background image

Margaret Barker  

 

Dzika pla

Ŝ

a  

 

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY  

Jacky  zerknęła  na  nowego  lekarza  z  oddziału  ratownictwa  medycznego  i  krew  odpłynęła  jej  z  twarzy. 

Pierre.  Nie  spodziewała  się,  Ŝe  spotkają  się  po  tylu  latach,  na  dodatek  tu,  w  gabinecie  Marcela.  Co  za 
początek dnia!  

- Dziwne - mruknęła zaintrygowana, gdy z samego rana Marcel bez uprzedzenia zaprosił ją do siebie. - 

Dzisiaj przekazuję swoje obowiązki na oddziale  

- oznajmił. Zanim zdąŜyła go o cokolwiek zapytać,  
wszedł nowo przyjęty specjalista.  

Pierre ... Tyle wspomnień, tyle sprzecznych uczuć.  

Pokój zatańczył jej przed oczami. W głowie powstał zamęt. To chyba nie moŜe być prawda ...  

- Miło cię widzieć, Pierre. - Marcel uśmiechnął się ciepło i wyciągnął rękę na powitanie.  
Jacky  machinalnie  przysunęła  sobie  najbliŜsze  krzesło.  Bała  się,  Ŝe  nogi  odmówią  jej  posłuszeństwa. 

Dlaczego Marcel nie uprzedził jej, Ŝe dziś odchodzi? A przede wszystkim dlaczego nie powiedział, kto go 
zastąpi?  

- To jest doktor Jacky Manson. Jacky, to doktor Pierre Mellanger. Jacky przez miesiąc pracowała z moją 

Ŝ

oną, Debbie, a teraz ją zastępuje w czasie urlopu macierzyńskiego ...  

- My się znamy - powiedziała, niepewnie wstając z mIeJsca. 

Spojrzała na Pierre'a i zaczerwieniła się trochę bardziej, niŜby sobie Ŝyczyła. Wyciągnęła do niego rękę, 

czując do siebie niechęć za to, iŜ wprost nie moŜe się doc:zekać, kiedy go dotknie. Zachowywała przy tym 
pozory  całkowitego  spokoju,  gdyŜ  nie  chciała  pokazać,  jak  bardzo  poruszyło  ją  to  spotkanie.  To była  jej 
tarcza ochronna. Kryła się za nią, odkąd zrozumiała, Ŝe Pierre, jej ideał, nigdy jej nie pokocha.  

Wymienili krótki uścisk dłoni.  
- Proszę mi przypomnieć, gdzie się poznaliśmy  

- poprosił. Widać było, Ŝe jest zaskoczony.  

- W Normandii. Moja matka nalegała, Ŝebym nie  

zdrabniała imienia, więc wszyscy zwracali się do mnie Jacqueline, ty teŜ ...  

- Jacqueline! To naprawdę ty? AleŜ się zmieniłaś! Poczuła ulgę. Jednak trochę ją pamięta.  

- Oczywiście, Ŝe się zmieniłam. Kiedy wyjeŜdŜałeś do Australii, miałam szesnaście lat.  

Uśmiechał się do niej szeroko, odsłaniając mocne białe zęby. Wtedy ten uśmiech wzbudzał w niej za-

chwyt.  

- Jak mogłem od razu nie poznać tych pięknych kasztanowych  włosów i zielonych oczu! Moja mama 

ciągle powtarzała, Ŝe śliczna z ciebie panienka.  

Co z tego, Ŝe śliczna, skoro i tak interesowałeś się  

duŜo starszymi dziewczynami?  

- Manson? Zmieniłaś nazwisko. Wyszłaś za mąŜ?  
- Tak, ale ... rozwiedliśmy się·  
- Pamiętam, Ŝe jako jedyna w miasteczku nosiłaś  

angielskie nazwisko. Twój ojciec jest Anglikiem, a mama Francuzką, prawda? Shaftesbury. Jak na 

Francję, nazywaliście się bardzo nietypowo. 

Jacky uśmiechnęła się sceptycznie.  

- Kiedy byłam mała, dzieciaki nie potrafiły wymówić naszego nazwiska. Nawet nauczycielka ze szkoły 

podstawowej miała problemy. Mimo to czasem kusi mnie, Ŝeby wrócić do panieńskiego nazwiska i odciąć 

background image

się raz na zawsze od ... trudnej przeszłości.  

- CięŜko zaczynać wszystko od nowa - westchnął.  

W jego niskim, lekko ochrypłym głosie zabrzmiała nuta smutku.  

- Bardzo cięŜko - przyznała.  

Popatrzyli sobie w oczy, a ona poczuła ogromną radość, Ŝe pojawiła się między nimi nić porozumienia. 

Odkąd Pierre opuścił Normandię, słuch o nim zaginął. Nie miała pojęcia, co się z nim działo przez te lata. 
WyobraŜała sobie, Ŝe jest szczęśliwy u boku pięknej koleŜanki ze studiów, którą przywiózł kiedyś do mias-
teczka. Tym bardziej zaskoczył ją bezgraniczny smutek w jego oczach. Wprawdzie nie stracił nic ze swego 
uroku, wciąŜ był przystojny i pewny siebie, lecz nie miał j~Ŝ w sobie tej beztroski, którą tak bardzo ją ujął.  

-  Zycie  przynosi  mnóstwo  niespodzianek  -  stwierdził  sentencjonalnie.  -  Szkoda,  Ŝe  niektóre  są  wyjąt-

kowo przykre.  

Uciekła wzrokiem w bok. CzyŜby Pierre, podobnie jak ona, dostał surową lekcję Ŝycia? Ona, mimo tru-

dnych  doświadczeń,  starała  się  z  optymizmem  patrzeć  w  przyszłość.  Od  rozwodu  minęły  dwa  lata,  więc 
pora,  by  definitywnie  zamknąć  ten  rozdział  Ŝycia.  MoŜe  rany  szybciej  się  zabliźnią,  jeśli  pozbędzie  się 
reliktów  przeszłości  i  faktycznie  wróci  do  panieńskiego  nazwiska.  Smutna  prawda  była  taka,  Ŝe  z  mał-
Ŝ

eństwa nie wyniosła nic, o czym warto by pamiętać ...  

Z wyj

ą

tkiem  Có

Ŝ

, gdyby jej ukochane dziecko 

Ŝ

yło,  

mo

Ŝ

e wtedy .  

Marcel dyskretnie odchrz

ą

kn

ą

ł.  

- O ile zrozumiałem, znacie si

ę

 od dawna, tak?  

- Kiedy widzieli

ś

my si

ę

 ostatni raz, Jacqueline by-  

łajeszcze  dzieckiem.  -  Na  ustach  Pierre'a  pojawił  si

ę

  chłopi

ę

cy  u

ś

miech.  -  Bardzo 

sympatycznym  i  uroczym.  Mieszkali

ś

my  po  s

ą

siedzku  w  małym  miasteczku  nad  morzem, 

blisko  Mont  Saint  Michel.  Jaqueline  i  jej  koledzy  łazili  za  mn

ą

  krok  w  krok.  Zwłaszcza  gdy 

towarzyszyła mi jaka

ś

 dziewczyna.  

-  Byłe

ś

  od  nas  sporo  starszy.  -  Jacky  u

ś

miechn

ę

ła  si

ę

  do  wspomnie

ń

.  Czuła, 

Ŝ

e  powoli 

odzyskuje  spokój.  -  Studiowałe

ś

  w  Pary

Ŝ

u,  a  my  byli

ś

my  bardzo  ciekawi 

Ŝ

ycia  w  wielkim 

mie

ś

cie. Ty jednak uwa

Ŝ

ałe

ś

 si

ę

 za dorosłego i nie chciałe

ś

 zadawa

ć

 si

ę

 z małolatami.  

- W  tamtym  czasie  marzyłem  tylko  o  tym, 

Ŝ

eby  jak  najszybciej  wyrwa

ć

  si

ę

  z  prowincji  - 

westchn

ą

ł. A teraz, jak na ironi

ę

, uciekam od zgiełku Pary

Ŝ

a i z ulg

ą

 wracam na wie

ś

. Sto 

Martin  sur  mer  przypomina  mi  nasze  miasteczko.  Jestem  pewien, 

Ŝ

e  zmiana  stylu 

Ŝ

ycia 

dobrze mi zrobi.  

Spojrzał na morze widoczne za oknem i poczuł, jak budzi si

ę

 w nim energia.  

Cho

ć

 przyjechał do Sto Martin zaledwie wczoraj, miał przeczucie, 

Ŝ

e tu szybciej wyleczy 

zranion

ą

 dusz

ę

 i nabierze dystansu do tego, co prze

Ŝ

ył.  

Zerkn

ą

ł  na  Jacky.  Nie  mógł  uwierzy

ć

Ŝ

e  ta  pi

ę

kna  kobieta  była  kiedy

ś

  rozbrykan

ą

wesoł

ą

 dziewczynk

ą

, która uganiała si

ę

 po wsi z band

ą

 dzieciaków.  

Pami

ę

tał, 

Ŝ

e była bardzo lubiana. 

ś

ywiołowa, pomysłowa i tryskaj

ą

ca energi

ą

, wyró

Ŝ

niała 

si

ę

 z tłumu  

i  przewodziła  wiejskiej  dzieciarni.  Bardzo  si

ę

  od  tamtej  pory  zmieniła,  pomy

ś

lał, 

przygl

ą

daj

ą

c si

ę

 jej dyskretnie. Sprawiała  wra

Ŝ

enie zagubionej i bezradnej. Zupełnie jakby 

czekała na cios, który odbierze jej reszt

ę

 wiary w siebie.  

Pi

ę

kna  kobieta,  pomy

ś

lał  z  zachwytem,  cho

ć

  ze  wzgl

ę

du  na  trudn

ą

  sytuacj

ę

  osobist

ą

 

rzadko  interesował  si

ę

  kobietami.  Pami

ę

tał, 

Ŝ

e  ju

Ŝ

  jako  szesnastolatka  wyró

Ŝ

niała  si

ę

 

urod

ą

, ale on wtedy czuł, 

Ŝ

e nie powinien ogl

ą

da

ć

 si

ę

 za dziewczynami. Miał dwadzie

ś

cia 

pi

ęć

 lat i wyje

Ŝ

d

Ŝ

ał do Australii, gdzie zamierzał si

ę

 o

Ŝ

eni

ć

. Podziwiał wi

ę

c Jacky z daleka, 

tłumacz

ą

c sobie, 

Ŝ

e przecie

Ŝ

 patrzenie to nie grzech.  

- My

ś

lałam, 

Ŝ

e mieszkasz w Australii - powiedziała. Gdyby podejrzewała, 

Ŝ

e istnieje bodaj 

cie

ń

  szansy,  i

Ŝ

  spotkaj

ą

  si

ę

  na  gruncie  zawodowym,  nigdy  nie  wróciłaby  do  Francji. 

Nieodwzajernniona  pierwsza  miło

ść

  tkwiła  w  jej  sercu  jak  zadra.  Łudziła  si

ę

Ŝ

e  ból  kiedy

ś

 

minie, ale nie. Został i co pewien czas dawał  

o

 sobie zna

ć

. Nie lubiła o tym my

ś

le

ć

.  

- Mój dom jest tu, we Francji - odparł, nie kryj

ą

c wzruszenia. - Kiedy 

Ŝ

ycie daje w ko

ść

 ... 

- Umilkł, nie doko

ń

czywszy zdania.  

Marcel poło

Ŝ

ył r

ę

k

ę

 na jego ramieniu.  

background image

-  Znamy  si

ę

  ze  studiów  -  wyja

ś

nił.  -  Po  dyplomie  obaj  wyjechali

ś

my  do  Australii  i 

zacz

ę

li

ś

my pracowa

ć

 w szpitalu w Sydney.  

- Byli

ś

my młodzi i ciekawi 

ś

wiata - dodał Pierre.  

Opanował ju

Ŝ

 emocje i jego głos odzyskał sił

ę

. - Ale kiedy człowiekowi wali si

ę

 

ś

wiat, lepiej 

by

ć

 w

ś

ród swoich. Prawda, Marcel?  

Ten pokiwał głow

ą

.  

Dlatego wrócili

ś

my do Francji. Ale do

ść

 wspomnie

ń

, skupmy si

ę

 na sprawach aktualnych. Jak 

ju

Ŝ

 mówiłem, przekazuj

ę

 obowi

ą

zki Pierre' owi i przenosz

ę

 si

ę

 pi

ę

tro wy

Ŝ

ej, na chirurgi

ę

·  

-  Załatwiłe

ś

  to  wyj

ą

tkowo  dyskretnie  -  zauwa

Ŝ

yła  z  przek

ą

sem.  -  Po  co  te  tajemnice? 

Wydawało mi si

ę

Ŝ

e jeste

ś

 zadowolony z pracy na oddziale ratownictwa.  

Marcel wzruszył ramionami.  

_ Jestem zadowolony, a wła

ś

ciwie ... byłem, dopóki nie odkryłem, 

Ŝ

e chirurgia daje mi wi

ę

cej 

satysfakcji. - Rozumiem.  

Odwróciła  si

ę

  w  stron

ę

  Pierre'a.  Widok  jego  przystojnej  twarzy  obudził  w  niej  znajomy 

dreszcz podniecenia. Co z ni

ą

 jest nie tak, 

Ŝ

e nie potrafi uwolni

ć

 si

ę

 od dziecinnej miło

ś

ci? W 

dodatku niechcianej i niepotrzebnej. Zwłaszcza teraz. Nawet gdyby Pierre si

ę

 ni

ą

 zainteresował, 

i tak musiałaby oprze

ć

 si

ę

 pokusie.  

. - Czy to Marcel zaproponował ci, 

Ŝ

eby

ś

 przej

ą

ł  

jego stanowisko? - zapytała.  

- Tak. Propozycja przyszła w idealnym momencie, bo akurat musiałem ... wyjecha

ć

 z Pary

Ŝ

a. 

O  miejsce  po  Marcelu  starało  si

ę

  kilku  kandydatów,  ale  podejrzewam, 

Ŝ

e  dzi

ę

ki  jego 

rekomendacji zarz

ą

d szpitala wybrał wła

ś

nie mnie ..  

- Po prostu byłe

ś

 najlepszy - podkre

ś

lił Marcel chocia

Ŝ

 fakt, 

Ŝ

e znamy si

ę

 i przyja

ź

nimy, nie 

był bez znaczema.  

-  To  dziwne  uczucie,  tak  niespodziewanie  spotka

ć

  starych  znajomych  -  powiedział  cicho 

Pierre. - Miałem nadziej

ę

Ŝ

e gdy wyjad

ę

 z Pary

Ŝ

a ...  

_ Przepraszam was. - Marcel nacisn

ą

ł przycisk na interkomie, który brz

ę

czał ju

Ŝ

 od kilku sekund. 

- Tak? - Przez chwil

ę

 słuchał w skupieniu. - Ju

Ŝ

 id

ę

.  

Natychmiast wstał zza biurka.  
-  Musimy  wraca

ć

  na  oddział.  Na  morzu  wydarzył  si

ę

  wypadek,  zaton

ą

ł  statek  wycieczkowy. 

Karetki z poszkodowanymi ju

Ŝ

 s

ą

 w drodze. Troch

ę

 wam pomog

ę

, ale za godzin

ę

 mam planow

ą

 

operacj

ę

.  

Na  oddziale  rozdzielili  si

ę

  i  zaj

ę

li  badaniem  poszkodowanych.  Jacky  trafiła  na  starsz

ą

  pani

ą

któr

ą

 bardzo bolała noga.  

- Pewnie j

ą

 złamałam, prawda, pani doktor?  

- Obawiam si

ę

Ŝ

e tak, ale 

Ŝ

eby mie

ć

 pewno

ść

,  

musimy zrobi

ć

 prze

ś

wietlenie, pani ... - Zerkn

ę

ła do karty, 

Ŝ

eby sprawdzi

ć

, jak nazywa si

ę

 

pacjentka.  

- Marguerite - podpowiedziała starsza pani.  
- Dobrze, pani Marguerite. Ja mam na imi

ę

 Jacky  

albo, je

ś

li pani woli, Jacqueline.  

-  O  tak,  zdecydowanie  wol

ę

  Jacqueline.  Tak  ma  na  imi

ę

  moja  córka  -  oznajmiła  pani 

Marguerite i zacz

ę

ła opowiada

ć

 o swoich dzieciach i wnukach.  

Jacky  starała  si

ę

  słucha

ć

,  gdy

Ŝ

  jak  zawsze  zale

Ŝ

ało  jej  na  zdobyciu  zaufania  pacjentki. 

Jednocze

ś

nie przegl

ą

dała informacje dostarczone przez ratowników, którzy wyci

ą

gali rozbitków z 

wody.  

W drodze na prze

ś

wietlenie pani Marguerite opowiedziała, co wydarzyło si

ę

 na statku:  

- Rejs był naprawd

ę

 wspaniały, wszyscy tak dobrze si

ę

 bawili. Wła

ś

nie dopływali

ś

my do małej 

wyspy, na której mieli

ś

my urz

ą

dzi

ć

 piknik, kiedy nagle co

ś

 przera

ź

liwie zatrzeszczało. Nasz 

statek wpadł na podwodne skały i zacz

ą

ł nabiera

ć

 wody. Wtedy młodsi pasa

Ŝ

erowie 

powyskakiwali za burt

ę

, ale ja nie jestem 

ju

Ŝ

 tak sprawna jak kiedy

ś

, wi

ę

c siedziałam i mod-

liłam si

ę

Ŝ

eby kto

ś

 mnie uratował.  

_ Na szcz

ęś

cie pani modlitwy zostały wysłuchane. Przerwały rozmow

ę

 na czas 

background image

prze

ś

wietlenia, a gdy po kilku minutach radiolog przyniósł klisze, Jacky wytłumaczyła pani 

Marguerite, co wykazał rentgen: _ Złamała pani nog

ę

 w miejscu, gdzie ko

ść

 ł

ą

czy  

si

ę

 ze stawem biodrowym.  

_ To znaczy ko

ść

 udow

ą

, tak? Jestem emerytowa-  

n

ą

 piel

ę

gniark

ą

, wi

ę

c prosz

ę

 

ś

miało powiedzie

ć

, jak  

powa

Ŝ

ny jest uraz.  

. ,.  

.,  

_ Có

Ŝ

, główka ko

ś

ci przemIescIła SI

ę

 

wysun

ę

ła  

 z panewki. Trzeba b

ę

dzie wstawi

ć

 protez

ę

..  

.  

Pani Marguerite beztrosko Wzruszyła ramiOnami. 

_ I 

dobrze. Ostatnio cz

ę

sto dokuczały 

mi bóle stawów, nawet wybierałam si

ę

 do lekarza, 

Ŝ

eby p~rozmawia

ć

 o wstawieniu 

protezy. No i sprawa załatWiOna. _ Chciałabym, 

Ŝ

eby wszyscy moi pacjenci mieli  

równie pozytywne nastawienie - u

ś

miechn

ę

ła si

ę

 Jacky. - Zaraz umie

ś

cimy pani

ą

 na 

ort~pedii. .  

_ Dzi

ę

kuj

ę

, pani doktor. Bardzo miła z pam osoba.  

  Zajrzy pani do mnie?  

.  

.  

_ Oczywi

ś

cie. Zawsze sprawdzam, Jak radz

ą

 sobIe  

  moi pacjenci.  

.  

Na korytarzu pojawił si

ę

 kolejny ratowmk z no-  

szami.  

_ Mam tu małe dziecko. Dominie, dwa lata. Przed  

chwil

ą

  go  przywieziono  -  raportował  pospie.sznie.  ~  Bardzo  długo  przebywał  pod  wod

ą

Rokowama  raczej  kiepskie  -  zaznaczył,  zni

Ŝ

aj

ą

c  głos.  -  Brak  wyczu.walnego  pulsu,  nie 

oddycha. Próbowali

ś

my go reammowa

ć

, ale bez skutku.  

-  Dajcie  go  tutaj  -  wskazała  jedno  z  wydzielonych  stanowisk  -  a  pani  -  zwróciła  si

ę

  do 

piel

ę

gniarki  niech  si

ę

  zajmie  jego  rodzicami.  S

ą

  w  szoku,  wi

ę

c  prosz

ę

  im  da

ć

  co

ś

  na 

uspokojenie,  a  je

ś

li  to  nie  pomo

Ŝ

e,  wezwa

ć

  którego

ś

  z  lekarzy  -  poinstruowała,  po  czym 

skupiła si

ę

 całkowicie na drobnym, bezwładnym ciałku okrytym ciepłym kocem.  

Wystaj

ą

ca  spod  niego  blada  buzia  miała  nieziemski,  niemal  anielski  wyraz.  Maluj

ą

cy  si

ę

 

na niej gł

ę

boki spokój nasuwał podejrzenie, 

Ŝ

e chłopczyk znajduje si

ę

 ju

Ŝ

 po drugiej stronie. 

Jacky zaczerpn

ę

ła gł

ę

boko powietrza. Nie mogła pozwoli

ć

, by niepotrzebne my

ś

li zakłócały 

jej koncentracj

ę

.  

- Jak długo znajdował si

ę

 pod wod

ą

?  

- Co najmniej pół godziny. Kiedy nurek go wydo-  

był, był ju

Ŝ

 bardzo wychłodzony - odparł ratownik. - Mówi pan, 

Ŝ

e był wychłodzony? To 

dobrze. Jest szansa, 

Ŝ

e da si

ę

 go uratowa

ć

 - powiedział Pierre, który wchodz

ą

c, usłyszał ich 

rozmow

ę

.  

Jacky podł

ą

czyła chłopca do urz

ą

dzenia monitoruj

ą

cego parametry 

Ŝ

yciowe i ju

Ŝ

 po chwili 

mieli  potwierdzenie, 

Ŝ

e  temperatura  ciała  jest  rzeczywi

ś

cie  niebezpiecznie  niska.  Jacky 

jeszcze  nigdy  nie  miała  do  czynienia  z  pacjentem  w  stanie  tak  znacznego  wychłodzenia, 
przypomniała  sobie  jednak, 

Ŝ

e  w  jednym  z  podr

ę

czników  opisyWano  przypadek  dziecka, 

które prze

Ŝ

yło wła

ś

nie dlatego, 

Ŝ

e niemal zamarzło w zimnej wodzie.  

-  Czy  ty  te

Ŝ

  uwa

Ŝ

asz, 

Ŝ

e  dzi

ę

ki  skrajnemu  wychłodzeniu  Dominie  ma  szans

ę

  prze

Ŝ

y

ć

?  - 

zapytała Pierre'a.  

Skin

ą

ł głow

ą

.  

Tak,  spotkałem  si

ę

  z  podobnym  przypadkiem  w  Australii.  Kiedy  ciało  opada  na  dno, 

gdzie panuje niska temperatura, metabolizm staje si

ę

 wolniejszy, dzi

ę

ki czemu mózg lepiej 

radzi  sobie  z  niedoborem  tlenu.  Musimy  go  powoli  rozgrza

ć

.  Nie  odpuszcz

ę

,  dopóki  nie 

przywrócimy mu normalnej temperatury.  

Pierre  poprosił  piel

ę

gniark

ę

,  by  przyniosła  specjalny  pled  dmuchaj

ą

cy  ciepłym 

powietrzem, po czym on i Jacky zaj

ę

li si

ę

 chłopcem. Po pewnym czasie, który wydawał si

ę

 

wieczno

ś

ci

ą

, Jacky zerkn

ę

ła na monitor.  

_. Spójrz! Pojawił si

ę

 słaby puls! - zawołała, obejmuj

ą

c palcami przegub chłopca.  

W  pierwszym  momencie  nie  poczuła  nic  poza  chłodem  pozbawionej 

Ŝ

ycia  ko

ń

czyny, 

background image

jednak po chwili pod palcami. wyczuła słabiutkie pulsowanie.  

_ Zaczynam masa

Ŝ

 serca - oznajmił Pierre. Minuty przeszły w godziny, a oni wci

ąŜ

 nie 

dawali za wygran

ą

. Rodzice chłopca zostali na wszelki wypadek uprzedzeni, 

Ŝ

e szanse na 

uratowanie Dominica s

ą

 niewielkie.  

Po  czterech  godzinach  bezustannych  wysiłków  Jacky  zacz

ę

ła  odczuwa

ć

  napi

ę

cie. 

Polubiła to dziecko i nie wyobra

Ŝ

ała sobie, 

Ŝ

e mogliby je straci

ć

.  

_  Jeszcze  raz  sprawdz

ę

,  czy  reaguje  na 

ś

wiatło  -powiedziała  do  Pierre'a  i  skierowała 

strumie

ń

 

ś

wiatła  prosto  w 

ź

renic

ę

.  I  wstrzymała  oddech.  -  Reaguje!  Jestem  pewna, 

Ŝ

ź

renica si

ę

 zmniejszyła. Zreszt

ą

  

  chod

ź

 -i sam zobacz! - zawołała.  

_  

Pierre wzi

ą

ł od niej wziernik i pochylił si

ę

 nad  

Dominikiem.  

_ Masz racj

ę

, Jacky! - oznajmił głosem; w którym  

ulga  mieszała  si

ę

  z  rado

ś

ci

ą

.  -  Teraz  szansa, 

Ŝ

e  prze

Ŝ

y  je,  zwi

ę

ksza  si

ę

  z  ka

Ŝ

d

ą

  minut

ą

Ś

wietnie! ~ Uradowany, obrócił si

ę

 w jej stron

ę

 i spontanicznie przytulił j

ą

 do siebie.  

Poruszona jego zara

ź

liwym entuzjazmem, z u

ś

miechem spojrzała mu w oczy. Cudownie 

było  czu

ć

  jego  dotyk.  I  strasznie.  Czy  onw  ogóle  zdaje  sobie  spraw

ę

,  co  si

ę

  z  ni

ą

  teraz 

dzieje?  

Pierre  zerkn

ą

ł  na  pi

ę

kn

ą

  kobiet

ę

,  któr

ą

  ku  swemu  zaskoczeniu  znienacka  porwał  w 

ramiona,  i  natychmiast  si

ę

  opanował.  Demonstracyjne  okazywanie  uczu

ć

  nie  le

Ŝ

ało  w  jego 

naturze,  dlatego  zupełnie  nie  rozumiał,  jaki  impuls  nim  powodował.  Owszem,  on  i  J  acky 
mieli z czego si

ę

 cieszy

ć

, ale nie musiał by

ć

 a

Ŝ

 tak wylewny. Je

ś

li Jacky opacznie zrozumie 

jego intencje, b

ę

dzie prawdziwa katastrofa.  

Pochylił si

ę

 nad Dominikiem i dokładnie go osłuchał.  

- Serce podj

ę

ło prac

ę

. Bije coraz mocniej ...  

- Temperatura ciała wraca do normy - powiedziała  

Jacky, spojrzawszy na monitor.  

- Oddech si

ę

 stabilizuje. Wydaje mi si

ę

Ŝ

e on próbuje ... Otwiera oczy!  

Jacky chwyciła chłopca za r

ę

k

ę

 i w napi

ę

ciu obserwowała gwałtowne ruchy jego powiek. 

Po chwili usłyszała cichutki j

ę

k. Dominic zakrztusił si

ę

, a potem pisn

ą

ł 

Ŝ

ało

ś

nie:  

- Mamusiu!  
Wzruszona pochyliła si

ę

 nad nim. - Mama zaraz przyjdzie, Dominic.  

- A tata?  
- Tata te

Ŝ

 - zapewniła. - To cud - szepn

ę

ła, odwracaj

ą

c si

ę

 do Pierre'a.  

 Miała  w oczach łzy, wi

ę

c chciał znów j

ą

 przytuli

ć

, lecz nie zrobił tego. Tylko raz widział, 

jak płakała. Przewróciła si

ę

 podczas zabawy na pla

Ŝ

y i zraniła o ostre kamienie. Miała wtedy 

jakie

ś

 pi

ęć

 lat. On grał z kolegami w piłk

ę

, lecz kiedy usłyszał jej płacz, pobiegł zobaczy

ć

, co 

si

ę

  stało.  Z  rozci

ę

tego  kolana  ciekła  krew,  wi

ę

c  oddarł  kawałek  koszuli  i  zrobił  z  niego 

opatrunek,  a  potem  wzi

ą

ł  j

ą

  na  r

ę

ce  i  zaniósł  do  swojego  ojca,  który  miał  w  miasteczku 

gabinet lekarski.  

Pami

ę

tał, 

Ŝ

e  mała  dziewczynka  wydała  si

ę

  jemu,  du

Ŝ

emu,  silnemu  czternastolatkowi, 

lekka  jak  piórko.  Gdy  j

ą

  niósł,  obj

ę

ła  go  za  szyj

ę

  i  mocno  si

ę

  przytuliła.  Wzruszyło  go  jej 

bezgraniczne  zaufanie  i  wiara, 

Ŝ

e  b

ę

dzie  umiał  jej  pomóc.  Jego  matka  odnosiła  si

ę

  do 

Shaftesburych  z  rezerw

ą

,  gdy

Ŝ

  pani  Shaftesbury  była  zbyt  ekscentryczna,  ajej  m

ąŜ

  zbyt 

niekonwencjonalny  jak  na  gust  społeczno

ś

ci  małego  miasteczka.  Jednak  gdy  zobaczyła 

Pierre'a przed gabinetem, natychmiast przybiegła pomóc m

ęŜ

owi.  

Ojciec  musiał  zało

Ŝ

y

ć

  Jacky  kilka  szwów.  Była  zaledwie  pi

ę

cioletnim  dzieckiem,  ale 

zniosła to bardzo dzielnie. Cukierki, które ojciec zawsze trzymał w szufladzie, osłodziły 

Ŝ

al i 

pomogły  ukoi

ć

  łzy.  Pierre  gotów  był  i

ść

  o  zakład, 

Ŝ

e  elegancka  pani  doktor  nawet  nie 

pami

ę

ta, jak kurczowo trzymała go za r

ę

k

ę

, gdy ojciec znieczulał j

ą

 przed szyciem. Domy

ś

lał 

si

ę

Ŝ

e  w  owych  czasach  był  dla  niej  jednym  z  tych  bezimiennych,  du

Ŝ

o  starszych 

chłopaków, z którymi nie miała nic wspólnego.  

- Tak, to rzeczywi

ś

cie cud, 

Ŝ

e udało nam si

ę

 go odratowa

ć

 - przyznał, wracaj

ą

c do 

rzeczywisto

ś

ci.  

background image

Jacky u

ś

miechn

ę

ła si

ę

 z ulg

ą

. - Jest co 

ś

wi

ę

towa

ć

, prawda?  

Natychmiast po

Ŝ

ałowała swoich słów. Pierre mógł pomy

ś

le

ć

Ŝ

e po pracy chce pój

ść

 z nim 

na drinka, a przecie

Ŝ

 nie to miała na my

ś

li. Cho

ć

 pomysł jest rzeczywi

ś

cie kusz

ą

cy.  

Pierre wygl

ą

dał na zaskoczonego.  

- Faktycznie, po pracy mo

Ŝ

emy gdzie

ś

 pój

ść

 rzekł z namysłem. ~ Mo

Ŝ

e ...  

Ź

le  mnie  zrozumiałe

ś

.  Ja  tylko  ...  -  Nie  doko

ń

czyła,  bo  musiała  zaj

ąć

  si

ę

  Dominikiem. 

Ś

cisn

ę

ła go lekko za r

ę

k

ę

 i zacz

ę

ła łagodnie do niego mówi

ć

. Nagrod

ą

 był słaby u

ś

miech i 

kilka bezładnych słów.  

-  Naprawd

ę

  musimy  to  jako

ś

  uczci

ć

  -  podchwycił  Pierre.  -  Zaraz  uprzedz

ę

  ...  -  Nie 

doko

ń

czył,  gdy

Ŝ

  przyszli  wezwani  na  konsultacj

ę

  lekarze  z  intensywnej  terapii  i  kardiologii, 

którzy mieli zdecydowa

ć

 o dalszym leczeniu chłopca.  

Cho

ć

 przekazali Dominica kolegom, i tak nie mieli czasu wraca

ć

 do rozmowy o fetowaniu 

sukcesu,  bo  musieli  pomóc  pozostałym  uczestnikom  pechowego  rejsu.  Jacky  opatrywała 
starszego pana, który stracił 

Ŝ

on

ę

· Zespół reanimacyjny długo o ni

ą

 walczył, lecz nie udało 

si

ę

 jej uratowa

ć

.  

-  Do  widzenia,  Anne-Marie.  Wkrótce  si

ę

  zobaczymy  -  mówił  m

ęŜ

czyzna, 

ś

ciskaj

ą

c  r

ę

k

ę

 

kobiety, z któr

ą

 prze

Ŝ

ył 

Ŝ

ycie.  

Jacky  patrzyła  na  niego  z  boku  i  połykała  łzy.  Cho

ć

  była  do

ś

wiadczonym  lekarzem  i 

widziała w szpitalu niejedno, rutyna nie zabiła w niej wra

Ŝ

liwo

ś

ci na ludzkie nieszcz

ęś

cie.  

-  Chcemy  zatrzyma

ć

  pana  na  obserwacji  -  powiedziała  łagodnie.  - 

ś

yczy  pan  sobie, 

Ŝ

eby

ś

my poinformowali o tym kogo

ś

 z rodziny?  

- Tak, moj

ą

 córk

ę

. Niestety, nie pami

ę

tam jej numeru.  

-  Ja  si

ę

  tym  zajm

ę

,  pani  doktor-  powiedziała  siostra  Marie.  -  W  czwórce  czeka  pacjent 

ranny w nog

ę

. To ju

Ŝ

 ostatni z poszkodowanych.  

- Musz

ę

 i

ść

, ale zostawiam pana w fachowych r

ę

kach - powiedziała do starszego pana i 

znikn

ę

ła.  

Jej dy

Ŝ

ur trwał dzisiaj dłu

Ŝ

ej ni

Ŝ

 zazwyczaj.  

-  Pora  i

ść

  do  domu,  pani  doktor  -  u

ś

miechn

ę

ła  si

ę

  do  niej  Marie,  gdy  wyszła  z  sali 

zabiegowej. - Zaraz zaczyna si

ę

 nocny dy

Ŝ

ur.  

- A pani? Przecie

Ŝ

 pani te

Ŝ

 pracowała cały dzie

ń

.  

- Ja wytrzymam.  

Id

ą

c do szatni, rozejrzała si

ę

 po opustoszałym korytarzu. Nie mogła uwierzy

ć

Ŝ

e jeszcze 

niedawno  wygl

ą

dał  jak  pole  bitwy.  Po  drodze  rozpu

ś

ciła  włosy,  a  gdy  opadły  lu

ź

no  na 

ramiona, od razu poczuła ulg

ę

. Ten rytualny gest oznaczał koniec pracowitego dnia.  

- Wła

ś

nie tak

ą

 ci

ę

 pami

ę

tam.  

Słysz

ą

c za plecami głos Pierre' a, zatrzymała si

ę

. - Chciałem z tob

ą

 porozmawia

ć

, zanim 

wyjdziesz  

- powiedział, bior

ą

c j

ą

 za r

ę

k

ę

. - Musimy przeło

Ŝ

y

ć

  

nasze 

ś

wi

ę

towanie na inny dzie

ń

, bo ...  

- Och, Pierre! Ju

Ŝ

 ci mówiłam, 

Ŝ

e wcale nie miałam na my

ś

li ...  

- Ale ja miałem! Zale

Ŝ

y mi, 

Ŝ

eby

ś

my uczcili nasz sukces, ale dzi

ś

 to niemo

Ŝ

liwe.  

- Pierre, naprawd

ę

 nie musimy nigdzie i

ść

. A je

ś

li ju

ź

, to razem z twoj

ą

 

Ŝ

on

ą

 i ...  

- Przepraszam, powinienem był ci powiedzie

ć

. -.  

Z jego twarzy znikn

ą

ł pogodny wyraz. - Moja 

Ŝ

ona zmarła.  

- Tak mi przykro. - Szczerze mu współczuła. Có

Ŝ

 jeszcze mogła powiedzie

ć

?  

Pami

ęć

  podsun

ę

ła  jej  obraz  młodej, 

ś

licznej  narzeczonej  Pierre'a.  Byli  w  siebie  tak 

bardzo  zakochani.  Zbli

Ŝ

yła  si

ę

  do  niego,  by  doda

ć

  mu  otuchy  ciepłym  gestem,  lecz 

ostatecznie  nie  zrobiła  tego.  Rozs

ą

dek  podpowiadał  jej, 

Ŝ

e  dla  własnego  dobra  powinna 

trzyma

ć

 si

ę

 na dystans.  

- Dawno odeszła? - zapytała cicho.  
- Pi

ęć

 lat temu. Wydawałoby si

ę

Ŝ

e to szmat cza-  

su, ale jako

ść

 wci

ąŜ

 nie mog

ę

 si

ę

 pozbiera

ć

 ... Niektóre rany nigdy si

ę

 nie goj

ą

.  

- Wiem - szepn

ę

ła, przybita nagłym wspomnieniem o własnej tragicznej stracie.  

background image

- Musz

ę

 zosta

ć

 dzisiaj dłu

Ŝ

ej w szpitalu, 

Ŝ

eby zorientowa

ć

 si

ę

 w sytuacji. Marcel obiecał, 

Ŝ

e  jak  sko

ń

czy  operowa

ć

,  spotka  si

ę

  ze  mn

ą

  i  wprowadzi  mnie  w  najwa

Ŝ

niejsze 

zagadnienia. Miałem nadziej

ę

Ŝ

e załatwimy to w ci

ą

gu dnia, ale nie było czasu.  

- Co ty powiesz! - za

Ŝ

artowała. - Swoj

ą

 drog

ą

, miło pogada

ć

 z kim

ś

 po angielsku.  

- A ja si

ę

 czuj

ę

 trgch

ę

 dziwnie. Pami

ę

tam, 

Ŝ

e jako dziecko mówiła

ś

 tylko po francusku.  

- Bo matka mi kazała! Nie lubiła, kiedy mówili

ś

my po angielsku.  

-  Ju

Ŝ

  czuj

ę

,  jak  miło  b

ę

dzie  powspomina

ć

  dawne  czasy.  Zjedzmy  razem  kolacj

ę

.  Ja 

stawiam. Powa

Ŝ

nie! Masz jutro czas? Je

ś

li tak, postaram si

ę

Ŝ

eby

ś

my sko

ń

czyli prac

ę

 o 

tej samej porze.  

Chętnie zjem z tobą kolację - uśmiechnęła się do niego - a jeśli chodzi o jutro, muszę najpierw 

zerknąć  do  kalendarza.  śartuję.  Nie  jestem  zbyt  aktywna  towarzysko.  Większość  czasu  poświęcam 
pracy.  

- Ja nawet nie muszę sprawdzać, bo i tak wiem, Ŝe w moim kalendarzu jest pusto. - Uśmiechnął 

się, biorąc w palce pasmo jej włosów. - Twoje włosy są jak złocista przędza - powiedział miękko. - 
Jak byłem mały, czytałem bajkę o królewnie, która miała takie włosy. Myślałem, Ŝe to tylko fantazja, 
lecz gdy parę lat później zobaczyłem, jak z rozwianymi lokami biegasz po miasteczku, zrozumiałem, 
co autor miał na myśli.  

- Nie sądziłam, Ŝe zwróciłeś na mnie uwagę.  
- Owszem, zwróciłem. WyróŜniałaś się·i byłaś ...  

słodka jak cukierek. - Pochylił się i pocałował ją w policzek. - Dobranoc, Jacky.  

Poszła w swoją stronę, a on zawrócił. Przy końcu korytarza zatrzymała się i obejrzała. Nagle zdała 
sobie sprawę, Ŝe zjej strony nic się nie zmieniło. Nadal była . w nim zakochana.  

Jaka szkoda, Ŝe on wciąŜ nosi w sercu Ŝałobę po kobiecie, która była miłością jego Ŝycia.  

ROZDZIAŁ DRUGI  

Następnego dnia w pracy często się spotykali.  
- Tylko pamiętaj, Ŝe wieczorem jesteśmy umówieni - zaznaczył na dzień dobry.  

Jak  by  mogła  o  tym  zapomnieć!  Tak  się  przejęła,  Ŝe  z  wraŜenia  nie  mogła  zasnąć.  Zupełnie jak 

wtedy,  gdy  przeŜywała  swoją  szczenięcą  miłość.  Gdy  miała  naście  lat,  intensywne  młodzieńcze 
emocje dały jej się mocno we znaki. Dziś jako dwudziestodziewięcioletnia rozwódka, a przez krótki 
czas równieŜ matka  

 

.  

,  

powmna łatwo sobie z nimi poradzić. Po swych do-  
ś

wiadczeniach powinna być twarda i odporna, tymczasem była przejęta jak przed pierwszą randką.  

W  ~rzerwie.między  badaniem  pacjentów  zgłaszających  SIę  do  szpItala  z  róŜnymi  urazami 

znalazła czas, by zajrzeć do osób, którym pomogła poprzedniego dnia.  

Mały  Dominic  dochodził  do  siebie  na  oddziale  intens~ej  terapii,  gdzie  przez  okrągłą  dobę 

otaczany  był  wyjątkowo  troskliwą  opieką.  Badanie  tomograficzne  wykazało,  Ŝe  mózg  nie  został 
uszkodzony. Jacky przyjęła tę wiadomość z ogromną ulgą i po raz kolejny uświadomiła sobie, Ŝe na 
jej oczach stał się prawdziwy cud.  

Historia  o  niezwykłym  ocaleniu  dwuletniego  dziecka  przeciekła  do  prasy  i  dziennikarz,  który 

opisał zdarzenie, chciał zrobić zdjęcie jej i Pierre' owi.  

-  Co 

tym  myślisz?  -  Pierre  skonsultował  się  przedtem  z  Marcelem.  -  Nie  masz  nic  przeciwko 

temu?  

-  Nie,  dlaczego?  Niech  społeczeństwo  dowie  się  o  triumfie  medycyny.  MoŜe  dzięki  temu  jakiś 

niezadowolony pacjent zastanowi się, zanim nas obsmaruje w którejś z gazet. Tylko proszę, Ŝebyście 
nie dopuszczali dziennikarzy do Dominica. Zrobią mu zdjęcia, jak wróci do domu, o ile zgodzą się na 
to jego rodzice.  

I takim oto sposobem Jacky, w nieskazitelnie białym fartuchu, ze stetoskopem wiszącym na szyi, 

stanęła obok Pierre'a w samym środku głównego holu.  

background image

- Mamy bardzo mało czasu - uprzedził Pierre reporterów - więc proszę się spieszyć.  
- Proszę przysunąć się do uroczej pani doktor - polecił reporter, ustawiając kadr.  

- Czy mogłaby pani rozpuścić włosy? - zapytała jego asystentka. - Są bardzo piękne, a nasi czytel-

mcy ...  

Jacky bez słowa rozpięła klamrę, choć pomysł nie przypadł jej do gustu.  
- Dziękuję, pani doktor. Tak, teraz lepiej ... Proszę o uśmiech!  
- Jaka piękna para! - zachwyciła się pielęgniarka, która właśnie przechodziła przez hol.  

Jacky  poczuła  się  zaŜenowana.  Nie  podobało  jej  się  całe  to  zamieszanie  wokół  jej  osoby. 

Rozstrajała  ją  bliskość  Pierre'a.  Nie  mogła  się  skupić!  Uśmiechała  się,  ale  wewnątrz  dygotała  ze 
zdenerwowania.  

- Musimy kończyć - oznajmił Pierre stanowczo.  

- Artykuł i zdjęcia ukaŜą się w popołudniowym wydaniu - rzekł fotograf. - Przyślemy państwu kilka  

egzemplarzy.  

Pierre spojrzał na nią porozumiewawczo.  

- 'Wprost nie moŜemy się doczekać - stwierdził.  
- O tak. Umieramy z ciekawości.  
- Zanim dotrzemy do restauracji, będziemy juŜ  

lokalnymi sławami. Dadzą nam najlepszy stolik i poproszą o autografy - szydził.  

- śebym tylko nie zapomniała długopisu!  

Zaraz po spotkaniu z dziennikarzami Jacky wróciła do swoich obowiązków.  

Właśnie porządkowała salę zabiegową po opatrzeniu ostatniego pacjenta; gdy przyszedł Pierre.  

- JuŜ skończyłem. Daj znać, jak będziesz gotowa.  

Przyjdę po ciebie i pojedziemy moim samochodem.  

- Dobrze, bo ja nawet nie mam auta. Po pierwsze kupno i utrzymanie to spory wydatek, a po dru-

gie na mojej wąskiej uliczce trudno zaparkować. Do szpitala mam zaledwie parę kroków, więc po co 
mi samochód?  

- Na przykład po to, Ŝeby pojechać na wieś. Chyba nie spędzasz całego czasu w pracy?  

