background image

  

Andrzej Waligorski

Dwanascie prac Herkulesa 

Miziaka

background image

Spis tresci:

Prolog. Wyrok major Delfickiej 
1.

Miziak i lew 

2.

Miziak i hydra 

3.

Miziak i dzik 

4.

Miziak i stajnie 

5.

Miziak i ptaki stymfalijskie 

6.

Miziak i łania kerynejska 

7.

Miziak i byk kreteński 

8.

Miziak i konie Diomedesa 

9.

Miziak i pas Hippolity 

10.

Miziak i woły Geryona 

11.

Miziak i złote jabłka 

12.

Miziak i Cerber 

Epilog. Serce sierŜanta Miziaka

background image

Prolog. Wyrok major Delfickiej

   -  Skąd  pan  ma takie dziwne imię, panie sierŜancie? - spytał
kapral  Modliszka  sierŜanta  Herkulesa  Miziaka,  gdy  obaj   po
skończonej pracy  usiedli wygodnie na ganeczku wiejskiego komisa-
riatu. Był  pogodny wieczór, pełen babiego lata i grania świersz-
czy.  Na rozległej łące, rozpościerającej się między wioską i la-
sem, widniały białe owieczki i łaciate krowy. Po strudze Ŝeglowa-
ło stadko kaczek.
   Lekki  i ciepły wiatr niósł z oddali głos kościelnej sygnatur-
ki. To ksiądz Chudzielak zwoływał wiernych na nieszpory.
   - To imię mam skutkiem  nieporozumienia  -  odrzekł  sierŜant,
nabijając  swą wysłuŜoną fajeczkę tytoniem wyprutym z dwóch popu-
larnych i jednego carmena,  co  gwarantowało  jej  niepowtarzalny
aromat.  -  Trzeba wam wiedzieć, kapralu, Ŝe przyszedłem na świat
podczas wojny, a moim ojcem chrzestnym był Niemiec, bardzo  zacny
antyfaszysta...
   - Na pewno ze wschodu! - wykrzyknął kapral.
   - Rzecz jasna!  -  przytaknął  Miziak.  -  Ot  ów  Niemiec był
pochodzenia, jak się wydaje, słowiańskiego, poniewaŜ nazywał  się
Kulas...
   -  U nas w szkole podoficerskiej teŜ był jeden Kulas - wtrącił
Modliszka - ale musiał zmienić nazwisko, bo Ŝeśmy  mu  na  liście
obecności zawsze przekreślali literę "l"!
   -  Nie naleŜy przerywać swemu zwierzchnikowi, kapralu! - ofuk-
nął go sierŜant.
   - Bardzo przepraszam, panie  sierŜancie,  ale  wspomnienia  ze
szkoły  podoficerskiej  są  mi niezwykle drogie. Mów pan, juŜ się
więcej nie odezwę.
   - No więc ten Niemiec, Kulas, kiedy trzymał  mnie  do  chrztu,
był  nieźle  pijany,  i  myślał  Ŝe  ksiądz  pyta  go o nazwisko, 
a  ksiądz pytał jak się ma nazywać dziecko, czyli ja. Na to  Nie-
miec powiada: "Herr Kulas".
   - Sam o sobie mówił Herr? - nie wytrzymał Modliszka.
   -  Sam  o sobie, jak to Niemiec, choćby i postępowy. No i zos-
tałem zapisany jako Herkulas Miziak, co potem naturalnym  biegiem
rzeczy  zmieniono  na  Herkulesa. Co ciekawsze - ciągnął Miziak - 
moje losy dziwnym trafem zaczęły układać się według Ŝyciorysu me-
go słynnego imiennika...
- Tego Niemca?
-  Nie,  tego  Greka, Bo musicie wiedzieć kapralu, Ŝe Herkules
był to słynny bohater grecki, który ogromnie i bardzo  chwalebnie
się odznaczył...
- No właśnie! - wykrzykn Modliszka. - I pan teŜ się odznaczył!
Ma pan odznakę za wierną słuŜbę i odznakę strzelca  wyborowego...
-  Tamten  Herkules  odznaczył  się swoimi czynami, a czy miał
jakieś odznaczenia resortowe, o tym historia milczy. Między inny-
mi dzieckiem w kolebce udusił dwa węŜe.
- Jak to? Dzieckiem dusił węŜe? - przeraził się kapral.
- Nie dzieckiem, tylko rękoma, ale jako dziecko.
- A pan teŜ udusił?

background image

   - Udusiłem, ale nie węŜe, tylko myszy.
   - Dwie?
   - Dwie. Wlazły te cholery do mojej kołyski, Ŝeby się migdalić,
jakby juŜ nie miały gdzie,  a  ja  złapałem  je  w  rączki  i  po
myszach.
   - I co on jeszcze narozrabiał, tamten Herkules?
   -  Długo by opowiadać, kapralu. Powiem wam tylko, Ŝe w końcu w
przystępie szału zabił własną Ŝonę i dzieci.
   - MoŜe były niegrzeczne... - zastanowił się kapral.  -  A  czy
pan  teŜ  ukatrupił  swoją  starą? - spytał z Ŝyczliwym zaintere-
sowaniem.
   - Na szczęście nie,  poniewaŜ  mój  Ŝyciorys  powtarza  dzieje
Herkulesa  niejako  w  miniaturze.  On  zabił swoją rodzinę, a ja
tylko ją pobiłem.
   - Miał pan zapewne słuszny powód...
   - Miałem, poniewaŜ Ŝona moja, gdy wracałem zmęczony po  pracy,
opowiadała mi zawsze, co mówił w telewizorze pan Kaczyński...
   -  OŜeŜ  ty...  - zacz Modliszka, ale natychmiast ugryzł się w
język.
   - Dzieci natomiast  nie  chciały  się  wypisać  z  organizacji
młodzieŜowej, chociaŜ jedno miało juŜ 28, a drugie 34 lata...
   - U nas wolno do trzydziestu pięciu!
   -  Być  moŜe,  kapralu,  tym  niemniej  widok  zwłaszcza  mego
starszego syna, kompletnie łysego, z wielkim brzuchem i w organi-
zacyjnym  krawaciku, był dla mnie nie do zniesienia! No i pewnego
dnia nie wytrzymałem i pobiłem ca trójkę.
   - KaŜdy sąd by pana uniewinnił!
   - Sąd być moŜe, ale pamiętajcie, Ŝe czyn mój  był  szczególnie
karygodny  w  świetle wykonywanej przeze mnie funkcji stróŜa ładu 
i porządku. I po tej właśnie linii spotkały mnie represje.
   - Ale nie wyrzucili pana ze słuŜby?
   - Na  szczęście  nie.  Za to towarzyszka major Delficka, Pytia  
jej  było bodajŜe na imię, z Komendy Głównej, kazała mi w charak-
terze pokuty i resocjalizacji wykonać dwanaście piekielnie  trud-
nych  prac, odpowiadających plus minus czynom legendarnego Herku-
lesa.
   - A jakie to były czyny?
   -  Poszperajcie,  kapralu, poczytajcie, poszerzcie swoje hory-
zonty. Obiecuję wam, Ŝe jeŜeli w ciągu dwóch tygodni dowiecie się
jakich  dwanaście prac wykonał Herkules, to w nagrodę opowiem wam
o swoich dokonaniach.
   - A moŜe...? - dodał Miziak, jakby mając przeczucie,  Ŝe  jego
słowa  trafią  kiedyś  na łamy popularnego pisma. - A moŜe i nasi
czytelnicy dowiedzą się  i  przyślą  nam  wykaz  prac  Herkulesa?
Między  autorów  trafnych  odpowiedzi rozlosuję kilka moich zdjęć 
z autografami!
   - Do kogo pan mówi, sierŜancie? - krzyknął wystraszony kapral.
   - Do społeczeństwa - wyjaśnił  skromnie  sierŜant,  zaciągając
się dwoma popularnymi z dodatkiem jednego carmena. 

background image

1. Miziak i lew

   -  No i jak tam, kapralu? - zagadnął Ŝyczliwie sierŜant Miziak
wkraczającego właśnie do komisariatu  Modliszkę.  -  Wiecie  juŜ,
jakie prace miał wykonać Herkules?
   - Melduję, Ŝe  wiem! - wykrzyknął słuŜbiście kapral. - On miał
przede wszystkim zabić lwa!...
   - Nemejskiego! - uzupełnił sierŜant.
   Modliszka sprawdził w notatkach:
   - MoŜe i nemejskiego... - zgodził się.  - Nazwiska nie zanoto-
wałem...
   - Dobra, walcie dalej!
   - No więc, po drugie, miał udusić wydrę.
   - Nie wydrę, lecz hydrę, ale zaliczam wam tę odpowiedź.
   - Po trzecie, miał schwytać łanię, po czwarte złapać dzika, po
piąte wyczyścić stajnię  u towarzysza Augiasza, po  szóste  powy-
strzelać ptactwo, po siódme pokonać kretyńskiego byka...
   - Kreteńskiego!
   -  No  przecie  mówię. Po  ósme ukraś stado koni, po dziewiąte
ś

ciągnąć  pasek  z  jednej  amazonki, po  dziesiąte  podprowadzić 

z pastwiska cudze woły, po jedenaste narwać jabłek  i po dwunaste
podwędzić psa, któren pilnował sedesu.
   - Hadesu, ale poza tym wszystko prawidłowo.
   - Jezus Maria, panie sierŜancie! - zawołał z podziwem  kapral.
- I pan to wszystko załatwił?
   - Co do joty - odrzekł Miziak ze skromnym, męskim uśmiechem. -
A poniewaŜ wypełniliście  zadanie,  które  wam  postawiłem  przed
dwoma tygodniami, więc w nagrodę opowiem wam dziś o mojej rozgry-
wce z lwem.
   - To moŜe najpierw po malutkim? -  spytał  z  nadzieją  kapral
sięgając  po  butelkę  do segregatora, opatrzonego napisem "Zwal-
czanie CIA na terenie gminy".
   - To z konfiskaty  -  wyjaśnił,  nalewając  złocisty  płyn  do
małych, zgrabnych musztardówek z firmy polonijnej. - Bracia Kara-
mazow znowu pędzą bimber z czeskiego mazutu, który  spływa  naszą
strugą!
   PoniewaŜ   było   juŜ   dawno  po  pracy,  wiec  sierŜant  nie
protestował. Obaj wypili, chuchnęli i zapalili, Modliszka giewon-
ta,  a  Miziak  swą  słynną mieszankę fajkową z dwóch popularnych 
i jednego carmena.
   - Ot - zaczął  Miziak, puszczając kłąb aromatycznego dymu w u-
kośną  strugę promieni słonecznych - ot trzeba wam wiedzieć, kap-
ralu, Ŝe swego czasu nasza gmina zaczęła się nagle wyludniać...
   - A, to pewnie wtedy jak wszyscy polecieli  w  lubelskie  pra-
cować  w tych nowych kopalniach węgla, co to za dwa lata wracali,
bo się okazało, Ŝe ten węgiel odkryto o trzydzieści  tysięcy  lat
za wcześnie!
   - O trzysta tysięcy, ale ja mówię o innym wyludnieniu, o wiele
bardziej tajemniczym. Nikt nigdzie masowo nie wyjeŜdŜał,  a  lud-
ności coraz mniej.
   - MoŜe zeszła do podziemia? - zaryzykował Modliszka.

background image

   - Nie, to nie te lata. Podziemie, jeŜeli było, to gospodarcze,
na niewielką skalę, Ŝe daj nam BoŜe taką i dziś.
   - Daj nam BoŜe! - powtórzył  jak  echo  kapral,  Ŝegnając  się
ukradkiem.
   -  Co  ja  się  wtedy  nalatałem  - kontynuował sierŜant - ob-
stawiłem granice gminy pospolitym ruszeniem, sam czatowałem  nocą
na cmentarzu czy kogo ukradkiem nie chowają...
   - A nie chowali?
   -  Minimalnie. Nadumieralność państwowa trzymała się w normie,
wyjazdy zagraniczne rzadsze niŜ kiedykolwiek,  a  krzywa  wzrostu
ludności  spadała  na  zbity  pysk.  No i wiecie co w końcu wyde-
dukowałem?
   - No, kogo  pan  wydedukował?  -  spytał  ciekawie  Modliszka,
przekonany  Ŝe  ów  zagraniczny  wyraz pochodzi od wystrychnięcia
przestępcy na dudka.
   - Wydedukowałem, Ŝe to dzieci!
   - Dzieci likwidowały ludno?
   - Wprost przeciwnie, ludność  likwidowała  przyrost naturalny, 
zmniejszając ilość swego potomstwa. Zastanowiło mnie to, poniewaŜ 
uprzednio rozmnaŜanie się  było  ulubionym  zajęciem  okolicznych
mieszkańców...
   - Bardzo ulubionym!  - przytaknął kapral. - Czasami wprost nie
moŜna ich było od tego oderwać, zwłaszcza od czynów  społecznych,
chyba Ŝe siłą, ale co tu mówić o sile, jeŜeli nasz komisariat li-
czy tylko sześciu ludzi?
   - Ot i mnie to zastanowiło - kontynuował sierŜant - a  zarazem
skłoniło do działania. Namówiłem kierownika kina, Ŝeby sprowadził
podniecające filmy...
   - I co sprowadził? MoŜe "Kaligulę"? - zainteresował  się  Mod-
liszka,  który  znał  to dzieło z kasety, skonfiskowanej przewod-
niczącemu miejscowego PRON-u, mecenasowi Fizdoniowi.
   - Niestety, ten idiota sprowadził "Złoty pociąg" pana  Poręby,
bo  myślał  Ŝe to o pociągu seksualnym. Niewiele równieŜ zdziałał
ksiądz  Chudzielak,  mówiąc   podczas  kazania,  cytuję:  "Idźcie  
i czyńcie tak, jako czynią  ptakowie  niebiescy", a miał na myśli
wróble, które wiadomo co czynią. Aluzji  jednak  nie  zrozumiano,
tyle  Ŝe  stary  Kociorupa  po pijanemu usiłował latać, niedaleko
zresztą, bo tylko ze stodoły prosto w gnojówkę,  a  Kaśka  Pyzdra
zniosła jajo.
   - Jak to Kaśka... - ze zrozumieniem przytaknął kapral.
   -  Jak to Kaśka - zgodził się sierŜant. - JuŜ myślałem, Ŝe się
całkiem wyludnimy,  aŜ tu naraz przypadkiem  dowiaduję  się w ap-
tece, Ŝe ludziska wykupili wszystkie termometry. No, wtedy to juŜ 
wiedziałem, kto tu zawinił!
   - Kto mianowicie? - spytał czerwony z ciekawości Modliszka.
   - Jak to kto? Lew!
   - Lew?
   - Lew.
   - A czy moŜe mi pan to wyjaśnić?
   - Mógłbym,  kapralu,  ale  poniewaŜ staram się o wasz  ogólny,  
a zwłaszcza kierunkowy rozwój,  więc  proponuję  abyście  w ciągu

background image

następnych dwóch tygodni spróbowali sami rozwikłać tę zagadkę.
   - A jak nie dam rady?
   - MoŜe  czytelnicy  "Sam na sam" przyjdą wam korespondencyjnie 
z pomocą. Między autorów trafnych odpowiedzi...
   -  Wiem,  wiem,  z pańskim autografem, ale gdzie ja mam szukać
informacji o tej całej aferze?
   - W  ksiąŜkach,  mój  wy Modliszko, jak zwykle w ksiąŜkach!  -  
i wypowiedziawszy tę uniwersalnie  słuszną prawdę sierŜant Herku-
les Miziak jął pykać swą fajeczkę, wypełnioną dwoma popularnymi i 
jednym Ŝylastym carmenem.

