background image

Klatwa wiecznosci 

TOM I 

Poczatek konca 

By Lonney 

 

 

 

 

background image

 

 

 

Przez noc droga do świtania - 

Przez wątpienie do poznania - 

Przez błądzenie do mądrości - 

Przez śmierć do nieśmiertelności. 

— Roman Zmorski

 

 

 

 

background image

 

 

 

 

 

 

 

Dla mojej siostry Mileny,  

która nauczyła mnie, 

jak czytać książki. 

 

 

background image

Prolog 

 

Tiffany siedziała w fotelu koło kominka i dumała nad czymś głęboko. 

Dookoła unosił się tak uwielbiany przez nią zapach książek. Starych, 
zakurzonych już tomów, które były poustawiane na licznych, potężnych 
regałach. Dziewczyna uwielbiała przychodzić do biblioteki, siadać przed 
kominkiem i rozmyślać nad tragedią, która spotkała Instytut. Zginęło wtedy 
wielu jej przyjaciół, nauczycieli oraz wampirów wysłanych do pomocy. Lecz 
nie miało to znaczenia przy tej jednej, jedynej osobie, która była najdroższa jej 
sercu.  

Hyrise Gomez brakuje mi cię – pomyślała  brązowowłosa. Bardzo długo po 

nim rozpaczała, lecz teraz postanowiła wziąć się w garść. Od napadu na Instytut 
minął już ponad rok, ale ona nie mogła myśleć dalej o Hyrise bez smutku, żalu i 
poczucia winy. Wszyscy dookoła niej mówili, że się zmieniła. Długo po tym 
feralnym zdarzeniu, nie chciała z nikim rozmawiać. Kryła się po kątach i 
unikała kontaktu wzrokowego. Nic więc dziwnego, że wszyscy zauważyli w niej 
zmianę, skoro zanim Hyrise umarł, była roześmiana i towarzyska. Teraz – po 
jego stracie, nie mogła się pozbierać. Gdy konał w jej ramionach czuła, jakby 
jakaś cząstka jej serca, jej duszy, odeszła razem z nim. Straciła wszystko, co 
było dla niej ważne.  

Z biegiem czasu, powoli się w sobie zbierała, ale nigdy tak naprawdę nie 

zapomniała o swoim ukochanym. Stała się twardsza i nieugięta. Od tamtego 
czasu była istną maszyną do zabijania. Nie zwracała uwagi na konsekwencje 
swoich czynów, chciała tylko pomścić ukochanego, zabić jego morderców. 
Udało jej się. Po wielu poszukiwaniach wreszcie dopięła swego. Jednak nie 
przyniosło jej to ulgi, jakiej się spodziewała.  

Nic nie może przywrócić Hyrise do życia – pomyślała; już nigdy nie 

weźmie jej w swoje ramiona, już ani razu jej nie pocałuje, nie wesprze, ani nie 
pocieszy w trudnych chwilach.  

Do końca życia będzie musiała nosić brzemię poczucia winy za jego śmierć. 

Dzień po dniu, powoli umierała od środka. Mimo iż z nikim nie rozmawiała, jej 

background image

przyjaciółka – Rachel – tak naprawdę nigdy jej nie zostawiła. Tłumaczyła, że to 
nie przez nią umarł Hyrise. Jednak Tiffany i tak wiedziała swoje, tak jak 
wszyscy inni dookoła. Jej przyjaciółka także zdawała sobie z tego sprawę, ale 
dalej, uparcie  próbowała ją pocieszyć, wytłumaczyć, że życie toczy się dalej, z 
nim, czy bez.  Nie zważając na odtrącenie ze strony przyjaciółki, Rachel ciągle 
przy niej była i wspierała ją swoją obecnością.  

Teraz Tiffany wiedziała, co chce zrobić… co musi zrobić. Już w chwili, gdy 

umarł Hyrise, miała w głowie zarysowany plan. Teraz postanowiła go wcielić w 

ż

ycie.  

Postanowiła zostawić wszystkich, przekreślić swoje dotychczasowe życie i 

uciec. Miała świadomość, że zachowuje się jak tchórz, ale nie zawracała sobie 
tym głowy. Chociaż raz chciała pomyśleć tylko o sobie, a nie o innych. Chciała 
uciec od tego wszystkiego i postanowiła, że zamieszka wśród ludzi. Wiedziała, 

ż

e przekreśla całe swoje życie, wybierając tę właśnie drogę.  

Wampiry nienawidzą ludzi i traktują ich jedynie jako pożywienie. To nawet 

trochę irytujące, zważając na fakt, że całe swoje życie poświęcają na chronienie 
ich. Wiedziała, że ten postępek nie zostanie jej wybaczony. Szczerze, miała to w 
głębokim poważaniu. Spakowała swoją torbę, a teraz siedziała z nią w bibliotece 
i czekała na odpowiednią chwilę, aż strażnicy przy bramie będą się zmieniać. 
Miała tylko sześć minut, zanim przyjdą następni, ale wyliczyła, że tyle 
spokojnie jej wystarczy. Okno koło fotela wychodziło prosto na miejsce, gdzie 
stali ochroniarze. Nie musiała się martwić, że ktoś ją zobaczy, bo szyby były 
przyciemniane, jednak na wszelki wypadek trochę się osunęła na fotelu. 

Nagle drzwi do biblioteki otworzyły się i ktoś przeszedł między regałami do 

miejsca, gdzie siedziała. 

Dziewczyna była zaskoczona, ponieważ myślała, że wszyscy jeszcze śpią. Na 

dworze właśnie wschodziło słońce i było koło czwartej rano. Tiffany nie 
przypomniała sobie, aby ktoś z Instytutu wstawał o tak wczesnej godzinie.  

Zza regałów wyjrzała czarnowłosa dziewczyna.  

- Tak myślałam, że cię tu znajdę Tiffany. – powiedziała. 

Wampirzyca nie była nawet zdziwiona, widząc ją tu. Jej przyjaciółka była 

spostrzegawcza jak mało kto i chyba od początku wiedziała, że Tiff coś knuje. 

background image

- Rachel, proszę zrozum mnie. Nie wytrzymam tego dłużej. Nie chcę mieć już 

z tym miejscem nic wspólnego. Chcę zapomnieć o Świecie Cieni. – powiedziała 
spokojnym głosem. 

- Nie możesz zapomnieć o Świecie Cieni, ponieważ do niego należysz. Nic na 

to nie poradzisz. Nie masz gdzie mieszkać, gdzie więc chcesz się udać?– 
zapytała Rachel. 

Tiffany zawahała się przez chwilę. Nie wiedziała, czy jej przyjaciółka do 

końca ją zrozumie. Ufała jej jednak, bo znały się przecież od bardzo dawna, lecz 
nie miała pewności, czy tym razem Rachel przymknie oko na to, co zamierzała 
zrobić. Postanowiła jej jednak powiedzieć. 

- Rachel… Proszę zrozum i nie miej do mnie żalu o to, gdzie zamierzam się 

zatrzymać. – Rachel kiwnęła głową. – Już od dawna poszukuję miejsca, gdzie 
mogę zamieszkać. Teraz już wiem i … 

- Czekaj, czekaj. Nie zamierzch iść do wilkołaków, prawda? – przerwała jej. 

- Nie. Oczywiście, że nie. Prawdę mówiąc gorzej, zamierzam… 

- Stop! Czy ty usiłujesz mi powiedzieć, że chcesz przyłączyć się do 

Siwangów?– zapytała wstrząśnięta. 

- Nie, nie, nie. Oczywiście, że nie! Przykro mi, że nawet pomyślałaś, że tak 

mogłabym zrobić. Chcę po prostu zamieszkać wśród ludzi. 

Rachel wytrzeszczyła na nią oczy. 

- Co?!– krzyknęła zszokowana wytrzeszczając oczy. 

- Ciii… - gestem pokazała jej, aby mówiła ciszej - Rachel, myślę, że to jedyne 

rozsądne wyjście z całej tej sytuacji. 

- Nie możesz tego zrobić! Nie możesz mnie zostawić, nie możesz zostawić nas 

wszystkich i pojechać do ludzi… To zdrada! 

- Nie histeryzuj. Nawet nie zauważą, że mnie nie ma. I bądź ciszej, bo 

obudzisz cały Instytut.  

- Nie wierzę, że chcesz to zrobić. – powiedziała Rachel, głosem zimniejszym 

niż lód. 

background image

- No cóż. To moja decyzja i nic tego nie zmieni. -  Tiffany spojrzała na okno. 

Strażnicy właśnie zbierali się do odejścia, na nią także nadszedł już czas. 

Podniosła się z fotela, złapała swoją torbę i podeszła do swojej przyjaciółki. 

- Żegnaj Rachel. No cóż, w sumie to żegnaj na zawsze. – chciała ją uściskać, 

ale Rachel odsunęła się tak szybko i gwałtownie, jakby jej przyjaciółka chciała 
ją poparzyć. 

- Nie jesteś już jedną z nas. Od tej pory jesteśmy wrogami. – zasyczała. - 

Tiffany? – dodała tym samym, lodowatym głosem co wcześniej, choć jeżeli to 
było w ogóle możliwe, stał się jeszcze bardziej zimny. 

- Tak? – zapytała ostrożnie. 

 

- Nienawidzę cię i żałuję, że kiedykolwiek cię spotkałam. – gdy to powiedziała, 
odwróciła się na pięcie i wybiegła z biblioteki. 

Tiffany stała przez chwilę w miejscu, nie zdolna się poruszyć. To było jak cios 

w samo serce. Gdy umarł Hyrise poczuła, że jakaś część jej umarła, teraz – po 
słowach Rachel – poczuła, że oderwano jej pozostałą cząstkę. Teraz nie zostało 
już nic,
 pomyślała smutno.  

Tiffany powoli wyszła z Instytutu, aby rozpocząć nowe życie… 

Ż

ycie bez Hyrise, Rachel i jakichkolwiek wspomnień. 

 

 

 

 

 

 

 

background image

Rozdział 1

 

 

- Tu znajduje się Wyspa Snów – nauczyciel Gallagher pokazał na mapie jakiś 

mały punkt. 

- Proszę Pana. – Luna podniosła rękę. Miała blond włosy oraz oliwkową cerę, 

o której każda dziewczyna może tylko pomarzyć. Dodatkowo dziewczyna miała 
bardzo wpływowych rodziców. Czyli wszystko to, co jest potrzebne, aby stać się 
lubianym i popularnym.  

- Tak Luno? – zapytał spokojnie nauczyciel. 

- Długo jeszcze będzie nas pan tu zanudzał? I tak nikt nie słucha tego czczego 

gadania. 

Dookoła rozległ się dźwięk tłumionego chichotu.  

Nauczyciel westchnął, ale nic nie powiedział. Chyba był przyzwyczajony do 

tego typu uwag.  

Tiffany siedziała na samym końcu klasy i obserwowała wszystko w milczeniu. 

Nienawidziła Luny, ponieważ należała do tak zwanej„elity”. Wampirzyca 
omijała tą grupkę popularnych osób szerokim łukiem i starała się ich 
najzwyczajniej w świecie olewać. Lecz czasem trudno jej było nie okazywać 
nienawiści wobec tych dziewczyn. 

