background image

- Postaraj się wreszcie o jaja, Dhamari! – warknęła Tzigone. – Dzięki tobie 

i Kivie mogę powiedzieć ci z własnego doświadczenia, że można przetrwać 
niemal wszystko.

W odpowiedzi mag wrzasnął. Tzigone wymamrotała zwrot zasłyszany 

kiedyś na ulicy pochylił się nad mężczyzną. Szybko wcisnął mu do ręki 
talizman matki. Wrzaski natychmiast przycichły do żałosnego jęczenia.

- Chcę, abyś przeżył – powiedziała. Jej głos był zimny, a spojrzenie 

całkiem pozbawione figlarności, która stała się jej znakiem i tarczą. – Znajdę 
sposób na opuszczenie tego miejsca dla nas obojga… a kiedy to się skończy, 
sama cię zabiję.

Wpis do Królewskiej
Księgi Mądrości
, 22 dnia
Księżyca Czerwonego Przypływu,
w 73 roku panowania
króla Zalathorma.

Gdyby bydło było bardami, rzeźników uważałoby za łotrów. To przysłowie 

jordainów przypomina nam, że każda opowieść jest kształtowana przez tego, 
kto ją opowiada. Jestem Matteo, nowy doradca króla Zalathorma, jordain 
zaprzysięgły służbie prawdzie, Halruaa i rządzącym nim magom.

Kiedyś, nie tak dawno temu powiedziałbym, że ci trzej władcy mówią 

jednym głosem. Teraz moje imię wymawiają setki głosów, wszystkie są 
zniewalające, a wiele z nich jest ze sobą sprzecznych. Niech i tak będzie. Nie 
ma czasu na oglądanie się wstecz ani filozofowanie – czeka mnie zbyt wiele 
zadań. Przedstawię moją opowieść jak najprościej.

Dzieje Halruaa zaczynają się w Netherilu, starożytnym północnym 

królestwie słynnym z ekstrawaganckiej magii. Nim jeszcze jego chwała stała się 
przyczyną jego upadku, grupa magów opuściła swoją ojczyznę i wywędrowała 
daleko na południe, aby osiedlić się w pięknym otoczonym przez góry i morze. 
Tu, w naszym Halruaa, uniknęliśmy losu Netherilu dzięki dopracowanym 
prawom i protokołom oraz serii zabezpieczeń. Jednym z takim zabezpieczeń są 
jordainowie, doradcy magów.

Jesteśmy zakonem wojowników-mędrców, silnych ciałem i duszą, 

naczyniami, którym przeznaczone jest na zawsze pozostać pozbawionymi 
Sztuki Mystry. Pani Magii nie dała nam żadnego talentu, za to nasyciła dużą 
odpornością na magię. Jordainowie się wykrywani przez urodzeniem, 
zabierani ze swoich rodzin i zapoznawani ze sztuką strategii oraz dziejami 
naszej ziemi. Ponieważ nie jesteśmy w stanie korzystać z magii, możemy 
doradzać naszym panom, ale nie wpływać na nich. Żaden mag nie może też 
podziałać na nas. Powierzonych nam tajemnic nie można wykraść ani 
przekształcić dzięki magii.

background image

Wierną służbę jordainów zapewniają też dodatkowe prawa i zwyczaje. 

Nie może nas skusić ambicja, gdyż nie posiadamy tytułów ani majątków. 
Zakazano nam używać środków mogących zaćmiewać umysł, odradza się też 
wchodzenie w osobiste związki, które mogą wpłynąć na nasz osąd. 
Najpotężniejszymi strażnikami czystości jordainów są Ogarowie Magów, 
czarodzieje służący jako Inkwizytorzy w kościele Azutha, Pana Magii.

Ogarowie Magów dysponują czarami i magicznymi przedmiotami, które 

mogą się przebić nawet przez odporność jordainów. Jeśli Ogar Magów oznajmi, 
że jordain nie nadaje się do służby, jest ona skończona. Jeśli oznajmi, że jordain 
jest skażony magią, oznacza to dla niego wyrok śmierci. Surowe to prawa lecz 
zaufanie między magiem a jego doradcą wymaga absolutnej pewności.

Zeszłego lata Ogar Magów, elfka zwana Kivą, odwiedziła Szkołę 

Jordainów. Wydała wyrok na Andrisa, najbardziej obiecującego studenta, 
jakiego pamiętano. Jego „śmierć” dokonała się od razu. Jednak Kiva ją 
sfałszowała. Wykradła Andrisa i w tajemnicy zgromadziła armię odpornych na 
magię wojowników. Poprowadziła ich na Bagna Akhlaura, nazywane tak od 
imienia okrytego złą sławą nekromanty, który zniknął dwa wieki temu. Tam 
zwabiła larakena, potwora karmiącego się magią. Moim zdaniem Kiva nie 
chciała go zniszczyć, lecz wypuścić w teren. Jej celem, na ile mogę się 
domyślać, było wywołanie zamętu wśród magów Halruaa.

Kivie mogło się udać, gdyby nie młoda kobieta o imieniu Tzigone, 

dziecko ulicy nieszkolone w sztukach magii. Tzigone posiadała potężny, 
niećwiczony talent wywoływania. Jej głos miał być przynętą, mającą odciągnąć 
larakena jak najdalej od jego magicznego środowiska: bulgoczącej sadzawki 
mającej swoje źródło na Planie Wody. Jednak, jeśli w coś zamieszana jest 
Tzigone, rzeczy rzadko idą tak, jak się tego spodziewamy!

Tzigone przywołała larakena i trzymała go pod swoją kontrolą, podczas 

gdy my, wojownicy, zaatakowaliśmy. Mogliśmy zniszczyć potwora, lecz uciekł 
on przez bramę wiodącą na Plan Wody, nim Kiva przeniosła tę bramę do 
jakiegoś nieznanego miejsca. Czyn ten był ponad siły Kivy i nim walka dobiegła 
końca, czepiała się życia najcieńszą z możliwych nici. Osobiście zawiozłem ją 
do sanktuarium Azutha, mając nadzieję, że kapłani uzdrowią ją i dowiedzą się, 
gdzie ukryła bramę.

Kiva rzeczywiście przeżyła. Uciekła i zgromadziła sojuszników, by znów 

zaatakować Halruaa. Ona raz elfy z dżungli Mhair najechały Zwierciadło Pani, 
świątynię Azutha i skarbiec rzadkich ksiąg czarów i artefaktów. Inne magiczne 
skarby zostały dla niej zebrane przez bandę Crinti – „widmowych amazonek” z 
Dambrath, wojowniczek będących potomkami ludzi i drowów.

Choć piszę to z bólem, wśród sojuszników Kivy znalazł się także Andris, 

który wkrótce po bitwie na Bagnach Akhlaura dowiedział się o swoim 
odległym elfim dziedzictwie. My jordainowie nie posiadamy rodzin i Andris 
był przytłoczony perspektywą rodzinnych więzów. Prawdopodobnie to właśnie 

background image

kazało mu dostrzec honor w takich działaniach Kivy, w których w żaden 
sposób nie dawało się go zauważyć.

Kiva musiała mieć kontakt z czarodziejami z sąsiednich krajów, gdyż ich 

plany pokrywały się. Choć waham się zasugerować, że magowie Halruaa 
również z nią współpracowali, to działania Dhamari Exchelsora, maga, który 
zaprzyjaźnił się z Tzigone, bez wątpienia powiększyły chaos. (Niech będzie 
zapisane, że Inkwizytorzy Azutha badali Dhamariego i nie uznali go winnym 
spiskowania z Kivą).

Podczas gdy miały miejsce te różnorodne wydarzenia, jak szukałem 

Kivy, obawiając się, że elfka otworzyć bramę i wypuścić larakena. Andris, który 
oczekuje na proces za zdradę, twierdzi, że celem Kivy było zniszczenie 
wiekowego nekromanty Akhlaura. Podążyła za nim na Plan Wody, 
zdecydowana go pokonać, lecz nie powróciła.

Tak twierdzi Andris. Żałuję, że nie mogę mu uwierzyć. Dla niego Kiva 

była bohaterką, która poświęciła życie, by zniszczyć najmniejszy nawet ślad po 
panowaniu Akhlaura. Widziałem Kivę w działaniu i nie wierzę, aby z takiego 
zła i nienawiści mogło narodzić się coś dobrego.

Niezależnie od tego, jak wygląda prawda, Ogar Magów znów została 

pokonana. Jeszcze raz Tzigone pokrzyżowała jej plany. Dziewczyna zamknęła 
swoją magią dwoje drzwi: bramę na Plan Wody i zasłonę między naszym 
światem a światem Niewidzialnego Ludu. Gdy piszę te słowa, ona jest 
uwięziona w tym mrocznym i nieznany wymiarze. Niech Pani Mystra udzieli 
jej łaski i sił, by przetrwała do chwili, kiedy zdołamy ją uwolnić!

Mimo naszych zwycięstw i ofiar, zamieszanie, jakie wywołała Kiva, nie 

dało się tał łatwo uspokoić. Z północy uderzyły Crinti, a wojownicy, którzy 
stawili im czoła, zostali wkrótce potem zaatakowani przez Niewidzialny Lud. 
Na ulice królewskiego miasta Halarahh wyszła armia nakręcanych żołnierzy.

Każdy z tych wrogów byłby łatwy do pokonania, lecz nasza siła została 

osłabiona przez wcześniejsze intrygi Kivy. Oddziały pospolitego ruszenia 
zostały rozstawione wzdłuż zachodniej granicy, by strzec nad przed kolejnymi 
wypadami wrogich elfów. Gdy rozeszła się wieść o pokonaniu larakena, wielu 
dzielnych magów i poszukiwaczy przygód zniknęło na Bagnach Akhlaura, by 
szukać skarbu, który, jak niosła wieść, pozostawił po sobie nekromanta.

Nawet pory roku zdawały się pomagać Kivie, gdyż wczesnym latem, 

przed nadejściem monsunów, bardzo nasiliły się ataki piratów. Okręty Halruaa 
postawiły żagle, by chronić morski handel i przybrzeże miasta, zabierając na 
pokład wielu najlepszych wojowników. Siła królestwa jest znaczna, lecz była 
rozdzielona i mocno nadwerężona.

I wtedy nadszedł najgorszy cios. Inwazja oddziałów z Mulhorandu, które 

wkroczyły przez wschodnie góry do samego Halruaa – niewykryte naszą magią.

Po raz pierwszy od prawie stulecia król Zalathorm, największy wieszcz 

kraju, nie zdołał przewidzieć nadciągającego zagrożenia. Nie sposób wyrazić, 

background image

jak mocny był to cios dla umysłów jego poddanych. Być może na to właśnie 
cały czas liczyła Kiva.

Jeśli ta uwaga wydaje się nieco niewiarygodna, trzeba wziąć pod uwagę 

jeszcze jedno: jednym z sojuszników Kivy, twórcą niszczycielskiej armii, była 
ukochana małżonka Zalathorma, królowa Beatrix.

Nie żywię wobec mojego króla nic poza podziwem, lecz mówiąc prawdę 

muszę nazwać Beatrix największą słabością Zalathorma. Niezależnie od tego, 
kim była kiedyś, nie jest już władczynią Halruaa. Poraniona i cierpiąca 
wewnętrznie, stopniowo wycofywała się ze świata, szukając towarzystwa 
pośród nakręcanych istot, których tworzenie nadzorowała.

Na początku ostatniego cyklu księżycowego, jeden z mechanicznych 

żołnierzy Beatrix wymknął się spod kontroli. Walczyłem i zniszczyłem go, lecz 
zdążył zabić jednego robotnika, a kilku innych poranić. Nim zdołałem zanieść 
o tym wiadomość królowi, mechaniczne potwory magicznie zniknęły. Rodzinie 
zabitego robotnika zaproponowano jego wskrzeszenie, a rannych uleczono i 
dano nowe ubrania. O sprawie być może by zapomniano, gdyby Tzigone znów 
nie interweniowała.

Potrafisz z niesłychaną dokładnością naśladować głosy obcych; panuje 

nad widownią z talentem, którego mógłby jej pozazdrościć nawet bard. 
Ostatnio porzuciła życie ulicznego artysty na rzecz nauki u czarodzieja, lecz 
niespokojne życie wyostrzyło jej inne, mało chwalebne zdolności. Ma szybkie i 
zwinne palce. Przywołuje rozśmieszające półprawdy z taką samą łatwością, z 
jaką behir pluje ogniem. Stąpa cicho jak cień, wspina się jak jaszczurka i 
parska ironicznie na widok najbardziej skomplikowanych zamków. Nawet 
straże pałacowe i alarmy nie mogą jej zatrzymać.

Tzigone wślizgnęła się do warsztatu Beatrix i dzięki posążkowi z 

magicznymi ustami nagrała bardzo niepokojącą rozmowę, jaką królową 
przeprowadziła z Kivą. Elfka przyszła do Beatrix, skomentowała jej prace i 
zabrała metalowe potwory, by przygotować się do nadchodzącej walki.

Gdy Tzigone posążek do mnie, obowiązek nakazywał mi poinformować 

Zalathorma o zdradzie żony. Królową czeka proces. Ta tragedia zniszczyła to, 
co w przeciwnym wypadku mgło zostać uznane za jeden z największych 
tryumfów Halruaa.

Zniszczone? Tak, tego się obawiam. Najeźdźcy zostali odparci, a Brama 

Wody zamknięta dosłownie i w przenośni. Lecz królowa staje przed sądem 
oskarżona o zdradę. Choć nikt nie ośmiela się wypowiedzieć tych słów, 
wszyscy wiedzą, że król Zalathorm również jest w tym procesie sądzony.

Jeśli król wiedział o perfidii swojej królowej, jest tak samo winny jak 

ona. Jak najpotężniejszy wieszcz w całym Halruaa mógł nie zauważyć, co się 
dzieje w jego własnym pałacu? A z drugiej strony, jeśli rzeczywiście tego nie 
zauważył? Czy jego moc zniknęła? Czy dlatego nie wiedział o inwazji, póki 
oddziały z Mulhorandu nie stanęły na halruańskiej ziemi?

background image

Wszyscy w państwie szeptem zadają sobie te pytania. Jeśli koło historii 

tak się właśnie potoczy, wkrótce potężni i ambitni magowie zaczną robić coś 
więcej, niż tylko szeptać. Nikt nie sięgnął po koronę Zalathorma przez prawie 
trzy pokolenia, a kraj rozkwitał w spokoju. Jednak w przeszłości Halruaa było 
miejscem straszliwych wojen wywołanych przez ambicje, wojen, w których 
czarodziej stawał przeciw czarodziejowi rzucając zaklęcia o zadziwiającej 
konstrukcji i niszczycielskiej mocy.

W ten sposób moja opowieść zatoczyła pełne koło i do kolejnego 

zabezpieczenia, jakie zapewniamy my, jordainowie. Jesteśmy strażnikami 
wiedzy; pierwszy dwadzieścia lat naszego życia spędzamy na uczeniu się na 
pamięć dziejów Halruaa. Opowieści o wojnach magów są najgorszymi, jakie 
znam. Codziennie modlę się do Pani Mystry, by Halruańczycy nauczyli się 
czegoś z tych często powtarzanych opowieści i stali na tyle mądrzy, by uniknąć 
wojny.

Nie mogę jednak zamykać oczy na niepokojącą prawdę: jeśli te modlitwy 

zostaną wysłuchane, to staniemy się pierwszymi naprawdę mądrymi ludźmi w 
dziejach/

PROLOG

Jakieś dwieście lat temu, w ponurym momencie dziejów Halruaa, na 

skraju starego bagna wznosiła się czarna wieża.

Klatki stały wzdłuż ścian wielkiej sali, dużej, okrągłej komnaty zajmujące 

cały parter wieży, która z kolei była znacznie większa, niż sugerowały to jej 
czarne, marmurowe ściany. Wewnątrz tych klatek rozmaici więźniowie 
chodzili w kółko lub w akcie rozpaczy rzucali się na kraty. Wieżę wypełniały 
ich rozpaczliwe krzyki, brzmiąc niczym echo dochodzące z piekielnych 
czeluści. Odziani w czerwone szaty uczniowie spokojnie zajmowali się swoimi 
sprawami, nie zauważając tego albo się tym nie przejmując.

W jednej z klatek kuliła się drobna, brudna kobieta, odziana w krótką 

koszulkę, która nie ukrywała blizn pozostałych po często powtarzanych 
magicznych eksperymentach. Wyglądała przez będące dziełem krasnoludów 
kraty, a jej oczy lśniły świadomością nieuniknionej śmierci.

Kiedyś była Akivarią, dumną elfią dziewczyną z klanu Szkarłatnego 

Drzewa, a teraz po prostu Kivą, ulubioną niewolnicą i zabawką Akhlaura. Jej 
serce umarło w dniu, w którym nekromanta wymordował cały jej klan, lecz 
życie podtrzymywały niespodziewanie głębokie rezerwy upory i sprytu. 
Przeżyła nawet narodziny larakena, co zaskoczyło zarówno ją, jak i jej 
ludzkiego dręczyciela. Lecz dziś, choć trwało to długo, jej życie wreszcie się 
zakończy.

Kiva odważyła się spojrzeć w duże, owalne szkło wstawione między 

kraty jej klatki – okno do świata wody i magii. Za nim szalał przerażający 

background image

potwór, demon zaglądał na Plan Wody z pierwotnych głębin Otchłani. Był 
najczystszym złem odzianym w potężne ciało: dwa razy większy od człowieka i 
niemal tak samo dobrze umięśniony jak krasnolud. Kiva dobrze znała demona 
– czarodziej pojmał go i torturował wcześniej – a wspomnienia minionych z 
nim spotkań przepełniały ją przerażeniem i obrzydzeniem.

Wielkie pięści demona uderzały bezgłośnie o portal. Niczym u meduzy, 

jego głowę wieńczył węgorze, wijące się wściekle wokół ohydnej, 
asymetrycznej twarzy. Ich drobne kły kłapały w kontrapunkcie do cichych 
wrzasków demona. Nekromanta często trzymał demona uwięzionego w 
magicznym piekle aż do chwili, gdy wpadał w szał. Kiva nigdy nie wiedziałą, 
kiedy demon może wpaść do jej klatki. To czekanie było jedną z 
najokrutniejszych tortur czarodzieja.

Przypomniała sobie o eksperymencie szykowanym na dzisiejszą noc. 

Eksperymencie, którego nie będzie w stanie przeżyć, lecz nawet obietnica 
śmierci nie była zbyt pocieszająca. Radości elfiego życia po śmierci znajdowały 
się daleko poza jej zasięgiem, podobnie jak marzenia o wbiciu noża w serce 
nekromanty!

Przekręciła głowę, rozglądając się za ulubioną zabawką nekromanty – 

szkarłatnym klejnotem, w którym uwięził dusze pokonanych elfów z jej klanu. 
Dla Akhlaura elfia esencja życia była źródłem energii, równie wartościowym, 
jak kilka drewienek, dzięki, którym kucharka może podtrzymać ogień. Dla 
jednego z elfów Akhlaura śmierć nie oznaczała nic innego, jak tylko nowy 
rodzaj niewoli.

Klejnot nie znajdował się na swoim zwykły miejscu. Oznaczało to, że 

Akhlaur i jego laraken znów ruszyli na łowy.

Ponad kakofonią dźwięków rozległo się długie, przeraźliwe skrzypienie. 

Kiva usiadła, nagle znowu czujna, a jej wytrwały duch rozpalił się nadzieją. 
Obudzili się wreszcie kamienni strażnicy!

Wieża nekromanty była strzeżona przez armie nieumarłych i straszliwe 

pułapki, zaś przed interwencją czarodziejów chronił ją wysysający magię, 
wiecznie głodny laraken. Nikt jeszcze nie przebił się przez te zabezpieczenia, 
by uruchomić bliźniacze gargulce, chroniące drzwi do wieży.

Kiva zerwała się na równe nogi i odrzuciła na bok pasemko włosów, 

które kiedyś miało barwę kuszącego jadeitu. Przywarła do krat i nadstawiła 
ucha, nasłuchując odgłosów walki. Odległy hałas stawał się coraz głośniejszy, 
aż dotarł do kamiennych magazynów, w których siedziała większość jeńców 
nekromanty. Serce elfki zaczęło bić żywiej – w tych celach przebywało wielu z 
jej ludu!

Słyszała, jak twarde dębowe drzwi magazynów pękają niczym drzewa 

trafione błyskawicą. Buchnął chór elfiej pieśni, który ucichł, gdy uwolnieni 
jeńcu uciekli do pobliskiego lasu. Z oczy Kivy spływały łzy radości, choć sama 
nie mogła mieć nadziei na uwolnienie.

background image

Drzwi do wieży otwarły się i uderzyły o mur. Do pokoju wkroczyły dwa 

wielkie gargulce, podobne z wyglądu do wodnego demona. Zajęły pozycje po 
obu stronach drzwi.

Po chwili zaskoczenia uczniowie uzbroili się w różdżki i zaklęcia kul 

ognistych. Jeden przywołał szkarłatną błyskawicę i trzymał ją w wysoko 
uniesionej ręce niczym oszczep. Nawet sama wieża przygotowywała się do 
uderzenia. pęknięcia wśród jasnych żyłek marmuru zapłonęły ogniem, 
gromadząc moc, która mogła buchnąć gejzerami zabójczych płomieni. Ożyły 
kamienne płaskorzeźby. Z reliefu na suficie zerwały się skrzydlate węże i po 
spirali zleciały w dół. Marmurowe szkielety z czarnego marmuru wyrwały się 
z ponuro wyrzeźbionych splotów, które uchodziły za sztukę.

W wieży zapadła cisza, gdy jeńcy oczekiwali nadchodzącej walki z 

mieszaniną przerażenia i nadziei.

Na górę, szybko!
Cicha komenda rozbrzmiewała w umyśle Kivy niczym elfki okrzyk 

bojowy. Zmieszanie na twarzach pozostałych więźniów świadczyło o tym, że 
wiadomość dotarła do wszystkich. W cichym głosie kryła się potężna magia, 
nietknięta przez złowrogie rozbawienie nekromanty. Kivie to wystarczyło.

Nadzieja dodała jej sił. Podskoczyła, chwyciła poprzeczny pręt, 

podciągnęła nogi i przełożyła przez sztabę, po czym podciągnęła się i sięgnęła 
do następnego uchwytu. W całej komnacie więźniowie gramolili się do góry 
najlepiej, jak potrafili.

Z rykiem godnym pojmanego smoka wewnątrz wieży pojawiła się szara 

chmura i eksplodowała ulewą. Jej siła groziła zmyciem Kivy z miejsca, gdzie 
siedziała, lecz wspinała się jak szalona. Gdy wyobraziła sobie strategię 
atakujących, kąciki jej ust wygięły się w dziwny, nieznany jej łuk.

Gdy wyczarowana woda spadła na ukryte płomienie nekromanty, z 

podłogi z przerażającym sykiem uniosła się woda. Uczniowie cofnęli się 
chwiejnie, krzycząc i odrzucając magiczną broń, by osłonić twarze przed 
unoszącą się, parzącą mgłą.

Chmura natychmiast zmieniła się w olbrzymią, lodowato-błękitną 

osłonę. Otuliła ona Kivę widmowym uściskiem, po czym spadła na gorącą 
mgłę. Para zmieniła się w delikatną pajęczynę lodowych kryształków, które z 
kolei z chrzęstem stały się grubymi, solidnymi taflami lodu.

Kamienni i marmurowi strażnicy zamarli, gdy ich stopy zostały uwięzły 

w lodzie i zniknęła ożywiająca ich magia. Jeden ze skrzydlatych węży jeszcze 
nie wylądował. Gdy minęła go lodowa chmura, skrzydła mu znieruchomiały i 
spadł, rozsypując na zamrożonej podłodze deszcze igieł z czarnego marmuru.

Tylko bliźniacze gargulce otrząsnęły się z pozbawiającego magii ataku. 

Szarpały się gorączkowo, lecz nie mogły się uwolnić z lodowej pułapki. Jednak 
komuś innemu najwyraźniej się to udało.

Wokół nich pojawiły się szerokie szczeliny, a kamienne potwory 

background image

wzniosły się w powietrze wraz z niewielkimi kwadratami lodu niczym 
potworni sułtani na swoich małych latających dywanach. Wciąż szarpiąc się, 
wyleciały przez otwarte drzwi i z głuchym łomotem wylądowały na swoich 
miejscach.

Kiva opadła na podłogę swojej klatki, ignorując parzące bose stopy 

zimno. Szybko rozejrzała się wokół, szukając innych obrońców.

Kilka uczniów nekromanty leżało martwych, ich ciała pokrywały gruby 

całun lodu. Inni tkwili po kostki w lodzie, niektórzy krzyczeli w agonii, inni 
milczeli w szoku. Jeden z nich miał dość rozumu, by wspiąć się powyżej 
poziomu mgły. Usiadł na ramionach marmurowego szkieletu, spoglądając z 
ogłupiałym zdziwieniem na kawałek szkarłatnej lin w dłoni – tylko tyle zostało 
z jego wspaniałej błyskawicy. W połowie kręconych schodów stała uczennica o 
dzikim spojrzeniu i wyrywała ze swojej różdżki wijące się dziko pędy, jakby to 
miało przywrócić jej dawną funkcję. Gdy napastnicy weszli, popatrzyła na nich 
z roztargnieniem i ponownie skupiła cała uwagę na zniszczonej różdżce.

Do komnaty weszło kilku mężczyzn w strojach wojowników, ich wzrok 

szukał dalszych punktów oporu. Gdy nikogo nie znaleźli, zajęli się 
uwalnianiem jeńców. Do klatki Kivy podszedł wysoki, dobrze zbudowany 
człowiek o nosie jak sejmitar i ciemnobrązowych włosach zebranych w 
warkocz. Wyjął zza pasa małą różdżkę i wymierzył go w zamek o kształcę 
czaszki.

- Nie! – zaskrzeczała Kiva głosem zdartym od zbyt wielu krzyków i zbyt 

krótkich chwil śpiewu. Sięgnęła przez kraty i chwyciła jego nadgarstek. Drugą 
ręką wskazała na „lustro” oraz demona, który był niespodziewanie spokojny i 
czujny.

Potwór wyszczerzył się w oczekiwaniu. Z jego kłów zwisały długie nici 

krwawej śliny.

- Nie możesz – powtórzyła Kiva. – Narusz zamek, a uwolnisz demona.
Mag popatrzył na szczerzącego się potwora.
- Nie obawiaj się, dziecko. Nie pozwolimy, aby cię skrzywdził.
- Lord Akhlaur wkrótce powróci! Nie możecie walczyć równocześnie z 

nim i z demonem – tłumaczyła.

- Akhlaur też nie może stoczyć dwóch walk naraz. Czy ten demon jest 

wobec niego lojalny?

Lojalny wobec Akhlaura? – powtórzyła bezgłośnie i z niedowierzaniem.
- Demon jest więźniem.
- Zatem nie musisz obawiać się jego uwolnienia. Nie będzie szukał ani 

mnie, ani ciebie. Bądź tylko gotowa szybko uciec, gdy drzwi zostaną otwarte.

Nagle oczy maga zaćmiły się, jakby słuchał odległych głosów. Po chwili 

jego wzrok wyostrzy się, był twardszy. Odwrócił się do swoich towarzyszy.

- Akhlaur nadchodzi.
Stanęli w szeregach, trzymając różdżki niczym miecze, lub też jasne 

background image

kule, trzeszczące i dygoczące od nagromadzonej w nich mocy.

Do wieży wszedł wysoki, czarnowłosy mężczyzna. Bogate 

czarno-czerwone szaty wirowały wokół niego, gdy rozglądał się niczym 
dworak, który wszedł do Sali balowej. Za nim szła Noor, jego ulubiona 
uczennica, kobieta o łagodnej urodzie, gołębich oczach i żelaznej ambicji.

W dłoniach niosła kryształ o barwie rubiny i kształcie wieloramiennej 

gwiazdy, wielki niczym głowa i migoczący tysiącami fasetek. Całkiem 
dosłownie pulsował życiem. Wzrok Kivy przywarł do szkarłatnego kamienia z 
mieszaniną tęsknoty i rozpaczy.

- Miło cię widzieć, Zalathorm – rzekł Akhlaur z nutką rozbawienia.
To imię zaskoczyło Kivę. Słyszała je nawet tu, jako więzień w położonej 

na odludziu wieży! Słyszała opowieść o magu, który powoli zaprowadzał 
spokój i ład w morderczym chaosie, jaki wywołała potęga Akhlaura.

Drugi dreszcz przeszedł ją, gdyby jeden z magów wyrwał się z szeregu i 

ruszył do przodu. Wielki Zalathorm był mężczyzną w średnim wieku i 
przeciętnego wzrostu. Jego włosy i broda miały kolor delikatnego brązu, który 
według standardów Halruaa był barwą dość bladą. Nic w jego twarzy ani 
stroju nie sugerowało wielkiej mocy. W dłoniach nie widać było żadnej broni 
ani magii. Był o głowę niższy od Akhlaura, a ponura twarz o prostych rysach 
stanowiła ostry kontrast wobec arystokratycznych rysów nekromanty. W 
głowie Kivy pojawił się obraz walki między kasztanowym kucykiem farmera a 
czarnym jak kruk pegazem.

- Zastanawiałem się, kiedy wpadniesz z wizytą – powiedział Akhlaur. 

Popatrzył na Zalathorma, a potem jego wzrok przesunął się na gotowych do 
walki magów. Krzywy uśmieszek zmienił się w pełen pogardy grymas. – To 
wszystko, na co cię stać? Zamiana w bezmyślnych nieumarłych wyszłaby im 
tylko na dobre!

Siwowłosy mag splunął i uniósł różdżkę, by pomścić tę zniewagę. Gdy 

wycelował ją w Akhlaura, Kiva dostrzegła na twarzy Noor czystą panikę. 
Uczennica krzyknęła cicho i wyciągnęła dłoń, jakby chciała odpędzić magiczny 
atak.

Z różdżki starego maga buchnęło światło. Skręciło ostro z dala od 

Akhlaura i poleciała w stronę Noor niczym błyskawica przyciągana przez 
magnetyt. Gdy magiczna energia wpadła w szkarłatny kamień, czarne włosy 
Noor uniosły się i skręciły wokół jej wykrzywionej twarzy. Różdżką szybko 
straciła swoją moc, poczerniała i opadłą jako cienka linia popiołu.

Magia działała dalej, płynęła aż do chwili, gdy z wyciągniętej ręki maga 

została tylko skóra i kości. Gdzie było życie, była też magia, a szkarłatna 
gwiazda Akhlaura spijała chciwie i jedno, i drugie. Dzielny człowiek umarł 
szybko, a jego pusta powłoka z cichym stukotem opadła na pokrytą lodem 
posadzkę.

Wśród magów zapanowała pełna zaskoczenia cisza. Tylko Zalathorm 

background image

zachował przytomność umysłu. Skinął w stronę gwiazdy. Klejnot wyfrunął ze 
szczupłych dłoni i przyleciał do niego. Ku zaskoczeniu Kivy, Akhlaur nie 
wtrącał się.

- Nie możemy zrobić mi tym krzywdy – powiedział nekromanta, w jego 

głosie nadal rozbrzmiewała nutka rozbawienia.

- Ty mnie również – odparł ponuro Zalathorm. – Wraz z tym kamieniem 

powierzyliśmy nasze życia sobie nawzajem.

Nekromanta uniósł czarną, krzaczastą brew w szyderczym zdziwieniu.
- Doprawdy, Zalathormie! Uważaj albo zacznę podejrzewać, iż żywisz 

jakieś wątpliwości co do naszej przyjaźni!

- Wątpliwości? Nie wiem, co jest większą perwersją: to, jak 

wykorzystałeś ten klejnot, czy to, jakiego potwora uczyniłeś z człowieka, 
którego kiedyż zwałem przyjacielem.

Akhlaur popatrzył ze zdziwieniem na swoją uczennice. Noor stała nad 

zabitym magiem, trzymając dłonie przy ustach, a po jej ślicznej twarzy płynęły 
strumienie łez. Nekromanta zdawał się nie zauważać jej rozpaczy.

- Nudny jest, nieprawdaż? – skinął głową w stronę Zalathorma. – Ale 

czegóż można oczekiwać od człowieka, którego rodzinne motto brzmi „Zbyt 
głupi, by umrzeć”?

Zalathorm uniósł klejnot jakby w groźnym geście, po czym zwinnie 

wykonał druga ręką gest zaklęcia. Każdy mag w pomieszczeniu powtórzył jego 
ruchy.

Pokój eksplodował białym światłem i trzeszczącą mocą. Kiva zgięła się i 

przypadła do podłogi klatki, gdy wieża wyrwała się ze swoich fundamentów i 
poleciała ponad leśnym poszyciem.

Znów się uśmiechnęła, gdyż moc zaklęcia była równie potężna jak 

magia, której doświadczyła z rąk Akhlaura. Poruszenie całej wieży, wieży maga 
– wieży Akhlaura! – było czymś zaskakującym! Natychmiast wyczuła zamiary 
Zalathorma i znów odważyła się mieć nadzieję.

Gdy wieża zatrzęsła się po raz ostatni, Kiva zamknęła oczy i wciągnęła 

głęboko powietrze, jakby chciała wciągnąć w siebie las. Niemożliwe do 
opisania dla człowieka zmysły powiedziały jej, gdzie wieża wylądowała. 
Głęboko na bagnach znajdowała się szczelina wyrzeźbiona w ziemi przez 
dawny kataklizm, zwany przez elfy Roztrzaskaniem. Szczelina była miejscem 
ukrytym, doskonałym grobowcem dla wieży Akhlaura… a także oddalonym od 
larakena i jego wysysającej magię mocy.

Kiva dźwignęła się na kolana i rozejrzała w poszukiwaniu nekromanty. 

Stał przykucnięty w pozycji obronnej, trzymając zwieńczone czaszką berło i 
hebanową różdżkę, jakby to była para mieczy. Gardło się jej ścisnęło, gdyż 
wiedziała, jakie zaklęcia kryją się w tym orężu i wiedziała, że Akhlaur może 
bardzo długo bronić się magicznymi atakami.

A jednak nie uderzał.

background image

Spojrzała na jego twarz. Minęła pełna zaskoczenia chwila, gdy 

zrozumiała, co znaczy ten dziki wyraz oczu i skrzywiona twarz.

Akhlaur się bał.
Oczywiście! Magiczny deszcz pozbawił mocy nawet te potężne bronie! 

Akhlaur pokładał zaufanie w swoim larakenie i jego zdolności do wyciągania 
czarów z innych magów, by potem przekazać je swemu panu. Teraz wieża 
znajdowała daleko od terenów łowieckich larakena, a do nadstawionego berła 
i różdżki nie wpływała żadna magia.

Rozbiegane spojrzenie Akhlaura spoczęło na jego uczennicy.
- Laraken! – wrzasnął do Noor, zamierzając się na otaczających go 

magów berłem jak ktoś, kto próbuje patykiem odpędzić wilki. – Przywołaj 
larakena!

Kiva roześmiała się. Dźwięk był szorstki, a jednak rozbrzmiewał 

nienawiścią i tryumfem. Noor nie zrobi tego, o co prosił ją Akhlaur. Zabity mag 
był jej ojcem – Kiva czuła to we krwi i w kościach, tak jak czuła, że duch starego 
maga jest teraz uwięziony w szkarłatnej gwieździe, wraz z krewniakami Kivy. 
Ból i wina malujące się na twarzy Noor w chwili śmierci siwego czarodzieja 
były dla Kivy równie znajome jak odgłos bicia własnego serca.

Jednak posłuszeństwo wobec Akhlaura okazało się potężnym 

przyzwyczajeniem. Nim pojęła, co robi, jej dłonie zaczęły poruszać się w geście 
zaklęcia przywołania. Zawahała się, a na wpół ukształtowana magia 
trzeszczała w błyszczącej aureoli, podczas gdy kobieta rozglądała się 
niepewnie po komnacie.

Kilku magów wycelowało w nią swoje różdżki, gotowi zabić ją w razie 

potrzeby. Wszyscy patrzyli na Zalathorma, który uniósł dłoń i przyjrzał się 
Noor uważnie i z sympatią.

- Twój ojciec – powiedział cicho – był człowiekiem twardym, ale dobrym. 

Wierzył, że za magię płaci się wysoką cenę. Przybył Ti, by spłacić długi swojej 
córki.

Spojrzenie Noor nie odrywało się od szkarłatnej gwiazdy w dłoniach 

Zalathorma.

- Czy go uwolnisz?
- Tak – odparł krótko mag i dodał ciszej: – Zapewnię mu spoczynek i 

szacunek.

Radość wybuchnęła w Kivie niczym wiosna. Przez pełną radości chwilę 

sądziła, że Zalathorm uwolni ją, uwolni ich wszystkich!

Jednym ostrym gestem Noor dokończyła zaklęcie wezwania. Kiva wiele 

razy widziała przywoływanie larakena i od razu wiedziała, że to nie było 
zaklęcie, jakie Noor zaczęła rzucać.

Wnętrze wieży zatrzeszczało od mocy, powietrze wypełnił ryk 

rozwścieczonych mórz. Nad przypływem rozległ się niesamowity, żądny 
zemsty skrzek. Skrzek, który Kiva doskonale znała.

background image

Rozpaczliwie cofnęła się od portalu, rozpłaszczyła na prętach, oczekując 

uwolnienia demona.

Cofnij się!
Znów w jej głowie zabrzmiał ten głos – głos maga, który zaczynał ją 

uwalniać. Kiva cofnęła się od prętów. Przeskoczyła między nimi jasna energia, 
a szczęka kłódki-czaszki opadła stopiona. Kiva skoczyła do drzwi, nie 
przejmując się tym, że rozgrzany metal parzy ją w palce.

Chwiejnie wypadła z klatki. Nikt nie zauważył jej ucieczki, gdyż uwaga 

magów była skupiona na potworze, wyrywającym się z błyszczącego owalu i 
otwartej klatki.

Wodny demon osłonił lśniące czerwone oczy pazurzastą łapą, a jego 

spojrzenie omiotło komnatę. Czerwone źrenice skupiły się na nekromancie. 
Nienawiść płonęła w nich z mocą piekielnego ognia.

- Akhlaur – powiedział demon szorstkim, bulgoczącym głosem, 

wypowiadając te słowa niczym obrzydliwe przekleństwo. Skoczył 
niewiarygodnie szybko, unosząc wielkie łapska z zakrzywionymi pazurami.

Mag rzucił bezużyteczną broń i chwycił potwora za nadgarstki. 

Gorączkowo wyśpiewywał zaklęcia, aby wezwać nienaturalną siłę i zabójczą 
magię. Magowie Zalathorma cofnęli się, gdy zło walczyło ze złem niczym dwa 
ciemne płomienie, z których każdy był zdecydowany pochłonąć drugi.

Moc trzeszczała wokół nich jak czarna błyskawica. Bujne czar włosy 

Akhlaura zniknęły w chmurze pyłu. Przystojna twarzy pokryła się pęcherzami 
i skrzywiła z bólu – bólu karmiącego jego napędzane śmiercią zaklęcia.

Nagle węgorze na głowie demona wrzasnęły i zatrzepotały w agonii. 

Płonęły i wiły się jeden po drugim, poczym opadały bezwładnie na masywne 
ramiona potwora niczym pasemka włosów. Z jego ciała uniosła się śmierdząca 
para, a czarno-zielone łuski odpadały niczym zużyte dachówki. Demon, zbyt 
rozwścieczony, by umierać samotnie, zaczął nieubłaganie ciągnąć Akhlaura w 
stronę portalu.

Przepełnione nienawiścią oczy nekromanty spojrzały w stronę twarzy 

Noor. Gdy ich spojrzenia spotkały się, uniósł jedną z rąk demona, naśladując 
cięcie pazurami. Głowa dziewczyny odskoczyła do tyłu, a na jej gardle 
otworzyły się cztery krwawe linie.

A potem Akhlaur zniknął. W zwierciadle splecione ze sobą postacie 

nekromanty i demona malały gwałtownie, aż znikły w lśniącym portalu. Kiva 
poczuła przypływ tryumfu, a potem nagłe, skręcając wnętrzności uczucie 
spadania.

Ku swemu zaskoczeniu poczuła, że jest wciągana na Plan Wody wraz z 

nekromantą!

Poleciała w dół, tonąc w morzu magii, z dala od lasu, klanu i rodaków. Z 

dala od przeszłości i dziedzictwa. Z dala od siebie. Zbyt daleko, by kiedykolwiek 
wrócić.

background image

Jakąś częścią umysłu Kiva wiedziałą, że została uwięziona we śnie. Od 

czasu pokonania Akhlaura minęło dwieście lat. Obudziła się gwałtownie, ale 
bez drgnięcia, które zwykle następowało po gwałtownie przerwanym śnie.

Ku swemu przerażeniu wciąż spadała, wirując bezradnie w górskim 

powietrzu. Wizja wieży Akhlaura była tylko snem, lecz ten koszmar był bardzo, 
bardzo prawdziwy!

Elfka machała kończynami i wirowała w powietrzu, usiłując 

rozcapierzonymi palcami chwycić pustą ciemność. Wiatr świszczał jej w 
uszach i niósł jej wrzask w obojętną noc. Nad jej głową gwiazdy wirowały i 
kręciły się szydząc z dawno zapomnianych wspomnień o tańcach na 
oświetlonych przez nie elfich łąkach. Kiva nie czuła żalu za zapomnianą 
niewinnością – była to zbyt stara strata, by ją opłakiwać. Spadając ku pewnej 
śmierci żałowała tylko, że nie dokończy zemsty, która żyła przez ostatnie 
dwieście lat.

Nagle minęła ją smuga światła i barw, zakręciła i zniknęła z pola 

widzenia. Kiva uderzyła w coś miękkiego i poczuła, iż została przechwycona i 
kołysze się w mocnych, jedwabistych ramionach.

Przez kilka chwil leżała na brzuchu, zbyt oszołomiona, by się poruszyć, 

zbyt ogłuszona, by zdawać sobie sprawę z upadku czy z ocalenia. Po chwili 
uniosła głowę i popatrzyła na skomplikowany wzór na dywanie. Wiatr wciąż 
szumiał jej w uszach, ale nie był już zimny ani szyderczy.

A zatem latający dywan. Kiva namacała krawędzie magicznego środka 

transportu i przeturlała się ku bardziej bezpiecznemu środkowi. Ostrożnie 
usiadła i znalazła się twarzą w twarz z samym Akhlaurem.

Dwa wieki wygnania na Planie Wody odcisnęły na nim swoje piętno. 

Bujne czarne włosy ustąpiły miejsca czaszce pokrytej eleganckimi, lekko 
zielonymi łuskami. Długie palce miał połączone błoną pławną, a szeregi skrzeli 
wyglądały jak poszarpane błyskawice, migoczące po bokach karku, lecz wyraz 
lekkiego, pogardliwego rozbawienia nie zmienił się walce. Przez chwilę Kiva z 
całego serca żałowała, że nie pozostawiła go w tym wodnym więzieniu.

- Niespokojnie śpisz, moja mała Kivo – zauważył łobuzerskim tonem.
- Elfy nie śpią – przypomniała mu, choć zdziwiła się, czemu ją to 

obchodzi. Akhlaur nie był zainteresowany naturą elfów, chyba że było mu to 
potrzebne do jego eksperymentów.

- Ufam, że nic sobie nie zrobiłaś podczas tej małej przygody? – spytał, 

szyderczo naśladując ton pana troszczącego się o wiernego sługę.

Kiva zdobyła się na słaby uśmiech, choć przypuszczała, że to Akhlaur 

zrzucił ją z dywanu, aby po prostu rozkoszować się jej spadaniem i 
przerażeniem!

- To było… zabawne – przyznała, zabarwiając swoje słowa ponurą ironią, 

która Akhlaur tak bardzo lubił. – A ja jestem wdzięczna za ratunek.

Nekromanta pochylił głowę w geście łaskawości, przyjmując jej 

background image

podziękowania. Miał powód, by troszczyć się o Kivę. Między nimi 
zadzierzgnęły się więzy śmierci, wykute dwa stulecia temu, by mogła przeżyć 
narodziny larakena. Kiva nie mogła zranić Akhlaura, nie raniąc siebie, i liczyła, 
że to właśnie przekona maga o szczerości jej intencji.

- Śpij – poleciał jej. – Jutro mamy wiele do zrobienia.
Kiva posłusznie zwinęła się na dywanie i udawała, że znów odpłynęła w 

śnienie, lecz sny o przeszłości były przyćmione wizją czekającej ich wielkiej 
bitwy.

Podczas tej bitwy Akhlaur, mag, którego tak niewiele dzieliło od podboju 

Halruaa, będzie walczył nie jako jej pan, ale jako jej zabójcze i nieświadome 
narzędzie.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Drobny, śniady młody mężczyzna przemykał niczym brązowy cień po 

labiryncie korytarzy pod pałacem króla Zalathorma. Do świtu było jeszcze 
daleko, a to położone głęboko miejsce oświetlała tylko niewielka błękitna kula 
w dłoni młodego czarodzieja.

Stąpając z pewnością, jaką może dać tylko doświadczenie, nie zwracał 

uwagi na stare szkielety, zalegające boczne korytarze – milczące świadectwo 
hartu ducha halruaańskich poszukiwaczy przygód i skuteczności zabezpieczeń 
najgłębiej ukrytych skarbów w kraju.

Dostał się do centrum labiryntu i wstąpił do kręgu otoczonego przez 

głęboko wycięte runy. Gdy śpiewał w starożytnym, tajemnym języku 
halruaańskiej magii, kamień pod jego stopami zniknął, opadając niczym gęsta 
szara mgła i pojawiając się ponownie jako wąskie, kręcone schody.

Schodził na dół, coraz niżej i niżej, aż do serca ziemi. Z każdym krokiem 

intonował wyjątkowe, tajemne słowo, które było wymagane. Z szacunkiem 
omijał poczerniałe plamy oznaczające miejsca ostatniego spoczynku tych 
czarodziejów, których zawiodła pamięć.

U stóp schodów znajdowała się wielka sala, wzdłuż każdej ze ścian stał 

tuzin żywych strażników. Zgromadzono tu wielu z największych nekromantów 
Halruaa, czuwając nad tajemnicami wyszeptanymi na łożu śmierci przez usta, 
które dawno temu rozpadły się w proch. Gdy młody człowiek przechodził, 
kiwali mu głową, okazując szacunek należny królewskiemu posłańcowi. Nikt z 
nich nie domyślał się prawdziwej tożsamości czarnookiego młodzieńca o 
brązowej skórze.

Przebrany mag stanął przed wielkimi drzwiami i skłonił się strzegącemu 

ich wiekowemu arcymagowi o trupim wyglądzie. Wręczył starcowi zwój.

- Pismo od króla – powiedział ze śpiewnym akcentem typowym dla 

przybrzeżnych wysp.

Arcymag spojrzał na wiadomość, po czym jeszcze raz na posłańca.

background image

- Z rozkazu króla musimy odpowiedzieć na twoje pytania z taką samą 

szczerością, jaką oferowaliśmy jemu. Daję słowo maga, że tak będzie.

Młodzieniec pochylił głowę w pełnym szacunku podziękowaniu.
- Chciałbym wiedzieć, kto stworzył armię nieumarłych i kto nią dowodził 

podczas bitwy z najeźdźcami z Mulhorandu.

Strażnicy popatrzyli po sobie niepewnie.
- Mówi się, że to sam król odniósł zwycięstwo – zaryzykował arcymag.
Posłaniec prychnął.
- A od kiedy to król jest mistrzem nekromancji? Powiedz mi, kto spośród 

was mógłby zrobić coś takiego.

Usta starca zacisnęły się, jakby chciał zdusić odpowiedź, której przysięga 

zobowiązał się udzielić.

- To poza moimi zdolnościami – przyznał w końcu. – Nikt w tej komnacie 

nie zdołałby rzucić takiego czaru. Oczywiście, możemy ożywiać i kierować 
umarłymi, lecz nie w takiej liczbie! Skoro to nie król rzucił zaklęcie, musiał 
zrobić to ktoś równy mu mocą.

- A kto jest równy królowi? – spytał przebrany mag, nasączając swój głos 

taką mieszanką niedowierzania i troski, jaką mógłby okazać wierny, młody 
posłaniec.

- Zakładam, że pytasz retorycznie, tak jak ja – pospiesznie odparł 

arcymag. – Któż mógłby być równy królowi?

Zaiste, kto? Mag stłumił krzywy uśmiech, który wypełzał mu na usta. 

Riposta arcymaga była zwinna jak u każdego szermierza, lecz tak naprawdę to 
wielu magów zaczynało się zastanawiać, czy przypadkiem to nie oni okażą się 
równi królowi. Pytanie strażnika mogło być retorycznie, lecz niezbyt długo 
pozostanie wyłącznie w pozbawionym krwi królestwie retoryki.

Mag skłonił się w podziękowaniu i wskazał na drzwi. Arcymag odsunął 

się, najwyraźniej zadowolony, że może zakończyć tę kłopotliwą rozmowę.

Masywne, okute żelazem wrota otworzyły się do środka na cichych 

zawiasach, nietkniętych ręką śmiertelnika. Umieszczone na ścianach 
pochodnie buchnęły płomieniem, oświetlając okrągły pokój z kilkoma 
drzwiami i czarną dziurą w miejscu podłogi. Uniosły się z niej słabe, ale 
przerażające skowyty, a wraz z nimi słaby zapach kostnicy i obietnica 
zapomnienia.

Mag wszedł do środka, odliczył kilka kroków na lewo i przeszedł pewnie 

przez pustkę. Minął jeszcze trzy zabezpieczone magią pokoje i wreszcie dotarł 
do miejsca, którego szukał.

Ostatnia komnata była pusta, jeśli nie liczyć otoczonego rubinową 

poświatą kryształu, unoszącego się na jej środku. Miał on kształt 
wieloramiennej gwiazdy i płonął własnym światłem, oświetlając 
pomieszczenie szkarłatnym blaskiem.

Mag pozwolił, by jego przebranie stopiło się, odsłaniając łagodną twarz 

background image

mężczyzny w średnim wieku, który odzyskał szkarłatną gwiazdę jakieś 
dwieście lat temu. Przyklęknął na kolanie i zaczął skomplikowany proces, 
którego wymagała każda wizyta: oczyszczenie umysłu z myśli, a serca ze 
smutku i poczucia winy. Gdy wreszcie cisza w jego wnętrzu dorównywała tej w 
komnacie, wstał, uniósł spojrzenie na klejnot i przemówił.

- Serce Halruaa szuka rady – powiedział cicho król Zalathorm.
W krótkich słowach opisał bojowe, zaklęcia, które niecałe dwa dni temu 

wyssały płyny z setek ludzi, by stworzyć wielkiego żywiołaka wody, a potem 
podnieść wysuszone ciała jako armię nieumarłych.

- Jak mag, żywy lub martwy, mógł rzucić takie zaklęcie? – zakończył.
Dostroił swój wewnętrzny słuch do cichej odpowiedzi, znajomego chóru 

elfich głosów dawno zmarłych mędrców. Odezwali się jednym chórem 
pozbawionym słów, wszechogarniającego przerażenia. Fale emocji szalały 
wokół niego niczym lodowa burza, odbierając oddech, powstrzymując bicie 
serca.

Miażdżący ból ścisnął pierś Zalathorma, aż cofnął się chwiejnie. Wpadł 

na drzwi, nie mogąc poruszyć się ani oddychać. Przez kilka chwil był 
przekonany, że umrze w tym pokoju.

Wreszcie lecząca magia, starsza od pamiętanego przez mędrców 

przerażenia, zaczęła pulsować ze szkarłatnej gwiazdy.

Serce króla podskoczyło boleśnie, po czym zaczęło pracować normalnie. 

Agonia powoli się cofnęła. Jeszcze raz gwiazda ocaliła swojego twórcę.

Jeszcze raz dała Zalathormowi odpowiedź, jakiej nie mógłby znaleźć 

nigdzie indziej. Klejnot był nieumierającą przeszłością, wiekami doświadczenia 
zachowanymi w wiecznej teraźniejszości. W całej długiej historii Halruaa 
Zalathorm znał tylko jednego maga, który w sercach zamarłych w czasie 
mędrców mógł wywołać takie przerażenie. Choć nie padło żadne słowo, 
Zalathorm znał odpowiedź.

Akhlaur znalazł jakiś sposób, aby powrócić.

ROZDZIAŁ DRUGI

Choć słońce ledwo wychyliło się poza wschodni mur, ulice przed 

pałacem króla Zalathorma tętniły życiem. Matteo stał u boku władcy, słuchając 
jak Zalathorm przyjmuje, zdawałoby się, nieskończoną liczbę interesantów.

Był to pierwszy dzień służby Mattea jako Doradcy Króla i już zwalczał 

chęć nerwowego kręcenia się jak uczniak. Król nakazał mu obronę królowej 
Beatrix. Dlaczego nie pozwolił, by się tym zajął?

Matteo nie mógł zrozumieć, dlaczego król nalegał, by uszanować jego 

zwyczaj codziennego udzielenia audiencji. W tych wyjątkowych czasach 
codzienna rutyna wydawała się równie nie na miejscu, jak owieczka między 
jednorożcami!

background image

Wszędzie było widać pamiątki po ostatnich walkach. Robotnicy wciąż 

sprzątali śmieci i gruz, zalegające na ulicach królewskiego miasta. Wciąż 
płonęły stosy na położonych za miastem cmentarzach. Zawodowe płaczki 
śpiewały aż do utraty głosu i ustępowały miejsca nowym. Ich przejmujące 
pieśni wznosiły się wraz z kłębami dymu, polecając dusze poległych 
Halruaańczyków bogom, a ciała niebiosom.

Halruaańczycy byli dumnym i butnym ludem, który łączył rytuały 

pogrzebowe z wystawnymi obchodami zwycięstwa. Uczniowie szkół magii 
zostali wysłani do domów na faerie, aż do nowego księżyca. Kupcy i 
rzemieślnicy zamykali swoje sklepy przed południem i nie otwierali ponownie 
aż do zmierzchu. Kuglarze i bardowie śpiewali swoje piosenki i odstawiali 
skecze. Na nocnym niebie wybuchały fajerwerki. Poważni, ciężko pracujący 
Halruaańczycy, tak czarodzieje, jak i zwykli ludzie, poświęcali się pełnym 
wyzwania świętom, jakby zadzierają nosa wobec wszechobecnej śmierci.

Na zewnątrz pałacu znajoma uliczna piosenka zaczęła się szybki 

crescendo, a po chwili przeszła w lekki fałsz. Zalathorm skinął na Mattea. 
Młody jordain, rad z polecenia, wyjrzał przez okno, by zobaczyć, co się dzieje.

Jak zwykle na zewnątrz stały tłumy, mając nadzieję na audiencję u 

króla. Panował nastrój festynu. Uliczni handlarze oferowali swoje towary, a 
kuglarze zabawiali tłum. Matteo szybko odwrócił oczy od ulicznego żonglera, 
gdyż zwinne ręce chłopaka i beztroski uśmiech zbyt boleśnie przypominały mu 
o przyjaciółce Tzigone.

Jego wzrok prześlizgnął się po tańczącym niedźwiedziu, stąpającym 

ciężko i obracającym się niczym korpulentna matrona i po poganiaczach 
głośno zachwalających egzotyczne potwory. Zachwyceni rodzice podsuwali 
dzieci, by mogły przejechać się na wielbłądzie z pustyni Calimshan albo 
wielkiej jaszczurce o trzech rogach z dżungli Chult czy starym i dość 
wyleniałym jednorożcu. Był nawet młody słoń, zwierzę rzadko widywane w 
Halruaa. Dwójka małych, pokrzykujących dzieci trzymała się jaskrawego 
żółto-czerwonego koszyka na szerokim, szarym grzbiecie zwierzęcia.

Oczy Mattea spoczęły na słoniu. Trąba kołysała się w przód i w tył, jakby 

opędzał się od roju natrętnych owadów. Przyjrzał mu się bliżej i zrozumiał, że 
zwierzę dokładnie to robi. Kilkoro ludzi zaczęło obrzucać nieszczęsne zwierzę 
owocami i słodkimi ciasteczkami.

Odwrócił się do Zalathorma.
- Jeden z poganiaczy przyprowadził słonia. Tłum go atakuje, być może 

dlatego, że zwierzę pochodzi z Mulhorandu i przypomina o najeźdźcach.

Twarz króla zachmurzyła się. Wstał z tronu i podszedł do oka, gestem 

nakazując Matteo, by za nim podążył. Dworzanie rozstępowali się przed nimi, 
spoglądając ze ściągniętymi brwiami, jak król łamie swój własny, niepisany 
zwyczaj.

Zalathorm poszedł do ukrytych schodów, wąskich i krętych, 

background image

prowadzących na ulice. Pokonał je zaskakująco żwawym krokiem.

- Z całym szacunkiem panie, czy mogę spytać, co planujesz? – zawołał 

Matteo, spiesząc za królem.

Zalathorm zatrzymał się i rzucił okiem na swojego doradcę.
- Ludzie przed pałacem oczekują, że będę rozsądzał spory. Ta jedna 

sprawa z każdą chwilą będzie się robić coraz gorsza.

Matteo sprzeciwiłby się uznaniu wejścia w sam środek ulicznego 

zamieszanie za rozsądne posunięcie, ale zakładał, że król miał swoje powody. 
Szedł szybko, poluzowując węzły pokoju na swoich sztyletach.

Nim dotarli na ulicę, panował tam już chaos. Słoń kręcił się to w jedną, to 

w drugą stronę, rzucając się na swoich ciemiężycieli w krótkich i zaskakująco 
szybkich szarżach. Dwaj magowie rzucili zaklęcia lewitacji, by zdjąć 
przerażone dzieci z pudełkowatej lektyki. Kopiąc i machając rękami płynęły w 
powietrzu, by wpaść w wyciągnięte ręce rodziców.

Kilku innych magów zbliżyło się do zwierzęcia. Z ich wyciągniętych 

dłoni wyleciały niewielkie kule trzeszczącej, błękitnej energii, które z ostrym, 
syczącym pyknięciem eksplodowały na boku słonia.

Matteo natychmiast wyczuł ich strategię: zapędzić słonia do otoczonego 

murem ogrodu, gdzie łatwo będzie można go uspokoić. Jednak zwierzę było 
zbyt spanikowane, aby współpracować. Trąbiąc zaczęło stawać dęba i wierzgać 
niczym użądlony przez gza ogier.

- Idioci – mruknął Zalathorm.
Ponieważ miniaturowe kule nie skłoniły słonia do ucieczki, magowie 

zaczęli rzucać większymi pociskami. W jego stronę poleciała niewielka fala 
wielobarwnych światełek.

Król uniósł ręce i uderzył prawą pięścią w lewa dłoń. Pociski 

natychmiast uderzyły w niewidzialny mur i skręciły pod ostrym kątem, lecąc w 
niebo niczym fajerwerki.

Jeden z pocisków, energia o kształcie czerwonego oszczepu, odbił się od 

magicznej bariery i skręcił niczym ryba gwałtownie zmieniająca kierunek w 
szybko płynącym strumieniu. Poleciał wprost na maga, który zakłócił tor jego 
lotu.

Odpowiedź Mattea była częściowo wytrenowana, częściowo 

instynktowna. Wskoczył przed króla, wyciągając ręce w stronę drzewca 
magicznego oszczepu. Broń wpadła w jego zaciśniętą pięść – tylko wrodzona 
odporność na magię sprawiła, iż nie spłonął do kości.

Gdy palce zacisnęły się na drzewcu, przekręcił lekko nadgarstek, nie 

tylko usiłując zatrzymać broń, co zmienić tor jej lotu. Magiczna broń zakręciła, 
lecz dalej trzymała kurs. Prawe ramię Mattea wypadło z barku z 
rozdzierającym, rozpalonym do białości błyskiem bólu. Poleciał do tyłu, wciąż 
trzymając czerwony pocisk, i wpadł na mur.

Odrzucił znikającą broń i sięgnął po lewy sztylet, gotów w razie potrzeby 

background image

bronić króla. Nim zdołał jednak odpędzić sprzed oczu tańczące gwiazdki, 
Zalathorm stanął obok słonia.

Król pogładził uspokajająco poraniony bok. Gdy poganiasz zbliżył się, by 

przejąć wodze, Zalathorm wypowiedział kilka cichych słów. Matteo nie słyszał, 
co mówi, lecz dostrzegł, jak z twarzy poganiacza odpływa krew. Mężczyzna 
cofnął się, pochylając głowę w szybkich, nerwowych pokłonach.

Spojrzenie Zalathorma spoczęła na cichym, czujnym tłumie.
- Przed nami jeszcze wiele zadań. Halruaa traktuje je wszystkie równie 

poważnie, przynajmniej tak długo, jak długo nasza uwaga nie jest odciągana od 
istotniejszych spraw. Ci, którzy oczekują na królewski wyrok, mogą czekać w 
spokoju. Ci, którzy przybyli zobaczyć widowisko, powinno czuć się 
usatysfakcjonowani i odejść w swoją stronę.

Choć król mówił spokojnie, jego głos usłyszeli nawet najdalej stojący 

ludzie. Niektórzy odeszli, inni na powrót stanęli w szeregu spokojnych twarzy.

Matteo stanął u boku Zalathorma, podtrzymując lewą dłonią łokieć 

rannej ręki.

- Dobre przemówienie – mruknął. – Wiele zadań przed nami… trudno o 

lepszą ilustrację niż fakt, że król jego doradca zajmują się samopoczuciem 
schwytanego zwierzęcia.

Król spojrzał na niego ostro.
- Jeśli ten sarkazm jest wywołany przez ból, pozwól natychmiast uleczyć 

twoje ramię wszelkimi dostępnymi środkami.

Matteo ukłonił się lekko.
- Wybacz panie. Choć dziękuję za troskę, zaklęcia leczące i modlitwy 

kapłanów mają taki sam wpływ na jordainów, jak…

- …jak komplement na muła – dokończył Zalathorm. – To porównanie, 

które uważam za zaskakująco trafne.

Ujął ramię Mattea i pociągnął ostro nagły, dokładnym ruchem. Ból 

eksplodował w ramieniu jordaina, rozlał się po kończynach i kręgosłupie. 
Zniknął tak nagle, jak się pojawił, stał się tępy i przeszywający.

Matteo ostrożnie poruszył ramieniem.
- Zadziwiające. Wątpię, czy mistrz walki jordainów mógłby zrobić to 

lepiej.

Z jakiego powodu ta uwaga rozbawiła Zalathorma.
- To dopiero komplement!
Ruszył w stronę pałacu i schodów, które nagle pojawiły się w zupełnie 

innym miejscu. Matteo szedł za nim.

- Czy mogę spytać, co powiedziałeś temu poganiaczowi, panie?
- Jaharidowi? Powiedziałem, że uspokoiłem słonia rozmawiając w jego 

umyśle. Przypomniałem mu, że słoń to inteligentne, a może rozumne zwierzę i 
zasugerowałem, że ponieważ mógł być świadkiem wielu jego mało legalnych 
przedsięwzięć, powinien dbać o to zwierzę z należnym mu szacunkiem.

background image

Matteo zastanowił się nad tym.
- I słoń ci o tym powiedział?
Król popatrzył rozbawiony przez ramię.
- Nasz duży, szary przyjaciel nie wypowiadał swojej opinii co do praktyk 

Jaharida. Niewiele słoni zna się dobrze na halruaańskim prawie.

- Rozumiem. Zatem znasz tego Jaharida.
- Nigdy nie widziałem go na oczy. Proste zaklęcie objawienia pozwoliło 

mi poznać jego imię, ujrzałem też interesujący obraz: Jaharid targujący się z 
piratami z Mulhorandu o słoniątko. Czy gdybyś miał kontakty z 
Muhorandczykami to chciałbyś, aby wyszły one na jaw? Jestem pewien, że 
Jaharid będzie dobrze traktował to zwierzę i nie dawał mu powodów do 
niezadowolenia.

Matteo rozważył te słowa.
- Według tego, co wiem o sztuce objawień, ta wizja była szczególnie 

interesująca. Objawienia to zgłębianie przyszłości.

Król wzruszył ramionami.
- Pory roku odchodzą i powracają. Przyszłość może być często odczytana 

we wzorach z przeszłości.

Choć te słowa brzmiały prozaicznie, niosły ze sobą obraz, który 

zelektryzował Mattea: Tzigone pogrążona w transie, by odnaleźć swoje 
najwcześniejsze wspomnienia, przypadkowo przesuwającą się w przeszłość 
własnych doświadczeń, by być świadkiem wydarzeń, które miały miejsce na 
długo przed jej narodzinami. Wyglądało na to, że Zalathorm sam posiadał 
pewne niekonwencjonalne talenty.

- Jesteś, panie, kimś więcej niż zwykłym wieszczem – zauważył.
Zalathorm zatrzymał się i odwrócił.
- Jesteś królem – odparł krótko. Jego usta wykrzywiły się w uśmiechu i 

dodał: – Przynajmniej na razie.

Ruchem ręki uciął protesty Mattea.
- Żaden mag jeszcze mnie nie wyzwał, ale to tylko kwestia czasu. Obaj o 

tym wiemy. Twój były pan, Procopio Septus, znacznie wybija się nad 
pozostałych.

Matteo zgodził się z tym w cichości ducha.
- Panie, wiesz że przysięga zabrania mi wyjaśniania sekretów jednego 

mojego pana drugiemu.

Zalathorm spojrzał na niego badawczo.
- A czy prosiłem cię o to? Procopio jest ambitny. Nie potrzebuję jordaina, 

aby mówił mi to, co widzę własnymi oczami.

- Oczywiście, panie – Matteo zawahał się, a potem zadał pytanie, które 

dręczyło go od czasu, gdy został królewskim doradcą. – Wybacz, ale właściwie 
do czego jestem ci potrzebny? Przeżyłem dwadzieścia jeden wiosen, niewiele to 
czasu, by zebrać mądrość, jakiej potrzebuje królewski doradca.

background image

Król uśmiechnął się słabo.
- Z pewnością słyszałeś plotki, kwestionujące moją zdolność do 

rządzenia. Czy zgadzasz się z nimi?

Pytanie to zaskoczyło Mattea, a odpowiedź, która się pojawiła, wprawiła 

w zakłopotanie. Zalathorm czekał, obserwując go oczami, które nie 
potrzebowały magii, aby ocenić człowieka.

- Nie jestem pewien – odparł w końcu Matteo.
Zalathorm skinął głową.
- I tu leży odpowiedź na twoje pytanie. Starszy, mądrzejszy jordain 

powiedziałby mi to, co chciałbym usłyszeć.

- Jeśli cię uraziłem, błagam o wybaczenie… – zaczął Matteo.
król przerwał mu uniesioną ręką.
- Jeśli będziesz przepraszać za każdą szczerość, niewiele będziesz mieć 

czasu na wypowiadanie się w innych sprawach. Uczciwość jest godna 
pochwały, ale na razie umówmy się, że najbardziej docenia się ją wtedy, gdy 
rada jest już dana.

Te proste słowa przywołały w umyśle Mattea obraz zuchwałej twarzy 

Tzigone, jej wyrazistych ust wykrzywionych w irytacji, że nie potrafił przydać 
prawdzie „ciekawych barw”. Przełknął kulę, która nagle pojawiła się w jego 
gardle i starł z ust tęskny uśmieszek.

- Czyżbyś się z tym nie zgadzał? – spytał król.
- Nie, panie – odparł, pochylając głowę w lekkim, pełnym szacunku 

ukłonie. – Po prostu słyszałem już te słowa wcześniej.

Do południa wszyscy proszący zostali wysłuchani. Uliczna piosenka stała 

się sennym mruczeniem, gdy mieszkańcy Halarahh szukali schronienia przed 
południowym skwarem. W tym gorącym kraju południowa sjesta była 
zwyczajem i koniecznością.

Jednak król i jego doradca nie mieli czasu na odpoczynek. Matteo 

podążył za Zalathormem przez labirynt korytarzy i kręconych schodów, 
mijając uzbrojonych strażników i magiczne zabezpieczenia strzegące wysokiej 
wieży, w której była uwięziona królowa Beatrix.

Niewielka komnata była luksusowo urządzona, lecz równie biała, jak 

gabinet zielonego maga. Ściany zostały niedawno pomalowane na biało, a 
dywan utkany był z grubego jagnięcego runa. Na łóżku piętrzyły się poduszki z 
białej satyny, a długa kanapa była przykryta wykończonym na biało 
jedwabiem. Beatrix siedziała na niej bez ruchu, niczym jedna z metalowych 
konstrukcji, które były jej pasją i stały się przyczyną upadku.

Mimo uwięzienia, była ubrana w elegancką szatę z białej satyny i 

srebrnego brokatu. Starannie wykonana peruka z białych i srebrnych splotów 
okalała twarz tak bladą, jakby wykonaną z porcelany. Ciemne oczy 
podkreślone proszkiem antymonowym na tle nienaturalnej bladości skóry 
wydawały się bardzo duże.

background image

Zalathorm pochylił się, by pocałować ją w śnieżnobiały policzek.
- Czy dobrze się czujesz, moja pani?
Odpowiedziała po chwili lekkim skinięciem głowy.
Król usiadł obok niej i ujął jej drobną, nieruchomą dłoń.
- Jesteś tu z mojego rozkazu. Nie miałem wyboru. Nie wierzę jednak w 

nic, co zostało o tobie powiedziane.

Królowa uniosła oczy, spoglądając niezupełnie na Zalathorma. 

Spoglądając gdzieś ponad jego ramieniem uniosła wolną rękę i delikatnie 
dotknęła jego policzka. Król nie wytrzymał chwycił dłoń i przycisnął do swoich 
ust.

Matteo, choć nie chciał przeszkadzać, musiał do nich podejść.
- Pani, czy pamiętasz jak Kiva odwiedziła cię, zabierając mechaniczne 

stworzenia?

- Kiva – powtórzyła Beatrix. Matteo mógł wziąć tę odpowiedź za zwykle 

echo, gdyby nie niezwykły, ponury ton, który pojawił się w głosie królowej.

Matteo przykucnął, aby popatrzeć prosto w jej oczy.
- Jesteś oskarżona o spiskowanie z Kivą i zbudowanie mechanicznych 

stworzeń na jej rozkaz. Czy byłaś pod wpływem zaklęcia?

- Nie pod zaklęciem Kivy.
Matteo i Zalathorm popatrzyli po sobie zmieszani. Królowa wydawała 

się wyjątkowo rozmowna, lecz te słowa były nieoczekiwane.

- Czyjego zatem?
- Nie czyjego. – Twarz Beatrix zachmurzyła się, słabe światełko w oczach 

przygasło. Wysunęło ręce z uścisku króla i złożyła je na swoim łonie.

- Jeśli nie przez kogoś – dopytywał się Matteo – to przez coś?
Na pomalowanej twarzy pojawiła się iskierka ożywienia, po czym 

kobieta spojrzała na niego.

- Tak.
- Tak?
- Tak. Coś.
Matteo zastanowił się nad tym. Nagle go oświeciło.
- Nie zostałaś zaczarowana przez osobę, tylko przez rzecz?
Beatrix kiwnęła po chwili głową.
Wreszcie jakiś postęp! Matteo popatrzył z tryumfem na króla. Wyraz 

twarzy Zalathorma ostudził jego radość.

Król patrzył na swoją żonę, śmiertelnie blady i przerażony. Opadł na 

kolana i wtulił twarz w podołek królowej. Jego słowa były ciche i stłumione 
przez emocje, lecz Matteo wychwycił coś podobnego do „Bogowie, co ja ci 
zrobiłem?
”.

Po chwili jordain podszedł do drzwi i zapukał w nie cicho. Strażnicy 

wypuścili go, a on stał cicho w korytarzu czekając, aż król do niego dołączy.

- Panie, choć ta wiadomość była niepokojąca, dokonaliśmy jakiegoś 

background image

postępu. Powinniśmy pytać dalej.

Zalathorm pokręcił głową.
- Nie dowiesz się już niczego więcej. Ta chwila minęła.
- Lecz wcześniej dowiedziałeś się czegoś ważnego.
- Tak. – Zalathorm przełknął ślinę, po czym odwrócił się i ruszył ku 

schodom do wieży.

Matteo szedł za nim i czekał, lecz król nie powiedział już nic więcej. Po 

kilku chwilach jordain przestał udawać, że czeka. Zaszedł królowi drogę, stanął 
z nim twarzą w twarz i spojrzał wyzywająco.

- Z całym szacunkiem, panie, nakazałeś mi strzec królowej, lecz nie 

powiedziałeś mi nic, co mogłoby mi pomóc w jej obronie!

Ku zaskoczeniu Mattea, król pierwszy opuścił wzrok.
- Magia nie jest rozwiązaniem każdego problemu. Czasami tworzy ich 

równie wiele, jak rozwiązuje. Do dziś nie byłem świadom istnienia jednego z 
nich. Nic więcej nie mogę ci powiedzieć – uniósł dłoń, by stłumić protesty 
Mattea. – A przynajmniej nic, co nie jest trzymane w tajemnicy przez potężne 
zaklęcia i słowa magów.

Jordain nie ruszył się z miejsca jeszcze przez kilka chwil. Słowo maga 

było święte, nie można go było złamać. To nie była tylko kwestia wyboru. 
Konsekwencją wypowiedzenia „na wiatr i słowo” było to, że usta 
halruaańskiego maga były magicznie zapieczętowane.

Zatem tak to było. Trudne zadanie Mattea sięgnęło królestwa 

niemożliwości! Miał dwadzieścia dni na odkrycie tajemnicy, o której król nie 
mógł mówić, tajemnicy, której nie mogła odkryć całą grupa lordów 
czarodziejów.

Dwadzieścia dni, a każdy mijający dzień pozostawiał Tzigone samotną, 

w miejscu pełnym okropności, których Matteo nawet nie mógł sobie 
wyobrazić.

Po chwili uświadomił sobie, że król mu się przygląda.
- Myślisz o swojej przyjaciółce – powiedział łagodnie Zalathorm. Matteo 

uśmiechnął się słabo.

- Nie sądziłem, że ktokolwiek poza Ogarem Magów zdoła zgłębić serce 

jordaina.

- Jest córką swojej matki. Takie kobiety są zdolne w równie wielkiej 

mierze dawać radość i sprawiać ogromny ból. Nie znam sposobu, jak uwolnić 
twoją przyjaciółkę – powiedział, przewidując następne pytanie Mattea – ale czy 
mogę coś zasugerować?

- Proszę!
- Idź za swoim sercem tam, gdzie cię prowadzi. Być może tajemnice córki 

rzucą nieco światła na tajemnice matki.

Matteo chwycił króla za ramię, zatrzymał.
- Przewidujesz to? – spytał z naciskiem.

background image

Król uwolnił się i przyjrzał badawczo.
- Czy jesteś sobie w stanie wyobrazić, jordainie, sytuację, w której z 

własnej woli, a nawet chętnie, złamiesz przysięgę? I to niezależnie od tego, ile 
ma cię to kosztować, albo ile ktoś inny na tym zyska?

Matteo zawahał się i pokręcił głową.
- Zatem jesteś lepszym człowiekiem. Już raz zapłaciłem cenę miłości 

monetą honoru. Zrobiłbym to jeszcze raz, żeby uwolnić Beatrix. A ponieważ 
nie mogę pomóc królowej, pobłogosławię człowieka, który jest to w stanie 
zrobić, a sam poniosę tego cenę.

Nim jordain zdołał odpowiedzieć, Zalathorm po prostu zniknął.
Głęboko zaniepokojony Matteo przyjął prawdę o swoim zadaniu. 

Zalathorm był tak samo uwięziony jak Beatrix czy Tzigone, a zadaniem 
jordaina było uwolnić władcę Halruaa.

Nawet jeśli miało go to zniszczyć.

ROZDZIAŁ TRZECI

Głęboka, srebrzysta mgła, tak gęsta, że właściwie mogła uchodzić za 

mżawkę, i tak blada oraz zimna, że przypominała zmiennokształtne duchy, 
wirowała w powolnym tańcu w ponurym krajobrazie. Gęsty mech porastający 
kurhany faerie był nasiąknięty wodą jak gąbką, woda kapała tez w dziwnym, 
szalonym rytmie z chorych drzew.

Pod wątpliwą osłoną niewielkiej kamiennej jaskini kuliła się drobna, 

sponiewierana postać, obejmując rękami kolana. Jaskinia, choć wilgotna i 
zimna, dawała przynajmniej złudzenie ochrony, a Tzigone uznała, że w tym 
miejscu iluzja jest naprawdę czymś potężnym.

Jeden z elementów jej wyobraźni obwąchiwał właśnie małą, czarną 

padlinę. Gryf, choć prawie tak samo niematerialny jak mgła, walczył na jej 
rozkaz, a ponieważ jego dziób i pazury podobne były do orlich, zmusił 
Niewidzialny Lud do ucieczki.

Jej dręczyciele zostawili ciało zabitego towarzysza. Tzigone zmusiła się, 

by obejrzeć poszarpane i połamane ciało, mając nadzieję, że znajdziesz jakieś 
słabe punkty tych, którzy ją pojmali. Ciemne faerie były tak szybkie, że jej oczy 
nie potrafiły za nimi nadążyć.

***

Martwe faerie było niższe od Tzigone – miało wzrost bliższy czterem niż 

pięciu stopom. Choć Tzigone była bardzo chuda i brakowało jej kobiecości, w 
porównaniu z tą delikatną istotą czuła się naprawdę krzepka. Jego skóra była 
smoliście czarna, a rysy jeszcze bardziej pociągłe i kanciaste niż u elfka. Małe, 
dziwnie kształtowane skrzydła – zniszczone, lecz wciąż piękne – opadały z 
wąskich ramion. Były dziwnie, przezroczyście czarne, choć pod nimi kotłowała 
się i migotała cała tęcza barw. Pociągła, owalna głowa nie miła włosów, zresztą 

background image

ich nie potrzebowała. Dziwne piękno tej istoty nie zachęcało do jakichkolwiek 
porównań z ludźmi. Niewidzialny Lud był tym, czym był a był przerażający 
ponad wszelkie wyobrażenie.

Tzigone pozwoliła spojrzeniu prześlizgnąć się dalej, mając nadzieję, że 

kiedy znów spojrzy na ciało, obwąchująca je bestia zniknie.

Nie znikła. W tym miejscu koszmary nie dawały się odpędzić.
Iluzja potwora w niczym nie przypominała żadnej żywej istoty, którą 

znała. Gdy przypadkiem przywołała ją po raz pierwszy, Matteo powiedział, że 
takiej istoty nie widziano od trzystu lat. Wymarłe dawno temu gryfy miały 
potężne ciało smoka, skórzaste, nieco opierzone skrzydła i prymitywną ptasią 
głowę. Szyję otaczała gęsta grzywa, a stąpał na mocnych lwich łapach.

Bestia zanurzyła zakrzywiony dziób w padlinie i pociągnęła. Ciało 

oderwało się z obrzydliwym, mokrym dźwiękiem, któremu towarzyszyło 
trząśnięcie delikatnej kości.

Tzigone wsadziła sobie pięść w usta i starała się zmienić przerażenie we 

wdzięczność. W końcu mglisty gryf uwolnić ją od ciemnych faerie i ich 
niekończących się tortur – tortur, które w większości były iluzją, ale wcale nie 
bolały przez to mniej.

Niewidzialny Lud w jakiś sposób zdołał dostać się do jej umysłu i serca. 

Dręczyli ją wszystkim, co znaleźli w ciemnych zakamarkach i tym, co mogła 
przywołać jej udręczona wyobraźnia. Potworny gryf okazał się jednak bronią 
obosieczną.

Jej zwinny umysł krążył wokół myśli o ucieczce. Z tego szarego świata 

musiało istnieć jakieś wyjście. Ona i Matteo walczyli już wcześniej z ciemnymi 
faerie i widać było, że jordain niewiele wie o swoim przeciwniku. To był zły 
znak. Zdaniem Tzigone Matteo wiedział więcej, niż bogowie zapomnieli. Skoro 
nie mógł uporać się z Niewidzialnym Ludem, jaką szansę miała ona?

Z drugiej strony Dhamari Exchelsor wiedział, jak otworzyć zasłonę 

między światami. Najwyraźniej było to jakieś zaklęcie, a Matteo dowie się, 
jakie.

- Dhamari – mruknęła, nagle przypominając sobie, kto dzieli jej los 

wygnańca. Wstała, krzywiąc się z bólu i ostrożnie sprawdzając swoje 
kończyny. Zrobiwszy kilka ostrożnych kroków, ruszyła na poszukiwanie 
zdradzieckiego czarodzieja.

Długo szła wśród wirującej mgły. Wreszcie zmęczona i zrezygnowana, 

kopnęła w wielki muchomor i przyglądała się, jak zarodniki unoszą się w 
chmurze. W ten sposób nigdy nie znajdzie Dhamariego. Skoro potrafiła 
przywołać iluzoryczne istoty, to czemu nie wezwać sfory psów gończych?

Ta myśl niezbyt się jej uśmiechała. Podczas swojej kariery na ulicy, 

Tzigone zbyt często była ścigana przez psich strażników, by pałać do nich 
wielką miłością. Poza tym wezwanie istoty mogły być niebezpieczne i 
nieprzewidywalne, nawet w świecie, jaki znała. Przypomniała sobie 

background image

niedźwieżuk, który zaatakował towarzyszy jej podróży, i gorączkowo 
odpędziła tę myśl. Tutaj takie wspomnienia mogły okazać się zabójcze. Zamiast 
tego przywołała obraz spanikowanej twarzy Dhamariego, gdy wciągała go za 
sobą poza zasłonę.

Z rozmyślań wyrwał ją słaby, cichy szloch. Otworzyła oczy w ostatniej 

chwili, bo już prawie potknęła się o czarodzieja.

Dhamari Exchelsor leżał zwinięty w kłębek niczym nowonarodzona 

mysz. Rzadkie włosy miał przesiąknięte wodą, a szeroko otwarte, szkliste i 
nieruchome oczy świadczyły o niekończącym się koszmarze. Mag był 
więźniem umysłu, torturowany przez własne nieprawości. Tzigone nie mogła 
wyobrazić sobie bardziej odpowiedniego wyroku.

Sprawiedliwość czy nie, w tym stanie Dhamari nie nadawał się do 

niczego.

Tzigone westchnęła, usiadła obok pogrążonego w śpiączce maga i 

położyła dłoń na jego ramieniu. Było prawie tak samo zimne, jak mgła. Zaczęła 
pocierać jego ręce i dostrzegła łańcuch przepleciony między jego palcami. 
Pociągnęła za niego, zaciekawiona. Z naciśniętej pięści wypadł mały medalion 
wykonany za zmatowiałego od mgły metalu z prostym, znajomo wyglądający, 
ornamentem.

Zmarszczywszy brew, zaczęła grzebać w bucie, gdzie schowała medalion 

matki. Nie było go tam. W jakiś sposób Dhamari go jej odebrał.

Wyrwała cenną błyskotkę z dłoni maga. Ciało Dhamariego wygięło się 

konwulsyjnie, a usta wykrzywiły się w grymasie udręki.

- To chroniło moją matkę przed tobą i twoimi agentami – mruknęła, 

pojmując, co dolegało czarodziejowi. – Gdy go dostałeś, chronił cię przed tobą 
samy, co jest prawdopodobnie jednym powodem, dla którego przeżyłeś tak 
długo.

Z drugiej strony medalion dawał Tzigone klucz do przeszłości i 

odpowiedzi, które mogą być tam ukryte. Z pewnością wszystko, czego się dowie 
dzięki swoim rozwijającym się mocom, będzie bardziej prawdziwe niż 
cokolwiek, co może jej powiedzieć Dhamari.

Tylko chwilka, postanowiła. Zacisnęła matczyny talizman w dłoni. 

Stosując ćwiczenia umysłu, których nauczył ją Matteo, zapadła się głęboko w 
swoją pamięć.

