background image
background image

KONRAD T. LEWANDOWSKI

MOST NAD OTCHŁANIĄ

Oficyna wydawnicza RW2010 Poznań 2015

Redakcja: Joanna Ślużyńska

Korekta: Maciej Ślużyński

Redakcja techniczna zespół RW2010

Copyright © Konrad T. Lewandowski 1995–2015

Okładka Copyright © Mateusz Ślużyński

zdjęcie na okładce © © Kanea / Fotolia.com

Ilustracje Copyright © Przemysław Konieczniak 

Copyright © for the Polish edition by RW2010, 2015

e-wydanie I

ISBN 978-83-7949-127-8

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie całości albo fragmentu – z wyjątkiem cytatów

w artykułach i recenzjach – możliwe jest tylko za zgodą wydawcy.

Aby powstała ta książka, nie wycięto ani jednego drzewa.

Oficyna wydawnicza RW2010

Dział handlowy

marketing@rw2010.pl

Zapraszamy do naszego serwisu: 

www.rw2010.pl

Kup książkę

background image

Konrad T. Lewandowski    

R W 2 0 1 0    Most nad Otchłanią

Prolog: Podziemna rzeka

Słońce za każdym razem wschodziło w innym miejscu horyzontu. Może nigdy nie

było tym samym słońcem. Niekiedy płonęło oślepiającym, białobłękitnym blaskiem,

innym   razem   jarzyło   się   złotem   albo   łagodną   czerwienią.   Bywało   mniejsze   lub

większe.   Czasem   wschodziły   dwa   albo   trzy   i zawsze   wędrowały   nad   ziemią   po

różnych i nieoczekiwanych łukach. Czas od wschodu do zachodu mierzony ilością

piasku przesypującego się pomiędzy dwoma naczyniami skracał się lub wydłużał.

Dni   różniły   się   o kilka   szczypt;   rzadko   przesypywało   się   dokładnie   tyle   samo

ziarenek co poprzedniego dnia.

Po zmroku gwiazdy były równie nieobliczalnie jak słońca, a noc była równie

niestała jak dzień. Pory roku przychodziły i odchodziły; chaotyczne, przemieszane ze

sobą, ale nigdy ani zbyt zimne, ani za gorące. Raz na pięć człowieczych pokoleń

nastawał czas suszy i wielkich upałów, a stare legendy koczowniczych ludów mówiły

jeszcze o Długiej Zimie, powracającej zawsze po narodzinach trzydziestu pokoleń.

Początek nowego roku oznajmiał niezmiennie nagły rozbłysk trzech wielkich gwiazd,

który   na   krótko   zamieniał   noc   w dzień.   Najczęściej   następowało   to   co   trzysta

pięćdziesiąt siedem dni i było jednym z pewnych zdarzeń w tym świecie bezkresnych

stepowych   równin,   samotnych   górskich   pasm   i wielotysięcznych   plemion

koczowników, snujących się niczym cienie w przestrzeni i czasie.

Na  ziemi  ani na niebie nie było stałych kierunków. Kto oddalił się  za linię

horyzontu   i nie   zdołał   wrócić   po   własnych   śladach,   przepadał   i ogłaszano   go

martwym.   Sposoby,   według   których   określano   drogę   przez   step,   były   zawodne

i mylące. Jedne ludzkie gromady wędrowały nocami za wybraną gwiazdą tak długo,

dopóki  nie  znikła  im  z oczu.  Inne  zataczały   ogromne  kręgi,  znaczone   kurhanami

przodków, lub sunęły wzdłuż brzegów nieskończonego oceanu, na którym nie było

żadnych wysp oprócz tego jednego, potężnego kontynentu.

3

Kup książkę

background image

Konrad T. Lewandowski    

R W 2 0 1 0    Most nad Otchłanią

Plemię   Synów   Wichru   radziło   sobie   jeszcze   inaczej.   Szli   razem   z wiatrem.

Kierunek wędrówki wskazywały przygięte łany falujących traw oraz rzucane na wiatr

pęki   poświęconych   nici.   Zawsze,   kiedy   zrywał   się   wiatr,   plemię   posłuszne

odwiecznym   prawom   zwijało   obóz   i podążało   ku   przeznaczeniu.   Gdy   powietrze

zastygało w bezruchu, zatrzymywali się i czekali na nowy znak od bogów.

Tak   było   teraz.   Bezwietrzna   cisza   trwała   od   trzech   dni.   Koczownicy

odpoczywali, wykonywali prace, na które w marszu nie było czasu, lub polowali.

Starcy każdego poranka z powagą przyglądali się niebu, a potem zbierali się i długo

radzili. Młodych wojowników nie zajmowały te dysputy. Dla nich najważniejszy był

świeży   trop   stepowej   zwierzyny,   jęk   ugodzonej   ofiary   i chwila   tryumfu   o smaku

ciepłej krwi.

Agaropal   także   o tym   marzył,   opuszczając   obóz   o świcie,   a jednak   teraz

wcześniejsze   pragnienia   odeszły   w niepamięć.   Oszczep   i rzemienne   wnyki   leżały

porzucone na brzegu niewielkiego jeziora, oczka rozlanego na dnie owalnej niecki.

Sam  Agaropal   klęczał   nad   wodą   i jak   urzeczony   przypatrywał   się   słomce   na   jej

powierzchni. Wyschnięte źdźbło trawy unosiło się na zielonkawobłękitnej, lustrzanej

gładzi,   nieskalanej   najmniejszym   zafalowaniem.   Jednak   mimo   panującego   wokół

bezruchu słomka nie była nieruchoma. Ona PŁYNĘŁA! Powoli, ale pewnie i bez

zahamowań: Agaropal nie wierzył oczom. Widywał już wcześniej liście i kawałki

drewna   unoszone   z prądem   górskich   strumieni,   ale   to   było   przecież   jezioro.   Nie

mogło   mieć   nurtu!   A jednak   miało...   Słomka   przepłynęła   już   spory   kawałek

i Agaropal musiał wstać, aby dalej ją widzieć. Nieśpiesznie szedł dookoła jeziora,

obserwując płynące źdźbło, aż słomka dotarła do przeciwległego brzegu i utknęła

w masie gnijącego siana. Zebrało się go tu bardzo wiele.

Agaropal odwrócił się, wspiął na brzeg niecki i uważnie rozejrzał po okolicy.

Wreszcie zrozumiał, w czym rzecz: to jezioro wcale nie było jeziorem, ale częścią

albo odnogą płynącej pod ziemią rzeki. Podmyty od dołu grunt zapadł się tu niegdyś,

4

Kup książkę

background image

Konrad T. Lewandowski    

R W 2 0 1 0    Most nad Otchłanią

odsłaniając fragment niebieskiej żyły ukrytej pod szmaragdową skórą darni. Dopiero

teraz Agaropal zauważył, że całą otaczającą go lekko pofałdowaną równinę przecina

wijący się i szeroki na ponad sto kroków pas trawy, odrobinę ciemniejszy niż reszta.

Niecka z wodą leżała dokładnie na granicy obu odcieni zieleni.

Młodzieniec zaczął iść brzegiem podziemnej rzeki. Wybrał kierunek przeciwny

do tego, który pokazała mu słomka. Pod prąd. Jeszcze nie wiedział dlaczego, ale

uznał to za ważniejsze od polowania. Popchnął go wewnętrzny przymus; ciekawość,

może przeczucie. Niebawem, gdy trawa sięgnęła mu do pasa, subtelna różnica barw

zaczęła się zacierać, niknąć, aż w końcu stała się na poły złudzeniem. Na szczęście za

kolejnym   pagórkiem   na   widnokręgu   pojawiły   się   białe   skałki.   Podziemna   rzeka

musiała płynąć pod nimi albo tuż obok. Agaropal ruszył w ich stronę. Gdy doszedł,

natychmiast ukrył się za najbliższym głazem.

Dalej   zaczynało   się   drugie   zapadlisko,   wielokrotnie   większe   i głębsze   od

poprzedniego. Na prawo od Agaropala ciągnęła się skalna ściana długa na przeszło

tysiąc kroków. Jej wysokość w najwyższej części wynosiła co najmniej sto łokci.

U podstawy   urwiska   czerniło   się   kilka   wylotów   jaskiń,   a przy   nich   krzątało   się

mnóstwo ludzi. Byli to Szczurowie – koczownicy nazywali tak wszystkie osiadłe

plemiona,   gnieżdżące   się   w pieczarach   i ziemnych   norach.   Młodzieniec   przeklął

własną nieostrożność, ale się nie wycofał. Patrzył dalej. Po lewej nie było stromizny.

Step łagodnie obniżał się aż do dna zapadliska.

Ludzie żyjący tutaj na pewno korzystali z rzeki płynącej gdzieś pod skałami. Ta

myśl wypełniła umysł Agaropala. Oni mieli rzekę dla siebie! Mogli nią płynąć w górę

i w dół. Bliżej lub dalej! Prąd wody miał tylko jeden kierunek i w przeciwieństwie do

wiatru nigdy go nie zmieniał. Ci tutaj nie musieli więc błądzić! Mieli coś pewnego,

stałego, na czym zawsze mogli polegać. W życiu Szczurów istniało zatem to, o czym

Synowie Wichru mogli jedynie marzyć.

5

Kup książkę

background image

Konrad T. Lewandowski    

R W 2 0 1 0    Most nad Otchłanią

Młody koczownik nagle, z całą wyrazistością zrozumiał sens wypowiadanych

szeptem wątpliwości oraz bluźnierczych pytań, które pojawiały się zawsze wtedy,

gdy plemię musiało przejść przez pustynię. Czy Wiatr wieje zawsze we właściwą

stronę?   Teraz,   patrząc   na   tamtych   w dole,   Agaropal   poczuł   zazdrość   i podziw,

a potem coś niepojętego, niedającego się wyrazić słowami szarpnęło się w jego duszy

tak mocno, że omal nie krzyknął. 

Agaropal zacisnął zęby, wycofał się i ruszył z powrotem.

– Czcigodny Belomisie! 

Starzec odłożył tarczę, na której malował znak klanu i spojrzał na stojącego

przed nim młodego wojownika.

– Czego chcesz, Agaropalu?

– Słyszałem, iż wiele wiesz o Szczurach. Opowiedz mi o nich.

– Dlaczego pytasz?

– O trzecią część dnia marszu stąd w skalnych dziurach gnieździ się ich wielka

gromada. Czy mogą być groźni?

–   Trzecia   część   dnia...   –   powtórzył   starzec,   gniewnie   marszcząc   brwi.   –

Odszedłeś za daleko. Musiałeś więc samowolnie określać kierunek. To niebezpieczne

i grzeszne. Masz szczęście, że Bogowie Wiatru nie ukarali cię za to zuchwalstwo

wiecznym błądzeniem!

Agaropal milczał.

– A Szczurów – głos Belomisa złagodniał – nie obawiaj się, na pewno nas nie

napadną.   Nigdy   nie   opuszczają   swoich   siedzib,   poza   tym  ich   kamienny   oręż   nie

poradzi naszym żelaznym ostrzom.