Zawsze traktują wszystkich z góry i myślą, że są lepsi, bo ich rodzice mają 

wille z basenem lub letnie domki na Hawajach. Gdyby Tiffany tylko chciała, też 
mogłaby stać się jedną z takich osób. Miała pieniądze i nieprzeciętną urodę, ale 
co by jej to dało? To, że ludzie by ją lubili? Fałszywe przyjaciółki? Osoby 
zabiegające o jej uwagę? Nie dzięki, pomyślała. Nagle wyobraziła sobie, co by 
wszyscy zrobili, gdyby się dowiedzieli, kim jest naprawdę. Tiffany szybko 
odpędziła od siebie tę myśl. Nie zastanawiała się nad tym dłużej, ponieważ oni 
nigdy się tego nie dowiedzą. Nigdy. To było całkowicie wykluczone. Nakazała 
sobie przerwać to bezsensowne rozmyślanie. Nie czas na użalanie się nad sobą, 
pomyślała. 
Jest twarda i nie będzie myśleć ‘co by było gdyby’… Wsłuchała się 

background image

w to, co mówił właśnie profesor, chociaż i tak miała świadomość, co to jest 
„Wyspa Snów”.  

Zawsze to samo… przeważnie nudziła się na lekcjach, ponieważ zawsze 

wiedziała wcześniej o rzeczach, o których mówili nauczyciele.  

Po kilku minutach słuchania wykładu, poddała się. Nie było sensu drugi raz 

studiować tego samego. 

Tiffany wyciszyła się i wsłuchała w śpiew ptaków za oknem. Starała się w 

ogóle nie myśleć. O dziwo jej się udało. Miała sporą wprawę w koncentrowaniu 
się, w końcu miała dość dużo czasu, aby to porządnie wyćwiczyć. 

Raptem zadzwonił dzwonek. Wszyscy podnieśli się z krzeseł i zaczęli 

przepychać się do drzwi.  

Tiffany poczekała spokojnie, aż tłum tych idiotów

 

wyjdzie na korytarz i 

dopiero wtedy podniosła się z krzesła i skierowała w stronę wyjścia. 

Skierowała się w stronę stołówki, ponieważ według jej planu lekcji, miała 

teraz lunch. 

Wzięła tacę i nałożyła na nią jabłko oraz sok. I tak tego nie zjem – pomyślała. 

Podeszła do stolika, przy którym siedziała od czasu przeprowadzenia się do 
miasteczka Soulstown i zapisania się do szkoły ze swoją nową przyjaciółką. 

Jej przyjaźń z Megan była niecodzienna. Tiffany nie mówiła nic o sobie, nie 

wspominała o życiu prywatnym, nie zwierzała jej się. Głównym tematem ich 
rozmów była szkoła lub życie tej drugiej. Meg zaś nie pytała Tiffany o jej życie 
i się nie narzucała. Wiedziała, że nic od niej nie wyciągnie. 

Megan trochę różniła się od reszty szkolnego społeczeństwa. Nie interesowała 

się tym, co inni o niej sądzą i zawsze miała własne zdanie. Była dość nieśmiała, 
ale twarda na swój własny sposób. Z wyglądu przypominała czarownicę. Burza 
rudych loków, blada cerę i niezwykle zielone oczy, które Tiffany zawsze 
przypominały kolor trawy w Irlandii. Miała kilka piegów na nosie, które tylko 
dodawały jej uroku.  

Wampirzyca podeszła do miejsca, przy którym siedziała już Ruda. Położyła 

tacę na stoliku i w ciszy usiadła. Megan czytała właśnie książkę, na chwilę 
podniosła swoje oczy i widząc Tiffany, z powrotem zagłębiła się w lekturze. 

background image

Tiff pomyślała, że już od dość dawna nie słyszała zwykłego „cześć, co 

słychać?” skierowanego pod jej adresem. Ludzie zwykle żegnali się na jej widok 
lub całkowicie ją ignorowali, traktując jak powietrze. Wiedzieli o jej istnieniu, 
ale bali się jej z powodu jej wyglądu.  

Miała nieco drapieżną urodę, przez co wyglądała na niebezpieczną osobę. Jej 

wyraz twarzy był zacięty i niepokojący. Lecz ludzie prawdopodobnie uciekali 
od niej ze względu na jej oczy. Megan, która zawsze mówiła to co myślała, 
powiedziała kiedyś przyjaciółce, że są one niezwykle mroczne i złowrogie. 
Bingo. Oczy Tiffany były szare z czarnymi obwódkami. W innym świetle lub, 
gdy ktoś widział ją po raz pierwszy, mógłby pomyśleć, że ma czarne oczy. 

Tiffany po prostu siedziała i nawet nie udawała, że je. Meg kiedyś myślała, że 

po prostu jest na diecie, parę razy nawet zapytała, o co chodzi, ale jak zwykle 
przyjaciółka nic jej nie odpowiedziała.  

Siedziały tak w milczeniu, gdy wreszcie pojawił się Kelvin – ich znajomy, 

który często z nimi siadał. On też już się nauczył o nic nie pytać. Zresztą, nie 
zależało mu na tym. Nie chciał wtrącać się do cudzego życia, miał podobno 
dość własnych problemów.  

Chłopak miał wiecznie rozczochrane, blond włosy i urocze, ciemne oczy. Był 

rozgrywającym drużyny futbolowej, jednak nie był żadnym pustym 
mięśniakiem. Kiedy przyszło co do czego, umiał porozmawiać, przynajmniej tak 
słyszała Tiffany. 

Jego koledzy z drużyny czasem dziwili się, że siedział z takimi odludkami jak 

Tiffany oraz Megan, ale on się tym nie przejmował. Mówił, że to jest jego życie 
i nikt mu nie będzie dyktował co ma robić.  

Postawił tace i usiadł na wolnym miejscu obok wampirzycy. 

- Moje życie jest strasznie nudne. Jejku, co ja bym dał żeby się stało 

ciekawsze – westchnął Kevin, jak zwykle przeciągając sylaby. Miał miły głos, 
ale wydawało się, że kryje się pod nim coś tajemniczego, czego nie sposób było 
określić. 

Tiffany wydawało się, że ma deja vu – zalały ją dawne wspomnienia. 

Widziała siebie siedzącą na parapecie, pragnącą, aby jej życie było ciekawsze. 
To było niegdyś jej głównym tematem do rozmów. Tak bardzo chciała wtedy 
być kimś innym, kimś ważnym. Często pisała w swoim pamiętniku, że oddałaby 

background image

wszystko, żeby jej życie było bardziej interesujące, a nie takie zwykłe, proste. 
No cóż, jej modlitwy zostały w końcu wysłuchane. 

Megan podniosła oczy z nad książki i spojrzała na Kevina. 

- Przecież jesteś gwiazdą futbolową, uniwersytety już teraz biją się o ciebie. 

Masz zapewnione stypendium sportowe. Czego ty jeszcze chcesz? – wyliczała 
odrobinę zirytowana. Tiffany wydawało się, że jej przyjaciółka trochę zazdrości 
chłopakowi.  

- Ty chociaż masz swoje hobby i pasje, a ja? – Kevin skinął na książkę, którą 

Ruda trzymała w ręce, po czym wyciągnął się na krześle, a ręce założył na 
szyje. Mało brakowało, a położyłby nogi na stół. 

- A ty? Myślałam, że sport. – odparła odrobinę wkurzona, zachowaniem i 

słowami przyjaciela. 

- Nie wiem czy chcę być sportowcem. Robię to, bo robię to dobrze, ale pytanie 

czy ja lubię to robić… No cóż, nie wiem jeszcze. A z tym stypendium 
sportowym to też nie jestem przekonany. Jak już mówiłem, nie wiem, kim chcę 
być w przyszłości. – wydawało się, że chłopak lubi skupiać na sobie uwagę, ale 

ż

adnej dziewczynie siedzącej przy stoliku, nie chciało się słuchać jego narzekań.  

- Oj, nie dramatyzuj – powiedziała Megan i znów wetknęła nos w książkę. 

Chłopak wyrwał jej ją z ręki i przeczytał: 

- „Czarownica z Portobello”, urocze. – westchnął, przewracając oczami, co 

chyba oznaczało, że nie jest to urocze, tylko dziwne i nudne.  

- Ej! – wyrwała mu z powrotem książkę z ręki i schowała ją do torby.  

Tiffany jak zwykle słuchała tego wszystkiego w milczeniu. Bawiło ją 

zachowanie tej dwójki i lubiła ukradkiem obserwować ich potyczki słowne.  

- Jesz? – zapytał Kevin i wskazał jabłko na jej tacy. 

Tiff pokręciła przecząco głową, marząc o tym, aby wziąć jabłko do ust i je 

ugryźć. Wyobraziła sobie, jak słodki sok rozpryskuje się w jej buzi, a potem 
spływa do gardła.  

Kelvin szybko sięgnął po owoc i się w niego wgryzł. 

Megan sięgnęła po nóż i zaczęła czyścić sobie nim paznokcie. 

background image

Wszyscy przez chwilę siedzieli w milczeniu, aż nagle Meg syknęła. Niechcąco 

przecięła sobie palec i teraz kropelka krwi poleciała na jej tace. 

Tiffany rozszerzyły się źrenice tak bardzo, że teraz pokrywały prawie całą 

tęczówkę. Wszystkie jej zmysły zareagowały na krew Rudej i zaczęło ją 
swędzieć podniebienie. Po chwili jej kły się wydłużyły. 

Musiała natychmiast wyjść, bo z pewnością długie, szpiczaste kły nie 

umknęłyby uwadze uczniów, ani to, że wyglądała teraz bardziej dziko i 
niebezpiecznie niż zazwyczaj. Zerwała się z krzesła i nie patrząc na nikogo 
pobiegła w kierunku drzwi. 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

Rozdział 2 

 

Megan oniemiała patrzyła w ślad za Tiffany. Pomyślała, że jej przyjaciółka 

jest trochę dziwna i tajemnicza, ale nigdy nie zrobiła czegoś takiego. Megan 
zauważyła nagłą zmianę w jej zachowaniu. Wyglądała teraz jakoś inaczej. Jej 
oczy też nie były takie jakie zawsze, jednak dziewczyna stwierdziła, że z 
pewnością jej się coś przewidziało. Ruda wiedziała, że coś tu nie gra. Coś jej 

ś

witało, ale zaraz o tym zapomniała i przyłożyła palec do ust ssąc krew. Po 

chwili sięgnęła do torby, wyjęła chusteczki higieniczne, oderwała kawałek i 
przykleiła do ranki na palcu. 

Popatrzyła na Kevina, który siedział wyluzowany na krześle, jakby nie 

zauważył nic dziwnego w zachowaniu ich przyjaciółki. 

Rozejrzała się dookoła i zobaczyła, że nikt poza nią nie spostrzegł 

niezwykłego zachowania Tiffany. Teraz już na pewno była przekonana, że jej 
się coś przewidziało. To na pewno przez te wszystkie książki o paranormalnych 
zjawiskach, 
wytłumaczyła sobie. Nie chciała się więcej nad tym zastanawiać, 
zaczęła więc jeść śniadanie. 

 

*** 

 

Tiffany biegła lasem, co chwila stając i wdychając powietrze, aby wyczuć w 

pobliżu jakieś zwierze. Biegła omijając instynktownie drzewa oraz liczne 
korzenie. Jeżeli teraz ktoś byłby w lesie i spojrzał w jej stronę, zobaczyłby tylko 
plamę kolorów i poczuł powiew powietrza. Biegła z wampirzą szybkością, 
której ludzkie oko nie było w stanie wychwycić. 

Znów przystanęła i wciągnęła powietrze. Wyczuła stado łosi na zachód od 

niej. 

