeszcze nasłuchiwał na schodach. Z biura nie dochodził żaden dźwięk, zupełnie jakby nikogo tam nie było. A jednak ich tam widział.

Załuskiego  zaskoczyła  ta  sytuacja. Antoni  Smoła  był  tajemniczy  i  skryty,  to  prawda,  ale  nie  podejrzewał  go  o  przynależność  do  ruchu  oporu.
Pomocnik  Artura  wydawał  się  ostrożnym  pracownikiem,  starającym  się  wieść  spokojny  i  bezpieczny  żywot.  Jak  mogłem  się  tak  pomylić?,
pomyślał Artur, który uważał się za człowieka przenikliwego i dobrego psychologa. Jakby się jednak dobrze zastanowić, młody mężczyzna miał
w sobie coś niepokojącego: dziwną nerwowość pod pozorami opanowania oraz to, że starannie ukrywał przed pryncypałem swoje życie osobiste.
Załuski uświadomił sobie, że właściwie nic o nim nie wie, nawet tego, gdzie dokładnie Smoła mieszka — ponoć u ciotki, ale czy na pewno?

Detektyw wzruszył ramionami. Tym razem zawiodła go zawodowa czujność; może stało się tak dlatego, że chłopaka polecił stary Kravitzer, do

którego  miał  zaufanie.  Nie  chciał  teraz  wypytywać  antykwariusza  o  Antoniego  Smołę.  Jeżeli  chłopak  jest  członkiem  ruchu  oporu,  nie  należy
w żaden sposób zwracać na niego uwagi. To mogłoby go tylko narazić na niebezpieczeństwo.

I jeszcze ten Szymkiewicz, czy też Kwas, jak chce być nazywany. Załuski nie miał przed wojną zbyt częstych kontaktów z sądem grodzkim, więc

znał go ledwie pobieżnie. Wiedział tylko, że ma opinię dobrego i sprawiedliwego sędziego. On też jest w konspiracji, pomyślał detektyw. Bardzo
dziwne…

Otworzył  nieuważnym  ruchem  notatnik  Orwata  i  spojrzał  na  pierwszą  stronę.  Chwilę  przyglądał  się  znakom  i  nagle  uderzył  się  otwartą  ręką

w czoło. Przyszło mu bowiem do głowy, jak odczytać szyfr. Założył, że Orwat wykorzystywał swój kod od dawna i dobrze się w nim orientował.
Doszedł zatem do wniosku, że musi to być jakaś wariacja na temat klasycznego szyfru podstawieniowego. Wypróbował prosty system Juliusza
Cezara,  z  przeskokiem  o  trzy  litery,  który  z  powodzeniem  stosowała  armia  carska  jeszcze  w  1915  roku.  Niestety,  to  nie  było  takie  proste.
Spróbował jeszcze kilku popularnych kodów podstawieniowych, ale bez efektu. Wtedy postanowił zastosować metodę statystyczną. Szyfr nie był
na  tyle  skomplikowany,  by  nie  zorientować  się,  że  pewne  znaki  występowały  w  nim  częściej  niż  inne.  Wyciągnął  dużą  kartkę  z  bloku  i  szybko
rozpoczął obliczenia.

background image

Pracował kilka godzin, by wreszcie tuż nad ranem złamać kod. Miał przed sobą rozszyfrowane notatki jasnowidza. To nie była trudna zagadka,

pomyślał,  nalewając  sobie  kawy.  Choć  niczego  mu  nie  brakowało,  bo  zarabiał  obecnie  naprawdę  nieźle,  prawdziwą  kawę  wydzielał  sobie
racjami. Teraz było co świętować. Szyfr oparto na trójkowej kombinacji liter, więc gdy Artur ułożył statystkę występowania symboli, szybko stało
się jasne, które znaki to samogłoski. Wystarczyło poczytać Edgara Allana Poe, stwierdził z zadowoleniem, siadając w fotelu. Rzeczywiście, słynne
opowiadanie 

Złoty żuk

 było inspiracją dla wielu łamaczy kodów podstawieniowych.

Inną zupełnie sprawą była treść zapisków Orwata. Załuski miał powody, by czuć się rozczarowany. Jasnowidz notował pewne szczegóły swoich

wizji, istotne przede wszystkim dla niego i jego osobistej metody, której Artur nie znał.

Orwat  zapisał  ciąg  oderwanych  obrazów,  które  mogły  dotyczyć  jednej  sprawy  lub  też  kilku  różnych.  Widział  kilka  kobiet.  Jedna  z  nich  była

pozbawiona twarzy; jasnowidz zobaczył w jej miejscu ciemną, ziejącą pustką jamę pełną falującej wody. Kolejna miała ciało, zwłaszcza zaś ręce
zbroczone krwią i leżała w przydrożnym rowie, przykryta czerwonym płaszczem. Następna kobieta została opisana jako ta, „która nie może już
myśleć”,  ale  Orwat  nie  podawał,  czy  zmarła.  Wizja  mogła  dotyczyć  tej  samej  osoby  widzianej  na  kilka  sposobów  —  mogło  chodzić
o zamordowaną kobietę, której zwłoki zaczęły się już rozkładać, stąd brak twarzy i niemożliwość myślenia. Widzeniu towarzyszyły niejasne obrazy:
wieża zamku, wysokie wzgórze i mężczyzna w czarnym płaszczu. Z zapisków nie wynikało, jak jedna wizja odnosi się do drugiej — czy to ów
mężczyzna był zabójcą? Czy wieża wskazuje miejsce zbrodni, określając je wprost, czy symbolizuje tylko coś innego?

Załuski zamknął notatnik w poczuciu głębokiego niezadowolenia. Znowu nic konkretnego, poza obrazem dziewczyny w czerwonym płaszczu.

Mogła być tak ubrana, ale może to być kolejny symbol, zastanawiał się detektyw, zapisując swoje skojarzenia. Rozśmieszyło go to. Rozkodował
tekst, by swoje wnioski zapisywać szyfrem we własnym notatniku.

To na nic, pomyślał zniechęcony i położył się spać. Ciemne ptaki wojny szybowały tej nocy nad miastem, ale jego nic nie było w stanie obudzić.
Ocknął  się  koło  południa,  gdy  ktoś  zastukał  do  drzwi.  Nie  było  to  groźne  łomotanie,  zresztą  Gestapo  wolało  godziny  poranne,  ale  delikatne

pukanie. Wyrwany z głębokiego snu Artur nie bardzo wiedział, gdzie jest i co się z nim dzieje. Jak zwykle, gdy zarwał noc i starał się to odespać
w nietypowej porze, zaczynała boleć go głowa.

Wstał z trudem z łóżka i rozejrzał się wokół siebie. W pokoju panował bałagan. Detektyw schował kartę z rozwiązaniem szyfru Orwata oraz jego

notatnik  do  biurka  i  pobieżnie  uładził  otoczenie.  Niestety,  nie  dało  się  ukryć,  że  zasnął  w  ubraniu  —  świadczyła  o  tym  wymięta  marynarka
i sfatygowane spodnie. Nie było jednak czasu, by się przebrać, bo pukanie nasiliło się, przybierając bardziej natarczywy charakter.

Załuski uchylił drzwi. Stał za nimi Ignacy Kwas.
— Witam pana — powiedział Załuski powściągliwie, zastanawiając się, co sprowadza do niego dziwnego gościa.
— Mogę wejść? — zapytał przybysz, a Artur posłusznie odsunął się, żeby zrobić mu miejsce. Kwas dokładnie rozejrzał się po pokoju, jakby

chciał w szybki sposób ocenić, z kim ma do czynienia.

— Wiem, że mnie pan wczoraj rozpoznał — powiedział były sędzia, a Załuski poszedł do małej kuchni, właściwie kuchennej wnęki, by nastawić

wodę  na  herbatę.  Na  szczęście  był  prąd  i  mógł  włączyć  niewielką  maszynkę;  nie  znosił  gotować  na  benzynie,  bo  prymus  strasznie  kopcił
i jedzenie robiło się okropnie niesmaczne.

— Okazał pan dyskrecję, jestem za to wdzięczny — ciągnął Kwas, mimo że Artur nie skomentował w żaden sposób jego wcześniejszej uwagi.

— Byłem nieostrożny i dałem się zdemaskować…

Załuski odwrócił się gwałtownie i podszedł do Kwasa.
—  Proszę  mnie  posłuchać,  nie  interesuję  się  polityką  i  konspiracją.  To  oczywiste,  że  was  nie  wydam,  ale  chcę,  żebyście  zostawili  mnie

w spokoju!

Kwas spojrzał na niego badawczo i pokręcił głową.
— Panie Załuski, jest pan porządnym człowiekiem, mógłby pan pomóc organizacji.
Artur uniósł rękę, jakby chciał go powstrzymać przed powiedzeniem czegoś, co później trudno byłoby cofnąć.
— Powtarzam panu — powiedział z naciskiem — nie interesuje mnie polityka. Powiem tylko tyle i chcę, żeby to było jasne!
— Niech pan nie będzie śmieszny i dziecinny — odburknął Kwas, zapalając papierosa, własnoręcznie skręconego z jakiegoś podłego tytoniu,

bo w pokoju rozszedł się nieprzyjemny zapach. — Polityka dotyka każdego z nas, czy tego chcemy, czy nie. Skoro pan tego nie widzi, to jest pan
albo  ślepy,  albo  głupi.  —  Zamilkł  na  chwilę,  sprawdzając,  czy  Artur  zareaguje  na  tę  zniewagę,  ale  on  tylko  wzruszył  ramionami.  —  Jestem
żołnierzem podziemnej armii. Polskiej podziemnej armii — kontynuował z naciskiem Kwas. — Niczego od pana nie oczekujemy. Chodzi nam
wyłącznie o informacje.

—  Jakiego  typu?  —  spytał Artur,  bo  coś  zaczynał  rozumieć.  Stojący  przed  nim  człowiek  był  zapewne  kimś  w  rodzaju  oficera  wywiadu  tej

konspiracyjnej organizacji. Niejasne było tylko to, jakich informacji poszukiwali i kto mógł ich uwiarygodnić.

Kwas jakby czytał mu w myślach.
—  Mam  nadzieję,  że  nie  uważa  pan,  że  to  jakaś  prowokacja.  Nie  ukrywam,  że  jesteśmy  słabi,  a  po  ostatniej  wsypie  jest  jeszcze  gorzej.

Podejrzewamy, że mamy w naszych szeregach agenta Gestapo. Działamy bardzo ostrożnie, starając się jak najmniej rzucać w oczy. Ponieważ
Gestapo nas infiltruje, potrzebujemy nowych ludzi, którzy nie mają żadnych powiązań. Obserwowaliśmy pana od pewnego czasu…

— Mnie?
— Tak. Odrzucił pan propozycję wpisania na volkslistę, zatrudnił pan naszego człowieka, Smołę, prowadzi pan śledztwo w sprawie porwania

jasnowidza na prośbę jego siostry. Teraz dotarł pan do informacji o domu gry w Pałacu Larischa.

Artur wpatrywał się w niego z zaskoczeniem. Organizacja, nawet słaba, jak powiedział Kwas, rozpracowała go bardzo dokładnie. Swoją drogą,

nie bardzo zacierał za sobą ślady i nie krył się specjalnie ze swoimi działaniami. Jak do tej pory prawie wszystko przeprowadzał jawnie.

— Możemy pomóc, to znaczy, nasz wywiad jest w stanie pomóc. Od razu panu powiem, że Orwat nie siedzi w Monte ani w więzieniu świętego

Michała. Gestapo na pewno go nie aresztowało ani nie przesłuchiwało, tutaj hrabia Roniker otrzymał od nich prawdziwą informację. Od naszego
człowieka w Kripo wiem też, że w okolicy daty zniknięcia jasnowidza nie odnaleziono w Krakowie żadnych niezidentyfikowanych zwłok. Było kilka
napadów  na  Polaków,  także  ze  skutkiem  śmiertelnym,  pan  wie,  wówczas  śledztwo  prowadzą  polscy  policjanci  wraz  z  niemieckimi,  ale  mój
informator jest pewny, że żadną z ofiar nie był pański klient. Zbadał też wypadki samobójstw i utonięć, bo i takich było kilka. Także nic. Udało mu
się  popytać  tu  i  ówdzie,  czy  Sipo  nie  prowadziła  jakichś  akcji  pacyfikacyjnych,  w  których  Orwat  mógłby  zginąć  przypadkiem.  I  tu  nic.  Pański
człowiek, panie Załuski, rozpłynął się jak we mgle.

— Niesamowite — powiedział detektyw, pełen podziwu dla możliwości organizacji, którą reprezentował były sędzia. Gość uśmiechnął się lekko

i zaciągnął się papierosem. Milczeli, każdy zatopiony w swoich myślach.

— Czego pan ode mnie oczekuje? — spytał po chwili Artur.
—  Powiem  wprost:  liczymy  na  informacje.  Pan  prowadzi  swoje  śledztwo,  my  swoje.  Widzi  pan,  że  możemy  sobie  pomóc.  Spotyka  się  pan

z wieloma osobami z półświatka, spośród nich wywodzą się najczęściej konfidenci.

Artur chciał zaprotestować, ale Kwas uciszył go ruchem ręki.
— Sam pan wie, że tak jest.
— Nie generalizujmy — powiedział Załuski i pomyślał o Dolku. Aby prowadzić swoje interesy, musiał się opłacać Sipo, kontaktować z nimi, ale

czy w takim razie donosił? Artur nie miał co do tego pewności. Dolek czuł chroniczną niechęć do każdej władzy i raczej wyemigrowałby z miasta
lub  zrezygnował  z  dobrego  interesu,  niż  kapował.  Nie  był  to  człowiek,  którego  łatwo  było  zastraszyć,  a  tym  bardziej  trzymać  w  szachu.  Potrafił
zniknąć bez śladu, gdy robiło się gorąco, i dlatego koledzy po fachu nazywali go „Kamfora”.

— Nie generalizujmy — zgodził się tymczasem Kwas. — Możemy zdobyć dla pana tę przepustkę do kasyna w Pałacu Larischa, jeżeli nie uda

background image

się to pańskiemu koledze. Ten dziennikarz, Janowski, uwiarygodni pana w środowisku Niemców i volksdeutschów. Dla nas to szansa, bo trudno
nam  tam  wprowadzić  kogoś  ze  swoich.  Pan  rozejrzy  się  trochę  i  zda  nam  relację.  Interesują  nas  goście  tego  domu  gry,  ich  przyzwyczajenia,
charakterystyki… Staramy się zebrać informacje o wyższych oficerach stacjonujących w Krakowie, przydałyby nam się też zdjęcia.

— Mam zostać agentem waszego wywiadu!? — Artur przerwał gwałtownie rozmówcy. Czegoś takiego nikt mu dotąd nie proponował.
Kwas ponownie skrzywił się z niechęcią.
— Nie „waszego”, panie Załuski, tylko „naszego”, polskiego. My nie prowadzimy tutaj działań szpiegowskich, lecz walczymy. Zresztą niczego od

pana nie wymagam, to propozycja. Bardzo nam pan pomoże, wielu z nas może to uratować życie, ale decyzja należy do pana.

Artur chwilę się wahał. Nie podobało mu się, że Kwas usiłuje tak bez ogródek zagrać na jego patriotyzmie. Z drugiej strony umiejętnie pokazał

swoje możliwości. Załuski podjął decyzję.

— Zdobędę dla pana te dane, ale w zamian wy pomożecie mi w rozwiązaniu mojej zagadki.
— Zgoda! — Kwas uścisnął mu rękę. — O jakie informacje chodzi?
Detektyw wyciągnął z szuflady notes Orwata.
— Odczytałem szyfr, którym posługiwał się jasnowidz. Opisywał w notatniku swoje wizje dotyczące ostatnich spraw. Przewija się tutaj obraz

młodej  kobiety,  zamordowanej  i  okaleczonej,  leżącej  gdzieś  w  rowie  nad  rzeką.  Dziewczyna  ta  miała  na  sobie  czerwony  płaszcz,  jedyny  znak
szczególny  pojawiający  się  w  wizji.  Od  siostry  Orwata  wiem,  że  jakaś  rodzina  prosiła  jasnowidza  o  pomoc  w  poszukiwaniu  zaginionej  córki.
To Polka, jednym słowem. Nie mogę ustalić, czy takie przestępstwo miało już miejsce, czy była to projekcja przyszłych wydarzeń. Od sekretarza
hrabiego  Ronikera  wiem,  że  w  mieście  pojawiły  się  plotki  o  zaginięciu  Róży  Starskiej,  córki  profesora  uniwersytetu.  Jeszcze  tego  nie
sprawdziłem,  ale  gdyby  to  nie  była  dziewczyna  z  wizji,  dalej  tkwię  w  martwym  punkcie.  Potrzebuję  danych:  czy  w  ciągu  ostatnich  kilku  tygodni
policja przyjęła zgłoszenia o zaginięciu młodej dziewczyny lub czy odnaleziono zwłoki w takich okolicznościach, jak opisałem.

— Rozumiem — powiedział Kwas z namysłem. — Nie będzie to łatwe, bo nasz człowiek nie pracuje w Pierwszym Komisariacie Kripo, który

zajmuje się zabójstwami. Ale myślę, że i to da się dla pana sprawdzić, musimy mieć tylko trochę czasu.

— Dobrze — skinął głową Artur. — W jaki sposób się skontaktujemy? Przez Antoniego Smołę?
Kwas gwałtownie zaprzeczył.
— Nie, to byłoby zbyt niebezpieczne. Ja też nie będę się tu więcej pojawiał. Pańskie biuro uznajemy za spalony lokal kontaktowy. Zbyt wiele

osób  może  nas  tutaj  zdekonspirować.  Proszę  przyjść  w  najbliższy  piątek  do  kiosku  przy  Dunajewskiego  i  poprosić  o  „krakauerkę”  oraz  dwa
pudełka zapałek z okrętem na wieczku.

— Z okrętem? — zdziwił się Artur.
—  Tak,  to  nasz  znak  rozpoznawczy.  Kioskarz  poda  panu  gazetę,  w  której  będzie  informacja  od  nas.  Swoją  przekaże  mu  pan  zawiniętą

w  banknot.  Kontakt  na  razie  zawsze  przez  ten  kiosk.  Gdyby  działo  się  coś  podejrzanego,  sprzedawca  umieści  w  witrynie  ogłoszenie
o znalezionych kluczach od mieszkania.

Artura niepokoiły trochę te nieznane mu dotychczas zasady konspiracji, ale zgodził się. Uścisnęli sobie krótko ręce i Kwas zniknął.
Załuski zszedł do biura, by zobaczyć się ze współpracownikiem. Smoła zachowywał się tak, jakby poprzedniego wieczoru nic się nie wydarzyło.

Artur po namyśle postanowił postępować w podobny sposób. Przyjął kilku interesantów, a potem dał znak pomocnikowi, by załatwiał kolejnych,
i poszedł do siebie.

Otworzył notatnik Orwata i ponownie zagłębił się w niejasnych zapiskach. Dziewczyna w czerwonym płaszczu, znaleziona w rowie nad rzeką.

To mogły być okolice Krakowa, ale też samo miasto, na przykład prowadzący do klasztoru Norbertanek na Salwatorze bulwar nad Rudawą. Wziął
przedwojenną książkę telefoniczną i sprawdził adres profesora Starskiego. Nos go nie zawiódł — rodzina mieszkała niedaleko Rudawy, przy ulicy
Prusa.

Od mieszkania Artura był to spacer zaledwie dziesięciominutowy. Założył więc płaszcz i kapelusz i wyszedł z domu. Tuż za drzwiami zaskoczył

go bardzo zimny wiatr.

Postawił kołnierz i zaczął brnąć przez zabłocone chodniki w kierunku domu Starskich. Mieszkali na pierwszym piętrze dużej kamienicy, zajmując

ogromne,  wielopokojowe  mieszkanie.  Załuski  zapytał  jeszcze  o  numer  lokalu  ciekawskiego  stróża,  który  wystawił  głowę  ze  swej  kanciapy
dokładnie w momencie, gdy detektyw wszedł do bramy, i ruszył po drewnianych schodach na górę. Delikatnie zastukał w drzwi i otworzono mu
prawie natychmiast. W progu stała nastoletnia panienka w granatowej pensjonarskiej sukience, o zaplecionych w dwa warkocze włosach mysiego
koloru.

—  Słucham  pana?  —  zaszczebiotała  tak  dźwięcznie,  że  Artur  nie  mógł  się  nie  uśmiechnąć.  Uchylił  kapelusza  i  przedstawił  się,  prosząc

o rozmowę z kimś z krewnych Róży Starskiej.

— To moja kuzynka — wykrzyknęło dziewczę, ale prawie od razu w korytarzu pojawiła się stateczna matrona ubrana w długą szarą spódnicę

i takiegoż koloru sweter.

— Co się dzieje, Helenko? — zapytała wysokim, dobrze wyszkolonym głosem, który zdradzał, że była kiedyś nauczycielką albo lektorką.
Dziewczyna odwróciła się szybko i wyjaśniła „ciotuni”, że pan, który przyszedł, wypytuje o Różę. Załuski nie miał wątpliwości, że ma przed sobą

profesorową Starską.

Przedstawił  się  ponownie  i  uzyskał  zaproszenie  do  środka.  Mieszkanie  było  obszerne,  ale  teraz  zajmowało  je  kilkanaście  osób,  co  dobrze

świadczyło o właścicielach, którzy najwyraźniej udzieli schronienia wysiedlonym krewnym. Gdy szli przez długi hol, z każdego mijanego pokoju
dochodził gwar licznych głosów. Pani domu miała naprawdę złote serce.

Pani  Starska  zaprowadziła  Artura  do  niewielkiego  gabineciku  na  tyłach  mieszkania.  Kiedy  usiedli  na  otomanie,  detektyw  wyjaśnił

w oszczędnych słowach, kim jest i czego szuka. Starska zdradziła się z lekkim poirytowaniem, gdy zagadnął ją o córkę.

—  Jeżeli  o  to  chodzi,  nie  zasięgaliśmy  porady  pana  Orwata  —  powiedziała  stanowczo,  wyciągając  papierosa  z  ozdobnego  pudełka. Artur

podał jej ogień.

— Ale państwa córka zaginęła? Chodzi o pannę Różę?
Profesorowa spojrzała na niego z niechęcią.
—  Nic  takiego  nie  miało  miejsca!  Pan  powtarza  jakieś  niesmaczne  plotki!  O,  Boże,  kiedy  się  to  wreszcie  skończy!?  —  wykrzyknęła

niespodziewanie, zrywając się z kanapy. — Proszę mnie posłuchać: mój mąż, profesor literatury, został aresztowany w akcji na uniwersytecie,
wciąż martwię się o jego życie i zdrowie. Goszczę u siebie krewnych z poznańskiego, których wysiedlono z rodzinnej posiadłości. A pan jeszcze
przychodzi i dręczy mnie tymi niedorzecznymi plotkami.

—  Rozumiem  —  powiedział Artur,  który  niczego  tak  nie  znosił,  jak  wybuchów  damskiej  histerii.  —  Czy  mogę  w  takim  razie  porozmawiać

z córką?

Pani profesorowa gwałtownie pokręciła głową.
— Róży nie ma w domu. Wyjechała… na kilka dni do rodziny pod Kraków.
— Ach tak… — powiedział Załuski, któremu ta sprawa bardzo się nie podobała. — W takim razie przyjdę za kilka dni, by porozmawiać z córką.
—  Nie  widzę  potrzeby,  by  pan  z  nią  rozmawiał  —  obruszyła  się  Starska.  —  Powiedziałam  już  panu,  że  nie  mamy  nic  wspólnego  z  panem

Orwatem, a Róża nie zaginęła. Ktoś wprowadził pana w błąd.

Mówiła to tak podniesionym głosem, że do pokoju zajrzał jakiś mężczyzna. Był słusznej tuszy i miał starannie zaczesane włosy mysiego koloru,

jaki detektyw zauważył już wcześniej u Helenki. Najwyraźniej był to ojciec panienki.

— Co się dzieje, Edyto? — zapytał dudniącym basem.
— Pan wypytuje o Różę — powiedziała Starska, zniżając głos. — Snuje jakieś niedorzeczne teorie, że moja córka jakoby zaginęła.

background image

— Pan wypytuje o Różę — powiedziała Starska, zniżając głos. — Snuje jakieś niedorzeczne teorie, że moja córka jakoby zaginęła.
— Śmieszne — powiedział mężczyzna i zmarszczył groźnie brwi. — Siostra chyba wyjaśniła panu tę pomyłkę? Jeżeli tak, to żegnam i proszę

nas więcej nie nachodzić.

Załuskiemu nie pozostawało nic innego, jak wyjść. Cała sprawa wydawała mu się jednak bardzo dziwna. Pani profesorowa ewidentnie coś

ukrywała. Tylko co?

Skoro córka nie zaginęła, to dlaczego nie ma jej w domu i matka tak nerwowo reaguje na sugestię, że chciałby się z nią zobaczyć? Jeżeli

jednak zaginęła… Może rodzina jest szantażowana i ukrywa całą sprawę ze strachu? Trwa w końcu wojna.

Załuski  wrócił  do  mieszkania  i  resztę  dnia  spędził  w  domu.  Nie  chciało  mu  się  wychodzić,  zwłaszcza  że  pogoda  wciąż  była  okropna,

a w mieście rozpoczynały się przygotowania obchodów rocznicy powstania Generalnego Gubernatorstwa. Wawel był iluminowany, wywieszono
jeszcze więcej flag niż zwykle. Wyglądało to obrzydliwie.

Zajrzał do swoich notatek, ale szybko poczuł znużenie. Sprawa Orwata nie posuwała się naprzód, wręcz przeciwnie, miał wrażenie, że wciąż

stoi w miejscu, bo coś ważnego mu umyka.

Spędził  tak  kilka  dni,  w  poczuciu,  że  nie  może  przełamać  impasu  i  drepcze  w  miejscu.  Odwiedził  Teresę  Orwat,  ale  nie  zastał  jej  w  domu.

Wystraszona  służąca  nie  potrafiła  udzielić  informacji,  kiedy  pani  wróci.  Artur  zostawił  więc  lakoniczną  kartkę,  że  wszystkie  informacje  się
potwierdziły,  a  on  na  razie  nie  ustalił  niczego  nowego.  W  piątek,  ogromnie  zniechęcony,  udał  się  do  kiosku.  Najpierw  starannie  obejrzał  obie
witryny,  ale  nie  znalazł  w  nich  ogłoszenia  o  kluczach.  Podszedł  więc  do  sprzedawcy  i  poprosił  o  gazetę  i  zapałki.  Podano  mu  je  bez  zwłoki
i jakiegokolwiek zdziwienia. Artur wcisnął gazetę do kieszeni i rozwinął ją dopiero w domu.

Wywiad podziemia ustalił, że Róża Starska uciekła ze swoim narzeczonym, hrabią Z. z Prądnika, a rodzina usilnie starała się zatuszować ten

skandal. Załuski nie mógł w to uwierzyć. Trwała wojna, ludzie ginęli tysiącami, a on miał nagle do czynienia z obyczajowym skandalikiem rodem
z minionego stulecia. 

Raptus puellae3

, pomyślał z przekąsem i zniszczył kartkę. Trudno było wyobrazić sobie, jak bardzo był tym rozczarowany.

Wywiad  organizacji  Kwasa  był  jednak  świetnie  poinformowany,  no  i  bardzo  szybki.  Załuski  zaczął  zastanawiać  się,  jakie  jeszcze  wiadomości
mógłby tą drogą uzyskać.

Tymczasem Edward wystarał mu się o przepustkę do kasyna. Przyniósł ją któregoś wieczora, gdy rozdrażniony migreną i brakiem wyników

w śledztwie Artur przygotowywał sobie kolację.

— Żyjesz sobie jak pączek w maśle — powiedział z zazdrością dziennikarz, gdy już udało mu się opanować zadyszkę, jakiej dostał wspiąwszy

się na piąte piętro. Załuski nie miał wątpliwości, że Edward znowu ma problemy finansowe.

Zaprosił go do stołu i delikatnie wypytał o przyczyny złej passy. Tak jak przypuszczał, Janowskiemu zdarzyło się kilka razy zapomnieć w kasynie.

Cóż, pod tym względem okupacyjny dom gry nie różnił się od przedwojennego — dalej pojawiali się tam nałogowcy, którzy przegrywali fortunę.

— Mogę ci pożyczyć — powiedział Artur. Było to ryzykowne posunięcie, bo pieniądze można było spisać raczej na straty, ale wciąż chodziło mu

po głowie to, co powiedział Kwas: że Janowski uwiarygodni go wobec Niemców.

Dziennikarz rozpromienił się i uścisnął mu rękę. Najwyraźniej wstąpiły w niego nowe siły, bo zaczął pochłaniać podsuniętą potrawę i opowiadać

o swoich nowych systemach gry. Artur przyglądał mu się ze współczuciem. Umówili się na następny wieczór.

Załuski  przygotował  się  bardzo  starannie.  Kazał  odświeżyć  swoje  najlepsze  ubranie,  wyciągnął  nawet  jedwabny  krawat,  którego  nie  znosił.

Wyglądał z jednej strony odświętnie, a z drugiej nieco nonszalancko z laską ozdobioną kościaną główką w kształcie diabła.

Z Janowskim spotkał się w holu Pałacu Larischa, gdzie musiał pokazać przepustkę wartownikowi. Już dawno nie był w tym miejscu i uderzyły

go zmiany, które w nim zaszły. Dawna siedziba prezydenta nabrała rozrywkowego charakteru — obok kręgielni i domu gry usytuowano również
restaurację dla oficerów. Dziennikarz klepnął go po plecach, nie pozwalając na zbyt długie kontemplowanie wnętrza. Minęli dwóch oficerów, którzy
szybkim  krokiem  zmierzali  w  kierunku  restauracji. Artur  nie  zwróciłby  na  nich  uwagi,  gdyby  nie  to,  że  jeden  z  nich,  przechodząc,  odwrócił  się
gwałtownie i zawołał go po imieniu.

Początkowo Załuski nie miał pojęcia, kim jest ten wysoki mężczyzna w stalowoszarym mundurze ze srebrną naszywką SD4 na rękawie. Ale gdy

przyjrzał mu się z bliska, rozpoznał Lothara Glassa, swego dawnego kolegę z uniwersytetu.

— Co za przypadek! — powiedział Glass, ściskając mu rękę. — Nie widzieliśmy się kupę lat!
— To prawda — mruknął Artur, niezbyt zadowolony z tego spotkania. Lothar pochodził z dobrej berlińskiej rodziny, a na studia do Wiednia

wysłano go, by za granicą trochę utemperować jego wybuchowy charakter. Niestety, plan rodziny nie powiódł się — Glass uchodził w studenckich
czasach  za  największego  hulakę  i  utracjusza.  Świetnie  jeździł  konno,  miał  słabość  do  tancerek. Artur  nie  mógł  uwierzyć  w  to,  że  jego  dawny
kolega stał się nazistą i funkcjonariuszem służby bezpieczeństwa. Było to po prostu niepojęte.

Widząc jego rezerwę, Lothar zaśmiał się nerwowo i jakby rezygnując z zadawania dalszych pytań, pospieszył za swym towarzyszem w głąb

restauracji. W drzwiach odwrócił się jeszcze i zmierzył Artura wzrokiem. Chyba uświadomił sobie, że i dla niego to spotkanie jest nie na rękę.

Powoli wchodząc na piętro, Załuski zastanawiał się, o czym teraz myśli dawny kolega, a obecnie oficer wywiadu. Być może rozważa, w jakiej

roli się tu znalazłem: czy jestem volksdeutschem, sympatyzuję z nazizmem, czy po prostu wysługuję się Niemcom. Na pewno uznał, że trzeba na
mnie uważać. Dla mnie też nie jest to dobry omen, coś jakby ujrzeć ducha z przeszłości — obecnie upiora z trupią główką na czapce.

Spotkanie  z  Lotharem  na  pewno  nie  było  bezpieczne.  Nie  miał  ochoty,  by  zainteresował  się  nim  niemiecki  wywiad.  Z  drugiej  strony,  co

w obecnych czasach było bezpieczne? Nawet siedzenie w domu nie stanowiło gwarancji, że nic się nie wydarzy. Artur poczuł znajomy dreszcz
przyjemności. Oto znowu pojawiło się ryzyko. Uderzył swoją wytworną laską w balustradę schodów i zdecydowanym krokiem wszedł na salę.

Kasyno było niewielkie, ale urządzone ze smakiem. Jak się później dowiedział, była to filia austriackiego przedsiębiorstwa, która utrzymywała

podobny dom gry również w Warszawie — jedyną różnicą było to, że do warszawskiego wstęp mieli również Polacy.

Artur  zauważył  kilka  stołów  do  ruletki,  przy  których  tłoczyli  się  goście,  oraz  stoliki  do  bakarata.  W  głębi  usytuowano  elegancki  bar  oferujący

wyszukane alkohole. Światło było przytłumione, w powietrzu czuło się zapach dobrego tytoniu i drogich perfum, a podobnie jak w innych tego typu
przybytkach nigdzie na ścianach nie wisiały zegary. Gdyby nie natrętny widok hitlerowskich mundurów, Załuski miałby wrażenie, że jest gdzieś
w Europie, może w Szwajcarii lub we Francji, w jakimś niewielkim hotelowym domu gry. Takim dla zaufanego, wyselekcjonowanego towarzystwa.

Pomiędzy  oficerami  kręciły  się  kobiety  w  pięknych  sukniach  i  drogich  futrach,  w  większości  były  to  żony  wysokich  urzędników,  nudzące  się

w domach. Janowski pociągnął go w stronę jednego ze stolików z ruletką i wtedy Artur zobaczył Agnes Petzoldt.

Siedziała  przy  stole  i  z  lekkim  znudzeniem  obserwowała  kręcącą  się  maszynę.  Była  bez  rękawiczek,  a  na  jednym  z  palców  prawej  ręki,

niezwykle szczupłej i bladej, zatknęła — niczym pierścionki, bo miały w środku otwór — kilka dziesięciomarkowych sztonów, którymi bawiła się
bezwiednie.

Ubrana była w czarną suknię z połyskliwymi dżetami, a jej blada twarz wyglądała po prostu niesamowicie w zadymionym wnętrzu lokalu. Usta

miała starannie umalowane czerwoną szminką, a gdy piła szampana z wysokiego kieliszka, robiła to w taki sposób, że nie pozostawiała śladów
warg na brzegach. Gdy tylko zwolniło się miejsce, Załuski natychmiast usiadł koło niej, ale nawet tego nie zauważyła, zajęta leniwą obserwacją
pędzącej kulki.

— Proszę obstawiać — zachęcił krupier i Załuski czym prędzej postawił kilka sztonów na czarne. Ona obstawiła zero. Wygrał.
Potem  obstawił  jeszcze  czerwone,  kombinację  numerów  i  cyfrę  sześć,  która  zawsze  przynosiła  mu  szczęście,  i  znowu  wygrał.  Ona  stawiała

coraz wyższe stawki na zero.

Grali tak przez kilka minut — on wygrywał za każdym razem, ona zawsze przegrywała.
—  Może  zmieni  pani  strategię, 

madame

? — zapytał w końcu, a ona odwróciła się wreszcie do niego. Zobaczył z bliska jej niewiarygodnie

piękną  twarz,  zeszpeconą  czarną  opaską,  która  nadawała  jej  niepokojący,  lekko  okrutny  wyraz.  Drugie  oko  miała  podkreślone  czarną  kredką
i starannym makijażem w granatowej tonacji. Wyglądała jak gwiazda filmowa, a nie jak niemiecka urzędniczka.

background image

— Czytał pan Dostojewskiego? — zapytała głębokim głosem z lekkim południowym akcentem, a Artur z uśmiechem skinął głową.
— To pan wie, że nie lubił Polaków, podobnie zresztą jak Niemców… Miał jednak dla graczy dobrą radę: stawiać na „zero”. I ja to panu również

doradzam.

— Jak pani sobie życzy — odparł i jednym ruchem przesunął wszystkie wygrane sztony na zero. Ona także postawiła całą piramidkę pieniędzy

i odchyliwszy się lekko na krześle, obserwowała mknącą kulkę.

— Zero! — powiedział krupier, a przy stoliku rozległy się głosy podziwu.
Artur chciał zabrać wygraną, ale powstrzymała go ruchem pięknej dłoni.
— Niech pan zaczeka. To może być przełomowy moment… Wierzy pan w przełomowe momenty?
Popatrzył na nią z uśmiechem i skinął głową krupierowi, który ponownie zakręcił kołem. Wszyscy zgromadzeni przy stoliku obserwowali ruch

kulki  z  szalonym  napięciem.  Tylko Agnes  Petzoldt  zdawało  się  to  nie  obchodzić,  odwróciła  się,  by  zamówić  kolejny  kieliszek  szampana,  gdy
krupier zawołał ze zdumieniem:

— ZERO!
— Brawo! — rozległo się przy stole, a niektórzy rzeczywiście zaczęli klaskać. Agnes upiła nieco ze swego kryształowego kieliszka i wzruszając

ramionami, powiedziała do Artura:

— Głupia gra, prawda?
— Cóż, w pani przypadku zapewne nieco przewidywalna — zażartował Załuski, a ona roześmiała się niesamowitym, wibrującym śmiechem.
— Proszę już więcej nie grać, bo wszystko pan straci. Ja też mam już dosyć ruletki. Lubi pan bakarata?
Artur skinął głową, a ona ciągnęła:
— Jestem hazardzistką. Uwielbiam bakarata, ale ruletka mnie nudzi. Czytałam kiedyś 

Gracza

 i Dostojewski to wszystko przewidział. Trzeba

stawiać na zero, a gdy już wyjdzie, szybko postawić jeszcze raz, dużo większą stawkę. Jak pan widzi, sprawdziło się.

Agnes wstała od stołu, a Artur natychmiast zrobił to samo, zostawiając krupierowi napiwek. Była bardzo wysoka, a obcasy jeszcze dodatkowo

dodawały jej wzrostu. Poruszała się jak królowa, a Załuski miał wrażenie, że gdy szła, wszyscy rozstępowali się, by zrobić jej miejsce. Usiadła przy
stole i skinęła na kelnera, by przyniósł jej nowy kieliszek szampana. Zawsze tak robiła. Wypijała łyk lub dwa i zamawiała następny. Ceniła wysokie,
ręcznie rżnięte kryształy, które kasyno sprowadzało z Czech. Lubiła świeżość napoju i chłód wyczuwalny tylko przez krótki czas.

— Wolę stawiać na własną przegraną — powiedziała z uśmiechem do Artura, gdy i on zasiadł przy stole.
— Ja wręcz przeciwnie.
— To zrozumiałe. Nie ma w panu odrobiny fatalizmu.
Detektyw roześmiał się.
—  Pani  wybaczy,  baronowo,  ale  moim  zdaniem  w  obstawianiu  zwycięstwa  bankiera  kieruje  się  pani  raczej  pragmatyzmem.  Nie  od  dzisiaj

wiadomo, że lekka przewaga jest zwykle po stronie banku, nie gracza.

Agnes uśmiechnęła się z wyższością.
— Oczywiście, chyba pan nie myśli, że jestem głupia. Mój fatalizm opiera się na przekonaniu, że nawet grając przeciwko sobie, muszę w końcu

wygrać.

Gra  toczyła  się  szybko  i  ze  zmiennym  szczęściem. Artur  zorientował  się,  że Agnes  Petzoldt  obstawia  wedle  dobrze  znanego  w  kasynach

systemu  d’Alemberta  —  każda  kolejna  stawka  była  wyższa  od  poprzedniej,  gdy  wygrywała,  lub  niższa,  gdy  przegrywała.  W  związku  z  tym  on
zastosował system kontra d’Alembert, choć wiązał się z dużo wyższym ryzykiem niż inne, bardziej ograniczające możliwość przegranej.

Tego wieczoru miał szczęście. Do tego stopnia, że w jednej z ostatnich partii postawił na impas, czyli remis pomiędzy graczem a bankiem. Ten

układ kart w bakaracie zdarzał się niezwykle rzadko i było to prawdziwe ryzyko. Wygrał jednak, bo fortuna wyraźnie stała po jego stronie.

Agnes Petzoldt ponownie zwróciła ku niemu swą piękną twarz i zebrała ze stołu sztony.
— Popełniłam błąd — powiedziała, mrużąc oko, a jej długie rzęsy rzuciły cień na policzek. — Powinnam była stawiać na pana.
— Szczęście jest złudne, następnym razem może mi się nie udać — odpowiedział.
— Jest pan znajomym majora Glassa? — zapytała, całkowicie ignorując jego słowa.
— Majora Glassa? — powtórzył, a Agnes wykonała lekceważący ruch dłonią.
— Tak, widziałam was razem w holu…
Patrzyła na niego uważnie i z ciekawością, więc odparł szybko:
— Lothar Glass był moim kolegą podczas studiów w Wiedniu. Razem ukończyliśmy prawo.
— Och, Wiedeń — powiedziała swobodnie. — Studiowałam tam na Akademii Sztuk Pięknych. Cudowne miejsce! Bardzo inspirujące.
Teraz on przyglądał się jej z zainteresowaniem. Ocenił jej wiek najwyżej na dwadzieścia pięć lat, oczywiste więc, że nie mieli szans spotkać się

w Wiedniu, bo był od niej ponad dziesięć lat starszy. Perspektywa była jednak kusząca. Doskonale pamiętał studentki wydziału sztuki — ponętne
dziewczęta  bez  zahamowań,  tak  w  dziedzinach  artystycznych,  jak  i  sztuce  miłości.  Zastanawiał  się,  czy  Agnes  Petzoldt  podczas  swoich
uniwersyteckich studiów również należała do tych wyzwolonych z przesądów społecznych i moralnych młodych kobiet. Z sentymentem wspomniał
swoją wiedeńską sympatię z tamtych lat, piękną Irene Arden, która studiowała sztuki użytkowe i tylko dlatego nie wyszła za niego za mąż, że trafiła
się jej lepsza partia.

—  Pozwoli  pani,  że  się  przedstawię  —  powiedział  zatem.  —  Gra  w  pani  towarzystwie  tak  mnie  wciągnęła,  że  nie  dopełniłem  wymogów

grzeczności. Nazywam się Artur Załuski.

— Ach tak — stwierdziła Agnes, podając mu rękę. — Z tych Załuskich z Warszawy czy raczej z Halicza?
Artur uśmiechnął się lekko. Baronówna posiadała naprawdę szeroką wiedzę i przestał się dziwić, że była tak skuteczna w poszukiwaniu dzieł

sztuki.

— Raczej z tych drugich…
— No cóż, panie hrabio — powiedziała lekko — osobiście jestem obywatelką świata i nie mam specjalnych uprzedzeń, ale nie każdy jest taki

jak ja. Przyjaźń z majorem Glassem to dla pana znakomita inwestycja na przyszłość!

Chciała  jeszcze  coś  powiedzieć,  ale  w  tej  chwili  nadszedł  wyglądający  jak  drobny  urzędnik  umyślny.  Z  wielkim  uniżeniem  zbliżył  się  do  niej

i podał niewielką kopertę. Agnes rozdarła ją i wyjęła maleńką karteczkę, na którą tylko spojrzała.

— Cóż, obowiązki mnie wzywają. To było bardzo pouczające, hrabio…
— Baronowo… — skłonił się lekko.
— Mam nadzieję, że jeszcze się tutaj spotkamy — rzuciła na odchodnym. I nie patrząc już na niego, szybkim krokiem wyszła z kasyna.
Prawie natychmiast przy Arturze zmaterializował się Janowski.
— Nie chciałem ci przeszkadzać w rozmowie z osławioną Agnes Petzoldt.
— Osławioną? — zapytał detektyw, uśmiechając się lekko. — To chyba nie najlepsze słowo.
Dziennikarz obruszył się.
— Tak. Zapewne zbyt mało dosadne, jeśli chodzi o tę sadystkę, nazistowską sukę i złodziejkę dzieł sztuki.
Załuski nie odpowiedział. Agnes Petzoldt była na pewno niebezpieczna. I fascynująca. Zaczynała się zatem GRA. Gra, w której on nie zamierzał

stawiać na remis czy wygraną banku. Jak zwykle postawił na siebie.

Rozdział czwarty. Echo

Kawiarnia Pani, w której Artur umówił się z Dolkiem, mieściła się przy ulicy świętego Jana 11, w lokalu dawnej Stylowej. Było to naprawdę

background image

niezwykłe miejsce — eleganckie, z klasą i smakiem, a przy tym niezwykle skromnie urządzone. Organizowano tu koncerty i recitale, występowali
znani  artyści  polskiej  sceny.  Klientela  też  była  osobliwa:  starsi  panowie  i  młodzież,  kobiety  z  tej  niezwykłej  sfery,  „która  nie  jest  już
mieszczaństwem,  ale  jeszcze  nie  stała  się  arystokracją”,  jak  określił  to  później  trafnie  pisarz  Curzio  Malaparte,  opisując  damy  starannie
ukrywające  wojenne  ubóstwo  dzięki  fantazyjnie  dobranym  dodatkom  do  starych  sukienek  i  zmęczonych  płaszczy.  Co  ciekawe,  Załuski  niezbyt
chętnie tu przychodził — lokal wydawał mu się dosyć pretensjonalny, repertuar piosenek sprzed dwudziestu lat lekko go przygnębiał. Nie lubił też
patrzeć w swoje odbicie powielane przez mętne jak martwa woda tafle niezliczonych luster, którymi udekorowano ściany. Kawiarnia była zawsze
przepełniona i zasnuta dymem. Kelnerki, wytworne panie w jedwabnych pończochach ze starannie pomalowanymi paznokciami, przechadzały się
pomiędzy klientami jak księżniczki między poddanymi, paląc papierosy w długich szklanych lufkach.

W tłumie dosyć łatwo można się zgubić. Publiczność była zazwyczaj zajęta koncertem, cichą konwersacją lub przeglądaniem gazet. Dolek zajął

stolik na uboczu, wciśnięty w róg kawiarni, niedaleko wieszaka na płaszcze, który skutecznie odgradzał go od reszty pomieszczenia. Jak zwykle
udawał zatopionego w lekturze najnowszego „Gońca”. Gdy Artur się zbliżył, nawet na niego nie spojrzał.

— Spóźniłeś się! — powiedział, choć przecież nie umawiali się na konkretną godzinę.
—  Ja  nigdy  się  nie  spóźniam  —  swobodnie  odrzekł  Załuski,  siadając  i  prosząc  przechodzącą  damę  o  kawę.  Ona  obrzuciła  go  dosyć

nieuprzejmym spojrzeniem, ale pobrzękując ciężkimi srebrnymi bransoletkami na prawej ręce, zapisała zamówienie.

— Jakieś wieści? — dodał jeszcze, a Dolek zamknął gazetę, złożył ją starannie i schował do kieszeni marynarki, jakby za chwilę zamierzał

wstać od stołu.

— U mnie zawsze same dobre.
— Mów!
—  Jeżeli  chodzi  o  twoje  sprawy,  to  Czerwony  Krzyż  raczej  nie  zarobi,  bo  starego  pana  Juliana  nie  ma  ani  na  Pomorskiej,  ani  w  Monte.

Szukałem go przez kilku moich ludzi, bardzo zaufanych. Jak oni mówią, że go tam nie ma, to pewne na sicher.

— Ach, tak — powiedział Artur. Wiadomości Dolka potwierdzały to, co już wiedział od Kwasa. Trzeba więc przyznać, że wywiad konspiratorów

działał naprawdę dobrze. — A co w kwestii dziewczyny?

background image

Dolek ożywił się.
— Tutaj, widzisz, może być sprawa. O zaginięciu tej twojej Starskiej nic nie wiedzą, ale mój znajomy z Kripo opowiadał, że coś jest na rzeczy.

Krążą pogłoski o młodych kobietach, które giną, by nigdy się już nie odnaleźć, mówi się o jakimś zboczeńcu, mordercy dziewcząt. Do tej pory
policja nic nie robiła w tej sprawie, bo nie było żadnych oficjalnych zgłoszeń, ale to się zmieniło…

— Ktoś złożył meldunek?
Kapuś rozejrzał się czujnie wokół siebie.
—  Prawdopodobnie  tak.  Nie  mogłem  się  dowiedzieć  niczego  konkretnego,  ale  pojawiły  się  plotki,  że  zaginęła  flama  jakiegoś  wysokiego

oficera.

— Wiesz, o kogo chodzi? — Artur przysunął się bliżej i też bacznie rozejrzał po kawiarni. Nikt ich nie podsłuchiwał, bo ludzie byli zajęci swoimi

sprawami i skupieni wyłącznie na sobie.

— Nie mam pojęcia. Ale to jakaś grubsza afera, bo węszy przy niej Gestapo.
Detektyw spojrzał na niego ze zdumieniem, a Dolek kiwnął głową.
—  Dziwne  —  powiedział  Artur,  który  jednak  nie  był  przekonany,  czy  ta  sprawa  ma  cokolwiek  wspólnego  z  jasnowidzem  i  dziewczyną

w czerwonym płaszczu.

Może niepotrzebnie połączył osobę z wizji Orwata z Różą Starską. A jeśli chodziło tutaj o jedną z tych kobiet? Może ktoś z ich rodzin radził się

jasnowidza? Wierząc w zdolności Dolka, zagadnął go o zaginione dziewczyny. Taki szperacz jak on musiał znać choć jedno nazwisko. Kapuś
obruszył się i ponownie przypomniał mu, że to, o czym powiedział, to tylko pogłoski.

— Daj spokój, Dolek, to dla ciebie łatwizna. Poniuchaj trochę u twoich „krowoderskich zuchów” i dowiedz się, czyja matka opłakuje zaginięcie

córki. Nie musisz przecież grzebać w kartotece Kripo.

— Nie ucz mnie, jak zbierać informacje — z przekąsem rzucił Dolek. — Po prostu nie chce mi się tego ciągnąć, ta sprawa śmierdzi. To może

być jakaś niemiecka zboczona świnia, która poluje na młode dziewczyny, by zaspokoić swoje chore żądze. A jeżeli tak jest, to zaraz zrobią z tego
awanturę polityczną i ten, kto się będzie tym za bardzo interesował, odpowie za współudział.

— Bardzo się ostrożny zrobiłeś. Nie znałem cię od tej strony. Przecież jak coś się stanie, ty się ulotnisz, jak zawsze…
— Jak zawsze, jak zawsze — powiedział rozzłoszczony informator. — Muszę dbać o moją żonę i dzieci. Z czego będą żyli, jak mnie zabraknie?
Załuski uśmiechnął się i nieznacznym ruchem podał mu kopertę. Dolek nawet do niej nie zajrzał, tylko szybkim ruchem wsunął do kieszeni. Miał

dłonie charakterystyczne dla doliniarza — Artur po raz kolejny zwrócił na to uwagę — o palcach wskazującym i środkowym równej długości. Ale
z tego, co wiedział, Wolff nigdy nie zajmował się doliną. W krakowskiej „ferajnie” był raczej mało znaczącą płotką, choć chwalił się znajomością
z Aronem Lejbanem, szefem złodziejskiego syndykatu i absolutnym mistrzem w swoim fachu. O Lejbanie mówiono, że potrafił wykonać replikę
każdego  klucza,  na  który  spojrzał.  W  ten  sposób  zresztą  rabowała  jego  szajka  —  Aron  obserwował  zamożne  kobiety  robiące  zakupy
w eleganckich sklepach, zwłaszcza jubilerskich, i gdy sięgały do torebki po pieniądze, zwykle udawało mu się zobaczyć klucze. Wspólnicy śledzili
damę, by dowiedzieć się, gdzie mieszka, Lejban w tym czasie dorabiał klucz. Był to prawdziwy wirtuoz, który ponoć potrafił również otwierać kasy
na słuch. Niestety, wsadzili go tuż przed wojną i wszelki ślad po nim zaginął. Przypuszczalnie Niemcy rozwalili go w więzieniu.

Kelnerka postawiła na stoliku kawę dla Artura.
—  Należą  się  dwa  złote  —  powiedziała,  a  on  wyciągnął  portfel  i  bez  słowa  podał  jej  należność.  Kawa  była  pozbawioną  smaku  lurą,  jakby

zrobioną z wypalonych trocin. Aż się wzdrygnął, przełykając ją. Dolek obserwował go z rozbawieniem.

— Lepiej tu nic nie zamawiaj poza wodą sodową — powiedział, a Załuski wzruszył ramionami.
— Mogłeś uprzedzić mnie wcześniej. Kiedy będziesz coś wiedział?
— Popytam, poszukam… Dam ci znać, nie bój się, w razie czego zawsze mnie znajdziesz u Bisanza!
Artur kiwnął głową, pożegnał się krótko i wyszedł. Zaniepokoiła go informacja Dolka o zaginionych dziewczynach, a jeszcze bardziej fakt, że

sprawą  zainteresowało  się  Gestapo.  Załuski  nie  był  naiwny  i  wiedział,  że  policja  polityczna  wkracza  do  akcji  wyłącznie  wtedy,  gdy  ma  dobry
powód. Banalne zaginięcia polskich dziewcząt takim powodem być nie powinny. Najprawdopodobniej chodziło przede wszystkim o zniknięcie
kochanki tego oficera. Ale kto to mógł być? To była trudna zagadka, a Dolek najwyraźniej nie zamierzał mu pomóc w znalezieniu odpowiedzi.
Autentycznie się bał.

Artur postanowił nie iść prosto do domu, tylko przejść się nieco po Plantach. Wyglądały żałośnie, z resztkami suchej, wgniecionej w błoto trawy.