– Używają tylko kamiennej broni?! – zdumiał się Agaropal.

– Nie tylko, także z kości i rogu. 

– Nie znają metali?

6

Kup książkę

background image

Konrad T. Lewandowski    

R W 2 0 1 0    Most nad Otchłanią

– Znają, ale posiadają ich bardzo niewiele. Jakieś ozdoby, czasem noże, prawie

wcale nie widywałem u nich toporków.

– Nie rozumiem...

– Przecież to proste. – Belomis pokręcił głową z politowaniem. – Jeżeli zawsze

siedzą w tych samych miejscach, jakże mieliby znaleźć rudę żelaza i nauczyć się

sztuki jego wytopu i kucia? Wszak złoża rud są tylko w górach i tam żyją ludy, które

posiadły te umiejętności. My w trakcie naszej wędrówki uczymy się, wymieniamy

lub   zdobywamy   w walce   wszystko,   co   uznamy   za   pożyteczne.   Szczurowie   nie

wędrują.

– Mogliby też wymieniać.

Starzec lekceważąco machnął ręką.

– Jeśli chcesz dostać dobry towar, musisz w zamian dać coś równie dobrego.

Kamień za żelazo weźmie tylko ostatni głupiec.

– Nie mają nic innego?

– Suszone mięso ślepych ryb. – Belomis nie zauważył nagłej zmiany na twarzy

Agaropala. – Jedynie to warto od nich brać. Za nóż albo trochę ozdób z brązu i szkła

można wytargować od nich nawet i sześć worków. Nigdy jednak nie mieli tego tyle,

aby starczyło im na topór lub miecz. Ot i cała tajemnica.

– Rzekłeś, że owe ryby są ślepe. Jakże to?! – zapytał pospiesznie młodzieniec.

– Taka ich natura. Wcale nie mają oczu. 

– A gdzie Szczurowie łowią to dziwo?

– Pewnie w jeziorach na dnie swoich jaskiń. Muszą tam być jakieś jeziora, bo

i wodę do picia trzeba skądś brać. Wieczna ciemność tam trwa, więc rybom oczy

niepotrzebne.

– A jeśli to nie są jeziora?

– Tylko co? – W głosie starego zabrzmiała irytacja. 

– Rzeki...

7

Kup książkę

background image

Konrad T. Lewandowski    

R W 2 0 1 0    Most nad Otchłanią

– Kto naopowiadał ci takich głupstw! Jakimż sposobem woda może płynąć pod

ziemią?! Wsiąknie i tyle. Nie widziałeś, co dzieje się ze strumieniami po wielkim

deszczu?

–   Ale   skąd   wzięłyby   się   ryby   w podziemnym   jeziorze?   Musiałyby   skądś

przypłynąć... – zaczął Agaropal.

– Widać zesłali je tam bogowie Szczurów! – uciął Belomis. – Nie nasza to rzecz

roztrząsać sprawy należące do obcych bóstw. Bacz lepiej, abyś naszych bogów nie

obraził!   –   Rozeźlony   starzec   sięgnął   po   tarczę.   –   Odejdź   już,   przeszkadzasz   mi

w pracy!

W głowie młodzieńca zaświtała nagle pewna myśl.

– Wybacz mi, czcigodny ojcze. – Skłonił się pokornie. – Jeszcze tylko jedno

pytanie. Jakim językiem mówią ci Szczurowie, którzy handlują ślepymi rybami? Czy

mowa każdej gromady jest taka sama?

–   Nie  taka   sama,   ale   dosyć  podobna.   –   Belomis  wzruszył   ramionami.   –  Za

młodu,   gdy   wymieniałem   żelazo   na   rybę   z jednym   szczurzym   plemieniem,

nauczyłem się kilkunastu ich słów i od tej pory mogłem dogadać się z każdą inną

gromadą. Rozumieli lepiej, gorzej, ale zawsze. Doprawdy, zupełnie nie pojmuję twej

ciekawości! Nikt nigdy nie zadał mi tylu dziwacznych pytań!

– Dziękuję za naukę, czcigodny Belomisie. – Agaropal ukłonił się raz jeszcze

i oddalił.

Szedł   między   namiotami,   mijając   gromadki   rozwrzeszczanych   dzieciaków.

Siedzący przy ogniskach mężczyźni naprawiali uprząż albo czyścili broń. Większość

kobiet przygotowywała już wieczorny posiłek, tylko nieliczne jeszcze szyły lub tkały.

Agaropalowi   wciąż   dźwięczała   w uszach   ostatnia   odpowiedź   Belomisa.   „Mowa

podobna, ale nie taka sama”. Co właściwie znaczyły te słowa? Gdyby Szczurowie

mogli bez trudu wędrować korytami podziemnych rzek, to wszystkie ich plemiona

powinny posługiwać się tym samym językiem. Ba, oni właściwie stanowiliby wtedy

8

Kup książkę

background image

Konrad T. Lewandowski    

R W 2 0 1 0    Most nad Otchłanią

jeden wielki naród! Z drugiej strony, gdyby podziemne rzeki nie płynęły swobodnie,

ale częściami przesiąkały przez warstwy piasku i nie dałoby się płynąć po nich łódką

lub   tratwą,   to   każda   gromada   Szczurów   musiałaby   pochodzić   od   innej   hordy

koczowników, która przypadkiem osiedliła się w napotkanych jaskiniach. Ich języki

byłyby wówczas zupełnie różne. Inna byłaby także broń, obyczaje i nie wszędzie

byłyby ryby... Z tego, co mówił Belomis, wynikało, że suszoną rybę można kupić

w każdej  osadzie  Szczurów.  Skoro  więc   ślepe   ryby  mogą  pływać   po  całej  rzece,

ludziom też powinno się to udać. Skąd zatem wzięły się te wszystkie podobieństwa

i różnice   pomiędzy   plemionami   Szczurów?   Agaropal   aż   przystanął   z wrażenia.

Przypomniał   sobie   zdarzenie   sprzed   kilku   lat.   Było   to   spotkanie   w stepie   z inną

gromadą   koczowników.   Najpierw   okazało   się,   że   tamci   mówią   językiem   bardzo

podobnym do mowy ludu Agaropala, a potem starcy z obydwu grup, opowiadając

sobie   dawne   legendy,   odkryli,   że   oni   wszyscy   byli   przed   wieloma   pokoleniami

jednym plemieniem! Że kiedyś nastąpił rozłam i tamta gromada poszła za prorokiem,

który głosił, że należy  iść w taki sposób, aby wiatr wiał zawsze z prawej strony.

Długi   czas   i oddzielna   wędrówka   spowodowały,   że   w ich   językach   pojawiły   się

pewne   różnice.   W przypadku   Szczurów   znaczyło   to,   że   wędrówki   wzdłuż

podziemnych  rzek  nie  były  ich  obyczajem.   Musiały  decydować  przypadki.  Głód,

przeludnienie,   plemienne   waśnie   –   dopiero   wtedy   mieszkańcy   jaskiń   wyruszali

w nieznane. Rozdzielone grupy więcej się ze sobą nie spotykały. Szczurowie mieli

zatem skarb: stały i niezmienny kierunek drogi przez świat, ale nie potrafili z niego

korzystać!  Agaropala   ogarnęła   pogarda   i wściekłość.  W jednej   chwili   Szczurowie

wydali mu się czymś nieskończenie plugawym. Oni na pewno wyrzucali do rzek

swoje   brudy   i śmiecie.   Tylko   tak   żałośni   nędznicy   umieli   spożytkować   istnienie

nurtu!

Ochłonąwszy,  Agaropal   uświadomił   sobie,   że   nie   pora   jeszcze   na   działanie.

Czuł, że odkrycie, którego dokona, jest wielkie i ważne, ale wciąż nie wiedział, co

9

Kup książkę

background image

Konrad T. Lewandowski    

R W 2 0 1 0    Most nad Otchłanią

z nim począć. Na razie postanowił dowiedzieć się więcej o podziemnych rzekach.

Z tym   zamiarem   stanął   przed   namiotem   Wielkiego   Przewodnika   Cedemosa.   Po

rozmowie z Belomisem Agaropal uznał, że powinien zachować ostrożność, a więc

pierwsze   pytanie,   po   wymianie   zwyczajowych   grzeczności,   nie   zawierało   nic

niezwykłego. 

– Dzisiaj na stepie widziałem miejsca, w których trawa była trochę ciemniejsza

niż gdzie indziej. Powiedz mi, czcigodny Przewodniku, co to oznacza?

Cedemos uśmiechnął się życzliwie.

– Cieszy mnie widok młodego wojownika potrafiącego dostrzec coś więcej niż

dziewczęce kształty i łowną zwierzynę.

Gospodarz   uprzejmym   gestem   wskazał  Agaropalowi   stos   skór.   Młodzieniec

przysiadł.

–   W miejscach,   o które   pytasz,   kryje   się   woda.   Należy   unikać   chodzenia

tamtędy, bo ziemia może zapaść się pod nogami. Przed laty byłem świadkiem, jak

dwóch jeźdźców wraz z końmi zginęło w zwałach błota, kiedy wjechali na skrawek

bardziej   zielonej   trawy.   Pasterze   trzymają   się   z dala   od   takich   łąk.   Pasza   tam

wprawdzie soczystsza, ale nic nie zastąpi wołu pogrzebanego żywcem. Najlepsze są

pastwiska nad brzegami zwykłych jezior.

– A skąd się bierze ta podziemna woda?

Cedemos zamyślił się głębiej.

– Woda potrzebna jest ludziom, zwierzętom i trawie. Musi być zatem w ziemi

tak jak krew w naszych żyłach. Deszcze padają rzadko, lecz mimo to step jest prawie

wszędzie  zielony. Pustynie  bywają  tylko blisko  gór. Woda musi  zatem  przesycać

ziemię i krążyć w niej na podobieństwo krwi. Inaczej nie byłoby życia.

–   W naszych   ciałach   są   żyły.   Czy   w ziemi   nie   mogłoby   być   podobnych

kanałów?

10

Kup książkę

background image

Konrad T. Lewandowski    

R W 2 0 1 0    Most nad Otchłanią

– Może i są – odparł Cedemos. – Kto wie? Żyły w ziemi... – powtórzył wyraźnie

rozbawiony.   –   Dobra   metafora,   chłopcze,   powinieneś   podpowiedzieć   ją   naszemu

bardowi...

Agaropal   osłupiał.   Wielki   przewodnik   plemienia   był   tak   blisko   tajemnicy,

a nawet nie przeczuwał jej istnienia. Dla Cedemosa były to jedynie słowne igraszki!

Młody   wojownik   spochmurniał.   Zrozumiał,   że   jeśli   rozgłosi   cokolwiek   na   temat

podziemnej rzeki, to wszyscy potraktują go jak Abiego – bełkoczącego półgłówka

z rodu Asta.