Gdy biegła myślała nad tym, czy ktoś ze stołówki zauważył jej nietypowe 

zachowanie. Była prawie pewna, że nie, ponieważ w porę wyszła. Miała 

background image

szczęście, że niedawno się pożywiała i nie wzmogło się w niej pragnienie. 
Wiedziała, że i tak by się wtedy powstrzymała. Jednak palenie w gardle i 
zamglone zmysły, oraz to, że ogarniał cię zwierzęcy instynkt i nic więcej się nie 
liczyło, było naprawdę nieprzyjemne. 

Zobaczyła łosie, które teraz jadły trawę nieświadome zagrożenia.  

Tiffany po cichu skradała się w stronę zwierzęcia, które wyglądało na 

dorodne. Nie chciała go wystraszyć. Gdy była już blisko wyłączyła rozsądek. 
Wzięła głęboki oddech, wdychając zapach krwi łosia. Z ust dziewczyny 
wydobyło się ciche westchnie rozkoszy. Ogień w jej gardle zapłonął, domagając 
się gęstej cieszy i nie mogła już myśleć o niczym innym. Rzuciła się na łosia i 
przywarła do jego gardła. Z początku zwierze się wyrywało, ale po chwili 
przestało. Ciepła i słodka krew gasiła ogień w gardle wypełniając męczącą, 
swędzącą pustkę w żołądku. Piła łapczywie, ledwie świadoma tego, co dzieje się 
wokół. Tiffany wypiła całą krew z ciała zwierzęcia. Następnie zabiła jeszcze 
kilka jeleni aż poczuła się syta. 

Spojrzała na słońce, aby ocenić godzinę. Nie opłaca mi się wracać do szkoły, 

pomyślała i powolnym krokiem skierowała się w stronę miasta. 

 

 

*** 

 

 

Megan przez resztę lekcji strasznie martwiła się o Tiffany, bo nie pojawiła się 

ona na późniejszych zajęciach. Gdy zadzwonił dzwonek oznajmiający koniec 
dzisiejszych zajęć, rudowłosa z ulgą poszła do swojego domu. Po drodze 
rozmyślała nad tym, czy może nie poszukać w książce telefonicznej nazwiska 
swojej przyjaciółki i do niej nie zadzwonić, aby upewnić się, że wszystko w 
porządku. Pomyślała, że znają się już kilka lat, a ona nie widziała ani razu jej 
rodziców czy innych krewnych. Nie wiedziała nawet, gdzie Tiff mieszka i to 
było chyba najbardziej niepokojące.  

Meg pozwoliła myślom spokojnie płynąć. Nie chciała już więcej zamartwiać 

się o Tiffany, miała swoje problemy. No właśnie, a co do problemów… 

background image

Pomyślała o tym, że odkąd dowiedziała się o tajemnicy swojej rodziny, jej 

ż

ycie dalekie było od normalności. Wywróciło się o sto osiemdziesiąt stopni, 

zmieniło się całkowicie i już zawsze miło takie pozostać.  

Ruda wiedziała za dużo jak na swój wiek, to ją bardzo przytłaczało. Pragnęła 

odzyskać życie sprzed sześciu lat, gdy wszystkiego się dowiedziała. Miała 
wtedy jedenaście lat, kiedy wszystkie rodzinne tajemnice zwaliły się na nią jak 
gruzy kamieni.  

Zanim się dowiedziała o tych wszystkich sekretach, wiodła spokojne życie 

zwykłej dziewczyny. Miała wielu wspaniałych przyjaciół i praktycznie wszyscy 
ją lubili. Była takim małym komikiem klasowym.  

Tamtego feralnego dnia zaczęła jednak patrzeć na świat z całkiem innej 

perspektywy. Wszyscy zauważyli zmianę w jej zachowaniu, a ona bardzo 
pragnęła powiedzieć komuś o swojej tajemnicy. Podzielić się ciężarem, jaki 
dźwigała. Jako dziecko, nie wiedziała, jakie będą tego konsekwencje. W końcu 
powiedziała swoim przyjaciółkom prawdę, a one ją wyśmiały i od tej pory 
nadały przydomek „dziwadło”. Wkrótce wszyscy w szkole ją tak nazywali i 
oczywiście każdy dowiedział się o jej tajemnicy, a sprawcą tego była Luna 
O'Sullivan. Tak, były kiedyś ze sobą bardzo blisko. Niczym siostry bliźniaczki. 
Ale potem Luna zrujnowała życie Meg, rozgadując wszystkim w szkole, jaką to 
ona jest psycholką. Megan zamknęła się w sobie i w końcu przestało ją 
interesować zdanie innych. Irytowało ją jednak to, że one o niczym nie miały 
pojęcia. Nie wiedziały o tych wszystkich zagrożeniach jakie czyhały w każdym 
możliwym miejscu. Meg bała się wszystkiego i była zmuszona, aby dorosnąć 
szybciej, niż jej rówieśnicy, ponieważ, wiedza, jaką posiadała, była 
przytłaczająca. 

Była jeszcze dzieckiem, a wyznając jej tajemnice można by, rzec, że odebrano 

jej dzieciństwo. Od tamtego czasu już nic nie miało być normalne. Nie miała 
innego wyboru niż pogodzić się z jej nowym życiem, którego nienawidziła. 
Chciałaby pozostać nieświadoma… Lecz niestety los chciał inaczej. Oswoiła się 
z tym. Nauczyła się z tym żyć. Odcięła się od swoich znajomych i wiodła 
spokojne życie na uboczu. Nie przestała odzywać się tylko do Kevina, z którym 
przyjaźniła się od piaskownicy.  

Nie zostawił jej samotnej. Rozmawiał z nią jakby nigdy nic, choć on często, 

także padał wtedy ofiarą zgryźliwych uwag, z powodu tego, że z nią się 
kumpluje. Życie płynęło jej spokojnie.  

background image

Zaczęła traktować to, kim jest, jako nie przekleństwo tylko, jako dar. Czytała 

książki, które dostawała od swojej babci, potem przerzuciła się na książki 
nowoczesne i z rozbawieniem czytała jak opisują takich jak ona. Oczywiście w 
tym wszystkim było trochę prawdy, ale to tylko słowa usłyszane od innych. 
Trochę dodane od siebie i upiększone. Takie właśnie były nowoczesne książki, 
o jej „gatunku”.  

Z czasem polubiła to, kim jest. Zaakceptowała siebie i było jej z tym dobrze.  

Potem w jej życie wtargnęła Tiffany. Pamięta tę chwilę, kiedy jej przyjaciółka 

weszła do szkoły:  

Wszyscy się na nią otwarcie gapili. Miała to coś, co przyciągało uwagę. 

Poruszała się z gracją kota, otoczona wyraźną aurą tajemniczości. Megan 
pomyślała wtedy, że wyglądała jak anioł. Śliczne ciemnobrązowe włosy, opadały 
wdzięcznymi kaskadami na jej smukłe ramiona, a przy każdym jej kroku lekko 
podskakiwały. Jej piękne oczy, które na myśl przywołują czarną, piękną różę… 

 No cóż, przynajmniej Megan się tak skojarzyły, ale tylko i wyłącznie za 

pierwszym razem, gdy w nie spojrzała. Potem wydawały się złowrogie, 
niebezpieczne i hipnotyzujące. Były szare, otoczone czarną obwódką… W 
pierwszej chwili wszyscy patrzyli na nią jak oczarowani. Wszystko w niej było 
doskonałe – od ślicznych włosów, aż po buty na wysokich obcasach. 

Gdy jednak zobaczyli jej oczy, od razu się otrząsnęli. Patrzyli wtedy na nią z 

pewną rezerwą, jakby się bali, że ich zaatakuje, skoczy na nich, albo coś 
gorszego.  

Megan rozumiała ich niechęć, ale jej nie podzielała. Nadal była 

zafascynowana nową dziewczyną. Gdy wszyscy uciekali, jak tylko ją zobaczyli, 
w niej wzbudziło się współczucie dla nowej. Chciała przyjąć ją pod swoje 
skrzydła, pokazać jej szkołę i się z nią zaprzyjaźnić. 

Pamiętała, to jakby to było wczoraj: 

Gdy nadszedł lunch, Megan od razu wypatrzyła dziewczynę, która brała na 

tacę hamburgera, batona oraz sok. Ruda od razu do niej podeszła i 
zaproponowała, żeby usiadła z nią i Kevinem. 

Gdy się do niej odezwała, zobaczyła niebezpieczny błysk w oczach 

nieznajomej. Jednak zniknął tak samo szybko, jak się pojawił. Gdy dziewczyna 
na nią patrzyła, Megan miała wrażenia jakby przewiercała ją na wskroś. Czuła 

background image

się bardzo dziwnie. Wydawało się, że nowa czyta z niej, jak z otwartej księgi. Po 
chwili, która rudowłosej wydawała się wiecznością, zerwała kontakt wzrokowy i 
zlustrowała ją od góry na dół. Wtedy znowu zobaczyła ten dziwny błysk w jej 
oczach. Pomyślała wtedy, że może była źle ubrana. Zobaczyła, że ma na sobie 
czarne spodnie i tego samego koloru  t-shirt z nazwą rockowego zespołu, gdy 
szarooka ma na sobie markową bluzkę z krótkimi rękawkami, modne szare rurki 
i czarne sandały na dość wysokich obcasach, których ona by nigdy nie założyła. 

W końcu tajemnicza dziewczyna lekko skinęła głową i uniosła ku górze jeden 

kącik ust. Ten pół-uśmiech wydał się Meg wtedy niepokojący. Nadawał 
dziewczynie jeszcze bardziej drapieżny i tajemniczy wyraz. Gdy tak się 
uśmiechała wydawało się, że wszystko wie. Jakby widziała w życiu już bardzo 
dużo i nic nie było w stanie jej zaskoczyć. Przy tym uśmiechu jej oczy dalej 
pozostały chłodne i niebezpieczne.  

Teraz, Megan nie bała się tego uśmiechu. Tiffany bardzo rzadko okazywała 

jakieś emocje. Zwykle miała nałożoną na twarz kamienną maskę. Jednak, gdy 
coś ją rozbawiło pokazywała ten ironiczny pół-uśmiech. Wtedy naprawdę 
wydawała się mroczna. 

Megan znów powróciła myślami do dnia, w którym Tiff przyszła po raz 

pierwszy do szkoły. 

Szarooka poszła wtedy za nią do stolika, przy którym Megan, od zawsze, 

siedziała z Kevinem. Ich stolik jako jedyny stał przy oknie. Kiedyś siedzieli tu 
wszyscy jej znajomi. Jednak, gdy rozeszła się plotka o tym, jakie bzdury ona 
wygaduje i jak mocno ma niepoukładane w głowie, powoli odchodzili, 
przesiadając się do innych stolików. Został tylko Kevin, który wstąpił do drużyny 
futbolowej. Od tamtego czasu rzadko zaszczycał ją swoją obecnością. 
Najczęściej siadał ze swoimi kolegami z drużyny i wygłupiał się wraz z nimi. 

Gdy Meg przyprowadziła nieznajomą do stolika, on siedział rozparty 

wygodnie na krześle i mierzył dziewczynę leniwym spojrzeniem. Gdy dotarł do 
jej oczu tylko niezauważalnie się wzdrygnął. Wyciągnął rękę do nowej, gdy ta 
tylko usiadła.  

- Jestem Kevin. Kevin McCarthy. – powiedział swoim oficjalnym tonem. 

- Tiffany. Tiffany Vasile. – dziewczyna zignorowała rękę i zaczęła bawić się 

sokiem, odkręcając i zakręcając nakrętkę. Kevin niezdarnie cofnął rękę. 

background image

Wampirzyca miała miękki głos, zupełnie jak jedwab. W ogólnie nie pasował do 

jej niebezpiecznego wyglądu, pomyślała wtedy Meg. Kevin też się zdziwił, ale 
nie dał tego po sobie poznać. 

