background image

Sheri WhiteFeather 

 

Przybysz znikąd 

Gorący Romans Duo 703 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 

Nieznajomy mężczyzna słuchał w skupieniu muzyki, pochylony nad szafą grającą.   

Emily  Chapman  przesunęła  się  na  sam  skraj  ławki.  W  tym  nieznajomym  wszystko  ją 

fascynowało, nawet to, jaką muzykę lubił. Wybierał piosenki o miłości, chwytające za serce 

ballady i tak nie pasujące do jego postaci liryczne kawałki.   

Odwrócił się od szafy grającej, a ona spojrzała na niego, nie tając ciekawości.   

Czy  to  był  chłopak  ze  wsi,  czy  też  szlifujący  miejski  bruk  podrywacz?  Trudno 

powiedzieć. Tak czy owak sprawiał wrażenie nietypowego faceta.   

Miał  na  sobie  spodnie  dżinsowe,  podkoszulek  i  bluzę.  Ciemne  włosy  średniej  długości 

opadały mu na czoło, zakrywając nieomal oczy.   

W mroku, jaki tu panował, dostrzegła jego twarz o wyrazistych, nieco kanciastych rysach, 

ś

wiadczących niechybnie o sile charakteru.   

Po  chwili  podszedł  do  swego  stolika,  na  którym  stała  butelka  piwa.  Usiadł  na  krześle  i 

łyknął potężny haust trunku.   

– Już idę – powiedziała kelnerka, przynosząc wino Emily i zasłaniając nieznajomego.   

Emily spojrzała na kelnerkę, rudą kobietę w średnim wieku.   

– Dzięki.   

– Ale twoja przekąska,  dziewczyno – mówiła kelnerka – będzie gotowa  dopiero za parę 

minut.   

– W porządku.   

Nie  była  specjalnie  głodna,  ale  żeby  czymś  się  zająć,  zamówiła  faszerowane  pieczarki. 

Nie  zwykła  chodzić  sama  do  baru,  lecz  to  już  było  lepsze  niż  tkwienie  w  ponurym  pokoju 

motelowym.   

Emily  znów  spojrzała  na  nieznajomego,  a  gdy  ten  obrócił  wzrok  w  jej  kierunku,  świat 

zawirował  jej  przed  oczyma  Ich  spojrzenia  się  spotkały,  zwarły  ze  sobą  niczym  dwie. 

namagnesowane płytki metalu.   

Oczarowanie.  Żadne  z  nich  nie  mrugnęło  nawet  powieką,  nie  przerwało  tej  łączącej  ich 

smugi. Wpatrywali się w siebie jak urzeczeni.   

Emily  zaschło  w  ustach.  Ten  mężczyzna  był  przyczyną,  że  w  ułamku  sekundy  zabrakło 

jej tchu w piersi.   

To  nie  żadne  podrywanie,  myślała.  Coś  znacznie,  znacznie  więcej.  Mierzył  ją 

ś

widrującym spojrzeniem, jak gdyby tym spojrzeniem pieścił każdy skrawek jej ciała.   

Wielki Boże! 

Z mocnym postanowieniem zapanowania nad sobą, przecięcia tej szarpiącej nerwy więzi, 

sięgnęła po kieliszek i wypiła trochę wina, lecz nie mogła powstrzymać drżenia obejmujących 

kieliszek palców.   

Co  on  by  sobie  pomyślał,  gdyby  dowiedział  się,  że  ona  ma  raka?  Czy  patrzyłby  na  nią 

takim wiele mówiącym wzrokiem? 

Nie  zawracaj  sobie  tym  głowy,  ostrzegła  się  w  myślach.  Żadnego  rozczulania  się  nad 

background image

sobą. Ani lęku. Nie umiera przecież. Prędzej czy później pokona tego raka.   

Skończyła  się  jedna  piosenka,  zaczęła  druga.  Wczesny  Elvis  wyparł  jej  z  głowy  złe 

skojarzenia. Kolejna ulubiona piosenka. I znowu myśli o tajemniczym nieznajomym.   

Ciekawe,  czy  on  mieszka  w  tej  okolicy.  A  może  przyjechał  do  Lewiston  odwiedzić 

rodzinę? Spotkać się ze starym przyjacielem? 

Emily  miała  wyznaczoną  wizytę  w  centrum  medycznym,  oddalonym  od  jej  domu  o 

półtorej godziny jazdy. Mogłaby obrócić w ciągu dnia, postanowiła jednak przenocować tu i 

pobyć parę godzin w samotności.   

Za  dwa  tygodnie  mają  wyciąć  jej  tego  raka.  Te  dwa  tygodnie  będą  jej  się  ciągnęły  w 

nieskończoność, ale specjaliści orzekli, że ten termin jest najbardziej odpowiedni.   

Westchnęła. Obiecała sobie, że nie wpadnie w panikę, że nie zlęknie się noża i nie będzie 

się martwić ewentualnymi przerzutami.   

Meg przyniosła niebawem danie, a gdy skłoniła głowę, jej bujna fryzura zachybotała nad 

talerzem.   

– Przystojniak, prawda? – zapytała.   

– Prawda.   

– Niech mu pani postawi drinka.   

– Słucham? – zapytała Emily spoglądając ze zdziwieniem na tę bezczelną rudą kelnerkę.   

– Jedno piwo, skarbie. On marzy o tym.   

–  Ja  raczej  nie...  –  Emily  urwała,  nie  wiedząc,  co  powiedzieć.  Czuła  się  głupio, 

niezręcznie.   

– W porządku. Tak sobie tylko pomyślałam...   

Odeszła, obdarzając Emily miłym uśmiechem.   

Ma  mu  stawiać  drinka?  Ona,  Emily?  Dziewczyna  z  małego  miasteczka,  u  której 

stwierdzono czerniaka? 

Kończył  pić  to  swoje  piwo,  podczas  gdy  Emily  przeżuwała  faszerowaną  pieczarkę. 

Odgarnął włosy z czoła, ukazując dwie linie gęstych czarnych brwi.   

Emily  poczuła  przyjemne  ciepło  w  całym  ciele.  Do  diabła  z  rakiem.  Postanowiła 

zagadnąć tego faceta.   

Zebrała  się  na  odwagę  i  wstała,  zamierzając  podejść  do  jego  stolika.  Idąc  przez  salę, 

rzuciła okiem na stojącą przy barze Meg. Jak gdyby szukając zachęty w jej oczach.   

Kelnerka skinęła głową.   

Serce Emily waliło, gdy stanęła obok stolika tego mężczyzny. On uniósł się z miejsca w 

jednej chwili – był wysoki, znacznie od niej wyższy.   

Wyciągnęła ku niemu wilgotną z emocji dłoń.   

– Mam na imię Emily.   

– Ja jestem James – odrzekł, trochę za szybko chwytając jej rękę.   

Zmierzył ją spojrzeniem od stóp do głów, poczynając od jedwabnej bluzki, jaką zamówiła 

z katalogu, po spodnie dżinsowe z przeceny.   

– Dalton – dodał z jakimś dziwnym akcentem. – James Dalton.   

Starając  się  za  wszelką  cenę  spokojnie,  miarowo  oddychać,  wskazała  gestem  dłoni  na 

background image

swój stolik.   

– Miałby pan ochotę przysiąść się do mnie? – zapytała. Milczał.  Zamiast odpowiedzieć, 

sięgnął za jej plecy i pociągnął złotą tasiemkę, którą związała koński ogon.   

Zatkało  ją  z  wrażenia.  Długie,  gęste  włosy  opadły  jej  na  ramiona.  Czuła,  że  Meg 

obserwuje śmiałe poczynania Jamesa.   

Złotą  tasiemkę  wetknął  do  kieszeni,  nie  zamierzając  najwyraźniej  zwrócić  jej  owej 

ozdoby.   

– Podoba mi się kolor twoich włosów – powiedział. – Przypominają mi...   

– Co? – zapytała ze ściśniętym gardłem.   

–  Nie  co,  tylko  kogoś.  Kogoś,  kogo  znałem.  Spochmurniał,  uśmiech  znikł  z  jego  ust,  w 

oczach  pojawił  się  smutek;  jego  złotobrązowa  twarz  nosiła  na  brodzie  ślady  zarostu.  Przy 

bliższym  kontakcie  wydał  się  Emily  jeszcze  przystojniejszy.  Jego  prawą  brew  przecinała 

szrama,  a  brodę  znaczył  dołek.  Wystające  kości  policzkowe  świadczyły  o  indiańskim 

pochodzeniu. Czy mieszkał w rezerwacie Nez Perce? Czy to był właśnie powód jego wizyty 

w Lewiston? 

Warto by go uwiecznić, pomyślała. Przenieść na płótno jego wizerunek.   

Emily  pracowała  w  restauracji,  podawała  do  stołu,  dolewała  kawy  gościom,  którzy 

zresztą znali ją od małego, ale również parała się sztuką, malowała obrazy, sprzedawała je w 

czasie  weekendów  na  stoisku  z  rękodziełem.  Szczególnie  lubiła  malować  twarze,  które  ją 

czymś zafascynowały.   

– Zatańczmy – powiedział, dotykając dłonią jej włosów.   

– Przecież tu nie ma parkietu – rzekła zdziwiona jego propozycją.   

– Ale jest muzyka.   

Fakt, pomyślała. I to akurat do niego pasująca.   

–  Meg  twierdzi,  że  powinnam  postawić  ci  drinka.  Przeczesał  dłonią  tę  swoją  gęstą 

czuprynę.   

– Meg? – zapytał.   

– Kelnerka – wyjaśniła Emily.   

Najbezczelniej w świecie mnie uwodzi, myślała. Ten cholerny czarownik.   

– Zatańczmy – powtórzył.   

Powinna mu odmówić. Powinna stąd wyjść. Bo czuła w głębi duszy, jakie mogą być tego 

skutki.  Po  tańcu  James  Dalton  poprosi  o  coś  więcej.  Nie  ulega  kwestii,  że  chciałby  mieć  w 

łóżku taką jak ona blondynkę. Przygoda na jedną noc, zaspokojenie podstawowych potrzeb.   

Mimo to pozwoliła mu, by wziął ją za rękę i zaprowadził w pobliże szafy grającej.   

Ona,  Emily,  też  miała  swoje  potrzeby.  Drzemiące  w  niej  od  tak  dawna.  Zasługiwała  na 

miłość, na pełny pożądania męski wzrok, pragnęła czuć, że ktoś o niej marzy.   

Szczególnie teraz.   

Nie  chciała  myśleć,  że  zostawiła  pod  opieką  obcej  dziewczyny  swego  sześcioletniego 

brata Coreya.   

Zadzwoniła do niego i gawędzili chwilkę przez telefon. Tylko że on nie wiedział, że jego 

siostra...   

background image

– Emily – powiedział James.   

Uniosła  wzrok  i  spojrzała  na  niego,  odrzucając  wszystkie  złe  myśli  i  całą  swą  uwagę 

skupiając na nim.   

Objął  ją  w  tańcu,  a  ona  przywarła  do  niego.  Me  silne  ramiona,  pomyślała.  Dające 

poczucie bezpieczeństwa.   

Tańczyli w rytm powolnej, sentymentalnej melodii. Czuła bicie jego serca, będące jakby 

częścią tegoż rytmu.   

– Patrzą na nas – powiedziała. – Meg, barman i kelnerzy. James pochylił głowę, dotknął 

policzkiem jej policzka.   

Ukłuła ją szczecina jego zarostu.   

– Masz im to za złe? – zapytał.   

– Nie.   

Ani im nie miała tego za złe, ani sobie. Boże, ratuj, myślała, ale temu facetowi nie sposób 

się oprzeć.   

Obiema dłońmi ujął jej twarz i musnął ustami jej wargi. Wtuliła się w niego. Pocałunek 

ten zapowiadał dopiero to, co się niechybnie stanie.   

Owionęło ją ciepło, zapach piwa, zapach nocy, której pewno nigdy nie zapomni.   

Cofnęli się o krok jedno od drugiego, by móc na siebie spojrzeć. James wciąż oczy miał 

jakieś dziwne, jakby nawiedzone, i Emily pomyślała, jak to możliwe, by mężczyzna był taki 

piękny.   

Dotknął jej włosów władczym gestem i ten właśnie gest wprawił ją w zakłopotanie.   

Zaliczała siebie z dumą do tak zwanych porządnych dziewczyn. Odróżniała dobro od zła, 

ale oto znalazła się tutaj, gotowa przespać się z tym obcym mężczyzną.  Mało tego, marzyła 

wręcz o tym, by ją uwiódł.   

O ile ona przypominała mu kogoś z dawnych lat, o tyle on z nikim jej się nie kojarzył.   

Był kimś zupełnie obcym.   

 

Przesunął  kciukiem  po  policzku  Emily.  Jest  taka  ładna,  pomyślał.  Krucha.  Delikatna. 

Niebezpieczna.   

Zwilżyła usta, a on znowu ją pocałował, ale tym razem był to prawdziwy pocałunek.   

Pożądał  jej  coraz  bardziej,  pragnął  coraz  więcej.  Przytulił  ją  mocno  do  siebie.  Ich 

oddechy się splątały, jakby splątał je letni, ciepły wiatr. James zamknął oczy, upajając się jej 

zapachem, ciałem, miękkością włosów.   

A obiecał sobie, poprzysiągł...   

Ż

e nie będzie włóczył się po barach w poszukiwaniu seksu.   

I nie dotrzymał słowa.   

Już  pierwszego  wieczoru  w  Idaho  spotkał  uroczą,  słodką  blondynkę.  Pierwszego 

wieczoru  na  wolności.  Po  opuszczeniu  więzienia.  Uświadomił  sobie,  że  nie  zna  nawet  jej 

nazwiska. Nieważne, stwierdził w duchu. Może nazywać się na przykład Beverly.   

Jak jego kochanka. Przyjaciółka. Żona.   

Odchylił głowę, spojrzał na Emily. Wyczytał z jej twarzy olśnienie. Chciała więcej.   

background image

– Nie uwodzę cię – rzekł. Przygładziła dłonią rozwichrzone włosy.   

– Czyżby? – zapytała.   

– To ty mnie uwodzisz. I jesteś w tym dobra. Cholernie dobra, myślał. Gotów by się z nią 

kochać teraz, tu, w jakimś kącie tego baru.   

– Kpisz sobie ze mnie – oświadczyła Emily.   

Nie,  nie  kpił  sobie,  w  żadnym  razie.  Od  samego  początku,  gdy  tylko  na  nią  spojrzał, 

pomyślał o swojej żonie. Jak bardzo ją kochał i jak bardzo tęskni.   

– Wciąż chcesz mi postawić drinka? – zapytał, dając jej jak gdyby możność wycofania się 

z tej gry.   

Ani  ona  nie  jest  Beverly,  ani  on  nie  jest  Jamesem  Daltonem,  nawet  jeśli  nadano  mu 

urzędowo  takie  personalia.  Naprawdę  nazywa  się  Reed  Blackwood  i  odsiedział  właśnie 

wyrok za członkostwo w mafii oraz współudział w morderstwie.   

Ale to były jego tajemnice. Ciężar grzechów.   

– Tak – odparła.   

– Tak? – powtórzył jak echo.   

– Wciąż chcę ci postawić drinka – odpowiedziała całym zdaniem.   

Usiedli  przy  jej  stoliku.  Emily  zamówiła  piwo.  Kelnerka  obrzuciła  ją  pełnym  oburzenia 

spojrzeniem.  Co  jej  odbiło?  pomyślała  Emily.  Przed  paroma  minutami  sama  ją  do  tego 

namawiała.   

– Gniewa się na ciebie – powiedział James.   

– Kto? 

– Kelnerka.   

Emily podniosła kieliszek i upiła trochę wina.   

– Głupia baba. Przecież zachęcała mnie, żebym podeszła do ciebie.   

– Wiem. Widocznie zmieniła zdanie – rzekł. – Nie przypuszczała chyba, że będę cię tak 

mocno przytulał.   

Emily  spojrzała  na  niego  tymi  swoimi  szmaragdowymi  oczami.  Beverly  miała  oczy 

zielone. Lśniły jak klejnoty, które zdarzało mu się kraść.   

James  poruszył  się  niespokojnie  na  krześle.  Czy  ta  dziewczyna  wie,  jak  bardzo  jest 

atrakcyjna? 

Przygryzła wargi, zmazując tym samym różową szminkę. Twarz miała w kształcie serca, 

piękną cerę, a długie rzęsy sprawiały, że wyglądała jak subtelne dziewczę, które z kimś takim 

jak on nie powinno się zadawać.   

– Nie chciałbym cię skrzywdzić – powiedział.   

– Ja też nie – odparła.   

– Naprawdę? – rzekł wzruszony jej słowami i prawie że się uśmiechnął. – Nie jesteś więc 

stuknięta?  –  zapytał,  żartem  pokonując  owo  wzruszenie.  –  Nie  jesteś  seryjną  morderczynią, 

która czyha w barze na takich jak ja naiwniaków? 

Roześmiała  się  i  brzmienie  tego  śmiechu  znów  wyzwoliło  w  nim  tęsknotę  do  żony.  Nie 

mógł się powstrzymać i dotknął ustami jej policzka, marząc o prawdziwym pocałunku.   

Ruda, tym razem z uśmiechem, przyniosła piwo, a on pozwolił Emily za nie zapłacić.   

background image

– Następną kolejkę stawiam ja – rzekł.   

Ta  następna  przypadła  godzinę  później,  kiedy  już  w  barze  nie  było  żywej  duszy.  Tylko 

oni.   

Rozmowa  o  muzyce  czy  filmach  nie  kleiła  się.  James  miał  ochotę  znów  zatańczyć  z 

Emily,  doszedł  jednak  do  wniosku,  że  pozostanie  przy  stoliku  będzie  bardziej  właściwe  i 

ułatwi mu nawiązanie bliższego z nią kontaktu.   

– Zatrzymałeś się w tym motelu? – zapytała Emily.   

– Tak. A ty? Skinęła głową.   

– Też. Mam pokój na górze.   

Ciekawe,  w  czyim  łóżku  będą  się  kochać,  zastanawiał  się.  Miał  nadzieję,  że  w  jej. 

Wolałby,  aby  facet  z  pokoju  obok  nie  dowiedział  się,  że  on  poderwał  w  barze  dziewczynę. 

Inspektor  z  Biura  Ochrony  Świadków  Koronnych  ostrzegł  go,  niby  to  żartem,  żeby  choć 

pierwszej nocy nie narozrabiał.   

Z  drugiej  jednak  strony  nie  miałoby  to  przecież  nic  wspólnego  z  łamaniem  prawa.  W 

klauzuli nie było mowy o zakazie uprawiania seksu.   

James, pijąc piwo, myślał o Emily – czy pójdzie z nim do łóżka.   

Oczywiście, że pójdzie. Nie jest pewnie tak niewinna, na jaką wyglądała.   

– Kiedy wyjeżdżasz? – zapytała go. Postawił butelkę na stole.   

– Jutro.   

– Ja też.   

Wypiła do dna drugi kieliszek wina.   

– Do domu? 

Usiłował  zachować  pogodny  wyraz  twarzy.  Dom?  Od  wieków  nie  miał  domu.  Półtora 

roku  spędził  na  ucieczce,  następny  rok  w  więzieniu  federalnym,  gdzie  poddawano  go 

specjalnej musztrze, ćwiczono do walki z bandytami. Stamtąd wysłano go na dwa tygodnie do 

Ośrodka  Asymilacji,  tam  nadano  mu  nowe  personalia,  a  na  miejsce  stałego  pobytu 

wyznaczono stan Idaho.   

– Nie odpowiedziałeś mi, na pytanie – naciskała Emily.   

– Jakie? Aha. Tak, do domu.   

Jechał tam, gdzie nigdy jeszcze nie był.   

– Ja też.   

Nie zapytał jej, gdzie mieszka. Nie chciał wiedzieć. Nie lubił zresztą gadać po próżnicy. 

Tak jak Reed Blackwood. Obaj mieli sporo do ukrycia.   

–  Skąd  jesteś?  –  zapytała,  zanim  zdążył  zmienić  temat.  Skłamał.  Podrzucił  jej  legendę, 

jaką stworzono dla niego: 

– Urodziłem się w Oklahomie, ale potem często się przeprowadzałem.   

Chcąc  oderwać  się  od  tego  wątku,  wskazał  na  rudą,  która  kartkowała  bloczek  z 

paragonami, potem na uprzątającego bufet barmana.   

– Wygląda na to – rzekł – że zaraz zamkną interes. I na nas chyba pora.   

Zostawił napiwek i oboje skierowali się ku drzwiom. Chciał powiedzieć tej radej, że nie 

skrzywdzi Emily, że ta dziewczyna jest dla niego ratunkiem, kimś, kto tej jednej jedynej nocy 

background image

ocali go przed samotnością, ale nie mógł wypowiedzieć tych słów. Spojrzał tylko na kelnerkę 

przez ramię, napotkał jej wzrok i uśmiechnął się.   

Na  dworze  było  zimno,  wiał  przenikliwy  wiatr.  James  otoczył  Emily  ramieniem.  Szli  w 

stronę motelu. Przed wejściem zatrzymali się.   

– No? – zapytał.   

– No? – powtórzyła unosząc na niego wzrok. Pocałował ją w ucho, a tak bardzo pragnął 

przytulić ją do siebie.   

– Zaprosisz mnie? – zapytał.   

Skinęła głową i obróciła się, czekając najwyraźniej na pocałunek.   

James był już gotów. W jednej chwili.   

Emily  z  cichym  westchnieniem  poddała  się  jego  pieszczotom.  Była  jak  spełnienie 

marzeń, jego i jej.   

Cofnął się raptem, rzucił przekleństwo. Nie miał kondomów.   

– Idiota ze mnie – powiedział.   

– Dlaczego? 

–  Nie  mam  prezerwatywy  –  stwierdził  i  już  chciał  ruszyć  do  sklepu  po  drugiej  stronie 

ulicy.   

– Zaczekam na ciebie w moim pokoju – rzekła nieco speszona.   

– Odprowadzę cię.   

Jej pokój mieścił się na samej górze. Oparł ją o drzwi i pocałował, jak gdyby nie mógł się 

z nią rozstać.   

Przeklinał  w  duchu  te  kondomy,  pal  sześć,  myślał,  tym  razem  będzie  seks  bez 

zabezpieczeń.   

Nie, nie wolno! Miał już dziecko, syna, którego  nie mógł utrzymać, na którego nie było 

go stać. Pięknego chłopaka – tęsknił do niego aż do bólu. Teraz nie zrobi przecież dziecka tej 

obcej dziewczynie, nie zostawi w jej łonie swego nasienia.   

Odgarnął włosy z jej policzka.   

– Zaraz wrócę – rzekł.   

– Będę czekać – powiedziała z uśmiechem i otworzyła kartą drzwi.   

Patrzył na nią chwilkę, a gdy weszła do środka, ruszył ulicą, myśląc sobie po drodze, że 

najwyższy  czas  zapomnieć  o  Reedzie  Blackwoodzie  i  rozpocząć  życie  jako  James  Mathew 

Dalton.   

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

 

Emily  czekała w swoim  pokoju, starając się zachować spokój, choć była  w najwyższym 

stopniu zdenerwowana, przerażona wręcz sytuacją, do jakiej dopuściła.   

Czy powinna mu powiedzieć? 

Ale co? To, że za dwa tygodnie czeka ją operacja? 

Usiadła  na  brzegu  łóżka,  splotła  dłonie.  Czerniak  spłoszy  Jamesa,  co  do  tego  nie  miała 

wątpliwości. Czy zdrowy, przystojny Amerykanin, z temperamentem zechce pójść do łóżka z 

dziewczyną, która mu powie, że jest chora na raka? Bzdura! 

Na pewno nie zauważy plamki na jej łydce, czegoś w rodzaju pieprzyka. Oczywiście, że 

nie. Drobne, prawie niewidoczne znamię. Żaden problem.   

No  dobrze.  A  co  z  jej  dziewictwem?  Czy  ona  ma  poruszyć  ten  temat?  Czy  ma  się 

przyznać, że nie miała dotąd mężczyzny? 

Rozmawiała  z  koleżankami,  opowiadały  jej,  jak  wygląda  ten  pierwszy  raz.  Chrupały 

chipsy,  popijały  wodę  sodową  i  omawiały  różne  pieprzne  szczegóły,  taka  babska  paplanina. 

Na nic jej się to teraz nie przyda.   

Sądziła zawsze, że ten pierwszy kochanek będzie jej jedynym, że poślubi go, urodzi mu 

dzieci. Gdy czekała teraz na tego swojego pierwszego, wydało jej się to wszystko idiotyczne.   

Rak  odmienił  jej  stosunek  do  życia.  Nic  już  nie  da  się  zaplanować,  a  James  Dalton  był 

taki przystojny, pełen seksu – nie potrafi mu się oprzeć.   

Z  mocnym  postanowieniem  rozluźnienia  się  zdjęła  buty,  skarpetki  i  rozejrzała  się  po 

pokoju.  Panował  w  nim  nieskazitelny  ład,  wszystko  było  na  swoim  miejscu,  nie  licząc  jej 

kosmetyczki i niebieskiego podkoszulka leżącego na walizce.   

Czy James zostanie na noc? Czy będzie brał prysznic w jej łazience? Czy...   

Rozległo  się  pukanie  do  drzwi  i  Emily  zerwała  się  na  równe  nogi.  Stała,  poprawiając 

bluzkę, po czym pospieszyła mu otworzyć.   

James  uśmiechnął  się  i  cała  twarz  mu  pojaśniała,  a  ciemne,  głęboko  osadzone  oczy 

nabrały ciepłego wyrazu.   

– Jestem – powiedział. – Cofnęła się, aby mógł wejść do środka, a serce jej biło niczym 

nastolatce.   

– Kupiłem – rzekł, pokazując małą paczuszkę.   

No tak, pomyślała, zabezpieczenie. Jest człowiekiem odpowiedzialnym i zwykł uprawiać 

bezpieczny  seks.  Był  na  tyle  przezorny,  że  pomyślał  o  tym  w  odpowiednim  czasie.  Fakt,  że 

nie miał kondomów przy  sobie, „na wszelki wypadek”, przyjęła z uczuciem ulgi. Nie zwykł 

widocznie podrywać kobiet w barze na jedną noc, stwierdziła w duchu.   

– Nie rozebrałaś się jeszcze? – zapytał z lekkim uśmiechem.   

–  Myślałeś,  że  zastaniesz  mnie  gołą?  Jej  serce  waliło  jak  szalone.  Położył  kondomy  na 

szafce nocnej.   

– Taką miałem nadzieję.   

– Zdjęłam buty – powiedziała, mając sobie za złe własną naiwność, jak również to, że nie 

background image

stać jej było na żadną dowcipną ripostę.   

Popatrzył na jej stopy.   

– Jednak ty jesteś górą – stwierdził.   

Bez chwili namysłu usiadł na łóżku i zdjął te swoje przechodzone buty i skarpetki, które 

potem do tych butów wsunął.   

– Teraz mamy równy start – oświadczył.   

– A kurtka? – zapytała. Zrzucił ją błyskawicznie.   

–  Czekam  –  powiedział.  Zdenerwowana,  stała  przy  toaletce.  Odgarnął  z  czoła  pukiel 

ciemnych włosów.   

– Teraz twoja kolej, piękna pani.   

Nie przypuszczała, że od razu będzie ją zachęcał do striptizu. I wcale nie czuła się piękna, 

w  żadnym  razie  nie  przy  tym  jasnym  świetle,  nie  pod  jego  bacznym  spojrzeniem.  Pewno 

uzna, myślała, że mam za małe piersi. I tłusty brzuch.   

– Twoja – rzekła.   

– Nie oszukuj.   

Podeszła do niego z determinacją; niech to się już stanie, myślała, ale na jej warunkach.   

– Mój pokój, ja tu rządzę – oświadczyła.   

– Zaprosiłaś mnie.   

Ś

ciągnął  przez  głowę  koszulę,  obnażając  pierś  oraz  srebrne  kółko  otaczające  jego  lewą 

brodawkę.   

Przyglądała  się  w  zdumieniu  tej  błyszczącej  obrączce,  w  której  tkwił,  jak  zauważyła  po 

chwili, czarny kamień.   

– To sprzed paru lat – powiedział.   

– Sam to przytwierdziłeś do ciała? 

– Ta rzecz ma wymiar duchowy.   

Zdaniem Emily bardziej fizyczny, nawet seksualny, ale przemilczała tę kwestię. Spojrzała 

nań z zaciekawieniem.   

– Chcesz dotknąć? – zapytał.   

Tak, chcę, pomyślała. I dotknęła. Wprost nie do wiary, jaki on jest uroczy. Niebezpieczny 

facet. Nagi od pasa, kuszący ją tym swoim uwodzicielskim uśmiechem.   

Dał jej ręką znak, by zbliżyła się do niego. Co też uczyniła, a on przewrócił ją na łóżko i 

zaczął całować, namiętnie, szaleńczo.   

I  nagle  wszędzie  były  jego  ręce,  jakby  miał  ich  mnóstwo.  Chciała  zgasić  lampę,  bo 

poczułaby się pewniej, ale on był zbyt szybki, zbyt spragniony, zbyt silny.   

–  Powiedz  mi,  co  lubisz”  –  szepnął  całując  ją  w  ucho,  rozpinając  jej  bluzkę.  –  Powiedz 

mi, co chcesz, żebym zrobił.   

Boże święty, pomóż! Bo nie wiedziała, co ma mu powiedzieć. Ona przecież...   

– Zrobię, co zechcesz, Emily...   

Powinna go ostrzec, prosić, żeby się nie spieszył, dał jej czas... Przecież, na Boga, ona nie 

ma pojęcia, zielonego pojęcia! 

Przesunęła dłoń po jego piersi i zamarła niemal, dotykając tej czarownej obrączki.   

background image

– Ja jestem lewa w tych sprawach – rzekła. Uniósł głowę.   

– Lewa? W czym? 

– W sprawach seksu. To będzie mój pierwszy raz.   

Twarz  jakby  mu  skamieniała.  Między  brwiami  pojawiła  się  rysa.  Emily  wstrzymała 

oddech. Palce jej dotykały owego magicznego kamienia, pocierały go delikatnie.   

Odchylił się, odsunął jej rękę.   

– Nie musimy z niczego rezygnować, James. – Spojrzała w dół, na jego dżinsy.   

– Ile masz lat? – zapytał, wyraźnie zaniepokojony. W co ja się dałem wplątać, myślał.   

A ona wciąż czuła na ustach jego pocałunek, język, który rozdzielał jej wargi.   

– Dwadzieścia dwa.   

Popatrzył jej prosto w oczy, z wyrzutem, nawet lękiem.   

– Dlaczego ja? Dlaczego teraz? 

Nie  wiedziała,  co  powiedzieć,  jak,  nie  wspominając  o  raku,  wyłuszczyć  mu  swoją 

decyzję. Nie chciała budzić litości i, co nie daj Boże, wstrętu w mężczyźnie, który miał się z 

nią kochać.   

– Zmęczyło mnie czekanie – wyznała.   

– I dlatego poderwałaś faceta w barze. Jasne jak słońce. Chciała coś powiedzieć, walczyć 

o swoje prawo do utraty dziewictwa z tym wysokim, tajemniczym nieznajomym.   

–  Czy  ty  spoglądasz  czasem  w  lustro,  James?  Czy  zdajesz  sobie  sprawę,  jaki  jesteś 

atrakcyjny? 

– Dlatego chcesz się ze mną przespać? – Przymknął oczy, udając oburzenie. – To bardzo 

zły objaw.   

– Chodzi mi tylko o seks. Wybałuszył na nią oczy.   

– Tak być nie powinno, Emily. Tym bardziej że, jak mówisz, byłby to twój pierwszy raz. 

Musisz poczekać na właściwego mężczyznę.   

Urażona do głębi, szybko zapięła bluzkę. Ten wyśniony kochanek odrzucił ją, upokorzył.   

Pogładził ją po policzku. Chciała poprosić go, by nie odchodził, by był przy niej, ale nie 

czuła się na siłach wyznać, że go pragnie.   

– Nie mogę – powiedział, opuszczając rękę.   

– Trudno – rzekła. – Nie ma sprawy.   

–  Muszę  iść.  –  Włożył  koszulę  i  sięgnął  po  buty.  –  Jeśli  teraz  nie  wyjdę,  to...  –  Słowa 

zawisły w powietrzu.   

Obserwowała  go w milczeniu. Stał zgarbiony niczym pokonany wojownik. Podkoszulek 

zahaczył o sprzączkę pasa.   

Chwycił kurtkę i już go nie było. Zostawił ją. Samą.   

 

O szóstej rano James spojrzał na swoje odbicie w lustrze. Gdy zgodził się na propozycję 

swojego opiekuna, sądził, że ci z Ochrony będą chcieli zmienić mu twarz.  Lecz okazało się, 

ż

e operacja plastyczna nie wchodziła w grę. Twarz miał tę samą, łącznie z blizną przecinającą 

brew – pozostałość po pierwszym pobycie w więzieniu.   

Emily on się podobał. Chciała z nim pójść do łóżka, stracić dziewictwo, bo, jak mówiła, 

background image

on był atrakcyjny.   

Myśląc o tej jej opinii o jego urodzie, przyglądał się uważnie swojej twarzy. Czy Emily 

nie  zmieniłaby  zdania,  gdyby  się  dowiedziała,  że  siedział  w  więzieniu?  Za  współudział  w 

morderstwie? 

Błuznął przekleństwem i odwrócił się od lustra. Dlaczego ona przypominała mu Beverly? 

Był  pierwszym  kochankiem  swej  żony,  facetem,  z  którym  straciła  cnotę,  ale  tamta  sytuacja 

zasadniczo się od tej różniła.   

Beverly Halloway była w nim zakochana. Emily, dziewczyna bez nazwiska, widziała go 

po raz pierwszy, był dla niej kompletnie obcym człowiekiem.   

Obrzucił spojrzeniem pokój, zgarnął swój mizerny  dobytek i wyszedł z motelu prosto w 

promienie słońca, które pojawiło się nad horyzontem.   

Zmrużywszy  oczy,  dostrzegł  Zacka  Rydera,  jednego  z  inspektorów  Ochrony, 

wyznaczonego  do  jego  sprawy;  stał  opierając  się  o  swój  wóz.  James  nie  miał  żadnego 

pojazdu,  ale  jego  opiekun  zaopatrzył  go  w  gotówkę,  która  starczy  na  zakup  używanego 

pickupa. Gdy się już osiedli, oczywiście.   

Ryder chuchnął dymem z ogryzka papierosa i rzekł: 

– Cześć.   