Dym   palonych   ziół   unosił   się   znad   glinianej   misy   i przepływał   pomiędzy

wyciągniętymi rękami sędziwego Elemanesa – kapłana Wiatru. Święty mąż rzucał na

żar garście suchych liści, po czym kolistymi ruchami rąk rozpraszał aromatyczny

obłok   na   twarze   stojących   dookoła   koczowników.   Przymrużone   oczy   starca

w skupieniu wpatrywały się w drobne płomyki pełgające na dnie naczynia. 

– Nadejdzie czas – oznajmił z powagą kapłan – gdy wędrówka nasza dobiegnie

kresu. Tchnienie bogów popłynie dalej nad stepem, ale my nie podążymy już za nim,

lecz zostaniemy w miejscu. Tam, na jednym skrawku ziemi, rodzić się będą nasze

dzieci, a groby naszych przodków już nigdy nie znikną za horyzontem. To miejsce

zwie się Państwo. Nadejdzie dzień, w którym je posiądziemy. Oto święty cel naszej

wędrówki. Każdy krok i każde przemijające pokolenie zbliża nas do owej szczęśliwej

chwili. Niech sczezną w was niegodne myśli, droga ta nie ma końca. Wypędźcie

z serc   waszych   znużenie   i gnuśność.   Wkrótce   znów   wyruszymy   ku   celowi

największemu   z wielkich   i najgodniejszemu   z godnych.   Radujcie   się   tym!   Znów

pójdziemy ku Państwu. Znów się do niego zbliżymy. Niechaj ten wonny dym oczyści

wasze   dusze   ze   stęchlizny   zwątpienia   i obojętności.   Wdychajcie   go!   Wdychajcie

głęboko. Przyjmijcie w siebie moc błogosławieństwa, tak jak niewiasta przyjmuje

11

Kup książkę

background image

Konrad T. Lewandowski    

R W 2 0 1 0    Most nad Otchłanią

nasienie   męża,   i niech   ono   zapłodni   wasze   dusze.   Będziemy   szli   do   Państwa!

Będziemy szli!!! – Głos kapłana zadźwięczał spiżowo.

Tłum zareagował radosnym pomrukiem. Twarze pojaśniały, a w górę uniósł się

las rąk. Tysiące otwartych dłoni wyciągnęło się ku niebu, by przyjąć dar boskiego

natchnienia. Tysiące piersi nabrały głęboko powietrza.

– Będziemy szli!!! – zabrzmiał potężny krzyk. – Będziemy szli!!! Będziemy

szli!!!

– A z wami, w krwi waszej pójdą niezliczone pokolenia potomków waszych! –

zawołał Elemanes. – Oni w was teraz, a wy w nich dojdziecie kiedyś! Z krwi do krwi

i z kości w kość wasz duch przejdzie i nie ustanie w drodze. Niestraszna mu żadna

odległość ani żaden czas. Byle płomień ufności płonął w waszych sercach. Nie bójcie

się niczego. Idźcie z wiarą przez step!

Agaropal poczuł, jak zaczynają go palić policzki. W głowie rozbłysła mu jedna,

oślepiająco   jasna   myśl.   Gwałtowny   skurcz   zdławił   mu   gardło,   a fala   emocji

przepłynęła   przez   trzewia   niczym   wrzątek.   Młodzieniec   przez   moment   miał

wrażenie, że wybuch uniesienia rozerwie go na ćwierci. Pięści zacisnęły się z całej

siły. Wiedział! Teraz wiedział już, jak wykorzystać swoje odkrycie.

Rozgorączkowany   wypadł   z kolejnego   namiotu   i ruszył   szybkim   krokiem   przez

obozowisko, planując następne spotkanie. Myśli aż huczały, ale wszystkie były jasne.

Wola i rozwaga utrzymywały w ryzach euforię i nie pozwalały mu krzyczeć, śpiewać,

podskakiwać   i przewracać   namiotów,   choć   na   to   właśnie   miał   ochotę.   Planował

spokojnie.   Umówił   się   już   z pięcioma   młodymi   wojownikami,   a potrzebował   co

najmniej dwudziestu. Na dodatek nie miał pewności, czy wszyscy się zgodzą...

Złapała go za ramię tak nagle, że omal jej nie przewrócił. Przeszedł jeszcze

dobre dwa kroki, wlokąc za sobą zaskoczoną dziewczynę, zanim ją spostrzegł.

– Agr! Co ty wyprawiasz?! – zawołała Sylia, z trudem odzyskując równowagę.

12

Kup książkę

background image

Konrad T. Lewandowski    

R W 2 0 1 0    Most nad Otchłanią

Popatrzył półprzytomnie.

– Co robisz... – rzucił z irytacją.

Zarzuciła   mu   ręce   na   szyję   i wspięła   się   na   palce.   Nim  zdążył   zareagować,

zbliżyła usta do jego ucha.

– Udało się! – szepnęła. – Będę mogła wyjść po zmierzchu z obozu. Tak jak się

umawialiśmy.   –   Jej   zielone   oczy   błyszczały   radością   i podnieceniem.   –   Znów

będziemy razem przez całą noc...

–   Zapomniałem...   –   mruknął   z roztargnieniem   i dodał   głośniej:   –   Nie.   Dziś

wieczór nie mogę. Wybacz. – Chciał odejść, ale Sylia go nie puściła.

– Zapomniałeś? – spytała z bezbrzeżnym zdumieniem. – Zapomniałeś?!! – To

był już prawie krzyk. Paznokcie dziewczyny wpiły się w ciało Agaropala. – Przecież

sam chciałeś!

– Muszę zrobić coś bardzo ważnego.

– Ważniejszego ode mnie?!

– Tak! – dał upust złości. – Ważniejszego od ciebie! – powtórzył, choć błysnęła

mu myśl, że posuwa się zbyt daleko.

Sylia sprawiała wrażenie, jakby chciała wydrapać mu oczy. Jednak zaraz po jej

policzkach pociekły łzy.

– Ty mnie już nie kochasz... – chlipnęła.

Tego było za wiele.

– Daj mi spokój! – krzyknął z pasją. – Świat nie zaczyna się między twoimi

nogami! Nie mam czasu na próżne gadanie. Puść mnie! – Szarpnięciem wyrwał się

z jej uścisku. – Jutro pomówimy!

Dziewczyna spojrzała na niego z nagłym zrozumieniem.

– Już wiem! Masz inną! Która to? Bemis czy Ita? Pewnie Ita! Ona zawsze... Agr

kochany! Tak cię kocham... – Przytuliła się gwałtownie.

Odepchnął ją z wściekłością.

13

Kup książkę

background image

Konrad T. Lewandowski    

R W 2 0 1 0    Most nad Otchłanią

– Precz, głupia!!! Wynoś się! Zawadzasz mi... – Ostatnie słowa zabrzmiały tak

spokojnie i zimno, aż sam się zdziwił.

Agaropal   odwrócił   się,   przecisnął   przez   krąg   gapiów   i ruszył   swoją   drogą.

Rozdzierający szloch Sylii pozostał za nim. 

Dawno minęła północ. Agaropal siedział przy malutkim ognisku, zerkając w stronę

odległego   obozowiska.   Przed   każdym   z namiotów   paliła   się   wetknięta   w ziemię

pochodnia,   ale   z tej   odległości   obóz   koczowników   wyglądał   jak   mętne   jezioro

bladego światła. Wysoko na niebie gwiazdy tańczyły swój powolny i bezsensowny

taniec. Stopniowo z ciemności wokół Agaropala wynurzały się sylwetki mężczyzn.

Siadali   przy   ognisku   obok   przybyłych   wcześniej   i nieruchomieli   w milczącym

oczekiwaniu.   W końcu   zebrali   się   wszyscy.   Dwudziestu   trzech   młodych

wojowników, przyjaciół i krewnych Agaropala. Młodzieniec powiódł wzrokiem po

ich twarzach i wrzucił do ognia garść chrustu. Buchnęła gwałtowna jasność.

– Chcę stworzyć Państwo! – oznajmił stanowczo. – Nie gdzieś i kiedyś, ale tu

i teraz, zaraz!

Wśród zgromadzonych przebiegł szmer. Przez długą chwilę spoglądali na siebie

nawzajem,   szukając   potwierdzenia,   czy   dobrze   usłyszeli.   Potem   wszystkie   oczy

zwróciły się na Agaropala. Milczał. Zapadła denerwująca cisza.

– Wielu było fałszywych proroków, którzy usiłowali tego dokonać – przemówił

wreszcie Astaro, syn jednego ze stryjów Agaropala. Astaro był tu najstarszy, a jego

następne   słowa   zabrzmiały   głośniej   i surowiej.   –   Ludzie   ci   nakazywali   układać

kamienne   ścieżki   i wznosić   wysokie   budowle   z głazów,   by   widoczne   z oddali

oznaczały drogi i kierunki. Myśleli, że dzięki temu będą mogli zapuszczać się daleko

za widnokrąg i bezpiecznie powracać. Bywało tak, ale krótko. Nigdy nie trwało to

dłużej   niż   jedno,   dwa   pokolenia.   Ziemia,   na   której   osiedli,   znieważona   tym

świętokradztwem   szybko   przestawała   rodzić   plony.   Przychodziły   głód   i zarazy.

14

Kup książkę

background image

Konrad T. Lewandowski    

R W 2 0 1 0    Most nad Otchłanią

Trawa zarastała kamienne ścieżki, aż w końcu nie pozostawał po nich żaden ślad. Na

domiar złego w miejsce, które ci bluźniercy ośmielili się nazwać Państwem, szybko

ściągały   inne   gromady   koczowników   pragnące   posiąść   owo   Państwo   dla   siebie.

Oznaczało to nieustanny strach przed przyszłością i wciąż nowe wojny. Zwycięzcy

przepędzali   pokonanych,   a potem   sami   padali   ofiarą   silniejszych   przybyszów.

Kamienne budowle waliły się w gruzy, a praca włożona w układanie kamieni szła na

marne.   Krwawe   szaleństwo   wybuchało   zawsze   tam,   gdzie   ludzie   ośmielili   się

uzurpować sobie boskie prawo decyzji o końcu wędrówki. I zawsze świętokradcy po

latach   nędzy   i cierpień   musieli   znów   ruszać   w drogę,   pozostawiając   za   sobą

rozsypane kości i kamienie. Czy takiego właśnie losu chcesz dla nas, mój bracie?

– Znam legendy – odparł hardo Agaropal – i nie zamierzam układać kamieni na

stepie.   Istnieją   inne   drogi,   które   nigdy   nie   znikną   i nie   zagubią   swego   kierunku.

Dotąd były ukryte przed naszymi oczami. Nie umieliśmy uważnie patrzeć wokół

siebie. Wczoraj znalazłem jedną z takich dróg...

Opowiedział   im   o jeziorze   i o płynącej   słomce.   O barwie   trawy,   o Szczurach

i o wszystkim,   czego   dowiedział   się   w obozie   i domyślił   sam.   W blasku   ognia

Agaropal zobaczył podniecenie na twarzach słuchaczy.