- Ja jestem Megan Evans. Vasile to… rumuńskie nazwisko? 

Tiffany nieznacznie skinęła głową. Już wtedy zielonooka domyśliła się, że 

dziewczyna nie lubi za dużo mówić. Teraz już wiedziała, że ograniczała się 
jedynie to prostych zdań. Jak najkrótszych i tylko wtedy, kiedy jest to potrzebne. 

- Jesteś z Rumuni? – ciągnęła dalej, niezrażona. 

Znowu prawie nie zauważalne skinięcie głową. Po tym, Ruda była pewna, że 

nic nie wyciągnie od nowej, więc już o nic nie zapytała. 

Rudowłosa szybko odpędziła wspomnienia z głowy. Nie chciała teraz myśleć 

o Tiffany. Miała własne problemy. Nie będzie się zagłębiać w czyjeś, 
pomyślała.  Miała już dość ciągłego zastanawiania się, co jest, z Tiff nie tak. 
Odkąd pamięta próbowała do niej dotrzeć, ale teraz obiecała, że da sobie z nią 
spokój. Ona ciągle ją odtrącała. Teraz jak się głębiej zastanowiła, pomyślała, że 
może one nawet nie są przyjaciółkami. Meg zaczęła myśleć intensywniej i 
nawet nie wiedziała, czy lubi Tiff. Ona zawsze była chłodna dla niej. No cóż 
ona była chłodna dla każdego, prowadziła wewnętrzny monolog, ale to jej nie 
usprawiedliwia. Wszystkich odtrącała i nie pozwalała zburzyć murów wokół 
siebie. 

Megan postanowiła być tak samo chłodna w stosunku do niej.  

Zielonooka dotarła do swojego domu. Otworzyła furtkę i poszła podjazdem w 

stronę domu. Nacisnęła na klamkę, ale drzwi były zamknięte. No tak, pomyślała 
i puknęła się w głowę, rodziców nie ma w domu, bo są na wykładach w Nowym 
Yorku.  

Rodzice Megan pracowali, jako wykładowcy. Jej tato wykładał historię, a jej 

mama literaturę. Wykładali na po bliższym uniwersytecie, lecz wczoraj 
pojechali gościnnie do Nowego Yorku na kilka dni. 

Dziewczyna znalazła kluczyki do domu pod wycieraczką. Otworzyła wejście i 

od razu skierowała się do swojego pokoju, który znajdował się na piętrze. 
Otworzyła drzwi do swojego sanktuarium i stanęła jak wryta.  

background image

Na ławeczce pod oknem siedziała osoba, której Megan nie spodziewała się 

zobaczyć w swoim pokoju nawet za milion lat.  

- Witaj czarownico. – powiedziała. 

 

 

*** 

 

Tiffany otworzyła bramę i skierowała się w stronę wejściowych drzwi. Na 

tarasie zobaczyła nieznaczny ruch. W sekundzie się tam znalazła. Chciała 
zaatakować intruza, lecz w ostatniej chwili się powstrzymała. 

O barierkę opierała się niedbale dziewczyna średniego wzrostu z długimi, 

lekko kręconymi, ciemnymi włosami. Miała rozbawiony wyraz twarzy, a w 
swoich niebieskich oczach jak mgła o poranku, Tiffany dostrzegła niechęć i 
wstręt, który starała się zamaskować. 

Gdy zobaczyła Tiffany, uśmiechnęła się pokazując wszystkie zęby. Nie był to 

wesoły uśmiech, a raczej wyzywający.  

Brązowowłosa zlustrowała ją od stóp do głów. Dziewczyna miała na sobie 

czarne, skórzane spodnie i szarą, obcisłą tunikę. Na to założyła skórzaną kurtkę. 
Na spodniach miała pas z licznymi przegródkami, a w nich spoczywały noże. 
Od metalowych, aż po te drewniane. 

- No, no, no. Kogo ja tu widzę? Kupę lat minęło Rachel.  – odezwała się Tiff, 

starając się nie zwracać uwagi na kołek wystający z kieszeni jej kurtki. 

- Nie tak dużo jak ci się wydaje. Zaledwie parę, odkąd to od nas uciekłaś. 

Odkąd zdradziłaś nas, Tiffany. Zdradziłaś nas, swoją rasę dla jakiś ludzi. – 
ostatnie słowo wypowiedziała, jakby się go brzydziła, jakby było z kwasu lub 
innej, trującej substancji. – Nigdy ci tego nie zapomnimy. Wątpię, czy w tym 
stuleciu odzyskasz nasze zaufanie, choćbyś nie wiem co zrobiła. 

- Ależ Rachel ja nie chcę odzyskiwać waszego zaufania. – powiedziała 

przesłodzonym głosem Tiffany. – Chyba miałam powód żeby się od was 
odłączyć, prawda? Zaczęłam nowe życie. Bez magicznych ludzi z legend i 
baśni. 

background image

- Tiff, Tiff, Tiff… Mnie nie okłamiesz. Obserwowałam cię od dłuższego 

czasu. Nie możesz zapomnieć o Świecie Cieni kumplując się z czarownicą. Z 
tego, co zaobserwowałam to dość potężną czarownicą. Nie okłamuj się. Jest ci 

ź

le w tym świecie… Jednak nie przyjechałam tu, aby błagać cię, abyś do nas 

wróciła. Mam swoją dumę… Przyjechałam, bo w Świecie Cieni wszczęto 
czerwony alarm. – przy tym zdaniu jej uśmiech zgasł i zaczęła mówić tonem bez 
cienia kpiny czy rozbawienia. Jej głos był całkowicie wyprany z emocji – 
Dorian mnie przysłał. Nie zapomniano, co dla zrobiłaś nas ostatnim razem. Lecz 
nie myśl sobie, że Król nie jest świadomy twojej zdrady i że twoje zasługi 
wymazują twoją ucieczkę. Po prostu jesteś nam potrzebna. – w jej ostatnie 
słowa wkradła się nutka niechęci i odrazy. 

Tiffany wstrzymała na chwilę oddech, czego nie była świadoma i teraz 

wypuściła ze świstem powietrze. 

- Dorian cię przysłał? – zapytała wstrząśnięta. – Co się stało, że ogłosili 

czerwony alarm? 

Nastąpiła chwila ciszy. Po chwili Rachel odpowiedziała podchodząc przy tym 

do Tiffany: 

- Loretta miała wizję. 

- Co w niej widziała? – zapytała ostrożnie brązowowłosa. 

- Widziała jak Krwawe Jezioro krwawi. – odpowiedziała spokojnie Rachel. 

 

 

 

 

 

 

background image

Rozdział 3 

Tiffany przez chwilę nie wiedziała czy ma się roześmiać, czy też rozpłakać. 

Podejrzewała, że jej była przyjaciółka wycięła jej jakiś marny żart, a teraz 
oczekuje, że ona wystraszy się śmiertelnie i ucieknie z krzykiem do domu.  

Parsknęła więc śmiechem i powiedziała: 

- Kiepski dowcip Rachel. Jeżeli chciałaś mnie przestraszyć, mogłaś wymyślić 

coś bardziej prawdopodobnego. – uniosła jeden z kącików ust. 

- Ja nie żartuję – jej rozmówczyni przewróciła oczami w wyrazie frustracji. – 

Już niedługo w Krwawym Jeziorze zacznie płynąć krew, a jeżeli nie chcesz mi 
uwierzyć, to poczekaj sobie aż nastąpi koniec świata. Może wtedy zobaczysz, że 
mówiłam prawdę. 

Tiff starała się nie okazać, jaki szok wywołały u niej te słowa. Jednak marnie 

jej to wyszło. Na twarzy wampirzycy, która zwykle była jak wykuta z kamienia, 
dało się zauważyć szok i głębokie niedowierzanie. 

- Ale oczywiście możemy temu zapobiec – powiedziała czarnowłosa 

dziewczyna, widząc minę Tiffany. 

- Możemy? – zapytała chcąc już obudzić się z tego koszmaru. 

- Oczywiście. Wizja nie jest zbyt dokładna i nie wiemy, kiedy dokładnie 

Jezioro zabarwi się na czerwono. Możemy jeszcze temu zaradzić. – 
odpowiedziała pewnie. Widać, że nie bardzo przejęła się perspektywą końca 

ś

wiata. 

Tiffany popatrzyła na nią sceptycznie. Nie podobało jej się to, że jest taka 

pewna siebie, ani to, że w ogóle z nią rozmawiała. Tak naprawdę to miała 
szczerą nadzieję, że już nigdy jej nie spotka. Mimo iż było to okrutne, ona 
naprawdę chciała zapomnieć o swoim dawnym życiu. A wraz z pojawieniem się 
Rachel, wspomnienia w jej głowie na nowo ożyły. Wiedziała, że już nigdy nie 
odzyska spokoju, którego zaznała przez te kilka lat, od kiedy zamieszkała w 
Soulstown.  

background image

- Ile mamy czasu? – Była porządnie zniesmaczona. Ten dzień z pewnością nie 

należał do udanych. 

- Nie wiadomo, ale chyba nie dość dużo – Rachel spojrzała na nią wnikliwie, 

jakby chciała przejrzeć, co siedzi w środku niej i o czym teraz myśli. Tiffany 
zaśmiała się w duchu na to, bo nie wierzyła, że jej była przyjaciółka 
kiedykolwiek zdoła ją przejrzeć. Nikomu jeszcze się to nie udało. 

- Co mamy w takim razie zrobić? – zapytała spokojnie, patrząc głęboko w te 

jej niebieściutkie oczy. 

- Uratować świat, kochaniutka – odpowiedziała jej, uśmiechając się 

przebiegle.  

- My? We dwie? – Tiffany parsknęła śmiechem. – Powodzenia.  

- Oczywiście, że nie. – uśmiech Rachel, o dziwo, rozświetlił jej twarz i 

wyglądała teraz naprawdę uroczo. – Dorian przysłał nam swojego syna. 

- Jakiego sy… – Tiff nie do końca rozumiała, lecz nagle w jej głowie zapaliła 

się żaróweczka – O nie! Nie mówisz poważnie! Przysłał nam Ryana?! Tego 
egoistycznego, cynicznego, zbyt pewnego siebie, sarkastycznego i irytującego 
Ryana?! 

- Tak, właśnie tego Ryana. – niebieskooka popatrzyła na nią, jak na niezwykle 

ohydnego robala. – Nie oceniaj go, jeżeli go nie znasz. 

Tiffany nie mogła uwierzyć, że to wszystko się dzieje na prawdę. Wydawało 

jej się, że to jakiś nierealny sen, a raczej koszmar. Najpierw ta akcja z Megan, 
potem Rachel, co samo w sobie było szokującym zdarzeniem, bo nie 
przypuszczała, że jeszcze kiedykolwiek w życiu jeszcze ją spotka. Następnie 
Rachel wyskoczyła z tym Krwawym Jeziorem, co spowodowało, że wrażenie iż 
to wszystko jest snem obróciło się o 180 stopni i wydawało jej się, że to 
koszmar. Jakby jeszcze tego było mało Dorian wysłał tego kretyna – Ryana, aby 
im pomógł. On i pomoc? Znając życie będzie tylko wylegiwał się i wydawał 
rozkazy myśląc, że jest od nas lepszy
, pomyślała. 

- Nie mówisz poważnie – wycedziła przez zaciśnięte zęby Tiff, akcentując 

każde słowo. 