2. Miziak i hydra

   -  No  i  co,  kapralu?  Odgadliście  tajemnicę  lwa, o którym
opowiadałem wam w poprzednim odcinku? - mówiąc to sierŜant Miziak
spoglądał  na kaprala Modliszkę z pobłaŜliwym uśmiechem, gdyŜ nie
przypuszczał aby zacny, lecz mało oczytany ów funkcjonariusz mógł
sobie poradzić z tak piekielnie skomplikowaną zagadką.
   - Oczywiście, Ŝe odgadłem, panie sierŜancie - wykrzyknął z sa-
tysfakcją  Modliszka. - Ten lew z poprzedniego numeru to pan dok-
tor Lew Starowicz.
   -  Niesamowite!  -  zdumiał się Miziak. - A jak Ŝeście do tego
doszli?
   - Doszedłem do tego na podstawie wydanego mi przez pana  przed
dwoma  tygodniami  rozkazu,  Ŝebym  do tego doszedł, poniewaŜ juŜ 
w szkole podoficerskiej nauczono mnie, Ŝe kaŜdy otrzymany  rozkaz
naleŜy wykonać, Ŝeby nie wiem co.
   - Jak to? I na podstawie tego - jak mówicie - rozkazu, wykaza-
liście zaleŜności między wykupywaniem termometrów, spadkiem przy-
rostu naturalnego a osobą pana doktora Lwa Starowicza?
   -  Melduję,  Ŝe  i  owszem,  mniejsza o to jak. W kaŜdym razie
stwierdziłem co następuje: W owym pamiętnym roku zrzucono  trochę
więcej  pieniędzy  na  biblioteki,  poniewaŜ zmienił się minister
kultury. Bibliotekarka nasza chcąc się wykazać, zakupiła  w  hur-
towni  wszystkie  ksiąŜki mające cokolwiek  wspólnego  z kulturą,
między innymi takŜe kilkadziesiąt egzemplarzy dzieła pana  Staro-
wicza "Eros,  Natura,  Kultura".  Z tej ksiąŜki miejscowe kobiety
dowiedziały się o tak  zwanej  termicznej  metodzie  zapobiegania
ciąŜy, polegającej na nieustannym mierzeniu temperatury przed, po 
i  w czasie stosunku, i to nie pod pachą. Dodajmy, iŜ jest to me-
toda bardzo skuteczna, gdyŜ partner,  zaŜenowany  i  roztrzęsiony 
ciągłym  pałętaniem  się  termometru,  próbuje  albo się do niego  
przystosować, albo teŜ usunąć go z miejsca, w którym go nie ocze-
kiwał...
   - Strasznie długie zadanie, kapralu!
   - Tak, właśnie się w nim pogubiłem. Ale idzie mi o to, Ŝe taki
partner kapcaniał i nie szczytował.
   -  Słusznie  rozumujecie  -  pochwalił  Miziak.  -  Gdy   więc
stwierdziłem taki stan rzeczy, natychmiast spowodowałem wycofanie

background image

z obiegu szkodliwych ksiąŜek oraz przeprowadziłem rekwizycję ter-
mometrów.  JuŜ  w  kilka  miesięcy później w gminie znowu zaczęły 
przychodzić na świat ładne, pulchne dzieciaki.
   - Gratuluję panu, sierŜancie!
   - Dziękuję, kolego  Modliszka!  Dziś  opowiem  wam  o  hydrze,
wprawdzie  nie  lernejskiej,  ale  co  najmniej  tak samo niebez-
piecznej... Macie co w swoim segregatorze?
   - Niestety  nie  mam,  poniewaŜ boję się, Ŝeby nie  przesadzić  
z tymi konfiskatami. Bracia  Karamazow  mogliby się zniechęcić do
pędzenia bimbru z  czeskiego  mazutu,  a  jest  to  jedyna  forma
uzyskania  jakiejkolwiek  rekompensaty  za  zatrucia  od  naszego
południowego sąsiada.
   - No  cóŜ  -  westchnął z rezygnacją Miziak i załadowawszy swą 
słynną  fajeczkę dwoma popularnymi i jednym wykruszonym carmenem, 
rozpoczął opowieść o hydrze:
   -  Pewnego  razu,  w  godzinach  wieczornych,  do  komisariatu
naszego  wbiegła pani Jolanta Wygrzmocona, małŜonka adiunkta Wyg-
rzmoconego, który został  zesłany  do  naszej  gminnej  lecznicy,
poniewaŜ pomyłkowo zamiast migdałków wyciął całkiem inne gruczoły
podsekretarzowi stanu w Ministerstwie Czynów Społecznych,  obywa-
telowi Podnośnikowi.
   - I to od tego czasu obywatel Podnośnik tak cienko przemawiał?
   - Tak, ale to nie ma nic do rzeczy. Ot wbiegła ona do  tej  tu
izby  w  stroju  nocnym,  papilotach  i  maseczce kosmetycznej na
twarzy, skutkiem czego nie rozpoznałem jej i w  pierwszej  chwili
odruchowo wyskoczyłem przez tylne okno.
   -  KaŜdy  by  wyskoczył! - zawołał Modliszka. - Ta Wygrzmocona 
i bez maseczki nie grzeszyła urodą.
   - To swoją drogą, a poza  tym  okropnie  się  darła.  Straszy!
Straszy!  -  krzyczała,  nie  zdając sobie sprawy Ŝe sama straszy 
i to przedstawiciela władzy.
   - Straszenie  przedstawicieli władzy podpada pod ustawę o obo-
strzonym trybie postępowania.
   -  Podpada,  ale  nie  skorzystałem z tego, gdyŜ nie straszyła
mnie ze złej woli, lecz z powodu naturalnego braku urody, co  nie
było jej winą.
   - Tylko jej rodziców - słusznie zauwaŜył Modliszka.
   -  Po  opanowaniu  sytuacji udałem się wraz z podopieczną - bo
przecieŜ zwróciła się do mnie o opiekę - ot udałem się z podopie-
czną  do słuŜbowego domku w bezpośredniej bliskości szpitala. Był 
ciemny  i dŜdŜysty wieczór. W mieszkaniu  panowała cisza. Obszed-
łem  wszystkie  pokoje,  zajrzałem do pomieszczeń gospodarczych - 
nic.
   - Jak ona określiła to straszenie?
   - Określiła je jako coś, co się nie da  określić.  Z  grubsza,
zaczynało  się  to  wyciem, potem następowała wibracja, następnie
warczenie i szczekanie, odgłosy gonitwy,  piski,  upiorny  śmiech
spod ziemi i wrzask jak gdyby rozwścieczonej hydry.
   - Hydry! - wykrzykn Modliszka. - A pan miał właśnie udusić hy-
drę! Inna rzecz - zastanowił się przez chwilę - to skąd  niby  ma
być wiadomo, jak wrzeszczy taka rozwścieczona hydra?

background image

   -   Powiedziałem   "jak  gdyby",  kapralu,  ale  jeŜeli  hydra
wrzeszczy,  to  na  pewno właśnie w ten sposób.  Przekonałem  się  
o tym juŜ po  chwili.  Mały  domek zatrząsł się w posadach, wycie
ś

widrowało w mózgu, całe tabuny jakichś dziwnych stworzeń  goniły

się  po  strychu,  z  piwnicy  dobiegał  ohydny  śmiech,  a hydra
wrzeszczała z taką nienawiścią, Ŝe włosy stany mi na głowie...
   - Oba? - spytał blady z wraŜenia kapral spoglądając  na  prze-
rzedzoną czuprynę swego zwierzchnika.
   - Wtedy miałem ich jeszcze kilka - wyjaśnił Miziak.
   - Czy towarzyszyły temu jakieś zjawiska optyczne?
   -  I owszem. W przedpokoju pulsowała blada, rzekłbym Ŝe trupia
poświata skupiona na jednej ze ścian...
   - I co pan zrobił?
   - To co naleŜało. Wyjem pistolet  i  regulaminowo  trzykrotnie
zawołałem: "Stój, bo strzelam".
   - I stanęło?
   -  Wprost  przeciwnie, zrzuciło mi na głowę wiszący na ścianie
cięŜki  portret  Rodziewiczówny  czy teŜ Witosa, a w kaŜdym razie  
kogoś z wąsami. Wtedy podniosłem broń i kropnąłem...
   - Ale w co?
   -  No  w  tę bladą poświatę, bo trudno Ŝebym strzelał w efekty
akustyczne. Rozległ się huk, błysk i zapadła ciemno, a wraz z nią
cisza,  w  której  zabrzmiał głos doktorowej: - Rozwalił pan bez-
pieczniki!
   - A rozwalił pan? - zainteresował się kapral.
   - Rozwaliłem. Ale dzięki temu unieszkodliwiłem równieŜ  hydrę.
   -  Pewnie znowu kaŜe mi pan myśleć dwa tygodnie, co to było...
- ze smutkiem powiedział Modliszka.
   - Niczego wam nie kaŜę, kapralu, i  proszę  tego  nie  trakto-
wać  jako  rozkazu.  Ja  tylko dla waszego własnego dobra proszę, 
abyście  zechcieli spróbować odgadn naturę tej hydry.  Oczywiście  
jeśliby ktoś z czytelników...
   - Tak, tak, z autografem! - przerwał kapral.
   -  A  teraz  fajeczka!  -  zakomenderował  sierŜant i sprawnie
obsłuŜony przez swego ucznia,  ze  smakiem  zaciągną  się  dwoma
sproszkowanymi popularnymi i jednym dobrze ukorzenionym carmenem.

3. Miziak i dzik

   - DuŜoście mieli roboty podczas referendum? - spytał Ŝyczliwie
sierŜant Miziak swego ucznia i następcę, kaprala  Modliszkę.  Był
ciemny  i  wietrzny  grudniowy  wieczór,  zaczynał padać pierwszy
ś

nieg, a w telewizji pokazywano jak marszałek Malinowski  spotyka

się z hodowcami drobiu.
   -  NieduŜo! - odparł Miziak. - Kilka prób wpłynięcia na opinię
publiczną, Ŝeby nie szła do urn, jeden nieprzyjazny napis...
   - A jaki? -  zainteresował  się  sierŜant,  bo  sam  w  latach
osiemdziesiątych był specem od walki z wrogimi inskrypcjami.
   - Ot, ktoś napisał na dzwonnicy "Dwa razy nie", co natychmiast
zneutralizowałem przy pomocy przecinka i  pytajnika...  -  odparł

background image

Modliszka,  a widząc wlepiony w siebie czujny wzrok zwierzchnika,
wyjaśnił: - Po słowach "dwa  razy"  postawiłem  przecinek,  a  po
słowie  "nie" pytajnik. Napisu o treści "Dwa razy, nie?" nikt nie
kojarzył z referendum, tylko co najwyŜej z  jakimiś  konszachtami
poznaniaków, którzy do wszystkiego dodają "nie?".
   -  Do  sprytnie!  - pochwalił sierŜant, wzruszony tym, Ŝe jego
nauki nie poszły w las.  -  Sam  znałem  poznaniaków,  niejakiego
zresztą  Kaczmarka,  który  modlił  się "Ojcze nasz, który jesteś 
w niebie, nie?". A duŜą mieliście frekwencję przy urnach?
   - Jak to u mnie, sto procent. W dodatku nie pozwoliłem niczego
skreślać.
   -  Ach,  to  juŜ  wiem, czemu referendum nie wyszło! - zawołał
Miziak z ulgą. - Nareszcie mam rozwiązanie tej męczącej  zagadki!
Ale  wracajmy  do naszych zagadek... Czy odgadliście, kapralu, co
to była za hydra, którą ukatrupiłem w mieszkaniu państwa Wygrzmo-
conych?
   -  Mam  wraŜenie, Ŝe tak. Moim zdaniem to była nie tyle hydra,
co hydrofor. Nasze polskie  hydrofory  strasznie  wyją  i  trzęsą
całym  domem,  a  pan  unieruchomił  go  przez pozbawienie prądu,
strzelając w bezpieczniki.  Nawiasem  mówiąc,  czy  to  nie  jest
paradoks,  Ŝeby pracownik bezpieczeństwa strzelał w bezpieczniki?
   - Nie filozofujcie zanadto! - ofuknął go sierŜant, bo nie bar-
dzo  wiedział, co to jest paradoks. A poniewaŜ było juŜ po godzi-
nach  słuŜbowych, więc kapral sięgnął do  segregatora  z  napisem  
"Zwalczanie CIA na terenie gminy" i gdy w szklankach zazłocił się
znakomity produkt braci Karamazow, sierŜant  Miziak rozpoczął swą
kolejną opowie:
   - Pewnego razu zostałem wezwany do spółdzielni rolniczej imie-
niem bodajŜe jednego z braci Marx, w  której  ktoś  obrobił  kasę
pancerną.  Lokal  otaczali spółdzielcy, rozwścieczeni, Ŝe dniówki
obrachunkowe przeszły im koło nosa. Za stołem siedzieli pogrąŜeni 
w  rozpaczy  członkowie  zarządu  -  prezes Krwionośny, sekretarz 
Ubermantel  i  księgowy Mantejski. Pomieszczenie było zrujnowane,  
sejf fachowo rozpruty.
   - Znalazł pan tam jakieś odciski? - spytał Modliszka.
   -  Włamywacz  nie  miał  czasu  na  wycinanie sobie odcisków -
odrzekł sierŜant Miziak. - Musiał  on  działać  w  pośpiechu,  bo
nawet  upuścił dwa banknoty stuzłotowe, zagarniając wszelako całą
resztę w kwocie trzystu tysięcy. Znajomo faktu, Ŝe w  kasie  była
gotówka,   obrany  na  przestępstwo  czas  i  brak  jakichkolwiek
doniesień o pobycie we wsi obcych ludzi - wszystko to wskazywało,
Ŝ

e  skoku  dokonał  ktoś  miejscowy.  Doszedłszy do tego wniosku,

postanowiłem zaobserwować, kto się wychyli pierwszy  z  większymi
zakupami  lub  ponadnormatywnym  pijaństwem, wskazującym na nagłe
wzbogacenie.
   - Hulaszczy  i  pasoŜytniczy  tryb  Ŝycia bezbłędnie demaskuje
złoczyńcę! - wyrecytował regulaminowo Modliszka.
   -  Ot to! Ale nie dane mi było skorzystać z tego dogmatu, gdyŜ
w  trzy  dni  później  obrabowaną spółdzielnię spotkał nowy cios. 
W  nocy  jakiś  dzik przekopał dwa hektary oziminy, niwecząc trud 
rolników.