Miasto Halarahh spało pod osłoną mgły, nie zwracając uwagi na młodą 

kobietę, która biegła po chodnikach na szczycie grubych, miejskich murów. Była 
zwinna, miała szczupłe, śniade kończyny, poruszała się wdzięcznie niczym 
młoda gołębica. Magowie pełniący na murach straż przed świtem kłaniali się z 
szacunkiem, gdy ich mijała, gdyż imię Keturah było znane w mieście 
czarodziejów. Była niska, smukła i szybka jak tancerka, miała gęste i lśniące 
brązowe włosy oraz duże ciemne oczy pełne śmiechu i tajemnic magii

background image

Tzigone wróciła do rzeczywistości. To była jej matka, widziała ją 

znacznie wyraźniej niż sama pamiętała! Gorączkowo odrzuciła wizję i 
zanurzyła się z powrotem, jeszcze głębiej, poza mgliste wrażenia, w 
perspektywę samej Keturah. Jak przez mgłę, jakimś fragmentem świadomości 
Tzigone uświadomiła sobie, że stała się Keturah. Zaciskając dłoń na cennym 
talizmanie całkowicie oddała się wizji.

***

Tzigone-Keturah oparła łokcie na rzeźbionym murze i zaczęła nucić, 

spoglądając rozmarzonym wzrokiem na miasto, serce jej ukochanego kraju i 
dom żyjącego w samotności króla Zalathorma. Ze swojego miejsca przed 
Keturah roztaczał się widok, którego mógł jej pozazdrościć nawet sokół.

Słońce wynurzyło się zza najwyższych szczytów wschodnich gór, 

barwiąc szafirowe nocne chmury na srebrzysty róż. Na południu, daleko za 
Jeziorem Halruaa gęste, szare burzowe chmury burczały niczym wielkie 
krasnoludy, zbyt wcześnie wyrwane z łóżka. Samo miasto budziło się szybko, 
nie kłócąc się z nadchodzącym dniem. Konne wozy terkotały w stronę rynku. 
Znad ogrodów unosiła się mgła, pachniał jaśmin, a wraz z nim doleciał chór 
głosów dziewic zbierających rosę do eliksirów piękna i miłości. Żwawe tempo 
piosenki przyspieszało wykonywanie czynności, gdyż nawet w tej 
najzimniejszej porze roku ciepło słońca nadchodziło szybko.

Keturah przyglądała się, jak wraz ze świtem zaczynają pojawiać się 

lubiące jego blask istoty. W niebo wzbiły się gwiezdne węże, migoczące niczym 
sznury drogich kamieni. Pomarańczowe i żółte jaszczurki wspinały się na 
ściany dzięki szerokim, lepkim opuszkom palców. Z fosy uniósł się w niebo ryk 
krokodyla. Odpowiedź przyszła z ogrodów rosnących w cieniu wielkiego muru.

Brew czarodziejki zmarszczyła się. Zbiegła schodami prowadzącymi do 

wewnętrznego muru i do publicznych ogrodów. Zatrzymała się nad sadzawką i 
zaczęła śpiewać czystym, bogatym altem – głosem ślicznym, lecz także pełnym 
magicznej zachęty.

W odpowiedzi z sadzawki wynurzył się duży, gadzi pysk. Złote oczy z 

czarnymi źrenicami skupiły się na śpiewającym magu. W ciągu kilku chwil 
istota wyszła na brzeg, okazując się behirem, istotą groźniejszą od krokodyla i 
bardziej delikatną od smoka. Wzdłuż długiego, wężowego ciała pokrytego 
kobaltowej barwy łuskami ciągnęły się cztery pary nóg. Szyja była długa, a 
smukłe rogi odchylały się do tyłu wzdłuż długiej, ostro zakończonej głowy. 
Behiry były w tym mieście równie cenne, jak świnie, lecz zamiast bekonu, 
szynki i kiełbas te egzotyczne gady wykorzystywano jako magiczne 
komponenty i do robienia ozdób. Był to zwyczaj, do którego Keturah nigdy nie 
potrafiła się do końca przekonać.

Behir zatrzymał się niezdecydowany na brzegu. Gdy powąchał magię 

Keturah, wokół niego zasyczały drobne, błękitne iskierki.

background image

Melodia jej pieśni uspokoiła się, przeszła w kołysankę. Błysnęły 

kryształowe kły, gdy behir ziewnął. Istota zrobiła dwa kółka jak senny pies, po 
czym położyła się z nosem ukrytym między przednimi łapami. Syczenie magii 
ustało, gdy behir zapadł w głęboki sen.

Keturah śpiewała dalej, lecz rozłożyła szeroko ręce i zaczęła wykonywać 

gesty potężnego zaklęcia pomniejszającego. Każde poruszenie dłoni odbywało 
się coraz bliżej złączenia, z każdym z nich behir coraz bardziej malał. Rzucała 
zaklęcie, aż mierząca dwanaście stóp bestia nie była większa od ważki.

Podniosła miniaturowego behira i położyła go sobie na ramieniu. 

Drobne pazurki instynktownie wbiły się w tkaninę jej tuniki. Ruszyła do domu, 
w biegu planują, jak i gdzie wypuścić tę istotę.

Keturah zatrzymała się kilka kroków przed wieżą i jak zwykle zdziwiła 

się, że ta posiadłość należała do niej. Była otoczona murem, a także 
kompleksem przyzwoitych budynków: kwaterami służących, domem dla gości, 
łaźnią, a nawet stajnią. Bujne ogrody pachniały kwitnącymi ziołami i 
rozbrzmiewały porannymi trelami ptaków. Jednak zwieńczeniem posiadłości 
był wieża maga, smukła, sześciokątna budowla z zielono żyłkowanego 
marmuru, porośnięta kwitnącymi pnączami i nakryta cebulastą kopułą z 
zaśniedziałej miedzi.

Mając dwadzieścia pięć lat, Keturah była dość młoda jak na właścicielkę 

takiej posiadłości, lecz była tez mistrzynią Wywoływania, szkoły magii wielce 
w Halruaa poważanej i niesłynącej z wielkich talentów. Na jej usługi było 
wielkie zapotrzebowanie i odpowiednio za nie płacono. Wieżę uzyskała w 
zamian za nauczanie Dhamariego Exchelsora, jedynego syna bogatych 
posiadaczy kopalni elektrum i kupców handlujących winem. Keturah nie 
podobało się, że cały dom zawdzięcza tylko jednemu uczniowi, ale często tak 
się działo. Opłaty za nauczanie były wysokie. Naprawdę utalentowany uczeń 
nigdy nie narzekał na brak nauczycieli, lecz ambitny czarodziej o przeciętnym 
talencie musiał słono płacić. A talenty Dhamariego były bardzo przeciętne.

Trzeba przyznać, że ciężko pracował. W przeciwieństwie do niektórych 

uczniów Keturah nie interesował się ani nią, ani swoimi koleżankami. Nie 
napastował też służących. Zawsze był akuratny, grzeczny i pełen szacunku. 
Gdyby nie fascynacja niedawno przyjętą uczennica, Keturah uznałaby go za 
oziębłego.

Westchnęła, zmartwiona faktem, w jaką stronę skręciły jej myśli. Kiva, 

akolita ze świątyni Azutha, została do niej przysłana niedawno, w ramach 
obowiązkowego treningu w każdej szkole Sztuki. Kiva była dzikim elfem, co w 
cywilizowanych krajach było rzadkością. Złote oczy kojarzyły się Keturah z 
dzikim kotem i podejrzewała, że elfka jest równie nieprzewidywalna.

Jednej rzeczy była pewna: Kiva miała zły wpływ na Dhamariego. 

Interesowały go legendarne stworzenia i mroczna magia, a egzotyczna Kiva 
zdawała się rozpalać jego wyobraźnię coraz to nowymi możliwościami. 

background image

Ostatnio poprosił Keturah, by nauczyła go zaklęć pozwalających na 
przywoływanie i rozkazywanie zwierzętom, tak jak robiła to ona, lecz Dhamari 
nie miał szczególnego talentu do tego rodzaju wywoływań… i jeśli o to chodzi, 
do jakiegokolwiek innego. Wkrótce Keturah będzie musiała zachęcić go, by 
poszukał sobie innego mistrza i spróbował sił w innej szkole magii. Sama myśl 
o tym napełniła ją niewypowiedzianą ulgą.

Keturah otrząsnęła się z tych myśli i przeszła przez bramę. Nagle 

znieruchomiała, zamrożona tak pewnie, jakby uderzył w nią oddech białego 
smoka.

Kark ją zaswędział, poczuła na ramionach gęsią skórkę. Drugi dreszcz 

przeszył ją w chwili, gdy jej umysł pojął to, co przewidziały zmysły: jakaś 
mroczna i ohydna istota zaatakowała jej dom!

Zaczęła nucić zaklęcie orientacji. W powietrzu rozwinęły się macki 

wirującej zielonej mgły – manifestacja potężnego zaklęcia poszukującego. W 
ponurym nastroju ruszyła za nimi do wieży, po kręconych schodach. Z 
komnaty nad jej głową buchnęła nagle kakofonia dźwięków, a mgła nie była 
już potrzebna, aby prowadzić ją dalej.

Pokonała biegiem kilka ostatnich stopni i wpadła do głównego 

laboratorium. Ciężkie drewniane drzwi były zamknięte, wyginały się i dygotały 
pod uderzeniem jakiejś nieznanej siły. Keturah przywołała kulę ognistą i 
trzymała ją w uniesionej dłoni. Drugą ręką otworzyła drzwi, odskakując w 
ostatniej chwili na bok.

Drzwi uderzyły o ścianę, a na korytarz wyleciał kłąb kołyszących się, 

drgających macek. Za nim wyleciały kłęby dymu, niosąc ze sobą ostry zapach 
siarki.

Choć Keturah nie mogła zajrzeć do środka, z hałasu udało się jej wyłonić 

pojedyncze dźwięki: dźwięczenie drżących szklanych probówek, trzask ognia, 
uderzenia bezcennych ksiąg zaklęć o ściany, łomot przewracanych mebli. 
Męskie stęknięcia świadczące o bólu i wyczerpaniu oraz śliczny, brzmiący jak 
dzwoneczek sopran, śpiewając zaklęcie. Nad tym wszystkim unosił się ostry, 
szalony, radosny chichot, świdrujący uszy niczym paznokcie na talerzu.

- Imp – mruknęła Keturah. Pozostawiła kule wiszącą w powietrzu 

niczym wielkiego świetlika i zaczęła przedzierać się obiema rękami przez 
macki blokujące wejście. – Ci idioci przywołali impa!

Dostrzegła niewielki otwór i przedarła się przez niego. Przez chwilę stałą 

nieruchomo, ogarniając panujący chaos.

Bogato odziany młody mężczyzna gorączkowo deptał tlący się dywan. 

Buty mu się dymiły, a szczupła twarz była wykrzywiona z przerażenia i 
ubrudzona sadzą. Wywijał też sztyletem, usiłując trafić istotę, wirującą wokół 
niego jak przerośnięty komar.

Jego przeciwnik był wyjątkowo paskudnym impem wielkości kota, z 

dużymi nietoperzowymi skrzydłami, okryty żółtawą skórą. Dominującym 

background image

elementem jego paskudnej gęby był zakrzywiony, bulwiasty nochal.

Imp miał sporo roboty. Na obiciach i tapecie widać był ślady jego 

pazurów, krawędzie dymiły się od jego dotyku. Gdy imp okrążał Dhamariego, 
pluł parzącą parą, chichocząc radośnie, gdy słyszał pełne bólu krzyki 
trafionego.

Kiva stała nad doniczkową odmianą drzewa cytrynowego, wyśpiewując 

zaklęcie wzrostu. Widać było, że elfka nie po raz pierwszy próbuje zapanować 
nad impem. Na środku pokoju stała klatka utworzona z gęstych pędów 
kwitnącego zioła – byłoby to niezłe zaklęcie, gdyby nie to, że drzwi do klatki 
stały otworem. Impy były wyjątkowo trudne do opanowanie.

Keturah westchnęła z rezygnacją.
Dhamari podniósł wzrok i dostrzegł mistrzynie. Na jego twarzy poczucie 

winy walczyło o lepsze z ulgą.

- Chwała Mystrze! Keturah wróciła!
Jego okrzyk przerwał elfce rzucanie zaklęcia. Kiva obróciła się w stronę 

maga, a wyraz jej dziwnej, miedzianej twarzy zmienił się z koncentracji w 
oskarżenie, jakby Keturah w jakiś sposób była odpowiedzialna za szaleństwa 
impa.

- Zrób coś! – warknęła elfka.
W tej samej chwili jej przyszłość w tej wieży dobiegła końca. Keturah 

zacisnęła szczękę i sięgnęła do sakiewki u pasa. Wyjęła odrobinę proszku 
zawiniętego w jedwab; był to ten rodzaj zaklęcia, który każdy szanujący się 
wywoływacz trzyma jako zabezpieczenie na wypadek nieudanego czaru. 
Rzuciła nim w stronę impa.

Jedwab opadł, a migoczący proszek zawisł w powietrzu, tworząc z siebie 

przezroczysty mur. Nietoperzowate skrzydła załopotały gwałtownie, gdy imp 
próbował go uniknąć, lecz mur pochwycił go i uwięził niczym muchę w sieci. 
Istota szarpała się, skrzeczała i przeklinała, lecz na nic się to nie zdało. 
Wreszcie zamilkła, żółta pierś unosiła się w niespokojnym gniewem.

- Odejdź – powiedziała cicho Keturah. Istota i jej magiczne więzienie 

znikły szybko jak myśl.

Czarodziejka odwróciła się, by przyjrzeć się przyczynie tego 

zamieszania. Kiva, mimo walki na czary z impem, wyglądała imponująco i 
dumnie niczym królowa. Była odziana w piękną zieloną suknię i dobrane do 
niej klejnoty. Ciemnozielone włosy zostały starannie utrafione w loku, a każdy 
splot lśnił barwą jadeitu. Delikatny makijaż podkreślał egzotyczne rysy, a 
perfumy, pachnące zielenią, dziczą i w jakiś sposób niepokojące, mieszały się z 
zapachem roślin, które zamieniły komnatę w bujną dżunglę. Elfka była nieco 
wyższa od Keturah, lecz tak elegancko ubrana i zadbana, że młoda 
czarodziejka poczuła się jak prosta dziewka. W obecności Kivy Keturah często 
musiała sobie przypominać, że to ona, a nie elfka, jest tutaj panią.

- Zatem przywołaliście impa – powiedziała zimno. – Ceowo?

background image

Dhamari i Kiva popatrzyli po sobie.
- Tak – przyznał z wahaniem młody czarodziej.
- Rozumiem – Keturah przesunęła ręką w stronę dzikiej, więdnącej 

roślinności. – A to, jak się domyślam, jest zaklęcie odegnania, które miało 
odwrócić przywołanie?

- Wiesz, że nie – odparła elfka równie uprzejmie. – Nie uznałaś za 

stosowne nauczyć nas koniecznych zaklęć odsyłających.

Keturah z wielkim wysiłkiem zachowała spokój.
- Koniecznych, akurat! Rzucanie zaklęcia, dowolnego, nad którym nie 

można zapanować, jest ogromnym ryzykiem. Nie rzuciliście nawet na siebie 
zaklęcia ochronnego, prawda?

Dhamari zwiesił głowę, lecz Kiva tylko parsknęła, jakby chciała wyśmiać 

tak oczywiste pytanie.

- Oboje zapomnieliście o kilku podstawowych zasadach wywoływania – 

ciągnęła dalej Keturah i zaczęła wyliczać je na palcach. – Nie rzucać czarów, 
których się nie potrafi odwrócić, nie przywoływać istot, których się nie potrafi 
odegnać i nigdy, przenigdy nie wzywać istot, z którymi nie można sobie 
poradzić.

Istot, z którymi nie mogę sobie poradzić – powtórzyła Kiva, 

wypowiadając każde słowo z pełną niedowierzania precyzją. – Moja droga 
Keturah, dawałam sobie radę z potworami znacznie bardziej przerażającymi 
niż ten śmierdzący, żółty imp!

Keturah przez chwilę popatrzyła swoje uczennicy prosto w oczy. Zdjęła 

małego, śpiącego behira z ramienia i starannie posadziła na gałęzi cytryny.

- Zatem dobrze – powiedziała spokojnie. – Skoro jesteś taka mądra, 

zapanuj nad tą istotą.

Elfka popatrzyła na jaszczurowate zwierzę i spojrzała na Kivę wzrokiem, 

który u ludzi można by uznać za głupawy uśmiech. Delikatne palce o 
miedzianym odcieniu sięgnęły po niewielką jaszczurkę.

Z behira wystrzeliły błyskawice, parząc palce Kivy i sprawiając, iż jej 

zielone włosy zatańczyły wokół twarzy jak liście na gwałtownym wietrze. 
Cofnęła dłoń, posykując z bólu. Spojrzenie, które posłała Keturah było pełne 
zimnej furii i całkowicie nieludzkie.

- Ty podła krowo – powiedziała cicho.
Po kręgosłupie Keturah przeszedł dreszcz, gdyż kontrast między 

pięknym głosem i złowrogim tonem był przerażający, jakby słyszała swoje 
podzwonne wygrywane na elfich dzwoneczkach.

Szybko odrzuciła na bok to wrażenie.
- Czarodziej nigdy nie może sięgnąć dalej, niż pozwala mu zasięg rąk, 

Kivo, a jego duma musi być zrównoważona przez umiejętności i wiedzę. 
Zapamiętaj tę lekcję, a uderzenie behira będzie warte tego bólu. To także twoja 
ostatnia lekcja – dodała szybko. – Do zachodu słońca masz załatwić wszystko ze 

background image

swoją świątynią i opuścić tę wieżę. Nie spotkamy się już.

Przez długą chwilę obie kobiety patrzyły sobie w oczy. Kiva odezwała się 

pierwsza, pochylają się w głębokim i szyderczym ukłonie.

- Skoro tak mówisz, mistrzyni, to tak musi być.
Odwróciła się i wyszła, poruszając się wśród roślinności zdecydowanym, 

cichym krokiem istoty z dżungli.

Keturah odprowadzała ją wzrokiem, a jej twarz była zmartwiona i 

zamyślona. Teraz miała jeszcze jednego winowajcę, z którym musiała się 
uporać i gdy spojrzała na bladego młodzieńca, jej gniew powrócił z całą mocą.

- Jeśli zamierzasz dotrwać w tej wieży do następnego dnia, Dhamari, 

musisz obiecać mi pod słowem maga, że nigdy więcej nie będziesz rzucał 
takiego zaklęcia!

Był to ostry warunek, ale Keturah nie uważała go za niesprawiedliwy. O 

takie przysięgi nigdy nie prosiło się ani nie składało lekko. Nie było żadnego 
miejsca na zmianę zdania lub żal. Żaden mag nie mógł złamać takiej przysięgi, 
nawet gdyby bardzo chciał… nawet gdyby miało mu to uratować życie.

Nic z tego zdawało się nie obchodzić nieopierzonego czarodzieja. Jego 

buty wciąż dymiły od deptania ognia impa. Jego twarz wyglądała niczym twarz 
arlekina: blada z jednej strony, z drugiej czerwona od gorącej pary. Ciemne 
oczy były przyćmione bólem i rozszerzone z przerażenia. Gdy dotarł do niego 
sens słów Keturah, na jego twarz spłynęła ulga. Ujął dłoń Keturah w swoje ręce 
i ukląkł na jedno kolano.

- Mystra jest łaska, ale nie tak jak ty! – powiedział z zapałem. – Niech 

Pani cię błogosławi! Byłem pewien, że wygnasz mnie za to tak, jak Kivę.

- I tak uczynię, jeśli nie złożysz przysięgi. Pohamuj zatem swoją radość – 

powiedziała ostro, wyrywając dłoń. – Nie proszę cię o jakąś błahostkę!

- Jak mówisz, pani – zgodził się, lecz jego ulga była tak wielka, iż nie 

wydawał się szczególnie zawstydzony jej słowami. Wstał i zdjął z szyi złoty 
medalion. Była na nim wyryta pieczęć, magiczna runa stanowiąca jego podpis i 
znacznie więcej. Wręczył go jej w symbolicznym akcie, że od tej pory całkiem 
dosłownie znajduje się w jej rękach. Zakasał rękawy, zamknął oczy i uniósł 
ręce do góry, jakby próbował rzucać zaklęcie.

- Na słowo i wiatr, słońce i gwiazdę, na święte płomienie Pani Mystry i 

magię, którą mnie obdarzyła, przysięgam, że nigdy w tym ani innym życiu nie 
przywołam istoty, której nie znam i nie potrafię kontrolować – oczy otwarły się 
gwałtownie, spojrzał z napięciem na Keturah. – Składam ci tę przysięgę z 
ochotą i dobrowolnie, podobnie jak inne, których będziesz ode mnie wymagać!

Po jego oczach i głosie można było poznać, że mówi szczerze.
- Wystarczy – powiedziała, udobruchana. Kazała mu wezwać ogrodnika, 

by posprzątał pnącza i kwiaty. Odszedł szybko, jakby uległość mogła zmienić 
jej nastawienie do niego.

Pozostawiona sama sobie Keturah zaczęła porządkować bałagan. 

background image

Odstawiła dwie księgi czarów na pustą półkę i zaczęła przedzierać się przez 
pnącza w poszukiwaniu pozostałych. Usta zacisnęły się jej w wąską kreskę, gdy 
dostrzegła zaplątaną wśród roślin, spaloną i zmiętą kartkę. Wyrwała resztkę 
pergaminu i wygładziła go, mając nadzieję, że nie jest to jedna z jej cennych 
ksiąg.

Już pierwszy rzut oka wystarczył, by poznać, że tak nie jest. Większość 

kartki była spalona, a to co pozostało było brązowe i kruche przy krawędziach, 
jednak zdołała dostrzec kilka dziwnie narysowanych znaków. Były jej 
całkowicie nieznane: ostre, kanciaste, eleganckie… i w jakiś sposób złowrogie.

Keturah zdmuchnęła odrobinę sadzy i popiołu, po czym zaczęła 

uważniej przyglądać się urywkowi. Nie rozpoznała zaklęcia ani nawet języka, 
lecz uznała, że te znaki wyglądają na całkowicie elfie. pełna złych przeczuć, 
przeszła z laboratorium do prywatnej biblioteki, niewielkiego pokoju, w 
którym trzymała skarby przekazane jej przez ostatniego mistrza. Z ukrytego w 
ścianie sejfu wyjęła duży, smukły tom.

Księga była artefaktem, najcenniejszą rzeczą, jaką Keturah posiadała. 

Znajdowały się w niej tylko dwie karty z elektrum wykutego na płasko i 
doskonale wygładzonego. Na lewej wyrysowanego pusty, zwój, prawa 
przedstawiała owalne lustro i mniejszy zwój. Każda strona była okolona 
skomplikowanym wzorem, który na drugi rzut oka okazywał się być złożony z 
tysięcy run, zbyt drobnych i licznych, by dawało się je odczytać osobno. Według 
słów mistrza Keturah, w tej plątaninie można było odnaleźć niemal każde 
zaklęcie. Księga mogła wyjawić pochodzenie niemal każdego zaklęcia, a 
czasem nawet tożsamość maga, który je stworzył. Keturah nigdy tego nie 
sprawdzała, gdyż za taką magię płaciło się wysoką cenę.

Zabrała się do pracy rysikiem o diamentowym czubku, starannie 

przenosząc dziwne runy na zwój z elektrum. Zadowolona z wyniku pracy 
postanowiła otwartą księgę na stole, ustawioną pod takim kątem, by strony 
były do siebie zwrócone. Wyjęła niewielką świeczkę wykonaną z dodatkiem 
drogich przypraw, umieściła ją między stronicami, zapaliła, po czym zabrała 
się za rzucanie skomplikowanego zaklęcia. Srebrzystobiała powierzchnia 
„zwierciadła” z elektrum zbladła, zastąpiło ją matowe szkło i cień twarzy 
pozbawionej rysów. Zwój zaczął zapełniać się drobnymi, starannie 
wykreślonymi runami Halruaa.

Nachyliła się i zaczęła czytać je na głos.
- „Zaklęcie jest niekompletne, a jedna z run odwrócona i przekręcona w 

lewo o ćwierć obrotu. Zaklęcie wygląda na ilythiiryjskie. Żaden obraz maga nie 
pojawił się w odpowiedzi na zew lustra, lecz tyle ja, Księga, jestem w stanie 
stwierdzić z całą dokładnością. Czy chcesz, aby Księga dokonała przekładu?”

Keturah cofnęła się i odetchnęła głęboko.
Ilythiiri. Samo słowo niosło w sobie przerażenie, choć nazywano w ten 

sposób lud wygnany z Halruaa w niepamiętnych czasach. Mędrcy nadali 

background image

nazwę Ilythiiri ciemnym elfom z południa, przodkom złych drowów.

Magia Ilythiiri – na wiatr i słowo, co ta Kiva sobie myślała!
Keturah pobiegła do skarbca po złoto i klejnoty niezbędne do następnego 

etapu śledztwa. Zamknęła księgę, by wymazać oba zwoje, po czym otworzyła ją 
i przepisała fragment wraz z zaklęciem tłumaczącym. Złoto i klejnoty umieściła 
w niewielkim kociołku wraz z kawałkami pszczelego wosku i szerokim 
wyborem rozmaitych magicznych proszków. Postanowiła kociołek na węglach 
paleniska. Gdy wosk się stopił, przelała całą zawartość do formy na świece i 
czekała niecierpliwie, aż zaklęta świeca uformuje się. Zapaliła ją i czekała, aż 
klejnoty stopią się wraz ze świecą, udzielając mocy zaklęciu. Na karcie z 
elektrum pojawiły się nowe runy. W miarę czytania Keturah czuła, że krew 
powoli odpływa z jej twarzy.

Fragment zaklęcia mówił o Niewidzialnym Ludzie: ciemnych faerie 

nawiedzających góry Halruaa, tajemniczych istotach, tak niewyobrażalnie 
złych, iż mówiło się, że boją się ich nawet drowy. Obrócona i skręcona runa 
była zaklęciem chroniącym przed tym śmiertelne niebezpiecznym ludem.

- Ochrona odwrócona – powiedziała powoli. – Zatem zaklęcie rzucane 

przez Kivę nie było zaklęciem obrony, lecz przyzwania!

Słodka Mystro! To tłumaczyło, dlaczego Dhamari zawahał się, gdy 

spytała, czy świadomie przywołali impa. Wezwanie było świadome, lecz 
pojawienie się impa omyłkowe, choć szczęśliwe. Keturah nie była pewna, czy 
zdołałaby powstrzymać złe istoty, które jej uczniowie zamierzali przywołać!

Chwała Pani, ani Dhamari ani Kiva nie byli na tyle utalentowani, by 

przekraczać granice między światem, jaki znali, i ukrytym królestwem 
Niewidzialnego Ludu. Keturah nie była pewna, co powinna zrobić, nie miała 
też ochoty poznawać odpowiedzi na to pytanie. Dhamari nie spróbuje tego 
ponownie: był teraz związany słowem maga. Ale Kiva…

Keturah zerwała się od stołu i rozejrzała gorączkowo wokół, szukając 

fragmentu pergaminu – ważnego dowodu na wypadek, gdyby ambicje Kivy 
trzeba było ukrócić. Elfka była nieopierzonym Ogarem Magów. Keturah nie 
była tak młoda i idealistycznie nastawiona do świata, by wierzyć, że wyznawcy 
Azutha obrócą się przeciwko jednemu ze swoich tylko na jej słowo. Kapłani 
Azutha, Pana Czarów, byli w tym oddanym Mystrze kraju mniejszością i z 
zapałem strzegli prestiżu i pozycji swego boga. Większość z nich była dobrymi 
ludźmi, lecz gdy wtrącał się mag, bronili się jak osaczone wilki.

Oczy Keturah spoczęły na popalonym skrawku, niemal zagubionym 

wśród usychających pnączy. Spadł ze stołu, gdy szykowała zaklęcie. Uklękła i 
wyciągnęła po niego rękę.

Jej palce zacisnęły się wokół chmurki zielonej mgły. Przeleciała jej przez 

palce i uniosła się do twarzy. Miała głęboki, zielony zapach, aż za dobrze jej 
znajomy. Niespodziewanie znikła, pozostawiając woń perfum Kivy wiszącą w 
powietrzu niczym szyderczy śmiech…

background image

***

Tzigone wyrwała się z tej wizji i popatrzyła na wijącego się, 

zasłaniającego rękami Dhamariego. Ponieważ w tym miejscu iluzje miały 
potężną moc, gotowa była przysiąc, że nadal czuje zapach perfum elfki i smród 
siarki na ubraniu Dhamariego.

Potrząsnęła czarodziejem, krzycząc, aby uciekł z tego wywołanego przez 

samego siebie letargu. Wyrwał się, wymachując rękami i błagając, by nie 
przebijała go swoimi rogami.

- Rogami – mruknęła, wstając.
Przez długą chwilę patrzyła na skulonego mężczyznę, straszną osobę 

pochwyconą w bagno własnych nieprawości. Kusiło ją bardzo, aby go kopnąć, 
ale udało się jej odegnać to pragnienie.

- Postaraj się wreszcie o jaja, Dhamari! – warknęła Tzigone. – Dzięki tobie 

i Kivie mogę powiedzieć ci z własnego doświadczenia, że można przetrwać 
niemal wszystko.

W odpowiedzi mag wrzasnął. Tzigone wymamrotała zwrot zasłyszany 

kiedyś na ulicy i pochyliła się nad mężczyzną. Szybko wcisnęła mu do ręki 
talizman matki. Wrzaski natychmiast przycichły do żałosnego jęczenia.

- Chcę, abyś przeżył – powiedziała. Jej głos był zimny, a spojrzenie 

całkiem pozbawione figlarności, która stała się jej znakiem i tarczą. – Znajdę 
sposób na opuszczenie tego miejsca dla nas obojga… a kiedy to się skończy, 
sama cię zabiję.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Malejący księżyc wznosił się nad ulicami Halarahh, a jego światło otulały 

ciemne kłęby dymu unoszące się ze stosów. Dwaj odziani na czarno mężczyźni 
przemykali w ciemności pod mur otaczający wieżę z zielonego marmuru.

Matteo podążył za Baselem Indoulurem – potężnym magiem i 

burmistrzem Halagardu, siostrzanego miasta Halarahh – gdy ten podszedł do 
muru. Korpulentny czarodziej wspinał się zwinnie jak chłopak, wyszukując 
uchwyty na ręce i szpary, których nie mogły dostrzec młodsze przecież oczy 
jordaina. Lecz Basel bardzo dobrze znał Keturah i miał prawo znać tajemnice 
wieży. Matteo był zaskoczony, jak sprawnie mężczyzna się wspinał i jak wiele 
przyjemności sprawiała mu ta mała wycieczka, choć jej cel był bardzo 
poważny.

Po raz pierwszy dostrzegł też podobieństwo między magiem a Tzigone, 

która była uczennicą Basela, a najprawdopodobniej także jego córką. 
Podejrzewał, że Basel mógł być także jego ojcem. I choć Mattea wychowano w 
Szkole Jordainów bez rodziny, to czuł, że między nim a tymi dwoma tak 
różnymi od siebie łotrzykami istnieje więź tak mocno pętająca jego serce jak 
sama prawda.

background image

Obaj mężczyźni wspięli się na mur i szybko przebiegli przez pachnący 

ziołami ogród. Dhamari, który przejął wieżę po wygnaniu Keturah, był 
mistrzem przyrządzania eliksirów i wąskie ścieżki prowadzące do budowli 
były niemal całkiem zarośnięte gęstą roślinnością. Intruzi bez przeszkód 
dotarli do podnóża wieży i przez chwilę spoglądali na pnącza, które zdawały 
się wyrastać wprost z zielono żyłkowanego marmuru.

Basel pochwycił spojrzenie Mattea. Ze smutnym uśmiechem popatrzył 

na swój okrągły brzuch.

- Jestem prawie dwa razy większy niż wtedy, gdy ostatni raz wspinałem 

się do tej wieży. Niestety, mówię to całkiem dosłownie. Jesteś pewien, że nie 
możemy wejść głównymi drzwiami? Jakie miejsce w Halruaa jest zamknięte 
przed królewskim doradcą?

- Żadne, o ile chce, by moje działania były kontrolowane przez radę 

miejską. Dhamari to ofiara wojny. Ustanowił Tzigone dziedziczką wieży, lecz 
ona również zaginęła, nie wyznaczają następny. Dopóki Rada Starszych tego 
nie rozstrzygnie, wieża będzie zabezpieczona przed magicznym wtargnięciem. 
Jeśli naruszymy zabezpieczenia na drzwiach albo wejdziemy do środka dzięki 
magii, Procopio Septus dwie się o tym.

- Ach – twarz Basela stężała. – Już wolę nóż w gardle, niż gdyby ten 

człowiek miał zaglądać mi przez ramię. – Popatrzył na Mattea. – Wiem, że był 
twoim panem.

- Nigdy nie przepraszaj za mówienie prawdy. Tzigone miała o naszym 

lordzie burmistrzu podobne zdanie. Nazywała go „starym jastrzębiem”.

- Między innymi, jak sądzę. No, miejmy to już za sobą – Basel zaczął 

śpiewać i wykonywać niezbędne gesty.

Matteo widział już wcześniej, jak czarodzieje rzucają zaklęcia iluzji, lecz 

po raz pierwszy zobaczył, jak dzięki magii ubywa lat. Twarz Basela wyciągnęła 
się, rysy wyostrzyły. Obwisła skóra na policzkach uniosła się i znikła, podobnie 
jak ślady zrezygnowania i zbytniego przyzwyczajenia do luksusu. Lecz 
błyszczące oczy pozostały takie same, a czarne włosy nadal były zaplecione w 
mnóstwo drobnych, zdobionych koralikami warkoczyków.

Basel mrugnął do zadziwionego jordaina.
- Piękny byłem, nieprawdaż?
Matteo odpowiedział słabym uśmiechem. Tak naprawdę to w rysach 

odmłodzonego czarodzieja szukał podobieństwa do siebie. Twarz Basela była 
okrągła, a jordaina jak wyciosana dłutem: wyraźne brwi, wysunięty 
podbródek, wąski, nieco orli nos. Włosy Mattea były też jaśniejsze – rzadko 
spotykany odcień kasztana z przebłyskami rudości. Mierzył prawie sześć stóp 
wzrostu, był jak na Halruaańczyka wysoki, a do tego zdecydowanie wyższy od 
Basela. Tylko ich sylwetki były mniej więcej podobne: szerokie ramiona, 
wysklepione piersi i mocno umięśnione kończyny.

Jordain nie był jedyną osobą, która dostrzegła te podobieństwa. Basel 

background image

znów mrugnął:

- Niech to będzie lekcja dla ciebie. Widzisz, co się dzieje, gdy przestajesz 

codziennie ćwiczyć? Z dobrego serca radzę ci trzymać się z daleka od starych 
serów, czerwonych win i słodzonych fig.

Matteo szarpnął na próbę gruby splot kwitnących pnączy.
- Czy jeśli ta wyprawa się nie powiedzie, mogę zawrzeć tę radę w twoim 

nekrologu?

Basel parsknął.
- Od kiedy to w ramach retoryki uczą jordainów sarkazmu?
Młody mężczyzna wzruszył ramionami i zaczął się wspinać. Wieże 

magów były strzeżone przez magiczne zabezpieczenia, lecz, jak Matteo nauczył 
się od Tzigone, zwykłe metody okazywały się czasem skuteczniejsze od 
kontrzaklęć. Mimo to, sposób wchodzenia do wieży Keturah wywoływał u 
niego wyrzuty sumienia. W jego przyjaźni z Tzigone niewiele było rzeczy, które 
nie wywoływały takiego efektu.

Według praw Halruaa Tzigone była bastardem czarodzieja; było to 

niczym niezawinione przestępstwo, które groziło wieczną hańbą i nawet 
śmiercią. Była też złodziejem, jednak Matteo, który przysięgał przestrzegać 
praw Halruaa, osłaniał ją za każdym razem.

Wyglądało na to, że kobiety mają zdolność do komplikowania życia na 

wielką skalę.

Basel wciągnął się przez otwarte okno na trzecim piętrze i otrzepał 

dłonie.

- Nie ma sensu wspinać się wyżej. To miejsce jest opuszczone.
- Wygląda na to, że służący Dhamariego nie byli wobec niego zbyt lojalni 

– zauważył Matteo.

Sztucznie młoda twarz Basela stała się ponura.
- I mieli do tego dobry powód. Chodź.
Poprowadził go schodami w górę, do gabinetu Dhamariego. Matteo 

wszedł i rozejrzał się po wielkiej komnacie. Była podobna do innych gabinetów 
czarodziejów za wyjątkiem wielkiej korkowej tablicy, przymocowanej do 
jednej ze ścian – sądząc po jej wyglądzie, była to kolekcja motyli. Podszedł 
bliżej, a gdy przyjrzał się przypiętym do ściany istotom, jego niesmak zmienił 
się w przerażenie.

Dhamari nie interesował się motylami. Małe nietoperze-kameleony były 

starannie rozpięte obok wysuszonych baśniowych smoków i maleńkiego, 
zmumifikowanego chochlika. W tablicę było wpiętych kilka pustych szpilek. 
Matteo wyciągnął jedną z nich i przyjrzał się strzępkowi przezroczystego, 
papierowego błękitu, który do niego przywarł.

Pokazał go Baselowi.
- Wygląda jak łuska z wylinki gwiezdnego węża.
Czarodziej wymruczał przekleństwo.

background image

- Oddałbym dziesięć lat życia za ustalenie, kiedy i jak Dhamari zdobył tę 

skórę.

Matteo kiwnął głową, rozumiejąc punkt widzenia czarodzieja. 

Dwadzieścia lat temu Keturah została skazana za morderstwo, gdyż posiadała 
umiejętność przywoływania tych niebezpiecznych istot. Była do zdolność 
rzadka, po tym, jak uciekła, nikt już nie szukał winnego gdzie indziej.

- Jak Tzigone i ja mogliśmy przeoczyć coś tak oczywistego?
Basel sięgnął do niewielkiej torebki przy pasie i wyciągnął z niej 

talizman, który Dhamari dał Tzigone.

- Wykonałem szereg magicznych testów i odkryłem, że to nie jest 

prawdziwy talizman Keturah, lecz jego kopia – bardzo dobra, lecz całkowicie 
pozbawiona magii. Z początku sądziłem, że po śmierci Keturah jego magia 
zanikła.

Rozsądne założenie, tylko że Keturah nie zmarła. Widząc posępne 

spojrzenie czarodzieja, Matteo z całego serca pożałował, że nie może 
powiedzieć Baselowi wszystkiego.

- Oryginał zawiera w sobie trwale działające, bardzo potężne zaklęcie, 

które chroni właściciela przed konkretną osobą i wszystkimi, którzy dla niej 
pracują – zakończył mag.

- W przypadku Keturah byłby to Dhamari – zastanowił się Matteo – Czy 

to możliwe, by Dhamari przejął prawdziwy talizman, wykorzystując go jako 
ochronę przed samym sobą?

Basel gwizdnął cicho.
- Nie podejrzewałbym tej małej łasicy o taki spryt, lecz to by tłumaczyło, 

w jaki sposób ukrywa swój charakter i motywacje.

- Dlaczego?
- Ambicja – odparł krótko Basel. – Wkrótce po tym, jak Keturah wzięła go 

na ucznia, podsłuchała, jak przechwalał się, że zostanie zarówno Starszym, jak 
i arcymagiem. Powiedziała mi o tym, ponieważ uznała to za dość dziwne i 
całkiem nie pasujące do jego charakteru. Dhamari był człowiekiem o 
przeciętnych zdolnościach, zdawał się to rozumieć i akceptować. Ale dość 
gadania. Zobaczymy, jak daleko uda się nam zajść.

Zabrali się do roboty, przeszukując warsztat i biblioteki w poszukiwaniu 

czegokolwiek, co mogłoby rzucić światło na zaklęcie, jakie Dhamari dał 
Tzigone – zaklęcie, które przeniosło ich oboje do krainy Niewidzialnego Ludu.

Matteo szybko przekładał zwoje traktujące o truciznach i transformacji 

eliksirów, dłużej zatrzymujące się za to nad wszystkim, co miało jakiś 
związane z elfią magią. Wydawało się to rozsądne, gdyż Kiva odgrywała pewną 
rolę w planach Dhamariego i prawdopodobnie vice versa. Wreszcie na dnie 
głębokiej skrzyni znalazł zmurszałą księgę zapisaną zamaszystymi, 
kanciastymi runami.

Gdy pojął ich znaczenie, serce tańczyło w nim z radości. Podszedł do 

background image

Basela, niosąc księgę z taką samą troską i odrazą, jaką okazywałby martwej 
żmii.

- Ilithiiri – powiedział, wręczając księgę czarodziejowi. – Słyszałem 

legendy o halruaańskich ciemnych elfach, ale nigdy nie wyobrażałem sobie, że 
jakieś artefakty, nawet księgi zaklęć, mogą przetrwać tak długo.

Basel położył delikatny tom na biurku i zaczął przeglądać kartki. Po 

kilku minutach wyciągnął z tuniki niewielki zwój pergaminu i zaczął 
przepisywać zaklęcia.

- Czy to rozsądne?
Mag podniósł na niego wzrok.
- A czy mądre jest picie jadu jednego węża, aby wyleczyć się z ukąszenia 

drugiego? Jeśli przodkowie drowów i bandytek Crinti pomogą mi naprawić to, 
co zrobił Dhamari, przekażę ich przeklętym potomkom cały swój majątek!

Matteo pomyślał o Andrisie, uwięzionym za pomoc zdradzieckiej Kivie.
- A czy ze zła może przyjść coś dobrego?
Basel parsknął i przepisywał dalej.
- Mogę schować głowę w piasek i udawać, że zło nie istnieje, ale w ten 

sposób mój tyłek stanie się wygodnym celem.

- Ale…
Mag spojrzał na niego ostro.
- Chcesz pomóc Tzigone, czy nie?
Matteo wytrzymał to spojrzenie, aż poczuł, że szydzi z niego jego własne 

surowe sumienie.

- Zaczynam rozumieć, że moralne wybory są często trudne i rzadko 

czarno-białe – powiedział w końcu.

- Zakładam zatem, że tak – burknął Basel. – Dlaczego nie poszukasz dalej, 

podczas gdy ja będę to przepisywał?

Matteo nie ruszył się, zdecydowany powiedzieć magowi tyle, ile tylko 

mógł.

- Gdy księżyc znajdzie się w nowiu, królowa Beatrix stanie przed sądem. 

Czy wiesz, że król Zalathorm powierzył jej obronę?

Oczy czarodzieja zwęziły się.
- Tak, słyszałem. Czemu teraz o tym wspominasz?
- Ponieważ działamy razem, by uwolnić Tzigone, wydawało mi się 

rozsądne poszukać twojej rady także w tej drugiej sprawie.

- Nie zazdroszczę ci tego zadania – odparł krótko Basel. – Niektórzy z 

rzemieślników budujących mechaniczne istoty przyszli, by zidentyfikować 
resztki. Magiczne badanie wykazało, że wszyscy pracowali tylko dla królowej i 
nikogo innego.

- Tak – był to jeden z niepokojących faktów, które wykazało śledztwo 

Mattea.

- Być może zdołasz dowieść, że królowa Beatrix nie zamierzała nikomu 

background image

uczynić krzywdy ani nie planowała zdrady.

- Nie jestem pewien, czy słowo „zamierzała” jest tu odpowiednie. W 

ostatnich latach królowa wydawała się niezdolna do logicznego myślenia. Co 
więcej, każda tego typu obrona będzie kontrowana opowieściami o szaleńcach 
i kokonach przez nich aktach zniszczenia. Halruaańska historia posiada wiele 
takich przykładów. Żaden z tych szalonych złoczyńców nie uszedł 
sprawiedliwości i jeśli ten argument będzie jej jedyną obroną, Beatrix podzieli 
ich los.

- Być może uda ci się dowieść, że jej dzieło zostało źle wykorzystane. 

Według halruaańskiego prawa, jeśli jeden mag stworzy mordercze zaklęcie, a 
drugi je zmodyfikuje i wykorzysta ten pierwszy uważany jest za niewinnego. 
Beatrix wykonała nakręcane istoty, lecz Kiva zabrała je i wykorzystała jako 
wojowników. Jeśli Beatrix nie wiedziała, jakie Kiva ma zamiary – a 
prawdopodobnie tak właśnie było – być może jest chroniona prawem.

- Gdyby Kivę udało się magicznie przesłuchać, to mogłaby być dobra 

linia obrony.

Basel dumał przez chwilę.
- A czy zastanawiałeś się nad możliwością, że stan umysłu Beatrix jest 

rezultatem uroku?

Matteo przypomniał sobie wyraz twarzy króla Zalathorma, gdy Beatrix 

powiedział, że została zauroczona… i to nie przez kogoś, tylko przez coś.

- To będzie trudne do udowodnienia – mruknął, zastanawiając się nad 

przysięgami, które zmusiły Zalathorma do milczenia.

- Czy królowa była poddawana testom przez Ogarów Magów? Przez 

wieszczów?

- Tak. Nie znaleźli nic, co mogłoby ją skazać albo uniewinnić. Wygląda na 

to, że magiczna zasłona roztoczona nad królową blokuje wszelkie możliwości 
sprawdzenia.

Zasłona, której król nie mógł rozproszyć, dodał w milczeniu. Jeszcze raz 

zastanowił się, dlaczego Zalathorm złożył tak ważne zadanie na barki 
pozbawionego magii doradcy.

- Wyglądasz na zmartwionego – zauważył Basel.
Matteo otrząsnął się ze wspomnień.
- To skomplikowana sprawa, ale dziękuję ci za radę. Masz duże pojęcie o 

halruaańskim prawie, takie, jakiego oczekiwałbym po byłym mistrzu 
jordainów…

Urwał nagle, lecz szeroko otarte, zaskoczone oczy Basela świadczyły o 

tym, że kot już dostał się do spiżarni. Mag szybko się opanował i poprawił na 
krześle.

- Najwyraźniej miałeś na myśli wiele różnych rzeczy! Czy jest jakiś 

konkretny powód, dlaczego sprawdzałeś moje byłe zatrudnienie, czy to była 
tylko zwykła ciekawość?

background image

Przez chwilę Matteo zastanawiał się, czy podążyć tą drogą. Pragnienie 

wiedzy przeważyło nad dobrym wychowaniem.

- Wczoraj, po tym, jak król mianował mnie doradcą, powiedziałeś, że 

mamy pewne sprawy do omówienia – jego serce waliło jak młotem, gdy czekał, 
aż mag przyzna to, co zauważyła Tzigone i podejrzewał Matteo: że Basel był 
jego prawdziwym ojcem.

Na twarzy starszego człowieka nadal malowało się zmieszanie.
- Mówiłem o ratowaniu Tzigone.
Matteo poczuł niezrozumiały przypływ rozczarowania. Nie był jeszcze 

gotów, by porzucić ten temat, więc zapytał maga, czego nauczał.

- Obrony przed magami bitewnymi. Dlaczego pytasz?
- Szczególnie mnie to interesuje. Czy moglibyśmy o tym porozmawiać w 

przyszłości? oczywiście, jeśli pamiętasz coś ze swoich lat spędzonych w Szkole 
Jordainów.

Błysk w oczach Basela zgasł.
- Czy jordainowie nie mają czasem przysłowia, że pamięć jest 

przekleństwem i błogosławieństwem?

- Nie sądzę.
Uśmiech maga był krótki i słaby.
- Zatem powinni takie mieć.

***

Słowa Basela ścigały Mattea aż do pałacowych podziemi. Kilka dni 

wcześniej zamknął w tym miejscu więźnia – innego jordaina, swojego 
najdawniejszego przyjaciela. Pamięć o tym fakcie odczuwał jak przekleństwo.

Korytarze były wyjątkowo ciche i ciemne, a światło pochodni Mattea 

zdawało się niepewnie i odpychać mrok. Skręcił za róg i niemal potknął się o 
dużą, skuloną postać. Pochylił się nad szczególnie krzepkim strażnikiem i 
dotknął jego szyi. Pod palcami, słabo lecz regularnie, bił puls. Tylko bardzo 
doświadczony wojownik zdołałby pokonać uzbrojonego człowieka, nie robiąc 
mu przy tym krzywdy. Oznaczało to, że cel Mattea tędy przechodził.

jordain wstał i ruszył ostrożnie w stronę łukowatego przejścia do 

następnego korytarza. Wyciągnął ze swojej torby garść mąki i rzucił odrobinę 
w powietrze w kierunku łuku. W krótkiej mgiełce nie pojawiły się żadne 
fałszywe stożki światła.

Jordain zmarszczył brew. Jako doradca królowej musiał nauczyć się o 

zabezpieczeniach pałacu. Te drzwi powinny być strzeżone potężną pajęczyną 
magii.

Pochylił się i przejechał palcami po gładkiej, kamiennej podłodze. Na 

kamieniu znalazł drobne, żwirowate resztki, mieszające się z mąką. Matteo 
powąchał kryształy, które przywarły mu do palców i pochwycił słaby, ostry 
zapach.

- Sole mineralne – mruknął. Wstał i pobiegł w stronę wschodniej części 

background image

lochu.

Cela Andrisa znajdowała się pod mineralnym źródłem, które zasilało 

pałacową łaźnię. Przez lata woda przeciekała przez pył i kamienie, 
pozostawiając niemal niedostrzegalny osad na ścianach. Sole mineralne były 
proste i powszechnie dostępne, lecz w rękach znającej się na rzeczy osoby 
stawały się potężną bronią. Niektóre czarownice używały soli do 
powstrzymywania magii albo odpędzania magicznych ataków. Magowie 
wykorzystywali kryształu do skupiania i wzmacniania magicznej energii. 
Kryształy mogły ją również rozpraszać. Sole, setki drobnych kryształów 
rozrzuconych we właściwym miejscu we właściwym czasie mogły przerwać 
działanie niektórych zaklęć. Andris posiadał taką wiedzę.

Po bitwie pod Nath, Andris poddał się Matteo dobrowolnie, niemal z 

żalem. Czemu teraz próbował uciekać?

Matteo dobiegł do celi. Tak jak się spodziewał, drzwi były otwarte. Z 

zamka wystawał duży klucz, a dwaj pozbawieni zmysłów strażnicy siedzieli 
oparci o kraty. Podniósł dzban z wodą ze stołu na krzyżakach i wylał zawartość 
na twarze strażników. Mężczyźni oprzytomnieli, plując na wszystkie strony.

Chwycił jednego z nich za ramię i potrząsnął mocno.
- Wasz więzień uciekł. Powiedz mi, jak go tu doprowadziliście?
- Przez labirynt gargulców – wymruczał strażnik, masując sobie skronie.
- Ogłoście alarm, wyślijcie strażników do głównego korytarza gargulców. 

Powiedz mi, by gasili za sobą pochodnie. Powiedz im, by skręcili w stronę 
korytarzy ku fosie i to głośno, aby było słychać, że to robią.

Strażnicy zawahali się.
- Ale długi korytarz nie będzie strzeżony.
- Zostawcie to mnie – odparł Matteo.
Wysłał ludzi do wykonania zadań. Stół zastawiony był kośćmi do gry i 

pustymi kubkami. Przestawił je na bok i podniósł nieprzymocowany blat. 
Oparł go sobie na głowie i ruszył cicho w stronę skraju głównego korytarza 
gargulców, który nieprzypadkowo był położony w pobliżu zakratowanego 
wejścia do kanałów, dzięki czemu stanowił najlepszą drogę ucieczki.

Korytarz był ciemny, w powietrzu wisiał słaby zapach dymu z pochodni. 

Na końcu korytarza Matteo kopnął ciężkie dębowe drzwi, zamykając je i 
pogrążając korytarz w nieprzeniknionej ciemności. Zrobił kilka kroków, aż 
znalazł pęknięcie w kamiennych płytach posadzki. Wówczas zdjął blat i 
postawił go na podłodze. Podparł go ramieniem i czekał.

Jego bystry słuch wychwycił odgłos biegnącego bosego człowieka o 

lekkim kroku. Przygotował się tuż przed tym, jak ktoś wpadł na płytę.

Matteo natychmiast pchnął blat i sam rzucił się zaraz za nim. Mimo 

podwójnego uderzenia, blat podskoczył, gdy przygnieciony pod nim człowiek 
próbował się uwolnić. Ręce Mattea zacisnęły się na jego gardle.

- Nie ruszaj się, Andris. Nie pogarszaj sytuacji.

background image

Nastała chwila ciszy, po czym ochrypły głos zapytał:
- Matteo?
- A kto inny mógłby odgadnąć, że będziesz liczył kroki w ciemności?
Minęła chwila ciszy, po czym Andris wydał z siebie tłumiony chichot. 

Matteo poluzował uścisk i stoczył się ze stołu. Odrzucił go na bok i pomógł 
zdyszanemu uciekinierowi wstać.

- Osiemdziesiąt siedem kroków – powiedział Andris. – Kolejne pięć i 

zwolniłbym przed drzwiami. Jak sądzę, nie mogłeś cofnąć się ani odrobinę.

- Coś takiego przyszło mi do głowy. Na chwilę. – Matteo otworzył drzwi, 

do środka wpadło słabe światło. W mroku przezroczysta postać Andrisa była 
niemal niewidzialna, teraz wyglądał bardziej widmowo niż kiedykolwiek. Jego 
zwykle kanciasta twarz była wychudzona i ściągnięta.

On zanika, uświadomił sobie Matteo. zaskoczyło go, że ta myśl wywołała 

w nim taki smutek i przerażenie. Do tej pory sądził, że będzie bardziej 
zahartowany wobec straty przyjaciela. Odsunął te uczucia i popatrzył surowo 
na byłego jordaina.

- Dlaczego próbowałeś uciec?
- To nie tak, jak ci się wydaje. Choć trudno w to uwierzyć, szukałem 

ciebie.

Matteo założył ręce.
- No to jestem. I byłbym, gdybyś tylko poprosił strażników, aby mnie 

wezwali.

- Myślisz, że nie próbowałem? – odparł Andris. – Przekonywali mnie, że 

królewski doradca ma poważniejsze rzeczy na głowie, niż ucinanie sobie 
pogawędek ze zdrajcą.

Matteo dostrzegał w tym pewną logikę.
- Powinienem zostawić im instrukcje.
Andris wzruszył ramionami.
- No to tu jesteś. A przynajmniej, gratuluję stanowiska. Nie przychodzi mi 

do głowy inny człowiek, który bardziej zasługiwałby na ten zaszczyt.

- Powtarzaj to dalej – odparł sucho Matteo. – Jeśli słowa naprawdę mają 

moc, mogą zmienić to marzenie w rzeczywistość. Co chciałeś mi powiedzieć?

- Słyszałem, jak strażnicy rozmawiają o bitwie z Muhorandczykami – 

zaczął Andris. – Czy to prawda, co mówili o nekromanckich zaklęciach?

- Trudno by im było przesadzać.
- Kto je rzucił?
Matteo zmarszczył brew.
- Wedle wszelkiej wiedzy, król.
- Czy to potwierdził?
Jordain zastanowił się nad tym.
- Nie zaprzeczał.
Andris złapał Mattea za ramię.

background image

- To, co powiem, może być trudne do uwierzenia, ale wysłuchaj mnie do 

końca. Nim opuściłem Szkołę Jordainów, aby przystać do Kivy, ktoś przesłał mi 
czarodziejskiego ptaka, aby powiadomić mnie o księgach ukrytych w mojej 
komnacie. Jedna z nich dotyczy pochodzenia jordainów. Dowiedziałem się z 
niej imienia mojego elfiego przodka. Imienia, które dobrze znasz.

- Kiva – powiedział powoli Matteo. – Może mieć setki lat, żywy przodek. 

To dlatego się z nią związałeś!

- Tak, to był jeden z powodów, lecz to inna historia. Druga książka była 

grimuarem, księgę zaklęć Akhlaura. Akhlaur był nekromantą.

- O bogowie! Mówisz, że to zaklęcie było w tej księdze? Że to było 

zaklęcie Akhlaura?

- To i jeszcze coś. Matteo, Akhlaur żyje. Powrócił.
Matteo spoglądał na niego w milczeniu.
- Jak to możliwe?
- Nie wiem, ale to jedyne logiczne wyjaśnienie. Kiva posiadała przez 

chwilę księgę czarów, lecz odeszła, nim zaklęcie zostało rzucone. Każdy 
halruaański czarodziej szybko pochwaliłby się takim wyczynem. Zalathorm ani 
nie potwierdził, ani nie zaprzeczył. Przypuszczam, że doszedł do tego samego 
wniosku, co ja. Pozwala ludziom myśleć, co chcą, podczas gdy sam 
przygotowuje się do nieuniknionej konfrontacji.

Gdy Matteo próbował ogarnąć ponurą logikę przyjaciela, w głowie mu 

się zakręciło. Nie chciał w to uwierzyć, ale nie mógł też zaprzeczyć słowom 
Andrisa. Westchnął ciężko, po czym wyciągnął jeden ze swoich sztyletów, a z 
torby kawałek krzesiwa. Wprawnym ruchem skrzesał iskrę i zapalił 
pochodnię. Potem odwrócił się do przyjaciela.

- Lepiej będzie, jeśli opowiesz mi wszystko, co wiesz.
Andris pokiwał głową.
- Wiele lat temu, nim Akhlaur zaczął zwiększać swoją moc, trzej młodzi 

czarodzieje, przyjaciele od dzieciństwa, stworzyli potężny artefakt. Był on 
symbolem ich przyjaźni. Połączył ich, aby mogli użyczać sobie nawzajem sił. 
Zrobili tak w reakcji na niebezpieczne czasy, gdyż wszyscy działali w obronie 
Halruaa. W młodzieńczej arogancji nazwali się Sercem Halruaa. Artefakt miał 
chronić ich i ich potomków, tworząc dziedzictwo strażników.

Matteo zerwał się na równe nogi, gdy przypomniał sobie rozmowę z 

Zalathormem, w której król wspominał o potężnej magii osłaniające „Serce 
Halruaa”.

Andris dostrzegł jego reakcję.
- O co chodzi?
- Nie tak dawno temu Tzigone i ja zostaliśmy zaatakowani przez 

bandytów i zabrani do składu lodu. Mówiąc między nami, pokonaliśmy wielu z 
nich. Zabici i ranni po prostu zniknęli. Król Zalathorm powiedział mi wtedy, że 
kiedy coś wiąże się Sercem Halruaa, zagrożenie albo zagrożeni są usuwani z 

background image

miejsca zdarzenia. Coś podobnego wydarzyło się, gdy nakręcane potwory 
oszalały w warsztacie królowej.

Oczy widmowego jordaina zrobiły się wielkie jak spodki. Matteo uniósł 

pytająco brew, lecz Andris pokręcił głową.

- Nieważne… to była ulotna i nieukształtowana myśl, niewarta 

wzmianki. Podejrzewam, że przyszedłeś tu prosić nie o pomoc w odnalezieniu 
śladów Kivy, by określić, jaką odegrała rolę w upadku królowej.

- To prawda.
- Pomogę co. W zamian pomożesz mi zniszczyć Koterię.
Matteo wybuchnął niepohamowanym śmiechem.
- Jakby te dwa czekające mnie niewykonalne zadania nie wystarczały! 

Andrisie, nawet nie wiem, czy Koteria istnieje!

- Właśnie ci to powiedziałem.
Matteo oprzytomniał.
- Artefakt? Serce Halruaa?
- Cóż, dobrze wiedzieć, że pałacowe życie nie uczyniło cię ociężałym – 

zauważył sucho Andris.

- To ma pewien makabryczny sens – zastanawiał się jordain. – Przez całe 

życie słyszałem opowieści i tajnej grupie czarodziejów, którzy w tajemniczy 
sposób wspierali i kontrolowali władzę w Halruaa. Mówisz, że w tych 
opowieściach nie ma prawdy?

Słaby uśmiech Andrisa zawierał w sobie całe oceany goryczy.
- Czasem prawda może być znaleziona tylko w pokładach ironii.
- Jeśli to nie jest przysłowie jordainów, to powinno nim być – odparł 

Matteo. – Skąd wiesz o takich rzeczach?

- Czytałem grimuar Akhlaura – przypomniał mu Andris. – Wiem, 

dlaczego ten artefakt zostało stworzony, wiem, czym się stał. Musi zostać 
zniszczony.

Przez długą chwilę Matteo przyglądał się przyjacielowi.
- Kiedyś zrobiłbym wszystko tylko dlatego, że ty tak mówisz. Wybacz, ale 

te dni już minęły.

Widmowy jordain skinął głową.
- No i dobrze. Widziałeś, jak laraken wysysa siłę życiową – esencję 

magiczną – ze wszystkich elfów, jakie napotkał.

Matteo oderwał oczy od przezroczystej postaci Andrisa.
- Tak.
- Gdzie się ta magia podziewa?
Zamrugał, po czym zmarszczył brwi.
- Zakładam, że laraken pożera ją, jak jedzenie.
Andris pokręcił głową.
- Laraken był tylko przewodnikiem. Skradziona siłą życiowa składowana 

jest w sercu bardzo starego klejnotu.

background image

- Jesteś tego pewien? – naciskał Matteo.
- Widziałem podobny klejnot na Bagnach Khaerbaala. Przyniosłem go 

Kivie. Rozbiła go. Widziałem duchy elfów, pojmane stulecia temu i uwolnione! 
Nigdy nie widziałem takiej radości. Choć podążanie za Kivą wielce mi ciąży, 
pomyślałem tej chwili i o tym, jaką odegrałem w niej rolę.

Matteo pokiwał głową, wreszcie rozumiejąc, co kierowało jego 

przyjacielem.

- Czy mi pomożesz? – pytał z naciskiem Andris.
Wciąż się wahał.
- Zamierzasz zniszczyć artefakt, który wspiera rządy króla Zalathorma.
- Dlaczego nie? Czy to nie ty mówiłeś, że z sojuszu ze złem nie przyjdzie 

nic dobrego? Mówiłeś też o konflikcie między trzema panami jordaina: 
prawdą, Halruaa i czarodziejami. Pora, aby wreszcie powiedzieć prawdę, a ty 
być może będziesz musiał wybierać między swoim panem a dobrem Halruaa.

Może tego właśnie chciał Zalathorm, pomyślał Matteo. Być może to 

Koteria była owym tajemniczym „czymś”, które zauroczyło Beatrix.

- Zastanowię się nad tym – powiedział wreszcie. – W zamian daj mi 

słowo, że nie uciekniesz. Przysięgnij na swój elfi honor.

W spojrzeniu Andrisa jakby stopniał jakiś lód.
- Nie sądziłem, że rozumiesz, co to dla mnie znaczy.
- Nie, nie rozumiem, a w każdym razie nie całkowicie, ale uczę się 

znaczenia dziedzictwa.

Wyciągnął rękę i uścisnęli się za nadgarstki, jak towarzysze, którzy nigdy 

się nie rozstali.

- Nie pożałujesz tego – obiecał Andris.
- Nie muszę. Już tego żałuję – odparł jego przyjaciel, tylko częściowo 

żartując.

Korytarz kończył się zamkniętą kratą. Matteo podniósł głos, by zawołać 

strażników. W odpowiedzi nadbierał, brzęcząc zbroją, niewielki batalion. 
Matteo przywołał mężczyznę z insygniami dowódcy.

- Uwolnisz tego więźnia – oznajmił.
Strażnik nastroszył się.
- Z czyjego rozkazu?
Matteo tylko uniósł brew – na widok tego władczego gestu Andris z 

trudem powstrzymał uśmiech. Strażnik pochylił głowę w nerwowym ukłonie.

- Nie zamierzałem spierać się z królewskim doradcą, lecz ten człowiek 

właśnie zamierzał uciec!

- Mam jego słowo, że mi nie ucieknie. A wy?
Strażnik otworzył usta, po czym zacisnął je w wąską kreskę.
- Nie – odparł po chwili.
Matteo wskazał na drzwi. Strażnicy zaczęli zdejmować łańcuch z zamka 

i usuwać magiczne zabezpieczenia.

background image

- Świetnie ci poszło – mruknął Andris, gdy szli korytarzem. W jego 

przezroczystych, piwnych oczach znów pojawiły się dawne iskierki, a 
wspomnienie dawnych więzi przywołały w jego głosie nutki rozbawienia.

Matteo spojrzał na niego z ukosa.
- Wygląda na to, że się rozwijam. Nigdy nie sądziłem, że nadejdzie dzień, 

w którym przechytrzę Andrisa. I to blatem na krzyżakach! Mówi się, że 
wartość mężczyzny mierzy się wartością broni, jaką go pokonano.

Widmowy jordain parsknął.
- Nie przeszkadzaj sobie. Ciesz się tą chwilą.
- I zamierzam! W takim razie wkrótce pokonam cię w walce.
Szeroki uśmiech Andrisa powrócił.
- Powtarzaj to sobie. Jak ostatnio zauważył pewien mędrzec, jeśli słowa 

naprawdę mają moc, może wreszcie kiedyś staną się rzeczywistością

ROZDZIAŁ PIĄTY

Powietrze wypełniał zapach dziwnych ziół, a delikatna muzyka fletni i 

instrumentów strunowych o długich gryfach podążała za Matteem korytarzem 
zielonego czarodzieja. Było to skrzydło pałacu, w którym leczyła się służba i 
dworzanie.

Matteo zatrzymał się w otwartych drzwiach i przez dłuższą chwilę 

spoglądał na wielkiego mężczyznę, który leżał na wąskim łóżku, wsparty na 
poduszkach. Themo, jego przyjaciel ze szkoły jordainów, obudził się wreszcie z 
długiego i nienaturalnie głębokiego snu. Oczy miał szeroko otwarte i 
przytomne; zadumany, wyglądał przez okno.

Matteo zapukał we framugę.
- Wejdź, królewski doradco – odparł Themo, nawet się nie odwracając.
Kąciki ust jordaina lekko uniosły się do góry.
- Skąd wiedziałeś?
- Tylko ty pukasz. Zieloni czarodzieje wpadają do środka niczym banda 

orków.

- Przynajmniej nie brakowało ci towarzystwa – Matteo wszedł do środka 

i położył na stoliku obok swój prezent – niewielką butelkę złotego wina haerlu.

Themo chwycił ją, wyciągnął korek zębami i pociągnął długi łyk. Otarł 

usta grzbietem dłoni.

- Mówiłeś coś o orkach i ich manierach? – zauważył suchym tonem 

Matteo.

Wielki jordain wzruszył ramionami.
- Lepiej kuć żelazo, póki gorące. Wiesz, co mistrzowie jordainów mówią 

o winie.

Matteo usiadł na jedynym w pokoju krześle.
- Wygląda na to, że zrezygnowałeś z powodu do Szkoły Jordainów.

background image

- A mam inny wybór?
Pytanie było retoryczne, lecz Matteo i tak na nie odpowiedział.
- Podążaj za głosem swego serca i zamiast doradcą zostań wojowników.
Oczy Thema rozszerzyły się z zaskoczenia.
- Czy to możliwe?
- Rzadkie, ale były już takie przypadki. Zgoda Zalathorma zwolni cię z 

przysiąg. – Matteo popatrzył uważnie na spoważniałą twarz mężczyzny. – 
Sądziłem, że ta perspektywa ci się spodoba.

Themo odrzucił przykrycie i podszedł do okna. Oparł dłonie na 

parapecie, jakby inaczej nie mógł utrzymać ciężaru własnego ciała.

- Nie jestem pewien, czy pisane jest mi być wojownikiem.
- Dziwne słowa jak na najlepszego wojownika, jaki w tym dziesięcioleciu 

opuścił Szkołę Jordainów.

Mężczyzna zaśmiał się krótko i bez radości.
- Prawda, Halruaa i lordowie czarodzieje – przypomniał Matteowi. – 

Możesz uważasz, że nieźle dajesz sobie radę w tych dwóch ostatnich 
kategoriach, ale z prawdomównością coś ci nie idzie. Ile raz mnie pokonałeś? 
Ile razy Andris oparł ostrze o moje gardło? Jestem największy spośród was, ale 
czy najlepszy?

- Masz coś, czego brakuje Andrisowi i mnie. Walczysz z pasją, a nawet z 

radością.

Odwrócił się.
- Drowy też.
Matteo zamrugał zaskoczony, lecz wówczas dostrzegł w tym jakiś sens.
- Ciemne faerie dostrzegły twoje umiłowanie walki i wykorzystały je 

przeciwko tobie. To cię pokonało, dlatego wciąż wątpisz w swoje możliwości. 
Wypaczyły to, Themo.

- Niewiele – odparł wielki mężczyzna. – W czasie bitwy przeżyłem 

ponownie każdy błąd, jaki w życiu popełniłem, każdą swoją ponurą tajemnicę. 
To nie wszystko… to było tak, jakbym był osobiście odpowiedzialny za każdą 
złą rzecz, jaka wydarzyła się w przeszłości Halruaa.

Matteo poczuł, że gardło ściska mu strach, palący i gorzki. Skoro Themo 

przeżył tyle w czasie krótkiej walki z ciemnymi faerie, co przeżywa teraz 
Tzigone w krainie Niewidzialnego Ludu? Do tej pory koił swoje obawy 
wspomnieniami o jej poczuciu honoru. Tzigone nie była paladynem, lecz miała 
odwagę i dobre serce.

Skoro jednak nawet Themo mógł być dręczony świadomością o 

przeszłości, co zdołaliby wyciągnąć z Tzigone i jej daru wieszczenia? Mogła 
przeżyć przeszłość tak wyraźnie, jakby to była sztuczka iluzjonisty.

- Wybacz, Matteo. Ci, którzy stąpają po odchodach rotha, nie powinni 

wycierać nóg na dywanie przyjaciela.

Matteo oprzytomniał, zaskoczony tym dziwnym, nieznanym my 

background image

przysłowiem.

- Słucham?
- Nie chciałem składać swoich problemów na twoje barki – wyjaśnił 

Themo, źle interpretując ostry ton jego głosu.

Wzruszył ramionami.
- Nie ma magii, nie ma kary – powtórzył frazę, której często używali jako 

chłopcy. Te słowa zmuszały do myślenia. Jako dzieci walczyli jak szczeniaki. 
Jednym z najmilszych wspomnień Mattea były chwile, kiedy on, Andris, Themo 
i ich bracia jordainowie okładali się w pyle podwórka.

- To pałacowe życie mnie zniszczy – stwierdził, klepiąc się po płaskim 

brzuchu. – Zbyt wiele wina i za mało ćwiczeń. Byłbym wdzięczny za jakieś 
krótkie starcie.

Zauważył, że w oczach przyjaciela pojawiła się odrobina 

zainteresowania.

- To rozwścieczy zielonych czarodziejów, co bez wątpienia poprawi ci 

samopoczucie – dodał.

- Otóż to – zgodził się Themo z przelotnym uśmiechem. Wielki jordain 

sięgnął po swoją tunikę. Założył ją przez głowę i zapiął pas z bronią.

- Lepiej wyjść przez okno – powiedział, zerkając na otwarte drzwi.
Matteo ruszył za nim, przechodząc przez niski parapet do ogrodu. 

Obrzucił spojrzeniem „pole walki”. Pod stopami uginał się im miękki, zielony 
mech, ozdobiony drobnymi, żółtymi kwiatkami. W płytkiej sadzawce, 
umieszczonej na środku szumiała fontanna. Drzewa ocieniające ogród były 
przecięte tak, by nie można było dotknąć wiszących najniżej gałęzi.

Wyciągnął miecz i uniósł go do czoła w salucie. Themo powtórzył gest, 

po czym stanął w postawie.

Matteo wykonał krótki, gwałtowny wypad. Wielki jordain nie dał się 

nabrać. Przeniósł ciężar ciała na tylną nogę i szybko wykonał kontrę. Nie szedł 
jednak za nią jego ciężar, więc Matteo szybko go sparował. Pierwsza, próba 
wymiana ciosów zakończyła się, rozdzielili się i zaczęli krążyć wokół siebie.

- Jesteś słabszy w mieczu niż w sztyletach jordainów – zauważył Matteo. 

– Może zmienimy broń?

Themo wyszczerzył się.
- Proszę bardzo. Lepszy zasięg mnie nie zmartwi.
Jakby chcąc to zademonstrować, machnął mieczem, zakreślając półkole 

nad głową Mattea. Odsłonił pierś, lecz Matteo nie dał się sprowokować. Mimo 
swego rozmiaru, Themo był szybki jak kot i wchodzenie w zasięg jego 
dłuższych rąk było głupotą

Dlatego Matteo zrobił unik i obrócił się, idąc za ciosem Thema. Zamiast 

parować, uderzył w opadające już ostrze przeciwnika, dodając mu jeszcze 
szybkości i lekko wytrącając Thema z równowagi

Wielki jordain szybko ją odzyskał i mocno uderzył do tyłu łokciem. 

background image

Matteo zszedł z drogi ciosu, który tylko musnął jego tunikę i zwinnie odskoczył 
na bok.

Themo zaatakował serią pchnięć, które Matteo sparował szybkimi, 

dźwięcznymi odpowiedziami. Zbliżali się do krawędzi sadzawki.

Matteo dostrzegł błysk w oczach przyjaciela i przypomniał sobie 

rozplanowanie ogrodu. Fontanna znajdowała się dwa kroki za nim. Przez 
chwilę Mattea kusiło, by pozwolić przyjacielowi wrzucić się do wody. Szybko 
odrzucił ten pomysł. Nawet gdyby Themo nie zauważył tego podstępu – a wcale 
się na to nie zanosiło – Matteo zawsze uważał, że celowe przegranie starcia 
było kłamstwem powiedzianym przy użyciu broni, a nie słów.

Obrócił się w prawo. W trzech szybkich krokach znalazł się za Themo. 

Uderzył płasko, tak, by płaz trafił wielkiego jordaina w tyłek.

Themo wykonał markowany atak, a potem z szybkością zaskakującą 

przy jego tuszy zawirował i chwycił Mattea za tunikę. Rzucił się do tyłu, 
pociągając za sobą mniejszego jordaina.

Upadli z głośnym pluskiem. Matteo wyrwał się, zerwał na równe nogi… i 

wtedy zaczepił nogą o jedną z doniczek, w których umieszczono wodne lilie.

Wielki jordain oparł dłoń na piersi Mattea i pchnął. Ten znów upadł. Gdy 

wstał, plując, Themo już wyszedł z sadzawki, szczerząc się jak gargulec.

- Mądry wojownik korzysta z terenu – przypomniał mu.
Matteo ruszył w stronę przeciwnika.
- Nie sądziłem, że zechcesz przenieść walkę do wody.
- A powinieneś – Themo znów zaatakował. Matteo uniknął ciosu i 

odpowiedział, zbijając miecz i wyprowadzając pchnięcie tuż pod żebrami. 
Themo zgiął się z głośnym „Uch!”.

- To było niezłe – pogratulował stłumionym głosem.
Matteo wykorzystał tę chwilę, by wyjść z sadzawki. Zaatakował nagle, 

celując mieczem w dół. Wielki jordain przeskoczył nad ostrzem i cofnął się. 
Jego miecz kreślił skomplikowany, kolisty wzór – mieszanka wyzwania i 
brawury.

Themo atakował bezustannie, a jego broń migała w słońcu. Z każdym 

ciosem uśmiech wielkiego jordaina stawał się coraz szerszy. Ciemne oczy 
migotały odrodzoną radością, gdy Matteo reagował na każdy atak i odpowiadał 
pięknym za nadobne.

Po dłuższym czasie rozdzielili się, ciężko dysząc.
- Wygrałem – powiedział zdumiony Themo.
Choć tak naprawdę był remis, Matteo nie sprzeczał się. Themo odzyskał 

to, co wydawało mu się, że utracił. Matteo pożegnał się i zamienił kilka 
uspokajających słów z zieloną czarodziejką o zaciśniętych w kreskę ustach, 
która przybiegła i obserwowała udawaną walkę. Gdy odchodził, słyszał jeszcze 
żartobliwe odpowiedzi Thema na jej narzekania, słowa, które szybko gasiły 
gniew jej słów. Ostatnią rzeczą, która do niego dotarła, był śmiech czarodziejki, 

background image

pełen zaskoczenia, radości i całkowicie kobiecy.

Matteo zachichotał, rad, że Themo może wykorzystać inne zdolności niż 

tylko jordaina. Wcale nie byłby zaskoczony, gdyby wielki mężczyzna udał się 
do portowego miasta Khaerbaal i przy pierwszej okazji odnowił swoją 
znajomość z pewną miłą barmanką.

Uśmiech jednak zgasł szybko. Tzigone, przyjaciel, który najbardziej go 

potrzebował, nie mógł zostać tak łatwo uratowany.

***

Tzigone jeszcze nigdy nie była tak zmęczona. Opadła na ziemię, ciężko 

dysząc, nie przejmując się mokrym mchem i nie czując chłodu.

Ciemne faerie znów zaatakowały. Tym razem wyciągnęły z niej 

wspomnienia pierwszych lat jej życia, po tym, jak pojmali matkę i została 
sama. Tzigone przez całe lata starała się odzyskać te wspomnienia, uważając je 
za klucz do poznania, kim naprawdę była. Teraz była wdzięczna ciemności, że 
osłaniała je przez tak długi czas.

Przewróciła się na plecy, chcąc oddychać głęboko i powoli. Wydawało się 

jej, że biegła całymi godzinami, uciekając od jednych przerażających 
wspomnień tylko po to, by znaleźć się w innych. Mogła tak biec cały czas, lecz 
jej Niewidzialni dręczyciele wypuścili ją. Nie mieliby z niej większej radości, 
gdyby ścigali ją aż do chwili, w której pękłoby jej serce.

Szukając odpoczynku i radości, zapadła się w głąb swojej pamięci, daleko 

poza złe wspomnienia dziecka ulicy, za czas spędzony jak córka ściganej 
czarodziejki. Tajemnice jej życia zostało odsłonięte. Jeśli istniały jakieś 
odpowiedzi, droga ucieczki z tego niekończącego się więzienia, to nie kryły się 
one w jej życiu, lecz w życiu jej matki…

***

Był zmierzch, ulubiona pora Keturah, a trzej przebywający z nią młodzi 

czarodzieje wydawali się tak samo szczęśliwi jak ona, że oto znajdują się pod 
otwartym niebem. Cała czwórka stała na płaskim dachu domu gościnnego, 
obserwując, jak zachodzące słońce zamieniło burzowe chmury nad jeziorem 
Halruaa w smoczy skarb, stos błyszczącego złota, rubinów i ametystów. Za 
nimi wznosiła się wieża Keturah, a jej zielono żyłkowany marmur lśnił w 
gasnącym świetle.

Keturah przyglądała się, jak jej uczniowie ćwiczą proste zaklęcie 

wezwania. Wcześniej nauczyła ich przyzwać nietoperze, które pojawiały się z 
nadejściem nocy – małe nietoperze-kameleony, które zmieniały kolor, gdy 
zataczały kręgi na tle wieczornych chmur.

Najmłodsza uczennica, która nawet jeszcze nie weszła w wiek 

dojrzewania, miała na dłoniach rękawiczki z jasnoróżowego jedwabiu. 
Nietoperz wylądował na jej dłoni, zwisając z palca niczym rozczulająco 
paskudny kwiat fuksji. Śmiech dziewczynki był pełen radości i podniecenia – 
magia dzieciństwa mieszała się z tą płynącą ze Sztuki. Keturah zachichotała z 

background image

przyjemnością.

W ogrodzie poniżej zabrzmiał dzwon, ogłaszający nadejście gościa zbyt 

ważnego, by można go było zignorować. Keturah kazała uczniom ćwiczyć dalej 
i zeszła po schodach.

Jej gość był elfem, wyjątkowo atrakcyjnym mężczyzną o miedzianej 

skórze i uderzająco przystojnej twarzy. Gdyby nie tradycyjne białe szaty i 
niebiesko-zielono-żółte barwy medalionu, można by go było wziąć za 
wojownika albo dworzanina. Keturah znała go z widzenia, znała też jego imię, 
podobnie jak większość społeczeństwa Halruaa. Król Zalathorm może i był 
samotnikiem, ale nie można było powiedzieć tego samego o królowej. Fiordella 
lubowała się w wielkich balach i festynach, często tez widywano ją w 
towarzystwie Zephyra, jej ulubionego doradcy.

Keturah wyrzuciła plotki z głowy i wymieniła z gościem uprzejmości. 

Gdy tylko mogła to zrobić bez naruszania dobrych obyczajów zapytała, czym 
może służyć swojej królowej.

- Niczym więcej, niż oczekuje się od wszystkich magów – odparł 

poważnie Zephyr. – Musisz być posłuszna prawom Halruaa.

Keturah zamrugała.
- W czym uchybiłam?
- Nie jesteś jeszcze zamężna.
- Owszem – odparła ostrożnie – lecz jestem młoda i nie spieszy mi się 

zbytnio.

- Masz dwadzieścia sześć lat – zauważył. – Magowie powinni wstępować 

w związki małżeńskie, nim ukończą lat dwadzieścia pięć.

- Nigdy nie słyszałam o tym prawie – zaprotestowała.
- Większość magów żeni się wcześnie, rzadko więc trzeba je 

przypominać. Lecz jest to prawo, moja pani, i nie możesz go ominąć.

- Sądzę, że nie – odparła z westchnieniem. – Przed nadejściem nowiu 

skontaktuję się ze swatką.

- Nie ma takiej potrzeby. Znaleziono już dla ciebie odpowiednią partię.
Serce Keturah zerwało się do lotu, dotarło najdalej jak zdołało i boleśnie 

opadło z powrotem na miejsce.

- Ale to kobieta na prerogatywę rozpoczęcia procesu poszukiwania 

małżonka!

- Są od tego wyjątki – zauważył. – Od czasu do czasu określa się, że linia 

przodków jednego czarodzieja wyjątkowo dobrze pasuje do drugiej.

- Określa? Kto?
- Związek został rozpatrzony przez Radę Starszych i zatwierdzony.
Normalnie od sugerowanego związku można się było odwołać, ale jeśli 

sprawy zaszły aż tak daleko, nie można było się z tego wycofać.

- Kogo dla mnie wybrano? – spytała z rezygnacją.
- Dhamari Exchelsora.

background image

Niedowierzanie przeszyło ja niczym lodowaty wiatr.
- To niemożliwe. Był moim uczniem. To by było niezwykłe.
- Opuścił twoja wieżę niemal rok temu – zauważył elfki jordain. – Jego 

obecny mistrz uważa, że jest gotów do poddania się testom na czeladnika ze 
szkoły ogólnej. Jego specjalnością jest przygotowywanie eliksirów. Nie będzie 
potrzebował twojej nauki w sztuce wywoływania.

Keturah odetchnęła głęboko i powoli.
- Gdy sprawa mariażu czarodziejów z dwóch szkół jest już 

postanowiona, istnieje zwyczaj rozpatrzenia natury ich uczuć. Między nami 
nie zaszło nic, co mogłoby doprowadzić nas do ślubu!

- On już się zgodził. Związek został zawarty i zaaprobowany, trzeba tylko 

wyprawić wesele, które, jak rozumiem, jest ustalone na tę noc. – Jordain 
przekrzywił głowę i nasłuchiwał łomotu zbliżającego się do bramy Keturah. – 
To chyba rodzina Exchelsora. Czy pani wieży nie powinna ich powitać?

Keturah niczym we śnie przeszła na podwórze. Dhamari Exchelsor 

wszedł do ogrodu, dziwnie nieśmiały. Keturah niewiele się tym pocieszyła. Jeśli 
była przygnieciona wydarzeniami toczącymi się poza jej kontrolą, to 
przynajmniej nie była sama.

Zaraz za Dhamarim szła jego rodzina i przyjaciele. Był też kapłan Mystry 

i służący z tacami, na których ułożono zwyczajowe ślubne podarki: srebrny 
kielich, zwój, mały, wysadzany klejnotami nóż. Jedna ze służących niosła szatę 
ze szkarłatnego jedwabiu, bogato zdobioną drogimi kamieniami. Wyciągnęła 
ją, cmokając z niezadowoleniem na widok prostej tuniki i gołych nóg.

- Już teraz? – mruknęła Keturah, spoglądając pytająco na doradcę 

królowej.

Zephyr wzruszył ramionami.
- A czemu mielibyśmy czekać? Sprawa jest już załatwiona.
Poruszając się jak we śnie, Keturah pozwoliła, aby służąca założyła jej 

suknię i zawiązała ślubny sznur wokół talii.

Powtórzyła zaklęcia związania i opróżniła kielich, który jej podano. Gdy 

wręczono jej ceremonialny nóż i odciągnęła rękaw szaty, odsłaniając 
nadgarstek, przez chwilę przyglądała się życiu pulsującemu pod jej skórą.

Kapłan, jakby obawiając się, co może uczynić, szybko odebrał jej nóż i 

wręczył go Dhamariemu. Ten naciął nadgarstek Keturah, a potem własny. 
Przycisnęli je do siebie – w ten sposób linie ich krwi symbolicznie się połączyły.