- Och, no masz racje. Nie uratujemy świata i nie odegnamy Ciemności, gdzie 

pieprz rośnie we trójkę. – powiedziała wesołym tonem. Brakowało jeszcze tego, 

background image

ż

eby zaczęła podskakiwać. Jednak Tiffany wiedziała, że ona tylko udaje, aby ją 

wkurzyć. - Tak, tak, masz rację. Weźmiemy jeszcze tą twoją przyjaciółkę -
czarownicę.  

Brązowowłosa w środku aż kipiała ze złości. Rachel udawała, że nie ma 

pojęcia, o czym mówi jej była przyjaciółka, lecz tak naprawdę miała tego 

ś

wiadomość i specjalnie ją denerwowała. Ryan – kto, by nie słyszał o synu 

Doriana? Wszyscy znali o nim plotki. Prawie wszystkie dotyczyły tego samego: 
o tym, że jest egoistyczny i wkurzający. No i że ma słabość do alkoholu. 

Jednak Tiffany szybko oprzytomniała, w samą porę, aby zorientować się o 

tym, co powiedziała Rachel. Nie mogła uwierzyć, że zaproponowała iż wezmą 
ze sobą Megan. Nie pozwoliła, żeby gniew nad nią zapanował i nie dała po 
sobie poznać, że ją nieźle wkurzyła. Nie chciała, aby miała satysfakcję z tego, że 
zdołała wytrącić ją z równowagi. 

- Ty chyba żartujesz. Ona nie przeszła szkolenia. Nawet nie wiemy, czy umie 

rzucać zaklęcia. Z tego, co wiem to jej matka, od której posiadła magiczne 
moce, chciała ją uczyć sama i nie posłała jej do Instytutu. W jej rodzinie od 
strony matki wiedzę zawsze przekazywano z pokolenia na pokolenie. Zaklęć 
prawdopodobnie uczy się ze starych ksiąg czarów, które posiadła po swojej pra-
pra-ileś babci. – jej oburzenie sięgnęło zenitu. 

- To my ją podszkolimy – odpowiedziała jej spokojnie Rachel. 

- Szybko przekonasz się, że to zły pomysł. – powiedziała zniesmaczona.  

- Nie mamy wyboru. Myślisz, że mi pasuje pracowanie z tobą? To chyba 

najgorsze, co mi się mogło w życiu przytrafić. – Tiffany poczuła ukłucie w 
sercu na te słowa. Rachel dalej kontynuowała. – Jeszcze mamy niańczyć Ryana i 
dawać szkolenie tej głupiej czarownicy. 

- Ona wcale nie jest głupia. Nie oceniaj jej jeżeli nawet jej nie znasz – Tiffany 

przypomniała Rachel jej własne słowa, na co ta się skrzywiła – A poza tym 
szkolenie, a nawet zabranie jej ze sobą to był twój pomysł – wytknęła jej, 
uśmiechając się zjadliwie. 

- Ale to nie znaczy, że mi się podoba. To jest po prostu konieczne – posłała 

Tiffany niezbyt przyjemny uśmiech. 

- No to, więc… Od czego zaczynamy? Muszę ci przypomnieć, że my nawet 

nie wiemy jak pokonać Ciemność, aby jezioro się nie zabarwiło. Od czego 

background image

zaczniemy? – Tiffany postanowiła podejść do sprawy zawodowo. Nie miała 
ochoty dłużej droczyć się ze swoją byłą przyjaciółką. 

- Zaczniemy od tego, że ty pójdziesz się spakować i uzbroić. Chyba masz 

jeszcze jakieś bronie? – Tiffany niezbyt entuzjastycznie kiwnęła głową. – Ja w 
tym czasie pojadę po Ryana, bo został w hotelu, a potem pojedziemy do tej 
twojej czarownicy. Jeżeli jest tak, jak mówiłaś i ma jakieś księgi to powinno tam 
być coś o Krwawym Jeziorze. Poszukamy jak zapobiec zabarwieniu i to 
zrobimy. – Rachel zrelacjonowała skróconą wersję planu. 

Po tym oświadczeniu poszła do swojego czerwonego kabrioletu, a Tiffany 

udała się w stronę domu. Weszła do środka i omiotła wzrokiem salon. Był dość 
mały, znajdowały się w nim tylko niezbędne rzeczy, ale wiedziała, że i tak 
będzie za nim tęsknić. Ominęła go i otworzyła drzwi do swojego pokoju.  

W pomieszczeniu dominował brąz. Ciemne meble z mahoniowego drzewa, 

wygodny fotel i regał z książkami. Podeszła do tego ostatniego i wyciągnęła 
największą księgę z górnej półki. Otworzyła ją, a z tomu wzbił się potężny kurz. 
Pożółkłe kartki świadczyły o tym, że książka jest dość stara, ale Tiffany ona nie 
służyła do czytania. 

W środku księgi był mały otworek, a w nim leżał stary klucz. Dziewczyna 

ujęła go delikatnie w palce, zamknęła książkę i odłożyła ją na miejsce.  

Ostatni raz rozejrzała się po gabinecie i wyszła z niego. Poszła w stronę swojej 

sypialni i westchnęła głęboko, gdy już się tam znalazła. Zamknęła za sobą drzwi 
i podeszła do czwartej deski z prawej strony, od ściany. Kucnęła przed nią i 
podważyła ją lekko, a ta odskoczyła. W środku była stara skrzynia, którą 
wampirzyca wyciągnęła i położyła obok siebie. 

Otworzyła ją kluczykiem, który wyciągnęła z księgi. W środku znajdowało się 

pełno broni. Drewniane kołki, metalowe, żelazne i drewniane noże, pistolet na 
drewno, jak i również zwykłe chakramy, sztylety, szable o długiej rękojeści, 
miecze, kosa bojowa, berdysz i wiele, wiele innych. 

Tiffany zakołysała się na piętach i powoli wstała. Wyciągnęła z dna szafy pasy 

na bronie i przypięła do siebie.  

Potem znowu podeszła do skrzyni i zaczęła wkładać w przegródek w pasach 

sztylety. To był jej ulubiony rodzaj broni. Nie gustowała w wielkich 

background image

narzędziach, tylko w małych sztyletach, które idealnie mieściły jej się w dłoni i 
do tego były ostre jak brzytwy. 

Wzięła także kilka kołków, bo pomyślała, że gdy będą mieli styczność z 

wampirami to zwykłe sztylety nie wystarczą.  

Nagle jej wzrok spoczął na sztylecie, który leżał na dnie skrzyni. Wzięła go 

ostrożnie do ręki. Od góry do dołu widniały litery „T.A.M.V”, co oznaczało jej 
inicjały: Tiffany Amelie Margaret Vasile. Pamiętała, że, gdy była jeszcze w 
Instytucie, kazała go dla siebie wykuć. To właśnie nim zabiła zabójców Hyrise i 
od tamtej pory stał się bliski jej sercu. Wpakowała go do pasa, który miała 
przypięty na udzie i uznała, że to już wszystko. 

Zamknęła skrzynie i schowała ją z powrotem na swoje miejsce. Po czym 

podeszła do łóżka i wyjęła spod niego worek marynarski. Otworzyła szafę i 
wpakowała do niego pierwsze lepsze rzeczy, jakie nawinęły jej się pod rękę. 
Wrzuciła do niego jeszcze portfel i uznała, że jest już gotowa.  

Zarzuciła sobie na plecy swój bagaż. Ostatni raz rzuciła tęskne spojrzenie w 

kierunki kanapy w salonie i wyszła na zewnątrz. Zamknęła dom na klucz, który 
schowała pod jedną z kilku poduszeczek, które leżały na ławeczce na tarasie.  

Wyszła przed bramę i spostrzegła nadjeżdżający, czerwony kabriolet. Tiffany 

pomyślała, że Rachel ma idealne wyczucie czasu. Samochód zatrzymał się przed 
nią, a ona zobaczyła czarnowłosego chłopaka siedzącego na miejscu pasażera. 
Gdy się do niej uśmiechnął kolana się pod nią ugięły. Z tymi swoimi dołkami w 
policzkach i błękitnymi oczkami wyglądał jak aniołek. Ale ona zaraz 
oprzytomniała i przypomniała sobie, kim on jest.  

Nie odwzajemniła uśmiechu. Wsiadła szybko na tylnie siedzenie, uprzednio 

wrzucając do środka swój worek marynarski. 

Chłopak odwrócił się do niej i wyciągnął rękę, a z jego twarzy nie schodził 

uśmiech. 

- Ryan Serrano – powiedział głosem pięknym jak śpiew ptaka. 

- Wiem, kim jesteś – powiedziała Tiffany niemiłym tonem. 

Popatrzyła niepewnie na jego rękę i delikatnie ją uścisnęła. Po jej ciele 

przeszedł dreszcz, co bardzo ją zaskoczyło. Popatrzyła na Ryana i zobaczyła, że 
on też to poczuł. 

background image

- Tiffany Vasile – powiedziała niepewnym głosem. 

Szybko zabrała od niego rękę i popatrzyła na Rachel, która uśmiechała się 

szyderczo. 

- To gdzie mieszka ta twoja czarownica? – zapytała. 

- To nie jest moja czarownica – warknęła na nią. Była zmęczona i źle się 

czuła. Najchętniej położyłaby się spać. – Jedź prosto, a potem skręć w lewo, 
następnie jak będzie skrzyżowanie - skręć w prawo i zatrzymaj się przed 
zielonym domem. Zapewniam cię, że go nie przeoczysz. 

Kiwnęła głową na znak, że rozumie i ruszyła ulicą. 

Przez całą drogę Ryan starał się przypodobać Tiffany, lecz ona ignorowała go 

całkowicie. On jednak, nie zrażony jej zachowaniem, cały czas do niej mówił. 
Jednak Tiff, zamyśliła się tak głęboko, że nie miała zielonego pojęcia, o czym 
papla chłopak. 

Wkrótce jednak kabriolet zajechał pod krzykliwo-zielony dom. Rachel 

odwróciła się do Tiffany i powiedziała szorstko: 

- Idź do jej domu i zobacz czy jest sama. Jak nie jest, to wyciągnij ją na dwór i 

opowiedz w skrócie, co to jest Krwawe Jezioro i co oznacza, jak zacznie płynąć 
w nim krew. Jak jest sama to powiedz jej o tym w domu i daj nam znak jak 
skończysz, wtedy do ciebie dołączymy i poszperamy w tych jej księgach.  

Tiffany przytaknęła głową i wyszła z samochodu. Okrążyła dom dookoła i 

zobaczyła, że jedno z okien jest otwarte. Wskoczyła na parapet, po czym weszła 
do środka. 

Zobaczyła, że pokój, w którym się znalazła, jest pomalowany na 

pomarańczowo, a na ścianach wisiało mnóstwo plakatów. Po całym 
pomieszczeniu walały się ubrania i Tiffany stwierdziła, że to musi być pokój 
Megan. Usiadła na ławce pod oknem i w tej samej chwili usłyszała kroki na 
schodach. Po kilku sekundach do pokoju weszła rudowłosa. W pierwszej chwili 
nie zauważyła dziewczyny siedzącej pod oknem, lecz zaraz potem stanęła jak 
wryta, a jej mina była bezcenna.  

- Witaj czarownico – powiedziała Tiffany. 

background image

Rozdział 4 

 

Megan nie odezwała się ani słowem. Stała w tym samym miejscu, co 

wcześniej i nie poruszyła się nawet o centymetr. Tiffany wcale jej się nie 
dziwiła i nie oczekiwała jakiejkolwiek reakcji z jej strony. Nie owijając w 
bawełnę od razu zaczęła mówić: 

-  Ze względu na to, że zostałaś wtajemniczona jesteś pod władzą Doriana, a 

on w Świecie Cieni zarządził czerwony alarm, co równocześnie wiąże się z tym, 

ż

e musisz zrobić co on ci karze, takie jest prawo. 