background image

   - Ale przecieŜ zwierzyna łowna to nie pańska działka?
   - Moja, gdyŜ byłem wówczas przewodniczącym gminnego kółka myś-
liwskiego i polecono  mi odstrzelić szkodnika. Bestia musiała być
ogromna i bardzo silna,  wskazywały  na  to  rozmiary  zniszczeń.
Uzbrojony w dryling i dwa granaty zaczepne trzonkowe wybrałem się
więc wieczorem na zasiadkę.  Nadchodziła  ponura,  jesienna  noc.
Wicher  wył przejmująco, a w chałupach gasły kolejno światła. Sen
mnie morzył i juŜ miałem uciąć sobie  ma  drzemkę,  gdy  coś  za-
szeleściło  w niesprzątniętej jeszcze kukurydzy i ogromny, czarny
kształt wynurzył się z jej gąszczu. W blasku odległej jarzeniówki
nad  klubem "Ruchu" ujrzałem potworny ryj i zakrzywione kły. Bes-
tia z grzmiącym chrząkaniem zaczęła znowu ryć pole. Podniosłem do
oka  broń  i  wzdłuŜ lśniącej lufy spojrzałem na zwierzę. Muszka,
szczerbinka i pochylony łeb tworzyły jedną linię.  Powoli  zaczą-
łem naciskać cyngiel, gdy wtem...
   -  Joj...! -jęknął z emocji Modliszka i nalał jeszcze po  jed-
nym.
   - Gdy wtem - kontynuował sierŜant - wszedł mi w paradę  stary,
milicyjny  nawyk. Zapominając, Ŝe mam do czynienia z dzikiem, za-
wołałem odruchowo: - Stój, bo strzelam!
   - I to pewnie pana zgubiło! - mruknął kapral z rozczarowaniem.
   - I to mnie uratowało,  gdyŜ  dzik stanął na  zadnich  łapach,
przednie podniósł do góry i krzyknął:
   - Niech pan nie strzela, Miziak, przyznaję się, to ja okradłem
kasę!
   - I  kto  to  był? -- zawołał kapral, podskakując  na  krześle  
z ciekawości.
   - To był jeden z członków zarządu spółdzielni.
   - Ale który?
   -  To  właśnie  będziecie musieli odgadnąć, mój kapralu. I nie
tylko to, ale takŜe powód,  dla  którego  osobnik  ów  w  dziczej
skórze  niszczył cenne zasiewy. Myślę, Ŝe tym razem tak łatwo wam
nie pójdzie, ale gdyby ktoś z państwa...
   - To na adres redakcji! - dokończył Modliszka  i  podał  ogień
swemu szefowi, aby  ten mógł się zaciągnąć niepowtarzalnie wonnym
dymem z fajki, załadowanej dwoma popularnymi i jednym carmenem.

4. Miziak i stajnie

   -  Patrz  pan,  dalej nie zagłuszają! - powiedział kapral Mod
liszka do wchodzącego właśnie sierŜanta Miziaka.
   - I dobrze robią! - odrzekł Miziak, odpinając pas z kaburą za
wierającą  wysłuŜony pistolet P-64, na którego rękojeści widniały
nacięcia, upamiętniające ilość schwytanych przestępców.
   - Musicie wiedzieć, mój kapralu - kontynuował -- Ŝe nasz naród
nie  jest  taki spolegliwy, jak na przykład enerdowski, gdzie jak
juŜ coś zabronione, to verboten i  nima  gadania.  U  nas  wprost
przeciwnie,  wszelkie  zakazy  wywołują  ciekawo  czy  uda się je
przezwycięŜyć. Jak juŜ coś zagłuszają, to Polak stanie na głowie, 
a wysłucha. Pamiętam jak  swego  czasu, w Ustrzykach bodajŜe, był

background image

niekonwencjonalny sekretarz, który kazał zagłuszać  radio  Iwano-
frankowsk, i patrz  pan,  wszyscy rzucili się słuchać, a przyjaźń
polsko-radziecka ogromnie się umocniła! Ale co wy mnie  zagaduje
cie,  Modliszka,  o jakieś zagłuszanie? Pewnie Ŝeście nie odgadli
tajemnicy tego dzika,  który  spustoszył spółdzielnię produkcyjną
imieniem najstarszego spośród braci Marx!
   - Melduję, Ŝe prawie-Ŝe odgadłem!
   - Co to znaczy "prawie-Ŝe"?
   -  To znaczy, Ŝe informacja wyjściowa, której mi pan udzielił,
nie była kompletna. Muszę wiedzieć, jak się  nazywali  członkowie
zarządu tej spółdzielni.
   - Mówiłem, Ŝe Krwionośny, Ubermantel i Mantejski...
   - Ale imiona, szefie, imiona!
   - No dobra  -  westchnął  z  rezygnacją  Miziak.  -  Widzę, Ŝe
jesteście na właściwym tropie. Więc Zenon  Krwionośny,  Stanisław
Ubermantel i Eryk Mantejski.
   -  W takim razie przestępcą był księgowy Eryk Mantejski. To on
okradł  spółdzielnię, a następnie zakopał łup na kartoflisku, do-
dajmy Ŝe po  pijanemu,  skutkiem czego nazajutrz, na trzeźwo, nie
mógł go odnaleźć i dlatego w przebraniu dzika zrył całe pole.
   - Czy to właśnie imię księgowego skierowało  was  na  właściwy
trop?
   - Oczywiście. Zakładając,  Ŝe pański Ŝyciorys jest współczesną
kopią dziejów Herkulesa, zacząłem rozglądać się za dzikiem z góry
Erymantos w Arkadii, a więc dzikiem erymantejskim. Eryk Mantejski
od razu mi się z nim  skojarzył.  Niech  mi  pan  jeszcze  powie,
sierŜancie, czy te skradzione pieniądze odnaleziono?
   -  Owszem,  i  to na buraczysku. Macie rację, Ŝe Mantejski był
pijany i po trzeźwemu zapomniał, gdzie co zakopał, ale gdyby miał
trochę oleju w głowie, to nazajutrz upiłby się ponownie, aby odt
worzyć swój stan psychiczny z momentu dokonywania zbrodni, a wte
dy od razu by trafił do schowka ze skarbem.
   -  Święta  prawda! - powiedział kapral. - Pamiętam, jak kiedyś
sądzono u nas jednego Zdobylaka, który po pijanemu zgwałcił  nie
jaką Bobek Jolantę, która nie mogła się bronić, trzymając oburącz
niemowlę pochodzące z poprzedniego gwałtu. OtóŜ ten Zdobylak pod
czas   wizji   lokalnej,  kiedy  kazano  mu  odtworzyć  wszystkie
okoliczności, to w Ŝaden sposób nie mógł  sobie  przypomnieć,  co
wtedy  robił.  Dopiero  po  wypiciu p litra wróciła mu jasno i na
oczach całej komisji zgwałcił dokładnie pozorantkę Dziwisz Zofię,
w randze zresztą plutonowego.
   - Tak, tak - kiwnął głową sierŜant. - Kryminologia czyni u nas
zadziwiające postępy, ale teraz posłuchajcie,  kapralu,  o  mojej
następnej herkulesowej pracy.
   - To juŜ chyba będzie stajnia Augiasza?
   -  Słusznie.  Nie  musiałem  zresztą tej stajni daleko szukać.
Spółdzielnia produkcyjna, w której spotkałem dzika erymantejskie-
go, okazała się istną stajnią Augiasza. Po aresztowaniu księgowe-
go  reszta  zarządu usiłowała jakoś uporządkować papiery, zorien-
tować się w wierzytelnościach,  płatnościach  i kontraktach - na 
próŜno. Mantejski wprowadził własny system  księgowania,  będący  

background image

czymś  pośrednim  między  zapiskami wariata a mongolską stenogra-
fią.  Gdy tylko na biurku narosła mu kolejna sterta  koresponden-
cji,  rachunków, listów z obelgami i wezwań na rozprawy - natych-
miast  wynosił ją do starej stajni i maskował sianem. Przegniłe,  
zlepione ze sobą dokumenty były nie do odcyfrowania. Nie nadawa-
ły  się  nawet na makulaturę. Rozpacz biednych spółdzielców była 
straszna.
   - Panie sierŜancie - mówił do mnie ze łzami prezes Krwionośny.
-  Nie  wybrniemy  z  tego bajzlu nawet i za sto lat! Hej - dodał
marzycielsko. - śeby tak tę ca dokumentację jakiś  szlag  trafił,
wtedy  zwalilibyśmy  wszystko  na klęskę Ŝywiołową  i  moglibyśmy 
z czystym kontem zaczynać od zera...
   - A nie mogli podpalić? - spytał logicznie kapral.
   - Ja nie mogłem do czegoś  takiego  dopuścić.  Ostatecznie  to
mnie  powierzono  tę sprawę i byłem za nią odpowiedzialny. Co in
nego, gdyby rzeczywiście jakaś siła wyŜsza... Niestety, z  siłami
wyŜszymi, poza Komendą Główną, nie miałem kontaktu, a zresztą nie
pozwoliłby mi na to mój marksistowski światopogląd.
   - I co pan zrobił?
   - Pogadałem z księdzem Chudzielakiem. Bądź co bądź sprawy nad
przyrodzone  to  jego  domena. Sam widziałem, jak kiedyś wypędzał
diabła z przewodniczącego GS-u i  to  tak  skutecznie  Ŝe  szatan
uciekając przewrócił na polu starej Wróblewskiej ciągnik Ferguson
z przedpłuŜkiem.
   - I ksiądz załatwił sprawę?
   - Załatwił, a w jaki sposób, to  juŜ  musicie,  kapralu,  sami
odgadnąć.  Gdyby  natomiast  ktoś  z państwa odgadł wcześniej, to 
proszę...
   - Tak, tak - pochwycił Modliszka - Na adres redakcji,  Warsza
wa, ulica Mysia dwa!
   - Ot to! - potwierdził sierŜant, a po krótkiej chwili dodał: -
Wiecie, kapralu, tak się czasem zastanawiam, kto to był  ten  to
warzysz  Mysio  i  czym się tak zasłuŜył, Ŝe ma w Warszawie swoją
ulicę? - tu w zamyśleniu otoczył się kłębami dymu z fajki,  nabi-
tej tradycyjnie jednym carmenem i dwoma popularnymi.

5. Miziak i ptaki stymfalijskie

   -  Wiecie,  kapralu, Ŝe filozofowie to szczególni ludzie! - tą
trafną obserwacją przywitał sierŜant Miziak powracającego  z  ob
chodu kaprala Modliszkę.
   - Święte słowa - zgodził się Modliszka. - W Korkowcach-Zdroju,
gdzie kiedyś słuŜyłem,  przebywał  na  kuracji  odwykowej  pewien
filozof,  który w przeciwieństwie do reszty pacjentów nie widywał
białych  myszy,  lecz róŜowego kota, więc tamtejszy ordynator, dr 
Cycoń umieścił nawet  tego  filozofa  w  jednym  pokoju z niejaką
Matyldą Jamochłon, nałogową alkoholiczką, w nadziei, Ŝe kot prze
goni te myszy.
   - I co, pozbyła się myszy?
   - Myszy się nie pozbyła, ale za to nabawiła się dziecka, które

background image

gdy dorosło chętnie bawiło się z myszami,  zapewniając  pacjentce
spokój.
   -  To  są  jakieś  pierdoły!  -  zdenerwował się Miziak. - Ja,
mówiąc Ŝe filozofowie to szczególni ludzie, miałem na  myśli  ich
umiejętność  podziwiania rzeczy oczywistych. Taki na przykład He-
gel, ujrzawszy raz Alpy zawołał tylko: - Ach, więc to tak?
   - Niby jak? - spytał kapral po chwilowym namyśle,  ale  Miziak
stracił  juŜ  ochotę  na  rozmowy  o  filozofii  i zadał od swego
podwładnego rozwiązania poprzedniej zagadki.
   - Miałem odgadnąć, w jaki sposób  ksiądz Chudzielak spowodował
oczyszczenie  tej  stajni  Augiasza,  która  uwiła sobie gniazdko 
w spółdzielni im. jednego z braci Marx...
   - Stajnia nie moŜe  sobie  uwić  gniazdka!  -  sprzeciwił  się
sierŜant.
   -  Teraz wszystko moŜna! - odparł buntowniczo Modliszka. - Sam
słyszałem  w  dzienniku  telewizyjnym,  jak  jeden  dyrektor  się
tłumaczył, Ŝe brak części zamiennych jest piętą achillesową, któ-
ra stanowi wąskie gardło!
   - Walcie dalej! - machnął ręką zrezygnowany Miziak.
   - No więc przede wszystkim przeczytałem, Ŝe  Herkules  w  celu
oczyszczenia  stajni skierował do niej nurt rzeki Alfejos. W pob-
liŜu naszej spółdzielni przepływa  tylko struga, która nosi nazwę
"Smredna Voda", a to dlatego, Ŝe jej źródła znajdują się na tere-
nie bratniej  Czechosłowacji,  która tą drogą dostarcza nam kilka 
razy do roku pewne ilości mazutu.  Sądzę więc, Ŝe ksiądz Chudzie-
lak  pomodlił  się  o obfite opady, które spowodowały przybór wód 
i oczyszczenie stajni.
   -  Próbował!  -  zawołał sierŜant. - Błagał o ten deszcz przez
dwa dni, płakał, a  nawet  leŜał  krzyŜem,  chwilami  nawet  pra
wosławnym. Niestety, okazało się, Ŝe na terenie sąsiedniej repub
liki jego modlitwy nie są skuteczne... O ile wiem, dopiero  teraz
Zlata Praha nawiązała jakieś rozmowy z Watykanem.
   -  W  takim  razie  nie  mam  pojęcia,  jak  on to zrobił... -
zmartwił się Modliszka.
   - No  właśnie, a taka budowla wymaga bardzo głębokich wykopów,  
z których wydobywa się mnóstwo ziemi. I taka właśnie ziemia, usy
pana  w  wysokie kopce, osunęła się za sprawą nie wiem jakich sił 
w  koryto  Smrednej Vody, powodując zmianę jej nurtu, a w następ-
stwie  wypłukanie wszystkich nieczystości z tej zabagnionej staj-
ni.
   - To było  nie  do  odgadnięcia!  -  rzekł  kapral.  -  W  grę
wchodziły  moce nadprzyrodzone, których działania nie da się  lo
gicznie wydedukować. Prosiłbym, Ŝeby dalsze zagadki utrzymane by-
ły w duchu suchego racjonalizmu.
   -  Zgoda!  W  takim  razie  posłuchajcie o ptakach stymfalijs
kich... Wiele lat temu, jeszcze jako  młody  plutonowy,  dostałem
pod  opiekę  uroczą  ma mieścinę Kościołupki Dolne, bo trzeba wam
wiedzieć, Ŝe były i Górne, oddzielone od Dolnych gęstym i  dzikim
lasem.  Ten  las  właśnie  stał się przedmiotem mojej szczególnej
troski, poniewaŜ w jego obrębie działy się dziwne  i  niepokojące
rzeczy.   Najpierw  mecenas  Fizdoń,  aktywista  PRON-u,  zwanego