Co chwila mijał jakiegoś właściciela psa. Miał wrażenie, że tych czworonogów ostatnio bardzo w mieście przybyło, co wydawało się nieco dziwne,
biorąc pod uwagę trudności ze zdobyciem podstawowych produktów żywnościowych. Skoro ludzie egzystowali z takim trudem, jak udawało im się
utrzymać psy? Była to kolejna z wojennych zagadek. Pieski wyprowadzano na Planty, bo do miejskich parków mieli wstęp tylko Niemcy. Z każdym
dniem obszar dostępny dla Polaków się kurczył, a do Artura dotarła niepokojąca wiadomość, że niedługo zaczną się wysiedlenia z Alei. Musiał
zawczasu  poszukać  sobie  innego  lokum.  Z  tą  myślą  spacerował  dzisiaj  po  mieście.  Po  zastanowieniu  odrzucił  kilka  możliwych  lokalizacji.
Krakowska, przy której miał antykwariat Kravitzer, była położona zbyt blisko Kazimierza, w związku z tym narażona na stałą obserwację ze strony
Niemców. Miał pewien awaryjny pomysł i długo się namyślał, czy z niego nie skorzystać. Na początku wojny udało mu się dzięki wysokiej łapówce
przejąć  niewielkie  mieszkanie  kuzyna,  Ignacego  Horna,  mieszczące  się  obecnie  w  sercu  dzielnicy  niemieckiej.  Przychodził  tam  czasami,  by
lokatorzy tego budynku, a byli to w większości urzędnicy pracujący dla rządu Generalnego Gubernatorstwa, mogli oswoić się z sąsiadem. On też
podawał się zresztą za Niemca. Ta gra, choć go bawiła, była jednak bardzo niebezpieczna, więc po krótkim wahaniu postanowił zrezygnować
z przeprowadzki, zagrożenie dekospiracją było zbyt realne. Lokal mógł mu się jednak przydać, zatem zdecydował zachować go w odwodzie, na
czarną godzinę. I oby nadeszła jak najpóźniej, powiedział sobie w myślach.

Pomyślał o okolicach Plant. Takie ulice jak Batorego czy Łobzowską wciąż zamieszkiwali Polacy. Znał jednego z właścicieli kamienicy przy

Łobzowskiej, tuż przy kościele Zmartwychwstańców. Zawrócił zatem i udał się w tamtym kierunku.

Właściciel ów, Nowiński, był przedwojennym klientem detektywa, przyjął go zatem serdecznie. Artur zauważył, że w dużym mieszkaniu wszystko

przygotowane jest do wyjazdu. Popakowane w pudła rzeczy piętrzyły się w korytarzu, a większość mebli przykryto prześcieradłami.

— Wyprowadza się pan? — zapytał z ciekawością Artur, a Nowiński wyjaśnił mu, że przenosi się wraz z rodziną do Rabki. W Krakowie było dla

niego zbyt niespokojnie.

— Wie pan, te łapanki, Niemcy na ulicach — tłumaczył, zacierając nerwowo ręce. — Moja żona jest słabego zdrowia, wpadła w jakąś chorobę

nerwową.

Załuski był zdania, że akurat Rabka nie jest najlepszym wyborem, ponieważ do dawnego gimnazjum żeńskiego świętej Teresy przeniesiono

właśnie z Zakopanego szkołę policyjną Sipo. Przenosiny w takie sąsiedztwo nie były zbyt bezpieczne, ale Nowiński najwyraźniej to lekceważył.

— Nie martwię się tą szkołą, zresztą ponoć pod latarnią jest najciemniej — powiedział z rozbrajającą naiwnością. — A moja żona nie może tu

czekać. Wyjeżdżamy.

Załuski zagadnął go więc o mieszkanie do wynajęcia. Właściciel zareagował nieco nerwowo, nawet z pewną podejrzliwością. Artur oględnie

wytłumaczył mu swoją sytuację i Nowiński wyraźnie się odprężył.

— A tak, słyszałem o tych planach. Wie pan, że wzdłuż ulicy Królewskiej mają budować małe kamienice dla Niemców według ich słynnego

projektu „Licht und Luft”, czyli „Światło i powietrze”? Jak nie znoszę szwabów, to jest to naprawdę znakomity plan budownictwa czynszowego.

Nowiński zapalił się i zaczął opowiadać o niemieckich rozwiązaniach mieszkaniowych, zakładających budowę tanich, funkcjonalnych i przede

wszystkim zdrowych, bo przewiewnych i dobrze oświetlonych słońcem domów. Załuski od razu uznał, że przemawia przez niego przedwojenny
społecznik. Zresztą ze słów Nowińskiego wynikało, że wiele mieszkań w swej kamienicy wynajął uchodźcom. To był duży plus dla Artura, zaczął

background image

bowiem odnosić wrażenie — a nigdy nie lekceważył takich odczuć — że powinien zgubić się w tłumie anonimowych osób. Nie chciał wobec tego
wprowadzać  się  w  miejsce,  gdzie  wszyscy  byli  z  dawna  zasiedziali  i  doskonale  się  znali.  Tutaj  istniała  szansa  na  wtopienie  się  w  tłum
uciekinierów.

— No, właściwie — powiedział Nowiński — moje mieszkanie, jak pan widzi, jest wolne.
Artur  zaoponował.  Nie  potrzebował  tak  obszernego  i  eksponowanego  lokalu.  Wolał  coś  mniejszego  i  bardziej  na  uboczu.  Nowiński  skinął

głową, sięgając do szuflady biurka, skąd wyciągnął pęk kluczy. Po dłuższym namyśle wybrał jeden z nich.

— Chyba mam coś dla pana.
Obaj  wyszli  z  mieszkania  i  po  chwili  znaleźli  się  na  wewnętrznym  podwórku  z  trzepakiem  i  dosyć  zaniedbanym  śmietnikiem.  Nowiński

zaprowadził go do oficyny, a właściwie kolejnej bramy, z której przechodziło się do bocznego skrzydła domu, i po stromych schodach wprowadził
gościa na ostatnie piętro.

Znajdowały się tutaj dwa mieszkania. Oba, jak wyjaśnił właściciel, stały puste, ale tylko jedno nadawało się do użytku.
— To drugie jest zrujnowane — powiedział Nowiński, manipulując przy zardzewiałym zamku. Artur rozejrzał się po ciasnej i zaniedbanej klatce

schodowej.  Przez  wąskie  okno  wpadało  niewiele  słońca,  ale  i  w  tym  mizernym  oświetleniu  widać  było  żałosne  ubóstwo  oficyny  —  prawie
całkowicie  zadeptane  schody,  wyświecone  poręcze  i  dawno  nieodnawiane  ściany,  nad  wszystkim  unosił  się  zaś  ostry  i  przenikliwy  zapach
kociego moczu. Załuski szczerze wątpił, by ktoś chciał go wysiedlić z tak ekskluzywnego apartamentu.

Nowiński  wreszcie  pokonał  oporny  zamek  i  wpuścił Artura  do  środka.  Mieszkaniu  na  pewno  przydałoby  się  solidne  wietrzenie,  bo  mocno

zalatywało zastarzałym kurzem i stęchlizną. Było jednak ładne i co najważniejsze, bardzo funkcjonale. Składało się z dwóch niewielkich pokojów,
kuchni i ubikacji. Okna wszystkich pomieszczeń wychodziły na podwórko, a właściwie na tyły ogrodu ojców franciszkanów. W lecie musiał to być
naprawdę kojący widok.

— A sąsiedzi? — zapytał Załuski, już zdecydowany, by wynająć ten lokal. Nowiński wzruszył ramionami. — Sami przyjezdni, rozumie pan…

Częściowo  sam  ich  przyjąłem,  częściowo  mi  ich  dokwaterowano.  Tutaj  mieszkała  rodzina  z  Poznania,  ale  kilka  tygodni  temu  się  wynieśli  bez
słowa. Nie wiem, co porabiają. Weźmie pan?

Artur kiwnął głową.
Już zastanawiał się, jak przetransportować swój niewielki dobytek do tej klitki. Nowiński wręczył mu klucze, poprosił, by należność za komorne

przesyłać do Rabki, i pożegnał się krótko, spiesząc do swoich spraw. Najwyraźniej cieszył się, że w oficynie zamieszka ktoś mu znany, a nie
lokator narzucony przez biuro kwaterunkowe.

Załuski postanowił przenosić tu swoje rzeczy sukcesywnie, by nie zwracać powszechnej uwagi wyprowadzką. Biuro także zamierzał na razie

prowadzić w starym miejscu, a potem ulokować je gdzieś bliżej.

Otworzył wszystkie okna i wpuścił chłodne jesienne powietrze. Mieszkanie było zapuszczone, ale wszystkie instalacje działały, o czym przekonał

się,  odkręcając  wodę  w  kuchni.  Poprzedni  lokatorzy  pozostawili  trochę  mebli,  których  nie  byli  w  stanie  zabrać,  więc  przysunął  starą,  nieco
zjedzoną przez mole otomanę w kierunku okna i wyciągnął się na niej wygodnie.

Ciekawe, ile mnie jeszcze czeka przeprowadzek do końca okupacji, pomyślał. W tym momencie przypomniał sobie, że siostra Orwata była

pewna, że w 1944 roku wojna będzie wciąż trwała. Jeżeli ta informacja się sprawdzi, to na pewno zmieni adres jeszcze kilka razy. Szczerze wątpił,
czy w obecnej sytuacji lokalowej udałoby mu się znaleźć tyle wolnych mieszkań. W tym przypadku miał dużo szczęścia, że trafił na kamienicznika,
który nie dość, że sam uciekał, to jeszcze dysponował niezgłoszonym do kwaterunku lokum zwolnionym przez dotychczasowych mieszkańców.

Tak, w jego życiu szczęście decydowało o wielu sprawach. Podniósł się leniwie z otomany i wrócił do swego starego mieszkania. Po drodze

zajrzał do kiosku na Dunajewskiego, by kupić gazetę i przekazać sprawozdanie z wizyty w Pałacu Larischa. Opisał Kwasowi dosyć dokładnie
majora Glassa oraz Agnes Petzoldt. Robiąc to, czuł się dosyć dziwnie. Konspiracyjny wywiadowca, pomyślał o sobie z przekąsem, ale był zdania,
że zawartych umów trzeba dotrzymywać. Kwas także wiele dla niego robił.

Przez kilka dni nie pojawiał się w biurze, wytłumaczywszy się Smole nawałem innych obowiązków. Nawet jemu nie powiedział o planowanej

wyprowadzce.  Ostrożności  nigdy  za  wiele,  pomyślał,  pakując  swoją  garderobę  do  plecaka.  Co  ciekawe,  plecaki  stały  się  właśnie  głównym
elementem  wyposażenia  Krakowian,  nie  noszono  toreb  czy  torebek,  a  właśnie  parciane  plecaki,  do  których  łatwo  było  upchnąć  zdobyte
w kolejkach produkty, często o nieporęcznym kształcie i ciężarze.

Mebli  praktycznie  nie  posiadał,  większe  rzeczy  przewiózł  dorożką  tuż  przed  zmrokiem,  jeszcze  zanim  zapłonęły  nieliczne  latarnie.  Nikt  nie

zwrócił na niego uwagi, gdy transportował resztki swej biblioteki i kolekcję grafik Alfonsa Muchy.

— Wyniósł się pan stąd? — zapytał go Smoła, gdy Artur po przeprowadzce wreszcie zawitał do biura. — Chodziłem do pana kilka razy, ale nie

mogłem  zastać  —  wyjaśnił.  —  On  chce  się  z  panem  spotkać  —  dodał,  a Artur  domyślił  się,  że  chodzi  o  Kwasa.  Istotnie  przez  parę  dni  nie
zachodził do kiosku i oficer stracił go z oczu. Najwyraźniej stało się coś ważnego, skoro zaryzykował taki sposób kontaktu, wcześniej wykluczony.

— Gdzie? — zapytał, a Smoła, rozglądając się bacznie na boki, podał mu niewielką bibułkę. Lokal kontaktowy znajdował się zaledwie kilka

przecznic od jego obecnego mieszkania. Załuski miał tam przyjść wieczorem i czekać na sygnał — zapalenie się i zgaśnięcie światła w oknie.
Jego sprzymierzeńcem było tutaj zaciemnienie; obecnie obowiązywało od godziny piątej wieczór do siódmej rano, a pogrążone w mroku ulice
oświetlały tylko wskazujące właściwy kierunek niewielkie sygnalizatory w kształcie strzałek.

Artura wciąż irytowały te konspiracyjne zwyczaje, ale posłusznie wypełnił instrukcje Kwasa i zjawiwszy się tuż po zapadnięciu zmroku na ulicy

świętej  Teresy,  chwilę  stał  na  chodniku,  udając  zainteresowanie  witryną  zakładu  szewskiego,  by  stwierdzić  —  po  sygnałach  dawanych
z mieszkania na drugim piętrze — że droga wolna.

Drzwi otworzył mu Kwas i bez ceremonii wprowadził go do niewielkiego saloniku, urządzonego dosyć prosto. Od razu rzucało się w oczy, że

w mieszkaniu nikt nie przebywa na stałe: półki były puste i zakurzone, stary, wystrzępiony dywan mocno schodzony i zabrudzony.

— Dziękuję, że pan przyszedł — powiedział Kwas i usiadł przy stole, by skręcić swego niezbyt aromatycznego papierosa. — Otrzymaliśmy

pańską wiadomość. Oddał nam pan wielką przysługę.

Załuski wzruszył ramionami, nie wiedząc, co konspirator ma na myśli.
— Chodzi o tego Glassa, którego pan opisał.
— Byłem zaskoczony tym spotkaniem, nie widzieliśmy się od czasu studiów — wyjaśnił Artur, a Kwas skinął głową.
—  Obecnie,  według  danych,  które  pozyskaliśmy,  Glass  pracuje  w  SD,  w  wywiadzie  międzynarodowym.  Mamy  informację,  że  przygotowują

pewną akcję, i stąd wiedza, że Glass pojawił się w Krakowie, jest dla nas bardzo cenna.

— Jaką akcję? — zainteresował się Artur, który w dalszym ciągu nie mógł uwierzyć, że jego kolega, niefrasobliwy hulaka i utracjusz, mógł zrobić

karierę w hitlerowskiej służbie bezpieczeństwa.

— To ściśle tajne — powiedział Kwas, który uporał się już z bibułką i zapalił swego papierosa. — Ale ponieważ mamy dla pana ważne zadanie,

wprowadzę pana nieco w temat. Jak pan wie, SD, czyli wywiad i kontrwywiad SS, jest podzielony na departamenty. Pański znajomy pracuje dla
trzeciego, zajmującego się działalnością poza granicami Niemiec. Dowiedzieliśmy się, że departament ten przygotowuje na zlecenie swego szefa
Heydricha  i  feldmarszałka  Keitela  operację  zwaną  „Nacht  und  Nebel”,  czyli  „Noc  i  Mgła”,  która  ma  polegać  na  porywaniu  i  deportowaniu  do
obozów w głębi Niemiec członków organizacji antyfaszystowskich i innych niewygodnych reżimowi osób. Rozumie pan, ci ludzie mają po prostu
znikać.

— „Nocy i Mgło — znikam” — wyszeptał Artur. — To z opery Wagnera 

Złoto Renu

!

Kwas pokiwał głową.
—  Mają  fantazję,  prawda?  —  powiedział  ironicznie.  —  Otrzymaliśmy  informację,  że  panowie  z  SD  już  testują  swoją  operację  w  krajach

background image

okupowanych, a Glass jest jednym z oficerów, o których wiemy, że są w nią zaangażowani. Jego pojawienie się w Krakowie jest dla nas bardzo
interesujące. I groźne. Być może wybrali sobie nasze miasto dla przeprowadzenia próbnej akcji. Musimy to wiedzieć! To zadanie dla pana: musi
się pan zbliżyć do Glassa i jak najwięcej się o nim dowiedzieć. Konieczne jest, by odnowił pan tę znajomość, a nawet ją zacieśnił. Wiemy, że
Glass codziennie chadza do kasyna, chętnie też jada w Grandzie. Nie mamy o nim zbyt wielu informacji, ale podejrzewamy, że jego upodobania
od czasów studenckich niewiele się zmieniły — wciąż lubi alkohol i młode kobiety.

Załuski uśmiechnął się.
— Dobrze — powiedział powoli — ale jak zwykle jest to handel wymienny. Moje śledztwo nie posuwa się naprzód, a w każdym razie nie biegnie

w spodziewanym kierunku. Być może to, o czym się dzisiaj dowiedziałem, nie ma związku ze sprawą… Ponoć uprowadzono kochankę jakiegoś
wysokiego oficera niemieckiego, giną też bez śladu młode Polki. To na razie tylko plotki, ale bez pańskiej pomocy nie uda mi się ich sprawdzić.
Szczególnie interesuje mnie ta Niemka i oczywiście jej ukochany.

Kwas skinął głową.
— Zgoda, choć nie powiem, że mamy czas na zajmowanie się pańskim śledztwem. Wie pan, że borykamy się ze swoimi problemami, wciąż

tropiąc kreta w naszej organizacji. Kilka dni temu znowu mieliśmy wsypę, stąd ten nowy i niesprawdzony do końca lokal. — Kwas zatoczył koło
ręką. — Aresztowań zawsze dokonuje ten sam gestapowiec, Rybie Oko…

— Rybie Oko? — zdziwił się Załuski.
— Tak go nazywają moi ludzie. Wygląda w charakterystyczny sposób, ma takie wiecznie załzawione oczy, ale to szuja jakich mało. Wielu ludzi

już zakatował w śledztwie, ciąży na nim wyrok.

— Chyba go widziałem kiedyś w kawiarni Bisanza — przypomniał sobie Artur. — Siedział z trójką ludzi wyglądających na konfidentów.
— Na konfidentów? Skąd pan wie? — zainteresował się gwałtownie Kwas, rozgniatając nerwowo niedopałek w popielniczce.
Artur wyjaśnił mu swoją teorię na temat kapusiów, a on pokiwał głową.
— Tak, to prawda, przy pewnej wprawie można ich rozpoznać w tłumie. Jak wyglądali tamci?
— To byli dwaj mężczyźni, nie bardzo się wyróżniający, w średnim wieku, dosyć dobrze ubrani. I kobieta. Ją rozpoznałem. To była Rita, tancerka

z Cyganerii.

— Rita — powtórzył Kwas w zamyśleniu. — Ciekawa sprawa… Tych dwóch nie może pan opisać?
Artur  pokręcił  przecząco  głową.  Widział  ich  tylko  przez  moment,  zresztą  nie  posiadali  żadnych  znaków  szczególnych,  może  poza  szeroko

rozstawionymi oczami i mocnymi, bokserskimi szczękami. Takich ludzi były jednak setki.

— Dziękuję panu — Kwas uścisnął mu rękę. — Proszę zostawić wiadomość w kiosku, tak jak poprzednio. W razie czego skontaktujemy się

z panem.

— W jaki sposób?
— Znajdziemy go. Ale już raczej nie przez Smołę. To była wyjątkowa sytuacja, bo się pan wyprowadził i straciliśmy pana z oczu.
A więc nie ufają mi do końca, pomyślał Artur, wychodząc. Obserwują mnie.
Gdy  za  detektywem  zamknęły  się  drzwi,  Kwas  jeszcze  przez  chwilę  nasłuchiwał  w  korytarzu,  aż  kroki  Załuskiego  nie  umilkły  na  schodach.

Podszedł wówczas do lekko uchylonych drzwi sąsiedniego pomieszczenia i zapytał cicho:

— Słyszałeś wszystko?
— Tak — odpowiedział mu przytłumiony głos.
— I co na ten temat sądzisz?
— Mamy mało czasu — powiedział tamten. — Trzeba natychmiast wysłać kuriera!

Rozdział piąty.

 Z

 wiatrem

Artur  wygodnie  rozlokował  się  w  nowym  mieszkaniu  przy  Łobzowskiej.  Zdarzyło  mu  się  kilka  razy  pójść  do  pobliskiej  kawiarni  w  Domu

Plastyków. Był to bardzo porządny lokal, w którym spotykała się krakowska inteligencja. Kiedyś mieściła się w nim skromna kawiarnia, popularna
wśród  młodych  artystów,  teraz  kwitło  tu  życie  towarzyskie.  Wydawano  niedrogie  obiady,  a  w  sali  na  pierwszym  piętrze  odbywały  się  wystawy
i koncerty. Załuski ogromnie polubił to miejsce — wchodząc do kawiarni, miał wrażenie, że zostawia za drzwiami całą tę wojnę z jej wszystkimi
okropieństwami.  Z  przyjemnością  spoglądał  na  rzeźbiarza  Ludwika  Pugeta,  który  z  nieodłączną  fajeczką  przechadzał  się  pomiędzy  stolikami,
i malarza Borysa Petryńskiego, zatrudnionego w kawiarni jako kasjer. Zresztą ilu ludziom ten lokal dawał utrzymanie! Artyści pełnili role barmanów
i kelnerów, panie wypiekały domowej roboty torty i ciastka, ubijano różne interesy.

Artur zaczął tu przychodzić codziennie po pracy. Jego rytuałem stały się też wizyty w położonej naprzeciwko księgarence prowadzonej przez

dawnego dziennikarza IKC, Witolda Kotlińskiego.

Kiedyś zupełnie przypadkowo zagadnął właściciela o starodruk w dużym formacie, bo przypomniał sobie o manuskrypcie poszukiwanym przez

Orwata.

— A tak, było coś takiego — zastanowił się dziennikarz. — Słyszałem jakieś plotki…
— Jakie? — zainteresował się Załuski.
— Że tuż po rozpoczęciu wojny ktoś próbował sprzedać Folio.
— Folio? — nie zrozumiał Artur. — Chodzi panu o format?
— Nie — uśmiechnął się Kotliński — chodzi mi o Pierwsze Folio Szekspira.
— Żartuje pan — powiedział w zdumieniu Załuski. — To niemożliwe! Zachowało się chyba ze dwieście egzemplarzy tego dzieła!
— Dokładnie dwieście dwadzieścia osiem. Z wydrukowanego tysiąca. I jedno z nich ktoś usiłował sprzedać w Krakowie.
— I sprzedał?
Księgarz wzruszył ramionami.
— Tego nie wiem. Nie jestem w ogóle pewien, czy to nie jest tylko plotka. Słyszałem jedynie, że jest osoba, która chce ustalić autentyczność

posiadanego przez siebie egzemplarza.

— Kiedy to było? — zapytał Załuski.
— Niedługo, po rozpoczęciu tego wszystkiego, jakoś późną jesienią. Dochodziły mnie takie pogłoski, ale czy są prawdziwe, nie wiem.
— A kto pańskim zdaniem mógłby ocenić autentyczność takiego druku?
— Bo ja wiem — zastanowił się księgarz — może profesor Starski dałby radę. Ale on siedzi w Sachsenhausen.
Artur podniósł gwałtownie głowę.
— Starski jest specjalistą od starodruków?
— Starski jest specjalistą od Szekspira. Specjalistą od starych druków jest ten antykwariusz z Krakowskiej, Abraham Kravitzer.
— Dziękuję panu — powiedział Załuski i w pośpiechu opuścił księgarnię.
Książka. Pierwsze Folio Szekspira, legendarny zbiór trzydziestu ośmiu sztuk dramatopisarza ze Stratfordu wydanych kilka lat po jego śmierci.

Był  jedynym  zachowanym  źródłem  aż  dwudziestu  dramatów  Szekspira,  w  tym  tych  najwcześniejszych,  jak  krwawy 

Tytus  Andronikus,

  i  tych

ostatnich,  jak  bajkowa 

Burz

a.  W  swoich  czasach  kosztował  jednego  funta.  Ile  był  warty  teraz?  Milion? A  może  po  prostu  czyjeś  życie? Artur

pogrążył się w spekulacjach na ten temat. Wciąż nie dostrzegał wszakże wyraźnego powiązania, w głowie pobrzmiewało mu tylko jakby echo,
ciche wołanie z oddali. Miał jednak poczucie, że wpadł na trop, którym musi podążyć.

Przypomniał  sobie  o  swej  rozmowie  z  antykwariuszem.  Dość  nieuważnie  go  wówczas  słuchał,  ale  stary  opowiadał  mu  na  pewno  o  białych

krukach, które niespodziewanie trafiły na rynek. Wymieniał jakieś tytuły, ale czy był między nimi Szekspir? Postanowił odwiedzić Kravitzera.

background image

Artur  wszedł  do  getta  przez  główną  bramę  przy  ulicy  Limanowskiego.  Czekając  na  sprawdzenie  przepustki,  jak  zawsze  wpatrywał  się

w  gwiazdę  Dawida  zwieńczającą  bramę  oraz  napis  „Jidiszer  wojnbezirk”,  co  prawda  w  jidysz,  ale  zapisany  hebrajskim  alfabetem.  Zarówno
brama,  jak  i  mur  wokół  getta  robiły  złowrogie  wrażenie,  ponieważ  budowniczowie  nadali  im  kształt  nagrobków.  Sama  dzielnica,  usytuowana
w najbrudniejszej i najbardziej zapuszczonej części Podgórza, mieściła w tym momencie rekordową liczbę ludzi. Jak podawały oficjalne okólniki,
rząd Generalnego Gubernatorstwa przewidywał, że w jednym pokoju ma mieszkać aż sześć osób. Stąd okropne przeludnienie i pogarszające się
warunki  bytowe.  Jednocześnie  zlikwidowano  prawie  wszystkie  polskie  przedsiębiorstwa  mieszczące  się  wcześniej  w  granicach  getta,  a  dwa
tramwaje przejeżdżające przez dzielnicę żydowską, czyli „trójka” i „szóstka”, w ogóle się tu nie zatrzymywały — na schodach stali żołnierze lub
policjanci, pilnując, by nikt nie wskoczył do pojazdu po drodze.

Załuski  okazał  przepustkę  i  znalazł  się  w  innym  świecie  —  miał  wrażenie,  że  z  jednego  piekielnego  kręgu,  którym  był  okupowany  Kraków,

schodzi do drugiego, bardziej przerażającego. Mijał ludzi załatwiających swoje sprawy, handlujących lub po prostu szukających zarobku i jedzenia.
Bieda  była  przerażająca  i  wszechogarniająca.  Dzielnica  istniała  zaledwie  kilka  miesięcy,  ale  wojna  trwała  już  wystarczająco  długo,  by
doprowadzić większość ludzi do nędzy. W getcie było to widać w szczególnie okrutny sposób. Artur wszędzie wokół siebie widział zmęczone
i wynędzniałe twarze, patrzyły na niego pozbawione radości i nadziei oczy. Najbardziej przygnębiał go widok żebrzących dzieci. Ujrzał na chodniku
przycupniętą przy ścianie bosą dziewczynkę, która trzymała na rękach również bose i źle ubrane młodsze dziecko. Przystanął i dał małej trochę
pieniędzy, wskazując ręką kobietę, która z przytroczonej na plecach bańki sprzedawała mleko. Dziewczynka drgnęła i spojrzała w tym kierunku;
dziecko na jej rękach zaczęło śmiać się i klaskać w radosnym oczekiwaniu na posiłek. Artur wyminął je ze smutkiem i skręcił w prawo, na ulicę
Węgierską, gdzie tuż przy budynku dawnej fabryki czekolady „Optima” Abraham Kravitzer miał swój sklep.

Artur zauważył, że antykwariusz wygląda dużo gorzej, wyraźnie przygniatały go troski. Niemcy coraz bardziej ograniczali swobodę Żydów z getta

i wszystko wskazywało na to, że już niedługo dzielnica będzie całkowicie izolowana.

— Sam pan widzi — powiedział Kravitzer, zataczając ręką koło — jak my tutaj żyjemy. Jak psy, jak myszy pod miotłą. Kiedyś, panie Załuski,

ludzie mnie odwiedzali. Codziennie, co ja mówię, kilka razy dziennie ktoś wpadał. Z książką, po książkę, wycenę albo zwyczajnie porozmawiać.
A teraz co? Nikogo nie ma, żyję tu jak trędowaty na pustyni. Ja wiem, Polakom trudno się tutaj dostać, trzeba mieć przepustkę… Czasem jednak
ktoś  zachodzi.  Był  tu  ostatnio  dawny  kolega  pańskiego  ojca  z  palestry,  mecenas  Gerson.  A  kiedyś  wszyscy  krakowscy  adwokaci  kupowali
i sprzedawali u mnie książki. Co za czasy, co za sytuacja…

— Właśnie — powiedział Artur, by nakierować rozmowę na właściwy temat — ja także mam pytanie o książkę…
— A, proszę bardzo! — rozpromienił się stary Żyd. — Chce pan coś kupić? Nie mam obecnie nic interesującego, ale sądzę, że mogę coś

zdobyć. Teraz książki są towarem, którego ludzie pozbywają się najszybciej. Sam pan kiedyś mówił: książki nie da się zjeść ani wypić. Idzie zima
i opał kosztuje, wie pan…

Załuski kiwnął głową.
— Chodzi mi o Folio Szekspira. Słyszał pan o tym?
Antykwariusz zdjął okulary i przyjrzał się Arturowi lekko załzawionymi oczami. Po chwili odwrócił wzrok i zabrał się do porządkowania papierów

na biurku. Detektyw odniósł wrażenie, że stary nie bardzo chce o tym rozmawiać.

— Panie Kravitzer, proszę się zastanowić. Słyszałem, że w 1939 roku ktoś usiłował sprzedać taką książkę, potem ponoć zaginęła…
—  Zaginęła?  —  zainteresował  się  antykwariusz  i  zrozumiał  od  razu,  że  powiedział  za  dużo.  Z  westchnieniem  odłożył  układane  tak  pilnie

dokumenty  i  zwrócił  się  do  detektywa:  —  Tak,  była  taka  książka,  chyba  nawet  kiedyś  mimochodem  wspomniałem  o  niej  panu.  Należała  do
fabrykanta papierosów z Dolnych Młynów, tego Weissa, pamięta go pan. Chciał sprzedać Folio, uciekając za granicę. Ale wtedy, wie pan, było
takie zamieszanie, że trudno było znaleźć odpowiednią osobę. Poradziłem mu, żeby oddał do Jagiellonki, to porządna instytucja, na pewno mu
zwrócą po wojnie. A on mi mówi, że jak teraz tego nie sprzeda, to dla niego nie będzie „po wojnie”.

— Mógł więc znaleźć chętnego? — zainteresował się Załuski, a stary wzruszył ramionami.
— Oczywiście. Mnie nie sprzedał, ale mógł znaleźć kupca w każdej chwili, choćby na ulicy.
— Czy książkę mógł nabyć jakiś krakowski urzędnik z Magistratu? — zapytał jeszcze Artur, przypominając sobie, kto według Teresy Orwat

przychodził do jej brata w sprawie starodruku.

Kravitzer wzruszył ramionami.
— Nie mam pojęcia. Być może. Ja nie miałem tam klientów, którzy dysponowaliby gotówką na taką książkę. Ale może Weiss wymienił ją na

coś, co było mu akurat potrzebne?

— Łapówka?
Antykwariusz pokiwał głową.
— Gdy idzie o życie, panie Załuski, nie dba się o nic.
Detektyw doskonale o tym wiedział. W czasie wojny nie takie skarby zmieniały właścicieli w mgnieniu oka. Westchnął.
— Oglądał pan wtedy ten starodruk? Słyszał pan później o nim?
Kravitzer zastanowił się.
— Weiss chciał, żebym go wycenił. Ale sam pan wie, to są rzeczy bezcenne, a jednocześnie zupełnie pozbawione wartości, a właściwie tyle

warte, ile ktoś w czasach wojennych chce za nie dać. Wojna to barbarzyński czas dla ksiąg. Sam egzemplarz był w dobrym stanie i kompletny,
o ile mnie pamięć nie myli. Prawdziwe cacko. Później nic już mi się nie obiło o uszy. Pan mi powiedział, że książka zaginęła…

— Może wie pan, czy interesował się nim kiedykolwiek profesor Starski?
— Ten specjalista od Szekspira, który siedzi w Sachsenhausen?
Tym razem Artur skinął głową i zaczął wpatrywać się w antykwariusza uważnie. Kravitzer zastanowił się przez chwilę, po czym pokręcił głową.
— Nie wątpię, że chciałby go mieć. Nie wykluczam, że był w stanie kupić ten egzemplarz od Weissa. Pytanie tylko, czy zdążył? Aresztowano go

na początku października 1939 roku. Mam nadzieję, że panu pomogłem — zatroszczył się na koniec stary i podreptał na zaplecze.

Załuski wyszedł i długo się zastanawiał. Być może zaginięcie manuskryptu w żaden sposób nie wiązało się z jasnowidzem i dziewczyną. Może

doszukiwanie się wszędzie powiązań to szaleństwo?, pomyślał. Ale coś w tej sprawie go niepokoiło. Nie mógł jednoznacznie sprecyzować, co to
było, ale jakaś dziwna myśl błąkała mu się na granicy świadomości.

Nadszedł  listopad,  przynosząc  problemy  z  opałem  i  ciepłą  odzieżą.  Dni  stawały  się  coraz  krótsze  i  chłodniejsze,  a  wieczory  przytłaczały

ciemnością i oblepiającą wszystko wilgocią i chłodem. Artur nie znosił tej pory roku.

Pewnego wieczoru postanowił odwiedzić dom gry w Pałacu Larischa. Miał nadzieję na rozmowę z Glassem, ale spotkał Agnes Petzoldt.
— Witam pana — zwróciła się do niego, gdy tylko wszedł na salę i skłoniwszy się jej lekko, usiadł przy stole do bakarata. — Dawno tu pana nie

widziałam.

— Cóż — powiedział z ociąganiem Artur — może nie chciałem kusić losu.
— Los lubi być kuszony — rzuciła Agnes i zaczęła obstawiać. Artur nie miał ochoty na grę, ale za to z przyjemnością patrzył, jak grała baronowa.

Tym  razem  ubrana  była  w  mocno  wydekoltowaną  ciemnozieloną  suknię.  Na  ramionach  nosiła  etolę  spiętą  łańcuszkiem  z  okazałym  brylantem
w ażurowej oprawie. Jak zwykle stał przed nią kieliszek szampana, w którym ledwie umoczyła starannie umalowane czerwoną szminką usta.

— Nie gra pan? — spytała, nawet nie patrząc na niego.
— Nie mogę się wciągnąć — powiedział. — Zastanawiam się, czy widziała pani mojego znajomego, majora Glassa.
Podwoiła stawkę i chwilę czekała na odpowiedź banku. Potem spojrzała przelotnie na Artura.
— Tak, jest na dole w restauracji. O ile wiem, przyjechał niedawno z biura i je właśnie kolację.

background image

— Dziękuję bardzo — odparł. — Pójdę się przywitać, jeśli pani pozwoli.
Nie odpowiedziała. Wstał więc, a zwalniające się miejsce przy stoliku czym prędzej zajął jakiś głośno sapiący jegomość z brzuszkiem.
Artur zszedł na dół i rozejrzał się po restauracji. Lothara dostrzegł prawie od razu — zajmował niewielki stolik niedaleko wejścia. Agnes dobrze

go  poinformowała,  major  właśnie  skończył  kolację,  bo  raczył  się  kieliszkiem  koniaku.  To  była  jedna  z  namiętności  Glassa  w  czasach
uniwersyteckich, przepadał za tym trunkiem.

—  Widzę,  że  przyzwyczajeń  nie  zmieniłeś  —  powiedział Artur,  zbliżając  się  do  stołu.  Lothar  spojrzał  na  niego  początkowo  ze  zdumieniem,

a potem, rozpoznawszy starego kolegę, zaprosił go gestem do stołu.

— Proszę, siadaj. Jesteś już po kolacji?
— Tak, dziękuję — swobodnie odparł Załuski. — Baronówna Petzoldt powiedziała mi, że tu jesteś.
— Ach, tak… — Glass wyraźnie odprężył się i skinieniem dłoni przywołał kelnera. — Napijesz się?
— Chętnie. I kawę poproszę.
— Dobrze znasz Agnes?
Zabawne, pomyślał Artur. Nie dalej jak kilka tygodni temu ona zadała mi podobne pytanie. Ciekawe, co jest między nimi, że tak się wzajemnie

obserwują.

— Nie bardzo — powiedział w związku z tym ostrożnie. — To taka znajomość hazardowa, jeśli wiesz, o czym mówię!
— Znajomość hazardowa — roześmiał się szczerze Lothar i wyglądało na to, że rezerwa, z jaką wcześniej traktował Artura, właśnie stopniała.

— Doskonale powiedziane.

Kelner przyniósł zamówienie i wychylili toast za ponowne spotkanie.
— Co porabiałeś przez te lata? — zapytał Lothar, a Artur opowiedział mu o swojej pracy detektywa.
Dawny kolega nie krył zdumienia.
—  Nigdy  nie  podejrzewałbym  cię  o  takie  zainteresowania!  Myślałem,  że  będziesz  zajmował  się  sztuką.  W  końcu  chciałeś  się  żenić  z  tą

malarką… Jak ona się nazywała?

— Irene Arden — odparł Załuski, obracając w dłoni kryształowy kieliszek.
— Właśnie! Ale praca detektywa… Nie pomyślałbym. Teraz też prowadzisz jakieś śledztwo? Zdradzany mąż, kradzież brylantów?
— Jak to się mówi, odłożyłem licencję do szuflady — z uśmiechem odpowiedział Artur. — Sam widzisz, że dzisiejsze czasy to nie koniunktura

dla detektywów. Zresztą specjalizowałem się w oszustwach ubezpieczeniowych. Rozpocząłem praktykę prawniczą.

— Bardzo słusznie! — powiedział major. — Twój ojciec jest adwokatem, prawda?
— Ojciec nie żyje od kilku lat — wyjaśnił Załuski. — Ale istotnie, był adwokatem, masz dobrą pamięć.
Lothar roześmiał się z zadowoleniem i skinął na kelnera, by przyniósł mu kolejny koniak.
— W moim zawodzie — tu wymownie postukał palcem w srebrzysty romb SD, który miał naszyty na rękawie — dobra pamięć to podstawa.

Co więc teraz robisz?

— Prowadzę biuro pisania podań — powiedział Artur. — Rząd Generalnego Gubernatorstwa dba, żebym nie pozostawał bez pracy.
— Nigdy cię nie mogłem rozgryźć, Artur — powiedział Glass, wychylając kolejny koniak. — Niby jesteś Polakiem, a matkę miałeś Austriaczkę.

Niby pochodzisz stąd, a studiowałeś w Wiedniu. Jak to z tobą jest, powiedz mi?

Artur wzruszył ramionami.
— Kiedyś byłem obywatelem Europy. Środkowej, co prawda, ale Europy. Teraz mieszkam w Generalnym Gubernatorstwie.
Drażniła  go  nieco  ta  wymiana  zdań.  Dawny  kolega  najwyraźniej  rozpoczął  właśnie  przesłuchanie.  Testuje  mnie,  uznał  Załuski,  obserwując

Glassa przez kryształowy kieliszek pełen bursztynowego płynu. Od naszego poprzedniego spotkania zebrał już na mój temat informacje. Wie, że
mam biuro podań i że nie wpisałem się na volkslistę. Zapewne teraz tylko potwierdza zdobyte dane i zastanawia się, jak mnie wykorzystać.

Przeszedł do kontrataku:
— A ty? Byłem pewny, że obejmiesz rodzinny interes. Co to było? Fabryka kataplazmów z gorczycy?
Lothar Glass wybuchnął śmiechem.
—  Tak,  coś  w  tym  rodzaju.  Octy,  musztardy  i  synapizmy.  Na  szczęście  ojciec  miał  tyle  oleju  w  głowie,  że  przyłączył  się  do  narodowych

socjalistów, a ja, jak widzisz, wstąpiłem do SD.

— Stacjonujesz w Krakowie? — zapytał Artur, siląc się na obojętność.
—  Tymczasowo.  Wybacz,  mój  drogi,  ale  nie  podoba  mi  się  ta  dziura.  Prowincjonalne  miasto.  Zawsze  żyło  na  obrzeżach  CK  monarchii

i niewiele się zmieniło, choć führer zrobił tu stolicę.

Miał  zapewne  zamiar  dorzucić  jeszcze  kilka  cierpkich  słów  na  temat  podrzędnej  roli  Krakowa,  który  znał  zresztą  wyłącznie  zza  karcianych

stolików i barów dla Niemców, kiedy do sali restauracyjnej wkroczyła Agnes Petzoldt.

Artur znowu miał wrażenie, że wszyscy, zarówno klienci, jak i kelnerzy, rozstępują się przed nią z szacunkiem. Agnes szła, a jednocześnie jakby

płynęła w powietrzu w swojej długiej zielonej sukni połyskującej w załamaniach lekkim złotem.

— Dobry wieczór panom — powiedziała, przystając przy ich stoliku. Obaj wstali, odstawiając kieliszki. Agnes skinęła lekko głową Arturowi,

a w kierunku Glass wyciągnęła rękę. — Dawno już cię nie widziałam, myślałam, że wyjechałeś do Rzeszy.

— Wróciłem — powiedział pospiesznie Glass, rzucając krótkie spojrzenie na Załuskiego, który w milczeniu przyglądał się tej scenie. Łatwo było

zauważyć, że Lothar ma niejedno do ukrycia, lecz przed Agnes Petzoldt trudno coś było zataić.

— Mogę się dosiąść? — spytała, bo Glass, co urągało wszelkim zasadom grzeczności, najwyraźniej nie zamierzał tego proponować, licząc na

to, że zrażona sama odejdzie. Agnes jednak nie zamierzała się oddalić.

Z kwaśną miną skinął na kelnera, który czekał już nieopodal, by przynieść dodatkowe krzesło dla damy. Agnes usiadła, założyła nogę na nogę

i wyciągnęła z niewielkiej torebki cygarniczkę z wizerunkiem słonecznej tarczy, którą zaczęła się bawić, nie wyjmując papierosa.

— Poproszę o szampana — powiedziała półgłosem, ale znający jej przyzwyczajenia kelner już sam biegł z wysokim kieliszkiem. Agnes jak

zwykle zamoczyła usta i odstawiła naczynie.

— O czym to mówiliśmy? — spytała złowrogo. — Ach tak, o twoim wyjeździe do Rzeszy.
— Jak sama wiesz, wyjeżdża się i wraca — odpowiedział nonszalancko Glass. — Takie są zazwyczaj rozkazy, a my je wypełniamy.
— Tak, wiem, twoja lojalność jest powszechnie znana. — Roześmiała się, ale jej groźnie zmarszczone czoło dowodziło, że wcale nie żartuje.
—  Panowie  znają  się  ze  studiów  —  powiedziała  znienacka,  zmieniając  temat,  a Arturowi  zaczęło  się  wydawać,  że  bierze  udział  w  jakiejś

dziwnej i niezrozumiałej dla niego grze. Przydzielono mu rolę, którą odgrywał bez tekstu i przygotowania, nie wiedząc nawet, dokąd poprowadzi
go reżyser.

—  Tak.  Obaj  studiowaliśmy  w  Wiedniu,  niestety  nie  w  tym  samym  czasie  co  pani  —  powiedział  więc  uprzejmie,  co  Lothar  nieoczekiwanie

podchwycił:

— Arturze, panna Petzoldt jest wielką miłośniczką wiedeńskiej secesji. Artur miał niegdyś duży zbiór grafik Alfonsa Muchy — zwrócił się do niej,

a Agnes zareagowała błyskawicznie, jak wytrawny łowca:

— Naprawdę? Ma pan je jeszcze?
— Tak — powiedział Załuski oględnie.
— Bardzo chciałabym je zobaczyć. Musi mnie pan kiedyś odwiedzić. Mieszkam przy ulicy Retoryka, w kamienicy z napisem „Ars longa vita

brevis”. Proszę przyjść któregoś dnia po południu.

— Oczywiście — powiedział dosyć sztywno Artur. — Pani życzenie jest rozkazem.

background image

— Oczywiście — powiedział dosyć sztywno Artur. — Pani życzenie jest rozkazem.
Roześmiała się krótko i wstała od stołu.
— Panowie wybaczą — powiedziała, gdy i oni się podnieśli, by ją pożegnać. — Muszę już iść. Dużo dzisiaj przegrałam i nie jestem w nastroju

do zabawy. Żegnam panów.

Gdy odeszła, Glass nie mógł powstrzymać złości i cisnął serwetką o stół. Opanował się jednak, czując na sobie badawczy wzrok Artura.
Nie wiem, na czym polega ta rozgrywka, ale na pewno się toczy, pomyślał detektyw, uświadamiając sobie jednocześnie, że kamienica, w której

mieszkała Agnes Petzoldt, nosi również inną nazwę: „Festina lente” — „Spiesz się powoli”.

Z zadumy wyrwał go głos Glassa, który kordialnie poklepał go po plecach.
—  Musisz  i  mnie  kiedyś  odwiedzić.  Mieszkam  na  razie  w  hotelu  garnizonowym,  ale  już  przygotowuję  sobie  coś  lepszego,  willę.  Mam  biuro

w  głównym  budynku  rządu  Generalnego  Gubernatorstwa,  na  pierwszym  piętrze,  numer  115.  Oczywiście,  jako  mój  stary  znajomy  otrzymasz
przepustkę.

Załuski podziękował. Pożegnali się krótko i major Glass wyszedł, pogwizdując z cicha. Artur nie mógł zrozumieć tej zmiany w jego zachowaniu.

Przed  chwilą  był  świadkiem  starcia  pomiędzy  Agnes  Petzoldt  a  Lotharem,  które  doprowadziło  tego  ostatniego  do  wściekłości.  Teraz
niespodziewanie uniwersytecki kolega Załuskiego odzyskał humor.

Konflikt pomiędzy „łowczynią skarbów”, ulubienicą Hitlera, a oficerem SD, być może prowadzącym tajną akcję porywania osób niewygodnych

dla systemu rysował się zupełnie wyraźnie. Ciekawe, co to oznacza. I kim naprawdę są oni oboje, pomyślał.

Wychodząc na ulicę i podnosząc kołnierz płaszcza, by ochronić się przed chłodem, Artur bezskutecznie starał się przeniknąć intencje Glassa.

Na  studiach  Lothar  niczym  się  nie  wyróżniał,  nie  był  prymusem,  ale  daleko  mu  też  było  do  najgorszych  studentów.  Ot,  utrzymywał  się  zawsze
w  środku  stawki  i  to  go  satysfakcjonowało.  Jego  rodzina  od  kilku  pokoleń  prowadziła  musztardowe  imperium,  a  ojciec  starannie  podzielił
obowiązki między dzieci — jeden z braci ukończył ekonomię, drugi został chemikiem. Lothar miał dać rodzinie wsparcie prawne, cóż, ocet był
zawsze nieco kwaśnym interesem, a walki z konkurencyjnymi firmami przez lata spędzały sen z powiek starego Glassa. Lothar nie interesował się
polityką,  pochłaniały  go  wyścigi  konne  i  tingel-tangle.  Lubił  tancerki,  szansonistki,  ogólnie  artystki  występujące  na  scenie.  Żył  lekko  i  nie
przejmował się przyszłością. Minęło kilka lat i całkowicie się zmienił — dosłużył się oficerskiej szarży i robi karierę.

Biuro w budynku rządu, z przekąsem pomyślał Artur, idąc przez słabo oświetlone Planty. Właśnie mijał Uniwersytet Jagielloński, zamieniony

przez Niemców na Instytut Badań Wschodnich. Pracujący tam naukowcy wkładali wiele wysiłku, by udowodnić, że wszelka cywilizacja pochodzi
z krajów germańskich, a wszystko, co dobre w Polsce i innych krajach europejskich, jest dziełem niemieckim.

Wspomniany  przez  Glassa  budynek  rządu  Generalnego  Gubernatorstwa  był  dawną  siedzibą  Akademii  Górniczo-Hutniczej,  zbudowanej

w modernistycznym stylu w latach trzydziestych. Niemcy wyrzucili stamtąd uczelnię i przerobili ogromny gmach na potrzeby władz i rozbudowanej
administracji.  W  pobliskim  Muzeum  Narodowym  urządzili  kasyno  oficerskie  z  kilkoma  salami  restauracyjnymi,  a  wokół  siedziby  rządu
zorganizowali  całą  dzielnicę  niemiecką.  Istniały  plany,  by  pomalować  budynek  uczelni  na  czarno,  co  miało  uchronić  go  przed  ewentualnym
nalotem. Załuski był zdania, że gmach zacząłby wówczas przypominać ponury grobowiec, co akurat wydało mu się adekwatne do sytuacji. Niemcy
w  pierwszych  dniach  wojny  zrzucili  z  dachu  rzeźbę  przedstawiającą  patronkę  górników  świętą  Barbarę,  ale  detektyw  akurat  tego  pomnika  nie
żałował. Barbara była oddana w tak dziwnej pozie, że wyglądała raczej jak podobizna Ramzesa Wielkiego w koronie Dolnego Egiptu niż święta.

Tak czy inaczej, budynek AGH stał się centrum dzielnicy niemieckiej, mając po jednej stronie kasyno w Muzeum Narodowym i plac manewrowy

dla wojska na Błoniach, a z drugiej siedzibę Sipo przy ulicy Pomorskiej — budzącą strach i grozę katownię Gestapo.

Czy ja naprawdę chcę się w to pakować?, zastanawiał się Artur, skręcając przy dawnej kawiarni Pavillon z Plant w kierunku swego mieszkania.

Wiedział, że stąpa po cienkim lodzie. W jakiś sposób chroniło go austriackie pochodzenie po matce i arystokratyczne koneksje po ojcu. Ale jak
długo? Prędzej czy później będą chcieli, żeby podpisał listę narodowościową lub został ich agentem. A więc moja w tym głowa, by stało się to jak
najpóźniej, pomyślał trzeźwo.

Ponieważ  godzina  była  jeszcze  wczesna,  „do  Libana”,  czyli  godziny  policyjnej,  pozostawały  ponad  trzy  kwadranse,  a  on  mieszkał  prawie

naprzeciwko,  postanowił  wstąpić  do  Plastyków.  W  szatni  powitała  go  kartka  napisana  bez  wątpienia  ręką  Dolka,  którą  wręczył  mu  poczciwy
garderobiany.  „Chyba  znalazła  się  twoja  klientka.  Bądź  jutro  o  trzeciej  tam,  gdzie  zawsze.” Artur  głośno  zaczerpnął  powietrza.  Dolek  odnalazł
dziewczynę z wizji Orwata. Oznaczało to tylko jedno — śledztwo weszło na właściwe tory, być może przestał błądzić we mgle.

Następnego dnia nie poszedł do biura. Przesłał tylko Smole wiadomość, by załatwiał wszystko sam. Wiedział, że jego współpracownik jest do

tego  przyzwyczajony  i  potraktuje  całą  rzecz  ze  spokojem.  Zresztą  był  już  najwyższy  czas  wynieść  się  z Alei.  Do  Załuskiego  dochodziły  coraz
bardziej niepokojące doniesienia o anektowaniu przez Niemców całych kamienic w tamtej okolicy.

Należało szybko poszukać innego lokum na biuro, być może gdzieś bliżej Rynku.
Trudno  było  mu  się  skupić  na  czymkolwiek,  bo  jego  uwagę  całkowicie  pochłaniały  domysły,  co  też  ma  mu  do  powiedzenia  Dolek.  Wyszedł

nawet  na  chwilę  i  kupił  gazety.  Nie  było  w  nich  żadnego  ciekawego  doniesienia  kryminalnego,  nic  na  temat  odnalezienia  ciała  dziewczyny.
A przecież z wizji Orwata wynikało jasno, że winny to być zwłoki.

Tuż przed trzecią wybrał się do Bisanza — z jego nowego mieszkania były to naprawdę dwa kroki. Dolek siedział już przy stoliku, jak zwykle

zatopiony w gazecie.

— Tym razem jesteś na czas — stwierdził, a Artur pominął to milczeniem.
— Twoja sprawa mocno śmierdzi — powiedział konfident nieco zdenerwowanym głosem. — I kończę z nią, choćbyś mi nie wiem ile zapłacił.

Wczoraj znaleziono dziewczynę w czerwonym płaszczu w rowie, niedaleko Wisły, na drodze do Przegorzał.

—  Gdzieś  w  okolicy  willi  Szyszko-Bohusza?  —  zainteresował  się  Załuski.  Słynny  architekt  zbudował  tam  bowiem  niezwykłą  willę

przypominającą basztę, a zainspirowaną świątynią Feliksa i Adaukta na Wawelu. Niestety posiadłość wpadła w oko von Wächtera, który umyślił
sobie  wznieść  tam  germańskie  zamczysko  górujące  nad  wzgórzem  i  całym  rozlewiskiem  Wisły  —  Schloss  Wartenberg. Architekt  został  więc
wysiedlony, a nawet na krótki czas trafił do więzienia. Ironia losu polegała na tym, że profesor sam musiał podpisać plany okropnej nazistowskiej
budowli w stylu, jak utrzymywał Wächter, „romantycznych nadreńskich zamków”.

— Mniej więcej. Ale to nie jest tak interesujące jak to, co ci zaraz powiem.
— Mów!
— Dziewczyna w czerwonym płaszczu nie została zamordowana…
— Żyje? — zdumiał się Załuski, bo ten fakt nie był zgodny z wizją Orwata.
Dolek złożył gazetę i wyciągnął portfel z kieszeni, chcąc zapłacić za kawę.
— Żyje, ale nie wiem jak długo jeszcze. Odwieziono ją do szpitala, bo jest strasznie okaleczona.
— Okaleczona?
— Tak, ktoś obciął jej obie ręce i wyrwał język. Słuchaj, Artur, zrobiłem, co chciałeś, bo miałem wobec ciebie dług sprzed wojny, ale dalej się

nie będę w to mieszał. Kripo nie prowadzi tej sprawy, od razu przejęło ją Gestapo. To jakaś polityczna afera.