- Kiedy chcę odpocząć, spaceruję po plaŜy - od-  

 parła.  

.  

- Aha. Słuchaj, Marcel polecił mi małą restaurację na wzgórzach za miastem. Zaznaczyłem sobie 

to miejsce na mapie. Będziesz mnie pilotować?  

Jacky odsunęła wózek z przyrządami i zaczęła myć ręce.  

- Mogę spróbować - odparła. - Chyba nie jedziemy bardzo daleko? 

Pierre stał tu

Ŝ

 za ni

ą

. Czuła na karku jego ciepły oddech. Naraz bez uprzedzenia rozpi

ą

ł 

klamr

ę

, któr

ą

 miała we włosach, i na jej ramiona spłyn

ę

ły g

ę

ste pasma.  

Odwróciła si

ę

 zaskoczona.  

- Co z wami jest, faceci? Dlaczego wszyscy si

ę

 upieracie, 

Ŝ

ebym nosiła rozpuszczone 

włosy?  

Uniósł do góry brwi.  
-  Mo

Ŝ

e  dlatego, 

Ŝ

e  wygl

ą

dasz  wtedy  mniej  surowo?  -  powiedział  i  zni

Ŝ

aj

ą

c  głos  do 

zmysłowego szep-  

 tu, dodał: - I bardziej seksownie.  

.  

Naraz  odsun

ą

ł  si

ę

  od  niej  i  ruszył  do  wyj

ś

cia.  Załował, 

Ŝ

e  pozwolił  sobie  na  t

ę

 

niepotrzebn

ą

  uwag

ę

·  To  blisko

ść

  Jacky  tak  zam

ą

ciła  mu  w  głowie.  Poczuł  si

ę

  tak,  jakby 

wszystkie trudne lata, które przyszły po jego wyje

ź

dzie z miasteczka, były tylko złym snem. 

Cofn

ą

ł si

ę

 w czasie do dnia, gdy po raz ostatni widział 

ś

liczn

ą

 szesnastoletni

ą

 dziewczyn

ę

 i 

u

ś

wiadomił  sobie, 

Ŝ

e  ta  zjawiskowa  nastolatka  dorosła.  Jaka  szkoda, 

Ŝ

e  spotkali  si

ę

  tak 

ź

no.  Musi  bardziej  si

ę

  kontrolowa

ć

.  Co  b

ę

dzie,  je

ś

li  Jacky 

ź

le  zrozumie  jego  intencje? 

Przecie

Ŝ

  przysi

ą

gł  Liliane  dozgonn

ą

  wierno

ść

  i  bezgraniczn

ą

  lojalno

ść

,  któr

ą

  chciał  si

ę

 

odwdzi

ę

czy

ć

 za jej ogromne po

ś

wi

ę

cenie.  

Jego  zwi

ą

zki  z  kobietami  ograniczały  si

ę

  do  okazjonalnych,  nic  nieznacz

ą

cych 

erotycznych  przygód.  Czuł  przez  skór

ę

Ŝ

e  z  Jacky  b

ę

dzie  inaczej.  Nie  uniknie 

zaanga

Ŝ

owania. Odk

ą

d si

ę

 spotkali, coraz cz

ęś

ciej o niej my

ś

lał.  

background image

- Jak b

ę

dziesz gotowa, przyjd

ź

 do mojego gabinetu - rzucił sucho i czym pr

ę

dzej wyszedł.  

Odprowadziła go pytaj

ą

cym wzrokiem. Zaskoczył j

ą

 t

ą

 nagł

ą

 zmian

ą

 zachowania. Przed 

chwil

ą

 był taki  

miły, nawet wi

ę

cej ni

Ŝ

 miły...  

.  

To  bez  znaczenia,  stwierdziła.  Widocznie  ten  typ  tak  ma.  Zje  z  nim  t

ę

  kolacj

ę

  jak  ze 

znajomym z dawnych lat. Powspominaj

ą

, po

ś

miej

ą

 si

ę

. I tyle.  

W szatni wzi

ę

ła szybki prysznic i przebrała si

ę

 w spodnie i 

Ŝ

akiet z białego lnu, pod który 

wło

Ŝ

yła  czarn

ą

  bluzk

ę

  wyko

ń

czon

ą

  angielskim  haftem.  Na  koniec  zrobiła  lekki  makija

Ŝ

Najwa

Ŝ

niejszy był czarny tusz do rz

ę

s, 

Ŝ

eby zielone oczy stały si

ę

 bardziej wyraziste. Hm ... 

Przejrzała si

ę

 w lustrze. Dlaczego tak si

ę

 stara, skoro Pierre jest tylko dawnym koleg

ą

?  

Po tym, co prze

Ŝ

yła, nie była gotowa na nic poza przyja

ź

ni

ą

. Tak podpowiadał rozs

ą

dek, 

ale serce wiedziało swoje. Tak czy owak sytuacja stawała si

ę

 niebezpieczna.  

Gdy weszła, Pierre powitał j

ą

 przyjaznym u

ś

miechem. Ledwie wstał zza biurka, odezwała 

si

ę

 jego komórka.  

- Tak? Ach, to ty, Nadine! O co chodzi? Dobrze, zaraz przyjad

ę

.  

-  Po  drodze  musz

ę

  wst

ą

pi

ć

  do  domu  -  uprzedził,  gdy  si

ę

-rozł

ą

czył.  -  Mały  ...  mam  taki 

mały problem.  

Zaintrygował  j

ą

.  Kim  jest  Nadine?  Gdy  z  ni

ą

  rozmawiał,  mówiła  podniesionym  głosem. 

Jacky miała wra

Ŝ

enie, 

Ŝ

e była mocno zirytowana.  

Na korytarzu spotkali Marcela, który przyniósł im jeszcze gor

ą

ce wydanie wieczornej 

gazety.  

-  Kurier  wła

ś

nie  to  przywiózł  -  wyja

ś

nił,  podaj

ą

c  j

ą

  Pierre'  owi.  -  Patrz,  jeste

ś

cie  na 

pierwszej stronie. Wygl

ą

dacie fantastycznie. Chcecie wiedzie

ć

, co pisz

ą

?  

"Przystojny doktor Pierre i urocza dokto.r Jacqueline dokonali wczoraj cudu ... ".  

-  Starczy!  -  jęknął  Pierre.  -  Sam  to.  przeczytam,  później.  Proszę  -  zwrócił  się  do  Jacky,  podając  jej 

gazetę. - Nie zapomniałaś pióra do podpisywania autografów?  

Nic nie mówiąc, zerknęła na zdjęcie.  

,  -  Doskonała  reklama  szpitala  -  cieszył  się  tymczasem  Marcel.  -  MoŜe  uzmysłowi  ludziom,  Ŝe  czasem 
naprawdę jesteśmy potrzebni. A SWoją drogą, dokąd się wybieracie?  

- Do. restauracji, którą mi poleciłeś.  
- Świetnie! - Marcel przyjrzał im się uwaŜniej.  

- Wobec tego. nie będę was zatrzymywał. Wpadnijcie  

do.  nas  na  kolację  któregoś  dnia.  Debbie  będzie  w  siódmym  niebie.  Usycha  z  tęsknoty  za  kolegami  z 
pracy.  

- Mam zamiar niedługo. ją odwiedzić - obiecała Jacky.  

Marcel uśmiechnął się.  

- Jacky jest dla nas jak rodzina - wyjaśnił Pierre'o.wi. - Poznały się z moją Ŝoną przez internet i zaprzy- 
jaźniły.  
- Bardzo się ucieszyłam, kiedy w grudniu ubiegłego roku Debbie zaprosiła mnie na wasz ślub. To. była 

naprawdę piękna uroczystoŚć.  

- Miło, Ŝe tak mówisz. Ale nie będę was zatrzymywał.  

- Rzeczywiście, musimy juŜ jechać - przyznał  

Pierre, kładąc dłoń na ramieniu Jacky. - Miłego wieczoru!  

- Dziękujemy.  

Marcel o.dprowadził ich wzrokiem. Cieszył się, Ŝe tak szybko. się polubili. Gdyby nie znał Pierre'a, przy-
siągłby, Ŝe zanosi się na romans. Mając na uwadze jego. przeszłość wątpił jednak, by znajomość z Jacky 
wyszła  kiedykolwiek  poza  ramy  przyjaźni.  Obawiał  się,  Ŝe  jego.  kolega  w  ogóle  nie  myśli 

stałym 

związku.  

Szkoda, westchnął, bo on i Jacky wyjątkowo do siebie pasują, a Pierre jest bardzo spragniony miłości. 

Gdyby  związał  się  z  kobietą  taką  jak  Jacky,  jego  Ŝycie  zmieniłoby  się  na  lepsze.  Marcel  chciał  jakoś 
pomóc, ale czuł, Ŝe nie ma prawa wtrącać się w prywatne sprawy kolegi. Gdyby jednak ten poprosił go 

radę, to ze SWoją wiedzą na temat Liliane mógłby skłonić go do zmiany zdania ...  

 

background image

Jacky zapięła pas i usadowiła się wygodnie w fotelu pasaŜera.  
- Fajny samochód - pochwaliła Sportowy kabriolet, który kupił od kolegi z ParyŜa.  

- Mieszkam na wzgórzu, przy tej samej ulicy co.  

Marcel.  To  on  pomógł  mi  znaleźć  dom  Tak  mi  się  spodobał,  Ŝe  obejrzałem  go  tylko  raz  i  natychmiast 
zdecydowałem się na kupno. - oŜnajmił, gdy minąwszy główną bramę, wyjechali na drogę.  

- Musisz.  mieć wspaniały widok z okien - stwierdziła, patrząc na okazałe rezydencje rozlokowane na 

wzgórzu powyŜej drogi biegnącej między szpalerem starych drzew.  

- Dlatego. go. kupiłem. Przesądziły piękne widoki i duŜy ogród, idealny dla ... - Urwał w pół zdania. -

DuŜy ogród to dobra rzecz - dokończył po chwili.  

Znów  ją  zaintrygował.  Nie  pierwszy  raz  odnosiła  wraŜenie,  Ŝe  Coś  przed  nią  ukrywa.  Ciekawe, 

dlaczego?  

- Lubisz pracować w ogrodzie? Zawahał się.  
- Czasami.  
Nie potrafiła odgadnąć, dlaczego nagle przygasł.  

Uznała, Ŝe nie ma sensu dociekać i wróciła do podziwiania malowniczych widoków.  

Jachty i statki wycieczkowe kołysały się na lekkiej fali, a promienie zachodzącego słońca barwiły 

morze intensywnym kolorem złota i purpury. Na plaŜy widać było wielu spacerowiczów, którzy z tej 
odległości wyglądali jak ludziki narysowane pojedynczą kreską·  

- Jesteśmy na miejscu - oznajmił Pierre, zatrzymując samochód na Ŝwirowym podjeździe.  
Niemal  w  tej  samej  chwili  otworzyły  się  masywne  dębowe  drzwi  i  przed  dom  wyszła  wysoka, 

młoda dziewczyna w dŜinsach i białym T-shircie. Wyglądała na zadowoloną, Ŝe Pierre się pojawił.  

- Zaraz wracam - powiedział, wysiadając z samochodu.  
Jacky obserwowała, jak wraz z dziewczyną wchodzi do domu. Ciekawe, dlaczego nie zaprosił jej 

do  środka?  I  kim  jest  dla  niego  ta  dziewczyna?  Nagle  poczuła  się  jak  nieproszony  gość.  Nie 
spodziewała  się  takiego  zachowania,  Pierre  normalnie  był  przecieŜ  otwarty  i  towarzyski.  Widocznie 
kiepsko go znam, stwierdziła, ale musiała przyznać, Ŝe jak na jej gust jest  

- zbyt tajemniczy.  

W pewnej chwili z otwartych okien na piętrze dobiegły histeryczne wrzaski małego, rozzłoszczonego 
dziecka.  Jacky  słyszała,  jak  Pierre  stara  się  je  uspokoić.  Nie  rozumiała  pojedynczych  słów,  ale 
słyszała,  Ŝe  mówi  stanowczo,  lecz  cierpliwie  i  ze  spokojem.  Po  chwili  dziecko  ucichło,  a  potem 
zaczęło się śmlac. Wtórował mu śmiech Pierre'a i wesoły głos dziew~ czyny.  

Skoro ma dziecko, dlaczego jej o tym nie powiedział?  
Z góry dobiegł juŜ tylko głos dziewczyny rozmawiającej z dzieckiem. Jacky spojrzała na zegarek. 

Minęło  zaledwie  pięć  minut.  Niewiele,  ale  i  tak  postanowiła  wysiąść  z  samochodu  i  rozprostować 
nogi. Kiedy stanęła na Ŝwirowym podjęździe, do buta wpadł jej mały kamyk, pochyliła się więc, by go 
wyjąć. Właśnie wtedy z dom~ wyszedł Pierre.  

Zmieszała się. MoŜe niepotrzebnie wysiadała?  

Pierre  chciał,  by  zaczekała  w  samochodzie.  W  jej  głowie  pojawiła  się  irracjonalna  myśl,  Ŝe  zaraz 
usłyszy reprymendę. Nic takiego oczywiście się nie stało. Pierre miał znękany wyraz twarzy i mocno 
zaciśnięte usta, ale nie powiedział ani słowa o tym, co się stało.  

- Przepraszam, Ŝe musiałaś czekać - rzucił sucho i otworzył jej drzwi.  
Była ciekawa, czy powie coś o dziecku. Spoglądała na niego wyczekująco, gdy uruchamiał silnik, 

ale  on  błądził  myślami  gdzieś  daleko.  OdpręŜył  się  dopiero  wtedy,  gdy  dom  zniknął  między 
wzgórzami. Korciło ją, Ŝeby go o wszystko wypytać, ale ugryzła się w język.  

Wiedziała tylko tyle, - Ŝe dziewczyna na pewno nie jest jego siostrą, bo nie miał rodzeństwa. Ani 

Ŝ

oną, bo ta przecieŜ umarła. Przyjaciółką? Mało prawdopodobne! Która przyjaciółka zgodziłaby się, 

Ŝ

eby jej partner szedł na kolację z inną kobietą?  

Intuicja podpowiadała jej, Ŝe nie powinna być wścibska. Było' oczywiste, ~e Pierre nie ma ochoty 
tłumaczyć, po co musiał wrócić do domu. Lepiej, Ŝeby przestała o tym myśleć i zajęła się czymś 
konkretnym. Na przykład czytaniem mapy, którą trzymała na kola-· nach. Odnalazła zaznaczony 
przez Pierre' a punkt. Znajdował się za następną doliną, na skraju wioski, o której nigdy nie słyszała.  

- Jakieś dwieście metrów za skrzyŜowaniem będzie ostry skręt w prawo - poinformowała.  
- Dzięki. - Zwolnił, gdyŜ droga stała się wąska i kręta, a widoczność ograniczały gęste Ŝywopłoty. 

- Piękna okolica, prawda? - Słychać było, Ŝe odzyskuje spokój.  

background image

-  Fantastyczna.  MoŜe  kiedyś  kupię jednak  samochód,  zwłaszcza jeśli  zostanę  tu  dłuŜej.  Na  razie 

podpisałam umowę na rok. ..  

-  Powiedz,  jeśli  będziesz  miała  ochotę  na  wycieczkę.  Chętnie  gdzieś  z  tobą  pojadę  -  powiedział 

lekkim tonem.  

Jacky odebrała to jak drobną przysługę dla starej znajomej  
- Dziękuję. Byłoby miło gdzieś pojechać ... raz na jakiś czas - odparła cicho. Nie chciała się 

narzucać.  

Obróciła  nieco  głowę  i  dyskretnie  studiowała  jego  profil:  mocno  zarysowana  szczęka,  wyraźne 

kości  policzkowe,  gęste  ciemne  włosy.  Gdyby  tylko  mogła,  naj  chętniej  przyjeŜdŜałaby  tu  z  nim 
codziennie.  Nareszcie  byliby  sami,  uwolnieni  od  absorbujących  obowiązków.  Skarciła  się  za  takie 
myśli. Gdyby naprawdę zaczęła się z nim spotykać, wpadłaby w niezłe tarapaty.  

Pierre  musiał  wyczuć,  Ŝe  mu  się  przygląda,  bo  spojrzał  na  nią  przelotnie  i  się  uśmiechnął. 
Zaczerwieniła się, dziękując opatrzności, Ŝe Pierre nie moŜe poznać jej myśli.  

- Ładnie ci z rozpuszczonymi włosami - powiedział miękko. - Wiem, Ŝe byłaś zła, kiedy fotograf 

zaczął się nimi zachwycać, ale ...  

- Wszystko zaleŜy od tego, kto się zachwyca. Nie mam nic przeciwko komplementom, o ile słyszę 

je od ... przyjaciół.  

- Miło mi, Ŝe uwaŜasz mnie za przyjaciela. - Zdjął rękę z kierownicy i na moment połoŜył na jej 

dłoni.  Z  trudem  opanowała  przyjemny  dreszcz.  Domyślała  się,  Ŝe  dla  niego  był  to  nic  nieznaczący 
przyjazny gest, ale dla niej ten przelotny dotyk znaczył wiele - o wiele więcej, niŜ powinien.  

Zaczęli zjeŜdŜać w stronę doliny, więc Pierre skupił się na prowadzeniu. Naraz na wąskiej drodze 

tuŜ przed nimi pojawiło się stado krów pędzone przez gospodarza.  

- Chyba nie ma sensu ich wyprzedzać? - zapytał Pierre, ostro hamując.  
- Niedaleko jest gospodarstwo - powiedziała, patrząc na mapę - więc pewnie zaraz tam skręcą.  
-  Utalentowany  z  ciebie  pilot  -  pochwalił,  gdy  stad?  skierowało  się  ku  widocznym  nieopodal 

zabudowamom.  

- Pilotowanie to nic trudnego - odparła z uśmiechem. - Ojciec nauczył mnie czytać mapy. Kiedy 

mama  od  nas  odeszła,  w  czasie  wakacji  jeździliśmy  na  dalekie  wycieczki.  Tata  prowadził,  a  ja 
siedziałam z mapą i mówiłam mu, gdzie ma jechać.  
- Na pewno bardzo przeŜyłaś rozpad rodziny, pra

 wda? Pami

ę

tam, 

Ŝ

e moja mama wspominała mi 

o tym, co was spotkało. Ile miała

ś

 wtedy lat?  

Spos

ę

pniała,  niech

ę

tnie  wspominaj

ą

c  tamto  zagubienie  i  gorycz,  jakie  narodziły  si

ę

  w 

porzuconym dziecku.  

_ Dziesi

ęć

 ... Dopóki rodzice byli razem, moje  

dzieci

ń

stwo  był  pi

ę

kne  i  beztroskie.  A  potem  idylla  si

ę

  sko

ń

czyła,  musiałam  szybko  dorosn

ąć

Ojciec bardzo 

ź

le znosił t

ę

 sytuacj

ę

. My

ś

l

ę

Ŝ

e nigdy nie pogodził si

ę

 z odej

ś

ciem matki.  

Pierre milczał. Gdy Jacky prze

Ŝ

ywała swój dramat, on studiował w Pary

Ŝ

u, ale i tak dotarły do 

niego  plotki  o  skandalu  wywołanym  przez  ekstrawaganck

ą

  pani

ą

  Shaftesbury,  która  podobno 

miała  w  Pary

Ŝ

u  kochanka.  Miał  ochot

ę

  porozmawia

ć

  o  tym  z  Jacky,  ale  bał  si

ę

Ŝ

e  swymi 

pytaniami sprawi jej przykro

ść

. Przeczuwał, 

Ŝ

e jest bardzo wra

Ŝ

liwa i tylko udaje, i

Ŝ

 mówienie o 

tych wydarzeniach jej nie boli. Zwłaszcza 

Ŝ

e jako dziecko była podobno bardzo z

Ŝ

yta z matk

ą

·  

-  Ojciec  bardzo  dobrze  si

ę

  mn

ą

  opiekował.  Pierwsza  przerwała  milczenie.  -  Był  taki 

szcz

ęś

liwy,  kiedy  postanowiłam  zosta

ć

  lekark

ą

  i  pojechałam  na  studia  do  Londynu.  On  te

Ŝ

 

wrócił do Anglii. Kupił małe mieszkanie, bo chciał, 

Ŝ

eby

ś

my nadal byli blisko siebie.  

- To było chyba najlepsze rozwi

ą

zanie.  

_ Rzeczywi

ś

cie. Nie chciałam zostawia

ć

 go samego we Francji. Był sporo starszy od mamy, a po 

jej odej

ś

ciu bardzo si

ę

 posun

ą

ł. Martwiłam si

ę

 o niego, jak si

ę

 zreszt

ą

 okazało, nie bez powodu. 

Kiedy byłam na pierwszym roku, zachorował. Od dawna 

ź

le si

ę

 czuł, ale ignorował objawy 

choroby. Gdy wreszcie zdecydował si

ę

 pój

ść

 do szpitala, na ratunek było jill za pó

ź

no.  

Z trudem przełkn

ę

ła 

ś

lin

ę

.  

- Ciesz

ę

 si

ę

Ŝ

e mogłam z nim by

ć

 ... do ko

ń

ca.  

- Bardzo mi przykro. Jego 

ś

mier

ć

 musiała by

ć

 dla  

ciebie strasznym' ciosem. - Imponowała mu swoim spokojem, cho

ć

 przecie

Ŝ

 wiedział, 

Ŝ

e zawsze 

była  twarda.  Przez  ułamek sekundy kusiło  go,  by  zjecl,la

ć

  na pobocze  i mocno  j

ą

  przytuli

ć

.  Nie 

background image

zrobił tego, bo si

ę

 bał, 

Ŝ

e gdyby wzi

ą

ł j

ą

 w ramiona, sytuacja mogłaby wymkn

ąć

 si

ę

 spod kontroli. 

Poza  tym  Jacky  mogłaby  opacznie  zrozumie

ć

  jego  gest.  Lepiej, 

Ŝ

eby  ich  znajomo

ść

  nie 

wykroczyła poza granice przyja

ź

ni.  

Jacky patrzyła w bok, walcz

ą

c ze łzami. Spokojny wiejski krajobraz budził w niej wspomnienia 

dzieci

ń

stwa;  cudownych  beztroskich  lat,  gdy  byli  zgodn

ą

  rodzin

ą

.  Rodzice  bardzo  j

ą

  kochali,  a 

ojciec  darzył  matk

ę

  prawdziwym  uwielbieniem.  Jacky  nie  zdawała  sobie  sprawy, 

Ŝ

e  jest  to 

uczucie jednostronne.  

-  Ani  tata,  ani  ja  nie  mieli

ś

my  poj

ę

cia, 

Ŝ

e  mama  chce  od  nas  odej

ść

.  Zostawiła  list,  ale  tata 

nigdy  mi  go  nie  pokazał.  Mówił  tylko, 

Ŝ

e  mama  bardzo  mnie  kocha.  To  dało  mi  nadziej

ę

Ŝ

kiedy

ś

 do nas wróci, ale .. ;  

Głos zacz

ą

ł jej dr

Ŝ

e

ć

, wi

ę

c wzi

ę

ła gł

ę

boki oddech. - Dwa dni po jej znikni

ę

ciu przyjechała do nas 

policja - ci

ą

gn

ę

ła po chwili. - Powiedzieli nam, 

Ŝ

e mama i jej ... kochanek mieli wypadek. 

Obydwoje zgin

ę

li na miejscu.  

Pierre wstrzymał oddech.  

- Serdecznie ci współczuj

ę

. Moja mama wspominała, 

Ŝ

e twoj

ą

 rodzin

ę

 spotkała tragedia, ale 

nie potrafiła powiedzie

ć

, co dokładnie si

ę

 stało. 

-  Och,  miasteczko  trz

ę

sło  si

ę

  od  plotek,  ale  nikt  nie  wiedział,  jak  było  naprawd

ę

.  Nawet  ja 

mog

ę

  si

ę

  tylko  domy

ś

la

ć

.  Tak  czy  owak  ten  pierwszy  kopniak  od 

Ŝ

ycia  przygotował  mnie  na 

nast

ę

pne. A dostałam ich niemało.  

Gdy  wjechali  do  wioski,  Pierre  zwolnił.  Przemieszczali  si

ę

  wolno  w

ś

ród  domów  krytych 

czerwon

ą

 dachówk

ą

 i wypatrywali restauracji.  

- Powinna by

ć

 ju

Ŝ

 blisko. Marcel dokładnie mi j

ą

 opisał. Zdaje si

ę

Ŝ

e to ten dom ... U Jules'a. 

Tak, to tutaj!  

- Wygl

ą

da bardzo szykownie - zauwa

Ŝ

yła.  

- I pewnie taka jest, s

ą

dz

ą

c po samochodach, które  

przed ni

ą

 parkuj

ą

, i naleganiach Marcela, 

Ŝ

ebym koniecznie zarezerwował stolik. .  

Dom  był  obszerny  i  bardzo  stary,  z  pewno

ś

ci

ą

  pełnił  kiedy

ś

  funkcj

ę

  dworu,  do  którego 

przytuliła  si

ę

  malownicza  wioska.  Gdy  weszli  do 

ś

rodka,  Jacky  z  zachwytem  przygl

ą

dała  si

ę

 

stylowym wn

ę

trzom. Zdobiły je wspaniałe obrazy  oraz ró

Ŝ

ne dzieła sztuki, które rozmieszczono 

ze smakiem w przestronnych salach.  

- Dobry wieczór, jestem Jules -'- powitał ich wła

ś

ciciel, dystyngowany brunet w 

ś

rednim wieku. 

-  Zapraszam  na  aperitif  -  dodał  i  zaprowadził  ich  do  przytulnego  baru,  który  urz

ą

dzono  w  rogu 

głównego holu.  

Jacky wybrała swój ulubiony kir składaj

ą

cy si

ę

 z likieru porzeczkowego i białego wina, a Pierre 

zamówił pastis, czyli aperitif z wódki any

Ŝ

kowej, wody oraz lodu.  

Dostali  stolik  przyoknie,  wi

ę

c  jedz

ą

c  kolacj

ę

,  mogli  podziwia

ć

  wypiel

ę

gnowany  ogród.  Z 

łatwo

ś

ci

ą

  nawi

ą

zali  rozmow

ę

,  ale  starannie  unikali  osobistych  w

ą

t  ków.  Wymieniali  uwagi  na 

temat  ksi

ąŜ

ek,  filmów  ora  sztuk  teatralnych.  Porównywali  atrakcje  Londynu  i  Pa  ry

Ŝ

a.  I  cho

ć

 

rozmowa toczyła si

ę

 wartko i była in teresuj

ą

ca, Jacky wolałaby, by zeszła na sprawy pry watne.  

-  Mo

Ŝ

e  wypijemy  kaw

ę

  na  tarasie?  -  zapropono  wał  Pierre,  gdy  okazało  si

ę

Ŝ

e  obydwoje 

rezygnuj. z deseru.  

- Bardzo ch

ę

tnie. Wieczór jest taki pi

ę

klly. Wokół tarasu był ogród ró

Ŝ

any, wi

ę

c gdy usiedl w 

wy

ś

ciełanych poduszkami wiklinowych fotelach otoczyła ich słodka wo

ń

 kwiatów. Sło

ń

ce 

schowało sil ju

Ŝ

 za wzgórzami, lecz na ciemniej

ą

cym niebie pozo stały purpurowo-złote smugi.  

- Wspaniałe miejsce - westchn

ę

ła Jacky.  

- Szkoda, 

Ŝ

e w naszym miasteczku nie mieli

ś

m)  

tak ekskluzywnej restauracji - zauwa

Ŝ

ył Pierre.  

- Obok sklepu była mała kawiarenka - przypo. mniała mu.  
- Która nie słyn

ę

ła z wykwintnej kuchni - rzek z u

ś

miechem.  

-  To  prawda.  Mimo  to  tata  ija  cz

ę

sto  tam  chodzili. 

ś

my  po  odej

ś

ciu  mamy. 

ś

adne  z  nas  nie 

miało poj

ę

cia o gotowaniu, a przecie

Ŝ

 musieli

ś

my co

ś

 je

ść

.  

Westchn

ę

ła ci

ęŜ

ko.  

-  Biedny  tata!  Mama  strasznie  mu  namieszała  w 

Ŝ

yciu.  Nawet  wtedy,  kiedy  byłam  jeszcze 

dzieckiem  i  z  pozoru  wszystko  toczyło  si

ę

  normalnie,  czułam  przez  skór

ę

Ŝ

e  tata  nie  jest 

szcz

ęś

liwy.  

background image

- Dlaczego?  
- Kiedy byłam mała, cz

ę

sto zastanawiałam si

ę

, jak  

to  si

ę

  w  ogóle  stało, 

Ŝ

e  moi  rodzice  s

ą

  razem.  Kiedy  podrosłam,  ka

Ŝ

de  z  nich  opowiedziało  mi 

swoj

ą

  wersj

ę

  zdarze

ń

,  a  ja  na  tej  podstawie  stworzyłam  własny  obraz.  -  Zamilkła  na  chwil

ę

,  by 

zebra

ć

  my

ś

li.  -  My

ś

l

ę

Ŝ

e  ojciec, który  był  ju

Ŝ

  wtedy  w 

ś

rednim  wieku,  prze

Ŝ

ył  drug

ą

 młodo

ść

 u 

boku  mamy,  która  słuchała  go  jak  wyroczni.  Ona  była  pocz

ą

tkuj

ą

c

ą

  aktork

ą

,  miała  urok  i 

charyzm

ę

,  i  co  wa

Ŝ

niejsze,  jako  jedyna  spo

ś

ród  jego  studentów  autentycznie  interesowała  si

ę

 

jego  zawiłymi  teoriami  dotycz

ą

cymi  sztuki  dramatycznej.  Wiem, 

Ŝ

e  była  łasa  na  pochwały, 

których jej nie szcz

ę

dził...  

Zawahała si

ę

. Nigdy dot

ą

d nie rozmawiała z nikim o swoich rodzicach.  

- Ojciec nie powinien był si

ę

 z ni

ą

 

Ŝ

eni

ć

 - stwierdziła w ko

ń

cu. - Zbyt wiele ich ró

Ŝ

niło. Mniej 

wi

ę

cej  na  tydzie

ń

  przed 

ś

mierci

ą

  opowiedział  mi,  jak  si

ę

  poznali.  Ona  grała  wtedy  w  małym 

teatrze  na  przedmie

ś

ciach  Londynu,  a  on  wykładał  na  uniwersytecie.  Pewnego  wieczoru  po 

spektaklu  poszedł  za  kulisy, 

Ŝ

eby  porozmawia

ć

  z  zespołem  o  kontrowersyjnym  współczesnym 

dramacie, który wystawiali.  

Poprawiła si

ę

 w fotelu, wspominaj

ą

c, jak bardzo schlebiało jej, 

Ŝ

e ojciec wtajemnicza j

ą

 w tak 

osobiste sprawy.  

- Ojciec mówił, 

Ŝ

e miło

ść

· spadła na niego jak grom z jasnego nieba. Po prostu nagle zakochał 

si

ę

 w kwintesencji kobieco

ś

ci - jak okre

ś

lił mam

ę

 - i zanim zd

ąŜ

ył pomy

ś

le

ć

, co robi, zaprosił j

ą

 

na  drinka. Przegadali  cał

ą

  n.oc i  umówili  si

ę

 na  nast

ę

pne  spotkanie. Wkrótce  si

ę

  o

ś

wiadczył,  a 

ona, ku jego zaskoczeniu, od razu si

ę

 zgodziła.  

Pierre pochylił si

ę

 lekko w jej stron

ę

.  

- Pami

ę

tam, 

Ŝ

e twoja mama była bardzo pi

ę

kna.  

-  Ale  zdecydowanie  za  młoda  dla  mojego  ojca  Kiedy

ś

,  po  jednej  z  ich  okropnych  kłótni, 

powiedziah mi, 

Ŝ

Ŝ

ałuje, 

Ŝ

e wyszła za m

ąŜ

. Pono

ć

 zgodziła si

ę

, b< ojciec obiecał zabra

ć

 j

ą

 do 

Francji. Kiepsko jej Sil wtedy wiodło i miała do

ść

 pracy w małym, słabYll zespole. Pomysł, 

Ŝ

eby 

uciec i zwi

ą

za

ć

 si

ę

 z moin ojcem, wydał jej si

ę

 bardzo romantyczny. Mama wy. obra

Ŝ

ała sobie, 

Ŝ

Ŝ

ycie  w  małym  normandzkim  mias·  teczku  b

ę

dzie  bajk

ą

.  Ojciec  miał  porzuci

ć

  prac

ę

  aka· 

demick

ą

  i  zarabia

ć

  pisaniem,  ona  za

ś

  miała  sp

ę

dza<  dni  na  lekturze,  a  od  czasu  do  czasu 

grywa

ć

  ambitm  role  w  którym

ś

  z  paryskich  teatrów. 

ś

yła  nadziej

ą

Ŝ

~  pewnego  dnia  odniesie 

wielki sukces. Poniewa

Ŝ

 tak si~ nie stało, prze

Ŝ

yła wielkie rozczarowanie. Czuła, 

Ŝ

~ znalazła si

ę

 

w potrzasku.  

- Teraz rozumiem, sk

ą

d wzi

ę

ła

ś

 si

ę

 w naszym mia· steczku.  

Pokiwała głow

ą

.  

-  Proza 

Ŝ

ycia  szybko  zabiła  miło

ść

  moich  rodzi·  ców.  Ci

ą

gle  brakowało  im  pieni

ę

dzy.  Ojciec 

napisaJ  kilka  podr

ę

czników,  które  wprawdzie  przyniosły  mu  uznanie  w  kr

ę

gach  akademickich, 

ale fortuny na nich nie zbił. Próbował swoich sił jako powie

ś

ciopisarz, ale nic z tego nie wyszło.  

- A mnie si

ę

 zawsze wydawało, 

Ŝ

e jeste

ś

cie tak

ą

 niebanaln

ą

 rodzin

ą

.  

-  Bo  byli

ś

my  niebanalni.  -  U

ś

miechn

ę

ła  si

ę

.  -  Tylko  biedni  jak  myszy  ko

ś

cielne.  Nie  to  co 

zamo

Ŝ

ni Mellangerowie.  

- Wcale nie byli

ś

my tacy bogaci! - zaprotestował.  

- Dziadek miał maj

ą

tek z dworem i winnic

ą

, na  

której  zarobił  troch

ę

  pieni

ę

dzy.  Ojciec  postanowił 

wsta

ć

  lekarzem,  ale  odziedziczył  ziemi

ę

  i 

rodzinny  nteres.  Dziadek  zaznaczył  jednak; 

Ŝ

e  połowa  maj

ą

tku  lale

Ŝ

y  do  mnie.  Ojciec 

uszanował jego wol

ę

. Kiedy ~odzice przeszli na emerytur

ę

, przenie

ś

li si

ę

 do Australii, 

Ŝ

eby 

by

ć

 bli

Ŝ

ej mnie.  

- Nadal tam mieszkaj

ą

?  

- Tak, nawi

ą

zali wiele przyja

ź

ni, wi

ę

c postanowili  

wsta

ć

.  Kupili  sobie  mały  dom,  a  reszt

ę

  kapitału  zalnwestowali,  dzi

ę

ki  czemu  moja  cz

ęść

 

spadku  przyno~iła  dochód,  który  bardzo  mi  si

ę

  przydał  w  pierwszych  latach  pracy.  Cho

ć

 

byłem pocz

ą

tkuj

ą

cym lekarzem, miałem z czego 

Ŝ

y

ć

. Po prostu dopisało mi szcz

ęś

cie.  

-  Owszem.  Pami

ę

tam, 

Ŝ

e  jako  dziecko  zatrzymywałam  si

ę

  czasem  przed  bram

ą

 

background image

posiadło

ś

ci twojego dziadka i wyobra

Ŝ

ałam sobie, jak cudownie jest by

ć

 bogatym.  

- Znała

ś

 mojego dziadka?  

- Zetkn

ę

łam si

ę

 z nim tylko raz. Pewnego dnia  

razem z kole

Ŝ

ank

ą

 zakradły

ś

my si

ę

 do waszego sadu po jabłka. Wisiały tu

Ŝ

 przy ogrodzeniu, 

a  my  jak  zwykle  były

ś

my  głodne.  Wspi

ę

łam  si

ę

  na  mur  i  zawisłam  odwrócona  do  niego 

twarz

ą

,  szykuj

ą

c  si

ę

  do  skoku,  kiedy  nadbiegły  psy  i  zacz

ę

ły  okropnie  szczeka

ć

.  Po  chwili 

kto

ś

 złapał mnie za nogi i powiedział, 

Ŝ

ebym si

ę

 nie ruszała.  

- Dziadek?  
- Tak. Byłam przera

Ŝ

ona, kiedy srogim głosem  

zacz

ą

ł krzycze

ć

 na psy. To swój, powiedział im. Swój? Zdziwiłam si

ę

. Przyszłam ukra

ść

 jego 

jabłka!  

Pierre si

ę

 roze

ś

miał. - I co było dalej?  

- Och, twój dziadek odp

ę

dził psy i pomógł mi zje

ść

 z muru. A potem dał mi kilka dorodnych 

owoców i odprowadził mnie do bramy.  

- Dziadek był bardzo porz

ą

dnym człowiekiem.  

Przypuszczam, 

Ŝ

e poczuł si

ę

 rozbawiony cał

ą

 sytuacj

ą

· Pewnie odetchn

ą

ł z ulg

ą

Ŝ

e psy nic 

ci nie zrobiły - westchn

ą

ł. - Tak, miałem bardzo szcz

ęś

liwe dzieci

ń

stwo, za to potem ... - Ton 

jego głosu raptownie si

ę

 zmienił. - W dorosłym 

Ŝ

yciu spadło na mnie mnóst

wo ...  

- Nieszcz

ęść

? - dopowiedziała cicho. Wzi

ą

ł j

ą

 za r

ę

k

ę

.  

- Tak. Los mi ich nie szcz

ę

dził. Jak ka

Ŝ

dy, miałem swoje tłuste lata, ale ...  

Wstał, podszedł do niej i poci

ą

gn

ą

ł j

ą

 ku sobie.  

-  Nie  chc

ę

Ŝ

eby

ś

  pomy

ś

lała, 

Ŝ

e  si

ę

  nad  sob

ą

  u

Ŝ

alam.  Ka

Ŝ

dy  jest kowalem  swego  losu. 

Zgodzisz si

ę

 ze mn

ą

?  

Spojrzała mu w oczy. Mogłaby przysi

ą

c, 

Ŝ

e mimo pozornie hardego wyrazu widzi w nich 

zagubienie i bezradno

ść

.  

- Na tak wiele spraw nie mamy wpływu - szepn

ę

ła.  

Nagle  poczuła  si

ę

  tak,  jakby  w  restauracji  poza  nimi  nie  było  nikogo. 

Ś

wiat  przestał 

istnie

ć

.  Liczyło  si

ę

  tylko  to, 

Ŝ

e  jest  przy  niej  naj  wspanialszy  m

ęŜ

czyzna,  jakiego  w 

Ŝ

yciu 

spotkała. Jej ksi

ąŜę

 z bajki, który po latach wreszcie si

ę

 zjawił i z którym od tej chwili miała 

Ŝ

y

ć

  długo  i  szcz

ęś

liwie.  Jaka  szkoda, 

Ŝ

e  takie  cudowne  zako

ń

czenia  zdarzaj

ą

  si

ę

  tylko  w 

bajkach.  

W ułamku sekundy poj

ę

ła, co czuł ojciec, gdy pierwszy raz zbli

Ŝ

ył si

ę

 do jej matki. To 

wszystko nie miało sensu ... ale czy miło

ść

 mo

Ŝ

e mie

ć

 sens? Jest uczuciem irracjonalnym, 

nieziemskim, wi

ę

c cho

ć

by człowiek starał si

ę

 z ni

ą

 walczy

ć

, i tak musi przegra

ć

. - O tak. 

Jeste

ś

my kowalami swego losu - szepn

ę

ła. Pierre pochylił si

ę

 i lekko musn

ą

ł ustami jej usta.  

Z trudem powstrzymała si

ę

, by nie j

ę

kn

ąć

 z rozkoszy. - Panie doktorze?  

Obok nich stan

ą

ł kelner.  

-  Bardzo  pa

ń

stwa  przepraszam,  ale  pan  Jules  kazał  zapyta

ć

,  czy 

Ŝ

ycz

ą

  sobie  pa

ń

stwo 

jaki

ś

 trunek do kawy?  

- Nie, dzi

ę

kujemy. - Pierre wypu

ś

cił j

ą

 z' obj

ęć

. Usiadła w fotelu, staraj

ą

c si

ę

 jak najszybciej 

uspokoi

ć

 przyspieszony oddech. Czar prysn

ą

ł. Na szcz

ęś

cie, bo jeszcze chwila i zrobiłaby z 

siebie kompletn

ą

 idiotk

ę

·  

- Poprosz

ę

 rachunek. - Słowa Pierre' a dotarły do niej jak przez mgł

ę

.  

W  drodze  powrotnej  nawet  nie  próbowali  odtworzy

ć

  atmosfery  tamtej  magicznej  chwili. 

Jacky miała wra

Ŝ

enie, 

Ŝ

e Pierre chce jak najszybciej wróci

ć

 na bezpieczny grunt uprzejmej 

rozmowy,  tak  jak  było  na  pocz

ą

tku  wieczoru.  Nie  próbował  te

Ŝ

  przedłu

Ŝ

a

ć

  spotkania. 

Odwiózł  j

ą

  do  domu,  a  gdy  wysiedli  z  samochodu,  spojrzał  na  ni

ą

  z  nieodgadnionym 

wyrazem twarzy.  

Próbowała  odnale

źć

  w  jego  oczach  bodaj  cie

ń

  obietnicy, 

Ŝ

e  mog

ą

  prze

Ŝ

y

ć

  to  wszystko 

jeszcze raz. Ale nie, znów był tylko koleg

ą

 z dawnych lat. Starszym bratem, o którym zawsze 

marzyła.  Mogła  zaprosi

ć

  go  na  drinka,  ale  uznała, 

Ŝ

e  to.  kiepski  pomysł.  Po  co  ryzykowa

ć

 

odmow

ę

?  

background image

- Dzi

ę

kuj

ę

 za przemiły wieczór - powiedziała, po syłaj

ą

c mu u

ś

miech, który zdawał si

ę

 

mówi

ć

: "Nie bój si

ę

, nie zamierzam ci

ą

gn

ąć

 ci

ę

 do 

ś

rodka" ..  

Uj

ą

ł  jej  twarz  w  dłonie  i  delikatnie  pocałował  w  usta.  Gdy  po  chwili  uniósł  głow

ę

,  w  jego 

l

ś

ni

ą

cych oczach pojawił si

ę

 wyraz oczekiwania.  

Ona jednak odwróciła si

ę

 i zdecydowanym krokiem ruszyła do drzwi. 

ROZDZIAŁ TRZECI  

Był bardzo sfrustrowany. Odje

Ŝ

d

Ŝ

aj

ą

c sprzed domu Jacky, spojrzał we wsteczne lusterko, by 

sprawdzi

ć

, czy weszła do 

ś

rodka. Tak, ju

Ŝ

 jej nie było. Dała mu wyrainie do zrozumienia, 

Ŝ

e nie 

ma ochoty przedłu

Ŝ

a

ć

 spotkania.  

Nacisn

ą

ł pedał gazu. 

Ź

le to wszystko dzi

ś

 rozegrał, zwłaszcza przy kawie. Nie powinien był jej 

całowa

ć

.  Problem  w  tym, 

Ŝ

e  nie  mógł  si

ę

  powstrzyma

ć

.  A  przecie

Ŝ

  dobrze  wiedział, 

Ŝ

e  musi 

unika

ć

 zaanga

Ŝ

owania.  

Jego  frustracja,  fizyczna  i  emocjonalna,  stawała  si

ę

  coraz  bardziej  dokuczliwa.  J

ę

kn

ą

ł 

zdesperowany. Mo

Ŝ

e nie powinien umawia

ć

 si

ę

 z ni

ą

 po pracy? Tylko jak  

.  ma  zrezygnowa

ć

  z  jej  towarzystwa,  skoro  tak  bardzo  mu  si

ę

  podoba? 

Ś

liczna, 

Ŝ

ywiołowa, 

rozbrykana  dziewczynka  z  jego  wspomnie

ń

  wyrosła  na  najpi

ę

kniejsz

ą

,  najbardziej  seksown

ą

  i 

m

ą

dr

ą

 kobiet

ę

, jak

ą

 w 

Ŝ

yciu spotkał.  

Po raz pierwszy od 

ś

mierci Liliane miał taki kłopot.  