James ledwo skinął mu głową. Ryder był półIndianinem, podobnie jak on. Był też jak i on 

wysoki  i  dobrze  zbudowany.  Ale  na  tym  ich  podobieństwo  się  kończyło.  Z  wyglądu  miał 

około  czterdziestki,  siwiejące  skronie  i  sardoniczne  poczucie  humoru.  Należał  do  policyjnej 

elity i zajmował się nie tylko ochroną świadków  koronnych. Również dyplomatów z innych 

państw oraz miejscowych dygnitarzy.   

James  liczył  sobie  zaledwie  dwadzieścia  sześć  lat,  z  czego  sporo  czasu  spędził  w 

kryminale.  A  ponieważ  miał  iloraz  inteligencji  równy  ilorazowi  geniusza,  stał  się,  jako 

samouk, ekspertem od elektroniki i potrafił rozbroić każdy, nawet najbardziej skomplikowany 

system alarmowy. Poza tym miał jeszcze talent do zjednywania sobie ludzi.   

Ryder zmierzał w kierunku restauracji motelowej.   

– Pora coś przekąsić, nie uważasz? – zapytał.   

– To ostanie miejsce, w którym miałbym ochotę coś przekąsić – odparł James, zarzucając 

torbę na ramię.   

– Dlaczego? Karaluchy dodają do żarcia czy co? 

– Zjem coś w jakiejś budzie przy szosie.   

Chciał  uniknąć  spotkania  z  Emily.  No  bo  może  zechce  tu  zjeść  śniadanie.  Rzucił  okiem 

na rząd samochodów. Ten mały wozik chyba należy do niej, pomyślał.   

– To może u MacDonalda? – zaproponował Ryder.   

– Byle nie tu – odparł James.   

Chciał  jak  najszybciej  ulotnić  się  z  Lewiston.  Zapomnieć  o  tym  mieście,  o  spotkaniu  z 

Emily.  Pół  nocy  przewracał  się  z  boku  na  bok  i  myślał  o  niej.  Zastanawiał  się,  co  ona  za 

jedna, gdzie mieszka.   

Właściwie  nie  powinno  go  to  obchodzić,  ale  bał  się,  że  Emily  pozna  w  barze  jakiegoś 

innego faceta, który chętnie zrobi to, o co ona go poprosi.   

background image

Ryder  otworzył  swego  sedana,  usiadł  za  kierownicą  i  zgasił  papierosa  w  popielniczce. 

James wrzucił torbę do bagażnika i też wsiadł do auta.   

Przekąsili  coś  w  samochodzie.  James  odchylił  się  na  oparcie  fotela  i  rozmyślał  o 

zaleceniach  swego  opiekuna.  Kazał  mu  się  osiedlić  w  Silver  Wolf,  małym  miasteczku  w 

północno-środkowym Idaho, półtorej godziny jazdy od Lewiston.   

Ryder prowadził jedną ręką, w drugiej trzymając kanapkę.   

– Możesz dowiedzieć się w Stajniach Tandy.   

– O co? 

– O pracę. Starsza niewiasta, która prowadzi interes, szuka pomocnika. Wikt i opierunek, 

i mieszkanie.   

– Skąd wiesz to wszystko? 

–  Postarałem  się  –  rzekł  Ryder,  pochylając  ku  niemu  głowę.  –  Myślisz,  że  umieściłbym 

cię w jakiejś dziurze bez perspektyw na robotę? Poza tym lubisz podobno konie i znasz się na 

nich.   

James  wzruszył  ramionami.  Urodził  się  na  teksańskiej  wsi,  jako  dziecko  rzucał  lassem, 

bawił się w kowboja. A może i kradł.   

– Tyle czasu spędziłem na wsi, ile w mieście – oznajmił.   

– No to świetnie, wrócisz do korzeni. – Ryder spojrzał na niego badawczo. – Wyglądasz 

okropnie, Dalton.   

– Kiepsko spałem.   

– Dlaczego? Bzykałeś tę fajną blondynkę z baru? Cholera! Nic się przed nim nie ukryje, 

stwierdził w duchu James.   

– Nie złamałem prawa.   

– No, uważaj, bo wylecisz na pysk z naszego programu. A ja jestem od tego, by mieć cię 

na oku. Strzec cię również przed blondynkami.   

– Odczep się od niej! – warknął James.   

Nie chciał rozmawiać o Emily, a tym bardziej przyznać się, że tak zaszła mu za skórę.   

Inspektor wrzucił do torby papier od kanapki.   

–  Tylko  nie  spieprz  całej  sprawy  –  powiedział  z  życzliwym  uśmiechem,  który  miał 

przekonać  Jamesa,  że  on,  Ryder,  bardziej  jest  jego  kumplem  niż  wrogiem.  –  Bo  jak  się 

wkurzę...   

–  Nie  planuję  żadnej  rozróby  –  odparł  James,  wiedząc,  że  byli  więźniowie  nigdy  nie 

planują  żadnej  rozróby.  Rozumiał  nieufność  Rydera.  Ale  nikt,  nawet  ten  inspektor,  nie  znał 

całej jego historii. Nikt, ani z Biura Ochrony Świadków, ani z FBI nie wiedział, że on, James, 

ma  syna,  ciemnowłosego  i  ciemnookiego  chłopca,  który  mówi  „tata”  do  innego  mężczyzny. 

James w głębi duszy nie był już dawnym zabijaką. Ojcostwo odmieniło go.   

Po półtorej godziny Ryder zjechał z autostrady na wąską wiejską szosę.   

– To tu – oświadczył.   

James  patrzył  przez  okno  na  dziwne  drewniane  budynki.  Inspektor  z  Biura  Ochrony 

Ś

wiadków pokazywał mu na wideo Silver Wolf, zaznajamiając go z okolicą. Funkcjonariusze 

biura  zastanawiali  się,  czy  nie  umieścić  go  wśród  irokeskiej  społeczności,  ale  orzekli  w 

background image

końcu, że lepiej będzie, jak zamieszka z dala od swego plemienia. Wybrali więc miejscowość 

w pobliżu rezerwatu Nez Perce.   

Ryder zaparkował wóz przed motelem w Silver Wolf. James ogarnął wzrokiem budynek 

pokryty  strzechą  z  krzewów  i  domyślił  się,  że  pewno  tu  na  razie  zamieszka.  Skoro  Ryder 

wspomniał o pracy w „Stajniach Tandy, to znaczy; że są szanse na ustabilizowane życie.   

Zdaniem inspektorów z Programu Ochrony Świadków James wtopi się w tę społeczność, 

zapuści  tu  korzenie.  Chyba  że  zagrozi  mu  tu  jakieś  niebezpieczeństwo  i  będą  musieli 

przenieść go w jakieś inne miejsce.   

Trzy dni minęły od tej nocy, kiedy to opuścił Emily jej niedoszły  kochanek. Najwyższy 

czas zapomnieć o tym, ale ona nie mogła jakoś dojść ze sobą do ładu.   

–  Przepraszam  za  spóźnienie  –  powiedziała  szefowej  kelnerek  szykującej  się  już  do 

odejścia. – Zebranie w szkole Coreya trwało dłużej, niż sądziłam.   

– Żaden problem, wszyscy mamy dzieci – odparła ta uprzejmie.   

Emily  westchnęła.  Ona  nie  miała  dzieci.  Miała  za  to  młodszego  brata,  o  którego 

troszczyła się jak matka.   

Pozdrowiła kucharkę i zabrała się do wydawania obiadów. Panował tu na ogół względny 

spokój i na nadmiar roboty Emily nie mogła narzekać.   

Regularnie  jak  w  zegarku  zaczęli  się  schodzić  miejscowi  mieszkańcy.  Lorna, 

kosmetyczka,  zamawiała  zawsze  to  samo  danie.  Harvey  Osborn,  emerytowany  pracownik 

poczty, zajmował zawsze to samo miejsce.   

U samego końca jednego ze stołów Emily ujrzała tył głowy jakiegoś kowboja w czarnym 

kapeluszu. Właściciel owej głowy pochylał się nad gazetą.   

Gdy  Emily  kolejny  raz  dolewała  Harveyowi  kawy,  ten  podniósł  na  nią  wzrok  i 

uśmiechnął  się.  Był  to  niskiego  wzrostu  chuderlawy  mężczyzna  w  workowatych  spodniach, 

które, jak podejrzewała Emily, trzymały się na nim tylko dzięki szelkom.   

– Co u ciebie, dziewczyno? – zagadnął ją.   

–  W  porządku  –  odparła,  Harvey,  rzecz  jasna,  wiedział  o  jej  raku.  Zaliczał  się  do  tych 

ludzi, którzy wiedzą wszystko o wszystkich.   

Ś

ciszając głos, zapytał, wskazując na mężczyznę w czarnym kapeluszu: 

– Głowę daję, że to nowy pracownik Lily Mae.   

– Tak sadzisz? – zapytała Emily.   

Harvey  bardzo  lubił  rozmawiać  o  Lily  Mae  Prescott,  zawsze  roztargnionej  właścicielce 

Stajen Tandy.   

– To sama się przekonaj – rzekł, szturchając w bok Emily. Faktycznie, powinna do niego 

podejść. Niech wie, że tutaj będzie zawsze dobrze obsłużony.   

Emily, z dzbankiem kawy w ręku, zbliżyła się do właściciela czarnego kapelusza.   

Nieznajomy  zaszeleścił  gazetą  i  podniósł  na  nią  oczy.  Omal  nie  upuściła  dzbanka  na 

ziemię.   

– James? 

On  we  własnej  osobie,  wysoki,  śniady  mężczyzna,  nieosiągalny  jak  jej  nieziszczone 

marzenie. I ta bolesna myśl, że ją odrzucił.   

background image

Bała się, że zemdleje.   

– Emily? – zapytał równie jak ona zdumiony. Poprawiła coś na stole, że jest zajęta.   

– Chcesz jeszcze kawy? – zapytała.   

– Nie, dziękuję... a właściwie tak.   

Mówi od rzeczy, myślała, ale to zrozumiałe. Oboje nie sądzili, że jeszcze kiedyś w życiu 

się spotkają.   

Dolała mu kawy, gromiąc się w duchu za to wariackie bicie serca, że tak zareagowała na 

ten dziwny przypadek.   

Był,  co  od  razu  rzuciło  jej  się  w  oczy,  dokładnie  ogolony.  Mimo  to  wyglądał  jak  jakiś 

nieszczęsny indiański renegat.   

– Myślałam, że byłeś w drodze do domu. Głos jej drżał, serce biło nierównym rytmem.   

– Bo właśnie jestem teraz w domu. Przeprowadziłem się tu.   

O Boże! Święty Boże! 

–  Stąd  moja  obecność  w  Lewiston.  –  Odchrząknął  i  mówił  dalej:  –  Przyleciałem  tego 

wieczora.  Motel  jest  blisko  lotniska.  Zamówiłem  pokój  i  wpadłem  do  baru.  A  jak  ty  tam 

trafiłaś? 

–  Ja...  –  Postawiła  dzbanek  z  kawą  na  stoliku.  –  Byłam  umówiona  na  to  popołudnie  i 

postanowiłam zanocować.   

Wydał jej się nagle kimś nierzeczywistym, wytworem jej chorej wyobraźni. Boże, zlituj 

się nad nią! On był naprawdę, siedział tu.   

– Nie przypuszczałem, że się jeszcze kiedyś spotkamy – powiedział.   

– Nic się nie stało – rzekła, jakby chciała go za to spotkanie przeprosić. – Wytarła dłonie 

o różowy fartuch. – Spodoba ci się tutaj.   

– To wy się znacie? – zapytał Harvey, zbliżywszy się do nich.   

James  popatrzył  nań  w  milczeniu,  lecz  Harvey  nie  zamierzał  najwyraźniej  wracać  do 

swego stolika.   

Emily stała, jakby ją zamurowało. Przez te dni usiłowała zapomnieć o Jamesie Daltonie. 

Wymazać go z pamięci, wyrzucić z serca.   

Nie czekając na zaproszenie, Harvey usiadł naprzeciwko Jamesa.   

– Czy to ty jesteś tym nowym pracownikiem Lily Mae? 

– Tak, od dwóch dni.   

– Ciężka robota. Wiem coś o tym. – I dodał, zwracając się do Emily: – A nie mówiłem? – 

Znów do Jamesa: – Gdzie poznałeś naszą małą Emily? 

James złożył gazetę. Emily czuła, że głowi się nad odpowiedzią.   

– Wpadła mi w oko. Jest ładna – rzekł wreszcie.   

I chciała się ze mną przespać, dodał w myślach. Ale nic z tego nie wyszło, bo okazało się, 

ż

e byłbym jej pierwszym mężczyzną.   

Harvey klapnął sztuczną szczęką.   

–  Też  tak  uważam  –  przyznał.  –  Dlatego  tu  przyłażę,  stołuję  się,  rzecz  jasna.  Tylko  nie 

mów o tym innym kelnerkom. Bo każda wyobraża sobie, że przychodzę dla niej.   

Kształtne  usta  Jamesa  rozjaśnił  uśmiech  i  Emily  przypomniała  sobie  jego  ostatni 

background image

pocałunek. Potem chwycił kurtkę. I odszedł.   

Kiedy  już  Harvey  zaprezentował  swoją  osobę  nowemu  mieszkańcowi  Silver  Wolf: 

przeliterował  niemal  swoje  nazwisko,  poinformował  go,  jak  długo  i  od  kiedy  tu  mieszka, 

rzekł: 

– Pracujesz zatem u Lily Mae. To szalona baba.   

– Na pewno, skoro mnie zatrudniła.   

Wzrok Jamesa  powędrował  ku  Emily,  a  ona  pomyślała  o  czekającej  ją  operacji.  Czy  on 

się o tym dowie? Pewno Harvey przekaże mu tę wiadomość.   

– Dowiem się, co z twoim zamówieniem – powiedziała, licząc na to, że Harvey wróci do 

swego stolika.   

Lecz ten stary plotkarz ani drgnął, mieląc językiem o Lily Mae.   

W  końcu,  gdy  Emily  przyniosła  jedzenie  dla  Jamesa,  Harvey,  wielce  rad,  że  miał  przed 

kim  się  wygadać,  przeprosił  nowo  poznanego  współmieszkańca,  uregulował  rachunek  i 

opuścił restaurację.   

James uchylił rondo kapelusza, ukazując tym samym oczy.   

Niesamowite, dziwne.   

– Na pewno był jej kochankiem – powiedział.   

– Słucham? 

Zdała sobie sprawę, że dzbanek z kawą stoi cały czas na stoliku Jamesa.   

– Był kochankiem Lily Mae.   

– Skąd wiesz? 

– Wiem. Dawno temu. Za młodych lat. Emily spojrzała na niego ze zdziwieniem.   

– Niemożliwe. Lily Mae działa Harveyowi na nerwy.   

– Bo tak zaszła mu za skórę, że nie może o niej zapomnieć. – Uderzył się w pierś. – Bywa 

tak  czasem  –  ciągnął.  –  Kobieta  opęta  człowieka  i  nic  na  to  nie  można  poradzić.  Ty...  – 

Urwał, jak gdyby nagle uświadomił sobie, że mówi o własnych doznaniach.   

Emily nie wiedziała, co powiedzieć. Zdawała sobie sprawę, że on pewno ma na myśli tę 

inną blondynkę, z którą ona, Emily, mu się kojarzyła.   

– Pójdę już – rzekła. – Przeszkadzam ci tylko w jedzeniu.   

– Chwileczkę, Emily, zaczekaj. Znów to walenie serca.   

– Na co? 

– Czy ty do tej pory... – zaczął. – Czy nie poznałaś kogoś, kto by... ? 

Zmieszała się, potrząsnęła głową przecząco.   

– To nie ma znaczenia – rzekła.   

– Czyżby? 

– A w tym motelu w Lewiston taką miałam zachciankę. Po prostu...   

– Chciałbym jednak wiedzieć – przerwał jej – czy naprawdę żaden inny mężczyzna do tej 

pory... ? 

Co „inny mężczyzna”? Czy ten inny nie odebrał jej dziewictwa? O to mu chodzi? Czy nie 

dał jej rozkoszy? Przygryzła usta.   

– Muszę iść, robota czeka – powiedziała.   

background image

Chwyciła dzbanek z kawą i odeszła.   

Po chwili wróciła i zapytała Jamesa, czy chce jeszcze coś zamówić.   

Nie patrząc jej w oczy, potrząsnął głową i położył pieniądze na stole.   

Stał  jakiś  czas  za  progiem  –  samotny,  zamyślony,  a  oświetlone  okna  naprzeciwko 

wyławiały z cienia jego twarz.   

Tymczasem przybywało coraz więcej gości i Emily uwijała się, przyjmując zamówienia, 

z tymi zaś, których znała, zamieniała parę słów.   

Przy  którymś  wyjściu  z  zaplecza  omiotła  wzrokiem  stolik,  przy  którym  siedział  James. 

Nie było go już. Pieniądze leżały na stole obok prawie nietkniętego dania.   

Sprzątając stolik, sięgnęła pod wazonik, gdzie klienci zostawiali zazwyczaj napiwek.   

Pod wazonikiem była tylko jej spinka do włosów, którą tamtej nocy, wychodząc, przypiął 

sobie do kurtki.   

Tamtej nocy, kiedy oczekiwała od niego znacznie więcej.   

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

 

Emily  mieszkała  siedem  mil  od  miasteczka,  przy  wiejskiej  brukowanej  drodze.  Jej 

ż

ółtobiały dom wyglądał jak czarodziejska chatka z piernika, myślał James, który zaparkował 

opodal swoją dopiero co otrzymaną furgonetkę. Siedział za kierownicą i zastanawiał się, jak 

Emily go przyjmie. Nie widział jej od tamtej pory, gdy bez pożegnania wyszedł z restauracji. 

W  sklepie  ogrodniczym  spotkał  wczoraj  Harveya  Osborna,  który,  swoim  zwyczajem, 

wszystko mu o Emily opowiedział.   

Toteż  przyjechał  tu,  zaparkował  wóz  na  ulicy  i  przygotowywał  się  psychicznie  do 

spotkania z nią.   

Z dziewczyną, której prawie nie znał.   

Z dziewczyną chorą na raka.   

Patrzył  na  ozdobną  latarnię  przed  jej  domem,  rozmyślając  o  tym,  że  może  spotkanie  na 

swej  drodze  Emily  było  z  góry  zaplanowane  przez  Stwórcę,  stanowiło  część  jakiegoś 

boskiego planu.   

No właśnie.   

Czy  on  naprawdę  wierzył,  że  Stwórca  się  nim  przejmuje?  Że  może  mieć  wobec  niego, 

Jamesa, jakieś swoje, plany? 

James  nie  zaliczał  się  w  żadnym  razie  do  grona  ludzi  pobożnych.  Były  więzień, 

oskarżony o współudział w morderstwie, nie miał moralnego prawa zadawać się z kimś takim 

jak Emily.   

Zaklął pod nosem i wysiadł z samochodu; nie ulegało dlań kwestii, że powinien zawrócić 

i odjechać. Wybić sobie z głowy tę dziewczynę, trzymać się od niej jak najdalej. Ale nie mógł 

tego zrobić. Po prostu nie mógł. Musiał z nią porozmawiać.   

Podszedł do jej ganku i wyhamowując emocje, nasunął kapelusz na oczy. Patrzył w szyby 

drzwi, ale były przyciemnione i nic przez nie nie widział. A co gorsza, nie miał pojęcia, jak 

ona go przywita.   

I co on właściwie ma jej powiedzieć? Jak ma zacząć tę rozmowę? 

Zapukał.  Emily  otworzyła  mu  drzwi  prawie  natychmiast.  Serce  rozrywało  jej  niemal 

klatkę piersiową. On miał podobne doznania.   

Włosy Emily, koloru miodu, opadały jej na ramiona, tworząc aureolę wokół twarzy. Oczy 

jej, zielone jak trawa na łące, napotkały po chwili jego oczy, przysłonięte rondem kapelusza.   

Jest podobna do Beverly, pomyślał. Do kobiety, którą kochał.   

– James? 

Zamrugała długimi rzęsami, a on stwierdził w duchu, że jej podobieństwo do Beverly nie 

było aż tak uderzające.   

Co z jej chorobą? Wieść o tym przeraziła go.   

To  był  główny  powód  jego  przyjazdu.  I  stał  oto  teraz  u  jej  drzwi  i  z  wrażenia  nie  mógł 

słowa wymówić.   

– James? – powtórzyła. Wydobył wreszcie głos z gardła: 

background image

– Harvey dał mi twój adres.   

–  Nie  spodziewam  się  żadnych  gości  –  rzekła  z  rezerwą.  –  Mam  trochę  zaległej  roboty. 

Harvey i o tym pewno cię poinformował.   

–  Dlaczego  nie  powiedziałaś  mi,  że  jesteś  chora  na  raka.  Oddychała  ciężko  i  James  bał 

się, że zasłabnie. Zbladła, chwyciła się za klamkę.   

– Kiedy miałam ci o tym powiedzieć? 

– Tego wieczoru, kiedyśmy się poznali.   

Tej nocy szaleńczej, gdy prawie zostali kochankami.   

– Nie mogłam.   

– Dlaczego? 

– Było mi głupio.   

Głupio  to  powinno  ci  być  teraz,  pomyślał.  Puściła  klamkę  i  nie  wiedziała,  co  robić  z 

rękami. Zaczęła miętosić dół swojego podkoszulka.   

– Zresztą to nie ma znaczenia.   

Nie ma znaczenia? Chciał zbliżyć się do niej, potrząsnąć nią. Przytulić ją do siebie i nie 

pozwolić jej odejść.   

Jego  żona  umarła  na  raka  płuc.  Była  tak  jak  Emily  młoda  i  piękna.  Tak  samo  krucha  i 

subtelna.  I  tak  samo  uparta.  Wiedział,  że  ta  choroba  jest  groźna.  Ludzie  nią  dotknięci 

nierzadko kończą na cmentarzu, pod marmurową płytą, na której wyryto smutne epitafium.   

James nie mógł chodzić na cmentarz, zbyt drogo by go to kosztowało.   

– Czekam, aż zaczniesz mówić, Emily. Chcę wiedzieć wszystko o twojej chorobie.   

– To Harvey ci nie powiedział? 

– Ja chcę znać szczegóły.   

– A co wiesz od niego? 

– Że masz raka skóry. Że czeka cię operacja. Spojrzała na niego wzrokiem upartej małej 

dziewczynki.   

– To obszerny temat. Nie musisz o wszystkim wiedzieć.   

– Muszę.   

– Nie mam obowiązku ci się zwierzać ani wyjawiać ci moich spraw.   

Stał teraz tuż przy niej.   

– Przed pięcioma dniami chciałaś, żebym odebrał ci cnotę. I wcale nie dlatego, że miałaś 

jej  dość.  –  Zły  był  na  własne  słowa.  A  zresztą  pal  sześć,  mało  go  to  obchodzi.  Mało  go 

obchodzi,  co  czuła  wtedy  ta  dziewczyna,  której  prawie  nie  znał.  –  Masz  bzika  na  punkcie 

swojej choroby. Dlatego poderwałaś w barze obcego faceta.   

– Co chcesz mi przez to powiedzieć? 

Chcę ci powiedzieć o mojej zmarłej żonie, pomyślał. O matce syna, którego straciłem.   

– Faceci nie muszą się z niczego tłumaczyć. Faceci...   

– Urwał, bo zdał sobie sprawę, jak fatalnie to zabrzmiało. Nie wolno tak kobiet traktować.   

O  Boże,  przecież  on  szanował  kobiety.  Mimo  luk  w  wychowaniu,  mimo  zbrodni,  jakie 

popełnił, wiedział, jak się zachować wobec kobiet, jak okazać im szacunek.   

–  Słucham?...  – zapytała,  chwytając  go  za  ramię.  Chciała  go  wypchnąć  za  próg,  pozbyć 

background image

się tego drania.   

–  Nie,  nie  to  miałem  na  myśli  –  rzekł,  cofając  się  o  krok,  wściekły  na  siebie  za  to,  co 

powiedział, za ten ból, jaki wyrażały jej oczy. Jak mógł dać się tak ponieść nerwom? 

– Przepraszam, Emily.   

– Szczerze? 

– Tak. Bardzo cię przepraszam. – Podniósł ręce do góry, jakby broniąc się przed ciosem, 

na jaki zasłużył. – Martwię się o ciebie.   

Przygryzła  dolną  wargę  –  zauważył  już  poprzednio  ten  jej  odruch.  Czy  uwierzyła  w 

szczerość jego intencji? zadał sobie w duchu pytanie.   

Czekał  na  jej  następny  ruch.  I  uczyniła  ten  ruch,  zapraszając  go  na  wąski  taras  przed 

domem.   

Co on ma teraz zrobić? Po tym, co jej powiedział? Czego on chce? Żeby Emily zaprosiła 

go  do  swego  czarownego  domu  jak  z  bajki?  Domu  z  koronkowymi  zasłonkami  na  oknach, 

których framugi pomalowane były w piękne wzory? Ktoś taki jak on nigdy takiego domu nie 

będzie miał.   

Emily  usiadła  obok  Jamesa  i  nie  wiedziała,  od  czego  zacząć.  Jej  ramię  dotykało  jego 

ramienia, co sprawiło, że poczuła się dziwnie słabo. Nigdy nie zapomni, jak on tamtej nocy ją 

całował, gorąco, namiętnie.   

A teraz chce, żeby mu opowiedziała o swoim raku.   

Obróciła się, by na niego spojrzeć. Siedzieli blisko siebie.  Za blisko jak  na tę  rozmowę, 

pomyślała.   

Rondo kapelusza zasłaniało prawie całkowicie jego oczy. Nie mogła więc zajrzeć do jego 

duszy, wytropić jego tajemnic. A jemu udało się wytropić jej sekret.   

– Czy w ogóle coś ci wiadomo o raku skóry? – zapytała.   

– Co nieco. Ale nie na tyle, żeby zrozumieć, co tobie się przydarzyło.   

– Mam czerniaka – rzekła. – Jest to najzłośliwsza odmiana raka skóry.   

– Wiem – powiedział.   

–  No  właśnie,  –  Popatrzyła  na  niego,  na  ciemną,  piękną  karnację  jego  ciała.  –  Ludzie  o 

jasnej  skórze  i  radych  albo  jasnoblond  włosach  są  szczególnie  narażeni  na  tę  chorobę.  Ich 

ciało jest mniej odporne na promienie słoneczne.   

– Tak jak twoje.   

Zgadza  się.  Tak  jak  jej  ciało.  Mimo  tej  swojej  jasnej  cery,  skłonności  do  oparzeń  całe 

godziny spędzała na opalaniu się, żeby ładnie wyglądać w bikini. Pluskała się też w pobliskiej 

rzece i spacerowała alejkami, gdzie słońce najmocniej operuje. Aż do tej pory.   

– Jak odkryłaś, że masz czerniaka? 

–  Poszłam  do  swego  lekarza  rodzinnego  w  całkiem  innej  sprawie.  Skręciłam  nogę  w 

kostce i trzeba było ją prześwietlić.   

Unikając jego wzroku spoglądała na podwórze. Jakiś pojedynczy liść, opadając, trzepotał 

na  wietrze.  Był  ciepły  majowy  wieczór,  lecz  Emily  nie  lubiła  początku  lata,  przełomu  w 

pogodzie, zmiany pór wschodu i zachodu słońca.   

–  Okazało  się,  że  kostka  jest  w  porządku  –  ciągnęła  –  ale  doktor  zauważył  podejrzane 

background image

znamię na mojej łydce.   

– Podejrzane? 

–  Nieregularny  kształt  i  nietypowy  kolor.  Nie  zwracałam  na  to  nigdy  uwagi.  Po  prostu 

pieprzyk. Od dawna tam był.   

Mówiła  to  głosem  rzeczowym,  wyzbytym  jakiejś  osobistej  emocji.  Chciała  widocznie 

zagłuszyć w sobie ów nękający ją niepokój.   

– Mój lekarz skierował mnie do kliniki dermatologicznej w Lewiston. Pobrali wycinek i 

wydali orzeczenie.   

James  czekał  na  dalszy  ciąg,  ale  ona  milczała.  Wolałaby  nie  rozmawiać  na  ten  temat  z 

obcym mężczyzną, z którym omal się nie przespała.   

Poruszył się, jakby chciał dać jej więcej miejsca na tej ławce. Emily nabrała powietrza w 

płuca i mówiła dalej: 

– Są różne rodzaje czerniaka, różne jego stadia. Wszystko zależy od tego, jak głęboko jest 

umiejscowiony. Mój oznaczono numerem pierwszym.   

– Na kiedy wyznaczyli ci termin operacji? 

– Na przyszły piątek Nie odrywał od niej wzroku.   

– A co z okresem rekonwalescencji? – zapytał.   

–  To  zależy  od  tego,  jak  poważna  będzie  ingerencja  chirurga,  i  od  rodzaju  pracy,  jaką 

wykonuję. Wezmę miesiąc wolnego.   

Zastanawiała się, po co on ją o to wszystko pyta, po co mu te szczegóły.   

– Szef obiecał mi parotygodniowy płatny urlop, żebym w lecie mogła wziąć normalny.   

Spędzić parę dni nad rzeką, myślała. Wygrzać się w słońcu! Ale to ostatnie nie wchodzi 

raczej w grę.   

– Będę miała aż nadto czasu na wypoczynek – dodała.   

– Czy rodzina zajmie się tobą? 

– Moi rodzice nie żyją.   

– Przepraszam – powiedział. Ich spojrzenia się spotkały.   

Pomyślała, że na pewno odczuje brak rodziców w takiej sytuacji, i pomyślała też, że oto 

James, obcy człowiek okazuje jej tyle troski.   

Odchrząknął i zadał jej następne pytanie: 

– Kto zawiezie cię do szpitala? 

– Moja przyjaciółka. A po operacji będzie nade mną czuwać.   

– Ja też służę ci pomocą.   

– Wszystko będzie dobrze – stwierdziła stanowczym tonem.   

– Czy aby na pewno? 

–  Na  pewno  –  odparła.  Nie  chciała  się  przyznać  do  obaw,  jakie  nękały  ją  po  usłyszeniu 

diagnozy. – Nie będę przykuta do łóżka – dodała.   

Pogładził ją po policzku.   

– Jeśli będę ci potrzebny, zadzwoń do mnie, dobrze? Westchnęła głęboko.   

– Dam ci mój numer telefonu – oznajmił.   

Sięgnął do kieszeni i wyjął wizytówkę z nadrukiem: Stajnie Tandy.   

background image

Zapadła cisza między nimi. W chwilę potem żółty autobus zatrzymał się na przystanku za 

domem.  Wysiadł  z  niego  chłopiec  około  sześcioletni,  uginający  się  pod  ciężarem  sporego 

plecaka.   

– Wrócił mój brat – rzekła.   

Rozmawiając z Jamesem, straciła poczucie czasu i umknęło jej myślom, że codziennie o 

tej porze po zajęciach polekcyjnych Corey wraca do domu.   

Dumny  pierwszoklasista  raźnym  krokiem  zmierzał  ku  domowi,  podczas  gdy 

kobieta-kierowca patrzyła za nim, nie ruszając z miejsca, póki chłopak nie wszedł na chodnik.   

James uniósł jednym palcem rondo kapelusza.   

– Ten maluch to twój brat? – zapytał.   

– Tak. Jestem jego prawną opiekunką.   

Podeszła  do  chłopca,  by  go  uściskać  na  powitanie,  ale  mały  był  stanowczo  bardziej 

zainteresowany tym wysokim, śniadym nieznajomym u boku siostry.   

– Kim pan jest? – zapytał chłopiec, patrząc na niego badawczo.   

Mężczyzną, z którym twoja siostra omal się nie przespała, odpowiedział mu w myślach i 

kucnął przy nim.   

– Jestem przyjacielem twojej siostry – rzekł. Sześciolatek obrócił ku siostrze wzrok.   

– To twój chłopak, Emmy? 

W ustach jej zaschło z wrażenia.   

– Nie... Ja nie... – wydukała.   

– Nie jestem jej chłopakiem – wyjaśnił James.   

Mały zrzucił plecak na podłogę i podjął temat jeszcze bardziej drażliwy: 

– Czy wiesz, że Emmy pójdzie na operację? – zapytał, świszcząc przez luki w uzębieniu.   

– Tak, mówiła mi – przyznał James. – A ty pomożesz jej wyzdrowieć po tej operacji? 

– Jasne. Przenocuję u Stevena, żeby Emmy nie męczyła się ze mną. Mogę zostać u niego 

całe cztery dni.   

– Steven to twój przyjaciel? 

– On ma w pokoju piętrowe łóżko i w ogóle... – Chłopiec zaczerpnął oddechu i zaczął z 

innej beczki: – Mam na imię Corey. Jak Emmy się wścieka, to woła na mnie Corbin. A ty jak 

się nazywasz? 

– James.   

– Zagrasz ze mną w wideo? – zapytał chłopiec.   

– Chętnie, ale teraz robota na mnie czeka. – Wskazał na furgonetkę załadowaną drewnem. 

– Muszę coś zreperować w stodole.   

– Jesteś kowbojem? – zapytał Corey.   

– Chyba tak – odparł James z uśmiechem. – A ty lubisz konie? 

– Tak, bardzo. Przyjdź do nas dzisiaj na kolację.  – Spojrzał pytająco na siostrę. – Może 

przyjść, Emmy? 

Zanim  zdążyła  odpowiedzieć,  James  wstał.  Jego  pałający  wzrok  napotkał  jej  spojrzenie. 

Czy naprawdę chciałby zjeść kolację razem z nimi? zastanowiła się w duchu.   

To  nie  jest  istotne,  uznała.  Istotne  jest  to,  że  pominięcie  milczeniem  słów  brata  byłoby 

background image

nieuprzejme. Dobrze wychowana osoba musiała go w tej sytuacji zaprosić.   

–  Nic  specjalnego  nie  szykuję  –  powiedziała,  nie  przestając  patrzeć  mu  w  oczy.  –  Ale 

będziemy radzi, jak dołączysz do nas.   

– Dzięki. Z przyjemnością – rzekł i popatrzył na Coreya, który aż podskoczył z radości.   

Emily,  sięgając  po  plecak  brata,  myślała  z  lękiem  o  tym,  czy  ta  zacieśniająca  się 

znajomość z Jamesem Daltonem nie skomplikuje jej i tak już skomplikowanego życia.   

 

James  otworzył  szafę.  Jego  nowy  dom  był  całkiem  ładnie  umeblowany,  jednoosobowa 

kanapa wyglądała na wygodną. Prawdziwy raj dla człowieka, który cały rok spędził w celi.   

Zemocjonowany  perspektywą  wieczoru  z  Emily,  przejrzał  zawartość  swojej  szafy.  Poza 

niedawno nabytymi podkoszulkami jego garderoba przedstawiała raczej żałosny widok.   

Rozzłościł  się  na  siebie.  Przecież  to  nie  żadna  randka,  nie  musi  się  stroić,  spryskiwać 

dobrą wodą kolońską, lakierować włosów. Nie musi także kupować kwiatów ani markowego 

wina.   