background image

jeszcze  podówczas  Frontem  Jedności Narodu,  został  ostrzelany  
z leśnej gęstwiny.
   - Czym ostrzelany? - spytał fachowo kapral.
   - Właśnie Ŝe nie wiadomo czym. Kilka pocisków gwizdnęło mu ko-
ło ucha, a jeden wybił nawet dziurę w jego trabancie, ale nieste-
ty nie został odnaleziony.
   - Dziurę w trabancie moŜe wybić nawet glisda, poniewaŜ trabant
jest zrobiony z papendeklu! - zauwaŜył kapral.
   - JeŜeli to było glisda, to lecąca z ogromną  prędkością.  Ale
to jeszcze nic.  W kilka dni później niejaka Kaśka Pyzdra, dysku
tując w kopie siana pod lasem ze  swym  kolejnym  narzeczonym  na
temat,  jak zeznał, perspektyw rozwojowych ZSMP, uczuła nagle ból
w okolicy pośladkowej i sięgnąwszy tamŜe, namacała...
   - Domyślam się co! - prychnął Modliszka.
   - To źle się domyślacie. Namacała tam coś w rodzaju  metalowej
strzały, długości około czterdziestu centymetrów, którą z najwyŜ
szym trudem wyrwała, a następnie lekkomyślnie wyrzuciła, trwoniąc
kolejny  cenny  dowód rzeczowy. Następny tydzień był jeszcze gor-
szy. RóŜne dziwne przedmioty metalowe wylatywały z lasu, zlatywa
ły ludziom na głowy, kontuzjowały starców, kobiety i dzieci. Rów-
nocześnie  na  miasteczko spadły inne ciosy. Najpierw zaatakowała  
je  salmonella, potem produkcja w Fabryce Parasoli im. Laurencju-
sza  Berii spadła o połowę, co dyrekcja wiązała z awarią urządzeń 
odpylających  na fabrycznym kominie, następnie ogłoszono, Ŝe jes-
teśmy  miastem  bliźniaczym z miejscowością Die Scharze Pumpe Mit 
Panzerfaust,  a  wreszcie przyjechał z nieoczekiwaną wizytą Albin 
Siwak.  Ale  tamte  sprawy  niewiele mnie  obchodziły.  Uzbrojony 
w  kask  poŜyczony z ZOMO i w kamizelkę kuloodporną udałem się do 
lasu, w celu wyświetlenia zagadki tajemniczych pocisków...
   - Do, panie sierŜancie! Ja ją wyświetlę! - zawołał entuzjasty
cznie Modliszka. - A jakby ktoś z państwa się domysił, to na Myś-
lną dwa...
   - Nie "domysił na Myślną", tylko "domyślił, to na Mysią dwa" -
sprostował  dobrotliwie Miziak, zaciągając się jednocześnie dwoma
popularnymi i jednym carmenem,  buzującymi  aromatycznie  w  jego
słynnej fajeczce. 

6. Miziak i łania kerynejska

   -  Zdaje  się, kapralu, Ŝeśmy paskudnie nawalili! - powiedział
osowiały sierŜant Miziak do kaprala Modliszki, który po zakończe
niu słuŜby rozbrajał się w kącie komisariatu.
   - Rany boskie, a w jakiej sprawie? - zmartwił się kapral i za-
łamał ręce, wypuszczając z nich jednocześnie granat  ręczny  wzór 
RG 42 z zapalnikiem czasowym UZRG, ale zawleczkę od niego zatrzy
mując przezornie w dłoni.
   - Padnij! - rozkazał ostrzelany w bojach sierŜant i chwyciwszy
popularną  cytrynkę,  szerokim  łukiem  wyrzucił ją przez otwarte
okno. Na pobliskim polu huknęło i zadymiło.
   - Bez strat! - meldował Modliszka, stojąc na ganku  z  lornetą

background image

artyleryjską przy oczach. - Tyle Ŝe przetokowego Nagwizda zdmuch
nęło  z  Kaśki Pyzdrzanki, ale to i dobrze, bo oduczy się umawiać 
z nią akurat pod samym komisariatem!
   - Lis Medard nie oberwał? - spytał sierŜant, niespokojny o za
mieszkałe w pobliskiej jamie zwierzę, pozostające w ewidencji na
dleśnictwa.
   -  Zdrowy  jak  rydz!  Właśnie  niesie  sobie  kolejną kurę od
Sobczyków!
   - Sobczyk nie uczestniczył w referendum, więc niech ma za swo
je  -  zadecydował Miziak, hołdujący prostemu systemowi kar i na
gród, dzięki któremu udawało mu  się  utrzymać  gminę  w  jakiej-
takiej równowadze ekonomicznej i politycznospołecznej.
   - A w czym Ŝeśmy tak nawalili? - przypomniał kapral.
   -  W  kolejności  moich  herkulesowych prac. Opuściliśmy łanię
kerynejska, która ma swoje tradycyjne trzecie miejsce między  hy
drą lernejską i dzikiem erymantejskim. Czytelnicy juŜ piszą w tej
sprawie do redakcji "Sam na sam".
   -  To  moŜe  ja  szybko  rozwiąŜę poprzednią zagadkę o ptakach  
stymfalijskich,  a potem odwalimy tę łanię! - zaproponował Modli-
szka.
   - Rozwiązujcie!
   - No więc przeanalizowałem pańskie opowiadanie o tym  poranie
niu  ludności  w  Kościołupkach  Dolnych metalowymi strzałami, co
mogło się kojarzyć z legendą o ptakach z okolic greckiego  miasta
Stymfalos,  które  wystrzeliwały  metalowe pióra. PoniewaŜ jednak 
u nas takie ptactwo nie występuje, a  druty  stalowe są reglamen
towane,  więc  postanowiłem  szukać  rozwiązania  w  sferze prze
mysłu...
   - Słusznie! - pochwalił sierŜant.
   -  W  tym  celu - kontynuował jego  podwładny  -  wypoŜyczyłem  
w bibliotece monografię miejscowości Kościołupki...
   - Coście wypoŜyczyli?
   - Monografię! Monografia jest to...
   -  Wiem,  co  to  jest  monografia!  -  obruszył się Miziak. -
Obkułem się w tych wszystkich grafiach po tym, jak w naszym GOK-u
pomylili  scenografię  z pornografią podczas czci artystycznej na
akademii, i to strach  pomyśleć,  z  okazji  jakiej  rocznicy!  -
powiedziawszy  to,  sierŜant  zbladł  na samo wspomnienie konsek
wencji tej fundamentalnej pomyłki.
   - No więc wypoŜyczyłem monografię Kościołupek  i  dowiedziałem
się  z  niej,  Ŝe w pobliŜu lasu usytuowana jest Fabryka Parasoli
im. bodajŜe ostatnio Papy Smerfa...
   - Tak jest! - potwierdził Miziak. - Poprzednio  imieniem  Lau
rencjusza Berii!
   -  Czytałem kiedyś piękną powieść - "Beria, syn Szarej Wilczy-
cy"!
   - Bari! - sprostował sierant. - Ale Ŝyciorys  bardzo  podobny.
Wy  jednakowoŜ,  kapralu,  nie wpadajcie co chwilę w dygresje, bo
nigdy nie skończymy! - tu Miziak spojrzał spod  oka,  czy  kapral
wie co to dygresja.
   - Do parasola potrzebne są jak wiadomo druty...

background image

   -  Wygraliście,  kapralu... To były druty do parasoli. Fabryka
miała przestarzałą technologię, a prócz tego  na skutek pijaństwa
projektanta  wybudowano  zbyt  duŜy komin o strasznym cugu, który
wyciągał  i  wyrzucał  w  przestrzeń  dwie   trzecie   produkcji.
Spadające  z  ogromnej  wysokości  druty powodowały liczne straty
wśród ludności.
   - Wszystko rozumiem - zawołał Modliszka - tylko co to wszystko
ma wspólnego z ptakami?
   -  No, niektóre pociski trafiały równieŜ i w ptaki, w szerokim
rozumieniu tego wyrazu... Dopiero na moją interwencję załoŜono na
komin specjalny filtr magnetyczny, wyłapujący urobek. Z tą chwilą
druty przestały ranić, a fabryka wyszła na rentowność!
   - Brawo! - zawołał Modliszka. - No a teraz wal pan tę łanię!
   - No więc swego czasu zwrócił się do mnie  nadleśniczy  Bazyli
Dwurura, w stanie zresztą wskazującym na uŜycie, bełkocząc w spo-
sób trudny do zrozumienia o jakimś rogatym  stworze, przebiegają-
cym z rykiem jego leśne rewiry...
   - To mógł być Ŝubr!
   - Wykluczone. Polskie Ŝubry są wszystkie skatalogowane i kaŜdy
ma pod  ogonem  numer  rejestracyjny  oraz  szkiełko  odblaskowe.
RównieŜ  łoś nie wywołałby takiej paniki u doświadczonego bądź co
bądź leśnika. Jeśli towarzysz Dwurura upił się, to znaczy, Ŝe mu
siał ujrzeć coś, co nie mieściło się w jego wieloletnich doświad
czeniach, a nawet im być moŜe zaprzeczało...
   - No, ale my wiemy, Ŝe to była łania!
   - On teŜ bełkotał coś o łani, ale o łani z rogami...
   - No to co, Ŝe z rogami?
   - Kapralu! - powiedział surowo Miziak - Ŝadna łania nie posia
da rogów i tym właśnie róŜni się od jelenia! Tak więc widok roga-
tej łani musiał wstrząsnąć leśniczym i popchnąć go do  pijaństwa.
Nieszczęśnik był zupełnie załamany, na przemian śmiał się, płakał 
i jęczał: - Joj, ja złariuję,  łidziałem  łanię!  Bo  trzeba  wam
wiedzieć,  kapralu,  Ŝe  biedak miał wadę wymowy od czasu jak raz
zasną w lesie z otwartą gębą, a dzięcioły wystukały  mu wszystkie
zęby trzonowe.
   -  A  nie mógł go pan ocucić, Ŝeby dokładnie opowiedział o tej
łani?
   - To by trwało przynajmniej dwadzieścia cztery godziny, a tym
czasem w okolicy  mogła wybuchnąć panika. Dlatego teŜ włoŜyłem na
siebie ochronny strój maskujący,  czyli  tak zwaną panterkę z po-
przyczepianymi tu i ówdzie petami, puszkami  od konserw, butelka-
mi, a nawet środkami antykoncepcyjnymi firmy "Stomil", co upodob-
niło  mnie bez reszty do pięknego runa okolicznych lasów, i w tym 
przebraniu wczołgałem się  do  zagroŜonego  rewiru.  JuŜ z daleka 
słychać było  potworny,  rozpaczliwy ryk... Przylgnąłem do podło-
Ŝ

a...  Coś  nadbiegało ścieŜką... SpręŜyłem się, odbiłem  obunóŜ,

skoczyłem  i schwytałem  to  coś przy pomocy naszego niezawodnego 
chwytu milicyjnego numer 648/87 PCW 16!
   - Tak zwany "Piekielny Piotruś"! - pokiwał  z  uznaniem  głową
kapral. - No i co to było, co pan złapał?
   -  Ha,  ha!  To właśnie musicie odgadnąć kapralu, a gdyby ktoś 

background image

z państwa wcześniej...
   - To ulica Misia dwa! - dokończył kapral.
   - Nie Misia, tylko Mysia! - sprostował sierŜant. - Inna rzecz,
Ŝ

e  oni  tam  w  Warszawie  wszystkie  "i"  wymawiają jak "y", na

przykład "a teraz chwyla lyryki", więc moŜe to jest  rzeczywiście
ulica  jakiegoś  Misia?  -  i  sierŜant w zamyśleniu napełnił swą
wierną fajeczkę jednym carmenem i dwoma popularnymi, wytworzonymi
jako produkt uboczny w Przetwórni Kapusty PGR Mysiadło, uprzednio
Misiadło. 