— Kim jest ta dziewczyna? — zapytał Załuski, a Dolek wzruszył ramionami.
— Tego nie wiem, wszystko jest ściśle tajne, nikt nie chce gadać.
Wolff wstał od stołu, ale Załuski złapał go za połę płaszcza.
— Zaczekaj! A tamte zaginięcia?
Dolek strząsnął jego rękę.
— Popytaj na Szlaku o rodzinę Lelów. Zniknęła im córka, Janina Lelówna, kelnerka z Cyganerii.
Artur chciał go zatrzymać, ale Dolek szybkim krokiem opuścił kawiarnię. Załuski wybiegł za nim.

background image

— Daj spokój — powiedział kapuś pełnym zdenerwowania głosem. — Jeszcze nas tu ktoś zobaczy.
Artur wiedział jednak, że to być może ostatnia okazja, by wydobyć z niego jakieś informacje, a wciąż myślał o tym, co powiedział mu Kwas.
— Chciałem cię zapytać o coś zupełnie innego. Pamiętasz, kiedy spotkaliśmy się ostatnio u Bisanza, przy sąsiednim stoliku siedziała Rita,

tancerka, z trzema facetami. Pamiętasz ich?

— Nie bardzo — powiedział, ociągając się Wolff, a Załuski od razu zorientował się, że kłamie.
— Przypomnij sobie, to dla mnie bardzo ważne. I dam ci już spokój.
Dolek zatrzymał się.
— Obiecujesz? Jak powiem ci, kim byli ci mężczyźni, przestaniesz mnie mieszać do swoich spraw?
— Tak.
Dolek zastanawiał się przez chwilę, ale chyba doszedł do wniosku, że Arturowi może zaufać.
— To był śledczy Gestapo z Pomorskiej, niejaki Hapke, i jego dwóch szpicli, braci Diamandów. Uważaj na nich Artur, chłopaki z ferajny mówią,

że to najgorsi konfidenci, jakich nosi świat, własną matkę by sprzedali, tylko że akurat nie muszą, bo ona też kapuje na Gestapo. To co? Jesteśmy
kwita?

— Tak, kwita — powiedział Załuski, odwrócił się i chciał ruszyć w przeciwną stronę, ale tym razem Dolek go zatrzymał:
— Poczekaj. Muszę to wiedzieć na pewno… Nie mam pojęcia, w co się wplątałeś, Artur, ale dla mnie to wszystko jest zbyt niebezpieczne. Nie

szukaj mnie więcej, najlepiej uznaj za zmarłego. Stoi?

— Stoi! — detektyw wyciągnął rękę, którą kapuś uścisnął bez sympatii. Załuski przyglądał mu się spod oka, zastanawiając się, czego Wolff mu

nie  powiedział. Ale  najwyraźniej  sytuacja  była  poważna,  skoro  Dolek  postanowił  zniknąć.  Nie  bez  powodu  nazywają  go  „Kamfora”,  pomyślał
jeszcze i wrócił do swoich spraw. Wiedział, że musi działać szybko, bo trop był wciąż świeży. Przede wszystkim jednak miał ważną informację dla
Kwasa  —  tożsamość  tych  drani  z  Bisanza  na  pewno  zainteresuje  konspiratora.  Zawrócił  więc  i  poszedł  w  kierunku  kiosku.  Na  bibułce  do
papierosów szybko napisał meldunek i zgodnie z umową podał kioskarzowi zawinięty w banknot.

Potem  zaczął  się  zastanawiać,  którą  informację  od  Dolka  sprawdzić  najpierw.  Postanowił  poszukać  na  Szlaku  rodziny  Lelów.  Tak  jak

przypuszczał, odnieśli się do niego z dużą nieufnością. Była to niezamożna familia drobnych urzędników — ojciec pracował na poczcie, a matka
także zarabiała w jakimś biurze. Janina Lelówna zaczepiła się jako kelnerka w Cyganerii, z czego rodzice nie byli zbytnio dumni. Nie wstydzili się
za to zupełnie, że zapisali się na volkslistę.

Nie bardzo chcieli rozmawiać z Arturem, zwłaszcza że nawet nie usiłował im wyjaśnić, w jakim celu ich nachodzi. Wielokrotnie podkreślali, że

wszystko zeznali policji, zgłaszając zaginięcie córki przed paroma dniami. Janinka wyszła wieczorem do pracy i więcej nie wróciła. Ponieważ
nigdy  jej  się  to  nie  zdarzało,  nazajutrz  mocno  zaniepokojeni  rodzice  poszli  do  kawiarni  i  zaczęli  rozpytywać  o  dziewczynę.  Okazało  się,  że
poprzedniego dnia była w pracy i wyszła razem z innymi koleżankami, po zamknięciu lokalu. Lelówna miała nocną przepustkę, umożliwiającą jej
swobodne  chodzenie  po  mieście  już  po  godzinie  policyjnej.  Koleżanki  odprowadziły  ją  kawałek,  a  potem  rozeszły  się,  każda  w  swoją  stronę.
Janina miała zresztą najbliżej do domu.

— A co na to policja? — zapytał Artur, a pani Lelowa wzruszyła ramionami. — Policja! Oni mają takich spraw na pęczki! Kazali nam czekać, aż

córka  wróci.  Policjant  powiedział,  że  na  pewno  uciekła  z  chłopakiem.  A  Janinka  nie  miała  żadnego  chłopaka,  to  była  bardzo  porządna
dziewczyna, choć pracowała w tej kawiarni. Ale to chodziło o kartę pracy, przepustkę, no i pieniądze, kelnerki tam naprawdę dobrze zarabiają.

Załuski wypytał jeszcze rodziców o koleżanki córki, ale wyglądało na to, że młoda Lelówna była istotą na wskroś nudną — mimo iż pracowała

w modnej nocnej kawiarni, nie miała ani chłopaka, ani ciekawych znajomych. Kontakty utrzymywała wyłącznie z innymi kelnerkami.

— A proszę mi powiedzieć — zapytał na koniec Artur — czy nie słyszeli państwo o innych tego typu zaginięciach w tej okolicy?
Lelowa spojrzała na niego z niechęcią.
— No, słyszy się różne plotki… Że młode dziewczęta jakiś zboczeniec porywa… O matko przenajświętsza — wybuchnęła nagle płaczem —

żeby to nie spotkało naszej Janinki! Ona taka dobra, uczciwa dziewczyna…

— A pan też coś słyszał? — detektyw zwrócił się do ojca zaginionej, a ten zmarszczył brwi.
—  Policjant,  który  przyjmował  zgłoszenie,  coś  napomknął,  że  były  już  takie  sprawy.  Ale  zrozumiałem,  że  były  i  skończyły  się  dobrze,  bo

dziewczyny wróciły.

— To komisariat Kripo prowadzi śledztwo?
— Tak, nawet polski policjant tu był, granatowy. Choć my przecież jesteśmy narodowi Niemcy i powinna się naszą sprawą zająć niemiecka

policja.

Artur przemilczał tę uwagę. Próbował jeszcze wypytać Lelów, czy nie znali nazwisk innych dziewcząt, które spotkał los podobny do tego, co

stało się z ich córką, ale zamilkli i już nie chcieli nic więcej powiedzieć.

Bardzo niepokojąca sprawa, stwierdził Artur. Trudno było mu to wyjaśnić, ale miał wrażenie, że historia z zaginionymi dziewczętami ma jakieś

drugie,  bardzo  groźne  dno.  Zboczeniec  porywający  młode  kobiety?  Tak,  zapewne  i  to  było  możliwe  w  tych  strasznych  czasach,  kiedy  zasady
kształtowali ludzie pozbawieni wszelkich hamulców. Żyjemy w świecie Heliogabala, myślał, postanawiając skontaktować się ze swoim dawnym
kolegą, Jankiem Boehme.

Komisariat Kripo znajdował się w pobliżu, więc po pewnym wahaniu zdecydował się tam wstąpić. Oficjalnie policja kryminalna zajmowała się

ściganiem  przestępstw  pospolitych,  ale  tak  naprawdę  była  po  prostu  „długą  ręką”  Gestapo,  tworząc  kolejny  odłam  służby  bezpieczeństwa,
wspólnie z SD, do której należał Glass. Tajna policja bezpieczeństwa… Lekkomyślnie było pchać się w jej łapy, ale Załuski nie potrafił żyć bez
ryzyka.

W budynku przy Pędzichowie kłębił się tłum ludzi. Na dole usytuowano zwykły posterunek, wyżej znajdowały się pokoje śledczych. Artur zapytał

o Boehmego i dyżurny sięgnął po telefon.

— Ma pan wezwanie? — zapytał, a Załuski pokręcił przecząco głową.
— Nie. Ja z własnej inicjatywy…
— Rozumiem — powiedział policjant, szczerze przekonany, że ma przed sobą kapusia albo kandydata na to odpowiedzialne stanowisko.
Boehme zszedł po chwili i nie krył zdumienia na widok Artura:
— Co ty tu robisz? Zwariowałeś?
Załuski ściszył głos:
— Jeżeli o to chodzi, to nie przemyślałem twojej propozycji wstąpienia do służby i z moim zdrowiem wszystko w porządku. Mam dla ciebie

informację.

Boehme  chwycił  Artura  za  ramię  i  zaprowadził  go  do  swego  pokoju.  Najwyraźniej  dzielił  go  z  innym  śledczym,  ale  teraz  kolegi  nie  było.

Pomieszczenie wydawało się ciasne i niefunkcjonalne — prawie całą przestrzeń zajmowały dwa biurka i solidna szafa.

— O co chodzi? — zapytał Boehme bez żadnych wstępów. Spoglądał przy tym na Artura dosyć nieufnie.
— O sprawę dziewczyny z obciętymi rękami…
Janek, a właściwie Hans, aż się wzdrygnął ze zdumienia.
— Nie wiedziałem, że to się już rozeszło po mieście. To supertajna sprawa, od razu przejęło ją Gestapo.
— Nie rozeszło się, dostałem poufną wiadomość. Interesuje mnie ta historia w kontekście zboczeńca porywającego młode kobiety.
Hans Boehme poruszył się niespokojnie na krześle.
— Mówię ci, że to są zastrzeżone dane. Nie mogę o tym opowiadać…
— Daj mi tylko jakąś wskazówkę.

background image

— Daj mi tylko jakąś wskazówkę.
— Po co?
— Zastanów się — powiedział Artur, patrząc na niego zimnym wzrokiem.
Boehme zrozumiał to po swojemu.
—  Słuchaj…  Ja  też  nie  zapomniałem,  że  jestem  Polakiem.  Wpisałem  się  na  listę,  bo  nie  było  innego  wyjścia. Ale  nie  namówisz  mnie  do

pomagania ruchowi oporu.

Artur ciągle patrzył na niego z wyczekiwaniem.
—  Ty  jednak  jesteś  szalony, Artur  —  powiedział  Boehme  zniecierpliwionym  głosem.  —  Zawsze  uważałem,  że  ta  brawura  cię  kiedyś  zgubi.

Powinienem cię zamknąć.

— Lepiej po prostu mi powiedz, a zniknę jak dym.
Boehme patrzył na niego chwilę, ale w końcu skapitulował wobec niezłomności gościa.
— Ta dziewczyna z obciętymi rękoma… — zaczął policjant.
— Została znaleziona na drodze do Przegorzał, przykryta czerwonym płaszczem — dopowiedział Załuski, a jego dawny kolega skinął głową.
— Tak, masz dobre informacje. Była nieprzytomna, ale żywa, co można rozpatrywać w kategoriach cudu przy takiej utracie krwi.
— Jest w szpitalu?
— Tak, ale nie wiadomo, czy przeżyje. Została też zgwałcona.
— Kim ona jest? — zapytał Załuski, a Boehme obejrzał się na drzwi.
— Słuchaj…
—  Tak,  wiem  —  powiedział  Artur.  —  Zastanawiam  się,  dlaczego  tak  szybko  śledztwo  przejęło  Gestapo.  Najwyraźniej  ma  tło  polityczne.

To bardzo ciekawe…

Boehme spojrzał na niego ze złością.
—  Powiem  ci,  ale  daj  spokój  tej  sprawie,  jest  niebezpieczna.  Możesz  to  przekazać  swoim  ludziom.  To  Kinga  Bonner,  kochanka  adiutanta

Hansa Franka, Gerharda Roehmera.

Artur  popatrzył  na  niego  ze  zdumieniem.  Gerhard  Roehmer,  jeden  z  kilku  adiutantów  Franka,  był  oficerem  SD  i  czymś  w  rodzaju  łącznika

pomiędzy gubernatorem a policją bezpieczeństwa. Nie od dzisiaj było wiadomo, że Frank lubi otaczać się oficerami SD — wzywał ich chętnie na
narady, nazywając „gwardią rasy nordyckiej”, i łaskawym okiem patrzył na wszystkie ich działania, bardziej tajne, choć równie zbrodnicze co akcje
Gestapo.

Gerhard  Roehmer  był  zaufanym  oficerem  z  tak  zwanym  „niskim  numerem  legitymacji  partyjnej”.  Był  to  mężczyzna  około  pięćdziesiątki,

z wczesnego zaciągu SS, gdy formacja ta bardzo dbała o pochodzenie, zwłaszcza społeczne, swoich członków. Nie przyjmowano do niej wtedy
na przykład ludzi prostych i niezbyt zamożnych. Mało kto wie, że na tym początkowym etapie formowania się służby bezpieczeństwa każdy chętny
musiał  sam  kupić  sobie  charakterystyczny  czarny  uniform,  a  nie  wszystkich  było  stać  na  taki  wydatek.  To  skutecznie  eliminowało  biedaków
i lumpenproletariat. Badano także pochodzenie kandydata i szczegółowo oglądano jego zdjęcia; gdy wygląd nie pasował do wizerunku aryjczyka,
był  zbyt  słowiański  lub  miał  cechy  mongolskie,  aplikującego  odrzucano.  Roehmer  pochodził  z  zamożnej  rodziny  obszarników  i  ukończył  studia
uniwersyteckie. Mimo swoich pięćdziesięciu lat trzymał się świetnie, był wysportowany i wszechstronnie sprawny. Miał, jak mówiono, słabość do
bardzo  młodych  kobiet.  Kinga  Bonner  z  niemiecko-polskiej  rodziny  od  lat  zamieszkałej  w  Krakowie  była  jedną  z  jego  wielu  zdobyczy.  Dzięki
protekcji  wpływowego  oficera  zaczynała  właśnie  karierę  filmową.  Roehmer  usiłował  sprawić,  by  stała  się  kolejną  po  Zarah  Leander  gwiazdą
wytwórni filmowej UFA. Młoda dziewczyna o blond włosach i niebieskich oczach jak spodki miała wszelkie predyspozycje, by polubił ją doktor
Goebbels i uczynił z niej wielką aktorkę.

Załuski kilkakrotnie widział fotosy Bonner w gazetach, ale był pewny, że już dawno temu wyjechała do Rzeszy. Jak się okazało, wcale się tak nie

stało.

— Rozumiem — powiedział więc Załuski. — Trudno się dziwić, że w sprawę wmieszało się Gestapo.
—  Dziewczyna  była  nie  tylko  okaleczona  i  zgwałcona  —  powiedział  nerwowo  Boehme.  —  Ktoś  doczepił  jej  do  kikutów  rąk  brzozowe  witki.

Wiesz, takie o białej korze…

— Jak miotły do zamiatania — powiedział w zamyśleniu Artur.
— Tak. I to szczególnie rozwścieczyło Niemców. Nie okaleczenie, nie wyrwany język, ale właśnie te gałęzie. Rozumiesz coś z tego?
— Nie. Kiedy to się stało?
— Znaleziono ją wczoraj. Zniknęła dwa tygodnie temu, miała jechać do Berlina na zdjęcia próbne.
— Ciekawe — powiedział z namysłem Artur. — Powiedz mi jeszcze jedno…
— I tak ci za dużo powiedziałem, już żałuję!
— Były inne takie przypadki? Rozmawiałem tutaj na Szlaku z rodziną dziewczyny, która także zniknęła bez wieści. Jestem ciekawy, czy i ją

znajdziemy z brzozowymi miotłami zamiast rąk i w rowie.

Boehme popatrzył na niego ostro.
— Nie żartowałbym z tego. Gestapo prowadzi swoje śledztwo. Lepiej, żebyś się przesadnie nie zajmował tą sprawą, bo znajdziesz się w kręgu

ich zainteresowania i wtedy nawet znajomość z Agnes Petzoldt ci nie pomoże.

Załuski poderwał głowę w zdumieniu.
— Nie wiedziałem, że jestem tak bacznie obserwowany.
— Krążą różne plotki, nie udawaj, że nie wiesz. A teraz już idź. Ani ja nie potrzebuję kłopotów, ani ty nie chcesz ich mieć.
Załuski pożegnał się krótko, odebrał przepustkę i wyszedł na ulicę. Odetchnął lekko wilgotnym listopadowym powietrzem.
Dziewczyny… To oczywiste, że było ich więcej, ale sprawa zrobiła się poważna, gdy zginęła kochanka wysoko postawionego urzędnika Rzeszy.

Właściwie nie Niemka, ale też nie bardzo Polka. Coś mu się tu jednak nie zgadzało. Siostra jasnowidza była pewna, że w sprawie zaginionej
dziewczyny do brata przyszedł jakiś Polak, członek loży masońskiej. Natomiast nie ulegało wątpliwości, że dziewczyną w czerwonym płaszczu była
Kinga Bonner.

Czyżby  więc  to  rodzina  Bonnerów  próbowała  zasięgnąć  rady  Orwata?,  pomyślał  Artur.  Ciekawe,  że  wizja  wskazywała  jednoznacznie,  że

dziewczyna nie żyje. Sam jasnowidz był o tym przekonany. Mogło to oznaczać tylko jedno — Kinga Bonner wkrótce umrze. Musiał działać szybko.

Rozdział szósty.

 Przez

 cień

Dom „Festina lente” projektu Teodora Talowskiego, słynnego krakowskiego architekta doby modernizmu, znajdował się mniej więcej w połowie

ulicy Retoryka. Architekt zbudował go na własne potrzeby, w charakterystycznym dla swoich prac stylu — surowe cegły i wystające tu i ówdzie
z elewacji kamienie tworzyły niepokojącą grę światła i cienia. W późnych latach dwudziestych do tej pięknej kamienicy dobudowano trzecie piętro,
całkowicie niwecząc jej pierwotny urok średniowiecznego zamku. Przebudowa zniszczyła oryginalny portal i odebrała domowi lekkość. Pozostały
tylko  ciemne  cegły,  wyrabiane  przez  Talowskiego  we  własnej  cegielni  wedle  tajemniczej  receptury,  którą  zabrał  ze  sobą  do  grobu,  i  dwie
inskrypcje: „Festina lente” oraz „Ars longa vita brevis”, umieszczone po dwóch stronach ozdobnego kartusza z nazwiskiem architekta.

Agnes Petzoldt zajmowała tu obszerne lokum składające się z siedmiu pokoi. Arturowi otworzyła zalękniona pokojówka, dziewczyna rodem

z podkrakowskiej wioski, o czym świadczyły jej jasne jak słoma włosy upięte w warkocz dookoła głowy i grube kostki u nóg.

Spuszczając wzrok, poprowadziła detektywa do niewielkiego saloniku.
Załuski był zdziwiony skromnością wyposażenia mieszkania. O Agnes krążyły wszak różne, teraz widział, że fantastyczne pogłoski — szeptano,

że jej apartament wypełniony był zrabowanymi antykami, spośród których wybierała najcenniejsze sztuki, by wysłać je do swego domu w Berlinie.

background image

Tymczasem wnętrza były niemal puste. Dosyć przygnębiające wrażenie robiły przestronne pokoje pozbawione zupełnie mebli i powiewające na

wietrze firanki.

W saloniku, obok ozdobnej otomany i kilku foteli wyścielonych szafirowym pluszem, uwagę zwracał sporych rozmiarów obraz pędzla Gustawa

Klimta oraz secesyjne drobiazgi: tulipanowa lampa Tiffany czy ozdobna popielniczka w stylu Lalique’a.

— Dziwi się pan, że tu tak pusto? — zapytała Agnes Petzoldt, stając w drzwiach. Tym razem miała na sobie suknię z bordowego aksamitu,

a na szyi nosiła dziwną kolię z granatów w ażurowej oprawie.

— Tak. Słyszałem, że kolekcjonuje pani wiedeńską secesję.
— Moja kolekcja została w Berlinie, mam dosyć oleju w głowie, by jej wszędzie ze sobą nie wozić. Tutejsza secesja jest taka marna, zwłaszcza

meble są okropne, toporne i jakieś takie… ludowe.

Załuski uśmiechnął się złośliwie, bo dla niego akurat wiedeńska sztuka użytkowa okresu secesji była nie do przyjęcia. Napatrzył się na nią do

syta podczas studiów. Pomalowane na biało kanciaste meble przypominały mu wyposażenie gabinetów lekarskich, niezachęcające bynajmniej
do odpoczynku. Nie rozumiał zupełnie, jak coś tak niefunkcjonalnego może się komuś podobać.

— Jestem wybredna, moją uwagę zwracają wyłącznie wyjątkowe przedmioty — wyjaśniła Agnes Petzoldt, zapalając papierosa. Artur nie miał

co do tego najmniejszych wątpliwości. Wystarczyło przyjrzeć się biżuterii, którą nosiła, żeby dojść do wniosku, że ma wyjątkowo wyrafinowany
gust.

Zadzwoniła na pokojówkę i wydała jej szybkie polecenie. Po chwili przestraszona dziewczyna pojawiła się z ogromną tacą, na której znajdowała

się herbata, konfitury i niewielkie ciasteczka.

—  Proszę  się  poczęstować  —  powiedziała  baronówna,  gdy  pokojówka  nalała  już  herbaty  do  filiżanek  i  dygając  kilkakrotnie,  zniknęła

w przedpokoju.

— Zastanawia się pan, po co pana zaprosiłam? — dodała, a Artur spojrzał na nią z uwagą. Bilecik od Agnes otrzymał rano, tuż przed wyjściem

do biura; prosiła w nim, by przyszedł do niej po południu. Na wszelki wypadek zabrał ze sobą teczkę z grafikami Muchy, choć sądził, że wezwała
go zupełnie w innym celu. Jak zwykle się nie mylił.

— Mam nadzieję, że chodzi tylko o Muchę — powiedział, wskazując na oklejoną szarym materiałem teczkę. — Nie chciałbym być przez panią

przesłuchiwany.

— Dlaczego?
—  Bo  wydaje  mi  się,  że  zna  pani  odpowiedzi  na  większość  pytań,  które  chce  pani  zadać.  To  dosyć  niebezpieczna  sytuacja  dla  rozmówcy,

przyzna pani.

Agnes Petzoldt wybuchnęła śmiechem, ale chwilę później jej twarz była już na powrót poważna i pełna wyczekującego skupienia.
— Ma pan rację. Zainteresował mnie pan. Zebrałam o panu trochę informacji. Myślę, że mógłby mi się pan przydać.
Artur  zrobił  nieokreślony  ruch  ręką,  jakby  chciał  zbagatelizować  jej  słowa.  Jednocześnie  odniósł  nieprzyjemne  wrażenie,  że  najwyraźniej

nadeszła ta chwila, której się obawiał. Baronówna chciała, by został konfidentem.

— Chce pani ze mnie zrobić prowokatora? — zapytał, udając zdziwienie.
Pokręciła przecząco głową.
— Chyba mnie pan źle zrozumiał. Proszę mi wierzyć, wiem dobrze, kim pan jest. Domyślam się też, czym się pan zajmuje. Pańskie śledztwo

jest trudne, bardzo trudne, zwłaszcza że tajemnicę okrywa noc. Noc i mgła…

Spojrzała na niego z wyczekiwaniem.
— Ach, tak — odparł z namysłem Artur. — Sytuacja jest groźna, baronowo, i pani to doskonale wie.
— Wiem. I proponuję panu pewien układ. Oczywiście, obowiązujący tylko pomiędzy panem a mną. Pomożemy sobie nawzajem.
— Zamieniam się w słuch!
Agnes  zmarszczyła  brwi.  Jej  blada  twarz,  oszpecona  opaską,  przybrała  niepokojąco  drapieżny  wyraz.  Od  razu  było  widać,  że  nie  będzie

partnerem łatwym ani skłonnym do ustępstw.

— Proszę nie żartować! Nie lubię tego — powiedziała zimnym głosem, od którego po plecach przelatywały ciarki. Tak, Agnes jak nikt potrafiła

zmrozić atmosferę jednym słowem.

— Interesuje mnie zdemaskowanie pańskiego kolegi, Lothara Glassa — dodała, patrząc na niego bardzo uważnie. Artur wzruszył ramionami.
— Glass był moim kolegą, a to różnica. Obecnie nic mnie z nim nie łączy i wątpię, aby kiedykolwiek połączyło.
— To bardzo dobrze, będzie więc panu łatwiej. Chcę, żeby pan dalej prowadził swoje śledztwo, i nie obchodzą mnie pańscy mocodawcy ani ich

motywacje, bez względu na to, czy są wysokie, czy przyziemne, szczere czy całkiem kłamliwe.

— Nie sądzę, by były kłamliwe — rzucił Artur, odstawiając filiżankę. Herbata, choć była to bez wątpienia angielska mieszanka w najlepszym

gatunku, przestała mu smakować.

Agnes parsknęła krótkim śmiechem.
— I tu się pan myli! W tej sprawie każdy pragnie wykorzystać innych i wszyscy grają znaczonymi kartami.
— Rozumiem, że pani również?
— Niech pan nie będzie naiwny jak dziecko. Tracę szacunek dla pańskiej inteligencji. Mnie interesuje wyłącznie Glass i wszystko, czego się

pan o nim dowie. O nim i o jego domniemanej misji.

— Rozumiem. To dla mnie jasne, ale co dostanę w zamian? Gwarancję nietykalności? Specjalne prawa?
Wzruszyła ramionami.
—  To  także.  Powiedzmy,  że  to  jest  w  pakiecie.  Poza  tym  dam  panu  wskazówkę,  która  ułatwi  panu  rozwiązanie  zagadki  morderstwa  Kingi

Bonner.

— Morderstwa? — przerwał Artur. — A więc zmarła…
Agnes Petzoldt zgasiła papierosa, ale natychmiast wyjęła ze swej ozdobnej cygarniczki następnego i zapaliła go.
— Tak, zmarła dzisiaj nad ranem. Jestem w ogóle zdziwiona, że udało jej się wytrzymać tak długo. Nabrałam respektu dla waszych lekarzy.

Naprawdę zrobili wszystko, by utrzymać ją przy życiu.

— Jaka to wskazówka, baronowo?
— Przeprawa wodna przy klasztorze Norbertanek. Niech pan porozmawia z przewoźnikiem.
Popatrzył  na  nią  z  uwagą,  ale  Agnes  najwyraźniej  uważała  rozmowę  za  zakończoną.  Założyła  nogę  na  nogę  i  delektowała  się  smakiem

papierosa.

Artur obserwował ją spod oka. Niespodziewanie pojawiła mu się w głowie szalona, nieobliczalna myśl: czy gdyby nie wojna, a oni spotkaliby

się, powiedzmy, w Wiedniu lub w Berlinie… Nie, to było niemożliwe! I niedorzeczne.

— Proszę mi zostawić te rysunki — powiedziała, wskazując na teczkę, którą Załuski położył obok fotela. — Przejrzę je chętnie i oddam, proszę

się o to nie martwić.

Milczał, wciąż się jej przyglądając. Kim naprawdę była Agnes Petzoldt? Dlaczego tak jej zależało na zdemaskowaniu Glassa? I o co właściwie

go podejrzewała?

Agnes zdawała się czytać w myślach.
— Niech pan przyjmie, że to sprawa osobista — powiedziała lekko. — Chcę uzyskać coś w rodzaju satysfakcji, osobistego zadowolenia, że

podstawiłam mu nogę.

background image

— Rozumiem — odpowiedział, wstając. — Pozwoli pani, że się pożegnam, i tak zabrałem już pani zbyt dużo czasu.
— Dziękuję za wizytę — odparła, podając mu rękę. — Czekam zatem na wiadomości, przy okazji zwrócę panu rysunki. Nie wcześniej jednak

niż za tydzień, bo teraz muszę wyjechać.

Najwyraźniej  obowiązki  zawodowe  wzywają  ją  do  Berlina,  ponuro  pomyślał  Artur,  wychodząc  z  jej  mieszkania.  Był  zaniepokojony

niespodziewanym obrotem, jaki przyjęły sprawy, znowu wciągano go w grę, w której nie miał ochoty brać udziału.

Ciekawe, co ona knuje?, zastanawiał się, idąc w kierunku swego biura. Wiedział, że za kilka dni będzie je musiał zamknąć, bo Niemcy właśnie

zabrali się za jego stronę Aussering, jak nazywali tę ulicę, wysiedlając dom po domu. Zdaje się, że na środku pasa zieleni rozdzielającego jezdnie
chcieli  też  wybudować  okazały  schron.  Wygląda  na  to,  że  wynajęła  detektywa,  by  śledził  oficera  SD  —  ta  myśl  była  oczywiście  śmieszna,  ale
w zaistniałej sytuacji chyba nie mijał się z prawdą. A skoro tak, to dlaczego nie posługiwała się drogą oficjalną? Wyraźnie podejrzewała Glassa
o coś, ale nie chciała za wcześnie ujawniać swoich domysłów, by go nie spłoszyć.

Nie chce, żeby Glass poczuł oddech kolegów z Gestapo na plecach, zanim ona nie dobierze mu się do skóry, pomyślał. O co jednak mogło

chodzić?

Tylko o jedno. Lothar Glass nie był tym, za kogo się podawał.
Załuski dotarł do biura, w którym zastał zapracowanego Smołę. Od dawna nie widywał się prawie ze swoim pomocnikiem, który jednakże nie

zaniedbywał  przez  ten  czas  swoich  zadań.  Nie  leżało  to  zupełnie  w  jego  obowiązkowej  naturze.  Interesantów  było  tylu,  że  prawie  całkowicie
zniszczyli podłogę w ich małym biurze, wydeptując ślad od drzwi do biurka Smoły.

Gdy wszedł do biura, Smoła właśnie kończył obsługiwać jakiegoś klienta, który przyszedł z „problemem mieszkaniowym”; wypełnienie stosu

druczków do kwaterunku nastręczało pewne problemy, ale dla Antoniego była to rutynowa praca. Artur przywitał się krótko i wyszedł na zaplecze
zaparzyć herbatę. Od razu przypomniał sobie angielską mieszankę, którą pił u baronówny, i zdjął go dziwny niepokój.

Na pewno należało szybko pójść tropem, który wskazała Agnes, zwłaszcza że Kinga Bonner nie żyła i nie było na co czekać.
Smoła pożegnał interesanta i dołączył do Artura w niewielkiej kuchence, gdzie na prymusie gotowała się wesoło woda.
— Była u pana jakaś dama — powiedział Antoni tajemniczo, a Artur przez moment miał wrażenie, że pomocnik mówi o Agnes Petzoldt, wokół

której wciąż krążyły jego myśli. Ale nie, to przecież nie było możliwe.

— Kto?
— Nie przedstawiła się, ale powiedziała, że jest pana klientką i szuka pana w pilnej sprawie. Zostawiła kartkę.
Smoła  podszedł  do  swego  biurka,  by  wyciągnąć  zeń  zapisany  świstek.  Artur  nie  miał  wątpliwości,  że  podczas  jego  nieobecności  biuro

odwiedziła Teresa Orwat.

Załuski poczuł wyrzuty sumienia. Śledztwo dotyczące zniknięcia jej brata nie posunęło się nawet o krok. Od momentu, kiedy przyjął sprawę,

mnożyły  się  tylko  nowe  tajemnice  i  znaki  zapytania.  Detektyw  miał  nawet  wrażenie,  że  zaczął  podążać  zupełnie  nowym  tropem,  porzucając
pierwotne dochodzenie. Naprawdę niewiele miał do zrelacjonowania Teresie Orwat, która w krótkiej i starannie napisanej wiadomości prosiła
o kontakt. Musiał do niej pójść, ale postanowił odłożyć tę wizytę co najmniej do jutra. Teraz miał ważniejszą rzecz do zrobienia.

Smoła  przypatrywał  się  zasępionej  twarzy  pryncypała  czytającego  wiadomość  od  dziwnie  nerwowej,  chudej  kobiety,  a  potem,  widząc,  że

z twarzy Artura znika napięcie, zapytał wesołym głosem:

— Co słychać, mecenasie? — Załuski popatrzył na niego bystro i od razu przeszedł do rzeczy, czyli dręczącej go sprawy zaginionej dziewczyny.

Okazało się, że Antoni zna przewoźnika przez Wisłę, legendę Zwierzyńca i Salwatora, starego Lacha.

— Lach grywał przed wojną w Cracovii — wyjaśnił Smoła, siorbiąc gorący napój, który wcześniej hojnie posłodził sobie sacharyną. — Ale wie

pan, w 1935 roku doznał okropnej kontuzji podczas meczu z Victorią, miał otwarte złamanie piszczela i już nigdy nie wrócił na boisko. Kaleka na
całe życie, nogą powłóczy. Wziął się wówczas za ten interes z promem i całkiem nieźle mu się powodzi.

— Muszę się z nim spotkać — powiedział Załuski, a Smoła wyjaśnił mu, że Lach mieszka w małym, zaniedbanym domku przy ulicy Księcia

Józefa.

— Będzie chciał ze mną gadać? — zapytał Artur, a Smoła wzruszył ramionami.
— Mogę iść z panem. Znałem kiedyś jego syna, myślę, że mnie pamięta.
Umówili się na wieczór, bo przeprawa działała tylko do zmroku. Załuski wolał nie chodzić do przewoźnika do domu, to mogłoby wzbudzić jego

nieufność. Postanowił po prostu przejechać się z nim jednym z ostatnich kursów na drugą stronę.

Wraz  z  pierwszym  zmierzchem  spotkali  się  ze  Smołą  na  przystani.  Ludzi  istotnie  nie  było  wielu.  Jakaś  kobiecina  w  chusteczce,  dwóch

młodziaków i chłop z pustym wozem.

Stanęli w kolejce, oczekując na prom, który rzeczywiście dobił do brzegu chwilę później. Zgrzytnął metalowy trap, a przewoźnik i jego pomocnik

bosakami unieruchomili prom, by kilka osób znajdujących się na jego pokładzie mogło bezpiecznie wysiąść.

Gdy wszyscy zeszli na brzeg, najpierw wpuścili chłopa z wozem i zainkasowali od niego pieniądze, potem zaczęli wsiadać piesi.
Smoła zatrzymał się, wręczając zapłatę przewoźnikowi. Był to starszy mężczyzna, krępy i czarniawy, w wyłatanej kurtce i czapce z daszkiem

nasuniętej na oczy. Rzeczywiście, wyraźnie utykał na jedną nogę, ale poza tym poruszał się bardzo zwinnie i sprawnie.

—  Pamięta  mnie  pan,  panie  Lach?  —  zapytał,  ale  ten  spojrzał  na  niego  nieufnie.  —  Jestem Antek  Smoła  z  Jaksy  Gryfity,  teraz  mieszkam

u ciotki w Podgórzu. Kumplowałem się z pańskim Wackiem.

Twarz starego Lacha wygładziła się w uśmiechu. Poklepał Smołę po plecach.
— Oczywiście, że cię pamiętam, Antek! Kawał andrusa z ciebie był za chłopaka!
— A  co  u  Wacka?  —  zapytał  jeszcze  Smoła,  ale  starszy  mężczyzna  nie  odpowiedział.  Dał  znak  do  odbicia  od  przystani  i  zaczął  uważnie

kierować  prom  na  środek  rzeki.  Prom  szedł  po  długiej  metalowej  linie  przymocowanej  do  drugiej,  znacznie  grubszej  i  trwalszej,  która
zabezpieczała go przed znoszeniem przez prąd. Przewoźnik i jego pomocnik musieli umiejętnie sterować tym wodnym pojazdem, by zanadto nie
oddalił się od wyznaczonej linii i bezpiecznie wylądował.

— Wacek do wojska poszedł i już go nie zobaczyłem. Zginął we wrześniu.
Antoni nic nie odpowiedział, tylko wyciągnął papierosa i poczęstował nim starego, a ten zapalił go, wciąż kierując promem. W jego oczach

malowało się wyłącznie skupienie i jakiś rodzaj nieobecności, a może nawet pustki.

— Panie Lach, przyprowadziłem do pana znajomego, który koniecznie chciał się z panem widzieć.
— A w jakiej sprawie? — Stary przewoźnik znowu zrobił się nieufny i czujnie spojrzał na Załuskiego.
—  Chodzi  o  tę  dziewczynę  bez  rąk,  co  ją  znaleziono  niedawno  w  rowie  —  powiedział  Artur,  a  Lach  machnął  ręką  w  taki  sposób,  jakby

nakazywał mu milczenie.

— Nie teraz — rzekł. — Na brzegu…
Resztę drogi spędzili w ciszy, obserwując ciemny nurt rzeki, która teraz, po zmierzchu, wyglądała jak gęste, smoliste błoto. Albo krzepnąca

krew.

Gdy przybili do brzegu, przewoźnik poszeptał z pomocnikiem i odwołał Smołę i Artura na bok.
— Czego chcecie ode mnie? Ja nic nie wiem! — powiedział ostro, oglądając się na boki, jakby bojąc się, że ktoś podsłucha ich rozmowę.

— Kto wy jesteście?

—  Niech  się  pan  nie  denerwuje  —  próbował  tłumaczyć Artur.  —  Jestem  detektywem,  wynajęła  mnie  rodzina  tej  dziewczyny,  oni  myśleli,  że

zaginęła, miałem ją odszukać. Kiedy się okazało, że nie żyje… Rodzina chce po prostu znaleźć sprawcę.

Nie  wydawało  się,  aby  Lach  mu  uwierzył.  Rzeczywiście,  brzmiało  to  niezbyt  prawdopodobnie  —  wojna,  a  tu  ktoś  zatrudnia  prywatnego

detektywa. Czego taki może się dowiedzieć?

background image

detektywa. Czego taki może się dowiedzieć?

Przewoźnik  patrzył  na  nich  z  uwagą,  jakby  chciał  dociec,  czy  mogą  być  groźni.  Czy  na  przykład  są  konfidentami.  Zapewne  ocena  wypadła

dobrze, bo powiedział:

— O sprawie tej dziewuchy wiem tylko tyle, że ją znaleźli przy Wiśle i że ktoś odłupił jej ręce.
— A o innych? — zapytał Artur, a Smoła aż poderwał głowę do góry w zdumieniu.
Stary pokiwał głową w taki sposób, jakby spodziewał się tego pytania i fakt, że ktoś mu je wreszcie zdał, przyniósł mu ulgę.
— Strasznie mi to ciąży na sumieniu, od tygodni śni mi się ta dziewczyna.
Zamilkł, jakby przerażony tym, co powiedział. Czekali. Lach wyciągnął kolejnego papierosa, zapalił i chwilę wpatrywał się w Wisłę. Ludzie na

promie zaczynali się niepokoić, to miał być ostatni kurs na drugą stronę.

—  Jakieś  półtora  miesiąca  temu,  wieczorem  tak  jak  teraz,  bosak  o  coś  zaczepił.  Na  początku  myśleliśmy,  że  to  może  jakiś  pies  czy  inne

zwierzę… Ale nie, to była kobieta.

— Zmasakrowana? — zapytał cicho Załuski.
Stary pokiwał głową.
— Powiem panu, że nie chciałbym tego więcej oglądać.
— Co jej zrobili? — zapytał Smoła spieczonymi ustami.
— Posiekali ją całą, synu — odpowiedział Lach, spluwając. — Calusieńką. I do tego spalili jej twarz i włosy. Prawie nic nie zostało z twarzy,

jakby się rozpłynęła. Ciało miała pocięte centymetr po centymetrze.

— I co pan zrobił? — zapytał Artur.
— No cóż, wezwaliśmy policję i oni przyjechali. Był między nimi Polak, policjant granatowy, który powiedział, że to na pewno ofiara jakiegoś

wypadku, i zabronił nam o tym komukolwiek wspominać. Ale jaki to musiałby być wypadek? Chyba gdyby pod szatkownicę wpadła…

— Panie szefie! — odezwał się przytłumiony głos z promu — jedziemy! Ludzie czekają, zaraz będzie ciemno.
— Wsiadajcie — rzucił Lach. — Powiedziałem wam wszystko, co wiem, i teraz gęba na kłódkę!
Artur  i  Smoła  zajęli  miejsce  przy  bocznym  relingu.  Nie  odzywali  się  do  siebie,  patrząc  w  ciemny  wir  rzeki.  Teraz,  w  tym  jesiennym  mroku,

wyglądała niepokojąco i groźnie. Jakie tajemnice jeszcze kryła?

Gdy wysiedli przy klasztorze, Smoła długo nie odzywał się do Artura.
— W co się pan wplątał, mecenasie? — powiedział wreszcie.
Załuski wzruszył ramionami.
— Taka kiedyś była moja robota.
— Niefajna.
— Ja ją akurat lubiłem.
— Naprawdę rodzina tej zabitej dziewczyny pana wynajęła?
— Nie. Wynajął mnie zupełnie ktoś inny. Zresztą sprawy tak się układają, że obecnie nie mam już pojęcia, dla kogo naprawdę pracuję. Ale i tak

zamierzam rozwiązać tę zagadkę.

— Dziwne rzeczy pan opowiada — stwierdził Antoni, przyspieszając kroku. — Jest pan zdenerwowany. Pójdę już, bo do mnie kawałek drogi,

a jest późno.

Artur zatrzymał się i uścisnął mu rękę.
— Dziękuję za wszystko! Jutro normalnie, w biurze.
Smoła uśmiechnął się, jakby mówił: „To się wie!”, i zniknął w mroku. Artur jeszcze przez chwilę słyszał stukot jego oficerek po bruku, szybki krok,

a potem już nic.

Zatopił się w myślach.
Druga dziewczyna. A właściwie, chronologicznie biorąc, pierwsza ofiara. Wyłowiona z Wisły we wrześniu, okaleczona. Zmarła prawie dokładnie

w tym czasie, gdy zaginął jasnowidz. To musiała być pierwsza kobieta z jego z wizji, ta pozbawiona twarzy. Kim jednak była? Czy to właśnie jej
rodzina próbowała zasięgnąć porady jasnowidza?

Muszę  się  tego  dowiedzieć,  pomyślał  Załuski  i  zastanowił  się  nad  możliwościami.  Na  Hansa  Boehmego  nie  miał  już  co  liczyć,  kolega

najwyraźniej zastanawiał się, czy go profilaktycznie nie aresztować, więc lepiej było zakończyć tę znajomość. Dolek także mu już nie pomoże.
Zresztą zapadł się pod ziemię i nawet Arturowi trudno by go było teraz odszukać.

Zakład Medycy Sądowej na Grzegórzkach, przyszło mu do głowy i aż uderzył się otwartą dłonią w czoło. Oczywiście, zwłoki przywożono zawsze

tam, chyba że Gestapo dokonywało dyskretnego pogrzebu w sobie tylko znanym miejscu lub mniej dyskretnego po masowej egzekucji. Ale tutaj
nie  było  powodu  do  usuwania  zwłok,  zwłaszcza  jeżeli  policja  uznała  to  za  wypadek.  Co  ciekawe,  Zakład  wstrzymał  pracę  tylko  na  krótko  we
wrześniu 1939 roku, po czym już w październiku wznowił wykonywanie sekcji. Dokonywano tutaj autopsji ofiar nie tylko przestępstw kryminalnych,
ale i zwłok przywożonych z aresztu na Pomorskiej czy z więzienia Montelupich. Załuski nie miał wątpliwości, że na Grzegórzecką trafiło również
ciało dziewczyny z Wisły.

Przed wojną w Zakładzie Medycyny Sądowej pracował znajomy Artura, doktor Winiarski. Załuski był ciekawy, czy nadal tak jest.
Postanowił wybrać się do niego następnego dnia rano.
Przygnębiający  gmach  Zakładu  Medycyny  Sądowej  wznosił  się  tuż  przy  Hali  Targowej,  oddanej  przez  Niemców  do  użytku  trochę  ponad  rok

wcześniej. Załuski nie znosił budynku prosektorium, ponurego i przytłaczającego wąską, zawsze zacienioną ulicę. Trudno było oprzeć się wrażeniu
wkraczania do królestwa śmierci, gdy mijało się bramę wejściową i trafiało w ciasny, wysoko wysklepiony korytarz o smutnej podłodze wyłożonej
brązowo-żółtą kostką. Co prawda, na czele Zakładu stał obecnie Niemiec, doktor Werner Beck, ale personel w przeważającej części był polski.

Od portiera Artur dowiedział się, że Winiarski wciąż tu pracuje, ale właśnie zajęty jest przy sekcji. Detektyw postanowił zaczekać, spoglądając

dla zabicia czasu na ulicę.

Grzegórzki były mało reprezentacyjną dzielnicą Krakowa, również i Niemcy ją lekceważyli. Artur zastanowił się, czy nie powinien się przenieść

gdzieś  w  te  okolice,  gdy  grunt  w  Śródmieściu  zacznie  mu  się  palić  pod  nogami.  Bardzo  lubił  pobliski  Ogród  Botaniczny,  niestety  obecnie
w całości zaanektowany przez Niemców, którzy urządzali w nim dziwaczne pokazy, jak na przykład cykliczną wystawę grzybów, która cieszyła się
ogromnym  powodzeniem.  Artur  zupełnie  nie  rozumiał  tych  pomysłów  —  już  wystarczająco  koszmarna  była  ekspozycja  zorganizowana
w Sukiennicach, która pod dosyć niewinną nazwą 

Cud życia

 ukazywała zwyrodnienia różnych organów wewnętrznych na skutek, jak można było

mniemać,  niezbyt  higienicznego  trybu  życia.  Ozdobą  tej  prezentacji  był  szklany  model  ludzkiego  organizmu,  oddany  z  pieczołowitością
nastręczającą  poważne  podejrzenia  co  do  zdrowia  psychicznego  twórcy.  Naziści  mają  jakieś  zupełnie  skrzywione  poczucie  estetyki,  pomyślał
detektyw i wzruszył ramionami.

Jeszcze przez dłuższy czas spacerował pustymi korytarzami, czekając na doktora. Wreszcie Winiarski wyszedł, wyraźnie ucieszywszy się na

jego widok.

— O proszę, co ja widzę, detektyw Artur Załuski we własnej osobie — powiedział wesoło. — Miło mi, że widzę pana w dobrej formie.
— Mnie też nie opuszcza radość z tego powodu — zażartował Artur.
— Pan do mnie służbowo?
— Poniekąd tak — odrzekł Załuski i gdy weszli do skromnego kantorka patologa, zaczął mu wyjaśniać w czym rzecz, oględnie wspominając

o swoim zleceniu.

— Dziewczyna… — powiedział Winiarski, wyciągając papierosa. Chwilę palił w milczeniu. — Nie wiem, czy powinienem… Ale mam do pana

background image

zaufanie, choć może niesłuszne.

— Nie jestem konfidentem ani prowokatorem — powiedział Załuski.
— Ale ja mogę nim być.
Artur wzruszył ramionami.
— Zawodowe ryzyko, doktorze. Kiedyś szczęście mnie opuści.
— Lecz jeszcze nie tym razem. — Doktor poklepał go po plecach i wyciągnął z szuflady plik zapisanych na maszynie kartek. — Wyniki sekcji —

wyjaśnił. — Widzi pan: „rana postrzałowa”, „zastrzelony, gdy uciekał przed patrolem”. Tu ciekawe: znaleźliśmy staniol w żołądku, połknął truciznę,
cyjankali. Zapewne jakiś członek ruchu oporu. O, tu się pojawia coś nowego: „mors ex inanitione”, czyli „śmierć z wycieńczenia”. Coraz częściej
dostajemy takie zwłoki.

Doktor zaczął szybciej przerzucać kartki, a Załuski obserwował go w milczeniu. Winiarski, mimo iż starał się zachowywać pozory beztroski, był

wyczerpany i smutny. Pod oczami rysowały mu się głębokie cienie, znacznie posiwiał od czasu, gdy Artur widział go po raz ostatni, przygarbił się
też i skurczył w sobie. Widać, że przygniatały go troski.

—  O,  mam  ją  tutaj.  —  Doktor  postukał  ręką  w  kartkę.  —  Zwłoki  wyłowione  z  rzeki,  niedaleko  klasztoru  Norbertanek,  znalezione  przez

promowego i jego pomocnika. Kobieta, lat około dwudziestu, zdrowa, mocnej budowy. Twarz miała spaloną kwasem, całe ciało pocięte ostrym
narzędziem, zmarła z wykrwawienia.

— Została zgwałcona?
Doktor pokiwał głową.
— Wielokrotnie. Z obrażeń wynika, że trzymano ją gdzieś przez kilka dni i torturowano.
— Czy mogło to zrobić Gestapo?
— Jak najbardziej. Oni są zdolni do wszystkiego, to bardzo przypomina ich metody. Ale wrzucać ciało do rzeki… To już gorzej. Nie zadają sobie

tyle trudu, żeby zacierać ślady. Pan wie, taki przykład działa odstraszająco. Terror to ich drugie imię, lubią wzbudzać strach.

— Ale nie wyklucza pan, że mogli wrzucić zwłoki do wody?
— Nie wykluczam. Ciało przebywało w rzece kilka dni, bo mocno napuchło. Nie było niczym obciążone, czyli sprawcom nie zależało, by nie

wypłynęła za szybko. Mogli ją wrzucić w każdym miejscu, nie dziwię się, że się zatrzymała przy barkach. Tam jest dosyć płytko, gałęzie, krzewy,
brzegi nie są uregulowane.

— Czy coś o niej wiadomo? — zapytał jeszcze Artur.
Winiarski przerzucił papiery.
— Oficjalnie NN. Ale nieoficjalnie zdradzę panu, że miała pewien znak szczególny, bliznę po operacji ślepej kiszki. Musiała biedaczka dostać

perforacji, bo blizna była gruba i szeroka, jakby po zakażeniu. Myślę, że to Polka, znam dobrze ściegi naszych chirurgów. Gdyby to nie był czas
wojny, poszukałbym w kartotekach osób zaginionych. Ale w obecnej sytuacji to szukanie igły w stogu siana.

— A Kinga Bonner? — zapytał Artur.
Winiarski wzdrygnął się.
— Mieliśmy ją tutaj wczoraj. Makabryczna zbrodnia. Także wielokrotne zgwałcenie i te rany, zapewne pan wie, obcięte ręce i język. Praktycznie

nie miała szans. I tak długo żyła…

— Ona raczej nie padła ofiarą Gestapo?
Doktor przecząco pokręcił głową.
— Na pewno znał pan jej sytuację. Już bardziej obstawiałbym jakiegoś wroga jej kochanka. Zresztą tak mi przyszło do głowy: Gestapo głównie

bije, a żadna z tych dwóch nie miała na ciele śladów pobicia. Owszem, były siniaki od przytrzymywania i ślady krępowania, ale żadnych stłuczeń.

Załuski zastanowił się.
— Morderca kobiet?
Winiarski zrobił nieokreślony ruch ręką.
— Przyzna pan, że to nie bardzo dziwi: w czasach takiego bestialstwa, z którym mamy do czynienia na każdym kroku, sadystyczny morderca

młodych kobiet wpisuje się doskonale w kontekst.

—  Kilka  dni  temu  dowiedziałem  się  o  innej  zaginionej  dziewczynie.  To  volksdeutschka,  Janina  Lelówna,  kelnerka  w  Cyganerii.  Wyszła

z koleżankami z pracy po zamknięciu kawiarni i słuch po niej zaginął.

— Podejrzewa pan, że i ją wkrótce znajdziemy zamordowaną? — zainteresował się Winiarski, wyciągając kolejnego papierosa.
— Niewykluczone — powiedział Artur, ale myślał już o wizji Juliana Orwata.
— Dlaczego jednak, jeżeli przyjmiemy, że tych mordów dokonał jeden człowiek, wybrał akurat te kobiety? — spytał po chwili. — Miały ze sobą

coś wspólnego? Były do siebie podobne? Widziałem fotografię tej zaginionej Lelówny, która choć była kelnerką w nocnym lokalu, nie wyróżniała
się niczym szczególnym. Wydawała się dosyć przeciętna i raczej nie brylowała w towarzystwie.

— Bonner chciała zostać gwiazdą filmową — przypomniał doktor. — O niej na pewno nie można powiedzieć, że była przeciętna. A Lelówny

jeszcze nie znaleziono martwej, to różnica. Ta dziewczyna wyłowiona z Wisły była raczej ładna, o ile można to ocenić przy całkowicie wypalonej
twarzy. Ale była wysoka i proporcjonalnie zbudowana. Długie nogi, szczupłe ciało. Przystojna.

— No tak — myślał na głos Artur. — Wybiera ładne kobiety. Takich jednak są tysiące, a coś je musi łączyć. Może morderca je zna?
— To niewykluczone. Psychologia sądowa uczy nas, że najczęściej sprawca typuje na ofiary osoby dobrze sobie znane, które w jakiś sposób

go fascynują. Nie zapominajmy, że on je gwałci, czyli mamy do czynienia ze zbrodnią na tle seksualnym. Te dziewczęta go pociągają, ale w inny
sposób nie może ich zdobyć.