– Wystarczy, że wypędzimy Szczurów – mówił z zapałem – a potem zajmiemy

ich jaskinie, zbudujemy łodzie i tratwy, popłyniemy w górę i w dół podziemnej rzeki.

Natrafimy na nowe szczurze plemiona i znów je przegnamy lub wybijemy do nogi.

My wiemy, jak spożytkować ich skarb, o którym oni nie mają nawet pojęcia. Są zbyt

głupi,   by   żyć,   więc   muszą   ustąpić.   Z czasem   zdobędziemy   wszystkie   siedziby

Szczurów   i osiedlimy   się   tam.   Zbudujemy   Państwo,   którego   drogami   będą

podziemne rzeki, a jeśli one są wszędzie, to cały świat stanie się z czasem naszym

Państwem. Możemy tego dokonać!

15

Kup książkę

background image

Konrad T. Lewandowski    

R W 2 0 1 0    Most nad Otchłanią

Wojownicy siedzieli jak kamienie. Agaropal przerwał i czekał, aż porażający

ogrom jego wizji w pełni dotrze do ich serc i umysłów. Po chwili miał już pewność,

że czują to samo uniesienie, co on dzisiaj rano. Wtedy znów zaczął mówić.

– Nasze Państwo  w zasięgu  ręki. Trzeba  tylko pozbyć się Szczurów. To nic

trudnego.   Jest   ich   mniej   niż   nas  i są   gorzej   uzbrojeni.   Łatwo   spełnimy   marzenia

naszych przodków!

– Ale kiedy znów powieje wiatr, będziemy musieli odejść – odezwał się Astaro.

W jego głosie brzmiał szczery żal.

–   Czy   odejdziecie   stąd   szukać   czegoś,   co   jest   tutaj?   –   zapytał   spokojnie

Agaropal. – Jeżeli teraz zrezygnujecie, czy zdołacie przeżyć resztę życia tak, aby nie

dręczyły   was   ponure   myśli,   że   zaprzepaściliście   coś  wielkiego?   Czy   wtedy   dalej

będziecie wierzyć starcom i kapłanom, kiedy będą wam mówić, że ciągle idziemy do

Państwa? Czy zmarnujecie taką szansę?!

– Nigdy!!! – wykrzyknął jeden z wojowników, zrywając się na równe nogi.

– Nigdy! Nigdy! – zaczęli się przekrzykiwać, powstając z miejsc.

– Nigdy! – zawołał stanowczo Astaro.

– Więc niech tak będzie! – oznajmił Agaropal i również wstał.

Z napięciem czekali na jego słowa.

– Rada Starców będzie przeciwko nam. Myśl, aby pozostać tutaj, nie zmieści się

w ich umysłach wyżartych przez czas. Trzeba zatem sprawić, by mimo to uważnie

nas   wysłuchali.   To   pierwsza   rzecz,   potrzebuję...   –   przerwał   i wraz   z pozostałymi

wsłuchał się w nocną ciszę.

Nie było już ciszy. Gdzieś w dali rozległ się przeciągły szum traw i zaczął się

przybliżać. Step ożył. Chwilę później pierwszy od pięciu dni podmuch wiatru musnął

twarze i włosy młodych koczowników. Płomienie ogniska pochyliły się ku ziemi.

Odległe światła obozowiska zafalowały, a potem doleciał stamtąd długi, wibrujący

głos gongu. To kapłan Elemanes rozpoczął Ceremonię Odejścia...

16

Kup książkę

background image

Konrad T. Lewandowski    

R W 2 0 1 0    Most nad Otchłanią

Mocny błękitny błysk rozświetlił nagle widnokrąg. Jasność jak sztych miecza

wdarła się w nocny mrok  i zabiła go jednym ciosem.  Agaropal i jego towarzysze

zamarli zafascynowani nagłym wybuchem światła.

Nad Wielkim Stepem wzeszło nowe słońce.

Polowa   namiotów   była   już   zwinięta.   Troczono   juki   i ładowano   wozy.   W całym

obozowisku wrzała krzątanina. Wokoło falował step. Agaropal wraz z grupą swych

zwolenników   obserwował   wszystko   z boku   i z oddali.   Od   obozu   biegł   do   niech

młody wojownik. Po chwili dotarł na miejsce.

–   Źle,  Agaropalu!   –   zawołał   roztrzęsiony.   –   W ogóle   nikt   nie   chce   z nami

rozmawiać!   Mówią,   że   później,   za   kilka   dni,   a teraz   mamy   się   zająć   zwijaniem

obozu. Nasi ojcowie też nie chcą słuchać, każą nam pomagać przy...

– A młodzi, co z młodymi?! – ostro przerwał mu Agaropal.

– Wielu dało nam posłuch, ale teraz nie wiedzą, co robić. Część już zaczęła

szykować się do drogi.

Agaropal zbladł.

– Nie mamy wyjścia! – oznajmił. – Trzeba siłą zatrzymać Elemanesa w jego

namiocie. Plemię nie ruszy, dopóki on nie da znaku.

–   Elemanes   jeszcze   nie   zaczął   się   pakować.   Jest   u siebie   i czyni   wróżby   –

powiedział posłaniec.

–   Dobrze   –   odparł   Agaropal.   –   Astaro!   Weźmiesz   dziesięciu   ludzi.

Wytłumaczysz wszystko staremu i postarajcie się, aby nikt was nie spostrzegł.

– Idę – mruknął Astaro. Wyznaczył wojowników i pobiegli w kierunku obozu.

– A my? – spytał goniec.

– Wracaj i powiedz naszym, że za nic nie ruszymy się z tego miejsca! Niech

będą gotowi walczyć. Mówcie wszystkim wokoło, że Państwo jest tu i nie możemy

stąd odejść.

17

Kup książkę

background image

Konrad T. Lewandowski    

R W 2 0 1 0    Most nad Otchłanią

– Państwo jest tu! – powtórzył tamten.

– Tak. – Agaropal skinął głową. – To będzie nasze zawołanie. Potem wyjaśnimy

dokładnie, w czym rzecz. Ja idę do Cedemosa. Gdyby coś się stało, biegnijcie mi

z pomocą.

–  Tak   zrobię!   –  Posłaniec   odwrócił  się   i pobiegł   z powrotem.   Z Agaropalem

zostało pięciu wojowników. 

– Jesteście gotowi?

– Tak, wodzu! – odparł najbliższy, a pozostali pokiwali głowami.

– Więc za mną, w imię Państwa!

Państwo jest tu!

Trzy   słowa   błyskawicznie   obiegły   obóz.   Zdezorientowani   koczownicy

przerywali przygotowania do wymarszu, oglądali się na innych i zbijali w grupki.

Młodzi wojownicy Agaropala przemykali pomiędzy nimi jak duchy. Nie wiadomo

skąd   pojawiły   się   plotki   o nadejściu   wysłannika   bogów.  W krótkim   czasie   ustała

wszelka praca.

– Co się dzieje?! – zirytował się Wielki Przewodnik. – Czy postanowiliście coś

nowego, o czym nie wiem? – zwrócił się do stojących przy nim członków Rady

Starców.

– Było powiedziane: ruszamy, gdy tchnienie bogów opadnie na step, czcigodny

Cedemosie, nic ponadto. My też nie wiemy, co się stało.

– Gdzie jest Elemanes?! Niech on to wszystko wyjaśni!

–   Elemanes   nie   przyjdzie!   –   rozległ   się   głos   Agaropala.   Młodzieniec

w otoczeniu swych wojowników podszedł szybko do wodza.

– Co mówisz, chłopcze? – zdumiał się Cedemos.

18

Kup książkę

background image

Konrad T. Lewandowski    

R W 2 0 1 0    Most nad Otchłanią

– To stało się za moją sprawą! Nie odejdziemy z tego miejsca. Już nigdy więcej

nie   będziemy   wędrować   przez   step   niczym   niesione   wiatrem   śmieci   i kurz.   Nie

będziemy bezwolnym pyłem!

–  Synu,  ty  bluźnisz!  –  zawołał   z oburzeniem  jeden  ze  starców.   –  Ukorz  się

natychmiast!

– Co chcesz zrobić? – zapytał zupełnie spokojnie Wielki Przewodnik.

– Zbudować Państwo. Tu niedaleko przepływa podziemna rzeka. Osiedlimy się

na jej brzegu i wykorzystamy ją jako drogę. Wzdłuż niej wzniesiemy nowe osady.

Wyraz niepokoju zniknął z twarzy Cedemosa. Na jego obliczu odmalowały się

ulga i rozbawienie.

– A więc to tylko młodzieńcze fantazje! – Parsknął śmiechem. – Podziemna

rzeka, żyły w ziemi i Państwo... Chłopcze, jesteś poetą! Aleś narobił zamieszania.

Nie   ma   co!   –   Wielki   Przewodnik   poklepał   po   plecach   stężałego   z wściekłości

Agaropala i spojrzał na starców. – Nie gniewajcie się, czcigodni ojcowie. To młoda,

gorąca głowa pełna marzeń. Zaraz będzie po wszystkim. Trzeba tylko rozgłosić, że...

– Zabić go! – wychrypiał Agaropal.

Stojący   najbliżej   wojownik   bez   wahania   pchnął   oszczepem   trzymanym

w połowie   drzewca.   Cedemos   z osłupieniem   popatrzył   w dół,   na   nasadę   ostrza

tkwiącego   w jego   ciele   trochę   poniżej   mostka.   W tym   momencie   drugi   oszczep

przebił mu szyję. Wielki Przewodnik zakrztusił się i runął na wznak. Zza pleców

Agaropala   wyskoczyło   trzech   pozostałych   wojowników.   Stanęli   nad   Cedemosem,

a ich oszczepy zaczęły wnosić się i opadać jak trzy tłuki w dzieży do tłuczenia ziaren.

Każdemu ruchowi towarzyszył chrzęst rozrywanego ciała.

– Krew!!! – rozległ się przenikliwy, starczy skowyt. – Krew! Zbrodnia! Krew!

Krew!

Zawodzenia starców sprawiły, że koczownicy gromadnie ruszyli w ich stronę.

Większość nie widziała zabójstwa. Ujrzawszy zwłoki Cedemosa, stanęli jak wryci.

19

Kup książkę

background image

Konrad T. Lewandowski    

R W 2 0 1 0    Most nad Otchłanią

– Morderca! – Palce członków Rady Starców wskazały Agaropala. – Morderca!

Brać go!

Kilku   koczowników   miało   broń.   Inni   cofnęli   się   do   namiotów   i wozów   i za

chwilę   nadbiegli   z tym,   co   komu   wpadło   w ręce.   Ponad   pięćdziesięciu   mężczyzn

uzbrojonych we włócznie, topory, miecze, młoty, zapasowe osie do wozów, pale od

namiotów, kamienie i noże gromadą ruszyło w stronę Agaropala. Pięciu będących

z nim młodzieńców groźnie pochyliło oszczepy. Ze wszystkich ostrzy ściekała krew.