7. Miziak i byk kreteński

   - Czy wiecie,  kapralu,  czym  ostatnie  wybory róŜniły się od
poprzednich? - spytał Miziak,  mający  zwyczaj  egzaminować  swój
jednoosobowy personel z wiedzy politycznej.
   -  Melduję,  Ŝe nie wiem! - odrzekł szczerze kapral Modliszka,
nie przeczuwając nawet, iŜ wyraŜa nie tylko własne wątpliwości.
   - Jak  to  nie  wiecie? - zgorszył się sierŜant. - One tym się 
róŜniły, Ŝe tym  razem wybieraliśmy jednego radnego spośród dwóch
kandydatów, a poprzednio spośród jednego. Jak  więc  widzimy,  ta
nowa  formuła stanowi ogromny postęp i jest ze wszech miar słusz
na.
   - MoŜe i ze wszech miar, ale chyba  od  niedawna  -  rezonował
kapral.  -  GdyŜ  dotychczas przez czterdzieści lat wbijano mi do
głowy, Ŝe słuszne jest wybieranie jednego radnego spośród jednego
kandydata,  poniewaŜ  to  odróŜnia  nas od demokracji zachodnich, 
w  których walka wyborcza prowadzi do przekupstwa,  naduŜyć,  rui  
i zaprzedania się w słuŜbę kapitału.
   -  Pocałujcie  mnie w dupę, kapralu! - powiedział z rezygnacją
Miziak, zniechęcony konserwatyzmem Modliszki.
   - Tak jest! - zawołał słuŜbiście kapral, zrywając się z miejs
ca.
   - Siad! -  krzyknął wystraszony sierŜant. - Nie bądźcie no wy,
mój Modliszko, tacy dosłowni i powiedzcie  lepiej  czy  rozwiąza
liście zagadkę łani kerynejskiej?
   -  Rzecz jasna! Ale zanim odpowiem, pozwoli pan, Ŝe zreasumuję
pańskie opowiadanie?
   - Reasumujcie! - zezwolił zwierzchnik,  któremu  spodobał  się
ten  obcojęzyczny  wyraz, chociaŜ na razie nie wiedział co on oz
nacza.
   - Ot mówił pan, Ŝe nadleśniczy Bazyli Dwurura zauwaŜył w lesie
dziwnego stwora...
   -  Nie  dziwnego  stwora  tylko dziwny stwór. Stwór odmieniamy
podobnie jak wór. Gdyby to natomiast był potwór,  to  nadleśniczy
nie zauwaŜyłby dziwny potwór, lecz dziwnego potwora. Jasne?
   -  A  gdyby to był otwór - spytał podstępnie Modliszka - to co
by zauwaŜył, otwór czy otwora?
   - Baczność! - rozkazał Miziak, a sprowadziwszy  w  ten  sposób
kaprala do pionu i do milczenia, powiedział łagodniej:
   - Meldujcie dalej!

background image

   -  Bazyli Dwurura i dziwny stwór spotykali się w lesie - wymi-
nął  chytrze Modliszka tę językową rafę z precyzją uzyskaną  pod-
czas kontemplowania programów telewizyjnych pana doktora Miodka. 
- A ten stwór rogaty był i strasznie ryczał. Nadleśniczy teŜ  ry-
czał  ze strachu, gdy przybiegł do pana. Wołał, o ile sobie przy-
pominam, "Joj, ja złariuję, łidziałem łanię".
   - Tak jest - przytaknął sierŜant - tak właśnie wołał, poniewaŜ
jest szczepetlawy.
   -  JeŜeli  jest  szczepetlawy  i zamiast "w" wymawia  "ł",  to 
w lesie nie widział łani, lecz Wanię. A  to,  co pan, sierŜancie,
schwytał w lesie to teŜ nie była łania, tylko Wania.
   - Ale który Wania?
   -  JeŜeli  z  rogami,  to  zapewne Wania Wozduszny, bo on miał
zwyczaj ryczenia, gdy tylko Ŝona przyprawiła mu  rogi,  czyli  Ŝe
prawie zawsze.
   -  Prawie! - potwierdził sierŜant. - Ten biedak tylko raz miał
miesiąc spokoju, gdy baba złamała sobie miednicę i leŜała w  gip
sie  od  pasa  w  dół, całe szczęście Ŝe z równoczesną anginą. No 
cóŜ,  wygraliście, kapralu. Sięgnijcie no do segregatora i nalej-
cie, to opowiem wam dziś o byku kreteńskim!
   JuŜ  po  chwili w musztardówkach zazłocił się aromatyczny pro
dukt braci Karamazow, pędzony z czeskiego mazutu.
   -  Swego  czasu  -  rozpoczął swą gawędkę Miziak - gdy jeszcze  
studiowałem w szkole podoficerskiej w Słupsku...
   -  A  zna  pan  taką przestawiankę "Domki w Słupsku"? - spytał
spontanicznie Modliszka.
   - Nie znam i bądźcie uprzejmi  mi  nie  przerywać.  Ot  w  tej
szkole istniał piękny zwyczaj niesienia pomocy miastu i regionowi
nie tylko w momentach klęsk Ŝywiołowych, ale  takŜe  przy  okazji
róŜnych  świąt, obchodów i uroczystości. Przygotowywaliśmy akade-
mie,  uczestniczyli w koncertach, dekorowali trybuny, a zwłaszcza 
specjalizowaliśmy się w  pokrywaniu murów mobilizującymi napisami 
w  rodzaju "Zbudujemy drugą Polskę", "Popieramy aktualne uchwały"  
i tym podobne.
   - Takie napisy są poŜyteczne - zgodził się kapral.
   -  W  naszych  organach centralnych istnieje specjalny Wydział
Wymyślania Mobilizujących Napisów z szefem w randze wiceadmirała.
Pamiętam,  Ŝe  kiedyś  na wiadukcie kolejowym we Wrocławiu wisiał
napis "Potępiamy sprawców zamieszek", chociaŜ  Ŝadnych  zamieszek
nie  było, ale gdyby były, to od razu natknęłyby się na ten napis 
- kontynuował Miziak. - Tak więc zawieszaliśmy te napisy, co bar-
dzo  podnosiło morale ludności i mobilizowało ją do wydajniejszej 
pracy.  Niestety, naszą działalno przerwała seria groźnych wypad-
ków  drogowych.  Niedaleko  za miastem był zakręt, doprowadzający 
tamtejszą  szosę  prosto  do  rolniczej spółdzielni  produkcyjnej 
"Lepsza  przyszłość". I  wyobraźcie sobie, pewnego dnia wszystkie 
samochody zaczęły w tym miejscu przyśpieszać, a następnie nie ba-
cząc na ten zakręt, ładowały się prosto w okoliczny las, co połą-
czone było niejednokrotnie z dachowaniem. JuŜ wkrótce na zakręcie  
powstało istne cmentarzysko pojazdów, eksploatowane przez  okoli-
czne chłopstwo oraz przez amatorów części zamiennych do  samocho-

background image

dów, traktorów, a nawet lekkich czołgów. Wezwano Eksperta Komendy
Głównej, majora Zdzisława Pancernego, który pojechał na  miejsce,
ale  natychmiast  wyleciał  z zakrętu, wykręcił beczkę i wpakował
się na drzewo. Był  to  jednak  stary  wyjadacz,  wytrenowany  we
wszelkich upadkach. Po katastrofie wylazł z wraka i przeszedł ten
kawałek trasy, lekko tylko kulejąc. W pewnym momencie  przystanął,
spojrzał w górę,  uderzył  się  w czoło i wrzasnął: - Miziak, na-
tychmiast  do  mnie! Zameldowałem się biegiem. Major spojrzał  na  
mnie surowo i powiedział: - Oj, Miziak, to wszystko przez was!
   -  Jak  to  przeze  mnie,  obywatelu majorze? - wyjąkałem cały
struchlały.
   - Przez was, Miziak! - powtórzył major. - Przyjrzyjcie no się,
a sami przyznacie, Ŝe strzeliliście kretyńskiego byka!
   -  Kretyńskiego?  A  nie  kreteńskiego? - dopytywał podniecony
opowiadaniem Modliszka.
   - Mówiłem wam, kapralu - wyjaśnił cierpliwie Miziak -  Ŝe  mój
Ŝ

yciorys  nie  jest  wierną  kopią  dziejów Herkulesa, lecz jakby

wariacjami na jego temat. On załatwił  byka  kreteńskiego,  a  ja
strzeliłem kretyńskiego. Zaś co to był za byk...
   - To na Mysią dwa! - dokończył Modliszka, podając jednocześnie
swemu mistrzowi fajeczkę, załadowaną dwoma popularnymi  i  jednym
mało uŜywanym carmenem.

 8. Miziak i konie Diomedesa

   -  Melduję, panie sierŜancie,  Ŝe się na nas skarŜą! - zawołał
słuŜbiście kapral Modliszka do wchodzącego Miziaka.
   - Kto się skarŜy? - zapytał nawykowo Miziak,  wyjmując  z  ra
portówki notes i ołówek. - Imiona? Nazwiska? Kryptonimy, materia-
ły obciające, kontakty z podziemiem!
   - Chyba nic z tego nie będzie - zgasił go kapral. - Bo to  się
skarŜył  redaktor naczelny tego pisma, gdzie nas drukują. Właśnie
przed  chwilą  dzwonił,  Ŝe  zanadto  świntuszymy,  a  poza   tym
podśmiewamy  się  z  rządu  i to w organie kryptorządowym, utrzy
mującym organ oficjalny, którego nikt nie czyta, w związku z czym
jest deficytowy.
   - A co u nas nie jest deficytowe, z wyjątkiem wódki i panoramy
Racławickiej? - spytał retorycznie sierŜant, a pomyślawszy chwilę
dodał:  - Nie wiem czemu Naczelny zabrania nam świntuszyć, jeŜeli
sam lubi?
   - A lubi? - zainteresował się kapral.
   - Ho  ho  ho! - zawołał jego zwierzchnik. - ToŜ ja go pamiętam 
z młodych lat, kiedy  to... (Ust. Milcz. Dusz. Śpiew. 0815 z dnia
30.02.1410 Ryp. Wyp. Pier. 69).
   - Nie moŜe być! - zawołał  Modliszka, zdumiony aŜ taką jurnoś-
cią.
   -  MoŜe,  moŜe!  - zapewnił go Miziak. - Tym niemniej gdyby do
nas jeszcze  w  tej  sprawie  zadzwonił,  to  uspokójcie  go,  Ŝe
ograniczymy  świntuszenie,  wszelako bez niezdrowej przesady, zaś
co do rzekomego szargania  rządu,  obiecujemy  nie  nawoływać  do

background image

strajków, głodówek i odmawiactwa słuŜby wojskowej. A teraz...
   - Tak jest! - odrzekł kapral, odgadując Ŝyczenie szefa.
   -  JuŜ  panu  melduję, co wywnioskowałem w sprawie poprzedniej
zagadki!
   - Ale przedtem... - zacz znów sierŜant.
   - Tak jest! - odgadł ponownie Modliszka i sięgnąwszy do segre
gatora  z  napisem  "Działalność  CIA na terenie gminy" rozlał do 
musztardówek  bursztynowy produkt braci Karamazow, potem zaś, gdy  
juŜ wypili, chuchnęli i beknęli, przystąpił do relacji:
   - Jak pamiętamy z pańskiej opowieści, jako student Szkoły Pod
oficerskiej przyozdabiał pan  mobilizującymi  napisami  okoliczne
drogi. Jedna z  nich  prowadziła do rolniczej spółdzielni produk
cyjnej o nazwie "Lepsza przyszłość" i tam właśnie  miały  miejsce
liczne wypadki samochodowe. W celu wyjaśnienia tej sprawy przybył
ze stolicy specjalista, major Zdzisław  Pancerny,  który  wszakŜe
sam  natychmiast  uległ wypadkowi, na tyle jednak niegroźnemu, Ŝe 
o własnych siłach zlustrował szosę, a następnie zakrzyknął:  "Oj,
Miziak, strzeliliście kretyńskiego byka".
   - Tak było! - potwierdził sierŜant.
   -  Po zastanowieniu się - kontynuował Modliszka - doszedłem do
wniosku, iŜ musiała zaistnieć korelacja między napisami a  wypad
kami...
   -  Nie  uŜywajcie  słów,  których  znaczenia nie rozumiecie! - 
zgromił  go Miziak, poniewaŜ sam nie wiedział co znaczy  "korela-
cja".
   - Korelacja to  wzajemny  stosunek  zaleŜności...  -  wyjaśnił
skromnie kapral.
   -  Przestańcie  mi tu pieprzyć o stosunkach! Dopiero co nas za
to skrytykowano! Czy nie moŜecie zwyczajnie powiedzieć, Ŝe wypad
ki miały związek z napisami?
   -  Mogę!  -  zgodził  się Modliszka. - Bo sądzę, Ŝe faktycznie
miały, chociaŜ trudno mi dokładnie wyczaić jaki.
   - No to wam powiem. Ot wśród innych  transparentów  zawiesiłem
tam  napis  "Naprzód,  prosto  do  lepszej przyszłości". Kierowcy
jadący  do spółdzielni "Lepsza przyszłość" podświadomie  kwalifi-
kowali  ten  napis  jako  znak  drogowy i zamiast skręcić w bramę 
spółdzielni,  która  była po lewej, jechali - zgodnie z napisem - 
prosto, i to prosto w krzaki.
   - Tak, tak! -  pokiwał  głową  kapral. - Takie róŜne hasła  są
ogromnie sugerujące! Jeden mój znajomy przejeŜdŜając koło  napisu
"O  co  walczymy?  Dokąd  zmierzamy?", zawsze wołał z rozpaczą: - 
A skąd ja, kurwa, mogę wiedzieć?
   - To ładnie o nim świadczy, Ŝe nie zachował obojętnej postawy!
- pochwalił sierŜant, a następnie powiedział swemu uczniowi izas-
tępcy następną zagadkę:
   - Swego czasu wezwany zostałem do stadniny  państwowej,  imie
niem  "Przyjaźni  Pierwszej  Konnej z Ułanami Beliny". Od pewnego
czasu ginęli tam stajenni...
   - Jak to ginęli! Na śmierć? - zaniepokoił się Modliszka.
   - Ginęli  bez  śladu. Co który wszedł do stajni, to znikał, aŜ 
w końcu ludzie zaczęli mówić, Ŝe to konie ich poŜerają.

background image

   -  Podobnie  jak  konie  króla Diomedesa! - zawołał Modliszka,
który wcześniej przyswoił sobie ten grecki mit.
   - Tak jest! - przytaknął Miziak.  -  Konie  Diomedesa  zjadały
ludzi, ale tylko do czasu, gdy poŜarły niejakiego Abderosa, który
był osobistym przyjacielem Herkulesa. Wtedy  Herkules  uprowadził
te konie, a dla uczczenia pomięci Abderosa załoŜył miasto Abderę.
   - A w tej Abderze był pan kapitan Kloss! - wyrwał się  kapral.
   -  Pan kapitan Kloss nie był w Abderze, lecz w Abwehrze, w na
grodę za co został ostatnio dyrektorem Polskiego Ośrodka  Kultury
w Moskwie.
   - Ale chyba nie w tym mundurze?
   -  To  nie ma nic do rzeczy, kapralu! - skarcił  go  komendant 
i ciągnął dalej:
   - Tak więc stajenni ginęli, a plotki się szerzyły,  czasy  zaś
były  wówczas  niespokojne,  rok  1968,  mianowani docenci, prze
chowywanie śydów, nieuzasadnione  zapasy  Ŝywności,  fermenty  na
uczelniach,  nawet  na  nowo  tworzonym w pobliskim Kocmyrzu uni
wesytecie, bo  trzeba  wam  wiedzieć,  Ŝe  wówczas  kaŜde  miasto
chciało mieć uniwersytet.
   -  Teraz  teŜ!  -  zawołał Modliszka. - Niedługo mają otworzyć
Yale w Wałczu i  Sorbonę  w  Pieskowatej  koło  Głuchołazów!  Ale
słucham, słucham!
   -  No  więc pewnej nocy udałem się do stajni, przebrany za ko
nia,  a raczej za jego przednią część. Część tylną stanowił młody  
aspirant, niejaki Małpeczka  Zenon. KaŜdy z nas musiał oczywiście
imitować zachowanie właściwe dla danego fragmentu konia.
   - Rozumiem, pan rŜał, a Małpeczka pierdział.
   - Ja gryzłem wędzidło  -  sprostował  Miziak.  -  A  Małpeczka
machał  ogonem.  Przystanęliśmy  przy obie, pojadając owies. Nowo
zaangaŜowani stajenni skupili się w pobliŜu latarni.  Wtem  wrota
skrzypnęły i weszło coś w rodzaju księdza...
   - Jak to coś w rodzaju? Pingwin, czy zakonnica?
   -  Mniej  więcej.  W stajni było do ciemno. Tajemniczy osobnik
zbliŜył się do grupy stajennych i wyciągnął z kieszeni pół  litra.
Następnie wszyscy poszeptali i gęsiego opuścili pomieszczenie. Na
końcu szedł  rzekomy  ksiądz.  Gdy  przechodził  koło  mego  łba,
chwyciłem  go zębami za sutannę. Luźna szata opadła i zgadnijcie,
co zobaczyłem?
   - To, to ja zgadnę w następnym odcinku! - oświadczył kapral. -
A jakby ktoś z państwa, to rozwiązania...
   -  Tylko  nie  na  Mysią!  -  przerwał mu sierŜant. - Redakcja
przeniosła się na Kruczą 36!
   - Szkoda, wolałem myszę od kruka... - westchnął Modliszka  ale
Miziak  juŜ  tego  nie słyszał, nabijał bowiem właśnie swą wierną
fajeczkę dwoma antyrakowymi popularnymi, przemieszanymi z  jednym
przeciwzawałowym carmenem. 