Nie, to nie żadna randka. Po prostu kolacja ze znajomą i jej braciszkiem.   

A ta znajoma i jej brat przypominają mu stratę, jaką poniósł...   

Włożył dżinsy i podkoszulek. Mocował się chwilę z zamkiem błyskawicznym, jak gdyby 

palce  miał  niesprawne.  Nie  powinien  był  przyjąć  jej  zaproszenia.  Ale  stało  się.  Nic  już  nie 

poradzi. Ta kolacja to był pomysł Coreya, a on nie może przecież sprawić chłopcu zawodu.   

W łazience wyszczotkował włosy. Na ogół dzieci miały się przed nim na baczności, bały 

się go, że jest taki duży i ma taką ciemną skórę. Ale nie brat Emily. Uśmiechał się do niego 

tak szczerze, z taką ufnością.   

Trzeba iść. Najwyższa pora, żeby się nie spóźnić.   

Zamknął już drzwi i wtedy przyszło mu na myśl, że nie wypada pokazać się z pustą ręką.   

Wstąpił  zatem  do  supermarketu  i  kupił  kwiaty  i  samochodzik  dla  chłopca.  Przed 

drzwiami Emily powtórzył sobie w myślach, że to nie żadna randka. Lecz gdy otworzyła mu 

drzwi  i  zobaczył  ją,  w  pięknej,  jasnej  bluzce,  i  owionął  go  zapach  jej  perfum,  zapragnął 

pocałować ją w usta, jak wtedy.   

– Cześć – powiedziała.   

–  Cześć.  Wręczył  jej  bukiet  –  Dzięki.  –  Powąchała  kwiaty  i  zaprosiła  go  do  środka.  – 

Corey zasnął. Ale przed kolacją go obudzę.   

– Mam nadzieję.   

Mieszkanie Emily było jasne i wesołe, pełne polnych kwiatów w wazonach i kolorowych 

makatek.  Cieszyły  oko  wiklinowe  meble.  I  znów  przypomniała  mu  się  bajka  o  domku  z 

piernika  Podszedł  do  leżącego  na  kanapie  chłopca.  Nie  był  podobny  do  jego  syna.  Nie  byli 

nawet  w  tym  samym  wieku.  Lecz  jego  widok  wciąż  mu  syna  przypominał,  syna,  którego 

utracił.   

Po  raz  ostatni  James  widział  go,  gdy  Justin  miał  zaledwie  dziesięć  miesięcy.  Teraz  już 

chłopiec chodzi, mówi i do kogo innego woła „tata”.   

–  Dzieci  we  śnie  tak  słodko  wyglądają  –  powiedział,  wspominając  noce  w  czasie 

ucieczki,  gdy  kołysał  synka,  nucił  mu  piosenki  w  samochodzie,  w  motelach.  Bo  właśnie  w 

background image

czasie tej półtorarocznej ucieczki żona urodziła mu syna.   

Obejrzał się na Emiły i napotkał jej wzrok. Stała tuż za nim. Stanowczo za blisko. .   

Postawił na stoliku mały czerwony samochodzik.   

– Chyba mu się spodoba – powiedział. Emily wciąż trzymała w rękach bukiet różowych, 

ż

ółtych i bladozielonych kwiatów.   

– Corey naprawdę cię lubi – rzekła. Z trudem się powstrzymał, by nie odgarnąć chłopcu 

włosów, które opadły mu na oczy.   

– Ja też go polubiłem – oświadczył. Rozmowa się urwała. James włożył ręce do kieszeni, 

Emily przytuliła bukiet do piersi.   

– Może pomóc ci przy kolacji? – zapytał po chwili.   

– A umiesz gotować? 

– Trochę. Ale wystarczy na moje potrzeby.   

– No to chodź ze mną.   

Weszli  do  małej,  ale  funkcjonalnej  kuchni  –  z  wentylatorem  w  oknie,  ozdobnymi 

dzbankami na blacie – którą wypełniał smakowity zapach. – Co masz w piekarniku? 

– Pieczeń.   

Odwinęła celofan z bukietu i umieściła kwiaty we flakonie o barwach tęczy.   

Spojrzał na stół, już nakryty, na zielone i żółte talerze, po czym uniósł wzrok i zobaczył 

wiszący na ścianie portret starej Cyganki.   

Przyglądał  się  dłuższą  chwilę  tej  przystrojonej  w  biżuterię  kobiecie.  W  jej 

brązowo-rudych  włosach  błyszczały  srebrne  spinki,  a  okrywający  jej  ramiona  szal  lśnił 

niczym  wysadzana  błyskotkami  chusta  tancerki.  W  swoich  starczych,  znaczonych  plamami 

rękach  trzymała  rozłożone  karty  tarota.  Lecz  oczy  miała  młode,  pełne  wyrazu.  Przenikające 

na wskroś, pomyślał James.   

Emily stanęła przy nim.   

– To Madame Myra – oznajmiła. – Przejeżdża przez miasto z taborem.   

– Jest fascynująca.   

– Też tak sądzę. Dlatego poprosiłam, żeby mi pozowała. Spojrzał na nią zdumiony.   

– To ty ją namalowałaś? – zapytał.   

– Mam takie hobby.   

–  To  coś  więcej  niż  hobby.  –  Potrząsnął  z  podziwem  głową.  –  To  jakby  cząstka  twego 

ś

wiata.   

Przez dłuższą chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. Tak jak za pierwszym razem, tamtej 

nocy.  I stało się tak, że  James widział tylko ją, czuł tylko jej obecność, jakąś magiczną siłę, 

której się poddał.   

– Madame Myra wróżyła mi – rzekła Emily. – Ale to wszystko bajki.   

– Co ci wywróżyła? Powiedz.   

–  Że...  –  urwała,  by  nabrać  oddechu.  –  Że  poznam  wysokiego  mężczyznę  o  ciemnej 

karnacji. Takie bzdury.   

Znów utkwili w sobie wzrok, a słowa Cyganki zawisły w powietrzu, dzwoniły Jamesowi 

w uszach niczym starodawna mowa irokeska.   

background image

Mowa czarowna, tajemna, wieszcząca drogę życia.   

A  może  to  Stwórca  przywiódł  go  tutaj,  do  Silver  Wolf.  Do  Emily,  kobiety  walczącej  z 

rakiem, chorobą, która zabiła mu żonę.   

Emily  wciąż  patrzyła  na  niego,  budząc  tęsknotę  w  jego  sercu  i  marzenia  w  jego  duszy, 

które niczym rymy poematu dźwięczały mu w uszach.   

– Ja cię zawiozę do szpitala – oświadczył. – Chcę być blisko, gdy będziesz operowana.   

– Nie! W żadnym razie.   

Odwróciła wzrok, cofnęła się parę kroków.   

–  Więc  chcę  być  przy  tobie  po  operacji.  Musisz  mi  obiecać,  że  zadzwonisz  zaraz  po 

powrocie do domu.   

– Dlaczego, James? O co ci chodzi? Chodzi o mowę tajemną. O magię, pomyślał.   

– Dlatego, że chcę wiedzieć, jak to zniosłaś, jak się czujesz. Poza tym... jestem ci...   

Przerwała mu: 

– Nie rozumiem...   

– Jestem ci potrzebny – dokończył rzeczowym tonem.   

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 

Serce Emily mocno biło.   

– Nie – powiedziała. – Byłeś mi potrzebny w ubiegłym tygodniu.   

Potrzebny  był  jej  wtedy,  w  motelu.  A  teraz  nie.  Nie  w  taki  sposób.  Nie  do  dyskusji  o 

raku.   

Przysunął się do niej, a ona zlękła się, że jej dotknie. Gdy dotykał jej policzka, gładził po 

włosach, traciła zdolność logicznego myślenia.   

– Wtedy to nie była odpowiednia pora, Emily. Nie byłaś gotowa do kochania się.   

– Nie chcę o tym mówić.   

Jeszcze bardziej do niej się przybliżył, przyparł ją prawie do blatu.   

– Dlaczego? Bo to cię przeraża? Bo wiesz, że mam rację? 

Jaką rację? myślała. Tę, że jest jej potrzebny? Czy tę, że nie jest gotowa, by kochać się z 

nim? A ona potrzebowała go na kochanka, nie na niańkę.   

Popatrzyła na niego – był taki wysoki, taki silny. I niech Bóg jej to wybaczy, ale pragnęła 

poczuć na swoim ciele dotyk jego szorstkich, mocnych dłoni.   

– Zadzwoń do mnie – powiedział. – Zadzwoń, kiedy po operacji wrócisz ze szpitala.   

Nie, pomyślała. Nie będzie go angażować w swoją rekonwalescencję. Bo zniknie to coś, 

co  zaiskrzyło  między  nimi.  Bo  ona  przestanie  być  dla  niego  atrakcyjna.  I  tym  samym 

wygasną jej emocje.   

– Muszę zajrzeć do pieczeni – powiedziała, zmieniając temat.   

Cofnął  się,  a  gdy  spojrzała  nań,  zauważyła  smutek  w  jego  oczach.  Chciałaby  dać  mu 

jakoś do zrozumienia, dlaczego nie życzy sobie jego opieki po operacji.   

– Co mam zrobić? – zapytał.   

Spojrzała na niego, nie rozumiejąc, o co mu chodzi.   

–  W  czym  mam  ci  pomóc  przy  szykowaniu  kolacji?  Odetchnęła  z  ulgą  i  podeszła  do 

lodówki.   

– Możesz zrobić sałatkę. Pomidory są w misce na prawo.   

– A gdzie masz durszlak, żebym mógł umyć zieleninę? 

Podała  mu  go.  W  trakcie  tych  czynności  dotykali  wzajemnie  swoich  dłoni.  Niby 

zwyczajna rzecz, lecz dla niej nie była zwyczajna.   

Co on za jeden, zastanawiała się. Kim jest ten nieznajomy, który tak na nią działa? 

Corey,  przecierając  zaspane  oczy,  wszedł  do  kuchni  z  samochodzikiem  w  ręku.  Emily 

ucieszyła się, że już nie są sami.   

– Cześć, kolego – powiedział James z uśmiechem.   

– Cześć. Czy ty mi to dałeś? 

– Tak, to ferrari. Mój ulubiony wóz.   

–  Mój  też  –  stwierdził  chłopiec,  a  Emily  głowę  by  dała,  że  mały  nie  ma  pojęcia  o 

włoskich sportowych autach.   

James musiał to samo pomyśleć, bo spojrzał na nią z wymownym uśmiechem. Cieszył się 

background image

w duchu i był dumny z tego, że sześciolatek darzy go tak niekłamaną sympatią.   

Corey stanął obok Jamesa i przesuwał samochodzik po blacie, imitując dźwięki silnika na 

pełnych obrotach. Emily w tym czasie robiła pastę z groszku i dodawała ulubione przyprawy 

do  pieczeni,  marchewki  i  ziemniaków.  Nie  pamiętała,  kiedy  ostatnio  mężczyzna  był  w  jej 

kuchni. Dla Coreya była to absolutna nowość.   

–  Emily  mówiła,  że  ty  jesteś  półIndianinem  –  powiedział  chłopiec,  zadzierając  do  góry 

głowę.   

– I miała rację – odparł James.   

– Jesteś z plemienia „Ostry Nos”? 

–  Masz  chyba  na  myśli  plemię  Nez  Perce.  –  Wytarł  ręce  i  dodał:  –  Nie,  ja  jestem 

Irokezem.   

Emily chciała najpierw coś wtrącić, ale zrezygnowała i przysłuchiwała się ich rozmowie, 

rozmowie dwóch mężczyzn.   

– Jacy są ci Irokezi? – zapytał mały.   

– To specyficzny odłam Indian.   

Corey  uczył  się  w  szkole  o  plemieniu  Nez  Perce,  ale  widocznie  ta  francuska  nazwa 

wyszła  mu  z  pamięci.  Gdy  kiedyś  Emily  zabrała  brata  na  zakupy  do  Lewiston,  chłopiec 

wydawał  okrzyki  zachwytu  na  widok  ciemnoskórych  jeźdźców  na  placu  przed  urzędem 

hrabstwa.   

– Czy Irokezi noszą na głowie te wielkie białe pióra? – dopytywał się chłopiec.   

–  Nie.  Czasem  tylko  wkładają  białe  turbany.  A  chłopcy  z  tego  plemienia  już  we 

wczesnym wieku są tatuowani – gwiazdy, zwierzęta i temu podobne wzory.   

–  Naprawdę?  –  Mały  był  wyraźnie  zaintrygowany.  –  Emmy,  ja  też  chcę  mieć  tatuaże. 

Mogę je sobie zrobić? 

Ś

więty Boże, pomyślała. Spojrzała na Jamesa, licząc na jego wsparcie, lecz on wzruszył 

tylko ramionami, pozostawiając ten problem jej.   

– Ty chyba też jesteś wytatuowany? – zapytała.   

– Owszem, ale gdzie, to musisz sama zgadnąć. Corey zaszurał nogami z uciechy – marzył 

zapewne o ujrzeniu tego tajemniczego tatuażu.   

– No, zgadnij, Emmy, zgadnij – prosił siostrę. Do diabła, zaklęła w duchu.   

– Pewno na pupie – rzekła, na co Corey wybuchnął głośnym śmiechem.   

James  też  się  roześmiał.  I  uniósł  brew  w  oczekiwaniu  na  dalszą  zgadywankę.  Ale  ona 

wolała  przemilczeć  tę  uwagę.  Nawiasem  mówiąc,  myślenie  o  częściach  jego  ciała  było  dla 

niej zabawą dość ryzykowną. Corey nie zamierzał jednak zmieniać tematu.   

–  Gdzie  masz  ten  tatuaż,  James?  –  zapytał.  James  podniósł  nogawkę,  ukazując  kawałek 

łydki.   

– Tu – odparł.   

Mały wpatrzył się w łydkę Jamesa.   

– Co to jest? – zapytał.   

– Kruk.   

– Dlaczego wybrałeś kruka? 

background image

–  Bo  jeśli  popatrzysz  w  jego  oczy,  to  dojrzysz  w  nich  wielką  tajemnicę  –  odparł.  –  Tak 

jak w oczach tej Cyganki, którą namalowała twoja siostra.   

O ile wypowiedź Jamesa wprawiła  chłopca  w lekkie zakłopotanie, to na  Emily wywarta 

całkiem inne wrażenie: przeszył ją dreszcz.   

Spojrzała najpierw na Madame Myrę, potem na łydkę Jamesa. Jego tatuaż znajdował się 

dokładnie w tym samym miejscu, w jakim na jej łydce zagnieździł się rak.   

Odwróciła  się,  skupiła  uwagę  na  szykowaniu  posiłku,  ale  już  do  końca  wieczoru  nie 

mogła o niczym innym myśleć. Prawie się nie odzywała, unikała wzroku Jamesa.   

Na  szczęście  Corey,  nie  czując  kontroli  siostry,  gadał  za  ich  oboje.  Usta  mu  się  nie 

zamykały.   

A  kiedy  James  pożegnał  się  i  wyszedł,  Emily  pomyślała,  że  ich  spotkanie  było  dziełem 

przypadku  i  że  on  nie  jest  tym  mężczyzną,  którego  Madame  Myra  jej  przepowiedziała. 

Ponadto wszelkie wróżby to bzdura.   

 

Nazajutrz rano James wszedł do biura Stajen Tandy i zobaczył siedzącą przy biurku nad 

księgą finansową Mae Prescott.   

Jego  szefowa  była  drobną  kobietą  o  włosach  przyprószonych  siwizną,  opalonej  cerze  i 

ostrym, donośnym glosie. Równie rozkojarzonej osoby w życiu nie widział.   

Spojrzała na niego sponad okularów, które opadły jej na koniec nosa.   

– Zrobiłeś sobie przerwę? – zapytała.   

– Jeśli nie masz nic przeciwko temu.   

– Oczywiście, że nie mam – odrzekła. – Narobiłeś się już, tylko tyłek ci śmigał.   

Uśmiechnął  się.  Już  raz nawiązywała  do  jego  tyłka,  powiedziała  mianowicie,  że  dlatego 

go  zatrudniła,  że  spodobał  jej  się  jego  tyłek  w  obcisłych  dżinsach.  A  prawda  była  taka,  że 

brakowało  jej  po  prostu  rąk  do  pracy,  a  sezon  niebawem  się  zacznie.  Pomocnik  był  jej 

niezbędny, by doprowadził do ładu bałagan, jaki ona tworzyła wokół siebie.   

– Mogę skorzystać z komputera? – zapytał.   

– Oczywiście. Ja nie cierpię tego cholernego pudła. Skutek tego niecierpienia był taki, że 

James musiał przebrnąć i uporządkować całe gromady dokumentów.   

Usiadł  teraz  przy  drugim  biurku.  Ona  zaś,  poprawiwszy  okulary,  chrząknęła  basem  i 

rzekła: 

–  Kupiłam  tę  maszynę,  bo  Harvey  Osborn  oświadczył,  że  nie  nadążam  za  postępem. 

Kazał mi się nauczyć obchodzić z tym diabelstwem. Ogłaszać się w Internecie.   

James powstrzymał uśmiech, nie dał po sobie poznać, jak go to rozbawiło. Przynajmniej 

raz dziennie musiała wspomnieć o Harveyu.   

Znów wydała z siebie to basowe chrząknięcie.   

– Nie powinnam była słuchać tego starego byka. Tym razem James się uśmiechnął. A ona 

zgromiła go spojrzeniem.   

Przez dziesięć minut studiował wszystkie dane dotyczące raka skóry.   

Lily  May  wstała,  nalała  sobie  kawy,  a  wracając  na  swoje  miejsce,  spojrzała  na  ekran 

komputera.   

background image

– Czego ty szukasz, James? – zapytała.   

– Pewnych wiadomości.   

– Tak to właśnie jest, kiedy chłop traci głowę dla dziewczyny.   

– Mnie to nie dotyczy – burknął.   

– Dobra, dobra, nie musisz przestać myśleć o tej małej kelnereczce.   

To  prawda,  pół  nocy  myślał  o  Emily,  o  swojej  przeszłości,  o  śmierci  żony  i  strasznej 

chorobie, jaka ją dopadła.   

– Chciałbym pomóc Emily – rzekł – ale ona nie chce mojej pomocy.   

– A może nie chce takiej, jaką jej ofiarujesz? Może ona ma dość myślenia o tej operacji? 

Może chciałaby spędzić noc na jakiejś zabawie w mieście? 

– Mam zaproponować jej randkę? – zapytał.   

– Obawiam się, że da ci kosza.   

On  też  żywił  podobne  obawy.  Emily  wczoraj  wieczór  zachowywała  się  dość  dziwnie. 

Tylko że wszystko między nimi było dziwne.   

– Możliwe – rzekł. – Ale sądzę, że walory mojej osobowości przeważą.   

W  miarę  upływu  dnia  jego  osobowość  miała  się  coraz  gorzej.  Czuł  się  jak  nastolatek, 

który  zbiera  się  w  sobie,  by  zaprosić  dziewczynę  na  tańce.  W  końcu  zebrał  się  w  sobie  i  w 

czasie przerwy obiadowej zadzwonił do Emily i poprosił, by w drodze powrotnej wstąpiła do 

Stajen, bo ma jej coś ważnego do powiedzenia.   

Choć z oporami, ale zgodziła się.   

Zjawiła się po czwartej w tym swoim kelnerskim mundurku, zaciekawiona i trochę spięta. 

Zaproponował  jej  gościnę  w  swoim  mieszkaniu,  a  część  mieszkalna  rancza  znajdowała  się 

paręset metrów od stodoły.   

Weszła do środka i stanęła ze skrzyżowanymi na piersi ramionami.   

Wytarł  ręce  o  spodnie.  Zdawał  sobie  sprawę,  że  wygląda  jak  zbój  w  tych  swoich 

postrzępionych  dżinsach  i  starej  wypłowiałej  koszuli.  Za  dawnych  dobrych  czasów  nosił  się 

inaczej. Ale w trakcie półtorarocznej ucieczki jego garderoba kompletnie się zużyła.   

– Napijesz się wody sodowej? – zapytał.   

– Nie, dzięki.   

– A ja mogę? 

W ustach mu zaschło, chciał je zwilżyć.   

– Oczywiście, nie żałuj sobie.   

Zaprosił  ją  do  saloniku,  a  sam  poszedł  do  kuchni  po  piwo  i  wypił  od  razu  prawie  pół 

butelki.   

Gdy wrócił, Emily siedziała na skraju kanapy.   

– O co chodzi? – zapytała.   

Wypił  znowu  haust  piwa.  Nie  znosił  narzucać  się  kobietom,  stawiać  się  w  pozycji 

proszącego.   

– Lily Mae uważa, że powinienem się z tobą umówić.   

–  Po  co?  –  zapytała,  podnosząc  na  niego  wzrok  –  Ona  uważa,  że  chętnie  spędziłabyś 

wieczór w mieście.   

background image

– Niepotrzebne mi są randki z litości, James.   

–  Myślisz,  że  z  litości?  –  Ze  wszystkich  sił  zapragnął  przytulić  ją  do  siebie,  ochronić 

przed światem. – Ani Mae nie lituje się nad tobą, ani tym bardziej ja.   

– Naprawdę? 

– Słowo.   

Tak, to nie była litość, to było pragnienie, które doprowadzało go do szaleństwa.   

Spojrzała mu w oczy, podniosła głowę.   

– Widzisz we mnie tylko kobietę, która ma raka. Zaklął w duchu, a ostatnio coraz częściej 

zdarzało mu się kląć tylko w duchu.   

– Widzę piękną dziewczynę, którą jestem oczarowany.   

Dziewczynę,  dodał  również  w  duchu,  przez  którą  nie  mógł  spać  i  przez  którą  cierpiał 

straszliwe męki.   

–  No  więc  tak  –  zaczęła  z  nutą  sarkazmu  w  głosie.  –  Najpierw  przeszkadzało  ci  moje 

dziewictwo,  a  teraz  choroba.  Za  dużo  wykrętów.  Za  dużo  powodów,  żeby  się  do  mnie  nie 

zbliżyć.   

– Staram się być dżentelmenem. Żebyś nie pomyślała, że chcę wykorzystać sytuację.   

– Ale nie waż się mówić, że nie jestem gotowa do tych rzeczy. Mam swoje lata i wiem, 

czego chcę.   

Jamesa kompletnie zamurowało, nie wiedział, co jej odpowiedzieć. Wypił więc piwo do 

dna.  Zrobiło  mu  się  gorąco,  krew  zaczęła  mu  szybciej  krążyć  w  żyłach.  Pragnął  jej.  Boże, 

wybacz  mu,  ale  fakt  pozostawał  faktem.  Usiłował  zapanować  nad  swoim  pożądaniem, 

poskromić instynkty.   

– Co ja mam robić? – zapytał. – Jak postępować wobec ciebie? 

Westchnęła, spuściła oczy i rzekła: 

– Pragnę, żeby ten mój pierwszy mężczyzna przejawił odrobinę delikatności. Chciałabym 

zamknąć oczy, gdy mój kochanek weźmie mnie w ramiona, będzie pieścił...   

Zamrugała  powiekami,  a  on  już  był  gotów  do  miłości.  Przysunął  się  do  niej,  spojrzeli 

sobie w oczy. Przeżywali moment najwyższego uniesienia.   

Usiadł  obok  niej,  a  ona  zaczęła  raptem  coś  majstrować  przy  swojej  torebce,  jak  gdyby 

poczuła  się  speszona,  jakby  nagle  dotarło  do  niej,  do  jakiego  stanu  wrzenia  doprowadziła 

Jamesa.   

– Muszę za dwadzieścia minut wyjść po brata na przystanek autobusowy – powiedziała.   

–  A  mogłabyś  załatwić  dla  niego  opiekunkę?  –  zapytał.  Odetchnęła  głęboko,  chwytając 

haust powietrza.   

– Na kiedy? 

– Na dziś wieczór. Chcę cię zabrać i pomyślałem sobie... – Urwał. Tak bardzo pragnął jej 

bliskości, by spełniły się wreszcie jego i jej marzenia. Wyobraził sobie, że niesie ją do swego 

wąskiego,  samotnego  łoża.  –  I  marzyłbym  –  ciągnął  –  żebyś  została  potem  u  mnie.  Na  całą 

noc – dokończył.   

Przyłożyła  dłoń  do  serca,  a  on  pomyślał,  że  chyba  serca  ich  obojga  biją  w  podobnym 

rytmie.   

background image

– Musiałabym zapytać rodziców Stevena, czy Corey mógłby u nich przenocować. – I po 

chwili wahania dodała: – Mówisz serio, James? 

–  Jak  najbardziej.  –  Odgarnął  z  jej  policzka  pasmo  włosów.  Pragnął  jej  od  pierwszego 

wejrzenia, od chwili, kiedy ją ujrzał w tej restauracji. – Jak najbardziej – powtórzył.   

Ś

ciszyła głos prawie do szeptu: 

– Nie masz już zastrzeżeń, że mnie wykorzystasz? 

– Nie, nie mam.   

Nie powiedział tego pod wpływem impulsu. Miał świadomość jej  choroby, lecz dopiero 

teraz zrozumiał, że potrzebna jest jej czułość, i to taki rodzaj czułości, jaki on mógł jej dać.   

– Obiecuję, że będę bardzo delikatny.   

Położyła  rękę  na  jego  ramieniu.  A  on  przytrzymał  ją  swoją.  Wkrótce  zostanie  jej 

kochankiem, pierwszym mężczyzną, na którego czekała tak długo.   

Emily  stała  przed  lustrem  w  swojej  sypialni.  Trzy  razy  już  się  przebierała,  rzucając  na 

krzesło rzeczy, które nie przypadły jej do gustu.   

– Wyglądasz naprawdę pięknie.   

Słowa  te  padły  z  ust  czarnowłosej  Dianę  Kerr,  jej  przyjaciółki  z  lat  szkolnych.  Rzecz 

jasna, Emily opowiedziała jej o Jamesie, zwierzyła się jej nawet z tego, że zamierza przespać 

się z nim dziś w nocy.   

Obejrzała  się  na  swoją  przyjaciółkę.  Dianę  siedziała  na  łóżku  i  z  tym  swoim  wielkim 

sterczącym  brzuchem  wyglądała  jak  czubata  kobiałka.  Była  w  siódmym  miesiącu  ciąży  i 

szczęście aż biło od niej niczym światło od trzystuwatowej żarówki. Wyszła za mąż za swego 

kolegę i mieszkała w pięknym domu nad rzeką.   

–  Myślisz,  że  ta  nie  jest  za  ciasna?  –  zapytała  Emily,  wciągnąwszy  obcisłą  bluzkę  o 

złotawym odcieniu.   

– Mężczyźni lubią takie. Nie mogę się doczekać, gdy wcisnę się w takie coś.   

– A co powiesz o spodniach? 

–  Dobrze  ci  w  tych  klasycznych,  beżowych.  Poza  tym  masz  do  nich  żakiet.  Wyglądasz 

seksownie w tym kostiumie.   

Emily upięła włosy i spryskała je lakierem.   

– Denerwuję się – przyznała.   

Dianę podała jej buty na trzycalowych obcasach.   

–  Odpręż  się  i  bądź  zadowolona.  Zaprosił  cię  na  kolację.  A  ty  przecież  lubisz  dobrze 

zjeść.   

– Nie w głowie mi teraz jedzenie – mówiła Emily. – Cały czas myślę o tym, co będziemy 

robić po kolacji, u niego w domu. Musisz go poznać. Nigdy nie przypuszczałam, że spodoba 

mi się facet z tatuażem i kolczykiem na brodawce. Mnie. Malej Emmy Chapman.   

– To istne szaleństwo – orzekła Dianę z zafrasowaną miną. Czy aby znasz go na tyle, by 

się na to zdecydować? 

Czy go zna? Nie, stwierdziła. W żadnym razie. James nigdy o sobie nie mówił, nigdy do 

niczego ze swej przeszłości nie nawiązywał.   

– Właśnie zamierzam go poznać – odparła.   

background image

–  Zaryzykuję  twierdzenie  –  mówiła  Dianę,  spoglądając  na  torbę,  do  której  Emily 

wkładała  przybory  toaletowe  i  zmianę  bielizny.  –  Ze  to  będzie  twój  największy  wyczyn  w 

ż

yciu.   

– Potrzebuję go, Di.   

– Wiem. Chętnie poczekam tu na jego przyjście.   

–  Innym  razem,  dobrze?  Nie  chciałabym,  żeby  pomyślał,  iż  specjalnie  zaprosiłam 

przyjaciółkę, by go oceniła.   

– Według mnie uznałby. to za całkiem rozsądny postępek. – Dianę wstała, oznajmiając: – 

W takim razie już mnie nie ma. – Pogłaskała się po brzuchu. – O której jutro odwiezie cię do 

domu? 

– Około wpół do siódmej.   

– Czy matka Stevena zawiezie Coreya do szkoły? 

– Tak. Obiecała.   

Rodzina Stevena poszła jej na rękę. Corey przenocuje u nich, a nazajutrz rano odwiozą go 

do szkoły.   

Emily odprowadziła przyjaciółkę do drzwi i wyszła z nią za próg.   

– Zadzwoń do mnie jutro – poprosiła Dianę.   

– Oczywiście.   

– I obiecaj, że opowiesz mi wszystko dokładnie. Z pikantnymi szczegółami.   

Emily roześmiała się.   

– Zwierzenia seksualne małej Emmy? 

– Otóż to. – Dianę usiadła za kierownicą swego żółtego combi i uścisnąwszy dłoń Emily, 

rzekła: – Baw się dobrze.   

– Postaram się – obiecała przyjaciółce.   

Wróciła do domu, przeniosła do salonu torbę z rzeczami i wtedy puściły jej nerwy. Czuła 

ucisk w żołądku, drżała, choć starała się zapanować nad sobą. Gotowa już była zrezygnować 

z tej kolacji, tylko nie wiedziała, jak to Jamesowi wytłumaczyć.   

Po dziesięciu minutach James pojawił się we własnej osobie. Wysoki, o ciemnej karnacji, 

porażająco  niebezpieczny.  W  czarnym  garniturze,  włosy  zaczesane  do  tyłu,  co  podkreślało 

jeszcze brązowy odcień jego twarzy.   

Wręczył jej różę na długiej łodyżce, o płatkach białych i czerwonych.   

–  Kwiaciarka  powiedziała  mi,  że  ten  gatunek  nosi  nazwę  „Ogień  i  lód”.  Zaintrygowało 

mnie to – ciągnął, stojąc w progu. – Zarówno barwa, jak i nazwa.   

Emily powąchała różę. Pachniała słodko, delikatnie.   

– Dzięki, James – rzekła.   

Już  po  raz  drugi  przyniósł  jej  kwiaty.  Lecz  tym  razem  ów  gest  wydał  jej  się  bardziej 

romantyczny.   

Chciałaby go pocałować, zarzucić mu ręce na szyję, dotknąć ustami jego warg, ale uznała 

w duchu, że nie powinna tak śmiało sobie poczynać.   

Nie teraz, kiedy jest tak spięta.   

– Jesteś gotowa? – zapytał. – Wzięłaś wszystkie potrzebne rzeczy? 

background image

Skinęła głowa i wskazała na wypełnioną po brzegi torbę.   

Sięgając po nią, mówił: 

– Cieszę się, Emily, że zostaniesz u mnie na noc.   

– Ja też – wyznała, a serce waliło jej jak szalone. Po chwili milczenia zapytał: 

– Jesteś głodna? 

– Tak – skłamała, marząc o tym, żeby minął jej ten ucisk w żołądku.   

– Świetnie się składa, bo ja też.   

Otoczył ją ramieniem, wyszli i ruszyli w stronę furgonetki.   

Westchnęła głęboko. Zaczęło się, pomyślała. Najpierw kolacja, a po kolacji seks.   

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 

James  uznał,  że  nie  za  dobrze  to  wszystko  się  układa.  Zamówił  stolik  w  najlepszej 

restauracji  w  mieście,  ale  mimo  nastrojowych  świec,  przytulnej  loży,  w  jakiej  ten  stolik  się 

mieścił, nie mogli jakoś nawiązać ze sobą kontaktu.   

Emily  grzebała  widelcem  w  talerzu  –  skubała  mięso  po  kawałeczku,  mieszała  sos  z 

kartoflami.   

– Nie smakuje ci? – zapytał – Smakuje, wszystko jest dobre – odrzekła unosząc oczy znad 

talerza. – A twój befsztyk? 

– Znakomity.   

Zjadł  już  połowę  i sporo  jarzyn,  czyli  dwa  razy  tyle  co  ona.  Sięgnął  po  piwo.  Domyślał 

się, że stan nerwów Emily wynika z układu, jaki zawarli. Jego też to nurtowało. Denerwował 

się, jak to wypadnie, bo przecież to będzie jej pierwszy raz.   

–  Czy  mówiłem  ci  już,  że  ładnie  wyglądasz?  –  zapytał.  Uśmiechnęła  się  i  obciągnęła 

bluzkę. Materiał przylegał do jej ciała, uwydatniając kształt piersi.   

– Nie wiedziałam, co na siebie włożyć. Trzy razy się przebierałam.   

Chciał  wstać  od  stolika  i  podejść  do  niej,  wyciszyć  jej  i  swoje  obawy,  ale  zamiast  tego 

rzekł: 

– Ja kupiłem to i owo z ubrania. Jak widzisz, też miałem tremę przed naszą randką.   

Oczy jej rozbłysły.   

– Kupiłeś? Z myślą o mnie? 

– Nie chciałem wyglądać przy tobie jak oferma.   

– Wyglądasz wspaniale, James. Zresztą tak jak zawsze.   

– Naprawdę? 

Dając folgę swym pragnieniom dotknięcia jej, wstał od stolika.   

– Co ty wyprawiasz? – zapytała, gdy wcisnął się na ławkę obok niej.   

– Siadam przy tobie.   

– Tu nie ma miejsca dla dwóch osób.   

– Spróbujemy. – Przycisnął się do niej, a ona roześmiała się, co rozładowało atmosferę. – 

Ja zjem trochę z twojego talerza, ty z mojego, dobrze? 

Oparła się o ścianę, by móc lepiej go widzieć. Nogi im się pod stolikiem splątały.   

– Mój befsztyk nie będzie ci smakował – rzekła.   

– Niby dlaczego? 

– Bo mój jest wysmażony, a twój półsurowy.   

– Zobaczymy.   

A  ona  wciąż  wpatrywała  się  w  niego.  Rozjarzonymi  oczyma.  Z  dziewczęcym  niemal 

zachwytem. James wziął sztućce i zabrał się za jej befsztyk. Żuł potem mięso dłuższy czas i 

popijał je piwem.   

– Można wytrzymać – powiedział. – Tylko trochę twardy. Teraz ty spróbuj mego.   