— Z Bonner to oczywiste, była wschodzącą gwiazdą kina i kochanką wpływowego oficera. Ciekawe, kim była ta druga. Przy takiej interpretacji,

panie  doktorze,  zaczynam  wierzyć,  że  ta  Lelówna  znajdzie  się  cała  i  zdrowa  —  nie  była  typem,  który  mógłby  zafascynować  mordercę  na  tle
seksualnym.

Winiarski skrzywił się.
— Tu się pan myli. Kobiety te może łączyć coś widocznego jedynie dla sprawcy. Pan i ja nie dostrzegamy tego podobieństwa, ale on je widzi.

Na tym polega rys psychopatyczny.

— Jednej spalił twarz, drugą okaleczył. Ciekawe, że nie spalił twarzy aktorce. Wie pan: próżność, sfałszowany obraz i tak dalej…
Winiarski chwilę przewracał papiery, po czym wyciągnął jakąś kartkę i podał ją Arturowi.
— Nie chciałem tego mówić, bo wydawało mi się to trochę nieprawdopodobne. Ale teraz, gdy sam pan poruszył ten temat…
Załuski spojrzał na kartkę — był to przepisany na maszynie wyimek z mitologii, mit o Filomeli.
— Pamięta pan z lekcji greki? Filomela była siostrą Prokne, a zgwałcił ją szwagier, Tereus. Obciął jej język, by nie mogła opowiedzieć swej

historii. Filomela wyhaftowała więc tkaninę, na której przedstawiła scenę gwałtu. W ten sposób zdemaskowała zbrodnię.

— Ale Kindze Bonner odcięto też ręce — przypomniał Załuski.
Winiarski pokiwał głową.
—  Na  to  mamy  także  przykład  w  literaturze.  W 

Tytusie  Andronikusie

  Szekspira  dwaj  synowie  zdradliwej  królowej  Tamory  gwałcą  córkę

Andronika, Lawinię. Wyrywają jej język, żeby nie mogła o tym opowiedzieć, i obcinają ręce, by nie mogła napisać imion swych krzywdzicieli.

Załuski patrzył na doktora szeroko otwartymi oczami.

Tytus  Andronikus

.  Pierwsze  Folio  Szekspira.  Zaginiona  książka,  o  której  mówili  księgarz  Kotliński  i  Abraham  Kravitzer.  Wolumin,  który

background image

właściciel chciał sprzedać, ale w tych czasach mało kto dysponował funduszami na tak kosztowne dzieło. Coś się jednak wydarzyło, bo Orwat
otrzymał zlecenie poszukiwania zaginionego druku. Ale czy na pewno chodziło o Szekspira? I czy to właściciel go szukał? Może była to osoba,
która pragnęła dostać to rzadkie dzieło w swoje ręce i nie wahała się użyć do tego wszystkich środków, nawet zabijać.

I wtedy Artur poczuł to wyraźnie — nadciągała burza.

Rozdział siódmy.

 O

 krok

Wrócił do domu i rozłożył na podłodze większego pokoju wszystkie swoje notatki oraz zapiski Orwata. Pierwsza kobieta pozbawiona twarzy,

druga z rękami we krwi, trzecia, która „nie może już myśleć”. Tak zapisał swą wizję Orwat. Co to wszystko mogło znaczyć?

Kinga  Bonner  została  zamordowana  jak  Lawinia  z 

Tytusa Andronikusa

.  Kolejnej  ofierze,  anonimowej  dziewczynie  z  rzeki,  spalono  twarz

i pokrojono ciało. Załuski sięgnął do biblioteki i wyjął tom tragedii Szekspira.

Tytus Andronikus

 był nietypowym dziełem mistrza ze Stratfordu, wczesną sztuką, która zdumiewała krytyków swoim okrucieństwem do tego

stopnia, że niektórzy nawet kwestionowali autorstwo Szekspira. Fabuła była prosta — bezpardonowa walka o władzę, w której rodziny Andronika
i królowej Tamory mordują się wzajemnie na różne wymyślne sposoby.

Znalazł  od  razu  —  najstarszy  syn  Tamory  zostaje  spalony  i  rozczłonkowany.  Pierwsza  ofiara,  pomyślał  Artur,  przerzucając  strony.  Lawinię

z wyrwanym językiem i obciętymi rękoma odnajdują w lesie. Kolejne ofiary to dwaj synowie Andronika z uciętymi głowami. Nie mogą myśleć — bo
zabójca  pozbawił  ich  głów!  —  uświadomił  sobie Artur. A  więc  następne  zwłoki  powinni  znaleźć  z  obciętą  głową. A  nawet  dwa  kolejne  trupy!
Załuski zamknął książkę. W sumie w tym dramacie Szekspira ginie czternaście osób. To niemożliwe, by morderca zamierzał zabić tyle kobiet,
pomyślał  i  zaczął  robić  notatki:  sztyletowanie,  uduszenie,  rozcinanie  ciała…  To  wszystko  były  sposoby  zadawania  śmierci  w 

Tytusie

Andronikusie

. Kochanek Tamory, Murzyn Lucjusz, zostaje powieszony wraz z niemowlęciem, dzieckiem, które miał z królową, uświadomił sobie

Artur i przeszedł go dreszcz.

Zrozumiał,  że  ma  bardzo  mało  czasu.  Jeśli  nie  znajdzie  jakiegoś  powiązania  między  ofiarami,  czegoś,  co  pomogłoby  mu  znaleźć  zabójcę,

zginie następna kobieta.

Kinga Bonner marzyła o karierze gwiazdy filmowej, ale na razie była tylko kochanką nazistowskiego oficera. Tożsamość dziewczyny wyłowionej

z Wisły stanowiła wciąż zagadkę. Być może rodzina, która przyszła w tej sprawie do Orwata, szukała właśnie jej. Czy zgłosili sprawę na policji?
Czy pozostał jakikolwiek ślad albo meldunek? Aby się tego dowiedzieć, Załuski musiałby ponownie udać się do siedziby Kripo. Nie miał jednak
ochoty pchać się znowu w gardło lwa. Kripo mogło zresztą ten meldunek zignorować. Czy nie tak było w przypadku zaginięcia Lelówny?

Właśnie, Lelówna. Ona też przecież zniknęła i ciągle jej nie odnaleziono. Co o niej wiadomo? Czy coś ją łączyło z Kingą Bonner? Zapewne nic!

Janina Lelówna była kelnerką w Cyganerii, uświadomił sobie Artur. Kinga Bonner także mogła tam bywać ze swoim kochankiem.

To był na razie nikły ślad, być może przypadek, ale Załuski, który zawsze opierał się na swej intuicji, postanowił nieco bliżej przyjrzeć się tej

sprawie.

Niepokoiły go też zapiski Orwata. Niejasne i być może kierujące śledztwo w ślepą uliczkę. W wizji pojawiał się przecież mężczyzna — sprawca

lub  świadek  zabójstw.  Artur  miał  przeczucie,  że  ta  osoba  jest  w  jakiś  sposób  powiązana  ze  zniknięciem  jasnowidza.  Może  odkrył  coś,  co
w  rezultacie  okazało  się  niebezpieczne  i  zmusiło  go  do  ucieczki  z  kraju?  Albo  niepotrzebnie  zdradził  się  przed  kimś  ze  swoich  podejrzeń
i uciszono go na zawsze? Po co Orwat pojawił się w Pałacu Larischa i czego szukał w ciągu tych kilku dni poprzedzających swoje zniknięcie?
Na razie były to pytania bez odpowiedzi.

Artur  spojrzał  jeszcze  raz  do  swoich  notatek.  Kinga  Bonner…  Morderca  porwał  ją  sprzed  nosa  kochanka,  wpływowego  oficera  SD.  Potem

przetrzymywał  dziewczynę  kilka  dni,  zanim  wreszcie  ją  zabił.  Musiał  dysponować  dobrą  i  zaufaną  meliną,  w  której  mógł  ukryć  ofiarę  i  ją
maltretować.  Być  może  miał  pomocników.  Na  pewno  nie  brakowało  mu  odwagi  i  pewności  siebie. A  może  to  nie  była  pewność  siebie,  ale
poczucie, że jest bezkarny? Działa bez pośpiechu, bo po prostu ma czas — wie, że upatrzonej kobiety nikt mu nie wydrze!

Jeżeli  jest  tak,  jak  myślę,  to  lada  chwila  znajdzie  się  też  Lelówna.  Być  może  z  obciętą  głową,  uświadomił  sobie  Załuski. 

Tempus  fugit,

aeternitas manet

. Czas ucieka, wieczność czeka, pomyślał. Uderzyła go nagła myśl, że w tej starej łacińskiej sentencji jest wiele racji. Jeżeli nie

zdąży, wieczność będzie czekać Lelównę.

Postanowił nie zwlekać z wizytą w Cyganerii, w tej chwili nie miał innego tropu. Był to już okres, gdy miejsca takie jak kawiarnia Plastyków i Pani

zaczęły  gościć  coraz  więcej  szemranych  typów:  paskarzy,  przemytników,  ale  i  konfidentów.  Zresztą  bywanie  w  kawiarniach  robiło  się
niebezpiecznie.  Dopiero  co  Niemcy  spacyfikowali  Secesję,  aresztując  przeszło  dziewięćdziesiąt  osób  zajętych  grą  w  bilard  i  piciem  kawy.
Oczywiście  pojawianie  się  w  lokalach  „tylko  dla  Niemców”,  takich  jak  Cyganeria  było  jeszcze  bardziej  niebezpieczne.  Brak  odpowiednich
papierów mógł narazić Artura na grube nieprzyjemności, musiał więc najpierw dyskretnie rozeznać teren.

Zasięgnął języka i dowiedział się, że jako szatniarz pracuje tam jeden z jego dawnych znajomych, Stefan Panzer zwany „Gąsienicą”.
Przed  wojną  bracia  Panzerowie  —  Stefan  i  starszy  od  niego  o  dwa  lata  Franciszek  —  należeli  do  najbardziej  znanej  złodziejskiej  szajki,

słynnego Arona Lejbana. Panzerowie byli do siebie podobni jak dwie krople wody, więc często brano ich za bliźniaków, co zresztą ułatwiało im
wykonywanie  swego  zawodu.  Obaj  trafili  do  więzienia  w  połowie  lat  trzydziestych,  gdy  policja  rozbiła  gang  Lejbana,  aresztując  samego
przywódcę. Arturowi obiło się o uszy, że Panzerowie wyszli na wolność tuż przed wybuchem wojny i dobrze urządzili się przy nowej władzy. Trudno
mu było w to uwierzyć, bo obaj byli żarliwymi patriotami i wręcz fanatycznymi wielbicielami marszałka Piłsudskiego. Krakowska anegdota głosiła,
że Franciszek Panzer napisał prośbę do prezydenta Ignacego Mościckiego o zwolnienie go z więzienia na pogrzeb marszałka, ale nie udało mu
się uzyskać zgody. Czy to możliwe, by Stefan Panzer tak radykalnie zmienił poglądy? Cóż, w dzisiejszych czasach wszystko mogło się zdarzyć.

Szatnia w Cyganerii znajdowała się na wprost wejścia, więc dostać się tam było zupełnie łatwo; gorzej z niezauważonym przeniknięciem na

salę. Ale Artur  nie  zamierzał  tam  wchodzić.  Przystanął  w  kolejce  przy  kontuarze  i  przyglądał  się  „Gąsienicy”.  Młodszy  Panzer  zupełnie  się  nie
zmienił, dalej był chudy i poruszał się w charakterystyczny wężowy sposób, któremu zawdzięczał swoją ksywę. Stefan rozpoznał go natychmiast
i  rozpromienił  się  na  jego  widok.  Gdy  tylko  tłum  się  przerzedził,  otworzył  ladę  i  wpuścił  Załuskiego  za  kontuar,  sadzając  go  w  bezpiecznym
i niewidocznym miejscu pomiędzy płaszczami.

— Co pana do mnie sprowadza, mecenasie? — odezwał się „Gąsienica”, częstując gościa papierosem. — Jakieś interesy pan robi?
— Powiedzmy, że ciągle trzymam się starego zawodu — powiedział z uśmiechem Artur, a Panzer pokiwał głową.
— Godna podziwu stałość. Nie wiedziałem, że w dzisiejszych czasach jest zapotrzebowanie na detektywów ubezpieczeniowych.
— Niewielkie, ale nie narzekam. Co u brata?
— Też zajmuje się tym, co kiedyś — powiedział Panzer, patrząc na Załuskiego znacząco.
Artur  zrozumiał  —  Franciszek  Panzer  był  jednym  z  najlepszych  w  mieście  fałszerzy  dokumentów.  Trudno  się  dziwić,  że  w  czasie  wojny  nie

brakowało chętnych na jego usługi.

— Pan do brata? — upewnił się jeszcze „Gąsienica”.
— Nie. Chciałem się z panem widzieć w pewnej nietypowej sprawie.
Stefan zaciągnął się papierosem i wypuścił dym.
— Panie mecenasie, u mnie każda sprawa jest nietypowa…
— Jak zawsze, panie Stefanie — powiedział Artur. — Chodzi mi o zaginioną dziewczynę, Lelównę…
— Tę volksdeutschkę? — zaciekawił się Panzer, a Załuski skinął głową. — Pracowała tu, lafirynda i latawica.
— Latawica? — zainteresował się Artur. — Jej rodzice mówili, że była spokojną, niezwracającą na siebie uwagi dziewczyną.
Panzer ponownie wypuścił kilka kółek siwego dymu.

background image

— Rodzice najczęściej mało wiedzą o swoich dzieciach. Zwłaszcza o córkach — dodał sentencjonalnie.
— Puszczała się? — z ciekawością zapytał detektyw, a „Gąsienica” kiwnął głową.
— To z tym, to z tamtym. Miała, że tak powiem, pociąg do munduru. Zwłaszcza takiego z rombem na rękawie. — Tu splunął wymownie pod

nogi.  —  Obawiam  się,  że  dostała  na  co  zasłużyła,  w  końcu  któryś  z  tych  panów  ją  załatwił,  bo  wiedziała  o  nim  za  dużo  albo  zbytnio  się
naprzykrzała. Oni lubią tak sobie poigrać.

— Spotykała się z kimś konkretnym? — spytał w napięciu Załuski, ale Panzer pokręcił przecząco głową.
—  Widywałem  ją  zawsze  w  grupie.  Lubiła  się  dosiadać  do  stolika,  rozmawiać  z  tymi  panami.  Wiem,  że  te  kelnereczki  do  nich  chodziły,

umawiały się. Panowie utrzymują garsoniery w różnych miejscach w mieście, pokoje w Royalu, Hotelu Francuskim. Tam bym poszukał.

— A Kinga Bonner? Bywała tu?

background image

—  A  jakże  —  przytaknął  „Gąsienica”.  —  Przychodziła  ze  swoim  panem  oficerem.  W  coraz  to  innych  futrach  i  klejnotach  zrabowanych

w żydowskiej dzielnicy. Miała gust, trzeba przyznać. Lubiła wyłącznie białe futra.

— Zmarła wczoraj, została znaleziona w rowie z odrąbanymi rękami — powiedział cicho Załuski.
Panzer wzruszył ramionami.
— Kara za złodziejstwo, w średniowieczu tak ręce bandytom obcinano.
Załuskiego zdumiała bezkompromisowość dawnego złodzieja.
— No, pan także należał do tego cechu.
— Tak, ale ja nikogo na śmierć nie wydałem, żeby futro czy pierścionek zdobyć. Sam pan wie, Lejban obrabiał bogate domy i sklepy, ale nigdy

nikt nie ucierpiał. Nie podnieśliśmy na nikogo ręki, mieliśmy swój honor.

— Honor złodziejski…
— A  żeby  pan  wiedział  —  zaperzył  się  „Gąsienica”,  ale  natychmiast  się  uspokoił.  —  Niech  jej  ziemia  lekką  będzie,  tej  Bonner.  O  zmarłych

dobrze lub wcale.

Artur zamyślił się na chwilę. Wyciągnął papierośnicę i poczęstował „Gąsienicę” egipskim. Szatniarz obejrzał podanego papierosa, pochwalił

lepszy gatunek tytoniu i z przyjemnością zapalił.

— Panie Stefanie, we wrześniu wyłowili z Wisły zwłoki kobiety z wypaloną kwasem twarzą. Miała pocięte ciało, nikt jej nie rozpoznał, oficjalnie

jest NN. Zastanawiam się, czy nie obiło się coś panu o uszy…

Panzer wyciągnął nogi przed siebie i wydmuchał dym.
— We wrześniu to ja słyszałem jedynie o zaginięciu tej Starskiej, wie pan, córki profesora.
— Sprawdziłem to, podobno uciekła z narzeczonym, jakimś hrabią, a rodzina starała się ukryć ten skandal.
Były złodziej pokręcił z niedowierzaniem głową.
— Dziwne rzeczy. Z tego, co wiem, ona nigdy nie wróciła do domu. Może gdzieś wyjechała, uciekła, ale rodzina jej na pewno szmat czasu nie

widziała.

— Skąd pan wie? — zainteresował się Artur, wspominając swoją nerwową rozmowę z matką Róży, panią Edytą Starską, jej łzy i histeryczne

wyproszenie go z domu. Tak, to rzeczywiście było dziwne i obudziło jego podejrzenia, ale zaraz potem Dolek potwierdził wiadomość o ucieczce
z kochankiem.

Panzer z lubością zaciągnął się papierosem.
—  Ten  jej  wujek,  czy  kim  jest  ten  pan,  mieszkający  z  rodziną  u  Starskich,  przychodzi  tu  od  czasu  do  czasu.  Wysługuje  się  nazistom.

—  „Gąsienica”  ponownie  splunął  pod  nogi.  —  Moim  zdaniem  to  kapuś.  Wiem,  że  próbował  dowiedzieć  się  czegoś  o  tej  Róży,  słyszałem,  jak
wypytywał oficerów. Szukał kontaktu.

— Kiedy to było? — zainteresował się Artur.
— Jakoś w połowie września. Powiedzieli mu, żeby się tym nie interesował, jeżeli życie mu miłe. Potem przestał przychodzić.
— Bardzo dziwne — powiedział w zamyśleniu Artur, analizując wszystko, czego się dowiedział. U Starskich był tuż po zniknięciu jasnowidza

i utrzymywali, że Róża nie zaginęła i ma się świetnie w majątku krewnych pod Krakowem. Jednocześnie wujek poszukiwał jej poprzez znanych
sobie oficerów niemieckich i dostał wiadomość, by porzucił tę sprawę. Wszystko zaczynało się komplikować. Róża Starska naprawdę zniknęła,
a ktoś polecił jej rodzinie trzymać gębę na kłódkę? Szantaż? Ale dlaczego? I po co?

— Różne tu plotki krążą, mecenasie — powiedział niespodziewanie Panzer. — W sprawie tych zniknięć kobiet…
— Jakie?
— Że Niemcom nie wystarczają te dwa domy publiczne w dzielnicy żydowskiej, co im rząd otworzył, tylko mają trzeci, supertajny, do którego

porywają młode Polki.

— Skąd pan to wie? — zaciekawił się Artur.
— Słucham, co ludzie mówią. Tu dużo można się dowiedzieć, jak się uważa. Słyszałem nawet, jak tu jeden oficer rozmawiał o panu.
— O mnie?
—  Tak.  Jakiś  major  SD,  przychodzi  tu  czasem.  Mówił  do  swojego  kumpla,  też  z  tajnej  policji,  że  trzeba  się  panu  przyjrzeć,  zwłaszcza  zaś

pańskiej znajomości z Agnes Petzoldt. Niech pan uważa, mecenasie.

— Dlaczego pan mnie ostrzega? — spytał zdumiony Artur. — Nie boi się pan, że mogę być konfidentem Gestapo?
„Gąsienica” wyszczerzył zęby w uśmiechu.
— Nie docenia mnie pan. Wiem, że pan jest porządny człowiek, pomaga pan Żydom, pomaga Polakom. To się ceni w tych czasach. Gdyby

potrzebował pan czegoś, zapraszamy z Franzem. Może i pan będzie musiał kiedyś zniknąć, kto to wie…

— Kto to wie… — powtórzył Artur i zamyślił się.
A więc Lothar Glass go obserwuje. To zapewne element jego gry z Agnes Petzoldt, gry, której detektyw nie umiał przejrzeć.
Przynajmniej na razie.
Agnes była sprytna i bezwzględna. Dała Arturowi do zrozumienia, że wie, czym się zajmuje, i jednocześnie zasugerowała, że nie będzie mu

przeszkadzać. Wie również, że Glass pracuje dla „Nocy i Mgły”, pomyślał detektyw, wychodząc z Cyganerii. I najwyraźniej nie bardzo jej się to
podoba.

SD,  do  której  należał  Glass,  była  tajemniczą  i  hermetyczną  organizacją.  Jej  szef  Heinrich  Himmler  wolał,  by  społeczeństwo  nie  wiedziało

o działalności Służby Bezpieczeństwa zbyt wiele. Jednocześnie funkcjonariusze SD należeli do elity oficerskiej, każdy się z nimi liczył, a Hans
Frank otaczał ich wręcz przesadnym szacunkiem. I właśnie do takiej służby trafił Glass, przemknęło Załuskiemu przez głowę. To nie mógł być
przypadek,  zwykły  pęd  do  kariery,  konformizm  w  realiach  nowego  nazistowskiego  państwa.  Do  SD  nie  brali  każdego,  tylko  wyłącznie
sprawdzonych  funkcjonariuszy.  Lothar  Glass  miał  więc  coś,  co  zwróciło  na  niego  uwagę  tej  organizacji.  Coś  bardzo  pożytecznego  i  cennego.
Czego jeszcze detektyw nie wiedział o swoim dawnym uniwersyteckim koledze?

Na ulicy zaskoczył go deszcz. Drobne zimne krople ziębiły jak ukłucia lodowych igieł. Naciągnął kapelusz na czoło i podniósł kołnierz.
Musiał zobaczyć się z Kwasem.
Zostawił wiadomość w kiosku i już następnego dnia otrzymał odpowiedź. Lokal kontaktowy znajdował się tym razem przy Siennej, jak zwykle

w oficynie. Kwas czekał na niego, paląc papierosa.

Załuski od razu przeszedł do rzeczy, opowiadając oficerowi o spotkaniu z Agnes Petzoldt i jej propozycji. Konspirator wysłuchał go uważnie,

a potem skinął głową.

— Pójdzie pan na to.
—  Pan  chyba  oszalał!  Nie  zamierzam  się  mieszać  w  rozgrywkę  pomiędzy  ulubienicą  führera  a  oficerem  SD,  być  może  prowadzącym  tajną

operację na naszym terenie.

— Niech mnie pan posłucha — chłodno powiedział Kwas — to nie są przelewki, lecz gra o wielką stawkę, a pan być może będzie w stanie

uchwycić wszystkie nici. Musimy rozpracować Glassa za wszelką cenę. Boimy się wsypy, bo Gestapo ma wszędzie swoich szpicli. Czekamy. I nie
jest to zbyt bezpieczne.

Załuski przyglądał mu się z niepokojem, nie wiedząc, dokąd oficer zmierza i czego właściwie od niego oczekuje.
Kwas zgasił niedopałek w popielniczce i po chwili milczenia powiedział do Artura zdecydowanym głosem:
— Będzie pan musiał złożyć przysięgę. Sprawy zaszły tak daleko, że chcę być pewny pańskiej lojalności.

background image

— Nie ufa mi pan? — Załuski był nieprzyjemnie zdziwiony podejrzliwością wywiadowcy. W końcu chyba dał już dowody, że jest człowiekiem, na

którego można liczyć. Zdobywał dla nich informacje, poważnie się narażając. A jeśli był obserwowany przez Niemców?

— To nie jest kwestia zaufania — stwierdził Kwas, wyciągając z kieszeni tytoń i bibułkę. — Jest mi pan potrzebny, ale wymagam, by wypełniał

pan  ściśle  moje  rozkazy.  Dlatego  chcę,  żeby  wstąpił  pan  do  organizacji.  Może  pan  odmówić,  uszanuję  to,  ale  wolałbym,  aby  się  pan  jeszcze
namyślił. Nie pomaga pan mnie, pomaga pan krajowi, proszę o tym pamiętać.

Skręcił papierosa i zapalił go. Artur wpatrywał się w smugi szarego dymu, które uciekały pod sufit, i zastanawiał nad swoją sytuacją.
Miał  świadomość,  że  już  uczestniczy  w  grze  prowadzonej  przez  podziemie.  Zgadzając  się  na  przekazywanie  meldunków,  przyjął  jej  reguły.

Organizacja Kwasa nie zagrażała mu, wręcz przeciwnie, mogła go ochronić. Pomyślał o Glassie i jego tajnej, być może zbrodniczej misji. Zrobię
wszystko, żeby go powstrzymać, powiedział do siebie w duchu i podjął decyzję.

Przyszła pora, aby określić, po której stoi się stronie: tych, którzy uciekają od odpowiedzialności w trosce o swój osobisty spokój, czy tych, co

walczą, nie zważając na niebezpieczeństwo.

— Dobrze — powiedział. — Niech mnie pan zaprzysięgnie.
Kwas natychmiast odłożył papierosa i wstał. Podał Arturowi kartkę ze słowami przysięgi. Gdy Załuski je wypowiedział, konspirator oficjalnym

tonem dodał:

— Przyjmuję cię w szeregi żołnierzy Armii Polskiej walczącej z wrogiem w konspiracji o wyzwolenie Ojczyzny. Twym obowiązkiem będzie bić

się z bronią w ręku. Zwycięstwo będzie twoją nagrodą. Zdrada karana jest śmiercią.

Potem  mocno  uścisnął Arturowi  rękę  i  wskazał  miejsce  przy  stole.  Załuski  wciąż  czuł  pewien  niepokój.  Nie  wahał  się,  wciąż  uważał  swoją

decyzję za słuszną, lecz gubił się w domysłach na temat działań organizacji, do której wstąpił.

— Zasadą naszej działalności jest maksymalna tajność — wyjaśnił mu Kwas. — To ogranicza możliwość wpadki. Będzie się pan kontaktował

wyłącznie ze mną, na wszelki wypadek podam panu kilka adresów melin ostatniej szansy. Są to lokale, o których nikt nie wie, gdzie można się
schronić w razie zagrożenia. Proszę je zapamiętać. — Podał Załuskiemu bibułkę, a on tylko spojrzał na widniejące tam trzy adresy, by od razu
zapadły mu w pamięć. Oddał oficerowi świstek, a ten wyciągnął zapałkę i spalił karteluszek nad popielniczką.

— Antoni Smoła… — powiedział Artur, a Kwas skinął głową.
— Mam do niego pełne zaufanie. Niech pan będzie spokojny, to jeden z moich najlepszych ludzi.
Załuski  nie  miał  co  do  tego  żadnych  wątpliwości.  Zdawał  sobie  też  doskonale  sprawę,  jakie  ryzyko  ponosi  w  razie  wpadki.  To  już  nie  były

przelewki, za działalność w ruchu oporu groziła śmierć.

Poczuł znajomy dreszcz emocji, znowu dała znać o sobie jego żądza przygód. Nagle przestał odczuwać niepokój, wszystko wróciło do normy,

jego myśli z powrotem stały się klarowne i czyste.

— A więc celem jest Glass — mruknął do siebie, a oficer potwierdził:
— Tak, wciąż nie wiemy, co knuje, a czas nieubłaganie ucieka. Nie znamy celu jego misji, możemy się tylko domyślać. Stąpamy po grząskim

gruncie, musimy wiedzieć dokładnie, co major robi w Krakowie, i kim się interesuje.

— Na razie mną. Tak mi powiedział jeden z informatorów — wyjaśnił Załuski.
Kwas pokręcił głową.
— To niedobrze. Proszę zachować ostrożność, a my musimy się pospieszyć. Trzeba go szybko unieszkodliwić.
— Zabić?
— Uważam, że najprawdopodobniej będzie to konieczne. „Noc i Mgła” to niezwykle niebezpieczna akcja, musimy ją udaremnić.
— Co mam robić?
— Potrzebujemy dostać się do mieszkania Glassa. Problem w tym, że jest dobrze pilnowane, major ma służącego, który zawsze zostaje na

miejscu,  gdy  ten  wychodzi.  Pan  jako  znajomy  Glassa  mógłby  uzyskać  zaproszenie  i  wejść  do  środka.  Może  udałoby  się  panu  zrewidować
mieszkanie i zrobić zdjęcia.

Artur zamyślił się. Nie było to niewykonalne. Lothar sam zapraszał go do biura w gmachu rządowym. Zapewne nie miałby też nic przeciwko

spotkaniu w swojej kwaterze.

— Spróbuję to zorganizować — powiedział, a Kwas skinął głową.
— Ma pan tutaj swobodę działania — zaznaczył. — Zmieniamy miejsce kontaktu, bo niedobrze jest trzymać się za długo jednego punktu. Zna

pan zakład fotograficzny przy Floriańskiej? Gdy na wystawie pojawi się zdjęcie chłopaka w studenckim kaszkiecie, w sklepie będzie wiadomość
dla  pana.  Poda  pan  hasło:  „Przychodzę  po  odbiór  zdjęć Adama  Kwiatkowskiego  z  ubiegłego  tygodnia”.  Pracownik  przekaże  panu  meldunek,
swój także zostawi pan u niego.

Załuski kiwnął głową na znak, że wszystko zrozumiał. Wstał od stołu, by pożegnać się z wywiadowcą. Kwas zatrzymał go ruchem ręki.
— I jeszcze jedno, dowiedzieliśmy się czegoś o pańskich dziewczynach.
— Czego?
— Dotarła do nas informacja, że zaginęła ta tancerka Rita. Widział ją pan z Diamandami w kawiarni. Nasi ludzie podejrzewają, że sprzątnął ją

jeden z tych kapusiów, ale pomyślałem, że może to pana zainteresuje.

— Rita była tancerką w Cyganerii — powiedział do siebie Artur.
— Czy to istotne? — zainteresował się Kwas.
— Nie wiem. Ale zaczyna mi się to układać w pewien wzór.
— Tej budzie dobrze by zrobiło, gdyby wyleciała w powietrze5 — powiedział przez zęby Kwas.
Artur postanowił wykorzystać okazję.
— Mam jeszcze jedno pytanie.
— Jakie?
—  Czy  nie  dotarły  do  pana  lub  do  pańskich  ludzi  plotki  o  prywatnym  burdelu  dla  niemieckich  oficerów,  do  którego  porywane  są  młode

dziewczyny?

Kwas wyciągnął kolejnego papierosa, postukał nim w blat stołu i zapalił.
—  Tak.  Mieliśmy  takie  sygnały.  Usiłowaliśmy  to  sprawdzić,  ale  się  nie  udało.  Mówiło  się  o  jakiejś  willi  w  Lasku  Wolskim,  gdzie  Niemcy

urządzają  orgie  z  młodymi  kobietami.  Ponoć  były  tam  narkotyki  i  alkohol  oraz  torturowanie  do  śmierci.  Nie  zdołaliśmy  tego  potwierdzić,  nie
trafiliśmy na żaden ślad, nie wiemy nawet, o który dom chodziło.

— Przewoźnik przez Wisłę znalazł dziewczynę z pociętym ciałem i spaloną twarzą. Ta ostatnia miała obcięte ręce i wyrwany język — powiedział

Artur w zamyśleniu.

Kwas pokręcił głową.
— Doszły mnie słuchy o tej Bonner. Chyba nie sądzi pan, że została tak urządzona w burdelu dla oficerów? Jej kochankiem był adiutant Franka.
— A jeżeli znudziła się swemu protektorowi? Lub zrobiła coś, co go rozzłościło?
— Tak, wówczas to możliwe — powiedział z namysłem Kwas. — Co pan zamierza?
— Obawiam się, że dwie kolejne dziewczyny znajdą się z obciętymi głowami.
Konspirator spojrzał na niego ze zdumieniem. Załuski poruszył ramionami.
— Mam wszystkie nici w ręku, ale nie potrafię rozplątać tej szarady.
—  Niech  pan  nie  traci  z  oczu  najważniejszego,  czyli  Glassa  —  przestrzegł  go  Kwas  i  poklepał  po  ramieniu.  —  Nie  wybrał  pan  sobie

pseudonimu. Wszyscy ukrywamy się pod pseudonimami, choć akurat my znamy swoje nazwiska.

background image

pseudonimu. Wszyscy ukrywamy się pod pseudonimami, choć akurat my znamy swoje nazwiska.

— Jasnowidz — powiedział Artur, a oficer spojrzał na niego zdumiony. Chwilę milczał, a potem uścisnął dłoń Załuskiego. — Dobrze, więc od tej

pory Jasnowidz.

I jakby coś sobie przypomniał, odwrócił się do Artura.
—  Jeszcze  jedna  ważna  rzecz,  w  związku  z  pana  śledztwem.  Moi  ludzie  donieśli  mi,  że  Teresę  Orwat  schwytano  w  łapance

i najprawdopodobniej wywieziono do obozu.

Artur gwałtownie poderwał głowę i spojrzał na oficera.
— Jak to? Jest pan pewny?
Konspirator skinął głową.
— Mamy swoich informatorów, staramy się jak najszybciej ustalić nazwiska osób aresztowanych. Część z nich trzymają jako zakładników, ale

większość wysyłają do obozu. Tak najprawdopodobniej stało się z siostrą Orwata. Bardzo mi przykro, że muszę to panu mówić.

Załuski zamyślił się. Orwat zniknął, a jego siostrę aresztowano i deportowano. Zerwały się ostatnie nici, które łączyły go z tą dziwną sprawą.

Gdybym był przesądny, pomyślał, uznałbym to wszystko za znaki. Ale nie jestem. Wiem tylko, że muszę dokończyć tę sprawę, nawet jeśli straciłem
zleceniodawczynię.

Gdy kroki Artura umilkły już na schodach, z drugiego pokoju wyszedł wysoki, przygarbiony mężczyzna o ptasiej twarzy.
— Co zamierzasz? — spytał, a w jego głosie lekko pobrzmiewał obcy akcent. Kwas wzruszył ramionami.
—  Zawiadomię  natychmiast  Londyn.  Sytuacja  jest  groźna,  ale  nie  zrezygnujemy  z  akcji.  Nie  teraz,  gdy  wszystko  jest  przygotowane,  a  führer

przyjeżdża do Krakowa w święta.

— To wielkie ryzyko, sam wiesz — powiedział wysoki mężczyzna spokojnym głosem.
— Również dla ciebie — odparł Kwas, spoglądając na niego wymownie. Tamten skinął głową i usiadł przy stole.
— Masz zaufanie do tego Jasnowidza?
— Tak. Dowiódł właśnie swej lojalności. Jest odważny i nie okłamuje nas. Zrobi to, o co poprosimy.
— Obyś się nie mylił — powiedział tamten, wstając od stołu i poprawiając płaszcz. — Powiadom Londyn, że wszystko gotowe i czekamy na

sygnał. Niech oni zadecydują.

Kwas nie odezwał się ani słowem, a za czarno ubranym mężczyzną zamknęły się drzwi.

Rozdział ósmy. Ślad

Artur opuścił lokal przy Siennej i ruszył do domu. Cały czas myślał o tym, co się stało.  Teresę  Orwat  uwięziono.  Na  ile  jej  aresztowanie,  co

prawda  w  ulicznej  łapance,  było  dziełem  przypadku?  Załuski  nie  wierzył  w  zbiegi  okoliczności,  nie  teraz,  gdy  cała  sprawa  układała  się  w  tak
osobliwy i niepokojący sposób. A on sam… wstąpił w szeregi podziemnej armii, złożył przysięgę. Jednocześnie zdawał sobie sprawę z tego,
w jak niebezpiecznym położeniu się znalazł.

Gra z Glassem stawała się równie ryzykowna. Oficer obserwował go, to nie ulegało wątpliwości. Artura chroniła do pewnego stopnia opieka

Agnes  Petzoldt,  ale  jak  długo?  Baronówna  także  chciała  wykorzystać  go  do  sobie  znanych  celów.  Co  więcej,  podejrzewała,  że  Załuski  jest
związany z podziemiem, i zupełnie jej to nie obchodziło. Interesowała ją jedynie zemsta na Glassie. Ale dlaczego i za co — tego Artur nie był
w stanie przeniknąć. Wiedział jednak, że major jest groźny i trzeba w kontaktach z nim zachować najwyższą ostrożność.

Kwas udzielił mu bardzo cennych informacji. Artur nie miał wątpliwości, że były nagrodą za jego lojalność. Uśmiechnął się nawet na myśl o tym,

jak twardym negocjatorem okazał się oficer podziemnego wywiadu. No cóż, świat zawsze istniał dzięki zasadzie wzajemności, dodał w myślach
i ponownie przeanalizował informacje uzyskane od Kwasa.

Teraz  już  był  pewien,  że  zniknięcia  dziewcząt  mają  coś  wspólnego  z  Cyganerią,  a  właściwie  z  odwiedzającymi  ją  oficerami.  Lelówna  i  Rita

pracowały w tym lokalu, Kinga Bonner często go zaś odwiedzała. Zapewne pierwsza ofiara, ta młoda kobieta ze spaloną twarzą, także powiązana
była z tą tancbudą. Kim jednak była? Artur gotów był się założyć, że to właśnie jej rodzice przyszli do Orwata po pomoc.

Wziął  notatnik  i  zaczął  powoli  zapisywać  wszystko,  co  wie  na  temat  tej  sprawy.  Kobieta  z  rzeki  była  według  Winiarskiego  Polką  i  miała

widoczną  i  szpecącą  bliznę  po  ostrym  ataku  wyrostka  robaczkowego.  Jednocześnie  Panzer  wspomniał,  że  w  Cyganerii  bywał  poszukujący
siostrzenicy wuj Róży Starskiej. Mimo to rodzina później zaprzeczała, że Róża zaginęła, a wywiad Kwasa utrzymywał, że jej chwilowe zniknięcie
było powiązane z aferą miłosną. Coś w tej sprawie nie pasuje, myślał Artur, przyrządzając sobie na kopcącej kuchni herbatę.

Zerknął do zapisków jasnowidza. Odczytał jeszcze raz zdanie o kobiecie pozbawionej twarzy, w której jak w lustrze odbija się woda.
Siostra Orwata powiedziała, że rodzina poszukiwanej dziewczyny powiązana była z lożą masońską. To mógł być ważny trop.
Artur sięgnął do nierozpakowanej jeszcze walizki, z pamiątkami ze swego dawnego mieszkania. Całą bibliotekę ojca sprzedał Kravitzerowi, ale

zatrzymał trochę notatek swego rodzica, które uważał za osobiste. Ojciec Artura miał pewne ambicje historyczne i tuż przed swoją śmiercią zabrał
się do spisywania dziejów krakowskiej masonerii. Były to dosyć luźne notatki, profesor niestety pozbawiony był daru narracyjnego, brakowało mu
potoczystego stylu, ale miał nadzieję, że kiedyś, być może przy pomocy syna, zmieni te zapiski w książkę.

Nic takiego jednak nie nastąpiło, bo starszy pan Załuski zmarł niespodziewanie w połowie lat trzydziestych, nie kończąc swojej pracy. Artur nie

miał ani ochoty, ani wiedzy, by ją kontynuować. Teraz jednak wydobył z walizki plik lekko pożółkłych kartek.

Krakowska masoneria nie działała zbyt prężenie, a w każdym razie nie tak efektywnie jak w innych miastach. W okresie powojennym znane były

jedynie  dwie  loże,  zresztą  mocno  zakonspirowane:  Przesąd  Zwyciężony,  spadkobierczyni  największej  krakowskiej  dziewiętnastowiecznej  loży,
i  Góra  Wawel,  o  rysie  bardziej  teozoficznym.  Ojciec  Załuskiego  należał  do  tej  pierwszej.  Jej  członkowie  pieczętowali  się  znakiem  cyrkla
i węgielnicy wzbogaconym o literę „G” oznaczającą greckie słowo 

gnosis

, czyli „wiedza”. Artur widział też u ojca niewielki znaczek z białej emalii

z  pięcioramienną  gwiazdą  i  inicjałami  nazwy  loży  „P.  Z.”.  Członkowie  —  a  byli  wśród  nich  znani  lekarze,  profesorowie  uniwersytetu
i przemysłowcy — zajmowali się działalnością dobroczynną, opieką nad chorymi, a w czasie poprzedniej wojny pomagali jeńcom.

Załuski  pominął  przydługie  opisy  historii  krakowskich  masonów,  w  których  lubował  się  jego  ojciec,  i  przykłady  masońskich  symboli

architektonicznych na krakowskim Zwierzyńcu. Próbował rozszyfrować listę członków tej organizacji działającej do 1938 roku.

Ojciec posługiwał się inicjałami, ale na szczęście z pewnych szczegółów można było sporo wywnioskować. Artur próbował sobie przypomnieć

wszystkich przyjaciół starego mecenasa. Miał ich głównie w palestrze i kręgach uniwersyteckich, cześć z nich musiała więc być członkami loży.
Po  dobrej  godzinie  analizowania  zapisków  i  porównywania  różnych  charakterystyk  Załuski  doszedł  do  wniosku,  że  przewodniczącym  loży
w czasach ojca był znany krakowski przemysłowiec Józef Zambard, właściciel kilku cegielni.

Niestety, Zambard uciekł z Krakowa we wrześniu 1939 roku, tuż po wkroczeniu Niemców, i najprawdopodobniej udało mu się przedostać za

granicę. Stary mecenas Załuski wspominał też dosyć często o profesorze A. oraz o innym członku palestry, adwokacie G.

To  wreszcie  był  jakiś  trop!  Ojciec  przyjaźnił  się  z  adwokatem  Gersonem,  z  którym  ukończył  studia  uniwersyteckie.  Przyjaciel  wygłosił  nawet

mowę w imieniu izby adwokackiej na pogrzebie profesora Załuskiego.

Stanisław  Gerson,  były  legionista  i  uczestnik  pierwszej  wojny  światowej,  nie  ruszył  się  z  Krakowa  po  wkroczeniu  Niemców. Artur  miał  z  nim

okazjonalny  kontakt.  Choć  nie  wykonywał  swych  adwokackich  obowiązków,  wciąż  pracował  w  jednym  z  biur  magistratu.  Sprężystym  krokiem
dawnego  oficera  przechadzał  się  po  Plantach  podczas  godzinnej  obowiązkowej  przerwy  na  obiad. Artur  doskonale  znał  jego  przyzwyczajenia
i postanowił spotkać go właśnie podczas spaceru. Okazja nadarzyła się w ciągu następnych dni.

Jesień  dobiegała  końca,  a  w  powietrzu  czuć  było  już  zimę  z  wszystkimi  nieprzyjemnymi  konsekwencjami  tego  stanu  rzeczy  —  słotą

i  wszechobecnym  zapachem  gnijących  liści.  Pogoda  tego  roku  nie  dopisywała.  Śnieg  przyszedł  jeszcze  przed  świętym  Marcinem,  oblepiając
dachy  wilgotnym  lepkim  całunem.  Potem  stopniał  i  odtąd  prawie  każdego  dnia  siąpił  nieprzyjemny  lodowaty  kapuśniak.  Planty  przedstawiały
pożałowania  godny  widok;  były  splądrowane  z  metalowych  ogrodzeń,  pełne  zakazanych  dla  Polaków  ławek,  z  wydeptanymi  do  gołej  ziemi

background image

trawnikami i zalanymi deszczem chodnikami. Załuski był jednak pewny, że zła pogoda nie zniechęciła Gersona do codziennej przechadzki.

Zauważył  go  na  wysokości  uniwersytetu.  Adwokat  przyglądał  się  budynkowi  uczelni  z  wyraźną  przykrością.  Fasadę  szpeciły  hitlerowskie

symbole i flagi, wnętrze najstarszej polskiej uczelni zajął zaś nazistowski instytut, którego działalność sprowadzała się do udowadniania, że kultura
germańska jest wyższa ponad wszystkie inne.

Zaiste karkołomne zadanie, pomyślał z sarkazmem Załuski, kłaniając się Gersonowi. Adwokat uchylił kapelusza i powitał go z radością.
— Co pan tu robi, kolego? — zapytał uprzejmie, bo wciąż uważał młodego Załuskiego za kontynuatora prawniczego zawodu ojca.
— Szczerze mówiąc, przyszedłem pomówić z panem — powiedział Artur z uśmiechem.
Gerson wyglądał na zaskoczonego.
— Ze mną? Był pan w urzędzie i nie mógł mnie pan tam zastać?
— Nie. Wiem, że codziennie spaceruje pan o tej porze.
Adwokat spojrzał na niego ze zdumieniem.
— No tak, zapomniałem, że jest pan przede wszystkim detektywem. Powinienem zmienić przyzwyczajenia, bo każde z nich jest na dłuższą metę

groźne.

Załuski pokiwał głową.
— W technice detektywistycznej badanie przyzwyczajeń ma wielkie znaczenie, ale mogę pana zapewnić, że z mojej strony nic panu nie zagraża.

Pracuję nad pewną skomplikowaną sprawą i myślę, że mógłby mi pan pomóc.

— Zamieniam się w słuch — powiedział z zainteresowaniem adwokat. — Może wstąpimy gdzieś na herbatę?
Artur pokręcił przecząco głową.
— Wolałbym nie. Nie wiadomo, kto słucha. Pogoda jest tak brzydka, że na Plantach jest najbezpieczniej. — Zatoczył ręką koło. Rzeczywiście,

deptakiem przemykali przechodnie zajęci swoimi sprawami i unikaniem drobnego, przenikliwego deszczu i chłodu. Gerson skinął głową. — Panie
mecenasie, mam pytanie dotyczące działalności, jaką prowadził pan z moim ojcem. Chodzi mi o Przesąd Zwyciężony…

Adwokat  z  niepokojem  rozejrzał  się  na  boki  i  skrzywił  wyraźnie  na  te  słowa.  Jak  każdy  członek  loży  nie  chciał  rozmawiać  na  jej  temat

z niepowołanymi.

— PZ została zlikwidowana dekretem rządowym w 1938 roku, już po śmierci pańskiego ojca.
— Wiem o tym, dlatego mam pytanie o członków tej organizacji z lat trzydziestych. Ponieważ loża już nie istnieje, mam nadzieję, że udzieli mi

pan jakichś informacji.

Gerson  ponownie  obejrzał  się  za  siebie.  Był  wyraźnie  zaniepokojony  i  dał  Załuskiemu  do  zrozumienia,  że  wciąż  obowiązuje  go  lojalność

i przysięga. Artur wiedział, że wyciągnięcie czegoś z przyjaciela ojca będzie bardzo trudne.

— Nie chcę wnikać w żadne tajemnice — powiedział po chwili namysłu. — Chodzi mi tylko o jednego z członków, jasnowidza Juliana Orwata,

i jego znajomości z loży.

Adwokat utkwił w nim wzrok. Załuski nie był pewny, czy Orwat był członkiem Przesądu Zwyciężonego, nie znalazł w zapiskach ojca żadnych

notatek na ten temat. Tym razem opierał się na swojej intuicji i słowach siostry jasnowidza, że o pomoc w odnalezieniu zaginionej dziewczyny
prosił ktoś z wtajemniczonych.

Gerson nie odpowiedział, Artur zastanawiał się więc, czy przypadkiem jego dedukcja nie była błędna. Być może Orwat nie miał nic wspólnego

z masonami i jest to całkowicie mylny trop. Adwokat tymczasem chrząknął i poprawił nakrycie głowy.

—  Wiem,  że  Julian  zaginął,  mówiła  mi  o  tym  jego  siostra.  Próbowaliśmy  go  szukać  swoimi  kanałami,  lecz  na  próżno.  W  końcu

zaproponowałem, by zwróciła się do pana, jako prywatnego detektywa.

— Pan skierował Teresę Orwat do mnie? — zdumiał się Artur, który zupełnie nie spodziewał się takiego obrotu sprawy.
Adwokat uśmiechnął się.
—  Zaskoczyłem  pana,  prawda?  Nie  miał  pan  pojęcia  o  naszej  znajomości.  Zresztą  skąd  by…  Orwat  wstąpił  do  loży,  gdy  pański  ojciec

zachorował,  nie  mieli  ze  sobą  zbyt  wiele  do  czynienia.  Julian  wcześniej  interesował  się  tą  drugą  organizacją,  Górą  Wawel,  gdyż  znał  jej
przewodniczącego, teozofa nazwiskiem Wieńczycki. Prowadzili lożę wraz z żoną, a Orwat interesował się na pewnym etapie swej kariery teozofią.
Góra Wawel, proszę pana, wyrosła z tradycji francuskiego wolnomularstwa i słynnej loży 

Le Droit Humain

, czyli Prawo Człowieka, to był zupełnie

inny ryt niż nasz. No, ale Julian opuścił tę organizację, miał jakiś konflikt z przewodniczącym.

—  Rozumiem  —  powiedział  Artur,  którego  akurat  nie  interesowały  frakcyjne  przepychanki  między  lożami.  —  A  czy  Orwat  był  aktywnym

członkiem waszego stowarzyszenia?

Gerson pokręcił głową.
— Raczej nie. Wie pan, on wówczas był u szczytu sławy, nie miał za bardzo czasu na zajmowanie się sprawami loży. Po uśpieniu Przesądu

Zwyciężonego nie mieliśmy praktycznie kontaktu.

— Ciekawi mnie więc, dlaczego Teresa Orwat zwróciła się właśnie do was z prośbą o pomoc. Sam pan mówi, że jej brat nie był aktywnym

członkiem loży. Od rozwiązania organizacji minęło też już kilka lat.

Adwokat kiwnął głową.
— Teresa jest bardzo inteligentną kobietą, choć jej charakter pozostawia wiele do życzenia. Pewnie pan tego nie wie, ale ukończyła studia na

Sorbonie i przez długi czas wydawało się, że zrobi karierę artystyczną. Ale całkowicie poświęciła się bratu.

—  Doszły  mnie  słuchy,  że  Teresa  Orwat  została  aresztowana  —  powiedział  Artur,  przyglądając  się  adwokatowi  bardzo  uważnie.  Gerson

zatrzymał się, zmarszczył brwi i bezwiednie zaczął uderzać metalowym końcem laski w trotuar.

— Aresztowana? Nic mi o tym nie wiadomo. Kiedy to się stało? Przyszli po nią do domu? Była rewizja? To bardzo wszystko komplikuje —

powiedział jakby do siebie, a Załuski odniósł wrażenie, że prawnik jest mocno zdenerwowany.

— Niewiele wiem — wyjaśnił. — Ponoć aresztowano ją podczas łapanki, przypadkowo…
— Przypadkowo… — powtórzył Gerson. — W moim świecie nie zdarzają się przypadki, a zwłaszcza takie. Proszę mi wybaczyć, panie Załuski,

ale czy nie widzi pan tu pewnej prawidłowości? Najpierw ginie Orwat, a potem, po niedługim czasie, jego siostra.

Artur wzruszył ramionami, choć i taka myśl przemknęła mu przez głowę, gdy po rozmowie z Kwasem analizował sytuację. Doszedł jednak do

wniosku, że wpada — jakby to powiedział jego przedwojenny profesor filozofii — w pułapkę pozornych analogii.

—  Julian  Orwat  zniknął  bez  śladu  w  nieznanych  okolicznościach,  a  Teresa  została  aresztowana  przez  Niemców  i  prawdopodobnie  trafi  do

obozu — wypowiedział na głos myśl, którą wczoraj zakończył swoje rozważania o tym dziwnym przypadku.

Gerson bez przekonania pokręcił głową.
— Nie zastanawia pana ta sytuacja? Nie wydaje się panu podejrzana? Na pewno pan wie, skoro zdecydował się pomóc Teresie, że jej brat tuż

przed zniknięciem prowadził pewną trudną sprawę.

—  Tak,  zaginięcia  młodej  kobiety  —  podsunął Artur  z  napięciem,  czekając,  co  odpowie  Gerson.  Detektyw  zamilkł,  czekając,  aż  minie  ich

wysoki  mężczyzna  w  ciemnym  płaszczu,  który  najwyraźniej  spieszył  się  w  kierunku  magistratu,  być  może  do  pracy  lub  dla  załatwienia  jakiejś
sprawy. Przerwa obiadowa dobiegała właśnie końca.

— O pomoc prosił Orwata jeden z naszych członków, Zygmunt Jaszuński, posiadający niewielki majątek pod Słomnikami.
— Jaszuński? — zastanowił się Artur. Nazwisko to nic mu nie mówiło, nie pojawiało się też w jego śledztwie. Nie wydawało mu się, żeby znał tę

rodzinę.

Gerson zrozumiał jego zdziwienie i wyjaśnił mu, że Jaszuńscy mieszkali w małym dworku, gdzieś w Prandocinie i rzadko bywali w Krakowie.

background image

Zaginiona była ich siostrzenicą.

— Także mieszkała pod Krakowem? — spytał Artur, który był pewny, że rozmawiają teraz o dziewczynie znalezionej w Wiśle, tej z wypaloną

twarzą.