Lecz nagle podbiegł do nich nowy wojownik. Stanął razem z nimi i uniósł topór nad

głowę.   Za   moment   pojawiło   się   dwóch   następnych,   uzbrojonych   w łuki.   Młodzi,

gotowi   do   walki   wojownicy   nadbiegali   ze   wszystkich   stron   i dołączali   do   grupy

Agaropala.

Zanim   mściciele   Cedemosa   zdecydowali   się   na   atak,   odkrywcę   podziemnej

rzeki otoczył mur tarcz i nadstawionych albo wzniesionych ostrzy. Stojący naprzeciw

nich   wojownicy   nie   wiedzieli,   co   robić.   Starcy   zamilkli   z wrażenia,   ujrzawszy

wymierzone w siebie strzały. Zapadła głucha cisza.

Agaropal nachylił się do ucha jednego ze swoich wojowników.

– Biegnij natychmiast do Astaro – szepnął, siląc się na spokój. – Powiedz mu, co

się stało. Niech zaraz przyprowadzą tu Elemanesa. On musi powstrzymać tamtych.

Powtórz Astaro, że nie ma odwrotu!

– Tak, panie! – Wojownik wystąpił z szeregu i niezatrzymywany przez nikogo

zniknął pomiędzy namiotami. Agaropal zajął jego miejsce.

–   Cedemos   zginął,   ponieważ   chciał   nas   odwieść   od   Państwa!   –   zawołał   do

wyczekujących mężczyzn.

Przez gromadę koczowników przeszedł szmer, ale nikt się nie ruszył.

– Wielki Przewodnik chciał nas zmusić do porzucenia Państwa i bezsensownego

błądzenia po stepie! – ciągnął dalej Agaropal. – To on był bluźniercą i dlatego musiał

zginąć. Państwo jest tu!

20

Kup książkę

background image

Konrad T. Lewandowski    

R W 2 0 1 0    Most nad Otchłanią

Kilkunastu mężczyzn opuściło broń i odeszło na bok.

– Chcemy usłyszeć to od kapłana! – odkrzyknął ktoś z pozostałych.

– Czcigodny Elemanes zaraz tu będzie! – odpowiedział Agaropal, a serce zabiło

mu mocniej.

Drogą biegnącą środkiem obozowiska nadchodziła grupa Astaro. Pomiędzy nimi

szedł przygarbiony starzec. Młodzi wojownicy zaprowadzili kapłana na środek placu,

pozostawili go pomiędzy zgromadzonymi koczownikami a grupą Agaropala i sami

natychmiast dołączyli do swego przywódcy.

Elemanes   uniósł   głowę   i rozejrzał   się.  Wzrok   starego   kapłana   zatrzymał   się

najpierw na okrwawionym trupie Cedemosa, potem przemknął po zdesperowanych

twarzach   otaczających   Agaropala   i niepewnych   obliczach   mężczyzn   stojących

naprzeciw. Na koniec oczy Elemanesa napotkały wyczekujące spojrzenia członków

Rady   Starców.   Kapłan   zamarł   w bezruchu.   Nikt   nie   mógł   odgadnąć,   jakie   myśli

przechodziły   teraz   przez   jego   głowę.  Agaropal   przygryzł   wargi   do   bólu.   Wokół

majdanu   wciąż   zbierał   się   tłum.   Niebawem   stało   tu   już   całe   plemię.   Wreszcie

Elemanes podjął decyzję i wzniósł w górę drżące ramiona.

– Niech żyje król Agaropal! – zawołał starzec łamiącym się głosem. – Niech

żyje król!

Był   jasny   dzień.  Tysiąc   uzbrojonych   koczowników,   rozciągniętych   w połyskującą

żelazem kolumnę szło przez step. Idący na czele Agaropal w skupieniu przypatrywał

się barwie traw. Step falował gładzony niewidzialnymi palcami wiatru, co dodatkowo

utrudniało rozróżnienie odcieni. Mimo to młodemu władcy koczowników udało się

określić właściwy kierunek marszu i po godzinie na horyzoncie ukazały się znajome

białe skałki. Agaropal odetchnął z ulgą. Dał znak zwiadowcom, by poszli przodem.

21

Kup książkę

background image

Konrad T. Lewandowski    

R W 2 0 1 0    Most nad Otchłanią

– Teraz najważniejsze, abyśmy niedostrzeżeni zdołali podejść do rozpadliny –

powiedział   Agaropal   do   idącego   obok   Astaro.   –   Mamy   nad   Szczurami   wielką

przewagę, lecz lepiej będzie, jeśli zdołamy ich jeszcze zaskoczyć.

Astaro   skinął   głową,   ale   widać   było,   że   myśli   o czymś   innym.   Królewski

krewniak wskazał wzrokiem grupę starców trzymających się z boku kolumny.

– Nie rozumiem, panie, czemu pozwoliłeś, by poszła z nami prawie cała Rada

Starców. Oni nie pogodzili się z utratą swej władzy. Należało skończyć z nimi od

razu, tak jak z Cedemosem. To twoi wrogowie!

Agaropal popatrzył w tamtą stronę i zasępił się nieco.

– Zabicie ich spowodowałoby zbyt wielki sprzeciw, mój bracie – powiedział

powoli.   –   Prędzej   lub   później   będę   potrzebować   ich   rady   i doświadczenia,   lepiej

więc, aby sami się przekonali i poparli nasze zamierzenia. Teraz są niegroźni. Ich

ponure miny to jedyne, na co ich stać. Zresztą skoro są tutaj, nie mogą nic uknuć

w obozie, za moimi plecami.

Z trawy przed nimi wynurzył się jeden ze zwiadowców.

– Mów! – rozkazał Agaropal.

– Szczurowie krzątają się w rozpadlinie. Mężczyzn na zewnątrz naliczyliśmy stu

piętnastu.   Kobiet   i dzieci   jest   dużo   więcej.  Widzieliśmy   też   starców.   Dwudziestu

uzbrojonych wojowników czuwa przy wejściach do jaskiń. Pozostali są przemieszani

z kobietami i dziećmi. Niektórzy nie mają broni.

– A co oni właściwie robią? – zainteresował się król.

Zwiadowca wzruszył ramionami.

– Na drewnianych stojakach suszą się jakieś łachy i ryby. Kobiety tkają, plotą

maty, pilnują dzieci. Starcy wygrzewają się na słońcu. Nic szczególnego.

– Dobrze. – Agaropal zamyślił się na chwilę, po czym oznajmił:

–   Rozdzielamy   się!  Astaro,   weźmiesz   trzystu   wojowników.   Obejdziecie   całą

rozpadlinę  i zaatakujecie  straże  przy  jaskiniach.  Macie  ich wybić  i odciąć  reszcie

22

Kup książkę

background image

Konrad T. Lewandowski    

R W 2 0 1 0    Most nad Otchłanią

Szczurów dostęp do tych nor. Gdyby wyszła stamtąd jakaś pomoc, powstrzymacie

ich.   Ja   z pozostałymi   uderzę   na   tłum   w zapadlisku.   Gdy   uporamy   się   z tym

wszystkim, wchodzimy do jaskiń. Przed wieczorem Państwo będzie nasze!

– Kiedy mam zaatakować? – zapytał Astaro. Oczy mu błyszczały.

– Od razu, gdy tylko dojdziecie – odparł Agaropal. – My zaczekamy na was.

– Tak, królu!

– Ruszaj, bracie!

Astaro popełnił błąd. Ruszył do ataku zaraz po obejściu rozpadliny, nie czekając, aż

jego   rozciągnięci   w marszu   wojownicy   zbiorą   się   razem.   Skutek   był   taki,   że   na

Szczurów pilnujących jaskiń rzuciło się w pierwszej chwili zaledwie kilkunastu ludzi.

Tak   nieliczna   grupa   koczowników   nie   mogła   od   razu   rozbić   straży   i zablokować

wejścia do pieczar. Szczurowie, choć zaskoczeni, stawili im twardy i skuteczny opór,

a tłum kobiet i dzieci z wrzaskiem runął do jaskiń.

Agaropal, klnąc, poderwał się z trawy. Z rozkołysanego stepu za jego plecami

wyroiła się wyjąca horda.

– W nich! – wydał przeciągły, myśliwski okrzyk. – Zabić wszystkich!

Gromada napastników pognała po pochyłości w głąb rozpadliny. Fala krzyku

uderzyła   o ścianę   urwiska.   I wtedy   stało   się   coś   nieoczekiwanego.   Wojownicy

Szczurów nie cofnęli się ani o krok. Zignorowali pewną śmierć i przyjęli walkę tam,

gdzie który stał. Kamienne topory i włócznie we wprawnych rękach okazały się nie

gorsze od żelaznych ostrzy. Pierwsi koczownicy padli na ziemię, zachłystując się

własną   krwią,   nim   zdołali   pojąć,   co   się   stało.   Wokół   każdego   z walczących

z szaleńczą odwagą Szczurów utworzył się pierścień napastników zaskoczonych tą

desperacją.   Przewaga   koczowników   była   miażdżąca,   napadnięci   ginęli   jeden   po

drugim,   ale   impet   ataku   został   wyhamowany   na   czas  wystarczająco   długi,   aby

kobiety, dzieci i starcy zdołali się schronić w jaskiniach. Dopiero wtedy Szczurowie

23

Kup książkę

background image

Konrad T. Lewandowski    

R W 2 0 1 0    Most nad Otchłanią

zaczęli   się   cofać   i wielu   zdążyło   ukryć   się   w grotach.   Na   zewnątrz   pozostało

odciętych tylko kilkunastu straceńców. Tych należało najpierw mozolnie wybić do

nogi, co dało reszcie Szczurów czas na przygotowanie obrony.

– Głupcze!!! – wrzeszczał Agaropal, szarpiąc Astaro za kaftan na piersiach. –

Popatrz, coś narobił! Zginęło nas więcej niż ich.

– Wybacz, panie.

– Nie czas na skamlenie! Zbierz ludzi i rozdziel ich na grupy po pięć dziesiątek.

Rozdać łuczywa.

– Tak, panie.

Niebawem pierwsza setka koczowników wdarła się do jaskiń. Zażarta walka

rozgorzała   w drgającym  świetle   pochodni,   które   zmieniło   wszystko   w kłębowisko

cieni.   Płomienie   odbijały   się   w stalowych   ostrzach,   szeroko   otwartych   oczach,

wyszczerzonych zębach i plamach krwi. Przeraźliwe, spotęgowane echem wrzaski

wwiercały się w uszy, jakby dwie hordy potępieńców zmagały się na dnie piekła.

Lecz niebawem koczownicy zaczęli ustępować, a wtedy Agaropal posłał następnych

stu.

Pół dnia trwał nieprzerwany atak. W wąskich korytarzach mogło walczyć nie

więcej   niż   dwustu   wojowników   naraz.   Przybywający   z zewnątrz   koczownicy

zastępowali   rannych,   zabitych   lub   padających   ze   zmęczenia   współplemieńców.