Jego 

Ŝ

ona zmarła w czasie porodu, wydaj

ą

c na 

ś

wiat jego syna. Pocz

ą

tkowo wydawało mu si

ę

Ŝ

e wyrzuty sumienia nie pozwol

ą

 mu dalej 

Ŝ

y

ć

. Z czasem nauczył si

ę

 radzi

ć

 sobie z bólem, nie 

było  jednak  szans,  by  rana  w  sercu  kiedykolwiek  si

ę

  zabli

ź

niła.  Ogarni

ę

ty  wspomnieniami  o 

Liliane mocno zacisn

ą

ł dłonie na kierownicy. Miała w

ą

tpliwo

ś

ci, czy dojrzała do macierzy

ń

stwa, 

za to on wci

ąŜ

 powtarzał, 

Ŝ

e marzy o dziecku. Przekonywał j

ą

Ŝ

e na pewno poradzi sobie w roli 

matki.  Biedna,  zapłaciła  za  jego  marzenia  najwy

Ŝ

sz

ą

  cen

ę

.  Trudno  o  wi

ę

ksze  po

ś

wi

ę

cenie. 

Odk

ą

d odeszła, nie opuszczało go poczucie winy.  

Zatrzymał si

ę

  przed domem,  ale nie  wysiadł. Wył

ą

czywszy  silnik, oparł głow

ę

  o kierownic

ę

 i 

siedział tak, rozpami

ę

tuj

ą

c swoj

ą

 sytuacj

ę

. Od pi

ę

ciu lat dotrzymywał przysi

ę

gi zło

Ŝ

onej Liliane. 

Przez  pierwszy  rok  po  jej 

ś

mierci 

Ŝ

ył  jak  mnich  ...  obarczony  odpowiedzialno

ś

ci

ą

  za  dziecko. 

Przymkn

ą

ł  oczy,  pozwalaj

ą

c,  by  przesuwały  si

ę

  przed  nimi  obrazy  wspomnie

ń

.  Przypomniał 

sobie  dzie

ń

,  w  którym  musiał  skapitulowa

ć

  przed  własn

ą

  cielesno

ś

ci

ą

.  Nie  był  w  stanie  dłu

Ŝ

ej 

ignorowa

ć

  pewnych  potrzeb,  zacz

ą

ł  wi

ę

c  spotyka

ć

  si

ę

  z  kobietami,  jednak  w  sercu  pozostał 

wiemy zmarłej 

Ŝ

onie.  

Obiecał sobie, 

Ŝ

e b

ę

dzie wybierał partnerki, które z pewno

ś

ci

ą

 nie odegraj

ą

 wi

ę

kszej roli w 

jego 

Ŝ

yciu. Miał wi

ę

c na swym koncie kilka przelotnych romansów z kobietami, które, podobnie 

jak on, nie zamierzały wi

ą

za

ć

 si

ę

 na stałe. Mimo to natkn

ą

ł si

ę

 na problem. Gdy po kilku 

miesi

ą

cach znajomo

ś

ci zacz

ą

ł zaprasza

ć

 jedn

ą

 z nich do domu, spragniony matczynego ciepła 

Christophe zacz

ą

ł traktowa

ć

 j

ą

 jak przyszywan

ą

 mam

ę

. Kiedy zwi

ą

zek si

ę

 rozpadł, chłopiec był 

zrozpa-' czony. To do

ś

wiadczenie uzmysłowiło mu, 

Ŝ

e synek nie mo

Ŝ

e poznawa

ć

 jego 

przyjaciółek. Postanowił wi

ę

c, 

Ŝ

e nie b

ę

dzie im mówił, 

Ŝ

e ma dziecko, a co za tym idzie, nie 

b

ę

dzie przyprowadzał ich do domu.  

Jacky  jednak  była  inna.  Dzi

ś

  miał  ochot

ę

  opowiedzie

ć

  jej  o  swoich  nieszcz

ęś

ciach.  Bardzo 

brakowało mu k.og.o

ś

, przed kim mógłby si

ę

 .otw.orzy

ć

. Nie zrobił teg.o, gdy

Ŝ

 nie chciał jeszcze 

bardziej  kamplikawa

ć

  sytuacji.  Zwierzenia  i  rozm.owy  .o  najbardziej  .os.obistych  sprawach 

nieuchrannie  prowadziłyby  da  uczuci.oweg.o  zaanga

Ŝ

.owania,  przed  którym  si

ę

  br.onił.  Uniósł 

gł.ow

ę

, gdy

Ŝ

 nagle p.oczuł, 

Ŝ

e kt.o

ś

 mu si

ę

 przygl

ą

da.  

- Wszystka w p.orz

ą

dku? - spytała zaniep.ok.oj.ona Nadine. - Usłyszałam, 

Ŝ

e pan przyjechał, 

ale długa nie wch.odził pan da d~mu, wi

ę

c ...  

- Niep.otrzebnie si

ę

 martwiła

ś

. Nic mi nie jest. Zaraz przyjad

ę

, a ty kład

ź

 si

ę

 spa

ć

. Jak 

background image

Christ.ophe?  

- Dabrze. Usp.ok.oił si

ę

 pa pana wyj

ś

ciu.  

- Spadziewałem si

ę

Ŝ

e tak b

ę

dzie. D.obran.oc, Na-  

dine.  

- D.obran.oc.  
Patrzył, jak .opiekunka wch.odzi da domu, zastawiaj

ą

c dla nieg.o uchylane drzwi. Zajm.owała 

si

ę

 Christ.ophe'em zaledwiead trzech miesi

ę

cy i a dziwa, zg.odziła si

ę

 przenie

ść

 z nimi z Pary

Ŝ

da St. Martin sur mer. Była miła, rozs

ą

dna i inteligentna, miał wi

ę

c nadziej

ę

Ŝ

e zastanie z nimi na 

dłu

Ŝ

ej, zwłaszcza 

Ŝ

e Christ.ophe wyra

ź

nie j

ą

 palubił.  

Nianie  ta  był  .os.obny  pr.oblem. 

ś

adna  z  .opiekunek  nie  zagrzała  dłu

Ŝ

ej  miejsca.  Dabrze  im 

płacił, a .one i tak .odch.oaziły. Christ.ophe nie był łatwym dzieckiem. Na szcz

ęś

cie ch.odził ju

Ŝ

 

da  przedszk.olna,  wi

ę

c  Nadine  nie  była  tak  .obci

ąŜ

ana  jak  jej  p.oprzedniczki,  które  szybka 

wypalały si

ę

, pracuj

ą

c .od rana da n.ocy.  

Zaczekał, a

Ŝ

 autamatycznie zasunie si

ę

 dach, i wysiadł z sam.och.odu. Id

ą

c da damu, my

ś

lał .o 

tym, 

Ŝ

e Nadine pr

ę

dzej czy pó

ź

niej zapragnie wróci

ć

 da Pary

Ŝ

a. Ju

Ŝ

 wsp.ominała, 

Ŝ

e chciałaby 

sp

ę

dza

ć

  wi

ę

cej  czasu  ze  sw.oim  chł.opakiem.  P.ocz

ą

tk.ow.o  ucieszył  si

ę

Ŝ

e  kag.o

ś

  ma,  ba  ta 

znaczyła, 

Ŝ

e w .odró

Ŝ

nieniu .od paru paprzedniczek, nie b

ę

dzie próbawała z nim flirt.owa

ć

.  

Wbiegł na gór

ę

, przeskakuj

ą

c pa dwa st.opnie, chciał bawiem jak najszybciej zabaczy

ć

 syna. 

Miał wyrzuty sumienia, 

Ŝ

e pa pracy nie wrócił prasta da damu. Obiecał s.obie, 

Ŝ

e jutra sp

ę

dzi z 

cW.opcem  cały  wieczór.  Pa  cichu  wszedł  da p.ok.oju synka  i  usiadł  przy  łó

Ŝ

ku.  Z  razczuleniem 

patrzył na jeg.o mi

ę

kkie jasne wł.osy rozrzucane na p.oduszce. Christ.ophe zasn

ą

ł z kciukiem w 

buzi. Pierre u

ś

miechn

ą

ł si

ę

 i delikatnie wyj

ą

ł palec z jeg.o ust. Ssanie kciuka p.omagał.o cW.opcu 

wyciszy

ć

  si

ę

  i  usp.ok.oi

ć

.  Pierre  dabrze  wiedział, 

Ŝ

e  wła

ś

nie  sp.ok.oju  jeg.o  ukachane  dziecka 

p.otrzebuje  najbardziej.  Gdyby  mama  nie  .osierociła  g.o  w  chwili  naradzin,  gdyby  była  z  nim 
przez  cały  czas,  czułby  si

ę

  bezpieczny  i  na  pewna  nie  wszczynałby  dzikich  awantur,  które 

wyka

ń

czały nerwaw.o .opiekunki.  

P.ochylił  si

ę

  i  pacaławał  ciepły,  gładki  paliczek  synka.  Christ.ophe  paruszył  si

ę

,  a  patem 

.otw.orzył .oczy i .obj

ą

ł g.o za szyj

ę

.  

- K.ocham ci

ę

, tatusiu - mrukn

ą

ł i natychmiast  

zasn

ą

ł.  

_  

Pierre pa czuł dławienie w gardle.  
- Ja te

Ŝ

 ci

ę

 k.ocham, synku - szepn

ą

ł, .okrywaj

ą

c go kałderk

ą

·  

P.oszedł da siebie, i zamkn

ą

wszy drzwi, .oparł si

ę

 .o nie plecami. Patrzył na p.okój rozja

ś

niany 

ksi

ęś

Yc.ow

ą

  pa

ś

wiat

ą

  i  wdychał  rze

ś

kie  pawietrze.  Letnia  n.oc,  pachn

ą

ca  kwiatami  i  m.orzem, 

była  wprost  stwarzana  da  mił.o

ś

ci.  Mógł  sp

ę

dzi

ć

  j

ą

  z  Jacky,  gdyby.odwa

ś

YI  si

ę

  j

ą

  tu  zapr.osi

ć

Tyle 

Ŝ

e z ni

ą

 nie m.ogł.o by

ć

 m.owy  o przygodzie na jedn

ą

 noc. Instynkt ostrzegał go, 

Ŝ

e je

ś

li raz 

spróbuje, nie b

ę

dzie umiał zapomnie

ć

. A przysi

ę

ga zło

Ŝ

ona Liliane wci

ąŜ

 go obowi

ą

zywała.  

Jaka szkoda, 

Ŝ

e nie jest kawalerem wolnym od trosk i obowi

ą

zków! Kim

ś

, kto nie musi zmaga

ć

 

si

ę

 z wiecznym poczuciem winy wobec kobiety, która po

ś

wi

ę

ciła dla niego 

Ŝ

ycie ...  

Jacky  wbiegła  na  gór

ę

.  Nie  chciała  przedłu

Ŝ

a

ć

  spotkania  -  Pierre  mógłby  poczu

ć

  si

ę

 

niezr

ę

cznie. W ko

ń

cu dał do zrozumienia, 

Ŝ

e nie zale

Ŝ

y mu, by ich znajomo

ść

 przerodziła si

ę

 w 

romans. Wła

ś

ciwie to dobrze. Ona te

Ŝ

 nie szuka takich wra

Ŝ

e

ń

.  

W  mieszkaniu  od  razu  zrzuciła  buty  i  poszła  prosto  do  sypialni.  Jak  stała,  padła  na  łó

Ŝ

ko  i 

zacz

ę

ła masowa

ć

 zm

ę

czone stopy; całodzienne bieganie po szpitalu nie wyszło im na zdrowie.  

Uło

Ŝ

yła  si

ę

  na  poduszkach  i  zaton

ę

ła  w  rozmy

ś

laniach  o  Pierze  -  silnym,  przystojnym, 

wysportowanym  młodym  m

ęŜ

czy

ź

nie,  w  którym  podkochiwała  si

ę

  jako  podlotek,  i  tym 

dzisiejszym, starszym, ale wci

ąŜ

 przystojnym, pogr

ąŜ

onym w 

Ŝ

ałobie wdowcu. Cieszyła si

ę

Ŝ

e w 

czasie kolacji udało jej si

ę

 go rozweseli

ć

. Kiedy zacz

ę

li wspomina

ć

 stare czasy, rozchmurzył si

ę

 i 

przestał  robi

ć

  min

ę

  zagubionego  małego  chłopca.  Rozmawiali  o  wszystkim  z  wyj

ą

tkiem  swoich 

poprzednich zwi

ą

zków. Nadal wi

ę

c nic nie wiedziała o jego pi

ę

knej 

Ŝ

onie, a on nie usłyszał słowa 

na temat Paula.  

Na my

ś

l obyłym m

ęŜ

u westchn

ę

ła ci

ęŜ

ko. Nie lubiła go wspomina

ć

. A przecie

Ŝ

 na pocz

ą

tku 

background image

mał

Ŝ

e

ń

stwa tak bardzo go kochała. Studiowali najednym roku, byli biedni jak myszy ko

ś

cielne, 

ale szcz

ęś

liwi, 

Ŝ

e si

ę

 kochaj

ą

. Pod koniec studiów zamieszkali razem w jej mieszkaniu.  

- Wyjd

ź

 za mnie - poprosił Paul. - Mał

Ŝ

e

ń

stwo jest takie romantyczne ... - przekonywał:  

Równie romantyczny wydał mu si

ę

 pomysł posiadania dziecka.  

-  Zobaczysz,  ono  nam  w  niczym  nie  b

ę

dzie  przeszkadzało.  B

ę

dziemy 

Ŝ

yli  jak  dawniej  - 

zapewniał. - We

ź

miesz urlop macierzy

ń

ski, a potem wrócisz do pracy. B

ę

d

ę

 ci pomagał w czasie 

ci

ą

:

Ŝ

y i potem przy dziecku.  

. Uwierzyła mu! Zreszt

ą

 z perspektywy czasu dochodziła do wniosku, :

Ŝ

e wtedy Paul naprawd

ę

 

wierzył w to, . co mówi. Ot, jeszcze jeden fajny pomysł, który zrodził si

ę

 w jego ptasim mó

Ŝ

d

Ŝ

ku. 

A takie cnoty jak miło

ść

 i wierno

ść

? Có

Ŝ

, nad tym w ogóle si

ę

 nie zastanawiał.  

Nie pojmowała, jak mogła a

Ŝ

 tak si

ę

 na nim nie pozna

ć

. Dlaczego nie przewidziała, 

Ŝ

e Paul po 

prostu  nie  umie  by

ć

  wiemy?  Gdy  po  kilku  miesi

ą

cach  euforia  opadła  i  jej  ci

ąŜ

a  spowszedniała, 

stał si

ę

 nerwowy i coraz cz

ęś

ciej znikał z domu. Mimo to nie przeczuwała naj gorszego. Do głowy 

jej nie przyszło, 

Ŝ

e Paul j

ą

 zostawi.  

Nigdy nie zapomni dnia, w którym to si

ę

 stało.  

- Poznałem kogo

ś

 - przyznał wprost. - To piel

ę

gniarka, pracujemy razem na ortopedii. Kocham 

j

ą

. Tym razem to ju

Ŝ

 na zawsze.  

Była  wtedy  w  szóstym  miesi

ą

cu  ci

ąŜ

y.  On  przeniósł  si

ę

'  ze  swoj

ą

  dziewczyn

ą

  do  innego 

szpitala. Nie miał wyj

ś

cia, bo gdy si

ę

 rozniosło, 

Ŝ

e chce zostawi

ć

 ci

ęŜ

arn

ą

 

Ŝ

on

ę

, wybuchł skandal 

i koledzy nie zostawili na nim suchej nitki.  

Teraz,  gdy  emocje  dawno  opadły,  stwierdziła,  Ŝe  laul  był  po  prostu  niedojrzały.  Uczciwie 

zapracował  a  swój  wizerunek  Piotrusia  Pana.  Przerosła  go  pers,ektywa  rychłego  ojcostwa  i 
związanych z tym obo,iązków. Gdy w dramatycznych okolicznościach zazęła rodzić i cierpiała przez 
długie godziny, koledzy e szpitala zawiadomili go, Ŝe jest z nią niedobrze. jawił się następnego dnia, 
gdy ich dziecko juŜ nie 

yło. '  

WciąŜ go pamiętała, jak stał przy jej łóŜku i nie riedział, jak się zachować. A ona leŜała nieruchomo, 

rycieńczona  przedwczesnym  porodem,  w  czasie  któ~go  omal  nie  umarła.  Odetchnęła,  gdy 
pielęgniarka oprosiła go, by wyszedł.  

- Dam pani kolejną dawkę środków przeciwbóloych - powiedziała.  

Jacky czekała na tę chwilę jak na zbawienie. Kiedy :k zaczynał działać, przymykała oczy i zapadała 

się . nicość. Tam znajdowała ukojenie i uwalniała się od ieludzkiego cierpienia, które dręczyło ją od 
ś

mierci decka.  

Na wspomnienie dramatu, który przeŜyła, instynk'wnie połoŜyła dłoń na brzuchu. WciąŜ pamiętała 

spółczujące spojrzenie lekarza, który odwaŜył się )wiedzieć jej prawdę. A ta brzmiała jak wyrok.  

- Nie mam dla ciebie dobrych wiadomości - zaczął ;troŜnie. - Sama wiesz, jak cięŜki miałaś poród. 
Nieety, doszło do powaŜnego uszkodzenia organów rozdczych. - Na moment zawiesił głos. - Powiem 
otarcie. Twoje szanse na następną ciąŜę są bliskie zeru. śli będzie ci bardzo zaleŜało na urodzeniu 
dziecka, :dziesz musiała poddać się operacji. Powinnaś jed nak wiedzieć, Ŝe nawet jeśli uda ci się 
donosić ciąŜę, następny poród będzie równie skomplikowany.  
- Nie będzie następnego porodu - uspokoiła go. Sięgnęła po chusteczkę i wytarła nos. Próbowała 
odegnać wspomnienia, które często nawiedzały ją w koszmarnych snach, jednak wyjątkowo wyraźne 
obrazy uparcie wypływały z mroków niepaInięci. Znów była w ósmym miesiącu ciąŜy i pracowała na 
oddziale ratownictwa medycznego. Nie wzięła zwolnienia, bo nie chciała siedzieć całymi dniami w 
pustym mieszkaniu, rozmyślając o Paulu i martwiąc się, jak sobie poradzi jako samotna matka. Poza 
tym chciała udowodnić kolegom, Ŝe traktuje swój zawód powaŜnie.  

Postanowiła,  Ŝe  po  urodzeniu  dziecka  szybko  wróci do  pracy.  Miała  zamiar  zatrudnić  opiekunkę, 

nawet  jeśli  miałaby  oddawać  jej  połowę  pensji.  Tamtego  dnia,  gdy  urodził  się  Simon,  w  czasie 
przerwy  na  lunch  teŜ  była  na  rozmowie  w  agencji  pośredniczącej  w  zatrudnianiu  fachowych 
opiekunek.  

Po spotkaniu wróciła na dyŜur. Jej pierwszym pacjentem był jakiś pijak, który wdał się 

bójkę w 

pubie i oberwał butelką. Wyglądało na to, Ŝe delikwentowi urWał się film, pochyliła się więc nad nim 
i  zaczęła  zszywać  ranę  na  twarzy.  Wtedy  niespodziewanie  poderwał  się  i  z  całej  siły  uderzył  ją  w 
brzuch.  Poczuła  przeszywający  ból  i  kurczowo  chwyciła  się  za  miejsce,  z  którego  promieniował. 
Gorączkowo powtarzała sobie, Ŝe nic się nie stało, Ŝe wcale nie czuje gorącej, lepkiej krwi sączącej się 
spomiędzy nóg ...  

background image

Obróciła się na bok i wtuliła twarz w poduszkę.  

PrzeŜyła, ale naprawdę niewiele brakowało! śycie zawdzięczała fachowości kolegów. Gdy było juŜ 
po  wszystkim,  znalazła  w  sobie  dość  siły,  by  wziąć  na  ręce  swego  wytęsknionego  synka.  Doznał 
ś

miertelnych obraŜeń, więc nie było dla niego ratunku. Tuliła go, dopóki biło maleńkie serce, a potem 

zaczęła oswajać się z myślą, Ŝe znów została sama ...  

Usiadła na łóŜku i otarła łzy. Nigdy się nad sobą nie uŜalała, więc teraz teŜ nie będzie. Rozebrała 

się i zarzuciwszy na siebie szlafrok, poszła do łazienki. Ciepła odpręŜająca kąpiel na pewno dobrze 
jej zrobi.  

Na  oddziale  ratownictwa  zawsze  było  mnóstwo  pracy.  Właśnie  dlatego  wybrała  tę  dziedzinę 

medycyny.  Tu  nie  groziła  monotonia.  Nigdy  nie  było  wiadomo,  co  przyniesie  dzień.  Po  dwóch 
tygodniach od wypadku na morzu mały Dominic został wypisany do domu. Jego rodzice koniecznie 
chcieli zrobić mu pamiątkowe zdjęcie z lekarzami,. którym zawdzięczał Ŝycie.  

- Pojedziesz ze mną do domku? - zapytało dziecko Pierre'a.  

- Bardzo bym chciał, ale dziś nie mogę, bo muszę zostać w pracy - odparł. - Chodź, zrobimy sobie 

razem fajne zdjęcie - zaproponował, a rozbiegany chłopczyk wreszcie stanął w miejscu i posłusznie 
spojrzał w obiektyw.  

- Będzie mi brakowało tego małego urwisa - westchnęła Jacky, gdy wracali na oddział.  

-  Kochasz  dzieci,  prawda?  -  zapytał  cicho  Pierre.  Obserwując  ją  w  czasie  pracy,  zauwaŜył,  Ŝe  lubi 
dzieci i ma z nimi doskonały kontakt. Cieszyło go to i martwiło jednocześnie. Między innymi dlatego 
nie  proponował  jej  kolejnej  randki.  Prędzej  czy  później  będzie  musiał  się  przyznać  do  tego,  Ŝe  ma 
syna.  Ona  na  pewno  zechce  go  poznać,  a  Christophe  od  razu  ją  polubi.  Nie  chciał  naraŜać  syna  na 
kolejne rozczarowanie, 

przecieŜ Jacky pewnego dnia zniknie z ich Ŝycia.  

- Chodźmy na kawę, póki - na oddziale panuje względny spokój - zaproponował.  

-  Lepiej  chodźmy  do  mojego  gabinetu.  Mam  tam  zaparzarkę  i  kawę  o  niebo  lepszą  od  tej,  którą 

podają w bufecie.  

-  Nie  mogłem  się  doczekać,  kiedy  mnie  wreszcie  zaprosisz  -  rzekł  z  uśmiechem.  -  Ludzie 

opowiadają cuda o waszym gabinecie. Podobno ty i Debbie wygodnie się urządziłyście.  

- To prawda, jest u nas trochę bardziej po domowemu niŜ w przeciętnym gabinecie. Uznałyśmy, Ŝe 

coś nam się naleŜy od Ŝycia.  

- Bardzo tu przytulnie - pochwalił, gdy weszli do środka.  

-  Rozumiem,  Ŝe  to  eufemizm.  Agenci  od  nieruchomości  uŜywają  go,  kiedy  chcą  ci  dać  do 

zrozumienia, Ŝe straszna tu ciasnota.  

- ZauwaŜyłem, Ŝe lubisz dzieci. Nie chciałaś mieć własnych? - zapytał, siadając w fotelu.  

Nie  wiedziała,  co  powiedzieć.  Aby  zyskać  na  czasie,  zajęła  się  odmierzaniem  kawy.  Odetchnęła 

głęboko, i siląc się na spokój, powiedziała:  

- Miałam dziecko, synka, bardzo krótko. Niestety, umarł ... - Przełknęła ślinę, by uwolnić się do boles-
nego dławienia w gardle. - Jaką pijesz kawę, słabą czy mocną? - Głos jej się załamał. 

Pierre wstał i ją objął.  

- Przepraszam, nie powinienem był pytać. Nie wiedziałem ...  

W  jego  oczach  było  tyle  serdeczności  i  dobroci,  Ŝe  poczuła  chę.ć,  by  skryć  się  w  jego  ramionach. 

Potrzebowała  jego  siły  i  spokoju.  Gdyby  mogła  pozostać  w  jego  objęciach,  ból  serca  trochę  by  zelŜał. 
MoŜe nawet wstąpiłaby w nią nowa nadzieja.  

Delikatnie  pocałował  ją  w  policzek,  a  ona  instynktownie  rozchyliła  usta.  Pocałował  ją  więc  i  poczuł, 

jak jej ciało się odpręŜa. Przestała drŜeć i wtuliła się w  niego. Przez chwilę pozwolił sobie rozkoszować 
się jej bliskością, a potem wolno się odsunął. Ona teŜ się cofu.ęła. Wiedziała, Ŝe musi natychmiast wrócić 
z obłoków na ziemię.  

Pierre  starał  się  ochłonąć.  Usiadł  w  fotelu  i  zgnębiony  pomyślał  o  tym,  Ŝe  oto  sprawdza  się  czarny 

scenariusz.  Miał  juŜ  pewność,  Ŝe  jeśli  zacznie  romansować  z  Jacky,  na  pewno  się  zaangaŜuje.  Tego  nie 
wolno mu robić. Poza tym nawet nie wie, czy ona chce układać sobie Ŝycie na nowo.  

Domyślał się, ile wycierpiała. Nawet nie chciał wiedzieć, co czuje ktoś, komu umiera dziecko. A gdyby . 
takie nieszczęście spotkało jego? Nie potrafił wyobrazić sobie Ŝycia bez swojego ukochanego syna.  

- JuŜ w porządku - powiedziała, podając mu kawę.  

- Zawsze, kiedy myślę albo mówię o Simonie, pusz-  
czają mI nerwy.  

background image

- Ile miał Simon, kiedy ... ? - odwaŜył się zapytać, gdy usiedli naprzeciw siebie przy małym stoliku.  

- Trochę ponad dwie godziny.  
Głośno wciągnął powietrze. Co mógł powiedzieć?  

Nic dziwił się juŜ, Ŝe Jacky często bywa smutna. Zwłaszcza gdy wydaje jej się, Ŝe nikt na nią nie patrzy, 
bo na co dzień pokazywała światu pogodną twarz.  

- Dziękuję, Ŝe okazałaś mi zaufanie - powiedział łagodnie.  
Postanowiła wykorzystać sytuację i zadać pytanie, które od dawna ją nurtowało.  
- Kiedy czekałam na ciebie w samochodzie przed  

domem, słyszałam dziecięcy głos. To twoje dziecko?  

Zawahał się.  
- Tak. Mam syna. Christophe ma pięć lat.  
- Dlaczego nigdy o nim nie mówiłeś?  
Uciekł spojrzeniem w bok.  
- Dlatego, Ŝe ... Kiedyś ci to wytłumaczę. Mam swoje powody, ale to skomplikowana historia.  

-  Nic  mu  nie  jest?  To  znaczy,  nie  ma  Ŝadnych  problemów  ze  zdrowiem?  -  Próbowała  wyrazić  się 

oględnie.  

Pierre popatrzył jej prosto w oczy.  

- Jest zdrowy jak ryba i bardzo aktywny - odparł .. Zamilkł na moment. Prędzej czy później i tak musi 
to  

nastąpić. Nie moŜe traktować Jacky tak, jak traktował przygodne partnerki, które szybko znikały z jego 
Ŝ

ycia. - Musisz go poznać.  

A więc stało się! JuŜ nie ma odwrotu. Nie miał pojęcia, jak poradzi sobie z konsekwencjami tej decyzji. 

Na razie postanowił nie wybiegać zbyt daleko w przyszłość. W tej chwili zaleŜało mu na tym, by częściej 
widywać  Jacky.  Kilka  minut  w  czasie  przerwy  na  kawę  zdecydowanie  mu  nie  wystarczało  !Pragnienia 
mają swoją cenę. Nic, co w Ŝyciu waŜne, nie przychodzi łatwo.  

Z  zamy

ś

lenia  wyrwał  go  d

ź

wi

ę

k  pagera.  Jacky  podała  mu  słuchawk

ę

,  a  on  przez  chwil

ę

 

słuchał w skuplemu.  

- Zaraz tam b

ę

d

ę

! - rzucił, ko

ń

cz

ą

c rozmow

ę

.  

- Znów wypadek na morzu. Karetki zaraz przy-  

wioz

ą

 poszkodowanych.  

Jacky natychmiast odstawiła kubek z niedopit

ą

 kaw

ą

 i razem z nim pobiegła na oddział.  

. W pokojach zabiegowych czekali ju

Ŝ

 na nich dwaj pacjenci: młody Anglik, który uczył si

ę

 je

ź

dzi

ć

 

na  nartach  wodnych,  i  nieco  starszy  Francuz,  jego  instruktor.  W  czasie  lekcji  niedo

ś

wiadczony 

ucze

ń

 wykonał niefortunny manewr i zranił si

ę

 w nog

ę

. Instruktor próbował go ratowa

ć

 i równie

Ŝ

 

doznał kontuzji.  

Jacky zaj

ę

ła si

ę

 Anglikiem, który bardzo si

ę

 ucieszył, 

Ŝ

e wreszcie spotkał kogo

ś

, z kim mo

Ŝ

bez trudu si

ę

 porozumie

ć

.  

- Mój francuski jest bardzo kiepski - przyznał.  
- Zaraz sprawdzimy, co si

ę

 panu stało. - Delikat-  

nie dotkn

ę

ła uda, na którym zrobił si

ę

 wielki wylew. - Dam panu zastrzyk przeciwbólowy i dopiero 

potem pana zbadam.  

- Dzi

ę

kuj

ę

 - j

ę

kn

ą

ł, zaciskaj

ą

c z

ę

by.  

Gdy postawiła wst

ę

pn

ą

 diagnoz

ę

, zawołała Pierre'a, 

Ŝ

eby si

ę

 z nim skonsultowa

ć

.  

- Zerwał wi

ę

zadła ł

ą

cz

ą

ce mi

ę

sie

ń

 z ko

ś

ci

ą

 udow

ą

  

- powiedziała.  

Pierre zbadał chłopaka i potwierdził jej podejrzema.  

- Trzeba zrobi

ć

 prze

ś

wietlenie i sprawdzi

ć

, w jakim stanie jest ko

ść

. Z kolei Franek, wiesz, ten 

instruktor, zerwał 

ś

ci

ę

gno Achillesa. Musz

ę

 dowiedzie

ć

 si

ę

 na ortopedii, czy mog

ą

 go dzi

ś

 

zoperowa

ć

. Mogłaby

ś

 na chwil

ę

 do niego zajrze

ć

?  

- Co za pech, pani doktor. Co za straszny pe~h  

- skrzywił si

ę

 instruktor, gdy do niego przyszła. - Ze  

te

Ŝ

 to si

ę

 musiało sta

ć

 akurat teraz, w pełni sezonu, kiedy mam najwi

ę

cej pracy. Okropnie chce 

mi si

ę

 pi

ć

. Mógłbym dosta

ć

 troch

ę

 wody?  

- Raczej nie, bo prawdopodobnie b

ę

dzie pan dzi

ś

 operowany. Doktor Mellanger wła

ś

nie ustala 

background image

termin zabiegu.  

-  Koledzy  z  ortopedii  b

ę

d

ą

  gotowi  za  godzin

ę

oznajmił  Pierre,  wchodz

ą

c  do  pokoju 

zabiegowego.  -  Dzi

ę

kuj

ę

,  Jacky.  Ja  ju

Ŝ

  si

ę

  panem  zajm

ę

  -  powiedział,  i  zacz

ą

ł  tłumaczy

ć

 

Franekowi, na czym b

ę

dzie polegała operacja.  

Do ko

ń

ca dy

Ŝ

uru miała wielu pacjentów, ale wygospodarowała chwil

ę

, by zajrze

ć

 do młodego 

Anglika, który został przewieziony na ortopedi

ę

·  

- Jak si

ę

 pan czuje?  

- Kiepsko. Noga okropnie mnie boli, ale nie  

umiem poprosi

ć

Ŝ

eby dali mi co

ś

 przeciwbólowego. Gapi

ę

 si

ę

 wi

ę

c w telewizor, chocia

Ŝ

 nic nie 

rozumiem, ale to mi pomaga zapomnie

ć

 o bólu.  

-  Nie  ma  sensu, 

Ŝ

eby  pan  cierpiał.  Zaraz  poprosz

ę

  siostr

ę

,  aby  zrobiła  panu  zastrzyk  - 

powiedziała i poszła poszuka

ć

 piel

ę

gniarki.  

Na korytarzu spotkała Pierre'a.  
-  Id

ę

  sprawdzi

ć

,  jak  czuje  si

ę

  Franek.  Koledzy  z  ortopedii  mówili, 

Ŝ

e  operacja  si

ę

  udała. 

Powiem  mu, 

Ŝ

miał  pecha.  Gdyby  sobie  t

ę

  nog

ę

  złamał,  przynajmniej  krócej  nosiłby  gips  - 

ironizował.  

-:- Nie jestem pewna, czy twój 

Ŝ

art przypadnie mu do gustu.  

-  Dlaczego?  Franck  ma  poczucie  humoru.  Poznałem  go  w  zeszłym  tygodniu,  gdy 

poszedłem  do  jego  wypo

Ŝ

yczalni  dowiedzie

ć

  si

ę

  o  łód

ź

.  Chciałbym  zabra

ć

  Christophe'a  w 

krótki rejs po morzu.  

- My

ś

lisz, 

Ŝ

e mu si

ę

 spodoba?  

- Na pewno! - Zawahał si

ę

. - Je

ś

li dzi

ś

 wie-  

czorem masz czas, wpadnij do nas na kolacj

ę

. Poznasz go.  

- Bardzo ch

ę

tnie! - Nie  chciała, by  zabrzmiało to a

Ŝ

 tak entuzjastycznie. Wszystko przez 

to,- 

Ŝ

e zaskoczył j

ą

 tym zaproszeniem.  

Pierre  te

Ŝ

  si

ę

  nie  spodziewał, 

Ŝ

e  ona  natychmiast  si

ę

  zgodzi.  Ko

ś

ci  zostały  rzucone, 

powiedział sobie. Za pó

ź

no, 

Ŝ

eby si

ę

 wycofa

ć

.  

-  Nie  umawiajmy  si

ę

  na  konkretn

ą

  godzin

ę

.  Po  prostu  przyjd

ź

,  kiedy  b

ę

dzie  ci 

odpowiadało.  Gdybym  musiał  zosta

ć

  dłu

Ŝ

ej  w  szpitalu,  w  domu  b

ę

dzie  Nadine,  opiekunka 

Christophe'a. Do zobaczenia.  

Wróciła  do  swoich  zaj

ęć

,  ale  nie  mogła  pozby

ć

  si

ę

  wra

Ŝ

enia, 

Ŝ

e  Pierre  zaprosił  j

ą

 

spontanicznie, a teraz tego 

Ŝ

ałuje. Gdyby naprawd

ę

 chciał, by poznała jego syna, mógł go jej 

przedstawi

ć

,  gdy  szli  do  restauracji.  Tymczasem  on  kazał  jej  czeka

ć

  w  samochodzie.  Cie-

kawe dlaczego?  

Ź

le  zrobiła,  przyjmuj

ą

c  zaproszenie;  Jeszcze  nie  jest  za  pó

ź

no,  aby  si

ę

  wycofa

ć

.  Mo

Ŝ

powiedzie

ć

Ŝ

e wła

ś

nie sobie przypomniała, 

Ŝ

e jest umówiona.  

Odwróciła si

ę

, ale Pierre'a ju

Ŝ

 nie było. Trudno.  

Skoro si

ę

 zgodziła, musi pój

ść

. Mo

Ŝ

e przy okazji dowie si

ę

, dlaczego jest taki tajemniczy. 

Aje

ś

li poczuje, 

Ŝ

e jest nieproszonym go

ś

ciem, pod byle pretekstem wróci do domu.  

Nagle  przypomniała  sobie,  co  czuła  dzi

ś

  rano,  gdy  Pierre  j

ą

  przytulił.  Mo

Ŝ

e  warto 

zaryzykowa

ć

 jeszcze kilka takich dreszczy w zamian za cały wieczór w jego towarzystwie?  

ROZDZIAŁ CZWARTY  

Spojrzała  na  imponuj

ą

c

ą

  fasad

ę

  domu  Pierre'a.  Dobrze, 

Ŝ

e  opowiedział  jej  o  ostatniej  woli 

dziadka  Mellangera.  Spadek  pewnie  był  spory,  skoro  sta

ć

  go  na  tak

ą

  rezydencj

ę

.  Hojny  senior 

rodu musiał bardzo kocha

ć

 wnuka. Kiedy

ś

 wi<f?;iała ich razem w miasteczku - krótko po tym, jak 

została przyłapapa w sadzie. Od razu rzucało si

ę

 w oczy, 

Ŝ

e s

ą

 ze sob

ą

 mocno zwi

ą

zani.  

background image

Patrzyła  na  poro

ś

ni

ę

te  bluszczem  kamienne  mury  i  podziwiała  urod

ę

  domu,  który  dzi

ę

ki 

szeroko otwartym dwuskrzydłowym oknom, pozwalaj

ą

cym ciekawskiemu przechodniowi zerkn

ąć

 

do 

ś

rodka,  sprawiał  wra

Ŝ

enie  przyjaznego.  Wprawdzie  z  ulicy  nie  było  wida

ć

,  co  dzieje  si

ę

  w 

ś

rodku, ale i tak odnosiło si

ę

 wra

Ŝ

enie, i

Ŝ

 jest to prawdziwe gniazdo rodzinne.  

Id

ą

c tu, z trudem panowała nad radosnym podnieceniem. Czuła si

ę

 jak mała dziewczynka, która 

wreszcie  została  zaproszona  na  wymarzone  przyj

ę

cie  do  domu,  który  to.tej  pory  był  dla  niej 

niedost

ę

pny.  Uspokój  si

ę

,  kobieto,  i  przesta

ń

  fantazjowa

ć

!  -  napominała  si

ę

  surowo.  Stan

ę

ła 

przed masywnymi d

ę

bowymi drzwiami ze 

ś

wie

Ŝ

o wypolerowan

ą

 mosi

ęŜ

n

ą

 kołatk

ą

, która l

ś

niła w 

wieczornym  sło

ń

cu,  i  jeszcze  raz  rozejrzała  si

ę

  dokoła.  Na  podje

ź

dzie  nie  było  samochodu 

Pierre' a, za to obok bocznych drzwi stało małe auto, z pewno

ś

ci

ą

 nale

Ŝą

ce do opiekunki. 

Szkoda. Wolałaby, 

Ŝ

eby Pierre był ju

Ŝ

 

domu.  

Gdyby  uprzedził, 

Ŝ

e  b

ę

dzie  długo  pracował,  przyszłaby  pó

ź

niej.  W  ko

ń

cu  lepiej  troch

ę

  si

ę

 

spó

ź

ni

ć

, ni

Ŝ

 zjawi

ć

 si

ę

 za wcze

ś

nie. Jeszcze gotów sobie pomy

ś

le

ć

Ŝ

e nie mogła si

ę

 doczeka

ć

A mo

Ŝ

e by tak si

ę

 wycofa

ć

 i pospacerowa

ć

 po okolicy, dopóki ... Nie b

ą

d

ź

 infantylna! - zirytowała 

si

ę

. Zachowuj si

ę

 normalnie.  

Wszystko dobrze, tylko dlaczego znów czuła si

ę

 jak niedo

ś

wiadczona panienka, któr

ą

 była w 

czasach,  gdy  usychała  z  miło

ś

ci  do  Pierre'a.  Zniecierpliwiona  swoim  zachowaniem,  podniosła 

r

ę

k

ę

, by zastuka

ć

 do drzwi. Nim jednak zd

ąŜ

yła dotkn

ąć

 kołatki, te si

ę

 otworzyły.  

- Dobry wieczór, pani doktor. Prosz

ę

 wej

ść

.  

To pewnie Nadine, pomy

ś

lała, przypatruj

ą

c si

ę

 dziewczynie, która zaprosiła j

ą

 do 

ś

rodka. Była 

miła i uprzejma, ale Jacky wyczuła, 

Ŝ

e jest zdenerwowana. Zachowywała si

ę

 jak kto

ś

, kto został 

nagle oderwany od wa

Ŝ

nych zaj

ęć

.  

- Doktor Mellanger jeszcze nie wrócił ze szpitala  

- uprzedziła. - Mam nadziej

ę

Ŝ

e zechce pani za-  

czeka

ć

.  

Zaprowadziła  j

ą

  na  taras,  gdzie  przy  stoliku  siedział  jasnowłosy  chłopiec,  pochłoni

ę

ty 

rysowaniem.  Kiedy  weszły,  zerkn

ą

ł  przelotnie  na  Jacky,  po  czym  bez  słowa  wrócił  do  swojego 

zaj

ę

cia.  

Natychmiast  pomy

ś

lała  o  swoim  małym  Simonie,  który  byłby  teraz  na  tyle  du

Ŝ

y, 

Ŝ

e  te

Ŝ

  mógłby 

rysowa

ć

  kredkami.  Pewnie  zagl

ą

dałaby  mu  przez  rami

ę

,  chwaliłaby  post

ę

py.  Pomagałaby  mu 

stawia

ć

 pierwsze kro

ki ... 

Zdusiła w sobie tęsknotę i podeszła do Christophe'a. Chciała się z nim przywitać, ale Nadine delikatnie 

odciągnęła ją na bok.  

- Pani doktor, musi pani mi pomóc - wyszeptała nerwowo. - Zostaje pani na kolacji?  

- Owszem. A o co chodzi?  
- Właśnie dostałam wiadomość, Ŝe mój chłopak,  

który jechał do mnie z ParyŜa, miał wypadek i został zabrany do szpitala parę kilometrów stąd. Prosi, Ŝe-
bym do niego przyjechała. Czy mogłaby pani zająć się Christophe'em, dopóki doktor nie wróci?  

- Czy pani chłopak jest cięŜko ranny? - zapytała ze współczuciem.  

-  Nie  wiem.  Powiedzieli  mi,  Ŝe  jego  Ŝyciu  nie  zagraŜa  niebezpieczeństwo.  Błagam,  niech  się  pani 

zgodzi!  

Jacky chciała jej pomóc, ale uwaŜała, Ŝe najpierw powinna zamienić słowo z Pierre'em.  

- Zadzwonię do doktora i zapytam, kiedy wróci  

- zaproponowała.  

- Ale ja muszę jechać teraz! - niecierpliwiła się  

dziewczyna.  

JuŜ  miała  powiedzieć  Nadine,  Ŝe  skoro  chłopak  nie  odniósł  powaŜnych  obraŜeń,  parę  minut  jej  nie 

zbawi, ale widząc jej narastające zdenerwowanie, dała za wygraną. Jeszcze biedaczka wpadnie w histerię i 
przestraszy Christophe'a, który i tak wyczuł, Ŝe dzieje się coś niedobrego. Zaniepokojony, odłoŜył kredki i 
wstał z krzesła.  

- Dobrze, niech pani jedzie. Ale proszę skontaktować się z doktorem i powiedzieć mu, kiedy pani wróci, 

zgoda?  

-Oczywiście, zaraz do niego zadzwonię. Bardzo pani dziękuję! Do widzenia!  

- Nadine! - zawołał Christophe, widząc, Ŝe -opiekunka :wYchodzi i zostawia go z obcą osobą. - Nadine! - 

background image

Cześć, Christophe! - zawołała dziewczyna, zatrzaskując za sobą kuchenne drzwi. Po chwili rozległ się 
stłumiony warkot silnika.  

Chłopiec tupnął nogą i zaczął przeraźliwie krzyczeć.  

Jacky przyklękła przy nim i mocno go objęła. Był tak wzburzony, Ŝe cały drŜał. Próbował się wyrywać, 

ale ona go nie puszczała. Mówiła do niego łagodnym głosem, dopóki się nie uspokoił. Dopiero wtedy go 
puściła.  

- Kim jesteś? - zapytał, wpatrując się w nią z niepokojem. - Znasz mojego tatę?  

Mówił z wyraźnym paryskim akcentem, który tak bardzo podobał jej się u Pierre'a. Był zresztą bardzo 

do  niego  podobny.  Miał  tak  samo  wyraziste  oczy  i  mocno  zarysowane  kości  policzkowe,  a  jego 
rozwichrzone  jasne  włosy  juŜ  zaczynały  ciemnieć.  Gdy  z  czasem  staną  się  brązowe,  Christophe  będzie 
łudząco podobny do ojca.  

Gwałtowna reakcja chłopca trochę ją zdenerwowała, lecz nie zaskoczyła. Miał prawo się przestraszyć, 

zwłaszcza Ŝe opiekunka nie wyjaśniła mu, co się dzieje.  