– Ani mi się śni. Nie jadam surowizny, a twoja krowa jeszcze ryczy.   

background image

Zachichotał.   

– Dziewczyno, nie bądź taka zasadnicza. Zdobądź się na szaleństwo! 

–  Szaleństwo?  –  Przymknęła  powieki  niczym  primabalerina  czekająca  na  oklaski.  – 

Przecież wiesz, że ja wciąż jestem trochę niedosmażoną dziewicą.   

Roześmiał się i pochylił ku niej nad stolikiem.   

– Czy aby masz pewność, że chcesz, abym cię tego dziewictwa pozbawił? 

– O Boże! – mruknęła pod nosem.   

Wachlowała się serwetką, udając, że to jego pytanie wstrząsnęło nią do  głębi. Po chwili 

spojrzeli  na  siebie  i  oboje  wybuchnęli  śmiechem,  szczerze  ubawieni  własną  grą,  tym  niby 

flirtem, co świadczyło niezbicie, że cechowało ich podobne poczucie humoru.   

I raptem Emily zaskoczyła go całkiem poważnym pytaniem: 

– Dlaczego tu się sprowadziłeś? 

– Słucham? 

–  Dlaczego  osiedliłeś  się  w  Silver  Wolf?  Czemu  wybrałeś  to  małe  miasteczko  w  stanie 

Idaho? 

Wziął  kartofel  do  ust,  co  dało  mu  czas  na  zastanowienie  się  nad  odpowiedzią, 

spreparowanie  takiego  kłamstwa,  które  pokrywałoby  się  w  pewnej  mierze  z  tą  prawdą,  jaką 

inspektor dla niego wymyślił.   

–  Mam  żyłkę  włóczęgi  –  powiedział.  –  Niespokojny  ze  mnie  duch.  Lubię  zmieniać 

miejsce pobytu. A mój przyjaciel doradził mi tę właśnie okolicę.   

– Mówisz o tym mężczyźnie, który przyjechał tu z tobą? 

Pełen poczucia winy wziął drugi kartofel z talerza Emily, oferując jej w zamian krewetkę.   

– Tak – odparł. Ktoś jej musiał powiedzieć, myślał, że nie przyjechał tu sam. – Nazywa 

się Zack. – Zack Ryder, dodał w myślach, przywołując w pamięci obraz przydzielonego mu 

przez sąd funkcjonariusza policji. – To jedyny człowiek, którego znałem w tych stronach. Ale 

on mieszka w mieście.   

– Od dawna go znasz? 

James napił się piwa, nakazując sobie ostrożność.   

– Sporo czasu.   

– A gdzie się poznaliście? 

– Na zgromadzeniu Indian.   

To już było wierutne kłamstwo.   

Oficer  z  Programu  Ochrony  Świadków  wybrał  Zacka  Rydera  na  jego  inspektora  z  tej 

przyczyny,  że  obaj  byli  mieszańcami.  Z  tego  względu  ich  przebywanie  razem  było  czymś 

całkiem  naturalnym  i  nie  budziło  niczyich  podejrzeń.  Gliniarz  i  kryminalista.  Dwaj 

mężczyźni, których poza tubylczym pochodzeniem nic kompletnie nie łączyło.   

– Dianę Kerr to moja najlepsza przyjaciółka – rzekła Emily popijając wodę. – Nigdy nie 

rozstawałyśmy się na dłużej.   

James, rad, że zmieniła temat, odetchnął z ulgą.   

– Ma dziewczyna szczęście – powiedział.   

– Tak samo jak ja. Nie wiem, co bym bez niej robiła.   

background image

– Dobrze jest mieć przyjaciół – stwierdził czując dojmujący ból samotności.   

– To prawda. – Spróbowała ryżu z jego talerza. – Dlatego cieszę się, James, że myśmy się 

spotkali.   

Spojrzał jej w oczy, i żal ścisnął mu serce.  Nie cierpiał siebie za to, że kłamie, że udaje 

uczciwego człowieka, kogoś godnego jej uczuć, jej zaufania. Nie powinien był o nią zabiegać, 

ale już jest za późno. Za bardzo jej potrzebował, zbyt jej pragnął, by pozwolić jej odejść.   

Ona czuła podobnie. Przynajmniej na razie.   

– Będzie deser? – zapytała.   

Drgnął. Dostrzegł błysk w jej oczach, refleks światła świecy.   

– A masz ochotę? 

– Owszem.   

Skinęła  na  kelnerkę  pchającą  do  innego  stolika  wózek  pełen  ciastek  i  kremów 

różnorakich.   

– Czego oni tu nie mają – rzekła Emily.   

James obserwował wyraz jej twarzy. Jak na kogoś, kto tak grymasił przy jedzeniu mięsa, 

przejawiała niesamowite łakomstwo.   

– Co wybierasz? – zapytał. – Jaki deser najbardziej lubisz? 

– Wszystkie. – Przechyliła się, by zajrzeć do wózka. – Nigdy nie mogę się zdecydować.   

Jaka ona jest dziecinna, myślał. I on ma tę jej naiwną dziecięcość odebrać? 

On nie jest jej godzien – co do tego nie miał wątpliwości. Ale dziś wieczór nic nie było 

ważne. Nie będzie się czuł winny. Nie może tak być, by jego przeszłość zburzyła tę chwilę, tę 

wielką chwilę.   

Nawet jeśli to będzie tylko chwila.   

James  otworzył  drzwi.  Emily,  niosąc  pudło  ze  słodyczami,  weszła  do  środka.  W 

restauracji zjedli deser,  dzieląc się porcjami, lecz on postanowił kupić jeszcze coś słodkiego 

do  domu,  aby  wyjść  naprzeciw  wszelkim  czekolado-kremowo-karmelowym  zachciankom 

swego gościa.   

Zapalił światło, spojrzał na nią: na jej twarzy malował się ów poprzedni niepokój.   

–  Mogę  włożyć  słodycze  do  lodówki?  –  zapytała  –  Jasne,  a  ja  tymczasem  wezmę  twoją 

torbę do pokoju – rzekł.   

Włożyła słodycze do lodówki, stała chwilę, po czym nabrała powietrza w płuca i ruszyła 

w stronę sypialni.   

Jego sypialni. Jamesa Daltona. Jej przyszłego kochanka.   

James siedział na łóżku i zdejmował buty. Jej torba leżała obok, jeszcze nie rozpakowana.   

Spojrzał na Emily z uśmiechem.   

– Chcę czuć się po domowemu – powiedział. Czy ona też ma zdjąć . buty? 

James wstał, odpiął pas, rozpiął koszulę, a jej serce waliło jak szalone.   

– W komodzie jest wolna szuflada – oznajmił.   

Emily czuła się trochę jak młoda mężatka w czasie podróży poślubnej. Grzesznej podróży 

poślubnej,  bo  wciąż  mało  zna  swego  partnera.  W  końcu  zapanowała  jakoś  nad  nerwami  i 

ułożyła  swoje  rzeczy  w  szufladzie.  Za  plecami  czuła  obecność  Jamesa,  jego  niecierpliwość, 

background image

jego oczekiwanie.   

– Ładna – powiedział.   

Spojrzała na jedwabną koszulę nocną, którą właśnie trzymała w ręku, i obejrzała się.   

– Koszula? – zapytała.   

– Tak.   

Kolana  się  pod  nią  ugięły,  gdy  spojrzała  na  jego  tors  w  pełnej  krasie,  pępek  i  kępkę 

włosów przykrytych częściowo spodenkami.   

–  Chciałabym  skorzystać  z  łazienki  –  powiedziała.  Nie  mogła  przebrać  się  na  jego 

oczach, jeszcze nie teraz, nie w takiej sytuacji.   

Wskazał drzwi za swoimi plecami. Sięgnęła po kosmetyczkę.   

– Na jedną noc – mruknęła, przechodząc obok niego.   

– Obawiam się, że na więcej nocy – rzucił od niechcenia.   

– Jak to? 

– Chciałbym, żebyś trochę tu ze mną pobyła.   

– Ja też bym chciała – rzekła, z trudem dobywając głos.   

– No to nie ma sprawy – powiedział.   

– Zaraz będę gotowa – oznajmiła.   

– Czekam cierpliwie – odparł.   

Przywołała się do porządku, robiąc parę wdechów i wydechów. Po czym wzięła prysznic 

i  wśliznęła  się  w  tę  swoją  jedwabną  szmaragdową  koszulę  nocną,  spryskała  się  sprayem  o 

zapachu kwiatów polnych.   

Ostatnie  spojrzenie  do  lustra,  spojrzenie  typu:  „co  ja  wyprawiam”  i  zebrawszy  się  na 

odwagę, wyszła z łazienki. James wciąż miał na sobie spodenki i tę rozpiętą koszulę.   

–  Łazienka  wolna  –  rzekła,  mając  nadzieję,  że  to  jej  skrępowanie  nie  odbija  się  na  jej 

twarzy.   

–  Ja  chcę  tylko  ciebie.  –  Podszedł  do  niej  i  stanął  tuż,  tuż.  –  Jesteś  taka  piękna, 

niewiarygodnie piękna – powiedział.   

– Dziękuję. – Zwilżyła wargi, bo nagle zaschło jej w ustach.   

Dotknął jej ramienia, sięgnął pod falbanę nocnej koszuli.   

– Nie denerwuj się, Emily – powiedział.   

– Ja się nie denerwuję. No, może trochę.   

Wziął ją w ramiona, a ona przywarła do niego z całych sił. Tak objęci stali dłuższy czas.   

Pocałował ją, a ona poddała się temu uczuciu szczęścia, gdy jego język rozwierał jej usta, 

gdy  zmagał  się  z  jej  językiem.  James  był  silny  i  miał  prężne,  twarde  muskuły;  czuła  tę 

twardość  i  coś  dziwnego  zaczęło  się  z  nią  dziać.  Jakiś  potężny  żywioł  niczym  fala  morska 

ogarnął ją, odebrał jej oddech. Wyobraziła sobie, że zdziera z niego ubranie, szarpie palcami 

jego gorące ciało.   

– Chcę cię rozebrać... – szepnęła.   

–  Rozbierzemy  się  wzajemnie.  –  Pociągnął  ją  na  łóżko.  –  Najpierw  ja  ciebie,  potem  ty 

mnie.   

Ona chciała być pierwszą. Ale działała powoli, z namysłem. Układała na podłodze części 

background image

jego garderoby, w kostkę, porządnie, na końcu spodenki i koszulę.   

Pocałowała go, namiętnie, aż z jego ust wydobył się jęk.   

Na piersi miał liczne blizny po dawnych ranach; pomyślała, że to efekt chłopięcych bójek 

młodzieńczych  walk  do  upadłego,  dowód  jego  nieposkromionej  dzikości.  Przypominał  jej 

panterę, wielkiego czarnego kota, który nie zdaje sobie sprawy z własnej siły.   

Wodziła palcami po jego brodawce, gdy on nagle zesztywniał, jakby prąd go poraził.   

Odchyliła głowę i spojrzała nań.   

– Czy to takie bolesne miejsce? – zapytała.   

– Nie tyle bolesne... bardzo lubię, gdy mnie tam dotykasz.   

– Jesteś stuknięty, Jamesie Dalton.   

Uśmiechnął  się  i  podskoczył  jak  prawdziwy  kot.  W  mgnieniu  oka  miała  go  nad  sobą. 

Pieścił ustami jej ucho.   

– Obserwowałem cię w  restauracji – mówił – jak zlizywałaś z łyżeczki resztki kremu. – 

Przesunął  rękami  wzdłuż  jej  bioder,  pośladków.  –  Ja  chciałbym  cię  tak  wylizać,  całe  twoje 

ciało.   

Poczuła przypływ dziewiczego lęku. Policzki jej pałały.   

– Czy ktoś już cię tak całował? 

– Nie. – Zamilkła, chciała na sobą zapanować, przemówić sobie do rozsądku, że przecież 

nie  powinna  się  wstydzić,  a  tym  bardziej  wpadać  w  panikę.  –  Ale  ja...  Tak.  Całowałam 

mojego chłopaka, kolegę ze szkoły średniej. – Było to w samochodzie, myślała, przywołując 

w pamięci tę scenę, po meczu piłki nożnej. – Zaparkowaliśmy nad rzeką – ciągnęła – no i jak 

to smarkacze, udawaliśmy parę zakochanych.   

Przez chwilę przyglądał się bacznie jej ustom.   

–  Słodka,  niewinna  Emily  –  rzekł.  Nie  wiedzieć  czemu  to  jej  wyznanie  jeszcze  bardziej 

go podnieciło. – Na każdym kroku mnie zadziwiasz.   

–  Raz  się  zdarzyło  i  koniec.  –  Zaspokojenie  młodzieńczej  ciekawości,  stwierdziła  w 

myślach. – I koniec – powtórzyła.   

– Nie dasz się więcej nabrać, to masz na myśli. Roześmieli się oboje.   

– Aż nie do wiary, że ci o tym opowiadam.   

– Bardzo dobrze – stwierdził, przytulając ją mocno. Nie wyobrażała sobie, że może być 

aż  tak  wspaniale,  nie  marzyła  nawet  o  aż  takim  cudzie,  że  jej  ciało  tak  idealnie  będzie 

pasować do ciała Jamesa.   

Zamknęła oczy, a on szepnął jej do ucha: 

– Pozwól mi dać ci szczęście.   

Uchyliła powieki. Włosy opadły mu na czoło, a światło lampy stojącej nieopodal rzucało 

złote cienie na jego twarz. Jakżeby mogła mu odmówić? 

Torował sobie ustami drogę po jej ciele, całując i pieszcząc każdy jego cal. Ona czuła się 

cudownie, ale chciała więcej, tyle, na ile było go stać, tyle, ile ona mogłaby wytrzymać.   

Drżała  porażona  jego  mocą,  wielkością  jego  pożądania,  drżała  ze  wzbierającej  w  niej 

radości życia. Uniosła biodra, aby być jeszcze bliżej niego. Blisko. Najbliżej. Jak najbliżej.   

Gdy dopadł ją orgazm, gdy przewaliły się przez nią fale rozkoszy, opadła bezwładnie na 

background image

łóżko, bezbronna, osłabła nagle.   

A  on  wsparł  się  na  łokciu  i  obserwował  ją.  Oczy  miała  zamknięte,  zarumienioną  twarz, 

włosy w nieładzie.   

Poruszył się i czekał na jej odzew.   

Otworzyła  w  końcu  oczy  i  spojrzała  na  niego  zamglonym  wzrokiem,  jakby  niczego  nie 

widząc.   

Seksualne delirium, pomyślał. I bardzo jej z tym do twarzy.   

Skłonił głowę, by ją pocałować, by jeszcze bardziej poczuć jej bliskość. Wygięła się, jak 

gdyby podając mu siebie. Jęknął i zerwał z siebie spodenki, po czym rzucił je na podłogę.   

– Jesteś gotowa? – zapytał.   

Wtuliła się w niego, gorąca, pełna ufności.   

– Tak – odparła.   

– Nie chciałbym sprawić ci bólu. – Wiedział, że sprawi.   

Niech to szlag! – Za pierwszym razem zawsze trochę boli – skonstatował.   

– Wiem, ale to nie ma znaczenia.   

– Owszem, ma.   

Pragnął  obdarzyć  ją  bajkowym  przeżyciem,  na  jakie  zasługiwała.  Ale  nie  wiedział  jak. 

Nie znał jej jeszcze. Wędrował więc dłonią po jej ciele, szukał. Była tak krucha, tak delikatna.   

– Pragniesz mnie, James? 

– Nigdy nikogo tak nie pragnąłem.   

– No to weź mnie. – Całowała go w usta, w szyję. – Weź to, czego pragniesz.   

Zatracił  się.  Kompletnie  się  zatracił.  Jakiś  potężny  ładunek  wybuchł  w  nim.  Czuł  jej 

pasję,  widział  błysk  pożądania  w  jej  oczach.  Upajał  się  świadomością,  że  oto  trzyma  w 

ramionach kobietę, którą niebawem posiądzie.   

Stał się raptem całkiem innym, porządnym, statecznym człowiekiem. I wolał uwierzyć w 

te kłamstwa, jakimi raczył Emily. Bo dzięki temu wydarzy się cud i zostanie jej kochankiem.   

Obserwował  jej  oczekiwanie,  widział  je  w  jej  oczach,  słyszał  w  urywanym  oddechu. 

Starał się działać jak najdelikatniej, ale wiedział, że sprawił jej ból.   

– Wybacz – szepnął.   

– Nie przerywaj...   

– Nie...   

Nie mógłby, pomyślał. Za dobrze mu było. Cudownie.   

Wyprężyła się, przygryzła dolną wargę. A on kochał się z nią czule i zapewniał szeptem, 

ż

e następnym razem nie będzie bolało.   

Chwycił jej spojrzenie i wyczytał z jej oczu, że ból ustąpił miejsca zachwytowi, wielkiej 

radości. Przywarła do jego piersi, a całe jej ciało przeniknął dreszcz rozkoszy.   

Uśmiechając się, z błyskiem w tych swoich zielonych oczach, rzekła: 

– Wiesz, zaczyna mi się to podobać – Naprawdę? – zapytał żartobliwie.   

Był  wzruszony,  szczęśliwy,  pełen  zachwytu  dla  jej  prężnego  ciała,  ciepła,  jakie  płynęło 

od niej. Jemu też zaczęło się to cholernie podobać.   

Poruszyła się pod nim, on zaś chwycił rytm. I tańczyli oboje, w takt melodii, którą tylko 

background image

oni słyszeli.   

Ta dziewczyna dała mu szczęście, do którego tak bardzo tęsknił.   

I nie zamierzał nikomu go oddawać.   

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 

Emily obudziła się o świcie. Gdy niebo szykuje się na przyjęcie słońca. Kiedy zamglone 

ś

wiatło brzasku przenika przez firanki, rzucając na pokój dziwne pastelowe cienie.   

Całą  noc  przespała  wtulona  w  Jamesa.  Czuła  jego  oddech  na  swoich  włosach.  Szorstki, 

trochę chrapliwy.   

Pomyślała,  że  pewno  pali  papierosy.  Wciąż  poznawała  go.  Poznawała  również  siebie. 

Fakt,  że  rano  obudziła  się  naga,  obok  mężczyzny,  nie  ulegał  kwestii  i  był  doprawdy 

szokujący.   

James  mamrotał  coś  w  półśnie,  zanurzał  twarz  w  jej  włosach.  Wiedziała,  że  lubi  ich 

miodowy kolor. Powiedział jej to już pierwszego dnia.   

– Śpisz jeszcze? – zapytała.   

– Uhm.   

– Chyba jednak się obudziłeś – rzekła kryjąc twarz w poduszce.   

– Pół na pół. A ty jak spałaś? 

– Jak kamień.   

Obróciła się w jego ramionach. Chciała go widzieć, spojrzeć na mężczyznę, z którym się 

kochała.  Dziwne,  ale  zmrużył  oczy  w  tym  mglistym  świetle  poranka.  Brodę  znaczyła  mu 

szczecina,  włosy  z  jednej  strony  przylegały  mu  do  głowy,  z  drugiej  sterczały  śmiesznie. 

Fantastyczny facet, orzekła w duchu Emily.   

– Muszę wstać – powiedział.   

Na  golasa  poszedł  do  toalety.  Czy  on  nigdy  z  nikim  nie  mieszkał,  zastanowiła  się.  Nie, 

mieszkał. Z tą tajemniczą blondynką, do której ona, Emily, była rzekomo podobna, łączyły go 

zapewne nie tylko igraszki w łóżku. Kochał tamtą dziewczynę. Nie krył się z tym.   

Usiadła,  zmarszczyła  czoło,  na  jej  twarzy  malował  się  niepokój.  Czy  byłby  to  wielki 

nietakt  z  jej  strony,  gdyby  zapytała  go  o  jego  poprzednią  kochankę?  Czy  wygłupiłaby  się, 

pytając go o to? 

– Coś nie tak? 

Pytanie  padło  jakby  znikąd.  Otrząsnęła  się  z  zadumy  i  stwierdziła  z  niejakim 

zdziwieniem, że tuli do twarzy jego poduszkę.   

– Nie, wszystko w porządku.   

– Masz smutną minę. Starała się uśmiechnąć.   

– Zdaje ci się. Wstajemy czy śpimy dalej? Spojrzał na zegarek i ruszył ku niej. Wysoki, 

brązowy, nagi.   

– To drugie – odparł.   

Położył się za nią, w poprzedniej pozycji, otulając ją swoim ciałem. A ona poczuła się jak 

w  niebie.  Nic  się  nie  liczyło.  Była  szczęśliwa,  bezpieczna  w  jego  ramionach.  Chciała  się 

odwrócić i spojrzeć na niego, ale powstrzymał ją.   

– Nie ruszaj się, maleńka.   

Pieścił  jej  uda,  sięgał  wyżej,  delikatnie,  wzmagając  jej  pożądanie,  oczekiwanie  cudu. 

background image

Szeptał jej do ucha jakieś słowa, pełne namiętności, pełne erotyzmu.   

Była  już  prawie  u  szczytu.  Oczy  jej  zaszły  mgłą,  myśli  się  rozpierzchały.  Chwycił  ją  za 

biodra, przegięła się, a wtedy on w nią wszedł, wdarł się w nią. Uniosła głowę i usta ich się 

spotkały, splątały języki.   

Orgazm  wybuchł  w  niej  całą  barwą  kolorów.  Złoto,  srebro,  czerwień.  Jego  ramiona 

oplatały  ją  niczym  wąż  swoją  ofiarę,  a  ona  poddawała  się  temu  mężczyźnie,  który  otworzył 

przed nią bramy raju.   

Gdy z jego  gardła wyrwał się jęk, wiedziała, że zasiał w niej ziarno, że uwolnił lędźwie 

od nadmiaru życiodajnego eliksiru.   

Gdy już oboje mogli chwycić

 – 

powietrze, on szepnął: 

– Wybacz.   

–  Nie  mam  czego  wybaczać  –  powiedziała,  odgarniając  zmiętoszone  prześcieradło.  – 

Powtarzamy? 

– Teraz zaraz? – zapytał nieco spłoszony.   

–  Teraz  zaraz  –  odparła  i  oboje  wybuchli  śmiechem.  Ledwo  mogli  unieść  głowy  z 

poduszki.   

Wtedy właśnie zadzwonił budzik. James zaklął i wyłączył go.   

–  Aż  nie  do  wiary,  że  już  pora  wstawać  –  rzekł.  Popatrzyła  na  leżącego  obok  nagiego 

mężczyznę. Opuściła nieco wzrok i stwierdziła niedwuznacznie: 

– Ty już wstałeś.   

– Dowcipna z ciebie dziewczynka.   

A z ciebie niegrzeczny chłopak, pomyślała na wspomnienie tego, co w chwili uniesienia 

szeptał jej na ucho.   

– Zjesz śniadanie? – zapytał.   

– A zrobisz? 

– Masz na myśli gotowanie? O tej porze? Teraz to wystarczy kawa ze śmietanką, jakieś 

herbatniki  albo  coś  z  tych  cholernych  rzeczy,  jak  je  tam  zwą,  które  wczoraj  wieczór 

kupiliśmy.   

Uśmiechnęła się.   

– Całkiem nieźle to brzmi – orzekła.   

Zaparzył  cały  dzbanek  kawy,  usiedli  na  łóżku,  pili  tę  kawę,  jedli  batoniki,  śmieli  się, 

wygłupiali. Emily nie pamięta, kiedy ostatnio tak się śmiała. I czuła się tak wyśmienicie.   

Dziś nie była chora na raka. Była po prostu dziewczyną Jamesa Daltona.   

– Kiedy się zobaczymy? – zapytał.   

Zlizywała czekoladę z palców i myślała o jego pocałunkach.   

– Kiedy tylko zechcesz – odparła.   

– Trzymam cię za słowo.   

 

W niedzielę rano Emily toczyła walkę z bratem. Mały popatrywał na Jamesa, ale on stał z 

boku,  wolał  się  nie  wtrącać.  Zaprosił  Coreya  do  Stajen  Tandy,  obiecując  mu,  że  na  jeden 

dzień  zamieni  się  w  kowboja.  Nim  jednak  wyszli  z  domu,  zaczęła  się  awantura.  Emily  była 

background image

ledwo żywa. Kuchnia zamieniła się w pole bitwy.   

– ' Nie chcę tego! – wykrzykiwał Corey – To śmierdzi! 

– Nie śmierdzi! – Usiłowała posmarować mu twarz kremem ochronnym, a on bronił się 

rękami i nogami. – Bo inaczej nie ruszysz się z domu! 

– Przecież nie będę się kąpał! 

– Nieważne. Cały dzień spędzisz na słońcu.   

– Głupoty opowiadasz! – krzyknął chłopak, chwytając się stołu oboma rękami.   

Emily nie była jego matką i Corey wykorzystywał to. Matki musiałby słuchać, a siostra to 

całkiem co innego.   

– Żadne głupoty – powiedział James porzucając dotychczasową neutralność. – Promienie 

słońca są szkodliwe. Ludzie od nich chorują.   

– Ja nie! – odparował mały.   

– Emily zachorowała i idzie na operację – argumentował. – Słońce jej zaszkodziło. A ty 

jesteś jej bratem. Macie te same geny.   

– Ja nie noszę jej dżinsów.   

–  Mówię  o  genach,  nie  o  dżinsach.  –  mówił  James  z  uśmiechem.  –  Oboje  macie  jasną 

skórę,  wrażliwą  na  promienie  słoneczne.  Emily  chce  posmarować  cię  kremem  chroniącym 

przed tymi szkodliwymi promieniami.   

Emily  pilnie  obserwowała  swego  kochanka,  wsłuchiwała  się  w  jego  głos,  w  którym  nie 

wyczuwała  żadnej  fałszywej  nutki.  Od  owej  spędzonej  z  nim  nocy  minęło  dwa  dni.  Była  to 

pora ukradkowych pocałunków, uciekania przed pytającymi spojrzeniami Coreya.   

W  końcu  mogłaby  powiedzieć  bratu,  że  spotyka  się  z  Jamesem,  ale  nie  była  jeszcze 

gotowa do takiego wyznania. Tak jak nie była gotowa do związku z mężczyzną, który nie był 

jej mężem.   

–  Tylko  dziewczyny  się  smarują  –  upierał  się  chłopiec.  Nie  chciał  posłuchać  nawet 

Jamesa, który od razu zyskał jego względy.   

–  Nawet  pachnie  to  po  dziewczyńskiemu  –  dodał.  James  wziął  pojemnik  z  kremem  i 

powąchał  go.  A  Emily  nie  spuszczała  zeń  wzroku  i  aż  serce  w  niej  tajało.  Od  tej  miłosnej 

nocy  James  ani  słowem  nie  wspomniał  o  raku,  ale  on  wciąż  był,  tkwił  między  nimi.  I  dziś 

właśnie dał o sobie znać.   

– Moim zdaniem pachnie całkiem ładnie – powiedział James.   

– To ty się nim posmaruj – odparował Corey.   

– Czemu nie.   

James zawinął rękawy i najpierw nałożył krem na twarz, potem na ręce aż po łokcie.   

Corey wyprostował ramiona, usiłując jak gdyby podkreślić tę swoją chłopięcą godność.   

– Daj mi to świństwo. – Zmierzył siostrę ponurym spojrzeniem. – Sam się posmaruję.   

Nałożył  grubą  warstwę  kremu  na  twarz  i  ramiona.  Chłopak  potrzebuje  silnej  ręki 

mężczyzny, pomyślała Emily. Ojcowskiego autorytetu.   

– Włóż buty – powiedziała. – Nie pójdziesz w sandałach do stajen.   

– Mam ręce całe w kremie.   

– To umyj ręce.   

background image

– Zawracanie głowy! – prychnął chłopiec.   

Emily  podeszła  do  brata.  Uklękła  teraz  przy  nim  i  unosząc  dłonią  jego  podbródek, 

spojrzała mu w oczy. – Ja muszę uważać na słońce i ty też – powiedziała.   

– A James? – zapytał.   

– James również – potwierdziła, choć wiedziała dobrze, że jemu słońce nie zaszkodzi.   

Kryzys  został  na  razie  zażegnany,  Corey  umył  ręce,  pozostawała  jeszcze  sprawa  butów. 

Tymczasem mały jednym susem wybiegł z holu.   

Po chwili milczenia James, zakręcając słoik z kremem, powiedział: 

– Głupio mu teraz.   

– Wiem.   

Emily zajrzała do kuchni, która nie była kuchnią z jej dzieciństwa. To nie był jej rodzinny 

dom. Tamten sprzedała, bo za bardzo przypominał jej rodziców i to, co tam przeżyła.   

– Wyglądasz kiepsko – powiedział James.   

– Czuję się dobrze. Tylko niepotrzebnie się zdenerwowałam.   

– Za pięć dni masz operację.   

Obracała  w  palcach  pasmo  włosów.  Była  wyraźnie  skrępowana  tym  tematem.  Mimo  to 

zapytała Jamesa: 

– Chcesz tam być? 

– A ty chcesz, żebym tam był? 

Tak, myślała przeklinając własną słabość. Chciała, żeby zawiózł ją do szpitala, aby był w 

pobliżu – czułaby się znacznie bezpieczniej.   

– Nieważne. Nie będziesz mi potrzebny.   

– My potrzebujemy się nawzajem, Emily.   

–  Czyżby?  –  Czuła,  że  puls  jej  się  rozszalał.  Zacisnęła  dłoń,  bo  bała  się,  że  James 

zauważy drżenie jej palców. – Nie tylko w łóżku? 

Miał czelność uśmiechnąć się, pomyślała.   

– Nie wiem – odparł. – Kochaliśmy się zaledwie raz.   

– Dwa razy – poprawiła go, a on się roześmiał. O Boże, myślała, albo prześladuje ją tym 

swoim wzrokiem, albo kpi sobie z niej. – Sądziłam – ciągnęła – że dziś wieczór pozwolę ci 

zakraść się do mojego pokoju, ale...   

– Co „ale”? 

– Zmieniłam zdanie.   

– Czyżby? 

Chwycił ją, przytulił mocno, a jej serce podeszło do gardła.   

Pozwoliła mu zakraść się do swego pokoju.   

 

Sierp  księżyca  świecił  na  niebie,  szumiały  liście  poruszane  lekkim  wiatrem. James,  idąc 

przez  podwórko  Emily,  nabrał  w  płuca  haust  świeżego  powietrza.  Nie  był  ubrany  po 

kowbojsku. Miał na sobie ciemny sweter, czarne spodnie i miękkie półbuty. Tak jak dawnymi 

czasy, za młodzieńczych lat.   

Podszedł  do  jej  okna  i  stanął  obok.  Świerszcze  cykały,  ale  on  nie  zwracał  uwagi  na  te 

background image

dźwięki. Przywykł do odgłosów nocnych stworzeń; był jednym z nich.   

Zamknął oczy, wyprężył się, poczuł się trochę jak włamywacz.   

Dreszcz emocji? Otworzył oczy i zaklął pod nosem. Co on wyprawia, do cholery?! 

Zachowuje  się  jak  złodziej.  Przeczesał  dłonią  włosy  i  znów  rzucił  przekleństwo,  tym 

razem mocniejsze.   

W sypialni Emily nie miał co szukać łupów.   

Chyba że za łup uznałby serce.   

Czy on oszalał? Stracił resztki zdrowego rozsądku? Po co mu jej serce? James Dalton nie 

istniał. Był iluzją, wytworem czyjegoś umysłu. Jeśli Emily zakochała się w nim, to zakochała 

się w kimś stworzonym przez urząd, nie w realnym człowieku z krwi i kości.   

Po co więc on tu tkwi? Niech sobie stąd idzie, zamiast zakradać się do jej sypialni, włazić 

jej do łóżka! 

Ale  to  była  jej  inicjatywa,  uświadomił  sobie.  Żadne  zatem  zakradanie  się,  włamywanie! 

Powiedziała nawet, że okno zostawi uchylone.   

Dlaczego więc czuł się tak, jakby miał popełnić  przestępstwo? Ponieważ mógłby dostać 

się  do  jej  domu  bez  zaproszenia.  Miał  za  sobą  lata  doświadczeń  z  włamywaniem  się  do 

ludzkich domów i zabieraniem tego, na co miał ochotę.   

Biżuteria, gotówka, dzieła sztuki.   

Ta sprawa przedstawiała się całkiem inaczej. Nie musiał rozbrajać systemu alarmowego, 

niszczyć monitorów, pozbywać się psów – żadnych przeszkód na drodze do celu.   

Wystarczyło otworzyć szerzej okno. Dziecinnie proste.   

Lecz  on  nie  był  dzieckiem.  Dorosły  mężczyzna  pragnący  bliskości  kobiety,  pragnący 

dotknąć jej, dotknąć jej nagiego ciała.   

Ręce  przestępcy,  myślał.  Znane  policji  odciski  palców.  Tak,  wiedział,  kim  jest.  Umiał 

rozkwaszać  innym  gęby  i  nieobcy  był  mu  smak  własnej  krwi.  Iloraz  inteligencji  wysoki, 

chlubił się tym – i szybko zdobył w mafii kwalifikacje mordercy.   

A teraz tutaj usiłował być kimś innym? 

Co  on  miał  do  wyboru?  Gdyby  nie  funkcjonariusz  z  Programu  Ochrony  Świadków, 

musiałby kryć się przed mafią na własną rękę. Albo leżeć gdzieś w rowie z kulką w sercu.   

Czy to zresztą ważne? Nie miał dla kogo żyć. Jego żona zmarła i nigdy już nie zobaczy 

ani swojej siostry, ani swego syna. Syn nawet go już nie pamięta. Pustka. Nie ma nikogo na 

ssiecie. Nikogo.   

Oprócz Emily.   

Serce mu waliło, gdy otwierał okno, wchodził do środka niczym przestępca, jakim ongiś 

był.   

W pokoju unosił się zapach dwóch dopalających się świeczek. Zapowiedź miłosnej nocy. 

W głowie mu się zakręciło.   

Stanął  w  progu  –  na  podłogę  padał  cień  jego  zwalistej  sylwetki.  Emily  nie  słyszała,  jak 

wchodził. A on widział ją skuloną na łóżku, czekającą na niego.   

Przyszedł  wcześniej.  Nie  mógł  się  doczekać.  Bo  pragnął  jej  coraz  bardziej  i  musiał  ją 

zobaczyć.   

background image

Jak wojownik ze swojego, plemienia przebiegł przez pokój, chwycił ją w objęcia i zaczął 

całować,  zanim  zdołała  wydobyć  z  siebie  głos.  Puścił  ją.  Patrzyła  na  niego  szeroko 

rozwartymi oczami, z trudem chwytając oddech.   