Megan chwilowo wstrzymała oddech, a teraz wypuściła ze świstem powietrze.  

- Wnioskuję z tego, że zostałam wyznaczona do jakiegoś super tajnego i super 

ważnego zadania i nie mam prawa odmówić? – jej głos lekko drżał, ale był dość 
pewny, co zdziwiło Tiffany, ponieważ spodziewała się, że jej rudowłosa 
przyjaciółka jej nie uwierzy, albo zacznie wrzeszczeć na cały dom, żeby się 
wynosiła z jej pokoju. 

Brązowowłosa zagapiła się na nią chwilowo, zdziwiona jej reakcją, ale 

wiedziała, że nie ma czasu do stracenia i zaczęła kontynuować: 

-  Nie wiem, co wiesz, ale jeżeli jeszcze nie podejrzewasz to oznajmiam ci, że 

jestem wampirem.  

Ucichła chcąc zobaczyć jak Megan zareaguje na tę nowinę. Ruda zrobiła tylko 

zaskoczoną minę i wszeptała, coś co brzmiało jak „Wiedziałam… Dlaczego 
wcześniej nie poskładałam faktów do kupy?”  

Tiffany puściła to mimo uszu i postanowiła przejść do sedna sprawy. 

-  Nie mam pojęcia ile wiesz o Świecie Cieni, Dorianie, czy Radzie 

Nieśmiertelnych. Na wszystkie wyjaśnienia przyjdzie czas, ale teraz zajmijmy 
się tym, co w owej chwili jest najważniejsze. Dorian, który jest nieoficjalnie 
królem Świata Cieni, ma medium - kobietę, która nazywa się Loretta. 
Przepowiedziała ona już wiele rzeczy, które się sprawdziły, więc król jej 
doszczętnie ufa – urwała na chwilę, ale gdy dziewczyna stojąca przy drzwiach 

background image

nie odezwała się, ani nie zaczęła zadawać żadnych pytań, kontynuowała. – Tak 
się składa, że ostatnio miała wizję. Widziała, jak Krwawe Jezioro zaczyna 
krwawić.  

Tym razem doczekała się jej reakcji. Megan zrobiła zaskoczoną minę i 

zapytała głosem osoby, która martwi się, czy jej rozmówczyni nie uciekła z 
psyhiatryka: 

-  Co to jest te Krwawiące Jezioro? 

Tiffany powstrzymała odruch przewrócenia oczami i powiedziała odrobinę 

zniecierpliwiona: 

- Nie Krwawiące, tylko Krwawe. Jest to miejsce leżące na północy, gdzie 

ludzie nie mają dostępu. Istnieją stare legendy i podania o tym jeziorze. Mówią 
one między innymi o tym, że jak zacznie przebarwiać się na czerwono to 
znaczy, że całemu światu grozi prawdziwe niebezpieczeństwo. 

- Ale to tylko przecież stare bajki – rzuciła zdziwiona Meg. 

- Przecież każdy wie, że w każdym micie i legendzie jest szczypta prawdy – 

Tiff była porządnie zniecierpliwiona. Chciała już przejść do sedna sprawy. 
Megan kiwnęła głową na znak, że rozumie, wampirzyca kontynuowała. – Teraz 
zboczymy trochę z tematu, bo chciałabym abyś wszystko dobrze pojęła. 
Magiczne Istoty, czyli wilkołaki, ferie, elfy, wampiry, nimfy i czarownice 
walczą od wieków z Ciemnością. Do tej drugiej grupy zaliczają się Siwangowie 
i Mormolyke.  

Rudowłosa zaciekawiona, nie odrywając wzroku od mówiącej usiadła na 

łóżku. 

- W walce, która trwa nieprzerwanie, obie strony były dotychczas wyrównane. 

Ciemności zwykle jest mniej, ale za to jest o wiele potężniejsza. Magiczne 
Istoty, których szeregi armii cały czas się powiększają są dużo słabsze i nie ma 
tu różnicy, że swoją liczebnością górują nad Ciemnością.  

- Słyszałam o tym – powiedziała zaskoczona tym, że wie o czym mówi jej 

przyjaciółka. – Podsłuchałam, jak moja mama rozmawiała z ciocią o tym, że po 
ostatniej wojnie liczba Mormolyke i Siwangów drastycznie się powiększyła. Ale 
nie wiem, kompletnie dlaczego i o co w tym chodziło. 

background image

Tiffany uniosła do góry jeden kącik ust. Była zadowolona, że czarownica 

jednak ma jakieś pojęcie o Świecie Cieni. 

- Powiększyli się dlatego, że Magiczne Istoty, aby nie czuć bólu po stracie 

kogoś, zamieniali się w Siwanga i wtedy nie czuli już nic – widać, że Megan nie 
bardzo orientowała się, kto to są Siwangowie i dlaczego nie mieli już nic czuć. 
Tiffany pomyślała, że teraz nie ma czasu, na takie wyjaśnienia i że zajmie się 
tym później. – A to jest logiczne, że jeżeli ich liczba się powiększyła, to znaczy, 

ż

e już prawie wielkością armii dorównują nam, Magicznym Istotom, a to źle. 

Bardzo źle, ponieważ, jak ci już mówiłam, strony były dotychczas wyrównane z 
tego powodu, że tamtych było mniej. Teraz liczebnością dorównują nam, a są o 
wiele silniejsi, więc szansa są nierówne… 

Wiedziała, że nie musi dopowiadać, co wtedy się stanie kiedy ich liczba 

wzrośnie, ponieważ to było jasne. Po zerknięciu na zastygłą w szoku twarz 
Megan, Tiff upewniła się, że ona też to zrozumiała.  

- Loretta miała wizję, że Krwawe Jezioro zaczyna krwawić, a my musimy 

powstrzymać Ciemność, aby nie powiększyła swoich szeregów, tak? – 
rudowłosa upewniła się, że dobrze zrozumiała. 

- Jesteś mądrzejsza, niż myślałam – powiedziała z podziwem w głosie Tiff. 

- Ale jak my mamy to zrobić? We dwie? – zapytała Megan. 

 

Tiffany dopiero teraz przypomniała sobie, że na dworze czekają Ryan i 

Rachel. Tak była zajęta wyjaśnianiem najważniejszych rzeczy rudowłosej, że 
kompletnie o nich zapomniała. Szybko się podniosła i powiedziała do 
zielonookiej, krótkie „czekaj”, po czym wyskoczyła przez okno. 

Okrążyła dom dookoła i znów znalazła się koło samochodu. Zobaczyła, że 

czarnowłosa siedzi bardzo blisko Ryana i coś szepce mu do ucha. 

- Przepraszam, nie chcę wam przeszkadzać w gruchaniu, ale obowiązki 

wzywają – powiedziała chłodnym tonem. Nie wiedziała, co ją tak uraziło, ale 
poczuła ukłucie w sercu patrząc na tą scenkę. 

Ryan błyskawicznie odskoczył od Rachel słysząc brązowowłosą. Ta zaś 

uśmiechnęła się drwiąco i powoli usiadła na swoim miejscu. 

- I co? Jest sama? Wyjaśniłaś jej, o co chodzi? – zapytała. 

background image

- Tak. Jest sama i wszystko jej wyjaśniłam – przytaknęła Tiffany. 

- No to, na co czekamy? Chodźmy. 

Po tych słowach Rachel opuściła samochód, a za nią wyszedł Ryan.  

Wszyscy troje podeszli do okna pokoju Megan i wskoczyli do niego po kolei. 

Rudowłosa szeroko otworzyła swoje piękne, zielone jak liście dębu oczy. 

Tiffany wskoczyła do pokoju na końcu, podeszła do zielonookiej i usiadła przy 
niej. W tym czasie Ryan zajął sobie miejsce na ławeczce pod oknem, a Rachel 
usiadła podejrzanie blisko niego. 

- Megan to jest Ryan Serrano – brązowowłosa wskazała ręką na 

czarnowłosego chłopaka – Syn Doriana. Lepiej będzie dla ciebie, jeżeli nie 
będziesz się wdawać z nim w bliższą znajomość. Ryan, to jest Megan Evans, 
nasza czarownica.  

Chłopak krótko skinął głową w stronę rudowłosej.  

- A to jest Rachel Morelly moja… znajoma – Tiff wskazała ręką dziewczynę 

siedzącą obok Ryana. – Z nią też lepiej nie wdawaj się w bliższą znajomość. 

Czarnowłosa uśmiechnęła się groźnie. 

- W tym oto składzie mamy zapobiec dalszemu powiększaniu się Ciemności. 

Musimy poszperać trochę w twoich księgach, aby dowiedzieć się, jak to zrobić – 
przy ostatnim zdaniu Tiff zwróciła się do zielonookiej. 

- Jakich księgach? – zapytała dalej nie zbyt pewnym i trzęsącym się głosem 

Meg. 

- Masz jakieś księgi, które dostałaś od przodków, tak? – upewniła się 

brązowowłosa. 

- No… tak. 

- Przynieś je. 

- Wszystkie? – zapytała wystraszona. 

- A co? Jest ich dużo? 

Rudowłosa chwilę się zastanowiła, po chwili kiwnęła głową i powiedziała 

bardzo cicho „dość dużo”. 

background image

- A gdzie je wszystkie trzymasz? – zapytała, pierwszy raz się odzywając, 

Rachel. 

- Na strychu – odpowiedziała dość zaskoczona tym, że dziewczyna o tak 

niewinnej twarzy, delikatnej i kruchej ma taki mocny i pewny siebie głos. 

- No to jak księgi nie mogą przyjść do nas to my pójdziemy do ksiąg – 

odpowiedziała czarnowłosa przejawiając niezwykle rzadką u niej dowcipność. 

Rudowłosa tylko skinęła głową onieśmielona. Podniosła się z łóżka i wyszła z 

pokoju. W jej ślady poszli też Tiffany, Rachel i Ryan. 

Szli tuż za Megan, która kroczyła  powoli korytarzem. Po chwili się 

zatrzymała i otworzyła klapę w suficie. Wspięła się po schodkach i weszła na 
strych. To samo uczynili pozostali.  

Znaleźli się w pomieszczeniu, gdzie wszędzie walały się pudła. Strych był 

zakurzony i niski tak iż musieli zgiąć się w pół, aby pójść dalej. Po chwili 
dotarli do tej części strychu, która jak widać była dość często używana. Stała tu 
stara, czerwona kanapa, koło niej była lampa, a dookoła walało się wiele 
książek. 

- No cóż… To mój zakątek. Tu się relaksuję – zielonooka nerwowo 

zachichotała. 

Tiffany zastanowiła się czy małej czarownicy to, aby wszystko nie przerosło. 

Tyle się dowiedziała w jednej chwili… Nawet nie samo to ile się dowiedziała 
tylko co. Chyba każdy, by się trochę denerwował, gdyby się dowiedział, że 
może nastąpić koniec świata i wszystko leży w rękach czwórki nastolatków, 
którzy wiedzą i nie ukrywają się z tym, że nie dadzą rady, pomyślała 
brązowowłosa.  