— Nie — odpowiedział spokojnie adwokat. — Ta siostrzenica to córka profesora Starskiego, Róża…
Załuski gwałtownie uniósł głowę i spojrzał na niego w zdumieniu. Informacje od Gersona potwierdzały to, czego dowiedział się od „Gąsienicy”.
—  To  zupełnie  niezwykłe  —  powiedział Artur  sam  do  siebie,  widząc,  jak  nagle  ułożyła  się  ta  historia.  Róża  Starska  zaginęła  we  wrześniu

i wkrótce później wujek zwrócił się o pomoc do kolegi z loży jasnowidza Orwata. Właściwie do byłego kolegi z loży, bo organizacja nie istniała już
od pewnego czasu. Julian miał niepokojącą wizję, w której zobaczył nie tylko zaginioną, ale dwie inne kobiety. Być może błędnie zinterpretował
swoje widzenie, myśląc, że odnosi się do jednej osoby, stąd podkreślanie, że ofiarą była kobieta w czerwonym płaszczu. Dlaczego jednak matka
Róży  uparcie  zaprzeczała,  że  jej  córka  zniknęła?  Dlaczego  nikt  nie  przyszedł  zidentyfikować  zwłok  wyłowionych  z  rzeki?  Zamordowana  miała
wszak znak szczególny, bliznę po operacji wyrostka robaczkowego, rodzina na pewno była w stanie ją rozpoznać!

Adwokat zrozumiał jego słowa zupełnie odmiennie.
—  Tak,  panie  kolego,  Róża  zaginęła  już  prawie  dwa  miesiące  temu.  Potem  ponoć  się  odnalazła,  ale  nikt  jej  nie  widział.  Bardzo  dziwna

i tajemnicza sprawa. Ale ja w to nie wnikam. Im mniej się wie, tym… — Nie dokończył i tylko zaśmiał się wymownie, a Artur uświadomił sobie, że
Gerson był przed wojną obrońcą w wielu głośnych procesach. Bronił między innymi braci Panzerów i ich szefa Lejbana.

— Tak, wiem — odpowiedział. — Tym krócej się siedzi.
—  Otóż  to.  Dlatego  nie  drążę  tych  spraw.  Co  nie  oznacza,  że  mnie  one  nie  interesują.  Wręcz  przeciwnie,  ale  na  pewnym  etapie  lepiej  się

wycofać, jeżeli rozumie pan, co mam na myśli.

— Nieszczególnie — przyznał Artur.
— Proszę się zastanowić, kolego. Róża Starska znika w dziwnych okolicznościach, a jej krewni proszą o pomoc jasnowidza. Wkrótce on sam

zapada się pod ziemię, co jest jeszcze bardziej tajemnicze, bo ginie po nim wszelki ślad. Krewni dziewczyny nabierają wody w usta, przestają jej
szukać…

— Nawet więcej — wtrącił się Załuski. — Rozmawiałem z jej matką i stryjem, twierdzili, że wyjechała do rodziny pod Kraków.
— Sam pan widzi! Najprawdopodobniej rozmawiał pan właśnie z Jaszuńskim. Dlaczego kłamali?
— Nie mam pojęcia, czy kłamali. — Artur pokręcił głową. — Od mojego informatora wiem z kolei, że Róża Starska uciekła z narzeczonym,

a rodzina po prostu obawiała się skandalu.

Gerson spojrzał na niego zaskoczony.
— Z narzeczonym? Z tego, co wiem, Róża nie miała narzeczonego, a w każdym razie nic się o tym nie mówiło w towarzystwie.
Artur zamyślił się, próbując poukładać całą tę historię.
—  Jeżeli  istotnie  tak  było,  że  Róża  się  nie  znalazła,  to  widzę  tylko  jedno  wyjaśnienie  uporczywych  kłamstw  jej  krewnych.  Musiał  ich  ktoś

szantażować, być może zwodzono ich, że Róża się odnajdzie, jeżeli nie będą nic mówić.

—  Właśnie!  —  powiedział  adwokat,  kiwając  głową.  —  To  wszystko  jest  bardzo  niepokojące,  a  jeszcze  po  mieście  krążyły  straszne  plotki

dotyczące porwań młodych kobiet, które miały być zabawkami w rękach niemieckich oficerów.

— Także o tym słyszałem. Kilka dziewcząt rzeczywiście zaginęło, znaleziono też dwa trupy. Jedną z ofiar była kochanka niemieckiego oficera,

co  zupełnie  nie  wiąże  mi  się  z  koncepcją  burdelu  dla  nazistów,  inna,  do  tej  pory  niezidentyfikowana  ofiara  to  może  być  Starska,  o  ile  krewni
potwierdzą jej tożsamość.

Gerson zatrzymał się i chwilę stukał okutym końcem swej eleganckiej laski w trotuar.
— Sytuacja jest poważna, panie Załuski, bardzo poważna. Niech pan uważa, wydaje mi się, że już nastąpił pan komuś na odcisk. Nie wiem,

w jaki sposób sprawa zaginionych dziewcząt wiąże się ze zniknięciem jasnowidza, ale sam pan widzi, że są to niebezpieczne zagadki. I jeszcze
to aresztowanie siostry Orwata… Dlaczego akurat teraz? Czemu tak nagle?

— Wiem, że jestem blisko i rozwiążę tę szaradę — powiedział Artur twardo.
— Być może — odrzekł adwokat i przyjrzał mu się uważnie, a potem powiedział dobitnie: — Nie wiem, czy dobrze mnie pan zrozumiał, ale

przede wszystkim powinien pan działać dla honoru organizacji. — Uchylił kapelusza i uścisnął mu dłoń, zostawiając w całkowitym osłupieniu.

Artur usiłował zebrać myśli. Gerson był członkiem podziemia, nie miał co do tego wątpliwości. Służył przecież w wojsku podczas poprzedniej

wojny, był oficerem. To on skierował do detektywa siostrę Orwata, a jednocześnie dał mu do zrozumienia, że sprawa zniknięcia jasnowidza nie
jest już tak istotna jak inna.

Jak sprawa Glassa.
Oni  chyba  razem  z  Kwasem  uważają,  że  śledztwo  dotyczące  Orwata  straciło  sens  albo  traci  go  wobec  podejrzeń  dotyczących  Lothara,

zastanawiał się Załuski, zmierzając na pobliski przystanek tramwajowy. Boją się, że Glass należy do wpływowej i potężnej organizacji. O kogo się
tak naprawdę troszczą? O swojego głównodowodzącego?

Czyżby Glass miał zlecenie go sprzątnąć? Kwas cały czas powtarzał, że w ich oddziale jest konfident, a cała siatka jest zinfiltrowana. Czy tak

naprawdę boją się, że Glass przyjechał tu w konkretnym celu — by ich zupełnie zniszczyć, dobierając się do przywódców?

Artur  gubił  się  w  domysłach.  Układanka  wyglądała  na  prawie  skończoną,  ale  jednak  coś  w  niej  nie  pasowało.  I  jeszcze  ten  wujek  Starskiej.

Po co chodził do Cyganerii spotykać się z oficerami niemieckimi? Co miał na wymianę za życie siostrzenicy? Może to on jest tym poszukiwanym
przez Kwasa zdrajcą?

Zbyt skomplikowane. Zbyt jasne. Zbyt oczywiste.
Poczuł, że prawda znowu mu się wymyka.
Nadjechał  tramwaj  i  Załuski  wskoczył  na  tylną  platformę.  Przypomniał  sobie  od  razu  niemieckie  zdjęcie  propagandowe  w  gazecie,  które

zakazywało  surowo  podobnych  manewrów,  pisząc  wprost,  że  w  takiej  niebezpiecznej  jeździe  celują  Żydzi.  Uśmiechnął  się  do  siebie,  po  raz
pierwszy tego dnia.

Po dwóch kwadransach dotarł do Zakładu Medycyny Sądowej i udało mu się jeszcze złapać doktora Winiarskiego w przerwie między dwoma

sekcjami.

—  Co  pana  znowu  do  mnie  sprowadza?  —  zapytał  doktor,  zapalając  papierosa.  —  Mamy  dzisiaj  straszny  dzień,  przywieźli  nam  kilka  ofiar

gestapowskich pościgów. Podejrzewam, że ponownie miały miejsce jakieś większe aresztowania.

Artur  zaniepokoił  się  o  Kwasa,  ale  nie  było  raczej  możliwości  wypytać  o  to  doktora.  Miał  do  niego  zaufanie,  ale  nie  wykraczało  ono  raczej

pomiędzy sprawy detektywa i patologa, więc milczał.

— Chyba wiem, kim jest ta NN dziewczyna z Wisły — powiedział po chwili, a Winiarski ożywił się wyraźnie.
— Tak? Doszedł pan do tego w swoim śledztwie?
— Raczej nie — powiedział Artur niezbyt niechętnie. — Otrzymałem poufną informację co do jej prawdopodobnej tożsamości.
— Kim zatem jest, a raczej była?
— Myślę, że to Róża Starska, córka profesora uniwersytetu, zaginiona we wrześniu.
Doktor zamyślił się.
— Nic mi nie wiadomo o tej sprawie, ale chyba powinienem wezwać jej rodzinę. Trzeba będzie prawdopodobnie przeprowadzić ekshumację,

bo została już pochowana, w każdym razie zapoznam ich ze zdjęciami ciała, może uda się ją w ten sposób zidentyfikować.

— Mówił pan — przypomniał Artur — że miała znak szczególny, tę bliznę po operacji. Ja bym zaczął od tego…
Winiarski pokiwał głową.

background image

Winiarski pokiwał głową.
— Oczywiście wie pan, że muszę to zgłosić policji kryminalnej?
— Tak, wiem.
— Nie wymienię pańskiego nazwiska. Powiem, że do Zakładu zadzwonił ktoś anonimowo i podsunął taką ewentualność.
— Dobrze, niech pan tak zrobi. Najprostsze środki są najlepsze. Mam jeszcze pytanie…
— Jakie?
— Ci zabici dzisiaj przez Gestapo…
— Tak?
— To byli młodzi ludzie czy starsi?
—  Bardzo  młodzi,  chłopaczki  wręcz,  aż  serce  się  krajało,  jak  ich  przywieźli.  Nie  mogę  znieść  myśli,  że  szkopstwo  morduje  kwiat  naszego

narodu. Kto będzie odbudowywał Polskę po tej zasranej wojnie, jak oni wszyscy zginą?

Doktor zgasił z rozmachem papierosa w filiżance, po czym zaczął nakładać swój roboczy kitel. Artur pożegnał się krótko.
— Doktorze, jeszcze jedno — powiedział, stojąc w drzwiach. — Gdyby pojawiły się kolejne zwłoki…
— Kobieta bez głowy, tak?
Artur potwierdził.
— Dam panu znać, obiecuję.
— I gdyby coś innego zwróciło pańską uwagę, będę bardzo wdzięczny.
— Zgoda, ale teraz proszę już iść, muszę wracać do pracy.
— Do widzenia — powiedział Artur i już nie oglądając się za siebie, opuścił ponury gmach.

Rozdział dziewiąty. Gra

Miał  niejasne  przeczucie  grożącego  niebezpieczeństwa.  Dawno  mu  się  to  już  nie  zdarzało.  Odczuwał  napięcie  i  ogarniający  go  znienacka

niepokój.  Wiedział,  że  stąpa  po  grząskim  i  nieznanym  gruncie,  ruchomych  piaskach,  które  w  każdej  chwili  mogą  się  rozstąpić  i  wciągnąć  go
w nieznaną czeluść.

Podjął jednak ryzyko i nie zamierzał się cofnąć.
Wróciwszy do domu, przejrzał przede wszystkim gazety. Każdego dnia spodziewał się jakiejś informacji o znalezieniu zwłok zaginionej Lelówny.

Teraz mogło pojawić się również doniesienie na temat Rity. W tym samym celu zaglądał do kawiarni Plastyków i w kilka innych miejsc.

Nic  się  jednak  nie  wydarzyło.  To  znaczy  nic  w  jego  sprawie.  Miasto  huczało  od  plotek  na  temat  ostatnich  aresztowań.  Niemcy  rozbili

konspiracyjny  lokal  przy  Batorego.  Szeptano,  że  na  skutek  donosu  wpadła  wytwórnia  broni,  którą  ruch  oporu  usytuował  w  piwnicy  jednego
z  budynków. Artur  obawiał  się  o  swego  współpracownika Antoniego  Smołę,  tym  bardziej  że  po  południu  nie  zastał  go  w  biurze.  Zaczął  się
zastanawiać, jak zasięgnąć o nim informacji, gdy jakiś obdarty wyrostek przyniósł mu kartkę.

Antoni prosił o spotkanie nad Wisłą, w miejscu, gdzie wyładowywano towar z barek transportowych. Była to doskonała lokalizacja. Kręciło się

tam mnóstwo ludzi, podjeżdżały samochody, chętni kupowali różne sprzęty na miejscu.

Artur  zobaczył  Smołę  z  daleka.  Jego  współpracownik  szedł  jak  zwykle  szybkim  krokiem,  czujnie  obserwując  otoczenie  spod  andrusowskiej

czapki z daszkiem.

Detektyw poczęstował go papierosem.
—  Dziękuję,  że  pan  przyszedł  —  powiedział  Smoła,  przyjmując  z  wdzięcznością  podarunek.  —  Słyszał  pan  o  tej  wsypie?  Wpadła  nasza

„fabryka cukierków”.

— Tak, słyszałem. Przyniosłem panu pieniądze — odrzekł Artur, wyciągając z kieszeni marynarki paczkę banknotów.
— Jestem panu bardzo zobowiązany. Będę musiał na jakiś czas zniknąć. W naszej organizacji działa cholerny kapuś. Gdyby tylko udało się go

zdemaskować… Niech i pan uważa. Obawiam się, że wplątałem pana w nielichą kabałę.

— Proszę się nie martwić — powiedział Artur, zastanawiając się, czy Agnes Petzoldt pomogłaby mu w przypadku, gdyby zainteresowało się

nim  Gestapo.  Zapewne  nie.  Jej  gwarancje  także  miały  swoje  granice.  —  Powinien  pan  wyjechać,  a  na  pewno  zmienić  tożsamość  —  dodał
jeszcze, myśląc o fałszerzu Franzu Panzerze.

— Mam dobre, mocne papiery na niemieckich drukach, zrobione przez naszych ludzi. Zamelinuję się na Dębnikach, tam jest dużo Polaków,

trudniej będzie szukać. Dam sobie radę, panie mecenasie, zawsze sobie dawałem. Dziękuję za pieniądze, bardzo mi się przydadzą.

Załuski zrobił nieuważny ruch ręką.
—  Nie  ma  o  czym  mówić!  Był  pan  doskonałym  pracownikiem,  ale  teraz  i  tak  chyba  zamknę  na  jakiś  czas  biuro.  Jest  niebezpiecznie

i niespokojnie…

—  W  „fabryce  cukierków”  aresztowali  tylko  monterów  —  powiedział  niespodziewanie  Smoła.  —  Moim  ludziom  udało  się  prysnąć,  rozwalili

jeszcze po drodze kilku szkopów. Mam nadzieję, że nie będzie więcej żadnej wsypy. Ktoś na nas doniósł, to pewne. „Fabryka” działała od roku,
wszystko szło doskonale… — Zamyślił się. — No nic, panie mecenasie — dodał po chwili — teraz muszę się zadekować, póki to się nie uspokoi.
Sam pan wie.

Załuski uśmiechnął się. Antoni chciał na jakiś czas zapaść się pod ziemię, a potem zamierzał wrócić do swojej konspiracyjnej roboty. Było to

ryzykowne i niezbyt rozważne, ale detektyw doskonale to rozumiał. Wsypa „fabryki cukierków” była osobistą porażką Smoły, który zapewne nie
zamierzał teraz spocząć, dopóki nie znajdzie kapusia.

Detektyw uścisnął dłoń Antoniego i pożegnał się z nim krótko.
Młody człowiek zatrzymał go.
—  Niech  pan  chwilę  zaczeka.  Nasi  ludzie  obserwowali  pańską  znajomą Agnes  Petzoldt  tuż  przed  tą  wsypą.  Prowadzili  inwigilację  ważnych

osób spośród Niemców. Niewiele to dało, bo jednak dostęp do niej jest utrudniony, ale z tą panią jest coś nie w porządku.

— To znaczy co? — zainteresował się Artur.
— Gestapo ją obserwuje, zauważyliśmy to. To dosyć dziwne, prawda?
— Nieszczególnie. Gestapo interesuje się wszystkim, trudno, żeby pominęło osobę, która cieszy się sympatią führera.
— Agnes Petzoldt niełatwo wyśledzić, bo nie za bardzo wiadomo, czym się zajmuje. W każdym razie znika na długi czas z domu i nie pojawia

się też w biurze.

— O czym to świadczy? — zainteresował się Artur. — Podejrzewacie, że ma jakieś własne interesy?
—  Rozmawiałem  jeszcze  raz  z  przewoźnikiem  przez  Wisłę  —  powiedział Antoni  z  pewnym  wahaniem.  —  Często  widują  jej  bentleya  na  tej

przeprawie.

Załuski wzruszył ramionami i roześmiał się. Smoła najwidoczniej podejrzewał Agnes, że miała coś wspólnego z zabójstwem dziewczyny bez

twarzy i okaleczeniem Kingi Bonner. Absurdalny pomysł!

Wracając  do  domu,  nie  mógł  jednak  przestać  o  tym  myśleć.  Było  coś  dziwnego  w  stosunku  Agnes  do  całej  tej  historii.  To  w  końcu  ona

podpowiedziała mu, by zwrócił się do starego Lacha. To ona śledziła losy Kingi Bonner.

Agnes miała kolekcję damasceńskich noży. Jej służąca chodziła z podbitymi oczami i zadrapaniami na rękach. O baronównie mówiono, że nie

ukrywa swych sadystycznych skłonności.

Nie.
To byłoby zbyt proste.
Nie było poszlak, by podejrzewać, że Agnes Petzoldt maczała palce w morderstwach tych kobiet. Jedynym powodem, dla którego mogłaby

background image

brać w tym udział, byłby kaprys, pragnienie zadawania cierpienia. Ale ten motyw całkowicie wystarczał.

Gestapo  interesuje  się  Agnes,  myślał  Artur,  odruchowo  przyspieszając  kroku.  Być  może  robi  to  nie  bez  powodu.  Baronówna  jest  tutaj

nietykalna,  uchodzi  za  ulubienicę  Hitlera  i  już  wielokrotnie  potwierdziła  swą  genialną  umiejętność  zdobywania  rzadkich  dzieł  sztuki.  Być  może
koledzy z trupią główką na czapkach wzięli ją pod lupę z innego powodu.

Bo Agnes Petzoldt robi coś, czego nie powinna, a przy okazji, wiedząc, że jest obserwowana, chce skompromitować oficera wywiadu, czyli

Glassa.

Lothar coś zatem o niej wie.
Zapewne znał ją jeszcze z Berlina, może doszły go słuchy o jej skłonnościach. Tutaj mogła się czuć bezkarna.
Ale czy na tyle, żeby mordować?
Załuski zastanawiał się nad tym. Odwiedził przecież Agnes w jej mieszkaniu i odniósł wrażenie, że hula po nim wiatr. Było ogromne, nieprzytulne

i  puste,  jakby  właścicielka  wpadła  tylko  dopilnować  przeprowadzki.  Może  rzeczywiście,  jak  mówiły  plotki,  jej  apartamenty  przy  Retoryka  były
jedynie tymczasowym magazynem? Gromadziła cenne obiekty, by wywieźć je do Rzeszy. Czyżby więc kradła na własną rękę?

Artur  zatrzymał  się  na  chodniku  tak  gwałtownie,  że  jakiś  przechodzień  wpadł  na  niego  z  impetem.  Załuski  przeprosił,  uchylając  uprzejmie

kapelusza. Do głowy przyszła mu nagle zupełnie inna myśl.

Agnes musiała mieć jakieś inne lokum. Raporty Kwasa mówiły o podejrzanym domu na Bielanach, a baronównę widywano na promie, który

łączył  Zwierzyniec  z  Dębnikami.  Na  Dębnikach  mieszkali  przeważnie  Polacy,  cała  położona  tuż  przy  Wiśle  ulica  Czarodziejska  była  siedzibą
polskich robotników. Ktoś taki jak Agnes naprawdę nie miał tu czego szukać. Jeżeli nie Dębniki, to może kawałek dalej? Poprzez nieużytki droga
prowadziła wprost do klasztoru w Tyńcu, otoczonego przez kolonię niewielkich domków.

Artura tknęła pewna myśl. Niedaleko Tyńca była kolejna przeprawa promowa, która pozwalała przedostać się z powrotem na lewy brzeg Wisły.

Jeżeli Agnes chciała pozostać niezauważona mogła, przejechać w ten sposób w okolice Przegorzał, unikając drogi od strony Krakowa. Tylko po
co miałaby to robić? Kolejna niewyjaśniona zagadka.

Następnego dnia zaczął przeorganizowywać biuro. Ostatecznie zamknął lokal na Alejach, nie otwierając na wszelki wypadek żadnego nowego.

Obawiał się, że jeśli Gestapo dotrze do Antoniego Smoły, może również zainteresować się jego pracodawcą. Odebrał też lakoniczny rozkaz od
zaniepokojonego ostatnimi wypadkami Kwasa. „Czekać” — przeczytał Artur na odwrocie zdjęcia chudego mężczyzny w okularach, które otrzymał
w zakładzie fotograficznym na Floriańskiej, po podaniu hasła. Czekał więc, codziennie spodziewając się najgorszego.

I ono przyszło, ale nie ze strony Gestapo.
Po dwóch nerwowych dniach otrzymał przez nieznanego posłańca kartkę od doktora Winiarskiego. Znaleziono kolejne zwłoki kobiety.
Artur szybko się ubrał i pospieszył do Zakładu Medycyny Sądowej na Grzegórzki. Winiarski oczekiwał na niego w kantorku i wyglądał na mocno

zaniepokojonego. Wciągnął Załuskiego do swego pokoju, bacznie rozglądając się na boki, czy nikt ich nie widzi.

— Mamy ją. Kobietę z odciętą głową! — powiedział, a Artur spojrzał na niego wyczekująco.
— Dzisiaj rano przywieźli nam ciało.
— Gdzie ją znaleziono? Też w Wiśle?
Patolog pokręcił przecząco głową.
— Nie. Tym razem była to Rudawa, prawie pod klasztorem Norbertanek. Ciało zachowało się w niezłym stanie, choć już od kilku dni musiało

leżeć w rzece.

— Wie pan coś o niej? Kto to może być?
— Głowy nie znaleziono — wyjaśnił lekarz. — Oficjalnie nie możemy jej więc zidentyfikować.
— Mogę zobaczyć te zwłoki? — zapytał Załuski, a Winiarski spojrzał na niego ze zdumieniem.
— To całkowicie zabronione — wyszeptał, ale Artur położył mu dłoń na ramieniu.
— Może uda mi się rozpoznać tę kobietę.
— Rozpoznać? Bez głowy? To byłby prawdziwy wyczyn! — obruszył się Winiarski, ale sięgnął do szafy po zapasowy kitel lekarski i wręczył go

Arturowi.

— Proszę to włożyć, ja zobaczę, czy droga do prosektorium jest wolna.
Zabrał  z  biurka  garść  papierów  i  wyszedł  na  korytarz.  Był  pusty,  pojawiła  się  na  nim  tylko  pielęgniarka,  hałasując  niemiłosiernie  żelaznym

wózkiem, który pchała po kamiennej posadzce.

— Chodźmy — powiedział rozkazująco lekarz, a Artur bez słowa podążył za nim.
Chwilę  kręcili  się  po  korytarzach  niczym  duchy,  jakby  chcieli  zgubić  pogoń,  która  i  tak  ich  nie  ścigała.  Wreszcie  Winiarski  uchylił  drzwi  od

bocznego korytarza i po wąskich betonowych schodach sprowadził detektywa na dół. Artur poczuł przenikliwy zapach formaliny, który jednak nie
do końca tłumił słodki odór rozkładających się ciał. Znajdowali się blisko prosektoriów.

Winiarski wydobył z kieszeni klucze i otworzył jedne z żelaznych ciężkich drzwi; znaleźli się w niezbyt dobrze oświetlonej sali sekcyjnej.
— Zaraz zapalę światło — wymruczał lekarz, a Artur usunął się pod ścianę. Były tutaj cztery stoły do sekcji, ale tylko na jednym znajdowało się

ciało. Winiarski podał detektywowi specjalną pastę do posmarowania pod nosem, ale zapach nie był tak straszny, jak Artur się spodziewał.

— Woda jest zimna — wyjaśnił patolog, zapalając światło, a potem zdejmując ze zwłok prześcieradło. — W tej temperaturze procesy gnicia

zachodzą bardzo wolno, prawie jak w górskim strumieniu.

Widok  zwłok  nie  należał  do  przyjemnych.  Ciało  było  sine,  miejscami  zielonkawe,  a  brzuch  znaczyły  wyraźne  podbiegnięcia.  Jednocześnie

patolog nie mylił się, trup ostał się w zadziwiająco dobrym stanie. Zwłoki nie napuchły, nie rozdęły ich gazy. Kobieta miała raczej szczupłą budowę
ciała i cechował ją wysoki wzrost. Głowę odcięto razem z szyją, na wysokości barków. Ziała w tym miejscu czarna czeluść, a brzegi rany były lekko
postrzępione.

— Ktoś odciął jej głowę z dużą wprawą — powiedział lekarz, podążając za wzrokiem detektywa. — Wygląda tak, jakby ją zgilotynowano.
— To niewykluczone — mruknął Artur, przypominając sobie damasceńskie noże Agnes. Czy byłaby w stanie odciąć nimi głowę innej kobiecie?

Zapewne tak.

— Jeszcze nie robiliśmy sekcji — powiedział Winiarski, przyglądając się martwej kobiecie. — Ale ma obrażenia podobne do ofiary wyłowionej

z  Wisły.  Niech  pan  spojrzy.  —  Uniósł  denatce  rękę,  która  od  łokcia  do  nadgarstka  wyglądała  jak  obdarta  ze  skóry.  Jej  strzępki  wisiały  na
poczerniałych mięśniach jak potargane kawałki tkaniny.

— Ktoś zdzierał z niej skórę paskami. Tak samo wyglądają nogi od kolana do kostki. Niewielkie podłużne nacięcia i szarpanie skóry jakimś

narzędziem. Ma też ślady po oparzeniach, tamta też miała.

— Okropne — powiedział Artur, wzdrygając się.
—  Jestem  pewny,  że  te  obrażenia  nie  powstały  już  po  wrzuceniu  do  wody,  choć  często  się  zdarza,  że  ciało,  które  znalazło  się  w  rzece,

zwłaszcza o silnym prądzie, zostaje mocno uszkodzone.

Artur zbliżył się do stołu i dokładnie obejrzał dłonie kobiety.
—  Zdjęcie  odcisków  palców  jest  w  tej  chwili  niemożliwe,  za  bardzo  zmacerowany  naskórek  —  wyjaśnił  patolog.  —  Musielibyśmy  odciąć  jej

palce i wygotować w oleju. To powoduje przywrócenie struktury naskórka i możliwość uwidocznienia linii papilarnych — dodał szybko, a detektyw
tylko pokiwał głową.

Załuski  założył  rękawiczki  i  ujął  dłoń  kobiety.  Na  paznokciach  dostrzegł  ślady  różowego  lakieru,  wciąż  widoczne,  choć  płytka  była  silnie

zniszczona i pofałdowana.

background image

— To Rita, ta tancerka z Cyganerii — powiedział, puszczając rękę zmarłej.
— Skąd pan wie? — zdziwił się Winiarski.
— Lakier do paznokci. Widziałem ją kiedyś w kawiarni Bisanza. Należała do nielicznych kobiet, które malowały usta i paznokcie na jednakowy

kolor. Tak robią Amerykanki, u nas nie jest to jeszcze rozpowszechnione.

— Niezwykłe — pokiwał głową patolog. — Kiedy zaginęła ta Rita?
— Jakieś trzy tygodnie temu.
— To znaczy, że ciało musiało przebywać w wodzie krócej — stwierdził lekarz.
Załuski skinął głową.
— Morderca nigdy nie zabija ich od razu — powiedział z namysłem. — Ma gdzieś ustronne i dyskretne miejsce, gdzie dręczy swoje ofiary przez

kilka dni.

— Obrzydliwe — stwierdził zdecydowanie lekarz. Artur zastanawiał się już nad czymś innym.
— Tylko co stało się z Lelówną? — wypowiedział na głos swoją myśl. — Zaginęła wcześniej i to ją powinniśmy znaleźć jako pierwszą.
— Może nigdy nie odkryjemy jej ciała? — podsunął Winiarski. — Istnieje możliwość, że zabójca nie wrzucił jej do wody, tylko gdzieś zakopał,

a wtedy mogą minąć lata, zanim ktokolwiek znajdzie zwłoki. Jeżeli to w ogóle nastąpi…

— Do tej pory ciało każdej ofiary znajdowano — powiedział wolno Artur. — Dlaczego w przypadku Lelówny miałoby być inaczej?
—  Może  była  dla  sprawcy  szczególnie  ważna?  —  zamyślił  się  patolog.  —  Czasami,  gdy  seryjni  sprawcy  mordują  swe  ofiary,  jedną  z  nich

wyróżniają, dokładają starań, by jej ciało znaleziono w odpowiednim momencie. Bardzo często są to zwłoki osoby, którą znali.

— Jest też szansa — powiedział Artur, rozważając słowa lekarza — że Lelówna żyje. I jest jakoś związana ze sprawcą. Może współpracuje

z nim lub uciekła, bo czegoś się obawiała z jego strony.

— Ale dlaczego uważa pan z taką stanowczością, że ta Lelówna musi mieć jakikolwiek związek ze sprawą zamordowanych kobiet? — zapytał

lekarz,  przykrywając  ciało  Rity.  Po  raz  ostatni  mdłe  światło  umieszczonej  pod  sufitem  gołej  żarówki  rozproszyło  się  na  jej  okaleczonym,
przerażająco groteskowym ciele, wydobyło wszystkie odcienie martwej skóry mieniącej się dziesiątką kolorów, od zgniłej zieleni po głęboką czerń
zmieszaną z brunatnością zakrzepłej krwi.

— Bo wszystkie były związane z Cyganerią — powiedział stanowczo Artur. — To jedyne wyraźne powiązanie, które dostrzegam między nimi,

i tego zamierzam się trzymać.

— To może być błędne rozumowanie, zbieg okoliczności.
— Wiem. Ale na razie nie mam nic więcej.
Artur wyszedł na ulicę. Zacinał drobny, przenikliwie zimny deszcz.
Gdybym tylko odnalazł jasnowidza, pomyślał nieoczekiwanie detektyw, zastanawiając się, jak bardzo zmieniła się ta historia od momentu, kiedy

przyjął sprawę. Początkowo szukał zaginionego Orwata, a potem rozpoczął pościg za mordercą z jego wizji. Gdzie był jasnowidz i co się z nim
stało? Czy wpadł na jakiś ślad owego mężczyzny w czarnym płaszczu, o którym pisał w swym notatniku, i musiał uciekać? Może nie zdążył tego
zrobić i jego ciało gnije teraz gdzieś w bezimiennym wojennym grobie?

Ależ tak! Ta myśl uderzyła go teraz wyraźnie.
Orwat znał człowieka ze swojej wizji. Dlatego poszedł do domu gry.
Tak,  to  była  jedyna  możliwość.  Ów  tajemniczy  mężczyzna  w  płaszczu  był  jednym  z  bywalców  kasyna.  Artur  wiedział,  że  nie  zważając  na

niebezpieczeństwo, musi tam wrócić.

Tego  wieczoru  w  domu  gry  było  sporo  gości,  ale  Załuski  nie  zauważył  nikogo  znajomego.  Miejsce  przy  stoliku  do  bakarata,  gdzie  ostatnio

siedziała  Agnes  Petzoldt,  zajmował  jakiś  tęgi  jegomość  o  niezbyt  starannych  manierach  pruskiego  urzędnika.  Artur  poczuł  delikatne
rozczarowanie.

Opanował się jednak i uważnie rozejrzał po wnętrzu. Ludzie, których widział, nie kojarzyli mu się w żaden sposób z wizją jasnowidza. Owszem,

było  kilkunastu  oficerów  i  krzepko  wyglądających  mężczyzn,  jakby  dla  niepoznaki  odzianych  w  cywilne  garnitury.  Intuicja  nic  jednak  nie
podpowiadała detektywowi.

Podszedł do baru i zagadnął pracującego tam chłopaka o szczerej i wesołej twarzy:
— Koniak poproszę.
— Służę! — Barman przetarł marmurowy blat i postawił na nim kieliszek z ręcznie rżniętego kryształu w delikatny wzór motylich skrzydeł. Powoli

nalał bursztynowy płyn, pozwalając ściekać mu po ściankach.

Załuski wziął do ręki kieliszek i przyjrzał się trunkowi pod światło.
— Dobra marka!
Barman uśmiechnął się dyskretnie i skinął głową.
— Duży ruch dzisiaj — zauważył detektyw.
— Jak zawsze, proszę pana.
— Akurat nie ma moich znajomych i czuję się trochę obco — wyjaśnił detektyw, a barman rozejrzał się po sali.
— Nie widziałem dzisiaj baronówny Petzoldt ani majora Glassa — powiedział, a Artur zrozumiał, że trafił na właściwego człowieka.
— Jest pan bardzo spostrzegawczy — stwierdził z uznaniem, a chłopak z zadowoleniem skinął lekko głową.
— To moja praca! Muszę zapamiętać klientów i ich ulubione trunki. Za to mi płacą.
Załuski chwilę sączył koniak w milczeniu.
— Zastanawiam się — powiedział z namysłem — czy często pojawiał się tu inny mój znajomy, z którym już straciłem niestety kontakt.
— Kto taki? — zainteresował się barman.
— Julian Orwat.
— Ten wróżbita? — spytał chłopak, a Artur uśmiechnął się i skinął głową.
— W ogóle go tutaj nie widziałem. Może nie było go na mojej zmianie. Chociaż… Ależ tak, pamiętam, był raz. Nietypowy klient, pił wyłącznie

wodę sodową. Zapamiętałem to, bo akurat skończył się syfon i musiałem biec szybko po inny.

— Pamięta pan, co tutaj robił? Z tego, co wiem, nie lubi grać.
Chłopak zastanowił się przez chwilę.
— Istotnie, ma pan rację, nie grał wcale, tylko przechadzał się między stołami. Przyglądał się ludziom, obserwował. Miałem wrażenie, że na

kogoś czeka.

— Rozmawiał z kimś?
— Nie zauważyłem — z ociąganiem powiedział barman. — To było dawno temu, jak mógłbym to pamiętać…
Artur zorientował się, że chłopak kłamie. Jednocześnie był pewien, że informacja, którą ukrywa, jest ważna. Sięgnął do pugilaresu i wyciągnął

dziesięć dolarów. Barmanowi aż zaśmiały się oczy, gdy banknot zniknął w jego ręce.

— Rozmawiał z pańską znajomą, baronówną Petzoldt — powiedział szybko i zabrał się za polerowanie marmurowego blatu, bo do lady właśnie

zbliżył się kolejny klient, wysoki oficer żądający szampana.

Załuski skinął głową w zamyśleniu. Tak, teraz wszystkie elementy tej układanki zaczynały wreszcie do siebie pasować. Agnes Petzoldt wywiodła

go w pole bardzo skutecznie.

Zapłacił za koniak i wyszedł z kasyna. Zdecydowanym krokiem przeszedł przez Planty i skierował się na Retoryka.

background image

Co przychodziło mu wówczas do głowy? Trudno mu było sobie później to przypomnieć. Przemykał się jedynie po powierzchni myśli, pod którą

czaił się niepokój. Miał wrażenie, że zdemaskował Agnes, ale czego się tak naprawdę dowiedział? Tylko tego, że Orwat spotkał się z baronówną
w Pałacu Larischa. O czym mówili — o tym barman nie miał pojęcia. Czy spotkanie to zaważyło na losie jasnowidza? Zapewne.

Co się jednak wtedy stało? Był tylko jeden sposób, żeby się dowiedzieć.
Brama w kamienicy „Festina Lente” była zamknięta i Artur długo musiał się dobijać, zanim z dozorcówki nie wystawił głowy zaniepokojony stróż.

Rozpoznał go jako gościa baronówny i wpuścił do środka.

— Nie wiem, czy pani jest w domu — powiedział, obrzucając detektywa niechętnym wzrokiem. — Nie ma jej samochodu.
Artur uświadomił sobie, że czerwony bentley nie stał ani na podwórku, ani na ulicy przed domem. Być może Agnes była na jednej ze swoich

wypraw.

Mimo to wszedł na piętro i zadzwonił do drzwi. Otworzono mu bez ociągania.
— Pani odpoczywa. Dopiero co wróciła z podróży — wyjaśniła zalękniona służąca, gdy oznajmił, że koniecznie musi się zobaczyć z baronówną.

— Nie przyjmuje żadnych wizyt.

— Wpuść go — usłyszał przytłumiony głos z pokoju. Agnes wyszła na jego powitanie ubrana w lejącą się suknię z zielonego jedwabiu. W ręku

trzymała kieliszek szampana, którego musiała wypić już sporo, bo ocienione długimi rzęsami ciemne oko błyszczało jej jak powleczone poranną
rosą. Jak zwykle uwagę zwracała jej biżuteria. Tym razem była to kolia z oszałamiających brylantów, które mieniły się tęczowym blaskiem. Artur
zdziwił się, że nosi coś takiego w domu, ale przecież ona zawsze postępowała w sposób niezbyt schematyczny.

—  Napije  się  pan?  —  zapytała,  zapraszając  go  ruchem  ręki  do  środka.  W  saloniku  panował  rozgardiasz.  Po  podłodze  walały  się  książki

i rozmaite papiery, a z biurka zwieszały się płachty jakichś grafik. Wygląd pokoju także się zmienił. Na ścianie nie było już obrazu Klimta, zastąpił
go Egon Schiele.

— Chętnie — odpowiedział, z wdzięcznością przyjmując kryształowy kieliszek.
Agnes Petzoldt. Nigdy nie wydała mu się tak obca jak w tej chwili. Kim naprawdę była i co ukrywała?
Zauważyła jego spojrzenie.
—  Co  pana  właściwie  do  mnie  sprowadza?  —  zapytała,  siadając  niedbale  w  fotelu,  a  rozcięcie  malachitowej  sukni  odsłoniło  jej  bardzo

szczupłą i bladą nogę aż za kolano.

— Chciałbym się czegoś od pani dowiedzieć — odpowiedział, nie spuszczając z niej wzroku. Roześmiała się.
— To interesujące…
— Baronowo, wiem, że lubi pani takie gry — stwierdził z pewnym zniecierpliwieniem, które mogło kosztować go bardzo wiele — ale tym razem

proszę z nich zrezygnować.

Uśmiech zniknął z jej twarzy; tak jak podejrzewał, uraził ją. Agnes zerwała się z fotela i zaczęła krążyć wokół Artura jak rozgniewany drapieżnik,

jakby zastanawiała się, czy już zaatakować, czy też może jeszcze zaczekać.

— O co chodzi? — spytała po chwili nieco łagodniejszym tonem, pozbawionym wcześniejszej zaczepnej arogancji. Najwyraźniej jego słowa ją

zaniepokoiły.

— Wypytałem barmana w Pałacu Larischa — powiedział bez wstępów. — Dowiedziałem się, że rozmawiała pani w kasynie z Orwatem tuż

przed jego zniknięciem.

—  Myśli  pan,  że  miałam  z  tym  coś  wspólnego?  —  prychnęła,  odstawiając  kieliszek  na  podręczny  stolik.  Zrobiła  to  nieuważnie,  kieliszek

przewrócił się i jasnozłoty płyn wylał się na jakiś rysunek przedstawiający triumfujące Słońce.

—  Szczerze  mówiąc,  nie  wiem  —  odpowiedział,  a  ona  podeszła  bliżej.  —  Szukam  odpowiedzi  na  wiele  pytań  —  ciągnął.  —  Co  stało  się

z Julianem Orwatem i skąd pani wiedziała o losach zamordowanych dziewcząt?

— Odważny pan jest — stwierdziła, odgarniając włosy z czoła. — Ja bałabym się tutaj przychodzić, mając takie podejrzenia. Uważa pan, że

zamordowałam te kobiety, by ulżyć swojej żądzy zabijania? Skoro tak, to i pan może zostać moją ofiarą. Nie boi się pan tego?

Artur patrzył na nią wyczekująco. Tak, był w niej jakiś rys natrętnego szaleństwa, a jednocześnie coś niezmiernie pociągającego. Przechyliła

głowę, a jej ciemne włosy niczym błyszcząca zasłona ocieniły okaleczoną stronę twarzy.

— Nie jestem strachliwy. Po prostu chcę znać odpowiedź.
— I myśli pan, że ja jej panu udzielę?
— Mam nadzieję. Ktoś zamordował trzy młode kobiety, być może zabije kolejną. Zniknął jasnowidz, najprawdopodobniej jedyny człowiek, który

domyślał  się,  kto  to  zrobił.  Chciałbym  się  dowiedzieć,  jaki  jest  pani  związek  z  tą  sprawą,  i  o  czym  mówiła  pani  wtedy  w  kasynie  z  Julianem
Orwatem.

— Orwat kogoś szukał — powiedziała po chwili, nalewając sobie kolejny kieliszek szampana. — Miał wizję, o czym doskonale pan wie. Widział

w niej ofiary, ale też sprawcę.

— Tak, mężczyznę w wojskowym płaszczu.
— Wizja była tak niekonkretna, że mógł to być każdy. Jak na pewno pan zauważył, mężczyzn w wojskowych płaszczach można w Krakowie

spotkać setki. Orwat jednak zapamiętał pewien szczegół swej wizji — zamek na skale. Taki sam, jaki buduje Otto von Wächter w Przegorzałach.
Schloss Wartenberg. Zamek Strażnica.

— Podejrzewał von Wächtera? — Artur nie mógł opanować zdumienia.
Uśmiechnęła się, lekko przechylając głowę.
— Podejrzewał kogoś zupełnie innego. Kogoś, kogo znał sprzed wojny, z Berlina. Mężczyznę, o którym wiedział, że lubi młode kobiety i potrafi

się z nimi obchodzić… niedelikatnie. Człowieka bardzo wpływowego i blisko związanego z gubernatorem, jego adiutanta Roehmera.

— Zaraz… — Załuski potarł czoło ręką. — Czy to miałoby oznaczać, że Kinga Bonner padła ofiarą swojego kochanka?
Agnes wzruszyła ramionami.
— Przecież mogło tak być. Chyba to pana nie dziwi?
Artur spojrzał na nią uważnie. Myśl, że adiutant Franka był zamieszany w tę sprawę, tylko na pozór wydawała się nieprawdopodobna. Na pewno

miał sposoby i środki, by w prawie niezauważalny sposób porywać i zabijać młode kobiety. Kto odważyłby się podejrzewać wysokiego oficera
SD? Nikt. A nawet gdyby — na pewno nie próbowano by go rozliczać… Nie w policyjnym państwie Gestapo, krainie gwałtów, tortur i wymyślnych
sposobów mordowania.

Jeżeli rzeczywiście Roehmer był winny… Załuski niewiele o nim wiedział, ale nie zdziwiłoby go, gdyby ktoś taki miał sadystyczne skłonności.

Dziewczyny, które zginęły, mógł obserwować w Cyganerii, a potem zwabiać do siebie — mieszkał w odosobnionej willi, jak inni zaufani Franka.
A w końcu zamordował też swoją kochankę; może z zazdrości, może po prostu mu się znudziła lub wiedziała za dużo. Tak, Artur powinien zapytać
Stefana Panzera, czy Roehmer rozmawiał kiedykolwiek z Ritą lub Janiną Lelówną.

— Zaskakująca możliwość — powiedziała tymczasem Agnes Petzoldt, opadając wdzięcznie na szafirową otomanę. Najwyraźniej bawiła ją ta

sytuacja.

—  Nieprawdopodobna  —  powiedział Artur  zniecierpliwionym  głosem. Agnes  przechyliła  głowę,  pozwalając,  by  włosy  spłynęły  jej  na  jedno

ramię.

—  „Jakże  małe,  z  czym  walczymy,  jakże  wielkie,  co  walczy  z  nami…”  —  powiedziała,  a  Załuski  od  razu  rozpoznał  ten  wiersz.  Rilke.  Jego

ulubiony poeta.

— Bawi panią ta gra? — zapytał z pewnym rozdrażnieniem.
— Niezmiernie. Po prostu nie mogę oderwać od pana oczu, miota się pan jak dzikie zwierzę w klatce. Jest pan blisko, to znowu oddala się pan

background image

— Niezmiernie. Po prostu nie mogę oderwać od pana oczu, miota się pan jak dzikie zwierzę w klatce. Jest pan blisko, to znowu oddala się pan

od rozwiązania. — Pokręciła głową i znowu upiła nieco ze swego kieliszka.

Prowokowała  go,  to  pewne.  Ale  dlaczego  to  robiła?  Artur  nie  znał  odpowiedzi  na  to  pytanie.  Podszedł  do  sofy,  na  której  spoczywała

w półleżącej pozycji jak leniwa odaliska, i usiadł obok.

— Podejrzewam, że usiłuje mnie pani wprowadzić w błąd. Nie wierzę, by morderstw kobiet miał dokonywać adiutant Hansa Franka.
— A czemuż by nie? — spytała. — Chyba nie uważa pan, że ktokolwiek mógłby powstrzymywać wyższego oficera SD od dogadzania swoim

namiętnościom.  Gestapo  uwielbia  zresztą  takie  słabostki,  bo  w  razie  czego  może  zacisnąć  obserwowanemu  dłoń  na  gardle  i  przykrócić
obiecującą karierę. Zauważył pan, jak szybko Gestapo przejęło śledztwo w sprawie Bonner? To powinno dać panu do myślenia.

Teraz to on przyglądał się jej z bliska.
— Najbardziej do myślenia dają mi pani wysiłki, żeby zwrócić moją uwagę na Roehmera.
— Niech pan nie będzie śmieszny.
— Ani myślę — powiedział i ujął jej piękną dłoń. — Nie sądzę też, abyśmy kiedykolwiek mieli być ze sobą szczerzy.
— Po co niby nam szczerość? — zdziwiła się ona.
— Może po to, by odpowiedziała mi pani, jaką rolę odgrywa w tej sprawie.
— Chyba nie myśli pan, że to ja morduję te nieszczęśnice.
Załuski odwrócił jej rękę wnętrzem dłoni do góry i przesunął palcem po linii życia. Agnes przymknęła oko.
— Wróżeniem też się pan zajmuje?
— Z braku innych zajęć. Pani linia życia nie jest długa, niestety…
Baronówna wzruszyła ramionami z dziwną obojętnością.
— Nie zależy mi na tym. Nie zamierzam przeżyć Tysiącletniej Rzeszy, a właściwie postanowiłam umrzeć wraz z nią.
— Zadziwia mnie pani, baronowo — powiedział, nie spuszczając jej z oka. Coraz bardziej wciągała go ta gra, zwłaszcza że podejrzewał, dokąd

prowadzi.

Agnes roześmiała się leniwie i zatoczyła trzymanym w drugiej ręce kieliszkiem koło.
—  Sama  siebie  zadziwiam. Ale  porozmawiajmy  o  panu.  Jest  pan  odważny,  to  już  wiemy.  Lubię  odważnych  mężczyzn,  podoba  mi  się  ich

heroiczna desperacja. Pan także ma coś takiego w sobie. Jest pan szlachetny. Tego już nie lubię, bo uważam za nudne. Ludzie szlachetni zbyt
szybko pokazują oblicze doktrynerów, obwiniają świat, że nie jest idealny.

Załuski uśmiechnął się.
— Tym razem się pani myli. Nie jestem szlachetny. Ani mi to w głowie. Zawsze kieruję się własnym interesem, jak zresztą wszyscy ludzie, pani

nie wyłączając.

Agnes kiwnęła głową, upiła nieco szampana i powiedziała prowokacyjnie:
— Zastanawiam się, jak długo będzie pan zwlekał…
— Zwlekał z czym?
—  Z  próbą  pocałowania  mnie.  Ręka  panu  zadrżała  —  dodała  po  chwili,  a  on  poczuł  dziwne  upokorzenie.  Powinien  wstać  i  wyjść,  rzucając

jeszcze na odchodne jakąś cierpką uwagę. Nie zrobił tego.

— Pamięta pani ten wers Rilkego: „Tak biegnie ślad nietoperza przez porcelanę zmierzchu”?
Skinęła głową.
— To 

Elegie duinejskie

, moje ulubione wiersze.

— Tak się właśnie przy pani czuję, zaledwie jak ślad nietoperza na porcelanie zmierzchu.
— Niech pan sobie nie pochlebia — powiedziała, wyszarpując mu swoją dłoń.
— Teraz pani zadrżała ręka.
Agnes wzruszyła ramionami i odgarnęła nieuważnym ruchem włosy.
— Nie śmieszy mnie to — powiedziała twardo.
Artur wypił łyk szampana.
— Mnie także, więc zagrajmy w otwarte karty. Niech mi pani da jakąś wskazówkę.
Baronówna zastanawiała się przez chwilę, jakby oceniając, czy jej się to opłaci.
— Dobrze — powiedziała z pewnym wahaniem. — Co wie pan o święcie zimowego przesilenia?
— Niewiele. To pogański obyczaj, który przejęło chrześcijaństwo. Indyjski bóg Mitra, utożsamiany później z Chrystusem, miał się urodzić 25

grudnia, mniej więcej w noc zimowego przesilenia, najdłuższą w roku.

—  W  istocie  zimowe  przesilenie  następuje  21  grudnia,  wtedy  dzień  jest  najkrótszy  —  dodała Agnes.  —  To  święto  nazywane  jest  także  Sol

Invictus, Słońce Niezwyciężone.

Artur przypomniał sobie rysunki, które zobaczył na jej podręcznym stoliku. Wszystkie przedstawiały wizerunki spersonifikowanego Słońca.
— Sol Invictus — powtórzył w zamyśleniu, wstał i zbliżył się do stołu. Agnes zgromadziła zadziwiającą ikonografię na ten temat.
— Tak. W starożytnym Rzymie istniał kult Sol Invictus. Jego mieszkańcy czcili 25 grudnia jako Dies Solis, Dzień Słońca, potem w ten sposób

określano po prostu niedzielę. Był to synkretyczny kult czerpiący z mitraizmu, kultu Baala i Astarte. Zawsze wiązał się z obrzędami całopalenia,
przypiekania ogniem, parzenia.

Artur przypomniał sobie pierwszą zamordowaną kobietę, córkę profesora, która miała spaloną twarz. Później drugą, ze śladami oparzeń na

rękach, wreszcie trzecią, pozbawioną głowy Ritę, która na ciele miała liczne ślady ognia.

Agnes zerwała się z otomany i zaczęła czegoś nerwowo szukać wśród rysunków. Wreszcie znalazła — czarny symbol złożony jakby z wielu

promieniście ułożonych swastyk.

— Co to jest?
— Czarne Słońce — wyjaśniła. — Symbol boga Peruna, znak nadludzkiej siły i wielkiego, także seksualnego potencjału. Taki znak znajduje się

w Wewelsburgu, zamku Himmlera, taki widziałam także na kamieniu węgielnym w Przegorzałach.

— Sugeruje pani, że bractwo Sol Invictus odrodziło się pod bokiem Hitlera? — wykrzyknął w zdumieniu, a ona położyła mu dłoń na ustach.
— Jestem o tym przekonana. Co więcej, mam pewność, że funkcjonuje również tutaj, w Krakowie. Członkowie tej organizacji wierzą, że Czarne

Słońce przyniesie im wiedzę, da oświecenie. Wiedza jednakże wymaga ofiar. Ofiar z ludzi, panie Załuski.

Baronówna patrzyła na niego. Artur trzymał w ręku kartę z podobizną Czarnego Słońca i poczuł, jak przechodzi go dreszcz. Ci ludzie byli nie

tylko zaślepieni nienawiścią do innych narodów, ale też szaleni. Zapamiętanie się w bezkarnej zbrodni doprowadziło ich do jakichś całkowicie
chorych  urojeń.  Duchowe  oświecenie,  boska  moc.  Jakieś  pseudonaukowe  eksperymenty  organizowane  pod  płaszczykiem  ideologii,  a  nawet
swoistej filozofii.

— Myśli pani, że Wächter lub Roehmer tym kierują?
— Nie wiem — powiedziała powoli. — Nie jestem pewna. Wiem jednakże coś innego: Himmler kazał porywać w całej Europie jasnowidzów

i ściągać ich do swego Centrum Nowego Świata w Wewelsburgu. To jest między innymi celem operacji „Noc i Mgła”.

Zawiesiła głos, a Artur zrozumiał. „Noc i Mgła”, z którą powiązany był Glass.
— Jasnowidzów? — powtórzył. — Pani wybaczy, baronowo, ale to dosyć absurdalne. Po co Himmlerowi jasnowidze?
Wzruszyła ramionami.
— Mało pan o nich wie. Himmler od lat jest okultystą, wierzy, że Niemcy wywodzą się od starożytnych Ariów, którzy posiedli nadludzką siłę, czyli

background image

Vril. Celem Himmlera i jego Czarnego Bractwa, jak nazywa tych swoich starannie wyselekcjonowanych ulubieńców, jest odnalezienie źródła Vril.
Aby tego dokonać, potrzebują nadnaturalnych zdolności. Z całej Europy ściągają do Wewelsburga, swej głównej siedziby, media i jasnowidzów.

— Myśli pani, że Orwat padł ich ofiarą?
— Jestem tego pewna! Wiem też coś więcej: polują na najsłynniejszego jasnowidza naszych czasów, Rolfa Lessinga. Himmler jest całkowicie

obłąkany na jego punkcie. Pan wie, Lessing przepowiedział Hitlerowi klęskę i zagładę Trzeciej Rzeszy. Himmler ślepo wierzy temu jasnowidzowi,
jest pewny, że dzięki niemu odnajdzie Vril. Ale Lessing dobrze się ukrył, niełatwo go odnaleźć. Podejrzewam, że Himmler porywa jasnowidzów
również po to, by szukali Lessinga.