Gdy ceremonia wreszcie się zakończyła, klan Exchelsor zaczął hałaśliwie 

świętować. Dhamari mrugnął i posłał Keturah nieśmiały, smutny uśmiech.

- Wyglądasz na tak samo ogłuszoną jak ja, moja pani. Jeśli chcesz kilka 

chwil spokoju, by odsapnąć, spróbuję trzymać gości z daleka.

Kiwnęła głową wdzięczna, że ją zrozumiał, i odeszła w cichy zakątek 

ogrodu.

Dhamari patrzył, jak odchodzi, potem odszukał jordaina królowej. 

background image

Znalazł elfa w pobliżu głównej bramy, obserwującego wesele spod 
zmrużonych oczu.

- Wszystko załatwione i to tak, jak trzeba – powiedział.
- Doprawdy? – odparł Zephyr. – Przybyłeś tu znacznie przed ustaloną 

godziną, nim Keturah dowiedziała się, dlaczego ma za ciebie wyjść. Według 
prawa musi się o tym dowiedzieć.

- I dowie się, w stosownym czasie. Zostaw to mnie.
Gdy jordain zawahał się, Dhamari wcisnął mu w dłoń małą, wypełnioną 

monetami sakiewkę.

- Nasza pani nie potrzebuje bogactwa. Jest bogata, posiadając twoją 

wierną służbę – powiedział znacząco.

- A eliksiry?
- Jestem uprawniony do ich wydawania – przerwał na chwilę i 

uśmiechnął się w zadumie. – Nie widziałeś rozwścieczonej Keturah. Najlepiej 
będzie, jeśli usłyszy cała historię z moich ust, na osobności.

- Skoro tak mówisz. – Zephyr wręczył Dhamariemu drewniane pudełko.
Dhamari uniósł wieczko i wyjął z niego jedną z wielu niewielkich fiolek. 

Wlał eliksir do zdobionego klejnotami pucharu z winem.

- Zaczniemy już w nocy – zapewnił jordaina. – Powiedz swojej pani, że 

wszystko pójdzie tak, jak zaplanowała.

Na twarzy elfa pojawił się dziwny, lekki uśmieszek.
- Jestem pewien, że słysząc to, będzie zachwycona.
- Proszę, przekaż też moje wyrazy uszanowania i podziękowanie 

królowej.

Znów ten dziwny, tajemniczy uśmiech.
- To również przekażę – odparł Zephyr – choć może nieco później.
Potwierdził tę tajemniczą uwagę stosownym ukłonem jordaina, po czym 

odwrócił się i z elfką zręcznością zniknął w mroku. Dhamari wzruszył 
ramionami i z ukrytej kieszeni swojej tuniki wyciągnął niewielką paczuszkę. 
Oderwał jej róg i dosypał do wina jej zawartość. Przez chwilę płyn syczał i 
bulgotał, uspokajając się powoli i nabierając setek odcieni szkarłatu, fioletu i 
zieleni. Potem niespodziewanie nabrał znów barwy starego, złotego wina 
haerlu. Dhamari uśmiechnął się z zadowoleniem i ruszył na poszukiwanie 
swojej małżonki…

***

Czysta i paląca furia wyrwała Tzigone z przeszłości i przywróciła 

teraźniejszości. Wokół niej migotały słabe cienie zielonej wieży i ogrodu 
pełnego widmowych gości weselnych. Oczy Tzigone szukały matki wśród cieni.

- Nie wiedziała – mruczała, myśląc o eliksirach, które ukształtowały 

przeznaczenie tak jej matki, jak i jej samej. – Ten syn skorpiona ją otruł!

Furia napełniła ja, pomogła jej się skoncentrować. Tzigone szybko 

zapadła w wizje przeszłości…

background image

***

Odpoczynek Keturah nie trwał długo. Ktoś z rodziny Exchelsora, tęga, 

wyglądająca jak matrona kobieta, której imienia czarodziejka nigdy nie 
słyszała, wpadła na nią niczym przerośnięty kocur i zawlokła w sam środek 
zabawy. Panna młoda stała plecami do okalającego ogród muru, spoglądając 
na zabawę z dystansem, niczym stary, znikający upiór szpiegujący żywych. Na 
wiatr i słowo, nie mogła zrozumieć, dlaczego ci obcy są tacy zadowoleni!

Zbliżył się jej nowo poślubiony małżonek, niosąc w obu rękach puchar 

wina. W jego oczach widziała dziwne błyski, od których mrowiła ją skóra. 
Keturah znała różne męskie sztuczki i dobrze wiedziała, jaką odpowiedź 
wyrażała swoim ciałem i całą postacią. Wzięła od niego puchar i zmusiła się do 
wypicia łyku. Jej żołądek zwinął się w proteście, odwróciła głowę, aby nie 
zobaczył tego na jej twarzy.

Ten właśnie moment wybrała matka Dhamariego, aby się wtrącić. 

Ubrana w srebrny brokat, przypominający wszystkim o jej bogactwie w 
kopaniach elektrum, szumiała niczym osikowe liście na wietrze.

- Gdzie twój służący, córeczko? Są sprawy do załatwienia i uczniowie do 

odprawienia.

- Odprawić uczniów? – powtórzyła tępo Keturah. – Dlaczego?
Kobieta zachichotała.
- Musiałeś naprawdę mocno się upić, skoro zapomniałaś o księżycu 

odosobnienia! Dzięki niech będą Pani Mystrze, wkrótce poświęcisz się 
obowiązkom matki. W nadchodzących latach nie będziesz miała czasu na 
uczniów.

W oczach kobiety płonęła ambicja, rzucając światło na radość całej 

rodziny.

Ród Exchelsor opływał w dostatki, nie wahali się z nich korzystać, by 

dostać to, czego chcieli. Dali jej tę wieżę jako zapłatę za naukę Dhamariego. Ich 
syn był magiem, lecz jego talenty nie były wielkie, nigdy nie będzie sławny ze 
swego mistrzostwa w Sztuce. Lecz jeśli poślubi potężną czarodziejkę o rosnącej 
sławie, jego dziecko będzie mogło zrobić to, czego on nie mógł. Z pomocą 
Keturah, ród Exchelsor będzie znany jako ród czarodziejów. W Halruaa 
stanowiło to prostą drogę do szlachectwa.

Ale jeśli jej nierozważne zamążpójście miało za podstawę tylko ambicję 

kupieckiej rodziny, dlaczego zgodziła się na to Rada? Keturah nie wierzyła, że 
Starsi dali się skusić samym bogactwem. Jakiż to ukryty dar posiadał Dhamari, 
iż z taką niecierpliwością oczekiwano dziecka z ich zmieszanej krwi? Co mogło 
zainteresować królową Fiordellę?

Rozejrzała się szukając Zephyra, lecz elfiego jordaina nigdzie nie można 

było znaleźć.

- Wypij – powiedział cicho Dhamari, wskazując na trzymany przez 

Keturah puchar. – Wlałem do niego eliksir, który pomoże ci zasnąć. Gdy 

background image

nadejdzie ranek, spróbujemy jakoś znaleźć w tym sens.

Jego słowa stanowiły tak bliskie echo jej myśli, że Keturah uniosła 

wysadzany klejnotami puchar do ust. Jak obiecał Dhamari, każdy łyk 
wprowadzał ją coraz głębiej w stan błogosławionego letargu. Jak przez mgłę 
zauważała, że wesele robi się coraz bardziej huczne, że wschodni księżyc, a 
goście rzucają szyderstwa, gdy osunęła się, a Dhamari podniósł ją i zaniósł do 
wieży.

A porem Dhamari zniknął i pozostała tylko młoda uczennica. Jej 

dziecięca twarzyczka była zmartwiona i zakłopotana, gdy pomagała Keturah 
zdjąć weselną suknie i wejść do łóżka.

Może Dhamari miał rację, pomyślała Keturah, zapadając w drzemkę. 

Może z nadejściem świtu wszystko znacznie wyglądać jasno…

***

Dziwna pieśń ciemnych faerie wyrwała Tzigone ze wspomnień, 

ponownie wpędzając w przerażenie, od którego tak niedawno uciekła.

Przycisnęła obie dłonie do pulsujących skroni.
- Nie wiedzą, kiedy skończyć – mruknęła. Z trudem przywołała iluzję.
Mgłę rozświetlił słaby blask ognia, ukazując przytulne łóżko w gospodzie 

i dwóch mieszkańców – chłopaka w stroju farmera i rudowłosą kobietę w 
powiewnych, czarnych jedwabiach. Podeszła bliżej i uśmiechnęła się do swego 
wybrańca. W blasku ognia zalśniły długie, mordercze kły. Chłopiec cofnął się, 
potknął o stołek, gorączkowo popełzł na czworakach w stronę drzwi. Piękna 
wampirzyca stanęła mu na drodze szybko jak myśl, jak jedna z ciemnych 
faerie. Delikatne dłonie chwyciły ofiarę i postawiły na nogi. Przez długą chwilę 
trzymała go, uwięzionego, sycąc się jego przerażeniem. Potem opuściła głowę i 
zaczęła się pożywiać. Po kilku chwilach odrzuciła go na bok. Padł na podłogę, 
wysuszony i nieruchomy.

Krew jest niczym wobec wina strachu – wyszeptała.
Iluzja zblakła, a wraz z nią dręcząca pieśń faerie.
Przez twarz Tzigone przemknął delikatny uśmiech.
- Niewidzialni mają swoje wady, ale nikt nie twierdzi, że nie potrafią 

pojąć sugestii – mruknęła i na powrót zapadła w pożyczone wspomnienia…

***

Mgła zawirowała i rozstąpiła się, ukazując Keturah stojącą na wąskim 

balkonie otaczającym wieżę, jej własnym miejscu osłoniętym przed skwarem 
cebulastą kopułą powyżej, a przed ciekawskimi spojrzeniami dużą wysokością 
wieży. Często tu przychodziła, aby pospacerować w samotności.

Minął ponad rok od jej dziwnego ślubu. Nie przyjmowała już uczniów z 

powodów, do których bała się przyznać sama przed sobą. Jej towarzyszami 
były zwykle istoty przybywające na jej zew.

Czarodziejka oparła łokcie o mur i przyglądała się, jak gwiezdne węże 

szybują na opalizujących skrzydłach, wyglądające niczym sznury klejnotów na 

background image

tle szafirowego nieba. Zaczęła śpiewać, a jej mocny i pewny głos uniósł się na 
wietrze.

Stwór przeleciał obok, nie zwracając uwagi na jej wołanie.
Pieśń Keturah urwała się nagle. Ukryła twarz w dłoniach i odetchnęła 

głęboko, urywanie. To nie był pierwszy raz, gdy magia ją zawodziła. Przez 
ostatnie kilka księżyców stawała się coraz bardziej niestabilna.

Z jakiegoś powodu ukrywała te drobne niepowodzenia przed Dhamarim. 

Nie było to trudne: większość czasu spędzał samotnie. Eliksiry fascynowały go, 
pochłaniało go tworzenie księgi czarów, która zapewniłaby chwałę magom z 
rodu Exchelsor. Co dziwne, od czasu ich ślubu nie zrobiło niczego, co mogłoby 
zapewnić trwałość rodu i przekazanie dziedzictwa.

Pierwsze dni ich małżeństwa, tradycyjny księżyc odosobnienia, był dla 

Keturah krępujący. Za dnia spacerowali po plaży, przywołując morskie 
zwierzęta i obserwując, jak bawią się, chlapiąc wodą pośród fal. Pokazała 
Dhamariemu zaklęcia, jak przywoływać wielką kałamarnicę i drażnić, by 
wystrzeliwała strumienie sepii, które dawało się złapać i wykorzystać jako 
składnik atramentu. Rozmawiali z selkie, przyglądali się igrającym delfinom, 
lecz wyglądało na to, że znów stali się mistrzynią i uczniem. Dhamari był 
grzeczny, pełne szacunku i trzymał się na dystans. Każdej nocy zostawiał ją 
przed drzwiami sypialni i wracał do swoich badań.

Ten cykl trwał, gdy wrócili do Halarahh i jej wieży. Dhamari był 

nienagannie grzeczny. Każdego wieczora jadali razem, hojnie szafował drogim 
winem z piwnic Exchelsorów i wciągał w uczone rozmowy. Ich związek nie był 
nieprzyjemny, ale nie był też małżeństwem. Nie była to nawet przyjaźń, a 
Keturah nie mogła zmusić się do przyznania przed tym obcym człowiekiem do 
swojej troski o słabnącą moc.

Przyglądała się, jak gwiezdny wąż znika w chmurach towarzyszących 

wschodowi słońca. Nie była w stanie zgromadzić dość magii, by zwrócić jego 
uwagę, a co dopiero poskromić jego wolę!

Otuliła się magią i kawałkiem trzepoczącego jedwabiu, po czym cicho 

ruszyła przez miasto do domu zielonej czarodziejki Whendury. W mieście było 
wielu takich lekarzy, pomniejszych magów i kapłanów, zgłębiających sztukę 
ogarów magów, jak również sztukę wieszczenia i wiedzę o ziołach. Zwykły lud 
miał swoje akuszerki i duchownych, ale zdrowie maga było tak związane ze 
Sztuką, że wymagało specjalnych umiejętności. Whendury była szanowana, 
lecz jej dom znajdował się z dala od modnego wybrzeża. Było to miejsce 
starannie wybrane, aby dać klientom poczucie prywatności i bezpieczeństwa… 
przynajmniej na tyle, na ile takie rzeczy istniały w Halruaa.

Whendura, niska, pulchna kobieta, wyglądająca, jakby jej 

przeznaczeniem było obdzielanie wnucząt miodowymi ciasteczkami, powitała 
Keturah u drzwi z ciepłym uśmiechem. Zaprowadziła gościa dwa piętra w górę, 
do małego pokoiku i rozmawiała o nieistotnych rzeczach, jednocześnie 

background image

wybierając zioła i mieszając z rozwodnionym winem. Keturah rozebrała się do 
koszuli, odłożyła na bok wszystkie sakiewki z komponentami, różdżkami i 
amuletami, by nic nie zakłócało testów zielonej czarodziejki. Wypiła podany jej 
zielony, gęsty płyn, po czym odpowiedziała na długą listę pytań i zniosła wiele 
magicznych stuknięć i badań.

Wreszcie Whendura kiwnęła głową i zaczęła zbierać swoje różdżki i 

kryształy

- Tyle w tobie magii – powiedziała z szacunkiem. – Ofiarujesz Halruaa 

wielki dar!

- Nie rozumiem – Keturah zmarszczyła brwi.
Dłonie zielonej czarodziejki nagle znieruchomiały, a w jej oczach pojawił 

się błysk współczucia.

- Nie denerwuj się – powiedziała, niemal podśpiewując. – Często tak się 

dzieje. Eliksiry mogą wywoływać oszołomienie.

- Eliksiry – powtórzyła bezrozumnie Keturah. – Oszołomienie?
Whendura uśmiechnęła się do niej pocieszająco.
- To się zmieni, gdy maleństwo się urodzi – powiedziała łagodnie, dalej 

zbierając swoje narzędzia. – Jeśli Mystra da – dodała szeptem.

Keturah zorientowała się, że łapie powietrze ustami niczym karp.
- Maleństwo? Jakie maleństwo?
Teraz zielona czarodziejka się zdziwiła.
- Nie jesteś w ciąży?
- Nie – odparła obojętnie. – To niemożliwe.
Jak to by się stało, skoro jej „mąż” nigdy nie przekroczył progu jej 

komnaty?

- Dlaczego zatem przyszłaś się zbadać?
- Już ci mówiłam – powtórzyła niecierpliwie Keturah. – Moja magia staje 

się coraz słabsza i bardziej zawodna. Do kogo miałam się z tym zgłosić, jeśli nie 
do zielonej czarodziejki?

Na twarzy kobiety pojawił się smutek i zrozumienie.
- Zawsze tak się dzieje, gdy kobieta ma urodzić jordaina. Nie bądź tak 

zaskoczona, dziecko – powiedziała, najwyraźniej zaniepokojona tym, co 
zobaczyła na twarzy Keturah. – Pewnie powiedziano ci o tym, ale czasem 
kobieta wraz z magią traci również pamięć.

Prawda uderzyła w Keturah niczym monsun. Przygotowywano ja do 

urodzenia jordaina!

Zmusiła się do uspokojenia szalejących myśli i przypomniała wszystko, 

co wiedziała o tych sprawach. Choć jordainowie od czasu do czasu rodzili się 
sami, częściej byli rezultatem rzadkich i bardzo tajemniczych zabiegów, gdzie 
niezbędne były eliksiry powstrzymujące przekazywanie magii z matki do 
dziecka.

To dlatego Dhamari zadowalał się wieczornym odprowadzaniem jej pod 

background image

drzwi! Ich związek został zawarty, gdyż istniała szansa na narodzenie 
jordaina. Keturah pomyślała o przyprawianym korzeniami winie, które pili 
podczas wspólnego, wieczornego posiłku. Bez wątpienia wlewał jej eliksiry, by 
ukształtować przeznaczenie ich dziecka. Nie zaryzykuje przerwania tego 
procesu, nim nie dobiegnie on końca.

Czemu to robi? Czegoś takiego nigdy nie robiono kobiecie bez jej wiedzy 

i zgody!

Gniew, zaciekły i głęboki, zaczął wypalać jej strach. Tożsamość rodziców 

jordaina była trzymana w tajemnicy, ale magów, którzy ofiarowali krajowi 
doradcę, czekały wielkie zaszczyty. Była to pewna droga do uzyskania lepszego 
statusu i nikt nie potrzebował wiedzieć, dlaczego. Mimo wielkiej mocy 
halruaańskiej magii – a może właśnie dlatego – wiele dzieci umierało w 
niemowlęctwie. Potencjalny jordain był odbierany matce i wpisywany do ksiąg 
jako zmarły tuż po porodzie, jeden z wielu, które były zbyt delikatne, by 
udźwignąć brzemię halruaańskiej mocy. Rodzice nigdy nie poznawali imienia i 
dalszego losu swego dziecka, a społeczeństwo nigdy nie dowiadywało się, 
dlaczego pewni magowie otrzymywali rzadkie księgi czarów, świetną posadę 
czy nawet stanowiska w Radzie Starszych.

Jej przyjaciel Basel opowiedział jej o tym pewnej nocy, zaraz po śmierci 

swojej żony i nowo narodzonego dziecka. Jego opis tych tajemniczych 
procesów dodawał słowom gorzkiej prawdy.

Keturah usłyszała, że zielona czarodziejka mówi coś w sąsiednim pokoju, 

zabrzmiały delikatne, melodyjne tony, gdy otwierał portal wróżący. Podkradła 
się do drzwi, uchyliła je odrobinę i nasłuchiwała.

- Takie wielkie poświęcenie! – mówiła Whendura do kuli. – Jeśli Keturah 

straciła pamięć tak szybko, obawiam się, że jej umysł nie zniesie narodzin 
dziecka.

- Dobrze zrobiłaś, że się ze mną skontaktowałaś – doleciał z kuli 

przepełniony najszczerszą troską głos Dhamariego. – Narodzenie dziecka nie 
przyjdzie Keturah łatwo. Rankiem nie chce, aby ktoś przy niej był. Czasem jej 
choroba przeciąga się aż do południa. Czy nie ma eliksiru, który by ulżył jej w 
cierpieniach?

Troska w jego głosie sprawiła, że Keturah zaczęła trząść się ze złości.
- Wiesz, że nie ma – odparła zdecydowanie ogar magów. – Nie może 

przyjmować żadnych magicznych eliksirów, aby nie zakłócić delikatnej 
równowagi i uszkodzić dziecka.

Oczy Keturah rozszerzyły się, gdy do jej mózgu dotarła pewna ponura 

możliwość. Dhamari wiedział o jej oddaniu dla Halruaa. Gdyby została 
wybrana na matkę jordaina, znalazłaby sposób, aby się z tym pogodzić. Jednak 
on musiał się upewnić, że nic o tym nie będzie wiedziała.

- Zatrzymaj moją panią u siebie – ciągnął Dhamari swoim łagodnym 

głosem. – Jest zbyt oszołomiona, by pozwolić jej samodzielnie wrócić do domu. 

background image

Przyjadę i ją zabiorę.

Keturah skoczyła do okna. O mur opierały się wysokie żelazne pręty, po 

których pięły się bladolawendowe róże z ogrodu czarodziejki. Gdy wychyliła 
się i zaczęła schodzić na dół, błogosławiła Mystrę, że Dhamari nigdy nie miał 
zdolności do czarów przemieszczania. Będzie musiał polegać na ich stajniach. 
Jazda do domu ogara magów i z powrotem do Keturah nieco czasu.

Gdy stanęła na ziemi, przywołała portal i wskoczyła w niego. Wyszła nie 

we własnym domu, lecz w publicznych ogrodach, obok sadzawki, w której 
prawie rok temu znalazła błękitnego behira.

Przez chwilę zastanawiała się nad otwarciem kolejnego portalu, lecz nie 

wiedziała, gdzie będzie następne losowe miejsce lądowania. Ruszyła na 
piechotę mając nadzieję, że spokojna klacz, na której zwykle jeździł Dhamari 
będzie poruszać się swoim zwykłym, leniwym krokiem.

Nim dotarła do wieży, zdawało się jej, że minęła wieczność. Pobiegła po 

schodach, by zebrać parę rzeczy i poszukać kilku odpowiedzi.

- Pani.
Keturah zatrzymała się na półpiętrze i odwróciła, spoglądając na kobietę 

o twarzy podobnej do jej własnej, lecz bardziej szorstkiej i pozbawionej 
symetrii.

- Co się stało, Hessy?
- Czy widziałaś się tego ranka z zieloną czarodziejką Whendurą?
Keturah zamrugała.
- Tak. I co?
- Nie żyję. Słyszałam, że krzyczeli o tym na targu – Hessy z trudem 

przełknęła ślinę. – Mówią, że zabiły ją gwiezdne węże.

- Gwiezdne węże? O tej porze? To niemożliwe, chyba żeby weszła na 

jedno z drzew bilboa, aby schwytać jednego z nich w czasie snu.

- Została zaatakowana we własnej wieży. Mówili, że były przynajmniej 

trzy węże.

Keturah zaczął paraliżować strach, torując drogę narastającej pewności. 

Skrzydlate węże nigdy nie wchodziły do ludzkich osiedli. Były samotnikami, 
zaciekle strzegącymi swojej prywatności, zdolnymi do wychowywania 
młodych bez potrzeby innych przedstawicieli swojego gatunku. Unikały siebie 
jak ognia – nigdy nie widziała więcej niż jednego osobnika w tym samym 
miejscu. Choć gwiezdne węże były bardzo odporne na magię, żaden dziko 
żyjący wąż nie zaatakowałby maga, gdyby nie zmusiło go do tego potężne 
zaklęcie.

Keturah zaczęła pojmować plan Dhamariego. Nie mógł pozwolić, by 

sympatyczna zielona czarodziejka stała się sojusznikiem Keturah z obawy, co 
dwie kobiety mogą razem odkryć. Powinna zostać zaprowadzona do wieży, 
pod opiekę Dhamariego, aż urodzi cenne dziecko. Potem zostanie przekazana 
halruaańskiemu prawu – o ile przeżyje narodziny dziecka z nietkniętym 

background image

umysłem – a dziecko znajdzie się pod opieką Dhamariego. Bez wątpienia ogar 
magów mógł wykryć w nim iskierkę magii, która usunęłaby je z szeregów 
jordainów. Wszyscy uznaliby to za ogromną stratę i patrzyli na Dhamariego z 
wielkim współczuciem.

Ach jak zmyślnie! Jedyny problem polegał na tym, że Keturah jeszcze nie 

nosiła w sobie dziecka. A on miał prawdopodobnie przygotowane czary, by 
uwięzić ją na tak długo, by zatroszczyć się o ten brak.

- Jak sądzę, to Dhamari znalazł Whendurę – jej głos był ostry jak miecz. – 

A raczej to, co z niej zostało?

Hessy kiwnęła głową, a jej oczy potwierdziły niewypowiedziane 

podejrzenia Keturah.

- Straż przepytuje służbę, kto do niej wchodził. Nie poddawano go 

testowi prawdy. Straż nie widziała takiej potrzeby, gdyż jest wytwórcą 
eliksirów i wszystkim wiadomo, że nie potrafi przyzywać takich istot.

- W przeciwieństwie do jego żony – odparła gorzko Keturah. – Tak, 

Dhamari potrafi być bardzo przekonywujący.

- Będą cię chcieli sprawdzić, pani – odparła z nadzieją w głosie Hessy. – 

Dowiedzą się prawdy.

Keturah pokręciła głową.
- Dał mi eliksiry, które zakłócają magiczne testy. Whendura sądziła, że 

jestem w ciąży, a to jedna z najlepszych zielonych czarodziejek w stolicy. Rada 
poczeka, aż urodzę Dhamariemu dziecko. na wiatr i słowo, nie doczekają się! – 
przysięgła. – Niech ten parszywy potomek szakala i hieny odnajdzie, mnie jeśli 
zdoła!

Służąca zawahała się, a potem wcisnęła Keturah w dłoń kawałek 

błyszczącego metalu.

- Noś ten talizman, gdziekolwiek się udasz – wyszeptała z naciskiem. – 

Powie ci, kiedy w pobliżu jest Dhamari albo ktoś przez niego wysłany.

Keturah spojrzała z zaskoczeniem na służącą.
- To rzadka i droga rzecz. Skąd ją wzięłaś?
Dziewczyna próbowała się uśmiechnąć.
- Dobrze mi płacisz, a ja wiele nie potrzebuje. Oszczędzałam każdy grosz, 

mając nadzieję, że kiedy nadejdzie właściwa chwila zobaczę, jak oddalasz się 
bezpiecznie.

- I kiedy ta właściwa chwila nadeszła?
- Sprzątałam w jego laboratorium – odparła beznamiętnie Hessy. – 

Widziałam, jakie tworzy zaklęcia. Wybacz, że nie powiedziałam tego, co wiem!

Wielu magów zaklinało swoich służących i uczniów, aby nie zdradzali 

sekretów. Mimo tego, troska Hessy dotyczyła bezpieczeństwa jej pani, a nie jej. 
Keturah nie mogła znaleźć odpowiednich słów. Otworzyła ramiona, a Hessy 
wpadła w nie. Przez chwilę obie kobiety trwały objęte.

Keturah odsunęła się i podeszła do otwartego okna, nucąc po drodze 

background image

zaklęcie. Wyszła na wiatr, nie przejmując się, czy czar wytrzyma, czy nie.

***

Tzigone padła twarzą na ziemię, lądując z głośnym plaskiem i 

przyprawiającym o mdłości wstrząsem. Zerwała się z posłania z mchu, 
ocierając wilgoć z twarzy. Spacerowała przez chwilę czekając, aż znikną 
ostatnie cienie z jej wizji. Gdy widziała już tylko mglisty zarys skalistych 
moczarów, usiadła, opierając się plecami o jeden z menhirów, od których roiło 
się królestwo ciemnych faerie.

Zatem tak zaczęła się jej historia. Przez całe lata Keturah unikała pościgu 

Dhamariego, aż wreszcie wpadła w ręce Kivy, elfiego ogara magów. Gdzieś w 
międzyczasie urodziła się Tzigone.

To ciekawe, lecz Tzigone nie wiedziała, jak to pomoże jej opuścić to 

miejsce. Mogła spróbować jeszcze raz… później. Teraz była śmiertelnie 
zmęczona na ciele i duszy.

Mimo to zebrała resztki sił i próbowała cofnąć się w głąb najnowszych 

wspomnień. Gdy otworzyła oczy, stała nad nią szczupła, dobrze zbudowana 
postać ze złożonymi na piersiach rękami i wyrazem szczerej na twarzy. Iluzja 
Mattea była niemal tak samo widmowa jak postać jego przyjaciela Andrisa, 
lecz Tzigone cieszyła się z takiej choćby jego obecności.

Uniosła oczy na jego widmową twarz.
- Dobre wieści, Matteo. Dhamari nie jest moim ojcem.
Jesteś tego pewna? – zapytała iluzja z typowo jordanowskim 

sceptycyzmem.

- Tak. Widziałam to w jednym z tych transów, których mnie nauczyłeś. 

Ta mała łasica nawet nie próbowała zostać ojcem. Można by pomyśleć, że te 
wszystkie różdżki, kielichy i szklane kule, którymi otaczają się magowie, 
powinny podsunąć mu ten pomysł. Ten człowiek nie docenia symboli! Nigdy 
nie rzucił zaklęcia, jeśli potrafisz w to uwierzyć.

Widmowa twarz Mattea ściągnęła się.
Żadnych czarów? Przecież Dhamari jest czarodziejem.
Tzigone jęknęła.
- Wyłożę to na chłopski rozum: albo w piórze Dhamariego nie było 

ołowiu, albo nigdy nie był w nastroju, aby pisać.

Na twarzy złudzenia pojawił się lekki rumieniec.
Widziałaś to?
- Chwała Mystrze, niewiele było do oglądania – z jej oczu zniknęło 

rozbawienie; przez dłuższą chwilę przyglądała się Matteowi. – Wiesz, że nic z 
tego nie jest realne. Nic z tego, co tu się dzieje, nie jest realne, nie jestem też 
wcale pewna, jak to wygląda w Halruaa. Życie to w większość złudzenia i 
pobożne życzenia, nieprawdaż?

Tak.
- Jesteś jedyną znaną mi osobą, która jest dokładnie tym, na kogo 

background image

wygląda – uśmiechnęła się przelotnie. – Przepraszam cię za wszystkie te 
chwile, kiedy nazwałam cię nudnym i przewidywalnym.

Nie, nie jestem, odparła iluzja Mattea.
Tzigone zachichotała.
- Cóż, może nie przez cały czas.
Zaczęła odpływać i oparła się o kamień.
- Zostaniesz ze mną przez chwilę?
Zawsze.
Ponieważ było to królestwo Niewidzialnego Ludu i iluzje miał tu wielką 

moc, odpowiedź, jaką Tzigone usłyszała, była dokładnie taka, jakiej się 
spodziewała. A gdy wyczerpana dziewczyna zapadła w sen, uświadomiła sobie, 
że prawda, w swojej najczystszej formie, nieco różniła się od faktu. Matteo było 
o całe światy z dala od niej, ale tak naprawdę był razem z nią.

Znajome ciepło obecności przyjaciela otuliło ją niczym płaszcz. Otulając 

się nim jeszcze dokładniej, Tzigone zapadła w sen, kiedy jeszcze mogła.

Ciemne faerie mogły wkrótce powrócić.

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Dwie postacie szły przez bagno, ufne w zaklęcia, która pozwalały im 

stąpać po mulistej wodzie z taką samą łatwością, z jaką ktoś z północy mógłby 
chodzić po zamarzniętej sadzawce. Mimo wspomagania się magią, obaj 
wędrowcy wyglądali tak, jakby w tym dzikim miejscu czuli się jak w domu.

Miedziana skóra i jadeitowozielone włosy Kivy świadczyły, że pochodzi z 

dżungli. Jej barwy mieszały się z bujną roślinnością, a ruchy miały w sobie coś 
z przesuwających się cieni. Łuskowata, lekko zielona skóra mężczyzny, skrzela 
na szyi i błona między palcami wskazywała na istotę dobrze dopasowaną do 
miejsc, gdzie mieszają się woda i powietrze.

Dwudyszny czarodziej zatrzymał się, oparł na swojej lasce i odpoczywał. 

Przez kilka chwil jedynymi dźwiękami były odgłosy z bagna, słaby trzask 
energii otaczającej laskę Akhlaura – żywego, lecz zamarłego na sztywno i 
twardego jak mithril węgorza – oraz jego ciężki oddech.

- Powietrze jest rozrzedzone. Dwieście lat w bogatej w magię wodzie nie 

cofnie się w przeciągu kilku dni – warknął na swoją towarzyszkę, jakby 
szydziła z jego słabości.

Kiva uniosła dłonie w obronnym geście.
- Dżungla zawsze była trudna dla ludzi. Z pewnością pamiętasz, kiedy 

byłeś tu ostatnim razem.

Usta Akhlaura wykrzywiły się w uśmiechu.
- Nie było aż tak źle. Tubylcy umierali tu tak samo łatwo, jak 

gdziekolwiek indziej.

Dzika elfka stłumiła gniew i zachowała spokój na twarzy.

background image

- Gdy będziesz gotów, ruszymy dalej.
Ruszyli w głąb Bagien Kilmaruu, miejsca pierwszego wielkiego 

zwycięstwa Kivy. Gdy dotarli do terenu, gdzie znajdowała się płynąca wartko 
rzeka otoczona przez głębokie wąwozy i spięta resztkami mostu utworzonego z 
jednego ogromnego pnia, nad bagnami zapadał już zmierzch.

Akhlaur przyjrzał się szkieletowi bestii o trzech rogach, rozciągniętemu 

w poprzek poczerniałego drewna. Jego twarz przybrała rozmarzony wyraz, 
jakby zagubił się we wspomnieniach.

- Potwory z Chult… niemal zapomniałem to zaklęcie! Sprowadzenie ich 

tutaj było trudne, ale warte zachodu. Dzikie elfy nigdy nie widziały takich istot. 
To było całkiem zabawne.

- Bez wątpienia – odparła sucho Kiva. Wskazała na drugi brzeg. – Tędy.
Nekromanta spojrzał na najwyraźniej nieprzebytą ścianę lasu.
- Gdy ostatnio tędy przechodziłem, to tak nie wyglądało. Wśród drzew 

było ogrody na tarasach.

- Dwieście lat – przypomniała mu elfka. – Dżungla okrywa wszystko i o 

niczym nie zapomina.

Spojrzał na nią ostro.
- To dziwnie przypomina ostrzeżenie, moja mała Kivo.
- To przysłowie – odparła spokojnie – z tych, które często powtarzają 

jordainowie. Podczas twojego wygnania te powiedzenie rozpleniły się w języku 
Halruaa niczym robaki na przejrzałym owocu.

- To tyle, jeśli chodzi o mój dar dla Halruaa – zauważył Akhlaur. – Mówi 

się, że żaden dobry uczynek nie uniknie kary!

Kivie przyszło do głowy kilka odpowiedzi, ale wszystkie gwarantowały 

gniew nekromanty. Skwitowała ironicznie przysłowie kiwnięciem głowy, po 
czym poprowadziła go przez most z pnia. Przeczołgali się przez klatkę 
piersiową potwora Akhlaura i weszli do lasu. Mag podążał za nią dawno 
zapomnianymi, elfimi ścieżkami, których żaden człowiek magicznie 
uzdolniony, czy nie, nie mógł nawet zobaczyć.

Zapadła noc, a ścieżka zaprowadziła ich na wzgórze o łagodny zboczach. 

Minęli kilka wąwozów i dołów – wszystko, co pozostało z zewnętrznych 
umocnień elfów. Wreszcie stanęli wewnątrz rozpadających się murów 
starożytnego elfiego miasta.

Księżyc oświetlał zrujnowany dziedziniec, zatrzymując się na 

pociemniałych, zarośniętych pnączami ruinach.

Akhlaur popatrzył na to z osłupieniem.
- Co się tu wydarzyło? Rozumiem rabunek, gdyby wiedziano, że elfy żyły 

w tej części Halruaa! Lecz to było ukryte miasto. Z pewnością kilku bardziej 
wykształconych czarodziejów podejrzewało jego istnienie, ale mędrcy i rabusie 
rzadko piją z tej samej butelki.

- Nie rabusie, lordzie Akhlaur, ale czas. Czas i samo Halruaa spiskowały, 

background image

aby je zniszczyć.

- Nie jestem w nastroju do słuchania zagadek – ostrzegł.
Przez chwilę dobierała właściwe słowa.
- Zniszczenie elfów Halruaa nie mogło zostać dokonane przez jednego 

czarodzieja, nawet tak potężnego, jak ty. Gdy ty wzrastałeś w moc, wszyscy w 
Halruaa szukali innego sposobu i udawali, że nic nie wiedzą.

Nekromanta spojrzał na nią tak, jakby twierdziła, że większość drzew 

jest zielona.

- I dopiero teraz odkryłaś naturę ludzkości? Nawet ci, którzy uważają 

siebie za szlachetnych dostrzegają tylko to, co chcą zobaczyć. Zwłaszcza ci, 
którzy uważają siebie za szlachetnych! W końcu raz stworzona iluzja musi być 
podtrzymywana.

- Tak, panie – zgodziła się, choć jego uwagi nie miały dla niej zbyt 

wielkiego sensu.

Gdy przedzierali się przez stosy kryształowych śmieci w stronę 

pozostawionego przez Akhlaura skarbu, nad miastem wisiała dziwna cisza.

Kiva zatrzymała się u wrót elfiej świątyni, spoglądając ze wstrętem na 

scenę przed sobą. To, co kiedyś było miejscem promieniującym pięknem i 
spokojem, teraz przypominało opuszczoną kostnicę.

Kości zalegały całymi stosami. Długie, delikatne elfie kości zwalono w 

jedno miejsce wraz z cienkimi, pożółkłymi szczątkami ludzi, bagiennych 
goblinów, a nawet takich istot jak ptaki czy krokodyle. Większość była 
poczerniała i połamana, prawdopodobnie od wybuchu, dzięki któremu sprytny 
jordain Andris przełamał szarżę nieumarłych istot. Kiva zastanawiała się, ile 
czasu minie, nim zniszczone, porozrzucane szczątki pozbierają się i wrócą na 
swoje miejsce.

Spojrzała na Akhlaura. Kiwnął głową i przestąpił próg.
Jego wtargnięcie uruchomiło zaklęcie ochronne. Stosy kości zadrżały. Ze 

strasznym klekotem nieumarli strażnicy powstali.

Elfie kości potoczyły się po posadzce, odrzucane w miarę jak inne istoty 

nabierały kształtu. Oczy Kivy zwęziły się, jakby chciał stłumić błysk tryumfu, 
który się w nich pojawiły. Elfy, których kości się tu znajdowały, znalazły się 
daleko poza mocą Akhlaura.

Jednak pozostałe nie. Szkielet z szarego kamienia, niska i krzepka postać 

dawno zmarłego krasnoluda uniosła gigantyczny piszczel niczym pałkę i 
ruszyła do przodu. Podłoga pod jego stopami zaczęła się wić, gdy zastępu 
nieumarłych węży i krokodyli pełzły naprzód, odsłaniając obrzydliwie kły. 
Inne szkielety trzymały się za tą forpocztą, niektóre w całości, inne 
niekompletne, skacząc, kulejąc lub pełznąć w stronę intruzów.

Nekromanta zanucił coś cicho, wskazując na zbliżającą się armię, każąc 

im stanąć tu i tam, jakby był wodzirejem. Zbliżająca się fala nieumarłych 
rozdzieliła się, tworząc dwa długie szeregi, zwrócone twarzą do siebie.

background image

W świątyni rozległ się ostry trzask, gdy każda dwunożna istota oderwała 

sobie ramię i drugą ręką uniosła je do góry, tworząc honorowy szpaler na 
powitanie swego mistrza.

Akhlaur przeszedł pod tym ponurym łukiem do najświętszego i 

najpotężniejszego miejsca w świątyni. Elfka szła za nim, z trudem kryjąc 
obrzydzenie.

Tyle magii i po co? Czy ludzie nigdy nie nauczą się, że jeśli coś może 

zostać zrobione, to jeszcze nie znaczy, że tak być powinno? Mimo całego 
samozadowolenia, ostrożnych praw i zwyczajów, Halruaańczycy nie różnili się 
zbytnio od swoich przodków z Netherilu.

Akhlaur zatrzymał się nagle. Przez dłuższą chwilę spoglądał w 

konsternacji na pusty ołtarz.

To był najbardziej niebezpieczny moment. Wszystkie pomysły Kivy 

zostaną sprawdzone właśnie teraz.

Nekromanta spojrzał na nią z furią.
- Gdzie jest kula?
Kiva tylko potrząsnęła głową, jakby była zbyt ogłuszona, by się odezwać.
- Skradziona – zdziwiła się wreszcie. – Musiała zostać skradziona.
- Jaki czarodziej mógł zbliżyć się do tego miejsca?
Stłumiła uśmiech. Oczywiście Akhlaur zakładał, że tylko halruaański 

czarodziej byłby zdolny do takiego czynu!

- Żaden, mój panie – odparła pospiesznie.- Słyszałam jednak pogłoski…
- Mów!
- Krążą opowieści o armii odpornych na magię wojowników. W 

większości jordainów.

Twarz maga wykrzywił wyraz wyjątkowego niesmaku.
- Znów ci jerdayeen – powiedział, używając starego netherilskiego słowa 

określając nadwornego błazna. – Nie był to jeden z moich najbardziej udanych 
eksperymentów.

- A jednak ci głupcy stali się w Halruaa wyjątkowo poważanymi 

doradcami. – Akhlaur zachichotał, słysząc jej słowa, a Kiva dodała: – Nawet 
król ich zatrudnia.

Jej ton był dość niewinny, lecz słowa wywarły pożądany efekt. Na twarzy 

Akhlaura pojawiło się zastanowienie, a zaraz potem gniew.

- Zalathorm – mruknął. – To on posłał jordainów. To on ma kulę!
Kiva wolno skinęła głową.
- To możliwe. Któż inny mógłby wiedzieć tyle o twojej magii i tych 

elfach?

Rzeczywiście, kto? – pomyślała. Przez chwilę Kiva czuła błysk radości – 

emocji, którą, wydawało się, wygnała z serca na zawsze – jaką poznała, gdy 
pękł zielony kryształ Akhlaura, a uwięziona wewnątrz duchy wydostały się na 
wolność.

background image

Akhlaur odwrócił się i ruszył z powrotem pod kościstym łukiem, 

mamrocząc coś po drodze.

- Zginęły dwie kule, a wraz z nimi całą zawarta w nich magia! Tysiące 

zaklęć, setki sił życiowych… a wszystko skradzione. Na przekleństwo i prądy, 
Zalathorm zapłaci za to!

Na twarzy elfki pojawił się paskudny, pełen zadowolenia uśmieszek. 

Szybko go jednak zmazała.

- Byłeś tak blisko, lordzie Akhlaur. Gdyby Zalathorm się nie wtrącił, 

miałbyś w rękach lwią część magii Halruaa. I tak się stanie – dodała 
pospiesznie, gdy nekromanta spojrzał na nią przez ramię.

- Tego możesz być pewna – burknął. – Mam inne kryjówki, inne miejsca 

mocy. Wystarczą aż nadto.

Gdy wynurzyli się na zrujnowanym dziedzińcu, rozłożył szeroko ręce. 

Pojawił się migoczący owal. Akhlaur wszedł w niego…

I znikł jak kamień w mętnej wodzie.
Kiva wyszła magiczną bramą za nim, stąpając lekko po wodzie bagna. W 

przeciwieństwie do Akhlaura, spodziewała się tak mokrego przyjęcia.

Mag wystrzelił z wody i usiadł obok Kivy, nie wyglądając ani trochę 

gorzej niż przed zanurzeniem. Rozejrzał się z zaskoczeniem.

- Co to za miejsce?
- Znałeś je, panie, jako Bagno Ghalahara. Teraz nosi twoje imię.
Kiwnął głową, przypominając sobie.
- Stała tu moja wieża, zanim Zalathorm i jego przeklęta banda 

szarlatanów ją przesunęła. Gdzie reszta posiadłości?

- Więzienia były tam – powiedziała Kiva, wskazując na zbity gąszcz 

kwitnących pnączy. – Tu, gdzie stoimy, kiedyś były ogrody. Widzisz, był tu 
przeciek z Planu Wody. Niewielki przeciek płynnej magii karmił larakena i 
trzymał z dala magów.

Blada twarz Akhlaura rozjaśniła się.
- Zatem moja wieża pozostała nietknięta?
- Tak, za wyjątkiem klejnotu, który wykorzystałam, aby cię uwolnić – 

przerwała na chwilę dla wzmocnienia efektu i dodała: – Wykorzystałam 
undynę, aby go zdobyć.

Oczy nekromanty zwęziły się.
- Nie próbuj powiedzieć mi, że moja wieża znalazła się pod wodą!
Wzruszyła przepraszająco ramionami.
- Zalathorm wrzucił ją do głębokiego pęknięcia. Jestem jedną z trzech 

żywych osób, które wiedzą, gdzie się znajduje – jej słowa zawierały subtelne 
kolce, przypominając nekromancie, że dwóch jego wrogów wciąż żyje.

Akhlaur skrzywił się i rozejrzał po bagnie.
- Zadziwiające, co może przynieść upływ lat.
- To los długowiecznych, panie. Jesteśmy świadkami wielu rzeczy i 

background image

przeżywamy wielkie zmiany.

Akhlaur kiwnął głową, nie do końca rozumiejąc porównanie Kivy. Była 

wciąż młoda jak na elfkę, lecz podczas jej życia zapisano jeden z 
najstraszliwszych rozdziałów ludzkiej historii. Czarodzieje i mędrcy nie 
pojmowali tych ponurych prawd, a ludzie z Halruaa nie wiedzieli o tym, ani 
ich to nie obchodziło.

Cóż, wkrótce się dowiedzą.
Stali przez chwilę razem, pochłonięci prywatną i całkowicie odmienną 

kontemplacją. Akhlaur pierwszy otrząsnął się ze wspomnień. jego bystre, 
czarne oczy omiotły krajobraz, aż wreszcie spoczęły na dłużej, czarnej 
strzydze, posilającej się na trupie fhamara, bezwłosego torbacza bagiennego. 
Owad przypominał komara, ale był wielki niemal jak kociak, a porośnięty 
czarnym futrem brzuch pęczniał od wysysanej krwi. Słychać też było od niego 
dziwną, buczącą melodię.

- Wystarczy – powiedział Akhlaur i zaczął nucić.
Strzyga urosła gwałtownie, niemal natychmiast. W mgnieniu oka 

wyciągnięty ryjek zmienił się w zabójczy oszczep, a dodatkowa długość 
wypchnęła nagle powiększoną istotę wysoko pod niebo. Pieśń strzygi urwała 
się gwałtownie. Pieśń Akhlaura wypełniła zapadłą nagle ciszę.

Owad zwrócił fasetkowe oczy w stronę magów. Wielkie skrzydła zaczęły 

furkotać niczym wiat w osikach, po czym stwór runął w zabójczych zamiarach 
w stronę Akhlaura.

Nekromanta uniósł dłoń. Strzyga zatrzymała się w powietrzu tak 

gwałtownie, jakby uderzyła w mur. Akhlaur zakreślił dłonią mały krąg, a 
wisząca w powietrzu strzyga odwróciła się grzbietem w ich stronę.

- Usiądź – poradził czarodziej, wskazując na stopy potwora. Istota miała 

podwinięte szpony, zakrzywione w kształt kosza.

Kiva chętnie usiadła na proponowanym jej „siedzisku”. Akhlaur usiadł 

obok niej i wypowiedział rozkaz. Wielka strzyga wzbiła się w powietrze z 
szybkością zapierającą Kivie dech w piersi.

Leciała przez dżunglę, skręcając to w jedną, to w drugą stronę, 

przebijając się przez gęste poszycie. Gałęzie rozchylały się, by ich przepuścić, 
jaskrawo upierzone ptaki odlatywały w skrzeczącym proteście. Gdy była 
trzeba, Kiva wskazywała drogę krótkimi słowami, trzymając się mocno 
groteskowej grzędy.

Wreszcie strzyga wylądowała obok długiej, wąskiej sadzawki. Kiva 

zeskoczyła i starła z rąk zakrzepłą krew – istota nie należała do najczystszych 
biesiadników. Uwolniona spod wpływu zaklęcia istota odleciała z buczeniem, 
gwałtownie malejąc.

Przez długą chwilę Akhlaur przyglądał się wodzie. Uniósł wysoko ręce i 

zaczął śpiewać zaklęcie, które stworzyło podczas najazdu Mulhorandów 
wielkiego żywiołaka wody. Powierzchnia sadzawki zadrżała, potem tony wody 

background image

podskoczyły do góry, by przybrać nowy kształt.

Człekokształtna postać, trzy razy wyższa niż elf, podążyła do brzegu, 

rozchlapując wodę. Akhlaur śpiewał dalej, tym razem kształtując zaklęcie 
wyparowania. Istota znikła we mgle, która uniosła się niczym upiór, aż 
ukształtowała się z niej gęsta burzowa chmura. W jej wnętrzu zagrzmiał grom, 
zajaśniała niecierpliwie błyskawica.

- To znacznie obniży poziom wody – powiedziała Akhlaur wyglądając na 

zadowolonego z siebie. – Gdzie powinienem odesłać chmurę? Khaerbaal? 
Halagard?

- Do królewskiego miasta – podsunęła Kiva, odpowiednio dobierając 

słowa. – Odeślij ją do Halarahh.

Akhlaur uśmiechnął się jak rekin i wskazał na wschód. Chmura 

odleciała, zdecydowana zrzucić swój ładunek nad miastem Zalathorma. 
Nekromanta popatrzył pytająco na Kivę.

- Wspaniałe zaklęcie, lordzie Akhlaur – wydusiła z siebie elfka. – Nigdy 

nie widziałem czegoś takiego!

- Śmiem twierdzić, że czegoś takiego nie widział nikt w całym Halruaa. 

Przez dwieście lat żyłem i uczyłem się w świecie płynnej magii.

Wargi Kivy skrzywiły się.
- Zatem wierzę, że tegoroczna pora deszczowa będzie wyjątkowo 

interesująca.

Nekromanta zachichotał, zadowolony z czarnego humoru elfki, po czym 

zabrał się do pracy, wydając Kivie jedno polecenie po drugim, jakby była 
jakimś początkującym uczniem albo zgoła dziewką służebną. Przyjęła swoją 
rolę bez narzekań. Odgrywanie przed Akhlaurem służącej było niczym w po 
równaniu z tym, co już przeszła… i niewielką opłatą za długo oczekiwaną 
zemstę.

***

Za oknami wieży Basela Indoulura szalała wyjątkowo gwałtowna burza. 

Wiatr w stolicy niczym potępiona dusza, a nieprzerwanie padający szary 
deszcz sprawiał, iż wspomnienia słonecznych dni zdawały się tak odległe jak 
sny z dzieciństwa. Basel uważał, że to doskonale tło dla jego badań.

Westchnął i odsunął na bok książkę, rzadki tom pożyczony od człowieka, 

który zastąpił go w Szkole Jordainów. W młodości Basel walczył z Crinti, choć 
poza osobistym doświadczeniem w walce wręcz niewiele wiedział o tych 
widmowych amazonkach. Lecz im więcej czytał, tym bardziej nabierał 
przekonania, że klucz do całej sprawy znajduje się u tych kobiet z domieszką 
drowiej krwi w żyłach. Crinti obawiały się wyłącznie ciemnych faerie. To 
wskazywało na to, że widmowe amazonki posiadają użyteczne informacje.

Basel wstał i zaczął spacerować. Jego odwieczny rywal, Procopio Septus, 

był gorliwym badaczem Crinti, co udowodnił podczas swego ostatniego 
zwycięstwa nad nimi.

background image

Zwycięstwa, które zdaniem Basela było może nieco zbyt dogodne w 

czasie. Być może nadeszła pora, aby potrząsnąć drzewem lorda burmistrza i 
zobaczyć, co z niego spadnie.

***

Godzinę później Basel Indoulur uniósł swój puchar w stronę gospodarza.
- Za bohatera chwili, mistrza żywiołaków burzy. Komponenty od tego 

wielkiego czynu musiały kosztować małą fortunę! Lecz dla Halruaa żadne 
poświęcenie nie jest zbyt wielkie… – i tak dalej, na tę samą melodię.

Procopio Septus udał, że pije i próbował nie patrzeć na swego gościa 

ponad krawędzią kielicha. Choć bardzo się starał, nie mógł pojąć, o co chodzi 
Baselowi. Pękaty czarodziej ze swoją jowialnością i wyraźnym zamiłowaniem 
do dobrego życia był, jak się wydawało, osobą, którą łatwo odprawić. Jednak ci, 
którzy stali się na halruaańskiej polityce wiedzieli, że jest sprawiedliwym, a 
nawet mądrym gospodarzem miasta Halagard. Wielu magów, zwłaszcza ze 
szkoły przyzwań, zawdzięczało swoje wyszkolenie Baselowi Indoulurowi. 
Nigdy nie było u niego mniej niż trzech uczniów. Procopio dziwił się, że Basel 
nie znalazł jeszcze kogoś na miejsce Tzigone, sprawiając kłopoty dziewki, 
której zasługi w ostatniej bitwie były znacznie wyższe niż koszta, jakie poniósł 
Procopio.

Tak naprawdę ostatnia inwazja przyniosła Procopio same zyski. Był 

podejrzane przez ostatnie kilka miesięcy, od czasu gdy na Zephyrze, jego elfim 
jordainie, wykonano karę śmierci jako zdrajcy i współpracowniku Ogara 
Magów Kivy. Po sukcesach Procopia podczas najazdu Mulhorandczyków 
wszystko poszło w niepamięć. Lud Halarahh stał murem za swoim 
burmistrzem, dumny z jego magicznych zdolności i sukcesów militarnych. 
Więcej niż jeden mag przychodził do niego po cichu mówiąc, że być może król 
nie jest już taki jak kiedyś, i delikatnie sugerując, że być może nadszedł czas, by 
człowiek z talentami Procopia sięgnął po swoje.

Mimo to Procopio nie mógł zapomnieć, że uzyskał to wszystko dzięki 

dużej liczbie bardzo nielegalnych działań. Przyjrzał się okrągłej twarzy Basela, 
szukając jakiegoś śladu zadowolonego, domyślnego uśmiechu. Czy to tyko jego 
wyobraźnia, czy w tych mrugających czarnych oczach widzi złowrogi błysk?

- Nie jesteś tu tylko po to, by wypić za moje zdrowie – zauważył krótko.
Basel położył dłoń na piersi, rozstawiając szeroko pulchne palce. Wyraz 

skruchy na jego twarzy wyglądał wiarygodne.

- Nuży cię mówienie o swoich zwycięstwach. Powinienem był się 

domyślić, wszak znam cię jako człowieka skromnego. Wybacz, lecz tak, 
przybyłem tu obładowany pytaniami. Po bitwie zawsze jest zbyt wiele 
zamieszania.

Procopio usłyszał w tych słowach ostrzeżenie. Choć Basel mógł być teraz 

odrażającą mała ropuchą, wiele lat temu zyskał sobie sławę skutecznego maga 
bitewnego. Delikatnie pomachał swoją flagą, przypominając Procopiowi, że 

background image

posiada doświadczenie w dostrzeganiu tego, co potrafią przeoczyć inni.

Wieszcz wstał.
- Pokażę ci coś, co może stanowić odpowiedź na wiele z twoich pytań.
Zaprowadził gościa do pokoju z grami. Stało tam kilka stołów, a na 

każdym z nich inny skomplikowany teren, przedstawiający pole historycznej 
bitwy. Podszedł do stołu odwzorowującego górzysty północny region znany 
jako Nath, miejsce jego zwycięstwa nad Crinti.

Słowo Procopia otworzyło ukryte szuflady, umieszczone wokół stołu. 

Tysiące drobnych, animowanych figurek wyskoczyło z nich i ruszyło do walki. 
Powietrze nad doliną pełną małych wojowników pochłoniętych walką zaroiło 
się od niewielkich statków powietrznych. Wystrzeliły z nich nitki kolorowych 
błyskawic. Oczy Basela rozszerzyły się, gdy dostrzegł niewielki stateczek z 
barwnymi żaglami, na którego pokładzie wymalowano zmysłowe, dość 
roznegliżowane skrzydlate elfy.

- Tak, to twój Avariel – zapewnił go Procopio. – Widzisz przed sobą bitwę, 

w której ostatnio braliśmy udział. Dzięki tym stołom i zabawkom mogę 
odtwarzać bitwy raz po raz, sprawdzając różne strategie i scenariusze. Przez 
lata wiele się nauczyłem.

Procopio wyjął zza pasa różdżkę i machnął nią nad stołem. Niektóre 

figurki zniknęły, ich miejsce zajęły inne. Wiele z wojowników stanowiły 
drobne, szare kobiety.

- Crinti – potwierdził, dostrzegając domyślnie kiwnięcie Basela. – 

Darzyłem je szczególnym zainteresowaniem. Według mnie nikt inny nie zgłębił 
tak bardzo tajemnic szarych amazonek.

- Zatem twoja wiedza o Crinti wzięła się z twojego zainteresowania 

grami wojennymi?

- Żaden z moich wyborów nie jest tak do końca przypadkowy, mój drogi 

Baselu – odparł Procopio, punktując swoje słowa z protekcyjnym uśmiechem. – 
Zapomniałeś, że jestem wieszczem. Dostrzeganie tego, czego nie widzą inni, to 
mój dar.

Te słowa, podobnie jak wcześnie Basela, niosły w sobie subtelne 

ostrzeżenie. Głupi przywoływacz zachichotał i poklepał Procopia po plecach, 
jakby gratulował staremu przyjacielowi doskonałego żartu.

- Ciągle mi to powtarzasz – powiedział jowialnie. – Znalazłeś się w niezłej 

pozycji. Jeśli nikt inny nie może zobaczyć wszystkich tajemnic, które ty 
dostrzegasz, któż mógłby się spierać z twoimi decyzjami?

Procopio odpowiedział lekkim uśmiechem, lecz przez resztę rozmowy 

nie mógł zmusić się do więcej niż kilku krótkich odpowiedzi. Wreszcie ten brak 
serdeczności przebił się nawet przez zbroję Basela i pulchny natręt wyszedł, by 
zanudzać kogoś innego.

Wieszcz natychmiast udał się do swojej pracowni, ściskając w dłoni 

jasnożółty koralik z jednego z warkoczyków Basela. Proste zaklęcie uwolniło 

background image

go, a kolejne sprowadziło do dłoni Procopia. Mając tak osobisty przedmiot, z 
łatwością dowie się tajemnic Basela.

Resztę popołudnia Procopio spędził w narastającej frustracji, 

przyglądając się kulom wróżenia w poszukiwaniu czegoś, co mógłby 
wykorzystać przeciwko swojemu wrogowi. Basel Indoulur najwyraźniej nie 
miał wrogów, nawet kogoś, kto żywiłby do niego urazę. Procopio przywoływał 
obrazy byłych uczniów maga. Gdy delikatnie kierował ich myśli w stronę 
byłego mistrza, na każdej twarzy pojawił się uśmiech. To samo ze służącymi 
Basela, podległymi mu urzędnikami, znajomymi czarodziejami. Wydawało się, 
że poza samym Procopiem żaden z jego znajomych nie ma nic przeciwko 
niemu.

Nagle wpadł na pomysł. Procopio zebrał swoją niechęć w jedną, 

skumulowaną energię. Wysłał ją do błękitno-czarnej kuli, rozsyłając po całym 
Halruaa w poszukiwaniu jej odbicia. Gdy kula zaczęła się rozjaśniać i pojawił 
się obraz, twarz wieszcza powoli zaczął wykrzywiać uśmiech.

Choć wydawało się to niemożliwe, był ktoś, kto nienawidził Basela nawet 

bardziej niż on.

***

Po każdym zwycięstwie jest święto, ale także i łzy. Większość żalu 

Halruaa znalazło ujście w wielkich i uroczystych rytuałach, lecz w całym kraju 
ludzie wylewali łzy i w milczeniu składali przysięgi.

Jedna ze wspaniałych willi w Halarahh stanowiła własność rodziny 

Belajoon. Wiekowa i rozległa, była domem dla czterech pokoleń magów i kilku 
bocznych gałęzi rodzinny. Podobnie jak większość halruaańskich budynków, 
posiadała też swoje sekrety.

W komnacie pod najstarszą częścią budynku stary mężczyzna klęczał 

przed szklanym sarkofagiem. Leżał w nim jego największy skarb, młoda i 
podziwiana żona Sinestra. Była martwa… zabita nie w walce, lecz tajemniczą 
magią.

Żal mieszał się u Uriaha Belajoona z poczuciem winy. Był już nie 

pierwszej młodości, a jego imię nigdy nie zostanie zaliczone w poczet 
największych magów Halruaa. Poza bogactwem i absolutnym poświęceniem 
nie miał czego zaoferować kobiecie takiej jak Sinestra. Lecz w Halruaa było 
wielu innych bogatych mężczyzn, z Uriaha dobrze wiedział, ile oczu podąża za 
Sinestrą. Dał jej ochronny talizman, klejnot, który mógł przenieść ją wprost do 
domu, gdyby jakiś mężczyzna chciał jej dotknąć.

Przybyła do domu. Uriaha znalazł ją w łóżku, a zbyt nieruchoma twarz 

dziwnie się zmieniła. Jednak poznał ją po pierścieniu i niewielkich znakach, 
które, jak miał nadzieję, znał tylko on.

Śmierć Sinestry odsłoniła zaskakującą tajemnicę: swoje piękno w dużej 

mierze zawdzięczała magii. Tego Uriah nigdy nie podejrzewał. Nie był co 
prawda najpotężniejszym magiem, lecz Sinestra była jego uczennicą i nigdy nie 

background image

wyczuwał w jej darze jakiejś niezwykłej siły. Czarodziej, który zmienił jej twarz 
w oblicze bogini musiał dysponować znajomością Sztuki poza zdolnościami 
Uriaha.

A może to właśnie brak zdolności Uriaha ją zabił! Może to słabe, 

ochronne zaklęcie zmieniło dzieło potężniejszego czarodzieja w truciznę. Ta 
myśl dręczyła go tak długo, aż nie mógł jej w końcu znieść.

Zerwał się na równe nogi i ruszył szukać Inkwizytora, specjalnie 

szkolonego czarodzieja związanego ze świątynią Azutha. Niewielu 
czarodziejów było tak sprawnych w wyszukiwaniu początków zaklęć, jak 
ogarowie magów.

Przed zmierzchem powrócił z wysokim, szczupłym mężczyzną, którego 

rozdrażniona twarz nie pozostawiała wątpliwości, co sądzi o tej wyprawie. 
Uriah przypuszczał, że mężczyzna w ogóle nie przyszedłby, gdyby nie 
reputacja klanu Belajoon. Ogar magów oczekiwał hojnego wynagrodzenia, lecz 
to oczekiwanie nie poprawiło jego opinii na temat klienta.

Uriaha dawno przestało obchodzić, co sądzą o nim inni Halruaańczycy. 

Poprowadził go do grobu Sinestry i zostawił, aby zrobił to, co do niego 
należało. Usiadł jednak w najdalszym kącie komnaty, przyglądając się bacznie, 
jak ogar magów rzuca swoje zaklęcia wykrywające.

Wyraz twarzy kapłana zmienił się z niecierpliwości w niedowierzanie. 

Wreszcie opuścił swoją srebrną różdżkę wysadzaną jadeitem i popatrzył na 
Uriaha.

- Mam naprawdę złe wieści.
Stary mag przygotował się na wiadomość, że to jego zaklęcie i brak 

zdolności były przyczyną śmierci ukochanej Sinestry.

- Na twojej żonie spoczywa zaklęcie, nakazujące jej wrócić do twojego 

boku, gdyby dotknął ją inny mężczyzna.

Uriah potwierdził to kiwnięciem głowy
- Mężczyzną, który jej dotknął, był lord Basel Indoulur.
Przez długą chwilę czarodziej i ogar magów spoglądali na siebie, nie do 

końca zdolni pojąć prawdę. Wreszcie w sercu Uriaha zaczęły gromadzić się 
emocje. Był tam strach – gdyż Basel Indoulur był znanym przywoływaczem – 
lecz ten strach bladł wobec gniewu. A z gniewem przyszły mordercze myśli.

- Jesteś tego pewien?
Jego głos był spokojny i ponury. W oczach ogara magów pojawiła się 

czujność, bliska szacunkowi.

- Nie mam wątpliwości. Co mam zrobić z tą wiedzą?
Stary mag zastanowił się. Pomści Sinestrę, tego był pewien. Problem 

polegał na całkowitym braku pomysłów, jak się do tego zabrać!

Zdjął z szyi ciężki, złoty łańcuch i przekazał go ogarowi magów.
- Na razie zachowaj tę wiadomość dla siebie. Gdy nadejdzie właściwa 

pora, wezwę cię, abyś przeprowadził dochodzenie. Ty, i nikt inny.

background image

Oczy ogara magów błysnęły ambicją. W tych niepewnych czasach 

Halruaańczycy szukali zdrajców w każdej studni i pod każdym łóżkiem. Gdyby 
zdołał postawić przed sądem tak potężnego i sprytnego maga jak Basel 
Indoulur, jego sława zostanie ugruntowana!

Pochylił głowę przed Uriahem, zaszczycając pomniejszego czarodzieja 

ukłonem, jaki zwykle wymieniali tylko ludzie o równej randze i mocy.

- Będzie tak, jak mówisz, lordzie Uriah.
Mag czekał, aż jego gość wyjdzie, po czym rzucił się na wypukłe wieko 

sarkofagu Sinestry i zapłakał. Każda łza syciła jego nienawiść do Basela 
Indoulura. Z pewnością nadejdzie okazja do uderzenia, nawet dla takiego 
mężczyzny jak on! A jeśli nie, znajdzie kogoś dysponującego większą mocą i z 
większymi szansami powodzenia.

Jego Sinestra nie żyła. Tak, czy inaczej, Basel Indoulur za to zapłaci.

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Grupka wojowników podążała za niską, ubraną na zielono czarodziejką. 

Półelfka poruszała się w podmokłej dżungli niczym kot. Trzymali się blisko, z 
ponurymi twarzami, rozglądając się nieustannie w poszukiwaniu nowego 
niebezpieczeństwa.

Wśród liści nad ich głowami jakiś ptak wybuchnął maniakalnym 

śmiechem. Skrzek ukrytych żab drzewnych przypominał grupę złych duszków, 
szepczących za drobnymi rączkami i szykujących jakąś psotę. Skradający się 
kot z dżungli – stadna istota znacznie sprytniejsza i mordercza niż górski wilk – 
wyryczał zaproszenie na łowy. Z otaczającego ich lasu dołączały się kolejne 
kocie głosy, aż same drzewa zdawały się wibrować pieśnią niosącą w sobie 
zapowiedź śmierci.

Największy mężczyzna w grupie, daleki kuzyn czarodziejki, opuścił 

maczetę.

- Tylko głupcy wchodzą na Bagna Akhlaura, czy tam jest laraken czy nie!
Półelfka zatrzymała się i odwróciła. Mimo niskiego wzrostu, roztaczała 

aurę mocy, która zatrzymała wojowników w pół kroku. Podobnie jak oni 
wykazywała oznaki zmęczenia po ciężkiej podróży w dusznym gorącu. Czarne 
włosy zwisały w mokrych strąkach wokół lekko spiczastych uszu, a duże, 
migdałowe oczy były głęboko ukryte w wychudłej, poczerwieniałej twarzy.

- Nazwałeś mnie głupcem, Bahari? – spytała ze złowrogim spokojem. 

Mężczyzna spojrzał na nią.

- Weszło nas tu trzydziestu. Zostało siedemnastu. Jak wielu jeszcze musi 

umrzeć?

Uniosła podbródek, a ciemne oczy zwęziły się.
- Dałam słowo maga.
- Jestem pewien, że żona twojego ojca była tym bardzo poruszona – 

background image

parsknął. – Chętnie służysz kobiecie, która tobą gardzi.

Półelfia czarodziejka odwróciła się.
- Nie sądzę, abym znała serce lady Charnli. Ty też nie.
- Znam ją lepiej, niż bym chciał. Nieważne, jak to się skończy, raczej nie 

wynagrodzi żadnego z nas, nawet ci nie podziękuje.

Czarodziejka wzruszyła ramionami i skupiła uwagę na drodze przed 

nimi. Pnącza stawały się coraz grubsze, a duże, lekko świecące zielone kwiaty 
kiwały się w gąszczu. Jeden z nich, duży, ale mocno ściśnięty chwiał się i miotał 
dziko, jakby wewnątrz znajdował się ptak, rozpaczliwie usiłujący wyrwać się z 
tego jaja o miękkiej skorupce. Dochodziło stamtąd stłumione popiskiwanie.

Czarodziejka uniosła maczetę i delikatnie odcięła kwiat od łodygi. 

Wypadła z niego mała złota małpka, wymachując łapkami i piszcząc. Kobieta 
upuściła maczetę i złapała stworzonko, po czym cofnęła rękę z pełnym 
zaskoczenia przekleństwem, gdy małpka wbiła ostre jak igły zęby w jej kciuk. 
Zwierzątko odskoczyło, przeklinając półelfkę, jakby to ona była przyczyną 
wszystkich jego nieszczęść.

Bahari uniósł sardonicznie brew w milczącym komentarzu co do natury 

wdzięczności. Uniósł maczetę swoją i jej, po czym podał kobiecie z lekkim 
ukłonem – szyderstwem z dumnej halruaańskiej rodziny, która wydziedziczyła 
ich oboje.

Z pełnym rezygnacji westchnieniem półelfka skupiła się na kwitnących 

pnączach. Śliczne rośliny były mięsożerne i rosły tam, gdzie było dużo padliny. 
Co dziwne, wśród pnączy było zaplątanych zaledwie kilka kości.

Rozejrzała się bacznie po okolicy. Pnącza wyrastały z pni grubych, 

znacznie starszych bambusów. Jej wzrok przyciągnęła długa, pożółkła kość. 
Wyjęła ją ze starych korzeni, przechylając głowę na bok, by uniknąć kłapiącego 
kwiatu.

Czarodziejka wyprostowała się i pokazała wojownikom ludzki piszczel.
- To nie Zilgorn. Ten człowiek był martwy zbyt długo. Lecz ktoś tu 

niedawno był… te pnącza to nowe odrosty na starych łodygach. Idziemy dalej.

Mężczyźni jęknęli, lecz odsunęli się na bok, gdy czarodziejka rzucała 

zaklęcia, by wysuszyć niebezpieczne pnącza. Szybko porąbali wyschłe zwoje i 
wyszli na coś, co wyglądało na dużą, głęboko ocienioną polanę.

Bahari zapalił pochodnię. Migoczące światło padło na stos marmuru – 

wszystko, co pozostało ze świetnej niegdyś budowli zwalonej przez upływ 
czasu i nieubłagane, zielone ręce dżungli. Pnącza wypełniały pomieszczenie 
niczym gniazdo śpiących węży, niemal całkowicie zasłaniając resztki świątyni 
Mystry. Owijały ołtarz i przechodziły między szkieletami wojowników, którzy 
zginęli z bronią w ręku.

Dwaj mężczyźni nakreślili na swoich sercach znaki odpędzające zło.
- To musi być świątynia ze starej posiadłości Ghalagara – rozmyślała na 

głos półelfka. – Matka mówiła mi o niej. Jej lud mieszkał pod tymi drzewami 

background image

dawno temu, nim klan Ghalagar stracił te ziemie i zmienił nazwisko na Noor.

Czarodziejka odwróciła się, by odejść, zatrzymując się nagle, gdy stanęła 

twarzą w twarz ze szklaną elfią statuą. Jej oczy wypełnił głęboki smutek, a 
kiedy cofnęła się, zaśpiewała kilka przejmujących słów w elfim języku.

- Nekromancja – zauważył ponuro Bahari. – Do tego miejsca przywarł 

smród magii śmierci. Umówmy się, że ta dżungla to świetny grób dla 
nekromanty. Zilgorna i wynośmy się stąd.

Pokręciła głową.
- Zilgorn był moim przyrodnim bratem, nieważne, kim jeszcze. Idziemy 

dalej.

Niewielka grupa w ciszy opuściła świątynię i ruszyła wąską, niemal 

niedostrzegalną ścieżką w stronę rzeki. Odgłosy istot z bagna stawały się coraz 
głośniejsze – rechot wielkich ropuch, ryk krokodyli, brzęczenie niezliczonych 
owadów.

Ich wyprawa zakończyła się na brzegu rzeki przy dziwnym strażniku 

stojącym nad samą wodą.

Otulone skórą kości sugerowały, że był to wysoki, potężnie zbudowany 

człowiek. Do szkieletu przywarły resztki niegdyś doskonałej czerwonej 
tkaniny, a długie, czarne włosy gniły wokół pozbawionej ciała twarzy.

Półelfka podeszła i ostrożnie podniosła złoty medalion, wiszący na jego 

szyi. Przyglądała mu się przez chwilę, po czym kiwnęła głową.

Bahari założył ramiona.
- I tak się to kończy. Znałaś prawdopodobny los Zilgorna, zanim postawił 

nogę w tym przeklętym miejscu.

- Jego matka jest stara. Nie spędzi reszty życia zastanawiając się, co się 

stało z jej pierworodnym.

Wojownik machnął z niesmakiem ręką. Oczy mu się zwęziły, kocim 

ruchem uniósł maczetę niczym miecz i rzucił się na półelfkę.

Atak był niespodziewany, lecz była na tyle szybka, aby odtoczyć się na 

bok. Gdy upadła, słyszała, jak w ciele jej brata rozległa się jakiś klekot. Ze 
zmumifikowanej piersi wystrzeliła chmura gryzącego, brązowego dymu, a za 
nią błyszcząca, zielona głowa bagiennej żmii.

Najemnik zakreślił maczetą szybko, okrągły ruch, owijając zabójczego 

węża wokół ostrza i zatrzymując jego atak. Krzyknął na dwóch innych ludzi, po 
czym rzucił węża na ziemię między nimi. Zaczęli go dziko siekać maczetami.

Polaną zatrzęsła niewielka eksplozja, a z posiekanego węża wystrzeliła 

błyszcząca chmura. Wisiała przez chwilę w gęstym powietrzu, drżąc od 
gromadzącej się magii. Rozpętała się mała burza i błyszczące zielone iskierki 
opadły jak kawałki jasnego, leniwie dryfującego gradu.

- Proszek zombie! – krzyknęła czarodziejka, zrywając się na nogi i 

biegnąć. – Nie wdychajcie go, nie pozwólcie, aby was dotknął!

Większość mężczyzn posłusznie zasłoniła rękami usta i nosy, po czym 

background image

uciekła jak najdalej. Jeden z wojowników potknął się o korzeń i przewrócił. 
Migoczące zieleń opadła, całkowicie go pokrywając. Błysnęło oślepiające, jasne 
światło i szybko zgasło. Ciałem wstrząsnęły straszne drgawki, a krzyki ścichły 
do powolnego rzężenia.

Inni cofnęli się w pełnej grozy fascynacji, gdy ich towarzysz wstał i 

ruszył w ich kierunku, ściskając w dłoni kawałek zakrwawionego węża.

Zaskakująco szybko złapał jednego z mężczyzn i zacisnął dłoń na jego 

szczęce. Otworzył ją siłą i wepchnął węża do jego gardła.

Znów rozbłysło zielone światło i druga i ofiara umarła w gwałtownych 

drgawkach. Dwie pary mętnych, błyszczących oczu spoczęły na pozostałych 
towarzyszach. Zapomniawszy o lojalności, dwaj mężczyźni wyciągnęli broń i 
ruszyli do ataku.

Stojący najbliżej najemnik był zbyt otumaniony, by zrozumieć, zbyt 

wolny, bez zareagować. Nowo stworzone zombie zaatakowały go. Padł z 
krzykiem, ściskając krwawiący kikut ręki. Po kilku chwilach również on się 
podniósł, wymachując swoją odciętą ręką niczym pałką.

Półelfka stanęła, gdy zorientowała się, że żaden z wojowników nie 

dotrzymuje jej roku. Odwróciła się i z przerażeniem oraz niedowierzaniem 
popatrzyła na toczącą się nad rzeką walkę. Nie miała żadnych zaklęć, które 
mogłyby im pomóc – jej talent dotyczył przygotowywania eliksirów leczących – 
lecz nawet dla jej niedoświadczonych oczu widać było, że tak walka będzie 
miała tylko jeden koniec. Każdy zabity mężczyzna wstawał, powiększając 
szeregi nieumarłych towarzyszy.

- Uciekajcie! – wrzasnęła do nielicznych ocalałych. – Uciekajcie lub 

zginiecie!

Bahari odwrócił się do niej, po kilku szybkich krokach już był obok. Z 

łatwością uniósł ją z ziemi, przerzucił przez ramię i ruszył dalej długimi 
susami. Półelfka trzymała się jego pendentu, wdzięczna, że mimo 
wcześniejszych narzekań kuzyn okazał się lojalny wobec rodziny Charnli.

Wreszcie Bahari zatrzymał się. Od niechcenia rzucił półelfkę na ziemię.
Zaskoczona przetoczyła się i popatrzyła na twarz swojego wybawcy, 

wzrok miał mętny i szklany, skupiony na czymś za jej plecami. Ukląkł na jedno 
kolano i pochylił głowę… a raczej to, co z niej zostało.

Z przerażeniem pojmując, co się stało, czarodziejka patrzyła na 

zmiażdżoną czaszkę mężczyzny. Towarzyszył temu szmer posłusznego 
przyklękania pozostałych wojowników. Ku jej przerażeniu, za Bahari podążyła 
całą drużyna. Dygocząc, popatrzyła na przedmiot uwielbienia nieumarłych 
wojowników.

Wysoki, łysy mężczyzna przyglądał się małej armii z uśmiechem na 

pokrytej zielonymi łuskami twarzy. Potem czarne oczy popatrzyły na półelfkę. 
Wyciągnął błoniastą, lekko zieloną dłoń. Niczym kropelka śliny spłynęła z niej 
kolejna, mniejsza żmija i popełzła w jej stronę.

background image

Próbowała uciec, ale zdradzieckie ciało odmówiło posłuszeństwa. 

Pochwycona w tym koszmarze mogła tylko bezradnie krzyczeć, gdy żmija 
pełzła po jej ciele. Potem wąż wpełzł do jej usta, a ona nie mogła już krzyczeć.

Gdy żmija pełzła przełykiem, poczuła straszliwe zimno, a potem fale 

straszliwych konwulsji. Życie uciekało jak mgła, pozostawiając dziwną, zimną 
pewność. Każde zaklęcie, którego kiedykolwiek się nauczyła, bądź rzuciła 
tkwiło gotowe w jej umyśle, tak nieruchome, jak nieumarli wojownicy. Uniosła 
dłoń i popatrzyła z przerażeniem na zachodzącą przemianę: blady brąz 
zmieniał się w chorą szarość, a skóra na jej delikatnych palcach stała się tak 
twarda, jak u dokera.

Gorączkowo wyciągnęła zza pasa mały nożyk i przecięła sobie 

nadgarstek. Popłynęła gęsta, ciemna krew, lecz puls już dawno zniknął. Nie 
mogła nawet odebrać sobie życia. Już zostało jej odebrane.

- Tylko nie to – wychrypiała, błagając wzrokiem dziwnego, zielonego 

maga. – Zabij mnie, ale nie zamieniaj w licza!

Zniecierpliwione westchnienie sprawiło, że półelfka popatrzyła na 

kobietę stojącą w cieniu maga. Była dziką elfką o miedzianej skórze, z grzywą 
bujnych, zielonych włosów. W jej złotych oczach było to samo przerażenie, 
które czuła umierająca czarodziejka.

Wzrok półelfki spoczął na opuszczonej przez Bahariego maczecie, potem 

znów na twarzy elfki.

Es’-Caerta – błagała; było to nieprzetłumaczalne elfie słowo, używane 

tylko na zakończenie formalnych modlitw o błogosławieństwo i błaganie 
bogów.

Niezależnie od tego, czy zielona elfka zrozumiała to, czy nie, półelfiej 

czarodziejce wydawało się, że to będą najlepsze ostatnie słowa.

Elfka bez wahania pochyliła się i uniosła maczetę. Zaczęła wirować, raz, 

drugi, aby nabrać siły i rozpędy. Tuż przed tym, jak ostrze uderzyło, oczy 
półelfki spoczęły na ponurej twarzy jej wybawicielki, a milczące usta po raz 
ostatni wypowiedziały elfie błogosławieństwo.

***

Kiva zatrzymała się niepewnie, wciąż ściskając w dłoniach zakrwawioną 

maczetę. Przez chwilę przyglądała się swemu dziełu: starannie odcięta głowa, 
elfie oczy zamknięte w spokoju, słaby uśmiech zadowolenia na pozbawionych 
krwi ustach.

W następnej chwili została ciśnięta w powietrze. Uderzyła plecami o 

drzewo i osunęła się na ziemię.

Gdy odzyskała wzrok, Akhlaur stał nad nią z wściekle wykrzywioną, 

bladozieloną twarzą.

- Masz pojęcie, co właśnie zmarnowałaś?! Pozbawiłaś mnie sługi tak 

posłusznego jak reszta tych głupców, lecz dysponującego mocą nieumarłego 
czarodzieja!

background image

Kiva stanęła na nogi, wspierając się na pniu.
- Nie można zmienić innego maga w licza, to niemożliwe!
Zbył te oczywiste bzdurę machnięciem płetwiastej dłoni i dalej patrzył 

na nią, najwyraźniej oczekując jakichś wyjaśnień.

Lecz Kiva nie mogła wymyślić żadnego usprawiedliwienia dla swojego 

impulsywnego zachowania – przynajmniej takiego, które Akhlaur mógłby 
zaakceptować.

- Była półelfką – powiedziała w końcu – więc i słabym sługą.
Gniew nekromanty osłabł, a w jego oczach niczym ciemne słońce 

pojawiło się jakieś mroczne rozbawienie.

- A co powiesz o swoich potomkach, mała Kivo? Czy aż tak pogardzasz 

ich ludzką krwią? A może ich też zabiłaś?

Z jakiego zamkniętego zakątka jej serca buchnęła fala emocji, uczuć, 

które Kiva uważała za dawno martwe. Opuściła oczy, by ukryć obrzydzenie, 
nienawiść i wstyd. Każda z tych reakcji mogła skończyć się tragicznie.

Nie mogła też odpowiedzieć na pytania nekromanty, nie wpadając w 

kolejną przepaść. Urodziła tylko raz, zanim narodzenie larakena zniszczyło 
całą nadzieję na dalsze potomstwo. Jej zrodzona dawno temu córka była 
półelfką, chudym, chorowitym czymś ledwo czepiającym się życia, niemal 
kompletnie pozbawionym magii. Akhlaur nigdy nie przyznał się do ojcostwa, 
ale dobrze wykorzystał dziewczynkę. Ten smutny mieszanie był pierwszym 
całkowicie pozbawionym magii służącym Akhlaura i zalążkiem pomysłu, który 
ostatecznie wyklarował się w koncepcję zakonu jordainów.

Dla Akhlaura była tylko obiektem nekromanckich eksperymentów, 

niczym więcej. Gdyby przypomnieć mu o jakichś więzach krwi, poczułby się 
tym obrażony. Mimo to Kiva nie mogła przyjąć podobnego punktu widzenia 
bez uwłaszczania ludzkiemu ojcu dziecka.

Żadna odpowiedź nie była poprawna i każda mogła przynieść ostrą 

ripostę. Był to ten rodzaj okrutnej gry, którą Kiva pamiętała ze swojej niewoli. 
Ale ona nie była już pojmaną elfią dziewczynką.

Uniosła głowę, a jej oczy stały się zamarzniętym bursztynem.
- Moim jedynym żywym dzieckiem jest laraken. Ma w sobie część magii 

Akhlaura. Jak mogłabym się tego wypierać?

Przez długą chwilę mierzyli się wzrokiem. Potem Akhlaur pochylił się i 

uniósł za włosy głowę półelfki.

- Jak sądzisz, ile mogła mieć lat?
Kiva zamrugała, słysząc to nieoczekiwanie pytanie.
- Czterdzieści, może czterdzieści pięć lat. Dość młoda jak na półelfka, coś 

jak dwadzieścia pięć lat dla człowieka.

- Zatem zakładam, że raczej nie osiągnęła statusu arcymaga.
- Mało prawdopodobne.
- Szkoda. Znam zaklęcie, które wymaga sproszkowanej czaszki arcymaga 

background image

zmarłego podczas transformacji w licza.

Kiva spojrzała na niego z niedowierzaniem.
- Czy to zdarza się na tyle często, aby uwzględnić coś takiego jako 

składnik czaru?

- Gdyby to był popularny czar, nie byłby wart rzucania – nekromanta 

wrzucił głowę do sadzawki i postukał się w podbródek, spoglądając na 
rozchodzące kręgi. – Cóż, nieważne. Są inne sposoby, aby podnieść wieżę.