Tiff usiadła na kanapie i zerknęła na wszystkie książki dookoła. Czarnowłosa 

wampirzyca poszła w jej ślady i usiadła na podłodze opierając się o kanapę. 
Ryan nie wiedząc, czy usiąść koło brązowowłosej, czy obok niebieskookiej 
wybrał miejsce neutralne – na podłodze z boku kanapy, gdzie leżała sterta 
książek. Ruda usiadła na kanapie, obok Tiff. Popatrzyła na nią niepewnie jakby 
się bała, że ta zaraz ją ugryzie i wyssie z niej krew. Tego właśnie brązowowłosa 
się obawiała. Wiedziała, że jeśli powie swojej przyjaciółce, że jest wampirem to 
ona będzie się jej bała. Dlatego właśnie nic jej nie mówiła. Z obawy, że straci 
jedyną osobę, która ją zaakceptowała nie zwracając uwagi na jej wygląd i plotki, 

background image

które krążyły o niej po szkole. Jej rówieśnicy opowiadali różne historie o 
szarookiej. Tiffany pamięta tylko kilka z nich. Między innymi taką, że 
wymordowała całą swoją rodzinę i uciekła policji do ich miasta. To było 
wyjaśnienie na to, że nikt nigdy nie widział jej rodziców na różnych świętach 
organizowanych w szkole, czy na wywiadówkach. Nikt nigdy nie spotkał jej 
mamy w sklepie, czy jej taty w mieście. Drugą plotką na jej temat było to, że 
zbiegła z więzienia dla młodocianych przestępców lub druga wersja tej plotki, 
zniekształcona trochę w wyniku powtarzania jej, że z wariatkowa. Z tego, co 
pamięta było jeszcze, że któryś z uczniów podobno przeglądał jej szkolną 
kartotekę i znalazł tam iż wywalono ją z poprzedniej szkoły za usiłowanie 
zabójstwa na nauczycielu. 

Megan się tym nie przejmowała i – jak to zawsze z nią bywało – miała własne 

zdanie. Nie obchodziło jej, co mówią jej koledzy na temat brązowowłosej. 

Cała czwórka siedziała teraz w milczeniu i patrzyła z przerażeniem na księgi, 

które były porozwalane dookoła nich. Było ich co najmniej ze sto lub więcej. 

- No cóż… Pamiętam, że w paru z nich natknęłam się na słowa „Krwawe 

Jezioro”. Nie pamiętam w jakich. Ale nie przejmujcie się, połowa z nich to 
księgi czarów, eliksirów lub ziół. Więc nie musimy wszystkich przeglądać – 
odezwała się po chwili ciszy zielonooka. 

Wszyscy po tych słowach odetchnęli z ulgą. 

- Hm… Zostaje nam tylko posegregowanie ich, abyśmy wiedzieli co 

przeglądać, a co nie – czarownica przy tych słowach się uśmiechnęła. Już nie 
była nieśmiała, bo znajdowała się w swoim żywiole. Uwielbiała pracować przy 
książkach. Czy to je czytać, czy czyścić, lub tak jak teraz – segregować, 
sprawiało jej to nie lada przyjemność.  

Megan wyjaśniła im jak poznawać o czym są książki i gdzie odkładać te 

niepotrzebne. Po chwili wszyscy już pracowali. Nie wiele ze sobą rozmawiali. 
Od czasu do czasu rudowłosa rzucała jakieś instrukcje, albo jak ktoś natknął się 
na jakąś starą księgę, mówiła, aby obchodzić się z nią delikatnie i wyjaśniała ile 
ma lat i skąd pochodzi. 

Po paru ciężkich godzinach wszystko było posegregowane. Tiffany spojrzała 

na małe okienko, które wychodziło na ogród Evansów. Słońce już zaszło i robiło 
się coraz ciemniej. 

background image

Megan też spojrzała w tamtym kierunku i zmarszczyła brwi. Sięgnęła przez 

ramię szarookiej i zapaliła lampkę. Miejsce, w którym siedzieli od razu zalało 

ś

wiatło. 

Brązowowłosa nagle coś sobie uświadomiła. 

- Gdzie są twoi rodzice Meg? – zapytała czarownicę. 

- Pojechali na trzy dni do Nowego Yorku, więc mam cały dom dla siebie. Co 

myślisz, że jakby byli w domu to bym was zaprosiła do środka? Trzy wampiry 
w domu pełnym ludzi, których żyłach płynie soczysta krew – zaśmiała się ze 
swojego żartu.  

Gdy zobaczyła, że wszyscy na nią patrzą i nikogo nie rozbawiło to 

stwierdzenie, natychmiast ucichła. 

- Ja nie piję ludzkiej krwi. – powiedziała wolno Tiff, lekko zniesmaczona jej 

uwagą. 

Megan popatrzyła na nią ze zdziwieniem wypisanym na twarzy. Wampirzyca 

się zniecierpliwiła. 

- Ja pije tylko krew zwierząt. Przestałam pić krew ludzi jak zamieszkałam w 

ś

ród nich. Po prostu nie mogłam i już. To nie na moją psychikę mieszkać w śród 

ludzi i pić ich krew. To niesmaczne. 

Brwi czarnowłosej powędrowały w górę. Chłopak też spojrzał na nią ze 

zdziwieniem. 

Zielonooka to zauważyła i spojrzała na nich ze strachem. 

- Czyli… wy… eee… pijecie ludzką krew? 

- Pijemy, ale tylko trochę, tak, aby nie zabić człowieka, bo wtedy byśmy stali 

się Mormolyke. – wyjaśniła Rachel. 

- Co to Mormolyke? – zapytała ciekawa Meg. 

Czarnowłosy chłopak prychnął. 

- Nie wiesz, co to jest? Każda Magiczna Istota wie, co to jest Mormolyke! – 

powiedziała z oburzeniem Rachel. 

Tiffany spojrzała na nią wymownie, a ta od razu załapała. 

background image

- Aaa… Ty nie przeszłaś szkolenia w Instytucie. 

- Przepraszam, ale wyjaśni mi ktoś, o co chodzi? Co to jest Mormolyke i 

Instytut? 

- Już wyjaśniam – wtrąciła szarooka. – Gdy jakiś wampir wysuszy człowieka z 

krwi do końca i go zabije staje się wtedy Mormolyke i przechodzi na stronę 
Ciemności. Mormolyke to po prostu wampir, który zabija ludzi. Taki wampir się 
zmienia. Tak jakby uchodzi z niego dusza i wszystkie dobre emocje. Magiczne 
Stworzenie ma prawo go zabić i nie zmienić się w Siwanga. Można takiego 
Mormolyke rozpoznać po tym, że ma dłuższe kły od zwykłego wampira, jest 
silniejszy, szybszy i potężniejszy, ale dość głupi. Myśli tylko o krwi i zabijaniu. 
Głównie to Siwangowie nimi przewodzą. 

- Co to są Siwangowie? – zapytała niepewnie rudowłosa pamiętając o 

wcześniejszym wybuchu i oburzeniu Rachel. 

- Siwangowie to Magiczne Istoty, które zabiły jakąś inną Magiczną Istotę. 

Dajmy na to wilkołak, który zabił z zimną krwią innego wilkołaka. Wtedy 
takowa Magiczna istota się zmienia. Na przykład wcześniej wspomniany 
wilkołak. Nie może on już nigdy więcej zmienić się w wilka lecz jego ludzka 
postać staje się silniejsza. Jego głównym celem jest wtedy zabijanie. Nie ważne 
czego, ludzi czy Magicznych Istot. Nim więcej stworzeń zabije tym staje się 
silniejszy. Na ogół są to najpotężniejsze Istoty Cienia. Są silniejsze, szybsze, 
inteligentniejsze i nie czują żadnych emocji. Dlatego właśnie ostatnimi czasy 
bardzo dużo Magicznych Istot przyłączyło się do Siwangów, dlatego, że 
spotkała je jakaś tragedia i aby nie czuć bólu po stracie, prostu zabijały inną 
Magiczną Istotę i nie czuły już nic. Dlatego są takie okrutne, ponieważ nie czują 
litości czy wyrzutów sumienia. Siwanga można rozpoznać po strasznie bladej 
skórze i czerwonych oczach. Można, go zabić tylko w jeden sposób. Musi 
zostać spalony.  

- Teraz już rozumiem. – powiedziała słabym głosem Megan. 

 

 

background image

Rozdział 5 

 

Przez chwilę wszyscy siedzieli w ciszy przeglądając posegregowane książki i 

szukając czegoś o Krwawym Jeziorze. W pewnym momencie Megan nie 
wytrzymała i zapytała: 

- Wcześniej coś mówiliście o jakimś Instytucie i szkoleniu, co to jest? 

Rachel bez odrywania oczu od aktualnie przeglądanej księgi odpowiedziała: 

- Każde Magiczne Stworzenie po skończeniu jedenastu lat jest wysyłane do 

Instytutu. Ta zasada nie obejmuje tylko stworzonych wampirów i wilkołaków. 
Gdy jakiś człowiek przemieni się w wampira bądź wilkołaka zostaje on 
natychmiast tam wysyłany. Tam przechodzi szkolenie. To taka jakby szkoła dla 
Magicznych Istot. Są tam normalne lekcje, jeżeli „normalnymi” można nazwać 
lekcje o potworach, zabijaniu, runach i tak dalej. Wszystko zależy od rasy. 
Czarownice na przykład mają lekcje o rzucaniu czarów, roślinach o 
właściwościach magicznych, o żywiołach, o tym jak przywołać ogień i zabić 
Siwanga. Raz byłam na jednej lekcji u czarownic. Akurat wtedy uczyli się 
poznawać przyszłość z układu planet i gwiazd – czarnowłosa na chwilę się 
zamyśliła, po czym kontynuowała. – Następnie, gdy już przejdziemy szkolenie, 
które kończy się w wieku siedemnastu lat, albo wychodzimy w świat i zabijamy 
na własną rękę, albo zostajemy w Instytucie. To taki jakby dom. Stworzone 
wampiry kończą szkolenie po sześciu latach tak jak pozostałe Magiczne Istoty, 
ale po nich wieku rzecz jasna nie widać. Tak samo jest z wilkołakami, ale oni 
normalnie się starzeją, jeżeli człowiek przemieni się w wilkołaka w wieku lat 
trzydziestu, kończy szkolenie w wieku lat trzydziestu sześciu. Wampiry 
najczęściej zostają w Instytucie, gdy skończą szkolenie. Czarownice wracają do 
swoich rodzin, ponieważ są one śmiertelne i rodzą się normalnie. Wilkołaki też 
odchodzą i przyłączają się do jakiejś sfory. Nimfy… Nimfy są nieśmiertelne, 

ż

yją wiecznie. Można je zabić odcinając im włosy. Dziwne, nie? One też 

odchodzą, bo także mają rodziny. W nimfę nie można się zmienić. One się po 
prostu rodzą i przestają się starzeć w wieku lat dwudziestu. Tak więc nie 
znajdziesz nimfy po czterdziestce – czarnowłosa zaśmiała się pod nosem. – 
Teraz Elfy… Elfy to dziwne stworzenia. Są nadzwyczaj mądre, wyróżniają się 

background image

sprytem i zwinnością. Odchodzą i zamieszkują w mieście Elfów, które jest 
chronione czarami i nikt, kto nie jest tym stworzeniem nie może go zobaczyć. 
No i oczywiście nikt nie wie, gdzie się znajduje oprócz ich samych. Jest parę 
wyjątków, które zostają w Instytucie, a potem przyjmują jakąś posadę lub 
zakładają rodzinę. Elfy, jak już mówiłam, to dziwne stworzenia. Niby są 