— Co za obłęd… — Artur z niedowierzaniem pokręcił głową, a Agnes skrzywiła się.
— Niech pan zapyta swoich przyjaciół o Czarne Bractwo. Potwierdzą moje słowa.
— Przyjaciół? — zdziwił się Załuski. — Kogo ma pani na myśli?
Agnes spojrzała na niego z niesmakiem.
— Dobrze pan wie, o co mi chodzi. Proszę nie udawać.
— Nie obchodzi to pani? — zapytał, ponownie ujmując jej szczupłą dłoń. Przyglądała mu się.
— Wie pan, że nie. I niech się pan domyśli dlaczego!
Chwilę  mierzyli  się  w  milczeniu  wzrokiem,  po  czym  Artur  przechylił  się  w  jej  kierunku  i  pocałował  ją.  Jej  usta  były  chłodne  jak  marmur,

niepokojące jak wnętrze egzotycznego kwiatu.

To nie było miłosne zbliżenie, ale rodzaj pojedynku na śmierć i życie. Agnes nie oddawała się mu, ale raczej brała wszystko. Nigdy nie przeżył

czegoś podobnego, nawet wówczas, gdy podczas miłosnych uniesień zdarzało mu się brać opium. Porwała go nagła fala przypływu i wyrzuciła
bez tchu na brzeg. Agnes była przerażająca w swej sile i bezkresnej mocy.

Jej ciemna i duszna sypialnia była jak jaskinia dzikiego zwierzęcia, niepokojąca i obiecująca tak wiele. Miał wciąż wiele pytań, coraz więcej, ale

nie pozwoliła mu ich zadać aż do końca tej dziwnej nocy.

— Powiedz mi — powiedział szeptem, gdy zobaczył, że przebudziła się u jego boku.
— Nie — odpowiedziała twardo. — I tak za dużo ci zdradziłam. Ale byłam rozdrażniona, jak zwykle po laudanum i szampanie. To dla mnie

zabójczy koktajl.

Roześmiała  się  dziwnie  i  wstała  z  łóżka.  Przez  chwilę  widział  jej  bardzo  bladą  skórę,  tak  nieskalanie  piękną  jak  pierwszy  zimowy  śnieg

o brzasku. Wciąż miała opaskę na twarzy. Nie zdjęła jej ani na moment, nawet gdy spała.

— Nie — powiedziała, gdy próbował odsunąć czarny materiał z jej twarzy. — Nie chcesz tego zobaczyć, a już na pewno ja nie chcę, żebyś to

widział.

— Idź już — rzuciła, wkładając jedwabny szlafrok z wizerunkiem dzikich łabędzi.
Posłuchał jej. Ubrał się w milczeniu i wychodząc, położył lekko dłoń na jej ramieniu. Odwróciła się do niego plecami i strząsnęła jego rękę.
— Masz wszystkie nici w dłoni, Arturze — powiedziała niespodziewanie. — I wszystkie prowadzą w jedno miejsce.
Wiedział o tym. Musiał dostać się do mieszkania majora Glassa.

Rozdział dziesiąty. Otchłań

Był sam. Stał na ulicy i wsłuchiwał się w bicie swego serca. Godzina policyjna minęła, ale nie chciał wracać do mieszkania. Czuł nieokreślony

niepokój, a przeczucie nigdy go nie myliło.

Pomyślał  chwilę  i  po  pewnym  wahaniu  zdecydował  się  na  jeden  z  awaryjnych  lokali  kontaktowych  Kwasa.  Mieszkanie  mieściło  się

w odosobnionej oficynie kamienicy przy Siemiradzkiego, tuż przy murze klasztornym. Artur wydobył z umówionej skrytki klucz i wszedł do środka.

Od  dawna  nikt  tu  nie  przebywał,  o  czym  świadczył  zapach  stęchlizny  i  gruba  warstwa  kurzu  na  codziennych  sprzętach.  Artur  postanowił

przeczekać  kilka  godzin,  a  potem  udać  się  do  zakładu  fotograficznego,  by  zostawić  Kwasowi  wiadomość.  Chciał,  żeby  podziemie  dyskretnie
sprawdziło jego mieszkanie.

Wyciągnął się więc na podniszczonej kraciastej kanapie, nakrył wyliniałym kocem i zapadł w płytki sen. Obudziło go delikatne otwieranie drzwi.
— To ja — usłyszał przytłumiony głos Kwasa. — Dostałem meldunek, że ktoś tu jest. Nasz strażnik pana nie zna, proszę się nie martwić, wysłał

tylko sygnał o, jak to mówimy, otwarciu drzwi.

Artur  wstał  z  kanapy,  by  uścisnąć  dłoń  oficera.  Niezbyt  było  mu  w  smak,  że  melina  jest  pod  ciągłą  obserwacją,  ale  rozumiał  te  reguły  gry,

konspiratorzy musieli się przecież jakoś ubezpieczać.

— Nie wiem, czy się nie mylę, ale podejrzewam, że mogę być obserwowany — powiedział, a Kwas zaniepokoił się.
— Coś się stało? Ktoś za panem łazi?
Artur pokręcił przecząco głową. Nie miał wrażenia, że jest śledzony. Tutaj intuicja go nie zawodziła i w czasie swej praktyki detektywa zawsze

wiedział, kiedy ciągnął za sobą ogon. Jednocześnie czuł, że informacje od Agnes Petzoldt są bardzo niebezpieczne.

Powiedział Kwasowi o wszystkim, czego się dowiedział. Wywiadowca nie wyglądał na bardzo zaskoczonego, słuchał w zamyśleniu, skręcając

w dłoni swój nieodłączny papieros.

— Czarne Bractwo… — mruknął, a detektyw spojrzał na niego z wyczekiwaniem.
— Tak, słyszeliśmy o tym, ale myślałem, że to są nic nieznaczące nazistowskie mrzonki. Niech pan tylko pomyśli… Okultyści… Nie, trudno ich

było  podejrzewać,  że  robią  to  na  poważnie.  Hitler  rozczarował  się  do  astrologii,  mówią,  że  kazał  zabić  tego  magika,  który  przepowiedział  mu
dojście do władzy, Erika Hanussena. Bardzo to wszystko skomplikowane.

— A teraz co pan myśli?
— Teraz myślę, że mogłem się mylić. Te sprawy, i nasza z kretem, i pańska zagadka jasnowidza, mogą być ze sobą powiązane. A łączy je

osoba majora Lothara Glassa, który od dłuższego czasu zwracał uwagę naszego wywiadu. Zwłaszcza ostatnia wsypa nie daje mi spokoju!

— Mówił pan, że musimy dostać się do mieszkania Glassa — przypomniał Załuski, a Kwas kiwnął głową.
— Wstrzymałem tę akcję po niespodziewanej wpadce „fabryki cukierków”, ale teraz dokończenie jej jest wręcz koniecznie. Oczywiście możemy

go sprzątnąć na ulicy, to wymaga pewnego sprytu, lecz jest możliwe. Tylko że wtedy nie dotrzemy do żadnej z jego tajemnic.

— Pomogę — powiedział Artur, a Kwas umilkł i zaciągnął się papierosem.
— To dla pana mocno niebezpieczne. I dla mnie także. Właściwie powinien pan już teraz zniknąć, a nie podejmować z nim grę. Nasza komórka

może wyrobić panu fałszywe papiery, z którymi wyślemy pana do Warszawy.

—  Nie  sądzę,  żeby  Glass  chciał  mnie  aresztować  —  powiedział Artur  powoli.  —  Jeżeli  słusznie  się  domyślam,  będzie  chciał  się  ze  mną

zabawić  osobiście.  Już  dawno  mógł  na  mnie  nasłać  kolegów  z  Gestapo,  a  jednak  nie  zrobił  tego.  Wiem,  że  mnie  obserwuje.  Zapewne  jest
ciekaw,  co  mu  powiem  na  temat  Agnes  Petzoldt.  Z  drugiej  strony,  obawia  się,  że  mogę  wiedzieć  od  niej  coś  takiego,  co  złamałoby  jego
obiecującą karierę, więc nie wyda mnie w ręce siepaczy w czarnych uniformach.

— Nie, ale może pana po prostu zabić.
— Tak, to akurat bardzo prawdopodobne.
Załuski uśmiechnął się, czując znajomy dreszcz. To było starcie Dawida z Goliatem, ale zamierzał przyjąć wyzwanie.
— Zatelefonuję do niego do biura — wyjaśnił Kwasowi — i spróbuję go przestraszyć. Co pan na to?
Kwas uśmiechnął się w dziwny, niepokojący sposób.
— Myślę, że to może być bardzo niebezpieczne. Ale jestem z panem. Już nie mamy czasu do stracenia, musimy zaryzykować.
— Ma pan broń? — zapytał jeszcze, a Artur zaprzeczył ruchem głowy.

background image

— Niech pan weźmie. Dobrze służy… — Kwas wyciągnął niewielkie parabellum, przeładował je i zważył w dłoni.
Uścisnęli sobie ręce i konspirator wyszedł, umawiając się z Arturem na wieczór.
Detektyw  bez  słowa  schował  pistolet  za  pasek.  Dziwne.  Jeszcze  niedawno  dowodził,  że  nie  interesuje  się  polityką  i  nie  zamierza  do  niej

mieszać. A potem złożył przysięgę i stał się żołnierzem podziemnej armii. W dodatku zaangażował się w niebezpieczną grę z wrogim wywiadem.

Załuski miał świadomość, że Glass nie jest w stanie go obserwować osobiście, ale mógł zlecić to zadanie konfidentom. Detektyw doskonale

zdawał sobie sprawę, jak wygląda niemiecka robota agenturalna — kapusie przechadzają się po ulicach, wypatrując osób poszukiwanych. Taka
taktyka daje doskonałe efekty przy bardzo rozbudowanej siatce, a powtarzane w mieście plotki mówiły o setkach informatorów Pomorskiej.

Czy jednak i jego nazwisko zostało dodane do listy poszukiwanych? Być może, dlatego należało zachować szczególną ostrożność.
Po długim namyśle zdecydował się zatelefonować do Glassa z apteki przy ulicy Grodzkiej. Telefon mieścił się tam przy stoliku z boku lady,

w  dosyć  odosobnionym  miejscu.  Dodatkowo  przez  wielką  witrynę  okienną  mógł  obserwować  ludzi  na  ulicy  i  zareagować,  gdyby  coś  go
zaniepokoiło.  Znał  właścicielkę  apteki  i  wiedział,  że  w  razie  niebezpieczeństwa  wypuści  go  tylnymi  drzwiami  na  podwórko.  Apteka  była
uczęszczana, więc w przypadku zagrożenia liczył na mały zamęt wśród klientów.

Usiadł przy niewielkim stoliczku i wykręcił numer centralki należącej do budynku rządowego przy Alejach. Glass sam mu podał numer biura, czyli

115, a Artur wiedział, że zazwyczaj oznaczenia pokojów są równocześnie wewnętrznymi numerami telefonów. Tak było i tym razem. Gdy usłyszał
w słuchawce arogancki głos majora, nie wahał się ani chwili.

— Tu Artur Załuski — powiedział cicho, by nie wzbudzać zainteresowania w aptece, a jednocześnie dosyć dobitnie, żeby Glass wiedział, że się

go nie boi.

Major był zaskoczony, ale szybko się opanował.
—  Mam  wrażenie,  że  mnie  szukasz  —  powiedział  detektyw,  od  razu  przechodząc  do  natarcia.  —  Podobno  interesujesz  się  bardzo  moimi

poczynaniami, ciekawi mnie dlaczego?

Glass roześmiał się.
— Och, nie traktuj tego osobiście. I nie denerwuj się. Mnie interesuje każdy i nikt zarazem.
—  Nie  podejrzewałem,  że  jesteś  takim  stylistą,  Lothar  —  sarkastycznie  odrzekł  detektyw.  —  Na  studiach  nie  posługiwałeś  się  tak

wyrafinowanym językiem.

—  Wtedy  byłem  innym  człowiekiem.  Pod  każdym  względem,  jak  się  zapewne  domyślasz. Ale,  masz  rację  —  chciałbym  się  z  tobą  spotkać

i pomówić. Nie widuję cię ostatnio w kasynie, nie skorzystałeś z mojego zaproszenia do gmachu ministerstwa.

—  Nie  jestem  desperatem,  Glass.  Podejrzewam,  że  gdybym  wszedł  do  tej  waszej  rządowej  trumny,  już  bym  jej  nie  opuścił.  Sarkofag

mieszczący rząd GG pogrzebałby mnie na zawsze.

— Ty, jak widzę, też podszkoliłeś styl — odgryzł się major. — Na studiach, pamiętam, zaczytywałeś się Rilkem: „Samotność jest jak deszcz”,

czy jakoś tak… To cię łączy z panną Petzoldt, ale zapewne wiesz już o tym.

— Ta rozmowa zmierza donikąd, Lothar — zaperzył się Załuski, który zrobił się dziwnie drażliwy na wspomnienie baronówny.
— Masz rację, zostawmy to. Kiedy się spotkamy?
— Chcesz mnie oddać w ręce koleżków z Gestapo? Nic z tego, nie dam się złapać w tak durny sposób. Nie myśl, że ci pomoże ten wasz Vril

czy inny Graal, którego poszukujecie. Moje zeznania na Gestapo mogą ukrócić twoją obiecującą karierę, dobrze o tym wiesz. Podobno führer
stracił serce do astrologii, a ty przecież nie chcesz wylądować w jakimś brzydkim, niegościnnym miejscu za drutami.

Glass po drugiej stronie telefonu przełknął ślinę.
—  Artur.  Myślę,  że  masz  coś,  na  czym  mi  bardzo  zależy,  i  jestem  ci  w  stanie  w  zamian  zaoferować  nietykalność.  Ręczę  za  to  słowem

niemieckiego oficera. Przyjdź jutro do mojego domu przy Karłowicza. Będę tam na ciebie czekał i zakończymy naszą grę.

„Zakończymy naszą grę.” Załuski jeszcze dosyć długo trzymał w ręce słuchawkę, wsłuchując się w głuchą ciszę po drugiej stronie, i nieuważnym

wzrokiem patrzył na przepływający Grodzką tłum.

Słowa majora zaskoczyły Artura. W pewnej chwili ogarnęło go absurdalne wrażenie, że Glass posiada zdolność czytania w myślach. Tak, miał

pewien przedmiot, który otrzymał przy pożegnaniu od Agnes, ale czy major mógł o tym wiedzieć? Było to kompletnie nieprawdopodobne, jeśli nie
posiadał zdolności jasnowidza Orwata.

Musi chodzić o coś innego, stwierdził Załuski w nagłym przebłysku, który zdarzał mu się często podczas wytężonej detektywistycznej pracy nad

sprawą. Zależy mu na informacji, którą posiadam. Tylko jakiej?

Detektyw poprosił właścicielkę apteki, by na wszelki wypadek pozwoliła mu wyjść tylnymi drzwiami, i ulotnił się szybko z budynku.
Wracając niespiesznym krokiem do konspiracyjnego lokalu Kwasa, nagle zmienił zdanie i ruszył w kierunku swego mieszkania. Zobaczymy,

pomyślał, jak wyglądają gwarancje pana majora.

Zatoczył koło i wszedł na swoją ulicę od strony pobliskiego placu. Tutaj ukrył się w bramie jednego z domów i dokładnie obserwował wejście do

kamienicy. Nie działo się nic podejrzanego, więc szybkim krokiem przemierzył jezdnię i udał się wprost do kościoła ojców zmartwychwstańców.
Tam  już  dawno  wyszukał  wygodne  przejście  z  krużganka  do  ogrodu,  a  stamtąd  w  kierunku  muru  otaczającego  podwórko  jego  domu.
Wypróbowana  już  wielokrotnie  taktyka  „sklepów  rejonowych”  i  tym  razem  go  nie  zawiodła.  Był  przewidujący  i  zawczasu  robił  rekonesans
w najbliższej okolicy, wytyczając sobie szlaki ucieczki przed ewentualnym pościgiem.

Zawsze  uważał,  że  krótkowzroczność  zgubiła  już  niejednego.  On  zawsze  myślał  z  wyprzedzeniem.  Przeskoczył  przez  mur  i  znalazł  się  na

niewielkim podwórzu, na które wychodziło jedno z okien jego mieszkania. Było ciemne, ale wywiadowcy Glassa nie zdradziliby swej obecności
światłem.  Wspiął  się  po  schodach  sąsiedniej  oficyny  na  strych,  otworzył  klapę  i  ostrożnie  stąpając  po  wilgotnym  od  deszczu  pokryciu  dachu,
przeszedł kilka metrów, aż znalazł się nad swoim mieszkaniem i delikatnie zsunął się po piorunochronie wprost na balkon. W kieszeni marynarki
miał parabellum, które otrzymał od Kwasa, odbezpieczył broń i schował ją za paskiem spodni. Lekko nacisnął drzwi balkonowe, które uchyliły się
z ledwo słyszalnym szelestem. Odsunął firankę i wszedł do środka.

W mieszkaniu nikogo nie było.
Załuski odetchnął, ale nie zdecydował się na zapalenie światła. Nie zamierzał iść na 

rendez-vous

 z Glassem nieprzygotowany. Wyjął z szuflady

biurka niewielką latarkę i w jej świetle szybko odnalazł to, czego szukał.

Miał świadomość, że nie wróci już do tego mieszkania, i żegnał je bez żalu. Szybko zdjął marynarkę i zamienił ją na sportową kurtkę, a na plecy

zarzucił parciany plecak, który nadał mu wygląd turysty. Nie miał pojęcia, jak potoczy się rozmowa z majorem i jak daleko będzie musiał później
uciekać.

Opuścił mieszkanie tą samą drogą. Poszedł do lokalu przy klasztorze, by zawiadomić Kwasa o rozpoczynającej się właśnie akcji. Wiedział, że

oficerowi nie będzie w smak to, co usłyszy. Zadaniem Artura było wyciągnąć Glassa z domu pod pretekstem spotkania, a nie wchodzić w paszczę
lwa.

—  Niech  pan  mnie  posłucha  —  mówił,  obserwując,  jak  szef  wywiadu  skręca  swego  niezbyt  aromatycznego  papierosa.  —  To  nasza  jedyna

szansa.

background image

— To pułapka. I pan to wie. Nie będę narażał moich ludzi na takie ryzyko. Dom obstawi Gestapo i wyłapią nas wszystkich. Nie wykonał pan

rozkazu, Jasnowidzu. Nie wydam zgody na tę akcję.

— I popełni pan wielki błąd — powiedział spokojnie Artur. — Karłowicza to moja okolica, znam ją jak własną kieszeń. Kamienica Glassa to

jedyny niski dom na tej ulicy, ma tylko jedno piętro.

— To dzielnica niemiecka — przypomniał Kwas.
— Tak, ale mieszkają w niej nie tylko gestapowcy, niedaleko, na Józefitów, Sipo ma swoje warsztaty krawieckie, rymarskie i szewskie. Jak pan

myśli, kto w nich pracuje? Oprócz tego jest stołówka, kino i kasyno dla oficerów. Poza tym w tej dzielnicy ciągle są Polacy.

— Prawie wyłącznie konfidenci — mruknął Kwas.
—  Aby  przeszukać  dom  i  tak  musielibyście  jakoś  wejść  do  środka.  Bez  gwarancji,  że  w  mieszkaniu  nie  czeka  obława.  Teraz  po  prostu

wejdziecie tam ze mną, a właściwie za mną.

Kwas milczał. Wtedy Załuski przedstawił mu swój plan.
Następnego  dnia,  po  południu, Artur  zadzwonił  do  drzwi  piętrowego  domu  niedaleko  Parku  Krakowskiego.  Przed  wojną  mieszkał  tu  znany

krakowski internista doktor Guttenblat, zresztą spora część okolicznych kamienic stojących przy Szymanowskiego i Chopina należała wówczas do
Żydów.  Po  wysiedleniu  właścicieli  piękne  budynki  z  lat  trzydziestych,  z  ogromnymi  mieszkaniami  i  elektrycznymi  windami  w  przypominających
klatki metalowych szybach, przejęli Niemcy.

Kamienica  Guttenblata  była  niewielkim,  ale  eleganckim  budynkiem  w  stylu  modernistycznym.  Miała  dwa  wejścia  —  główne  dla  pacjentów

doktora i domowników, z piękną secesyjną bramą, i boczne dla służby. Załuski wiedział, że na tyłach domu znajduje się ładnie utrzymany ogród,
z którego metalową furtką można przedostać się na podwórko przy ulicy Chopina.

Detektyw znał tę okolicę. Doskonale orientował się w rozmieszczeniach budynków, a nawet w rozkładzie pokoi domu zajmowanego obecnie

przez Glassa. Matka Załuskiego była przez wiele lat pacjentką doktora i Artur bywał w tym domu nader często. Z młodych lat pamiętał fascynację
najstarszą  córką  Guttenblata,  Gretą,  wysoką  panną  o  czarnych  jak  węgiel  oczach  i  ciemnym  warkoczu,  starannie  ułożonym  wokół  głowy
w misterną koronę. Greta, studentka farmacji, była od niego starsza chyba z dziesięć lat i na szczęście po ukończeniu nauki za granicą nigdy już
nie  wróciła  do  kraju.  Artur  miał  nadzieję,  że  poszczęściło  jej  się  tam,  dokąd  dotarła.  O  szczęściu  nie  mógł  mówić  natomiast  sam  doktor,
rozstrzelany  na  początku  października  1939  roku,  ani  jego  żona  z  młodszym  dzieckiem,  którzy  zaginęli  bez  wieści  tamtej  pierwszej,  okrutnie
mroźnej wojennej zimy.

Załuski  pamiętał,  że  parter  kamienicy  zajmowało  jedno  mieszkanie,  zbudowane  w  typowo  krakowskim  stylu  i  będące  istnym  labiryntem

przechodnich pokoi. Z obszernego holu, który stanowił jednocześnie poczekalnię dla pacjentów, wchodziło się na wprost przez szklane drzwi do
gabinetu doktora. Z prawej strony znajdował się niewielki korytarzyk biegnący do kuchni z przyległościami, z lewej zaś, tuż obok dostępnej dla
interesantów toalety, drugi korytarzyk prowadzący do plątaniny pomieszczeń prywatnych.

Artur był tam kiedyś, odwiedzając piękną Gretę. Pamiętał jak przez mgłę, że pierwszym pokojem był salonik z biblioteką, potem szło się do

dużej jadalni z tarasem wychodzącym na ogród. Doktorowa Guttenblat niezwykle dbała o swoje kwiaty, sprowadzając je z najróżniejszych stron
świata.  Załuski  przypomniał  sobie,  że  najbardziej  była  dumna  z  kolekcji  róż  damasceńskich,  które  ona  nazywała  różami  krzyżowców.
Rzeczywiście,  pachniały  odurzająco  i  często  pod  koniec  lata  ich  woń  przenikała  całą  ulicę.  Stąd  właśnie  kamienica  doktora,  a  teraz  majora
Glassa, była nazywana „Domem pod Różami”.

Detektyw zadzwonił i po krótkiej chwili otworzył mu służący. Artur zmierzył go wzrokiem. Był to starszawy mężczyzna, lekko utykający na prawą

nogę, co świadczyło być może o jakiejś kontuzji odniesionej podczas poprzedniej wojny. Witając Artura, odezwał się po niemiecku, bez śladu
obcego  akcentu.  Załuski  co  prawda  bardziej  spodziewał  się  adiutanta  niż  majordomusa,  ale  i  ten  nieco  kaleki  były  żołnierz  mógł  stanowić
zagrożenie.

Lokaj  wprowadził  go  do  środka  i  Załuski  zauważył,  że  Glass  prawie  całkowicie  przerobił  mieszkanie  Guttenblatów.  Zlikwidował  zbędne

korytarze i powiększył pomieszczenia. Pokój, który niegdyś był biblioteką, połączono z jadalnią, tworząc obszerny salon z widokiem na ogród.
Mimo  iż  lokum  stało  się  teraz  wygodne  i  nowoczesne, Artur  miał  wrażenie,  że  wstępuje  do  siedziby  jakiegoś  niebezpiecznego  potwora.  Tak,
widać było, że Glass się tu zadomowił i jego słowa o tymczasowości pobytu w Krakowie, mieście tak prowincjonalnym dla berlińczyka, nie były
prawdziwe.

Major  wyszedł  mu  na  spotkanie.  Ubrany  był  w  elegancki  szary  garnitur  z  doskonałej  angielskiej  wełny.  Załuski  odzwyczaił  się  już  do  widoku

dawnego  kolegi  bez  munduru.  Wiedział  doskonale,  że  SD  nie  pozwala  swoim  oficerom  pokazywać  się  w  strojach  cywilnych,  chyba  że  za
specjalną zgodą przełożonych, toteż nonszalancja majora trochę go zdziwiła. Najwyraźniej niczego nie musiał się obawiać.

— Witaj — powiedział Lothar Glass, wyciągając rękę. Artur uścisnął ją bez sympatii.
— Jak widzisz, dotrzymałem słowa, jesteśmy sami. — Zatoczył dłonią, w której trzymał cygaro, szeroki krąg.
Załuski wzruszył ramionami i skrzywił się.
— Dałeś oficerskie słowo honoru. Miałbym o tobie bardzo złe zdanie, gdybyś je złamał.
Glass roześmiał się serdecznie.
— Oficerskie słowo honoru obowiązuje tylko wśród oficerów, Arturze. Czyżbyś był oficerem?
— Na pewno nie niemieckiej armii — powiedział Załuski ostrzegawczo, a Glass postanowił zakończyć tę słowną utarczkę. Ze sposobu, w jaki

hamował swój gwałtowny temperament, Artur wnioskował, że majorowi bardzo zależy na tej rozmowie, i postanowił to wykorzystać.

— 

À propos

 armii — dodał Glass, nalewając koniak do dwóch ręcznie rżniętych kryształowych kieliszków — bądź tak dobry i oddaj parabellum,

które  nosisz  za  paskiem,  mojemu  lokajowi.  Günter!  —  zawołał  w  kierunku  holu,  skąd  błyskawicznie  nadszedł  starszawy  służący  z  wyciągniętą
wymownie ręką.

Artur  sięgnął  za  pasek  i  wydobył  broń.  Chwilę  ważył  ją  w  dłoni,  po  czym  oddał  słudze.  Ten  przyjął  pistolet  z  kwaśną  miną  i  wycofał  się  do

przedpokoju.

— Wybierasz się na wycieczkę? — zapytał Glass, komentując strój Załuskiego. Detektyw zaprzeczył, dodając, że sportowe kurtki i parciane

plecaki są stałym elementem codziennego stroju mieszkańców okupowanych krajów.

— Zaniedbałeś się, Załuski — pokiwał głową Lothar. — Zawsze byłeś taki szykowny! Kobiety przepadały za tobą, pamiętam z Wiednia. Nawet

ta mała Louise Dubois, czy jak ona się tam nazywała. Tak bardzo mi się podobała, niestety dla niej, wybrała ciebie.

Załuski przyjrzał mu się uważnie. Pamiętał doskonale Louise Duitre, bo tak w rzeczywistości się nazywała. Była to słodka, młoda dziewczyna,

która w Wiedniu liczyła na karierę szansonistki w jednym z kabaretów. Szczebiotliwą francuszczyzną gryzetki tłumaczyła Arturowi podczas jakieś
suto zakrapianej kolacji, że Niemcy — a Austriacy to już w szczególności — przepadają za Francuzkami i jej kariera na pewno się tu rozwinie.
Tak, Lothar Glass nie spuszczał z niej oczu, nawet gdy był tak pijany, że z trudem utrzymywał się prosto na krześle. Była ogromnie w jego typie —
szczupła  blondynka  o  niezwykle  długich  rękach  i  nogach.  Glass  lubił  takie  kobiety,  uważał,  że  wydłużone  kończyny,  zwłaszcza  palce  u  rąk,
świadczą o klasie. Załuski nie miał pojęcia, czy Louise Duitre zrobiła w Wiedniu karierę, bo szybko stracił ją z oczu.

Major przerwał mu te wspomnienia, delikatnie trącając jego kieliszek swoim.
— Zdrowie, Załuski, za nasze kolejne spotkanie. Wcale nie pijesz, myślałem, że lubisz koniak, to francuski, twój ulubiony gatunek.
Detektyw posłusznie upił łyk bursztynowego trunku. Glass spłoszył jakąś myśl, która pojawiła się w głowie Artura. Nie mógł jej teraz odzyskać.
— Powiedz mi, Lothar — powiedział powoli — w jakim celu mnie tu zaprosiłeś. Bo że nie jest on towarzyski, od razu widać. Nigdy nie umiałeś

się bawić.

Glass skrzywił się na ten przytyk.

background image

— Powiedz lepiej, że nie umiałem się bawić jak ty. Ja bawiłem się doskonale.
Załuski nie skomentował tych słów. Glass za uniwersyteckich czasów był dobrym kompanem, bo hojnym, ale na tym kończył się jego wkład

w zabawę. Upijał się szybko i hałaśliwie.

Major chwilę mierzył go wzrokiem, po czym wstał z fotela i gestem zaprosił gościa do sąsiedniego pomieszczenia, które było najwyraźniej jego

gabinetem.

Załuski zatrzymał się w progu, zdumiony widokiem, jaki ukazał się jego oczom. Kolekcja litografii związanych ze Słońcem, którą zebrała Agnes

Petzoldt, była niczym przy zbiorach Lothara Glassa.

Ogromne dębowe biurko wieńczyła rzeźba z podobizną boga Słońca z głową otoczoną promienistą aureolą. Na ścianie zwracał uwagę obraz

przedstawiający triumfujące Słońce i kilka innych malowideł nawiązujących do tematyki heliolatrii. Odrębny rodzaj stanowiły podobizny swastyk,
Czarnego  Słońca,  o  którym  mówiła  mu Agnes.  Oprócz  tego  Glass  zgromadził  sporą  biblioteczkę  różnych  okultystycznych  pism,  wśród  których
Artur zauważył 

Czeladź Lucyfera

 autorstwa Otto Rahna.

— To moje królestwo — pompatycznie powiedział major, a Załuski zrozumiał, że to, co do niego czuje, to już nie niechęć, a po prostu nienawiść.

Uczucie to zaczęło zalewać go jak morska fala.

— Sol Invictus — powiedział, opanowując się, a na twarz Glass wypłynął akceptujący uśmiech.
— Tak. Nie pomyliłem się co do ciebie. Wiem, że możesz mi dać to, czego chcę.
Artur powstrzymał go ruchem dłoni.
— Nie tak szybko, Lothar. Wiem, że wasze bractwo odrodziło się w Niemczech i działa tu, w Krakowie, a w Przegorzałach von Wächter buduje

sanktuarium…

— Wächter to osioł — obruszył się Glass. — Sam niczego nie buduje. On się boi oficerów SD, uważa nas za szpiegów Berlina, dlatego się tak

do nas przymila i schlebia na każdym kroku. W ogóle nie powinien być dopuszczony do sekretów Czarnego Słońca. To tępy, pozbawiony polotu
Austriak, nie nadaje się na członka naszej organizacji. My wywodzimy się od starożytnych wodzów rzymskich. Jesteśmy prawdziwą elitą.

Załuski patrzył na niego w zdumieniu. Miał dojmujące wrażenie, że jego dawny kolega, a teraz oficer potężnego i sekretnego wywiadu Rzeszy,

zwariował.  Wyprowadzanie  swego  rodowodu  od  rzymskich  patrycjuszy  było  częste  u  nazistów,  ale  zawsze  ocierało  się  o  absurd.  Glass
najwyraźniej święcie wierzył, że pochodzi od Juliusza Cezara, co daje mu legitymację do zbrodniczych działań.

Jakby w odpowiedzi na tę myśl Załuskiego Glass podsunął mu inną litografię, wyszperaną z biurka. Przedstawiała jakiegoś antycznego wodza

pozdrawianego przez tłum.

— To Tytus Andronikus — powiedział major. — Historycy w Rzeszy zbadali to bardzo starannie i mój ród wywodzi się właśnie od tego bohatera.
— Tytus Andronikus nigdy nie istniał — powiedział Załuski, mierząc Niemca zaczepnym spojrzeniem. — To postać wymyślona przez Szekspira

albo tego, kto napisał ów ociekający krwią dramat.

—  Mylisz  się  i  to  bardzo!  —  Glass  rzucił  się  do  biurka  i  zaczął  przewracać  dokumenty.  —  Mam  tu  wyniki  badań  najlepszych  niemieckich

naukowców.

— Naukowców z Czarnego Bractwa? — zapytał Załuski, udając obojętność.
Major przerwał poszukiwania, wyprostował się i spojrzał na niego z wyczekiwaniem.
— A więc i o tym wiesz.
Załuski skinął głową.
— Tak, wiem i o tym. Domyśliłem się też, czego szukasz, co jest ci tak potrzebne do twojej misji. Szalonej misji, dodam…
— Wiesz, czego szukam? — Twarz majora wyrażała pewne zaskoczenie. — I mówisz mi to w tak otwarty sposób? Podziwiam twoją odwagę!
Artur chwilę mierzył go nienawistnym spojrzeniem. Wiedział, że trzyma w ręku kartę przetargową, od której być może zależy wszystko. A na

pewno życie Janiny Lelówny.

Glass wpatrywał się w niego z wyczekiwaniem. Artur kalkulował swoje szanse. Czy uda mu się stąd uciec, zanim Lothar wezwie pomoc? Czy

całe rozumowanie oparte na tym, co powiedziała mu Agnes Petzoldt, jest słuszne? Nie miał co do tego pewności, ale musiał ryzykować.

— Popatrz tutaj… — Glass roześmiał się dziwnym nerwowym śmiechem. — Chcę żebyś zrozumiał potęgę Czarnego Bractwa!
— Nie pij tyle, Lothar — z wyraźną niechęcią mruknął Artur, ale posłusznie spojrzał na słabo oświetloną ścianę za biurkiem. Glass zaświecił

lampę, a Załuski aż przygryzł wargi, gdy zobaczył, co wyłoniło się z mroku.

Były to niezwykle realistyczne rysunki przedstawiające torturowane kobiety. Każda miała na głowie promienistą aureolę i każdą uśmiercano

z wyjątkowym okrucieństwem. Były to naprawę barbarzyńskie akty: wypalanie twarzy jakąś płynną substancją, być może metalem lub wrzątkiem,
obdzieranie ze skóry i przypiekanie zdartych strzępków ciała, wyrywanie języków…

Nieszczęsne kobiety otaczała grupa mężczyzn w płaszczach ze znakami Czarnego Słońca. Tajny zakon, Czarne Bractwo. Obłęd, który dotknął

Lothara Glassa i jemu podobnych ludzi, w poczuciu bezkarności i nieograniczonej władzy nie liczących się z niczym.

Glass zbliżył się do Artura i zaczął mu szeptać do ucha rozgorączkowanym głosem:
— Jestem rzymskim wodzem, przewodzę legionom. Daję im siłę do walki, zmieniam świat. Moja potęga jest niezmierzona, mogę wszystko!
— Bredzisz — powiedział stanowczo Załuski, odsuwając się od niego. Pogardzał Lotharem, uważał go za szaleńca, który w tych obłąkanych

czasach mógł urzeczywistnić swoje wariactwa.

—  Ofiary  z  ludzi  —  śmiał  się  tymczasem  major,  nalewając  kolejny  kieliszek  koniaku  —  to  przekroczenie  ludzkich  zasad,  naruszenie  tabu.

Musieliśmy to robić, skoro miała w nas wstąpić siła, potęga Vril.

— Zabijaliście te kobiety — powiedział cicho Artur. — Ty i twoi kompani wybieraliście je w knajpie, do której chodziliście się zabawić. Polki,

rozumiem, to dla was niższa, bezwartościowa rasa, ale Niemka? Dlaczego zabiliście Kingę Bonner?

Glass lekceważąco machnął ręką.
— Niemka? O czym ty mówisz? Bonner to nędzny mieszaniec, jej matka była Polką. Omotała tego idiotę Roehmera, który chciał z niej zrobić

gwiazdę filmową. Śmieszne! Zapewne tego nie wiesz, ale jednym z elementów kształcenia chłopców w ramach Hitlerjugend jest ofiarowanie im
psa. Wychowują tego zwierzaka, tresują, a gdy się już do niego przywiążą, instruktor każe im go zabić. Kto tego nie jest w stanie uczynić, nie
nadaje się na funkcjonariusza, oddanego partii i führerowi.

— Rozumiem, że kazaliście mu poświęcić kochankę? — zapytał z obrzydzeniem Artur, a major potwierdził:
— Tak! I nawet zbytnio się nie wzbraniał, gdy uświadomił sobie, że kala naszą germańską rasę. Oddał ją w nasze ręce bez dyskusji. On sam

lubi zabawić się z kobietami po męsku, potrafi je bić i poniżać. Ale zabijanie przychodzi mu z trudnością, w każdym razie tak było w przypadku
Bonner. Nie chciał w tym uczestniczyć, jest zbyt miękki.

— A ty? — przerwał mu Artur. — Tobie zabijanie przychodzi bardzo łatwo! Robiłeś to już wcześniej, prawda?
Glass przyglądał mu się zaczepnie, po czym roześmiał się pełnym głosem.
— Wiele razy. Dlatego powiedziałem ci, że w Wiedniu nie bawiłem się na twój sposób, tylko na swój własny. Pamiętasz tę Dubois?
— Duitre — sprostował Artur.
— Bez znaczenia. Podobała mi się, ale nie odwzajemniała tego uczucia. Powiedziała kiedyś, że zniechęca ją moja gwałtowność, wolała ciebie.

Ty  zawsze  byłeś  taki  układny  i  grzeczny,  baby  lubią  takich  szmondaków,  nie  rozumiem  zupełnie  dlaczego.  Fascynowały  mnie  jej  ręce,  miała
bardzo piękne paznokcie, o migdałowym kształcie. Cudowne! Już nigdy potem nie widziałem takich rąk, może u tej dziwki Rity z Cyganerii. Ale
wracając  do  słodkiej  Louise.  Dała  mi  kosza,  ale  ja  nie  zamierzałem  zrezygnować,  musiałem  ją  mieć.  I  miałem,  w  dokładnie  taki  sposób,  jak
chciałem, według mojego scenariusza i przepisu. — Tu zaśmiał się dziwnym, przenikliwym głosem.

background image

— Co się z nią stało? — zapytał cicho Artur, wspominając zniknięcie Louise, którym wówczas, w tych szczęśliwych i beztroskich czasach, nie

zaprzątał sobie głowy.

— Udusiłem ją, to było nawet na swój sposób zabawne.
— Zabawne? — spytał Artur, patrząc na dawnego kolegę z głębokim niesmakiem.
— Wiem, co myślisz, że to nie 

comme il faut

. Ale zrozum, wtedy dopiero zaczynałem… Sprawiło mi przyjemność patrzenie na nią, gdy gasła

w oczach, chyba nawet większą niż seks z nią. Potem zacząłem fantazjować, jak by to było zabić kobietę podczas erotycznego aktu. Powinieneś
kiedyś spróbować, spodobałoby ci się… — Zaśmiał się znów przeszywająco i diabolicznie.

— Wątpię — powiedział Artur ze wstrętem.
— No tak, pamiętam, że ty preferowałeś opium. Zapewne tańsze i nie zostawia tak wielu śladów. W każdym razie po kilku moich wyczynach

musiałem wrócić z powrotem do Berlina, bo przestraszyłem się, że ktoś może skojarzyć mnie i moje niewinne zabawy.

— Niewinne?
— Ależ oczywiście. Zabierałem się tylko za ludzkie śmieci, prostytutki, tancerki, zresztą te ladacznice zawsze mnie fascynowały.
— Starska też była ladacznicą?
— Starska nie była wyborem, a koniecznością. Może rzeczywiście trochę za bardzo mnie poniosło, ale organizacja potrzebowała szybko ofiary.
Artur patrzył na niego w napięciu, ale Glass nic już więcej nie powiedział. Załuski zrozumiał, że jego podejrzenia były słuszne. Miał w rękach coś,

czego tak usilnie szukał major. I jeżeli Lelówna żyje, będzie można ją uratować. I być może samemu wyjść z tej opresji bez szwanku.

— Lothar, powiedz mi, co się stało z tą ostatnią dziewczyną, Lelówną, kelnerką z tancbudy?
— Och, Lelówna — powiedział beztrosko Glass, wychylając kieliszek do końca. — Dobrze, że przypomniałeś o tej bezbarwnej postaci. Mamy

dla niej coś specjalnego! Nie miałaby dla nas praktycznie żadnej wartości, gdyby nie wyznała, że jest w ciąży! Pamiętasz, mój drogi, w 

Tytusie

Andronikusie

  jest  taka  figura,  mężczyzna  powieszony  wraz  z  noworodkiem.  To  mój  przodek,  wielki  wódz  Tytus Andronikus,  zadaje  mu  w  ten

sposób śmierć. Chciałbym to powtórzyć, ale nie mamy już tyle czasu, by czekać, aż ta szmata urodzi. Zabawimy się z nią w inny sposób!

Załuski nie mógł tego słuchać, dostawał mdłości na myśl o tych zwyrodnialcach i ich wynaturzonych praktykach. Musiał się jednak opanować,

jeżeli  chciał  pomóc  tej  nieszczęśnicy. A  niczego  teraz  bardziej  nie  pragnął,  jak  wyrwać  temu  obłąkanemu  mordercy  z  rąk  choć  jedną  ofiarę.
Postanowił przeszkodzić mu za wszelką cenę, nawet gdyby sam miał zginąć.

— 

Tytus Andronikus

  —  powiedział,  starając  się  nie  okazać  wzburzenia.  —  Dobrze,  że  ponownie  wspomniałeś  o  tej  księdze.  Wiem,  że  jej

szukasz i nie mogłeś dotąd znaleźć. Ma dla ciebie wielkie znaczenie, bo mówi o twoim przodku, a przynajmniej o postaci, którą sobie na przodka
wybrałeś. Już dosyć długo ścigasz bezcenny tom Folio Szekspira, kupiony przez profesora Starskiego na początku wojny. Mimo iż udało ci się
wydobyć od rodziny egzemplarz, nie było w nim tego, czego szukałeś. Ktoś, kto cię dobrze zna, wyrwał z książki tragedię 

Tytus Andronikus

 i ukrył

ją. Na nic się zdało porwanie Róży Starskiej i szantażowanie jej rodziny. Nie pomogły też poszukiwania przez jasnowidza Juliana Orwata.

Zawiesił  głos,  a  Glass  wpatrywał  się  w  niego  hipnotycznym  wzrokiem.  W  pokoju  zaległa  cisza,  słychać  było  tylko  głośne  tykanie  ściennego

zegara.

— Skąd to wszystko wiesz? — zapytał major cichym głosem. Tym razem to Artur w lekceważący sposób machnął ręką.
— Czy to ważne? Powinieneś mi zadać zupełnie inne pytanie, Lothar, jeżeli oczywiście nie jesteś głupi!
— Jakie?
— Czy wiem, gdzie jest księga. A jeśli wiem, to czego chcę w zamian. Proszę, zrób mi przyjemność i zapytaj o to! Przecież nie masz innego

wyjścia.

Glass przełknął ślinę i spojrzał na niego z niechęcią. Zastanawia się, czy lepiej będzie mnie zabić, pomyślał Artur, czując nagły przypływ emocji.

Waha  się,  bo  nie  wie,  czy  mu  się  to  opłaci.  Czy  lepiej  kontynuować  tę  grę,  czy  przerwać  ją  już  w  tym  miejscu?  To  walka  pomiędzy  jego
zachłannością a chęcią pozbycia się mnie na zawsze. Ciekawe, co zwycięży?

Jakby w odpowiedzi major się odezwał:
— Czego więc oczekujesz za tę informację? Pieniędzy? Nietykalności?
— Uwolnij tę dziewczynę, nie jest ci do niczego potrzebna.
Glass roześmiał się.
— A  tobie  do  czego  jest  potrzebna?  Nie  rozśmieszaj  mnie, Artur!  Chcesz  przehandlować  Folio  za  jej  nędzne  życie?  Wiedziałem,  że  jesteś

głupim idealistą, ale nie spodziewałem się, że aż takim.

— Folio niewiele dla mnie znaczy, w każdym razie nie tyle, co dla ciebie. Nie jestem z nim emocjonalnie związany. Możesz spełnić mój warunek,

a wtedy ja dam ci wskazówkę. Możesz mnie też zabić i wtedy nie dowiesz się niczego.

Major chwilę rozważał jego słowa, po czym się zdecydował.
— Dobrze, powiem ci, gdzie ona jest, ale muszę mieć gwarancję, że znasz miejsce ukrycia księgi.
Artur bez słowa sięgnął do plecaka, a Glass się zawahał. Najwyraźniej obawiał się, że Załuski w parcianym worku ma ukrytą drugą sztukę broni.

Niemiecki oficer, a zwłaszcza funkcjonariusz wywiadu, nie powinien jednak okazywać strachu. Glass sprawdził nieznacznie, czy nóż SS, który nosił
zawsze na pasku pod lewą pachą, jest na miejscu.

Detektyw delikatnie wydobył teczkę owiniętą w szary papier i wręczył majorowi.
— Proszę — powiedział. — Tutaj masz dowód. To piąty akt tragedii 

Tytus Andronikus

. Gdy uwolnisz dziewczynę, dostaniesz resztę.

— Skąd to masz? — zapytał Glass, nerwowo przerzucając drogocenne kartki.
Artur  uśmiechnął  się  w  milczeniu  i  pomyślał  o Agnes  Petzoldt,  która  nad  ranem  tej  dziwnej,  namiętnej  nocy  wstała  z  łóżka  i  wyciągnęła  te

kilkadziesiąt stron z biurka. Zapakowała je w skórzaną teczkę i popatrzyła na niego z wyczekiwaniem.

—  Glass  tego  szuka  i  nie  cofnie  się  przed  niczym,  by  to  zdobyć.  Powiedział  mi  to  Julian  Orwat,  gdy  spotkaliśmy  się  w  Pałacu  Larischa.

Wiedział, jak niebezpiecznym człowiekiem jest major. Te papiery mogą ci zapewnić bezpieczeństwo, Arturze, gdy ja już nie będę mogła tego
robić. Uważaj na siebie i nie sprzedaj tego tanio. To twoja ostatnia szansa, wiesz o tym…

Wspominając jej słowa, zwrócił się do rozgorączkowanego Glassa:
— Teraz twoja kolej. Gdzie jest dziewczyna?
— Wypuszczę ją — wymamrotał major, całkowicie skupiony na swej zdobyczy. — Daję ci słowo honoru! Muszę mieć resztę tej książki, Artur!

Obiecuję ci, że dzisiaj ta nędzna szmata będzie wolna!

Podniósł wzrok znad papierów i spojrzał na Załuskiego badawczo. W jego oczach nie było już śladu pożądliwego szaleństwa sprzed chwili,

czaiło się w nich wyłącznie wyrachowanie i pragnienie zemsty. To psychopata, uświadomił sobie detektyw.

— Załatwiłeś swoją sprawę. Teraz czas na moją — powiedział zimno major, odkładając teczkę na biurko, jakby już nic dla niego nie znaczyła.

Odwrócił się do kredensu i wyciągnął kolejną butelkę koniaku i kieliszki. Nalał i podał jeden Arturowi. Ten przyjął trunek, ale nie zamoczył w nim
nawet ust. Czekał.

— Bardzo doceniam, że odnalazłeś moją książkę. Fakt, że musiałem za nią drogo zapłacić, ale cóż, to jest wliczone w ogólny bilans. Dałem ci

też to, co chciałeś: rozwiązanie zagadki. Potwierdziłem wszystkie twoje podejrzenia i jak sądzę, o to ci przede wszystkim chodziło. Zawsze byłeś
ambitny,  co  zresztą  ogromnie  mi  kiedyś  imponowało.  Teraz  już  nie.  Zresztą  wreszcie  dotarliśmy  do  prawdziwego  powodu  mego  zaproszenia,
chciałem porozmawiać o jasnowidzu.

Załuski wzruszył ramionami.
— Porwaliście go, bo był wam potrzebny do waszych chorych eksperymentów. Po tym, co tutaj usłyszałem, nie zdziwiłbym się, gdybyście go

background image

rytualnie udusili w tej swojej twierdzy w Rzeszy, wykrzykując jakieś szatańskie inkantacje.

Major zmarszczył brwi.
— Nie igraj ze mną w ten sposób. Czarne Bractwo to wszystko, w co wierzę, obrażasz teraz moje najgłębsze uczucia i wiarę. Uważaj! Pewne

rzeczy nie uchodzą na sucho.

Załuski posłusznie zamilkł.
— Himmler to geniusz, prawdziwy wódz. To on nazwał naszą epokę „czasem jasnowidzów”, bo zrozumiał, że w parapsychologii, doznaniach

pozazmysłowych  może  drzemać  ogromna  siła.  Wewelsburg  i  inne  zamki  naszego  okultystycznego  zakonu  to  miejsca,  skąd  wypływa  ta  moc,
stamtąd ją właśnie czerpiemy.

— Himmler porywa jasnowidzów z całej Europy i przetrzymuje ich w tym zamku? Po co? Żeby składali mu meldunki o przyszłości wojny?
Glass spojrzał na niego z politowaniem.
—  Oczywiście,  to  także.  Jasnowidze  są  bardzo  skuteczni,  zwłaszcza  na  niedługi  dystans.  Ich  połączone  siły  pozwalają  na  krótkoterminowe

przepowiadanie przyszłości z ogromną dokładnością… Ale Himmler poszukuje czegoś innego, ogromnej pierwotnej siły, którą będzie w stanie
odwracać bieg rzek, wypiętrzać góry i zatapiać całe połacie ziemi.

— Vril?
— Tak to nazywamy. Jest to moc o olbrzymiej, niespotykanej skali. Kto ją ujarzmi, stanie się nie tylko panem Ziemi, ale bogiem we własnej

osobie.

— A co na te plany wasz drogi führer, Adolf Hitler? — zapytał Załuski z pewną nutą sarkazmu.
—  I  tu  dochodzimy  do  celu  naszego  spotkania  —  powiedział  wymownie  Glass,  obracając  w  rękach  kryształowy  kieliszek.  —  Szukam

jasnowidza…

— Kolejnego? Nie wystarczy ci Orwat?
Glass wzruszył ramionami.
— Orwat ma wielki talent, naprawdę ogromny. Rozpracował mnie dużo szybciej niż ty, więc, jak widać, wiara w parapsychologię ma lepsze

perspektywy niż wiara w dedukcję. Niepotrzebnie zwróciłem się do niego, szukając księgi, bo połączył mnie ze swoją wizją. Byłem naprawdę pod
wrażeniem, gdy dowiedziałem się szczegółów. Opisał mi akty, których jeszcze nawet nie zaplanowałem: kobieta z uciętymi rękami, inna z kolei
pozbawiona głowy. Spodobało mi się to i później poszedłem tym tropem.

A więc to nie wizja Orwata była zapowiedzią zbrodni, ale odwrotnie, to morderca wzorował się na wizji, uświadomił sobie Artur i przeszedł go

dreszcz. Straszne…

— Orwat był dla mnie jednak niebezpieczny — ciągnął dalej Glass. — Mógł przeszkodzić mi w misji, zresztą miałem zadanie od szefa naszej

organizacji Heinricha Himmlera… Inne zadanie. Miałem nadzieję, że uda mi się wydostać z Orwata to, co chciał wiedzieć Himmler.

— Co takiego?
— Gdzie jest największy jasnowidz naszych czasów, Rolf Lessing.
— Rozumiem, że Orwat nie pomógł? — zapytał Załuski, a zdziwiony Glass podniósł głowę.
— Skąd wiesz?
— Bo wciąż szukacie. To jest ta twoja główna misja, znaleźć Rolfa Lessinga.
—  Tak,  to  prawda.  Liczyliśmy  bardzo  na  Orwata,  bo  on  dysponował  śladem.  Rozmawiał  z  Lessingiem  osobiście,  tuż  przed  wojną.  Lessing

odwiedził go w Krakowie, ponieważ miał bardzo silną i dojmującą wizję swojej śmierci. W wizji widział też Orwata, był przekonany, że ich losy są
w jakiś sposób połączone. Podczas tej wizyty Orwat doświadczył gwałtownego widzenia, Lessing chwycił go za rękę i przez chwilę odczuwali
i  widzieli  to  samo,  tylko  w  zwielokrotnionej  skali.  Wyobraź  sobie,  dwóch  jasnowidzów  przepowiada  to  samo,  jednocześnie.  Jak  wzmocnienie
nadajnika! To była dla nas szansa, liczyliśmy, że Orwat zlokalizuje Lessinga dzięki ezoterycznemu śladowi, który zawsze zostawia taka wspólna
wizja.

— Ale nie znalazł? — bardziej stwierdził, niż zapytał Artur.
Glass pokiwał głową.
— Lessing to ogromnie silne medium, potrafi stawiać psychotroniczną kurtynę, zasłonę, przez którą inni jasnowidze nie potrafią przeniknąć.

Orwat to geniusz, nasz najlepszy nabytek, ale i on potrafi operować wyłącznie na jakichś ledwo widocznych śladach. Ma cienie wizji Lessinga
i choć nie jest do końca przekonany, stwierdził, że wiążą się one w jakiś sposób z Krakowem.