Wydał nieumarłym krótki rozkaz. Zabrali się do pracy, kopiąc wąski 

kanał, który skierowałby wodę w dół wzgórza, do pobliskiej rzeki.

- Drobna rzecz – powiedziała, wzruszając ramionami – lecz ta rzeka 

napędza sadzawkę, w której pływa moja wieża. Im więcej wody będzie 
usuniętej z sadzawki, tym łatwiej mi będzie ją wydźwignąć. Być może 
przeniosę ja na dawne miejsce. To było wyjątkowo silne miejsce mocy.

Kiva poczuła ponurą satysfakcję, drobną odpłatę za okrutną grę 

Akhlaura. Nie była jedyną osobą, która przeżyła wstyd i porażkę.

- Być może przed takim wielkim przedsięwzięciem powinniśmy 

odwiedzić to miejsce. Możliwe, że laraken wypił całą jego moc. Jeśli tak, tutaj 
będzie jej tak samo dobrze, jak gdziekolwiek indziej na bagnie.

Akhlaur zastanowił się nad tym, a potem zaczął nucić zaklęcie magicznej 

bramy. Przeszedł przez nią wraz z Kivą – znaleźli się obok zamulonych 
moczarów, które po raz pierwszy powitały ich na Bagnach Akhlaura.

- To najwyższy punkt w twojej byłej posiadłości – powiedziała Kiva. 

Wskazała na obelisk, kamień mocno porośnięty mchem i na wpół zanurzony w 
wodzie.

- Wieża stała tam.
Nekromanta przyjrzał się obeliskowi zmrużonymi oczami.
- Moc tego miejsca zniknęła, ale odrobina mocy przywarła do kamienia. 

Chodź.

Rzucił zaklęcie, pozwalające im chodzić po bagiennej wodzie. Kiva 

ruszyła za nim, doskonale wiedząc, co znajdą.

Przezroczysty obraz szczupłej dziewczyny o gołębim spojrzeniu, opartej 

o obelisk, spoglądającej z mieszanką beznadziei i tęsknoty na coś pod 
powierzchnią wody. Oczy nekromanty rozszerzyły się, gdy ją poznał, a potem 
zwęziły w wąskie, płonące furią szpary.

- Noor!
Akhlaur wypowiedział imię swojej byłej, zdradzieckiej uczennicy jak 

przekleństwo. Widmowa dziewczyna podniosła głowę, na jej twarzy pojawiło 
się przerażenie. Odwróciła się, składając ręce, aby odpędzić lawinę czarów, 
jakie na nią rzucił. Kule ognia leciały w jej kierunku, sycząc i parując w 
wilgotnym powietrzu. Z dłoni maga wyleciała czarna błyskawica, paląc na 
popiół mech porastający obelisk. Jednak żadne z tych zaklęć nie miało wpływu 
na ducha Noor.

background image

Choć widok upokorzonego Akhlaura był zabawny, wreszcie Kiva 

znudziła się tym i położyła dłoń na ramieniu nekromanty.

- Nie sądzę, abyś zdołał zniszczyć ducha, lordzie Akhlaur. Umarłą, gdy 

Zalathorm odzyskał szkarłatną gwiazdę. Wygląda na to, że jej duch jest jakoś 
związany z klejnotem. Nie zdołasz zemścić się na Noor, dopóki gwiazda jest w 
posiadaniu Zalathorma. Im szybciej zostanie ona zniszczona, tym wcześniej 
moc Zalathorma zostanie pokonana!

Nekromanta uspokoił się. W mgnieniu oka jego wykrzywiona gniewem 

twarz wygładziła się w typowym dla niego, lekkim i lekceważącym uśmieszku.

- Upadek Zalathorma będzie czymś wspaniałym, ale czemu miałbym 

chcieć zniszczyć klejnot?

Kiva dostrzegła błysk niepewności w czarnych oczach nekromanty.
Mógłbyś go zniszczyć, gdybyś tylko chciał.
Usta maga zacisnęły się w wąską kreskę; Kiva przez chwilę obawiała się, 

że przeceniła swoje wpływy.

- Mógłbym – przyznał wreszcie. – Stworzyła go nasza trójka,. Jego 

zniszczenie będzie również wymagać trzech osób.

Elfka opuściła ramiona.
- Zatem nie możesz zabić Zalathorma.
- Tego nie powiedziałem – warknął Akhlaur, wymierzając w jej stronę 

palec. – Szkarłatna gwiazda będzie trudna do pokonania, ale nie jest to 
niemożliwe. Odbuduję mój magiczny arsenał tak, by Zalathorm nie był w 
stanie go pokonać.

Kiva odwróciła się gwałtownie, udając, że zainteresował ją znikając duch 

Noor. W tej chwili jej sny wydawały się niemal równie niematerialne.

Przez wiele lat Kiva zakładała, że Akhlaur chce zniszczyć klejnot, aby on 

i Zalathorm mogli walczyć jak równy z równym. Nigdy nie przyszło jej na myśl, 
że trzej twórcy klejnotu musieliby działać zgodnie.

Takie porozumienie zdawało się poza zasięgiem byłych przyjaciół, 

dawno temu zamienionych w śmiertelnych wrogów. Jednego z nich Kiva miała 
w ręku, lecz Akhlaur okazał się trudniejszy do kontrolowania, niż się 
spodziewała.

Nagle wpadła na pomysł. Akhlaur właściwie nie powiedział, że klejnot 

muszą zniszczyć trzej jego twórcy. Wspominał tylko o trzech osobach. Kiva 
uświadomiła sobie, że zna kamień i jego moce. Ochraniał swoich twórców… i 
ich potomków.

Potomków! Znała trzech potomków aż za dobrze! Raz po raz unikali 

śmierci i pułapek. Jeśli ten przeklęty pomiot maga korzysta z ochrony 
kryształowej gwiazdy, może go również zniszczyć.

Kiva odwróciła się do nekromanty.
- Muszę wyruszyć do stolicy, by zebrać informacje, które mogą okazać się 

przydatne.

background image

Mag odprawił swoją elfią „służącą” roztargnionym ruchem ręki. Kiva 

szybko przywołała bramę i wyszła w miejscu docelowym – otulonej głębokim 
cieniem altance w publicznych ogrodach Halarahh.

Niemal wpadła na parę młodych, sądząc po stroju zwykłych służących, 

zbyt zajętych sobą, aby dostrzec jej pojawienie się. Kiva podniosła prosty nóż, 
który chłopak odłożył na bok. Mocno uderzyła rękojeścią w głowę dziewczyny, 
potem jednym gładkim cięciem pozbyła się zalotnika, starając się, aby zbyt 
wiele krwi nie poleciało na zaskoczoną dziewczynę. Kiva uklękła przy niej i 
szybkim ruchem skręciła kark.

Ofiara Kivy była niska i szczupła, a jej suknia prawie pasowała na 

smukłą elfkę. Ponieważ dziewczyna przygotowywała się do rytuału, nosiła też 
kaptur i płaszcz. Mogła pod nimi ukryć zdradzające ją włosy. Zadowolona z 
tego niespodziewanego łupu, Kiva je przejęła. Przebrała się szybko w jej stroje i 
ruszyła w zapadającym mroku w stronę wieży Basela Indoulura.

Bramę otworzyła ciemnowłosa, młoda kobieta, ubrana w błękitną szatę 

ucznia. Dziewczyna była tka podobna do zmarłej dawno temu Noor, że przez 
chwilę Kiva czuła, iż wciąż patrzy na ducha.

- Jesteś uczennicą lorda Basela? Dziedziczką rodu Noor?
Dziewczyna uśmiechnęła się.
- Jestem jedną z uczennic, lecz mam starszą siostrę, więc nie jestem 

jedyną, która coś odziedziczy. Jestem Farrah, druga córka Ahaza i Beryl Noor. 
W czym mogę ci pomóc?

Kiva zerknęła ponad jej ramieniem.
- Właściwie to przyszłam odnaleźć innego ucznia. Dziewczynę zwaną 

Tzigone.

Z twarzy Farrah zniknął uśmiech.
- Tzigone zaginęła po ostatniej bitwie. Musiałaś niedawno przybyć do 

Halarahh, bo śpiewają o niej na każdym rogu.

Zachęcona przez Kivę uczennica powtórzyła całą historię. W 

najważniejszej chwili, gdy Crinti mogły pokonać armię Halruaa, a ciemne 
faerie czekały, by przecisnąć się przez portal w powstałą szczelinę, Tzigone nie 
tylko zamknęła bramę wody, lecz również zaciągnęła zasłonę między 
światami. Poświęciła siebie, łącząc swoją magię z magią innych czarodziejów.

Kiva przypomniała sobie wstrząs, który wyrwał ją i Akhlaura z Planu 

Wody. A więc to była jego przyczyna! Powinna być wdzięczna, że wybrana 
przez Tzigone chwila rzucenia czaru tak dobrze zgrała się z momentem, gdy 
ona rzuciła swój, lecz tak naprawdę czuła tylko wściekłość. Bękart Keturah 
wtrącił się jeszcze raz!

Cóż, może nie wszystko zostało stracone.
- A co z jej przyjacielem, jordainem Matteo?
Farrah rozpromieniła się.
- To drugi bohater. Żyje i służy jako doradca królowi Zalathormowi.

background image

Kiva poczuła ostre szarpnięcie paniki, nad którym szybko jednak 

zapanowała.

- Znam Mattea. Musi być bardzo zasmucony utratą Tzigone. A co się stało 

z jego przyjacielem Andrisem?

- Żyje – odparła krótko dziewczyna. – Czeka na proces za zdradę, lecz 

słyszałam, że został zwolniony za poręczeniem Mattea. Chciał odwiedzić 
miejsce, gdzie zniknęła Tzigone i zabrał Andrisa ze sobą jako przewodnika.

Raczej myślał o czym bardziej konkretnym niż jej opłakiwanie, 

pomyślała ponuro Kiva. Skoro ona i Dhamari Exchelsor mogli znaleźć zaklęcie 
rozdzielające zasłonę do krainy Niewidzialnego Ludu, w końcu inni magowie 
mogliby zrobić to samo.

Gdyby tak się stało, wszyscy potomkowie czarodziejów znaleźliby się w 

jednym miejscu. To znacznie upraszczałoby sprawę.

Kiva namacała ukryty pod skradzionym płaszczem nóż i zastanowiła się, 

co robić dalej. Choć kaptur zasłaniał jej włosy i uszy, twarz nadal była 
zdecydowanie elfia. Farrah Noor nie może nikomu powiedzieć, że odwiedziła 
ją elfka, pytając o Mattea i Tzigone. W Halruaa nie było zbyt wielu elfów, a 
pojawienie się któregoś z nich o tej porze i w tym miejscu zbyt szybko 
doprowadziłoby do Kivy. Mogła albo zabić Noor, albo zabrać jej pamięć. W 
Halruaa morderstwo było zbyt ryzykowne, gdyż prowadziło do magicznego 
śledztwa. Nawet stratę pamięci da się odwrócić.

Elfka zmusiła się do uśmiechu i podziękowała Farrah za jej czas i 

uprzejmość. Odeszła i skręciła w boczną uliczkę, gdzie czekała, aż mocno 
zbudowany młodzieniec wejdzie do wieży bocznymi drzwiami. Po chwili w 
pokoju kilka pięter wyżej zamigotało światło lampy. Kiva dostrzegła sylwetkę 
mężczyzny.

Zamknęła oczy, przywołała w pamięci jego twarz i postać, nucąc zaklęcie 

zdolne nałożyć iluzję na nią samą. Odziana w obraz młodego człowieka 
podeszła do drzwi i zapukała.

Znów w drzwiach pojawiła się Farrah. Jej ciemne oczy rozszerzyły się z 

zaskoczenia.

- Mason! Znowu zapomniałeś klucza?
Aby głos jej nie zwiódł, Kiva zakaszlała tylko, kiwając potakująco głową. 

Dziewczyna cofnęła się, aby „Mason” mógł wejść. Kiva wyciągnęła nóż i 
poczekała, aż dziewczyna zamknie drzwi na klucz. Gdy Farrah odwróciła się w 
stronę napastnika, a zaskoczenie w jej oczach zmieniło w strach i błaganie, 
Kiva uderzyła.

Wciąż pod postacią Masona wytarła nóż o szatę Farrah i ruszyła po 

schodach do pokoju na wieży. Prawdziwy Mason już spał, leżąc na plecach i 
chrapiąc jak żeglarz. Kiva wyciągnęła z torby eliksir zapomnienia. Wlała go, 
kropla po kropli, w otwarte usta ucznia. Gdy fiolka była już pusta, upuściła go 
na podłogę wraz z zakrwawionym nożem.

background image

Gdy znajdą ciało Farrah i rozpocznie się dochodzenie, ogarowie magów 

odkryją, kogo widziała Farrah, poznają jej przekonanie co do tożsamości 
mordercy. Mason, rzecz jasna, nie będzie nić o tym wiedział. Jego jakże 
wygodna utrata pamięci może być traktowana jako akt samoobrony albo 
warstwa bardziej skomplikowanego wykrętu. Tak czy inaczej, minie trochę 
czasu, nim sytuacja zostanie wyjaśniona.

Kiva zamierzała dobrze ten czas spożytkować. Zaczęła rzucać kolejny 

czar, który miał ją zanieść daleko stąd. Nim ciało Farrah Noor ostygnie, Kiva 
będzie już w Nath, dzikich północno-zachodnich górach. Do jutra potomkowie 
wszystkich trzech czarodziejów – twórców kryształowej gwiazdy – znajdą się w 
jej rękach.

ROZDZIAŁ ÓSMY

Nad dzikimi górami zagrzmiało z burzowych chmur. Deszcz wciąż padał, 

a uderzająca od czasu do czasu błyskawica na chwilę oświetlała niegościnny 
teren.

Kiva poruszała się przez Nath niczym cień; pomagała jej w tym elfia 

zdolność widzenia nocy. Była czujna, gdyż jej cel o elfiej krwi również ją 
posiadał.

Przez lata kontaktów z bandyckimi Crinti Kiva poznała ich ścieżki, 

nawyki, kryjówki. Cicho przeszła między wijącymi się przesmykami, ponad 
piargami, w stronę ukrytego posterunku. Dostrzegła tam szczupłą 
wojowniczkę, podobną do cienia postać o ciemnoszarej skórze i włosach. Stała 
na szeroko rozstawionych nogach, unosząc twarz do dzikiego nieba, jakby 
rzucając wyzwanie bogom.

- Xerish – mruknęła Kiva, rozpoznają crintyjską zwiadowczynię. Macała 

w swojej torbie, dopóki nie znalazła potrzebnych składników zaklęcia. wtedy 
wstała i wykrzyknęła powitanie w łamanym, zanieczyszczonym elfim 
dialekcie, którego Crinti z taką dumą używały.

Zwiadowczyni odwróciła się z wyciągniętym mieczem i czujną twarzą. 

Jej napięcie zmieniło się w radość, gdy Kiva wyszła ze swej kryjówki.

Xerish skoczyła i objęła elfkę w miażdżącym, siostrzanym uścisku.
- Elfia siostro! Tak się cieszę, że żyjesz!
- Mnie to również cieszy – odparła Kiva najcieplej, jak tylko zdołała. 

Szybo uwolniła się z ramion Crinti i wyjęła mały, mocno zaśniedziały srebrny 
medalion. – Mam dla ciebie prezent.

Crinti wzięła błyskotkę i przyjrzała się jej z ciekawością.
- Otwórz – zachęciła Kiva.
Xerish znalazła zamek. Wewnątrz leżał kosmyk siwych włosów. 

Popatrzyła zaskoczona na Kivę.

- Pamiątka – powiedziała elfka, potwierdzając niezbadane pytanie 

background image

wojowniczki. – Jedyna znana pozostałość po Mahdirze, wojowniczce, która 
założyła wasz klan.

Crinti szybko założyła medalion na szyję. Pod wpływem uczucia 

wyprężyła się i zasalutowała Kivie, uderzając o pierś skrzyżowanymi 
pięściami.

- Przysięgam, iż dowiodę, że jestem warta tego zaszczytu. Moje życie 

należy do ciebie.

Na twarzy Kivy zamigotał uśmiech.
- Powiedz mi, jak nam poszło w ostatniej bitwie?
Szara twarz spochmurniała.
- Źle. Wiele Crinti zginęło z rąk Halruaańczyków, niektóre uciekły do 

królestwa ciemnych faerie. Zwiadowcy zbierają niedobitki. Przez nowiem 
wrócimy do Dambrath.

Kiva skinęła głową.
- Daleko stąd do obozu?
- Godzina biegu, może dwie. Zaprowadzę cię tam.
Xerish zaczęła szybko przebierać długimi nogami. Elfka z łatwością 

dotrzymywała jej kroku. Gdy kilka kroków od nich pojawiły się zasłonięte 
przez deszcz i mgłę stożkowate kurhany faerie, Kiva zwolniła, opierając się o 
kolana i ciężko sapiąc, jakby była wyczerpana biegiem.

Zaniepokojona Crinti wróciła. Kiva wyprostowała się gwałtownie, 

wyciągając rękę i rzucając w nią pociskiem czarno-czerwonej energii. 
Magiczny pocisk trafił Xerish w pierś i cisnął na jeden z kurhanów. Upadła 
ciężko, z szeroko rozłożonymi ramionami. Leżała tam niczym owad przypięty 
do gablotki, niezdolna zaczerpnąć tchu.

Kiva wyjęła narzędzia ze swojej torby – mały młotek i cztery długie, 

srebrne kolce. Zajęła się ogłuszoną Crinti z ponurym zamiarem godnym łowcy 
wampirów. W padającym deszczu rozległy się tępe uderzenia, gdy przebijała 
kołkami jej dłonie i stopy. Przez ten czas magicznie uwięziona Xerish nie 
krzyknęła. Wojowniczki Crinti nie okazywały bólu, lecz jej dziwne, niebieskie 
oczy płonęły dzikością i poczuciem zdrady.

Kiva wstała i nucąc, zaczęła krążyć wokół kurhanu w lewą stronę. 

Wreszcie wróciła na miejsce, wytrzymała oskarżycielskie spojrzenie ofiary i 
nagle ostro klasnęła. Magia rozbłysła niczym czarna błyskawica, a Crinti 
została gwałtownie wciągnięta do wnętrza kurhanu.

Elfka czekała, aż jej mroczne zaklęcie dopełni się. Życie za życie – Kiva 

gładko skazała Xerish na miejsce, którego Crinti bały się bardziej niż śmierci, w 
zamian za wolność kogoś znacznie bardziej użytecznego.

Wreszcie trzeszcząca energia wystrzeliła w drugim wybuchu. Kiva 

zamknęła oczy i odwróciła głowę od nagłego, oślepiającego rozbłysku. Gdy 
spojrzała ponownie, u podstawy kurhanu kuliła się zwinięta postać.

- Nie – powiedziała słabo Kiva, spoglądając z niedowierzaniem na swoją 

background image

zdobycz.

Uwolniony człowiek nie był Tzigone, nie był nawet kobietą! U stóp Kivy 

kulił się halruaański mężczyzna. Blada twarz przypominała raczej łysą łasicę, a 
pot i krew przylepiły do czaszki pasemka rzadkich włosów.

Wrzeszcząc z niepohamowanego gniewu, Kiva raz po raz kopała 

czarodzieja. On tylko się zwinął, osłaniając głowę rękami, a jego chudą postacią 
wstrząsał szloch. Z dłoni wypadł mu znajomo wyglądający talizman. Skoczył za 
nim, oplatając łańcuszek wokół każdego palca i ściskając medalion tak, jakby 
stanowił jego jedyny łącznik z życiem i zdrowymi zmysłami.

Kiva przypuszczała, że tak właśnie było.
- Dhamari Exchelsor – powiedziała z pogardą. – Jak to się dzieje, że za 

każdym razem, gdy jakiś czar idzie źle, Dhamari jest gdzieś obok?

Szlochający człowiek nagle znieruchomiał. Po chwili spojrzał na swoją 

dręczycielkę.

- Kiva?
W tym jednym słowie mieściły się całe pokłady nadziei. Kiva skrzywiła 

się. Jeśli Dhamari widział w niej pocieszenie, to był naprawdę w złym stanie!

Lecz Kiva zawsze lubiła improwizować. Ukucnęła obok czarodzieja, 

uspokajająco nucąc bezsensowne słowa. Wziął podaną mu flaszkę i wypił, z 
początku z wahaniem, a potem bardzo łapczywie. Wreszcie wyrwała mu ją z 
rąk.

- Jesteś bezpieczny, Dhamari. Sprowadziłam cię z powrotem.
Kiva obserwowała, jak powoli przyjmuje to do wiadomości, spojrzenie 

nabiera ostrości i staje się tak twarde jak obsydian.

- Gdzie ten bękart Keturah?
Lód w jego głosie zaskoczył ją. Przysiadła na piętach i zaczęła mu się 

przyglądać. Wytrzymał jej spojrzenie bez mrugnięcia okiem, a przez kilka 
chwil Kiva spoglądała w odbicie własnej duszy.

- Nienawiść – powiedziała z uznaniem. – Pragnienie zemsty. Gdzie ta 

płaszcząca się łasica, którą znałam i pogardzałam przez tyle lat?

Czarodziej zniósł jej szyderstwo bez mrugnięcia okiem.
- Zniknęła, a kto może o tym wiedzieć lepiej niż ty? Razem 

dowiedzieliśmy się, dlaczego Crinti tak boją się ciemnych faerie. Wiesz, co się 
dzieje z tymi, którzy przechodzą przez zasłonę i wracają. Przeszedłem przez 
kuźnię. Żużel został wypalony, pragnienia mojego serca utwardzone na stal.

- Jak u drowów przed tobą – odparła Kiva, powtarzając legendę 

wyjaśniającą absolutne zło ciemnych elfów.

Dhamari właściwie się uśmiechnął.
- Prawie tak. Jestem gotów dokończyć to, co zacząłem wiele lat temu, nim 

ucieczka i śmierć Keturah pokrzyżowała mi plany.

- Tak, wierzę w to – powiedziała z namysłem. – Nim zaczniesz dalej 

wspinać się ku nieśmiertelności, jest jeszcze jedna rzecz, o której powinieneś 

background image

wiedzieć. Keturah nie umarła.

Czarodziej popatrzył na Kivę.
- Jak to możliwe? Sama powiedziałaś mi o jej śmierci! Przyniosłaś mi jej 

medalion! – Uniósł łańcuszek z mały, prostym owalem.

Kiva skrzywiła się.
- Crinti są dokładne. Gdy skończyły z Keturah, była nie do poznania. 

Powiedziały mi, że umarła, a ja im uwierzyłam. Nikt, kto ją wtedy widzi, by w 
to nie wątpił.

- Ale żyje.
- Mniej więcej. Znana jest teraz jako królowa Beatrix.
Dhamari długo patrzył na Kivę, po czym roześmiał się bez radości.
- Zatem Keturah, mistrzyni przywoływania, stała się szaloną królową 

Halruaa! Dziwne, jak kształtują się ludzkie ścieżki.

Nagle przestał się śmiać.
- To dlatego Rada Starszych tak szybko po zniknięciu Keturah dała mi 

dokumenty rozwodowe! Myślałem, że to uprzejmość, bo jakiż czarodziej 
chciałby utrzymywać stosunki z oskarżoną o morderstwo? To było dzieło 
Zalathorma, prawda?

- Najprawdopodobniej – powiedziała Kiva, choć wcale nie o to chodziło. 

Zephyr, jej krewniak i sojusznik, zatroszczył się o ten szczegół.

- Zatem Zalathorm zna dawną tożsamość królowej – powtórzył Dhamari 

jak ktoś, kto próbuje objąć myślą coś, co go przerasta.

- Jakże by nie? Czyż nie jest największym wieszczem w całym Halruaa?
Dhamari przemyślał to ze ściągniętą twarzą.
- Gdyby król wiedział o wszystkim, co zaszło między mną a Keturah, to 

już bym nie żył. Nie wiedział też o najeździe z Mulhorandu. Czy to możliwe, 
aby jego zdolność przewidywania była bardziej legendą niż faktem?

- Wielu magów zadaje sobie to pytanie. Przypuszczam, że uznasz 

Halarahh za interesujące miejsce. Czy mam przenieść cię do twojej wieży?

Mag kiwnął głową. Wstał, krzywiąc się z bólu, i pokuśtykał w stronę 

bramy, którą otworzyła dla niego Kiva.

Pozostawiona sama sobie czarodzieja zaczęła przyglądać się kurhanowi 

faerie. Zaklęcie zastępstwa było trudne i wymagało wiele mocy. Nie mogła go 
rzucić ponownie, nie bez wielu godzin nauki, dni odpoczynku i składników 
wyjątkowo trudnych do znalezienia. Na razie Tzigone będzie musiała zostać 
tam, gdzie jest.

Kiva miała tylko nadzieję, że zdoła dotrzeć do dziewczyny przed 

Matteem.

***

Dhamari wyszedł z magicznego portalu w swoim ogrodzie. 

Przeszywający chłód królestwa Niewidzialnego Ludu i ulewa w Nath były tylko 
nieprzyjemnymi wspomnieniami. Tu, w stolicy, nad głową świeciły mu 

background image

gwiazdy, a łagodne nocne powietrze było gorące, jak szeptana obietnica.

Stał przez dłuższą chwilę, wdychając mocny, zielny zapach, wdzięczny 

za to, że żyje, wolny od ciemnych faerie. Bynajmniej nie żałował tego, kim się 
stał podczas swoich cierpień, lecz był tak szczęśliwy, że ma już te 
transformację za sobą!

Jego oczy spoczęły na ogrodzie, bujnym i pachnącym w świetle 

malejącego księżyca, po czym zwęziły się, gdy spojrzał na bramę.

Nie było przy niej odźwiernego. Dhamari podszedł do wieży i 

gwałtownym ruchem otworzył drzwi, wołając na służbę. Powitała go tylko 
cisza.

Smutek zmienił się w gniew. Czarodziej popędził po schodach do 

warsztatu. Tak jak się obawiał, ktoś wchodził do jego laboratorium, a 
wyposażenie poukładano w pośpiechu sugerującym, że „goście” nie chcieli być 
złapani na gorącym uczynku. Dhamari zabrał się do roboty, metodycznie 
przeglądając przewrócone fiolki, zwoje i księgi, zapamiętując, co zniknęło. 
Najbardziej niepokojące było zaginięcie materiałów dotyczących 
Niewidzialnego Ludu.

Ktoś pracował nad zaklęciem, mającym uwolnić Tzigone. Po cóż innego 

ktokolwiek miałby zajmować się takimi rzeczami? Dhamari szczerze wątpił, 
aby ktokolwiek zadawał sobie tyle trudu, aby uwolnić jego!

Gdy przypomniał sobie własne wyzwolenie, jego usta wykrzywił lekki, 

sardoniczny uśmieszek.

Myślałem, że powitaniu Kivy brakowało ciepła – mruknął. – Zatem 

Tzigone nadal ma dla Kivy jakąś wartość. Ciekawe, o co chodzi.

Lecz Dhamari miał teraz inne problemy, wymagający rozwiązania 

znacznie szybciej. Odchylił się na krześle i przyglądał ruinie własnej biblioteki. 
Wtargnięcie do jego wieży nie było prostą sprawą. Halruaańskie prawo było 
surowe dla tych, którzy bezcześcili wieże czarodziejów.

Przypomniał sobie, że wejście było przecież strzeżone. Gdyby jako 

pierwszy wszedł do środka w tradycyjny albo magiczny sposób, uruchomiłby 
magiczne alarmy. Podbiegł do okna. I rzeczywiście, kilku ludzi w 
błękitno-zielonych uniformach straży miejskiej szło szybko w kierunku wieży.

Dhamari rzucił się w stronę ukrytych drzwi, prowadzących do łączących 

dwa pomieszczenia korytarza. Usiadł tam, nasłuchując jak straż z tupotem 
biega po jego wieży. Szukali długo i wyjątkowo dokładnie. Gdy wreszcie 
wszystko ucichło, ostrożnie wrócił do gabinetu i problemów, jakie tam na 
niego czekały. Ktoś wiedział o nim stanowczo zbyt wiele. Ale kto?

Odpowiedź spadła na Dhamariego niczym olbrzymia pięść. Z pewnością 

złodziejem nie był nikt inny, jak tylko Basel Indoulur, samozwańczy opiekun 
Tzigone i najprawdopodobniej jej ojciec! Basel poleciał swoim statkiem 
powietrznym do niebezpiecznego Nath, aby ją ratować. Ryzykował życiem, aby 
pomóc Keturah po jej ucieczce. W porównaniu z tym, czymże było obrabować 

background image

wieży czarodzieja?

- To może być problem – mruknął. Kiedy Basel dowie się o powrocie 

Dhamariego – a dowie się z pewnością – będzie śledzić każdy jego ruch niczym 
sokół polujący na królika.

Czarodziej wstał i zaczął się przechadzać.
- Co robić? – pytał roztargnionym tonem. Czarodziej klasy Basela był zbyt 

niebezpieczny, aby go można było ignorować, zbyt potężny, aby bezpośrednio 
zwrócić się przeciwko niemu. A przynajmniej zbyt potężny, by zaatakować go 
w pojedynkę.

Dhamari szybko podszedł do swojej komnaty wróżenia i zasiadł przed 

dużą, bursztynową kulą. Szybko rzucił zaklęcie pozwalające odnaleźć Kivę.

Minęło kilka ciągnących się w nieskończoność minut, nim w polu 

widzenia pojawiła się twarz elfki. Gdy Dhamari otworzył usta, dostrzegł za jej 
plecami kilka smukłych, czarnych iglic. Zamarł w niemym zaskoczeniu.

- To nie jest najlepsza pora – powiedziała szorstko Kiva. Dhamari 

parsknął.

- Zauważyłem! Te iglice… widziałem je narysowane w księdze. Dlaczego 

mi nie powiedziałaś, że podnosisz wieżę Akhlaura?

- Ponieważ zamierzam podzielić się jej skarbami z każdym czarodziejem 

z Halruaa, rozwieszę wiadomości o tym w każdej karczmie – odparła.

Dhamariemu przyszła do głowy przerażająca myśl. Kilka chwil przed 

tym, jak Tzigone pociągnęła go do krainy Niewidzialnego Ludu, dostrzegł, jak 
Kiva znika w portalu prowadzącym na Plan Wody. Skoro wróciła, kto lub co 
mogło jej towarzyszyć?

- A co z larakenem? I z Akhlaurem?
Spojrzenie elfki umknęło gdzieś na bok.
- Porozmawiamy później. Muszę iść.
- Wrócił, prawda? – dopytywał się z naciskiem Dhamari. – Żyje, a ty 

sprowadziłaś go z wygnania. Tak zamierzasz zdjąć z tronu Zalathorma? Kiva, 
to jak pozbywanie się myszy przez sprowadzenie żmii! Co stanie się z Halruaa, 
gdy ten przeklęty nekromanta zasiądzie na tronie?

- Akhlaur nigdy nie będzie rządził Halruaa – odparła łagodnie, choć jej 

oczy płonęły nienawiścią. – Przysięgam. korona Zalathorma przypadnie komuś 
innemu.

Zaskoczenie Dhamariego szybko zmieniło się w zaciekawienie.
- Komu?
Wzruszyła niecierpliwie ramionami.
- Najprawdopodobniej Procopio Septusowi.
- Lord burmistrz jest potężny – przyznał Dhamari – i ma szacunek wśród 

Starszych. Ale jaki mag, a nawet dwóch, trzech albo dwudziestu, może stawić 
czoła Akhlaurowi?

- Tym się nie kłopocz. Już moja w tym głowa.

background image

Jedyną odpowiedzią Dhamariego było pogardliwe parsknięcie.
Twarz elfki w kuli stała się bardzo nieruchoma.
- Dhamari, nigdy nie zapominaj, że to ja uwolniłam cię z krainy 

Niewidzialnego Ludu. Z równą łatwością mogłabym odesłać cię tam z 
powrotem.

Wątpił w to, lecz nie chciał przekonywać się o tym na własnej skórze.
- Przesadziłem. Przyjmij w ramach przeprosin tę wiadomość – szybko 

opowiedział jej o zaginionych księgach czarów, notatkach o Crinti i 
podejrzeniach dotyczących Basela Indoulura. – Znam tego człowieka, Kivo. On i 
Keturah byli przyjaciółmi od dzieciństwa, może nawet kimś więcej, niż tylko 
przyjaciółmi. Może na to nie wygląda, ale potrafi być niebezpieczny.

Kiva westchnęła z rezygnacją.
- Nie mogę zrobić trzech kroków, aby nie wpaść na halruaańskiego 

maga! Trzeba coś zrobić, aby trzymać ich nieco bardziej z dala.

Dhamari czekał, aby powiedzieć coś więcej. Gdy niczego nie dodała, 

przeszedł do następnej sprawy.

- Skoro tak bardzo nienawidzisz halruaańskich magów, czemu wspierasz 

Procopio Septusa?

Znów wzruszyła ramionami.
- Bo jest ambitny i nie jest Zalathormem.
Dhamari nie odzyskał się, zaskoczony otwierającymi się przed nim 

nowymi możliwościami.

- Zakładam, że każdy inny mag również będzie pasował?
Kiva milczała przez chwilę, a jej bursztynowe oczy dostrzegły narodziny 

nowej ambicji.

- Już wcześniej wszedłeś mi w drogę, Dhamari. Nie zapomnę o tym. Ale 

dopóki okazujesz się lojalny, kto wie, jaka będzie twoja przyszłość? Moi 
przyjaciele zasiadają w Radzie Starszych, stali się mistrzami jordainów – 
uśmiechnęła się krótko i nieprzyjemnie. – Moja była pani rządzi jako królowa. 
Być może chcesz wraz z tronem odzyskać też żonę Zalathorma?

Z tyłu głowy Dhamariego odezwał się ostrzegawczy dzwonek. Kiva 

mówiła o Keturah, jakby dopiero niedawno dowiedziała się o jej nowej 
tożsamości, lecz możliwe było, że przyłożyła dłoń do osadzenia Keturah na 
tronie Halruaa? A jeśli tak, to jaki miała w tym cel? Kiva nie znała dużej części 
jego planów. Najprawdopodobniej elfka mogła powiedzieć to samo o sobie!

- Wspominasz o potężnych przyjaciołach, lecz wielu z nich już nie żyje – 

zauważył. – Dzięki twoim barbarzyńskim Crinti, królowa jest szalona. Wydaje 
mi się, że jesteś dość niebezpiecznym przyjacielem.

- I znacznie bardziej niebezpiecznym wrogiem. Pohamuj swoje ambicje, 

Dhamari. Porozmawiamy znowu, gdy porównasz ryzyko i zyski.

- Po co czekać? Powiedz mi, co muszę zrobić.
Kiva znów zerknęła gdzieś w bok.

background image

- Dwie rzeczy. Po pierwsze, nawiąż współpracę z Procopio Septusem. 

Pozwól, aby on ciągnął twój wózek, dopóki nie przyjdzie właściwa chwila, aby 
go odrzucić. Przyślę ci magiczną wiadomość opisującą jego ostatnie 
wykroczenia.

- Dobrze – Dhamari kiwnął głową. – Szantaż zapewnia dobrą podstawę 

do wielu dobrych politycznych powiązań.

- Po drugie, szukaj czarodziejów, którzy mogliby poprzeć Zalathorma i 

zniszcz ich. Muszę kończyć – miedziana twarz zniknęła nagle z kuli.

- Tylko dwie rzeczy – wymruczał Dhamari, odsuwając się od kuli. – 

Szantażuj jednego z najpotężniejszych magów w Halruaa i zabij wszystkich, 
którzy popierają króla. To nic takiego!

Podszedł do półki, gdzie trzymał swoją butelkę na wiadomości. Postawił 

ją na stole i czekał.

Po jakimś czasie w butelce pojawił się zwój – magicznie wysłana 

wiadomość od Kivy. Dhamari pospiesznie wytrząsnął go i wygładził. W miarę 
czytania, zaczął radośnie chichotać.

O tak, Procopio przyjmie go jako partnera. Lord burmistrz nie będzie 

miał wielkiego wyboru. Dhamari musiał podziwiać jego śmiałość. Procopio był 
naprawdę sprytny… być może na tyle sprytny, by wyzwać Zalathorma, lecz 
jedną rzeczą było stawić czoła królowi, a czym innym rzeczywiście nosić jego 
koronę.

Dhamari podszedł do lustra z polerowanego brązu i przyjrzał się 

swojemu odbiciu, w zamyśleniu poprawiając rzadkie włosy. Nie był zbyt 
przystojny, dobrze zbudowany ani potężny… przynajmniej w sposób, w jaki 
Halruaa mierzono potęgę. Tak naprawdę, to nie było w nim niczego 
szczególnie pociągającego.

Czarodziej wzruszył ramionami. Nieważne. Nie było na świecie 

człowieka, którego atrakcyjności nie poprawiłaby korona.

***

Kiva wróciła spiesznie do wynurzającej się wieży. Na szczęście rzucanie 

czaru trwało długo i było trudne, zatem nie było zbyt prawdopodobne, by 
nekromanta zauważył jej nieobecność. Akhlaur wciąż stał z zamkniętymi 
oczami i wyciągniętymi rękami. Krew z niezbędnych ofiar leżała rozlana u jego 
stóp i powoli wsiąkała w ziemię.

Migoczące czarna wieża wynurzała się powoli, podobna do 

nabierającego kształtu obsydianego żywiołaka. Wokół niej stała milcząca horda 
starych szkieletów, wezwanych z okolicznych bagien, by uczestniczyły w tej 
dziwnej reinkarnacji.

W miarę, jak wieża się wznosiła, tysiące nagich kości zaczęło nabierać 

ciała i kształtu. Wylewając się z wieży woda i jej skarby płynęły na cierpliwych 
umarłych. Nieumarli słudzy – nie do końca zombie, nie do końca żywiołaki 
wody – stali gotowi na skinienie swego pana. Wiekowe kości przeświecały 

background image

przez wodniste, półprzezroczyste ciało.

Kiva musiała przyznać, że był to genialny sposób, aby pozbyć się z tego 

miejsca większości wody. Pod wieżą pozostanie sucha jama, zapewniając dość 
miejsca na podziemia i kanały ściekowe, a wojownicy pomogą Akhlaurowi 
odzyskać to, co jego.

Czekała, aż drzwi do wieży znajdą się ponad nowo utwardzonym 

gruntem. Drzwi i okna otworzyły się, w komnatach zaczęły świszczeć suche jak 
pustynia wiatry.

Wreszcie wieża stała się taka, jaką ostatnim razem widziała ją Kiva: 

zapierające dech w piersiach dzieło halruaańskiej sztuki, niezrównana 
skarbnica dzieł nekromancji, miejsce zbyt dobrze pamiętanych koszmarów.

Kiva dodała swoje brawa do obojętnego, wodnistego kłapania dłoni 

zombie.

- Lordzie Akhlaur, nigdy nie widziała, takiego zaklęcia i takiej armii! Ci 

wojownicy wystarczą aż nadto, by odpędzić atakujących magów.

Na twarzy nekromanty pojawił się tryumfalny uśmieszek.
- Czy wieża została zaatakowana?
Cofnęła się i przywołała na twarz wyraz smutku.
- Źle się wyraziłam, panie. Według mojej najlepszej wiedzy nikt nas nie 

atakuje, lecz dźwignięcie wieży wymagało olbrzymich nakładów magii. Są 
czarodzieje, którzy mogą wyczuwać tak potężne zaklęcia. prędzej czy później 
przybędą tu, aby to sprawdzić.

Nekromanta skwitował to kiwnięciem głowy.
- Najwyraźniej chcesz mi coś zasugerować.
- Tak, panie. Za twoim pozwoleniem, z powrotem przywołam larakena 

na Bagna Akhlaura.

Czarne oczy nekromanty zwęziły się.
- Znasz to zaklęcie?
- Jest podobne do magii, która przywołała jego rodzica, wodnego 

demona. Widziałam je rzucane wystarczająco często, aby wypaliło się w mojej 
pamięci. – Kiva z trudem zachowywała obojętny ton głosu.

Nekromanta sprawiał wrażenie zaintrygowanego.
- Niewiele osób może nauczyć się czarów tylko z obserwacji. Zawsze 

byłaś jednym z moich najlepszych uczniów, mała Kivo – powiedział, ignorując 
fakt, że o tej strzale nie uczyła się jako łuczniczka, lecz jako tarcza. – Dobrze, 
zobaczymy, co zdołasz uczynić.

Kiva uśmiechnęła się uprzejmie.
- Zobaczysz, panie.
W oczach czarodzieja pojawił się podejrzliwy błysk.
- Najlepsza z moich uczniów – powtórzył równie uprzejmie. – Chętnie 

zobaczę, czego jeszcze niechcący cię nauczyłem.

Usłyszała w tych słowach ostrzeżenie, zauważyła zainteresowanie. Po 

background image

raz pierwszy Akhlaur dopuszczał możliwość, że to wszystko może nie wyglądać 
tak, jak mu się wydawało. Nie wyglądało na to, by ta perspektywa go 
przerażała, wręcz przeciwnie. Nic nie sprawiało mu takiej satysfakcji jak 
okrutna gra, ukryty cel.

Elfka uśmiechnęła się i cicho obiecała sobie, że da czarodziejowi 

wszystko, czego pragnie, a nawet więcej.

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Nad Nath zakradał się poranek, przebarwiając nocnego niebo na ponurą 

szarość. Z nadejściem świtu ustał padający przez całą noc deszcz, z kamienistej 
ziemi niczym wezwanie duchy unosiły się pasma mgły.

Wśród tych wirujących, przyziemnych chmur poruszały się szczupłe, 

szare postacie, szykując konie, pakując zapasy i zbierając broń zrabowaną 
Halruańczykom albo własnym zmarłym. Shanair, wódz Crinti, dosiadła swojej 
szarej klaczy i obserwowała, jak jej zdziesiątkowane oddziały przygotowując 
się do odwrotu.

Jedna z wojowniczek przypięła gruby pęk skrwawionych strzał do 

smukłego, gniadego ogiera – koń zabitego Halruaańczyka został zamieniony w 
juczne zwierzę. Dostrzegła spojrzenie Shanair i posłała przywódczyni krótki, 
dziki uśmiech.

- Dobre strzały, a każda z nich wyjęta z ciała wroga! Ten koń do wiosny 

spłodzi setki źrebiąt. Sprzedamy je za dobrą sumę w Dambrath.

Shanair kiwnęła głową, rozumiejąc, co kryły w sobie przechwałki 

kobiety. Wrócą do swojego kraju z łupami. Zyskają honor i bogactwo. Jako 
najeźdźcy sprawiły się bardzo dobrze. Nikt nie będzie mówił o ich 
poważniejszym celu, którego nie wykonały.

To będzie dobry powrót do Dambrath. Shanair rozejrzała się po obozie, 

względnie płaskim miejscu wyrzeźbionym wysoko w zboczu przez jakąś starą 
lawinę. Miejsce było zaśmiecone głazami i niemal całkowicie otoczone 
postrzępionymi urwiskami. Stosy kamieni piętrzyły się nad nimi niczym 
podpici krasnoludzcy strażnicy. Małe źródło wody pitnej wypływało gdzieś z 
serca góry, a kilka płytkich jaskiń zapewniło ochronę przed żywiołami. Nie 
było to wyjątkowo komfortowe miejsce, choć bardzo dobre do obrony, lecz 
wojowniczkom Crinti nie pasowało. Wkrótce Shanair znów będzie jechać po 
otwartych równinach.

Ta myśl sprawiła jej mniej przyjemności, niż się spodziewała.
Z niewielkiej skórzanej sakiewki przy pasie doleciało słabe buczenie, 

jakby pochwyconej osy. Szara twarz Shanair skrzywiła się z niepokoju, gdy 
rozwijała rzemyki i wyciągnęła małą, gładką kulę.

Witaj, elfia siostro.
W umyśle Shanair odezwał się znajomy głos, śpiewny, podobny do 

background image

dzwonka sopran, nadający szorstkiemu dialektowi Crinti rzadkiego wdzięku i 
elegancji. Shanair znała tylko jedną osobę, której głos był tak melodyjny. 
Ściskając kamień, szturchnęła piętami boki wierzchowca i wyjechała poza 
obóz.

- Kiva! – wyszeptała. – Sądziłyśmy, że nie żyjesz!
Naprawdę sądziłaś, że odejdę, nim zakończy się bitwa?
Nagle zawstydzona Shanair obejrzała się przez ramię na tętniący życiem 

obóz. Sama była przygotowana właśnie na to.

Jej praktyczna natura sprawiła, że szybko oprzytomniała.
- Cóż więcej można zrobić? Bitwa została stoczona. Zginęło wielu 

Halruaańczyków, ale przeżyło zbyt wielu. Nas Crinti jest za mało, aby zepchnąć 
ich do morza.

Crinti nie muszą walczyć same. Brama wody
- Brama wody jest zamknięta – odparła słabo Shanair. – Czułyśmy, jak 

magia wstrząsa górami. Widziałyśmy, jak źródło zniknęło.

Minęła chwila milczenia, po czym kamień w dłoni Shanair zatętnił mocą. 

Crinti, dostrojona do Kivy magią, której nie rozumiała, rozpoznała w tym 
rozpłomieniony i szybko opanowany gniew.

Chciałam powiedzieć, ciągnęła dobitnie Kiva, że wokół miejsca, gdzie 

stała brama, zostało pogrzebanych wiele magicznych skarbów. Wykopcie okrąg 
wokół miejsca, skąd wypływało źródło, jakieś siedem kroków od jego środka.

Shanair pokręciła głową, nim przypomniała sobie, że elfka nie może 

zobaczyć tej odpowiedzi.

- Tego ranka nie zameldowała się Xerish. Jej ślady kończyły się przy 

jednym z kurhanów faerie. Tam zniknęła. To nie jest miejsce dla Crinti.

Tym razem kamień rozpalił się na tyle, aby oparzyć palce Shanair. Czy 

znalazłaś też drugie ślady, a może Crinti nie są na tyle dobre, by wyśledzić ślad 
prawdziwego elfa?

Jad w jej głosie palił bardziej niż kamień.
- Tylko jeden – przyznała Shanair.
Będą dwa, prowadzące do Zielonej Wiedźmy, powiedziała Kiva, podając 

Crinti nazwę konkretnego kurhanu. Xerish zawiodła mnie, więc wysłałam ją 
poza zasłonę. Zrób co mówię, Shanair, albo okaże się, że będziesz się musiała bać 
nie tylko Niewidzialnego Ludu
.

Magiczny kontakt urwał się nagle, pozostawiając Shanair ogłuszoną i 

jednocześnie bardzo przytomną.

- Elfia siostra – mruknęła z niesmakiem. Przez cały czas uważała, że Kiva 

uważa ją za swoją towarzyszkę, jeśli nie za kogoś jej równego. Crinti szybko 
zadawały śmierć. Choć były brutalne i nie wybaczały pomyłek, nikt pomiędzy 
nimi nie torturowałby kogoś ze swoich. Kiva oddała Xerish ciemnym faerie. Nic 
nie mogło przedstawić prawdy w ciemniejszych barwach niż to posunięcie.

Shanair i jej dumny lud nic dla Kivy nie znaczył.

background image

Ściągnęła lejce wierzchowca, zawracając w stronę obozu. Po ostatniej 

porażce Crinti wycofały się do miejsca, gdzie była ukryta brama wody. Był to 
nie tylko obronny obóz, ale też wszystkie rozproszone Crinti wiedziały, że to 
będzie miejsce zbiórki. Każdego dnia powracały kolejne maruderki. Jeśli Kiva 
mówiła prawdę, w tym miejscu było dość magii, aby wysłać je wszystkie za 
zasłonę.

- Wezwijcie straże i zwiadowców! – krzyknęła. – Opuszczamy to 

przeklęte miejsce, nim słońce rozpędzi mgły!

***

Basel Indoulur pochylił się i zajrzał ostrożnie przez niskie, otwarte 

drzwi. Mówiło się, że czarodziej, który przygotowywał stoły Procopia, był 
osobą nieprzeciętną, ale rzeczywistość okazała się dziwniejsza, niż Basel sądził.

Korpulentna gnomka w średnim wieku przerwała prace na chwilę, by 

mu radośnie pomachać.

- To ty jesteś lord Basel? Wchodź, wchodź.
Przecisnął się przez drzwi i wymienił uprzejmości z gospodarzem. Była 

dziwnie wyglądającą, niską istotą, brązową niczym grzyb za wyjątkiem 
chabrowych oczy, z rumieńcem na pulchnych policzkach i dużym, bulwiastym 
nosem. Bujne brązowe włosy ukryła pod niebieską chustką, a spódnicę 
zasłaniał czystym, biały fartuch. Choć słynęła ze swoich umiejętności 
alchemika i rzemieślnika, mała czarodziejka wyglądała raczej jak kucharz 
zarządzający miniaturową, dobrze wyposażoną kuchnią.

Powitawszy Basela, wróciła do niskiego stołu. Na umieszczonych nad 

nim półkach słoiki pełne dziwnie kolorowych proszków.

- To wygląda jak sklep aptekarza – zauważył Basel.
- Tak i jeszcze bardziej. – Gnomka spojrzała na niego, po czym uniosła 

miniaturowy moździerz z tłuczkiem. Zaczęła z zapałem ucierać coś 
bladoszarego i wyjątkowo paskudnie śmierdzącego.

- Guano nietoperza – wyjaśniła radośnie. – Bardzo pożyteczne przy 

tworzeniu wybuchów. Chcesz trochę?

Wyciągnęła niewielką, zawiniętą w papier paczuszkę niczym babcia 

częstująca dziecko.

Basel przyjął dziwny prezent, nie chcąc urażać gospodyni.
- Powiedziałaś, że mogę się trochę rozejrzeć?
Gnomka machnęła ręką w stronę małego, bocznego pokoiku.
- Cała wiedza na temat Crinti jest tam. Możesz siedzieć tak długo, jak 

zechcesz. Nie przejmuj się, że narobisz bałaganu, już się tym zajęłam.

Podziękował i przeszedł do pokoiku. W przeciwieństwie do głównego 

pomieszczenia, panował tu nieopisany zamęt. Wokół walały się figurki w 
różnym stopniu ukończenia. Stosy miniaturowych kończyn czekały na 
dołączenie do ciał. W pełni złożone zostały pociągnięte farbą, lecz jeszcze 
czekała je szczegółowa praca, po której zaczną wyglądać jak żywe. Wszystkie 

background image

zostaną potem zaczarowane w niemal żywe zabawki, które tak bardzo cenił 
sobie Procopio Septus.

Długi stół był zastawiony starymi księgami i ceramiką. Basel ostrożnie 

sięgnął do sterty. Dotknął jakiegoś futra i instynktownie cofnął rękę.

Wielka tarantula, niemal tak wielka jak szczur, rzuciła się na niego, 

sycząc jak rozwścieczony kot.

Wobec nieoczekiwanego przeciwnika zmysł bojowy Basela całkowicie go 

opuścił. Wydawszy stłumiony okrzyk, chwycił wielką księgę i uniósł wysoko 
nad atakującego pająka. Z krzykiem opuściła ciężar, mając nadzieję, że 
zagłuszy odgłos uderzenia. jego działania odniosły tylko skutek.

- Uważaj na pająki – zawołała radośnie gnomka. – Z jakiegoś powodu 

gromadzą się w tamtym kącie.

Basel z obrzydzeniem przyglądał się rozpłaszczonemu potworowi, po 

czym spojrzał na swój oręż. Z okładki ozdobionej pochyłymi, wijącymi się 
runami, kapał zielonkawy śluz; tytuł głosił, że dzieło traktuje o historii 
ciemnych elfów z południa. Czarodziej oczyścił ją paczką z guanem i zabrał się 
do czytania.

Mijały godziny, a Basel przedzierał się przez jedną książkę po drugiej. 

Składał razem fragmenty zwojów i kawałki pojemników na czary, jakich nie 
używano od setek lat.

Wreszcie wstał i przeciągnął się, myśląc o nadchodzącej nocy nad 

morzem i być może pielgrzymce do świątyni Mystry. Potrzebował czegoś 
takiego, by oczyścić się ze skradającego się, zabijającego duszę zła, w którym 
musiał się zanurzyć.

- To jak czołganie się przez kanały – mruczał, spoglądając na wiedzę 

Crinti. – Jeśli woda w naczyniach dąży do wyrównania poziomu, nic dziwnego 
że Procopio tak bardzo pochłonięty jest tymi sprawami!

Gnomka wyjrzała przez drzwi.
- Idę do karczmy. Znalazłeś to, czego szukałeś?
- Właściwie to nie – przyznał. – Szukałem starodawnego czaru, 

najprawdopodobniej stworzonego przez ciemne elfy.

Z twarzy gnomki znikła radość.
- Cóż, sądzę, że miałeś swoje powody. W piwniczce znajdują się jedna czy 

dwie książki, które mogą ci się przydać. Nigdy nie miałam z nich wielkiego 
pożytku, a wydaje się, że tam na dole jest im całkiem dobrze.

Basel podążył za nią do miniaturowej kuchni. Kopnęła na bok 

drewniane drzwiczki w podłodze i zeszła po drabinie. Czarodziej odbierał od 
niej rzeczy, które mu wręczała – dwie rzepy na jutrzejszy gulasz, trochę 
suszonych ziół, niewielka sakiewka z monetami, a wreszcie księga oprawiona 
w czarną skórę wywerna, która dawno temu zblakła do papierowej szarości.

Podziękował gnomce i zaczął ostrożnie przewracać stare, delikatne 

pergaminowe kartki. Sądząc po ich wyglądzie, zostały chyba zapisane przez 

background image

pierwszych magów ze starożytnego Netherilu. Basel zmagał się z archaiczny 
językiem i jeszcze starszymi czarami.

Wreszcie znalazł coś, co przyspieszyło bicie jego serca i zmroziło krew.
Zaklęcie ciemnych elfów, otwierające niewielką bramę do świata 

Niewidzialnego Ludu, aby zamienić jednego śmiertelnika na drugiego. Powrót 
obojga był możliwy, ale tylko wtedy, gdy ratownik posiada rzadką czystość 
charakteru i serca, w których magia ciemnych elfów nie znajdzie zaczepienia. 
Ratownik – albo ofiara, zależnie od wyniku – musi mieć przy sobie talizman 
zawierający między innymi kosmyk z włosów przodka, najlepiej bardzo 
znanego maga.

Basel skrzywił się. Choć dla większości Halruaan ten wymóg nie był 

trudny, dla pozbawionego rodziny jordaina stanowił prawdziwe wyzwanie. 
Mimo to Basel nie mógł powierzyć tego zadania nikomu innemu, jak tylko 
Matteowi.

Skopiował złożone zaklęcie, pracując najszybciej, jak się tylko odważył. 

Zapłacił gnomce za jej czas i pospieszył do wieży. Czekał tam na niego portal 
prowadzący do bramy wody… miejsca, gdzie zniknęła Tzigone i gdzie kierował 
się Matteo.

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Czterej mężczyźni jechali na północ przez dzikie Nath, podążając 

słabym, wijącym się śladem, pozostawionym w suchym korycie strumienia. 
Choć wszyscy byli Halruaańczykami i nosili białe szaty jordainów, Matteowi 
wydawało się, że on i jego przyjaciele stanowią uderzająco różnorodną grupę.

Iago, niski, szczupły mężczyzna jadący na czele, żył już dobre ponad 

trzydzieści lat, a przynajmniej o dziesięć więcej niż trzej pozostali. Themo było 
najmłodszy, rumiany, radosny wielkolud w wielu wypadkach wciąż 
zachowujący się raczej jak chłopiec, niż jak mężczyzna. Andris był wyższy od 
większości Halruaańczyków i bardziej żylasty niż muskularny. Łączył w sobie 
niezwykłe kolory: kasztanowe włosy, piwne oczy i bladą skórę, która nijak nie 
dawała się opalić. Mimo tajemniczej przemiany, jakiej Andris uległ na Bagnach 
Akhlaura, wciąż pozostały resztki tych trzech kolorów. Matteo wciąż uważał go 
za najlepszego jordaina, jakie znał.

Mimo to między Andrisem i dwoma pozostałymi jordainami nie było 

braterstwa, ani niczego, co by je choćby przypominało. Zgodzili się na obecność 
widmowego jordaina dopiero po długiej kłótni i wielu sprzeciwach. Nawet 
Themo, który uważał Andrisa za przyjaciela z dzieciństwa, rzadko się do niego 
odzywał.

Gdy zbliżali się do pola niedawnej bitwy, wyraz twarzy Iago zmienił się z 

czujnego w ponury. Zatrzymał konia i zrównał się z wierzchowcem Mattea.

- Rozumiem potrzebę podążania tropem Kivy. Andris ma powód, by znać 

background image

ją lepiej niż ktokolwiek inny, lecz może powinieneś zastanowić się nad 
prawdziwym celem, w jakim nas tu sprowadził.

- Andris wciąż pozostaje jordainem – odparł cicho Matteo. – Postępuje 

według naszego kodeksu. Powierzyłbym mu nawet własne życie.

- Nasze też – burknął Iago.
Chcąc zmienić temat, Matteo zwrócił się do Thema.
- Nie mówiłeś o swoich planach. Co będziesz teraz robił, gdy zostałeś 

zwolniony ze służby?

Wielki mężczyzna uśmiechnął się przelotnie.
- Chciałbym przetrwać tę wycieczkę – wzruszył ramionami i wskazał na 

szaty jordaina, które nosił z przyzwyczajenia. – Tak naprawdę to czuję się 
bardziej na łasce losu, niż sądziłem. Jedyną rzeczą, która znam, jest zakon 
jordainów.

- Świat jest zbyt wielki, aby ogarnęły go oczy jednego człowieka – 

zauważył Matteo.

- Właśnie. Wiesz, nie potrzebuję kogoś, kto by myślał za mnie, lecz 

łatwiej mi jest przemyśliwać różne rzeczy, jeśli mam jakiś punkt odniesienia. 
Może wstąpię do straży.

Matteo pokiwał głową z aprobatą.
- Tacy jak ty są bardzo poszukiwani.
Powiedziałby coś jeszcze, ale Andris położył na jego ramieniu 

przezroczystą dłoń. Wskazał na mały płachetek błota tuż obok ścieżki, niemal 
ukryty za stertą kamieni. Tam, ledwo widoczny z końskiego grzbietu, widniał 
słaby odcisk stopy.

Matteo kazał im się zatrzymać. Ześlizgnął się z konia i podszedł, aby 

przyjrzeć mu się bliżej. Odcisk był długi i wąski, najprawdopodobniej kobiecy, 
a podeszwa musiała być często naprawiana. Na pobliskim kamieniu dostrzegł 
słaby ślad krwi, jakby wędrowiec potknął się i tam oparł. Najprawdopodobniej 
przechodził tędy ktoś ranny i słaby, i to niedawno. Ani krew, ani błoto nie 
wyschły do reszty.

- Maruderki Crinti – powiedział cicho Matteo. – Trzymajcie broń w 

pogotowiu.

Iago spojrzał z obrzydzeniem na Andrisa.
- To tyle, jeśli chodzi o jego honor jordaina!
Z tuzina kryjówek rozległy się przeszywające, wibrujące okrzyki, 

dochodząc ze wszystkich stron i odbijając się echem w otaczających górach.

- Polana z bramą wody – powiedział szybko Andris. – Jest niedaleko, tam 

najlepiej obronimy się przed taką liczbą.

- Ile ich może być? – odparł Iago. – Jak wielką zasadzkę przygotowałeś?
Nikt nie słuchał tych narzekań, już gnali za wierzchowcem Andrisa. Iago 

zmusił konia do galopu, podążając za jordainem po płaskiej, wąskiej ścieżce 
stworzonej przez łoże strumienia, prosto na polanę.

background image

Andris zeskoczył z konia i oparł się plecami o duży, okrągły głaz. Themo 

podbiegł, aby mu pomóc. Wtoczyli go na polanę wyrzeźbioną przez strumień, 
dodali kilka większych kamieni na wierzch. Taka zapora nie powstrzyma 
Crinti, ale je spowolni.

- Teraz jest tu tylko jedno wejście – powiedział Andris, wskazując na 

przełęcz wychodzącą na polanę.

- I jedno wyjście! – Na polanie rozległ się szorstki, mocno akcentowany 

kobiecy głos.

Jordainowie odwrócili się, w tej samej chwili zza chwiejnego stosu 

kamieni spadła na nich duża, obciążona sieć, przygniatając ich i powalając w 
plątaninie kończyn.

Ponad tuzin wojowniczek Crinti wyszło z cieni małych jaskiń, ustawiając 

się kołem wokół skraju sieci i powstrzymując uwięzionych pod nimi jordainów. 
Jedna z nich, wysoka kobieta z wijącymi się na przedramionach spiralnymi 
tatuażami popatrzyła oceniająco na Andrisa.

- Z elfią krwią czy nie, nie sądzę, abyś powrócił. Czy również 

rozmawiałeś z Kivą?

Matteo dostrzegł zaskoczenie na twarzy przyjaciela, błysk zmieszania i 

niezdecydowania.

- Nie – odparł krótko Andris. – Nie wiedziałem, że wróciła.
- Zatem sam sprowadziłeś tutaj tych ludzi. Dobra robota. – Wielka Crinti 

wyciągnęła miecz i przecięła sieć nad Andrisem. Wyciągnęła rękę i podniosła 
go na nogi.

Jej wzrok przesunął się po pozostałych jeńcach. Dziwne, błękitne oczy 

zwęziły się, gdy dostrzegła Mattea.

- To on zabił Whizzrę. To jego kobieta wezwała ciemne faerie.
- Moja przyjaciółka – poprawił Matteo.
Shanair roześmiała się i popatrzyła chytrze na Andrisa.
- A to kolejny z twoich „przyjaciół”? Nie dobierasz ich mądrze. Ten cię 

zdradził, a dziewczyna nie była na tyle silna, aby opanować to, co przywołała. 
Teraz nie żyje albo zniknęła za zasłoną, co jest jeszcze gorsze.

Odwróciła się do swoich wojowniczek. Jedna z nich miała naciągniętą 

potężną kuszę, wycelowaną w pierś Mattea. Przywódczyni wskazała na niego 
głową.

- Zabij go pierwszego, ale powoli.
Szara kuszniczka uśmiechnęła się i pochyliła, celując.
- Czekaj – powiedział Andris. Wyciągnął swoje sztylety jordaina. – Znam 

tego człowieka od dzieciństwa. Kusza jest zbyt szybka i łagodna.

Odwrócił się do Mattea. Podrzucił oba sztylety, chwycił je za czubki i 

rzucił w stronę uwięzionego jordaina najpierw jeden, a potem drugi.

Pierwszy sztylet uderzył w ziemię obok Mattea, zgrabnie przecinając liny 

sieci. Matteo wysunął rękę przez otwór i zacisnął dłoń na rękojeści drugiego, 

background image

nadal obracającego się sztyletu.

Chwytanie rzuconego sztyletu było rzeczą ryzykowną, ale oni ćwiczyli 

razem od małego.

Matteo przeciął siatkę i wyskoczył na polanę, wyciągając miecz. Stanął w 

pozycji obronnej, gotów powstrzymywać ostrza Crinti, podczas gdy Themo i 
Iago uwalniali się.

Gdy się poruszył, dostrzegł jak Andris obraca się i chwyta za kuszę. 

Jordain zmusił Crinti do celowania w dużą, niestabilną stertę skał, za którą 
znajdowała się zasadzka wojowniczek.

Na polanę poleciały kamienie, pociągając za sobą kolejne. Andris rzucił 

się do przodu, wlokąc Iaga pod niewielki nawis. Czterej jordainowie 
rozpłaszczyli się na niewielkiej półce, podczas gdy polanę zapełnił grzmot i pył 
spadających kamieni.

- Nie miała racji, Andris! – krzyknął Matteo. przezroczysty jordain 

spojrzał na niego pytająco. – Przywódczyni Crinti. Powiedziała, że nie 
dobieram dobrze swoim przyjaciół.

W bladych oczach Andrisa błysnęła na chwilę wdzięczność.
- Chyba nie spotkała twojego konia Cyrica.
Obaj jordainowie zachichotali. Gdy lawina ustała, i tylko echo niosło 

grzmot od jednej góry do drugiej, wyszli ostrożnie na zewnątrz, z 
wyciągniętymi mieczami.

Większość Crinti zniknęła pod zwałami kamieni. Niektóre poruszały się 

słabo, inne leżały we krwi, nieruchome. Tylko kilka z nich wciąż stało na 
nogach – z taką liczbą jordainowie mogli sobie poradzić. Przywódczyni chwiała 
się na nogach, a wzburzone włosy koloru stali miała poplamione krwią.

- Kolejny zdrajca – powiedziała, spoglądając z odrazą na Andrisa i 

splunęła. – Nie jesteś wart, by z tobą walczyć. A ona nie jest warta, aby za nią 
walczyć. Idziemy.

Ocalałe Crinti odwróciły się i zniknęły na przełęczy, wtapiając się 

między wzgórza.

- Czy nie powinniśmy ruszyć za nimi w pogoń? – zapytał Themo. Iago 

spojrzał na niego morderczo.

- Pamiętasz okrzyki, które zagnały nas do tej dziury? To była mała 

grupka. Większość z nich znajduje się tam. Jeśli chcą opuścić Halruaa, 
powinniśmy im to umożliwić.

Odwrócił się do Andrisa.
- Wykazałeś, że się myliłem. Postaraj się robić tak dalej.
- Postaram się jak najlepiej – zgodził się jordain – lecz powinienem cię 

ostrzec, iż mimo najlepszym chęci wydaje się, że jestem skazany na zdradzanie 
wszystkich wokół mnie.

- Dziwna opinia – sprzeciwił się Matteo – jak na kogoś, kogo przytomność 

umysły zachowała nas przy życiu.

background image

- Dziękuję za uznanie, lecz pamiętaj, że dziedzictwo odgrywa dziwną 

rolę w przeznaczeniu.

- Dlatego my jordainowie nic nie wiemy o naszych przodkach – 

powiedział szorstko Iago. – Czy sądzisz, że Crinti powiedziały nam prawdę o 
Kivie? Ona wciąż żyje?

Andris westchnął.
- Nie wiem, co o tym myśleć. Zaklęcia rzucone podczas inwazji 

pochodziły wprost z księgi czarów Akhlaura. Niewielu żyjących obecnie 
magów potrafi je rzucić. Według mnie możliwość powrotu Akhlaura 
wskazywałaby na to, że Kiva zginęła na Planie Wody. Lecz Shanair mówiła o 
niej tak, jakby jej przeżycie było faktem, o którym obydwoje wiemy. Nie miała 
powodu, aby przede mną kłamać.

Polaną wstrząsnęło kolejne drżenie.
- Następna lawina – jęknął Themo, oceniając dystans między jordainami, 

a ich niedawną kryjówką.

- Gorzej – Matteo wskazał na środek polany. Na ubitej ziemi pojawiły się 

pęknięcia, odsłaniając fragmenty dziwnych przedmiotów, poruszonych 
wstrząsami: jadeitowi posążek z głową kota, rękojeść miecza z czerwonego 
metalu, dziwnie ukształtowana różdżka.

- To naturalnie miejsce mocy, wzmocnione ukrytymi artefaktami. 

Czarodzieje stosują rytuały, aby skupiać magię, lecz to nie jest jedyna metoda. 
Czasem magia może zostać przyciągnięta przez inne mocne siły.

- Jak lawina – dodał Iago.
Themo kopnął kuszę, leżącą u jego stóp, po czym popatrzył z ukosa na 

Andrisa.

- Wtedy wydawało się to niezłym pomysłem, co?
Andris go nie słuchał. Patrzył na dziwny krąg światła, jaśniejący na 

polanie. Buchnął on nagłym, jasnym blaskiem, a potem przygasł.

Stała tam potworna istota, na pewno dwa razy wyższa od Thema. 

Przerośnięte elfie uszy unosiły się nad ohydną gębą, porośniętą zielonymi 
łuskami. Na głowie wiły się żywe węgorze, kłapiąc małymi, zębatymi 
paszczami. Cztery masywne ręce zgięły się, przez co potwór wyglądał jak 
zmutowany zapaśnik, szykujący się do ataku. Każda z czterech rąk kończyła się 
zakrzywionymi pazurami, morderczyni jak sztylety. Osłaniało go gęste, 
zielonkawe futro, a z nagich kłów kapała lekko świecąca ślina.

Czarne oczy popatrzyły na zaskoczonych jordainów i potwór odrzucił 

głowę do tyłu, wydając przeszywające wycie wychodzące poza skalę 
dźwięków, będące jednocześnie grzmiącym rykiem i wrzaskiem drapieżnika.

- Na świętą matkę Mystrę – wyszeptał Themo.
Iago wyciągnął swoją broń.
- Niewielu mężczyzn spełnia swoje marzenia. Chciałeś walczyć z 

larakenem.

background image

- Najwyraźniej kłamałem.
Mimo dowcipu wielki jordain był blady jak trup. Matteo przypomniał 

sobie wątpliwości Thema co do bycia wartościowym wojownikiem. Mimo to 
Themo wyciągnął miecz i ramieniem odsunął niższych towarzyszy na bok. 
Ruszył do przodu, by przyjąć pierwsze cięcie pazurów larakena. Inni 
jordainowie trzymali się tuż za nim.

Matteo zmówił cichą modlitwę za tych, którzy padli w ostatniej bitwie z 

tym przeciwnikiem i tych, którzy do nich dołączą.

***

Basel Indoulur wyszedł z migoczącej magii swojego zaklęcia 

przenoszącego w szary, ponury świat. Słońce wznosiło się opieszale, 
wyglądając blado przez zasłonę mgły. Znalazł się niemal na szczycie gór, 
spoglądając na małą, usłaną głazami polankę.

Widok zmroził go. Czterej mężczyźni walczyli z dziką istotą o czterech 

rękach. Potwór złapał nimi jednego z nich i uniósł, wymachującego rękami i 
nogami, prosto do otwartej paszczy. Promień słońca odbijający się od włosów 
mężczyzny był kasztanowy, niczym zapowiedź rozlewu krwi.

- Matteo – wymruczał Basel głosem pełnym bólu i przerażenia.
Do przodu wyskoczył niższy mężczyzna, unosząc miecz do góry niczym 

lance. Rzucił się na potwora, wbijając broń pod jego uniesione ramię.

Górami wstrząsnęło wycie bólu i gniewu. Potwór, odrzuciwszy Mattea, 

skupił się na nowym przeciwniku. Dwie niższe ręce chwyciły rękę z mieczem 
za łokieć i nadgarstek. Szybkim ruchem złamał ją niczym trzcinę, wyginając 
przedramię pod nienaturalnym kątem.

Pozostali – wielki mężczyzna w stroju jordaina i ktoś, kto wygląda raczej 

jak bańka mydlana niż człowiek z krwi i kości – zaatakowali swoją bronią ze 
stali i kryształu. Matteo wstał chwiejnie na nogi, znalazł upuszczony miecz i 
ponownie włączył się do walki. Wszyscy trzej walczyli zaciekle, najwyraźniej 
zdecydowani uratować towarzysza.

Lecz potwór nie dawał się tak łatwo oszukać ani zatrzymać. Wciąż 

trzymając za uszkodzone ramię, potwór uniósł niskiego mężczyznę i użył go 
jako cepa, opędzając się od pozostałych. Atakował raz po raz. Po każdym ciosie 
trzej jordainowie uskakiwali i odtaczali się na bok, lecz nie było w stanie w 
żaden sposób zapobiec obrażeniom swojego przyjaciela. W ciągu kilku chwil 
mężczyzna przypominał raczej połamaną lalkę niż dzielnego jordaina.

Potwór cofnął się kilka kroków. Każda z jego wielkich łap zacisnęła się 

na jednej z kończyn rannego, po czym uniosła je wysoko w górę. Przez krótką 
chwilę trzymał go w górze, daleko poza zasięgiem towarzyszy.

A potem, z przeszywającym wrzaskiem, potwór rozprostował ręce, 

rozrywając ofiarę na sztuki.

Wszystko to zdarzyło się znacznie szybciej, niż zajęło tego opowiedzenie. 

Wymruczawszy przekleństwo, Basel sięgnął do rękawa po różdżkę bojową, 

background image

którą nosił przez dwadzieścia lat. Wycelowawszy w dziwnego potwora, zanucił 
zaklęcie wyzwalające kłujące lodowe pociski. Uśmiechnął się, gdy z różdżki 
wystrzeliło błękitne światło. Chłód i lód były w Halruaa czymś rzadkim, a 
wrogowie Basela rzadko byli przygotowani na taki atak.

Czekał na reakcję tego przeciwnika.

***

Matteo uskoczył przed tnącymi pazurami, po czym ciął wysoko. Miecz 

zakreślił krwawą linię pod dolnym lewym ramieniem larakena – jednym z 
niewielu wrażliwym miejsc na ciele potwora. Po jego boku popłynęła krew. 
Matteo padł i odtoczył się, robiąc miejsce Themowi. Gdy wielki mężczyzna 
został zmuszony do uniku, znów wpadł Matteo.

Obaj nacierali i niepokoili potwora niczym wilki atakujące jelenia. 

Matteo starał się nie myśleć o losie Iago ani przekonaniu, że wszyscy skończą 
tak samo.

- Cofnij się – warkną na Andrisa. Jego przyjaciel zdawał się jeszcze 

bardziej niematerialny niż zwykle, niewiele bardziej niż cień. Obecność 
larakena najwyraźniej zabierała mu siły. Mimo to Andris nacierał, 
wykorzystując swoją przezroczystość jako sposób na prześlizgiwanie się poza 
potworem, nie będąc dostrzeżonym.

Andris zignorował Mattea i ciął larakena po ogonie. Potwór wrzasnął i 

zamachał dziko tym, co mu zostało. Jeden cios i Andris poturlał się boleśnie po 
skalistym gruncie.

Lecz Matteo i Themo skorzystali z odwrócenia uwagi potwora. Zaszli go 

szerokim łukiem z obu stron, machając mieczami, aby zająć wszystkie cztery 
ręce larakena.

Istota kręciła się to w jedną stronę, to w drugą, jakby wyczuwając, że 

mogą ją trafić.

Atak nadszedł z najmniej oczekiwanej strony. Bladoniebieski pocisk 

spadł z pobliskiego szczytu, kierując się prosto w pierś larakena.

Pierwszym impulsem Mattea było wskoczyć między potwora i magię. 

Natychmiast się opanował – jego odporność na magię była silna, ale nie 
całkowita, a ponieważ nigdy nie widział takiego pocisku, nie wiedział, czy 
zdołałby przeżyć.

Zamiast tego rzucił się na Thema, spychając go z toru lotu magicznego 

pocisku. Potoczyli się razem, szybko rozdzielili i zerwali do pozycji gotowości – 
w samą porę, by zobaczyć, jak pocisk trafia w swój cel.

Błękitne światło złagodniało i rozszerzyło się. Larakena ogarnęła 

migocząca mgła, zanurzyła się pod jego skórę niczym łyżka w wodzie. Gdy 
laraken przyjął magię, rany zamknęły się, a mięśnie na żylastych kończynach 
napełniły nową siłą.

- On się leczy – zdziwił się Themo, spoglądając na potwora. – I co teraz?
- Miejmy nadzieję, że ten, kto rzucił to zaklęcie nie jest na tyle głupi, aby 

background image

zrobić to jeszcze raz – odparł ponuro Matteo.

Laraken wrzasnął i runął na nich. Matteo stanął pewnie na nogach, 

uniósł miecz i przygotował się na godną śmierć.

Nagle między nim i szarżującym larakenem pojawił się następny 

wojownik. Matteo z zaskoczeniem rozpoznał w nim Basela Indoulura. Pulchny 
mag potknął się i przyklęknął na jedno kolano, przedwcześnie wyzwolony z 
zaklęcia migotania, które zostało przerwane i wyssane przez głód larakena.

- Żadnej magii! – wrzasnął Matteo, biegnąc, aby ochronić czarodzieja.
Laraken ciął Basela zakrzywionymi szponami. Matteo zablokował jego 

nadgarstek tuż nad jelcem i odepchnął na bok. Laraken, spodziewając się 
większego oporu, pochylił się nieco do przodu. Matteo miał tylko nadzieję, że 
Basel miał dość sprytu i instynktu, by skorzystać z okazji i umknąć.

Czarodziej potoczył się do przodu, między nogami larakena i stanął za 

jego plecami z mieczem w każdej ręce. Potwór odwrócił się i ciął.

Basel sparował cios jednym mieczem i ustawił drugi do zasłony. Nagle 

miecz wydłużył się i trafił w nieosłoniętą pachę larakena.

Matteo wykrzyczał ostrzeżenie, ale było zbyt późno. Ku jego zaskoczeniu, 

miecz wbił się głęboko w ciało potwora, nieuszkodzony wysysaniem mocy 
przez potwora. Basel wyrwał broń i cofnął się.

Jordain uśmiechnął się lekko, gdy uświadomił sobie, co się stało. Kiedyś 

widział pokaz takiej broni. Śmiertelne połączenie kuszy i miecza, 
dwuwarstwowa konstrukcja oparta na sprytnej kombinacji dźwigni i sprężyn. 
Przycisk pchał zewnętrzną warstwę, podwajając długość ostrza.

Matteo uderzył wyjącego potwora wysokim cięciem, mając nadzieję, że 

wyrąbie miejsce dla któregoś z pozostałych wojowników, aby mogli wpychać 
ostrze jeszcze głębiej.

Lecz laraken zignorował go. Jego postać zaczęła blaknąć i znikać, niczym 

krajobraz oglądany przez migoczącą zasłonę magicznego portalu. Istota 
ryknęła po raz ostatni i znikła. Zwolniona broń zadzwoniła na kamieniach.

Matteo podniósł ją i zwrócił właścicielowi.
- Dobrze wybrana. Twój styl walki wydaje mi się znajomy.
- I powinien być. Trenowaliśmy u tego samego człowieka. Vishna był 

moim nauczycielem na długo przez twoimi narodzinami. – Basel rozejrzał się 
po polanie, zasłanej kamieniami i martwymi wojowniczkami Crinti. – Miałeś 
pracowity poranek. Kim są pozostali?

- Iago nie żyje – odparł cicho Matteo. Oderwał wzrok od rozrzuconych 

szczątków jordaina i spojrzał na pozostałych. – Themo ma ranę, którą trzeba 
zaszyć. Andris będzie musiał mówić za siebie – nie potrafię określić jego stanu i 
nie pojmuję tego.

Widmowy jordain usiadł na głazie, spoglądając niedostrzegającym 

niczego wzrokiem w miejsce, gdzie zniknął laraken.

- Zajmę się Themo – powiedział cicho Basel. – Zobacz, co możesz zrobić 

background image

dla tego drugiego.

Matteo podszedł i położył dłoń na ramieniu Andrisa. Wydawało mu się, 

że jego przyjaciel w ogóle nie jest już materialny.

- Ona żyje – powiedział słabym głosem jordain. – Crinti mówiły prawdę. 

Kiva żyje.

Matteo przykucnął, aby spojrzeć mu prosto w oczy.
- Skąd wiesz?
Andris popatrzył na niego smutno.
- Laraken wrócił.
Basel podniósł głowę znad swojej pracy.
- Gdy się walczy z potworami, zawsze jest taki kłopot. To coś jak 

sprzątanie domu, wydaje się, że nigdy nie ma temu końca. Mówisz, że Kiva 
wróciła. Czemu wiążesz jednego potwora z drugim?

- Widziałem księgę zaklęć Akhlaura – wyjaśnił Andris. – Nekromanta 

stworzył larakena, ale jedno władza nad nim jest ograniczona. Właściwie to 
wyćwiczył ucznia, aby przywoływał larakena, gdyż sam nie mógł tego robić. 
Kto mógł to zrobić, jeśli nie Kiva?

Matteo westchnął głęboko i usiadł obok przyjaciela.
- Kiva, żywa i sprzymierzona z Akhlaurem! Ale jak mogła przywołać 

larakena? Widziałeś, co się ostatnio stało, gdy zbytnio zbliżyła się do niego.

Andris pokręcił głową.
- Czuję, że dowiemy się tego zdecydowanie za szybko.

ROZDZIAŁ JEDENASTY

Laraken znów spadał. Rozpaczliwie machał rękami, tnąc pazurami 

delikatnie przepływające strumienie magii.

Potem magia zniknęła, a on stał po pas w błotnistej wodzie. Wilgotne 

powietrze wypełniały znajome dźwięki i zapachy. Zaskoczona istota pojęła, nie 
rozumiejąc dlaczego, iż wróciła do miejsca swych narodzin.

Nagle laraken poczuł głód. Plan Wody dawał stały dostęp do magii. Tu, 

na bagnach, będzie musiał polować. Odrzucił głowę do tyłu i zaczął węszyć. W 
powietrzu wisiał słaby zapach magii, trop ofiary. Ruszył jego śladem niczym 
ogar, przekradając się przez błoto w stronę skraju bagna.

Przykucnął za grubym pniem drzewa bilboa i popatrzył na rozciągniętą 

linię ludzi, przecinających sobie drogę przez wysoką do pasa trawę magia 
przylegała do nich niczym pachnący dym.

Czarny język larakena wyskoczył do przodu, smakując powietrze z 

gadzią satysfakcją. Idący na przedzie mężczyzna niósł miecz, zdobiony 
błyszczącym klejnotem i wypełniony magią, niemal promieniujący nią. 
Laraken upił zdrowy łyk.

Nagle czarodziej zatrzymał się, sięgnął do splugawionego miecza. 

background image

Wyciągnął broń z sykiem stali i przez długą chwilę spoglądał z 
niedowierzaniem na matowy kamień w głowicy. Odrzucił na bok bezużyteczne 
ostrze i wydał jakiś niezrozumiały krzyk w stronę swoich towarzyszy. Jeden z 
nich, kobieta w szacie w kolorze zieleni dżungli, ruszyła do przodu, unosząc 
długą, czarną laskę.

W odpowiedzi drzewa bilboa zaczęły drżeć niczym budzące się tyrany. 

ziemia drżała, gdy korzenie zaczęły wyrywać się z gleby. Stare drewno 
skrzypiało, gdy zaczarowane prostowały się i zginały, stawiając pierwsze, 
chwiejne kroki.

Laraken cofnął się, oczarowany tym widokiem. Uskoczył, gdy gruby 

konar świsnął mu nad głową w niezgrabnym ataku i zaczął pić. Żywe drzewa 
oddawały swoje wsparte magią żywoty, liście zamieniały się w brązowy pył. 
Laraken wrzasnął z radości, gdy odurzająca magia wypełniała jego członki.

Czarodzieje porzucili swoją broń i uciekli w panice. Laraken sięgnął, 

wypił ich zaklęcia, ich esencję. Pijany magią nie zauważył, że wyrwane z 
korzeniami drzewa bilboa zaczynają się chwiać.

Upadły, poruszając się w powolny, nieubłagany sposób, jaki cechuje 

koszmary senne. Żyjące drzewa zadrżały pod ciężarem walących się 
olbrzymów, powietrze wypełnił przeszywający chór, gdy istoty, które 
zbudowały w nich tętniące życiem miasta, umierały wraz ze swymi domami. 
Ludzie, zarówno zabici przez głód larakena, jak i żywi, padli pod plątaniną 
zabójczych konarów.

Laraken uciekł, unikając przewróconych korzeni i wzburzonej ziemi. 

Nagle uwolniony korzeń trafił go, przewrócił.

Ból przeszył ciało potwora. Latające gałęzie i wyrwane z ziemi kamienie 

raniły jego skórę tak, jak nie zdołały uczynić tego ludzkie miecze. Radość z 
ostatniego bankietu znikała, gdy skradziona magia była zużywana na leczenie 
ran.

Blask magicznej uczty znikł. Zdecydowanie zbyt szybko.
Nagle laraken zrozumiał. Zaklęcia, skradziona magia, jest mu zabierania. 

To znaczyło, że Ten Którego Zaklęć Nie Można Pożreć również opuścił świat 
wodnej magii.

Laraken – nie do końca uleczony i głodny aż do agonii – odrzucił głowę 

do tyłu i zawył rozpaczliwie.

***

Kiva przyglądała się, jak Akhlaur przejmuje skradzioną magię. Jego 

długa, czarna laska trzeszczała błękitnym światłem i wzbieraną energią. Lekko 
zielona twarz była skupiona, jakby rozważał naturę tego rabunku.