Szczurowie   bronili   się   jak   szaleńcy.   Mordowano   się   w dławiącej   duchocie,   bo

płomienie pochodni wypalały powietrze do cna. Na nic zdały się miecze i topory.

Najskuteczniejszą bronią były noże, zęby i pięści. Zwały trupów blokowały drogę

w głąb jaskiń równie skutecznie, co determinacja żywych, napór koczowników łamał

jednak obronę Szczurów i wciąż spychał ich coraz dalej od wejść. Wreszcie obrońcy

zdecydowali się na rozpaczliwy kontratak.

Wzięli w nim udział wszyscy zdolni utrzymać w dłoni kamień, nóż lub kościany

sztylet.   Kilkudziesięciu   Szczurów   wyszło   nagle   z najrozmaitszych   szczelin   oraz

24

Kup książkę

background image

Konrad T. Lewandowski    

R W 2 0 1 0    Most nad Otchłanią

korytarzy uznanych zbyt szybko za ślepe i znalazłszy się za plecami koczowników,

odcięło im odwrót. Agaropal posłał na pomoc ostatnie świeże odwody i czekał.

Z zewnątrz nic nie było widać. Słyszano tylko, że bitewna wrzawa w jaskiniach

przybiera   gwałtownie   na   sile,   po   czym   zdławiony   jazgot   przeszedł   w coś   jakby

skowyt. Trwało to pewien czas, a potem zaczęło słabnąć. W końcu ucichło zupełnie

i w pieczarach zapanowała cisza.

– Zwycięstwo – szepnął Agaropal.

Z ciemności   nie   wyszedł   jednak   ani   jeden   koczownik.   Ktoś   zbliżył   się   do

wejścia, aby zobaczyć, co się dzieje, i gardło przebił mu rzucony z jaskini oszczep.

Jęk grozy przebiegł wśród napastników. Ci stojący najbliżej pieczar zaczęli się cofać

w popłochu, pozostali poszli w ich ślady.

Na ramieniu Agaropala zacisnęły się szponiaste palce jednego z członków Rady

Starców.

–   Na   zgubę   przywiodłeś   nas   tutaj!   –   zasyczał   staruch.   –   Wydałeś   na   żer

podziemnych upiorów. Bluźnierco, bogowie odwrócili się od nas!

– Precz, gadzie! – Agaropal z całej siły odepchnął zawodzącego starca. – Astaro,

do mnie!

Panika   została   szybko   zażegnana,   ale   wojownicy   nie   kwapili   się   do   dalszej

walki.   Stali   tylko   i spoglądali   ponuro.   Na   wszystkich   twarzach   pojawiło   się

zwątpienie. 

–   Chcielibyście,   by   Państwo   samo   do   was   przyszło?   Darmo?!   –   zawołał

szyderczo   król.   –   Ono   jest   tam!   –   Wskazał   na   jaskinie.   –   Chcecie   uciec   stąd,

pozostawiając bez pomsty poległych braci?! No dalej, ruszcie się!

Najpierw wystąpiło kilkunastu młokosów, a potem z ociąganiem dołączyło do

nich półtorej setki dojrzałych mężczyzn. Zaczęto zapalać pochodnie.

– Astaro, poprowadź ich! – rozkazał Agaropal. – Tych Szczurów już nie może

być wielu!

25

Kup książkę

background image

Konrad T. Lewandowski    

R W 2 0 1 0    Most nad Otchłanią

– Tak, królu!

Z jaskiń   znów   buchnął   krzyk.   W oczach   Agaropala   zabłysła   zawziętość.

Odczekał trochę i rozkazał, by następnych stu ludzi przygotowało się do ataku. Ci

zaczęli   właśnie   podnosić   się   z trawy,   gdy   z jednej   z pieczar   wybiegło   nagle

kilkunastu koczowników. Jak na zmęczonych lub rannych poruszali się stanowczo

zbyt szybko.

– Wy gdzie?! – Agaropal skoczył w ich stronę. – Wracaj, tchórzu! – Z furią

złapał za kark najbliższego z uciekających.

– Astaro nie żyje! – wrzasnął tamten i wyrwał się.

Agaropalowi opadły ręce. Z mroku wyskoczyło trzech następnych mężczyzn. Za

nimi popłynął potok ogarniętych paniką wojowników. Wielu było bez broni. Król

zadygotał.

– Stać, ścierwa! – krzyknął ile tchu w płucach. – Wracać z powrotem!

– Odstąpcie! Nie słuchajcie szaleńca! – rozległy się głosy starców. – Uciekajcie,

zanim podziemne demony pożrą was wszystkich. Odstąpcie! To miejsce przeklęte! –

Przygarbione postacie krążyły pomiędzy ogłupiałymi wojownikami.

– Związać zdrajców! – rozkazał Agaropal, ale nikt się nie ruszył.

W jaskiniach znowu ucichło.

–  To   bluźnierca   od   bogów   przeklęty!   –   zawodzili   starcy.   –   Klątwa   i śmierć

każdemu, kto słucha słów jego! Klątwa i śmierć!

Agaropal zsiniał z wściekłości. 

– Zdrada... – wycedził przez zaciśnięte zęby, potem krzyknął: – Do mnie! Ja,

król, rozkazuję wam!

–   On   was   tu   na   zatratę   przywiódł!   Patrzcie!  Tam   groby   otwarte   czekają!   –

Starcze dłonie wskazały czarne wyloty pieczar.

26

Kup książkę

background image

Konrad T. Lewandowski    

R W 2 0 1 0    Most nad Otchłanią

Ogarnięci lękiem koczownicy zaczęli się gromadnie cofać. Agaropal zawył jak

wściekły   wilk.   Wyszarpnął   topór   zza   pasa.   Ostrze   spadło   na   głowę   najbliższego

starca. Był nim Belomis. Krwawa miazga zalała siwe włosy.

– Zdrajcy!!! – ryczał król z pianą na ustach. – ZDRAJCYYYYYY!!!

Odwrócił   się   gwałtownie   i pobiegł   do   najbliższej   jaskini.   Przeszło   czterystu

mężczyzn stało bezczynnie, patrząc na to pustymi oczami.

Agaropal wpadł w ciemność. Po kilku krokach potknął się o ciało, ale nie stracił

równowagi. Dalej trupów było coraz więcej. Stąpał po nich, brnąc głębiej i głębiej.

Pod stopami rozlegały się zdławione jęki i rzężenia konających. Nie paliła się ani

jedna   z przyniesionych   przez   koczowników   pochodni,   Szczurowie   pogasili

wszystkie. Im światło nie było potrzebne, bez niego mogli swobodnie przemierzać

znane na pamięć korytarze. 

Król wciąż nie spotykał swych wrogów. Słyszał ich głosy i kroki dobiegające

z oddali,   ale   nikt   dotąd   nie   stanął   na   jego   drodze.   Pomimo   swego   szaleństwa

Agaropal zdołał pojąć przyczynę tego stanu rzeczy. Szczurów było za mało! Ten

dzień był dla nich dniem koszmarnej ofiary, której sensu nigdy nie mieli zrozumieć.

Po   ostatnim  szturmie   zostało   ich   nie   więcej   niż   dwudziestu   zdolnych   do   dalszej

walki. Atak koczowników załamał się na chwilę przed zwycięstwem.

– Głupcy! – wrzeszczał w ciemnościach Agaropal. – Przeklęci głupcy!

Głosy i kroki rozległy się nagle tuż za nim. Król obejrzał się szybko. Na jasnym

tle odległego wejścia do jaskini odcięły się wyraźnie dwie postacie mężczyzn. Topór

uderzył   jak   grom:   pierwszy   ze   Szczurów   runął   rozrąbany   od   czubka   głowy   do

ramion.   Drugi   uskoczył   w cień.   Agaropal   zadał   kolejny   cios,   wsłuchując   się

w oddech przeciwnika. Ostrze przeniknęło ciało i kości. Chrapliwy skrzek odbił się

upiornym echem. Odpowiedziały mu liczne, wzburzone okrzyki i zbliżające się kroki

biegnących ludzi.

27

Kup książkę

background image

Konrad T. Lewandowski    

R W 2 0 1 0    Most nad Otchłanią

Agaropal   popędził   dalej.   Jego   rozgorączkowany   umysł   wypełniło   jasne

przeczucie celu. Korytarz skręcił raz i drugi. Oprócz nieprzeniknionej czerni były tu

tylko  stosy   ciał,  ściany  wyrastające  nie  wiadomo  skąd,  bijące  w czoło  i ramiona,

i coraz   bliższe   odgłosy   pogoni.   Ktoś   wyszedł   z jakiejś   bocznej   odnogi   tunelu.

Agaropal rąbał na oślep. Trafił w skałę. Rozedrgane stylisko wyleciało mu z ręki. Nie

było czasu szukać. Wyciągnął nóż. Dłoń Szczura chwyciła go za włosy. Uderzył dwa

razy. Za drugim pchnięciem klinga uwięzła pomiędzy kośćmi i nie dała się wyrwać.

Rozległ się płaczliwy, dziewczęcy jęk. Pościg był już o parę kroków. 

Bezbronny Agaropal rzucił się przed siebie, potykając i balansując rozpaczliwie

na   zwłokach   zalegających   korytarz.   Jakieś   porzucone   ostrze   zraniło   go   w łydkę.

Znów, ale teraz wyjątkowo mocno, wyrżnął czołem o coś twardego. Zamroczony

padł na kolana. Po twarzy pociekła krew. Ciepły oddech owionął mu kark. Agaropal

szarpnął się w bok i pełznąc na czworakach, przelazł przez stertę zabitych. Dalej nie

było już trupów. Poderwał się i pognał przed siebie, odbijając się od ścian korytarza.

Porozbijane ciało pulsowało bólem. Umysł ogarnął zwierzęcy strach.

Gdzieś przed Agaropalem błysło światło. Jak ćma pobiegł w jego kierunku. Po

kilkudziesięciu krokach wpadł do ogromnej sali. Mnóstwo małych kaganków paliło

się pomiędzy setkami leżących rannych, martwych lub umierających. Wśród nich

krzątały się kobiety Szczurów.

Agaropal  przystanął,   nie  wiedząc,  co   robić.  Do  sali   dochodziło  kilka  tuneli.

W ich   wylotach   pojawili   się   uzbrojeni   wojownicy.   Z tyłu   było   to   samo.   Tylko

w jednym  korytarzu,   na   przeciwległym  końcu   sali   nie   było   nikogo.   Pobiegł   tam,

przeskakując i depcząc leżących Szczurów, roztrącając napotkane kobiety.

Podniósł   się   straszny   krzyk.   Niektórzy   ranni   zaczęli   wstawać.   Wielu   wciąż

miało   broń.   Wojownicy   wpadający   do   sali   pojęli   zamiar  Agaropala   i ruszyli,   by

zabiec mu drogę.