- Twój tata i ja pracujemy razem, ale znamy się juŜ bardzo długo. Kiedyś, dawno, dawno temu, 
mieszkaliśmy w tym samym miasteczku - tłumaczyła, starając się zdobyć jego zaufanie. Słuchał uwaŜnie, 
więc nabrała nadziei, Ŝe uda j ej się z nim porozumieć. - MoŜe 

chcesz, Ŝebym opowiedziała ci jakąś 

bajkę? - zapytała, siadając w wiklinowym fotelu.  

Christophe spojrzał nieufnie na ręce, które ku niemu wyciągnęła. Wyraźnie się wahał. Miał taką 

minę, jakby zaraz miał się rozpłakać.  

- Mogę opowiedzieć ci o Kopciuszku - zaproponowała. - Lubisz tę bajkę?  
Skinął głową i nieśmiało do niej podszedł. Po chwi-  

li juŜ siedział jej na kolanach.  

- To co? Mam ci opowiedzieć o Kopciuszku?  
- Tak, proszę pani.  
- Mam na imię Jacky.  
- Jacky ... - Wolno powtórzył obco brzmiące sło-  

wo, po czym usadowił się wygodnie, gotowy do słuchania.  

- A więc była sobie raz ... - Jej matka zawsze zaczynała bajkę tymi słowami.  

Miała  wrodzony  dar  opowiadania  i  umiała  to  robić  w  sposób  wyjątkowo  barwny,  dając  przy 

okazji upust swoim niewykorzystanym aktorskim talentom.  

- Mamo, a moŜe przebierzemy się i odegramy his- . tonę Kopciuszka? - zaproponowała jej 

pewnego razu.  

- Doskonale! Ja będę Kopciuszkiem, a ty macochą i złymi siostrami! - Matka natychmiast zapaliła 

się do pomysłu. Chyba nigdy nie bawiły się tak dobrze jak wtedy.  

Zostawiła wspomnienia i wróciła do teraźniejszości. Spojrzała na Christophe'a. Oparł głowę o jej 

ramię  i  siedział  zasłuchany,  więc  nie  przerywając  opowieści,  zerknęła  na  zegarek.  Co  się  dzieje  z 
Pierre'em?  Dlaczego  nie  zadzwonił  i  nie  uprzedził,  Ŝe  się  spóźni?  Ijak  zareaguje,  kiedy  dowie  się 
oNadine ... ?  

Nagle zadzwoniła jej komórka. Pierre. Chyba ściągnęła go myślami.  
- Cześć, Jacky. Wstąpię po ciebie, jak będę wracał ze szpitala. - W jego głosie słychać było 

znuŜenie.  

- Nie musisz. JuŜ tu jestem. To znaczy, u ciebie w domu i ...  
- Przepraszam, Ŝe musisz czekać. TuŜ przed końcem dyŜuru mieliśmy tu straszne urwanie głowy. 

Na  szczęście  sytuacja  jest  juŜ  opanowana  i  właśnie  wychodzę.  -  Zrobił  pauzę  dla  nabrania  tchu.  - 
Mam nadzieję, Ŝe Nadine zajęła się tobą.  

- Wiesz, tak prawdę mówiąc, to jej tu nie ma  

- przyznała i w kilku słowach opowiedziała mu, jak  
wygląda sytuacja.  

-  Biedna  Nadine.  Szczęście,  Ŝe  jej  chłopak  wyszedł  z  wypadku  cało.  Mówiła,  kiedy  wróci?  - 

zapytał, robiąc w pamięci szybki prz_egląd spraw, które musi jutro załatwić.  

- Prosiłam, Ŝeby się z tobą skontaktowała, jak dotrze do szpitala.  
- To tata? - zapytał Christophe, wyciągając rękę po telefon.  
- Tak.  
- Tatuś? - zawołał, gdy przyłoŜyła mu komórkę do  

background image

ucha. - Gdzie jesteś?  

- W szpitalu, ale juŜ stąd wychodzę. Zaraz będę w domu.  
- Jacky opowiada mi bajkę o Kopciuszku. Wracaj szybko, to usłyszysz, jak Kopciuszek zamienia 

się w dynię, czy coś takiego. Zapomniałem, jak to było, ale Jacky zaraz mi opowie.  

W telefonie rozległ się śmiech Pierre'a.  

- Cze

ść

, tato! - powiedział Christophe i znów si

ę

 do niej przytulił.  

Pierre  jechał  do  domu,  rozmy

ś

laj

ą

c  po drodze  o  rozmowie  z  synem.  Z  jednej  strony  cieszył 

si

ę

Ŝ

e mały zaakceptował Jacky i dobrze czuł si

ę

 w jej towarzystwie, z drugiej za

ś

 martwił, 

Ŝ

stało  si

ę

  to,  czego  chciał  unikn

ąć

.  Co  za  pech, 

Ŝ

e  akurat  dzi

ś

  musiał  zosta

ć

  dłu

Ŝ

ej  w  pracy. 

Gdyby był w domu, przedstawiłby Jacky Christophe'a, a potem poprosiłby Nadine, 

Ŝ

eby poło

Ŝ

yła 

go spa

ć

.  

Westchn

ą

ł ci

ęŜ

ko. Nie miał poj

ę

cia, co pocznie, gdy jego zwi

ą

zek z Jacky stanie si

ę

 na tyle 

za

Ŝ

yły, 

Ŝ

e b

ę

dzie musiał si

ę

 z niego wycofa

ć

. To jest przecie

Ŝ

 nieuniknione. Ju

Ŝ

 teraz czuł, 

Ŝ

jeszcze chwila i gotów si

ę

 w niej zakocha

ć

.  

Postanowił  odło

Ŝ

y

ć

  uczuciowe  rozterki  na  potem  i  skupi

ć

  si

ę

  na  sprawach  bardziej 

przyziemny<;.h.  Zaprosił  Jacky  na  kolacj

ę

,  wi

ę

c  musi  wst

ą

pi

ć

  do  sklepu.  Zawrócił  na 

najbli

Ŝ

szym  rondzie  i  pojechał  w  stron

ę

  głównej  ulicy.  Gdy  zatrzymał  si

ę

  przed  delikatesami, 

Jacques, wła

ś

ciciel, wła

ś

nie zamykał sklep.  

- Przepraszam bardzo ... - Pierre wychylił si

ę

 ze  

 swojego kabrioletu.  

.  

-  A,  pan  doktor!  -  M

ęŜ

czyzna  u

ś

miechn

ą

ł  si

ę

  na  widok  spó

ź

nionego  klienta.  -  Zrobimy  dla 

pana  wyj

ą

tek  i  popracujemy  pi

ęć

  minut  dłu

Ŝ

ej.  Zapraszam  do 

ś

rodka.  Co  poda

ć

?  -  zapytał, 

staj

ą

c za lad

ą

.  

Pierre chwil

ę

 si

ę

 namy

ś

lał, po czym wybrał soczystego pieczonego kurczaka.  

- Doskonały wybór, doktorze. Ma pan dzi

ś

 go

ś

ci . na kolacji? - zagadn

ą

ł.  

- Tylko kole

Ŝ

ank

ę

 z pracy.  

Jacques  u

ś

miechn

ą

ł  si

ę

  do  siebie.  Lubił  doktora  i  bardzo 

Ŝ

ałował, 

Ŝ

e  taki  młody,  przystojny 

m

ęŜ

czyzna  nie  ma 

Ŝ

ony.  Miał  nadziej

ę

Ŝ

e  wspomniana kole

Ŝ

anka  to  jaka

ś

 ładna  piel

ę

gniarka 

albo sympatyczna pani doktor.  
Droga powrotna zaj

ę

ła Pierre' owi zaledwie kilka minut. Zd

ąŜ

ył zajecha

ć

 przed dom, gdy drzwi 

otworzyły si

ę

 z hukiem i na podwórze wybiegł Christophe. - Tato! Spó

ź

niłe

ś

 si

ę

. Jacky ju

Ŝ

 

sko

ń

czyła opowiada

ć

 bajk

ę

, ale jak j

ą

 poprosisz, opowie jeszcze raz .. Prawda, Jacky?  

- Tak, ale nie teraz - odparła z u

ś

miechem. Pierre jeszcze nigdy nie widział jej tak odpr

ęŜ

onej. 

Podniósł Christophe'a wysoko do góry, a potem  

mocno pocałował. Jacky stała z boku. Czuła si

ę

 troch

ę

 jak intruz i nie chciała przeszkadza

ć

 w 

czułym powitaniu. Pierre chyba si

ę

 zorientował, 

Ŝ

e sytuacja jest dla niej niezr

ę

czna, bo podszedł 

i wzi

ą

ł j

ą

 za r

ę

ce.  

- Bardzo ci dzi

ę

kuj

ę

 - powiedział i pocałował j

ą

 w oba policzki.  

Był to gest, jakim Francuzi witaj

ą

 swych przyjaciół.  

Pierre  nie  zrobił  dla  niej 

Ŝ

adnego  wyj

ą

tku,  a  jednak  te  konwencjonalne  pocałunki  znaczyły  dla 

niej bardzo wiele. Poczuła si

ę

 zaakceptowana.  

- Synu, czy Nadine dała ci kolacj

ę

, zanim wyszła?  

- zapytał Pierre, gdy szli do domu.  

- No ... wła

ś

ciwie nie.  

Spodziewał si

ę

 takiej odpowiedzi.  

-  Rozumiem, 

Ŝ

e  kolacja  była  dawno,  wi

ę

c  zd

ąŜ

yłe

ś

  ju

Ŝ

  zgłodnie

ć

  i  chcesz  zje

ść

  razem  ze 

mn

ą

 i Jacky, tak?  

Sk

ą

d wiesz?!  

- Zawsze jeste

ś

 głodny, kiedy trzeba pój

ść

 spa

ć

.  

- Tato, przecie

Ŝ

 jutro jest sobota. Nie id

ę

 do przed-  

szkola.  

-  Rzeczywi

ś

cie,  nie  idziesz  -  przyznał,  zastanawiaj

ą

c  si

ę

  jednocze

ś

nie,  co  zrobi,  je

ś

li 

Nadine do jutra nie wróci.  

B

ę

dzie si

ę

 o to martwił potem. Teraz musi szybko przygotowa

ć

 co

ś

 do jedzenia.  

background image

- Na pocz

ą

tek kieliszek wina - oznajmił, wyjmuj

ą

c z lodówki butelk

ę

 chablis.  

Odwrócił si

ę

, by poda

ć

 kieliszek Jacky, ale ona była na tarasie i ogl

ą

dała rysunki 

Chrisophe'a.  

Pierre doł

ą

czył do nich, zabrawszy ze sob

ą

 wino.  

Nic  si

ę

  nie  stanie,  je

ś

li  zjedz

ą

  pó

ź

niej.  Widok  rozpromienionej  buzi  syna  sprawiał  mu 

ogromn

ą

  rado

ść

.  Cho

ć

  na  moment  chciał  zapomnie

ć

,  i

Ŝ

 

ś

ci

ą

ga  sobie  na  głow

ę

  problemy, 

którym b

ę

dzie musiał stawi

ć

_czoła.  

- Zosta

ń

my na tarasie - zaproponował, podaj

ą

c Jacky kieliszek. - A ty, synku, jeszcze co

ś

 

narysuj. Jak sko

ń

czysz, poka

Ŝ

esz rysunek Jacky, dobrze?  

- Dobrze. - Chłopiec ochoczo si

ę

gn

ą

ł po czerwon

ą

 kredk

ę

 i zacz

ą

ł rysowa

ć

 sło

ń

ce, które 

wła

ś

nie chowało si

ę

 za drzewami.  

Pierre ustawił fotele w miejscu, z którego mogli podziwia

ć

 ogród oraz widoczne w oddali 

morze.  

- Niesamowity widok - westchn

ę

ła z zachwytem,  

s

ą

cz

ą

c powoli wino.  

_  

- Tak, to najwi

ę

kszy atut tego domu. Nie licz

ą

c tego, 

Ŝ

e mam st

ą

d blisko do pracy.  

Zamilkli i przez chwil

ę

 podziwiali zachód sło

ń

ca.  

Nie kr

ę

powała ich cisza, która mi

ę

dzy nimi zapadła.  

Gdy  tarcza  słoneczna  znikła  i  zacz

ę

ło  zmierzcha

ć

,  Pierre  wł

ą

czył  nastrojowe  o

ś

wietlenie 

ukryte  w

ś

ród  zieleni  otaczaj

ą

cej  taras.  Wieczór  był  tak  pi

ę

kny, 

Ŝ

e  Jacky  brakło  słów,  by 

opisa

ć

 jego urod

ę

. Od bardzo dawna nie czuła si

ę

 tak zadowolona z 

Ŝ

ycia.  

- Sko

ń

czyłem! - Christophe podbiegł do niej, wymachuj

ą

c kartk

ą

.  

- Pi

ę

knie! - pochwaliła.  

- Daj, powiesimy go w kuchni na 

ś

cianie - powie-  

dział Pierre. - A teraz chod

ź

my przygotowa

ć

 kolacj

ę

. - Mog

ę

 obejrze

ć

 film na wideo? - 

zapytał Christophe, i przewiduj

ą

c, 

Ŝ

e ojciec dzi

ś

 si

ę

 zgodzi, poszedł prosto do małej bawialni 

przylegaj

ą

cej do kuchni.  

- Mo

Ŝ

esz, ale musisz przyj

ść

, jak ci

ę

 zawołam dodał Pierre, rozpakowuj

ą

c kurczaka.  

- Mog

ę

 przygotowa

ć

 sałat

ę

 - zaproponowała Jacky.  

Ś

wietnie. Sałata jest w lodówce, oliwa z oliwek i ocet winny w szafce, a 

ś

wie

Ŝ

e zioła na 

parapecie. Mamy jeszcze zup

ę

 ze szpinaku, o ile Christophe i Nadine jej nie zjedli ...  

- Nie, jedli

ś

my omlet! - zawołał chłopiec. - Tato, jestem głodny!  

- Wiem, wiem!" ~ Pierre u

ś

miechn

ą

ł si

ę

 pobła

Ŝ

liwie i otworzył lodówk

ę

Ŝ

eby wyj

ąć

 zup

ę

.  

Jacky skorzystała z okazji i si

ę

gn

ę

ła po le

Ŝą

c

ą

 na dolnej półce sałat

ę

. Kiedy ich dłonie na 

moment si

ę

 zetkn

ę

ły, Pierre spojrzał na ni

ą

 i wzruszenie 

ś

cisn

ę

ło go za serce. Wygl

ą

dała tak 

pogodnie,  krz

ą

taj

ą

c  si

ę

  po  jego  kuchni.  Miał  wra

Ŝ

enie, 

Ŝ

e  nikt  przed  Jacky  nie  poruszył 

równie czułej struny w jego sercu.  

Niewiele  my

ś

l

ą

c,  pochylił  si

ę

  i  pocałował  j

ą

  w  poli  czek.  I  natychmiast  tego  po

Ŝ

ałował. 

Wyprostował si

ę

 i spojrzał z góry najej u

ś

miechni

ę

t

ą

 twarz. Z włosami mi

ę

kko opadaj

ą

cymi 

na ramiona wygl

ą

dała jak młodziutka dziewczyna, któr

ą

 pami

ę

tał sprzed lat.  

- Wspaniałe jest to, co robisz ... - powiedział cicho. W zruszyła niedbale ramionami.  

- Nie przesadzaj, to tylko sałata, a nie badania nuklearne.  

- Nie to miałem na my

ś

li. Dzi

ę

ki tobie ten wieczór  

jest wyj

ą

tkowy.  

'  

Przeraził  si

ę

Ŝ

e  jeszcze  chwila  i  zdradzi  si

ę

  z  tym,  co  czuje.  Blisko

ść

  tej  kobiety 

niesamowicie  dra

Ŝ

niła  jego  zmysły.  Powinien  si

ę

  opanowa

ć

,  bo  przecie

Ŝ

  nie  mo

Ŝ

e  ulec 

niebezpiecznej  pokusie.  Nie  wolno  mu  zbli

Ŝ

a

ć

  si

ę

  do  syreny,  która  podst

ę

pnie  rzuciła  na 

niego urok. .. A mo

Ŝ

e jednak powinien da

ć

 si

ę

 uwie

ść

?  

Jacky na pewno nie próbuje go omota

ć

. Nie bawi si

ę

 z nim w 

Ŝ

adne damsko-m

ę

skie gry. 

Nie mi

ą

ł prawa jej o to podejrzewa

ć

. Sam musi zdecydowa

ć

, czy jest gotów pokaza

ć

 jej, co 

czuje. Problem w tym, 

Ŝ

e w tej chwili czuł si

ę

 po prostu ... zdezorientowany!  

Jedno jest pewne: niewiele brakuje, by machn

ą

ł r

ę

k

ą

 na rozs

ą

dek! A wieczór dopiero si

ę

 

zaczyna!  Pierwsza  cz

ęść

  powinna  by

ć

  bezpieczna;  zwykłe  spotkanie,  w  czasie  którego 

wyst

ą

pi w roli kolegi z dawnych lat. Taki kto

ś

 przecie

Ŝ

 nie b

ę

dzie rzucał si

ę

 na dziewczyn

ę

 z 

background image

rodzinnego miasteczka, w którym sp

ę

dzili ... a raczej zmarnowali pierwsz

ą

 młodo

ść

.  

Tylko co b

ę

dzie potem, gdy Christophe pójdzie spa

ć

, a oni zostan

ą

 sami?  

- Ugotowałem t

ę

 zup

ę

 wczoraj o północy: - Próbował zaj

ąć

 my

ś

li czym

ś

 konkretnym.  

Mów o rzeczach prozaicznych, nakazał sobie.  

W  dodatku  po  angielsku,  bo  przynajmniej  b

ę

dziesz  musiał  my

ś

le

ć

,  co  gadasz.  Zignoruj 

erotyczne pokusy. Skup si

ę

 na robieniu kolacji, to zapomnisz o głupotach. Potem nadejdzie 

chwila próby, a teraz po prostu o czym

ś

 mów ...  

-  Mam  nadziej

ę

Ŝ

e  lubisz  szpinak.  Dodam  troch

ę

 

ś

mietany, 

Ŝ

eby  złagodzi

ć

  smak  - 

opowiadał,  mieszaj

ą

c  zup

ę

  w  garnku.  Z  uwag

ą

 

ś

ledził  okr

ęŜ

ne  ruchy  ły

Ŝ

ki,  bo  to  go 

uspokajało. A tak swoj

ą

 drog

ą

, Jacky nigdy by si

ę

 nie domy

ś

liła, jakie my

ś

li snuj

ą

 mu si

ę

 po 

głowie!  

- Doktorze Mellanger, jestem pod wra

Ŝ

eniem pa

ń

s,.. . kich talentów -powiedziała, robi

ą

winegret. - Wida

ć

Ŝ

e lubisz gotowa

ć

.  

- A pocz

ą

tkowo nienawidziłem. Mama nie dopuszczała mnie do kuchni. Obsługiwała mnie 

i  ojca,  najwyra

ź

niej  uwa

Ŝ

aj

ą

c, 

Ŝ

e  gotowanie  jest  wiedz

ą

  tajemn

ą

,  której  prymitywni 

m

ęŜ

czy

ź

ni nie s

ą

 w stanie przyswoi

ć

.  

Zawahał si

ę

.  

- Liliane nie lubiła gotowa

ć

, wi

ę

c jadali

ś

my w mie

ś

cie albo zamawiali

ś

my dania na wynos.  

Wi

ę

c stało si

ę

! Wspomniał o 

Ŝ

onie, nie czuj

ą

c przy tym wyrzutów sumienia. Pierwszy raz! 

~ Przełamał tabu. Zach

ę

cony, postanowił pój

ść

 za ciosem. Jacky umie słu

ć

ha

ć

, a mówienie 

o Liliane pomaga mu uwolni

ć

 si

ę

 od mistycznej aury, któr

ą

 otoczył swe mał

Ŝ

e

ń

stwo. Przez 

lata nie potrafił zdoby

ć

 si

ę

 na szczer

ą

 rozmow

ę

 o tym, co naprawd

ę

 si

ę

 mi

ę

dzy nimi wyda-

rzyło.  

-  Po 

ś

mierci  Liliane  postanowiłem  sprawdzi

ć

,  jak 

to  jest  z  tym  gotowaniem.  Wyszedłem  z 

zało

Ŝ

enia, 

Ŝ

e  przecie

Ŝ

  ugotowanie  zupy  nie  mo

Ŝ

e  by

ć

  trudniejsze  ni

Ŝ

  zrobienie  operacji.  Nie 

pretenduj

ę

  do  miana  mistrza  sztuki  kulinarnej.  Je

ś

li  mam  ochot

ę

  na  co

ś

  wykwintnego,  id

ę

  do 

dobrej restauracji. Na co dzie

ń

, gdy jestem zaj

ę

ty, kupuj

ę

 na przykład kurczaka. Ale kiedy mam 

czas  albo kogo

ś

,  dla kogo  warto  si

ę

  stara

ć

,  lubi

ę

 przyTz

ą

dzi

ć

  co

ś

  wyj

ą

tkowego.  Musisz  kiedy

ś

 

spróbowa

ć

 mojej kuchni.  

- Cz

ę

sto zapraszasz go

ś

ci? - zapytała z głupia  

frant.  

.  

Nie czuła si

ę

 komfortowo, gdy opowiadał o 

Ŝ

yciu z Liliane. To jednak była ju

Ŝ

 przeszło

ść

. O 

wiele  bardziej  intrygowała  j

ą

  tera

ź

niejszo

ść

,  a  konkretnie,  kogo  Pierre  zaprasza  na  kolacje! 

Chciała  wiedzie

ć

,  czy  która

ś

 

kole

Ŝ

anek  ze  szpitala  ju

Ŝ

  u  niego  była  i  -  co  wa

Ŝ

niejsze  -  czy 

została na 

ś

niadaniu?  

- Jeszcze nie miałem tu 

Ŝ

adnych go

ś

ci. Nie było czasu - wyznał, kroj

ą

c kurczaka na porcje.  

Odetchn

ę

ła z ulg

ą

.  

- Czuj

ę

 si

ę

 zaszczycona - powiedziała, nakrywaj

ą

c do stołu.  

- Rzeczywi

ś

cie, jeste

ś

 pierwsza.  

Odło

Ŝ

ył  nó

Ŝ

  i  spojrzał  na  ni

ą

  ponad  stołem.  Była  dla  niego  kim

ś

  wi

ę

cej  ni

Ŝ

  tylko  miłym 

go

ś

ciem.  Na  razie  nie  potrafił  sprecyzowa

ć

;  co  do  niej  czuje. Wydawało  mu  si

ę

Ŝ

e  znaj

ą

  całe 

Ŝ

ycie.  Po  wyje

ź

dzie  z  miasteczka  cz

ę

sto  o  niej  my

ś

lał.  Wspominał  rozbrykan

ą

,  wesoł

ą

 

dziewczyn

ę

,  która  przykuła  jego  uwag

ę

  burz

ą

  rudych  włosów  i  urocz

ą

  niefrasobliwo

ś

ci

ą

.  Gdy 

spotkał j

ą

 po latach, wci

ąŜ

 t

ę

 sam

ą

, cho

ć

 ju

Ŝ

 nieco inn

ą

, nie potrafił jej si

ę

 oprze

ć

.  

Obszedł stół i lekko dotkn

ą

ł jej ramienia. Przerwała układanie sztu

ć

ców i spojrzała mu w oczy.  

Zaryzykował  i  pocałował  j

ą

  w  usta.  Zareagowała  tak,  jakby  od  bardzo  dawna  na  to  czekała. 

Dobry Bo

Ŝ

e!  

Poczuła, jak pod wpływem pocałunku jej ciało budzi si

ę

 do 

Ŝ

ycia. Zaskoczyło j

ą

 to, gdy

Ŝ

 nie 

s

ą

dziła, 

Ŝ

e  jeszcze  kiedy

ś

  do

ś

wiadczy  takich  emocji.  Rozs

ą

dek  podpowiadał, 

Ŝ

e  to 

niebezpieczna gra. Je

ś

li si

ę

 nie opanuJe ...  

- Tato, co z t

ą

 kolacj

ą

? - Christophe wszedł do kuchni, tr

ą

c zaspane oczy.  

Odskoczyli  do  siebie,  u

ś

miechaj

ą

c  si

ę

  konspiracyjnie,  jak  para  nastolatków  przyłapanych 

in 

jlagranti. 

Pierre  cały  czas  trzymał  j

ą

  za  r

ę

k

ę

,  za  co  była  mu  wdzi

ę

czna,  gdy

Ŝ

  pomogło  jej  to 

łagodnie sfrun

ąć

 z obłoków na ziemi

ę

. Przyszła tu na kolacj

ę

, ale głodu, który j

ą

 trawił, nie dało 

background image

si

ę

  zaspokoi

ć

.  Dr

ę

czył  j

ą

,  odk

ą

d  pierwszy  raz  zobaczyła  Pierre'a.  Nie  rozumiała,  dlaczego  los, 

który  wreszcie  zetkn

ą

ł  ich  ze  sob

ą

  i postanowił  uczyni

ć

 kochankami,  wci

ąŜ

  rzuca  im kłody  pod 

nogi?  Dlaczego  Pierre  nie  mo

Ŝ

e  zapomnie

ć

  o  zmarłej 

Ŝ

onie,  a  ona  wci

ąŜ

  rozpami

ę

tuje 

traumatyczne prze

Ŝ

ycia i boi si

ę

 nowej miło

ś

ci?  

Jaka szkoda, 

Ŝ

e nie spotkali si

ę

, gdy oboje byli  

. jeszcze wolni; zanim ci

ęŜ

ko do

ś

wiadczeni przez 

Ŝ

ycie zbudowali wokół siebie mury, które teraz 

stan

ę

ły na przeszkodzie ich wspólnemu szcz

ęś

ciu. Razem mogłoby im by

ć

 tak dobrze! Dzi

ś

 jest 

ju

Ŝ

 za pó

ź

no. Gdybanie nic tu nie pomo

Ŝ

e.  

- Chod

ź

, synu. - Pierre wzi

ą

ł Christophe'a na r

ę

ce.  

- Gdzie chcesz siedzie

ć

?  

Przy Jacky. Tylko nie dawaj mi zupy, dobrze?  

Poproszę malutki kawałek kurczaka.  

- Podobno jesteś strasznie głodny - roześmiał się Pierre i nałoŜył mu nieduŜą porcję.  

W  czasie  posiłku  jak  zwykle  wspominali  stare  czasy.  W  pewnym  momencie  ich  oczy  się  spotkały  i 

nagle zadziałała jakaś magia. Słowa stały się zbędne. Pierre niemal fizycznie poczuł, jak budzi się w nim 
miłość.  Czuł  się  tak,  jakby  spadał  w  dół  z  szaloną  prędkością.  W  rzeczywistości  nigdy  mu  się  to  nie 
zdarzyło, ale mógł przysiąc, Ŝe odczuwa się wtedy podobny zawrót głowy.  

W chwili, gdy popatrzyli sobie w oczy, zrozumiała, Ŝe kocha go od zawsze. Wraz z upływem czasu to 

uczucie jedynie nabierało mocy.  

- Tatusiu, juŜ się najadłem - jęknął Christophe.  

WłoŜył  do  buzi  kciuk  i  oparł  się  o  Jacky.  Wzięła  go  na kolana,  a on  spontanicznie przytulił  się  do  niej 

zamknął oczy.  

- Jesteś śpiący, synku?  
Nie przestając ssać palca, kiwnął głową. Kiedy  

Pierre brał go na ręce, powiedział sennym głosem:  

- Chciałbym, Ŝeby Jacky poszła ze mną do pokoju. Spojrzała pytająco na Pierre'a.  
~  Chodź  z  nami  na  górę  -  szepnął.  -  Obawiam  się,  Ŝe  bez  ciebie  nie  będzie  chciał  zasnąć.  Bardzo  cię 

polubił.  
Ledwie to powiedział, ogarnął go niepokój. Źle się stało, Ŝe pozwolił, by ten wieczór upłynął w tak idyl-
licznej, rodzinnej atmosferze. Trudno. Później będzie myślał o konsekwencjach. Jeśli okaŜe się, Ŝe Jacky 
teŜ tego chce, nie będzie się dłuŜej bronił. Dziś będzie inaczej. Choć przez chwilę nie będzie się 
zamartwiał, co nastąpi potem ...  

Christophe  zasnął,  ledwie  przyłoŜył  głowę  do  poduszki.  Pierre  pocałował  go  na  dobranoc  i  troskliwie 

okrył kołderką.  

. Gdy szli na dół, Jacky toczyła walkę z samą sobą.  

Przeczuwała, co się za chwilę stanie. Jej ciało było juŜ gotowe, ale rozsądek wciąŜ nie dawał za wygraną. 
MoŜe powinna powiedzieć Pierre' owi, Ŝe musi juŜ wracać?  

Zanim  zdąŜyła  wymyślić  dobry  pretekst,  Pierre  objąłją  i  zaczął  całować.  To  wystarczyło,  by 

wątpliwości znikły.  

- Chciałbym się z tobą kochać - szepnął. - Ale pod warunkiem, Ŝe ty ...  

- Chcę, bardzo chcę!  
Zaniósł ją do sypialni i ostroŜnie połoŜył na łóŜku.  

Miękka pościel przyjemnie chłodziła rozgrzane ciało. Nie mogła się doczekać, kiedy wreszcie go dotknie.  

PołoŜyła dłoń na jego policzku. Musi sprawdzić, czy to przypadkiem nie jest piękny sen. Czuła się jak 

podróŜnik,  który  po  męczącej  drodze  dociera  wreszcie  do  domu.  Zawsze  wiedziała,  Ŝe  ta  chwila  kiedyś 
przyjdzie, a teraz ogarnął ją lęk, Ŝe los znów pokrzyŜuje im plany.  

Pierre zaczął ją rozbierać, a kiedy wreszcie przytulili się do siebie, zdawało im się, Ŝe są dwiema połów-

kami  jednego  owocu.  Poznawał  ją,  pieszcząc  czule  jej  ciało.  Nie  była  przygotowana  na  taką  rozkosz. 
Chciała  krzyczeć,  by  przestał  i  wreszcie  się  z  nią  połączył.  Zacisnęła  zęby,  bo  przecieŜ  wiedziała,  Ŝe  im 
dłuŜej pozwoli mu się pieścić, tym większą przeŜyją rozkosz, gdy staną się jednością ... 

Otworzyła oczy i spojrzała na nieznajomy sufit.  

W  świetle  lampki  stojącej  obok  obcego  łóŜka  zobaczyła  białą  pościel  na  swoim  nagim  ciele.  Z 
rozkoszą  wyprostowała  nogi.  Ach,  jak  wielką  przyjemność  znajdowała  w  kaŜdym  ruchu!  Zupełnie 
jakby  została  stworzona  z  wyjątkowo  wraŜliwej  materii,  która  reaguje  na  kaŜdy  bodziec  milionem 
słodkich dreszczy.  

background image

UłoŜyła się wygodnie i podłoŜywszy rękę pod głowę, zaczęła wspominać cudowną noc. Pierre był 

dla niej taki czuły. Dobrze, Ŝe pamiętał, by się zabezpieczyć, bo ona po odejściu Paula nie stosowała 
aIltykoncepcji.  Wprawdzie  prawie  nie  miała  szans  zajść  w  ciąŜę,  ale  ryzyko  zawsze  istnieje.  Gdyby 
ktoś  jej  powiedział,  Ŝe  seks  moŜe  być  rodzajem  ekstazy,  chyba  by  nie  uwierzyła.  Dopiero  Pierre 
pokazał  jej,  Ŝe  w  tych  słowach  nie  ma  ani  odrobiny  przesady.  Jeśli  o  nią  chodzi,  tej  nocy  była  w 
niebie.  

Pierre  poruszył  się  i  otworzył  oczy.  Widzą~  Jacky  obok  siepie,  natychmiast  wziął  ją  w  ramiona. 

Zaczął ją pieścić i  po  chwili  znów się  kochali,  kołysani  harmonijnym  rytmem  swoich ciał. Jutro  nie 
istniało. Liczyła się tylko ta noc.  

ROZDZIAŁ PIĄTY  

Obudził się, gdy za oknem wstawał świt. Czuł się szczęśliwy i spełniony. Czuł, Ŝe wreszcie nie jest 

sarn. Gdyby tylko zdołał pozbyć. się wyrzutów sumienia ... Odwrócił głowę i spojrzał na śpiącą Jacky. 
Jest  taka  piękna,  westchnął,  patrząc  najej  splątane  włosy.  Co  za  radość  budzić  się  u  boku  tak 
niezwykłej kobiety!  

Przymknął  oczy,  lecz  bezlitosna  pamięć  natychmiast  podsunęła  mu  obraz  Liliane.  Tak  realny,  Ŝe 

niemal słyszał jej głos.  

- Czy na pewno chcesz, Ŝebyśmy juŜ teraz mieli dzieci? - zapytała nerwowo. - Bo ja nie czuję się 

gotowa. Chyba nie mam instynktu macierzyńskiego.  

- Nie martw się, kochanie. Jak urodzisz dziecko, instynkt sam się w tobie obudzi - uspokajał ją. - 

Moja  mama,  było  nie  było  połoŜna,  zawsze  powtarzała,  Ŝe  miłość  przychodzi  razem  z  dziećmi. 
Zobaczysz, jaka będziesz szczęśliwa, gdy zostaniesz matką.  

Uległa jego namowom. A potem ...  
Jęknął, przytłoczony wspomnieniami. Jacky otworzyła oczy i obróciła się w jego stronę.  

- Co się stało? - zapytała, dotykając jego twarzy. Przytulił ją mocno i przez chwilę delektował się 
zapachem jej rozgrzanego ciała. Gdyby Ŝycie było proste! Gdyby mógł bez poczucia winy kochać i 
być kochanym.  

- Powiedz, co cię dręczy - poprosiła.  
- Nie powinienem był się z tobą kochać. Ja ...  
- Ale ja tego chciałam! Oboje chcieliśmy.  
- Było mi z tobą cudownie. Chciałbym, Ŝeby kaŜda  

noc była taka, ale ...  

- Nie moŜesz zapomnieć o Ŝonie, prawda? - Wysunęła się zjego objęć i opadła na poduszkę. Spojrzała 

na  sufit  i  dopiero  teraz  spostrzegła  ozdobny  stiuk  przedstawiający  parę  gołębi.  Co  za  romantyzm,  wes-
tchnęła. Idealna scenografia dla miłosnej nocy. Szkoda, Ŝe juŜ po wszystkim.  

- Nie mogę uwolnić się od poczucia winy - wyznał matowym głosem, przeczesując palcami włosy. - Li-

liane umarła przeze mnie.  

- Jak to? Co zrobiłeś?  
- Namówiłem ją, Ŝebyśmy mieli dziecko.  
Poderwał  się  z  łóŜka,  owinął  się  szlafrokiem  i  podszedł  do  okna.  Oparł  ręce  o  parapet  i  spojrzał  na 

ogród,  który  zaczynał  budzić  się  do  Ŝycia.  W  oddali  sZumiało  morze  wciąŜ  otulone  poranną  mgią,  przez 
którą przebijały się pierwsze promienie słońca. Patrząc, jak powoli rozjaśniają posępną szarość, szukał w 
myślach bodaj jednego promyka nadziei.  

Jacky uwaŜnie go obserwowała. Był opanow;my, ale nie zmylił.jej ten pozorny spokój. Czuła, Ŝe Pierre 

zmaga  się  sam  ze  sobą,  być  moŜe  stojąc  na  granicy  waŜnych  Ŝyciowych  zmian.  Po  chwili  odwrócił  się  i 
spojrzał jej w oczy.  

-  Jestem  ci  winien  wyjaśnienia.  -  Zawahał  się,  ale  szybko  podjął  decyzję.  -  Kiedy  Liliane  zmarła  przy 
porodzie, uznałem, Ŝe była to z jej strony największa ofiara, jaką kobieta moŜe złoŜyć męŜczyźnie. Poświę 
ciła Ŝycie, dając mi dziecko, na które tak bardzo czekałem. A mnie nawet przy niej nie było ... Nie mogłem 
jej pomóc ...  

background image

Głos zaczął mu się łamać, więc zdesperowany ukrył twarz w dłoniach. Bez namysłu odrzuciła kołdrę.  
- Och, Jacky!  

Słońce nie zdąŜyło jeszcze  ogrzać powietrza, więc dygotała z zimna. W stając, nawet nie pomyślała o 

tym, Ŝeby czymś się owinąć. Chciała jak najszybciej znaleźć się obok niego 

dodać mu otuchy.  

- Zimno ci - stwierdził i otulił ją swoim szlaf~ rokiem.  

-  Rozumiem,  Ŝe  twoja  Ŝona  zapłaciła  najwyŜszą  cenę  -  zaczęła  ostroŜnie  -  ale  przecieŜ  to  nie  twoj  a 

wina. Skąd mogłeś wiedzieć, Ŝe będzie miała skomplikowany poród? Poza tym zgodziła się na to dziecko.  

- Tak, wiele o tym rozmawialiśmy. Liliane miała silną osobowość, była bardzo niezaleŜna, ale ostatecz-

nie poddała się. Powiedziała, Ŝe skoro tak bardzo zaleŜy mi na dziecku, moŜemy spróbować. Obiecywałem, 
Ŝ

e nie będzie Ŝałowała tej decyzji. Miałem jej we wszystkim pomagać. Niestety, nie było mi dane ...  

- WyobraŜam sobie, jak się czułeś po jej śmierci.  
- Przysiągłem sobie, Ŝe będę jej wiemy do końca  

Ŝ

ycia. śe juŜ nigdy nikogo nie pokocham, ale ...  

Czekała w. napięciu, a on tulił ją coraz mocniej.  

Jego ciało zaczęło reagować na jej bliskość.  

- Tej nocy było mi z tobą tak dobrze, za dobrze  

- szepnął. - Prawie uwierzyłem, Ŝe znów jestem wolny i

... 

 

Objęła go za szyję i pocałowała. Była gotowa na wszystko, byle go pocieszyć i otoczyć miłością, której tak 
bardzo  potrzebował.  Chciała,  by  jego  smutne  oczy  znów  jaśniały  radością,  jak  w  dawnych  dobrych  cza-
sach, zanim Ŝycie obeszło się z nim tak okrutnie.  

- Pierre, nie moŜesz się ciągle obwiniać - zauwaŜyła łagodnie. - Twoja Ŝona zgodziła się urodzić dzie-

cko,  a  przecieŜ  jako  kobieta  inteligentna  i  mająca  własne  zdanie,  na  pewno  rozwaŜyła  wszystkie  za  i 
przeciw. Mówisz, Ŝe miała silną osobowość. Tym bardziej więc nie zdecydowałaby się na waŜne zmiany 
tylko po to, Ŝeby kogoś zadowolić.  

Dostrzegła błysk nadziei w jego oczach. Uznała to za dobry znak i postanowiła pójść dalej tym tropem. 

ZaleŜało jej, by Pierre spojrzał na swoją sytuację obiektywnie.  

- Zadręczasz się juŜ od pięciu lat. Wycierpiałeś swoje, odpokutowałeś. Nie sądzisz, Ŝe pora zacząć Ŝyć 

normalnie?  

Próbowała się od niego odsunąć, ale ją zat!zymał.  

A potem wziął ją za rękę i zaprowadził z powrotem do łóŜka.  

- Dziś w nocy naprawdę uwierzyłem, Ŝe mam prawo do szczęścia - wyznał.  

- Więc nie przestawaj wierzyć!  

Pociągnął ją ku sobie i zaczął czule gładzić jej twarz 

ramIOna.  

- Tak mi z tobą dobrze - mruknął. - Chyba jesteśmy dla siebie stworzeni.  
PoŜądanie  okazało  się  skutecznym  lekarstwem  na  wyrzuty  sumienia.  Przyjdzie  na  nie  czas  później, 

duŜo, duŜo później, pomyślał Pierre.  

Gdy obudził . się po raz drugi, sypialnię zalewał słoneczny blask. Tym razem czuł się niezwykle spokojny. 
Przypomniał  sobie,  w  jak  kiepskim  był  nastroju,  zanim  zaczęli  się  kochać.  Gdyby  zdołał  uwolnić  się  od 
poczucia  winy,  on  i  Jacky  mogliby  zostać  kochankami.  Najgorsze,  Ŝe  prędzej  czy  później  musieliby  się 
rozstać, a przecieŜ nie chciał, by przez niego cierpiała.  

ZaleŜało mu, by zapomniała o smutku, Ŝeby przestała rozdrapywać stare rany. Chciałby jej w tym po-

móc,  ale  obawiał  się,  Ŝe  tylko  pogorszyłby  sytuację·  Gdyby  zaczęli  regularnie  się  spotykać,  po  pewnym 
czasie  zapragnęłaby  tego,  czego  on  nie  mógł  jej  dać.  Wątpił,  by  odpowiadał  jej  status  jego  kochanki. 
Zresztą  zasługiwała  na  lepszy  los.  Ma  prawo  chcieć  więcej  od  Ŝycia,  dlatego  powinna  związać  się  z 
męŜczyzną, który byłby w stanie dać jej wszystko, co najlepsze.  

Westchnął cięŜko. Powoli docierało do niego, Ŝe nigdy nie pozbędzie się wątpliwości. A poniewaŜ nie 

chce, by Jacky przez niego cierpiała, musi być z nią szczery. Nie ma prawa robić jej złudnych nadziei.  

Zaczekał, aŜ się obudzi, i przytulił się do niej.  

- Cudownie było - westchnął. - To, co mówiłaś o poczuciu winy, ma sens, obawiam się jednak ...  

Słuchała go w milczeniu.  

- Obawiam się, Ŝe nie jestem w stanie złamać przysięgi, którą złoŜyłem. Chcę z tobą być, nasz związek 

jest dla mnie waŜny, ale wiem, Ŝe będziemy musieli się rozstać ...  

- Nie szukam stałego związku. To nie dla mnie  

- powiedziała cicho. - Jak widzisz, mamy ten sam  
problem. Nie będę miała dzieci, więc byłoby z mojej strony nie w porządku wiązać się kimś na stałe ...  

background image

- Nie mów tak, kochanie! - Przygarnął ją do siebie.  

- śycie toczy się dalej. Z czasem Ŝałoba minie i znów zapragniesz mieć dziecko ...  

- Nie o to chodzi  - szepnęła i łykając łzy, opowiedziała mu o okolicznościach, w jakich urodziła 

Simona.  

- BoŜe, tak mi przykro, Ŝe cię to spotkało - rzekł poruszony. Czule gładził jej włosy, czekając, aŜ 

się uspokoi.  

- Tato! - Zza ściany dobiegło wołanie Christo-  

phe'a.  

Zwinnie wysunęła się z jego objęć. - Na mnie juŜ czas.  
Chwycił ją za ręce.  
- Dobrze się czujesz? Nie idź, jeśli ...  
- Wolę juŜ pójść.  
- Odwiozę cię.  
- Nie trzeba. Nie martw się, poradzę sobie.  
Zebrała z podłogi swoje rzeczy i zamknęła się w przylegającej do sypialni łazience. Ubrała się, re-

zygnując z prysznica, który postanowiła wziąć w domu. Gdyby została na śniadaniu, sytuacja stałaby 
się  niezręczna,  a  ona  nie  chciała  komplikować  i  tak  niełatwych  spraw.  Byłoby  miło  spędzić  więcej 
czasu  z  Pierre'em  i  jego  synem,  ale  nie  czuła  się  na  siłach  odpowiadać  na  dociekliwe  pytania 
pięciolatka.  

Domyśliła się, Ŝe Pierre poszedł do pokoju syna.  

Słyszała  przez  ścianę  ich  śmiech.  Wyjrzała  ostroŜnie  na  korytarz,  a  gdy  upewniła  się,  Ŝe  droga  jest 
wolna, szybko zbiegła po schodach i wyszła przez kuchenne drzwi.  

Właśnie wychodziła zza rogu, gdy przyjechała Nadine. 
- Dzień dobry, pani doktor! - zawołała, wysiadając z samochodu. Nie wyglądała na zaskoczoną, Ŝe 

widzi ją o tak wczesnej porze. Jacky postanowiła, Ŝe ona równieŜ będzie zachowywała się tak, jakby 
nie było w tym nic nadzwyczajnego.  

- Dzień dobry, Nadine. Jak się czuje pani chłopak?  
- Dziś o wiele lepiej. Złamał nogę, ale za parę dni  

wyjdzie ze szpitala.  

- Dobrze, Ŝe to tylko złamanie. Pierre ucieszy się, Ŝe pani wróciła.  
- Doktor Mellańger moŜe na mnie polegać - oświadczyła opiekunka i pospieszyła do domu.  

Jacky  ruszyła  w  swoją  stronę.  Ma  przed  sobą  cały  wolny  weekend,  za  to  Pierre  musi  pracować, 

więc nie ma szans, Ŝeby mogli się spotkać.  