- Zaklęcia druidów – powiedział z niesmakiem i odrzucił węgorza na 

bok. – Laraken będzie musiał się lepiej postarać.

Mimo tych słów zdawał się być zadowolony. Laraken bardzo przyspieszy 

wzrost jego mocy, nawet jeśli wiele zabranych przez niego zaklęć było dla jego 

background image

pana bezużytecznych. Każda magia, którą posiadał Akhlaur, była magią, której 
nie posiadał inny czarodziej.

- Co do powrotu larakena, to martwi mnie jedna rzecz – rzekła Kiva. – 

Obawiam się, że jego obecność pozbawi mnie z takim trudem zyskanych 
czarów. Już raz to się stało – w krótkich słowach opowiedziała nekromancie, 
jak odzyskiwała swoją magię i jak ją to postarzyło.

- Najechałaś Zwierciadło Pani – powtórzył Akhlaur z wyraźnym 

podziwem. – Muszę przyznać, mała Kivo, że twoja inicjatywa robi wrażenie.

Nekromanta strzelił palcami, po czym wziął z powietrza mała, 

migoczącą fiolkę.

- Wszystkie problemy mają jakieś rozwiązanie. Poznajesz ten proszek?
Elfka zawahała się, a potem kiwnęła głową. Była to ta sama zielona 

substancja, która wywołała przemianę w zombie u strażnika półelfiego 
czarodzieja.

- Łączą nas więzy na śmierć i życie – ciągnął Akhlaur – co już daje ci 

pewną odporność na larakena. Mogę jej wzmocnić. Choć nie jestem przeciwny 
odebraniu ci czarów, lepiej posłużysz moim celom jako lojalna służąca.

Kiva udawała, że się nad tym zastanawia.
- A jeśli umrę, panie? Więź między nami już jest tak silna, jak jest to tylko 

możliwe bez wiązania w obie strony.

- Stąd ten eliksir – powiedział Akhlaur cierpliwie, jakby mówił do 

wyjątkowo opornego i głupiego dziecka. – Zapewniam cię, że nie zamierzam 
umrzeć! Ten eliksir da ci tak jakby nieśmiertelność. Elf może spodziewać się 
nienaturalnie długiego życia; to zapewni ci u jego kresu przemianę w licza.

- Nigdy nie zamierzałam tak spędzić życia po śmierci – odparła Kiva, po 

raz pierwszy mówiąc całkowitą prawdę. Elfy, zwłaszcza te dzikie, uważały 
przemianę w jakąkolwiek nieumarłą istotę za niewypowiedziane bluźnierstwo 
i unikały tego losu za wszelką cenę.

Nekromanta źle zrozumiał jej słowa. Wziął flaszkę z wodą Kivy i wlał do 

niej eliksir. Przyjęła ją z chęcią i uniosła do góry. Przypomniawszy sobie 
śmiertelne drgawki półelfiej czarodziejki, zadygotała teatralnie i upadła, wijąc 
się dziko, jednocześnie niezauważalnie wypluwając wodę. Według niej, mały 
łyk wystarczająco wzmocni ich więzy, nie skazując na bycie liczem.

Wreszcie wstała.
- A ty, lordzie Akhlaur – powiedziała chrapliwie. – Czy ty też 

przedsięwziąłeś ten środek ostrożności?

Nekromanta raczył uśmiechnąć się.
- Dopóki trwa szkarłatna gwiazda, jaka moc mogłaby mnie pokonać?
- Sama się często nad tym zastanawiałam – odparła.
Twarz Akhlaura stężała z zaskoczenia, potem pociemniała z gniewu. 

Równie szybko wyraz jego twarzy zmienił się w ponure rozbawienie.

- Najlepsza z moich uczniów – powtórzył.

background image

***

W komnacie narad króla Zalathorma zebrali się magowie z całego 

Halruaa. Największym skarbem władcy – przynajmniej takim, o którym 
wiedzieli ludzie – była wielka, bursztynowa kula, zdolna wezwać magów z 
każdego zakątka kraju. Każdy czarodziej, który uzyskał status Starszego, nosił 
złoty pierścień z osadzonym w nim, okrągłym bursztynem. Korzystając z tych 
artefaktów, Zalathorm mógł zwołać naradę o każdej porze, mógł też 
porozumiewać się z wybranymi albo wszystkimi spośród wiernych sobie 
magów.

Problem polegał na tym, pomyślał skrzywiony Zalathorm, że niewielu z 

nich jest tak wiernych, na jakich chcą wyglądać.

Spojrzał ponad morzem czekających, zastygłych w wyrazie szacunku 

twarzy. Zalathorm był potężnym wieszcze, zdolnym ocenić serce i zamiary 
człowieka lepiej od jakiegokolwiek żyjącego maga. Prawda, którą dostrzegał za 
wieloma z nich, bardzo go bolała.

- Wezwałem was, aby omówić skutki najazdu Mulhorandu – zaczął.
W sali rozległ się aplauz, gdy magowie chwalili króla za jego rolę w 

ostatnim zwycięstwie. Zalathorm uciął je gwałtownie uniesioną ręką.

- Każda z obecnych tu osób odegrała swoją rolę w zwycięstwie Halruaa. 

Spójrzmy w przyszłość. Otrzymaliśmy posłanie z Mulhorandu. Ich ambasador 
prosi o pozwolenie na przedyskutowanie warunków pokoju.

W zatłoczonej komnacie cisza stawała się coraz bardziej gęsta.
- Jakich warunków się spodziewają? – spytał słaby, marudny głos. Febir 

Khorn, zasuszony mężczyzna, na którego twarzy widać było każdy dzień 
przeżytych dziewięćdziesięciu lat, z oburzeniem stukał laską w marmurową 
posadzkę. Wiek, długa przyjaźń z Zalathormem i absolutna lojalność wobec 
króla dały mu prawo do odzywania się w każdej chwili. – Jeśli będą się trzymać 
z dala od Halruaa, damy iż żyć. O co więcej mogą prosić albo się spodziewać?

W komnacie rozległ się chór śmiechu i okrzyków aprobaty. Zalathorm 

uśmiechnął się do czarodzieja.

- Chciałbym bardzo, aby wszystko było tak proste jak ty, mój przyjacielu, 

lecz mimo zwycięstwa Halruaa, pozostało kilka tajemnic. Musimy się nimi 
zająć.

Omiótł tłum spokojnym wzrokiem. Nikt nie wątpił, że mówi o swojej 

królowej i czekającym ją procesie o zdradę. Wielu czarodziejów opuściło oczy, 
zawstydzonych własnymi, wygłaszanymi szeptem oskarżeniami i 
podejrzeniami. Wszędzie mówiło się, że królowa Zalathorma w ogóle nie stanie 
przed sądem, a jej nieprawości zostaną osłonięte królewską władzą.

- Walka między żywiołakami burzy to klucz do jednej z tych tajemnic – 

ciągnął dalej Zalathorm. – Procopio Septus odparł atak, wykorzystując 
żywiołaka stworzonego na własny obraz i podobieństwo. Prawdopodobnie 
czarodziej z Mulhorandu zrobił to samo. Sądzę, że mamy artystyczny rysunek 

background image

mulhorandzkiego żywiołaka, który powinniśmy odesłać wraz z ich dyplomatą.

Procopio wystąpił naprzód.
- Ten człowiek nie żyje… został zabity, gdy pokonano jego żywiołaka. Jaki 

miałoby to przynieść pożytek?

- Będziemy nalegać, by Mulhorandczycy wyjawili nam jego prawdziwe 

imię oraz oddali kilka rzeczy osobistych, abyśmy mogli dzięki wieszczeniu 
dowiedzieć się wszystkiego na temat jego planów i celów. Jeśli to zrobią, nie 
będzie żadnych negatywnych konsekwencji. Jeśli spróbują osłonić tego 
człowieka z obawy przed wystawieniem innych osób zaangażowanych w 
przygotowanie tej inwazji, odpowiemy atakiem na Mulhorand.

Wybuchła nieskładna gadanina. W swojej długie historii Halruaa 

odparła wiele ataków, ale nigdy nie atakowała innego kraju!

- W tradycji kryje się mądrość! – przekrzykiwał tłum Procopio.
W sali zapadłą całkowita cisza. Po raz pierwszy ktoś rzucił otwarte 

wyzwanie królowi.

Spokojny wzrok Zalathorma świadczył o tym, że król uznał słowa 

lorda-czarodzieja za takie, jakimi naprawdę były.

- Najwyraźniej sądzisz, że tradycja jest mądrzejsza niż twój król. 

Wytłumacz nam, dlaczego.

Taka bezpośredniość była w społeczeństwie Halruaa czymś na tyle 

rzadkim że Procopio przez chwilę czuł się zaskoczony. Szybko jednak 
opanował się i odparł podobnie.

- W ostatnich walkach zginęła jedna trzecia halruaańskich magów i 

wojowników. W samej stolicy zginęło ich czterystu. Teraz jest pora odbudowy, 
a nie rozciągania i tak nadwerężonych sił.

Zalathorm ponuro pokiwał głową.
- Nasze straty są znaczne, ale czy chcesz, abyśmy kryli się za naszymi 

górami słabi i zahukani? Czemu mielibyśmy dawać naszym sąsiadom powód 
do kolejnego ataku?

Po komnacie rozszedł się szmer aprobaty. Procopio pochylił głowę w 

lekkim ukłonie.

- Dobrze znasz swoich poddanych, panie. Odwołujesz się do naszej 

dumy, a my rzeczywiście jesteśmy dumni. Jednak między dumą a ślepą 
arogancją jest ważna różnica. Inwazja – pierwsza od ponad stulecia! – 
dowiodła poważnej słabości naszej obrony. Zaprzeczanie temu to głupota. 
Robienie kozła ofiarnego z jednego z wrogich magów może być zadowalające, 
ale odrywa nas od większego problemu.

Spojrzenie Zalathorma nie zmieniło się.
- Doprawdy, większego problemu. Lordzie Procopio, czy twoim zdaniem 

największego zagrożenie dla Halruaa przyszło z zewnątrz czy z wewnątrz?

- Z obu stron, panie.
- Zatem musimy ścigać obydwie. Wyślemy posłów do Mulhorandu. 

background image

Musimy dowiedzieć się więcej o magu, który zaczarował nasze granice i 
dowiedzieć się, jak zdołał połączyć magię Mulhorandu z ukrytą wiedzą 
Halruaa… a także dowiedzieć się, kto mu pomagał.

Zalathorm przerwał, aby dodać wagi swoim słowom. Gdy ich znaczenie 

stało się jasne, na twarzach, niczym wywołana zaklęciem plaga, pojawiło się 
pełne zaskoczenie niedowierzanie. Przekazywanie halruaańskiej magii 
obcokrajowcom było najgorszą zdradą, trudną do pojęcia!

A jednak co innego mogło się stać?
- Wahałam się, czy o tym mówić – ciągnął dalej król, zwracając się do 

wszystkich magów – gdyż widzę, jak wasze oczy spoglądając na sąsiadów, 
oceniając i dziwiąc się. W przeciwieństwie do większości z was, 
zgromadzonych w tej komnacie, żyłem w czasach, gdy mag walczył z magiem. 
Musimy unikać powrotu tamtych dni. Musimy stać razem, gdy wykorzeniamy 
własne słabości i zdradę. Obiecuję wam na wiatr i słowo, że wszystko zostanie 
wyjaśnione.

Cisza w komnacie srała się jeszcze cięższa. Zalathorm dał słowo maga, 

mimo iż oskarżano jego królową.

Przez chwilę Zalathorm wierzył, że zażegnał kryzys ambicji i konfliktu. 

Być może rzeczywistość odzwierciedlała przekonanie jego młodego jordaina – 
być może prawda była rzeczywiście najpotężniejszą bronią, jaką można 
wykorzystać w służbie Halruaa.

Lecz Procopio obrócił się na pięcie do zgromadzonych magów, a na jego 

twarz malowały się oburzenie i niedowierzanie.

- Czy jesteśmy wszyscy poddani przesłuchanie? Co to za tyrania? A co z 

prawami Halruaa i jej magów?

Króla zaskoczył całkowity brak logiki.
- Nie zamierzam pozbywać się ani jednego, ani drugiego.
- Nie otwarcie, nie – odparł mag – lecz magia i tajemnice są jak miecz i 

pochwa. Człowiek noszący nagą stal chętniej jej używa. Mówisz o 
niebezpieczeństwa wojny magów, ale wydaje mi się, że sam podsycasz 
płomienie! Rzucając podejrzenia na każdego maga w Halruaa masz może 
nadzieję na odwrócenie uwagi od znany zdrajców i niekompetentnych 
przywódców?

Pomruki protestu mieszały się z pomrukami aprobaty. Przez tłum 

przedarła się kobieta w stroju wojownika, z ręką opartą na głowy miecza. 
Magowie rozstępowali się przed nią. Rhodea Firehair była szczupła i rumiana 
jak barbarzyńca z północy, wyszkolona zarówno w walce mieczem, jak i w 
magii bojowej. Stanęła niemal twarzą w twarz z lordem burmistrzem, 
zmuszając go do zadzierania głowy na dość znaczną wysokość.

- Posuwasz się za daleko, Procopio – warknęła.
Mag opuścił głowę.
- Obyś miała rację, lady Rhodeo. Nikt nie chce zobaczyć Halruaa 

background image

rozdartego kolejnym konfliktem. Lecz widzę, co nadchodzi, nawet jeśli inni tego 
nie dostrzegają

pełne potępienia słowa Procopia zabrzmiały głucho w sali. Odwrócił się i 

wyszedł z komnaty, odwracając się plecami do tronu. Po chwili wahania, kilku 
magów wyszło za nim albo zniknęło po cichu.

Rhodea podeszła do tronu i zajęła miejsce po lewej ręce Zalathorma, na 

tradycyjnym miejscu championa. Wyciągany z pochwy miecz zaśpiewał, jego 
magia była równie intensywna jak barwa jej włosów. Czarodziejkę zalało 
krwawe światło, gdy uniosła go i uderzyła w przyczepiony do lewego 
przedramienia puklerz. Wysoki, metaliczny dźwięk poniósł się po sali niczym 
okrzyk bojowy.

- Zalathorm przemówił. Każdy, kto zechce wyzwać króla albo podważyć 

jego decyzje, musi wpierw pokonać mnie – oznajmiła ponad ponurą muzyką jej 
miecza.

W komnacie narad zapadła głęboką cisza. Potem magowie, jeden po 

drugim, zaczęli podchodzić z głośnymi okrzykami; niektóre stanowiły 
wątpliwej jakości zasłonę dla tych magów, którzy wymknęli się po cichu. 
Układy zostały już zawarte, strony wybrane.

Z bólem serca i przenikającym żalem Zalathorm przyjął prawdę zawartą 

w słowach Procopia. Czasem między przewidzeniem bitwy i wywołaniem jej 
nie było wielkiej różnicy.

Nie potrzebował swojej wieszczej magii, by zrozumieć, że wojna magów 

się zaczęła.

ROZDZIAŁ DWUNASTY

Tego samego dnia Rhodea Firehaira wkroczyła gniewnie do dużej, 

kamiennej komnaty, w której mieściła się halruaańska mennica. Powitała 
strażników lekkim skinięciem głowy i źle skrywana niechęcią poddała się 
zaklęciom wieszczenia, którymi każdy odwiedzający, nieważne jak dobrze 
znany, musiał być sprawdzony przed wejściem.

Zwykle rozumiała mądrość podejmowania takich środków ostrożności. 

Nie można było pozwolić, aby do mennicy wszedł złodziej albo wrogi mag. 
Przez to miejsce przechodziła większość bogactw kraju. Wjeżdżały tu 
wagonikami bogate krążki, stanowiące podstawową walutę Halruaa.

Nie była jednak w nastroju, by znosić głupotę towarzyszących jej 

czarodziejów. Żenujący pokaz w komnacie naraz Zalathorma sprawił, że ręka 
swędziała ją, by sięgnąć po broń. Miecz wciąż błyszczał słabą czerwienią mocy, 
która napędzała pełną oburzenia obronę jej króla.

Rhodea przeszła obok sadzawki, w której chłodziły się pieniądze i 

wyciągnęła z wody świeżo wybitą monetę. Z portretu popatrzył na nią król 
Zalathorm, jedyny władca, jakiego Rhodea znała i któremu chciałaby służyć.

background image

Pochyliła lekko głowę.
- Tak powinno być.
Gdy szła przez mennicę, jej nastrój nieco się poprawił. Tutaj wszystko 

było takie, jakie być powinno. Niskie, spocone krasnoludy przepuszczały swoją 
rudę przez proces przetapiania. Rzemieślnicy pracowali drobnymi 
narzędziami, tworząc stemple do nowych monet. Wysoka, rudowłosa młoda 
kobieta kłóciła się z nadzorca smoka, wymachując dziko rękami.

Rhodea uśmiechnęła się miło. Jej córka, Thalia, w pełni odziedziczyła 

żywiołowy rodzinny temperament. Choć nigdy nie będzie wielką czarodziejką, 
żywiła takie samo poświęcenie dla Halruaa, jak jej matka. W swoim czasie 
będzie kierować tą mennicą i to kierować dobrze.

Obiektem jej gniewu był półelfi czarodziej, wybrany ze względu na swoje 

długie życie i zdolność obchodzenia się z magicznymi istotami. Trzeba było 
wielu lat, aby wychować smocze pisklę i nauczyć czarów, które sprawiały, że 
młoda istota zachowywała się względnie spokojnie.

Istniało przysłowie jordainów mówiące o niebezpieczeństwach 

przesady, coś o skutkach przykuwania smoka do ugotowania obiadu, ale 
mennica właśnie to robiła. Owszem, było to ryzykowne, ale ruda elektrum 
trudno się topiła, a niewiele rzeczy paliło tak mocno jak smoczy ogień.

Rhodea podeszła do kłócącej się pary, która nagle umilkła.
- Witaj, Thalio. Ty także, Pizarze. Jakieś kłopoty?
Thalia popatrzyła na półelfka.
- Smok dziwnie się zachowuje. Powiedziałam temu… dozorcy… aby 

odnowił swoje zaklęcia posłuszeństwa. Ale on jest zbyt dumny i uparty, aby 
mnie posłuchać.

- Sprawdziłem je – odparł z zapałem opiekun smoka. – Oczywiście, smok 

jest niespokojny! Ona jest niemal dorosła. Wkrótce nie będziemy w stanie w 
ogóle jej kontrolować. Właśnie mija pora, kiedy powinniśmy wypuścić ją na 
wolność! Kolejne smoczę jest niemal na tyle dorosłe, aby ziać ogniem. Lepiej 
zawiesić na krótki czas produkcję monet niż ryzykować zarówno smoka, jak i 
mennicę.

Rhodea z namysłem pokiwała głową.
- Słusznie. Masz moje pozwolenie na uwolnienie tego smoka, gdy tylko 

będą gotowe zaklęcia transportujące. Lecz nie wypuszczaj go na pustkowiach 
Calimshanu, jak zazwyczaj. Mulhorandczycy przysłali ostatnio kilku swoich 
najbardziej znamienitych obywateli. Być może powinniśmy im się 
odwzajemnić.

Między parą zapadła pełna zaskoczenia cisza. Wymienili spojrzenia i 

zaczęli uśmiechać się jak szykujący psotę ulicznicy. Rhodea zachichotała i 
poszła dalej.

Podeszła do głównej kadzi, aby spojrzeć na smoka. Istota była nadal 

młoda, nie miała więcej niż dwadzieścia stóp długości, okrywały ją 

background image

jasnoczerwone łuski. Podczas tej krótkiej służby na miejscu trzymały ją 
mithrilowe łańcuchy i nie dające się przełamać zaklęcia. smok wydawał się 
dość spokojny, wydmuchiwał języki płomienia u podstawy wielkiej kadzi, 
ilekroć wołały o to pracujące na rusztowaniu krasnoludy.

Rhodea uniosła głowę. Cztery krasnoludy, pracujący w parach, obracały 

korbę mieszkającą płynny metal. Kolejny krasnolud stał na niższym poziomie 
rusztowania, poprawiając gałki, otwierające okrągły otwór blisko szczytu kotła. 
Błyszczący srebrzysty płyn popłynął długą rynną ku mniejszej kadzi, gdzie 
więcej krasnoludów rozgarniało gwałtownie stygnący metal i wygładzało w 
płytki.

Większość prac wykonywały krasnoludy. Były jedynymi istotami, które 

mogły znieść tak intensywne gorąco. Mimo to ich brodate twarze były niemal 
tak samo czerwone, jak słynne włosy Rhodei.

Nagle w komnacie rozszedł się straszliwy smród, jakby tysiąca mocno 

zgniłych jaj. Rhodea zasłoniła usta i odwróciła się w stronę miejsca, z którego 
dochodził.

Smok dalej trwał na swoim miejscu, jego oczy wciąż błyszczały 

zaklęciem posłuszeństwa, oddychał w regularnych odstępach czasu. Lecz jego 
łuski nie były już czystymi, jasnymi łuskami wczesnej młodości, lecz stały się 
intensywnie zielone. Jego oddech wydzielał nie ogień, ale trującą żółtą chmurę.

Rhodea sapnęła z zaskoczenia. Nagły wdech zepsutego powietrza 

wywołał gwałtowny atak kaszlu. Krasnoludy na rusztowaniu zostały porażone 
jeszcze mocniej, kaszlały gwałtownie i przechylały się przez barierki niczym 
pijani. Jeden z nich stracił oparcie i ze straszliwym wrzaskiem spadł w 
roztopioną rudę.

Na smoka spadły jasne krople płynnego metalu. Ból uwolnił go spod 

czarów ochronnych. Zaczął ryczeć i wyrywać się. Ogon uderzał na boki, 
wybijając wsporniki spod kadzi.

Wielki kocioł przewróciła się, rozlewając po drewnianej podłodze wolno 

rozchodzącą się, zabójczą rzekę srebra. Drewniane rusztowanie stanęło w 
ogniu, zapłonęły też ocieplające kamienne ściany obicia. W ciągu jednego 
uderzenia serca obietnica bogactwa stała się śmiertelnym zagrożeniem.

Rhodea sięgnęła do swojego pierścienia Starszego, który mógł 

natychmiast przenieść ją na bezpieczny dwór Zalathorma. Gorączkowo 
rozglądała się w poszukiwaniu córki.

Thalia stała zbyt blisko srebrnej lawy. Rhodea nigdy nie zdążyłaby do 

niej dobiec.

Czarodziejka zdarła pierścień z palca i włożyła cała siłę w rodzinny 

okrzyk bojowy. Thalia odwróciła się w stronę dźwięku i odruchowo chwyciła 
rzucony w jej stronę pierścień.

Rhodea Firehair przyglądała się, jak córka znika z pokoju, po czym 

odwróciła się do białej fali gorąca, poprzedzającej zabójczą powódź. Wojownik 

background image

umiera z bronią w ręku. Rhodea wyciągnęła miecz i ruszyła w stronę światła.

***

Wieść o zniszczeniu mennicy rozeszła się szybko, niemal tak szybko jak 

stopiona ruda i ogień, który tego dokonał.

Procopio Septus jeszcze raz przeczytał raport, mrucząc pod nosem o 

niekompetentnych głupcach, lecz tak naprawdę nie rozumiał, jak to się mogło 
stać.

Wielu magów krzywiło się słysząc o wykorzystywaniu smoków do 

procesu przetapiania rudy. Istoty były tak łagodne jak tylko mogły być smoki 
wychowywane od jajka i strzeżone potężnymi zaklęciami ochronnymi.

- Lordzie Procopio, masz gościa.
Czarodziej wstał, marszcząc brwi.
- Nie jestem w nastroju – odpowiedział służącemu.
- Opowiada bardzo ciekawe rzeczy – nalegał mężczyzna. – Twierdzi, że 

wydostał się z królestwa Niewidzialnego Ludu.

Procopio opadłą szczęka. Słyszał o zniknięciu Dhamariego Exchelsora. 

Wiedział też, że złamano zabezpieczenia w jego wieży. Straż przeszukała ją, ale 
niczego nie znalazła, choć były wyraźne ślady włamania. Nie sprawdzono 
magicznych zabezpieczeń, aby określić tożsamość złodzieja – lord burmistrz 
miał ważniejsze sprawy na głowie. Nie przyszło mu do głowy, że tym 
„złodziejem” mógłby być sam Dhamari.

Szybko opanował zaskoczenie.
- Niech wejdzie. Muszę choć na chwilę skupić uwagę na czymś innym.
Służący wprowadził niskiego, szczupłego mężczyznę. Procopio znał go 

tylko z widzenia i zawsze uważał za bezpretensjonalnego, małego człowieczka, 
na którego zwykle szkoda czasu i kłopotu.

Procopio wymienił uprzejmości, jakich wymagała etykieta. Nawet wielki 

czarodziej musiał zwracać uwagę na maluczkich, a Procopio był na tyle bystry, 
aby do pewnego stopnia traktować uprzejmie wszystkich. Nawet średni 
czarodziej może być sojusznikiem, a w tej chwili Procopio potrzebował 
każdego mężczyzny i kobiety, którego zdoła zwerbować.

Uśmiechnął się do maga z serdecznością, której wcale nie czuł.
- Słyszałem, że masz mi do opowiedzenia ciekawą historię.
- Tak – odparł sucho tamten. – Twój służący uznał ją nawet za zabawną. 

Nie przypuszczam, aby twoja łatwowierność dała naciągnąć się znacznie dalej. 
Ale niech i tak będzie. Nie przybyłem tu, aby dyskutować o takich rzeczach. 
Mogę opowiedzieć ci o śmierci Rhodei Firehair, samozwańczego championa 
obecnego króla.

Choć niskiemu czarodziejowi daleko było do subtelności, Procopio 

zignorował zdradzającego go uwagi. Złożył palce i spojrzał sponad nich na 
gościa.

- Słyszałem doniesienia o pożarze.

background image

- Czy chcesz dokładnie usłyszeć, co się stało?
- Chętnie.
- Ci, którzy sprawdzali ruiny mennicy widzieli tylko spalone kości 

młodego smoka – powiedział Dhamari bez ogródek. – Nie wpadło im do głowy 
sprawdzać, jakiego koloru mógł być martwy smok.

- Nie widzę w tym sensu.
- Smok zmienił się z czerwonego w zielonego. Tego szczegółu nie 

znajdziesz w żadnym raporcie.

Procopio odchylił się do tyłu, zaczynając rozumieć, do czego tamten 

zmierza, i po raz pierwszy naprawdę zainteresowany słowami małego 
czarodzieja.

- Ruda pochodzi z regionu, gdzie jest wiele złóż minerałów. Gdy smok 

zmienił się w połowie zionięcia z czerwonego na zielony, jego płomienny 
oddech zmienił się w gaz. Zmieszał się on z gazami unoszącymi się znad kadzi, 
tworząc trujące i wyjątkowo lotne opary. Wyobrażam sobie, że krasnoludy 
pracujące przy kotle spadały jak kamienie.

- Masz bujną wyobraźnię – mruknął Procopio. – Tak, mogę to sobie 

wyobrazić. Kadź się przewróciła, żar stopionej rudy podpalił wnętrze. Gaz 
zatruł pracowników, którzy zapomnieli czarów i odciął im drogę ucieczki. 
Ponure, ale efektowne zagranie, posiada jednak duży, widmowy z daleka błąd. 
Zakładając, że masz rację, to magia zdolna zmienić czerwonego smoka w 
zielonego powinna być zaklęciem nekromantycznym o znacznej mocy. Kto 
mógłby zrobić coś takiego?

Dhamari rozłożył ręce.
- Jak wiesz, rodzina Exchelsor posiada większość halruaańskich kopalni. 

Od czasu, gdy to ja dostarczam rudę, wprowadzenie magicznego przedmiotu, 
do mennicy było dość łatwe.

Procopio wybuchł pełnym niedowierzania śmiechem.
- Jesteś odpowiedzialny za to zaklęcie?
- Skoro mi nie wierzysz, to może posłuchasz relacji jedynego ocalonego? 

Podobnie jak wszyscy członkowie Rady Starszych, Rhodea Firehair posiadała 
pierścień, który w razie potrzeby mógł teleportować ją na dwór Zalathorma. Jej 
ostatnim bohaterskim czynem było rzucenie pierścienia córce. Nie mogła 
wiedzieć, że dość podobne magiczne urządzenie było przygotowane, aby 
przechwycić każdego, kto mógł próbować ucieczki. Czy posłuchamy, co ta mała 
rudowłosa dziewka ma nam do powiedzenia w tej sprawie?

- Oczywiście!
Dhamari wyciągnął z fałd swojej szaty niewielką czerwoną kulę i rzucił 

ją na podłogę. Kryształ rozbił się, a w pokoju zjawiła się, potykając, młoda, 
rozczochrana kobieta.

- Lord Procopio! Chwała niech będzie Mystrze! Musisz szybko wezwać 

pomoc! Mennica się pali!

background image

Procopio wstał i zaprowadził dziewczynę w stronę krzesła.
- Już się tym zajęto, moja droga. Proszę, powiedz mi, co się stało.
Wysłuchał opowieści Thalii Firehair, w większości szczegółów 

pokrywającej się z tym, co przekazał Dhamari. Niski czarodziej stanął za nią, 
gładząc uspokajająco jej ramię, gdyż mówiła szybkimi, urywanymi zdaniami.

Wreszcie zamilkła. Dhamari napotkał spojrzenie Procopia.
- Czy wysłuchałeś dosyć?
Lord burmistrz pokiwał głową. Dhamari wyciągnął nóż i wbił go głęboki 

między łopatki Thalii. Przekręcił mocno, potem opuścił konającą dziewczynę 
na podłogę.

- Śmiałe posunięcie – zauważył zimno Procopio. Dhamari wzruszył 

ramionami.

- Była wyszkoloną wojowniczką, a ja nie. Nauczyłem się działać w 

zasięgu swoich możliwości. Nie pozostały jednak żadne wątpliwości. Sprawdź 
mnie i przekonaj się sam.

Czarodziej usiadł na krześle zwolnionym przez Śmierć i poddał się 

zaklęciom wieszczenia Procopia. Minęło kilka chwil, gdyż ten rzucał jeden czar 
za drugim, nie do końca przekonany nawet własną potężną magią. Wreszcie 
nie mógł zaprzeczyć słowom niskiego czarodzieja.

- To ty to zrobiłeś – zdziwił się wieszcz. – Ale jak?
- Wykorzystałem gotowe zaklęcie. Wystarczyło tylko słowo, które je 

uruchomiło – Dhamari z wystudiowaną obojętnością oglądał swoje paznokcie. 
– Czy wiesz, że Kiva uczyła się magii od Akhlaura, największego nekromanty 
swoich czasów?

Wniosek poradził Procopia niczym ciśnięty sztylet.
- Kiva dała ci ten czar? Ona wciąż żyje?
Czarodziej zachichotał.
- Wygląda na to, że jestem nieco lepiej poinformowany niż wieszcz, który 

sam przewidział inwazję Mulhorandu. Tak naprawdę ktoś może powiedzieć, że 
jestem bardzo, bardzo dobrze poinformowany.

Wręczył burmistrzowi kopię magicznej wiadomości, jaką przekazała mu 

Kiva, dokument opisujący ze wszelkimi detalami ostatnie kontakty Procopia ze 
zdradziecką elfką.

Procopio przeleciał wzrokiem pergamin i odrzucił na bok.
- Czego chcesz?
- Wymiany, niczego więcej – wyjaśnił Dhamari. – Podziwiam twój spryt i 

nie zamierzam tymi niefortunnymi informacjami przeszkadzać twojej miejski 
sięgnięcia po władzę. Tak naprawdę to sam dysponuję wieściami, które chce ci 
przekazać.

- Za jaką cenę?
- Taką, której zapłata nie będzie dla ciebie niemiła – odparł złośliwe. – 

Chcesz złożyć z tronu Zalathorma. Kiva również. Ja także.

background image

- Naprawdę? Jakieś to bezcenne informacje?
- Królowa Beatrix wydaje się czymś więcej, niż tylko szaloną 

czarodziejką i zdrajczynią Halruaa, choć można by uważać, że to wystarczy. 
Jest oskarżoną o morderstwo cudzołożnicą, której związki zaowocowały 
narodzinami bastarda, i co najgorszej, ale tylko w moich oczach, moją byłą 
małżonką.

Procopio wstał tak gwałtownie, że aż przewrócił krzesło.
- Beatrix i Keturah to ta sama osoba?
- Tak, możliwe też, że król wziął zbiegłą przestępczynię za żonę. A jeśli 

nie wiedział, kim ani czym była Beatrix, to jest głupcem, który nie powinien 
rządzić królestwem.

Wieszcz zaczął spacerować, podczas gdy nowe wątki zaczynały nabierać 

kształtów. Dhamari uśmiechnął się.

- Widzę, że sprawia ci to satysfakcję. Jednak pierwszym celem naszego 

sojuszu jest uporać się z naszym wspólnym wrogiem – Baselem Indoulurem, 
człowiekiem, który może pogrążyć nas obu.

Procopio zatrzymał się nagle i spojrzał na swojego gościa z nowym 

szacunkiem.

- Masz jakiś plan?
Dhamari rozłożył skromnie dłonie.
- Miałem raczej nadzieję, że ty masz.
- Basel ma zaskakująco niewielu wrogów. Jedyny, jakiego znalazłem, to 

Uriah Belajoon.

- Czy jego krzywda jest bardzo duża?
- Na jego miejscu bym tak nie sądził, ale jego zmarła żona była ładniejsza 

od mojej – odparł sucho Procopio. – Wygląda na to, że lord Basel zamordował 
śliczną młodą małżonkę starego Belajoona.

Na twarzy Dhamariego pojawił się szeroki uśmiech.
- Masz na to dowody?
- Jeszcze nie.
- Może nie będą potrzebne – myślał niski czarodziej. Tak naprawdę lepiej 

nie kłopotać Rady tą wiadomością. Uriah Belajoon mocno wspiera króla. Skusić 
go, aby wziął sprawiedliwość w swoje ręce, oddać go prawu, a zniszczymy 
dwóch popleczników Zalathorma. – Dhamari popatrzył znacząco na martwą 
dziewczynę. – Wspomogę to innymi atakami, tak samo skutecznymi jak ten.

- A w zamian?
- Na razie chciałbym zachować swój powrót w tajemnicy. Mam przy 

sobie magię kryjącą moje prawdziwe cele, lecz prosiłbym cię o dodatkowe 
czary do zamaskowania mojej obecności i miejsce, gdzie mogę pozostać w 
odosobnieniu. Kiedy nadejdzie właściwy czas, pojawię się… jako zwolennik 
nowego władcy Halruaa.

- Zrobione.

background image

Procopio wyciągnął rękę do wyjątkowo zaradnego, niskiego mężczyzny. 

Zderzyli się nadgarstkami, pieczętując układ krwią drugiego czarodzieja.

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

Pył wciąż wirował na polanie, z dalekich szczytów docierały do 

jordainów słabe echa śmiertelnej walki. Matteo i jego przyjaciele podzielili się 
zadaniami, jakie zwykle wykonuje się po bitwie – opatrywaniem rannych, 
zbieraniem broni, pochowaniem zabitych.

Andris poskładał ciało Iaga najlepiej jak potrafił, po czym ukląkł przy 

jego boku i zamknął mu oczy. Zaczął śpiewać litanię jego czynów i osiągnięć. 
Wyglądał przy tym jak duch, który przybył, aby powitać brata na tamtym 
świecie.

Themo siedział z bladą twarzą, lecz bez ruchu, podczas gdy Basel 

Indoulur zaszywał ranę na jego ramieniu.

- Szkoda, że nie mamy pod ręką kapłana – mruczał Basel, gdy jego 

pulchne, zdobione pierścieniami ręce poruszały się z wprawą. – Zostanie 
paskudna blizna, lecz zdołaliśmy cię zaszyć i obłożymy ranę pastą z pleśni, aby 
nie wdało się zakażenie.

Twarz wielkiego mężczyzny skrzywiła się w wyrazie niesmaku, lecz nie 

wyraził swojej opinii na temat takiego postępowania.

Andris wstał i podszedł do Mattea.
- Nie ma tu zbyt wiele suchego drewna, aby zbudować odpowiedni stos, 

a ziemia jest zbyt twarda i kamienista, aby go pochować. A ponieważ nie 
brakuje kamieni, możemy zbudować mu kurhan, jak podobno czynią swoim 
poległym krasnoludy.

Ramiona Mattea uniosły się opadły w pełnym rezygnacji westchnieniu.
- Iago spędził najgorsze dni swojego życia w Nath. To nie w porządku, 

żeby tu spoczywał.

- Nasze konie uciekły – odparł cierpliwie Andris. – Najprawdopodobniej 

zabrały je Crinti. Jak możemy zabrać ze sobą ciało Iaga?

- Statkiem powietrznym – wtrącił Basel. Sprawnie zawiązał końca 

bandaża Thema i wstał. – Nim opuściłem Halarahh, wysłałem tu Avariela
Oddaję statek do twojej dyspozycji.

Matteo rozpromienił się.
- To może pomóc. Oprócz wszystkiego, co powinienem uczynić, król musi 

dowiedzieć się, że Kiva żyje, laraken wrócił, a Akhlaur nie tylko przetrwał, ale i 
znalazł się wśród nas.

- Jeśli Zalathorm jeszcze o tym nie wie, to jesteśmy w większych 

kłopotach, niż sądziliśmy – zauważył Basel. – Rozumiem, że masz obowiązki, 
ale formalności powinny zaczekać wobec spraw, które czekać nie mogą.

Oczy młodego mężczyzny rozbłysły nadzieją.

background image

- Znalazłeś zaklęcie zdolne uwolnić Tzigone?
- Dzięki łasce Mystry. I jak zwykle, błogosławieństwa Pani nie są 

całkowicie jednoznaczne.

Basel szybko opisał jordainowi zaklęcie.
- Z chęcią sam bym po nią poszedł – zakończył – ale w moim sercu jest 

dość ciemnych zakamarków, aby porażka była gwarantowana. Znam tylko 
jednego człowieka, który mógłby przetrwać w krainie Niewidzialnego Ludu 
dłużej niż śnieg w łaźni w Halarahh. – Gdy nie dostrzegł zrozumienia w oczach 
Mattea, dodał: – Znam tylko jednego człowieka, który życie Tzigone ceni 
równie wysoko jak ja.

Tym razem Matteo nie wahał się.
- Jeśli to ja mam ją sprowadzić z powrotem, zrobię to.
Themo zerwał się na równe nogi z okrzykiem sprzeciwu. Dla rannego 

było to zbyt wiele: jego twarz nagle straciła kolor, opadł na ziemię.

- Nie rób tego – wycedził przez zaciśnięte zęby. – Widziałeś, co się ze mną 

stało, gdy walczyłem z tymi po trzykroć przeklętymi faerie. Jak to będzie w ich 
świecie?

- Być może Tzigone opowie ci o tym, gdy wróci – powiedział cicho 

Matteo.

- Ale…
Matteo spojrzał na Thema tak, że mężczyźnie protest zamarł w gardle. 

Odwrócił się do Basela.

- A co z moja jordanowską odpornością na magię?
- Od każdej zasady są wyjątki – wtrącił Andris z wyraźną niechęcią. – 

Jednym z nich są chyba zaklęcia przenoszące. U boku Kivy przekraczałem 
Halruaa jednym krokiem.

- Kiva była ogarem magów – przypomniał mu Basel. – Jej zaklęcia mogły 

mieć na ciebie większy wpływ, niż zwykłego maga. Nie jest jednak jedynym 
ogarem magów w Halruaa, a kościół Azutha posiada pewne artefakty, które w 
pewnym stopniu mogą ominąć magiczną odporność jordainów.

- Drugi ogar magów – burknął Themo. – „W pewnym stopniu”. Ładny mi 

plan.

Czarodziej westchnął z rezygnacją.
- Nie będę fałszywie przedstawiał sytuacji w zbyt różowych barwach. 

Ryzyko jest spore.

- Ale nie tak bardzo, jak cena braku jakiegokolwiek działania. Czy 

zaklęcie jest gotowe…? – gdy Matteo uświadomił sobie pewną ponurą 
możliwość, na jego twarzy pojawił się wyraz przerażenia. – Czy może zostało 
pochłonięte przez larakena?

Basel położył rękę na ramieniu mężczyzny i wskazał na pobliski szczyt.
- Gdy zrozumiałem, z kim walczycie, zostawiłem moje magiczne 

przedmioty na tamtej skalnej półce. Nie, zaklęcie nie jest do końca gotowe. 

background image

Musimy omówić kwestię jednego z komponentów.

Czarodziej zawahał się. Matteo kiwnął zachęcająco głową.
- Potrzebujemy pukla włosów twojego przodka, maga o znacznej mocy.
Wzrok Mattea przesunął się na mnóstwo małych warkoczyków na 

głowie czarodzieja. Kąciki jego ust wykrzywił słaby, domyślny uśmieszek.

- A ty przyszedłeś, aby mi go dać.
Brwi Basela uniosły się.
- Gdybyż to było takie proste! Drzewo rodowodowe jordaina nie jest 

znane wszystkim.

- O moim nie da się łatwo mówić – odparł Matteo, z trudem zachowując 

cierpliwość. – Jeśli chcesz, przysięgnę, iż nikomu nie powiem, że jestem moim 
ojcem, ale na miłość Mystry, miejmy to już za sobą!

Nie był przygotowany na wyraz całkowitego zaskoczenia, jaki pojawił się 

na pulchnej twarzy Basela. Serce Mattea ścisnęło się, gdy uświadomił sobie 
własny błąd.

- Widzę, że się pomyliłem – powiedział powoli. – Najbardziej 

upragnionym celem Tzigone było odnaleźć swoją rodzinę. Znalazła moją 
matkę, założyłem więc, że została twoją uczennicą, gdyż jesteś albo jej ojcem, 
albo moim. Wiadomo, że twoja żona i dziecko umarli zaraz po narodzinach. 
Tak często się mówi o narodzinach jordainów. Sądziłem… a tak naprawdę… – 
jego głos zatrzymał się w niewygodnej ciszy.

Mag odzyskał resztki opanowania.
- Moja żona rzeczywiście urodziła jordaina, ale dziecko było 

dziewczynką i urodziło się martwe.

- Jesteś tego pewien?
Wzrok Basela był zamglony, ale spokojny.
- Bez wątpienia. Odmówiłem wyjścia z komnaty, gdzie zielona 

czarodziejka przyjmowała poród. Trzymałem córkę w ramionach. Własnymi 
rękami zapaliłem jej stos pogrzebowy. Nie jestem twoim ojcem, Matteo. wierz 
mi, gdybym mógł, uznałbym cię za syna.

- A ja ciebie za ojca – odparł cicho jordain – lecz mówmy o 

rzeczywistości, a nie o naszych pragnieniach. Dowiedziałem się, że szukanie 
matki jordaina jest nie tylko daremne, ale i niebezpieczne. Musimy skupić się 
na moim ojcu. Tzigone powiedziała mi, że moim ojcem był jeden z mistrzów 
Szkoły Jordainów.

- Jak się tego dowiedziała? – zapytał Themo, wyglądając jednocześnie na 

przerażonego i zaintrygowanego tą wiadomością. To nie było coś, o czym 
jordainowie rozmawiali albo rozmyślali – taką wiedzę uważano za 
nieosiągalną.

- Dotarła do spisów narodzin przechowywanych w pałacu królowej.
- Idź tam. W końcu jesteś królewskim doradcą.
Matteo pokręcił głową.

background image

- Nie mam takich zdolności jak Tzigone w omijaniu zamków i 

zabezpieczeń, a legalne drogi są długie i skomplikowane.

- Jest jeszcze inna możliwość – powiedział Basel. – Gdy byłem mistrzem 

jordainów, dowiedziałem się o ukrytej księdze, zawierającej nazwiska 
przodków jordainów.

- Widziałem ją – powiedział słabo Andris. Matteo rozpromienił się.
- Czy dowiedziałeś się czegoś o moich rodzicach?
Widmowy jordain zawahał się.
- Już moje pochodzenie było złe. Bogowie tylko wiedzą, z jakiego bagna 

ty wyskoczyłeś – poprawił słabym uśmiechem tę wypowiedź, będącą tylko 
częściowo żartem.

- To unik, nie odpowiedź – zauważył Matteo.
- Mam ku temu powody – odparł cicho jego przyjaciel. – Prawdy tego 

rodzaju to ciemne zwierciadło. Nauczyłem się, że jeśli chodzi o rodzinę, każdy 
człowiek musi stanąć twarzą w twarz z własnym odbiciem.

W tej chwili chmury rozstąpiły się, na kamienną glebę spłynął potop 

barw. Matteo uniósł głowę. Spośród rozstępujących się chmur spłynął duży 
statek powietrzny, najwyraźniej napędzany przez skrzydlate elfy wymalowane 
na burtach i żaglach. Promienie słońca przechodziły przez jasno barwione, 
jedwabne żagle.

Zasłona Basela sprowadziła statek jak najbliżej polany. Spadła sznurowa 

drabinka. Czarodziej wspiął się zadziwiająco zwinnie, po chwili spuszczono 
sieć, w której wciągnięto rannego Thema. Matteo i Andris pomogli przenieść na 
pokład ciało Iaga, po czym sami wspięli się na górę.

Stali razem przy relingu, przyglądając się, jak Nath z wolna odpływa.
- Popioły Iaga powinny zostać rozsypane po ziemi jordainów – zauważył 

Matteo, gdy statek wziął kurs na południowo-zachodnie Halruaa. – 
Przynajmniej jeden element tej wyprawy zakończy się tak, jak powinien.

- Zaczekałbym z ocenami do chwili, gdy dowiemy się, co jeszcze poszło 

źle – mruknął Andris, wskazując na Basela. Czarodziej podszedł do nich, jedną 
ręką uspokajając siedzącego mu na ramieniu dużego morskiego ptaka. Twarz 
miał ponurą, a w oczach płonął oraz coś, co mogło być nie otartymi łzami.

- Powinniście tego posłuchać – rzekł ostro.
Czarodziej wyrwał ptakowi niewielkie pióro i zdmuchnął z dłoni. Pióro 

natychmiast zamieniło się w mleczną mgłę. Basel wypowiedział tajemne słowo 
w loross, starożytny języku Netheril i Halruaa, a mgła szybko zmieniła się w 
krępego, młodego czarodzieja, z mięśniami, jakie mogą dać tylko godziny 
ciężkiej pracy.

Obraz ukłonił się.
- Przepraszam za to wtargnięcie, lordzie Baselu, ale mam bardzo złe 

wieści.

- To Mason, jeden z moich uczniów – wyjaśnił cicho czarodziej.

background image

- Wysyłam tego posłańca z twojej wieży w stolicy, gdyż nie mogę 

dostarczyć ci tej wiadomości bezpośrednio. Farrah została znaleziona martwa 
w przedsionku wieży. Służący wezwali straż. Zostałem wyrwany ze snu i 
zaprowadzony na przesłuchanie do ogarów magów – chłopak zawahał się na 
moment, z trudem przełykając ślinę. – W moim pokoju znaleziono nóż, którym 
zabito Farrah, wraz z fiolką po eliksirze zapomnienia, który usunął z mojej 
pamięci wspomnienia całego wieczora.

Przysięgam, lordzie Basel, że jestem niewinny! Nie ma we mnie ani w 

całej Halruaa niczego, co mogłoby mnie skłonić do takiego uczynku. Mimo to 
ogarowie magów twierdzą, iż Farrah umarła przekonana, że to moja ręka 
zadała jej cios.

Widmowy obraz przerwał i pełnym zmęczenia gestem przesunął po 

twarzy dłonią.

- Proszę, nie powracaj tylko ze względu na ramie – powiedział cichym 

głosem. – Farrah zginęła, a dzięki twojej pozycji pozwolono mi zostać w 
areszcie domowym w twojej wieży, dopóki nie znajdziesz czasu, aby zająć się 
tą sprawą. Tzigone potrzebuje całych twoich sił. Reszta może poczekać.

Wyprostował się.
- Sądzę, iż sam zechcesz zanieść złą wieść lordowi Noor. Powinienem 

ostrzec cię, iż on raczej nie wierzy w moją niewinność. Farrah i ja mówiliśmy o 
ślubie. Nie jestem potomkiem czarodziejów, a rodzina Farrah uważała moją 
miłość za obrazę dla córki i ich rodziny. Zawsze uważali mnie za chama i 
prostaka. Broniące mnie, tylko ich bardziej rozzłościsz. Niech sobie mówią, co 
chcą. Nie mogą zrobić mi więcej złego.

Głos Masona załamał się, a obraz zniknął niczym pękająca bańka udana. 

Ptak zeskoczył z ramienia Basela i odleciał na południe.

Czarodziej odprowadzał go wzrokiem, póki nie zniknął w chmurach.
- Polecę z wami tylko do posiadłości Noorów – powiedział, nie oglądając 

się na milczących jordainów. – Ich córka została zamordowana, gdy 
znajdowała się pod moją opieką…

Chciał powiedzieć coś jeszcze, ale tylko pokręcił głową i szybko odszedł.
- Twoja przyjaciółka Tzigone była ich koleżanką. Wygląda na to, że 

znajduje się niemal w centrum wszelkich tarapatów, na jakie się natykamy – 
powiedział Andris.

- Zauważyłem – odparł sucho Matteo. – Jednak na obronę Tzigone mogę 

powiedzieć, że nie odpowiada za cały otaczający ją chaos. Od chwili, gdy się 
spotkaliśmy, Kiva deptała nam po piętach. Zdziwiłbym się, gdyby to 
morderstwo okazało się wyjątkiem od tej zasady.

Andrisa nagle zainteresował krajobraz poniżej. Matteo, pojmując 

potrzebę ciszy i prywatności swojego przyjaciela, zrobił to samo.

Skaliste Nath było już niemiłym wspomnienie, a rozciągające się pola i 

lasy były bujne i zielone. Matteo przechylił się przez reling, spoglądając na 

background image

Halruaa jak dziecko na matkę albo zalotnik na swoją ukochaną.

Posiadłość rodziny Noor znajdowała się na skraju Bagien Akhlaura. 

Słaba chmura okalała leśne poszycie niczym srebrny filigran włosy dzikiej elfki 
albo starannie uplecione sieć, gotowa pochwycić wszystkim, którzy zbytnio się 
zbliżyć. Oba te skojarzenia przywoływały w pamięci obraz pięknej, złowrogiej 
twarzy Kivy. Ciałem Mattea wstrząsnął dreszcz, oderwał się od relingu. Nie był 
specjalnie nieszczęśliwy, gdy Basel wysiadł, a okręt powietrzny oddalił się od 
bagna i związanych z nim wspomnień.

Późnym popołudniem zobaczyli tereny wokół Szkoły Jordainów, a daleko 

za nimi, cienką linię srebrzystobłękitnego morza. Statek wylądował przy 
jeziorze na północnym skraju posiadłości jordainów. Podczas gdy Andris zajął 
się przygotowaniami do pogrzebu Iago i wzywał lekarzy do Thema, Matteo 
udał się do stajni wybrać konia na drogę do szkoły.

Wyruszył szybko, gdyż słońce mocno chyliło się już ku zachodowi. O tej 

porze pola tętniły życiem, gdy ludzie żęli niekończące się łany zbóż, zajmowali 
się ogródkami, dla słodkiego łupu rabowali ule i dbali o zwierzęta.

Pracowali tu halruańscy chłop żyjący z dostaw dla Szkoły Jordainów. 

Gdy Matteo przejeżdżał, dzieci porzucały swoje motyki, aby mu pomachać, 
najwyraźniej rade z nawet tak niewielkiej rozrywki.

Nie uważał za niewłaściwe, by dzieci pracowały wraz z rodzicami, gdyż i 

jego życie nie było lżejsze. Od świtu do zmierzchu męczące lekcje i godziny 
surowych ćwiczeń pamięci przeplatały się z rygorystycznymi ćwiczeniami 
fizycznymi. Chwile spędzane bez książki czy broni były naprawdę rzadkie.

Mimo to pamiętał też chwile zabawy. Matteo uśmiechnął się, gdy minął 

zakręt i zobaczył rzekę. Rok po roku śnieg topiący się na najwyższych górach 
sprowadzał białą wodę. Każda wiosenna powódź odrobinę poszerzała koryto. 
Tutaj nad wodą pochylało się stare drzewo. Kilku młodych chłopców, nagich 
jak nowo narodzone myszy, wspinało się na zwisającą z konaru linę, aby ją 
rozbujać, potem przelatywali ponad parowem i wpadali do wody. Ich krzyki i 
śmiechu wypełniały powietrze, mieszając się z dobrodusznymi przechwałkami 
i docinkami. To był znajomy widok, częsta zabawa młodych jordainów.

Lecz ci chłopcy mogli spodziewać się, że nauczą się zawodu, poślubią 

córkę sąsiada, zbudują chatkę, którą będę mogli nazwać swoją, wychowają 
dzieci, które będą wiedziały, kim byli ich rodzice. Dla jordaina coś takiego jak 
rodzina nie istniało. Gwarantował to ostatni, tajemniczy rytuał, zwany 
„rytuałem oczyszczenia”, odprawiamy tuż przed tym, jak ruszali w szeroki 
świat. Dzięki machinacjom Kivy, miejsce Mattea zajął inny mężczyzna. Jej 
doświadczenia z ludzkimi mężczyznami nakazywały jej sądzić, że Matteo sam 
okryje hańbą siebie i swój zakon, jeśli tylko będzie miał okazję.

Jadąc, przyglądał się twarzy każdego młodego mężczyzny, jakiego 

napotkał. Tak naprawdę to nie spodziewał się, że napotka człowieka, który 
zajął jego miejsce, a po chwili w myślach zaczął obliczać 

background image

nieprawdopodobieństwo takiej sytuacji. Był zatem bardzo zaskoczony, gdy 
napotkał mężczyznę, którego włosy miały taki sam, rzadko spotykany w 
krajach południa kolor – ciemny, charakterystyczny brąz.

Zatrzymał konia, aby lepiej mu się przyjrzeć. Mężczyzna stał na skraju 

drogi, patrząc smętnie na coś ukrytego w wysokiej trawie. Niski, drewniany 
wóz przechylił się na tę stronę, gdzie widać było złamane koło. Dwa srokate 
konie skorzystały z drobnego wypadku, aby poskubać rosnące przy drodze 
kwiaty.

Młody mężczyzna był wysoki i dobrze zbudowany, sylwetką i wyglądem 

nieco przypominał Mattea. Z bliska jego rysy nie były aż tak podobne, lecz 
wyjątkowa ilość rudego barwnika we włosach przyciągała wzrok i tworzyła 
silne złudzenie.

- Jak mogę ci pomóc, bracie? – zawołał Matteo.
- Nie mam pojęcia. Koło pękło na koleinie i ten po trzykroć przeklęty 

kamień młyński spadł z wozu – burknął wieśniak. Podniósł wzrok i 
natychmiast zgiął się w ukłonie, okazując należny szacunek czarodziejom i ich 
doradcom.

Matteo zbył wybełkotane przeprosiny i zapytał mężczyznę o imię.
Na twarzy tamtego pojawiła się obawa, lecz się nie wahał.
- Benn – odparł. – Ze wsi Falaria.
- Na wszystkie kłopoty znajdzie się rozwiązanie, Benn, a twój łatwiej 

rozwiązać niż większość pozostałych. Widzę, że masz ze sobą dodatkowe koło – 
zauważył Matteo, zeskakując z konia.

- A jakiś głupiec ruszałby się bez niego? Koło to ostatnia rzecz, której by 

się zapomniało. Ale wtoczenie kamienia na wóz, to dopiero kłopot.

Gdy Matteo zakasał rękawy swojej białej tuniki i zaczął ściągać ciężkie 

koło z wozu, Benn wyglądał na zaskoczonego, lecz zaczął pracować wraz z 
jordainem. Szybko umieścili nowe koło na miejscu, po czym stanęli obok 
siebie, patrząc na młyński kamień.

- Za ciężki, aby unieśli go dwaj ludzie – zauważył chłop.
Spojrzenie Mattea padło na parę długich, mocnych, dębowych wioseł 

przyczepionych do burty wozu.

- Niekoniecznie. Pewien halruaański mędrzec powiedział kiedyś, że 

gdyby dano mu wystarczająco długą tyczkę, podniósłby cały świat.

- Łatwo powiedzieć, trudniej udowodnić – zauważył Benn. – Bo gdzie on 

powinien wtedy stanąć?

Matteo roześmiał się i klepnął mężczyznę w ramię.
- Świetna uwaga. Zobaczmy, co nam się uda zrobić poza stanięciem na 

księżycu i użyciem jako dźwigni Yggdrasila, drzewa świata z opowieści ludów 
północy.

Razem podtoczyli równie duży kamień, aby posłużył za punkt podparcia. 

Benn zaprowadził konie na właściwe miejsce, cofając się powoli, podczas gdy 

background image

Matteo używał wiosła, aby unieść kamień. Wreszcie oparł krawędź kamienia 
na niskim wozie, po czym przesunął punkt podparcia tak, aby unieść jego 
drugi koniec.

Gdy zadanie zostało zakończone, Benn wręczył Matteowi skórzany 

bukłak z winem. Matteo odkorkował go i pociągnął niewielki łyk. Gdy opuścił 
naczynie, zauważył, że wieśniak spogląda na niego oceniająco.

- Wybacz panie, ale można by nas było wziąć za braci.
Matteo milczał przez kilka chwil, niepewny, co dobrego mogłoby przyjść 

z obrania ścieżki, którą otwierała ta uwaga.

- Może w pewnym świetle i w pewnych wyjątkowych warunkach można 

by nas wziąć za tego samego człowieka.

Wieśniak kiwnął głową, przyjmując taką odpowiedź.
- Często zastanawiałem się, czyje miejsce zająłem.
Jego głos był spokojny i bez gniewu. Matteo uciszył go szybkim gestem.
- Nie mów nic więcej.
- A cóż w tym złego? Znasz tę opowieść tak samo dobrze, jak ja – 

popatrzył spokojnie w oczy Mattea. – Nie, widzę że to nieprawda. Jesteś 
bardziej naładowany pytaniami niż pięcioletni syn mojej siostry.

- Mogłeś zostać zaczarowany, aby o tym nie mówić.
- Mało prawdopodobne. Powiedziałem o tym, gdy się oświadczałem 

Phoebe, i teraz tu stoję. Jeśli to cię uspokoi, nie mam zbyt wielu wspomnień z 
przed i w trakcie. Gdy było po wszystkim, przyszedł do mnie odźwierny. 
Wymusił na mnie obietnicę, bym „powstrzymał zemstę”, co, jak przypuszczam, 
było eleganckim sposobem powiedzenia, bym nie budził smoków. Powiedział 
też, że ten, którego miejsce zająłem, nie miał w tym żadnego udziału i byłby 
gotów zabić każdego, kto przyłożył do tego rękę.

Matteo pokiwał ponuro głową. Po chwili zapytał:
- Dobrze cię tu traktują?
Wieśniak wskazał na przytulną chatkę, tuż za przecinającym rzekę, 

kamiennym mostkiem. Otaczały ją dobrze utrzymane pola. Na wzgórzu pasło 
się niewielkie stado kóz, a para krów kręciło się po podwórzu.

- Gdybym nie został sprowadzony do Szkoły Jordainów, spędziłbym te 

wszystkie lata na cudzym polu. Widzisz, co tutaj mam. Jordainowie mają 
prawa do tej ziemi, ale to ja ją uprawiam tak, jak uważam.

Benn wzruszył ramionami.
- Moja Phoebe od czasu do czasu wspomina coś o dzieciach, ale we 

dwójkę dobrze nam się żyje. Jest panią we własnym domy, wyrabia sery i 
sprzedaje je jordainom za uczciwe pieniądze, ma też rękę do tkania. Kupiłem 
jej na prezent zaręczynowy dobry warsztat – powiedział z dumą. – Ilu 
mężczyzn może coś takiego powiedzieć o sobie?

Uśmiech jordaina był bardzo prawdziwy.
- Niewielu ludzi może być tak zadowolonych. Twoje szczęście zdejmuje 

background image

mi kamień z serca. Zaskakuje mnie jednak, że strażnik zdołał przynieść tyle 
pieniędzy. Dobry warsztat to droga rzecz.

- Och, to nie strażnik. Zapłacił mi mistrz.
Serce Mattea zaczęło boleśnie tłuc się w piersi.
- Poznałbyś go, gdyby zobaczył go ponownie?
Mężczyzna prychnął.
- Nie byłoby to wcale trudne. Stary, ale wysoki, prawie tak, jak ty czy ja. 

Miał nos jak dziób myszołowa. Czy to ci pasuje do kogoś?

Jordain kiwnął głową, gdyż nie mógł wydobyć głosu z nagle ściśniętego 

gardła. Był tylko jeden mistrz pasujący do tego opisu, jego ulubiony, starszy 
mag bitewny, ostatni człowiek w Szkole, którego Matteo podejrzewałby o 
udział w tym ponurym spisku. Ostatni człowiek, którego podejrzewałby o 
spiskowanie z Kivą.

Matteo z ciężkim sercem wsiadł na konia i zmusił go do galopu. Gdy 

wpadł przez bramę szkoły, w jego głowie dźwięczały słowa Andrisa:

Pewne prawdy są niczym ciemne zwierciadła.
Dostrzeżenie swego odbicia w twarzy tego człowieka byłoby, gdyby do 

tego doszło, naprawdę trudnym zadaniem.

***

Tzigone opadła na duży kamień, zbyt wyczerpana, aby iść dalej. 

Spojrzała w mgłę – ciągnęła, przerażająca obecność, która nigdy nie chciała się 
cofnąć choćby na krok, niezależnie od tego, jak daleko by zaszła. Ta mgła nie 
miała końca, przynajmniej takiego, jaki mogłaby znaleźć.

Docierała do skraju wytrzymałości. Tego ranka musiała zapiąć pasek na 

jedną dziurką ciaśniej, aby nie spadły jej spodnie. Czas płynął tutaj dziwnie, 
lecz przypuszczała, że od ostatniego posiłku minęło już kilka dni. Choć 
wydzielała sobie łyki wody niczym krasnoludzki skąpiec złoto, bukłak, który 
zabrała z Halruaa, był pusty.

Bezmyślnie wrzucała kamyki do małej sadzawki, obserwując, jak po 

wodzie rozchodzą się kręgi. Palące pragnienie kazało jej rzucić się ku wodzie, 
lecz podczas dni spędzonych jako kuglarz poznała wiele ostrzegawczych 
opowieści. Wiele z nich uprzedzało śmiertelników przed przechodzeniem do 
dziwnych magicznych królestw, gdzie pozostawali na zawsze, jeśli coś tam 
zjedli lub wypili.

Tzigone zebrała resztki sił i zapadła w głęboką, podobną do transu 

koncentrację, która poprzedzała jej pożyczone wspomnienia. Z każdym dniem 
coraz łatwej było wślizgiwać się w przeszłość jej matki, może dlatego, iż była 
bliska podzielenia jej losu.

Ta nietypowa ponura myśl rozmyła się w błysku barw zachodzącego 

słońca i szumie wiatru. W tym wspomnieniu Keturah dosiadała latającego 
wywerna! Na twarzy Tzigone pojawił się lekki uśmiech oczekiwania, gdy 
zapadła się we wspomnienia matki, jeszcze raz stając się Keturah w wizji 

background image

bardziej prawdziwej niż jakikolwiek sen.

***

Keturah wbiła palce głęboko między czarno-błękitne łuski na grzbiecie 

wywerna i pochyliła się nisko nad giętką szyją. Grzmiący łopot nietoperzych 
skrzydeł ogłuszał ją, a gęsty las poniżej rozmył się w zieloną mgłę.

Młoda czarodziejka trzymała się desperacko swojego wierzchowca i 

magii, która przywołała wywerna. Mogła wyczuć złą wolę smokopodobnej 
istoty, całkiem zaskoczonej i rozgniewanej łagodnym przymusem Keturah.

Poddanie się było dla niego trudne, współpraca niemożliwością. Każde 

uderzenie jego skrzydeł wznosiło je pod niebo, każdy krótki lot stanowił 
wywracający żołądek upadek, gdyż wywern po prostu nie myślał o 
dopasowaniu lotu do dodatkowej wagi pasażera.

Z jego piersi wydarł się pełen złości wrzask. Zaskoczona Keturah 

spojrzała do góry, gdy nad nimi przesunął się cień. W powietrzu unosił się 
ogromny gryf z rozpostartymi skrzydłami. Majestatycznie zataczał koła, jakby 
oceniając wywerna i jego jeźdźca.

Niechętny wierzchowiec Keturah skręcił gwałtownie i zaczął się wznosić, 

całkowicie zapomniawszy o swoim jeźdźcu i jego magii. Czarodziejka zaczęła 
nucić następne zaklęcie, lecz pełne zemsty wrzaski potwora i wycie wiatru 
niweczyły jej działania równie skutecznie, jak kontrzaklęcie arcymaga.

Długi, porośnięty kolcami ogon wywerna pomknął w stronę gryfa 

niczym ciemna błyskawica. Gryf stanął dęba, usiłując cofnąć się w locie. Mocne 
skrzydła pokryte białymi piórami łopotały gwałtownie. Uzbrojone w szpony 
przednie kończyny i tylne lwie łapy młóciły powietrze, gdy usiłował uniknąć 
ataku.

Z jego strony poleciał pocisk energii, który zasyczał na boku wywerna. 

Potwór skręcił z wrzaskiem bólu. Po raz pierwszy Keturah dostrzegła, że gryf 
również niesie na grzbiecie jeźdźca – szczupłego młodego mężczyznę, mocno 
ogorzałego od życia między morzem i słońcem. Gdy zetknęli się wzrokiem, 
zaskoczenie na jego twarzy wskazywało, iż on także nie był świadom jej 
obecności.

Była to krótka chwila, szybko przerwana przez nieregularny lot rannego 

wywerna. Pozostawał teraz zupełnie poza kontrolą Keturah i zataczał koło do 
następnego ataku. Zanurkował gwałtownie, tuż pod wielkim, skrzydlatym 
lwem. Przelatując pod gryfem, wywern zaczął się obracać, wymachując ostro 
zakończonym, zatrutym ogonem niczym maczugą.

Nagle Keturah poczuła, że spada. Z gryfa wystrzeliła następna fala magii, 

chwytając ją i spowalniając lot do łagodnego, swobodnego opadania.

Poczuła wdzięczność i zdziwienie. Młody jeździec uratował ją, samemu 

wiele ryzykując. Wywerny uważały gryfy za naturalnych wrogów, a 
dotychczasowy wierzchowiec Keturah wydawał się chcieć zedrzeć go z nieba. 
Jeśli młodzieniec zamierzał przeżyć, powinien raczej zachować czary dla 

background image

siebie!

Opadając, Keturah obróciła głowę, by obserwować dalszy ciąg bitwy. 

Wywern atakował raz po raz, kłapiąc paszczą i kłując wielkiego skrzydlatego 
lwa ostrym ogonem. Tak jak się obawiała, wiele ciosów sięgnęło celu. 
Podtrzymywanie zaklęcia opadania najwyraźniej ograniczyło zdolność 
obronne młodego czarodzieja.

Zielony baldachim lasy coraz bardziej zbliżał się do Keturah. Przeleciała 

przez małe górne gałązki, po czym złapała ich garść i zaczęła schodzić w dół.

W tym samym czasie nad jej głową szalała burza piór i łusek, stając się 

coraz bardziej intensywna. Wrzask gryfa mieszał się z rykami wywerna. 
Drzewa szumiały, trzaskały gałęzie, a gigantyczne stworzy leciały ku ziemi, 
sczepione w ostatniej walce.

Keturah przywarła do pnia, gdy złączone istoty przelatywały obok niej. 

Ich spadanie było długą, przyprawiającą o mdłości serią upadków i uderzeń, 
po których zapadała jeszcze bardziej przerażająca cisza.

Częściowo zeszła, częściowo ześlizgnęła się z drzewa. Wielkie istoty 

leżały u jego podstawy, splecione razem w uścisku tak mocnym, iż Keturah 
wyobraziła sobie, że zabiorą swoją walkę do tamtego świata, jakikolwiek by on 
nie był.

Szybko zapomniała o tych myślach, gdy dostrzegła jeźdźca. Wciąż był 

przywiązany do siodła – z rany na głowie leciała krew, a jedna noga była 
wygięta pod nienaturalnym kątem.

Szybko poluzowała pasy, delikatnie przesunęła dłońmi po jego karku i 

kręgosłupie, po czym łagodnie dotknęła czaszki. Chwała Mystrze, nic poza 
złamaną nogą, więc delikatnie odciągnęła go od wielkich bestii.

Przez cała noc na przemian zajmowała się rannym mężczyzną i zbierała 

dość drewna, by podtrzymać krąg ognisk. Ogień był ryzykowny – najnowszy 
ogar Dhamariego wciąż był na jej tropie – lecz w porównaniu z 
niebezpieczeństwami, jakie młody człowiek zniósł dla niej, była to niewielka 
rzecz.

Tej nocy Keturah nie musiała przywoływać dziwnych i niebezpiecznych 

istot, aby odpędzić swoich prześladowców. Istoty same przychodziły, zwabione 
zapachem wielkich ilości świeżego mięsa. Ścierwojady zwoływały się na ucztę 
zewem tak skomplikowanym jak te, które gromadziły ludzi. A potem – znów w 
sposób zbyt przypominający Halruaańczyków – zaczęły walczyć między sobą o 
ochłapy.

Noc była długa i ponura, a Keturah oczekiwała, że każda chwila będzie 

dla jej wybawiciela chwilą ostatnią. Głosy ścierwojadów zdawały się 
wypowiadać również jego imię.

Ku jej zaskoczeniu, młody mężczyzna otworzył oczy tuż przed świtem. 

Przez kilka chwil śledził jej ruchy, gdy zanurzyła kawałek materiału w małym 
kociołku i położyła go na jego czole.

background image

- Żyję – zauważył ponuro. Keturah zdawało się, że nie był tym faktem ani 

zaskoczony, ani zadowolony.

- Masz szczęście. Widziałam mniej ran na pokonanej armii.
Boleśnie podciągnął się do pozycji siedzącej i przyjrzał się jej z 

namysłem.

- Masz jakieś doświadczenie w służbie wojskowej, czy to tylko figura 

retoryczna?

Skrzywiła usta.
- Jeśli pytasz, czy jestem markietanką, odpowiedź brzmi nie. Muszę 

jednak przyznać, że jeśli człowiek w twoim stanie zadaje takie pytanie, 
uważam to za bardzo dobry znak.

Myślała, że go tym upokorzy. Tymczasem zareagował zaskakująco 

głębokim chichotem.

- Minęło wiele lat od chwili, gdy ktoś oskarżał mnie o optymizm!
Keturah już chciała wyśmiać jego dobór słów – w końcu jej wybawca i 

pacjent wyglądał na młodszego niż ona – lecz coś w nim powstrzymało 
złośliwość. Przyglądała mu się przez dłuższy czas.

- Nosisz magiczne przebranie – powiedziała. Na jego twarzy pojawiło się 

zaskoczenie.

- Powinno być niewykrywalne – odparł smutno. – Bogowie, zaklęcie było 

i tak bardzo skomplikowane!

- To wyjaśnia kilka rzeczy – zamyśliła się Keturah. – Niektóre zaklęcia, 

które rzuciłeś na wywerna były zbyt trudne dla czarodziejów w twoim wieku. 
Utrzymanie takiego przebrania może być rozpraszające nawet bez zaklęcia 
spadania jak piórko, za które ci zresztą dziękuję. Przypuszczam, że właśnie 
dlatego zostałeś pokonany.

- Jesteś zbyt uprzejma – odparł sucho. – O ile sobie przypominam, to 

straciłem przytomność po tym, jak zderzyłem się z przelatującym ptakiem. 
Głupie zwierzę nie potrafiło ominąć mnie w czasie walki.

Keturah wybuchnęła śmiechem.
- Człowiek, którego magia przeciwstawia się spojrzeniu czarodzieja, 

dosiadający gryfa i rzucający czary niczym sam król, powalony przez głupiego 
pelikana!

Po chwili usta mężczyzny wykrzywiły się.
- Przypuszczam, że ta sytuacja ma w sobie coś ironicznego – jego 

uśmiech zbladł bardzo szybko. Przyglądał się jej przez dłuższą chwilę. – No i?

- To skomplikowana sprawa – wzruszyła ramionami, widząc jego 

pozbawione wyrazu spojrzenie. – Przepraszam. To był jeden z ulubionych 
dowcipów mojego ojca. Nic dziwnego, że nigdy nie zarobił na życie jako bard.

- Nie zapytasz mnie, kim naprawdę jestem?
Keturah znów wzruszył ramionami.
- Gdybyś chciał, aby cię poznawali, to byś się nie przebierał. Jeśli nie 

background image

masz nic przeciwko, to pozwól, że też nie będę się wszystkim przedstawiać.

- Twoje sekrety to twoja sprawa – zgodził się. – A jeśli o mnie chodzi, 

oboje narodziliśmy się tego ranka. Nie mamy żadnego innego życia poza tym, 
które nas czeka – ta perspektywa zdawała mu się odpowiadać. Jego chłopięcy i 
śmiały uśmiech rozluźnił jakieś więzy na sercu Keturah.

- Podoba mi się.
- Mnie też – popatrzył na swoją złamaną nogę i westchnął. – Wygląda na 

to, że spędzimy w tym lesie trochę czasu. Jak mam się do ciebie zwracać?

- Sądzę, że jakoś egzotyczne. Hm… Vashti?
Parsknął.
- Tylko jeśli chcesz, abym wyobrażał sobie ciebie w czerwonych 

zawojach, tańczącą z dzwoneczkami.

- No to nie. Simanantra? Chelis? Lissa? – Z każdym imieniem jego twarz 

nabierała wyrazu żartobliwego przerażenia. Keturah rozłożyła ręce w 
udawanym niesmaku. – Skoro jesteś taki wybredny, to dlaczego sam mnie nie 
nazwiesz?

Spoglądał na nią z namysłem przez długą chwilę, zdając się przewiercać 

oczami jej duszę. Wreszcie ujął jej dłoń i podniósł do ust.

- Jesteś Beatrix – powiedział cicho.

***

Mgła pamięci zawirowała, Tzigone zobaczyła scenę wiele dni później

Keturah i młody mag stali u wejścia do jaskini wyrzeźbionej we wnętrzu 
żywego drzewa bilboa. Spoglądali na siebie tak, jakby usiłowali przypomnieć 
sobie, co widzieli, ich dłonie były splecione jak u kochanków, którzy nie mogą 
się rozstać.

- Nim odejdziesz, musisz dowiedzieć się o kilku rzeczach – powiedziała 

Keturah.

Jej wybranek pokręcił głową.
- Znam twoje serce. Twój śmiech jest dla mnie najpiękniejszą i 

najdroższą muzyka. Czego jeszcze się tu uczyć?

- Dwa dni temu się pobraliśmy, ale jeszcze nie rozmawialiśmy o liniach 

krwi.

W jakimś odległym zakątku umysłu Tzigone radość zamigotała i 

zapłonęła jasno. Zatem to ten mężczyzna był jej ojcem i prawdziwym mężem jej 
matki! Powinna była wiedzieć, że nie będzie tak beztroska i nie skaże dziecka na 
los bastarda czarodzieja
.

Mężczyzna kiwnął głową.
- Cóż, dobrze. Jestem wieszczem, posiadam jednak również moc 

nieuznawaną oficjalnie przez Radę, to raczej moc umysłu, niż rytuał.

- Psionik – powiedziała zmartwiona Keturah. – Czytałam o tym. 

Studiowałam sztukę przywoływania, ale moja magia również posiada dzikie 
aspekty. Mój ojciec, bard, powiedział mi kiedyś, że w rodzinie jego matki byli 

background image

zaklinacze.

Brwi jej męża uniosły się, ale nie wydawał się być z tego powodu 

niezadowolony.

- Każde nasze dziecko będzie prawdziwym dzikusem!
Uśmiech Keturah zniknął.
- Już raz wyszłam za mąż, za mężczyznę, który nigdy nie był moim 

prawdziwym mężem.

- Mówiłaś o tym. Jeśli nie było prawdziwego ślubu, nie jesteś jego 

prawowitą małżonką…

- Wiem – wtrąciła. – Ale jest coś jeszcze. W tajemnicy podał mi eliksiry, 

aby być pewnym, że urodzę jordaina, eliksiry zmieszane z niebezpiecznymi 
ziołami. Oto dziedzictwo, jakie mogę przekazać twojemu dziecku.

Czarodziej uniósł jej dłonie do ust.
- Życie jest kształtowane przez wiele rzeczy, słodka Beatrix. Wybór jest 

znacznie ważniejszy niż dziedzictwo. Nauczymy nasze dzieci, jak wybierać 
mądrze.

Keturah rozejrzała się po ukrytym obozowisku.
- A my jesteśmy takimi mistrzami w tych sprawach?
- Oczywiście. Czy nie wybraliśmy siebie nawzajem?

***

Kiedy kochankowie przeszli do pożegnalnego pocałunku, Tzigone 

rozluźniła swoją koncentrację. Nie chciała mieszać się w słodycz wspólnego 
spotkania, nawet jeśli byli jej rodzicami. Przede wszystkim dlaczego, że byli jej 
rodzicami!

Wizja pozostawiła w niej delikatną radość i świadomość, jak dziwna 

może być magia.

Tzigone powoli wracała w przyszłość, poruszając się przez lata. Gdy 

wreszcie przyszła do siebie, jej powieki były tak ciężkie, iż wydawały się zbyt 
trudne do udźwignięcia. Wizja wymagała większych sił, niż posiadała. Tzigone 
wcale jej nie żałowała. Z pełnym szczęścia westchnieniem otworzyła oczy.

Otaczał ją krąg ciemnych faerie. Kilka z nich spoglądało na nią 

uroczyście, jak kruki próbujące posilić się magicznym posiłkiem, który 
niechcący dla nich zostawiła. Przeraziła się, gdy pojęła, że faerie nauczyły się 
dokładnie tego samego, co ona.

Tzigone chwyciła wciąż dymiący kijek z dogasającego ogniska i zerwała 

się na równe nogi. Zatoczyła nim krąg, cofając się przed widmowymi 
przeciwnikami.

Faerie cofnęły się, zwinnie unikając jej ataków. Jednak nim zdołała 

zatoczyć pełne koło, odskoczyły, rzuciły się na nią i przygniotły do ziemi.

Nie było czasu na rzucane iluzji, która by je pokonała – na taką magię nie 

zostało jej sił. Tzigone upadła pod ich ciężarem, czując pieczenie i kłucie tuzina 
drobnych, palących ran.

background image

A potem nadszedł prawdziwy atak. Poruszyły się dawno ukryte 

wspomnienia, wynurzyły się z ciemnych miejsc, gdzie Tzigone skrywała 
dzieciństwo spędzone w cieniach i na ulicach. Poczuła paskudny oddech pijaka 
i kilka par szorstkich dłoni. Słyszała, jak drze się jej mała sukienka.

To już się kiedyś zdarzyło – atak, bezradność, przerażenie. Na bogów, 

pamiętała to.

Potem wspomnienie szybkiego, ostrego smrodu, jakby zbyt blisko 

uderzyła błyskawica. Tzigone pamiętała, jak wyrwała się napastnikom i 
uciekła na bezpieczne drzewa. Nigdy nie oglądała się za siebie. Teraz 
wiedziała, co mogłaby zobaczyć.

Dwa ciemne faerie były martwe. Kilka innych wiło się w krótkich, 

gwałtownych spazmach. Ich błyszczące, czarne oczy były zamglone 
przepływem magii, która buchnęła z dziecięcych wspomnień. Ocalałe faerie, 
widząc ten niespodziewany atak, odskoczyły, poruszając się zbyt szybko, aby 
oczy śmiertelnika mogły za nimi nadążyć.

Sprawczyni tego zamieszania była niemal tak samo zaskoczona, jak 

faerie. Bez planu, bez namysłu, Tzigone przywołała zabójczą magię, tak jak 
zrobiła to już kiedyś jako dziecko.

Przypomniała sobie dawne słowa swojej matki i opowieści o zwykłych 

ludziach, którzy nagle uwalniali niezwykłą moc. Do tych, którzy narodzili się z 
krwi zaklinaczy, magia przychodziła naturalnie, czasem niespodziewanie.

Tzigone chwiejnie cofnęła się z tego miejsca i osunęła się na ziemię. 

Wyczerpana zaklinacza – bo tym naprawdę byłą – zapadła w pozbawioną 
snów nicość.

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

Matteo wjechał do Szkoły Jordainów przez północną bramę i udał się 

wprost na plac treningowy. Choć słońce było zaledwie wąskim czerwonym 
paskiem nad krawędzie gór, Vishna wciąż pracował ze swoimi podopiecznymi. 
Kilka par małych chłopców ćwiczyło z krótkimi drewnianymi kijami, ucząc się 
zasad ataku i obrony, co miało przygotować ich do używania tradycyjnych 
sztyletów.

Stary czarodziej podniósł głowę, krzywiąc się na widok takiego złamania 

reguł. Jazdy konnej uczono na padoku i na pobliskich ścieżkach. Plac 
treningowy musiał być równy i wolny od śmierci.

Gdy Vishna rozpoznał, kim jest jeździec, jego gniew zmienił się w 

osłupienie. Szybko opanował obie te emocje i ostro klasnął w dłonie. Chłopcy 
opuścili broń i podeszli.

- Na dzisiaj dosyć – powiedział z uśmiechem. – Idźcie na wieczerzę, nim 

kucharze przyjdą tu z tasakami, wściekli, że marnujemy ich dzieło.

Matteo znał ten jowialny ton, tak samo jak lekkie mrużenie oczu starego 

background image

maga. Jednak wydawało mu się, że ta serdeczność była mocno udawana.

Gdy chłopcy wyszli. Vishna podszedł do konia Mattea.
- Być może powinniśmy się przejść, nim stanie się zbyt ciemno jak na 

oczy starego człowieka.

Matteo zsiadł i klepnął lekko zwierzaka w zad. Koń z chęcią podreptał do 

stajni, a jordain ruszył za sowim byłym mistrzem.

Żaden z nich nie odezwał się, dopóki nie weszli na głęboko otulone 

cieniem ścieżki. Przez listowie przenikało słabe światło księżyca, a świetliki 
witały noc i siebie nawzajem zalotnymi mrugnięciami.

Wreszcie Vishna przerwał milczenie.
- Jakiś czas temu poradziłem ci szkolenie się w unikaniu odpowiedzi, 

jeśli nie chcesz kłamać. Pamiętasz?

- Wyraźnie.
Vishna uśmiechnęła się słabo.
- Nie spodobała ci się ta rada. Dworskie życie nie pozbawiło cię twoich 

zasad. Tak naprawdę bardzo mnie to cieszy, ale choć nie wolno ci kłamać, nie 
powinieneś tez pozwolić, by twoja twarz zdradzała prawdę. Matteo, znam cię 
od czasu twoich narodzin, a pytania, z jakimi przychodzisz, są tak wyraźne, że 
równie dobrze mogłyby być wytatuowane na twoim czole.

Czarodziej uniósł dłoń i zakreślił nią złożony wzór. Lata cofnęły się, a 

szczupła, żylasta sylwetka stała się mocniejsza i zyskała więcej mięśni. Garb na 
nosie zmalał, szare loki stały się gęstsze, bardziej bujne. Nawet w tym słabym 
świetle Matteo mógł dostrzec znajomy, kasztanowy odcień.

- To moja prawdziwa postać – powiedział Vishna głosem znacznie 

pełniejszym i bardziej dźwięcznym.

Matteo wolno pokiwał głową, próbując zaakceptować prawdę, jaką 

dostrzegał na twarzy czarodzieja. Podobieństwo między nimi było zbyt 
uderzające, aby je zignorować. Zatem to był mężczyzna, który go począł.

- To długa historia – Vishna znów zaczął iść długim krokiem wojownika, 

pasującym do ulubionego sposobu marszu Mattea. – Znasz mnie jako maga 
bitewnego i jestem nim, lecz jestem również znacznie potężniejszy niż udaję, a 
także znacznie starszy. Wiele lat temu było nas trzech, przyjaciół z dzieciństwa, 
zjednoczonych miłością do Halruaa i namiętnością do magii.

Matteo zatrzymał się, spoglądając z przerażeniem na swojego mistrza – 

swojego ojca.