28

Kup książkę

background image

Konrad T. Lewandowski    

R W 2 0 1 0    Most nad Otchłanią

Król   koczowników   nie   dał   się   jednak   wyprzedzić.   Z chrapliwym   skowytem

świadczącym o pomieszaniu zmysłów przemknął pomiędzy nimi i skoczył w mrok

tunelu. Jego stopy nie znalazły oparcia. Agaropal runął w dół, wymachując bezradnie

rękami. Za moment uderzył o wodę. Obok plusnęła rzucona niecelnie włócznia.

Krztusząc   się   i parskając,   król   koczowników   wypłynął   na   powierzchnię.

Zrozumiał, że dotarł do celu. Dokonało się. Silny nurt podziemnej rzeki chwycił go

i poniósł   w czarną   otchłań.   Strach   i ból   opuściły   go,   zgasły   rozżarzone   emocje.

Różnica między życiem a śmiercią przestała mieć znaczenie. Agaropal instynktownie

przekręcił się na wznak, odchylił głowę do tyłu i rozrzuciwszy ramiona, bezwolnie

poddał się prądowi wody.

29

Kup książkę

background image

Konrad T. Lewandowski    

R W 2 0 1 0    Most nad Otchłanią

Oficyna wydawnicza RW2010 proponuje

Romuald Pawlak: Rycerz bezkonny

Nie całkiem poważna fantasy o rycerzu bezkonnym, który zaczął od dorabiania pasowaniem zwłok,
zrobił   krótką,   ale   intensywną   karierę   jako   świecki   inkwizytor,   by   wreszcie   oddać   się   swemu
prawdziwemu powołaniu: magii. A wszystko to za sprawą kupca, który przejął za długi rodzinny
majątek   Fillegana,   zmuszając   go   do   emigracji   z rodzinnego  Wake   w Anglii   na   kontynent.   Oto
dlaczego kupiec zawsze będzie wrogiem rycerza, a rycerz krzywo spoglądać będzie na bogatego
kupca... chyba że sam stanie się po stokroć bogatszy. Skoro nie całkiem poważna literatura, to
należy się tu spodziewać i kultu Monty Pychotka, i morderczej mandragory, wystąpienia mumii
Ramzesa XII, a nawet gadającego mchu. 

Romuald Pawlak: Czarem i smokiem

Nie ma nic gorszego niż bolesny brak profesjonalizmu. Co może zrobić mag-pogodnik, który nie
umie zapanować nad aurą? Może tylko wylecieć z roboty u malarza Astrogoniusza i wplątać się
w kłopoty, które zaprowadzą go najpierw na dno statku, potem wydźwigną do pałacowych kajut, by
znów strącić w piekielne otchłanie. Spotkane na drodze kobiety okażą się niebezpieczne, mężczyźni
zechcą zabrać życie – i tylko spotkany w kolejnym więzieniu smok będzie rozumieć naszego maga. 

Sojusz pogodnika ze smokiem zostanie zawarty w następujących celach: najeść się po uszy,
mieć do spania wygodne łóżko, zdobywać piękne kobiety, zemścić się na Astrogoniuszu.
Aha, i na podłym karle Garzfulu, który sprawił, że Rosselin został wygnany z pałacu. Jak
z powyższego   opisu   widać,   jest   to   śmiertelnie   poważna   opowieść   o magii,   smokach
i trudach pracy zawodowej.

Joanna Łukowska: Pierwsza z rodu: Znajda

To opowieść o skrzatach i ludziach, radzących sobie w świecie bez słońca. Estera pisze pamiętnik,
licząc, że ktoś go przeczyta; o ile po latach mroku ktoś jeszcze będzie umiał czytać. Rosa, młody
przywódca skrzatów z Boru, rozmyśla o nieciekawej sytuacji swych pobratymców. Wielebna Maura
czyni wyrzuty pozbawionej uczuć Pustej z powodu zagubienia Obiektu. Jakim sposobem dzieciak
wymknął się z sieci? A jakim cudem ociemniały świat wciąż trwa? Czyżby dało się oszukać los?
Czy   ziarnkiem   piasku,   zgrzytającym   w żarnach   przeznaczenia,   może   być   dziwna   zielonooka
dziewczynka?   Milczy   i uśmiecha   się   szczerbato,   odważnie   patrząc   w mroczną   twarz   Boru.
Skrzatów też się nie boi, choć nie należą one do codzienności ludzkich szczeniąt. Kim jest to
dziecko?
„Znajda” to opowieść o wyborach, wolnej woli, różnych obliczach miłości, o tym, że Droga jest
ważniejsza   od   Celu.   Bo   choć   przeszłość   jest   jedna,   niezmienna,   ścieżek   prowadzących   do
przyszłości może być wiele...

30

Kup książkę

background image

Konrad T. Lewandowski    

R W 2 0 1 0    Most nad Otchłanią

Agnieszka Hałas: Po stronie mroku

Piekło ma wiele obliczy, a wszystkie one stanowią część planów Stwórcy. Na odwieczną machinę
przeznaczenia   składają   się   miliony   pojedynczych   trybików.  Takich   jak   hiszpański   alchemik   El
Claro,   wojowniczka   Sangre   Veland,   rudy   demon   Samir   von   Katzenkrallen   czy   jedenastoletnia
strzyga   Maszka.   Dwanaście   opowiadań   połączonych   wspólnym   motywem  Szeolu   zabierze   was
w podróż przez różne czasy i miejsca – od współczesnej codzienności po rubieże zaświatów, od
średniowiecznych Karpat po zbombardowane Nagasaki i płonące World Trade Center.

Agnieszka Hałas: DWIE KARTY cykl Teatr węży, tom 1

 

Wszystkie anioły umarły, a bogowie odeszli. Magia dzieli się na srebrną i czarną; ta druga jest
skażona, wyklęta. Po ziemi grasują demony, czyhające na dusze śmiertelników. 
W Shan Vaola nad Zatoką Snów pojawia się obłąkany człowiek, który twarz ma pociętą ranami,
a ze swej przeszłości pamięta jedynie urywki. Walcząc o byt w światku żebraków i przestępców,
stopniowo buduje sobie nową tożsamość. Jego perypetie splatają się z losami całej gamy postaci –
bezdomnego chłopca imieniem Znajda, alchemika, na którym ciąży paskudna klątwa, szczurołapa,
którego   córkę   uwiódł   i porzucił   pewien   nicpoń,   arystokratki,   której   brat   zginął   zabity   przez
srebrnych magów… A w tle toczy się intryga uknuta przez Otchłań.
Mroczne, lecz bez epatowania makabrą, pełne plastycznych szczegółów obyczajowych, Dwie karty
otwierają cykl powieściowy o świecie Zmroczy, na który składają się jeszcze powieści:  Pośród
cienie
 oraz W mocy wichru.

Dawid Juraszek: JEDWAB I PORCELANA, TOMY I, II, III i IV

Jedwab i porcelana  to orientalna powieść drogi – drogi wiodącej przez labirynty przeznaczenia
i przypadku, przez mroczne tajemnice ludzi i bóstw, przez obce krainy rodem z mitów i annałów,
przez zakamarki skrywanych namiętności i rwących się do urzeczywistnienia marzeń.
O Chinach nikt jeszcze w Polsce tak nie pisał. Cesarstwo Środka to miejsce, gdzie ścierają się siły
ludzkie i moce nadprzyrodzone, gdzie niebezpieczeństwo nigdy nie jest daleko, a przygoda zawsze
zaskakuje. Pośród bitewnego zgiełku, upiornych nawiedzeń i cielesnych pokus bakałarz Xiao Long
zmaga   się   z własnymi   demonami   i samym   sobą.  Jedwab   i porcelana  to   opowieść   o Chinach
i Chińczykach, opowieść jak ze snu – snu, z którego trudno się otrząsnąć.
Zapraszamy do lektury czterech fascynujących tomów. Biały tygrys Niebieski smok (nowe wersje)
oraz Czerwony ptak i Czarny żółw (prapremiery).

Dawid Juraszek: Cairen. Drapieżca.

Gdyby Marco Polo był Conanem Barbarzyńcą... miałby na imię CAIREN!
Dziesięć mocnych, wartkich, przebojowych opowiadań...
Dziesięć orientalnych przygód z prężeniem muskułów i przymrużeniem oka...
Dziesięć opowieści awanturniczych z epoki fantastycznie sformatowanych podbojów mongolskich,
a w nich bez liku zaginionych cywilizacji, walnych bitew, groźnych monstrów, magicznych sztuk,
powabnych dziewek, literackich nawiązań, i wiele więcej.

31

Kup książkę

background image

Konrad T. Lewandowski    

R W 2 0 1 0    Most nad Otchłanią

Szablą i wąsem. Antologia opowiadań sarmackich

Autorzy:  Andrzej W. Sawicki, Monika Sokół, Agnieszka Hałas, Stanisław Truchan, Tomasz
Kilian, Dawid Juraszek
Szablą i wąsem, ogniem i mieczem, kontuszem i dworkiem.
Prawdziwych Sarmatów już nie ma. Co się nam ostało? Ognie i miecze, potopy, Wołodyjowskie
pany... Wilcze gniazda, diabły łańcuckie, samozwańce.... Charakterniki, szubieniczniki i licho wie,
co jeszcze... No i fajnie, ale czy fikcyjni Sarmaci muszą być wszyscy na jedno kopyto?
Szablą   i wąsem  to   zbiór   opowiadań   polskich   autorek   i autorów,   którzy   Sarmacji   nadmierną
rewerencją nie darzą i opowiedzieć chcą o niej inne, świeższe historie. A opowiadać jest przecież
o czym. Czasy Pierwszej Rzeczypospolitej to sensacje, thrillery i komedie pisane historią, której
niestety albo się wstydzimy, albo którą się chełpimy, zamiast po prostu się nią interesować. Zebrane
w tym   tomie   opowiadania   gromko   jednak   krzyczą   „Veto!”   i na   spuściznę   po   Sarmacji   patrzą
z nowego punktu widzenia, czasem trzeźwo, czasem krzywo, a czasem zezem. 
Od latających machin królowej Ludwiki, przez patriotyzm diabła Boruty, po alternatywne oblężenie
Jasnej Góry – ten fantastyczny zbiorek bez czołobitności wyciąga z legendy i historii Sarmacji to,
o czym wciąż warto snuć opowieści.

Andrzej W. Sawicki: Kolce w kwiatach

Zbiór opowiadań ze świata powieści „Nadzieja czerwona jak śnieg”. Historii o tym, jak grupa XIX-
wiecznych mutantów staje do walki o wolność ojczyzny.
Połowa   XIX   stulecia.   W Warszawie,   w okopach   oblężonego   Sewastopola,   na   dalekich   stepach
Syberii, w prowincjonalnych, polskich miasteczkach, trwają przygotowania do buntu, który może
zmienić oblicze świata. Obdarzeni boskimi mocami odmieńcy muszą zdecydować, po której stronie
stanąć w nadchodzącym konflikcie. 
Zanim   kosynierzy   runą   na   rosyjskie   roty,   zanim   strzelcy  wymierzą   broń   w Dońców   i carskich
dragonów, ci od których zależą losy batalii, muszą się odnaleźć. 
Nadeszła dla nich pora, by wybrać drogę.