–  James,  o  Boże,  James!  Jak  ty  tu  wszedłeś?  Poczuł,  jak  krew  uderza  mu  do  głowy.  Jej 

koszulka nocna była wielkości znaczka pocztowego.   

– Zostawiłaś uchylone okno.   

– Nic nie słyszałam. I nagle... Ty...   

– Pocałowałem cię. Całowałem cię już przecież.   

–  Nie  tak  jak  teraz.  –  Westchnęła  z  głębi  serca.  –  To  twoje  pojawienie  się  graniczyło  z 

cudem.   

Nie, pomyślał. To była profesjonalna robota złodzieja. Chciał rozwiązać tasiemkę przy jej 

koszuli. Węzeł stawiał opór. Szarpnął. Puściło.   

Obserwowała  go,  światło  świeczek  odbijało  się  w  jej  oczach.  Uniósł  połę  jej  koszulki. 

Gołe ciało.   

– A majteczki? – zapytał.   

– Widocznie zapomniałam – rzekła.   

Oboje oszaleli. To, co siedziało, przekraczało nawet jego wyobraźnię. On podarł na niej 

tę  jej  pajęczynową  koszulkę,  ona  szarpnęła  za  zamek  błyskawiczny  jego  spodni.  On  zrzucił 

huty,  ona  ściągnęła  mu  koszulę  przez  głowę  i  przywarła  ustami  do  kółka  otaczającego  jego 

brodawkę.   

Nie mogli wydawać okrzyków rozkoszy, dusili je w sobie; w pokoju obok spał Corey.   

Emily przesunęła się, pochyliła  głowę.  A jemu się wydawało, że umiera,  że lada chwila 

umrze.   

Jest niebezpieczna, majaczyło mu w myślach. Wspaniała, słodka, niewinnie groźna.   

– To, co wyrabiasz ze mną, powinno być zakazane – powiedział.   

– Mam pewne doświadczenie w tej dziedzinie, mówiłam ci.   

–  Powinienem  podziękować  temu  twojemu  szkolnemu  koledze.  –  Uniósł  do  góry 

ramiona. – Zanim skręcę mu kark.   

– Jesteś zazdrosny? – zapytała z uśmiechem.   

– Cholernie.   

Cisza. I kolejne pytanie zadane z tymże uśmiechem: 

– Pamiętałeś o prezerwatywie? 

– Oczywiście.   

A  chwilę  później  nastąpił  dalszy  ciąg  szaleństwa,  które  było  tak  cudownie  nierealne  jak 

marzenie senne. Wielkie przeżycie. Niebezpieczne.   

Spletli  palce  dłoni.  Właśnie  za  taką  intymnością  on  tęsknił,  o  takiej  marzyło  mu  się  w 

głębi duszy, duszy kryminalisty.   

Pocałował Emily lekko, delikatnie – tak bardzo chciał ją przekonać, że jest mu naprawdę 

potrzebna.   

Lecz ta potrzeba była zbyt wielka, głód nie do opanowania. I znów zatracili się w sobie, 

w miłosnym uniesieniu.   

background image

Serce  waliło  obojgu,  brakowało  im  tchu.  Obróciła  się,  by  na  niego  spojrzeć.  Słodka, 

niewinna Emily.   

Dotknęła dłonią jego policzka.   

– Czy jak byłeś mały, to mówili do ciebie Jimmy? Jimmy? Zacisnął powieki aż do bólu. 

On miał na imię Reed. Reed Blackwood...   

– Nie, zawsze James.   

– Pasuje do ciebie to imię. Jak James Dean. Seksowny był z niego chłopak. – Wygięła się 

niczym kocica. Jimmy też by mu pasowało. Jimmy Dean. – Zachichotała. Stłumiła chichot i 

uśmiechnęła się. – Jimmy – powtórzyła. – W tych stronach mówią tak o facecie z jajami.   

– Też wybrałaś moment do rozmowy o jajach! 

– Czemu nie? – zapytała wspierając się na łokciu. Pochylił się nad nią, dotknął ustami jej 

szyi, a ona trochę za głośno powiedziała: „Jimmy. „ 

Usłyszeli  odgłos  kroków  w  holu  i  zamarli.  Emily  położyła  palec  na  ustach  Jamesa  I  tak 

słowem  by  się  nie  odezwał.  Przypuszczał,  że  małemu  zachciało  się  siusiu  i  poszedł  do 

łazienki.   

Milczeli chwilę, która wydała im się wiecznością. Usłyszeli w końcu odgłos zamykanych 

drzwi i kroki chłopca wracającego do siebie.   

– Przytul mnie – powiedziała Emily.   

Błądził dłonią po jej ciele, lecz nie była to pieszczota, i Emily to wyczuła, zanim zapytał: 

– Gdzie to jest? 

– Rak? – Głos miała całkiem spokojny. – Dokładnie tam, gdzie ty masz tatuaż.   

Wstrzymał oddech – tylko na sekundę.   

– Powinienem być zdziwiony, ale nie jestem.   

Nie wierzył w przypadki. Odebrał to jako zrządzenie losu, a może palec Boży? 

– Jak długo zostaniesz w szpitalu? 

– Dwadzieścia trzy godziny. Tyle czasu przysługuje ubezpieczonej pacjentce.   

– Wiesz, że będę tam przy tobie, prawda? 

– Podejrzewałam, ale nie byłam pewna.   

– Będę w szpitalu od początku do końca.   

– Cieszę się.   

– Bo potrzebujesz mnie, mam rację? 

–  Tak.  –  Przytuliła  się  do  niego,  pocałowała  w  policzek,  a  w  nim  serce  tajało  ze 

wzruszenia. – Bo bardzo mi jesteś potrzebny.   

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 

James siedział w poczekalni szpitalnej, patrzył na przeciwległą ścianę i liczył minuty.   

Emily  nie  powiedziała  mu,  że  rak  może  mieć  przerzuty  na  jej  gruczoły  limfatyczne. 

Wierzył, że miejscowi chirurdzy dobrze przeprowadzą operację, ale to jeszcze nie oznacza, że 

wszystko na pewno dobrze się skończy.   

Westchnął, podszedł do automatu, wziął wodę gazowaną i trochę orzechów. Powinien coś 

zjeść, ale nic konkretnego nie przeszłoby mu przez gardło.   

– James? – Rozległ się za jego plecami czyjś kobiecy głos.   

Obejrzał  się  sądząc,  że  to  pielęgniarka.  Za  nim  stał  brunetka  w  zaawansowanej  ciąży. 

Cofnął się o krok.   

– Masz na imię James, prawda? 

– Zgadza się.   

– Jestem Dianę Kerr, przyjaciółka Emily.   

Uścisnął jej dłoń, za mocno, zdradzając tym własne emocje.   

– Emily mówiła mi o tobie.   

Nie wspomniała tylko, że Dianę jest w ciąży. James obrzucił ją wzrokiem zastanawiając 

się,  jak  będzie  wyglądała  po  rozwiązaniu.  Jego  żona  i  siostra  były  w  ciąży  podczas  tej 

ucieczki  przed  mafią.  Przyjął  poród  obojga  dzieci  i  miał  nadzieję,  że  owo  doświadczenie 

nigdy  już  mu  się  nie  przyda.  Jego  syn  był  zdrowy,  silny.  Lecz  jego  siostra  powiła  martwe 

dziecko.   

– Pierwsze? – zapytał.   

Dianę skinęła głową i jej twarz rozjaśnił typowy dla kobiet ciężarnych uśmiech.   

– Ma być chłopiec.   

– Moje gratulacje.   

– Dzięki.   

Podszedł znów do automatu.   

– Masz na coś ochotę? – zapytał.   

–  Dziękuję,  nie.  Zjadłam  dziś mnóstwo  różnych  frykasów.  –  Spojrzała  na  niego.  –  Co  z 

Emily? 

Serce mu waliło, gdy odpowiadał: 

– Właśnie ją operują. Trochę to jeszcze potrwa.   

– W jakim była nastroju? 

– Chyba niezłym – odparł.   

– Bo ty z nią byłeś.   

Poczekał, aż Dianę usiadła, i wtedy dopiero zajął miejsce. Nie wiedział, jak skwitować jej 

komentarz. Wolał nie rozwijać tematu swego stosunku do Emily. Czasami czuł się jak intruz. 

Jak menel. Były więzień, który okradał i oszukiwał uczciwych, ciężko pracujących ludzi.   

Popijał  wodę  sodową  i  obserwował  tę  przyjaciółkę  Emily.  Miała  krótko  obcięte  włosy, 

brązowe  oczy  o  ciepłym  spojrzeniu  i  dołeczki  na  policzkach.  Co  ona  by  sobie  pomyślała, 

background image

gdyby dowiedziała się prawdy o nim? Byłaby wobec niego tak uprzejma? Tak miła? 

– Ty miałaś odwieźć Emily do szpitala, a ja cię uprzedziłem – powiedział.   

– To nie ma znaczenia. Ważne, iż Emily wie, że jesteś przy niej. Ja też bym chciała, żeby 

mój mąż w takich chwilach był przy mnie.   

Oderwał od niej wzrok, rozejrzał się, odetchnął głęboko.   

– Ja nie jestem jej mężem, Dianę.   

– Jasne. – Machnęła ręką, jakby chciała nadać lżejszy ton rozmowie, która stała się zbyt 

poważna.   

Milczeli  dłuższą  chwilę.  Sytuacja,  zdaniem  Jamesa,  stawała  się  niezręczna.  W  końcu 

rzekł: 

– Chciałem być z Emily. Chciałem tu być.   

Bo  więź  między  nimi  ogromnie  się  zacieśniła,  bo  nie  sposób  było  wyrzec  się  tej 

czarownej magii, jakiej oboje ulegli.   

– Nie mogę tylko pojąć – ciągnął – dlaczego zataiła przede mną możliwość przerzutów na 

gruczoły chłonne.   

–  Nawet  jeśli  lekarze  potwierdzą  taką  ewentualność,  to  jest  to  uleczalne.  Z  całą 

pewnością.   

Pomyślał o Beverly, o jej późno wykrytym raku i rychłej śmierci.   

– Wszystko będzie dobrze, przekonasz się – rzekła Dianę.   

James spojrzał na zegarek.   

– Nie znoszę czekania – jęknął. Wiedział jednak, że póki Emily nie znajdzie się w swoim 

domu i łóżku, on będzie czuwał.   

– Czuję się świetnie – oznajmiła Emily, choć twarz miała zmęczoną i sińce pod oczami.   

– Dopiero wróciłaś do domu.   

Ani myślał pozwolić jej wstać. Przynajmniej dzisiaj.   

– Nie musisz mnie przecież niańczyć.   

–  Muszę,  niech  to  szlag!  –  Zmarszczył  brwi.  Cały  był  spięty.  Wyniki  badań  znane  będą 

dopiero za tydzień, dwa. – Powinnaś mi była powiedzieć o tej biopsji.   

– Nie przywiązywałam do tego wagi.   

– Nie zgrywaj się, – A ty nie bądź taki nudny.   

– Tak czy owak, zostanę tu, póki nie wyzdrowiejesz. To prostsze niż co wieczór po pracy 

lecieć do ciebie.   

– Nie możesz spać w moim pokoju, bo Corey...   

–  Będę  spał  na  kanapie.  Jak  Corey  wróci  od  Stephena,  pogadamy  sobie.  Lubi  ze  mną 

pogadać, nie uważasz? 

– Bardzo.   

– A ty? 

– Chyba będę musiała znosić twoją obecność. Taki już mój los.   

– Mój także, jak widzisz..   

Zabrakło  mu  powietrza  z  nadmiaru  wrażeń.  Wziął  głęboki  wdech  i  zapanował  nad 

wzruszeniem.  Nie  zniósłby,  gdyby  go  odrzuciła,  nie  teraz.  Może  nigdy?  Ale  nie  chciał 

background image

zastanawiać się nad przyszłością.   

Dlaczego?  Bo  lękał  się  jej?  Bo  James  Dalton  może  w  każdej  chwili  przemienić  się  w 

Reeda Blackwooda? A czy Reed Blackwood zawsze będzie musiał się kryć przed bandytami 

z mafii? 

– Muszę zadzwonić do Coreya – powiedziała Emily.   

– Już to zrobiłem. Ojciec Stephena zabrał chłopców na pizzę. Wrócą za jakąś godzinę.   

Emily wzięła z szafki nocnej pluszowego misia.   

– Cieszę się. Corey lubi pizzę. – Podsunęła mu misia pod nos. – Nazywa się DeeDee.   

Miś był trochę wytarty, ale na urodzie mu nie zbywało.   

– Od kiedy go masz? – zapytał.   

–  Od  pierwszego  dnia  w  przedszkolu.  Marudziłam,  nie  chciałam  rozstawać  się  z 

rodzicami. – Objęła misia i posmutniała. – Boże, jak ja do nich tęsknię! 

Spojrzał jej w oczy i dostrzegł cały ogrom żalu. Żeby nie wiem jak się starał, nie mógłby 

zastąpić jej rodziców.   

– Opowiedz mi o nich, Emily.   

Od  razu  zaczęła  mówić,  jakby  pragnęła  zwierzyć  mu  się  z  tego,  co  tkwiło  w  niej  tak 

mocno, zrzucić z siebie ten ciężar.   

– Pochodzili z Oregonu, ale po ślubie zamieszkali w Idaho. Tata był elektrykiem, a mama 

prowadziła dom.   

–  Elektryk?  –  zapytał.  On  interesował  się  elektroniką,  był  specjalistą  od  systemów 

alarmowych. – Miał własne przedsiębiorstwo? 

– Nie, pracował na zlecenie.   

On, James, w wolnych chwilach zajmował się swego czasu także sprzętem służącym do 

inwigilacji. Zawdzięczał tę umiejętność mafii. Chyba nie przepracował uczciwie ani jednego 

dnia w swoim życiu.   

– Dlaczego między tobą a Coreyęm jest taka różnica wieku? – zapytał.   

– Wiem jedno, że Corey był dla nich jak cud. Nie mieli już nadziei na dziecko. – Zamilkła 

i po chwili: – Gdy zginęli, mój brat miał zaledwie trzy lata.   

– A ty dziewiętnaście.   

–  Prawie  dwadzieścia.  Rodzice  pojechali  w  góry,  by  tam  uczcić  swoją  rocznicę  ślubu. 

Mieli  tam  mały  domek.  Ich  ulubione  miejsce.  –  Rysy  jej  twarzy  stężały,  mówiła  wolno,  jak 

gdyby z trudem. – Ja zostałam, by opiekować się Coreyem. Wyjechali tylko na parę dni.   

Nie  zapytał  jej,  co  się  stało,  wiedział,  że  sama  mu  powie.  I  powiedziała,  innym  już 

głosem, pełnym bólu: 

– Zatruli się czadem w tym domku. Położyli się spać i już nigdy się nie obudzili.   

– Współczuję ci.   

– Czasem jest mi ciężko. Nie mam żadnej rodziny. Dziadkowie ze strony ojca już dawno 

nie żyją, a matka wychowywała się w domu dziecka.   

James  nie  wiedział,  jak  ma  ją  pocieszyć.  Zapewnić,  że  on  potrafi  ochronić  ją  przed 

cierpieniem.  Zamknęła  oczy,  a  on  dotknął  delikatnie  jej  włosów.  Znał  to  uczucie,  kiedy 

człowiek wyje z rozpaczy, z bezgranicznej samotności.   

background image

Pocałował ją w skronie, w powieki. Wtedy otworzyła oczy i ich spojrzenia się spotkały.   

– Ludzie tutaj okazali dużo serca mnie i Coreyowi. Po tym, co się stało, robili, co mogli, 

by nam pomóc. Bez ich wsparcia nie dałabym rady. – Nie odrywała od niego spojrzenia. – Ty 

jesteś taki jak oni, James. Należysz do SiWer Wolf.   

Nie, myślał. Chciałby, żeby tak było, ale świadomość sieci kłamstw, w jaką był wplątany, 

wykluczała  tę  przynależność.  Inspektor  z  Programu  Ochrony  Świadków  powinien  był 

ulokować  go  w  dużym  mieście.  W  takiej  osadzie  jak  ta  trudno  się  kryminaliście 

zaaklimatyzować.   

Równie trudno mu było uporać się z własnym uczuciem do Emily.   

Przykrył ją kocem. Wciąż widać było zmęczenie na jej twarzy. Aż serce mu się ściskało, 

gdy na nią patrzył.   

– Potrzebny ci jest odpoczynek – rzekł.   

– Może krótka drzemka.   

Podniósł się, by odejść, ale zatrzymała go – Zostań. Bądź przy mnie, póki nie zasnę.   

– Nie będę ci przeszkadzał? 

– Nie.   

Przytuliła się do niego, a on objął ją mocno.   

 

Nazajutrz rano Emily obudziła się i stwierdziła, że przespała całą noc. Ładna mi drzemka, 

pomyślała mrugając oczami.   

Usiadła, rozejrzała się dokoła, zastanawiając się, gdzie też podział się James. Wiedziała, 

ż

e wziął sobie wolne zamiast weekendu, więc musi być gdzieś w pobliżu.   

Poszła do łazienki, zerknęła do lustra, umyła twarz, zęby, a jeśli idzie o fryzurę, to uznała, 

ż

e nie jest najgorsza. Przede wszystkim chciała zobaczyć Jamesa.   

Zastała  go w kuchni. Parzył kawę. Stał tyłem do drzwi, nie widział jej. Był w dżinsach, 

bez koszuli. Uśmiechnęła się. Wtedy chyba wyczuł jej obecność. Obrócił się.   

– Emily? Co ty wyprawiasz? Jak mogłaś wstać z łóżka?! 

– Spałam prawie czternaście godzin – powiedziała.   

– Zmieniłaś opatrunek? 

– Jeszcze nie.   

– Mam ci w tym pomóc? Cofnęła się o parę kroków.   

– Nie.   

Nie chciała, żeby oglądał tę jej ranę.   

– Poradzę sobie – rzekła.   

– Boli cię? – spytał.   

– Bardziej uciska, niż boli.   

– Usiądź – powiedział. – Zaraz podam ci herbatę.   

– Myślałam, że zaparzyłeś kawę. Obserwowała, jak się krząta.   

–  Specjalnie  dla  ciebie  kupiłem  zieloną  herbatę  –  oznajmił.  –  Podobno  dobrze  służy 

pacjentom po zabiegu.   

Emily westchnęła. Martwił się, jakie będą wyniki biopsji, , wiedziała o tym. Ona też się 

background image

martwiła. Ale nie chciała, by traktował ją jako obłożnie chorą.   

– Wolałabym kawę.   

– Trudno. Dostaniesz herbatę.   

– Jesteś jak siostra przełożona. Zgromił ją spojrzeniem. Bez słowa.   

– No, dobrze, niech już będzie ta twoja herbata – rzekła z uśmiechem.   

W jednej chwili przemierzył dzielącą ich przestrzeń i wziął ją w ramiona.   

Tak go rozczuliła jej uległość.   

– Oszaleję przez ciebie, Jamesie Daltonie.   

Odchylił  głowę  i  spojrzał  na  nią  bacznie.  Położył  dłoń  na  jej  policzku.  Zrobił  to 

delikatnie, choć palce miał szorstkie.   

Czy  on  jest  jej  Aniołem  Stróżem?  zastanawiała  się  Emily.  A  może  jakimś  dzikim 

stworzeniem o złocistej skórze i czarnych skrzydłach? Półczłowiek, półkruk.   

– Jesteś czarodziejem – rzekła.   

Pocałował  ją.  Był  to  taki  pocałunek,  który  zapada  w  serce  kobiecie,  o  którym  myśli  w 

samotności, gdy jest jej smutno i źle. Pocałunek, który rzuca czar.   

Podał  jej  herbatę,  podczas  gdy  ona  usiłowała  zapanować  nad  przyspieszonym  biciem 

serca.   

Siedzieli  naprzeciwko  siebie  przy  stole,  pili  –  ona  herbatę,  on  kawę  i  jedli  grzanki  z 

dżemem.   

– Całkiem dobrze jest być dzieckiem – powiedziała.   

– Wciąż wyglądasz na zmęczoną.   

– Bo za długo spałam.   

– Bo jesteś wyczerpana, wykończona tym wszystkim. To prawda, pomyślała. Operacja to 

nie byle co.   

– Mam sporo czasu na dojście do siebie.   

Poszedł po kolejne grzanki. Dżem był słodki, truskawkowy.   

– Wszystko dobrze się skończy, zobaczysz – dodała, gdy znów usiadł przy stole.   

Uśmiechnął  się,  ale  po  chwili  smutek  zagościł  na  jego  twarzy,  a  ona  czuła,  że 

powędrował myślami gdzieś daleko. Może do kogoś.   

– Czy ona cię skrzywdziła, James? 

– Słucham? – uniósł na nią wzrok.   

– Ta kobieta, którą ja ci przypominam? Wyrządziła ci krzywdę? 

– Nie.   

– To dlaczego z nią nie jesteś? 

– Bo nie.   

–  Ale  dlaczego?  –  Dojrzała  ból  w  jego  oczach,  którego  ukryć  widocznie  nie  potrafił.  – 

Przecież kochałeś ją.   

Wypił łyk kawy i drżącymi rękami postawił kubek na stole.   

– Nie chcę o tym mówić – rzeki.   

–  To  nie  w  porządku  z  twojej  strony...  –  Urwała  nagle  i  domyśliła  się  wszystkiego. 

Wyczula prawdę. – Ona umarła, tak? Dlatego nie jesteś z nią.   

background image

Milczał. Z kamienną twarzą.   

– Odpowiedz mi – poprosiła, oddychając z widomym wysiłkiem.   

Cisza. Kompletna cisza.   

– James, na litość boską, odpowiedz mi.   

– Tak, umarła.   

– Na co? Na raka? 

Drgnął, a Emily oboma rękami chwyciła się stołu.   

– Mam rację, tak? 

To dlatego, myślała, tak chciał się nią opiekować, być przy niej.   

– Powinieneś był mi powiedzieć.   

– Wybacz, ale nie mogłem.   

Przełknęła cisnące się do oczu łzy. Nie chciała przy nim płakać. A więc to nie o nią tak 

się  troszczył.  Myślami  był  przy  innej  kobiecie,  przy  podobnej  do  niej  blondynce.  Tamta  się 

dla niego liczyła, nie ona.   

– Nie żyw do mnie nienawiści – powiedział.   

Nienawiści?  Owioną!  ją  chłód  i,  drżąc,  skrzyżowała  na  piersi  ramiona.  Jak  mogłaby  go 

nienawidzić? Jamesa, jej wspaniałego kochanka? Lecz jego zdrada, bo tak to odebrała, zraniła 

ją głęboko. Wszystko ją bolało – serce, dusza, rana na nodze.   

Boże, co się z nią dzieje? 

– Tak mi przykro – powiedział. Zakręciło jej się w głowie. Wstała.   

– Muszę się położyć – oznajmiła.   

I wtedy straciła grunt pod nogami i omal nie upadła. Podtrzymał ją ten Anioł Stróż, wziął 

ją na ręce.   

Gdy leżała już w łóżku, załamała się i rozpłakała. James obejmował ją, tulił, i pomyślała 

sobie, że pewno jest mu równie przykro jak jej. Słyszała głośne bicie jego serca.   

Trzymał ją w ramionach, szeptał słowa przeprosin, ton jego głosu, pełen żalu i czułości, 

koił  jej  ból.  Wytarła  w  końcu  oczy.  Nie,  nie  zdradził  jej.  Przynajmniej  nie  miał  takiego 

zamiaru.   

– Czy patrząc na mnie, widzisz ją? – zapytała. – Czy mylisz nas w myślach? 

– Może na początku tak było – odparł. – Ale teraz wiem, że ty to jesteś ty, i zrozumiałem, 

jak  bardzo  cię  potrzebuję.  Jednakże  to,  co  wydarzyło  się  między  nami,  przejmuje  mnie 

lękiem.   

Ona też się bała. James, stał się jej tak bliski. Nie wyobrażała już sobie życia bez niego.   

– Nie zrażaj się do mnie, Emily.   

Chwyciła go za rękę, swego najtroskliwszego opiekuna, Anioła Stróża.   

– Nie ma obawy. I nie będę cię pytała o tę kobietę, którą kochałeś. Któregoś dnia sam mi 

o niej opowiesz. Obiecaj, że opowiesz.   

– Słowo – rzekł i odwrócił oczy, by nie dojrzała w nich znanego jej błysku.   

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 

Trzy dni później Emily weszła do swojej pracowni. Trudno właściwie nazwać pracownią 

owo  pomieszczenie.  Niewielki  pokój  zawalony  był  dziełami  sztuki,  jeśli  można  tak  to 

określić. Tak czy owak to studio sprawiało jej radość. ' 

Prawdę  mówiąc,  poza  rutynowymi  lekcjami  w  szkole  średniej  nigdy  tak  naprawdę  nie 

uczyła się rysunku. Choć udało jej się nawet sprzedać parę prac.   

Może James pójdzie z nią na następną wystawę prac amatorskich. Może... Przyglądała się 

szkicowi,  jata  miała  przed  sobą.  A  przedstawiał  on  półnagiego  mężczyznę  o  czarnych 

skrzydłach. Tym, który tak bez reszty zawładnął jej wyobraźnią, był James.   

Gdy drzwi nagle się otworzyły, zamknęła szkicownik i obróciła się na krześle.   

Do studia wpadł w podskokach Corey. Wczoraj właśnie wrócił od Stevena.   

– Rysujesz, Emmy? – zapytał.   

– Tak, trochę.   

Uśmiechnęła się, widząc tyle radości w oczach chłopca.   

– Zgadnij, co robiliśmy z Jamesem? 

– Nie mam pojęcia.   

– Gotowaliśmy kolację.   

– Naprawdę. Zjemy kolację na patio. James kupił świece.   

On chce, żeby ci się wszystko podobało. Powiedział, że dziewczyny lubią świece i ładne 

nakrycie. – Chwycił się za nos. – Zapach tych świec przepędza podobno komary.   

– To świetnie – rzekła z uśmiechem. – Nie chcemy owadów przy kolacji.   

– Dziewczyny nie lubią owadów.   

– Masz rację.   

– A jedzenie będzie bardzo dobre, Emmy. Przyjdź za dziesięć minut. A ja muszę jeszcze 

narwać trochę kwiatów.   

Wybiegł, zanim zdążyła mu podziękować za to, że jest takim dżentelmenem. Roześmiała 

się.  Operacja  to  całkiem  fajna  rzecz,  myślała,  skoro  dwaj  mężczyźni  tak  troskliwie  się  nią 

opiekują.   

Obróciła  się  na  ruchomym  krześle  i  zabrała  się  do  pracy,  pochłonięta  całkowicie  wizją, 

jakiej nadawała kształt. Nie wiedziała, czy kiedyś zbierze się na odwagę i poprosi Jamesa, by 

jej pozował, ale na razie cieszyła się swoją pracą niczym zakazaną zabawką.   

Gdy drzwi ponownie się otworzyły, zdała sobie nagle sprawę, że minął czas, kiedy miała 

stawić się na kolację.   

– Już idę, Corey.   

– To nie Corey – rozległ się za jej plecami niski męski głos.   

Zareagowała  jak  ktoś  przyłapany  na  gorącym  uczynku,  szybko  zaniknęła  szkicownik  i 

obejrzała się na gościa.   

Stał przed nią w poprzecieranych dżinsach i podkoszulku. Przez jedno z tych przetartych 

miejsc widać było jego kolano.   

background image

– Kolacja gotowa – oznajmił.   

– Miałam już właśnie iść.   

Wstała, szkicownik zostawiła na pulpicie. James nie zapytał jej, co robi, a gdyby zapytał, 

i tak nie powiedziałaby mu prawdy. Ich wzajemne stosunki nacechowane były emocjami, jak 

gdyby  wciąż  wystawiali  się  na  próbę,  a  przejawiało  się  to  w  każdym  geście,  w  każdym 

spojrzeniu.   

Podszedł do niej.   

– Przykro mi, Emily, że płakałaś przeze mnie. Pragnęła go dotknąć, odgarnąć z jego czoła 

pasmo włosów, lecz czuła, że ręka jej drży, co ją speszyło.   

– Już zapomniałam o tym – rzekła. – Nie ma sprawy.   

–  Czy  aby  na  pewno?  Tyle  czasu  siedzisz  tutaj  sama...  Czyżby  sądził,  że  go  unika? 

Zamknęła szkicownik. Gdyby James wiedział...   

– Dobrze się czuję, naprawdę.   

– Czy odpoczywasz zgodnie z zaleceniem? 

– Tak.   

Szybko  się  jeszcze  męczyła,  sporo  więc  czasu  spędzała  w  łóżku.  Różnie  to  bywa.  Jedni 

szybciej dochodzą do siebie, inni wolniej.   

– Jestem jak rozleniwiona dama – dodała.   

–  Więc  niech  ta  rozleniwiona  dama  zechce  towarzyszyć  mi  do  stołu  –  powiedział  z 

uśmiechem.   

– Czuję się zaszczycona, szanowny panie.   

Ujęła go pod ramię i ruszyli na patio, gdzie przy zastawionym stole czekał na nich Corey.   

Z galanterią odstawił krzesło, na którym Emily miała usiąść. James na pewno przećwiczył 

to z nim przed kolacją, pomyślała.   

–  Dziękuję  paniczowi  –  rzekła  obrzucając  wzrokiem  stół.  –  Wygląda  to  wspaniale.  – 

Polne  kwiaty,  białe  świece,  myślała.  Pieczone  kurczaki  w  śmietanie,  zielony  groszek  z 

migdałami,  sałata,  warzywa  egzotyczne.  Uśmiechnęła  się,  sięgnęła  po  serwetkę.  Na  talerzu 

Coreya królował natomiast hotdog z makaronem i serem. – Jestem pod  wrażeniem – dodała 

na zakończenie.   

James siedział naprzeciwko niej.   

– Bez przesady – rzekł. – Na kurczaka mieliśmy przepis, a zielony groszek to mrożonka.   

– Mimo to jestem pod wrażeniem – oświadczyła.   

Była szczerze wzruszona ich zapałem, tym, ile serca włożyli w przygotowanie tej kolacji, 

wzruszona pięknem tego ciepłego, prawie już letniego wieczoru.   

– Na deser są lody – oznajmił Corey z rozpromienioną miną. – Krem czekoladowy z bitą 

ś

mietaną, wiśniami i w ogóle...   

Pochyliła się i pocałowała brata w czubek głowy, po czym podziękowała w duchu Bogu 

za dary, jakimi ją obdarzył, za Coreya, za Jamesa oraz za to, że przeżyła operację.   

Podczas  kolacji  rozmawiali  o  różnych  sprawach,  takich,  w  których  również  Corey 

mógłby uczestniczyć. Nie minęło wiele czasu, a chłopiec pochłonął swoją porcję i pobiegł do 

kuchni, by przygotować ów wspaniały, ukoronowany wiśniami deser. Wróciwszy, wiercił się 

background image

niespokojnie i wreszcie zapytał siostry, czy może obejrzeć swój ulubiony sitcom.   

Emily wyraziła zgodę, Corey wyszedł, a oni, Emily i James, spojrzeli na siebie przez stół.   

– Masz ochotę na lody? – zapytał.   

– Na razie nie.   

– A co powiesz na herbatę? 

– To już lepiej brzmi.   

Podał jej filiżankę zielonej herbaty, której łagodny smak przypadł jej do gustu.   

– Opuszczę cię na minutę – powiedział.   

Wrócił po trzech, z tacą, na której stał dzbanek  mleka i spodeczek z miodem. Sobie zaś 

przyniósł butelkę piwa. Emily posłodziła herbatę i wypiła parę łyków.   

– Czy nie jest to dla ciebie kłopotliwe? – zapytała.   

– Co mianowicie? 

– Że jesteś tutaj.   

– Skąd taki wniosek? 

– Kowboje lubią być blisko swego miejsca pracy. Z kolei on wypił haust piwa.   

–  Widocznie  aż  takim  kowbojem  nie  jestem.  Pomyślała  o  jego  czarnych  spodniach  i 

butach kowbojskich, jakie zazwyczaj nosił.   

– Wyglądasz na prawdziwego koniarza.   

Prawdę  mówiąc,  myślała,  wyglądał  również  na  miejskiego  chłopaka,  z  tatuażem  i 

bliznami  na  ciele.  Jedno  nie  ulegało  kwestii  –  był  jedyny  w  swoim  rodzaju,  absolutnie 

niebanalny.   

Spojrzała na niego.   

– Piękny wieczór – rzekł.   

–  Faktycznie  –  zgodziła  się,  lecz  nie  spojrzała  w  górę,  wzrok  miała  w  nim  utkwiony.  – 

Ale to ty nadałeś mu specjalny urok.   

Pochwycił jej spojrzenie.   

– Cieszę się, że jestem z tobą – powiedział. – Z tobą i z Coreyem.   

– Masz na niego dobry wpływ.   

– Lubię dzieci. Ja... – Urwał, podniósł do ust butelkę z piwem.   

Co , ja”? Miał syna? Małego chłopca, o którym codziennie myślał? 

– Nie miałem prawdziwego domu – ciągnął. – Nie miałem też oparcia w rodzinie...   

Tyle mógł jej powiedzieć, tyle chciał, żeby o nim wiedziała.   

Okrążyła stół i usiadła obok niego.   

– Po raz pierwszy powiedziałeś coś o swojej rodzinie – stwierdziła.   

– Niewiele mam do powiedzenia. Moja matka była biała, a prawdziwy ojciec pochodził z 

plemienia  Irokezów,  ale  nie  mieszkał  długo  z  nami.  Matka  rozwiodła  się  z  nim  i  wyszła  za 

pewnego okropnego białego typa, który mnie bił.   

– Biedny James! 

Wzruszył ramionami na ten jej odruch współczucia.   

–  Jak  trochę  podrosłem,  zacząłem  mu  oddawać.  Spojrzał  na  swoje  ręce  i  przypomniało 

mu się, na co go było stać.   

background image

– Nienawidziłem go. Kiedy nazwał mnie barbarzyńcą, chciałem go zabić.   

– To wtedy się okaleczyłeś? Skinął głową.   

–  Nic  nie  wiedziałem  o  Indianach,  słyszałem  tylko,  że  niektóre  plemiona,  wykonując 

szybki  taniec,  przekłuwają  swe  ciało,  składając  w  ten  sposób  ofiarę  Stwórcy.  Chciałem  do 

czegoś  przynależeć,  być  częścią  jakiejś  społeczności.  Dlatego  przebijałem  sobie  ciało  w 

różnych  miejscach.  Miałem  zaledwie  czternaście  lat  i  chciałem  zademonstrować  jakieś  racje 

wyższego rzędu. Coś, czego mój ojczym nie mógłby mi odebrać.   

– Kto powiedział ci o twoim pochodzeniu? 