- Ty, Zalathorm i Akhlaur.
- Znasz tę historię?
- Andris ją złożył. To ty dałeś mu księgi, prawda?
Czarodziej milczał przez długą chwilę.
- Niewypowiedziane prawdy potrafią jątrzyć, a ta opowieść zbyt długo 

nie wychodziła na jaw. Zalathorm i ja przeżyliśmy znacznie dłużej, niż 
powinniśmy, częściowo dzięki ochronie, jaką dawała nam szkarłatna gwiazda. 

background image

Wybrałem ciche życie, kilka razy zmieniając imiona i żyjąc pod kilkoma 
różnymi postaciami. To wcielenie, Vishna mistrz jordainów, jest najnowsze.

Matteowi przyszła do głowy ponura myśl. Być może podobieństwo 

między nim i Bennem dawało się wytłumaczyć znacznie proście.

- Masz jakieś dzieci?
- Żadne z nich nie żyje.
- A co z ich dziećmi? – naciskał Matteo. czarodziej westchnął.
- Jest jedno. Nie da życia żadnemu kolejnemu i bardzo się z tego cieszę. 

Lepiej, aby ta linia krwi skończyła się wraz ze mną.

Ogrom tego stwierdzenia niemal zachwiał Matteem. Vishna wiedział, że 

w Bennie płynie jego własna krew, a mimo to pozwolił wieśniakowi zająć jego 
miejsce w rytuale oczyszczenia. Być może nawet sam to zaaranżował!

- Ale ty musiałeś się ożenić – powiedział zimno. – Dziwne posunięcie jak 

na kogoś zdecydowanego zakończyć własną linię krwi.

- Życie tak długie jak moje staje się samotne – odparł czarodziej – lecz nie 

działałem całkiem nieodpowiedzialnie. Dwadzieścia dwa lata temu poślubiłem 
czarodziejkę, której linia krwi sugerowała, że możemy urodzić naturalnego 
jordaina. Znasz to określenie?

- Dziecko urodzone z potencjałem jordaina bez podawania eliksirów.
- Tak. Istniały pewne niebezpieczeństwa, o których jak sądzę wiesz, lecz 

ten kurs zdawał się dość bezpieczny. Tak naprawdę to ciąża mojej żony 
przeszła spokojnie. Narodziny nigdy nie są łatwe – wiesz, że w jednym 
przypadku na trzy kończą się śmiercią dziecka lub matki.

- Wiem.
- Odnosi się to przede wszystkim do przypadków, gdzie wmieszana jest 

potężna magia, to jeden z powodów, dla których linie krwi magów są tak 
starannie regulowane. Umysł mojej żony nie wytrzymał naporu przy 
narodzinach.

Przez długą chwilę Vishna milczał.
- Pochodzenie jordainów nie jest znane, lecz ja postanowiłem, że będę 

znał swojego syna.

- Zatem udałeś, że twoja żona i dziecko umarły przy porodzie i przybyłeś 

do Szkoły Jordainów.

- Mniej więcej w tym samym czasie postanowił opuścić ją Basel Indoulur. 

Niech on ci opowie o sobie.

- Już poznałem jego historię. Jego córka urodziła się martwa, jak to bywa 

z jordainami-kobietami.

Brwi Vishny uniosły się do góry.
- Basel ci się spowiadał. To tylko upraszcza moją opowieść. Krótko 

mówiąc, jego miejsce było puste. Jako mistrz jordainów, mogłem z bliska 
obserwować swojego syna.

Czarodziej zatrzymał się nagle i wyciągnął dłoń, aby poklepać Mattea po 

background image

ramieniu.

- Nim zacznę mówić dalej, musisz przysiąc, że nie zrobisz niczego, co by 

sprowadziło nieszczęście na elfkę Kivę.

- Większość ludzi wierzy, że Kiva zginęła, gdy zamknęła się Brama Wody 

– odparł Matteo, starannie dobierając słowa. – Czy masz powody, aby sądzić 
inaczej?

Czarodziej niecierpliwie pokręcił głową.
- Żywa czy nie, to nie ma znaczenia. Nie powiem nic więcej dopóki nie 

przysięgniesz.

Matteo zrobił to, choć niechętnie. Musiał zaufać, iż bogowie i prawa 

Halruaa odpowiednio zajmą się Kivą.

- Kiva była jednym z więźniów wieży Akhlaura. Uwolniłem ją z klatki. 

Była malutka, niewiele większa od dziecka i niewiarygodnie źle traktowana. 
Gdy ją spotkałem, wiele lat później, nie poznałem jej, ale ona pamiętała mnie.

Matteo zaczynał rozumieć.
- Próbujesz odpokutować za zło, jakie uczynił jej twój przyjaciel i 

współpracownik.

- Poczucie winy to potężny rzecz – odparł czarodziej ze smutkiem. – 

Dałem słowo maga, że pomogę jej zniszczyć zło pozostałe po panowanie 
Akhlaura. Wydawało mi się to nie tylko nieszkodliwe, ale i warte tego. Nim 
zorientowałem się, że Kiva nie jest taką bezradną ofiarą, na jaką wygląda, 
zostałem związany swoją przysięgą i magią Kivy, by powstrzymać się od 
działania przeciw niej.

- Zatem musiałeś wymusić ode mnie podobną przysięgę, nim powiedzieć 

coś dalej. W przeciwnym wypadku nawet opowiedzenie tej historii mogłoby 
zostać uznane za zdradę.

- Tak – westchnął mag. – O wielu moich posunięciach myślę bez dumy. 

Moim największym błędem było pomaganie Kivie przy rekrutowaniu 
jordainów. Zbyt późno dowiedziałem się, że żywi wobec nich wyjątkową 
nienawiść.

Matteo nie mógł wydobyć z siebie słowa. Ten człowiek, jego ojciec, 

zdradził jego braci jordainów.

- Choć spętany własnymi słowami – ciągnął dalej Vishna – próbowałem 

narobić jak najmniej szkód. Gdy przejąłem prace Andrisa na temat Paradoksu 
Kilmaruu, pojąłem, że oto mam szansę naprawienia bałaganu, jaki Akhlaur 
pozostawił na bagnach. Zatem przedstawiłem Andrisa Kivie jako wyjątkowo 
zdolnego stratega i dowódcę, kogoś idealnie nadającego się do posprzątania po 
Akhlaurze. Nie sądziłem, że Kiva go skrzywdzi.

- Dlaczego nie? – spytał ostro Matteo.
- Byłem zaszokowany „śmiercią” Andrisa i uświadomiłem sobie, jak źle 

oceniałem Kivę – mówił dalej Vishna, jakby nie dosłyszał pytania jordaina. – Z 
ogromną ulgą przyjąłem wieść, że żyje, lecz czułem się odpowiedzialny za to, 

background image

co się stało z nim podczas bitwy na Bagnach Akhlaura. A ponieważ byłem mu 
winien choć odrobinę prawdy, podłożyłem mu książki mające wyjaśnić, 
dlaczego Kiva robi to, co robi.

- Te książki… czy możesz powiedzieć o nich coś więcej, nie łamiąc przy 

tym swoich przysiąg?

Czarodziej pokręcił głową.
- Nie powiedziałbym nic o nich nawet gdybym mógł. Wiedza w nich 

zawarta przeciągnęła Andrisa na stronę Kivy.

- Nie. Może pochodzi od Kivy, ale wydaje mi się, że wybór ma o wiele 

większa wagę od dziedzictwa.

- A ty i Andris, obaj dobrze ludzie, jesteście na to dowodem – powiedział 

Vishna, uśmiechając się smutno. – Jesteś synem tchórza, a on w siódmym 
pokoleniu potomkiem szalonej elfki i potwora, który kiedyś był moim 
przyjacielem.

Matteo przeżył kolejny szok.
- Andris jest potomkiem nie tylko Kivy, ale i Akhlaura?
Oczy Vishny rozszerzyły się.
- Nie wiedziałeś o tym?
- Andris nic mi nie mówił… a przynajmniej nie otwarcie. – Matteo 

wreszcie zrozumiał, co Andris miał na myśli, gdy ostrzegał go, iż jego 
przeznaczeniem jest chyba zdradzać wszystkich wokół. Przez wiele miesięcy 
działał przygnieciony ciężarem swojego losu.

Matteo spoglądał na czarodzieja jak w ciemne zwierciadło, lecz nie czuł, 

żadnego pokrewieństwa z człowiekiem, którego kiedyś kochał. Krew Vishny 
może i byłą jego krwią. Ale jego wybory na pewno nie były wyborami Mattea.

- W opowiedzeniu ci o tym i przyznaniu, choćby między nami dwoma, że 

jesteś moim synem, kryje się wielki spokój. Smutny rozdział został zamknięty, 
możemy zaczynać nowy.

Egoizm tego stwierdzenia poraziły Mattea niemal tak samo, jak 

przyznanie się tego człowieka do tchórzostwa. Cofnął się poza zasięg 
wyciągniętych do uścisku ramion czarodzieja.

- Wspomniałeś mi kiedyś o Koterii – rzekł. – I zaprzeczałeś jej istnieniu.
W oczach Vishny widać było niezdecydowanie.
- Być może potomkowie trzech starych przyjaciół zdołają wszystko 

naprawić. Być może mogę jeszcze pozostawić jakieś dziedzictwo honoru. 
Powiem ci, co wiem.

Nagle zaczął się zmieniać. Lata wróciły, a krępy wojownik w średnim 

wieku znów stał się starym czarodziejem, którego znał Matteo. lecz na tym 
proces się nie zakończył. Lata mknęły dalej, aż z czarodzieja zostały tylko skóra 
i kości. Oczy zmieniły się w przerażające, czarne jamy w twarzy, której skóra 
stała się cienka jak papier i szara jak śmierć. Nim Matteo zdołał się poruszyć, 
Vishna padł na ziemię, a jego kruche ciało wiło się w parkosyzmach bólu zbyt 

background image

długo oszukiwanej śmierci.

- Przemiana w licza – wyszeptał Matteo, rozpoznając straszliwą 

przemianą żywego człowieka w nieumarłego maga. – Na boginię, stajesz się 
liczem!

Nie!
Wyszeptane słowo mieściło w sobie ogrom przerażenia. Z pewnością nie 

był to zamiar Vishny! W jakiś sposób jego los został przypieczętowany – 
skazany na życie po śmierci za ostatni akt odwagi. Zgodnie ze wszystkim, co 
Matteo wiedział o magii, powinno być to niemożliwe.

Wziął umierającego mężczyznę na ręce i pobiegł w stronę szkoły, 

wołając o pomoc. Zaciekawieni uczniowie wyjrzeli ze swoich budynków, po 
czym rozbiegli się w typowym dla jordainów posłuszeństwie, aby zawołać 
swoich mistrzów.

Czarodzieje, którzy zareagowali na wezwanie, nie mogli zrobić więcej 

niż Matteo, by powstrzymać ten tajemniczy proces. Wreszcie pokręcili głowami 
i odsunęli się jak od trędowatego.

Vishna wyciągnął kościstą dłoń w stronę sztyletu Mattea.
Jordain zawahał się, pojmując, co czarodziej ma na myśli. Uczono go, że 

życie jest świętością, lecz lepsza jest szybka śmierć, niż powolna ucieczka 
duszy i skradające się szaleństwo, jakie ogarnia nieumarłych magów. 
Wyciągnął sztylet i zacisnął na rękojeści kruche palce swego ojca.

Ku zaskoczeniu Mattea, Vishna uniósł ostrze do włosów i odciął siwy 

pukiel. Wręczył go Matteowi i starał się coś powiedzieć.

- Basel – wychrypiał. – Troje. Dziedzictwo.
Gdy Matteo zrozumiał przesłanie, pokiwał uspokajająco głową. 

Najwyraźniej Basel kontaktował się z Vishną, starym mistrzem i następcą, aby 
zapewnić sobie jego pomoc w poszukiwaniach talizmanu po przodkach Mattea. 
Dziedzictwo było również zrozumiałe, gdyż Vishna zgodził się, iż zniszczenie 
Koterii powinno być odkupieniem za jego błędy. Ale troje?

Oczy jordaina rozszerzyły się, gdy zrozumiał. Trzech magów stworzyło 

szkarłatną gwiazdę, a Vishna sugerował, że potrzeba trzech potomków, aby 
zniszczyć tę ponurą pamiątkę. Akhlaur, Vishna i Zalathorm. Andris, Matteo i…

O bogini! To był prawdziwy dzień niespodzianek, lecz nic tak bardzo nie 

zaskoczyło Mattea jak myśl o „księżniczce Tzigone”!

Vishna wykonał słaby gest drugą ręką, każąc Matteowi odejść. Ich 

spojrzenia zetknęły się na chwilę, po czym Vishna z trudem uniósł sztylet do 
gardła. Jego niewypowiedziane błaganie było jasne: nie chciał, aby syn widział, 
jak ginie z własnej ręki.

Matteo wstał, bardzo niechętnie spełniając ostatnie życzenie starca. 

Odchodząc, popatrzył na ściskany w ręku pukiel włosów. Nie był już słaby i 
siwy, lecz miał mocno kasztanowy odcień.

***

background image

Już w wieży Akhlaur i elfka obserwowali, jak para służących szkieletów 

mocuje się z bulgoczącym kociołkiem. Unosił się z niego straszliwy smród, gdyż 
kilka pozostałych ghouli rozgotowywało się na śluz. Na stole obok stało już 
sześć flakoników, gotowych pomieścić gotowy eliksir. Po drugiej stronie kilku 
odzianych w wodne ciało służących starało się opanować związanego 
łańcuchami wywerna. Trzech trzymało dziko machający ogon, podczas gdy 
czwarty biegał z fiolką, do której zbierał kapiący jad. Od czasu do czasu jeden z 
nich był trafiany pazurem na skrzydle albo szponem, a wtedy płyny otaczające 
stare kości spływały niczym wino z rozbitej beczki. Inni trudzili się ze 
szmatami, czyszcząc kamienną podłogę z resztek towarzyszy.

Kiva przyglądała się temu z obojętną twarzą i starannie ukrywanym 

obrzydzeniem. Wieża i las za nią rozbrzmiewały klekotem nieumarłych 
służących. Kelemvor, Władca Umarłych z ludzkiego panteonu, z pewnością 
miał bardziej żwawe towarzystwo!

Niespodziewanie Akhlaur otoczyła aura migoczącego, błękitno-zielonego 

ognia faerie. Na wąskich wargach nekromanty zagościł pełen zastanowienia 
uśmieszek. Wsunął dłoń w szeroki rękaw swojej szaty i wyciągnął małe, 
hebanowe pudełko w kształcie sześcianu. Aura stała się jaśniejsza, skupiła 
wokół pudełka i zaczęła się kurczyć, jakby wsysana do jego wnętrza.

- Rzucony dawno temu czar zaczyna wreszcie przynosić owoce – 

oznajmił Akhlaur z wielkim zadowoleniem. Zaczął rytmiczny, atonalny 
zaśpiew zaklęcia wezwania.

- Tworzy licza – mruknęła Kiva z mieszanką przerażenia i ulgi. Widziała, 

jak Akhlaur przygotowuje to filakteriom dawno temu i obawiała się, iż szukuje 
je po to, aby przemienić ją!

Z zapartym tchem czekała, jaki czarodziej przybędzie na zew 

nekromanty. Na kamiennej posadzce zaczął pojawiać się wiekowy mężczyzna, 
niewiele więcej nóż skóra i kości w zbyt dużych szatach jordaina. Kiva od razu 
rozpoznała resztki maga, który uwolnił ją z tej wieży jakieś dwieście lat 
wcześniej… i który służył jej przez niemal dwadzieścia lat.

Wreszcie łagodna aura zniknęła w kostce, a stary czarodziej leżał, 

najwyraźniej martwy.

- Pamiętasz, jak ostatnim razem Vishna wszedł do tej wieży? – uprzedziła 

go. – Był potężnym magiem. Będzie też znacznym liczem.

Akhlaur machnął ręką.
- Gdy Vishna odżyje w nowej postaci, będzie całkowicie pod moją 

kontrolą – oznajmił i uśmiechnął się przerażająco. – Razem odpłacimy 
naszemu drogiemu przyjacielowi Zalathormowi. – 

***

Król siedział w komnacie na szczycie wieży, przyglądając się z rozpaczą 

ukochanej żonie. Już raz stracił Beatrix, a jego radość z ich ponownego 
spotkania była tak wielka, że nie pytał zbyt dokładnie o okoliczności jej 

background image

powrotu. Dręczyło go to teraz, choć nie był pewien, co mógłby zmienić, gdyby 
miał możliwość cofnięcia się do tamtej chwili.

Beatrix siedziała z dłońmi złożonymi na okrytym biała satyną podołku, a 

puste, pomalowane oczy spoglądały na okno. Zalathorm zastanawiał się, co 
widziała. Mimo wszelkich zdolności wieszcza nigdy nie był w stanie 
przeniknąć oddzielającej ich zasłony. Umysł królowej okrywała magia, której 
nie potrafił przeniknąć. Szkarłatna gwiazda, Koteria z szeptanych legend, 
chroniła siebie i swoich twórców za zasłonami tajemnicy, a nawet szaleństwa.

Był to taki rodzaj „ochrony”, z którego Zalathorm nie życzyłby 

najgorszemu wrogowi. Nie, żeby było to konieczne – jego najgorszy wróg 
przeżył dzięki mocy tego samego artefaktu, który podtrzymywał życie 
Zalathorma i jego panowanie.

Być może dlatego, iż jego myśli biegły do artefaktu, król poczuł przypływ 

znajomej mocy, przechodzącej go niczym gwałtowny dreszcz. Magia ochronna 
płonęła w jego zmysłach, podobnie jak rozpaczliwa walka o wyleczenie. Potem 
boleśnie pękła więź życia, nagle przerwana i gwałtownie uwolniona.

- Vishna – mruknął, czując śmierć starego przyjaciela. – Jak to możliwe?
Beatrix popatrzyła na niego bez zdziwienia. Król pochylił się, by 

ucałować jej blady policzek i z pośpiechem wyszedł. Szybko przywdział 
magiczne przebranie i jako młodzieniec o opalonej skórze pospieszył do 
podziemi, by porozumieć się z Koterią.

Przez dłuższą chwilę stał w milczeniu przed szkarłatną gwiazdą, usiłując 

w migotaniu fasetek znaleźć wyjaśnienie, jak zginął jego przyjaciel. Wreszcie 
ukląkł na jedno kolano i uciszył smutne myśli.

- Serce Halruaa potrzebuje rady – mruknął. – Powiedzcie mi, czy jest 

między wami Vishna?

Jedyną odpowiedzią było głębokie milczenie. Z kryształu nie otrzymał 

sygnału od swego starego druha.

- Zatem Vishna naprawdę nie żyje – rzekł cicho Zalathorm, 

zastanawiając się, dlaczego nie może do reszty zaakceptować tej prawdy. 
Wydawało mus się, że coś zostało z maga – może było to tylko echo ich 
połączonej magii, ale zawsze coś.

Odwrócił się do kryształu, zadając kolejne pytanie. Ambasadorowie z 

Mulhorandu dostarczyli imię maga, którego zaklęcia uniemożliwiły 
dostrzeżenie ostatniej inwazji. Niestety, wyglądało na to, że poza imieniem z 
Ameera Tukerphrema nie pozostało nic. Czarodziej zginął w czasie walki, jego 
ciało przepadło, a dom oraz przedmioty zostały zniszczone przez ogień. Nie 
zostało nic, co pomogłoby halruaańskim czarodziejom w wieszczeniu.

Zalathorm uznał, że to zbyt wygodne, aby było przypadkowe.
Mimo to przywołał wspomnienie twarzy mężczyzny i opis zaklęcia 

osłaniającego inwazję. Jeśli, tak jak się spodziewał, w jego rzucaniu miała 
udział halruaańska magia, elfi mędrcy wykryją ją. W końcu halruaańska magia 

background image

pochodziła ze starożytnego Netherilu, którego pierwsi czarodzieje byli uczeni 
przez elfy. Mimo zmian – które niektórzy nazwaliby skażeniem i abominacją – 
dodanych przez netheryjskich magów, korzenie ich tradycji były zdecydowanie 
elfie.

Jego podejrzenia szybko się potwierdziły. Elfi mędrcy rozpoznali dotyk 

halruaańskiej magii, lecz nie zdołali zidentyfikować rzucającego.

Zalathorm zastanawiał się nad tym w drodze powrotnej przez labirynt 

do pałacu. Skoro nie zadziałało wieszczenie, są inne sposoby, aby dostrzec 
zdradę.

Na pierwszym miejscy znajdowała się logika. Kto był na tyle silny, aby 

działać, kto mógł na tym skorzystać? Jego myśli poszybowały ku Procopio 
Septusowi, który wydawał się wyjątkowo dobrze wyszkolony w magii 
wschodnich krajów.

Gdy król udawał się do swoich prywatnych komnat, dostrzegł mała, 

biała flagę zatkniętą w kinkiet niedaleko drzwi. Choć wieszcz o mocy 
Zalathorma mógł z łatwością wyczuć obecność większości żywych istot, 
odporność jordainów na magię czyniła ich trudnymi do spostrzeżenia. Dlatego 
wśród jordainów istniał dobry zwyczaj powiadamiania o swojej obecności.

Matteo wrócił już z Nath. Zalathorm przyspieszył kroku.
Gdy wszedł do pokoju, młody jordain wstał i zgiął się w głębokim 

ukłonie.

- Panie, mam ci wiele do opowiedzenia.
Żadnego wstępu ani zawiłości halruaańskiego protokołu. Zalathorm 

pokiwał z uznaniem głową.

- Mów.
- Laraken powrócił. Walczyłem z nim w Nath wraz z moimi braćmi 

jordainami. Zgięlibyśmy, ale potwór został magicznie wycofany z walki. 
Sugeruje to, że Kiva mogła wrócić z Planu Wody, możliwe, iż Akhlaur także. 
Księga zaklęć nekromanty zawiera czar odwodnienia, podobny do rzuconego 
na mulhorandczyków.

- Zaklęcie było Akhlaura – zgodził się król. – Nie mam co do tego 

wątpliwości. Wieża została wzniesiona – wyczuwam zakłócenia w magii, która 
ukrywała ją przed poszukiwaczami skarbów.

Jordain uśmiechnął się słabo.
- Lord Basel mówił, że ten raport będzie niepotrzebny.
- Basel?
- Lord Basel spotkał się z nami w Nath i zostawił swój statek powietrzny 

do mojej dyspozycji.

- Dobre posunięcie. Od tej pory będziesz miał własny statek. Niech 

służący tego dopilnują. Coś jeszcze?

- Ruszam za Tzigone. Lord Basel znalazł zaklęcie, które powinno 

zadziałać. Jego rzucenie wymaga pukla włosów jednego z moich przodków. 

background image

Rozmawiałem z moim ojcem.

- Ach – Zalathorm popatrzył na niego przenikliwie. – I to cię zasmuciło.
- Głęboko. Znałem tego człowieka przez całe życie. Był jednym z moich 

mistrzów. Nauczył mnie wszystkiego, co wiem o magii bitewnej, obserwował 
mnie od najmłodszych lat. Mimo to wiedziałem, że jest moim ojcem tylko przez 
ostatni dzień jego życia.

Król spojrzał na niego zaskoczony.
- Vishna! Oczywiście, jesteś snem Vishny… teraz, gdy na ciebie patrzę, 

podobieństwo jest uderzające. Czułem jego śmierć. Powiedz mi, dlaczego to 
zbiegło się z waszym spotkaniem.

Zalathorm wysłuchał, jak jordain przedstawia mu opowieść Vishny.
- Przemiana w licza. To dlatego wciąż czułem, że jego esencja gdzieś 

tkwiła. Została gdzieś pochwycona, zmienia się i nabiera energii, czekając na 
powrót do ciała Vishny. Na bogów! – krzyknął, waląc pięścią w ścianę. – Jak 
Akhlaur mógł zrobić coś takiego dawnemu przyjacielowi?

- Obawiam się, że on nie skończył jeszcze z Vishną – powiedział cicho 

Matteo. Gdy król spojrzał na niego pytająco, jordain dodał: – Akhlaur jest 
nekromantą.

- Nekromancie mogą rozkazywać nieumarłym – odparł zrozpaczonym 

tonem Zalathorm. – Póki Akhlaur żyje, Vishna nigdy nie będzie mógł umrzeć.

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY

Matteo stał u stóp kurhanu faerie, w którym zniknęła Tzigone. Statek 

powietrzny Indoulura wisiał nad jego głową, lecz mag i Andris zeszli wraz z 
nim. Basel stał gotów rzucić czar, z różdżką ogara magów w dłoni i nietypowo 
ponurym wyrazem okrągłej twarzy.

Matteo przesunął wzrokiem od czarodzieja do widmowego jordaina i z 

powrotem.

- Nie jestem pewien, który z was jest bardziej blady – zażartował.
- To nie ja rzucam czar – odparł Andris. – To lord Basel cię tam wysyła. 

Moim jedynym zadaniem jest powitać cię z powrotem – mówił z uporem, nie 
chcąc pogodzić się z ewentualnością, że Matteo może nie wrócić. Dwaj 
przyjaciele zderzyli się nadgarstkami i uścisnęli krótko.

Matteo cofnął się i kiwnął głową Baselowi. Czarodziej zaczął nucić 

zaklęcie. Była to dziwna i urywana melodia, która nawet śpiewana miłym 
niewyszkolonym barytonem Basela brzmiała złowrogo.

W myślach Mattea zaczął narastać dziwny, świszczący wiatr, szybko 

zmieniający się w huragan. Potężny podmuch pchnął go w stronę kurhanu. 
Mimo to tylko on czuł narastającą burzę – wiatry nie szarpały pozostałymi. 
Andris uniósł przezroczystą dłoń w pożegnaniu.

Nagle Nath zniknęło, a Matteo został wrzucony do zimnego, szarego 

background image

świata. Upadł i przetoczył się, szybko zerwał do obronnego przykucnięcia, z 
wyciągniętymi sztyletami.

Jednak nie było takiej potrzeby – był sam. Gdy rozejrzał się po zasłanych 

kamieniami moczarach, nie widział innych znaków życia. Po niebie koloru 
cyny nie latał żaden ptak, w bladej trawie nie buszowały myszy, nie słychać 
było nawet buczenia i bzyczenia owadów.

Mimo to w powietrzu zdawały się wirować dziwne obrazy, a pod ciszą 

kusiły głosy. W tym miejscu było coś więcej, niż zdołały to dostrzec oczy 
Mattea, tego był pewien. Magia była tak gęsta, tak obca magii halruaańskiej, że 
nawet on mógł wyczuć jej obecność.

Przez chwilę zastanawiał się, co mógłby zobaczyć oczami ciemnych 

faerie. To mgliste bagno było jakimś rodzajem magicznego przedpokoju, nie 
bardziej prawdziwego niż sen.

Ziemia pod jego nogami była wilgotna, gęsto pokryta mchem. Gdy szedł, 

nasiąkniętą wodą powierzchnia zdawała się pochłaniać energię jego kroków. Z 
pewnością je spowalniała. Mgła zgęstniała, aż przestał widzieć dalej niż na 
kilka kroków. Nawoływał Tzigone, lecz dźwięk zdawał się nie nieść dalej niż 
sięgał wzrok.

Nagle, jakby znikąd, w twarz Mattea wyrżnęła duża pięść. Nie było czasu 

na unik, więc przyjął cios, raczej obracając głowę wraz z ciosem, niż mu się 
przeciwstawiając. Złapał swego przeciwnika za szorstką tkaninę i pociągnęła 
na ziemie. Mieli ten sam wzrost, a przez kilka chwil Matteo walczył, aby 
przygwoździć go do ziemi. Gdy mu się to udało, spojrzał na rozwścieczoną 
twarz, całkiem podobną do jego

- Benn – powiedział zaskoczony, rozpoznając młodego chłopa.
- Czemu mnie tu sprowadziłeś? – zapytał tamten.
Gdy Matteo zastanowił się nad odpowiedzią, dotknęło go poczucie winy. 

Czy to naprawdę możliwe, aby przeciągnął go do tego ponurego miejsca? Czy 
jego jordainowska odporność na magię wpłynęła na zaklęcie Basela.

Mężczyzna zaczął się wyrywać.
- Nie mamy już dość?
- To nie ja – odparł gorliwie Matteo. – Nigdy nie zamierzałem zrobić ci 

krzywdy.

- Jak wielu ludzi musiało zapłacić za twoje zaszczyty jordaina? – spytał 

cichy, niemal pozbawiony dźwięku kobiecy głos.

Matteo puścił Benna i stanął na nogach, zaskoczony nagłym 

pojawieniem się niskie, apatycznej kobiety, którą spotkał tylko raz. Szybko 
pochylił głowę w tradycyjnym ukłonie szacunku dla maga – ponieważ jego 
matka był nim, zanim jego narodziny doprowadziły ją do stanu obecnego.

- Moja pani, wybrałaś własną ścieżkę – powiedział z szacunkiem. – 

Żałuję, że cię do tego doprowadziła, lecz wybór nie należał do mnie.

Oczy kobiety zdawały się przewiercać go na wylot.

background image

- Zimno tu – mruknęła, jakby nie słysząc nic z tego, co powiedział Matteo.
Podszedł bliżej.
- Vishna nigdy mi nie powiedział, jak się nazywasz – rzekł cicho.
Na jej twarzy pojawiło się zmieszanie, wywołując w sercu młodego 

jordaina kolejne ukłucie winy. Jego matka straciła tak wiele z siebie, że nie 
pamiętała nawet własnego imienia!

Przyszła mu też do głowy inna możliwość. Być może jego matka nie 

znała swojego imienia, ponieważ on go nie znał. Ostrożnie wyciągnął rękę do 
niskiej kobiety. Jego dłoń opadła na jej ramię i przeniknęła przez nią. Nie była 
bardziej materialna niż mgła.

Matteo odwrócił się w stronę chłopa. Benn zniknął. Tak naprawdę to 

nigdy go tu nie było.

Jordain wziął głęboki, urywany wdech i zastanowił się nad swoim 

położeniem. Te niepokojące spotkania były iluzjami, wyciągniętymi w jakiś 
sposób z jego umysłu. Najwyraźniej Niewidzialny Lud bez problemu 
pokonywał opór jordainów!

Patrząc logicznie, Matteo wiedział, że nie ponosi winy za wybór matki 

ani za to, że młody wieśniak i jego żona nie będą mogli mieć dzieci. To były 
wybory dokonywane przez kogoś innego. Vishna często ostrzegał ich, aby nie 
brali odpowiedzialności za coś, co nie było ich winą, określając to rodzajem 
dumy.

Dumy, która, jak przypuszczał Matteo, mogła tu być przyczyną jego 

upadku.

Wyciągnął ręce, zacisnął dłonie w pięści i obrócił nimi w tę i w tamtą 

stronę. Jego własna postać wydawała się tak samo widmowa, jak jego 
nieszczęsnej matki. Na chwilę opanowała go panika. Jeśli nie mógł liczyć na 
swoją siłę i umiejętności wojownika, jest zgubiony!

Znów duma, uświadomił sobie. Jako jordain, poświęcił życie rozwijaniu 

ciała i umysłu, lecz tutaj logika nie miała wiele do powiedzenia. A siła? Matteo 
uniósł dłoń do szczęki. Bolała po ciosie, jaki otrzymał od widmowego Benna. 
Tutaj rządziły iluzje. Spokojna, pragmatyczna pewność siebie jordaina 
pasowała do tego miejsca tak, jak białe szaty Mystry do tawernianej dziewki.

We mgle ze wszystkich stron zabrzmiał cichy, szyderczy śmiech. Matteo 

wyciągnął swoje sztylety i odwracał się to w jedna stronę, to w drugą, 
wyczekując ataku. Nie wyskoczyły żadne ciemne faerie, a gdy zastanowił się 
dokładniej, uświadomi sobie, ze głos brzmią bardziej jak u śmiertelnika niż u 
faerie i tak naprawdę to ten sam głos. Śmiał się młody mężczyzna, głęboko i 
urągliwie.

Nagle Matteo uświadomił sobie, że to jego własny głos. Rozproszone 

myśli nabrały skrzydeł i szydziły z niego.

- Spokojna pewność – powiedział, powtarzając z obrzydzeniem ten opis 

samego siebie. Była to taka sama iluzja jak inne, które napotkał! Przez prawie 

background image

rok, od chwili, gdy w jego życiu pojawiła się Kiva i zniszczyła jego obraz świata, 
szarpały go niepewności dotyczące zakony jordainów. Nie był doskonałym 
jordainem, niezależnie od tego, jakie wygodne kłamstwa sobie opowiadał.

Niespodziewanie oświeciła go jasna myśl, była to chwila, która 

odwróciła całe panujące w jego głowie zamieszanie. Być może pewność nie 
była nagrodą za wiarę, ale jej przeciwieństwem! Być może wiara oznaczała 
trzymanie się swoich przekonań mimo wątpliwości. Zrobił to i tak powinien 
robić dalej. Jego wątpliwości nie unieważniały zadana jego całego życia; 
paradoksalnie, tylko je podtrzymywały.

Śmiech ucichł. Matteo pozwolił sobie na uśmiech z tego małego tryumfu, 

po czym uporządkował myśli i skupił się na zaginionej przyjaciółce. Skoro 
umysł był w tym miejscu tak potężną bronią, być może zdoła przywołać 
Tzigone siłą woli.

Niemal potknął się o małą, zwiniętą w kłębek postać. Z okrzykiem 

radości uklęknął na ziemi i wziął ją w ramiona.

Nie był przygotowany na uderzenie mocy, która zasyczała wokół niego. 

Jakoś udało mu się utrzymać dziewczynę w objęciach. Otaczał ich dziwny, 
magiczny prąd, który trzaskał wyładowaniami w ich włosach i podpalał 
ubrania. Zniszczone resztki szaty uczennicy czerniały i dymiły się na Tzigone, 
ale ona sama wydawała się być nietknięta. Matteo pobłogosławił jordainowską 
odporność, która chroniła ich obydwoje.

Wielkie brązowe oczy Tzigone szukały twarzy Mattea, dostrzegając ją, 

lecz nie mogąc do końca zaakceptować jego obecności. Wyglądała na 
zaskoczoną, a jej uśmiech był słabym cieniem starego, szelmowskiego grymasu.

- Mogę zapalić? – powiedziała, tłumiąc dłońmi małe płomyki, które 

pojawiły się na jej szacie.

Może było to zaskoczenie, może napięcie, lecz uwaga Tzigone poraziła 

Mattea swoją wspaniałą absurdalnością. Roześmiał się głośno i radośnie, 
ciesząc się z odzyskania przyjaciółki.

Z twarzy Tzigone zniknął pół-grymas, pół-uśmieszek.
- Wiedziałam – wymruczała niepocieszona. – Jesteś iluzją. Prawdziwy 

Matteo ma tyle poczucia humoru, co ślimak.

- Jakoś nie czuję się obrażony – odparł, wciąż się uśmiechając.
- Powiedz mi o tym – burknęła. – Bogini wie, że próbowałam!
- To ja – powiedział z naciskiem, ujmując jej twarz w dłonie – i mogę to 

udowodnić. Pamiętasz, jak byliśmy ścigani przez wemika?

Jej usta wykrzywił uśmieszek.
- Sądziłeś, że wemiki potrafią się wspinać na drzewa, bo dolna połowa 

ich ciała jest lwia. Czy byłbyś bardzo rozczarowany, moja najdroższa iluzjo, 
gdybyś dowiedział się, że małe grafiątka nie mruczą?

- A to pamiętasz? – spytał. Nim zdołała odpowiedzieć, pochylił się i 

delikatnie pocałował jej usta. Nic takiego nie zaszło wcześniej między nimi – z 

background image

pewnością będzie musiała poznać, że nie była to iluzja przywołana przez 
pamięć.

Oczy Tzigone rozszerzyły się, a znajomy, łobuzerski uśmieszek pojawił 

się na jej twarzy niczym skrzywiony wschód słońca.

- To naprawdę ty! To musisz być ty! Któż inny wierzyłby, że taki 

pocałunek może być wart zapamiętania?

Rzuciła mu się na szyję, tuląc z mocą, która zdusiła jej własne słowa.
Mgły krainy zgęstniały wokół nich, a chłód zdawał się przenikać Mattea 

do kości. Z nagła pewnością uświadomił sobie, że magia naprawdę wnikała w 
niego, usiłując znaleźć coś, co mogłaby wykrzywić, opanować i dręczyć.

Niespodziewanie był bardzo świadomy dziewczyny trzymanej w 

ramionach tak, jak nie trzymał jej nigdy przedtem. Ciepło i pragnienie były 
kuszące i niepokojące.

Sięgnął w głąb swego serca, szukając prawdy. Były chwile, gdy wyraźnie 

był świadom, że Tzigone jest kobietą, a także ukłucia ciekawości. Lecz nie to 
znajdowało się w sercu ich przyjaźni.

Ten tryumf trwał krótko, gdyż nagle coś zwaliło się na jego barki – 

obsesyjny ciężar długów, które ukształtowały i określiły ich stosunki. Spojrzał 
w dół i zobaczył, że Tzigone spogląda na niego z równym zakłopotaniem. 
Odruchowo postanowił obrócić ten ostatni test w żart.

- Poważnie traktujesz swoje długi – przypomniał jej. – Jeśli cię stąd 

wydostanę, ceną będzie cały rok bez naruszania halruaańskiego prawa.

Wyrwała się z jego uścisku.
- Nim zaczniesz mówisz o cenie, musisz coś zobaczyć.
Matteo poszedł za nią przez mgłę, depcząc jej po piętach, by się nie 

zagubić.

Zatrzymała się nagle i odwróciła ku niemu.
- Dhamari zniknął. Chyba wiem, dlaczego. – Zrobiła krok w bok, 

pozwalając Matteowi zobaczyć cały, zasłonięty mgłą koszmar.

Wojowniczka Crinti siedziała oparta o stożkowaty kurhan z głową 

opadłą na ramię. Jej twarz była czarna od zakrzepłej krwi. Zamiast oczu 
widniały tylko ciemne, puste dziury.

- Wydarła je własnymi palcami – powiedziała obojętnie Tzigone. – 

Cokolwiek widziała, było tego więcej, niż mogła znieść. Dhamari zniknął, 
pojawiła się ona. Taki był układ, Matteo. Układ. Nie ocalę swojego życia za cenę 
twojego.

- Nie musi tak być – odparł stanowczo. – Jesteś tu razem i razem stąd 

wyjdziemy. Musimy wierzyć w to i w siebie nawzajem.

Na ziemi między nimi zadźwięczał srebrny miecz, obydwoje odskoczyli, 

zaskoczeni. Matteo poznał, że to broń, którą Tzigone ukradła ze sklepu 
miecznika w dniu, kiedy się spotkali, i później ukryła pod siodłem jego konia. 
Posiadanie tego miecza zapewniło mu noc miejskim więzieniu.

background image

- Które z nas to zrobiło? – zdziwił się, wskazując na miecz.
- A czy to ważne? Małe zdrady sumują się – powiedziała Tzigone, a jej 

zwykle radosny głos był teraz zmartwiony. – Ile razy ukradłam twój medalion?

- Cztery albo pięć – odparł sucho.
Pokręciła głowę i uniosła emblemat, srebrny dysk emaliowany na żółto i 

zielono, przecięty kobaltowym błękitem. – Dwadzieścia lat na ulicach to coś, 
czego się łatwo nie zapomina, Matteo. prędzej czy później narobię ci więcej 
kłopotów, niż obydwoje zdołamy unieść.

Matteo nie mógł się z tym zgodzić – ufał Tzigone i szukał w swoim 

umyśle czegoś, co mogło przekonać ją, że jest warta jego zaufania. A gdy ta 
myśl przyjęła jakiś kształt, we mgle rozległ się stukot kopyt i złe rżenie.

Przyglądał się z otwartymi ustami, jak podbiega do nich smukły, czarny 

ogier, którego jakiś lekceważący swoje obowiązki stajenny nazwał Cyrikiem na 
pamiątkę szalonego i złego boga.

- Na bogów! – krzyknęła Tzigone. – Brakuje mu tylko czerwonych, 

błyszczący ślepi!

Koń zarżał i parsknął, gdy Matteo pogładził jego hebanowej barwy 

nozdrza. Koń był ciepły i materialny w dotyku, w przeciwieństwie do iluzji, 
jakie ciemne faerie tworzyły z ich skradzionych myśli.

- Nie jesteś żadnym koszmarem, co, kolego? Muszę jednak przyznać, że 

każdym razem, kiedy tak parskasz, zawsze czekam, czy poczuję smród siarki.

Oczy Tzigone zwęziły się, gdy obserwowała jordaina i jego ulubionego 

wierzchowca.

- Ty go chyba lubisz.
- Owszem! Cyric zrzucił mnie, uszczypnął mnie w ramię, a raz w podróży 

przewrócił mój szałas i celowo nalał do mojego kociołka.

- Czy to nie miłość? – mruknęła.
- Lecz kiedy potrzebowałem gdzieś się szybko znaleźć, gnał do upadłego, 

a nie ma innego konia, któremu mógłbym zaufać w czasie walki. Cyric jest 
zdolny do większej lojalności niż jakakolwiek inna istota. Może za wyjątkiem 
jednej.

Poklepał go po boku i odesłał w mgłę.
- Poszła za mną na Bagna Akhlaura i walczyłaś z larakenem, choć nie 

mogłaś wiedzieć, czy nie pozostanie z ciebie pusta, kryształowa skorupka. 
Jesteś tu, gdzież twoi przyjaciele i twoje Halruaa było zagrożenie, a ty 
poświęciłaś się za nich. Ty i Cyric jesteś do siebie podobni, Tzigone.

- Cóż, takich rzeczy dziewczyna może słuchać bez przerwy – powiedziała 

sucho.

- Nie ma niczego potężniejszego niż przyjaźń… a ja nie chciałbym mieć 

innego przyjaciela – powiedział z zapałem. – Ta moc posiada własną magię.

Oczy Tzigone rozjaśniły się. Otarła łzy wierzchem brudnej ręki i 

wskazała na coś. Matteo odwrócił się. Mgła rzedła odsłaniając porośnięty 

background image

mchem kurhan. Wzywał ich migoczący owal.

Jej twarz zamarła, a uśmiech zniknął. Podążył za jej wzrokiem: zbliżał 

się ruchliwy rój, niewielka armia ciemnych faerie najwyraźniej zdecydowana 
zatrzymać swoje ofiary w tym mglistym nieświeckie. Nie istniał żaden sposób, 
aby przyjaciele zdążyli dotrzeć do portalu.

Matteo wcisnął w dłoń Tzigone jeden ze swoich sztyletów i wyciągnął 

miecz. Ledwo zdążyli stanąć plecami do siebie, nim opadły ich ciemne faerie.

Maleńkie noże zamigotały zbyt szybko, aby wzrok mógł za nimi nadążyć. 

Matteo czuł lekkie, bolesne uczucia. Miecz opadał raz za razem, na darmo 
próbując je odpędzić, a jego sztylet zataczał skomplikowane wzory.

Ich przeciwnicy byli tak szybcy, że z łatwością skakali w tył i w przód, 

omijając każde z jego uderzeń i pchnięć, uderzając raz po raz, lecz zawsze 
pozostając poza zasięgiem ostrza. Całe ciało Mattea płonęło bólem, lecz 
przypominał on raczej efekt zbyt mocnej opalenizny niż jakąkolwiek ranę od 
noża.

Spojrzał w dół. Jego biały strój był przesiąknięty krwią z setek małych 

nakłuć, a przedramiona wydawały się być pokryte mocną wysypką.

W ten sposób umieranie będzie trwało bardzo długo.
Poczuł, jak Tzigone odsuwa się od niego i szybko wrócił na miejsce, 

zdecydowany osłaniać jej plecy.

- Puść mnie – odparła z naciskiem, obchodząc go w kółko, jakby nie 

chciała jego ochrony.

Matteo z łatwością poruszał się za nią, machając mieczem i sztyletem.
- Zapomnij – odparł krótko.
Westchnęła z rezygnacją i zawirowała niemal tak szybko jak faerie, 

mocno kopiąc Mattea w tył kolana.

Zachwiał się tylko na chwilę, ale Tzigone to wystarczyło. Odskoczyła. 

Niewidzialny Lud podążył za nią niczym żądne zemsty cienie.

Nim Matteo zdołał oprzytomnieć, mglistą krainę rozjaśnił błysk mocy. 

Uniósł rękę, aby zasłonić oczy.

Gdy odzyskał wzrok, popatrzył z zaskoczeniem na spalone ciała kilku 

faerie. Pozostałe uciekły… a może to już byli wszyscy napastnicy.

Ciemne faerie były mniejsze niż sądził i tak dziwnie piękne, że niemal 

ich pożałował. Zza zasłony mgły uniosła się straszna, tęskna pieśń – to faerie 
opłakiwały swoich zabitych.

- Mogą tu umierać – zdziwił się.
- My też – odparła, spoglądając na mgłę w oczekiwaniu na kolejny atak. – 

Nie mogłeś przynieść ze sobą czegoś żelaznego?

- Basel powiedział, że to niemożliwe – wyjaśnił słabym głosem. – Żelazna 

broń nie może przejść przez zasłonę.

Tzigone przymknęła oczy, zastanawiając się nad tym.
- Nie, jeśli postępujesz zgodnie z regułami. Przywołaj jeszcze raz Cyrica.

background image

- Za pierwszym razem go nie wzywałem.
- Na pewno to zrobiłeś. Jesteś w tym lepszy niż ja – to była najbardziej 

przekonywująca iluzja, jaką widziałam.

- Ale to niemożliwe! Jestem jordainem!
Mówiąc to, Matteo uświadomił sobie kryjącą się w jej słowach prawdę. 

W tym miejscu mógł widzieć magię, wyczuwać ją w taki sam sposób, w jaki 
podobno robili to potężni czarodzieje i elfi magowie. Splot, magia, którą Mystra 
rozwijała i podtrzymywała, była dla niego obca jak powietrze dla ryby, lecz 
może w tym miejscu była inna magia.

- Cienisty Splot – powiedział. – On naprawdę istnieje! Mogę go wyczuć, 

nawet wykorzystać!

Złapał dziewczynę za ramię i odwrócił do siebie.
- Tuż przed tym, jak opuściłem Szkołę Jordainów, otrzymaliśmy wieść o 

nowym rodzaju magii, który pojawił się w krainach północy, być może nawet 
dotarł do Halruaa. Mówi się, że bogini Shar stworzyła kolejne źródło magii, 
które nie ma nic wspólnego z Mystrą. Mędrcy mówią, że eksperymentowała na 
opuszczonych wyspach, może nawet innych planach egzystencji. To miejsce z 
mgły i cieni może być jednym z nich!

Tzigone nie wygląda na przekonaną.
- Faerie mają swoich bogów. Czy nie mają oni nic do gadania? Stoją z 

boku i pozwalają Shar, aby się u nich rządziła?

- To nie jest kraina Niewidzialnego Ludu – wyjaśnił – ale korytarz między 

ich światem i naszym. Tutaj nic nie jest prawdziwe. Przypuszczam, że ciemne 
faerie nie mają mocy, aby nas zatrzymać… może chronią własne granice, tak 
jak my nasze! Iluzje tutaj są bardzo potężne. Możliwe, że ludzie, którzy tu 
zajrzą, są tu uwięzieni po prostu dlatego, iż nie wierzą, że stąd można wyjść.

Zmarszczyła brwi i próbowała to wszystko poskładać.
- Zatem chcesz mi powiedzieć, że mimo wszystko jesteś jakimś rodzajem 

czarodzieja.

Nie! No, może – poprawił się. – Jordainowie są pustymi naczyniami, 

pozbawionymi Sztuki Mystry. Możliwe, że ta próżnia czyni nas doskonale 
dopasowanymi do Cienistego Splotu.

Tzigone wzruszyła ramionami.
- Zwykle masz rację. Najbardziej interesuje mnie to, że możemy stąd 

wyjść w każdej chwili. To mi pasuje.

W niedalekiej mgle pojawiło się słabe światło, gdy następna brama 

zaczęła nabierać kształtu. Daleka pieśń faerie zmieniła się w alarm, drobne 
smugi znów rzuciły się w ich stronę.

Matteo włożył palce do ust i gwizdnął ostro.
Stukot kopyt ogłosił powrót Cyrica tuż przed tym, jak czarny ogier 

wyskoczył z mgły i zaszarżował na walczące faerie. Widmowy koń okazał się 
tak samo złośliwy i lojalny jak oryginał. Wskoczył w zbliżającą się watahę, rżąc 

background image

z końskim gniewem. Stanął na tylnich nogach, waląc kopytami.

- Żelazne podkowy – mruknął z zadowoleniem Matteo, wyciągnąwszy 

sztylet i miecz. – Tu jest obecnych tak wiele rodzajów magii, że możesz rzucać 
czary. Przemień to w żelazo.

Tzigone wyrecytowała szybko słowa zaklęcia. Broń stałą się cięższa, a 

błyszczące metal szary jak mgła.

- Dobra robota – powiedział, wręczając jej żelazny sztylet.
- Cyric i ja – powiedziała Tzigone, podnosząc splecione palce.
Kilka ciemnych postaci zaszło ogiera z boku i pobiegło w jego stronę. 

Tzigone przykucnęła i cięła. Przez chwilę ciemna elfka stała nieruchomo, 
zaskoczona niemożliwą do wyjaśnienia obecność żelaznej broni. Potem 
Tzigone uniosła sztylet i rzuciła się do ataku. Elfka, choć spowolniona i 
osłabiona obecnością trującego metalu, wciąż była szybka i zwinna jak mistrz 
miecza. Mała czarodziejka o ponurym wyrazie twarzy i niewielka elfka krążyły 
wokół siebie i atakowały, jedna zdecydowana dotrzeć do portalu, a druga 
równe zdecydowana, aby zabiec jej drogę.

Matteo stanął w pozycji obronnej, wycinając sobie drogę żelaznym 

mieczem. On i Tzigone cofali się powoli w stronę świetlistego portalu. Wreszcie 
Tzigone cisnęła sztyletem w najbliższego wroga i mało delikatnie popchnęła 
jordaina.

Odwrócili się i przebiegli kilka ostatnich kroków ku magicznej bramie. 

Razem ją przeskoczyli i wylądowali na ziemi, która była rozkosznie twarda i 
stabilna.

Matteo podniósł się i rozejrzał, szukając Tzigone. Basel już ściskał ją w 

miażdżącym uścisku.

Andris podszedł do jordaina.
- Mówi się, że ci, którzy wchodzą do krainy Niewidzialnego Ludu 

wychodzą tacy, jacy naprawdę są – powiedział cicho. – Co tam widziałeś? Czego 
się nauczyłeś?

Spojrzenie Mattea ogarnęło całe Nath, szukając jakiegoś śladu Cienistego 

Splotu. Nie widział jego magii tak, jak w korytarzu ciemnych elfów. Nie widząc, 
czy powinien być rozczarowany czy szczęśliwy, wzruszył ramionami.

- Po prostu jestem jordainem, i już.
Rozradowana dziewczyna podeszła do Mattea, lecz jej uśmiech przygasł, 

gdy zobaczyła niemal przezroczystego Andrisa.

- Na dziewięć jam Piekieł! A co on tu robi!
- Andris jest jordainem, zobowiązanym służyć Halruaa. Pomaga mi 

wykonać kilka bardzo ważnych zadań.

- Czy to nie śliczne? – Tzigone założyła ręce. – Ostatnim razem szliście na 

siebie z mieczem i wyglądało to bardzo poważnie. Jak ostatnio słyszałam, i 
współpracował z Kivą i Crinti.

- Doszliśmy do porozumienia – powiedział Matteo. dziewczyna pokręciła 

background image

głową.

- Nie sądzę, abyś miał tu następnego Cyrica, Matteo.
Andris próbował uśmiechnąć się ironicznie.
- Mam to potraktować jako komplement?
- Jak dla mnie, to możesz go nawet sobie wsadzić – rzekła Tzigone. – A 

tymczasem trzymaj się ode mnie z daleka.

Widmowy jordain skłonił się i odszedł po cichu. Matteo ruszył za nim, 

ale uznał, że jego przyjaciel woli teraz pozostać sam.

- Źle oceniasz Andrisa – powiedział do niej cicho. – To dobry człowiek, 

może ma tylko zbyt mocne poczucie swojego przeznaczenia.

- Może – wzięła go pod rękę i uśmiechnęła się do niego krzywo. – 

Naprawdę masz denerwujący nawyk posiadania racji.

- Mam denerwujący nawyk bycia ślepym – odparł.
Tzigone cofnęła się i oparła pięści na biodrach.
- Możesz to powtórzyć w wersji dla ludzi, którzy nie mówią po 

jordainowsku?

- Andris miał rację – ci którzy przeszli przez zasłonę postrzegają siebie 

tak, jak nigdy wcześniej. Nie wiedziałem, jak dużą rolę w moim życiu 
odgrywała duma. Teraz widzę ją wszędzie, i nie jest to ładny widok.

- Jesteś dumny – zgodziła się. – To tak, jakby powiedzieć o Sinestrze 

Belajoon, jednej z najpiękniejszych kobiet Halruaa, że jest próżna. Tak jak to 
widzę, oboje macie do tego prawo.

- Duma nakazuje ci spoglądać w siebie. Szukałem odpowiedzi w 

halruaańskiej wiedzy. Ty dopasowujesz się znacznie łatwiej niż ja. Bez twojego 
refleksu moglibyśmy nie wywalczyć sobie drogi wśród ciemnych faerie.

Jej oczy rozszerzyły się.
- A kto pokazał mi, jak odzyskiwać wspomnienia? To okazało się bardzo 

pomocne. Kto powiedział mi, że jestem czarodziejką i kazał mi uczyć się magii?

Matteo westchnął.
- Odkryłabyś to wszystko sama, we właściwym czasie.
- Trupowi pewnie powiedziałbyś to samo. „Nie przejmuj się tą mała 

porażką, dobry druhu… jestem pewien, że ten miecz podniósłbyś prędzej czy 
później” – powiedziała złośliwie, dokładnie parodiując ton i wymowę Mattea. – 
Czy ukoiłoby to twoją dumę jordaina, gdybym odegrała rolę mdlejącej 
dziewicy? – spytała już własnym głosem.

Obraz był tak śmieszny, że Matteo nie mógł się nie uśmiechnąć.
- Może.
- No to zapomnij. A teraz, kiedy już wróciliśmy, kim jesteś? Nadal 

jordainem?

Zamyślił się. Ostry kontrast między widmową krainą i światem, jaki znał, 

przytępił jego zdolność postrzegania. Zdolność widzenia magii zblakła, lecz 
było coś jeszcze…

background image

- Sądzę, że to zależy od twojej definicji – powiedział.
- Jordain – wyrecytowała pomocnie. – Sztywny, arogancki i wiedzący 

wszystko najlepiej, który może truć na dowolny temat, aż jego słuchacze 
padną. Ktoś, kto nawet odrobinę nie nagnie prawa. Stara baba, która wie o 
zabawie wystarczająco dużo, aby mnie od niej powstrzymać.

Usta Mattea wykrzywiły się.
- Brzmi znajomo – zgodził się.
Tzigone kiwnęła głową i wróciła w jego ramiona.
- Powiedz mi zatem, dlaczego tak się cieszę, że wróciłam?

ROZDZIAŁ SZESNASTY

Wschód słońca barwił niebo, gdy Avariel leciał szybko w stronę 

Halarahh i skromnie urządzonego domu, jaki Basel posiadał w stolicy. Statek 
powietrzny przeleciał nad miastem, zwolniwszy przy niewielkiej wieży.

Tzigone, wykąpana i przebrana w czyste ubranie, stała przy relingu, 

podziwiając kolorowy świat, jakby ciepło halruaańskiego słońca i żywe kolory 
nieba i miasta mogły na zawsze wypalić wspomnienia o tym ponurym, szarym 
miejscu. Nagle przechyliła się przez reling i wskazała na coś palcem.

- A to co, na Dziewięć Piekieł?
Wieżę maga otaczała słaba aura, jakby składająca się z pyłków.
- Budynek został magicznie zapieczętowany – wyjaśnił Basel z nagle 

spoważniałą twarzą. – Po tym wszystkim, co się wydarzyło, nie miałem okazji 
powiedzieć ci o śmierci Farrah Noor. Mason jest oskarżony o jej 
zamordowanie. Ponieważ testy zostawiły pewne wątpliwości, pozwolono mu 
pozostać na względnej swobodzie, w wieży.

Brązowe oczy Tzigone powiększyły się z przerażenia.
- To niemożliwe! Mason nigdy nie skrzywdziłby Farrah. Wiesz, że byli 

kochankami. Wprost szalał za nią.

- Jeśli zostaniesz wezwana na rozprawę, wyświadczyć na jego korzyść, 

radziłbym ci wybierać inne określenia na wyrażanie ich uczuć wobec siebie – 
doradził Matteo.

- Farrah nie żyje – powtórzyła, usiłując się z tym pogodzić. – To nie 

wydaje się możliwe. Jak to się stało?

- Z tego, co zrozumiałem, została zabita nożem, który potem znaleziono 

w pokoju Masona.

- To szyte grubymi nićmi – parsknęła Tzigone. – A co powiedzieli 

ogarowie magów?

- Mason nie pamięta niczego z jej śmierci, a oni nie mogą odzyskać 

wspomnień, których on nie ma. Zostanie w wieży, dopóki nie zostaną 
wyjaśnione bardziej skomplikowane aspekty całej sprawy.

- Takie jak straż, lordzie Baselu? – spytał Matteo, wskazując na postacie 

background image

przy bramie.

Posadzili Avariela na pobliskiej sadzawce – jednej z tych płytkich, 

wykonanych ludzką ręką jezior, na których można było wygodnie lądować 
statkiem powietrznym – i spiesznie ruszyli do domu Basela. Ku ich zaskoczeniu 
kapitan straży machnął ręką na swoich ludzi i strażnicy zastawili wejście 
skrzyżowanymi halabardami.

- Moi uczniowie wykazują się niezwykłymi talentami w dziedzinie magii, 

ale ich poziom zdolności ledwo pasuje do tego poziomu zabezpieczeń – 
powiedział zimno Basel. – Nie jest zgodne ani z prawem, ani z obyczajem, aby 
strzec człowieka osadzonego w areszcie domowym. Nie ma powodu, aby ze 
względu na Masona zabraniać mi wstępu do mojej własnej wieży.

Kapitan skłonił się.
- Tu nie chodzi o twojego ucznia, lordzie Baselu. Wybacz, panie, ale mam 

nakaz twojego aresztowania.

Czarodziej wziął zwój i przyjrzał się runom. Po chwili zwinął go i 

wręczył strażnikowi.

- Dobrze. To moja uczennica, Tzigone. Ma prawo swobodnego wstępu do 

wieży wedle swojego uznania.

- Jak mówisz. – Kapitan znów dał znak swoim ludziom i dwaj strażnicy 

stanęli po bokach czarodzieja.

Matteo zbliżył się i popatrzył władczo na kapitana.
- Czy lord Basel ma zostać zabrany bez korzystania z prawa do rady?
Po chwili mężczyzna odsunął się na bok i kazał swoim ludziom, by 

zrobili to samo.

- Co mogę zrobić, aby ci pomóc? – spytał cicho Matteo.
- Masz ważniejsze rzeczy do zrobienia. Poślę do Halagardu po jednego z 

moich jordainów.

- Powiedz mi chociaż, o co cię oskarżają!
Czarodziej zerknął na Tzigone.
- Oskarżono mnie o zamordowanie Sinestry Belajoon.
Dziewczynie opadła szczęka. Zamknęła ją i szybko oprzytomniała.
- Sinestra też nie żyje? Jak? Gdzie?
- Nie mogę odpowiedzieć jak, ale gdzie, to łatwo wyjaśnić. Była w mojej 

wieży, przeszukiwała twój pokój.

- Oczywiście, że byłą – odparła wyraźnie i dobitnie Tzigone. – Sinestra i ja 

przyjaźniłyśmy się, szukała mnie. Wiesz o tym, oczywiście. Nie mogłeś wziąć 
jej za złodzieja ani kogoś podobnego.

Basel nachylił się mocniej.
- Dziecko, to nie jest dobra pora, by zacząć mnie bronić. Nic nie mów, 

dopóki nie będziemy mieli okazji do tego. Są pewne rzeczy, które powinnaś o 
Sinestrze wiedzieć.

- Powiedz teraz – powiedziała z naciskiem.

background image

Czarodziej zerknął na strażników, którzy wyraźnie się niecierpliwi.
- Sinestra była kiedyś służącą Keturah – powiedział cicho i szybko. – 

Znałem ją. Pomogliśmy uciec twojej matce, gdy była skazana za morderstwo. 
Nie możesz pozwolić, aby cię w to wplątano. A teraz wracaj do wieży. 
Porozmawiamy, kiedy będę mógł.

Basel cofnął się i dał znać strażnikom. Stanęli w szeregu i ruszyli za nim. 

Tzigone z osłupieniem patrzyła, jak odchodzą.

- Niedobrze – zmartwił się Matteo. – W ten sposób Basel ma wyraźny 

motyw.

Odwróciła się i ruszyła w stronę wieży.
- Basel tego nie zrobił. Nie potrafiłby zrobić czegoś całkowicie 

nielegalnego.

- No… – Matteo zawahał się. Zachęcany przez Tzigone opowiedział jej, 

jak wraz z Baselem wślizgnął się do wieży Dhamariego i zabrał stamtąd sporo 
cennych zaklęć i ksiąg.

- Ale wziął je, by mnie ratować, prawda? – naciskała Tzigone. – By 

znaleźć czar, który mógłby mnie uratować?

- No i?
- Zatem nie uczynił nic złego. Wieża należała do Keturah, zanim ukradł 

ją Dhamari. Jestem córką Keturah i dziedziczką jej majątku. Wszystko, co wziął 
Basel należało do mnie. Nie zrobił nic złego, powiem to każdemu, kto zechce 
słuchać. Idziemy.

Znów zmieniła kierunek, pospieszyła w stronę pałacu. Matteo zrównał 

się z nią.

- Tzigone, nigdy nie wejdziesz do komnaty narad!
- Czemu nie? Kto zatrzyma jordaina królowej?
- Teraz jestem doradcą Zalathorma – poprawił.
- Tym lepiej!
Matteo westchnął i zatrzymał ją.
- Wprowadzę cię pod jednym warunkiem: będziesz słuchać i nie 

odezwiesz się nawet słowem. Dopóki wszystkiego nie będzie wiadomo, twoja 
skłonność do dodawania do prawdy ciekawych faktów może stworzyć pewne 
komplikacje.

Burkliwie wyraziła zgodę. Weszli w ciszy do pałacu z różowego 

marmuru i dotarli nie zatrzymywali do komnaty narad.

W pustym pomieszczeniu dominował duży, marmurowy stół i kształcie 

półksiężyca. Wokół niego zasiadało z ponurymi minami trzynastu członków 
Rady Starszych, gotowych wysłuchać oskarżeń przeciwko jednemu z nich.

Matteo i Tzigone znaleźli sobie miejsca na pustym górnym balkonie i 

przyglądali się, jak Inkwizytor Azutha zaczyna rzucać zaklęcia.

Ogar magów był wysoką kobietą o czarnych włosach, ubraną w zielone i 

żółte szaty inkwizytora, ozdobione zbyt wielką liczbą klejnotów. Bez wątpienia 

background image

starała się wyglądać na ważną i dostojną. Nawet jej gesty miały w sobie 
teatralną ekstrawagancję, która prawie rozbawiła Mattea. Już wyobrażał sobie 
zjadliwą satyrę, jaką po procesie wygłosi Tzigone!

Ogar magów zamaszystym gestem wyjęła srebrną różdżkę i przystawiła 

ją do czoła Basela.

- Oskarżenie wniesione przez Uriaha Belajoona jest prawdziwe – 

oznajmiła dźwięcznym tonem. – To Basel Indoulur był mężczyzną, który 
dotknął Sinestrę i uruchomił zaklęcie lorda Belajoona.

- To możliwe – odparł obojętnie Basel – lecz ja tylko zamknąłem kobiecie 

oczy. Była już wcześniej martwa, zabita magią, której nie rzuciłem.

Tzigone przechyliła się przez poręcz, nie odrywając wzroku od 

mężczyzny siedzącego w samym środku grupy Starszych.

- Niech to! Jest tu ten stary Śnieżny Jastrząb. Niedobrze.
Procopio Septus pasował do tego opisu w każdym szczególe. 

Przedwcześnie posiwiałe włosy zaczesywał ściśle do czaszki, co uwydatniało 
mocno zakrzywione nos i czarne oczy, niczym u polującego sokoła. Matteo 
wiedział, że między Procopiem a oskarżonym czarodziejem nie ma sympatii.

- On jest lordem burmistrzem stolicy – przypomniał jej Matteo. – Często 

wysłuchuje oskarżeń i zasiada w sądzie. Jeśli ma być proces, odbędzie się przed 
Radą Starszych w pełnym składzie.

Tzigone popatrzyła na niego z niedowierzaniem.
- Oczywiście, że będzie proces. On nienawidzi Basela.
Matteo nie był tego taki pewien. Procopio był spryty. Nie przekazałby 

sprawy Radzie Starszych, gdyby nie był pewien, że wygra.

Z wielkim zainteresowaniem obserwował swojego byłego patrona. 

Procopio słuchał ponuro, jak ogar magów rzuca czary, które miały odtworzyć 
ostatnie chwile życia Sinestry. Mówiła o tym, że Basel i Sinestra rozmawiają w 
komnacie wieży, Sinestra zostaje trafiona czarem, umiera w strasznych 
konwulsjach.

- Czy to lord Basel stworzył to zaklęcie? – spytał Procopio.
Ogar magów zawahała się.
- Nie można tego określić, ponieważ nie można przebadać celu zaklęcia. 

Basel dotknął jej, a ona zniknęła.

- Czy to on ją zabił?
- Nie mogę tego określić – powtórzyła, wypowiadając słowa z przesadną 

dokładnością. – Wiza nie jest jednoznaczna. Lord Basel był odpowiedzialny za 
uruchomienie czaru. Tyle mogę wam powiedzieć. Reszty musicie się 
dowiedzieć w inny sposób.

Procopio Septus wstał.
- Podsumujmy tę niewielką liczbę informacji, które posiadamy. Sinestra 

Belajoon przybyła do wieży lorda Basela. Została zabita przez jakąś złą magię, 
której twórca pozostaje nieznany. Lord Basel zamknął jej oczy, a jego dotyk 

background image

uruchomił zaklęcie, które przeniosło ją do domu. Jej mąż, Uriah Belajoon, 
przeprowadził rytuały pogrzebowe, zanim wniósł oskarżenie przeciwko 
lordowi Baselowi. Czy to się zgadza?

Przeniósł wzrok z Basela na ogara magów i starego, niskiego człowieka 

siedzącego na krześle oskarżyciela. Wszyscy pokiwali głowami.

- Dobrze zatem, lord Basel może odejść- uniósł rękę, aby przerwać 

protesty maga Belajoona. – W takich sprawach halruaańskie prawo mówi 
jasno: gdy istnieje podejrzenie o morderstwo, magiczne dochodzenie musi 
zostać przeprowadzone natychmiast. Po zniszczeniu ciała nie można przepytać 
umarłego.

Twarz Uriaha Belajoona stała się purpurowa z gniewu, ale pochylił lekko 

głowę w akceptacji wyroku. Oczami płonącymi z nienawiści patrzył, jak lord 
Basel opuszcza komnatę.

- Stary Jastrząb coś knuje – myślała na głos Tzigone. Wstała jednym 

szybkim ruchem i podeszła do jednej z tkanin na ścianie.

Matteo usiłował złapać ją za rękę, ale chwycił tylko powietrze, odchylił 

krawędź materii i spojrzał w górę. Wspinała się, znajdując w osnowie miejsca 
do uchwytu. Jej przejście nie zostanie zauważone, gdyż tkanina wisiała w 
pewnym oddaleniu od ściany, przymocowana do szczytu marmurowego 
gzymsu. Biegł on przez cała długość korytarza i kilka dalszych. Był na tyle 
szeroki, aby Tzigone mogła po nim iść i na tyle wysoko, aby osłaniać ją, póki 
będzie schylona.

Matteo z westchnieniem porzucił myśl o pościgu. Mógł jednak 

wspomnieć pałacowej straży o tym oczywistym błędzie w zabezpieczeniu 
zamku. Najprawdopodobniej będą się śmiać za jego plecami, uważając to za 
absurd.

I właśnie dlatego, uznał, Tzigone przeżyła tak długo.

***

Tzigone przebiegła po marmurowym gzymsie, wijąc się jak wąż. Z tego 

miejsca mogła obserwować całą salę i większość wyjść. Procopio Septus 
wyszedł przed południową salę, tuż za tłumem spragnionym cienia i 
odpoczynku, nim słońce zacznie opadać ku zachodowi.

Szła za nim przez wyjątkowo wąskie uliczki, poruszając się jak cień. 

Wreszcie zmęczyło ją i to wspięła się po różanej pergoli na dach powyżej. 
Pobiegła lekko po dachach i opadła na ziemię kilka domów dalej.

Procopio wślizgnął się do ciemnego przejścia. Po chwili wahania Tzigone 

ruszyła za nim. Drzwi zamknęły się za nią z ostrym trzaskiem, choć nikt nie 
dotykał zamka. Wskoczyła pod nakryty dużym obrusem stół w tej samej chwili, 
gdy zapłonął kandelabr. Gdy światło przeszło przez różnobarwne kryształy 
wieńczące bogato zdobioną lampę, pokój wypełnił się wszystkimi kolorami 
tęczy.

Czarodziej machnął ręką i podtrzymująca kandelabr lina wydłużyła się, 

background image

obniżyła do jego wzrostu. Zastanowił się przez chwilę, po czym wyciągnął żółty 
kryształ i rzucił go w powietrze.

Klejnot zawisł na chwilę w powietrzu, po czym zmienił się w dużą, 

przezroczystą bańkę o nieco złocistym odcieniu. Jej powierzchnia rozdarła się 
odrobinę i do pokoju wszedł Dhamari Exchelsor.

Tzigone zacisnęła zęby, aby powstrzymać okrzyk zaskoczenia. 

Wychodzący czarodziej nie wyglądał na bardziej zadowolonego od niej.

- Złamałeś warunki naszej umowy – rzekł Dhamari.
Procopio rozłożył ręce.
- Jak to? Prosiłeś o miejsce, gdzie mógłbym cię ukryć. Cóż mogłoby być 

lepszego niż własny pół-plan? Żaden mag cię tu nie znajdzie.

Niski czarodziej skwitował to nerwowym kiwnięciem głowy.
- Mówię o przesłuchaniu Basela Indoulura. Sądziłem, iż umówiliśmy się, 

że załatwię tę sprawę sam.

- Wypuściłem go – powiedział Procopio.
Dhamari popatrzył na niego z niedowierzaniem. Po chwili zrozumiał, a 

jego usta z wolna zaczął wykrzywiać niemiły uśmieszek.

- Skoro Uriah Belajoon nie doczekał się sprawiedliwości, nie będzie miał 

innego wyjścia, jak tylko wziąć sprawy we własne ręce. Wiesz, rzecz jasna, że 
nie jest zbyt potężny. Ma niewielkie szanse zabić Basela.

- Na pewno nie własnymi rękami.
- Doskonale – skrzeknął Dhamari. – Baselowi trudno coś udowodnić, ale 

Uriahowi nie. Zniknie dwóch popleczników Zalathorma.

- I tu się zgadzamy – rzekł Procopio.
Tzigone pokiwała twierdząco głową – w końcu owady zwykłe 

maszerowały równym szeregiem. Nie była zaskoczona tym, że Procopio Septus 
miał zdradzieckie myśli albo że Dhamari był z nim sprzymierzony. Problemem 
będzie znalezienie kogoś poza Matteem, kto uwierzy w tę historię!

Dhamari sięgnął po kryształ.
- Wrócę na plan później. Jest kilka drobnych spraw, które muszę 

załatwić.

Wieszcz zgodził się i podszedł do drzwi po drugiej stronie pokoju. Wokół 

pęknięć zabłysło jasne światło, świadcząc o przywołaniu magicznej bramy. 
Dhamari wyszedł drogą, którą wszedł Procopio.

Tzigone dała mu chwilę czasu, po czym ruszyła za nim wysadzaną 

drzewami aleją. Wspięła się na szkarłatny buk i pobiegła lekko po wielkich 
konarach, trzymając się tuż przed czarodziejem. O tej porze na ulicach nie było 
ludzi, gdyż słońce stało wysoko i było wściekle gorąco. Zeskoczyła, chwyciła 
Dhamariego za tunikę i wciągnęła w wąskie przejście między dwoma sklepami.

Próbując uciec, chciał złapać kryształ, ale Tzigone była szybsza. Złapała 

go za rękę i przekręciła gwałtownie, zmuszając go do przyklęknięcia. Dhamari 
popatrzył na nią i stęknął zaskoczony. Nim zdołał krzyknąć, Tzigone pochyliła 

background image

się i wbiła mu pięść w żołądek. Zgiął się, a na jego karku błysnęło srebrzyście 
coś znajomego.

Talizman jej matki.
Tzigone sięgnęła po niego. Czarodziej odbił jej dłoń i chwycił drugą za 

nadgarstek.

Z wściekłej dziewczyny wypłynęła magiczna energia. Ku jej zaskoczeniu, 

tylko zebrała się w kręgu na nadgarstku Dhamariego.

Puścił ją i dźwignął się na nogi, unosząc rękę i pokazując miedzianą 

bransoletę.

- Twoja matka też miała temperament – powiedział z zadowoleniem. – 

Dlaczego tak na wszelki wypadek zebrałem kilka ciekawych zabezpieczeń.

Tzigone wyrzuciła obie ręce w dramatycznym geście czarowania. Mag 

odruchowo uniósł dłonie, jakby chciał odegnać atak. Tymczasem Tzigone 
zrobiła krok do przodu i gwałtownie poderwała kolano.

Z maga wyrwało się wysokie sapnięcie. Przez chwilę spoglądał na nią z 

nieukrywaną nienawiścią. Tzigone niemal widziała, jak w jego głowie 
przekręcają się gnomie przekładnie, gdy usiłował znaleźć najgorsze 
przekleństwo, najbardziej raniące słowa. Nic nie mogło przygotować jej na to, 
co usłyszała.

- Twoja matka żyje.
Powiedział to z taką pewnością, że Tzigone niemal mu uwierzyła. Świat 

dziwnie zachwiał się pod jego stopami.

- Gdyby żyła, wiedziałabym o tym.
- Jak to możliwe, skoro nawet ona o tym nie wie? – zaszydził Dhamari. 

Zmierzył ją wzrokiem i wykrzykiwał się szyderczo. – Musze powiedzieć, że 
jesteś najbardziej niezwykłą księżniczką, jaką kiedykolwiek widziałem.

Tzigone znieruchomiała w połowie słowa protestu. Beatrix – tak nazwał 

Keturah nieznany ojciec. Królowa Beatrix?

- Jak może słyszałaś, za kilka dni królowa będzie sądzona za zdradę – 

Dhamari przerwał, aby uśmiechnąć się lodowato. – Może zostać oczyszczona ze 
zdrady ze względu na swoje widoczne dla każdego szaleństwo, ale sąd będzie 
mniej wyrozumiały, gdy dowie się, że ma inną, morderczą tożsamość.

- To ty zabiłeś zieloną czarodziejkę! – krzyknęła Tzigone. – Zabiłeś ją i 

wrobiłeś w to Keturah.

Dhamari wyglądał na zaskoczonego.
- Skąd ty… – przerwał nagle, najwyraźniej przychodząc do siebie. – 

Dlaczego mi to mówisz?

Popatrzyła na niego, po czym wyrwała mu zza pasa rękawicę.
- To skóra jelenia.
Czarodziej zachichotał cicho.
- Drogie dziecko, jeśli myślisz, że to czegoś dowodzi, to jesteś równie 

szalona, jak twoja matka.

background image

- Wezwałeś jelenia, wykorzystując jedno z zaklęć Keturah – mówiła 

Tzigone – i trzymałeś go pojmanego i bezradnego, póki go nie zastrzeliłeś. 
Dostał cztery strzały. Nie masz najlepszego oka – dodała jakby od niechcenia, 
po czym ciągnęła dalej. – Człowiek, który wygarbował skórę mieszka w 
posiadłościach Exchelsorów. Ma cztery palce u lewej dłoni i nosi przepaskę na 
oku.

W czasie tej tyrady z twarzy Dhamariego odpłynęła krew.
- Co to znaczy?
- Tyle, że mogę wieszczyć przeszłość, a nie przyszłość. W krainie 

ciemnych elfów spędziłam wiele czasu, szukając przeszłości Keturah. Nie masz 
pojęcia, jaką ulga było dla mnie odkrycie, że nie możesz być moim ojcem.

Blada twarz maga stała się ogniście czerwona.
- Pozwól, iż ci przypomnę, że wizja wywołana przez ciemne faerie nie 

jest akceptowanym zeznaniem. Nie jesteś też wiarygodnym świadkiem. 
Przypuszczam, że nie możesz zostać poddana magicznemu testowi na 
prawdomówność – twoja odporność na magię jest zbyt wielka.

Wszystko to była prawda. Mimo to Tzigone dalej uśmiechała się 

szyderczo.

- Ale ciebie można sprawdzić, co? Jeśli podejmiesz jakikolwiek krok 

przeciwko mnie lub moim przyjaciołom, przyjdę do ciebie ze świadkiem, 
którego wiarygodności mogą pozazdrościć bogowie.

Przez chwilę spoglądał na nią.
- Miecz na twojej szyi, miecz na mojej.
Tzigone wzruszyła ramionami.
- Na razie wystarczy. A teraz precz mi z oczu.
Patrzyła, jak odchodzi, o czym pognała sprintem w stronę publicznych 

ogrodów. W ocieniających miasto ogromnych drzewach znajdowały się ukryte 
ścieżki, a Tzigone znała je wszystkie. Taka wiedza, połączona z jej odpornością 
na magię dawała jej dostęp do wszystkich miejsc. Nawet królewski pałac nie 
mógł jej powstrzymać. Szybko przedostała się do pokoju Mattea; okazało się, że 
jest pusty. Zaciskając zęby, przypomniała sobie jego ostatni awans i ruszyła do 
pokoju zajmowanego kiedyś przez Cassię, poprzedniego doradcę króla.

Wślizgnęła się do pokoju. Matteo pogrążony był w poważnej rozmowie z 

widmowym jordainem. Gdy weszła, obaj mężczyźni spojrzeli na nią – w tej 
chwili była zbyt wściekła, aby stąpać cicho.

- Czy to prawda? – spytała ostro.
Matteo przyglądała się jej przez dłuższą chwilę. Z jakiegoś powodu nie 

musiał pytać, o co jej chodzi.

- Tak.
Tzigone wzięła długi, uspokajający wdech.
- Od jak dawna wiedziałeś?
- Od kilku dni. Dowiedziałem się w dniu twojego zniknięcia. 

background image

Powiedziałbym ci wcześniej, gdybym mógł… – urwał i zastanowił się. – Nie, to 
nie do końca tak. Powiedziałbym ci i tak, nim…

- …nim byłoby za późno – dokończyła Tzigone. Zanim królowa Beatrix, 

znana wcześniej jako Keturah, zostanie skazana za zdradę.

Jordain pokiwał głową.
Andris spoglądał to na niego, to na nią, a na jego przezroczystej twarzy 

malowało się zarazem zakłopotanie i ostrożność.

- Może powinienem iść. Wezwę straż, by zaprowadzili mnie do mojej 

celi.

- Nie – odparł ostro Matteo. – Możesz zostać ze mną, dopóki twój proces 

nie dobiegnie końca albo iść, gdziekolwiek ci się spodoba.

Odwrócił się.
- Czy mam cię do niej zaprowadzić?
Skinęła głową i ruszyła za nimi. Cicho przeszli przez labirynt 

pałacowych sal wspięli się na najwyższa wieże, strzeżoną magicznymi 
zabezpieczeniami, do której wiodły tylko jedne, kręte schody. Strażnicy – 
zarówno ludzcy, jak i zaczarowani – stali w małych, wyciętych w ścianach 
niszach, ukrytych i pojawiających się, jak podejrzewała Tzigone, losowo. Nikt, 
kto wchodził po schodach nie wiedział, kiedy stanie oko w oko ze strażnikiem, 
ani z jakim. Królowa była dobrze strzeżona… a Halruaa było dobrze strzeżone 
przed swoją królową.

Wreszcie zatrzymali się przed obitymi żelazem drzwiami. Matteo gestem 

nakazał strażnikom, by otworzyli zamki.

Tzigone oparła się o futrynę i przyglądała królowej. Beatrix siedziała na 

wąski krześle z dłońmi złożonymi na podołku. Obojętnie brązowe oczy, mocno 
okolone węglem i ogromne na tle drobnej, pomalowanej twarzy, popatrzyły na 
dziewczynę. Nie było w nich żadnego rozpoznania.

Tzigone czekała, aż jej łomocące serce zwolni na tyle, by mogła się 

odezwać. Popatrzyła na szczelinę okna. Dzień szybko mijał, niebo zmieniało 
kolor na wieczorny.

- Jest wczesna noc, Wasza Wysokość, pora przygotować się do snu.
Gdy królowa nie sprzeciwiła się, Tzigone wzięła miskę i napełniła wodą 

z podgrzewanej cysterny. Znalazła miękkie ubranie i uklękła obok królowej. 
Odgrywając rolę służącej, delikatnie zmyła kosmetyki z twarzy królowej.

Bez białej farby Beatrix wyglądała na drobniejszą, młodszą i znacznie 

piękniejszą. Nie przypominała jednak matki, jaką pamiętała Tzigone albo 
kobiety, jaką widziała w swoich wizjach.

- Musiano rzucić na nią jakąś iluzję – powiedziała. – Zamierzam ją 

rozproszyć.

Matteo zaczął ją ostrzegać, ale było za późno. Zaklęcie Tzigone szybko 

zdarło ochronną magię.

Jej oczy wypełniły się łzami. Twarz kobiety w ogóle nie przypominał 

background image

Keturah, z trudem dawało się ją opisać jako twarz ludzkiej istoty. Skóra i 
mięśnie zostały zdarte, a to, co zostało było głęboko poparzone ogniem i 
kwasami. Kobieta nie miała uszu i tylko resztki nosa. Na tej przerażającej 
twarzy starannie ułożona białosrebrna peruka wyglądała jak szyderstwo, 
niczym klejnoty na trupie.

Tzigone bez zastanowienia wyciągnęła rękę, aby zdjąć perukę. Królowa 

chwyciła ją za nadgarstki zaskakująco silnym chwytem.

- Nie – powiedziała cicho.
Tzigone pękło serce. Ten prosty gest przekonał ją tak, jak nic innego. 

Cofnęła się, ukłoniła.

- Dobranoc, pani.
Odwróciła się i uciekła z komnaty. Matteo ruszył za nią. Znalazł ją na 

schodach, siedzącą z twarzą odwróconą do ściany i obejmującą rękami kolana. 
Usiadł obok niej i czekał.

- Powinnam wiedzieć lepiej i nie dotykać tej peruki – powiedziała w 

końcu. – Moja matka miała wspaniałe włosy. Nawet teraz nie może znieść, aby 
ktokolwiek oglądał ją bez nich.

- Zatem sądzisz, że to prawda.
Tzigone wzruszyła ramieniem.
- A dlaczego nie? Nigdy mnie nie okłamałeś. Oczywiście, prawdą też nie 

szafowałeś zbyt hojnie.

Zaczął wyciągnąć do niej rękę, ale potem ją cofnął.
- Co teraz zrobisz?
- Hm? – popatrzyła na niego. – Pójdę prosto do wieży. Masz na to moje 

słowo – dodała ostrzej, gdy Matteo uniósł pytająco brew.

Kiwnął głową i odprowadził ją do najbliższego wyjścia. Biegnąc o 

zmierzchu przez miasto, Tzigone błogosławiła Mattea za tę szczególną logikę. 
Zakładał, że wróci do Basela. Ale nigdy nie spytał jej, do czyjej wieży!

***

Kamienie zgrzytały pod nogami Uriaha Belajoona, gdy skradał się przez 

ogród otaczający wieżę Basela. Zastanawiał się nad rzuceniem strefy ciszy, lecz 
z żalem porzucił tę myśl. Do wieży przywarła żółta poświata, ostrzeżenie przed 
magicznym wtargnięciem. Nie zaryzykuje demaskacji. Zbyt wiele zależało od 
zaskoczenia. Będzie miał tylko jedną szansę.