9. Miziak i pas Hippolity

   -  Wie  pan,  sierŜancie,  Ŝe  ten Flisak coś pana nie lubi! -

background image

powiedział   kapral   Modliszka,   przeglądając   ostatni   numer
miesięcznika "Sam na sam".
   -  Znajdźcie  mi  dossier  tego  Flisaka i rozpytajcie o niego
sąsiadów! - rozkazał Miziak w słusznej chęci odwetu,  wzmocnionej
jeszcze  wyniesionym ze szkoły przekonaniem, Ŝe kto nie lubi mil
icjanta, ten jest osobą podejrzaną i kwalifikującą się do inwigi
lacji.
   - Melduję - odrzekł z Ŝalem Modliszka - Ŝe jest to niewykonal
ne, gdyŜ Flisak nie jest mieszkańcem naszej  gminy,  lecz tym ry-
sownikiem, który uporczywie przedstawia pana jako półidiotę z wy-
trzeszczem Inoziemcowa...
   - Basedowa! - poprawił go  Miziak  z  uśmiechem  wyŜszości.  -
Mylicie  ze  sobą  róŜne  osiągnięcia  naukowe. Mamy do czynienia 
z  wytrzeszczeni Basedowa, kroplami Inoziemcowa, tablicą Mendele-
jewa,  doktryną BreŜniewa, apelem Stachanowa i młotkiem Paramono-
wa.
   - I buntem Ligaczowa! - przypomniał kapral.
   - Pugaczowa!  -  sprostował  sierŜant.  -  Ale  zostawcie  to,
kapralu,  i  powiedzcie  mi  lepiej  czy  rozwiązaliście  juŜ  tę
pasjonującą zagadkę krwioŜerczych koni króla Diomedesa?
   - Melduję, Ŝe wydaje mi się, iŜ ją rozwiązałem!  -  powiedział
ostroŜnie  Modliszka, naśladując w tym względzie Anglików, którzy
prawie nigdy  nie  twierdzą,  ale  prawie  zawsze  przypuszczają,
mniemają  lub mają wraŜenie, co się wyraŜa w takich sformułowani
ach jak "Przypuszczam, Ŝe będę matką", "Sądzę, Ŝe jest  pan  świ
nią",  "Odnoszę wraŜenie, jakoby był pan oszustem" i tym podobne,
podczas gdy prostoduszny Słowianin woła spontanicznie "Gdzie  się
pchasz,  baranie?!" lub "Taka to a taka twoja mać", nie pozostaw
iając tak cennego marginesu  na  ewentualną,  choćby  iluzoryczną
wątpliwość.
   -  Ot  -  kontynuował kapral - powiedział pan, Ŝe jakaś tajem
nicza postać odziana w ciemną  szatę  wyprowadzała  ukradkiem  ze
stadniny   państwowej   nowoprzyjętych  stajennych.  Równocześnie
sąsiednie   miasteczko   Kocmyrz   tworzyło   zręby   szkolnictwa
wyŜszego...
   - Zgadza się. Zakładali tam właśnie uniwersytet im. Franciszka
Szlachcica. Pamiętajcie, Ŝe w tych czasach modne  było  nadawanie
uczelniom imion róŜnych trybunów ludowych.
   - Wiem - potwierdził Modliszka. - Mój szwagier kończył uniwer
sytet we Wrocławiu. No więc skojarzyłem te dwa fakty. Tam burzli
wy  rozwój  i zapotrzebowanie na kadry - tu kiepsko płatna robota
przy wyrzucaniu gnoju. Wymarzona sytuacja dla kaperownika!
   - Chyba jesteście na tropie... - przyznał z niechęcią  Miziak.
   -  Chyba  generalnie  tak  - zgodził się kapral. - Kilku spraw
jednak nie rozumiem. Na przykład dlaczego ten werbownik był w su
tannie. CzyŜby reprezentował reakcyjną część kleru, pragnącą pod
waŜyć zręby państwowej hodowli koni?
   - AŜ tak daleko ich knowania się  nie posunęły -  uspokoił  go
sierŜant. - Ten tajemniczy osobnik to nie był duchowny, lecz rek
tor nowego uniwersytetu w todze i birecie. Obiecywał on stajennym
lepsze  zarobki,  upijał  ich  i  w  stanie  niepoczytalności za

background image

przysięgał na docentów z nominacji.
   - I co pan mu zrobił?
   - Niewiele mogłem mu zrobić, gdyŜ kaperownictwo nie ma  u  nas
odpowiedniego  paragrafu. Na szczęście przyznał mi się, Ŝe zachę-
cał przyszłych naukowców do kradzieŜy łańcuchów  od  koni,  które
po pociągnięciu złotolem miały funkcjonować jako insygnia uniwer
syteckie. To juŜ podpadło pod nakłanianie do przestępstwa i  jego
magnificencja  byłby beknął, gdyby  nie  interwencja  miejscowego
sekretarza, który miał na tym uniwersytecie obiecaną ma maturę  i
doktorat  z  historii  najnowszej.  A  teraz nalejcie, kapralu, i
posłuchajcie zagadki z pasem Hippolity.
   - To była królowa Amazonek! - zabłysnął erudycją Modliszka.
   - I owszem. StaroŜytny Herkules zabił ją i zabrał jej  cudowny
pas.  Ja na szczęście nie musiałem zabijać swojej Hippolity, cho-
ciaŜ i ona była znaną amazonką, a jej pas teŜ odegrał złowieszczą
rolę.
   -  A  gdzie to się wszystko działo? - spytał kapral, nalewając
do musztardówek produkt braci Karamazow, lekko tylko zajeŜdŜający
karbidem, słuŜącym do strącania fuzla.
   -  To  się działo w tym samym Kocmyrzu i w tej samej stadninie
im. "Przyjaźni Pierwszej Konnej z Ułanami Beliny". W  istniejącym
tamŜe  klubie  jeździeckim  oprócz  pogoni za lisem, skoków przez
przeszkody i biegów  terenowych,  rozgrywano  równieŜ  tradycyjny
turniej  brydŜa.  Miejscowa reprezentacja, składająca się z mece
nasa Fizdonia i pani aptekarzowej Hipolity  Plaśniętej,  dzielnie
stawiała  czoła przedstawicielstwu stolicy w osobach wiceministra
Podmamuśki i posła Jana  Fuchy.  Ostatnia,  decydująca  rozgrywka
jakoś się opóźniła, gdyŜ pani Hipolita i poseł Fucha Jan oddalili
się w niewiadomym kierunku. Wreszcie nadeszli,  zdrowo  zmachani,
zapewne dalekim spacerem, podczas którego nawiązali przypuszczal
nie  bliŜszą  styczność z runem leśnym, gdyŜ pani Hipolita nosiła  
na  sobie bardzo wyraźny odcisk paproci strzępiastej, a jej part-
ner  ze spaceru, a przy okazji przeciwnik brydŜowy, po kilku ner-
wowych  ruchach wypuścił z nogawki spodni dwie parzące się myszy. 
Wreszcie cała czwórka usiadła do stolika i zaczęła się licytacja.
   - Pas! - zaczął mister Podmamuśka, mający same  blotki.  Mece-
nas Fizdoń zgłosił  prowokująco dwa bez atu, do czego upowaŜniały 
go mariasze z asami w trzech kolorach przy renonsie pikowym.
   - Kontra!  -  pisnął  na  wszelki wypadek ogłupiały jeszcze po 
spacerze poseł  Fucha.  Pani  Hipolita  spojrzała w  swoje karty, 
w których aŜ czarno było od pików i juŜ chciała powiedzieć  "trzy
piki",  gdy  wtem  zbladła,  spociła  się i powiódłszy osłupiałym
wzrokiem po graczach jęknęła: - Pas...
   - Nie będę tu powtarzał jakimi wyrazami  obrzucił  ją  mecenas
Fizdoń,  a  jakie  jeszcze do nich dodał, gdy wyłoŜyła swe karty.
Zaprzepaściwszy szansę na licytowanego szlema, miejscowa  para  w
następnym  rozdaniu przegrała turniej. Zachodziło podejrzenie, Ŝe
niefortunna brydŜystka została przekupiona przez  konkurencję,  a
ś

ledztwo w tej sprawie powierzono właśnie mnie...

   -  Idę  studiować zasady gry w brydŜa - oświadczył kapral Mod
liszka - a jakby ktoś z państwa, to na Suczą 36!

background image

   - Nie na Suczą, tylko na Kruczą! - sprostował Miziak.
   -  Co prawda ta redakcja rzeczywiście uparła się tułać po róŜ-
nych  obrzydliwych  odzwierzęcych  ulicach, ale na  Suczą jeszcze 
nie zeszła! - co oświadczywszy, sierŜant  sięgnął po  swą  wierną  
fajeczkę, nabitą uprzednio  przezornie  dwoma popularnymi, jednym
carmenem  i - uwaga, nowalijka! - połówką importowanego "Partaga-
sa".

10. Miziak i woły Geryona

   - Jakieś przekleństwo ciąŜy nad naszą okolicą! - rzekł z gory-
czą sierŜant Miziak wchodząc do swego schludnego komisariatu, oz-
dobionego  plakatami  wzywającymi  ludność do kontraktacji roślin
oleistych, hodowli trzody chlewnej, uczestnictwa w  PRON-ie, osz
czędzanie w  PKO, lektury pamiętników Jerzego Jaskierni, sytuowa
nia gnojówek daleko od studni oraz uprawiania stosunków  oralnych
jako  nie  zwiększających i tak juŜ monstrualnego przyrostu popu
lacji.  To  ostatnie  wezwanie   doprowadziło   do   drastycznych
nieporozumień,  gdyŜ  rolnicy  zrozumieli  "stosunki oralne" jako
stosunki przy oraniu, w rezultacie czego wczesną wiosną okoliczne
pola  zaroiły  się osobliwymi kombajnami, złoŜonymi z konia, baby
popychającej pług i chłopa popychającego babę, a wszystko to  za-
dowolone, rumiane i na świeŜym powietrzu.
   - Co tak pana zdenerwowało, szefie? - spytał troskliwie wierny
kapral Modliszka.
   - Jak to co? Po raz trzydziesty czwarty musimy powtarzać wybo
ry do Gminnej Rady Narodowej!
   -  No  patrz pan! - zmartwił się Modliszka. - A ja tylu starań
dołoŜyłem! Nawet odnalazłem na strychu i przybiłem na  lokalu  to
stare hasło z poprzednich wyborów!
   -  Jakie  stare hasło? - spytał podejrzliwie sierŜant, tknięty
niedobrym przeczuciem.
   - No, to hasło, wie pan, "Głosujemy bez skreśleń".
   Miziak odpiął kaburę i wyjął z niej swą wierną TT-kę, na  kol
bie  której  widniały  nacięcia,  upamiętniające sukcesy zawodowe
właściciela. Kapral zadrŜał i zrobił krok w stronę okna.
   - No dobra... -  zgrzytnął  sierŜant,  z  widocznym  przymusem
chowając spluwę. - Ostatecznie macie Ŝonę i dziecko...
   -  Dwoje!  -  pisnął  kapral. - Młodszy synek organisty to teŜ
przypuszczalnie moja zasługa!
   - Jak to wasza? -  zaperzył  się  Miziak,  głęboko  dotychczas
przekonany o własnym junactwie.
   -  Zresztą mniejsza o to! - dorzucił. - śebym was tylko więcej
nie widział  w  okolicy  lokalu  wyborczego,  aŜ  do  najbliŜszej
niedzieli!
   - Rozkaz! - zakrzyknął uradowany Modliszka. - A czy mogę teraz
panu sierŜantowi zameldować jak udało mi się rozwiązać poprzednią
pańską zagadkę z pasem Hipolity?
   - Meldujcie! - przyzwolił zrezygnowany zwierzchnik.
   -  A  więc  podejrzewał  pan uczestniczkę turnieju brydŜowego,

background image

panią Hipolitę Plaśniętą o przekupne działanie na  rzecz  druŜyny
przeciwnej,  gdyŜ  posiadając  znakomite  karty nie podtrzymywała
podczas  licytacji  swojego   partnera,   tylko   z   nienackiego
powiedziała "pas".
   - Nie z nienackiego, tylko z nienacka! - poprawił go sierŜant.
- Pan Nienacki jest to znakomity literat, który w swojej powieści
"Dagome   iudex"  jako  pierwszy  udowodnił,  Ŝe  nasi  Piastowie
wyciągali i do trzydziestu orgazmów dziennie, co świadczy o krze-
pie tej wspaniałej dynastii.
   -  Niech  będzie,  Ŝe  z nienacka - zgodził się Modliszka, nie
bardzo wiedzący co to jest orgazm.  -  W  kaŜdym  razie  ta  pani
powiedziała "pas", a wszyscy myśleli, Ŝe to dotyczy gry.
   - A nie dotyczyło? - spytał podstępnie Miziak.
   -  Moim zdaniem nie, szczególnie Ŝe pani Hipolita była uprzed
nio na spacerze z jednym posłem, gdzie być moŜe on sprał ją pasem
albo co?
   -  Nie sprał jej - uśmiechnął się sierŜant. - Ale macie rację,
Ŝ