Przez  dwa  tygodnie  widywali  się  wyłącznie  w  szpitalu.  Nic  się  nie  zmieniło  w  ich  wzajemnych 

relacjach, ale Ŝadne z nich nie przejawiało ochoty na spotkania po pracy.  

Podczas  bezsennych  nocy Jacky  powtarzała  sobie,  Ŝe  prędzej  czy  później  sytuacja  się  wyklaruje. 

W końcu los nie bez powodu zetknął ją po tylu latach z męŜczyzną, którego kochała od dziecka. Na 
razie mogła się pocieszać wspomnieniami ich miłosnej nocy ..  

Pewnego  sierpniowego  poranka,  gdy  szpitalna  klimatyzacja  zaczęła  przegrywać  walkę  z  upałem, 

musiała zająć się dwoma pacjentami naraz. Pierwszym z nich był młody męŜczyzna, który wpadł pod 
autobus  i  został  ranny  w  głowę.  Właśnie  oglądała  prześwietlenie  jego  czaszki,  gdy  do  sali  weszła 
Marie.  
-  Pani  doktor,  niech  pani  zbada  pacjenta,  którego 

wła

ś

nie  przywiozło  pogotowie,  dobrze?  - 

poprosiła.  -  Ja  si

ę

  tym  zajm

ę

  -  dodała,  wskazuj

ą

c  na  klisze.  Przewioz

ę

  tego  pana  na 

intensywn

ą

 terapi

ę

·  

Jacky skin

ę

ła głow

ą

 i przeszła do sali obok. Ratownicy umie

ś

cili tam m

ęŜ

czyzn

ę

, który w 

trakcie  malowania  kuchni  spadł  z  drabiny  tak  niefortunnie, 

Ŝ

e  nadział  si

ę

  na  nog

ę

 

odwróconego krzesła.  

Jacky odchyliła prze

ś

cieradło i spojrzała na obra

Ŝ

enia. Widok był tak wstrz

ą

saj

ą

cy, 

Ŝ

e po 

plecach przebiegł jej dreszcz. Szcz

ęś

cie, 

Ŝ

e biedak stracił przytomno

ść

, pomy

ś

lała, 

przyst

ę

puj

ą

c do szczegóło~ wych ogl

ę

dzin. We wst

ę

pnej diagnozie ustaliła, 

Ŝ

e' doszło do 

perforacji p

ę

cherza moczowego i uszkodzenia odbytu. Jedynym ratunkiem była 

natychmiastowa operacJa.  

background image

Drzwi  otworzyły  si

ę

  i  do  sali  wszedł  Pierre,  który  wła

ś

nie  sko

ń

czył  operowa

ć

.  Jacky 

poczuła ulg

ę

Ŝ

e mo

Ŝ

e si

ę

 z nim skonsultowa

ć

 i niezwłocznie przekaza-  

ła mu wszystkie informacje.  

-  

-  Zadzwoni

ę

  do  Marcela  i  zapytam,  o  której  mo

Ŝ

e  operowa

ć

.  Im  szybciej  wezm

ą

  go  na 

stół, tym wi

ę

ksza szansa, 

Ŝ

e prze

Ŝ

yje - powiedział Pierre, si

ę

gaj

ą

c po telefon.  

Podczas gdy rozmawiał, piel

ę

gniarka przyniosła wyniki badania krwi.  

-  W  laboratorium  akurat  mieli  odpowiedni

ą

  grup

ę

·  Na  razie  dali  mi  dwie  dawki,  wi

ę

mo

Ŝ

emy zaczyna

ć

 - mówiła zdyszana.  

Ś

wietnie! - Jacky podł

ą

czyła do kroplówki zbior-  

nik z krwi

ą

. W tej samej chwili m

ęŜ

czyzna otworzył oczy.  

- Co si

ę

 dzieje? -wychrypiał słabym głosem.  

- Jest pan w szpitalu. Miał pan wypadek. Jak si

ę

 pan czuje?  

- Sam nie wiem. Co z moimi nogami? Czuj

ę

 si

ę

 tak, jakbym ich w ogóle nie miał.  

- Z nogami wszystko w porz

ą

dku, ale ma pan powa

Ŝ

ne obra

Ŝ

enia dolnej cz

ęś

ci ciała. Za 

chwil

ę

 b

ę

dzie pan operowany.  

- Operowany? Co mi si

ę

 stało?  

Pierre, który wła

ś

nie' sko

ń

czył rozmawia

ć

 przez telefon, poło

Ŝ

ył dło

ń

 na jej ramieniu.  

- Ja panu wszystko wytłumacz

ę

 - powiedział.  

- Czy jest tu gdzie

ś

 moja 

Ŝ

ona? - zapytał m

ęŜ

czyz-  

na, coraz bardziej przera

Ŝ

ony sytuacj

ą

.  

-  Nie.  Pojechała  do  domu  zaj

ąć

  si

ę

  dzie

ć

mi,  ale  obiecała, 

Ŝ

e  wróci,  jak  tylko  znajdzie 

kogo

ś

  do  opieki  -  odparła  J  acky.  Gdy  do  sali  wszedł  wezwany  na  konsultacj

ę

  neurolog, 

wróciła do innych pacjentów.  
,  Z  ut

ę

sknieniem  wyczekiwała  ko

ń

ca  dy

Ŝ

uru,  cho

ć

  nie  miała 

Ŝ

adnych  planów  na  wieczór. 

Przed  wyj

ś

ciem  do  domu  zajrzała  jeszcze  do  gabinetu  i  sprawdziła  poczt

ę

  w  komputerze. 

Odpowiedziała na najwa

Ŝ

niejsze maile, a potem po prostu oparła si

ę

, na łokciach i siedziała 

nieruchomo.  Po  długim  i  m

ę

cz

ą

cym  dniu  czuła  si

ę

  wyj

ą

tkowo  znu

Ŝ

ona.  U  ulg

ą

  poło

Ŝ

yła 

głow

ę

 na skrzy

Ŝ

owanych ramionach. Nawet nie miała czasu zje

ść

 lunchu. I jeszcze ten upał! 

Oby szybko naprawili klimatyzacj 

ę

.  

O  tak!  W  domu  we

ź

mie  chłodny  prysznic,  zrobi  sobie  co

ś

  zimnego  do  picia  i  poczyta 

ksi

ąŜ

k

ę

, któr

ą

 kupiła rano 

drodze do pracy. A na kolacj

ę

 zje bagietk

ę

 z camembertem. Nie 

miała siły gotowa

ć

.  

- - Jacky, dobrze si

ę

 czujesz?  

Otworzyła oczy i wolno uniosła głow

ę

.  

-  Pierre?!  Przepraszam,  nie  słyszałam,  jak  wszedłe

ś

.  Jestem  troch

ę

  zm

ę

czona,  poza  tym 

wszystko w porz

ą

dku.  

Podszedł do niej i uwa

Ŝ

nie si

ę

 jej przyjrzał.  

-  Chcesz, 

Ŝ

ebym  si

ę

  pobawił  w  doktora?  Bo

Ŝ

e,  co  ja  wygaduj

ę

!  Nie  to  miałem  na  my

ś

li.  - 

Roze

ś

miał si

ę

· - Chciałem tylko powiedzie

ć

Ŝ

e mog

ę

 ci

ę

 zbada

ć

, je

ś

li chcesz.  

- Aju

Ŝ

 my

ś

lałam, 

Ŝ

e co

ś

 z tego b

ę

dzie! - U

ś

miechn

ę

ła si

ę

 swawolnie. - Szkoda.  

Wzi

ą

ł  j

ą

  za  r

ę

ce  i  poci

ą

gn

ą

ł  ku  sobie.  Gdy  stan

ę

ła  naprzeciw  niego,  popatrzył  na  ni

ą

  tak 

przenikliwie, 

Ŝ

e z wra

Ŝ

erua ugi

ę

ły si

ę

 pod ni

ą

 nogi. Nie mogła dłu

Ŝ

ej znie

ść

 napi

ę

cia. Uznała, 

Ŝ

dwa tygodnie bez pocałunku to o wiele za długo i pierwsza zacz

ę

ła go całowa

ć

.  

- I 

co pan na to, doktorze? - zapytała lekko zdyszana. - Nadal chce pan lIillie bada

ć

?  

-  Oczywi

ś

cie! 

to  jak  najszybciej.  Mo

Ŝ

e  dzi

ś

  wieczorem?Chciałbym  sprawdzi

ć

,  jak  bije  pani 

serce,  wi

ę

c  zalecam  spacer  po  pla

Ŝ

y,  a  potem  lekk

ą

  kolacj

ę

  poł

ą

czon

ą

  z  ogl

ą

daniem  zachodu 

sło

ń

ca ... - Niespodziewanie urwał. - Przepraszam, pewnie masz plany na wieczór. Powinienem 

był najpierw zapyta

ć

.  

- Nie zaplanowałam na dzi

ś

 niczego, co nie mogłoby zaczeka

ć

 - mrukn

ę

ła, przytulaj

ą

c si

ę

 do 

niego. Zapomniała o zm

ę

czeniu, skuszona perspektyw

ą

 wieczornego pikniku na pla

Ŝ

y.  

- Je

ś

li ostatnio byłem zamkni

ę

ty w sobie, to dlatego, 

Ŝ

e sporo o nas my

ś

lałem. Doszedłem do 

wniosku, 

Ŝ

e w uczuciu takim jak nasze ...  

Przerwał, bo znienacka pocałowała go w usta.  
- Prosz

ę

 kontynuowa

ć

, doktorze - zach

ę

ciła go.  

- W uczuciu takim jak nasze nie mo

Ŝ

e by

ć

 ni,  

background image

złego.  

Wierzył w to, co mówi, ale gdzie

ś

 na dnie dusz: odezwało si

ę

 poczucie winy. Musi nauczy

ć

 si

ę

 

z  tyn 

Ŝ

y

ć

,  bo  wiedział  ponad  wszelk

ą

  w

ą

tpliwo

ść

Ŝ

e  nie  jes  w  stanie  zrezygnowa

ć

  z  Jacky. 

Nawet  je

ś

li  ich  miłosn:  przygoda  skazana  jest  na  krótki 

Ŝ

ywot,  gotów  by  zrobi

ć

  wszystko,  by 

Jacky nie 

Ŝ

ałowała ani jedn~ sp

ę

dzonej z nim minuty.  

Dotkn

ę

ła palcami jego czoła, próbuj

ą

c wygładzie pionow

ą

 zmarszczk

ę

, która cz

ę

sto pojawiała 

si

ę

, gd; byli razem.  

- Przesta

ń

 si

ę

 zadr

ę

cza

ć

 - poprosiła i wróciła z, biurko.  

- Za ile b

ę

dziesz gotowa? - zapytał.  

- Daj mi pół godziny. A ty nie musisz wróci

ć

 d(  

domu, 

Ŝ

eby zaj

ąć

 si

ę

 Christophe'em?  

- Nie. Mówiłem ci, 

Ŝ

e chłopak Nadine wyszedł jw ze szpitala? Zaproponowałem, 

Ŝ

eby na czas 

rekonwalescencji zamieszkał z ni

ą

 u mnie.  

- Dobry pomysł. Przynajmniej nie ma obawy, 

Ŝ

e b

ę

dzie chciała wraca

ć

 z nim do Pary

Ŝ

a.  

-  Wła

ś

nie  -  potakn

ą

ł.  -  Christophe  pojechał  dzi

ś

  z  nimi  do  parku  wodnego,  wi

ę

c  mamy  cały 

wieczór dla siebie.  

ROZDZIAŁ SZÓSTY  

W drodze na plaŜę wstąpili do delikatesów.  
- Weź wszystko, na co masz ochotę. Ja płacę - powiedział Pierre, wyjmując kartę kredytową.  
- Tylko Ŝebyś potem hie Ŝałował. Uprzedzam, Ŝe na jedzenie potrafię wydać majątek. Pewnie kupię za 

duŜo.  

- Nie szkodzi. Umieram z głodu.  
- Nie tylkó ty - westchnęła i zaczęła przyglądać się  

regałom pełnym smakołyków. Ostatecznie zdecydowała się na pasztet z gęsich wątróbek i świeŜo upieczo-
ną tartę ze szparagami.  

Pierre obserwował ją z boku, ciesząc się, Ŝe zakupy sprawiają jej taką radość. W pewnej chwili przypo-

mniał  sobie  scenę  sprzed  lat:  mała  Jacky  stoi  z  nosem  przyklejonym  do  sklepowej  szyby  i  przygląda  się 
produktom  na  wystawie.  Jak  to  dobrze,  pomyślał,  Ŝe  nawet  teraz,  będąc  powaŜną  panią  doktor,  potrafi 
czerpać radość z prostych rzeczy.  

Gdy po kilku minutach wychodzili ze sklepu, niosąc oprócz jedzenia butelkę wina i kieliszki poŜyczone 

od właścicieli, Jacky miała zadowoloną minę dziecka, które roztrwoniło na łakocie całe kieszonkowe.  

- Ale będzie uczta! - cieszyła się, pomagając mu włoŜyć zakupy do samochodu. - Musimy jeszcze kupić 

bagietkę i jakieś owoce.  

Zrobili to w sklepiku obok.  
-  Upał  nareszcie  zelŜał  -  powiedziała  z  ulgą,  gdy  w  końcu  ruszyli.  Oparła  się  wygodnie  o  fotel  i  po-

zwoliła  sobie  na  luksus  całkowitego  relaksu.  Nie  dalej  jak  godzinę  temu  padała  z  nóg,  teraz  zaś  była 
radosna i oŜywiona.  

- To będzie piękny zachód słońca - obiecał Pierre, kładąc dłoń na jej dłoni. - Bardzo lubię letnie wie-

czory, a ty?  

- Ja teŜ ...  
Kiedy jestem z tobą,· kocham kaŜdą porę dnia, pomyślała, patrząc na połyskujące w słońcu morze.  
Skręcili w boczną drogę, która po pewnym czasie zmieniła się w piaszczysty trakt prowadzący do pod-

nóŜa wydm.  

Pierre, który dobrze znał ten fragment plaŜy, wskazał ręką miejsce pomiędzy dwoma pagórkami.  
- Podoba ci się?  
- Tak, jest idealne. Tego mi było trzeba: ciszy  

i spokoju - westchnęła, z rozkoszą wdychając morskie powietrze.  

- Spójrz, ani Ŝywego ducha. Tylko my i morze.  

Słyszysz, jak szumi? - Otoczył ją ramieniem i lekko pocałował. - Chodźmy, szkoda czasu! - zawołał, i wy-

background image

skoczywszy z samochodu, pomógł jej wysiąść.  

Zabrali pakunki i brnąc przez ciepły piasek, ruszyli w stronę upatrzonego miejsca pomiędzy wydmami.  
- Rozpakowywanie jedzenia jest niemal tak samo przyjemne jak kupowanie - zauwaŜyła, układając rze-

czy na papierowym obrusie. - Kiedy jest się biednym w dzieciństwie, w dorosłym Ŝyciu bardziej docenia 
się korzyści, jakie daje posiadanie pieniędzy.  

- Jakoś nigdy nie przyszło mi do głowy, Ŝe jesteście biedni - przyznał. - Pamiętam, Ŝe wyglądałaś 

na zadowoloną z Ŝycia.  

-  To  były  pozory.  Nie  chciałam,  Ŝeby  ktokolwiek  wiedział, jak  bardzo  mi  smutno,  zwłaszcza  po 

odejściu matki - przyznała. - Niestety, w dorosłym Ŝyciu trudniej o optymizm, zwłaszcza po tym, jak 
los  daje  w  kość.  Przepraszam,  nie  chcę  psuć  nastroju,  więc  lepiej  zmieńmy  temat.  Dziś  wolę  nie 
oglądać się za siebie, tylko myśleć o tym, co dopiero przed nami.  

- A więc cieszmy się chwilą! Odkorkował butelkę i napełnił kieliszki.  

- Na zdrowie! - powiedział, wznosząc toast.  

- Sante!  

-Ciekawe, dlaczego na świeŜym powietrzu wszys~ tko lepiej smakuje - zastanowiła się na głos, 

ś

cierając z palców krople soku brzoskwini. - W Ŝyciu nie jadłam tak smacznej kolacji. Spójrz! Słońce 

za- chwilę schowa się w morzu. Jak byłam mała, święcie wierzyłam, Ŝe naprawdę nurkuje i siedzi pod 
wodą aŜ do rana. Nie mogłam tylko zrozumieć, czemu o świcie wynurza. się w innym miejscu. 
Dopiero ojciec wyjaśnił mi, Ŝe zachód słońca nad morzem to piękne złudzenie. Byłam rozczarowana, 
bo odarł to zjawisko z tajemniczości. A ja lubię tajemnice ...  

Zawiesiła głos i spojrzała mu w oczy. - MoŜe ciebie teŜ lubię dlatego, Ŝe ...  

- Jestem dla ciebie zagadką?  
- Nie potrafię cię rozszyfrować. Skomplikowany  

z ciebie człowiek!  
- Myślisz, Ŝe o tym nie wiem! - westchnął. - Chciałbym cofuąć czas i wrócić do tych lat, gdy wszyst-
ko było cudownie proste. Kiedy Ŝycie otwierało się przede mną i czułem, Ŝe mogę robić, co zechcę.  

Przytuliła się do niego.  
- Pomyśl sobie marzenie. Właśnie teraz, kiedy słońce znika w morzu. To magiczna chwila. Czujesz 

tę magię? MoŜe mityczny bóg słońca złoŜy wizytę Nep'tunowi i ...  

Pierre uśmiechnął się czule.  
-  Jesteś  niesamowita!  Jeśli  kiedyś  uznasz,  Ŝe  traktuję  siebie  zbyt  powaŜnie,  opowiedz  mi  taką 

zabawną historię - poprosił.  

- I juŜ po wszystkim! - zasmuciła się, gdy fale przykryły ostatni skrawek słonecznej tarczy. - Czar 

prysł.  

- Chodź! - Pociągnął ją do góry. - Przejdźmy się  

w stronę morza.  

- Będziemy szukali słońca? - zaŜartowała.  
- Tak, czemu nie.  
- To juŜ lepiej poszukajmy księŜyca. - Nagle wy-  

rwała dłoń z jego ręki i zaczęła biec w stronę wody. - Kto pierwszy, ten lepszy! - zawołała. - Nie do-
gonisz mnie!  

Za  plecami  słyszała  głuchy  tupot  jego  stóp,  powiew  wiatru  przyjemnie  chłodził  jej  twarz. 

Wspaniale  było  biec  po  pustej  plaŜy.  Czuła  się  tak,  jakby  skrzydła  rosły  jej  u  ramion.  Chwilami 
odnosiła wraŜenie, Ŝe to tylko sen. Czysta fantazja. Ona i on sami na pustej plaŜy.  

Pierre złapał ją i wziął na ręce.  
- Mój ksiąŜę z bajki - szepnęła, gdy zaczął ją całować. Oto spełnia się jej największe marzenie!  

Napawała się tą cudowną chwilą, próbując zapomnieć, Ŝe kiedyś będzie musiała wrócić do rzeczywis-
tości.  

Pierre zrzucił buty i zaczął powoli wchodzić do morza.  
-  Naprawdę  będziemy  szukali  słońca  -  roześmiała  się,  chwytając  go  mocniej  za  szyję  -  czy  po 

prostu wrzucisz mnie do wody?  

- To zaleŜy wyłącznie od ciebie - powiedział, zatrzymując się. - Jeśli obiecasz, Ŝe mnie do siebie 

zaprosisz, zaniosę cię na brzeg. Umowa nie podlega negocJacJom.  

background image

Ogarnęła ją fala młodzieńczej radości.  
- Zgadzam się na takie warunki - szepnęła, bez trudu odczytując jego intencje. - Wracajmy!  

Gdy, pozbierawszy swoje rzeczy, wrócili do samochodu, Pierre wyjął komórkę, by sprawdzić, czy 

nie ma sms-ów od Nadine.  

-  Jak  mawiają  Anglicy,  brak  wiadomości  to  dobra  wiadomość  -  powiedział,  chowając  telefon.  - 

Wygląda na to, Ŝe Nadirte i jej chłopakowi odpowiada rola rodziców. Czuję, Ŝe zanosi się na ślub.  

- I co? Będziesz musiał szukać nowej opiekunki?  
- Nawet mi o tym nie mów. Nadine jest świetna.  

Wolę nie myśleć, jak zareagowałby Christophe, gdyby odeszła.  

- Pewnie się martwisz, Ŝe wychowuje go tyle róŜnych osób.  
- Owszem, to jedno z największych zmartwień samotnego ojca - przyznał. - Z jednej strony cieszę 

się, kiedy Christophe kogoś polubi, lecz kiedy ta osoba znika z jego Ŝycia ...  

- To dlatego nie chciałeś, Ŝebym od razu go poznała, i zostawiłeś mnie samą w samochodzie?  

-  Przepraszam  cię  za  to  -  odparł,  dotykając  jej  dłoni.  -  Wiedziałem,  Ŝe  Christophe  od  razu  cię 

polubi. I nie myliłem się.  

- W porządku. Rozumiem.  
- Często cię wspomina. Nie dalej jak wczoraj py-  

tał, kiedy znów do nas przyjdziesz.  

- Ja teŜ go polubiłam. Jak przestaniemy się spotykać ...  

-  Daj  spokój!  Na  razie  jesteśmy  razem  i  tylko  to  się  liczy.  Odkąd  cię  spotkałem,  przestałem 

wybiegać myślami zbyt daleko w przyszłość.  

- Ja teŜ.  

- Na pewno chcesz, Ŝebym wszedł na górę? - zapytał, gdy zatrzymali się przed jej domem.  
- Tak, ale pod warunkiem, Ŝe porządnie wytrzesz buty i nie naniesiesz mi piasku z plaŜy.  
- Dla ciebie mogę pójść nawet boso.  

Rozbawieni, wzięli się za ręce i poszli do jej mieszkania. Gdy byli juŜ w środku, niespodziewanie 

poczuła się skrępowana.  

- Mieszkam raczej skromnie, ale nie mogłam być wybredna - tłumaczyła. - Zaraz cię oprowadzę po 

moim królestwie. Tu jest pokój, tu kuchnia ...  

Chwycił ją w ramiona.  
- Nie przyszedłem tu podziwiać wystroju wnętrz.  

Interesujesz mnie tylko ty, kochanie.  

- Skoro tak, zapraszam do sypialni - szepnęła, biorąc go za rękę.  

Tej  nocy  kochali  si

ę

  du

Ŝ

o  bardziej  nami

ę

tnie  ni

Ŝ

  za  pierwszym  razem.  Ich  ciała  powoli 

przestawały  by

ć

  dla  nich  tajemnic

ą

,  a  w  miar

ę

  jak  je  poznawali,  uczyli  si

ę

  dawa

ć

  sobie 

nawzajem coraz wi

ę

ksz

ą

 przyjemno

ść

.  

Jacky  starała  si

ę

  nie  my

ś

le

ć

,  jak  zniesie  nieuchronne  rozstanie.  Patrz

ą

c  na 

ś

pi

ą

cego 

spokojnie Pierre'a, marzyła o tym, 

Ŝ

eby został z ni

ą

 na zawsze.  

- Nie 

ś

pisz? - mrukn

ą

ł, patrz

ą

c na jej twarz w jasnym 

ś

wietle ksi

ęŜ

yca.  

- Nie. Musisz ju

Ŝ

 i

ść

? - zapytała, gdy j

ą

 do siebie  

przytulił.  

.'  

- Jeszcze nie. Nadine ma zadzwoni

ć

, gdyby co

ś

 si

ę

 stało. Poza tym nie  chc

ę

 odchodzi

ć

 

bez po

Ŝ

egnania. - U

ś

miechn

ą

ł si

ę

 znacz

ą

co i zacz

ę

li kocha

ć

 si

ę

 po raz drugi.  

Gdy  pod  koniec  długiej  miłosnej  sesji  Jacky  krzyczała  w  obezwładniaj

ą

cej  rozkoszy,  w 

my

ś

lach błaga-  

ła go, by jej nie opuszczał...  

-  

Wstał z łó

Ŝ

ka i zacz

ą

ł zbiera

ć

 swoje rzeczy rozrzucone po podłodze.  

- Ale mi si

ę

 spieszyło! - roze

ś

miał si

ę

.  

- Zjesz 

ś

niadanie? - zapytała, przeci

ą

gaj

ą

c SI

ę

  

z rozkosz

ą

.  

- Teraz? Skarbie, jest druga w nocy.  
- To co?  
- Musz

ę

 wraca

ć

. Ale obiecaj mi, 

Ŝ

e jak si

ę

 spot-  

background image

kamy w pracy, zaprosisz mnie do siebie na kaw

ę

.  

Ubrał si

ę

 i na chwil

ę

 przysiadł obok niej na brzegu łó

Ŝ

ka. Jego zapach, który odt

ą

d miał jej 

si

ę

  kojarzy

ć

  z  najwi

ę

ksz

ą

  nami

ę

tno

ś

ci

ą

,  natychmiast  podziałał  na  jej  zmysły.  Zacz

ę

li  si

ę

 

całowa

ć

, ale tym razem słodycz pocałunku podszyta była gorycz

ą

, bowiem Jacky próbowała 

sobie  wyobrazi

ć

Ŝ

e  jest  to  ich  po

Ŝ

egnanie.  Z  przera

Ŝ

eniem  u

ś

wiadomiła  sobie, 

Ŝ

e  gdyby 

naprawd

ę

 miała go wi

ę

cej nie zobaczy

ć

, chyba umarłaby z t

ę

sknoty.  

Delikatnie wysun

ę

ła si

ę

 z jego obj

ęć

. Pora przesta

ć

 udawa

ć

Ŝ

e ta miło

ść

 nigdy si

ę

 nie 

sko

ń

czy.  

-  Nie  zapi

ą

łe

ś

  guzika  -  stwierdziła  rzeczowym  tonem  i  zrobiła  to  za  niego,  muskaj

ą

opuszkiem palca jego brzuch.  

-Wszystko w porz

ą

dku? - zapytał, zaskoczony t

ą

 nagł

ą

 zmian

ą

 nastroju.  

- Tak, ale id

ź

 ju

Ŝ

. Niedługo si

ę

 zobaczymy. Niemal wypchn

ę

ła go z sypialni i szybko 

wyprawiła z mieszkania. Kiedy wyszedł, oparła si

ę

 o drzwi i chwil

ę

 oddychała ci

ęŜ

ko, jak po 

m

ę

cz

ą

cym biegu.  

-I coja mam teraz zrobi

ć

? - pomy

ś

lała zdesperowana. Rozs

ą

dek ostrzegał, 

Ŝ

e na własne 

Ŝ

yczenie pakuje. si

ę

 w powa

Ŝ

ne kłopoty, za to wrodzony optymizm nakazywał i

ść

 za głosem 

serca, cieszy

ć

 si

ę

 chwil

ą

 i nie my

ś

le

ć

 o jutrze.  

Czuła, 

Ŝ

e  sama  nie  znajdzie  rozs

ą

dnego  rozwi

ą

zania,  postanowiła  wi

ę

c  poradzi

ć

  si

ę

 

kogo

ś

, kto te

Ŝ

 był w podobnej sytuacji. Debbie. Ona na pewno co

ś

 jej zasugeruje.  

Przyjaciółka ju

Ŝ

 kilka razy próbowała zagadn

ąć

 j

ą

 o Pierre'a, ale za ka

Ŝ

dym razem j

ą

 

zbywała. Uwa

Ŝ

ała, 

Ŝ

e nie jest gotowa do szczerej rozmowy o swojej trudnej miło

ś

ci. Dopiero 

teraz zrozumiała, 

Ŝ

e nie poradzi sobie bez pomocy kogo

ś

 

Ŝ

yczliwego. Mam dzi

ś

 wolne 

.popołudnie, wi

ę

c rano zadzwoni

ę

 do Debbie i zapytam, czy mo

Ŝ

e si

ę

 ze mn

ą

 spotka

ć

postanowiła, wracaj

ą

c do łó

Ŝ

ka.  

- Mam nadziej

ę

Ŝ

e nie musia}a

ś

 zmienia

ć

 przeze mnie planów.  

- Ale

Ŝ

 sk

ą

d! Tak si

ę

 ciesz

ę

Ŝ

e przyszła

ś

! - Debbie pocałowała j

ą

 na powitanie.  

- Jak malutki Thiery? Nie mog

ę

 si

ę

 doczeka

ć

, kiedy go zobacz

ę

.  

Ś

pi na górze. Je

ś

li chcesz, mo

Ŝ

emy do niego zajrze

ć

.  

-  Oczywi

ś

cie, 

Ŝ

e  chc

ę

.  Przepi

ę

kny  jest  ten  wasz  dom  -  westchn

ę

ła,  rozgl

ą

daj

ą

c  si

ę

  po 

gustownie urz

ą

dzonym jasnym wn

ę

trzu.  

-  Jest  dziełem  tego  samego  architekta,  który  projektował  dom  Pierre'a.  Widzisz,  ma 

identyczne schody i rozkład pokoi.  

- Dlaczego my

ś

lisz, 

Ŝ

e znam dom Pierre'a? - Jacky u

ś

miechn

ę

ła si

ę

 z przek

ą

sem. - Aha, 

znoWu próbujesz mnie wybada

ć

, tak?  

- W porz

ą

dku, poddaj

ę

 si

ę

. O nic ju

Ŝ

 nie b

ę

d

ę

 pyta

ć

. - Debbie uniosła r

ę

ce w ge

ś

cie 

kapitulacji.  

-  Wr

ę

cz  przeciwnie,  pytaj.  Mi

ę

dzy  innymi  po  to  tu  przyszłam.  Musz

ę

  z  tob

ą

  pogada

ć

  o 

mnie i o Pierze, ale najpierw chciałabym zobaczy

ć

 twoje male

ń

stwo.  

Weszły na palcach do dzieci

ę

cego pokoju i chwil

ę

 stały nad kołysk

ą

. Jacky popatrzyła na 

słodk

ą

  buzi

ę

  niemowl

ę

cia  i  bole

ś

nie  zat

ę

skniła  za  swoim  zmarłym  synkiem.  Oddałaby 

wszystko, byle go odzyska

ć

!  

- B

ę

d

ę

 mogła wzi

ąć

 go na r

ę

ce? - szepn

ę

ła do Debbie.  

- Jak si

ę

 obudzi. A teraz chod

ź

my do ogrodu. Napijemy si

ę

 herbaty.  

Lewie usiadły na tarasie, Debbie natychrriiast zacz

ę

ła wypytywa

ć

 j

ą

 o Pierre'a.  

- Powiedz, zacz

ę

li

ś

cie si

ę

 spotyka

ć

? To co

ś

 powa

Ŝ

nego?  

Jacky bezradnie wzruszyła ramionami.  
- Rzeczywi

ś

cie, od pewnego czasu si

ę

 spotykamy.  

I  jest  nam  wspaniale.  Tyle 

Ŝ

e  ja  nie  mog

ę

  w  niesko

ń

czono

ść

  rywalizowa

ć

  z  jego  zmarł

ą

 

Ŝ

on

ą

. Pierre ustawił j

ą

 na piedestale i niemal si

ę

 do niej modli. Ona to ideał, a ja jestem tylko 

kochank

ą

, jedn

ą

 z wielu.  

- Posłuchaj, Liliane nie była takim ideałem, za jaki Pierre j

ą

 uwa

Ŝ

a. - Debbie popatrzyła jej 

znacz

ą

co w oczy.  

- Jak to?  

background image

- Nie jestem pewna, czy powinnam ci o tym mó-  

wi

ć

. - Zawahała si

ę

. - Zreszt

ą

 sama niewiele wiem. Marcel wspomniał kiedy

ś

Ŝ

e Pierre nie 

miał z Liliane łatwego 

Ŝ

ycia. Podobno go zdradzała.  

-  Nie!  -  Jacky  oniemiała  ze  zdumienia.  -  Przecie

Ŝ

  Pierre  mówi  o  niej  tak,  jakby  była 

uosobieniem wszelkich cnót!  

- Pierre nie miał poj

ę

cia, 

Ŝ

e jest zdradzany. Do dzi

ś

 o niczym nie wie. Marcel strasznie si

ę

 

z t

ą

 tajemnic

ą

 czuje, ale nic nie mówi, 

Ŝ

eby go nie dobija

ć

.  

- Wiesz co

ś

 wi

ę

cej?  

- Nie. Marcel nie chciał mi powiedzie

ć

. Stwierdził,  

Ŝ

e i tak nie mamy prawa wtr

ą

ca

ć

 si

ę

 w prywatne sprawy Pierre'a. Tylko 

Ŝ

e teraz sytuacja jest 

inna. Nie s

ą

dzisz, 

Ŝ

e pora, aby Pierre dowiedział si

ę

 prawdy o swojej 

Ŝ

onie? 

- Nie! Nie mo

Ŝ

emy mu tego zrobi

ć

! - zawołała poruszona.  

- Ale dlaczego? - zdziwiła si

ę

 Debbie.  

- Bo ta prawda by go zabiła - odrzekła Jacky. -  

Pomy

ś

l  tylko,  od  pi

ę

ciu  lat  idealizuje  Liliane,  czci  jej  pami

ęć

  i  wierzy  w  jej  bezgraniczne 

po

ś

wi

ę

cenie.  Nie  wolno  nam  niszczy

ć

  tej  wiary.  Nie  zniosłabym,  gdyby  poczuł  si

ę

  jeszcze 

bardziej nieszcz

ęś

liwy.  

- Bardzo go kochasz, prawda? - Debbie delikatnie dotkn

ę

ła jej dłoni.  

-  Owszem,  i  to  ju

Ŝ

  od  wielu  lat  -  przyznała.  -  Jestem  zazdrosna  o  Liliane,  ale  nie  chc

ę

 

pozbawia

ć

 go złudze

ń

.  

- Przecie

Ŝ

 miałaby

ś

 wymarzon

ą

 okazj

ę

Ŝ

eby go pocieszy

ć

! - Debbie próbowała przemówi

ć

 jej 

do rozs

ą

dku. - Na pewno potrzebowałby wsparcia, wi

ę

c szybko stałaby

ś

 si

ę

 niezast

ą

piona.  

- Nie, Debbie. To, o czym mówisz, jest po prostu niemo

Ŝ

liwe. Istniej

ą

 inne powa

Ŝ

ne powody, 

dla których nie mog

ę

 wi

ą

za

ć

 si

ę

 na stałe z Pierre' em.  

- Jakie znowu powody?  
- Nie mog

ę

 mie

ć

 dzieci. Nawet gdyby udało mi si

ę

  

laj

ść

  w  ci

ąŜę

,  poród  mógłby  sko

ń

czy

ć

  si

ę

 

ź

le.  Nie  chc

ę

  ryzykowa

ć

.  Sama  rozumiesz, 

Ŝ

e  w  tej 

sytuacji nie jestem odpowiedni

ą

 partnerk

ą

 dla Pierre'a.  

- Ale Jacky ...  
- Prosz

ę

 ci

ę

, zostawmy to ... - Urwała w pół zdania.  

- Zdaje si

ę

Ŝ

e Thiery si

ę

 obudził. Chyba płacze.  

- I to jak!  
- Mog

ę

 po niego pój

ść

?  

- Oczywi

ś

cie. Masz taki 

ś

wietny kontakt z dzie

ć

mi. 

 

- Cudzymi! - rzuciła cierpko i poszła na gór

ę

. Chod

ź

 do mnie, słoneczko! No powiedz, co si

ę

 

stało? - szepn

ę

ła do maluszka, bior

ą

c go na r

ę

ce.  

Od  razu  przestał  płaka

ć

  i  ufnie  przytulił  buzi

ę

  do  jej  policzka.  Charakterystyczny  zapach 

niemowl

ę

cia obudził w niej wspomnienia o Simonie. Wydawało jej si

ę

Ŝ

e dawno pogodziła si

ę

 z 

tym, 

Ŝ

e  ju

Ŝ

  nigdy  nie  b

ę

dzie  matk

ą

.  Jednak  ilekro

ć

  brała  na  r

ę

ce  czyje

ś

  dziecko,  zaczynała 

marzy

ć

 o własnym. Wiedziała, 

Ŝ

e nie pozb

ę

dzie si

ę

 tej t

ę

sknoty, wi

ę

c musi nauczy

ć

 si

ę

 z ni

ą

 

Ŝ

y

ć

 

ROZDZIAŁ SIÓDMY  

Jacky  wyjrzała  przez  okno  swojego  gabinetu.  Lejący  się  z  nieba  Ŝar  stopił  asfalt  na  szpitalnym 

podjeździe,  'dlatego  teraz  kręcili  się  po  nim  robotnicy  i  naprawiali  szkody.  Ruszali  się  jak 
przysłowiowe muchy w smole i widać było, Ŝe praca im nie idzie.  

Nie  winiła  ich  za  to,  gdyŜ  sierpniowe  upały  dawały  się  we  znaki  wszystkim.  Sarna  była  ledwie 

Ŝ

ywa, gdy z rana przyjmowała pacjentów w salach połoŜonych blisko drzwi wejściowych. PoniewaŜ 

były prawie cały czas otwarte, klimatyzacja w tej części szpitala praktycznie nie działała.  

Gdy  przestała  być  potrzebna  w  salach  zabiegowych,  z  ulgą  zaszyła  się  w  swoim  chłodnym 

gabinecie i zajęła papierkami. Właśnie skończyła ostatni raport i wyłączyła komputer, po czym wstała 

background image

i podniósłszy do góry ręce, zaczęła się rozciągać.  

- Proszę, proszę, poranna gimnastyka. AŜ miło popatrzeć! - zawołał Pierre.  

Minęło  zaledwie  parę  godzin,  odkąd  rozstali  się  po  kolejnej  spędzonej  razem  nocy.  Od  pamiętnej 
kolacji  na  plaŜy  spotykali  się  regularnie  i  z  kaŜdym  dniem  byli  sobie  coraz  bliŜsi.  Jacky  po  raz 
pierwszy w Ŝyciu czuła się tak szczęśliwa. Wystarczyło jednak, Ŝe przypomniała sobie, jak kruche jest 
to szczęście, i jej oczy traciły blask. 

Stało się coś? - Pierre potrafił czytać w niej jak w otwartej księdze.  

- Nie. - Uśmiechnęła się, odsuwając od siebie czarne myśli. - Jak sytuacja na oddziale?  
- W miarę spokojnie - odparł, a wyjrzawszy przez okno, dodał: - 

całe szczęście, bo ci panowie 

zamiast  pracować,  urządzili  sobie  solarium  akurat  w  miejscu,  gdzie  podjeŜdŜają  karetki.  Jedni  się 
opalają, a inni ... Człowieku, uwaŜaj! Rany boskie!  

- Co się stało?  
- Rozpędzona karetka wpadła prosto na jednego  

z nich. A tuŜ za nią nadjeŜdŜa następna. Chodźmy!  

Wybiegli przed budynek, gdzie juŜ czekał portier z noszamI.  
-  Trzeba  natychmiast  zabrać  go  do  środka  -  zawołał  Pierre  i  pochylił  się  nad  zakrwawionym 

robotnikiem, by sprawdzić, czy moŜna go przenieść na nosze.  

-  Panie  doktorze,  mam  poszkodowanego  z  wypadku!  -  krzyknął  kierowca  drugiej  karetki.  - 

Zawaliła  się  stara  kawiarnia  na  plaŜy.  Jest  co  najmniej  dziesięciu  rannych.  Zaraz  będą  tu  następne 
dwie karetki - relacjonował, wyciągając z ambulansu nosze z pacjentem.  

Ustalili,  Ŝe  Pierre  zajmie  się  robotnikiem,  a  Jacky  ofiarami  katastrofy.  Marie  miała  w  tym  czasie 

ś

ciągnąć kogoś do pomocy.  

Jako  pierwszy  do  sali  zabiegowej  trafił  sześcioletni  chłopiec,  który  przez  cały  czas  rozpaczliwie 

wołał mamę·  

- Przywieźli nas razem, ale potem gdzieś ją zabrali. Mamusia usnęła i nie mogłem jej obudzić .,-- 

mówił, krztusząc się łzami.  

- Obiecuję, Ŝe zaraz poszukam twojej marny - 

uspokajała go Jacky - ale najpierw musz

ę

 ci

ę

 

zbada

ć

. Spróbuj si

ę

 przez chwil

ę

 nie rusza

ć

, dobrze ...  

Na  podstawie  pobie

Ŝ

nego  badania  stwierdziła, 

Ŝ

e  chłopiec  ma  złaman

ą

  r

ę

k

ę

  i  mo

Ŝ

liwe 

obra

Ŝ

enia  wewn

ę

trzne.  Starała  si

ę

  obchodzi

ć

  z  nim  jak  najostro

Ŝ

niej,  by  nie  sprawia

ć

  mu 

dodatkowego bólu.  

- Jedli

ś

my z mam

ą

 lody na tarasie, kiedy to si

ę

 stało. - O nic go nie pytała, ale i tak bez 

przerwy mówił o wypadku. - Nagle powiał wiatr i z dachu spadła belka. Mama dostała ni

ą

 w 

głow

ę

  i  wtedy  ...  zasn

ę

ła.  Prosiłem  j

ą

Ŝ

eby  si

ę

  obudziła,  bo  musimy  ucieka

ć

,  ale  ona  cały 

czas  spała.  Dach  si

ę

  zawalił...  Wszyscy  tak  strasznie  krzyczeli.  Na  mnie  te

Ŝ

  co

ś

  spadło. 

Przewróciłem si

ę

 i ...  

-  Odnalazłam  twoj

ą

  mam

ę

  -  wysapała  piel

ę

gniarka,  któr

ą

  Jacky  wcze

ś

niej  poprosiła,  by 

si

ę

 tym zaj

ę

ła. - Jeszcze nie odzyskała przytomno

ś

ci, ale zaraz zbada j

ą

 neurolog.  

- Co si

ę

 stało mojej mamusi? - Wystraszony chłopiec spojrzał na Jacky oczami pełnymi 

łez.  

- Cały czas 

ś

pi, ale lekarze pomog

ą

 jej si

ę

 obudzi

ć

.  

Nie martw si

ę

, wszystko b

ę

dzie dobrze. A teraz zrobimy ci prze

ś

wietlenie r

ę

ki i dokładnie 

obejrzymy ko

ść

. - Jest złamana?  

- Chyba tak. Powiem ci, jak zobacz

ę

 rentgen.  

- Pewnie zało

Ŝą

 mi gips. Tylko 

Ŝ

eby nie był br

ą

-  

zowy!  

-  :ty1am  pomysł  -  powiedziała,  u

ś

miechaj

ą

c  si

ę

  do  niego.  -  Popro

ś

  pana  technika  o 

niebieski albo jaki

ś

 

mny~  

- Tylko nie br

ą

zowy!  

- Wykluczone! - odparła z powag

ą

Gdy  piel

ę

gniarka  zabrała  chłopca  na  prze

ś

wietlenie,  Jacky  zaj

ę

ła  si

ę

  kolejnymi 

poszkodowanymi.  Dwie  naj  ci

ęŜ

ej  ranne  osoby  zmarły,  a  pozostałe  miały  liczne  złamania  i 

wymagały  natychmiastowej  operacji.  Jacky  miała  cich

ą

  nadziej

ę

Ŝ

e  mama  dzielnego 

sze

ś

ciolatka nie powi

ę

kszy listy 

ś

miertelnych ofiar wypadku.  

background image

Do ko

ń

ca dnia pracowała bez chwili wytchnienia.  

Po  dy

Ŝ

urze  nie  poszłajednak  do  domu,  tylko  do  swojego  gabinetu.  Z  ulg

ą

  zdj

ę

ła  buty  i 

zaparzywszy 

ś

wie

Ŝą

  kaw

ę

,  ci

ęŜ

ko  usiadła  w  fotelu.  Zastanawiała  si

ę

,  czy  Pierre  zajrzy  do 

niej,  czy  pojedzie  prosto  do  domu.  Chyba 

ś

ci

ą

gn

ę

ła  go  my

ś

lami,  bo  po  chwili  stan

ą

ł  w 

drzwiach.  

- Wpadłem na kaw

ę

 - oznajmił.  

- Dobrze trafiłe

ś

, wła

ś

nie zaparzyłam.  

- Mam dla ciebie dobr

ą

 wiadomo

ść

. S

ą

 wyniki  

szczegółowych bada

ń

 tego chłopca, którego rano ratowała

ś

. Nie ma 

Ŝ

adnych obra

Ŝ

e

ń

 

wewn

ę

trznych.  

- Całe szcz

ę

.

ś

cie. Wiadomo, co z jego mam

ą

?  

- Niestety, jeszcze nie odzyskała przytomno

ś

ci.  

Jest pod stał

ą

 opiek

ą

 neurologów.  

Przymkn

ę

ła oczy.  