Przykucnął przy głównej ścieżce za kwitnącym hibiskusem, niedaleko od 

drzwi. Jego palce zacisnęły się na rękojeści sztyletu. Wystarczyło magia, ale kto 
by się spodziewał w domu potężnego maga jednego człowieka uzbrojonego w 
kuchenny nóż? Basel prędzej czy później musi wyjść, a wtedy umrze.

Uriah czekał, aż księżyc wzniesie się ponad wierzchołki stołecznych 

dachów. Wreszcie jego cierpliwość została nagrodzona. Gruba, mała ropucha, 
która zabiła jego ukochaną Sinestrę, wyszła z wieży i wślizgnęła się do ogrodu. 
Basel Indoulur stał, spoglądając na księżyc i siedem jasnych kawałków, które 

background image

podążały za nim po niebie, jakby wypisano tam odpowiedź na jakąś wielką 
zagadkę.

Czarodziejowi wyrwało się ciężkie westchnienie. Dla Uriaha Belajoona 

była ciężkie od winy. Chwycił sztylet i powoli uniósł, aż znienawidzony mag 
zaczął podążać jedną ze ścieżek.

Gdy Basel przechodził obok hibiskusa, Uriah włożył całą siłę w jeden, 

gwałtowny atak. Przez chwilę był w powietrzu i niezwyciężony – wilk 
atakujący rywala, młody wojownik broniący swojej pani, dobro mszczące zło.

Chwilę potem leżał na plecach dziwiąc się, jak wirują i tańczą odłamki 

księżyca.

- Lord Belajoon – powiedział zaskoczony, znajomy głos.
Wzrok Uriaha skupił się na twarzy Basela Indoulura. Stary człowiek 

odczuł głębię porażki, a miażdżąca świadomość daremności własnych 
poczynań ścisnęła jego pierś niczym imadło.

Nie można było zrobić nic więcej. Sinestra nie żyła, umarło też dodające 

mu sił marzenie o zemście. Odruchowo złapał nóż, który wypadł mu z ręki i 
ustawił nad swoim sercem. Złapał obiema dłońmi za rękojeść i przygotował się 
do jego wbicia.

Miażdżący ból stał się mocniejszy, broń wyślizgnęła się z nagle drżących 

palców. Fale agonii promieniowały z piersi Uriaha na ramiona. Nie mógł się 
poruszyć, nie mógł nawet przekląć maga, który mu to zabrał.

Jak przez mgłę wyczuł, że Basel klęka obok niego. Pulchny mag złapał 

nóż i odrzucił go na bok. Mocno uderzył dłonią w pierś Uriaha, przyłożył ucho 
do piersi starca, po czym uderzył jeszcze raz.

Uriah obserwował jego wysiłki jakby z wielkiej i coraz bardziej 

powiększającej się odległości. Rozumiał prawdę o swojej śmierci i naturę 
wysiłków Basela Indoulura. Nagle przestało go obchodzić, że mag, którego 
nienawidził, wciąż żyje, i wygląda na zdecydowanego na powrót wpompować 
życie do jego ciała.

Stary mag przesunął wzrok na okruchy księżyca, przypomniawszy sobie 

każdą miłą legendę, jaką kiedykolwiek słyszał o tym, co może go oczekiwać, i 
wierzył w nie wszystkie. Światła urosły, wypełniając jasnością pole jego 
widzenia.

***

Tzigone skradała się ulicami w stronę posiadłości Belajoona, zamierzając 

odzyskać coś, co kiedyś należało do Sinestry. Basel był wolny, ale to nie 
gwarantowało bezpiecznego jutra.

Niepokoiła ją jedna rzecz – czemu nie sprawdzano okoliczności śmierci 

Sinestry? Zwykle ogarów magów wzywa się od razu. Kiedy wyjawiona zostaje 
tożsamość morderczy, szczątki zostają odpowiednio skremowane, a popioły 
rozsypane, aby nie można było przeprowadzać kolejnych śledztw. Według 
prawa i obyczaju tajemnicze halruaańskich magów umierały wraz z nimi.

background image

Stary, rozległy dom był zadziwiająco dostępny. Wszystkie światła 

przyćmiono na znak żałoby, okna były otwarte. Mówiło to bardzo wiele o 
starym lordzie Belajoonie. Według halruaańskiego zwyczaju okna należało 
zamknąć – stary przesąd mówił, że otwarte okna zapraszają duchy zmarłych i 
nakłaniają do wejścia. Najwyraźniej Belajoon chciał zatrzymać swoją żonę jak 
najdłużej!

Okna zabezpieczone były magicznymi pułapkami, które łaskotały skórę 

Tzigone niczym owady, gdy przechodziła przez parapet. Prześlizgnęła się przez 
cichy dom w stronę oświetlonego świecami pokoju. Pokój Sinestry pozostał w 
niezmienionym stanie, niczym kapliczka.

Kręcąc głową nad głupotą starca, Tzigone zabrał się do roboty. Znalazła 

małą srebrną szczotkę ze złamaną rączką, wrzuconą bez namysłu do szuflady. 
Było to ważne – cokolwiek Tzigone pokaże do sprawdzenia musiało wydawać 
się łatwe do odrzucenia. Żaden ogar magów nie mógł zgodnie z prawem 
sprawdzić skradzionego przedmiotu.

Kiedy podnosiła szczotkę, jej uwagę przykuł kawałek złożonego papieru, 

coś wrzuconego do szuflady i zapomnianego. Uniosła jeden róg i dostrzegła 
proszek o dziwnych kolorze, który Sinestra zabrała z wieży Procopia.

- Nie dotykaj tego – poradził męski głos za jej plecami.
Tzigone zerwała się na równe nogi i odwróciła, stając twarzą w twarz z 

przyjacielem Mattea, Andrisem.

Złapał papier, który odruchowo wyrzuciła w powietrze i odsunął od 

niewielkiej ilości pyłu, który się wysypał.

- Naprawdę nie powinnaś tego zabierać. Jeśli lord Belajoon zorientuje 

się, że to zniknęło, zaczną szukać złodzieja.

- Prawdopodobnie nie wie, że ona to miała. Ona sama nie wiedziała, co 

to – wyjaśniła Tzigone, czując się dość głupio. Minęło wiele czasu od chwili, 
kiedy ktoś ją podszedł! – A jeśli o to chodzi, ja też nie wiem, co to jest.

Andris złożył papier na powrót i pokazał jej proszek.
- Ten szczególny odcień znany jest wśród artystów jako „brąz mumii”. 

Kiedyś było to dokładnie to – barwnik zrobiony z mumii. Nie używa się go już 
od lat, lecz był całkiem popularny w okresie, gdy najeźdźcy z północy 
eksplorowali i rabowali Stare Imperia.

Tzigone uniosła brew.
- Chyba wiem, do czego zmierzasz wraz z Matteem. Czemu mnie 

śledziłeś?

- Właściwie to nie śledziłem – przełknął ślinę. – Przyszedłem pomóc 

lordowi Baselowi w zastępstwie Mattea.

- Wiem, że kłamiesz. Matteo by cię tu nie przysłał.
Lodowatozielone oczy Andrisa zwęziły się.
- A ciebie tu przysłał?
- Dobrze – przyznał Tzigone i po chwili: - Znalazłeś coś?

background image

Andris podszedł do ściany i lekko zapukał w zakrzywiony panel. Ten 

odsunął się w ciszy, odsłaniając ukryte przejście. Zbył zdziwione spojrzenie 
Tzigone wzruszeniem ramion.

- Oryginalne plany niemal każdego ważniejszego domu znajdują się w 

biblioteka jordainów.

Gwizdnęła cicho.
- Gdybyś kiedykolwiek potrzebował wspólnika, jestem do dyspozycji.
Ruszyli szeregiem ukrytych schodów i przejść. Wreszcie Andris 

zaprowadził ją do głęboko położonej komnaty. Pokój był okrągły i niemal 
pusty, jeśli nie liczyć długiej, szklanej skrzyni leżącej na marmurowym stole. 
Uriah Belajoon pochował Sinestrę pod szkłem.

Tzigone podeszła bliżej. Jej przyjaciółka zmieniła się z kruczowłosej 

piękności w kobietę, którą kiedyś dostrzegła kątem oka w rozpraszającym 
magię lustrze.

- Jest nieco podobna do mojej matki – powiedziała w zadumie.
- Keturah – przypomniał sobie Andris. – Kiva mówiła o niej na Bagnach 

Akhlaura.

Tzigone kiwnęła głową, ale myślami była gdzie indziej. Położyła dłoń na 

szkle i skoncentrowała się mocno, szukając zaklęcia, które zabiło Sinestrę. Jego 
natura była całkiem znajoma – wyjątkowo złośliwe zaklęcie milczenia często 
nakładane na służbę – lecz choć się starała, nie mogła określić, kto je rzucił. 
Osoba ta była zakryta przed jej wzrokiem potężną, magiczną tarczą. Tzigone 
poczuła słabe echo magii swojej matki.

- Dhamari – powiedziała, wypowiadając to imię niczym przekleństwo.

ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY

Andris i Tzigone nie mieli problemów z wejściem do pałacu, gdyż Matteo 

wpisał ich na listę w strażnicy. Zostali wprowadzeni do środka z 
ceremoniałem, który Tzigone, gdyby była w lepszym nastroju i towarzystwie, 
nawet uznałaby za zabawny.

- „Przyjaciele Doradcy Króla” – mruczała w doskonałym 

naśladownictwie służalczego głosu strażnika. – Dziwne, że z tym tytułem nie 
wiąże się żaden order.

- Tak, w sumie spodziewałem się, że ktoś wyciągnie miecz i pasuje nas na 

rycerzy.

Tzigone popatrzyła zaskoczona na przezroczystego jordaina. Ton jego 

głosu był niemal taki jak jej – humor i rozbawienie, nie skażone zawiścią o 
stanowisko Mattea.

Pomyślała o zagadce, jaką stanowił Andris.
- Od dawna jesteście przyjaciółmi?
Wzruszył ramionami.

background image

- Przez całe życie, ale biorąc pod uwagę naszą względną młodość, nie 

jestem pewien, czy to się liczy jako „długi czas”.

- Dlaczego więc wstąpiłeś na służbę do Kivy?
- To dwa zupełnie różne ciągi wydarzeń – powiedział obojętnie, 

spoglądając gdzieś przed siebie.

Tzigone parsknęła.
- Bogate w sole mineralne użyźniacie gleby – bydlęce łajno brzmi 

znacznie lepiej, jeśli opisze się je eleganckimi słowami, prawda?

Na ustach jordaina zatańczyły lekki uśmieszek.
- Masz zdolność do zadawania niewygodnych pytań. Przez dłuższy czas 

próbowałem przekonać siebie, że jedno nie ma związku z drugim – popatrzył 
na nią. – Zakładam, że znasz moją historię.

- Słyszałam ją. Po prostu jej nie rozumiem.
- My, Halruaańczycy, mamy silne poczucie dziedzictwa i przeznaczenia. 

To ty powiedziałaś mi, że płynie we mnie krew elfów, zatem nie byłem 
zaskoczony, gdy dowiedziałem się, że pomiędzy mną a Kivą są więzy krwi.

- To wyjaśnia tylko część sprawy.
- Nie całość – zgodził się. – Przez jakiś czas sądziłem, że cele Kivy 

usprawiedliwiają jej metody. A później była sama bitwa. Jako jordain 
spodziewałem się, że najwyżej będę doradzał magom w taktyce i przyglądał się 
wszystkiemu z boku.

- Co tłumaczy, dlaczego Kiva w ogóle cię wzięła – zakończyła Tzigone. – 

Matteo mówi, że jesteś najlepszym jordainem, jaki opuścił waszą szkołę od 
wielu lat. Lepszym nawet niż on sam.

Andris uśmiechnął się krzywo.
- Szczery aż do przesady, co?
- Zauważyłem. – Zatrzymała się przy drzwiach prowadzących do 

komnaty Mattea i spojrzała na jordaina. – Sądzę, że mogłabym cię polubić – 
powiedziała, w jej głosie było zaskoczenie słyszalne nawet dla niej – ale to nie 
powstrzyma mnie przed zabiciem cię, jeśli jeszcze raz zwrócisz się przeciwko 
Matteowi.

W przeciwieństwie do wielu osób, nie uśmiechnął się, słysząc te słowa. 

Tzigone była szczupła jak chłopak, nie sięgała jordainowi nawet do ramienia. 
Była nieuzbrojona, a on był wyszkolonym wojownikiem, noszącym kilka sztuk 
oręża dobrej jakości. Wyszkolono go w walce z potężnymi czarodziejami. Ona 
nosiła jasnoniebieskie szaty zwykłego ucznia czarodzieja. A mimo to 
przyglądał się jej tak samo uważnie, jak ona jemu.

- Zatem Matteo jest podwójnie chroniony – powiedział wreszcie – gdyż ja 

miałem zamiar potraktować cię z taką samą grzecznością.

Tzigone kiwnęła z zadowoleniem głową. Drzwi otworzyły się, a wzrok 

Mattea przeskakiwał od niej do Andrisa.

- Wyglądacie na nietypowo poważnych. To chyba dobrze nie wróży.

background image

- Dobra wiadomość jest taka, że Sinestra Belajoon nigdy nie została 

spalona – powiedziała bez wstępów. – Zła, że w mieście jest Dhamari Exchelsor 
i wie o mojej matce.

Matteo zaklął jak woźnica i zwrócił się do Andrisa.
- Wybacz, że zostawię cię bez słowa wyjaśnienia, ale nie mogę się dzielić 

tajemnicami, które nie należą do mnie.

- Nie musisz mi się tłumaczyć – zaprotestował Andris, ale oczy mu się 

rozjaśniły, słysząc taki dowód zaufania.

Matteo poklepał przyjaciela po ramieniu, po czym wraz z Tzigone ruszyli 

długim korytarzem. Popatrzył na nią z ukosa.

- Wygląda na to, że jesteś już z Andrisem w lepszym stosunkach.
- Powiedzmy, że zawarliśmy ze sobą umowę. – Kiedy Matteo spojrzał na 

nią pytająco, wzruszyła ramionami i ciągnęła dalej. – Wyznaczyliśmy sobie 
granice, kiedy i dlaczego się zabijemy.

- Aha. To ważny krok w każdej rozwijającej się znajomości – powiedział 

sucho. – Powiedz mi o Dhamarim.

Na jej twarzy pojawiło się zakłopotanie.
- Kiva musiała sprowadzić go z powrotem przez zasłonę. Nie miał dość 

umiejętności, by rzucić taki czar samemu. Dokąd idziemy? – spytała nagle, gdy 
skręcili w szeroki, wykładany marmurem korytarz.

- Do sali narad Zalathorma. Musi natychmiast się dowiedzieć, że 

tajemnica Beatrix nie jest tak dobrze strzeżona, jak się spodziewał.

- To go zrani – zauważył Tzigone, po raz pierwszy zastanawiając się nad 

takim aspektem sprawy. – Zalathorm od bardzo wielu lat był spoiwem Halruaa. 
Jeśli on nie utrzyma czarodziejów w ryzach, może się zrobić niezły bałagan.

- Nie sądzę, abyśmy zdołali temu zapobiec – odparł cicho Matteo. – Nie 

sądzę też, że powinniśmy próbować ukryć prawdę w nadziei na zapobieżenie 
kłopotom. Prawda i tak wyjdzie na jaw, a ci, którzy próbowali ją powstrzymać, 
pierwsi ponoszą konsekwencje.

Weszli po cichu do sklepionej marmurowej komnaty, która była 

królewską salą narad, i czekali w alkowie, aż trzech rozwścieczonych magów 
przedstawi swoje skargi królowi. Wszyscy byli w jakiś sposób powiązani z 
zabitą czarodziejką Rhodeą Firehair. Rada Starszych nakazała 
przeprowadzenie w jej sprawie śledztwa; wszyscy trzej się temu sprzeciwiali. 
Byli mocno zaangażowani w ważne magiczne badania. Śledztwo w tym 
momencie, twierdzili, mogłoby wydać ich tajemnice innym magom i 
sprowadzić na nich finansową ruinę.

- Nieważna ruina, jaką wywołałaby wojna magów – mruknęła ponuro 

Tzigone. Podniosła głowę i zauważyła, że Matteo spogląda na nią. – Co?

- Dobro króla, kruchy pokój – pokręcił głową. – Nie zastanawiałaś się 

wcześniej nad takimi rzeczami.

Wzruszyła ramionami i przejechała dłonią po krótkich, rozczochranych, 

background image

brązowych włosach, aby jakoś doprowadzić je do porządku.

- Nigdy wcześniej nie była też na audiencji. – Gdy szli w stronę tronu, 

pociągnęła Mattea za skraj tuniki. – Czy on wie o mnie? Że jestem córką 
królowej?

Matteo zawahał się.
- Tak, dowiedział się o tym niedawno.
- Czy pozwoli mi stąd wyjść? Prawa Halruaa nie do końca obejmują ludzi 

takich jak ja.

- Zalathorm jest prawym królem, ale również potężnym wieszczem. 

Gdyby reagował na wszystko, co wie o swoich podwładnych, wkrótce zostałby 
królem bez królestwa.

- Cyniczne, lecz chyba prawdziwe – westchnęła ciężko i starała się nie 

zagłębiać w sprawy, o których Matteo tak wyraźnie nie chciał jej opowiadać. 
Ten człowiek nie miał talentu do kłamania – nie mógł nawet czegoś ukryć i nie 
wyglądać przy tym na zbolałego.

Był to jeden z powodów, dla których mu ufała i dlaczego szła z nim przez 

salę tronową króla Halruaa.

Spojrzenie Zalathorma prześlignęło się po nowoprzybyłych, a potem 

spoczęło na seneszal. Mężczyzna w błękitnej szacie natychmiast podszedł do 
strażników, wypychających właśnie z sali rozwścieczonych magów z 
obietnicami szybkiego załatwienia sprawy. Poszedł za nimi i zamknął drzwi do 
komnaty, pozostawiając dwoje młodych ludzi z królem.

Matteo skłonił się głęboko, a Tzigone starannie i dokładnie powtórzyła 

jego ukłon. Zbyt późno zorientowała się, że ukłon jordaina i ucznia czarodzieja 
to dwie całkiem różne sprawy. Król zdawał się tego nie zauważył, lecz na 
twarzy Mattea na chwilę pojawił się wyraz przerażenia, jakby Tzigone co 
najmniej kopnęła ulubionego charta władcy.

Jordain pospiesznie przełknął ślinę.
- Wasza wysokość, to jest Tzigone, uczennica lorda Basela.
Zalathorm wstał z tronu i wziął ją za rękę.
- Witaj, dziecko. czym mogę służyć bohaterowi z Bagna Akhlaura?
- Powiedz mi coś o mojej matce – wypaliła. Kątem oka dostrzegła, że 

Matteo blednie na widok takiego złamania protokołu. Najprawdopodobniej 
nim przejdzie się do sedna, niezbędny był szereg eleganckich słówek.

Ku jej zaskoczeniu, król tylko skinął głową. Poprowadził ich do alkowy, 

w której stało kilka krzeseł i zaczekał, aż wszyscy usiądą.

- Od czego mam zacząć?
- Czy znałeś ją, nim opuściła miasto i swoją wieżę?
- Nie – odparł król. – Oczywiście, słyszałem jej imię, gdyż Keturah była 

uważana za mistrzynię przywoływań i czarodziejkę, która w niezwykle 
młodym wieku mogłaby zasiąść w Radzie Starszych. Lecz w ciągu kilku lat 
przed śmiercią królowej Fiordelli stałem się swego rodzaju pustelnikiem.

background image

- Jak ją poznałeś?
- Przypadkowe spotkanie podczas jej wygnania. Przedstawiła się jako 

czarodziejka zmęczona wymaganiami magii, potrzebująca samotności.

- Tak? – spytała z niedowierzaniem Tzigone. – Nie wiedziałeś, kim była? 

O co była oskarżona?

Zalathorm zawahał się.
- Wiedziałem, że ma dobre serce. Nie pytałem jej o imię ani o przeszłość.
Tzigone odchyliła się na krześle i założyła ręce.
- A kilka lat później pobraliście się.
Król spojrzał na Mattea z uniesionymi brwiami.
- Nie mówiłem jej o tym, panie – zapewnił pospiesznie jordain.
- Nie sądzę, że to zrobiłeś. Zatem tajemnica królowej wyszła na jaw.
- Nie wiem, jak wiele osób o niej wie – przyznał Matteo – ale możliwe, że 

to i jeszcze kilka innych rzeczy wyjdzie na jaw podczas procesu Beatrix.

Zalathorm tylko pokiwał głową i odwrócił się do Tzigone.
- Tak, poślubiłem twoją matkę oficjalnie kilka lat po naszym pierwszym 

spotkaniu. Przybyła do Halarahh w wyjątkowych okolicznościach – jako jedyna 
ocalała z brutalnego najazdu Crinti, jej uroda i pamięć zaginęły bez śladu. Rada 
była tak uradowana moją decyzją poślubienia jej i tak oczarowana samą 
Beatrix, że bez problemu wyrazili zgodę. Opowieść przedstawiona przez ogara 
magów Kivę była wystarczająco przekonywująca. Nawet ja w nią uwierzyłem, 
nie miałem powodu, aby coś podejrzewać.

- Wydaje się to wyjątkowo nieostrożnie jak na króla.
- Zgadzam się – powiedział obojętnie – a choć nie będę się tłumaczył, weź 

pod uwagę jedną rzecz. Gdy spotkałem twoją matkę, byłem już królem od 
prawie pięćdziesięciu lat. Królowa Fiordella niedawno umarła. Była czwartą 
królową zasiadającą u mego boku. Wszystkie te śluby były związkami 
politycznymi, ale jak wielu ludzi w Halruaa pobiera się z miłości?

- Już dosyć – zakończyła Tzigone.
Zalathorm uśmiechnął się słabo.
- Dokładnie to miałem na myśli. Rada Starszych się z tym nie zgadzała. 

Po śmierci Fiordelli rozgorzała poważna dyskusja, kogo powinienem poślubić 
tym razem. Niektórzy z naszych bardziej „postępowych” magów mówili nawet 
o monarchii dziedzicznej, jak w królestwach północy. Możesz sobie wyobrazić 
zamieszanie, jakie ten pomysł wywołał.

Tzigone mądrze pokiwała głową.
- Każda czarodziejka w Halruaa pyszniła się swoją linią krwi 

wytatuowaną na piersiach w nadziei, że zwrócisz na nią uwagę.

Matteo zasłonił oczy i jęknął. Jednak król zachichotał, wyobrażając sobie 

coś takiego.

- Ich metody były może nieco bardziej subtelne, ale niewiele – szybko 

spoważniał. – Sprawa ślubu była tylko jedną z wielu. Rządziłem długo, żyłem 

background image

jeszcze dłużej. Tak naprawdę, zbyt długo.

- Życie to bezcenny dar – ciągnął dalej król – ale trzysta lat mocno 

odciska się na człowieka. Lata biegną takim samym cyklem, powtarzają się w 
mniejszych i łatwych do przewidzenia odmianach. Pokolenia idą za 
pokoleniami, a każde zadaje takie same pytania i popełnia te same błędy. Po 
wiekach poświęconych Halruaa i jego magii, a zwłaszcza sztuce wieszczenia, 
wydawało mi się, że nic mnie już nie zaskoczy ani nie ucieszy.

- I wtedy spotkałeś moją matkę – dokończyła Tzigone.
- Tak – spojrzał prosto w oczy dziewczyny. – Wtedy warta była królestwa. 

Nadal jest jego warta. Nie obawiaj się żadnej prawdy, która może zranić mnie 
albo moją władzę. Nie przypuszczam, żeby prawda była miła dla Beatrix… a 
także dla Keturah.

- Może być również niemiła dla ciebie – odparła krótko. – Beatrix była 

już wcześniej zamężna.

- Dhamari Exchelsor…
- Nie mówię o nim – wtrąciła się Tzigone. – Miała prawdziwy ślub z 

młodym mężczyzną, który spadł z gryfa. Widziałam to w przeszłości – 
wyjaśniła, dostrzegając zaskoczenie na twarzy króla.

Król oprzytomniał i popatrzył na wodny zegar, wysoki szklany cylinder 

wypełniony różnobarwnymi, unoszącymi się kulami. Skrzywił się i wstał.

- Porozmawiamy o tym więcej przy pierwszej okazji. Wkrótce zacznie się 

przesłuchanie lorda Basela.

Dwójka młodych ludzi wstała wraz z królem.
- Ale on został wypuszczony! – zaprotestowała Tzigone.
- Tak, w sprawie śmierci Sinestry Belajoon. Zginął kolejny mag Uriah 

Belajoon umarł zeszłej nocy w ogrodzie Basela. Wygląda na to, że nie 
wytrzymało mu serce, ale ponieważ w tym miesiącu to trzecia śmierć w 
okolicy wieży Basela, rada chce przyjrzeć się temu dokładniej. Tzigone, jeśli 
wiesz coś, co mogłoby mu pomóc, chcę, abyś to przedstawiła.

Dziewczyna zawahała się.
- Mówisz, że jesteś utalentowaną artystką – powiedział król. – Może 

łatwiej ci będzie mówić, jakbyś odgrywała rolę.

- To nie jest zły pomysł – przyznała – lecz różowy pałac znajduje się 

daleko od miejsc, gdzie zwykle występowałam. Nic, co odgrywałam na rogach 
ulic i w tawernach tu nie pasuje.

Zalathorm ujął jej dłoń i uniósł do ust w geście zarezerwowanym dla 

wielkich dam.

- Zatem stwórz nową rolę. Staw czoło tłumowi jako ktoś, kto w głębi 

serca wie, że jest córką królowej i księżniczką Halruaa.

Przez dłuższą chwilę zaskoczona Tzigone spoglądała na króla. Potem 

zaczęła się śmiać – radosnym, nieskrępowanym, złośliwym śmiechem, który 
wstrząsał nią niczym burza. Wreszcie uspokoiła się, a na jej twarzy pojawiła 

background image

się iście królewska wyniosłość. Wskazała na Mattea.

- Podejść, jordainie – powiedziała wyniośle. – Nim odbędę audiencję, 

mamy wiele spraw do przygotowania.

Wyszła niczym żaglowiec pod pełnymi żaglami. Dwaj mężczyźni 

obserwowali, jak opuszcza komnatę eleganckim krokiem.

- Mówi się, że król nigdy nie powinien przeprasza – powiedział 

Zalathorm, a jego oczy błyszczały. – Lecz sądząc z wyrazu twojej twarzy, 
Matteo, sądzę, iż właśnie naciągnąłem to przysłowie do granic możliwości.

***

Tego popołudnia wyłożona różowym marmurem sala audiencyjna była 

pełna magów z Halarahh. Ze swego miejsca za tronem Matteo odszukał 
wzrokiem niewielki tłum czekający przed podwyższeniem i wśród świadków 
odnalazł Tzigone. Ich spojrzenia zetknęły się – lekko, zachęcająco kiwnął 
głową.

Gdy rogi ogłosiły początek audiencji, Zalathorm zerknął na pergamin 

przed sobą i jako pierwszego świadka wezwał Tzigone.

Weszła na postument i wykonała przed królem oraz zgromadzonymi 

dygnitarzami odpowiednie ukłony.

- Nim zacznę mówić w obronie lorda Basela, chciałabym powiedzieć 

radzie o rozwijającym się magicznym darze, który pomógł mi znaleźć dowody, 
jakie tu przedstawię. Ostatnio odkryłam u siebie talent do odwrotnego 
wieszczenia. Mogę zobaczyć przeszłość bardziej dokładnie, niż jest to możliwe, 
dzięki zaklęciu „Wiedza o legendach”.

Przez tłum przeszedł pomruk zaskoczenia. W Halruaa magiczne 

zdolności zdobywano powoli i pracowicie. Na zaklinanie patrzono krzywym 
okiem, a „niedawne odkrycia” wrodzonych talentów były w tym 
uporządkowanym społeczeństwie rzadkie.

Matteo wystąpił naprzód.
- Potwierdzam. Widziałem, jak zapuszcza się głęboko w swoją pamięć i w 

ten sposób przypadkowo odtwarza wspomnienia należące do kogoś zmarłego 
dawno temu.

Wstał jeden z magów z klanu Belajoon – na jego twarzy malował się 

hardy uśmieszek.

- Wybacz, jordainie, ale czy ta dziewczyna nie była zwykłą uliczną 

artystką? Skąd wiesz, że ta „wiekowa pamięć”, która zrobiła na tobie takie 
wrażenie, nie była kolejną karczemną opowieścią?

- Te wspomnienia były na tyle potężne, aby wywołać widzialny obraz – 

odparł zimno Matteo.

- Lord Basel, jej mentor, jest przyzywaczem. Bez wątpienia nauczyła się 

tej sztuczki podczas swojego terminowania.

- To zdarzyło się, zanim Tzigone rozpoczęła swój trening – odparł Matteo 

– nim objawiła swoje magiczne zdolności na Bagnach Akhlaura, nim 

background image

dowiedziała się o sobie jako o przyszłej czarodziejce. Obraz, który przywołała, 
przedstawiał rzadką odmianę gryfa, która wyginęła jakieś trzysta lat temu. 
Niewiele ksiąg zawiera jakiekolwiek informacje o takich bestiach. Mało 
prawdopodobne, aby dziecko z ulicy miało do nich dostęp. Byłem tak wówczas 
i żaden, nieważne jak dobrze wyszkolony artysta, nie mógłby zagrać takiego 
zaskoczenia, jakie wówczas pojawiło się na twarzy Tzigone. Jej talent do 
odwrotnego wieszczenia jest naturalnym darem i jest jak najbardziej 
prawdziwy.

Tzigone popatrzyła na maga, który sprawiał wrażenie gotowego kłócić 

się z oświadczeniem Mattea.

- Dajcie mi coś do potrzymania, a ja powiem wam jego historię.
- Łap! – kobieta z balkonu rzuciła lśniące cacko. Tzigone zwinnie je 

chwyciła i uniosła, aby mu się przyjrzeć. Wyglądało na to, że jest to doskonale 
wykonany naszyjnik z opali, o dużych, błyszczących białych kamieniach 
osadzonych w srebrnym filigranie.

Zalathorm popatrzył na ofiarodawczynię.
- Lady Queirii Venless – powiedział, poznając czarodziejkę. – Czy według 

twojej najlepszej wiedzy ta dziewczyna ma możliwość, by znać jego przeszłość?

- Nie, przysięgam słowem maga – odparła Queirii.
Tzigone odwróciła się twarzą do maga, a jej oczy nabrały odległego, 

nieobecnego wyrazu.

- Miałaś dwanaście lat, spacerowałaś po lesie niedaleko twojego domu. 

Byli tam kłusownicy zastanawiający wnyki. Zaciekawiona, ukryłaś się i 
przyglądałaś, jak zapędzili w swoje sidła małego jednorożca i zabili go na 
komponenty do czarów. Uciekłaś do domu i wszystko opowiedziałaś. Twoja 
matka, rozwścieczona, nakazała odnaleźć i zabić kłusowników. Ich zgon 
zawsze bardzo ci ciążył, wciąż śnisz o jednorożcu. Zatrzymałaś róg i kazałaś 
wykonać z niego naszyjnik. Nosisz go jako przypomnienie, że czasem cena za 
magię jest zbyt wysoka.

W sali zapadła długa chwila ciszy.
- Zabawna opowiastka kuglarza za dwa miedziaki – parsknął czarodziej.
- Mimo to jest prawdziwa – powiedziała cicho Queirii. – Nikt poza mną 

nie zna tej opowieści w całości.

Zalathorm skinął głową.
- To mnie przekonuje. Uczennica lorda Basela może przemawiać w jego 

obronie, a jej słowa będą miały taką samą wagę jak każdego wieszcza.

Procopio Septus zerwał się ze swego miejsca na podwyższeniu dla 

Starszych, jego ptasia twarz płonęła świętym oburzeniem.

- Z całym szacunkiem muszę zaprotestować. Dawanie tej… uczennicy 

takich samych praw jak mistrzowie wieszczenia umniejsza nas wszystkich.

Po sali przeszedł ledwo słyszalny pomruk zgody, chłodząc słuchaczy 

Tzigone niczym wiaterek znad oceanu.

background image

- Magia jednego maga wzbogaca całe Halruaa – powiedział Matteo, 

cytując znane przysłowie. – Żaden człowiek nie jest tak naprawdę umniejszony 
przez umiejętności kogoś innego.

Procopio zignorował tę dygresję.
- Jako lord burmistrz Halarahh odpowiadam za to, by prawo Halruaa 

było stosowane. Według tego prawa żadna osoba, na której ciąży wyrok 
śmierci nie może być świadkiem obrony ani oskarżenia. Dowiedziałem się, że 
Tzigone jest pochodzącą z nieprawego łoża córką renegacki Keturah. Zgodnie z 
prawem urodziła się z wyrokiem śmierci.

Tzigone zadarła podbródek.
- Nie jestem żadnym bastardem. Moja matka i ojciec zawarli związek 

małżeński.

Procopio pstryknął palcami i w jego dłoni pojawiła się karta pergaminu.
- Oto papiery rozwodowe Keturah i jej męża, Dhamariego Exchelsora. 

Dziewczyna została spłodzona przez nieznanego ojca długo po ich rozwodzie.

- Moja matka wyszła za mąż po raz drugi.
- Doprawdy? Za kogo?
- Młodego mężczyznę, którego spotkała w lesie. Spadł z gryfa, a ona się 

nim zaopiekowała.

- Czy ten nieszczęsny jeździec ma jakieś imię?
Jej wzrok przygasł tylko na chwilę.
- Nie znam go.
Siwe brwi czarodzieja uniosły się.
- Uczciwa – odpowiedź – powiedział z przesadzonym zaskoczeniem. – 

Prawda jest taka, że nie ma żadnego zapisu o jej następnym ślubie. Bastard 
maga, posiadacz magii o nieznanym pochodzeniu, a zwłaszcza „odkrywający” 
w sobie niezwykłe i nieprzewidywalne dary, stanowi zagrożenie dla Halruaa. 
Według prawa to zagrożenie powinno zostać wyeliminowane jakie 
dwadzieścia lat temu!

Basel Indoulur zerwał się gwałtownie.
- Keturah i ja byliśmy przyjaciółmi od dzieciństwa i pozostaliśmy nimi, 

po tym, jak została fałszywie oskarżona i uciekła z miasta.

- Fałszywie oskarżona? – przerwał mu Procopio. – Nie poddanie się 

magicznym sprawdzianom jest równoznaczne z przyznaniem się do winy!

- A kto był wówczas inkwizytorem w Halarahh? – spytał spokojnie 

Matteo. – Kto sprawdzały Keturah?

Lord burmistrz posłał mu pełne jady spojrzenie.
- Skąd mogę wiedzieć? To było dwadzieścia pięć lat temu.
- Dwadzieścia sześć – poprawił Matteo – a w owym czasie ogarem magów 

w tym mieście była Kiva, elfka skazana obecnie za zdradę. Mogę przedstawić 
dokumenty Rady Jordainów oczyszczające z zarzutów kilka jordainów, których 
Kiva fałszywie skazała w przeciągu kilku lat.

background image

- Chcesz powiedzieć, że Keturah miała powody, aby obawiać się 

podobnego losu? Na jakiej podstawie?

- Kiva była uczennicą w wieży Keturah – powiedział spokojnie jordain. – 

Keturah odprawiła ją za bezmyślnie korzystanie z magii. Nawet gdyby w owym 
czasie nie wiedziała albo nie podejrzewała, że Kiva ma większe plany, miała 
okazję poznać charakter elfki i uwierzyć w to, że jest zdolna się na niej 
zemścić.

Basel odwrócił się do Procopia, a jego twarz była ściągniętym, twardym 

cieniem twarzy wojownika, którym kiedyś by.

- Nazwałeś Tzigone bastardem maga. W Halruaa niewiele jest równie 

obraźliwych i niebezpiecznych określeń – przerwał, aby dodać wagi swoim 
następnym słowom. – W imieniu mojej córki żądam, abyś ją oficjalnie 
przeprosił albo stawił mi czoło w magicznym pojedynku.

Po tych słowach wszczął się tumult. Procopio musiał krzyczeć, aby zostać 

usłyszanym.

- To absurd! Basel Indoulur nie może mówić w jej imieniu tak samo jak 

nie może przemawiać w swoim! Nikt, kto jest oskarżony, nie może świadczyć 
na korzyść kogoś innego!

Matteo gestem nakazał ciszę.
- To prawda, lordzie Procopio, lecz na lordzie Baselu nie ciąży jeszcze 

żaden wyrok. To przesłuchanie w śledztwie, nic więcej. Basel może 
przemawiać w obronie Tzigone.

- A kto będzie wtedy przemawiał za nim?! – warknął mag. – To bardzo 

wygodne połączenie!

Odwrócił się ku morzu przejętych twarzy.
- Oto sofistyka jordainów w najbardziej absurdalnej postaci! Ten doradca 

będzie nas owijał, aż zapomnimy, jakie przyczyny kryją się za naszymi 
prawami. Być może ma nadzieję, że nie dostrzeżemy, iż ogłaszając się 
rodzicem, Basel Indoulur przyznał się do pomagania uciekającemu magowi i w 
ten sposób dodał kolejne oskarżenie wobec siebie! Być może ma nadzieję, iż 
zapomnimy, że dziecko nie może być pierwszym i jedynym świadkiem 
świadczącym za swoimi rodzicami. Czy mamy zignorować wszystkie swoje 
prawa?

- A czy mamy zignorować oficjalne wyzwania? – dodał szyderczo Basel. – 

Procopio, jeśli boisz się stawić mi czoła w magicznym pojedynku, powiedz to 
od razu. Od śledzenia twoich uników zaczyna boleć mnie głowa.

W różnych kątach sali rozległy się chichoty, ale urwały się gwałtownie, 

gdy wstał Zalathorm.

- Wszystko odbędzie się zgodnie z halruaańskim prawem – powiedział 

surowo. – Sytuacja jest nietypowa i wymaga głębokiego namysłu. Pozwólcie, że 
przez kilka chwil porozmawiam z moim doradcą w cztery oczy – skinął na 
Mattea i zniknął w bocznej komnacie.

background image

Jordain poszedł za nim i zamknął za sobą drzwi.
- Naprawdę spadłeś z gryfa?
- To długa historia – burknął król. – Kiedy pojąłeś, że Tzigone to moja 

córka?

- Vishna wspominał o mocy trzech… trzech potomków trzech magów, 

którzy stworzyli Koterię. W swoim czasie dowiedziałem się, że Andris jest 
potomkiem Akhlaura, a ja Vishny. Mój ojciec wysłał mnie, abym ratował 
Tzigone. W ten sposób założyłem, że uważał ją za trzeciego potomka.

- Rozumiem – mruknął Zalathorm.
- Oczywiście, potwierdził to wyraz na twojej twarzy, panie, gdy Tzigone 

wspominała o gryfie. Jak to się stało? – spytał, nie mogąc ukryć 
zdenerwowania.

Zalathorm opadł na krzesło i popatrzył złowrogo na swego doradcę.
- Sądzę, że w normalny sposób, choć nie przypuszczam, aby właśnie o to 

ci chodziło. Mimo powagi sytuacji, kąciki ust Mattea uniosły się do góry.

- Jest jeszcze ostateczny dowód. To dokładnie to, co Tzigone może chcieć 

powiedzieć. Z całym szacunkiem, jak mogłeś nie wiedzieć, że masz córkę?

- To proste. Zaraz po naszym ślubie pozostawił Beatrix lub, jeśli wolisz, 

Keturah, na kilka dni, udałem się do Halarahh, by zrzec się tronu. Zatrzymały 
mnie ważne sprawy państwowe, a kiedy wróciłem, by wyjaśnić, że potrzebuje 
odrobiny czasu, by rozstrzygnąć sprawy mojej przeszłości, zniknęła. Szukałem 
jej, podobnie jak inni. Beatrix całkiem nieźle udawało się unikać pogoni, 
podobnie jak później jej córce.

- Żaden jordain nie może zostać odnaleziony dzięki magii – zauważył 

Matteo. – Eliksiry podawane Keturah osłaniały je obie.

- Więcej. Szkarłatna gwiazda czuwała nad Sercem Halruaa – swoimi 

twórcami i ich potomkami. Oto jak dowiedziałem się o pokrewieństwie Tzigone 
z Beatrix. W wizji widziałem, jak zostaje wciągnięta do krainy Niewidzialnego 
Ludu – wyjaśnił król. – Zaskoczony, rzuciłem zaklęcia poszukiwania wiedzy, 
szukając jakiegokolwiek zapisu na temat Tzigone. Najwięcej dały mi ostatnie 
notatki Cassii w księdze królewskiej. Jak wiesz, moja poprzednia doradczyni 
niezbyt lubiła królową.

Matteo zaczął spacerować.
- Zastanówmy się nad tym, co mamy. Basel uznał Tzigone, która tak 

naprawdę jest twoją córką. W służbie prawdy powinieneś ogłosić, że Tzigone 
jest twoją córką, ale to zdyskredytuje lorda Basela i prawie na pewno pogrąży 
ciebie, i to w czasie, gdy obaj jesteście bardzo potrzebni. Bez wątpienia 
powstrzymują cię przed tym różne przysięgi i artefakty.

- Ponury obrazek, ale prawdziwy – zgodził się król. – Lecz do jednego 

przeznaczenia wiedzie wiele dróg.

Wstał i wrócił do komnaty. Gdy uniósł swoje berło, zapadła martwa 

cisza.

background image

- Czasem prawa kształtują przyszłość, lecz jeszcze częściej zostają 

ukształtowane przez zmiany, które już się pojawiły. Ta debata przekonała mnie 
o konieczności wprowadzenia nowych praw. Uważa się, że o sile Halruaa 
stanowi staranne łączenie czarodziejów, lecz pora zaprzestać stosowania tej 
zasady. Jak prawa społeczność może karać dzieci za działania ich rodziców?

Odpowiedzią na słowa króla była pełna zaskoczenia cisza.
- Czy mam rozmnażać się jak lisy albo barbarzyńcy z północy, kierując 

się tylko impulsem i bliskością? – zdziwi się jeden ze Starszych.

Zalathorm uśmiechnął się lekko.
- Mam o Halruaańczykach lepsze zdanie.
- Ale lud Halruaa i halruaańskie prawo są od siebie nierozdzielne! – 

zaprotestował inny. – Jesteśmy tymi, jakimi uczyniły nas nasze zwyczaje i 
zabezpieczenia.

- Ale nie można zaprzeczyć, że my, Halruaańczycy, jesteśmy 

nieprawdopodobnie pomysłowi. Gdy prawo i tradycja nie wystarczają, 
znajdujemy nowe rozwiązania. – Zalathorm wskazał na Tzigone, wciąż stojącą 
wyzywająco przy boku Basela Indoulura. – Spójrzcie na tę młodą kobietą. Choć 
nie jest ćwiczona w magii, zaczarowała larakena z Bagien Akhlaura. 
Halruaańskie prawo i wiedza nie mogą tego wyjaśnić, ale na jej darze 
skorzystaliśmy wszyscy. Wśród nas mogą być inni, podobni do niej. Głupotą 
byłoby potępiać ich ze strachu czy ignorancji.

Król spojrzał na Procopio Septusa i pochylił lekko głowę w geście, jakim 

jeden wielki mag kłania się drugiemu.

- Z całym szacunkiem dla obu stron, moim zarządzeniem uznaję 

wyzwanie lorda Basela za niebyłe. Ogłaszam Tzigone niewinną okoliczności 
swoich narodzin. Może przemawiać w obronie lorda Basela.

Twarz Procopia stała się purpurowa, ale nie miał innego wyjścia, jak 

tylko odwzajemnić ukłon i wrócić na swoje miejsce. W sali zapadła pełna 
namysłu cisza; zgromadzeni magowie zastanawiali się nad 
niewypowiedzianymi słowami króla.

Matteo wziął głęboki oddech, pod wrażeniem subtelnego rozwiązania 

króla. Zalathorm cicho odsunął na bok coś więcej niż wyzwanie na pojedynek: 
pozwalając Tzigone mówić, utrącił oświadczenie Basela o ojcostwie, nie 
oskarżając go jednocześnie o fałsz. Powód, dla którego anulował wyrok za 
nieprawe urodzenie był dla słuchaczy znacznie trudniejszy do zrozumienia. 
Być może chciał zmniejszyć znaczenie stwierdzenia Basela, może był to sposób 
na ocalenie dziewczyny bez podawania imienia jej prawdziwego ojca. Dyskusja 
na ten temat zajmie czarodziejów i zmniejszy nieco ich gniew na nowe prawo. 
Zalathorm dobrze znał swoich poddanych!

Król wskazał na Tzigone. Podeszła, wyglądając dymnie i niemal po 

królewsku. Omiotła spojrzenie tłum. Z wyczuciem doskonalonym przez długie 
lata występów na ulicach i w karczmach odczekała, aż wszyscy skupią swój 

background image

wzrok na niej, a cisza stanie się ciężka od oczekiwania.

- Widziałam ciało Sinestry Belajoon – powiedziała, mówiąc głośno i 

wyraźnie, a jej głos był słyszany w każdym zakątku sali. – Nie została spalona 
zgodnie z prawem i obyczajem Halruaa, lecz umieszczona pod szkłem niczym 
dzieło sztuki albo trofeum.

Po sali przeszedł szum pełnych zaskoczenia okrzyków i mruczanych 

uwag.

- Czy to możliwe? – król zwrócił się do Malchiora Belajoona, bratanka 

Uriaha. Ten wystąpił naprzód.

- Tak, panie. Mój wuj zamierzał uszanować zwyczaj w swoim czasie, ale 

nie mógł znieść przedwczesnej rozłąki z żoną.

- Choć potrafię to zrozumieć – powiedział ponuro Zalathorm – to 

poważna sprawa. Kilka dni po śmierci Sinestry Belajoon wniesiono oskarżenie 
przeciwko Baselowi Indoulurowi. Prawo głosi, że oskarżony o morderstwo ma 
prawo do konfrontacji z duchem swojej ofiary. Wszystko wskazywało na to, że 
nie było to możliwe. Nie wyjaśniłeś tego.

Na tę reprymendę twarz Malchiora pociemniała, lecz skłonił się, 

przyjmując słowa króla.

- Mój wuj zatrudnił ogara magów, aby odkrył przyczynę śmierci Sinestry. 

Był pewien, że za jej śmierć odpowiada Basel Indoulur.

- Jasne, był odpowiedzialny – zgodziła się Tzigone. – Zadał pytanie, na 

które nie mogła odpowiedzieć. Najwyraźniej próbowała, mimo iż nałożono na 
nią zaklęcie milczenia.

- Mów dalej – rzekł Zalathorm.
- Próbowałam wywieszczyć to zaklęcie, cofnąć się po nim wstecz. 

Rzucającego otaczała ochronna zasłona. Nie mogłam się przez nią przebić, lecz 
rozpoznałam ją. Miała ślad talizmanu mojej matki. Nosił go Dhamari 
Exchelsor.

- To niemożliwe – powiedział obojętnie Procopio. – Dhamari Exchelsor 

zniknął w królestwie ciemnych elfów!

- Ja też – odparła Tzigone – a mimo to tu stoję.
Przez długą chwilę ona i potężny czarodziej spoglądali sobie w oczy.
Zalathorm popatrzył na swojego pisarza.
- Zgodnie z prawem, wieża Dhamariego powinna być zabezpieczona 

przed wtargnięciem. Czy jest zapis o jego powrocie?

Pisarz rzucił prosty czar i podniósł wielka księgę. Szybko przerzucał 

kartki to w jedną, to w drugą stronę, po czym z trzaskiem ją zamknął.

- Nie ma, panie.
Matteo dostrzegł lekki uśmieszek, jaki uniósł kącik ust wieszcza.
- Jeśli masz dowód na to, że Dhamari Exchelsor powrócił, proszę, podziel 

się nim z nami – poprosił łagodnie Procopio. – Do tego czasu nie szargaj 
imienia maga oskarżenia, których nie możesz udowodnić!

background image

Tzigone machnęła ręką w geście ogarniającym cały tłum.
- A czy właśnie tego nie robimy? W wieży Basela zmarły trzy osoby: 

Sinestra Belajoon, Farrah Noor, Uriah Belajoon. Basel znał ich wszystkich, a 
Farrah kochał jak własną córkę. Próbował ratować lorda Uriaha, gdy jego serce 
zawiodło. Te śmierci to jego tragedia, a nie przestępstwo.

Uniosła podbródek, a wyzywające spojrzenie zdawało się chwytać wzrok 

każdego z widzów.

Matteo sapnął z zaskoczenia. W tym geście dostrzegł cień rozkazującej 

obecności Zalathorma. Popatrzył na króla, lecz jego pełne zamyślenia 
spojrzenie było skupione na nieznanej córce.

- Basel jest niewinny – powiedziała Tzigone, nadając każdemu słowu 

wagę królewskiego dekretu – przysięgam to na Pana i Panią, na wiatr i słowo. 
Niech każdy, kot chce dowieść nieprawdy moich sów, uczyni to samo.

Nikt się nie odezwał. Nikt się nie poruszył. Wydawało się, iż nikt nie 

zauważył, że te słowa pochodzą od dziewczyny o krótkich włosach, w 
niebieskiej szacie ucznia. Usiadła na swoim miejscu, a decyzja o uwolnienia 
Basela została szybko zanotowana przez oszołomioną radę.

Matteo dziwił się ironii całego wydarzenia. Gdyby coś takiego miało 

miejsce w karczmie, goście biliby brawo i zamawiali następne kolejki. Magowie 
zdawali się nie zauważać, że postać Tzigone była tylko niemagiczną iluzją 
stworzoną przez utalentowaną uliczną artystkę.

A może nie? On i Tzigone wrócili właśnie z miejsca, gdzie iluzja i 

rzeczywistość nie były oddzielone wyraźną granica. Być może, pomyślał, po tej 
stronie zasłony wszystko wyglądało podobnie.

***

Tego samego dnia później Procopio Septus udał się do sklepu 

rzemieślnika wykonującego drobne ozdoby z kolorowych, krystalicznych kłów 
behirów. Ze źle skrywanym zniecierpliwieniem wysłuchał prezentacji 
muzycznego instrumentu stworzonego w taki sposób, że jego struny były 
szarpane przez kostki wykonane z różnobarwnych kłów i zaklęte tak, aby 
dźwięk mógł naśladować niemal wszystko, czego sobie życzył muzyk.

- Śliczna zabawka, ale nie mam czasu na muzykę – oparł obojętnie 

Procopio.

Rzemieślnik pokiwał głową i wyciągnął zestaw małych, starannie 

rzeźbionych łyżeczek.

- A może prezent dla damy? Jest na to wielkie zapotrzebowanie.
- A mimo to masz ich bardzo dużo na składzie – odparł sucho czarodziej. 

– Niezupełnie o to mi chodzi. Może jakaś lampa?

Sprzedawca zmarszczył brwi. Nim przyznał, że niczego takiego nie ma, 

Procopio wskazał na kryształowy kandelabr wiszący w najbliższym kącie. Oczy 
mężczyzny rozszerzyły się w zaskoczeniu.

- Wezmę ten – oznajmił czarodziej.

background image

- Dwieście skie – podsunął rzemieślnik bez mrugnięcia okiem. – 

Będziemy się targować.

Procopio potargował się trochę, jak wymagał tego zwyczaj. Rzemieślnik 

podał mu cenę, którą można by uważać za rozsądną, gdyby sprzedawca lampa 
naprawdę należała do niego.

Czarodziej przyglądał się swemu nabytkowi, ukradkiem wyciągając z 

niego żółty kryształ. Dał rzemieślnikowi adres zacisznej gospody, kazał 
dostarczyć tam i powiesić w prywatnym pokoju, jaki trzymał dla jednej ze 
swoich dam. Oczywiście, nie będzie tam za długo wisiał. Biorąc pod uwagę 
popularność magii w halruaańskim społeczeństwie, głupotą byłoby trzymać 
wielowymiarowy portal zbyt długo w jednym miejscu.

Udało się gospody i wyjął kryształ z ukrytej kieszeni rękawa. Kilka słów 

otworzyło portal i do pokoju wszedł Dhamari Exchelsor.

- Jakie wieści? – spytał.
Procopio krótko i rzeczowo streścił mu ostatnie wydarzenia.
- Pozwól, że podsumuję – powiedział zniecierpliwiony Dhamari. – Uriah 

Belajoon nie żyje, a Basel Indoulur tak. A gdzie „pomoc”, którą miał otrzymać 
starszy pan?

- Przybyła za późno – burknął Procopio. – Lecz wyszło z tego coś 

dobrego. Malchior Belajoon, siostrzeniec Uriaha, dostrzegł w śmierci wujka 
niezłą okazję. Ich nazwisko jest na ustach każdego Halruaańczyka. Dla 
sprytnego człowieka rozgłos jest tak samo dobry jak sława. Uważa się za 
następcę Zalathorma i zbiera popleczników.

Dhamari uśmiechnął się.
- Świetnie. Nie chcesz chyba być postrzegany jako jedyny kandydat do 

tronu.

- Kiedy pierwszy miecz wyskoczy z pochwy, ruszą się inni magowie, albo 

żeby wesprzeć potężnego rywala, albo wyszarpnąć coś dla siebie. Niewielu 
pójdzie dalej.

- Zatem wystawiasz marionetki, które mają zostać zniszczone. Z 

Malchiorem włącznie, jak przypuszczam.

- Włącznie z Zalathormem – poprawił Procopio. – Twoim zadaniem 

będzie zadbać, aby magowie, którzy przeciwstawią się Malchiorowi, zginęli, 
przez co będzie wydawał się potężniejszy, niż jest naprawdę. Niech Malchior 
zbiera wsparcie, aż będzie wydawał się najpoważniejszym konkurentem do 
objęcia tronu po Zalathormie.

Dhamari pokiwał głową.
- Dla wyrównania rachunku powinien zadbać także o zgon kilku 

zwolenników Malchiora. Gdy potem Malchior przegra okaże się, że tak 
naprawdę to tylko jeden z wielu. Możesz potem krzyczeć, że potężny, dobry 
Zalathorm zniżył się do usuwania legalnych rywali niczym zabójca w 
ciemnych uliczce.

background image

- Słuszne rozumowanie – zgodził się Procopio. Popatrzył na niskiego 

czarodzieja. – Możesz to załatwić?

- Mogę. Przez czas, jaki spędziłem u ciebie w gościnie stworzyłem kilka 

świetnych czarów, takich, które będzie trudno wykryć.

Spiskowcy porozmawiali jeszcze przez kilka chwil, po czym Procopio 

wyszedł po cichu. Gdy Dhamari został sam, wyjął swoją kulę wróżącą i 
przywołał obraz pięknej elfiej twarzy.

Na jego twarzy rozciągnął się powolny uśmiech, gdy w kuli pojawiły się 

szczyt wieży Akhlaura. Zalathorm rzeczywiście przegra, ale nie dzięki 
machinacjom Procopia. Zbliżająca się rzeź przekroczy dumne oczekiwania 
lorda burmistrza, a kiedy to się stanie, nawet człowiek o posturze Dhamariego 
będzie bardzo wysoki.

ROZDZIAŁ OSIEMNASTY

Wieczorem, po kolejnej bezowocnej i frustrującej wizycie do wieży 

królowej, Matteo wrócił do swoich prywatnych komnat. Nie był zaskoczony 
widząc czekającą na niego Tzigone, wyciągniętą wygodnie, jeśli nie elegancko, 
na aksamitnej kozetce. Zatrzymał się jednak, gdy z krzesła o wysokim oparciu 
wstała druga postać.

- Król Zalathorm – powiedział, zaskoczony.
- Proszę, zamknij drzwi – powiedział król. – Jest jeszcze coś, o czym 

musimy porozmawiać, a nie chciałbym tego robić, skoro mogą usłyszeć to 
przechodzący służący.

Matteo zamknął drzwi i usiadł obok Tzigone. Wziął ją za rękę i mocno 

uścisnął. Spojrzała na niego z zaskoczeniem.

- Aż tak źle?
- Tylko popatrz – powiedział z naciskiem jordain. Wskazał głową na 

króla.

Twarz Zalathorma zaczęła się zmieniać. Rozmyte rysy średniego wieku 

ustąpiły jędrnej, opalonej skórze. Rysy się wyostrzyły, a sylwetka zmieniła w 
postać mężczyzny o połowę młodszego, niż na to wyglądał. Szaty 
halruaańskiego króla-czarodzieja zmieniały się w proste ubranie, jakie mógłby 
nosić poszukujący przygód, młody czarodziej.

Tzigone popatrzyła na postać, która wyszła ze wspomnień Keturah.
- Jeździec gryfa – powiedziała wreszcie.
- Tak – westchnął Zalathorm, a w jego oczach widać było ciężar wielu 

przeżytych lat. – Podziwiam Basela za to, co zrobił. Tak naprawdę zazdroszczę 
mu i żałuję, że nie jestem na tyle wolny, by samemu tak postąpić.

Tzigone westchnęła głęboko. Patrzyła na króla przez dłuższą chwilę, po 

czym mrugnęła do niego.

- Nie wspominaj o tym i potraktuj to całkiem dosłownie. Basel jest moim 

background image

przyjaciele. Wstał przed wszystkimi bogami i połową Halruaa, by oznajmić, że 
jest moim ojcem. Opatrzyłeś to komentarzem i w porządku, ale jeśli ktoś 
wstanie i publicznie ogłosi go kłamcą, utonę w smoczym gównie.

Brwi Zalathorma uniosły się, spojrzał pytająco na Mattea. Młody jordain 

zaczerwienił się.

- Sądzę, panie, że to popularne określenie na wyjątkowy gniew; ma 

skojarzenia z czymś gorącym, parującym, niemiłym i raczej zbyt dużym, aby 
można się było z tym uporać.

Król uśmiechnął się do dziewczyny.
- Zatem pozostawię sprawy takimi, jakie są. Zaklinacza tonąca w 

smoczym gównie nie jest czymś, co chciałbym oglądać.

Zaklinacza – myślał Matteo, spoglądając z namysłem na dziewczynę. To 

wyjaśniło bardzo wiele rzeczy.

Tzigone uśmiechnęła się i rzuciła w niego małym miodowym 

miasteczkiem.

- Rzeczy się zmieniają. Staraj się za nimi nadążać.
Zwinnie złapał mały, lepki pocisk. Złośliwa uwaga zabolała, od razu się 

odgryzł:

- A jeśli mamy rozważać zmiany, może powinniśmy także zastanowić się 

nad długą debatą Rady Starszych nad naturą korony.

Zakręciła oczami i popatrzyła na Zalathorma, doświadczonym okiem 

oceniając spoczywającą na jego skroniach srebrną obręcz.

- Stawiam na elektrum i szafiry.
- W Halruaa istnieje stronnictwo – ciągnął dalej Matteo – pragnące 

ustanowić monarchię dziedziczną.

Pozwolił, aby to ostrze trafiło do celu. Gdy oczy Tzigone rozszerzyły się 

ze zdumienia, a twarz wykrzywiła z przerażenia, odrzucił z powrotem 
miodowe ciasteczko. Trafiło zaskoczoną dziewczynę w czoło i się do niego 
przykleiło.

Król przesunął dłonią po twarzy, jakby chcąc zmazać uśmiech, po czym 

spojrzał surowo na Mattea.

- Czy tak się traktuje księżniczkę krwi? – spytał z udawanym gniewem.
Wstał, oderwał ciasteczko z czoła Tzigone i wyszedł. Jego kroki szybko 

ucichły, a wraz z nimi cichy chichot.

Tzigone oblizała lepkie palce i popatrzyła z namysłem na Mattea.
- Wiesz, chyba mogłabym go polubić.
- Skoro Wasza Wysokość tak sądzi.
Jej oczy zwęziły się. Matteo odpowiedział lekkim uśmiechem.
- Rzeczy się zmieniają – przypomniał. – Staraj się za nimi nadążać.

***

Basel Indoulur spacerował po publicznych ogrodach leżących między 

miejskim pałacem a jego wieżą w Halarahh. Zachodzące słońce barwiło niebo, 

background image

a w powietrzu unosił się rześki zapach tysięcy kwiatów. Czarodziej korzystał z 
tego, gdyż nie spieszyło mu się do opustoszałej wieży.

Nie posiadając własnej rodziny, Basel poświęcał czas i uwagę swoim 

uczniom, lecz Tzigone nie wróci do wieży zbyt szybko. Zadbał o to Procopio 
Septus. Teraz, gdy została publicznie ogłoszona córką Keturah, wieża jej matki 
należała do niej.

Westchnął, gdy jego myśli poszybowały w stronę dwóch pozostałych 

uczniów. Farrah Noor nie żyła, a oskarżony o jej zamordowanie Mason miał 
zaraz opuszczania wieży Basela. Młody uczeń był na przemian posępny i 
zdecydowany, lecz wciąż upierał się, że nie jest winny śmierci dziewczyny.

Basel wierzył mu, lecz śmierć Farrah miała dla magów poważne i daleko 

sięgające konsekwencje. W tych ciężkich czasach proces jednego czarodzieja o 
zabójstwo innego był niczym przyłożenie zapałki do polanego olejem drewna. 
Im szybciej rozwikłają ten węzeł, tym lepiej. Zastanowił się, czy Tzigone 
zdołałaby wydobyć prawdę z fiolki po eliksirze, jak zrobiła to z naszyjnikiem 
szlachcianki.

Nagle w niebo poszybowała pomarańczowa błyskawica i eksplodowała 

niczym festynowe fajerwerki. Krople jasnej magii rozpadły się w migoczącej 
fontannie i opadły na wieżę Basela.

Czarodziej ruszył biegiem. Nigdy nie widział takiej magii, lecz 

przypuszczał, że wie, czemu ma służyć. Willę otaczała ochronna tarcza, 
trzymając Masona wewnątrz, dopóki nie zadecydują o jego losie. Zapobiegała 
również wtargnięciu do środka, ale żadna magia nie była nienaruszalna. Były 
zaklęcia zdolne przegryźć się przez tę tarczę tak łatwo, jak kwas czarnego 
smoka, przez kolczugę wojownika z północy.

Wybiegł przez bramę i pognał ulicą prowadzącą do jego domu. Przez 

cały czas nad jego wieżą wybuchały różnokolorowe pióropusze.

Sprytne, pomyślał ponuro. Od czasu ostatniego zwycięstwa fajerwerki 

wypuszczano bardzo często. Nikt, kto zobaczy je nad wieżą Basela, nie 
dostrzeże w tym nic niezwykłego, on również miał przecież powód do 
świętowania. Nikt nie będzie podejrzewał ich prawdziwego celu do chwili, 
kiedy wykonają swoje zadanie.

Zatrzymał się, gdy zobaczył trzech strażników po służbie, wychodzących 

z eleganckiej karczmy.

- Grajcie na alarm – wydyszał, wskazując w stronę świateł. – Moja wieża 

została zaatakowana.

Mężczyźni popatrzyli na siebie zaskoczeni, ale nie mieli w zwyczaju 

spierać się z lordami czarodziejami. Skłonili się odpowiednio i zaczęli niezbyt 
szybko iść.

Basel skręcił za róg i zobaczył, że jego posiadłość jest oblężona. Mur 

otaczał co najmniej tuzin magów, wyrzucając w wieczorne niebo jedno 
migoczące zaklęcie po drugim. Wszyscy nosili insygnia rodu Noor, wielu miało 

background image

też lśniące, czarnobłękitne włosy, typowe dla tej rodziny.

Wokół wieży stały też małe, świecące bramy, zapewniające napastnikom 

szybki odwrót. Z taką ilością czarodziejów przeciwko jednemu uczniowi bez 
wątpienia spodziewali się łatwego zwycięstwa. Rzeczywiście, otaczająca 
posiadłość błyszcząca żółta aura stała się cienka jak bańka mydlana. Dygotała 
niebezpiecznie pod nieustannym gradem ciosów.

- No i się zaczęło – mruknął Basel, sięgając po ukrytą w rękawie różdżkę. 

Wycelował ją w najbliższego czarodzieja i rzucił zaklęcie, którego nigdy nie 
zamierzał wykorzystywać przeciwko rodakom.

***

Tzigone stała przy oknie komnaty Mattea, spoglądając melancholijnie na 

miasto. Właśnie wrócili z wieży. Wizyta u królowej – choć wciąż nie mogła 
znaleźć w tej cichej, smutnej kobiecie podobieństwa do matki, którą pamiętała 
– sprawiła, że stała się wyjątkowo spokojna.

Matteo i Andris rozmawiali cicho, planując nie tylko obronę królowej, 

ale i samego Andrisa. Matteo spodziewał się, że sojusz jego przyjaciela z Kivą 
zostanie zapomniany wobec jego służby dla Halruaa, zarówno przed, jaki i po 
jego upadku. Andris wydawał się o tym mniej przekonany. Tzigone 
przypuszczała, że w tym przypadku Andris był bliżej sedna sprawy.

Jej uwagę zwrócił jaskrawopomarańczowy wybuch. Przez chwilę 

obserwowała, jak fajerwerki strzelają w niebo, wybuchają i opadają. Nagle 
niepokój z tyłu jej głowy eksplodował w świadomość. Odwróciła się w stronę 
Mattea.

- To nad wieżą Basela – powiedziała, wskazując palcem. Jordain wyjrzał 

przez okno.

- Na to wygląda. Basel lubił się bawić i ma ku temu powód.
- Stracił uczennicę – odparła. – Basel kochał Farrah i nie strzelałby 

iskrami, które mieszałyby się na niebie z dymem z jej stosu pogrzebowego!

Obaj mężczyźni popatrzyli po sobie, po czym stanęli po obu stronach 

Tzigone.

- Cinnabarski deszcz – rzekł ponuro Andris, spoglądając na opadające 

pomarańczowe iskry.

- Najprawdopodobniej – zgodził się Matteo. Obaj jordainowie 

jednocześnie podeszli do ściany i zdjęli z haków swojej pasy z bronią.

- Co się dzieje? Co? – dopytywała się.
- Cinnabarski deszcz może rozproszyć magiczną tarcze, którą rada 

otoczyła wieżę Basela.

Tzigone sięgnęła do małej torebki przy pasie.
- Spotkamy się tam – powiedziała i wyrzuciła przez okno garść jasnego 

piasku. Futryna wypełniła się migoczącym światłem. Tzigone wskoczyła w nią.

Wylądowała lekko tuż za murami wieży Basela. Zmrużonymi oczami 

rozejrzała się po polu walki. Dwóch magów leżało martwych, spalonych tak, że 

background image

nie sposób ich było rozpoznać. Basel odrzucił zużytą różdżkę i wyciągnął z 
rękawa następną. Wystrzelił z niej cienki strumień wody, ochlapał rzucającego 
zaklęcie maga i pomknął do góry, by przejąć błyskawicę o kobaltowej barwie.

Woda i magiczna energia zderzyły się z przenikliwym sykiem. Błękitny 

pocisk rozpadł się na dwoje. Połowa z sykiem opadła wraz z wodą w stronę 
maga, który ją rzucił, druga poleciała w stronę różdżki.

Nim Tzigone zdołała wykrzyczeć ostrzeżenie, Basel rzucił różdżkę 

najbliżej stojącemu czarodziejowi i uskoczył w bok.

Błyskawica uderzyła, równocześnie spopielając odrzuconą różdżkę i 

atakującego maga. Powietrze wypełnił smród palonego mięsa, a dwaj magowie 
– teraz nierozpoznawalne figury z węgla – opadli na ziemię i rozpadli się na 
popiół.

Tzigone przebiegła pochylona w stronę Basela, unikając wycelowanych 

w niego pocisków. Razem przeskoczyli przez portal w zdawałoby się solidnym 
murze i pobiegli w stronę ogrodu.

- Niezły był ten numer z różdżką – powiedziała. – Z takim wyczuciem 

chwili mógłbyś być bardem.

Basel z roztargnieniem pokiwał głową i popatrzył na coraz cieńszą 

tarczę.

- Nie chcemy być na zewnątrz, kiedy pęknie. Gdzie na Dziewięć Piekieł 

jest straż?

Odległe, rytmiczne uderzenia, szuranie wielu stóp sprawiło, że mag 

odetchnął, lecz nim zdołał się odezwać, łagodnie żółte światło zaklęcia 
ochronnego zaczęło spływać w dół, niczym stopiona melasa po niewidzialnej 
stercie naleśników.

Basel wyciągnął zza pasa różdżkę i wcisnął jej do ręki.
- Rodzina Farrah pragnie zemsty. Niech sobie na nią zasłużą.
Nim Tzigone zdołała zaprotestować, czarodziej objął ją w szybkim 

uścisku. Poczuła dotknięcie niemal tak samo zręczne jak jej własne, oraz zimny 
ucisk delikatnego łańcuszka na szyi. Kiedy Basel puścił ją, nad jej sercem 
zalśnił srebrny talizman, a świat zaczął się rozmywać i migotać. Przez chwilę 
wyglądał, jakby w jedno miejsce rzucono dwie iluzje. Mogła widzieć ogród, lecz 
również najwyżej położony i najlepiej zabezpieczony pokój na wieży.

Walczyła z zaklęciem niczym owad w sieci, zdecydowana zostać tu, gdzie 

była i walczyć u boku Basela. Nagle świat znów nabrał ostrości, a ona w pozycji 
obronnej przy oknie zbrojowni, trzymając różdżkę uniesioną do góry niczym 
sztylet.

Mason odwrócił się w jej stronę, a ulga i wina walczyły w nim o lepsze.
- Lord Basel…?
- W ogrodzie – odparła ponuro i opuściła różdżkę, jakby wbijała nóż.
Wystrzeliła z niej ciemna linia, szybko poszerzając się i zmieniając w rój 

ognistych mrówek. Skrzydlate koszmary opadły jednego z atakujących. W 

background image

ciągu kilku chwil otoczyły maga, który potoczył się z wrzaskiem pośród 
żądlącej chmury. Jego agonia była krótka. Śmierć nadeszła szybko, a ogniste 
mrówki przepadły w mroku.

Tzigone znów uderzyła, a różdżka wypluła kolejny rój w stronę maga, 

rzucając zaklęcie lewitacji, aby pokonać mur. Ogniste mrówki otoczyły go w 
powietrzu. W odpowiedzi na jego krzyki, jeden z jego towarzyszy rzucił w 
umierającego zielony pocisk. Magia uderzyła w rojącą się czarną chmurę i 
krzyk urwał się w eksplozji magicznej energii. Do ogrodu spadły zielone 
krople, a wraz z nimi szeleszczący cicho deszcz pieczonych owadów. Co 
dziwniejsze, zaklęcie lewitacji pozostało. Ciało maga unosiło się nad swoimi 
towarzyszami niczym ponury sztandar.

Różdżka wystrzeliła jeszcze dwa zabójcze roje. Tzigone odrzuciła zużytą 

broń i rozejrzała się po arsenale. Zwykła broń z drewna i stali była gotowa, zaś 
na kilku półkach stały w równych szeregach stożkowate, słabo świecące fiolki. 
Drewniany stojak mieścił w sobie różdżki, ustawione równo, niczym miecze. 
Była nawet mała balista na kołach, aby można ją było podtoczyć do któregoś z 
okien.

- Naładuj to – warknęła, wskazując na wielką kuszę.
Mason szybko umieścił bełt w rowku i nakręcił cięciwę. Wzięła jedną z 

fiolek, na chwilę w głęboki trans, by określić jej naturę i przeznaczenie, po 
czym kiwnęła krótko głową. Wyciągnęła korek zębami i umieściła naczynie 
nad grotem, dla pewności jeszcze przekręciła. Fiolki były tak wykonane, by 
idealnie pasować nad groty wielkich pocisków.

Tzigone cofnęła się za balistę i wycelowała tuż za mur. Zgromadziło się 

tam kilku magów z rodu Noor, ich ręce poruszały się zgodnie, jakby łączyli 
swoją moc dla rzucenia jakiegoś większego czary. Wzięła głęboki wdech, 
odczekała i pociągnęła za spust.

Wielki bełt z sykiem poleciał w stronę rzucających zaklęcie magów. 

Uderzył w ziemię obok nich, aż wieża zadrżała, a nad czarodziejami i błysnęło 
pomarańczowoczerwone światło.

Nagle światło rozdzieliło się na trzy migoczące płomienie. Zaklęcie 

zapalające ogarnęło troje z nich.

Tzigone rozejrzała się za Baselem. Słabe światło wokół niego świadczyło 

o tym, iż rzucił na siebie zaklęcie ochrony. Dwaj magowie rzucali ponad jego 
głowę jeden kolorowy pocisk za drugim, by barwne światło nieprzerwanie go 
pokrywało. Pulchny czarodziej upadł na jedno kolano, usiłując utrzymać sferę 
tak długo, jak to możliwe, lecz nie mógł ich zaatakować.

Widziała już straż, nadbiegającą pędem. Wśród błękitnych mundurów 

Tzigone dostrzegła mignięcie bieli, zrozumiała, że jest między nimi Matteo. 
Biegli jednak zbyt wolno, aby mogła odetchnąć z ulgą!

Spojrzała na wielkie drzewo bilboa na skraju publicznego ogrodu i 

zaczęła śpiewać. Jej głos wzniósł się do nieba i ruszył w miasto ukryte między 

background image

gałęziami i liśćmi.

Eksplodujące światła odbiły się na wielkich, delikatnych skrzydłach i 

łuskach o barwie szlachetnych kamieni. Gwiezdne węże, skuszone zewem 
zaklinaczki, spadły z migoczącego, nocnego nieba. Dwa owinęły się wokół 
maga w wijącym się, śmiertelnym uścisku. Rozpaczliwie rzucane zaklęcia 
obronne ześlizgiwały się po ich łuskach niczym woda. Przeszył go wybuch 
energii. Tzigone dostrzegła pod płonącym ciałem błękitnobiałe kości.

Odwróciła się do Masona.
- Powinieneś stąd wyjść. Basel odciągnie ich od wieży, abyś miał czas na 

ucieczkę.

Jakby przewidując zamiar Basela, dwaj atakujący go magowie zmienili 

taktykę. Kobieta ruszyła w stronę wieży, celując różdżką w okno, za którym 
kryli się Tzigone i Mason. Mężczyzna miotał w Basela ulewą magicznych 
fajerwerków, zmuszając czarodzieja do podtrzymywania tarczy.

Na końcu różdżki Noor zaczęła rozrastać się kula światła, aż stała się 

szersza niż jej ramiona. Mason i Tzigone instynktownie odskoczyli od okna.

- To będzie bolało – mruknęła Tzigone.
W tej samej chwili Basel opuścił tarczę i wyciągnął nóż z pochwy przy 

nadgarstku. Nóż rozbłysnął szkarłatem i poleciał w stronę nadlatującej sfery 
zniszczenia.

Mężczyzna dalej atakował Basela. Na odsłoniętego maga spadał 

błękitno-złoty deszcz, wgryzając się w ciało i podpalając natarte olejkami 
warkoczyki. Ogień otoczył Basela, przez co zaczął przypominać płonącą 
meduzę. Gdy jego oczy napotkały wzrok Tzigone, uniósł dłoń do ust, jakby 
zamierzał przesłań jej pocałunek.

Kula ogniska eksplodowała.
Magia, której rzucanie zostało zakłócone, spadła na czarodzieja i 

popłynęła przez ogród niczym lawa. Wieża zatrzęsła się, gdy przez płonąca 
magię przedarła się druga eksplozja i płomienie zgasły. Z ogrodu i walczących 
tam magów nie pozostało nic.

Tzigone była świadom syczenia niewielkich ognistych zaklęć, szczęku 

broni i okrzyków walczących. Kilku magów z rodziny Noor uciekło przez swoje 
bramy, lecz większość została pojmana przez straż.

Na schodach zatupały lekkie kroki. Matteo wpadł do pokoju, szybko 

ogarniając wzrokiem całe pomieszczenie.

Mason chwycił za miecz i rzucił się na niego. Matteo niemal odruchowo 

wyciągnął sztylet, sparował atak i szybkim obrotem rozbroił napastnika. 
Kopnął miecz na bok, minął ucznia i podszedł do Tzigone.

Przytuliła się do niego mocno, zbyt zaszokowana tym, co się wydarzyło.
- Basel – wyszeptała.
- Widziałem.
Do pokoju z łoskotem wbiegło kilku mężczyzn w mundurach. Ich oczy 

background image

rozszerzyły się, gdy zobaczyli arsenał.

- Patrzcie na to – powiedział jeden z nich z podziwem. – Lord Basel 

spodziewał się napaści.

Tzigone odsunęła się i położyła dłoń na piersi Masona, by go 

powstrzymać. Młodzieniec spojrzał w jej twarz i puścił miecz. Matteo popatrzył 
na człowieka, który odezwał się jako pierwszy.

- Nie wygaduj bzdur. Nie ma w Halruaa wieży maga, która nie miałaby 

takiego pomieszczenia.

- Przyszli po niego – powiedziała Tzigone, wskazując głową na Masona. – 

Widziałam wcześniej kilku tych magów, przychodzili w odwiedziny do Farrah 
Noor. Mason jest podejrzany o jej zamordowanie. To była jej rodzina, tyle że 
byli zbyt niecierpliwi, aby czekać na wymierzenie sprawiedliwości.

- Mag walczący z magiem – mruknął mężczyzna noszący sznury 

kapitana. – To ponurym dzień, pierwszy z wielu.

- Wieża była oblężona – odparł Matteo. – Uczniowie Basela tylko jej 

bronili. Prawo pozwala każdemu mężczyźnie i każdej kobiecie bronić swego 
życia i domu. Nie rób z tego czegoś, czym nie jest.

Rozmawiał jeszcze ze strażnikami przez kilka minut. Wreszcie wyszli, by 

zająć się pojemnymi czarodziejami i wysłać wiadomości do zachodniego 
Halruaa. Ci, którzy uciekli, zostaną wyłapani i zaprowadzeni przed sąd.

Gdy strażnicy wreszcie wyszli, mason schował miecz za pas i zaczął 

zbierać błyszczące fiolki.

- Co właściwie zamierzasz z nimi zrobić? – spytał Matteo.
Uczeń rzucił mu szybkie, ponure spojrzenie.
- Basel nie żyje. Ruszam za rodziną Noor.
- Odstaw te fiolki, zanim je upuścisz – odparł ostro jordain. – Jeśli nie 

widziałeś, jak daleko sięgają te płomienie, przynajmniej rozważ stronę 
praktyczną. Jak sądzisz, jak daleko uda ci się dotrzeć ze swoją zemstą? Nie 
zostałeś oczyszczony z zarzutu zamordowania Farrah. Jeśli masz godzinkę 
wolnego, wyliczę ci wszystkie czary, które pozwoliłyby cię wyśledzić w czasie 
krótszym niż zajmie ta wyliczanka.

Oczy młodzieńca szybko ogarnęły dymiący, poczerniały ogród.
- Zatem muszę tu zostać.
Wzrok Mattea nieco złagodniał.
- Chodź ze mną do pałacu. Zostaniesz pod strażą w komnatach 

gościnnych, dopóki sprawa nie zostanie załatwiona. Tzigone?

- Idźcie. Zaraz was dogonię.
Jordain zawahał się, ale najwyraźniej poczuł, że chce być sama. Dwaj 

mężczyźni opuścili wieżę.

Gdy wszystko się uspokoiło, Tzigone podeszła do okna i wychyliła się 

przez parapet. Spalone bramy były otwarte, otaczająca wieżę magia zniknęła. 
Ognista kula o zakłóconym działaniu spaliła kamień i glebę na płaszczyznę z 

background image

czarnego szkła. Odbijał się w niej cienki sierp księżyca. Popatrzyła do góry: 
dym unoszący się z ogrodu rzucał ruchome cienie na malejący księżyc.

Tzigone stała tak, żegnają się po cichu z człowiekiem, który był jej ojcem, 

choć był nim tylko przez jeden krótki dzień. Nie będzie rytualnego pochówku 
Basela Indoulura, wielkiego stosu, jakim czci się wielkich magów Halruaa. 
Przypuszczała, że Basel prawdopodobnie wolałby, aby wszystko zostało tak jak 
jest.

Jej rozmyślania przerwał cichy, delikatny dźwięk. Odwróciła się prędko i 

cofnęła zaskoczona, gdy zobaczyła Dhamariego Exchelsora.

Czarodziej wydawał się być równie zaskoczony jej widokiem.
- Co tu robisz? – wykrztusił.
Uniosła dumnie podbródek.
- Jestem uczennicą Basela i według halruaańskiego prawa, również jego 

dziedziczką. Mam pełne prawo tu przebywać. W przeciwieństwie do ciebie.

- Basel też nie miał powody przebywać w mojej wieży – wycedził. 

Tzigone uniosła brew.

Twojej? Gdy rozwiodłeś się z Keturah, zrzekłeś się praw do niej. Jest 

moja. Twoje rzeczy zostały odesłane do winnic Exchelsorów.

- Nie wszystkie. Przyszedłem odzyskać to, co ukradł mi Basel.
Jej oczy zwęziły się.
- Dopiero teraz się pokazałeś. Jesteś zaskoczony, że ktokolwiek w tej 

wieży jeszcze żyje.

- I to niemile zaskoczony – dodał. Jego oczy płonęły nienawiścią, zaś dłoń 

wędrowała powoli do wiszącej przy pasie torebki.

- Wiesz coś o tym ataku
- To nie było subtelnego – odparł czarodziej. Jego dłoń zanurzyła się w 

torebce i pomknął do przodu.

Tzigone odruchowo uniosła ręce. Wypłynęła z niej magiczna energia, 

gotowa rozproszyć czar.

Lecz mag znał swoje czary nieco lepiej niż ona. Z jego ręki nie padło 

żadne zaklęcie, lecz mała, skrzydlata istotka. W jednej chwili odzyskała 
normalny rozmiar, wypełniając pokój szeleszczącymi skrzydłami i grubymi 
zwojami łusek o barwie szmaragdu i topazu.

Gwiezdny wąż rzucił się na Tzigone z rozdziawioną paszczą. Zaśpiewała 

jedną, wysoką nutę i skrzydlaty wąż odleciał pod sufit.

Śpiewała dalej, instynktownie znajdując dziwną, atonalną melodię, która 

w jakiś sposób pasowała do dzikiego, falującego lotu gada.

W ciągu kilku chwil poczuła, jak wiążącą istotę magia znikła. Gwiezdny 

wąż wystrzelił przez otwarte okno.

Tzigone zrobiła krok do przodu i huknęła pięścią w twarz Dhamariego. 

Poleciał chwiejnie do tyłu i oparł się o stojak z bronią. Poleciały miecze i noże, 
ich ostrza pozostawiły krwawe ślady na ciele maga.

background image

Dhamari machał rozpaczliwie rękami, na próżno usiłując się osłonić, 

lecz tylko pogarszał sprawę. Każde uderzenie w stojak powodowało kolejną 
ranę – w panice sam ciął się na plasterki. Mimo to nie krwawił. Nawet teraz 
talizman Keturah chronił go przed nim samym.

Tzigone wyciągnęła dłoń i zacisnęła palce na talizmanie matki.
- Dość – powiedziała zimny, spokojnym głosem. – Każdy w końcu musi 

stawić czoła temu, kim jest i żyć z tym albo umrzeć.

Szarpnąwszy mocno, zerwała łańcuszek.
Ciało maga trysnęło szkarłatnymi fontannami – w ciemności rozległy się 

jego wrzaski wściekłości i bólu. W ciągu kilku chwil leżał bezwładny i cichy.

Tzigone założyła medalion na szyję i opuściła wieżę, nie oglądając się za 

siebie. Nadeszła pora, by skorzystać z własnej rady i stawić czoła temu, kim 
naprawdę jest.

***

Tej nocy Matteo w ogóle nie spał. Nad miasto zakradał się świt, a on 

wciąż patrzył na dziwnie cienki i zdawałoby się kruchy księżyc. Za dwa dni 
nadejdzie nów, a kiedy księżyc się odrodzi, Beatrix stanie przed sądem.

Oskarżenie Andrisa o zdradę może zostać wycofane. Halruaańskie 

prawo wybaczało przestępcom, którzy oddali krajowi wielkie usługi. Andris z 
pewnością uczynił to wielokrotnie. Beatrix to całkiem inna sprawa. Matteo 
wciąż nie miał pojęcia, jak jej bronić inaczej, niż niszcząc w jakiś sposób 
Koterię – a wraz z nią najpotężniejszą tarczę chroniącą króla. Ta droga mogła 
sprowadzić tylko chaos i wojnę magów.