e chodziło o realny pas, a nie o brydŜową  odŜywkę.  OtóŜ  przy

ciśnięta  do  muru  przeze  mnie dama ta zeznała, iŜ na spacerze,
podczas  rozmowy   dotyczącej   wpływu   Kraszewskiego   na   Do
braczyńskiego,  czy  teŜ  przeciwnie,  machinalnie niejako zdjęła
niesłychanie kosztowny, bo sprowadzony aŜ z  ParyŜa  pas  z  pod
wiązkami,  który  następnie  w  roztargnieniu  zostawiła gdzieś w
lesie. Gdy podczas rozgrywki uświadomiła sobie tę bolesną stratę,
niechcący zawołała "pas", powodując lawinowy rozwój wydarzeń.
   - No to teraz o wołach Geryona! - zawołał z energią Modliszka,
szykując się do robienia notatek.
   - A co wiecie o Geryonie?
   - Wiem tylko, Ŝe był to potwór o trzech zrośniętych  tułowiach
i  trzech  głowach,  który strzegł stada wołów. Herkules zabił go 
i zabrał woły, następnie popędziwszy je do Grecji.
   - Bardzo dobrze! - pochwalił Miziak. - Widać, Ŝeście  zajrzeli
do encyklopedii!
   -  Do  "Małego  Słownika  Kultury  Antycznej"!  -  poprawił go
kapral.
   - Tam jeszcze pisało, Ŝe po drodze część wołów ukradł Herkule
sowi olbrzym Kakus.
   -  Wszystko  się  zgadza!  -  powiedział  sierŜant. - Mnie teŜ
powierzono dochodzenie w sprawie kradzieŜy wołów, które do miejs
cowego PGR-u pędził z daleka wiejski pastuch zwany Zebem.
   - Stary Zeb! - zawołał Modliszka. - Widziałem ten serial!
   -  Nie  wiem  o jakim serialu mówicie, ale pastuch był rzeczy
wiście stary, a zwano go Zebem, bo miał powiedzonko  "A  Zeby  to
ś

lag  trafił".  Pędził  te woły i pędził, ale co dzień ubywało po

kilka sztuk...
   - Pamiętam! - oznajmił kapral. - Wtedy ludzie mówili,  Ŝe  jak
Zeb przypędzi stado, to zlikwidują kartki na mięso!
   - Kartki na pewno zniesiemy, gdy popyt wyrówna się z podaŜą! -
powiedział  surowo  Miziak,  cytując  zdanie  pewnego   profesora
ekonomii,  który  całe  Ŝycie poświęcił, aby dojść do tej prostej
prawdy. - W kaŜdym razie zostałem wtedy przydzielony do  stada  i

background image

towarzyszyłem  staremu  Zebowi  w charakterze młodszego pastucha,
tak zwanego pastusiaka, starając się dojść, kto nam kradnie woły.
   -  Na filmie robili to czerwoni bracia... - podsunął nieśmiało
Modliszka.
   - Kapralu, nie Ŝyczę sobie takich uwag! - zgromił go sierŜant.
-   Lepiej  wejdźcie  w  moje  ówczesne  połoŜenie:  stado  coraz
mniejsze, stary Zeb coraz smutniejszy, a ja w  Ŝaden  sposób  nie
mogę odkryć sprawcy.
   -  A  czy  ten  stary Zeb nie opylał przypadkiem wołów na lewo
przydroŜnym chłopom?
   - TeŜ tak myślałem, ale nie. Zeb okazał się facetem bez skazy,
chociaŜ  biwakowym  alkoholikiem,  jak  większość poganiaczy. Pa
miętam długie wieczory przy ognisku  i  Zeba  śpiewającego  swoją
ulubioną piosenkę "Idźta moje wołki przez góry i dołki, nie idźta
przez pole, bo was obcyndolę"...
   - To  piękne!  -  wzruszył  się Modliszka, ocierając łzy. - No 
i co, złapał pan tego Kakusia?
   -  Nie  Kakusia,  tylko  Kakusa. OtóŜ wyobraźcie sobie, Ŝe nie
złapałem, poniewaŜ w odróŜnieniu od prawdziwego Herkulesa, w moim
przypadku Ŝadnego Kakusa nie było.
   - A co było? - zdumiał się kapral.
   -  To  właśnie  musicie  odgadnąć! - odrzekł sierŜant. - Gdyby
natomiast ktoś z państwa, to na Byczą!
   - Na Kruczą! - sprostował Modliszka, ale sierŜant juŜ tego nie
słyszał,  delektował  się  bowiem  pierwszym sztachnięciem swojej
wiernej fajeczki, nabitej jak zwykle  dwoma  popularnymi,  jednym
carmenem i zdechłą muchą, która niechcący tam się zaplątała.

11. Miziak i złote jabłka

   Jesienna  mgła  otulała  Ŝyzną  dolinę  wraz z połoŜoną w niej
gminą i strzegącym ich obu schludnym wiejskim komisariatem.  Przy
wesoło huczącym piecyku typu koza-combi siedział sierŜant Miziak,
czytając  czasopismo  "Detektyw",  ukryte  w  starym  egzemplarzu
"Wiadomości   penitencjarnych".   Na  ganku  zatupotały  znajome,
dziarskie kroki i wszedł wilgotny jak Ŝaba kapral Modliszka.
   - Czołem,  komendancie!  -  zawołał,  całkiem  jak  Belina  do
Piłsudskiego przed kilkudziesięciu laty.
   -  Siadajcie  i  meldujcie!  - powiedział Miziak, zupełnie jak
Piłsudski do Beliny.
   -  No  więc  na rejonie spokój, ludność robi zapasy  na  zimę,  
a podziemie jakby przycichło,  poniewaŜ panią magister Felgę bolą
zęby. Tylko babcia Pimpusiowa skarŜyła się, Ŝe  w  nocy  coś  ga
lopowało pod jej oknem i wyraziła przypuszczenie, Ŝe to mogła być
galopująca inflacja.
   - Tempo inflacji słabnie! - pocieszył go sierŜant. - Dziś rano
PAP  podał,  Ŝe  ostatnio Sadowski spotkał się z Cioskiem, a Jas-
kiernia z Materną, co świadczy o krzepnięciu paktu antykryzysowe-
go. A sprawdziliście co to tak galopowało?
   -  Oczywiście,  to  stary  Kociorupa  prowadził swoją Myckę do

background image

nielegalnego byka Kowalskiego.
   -  Powinienem  wrzepić  Kowalskiemu  mandat  za  konspiracyjne
krycie  bykiem  - rozwaŜał Miziak - ale z drugiej strony tutejsze
krowy   rasy  polskiej  tak  nie  znoszą  sztucznej  inseminacji, 
a zwłaszcza Mycka, która jest szczególnie sentymentalna...
   -  Ale!  -  przypomniał sobie. - Jak juŜ mówimy o byku, to czy
rozwiązaliście, kapralu, zagadkę znikających wołów?
   - Wołów Geryona, a w pańskim przypadku wołów  starego  Zeba  -
podchwycił  Modliszka.  -  OtóŜ wydaje mi się, Ŝe ją rozwiązałem.
Powtórzmy sobie przebieg wydarzeń... Stary Zeb przy pańskiej  po
mocy  pędzi  stado bydła, ale codziennie ulatnia się kilka sztuk.
Pieczołowite śledztwo nie daje rezultatów, nikt tych  bydląt  nie
kradnie,  stary  Zeb  nie  opyla ich na lewo, nie stwierdzono teŜ
wypadków padnięcia...
   - Bardzo dobrze! - pochwalił sierŜant. - No i coście  odkryli?
   - Nagłówkowałem się strasznie, ale  przyszedł mi z pomocą puł-
kownik Kwiatkowski.
   - To ktoś z Komendy Głównej?
   - Niezupełnie, bo to  jest  szef  Biura  Badania  Opinii  Pub
licznej,  czyli  polski  Gallup.  Pułkownik  występował  akurat w
telewizji i przy pomocy statystyki udowadniał takie rzeczy, Ŝe aŜ
szczęka  opadała, co skłoniło mnie do sięgnięcia po "Mały Rocznik
Statystyczny", z którego wynikało iŜ pogłowie bydła drastycznie u
nas  spada.  Pomyślałem  sobie, Ŝe jeŜeli spada w całym kraju, to
musi się teŜ zmniejszyć w stadzie starego Zeba.
   - Słusznie! - zawołał sierŜant. - Brawo,  kapralu!  Widzę,  Ŝe
pod  moim  wpływem bardzo Ŝeście się rozwinęli! No to teraz w na
grodę opowiem wam o jabłkach z ogrodu Hesperyd. Wiecie co to Hes
perydy?
   - Początkowo myślałem, Ŝe to środki dopingujące dla sportowców
- przyznał się Modliszka - ale potem sprawdziłem w  encyklopedii,
Ŝ

e to córki redaktora Atlasa.

   -   Nie  Ŝadnego  redaktora,  tylko  króla  Mauretanii,  który
spiskował przeciw Zeusowi i został za to  skazany  na  podtrzymy
wanie sklepienia niebieskiego.
   - I bardzo dobrze! - ucieszył się kapral, zawodowo nie lubiący
wichrzycieli. - Zwłaszcza Ŝe  jego  córki,  czyli  te  Hesperydy,
trudniły się  badylarstwem i miały największy sad w całej tamtej
szej gminie, z którego Herkules ukradł jabłka.
   - Zgadza się. I ja teŜ zostałem wplątany w aferę z największym
sadem  w  naszej  okolicy.  Właścicielami jego były dwie siostry,
stare panny, co prawda nie Ŝadne Hesperydy, tylko  Walkowiakówny.
W  ich  sadzie  rosło kilkadziesiąt jabłoni gatunku złota reneta, 
o niezrównanym smaku i zapachu.
   - Ech, kiedyś to były jabłka! - rozmarzył się Modliszka.
   - I byłyby do dzisiaj - dodał Miziak - gdyby nie pan  profesor
PieniąŜek,  który  wyhodował  nowe gatunki, całkowicie pozbawione
wyrazu, a więc o wiele bardziej pasujące do całkokształtu naszych
dokonań. Ale wracajmy do złotych renet. Miała na nie chrapkę cała
okolica, ba, nawet z miasta przyjeŜdŜali smakosze,  pragnący  za
kupić  choćby po kilka kilogramów. Ale siostry Walkowiak za Ŝadne

background image

pieniądze nie chciały sprzedać ani jednej  sztuki.  Nawet  ukraść
nic  się  nie  dało,  bo  po  ogrodzie  biegał strasznie zły pies
wielkości  kuca  szetlandzkiego.  Co  ciekawsze  jednak,   pomimo
bacznej  obserwacji  sadu  przez amatorów renety, rokrocznie cały
urodzaj jabłek znikał nagle podczas jednej nocy, a za siatką  wi
dać było dokładnie ogołocone drzewa. Dodajmy, Ŝe ani jedno jabłko
z tej hodowli nie pokazywało się nigdy na rynku, ani gdziekolwiek
indziej.
   -  No  cóŜ,  to  prywatna  sprawa  tych panienek - odezwał się
kapral. - Nie widzę tu Ŝadnej podstawy do interwencji milicji...
   -  Podstawa  zawsze  się  znajdzie!  -  odrzekł  filozoficznie
sierŜant, nie zdając sobie nawet sprawy, ile  racji  jest  w  tym
stwierdzeniu.
   - Dla mnie podstawą było domniemanie, Ŝe Walkowiakówny czerpią
ze swego sadu korzyści finansowe, uchylając się od  płacenia  po
datku.  Dlatego  teŜ  pewnego wieczoru postanowiłem wkraść się do
ich obejścia...
   - A pies?
   - Wziąłem  ze  sobą  tresowanego  milicyjnego  kota  w  randze
młodszego  aspiranta. Kot był przyuczony do zwodzenia psa, udawał
mianowicie, Ŝe ma chorą łapę  i  wodził  tego  potwora  w  kółko,
łudząc  go  nadzieją  łatwej  zdobyczy,  podczas  gdy  ja  szybko
wsunąłem za pazuchę kilka dorodnych owoców.
   - No i co, i co? - zawołał podniecony Modliszka.
   - No i były wspaniałe!
   - Ale ja się pytam, co z kotem?
   - Awansował na starszego aspiranta, ale kot nie  powinien  was
interesować, kapralu. WaŜne są jabłka.
   - Dla mnie waŜny jest kot... - mruknął krnąbrnie kapral, który
sam nie awansował juŜ od dziesięciu  lat,  więc  interesowały  go
kulisy szybkiego awansu zasłuŜonego kota.
   -  A  zresztą - dodał - co z tego, Ŝe pan pojadł sobie jabłek,
jeŜeli to nie wyświetliło tajemnicy ich zniknięcia.
   - Na razie nie. Istotnie minęły drugie miesiące bez rezultatu.
Kiedyś  jednak,  jesienią,  podczas takiej pogody jak dzisiejsza,
siedziałem sobie w  komisariacie  rozpatrując  ponownie  całą  tę
aferę i pociągając przy tym bimber produkcji braci Karamazow, gdy
wtem doznałem olśnienia!
   - Zgaduję, Ŝe będę musiał odgadnąć, jakie to było olśnienie  -
rzekł  przewidująco Modliszka - a gdyby ktoś z państwa wcześniej,
to na ulicę Bączą...
   - Kruczą! - sprostował sierŜant, ładując do swojej wiernej fa
jeczki dwa radomskie, carmena i dwa filtry od Mallboro.