–  Wujek  mojego  przyjaciela.  Bawiłem  się  z  pewnym  irokeskim  chłopakiem,  który  był 

równie jak ja zbuntowany przeciwko światu. Obaj z początku nic nie wiedzieliśmy o naszych 

korzeniach.  Wiedzieliśmy  tyle,  ze  jesteśmy  inni.  W  końcu  postanowiliśmy  dojść  prawdy, 

szczególnie po tym, jak ja dokonałem przekłucia. Jego wujek powiedział, że szanuje mnie za 

to.  Rozumiał  nas.  I  powiedział  nam  o  naszych  przodkach.  ~  James  uśmiechnął  się  do 

własnych  wspomnień.  –  Nauczył  mnie,  jak  obchodzić  się  z  ranami;  żeby  nie  doszło  do 

infekcji.   

Emily  obwiodła  palcem,  przez  podkoszulek,  metalowe  kółko  na  jego  piersi.  Ich 

spojrzenia się spotkały. I była to jedna z najpiękniejszych chwil w ich życiu.   

– Czy to cię boli? – zapytała.   

– Teraz już nie. Ale bolało jak wszyscy diabli.   

– Byłeś chyba nieznośnym dzieckiem, James? 

Omal się nie roześmiał. W noc po maturze obrabował dom dyrektora swojej szkoły.   

– Matka twierdziła, że mam po ojcu złe geny.   

– Okropne słyszeć coś takiego z ust matki.   

– Nawet jeśli to prawda? 

– Nie masz żadnych złych genów. – Pogłaskała go po włosach. – Jesteś moim rycerzem.   

Poczuł się dumny jak paw. I zrobiło mu się smutno.   

1 głupio. Już dawno przestał być nieznośnym chłopakiem. Stał się kryminalistą. Niech to 

szlag  trafi,  pomyślał.  Pochylił  się  i  pocałował  Emily.  Tylko  dzięki  niej,  jej  bliskości,  nie 

zwariował. Tylko ona pomogła mu zapomnieć.   

Całował  ją  długo,  upajał  się  słodyczą  jej  ust,  a  gdy  odchylił  głowę,  by  na  nią  spojrzeć, 

uśmiechnęła się do niego kusząco.   

Tak, winien jest jej prawdę, przynajmniej tę część, która nadaje się do opowiedzenia.   

– Ona była moją żoną, Emily.   

– Słucham? – Zmierzyła go niezbyt przytomnym spojrzeniem.   

– Kobieta, która umarła na raka, była moją żoną. Zapadła martwa cisza. James czekał na 

jej słowa.   

– Byłeś żonaty? – zapytała w końcu.   

–  Tak,  ale  nieoficjalnie.  Odbyliśmy  prywatną  ceremonię  zaślubin.  Złożyliśmy  sobie 

nawzajem uroczystą przysięgę.   

– Jak ona się nazywała? 

Nie  mógł  odpowiedzieć  na  to  pytanie,  nie  mógł  wymienić  nazwiska  swojej.  Złamałby 

background image

obowiązujące go prawa. Oficer z Programu Ochrony Świadków nie przewidział małżonki dla 

Jamesa Daltona.   

–  Co  to  ma  za  znaczenie  –  rzekł  po  chwili.  –  Ona  umarła.  Emily,  zgodnie  z  jego 

przypuszczeniem, nie wywierała nań nacisku. Zbyt szanowała pamięć zmarłych.   

– Byliśmy razem zaledwie parę lat – powiedział. – Wkrótce zachorowała, a objawy miała 

takie jak przy innych chorobach, grypie, zapaleniu oskrzeli. Nikt nie podejrzewał raka płuc. – 

James czuł na sobie pełne żalu spojrzenie Emily. – Miała dwadzieścia kilka lat i nie paliła.   

– Jak to się stało, że zachorowała? 

–  Trudno  powiedzieć.  Może  od  przebywania  w  towarzystwie  palaczy?  Nie  mogę  sobie 

darować, że narażałem ją, paląc papierosy. Czuję się w jakiś sposób winny jej choroby. Ja, jej 

ojciec, jej bracia.   

A także ci z mafii, myślał, którzy chcieli go zabić. Ich przywódcy z Los Angeles.   

– Wszyscyśmy palili – ciągnął. – I narażali ją na śmiertelne niebezpieczeństwo.   

– Jak dawno temu umarła? – zapytała Emily.   

– Przeszło rok temu.   

Długi, samotny rok, pomyślał.   

–  Przykro  mi,  że  spotkało  cię  takie  nieszczęście.  Teraz  rozumiem,  dlaczego  tak  się  mną 

przejmujesz. – Uśmiechnęła się ledwie widocznie. – Dlaczego z takim zapałem troszczysz się 

o mnie.   

– Nie zniósłbym tego, gdybym i ciebie stracił. Odstawił pustą butelkę. Były czasy, kiedy 

rozgniatał w dłoniach szkło, kalecząc się odpryskami. Teraz już by tego nie uczynił. Pod tym 

względem  Emily  odmieniła  go,  ucywilizowała.  Ale  to  jeszcze  o  niczym  nie  świadczy.  W 

dalszym ciągu jest współwinny morderstwa. I tak już będzie do końca życia.   

Emily  i  Dianę  siedziały  na  kanapie.  Przez  firanki  padały  na  pokój  promienie  słońca.  Na 

stoliku obok leżały plastry szynki, ser, pomidory, stał też dzbanek z mrożoną herbatą.   

– Jesteś genialna, Di.   

Zamiast czekać na lekarza, który miał przyjść z wynikami badań Emily, Dianę orzekła, że 

lepiej będzie zadzwonić do szpitala i zapytać o te wyniki.   

A wyniki okazały się fantastyczne. Los na loterii życia! Nie było w Emily nawet śladu po 

komórkach nowotworowych.   

– Nie mogę się doczekać, żeby powiedzieć o tym Jamesowi! – wykrzyknęła niemal.   

– Właśnie, jak wygląda sytuacja? – zapytała Diane.   

– Z Jamesem? 

– Mieszka tutaj. Czy sprawy nie posunęły się zbyt daleko? 

– Zostanie, póki nie wrócę do zdrowia.   

– A potem? 

– Powiedział kiedyś, że to, co wydarzyło się między nami, przeraża go.   

– A co się wydarzyło? – dociekała Diane, przysuwając się do przyjaciółki.   

Czy  ona,  Emily,  ma  jej  powiedzieć? Wyznać  to,  o  czym  myśli  po  nocach?  Spojrzała  na 

Diane. Nigdy nie miała przed nią tajemnic i niech tak zostanie, postanowiła.   

– Chyba jestem w nim zakochana – rzekła.   

background image

Bo cóż innego mogła znaczyć ta nieustanna tęsknota do Jamesa? Pragnienie, by był przy 

niej? By jej dotykał? 

– A on? – zapytała Diane.   

– Nie wiem. – Emily zgniotła trzymaną w ręku serwetkę. – Niełatwo go rozszyfrować.   

Nie chciała rozbudzać w sobie zbytniej nadziei. I nie chciała także zakładać z góry tego, 

co najgorsze.   

– Na pewno cię kocha. Dlatego go to przeraża.   

– Przeraża go moja choroba. – Wspomniała już Diane o żonie Jamesa. – Tyle przeżył...   

– Ale teraz już nie ma się czego bać – mówiła Diane.   

– Dowie się o twoich wynikach i koniec ze zmartwieniem.   

–  Uśmiechnęła  się  radośnie.  –  Pasujecie  do  siebie.  Pobierzecie  się,  urodzisz  mu  kupę 

dzieciaków. – Poklepała się po swoim dużym już brzuchu. – Tak jak ja.   

Emily spojrzała na przyjaciółkę i zastanowiła się, jak by się czuła na jej miejscu. Jakby to 

było, gdyby wyszła za mąż za Jamesa? Jak czułaby się, nosząc pod sercem jego dziecko? 

– Przestań, Di. Nie ciągnij mnie za język – Sama przecież powiedziałaś, że zakochałaś się 

w tym facecie.   

– Tak. Ale James to człowiek tak skomplikowany...   

– Pewno jest cholernie seksowny. Powiedz, jaki jest w tych sprawach? 

– Nie męcz mnie! 

Rzuciła w Dianę skórką od chleba. Domyślała się, że przyjaciółka próbuje w ten sposób 

rozładować jej napięcie. Uzmysłowić jej, że zakochanie się w kimś to nie taka znów tragedia.   

– Przestań się dręczyć, Em. Przecież marzyłaś o wielkiej miłości. I książę z bajki w końcu 

się pojawił. – Uśmiechnęła się. – W całej, jak się domyślam, okazałości.   

Co prawda, to prawda, myślała Emily. Gorąco jej się zrobiło na myśl o tym księciu.   

– Nie mogę się doczekać, kiedy nabiorę sił – rzekła. – Chcę już go mieć przy sobie, czuć 

jego bliskość.   

–  Przed  tobą  cudowne  noce.  Miłość  wzbogaca  seks,  lepiej  smakuje,  gdy  jest  się 

zakochanym.   

Emily nie mogła sobie wprost wyobrazić, żeby mogło jej być jeszcze lepiej.   

– Myślisz, że to dotyczy również mężczyzn? 

Dianę spuściła głowę. Zastanawiała się nad odpowiedzią.   

– Chyba nie – odparła. – Mężczyźni są jak zwierzęta. Tylko jedno im w głowie.   

Spojrzały na siebie, roześmiały się, a kiedy Dianę poszła, Emily popadła w coś w rodzaju 

emocjonalnej  rozterki.  Lecz  złe  myśli  przepędziła  wizja  szczęścia,  cudownych  wieczorów 

przy świecach i gorących nocy.   

James  przyszedł  około  szóstej,  po  pracy.  Miał  na  sobie  spłowiała  koszulę,  dżinsy, 

zakurzone buty, a na twarzy – uroczy uśmiech.   

– Cześć – powiedział.   

– Cześć – odparła.   

Po  powrocie  do  domu  od  razu  brał  prysznic  i  przebierał  się.  Przywykła  już  do  jego 

obyczajów, nawet gdy ucinał sobie drzemkę na kanapie.   

background image

– Gdzie jest Corey? – zapytał.   

– Matka Stevena zabrała obu chłopców na rozgrywki baseballa.   

– To duża rodzina, prawda? 

– Tak, spora – rzekła.   

My też moglibyśmy stworzyć dużą rodzinę, pomyślała.   

– Przynieść coś z restauracji do jedzenia? – zapytał, szukając butów.   

– Jasne – odparła.   

– Już się zwijam – powiedział, całując ją w czoło, po czym udał się do łazienki, a w jej 

sercu wezbrała ogromna czułość dla niego.   

Usiadła  na  łóżku  i  słuchała  szumu  wody.  On  zaraz  się  pojawi,  pomyślała,  z  głową 

owiniętą ręcznikiem, w dżinsach ciasno przylegających do bioder.   

Sięgnęła po misia i szarpnęła go za jego pluszowe uszy. Czy może zaufać Jamesowi? Czy 

może wyznać mu, że go kocha? 

Powinnam to uczynić, pomyślała. Ale jeszcze nie teraz.   

Nie tak od razu. Powie mu przede wszystkim o wynikach biopsji.   

Po  pięciu  minutach  James  wyszedł  z  łazienki;  czysty,  wilgotny  jeszcze  i 

nieprawdopodobnie męski.   

Wstała i spoglądając na niego, uniosła głowę.   

– Mam wieści – rzekła.   

– Jakie, kochanie? 

– Są już wyniki. – Uśmiechnęła się radośnie, z dumą. – Jestem zdrowa. Nie ma we mnie 

nawet śladu raka.   

– A gruczoły chłonne? 

– W porządku.   

– O, Boże! 

Przytulił ją do siebie tak mocno, że czuła bicie jego serca. Kiedy odchylił się, by na nią 

spojrzeć, jego oczy błyszczały jak dwie gwiazdy.   

– Musimy to uczcić, Emily – powiedział. – Pójdziemy do restauracji, będziemy pić, jeść i 

tańczyć.   

– A potem kochać się – dodała. – Kochać się na zabój.   

– Oto cała moja dziewczyna. – Roześmiał się i znów zniknęła w jego ramionach .   

Wdychała  jego  zapach.  Pachniał  jak  las  podczas  zawieruchy,  jak  dym  palącego  się 

drewna, jak pnie starych drzew, jak gałązka mięty.   

Przymknęła oczy, westchnęła, modląc się w duchu, żeby James ją kochał. Teraz i tutaj.   

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 

Ktoś  go  dotknął  –  ciepła  delikatna  dłoń  głaskała  go  po  czole,  odgarniała  włosy  z  jego 

twarzy. Uniósł się na kanapie. Czy to sen? 

W  salonie  panował  mrok,  tylko  przez  szparę  między  zasłonami  przenikało  światło 

księżyca, rzucając jasne pasmo na przeciwległą ścianę.   

Przecież oglądał telewizję! Z głową opartą o uda Emily! 

– Zasnąłem – powiedział.   

– Tylko na chwilę. – Głos miała spokojny, kojący, jak dotyk jej ręki.   

Chciał  na  nią  spojrzeć,  ale  dostrzegł  tylko  sylwetkę  w  mroku.  Musiała  wyłączyć 

telewizor, bo w pokoju panowała niczym niezakłócona cisza.   

– Powinnaś iść do łóżka – rzekł.   

– Zostanę tu.   

On też chciał tu zostać.   

– To zamienimy się miejscami ~ zaproponował. – Bo to niewygodna dla ciebie pozycja.   

– Wygodna. Lubię tak cię trzymać.   

Moja  Emily,  pomyślał.  Moja  cudowna,  wspaniała  dziewczyna.  Minął  tydzień  od  chwili, 

gdy powiedziała mu o wynikach biopsji, a on codziennie dziękował Bogu za to, że oddalił od 

niej chorobę.   

–  Chcę  powiedzieć  Coreyowi,  że  jesteśmy  razem  –  oznajmiła.  –  Że  ty  jesteś  moim 

chłopakiem, a ja twoją dziewczyną.   

Uśmiechnął  się,  słysząc  taki  opis  ich  związku.  Jakby  byli  nastolatkami  z  lat 

pięćdziesiątych.  Tymczasem  stanowili  parę  dojrzałych.  kochanków  w  świecie  pędzącym 

donikąd, w świecie gwałtu i przemocy.   

– Tęsknię, marzę o tobie, Emily.   

Pocałowała  go.  Jej  włosy  opadły  mu  na  twarz  niczym  welon.  Usta  miała  gorące  i 

spragnione. Podniosła  głowę, bo zabrakło jej oddechu – Niedługo znów będziemy mogli się 

kochać – powiedziała.   

–  Ja  nie  miałem  na  myśli  seksu  –  oświadczył.  –  Pragnę  tylko  być  przy  tobie,  spać  w 

twoim pokoju. Po prostu czuć twoją obecność.   

– Ja też tego pragnę – rzekła ze wzruszeniem. – Powiem o nas Coreyowi i będziesz mógł 

u  mnie  spać.  Zależy  mi  na  tym,  aby  Corey  wiedział  o  nas.  Byłoby  fatalnie,  gdyby  któregoś 

ranka wszedł do mnie i zastał cię w moim łóżku. Muszę z nim pogadać.   

– Dobrze go wychowujesz – stwierdził James. – Wyrośnie na porządnego człowieka.   

– Mam nadzieję.   

W ciszy, jaka zapadła po jej słowach, James obserwował cienie na ścianie, jakie księżyc 

malował, wędrując za drzewami po bezgwiezdnym niebie. Zamknął oczy i myślał, jak bardzo 

by chciał ofiarować Emily znacznie więcej, niż mógł. Żeby był godny jej i Coreya.   

Przeczesał palcami włosy. Oto leżał na kanapie, wspierając głowę o uda Emily. Z Beverly 

raczej mu się to nie zdarzało. Zasypiać przy telewizorze? To luksus, na jaki uciekający przed 

background image

mafią człowiek nie mógł sobie pozwolić.   

– Wciąż jestem przerażony – rzekł.   

– Tym, co wydarzyło się między nami? 

– Tak.   

Otworzył oczy i znów zapatrzył się na cienie na ścianie. Przybierały coraz to inny kształt. 

Coś w rodzaju wielkiego ptaka, który szybko przemienił się w – bezkształtną masę.   

– Ja też – odparła. – Ale to jest dobry rodzaj lęku. Dobry? pomyślał ze zgrozą. Związek z 

kryminalistą można określić mianem „dobry”? 

Usiadł i zapalił światło. Blask lampy zalał pokój złotawą, mglistą poświatą. Postać Emily 

wyłoniła się z niej niczym jakieś nieziemskie zjawisko.   

–  Czekałam  na  ciebie,  żeby...  –  Urwała  i  rzuciła  w  niego  jaśkiem.  –  Przez  cały  tydzień. 

Miałam nadzieję, modliłam się, żebyś ty coś powiedział.   

Patrzył na nią wyczekująco, w milczeniu.   

– Bo ja cię kocham.   

Ogarnęły  go  zarazem  czułość  i  wielki  niepokój.  Od  samego  początku  dążył  do  tego,  by 

ukraść jej serce. Złodziej, jaki w nim tkwił, robił wszystko, by ją sobie przywłaszczyć.   

– To moja wina – powiedział.   

– To niczyja wina, James. Po prostu stało się. Dianę jest zdania, że i ty mnie kochasz. Ale 

ja nie jestem niczego pewna, szczególnie jeśli chodzi o ciebie.   

Chciał ją uspokoić, wyciszyć jej lęki. Tymczasem stał jak słup, trzymając ręce w kieszeni.   

– Ja sam nigdy nie jestem siebie pewny – wyznał.   

– Miałeś ciężkie przeżycia – mówiła. – Straciłeś żonę. Niełatwo potem darzyć uczuciem 

inną kobietę.   

Ale ja darzę, myślał.   

– Jeśli powiem, że też cię kocham, co to zmieni? Lęk i tak mnie nie opuści.   

Skrzyżowali spojrzenia. Jej oczy błyszczały jak diamenty.   

– Naprawdę? 

Jeszcze  głębiej  wsunął  ręce  do  kieszeni.  Nie  może  jej  okłamywać.  Już  dość  kłamstw  jej 

naopowiadał. A okłamywanie samego siebie też nic nie da.  Znał symptomy, które nigdy nie 

mylą, – Tak – powiedział.   

– A czy kochasz mnie? 

– Tak.   

Czyżby wymagała od niego złożenia przysięgi? Przysięgi krwi? 

Nie odrywała od niego wzroku.   

– Kochasz mnie szczerze i uczciwie? – zapytała. – – Tak, niech to szlag, kocham cię! Ale 

czuję się jak byk przed wybiegiem na arenę. Nie ruszaj się więc, stój spokojnie.   

Roześmiała się i zerwała z miejsca, omal nie przewracając stolika.   

–  Uważaj  –  ostrzegł  ją.  –  Bo  jak  pęknie  ci  szew...  Nie  zważając  na  jego  przestrogi, 

zarzuciła  mu  ręce  na  szyję.  Dał  więc  spokój  protestom  i  chłonął  zapach  jej  włosów,  zapach 

łąki porosłej polnymi kwiatami.   

– Czy to coś zmienia między nami? – zapytał.   

background image

– Wszystko. – Wsparta głowę na jego ramieniu. – To jest jak nowy początek! 

Czyżby?  pomyślał.  Objął  ją  czule  i  błagał  los,  żeby  miała  rację.  Co  to  będzie  za  nowy 

początek, jeśli zagrożone zostanie jego bezpieczeństwo? Jeśli mafia go dopadnie? 

Jeśli pewnego dnia James Dalton zniknie na zawsze z jej oczu? 

 

James  zatrzymał  się  na  parkingu  w  pobliżu  kiosku  z  hamburgerami,  pomiędzy  Silver 

Wolf a Lewistonem. Dostrzegł czarnego sedana Zacka Rydera i ogarnął go niepokój. Niemal 

zrobiło mu się słabo. W ciągu ostatnich dwóch dni nie mógł ani jeść, ani spać. Nie miał też 

komu się zwierzyć, bo tylko Ryder wchodziłby w grę.   

Inspektor z Programu Ochrony Świadków czekał w swoim samochodzie. James otworzył 

drzwiczki  i  usiadł  obok.  Przez  chwilę  obaj  milczeli.  Ryder  pił  kawę  z  plastikowego  kubka. 

Miał na sobie brązową koszulę i dżinsy. Nie wyglądał na policjanta. Ale jest gliną, pomyślał 

James. Legalistą do szpiku kości.   

– Chcesz kawy, Dalton? A może kanapkę czy coś w tym rodzaju? 

– Nie, dzięki.   

Ryder obrócił się ku niemu.   

–  No,  co  się  dzieje?  –  zapytał.  –  Masz  sercowe  kłopoty?  Czujesz  się  winny  wobec  tej 

małej blondyneczki? 

James wybałuszył na niego oczy.   

Już  sam  fakt,  że  gliniarz  znał  jego  drogę  życiową,  bardzo  mu  nie  odpowiadał,  ale  to,  iż 

tenże znał tajniki jego obecnego życia, było stokroć gorsze.   

–  Skąd  wiesz  o  Emily?  Nic  ci  o  niej  nie  mówiłem!  Nie  wspominałem,  że  mieszka  w 

Silver Wolf.   

– Dziwny zbieg okoliczności, prawda? iy i ona mieszkacie w tym samym mieście.   

– Widocznie Wielki Brat nie spuszcza ze mnie oka! Zna każdy mój ruch.   

–  Nie  zajmuj  takiej  obronnej  postawy.  –  Ryder  wypił  łyk  kawy  z  kubka.  –  Moim 

zadaniem  jest  utrzymać  cię  przy  życiu,  chronić  cię.  A  nie  mógłbym  tego  robić,  gdybym  od 

czasu do czasu nie wtykał nosa w twoje sprawy.   

James przyglądał się chwilę twarzy Rydera, jego rysom jak wyrzeźbionym w drewnie.   

– Jesteś przestrzegającym tradycji Indianinem? – zapytał.   

– Nie – odrzekł inspektor.   

– Ja też nie.   

– Wiem.   

Oczywiście, że wiedział. Ten cholernik wie wszystko.   

– Czy to jedyna rzecz, jaka nas łączy? – spytał James.   

– Chyba tak. Ale między funkcjonariuszem policji a byłym gangsterem rodzi się swoista 

więź.   

Zmierzył Jamesa figlarnym spojrzeniem i obaj roześmiali się.   

Faktycznie,  ich  wzajemny  stosunek  graniczył  z  absurdem.  Znaczył  jednak  więcej,  niż 

James sobie wyobrażał.   

Zapadła cisza. James patrzył przez okno na szosę wiodącą do Sliver Wolf.   

background image

– Ona mnie kocha. – Milczał chwilę, po czym dodał: – Ja ją też, – No i? 

–  Nie  wiem,  do  cholery,  co  mam  robić!  Jak  mogę  wiązać  się  z  kobietą,  która  nawet  nie 

wie, kim jestem.   

– Wie, kim ty jesteś. Wie, że jesteś Jamesem Daltonem.   

– Czuję się jak krętacz. – James odwrócił głowę, nie patrzył już na szosę. – Powiedziałem 

Emily  o  żonie.  Nie  zdradziłem,  jak  się  nazywała  i  skąd  pochodziła.  Powiedziałem  jej,  że 

miałem żonę, która zmarła na raka.   

Ryder aż gwizdnął z emocji.   

– I teraz chcesz jej powiedzieć resztę. Chcesz jej powiedzieć o facecie, który się nazywał 

Reed.   

Serce łomotało Jamesowi w piersi. Na myśl, że powiedziałby ukochanej, iż był członkiem 

mafii,  robiło,  mu  się  niedobrze,  ale  przemilczenie  tego  faktu  jeszcze  bardziej  by  go  we 

własnych oczach pogrążyło.   

– Ma prawo wiedzieć, jakim jestem człowiekiem. Inspektor nie podzielał jego opinii.   

–  Jesteś  zakochany?  –  zapytał.  –  Związałeś  się  uczuciowo  z  piękną  kobietą?  Musisz 

zatem  zastanowić  się  nad  przyszłością.  A  co  będzie,  jeśli  stanie  się  coś  nieprzewidzianego? 

Jeśli  poślubisz  ją,  a  ona  pewnego  dnia  zażąda  rozwodu?  Jeśli  zrobisz  coś,  co  ją  wkurzy? 

Rozczarowana małżonka pobiegnie do mafii szukać zemsty.   

– Ona nigdy by tak nie postąpiła.   

– Skąd, do diabła, wiesz? Jak długo jesteście razem? Miesiąc? 

James panował nad nerwami. Emily nigdy nie zrobiłaby mu takiego świństwa. Nigdy nie 

wydałaby go mafii.   

– Nie mogę wciąż jej okłamywać. To ponad moje siły.   

– Znasz zasady naszego programu.   

– Więc jak jej powiem, stracę ochronę? 

Inspektor spojrzał na niego z uwagą.   

– Nie – odrzekł.   

James, choć z trudem, ale zdobył się na uśmiech.   

– Nie? 

Ryder uśmiechu mu nie odwzajemnił.   

–  Nie  byłbyś  pierwszym  świadkiem,  który  wyznaje  prawdę  ukochanej  kobiecie.  I,  jak 

sądzę, nie ostatnim. Tylko nie rozumiem, dlaczego chcesz koniecznie ją w to wciągnąć...   

– Uświadomię jej ryzyko, jakie podejmuje.   

– Twoja sprawa. Jesteś cholernie pewny, że to ty masz rację. 

– Bo mam – odrzekł James. – Poinformuję cię o wszystkim. Zadzwonię.   

Ryder  sięgnął  po  papierosa,  przypalił  go  i  obserwował  Jamesa  przez  chmurę  dymu,  jaki 

wydychał.   

– Kiedy zamierzasz jej powiedzieć? 

– Kiedy? – powtórzył James. – Już wkrótce. Im szybciej, tym lepiej.   

–  Może  dzisiaj?  –  Ryder  zaciągnął  się  papierosem.  –  Ciekawe,  jak  zareaguje  na  twoje 

słowa. To będzie dla niej szok.   

background image

James  poruszył  się  niespokojnie  na  siedzeniu.  Czy  Ryder  chce  wywrzeć  na  nim 

psychiczną presję? Zmusić go do zmiany decyzji? Miał uczucie, że się dusi. Wysiadł z auta.   

Po minucie Ryder również wysiadł. James stał oparty o wóz, bo nie czuł się pewnie. Był 

ś

wiadom, że jest poddawany wnikliwej analizie inspektora, który nie ma pewności, czy jego 

podopieczny upora się jakoś z tym problemem.   

– Muszę to zrobić – powiedział James.   

– No to mam nadzieję, że ci się uda. Ze znajdziesz to, czego szukasz. Spokój. I ukojenie. 

Ż

yczę ci tego.   

Oby, pomyślał James, przeklinając w duchu Reeda Blackwooda.   

 

James  wszedł  do  domu Emily  tylnym  wejściem.  Po  rozstaniu  się  z  Ryderem  poszedł  do 

Stajen Tandy, by nadrobić zaległości w robocie papierkowej. Ale wreszcie i jego dzień pracy 

dobiegł końca.   

– James! – zawołał Corey, wybiegając mu na spotkanie.   

– Cześć, kolego.   

Uniósł chłopca do góry. Kosmyki włosów opadały małemu na oczy, buzię miał brudną.   

– Bawiłeś się na podwórzu? – zapytał.   

– Aha. – Corey pociągnął nosem. – Musiałem znów zadawać się z tą okropną dziewuchą.   

– Z Corbin Taylor – wyjaśniła Emily, stojąc w progu, a w Jamesie serce zamarło. – Nie 

wolno ci się tak o niej wyrażać.   

James  spojrzał  na  Emily,  która  przesłała  mu  promienny  uśmiech.  Czy  pokochała  go  na 

tyle,  by  zaakceptować  mnie  jako  Reeda  Blackwooda?  pomyślał.  Czy  zgodzi  się  iść  przez 

ż

ycie z człowiekiem takim jak Reed? Czy zechce, aby taki człowiek pomógł jej wychowywać 

brata? 

Emily  zbliżyła  się  do  niego  i  pocałowała  go  w  usta.  Corey,  cmokając,  nagłośnił  ów 

pocałunek. Cofnęła się, choć James usiłował jej w tym przeszkodzić, i skarciła brata za owo 

cmoknięcie.   

James  postawił  chłopca  na  ziemi  i  włożył  mu  na  głowę  swój  kapelusz.  Chłopiec,  spod 

ronda, podniósł na niego oczy.   

– Wiesz co? – zapytał.   

– Nie wiem. A co? 

– Dianę powiedziała, że urządzi dla Emmy przyjęcie urodzinowe. Będą balony, ciastka i 

w ogóle.   

– Przyjęcie? – Poszukał wzrokiem Emily. – Kiedy są twoje urodziny? 

– Dwudziestego czerwca.   

–  Nie  pójdę  wtedy  do  szkoły  –  wtrącił  Corey.  –  Bo  muszę  pomagać  robić  dekoracje, 

prawda, Emily? 

– Prawda – odrzekła kierując wzrok w stronę Jamesa.   

– W tym roku mam na to ochotę. Tyle zebrało się powodów do uczczenia. Nie tylko dzień 

urodzin.   

– Oczywiście... To całkiem zrozumiałe. – Chciał za wszelką cenę ukryć niepokój. Jak w 

background image

takiej sytuacji ma jej mówić o Reedzie? Nie może przecież zepsuć jej takiego Święta.   

Musi to odłożyć. Powiedzieć jej o tym po urodzinach. Zadzwoni do Rydera i powiadomi 

go, że plan uległ pewnej korekcie w czasie.   

– Co chciałabyś ode mnie na urodziny? – zapytał.   

– Ciebie – odparta, a on poczuł, że ogarnia go fala gorąca.   

–  To  bez  sensu  –  orzekł  Corey.  Wiedział  już  o  ich  związku,  ale  nie  bardzo  się  w  tym 

wszystkim orientował.   

– Nie możesz dostać na urodziny człowieka. To musi być coś, co można zapakować.   

James roześmiał się.   

– Fajnie bym wyglądał z kokardą na czubku głowy – rzekł.   

Tym razem roześmieli się i siostra, i brat.   

– Mogę wyjść na dwór? – zapytał Corey.   

– Możesz – odparła. – Tylko unikaj słońca.   

–  Dobrze.  A  mogę  wziąć  twój  kapelusz?  –  zwrócił  się  do  Jamesa.  –  Będę  się  bawił  w 

kowboja.   

– Możesz, kolego. Musisz. Bo kowboj bez kapelusza się nie liczy.   

– Dzięki – odparł mały i wybiegł z domu. Zostali sami.   

– W piątek zawiozę cię do lekarza – powiedział. – Wprawdzie nie mam wolnego, ale Lily 

pójdzie mi na rękę i odpracuję ten dzień.   

–  Cieszę  się.  –  Emily  wpatrywała  się  w  jego  twarz,  obserwując  linię  ust,  zmarszczki 

mimiczne wokół oczu. – Ty stale czegoś się lękasz, prawda? 

Wsunął  ręce  do  kieszeni,  co,  jak  zdążyła  zaobserwować,  świadczyło  o  jego 

zdenerwowaniu. 

v

 – Wszystko gra – powiedział.   

– Kiepsko spałeś.   

– Zawsze mam kłopoty ze snem.   

– Nie zauważyłam.   

Tak mało wiedziała o nim, stwierdziła w duchu. Stale i wciąż poznawali się wzajemnie.   

– A kiedy ty masz urodziny? – zapytała.   

Nie od razu odpowiedział. Spojrzał w dół, uniósł wzrok.   

– Piątego listopada – odparł. Zbliżyła się do niego.   

–  Przykro  mi,  że  wciąż  czujesz  się  nieswojo.  Sądziła,  że  „czuje  się  nieswojo”,  bo  jest 

zakochany.   

– A ja żyję jak w bajce – ciągnęła. – Dziś rano obudziłam się i uświadomiłam sobie, że to 

najszczęśliwszy okres w moim życiu.   

–  Naprawdę?  –  Wyjął  ręce  z  kieszeni  i  chwycił  ją  w  ramiona,  tuląc  ją  w  najczulszym 

uścisku.   

Czy  jego  uczucie  jest  równie  głębokie  jak  moje?  zastanawiała  się.  Gdy  był  blisko  niej, 

gdy  jej  dotykał,  wierzyła,  że  tak.  Lecz  gdy  spojrzała  w  jego  oczy  o  dziwnym  wyrazie, 

ogarniał ją lęk, że go straci.   

– No powiedz, co byś chciała dostać ode mnie na urodziny.   

Wdychała zapachy ziemi, koni, siana, jakimi przesycone było jego ubranie.   

background image

– Już ci mówiłam. Pogłaskał ją po włosach.   

– Śmieszna dziewczynka – stwierdził. – Powiedz mi o czymś, co można kupić.   

– Nieważne jest to, co można kupić – rzekła. Wystarczała jej świadomość, że on będzie 

częścią jej życia.   

– Uroczystość odbędzie się tutaj czy u Dianę? 

–  U  Dianę.  –  Wtuliła  głowę  w  jego  pierś.  –  Możesz  zaprosić  Lily  Mae,  a  ja  zaproszę 

Harveya. Będzie fajnie, jak się spotkają.   

– Fajnie? Patrzeć, jak się kłócą cały wieczór? 

–  Ważne  jest,  żeby  się  spotkali  na  takiej  właśnie  uroczystości.  Mówiłeś,  że,  twoim 

zdaniem, łączyła ich miłość.   

– Z pół wieku temu.   

– To okropne tak długo do siebie tęsknić. – Ujęła Jamesa za obie dłonie. – Na szczęście 

nas to chyba nie dotyczy.   

–  Mam  taką  nadzieję  –  powiedział.  –  No  dobrze,  zaproszę  Lily  Mae.  Ale  w  swata  nie 

będę się bawić.   

– Czemu nie? 

– Bo nie.   

– To będą moje urodziny – mówiła ciepłym głosem. – Nie powinieneś mi się sprzeciwiać.   

Westchnął, a Emily uznała, że jej ustąpił. Lecz wydawało jej się tak tylko przez chwilę. Z 

Jamesem  nigdy  nic  nie  wiadomo,  myślała.  Trudny  człowiek.  Kochała  go,  ale  nie  rozumiała. 

Wciąż stanowił dla niej tajemnicę.   

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 

– Powtórz mi jeszcze raz, bo nie bardzo rozumiem, dlaczego mnie tu przyprowadziłaś – 

zapytał James, otwierając drzwi pokoju motelowego.   

– Dlatego że chcę zobaczyć pokój, w którym spałeś tamtej nocy.   

Tego wieczoru, kiedy się poznali, dodała w myślach.   

–  Oto  są  kobiety!  –  Potrząsnął  głową  i  rzucił  na  komodę  kartę  otwierającą  drzwi. 