Marek Ścieszek: Pola śmierci

Na początku pola śmierci miały być tylko interesem, nieludzkim, bluźnierczym, ale prowadzącym
do łatwego zarobku. W świecie fantasy w sprawy zwykłych ludzi lubią się jednak mieszać siły
nadprzyrodzone.   Przy  czym   nie   sposób   jednoznacznie   stwierdzić,   w którym   miejscu   przebiega
granica porządku. Nic nie jest albo czarne, albo białe. W szarościach niknie pewność co do istoty
zła. Zamęt, mroczna siła stojąca w opozycji do Natury, powołuje do życia Bestię, która dzieło ludzi
postanawia kontynuować na własnych warunkach. Konflikt jest nieunikniony.  Jaką rolę odegra
w nim   człowiek   zamknięty   w klatce?   Po   której   stronie   opowie   się   tajemniczy   Zakon   Rycerzy
Smoka?  A przede wszystkim kto w tym świecie zasługuje na miano prawdziwej  bestii: dziecię
Zamętu czy sam człowiek? Odpowiedzi należy szukać na bezkresnych Polach śmierci...

32

Kup książkę

background image

Konrad T. Lewandowski    

R W 2 0 1 0    Most nad Otchłanią

Katarzyna Uznańska: Ziemią wypełnisz jej usta

Królewskie miasto nie zasypia nigdy, ale dopiero po zmroku budzą się jego upiory. Łowca, skryty
w cieniu starych kamienic, poluje na samotne kobiety, by podzielić się ich ciałami z rzeką. Ta noc
będzie   dla   niego   wyzwaniem   –   z prześladowcy  stanie   się   ofiarą.   Utarty  schemat   życia   Łowcy
rozpadnie się w pył, gdy mężczyźnie przyjdzie zmagać się z podobną mu, choć o wiele potężniejszą
istotą – estrią. Stare legendy czasem ożywają, by zawładnąć ludzką wyobraźnią. Na żydowskim
Kazimierzu   czają   się   one   tuż   pod   powierzchnią   życia,   wystarczy  tylko   zeskrobać   nieco   tynku
z zaniedbanych ścian, poruszyć luźną cegłę, wejść do małego antykwariatu pełnego rupieci, by
znaleźć się w innej epoce i czasie minionym. Ina – polska szlachcianka – egzystuje od wieków pod
postacią   żydowskiego   demona;   czuje   jednak,   że   jej   czas   dobiega   końca.   Wybrała   Łowcę   na
powiernika swojej historii, a może kogoś znacznie więcej…

Radosław Lewandowski: Yggdrasil. Struny czasu

Struny   czasu  opisują   zmagania   kilkudziesięcioosobowej   średniowiecznej   społeczności,
przeniesionej   przypadkowo   i bezpowrotnie   w okres   paleolitu   środkowego,   w czasy   gdy   po
ośnieżonych   równinach   dzisiejszej   Europy  wędrowały   olbrzymie   stada   reniferów,   dzikich   koni
i ciągnących   w ślad   za   nimi   drapieżników.   Potężne   mamuty   nie   miały   godnych   siebie
przeciwników,   z wyjątkiem   mrozu   i prymitywnych   słabo   uzbrojonych   łowców,   którzy   równie
często występowali w roli myśliwego co ofiary. 
Wraz   z mieszkańcami   wioski,   w przeszłość   zostaje   przeniesiony   niewielki   oddział   Wikingów,
najemników,   których   Thor   wystawił   na   najcięższą   próbę   w drodze   do   Walhalli.   Temporalni
podróżnicy, a wraz z nimi cała ludzkość, stają w obliczu wielkiego niebezpieczeństwa.
Kontynuacja serii w powieści Yggdrasil. Exodus.

Maciej Żytowiecki: Szuje, mątwy i straceńcy

Od kryminału po urban fantasy. Od science-fiction po dramat. Jedenaście fantastycznych tekstów
i jeden autor. 
Latająca wyspa plemienia Wilg i Polska okresu PRL-u. Mroczne zaułki Chicago i obca planeta
zamieszkana   przez   nadistoty.   Nieodległa   przyszłość   i czasy   barbarzyńców.   Poznań   i tajemnicza
Asylea, gdzie osiadł pewien upiór. 
Trzymajcie się mocno.
Jedenaście opowiadań. Dziesięciu bohaterów. A wszyscy to szuje, mątwy albo straceńcy.

Marek Hemrling: Pillon i Synowie

Reguły gry zostały ustalone dawno temu przez założyciela firmy – Dominika Pillona. Testament
określał je bardzo precyzyjnie. Pillon i synowie. Jego synowie. Niektórzy już odeszli, niektórzy
jeszcze  się  nie   urodzili,  czekając   spokojnie   na  swoją  szansę  w bezpiecznych   objęciach  niskich
temperatur. Filip jest po prostu jednym z nich – młodszym Pillonem, Pillonem w fazie szkolenia.
Wychowany przez zastępczą matkę, pod czujną, choć dyskretną opieką starszych braci, nie ma
jeszcze pojęcia, jaka go czeka przyszłość. Wszystko w swoim czasie.

33

Kup książkę

background image

Konrad T. Lewandowski    

R W 2 0 1 0    Most nad Otchłanią

Jego biologiczni rodzice nie żyją od ponad wieku. Założona przez ojca firma wciąż ma niezłe
notowania.   Życie   bez  zbędnej  filozofii   toczy  się  normalnym  rytmem.   Bracia   trzymają  rękę   na
pulsie. Dbają o własny interes, realizując przy okazji testament Dominika Pillona. 
Tymczasem „Łagodny Olbrzym” wciąż drzemał ukryty w cieniu „Dominium”...

Emma Popik: Wywiad z bogiem

 

Kim jest człowiek nazywany przez prosty lud bogiem? Podobno tworzy nowe byty – a to wszak
robota bogów. Ale czy jest ważniejszy od wpływowego dziennikarza, który również posiada boską
moc?   Może   wywyższać   ludzi   swoimi   artykułami   lub   strącać   ich   w niebyt   niesławy   byle
pomówieniem. Spotkaniu tej dwójki poświęcone jest tytułowe opowiadanie. 
Bohaterowie   pozostałych,   podejmując   decyzje,   wykonując   swoją   pracę,   wypełniając   misje   lub
rozkazy,   mają   wpływ   na   całe   miasta,   kraje,   a nawet   planety.  Albo   intymniej   –   odmieniają   los
jednego człowiek, jednej miłości... 
Bogowie   są   jak   ludzie:   leniwi,   skorzy   do   wybuchów   gniewu,   oczekują   zapłaty   i sutego
poczęstunku. I czynią cuda. Ludzie są jak bogowie: wszechmocni, niosą śmierć, decydują o życiu,
marzeniach i wspomnieniach innych. Lecz wciąż pozostają ludźmi – ułomnymi, popełniającymi
błędy,   a zarazem   wspaniałymi,   skłonnymi   do   poświęceń,   kochającymi   życie,   łaknącymi   ciepła
drugiego człowieka. Bo wszystko można zapomnieć, prócz miłości i tęsknoty. 
Opowiadania czyta się z zapartym tchem. Z zadumą, rozbawieniem, wzruszeniem. Emma Popik jest
w doskonałej formie literackiej, co udowadnia kolejnym świetnym tomem opowiadań. 

Emma Popik: Na zawsze pięknie i młodzi

Ofiarowujemy   czytelnikom   sprawdzoną   hard   sf.   Prezentowane   opowiadania   –   ostre,   znaczące
i niezmiennie ciekawe – ukazywały się drukiem w FantastyceNowej Fantastyce, Science Fiction,
Fantasy and Horror
  oraz w osobnych wydaniach książkowych; wśród nich  Mistrz  – uznany za
jedno ze stu najlepszych polskich opowiadań. Zebraliśmy je razem i wierzymy, że tą literacką ucztą
zadowolimy   zarówno   wyrafinowanych   smakoszy,   jak   czytelników   lubiących   po   prostu   dobrą,
„męska” prozę, pełną akcji, przygód, mięsistych scen, ale niepozbawioną refleksji.
Mistrzyni Małej Apokalipsy prowadzi czytelnika do dzikich dzielnic, gdzie rządzi zdegenerowana
technika,   ciągnie   go  w podziemia   kryjące   gigantyczne   zespoły  maszyn,   zamka   go  wraz   z nimi
w domu, a potem wiedzie do Terminalu, skąd zamiast do raju obiecanego trafia do ludzkiego piekła.
Emma   Popik   skupia   się   na   człowieku   i jego   sprawach.   Choć   nagi   i bezbronny,   oddzierany  po
kawałku z dumy, woli i ciała, wciąż ma marzenia i wiarę w ocalenie.
Szokujące   wydarzenia,   nowe   światy   i fascynujące   pomysły   –   oto   recepta   na   doskonałe
opowiadania. 

Emma Popik: Wigilia szatana

Kolejny rewelacyjny zbiór Emmy Popik to smakowity kąsek dla pasjonatów dobrej fantastycznej
prozy i mocnej hard sf, wgryzającej się w mózg i przepalającej trzewia.

34

Kup książkę

background image

Konrad T. Lewandowski    

R W 2 0 1 0    Most nad Otchłanią

Tym  razem autorka  wprowadza  nas w świat,  który zostanie  zbawiony  przez...  Szatana.  Chcesz
takiej apokalipsy, takiego końca i nowego początku? Nie chcesz? A jeżeli żadna inna wyższa siła
się nie kwapi? Jeżeli Opatrzność odwróciła się od świata i ludzkości?
Coś dla czytelników o stalowych nerwach.  Wigilia Szatana  to kolekcja przejmujących, mocnych
opowiadań   o upadku   cywilizacji,   słabości   i błędach   człowieka,   o zbrodniach,   które   popełnia   na
najbliższych oraz  na otaczającym  go świecie. Ciebie  to nie  dotyczy?  Więc  lepiej  przejrzyj  się
w lustrze,   geniuszu.   Kto oddaje   własne   dzieci   do   domu   dla   niepełnowartościowego   materiału
ludzkiego? Kto kazał przyrodę  Zapakować w pudełko  i bezwzględnie ją kontroluje, tym samym
uśmiercając   własny  gatunek?   Kto   pozwala   wyzyskiwać   się   różnym   cwaniakom,   nazywających
uczucia Zespołem nieprzystosowania społecznego? Kto daje się otumaniać bankierom, maszynom,
systemom, urzędom, kto wierzy w boga wiecznych promocji? Nie wiesz? A może po prostu nie
lubisz Kłopotliwych pytań, podważających obowiązujące prawo i naukę. 
Uspakajając własne sumienie, zapewniasz, że świat nigdy nie będzie tak wyglądał. No to rozejrzyj
się wokoło...

35

Kup książkę


Document Outline