- Modl

ę

 si

ę

Ŝ

eby z tego wyszła.  

Poczuła, 

Ŝ

e Pierre bierze j

ą

 za r

ę

k

ę

. Jego ciepłe, pełne zrozumienia spojrzenie dodało jej 

otuchy. Wiedziała, 

Ŝ

e lekarz, aby mógł by

ć

 skuteczny, nie powinien nadmiernie wczuwa

ć

 si

ę

 

w sytuacj

ę

 pacjentów. Jednak temu małemu chłopcu współczuła z całego serca.  

- Mam nadziej

ę

Ŝ

e ta kobieta nie umrze - powie

 działa ledwie słyszalnym głosem. - Dla 

dziecka to niewyobra

Ŝ

alny dramat, gdy matka ...  

Urwała, spłoszona my

ś

l

ą

Ŝ

e przecie

Ŝ

 Christophe jest półsierot

ą

.  

-  Przepraszam  -  powiedziała  szybko,  próbuj

ą

c  naprawi

ć

  gaf

ę

.  -  Miałam  na  my

ś

li  własne 

do

ś

wiadczema.  

-  Wiem.  -  Delikatnie  -

ś

cisn

ą

ł  jej  dło

ń

.  -  Odczuła

ś

  na  własnej  skórze,  jak  to  jest,  kiedy 

dzieci

ń

stwo ko

ń

czy si

ę

 zbyt szybko. Christophe nigdy nie miał mamy. W pewnym sensie tak jest 

dla niego lepiej, cho

ć

 z drugiej strony ...  

Westchn

ą

ł i odchyliwszy głow

ę

, oparł si

ę

 o fotel. - Najgorsze - rzekł po chwili - 

Ŝ

e jutro nie ma kto 

si

ę

 nim zaj

ąć

. Nadine ijej chłopak chc

ą

 jecha

ć

 na kilka dni do Pary

Ŝ

a. Przecie

Ŝ

 sił

ą

 jej nie 

zatrzymam.  

- Nie mo

Ŝ

esz wzi

ąć

 urlopu? W ko

ń

cu ty tu jeste

ś

 szefem.  

- Rano mam wa

Ŝ

ne spotkanie, którego nie -mog

ę

 odwoła

ć

. B

ę

d

ę

 miał wolne popołudnie i cały 

nast

ę

pny  dzie

ń

,  ale  na  rano  musz

ę

  wzi

ąć

  jak

ąś

  niani

ę

  z  agencji.  Nie  wiem,  jak  Christophe 

zareaguje. Nie znosi obcych ...  

- Biedny dzieciak. - Zastanowiła si

ę

 przez chwil

ę

.  

- Gdyby

ś

 zmienił plan moich dy

Ŝ

urów, mogłabym si

ę

  

nim zaj

ąć

.  

- Bardzo bym chciał, ale ...  

.  -  Ale  co?  -  Podeszła  do  okna  i  wyjrzała  na  dziedziniec.  Czekała,  co  jej  odpowie,  cho

ć

 

doskonale  wiedziała,  sk

ą

d  bierze  si

ę

  jego  rezerwa.  Zaoferowała  pomoc.  Nic  wi

ę

cej  zrobi

ć

  nie 

mogła. Uznała, 

Ŝ

e lepiej b

ę

dzie zmieni

ć

 temat.  

Co z tym robotnikiem, w którego wjechała karetka?  

-  Musieli

ś

my  amputowa

ć

  mu  nog

ę

.  Nie  wiadomo,  czy  uda  si

ę

  :uratowa

ć

  drug

ą

.  -  Zamilkł  i 

spojrzał jej w oczy. - W porównaniu z tym, co spotyka naszych pacjentów, moje problemy wydaj

ą

 

si

ę

 błahe, prawda?  
- Ja wcale tak nie my

ś

l

ę

! Posłuchaj, naprawd

ę

 ch

ę

-  

tnie popilnuj

ę

 Christophe'a.  

- Wiem, 

Ŝ

e byłby tym zachwycony, ale ...  

- Jeste

ś

 okropnie uparty!  

- Nie jestem! Po prostu nie chc

ę

Ŝ

eby prze

Ŝ

ył  

wielkie rozczarowanie, je

ś

li ... - Rozstaniemy si

ę

? Przytulił j

ą

 do siebie 

mocno.  

- Nie chc

ę

 tego! Wiesz, od pewnego czasu m

ę

czy mnie ten sam koszmarny sen. Dzi

ś

 w nocy 

te

Ŝ

 mi si

ę

 

ś

nił. Liliane rodzi, woła mnie, a mnie przy niej nie ma!  

Zaczerpn

ą

ł powietrza.  

background image

- Nie było mnie przy niej, kiedy rodziła. I kiedy umarła. To niewybaczalne - wyrzucił z siebie 

jednym tchem.  

- Nie istniej

ą

 winy, których nie da si

ę

 wybaczy

ć

.  

Skoro ci

ę

 z ni

ą

 nie było, musiałe

ś

 mie

ć

 wa

Ŝ

ny powód. Co wtedy robiłe

ś

, Pierre?  

-  Brałem  udział  w  konferencji  medycznej.  Wygłaszałem  wykład,  wi

ę

c  musiałem  wył

ą

czy

ć

 

komórk

ę

. Liliane była w siódmym miesi

ą

cu. Czuła si

ę

 dobrze, dziecko rozwijało si

ę

 prawidłowo. 

Naprawd

ę

 nie było 

Ŝ

adnych powodów do niepokoju. - Umilkł, jakby wahał si

ę

, czy mówi

ć

 dalej. - 

Ginekolog  nie  stwierdził 

Ŝ

adnych  wad  wrodzonych,  które  mogłyby  spowodowa

ć

  przedwczesny 

poród ...  

Słuchała  go  w  skupieniu,  nie  przerywaj

ą

c  pytaniami.  Miała  ochot

ę

  podej

ść

  do  niego,  obj

ąć

doda

ć

 otuchy, lecz nie ruszyła si

ę

 z miejsca. Pod

ś

wiadomie wyczuwała, 

Ŝ

e Pierre nie mówi jej 

wszystkiego.  

- Tak naprawd

ę

 nie wiem, co dokładnie stało si

ę

 tamtego dnia - przyznał. - Z karty 

informacyjnej, któr

ą

 przekazał mi szpital, wynika, 

Ŝ

e rano Nadine poczuła si

ę

 

ź

le. Albo nie 

zorientowała si

ę

Ŝ

e zacz

ą

ł si

ę

 poród, albo ... Wiadomo, 

Ŝ

e dostała krwotoku. Próbowała wezwa

ć

 

pogotowie, ale zemdlała, zanim zd

ąŜ

yła poda

ć

 adres. Dyspozytor zdołałj

ą

jako

ś

 namierzy

ć

, ale 

kiedy załoga przyjechała na miejsce i wywa

Ŝ

yła drzwi, było ju

Ŝ

 po wszystkim. Znale

ź

li j

ą

 w 

łazience, nie- . przytomn

ą

. Obok niej na podłodze le

Ŝ

ał Christophe, którego zdołała urodzi

ć

Cudem udało si

ę

 go uratowa

ć

. Liliane zmarła w drodze do szpitala ...  

Otuliła  go  ramionami  i delikatnie głaskała po  głowie,  szepcz

ą

c  do  niego  po francusku,  cho

ć

 

doskonale wiedziała, 

Ŝ

e w 

Ŝ

adnym j

ę

zyku nie istniej

ą

 

ś

łowa, które mogłyby przynie

ść

 mu ulg

ę

On nigdy nie zapomni. Bo czy mo

Ŝ

na zapomnie

ć

 o takim koszmarze?  

Chyba 

Ŝ

e  kto

ś

  wyjawiłby  mu  cał

ą

  prawd

ę

  o  ...  Nie,  gdyby  Marcel  powiedział  mu  o 

niewierno

ś

ci Liliane, tylko pogorszyłby sytuacj

ę

. Trzeba zostawi

ć

 go w spokoju. Niech pami

ę

ta 

swoje mał

Ŝ

e

ń

stwo jak najlepiej. Nikt nie ma prawa odbiera

ć

 mu tych bezcennych wspomnie

ń

.  

- Niesamowite, 

Ŝ

e Christophe prze

Ŝ

ył - powiedziała, gdy Pierre nieco si

ę

 uspokoił.  

- Ratownicy dali z siebie wszystko. Na szcz

ęś

cie mieli w karetce inkubator. Poza tym mój syn 

to twardy go

ść

, nigdy si

ę

 łatwo nie poddaje. 

 

 

- Zupełnie jak jego ojciec.  

Odwróciła si

ę

 od niego, gdy

Ŝ

 bała si

ę

Ŝ

e si

ę

 rozpłacze. Jego opowie

ść

 poruszyła j

ą

 do 

Ŝ

ywego.  

Pierre stan

ą

ł tu

Ŝ

 za ni

ą

.  

- Doceniam, 

Ŝ

e chcesz si

ę

 nim zaj

ąć

 - powie. dział, otaczaj

ą

c j

ą

 ramionami. - Mog

ę

 na ciebie li-

czy

ć

?  

- Jasne! - Poczuła, jak wraca jej nadzieja. - Tylko musisz najpierw zapyta

ć

 mojego szefa, czy 

zgodzi si

ę

 przesun

ąć

 mój dy

Ŝ

ur. Uprzedzam, 

Ŝ

e facet jest cholernie uparty.  

- Nie zawsze. - Odetchn

ą

ł gł

ę

boko. Wła

ś

nie podj

ą

ł jedn

ą

 z najwa

Ŝ

niejszych decyzji. - To co? 

Przyjdziesz do nas jutro na 

ś

niadanie?  

Id

ą

c  nazajutrz  do  jego  domu  zastanawiała  si

ę

,  co  go  skłoniło  do  zmiany  zdania.  Miała 

wra

Ŝ

enie, 

Ŝ

e  w  chwi

li, 

gdy  opowiedział  jej  o 

ś

mierci 

Ŝ

ony,  prze

Ŝ

ył  katharsis.  By

ć

  mo

Ŝ

e  dzi

ę

ki 

zwierzeniom  poczuł  si

ę

  oczyszczony.  Nie  miała  poj

ę

cia,  co  wywołało  w  nim  tak

ą

  reakcj

ę

,  ale 

czuła ogromn

ą

 ulg

ę

.  

ś

wir  zaskrzypiał  pod  jej  sandałkami  na  płaskim  obcasie,  gdy  weszła  na  podjazd  przed 

domem.  Ruszyła  do  drzwi  lekkim  krokiem,  nios

ą

c  na  ramieniu  du

Ŝą

  torb

ę

,  a  w  niej  kostium 

k

ą

pielowy, wod

ę

 mineraln

ą

 i herbatniki, czyli niezb

ę

dnik pla

Ŝ

owicza. Zamierzała bowiem pój

ść

 z 

Christophe'em nad morze.  

- Cze

ść

, Jacky! - zawołał chłopczyk, biegn

ą

c jej na spotkanie.  

- Cze

ść

, Christophe. - Przykucn

ę

ła, by mógł j

ą

 pocałowa

ć

 na dzie

ń

 dobry.  

Ś

niadanie jest gotowe. Chod

ź

 szybko, bo jestem okropnie głodny! - ponaglał, ci

ą

gn

ą

c j

ą

 za 

r

ę

k

ę

 do kuchni.  

- Mmm, jak pi

ę

knie pachnie! Uwielbiam 

ś

wie

Ŝ

e rogaliki - westchn

ę

ła, delektuj

ą

c si

ę

 ich 

zapachem.  

- Ja te

Ŝ

. - Pierwszy usiadł przy stole i si

ę

gn

ą

ł po morelowy d

Ŝ

em. - Sam odkr

ę

c

ę

, dobrze? To 

przecie

Ŝ

 nic trudnego. Ojej, przepraszam, nie chciałem - j

ę

kn

ą

ł skruszony, gdy słoik wy

ś

lizn

ą

ł mu 

background image

si

ę

 z r

ą

k i d

Ŝ

em poplamił czysty obrus.  

- Nic si

ę

 nie stało - uspokoiła go. - Zaraz posprz

ą

tamy.  

- Wiedziałem, 

Ŝ

e przesadzam z tym obrusem.  

- Pierre u

ś

miechn

ą

ł si

ę

 do niej porozumiewawczo  

i zacz

ą

ł 

ś

ciera

ć

 plam

ę

; - Ale có

Ŝ

, w ko

ń

cu nie co dzie

ń

 go

ś

ci si

ę

 na 

ś

niadaniu VIP-a - stwierdził, 

wracaj

ą

c na swoje miejsce.  

- • A co to jest VIP? - zainteresował si

ę

 Christophe.  

- Bardzo wa

Ŝ

na osoba - wyja

ś

nił, podaj

ą

c jej ko-  

szyczek z pieczywem.  

- Jacky jest bardzo wa

Ŝ

na? - ci

ą

gn

ą

ł chłopiec.  

- Dla mnie tak.  
- Dla mnie te

Ŝ

! Bo dzi

ś

 ze mn

ą

 zostaje. Co b

ę

dzie-  

my robili? - zapytał, patrz

ą

c na ni

ą

 wyczekuj

ą

co. Mo

Ŝ

e pogramy w piłk

ę

 w ogrodzie?  

- A nie lepiej na pla

Ŝ

y? - podrzuciła.  

- Super! I popływamy w morzu, dobrze? Ja ju

Ŝ

  

umiem ... no, prawie. Tata ka

Ŝ

e mi zakłada

ć

 r

ę

kawki, bo mówi, 

Ŝ

e mo

Ŝ

e porwa

ć

 mnie fala ...  

Christophe  z  podniecenia  trajkotał  jak  katarynka,  a  oni  słuchali  go,  u

ś

miechaj

ą

c  si

ę

 

pobła

Ŝ

liwie. W pewnej chwili spojrzeli sobie w oczy. Jacky miała wspaniałe poczucie, 

Ŝ

e panuje 

mi

ę

dzy nimi pełna harmonia.  

- Uwa

Ŝ

aj, mam r

ę

ce lepkie od d

Ŝ

emu - szepn

ę

ła, gdy Pierre nakrył dłoni

ą

 jej dło

ń

.  

- Ja te

Ŝ

. B

ę

dziemy si

ę

 do siebie klei

ć

. U

ś

miechn

ę

ła si

ę

, czuj

ą

c w całym ciele rozkoszne 

mrowienie. Było jej z nimi tak dobrze. Chwilami zdawało si

ę

Ŝ

e s

ą

 najprawdziwsz

ą

 rodzin

ą

. Nie 

chciała pami

ę

ta

ć

 o problemach, które na nich czyhały. Chwilo, jeste

ś

 pi

ę

kna. Trwaj! - pomy

ś

lała 

wzruszona.  

- Nie wył

ą

czaj komórki na pla

Ŝ

y - poprosił Pierre, całuj

ą

c j

ą

 przed wyj

ś

ciem do pracy.  

-'-- My

ś

lałam, 

Ŝ

e jedziesz na wa

Ŝ

ne spotkanie. B

ę

dziesz miał mo

Ŝ

liwo

ść

 do nas dzwoni

ć

?  

- Nie w czasie spotkania, bo b

ę

d

ę

 rozmawiał z rad

ą

 gubernatorów, ale potem teoretycznie 

jestem wolny. Je

ś

li sko

ń

czymy w miar

ę

 wcze

ś

nie, przyjad

ę

 do was. - 

Ś

wietnie!  

~ Jacky! Nie mog

ę

 znale

źć

 k

ą

pielówek! - zawołał z góry Christophe. - Pomo

Ŝ

esz mi szuka

ć

?  

- Ju

Ŝ

 do ciebie id

ę

! - odkrzykn

ę

ła.  

- Sprawd

ź

 w górnej szufladzie komody - zasuge-  

rował Pierre. - Pewnie nie mo

Ŝ

e sam dosi

ę

gn

ąć

. Zobaczymy si

ę

 pó

ź

niej.  

- Powodzenia. - Pocałowała go w policzek, a potem stała w drzwiach, dopóki nie odjechał.  
- Ju

Ŝ

 id

ę

, kochanie! - zawołała do Christophe'a i pobiegła na gór

ę

.  

ROZDZIAŁ ÓSMY  

Christophe  biegł  przodem,  kopi

ą

c  piłk

ę

.  Co  chwila  odwracał  si

ę

  i  wykonywał  efektowne 

podanie,  zmuszaj

ą

c  Jacky  do  karkołomnych  wyczynów.  Szybko  odkryła, 

Ŝ

e  sandały 

zdecydowanie nie nadaj

ą

 si

ę

 do gry w piłk

ę

, zdj

ę

ła je wi

ę

c i szła boso, grz

ę

zn

ą

c po kostki w 

gor

ą

cym  piasku.  Pierwszy  raz  od  bardzo  dawna  czuła  niczym  niezm

ą

cony  wewn

ę

trzny 

spokój i rado

ść

.  

Polubiła Christophe'a i cieszyła si

ę

Ŝ

e mog

ą

 sp

ę

dzi

ć

 razem przedpołudnie. Gdyby los był 

dla niej łaskawszy, pewnie chodziłaby na takie spacery z włas-  
nym dzieckiem.  

-  

- Christophe, mo

Ŝ

e zostawimy tu nasze rzeczy  

i popłyWamy? - zaproponowała.  

- A umiesz pływa

ć

? - upewnił si

ę

.  

  - Tak. I bardzo lubi

ę

.  

.  

Przebrali si

ę

 w kostiumy i trzymaj

ą

c si

ę

 za r

ę

ce, pobiegli do morza.  

background image

- Ale zimna woda! - Wzdrygn

ą

ł si

ę

. - Dlaczego jest taka lodowata, a piasek parzy w stopy?  

- Dlatego, 

Ŝ

e morze jest ogromne i mimo upału bardzo długo si

ę

 nagrzewa.  

- To znaczy, 

Ŝ

e nawet gdybym wlał do niego wiadro gor

ą

cej wody, nie zrobiłoby si

ę

 

cieplejsze?  

- Niestety, nie.  
- Pokaza

ć

 ci, jak pływam? - o

Ŝ

ywił si

ę

.  

- Chwileczk

ę

. Najpierw poprawi

ę

 ci r

ę

kawki.  

Wskoczył  do  wody,  która  w  tym  miejscu  si

ę

gała  dorosłemu  do  kolan,  i  przepłyn

ą

ł  kilka 

metrów  pieskiem,  po  czym  zalała  go  fala.  Wynurzył  si

ę

,  parskaj

ą

c  i  prychaj

ą

c,  ale 

roze

ś

miany.  

- Spróbuj

ę

 jeszcze raz! - zawołał, niezra

Ŝ

ony niepowodzeniem.  

Szło mu coraz lepiej, wi

ę

c poprosił Jacky, by do niego doł

ą

czyła. Wprawdzie woda była dla 

niej zdecydowanie za płytka, ale udało jej si

ę

 nie poobciera

ć

 kolan. - Ale fajnie! Pływamy 

sobie razem jak dwa delfiny! - cieszył si

ę

. - Widziała

ś

 kiedy

ś

 

Ŝ

ywego delfina? - Tutaj nie, ale 

na południu ... - Opowiedziała mu o wszystkich delfinach, jakie 

Ŝ

yciu widziała, budz

ą

c tym 

jego podziw.  

- Chciałbym by

ć

 podró

Ŝ

nikiem, wiesz? - wyznał.  

- B

ę

d

ę

 je

ź

dził po 

ś

wiecie i ogl

ą

dał lwy i tygrysy, i ..  

- Lista stworze

ń

, które zamierzał zobaczy

ć

 na własne  

oczy, była imponuj

ą

ca.  

Jeszcze  chwil

ę

  gaw

ę

dzili  o  jego  planach  na  przyszło

ść

,  pluskali  si

ę

  w  wodzie  i 

ć

wiczyli 

pływanie pieskiem, a potem wrócili na koc, by si

ę

 wytrze

ć

 i przebra

ć

 w suche stroje.  

Jacky  poło

Ŝ

yła  si

ę

  na  gor

ą

cym  piasku  i  przygl

ą

dała  si

ę

,  jak  Christophe  buduje  zamek. 

My

ś

lała o tym, jak bardzo jest m

ą

dry i wra

Ŝ

liwy. Cho

ć

 nie miał mamy, wyrósł na pogodnego i 

bardzo  sympatycznego  chłopca,  co  z  pewno

ś

ci

ą

  była  zasług

ą

  kochaj

ą

cego  i  tros.kliwego 

ojca.  

W torbie zabrz

ę

czała komórka, si

ę

gn

ę

ła wi

ę

c po ni

ą

, by sprawdzi

ć

, kto dzwoni.  

- Pierre! Jak spotkanie? Ju

Ŝ

 si

ę

 sko

ń

czyło?  

- Tak, na szcz

ęś

cie trwało nadspodziewanie krót-  

ko.  Ku  mojemu  zaskoczeniu  gubernatorzy  bez  wi

ę

kszego  oporu  zgodzili  si

ę

  wyasygnowa

ć

 

dodatkowe pieni

ą

dze na szpital.  

Ś

wietnie!  

- Zaraz do was przyjad

ę

.  

- To tata'? - zapytał Christophe.  
- Tak. Chcesz z nim porozmawia

ć

? Prosz

ę

. - Po-  

dała mu telefon.  

-  Cze

ść

,  tato.  Buduj

ę

  zamek.  Mógłby

ś

  przyjecha

ć

  i  mi  pomóc?  Naprawd

ę

?!  Super! 

Dobrze. Jacky, tata chce z tob

ą

 rozmawia

ć

.  

- Tak?  
- Gdzie was szuka

ć

?  

Wytłumaczyła mu, gdzie s

ą

, a gdy sko

ń

czyli rozmawia

ć

, wstała i przył

ą

czyła si

ę

 do 

Christophe'a.  

Wła

ś

nie szukała kamyków do ozdobienia wie

Ŝ

y, gdy usłyszała głos Pierre'a. Serce zabiło 

jej  rado

ś

nie.  U

ś

miechni

ę

ta  patrzyła,  jak  zbiega  z  wydm,  trzymaj

ą

c  w  r

ę

ku  du

Ŝą

  plastikow

ą

 

torb

ę

. W d

Ŝ

insach i koszulce polo wygl

ą

dał bardzo młodo, wr

ę

cz chłopi

ę

co, jak w dawnych 

beztroskich latach pierwszej młodo

ś

ci.  

- Tatu

ś

! - zawołał Christophe i rzucił mu si

ę

 na 

SZYJ

ę

·  

- Prosz

ę

, kupiłem ci nowe łopatki.  

- Ale super! Dzi

ę

ki, tatusiu! - Chłopiec ucieszył  

si

ę

, wyci

ą

gaj

ą

c je z torby.  

- Jak tam? - Pierre spojrzał ponad jego głow

ą

 na Jacky.  

- Doskonale. Nie nudzimy si

ę

.  

- Wła

ś

nie widz

ę

. - Czule pogładził jej dło

ń

.  

-  Tato,  no  chod

ź

!  Obiecałe

ś

Ŝ

e  mi  pomo

Ŝ

esz  budowa

ć

.  -  Christophe  poci

ą

gn

ą

ł  go  za 

r

ę

k

ę

, nie mog

ą

c si

ę

 doczeka

ć

 wspólnej zabawy.  

- Wi

ę

c do dzieła! - Pierre zatarł r

ę

ce i wszyscy troje 

Ŝ

abrali si

ę

 do pracy.  

background image

-  Jacky,  gdzie  si

ę

  nauczyła

ś

  układa

ć

  takie  fajne  wzory  z  kamyków?  --.:  zapytał 

Christophe, przygl

ą

daj

ą

c si

ę

 jej dziełu.  

- Jak byłam mała, mieszkałam nad morzem - odparła, wciskaj

ą

c w piasek białoszary 

kamyk.  

- A rodzice pomagali ci budowa

ć

 zamki, tak jak wy pomagacie mnie?  

- Raczej nie. Nie lubili chodzi

ć

 na pla

Ŝę

. Budowałam zamki z innymi dzie

ć

mi.  

Zauwa

Ŝ

yła, 

Ŝ

e Pierre przestał kopa

ć

 i przysłuchuje si

ę

 ich rozmowie.  

- Kiedy byłem chłopcem, mieszkałem blisko Jacky - powiedział Christophe' owi.  

- Naprawd

ę

? I co, bawili

ś

cie si

ę

 razem?  

- Nie. - U

ś

miechn

ę

ła si

ę

. - Twój tata był ode mnie  

starszy i nie chciał bawi

ć

 si

ę

 z. małymi dziewczynkami. Wolał gra

ć

 z kolegami w piłk

ę

.  

- Ale kilka razy spotkali

ś

my si

ę

 na pla

Ŝ

y, pami

ę

tasz? - wtr

ą

cił Pierre. - Na przykład wtedy, 

kiedy si

ę

 przewróciła

ś

 i rozci

ę

ła

ś

 kolano.  

- A ty mnie zaniosłe

ś

 do swojego ojca. Pami

ę

tam to tak dokładnie, jakby zdarzyło si

ę

 

wczoraj.  

- Miała

ś

 wtedy tyle lat, co Christophe - powiedział zaskoczony.  

- To prawda, ale wszystko pami

ę

tam.  

Wymienili  spojrzenia  pełne  czuło

ś

ci  i  wzajemnego  zachwytu.  Christophe  musiał  wyczu

ć

 

ogarniaj

ą

c

ą

 ich fal

ę

 miło

ś

ci, bo wcisn

ą

ł si

ę

 mi

ę

dzy nich. Przytulili go do siebie i przez jeden 

niezapomniany  moment  byli  prawdziw

ą

  rodzin

ą

.  Jacky  odsun

ę

ła  si

ę

  pierwsza  i  wróciła  do 

przebierania  kamieni.  Po  chwili  znów  zgodnie  budowali  zamek,  ale  ł

ą

cz

ą

ca  ich  ciepła  wi

ęź

 

nie znikn

ę

ła.  

Gdy ich zamek był tak~doskonały, 

Ŝ

e nie było ju

Ŝ

 czego poprawia

ć

, Pierre stwierdził, 

Ŝ

pora zje

ść

 lunch~.  

-  Niedaleko  st

ą

d  jest  mała  restauracja,  o  której  mówił  mi  Marcel.  Mo

Ŝ

emy  pój

ść

  tam 

pieszo - powiedział. - Zanios

ę

 rzeczy do samochodu, a wy si

ę

 w tym czasie ubierzcie.  

Wrócił po paru minutach i ruszyli w stron

ę

 baru.  

Christophe jak zwykle pobiegł przodem.  

- Nie miała

ś

 z nim 

Ŝ

adnych problemów? - zapytał Pierre, przygl

ą

daj

ą

c jej si

ę

 dyskretnie. 

Ucieszył si

ę

Ŝ

e wygl

ą

da na odpr

ęŜ

on

ą

 i wypocz

ę

t

ą

.  

- Nie. Twój syn to fantastyczny dzieciak. 

Ś

wietnie nam si

ę

 rozmawiało.  

- A o czym, je

ś

li wolno spyta

ć

?  

- Och, o tysi

ą

cu wa

Ŝ

nych rzeczy. O zwierz

ę

tach,  

ptakach, ksi

ąŜ

kach,'które ty albo Nadine czytacie mu  

na dobranoc.  

"  

Wzi

ą

ł j

ą

 za r

ę

k

ę

·  

- Christophe lubi by

ć

 traktowany po partnersku  

- wyja

ś

nił. - Niektóre z opiekunek nie umiały si

ę

  

z  nim  dogada

ć

.  Krzyczały  na  niego,  kiedy  był  niegrzeczny,  i  nie  rozumiały, 

Ŝ

e  jego  złe 

zachowanie to nic innego jak błaganie o pomoc.  

- Jako

ś

 nie mog

ę

 sobie wyobrazi

ć

 Christophe'a sprawiaj

ą

cego problemy wychowawcze. 

Szkoda, 

Ŝ

e ...  

Urwała w pół słowa. Miała zamiar powiedzie

ć

Ŝ

e to niedobrze, i

Ŝ

 chłopiec ma tylu ró

Ŝ

nych 

opiekunów, ale doszła do wniosku, 

Ŝ

e lepiej nie porusza

ć

 tego tematu. Gdyby zacz

ę

li o tym 

rozmawia

ć

, nieuchronnie dotkn

ę

liby problemów, o których wolała nie pami

ę

ta

ć

.  

- Zacz

ę

ła

ś

 co

ś

 mówi

ć

 - przypomniał jej Pierre.  

- Chciałam zapyta

ć

, czy idziemy do tego baru -  

skłamała, wskazuj

ą

c widoczne nieopodal stoliki.  

-  Chciała

ś

  powiedzie

ć

  co

ś

  zupełnie  innego  -  zaprotestował  cicho.  -  Martwi  mnie, 

Ŝ

mojemu synowi brakuje poczucia bezpiecze

ń

stwa, ale nie chc

ę

 o tym teraz rozmawia

ć

. Po 

co psu

ć

 miły nastrój. Cieszmy si

ę

 sło

ń

cem i tym, 

Ŝ

e mamy dla siebie cały dzie

ń

.  

Wła

ś

ciciele małej restauracji, Henri i Antoinette, przywitali ich serdecznie i posadzili przy 

stoliku  przy  oknie.  Z  rozmowy  wynikało, 

Ŝ

e  Pierre  zrobił 

Vi 

cze

ś

niej  rezerwacj

ę

.  Widocznie 

Marcel uprzedził go, 

Ŝ

e restauracja cieszy si

ę

 popularno

ś

ci

ą

. Rzeczywi

ś

cie, wszystkie stoliki 

były  zaj

ę

te,  a  dobra  opinia  w

ś

ród  go

ś

ci  w  pełni  uzasadniona,  gdy

Ŝ

  potrawy,  które  wybrali, 

background image

smakowały wy

ś

mienicie. Nawet Christophe zjadł wszystko z wielkim apetytem.  

- Ryba nie zawsze mi smakuje - przyznał, połykaj

ą

c ostatni k

ę

s soli w sosie cytrynowym - 

ale ta była bardzo dobra. I ładnie pachniała. Czasem w przedszkolu daj

ą

 nam na lunch ryb

ę

która okropnie 

ś

mierdzi. Wtedy zostawiam swoj

ą

 porcj

ę

.  

- I nie jeste

ś

 potem głodny? - zapytała Jacky.  

- Jestem. I co z tego? - Wzruszył ramionami z tYpow

ą

 galijsk

ą

 nonszalancj

ą

. Zupełnie jak 

ojciec, pomy

ś

lała Jacky i u

ś

miechn

ę

ła si

ę

 do siebie.  

- Co chciałby

ś

 na deser? - zapytała go Antoinetle.  

- Szarlotk

ę

 czy lody? Mamy cytrynowe, waniliowe,  

czekoladowe i truskawkowe.  

Christophe  długo  nie  mógł  zdecydowa

ć

,  wi

ę

c  restauratorka  rozwi

ą

zała  problem,  proponuj

ą

mu po małej kulce.ka

Ŝ

dego.  

- Maj

ą

 pa

ń

stwo uroczego synka - pochwaliła go, kład

ą

c mu r

ę

k

ę

 na ramieniu.  

Jacky ju

Ŝ

 miała sprostowa

ć

Ŝ

e nie jest jego mam

ą

, ale Pierre j

ą

 uprzedził.  

- Miło nam. to słysze

ć

. Jeste

ś

my z niego bardzo dumni - oznajmił.  

Popatrzyła  na  Pierre'a  znad  fili

Ŝ

anki  kawy,  ale  nic  nie  wyczytała  z  zagadkowego  spojrzenia 

jego  ciemnych  oczu.  Wiedziała, 

Ŝ

e  chwila  nie  jest  odpowiednia,  by  pyta

ć

,  dlaczego  nie 

wyprowadził Antoinette z bł

ę

du. Mo

Ŝ

e wolał udawa

ć

Ŝ

e czasem marzenia si

ę

 spełniaj

ą

?  

U

ś

miechn

ę

ła  si

ę

  do  niego,  a  on  odpowiedział  beztroskim  u

ś

miechem,  z  którym  było  mu 

wyj

ą

tkowo do twarzy. Podziwiała jego urod

ę

, czuj

ą

c, jak powoli budzi si

ę

 w niej po

Ŝą

danie. Nie 

miałaby nic przeciwko temu, by zrobili sobie gdzie

ś

 sjest

ę

, u niej czy u niego ...  

Wystarczyło jedno spojrzenie i ju

Ŝ

 wiedziała, 

Ŝ

e Pierre my

ś

li o tym samym.  

--  Tato!  -  Christophe  poci

ą

gn

ą

ł  go  za  r

ę

kaw.  -  Czy  mo

Ŝ

emy  wróci

ć

  na  pla

Ŝę

,  tam,  gdzie 

zbudowali

ś

my zamek? Chciałbym zbudowa

ć

 jeszcze jeden. Pójdziemy?  

- Jasne, 

Ŝ

e tak.  

Musieli sko

ń

czy

ć

 sw

ą

 rozmow

ę

 bez słów, ale pozo stały im gesty. Kiedy Pierre odsuwał jej 

krzesło, czule pogładził jej ramiona, a ona pocałowała go w policzek. - Mam nadziej

ę

Ŝ

e nie 

zachowujemy si

ę

 niestosownie - szepn

ę

ła.  

Otoczył j

ą

 ramieniem.  

-  A  kto  powiedział, 

Ŝ

e  w  restauracji  nie  wolno  okazywa

ć

  czuło

ś

ci?  -  zapytał  i  posłał  jej  tak 

gor

ą

ce spojrzenie, 

Ŝ

e a

Ŝ

 ugi

ę

ły si

ę

 pod ni

ą

 nogi. - Masz jakie

ś

 plany na wieczór?  

- Musz

ę

 zajrze

ć

 do kalendarza.  

- Dlaczego szepczecie? - zainteresował si

ę

 Chris-  

tophe. Zeskoczył z krzesełka i podszedł do nich.  

-  Ustalamy,  co  b

ę

dziemy  robili  po  południu  -  odparł  Pierre.  -  A  teraz  chod

ź

my  na  pla

Ŝę

Zbudujemy ogroIlflle zamczysko.  

- Super! - Uradowany chłopiec wszedł mi

ę

dzy nich i wzi

ą

ł ich za r

ę

ce. - A potem popływamy, 

zagramy w piłk

ę

, pobawimy si

ę

 i ...  

Pod koniec dnia Jacky tryskała rado

ś

ci

ą

. Po wspólnej zabawie na pla

Ŝ

y jej i Pierre'owi udzielił 

si

ę

  doskonały  nastrój  Christophe'a.  Na  my

ś

l, 

Ŝ

e  gdy  cWopiec  za

ś

nie,  b

ę

d

ą

  mieli  wieczór  dla 

siebie,  dostawała  rozkosznej  g

ę

siej  skórki.  Fakt, 

Ŝ

e  musz

ą

  troch

ę

  poczeka

ć

,  tylko  zaostrzył  jej 

apetyt na miło

ść

.  

- Jeste

ś

 taka małomówna - zauwa

Ŝ

ył Pierre. O czym my

ś

lisz?  

Zerkn

ę

ła na Christophe'a, który przekładał kamyki z wiaderka do plastikowej torby.  

- Pó

ź

niej ci powiem - odparła.  

- Chyba si

ę

 domy

ś

lam. - Pierre u

ś

miechn

ą

ł si

ę

- I 

chciałbym. si

ę

 nie myli

ć

.  

Musnął dłonią jej ramię, a ona poczuła się tak, akby przepłynął przez nią prąd.  

Po  powrocie  z  plaŜy  spędziła  duŜo  czasu  z  chłop;em.  Usiadła  z  nim  na  tarasie  i  trochę  mu 

poczytała, 

potem patrzyła, jak maluje nowymi farbami, które iostał od ojca.  

Kiedy skończył, zjedli kolację, na którą Pierre u;maŜył omlet, a ona przygotowała sałatę. Potem sie-

izieli chwilę przy kuchennym stole, pijąc wino.  

- To był dzień pełen wraŜeń - podsumował Pierre, Jpierając się wygodnie o krzesło. - Jesteś śpiący? 

- zapytał Christophe'a, któremu powieki same opaiały.  

- Nie. To znaczy ... trochę. Jacky, połoiysz rnnie ;pać?  

background image

- Oczywiście. Z wielką chęcią.  
- Wobec tego ja sprzątnę po kolacji - oświadczył  

Pierre.  

-  

Minęło sporo czasu, zanim Christophe wreszcie się połoŜył. NajdłuŜej trwała kąpiel, gdyŜ leŜąc w 

wanilie, pokazywał Jacky swoją imponującą kolekcję i":abawek.  

- Masz ich tak duŜo, Ŝe niedługo zabraknie dla ::;iebie miejsca - Ŝartowała.  

- Jak wam idzie? - Pierre wszedł do łazienki, a widząc ich w tak doskonałej komitywie, uśmiechnął 

się i": czułością. - Wszystko w porządku, Jacky?  

Klęczała  na  podłodze  i  wyglądała  na  szczęśliwą·  Policzki  miała  zaróŜowione  i  wilgotne  od 

parującej wody.  

- Tak, wszystko dobrze. - Uśmiechnęła się·  

- Nie jesteś zbyt zmęczona? - zapytał, ale szczególny błysk w jego oku podpowiedział jej, do czego 

naprawdę zmierza.  

- Nigdy nie jestem zbyt zmęczona!  
- Cieszę się. - Wsunął dłoń w jej włosy i musnął  

palcami kark. - Skończyłem juŜ w kuchni, ale widzę, Ŝe nieprędko będziesz wolna.  

- Nie lubię się spieszyć.  
- Słusznie. - Posłał jej pocałunek i wyszedł.  

Spotkali się kilka minut później w pokoju Christophe'a.  
- Narzekał, Ŝe mu gorąco, więc przykryłam go samym prześcieradłem - powiedziała.  
- Dobrze. - Objął ją w pasie i pochylił 'się, by pocałować syna. - Dobranoc, synku. Kocham cię.  
- Dobranoc. Kocham cię, tatusiu. I ciebie teŜ, 

Ja

cky -mruknął sennie.  

- I ja cię kocham, malutki - szepnęła wzruszona. Nie potrafiła opisać, jak wiele znaczą dla niej te 
proste słowa. Poczuła się tak, jakby nagle odzyskała swojego maleńkiego Simona. Jak ona przeŜyje 
dzień, w którym będzie musiała odejść; raz na zawsze zniknąć z ich Ŝycia? Skąd weźmie siłę, by 
zostawić tego kochanego chłopca i tego wspaniałego męŜczyznę?  

Pierre przytulilją do siebie i wyprowadził z dziecięcego pokoju.  
Ledwie zamknął drzwi swojej sypialni, zasypał ją tysiącem wytęsknionych 'pocałunków.  

Noc wciąŜ była młoda 

naleŜała tylko do nich ...  

-  Dlaczego  nie  chcesz  zostać?  -  Pierre  zmruŜył 

oczy  i  próbował  dojrze

ć

,  która  jest  godzina. 

Zaczynało 

ś

wita

ć

. - Mam dzi

ś

 wolny dzie

ń

. Jest za wcze

ś

nie, 

Ŝ

eby ...  

- Musz

ę

 i

ść

 - odparła i szybko zapi

ę

ła bluzk

ę

. Mam dzi

ś

 poranny dy

Ŝ

ur.  

- Zadzwoni

ę

 do szpitala i powiem, 

Ŝ

eby kto

ś

 ci

ę

 zast

ą

pił. Przecie

Ŝ

 nic si

ę

 nie stanie, je

ś

li si

ę

 z 

kim

ś

 zarmemsz.  

W stał z łó

Ŝ

ka i podszedł do niej.  

-  Naprawd

ę

 musz

ę

  i

ść

  -  powtórzyła.  -  Christophe na  pewno  si

ę

  ucieszy, 

Ŝ

e  przez  cały  dzie

ń

 

b

ę

dzie ci

ę

 miał tylko dla siebie.  

Poło

Ŝ

ył dłonie na jej ramionach i z niepokojem spojrzał w oczy.  

- Ale co si

ę

 stało? Sp

ę

dzili

ś

my razem cudowny dzie

ń

. Dlaczego nagle tak si

ę

 spieszysz?  

Spojrzała mu w oczy iod razu wiedziała, 

Ŝ

e to bł

ą

d.  

Ciało zacz

ę

ło buntowa

ć

 si

ę

 przeciw nakazom rozs

ą

dku. Nie, tym razem si

ę

 nie złamie. Przecie

Ŝ

 

podj

ę

ła  decyzj

ę

.  Kiedy  min

ę

ło  miłosne  uniesienie,  w  ogóle  nie  mogła  zasn

ąć

.  Le

Ŝ

ała  obok 

Pierre'a, my

ś

l

ą

c o tym, 

Ŝ

e czuje si

ę

 bezgranicznie szcz

ęś

liwa, lecz, to szcz

ęś

cie jest wyj

ą

tkowo 

kruche i nietrwałe. Co gorsza, zdarzało jej si

ę

 o tym zapomina

ć

. Od czasu do czasu odzywał si

ę

 

w niej instynkt samozachowawczy i podpowiadał, 

Ŝ

e musi si

ę

 ratowa

ć

, bo rozstanie z Pierre' em 

po prostu złamie jej serce.  
Wiedziała, 

Ŝ

e  pr

ę

dzej  czy  pó

ź

niej  ich  drogi  musz

ą

  si

ę

  rozej

ść

,  ale  nie  zamierzała  niczego 

przyspiesza

ć

.  Nadal  chciała  spotyka

ć

  si

ę

  z  Pierre'em,  tyle 

Ŝ

e  byłoby  nierozs

ą

dnie  z  jej  strony 

anga

Ŝ

owa

ć

  si

ę

  w  ten  zwi

ą

zek  bez  reszty.  Dlatego  uznała, 

Ŝ

e  kolejny  dzie

ń

  zabawy  w  rodzin

ę

 

absolutnie nie wchodzi w gr

ę

. Cho

ć

by dlatego, 

Ŝ

e jest to nie fair wobec chłopca. Martwiło j

ą

Ŝ

tak  szybko  si

ę

  do  niej  przywi

ą

zał.  Dr

ę

czyło  pytanie,  czy  pi

ę

cioletnie  dziecko  b

ę

dzie  w  stanie 

zrozumie

ć

Ŝ

e wszystko kiedy

ś

 si

ę

 ko

ń

czy?  

- Martwisz si

ę

 - stwierdził Pierre. - Czy naprawd

ę

 nie mo

Ŝ

emy 

Ŝ

y

ć

 chwil

ą

, nie wybiegaj

ą

c zbyt 

background image

daleko w przyszło

ść

? Jacky, prosz

ę

 ci

ę

 ... Jeszcze nigdy nie czułem si

ę

 tak szcz

ęś

liwy!  

-  Ja  te

Ŝ

  -  szepn

ę

ła.  -  Mimo  to  musz

ę

  wróci

ć

  do  rzeczywisto

ś

ci.  Cho

ć

by  tylko  na  moment.  - 

U

ś

miechn

ę

ła si

ę

 smutno. - Spokojnie, przecie

Ŝ

 jeszcze si

ę

 nie rozstajemy! Po prostu uwa

Ŝ

am, 

Ŝ

sp

ę

dzili

ś

my dostatecznie du

Ŝ

o czasu, bawi

ą

c si

ę

 w ...  

- Rodzin

ę

? - doko

ń

czył za ni

ą

. Skin

ę

ła głow

ą

.  

- Rozumiem. Sam do niedawna uwa

Ŝ

ałem, 

Ŝ

e nie powinni

ś

my anga

Ŝ

owa

ć

 w to Christophe' a. 

Ale có

Ŝ

, stało si

ę

.  

- Owszem. I przyjdzie dzie

ń

, kiedy on b

ę

dzie musiał zrozumie

ć

Ŝ

e ...  

- Jacky, b

ę

dziemy si

ę

 o to martwili w swoim czasie. Razem na pewno znajdziemy rozwi

ą

zanie.  

- Tak my

ś

lisz? - Wzi

ę

ła gł

ę

boki oddech. - Musz

ę

 i

ść

.  

- Skoro tak postanowiła

ś

 - westchn

ą

ł zrezygnowany i pocałował j

ą

 w policzek.  

Odsun

ę

ła  si

ę

  od  niego  i  wyszła.  Rozs

ą

dek  mówił  jej, 

Ŝ

e  post

ę

puje  wła

ś

ciwie,  za  to  serce 

wyrywało si

ę

 do niego i do Christophe'a.  

Posłuchała  głosu  rozs

ą

dku,  wierz

ą

c, 

Ŝ

e  tak  b

ę

dzie  lepiej  dla  nich  w~zystkich. Wydawało  jej  si

ę

 

oczywiste, 

Ŝ

e  im  bardziej  si

ę

  do  siebie  zbli

Ŝą

,  tym  gorzej  znios

ą

  rozstanie.  Ich  sytuacja 

przypominała  bł

ę

dne  koło.  Dlatego  uznała, 

Ŝ

e  musi  zachowa

ć

  minimum  niezale

Ŝ

no

ś

ci  i 

dopóki mo

Ŝ

e, powinna przynajmniej próbowa

ć

 post

ę

powa

ć

 racjonalnie.  