Przywiozłem cię do lekarza w Lewiston, a ty po wizycie proponujesz mi wycieczkę śladami 

wspomnień.  –  Obrócił  się  ku  niej  z  uśmiechem;  w  wiszącym  za  nim  lustrze  ujrzała  tył  jego 

głowy. – Chcesz mnie tu uwieść? 

Rzuciła okiem na łóżko przykryte niebieską narzutą.   

– Być może.   

– Być może? Płacimy sześćdziesiąt dziewięć dolców za parę godzin, a Emily mówi: „być 

może”! 

Wiedziała, że on się z nią droczy, że też chciałby się z nią kochać, całować ją, pieścić, dać 

wyraz  swoim  emocjom.  Wciąż  jednak  był  jakiś  zatroskany.  Choć  uśmiechał  się,  wyraz 

cierpienia nie znikał z jego oczu.   

– Powiedz mi, co robiłeś, kiedy tamtej nocy wyszedłeś ode mnie? 

–  Cóż  ja  mogłem  robić?  Wróciłem  tu...  –  Zmarszczył  czoło,  a  głos  jego  nabrał  ostrego 

brzmienia. – Przeszedłem się trochę i...   

– I co? 

– Myślałem o tobie. Serce mocno jej biło.   

– Naprawdę? 

–  Oczywiście,  że  tak.  –  Oparł  się  o  komodę,  naprężył  ramiona.  –  Czułem  się 

osamotniony. Chciałem być z tobą...   

Emily obserwowała go uważnie, mierzyła jego sylwetkę od stóp do głów – Ja też o tobie 

myślałam. Nie mogłam przestać myśleć...   

– Dwoje obcych sobie ludzi – mówił. – Nie powinno wydarzyć się między nami to, co się 

wydarzyło. Nie od razu tej nocy.   

W pewnym sensie, myślała, w dalszym ciągu byli sobie obcy.   

–  Chcę,  żebyśmy  odświeżyli  nasz  wspomnienia  –  rzekła.  James  wciąż  stał  oparty  o 

komodę.  Podeszła  do  niego,  a  on  ją  objął.  Tak  delikatnie,  z  taką  czułością...  Jego  bliskość 

wyzwoliła  w  niej  tęsknotę  do  czegoś  więcej.  Od  operacji  nie  byli  ze  sobą  –  i  ona  bardzo 

tęskniła do jego pieszczot.   

Rozpięła  mu  koszulę  i  dotknęła  ustami  jego  nagiej  piersi.  Biły  od  niego  żar  i  ogromna 

siła.  Emily  czuła  niemal,  jak  krew  krąży  mu  w  żyłach.  Mój  kochanek,  myślała.  Mój  anioł. 

Pomógł mi przejść przez najcięższy okres w życiu.   

–  Przy  tobie  zawsze  czuję  się  bezpieczna  –  powiedziała.  Przeczesał  włosy  ręką,  która 

zaczęła mu drżeć.   

– Bezpieczna? – powtórzył.   

background image

Z  byłym  więźniem?  Oskarżonym  o  współudział  w  morderstwie?  Świadkiem  koronnym 

uciekającym przed mafią? 

– Jesteś moim opiekunem – mówiła – i obrońcą. Całując ją, słuchał tych słów, które były 

ułudą.  Ale  nie  chciał  myśleć  o  swojej  przeszłości,  o  przestępstwach,  jakie  popełniał. 

Przynajmniej nie wtedy, gdy Emily go dotykała, gdy pragnął jej całym sercem.   

Rozpiął jej bluzkę, upajając się ciepłem i gładkością jej ciała.   

–  Kocham  cię  –  powiedział.  Cokolwiek  się  stanie,  myślał,  niech  ona  wie  o  jego 

uczuciach.   

–  Ja  też  cię  kocham  –  rzekła,  a  on  czuł,  jak  bardzo  ważne  były  dla  niej  te  słowa,  jak 

pragnęła je usłyszeć.   

Zaniósł ją do łóżka. Jest mężczyzną, któremu ona ufa, }e) rycerzem, jej obrońcą.   

– Jest cudownie, prawda? – zapytała. – Ten pokój, my, nasze wspomnienia.   

–  Tak,  cudownie.  –  Ukląkł  przy  jej  łóżku,  zdjął  jej  buty,  spodnie,  a  potem  sam  się 

rozebrał.   

Już nadzy wciąż jeszcze poznawali wzajemnie swoje ciała. Ona dotknęła jego tatuażu, on 

położył dłoń na jej świeżej bliźnie.   

Drżenie,  urywany  oddech,  krzyk  zachwytu  sygnalizowały  jej  orgazm.  A  on  był 

szczęśliwy, że jego pieszczoty dały jej tyle szczęścia.   

– Pięknie wyglądasz – rzekł.   

Jej  włosy  tworzyły  aureolę  na  poduszce.  Twarz  miała  zarumienioną.  Świat  przestał  dla 

nich istnieć, oboje oszaleli. I wciąż im było mało. Czar nocy w tym pokoju. Czar wspomnień.   

Moja ukochana, myślał James. Moja miłość. Ukojenie mojej duszy.   

– To świetnie działa na psychikę.   

– Słucham? 

James obrócił się zaskoczony. Nie słyszał kroków męża Dianę, co oznaczało, że myślami 

jest gdzie indziej. Ned Kerr nie należał do ułomków, krok miał ciężki, głos tubalny.   

– Przyroda dobrze działa na psychikę człowieka. – Wskazał na wijącą się w dole rzekę.   

– To prawda.   

Ś

wiatło księżyca srebrzyło fale rzeki, gwiazdy oświetlały nieboskłon.   

– Dobrze się bawisz? – zapytał Ned.   

James  odpowiedział  mu  skinieniem  głowy.  Cały  dom  tętnił  radosnym  gwarem  rozmów 

gości urodzinowych.   

– Piękna uroczystość. Ładnie z waszej strony, że pomyśleliście o Emmy.   

– Emily będzie matką chrzestną naszego syna – oznajmił z dumą Ned. – Dianę mówiła ci, 

ż

e to będzie syn? 

– Tak, mówiła. – I tu James pomyślał o swoim synu, małym chłopcu, którego zostawił. – 

Gdy  Irokezi  pytają  o  płeć  nowo  narodzonego  –  ciągnął  –  używają  takiego  zwrotu:  „Czy  to 

łuk, czy sito?” Bo chłopcy robią łuki, a dziewczyny przesiewają mąkę.   

– Tak, łuk. Ale nie mów Dianę o tym powiedzeniu. Kobiety o byle co się obrażają.   

– Czy mnie słuch nie myli, bo chyba słyszałam swoje imię – rzekła Dianę, podchodząc do 

nich.   

background image

– Kobiety mają uszy jak radary – zauważył jej małżonek.   

– Słyszałam, o czym mówiliście – powiedziała Dianę, obejmując Neda.   

– Ja też słyszałam.   

Te słowa wyrzekła Emily i uśmiechnęła się do nich wszystkich.   

– Wyszedłem, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza – rzeki James.   

– I pogadać z Nedem o różnicach płci. – Dianę roześmiała się głośno. – Czy to znaczy, że 

ja jestem sitem? 

– Mówiłem ci – zaczął Ned, gładząc brzuszek żony. – Kobiety są obrażalskie.   

James  obserwował  tę  parę,  zazdroszcząc  im  spokojnego  życia,  szczęścia,  jakim  potrafią 

się cieszyć – Ja też jestem sitem? – spytała Emily.   

–  A  nie  chcesz  nim  być?  –  James  chwycił  ją  za  rękę,  aż  pisnęła.  –  A  może  chcesz  być 

chlebem? Wśród irokeskich dzieci istnieje takie  powiedzonko-pytanie: „Wolisz dostać chleb 

czy kijem”.   

Uniosła na niego pytające spojrzenie.   

– Taka gra, o ile dobrze pamiętam.   

– Pamiętasz? 

Pocałowała go szybko w usta, co przyspieszyło mu znacznie bicie serca.   

– Nic z tych  rzeczy – zaprotestowała Dianę. – Przyjęcie w pełnym toku!  Nie ważcie się 

urywać! 

–  O  czym  ona  mówi?  –  Emily  pociągnęła  Jamesa  w  stronę  domu.  –  Najwyższy  czas 

zabrać się do swatania – dodała po cichu.   

James przypomniał sobie o planach Emily dotyczących Harveya i Lily.   

– Gdzie oni są? – zapytał.   

– Na dole. Jedno w jednym końcu pokoju, drugie w drugim. Przyglądają się tańcom.   

Zaprowadziła  go  przez  zatłoczoną  kuchnię,  schodkami  w  dół,  skąd  dobiegały  dźwięki 

muzyki country.   

–  Widzisz  –  mówiła,  prowadząc  go  w  stronę  bufetu.  –  Tam  stor  Harvey.  A  Lily  Mae 

przegląda płyty. Głowę daję, że marzy o tańcu. Idź i powiedz Harveyowi, żeby ją poprosił.   

– Ja? – James sięgnął po kawałek zapieczonego w serze selera. – Dlaczego nie ty? 

– Bo ty jesteś mężczyzną i łatwiej ci będzie wtrącić mu coś o jej urodzie.   

– To moja szefowa. – Popatrzył na Lily Mae opaloną na brąz. – I ma sześćdziesiąt osiem 

lat.   

– Wciąż jest ładna – orzekła Emily, biorąc od Jamesa selera, zanim zdążył go spróbować.   

–  Ładna,  niech  ci  będzie  –  zgodził  się  i  pomyślał,  że  nie  może  odmówić  niczego 

dziewczynie w dniu jej urodzin. – Ale nie miej do mnie pretensji, jeśli program nie wypali.   

– Słowo. – Uroczo się do niego uśmiechnęła.   

James  szedł  omijając  tańczących.  Myślał  sobie,  że  te  romantyczne  melodie  pasują  do 

klimatu  kojarzenia  par,  ale  reakcji  Harveya  Osboraa  nie  mógł  przewidzieć.  Emerytowany 

pracownik poczty stał ze skrzyżowanymi na piersi ramionami.   

– Cześć, Harvey – powiedział James. – Lubisz muzykę? 

– Głównie country, a ty? 

background image

– Ja lubię wszystkie gatunki. – Spojrzał na Emily, która stalą przy bufecie, jadła selera w 

serze i wpatrywała się w niego znacząco. – Lily Mae – ciągnął James – naprawdę ładnie dziś 

wygląda.   

– Zawsze była za chuda jak na mój gust – rzeki na to Harvey.   

– Głupstwa opowiadasz! Widziałem jej fotografię z młodości. Ładna babka.   

Stary zmrużył oczy i spojrzał czujnie na Jamesa.   

– Cholernie ładna – dodał ten.   

– Ma bzika – mruknął Harvey. – Kompletnego bzika. James postanowił iść na całego.   

– Zmieniłaby się pod twoim wpływem. Ona właśnie potrzebuje takiego mężczyzny jak ty.   

Emerytowany pocztowiec wyprostował się nagle.   

– Może bym i potrafił – oznajmił. – Gdybym chciał.   

– Ona ciągle o tobie mówi.   

– Czyżby? A co? 

Ż

e z ciebie stary piernik, pomyślał James. A powiedział: 

– Takie różne rzeczy. Znasz Lily. Lubi gadać.   

– To prawda – potwierdził Harvey.   

– Powinieneś poprosić ją do tańca.   

– Teraz? Na oczach tylu ludzi? 

– Głowę daję, że jesteś świetnym tancerzem.   

– Byłem w swoim czasie.   

– No to na co czekasz? Ona wzroku od ciebie nie odrywa. Aż nie do wiary.   

– Powiadasz? 

Harvey  ruszył  ku  Lily  Mae.  James  dał  Emily  znak  ręką.  Ona  pomachała  mu  dłonią,  w 

której trzymała banana.   

Usiedli niebawem na kanapie i zaczęli obserwować tę tańczącą parę.   

– Całe szczęście, że go nie spławiła – rzekł James.   

– Nie po tej mowie, jaką jej wygłosiłam.   

– Co jej powiedziałaś? – zapytał, biorąc z talerzyka Emily kiść winogron.   

–  Że  Harvey  jest  cały  w  nerwach,  bo  chciałby  zdobyć  się  na  odwagę  i  poprosić  ją,  by 

przez cały wieczór tańczyła tylko z nim. A ty postanowiłeś podtrzymać go na duchu.   

– Ale z ciebie numer! Okłamałaś ją.   

– Jak możesz tak mówić? Ja nie kłamię.   

Zamrugała powiekami z niewinną minką, a on się roześmiał. Po czym wrócił spojrzeniem 

do skojarzonej przez nich pary.   

– Przed końcem przyjęcia na pewno się pokłócą – powiedział.   

–  Możliwe.  –  Emily  położyła  mu  głowę  na  ramieniu.  –  Ale  daliśmy  im  szansę,  a  to  się 

liczy.   

A czy my mamy szansę? zastanowił się James. A jeśli Reed zburzy mu plany? 

– Chwileczkę – powiedział.   

Sięgnął do kieszeni i wręczył jej małe pudełeczko z kokardą na wierzchu.   

Z  niecierpliwością  dziecka  zerwała  papier,  otworzyła  puzderko  i  oczom  jej  ukazał  się 

background image

złoty medalion.   

– Otwórz go – powiedział.   

Co  też  uczyniła.  Na  małym  skrawku  papieru  odczytała  napis:  „Nie  oderwiesz  ode  mnie 

wzroku... Ani myśli... Przybyłem po twoją duszę.” 

–  To  fragment  irokeskiego  zaklęcia.  –  Dotknął  ustami  jej  policzka.  –  Swoisty  amulet. 

Wyczuwam  jego  moc,  gdy  patrzysz  na  mnie.  Gdy  patrzymy  na  siebie  wzajemnie.  Oczy  jej 

napełniły się łzami.   

–  Kocham  cię,  Jamesie  Daltonie.  –  –  Ja  też  cię  kocham  –  rzekł,  mając  świadomość,  że 

jutro powie jej całą prawdę. Że nie nazywa się James Dalton.   

Obudziła się nazajutrz, czując na sobie jego wzrok. Oszołomiona po śnie przeciągnęła się 

i wtedy zauważyła coś niezwykłego w jego spojrzeniu.   

Ale jego spojrzenie zawsze było niezwykłe, orzekła w duchu.   

– Hej, śpiochu – powiedział, gładząc ją czule po włosach.   

Spojrzała na zegarek i uśmiechnęła się.   

– Jeszcze wcześnie – stwierdziła.   

Możemy  jeszcze  sporo  czasu  spędzić  w  łóżku,  myślała,  tym  bardziej  że  Corey  po 

wczorajszej zabawie ze Stevenem na pewno śpi twardym snem.   

– Co powiesz na kawę – zapytała. – I może grzankę z dżemem? 

– Czemu nie, jeśli jesteś głodna, możemy coś zjeść.   

– Masz ochotę na śniadanie w łóżku? 

– Dostosuję się – zapewnił.   

Emily zarzuciła szlafrok na koszulę nocną.   

– Świetnie – rzekła. – Zademonstruję ci swój kelnerski kunszt.   

Pocałowała  go  i  pobiegła  do  kuchni.  Postawiła  na  tacy  kawę  i  grzanki.  Wiedziała,  że 

James lubi mocną kawę i przyrumienione na złoto kromki chleba.   

Dżem,  ser,  parę  plastrów  szynki.  Ozdobiła  talerze  nacią  pietruszki  i  kawałkami 

pomarańczy.   

Zaniosła tacę do sypialni i postawiła na komodzie.   

– Pięknie to wygląda – oznajmił James. – Przeszło moje najśmielsze oczekiwania.   

– Miałam taką fantazję – rzekła.   

Uwielbiała  to  prawdziwie  rodzinne  ciepło,  ten  wspólny  z  nim  dom.  Podała  mu  kawę, 

wypił trochę i postawił  kubek na nocnej szafce.  Wziął talerz, sięgnął po  serwetkę i widełec. 

Emily  zaczęła  już  jeść.  Niebawem  stwierdziła,  że  jej  apetyt  lepiej  dopisuje.  Zamyślona, 

obracała  w  palcach  medalion.  Zawierał  irokeskie  zaklęcie.  Będzie  go  zawsze  nosiła.  Blisko 

serca.  i  Uniosła  wzrok  i  napotkała  spojrzenie  Jamesa.  Wpatrywał  się  w  nią  intensywnie,  z 

jakimś dziwnym, nietypowym dla niego wyrazem twarzy.   

– Musimy porozmawiać – rzekł.   

– O czym? Odstawił talerz.   

– O nas. O mnie. O naszej przyszłości.   

Spojrzała mu prosto w oczy, a kiedy odwrócił wzrok, wiedziała, że coś złego się dzieje.   

– Przepraszam, Emily.   

background image

– Za co? Przerażona, ścisnęła w ręku medalion. Coś w Jamesie uległo zmianie? Uznał, że 

nie radzi sobie z tą miłością? Że za bardzo się zaangażował? 

– Przepraszam cię za wszystko.   

– Nie mów tak, James! 

Z jego piersi wyrwało się ciężkie westchnienie.   

–  Przede  wszystkim  nie  nazywam  się  James  Dalton  i  nie  urodziłem  się  piątego  grudnia. 

Nazywam  się  Reed  Blackwood  i  urodziłem  się  drugiego  września.  –  Sięgnął  po  kawę  i 

obydwiema dłońmi objął kubek. – Jestem byłym więźniem. Wykwalifikowanym złodziejem i 

ekspertem od elektroniki. Byłem członkiem mafii działającej w Los Angeles.   

Siedziała z opuszczoną głową.   

– Czy to ma być żart? Jakiś psikus pourodzinowy? 

– Chciałbym, żeby tak było.   

Nie  wierząc  mu,  sięgnęła  po  leżący  na  szafce  nocnej  jego  portfel.  Nigdy  dotąd  nie 

zainteresowała  się  ani  jego  prawem  jazdy,  ani  innymi  dokumentami  poświadczającymi 

tożsamość.   

– James Dalton – przeczytała raz, drugi, trzeci. – Czy to wszystko jest fałsz? 

–  Zmieniono  mi  tożsamość.  Jestem..  ,  –  Kim?  Jakimś  szpiegiem?  Najpierw  byłeś 

krukiem, a teraz...   

– Jestem objęty Programem Ochrony Świadków Koronnych. Nawet tobie nie powinienem 

o tym mówić.   

– Zeznawałeś już przeciwko komuś? – zapytała zduszonym głosem, ogarnięta paniką.   

Skinął głową.   

– Przeciwko komu? Mafii z Los Angeles? W Los Angeles nie ma żadnej mafii.   

– Jest. Gdyby mnie dopadli, zabiliby.   

– A ty jesteś tutaj? W moim domu? Gdzie mieszka mój brat? 

Oczy miała pełne łez. Nie mogła zebrać myśli, zabrakło jej tchu, jej serce się rozszalało.   

– Czy Coreyowi coś zagraża? Czy mogą go porwać? 

I nie czekając na odpowiedź, pobiegła do pokoju brata. Zastała go śpiącego spokojnie, z 

rączką zgiętą w łokciu. Wyczuła, że James stoi za jej plecami.   

– Nie zrobię żadnej krzywdy Coreyowi – powiedział. – Ani tobie.   

Tym razem spojrzała mu prosto w oczy.   

– Oni cię szukają? – zapytała.   

– Tak.   

– Żeby cię zabić? 

– Tak.   

Emily czuła, że nogi odmawiają jej posłuszeństwa.   

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

 

– Muszę usiąść – rzekła, zamknąwszy drzwi do pokoju brata.   

A  James  zastanawiał  się,  co  on  ma,  na  litość  boską,  powiedzieć  jej  po  tym  wszystkim. 

Widział jej przerażenie.   

Całkiem zrozumiałe. Kto by się nie przeraził na jej miejscu? 

Usiadła  na  brzegu  łóżka  i  obracała  w  dłoni  pasek  od  szlafroka.  Spojrzał  na  tacę  z 

niedojedzonym śniadaniem. Omal nie zrzuciła jej na podłogę, gdy zerwała się, by pobiec do 

brata.   

– Poszukujący mnie bandyci nie polują na niewinnych ludzi – oznajmił. – Nie narażałbym 

na niebezpieczeństwo ciebie i Coreya.   

– A ty? Nie chcę, żeby cię zabili.   

– Komitet Ochrony Świadków Koronnych sprawuje nade mną pieczę.   

– Komitet Ochrony Świadków? 

– Tak, ale nie mów o tym nikomu. Nawet swojej przyjaciółce.   

– Nie powiem. Przysięgam! Nie narażałabym twojego życia.   

Cisza  zaległa  między  nimi,  James  nie  wiedział,  jak  js  przerwać.  Stał,  a  w  głowie  miał 

kompletny mętlik.   

– Nie pochodzę z Oklahomy. Urodziłem się w Austin, a kiedy miałem dwanaście lat, moi 

rodzice przeprowadzili się do małego miasteczka w Teksasie.   

– Czy z tego, co opowiadałeś mi o swojej rodzinie, nic nie jest prawdą? 

Włożył ręce głęboko do kieszeni.   

– To, że ojczym mnie bił, to prawda.   

– A to, eo mówiłeś o matce? 

– Też prawda. Ale nie wspomniałem ci o mojej siostrze przyrodniej. Ma na imię Heather. 

Jest biała i jesteśmy do siebie podobni. – Odchrząknął i mówił dalej: – To jedyna osoba, która 

mnie kochała. Poza moją żoną... – Urwał, i milczał przez chwilę. – Poza moją żoną i tobą.   

– Twoja żona istniała naprawdę? 

– Tak.   

– I naprawdę miała raka? 

– Tak. Ten rak ją zabił, pomyślał. Ona leży w grobie, a ja nigdy nie mogłem iść do niej na 

cmentarz.   

–  Nazywała  się  Beverly  Halloway.  Była  córką  ojca  chrzestnego  mafii  Zachodniego 

Wybrzeża. Ścigał mnie, póki nie trafił do więzienia. Jego synowie zastąpili go. I też dybią na 

moje życie, Emily zbladła jeszcze bardziej.   

– Rodzina twojej żony to członkowie mafii, która na ciebie poluje, tak? 

– Najpierw nie pozwalali jej być ze mną.   

– Mimo że należałeś do mafii? 

– Spartaczyłem parę zadań i przestali mi ufać.   

Co Emily powiedziałaby na to, że był nie tylko złodziejem? Że zaplanowano morderstwo 

background image

z jego udziałem? 

–  Nie  było  mowy  o  tym,  bym  poślubił  córkę  szefa.  Kazano  mi  trzymać  się  od  niej  z 

daleka. Grożono mi.   

Wziął kubek z szafki nocnej i wypił łyk kawy.   

–  Planowaliśmy  z  Beverly  ucieczkę,  ale  jej  rodzina  wcześniej  mnie  dopadła.  Nasłała  na 

mnie drabów, którzy niemal flaki ze mnie wypruli. Ledwo uszedłem z życiem.   

Emily sięgnęła po swojego misia i przytuliła go, jakby chciała obronić go przed światem.   

– Co dalej? – zapytała.   

–  Te  typy  paskudnie  mnie  urządziły.  Straciłem  przytomność  i  Beverly  mnie  odnalazła. 

Ona wraz z moją siostrą wywiozły mnie z miasta. Leczyły moje rany i już razem uciekliśmy 

przed mafią.   

– Jak długo to trwało? – zapytała, przytulając misia z jeszcze większą troską.   

– Półtora roku. Mafia kazała jednemu z nich zabić mnie i przywieźć moją żonę do ojca.   

– A co z twoją siostrą? 

–  Heather  nie  mogła  wrócić  do  domu,  bo  bandyci  wydobyliby  z  niej,  gdzie  jestem. 

Została z nami. – Uciekała z nami, pomyślał. Z jednego stanu do drugiego. W ciągłym lęku. – 

Beverly zachorowała wtedy – ciągnął. – Kiedy okazało się, że to rak, świat się nam zawalił. 

Wiedzieliśmy, że to koniec.   

Oparł się o komodę. Miał jej jeszcze wiele do powiedzenia. Bardzo wiele.   

– Mam dziecko, Emily. Syna, Patrzyła na niego. Tylko patrzyła, a jemu serce waliło jak 

młotem.   

– Jak ma na imię? – zapytała wreszcie.   

– Justin.   

– A gdzie on jest teraz? 

– Gdy okazało się, że Beverly ma raka, oddaliśmy Justina mojej siostrze. Prosiliśmy, by 

go  wychowała,  była  mu  matką,  i  aby  nikt  się  nie  dowiedział,  kim  są  jego  rodzice.  Nie 

chcieliśmy, aby Hallowayowie wzięli go pod swoją opiekę.   

–  Nie  rozumiem.  –  Położyła  misia  na  łóżku.  –  Mówiłeś,  że  twoja  siostra  jest  biała.  Jak 

mogła uchodzić za matkę waszego syna? 

– Heather miała kochanka Indianina, była z nim w ciąży. – Zachmurzył się. Wspomnienia 

przeniosły go w tamte ciężkie czasy. – A więc uciekałem z dwiema ciężarnymi kobietami.   

– O, Boże, James...   

–  Stale  uciekaliśmy  przed  mafią.  Znaleźliśmy  schronienie  w  małej  chatce  w  stanie 

Oklahoma.  I  tam  właśnie  obaj  chłopcy  przyszli  na  świat.  Synek  siostry  urodził  się  martwy. 

Był taki malutki. Siny. Nie oddychał. Nie udało mi się go reanimować. A baliśmy się szukać 

pomocy w szpitalu.   

– I co dalej? – zapytała Emily.   

–  Wiedziałem,  że  mafia  nigdy  nie  da  mi  spokoju,  że  resztę  życia  spędzę  na  ucieczce. 

Beverly słabła z każdym dniem, więc Heather zabrała ją do ojca. Halloway był bardzo bogaty, 

stać  go  było  na  lekarzy,  leki,  pielęgniarki,  mógł  zapewnić  córce  lżejszą  śmierć...  –  James 

spojrzał przez okno, na oświetlające pokój letnie słońce. – Justin miał dziesięć miesięcy, gdy 

background image

Heather zgodziła się być mu matką. Po odwiezieniu Beveriy do jej ojca pojechała do swego 

kochanka do Teksasu i poprosiła go, by zgodził się wychować mego syna. By udawał przed 

wszystkimi, że Justin jest jego.   

– I zgodził się? 

– Tak, kochanek Heather był moim przyjacielem.   

– To ten irokeski chłopak, o którym mi opowiadałeś? James skinął głową.   

– Byliśmy wtedy jak bracia. Będzie dobry dla mojego syna.   

– I Justin nigdy się nie dowie, kim jest jego ojciec? 

–  Nie.  Ale  to  był  mój  wybór,  moja  decyzja.  Chciałem  zapewnić  mu  normalne  życie,  z 

dala od Hallowayów.   

– A jak to się stało, że ten Komitet Ochrony Świadków Koronnych wziął cię pod swoją 

opiekę? 

–  FBI  nawiązało  kontakt  z  moją  siostrą,  a  ona  –  ze  mną.  Powiedzieli,  że  obejmą  mnie 

programem,  jeżeli  oczywiście  będę  zeznawać  przeciwko  mafii.  Beverly  już  nie  żyła,  nie 

miałem więc skrupułów.   

– Dobrze zrobiłeś, że odciąłeś się od tych strasznych typów.   

– Ja też byłem takim strasznym typem. Potrząsnęła głową.   

– Nie takim jak oni.   

– Skąd wiesz? 

–  Bo  oni  albo  zlecają  komuś  morderstwa,  albo  sami  zabijają.  Ty  byłeś  złodziejem,  nie 

mordercą. Nie potrafiłbyś odebrać komuś życia.   

Podeszła  do  niego,  a  on  stał,  jakby  go  zamurowało.  Nie,  nie  może  jej  powiedzieć,  nie 

może  się  przyznać,  że  bral  udział  w  morderstwie.  Nie  powiedział  nawet  o  tym  Beveriy. 

Umarła i nie poznała prawdy.   

– Wszystko będzie dobrze – rzekła Emily. – Jakoś przez to wszystko przebrniemy Jakim 

cudem?  pomyślał.  Jak  będą  mogli  ułożyć  sobie  życie  w  cieniu  jego  kłamstwa?  Grzechu,  do 

którego nie był w stanie się przyznać? 

Położyła głowę na jego ramieniu.   

– Mimo wszystko kocham cię, James. Zawsze cię kochałam.   

Nie  powinna,  myślał.  Zasługuje  na  kogoś  lepszego  niż  Reed  Blackwood.  Lepszego  niż 

James Dalton. Wziął ją w ramiona czując, jak jest jej niegodny.   

Dziś jej nie opuści. A jutro poprosi Zacka Rydera, by wywiózł go jak najdalej stąd.   

Stajnie  Tandy  były  już  zamknięte.  Amatorów  konnej  jazdy  już  nie  było  i  konie 

odpoczywały spokojnie w swoich boksach.   

Inspektor ochrony i James stali oparci o poręcz ganku i patrzyli na rozciągający się przed 

nimi krajobraz.   

Swoim zwyczajem Ryder trzymał w ustach palącego się papierosa.   

– A nie mówiłem, żebyś siedział cicho – rzekł.   

–  Przestań  z  tym  „a  nie  mówiłem”,  wydostań  mnie  stąd!  Funkcjonariusz  obserwował 

chylące się ku zachodowi słońce, które oświetlało jego siwe skronie i zmarszczki w kącikach 

oczu.   

background image

– Nie mogę, Dalton.   

– Nie możesz czy nie chcesz? 

Obrócił twarz ku Jamesowi.   

– Nie chcę.   

James poczuł się tak, jakby sznur zaciskał mu się wokół szyi.   

– Ale ja nie mogę tu mieszkać! Nie potrafię dłużej patrzeć w oczy Emily, nosząc w sobie 

to straszne kłamstwo. – Chwycił puszkę piwa i opróżnił ją. – Musisz mnie gdzieś przenieść.   

– Nic nie muszę – odparł Ryder. – Czy zagrożone jest twoje bezpieczeństwo? Czy groziła 

ci, że powie komuś o tobie? Wygadała się przed sąsiadami? – Dmuchnął dymem w powietrze. 

– Nie, nie wygadała się ani ci nie groziła. Patrząc ci w oczy powiedziała, że wciąż cię kocha. 

A ty chcesz dać nogę? 

– Patrząc mi w oczy powiedziała – rzekł James z wściekłością – że na całe szczęście nie 

jestem mordercą.   

– Bo nie jesteś.   

– Naprawdę? To myślisz, że za nic wsadzili mnie do pudła? 

Inspektor opadł na krzesło i zaczął mówić, przybierając typowy dla gliniarza ton.   

– Wsadzili cię do pudła, bo sędzia orzekł, że musisz odsiedzieć karę.   

– Za uczestnictwo w morderstwie.   

– Nie wygłupiaj się.   

James spojrzał uważnie na Rydera.   

– Byłem zamieszany...   

– Dobrze wiem, w co byłeś zamieszany.   

– Jasne, taki as jak ty zawsze wie wszystko.   

– A taki tchórz jak ty nie chce być z kobietą, która g< 

kocha. Biedaczek, przeleciał dziewczynę i czym prędzej chce się zmyć. Mam rację? 

– Niech cię szlag trafi, Ryder! 

– Faktycznie, niech mnie trafi, bo jestem facetem, który pozwolił ci złamać zasady.   

A ja jestem facetem, którego dusza umiera, pomyślał James.   

– Powiedz jej o sobie wszystko. Przyznaj się.   

– Nie mogę.   

– Oczywiście, że możesz. – Ryder zapalił kolejnego papierosa, choć tamtego wypalił do 

połowy. – Usiądźcie razem i opowiedz jej, co masz na sumieniu. Jeśli ona zacznie wydziwiać, 

to, do cholery, przeniosę cię.   

– W przeciwnym razie przeniosę się na własną rękę.   

– Ja dotrzymuję słowa, ale ty też dotrzymaj. Musisz jej powiedzieć.   

 

Po  wyjściu  Rydera  James  chodził  po  pokoju  w  tę  i  z  powrotem,  od  jednego  kąta  do 

drugiego. W końcu podszedł do telefonu i wybrał numer Emily.   

Od razu podniosła słuchawkę.   

– To ja – rzekł.   

– Dzięki Bogu, już się martwiłam.   

background image

– Mówiłem ci, że dziś pracuję do późna.   

– Wiem, ale...   

Urwała,  złoszcząc  się  na  siebie,  na  swój  egoizm.  Źle  spała  tej  nocy.  Przewracała  się  z 

boku  na  bok,  mamrocząc  coś  przez  sen.  W  końcu  obudziła  się  wcześniej  niż  James.  Oczy 

miała podkrążone.   

– Czy Corey jest wciąż u Stevena? – zapytał.   

Chłopiec dużo czasu w lecie spędzał u swego kolegi, którego matka czuwała nad nimi.   

– Tak, ale niedługo pojadę po niego, ~ A mogłabyś przywieźć go trochę później? 

– Dlaczego? Stało się coś? – zapytała. – Głos masz jakiś dziwny.   

Uregulował rytm oddechu i wyjrzał przez okno.   

– Nie, nic się nie stało. Chcę po prostu z tobą porozmawiać. Tutaj.   

– W Stajniach Tandy? Nie możesz przyjść do domu? 

– Tu jest mój dom. Ja tu mieszkam, zapomniałaś? Chciał dać Emily szansę odejścia, jeśli 

uzna, że nie jest jej godny.   

Przyszła  wkrótce  potem.  W  białej  bluzce  i  długiej  spódnicy  wyglądała  uroczo  i  bardzo 

dziewczęco.  James  wiedział,  że  lubi  lekkie  tkaniny  i  dba  o  to,  by  chronić  skórę  przed 

słońcem.   

Chciałby  ją  uściskać,  chłonąć  zapach  jej  perfum,  ale  nie  uczynił  tego,  tylko  wskazał  jej 

miejsce na kanapie. Usiadła na jej skraju. Miała w oczach niepokój. Podejrzewała, że stało się 

coś złego, skoro nie chciał powiedzieć jej tego przez telefon.   

–  Czy  nigdy  nie  przyszło  ci  na  myśl,  dlaczego  moje  zeznania  przeciwko  mafii  są  takie 

ważne? 

–  Dlatego,  sądziłam,  że  znasz  szczegóły  ich  przestępczej  działalności.  Zbrodni,  jakie 

popełniali.   

– Znam szczegóły morderstwa. Napadu, w jaki byłem zamieszany.   

Emily zbladła, ale James mówił dalej, zdecydowany wy znać jej wszystko.   

–  Za  współudział  w  zbrodni  rok  przesiedziałem  w  więzieniu.  Zostałem  skazany  właśnie 

za to.   

Emily oddychała ciężko, miotana sprzecznymi uczuciami. Oto człowiek, który tak czule i 

z  taką  troską  opiekował  się  nią,  który  pomógł  jej  w  walce  z  chorobą,  który  nauczył  jej 

niesfornego brata dobrych manier...   