— Lessing tu jest?
— Do niedawna nie mieliśmy pewności, ale teraz już ją mamy.
Artur czekał, ale Glass nie zamierzał zdradzić mu więcej.
— I tu, mój dawny druhu, zaczyna się nowa gra między nami, na innym już boisku. Wiemy, że Lessing ma coś wspólnego z organizacją, do

której należysz.

Załuski gwałtownie podniósł głowę i spojrzał bystro na majora. Ten pokiwał głową i ponownie wzniósł toast.
—  Jednak  nas  nie  doceniasz,  to  nieładnie.  Tak,  wiemy,  że  należysz  do  podziemia  i  że  złożyłeś  przysięgę.  Bądź  pewny,  że  ktoś  cię  bardzo

bacznie obserwuje, towarzyszy ci jak cień. —  Glass roześmiał się dziko, a Artur nie miał już żadnych wątpliwości, że rozmawia z człowiekiem
obłąkanym. — Mamy naprawdę doskonałych ludzi — ciągnął major. — Ale i oni nie są wszechmocni. Ty, jak sądzę, będziesz w stanie zdobyć
informację, na której mi zależy. I jestem pewny, że to zrobisz, biorąc pod uwagę niezwykle trudną sytuację, w jakiej się znalazłeś. Zegar bije —
wskazał kieliszkiem swój ogromny zegar ścienny, który właśnie wybijał kolejną godzinę. — A życie wisi na włosku…

— Mam zostać twoim szpiclem — sarkastycznie roześmiał się Artur. — Za cenę uratowania życia? Chyba kpisz!
— Nie za cenę twojego życia. Za cenę jej życia. — Glass sięgnął do kieszeni garnituru i wyciągnął czarną satynową przepaskę, która zasłaniała

okaleczone oko Agnes Petzoldt.

Rozdział

 jedenasty. Dies

 Solis

Tak, mój drogi przyjacielu, wreszcie mi się udało cię zaskoczyć — powiedział major, wpatrując się w Artura z wyższością. Załuski przygryzł

wargi i mimo targających nim emocji starał się na zimno zanalizować sytuację. Porwali Agnes. Nie, to nie może im ujść na sucho. Baronówna była
ulubienicą Hitlera, nawet ci czarodzieje spod znaku Czarnego Bractwa nie mogli zadzierać z samym führerem.

Nie było wątpliwości — Glass oszalał.
— Agnes Petzoldt… Taka dobra niemiecka rodzina, arystokratyczna — ciągnął Lothar, odgarniając kosmyk zlepionych potem włosów z czoła.

Ponownie nalał sobie koniaku do pękatego kieliszka. Był już na dobrym rauszu, co nie umknęło Arturowi. Podobnie zachowywał się w Wiedniu
podczas  każdej  kolejnej  pijatyki;  jego  wzrok  stawał  się  mętny,  bladą  twarz  zaczynały  rosić  kropelki  potu.  Tak,  Lothar  Glass  nie  miał  głowy  do
alkoholu, ale mimo to lubił go nadużywać. — Jej ojciec był w Rzeszy znaczącą figurą, ambasadorem w Anglii, ale córka… Córka postanowiła
poświęcić się szpiegostwu.

— Co ty mówisz? — nie zrozumiał Załuski.
Glass pokiwał głową.
— Rozpracowałem ją tutaj, w Krakowie. Nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Kontaktuje się z wywiadem angielskim, przewozi meldunki.

Niestety dla niej, za bardzo rzuca się w oczy. Ten jej wyrafinowany styl, biżuteria, czerwony samochód, to wszystko zwraca uwagę. Za takie błędy
płaci się dekonspiracją. A jej się wydawało, że jest nieuchwytna. Śmieszne.

Załuski zacisnął pięści. Nie potrafił zebrać myśli, bo cały czas coś w nim powtarzało jedno słowo: „Agnes, Agnes, Agnes”.

background image

— Na pewno jesteś ciekawy, jak wygląda lewa strona jej twarzy po zdjęciu opaski. Słyszałem, że nie zdejmuje jej nawet w łóżku, prawda? —

Chwilę czekał na odpowiedź Artura, ale gdy ten milczał, wrócił do swojej opowieści: — No więc wyglądała tak samo jak prawa. Agnes nie uległa
wypadkowi podczas zamachu na führera, to był taki malutki blef, by wzbudzić zaufanie i współczucie. Jak widać, udało się. Uważam, że to słuszna
droga, więc ułatwiłem jej nieco zadanie. Wyłupiłem jej piękne oczko, tym oto sztyletem. — Sięgnął pod marynarkę i wyjął zdobiony swastykami
nóż SS.

Ty skurwysynu, pomyślał Artur i szarpnął się w kierunku majora Glassa, ale ten zwrócił od razu ostrze w jego stronę.
— Hola, hola, detektywie. Może zechcesz jeszcze zobaczyć swoją kochankę w jednym kawałku, choć przyznam, bez jednego pięknego oka.

Szafirowego. Trochę mi było szkoda, ale sam zawsze wspominałeś o zasadzie stosowności. Jakoś posiadanie oka wydało mi się niestosowne
w przypadku osoby od tak długiego czasu noszącej opaskę. Czyż nie?

— Myślałem, że jesteś tylko szalony — wycedził przez zęby Artur. — Ale ty jesteś kanalią, gnidą po prostu…
— A czego się spodziewałeś po seryjnym mordercy kobiet? — zapytał Lothar Glass, bawiąc się nożem. — Chyba nie całowania po rękach?

Ale wracając do tematu. Nie przeszkadzała nam działalność pięknej, choć nieostrożnej baronówny Petzoldt, ponieważ wiedzieliśmy, do czego
zmierza, i było nam to na rękę.

— Co było wam na rękę, szujo? — warknął, rozwścieczony Artur.
Major udał zaskoczenie.
— Nie mów mi, że nie wiesz. — Chwilę patrzył na Załuskiego, a potem roześmiał się fałszywie. — Więc jednak nie wiesz… Twoja organizacja

nie ma do ciebie takiego zaufania, jak sądziłem. Bardzo smutne. Oszukali cię, Artur, dałeś się wywieść w pole jak dziecko!

— Czego nie wiem? — wysyczał detektyw pełnym złości głosem.
— Twoi mocodawcy organizują zamach na Hitlera. Tutaj, w tym nudnym mieście! Führer planował przyjazd na święta, on lubi doglądać swoich

włości. Zdemaskowanie zamachowców to okazja, żeby Himmler mógł się wykazać, zdobyć najwyższe zaufanie führera, stać się niezastąpionym.
Kiedy już do tego dojdzie, Himmler przywoła nas. Nastąpi czas jasnowidzów i posiądziemy siłę, jakiej nie ma nikt.

— Gdzie jest Agnes? — wycedził przez zęby Artur.
— Mój drogi były przyjacielu — powiedział Glass z naciskiem — wściekłość cię zaślepia, wychodzisz z roli, którą przez całe nasze spotkanie

grałeś tak zgrabnie. Zobacz, jak cudownie zmieniła się sytuacja — mogłem ci obiecać uratowanie jednej, bo w zamian wziąłem sobie inną. Jej
życie też ma swoją cenę i ty ją znasz. Pospiesz się, bo 21 grudnia, w święto Sol Invictus, złożymy z niej ofiarę, to będzie zresztą ukoronowanie
naszej czarnej sekwencji. Daj mi Lessinga, bo inaczej Petzoldtówna zginie.

— Ty gnido! — Artur nie wytrzymał i rzucił się na Glassa z gołymi rękami. Ten zasłonił się swoim morderczym nożem, ale ponieważ był już

mocno pijany, nie potrafił wymierzyć celnego ciosu. Załuski wytrącił mu broń z ręki i uderzył pięścią w twarz. Ze złamanego nosa oficera trysnęła
krew. Artur nie czekał, tylko zadał kolejny cios i następny. Uderzył głową Niemca w podłogę, w ostatniej chwili opanowując się, by nie roztrzaskać
mu czaszki. Jeżeli go zabije, nigdy nie dowie się, co zrobił z tymi dwiema kobietami.

— Gdzie ona jest? — wrzasnął mu w twarz, a Glass wypluł spienioną krew i dwa zęby.
— Zapłacisz mi za to — wycharczał. — Günter!
Lokaj, czy też dawny żołnierz, już był w drzwiach z drewnianą pałką, jakich Gestapo używało do torturowania więźniów. Artur przetoczył się na

bok i zza opaski nad kostką u nogi wyciągnął mały damski pistolecik o kalibrze sześć milimetrów. Strzelił praktycznie bez celowania, modląc się,
żeby trafić dokładnie tam, gdzie zamierzał, czyli w środek czoła. Tak się stało, majordomus przewrócił się, a Artur jeszcze raz przydusił Lothara
Glassa do podłogi.

— Ostatnia szansa, kanalio!
— To Lessing jest twoją ostatnią szansą, Polaczku. Znajdź go, a zobaczysz jeszcze swoją dziwkę!
Artur z obrzydzeniem pchnął Glassa na deski, a ten stracił przytomność. Mógł go zabić, ale nie zrobił tego. Życie Agnes i tej biednej ciężarnej

dziewczyny wisiało na włosku.

W korytarzu rozległy się kroki, ktoś biegł w kierunku gabinetu. Załuski spiął się w sobie, chwytając w rękę sztylet Glassa. W drugiej dłoni wciąż

trzymał pistolet.

— Panie mecenasie, to my! — odezwał się ktoś po polsku, a Artur z ulgą rozpoznał głos Antoniego Smoły. Młody człowiek wpadł do pokoju,

a za nim z odbezpieczoną bronią Kwas. Szef wywiadu szybko ocenił sytuację i zauważywszy na podłodze zakrwawionego Glassa, spojrzał na
Załuskiego pytająco.

— Musimy go zostawić, choć chętnie udusiłbym go gołymi rękami. Ale ma Agnes Petzoldt i tę drugą dziewczynę, Janinę Lelównę.
— Lelówny nie — wyjaśnił spokojnie Kwas. — Moi ludzie włamali się do domu przez piwnicę i znaleźli ją. Trzymał ją w skrytce pod podłogą,

dobrze, że zaczęła krzyczeć. Najgorsze, że w tym stanie pan major nic nam już nie powie, a my nie mamy czasu na czekanie, aż dojdzie do siebie.
Musimy się zmywać, bo zaraz tu będzie Gestapo, z Pomorskiej dotrą choćby na piechotę.

— Słusznie. Na pewno ktoś słyszał strzał.
Wynieśli się bezszelestnie jak duchy, pozostawiając na podłodze zamroczonego Glassa.
— Do ogrodu! — Artur wskazał drogę przez taras. Był ku temu najwyższy czas, bo pod domem parkowały już wozy Gestapo.
—  Na  pewno  obstawili  cały  kwartał  —  syknął  Kwas,  gdy  gęsiego  przechodzili  przez  furtkę.  Drugi  z  ludzi  wywiadowcy  prowadził  przerażoną

Lelównę. Dziewczyna była bardzo blada i miała szaleństwo w oczach.

Załuski  błyskawicznie  ocenił  sytuację.  Obecność  Lelówny  opóźniała  ucieczkę,  musiał  więc  zmodyfikować  pierwotny  plan.  Jak  zawsze  był

przygotowany na różne scenariusze. Przystanął na chwilę, by wyciągnąć coś z kieszeni plecaka.

—  Idziemy  —  powiedział  zdecydowanym  głosem.  Ruszyli  szybko  przez  przechodnią  bramę  prowadzącą  w  kierunku  ulicy  Szymanowskiego.

Doskonale  widzieli  światła  policyjnych  wozów  jadących  wzdłuż  Parku  Krakowskiego,  gdy  przycupnęli  w  bramie.  Niemcy  istotnie  obstawiali
Karłowicza i sąsiednie ulice.

— Nie wydostaniemy się stąd — powiedział cicho Kwas, a Artur uspokoił go ruchem ręki.
— To brama mojego dawnego domu. Ja też mam swoje „meliny ostatniej szansy”. — Wyciągnął klucz i szybko otworzył drzwi prowadzące do

piwnicy. Gdy zniknęli za nimi wszyscy, starannie zamknął zamek. Wydobył z plecaka latarkę i oświetlił wnętrze. Znajdowali się w długim korytarzu
prowadzącym pod całym domem.

— I nie tylko pod tym — wyjaśnił Kwasowi. — Niemcy panicznie boją się nalotów. Przerobili piwnice w większości kamienic. Ten szlak jest

wyjątkowo imponujący.

— Dokąd prowadzi? — zapytał z niepokojem Kwas.
— Do rogu z ulicą Chopina.
— Da się tamtędy wyjść?
— Da się zrobić coś dużo lepszego!
W milczeniu przechodzili mrocznymi korytarzami, a Artur z wysiłkiem otwierał kolejne drzwiczki. Były to zwykłe metalowe włazy, jakich zazwyczaj

używano na strychach czy dachach. Zardzewiałe zawiasy nie zawsze chciały się uchylić, więc mocowali się wspólnie z Kwasem lub z Antonim
Smołą,  dziwnie  milczącym  i  skupionym.  Trzeci  z  wywiadowców,  ponury,  wysoki  mężczyzna,  niósł  Lelównę.  Dziewczyna  przestała  kwilić,  więc
Załuski odezwał się zaniepokojony.

— Co z nią?
— Wszystko dobrze — odparł tamten dudniącym głosem. — Zemdlała, chyba za strachu.
Artur nie był pewien, czy to dobrze, ale nie skomentował. Nadszedł krytyczny moment. Musieli opuścić schronienie.

background image

Artur nie był pewien, czy to dobrze, ale nie skomentował. Nadszedł krytyczny moment. Musieli opuścić schronienie.
Znaleźli  się  teraz  w  części  podziemi,  gdzie  piwnice  nie  stanowiły  już  wąskiego  korytarzyka  z  boksami  po  obydwu  stronach,  ale  tworzyły

plątaninę rozgałęziających się uliczek. Załuski poświecił po ścianach i zastanowił się. Niemcy sprawdzają na pewno wszystkie bramy przechodnie
od strony ulicy Karłowicza i na Szymanowskiego. Czy weszli także do tej? Czy czekają na korytarzu? Była to na razie zagadka bez rozwiązania.
Uchylił delikatnie drzwi i rozejrzał się. Na parterze, przy drzwiach wejściowych, nie było nikogo, choć przez kryształowe szyby było widać budy
Gestapo.

— Szybko — powiedział do przyczajonych tuż za nim wywiadowców — na pierwsze piętro!
Przemknęli po schodach jak duchy. Artur wyciągnął kolejny klucz i wpuścił ich do mieszkania, na drzwiach którego widniała wizytówka „Doktor

Albert Schutz, Kriminalinspektor”.

— Czy pan oszalał? — jęknął Kwas, gdy ułożyli już Lelównę w niewielkiej sypialni na zakurzonym łóżku i usiedli ciężko przy kuchennym stole.
—  Niech  się  pan  zastanowi  —  powiedział  Załuski.  —  To  jest  niemiecka  dzielnica.  Nie  wygarną  tu  ludzi  na  ulicę,  jak  to  robią  w  dzielnicach

polskich,  i  nie  przeszukają  każdego  domu.  A  nawet  gdyby,  nie  będą  sięgać  tak  daleko.  Kto  zresztą  odważy  się  niepokoić  inspektora
kryminalnego doktora Schutza?

— Kim jest inspektor kryminalny Schutz i jak wszedł pan w posiadanie kluczy do jego mieszkania? — zapytał zdumiony Kwas. — I gdzie doktor

Schutz jest w tej chwili?

—  Kriminalinspektor  to  wytwór  mojej  wyobraźni.  Mieszkanie  to  należało  do  mojego  kuzyna,  Ignacego  Horna,  który  wyruszył  na  wojnę  do

Hiszpanii i słuch po nim zaginął. We wrześniu, gdy zaczęto rekwirować mieszkania, zgłosiłem się do kwaterunku, w imieniu przeniesionego do
Krakowa z Berlina doktora Schutza, i objąłem ten lokal.

— Wydali go panu? — zdziwił się Kwas. Artur uśmiechnął się łobuzersko.
— Powiedzmy, że użyłem pewnych finansowych argumentów, by przyspieszyć sprawę. Chciałem mieć tutaj jakieś lokum, na wszelki wypadek.

Wiedziałem, że melina w niemieckiej dzielnicy zawsze może się przydać, bo, jak mawiają, pod latarnią…

— Najciemniej — dokończył Smoła. — Pan mecenas to jest klasa człowiek!
— Nikt z sąsiadów nie zainteresował się, że Schutz tutaj nie mieszka? — zapytał Kwas.
— Ależ mieszka! — zaoponował Artur ze śmiechem. — Przychodzę tu od czasu do czasu i zapalam światło. Rozmawiałem nawet kilka razy

z  sąsiadami.  Wszyscy  wiedzą,  że  doktor  Schutz  ma  ogromnie  odpowiedzialną  i  niezwykle  tajną  pracę,  która  wiąże  się  z  częstymi  wyjazdami.
To Niemcy, dla nich takie rzeczy nie podlegają dyskusji.

— Niesamowite — przyznał Kwas. — Pańska sława sprzed wojny nie była ani trochę przesadzona.
—  Pan  mnie  pamięta,  mecenasie?  —  powiedział  ten  ponury,  który  przyniósł  Lelównę  i  właśnie  wrócił  z  jej  pokoju,  gdzie  czuwał  nad

półprzytomną dziewczyną.

Artur  przyjrzał  się  wysokiej,  szczupłej  sylwetce  wywiadowcy.  Tak,  znał  go.  Był  to  złodziej  z  Podgórza  nazwiskiem  Bułat,  na  którego  mówili

Sardynka.  Otaczała  go  fama  nieuchwytnego  włamywacza.  Potrafił  wejść  do  każdego  mieszkania  i  splądrować  je  błyskawicznie.  Teraz  Artur
zupełnie się nie dziwił, jak Kwas i jego ludzie tak szybko znaleźli się w domu Glassa. Dziwne osoby działają „dla honoru organizacji”, pomyślał
Artur. Skinął głową, a Sardynka uśmiechnął się z zadowoleniem. Kwas poklepał go po ramieniu.

— To jest nasz człowiek do zadań specjalnych, kapral Świst. Nieważne, czym się zajmował przed wojną, ważne, że te umiejętności mogą się

nam teraz przydać!

Załuski skinął głową.
— Jak długo będziemy tu siedzieć? — spytał Smoła. — Ile czasu mogą obstawiać ulicę?
— Teoretycznie dopóki nas nie znajdą. W praktyce kilka godzin. Uznają, że się im wymknęliśmy, uciekając w kierunku miasta lub odjeżdżając

autem. Nie widzieli nas, tylko domyślają się, że było nas kilku. Glass zapewne powie im, że ktoś napadł go w domu, być może poda mój rysopis.
Sądzę, że będzie utrzymywał, iż był to bandycki atak, napad rabunkowy. O ile jest w stanie mówić. Wydaje mi się, że złamałem mu szczękę.

Sardynka, a właściwie Świst, zaśmiał się z uznaniem.
— Co się stało w mieszkaniu majora? — spytał Kwas, a Artur milcząco wskazał mu drzwi drugiego pokoju.
— Poszukamy kawy albo herbaty — stwierdził Smoła, który w lot pojął, o co chodzi. — I zobaczymy, co z tą biedaczką.
—  Mam  jakieś  produkty  w  szafce  —  Załuski  pokazał  ręką,  w  której  szufladzie  mogą  znaleźć  coś  do  jedzenia.  —  Chyba  jest  też  coś

mocniejszego — dodał, a twarz Śwista od razu się rozpogodziła.

Zaprowadził Kwasa do drugiego, maleńkiego pokoiku i posadził na wybrudzonej otomanie, która zdecydowanie lata świetności miała już za

sobą.

— Glass porwał Agnes Petzoldt — powiedział, nie bawiąc się w żadne wstępy. — Powiedział mi, że jest ona agentką brytyjskiego wywiadu.
Kwas jak zwykle wyciągnął z kieszeni kurtki swego skręcanego papierosa, zapalił go i zaciągnął się głęboko. Milczał.
— Niech mi pan powie prawdę! Jest mi pan to winien! — Artur w zdenerwowaniu zaczął podnosić głos.
— Tak, to prawda — powiedział po chwili wywiadowca. — Była naszym kurierem, z dużymi możliwościami swobodnego poruszania się po

Europie. Myślałem, że jest świetnie zakonspirowana, ale myliłem się.

Załuski chciał jeszcze coś powiedzieć, ale niespodziewanie do pokoju zajrzał Smoła.
— Coś się dzieje na dole — zameldował, a Kwas dał znak Arturowi, by nie mówił już nic więcej. Załuski posłusznie zamilkł.
Podeszli  do  okna  i  przez  chwilę  obserwowali  ruch  na  ulicy.  Gestapo  nie  zamierzało  rezygnować.  Nie  wystarczyło  im  obstawienie  ulic

i sprawdzenie wszystkich podwórek. Żołnierze wchodzili do bram i metodycznie przeszukiwali klatki schodowe.

— Co będzie, jeśli tu wejdą? — zapytał Smoła, a Artur wzruszył ramionami.
—  Będą  przeszukiwali  strychy  i  piwnice.  Nie  sądzę,  żeby  podejrzewali,  że  mogliśmy  się  ukryć  w  jakimś  mieszkaniu.  To  dla  nich  zbyt

nieprawdopodobne.

Z pokoju, w którym umieścili dziewczynę, rozległ się przejmujący jęk. Mężczyźni spojrzeli po sobie.
— Sprowadzi nam na łeb Gestapo — powiedział przez zęby Kwas. — Musimy siedzieć w zupełnej ciszy, któryś z sąsiadów może ją usłyszeć!

Derwisz — zwrócił się do Smoły — razem ze Świstem obstawcie okna, zwłaszcza to od strony bramy. Gdyby tu szli, dajcie sygnał. Trzeba też
pomóc tej dziewczynie, uspokoić ją…

— Ja to zrobię — rzucił cicho Artur, który czuł się odpowiedzialny za Lelównę. Kwas skinął głową. Sam odbezpieczył broń i zaczął obserwować

drzwi wejściowe mieszkania, za którymi panowała zupełna cisza.

Załuski  wszedł  do  sypialni  i  ze  współczuciem  spojrzał  na  ofiarę  Glassa.  Janina  istotnie  nie  była  piękna,  ale  miała  bardzo  regularne  rysy

i  wspaniałe  długie  włosy,  teraz  skołtunione,  sklejone  potem  i  brudem.  Zajęczała,  a  Artur  wymownie  położył  jej  palce  na  ustach,  kobieta
odpowiedziała mu spłoszonym spojrzeniem, wyczuł, że ma gorączkę.

— Proszę być cicho! Nic się pani nie stanie, uratujemy panią! Proszę jeszcze trochę wytrzymać!
Spojrzała na niego nieprzytomnym wzrokiem, ale posłusznie umilkła. Pogładził ją po włosach i przetarł czoło kobiety zwilżoną szmatką.
Zimowa noc wlokła się bez końca. W bramie ich domu nikt się nie pojawił, ale co chwila na ulicy widać przejeżdżające samochody, omiatające

światłem  reflektorów  ściany  domów.  W  mieszkaniu  inspektora  kryminalnego  Schutza  panowały  spokój  i  cisza,  ale  ludzie  Kwasa  dyżurowali
w  napięciu  przy  oknach.  Załuski  momentami  zapadał  w  płytki  sen.  Budził  się,  gdy  tylko  usłyszał  jakiś  głośniejszy  hałas,  i  dalej  śnił  na  jawie.
Przypomniał  sobie,  że  na  Rynku  wystawiono  już  pierwsze  choinki.  Uświadomił  sobie,  że  wszędzie  trwała  świąteczna  krzątanina  —  ludzie
godzinami czekali na Brackiej pod sklepem Potockich na ryby, kolejki ustawiały się właściwie wszędzie. Tylko on jeden nie myślał o świętach.
A w każdym razie o Bożym Narodzeniu. Do zimowego przesilenia było tak niedługo… Miał tak mało czasu. Zdjął go straszliwy strach o Agnes

background image

znajdującą się teraz w łapach tych zwyrodnialców. Artur tak trafnie domyślił się wszystkiego, rozszyfrował Glassa, ale nie miał pojęcia, gdzie major
mógł trzymać baronównę.

Może  Lelówna  coś  o  tym  wiedziała?  Ponownie  spojrzał  na  biedną  dziewczynę.  Nie  spała.  Rozgorączkowanym  spojrzeniem  wpatrywała  się

w sufit, gdy nachylił się nad nią i pogładził ją po zmierzwionych włosach. Próbował ją o coś zapytać, dowiedzieć się czegoś, ale ona nie rozumiała
już żadnych słów. Jej wzrok stawał się coraz bardziej szklany, obojętny. Nerwowo zaciskała dłonie na narzucie, a jej ciałem wstrząsały dreszcze.

Tuż po czwartej rano, gdy tylko skończyła się godzina policyjna, dziewczyna zmarła. Artur widział, jak spokojnie, prawie niezauważalnie ucieka

z niej życie. Jeszcze oddychała, króciutko i płytko, jak ptak schwytany w sidła, a potem westchnęła nagle głęboko i w pomieszczeniu zapadła
cisza.

Mętne światło zimowego dnia wdzierało się przez okno, gdy Załuski przykrywał ofiarę Glassa wysłużoną kapą z łóżka. Chwilę myślał o ironii

losu,  która  pośród  wojennej  zawieruchy  kazała  mu  szukać  mordercy  kobiet.  W  szaleństwie  świata  musiał  znaleźć  swój  porządek,  sprawić,  by
wszystko wróciło na właściwe tory. Odnaleźć Agnes Petzoldt, ukarać Lothara. Ze zmarszczonymi brwiami wpatrywał się w okryte cienką tkaniną
ciało  Lelówny.  Dobrze  wiedział,  że  w  momencie,  gdy  wywiadowcy  Kwasa  znaleźli  ją  w  piwnicy  przy  Karłowicza,  już  było  dla  niej  za  późno.
Doskonale widział w jej oczach stygmat śmierci, trudno uchwytny znak, że dni, a nawet godziny młodej kobiety są policzone. Zdarzało mu się to już
wcześniej. Wzdrygnął się. Nie chciałby teraz spoglądać w lustro w obawie przed tym, co mógłby zobaczyć.

Do  pokoju  wszedł  Kwas.  Zamierzał  wysłać  Śwista  po  samochód,  by  odwieźć  dziewczynę  do  szpitala.  Gestapowskie  auta  przestały  krążyć,

najwyraźniej odwołano obławę. Gdy wywiadowca zobaczył chmurny wzrok Artura i przykryte ciało, kiwnął tylko głową i wycofał się do kuchni. Wydał
swoim ludziom krótkie rozkazy i po chwili ich kroki zadudniły szybko na schodach. Nie bawili się już w ostrożność, przetrwali najgorsze, trzeba było
jak najszybciej stąd uciekać.

Kwas wrócił do sypialni i popatrzył na znieruchomiałego nad zwłokami Lelówny Artura. Współczuł mu, choć rzadko doświadczał tego uczucia.

Nic nie powiedział, ale położył detektywowi lekko dłoń na ramieniu. Artur wzdrygnął się, jakby wyrwany ze snu. Gdy odwrócił w kierunku Kwasa
twarz, wyglądał już zupełnie normalnie.

— Chodźmy — powiedział twardo. — Nic tu po nas.
Wyszli cicho wprost w zimowy świt.
— Spotkamy się w lokalu pod krzyżem — rzucił Kwas Arturowi, który postanowił jak najszybciej przedrzeć się w kierunku ulicy Siemiradzkiego,

do „meliny ostatniej szansy” przy klasztorze.

Nikt  go  nie  zatrzymywał,  gdy  maszerował  w  kierunku  kryjówki.  Na  wszelki  wypadek  obszedł  kilka  sąsiednich  ulic,  sprawdzając,  czy  ktoś  go

śledzi. Uspokoił się, nie ciągnął za sobą ogona. Z przykrością pomyślał, że melina doktora Schutza jest spalona. Nie było tam po co wracać. Coś
się nieodwracalnie skończyło.

Wszedł do lokalu przy Siemiradzkiego i od razu położył się na wąskiej, wysłużonej kanapie. Choć był zdenerwowany i wciąż zbyt wstrząśnięty

tym,  czego  doświadczył  w  ostatnich  godzinach,  by  zebrać  kłębiące  mu  się  w  głowie  myśli  i  przeanalizować  sytuację,  zapadł  w  głęboki  sen
przypominający utratę przytomności.

Obudził  się  tuż  po  zmroku,  gdy  usłyszał  zgrzyt  klucza  w  zamku.  Zerwał  się  na  równe  nogi,  wyciągając  gestapowski  sztylet,  który  odebrał

Glassowi.

— Spokojnie — usłyszał pełen opanowania głos. — To ja, Kwas. Przyprowadziłem ze sobą gościa.
Artur zdał sobie sprawę, że w ogóle nie dostrzegł drugiego przybysza, który jakby przyczaił się w mroku, stapiając z szarością zmierzchu. Teraz

wyszedł nieco do przodu i Załuski przyjrzał mu się uważnie. Był to szczupły, a nawet może chudy, lekko przygarbiony mężczyzna o niepokojącym
ptasim profilu. Miał przenikliwe oczy, których badawcze spojrzenie utkwione w rozmówcy budziło dreszcz przerażenia. W ogóle było w nim coś
hipnotycznego  i  niecodziennego.  Załuskiemu  wydawało  się  wręcz,  że  ma  przed  sobą  kogoś  należącego  do  zupełnie  innej  epoki,  nieledwie
podróżnika w czasie.

— Nazywam się Nieznalski — powiedział ów, wyciągając rękę. Artur zanotował jego lekko cudzoziemski akcent.
— Pan Nieznalski może nam bardzo pomóc — wyjaśnił Kwas. — Ale musi poznać szczegóły pańskiej wczorajszej rozmowy z Glassem. Każdy

szczegół — podkreślił — oraz wszystko to, co udało się panu zapamiętać i zauważyć podczas tego spotkania.

— W jaki sposób może mi pan pomóc? — z pewną irytacją powiedział Artur. — Nie wiem, czy mamy czas na dalsze rozmowy. Niedługo święto

Sol Invictus, musimy działać, a nie gadać!

— Szanowny panie — powiedział spokojnie Nieznalski, głosem, w którym nie było śladu zniecierpliwienia. — Proszę mi zaufać, myślę, że gdy

odpowie pan na moje pytania, będę w stanie odszukać pańską znajomą.

Artur spojrzał na niego z niedowierzaniem. Agnes zniknęła i nie miał pojęcia, gdzie Glass ją przetrzymuje. Niemal na pewno nie było jej w domu

przy Karłowicza, bo ludzie Kwasa, zwłaszcza tak sprytny włamywacz jak Sardynka, znaleźliby ją podobnie jak Lelównę.

— Arturze — zwrócił się do niego Kwas — wczoraj był pan wzburzony, nie zdążył mi pan przekazać wszystkich  informacji,  a  to  może  mieć

znaczenie.

Załuski skapitulował. Wrócił pamięcią do tej okropnej nocy i zaczął przeżywać ją kolejny raz. Mówił do Nieznalskiego, ale tak naprawdę zwracał

się do siebie. To sobie samemu wyjaśniał, co się tam naprawdę wydarzyło.

–— Glass powiedział mi coś bardzo istotnego — stwierdził na końcu, przyglądając się dwóm mężczyznom siedzącym w ciszy przy stole. Kwas

jak zwykle palił, Nieznalski wpatrywał się w dal niewidzącym wzrokiem. — Niemcy wiedzą o waszym planie zamachu na Hitlera podczas świąt
w Krakowie.

— To niemożliwe! — stłumionym głosem odezwał się Kwas. W zdenerwowaniu zerwał się od stołu i zaczął krążyć po pokoju.
— Spokojnie — Nieznalski przeniósł wzrok na Artura. — Proszę sobie wszystko przypomnieć, to ma dla nas kolosalne znaczenie.
Załuski zastanowił się.
— Nie podał żadnych szczegółów, mówił tylko, że ten planowany zamach jest bardzo na rękę Czarnemu Bractwu i Himmlerowi, który zamierza

udaremnić atak i zdobyć dzięki temu zaufanie führera. Jeżeli dostaną w swoje ręce Rolfa Lessinga ich siła będzie niewyobrażalna!

— Na szczęście nie wiedzą, gdzie on jest — roześmiał się Kwas.
— Myli się pan. Wiedzą. Glass powiedział mi, że Lessing jest w Krakowie. To ma być cena za życie Agnes Petzoldt. Chcą ode mnie informacji,

gdzie ukrywa się Lessing! To jakiś obłęd!

Kwas przerwał przechadzkę i bez słowa wpatrywał się w Nieznalskiego, który w ogóle się nie odzywał, tylko zamknąwszy oczy, zatopił się na

chwilę w myślach. Siedział wyprostowany, czasami wzdrygał się nieznacznie, jakby przenikał go prąd.

—  Informacja  o  miejscu  pobytu  Lessinga  to  nie  tylko  cena  za  Agnes  Petzoldt  —  powiedział  po  chwili,  gdy  ocknął  się  z  zamyślenia.

— To również cena za życie Juliana Orwata!

— Skąd pan wie? — gorączkowo dopytywał się Artur. — Przetrzymują ich razem?
— Być może — odpowiedział Nieznalski, wyciągając z kieszeni płaszcza, którego nawet nie rozpiął, paczkę papierosów i zapalił jednego.
— Co to za miejsce? — spytał Załuski drżącym głosem.
Nieznalski chwilę milczał.
— Warownia na skale z wizji Orwata. Schloss Wartenberg, Zamek Strażnica, budowla, którą Wächter wznosi dla zakonu w Przegorzałach.
— Ale tam nic nie ma! — zaprotestował Załuski. — Nawet jeszcze nie zaczęli budowy! Ogrodzili teren i zajmują się niwelacją gruntu. Budynek

zaczną stawiać najwcześniej w przyszłym roku!

— To wszystko prawda — skinął głową Kwas. — Ale nasi wywiadowcy dokładnie obejrzeli to miejsce. Budowniczowie już coś tam wznieśli,

background image

a właściwie, żeby wyrazić się ściśle, wydrążyli coś w ziemi. Podziemia czy też jak chcą utrzymywać — schrony. Jesteśmy pewni, że tam właśnie
spotyka się Czarne Bractwo, by dopełniać swoich wynaturzonych obrzędów.

Artur przez chwilę milczał, mierząc ich wzrokiem.
— Jeżeli planujecie tam iść, pójdę z wami — powiedział wolno, cedząc słowa. — Jeżeli nie zamierzacie, zrobię to sam.
— Proszę mnie posłuchać! — rozkazał stanowczo Kwas. — Oddał nam pan ogromną przysługę, nawet nie wie pan jak wielką. I zamierzamy się

odwdzięczyć. Pańskie życie jest w niebezpieczeństwie, musi pan uciekać z Krakowa. Chyba nie jest pan na tyle naiwny, żeby sądzić, że Glass,
któremu złamał pan szczękę i zostawił nieprzytomnego na podłodze, czeka teraz spokojnie, aż przyprowadzi mu pan Rolfa Lessinga?

— Nie sądzę — odparł ponuro Artur. — Myślę, że jak tylko odzyskał przytomność, przekazał SD moje dane. Na pewno już przeszukali moje

mieszkanie, a jeśli są sprytni, dotarli również do meliny u doktora Schutza i znaleźli tam Lelównę.

— No właśnie, musi pan zniknąć jak najszybciej! Nasza komórka legalizacyjna wyrobi panu mocne papiery i wyślemy pana za granicę. Tam też

może się pan przydać organizacji. Tę sprawę proszę pozostawić nam, to już wyłącznie nasza gra. Nie może pan tak ryzykować.

— Wiem, że tam pójdziecie — Artur zupełnie zlekceważył jego słowa. — Skoro była brytyjską agentką, nie zostawicie jej przecież bez pomocy,

podobnie  jak  tego  nieszczęsnego  Juliana  Orwata!  Mogę  się  wam  przydać,  wiem,  że  potrzebujecie  ludzi  pewnych,  a  ja  chyba  dowiodłem,  że
można mi ufać! To dla mnie osobista sprawa, ta rozgrywka z Lotharem Glassem, mordercą kobiet!

Nieznalski i Kwas spojrzeli na siebie w milczeniu, a potem Nieznalski skinął głową.
— Przywołuję pana do porządku — powiedział twardo Kwas. — Nie może pan kwestionować rozkazów dowódcy! Nie chcę, żeby robił pan coś

na własną rękę. Obawiam się jednak, że jeżeli nie weźmiemy pana ze sobą, może pan zrobić jakieś głupstwo, które pokrzyżuje nam plany.

Załuski zerwał się ze swego miejsca i uścisnął im ręce.
Nieznalski spojrzał na niego z powagą.
— To niebezpieczna akcja. Postaramy się o wsparcie z Londynu, natychmiast nadam meldunek.
— Mamy mało czasu — przypomniał Artur, a Kwas się skrzywił.
— Myśli pan, że nie wiemy o tym? Dla nas to także sprawa życia i śmierci. Może nawet bardziej niż dla pana. Ktoś zdradził nasze plany, a my

wciąż nie wiemy kto.

Rozdział

 dwunasty. Noc

 zimowego przesilenia

Przez  kolejne  dwadzieścia  cztery  godziny  Załuski  żył  jak  w  malignie.  Mieszkał  ciągle  w  kryjówce  Kwasa  niedaleko  klasztoru.  Wciąż  myślał

o Agnes Petzoldt. Czy w ogóle żyła? Czy istniała jakakolwiek szansa uratowania jej? Nie łudził się zbytnio — Glass już wysłał za nim swoje pieski.
Upokorzenie bolało, major niczego nie zyskał: nie zabił Artura, tak jak zamierzał, i nie dowiedział się, gdzie jest Lessing.

Istniał jednak cień szansy, że Agnes żyła. Była im potrzebna do kolejnego makabrycznego obrządku, tego najważniejszego, który miał wreszcie

uruchomić całą ukrytą siłę Czarnego Słońca.

— Pan w to wierzy? — zapytał Nieznalskiego, gdy tajemniczy mężczyzna pojawił się w kryjówce.
Nieznalski pokręcił głową.
— Nie wierzę, że oni dostąpią objawienia. Nie mają pojęcia, na co się porywają. Kieruje nimi pycha i żądza władzy, a to zawsze droga donikąd.

Wybrani pragną prawdy, duchowego oświecenia, a nie nadludzkiej siły, dzięki której obrócą wszystko w niwecz.

— Rolf Lessing widział ich w swojej wizji? — spytał jeszcze Załuski, a Nieznalski kiwnął głową.
—  Tak,  ale  nie  mógł  wówczas  powiązać  ze  sobą  wszystkich  nici.  Wiedział,  że  nadciąga  katastrofa,  początkowo  myślał,  że  chodzi  o  wojnę,

później przekonał się, że prawda jest dużo groźniejsza. Naziści chcą obudzić siły, których nie rozumieją.

—  Bzdury  —  przerwał  mu  zniecierpliwiony Artur.  —  To  mrzonki  obłąkanych  szaleństwem  zabijania  ludzi.  Niech  pan  popatrzy  na  to  z  innej

strony  —  są  bezkarni  i  wszystko  im  wolno,  dawno  już  przekroczyli  granicę  dobra  i  zła.  Na  czym  najlepiej  eksperymentować,  jakie  obszary
poddawać eksploracji? Ano, igrać z ludzkim życiem. Zabijać z niewyobrażalnym okrucieństwem, sycić się krwią i cierpieniem. Przestawać być
człowiekiem, a stawać się bestią. To jest ich droga. Ich, jak pan to nazwał, oświecenie. Jedyna siła, jaką będą wkrótce dysponowali,  nie  jest
bynajmniej nadprzyrodzona, lecz jak najbardziej z naszego świata. To poczucie, że wszystko im ujdzie płazem. I za to ich nienawidzę.

— Jest pan humanistą — uspokoił go Nieznalski. — Pragmatykiem. Poddaje pan w wątpliwość doznania ponadzmysłowe. A jednak Orwat się

nie mylił, prawda? Jego wizja, choć na początku zawiła i niejasna, teraz odsłoniła się nam z całą jaskrawością swej przenikliwej mądrości.

— Mądrości… — sarkastycznym tonem rzucił Artur, wspominając rozmowę z Glassem. — Gdyby Orwat nie przedstawił szczegółów swej wizji

Glassowi, ten nie wpadłby na pomysł, aby zabijać w taki sposób. Tutaj, jak pan widzi, przyczyną mordów była wizja, a nie odwrotnie.

—  Glass  mordował  kobiety  od  dawna  —  przypomniał  Nieznalski.  —  Sam  przyznał  się  panu,  że  robił  to  już  na  studiach  w  Wiedniu.  Jestem

przekonany, że gdy Julian zetknął się z nim w Krakowie w związku z zaginionym rękopisem, spotkanie to wywołało wizję. Tak się często dzieje
w podobnych przypadkach.

— Dobrze pan znał Juliana Orwata? — zapytał Artur, myśląc o siostrze jasnowidza, szczupłej i zgryźliwej Teresie, która przyszła do niego kilka

miesięcy temu po rozwiązanie zagadki zaginięcia brata, a wkrótce sama została aresztowana. Tyle się zmieniło od tego czasu, oddzielił go od
tamtych wydarzeń ocean bólu.

— Prawie wcale — powiedział Nieznalski. — Lecz wiem, jakim torem mogło iść jego rozumowanie.
— A Rolfa Lessinga?
Nieznalski roześmiał się przytłumionym śmiechem.
— Nieco lepiej, ale także nie zgłębiłem wszystkich jego tajemnic.
Zamilkli. Gdy zjawił się Kwas, zaczęli ponownie omawiać szczegóły planowanej akcji. Wywiadowca był przekonany, że należy podjąć ryzyko

wejścia do podziemi zamku.

— Dostaliśmy szyfrogram z Londynu — powiedział. — Mamy rozkaz do ataku, pomogą nam.
— W jaki sposób? — zainteresował się Artur.
— Cichociemni. Czekamy na zrzut. Wtedy ruszymy do akcji. — Kwas wprowadził go w detale swego planu. — Dostaniemy się tam od strony

rzeki. Jest ciepło, nie ma mrozu, przepłyniemy więc łodzią od strony Tyńca. Musimy wspiąć się na wzgórze i wejść do środka, bardzo dobrze, że
nie ma śniegu, nie będziemy zostawiać wyraźnych śladów. Nasz wywiad przekazał co prawda szkic sytuacyjny Wartenbergu, ale wciąż opieramy
się w dużej mierze na domysłach. Nie znamy wszystkich wejść do tego bunkra, nie wiemy, czy nie odetną nam ewentualnej drogi ucieczki. Nasi
wywiadowcy nieustannie patrolują okolicę, nie zauważyli wzmocnienia straży na tym terenie, będą nas też przez cały czas ubezpieczać. To plac
budowy, pilnuje go zaledwie kilku strażników. Wejdziemy tędy. — Pokazał Arturowi miejsce na mapie. — Potem musimy improwizować, bo nikt
z nas nie zna rozkładu pomieszczeń w bunkrze. Liczę jednak na element zaskoczenia, Glass na pewno nie bierze pod uwagę tego, że możemy ich
zaatakować.

— Jak się wycofamy? — spytał Załuski, wpatrując się w szkic, by dokładnie zapamiętać oznaczone wejścia.
— W kierunku klasztoru Kamedułów na Bielanach. Przeor jest już zawiadomiony, otworzą bramę na hasło: „Spiritus Sanctus”.
— Nie muszę mówić — dodał po chwili Kwas — jak niebezpieczna jest nasza misja, trzeba liczyć się z każdą niespodzianką. Nie wiemy, ilu ich

jest i jaką dysponują bronią.

—  Podejrzewam,  że  zaledwie  kilku  —  zastanowił  się  Artur.  —  Glass  powiedział,  że  członków  Czarnego  Bractwa  wybierają  spośród

funkcjonariuszy SD, a przecież nawet w samej Rzeszy nie ma ich wielu.

— To prawda — potwierdził Kwas, wyciągając swego skręcanego w bibułkę papierosa. — Nasz kontrwywiad ustalił, że Sicherheitsdienst, czyli

SD, ma w Krakowie około czterdziestu funkcjonariuszy. Na czele krakowskiego SD stoi doktor chemii Heim, w randze majora.

background image

Załuski  przypomniał  sobie  mężczyznę,  także  w  mundurze  SD,  z  którym  Glass  wchodził  do  restauracji  w  Pałacu  Larischa  podczas  ich

pierwszego pamiętnego spotkania. To musiał być właśnie ów naczelnik wydziału.

—  Niewiele  o  nich  wiemy  —  kontynuował  Kwas,  zaciągając  się  papierosem.  —  Jak  pan  sam  zdaje  sobie  sprawę,  to  niezwykle  tajemnicza

służba. Do tego stopnia sekretna, że nie udało nam się odkryć ani jednego ich konfidenta. Ich siedziba mieści się przy ulicy Józefitów 2, ale nic
więcej nie wiemy. Co prawda, w nasze ręce wpadła supertajna książka telefoniczna niemieckiej policji, ale niewiele ona nam dała, jeżeli chodzi
o poznanie struktury SD. W książce są tylko trzy nazwiska funkcjonariuszy i numer wewnętrznego telefonu Heima. Pilnie strzegą swych sekretów.

—  Można  się  domyślić  dlaczego  —  powiedział  Artur,  którego  działalność  Glassa  i  jego  ludzi  napełniała  przerażeniem:  tajne  operacje,

porywanie ludzi, jakieś dziwne obrządki i ten niepokojący ezoteryczny rys. Hermetyczne bractwo owiane złą sławą i mrokiem okrucieństwa.

—  Wiem,  o  czym  pan  myśli  —  powiedział  nagle  Kwas.  —  Mnie  też  się  to  nie  podoba.  Kiedy  walczę  z  Gestapo,  wiem,  czego  mogę  się

spodziewać.  Gestapowcy  nie  przebierają  w  środkach,  ale  nauczyliśmy  się  już  przewidywać  ich  ruchy.  Zresztą  dzięki  moim  ludziom  udało  się
nawet sporządzić dokument na temat zasad ich działania. Potrafimy więc poruszać się w tym bagnie. Gestapo stawia na prymitywne metody:
wymuszanie zeznań biciem i torturami oraz drobiazgową biurokrację rodem z pruskich urzędów. To, z czym mamy do czynienia tutaj, niepokoi
mnie.  Wprowadza  element  nieprzewidywalności  i  groźnej  mistyki.  Trudno  określić,  z  czym  się  spotkamy.  Czy  to  tylko  banda  zwyrodnialców
folgująca swoim morderczym instynktom w przekonaniu o swej bezkarności? Czy też naprawdę dysponują jakąś siłą, o której nie mamy pojęcia?

Załuski skinął głową.
— Rozumiem pana doskonale. Jednocześnie uspokaja mnie myśl, że cokolwiek by to nie było, musimy się z tym zmierzyć.
Wywiadowca zgodził się z nim i ponownie pochylił nad szkicem. Pozostało już niewiele czasu.
Noc dwudziestego pierwszego grudnia, najdłuższa w roku, okazała się prawie bezwietrzna. Wciąż było ciepło i padał deszcz, a zapowiadany

od  dawna  „Generał  Zima”,  czyli  ciężki  mróz,  który  miał  odwrócić  sytuację  na  froncie,  nie  nadchodził.  Kiedy  Załuski  opuścił  chyłkiem  kryjówkę
niedaleko  klasztoru,  by  bocznymi  ulicami  dotrzeć  nad  Wisłę,  a  potem  przez  Most  Dębnicki  w  stronę  ulicy  Czarodziejskiej,  gdzie  zarządzono
zbiórkę, zapadał już zmrok i pojawiały się pierwsze gwiazdy.

Na miejsce spotkania dotarł o czasie i zatrzymał się w niewielkiej uliczce małych pokracznych domków. Nagle spod jednego z nich rozległ się

gwizd, więc Artur wszedł na podwórko. W ciasnej izdebce przy stole siedziało czterech ludzi, niezbyt dobrze widocznych w mroku.

—  Dobry  wieczór,  Jasnowidzu  —  powiedział  Kwas,  wstając  od  stołu.  Pojaśnił  lampę  naftową  i  w  jej  świetle  Załuski  rozpoznał  pozostałych

mężczyzn. Byli to złodziej Sardynka, Antoni Smoła i — co zdziwiło go najbardziej — Nieznalski. Tajemniczy mężczyzna najwyraźniej zauważył jego
pytający wzrok, ponieważ zrobił ręką uspokajający gest, jakby mówił: „Poradzę sobie”, następnie swoim zwyczajem cofnął się w zacieniony kąt
pokoju.

— Damy radę w pięciu? — Artur zwrócił się do Kwasa, który wzruszył ramionami.
— Musimy. Mało komu teraz mogę ufać, więc ograniczyłem oddział do minimum. Będziemy też mieli wsparcie komandosów.
— To duże ryzyko — zaczął zaniepokojony Załuski, a Kwas, jakby w obawie, że powie za dużo, przerwał mu:
— Brał je pan pod uwagę. Teraz nie ma czasu na rozmowy, musimy działać. — Podał Załuskiemu zapasowy pistolet, po czym zwrócił się do

swoich ludzi: — Dobrze, że jest taka pogoda. Nie będzie widać naszych śladów.

Opuścili domek i wyszli na małą uliczkę. Czekała tu na nich zaprzężona w dwa konie chłopska furmanka. Gdy do niej wskoczyli, gospodarz

przywalił ich wiechciami słomy i ruszyli w kierunku Tyńca. Droga dłużyła się, choć nic specjalnego się nie działo. Załuski przyglądał się gwiazdom
widocznym poprzez prześwity w słomie. Męczyło go nerwowe oczekiwanie, wielość niewiadomych. Kwas miał rację — na tym etapie nie można
było niczego szczegółowo zaplanować. Weszli na wąski grunt improwizacji, której Artur nie lubił.

Po  kilkunastu  minutach  niewygodnej  jazdy  furman  zatrzymał  konia.  Wyskoczyli  bez  słowa,  a  on  podjął  podróż  w  kierunku  niedalekiego  już

klasztoru benedyktynów w Tyńcu.

Artur spojrzał na dwa brzegi rzeki — po tej stronie, na której się znajdowali, wyrastała bryła opactwa tynieckiego, po drugiej, na którą dążyli,

sylwetka klasztoru kamedułów na Bielanach. W niewielkiej odległości od niego widać było zarys willi profesora Szyszko-Bohusza, obok której
powstawał zamek Wartenberg.

Właściwie  nie  wiadomo  było,  w  jakim  celu  Otto  von  Wächter  go  budował.  W  mieście  mówiono,  że  chce  tam  zrobić  kolejną  rezydencję  dla

Hansa Franka. Tylko po co, skoro gubernator wszystkie letnie miesiące spędzał w Krzeszowicach, w dawnym pałacu Potockich, który urządził
zrabowanymi  dziełami  sztuki?  Oficjalna  wersja  głosiła,  że  powstanie  tu  sanatorium  dla  esesmanów  i  lotników  Luftwaffe.  Było  to  nawet
prawdopodobne — w gromadzie ciągle zmieniających się pensjonariuszy, dowożonych tu z całego terenu Rzeszy i okupowanych państw, łatwo
zniknęliby uprawiający kult Sol Invictus członkowie Czarnego Bractwa.

Załuski  chwilę  patrzył  na  wzgórze,  na  którym  wkrótce  miał  powstać  imponujący  budynek.  Próbował  go  sobie  wyobrazić.  Znając  hitlerowski

rozmach, będzie zajmował cały grzbiet góry i dominował nad zakolem Wisły jak drapieżny ptak czyhający na swoją ofiarę. Będzie to straszne
i ponure miejsce, pomyślał, a Kwas dał sygnał, że powinni ruszać.

Wskoczyli na niedużą, lekką łódź i sprawnie odbili od brzegu. Płynąc środkiem cichej rzeki, Załuski wspominał swoją podróż promem z Antkiem

Smołą i starym Lachem. Wtedy woda wydawała się gęsta i czarna jak zastygła krew.

Gdy zaczęli powoli wspinać się na wzgórze, Artur wiedział, że nie ma odwrotu.
Teren  budowy  wyglądał  dość  nieporządnie.  Wszędzie  widać  było  elementy  zbrojeń,  metalowe  pręty  i  wielkie  hałdy  wykopanej  ziemi. Artur

wiedział, że to tylko pozory. Gdzieś tam pod ziemią wybudowano już solidny betonowy schron, przygotowany, by pomieścić sporą liczbę ludzi.
To  było  łatwo  uzasadnić  —  sanatorium,  górujące  na  wzgórzu,  tak  wysoko  nad  miastem,  może  stać  się  celem  nieprzyjacielskich  ataków
z powietrza. Musi być więc miejsce, gdzie pacjenci będą mogli bezpiecznie przeczekać nalot. Takich schronów Niemcy stworzyli w Krakowie już
sporo i mieli wprawę w ich budowaniu. Dlaczego tutaj miało być inaczej?

Terenu  pilnowało  kilku  żołnierzy,  którzy  przechadzali  się  wolno  wzdłuż  wykopów.  Służba  zapewne  wydawała  im  się  nudna  i  pozbawiona

większego sensu, ale skoro wydano rozkaz, należało go wykonać. W niewielkiej odległości majaczyła charakterystyczna sylwetka wieży należącej
do  willi Adolfa  Szyszko-Bohusza.  Z  niewiadomych  względów  dom  ten  upodobał  sobie  Otto  von  Wächter,  przywłaszczając  go  sobie.  Bywał  tu
zresztą nader rzadko, bo znacznie wygodniej mieszkało mu się w Pałacu pod Baranami na Rynku.