ROZDZIAŁ DZIEWI

Ą

TY  

Przez  nast

ę

pne  tygodnie  trzymała  si

ę

  z  dala  od  Pierre'a.  Poniewa

Ŝ

  spotykali  si

ę

  tylko  w 

szpitalu,  nie  było  okazji,  by  wróci

ć

  do  ostatniej  rozmowy.  Jacky  była  jednak  pewna, 

Ŝ

przemy

ś

lał to, co zostało wtedy powiedziane.  

Sama  starała  si

ę

  ostudzi

ć

  emocje  i  zdystansowa

ć

  wobec  trapi

ą

cych  ich  problemów.  Nie 

mogła  jednak  udawa

ć

Ŝ

e  nie  wyczuwa  napi

ę

cia,  które  pojawiało  si

ę

  mi

ę

dzy  nimi  nawet 

wtedy, gdy tak jak dzi

ś

, pełnili razem dy

Ŝ

ur.  

Wła

ś

nie ogl

ą

dali zdj

ę

cia rentgenowskie złamanej nogi chłopaka, który miał wypadek 

samochodowy.  

-  Brakuje  fragmentów  ko

ś

ci  -  stwierdził  Pierre,  zerkaj

ą

c  na  u

ś

pionego  dwudziestolatka, 

który dzi

ę

ki silnym 

ś

rodkom przeciwbólowym był nie

ś

wiadom tego, co si

ę

 z nim dzieje.  

-  Ko

ś

ci  piszczelowa  i  strzałkowa  s

ą

  powa

Ŝ

nie  uszkodzone.  Widzisz,  tu  i  tu.  -  Wskazała 

miejsca na kliszy.  

-  Na  szcz

ęś

cie  ko

ść

  udowa  jest  cała.  Mam  nadziej

ę

Ŝ

e  uda  si

ę

  uratowa

ć

  cał

ą

  nog

ę

  i 

nawet stop

ę

. Ortopedzi b

ę

d

ą

 go operowa

ć

 jeszcze przed południem.  

-  Mo

Ŝ

e  chcecie  zrobi

ć

  sobie  krótk

ą

  przerw

ę

?  -  zapytała  Marie,  która  wła

ś

nie  weszła  do 

pokoju  zabiegowego.  -  Na·  razie  ,mamy  spokój,  wi

ę

c  trzeba  to  wykorzysta

ć

.  Sama  mog

ę

 

przygotowa

ć

 pacjenta do operacji, bo ortopedzi wła

ś

nie mi powiedzieli, 

Ŝ

e b

ę

d

ą

 zaczyna

ć

 za 

godzin

ę

.  

- Dzi

ę

kujemy, siostro. Ch

ę

tnie skorzystamy z pani uprzejmo

ś

ci - odparł Pierre. - My

ś

lisz, 

Ŝ

e Marie próbuje nas wyswata

ć

? - zapytał 

Ŝ

artobliwym tonem, gdy szli do gabinetu Jacky.  

- W

ą

tpi

ę

 - odpowiedziała ze 

ś

miechem.  

- Czy wiesz, 

Ŝ

e nie słyszałem twojego 

ś

miechu  

od ... - zawiesił głos - od bardzo dawna - doko

ń

czył po

ś

piesznie.  

-  Od  tego  poranka,  gdy  wyszłam  do  ciebie,  cho

ć

  prosiłe

ś

Ŝ

ebym  została?  -  rzekła, 

otwieraj

ą

c drzwi gabinetu.  

Ledwie zostali sami, Pierre od razu przyci

ą

gn

ą

ł j

ą

 do siebie i mocno przytulił.  

Jak za dotk

ń

i

ę

ciem czarodziejskiej ró

Ŝ

d

Ŝ

ki obudziły si

ę

 w niej pragnienia i emocje, które w 

ostatnich  

dniach usiłowała stłumi

ć

.  

-  

- Rzeczywi

ś

cie, długo si

ę

 nie 

ś

miałam ,--- przyznała.  

- Ciesz

ę

 si

ę

Ŝ

e wreszcie pozwoliła

ś

 mi si

ę

 dotkn

ąć

.  

background image

- Przecie

Ŝ

 nawet nie próbowałe

ś

.  

- Dziwisz si

ę

? Zachowywała

ś

 si

ę

 jak Miss Sopel  

Lodu. Bałem si

ę

Ŝ

e co

ś

 sobie odmro

Ŝę

.  

- Miss Sopel Lodu? Ciekawe porównanie. Sk

ą

d ci to przyszło do głowy?  

- Nie wiem. Ale pasowało do ciebie. Była

ś

 strasznie niedost

ę

pna.  

- Tylko udawałam, je

ś

li ju

Ŝ

 musisz wiedzie

ć

 przyznała, mówi

ą

c ze sztuczn

ą

 wyniosło

ś

ci

ą

- Tak my

ś

lałem. Nie potrafisz blefowa

ć

. Ale i tak ci

ę

 kocham - szepn

ą

łjej do ucha.  

Spojrzała na niego, czuj

ą

c nagły skok adrenaliny.  

Jeszcze  nigdy  nie  mówił, 

Ŝ

e  j

ą

  kocha.  Marzyła,  by  to  od  niego  usłysze

ć

,  a  teraz,  gdy 

upragnione słowa wreszcie padły, nie mogła w nie uwierzy

ć

.  

Brzmiało  to  paradoksalnie,  ale  jej  pozorny  chłód  najwyra

ź

niej  podgrzał  temperatur

ę

  jego 

uczu

ć

.  Tyle 

Ŝ

e  Pierre,  wyznaj

ą

c  jej  miło

ść

,  jeszcze  bardziej  skomplikował  ich  sytuacj

ę

.  Po 

pierwsze,  nie  wyobra

Ŝ

ała  sobie 

Ŝ

ycia  w  trójk

ą

cie,  gdzie  miałaby  za  rywalk

ę

  cie

ń

  zmarłej 

Ŝ

ony. Po drugie, nawet gdyby Pierre z czasem zapomniał o Liliane, i tak nie mogła zwi

ą

za

ć

 

si

ę

 z nim na stałe.  

Byłoby  to  z  jej  strony  nieuczciwe,  bo  przecie

Ŝ

  nie  miała  prawa  odbiera

ć

  mu  szansy  na 

posiadanie  dzieci.  Je

ś

li  kiedy

ś

  uda  mu  si

ę

  uwolni

ć

  od  brzemienia  przeszło

ś

ci,  powinien 

uło

Ŝ

y

ć

 sobie 

Ŝ

ycie z kobiet

ą

, z któr

ą

 stworzy prawdziw

ą

 rodzin

ę

.  

- Nie mówiłem ci dot

ą

d, 

Ŝ

e ci

ę

 kocham - szepn

ą

ł - ale w ci

ą

gu ostatnich tygodni, kiedy 

naprawd

ę

 bałem si

ę

Ŝ

e ci

ę

 strac

ę

, dokładnie wszystko przemy

ś

lałem.  

Wstrzymała oddech. - I? - zawiesiła głos.  
- Zastanawiałem si

ę

, dok

ą

d-zmierza nasz zwi

ą

zek. ..  

- Te

Ŝ

 o tym my

ś

lałam - weszła mu w słowo. - Postanowiłam nie wybiega

ć

 zbyt daleko w 

przyszło

ść

. Jest mi z tob

ą

 bardzo dobrze, ale ...  

- Nie kochasz mnie?  
- Oczywi

ś

cie, 

Ŝ

e ci

ę

 kocham! - zawołała i natych- miast zasłoniła dłoni

ą

 usta. 

- Nie chciała

ś

 si

ę

 do tego przyzna

ć

. Dlaczego?  

- Istnieje mnóstwo przeszkód, których nie zdoła-  

my omin

ąć

 - odparła. - Nie  zamierzam odwoływa

ć

 tego, co powiedziałam. Kocham ci

ę

, ale 

nie widz

ę

 mo

Ŝ

liwo

ś

ci, 

Ŝ

eby

ś

my ...  

W tym momencie zadzwonił telefon, wi

ę

c musieli  

przerwa

ć

 rozmow

ę

.  

- Tak, Marie, prosz

ę

 mówi

ć

. Chwil

ę

· słuchala uwa

Ŝ

nie.  

- Wspaniale! - zawołała. - Zaraz tam b

ę

dziemy!  

- Co si

ę

 stało? - zapytał.  

- Pami

ę

tasz tego chłopca, którego przywie

ź

li po  

katastrofie w starej kawiarni na pla

Ŝ

y? Jego mama odzyskała przytomno

ść

. Marie mówi, 

Ŝ

mały bardzo prosi, 

Ŝ

eby

ś

my· do niej przyszli.  

- Wi

ę

c  chod

ź

my!  -  powiedział  Pierre,  puszczaj

ą

c  j

ą

  przodem.  -  Zagl

ą

dałem  do  niej  kilka 

razy, gdy była w 

ś

pi

ą

czce. Neurolodzy nie dawali jej zbyt du

Ŝ

ych  

szans, a jednak cuda si

ę

 zdarzaj

ą

.  

-  

- I całe szcz

ęś

cie - odparła, przyspieszaj

ą

c, by dotrzyma

ć

 mu kroku. - Pami

ę

tasz małego 

Dominica?  

  - Jak-mógłbym go zapomnie

ć

!  

.  

.  

Kiedy weszli do sali, w której le

Ŝ

ała kobieta, jej synek zerwał si

ę

 z krzesła i zawołał 

rado

ś

nie:  

- Popatrzcie na moj

ą

 mam

ę

!  

Kobieta· próbowała unie

ść

 r

ę

k

ę

 i u

ś

miechn

ąć

 si

ę

, ale Pierre natychmiast j

ą

 powstrzymał.  

-  Prosz

ę

  oszcz

ę

dza

ć

  siły  -  polecił.  -  Nie  powinna  pani  wykonywa

ć

  zb

ę

dnych  mchów. 

Koledzy z neurologii zaraz poinformuj

ą

 pani

ą

 o dalszym leczeniu.  

Na ustach kobiety pojawił si

ę

 blady u

ś

miech.  

- Wszyscy byli

ś

cie dla mnie tacy dobrzy - szep n

ę

ła ledwie słyszalnym głosem.- Od pewnego 

czasu  miałam 

ś

wiadomo

ść

Ŝ

e  obok  mnie  s

ą

  ludzie,  ale  nie  mogłam  otworzy

ć

  oczu  ani 

mówi

ć

 ...  

-  Na  pewno  wyzdrowiejesz,  mamusiu  -  o

ś

wiadczył  chłopiec,  całuj

ą

c  j

ą

  w  policzek.  -  Tak 

background image

si

ę

 bałem, 

Ŝ

e ju

Ŝ

 nigdy si

ę

 nie obudzisz!  

Z oczu kobiety popłyn

ę

ły łzy.  

- Nie potrafi

ę

 powiedzie

ć

, jak bardzo si

ę

 ciesz

ę

Ŝ

e jednak si

ę

 obudziłam.  

- Pójdziemy ju

Ŝ

 - odezwał si

ę

 Pierre. - 

ś

ycz

ę

 szybkiego powrotu do zdrowia.  

Chłopiec wyszedł z nimi i odprowadził ich do drzwi  

oddziału.  

- Jak twoja r

ę

ka? - zapytała go Jacky.  

- Widzi pani? Ju

Ŝ

 nie mam gipsu.  

- Tego niebieskiego?  
- A sk

ą

d pani wie?  

- Ode mnie - wtr

ą

cił Pierre. - Mówiłem pani dok-  

tor, 

Ŝ

e masz bardzo fajny gips.  

- Mnie te

Ŝ

 si

ę

 podobał! Nawet go nie wyrzuciłem, tylko powiesiłem na 

ś

cianie w pokoju - 

pochwalił si

ę

 chłopiec. - Lepiej ju

Ŝ

 pójd

ę

. Mama mo

Ŝ

e mnie potrzebowa

ć

. Do widzenia.  

- Kochany dzieciak- zauwa

Ŝ

yła Jacky, gdy wracali do jej gabinetu. - Jak my

ś

lisz, zd

ąŜ

ymy 

wypi

ć

 kaw

ę

?  

- Marie wie, gdzie nas szuka

ć

. Wezwie nas, je

ś

li b

ę

dziemy potrzebni.  

-Gdy kawa była gotowa, Jacky usiadła wygodnie w swoim ulubionym· fotelu.  

- Lato min

ę

ło nie wiadomo kiedy ... - westchn

ę

ła.  

- Ludzie zaczynaj

ą

 wraca

ć

 z urlopów, a ja ... 

- Wła

ś

nie, 

propos wakacji - przypomniał sobie Pierre. - Miałem powiedzie

ć

 ci o tym ju

Ŝ

 w 

zeszłym  tygodniu,  ale  była

ś

  taka  naje

Ŝ

ona, 

Ŝ

e  nie  miałem  odwagi.  Dzwonił  Marcel  i  mówił, 

Ŝ

e jak wróc

ą

 z Bordeaux, chcieliby zaprosi

ć

 nas do siebie na kolacj

ę

· Wracaj

ą

 w pierwszym 

tygodniu wrze

ś

nia.  

- To ju

Ŝ

 w przyszłym tygodniu.  

- Wiem. - U

ś

miechn

ą

ł si

ę

 skonsternowany. - Mia-  

łem  da

ć

  Debbie  odpowied

ź

,  ale  tego  nie  zrobiłem,  wi

ę

c  wczoraj  zadzwoniła  jeszcze  raz  i 

nagrała  wiadomo

ść

.  Nie  mam  poj

ę

cia,  dlaczego  to  takie  wa

Ŝ

ne, 

Ŝ

eby

ś

my  spotkali  si

ę

,  jak 

tylko wróc

ą

·  

Jacky  miała  niejasne  przeczucie, 

Ŝ

e  wie,  sk

ą

d  ten  po

ś

piech.  No  ładnie!  Oby  tylko  nie 

sko

ń

czyło si

ę

 wielk

ą

 awantur

ą

, je

ś

li Marcel zdecyduje si

ę

 powiedzie

ć

 Pierre' owi prawd

ę

 o 

Liliane.  Jacky  miała  nadziej

ę

Ŝ

e  Marcel  nie  zrobi  tego  swojemu  najlepszemu  koledze. 

Westchn

ę

ła  ci

ęŜ

ko,  tkni

ę

ta  riiedobrym  przeczuciem,  i  na  wszelki  wypadek  postanowiła 

spotka

ć

 si

ę

 wcze

ś

niej z Debbie.  

-  Co  si

ę

  stało?  -  Pierre  był  zdezorientowany.  My

ś

lałem, 

Ŝ

e  ucieszysz  si

ę

  ze  spotkania. 

Przecie

Ŝ

 Debbie to twoja przyjaciółka.  

- Ale

Ŝ

 ciesz

ę

 si

ę

! - skłamała gładko. - Sprawdz

ę

 w kalendarzu, kiedy mam wolny wieczór.  

-  Jacky,  daj  spokój.  Przecie

Ŝ

  wiem, 

Ŝ

e  nie  udzielasz  si

ę

  towarzysko.  Powinienem  był 

oddzwoni

ć

  do  Debbie  ju

Ŝ

  wczoraj,  wi

ę

c  nie  chc

ę

  z  tym  dłu

Ŝ

ej  zwleka

ć

.  Pami

ę

tam, 

Ŝ

e  w 

przyszł

ą

 

ś

rod

ę

 nie masz dy

Ŝ

uru. Zgadza si

ę

?  

- Sam wiesz najlepiej. W ko

ń

cu to ty układasz grafik.  

- Dobrze. W takim razie umówi

ę

 nas na 

ś

rod

ę

, tak? Spróbowała si

ę

 u

ś

miechn

ąć

, cho

ć

 

sercu czuła l

ę

k. - W porz

ą

dku, niech b

ę

dzie 

ś

roda - odparła.  

- Jako

ś

 nie słysz

ę

 entuzjazmu w twoim głosie.  

Naprawd

ę

 nie rozumiem, o co ci chodzi. Przecie

Ŝ

 to tylko zwykła kolacja z przyjaciółmi. -  

Je

ś

li Marcel zdecyduje si

ę

 wyjawi

ć

 pewien sekret, ta kolacja z pewno

ś

ci

ą

 nie b

ę

dzie taka 

zwykła, pomy

ś

lała ponuro. Z zamy

ś

lenia wyrwał j

ą

'kolejny telefon. - Tak, Marie? Dobrze, ju

Ŝ

 

idziemy.  

nast

ę

pn

ą

 

ś

rod

ę

  z  samego  rana  zadzwoniła  do  Debbie.  Niestety,  nikt  nie  odbierał 

telefonu,  wi

ę

c  zostawiła  wiadomo

ść

Ŝ

e  wieczorem  przyjdzie  troch

ę

  wcze

ś

niej,  a  Pierre 

doł

ą

czy pó

ź

niej. W pewnym sensie cieszyła si

ę

Ŝ

e nie zastała przyjaciółki i nie musiała jej 

tłumaczy

ć

, sk

ą

d taka zmiapa.  

Gdy  wczesnym  wieczorem  szła  w  stron

ę

  domu Marcela,  rosło  jej  zdenerwowanie. 

ś

eby 

odegna

ć

 czarne my

ś

li, zacz

ę

ła bacznie przygl

ą

da

ć

 si

ę

 otoczeniu.  

background image

Dom  stał  na  pocz

ą

tku  ulicy,  któr

ą

  młodzi  lekarze  ze  szpitala 

Ŝ

artobliwie  nazywali  "alej

ą

 

dyrektorów".  Rzeczywi

ś

cie,  ulokowane  przy  niej  rezydencje  zostały  zbudowane  według 

indywidualnych projektów i prezentowały si

ę

 wyj

ą

tkowo okazale. Agenci od nieru-  

.  chomo

ś

ci  okre

ś

liliby  tak

ą

  lokalizacj

ę

  mianem  "presti

Ŝ

owej"  lub  "ciesz

ą

cej  si

ę

 

zainteresowaniem  wymagaj

ą

cych  klientów".  Pokoje  z  widokiem  na  morze,  du

Ŝ

e  ogrody, 

wszelkie mo

Ŝ

liwe wygody ... Czegó

Ŝ

  

 chcie

ć

 wi

ę

cej?  

_  

Odruchowo spojrzała na dom Pierre' a, ukryty w g

ą

szczu starych drzew. Niepotrzebnie, bo 

od razu zacz

ę

ła 

si

ę

 stresowa

ć

. Gdy wychodziła ze szpitala, zamienili tylko kilka zda

ń

, gdy

Ŝ

 

Pierre był akurat zaj

ę

ty.  

- Chciałabym wyj

ść

 dzi

ś

 troch

ę

 wcze

ś

niej - oznajmiła, wsuwaj

ą

c głow

ę

 do pokoju 

zabiegowego.  

- Nie ma problemu - odparł, nie pytaj

ą

c o powody, dla których nie chce jecha

ć

 razem z nim.  

Zwolniła  kroku  i  po  chwili  stan

ę

ła  przed  domem  Debbie.  A  wi

ę

c  jestem,  pomy

ś

lała  z 

westchnieniem. Wzi

ę

ła kilka gł

ę

bokich uspokajaj

ą

cych oddechów, a potem zacz

ę

ła wchodzi

ć

 po 

szerokich kamiennych  

  schodach.  

~  

Debbie otworzyła jej niemal natychmiast.  
- Cze

ść

. Odebrałam twoj

ą

 wiadomo

ść

 - rzekła na powitanie.  

- Fajnie, 

Ŝ

e ju

Ŝ

 wrócili

ś

cie. Jak si

ę

 udały wakacje?  

- Było cudownie, tylko sama wiesz, jak to jest:  

wsz

ę

dzie  dobrze,  ale  w  domu  najlepiej.  St

ę

skniłam  si

ę

  za  tob

ą

  i  za  Pierre'em  -  mówiła 

przyjaciółka, prowadz

ą

c j

ą

 do salonu. - Co si

ę

 stało, 

Ŝ

e przyszła

ś

 sama? - zapytała, gdy usiadły 

w mi

ę

kkich fotelach.  

- Pomy

ś

lałam, 

Ŝ

e mo

Ŝ

e przydam si

ę

 do pomocy.  

- Ej, nie zmy

ś

laj! Przecie

Ŝ

 wiesz, 

Ŝ

e kiedy mamy  

mie

ć

 go

ś

ci, Fran~oise nie pozwala mi zbli

Ŝ

a

ć

 si

ę

 do . kuchni.- Debbie zawiesiła głos. - Przede 

mn

ą

 nie musisz niczego udawa

ć

. Mów, o co chodzi?  

- Nie domy

ś

lasz si

ę

? - zapytała Jacky, kr

ę

c

ą

c si

ę

 nerwowo.  

- Pewnie, 

Ŝ

e si

ę

 domy

ś

lam, ale chc

ę

 to usłysze

ć

 od ciebie. Dobrze, niech zgadn

ę

 ... Chcesz 

si

ę

 dowiedzie

ć

, czy udało mi si

ę

 wyci

ą

gn

ąć

 z Marcela jakie

ś

 informacje na temat 

Ŝ

ony Pierre'a. 

Mam racj

ę

?  

Jacky skin

ę

ła głow

ą

.  

- I co? Powiedział ci co

ś

? - spytała z nadziej

ą

.  

- Nie, słówka nie pisn

ą

ł.  

- Niemo

Ŝ

liwe! Nie było 

Ŝ

adnych intymnych roz-  

mów przed za

ś

ni

ę

ciem?  

- Były, ale akurat nie o tym. J acky odetchn

ę

ła z ulg

ą

.  

- To dobrze. Ciesz

ę

 si

ę

Ŝ

e temat przestał by

ć

 aktualny.  

Debbie miała dziwn

ą

 min

ę

.  

-  Niezupełnie  -  przyznała  po  chwili.  -  Wspomniałam  Marcelowi, 

Ŝ

e  narzekasz, 

Ŝ

e  musisz 

rywalizowa

ć

  z  mitem  rzekomo  idealnej 

Ŝ

ony,  na  co  on  stwierdził, 

Ŝ

e  ju

Ŝ

  najwy

Ŝ

szy  czas,  aby 

Pierre poznał prawd

ę

. Postanowił... - Urwała, gdy

Ŝ

 Marcel wła

ś

nie wszedł do pokoju.  

- Cze

ść

, kochanie. Witaj, Jacky. Miło ci

ę

 widzie

ć

  

- powiedział, całuj

ą

c j

ą

 w policzek.  

- Daj, potrzymam Thiery'ego. - Jacky wyci

ą

gn

ę

ła  

r

ę

ce, 

Ŝ

eby wzi

ąć

 od niego dziecko. - Oj, czy mi si

ę

 zdaje, czy zaczynaj

ą

 mu wychodzi

ć

 z

ą

bki?  

- Owszem, przez cał

ą

 noc słuchali

ś

my, jak rosn

ą

, prawda, kochanie? - zwróciła si

ę

 Debbie do 

m

ęŜ

a.  

- Niestety. Co za szcz

ęś

cie, 

Ŝ

e zostało mi jeszcze par

ę

 dni urlopu i nie musiałem i

ść

 dzi

ś

 do 

pracy - westchn

ą

ł Marcel, przył

ą

czaj

ą

c si

ę

 do nich. - Gdzie Pierre?  

- Niedługo b

ę

dzie. Przyszłam wcze

ś

niej, 

Ŝ

eby pomóc Debbie, ale widz

ę

Ŝ

e wszystko jest pod 

kontrol

ą

.  

- Je

ś

li chcesz, mo

Ŝ

esz wzi

ąć

 małego na gór

ę

 i pobawi

ć

 si

ę

 troch

ę

 z nim i z Emm

ą

 - podsun

ą

ł. - 

Emma uwielbia bawi

ć

 si

ę

 z Thierym na macie edukacyjnej, ale musi przy tym by

ć

- kto

ś

 z 

background image

dorosłych. Musimy pilnowa

ć

Ŝ

eby z miło

ś

ci nie zrobiła mu niechc

ą

cy krzywdy.  

-  Bardzo  ch

ę

tnie  do  niej  pójd

ę

-powiedziała  Jacky,  wstaj

ą

c.  -  Gdyby

ś

cie  mnie  potrzebowali, 

b

ę

d

ę

 w którym

ś

 z dzieci

ę

cych pokoi - uprzedziła i poszła na gór

ę

.  

Emma rysowała w swoim pokoju. . - O, Jacky! Chcesz zobaczy

ć

 mój rysunek? To jest mały 

Thiery, to ja, a to mama i Marcel.  

Ś

licznie! Słuchaj, mo

Ŝ

e pójdziemy do pokoju Thiery'ego i pobawimy si

ę

 

nim?  

- Super! Uwielbiam si

ę

 z nim bawi

ć

.  

Po  chwili  uło

Ŝ

yły  maluszka  na  mi

ę

kkiej,  kolorowej  macie  i  z  rozbawieniem  obserwowały,  jak 

energicznie kopie nó

Ŝ

kami.  

Siedmioletnia Emma, córka Debbie z poprzedniego zwi

ą

zku, była bardzo gadatliw

ą

 i nad wiek 

rozwini

ę

t

ą

  dziewczynk

ą

.  Korzystaj

ą

c  z  okazji, 

Ŝ

e  ma  w  Jacky  wdzi

ę

czn

ą

  słuchaczk

ę

opowiedziała  jej  o  tyrp,  jak  jej  prawdziwy  tata  odszedł  od  mamy,  kiedy  ona,  Emma,  miała  dwa 
latka.  A  potem  mama  wyszła  za  m

ąŜ

  za  Marcela  i  teraz  onjestjej  prawdziwym  tatusiem.  Jacky 

wiedziała o tym wszystkim od Debbie, ale Emma nie pozwoliła sobie przerwa

ć

.  

-  Marcel  mnie  adoptował,  wiesz?  -  powiedziała  z  dum

ą

,  wyra

ź

nie  napawaj

ą

c  si

ę

  m

ą

drym 

słowem, którego u

Ŝ

yła. - Teraz jestem jego prawdziw

ą

 córk

ą

. Bo mama mówi, 

Ŝ

e mój pierwszy 

tata ju

Ŝ

 do nas nie wróci.  

Po pewnym czasie do pokoju zajrzała Debbie. - Jak wam idzie, dziewcz

ę

ta? - zapytała.  

- Doskonale. Tylko Thiery chyba troch

ę

 si

ę

 zm

ę

czył - odparła Jacky, bior

ą

c chłopczyka na 

r

ę

ce.  

- Bardzo mi pomogły

ś

cie - pochwaliła je Debbie.  

- Nie wiem, jak bym sobie dała rad

ę

 bez mojej du

Ŝ

ej,  

m

ą

drej córeczki. Kochanie, zaraz siadamy do stołu, wi

ę

c przebierz si

ę

 i umyj r

ą

czki - poprosiła.  

- Dobrze, mamusiu. A poradzisz sobie beze mnie?  
- My

ś

l

ę

Ŝ

e tak. Jacky na pewno mi pomo

Ŝ

e - po-  

wiedziała Debbie, bior

ą

c na r

ę

ce Thiery'ego.  

Kiedy Emma wyszła, Jacky nabrała gł

ę

boko powietrza i wyrzuciła z siebie jednym tchem:  

-  Debbie,  musimy  powa

Ŝ

nie  porozmawia

ć

.  Jak  ci  mówiłam,  nie  chc

ę

Ŝ

eby  Pierre  został 

brutalnie  pozbawiony  złudze

ń

.  Nie  mog

ę

  zgodzi

ć

  si

ę

  na  to,  aby  cierpiał.  Dlatego  prosz

ę

  ci

ę

przekonaj Marcela ...  

- Jacky, mój m

ąŜ

 nie jest dzieckiem, wi

ę

c nie mog

ę

 mu niczego zabroni

ć

. Zrobi to, co uwa

Ŝ

za stosowne. I co jego zdaniem jest dobre dla Pierre'a. I dla ciebie.  

- To wszystko nie jest takie proste, jak my

ś

lisz  

- rzekła ze smutkiem. - Je

ś

li Pierre dowie si

ę

 prawdy  

o swojej 

Ŝ

onie, by

ć

 mo

Ŝ

e poczuje si

ę

 wreszcie wolny i b

ę

dzie chciał uło

Ŝ

y

ć

 sobie 

Ŝ

ycie od nowa. 

A ja nie jestem dla niego odpowiedni

ą

 partnerk

ą

. On potrzebuje kobiety, która ...  

- O wilku mowa - przerwała jej Debbie, słysz

ą

c dono

ś

ny gong. - Nakarmi

ę

 teraz Thiery'ego, a 

ty wracaj na dół.  

- Biedny Pierre! - j

ę

kn

ę

ła. - Nie wie, biedak, co go tu dzisiaj czeka.  

Debbie usiadła na niskim fotelu do karmienia, który dostała w prezencie od Jacky. Uwa

Ŝ

ała j

ą

 

za swoj

ą

 najlepsz

ą

 kole

Ŝ

ank

ę

 i było jej przykro, 

Ŝ

e widzi j

ą

 tak zestresowan

ą

 i nieszcz

ęś

liw

ą

.  

- Debbie, mo

Ŝ

e jednak ... - Jacky wci

ąŜ

 stała w drzwiach.  

-  Obiecuj

ę

  ci, 

Ŝ

e  nie  pozwol

ę

Ŝ

eby  Marcel  zepsuł  nam  wszystkim  wieczór.  Poza  tym 

b

ę

dzie  z nami Emma, wi

ę

c przy niej nie b

ę

dzie  poruszał takich tematów. Podejrzewam, 

Ŝ

dopiero po kolacji poprosi Pierre'a na słowo na osobno

ś

ci.  

Jacky zacz

ę

ła schodzi

ć

 na dół. Nie chciała my

ś

le

ć

 o tym, co ich czeka. Zrobiła wszystko, 

co  mogła,  by  nie  dopu

ś

ci

ć

  do  ujawnienia  mrocznych  sekretów  Liliane.  Miała  jeszcze 

nadziej

ę

Ŝ

e  po  kolacji  wszyscy  b

ę

d

ą

  w  tak  doskonałych  humorach, 

Ŝ

e  Marcel  nie  b

ę

dzie 

chciał psu

ć

 nastroju i odło

Ŝ

y rozmow

ę

 na kiedy indziej.  

- Cze

ść

, Jacky! - powitał j

ą

 ciepło Pierre, który stał z Marcelem w holu.  

Pierre  z  podziwem  obserwował  ka

Ŝ

dy  jej  ruch,  gdy  schodziła  na  dół.  Zawsze  wygl

ą

dała 

pi

ę

knie, lecz dzi

ś

 miała na sobie wyj

ą

tkowo kobiec

ą

 sukienk

ę

, która podkre

ś

lała jej zgrabn

ą

 

sylwetk

ę

 i niezwykl

ą

 urod

ę

· Szkoda, 

Ŝ

e tak rzadko ubiera 

ś

i

ę

 w taki sposób, pomy

ś

lał, bior

ą

j

ą

  za  r

ę

k

ę

.  Pocałował  j

ą

  na  powitanie  i  natychmiast  wyczuł, 

Ŝ

e  jest  skr

ę

powana.  Pewnie 

background image

peszy j

ą

 obecno

ść

 Marcela, który pierwszy raz jest 

ś

wiadkiem ich za

Ŝ

yło

ś

ci. Obiecał sobie, 

Ŝ

e gdy tylko zostan

ą

 sami, pomo

Ŝ

e jej si

ę

 odpr

ęŜ

y

ć

.  

- Pierre! Pierre! - Emma zbiegła po schodach i zawisła mu na szyi. - Gdzie Christophe?  
-Został  w  domu.  Pierwszy  dzie

ń

  w  przedszkolu  bardzo  go  zm

ę

czył,  wi

ę

c  chciał  pój

ść

 

wcze

ś

niej spa

ć

 - wyja

ś

nił.  

- No tak, on ma dopiero pi

ęć

 lat - stwierdziła Emma wyrozumiale. 

- Zapraszam na drinka! - zawołał Marcel i ruszył do salonu.  
Jacky ucieszyła si

ę

Ŝ

e Emma b

ę

dzie jadła z dorosłymi. Marcel musi poczeka

ć

 ze swoimi 

rewelacjami.  

- Kolacja była pyszna, Fran90ise. Istne mistrzostwo 

ś

wiata, zwłaszcza zapiekane mi

ę

so i 

flan owocowy. - Jacky, która pomagała Debbie sprz

ą

tn

ąć

 ze stołu, nie mogła hachwali

ć

 si

ę

 

gosposi.  

-  Tak,  Fran90ise  to  prawdziwy  skarb  -  potakn

ę

ła  Debbie.  -  Mo

Ŝ

e  napije  si

ę

  pani  z  nami 

kawy na tarasie? - zapytała.  

- O nie, dzi

ę

kuj

ę

. - Gosposia energicznie pokr

ę

ciła głow

ą

. - Nie mogłabym potem spa

ć

Zrobi

ę

 sobie gor

ą

cej czekolady i pójd

ę

 do siebie ogl

ą

da

ć

 telewizj

ę

. - Ja te

Ŝ

 chc

ę

 czekolad

ę

- zawołała Emma. - Mog

ę

 poogl

ą

da

ć

 telewizj

ę

 z Fntn90ise?  

-  Kochanie,  jutro  idziesz  do  szkoły,  musisz  rano  wsta

ć

  -  przypomniała  Debbie.  -  Lepiej 

b

ę

dzie, je

ś

li wypijesz czekolad

ę

 w swoim pokoju, a potem umyjesz si

ę

 i poło

Ŝ

ysz spa

ć

.  

-  Je

ś

li  chcesz,  pójd

ę

  z  tob

ą

  na  gór

ę

  -  zaproponowała  Jacky.  Przeczuwała, 

Ŝ

e  Marcel 

niebawem wyjawi swoje sensacje i nie chciała by

ć

 tego 

ś

wiadkiem.  

- O, jak fajnie! - Emma z entuzjazmem złapała j

ą

 za r

ę

k

ę

. - Ju

Ŝ

 nie chc

ę

 czekolady. Jacky, 

poczytasz mi ksi

ąŜ

k

ę

?  

- A mo

Ŝ

e to ty mi poczytasz? Słyszałam, 

Ŝ

ś

wietnie ci idzie.  

- Dobrze - zgodziła si

ę

 dziewczynka i poci

ą

gn

ę

ła j

ą

 w stron

ę

 schodów. - Uwielbiam czyta

ć

I mam nowe ksi

ąŜ

ki.  

- Tylko nie m

ę

cz Jacky za długo! - napomniała j

ą

 Debbie.  

- Nie b

ę

d

ę

, mamusiu. Obiecuj

ę

·  

.  -  Przecie

Ŝ

  wiesz, 

Ŝ

e  Emma  nigdy  mnie  nie  m

ę

czy  -  powiedziała  Jacky,  przechylaj

ą

c  si

ę

 

przez por

ę

cz.  

- Lubi

ę

 sp

ę

dza

ć

 z ni

ą

 czas.  

- Wiem - odparła Debbie. - Tylko 

Ŝ

e dzi

ś

 ... Pierre  

mo

Ŝ

e ci

ę

 potrzebowa

ć

!  

- 'Oby nie - westchn

ę

ła. - Zaraz wróc

ę

.  

Pomogła Emmie umy

ć

 si

ę

, a potem wybrała bajk

ę

, któr

ą

 dziewczynka przeczytała jej z 

wielkim zapałem. - Pi

ę

knie czytasz! - pochwaliła j

ą

·  

- Dzi

ę

kuj

ę

 - odparła Emma, ziewaj

ą

c. - Poczyta-  

łabym ci jeszcze, ale bardzo chce mi si

ę

 spa

ć

. Dobranoc, Jacky!  

- Słodkich snów, kochanie. - Pogłaskała j

ą

 po buzi i wyszła z pokoju. Przed pój

ś

ciem na 

dół zajrzała jeszcze do łazienki i przejrzała si

ę

 w lustrze. Szybko poprawiła włosy, cho

ć

 i tak 

pewnie nikt by nie zauwa

Ŝ

ył, 

Ŝ

e jest troch

ę

 potargana. - No to do boju! - mrukn

ę

ła, zaciskaj

ą

dło

ń

 na por

ę

czy schodów.  

Zanim zrobiła pierwszy krok, chwil

ę

 stała i w skupieniu nasłuchiwała. Cisza. Pewnie wyszli 

na taras, pocieszyła si

ę

, ale ze zdenerwowania a

Ŝ

 jej zaschło w gardle.  

ROZDZIAŁ DZIESI

Ą

TY  

Na dole panowała nienaturaIna cisza. Aha, zdaje si

ę

Ŝ

e bomba wybuchła, domy

ś

liła si

ę

 

Jacky, bezbł

ę

dnie wyczuwaj

ą

c napi

ę

t

ą

 atmosfer

ę

.  

background image

Marcel  i  Debbie  siedzieli  na  tarasie,  ale  miny  mieli  grobowe  i  w  ogóle  si

ę

  do  siebie  nie 

odzywali. Gdy do nich podeszła, rzucili jej spłoszone spojrzenia.  

- Gdzie Pierre? - Rozejrzała si

ę

 niespokojnie.  

- Gdzie

ś

 w ogrodzie - odparła Debbie.  

Zbli

Ŝ

yła  si

ę

  do  kraw

ę

dzi  tarasu  i  zacz

ę

ła  wpatrywa

ć

  si

ę

  w  mrok  rozja

ś

niony  nikłym 

ś

wiatłem  ogrodowych  lamp.  Dopiero  po  chwili  dostrzegła  jego  sylwetk

ę

.  Stał  przy  ko

ń

cu 

ś

cie

Ŝ

ki, nieruchomy jak pos

ą

g. Nie wiedziała, czy do niego podej

ść

, czy raczej zostawi

ć

 go w 

spokoju. Ostatecznie doszła do wniosku, 

Ŝ

e w tej chwili powinien by

ć

 sam.  

- Zrobi

ę

 ci kaw

ę

 - zaproponował jej Marcel.  

- Dzi

ę

kuj

ę

·  

Kiedy wszedł do 

ś

rodka, przysiadła si

ę

 do Debbie. - Jak poszło? - zapytała cicho.  

- Sama nie wiem. Pierre prawie nic nie mówił, ale  

wida

ć

 było, 

Ŝ

e ta wiadomo

ść

 nim wstrz

ą

sn

ę

ła. - Co mu powiedział Marcel?  

Debbie zawahała si

ę

.  

- Chyba wszystko, co wiedział o romansie Liliane.  

A

Ŝ

 przykro było słucha

ć

. Tylko nie pytaj mnie o szcze góły. Najlepiej je

ś

li Pierre sam ci powie 

tyle, ile uzna za stosowne. My

ś

l

ę

Ŝ

e ... jeste

ś

 mu teraz bardzo potrzebna. Nie zostawiaj go 

samego z tym balastem.  

Jacky chciała co

ś

 powiedzie

ć

, ale nie zd

ąŜ

yła.  

- Na nas ju

Ŝ

 czas - stwierdził Pierre, wchodz

ą

c na taras. - Dzi

ę

kujemy za kolacj

ę

.  

- Naprawd

ę

 musicie ju

Ŝ

 i

ść

? Marcel zaraz przyniesie kaw

ę

. Zosta

ń

cie jeszcze - prosiła 

Debbie.  

- Dzi

ę

kujemy, ale lepiej b

ę

dzie, jak ju

Ŝ

 pójdziemy  

- odparła Jacky, całuj

ą

c j

ą

 w policzek.  

- Nie napijecie si

ę

 kawy? - zapytał Marcel, z któ-  

rym min

ę

li si

ę

 w drzwiach. - Pierre, posłuchaj, usi

ą

d

ź

my i spokojnie porozmawiajmy ...  

- Dzi

ę

ki, stary, ale w tej chwili chc

ę

 zosta

ć

 sam  

- odparł Pierre. - Kiedy

ś

 pewnie b

ę

d

ę

 ci wdzi

ę

czny za  

to, co dla mnie zrobiłe

ś

, ale na razie ... Co tu du

Ŝ

o gada

ć

, jestem w szoku! - Zawahał si

ę

. - 

Nie  powiem, 

Ŝ

e  twoje  rewelacje  były  dla  mnie  całkowitym  zaskoczeniem.  Miałem  pewne 

podejrzenia, ale nie 'spodziewałem si

ę

 po Liliane a

Ŝ

 tylu kłamstw.  

Urwał, zbyt wzburzony, by mówi

ć

 dalej. Jacky 

ś

cisn

ę

ła go lekko za rami

ę

.  

- Wracajmy do domu, Pierre.  

W samochodzie uzmysłowiła sobie, 

Ŝ

e nawet nie wie, do czyjego domu maj

ą

 jecha

ć

.  

- Mo

Ŝ

e wst

ą

pisz do mnie na kaw

ę

? - zaproponowała, patrz

ą

c na jego pos

ę

pn

ą

 twarz.  

Na sekund

ę

 oderwał wzrok od drogi i spojrzał na ni

ą

. Dopiero gdy w 

ś

wietle ulicznych 

latami zobaczyła jego twarz, dotarło do niej, jak bardzo jest przybity.  

- Zastanawiasz si

ę

 pewnie, co si

ę

 stało. Zaraz ci  

o wszystkim opowiem - obiecał. - Nie musisz.  

- Ale chc

ę

.  

Objechali  rondo  i  skr

ę

cili  w  drog

ę

  biegn

ą

c

ą

  wzdłu

Ŝ

  morza.  Widzieli  jego  czarn

ą

  to

ń

 

srebrz

ą

c

ą

 si

ę

 w 

ś

wietle ksi

ęŜ

yca.  

- Mo

Ŝ

e chciałby

ś

 przej

ść

 si

ę

 po pla

Ŝ

y? Zerkn

ą

ł w tamtym kierunku.  

- Dobry pomysł. Morze jest dzi

ś

 takie spokojne. Zjechali na parking, a potem wzi

ę

li si

ę

 za 

r

ę

ce  

i ruszyli w

ą

sk

ą

 

ś

cie

Ŝ

k

ą

 w stron

ę

 wydm. Nie rozmawiali ze sob

ą

. Pierre był mocno zamy

ś

lony, 

a ona nie chciała mu przeszkadza

ć

. Wolała, by sam zacz

ą

ł mówi

ć

.  

W bladej ksi

ęŜ

ycowej po

ś

wiacie pusta pla

Ŝ

a wydawała si

ę

 jeszcze bielsza ni

Ŝ

 w dzie

ń

. W 

innej  sytuacji  uznałaby  tak

ą

  sceneri

ę

  za  wyj

ą

tkowo  romantyczn

ą

,  dzi

ś

  jednak  nie  była  w 

nastroju do kontemplowania pi

ę

kna ksi

ęŜ

ycowej nocy. Za bardzo martwiła si

ę

 o Pierre'a.  

Usiedli na skałach nad samym brzegiem i przez chwil

ę

 trwali w.milczeniu. Nie pytała o nic. 

Cierpliwie czekała, a

Ŝ

 poczuje si

ę

 gotowy do zwierze

ń

.  

- Jak si

ę

 zapewne domy

ś

lasz, Marcel wyjawił mi pewne fakty z 

Ŝ

ycia mojej 

Ŝ

ony, o których 

background image

jego  zdaniem  powinienem  wiedzie

ć

.  -  Si

ę

gn

ą

ł  po kamie

ń

  i  z  całej  siły  cisn

ą

ł  nim:  w  morze, 

próbuj

ą

c rozładowa

ć

 napI

ę

CIe.  

Spojrzał na ni

ą

, a ona zauwa

Ŝ

yła, 

Ŝ

e z jego twarzy znikn

ą

ł wyraz udr

ę

ki. Znów był- tym 

silnym, zdecydowanym m

ęŜ

czyzn

ą

, którego znała.  

-  W  czasie  naszego  pobytu  w  Australii  Liliane  wpadła  w  depresj

ę

  -  ci

ą

gn

ą

ł  po  chwili.  - 

Zrezygnowała z pracy w szpitalu, bo twierdziła, 

Ŝ

e j

ą

 to m

ę

czy. Prosiła, 

Ŝ

eby

ś

my wrócili do 

Pary

Ŝ

a,  bo  ma  do

ść

 

Ŝ

ycia  na  obczy

ź

nie  i  bardzo  t

ę

skni  za  domem.  Zgodziłem  si

ę

,  gdy

Ŝ

 

byłem  pewny, 

Ŝ

e  ze  swoimi  kwalifikacjami  bez  trudu  znajd

ę

  dobr

ą

  prac

ę

.  Wrócili

ś

my  - 

westchn

ą

ł - ale depresja mojej 

Ŝ

ony nie min

ę

ła.  