Atak na wieżę Basela, który miał miejsce zeszłej nocy, nie był czymś 

wyjątkowym. Więcej niż jeden mag wystąpił, by podważyć prawo i zdolność 
Zalathorma do rządzenia. Magiczne pojedynki odbywały się na rogach ulic i w 
miejskich ogrodach, gdzie ambitni czarodzieje dowodzili swej wyższości. 
Pozostali magowie obserwowali to i wybierali strony. Inne nielegalne i bardziej 
zabójcze formy walki stały się codziennością. Każdego dnia docierały 
informacje o pojedynkach na czary i magicznych zasadzkach. Tylko wczoraj 
zniknęło trzech mężczyzn, który opowiedzieli się przeciwko Malchiorowi 
Belajoonowi, i nikt nie potrafił wskazać, jaka magia ani który czarodziej są za 
to odpowiedzialni.

Podleciał mały, różowy gołąb, który usiadł na parapecie Mattea. Ptaszek 

przechylił się i spojrzał na niego wyczekująco. Matteo zauważył mały pojemnik 
na zwój przywiązany do jego nogi. Szybko wyjął i rozwinął malutki pergamin. 
Była to wiadomość od Tzigone, wzywająca go, by natychmiast przyszedł do 
wieży Keturah.

Pospiesznie wyszedł z pokoju, nie zwracając uwagi na smutne gruchanie 

ptaka – tacy posłańcy byli szkoleni do czekania na odpowiedź. Wieża z 
zielonego marmuru nie znajdowała się daleko od pałacu, a ulice pod 
blaknącym nocnym niebem wciąż ciche. Matteo gnał ulicą skupiony na swoim 

background image

celu. Po ataku na wieżę Basela spodziewał się najgorszego.

Przebiegł obok stojaka kwitnących kwiatów xenia i nie zauważył 

wystawionej nogi, póki nie było za późno. Zwinnie zmienił upadek w 
przetoczenie się i zerwał do przyklęku ze sztyletami w dłoniach.

Gałęzie rozchyliły się, wyjrzała zza nich mała twarz Tzigone. Gestem 

nakazała mu dołączyć do siebie. Po chwili wahania wsunął się do niewielkiej 
dziury.

- W wieży jest Procopio Septus – powiedział. Matteo uniósł brwi.
- Jesteś tego pewna?
- Właśnie wszedł – pokręciła głową z niesmakiem nad samą sobą. – Nie 

miałam czasu zmienić zabezpieczeń wieży od chwili, kiedy ją przejęłam.

Od razu pojął płynący z tego wniosek.
- Procopio zna zabezpieczenia Dhamariego! Jak to możliwe? Wieszcz 

mógłby przewidzieć niektóre z nich, ale na pewno nie wszystkie.

- Sądzę, że to Dhamari dał mu kontrzaklęcia – powiedziała ponuro. – 

Teraz są najlepszymi przyjaciółmi.

Jordain westchnął.
- Nie uznałaś za stosowne o tym wspomnieć?
- Chcesz usłyszeć, co mam ci do powiedzenia, czy wolisz sam hałasować? 

– spytała ostro.

Uniósł dłonie w geście pokoju.
- Wrócimy do Procopia później.
- Jak zawsze – zgodziła się. – W każdym razie, po twoim wyjściu w wieży 

Basela zjawił się Dhamari. Był bardzo zdziwiony, gdy natknął się na mnie, 
żywą. Sądzę, iż wiedział o planowanym ataku.

Matteo wyglądał na zmartwionego.
- Jeśli tak, to Procopio prawdopodobnie również o nim wiedział. Jednak 

dowiedzenie tego może być trudne. Wieszcze są trudni do odczytania magią.

- Może to coś pomoże – Tzigone wręczyła mu mała paczuszkę. – Wzięłam 

to z pokoju Sinestry Belajoon. Znalazła to ukryte w willi Procopia.

- Doprawdy? – spytał ostrożnie. Tzigone wzruszyła ramionami.
- Sinestra chciała nauczyć się kilku złodziejskich umiejętności. Możesz 

powiedzieć, że była moją uczennicą.

- Słodka Mystro – jęknął. – Dwukrotnie skradziony dowód nie jest lepszy 

od braku dowodów w ogóle.

- Zależy od dowodu. To proszek mumii.
Na twarzy Mattea pojawiło się pełne zaskoczenia zrozumienie.
- Tylko Mulhorandczycy balsamują swoich zmarłych. To wskazuje, że 

Procopio wszedł w konszachty z najeźdźcami! Z drugiej strony mógł go nabyć 
od jakiegoś rabusia grobów z północy. Kiedyś używano go jak farby…

- Za późno – przerwała mu. – Andris już mi o tym opowiadał i wystarczy. 

Naprawdę uważasz Procopia za przyszłego artystę?

background image

Zaprzeczył ruchem głowy.
- Oto nadchodzi – oznajmiła Tzigone. Będzie zabawnie.
Nim Matteo zdołał odpowiedzieć, Tzigone wyskoczyła z krzaków i 

skierowała się do wieży. Jęknął i poszedł za nią.

Spotkali się z czarodziejem przy bramie, ręce miał pełne ksiąg zaklęć. 

Zatrzymał się, a wyraz jego twarzy był czujny, lecz nie zaniepokojony.

- Jakże mi przykro z powodu zaklęcia niewidzialności – powiedziała 

obojętnie Tzigone. – Te paskudztwa zawsze się kończą w najmniej 
odpowiednim momencie, prawda? – przesunęła okiem po czarodzieju i uniosła 
brew w wyrazie łagodnego pytania. – Powrót z cichej przechadzki? Kubeczek 
ale na śniadanie, a potem rabuneczek?

Twarz Procopia pokryła się rumieńcem, a porem stężała.
- Jestem odpowiedzialny za sprawiedliwość Halruaa w tym mieście, a te 

przedmioty będą potrzebne podczas procesu królowej. Jestem pewien, że 
chciałby tego Dhamari Exchelsor.

- Z pewnością jesteś w odpowiedniej pozycji, aby to wiedzieć – odparła. – 

Ta wieża należała do Keturah, nim Dhamari ukradł jej życie. Teraz jest moja, 
wraz ze wszystkim, co się tam znajduje. I nawet nie myśl o rozbijaniu się w 
wieży Basela.

- Dwie wieże. Nie jesteś zbyt ambitna?
- Mam dwoje rodziców.
- A oboje nie żyją, co jest wygodne. Tak naprawdę wielu magów zginęło 

ostatnio – czarne oczy Procopia zwęziły się. – Zadziwiające, jak trudno 
wyśledzić ich zabójców. Niemal tak, jakby morderca był osłonięty przed 
dochodzeniem.

Matteo stanął między nimi, dostrzegając wyzywający błysk w oczach 

czarodzieja.

- Nie podoba mi się to, co sugerujesz.
- Nie obchodzi mnie, co ci się podoba, a co nie – odparł mag. – Jeśli nie 

możesz dostrzec, co kryje się pod tą piękną twarzyczką, jordainie, to jesteś 
głupcem. Legendy z tych ksiąg mówią, że ciemne elfy prześlizgnęły się przez 
zasłonę do krainy Niewidzialnego Ludu i wróciły jako drowy. Jakim potworem 
po powrocie stamtąd stała się ona?

- Ludzie stają się tam takimi, jakimi naprawdę są – odparła cicho 

Tzigone.

- A kim, w takim razie, stałaś się ty? – zaszydził Procopio.
Uniosła dumnie podbródek.
- Jest tylko jeden sposób, by się tego dowiedzieć, magu. Spotkajmy się na 

ubitej ziemi, dziś o północy.

ROZDZIAŁ DZIEWIĘTNASTY

background image

Przez długą chwilę wyzwanie Tzigone wisiało ciężko w pełnej 

zaskoczenia ciszy. Potem Procopio zaśmiał się urywanie, a później na jego 
twarzy pojawił się arogancki uśmiech.

- To będzie legalne pod każdym względem, nikt mi nie zarzuci, że 

popełniłem morderstwo. A ty, jordainie, będziesz świadkiem, że to ona 
wyzwała mnie.

Przeszedł przez bramę, chichocząc. Matteo szybko stanął mu na drodze.
- Księgi – powiedział krótko.
Ich oczy zwarły się w milczącej, pełnej wściekłości walce. Wreszcie 

Procopio wymruczał przekleństwo i pozwolił, by bezcenne, stare woluminy 
wylądowały na ścieżce ogrodowej. Odszedł, nie oglądając się za siebie.

Matteo odwrócił się do przeglądającej księgi Tzigone.
- Oto całe uzasadnienie jakiego potrzebowałam, aby zgnieść go jak 

ropuchę – mruknęła.

- Tzigone, co w imię każdego z bogów sobie myślisz? Procopio Septus to 

jeden z najpotężniejszych magów w Halarahh!

- Wiem – spojrzała na niego. – Powiedz mi, co powinnam zrobić teraz.
Założył ramiona i popatrzył na nią.
- Przenieść się do Cormyru?
- Wiesz, o co mi chodzi. Do takich rzeczy trzeba cały masy zwyczajów i 

protokołu.

- „Takich rzeczy” nie robiono od wielu lat – odparł. – Choć owszem, jest 

wiele odpowiednich zasad. Wyzwanie nie może zostać rzucone potężnego 
maga komuś o znacznie niższej randze. Pojedynek musi odbyć się na starym 
polu pojedynkowym za miejskim murami. Sądzę, że przez ostatnie lata 
używano go jako pastwiska dla stad szkarłatnych zebr, głównie tych 
przeznaczonych do gonitw.

- Zatem będę musiała uważać na siebie na więcej niż jeden sposób – 

powiedziała. – Coś jeszcze?

- Świadkiem walki musi być Rada Starszych. Biorąc pod uwagę status 

Procopia, będą tam również Beatrix i Zalathorm… – urwał i przejechał dłońmi 
po twarzy. – Tzigone, czemu na to służyć?

Stała przez dłuższą chwilę, zbierając myśli.
- Nie mogę zostać sprawdzona magią. Nawet Zalathorm nie posłucha 

mojego słowa przeciwko Procopiowi. Lecz jeśli stary Śnieżny Jastrząb ma 
cokolwiek wspólnego z Kivą, jeśli miał jakiś udział w śmierci Basela, umrze. To 
proste.

Pokręcił głową.
- Nie, nie jest. Nikt nie zginie tylko dlatego, iż żądasz pojedynku magów.
- Żartujesz sobie?!
- Mówię poważnie, Tzigone! Ścieżka zaczynająca się zemstą wiedzie ku 

smutkowi!

background image

- Nie interesuje mnie zemsta – powiedziała cicho – lecz przeznaczenie.
Matteo cofnął się zaskoczony, słysząc z jej ust tak ponure słowa.
- Twój przyjaciel Andris zrozumiałby to – Tzigone uniosła rękę, ucinając 

protest jordaina. – Wysłuchaj mnie do końca. Plany Kivy skupiały się na 
Keturah w sposób, którego do końca nie rozumiem. Gdy magia mojej matki 
zaczęła zanikać, Kiva przekazała jej zadanie mnie.

- Nawet jeśli tak jest, dlaczego wyzywać Procopia?
- Z powodu Kivy – odparła z naciskiem. – Chciała, aby mag walczył z 

magiem. Podsycają to ludzie pokroju Procopia czy Dhamariego. Jeśli sądzą, że 
coś na tym zyskają, nie pomyśleli. Kiva może być szalona, ale jest też sprytna. 
Planowała jedną dywersję po drugiej, uszczuplała liczbę magów z Halruaa, 
odwracała uwagę, dzieliła nasze siły. Najazd Mulhorandu zastał nas 
nieprzygotowanych, z opuszczonymi spodniami.

Na twarzy Mattea zamigotał szybki uśmiech, lecz wzrok miał nadal 

poważny.

- Chwała Mystrze za ten ostatni obraz! Przez chwilę myślałem, że 

słucham jakiejś halruaańskiej księżniczki.

Nastroszyła się jak zapędzony w kąt jeżozwierz.
- Myślisz, że wyzwałam Procopia, aby dowieść czegoś o sobie?
- Wcale nie. Lecz zastanawiam się, czy nie wyzwałaś go dlatego, że 

szlachectwo zobowiązuje. Jesteś bardziej córką Zalathorma, niż ci się wydaje.

Jej oczy zwęziły się.
- Nie słuchałeś, co mówiłam tamtego dnia. Moim ojcem był Basel 

Indoulur, a on nie mógł zaufać Procopio tam samo, jak nie mógł pluć 
kamieniami. Procopio nie stawiłby czoła Baselowi i może dlatego to kolejny 
powód, dla którego to zadanie przypadło mnie. Dość gadania – powiedziała 
nagle. – Byłabym wdzięczna, gdybyś uporał się ze szczegółami. Muszę 
przygotować się do dzisiejszej nocy.

Matteo otworzył usta, by zaprotestować, a potem zamknął je głośno. 

Uwagi Tzigone odniosły zamierzony skutek – wskazywały, że każda stracona 
chwila zmniejsza jej szanse. Ukłonił się lekko, cały czas patrząc jej w oczy – 
oficjalne pozdrowienie jordaina dla maga i potężnej mocy i wyższej randze.

Tzigone z nieprzyjemnym ukłuciem poczuła, że jeśli zda ten test, to 

będzie dokładnie tak postrzegana.

- Będzie, jak chcesz, pani – powiedział cicho, bez śladu przyjacielskiej 

ironii w głosie. – Niech Mystra prowadzi cię i wzmacnia.

Tzigone patrzyła, jak odchodzi, przyciskając dłoń do ust, jakby chciała 

stłumić śmiech albo łkanie. W tej chwili nie była pewna, co powinna zrobić. 
Formalne pożegnanie Mattea mogło zabrzmieć absurdalnie, lecz to właśnie ich 
oczekiwało. Wzruszyła ramionami.

- Zawsze mogę uniknąć pojedynku zabić Śnieżnego Jastrzębia później.
To stwierdzenie, tylko częściowo żartobliwe, bardzo podniosło ją na 

background image

duchu. Pozbierała księgi matki i ruszyła do wieży, aby przygotować się do 
oczekującego ją starcia.

***

Tej nocy, gdy barwy zachodzącego słońca zniknęły z nieba, a nad ziemią 

rozciągnęła się łagodna purpurowa mgiełka zmierzchu, na zachodnim skraju 
pola pojedynkowego zgromadziła się ogromna rzesza ludu. Rzemieślnicy i 
pomniejsi magowie cały dzień mieli pełne ręce roboty. Na polu wznosiła się 
drewniana arena, a na jego skraju, na podium, stały krzesła dla Starszych i 
trony dla króla-maga i jego małżonki.

Była tam już Beatrix, odziana starannie i elegancko w swoje srebro i biel. 

Jedynym znakiem zbliżającego się procesu było dwóch stojących obok niej 
magów i uzbrojeni strażnicy, otaczający podium z trzech stron.

Jako pierwsza na pole wyszła Tzigone. Słuchając rady Mattea, wyszła w 

prostej tunice, a nie szatach ucznia. Powtórzyła wyzwanie i słuchała, jak 
herold czyta długą listę reguł.

Gdy na pole walki wyszedł Procopio, przez tłum przebiegł szmer 

podniecenia. On również był odziany skromnie i prosto, raczej dla obniżenia 
olbrzymiej różnicy między rangą jego i wyzywającego. Na pokonaniu zwykłe 
dziewczyny nie zyska zbyt wiele honoru. Gdy wykonał stosowne ukłony, 
starannie podkreślił bohaterstwo Tzigone w ostatnich walkach i na Bagnach 
Akhlaura.

Walczący przeszli na środek placu i stanęli twarzami do siebie, 

spoglądając sobie nawzajem w oczy, tocząc pojedynek umysłów. Siwe brwi 
Procopia uniosły się, gdy dostrzegł, jak wielki rozmiar areny ma na myśli 
Tzigone – maksimum, na jakie pozwalało połączenie ich ran i statusów. W jego 
oczach pojawił się zły błysk, gdy przewidywał jej prawdopodobną strategię, 
skwitował to kiwnięciem głowy.

Odwrócili się od siebie i każde z nich odeszło na pół długości areny. 

Wtedy znów stanęli do siebie twarzami. Z pola wyrósł migoczący mur, tworząc 
wokół nich duże sześcian. Gdy to się stało, walczący odeszli na bok, aby 
przygotować zaklęcia obronne.

Matteo podszedł do jej boku.
- Jakieś ostatnie rady? – spytała lekkim tonem.
Zmarszczył w zmieszaniu brwi.
- Procopio Septus był moim panem. Nie mogę zdradzić żadnego z jego 

sekretów, ale mogę przypomnieć ci o rzeczach oczywistych dla wszystkich. Jest 
dumny, arogancki i niski.

Popatrzyła na niego przez chwilę i kiwnęła głową.
- Da się zrobić.
Dźwięk rogu oznajmił początek pojedynku. Tzigone i Procopio zajęli 

swoje miejsca na skraju magicznej areny. Gdy zabrzmiał ostatni dźwięk, weszli 
na nią w tej samej chwili.

background image

Tzigone od razu zaczęła śpiewać. Procopio czekał pewnie, z założonymi 

ramionami, stojąc na szeroko rozstawionych nogach. Czarne oczy przesuwały 
się po suficie sześciennej areny, szukając jakiejś przywołanej bestii.

Na polu pojawił się mały behir o bladoniebieskich łuskach. Był to niezbyt 

imponujący potwór, który czarodziejowi nie zrobiłby wielkiej krzywdy, gdyby 
nie jego pozycja. Behir zmaterializował się między nogami Procopia.

Istota otrząsnęła się, oceniła sytuację i zaatakowała. Mała, smukła głowa 

pomknęła wprost do góry, kły odnalazły cel. Jego ofiarę poraziła niewielka 
porcja podobnej do błyskawicy energii.

Czarodziej wydał z siebie wrzask gniewu i wściekłości. Kopnął behira, 

który od razu poleciał na bok. Niewielka istotka uciekła, machając sześcioma 
parami nóg.

Tzigone odprawiła go machnięciem ręki.
- Dumny, arogancki i niski – powiedziała jakby od niechcenia – a do tego 

jeszcze krótszy niż kilka minut temu.

Czarodziej warknął i obrzucił ją kilkoma plugawymi wyzwiskami. 

Tzigone wzruszyła ramionami.

- Ciesz się, że nalegałam na pojedynek. Wyobraź sobie, co by się stało, 

gdyby behir nie był zaczarowany tak, by zadawać tylko ograniczone obrażenia 
– uśmiechnęła się do niego niewinnie. – Rzecz jasna nie byłabym zaskoczona, 
gdybyś to ty był ograniczony przez bardzo długi czas…

Wściekły Procopio przywołał i rzucił kulę ognistą. Jego przeciwnik 

zacmokał i odpowiedział zaklęciem rozproszenia. Świecące pociski spotkały się 
i eksplodowały na tysiące drobnych kawałków, które opadły jasnym, 
nieszkodliwym prysznicem, zmieniając się w popiół, zanim jeszcze dosięgły 
walczących.

- Niewiele tu wyobraźni – powiedziała – ale gdy się gniewasz, jesteś 

zabójczo przystojny. Wstyd, że jesteś, no, ograniczony.

W jego czarnych oczach rozbłysnął szybko stłumiony gniew.
- Ta parodia powinna wkrótce się skończyć. Stawaj do walki, wiedźmo, 

bez tych ścian i zasad.

- Na to właśnie liczę – odparła uśmiechając się ustami, podczas gdy oczy 

pozostawały lodowato zimne. – Wracamy do przedstawienia. Moja kolej.

Zaczęła śpiewać. Ze środka areny wychynęła duża, ciemna istota. 

Wygięty, zakończony kolcami ogon przywołanego wywerna uderzał na boki. 
Potwór wyskoczył w powietrze i wspiął się ciasną spiralą pod szczyt 
błyszczącego sześcianu.

Procopio szybko się opanował, tworząc zaklęcie żywiołaka burzy, który 

zapewnił mu taką sławę podczas najazdu Mulhorandu. Chmury, zabarwione 
przez zachodzące słońce, zleciały się razem, połączyły i stworzyły postać 
wielkiego czarodzieja. Mag nabrał powietrza w płuca i dmuchnął strumieniem 
powietrza w stronę nurkującego wywerna.

background image

Podmuch uderzył w rozłożone skrzydła, rozpięte jak u jastrzębia. Otwór 

wydał z siebie pełen zaskoczenia skrzek i wpadł w korkociąg. Poleciał ku ziemi, 
a nietoperzowe skrzydła uderzały tak zaciekle, iż zdawało się, że się podrą. 
Wywern rozłożył skrzydła w ostatniej chwili i przeleciał tak nisko nad ziemią, 
iż trawy położyły się z szelestem. Zabójczy ogon wyrył w ziemią długą bruzdę.

Żywiołak Procopia uderzył wielkim, przezroczystym mieczem i odciął 

wywernowi ogon, który upadł, podskakując i wijąc się niczym gigantyczny 
robak. Potwór wrzasnął. Z kikuta płynęła ciemna krew, skrzydła wielkiej istoty 
zwolniły.

Tzigone wykonała gest, uwalniając przywołanego wywerna. Zniknął w 

obłoku mgły. Ogon z trucizną próbował jeszcze kilka razy na oślep ugodzić 
maga, po czym i on zniknął.

Żywiołak burzy pochylił się i zamknął Tzigone w jednej ze swoich rąk. 

Wyciągnęła sztylet i wsunęła go pod kciuk. Żywiołak zaryczał dźwiękiem 
przypominającym wiatr i grom, po czym przerzucił Tzigone do drugiej dłoni, 
wymachując ranną kończyną.

Dziewczyna nigdy nie miała lęku wysokości, lecz przeraziła się, gdy 

gigant przerzucał ją z ręki do ręki. Wystarczyło tylko ją upuścił i dzieło 
Procopia byłoby skończone. Było dokładnie tak, jak obawiał się Matteo: nie 
opanowała na tyle magii, aby stawać przeciwko czarodziejowi pokroju 
Procopia.

Szybko otrząsnęła się z tego zwątpienia i rzuciła proste zaklęcie 

pozwalające spadać niczym piórko. Żywiołak podniósł ją do góry i cisnął z całej 
siły o ziemie. Tzigone opadła wolno, dotykając ziemi tuż przed błyszczącym 
murem.

Krzywiąc się, musiała przyznać, że to było o wiele za blisko. Pierwszy 

mag, zmuszony do wyjścia poza sześcian był uznawany za przegranego. Weszła 
na arenę z nadzieją, że uda jej się upokorzyć Procopia, lecz nie spodziewając 
się wygranej. Nagle jej cel zmienił się, podjęła nową decyzję.

Była zaklinaczki, tak jak jej matka. Choć Basel Indoulur był jedyny ojcem, 

który mieszkał w jej sercu, w jej żyłach płynęła krew króla Halruaa.

Tzigone wyciągnęła rękę w stronę jednej z chorągwi łopoczących nad 

królewskim postumentem – czarnego jedwabiu z wyobrażonym na nim 
ognistym ptakiem. Wielka arena obejmowała też flagę, a wszystko 
znajdującego się wewnątrz można było używać.

Na jej zew ognisty ptak zeskoczył z jedwabiu i zaczął rosnąć.
Rósł z każdym uderzeniem płonących skrzydeł. Gdy ognisty twór zaczął 

okrążać istotę przywołaną przez Procopia, na arenie zrobiło się gorąco. Blask 
jego skrzydeł odbijał się w żywiołaku, nadając chmurom migoczące odcienie 
zachodzącego słońca. Istota próbowała zaatakować krążącego wokół niej 
wroga, jednak wyparowała, zmieniając się w kolorową mgiełkę.

Tzigone odwróciła się do Procopia i uniosła brew, zapraszając go do 

background image

następnej tury. Nie była przygotowana na wyraz zaskoczenia na jego twarzy, 
który szybko zmienił się w furię.

Procopio podszedł do królewskiego tronu, przecisnąwszy się ramieniem 

przez barierę błyszczącej magii. Zdziwiona Tzigone podążyła za nim.

- To nie była tylko rywalizacja – zaczął wściekły. – Nie chciałem tego 

wyzwania, lecz honor zmusił mnie do jego przyjęcia. Mimo to walczę nie z 
jednym magiem, a dwoma!

Zalathorm popatrzył na niego zimno.
- Oskarżasz tę młodą kobietę o oszustwo?
- Oskarżam króla o interweniowanie po stronie swojej córki!
W tej chwili podejrzenia Tzigone potwierdziły się. Podobnie jak Kiva, 

Dhamari wiedział, że Keturah i Beatrix to jedna i ta sama osoba. Procopio był w 
sojuszu z przynajmniej jednym z nich.

- Nie interweniuję w pojedynek zaklęć – powiedział cicho Zalathorm. – A 

co do drugiej sprawy, nie chcę obrazić lorda Basela bezpośrednim 
odrzucaniem jego stwierdzenia.

- Basel nie żyje – odparła obojętnie Tzigone. – Był uczciwym 

człowiekiem, lecz skłamał, aby mnie chronić. Dla swoich uczniów zrobiłby 
wszystko, a skoro już o to chodzi, tak właśnie chyba chciałby być zapamiętany. 
Jeśli chcesz panie, bym była twoją córką, niech i tak będzie, lecz zrób to, co 
musisz zrobić.

Zalathorm przyjrzał się jej uważnie. Tzigone nie była pewna, co w niej 

zobaczył, ale na jego twarzy pojawiło się zdecydowanie. Wstał z tronu i zwrócił 
się do szepczącego, zmieszanego tłumu. Wszyscy widzieli tylko, że zdarzyło się 
coś dziwnego, lecz niewielu słyszało słowa Procopia.

Zalathorm powiedział głośno:
- Lord Procopio zasugerował, że ognistego roka przywołało nie zaklęcie 

dziewczyny, lecz moje. Tak nie było. Przysięgam to wam na wiatr i słowo. Nie 
będę rzucał czarów przez innego maga, nie będzie przypisywał sobie dzieła 
innego czarodzieja.

Wielu z was sądzi, że stworzyłem wodnego żywiołaka przeciwko 

Mulhorandczykom z płynów żywych wrogów i ożywiłem potem armię ich 
szkieletów. Nigdy nie przypisywałem sobie takiego wyczynu. Ważne, by 
wszyscy wiedzieli, że te potężne zaklęcia nie były moje.

Przesunął spojrzeniem po milczącym tłumie. Szybkim gestem rozproszył 

migoczącą magię areny.

- To wyzwanie zostało rzucone i przyjęte. Ogłaszam Tzigone, prawowitą 

córkę Zalathorma i Beatrix, zwycięzcą.

Król jednym spojrzeniem uciszył zapluwającego się Procopia.
- Nie doceniałeś swojego przeciwnika. Byłeś tak pewien jej ograniczeń, że 

wyszedłeś poza granice areny. Według prawa to porażka.

- Dumny i arogancki – powtórzyła Tzigone i spojrzała w dół. – Nie 

background image

mówiąc już o tym, że mały.

Procopio zacisnął szczęki. Ukłonił się sztywno Tzigone kwitując jej 

zwycięstwo i odszedł, nie oddając królowi należnych honorów.

- Jeszcze wróci, żeby cię ugryźć – mruknęła, spoglądając za odchodzącym 

czarodziejem.

- Tak naprawdę znaczy mniej niż wcześniej – odparł król – skoro teraz 

mogę pozostawić Halruaa z dziedzicem.

Teraz Tzigone opadła szczęka. Zalathorm spojrzał na swojego seneszala. 

Mężczyzna pospiesznie przysunął krzesło do lewego boku króla i zaprosiła 
Tzigone. Usiadła, czując się tak, jakby wróciła do świata rządzonego przez 
iluzje.

Zalathorm wstał i zwrócił się do zaskoczonego tłumu.
- Jedno wyzwanie zostało rzucone i przyjęte. Rzucam kolejne. Wyzywam 

maga, który rzucił wielkie neoromantyczne zaklęcia przeciwko 
Mulhorandczykom. Wyzywam go na bój, w stary sposób, bez ograniczeń magii.

Król wykonał gest i przed jego twarzą pojawiła się wielka, złota kula. 

Położył na niej dłoń i powtórzył wyzwanie dźwięcznym, rytmicznym 
zaśpiewam, przesyłając je do każdego maga w granicach Halruaa. Potem znów 
zwrócił się do tłumu:

- Kraj znajduje się na skraju wojny magów. To, co tu się wydarzy, może 

albo zagasnąć w gwałtownym wybuchu płomienia albo wywoła pożar, który 
pochłonie całe Halruaa. Zbierzcie wszystkie wojska władające mieczem i magią 
i zgromadźcie je w tym miejscu. Wzywam was wszystkich, abyście odrzucili 
osobiste ambicje i drobne spory. Mag, który rzucił to zaklęcie, jest naprawdę 
potężny. Jeśli nie zdołam mu sprostać w pojedynku, na który go dziś 
wyzwałem, być może każdy z was będzie musiał podźwignąć sztandar.

***

Z dala od pola pojedynkowego, w najgłębszej części najbardziej 

zabójczych bagien Halruaa, Akhlaur i Kiva obserwowali jak licz, który kiedyś 
był Vishną, przygotowuje swoje nieumarłe oddziały.

- Był magiem bitewnym – powiedział z zadowoleniem Akhlaur. – 

Najlepszym ze swego pokolenia.

Kiva powstrzymała się od wygłoszenia uwagi, że Vishna był jednym z 

magów, którzy pokonali i wygnali Akhlaura.

- Jego plany zdają się być całkiem rozsądne. Bitwa odwróci ich uwagę. – 

Lecz szkarłatna gwiazda…

- Dość! – warknął nekromanta. – Gwiazda wspomaga tak samo 

Zalathorma, jak i mnie. Nie przechyli szali zwycięstwa w tę czy w inną stronę.

- Czy Zalathorm może zostać zniszczony? – spytała z naciskiem.
- A Vishna? – odpowiedział. Nagle się rozpromienił. – Jako licz, Vishna 

będzie błyskotliwym i lojalnym generałem. Wykorzystanie najstarszego 
przyjaciela Zalathorma do zniszczenia jego królestwa sprawi mi wielką 

background image

przyjemność.

Gdy elfka stłumiła krzyk frustracji, polanę wypełniło złote światło. Głos 

Zalathorma, wzmocniony potężną magią, powtórzył wyzwanie, które 
przekazał każdemu czarodziejowi w królestwie.

W czarny oczach Akhlaura zapłonął przeklęty ogień, a spojrzenie 

przeniosło się na nieumarłego mistrza walki.

- Wszystko gotowe?
- Tak – odparł głucho Vishna.
- Zbierz wojska – oznajmił. – Ucisz swoje wątpliwości, mała Kivo. Trójka 

znów się zjednoczy, a szkarłatna gwiazda po raz kolejny będzie moja!

***

Po pojedynku magów tłum rozszedł się. Andris, który siedział obok 

Mattea za królewskim tronem, odszedł cicho w stronę pałacu wraz z Matteem i 
Tzigone. Na jego przezroczystej twarzy malowała się troska.

- Nas troje – powiedział wreszcie. – Jesteśmy potomkami twórców 

Koterii.

Tzigone stuknęła łokciem Mattea.
- Przeznaczenie – powtórzyła. – Może to dlatego zostaliśmy zebrani 

razem. Czasem zadanie jednej osoby przypada innej… albo trzem innym.

- Co mamy robić? – spytał Matteo.
- To, co cały czas zamierzam – odparł z naciskiem Andris. – Musimy 

zniszczyć Koterię… szkarłatną gwiazdę.

- Teraz, kiedy Zalathorm wyzwał każdego i wszystkich magów, którzy 

pragną ją zdobyć?

- Spytaj go – odparł z naciskiem jordain. – Jeśli Zalathorm naprawdę jest 

takim dobrym i honorowym królem, nie będzie cenił swojego życia, a nawet 
tronu, wyżej od tego.

Matteo milczał przez chwilę, po czym gwałtownie pokiwał głową. Ruszył 

w stronę strażników, zaś Andris i Tzigone deptali mu po piętach.

Król spojrzał na niego pytająco. Matteo nachylił się i cicho powiedział:
- Andris jest potomkiem Akhlaura.
Oczy Zalathorma rozszerzyły się. Jego spojrzenie wędrowało od doradcy 

do córki, potem do widmowej postaci Andrisa.

- Zabiorę was tam – rzekł krótko.

***

Następnego ranka cała czwórka stanęła w okrągłej komnacie ukrytej 

głęboko w podziemiach królewskiego pałacu. Na jej środku pulsowała 
szkarłatna gwiazda, rzucając na nich wszystkich łagodne, czerwone światło. 
Przezroczyste ciało Andrisa zdawało się być wyrzeźbione z różowego 
kryształu, a oczy płonęły ogniem, który pochodził z jakiegoś miejsca, ukrytego 
głęboko wewnątrz jego duszy.

- Wiele razy próbowałem to zniszczyć – powiedział Zalathorm – lecz nie 

background image

wystarczy jeden z twórców. Dzięki Mystrze udało się zebrać waszą trójkę.

Andris wyciągnął miecz, ujął obiema dłońmi i zaczął wirować. 

Zamachnął się z całej siły i uderzył ciężką bronią w migoczący kryształ. W 
następnej chwili miecz poleciał w jedną stronę, a Andris w drugą. Miecz, 
uwolniony z jego uchwytu stracił swój szklisty wygląd i zadzwonił ciężko na 
kamiennej podłodze.

Jordain dźwignął się na nogi.
- Może uda się, jeśli uderzymy wszyscy na raz – zaproponował
Matteo i Tzigone podeszli do niego i stanęli wokół klejnotu.
- Z góry – ostrzegł Andris – aby nikt nie dostał odbitym ostrzem.
Na znak Mattea wszyscy uderzyli z całych sił. Nim broń zbliżyła się do 

artefaktu, wypadła im z dłoni i zwarła, tworząc wiszący nad kulą trójnóg.

- To tyle, jeśli chodzi o wspólne działanie – mruknęła Tzigone, 

spoglądając na połączoną broń.

Andris ze zmarszczonymi brwiami spacerował wokół artefaktu.
- Niech spróbuje sama księżniczka.
Parsknęła, ale podeszła powoli do klejnotu i ostrożnie dotknęła jednego z 

ramion gwiazdy. Przez dłuższą chwilę stała nieruchomo, a wyraz głębokiej 
koncentracji zmienił się w ból.

- Tyle ich – powiedziała stłumionym głosem. – Byłam więźniem w krainie 

Niewidzialnego Ludu zaledwie kilka dni. Te elfy są przetrzymywane ponad 
dwieście lat.

Oderwała dłoń i zwróciła się do króla – jej oczy były szeroko otwarte.
- Keturah wie, jak to można zrobić! To dlatego Kiva tak jej 

potrzebowała… dlatego sprowadziła ją do pałacu!

Popatrzyła na Zalathorma, czekając na potwierdzenie swoich słów.
- To możliwe – przyznał.
Tzigone już biegła korytarzami do komnaty królowej.

***

Tłum zgromadzony na polu pojedynków nie wyglądał jak zjednoczona, 

zdyscyplinowana armia z wizji Zalathorma. Lordowie czarodzieje i ich 
podwładni stali w osobnych szeregach, spoglądając z ukosa na swoich rywali. 
Każde stronnictwo chwaliło się magami, kapłanami i najemnikami. Walka na 
zaklęcia z Zalathormem będzie dopiero początkiem. Każdy, kto zdołałby 
pokonać króla, potrzebowałby wszystkich swoich popleczników, aby obronić 
świeżo zdobytą koroną przed pozostałymi.

Procopio Septus, jako lord burmistrz, miał pod swoją komendą cała straż 

miejską stolicy. Spacerował pewnie przed ich szeregami, doglądając 
wszystkiego. Wojownicy, poważnie osłabieni wojną i zaskoczeni zamieszkami 
wśród czarodziejów, nie byli pewni swojego zadania. Czarodziej u jego boku 
wyglądał na jeszcze mniej zdecydowanego. Malchior Belajoon, potencjalny 
rywal króla, przyglądał się zmartwiony stojącym naprzeciwko szeregom.

background image

- Może nie jest to czas, abym stawał do walki o tron – powiedział.
- Król odpowie wszystkim, którzy go wyzwą. Twój ród jest równie dobry 

jak jego, a ostatnie wydarzenia boleśnie uświadomiły wszystkim, że moce króla 
słabną. Kiedy będzie lepszy czas, aby się z nim zmierzyć?

- To nie jest rzuciłem te neoromantyczne zaklęcia!
- Nieważne. Zalathorm ogłosił wyzwanie i honor zmusza go, by 

odpowiedział każdemu chętnemu.

Spojrzenie Malchiora znów padło na zbierający się tłum.
- A co z królewską prośbą o jedność, dopóki ukryty mag nie został 

zdemaskowany?

Procopio machnął ręką na tę uwagę. Nim zdołał odpowiedzieć, na tyle 

lasu pojawił się migoczący czarny owal, tworząc przejście na ciemną równinę.

Wyszli z niej wojownicy – ohydne nieumarłe istoty, wzdęte od zgnilizny i 

płynów. Żołnierze – równie dobrze wyszkoleni, jak każda armia w 
południowych krainach, weterani ostatniego najazdu – cofnęli się z 
przerażeniem.

Armia nieumarłych szybko ustawiła się w szeregi. Ich dowódca, szczupły 

mag o sinobłękitnej skórze i wciąż błyszczących włosach barwy orzecha 
wyszedł z bramy i stanął na swoim miejscu.

Choć był to dziwny widok, nic nie przygotowało zaskoczonych 

obserwatorów na to, co miało nadejść teraz. Z portalu wyszła niska elfka z 
długimi warkoczami barwny jadeitu. Zimne spojrzenie jej bursztynowych oczu 
przesunęło się po czarodziejach i zdawało się na chwilę zatrzymać na twarzy 
Procopia. Potem odsunęła się na bok, by zrobić miejsce dla jeszcze bardziej 
przerażającej postaci. W nagłej ciszy pojawił się wysoki, chudy mężczyzna w 
czarno-czerwonych szatach nekromanty. W jasnym słońcu poranka jego 
bladozielona skóra i słabo opalizujące łuski błyszczały chorobliwie, jakby z 
głębin morza wypłynęła jakaś fosforyzująca istota.

Żaden z magów nigdy nie widział tej dziwnej postaci, a jednak wszyscy 

wiedzieli, kim jest. Jeden z najbardziej niesławnych magów Halruaa, którego 
imieniem nazwano zabójcze bagno i wiele przerażających nekromanckich 
zaklęć, nie został zapomniany przez dwa stulecia.

- Akhlaur.
Szepty zdawały się zlewać w jeden drżący powiew. Nekromanta pochylił 

głowę w archaicznym dworskim ukłonie, jakim potężniejsi magowie witali 
swoich mniej potężnych kolegów.

Zebrani magowie spojrzeli po sobie z paniką w oczach – nie byli już tak 

pewni, czy uwolnienie królestwa od Zalathorma jest takim dobrym i wartym 
osiągnięcia celem.

Akhlaur nie miał co do tego żadnych wątpliwości.
- Zalathorm rzucił wyzwanie – powiedział głębokim głosem, który 

przetoczył się po polu niczym letni grzmot. – Odpowiedziałem. Dawajcie go 

background image

tutaj, niech już się zacznie.

***

Kiva i Akhlaur cofnęli się na tyły swoich oddziałów, by oczekiwać 

odpowiedzi króla. Elfka przechadzała się gniewnie.

- Martwisz się czymś, małą Kivo? – zapytał nekromanta.
Odwróciła się ku niemu, wskazując ręką na plac pojedynków.
- Widziałeś tych wszystkich magów, zgromadzonych, aby walczyć z 

królem? Powinniśmy im to zostawić! Znasz dzieje Halruaa równie dobrze jak 
ja. Magowie mogą się kłócić, ale zjednoczą się przeciwko innemu zagrożeniu. 
Gdybyś pozwolił Zalathormowi zniszczyć ich jeden po drugim, twoje zadanie 
byłoby łatwiejsze, a jego wynik pewny! A teraz będziemy musieli stawić czoła 
im wszystkim!

Siła jej wybuchu sprawiła, że nekromanta uniósł w zdumieniu brwi.
- Boisz się o swoje bezpieczeństwo – raczył powiedzieć – i słusznie. Nasza 

więź sprawia, że jeśli umrę, ty również. Zapewniam cię, między szkarłatną 
gwiazdą i moją nie tak znów małą magią jesteś całkiem bezpieczna.

- Tak – ciągnął nekromanta – wszystko pójdzie, jak planowałem. Nic – a 

najmniej ty – nie przeszkodzi mi w tej tak długo wyczekiwanej konfrontacji.

Przez długą chwilę elfka milczała.
- Za twoim pozwoleniem, obejrzę twoje zwycięstwo z lasu.
- Jak chcesz – odparł Akhlaur. Nagle jego czarne oczy spoczęły na niej. – 

Pamiętaj, nie możesz mnie zdradzić i przeżyć.

- Zapewniam cię, panie – powiedziała Kiva z przekonaniem tak głęboki, 

jak nigdy w swoim życiu – że o tym nigdy nie zapominam.

***

Matteo i Tzigone zatrzymali się przy drzwiach do komnaty królowej.
- Co proponujesz?
- Wymyślę coś w trakcie – przyznała Tzigone. Weszła cicho do komnaty i 

skłoniła się przed zbyt cichą królową.

Tknięta jakimś impulsem, zaczęła nucić. Spojrzenie królowej było wciąż 

nieobecne, lecz jej głowa przechyliła się nieco na bok, jakby słuchała. Gdy 
Tzigone zamilkła, Beatrix cicho zaczęła powtarzać ostatnią melodię obojętnym, 
niemal pozbawionym barwy głosem. W miarę śpiewania jej głos stawał się 
coraz mocniejszy. Był zdarty o starych ran, lecz wciąż kryło się w nim echo 
dawnego piękna.

Tzigone uśmiechnęła się dumnie do Mattea. Zaśpiewała następną 

melodię i królowa znów ją powtórzyła. Potem Tzigone powiedziała o 
gwiezdnych wężach, a królowa zaśpiewała krótką piosenkę-zaklęcie, którą 
Tzigone przywoływał skrzydlate bestie. Trwało tak dalej, Beatrix odpowiadała 
piosenkami odpowiednimi do różnych sytuacji podsuwanych przez Tzigone.

- No i? – spytała tryumfalnie.
- To ma sens – zgodził się Matteo. – Muzyka i rozsądek nie zawsze 

background image

podążają w umyśle tą samą drogą. Osoba, która cierpi na zaburzenia umysłu 
może nie pamiętać, jak się mówi, lecz często nadal potrafi zaśpiewać piosenki, 
których się nauczyła przed wypadkiem. Jednak głos Keturah nie niesie już w 
sobie dość mocy, aby rzucała czary.

- Musi tylko zapamiętać pieśń. Ja rzucę zaklęcie.
Po kilku chwilach Matteo pokiwał głową. Wyszedł z komnaty i 

porozmawiał ze strażnikami, aby pozwolili królowej wyjść pod jego opieką. 
Cała trójka zeszła kręconymi schodami do podziemi.

Matteo i Tzigone szli piersi. Przypominał sobie każde słowo zaklęcia, 

jakich Zalathorm używał przy schodzeniu i szeptem podawał każde z nich 
Tzigone – tylko głos maga mógł unieszkodliwić zabezpieczenia. Schodząc krok 
po kroku, powtarzała każde z nich. To była długa droga, a nim dotarli na dół, 
obydwoje słaniali się na nogach.

- Po raz pierwszy trening pamięci jordainów na coś się przydał – 

mruknęła, gdy ruszyli do pokoju.

Nagłe uderzenie pocisku energii pchnął ją w ramiona Mattea. Popatrzył 

na nią z irytacją.

- Trening pamięci – przypomniał jej. – Nie ma sensu posiadać jordaina, 

jeśli nie robi się z niego dobrego użytku!

Tzigone szybko przyszła do siebie i uśmiechnęła się kusząco.
- Przypomnę ci kiedyś te słowa.
Matteo westchnął i odsunął ją.
- Trzy kroki, a potem skręć w lewo.
Przeszli labirynt bez dalszych wpadek. Wreszcie cała trójka stanęła 

przed szkarłatną kulą. Andris i Zalathorm już tam byli. Jordain stał z jednej 
strony, obserwując uważnie, jak król klęka przed błyszczącymi artefaktem. Po 
chwili Zalathorm wstał i odwrócił się do przybyłych.

- Aluar powrócił. Oczekuje mnie na polu walki.
Matteo spoglądał niepewnie to na króla, to na swojego najstarszego 

przyjaciela.

- Większość mocy Zalathorma pochodzi z tego artefaktu – powiedział.
- Sam mówiłeś, że nie można zwalczać zła złymi środkami – przypominał 

mu Andris. – Cóż może być gorszego od pozostawienia tych duchów w niewoli, 
skoro możemy je uwolnić?

Zalathorm poklepał jordaina po przezroczystym ramieniu.
- Oto rada, jakiej król potrzebuje. Róbcie, co konieczne, a kiedy 

wypełnicie zadanie, dołączcie do mnie w boju – zerknął na Mattea. – Gdy bitwa 
się skończy, nie będziesz miał nic przeciwko temu, by dzielić zaszczyt bycia 
królewskim doradcą z drugą osobą?

Na twarzy Mattea pojawił się szeroki uśmiech. Król uśmiechnął się 

znacznie słabiej. Podszedł i delikatnie dotknął twarzy swej królowej w cichym 
pożegnaniu, po czym zniknął.

background image

Andris spojrzał na Tzigone.
- I co teraz?
W pokoju rozległa się cichutka melodia. Tzigone machnęła ręką 

nakazując ciszę i nasłuchiwała czujnie głosu matki. Pieśń rwała się, nuty, nie 
brzmiały tak jak powinny, brzmienie było matowe, lecz Tzigone słuchała z 
całych sił, przejmując jej kształt i budowę.

Zaklęcie płynęło przez pieśń, rozwijając wokół błyszczącego kamienia 

delikatną sieć. Matteo popatrzył na gromadzącą się magie i rozpoznał jej 
źródło.

Wokół klejnotu rozciągnięta była ochronna tarcza, której żaden mag nie 

mógł dostrzec ani rozproszyć. Jednak ktoś zdołał ją utkać z Cienistego Splotu.

Gdy Matteo zrozumiał to i płynące z tego wnioski, jego giętki umysł 

zaczął działać. Kiva zgłębiała moce szkarłatnej gwiazdy przez ponad dwieście 
lat. Była więźniem Akhlaura, najprawdopodobniej znała tajemnice, które 
czyniły artefakt niewrażliwym na ataki. Gdzie Akhlaur się tego nauczył 
dwieście lat temu? Wówczas wiedza o Cienistym Splocie dopiero zaczęła 
pojawiać się w Halruaa!

Odpowiedź poraziła go niczym ognisty pocisk. Akhlaur dowiedział się o 

tym w taki sam sposób, jak Matteo – w widmowym przedsionku krainy 
Niewidzialnego Ludu. W ten sposób stał się tym, kim naprawdę był. Vishna 
dziwił się, że jego przyjaciel zmienił się z ambitnego maga w złoczyńcę, dla 
którego żadne zło nie było zbyt wielkie ani odstręczające. Tu znajdowała się 
odpowiedź.

Lecz czemu Kiva interesowała się Keturah? Czemu sprzymierzyła się z 

Dhamarim?

Keturah mogła pieśnią przywoływać różne istoty. Pieśni czarów były 

potężną magią, powszechnie znaną tylko elfom. Być może tego właśnie trzeba 
było, aby stworzyć więź z elfimi duchami wewnątrz. Wtedy pojawił się 
Dhamari ze swoją determinacją, by wzywać mieszkańców krainy 
Niewidzialnego Ludu i im rozkazywać. Był czarodziejem ambitnym, lecz 
niezbyt utalentowanym. Być może Kiva dostrzegła w nim zadatki na Adepta 
Cienia i zachęciła do podążania tą ścieżką.

Być może nie trzeba było trzech potomków, ale trzech talentów, które 

rzadko zbiegały się w jednej osobie.

Matteo szybko popatrzył na swoich przyjaciół i ich arsenał.
- Tzigone, dotknij klejnotu. Zobaczymy, czy zdołasz znaleźć w nim 

znaleźć jakieś echo Andrisa.

Spojrzała na niego zaskoczona, lecz zrobiła, jak kazał. Jej twarz ściągnęła 

się.

- Widzę walkę na Bagnach Akhlaura – powiedziała. – A niech to! 

Zapomniałam, jak paskudny był ten laraken!

- Andris – przypomniał Matteo.

background image

- Jest tu. A raczej jego część – odeszła od klejnotu, a jej wzrok wędrował 

od widmowego jordaina do Mattea. – O co chodzi?

- O nawiązanie kontaktu z zamkniętymi wewnątrz duchami. Andris jest 

do tego szczególnie predestynowany. Pierwszym krokiem do magii rzucanej 
przez kilku czarodziejów naraz jest dostrojenie się. To jego zadanie. Rzucanie 
czarów to skupienie się i energia… śpiewana przez ciebie pieśń czarów 
zostanie bez wątpienia powtórzona przez duchy elfów.

Po jej oczach widać było, że zrozumiała.
- A co z tobą?
Matteo popatrzył jej prosto w oczy.
- Akhlaur stworzył wokół szkarłatnej gwiazdy ochronną sieć, wykonaną 

z Cienistego Splotu. Mogę ją dostrzec. Może nawet rozproszyć.

Wyblakłe, orzechowe oczy Andrisa niemal wyszły z orbit.
- Jesteś Adeptem Cienia?
- To chyba zbyt mocno powiedziane – odparł krótko Matteo – lecz na 

razie możesz to tak potraktować. Bierzmy się do roboty.

- Ci, którzy zbyt często i długo korzystają z Cienistego Splotu, zyskują 

wielką moc, lecz z czasem tracą jasność umysłu – przypomniał im Andris. – 
Kimkolwiek jesteś, nadal pozostajesz także jordainem. Możesz utracić to, co cię 
najpełniej określa!

- Zatem zróbmy to szybko.
Tzigone wyciągnęła ręce w stronę jordainów, obaj je ujęli. Przez chwilę 

stali razem. Andris zaczął odzyskiwać barwy, które powoli wpływały z 
powrotem w jego przezroczystą postać. Matteo skinął głową Tzigone, a ona 
zaczęła nucić melodię, której nauczyła ją matka.

Pieśń zdawała się rozdzielać niczym światło przechodzące przez 

pryzmat. Rozchodziła się po całej komnacie, powtarzana i barwioną setkami 
różnych głosów. Blask światła w szkarłatnym klejnocie zwiększał się wraz z 
mocą gromadzonej magii.

Matteo skupił się na cienistej sieci. Sięgnął myślami i pociągnął za jeden 

z węzłów. Ustąpił, dwa wątki się rozpadły. Sięgnął do następnego i powoli, 
starannie, zaczął rozplątywać ciemną magią Akhlaura.

Było to znacznie bardziej wyczerpujące niż jakakolwiek walka, w której 

brał udział. Oddychał z trudem, komnata wirowała wokół niego. Jeszcze gorsza 
była utrata świadomości. Więcej niż raz odpływał, sprowadzając się z 
powrotem tylko dzięki sile woli. Za każdym razem czuł się jak przebudzony ze 
snu, nie wiedząc, gdzie jest ani co tu robi. Mimo to nacierał dalej. Jeszcze jeden 
splot, powiedział sobie. Tylko jeden. A potem kolejny, i tak dalej, aż nie wykona 
zadania.

Nagle sieć się rozpadła. Światło rozbłysło niczym wybuchająca gwiazda, 

artefakt pękł.

Matteo odruchowo rzucił się na Tzigone, która z kolei skoczyła osłaniać 

background image

królową. Upadli razem, a jordain osłonił je obie przed odłamkami kryształu, 
latającymi po całym pokoju.

Ku swemu zaskoczeniu, nie czuł żadnego trafienia latającymi 

okruchami. Ostrożnie uniósł głowę.

Pomieszczenie wciąż było pełne różowego światła. Poruszały się w nim 

przezroczyste postacie, podobnie do Andrisa. Wszystkie wyglądały na elfy, za 
wyjątkiem starszego ludzkiego mężczyzny, bardzo podobnego Farrah Noor. 
Widmowy czarodziej skłonił się głęboko i zniknął.

Elfy wirowały, obejmując się nawzajem i radując odzyskaną wolnością. 

Tzigone przyglądała im się ze łzami w oczach.

Lekka dłoń dotknęła jej ramienia.
- Ria? – spytał niepewnie głos.
Nagle wróciła jej pamięć, jedyna rzecz, której Tzigone szukała tak długo 

– jej imię, imię, jakim nazywała ją matka.

- To ja – wykrztusiła.
Oczy Keturah, tak wielkie na pomalowanej na biało twarzy, błądziły po 

twarzy córki.

- Jesteś taka piękna – powiedziała zadumanym głosem – ale już nie 

dziecko.

Gdy po raz pierwszy w życiu zabrakło jej słów, Tzigone wręczyła matce 

talizman. Palce Keturah zacisnęły się za nim, a twarz stężała.

- Kiva jest blisko, a wraz z nią nadchodzi wielkie, stare zło – wyciągnęła 

rękę i dotknęła policzka Tzigone. – Nasze zadanie nie zostało wypełnione do 
końca… oboje muszą zostać zniszczeni.

Ruszyła przez korytarze pewnym krokiem. Tzigone spojrzała na 

jordainów i z zaskoczeniem znów się odwróciła. Andris znów wyglądał 
normalnie, jak przez bitwą na bagnach Akhlaura.

Matteo kiwnął jej głową.
- Za tobą – rzekł krótko.
Tzigone ruszyła za żądną zemsty królową, przygotowując się do 

stawienia czoła Akhlaurowi… i Kivie.

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY

Na polu pojedynków naprzeciw siebie stały dwie armie. Było tak, jak 

spodziewała się Kiva, tak jak zawsze. Skłócone frakcje ambitnych 
Halruaańczyków zgromadziły się przeciw wspólnemu wrogowi. Czarodzieje i 
wojownicy, prywatne armie i resztki wojsk Halruaa stały ramię przy ramieniu, 
niemal tak samo bladzi, jak ich ohydni wrogowie.

Nieumarli podwładni Akhlaura byli gotowi. Kości przeświecały przez 

wodniste ciało pochodzące z bagna. Wszyscy czekali na jakiś sygnał.

Nagle przed frontem wojsk Halruaa pojawił się Zalathorm. Wyciągnął 

background image

rękę i rzucił drobny proszek w stronę armii nieumarłych. Wiatr podchwycił go, 
zaczął obracać jak piaskowego diabełka, rosnącego coraz bardziej. Blade 
tornado pomknęło w stronę nieumarłych i eksplodowało deszczem 
kryształków.

Licz-dowódca wykrzyknął rozkaz i wielu wojowników przyklękło, 

osłaniając się dużymi, rattanowymi tarczami. Jednak solna burza poraziła 
wielu z nich – każdy, kto został dotknięty, rozpłynął się niczym posolony 
ślimak.

Ich szkielety tylko otrząsnęły się z płynnego ciała i ruszyły do przodu. 

Kościste dłonie rozwiązały niewielkie sakiewki, jakie nosili na szyjach i wyjęły 
fiolki o jaskrawożółtym zabarwieniu. Szkieletowi wojownicy rzucili się do 
przodu z nienaturalną szybkością ciskając flakonikami w powietrze.

- Fiolki władcy umarłych! – krzyknął jeden z magów. Kilku z nich zaczęło 

rzucać zaklęcia ochronne.

Pierwsza linia ruszyła do walki. Niektórzy wojownicy przedarli się, 

osłaniani magią. Inni nie mieli tyle szczęścia. W każdym miejscu, gdzie płyn 
zetknął się z ciałem, pojawiały się gnijące wrzody. Mimo to zarówno żywi, jak i 
umarli, walczyli zaciekle. Ich miecze unosiły się raz po raz, gdy siekali kości 
przeciwników na drgające stosy.

Z północnego skraju pola, spod osłony wielkich, starych drzew, na 

nieumarłych spadł deszcz strzał. Skradająca się skrajem lasu Kiva dostrzegła 
mrowie łuczników, siedzących na gałęziach. Wszyscy byli ubrani w szarość 
Azutha – elfka zasyczała jak wściekła kotka.

Tak jak się obawiała, każdy nieumarły trafiony ich strzałą padał i już nie 

wstawał. Bez wątpienia w szklanych grotach znajdowała się woda święcona.

Magowie skorzystali z tego, bombardując wrogą armię jednym 

zaklęciem po drugim. Gdy ogniste kule trafiały w wodniste ciała, unosiła się z 
nich śmierdząca para.

Zaciskając zęby, Kiva przypomniała sobie przerażające zaklęcie 

nekromanckie, jakiego nauczyła się od Akhlaura. Po chwili wahania zaczęła 
rzucać potężne zaklęcie choroby.

Nad drzewami natychmiast zawisła plaga. Cała roślinność uschła i 

umarła, liście posypały się jak śnieg w górach. Ptaki leciały bezwładnie na 
ziemię, łucznicy spadali niczym wory mięsa. W ciągu kilku minut w połaci lasu 
o promieniu pięćdziesięciu stóp było tyle życia, co w krypcie.

Kolejny fragment starożytnych elfich lasów padł pod naporem 

halruaańskiej magii.

Kiva otrząsnęła się z bólu przenikającego każdy fragment jej ciała, kości i 

krwi, gdy wielkie drzewa umierały, a Splot migotał i uginał się. To straszliwe 
zniszczenie było jeszcze jedną skazą na jej duszy.

Obie armie ruszyły na siebie, ścierając się na środku pola w straszliwej 

walce. Niewielka grupka Halruaańczyków przedarła się, napierając z 

background image

samobójczą brawurą w stronę, gdzie stał Akhlaur.

Elfka – ofiara, uczennica i w przyszłości pani najpotężniejszego 

nekromanty w całym Halruaa – zareagowała bez chwili namysłu czy wahania. 
Uniosła dłonie, z jej palców strzeliły czerwone błyskawice. Zatrzymały szarżę 
niczym ściana mocy. Wojownicy zostali uniesieni w powietrze, otoczeni 
trzaskającymi błyskawicami, ich ciała wiły się w rozdzierającym bólu. Taniec 
nerwów był jednym z wielu okrutnych zaklęć w arsenale nekromanty. Nie 
powstrzyma ich na długo, nie zabije wielu, lecz przez kilka długich chwil będą 
bezradni. Niewielu magów zdoła w takim bólu rzucić jakieś zaklęcie. Chwila 
słabości dawała okazję – jej wykorzystanie było zadaniem Akhlaura i jego licza.

Kiva odwróciła się i uciekła z pola bitwy, biegnąc w stronę pałacu. Gdy 

wiele lat temu sprowadziła tam Beatrix, rozmieściła też kilka niewielkich 
urządzeń, które pozwolą jej ominąć zabezpieczenia.

Niezależne od tego, czy Akhlaur sobie tego życzył, czy nie, szkarłatna 

gwiazda tego dnia zajdzie.

***

Matteo i Andris zbiegali po szerokich pałacowych schodach. Zatrzymali 

się, gdy do środka wmaszerował w karnym szeregu batalion straży, zajmując 
pozycje obronne. Procopio Septus wystąpił naprzód i z lekkim uśmiechem 
przyjrzał się zaskoczonym jordainom.

- Utrzymamy pałac – oznajmił. – Ktoś musi być gotów objąć tron, jeśli 

Zalathorm przegra.

- Jeśli wszyscy magowie z miasta staną za nim, jego szanse przeżycia 

znacznie wzrosną – odparł Matteo. – Ci ludzie są potrzebni w walce z armią 
Akhlaura.

Twarz Procopia pociemniała z gniewu.
- O tym zadecyduję ja. Musisz się jeszcze nauczyć, jordainie, że to 

lordowie czarodzieje rządzą.

- Rób, co uznasz za właściwe, lecz przepuść nas – powiedział Matteo. 

Wyciągnął miecz, Andris zrobił to samo. – Każda para rąk się przyda.

Mag pokręcił głową.
- I pozwolić, byście zanieśli tę opowieść do Zalathorma, niczym wierny 

pies przynoszący kuropatwę? Nie sądzę.

Dwaj jordainowie zbliżyli się. Mag parsknął.
- Dwaj ludzie przeciwko dwudziestu wojownikom i magowi?
Do przodu przedarł się jeden z żołnierzy, wysoki, muskularny 

mężczyzna. Skłonił się przed Procopiem i wyciągnął miecz, jakby chciał 
zaproponować swoje usługi jako czempion. Nim mag zdołał odpowiedzieć, 
wielki mężczyzna wbił swoją pięść w jego brzuch. Błysnęły zabezpieczenia, 
lecz mężczyzna bez trudu się z nich otrząsnął. Procopio zgniłą się z 
szarpnięciem niczym przekłuty bukłak.

- Z całym szacunkiem, panie – powiedział elegancko Themo – będzie 

background image

trzech ludzi i ani jednego maga.

Na twarzy mężczyzny pojawił się szeroki uśmiech. Wraz z dwoma 

przyjaciółmi zgodnym krokiem zeszli po schodach w stronę morza 
wyciągniętych mieczy.

Żołnierze jak na komendę opuścili broń. Uśmiech zniknął z twarzy 

Thema.

- Gdzie tu jest haczyk? – spytał.
- Teraz ty dowodzisz – odpowiedział jeden z nich – a walka z dowódcą to 

zdrada. Jest większa bitwa do stoczenia, ale na bogów, jeśli każesz nam 
walczyć z Halruaańczykami, sam po tobie przejdę.

Wielki mężczyzna uśmiechnął się dziko.
- Sądzę, że armia Akhlaura składa się z Halruaańczyków, ale sa martwi 

zbyt długo, aby się obrażać.

Jak na komendę oddziały podniósł broń i przygotował się do biegu w 

stronę bitwy.

- Do królewskich stajni! – krzyknął Matteo.
pospiesznie zabrali szybkie konie, dosiedli ich i pognali w stronę 

północnej bramy. Pole pojedynków było blisko, a konie pędziły tak, jakby 
wyczuwały pośpiech swoich jeźdźców.

Matteo pochylił się nad końskim karkiem, okrążając walczących i jadąc 

w stronę Zalathorma. Widział, jak zbliża się Akhlaur, trzymając w wysoko 
uniesionej dłoni czarną kulę. Matteo jęknął, rozpoznając zaklęcie śmierci – 
potężny atak nekromanty, natychmiast wysysający siły życiowe.

Król wyciągnął rękę w stronę zbliżającego się maga. Błysnęło światło, 

jasne i czyste jak serce paladyna. Blask, zdolny rozproszyć ciemność i zniszczyć 
zło, pomknął w stronę nekromanty.

Czarna kula zniknęła, Akhlaur osunął się na ziemię. Ku przerażenia 

Mattea, pokryta zielonymi łuskami twarz pociemniała, przypominając twarz 
niedawno zabitego wojownika. Szaty maga zmieniały się w błękitno-zielony 
uniform, splamiony ciemniejącą krwią.

- Zombie sobowtór – powiedział, pojmując sztuczkę. Nekromanta użyczył 

swego wyglądu niedawno zabitemu Halruaańczykowi. Jordain rozglądał się 
gorączkowo w poszukiwaniu prawdziwego Akhlaura.

W bitewnym zamęcie poruszył się cień, czarna kula błysnęła nagłym 

życiem. Poleciała w stronę króla. Z piersi Mattea wydarł się krzyk, lecz był zbyt 
daleko, by w porę dotrzeć do Zalathorma.

W stronę króla galopował gniady ogier, a siedzący na nim szczupły, 

rudowłosy mężczyzna podkurczył nogi i skoczył. Czarna kula trafiła go w 
powietrzu, zakręciła ciałem.

Andris dźwignął się chwiejnie na nogi, trzymając w rękach sztylety. 

Przez chwilę Matteo odważył się mieć nadzieję, że odporność jego przyjaciela 
okazała się równa straszliwemu zaklęciu, lecz ręce mężczyzny opadły wzdłuż 

background image

boków, a broń upadła na ziemię.

Matteo zeskoczył z konia i w ostatniej chwili podtrzymał umierającego.

***

Kiva biegła w stronę pałacu. Zatrzymała się przy jednym z ocieniających 

podwórze drzew i zaczęła się na nie wspinać. Za jej plecami rozległy się ciche 
kroki. Elfi wzrok pozwolił Kivie dostrzec kątem oka Tzigone i dłonie, sięgające 
ku jej włosom.

Nim elfka zdążyła zareagować, Tzigone chwyciła szmaragdowy warkocz 

i szarpnęła gwałtownie. Głowa czarodziejki poleciała do tyłu, gałąź wymknęła 
się jej z palców. Wykorzystując upadek na swoją korzyść, odbiła się od pnia i 
spadła na wredną dziewuchę.

Walczyły niczym koty z dżungli – przetaczały się, drapały i waliły 

pięściami. Żadna z nich nie zauważyła, kiedy Keturah zaczęła nucić.

Kiva z wolna zaczęła zauważać, że do zniszczenia altu kobiety dołączył 

chór elfich głosów. Wyrwała się i cofnęła od nagle czujnej Tzigone, spoglądając 
z niedowierzaniem na twarze, których zbyt długo nie widziała.

Pieśń ucichła. Elfi lud zbliżył się, cichy i czujny, jakby zadanie ich życia 

nie zostało jeszcze zakończone.

Tzigone podniosła się.
- To już koniec, Kiva. Wygrałaś. Te elfy są wolne.
Kiva jak przez mgłę uświadomiła sobie, iż kręci głową jakby w 

zaprzeczeniu. Tak, to był jej lud, jej przyjaciele. Widziała swoją siostrę, 
przyjaciela z dzieciństwa, który uczuł ją polować, pierwszego kochanka. Byli 
wolni. Cel jej życia został osiągnięty, a dowód tego stał obok cicho czekając, aby 
pojęła tę prawdę.

Nagle Kiva zrozumiała. Jej zadanie nie było zakończone. Przez całe te 

lata wierzyła, że wszystko, co robi, było podporządkowane oswobodzeniu jej 
ludu. Lecz nie to dawało jej siłę. Zemsta pochłonęła ją całkowicie, aż stała się 
mniej żywa niż te duchy.

Kiva krzyknęła rozpaczliwie i rozpostarła szeroko ramiona. Otoczył ją 

blask magii i znikła.

W czasie krótszym niż trwa uderzenie serca wyszła z zaklęcia migotania, 

który miał ją zaprowadzić do niegdysiejszego sojusznika. Stała na schodach 
pałacu, na których dumał z ponurą twarzą Procopio.

Gdy jej paznokieć wbił mu się w ramię, podskoczył jak wystraszony kot.
- Chodź, magu – powiedziała głosem, który brzmiał dziwnie nawet w jej 

własnych uszach. – Czas, aby Halruaa zginęło.

***

Kiva i Procopio wynurzyli się z zaklęcia w samym środku tłumu 

nieumarłych. Czarodziej zaczął krztusić się smrodem i zasłonił ręką nos.

Elfka odciągnęła go na bok i wskazała wolną dłonią miejsce, gdzie stał 

otoczony czarnym światłem Akhlaur.

background image

- Przyjrzyj mu się dobrze, magu – powiedziała głosem drżącym z 

szaleństwa. – To twoje odbicie. On jest tobą. On jest Halruaa, i niech was 
wszystkich pochłonie Otchłań!

Wyrwała nóż zza pasa Procopia i wbiła mu go w pierś. Przez chwilę 

spoglądał na niego z niedowierzaniem, po czym osunął się na mokrą od krwi 
ziemię.

***

Ukryty za szeregami wojowników Akhlaur rzucił następne zaklęcie. Na 

skłębioną masę walczących spadł straszny urok zniszczenia kości. Nieumarli 
nie zostali nim dotknięci, lecz żywi odczuwali każdy cios dwa razy mocniej niż 
zwykle. Miecze wypadły z potrzaskanych rąk, ludzie padali na ziemię wijąc się 
w agonii, gdy niewielkie, poszarpane kawałki kości przebijały im ciało.

Odziani na szaro kapłani pracowali najlepiej jak potrafili, odciągając 

rannych na bok i gorliwie się nad nimi modląc. Krąg magów rzucał czary 
ochronne na grupę kapłanów Azutha śpiewających wspólnie zaklęcia mające 
odegnać nieumarłych.

Oddziały Halruaa, zjednoczone wspólnym celem, były trudne do 

pokonania. Wojownicy-szkielety padali jak ścięte zboże.

Akhlaur odwrócił się w stronę swego licza. Vishna stał poza zasięgiem 

kapłanów. Na gest Akhlaura nieumarły mag wezwał straż śmierci – z Planu 
Eterycznego wyrwały się duchy strażnicy. Świetliści wojownicy poszybowali w 
stronę kapłanów niczym upadłe anioły, straszliwi jak szarża uniesiony w 
powietrze paladynów. Vishna zaczął zaśpiew, który mógł sprowadzić jeszcze 
więcej zabójczej magii.

Nad polem walki pojawiła się ciemna sieć. Gdy zaklęcie legionu trupów 

zaczęło działać, nowi zmarli zaczęli się podnosić zaś żywi żołnierze, nietknięci 
przez oręż lub czary, padali bez zmysłów.

Pełne przerażenia okrzyki wydobyły się ze zdartych gardeł dziesiątek 

ludzi, którzy nagle zorientowali się, iż zamieszkują trupy. Ich leżące ciała były 
żywe, lecz nieruchome, bezbronne. Nieumarli wojownicy szli ku nim niczym 
wielki otaczające pojmaną ofiarę.

Wojownicy Halruaa, których nie dotknęło zaklęcie Vishny i nie rozumieli 

istoty jego działania, ruszyli, aby zetrzeć się z nadchodzącymi towarzyszami. 
Nieświadomi tego, co się stało, cięli zaskoczonych i przerażonych nieumarłych. 
Opuszczone ciała drgały i umierały, gdy pochwycone w ciałach siły życiowe 
odchodziły w zaświaty.

Oczy licza przesunęły się po tłumie i odnalazły Zalathorma, walczącego z 

wielkim konstruktem z kości, przypominającym pół człowieka, pół człowieka, 
pół krokodyla. Akhlaur szybko wykonał gest zaklęcia wyczerpania i rzucił je na 
króla. Zalathorm odskoczył, jego twarz zbladła, gdy siła i moc zaczęły go 
opuszczać. Na krótką chwilę oczy dwóch starych przyjaciół spotkały się.

Bez jednego słowa czy gestu Vishna posłał w stronę króla pocisk 

background image

leczniczej energii. W tej samej chwili wysłał mentalny rozkaz do nieumarłego 
wojownika stojącego przy boku Akhlaura.

Potwór wyciągnął zardzewiały nóż i przeciął mocowanie trzymające 

czarny sześcian w rękawie nekromanty. Następnie ruszył chwiejnie, niosąc 
hebanowe filakteriom, w którym uwięziona była dusza Vishny. Akhlaur był tak 
pochłonięty walką, że nawet nie zauważył straty.

Vishna wziął niewielkie pudełko z kościstej dłoni i kiwnął w podzięce 

głową.

- Daję ci odpoczynek i szacunek – mruknął. Szkielet pochylił głowę, jakby 

również chciał podziękować, i rozsypał się w proch.

Vishna znów rozejrzał się po polu walki i dostrzegł niską kobietę o 

zielonych włosach. Jednym ruchem dłoni dowódca nieumarłych stworzył sobie 
ścieżkę wśród walczących. Podszedł do Kivy.

Popatrzyła na niego dumnie oczami pełnymi nienawiści.
- Teraz kieruje tobą Akhlaur. Czego ode mnie chcesz?
- Tylko dokończyć to, co zostało rozpoczęte dawno temu – odparł. – 

Przybyłem, aby cię uwolnić.

Nieumarły mag wbił sztylet w jej serce.
Patrzyła na niego przez długą chwilę. Nienawiść zmieniła się w 

oszołomienie, a potem w dziwną odmianę ulgi.

Vishna wyrwał sztylet i pozwolił Kivie upaść. Po chwili pochylił się i 

zamknął jej oczy. Wziął ciało elfki na ręce i ruszył przez uschnięty las w stronę 
żyjących drzew. Może tam, wśród korzeni wiekowego drzewa, znajdzie spokój, 
którego brakowało jej od tak dawna.

Na skraju pola walki widmowe postacie halruaańskich elfów 

obserwowały to z pełną smutku aprobatą.

***

Zalathorm odrzucił na bok martwego krokodylowego wojownika i 

rozejrzał się wokoło. Gasnące światło słońce dotykało lekko świecących postaci 
stojących na skraju lasu. Gdy pojął, kim są, na jego twarzy pojawił się uśmiech, 
a z serca zdjęty został olbrzymi ciężar.

Wykrzyknął imię wroga. Potężna magia poniosła to słowo ponad polem 

niczym krzyk boga.

Walczący przerwali zmagania i cofnęli się. Wszystkie oczy spoczęły na 

królu-magu. Zalathorm wskazał na czujne elfie duchy.

- Serce Halruaa – powiedział krótko.
Akhlaur odwrócił się w stronę duchów elfów, które zniewolił i 

torturował. Czarne oczy rozszerzyły się w przerażeniu. Dłonie o zrośniętych 
błoną palcach zaczęły kreślić wzór czaru pozwalających kontrolować 
nieumarłych, lecz elfy były daleko poza jego zasięgiem.

Nekromanta zawołał Vishnę, potem Kivę. Nie było odpowiedzi.
- Daj spokój, Akhlaurze – powiedział Zalathorm. W jego głosie było 

background image

więcej smutku niż gniewu. – Nasz czas się skończył.

Zdjął z szyi srebrny łańcuch, do którego przymocowany był mały, 

czerwony klejnot.

- Jedno z naszych wcześniejszych dzieł – powiedział, unosząc świecących 

kryształ – gdy naszą jedyną myślą było wspieranie się nawzajem dla dobra 
Halruaa.

Zalathorm rzucił na ziemię. Kamień pękł, a ciężar przeżytych lat nagle 

zmiażdżył króla na proch. W miejscu, gdzie stał, znajdował się tylko niewielki 
kopczyk kości i przegniłych szat, zwieńczony obręczą z elektrum i srebra.

Z piersi nekromanty wyrwał się straszliwy wrzask, który zwrócił uwagę 

wszystkich na jego przemianę. Starzał się podobne jak Zalathorm, lecz wolniej 
i pozostając świadomy, skrzecząc ze złości i sprzeciwu. Koścista szczęka drgała 
z gniewu jeszcze długo po tym, jak dźwięk już ucichł. Pozostał tylko proch, 
który rozwiał się w kilku podmuchach wiatru, wywołanych przez padające 
ciała nieumarłych, uwolnionych wreszcie spod mocy nekromanty.

Nad polem walki zapadła pełna zaskoczenia cisza. Wreszcie jeden z 

magów zaczął nucić imię Zalathorma. Ocaleli podjęli śpiew, unosząc 
zakrwawione miecze i zużyte różdżki do nieba, wychwalając króla za jego 
ostatnie zwycięstwo.

Nikt nie słyszał cichego, zdartego głosu, śpiewającego urywaną melodię; 

nikt, poza stojącą obok kobietą. Dłoń Keturah szukała dłoni Tzigone. Ich palce 
połączyły się, głosy uniosły razem.

Nie było to wezwanie i nie niosło ze sobą przymusu, lecz błaganie. Cienie 

elfich duchów podjęły refren i ich pieśń popłynęła nad polem bitwy, by jeszcze 
raz spleść się z pieśnią czarów królowej i jej córki zaklinaczki.

wreszcie rozstąpiły się, odsłaniając postać władcy Halruaa. Delikatnie, 

jakby uczyły dziecko stawiać pierwsze kroki, poprowadziły ducha Zalathorma 
z powrotem do śmiertelnych szczątków.

Widmowa postać stopiła się z ciałem króla. Zgnilizna powoli zaczęła się 

cofać. Śpiew stawała się coraz głośniejszy, gdy poddani Zalathorma witali 
swego pana z powrotem, z dziką radością i bez zahamowań.

Keturah podbiegła i wpadła w ramiona Zalathorma. Wstali razem, 

trzymając się za ręce, a król uniósł ich połączone dłonie wysoko do góry. W 
pieśni pojawiło się jej imię, gdyż wielu widziało, że to jej śpiew sprowadził 
ducha króla z powrotem do ciała.

Wreszcie Zalathorm gestem nakazał ciszę.
- Oto czas prawd, które dawno nie były wypowiadane. Wiem, że jesteś 

zmęczeni, lecz posłuchajcie opowieści, która zbyt długo była owiana tajemnicą.

Opowiedział im prawdę o Koterii, o długiej drodze zemsty, którą 

kroczyła pewna elfka, poświęciwszy swoje życie zniszczeniu. Powiedział o 
dzielnej królowej, która przez lata była uwięziona między artefaktem i elfką, o 
córce, która nigdy nie przestała szukać swojej matki i sposobu, aby ją uwolnić.

background image

Wreszcie oznajmił, że nadszedł czas zmian i wybaczył czarodziejom, 

którzy spiskowali przeciwko niemu, o ile dadzą słowo maga iż będą wraz z nim 
współpracować w uczynieniu Halruaa miejscem, o jakim wszyscy marzyli.

Lud Halruaa jak jeden mąż uklęknął i wykrzyczał imię Zalathorma w 

ciemniejącego niebo.

***

Rzadko pojawiające się łzy zwilżyły twarz Mattea, gdy przyglądał się tej 

scenie.

- Przynajmniej znalazła rodzinę i imię – powiedział z głęboką 

satysfakcją.

- A ty?
Słowa Andrisa zostały wyszeptane i brzmiały tak słabo, jak jordain 

niegdyś wyglądał.

- Jestem jordainem i zawsze nim pozostanę – rzekł Matteo. – Jeśli mogę 

zobaczyć i wyczuć Cienisty Splot, tym lepiej. W nadchodzących latach król 
może tego potrzebować.

Andris uśmiechnął się tęsknie.
- Byłem jordainem, wojownikiem z elfią krwią, a wreszcie jednym z 

trojga. To było najlepsze ze wszystkiego.

Wyciągnął rękę do Mattea. Jordain uścisnął nadgarstek przyjaciela w 

pożegnaniu wojowników, trzymając długo po tym, jak dłoń Andrisa zwiotczała, 
dopóki jego własna dłoń nie chwyciła pustego powietrza.

Po tym, co dziś widział, Matteo wcale nie był zdziwiony, iż Andris po 

prostu znikł. Patrzył, jak znajoma postać idzie w stronę czekających na nią 
cieni. Andris został z radością i bez rezerwy powitany przez elfy, które 
pomagał uwolnić. Razem spojrzeli na pierwszą gwiazdę i unieśli się ku 
wieczornemu niebu.

Wzrok Mattea przeniósł się z królewskiej rodziny na gwiazdy. Andris, 

podobnie jak Tzigone, był wreszcie między swoimi.

Królewski jordain wstał i cicho podszedł do króla, gotowy służyć, rad ze 

swojego powrotu do domu.

EPILOG

Matteo szedł szybkim krokiem przez miasto, poganiany światłem 

księżyca w pełni i odgłosami walki dochodzącymi z tawerny w dokach.

Przedostał się do Sali i z rezygnacją przyjrzał się znajomej scenie. Na 

stole stał młody chłopak, żonglując kilkoma kubkami. Otaczało go trzech 
wściekłych ludzi, usiłując złapać go za nogi. Kuglarz trzymał ich na dystans 
celnie wymierzanymi kopniakami i rzucanych od czasu do czasu kubkiem. 
Kilku gości zachęcało go do dalszej walki i nawet podrzucało własne kubki, aby 
uzupełnić mu arsenał.

background image

Niestety, nie wszystkie były puste. Tu i ówdzie zmoczeni ale klienci 

wymachiwali pięściami i przeklinali tych, którzy pomagali żonglerowi. 
Dodatkową zabawę sprawiło kilka wywołanych tym bójek. Robiono zakłady, 
monety wędrowały z rąk do rąk.

Matteo wszedł do środka, podszedł do trzech walczących i złapał dwóch 

z nich za kołnierze. Zderzył ich mocno ze sobą i odrzucił na bok. Trzeci, 
zorientowawszy się nagle, że jest sam, wyrwał miecz zza czyjegoś pasa i natarł 
z pijackim uporem.

Ramiona jordaina uniosły się i opadły z westchnieniem. Uniósł dłoń i 

zachęcił mężczyznę do walki. Zbir, rycząc niczym użądlony byk, natarł na 
najwyraźniej nieuzbrojonego człowieka.

Matteo zrobił krok do przodu, złapał go za rękę i pociągnął. Miecz utkwił 

między deskami podłogi, a mężczyzna poleciał dalej, już bez niego.

Chłopak, wciąż żonglując, rzucił szybko trzema kubkami, jeden po 

drugim. Wszystkie trzy trafiły pijaka w czoło. Zachwiał się, padł na kolana i legł 
z twarzą w kałuży ale.

Tawerną zatrzęsły pijackie okrzyki. Kuglarz wyszczerzył się niczym 

ulicznik i skłonił głęboko.

Matteo chwycił garść krótkich brązowych włosów i ściągnął „chłopaka” z 

wyżyn. Złapał go i szybko przerzucił sobie przez ramię.

Okrzyki zmieniły się w pohukiwania i głośne protesty, lecz część gości 

zauważyła już, że intruz nosi biel jordaina. Niewielu było na tyle pijanych, by 
na poważnie zastanowić się nad zaatakowaniem jednego ze strażników lordów 
czarodziejów.

Wychodząc z doków, Matteo trzymał mocno swego jeńca. Po chwili 

zaczęła się wyrywać. Skwitował jej wysiłki mocnym klapsem w tyłek.

- Ej! – zaprotestowała Tzigone. – Tak się traktuje księżniczkę?
- Zacznij zachowywać się jak księżniczka, a tak cię będą traktować.
Mruknęła coś, co Matteo starannie zignorował, po czym ugryzła go w 

najłatwiej dla niej dostępną część anatomii.

Krzyknął z zaskoczeniem i puścił ją. Przetoczyła się i zerwała na równe 

nogi.

- Teraz jesteśmy kwita – zauważyła.
- Ani trochę! Tzigone, mam cię chronić. Nie ułatwiasz mi zadania.
Jej twarz ściągnęła się.
- A jak sądzisz, jak ja się czuję? Wszystkie te protokoły, zasady i 

oczekiwania uwierają mnie jak niedopasowane siodło. Nie mówiąc już o 
sukienkach! I butach!

Popatrzył na jej drobne, bose stopy i wykrzywił usta.
- Sądzę, iż nie jesteś zadowolona, że zepsułem ci zabawę.
- Dokładnie tak! Jesteś doradcą króla, a jeśli sprawa dziedzicznej 

monarchii cokolwiek cię obchodzi, możesz być zmuszony do przebywania ze 

background image

mną przez bardzo, bardzo długi czas.

Patrzyła na niego przez dłuższą chwilę, po czym jej gniew zmienił się w 

pełne przerażenia zrozumienie. Matteo szyderczo sparodiował wyraz jej 
twarzy. Oboje wybuchnęli śmiechem.

Ujął jej rękę i wsunął pod swoje ramię.
- A ponieważ moim przeznaczeniem jest służyć ci jako jordain, pozwól, 

że ci coś poradzę: jeśli musisz już obrażać ludzi, wybieraj kogoś mniejszego, 
najlepiej kogoś, kto pije samotnie.

- Zapomnij o tym. Muszę dbać o swoje umiejętności walki – spojrzała na 

niego. – Jak mnie odnalazłeś?

- To jest Halruaa – przypomniał jej. – Tu nie brak magii.
- To prawda, ale mnie nie można wyśledzić przy pomocy magii.
Matteo zmarszczył brew i popatrzył na ich rzucane przez księżyc cienie.
Oczy Tzigone rozszerzyły się ze zdumienia.
- Cienisty Splot. Niech to! Zupełnie o nim zapomniałam.
- Mądra młoda kobieta dała mi ostatnio doskonałą radę. Chcesz ją 

usłyszeć?

Westchnęła z rezygnacją.
- Czy to coś zmieni?
Matteo zachichotał i zmierzwił brązowe włosy przyjaciółki, jakby 

rzeczywiście była chłopakiem, którego udawała.

- Rzeczy się zmieniają – powiedział. – Staraj się za nimi nadążać.