– Powiedziałeś, że siedziałeś w więzieniu, ale myślałam...   

– Ze za włamanie? Za to też.   

Emily chwyciła się brzegu kanapy, bojąc się, że upadnie. Jak on mógł przyczynić się do 

odebrania komuś życia? Jak mógł uczestniczyć w morderstwie? 

– Jak mogłeś, James? Jak mogłeś dać się w to wrobić? 

– Wykonywałem rozkaz mafii Zachodniego Wybrzeża.   

–  Po  prostu  wykonywałeś  rozkaz?  –  powtórzyła,  broniąc  się  przed  napływającymi  do 

oczu łzami.   

James  odgarnął  włosy  z  czoła,  co  podkreślało  mocny  zarys  jego  kości  policzkowych. 

Wyraz  twarzy  miał  surowy,  nieprzyjemny,  wyraz  twarzy  byłego  więźnia.  Lecz  przecież  ten 

background image

człowiek stanowił jej opokę, był mężczyzną, w którym zakochała się bez pamięci.   

– Opowiedz mi, jak do tego doszło – poprosiła.   

–  Doszło  do  tego,  bo  nie  mogło  nie  dojść.  –  Chodził  po  pokoju  krokiem  posuwistym,  z 

założonymi do tyłu rękami. – Rodzina z Zachodniego Wybrzeża nie jest odgałęzieniem mafii 

włoskiej, choć swoje akcje przeprowadza w ich tradycyjnym stylu. Z początku sprawdzałem 

się, dostarczając wiadomości jednemu z ich oficerów, potem sam zostałem żołnierzem.   

– Żołnierzem? 

Zatrzymał się.   

– To jest najniższy stopień w ich hierarchii. Ale wciąż jeszcze byłem „na dorobku”.   

– To zupełnie jak w filmie.   

Czuła  się  tak,  jakby  oglądała  jakiś  nadawany  w  telewizji  późną  nocą  film.  Który  nie 

docierał w pełni do świadomości dziewczyny z małego miasteczka.   

– Może mi nie uwierzysz – ciągnął – ale miałem iloraz inteligencji geniusza. – Roześmiał 

się z goryczą. – Mimo to byłem kompletnym idiotą. Nigdy nie przypuszczałem, że zażądają 

ode mnie uczestnictwa w morderstwie.   

Emily jęknęła, a on spojrzał na nią uważnie.   

– Rodzina z Zachodniego Wybrzeża – ciągnął – to cała instytucja. Nie banda pospolitych 

opryszków.  Jej  członkowie  są  powiązani  z  przemysłem  filmowym.  Ci  u  szczytu  sławy  mają 

własne  rezydencje  i  są  za  pan  brat  z  tymi  najbardziej  znanymi  i  najbogatszymi  w  naszym 

kraju. – Znów roześmiał się tym nieprzyjemnym śmiechem. – Takie jest życie.   

Emily  widziała  go  oczyma  wyobraźni:  wysoki,  śniady,  przystojny,  elegancki  James 

zaprzyjaźniony z kryminalistami najwyższego szczebla.   

– Musiałeś przecież zdawać sobie sprawę, z jakimi groźnymi ludźmi się zadajesz.   

–  Jasne.  Ale  zawsze  lubiłem  igrać  z  ogniem.  Lubiłem  ten  dreszczyk  emocji.  Tę 

adrenalinę,  jaką  czułem,  gdy  byłem  wśród  nich...  –  Przerwał,  ale  po  chwili  mówił  dalej, 

innym już głosem: – Lecz bajka się skończyła, gdy postanowili sprawdzić moją lojalność.   

Obserwowała, jak drgają mu mięśnie szczęk. Napięcie wywołane koszmarem wspomnień, 

myślała.   

– I co dalej? 

–  Kazali  mi  stawić  się  w  biurze  szefa  i  Denny  Halloway  oznajmił  mi,  że  ma  dla  mnie 

robotę.   

– Ojciec Beverly? 

– Tak. Ale wtedy jeszcze jej nie znałem. Nie wiedziałem nawet, że Halloway ma córkę. 

Znałem  tylko  jego  synów.  Sądziłem,  że  ta  „robota”  to  będzie  jakieś  włamanie.  Byłem 

specjalistą od systemów alarmowych. Kiedy jednak Halloway powiedział, że to kwestia paru 

godzin, pomyślałem sobie, że coś jest nieklawo. Włamania nie organizuje się tak od ręki.   

Zamilkł, a ona czekała z lękiem na dalszy ciąg tej koszmarnej relacji.   

–  Celem  był  niejaki  Caesar  Gibbons,  potentat  w  sferze  narkotyków,  który  oszukał 

Hallowaya.  Ponieważ  Gibbonsa  otaczała  zawsze  grupa  ochroniarzy,  mafia  zaplanowała 

wypadek drogowy ze skutkiem śmiertelnym. Ja brałem w tym czynny udział.   

–  Czemu  nie  zgłosiłeś  tego  policji?  –  zapytała.  –  Dlaczego  nie  powiadomiłeś  policji  o 

background image

planie zabójstwa? 

– Nie było na to czasu. Resztę dnia spędziłem z Hallowayem i drugim facetem, tym, który 

nacisnął  spust.  Lepsza  cześć  mego  ja  buntowała  się  przeciwko  temu  i  w  gruncie  rzeczy  nie 

wierzyłem, że ów plan się powiedzie.   

– Ale się powiódł – rzekła Emily.   

– Niestety.   

– Schwytano mordercę? 

–  Nie.  Za  to  zatrzymano  mnie  jako  świadka  wypadku  drogowego.  Mnie,  niby 

przypadkowego  przechodnia.  Gliniarze  nie  mieli  pojęcia,  że  ja  też  byłem  zamieszany  w  tę 

zbrodnię. A ja oczywiście do niczego się nie przyznałem. Nie powiedziałem prawdy.   

Wstała. Serce już jej tak nie waliło.   

– Przyznałeś się później. Kiedy? 

–  Gdy  FBI  zaproponowało  mi  współpracę  w  zamian  za  skrócenie  wyroku.  –  Podniósł 

głowę. – Co ze mnie za facet, powiedz mi? Kawał wrednego skurwysyna! 

Zrobiła  krok  ku  niemu,  ale  on  cofnął  się,  nie  pozwolił  się  dotknąć,  nie  oczekiwał 

przebaczenia za swoje czyny.   

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

 

Mimo wszystko Emiły nie przestała go kochać. Ta stałość jej uczuć sprawiała, że James 

jeszcze bardziej czuł się winny.   

– Nie odpychaj mnie od siebie – rzekła. – Nie teraz.   

– Czyżby w dalszym ciągu zależało ci na mnie? – zapytał.   

– A jakie ja mam prawo cię karać? Być twoim sędzią, ławą przysięgłych? Zapłaciłeś za 

swoje czyny. Odsiedziałeś wyrok. Zeznawałeś przeciwko mafii.   

– Czy ty, Emily, wyobrażasz sobie spędzenie reszty życia z takim typem jak ja? 

Ich spojrzenia się spotkały.   

– Próbuję sobie to wyobrazić – odrzekła.   

–  Nie  powinnaś  próbować.  Powinnaś  natomiast  głęboko  się  nad  tym  zastanowić.  Spójrz 

na mnie z dystansu i uświadom sobie, co ze mnie za człowiek.   

Ponieważ  czuł  się  równie  niepewnie  na  nogach,  jak  i  *  duszy,  przysiadł  na  stołku 

barowym i sięgnął po butelkę piwa. Było ciepłe, ale wypił je prawie do dna.   

– Moje życie pełne było kłamstw. Gdy widziałem się ostatnio z siostrą, nie powiedziałem 

jej, że mam odsiedzieć wyrok. Sądziła, że Komitet Ochrony Świadków Koronnych zajmie się 

mną od razu.   

– No i dobrze. Oszczędziłeś jej zmartwień. Nic złego w tym nie widzę.   

– Wszystko w moim życiu opierało się na kłamstwie. Nigdy nie przyznałem się żonie, że 

brałem  udział  w  tej  zbrodni.  Wiedziała,  że  chciałem  odejść  z  mafii  jej  ojca,  ale  nie  miałem 

odwagi się przyznać, co wydarzyło się potem.   

– Chciałeś oszczędzić jej zmartwień.   

– Nie jej, ale sobie! Bałem się, że jak pozna prawdę, odejdzie ode mnie.   

– Wobec mnie postąpiłeś uczciwie.   

– Mało brakowało, a odszedłbym. Gdyby mój inspektor pozwolił, już by mnie tu nie było. 

Przeniósłby mnie gdzie indziej.   

Cofnęła się o krok.   

– Jak mogło coś podobnego przyjść ci do głowy?! Jak mogłeś brać to pod uwagę? 

– Bałem się, że przestaniesz mnie kochać. Nie mogłem cię stracić.   

– Ale nie straciłeś. – Zatoczyła ręką szeroki łuk. – Jestem tu. Z tobą.   

I jeszcze bardziej godna podziwu, pomyślał. Pasma włosów wysunęły się z jej końskiego 

ogona, przesłaniały twarz, falując w rytm jej oddechu.   

– Przemyśl to sobie, Emily. Wyobraź sobie, że jesteś moją żoną i mój opiekun postanawia 

mnie gdzieś przenieść, bo, jego zdaniem, zasady  bezpieczeństwa zostały tu naruszone. Więc 

ty też musisz zmienić miejsce pobytu, nazwisko, stać się kimś innym.   

Skrzyżowała  ramiona,  by  ukryć  drżenie  rąk,  a  James  zrozumiał,  że  ona  nie  sięga 

wyobraźnią aż tak daleko.   

–  Możesz  nigdy  nie  zobaczyć  już  Dianę  –  ciągnął.  –  Corey  straci  swego  przyjaciela 

Stevena.  Ba,  nie  będziesz  mogła  nawet  odwiedzić  grobu  swych  rodziców.  Zachować  ich 

background image

zdjęć!  Będziesz  musiała  wyrzec  się  wszystkiego,  co  wiąże  się  z  twoją  przeszłością, 

dzieciństwem.   

Nabrała w płuca haust powietrza.   

–  Ale  jeżeli  zasady  bezpieczeństwa  nie  zostaną  naruszone,  to  nie  będziemy  musieli 

nigdzie się przenosić, prawda? Moglibyśmy...   

– Nie jestem godny, byś podejmowała dla mnie takie ryzyko – przerwał jej. – Sama wiesz 

o tym najlepiej.   

– To nie w porządku z twojej strony. Nie możesz kazać mi przestać cię kochać. Pozwolić 

ci odejść.   

– Faktycznie. Ale ty z kolei nie możesz bujać w obłokach. Przemyśl sobie ten problem. I 

weź pod uwagę dobro Coreya.   

– Po co mi to wszystko mówisz? 

–  Bo  możesz  nie  wytrzymać  mojego  trybu  życia.  –  Marzenia  marzeniami,  pomyślał,  a 

rzeczywistość bywa bolesna.   

– Do tej pory – mówił dalej – chciałem jedynie, żebyś mnie kochała, akceptowała mnie, 

wybaczyła  mi  moją  przeszłość.  Lecz  teraz  gra  idzie  o  większą  stawkę.  Chodzi  o  twoją 

przyszłość. I Coreya.   

– Powiedziałeś mi, że Corey jest bezpieczny. Mafia mu nie zagraża.   

– To prawda. Ale jak on będzie się czuł, jeśli ja zginę? Jeśli jakiś bandzior wbije mi nóż 

w plecy? 

– Nie opowiadaj takich okropności! 

– Muszę. Dobrze wiesz, że coś takiego może się zdarzyć.   

– Wpatrywał się w nią pilnie. – Dlaczego dziś w nocy źle spałaś? Dlaczego przewracałaś 

się z boku na bok? 

Wyjrzała przez okno, a on podążył za jej wzrokiem i popatrzył na zachodzące purpurowo 

słońce.   

– Martwiłam się – odparła.   

– O kogo? 

– O ciebie.   

– Że ktoś może chcieć mnie zabić? 

–  Tak.  –  Wytarła  spocone  dłonie  o  spódnicę.  –  Bo  przecież  dopiero  wczoraj 

dowiedziałam się o wszystkim. Miałam spać słodko jak niemowlę? 

– To prawda.   

Chciałby  wziąć  ją  w  ramiona  i  sprawić,  by  oboje  zapomnieli  o  bożym  świecie.  Ale  nie 

mógłby. Świat jest taki, jaki jest, i trzeba stawiać czoło problemom, liczyć się z opinią innych, 

słuchać ich zdania.   

– Musimy przez jakiś czas przestać się widywać – oznajmił.   

– Dlaczego? – Nie usiłowała nawet ukryć gniewu. – Zamierzasz wyjechać? Zniknąć bez 

słowa? 

– Nie, nie zamierzam.   

Nie  będzie  tchórzem,  tak  jak  powiedział  Ryder,  i  nie  ucieknie  od  kobiety,  którą  kocha. 

background image

Ale i nie chce jej narażać.   

–  Jeśli  będziemy  razem  –  zaczął  –  to  wiem,  ile  ty  wniesiesz  szczęścia  do  mojego  życia, 

nie wiem natomiast, czy tego szczęścia zaznasz ode mnie.   

– James...   

Nie pozwolił jej dokończyć: 

–  Wracaj  do  domu,  Emily.  Odwiedź  przyjaciół,  poplotkuj  z  koleżankami  z  pracy, 

przejrzyj  albumy  rodzinne,  zanieś  kwiaty  na  grób  rodziców.  –  Zamilkł  na  chwilę  i 

podsumował: – I wyobraź sobie, czy będziesz mogła bez tego żyć.   

Drgnęła, a on przekonał się, że trafił w jej czułe miejsce.   

– Mam sobie również wyobrazić, że zanoszę kwiaty także na twoją mogiłę? – zapytała. – 

Mam to też wziąć pod uwagę? Mam się z tym liczyć? 

– Już się z tym liczysz – powiedział. – Stało się.   

Corey  szedł  obok  Emily  z  bukietem  kwiatów  w  każdej  ręce.  Nie  mógł  pojąć,  dlaczego 

jego siostra jest ostatnio taka smutna. Często przeglądali razem stare fotografie, a on śmiał się 

z tego, że kiedyś był taki mały. A teraz szli na cmentarz, gdzie pochowani byli ich rodzice.   

Od  tygodnia  Emily  nie  widziała  Jamesa,  ale  myślała  o  nim  każdej  bezsennej  nocy

Ł

 

wstrząśnięta  słowami,  jakie  padły  z  jego  ust.  Wmawiała  sobie,  że  nie  ma  żadnych 

wątpliwości, że wyjazd z Siiver Wolf wcale jej nie przeraża, że wszystko zniesie, byleby być 

z  nim.  Nie  była  to  jednak  pełna  prawda.  Myśl,  że  mafia  czyha  na  jego  życie,  nękała  ją 

bezustannie.   

Doszli  już  na  miejsce.  Corey  zadarł  główkę  i  spojrzał  na  siostrę,  a  ona  opiekuńczym 

gestem  położyła  dłoń  na  jego  ramieniu.  Popatrzyła  na  marmurową  płytę  z  nazwiskiem 

rodziców  i  pomyślała,  co  też  oni  powiedzieliby  o  Jamesie.  Jej  ukochanym.  Byłym  więźniu. 

Byłym członku mafii.   

– Czy oni nas widzą, Emmy? 

–  Chyba  tak  –  odparła.  Uklękła  na  murawie,  przeniknął  ją  cmentarny  chłód.  A  jeśli 

bandyci poddadzą Jamesa torturom? Jeśli jej ukochany wykrwawi się na śmierć? – Patrzą na 

nas z nieba – dodała. Obserwują, pomyślała, jak ich córka zmaga się ze swoją miłością.   

Corey położył bukiety z obu stron mogiły i spojrzał w niebo.   

– Czy patrzą na nas tylko wtedy, gdy tu jesteśmy? – zapytał.   

– Nie. Widzą nas w każdym miejscu, gdzie się znajdujemy.   

– Nawet gdy jestem niegrzeczny? Uśmiechnęła się.   

– Ale ty zawsze jesteś grzeczny, prawda? 

– Nie zawsze. Niedawno powiedziałem Suzy, że jest głupia.   

Emily popatrzyła na złote loki, które wiatr nawiewał chłopcu na twarz, i zapytała: 

– Dlaczego tak sądzisz? 

– Bo ona mnie lubi – rzekł.   

– Tak lubi, jak dziewczynki lubią chłopców? 

– Aha. I to jest głupota.   

– Kiedy podrośniesz, zrozumiesz, że to żadna głupota, tylko radość.   

Radość? Wyciągnęła z bukietu stokrotkę i pomyślała o Jamesie, o tym, jak bardzo boi się 

background image

przyszłości.   

– Przy pierwszej okazji musisz przeprosić Suzy. Corey skrzywił się tylko w odpowiedzi.   

Dłuższą chwilę szli w milczeniu i każde z nich na swój sposób rozmawiało z rodzicami.   

Kiedy wracali przez trawnik, Corey spojrzał na stokrotkę w ręku siostry.   

– Dlaczego wzięłaś ten kwiatek? – zapytał.   

– Dam go Lily Mae.   

– Tej pani, u której James pracuje? 

– Tak.   

– I odwiedzisz Jamesa? 

– Nie, nie dzisiaj. Wybieramy się z Lily Mae na piknik.   

– Uważaj na słońce, Emily.   

Wzruszona troskliwością brata pogładziła go po głowie.   

– Posmaruję się kremem ochronnym, a w samochodzie mam kapelusz. Będziemy zresztą 

szukały cienia.   

–  My  ze  Stevenem  pomożemy  jego  mamie  piec  ciastka.  Jego  mama  powiedziała 

niedawno, że ty i James  powinniście się pobrać.  Ja też tak uważam.  I Steven tak uważa. Na 

twoim weselu będziemy mieli muszki, jak dorośli, i będziemy jeść różne dobre rzeczy.   

Serce jej się ścisnęło.   

– Czy to jedyny powód, dla którego chcesz mego ślubu? 

– Nie. – Schylił się i podniósł z ziemi liść. – Chciałbym, żeby  on był moim tatą... Albo 

bratem. Albo... – Zastanowił się chwilę. – Kim on byłby dla mnie, gdyby się z tobą ożenił? 

Dla mnie byłby moim mężem, pomyślała siadając za kierownicą. Moim partnerem na całe 

ż

ycie.  Człowiekiem,  którego  mafia  Zachodniego  Wybrzeża  chce  zabić.  Boże  Święty,  jak  ja 

bym to zniosła? A jak zniosłabym tę ciągłą niepewność? 

Nie  odpowiedziała  na  pytanie  Coreya,  który  wysiadł  wkrótce  przed  domem  Stevena.  A 

ona skręciła w uliczkę, przy której mieszkała Lily Mae.   

Lily  powitała  ją  na  progu,  trzymając  pojemnik  z  lemoniadą.  Emily  wręczyła  jej  kwiat. 

Lily ułamała łodyżkę i wsunęła sobie stokrotkę za ucho.   

– Jesteś gotowa? – zapytała Emily.   

– Jak widzisz.   

Nie musiały jechać daleko, znalazły niebawem piękne miejsce na terenie posiadłości Lily 

Mae. Emily rozpakowała kosz z jedzeniem, a Lily rozłożyła koc na trawie.   

– Czuję się jak za dawnych lat, kiedy byłam młoda – powiedziała.   

–  Jaki  tu  spokój  –  rzekła  Emily  patrząc  na  drzewa,  które  tu  rosły.  –  Stęskniłam  się  za 

przyrodą.   

– Jak ci ładnie w tym kapeluszu – stwierdziła Lily Mae, nalewając lemoniadę do kubków. 

– Słoma dodaje ci urody.   

Emily  roześmiała  się.  Lily  Mae  miała  dość  dziwaczny  sposób  bycia,  ale  była  życzliwa 

ludziom  i  serdeczna.  Emily  nałożyła  na  talerze  kawałki  pieczonego  kurczaka,  warzywa  i 

kartofle.   

– Nie chcesz o niego zapytać? – odezwała się Lily.   

background image

– O kogo? – spytała Emily.   

– O Jamesa, rzecz jasna.   

Emily  przez  ten  tydzień  bez  przerwy  o  nim  myślała.  Wyobrażała  sobie,  jak,  spocony, 

pracuje  pod  palącymi  promieniami  słońca.  Jej  James.  Jej  mężczyzna.  Człowiek,  nad  którym 

wisi groźba śmierci.   

– Co u niego? – Spojrzała na Lily.   

– Pracuje ciężko. Jakby coś chciał w sobie zagłuszyć. Chyba się między wami nie układa, 

prawda? 

Emily nie mogła nic powiedzieć ani Lily, ani Dianę. James uprzedzał ją, że życie z nim to 

będą ciągłe i przed wszystkimi tajemnice.   

– Myślałam, że pogadamy o Harveyu – powiedziała.   

– O Harveyu? A co można powiedzieć o tym starym pryku? 

– Tańczyłaś z nim na moich urodzinach.   

– Jeden taniec. I co z tego? 

– Co z tego? – powtórzyła Emily. – Podobno poszliście potem na długi spacer.   

– Krótki.   

– James mówił, że kochaliście się kiedyś.   

– A skąd on wie? – May  zamrugała powiekami, wyraźnie poruszona. –  Co ktoś może o 

tym wiedzieć.   

– Też tak sądzę. James pewno to sobie wymyślił. Lily patrzyła na las porastający górę.   

– Ja wywodziłam się z bogatej rodziny – mówiła. – A Harvey z biednej. Jak mnie spotkał, 

uśmiechał się, a mnie serce pikało. Jak krople deszczu walące w dach.   

Emily skinęła głową. Dobrze znała to uczucie. Lily Mae mówiła dalej: 

– Moi rodzice patrzyli z góry na wiejskich chłopaków i upatrzyli sobie dla mnie godnego 

ich zdaniem kawalera.   

– I zgodziłaś się wyjść za niego? 

–  Tak.  Nie  byłam  na  tyle  silna,  by  sprzeciwiać  się  rodzicom,  zwłaszcza  matce.  Sroga  z 

niej była kobieta. – Oderwała wzrok od lasu. – Miesiąc przed ślubem pojechałam nad rzekę. 

Późno już było, po północy. Chciałam być sama. A tymczasem spotkałam tam Haryeya.   

Emily starała się wyobrazić ich sobie jako młodych, lecz wciąż miała przed oczami tylko 

siebie i Jamesa.   

– Kochaliście się tamtej nocy? 

–  Tak.  I  potem  zaczęliśmy  się  spotykać.  Zawsze  nad  rzeką.  W  tajemnicy  przed 

wszystkimi.   

– I co dalej? 

– Nie mogłam wyjawić prawdy rodzicom, więc wyszłam za mąż za mężczyznę, którego 

oni  mi  wybrali.  Harvey  był  zrozpaczony.  Zaciągnął  się  do  wojska,  a  po  wojsku  wrócił  do 

Silver  Wolf  i  zaczął  pracować  na  poczcie.  Ja  rozwiodłam  się,  wyszłam  za  mąż  ponownie  i 

znowu się rozwiodłam. Trzy razy brałam ślub.   

– Ale nie z Harveyem – wtrąciła Emily.   

– Nie. Po trzecim rozwodzie mężczyźni przestali dla mnie istnieć.   

background image

– A teraz? 

Lily Mae zaczerwieniła się jak nastolatka.   

–  A  teraz  straciłam  głowę  dla  Harveya.  Wyobrażasz  sobie?  Wyobrażasz  sobie  dwoje 

staruchów całujących się w świetle księżyca? 

– Co za romantyczna scena! 

–  Tak  uważasz?  –  Siwowłosa  kobieta  potrząsnęła  głową.  –  Spaliłabym  się  ze  wstydu, 

gdyby ludzie dowiedzieli się, że umawiamy się na randki.   

– Dlaczego? Przecież masz prawo do szczęścia. Harvey również. Żałujesz tych lat, które 

spędziłaś z dala od niego? 

– Bardzo żałuję. Nawet sobie nie wyobrażasz. Nie ma nic gorszego niż utrata człowieka, 

którego kochasz. Nic gorszego na świecie – dodała.   

Emily wyglądała z daleka jak zjawisko, jak wyłaniająca się z przestworzy czarodziejka.   

James stał w drzwiach stodoły oniemiały z zachwytu, z trudem chwytając powietrze.   

Zbliżając się, Emily zdjęła kapelusz, poprawiła fryzurę. Miodowo-złote włosy opadały jej 

na ramiona.   

Jakże  James  pragnął  dotknąć  tych  włosów!  Ale  stał  bez  ruchu,  z  ramionami 

opuszczonymi wzdłuż ciała.   

Koń”  zarżał,  lecz  on  nie  zareagował  na  dobrze  znany  mu  dźwięk.  Serce  waliło  mu  jak 

młotem, a puls zdawał się rozrywać ciało.   

Pragnął upaść przed nią na kolana, całować ją.   

Jakże on za nią tęsknił! 

Stanęła  tuż  przed  nim  i  spojrzeli  sobie  w  oczy.  James  już  wiedział,  że  podda  się  woli 

Stwórcy, wyjdzie naprzeciw szczęściu, skoro taka jest Jego wola.   

– Podejmę ryzyko – powiedziała. – Jesteś tego wart.   

Zaległa cisza między nimi. Nie słyszeli nawet rżenia koni. Cisza i bezruch. Ucichł wiatr, 

drzewa przestały szumieć, znikł nawet zapach unoszący się zazwyczaj w stodole.   

– Jesteś tego pewna? 

– Jestem. Robiłam wszystko to, co mi kazałeś. I rozważyłam każdy aspekt mego życia.   

– A Corey? 

– Mój brat cię kocha.   

Chciał mieć absolutną pewność. Musiał mieć pewność, że głęboko to sobie przemyślała.   

– A jeżeli będę musiał stąd wyjechać? Tb jest twój dom. Wychowałaś się tutaj. Jesteście 

oboje związani z Silver Wolf.   

Emily podeszła do niego bliżej, trochę bliżej.   

–  Dom  jest  wszędzie  tam,  James,  gdzie  jest  twoje  serce.  Mimo  wszystko  przykra  dlań 

była myśl, że Emily tyle rzeczy będzie musiała się wyrzec.   

– A wspomnienia? Groby twoich bliskich? Spojrzała w niebo, jakby szukając tam swoich 

rodziców.   

– Wspomnienia zawsze będą przy mnie, bez względu na to, gdzie mieszkam.   

– A jeżeli ktoś mnie zabije? Co zrobisz, jeśli mafia...   

– Nie opowiadaj takich rzeczy – przerwała mu.   

background image

–  Nie  możemy  nie  brać  tego  pod  uwagę  –  ciągnął.  –  Nie  możemy  udawać,  że  takie 

zagrożenie nie istnieje.   

– Ale też nie można żyć w ciągłym lęku przed śmiercią – powiedziała, bawiąc się rondem 

kapelusza.   

– Boisz się. – Widział lęk w jej oczach, łzy tuż pod powiekami.   

–  Oczywiście,  że  się  boję.  I  w  gruncie  rzeczy  zawsze  się  bałam.  Ale  muszę  wierzyć,  że 

inspektor z Programu Ochrony Świadków będzie strzegł twojego bezpieczeństwa. Zapewni ci 

je. Lily Mae powiedziała mi niedawno, że nie ma gorszej rzeczy niż utrata człowieka, którego 

się  kocha.  I  ma  rację.  Przez  ten  tydzień  tak  bardzo  do  ciebie  tęskniłam.  Cierpienie  nie  do 

zniesienia. – Głos jej zadrżał. – Chcę, żebyś dzielił ze mną życie. Bez względu na wszystko.   

Objęli się. James wdychał zapach jej perfum, jej ciała.   

– Wstydzę się swojej przeszłości – rzekł.   

– Już jej nie ma. A ja ufam ci i zawsze ci ufałam – mówiła wpatrując się w jego twarz.   

Co ja bym bez niego poczęła? zastanawiała się w duchu. Jak bez niego wyglądałoby moje 

ż

ycie? 

– Zasługujesz na kogoś lepszego ode mnie – powiedział.   

– Lepszego niż były więzień.   

– Nie mów tak.   

Pomyślała  o  niedawnej  przeszłości,  o  oparciu,  jakie  jej  dał  w  chorobie.  Chyba  sam  Pan 

Bóg go jej zesłał, pomyślała.   

– Czy ty mnie jeszcze kochasz, James? Odetchnął głęboko.   

– Wiesz przecież, że tak.   

– To okaż mi tę miłość.   

Wziął ją za rękę i zaprowadził do swego domu. Ale nie do sypialni. Do łazienki, gdzie ją 

rozebrał. Gdy on się  rozbierał, ona obserwowała go,  czekała, co będzie dalej. Nigdy jeszcze 

razem nie stali pod prysznicem, nigdy pod strumieniami wody nie uprawiali gry miłosnej.   

Całował jej usta, długo, namiętnie, aż jęknęła głucho z rozkoszy.   

Patrzyła na niego przez mgłę pary w kabinie.   

A potem wszelkie myśli odbiegły od niej. Słyszała tylko bicie ich serc, czuła zapach jego 

ciała, rytm, do którego dostosowała rytm własnego oddechu.   

A prysznic wciąż w nich uderzał niczym wodospad.   

– Wyjdź za mnie – powiedział z ustami przy jej wargach. Zamiast odpowiedzi pocałowała 

go.  A  pocałunek  ten  trwał  i  trwał.  Ciała  ich  przylegały  szczelnie  do  siebie,  co  wzmagało 

skutecznie erotyzm owych oświadczyn.   

– Kiedy? – zapytała.   

– Teraz.   

– Jak to? 

–  No,  może  nie  dosłownie  teraz.  Ale  wkrótce.  Najszybciej,  jak  tylko  się  da  załatwić 

wszelkie formalności.   

Przytulił ją, a ona wiedziała, że jej ukochany nie rzuca słów na wiatr.   

background image

EPILOG 

 

James  owego  najważniejszego  dnia  w  swoim  życiu  stał  obok  Zacka  Rydera.  Ubrani  na 

czarno,  czekali  przed  małą  kapliczką,  słynącą  z  piękności  budowlą  w  całym  Silver  Wolf. 

Rosnące wokół niej kwiaty błyszczały w promieniach zachodzącego słońca barwiącego niebo 

czerwienią i złotem.   

Ryder cofnął się o krok i obrzucił Jamesa badawczym spojrzeniem.   

–  Wyglądasz  całkiem  dobrze,  Dalton  –  powiedział.  James  poprosił  swego  opiekuna, 

przedstawiciela policji federalnej, aby był świadkiem na jego ślubie.   

– Tobie też nic nie brakuje – odrzekł James.   

– Brakuje? – Ryder poprawił krawat. – Ja wyglądam po prostu wspaniale! 

Funkcjonariusz  Komisji  Ochrony  Świadków  Koronnych  zrobił  obrażoną  minę,  ale  w 

oczach lśniły mu radosne ogniki.   

– Oj, nieraz wygrałbym z tobą, smarkaczu! 

– Ale nie dziś – odrzekł James z całą powagą. – Dziś nie chcę toczyć żadnej walki.   

Przez chwilę panowało milczenie. Obaj obserwowali wspinającą się na pobliskie drzewo 

wiewiórkę. Tym, który pierwszy zabrał głos, był inspektor: 

– Mam trochę wieści o twojej rodzinie.   

– O siostrze? – zapytał James, z trudem opanowując drżenie głosu.   

–  To  dobre  wieści.  Rok  temu  wyszła  za  swojego  chłopaka  i  oczekuje  właśnie  drugiego 

dziecka.   

Ogarnęło  go  ogromne  wzruszenie.  Wyobraził  sobie  Heather,  już  w  Teksasie,  w  ciąży,  z 

jego synem u jej boku.   

– A co z ich pierwszym dzieckiem, Justinem? – zapytał.   

– Podobno mały rośnie jak na drożdżach. – Ryder sięgnął po papierosa, ale rozmyślił się i 

schował paczkę z powrotem do kieszeni. – Stanowią szczęśliwą rodzinę – dodał.   

James zamrugał powiekami, chcąc pozbyć się tej mgły, która przesłaniała mu oczy.   

– Czy mógłbyś przekazać im wiadomość, że ja również jestem szczęśliwy? 

– Da się załatwić – odparł inspektor.   

– Dziękuję ci.   

James  spojrzał  na  leżące  w  dole  miasteczko,  na  dachy  domów,  na  wiejskie,  wąskie 

uliczki.   

– Chcę żyć w spokoju, Ryder. Jestem już innym człowiekiem.   

–  Nie  wątpię.  A  Program  Ochrony  Świadków  Koronnych  zagwarantuje  ci 

bezpieczeństwo. – Spojrzał na zegarek. – Wejdźmy już do środka. Najwyższy czas.   

W kaplicy pełno było ludzi, przyjaciół Jamesa i Emily. Przybyli tu w uroczystym dla pary 

młodych dniu, by uczestniczyć w ceremonii zaślubin, by wysłuchać słów przysięgi składanej 

przez  narzeczonych.  James  dostrzegł  Liiy  Mae  i  Harveya,  siedzieli  w  pierwszym  rzędzie, 

ubrani  odświętnie.  Corey,  w  smokingu,  stał  u  wejścia  trzymając  tackę  z  obrączkami,  obok 

małej dziewczynki z bukietem kwiatów.   

background image

Dianę  pełniła  rolę  pani  domu,  a  jej  małżonek  –  gospodarza.  Steven  nie  pełnił  żadnej 

funkcji, ale również miał na sobie smoking, dumny z butonierki w jedwabnej klapie surduta.   

Goście,  czekając  na  pannę  młodą,  utworzyli  szpaler.  Gdy  się  pojawiła,  James  nie  mógł 

oderwać od niej oczu. Była w białej ślubnej sukni, a zwiewna woalka przesłaniała jej twarz.   

Poruszała się z gracją, elegancją, a pan młody wpatrywał się w nią z zachwytem. Uniosła 

woalkę  i  oczy  ich  się  spotkały.  Rozległy  się  słowa  indiańskiego  przesłania  i  James  już 

wiedział, że od tej chwili ona włada jego duszą.   

Pochylił się ku niej, ona musnęła mu usta pocałunkiem, od którego przeszył  go dreszcz. 

Był  szczęśliwy.  Dziękował  Stwórcy  za  ową  kobietę,  która  natchnęła  go  nadzieją  na 

przyszłość, która pokochała go i obdarzyła zaufaniem.   

Stanęli  przed  kapłanem,  by  wypowiedzieć  słowa  przysięgi,  a  słowa  te,  czyniące  ich 

mężem  i  żoną,  będą  początkiem  czegoś  dla  nich  całkiem  nowego,  życia  w  szczęściu,  bez 

lęków i obaw. Życia spełnionych marzeń.