- Domy

ś

lałe

ś

 si

ę

, co j

ą

 wywołało?  

- Nie - rzucił sucho. - Dopiero dzi

ś

, dzi

ę

ki Mar-  

celowi, zorientowałem si

ę

, o co naprawd

ę

 chodziło. Podobno po naszym powrocie do Francji 

jeden z kolegów lekarzy przyznał mu si

ę

Ŝ

e miał romans z Liliane.  

- Niczego nie podejrzewałe

ś

?  

- Wtedy jeszcze nie - przyznał. - Dopiero potem  

co

ś

 mnie tkn

ę

ło. Według informacji Marcela Liliane zaszła w ci

ąŜę

 z tym lekarzem.  

- Nie! To okropne .  
. Pierre zni

Ŝ

ył głos do przejmuj

ą

cego szeptu:  

- Zdecydowała si

ę

 usun

ąć

 ci

ąŜę

 i zrobiła to po kryjomu w małej prywatnej klinice z dala od 

Sydney.  Nie  chciała, 

Ŝ

eby  dowiedział  si

ę

  o  tym  kto

ś

  z  naszego  szpitala.  Marcel  podał  mi 

daty, które niestety pokrywaj

ą

 si

ę

 z terminami urlopów Liliane.  

- Sk

ą

d wiedziała, 

Ŝ

e to nie twoje dziecko? Nie odpowiedział od razu.  

-  Nasze  mał

Ŝ

e

ń

stwo  przechodziło  wtedy  powa

Ŝ

ny  kryzys.  Przestali

ś

my  ze  sob

ą

  sypia

ć

Chciałem nawet zaproponowa

ć

Ŝ

eby

ś

my si

ę

 rozstali, ale wła

ś

nie wtedy wpadła w depresj

ę

Wiedziałem, 

Ŝ

e nie poradzi sobie beze mnie. Nie mogłem jej tak zostawi

ć

.  

- Zawsze my

ś

lałam, 

Ŝ

e byli

ś

cie szcz

ęś

liwi!  

Westchn

ą

ł ci

ęŜ

ko.  

- Byli

ś

my, dopóki nie wdała si

ę

 w ten romans.  

Marcel mówił, 

Ŝ

e nasz "przyjaciel" zostawił j

ą

 wkrótce po tym, jak zrobiła zabieg.  

Jacky wzi

ę

ła gar

ść

 piasku i obserwowała, jak wysypuje si

ę

 z jej zaci

ś

ni

ę

tej dłoni i rozbija o 

głaz, na którym siedziała. Piach był zimny i wilgotny. Lato si

ę

 ko

ń

czy, pomy

ś

lała, czuj

ą

c, 

Ŝ

ę

boki smutek Pierre'a przenika wprost do jej duszy.  

-My

ś

lisz, 

Ŝ

e wpadła w depresj

ę

, bo rzucił j

ą

 kochanek? - zapytała po chwili.  

- Nie wiem. Pewnie tak. Po powrocie do Pary

Ŝ

a poszła do psychiatry, ale ten uznał, 

Ŝ

e nic 

jej nie dolega. Zasugerował, 

Ŝ

e problem bierze si

ę

 z nadmiaru wolnego czasu i zapytał, czy 

my

ś

lała o powi

ę

kszeniu rodziny.  

Jacky słuchała go w napi

ę

ciu.  

- Doskonale pami

ę

tam dzie

ń

, gdy po której

ś

 z wizyt zapytała, co ja na to, 

Ŝ

eby

ś

my zacz

ę

li 

stara

ć

 si

ę

 o dziecko. Uprzedziła jednak, 

Ŝ

e nie widzi siebie w roli matki.  

- Wi

ę

c to jednak nie ty pierwszy zacz

ą

łe

ś

 mówi

ć

 o dziecku?  

- Nie, ale od razu zapaliłem si

ę

 do tego pomysłu.  

Nie kryłem, 

Ŝ

e zawsze chciałem zosta

ć

 ojcem. - Ale nie naciskałe

ś

 na ni

ą

?  

- Nie. Podejrzewam natomiast, 

Ŝ

e gdybym si

ę

 nie  

zgodził,  nie  upierałaby  si

ę

  przy  swoim.  Miała  ambiwalentny  stosunek  do  macierzy

ń

stwa. 

Jestem pewny, 

Ŝ

e przekonał j

ą

 mój entuzjazm.  

Chwyciła go mocno za ramiona.  

- Nie mo

Ŝ

esz bra

ć

 na siebie odpowiedzialno

ś

ci za 

to, 

CO 

si

ę

 stało - powiedziała z moc

ą

. - To 

nie twoja wina, 

Ŝ

e Liliane zmarła w czasie porodu.  

- To straszne, ale przestałem czu

ć

 si

ę

 winny. Po tym, co usłyszałem dzi

ś

 od Marcela, jestem 

przera

Ŝ

ony, bo ...  

Urwał  i  na  długo  zapatrzył  si

ę

  w  morze.  O  tym,  jak  bardzo  jest  wzburzony, 

ś

wiadczyły 

nerwowe ruchy dłoni, które bezwiednie splatał i rozplatał.  

-  Kiedy  o  tym  wszystkim  my

ś

l

ę

  ...  Marcel  dowiedział  si

ę

Ŝ

e  klinika,  w  której  Liliane  usun

ę

ła 

ci

ąŜę

, została wkrótce potem zamkni

ę

ta. Podobno personel nie miał odpowiednich kwalifIkacji do 

background image

przeprowadzania  takich  zabiegów.  Kiedy  po  jej 

ś

mierci  przegl

ą

dałem  wyniki  sekcji  zwłok, 

uderzyło mnie stwierdzenie, 

Ŝ

e przyczyn

ą

 

ś

mierci był krwotok spowodowany p

ę

kni

ę

ciem macicy, 

która  została  powa

Ŝ

nie  uszkodzona  podczas  poprzedniego  porodu  lub  zabiegu  przerywania 

ci

ąŜ

y.  

- Nie kwestionowałe

ś

 tych wyników?  

- Oczywi

ś

cie, 

Ŝ

e kwestionowałem. Patolog stano-  

wczo  podtrzymał  swoj

ą

  opini

ę

,  uznałem  wi

ę

c, 

Ŝ

e  Liliane  musiała  przerwa

ć

  ci

ąŜę

,  zanim  si

ę

 

poznali

ś

my.  Nie  byłem  zachwycony  tym  odkryciem,  ale  postanowiłemjak  najszybciej  o  tym 

zapomnie

ć

.  Tłumaczyłem  sobie, 

Ŝ

e  kiedy  zdecydowała  si

ę

  na  aborcj

ę

,  nie  byli

ś

my  jeszcze 

mał

Ŝ

e

ń

stwem.  Dopiero  Marcel  otworzył  mi  dzi

ś

  oczy.  Chciał  mi  o  wszystkim  powiedzie

ć

  du

Ŝ

wcze

ś

niej,  jak  tylko  dowiedział  si

ę

  o 

ś

mierci  Liliane.  Doszedł  jednak  do  wniosku, 

Ŝ

e  akurat  w 

tamtym momencie wyjawianie prawdy w niczym by nie pomogło.  

- Tak długo 

Ŝ

yłe

ś

 w nie

ś

wiadomo

ś

ci. Powiedz, co teraz czujesz? - zapytała łagodnie.  

Nic - wyznał cicho: - Dzi

ę

kuj

ę

Ŝ

e mnie wy~ słuchała

ś

. To, 

Ŝ

e tu ze mn

ą

 jeste

ś

 ... - Nie mógł 

dalej mówi

ć

. - Odwioz

ę

 ci

ę

 do domu - rzekł po chwili.  

Wstali wi

ę

c i powolnym krokiem wrócili do samochodu. Gdy dojechali na miejsce, pomógł jej 

wysi

ąść

, a potem 

ś

cisn

ą

ł jej dłonie i powiedział:  

-  Nie  b

ę

d

ę

  wchodził  na  gór

ę

tak  nie  miałaby

ś

  dzi

ś

  ze  mnie 

Ŝ

adnego  po

Ŝ

ytku.  Prze

Ŝ

yłem 

spory szok i po prostu chc

ę

 by

ć

 sam.  

- Rozumiem.  
Pocałował  j

ą

  lekko  w  usta,  ale  dla  niej  ten  pocałunek  trwał  o  wiele  za  krótko.  Gdy  Pierre 

odsun

ą

ł si

ę

, poczuła si

ę

 tak, jakby straciła go na zawsze.  

Wzi

ą

ł od niej klucze i otworzył drzwi, wi

ę

c przez moment łudziła si

ę

Ŝ

e zmienił zdanie i mimo 

wszystko wejdzie. Jednak on wrócił do samochodu.  

Szła na gór

ę

 z ci

ęŜ

kim sercem, pocieszaj

ą

c si

ę

Ŝ

e jutro znów si

ę

 zobacz

ą

. Rozumiała, 

Ŝ

e w 

tej chwili nie mo

Ŝ

e mu si

ę

 narzuca

ć

. Musi uszanowa

ć

 jego 

Ŝ

ałob

ę

 po straconych złudzeniach.  

Podczas  dni,  które  nast

ą

piły  po  pami

ę

tnym  wyznaniu  Marcela,  Pierre  funkcjonował  w  pracy 

nad  wyraz  sprawnie.  Mimo  osobistego  dramatu,  zawodowo  osi

ą

gał  wy

Ŝ

yny  swych  mo

Ŝ

liwo

ś

ci, 

czym wprawiał Jacky w niemałe zdumienie. Nikt, kto widział go w akcji, nie uwierzyłby, 

Ŝ

e kilka 

dni temu zawalił mu si

ę

 

ś

wiat.  

Jacky  nie  próbowała  umawia

ć

  si

ę

  z  nim,  czekaj

ą

c,  a

Ŝ

  sam  wyst

ą

pi  z  t

ą

  propozycj

ą

.  On  jednak 

milczał.  Był  jak  zawsze  uprzejmy  i  czaruj

ą

cy,  ale wyra

ź

nie  zachowywał  dystans.  Gdy  zostawali 

na  chwil

ę

  sami,  sprawiał  wra

Ŝ

enie  nieobecnego  duchem.  Cz

ę

sto  miała  ochot

ę

  zbli

Ŝ

y

ć

  si

ę

  do 

niego, przytuli

ć

, zapewni

ć

Ŝ

e gdyby chciał porozmawia

ć

, ona zawsze ch

ę

tnie go wysłucha. Nie 

zrobiła tego jednak.  

Półtora  tygodnia  pó

ź

niej  Pierre  wyjechał  na  kilkudniow

ą

  konferencj

ę

  medyczn

ą

.  Nie  dzwonił 

do  niej,  ona  te

Ŝ

  si

ę

  z  nim  nie  kontaktowała.  Czuła  wokół  siebie  straszliw

ą

  pustk

ę

,  której  nie 

umiała niczym wypełni

ć

. Intensywna praca była jedynym lekarstwem na t

ę

sknot

ę

 i samotno

ść

, a 

tak

Ŝ

e obaw

ę

Ŝ

e ich romans nale

Ŝ

y ju

Ŝ

 do przeszło

ś

ci.  

Czasem gór

ę

 brał jej wrodzony optymizm. Pocieszała si

ę

 wtedy, 

Ŝ

e wyjazd i zmiana otoczenia 

dobrze  mu  zrobi

ą

.  Liczyła  na  to, 

Ŝ

e  Pierre  odzyska  sił

ę

  ducha  i  wróci  do  niej  podbudowany 

wewn

ę

trznie. I znów b

ę

dzie takim człowiekiem, jakiego pokochała.  

Siedziała  przy  biurku  w  swoim  gabinecie  i  sporz

ą

dzała  dzienny  raport.  Gdy  wpisała  do 

komI)Utera aktualn

ą

 dat

ę

, uzmysłowiła sobie, 

Ŝ

e nazajutrz ko

ń

czy si

ę

 konferencja. Pierre wróci 

do St. Martin przed weekendem. Ciekawe, czy si

ę

 spotkamy? - pomy

ś

lała. 

I, 

co wa

Ŝ

niejsze, czy 

uporał si

ę

 ze swoimi problemami ...  

- Prosz

ę

! - zawołała, gdy rozległo si

ę

 pukanie. Usłyszała, 

Ŝ

e kto

ś

 wszedł, ale nie przerwała 

pracy.  

Wpatrzona w ekran, opisywała obra

Ŝ

enia, których doznał jej ostatni pacjent.  

- Jeszcze pracujesz?! Ju

Ŝ

 dawno miało ci

ę

 tu nie  

 '  

\  

yc.  
- Pierre!  

background image

Spojrzała na niego i od razu poczuła ogromn

ą

 ulg

ę

Znów si

ę

 u

ś

miechał, wi

ę

c najgorsze miał ju

Ŝ

 chyba za sob

ą

·  

- My

ś

lałam, 

Ŝ

e wrócisz dopiero na weekend.  

- Główna cz

ęść

 konferencji sko

ń

czyła si

ę

 w porze  

lunchu. Potem były ju

Ŝ

 tylko spotkania towarzyskie i rozmowy. A poniewa

Ŝ

 ja miałem na głowie o 

wiele wa

Ŝ

niejsze sprawy, od razu wsiadłem w samochód i wróciłem do domu.  

Poci

ą

gn

ą

ł j

ą

 ku sobie, a potem podniósł do góry  

i zacz

ą

ł si

ę

 z ni

ą

 kr

ę

ci

ć

 w miejscu.  

- Pierre, czy ty co

ś

 piłe

ś

? Roze

ś

miany, postawił j

ą

 na ziemi.  

- Ani kropli. Przecie

Ŝ

 mówi

ę

Ŝ

e wła

ś

nie przyjechałem z Pary

Ŝ

a - powtórzył. - Ale czuj

ę

 si

ę

 tak, 

jakbym  był  pijany.  Ze  szcz

ęś

cia.  Przepraszam, 

Ŝ

e  nie  dzwoniłem,  ale  potrzebowałem  czasu, 

Ŝ

eby pogodzi

ć

 si

ę

 z trudn

ą

 prawd

ą

 o swoim mał

Ŝ

e

ń

stwie.  

Znów spowa

Ŝ

niał.  

-  Kiedy  byłem  teraz  w  Pary

Ŝ

u,  poszedłem  do  mieszkania,  które  wynajmowali

ś

my  z  Liliane. 

Zadzwoniłem z dołu domofonem, przedstawiłem si

ę

 i powiedziałem, 

Ŝ

e kiedy

ś

 tu mieszkałem i 

Ŝ

je

ś

li  to  mo

Ŝ

liwe,  chciałbym  odwiedzi

ć

  stare  k

ą

ty.  O  dziwo,  młody  m

ęŜ

czyzna,  z  którym 

rozmawiałem,  zaprosił  mnie  na  gór

ę

.  Okazało  si

ę

Ŝ

e  mieszka  tam  ze  swoj

ą

  dziewczyn

ą

Obydwoje  byli  bardzo  sympatyczni,  zaproponowali  mi  co

ś

  do  picia,  ale  podzi

ę

kowałem. 

Powiedziałem im, 

Ŝ

e chc

ę

 tylko powspomina

ć

 przeszło

ść

.  

- Bardzo prze

Ŝ

yłe

ś

 t

ę

 wizyt

ę

?  

- Nowi lokatorzy zupełnie zmienili wystrój wn

ę

trz.  

Pokój  dzienny  w  niczym  nie  przypominał  naszego  pokoju.  Rozejrzałem  si

ę

  wokół  i  nagle 

poczułem, 

Ŝ

ogarnia  mnie  bezgraniczny  spokój  i  dziwna  rado

ść

.  Od  bardzo  dawna  nie 

do

ś

wiadczałem  tak  pozytywnych  uczu

ć

.  Kiedy  w  ko

ń

cu  stamt

ą

d  wyszedłem,  miałem 

pewno

ść

Ŝ

e  po

Ŝ

egnałem  si

ę

  z  przeszło

ś

ci

ą

.  Razem  z  ni

ą

  znikły  l

ę

ki,  które  mnie 

prze

ś

ladowały.  

Odetchn

ą

ł z ulg

ą

, jak kto

ś

, kto pozbył si

ę

 ogromnego ci

ęŜ

aru.  

- Moje mał

Ŝ

e

ń

stwo to ju

Ŝ

 zamkni

ę

ty rozdział. Czuj

ę

 si

ę

 wolny, chc

ę

 zacz

ąć

 normalnie 

Ŝ

y

ć

Chc

ę

Ŝ

eby

ś

my ju

Ŝ

 zawsze byli razem.  

Umilkł  i  spojrzał  jej  w  oczy.  Nigdy  dot

ą

d  nie  widziała  go  w  takiej  euforii.  Miał  w  sobie 

rado

ść

 człowieka, który wreszcie pogodził si

ę

 z samym sob

ą

·  

-  Chod

ź

my  gdzie

ś

  wieczorem  -  zaproponował.  Chc

ę

  z  tob

ą

 

ś

wi

ę

towa

ć

  odzyskan

ą

 

wolno

ść

. Pomy

ś

l tylko, koniec z wyrzutami sumienia! Koniec z rozdrapywaniem starych ran. 

Nareszcie  mo

Ŝ

emy  by

ć

  razem.  Musimy  wszystko  omówi

ć

,  podj

ąć

  jakie

ś

  decyzje.  Bardzo 

bym chciał, 

Ŝ

eby to był niezapomniany wieczór. Najpi

ę

kniejszy, jaki dot

ą

d nam si

ę

 zdarzył...  

- Tak si

ę

 ciesz

ę

Ŝ

e wróciła ci ch

ęć

 do 

Ŝ

ycia! Obj

ę

ła go za szyj

ę

, a on przytulił j

ą

 mocno i 

zacz

ą

ł całowa

ć

. Zamkn

ę

ła oczy i poddała si

ę

 miłosnej magii, ale jej szcz

ęś

cie nie trwało 

długo. Cho

ć

 w ramionach Pierre'a zapominała o bo

Ŝ

ym 

ś

wiecie, to jednak z tyłu głowy 

kołatała si

ę

 my

ś

l, 

Ŝ

e przecie

Ŝ

 takie szcz

ęś

cie, o jakim mówił, jest dla niej nieosi

ą

galne. Co 

prawda nie musi ju

Ŝ

 zmaga

ć

 si

ę

 z mitem idealnej 

Ŝ

ony, ale nie ma prawa my

ś

le

ć

 o stałym 

zwi

ą

zku. I nie wolno jej udawa

ć

Ŝ

e jest inaczej.  

- Rozmawiałem ju

Ŝ

 z Christophe' em i N adine mówił tymczasem Pierre. - Zgodzili si

ę

 da

ć

 mi 

wolny wieczór, wi

ę

c zarezerwowałem dla nas stolik w wyj

ą

tkowym miejscu. Pojedziemy tam 

taksówk

ą

Ŝ

eby

ś

my mogli napi

ć

 si

ę

 szampana ...  

Urwał i przyjrzał jej si

ę

 badawczo.  

- Dlaczego nic nie mówisz? Czy wszystko jest w porz

ą

dku?  

Trudno było pozosta

ć

 oboj

ę

tn

ą

 wobec jego entuzjazmu, ale l

ę

k zabił  w niej cał

ą

 rado

ść

Pierre  chce,  by  ten  wieczór  był  wyj

ą

tkowy,  tymczasem  ona  b

ę

dzie  musiała  sprawi

ć

  mu 

ogromny  zawód.  Nie  miała  poj

ę

cia,  sk

ą

d  we

ź

mie  sił

ę

,  by  powiedzie

ć

  "nie",  gdy  zada  jej 

pytanie,  którego  si

ę

  spodziewała.  A  przecie

Ŝ

  odpowied

ź

  nie  mo

Ŝ

e  by

ć

  inna.  Dla  jego 

własnego dobra.  

Przeczuwała, 

Ŝ

e  czeka  ich  wyj

ą

tkowo  trudna  rozmowa,  ale  nie  wyobra

Ŝ

ała  sobie, 

Ŝ

eby 

mogli mówi

ć

 o tak trudnych i osobistych sprawach w restauracji pełnej ludzi.  

-  Jestem  zm

ę

czona  -  odparła  wymijaj

ą

co.  -  Miałam  dzi

ś

  ci

ęŜ

ki  dzie

ń

.  Szczerze  mówi

ą

c, 

background image

nie  mam  ochoty  nigdzie  i

ść

.  Co  ty  na  to, 

Ŝ

eby

ś

my  zjedli  kolacj

ę

  u  mnie?  Powiedzmy  za 

godzin

ę

?  

- Nie ma sprawy, b

ę

dzie, jak chcesz. Ale i tak przymos

ę

 szampana.  

Ledwie  zd

ąŜ

yła  kupi

ć

  co

ś

  na  kolacj

ę

,  wzi

ąć

  prysznic  i  nakry

ć

  do  stołu,  gdy  przyszedł 

Pierre. Nadal tryskał energi

ą

 i był w doskonałym humorze.  

Zgodnie z obietnic

ą

, zacz

ę

li wieczór od szampana.  

Kiedy wznie

ś

li toast, z przera

Ŝ

eniem zdała sobie spraw

ę

Ŝ

e by

ć

 mo

Ŝ

e ju

Ŝ

 za chwil

ę

 b

ę

dzie 

musiała rozwia

ć

 jego' nadzieje na stały zwi

ą

zek.  

- Wiesz co? Zostaw to gotowanie, bo z emocji i tak 

hie mog

ę

 nic przełkn

ąć

. Lepiej usi

ą

d

ź

my i 

porozmawiajmy - zaproponował, wyci

ą

gaj

ą

c j

ą

 z kuchni.  

U siedli na kanapie, lecz zamiast rozmawia

ć

, od razu zacz

ę

li si

ę

 całowa

ć

. Od tak dawna nie 

byli sami, tylko we dwoje ...  

- Rozlałam szampana - powiedziała, gdy zrobili przerw

ę

 na złapanie oddechu.  

-  Nic nie  szkodzi.  -  Poszedł do kuchni  i  wrócił  z  butelk

ą

.  -  Mam nadziej

ę

Ŝ

e  nie  zapomnimy 

tego wieczoru - rozmarzył si

ę

, nalewaj

ą

c jej nast

ę

pny kieliszek. - Jacky, pewnie domy

ś

lasz si

ę

Ŝ

e chc

ę

 ci zada

ć

 wa

Ŝ

ne pytanie ...  

Odstawiła szampana na stolik obok kanapy. Serce bilo jej tak mocno, 

Ŝ

e a

Ŝ

 czuła pulsowanie 

w skroniach.  

- Mam zamiar zrobi

ć

 to jak Bóg przykazał - uprzedził i przykl

ą

kł na jedno kolano. - Jacky, czy 

zo-  

 staniesz moj

ą

 

Ŝ

on

ą

?  

_  

- Pierre, ja ... - Urwała, rozpaczliwie szukaj

ą

c słów, które złagodziłyby odmow

ę

· - Nie mog

ę

 za 

ciebie wyj

ść

. Naprawd

ę

. Nie mam prawa ci tego robi

ć

 - szepn

ę

ła przez łzy.  

Usiadł przy niej i otoczył j

ą

 ramieniem.  

- Ale dlaczego? Wytłumacz mi, bo nic z tego nie rozumIem.  

-  Po  tym,  co  prze

Ŝ

yłe

ś

,  powiniene

ś

  o

Ŝ

eni

ć

  si

ę

  z  kobiet

ą

,  która  urodzi  ci  dzieci.  Przecie

Ŝ

  nie 

chcesz, 

Ŝ

eby Christophe nigdy nie miał brata ani siostry. Ja nie jestem odpowiedni

ą

 kobiet

ą

 dla 

ciebie.  

- Co ty mówisz? Sam wiem najlepiej, kto jest dla mnie odpowiedni, a kto nie. Chc

ę

 by

ć

 z tob

ą

!  

- Pierre, przecie

Ŝ

 wiesz, 

Ŝ

e nie mog

ę

 mie

ć

 dzieci.  

- Sk

ą

d ci przyszło do głowy, 

Ŝ

e ja chc

ę

 je mie

ć

?  

Zale

Ŝ

y  mi  wył

ą

cznie  na  tobie.  Do  głowy  by  mi  nie  przyszło, 

Ŝ

eby  nara

Ŝ

a

ć

  ci

ę

  na  jeszcze  jeden 

ci

ęŜ

ki  poród.  Przecie

Ŝ

  mamy  Christophe'a,  a  on  ze  swoimi  pomysłami  wystarczy  za  dziesi

ęć

 

pociech. Poza tym jest jeszcze twój chrze

ś

niak, Thiery, no i Emma. Po co nam wi

ę

cej dzieci?  

Si

ę

gn

ą

ł po chusteczk

ę

 i delikatnieotarl jej łzy.  

-  Mamy  wszystkó,  czego  trzeba  do  szcz

ęś

cia.  Jedyne,  o  czym  marz

ę

,  to 

Ŝ

eby

ś

  za  mnie 

wyszła. 

ś

eby

ś

 ze mn

ą

 była na dobre i na złe. W zdrowiu i chorobie. W dostatku i biedzie. Dopóki 

ś

mier

ć

 nas nie rozdzieli.  

- Prosz

ę

 ci

ę

, przesta

ń

! Zaraz znów si

ę

 rozpłacz

ę

  

- szepn

ę

ła, czuj

ą

c na policzkach ciepłe łzy. Tym ra-  

zem  jednak  były  to  łzy  szcz

ęś

cia.  -  Jeste

ś

  pewny, 

Ŝ

e  nie  b

ę

dziesz  kiedy

ś

 

Ŝ

ałował, 

Ŝ

e  nie 

stworzyli

ś

my prawdziwej rodziny?  

- Jak to nie stworzyli

ś

my? Przecie

Ŝ

 jest nas troje: ty, ja i Christophe. 

wystarczy. Nie chc

ę

 si

ę

 

tob

ą

 dzieli

ć

 zjakim

ś

 bobasem! - U

ś

miechn

ą

ł si

ę

 ironicznie. - Je

ś

li bardzo chcesz, 

Ŝ

eby było nas 

wi

ę

cej, mo

Ŝ

emy sobie kupi

ć

 psa albo kota. A dodatkowo papu

Ŝ

ki nierozł

ą

czki, kilka złotych rybek, 

chomika ...  

- Jeste

ś

 niemo

Ŝ

liwy! - Roze

ś

miała si

ę

 przez łzy.  

- Tak bardzo ci

ę

 kocham - wyznała po chwili waha-  

nia. - Chc

ę

Ŝ

eby

ś

 był szcz

ęś

liwy.  

- Sło

ń

ce moje, ja jestem szcz

ęś

liwy! Ale tylko z tob

ą

 - rzekł, powa

Ŝ

niej

ą

c. - Mnie te

Ŝ

 zale

Ŝ

y na 

tym, 

Ŝ

eby  było  ci  dobrze.  Nawet  nie  potrafi

ę

  powiedzie

ć

,  jak  mi  przykro, 

Ŝ

e  straciła

ś

  dziecko. 

Rozumiem, 

Ŝ

e pogodziła

ś

 si

ę

 z tym, 

Ŝ

e nie b

ę

dziesz matk

ą

. Szanuj

ę

 twoj

ą

 decyzj

ę

, cho

ć

 wiem, 

Ŝ

e  wymusiły  j

ą

  na  tobie 

okoliczno

ś

ci.  Przecie

Ŝ

  my  nie  b

ę

dziemy  bezdzietni,  bo  mamy 

background image

Christophe'a. Widzisz chyba, 

Ŝ

e mój ~yn kocha ci

ę

 jak rodzon

ą

 matk

ę

. Ja te

Ŝ

 ci

ę

 kocham. 

Zycie bez ciebie nie ma dla mnie sensu.  

Przyjrzała si

ę

 jego powa

Ŝ

nej twarzy. Patrz

ą

c w jego oczy, nie miała cienia w

ą

tpliwo

ś

ci, 

Ŝ

jest z ni

ą

 szczery.  

- Przekonałe

ś

 mnie - powiedziała cicho. - Nawet nie wi

ę

sz, jak wielki ci

ęŜ

ar spadł mi z 

serca.  

Ś

wietnie.  Zacznijmy  wi

ę

c  od  pocz

ą

tku.  -  O

Ŝ

ywił  si

ę

  i  znów  przed  ni

ą

  kl

ę

kn

ą

ł.  - 

Potraktujmy  moje  pierwsze  o

ś

wiadczyny  jak  prób

ę

  generaln

ą

.  -  Odchrz

ą

kn

ą

ł.  -  Jacky,  czy 

zostaniesz moj

ą

 

Ŝ

on

ą

?  

- Tak. Tak! Tak, tak, tak!!! - zawołała, nie posiadaj

ą

c si

ę

 ze szcz

ęś

cia.  

- Co ty na to, 

Ŝ

eby

ś

my zerwali z tradycj

ą

 i od razu zrobili prób

ę

 generaln

ą

 nocy po

ś

lubnej? 

- zapytał, wstaj

ą

c i bior

ą

c j

ą

 na r

ę

ce.  

- Genialna my

ś

l! - U

ś

miechn

ę

ła si

ę

, obejmuj

ą

c go  

za SzyJ

ę

.  

. Tak jak obiecał, była to najpi

ę

kniejsza noc w ich 

Ŝ

yciu. Jacky u

ś

miechała si

ę

 z rozkosz

ą

 

na my

ś

l o tych, które jeszcze s

ą

 przed nimi.  

Czuła, 

Ŝ

e  rozpiera  j

ą

  rado

ść

  i  energia,  postanowiła  wi

ę

c  niezwłocznie  przyst

ą

pi

ć

  do 

organizowania 

ś

lubu. U siadła na łó

Ŝ

ku i si

ę

gn

ę

ła po le

Ŝą

cy na nocnej szafce notatnik.  

- Co ty robisz? - zdziwił si

ę

 Pierre. Uniósł si

ę

 na łokciu i obserwował j

ą

 z wyrazem czuło

ś

ci w 

oczach. - Planuj

ę

 nasz 

ś

lub. Jak chcesz, mo

Ŝ

esz mi pomóc.  

-  Po  pierwsze,  trzeba  ustali

ć

  dat

ę

  -  zauwa

Ŝ

ył  przy  tomille.  -  Je

ś

li  o  mnie  chodzi,  to  im 

szybciej,  tym  lepiej.  Powiedz,  kiedy  b

ę

dziesz  mogła  przeprowadzi

ć

  si

ę

  do  mojego  domu? 

Chciałem powiedzie

ć

, do naszego domu. Oczywi

ś

cie pod warunkiem, 

Ŝ

e ci odpowiada. Je

ś

li 

wolisz inny ...  

-  Twój  dom  jest  pi

ę

kny,  ale  nie  tak  wspaniały  jak  ty!  -  odparła,  odkładaj

ą

c  notatnik.  - 

Wiesz, co mnie cieszy? 

ś

e nie b

ę

d

ę

 musiała kupowa

ć

 zasłon do sypialni. - U

ś

miechn

ę

ła si

ę

wskazuj

ą

c głow

ą

 okno.  

- Jak zawsze praktyczna.  
- O, przepraszam, nie zawsze! - zaprotestowała.  

- Potrafi

ę

 by

ć

 te

Ŝ

 romantyczna.  

- Mhm ... Zauwa

Ŝ

yłem ...  

Pobrali si

ę

 pod koniec pa

ź

dziernika w małym ko

ś

ciółku w Sto Martin sur mer w obecno

ś

ci 

licznie przybyłych przyjaciół, kolegów z pracy i krewnych.  

Marcelowi  przypadł  zaszczyt  poprowadzenia  panny  młodej  do  ołtarza.  Jacky  szła, 

trzymaj

ą

c go pod rami

ę

, a tu

Ŝ

 za nimi dreptali Emma i Christophe w roli druhny i dru

Ŝ

by. Gdy 

ich mały orszak przystan

ą

ł w szeroko otwartych drzwiach ko

ś

cioła, z góry popłyn

ę

ły d

ź

wi

ę

ki 

organów. Jacky spojrzała przed siebie i na ko

ń

cu szerokiego przej

ś

cia mi

ę

dzy ławkami do-

strzegła  Pierre'a  stoj

ą

cego  przed  ołtarzem.  U

ś

wiadomiła  sobie, 

Ŝ

e  oto  przed  jej  oczami 

rozgrywa si

ę

 scena wyj

ę

ta z jej dziewcz

ę

cych marze

ń

.  

-  Jak  dobrze, 

Ŝ

e  tym  razem  nie  przydepn

ę

łam  sobie  sukienki  -  szepn

ę

ła  Emma, 

poprawiaj

ą

c  fałdy  ró

Ŝ

owej  satyny.  -  Jacky,  pami

ę

tasz,  jak  musiała

ś

  spina

ć

  mi  sukienk

ę

 

szpilkami na 

ś

lubie mojej mamy?  

- Pami

ę

tam. Była

ś

 prze

ś

liczn

ą

 druhn

ą

- Bardzo podoba mi si

ę

 twoja suknia - pochwaliła dziewczynka. - To jedwab?  

-  Tak.  Jedwab  i  koronki -  odrzekła  Jacky,  zerkaj

ą

c  na  Christophe'a, który  był  wyj

ą

tkowo 

blady  i  milcz

ą

cy.  Biedactwo,  chyba  przytłoczył  go  nadmiar  wra-

Ŝ

e

ń

,  pomy

ś

lała  ze 

współczuciem. - Dobrze si

ę

 czujesz, skarbie? - zapytała, pochylaj

ą

c si

ę

 nad nim.  

- Ten kołnierzyk jest okropnie ciasny - j

ę

kn

ą

ł, wciskaj

ą

c palec mi

ę

dzy brzeg sztywnej stójki a 

szyj

ę

· - Poczekaj, zaraz go rozlu

ź

nimy - pocieszyła go  

i odpi

ę

ła haftk

ę

. - Teraz lepiej? - O tak. Dzi

ę

ki!  

- Jacky, czekaj

ą

 na nas - przypomniał Marcel.  

- Wiem. Jeszcze sekund

ę

 - poprosiła, chc

ą

c si

ę

  

background image

upewni

ć

, czy Christophe na nic si

ę

 ju

Ŝ

 nie skar

Ŝ

y.  

- Bardzo si

ę

 ciesz

ę

Ŝ

e zostaniesz moj

ą

 mam

ą

 ~ szepn

ą

ł, obejmuj

ą

c j

ą

 za szyj

ę

.  

- A ja si

ę

 ciesz

ę

Ŝ

e b

ę

d

ę

 miała takiego kochanego  

synka - odszepn

ę

ła.  

-  

Potem wyprostowała si

ę

, wzi

ę

ła Marcela pod r

ę

k

ę

 i z rado

ś

ci

ą

 w sercu ruszyła w stron

ę

 

ołtarza, gdzie czekał na ni

ą

 naj wspanialszy m

ęŜ

czyzna, jakiego mogła sobie wymarzy

ć

 ...  

EPILOG  

-  Mog

ę

  teraz  wzi

ąć

  j

ą

  na  r

ę

ce?  -  zapytała  Debbie,  gdy  Jacky  sko

ń

czyła  przewija

ć

 

dwutygodniow

ą

 Suzanne.  

- Tak, ale pod warunkiem, 

Ŝ

e dasz mi swoj

ą

 Marguerite - odparła z u

ś

miechem.  

- Zgoda. No to si

ę

 zamie

ń

my!  

Trzytygodniowa Marguerite zamkn

ę

ła oczy i spokojnie zasn

ę

ła w ramionach Jacky.  

- Wiesz, 

Ŝ

e jutro -mija pierwsza rocznica naszego 

ś

lubu? - zapytała Jacky przyjaciółk

ę

. - 

Pierre chce, 

Ŝ

eby

ś

my 

ś

wi

ę

towali tylko we czwórk

ę

, ale ja zamie-  

. rzam go namówi

ć

 na wielk

ą

 imprez

ę

. Chciałabym zaprosi

ć

 kolegów ze szpitala, zwłaszcza 

tych  z  ginekologii  i  poło

Ŝ

nictwa,  bo  przecie

Ŝ

  to  dzi

ę

ki  nim  mam  moj

ą

 

ś

liczn

ą

  córeczk

ę

  - 

mówiła,  obserwuj

ą

c  morze  widoczne  z  okien  sypialni.  -  Kiedy  okazało  si

ę

Ŝ

e  jestem  w 

ci

ąŜ

y,  byłam  w  szoku.  Naprawd

ę

  nie  s

ą

dziłam, 

Ŝ

e  to  si

ę

  mo

Ŝ

e  zdarzy

ć

.  A  potem,  kiedy 

wyniki testów potwierdziły moje przypuszczenia, my

ś

lałam, 

Ŝ

e oszalej

ę

 z rado

ś

ci.  

- Pami

ę

tam, kiedy mi o tym powiedziała

ś

. Była

ś

 w siódmym nIebie - potakn

ę

ła Debbie. - 

Widziałam jednak, 

Ŝ

e si

ę

 martwisz, czy wszystko b

ę

dzie dobrze. Nic ci wtedy nie mówiłam, 

ale ...  

-  Bo

Ŝ

e,  jak  ja  si

ę

  bałam  tej  ci

ąŜ

y  i  porodu!  -  przyznała  Jacky.  -  A  Pierre  chyba  jeszcze 

bardziej.  Chuchał  na  mnie  i  dmuchał,  jakbym  była  z  porcelany.  Nadal  tak  si

ę

  o  mnie 

troszczy. Jest przeciwny urz

ą

dzaniu du

Ŝ

ego przyj

ę

cia, bo uwa

Ŝ

a, 

Ŝ

e jeszcze nie odzyskałam 

sił. W sumie chyba ma racj

ę

. Przecie

Ŝ

 mo

Ŝ

emy zaprosi

ć

 go

ś

ci troch

ę

 pó

ź

niej.  

-' Co za pi

ę

kny widok! - zawołał Marcel, który wła

ś

nie wszedł do pokoju i chwil

ę

 przygl

ą

dał 

im  si

ę

  z  wyra

ź

n

ą

  przyjemno

ś

ci

ą

.  -  I  wcale  nie  mam  na  my

ś

li  ogrodu  ani  morza. 

Ś

licznie 

wygl

ą

dacie wy, moje panie. Dwie mamy i ich nowo narodzone córeczki.  

- Przyznaj si

ę

, podsłuchiwała

ś

! - rzekła Debbie.  

- Ale

Ŝ

 sk

ą

d! - Pierre po

ś

pieszył w sukurs koledze.  

- Mówiły

ś

cie tak gło

ś

no, 

Ŝ

e słycha

ć

 was było na dole.  

- Podszedł do Jacky i poło

Ŝ

ył dłonie na jej ramionach.  

- Je

ś

li czujesz si

ę

 na siłach urz

ą

dzi

ć

 przyj

ę

cie, nie  

b

ę

d

ę

 si

ę

 sprzeciwiał.  

- Zastanowimy si

ę

 nad tym pó

ź

niej.  

- Na nas ju

Ŝ

 czas - powiedziała Debbie.  

Pierre ostro

Ŝ

nie wzi

ą

ł' od niej Suzanne, a ona od razu przytuliła si

ę

 do niego. Popatrzył na 

ni

ą

 z ogromn

ą

 tkliwo

ś

ci

ą

·  

- Chod

ź

, królewno, tata poło

Ŝ

y ci

ę

 do łó

Ŝ

eczka  

- szepn

ą

ł, całuj

ą

c j

ą

 w główk

ę

. - O czymplotkowały

ś

-  

cie, dziewczyny? - zapytał, siadaj

ą

c obok Jacky, gdy Debbie ju

Ŝ

 wyszła.  

- O tym, jak wiele mo

Ŝ

e zmieni

ć

 si

ę

 przez rok. Kto by wtedy pomy

ś

lał, 

Ŝ

e zostan

ę

 matk

ą

?  

- Była

ś

 bardzo dzielna, kochanie! - westchn

ą

ł. A ja si

ę

 tak o ciebie bałem.  

- Wiem. - Z czuło

ś

ci

ą

 zmierzwiła mu włosy. - Byłe

ś

 dla mnie ogromnym wsparciem, cho

ć

 

czasem prze sadzałe

ś

! Jak sobie pomy

ś

l

ę

 o tych wszystkich bada-  

niach, które kazałe

ś

 mi robi

ć

!  

.  

-  Musiałem  si

ę

  upewni

ć

Ŝ

e  nic  ci  nie  grozi.  Dlatego  zgodziłem  si

ę

  z  opini

ą

  twojego 

background image

lekarza, 

Ŝ

e dwa ostatnie miesi

ą

ce powinna

ś

 sp

ę

dzi

ć

 w szpitalu.  

- Bardzo si

ę

 przed tym broniłam. Nie chciałam zostawa

ć

 tam bez ciebie. Gdy na to patrz

ę

 

z dzisiejszej perspektywy, ciesz

ę

 si

ę

Ŝ

e mnie przekonałe

ś

. Kiedy zacz

ą

ł si

ę

 poród ...  

- To musiało by

ć

 dla ciebie traumatyczne, prawda?  

- Tak, ale wszystko poszło niesamowicie szybko.  

Spodziewałam  si

ę

  najgorszego,  tymczasem  ...  -  Urwała,  szukaj

ą

c  słów,  które  w  pełni 

oddałyby to, co wtedy czuła.  

- Kiedy przyszedłem do sali porodowej, mówiła

ś

Ŝ

e' strasznie cierpisz - przypomniał.  

- Tak mówiłam? Nic nie pami

ę

tam. Dostałam ko

ń

sk

ą

 dawk

ę

 

ś

rodków znieczulaj

ą

cych.  

-  Dobrze, 

Ŝ

e  poród  zacz

ą

ł  si

ę

  w  szpitalu.  Gdyby  karetka  musiała  zabra

ć

  ci

ę

  z  domu, 

niepotrzebnie straciliby

ś

my cenny czas. Gdyby co

ś

 si

ę

 stało tobie albo Suzanne ....  

Wolał nawet o tym nie my

ś

le

ć

.  

- Nie potrafi

ę

 powiedzie

ć

, jak bardzo jestem z tob

ą

 szcz

ęś

liwy - szepn

ą

ł, tul

ą

c j

ą

 do siebie. 

- Tak bardzo ci

ę

 kocham.  

- Ja ciebie te

Ŝ

.  

Dobiegaj

ą

ce z dołu głosy wyrwały ich z transu. - Zdaje si

ę

Ŝ

e wrócili Christophe i 

Nadine.  
- Mamo! Narysowałem dla ciebie Suzanne! - wołał  

chłopiec, biegn

ą

c na gór

ę

. - Tata? Ju

Ŝ

 wróciłe

ś

 z pracy?! - ucieszył si

ę

, wpadaj

ą

c do 

pokoju. - Popatrz, podoba ci si

ę

 mój rysunek? Powiedz, czy Suzanne jest podobna?  

- Spójrz, kochanie. - Pierre podał kartk

ę

 Jacky.  

- Uderzaj

ą

co - powiedziała, podchodz

ą

c z rysun-  

kiem do łó

Ŝ

eczka. - Oprawi

ę

 go w ramki. W ko

ń

cu to . pierwszy portret Suzanne.  

- Narysowany przez prawdziwego, cho

ć

 jeszcze nie odkrytego artyst

ę

 - dodał Pierre z 

powag

ą

.  

- Pójdziemy na pla

Ŝę

? - zapytał Christophe.  

- My mo

Ŝ

emy pój

ść

, ale dla mamy i twojej sio-  

strzyczki jest dzi

ś

 troch

ę

 za chłodno.  

- Ubior

ę

 si

ę

 ciepło i pójd

ę

 z wami. A Suzanne b

ę

dzie teraz spała, wi

ę

c zostawi

ę

 j

ą

 z 

Nadine.  

- Jeste

ś

 pewna, 

Ŝ

e spacer nie b

ę

dzie zbyt m

ę

cz

ą

cy?  

  - zaniepokoił si

ę

 Pierre.  

.  

- Nie martw si

ę

, naprawd

ę

 

ś

wietnie si

ę

 czuj

ę

. Jesz-  

cze troch

ę

 i b

ę

d

ę

 jak nowa.  

U

ś

miechn

ę

ła  si

ę

  do  niego,  a  on  spojrzał  na  ni

ą

  z  tak

ą

  czuło

ś

ci

ą

Ŝ

e  przebiegł  j

ą

 

rozkoszny  dreszcz. Wci

ąŜ

  s

ą

  w  sobie  bezgranicznie  zakochani.  Jacky  była  pewna, 

Ŝ

e  ten 

płomie

ń

 nigdy nie zga

ś

nie ...  

________________________________ 

 

 

background image

 

background image

 

background image

 

background image
background image
background image

 

 

 

background image

 

background image
background image

 

 

background image
background image

 

background image
background image
background image

 

background image

 

background image

 

background image
background image

 

 

 

background image

 

 

background image

 

background image

 

 

background image