Trudno się dziwić, pomyślał Artur, który doszedł do wniosku, że zajęcie Baszty — jak nazywano willę Szyszko-Bohusza — mogło być wyłącznie

pretekstem do stworzenia w tym miejscu czegoś innego. Zamku Czarnego Bractwa.

Konspiratorzy  przycupnęli  za  dużym  zwałowiskiem  ziemi  i  czekali  na  rozkaz  dowódcy.  Kwas  ze  zmarszczonym  czołem  obserwował

wartowników.  W  pewnym  momencie  gwizdnął  krótko  przez  zęby  i  razem  z Antkiem  Smołą  rzucili  się  unieszkodliwić  najbliższych  strażników.
Podbiegli do nich cicho, jak koty, i zabili precyzyjnymi uderzeniami wojskowych noży. Niemcy osunęli się na ziemię, a bojownicy odciągnęli zwłoki
na bok.

Nieznalski  skinął  na Artura  i  razem  zaczaili  się  po  drugiej  stronie  wykopu.  Dwóch  kolejnych  strażników  patrolowało  teren  wolnym  krokiem,

w całkowitej nieświadomości grożącego im niebezpieczeństwa. Załuski nigdy nie zabił człowieka. Był gotowy zamordować Glassa, wtedy w domu
przy  Karłowicza,  ale  kierowało  nim  wówczas  szaleństwo.  Teraz  miał  komuś  odebrać  życie  na  zimno.  Wiedział,  że  nie  może  się  wahać;
zdecydował się w momencie, gdy wyraził zgodę na cały niebezpieczny plan Kwasa. Tak, po raz pierwszy w życiu się bał, mając świadomość, po
jak kruchym lodzie stąpają. Igrali z całą potęgą niemieckiego wywiadu. A jednak ten plan miał szanse powodzenia i Artur dobrze o tym wiedział.
Agnes można było uratować, więc on zgodził się zabijać.

Nieznalski dał sygnał i wyskoczyli zza wału ziemi. Mężczyzna o ptasiej twarzy zrobił to niespodziewanie lekko i zwinnie. Równie szybko i bez

wahania dopadł wartownika i jednym pewnym ruchem odebrał mu życie. Artur nieco się spóźnił i Niemiec zauważył kątem oka poruszającą się

background image

postać. Chciał krzyknąć, ale Załuski powalił go dobrze wymierzonym ciosem w twarz. Gdy otumaniony, ale wciąż świadomy strażnik próbował
sięgnąć po automat, detektyw dopadł do niego i znalezionym w wykopie kamieniem uderzył w głowę. Wartownik stracił przytomność.

—  Żyje!  —  powiedział  Nieznalski,  zbliżywszy  się  do  żołnierza.  Mówił  to  z  wyraźnym  niezadowoleniem.  Chwilę  patrzył  na  nieprzytomnego

Niemca, jakby oceniając niebezpieczeństwo i czekając, co zrobi Załuski. Potem pochylił się i precyzyjnym ruchem noża przeciął wartownikowi
gardło. Artur patrzył bez słowa na krew, która błyskawicznie zabarwiła ziemię wokół na czerwono.

— Nie ma czasu — mruknął Nieznalski, ocierając ostrze o mundur żołnierza. — Niech pan weźmie jego automat, zawsze może się przydać.
Detektyw posłusznie podniósł broń.
Z Kwasem i Smołą spotkali się przy południowym końcu wykopu.
— Bez niespodzianek? — zapytał Kwas, a Nieznalski wzruszył tylko ramionami.
— Myśli pan, że są w środku? — zaniepokoił się Załuski. — To dziwne, prawie nie wystawili straży, tylko czterech ludzi…
— Wystawili — rzucił przez zęby Kwas. — Dwóch innych strażników krążyło w lesie, ale już po nich. Pomogli nam cichociemni.
Wydobył z kieszeni niewielką latarkę i puścił krótkie światełko w kierunku drzew. W odpowiedzi dotarł do nich krótki błysk.
Załuski musiał przyznać, że Kwas zasłużył na swoją opinię doskonałego dowódcy. Teraz odwrócił się do Artura i powiedział niespodziewanie

twardo:

— Myśmy swoje zrobili, oczyściliśmy teren. Teraz zaczyna się pańska domena, czyli nieprzewidywalne. Wejście obstawia Świst, musimy dostać

się do środka.

Gdy podeszli do Śwista, wskazał im niewielki właz, którym można było przeniknąć do bunkra.
— Odkryliśmy cztery takie — powiedział Kwas. — Wytypowaliśmy ten, bo jest najbardziej oddalony. Nie wiem, jaka jest sytuacja wewnątrz, czy

pilnują wszystkich włazów, ale za chwilę się przekonamy.

Odwalił żelazne drzwi i weszli do środka.
W  podziemiach  panował  mrok,  więc  Kwas  zapalił  latarkę.  Widać  było,  że  budowlę  wzniesiono  niedawno,  bo  wszędzie  czuło  się  zapach

świeżego betonu. Pod sufitem ciągnął się kabel elektryczny i widać było niemieckie oznaczenia biegnące w różnych kierunkach.

— Ogromny — powiedział z uznaniem Świst. — Łatwo się zgubić.
Przy świetle latarki przeszli długim korytarzem prowadzącym w głąb wzgórza. Mijali metalowe drzwi, w większości uchylone, prowadzące do

schronów. Były to obszerne pomieszczenia, w których zainstalowano drewniane ławki i prycze, prawdopodobnie dla chorych w poważniejszym
stanie.  Korytarz  kilkakrotnie  krzyżował  się  innymi,  bocznymi,  ale  oni  postanowili  wciąż  iść  tym  głównym,  jako  że  był  najszerszy.  Po  niedługim
czasie dotarli do ślepej ściany.

— Koniec trasy — powiedział Smoła. — Doszliśmy do końca bunkra.
— Przeoczyliśmy coś — powiedział Artur. — Musimy wrócić i zbadać wszystkie pomieszczenia, na pewno któreś ma połączenie z ich siedzibą.
Spojrzał  na  Nieznalskiego,  jakby  chcąc  sobie  zapewnić  jego  akceptację  i  wsparcie,  ale  mężczyzna  nie  zwracał  na  niego  uwagi.  Na  jego

szczupłej twarzy malowało się napięcie i ogromne skupienie. Ruchy miał spokojne i oszczędne, jakby czekał na coś, co musiało się nieuchronnie
wydarzyć.

— To niewykonalne — stwierdził tymczasem Kwas. — Zabierze nam to za dużo czasu, poruszamy się po omacku.
— Musimy spróbować — nalegał Artur. Nieznalski wciąż przesuwał wzrok po ścianach. Nasłuchiwał.
—  Akcja  za  bardzo  się  przeciągnie,  nie  mogę  narażać  ludzi  na  błądzenie  w  schronie.  Zabiliśmy  sześciu  ludzi,  wkrótce  mogą  odkryć  ich

zniknięcie. Nie mam zamiaru wywoływać regularnej bitwy ze szkopami — tłumaczył oficer.

—  Dobrze  —  powiedział  Załuski,  rozumiejąc  jego  punkt  widzenia.  —  Zajrzyjmy  tylko  do  pomieszczeń  najbliżej  włazów.  Znaleźliście  cztery

prawda?

— Tak, po jednym na każdą stronę świata.
— W porządku. Zacznijmy od tego przy wschodnim wejściu.
Cofnęli się i wrócili do głównego korytarza, by skręcić w boczny, prowadzący do wschodniego włazu. Tuż przy wejściu znajdowało się obszerne

pomieszczenie pozbawione prycz czy ławek.

— To tutaj — powiedział zdecydowanym głosem Artur, który całkowicie zdał się na swoją intuicję. Kiedy wszedł do schronu, miał wrażenie, że

przestał racjonalnie myśleć. Kierował się wyłącznie odczuciami i jakimś nie do końca wytłumaczalnym wrażeniem, że wszystko, co do tej pory
wiedział i czego doświadczył, układa się w jedną całość. Nieznalski skinął głową, zatrzymując się w progu pomieszczenia.

— Czego mamy szukać? — spytał Kwas, omiatając puste pomieszczenie latarką. — Na pierwszy rzut oka nie widać żadnych drzwi ani innego

wejścia.

— Na pewno są na ścianie znaki, wskazówki. Szukajcie wizerunku Czarnego Słońca, to taka swastyka jak hitlerowska, ale wpisana w koło.

Może  to  być  też  znak  labiryntu  —  odezwał  się  nieoczekiwanie  Nieznalski.  Wszyscy  spojrzeli  w  jego  kierunku;  mężczyzna  wyprostował  się
i roziskrzonym wzrokiem przesuwał po pustych ścianach. — To na pewno tutaj! Czuję to!

Chodzili po obszernej sali przypominającej nieco wnętrze kaplicy. To prawda, ściany były tutaj nieco inaczej wysklepione, ale nigdzie nie odcinał

się nawet zarys drzwi. Panował mrok, a w świetle latarki widać było jedynie wzbity w powietrze przez buty wywiadowców kurz.

—  Jest!  —  wykrzyknął  Smoła,  kierując  latarkę  na  posadzkę.  Prawie  na  środku  pomieszczenia  znajdował  się  wizerunek  kolistego  labiryntu,

ledwie widoczny ze względu na betonowy pył. Artur podszedł do znaku i stanął w jego centrum. Pochylił się i zaczął usuwać zanieczyszczenia
z  miejsca,  do  którego  zmierzały  wszystkie  linie.  Ich  oczom  ukazał  się  niewielki  trzpień.  Po  jego  naciśnięciu  okrąg  labiryntu  osunął  się  i  ujrzeli
zejście na niższy poziom podziemi. Widać było niewyraźnie światło, usłyszeli też dochodzące z oddali głosy.

— Jazda! — powiedział Kwas — do środka. Świst zostaje, żeby nas ubezpieczać.
— Rozkaz! — powiedział Świst, a Kwas dodał:
— Tylko dopilnuj, żeby to cholerstwo się za nami nie zamknęło!
Pojedynczo weszli do środka. Kręte schody, pełne pyłu i kurzu, zaprowadziły ich na korytarz drugiego poziomu. Sufit był tu położony znacznie

niżej  niż  na  poprzednim  piętrze,  a  korytarz  się  rozszerzał.  Paliło  się  w  nim  światło;  jego  przytłumiony  blask  wyraźnie  wskazywał  im  drogę
w kierunku pomieszczenia na końcu, z którego dochodziły głosy.

Załuski chciał ruszać naprzód, ale Kwas powstrzymał go ruchem ręki.
— Nie podoba mi się to wszystko. Jeśli tu istotnie coś się odbywa, dlaczego do tej pory nikogo nie spotkaliśmy? Obawiam się, czy nie daliśmy

się wciągnąć prosto w zasadzkę…

Jakby w odpowiedzi usłyszeli nad sobą szybkie kroki, krzyki, szamotaninę, a potem płyta nad nimi zaczęła się zasuwać. Smoła rzucił się do

schodów, ale było już za późno — właz się zamknął, odcinając im drogę ucieczki.

Nieznalski zrobił uspokajający ruch ręką, ale na jego twarzy wciąż malowało się ogromne napięcie.
Odbezpieczyli broń, ale i to było spóźnionym działaniem. Światła rozbłysły jaśniejszym blaskiem i zobaczyli otaczających ich członków Czarnego

Bractwa.

Załuski  nie  znał  większości  tych  mężczyzn.  Rozpoznał  właściwie  tylko  Roehmera,  o  którego  umiejętności  zabijania  kobiet  Glass  wyrażał  się

z taką pogardą. Być może chciał odkupić swoją słabość zabiciem mężczyzn, bo zbliżył się do Kwasa i rzucił zimnym, nieznoszącym sprzeciwu
głosem:

— Oddajcie broń!
Sytuacja była beznadziejna. Załuski ocenił, że każda decyzja, którą podejmą, będzie równała się śmierci. Jeżeli teraz otworzą ogień, Niemcy po

prostu ich wystrzelają. Jeśli oddadzą broń, także zginą, choć — co wielce prawdopodobne — w cierpieniach. Rozważając obie ewentualności na

background image

prostu ich wystrzelają. Jeśli oddadzą broń, także zginą, choć — co wielce prawdopodobne — w cierpieniach. Rozważając obie ewentualności na
zimno, nie należało rzucać broni. Przed śmiercią zawsze byłaby szansa zabicia kilku szwabów, na przykład zadowolonego z siebie Roehmera.
Ale Załuski chciał zobaczyć Agnes Petzoldt. Trudno powiedzieć, co kierowało Kwasem, lecz w tym momencie pistolet dowódcy upadł na ziemię,
a za nim broń jego podwładnych. Artur rzucił automat ostatni. Niemcy zbliżyli się do nich na wyciągnięcie ręki i mierzyli ich pełnymi satysfakcji,
pogardliwymi  spojrzeniami.  Jeżeli  Załuski  spodziewał  się  jakichś  specjalnych  wymyślnych  przebrań  czy  masek,  w  które  mogliby  się  stroić
członkowie  bractwa,  to  zawiódł  się.  Każdy  miał  na  sobie  ten  sam  codzienny  mundur,  tylko  opaski  na  ich  ramionach  były  inne.  W  miejscu
hitlerowskiej swastyki widniał znak Czarnego Słońca.

— Bardzo pięknie! — ironicznie pochwalił Roehmer, a jego ludzie popędzili oddział w stronę komnaty, w której przed chwilą rozbrzmiewała

inkantacja.

Było  to  ogromne  pomieszczenie,  znacznie  większe  niż  to,  z  którego  się  tu  dostali.  Miało  kolisty  kształt,  a  w  symetrycznie  rozmieszczonych

wnękach ściennych stały wysokie postumenty z urnami. Artur wiedział od Nieznalskiego, że członkowie zakonu umieszczają tam prochy swych
bohaterów. Każdy z postumentów ozdobiony był innym runicznym symbolem układającym się w skomplikowany tekst.

Wchodząc do pomieszczenia, Nieznalski przystanął i rozejrzał się wokół.
—  Pod  labiryntem  Czarnego  Słońca  znajduje  się  kraina  śmierci  —  powiedział  enigmatycznie,  ale  Artur  doskonale  rozumiał,  co  niezwykły

współpracownik Kwasa ma na myśli. Na środku pomieszczenia stał kamienny, chyba granitowy stół w kształcie koła, na którym wyobrażono różne
symbole solarne. Nad stołem, na haku zawieszonym u sufitu, wisiała naga kobieta, a krew z jej ciała kapała wprost na granitową powierzchnię,
gromadząc się w zgłębieniach rysunków i zastygając jak gęsta lawa.

Była  to Agnes  Petzoldt. Artur  nie  mógł  oderwać  wzroku  od  białej  niczym  marmur  skóry,  teraz  poznaczonej  przypaleniami  i  licznymi  ranami.

Głowa dziewczyny zwieszała się bezwładnie na piersi, a zlepione krwią włosy zakrywały twarz. Widział jednak, że żyje, bo jej pierś unosiła się
w krótkim, urywanym oddechu.

Wezbrała w nim straszliwa nienawiść, która przyczaiła się, jak zwierzę gotowe do skoku. Zaczął widzieć wszystko z niebywałą wyrazistością,

a czas jakby dla niego zwolnił.

—  Ja  dotrzymałem  słowa  —  usłyszał  niewyraźny,  lekko  zniekształcony  głos  spod  ściany.  —  Widzisz  jeszcze  swoją  dziwkę  żywą. Ale  ty  nie

wypełniłeś warunków naszej umowy. Gdzie jest Rolf Lessing?

Lothar Glass uczynił krok do przodu i wyłonił się z mroku. Nie wyglądał dobrze. Miał częściowo zabandażowaną twarz, co mogło świadczyć

o tym, że Artur naprawdę miał rację — nie tylko złamał mu nos, ale i przestawił szczękę. Niewyraźny głos wroga sugerował, że chirurdzy musieli
wstawić mu w nią śruby.

— Nie mam pojęcia, gdzie jest Lessing — powiedział Załuski, mierząc przeciwnika wzrokiem. — Wiem jednak, że na pewno nie osiągniecie

swego celu.

— Już go osiągnęliśmy — odparł swobodnie Roehmer, trącając końcem pistoletu stopę Agnes Petzoldt.
— Byłeś uprzejmy być tak głupi, że przyprowadziłeś nam najbardziej poszukiwanego człowieka, kapitana Kwasa, nieuchwytnego szefa wywiadu

podziemia  —  sarkastycznie  stwierdził  Glass.  —  Naprawdę, Artur,  czasem  mam  wrażenie,  że  ty  potrafisz  czytać  w  myślach  i  spełniać  nasze
najskrytsze marzenia!

— Niczego się od nas nie dowiecie — wtrącił Kwas, a stojący za nim Niemiec wymierzył mu kolbą pistoletu cios w plecy. Wywiadowca pochylił

się nieco, ale ustał na nogach i dalej wyzywającym wzrokiem patrzył na Glassa. Niemiec roześmiał się.

— Panie Kwas, a właściwie panie sędzio Szymkiewicz, my chcemy wiedzieć tylko jedno: gdzie w tej chwili znajduje się człowiek przestawiający

się jako Nieznalski, czyli Rolf Lessing!

Arturowi  zakręciło  się  w  głowie. A  więc  to  Nieznalski  jest  tym  słynnym  poszukiwanym  przez  Niemców  jasnowidzem.  Jak  mógł  się  tego  nie

domyślić… To opanowanie Nieznalskiego, zaangażowanie, z jakim mówił o sprawach związanych z ezoteryką, jego wiedza i znajomość rzeczy.
I ten jego dziwny i niepokojący wygląd, magnetyczne spojrzenie… Nie dało się ukryć, że był to człowiek nietuzinkowy i trudny do rozgryzienia.

— Jestem tutaj — powiedział spokojnym głosem Lessing. Wystąpił nieco do przodu i Artur z przerażeniem spojrzał na jego twarz. Była biała jak

śmiertelny całun, a głęboko osadzone oczy przewiercały Glassa na wylot. Jasnowidz wyglądał jak postać nie z tego świata, Artura po raz kolejny
ogarnęło nieodparte wrażenie, że obcuje z podróżnikiem w czasie.

— To niesamowite — odezwał się Roehmer. — Nie spodziewaliśmy się, że pan się na to odważy. Jestem pod wrażeniem, chylę czoła.
Lessing przyglądał mu się pogardliwie.
— Wielu rzeczy się nie spodziewaliście, zastawiając na nas pułapkę, prawda?
Glass spróbował się roześmiać, ale od razu skrzywił się z bólu, najwyraźniej kontuzjowana szczęka bardzo mu dokuczała. Teraz chwycił się

jedną dłonią za twarz, a drugą, uzbrojoną w pistolet, podsunął pod oczy Lessinga.

— Chyba trochę się pan zapomina, mistrzu! Oczywiście jest pan cenny dla naszego wodza Himmlera, ale proszę z nas nie żartować w ten

sposób, bo to się nie opłaci.

— Nie opłaciło się Julianowi Orwatowi? — zapytał tym samym lekceważącym tonem Lessing. — Nie powiedział wam, gdzie jestem, więc go

zabiliście.

— Bynajmniej — rzucił Glass. — Orwat jest tutaj, myślę, że właśnie dzięki niemu dowiemy się, czy jest pan osobą, za którą się pan podaje.
Skinął ręką, a dwaj żołnierze wprowadzili do pomieszczenia jakiegoś człowieka. Załuski nie poznał w nim popularnego przed wojną medium.

Orwat  był  przygarbiony,  wychudły,  a  na  jego  twarzy  rysowały  się  głębokie  zmarszczki  świadczące  o  wielkim  zmęczeniu.  Widać  było,  że  od
dłuższego czasu musiał żyć w napięciu i lęku o siebie.

Lessing  także  przyglądał  się  swemu  koledze  po  fachu.  Przypominał  sobie  spotkanie  w  Krakowie  w  listopadzie  1937  roku  i  wizję,  która  ich

połączyła.  Zobaczył  w  niej  właśnie  to  miejsce,  w  którym  się  teraz  znaleźli,  i  Orwata  o  wyniszczonej,  udręczonej  twarzy.  Pamiętał  też  mężczyzn
w czarnych długich płaszczach.

Pochwycił wzrok Orwata, który wpatrywał się w niego intensywnie. Wiedział, że polski jasnowidz myśli o tym samym. Ich losy były połączone

i wspólny czas miał się wkrótce dopełnić.

— Zabiliście mu siostrę — wysyczał Lessing, a Orwat poruszył się niespokojnie. Glass zrobił ruch trzymanym w dłoni pistoletem, jakby chciał

uderzyć jasnowidza, ale powstrzymał się w ostatniej chwili.

— Cóż — powiedział Roehmer nonszalancko — jak pan widzi, próbowaliśmy wszystkiego, aby pana odnaleźć, panie Lessing. Bo to jest Rolf

Lessing, prawda, panie Orwat? — rzucił w kierunku przygarbionego człowieka.

Jasnowidz, wciąż wpatrując się w swego kolegę, skinął głową. Roehmer zwrócił się ponownie do Lessinga:
—  Skoro  tak,  to  możemy  przyjąć,  że  śmierć  panny  Teresy  obciąża  twoje  sumienie,  Lessing.  My  jak  zwykle  jesteśmy  czyści  i  bez  winy!  —

Zaśmiał się, a Orwat pochylił głowę i zachwiał się na nogach, więc pilnujący go żołnierze musieli go podtrzymać.

Lessing jakby obudził się z krótkotrwałego transu. Podniósł głowę i spojrzał na Roehmera badawczo.
— Dziwię się wam. Porwaliście najsłynniejszego polskiego jasnowidza, inwigilowaliście organizację podziemną, która mnie ochraniała, ale nie

zdołaliście do mnie dotrzeć. Jesteście nieudolni, nie wiem, jak Himmler jest was w stanie tolerować.

Rozwścieczony  Glass  ponownie  zamierzył  się  na  Lessinga,  który  popatrzył  na  Niemca  takim  wzrokiem,  że  ten  od  razu  się  powstrzymał.

W spojrzeniu jasnowidza było coś niepokojącego, coś, co przerażało i budziło szacunek. Lessinga nie dało się pokonać.

— Tak naprawdę przyszliśmy tu po was. — Jasnowidz powiódł swoim hipnotycznym wzrokiem po zgromadzonych hitlerowcach. W ich oczach

malowało się niedowierzanie.

— Po nas? — zdumiał się Roehmer. — Ten człowiek chyba bredzi ze strachu — zwrócił się do Glassa, który wzruszył ramionami.

background image

—  Nie  wyjdziecie  stąd  żywi  —  kontynuował  opanowanym  głosem  Lessing.  —  Być  może  wszyscy  tu  zginiemy,  ale  my  nie  mamy  już  nic  do

stracenia.

— Blefują — pogardliwie powiedział Glass. — Nie mamy czasu na takie rozmowy. Zabierajmy Lessinga, a z nimi do piachu.
Jasnowidz  wstrzymał  ich  ruchem  dłoni. Artur  nie  mógł  uwierzyć  w  moc,  jaką  ten  człowiek  sprawował  nad  umysłami  innych.  Byli  całkowicie

posłuszni jego woli. Mając ludzi takich jak on, Himmler mógłby naprawdę sprawować nieograniczoną władzę, pomyślał i przeszedł go dreszcz.
Nagle w pełni zrozumiał plan Kwasa i poczuł do niego jeszcze większy szacunek.

— Chcę porozmawiać o Julianie Orwacie i Agnes Petzoldt — powiedział tymczasem Lessing, a Artur wzdrygnął się na sam dźwięk imienia

kochanki.  Spojrzał  w  jej  kierunku.  Dziewczyna  nie  poruszała  się,  miał  nadzieję,  że  tylko  straciła  przytomność.  Znowu  poczuł  nienawiść  do  jej
oprawców. Glass zdekonspirował ją jako brytyjską agentkę i poddał torturom, by wyciągnąć informacje, to było oczywiste. Na pewno świetnie się
bawił przy tej robocie. Załuski zacisnął pięści i spojrzał na swego wroga. Dlaczego go nie zabił wtedy, w jego mieszkaniu? To był błąd!

— Tak, koniecznie porozmawiajmy o Agnes Petzoldt, waszym nieuchwytnym kurierze, którego rozpracował Lothar — nonszalancko powiedział

Roehmer.

— Przekonałem ją, by pracowała również dla mnie. — Glass wysunął się nieco do przodu i patrzył na Lessinga wyzywająco.
—  Ona  bardzo  lubi  dzieła  sztuki  i  drogocenną  biżuterię  —  zaniósł  się  śmiechem,  ale  prawie  natychmiast  syknął  z  bólu.  —  Wystarczyło,  że

przekazała przesyłki moim ludziom na chwilę przed wyruszeniem w trasę. Kopiowali je, a potem baronówna jechała z nimi dalej.

Arturowi zakręciło się w głowie. Nie mógł uwierzyć, że słowa Glassa są prawdziwe. A więc tak wyglądał perfidny plan jego dawnego kolegi

z uniwersytetu. Zagrał na uczuciach Załuskiego, by wciągnąć go w pułapkę. Glass kalkulował na zimno i przechytrzył go.

Detektyw nie mógł powstrzymać wzbierającego w nim gniewu. Wyrwał się pilnującemu go żołnierzowi i przyskoczył do Glassa, wymierzając mu

cios w okaleczoną twarz. Nazista, zaskoczony, nie zdążył zareagować. Zachwiał się, a Artur wymierzył kolejny cios.

— Teraz! — usłyszał cichy głos Kwasa. Pozostali trzej konspiratorzy skoczyli równocześnie. Wydobyli ukryte w cholewach butów noże i dopadli

Niemców błyskawicznie, zanim ci zdążyli użyć broni.

Jednocześnie w pomieszczeniu dało się słyszeć cichy świst i kilka kolejnych osób wpadło do sali.
Artur nie znał ich, ale wiedział, że to słynni cichociemni, wyszkoleni do walki wręcz i nożami.
— Nie myśl, że ujdzie ci to na sucho — powiedział leżący na podłodze Glass, który ocknął się już z pierwszego oszołomienia. W dłoni trzymał

pistolet, którym wcale nie celował w Artura, tylko w wiszącą nad stołem półprzytomną Agnes Petzoldt. Opatrunek na jego twarzy przesiąknął krwią,
ale wciąż miał dosyć siły, by strzelić do baronówny.

— Zostaw ją — Artur rzucił się w stronę wroga, ale ten wycelował szybko i trafił go w ramię. Załuski opadł bezwładnie do tyłu. Nagle jakiś cień

przyskoczył  do  Glassa,  przyduszając  go  do  ziemi.  Był  to  Lessing,  który  zacisnął  dłonie  na  gardle  majora.  Ten  zaczął  się  gorączkowo  bronić,
starając się strząsnąć ręce napastnika ze swego karku. Była to straszna walka o życie, ale daremna. Ciosy, które otrzymał Niemiec, znacznie go
osłabiły, na czole widać było wyraźnie wychodzące z wysiłku żyły. W końcu na ustach Glassa pojawiła się piana i major znieruchomiał. Załuski
odwrócił  wzrok  w  kierunku  pozostałych  ludzi.  Oddział  Kwasa  wzmocniony  przez  spadochroniarzy  i  Śwista  zyskał  przewagę  nad  Niemcami.
Jeszcze  tylko  Roehmer  był  groźny,  bo  ukrył  się  w  kącie  sali  za  czymś  w  rodzaju  ołtarza  wykonanego  z  pnia  starego  drzewa  i  ostrzeliwał  się
wytrwale. Brakowało mu celności, więc Artur stwierdził, że adiutant Franka musi być ranny.

—  Uważaj!  Zabije  Orwata!  —  usłyszał  ostrzegawczy  głos  Lessinga.  Artur  uniósł  głowę  i  zobaczył  polskiego  jasnowidza,  udręczonego

i  półprzytomnego  ze  strachu,  prawie  na  linii  strzału  Roehmera.  Załuski  naparł  ramieniem  na  najbliższą  kolumnę,  na  której  szczycie  stała  urna.
Ciężki  kamień  poruszył  się  i  spadając,  zasłonił  Orwata.  Urna  otwarła  się  i  jej  zawartość  połączyła  się  z  kurzem  zalegającym  na  podłodze.
Ciekawe,  czyje  to  były  prochy?,  pomyślał  Artur  doskakując  do  Roehmera,  by  wypalić  mu  prosto  w  twarz  z  pistoletu  Glassa.  Może  Tytusa
Andronikusa?

Wszystko ucichło. W pomieszczeniu wirowały płatki kurzu, osiadając na ciałach ludzi, którzy jeszcze niedawno należeli do Czarnego Bractwa

i myśleli, że rządzą światem. Nawet jeśli posiedli jakąś siłę, odkryli poszukiwany przez tyle lat Vril, teraz na pewno moc ich opuściła. Rolf Lessing
miał rację — nie wyszli z tego starcia cało.

— Agnes… — wyszeptał Załuski, którego nagle zdjął paniczny strach o dziewczynę. Spojrzał w kierunku sufitu, ale nie zobaczył już jej ciała

wiszącego na długiej linie.

—  Nie  żyje  —  powiedział  spokojnie  Kwas,  podchodząc  do Artura  i  pomagając  mu  wstać.  Oficer  był  ranny,  z  jego  nogi  sączyła  się  krew.

— Chłopcy ją odcięli.

Artur wyrwał się i podbiegł do kamiennego stołu, na którym ułożone na boku leżały zwłoki Agnes Petzoldt. Jej poraniona skóra jaśniała jakimś

nieziemskim blaskiem, jakby czarodziejską poświatą. Artur odgarnął włosy, które opadały jej na twarz. Zobaczył niegdyś piękne, a teraz prawie
całkiem zmasakrowane usta i przerażającą, ziejącą pustką jamę w miejscu, gdzie kiedyś znajdowało się lewe oko. Drugie patrzyło gdzieś w dal,
w  miejsce,  którego  Załuski  nie  był  w  stanie  zobaczyć.  Chciał  coś  powiedzieć,  wziąć  ją  za  stygnącą  rękę,  przytulić  się  po  raz  ostatni  do  jej
zmaltretowanego ciała, ale Kwas powstrzymał go jednym ruchem.

— Dostała rykoszetem. Moim zdaniem to dla niej lepiej. Zdradziła nas, więc i tak nie uniknęłaby kary. Przykryjcie ją czymś — polecił swoim

chłopakom.

Świst podniósł długi wojskowy płaszcz z insygniami majora SD i przykrył nim ciało martwej baronówny.
Artur odwrócił się w progu i tak na zawsze zapamiętał tę scenę — szybkie kroki bojowników, niewyraźne, pełgające światło przebijające się

przez tumany kurzu i pyłu i Agnes Petzoldt leżącą na pogańskim granitowym stole, na którym członkowie bractwa spełniali swoje krwawe obrządki.
Jej czarne długie włosy rozsypane na zakrwawionym kamieniu wyglądały jak skrzydła egzotycznego motyla, który przysiadł tu na chwilę, by zaraz
odlecieć.

Rozdział

 trzynasty. Czas

 jasnowidzów

Niczego nie pamiętał z drogi, którą gorączkowo biegli do klasztoru. Może słyszał nadjeżdżające auta Gestapo, a może nie. Jego myśli krążyły

wyłącznie  wokół Agnes  Petzoldt  i  jej  okrutnej  śmierci.  Kwas  uważał,  że  jako  podwójny  agent  zasłużyła  na  taki  koniec.  Sama  mówiła,  że  nie
zamierza przeżyć Tysiącletniej Rzeszy, i tak się stało. To Artur nie zasłużył na taki koniec Agnes Petzoldt ani na to, czego się o niej dowiedział
w  podziemnej  siedzibie  Czarnego  Bractwa.  Wszystko  w  nim  stężało,  jakby  utrwaliło  się  w  jedną  bryłę;  nie  myślał  o  niczym,  starał  się  tylko
naśladować szybki i wymierzony krok reszty oddziału.

Po kilku minutach znaleźli się przy klasztornej bramie.
— 

Spiritus Sanctus!

 — powiedział z wysiłkiem Kwas, który utracił sporo krwi i z trudem zniósł drogę, jaką przebiegli.

— 

In secula seculorum! 

— odrzekł furtian i wpuścił ich do środka. Weszli długą bramą do kościoła, a potem przez podwórze do zabudowań

klasztornych.  Chwilę  oczekiwali  na  wynik  rozmowy  pomiędzy  dowódcą  a  przeorem,  potem  zaś  bracia  wyszli  i  zaprowadzili  ich  do  niewielkich
domków, eremów usytuowanych w ogrodzie.

Było w nich zimno i mroczno, ale Artur nie zwracał na to uwagi. Brat, który go przyprowadził, przyniósł łojową świeczkę, miskę z wodą i bandaże.

W jej niewyraźnym świetle oczyścił ranę i wyjął kulę. Załuski zemdlał z bólu, a gdy się obudził, wstawał właśnie świt. Noc zimowego przesilenia
dobiegła końca. Wszystko minęło, ale dla detektywa czas miał się zatrzymać. Wciąż pod powiekami miał obraz przykrytej wojskowym płaszczem
Agnes Petzoldt i Lessinga duszącego Glassa. Znowu usnął i obudziły go dzwony obwieszczające południe.

Przy niewielkim okienku stał Świst.
— Dobrze, że się pan obudził, Jasnowidzu… — powiedział.
—  Nie  bawmy  się  już  w  to,  Sardynka  —  powiedział  z  wysiłkiem  Załuski,  podnosząc  się  na  swoim  posłaniu.  Najpewniej  miał  gorączkę,  bo

background image

widział wszystko niewyraźnie, jakby za mgłą. Mimo to dojrzał, że na twarzy byłego złodzieja maluje się uraza.

—  Nie,  proszę  pana,  ja  wszystko  robię  dla  honoru  organizacji,  jestem  już  innym  człowiekiem.  Pan  wie,  bracia  Panzerowie,  z  którymi

pracowałem przed wojną, to byli patrioci, ale dopiero teraz ich zrozumiałem. Polska, to wszystko, co mamy — stwierdził pełnym patosu głosem,
a Załuski poczuł do niego szacunek i sympatię.

— Dobrze, przepraszam, kapralu — powiedział ugodowo, a Świst skinął głową.
—  Przyszedłem  powiedzieć  panu,  że  trzeba  tu  zostać  przez  kilka  dni,  zanim  wszystko  nie  ucichnie.  Chłopaki  zmylili  pościg,  udając,  że

uciekliśmy w stronę Krakowa. Szkopy się tu nawet nie zapędziły, ale trzeba zachować ostrożność. Poza tym z dowódcą jest nie najlepiej…

— Co z nim? — zapytał z zaniepokojeniem Załuski.
— Kula strzaskała mu piszczel. Tutejszy lekarz, zakonnik, był chirurgiem wojskowym za tamtej wojny, odjął mu nogę, ale nie wiadomo, czy Kwas

przeżyje. Ma wysoką gorączkę, majaczy. Nie ma możliwości, żeby go wysłać do szpitala, bo szkopy na pewno pilnują wszystkich, zwłaszcza po
takiej akcji.

— Wiem. Musimy czekać.
Świst skinął głową i wskazał na tacę, którą postawił na stoliku przy łóżku.
— Przyniosłem trochę zupy. Zakonnicy jedzą bardzo skromnie, ale zdrowo. Pomogę panu.
Objął Artura ręką jak dziecko i posadził na pryczy, potem wziął w ręce miskę i pomógł jeść detektywowi. Zupa, choć dosyć cienka, z jaglaną

kaszą, pokrzepiła Załuskiego.

— Co macie robić? Wydał wam jakieś rozkazy?
Świst pokiwał głową.
—  Wszystko  zorganizował  przed  akcją.  Na  razie  czekamy  na  wiadomości  z  miasta.  Gdy  sytuacja  trochę  się  uspokoi,  ma  przyjść  po  nas

człowiek. Wtedy wyjdziemy i rozproszymy się.

— Rozumiem — powiedział Artur, siorbiąc zupę. Wiedział doskonale, że sam też będzie musiał zniknąć. Zamelinuje się na kilka dni gdzieś

w mieście, może poprosi Dolka Wolffa o ostatnią przysługę, a potem Franz Panzer wyrobi mu dokumenty. Załuski chciał opuścić kraj — kiedy
i jakim sposobem, nie miał na razie pojęcia.

Świst zabrał miskę i zniknął w drzwiach.
— Niech się pan kuruje, Jasnowidzu. Ta rana też była niebezpieczna.
Gdy  wyszedł,  Artur  zaczął  wpatrywać  się  w  okno.  Grudniowe  dni,  tak  krótkie  i  pozbawione  słonecznego  światła,  miały  w  sobie  coś

nierzeczywistego. Nisko zawieszone nad horyzontem słońce emitowało blady, jakby srebrzysty blask, który całkowicie odrealniał świat. Czuł się
uwięziony w próżni poza czasem i rzeczywistością.

Tak minęło kilka dni. Bojowcy odeszli, wezwani przez wysłannika Kwasa. Artur nie miał pojęcia, czy w klasztorze pozostał ktokolwiek i czy sam

dowódca żyje.

Teraz  skromny  południowy  posiłek  przynosił  mu  zakonnik,  ale  Załuski  nawet  nie  próbował  z  nim  rozmawiać.  Wiedział,  że  mnisi  ślubowali

milczenie i żaden się do niego nie odezwie.

Dla  zabicia  czasu  czytał  Biblię  i  pisma  Ojców  Kościoła  pozostawione  w  domku.  Czuł  się  jednak  pusty  i  wydrążony.  Częściowo  swój  stan

przypisywał gorączce, która nie opuszczała go przez kilka dni, a częściowo rozpaczy, która zadomowiła się w nim jak niechciany lokator.

W końcu, gdy poczuł się na tyle lepiej, by zwlec się z posłania, wybrał się na rozmowę z przeorem. Zagadnięty mnich, zamiatający ośnieżone

podwórze, bez słowa wskazał mu refektarz. Przeor siedział tam zgarbiony nad kawałkiem gliniastego chleba i zupą. Arturowi nieprzyjemnie się
zrobiło, że przeszkadza mu w biednym posiłku, ale zakonnik przywołał go ruchem dłoni.

Był to niestary jeszcze mężczyzna o bardzo dobrych, łagodnych oczach.
— Ojcze — powiedział Artur, a zakonnik dopowiedział:
— Rajmundzie. To moje zakonne imię.
— Ojcze Rajmundzie — posłusznie powtórzył Artur. — Chciałem podziękować za ocalenie i przechowanie mnie tutaj.
— To Bogu trzeba dziękować — uciął mnich. — My, ludzie, nie decydujemy w tych sprawach.
Chwilę milczeli, bo Artur nie wiedział, co odpowiedzieć.
— Chciałem się dowiedzieć, co z naszym dowódcą — zapytał wreszcie.
—  Pochowaliśmy  go  tutaj,  na  cmentarzu  —  wyjaśnił  zakonnik  i  przeżegnał  się.  —  Rana  była  ciężka  i  niebezpieczna,  wdało  się  zakażenie.

Bardzo cierpiał, ale myślę, że pojednał się z Bogiem.

Załuski zamyślił się. Zaczął go przygniatać straszny ciężar. I za tę śmierć czuł się odpowiedzialny.
— Są tu ciągle ci dwaj panowie. — Mnich zrobił nieokreślony ruch dłonią. — Na pewno chce pan z nimi rozmawiać.
Skinął na Artura i poprowadził go poprzez klasztorne korytarze wprost do rozmównicy.
Orwat i Lessing przerwali cichą dyskusję i spojrzeli na niego. Twarz Juliana nieco się wygładziła, rysy nabrały spokoju, za to Lessing jeszcze

bardziej niż kiedykolwiek wyglądał jak drapieżny ptak.

— Niech pan siada — zaprosił przybysza. Artur posłusznie zajął miejsce i spojrzał na nich z wyczekiwaniem.
Niespodziewanie odezwał się Orwat:
— Chciałem panu podziękować za uratowanie mi życia. Gdyby nie pan…
— Dokończyłem tylko swoje zadanie — powiedział detektyw smutno. — Pańska siostra mnie wynajęła, żebym pana znalazł.
— Ale na pewno panu nie zapłaciła. — Jasnowidz uśmiechnął się z wysiłkiem. — Teresa nie miała w zwyczaju regulować żadnych rachunków

z góry. — Zamilkł na chwilę, a potem w kącikach oczu pojawiły mu się łzy. — Nie wiem, co bez niej zrobię.

— Kwas nie żyje — rozległ się głos Lessinga. — Zostawił wyraźne rozkazy. Oddział zorganizuje panu przerzut na Węgry, trasą kurierską.
— Dobrze — powiedział Załuski z wysiłkiem. — Jestem w stanie sam załatwić sobie lewe dokumenty.
— Doskonale. Czas jednak nagli. Powinien pan jak najprędzej ruszyć w drogę. Gestapo zupełnie oszalało. Śmierć tej panny i oficerów uznano

za  akt  sabotażu  i  szerzą  się  aresztowania.  Wszystkich  ludzi,  którzy  brali  udział  w  akcji,  wysłaliśmy  już  w  bezpieczne  miejsca,  ale  został  nam
jeszcze pan.

— Co mówią w mieście?
— Krążą różne plotki. Ktoś rozpuścił nawet taką, że to Hans Frank kazał ich zabić. Cytowano nawet jego słowa z jakiegoś pijackiego bankietu,

że to, co robi SD w Rzeszy, to szpiegowska robota. Frank przeraził się, że te pogłoski mogą dotrzeć do Hitlera, i stara się jak może, żeby złapać
sprawców tej, jak to nazwano, „masakry oficerów”.

— A ona? — zapytał z zaciśniętym gardłem Artur.
— Jej ciało zabrała do Niemiec rodzina. Ma być pochowana w Berlinie z wszystkim honorami, sam Hitler ma być ponoć obecny na pogrzebie.
Załuski pokiwał głową i poczuł nadchodzącą słabość.
— Niech się pan nie obwinia — łagodnym głosem powiedział Orwat. — Rozmawialiśmy właśnie o panu. Rolf miał wizję tej sytuacji, u mnie

w domu, w 1937 roku…

— Tak — dopowiedział Lessing. — Określiłem to jako „dzień zagłady”, bo nie rozumiałem dobrze tej wizji. Doświadczyłem jej gwałtownie po raz

drugi, zanim weszliśmy do tej sali śmierci w bunkrze.

Artur patrzył na niego szeroko otwartymi oczami.
— Może trudno w to panu uwierzyć, bo ma pan pragmatyczne podejście do życia, ale doskonale widziałem całą tę scenę. Pańską znajomą

background image

z tymi okrutnymi okaleczeniami i tych mężczyzn… Wiedziałem też, że to pan ocali Juliana Orwata, a ja zabiję mordercę.

— To straszne — szepnął Załuski. — Jak z czymś takim można żyć?
Dwaj jasnowidze popatrzyli na siebie, a w ich wzroku było wyłącznie cierpienie. Artur odniósł wrażenie, że mimo dzielących ich różnic są do

siebie ogromnie podobni. I nie chciał, żeby którykolwiek z nich przepowiedział mu przyszłość.

—  Zdradziła  nas  —  powiedział Artur  z  wysiłkiem.  —  Jak  mogłem  się  tego  nie  domyślić,  naraziłem  was  na  niebezpieczeństwo,  wciągając

w pułapkę.

— Podejrzewaliśmy, że ktoś przechwytuje nasze meldunki. Pierwszym ostrzeżeniem była wsypa montowni broni.
— Ona tak nienawidziła Glassa — szepnął Załuski. — Dała mi do ręki dowody, abym mógł go zniszczyć!
Jasnowidz pokiwał głową.
— Miała nadzieję, że dzięki panu się od niego uwolni. Była nieostrożna, Glass ją obserwował i zorientował, że przekazuje meldunki do Londynu.

Szantażował  ją,  a  jednocześnie  opłacał.  Ona  też  wiedziała  o  nim  coś  kompromitującego,  więc  nawzajem  trzymali  się  w  szachu.  Niezwykły
układ! — Lessing zamilkł na chwilę, a Artur także milczał, analizując jego słowa.

—  Pańskie  pojawienie  się,  śledztwo  w  sprawie  Juliana,  stało  się  dla  niej  okazją  do  wyrwania  się  z  tej  matni.  Gdyby  pan  zabił  Glassa,  jej

sytuacja zmieniłaby się diametralnie.

— Dlaczego Lothar ją porwał? Przestała być dla niego użyteczna?
— Tak. Dowiedział się z naszych meldunków wszystkiego. Przede wszystkim wywnioskował z nich, że ja tu jestem, postanowił więc przerwać tę

grę i zacząć inną. Udało mu się zwabić nas do zamku, ale jak pan wie, byliśmy przygotowani na zaskakujące scenariusze. Naszym celem było
zniszczenie Czarnego Bractwa. Muszą wiedzieć, że nie dostaną tego, czego chcą. Jasnowidze nie będą dla nich pracować!

Załuski ukrył twarz w rękach.
— Potrafię jej wybaczyć, że mnie oszukała — szepnął. — Ale nigdy jej nie daruję, że zdradziła…
— Bała się — wyjaśnił Lessing. — A sam pan wie, że wszystkie najgorsze zbrodnie biorą się ze strachu. Strach jest zły i upodlający. Nawet

śmierć jest lepsza od degenerującego strachu. Lęk zamienia człowieka w obłąkane zwierzę.

—  Niech  pan  da  spokój  —  delikatnym  głosem  wtrącił  się  Orwat.  —  Pan  Załuski  tyle  przeszedł…  Myślę,  że  pan  Lessing  chciał  panu

podziękować. Zrobił pan tyle dla mnie i dla konspiracji. Ocalił pan niejedno życie.

—  Tak  —  włączył  się  Lessing.  —  Właśnie  dlatego  chcemy,  żeby  dalej  pracował  pan  dla  nas.  Za  granicą  może  się  pan  bardzo  przydać.

Z pańskimi zdolnościami i możliwościami jest pan dla nas niezwykle cenny.

— A co z wami? — zapytał Artur.
— Juliana zabiorę do Warszawy. Tutaj nie ma już dla niego miejsca, nie po tym wszystkim. Sam również wybiorę się za granicę, ale w innym

kierunku. Trzeba dobrze wykorzystać czas, jaki nam pozostał.

Załuski wpatrywał się w nich szeroko otwartymi oczami. Przypomniał sobie rozmowę z Teresą Orwat, która opowiadała, że brat przewidział

swoją datę śmierci — jego życie miało dobiec kresu w 1944 roku.

Może  w  Warszawie  będzie  bezpieczniejszy?,  pomyślał  jeszcze Artur,  wstając  z  wysiłkiem  od  stołu,  żeby  na  pożegnanie  uścisnąć  dłoń  obu

jasnowidzom.

Miał nadzieję, że tak.
Po koniec stycznia przed bramę bielańskiego klasztoru wyszedł pewien człowiek. Był bardzo wysoki, szczupły, o posiwiałych włosach. W ręku

miał parciany plecak, a na sobie sportową zimową kurtkę. Nie nosił czapki i miał pewne problemy z poruszaniem lewą ręką. Czekała na niego
furmanka, do której wsiadł bez słowa. Siedzący na koźle mężczyzna, także milcząc, podał mu jakieś zawiniątko w szarym płótnie.

Gdy mężczyzna je rozwinął, zobaczył paszport na nazwisko Artur Horn i dokumenty wskazujące na to, że jest austriackim handlowcem.
Artur  nie  mógł  się  nie  uśmiechnąć  na  ten  żart  Franza  Panzera.  Spojrzał  na  bilet  kolejowy,  potem  na  wszystkie  papiery  i  na  chwilę  odwrócił

wzrok, gdy przejeżdżali opodal wzgórza, gdzie Niemcy wznosili Schloss Wartenberg.

Niech tak będzie, pomyślał jeszcze. Niech będzie, co musi być.
W jego oczach pojawiło się coś zupełnie nowego i nieznanego. Pewność, że w życiu nie ma już na co czekać. Nagle zrozumiał, że to, co pisał

jego  ulubiony  poeta,  Reiner  Maria  Rilke,  miało  sens.  Nie  kupię  już  sobie  przyszłości,  pomyślał  i  niespodziewanie  poczuł  spokój,  jakiego  nie
doświadczał od wielu dni.

Zostawił za sobą wszystko, nie liczył już na nic. Mógł zaczynać nowe życie.

Podziękowania

Bardzo dziękuję pierwszym czytelniczkom tej książki: mojej Mamie oraz Marcie Guzowskiej za cenne uwagi i wskazówki. Bez Waszych rad

powieść z pewnością byłaby inna, na pewno gorsza. Podziękowania za wszystkie sugestie zmierzające do ulepszenia tej książki kieruję też do
mojego Wydawcy, Pana Ireneusza Godawy, oraz Redaktora, Pana Grzegorza Krzymianowskiego.

Noc  zimowego  przesilenia

  nie  powstałaby,  gdyby  nie  kilka  ważnych  publikacji  naukowych  i  popularnonaukowych,  które  polecam

zainteresowanym historią okupowanego Krakowa:

Bednarek Monika, Gawron Edyta, Jeżowski Grzegorz, Zbroja Barbara, Zimmerer Katarzyna, 

Kraków okresu okupacji 1939–1945

,  Kraków

2010.
Bratko Józef, 

Gestapowcy

, Kraków 1985.

Czocher Anna, 

W okupowanym Krakowie

, Gdańsk 2011.

Jakubowski Krzysztof, 

Kawa i ciastko o każdej porze. Historia krakowskich kawiarni i cukierni

, Warszawa 2012 (stąd pochodzi cytat z Curzio

Malaparte i opis kawiarni Pani).
Jankowski M. Stanisław, 

Klucze do wolności. Ze zbrojną pomocą więźniom Gestapo, SS i NKWD

, 2013.

Kubalski Edward, 

Niemcy w Krakowie. Dziennik 1.IX.1939–18.I.1945

, Kraków 

 Budapeszt 2010.

Ramme Alvin, 

Służba Bezpieczeństwa SS

, Warszawa 1975.

Szarota Tomasz, 

Okupowanej Warszawy dzień powszedni

, Warszawa 2010.

Oczywiście 

Noc zimowego przesilenia

 to powieść kryminalna, a nie książka historyczna czy relacja. Wszystkie przedstawione w niej historie są

fikcyjne i nie miały w rzeczywistości miejsca. Starałam się rzetelnie odtworzyć realia okupowanego Krakowa, ale jeśli popełniłam błędy, wyłącznie
ja za nie odpowiadam.

Kocham Kraków i jego historię. Byłoby mi niezmiernie miło, gdyby moja powieść zachęciła Państwa do sięgnięcia po inne prace na temat

naszego miasta. Kraków kryje przecież w sobie tyle pasjonujących zagadek, że aż prosi się, żeby je zgłębić!

Przypis

y

1  Dwa  najbardziej  znane  krakowskie  więzienia  okresu  międzywojennego  znajdowały  się  przy  ulicy  Poselskiej  (więzienie  sądowe  zwane  więzieniem  świętego  Michała,  obecnie

siedziba Muzeum Archeologicznego) oraz przy ulicy Montelupich (obecnie jest to Areszt Śledczy). Więzienie przy ul. Montelupich popularnie nazywane było „Monte” lub „Montelupa”.

2 Sipo — Sicherheitspolizei (Policja Bezpieczeństwa), wspólna nazwa dwóch jednostek: Geheime Staatspolizei (Tajna Policja Państwowa, w skrócie Gestapo) i Kriminalpolizei

(Policja Kryminalna, w skrócie Kripo). W Krakowie siedzibą Gestapo była ulica Pomorska (obecnie znajduje się tam jeden z oddziałów Muzeum Historycznego Miasta Krakowa), Kripo
zaś mieściło się przy ulicy Pędzichów (obecnie znajduje się tam ZUS).

3  Raptus  puellae  —  „porwanie  panny”,  uprowadzenie  dziewczyny  (za  jej  zgodą  lub  wbrew  jej  woli)  w  celu  zamążpójścia.  W  Polsce  szlacheckiej  było  to  jedno  z  najcięższych

przestępstw, karane śmiercią.

background image

przestępstw, karane śmiercią.

4 SD — Sicherheitsdienst SS (Służba Bezpieczeństwa SS), wraz z Sipo tworzyły siły bezpieczeństwa w Generalnym Gubernatorstwie. SD prowadziła trzy urzędy (departamenty),

wydział centralny trzeciego urzędu zajmował się wywiadem międzynarodowym. W Krakowie siedziba SD, jednej z najbardziej tajemniczych jednostek niemieckiej służby bezpieczeństwa,
mieściła się przy ulicy Józefitów.

5 Do zamachu na Cyganerię doszło rzeczywiście rok później, 24 XII 1942 roku. Ataku dokonała Żydowska Organizacja Bojowa, wrzucając do środka granaty i zabijając kilkunastu

Niemców; w przeciągu kilku dni wszyscy bojownicy zostali schwytani przez Gestapo.

background image

Table

 of Contents

Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Introdukcja. Sol Invictus
Rozdział pierwszy. Wołanie
Rozdział drugi. Labirynt
Rozdział trzeci. Agnes
Rozdział czwarty. Echo
Rozdział piąty. Z wiatrem
Rozdział szósty. Przez cień
Rozdział siódmy. O krok
Rozdział ósmy. Ślad
Rozdział dziewiąty. Gra
Rozdział dziesiąty. Otchłań
Rozdział jedenasty. Dies Solis
Rozdział dwunasty. Noc zimowego przesilenia
Rozdział trzynasty. Czas jasnowidzów
Podziękowania
Przypisy