 12. Miziak i Cerber

   Lutowa   zima  trzymała  w  kleszczach  skostniałą  gminę.  Na
wzgórku, pod czapą śniegu, wiejski komisariat mrugnął  w  nocnych
ciemnościach  swoimi okienkami, jakby zapraszając przemarzniętych
przechodniów,  którzy  jednak  woleli omijać go szerokim  łukiem.  

background image

W  komisariacie siedzieli sierŜant Miziak i kapral Modliszka, mę-
cząc się nad dziennym raportem.
   -  Czy  stwierdziliście  jakieś  nowe  dowcipy  polityczne  na
rewirze?  -  spytał  sierŜant,  zawieszając  długopis nad odnośną
rubryką.
   Modliszka zajrzał do podręcznego notatnika.
   - Melduję, Ŝe  Ŝarty  z  Okrągłego  Stołu  jakby  wygasły,  za
wyjątkiem piosenki "Ta Dorotka, ta malusia, tańcowała dokolusia",
ś

piewanej przez dzieci z  inspiracji  przedszkolanki  Rygiel  Na

talii.
   - To co, Ŝe Dorotka? - zdziwił się Miziak.
   -  śe  Dorotka  to  nic,  ale  Ŝe  dokolusia.  PrzecieŜ jeŜeli
tańcowała dokolusia, to dokolusia czegoś okrągłego, a co sierotka
moŜe mieć okrągłego, jak nie Okrągły Stół?
   -  Sierotka  moŜe  mieć  róŜne rzeczy okrągłe, w zaleŜności od
wieku, tym niemniej, kapralu,  zasugerujcie  towarzyszce  Rygiel,
Ŝ

eby  zmieniła  tekst  na  jakąś  inną  figurę  geometryczną, dla

przykładu "Ta Dorotka w swojej chacie  tańcowała  po  kwadracie",
lub teŜ "Ta Dorotka w sukni ślicznej posuwała się po stycznej".
   -  MoŜe  nie  "posuwała", tylko "poruszała się po stycznej"? -
zasugerował Modliszka, uczulony na wszelkie drastyczności od cza
su,  gdy  ksiądz  Chudzielak  poparty  przez Jana Dobraczyńskiego
spowodował wycofanie ze szkół podręcznika wychowania seksualnego,
co  bardzo  podniosło  ogólną  moralność,  równolegle ze wzrostem
ilości skrobanek.
   - A teraz - powiedział sierŜant, podpisawszy raport - powiedz
cie  no,  mój  Modliszko,  czy rozwiązaliście zagadkę znikających
złotych jabłek z ogrodu sióstr Walkowiak?
   -  Myślę,  Ŝe  tak.  Mówił  pan,  Ŝe  jabłka znikały bez śladu, 
w ciągu jednej nocy, ku ogólnemu ubolewaniu?
   -  Ku  ogólnemu,  gdyŜ  miały wspaniały smak i zapach, ale nie
szło ich nigdzie kupić.
   - Ten smak przypomniał się panu po kilku miesiącach, w trakcie
picia bimbru braci Karamazow?
   - Tak... - zgodził się markotnie Miziak, widząc Ŝe kapral jest
na właściwym tropie. -  Rzeczywiście,  jak  się  okazało,  bracia
Karamazow   wykupywali   cały   plon   na  pniu  i  spławiali  go
przepływającą przez sad rzeczką Smredena  Voda,  tą  samą,  którą
Czesi spuszczają nam za darmo mazut. Z tego mazutu i tych właśnie
jabłek powstał ów  szlachetny  samogon,  będący  zresztą  jedynym
udanym produktem koprodukcji polsko-czeskiej.
   -  Dodałbym  tu  jeszcze  wytrucie  naszych  lasów w Sudetach,
dzięki czemu bardzo poszerzył się areał tamtejszych  pastwisk!  -
dorzucił kapral.
   -  Bardzo  słusznie! - pochwalił sierŜant. - A teraz, kapralu,
opowiem wam ostatnią juŜ zagadkę, dotyczącą psa Cerbera. Czy zna
cie ten piękny mit?
   -  Melduję,  Ŝe  znam.  Trzygłowy pies Cerber, zresztą rodzony
brat hydry lemejskiej i  lwa  nemejskiego,  pilnował  wejścia  do
Hadesu na półwyspie Tajnoron, obecnie Matapan.
   -  Znakomicie, kapralu! Dodajmy, Ŝe pilnował nie tyle wejścia,

background image

co wyjścia, poniewaŜ wszystkich tam wpuszczał,  lecz  nikogo  nie
wypuszczał.  Herkules, jak wiadomo, zdołał ujarzmić i wyprowadzić
potwora, przywracając  swobodę  poruszania  się  zmarłych  w  obu
kierunkach.
   -  Swoboda poruszania się zmarłych - wyrecytował kapral - zos
tała zagwarantowana na mocy układów z Helsinek, na równi ze  swo
bodnym  przepływem  idei  i informacji! A jak ta afera z Cerberem
wyglądała w pańskim przypadku?
   - Wyglądała fatalnie. Wyobraźcie sobie, Ŝe w naszym miasteczku
zaczęli nagle znikać prominenci...
   -  Prominenci  nieraz  znikają! -  oświadczył Modliszka. - Ot, 
u nas niedawno zniknął cały rząd!
   - Nie zniknął, tylko podał się do dymisji, a ci moi prominenci
znikali  bez śladu. Początkowo nikt na to nie zwracał uwagi, gdyŜ
Ŝ

ony były przyzwyczajone do ich wyskoków na  rzekome  konferencje

czy  sympozja,  a  instytucje  takŜe obywały się jakoś bez swoich
szefów. Ba, w fabrykach pozbawionych  dyrektorów  ludzie  poczuli
się   luźniej   i  zaczęli  zwiększać  produkcję,  w  handlu  za
funkcjonowały prawa wolnego rynku, a uczelnie zrzuciwszy  doktry
nalne  więzy  wypuszczały  znakomicie przygotowanych absolwentów.
Wszystko  wydało  się  dopiero  w  związku  ze świętem państwowym  
i z zaproszeniami na trybunę honorową. Wyobraźcie sobie, kapralu,
zdumienie i  szczerą  rozpacz  uczestników  uroczystego  pochodu,
którzy nagle stwierdzili, Ŝe defilują przed pustą trybuną!
   -  To  jest  wprost  nie do zniesienia! - wykrzyknął ze zgrozą
Modliszka.
   - Prawda? Dlatego teŜ natychmiast wdroŜono intensywne  śledzt
wo,  które  powierzono  właśnie  mnie. Działając pospiesznie choć
pedantycznie, ustaliłem Ŝe miejsca, w których widziano po raz os
tatni  zaginionych, zbiegały się w jednym punkcie miasta, a punk
tem tym był niewielki, stojący w odosobnieniu dom,  będący  włas
nością  niejakiej  Zdzisławy Gwizdek. Z wnętrza dochodziło wycie,
szczekanie, jęki i pijackie śpiewy. Odbezpieczyłem swoją TT-kę  i
energicznie  zastukałem do drzwi. Odskoczyły z trzaskiem i stanął
w nich ogromny, straszny pies!
   - Czy miał trzy głowy? - spytał struchlały Modliszka.
   - Nie, ale za to miał trzy łapy, to znaczy trzema stał na zie
mi, a czwartą przyciskał leŜącego na wznak wiceprezydenta miasta,
magistra  Eligiusza  Odtylca.  W  głębi   mieszkania   zobaczyłem
pobladłe  ze  strachu  i z przepicia twarze innych notabli. - Nie
wchodźcie,  sierŜancie!  -  krzyknął  prezydent  Odtylec.  -  Nie
wchodźcie,  bo  ten  pies wszystkich wpuszcza, ale nikogo nie wy
puszcza!
   No, ale nie ze mną takie numery,  natychmiast  uśpiłem  bestię
nabojem  gazowym  i  uwolniłem  uwięzionych  dostojników.  Miasto
wróciło do normy, produkcja spadła, a ceny poszły w górę.
   - Ale co oni tam robili?
   - Co robili, tego wam nie powiem, bo mi nie wydrukują. Ale ro
bili  to  ze  wspomnianą  Zdzisławą Gwizdek. Niestety, nabyła ona
niedawno psa po  szkoleniu  obronnym,  który  przepuszczał  gości
tylko w jednym kierunku, mianowicie do wnętrza domu.

background image

   - A jakaŜ w tym wszystkim zagadka? - zastanawiał się kapral.
   - Jest i zagadka. OtóŜ musicie zgadnąć, na jaki pomysł wpadłem
po tych przeŜyciach! - co rzekłszy, sierŜant nabił swą wierną fa
jeczkę  papierosem  malboro,  zakwestionowanym  przy szpiegu CIA,
przerzuconym na teren  gminy  z  zadaniem  rozszyfrowania  źródła
naszych sukcesów.

Epilog. Serce sierŜanta Miziaka

   -  Melduję,  Ŝe wiosna nadchodzi! - oznajmił kapral Modliszka,
wróciwszy z codziennego patrolu.
   - Jakie objawy zauwaŜyliście? - spytał rzeczowo Miziak,  który
lubił  dokładnie wiedzieć co się dzieje w powierzonej jego pieczy
gminie.
   - No więc przede wszystkim fontanna odmarzła i  zaczęła  znowu
sikać.
   SierŜant  uśmiechnął  się z zadowoleniem. Fontanna ta powstała 
z inspiracji miejscowego PRON-u,  który  bawiąc  swego  czasu  na
wycieczce w Belgii zachwycił się tamtejszym Manneken-Pisem, czyli
siusiającym chłopczykiem. Po  powrocie  do  kraju  prezydium  tej
poŜytecznej organizacji zapostulowało wystawienie czegoś podobne
go w centrum gminy. Rzeźbiarz Jan Chryzostom  Nieczysty,  któremu
powierzono   to  zadanie,  nie  poszedł  na  łatwiznę  i  zamiast
wypiętego chłopca wyczarował  z  kamienia  kucniętą  dziewczynkę,
którą lud nazwał od razu Manekin-Piśka.
   -  Po drugie - wyliczał kapral - ksiądz Chudzielak dał do pra
nia zimową sutannę, na co był juŜ najwyŜszy czas, poniewaŜ ostat
nio  nie  dawała się juŜ ona złoŜyć, po zdjęciu stała na podłodze
jak jakiś kiosk "Ruchu", a przy  ewentualnym  przewróceniu  mogła
się stłuc.
   - A skąd znacie takie szczegóły? - zdziwił się sierŜant.
   - Od księŜej gospodyni, która jest na naszych usługach w spra-
wach nie dotyczących wiary! - wyjaśnił Modliszka.
   -  Bardzo  rozsądnie! -  pochwalił Miziak -  Pełna  informacja  
o kaŜdym środowisku zapobiega  skaŜeniu tegoŜ! - Ta fundamentalna
prawda, przeniesiona  Ŝywcem  z  ekologii,  pozwalała  dotychczas
sierŜantowi utrzymywać w ryzach bujne społeczeństwo gminy.
   - Poza tym występują pomniejsze objawy - kontynuował Modliszka
- takie jak kwitnienie pierwiosnków, kwaśne deszcze z NRD i zwyk-
łe wiosenne zalecanki lisa Medarda do tej jamniczki od pani magi-
ster Felgi, przewodniczącej nielegalnej opozycji.
   - Wstyd i skaranie z tą jamnicą... - skrzywił się sierŜant.  -
Czy nie moŜna by dla niej znaleźć jakiego zdrowego psiaka zamiast
Medarda? Strach pomyśleć, co się z tego związku moŜe urodzić...
   - Niestety, u nas naród trzyma wyjątkowo duŜe psy,  a  jamnica
ma  co prawda półtora metra długości, ale tylko ćwierć wysokości,
w związku z czym jest zupełnie niekompatybilna...  Ale  a  propos
psów, to wydaje mi się, Ŝe rozwiązałem pańską poprzednią zagadkę!
   - Mieliście - przypomniał Miziak - odgadnąć,  na  jaki  pomysł

background image

wpadłem  na  podstawie psa Cerbera, który wszystkich wpuszczał do
mieszkania, ale nikogo nie chciał wypuścić.
   - No i chyba odgadłem. Jak sądzę, wpadł pan na pomysł typowego
kotła  policyjnego,  do którego kaŜdy moŜe wejść, nikt jednak nie
moŜe z niego wyjść.
   - Tak jest! - potwierdził z dumą sierŜant. -  To  ja  pierwszy
zastosowałem  kocioł,  który  potem tak się upowszechnił na całym
ś

wiecie.  Oczywiście  trzeba  było ten  system  dopracować,  gdyŜ  

w pierwszym  okresie entuzjastycznie  nastawieni  funkcjonariusze
przebierali miarkę i wpuszczali bez  opamiętania  wszystkich,  do
tego  stopnia,  Ŝe  kiedyś  osoby  zatrzymane  uzyskały ilościową
przewagę nad zatrzymującymi i  same  ich  zatrzymały.  AŜ  strach
pomyśleć  do  czego  by doszło, gdyby nie zawalenie się na skutek
tłoku jednej ze ścian, przez którą wszyscy zgodnie uciekli.
   - To  są  cudowne wspomnienia, panie sierŜancie... - westchnął 
z podziwem kapral. - Sam chciałbym uczestniczyć w tych wszystkich
wydarzeniach,  a  przynajmniej   móc   dalej   słuchać   pańskich
opowieści...
   -  Niestety,  mój  zacny  Modliszko, to była juŜ ostatnia moja
herkulesowa przygoda. Wykonawszy dwanaście prac zadanych mi przez
obywatelkę major Delficką, uzyskałem przebaczenie za ohydny czyn,
polegający na pobiciu swej własnej rodziny  i  mogłem  wrócić  do
zwyczajnych  milicyjnych  działań polegających, jak wam doskonale
wiadomo, na wypisywaniu  mandatów,  chwytaniu  drobnych  złodzie
jaszków i ścieraniu nieprzyjaznych napisów, lub teŜ neutralizowa
niu ich przy pomocy drobnych poprawek...
   -  O,  to  jest  pańska  specjalność!  -  zawołał  kapral.   -
Widziałem, jak wczoraj zneutralizował pan napis na murze kościel
nym "Popieramy głodówkę", przerabiając go na "Pobieramy gotówkę",
co  wytrąciło  podziemie z równowagi, a jednocześnie napsuło krwi
ojcu Chudzielakowi, który rzeczywiście  pobiera  juŜ  gotówkę  za
wszystko, nawet za ilość machnięć kropidłem przy pochówku!
   - Wszystko się komercjalizuje!- pokiwał głową Miziak. - Nawia
sem  mówiąc  i ja teŜ te swoje przygody opchnąłem  miesięcznikowi
"Sam na sam" za ogromne pieniądze, które pozwolą mi teraz spokoj
nie  doczekać emerytury... Ale nie martwcie się kapralu! - dodał,
widząc łzy w oczach podwładnego. - Przeczucie mówi mi, Ŝe jeszcze
przeŜyjemy obaj niejedno ciekawe zdarzenie!  Potrzebny  nam  jest
tylko jakiś bodziec, w rodzaju tamtego rozkazu major Delfickiej.
   - A  nie mógłby pan znowuŜ pobić swojej starej? - spytał z na-
dzieją w głosie Modliszka.
   -  Zwariowaliście?  - zawołał sierŜant, spoglądając nań srogo.
Jednak juŜ po chwili  wzrok  mu  złagodniał,  a  twarz  rozjaśnił
pogodny uśmiech Nr 5, zalecany w regulaminach dla wzbudzenia wza
jemnego zaufania między przesłuchującym i przesłuchiwanym.
   - Ech wy, marzycielu... - szepnął, ładując do  swojej  wiernej
fajeczki  wnętrzności  jednego  carmena,  dwóch  popularnych  i -
omyłkowo  -  breneki,  skonfiskowanej  staremu  kłusownikowi  Ko
ciorupie. Zapadał wiosenny zmierzch.
   Szło nowe.