ś

miertelne, ale umierają dopiero w wieku czterystu lat. Elfa także można zabić 

jak zwykłego śmiertelnika. One także się rodzą, a nie zmieniają. A teraz o 
feriach… Ferie są chyba najinteligentniejsze. Dorównują inteligencji nawet 
Siwangom. Lecz one są strasznie samolubne. Żadna Magiczna Istota nie pała do 
nich przyjaźnią. Ferie zwykle trzymają się na uboczu. Są sprytne i inteligentne, 
groźne oraz niezwykle piękne. Każdy zachwyca się ich urokiem. Ale nie daj się 
nigdy zwieść. Ferie są bardzo niebezpieczne. Nie zabijają one Siwangów ani 
Mormolyke. Robią to tylko, jeżeli oni na nich napadną. Ciemność jednak nie 
jest taka głupia. Nie zaatakuje ferii, bo wie, że z nią nie wygra. Ferie także się 
rodzą, ale nie umierają. Żyją wiecznie. Praktycznie rzecz biorąc ich nie da się 
zabić. Nie dadzą zbliżyć ci się na tyle, abyś mógł wsadzić im nóż w serce. Ferie 
można pokonać tylko ciosem w serce lub pozbawiając je głowy. Nigdy nie 
wdawaj się w dłuższą rozmowę z tą Istotą. Nim się obejrzysz, a już będziesz 
całować ich stopy. Co do wampirów to trochę bardziej skomplikowana sprawa. 
Jest takie coś jak dampir. To jest rodzony wampir z krwi i kości. Normalnie się 
starzeje i po prostu wybiera moment, w którym przestaje. Tu obecny Ryan jest 
właśnie dampirem. Jego matką jest człowiek, a ojcem wampir. W tym wypadku 
Dorian. Bardzo mało jest na świecie dampirów. Najczęściej są tylko wampiry. 
Przestają się one starzeć w tym wieku, w którym zostają zmienione. Ja 
narodziłam się na nowo w wieku lat osiemnastu w 1723 roku. Tiffany – twarz 
Rachel wykrzywił grymas. – zmieniła się w 1706 roku w wieku lat siedemnastu. 
Ale wrócimy do tematu Instytutu. Dampiry zawsze opuszczają Instytut i 
powracają do swojej rodziny. Wampiry najczęściej zostają, choć są takie 
przypadki, w którym idą w świat zabijać Siwangów i Mormolyke na własną 
rękę. One zazwyczaj nie osiedlają się w jednym miejscu za długo. Podróżują i 
zabijają. Te wampiry, które zostają, mieszkają w Instytucie i kiedy chcą idą 
pozabijać sobie trochę Istot Ciemności, a potem wracają. W Instytucie nie 
musimy wychodzić na polowania. Są tam karmiciele, czyli ludzie, którzy 
dobrowolnie oddaja krew. Nie wysysamy jej dużo, tylko tyle ile nam potrzeba, 
aby nie zabić przypadkiem człowieka i nie zmienić się w Mormolyke – 
czarownica chciała coś powiedzieć, lecz Rachel nie dopuściła ją do słowa. – Nie 
martw się wystarcza nam, bo codziennie się pożywia… 

background image

Nie było dane jej skończyć, ponieważ Ryan wyskoczył z okrzykiem „mam!”. 

- Co masz? – zapytała zirytowana wampirzyca, która nie lubiła, kiedy jej się 

przerywa. 

- Mam coś o Krwawym Jeziorze. – powiedział chłopak. Tiffany pochyliła się i 

wyrwała mu książkę z ręki. 

Zajrzała do niej. Na cienkiej, trochę pożółkłej kartce widniał tekst: 

 Krwawe jezioro – znajduję się daleko na północy i chroni go czar, przed 

ludźmi. Gdy jakiś człowiek zabłąka się w tamte okolice, widzi po prostu 
wolną przestrzeń i natychmiast przypomina sobie, że czegoś zapomniał 
zrobić, co zmusza go do opuszczenia tego miejsca. Istnieją stare legendy, 
które mówią, że, kto wykąpie się w tym jeziorze, gdy akurat będzie 
zakrwawione, zyska władze nad całym światem. Nikt nigdy nie miał okazji 
sprawdzić tej teorii, ponieważ jezioro jeszcze nigdy się nie zabarwiło. 
Dochodzi do tego tylko wtedy, gdy ludzkości będzie zagrażało 
niebezpieczeństwo. Gdy jezioro przyjmie barwę czerwoną, w Świecie Cieni, 
trzeba niezwłocznie ogłosić czerwony alarm, który zawiadomi wszystkie 
istoty o niebezpieczeństwie. Jednak nie bądźcie ignorantami, ponieważ, 
zabarwienie się jeziora może również oznaczać koniec świata, dla Istot 
Magicznych jak i Świata Cieni. 

Gdy przeczytała tekst, zrobiła to ponownie, tym razem głośno. Kiedy 

skończyła, Rachel była oburzona, że nie dowiedzieli się niczego przydanego. 

- Przecież tu nie pisze jak możemy powstrzymać płynięcie krwi. – wyraziła 

swoje zdanie niebieskooka. 

- No wiesz, co… Ja, chociaż coś znalazłem, a ty? Zajmujesz się jakimiś 

bzdurnymi opowieściami – powiedział Ryan. – A teraz zgłodniałem. Pozwólcie, 

ż

e zrobię sobie przerwę, w końcu, jako pierwszy natknąłem się na tekst o 

jeziorze.  

Po tych słowach wstał i skierował się do wyjścia ze strychu. 

- Idzie zapolować? – zapytała Megan z prawie niesłyszalną nutką strachu w 

głosie. 

background image

- Nie… Dampiry mogą jeść zwykłe jedzenie. – wytłumaczyła czarnowłosa. – 

Zazdroszczę im tego – powiedziała, jakby do siebie. 

- Ale piją też krew, tak? 

- Oczywiście. Krew to taka jakby osobna potrzeba. – odpowiedziała Tiff. 

- Ale wy, wampiry stworzone nie możecie jeść? – zapytała ponownie 

zielonooka. 

- Nie. Gdy spróbujemy coś zjeść odzywa się u nas odruch wymiotny. Nasz 

organizm nie żyje. Umarł w tym samym czasie, w którym zostaliśmy 
przemienieni. Czyli nie mógłby trawić jedzenia. 

- Ale przecież powiedzieliście, że Ryan może jeść – Megan była lekko 

zdziwiona. 

- No cóż… Dampiry odziedziczają coś ze człowieka. To tylko czyni je 

silniejszymi. Ich serca przestają bić w momencie, w którym decydują się już nie 
starzeć, ale jak widzisz, ich organizm nie do końca umiera – wyjaśniła Tiff z 
nutką tęsknoty w głosie. 

Nastąpiła chwila ciszy, w której słychać było tylko oddech Megan, która po 

chwili odezwała się: 

- Wiecie co? Ja też zgłodniałam. Idę na dół coś zjeść – po tych słowach wstała 

i poszła w stronę wyjścia ze strychu. 

Ż

adna z dziewczyn się nie odezwała. Pracowały w milczeniu do momentu, aż 

usłyszały śmiech dochodzący z dołu. Po chwili na strych weszli Ryan i Megan 
niosąc tace z kanapkami i śmiejąc się z tylko im znanego żartu. 

Chłopak postawił tacę na podłodze z boku kanapy, a sam usiadł koło niej. 

Rudowłosa usiadła obok niego i zabrała się za jedzenie kanapek.  

Widząc, że wampirzyce patrzą na nią z szeroko otwartymi oczami, zapytała: 

- Co? 

 

Dziewczyny szybko odwróciły wzrok i z powrotem zajęły się przeglądaniem 

ksiąg. Zielonooka kręcąc głową także powróciła do tej czynności. 

background image

Ryan zaczął nucić jakąś piosenkę pod nosem zajadając się kanapkami. On 

jako jedyny nic nie robił, po jakiejś minucie Tiffany to zauważyła i zwróciła mu 
uwagę. 

- Zmęczyłem się. Chyba na dzisiaj powinno nam wystarczyć szukania. Idźmy 

spać i powróćmy do tego jutro. Pewnie dzisiaj i tak nic więcej nie znajdziemy. 

Czarnowłosa entuzjastycznie pokiwała głową.  

- Teraz musimy pomyśleć, gdzi… - zaczęła brązowowłosa, ale nie skończyła, 

bo Megan jej przerwała. 

- Możecie spać u mnie. Moi rodzice wrócą za trzy dni. Do tego czasu 

powinniśmy coś znaleźć, a potem wyruszymy w drogę. 

Tiffany chwilę zastanowiła się nad jej propozycją. Do jej głowy przyszła 

pewna myśl i zapytała: 

- Meg, a rodzice pozwolą ci jechać na samobójczą misję? 

- Hmm… – czarownica zawiesiła wzrok na suficie, zastanawiając się nad 

odpowiedzią. – Szczerze? Pewnie nie. Ale no cóż, jeżeli nic nie zrobimy to 
przecież wszyscy zginą w tym moi rodzice. Zostawię im kartkę z wyjaśnieniem, 
gdzie jestem. 

- Mhm… Tak myślałam – Tiffany chwilę się nie odzywała. – No okej. Pokaż 

nam, gdzie mamy spać. Jutro wstaniemy o wschodzie słońca i dokończymy to, 
co zaczęliśmy. 

Megan kiwnęła głową i zaczęła się podnosić. 

- Wolne są dwa pokoje. Jeden gościnny i sypialnia moich rodziców. Ale ktoś 

może spać ze mną w pokoju. Mam dość wygodną sofę – tłumaczyła kierując się 
w stronę wyjścia ze strychu. 

- Ja mogę spać u ciebie. – zgłosiła się na ochotnika Tiffany.  

- Dobrze – rudowłosa kiwnęła głową potakująco. – Rachel może spać w 

sypialni moich rodziców, a Ryan w pokoju gościnnym.  

Wszyscy zeszli ze strychu kierując się za czarownicą, która pokazywała im, 

gdzie są pokoje, w których będą spać. 

background image

Zatrzymała się przy drzwiach, które były naprzeciwko strychu. Otworzyła je, a 

oczom brązowowłosej ukazał się dość mały pokój z błękitnymi ścianami, na 
których zawieszone były obrazki ukazujące przeróżne krajobrazy. Pod ścianą, w 
kącie z prawej strony było dwuosobowe łóżko z niebieską narzutą. Z lewej jego 
strony była ściana, a z prawej fotel, a przed nim mały stolik do kawy.  Pod 
przeciwległą ścianą była mała komoda, a na niej telewizor. Naprzeciwko drzwi 
znajdowało się  niewielkie okno, które wychodziło na sąsiedni dom.  

Pomieszczenie wyglądało jak pokój w dość tanim hotelu. Ale nie można było 

zaprzeczyć faktu, że był przytulny. 

- To jest pokój gościnny. Tu będzie spał Ryan, zgadzasz się? – zwróciła swoje 

oczy na chłopaka, który leniwie pokiwał głową. 

Wszedł do pokoju i bez dalszych ceregieli rzucił się na łóżko. Zanim 

czarownica zamknęła drzwi, powiedział jeszcze do Rachel, aby przyniosła mu 
jego torbę z rzeczami, która została w samochodzie.  

Gdy szli do sypialni rodziców rudowłosej, gdzie będzie spać Rachel, Tiffany 

zastanawiała się, dlaczego u licha chłopak poprosił czarnowłosą, aby ona 
podrzuciła mu jego rzeczy, a nie ją. Przecież ona też będzie szła po swój worek 
marynarski.  

Jej rozmyślania przerwała czarownica, która zatrzymała się na końcu 

korytarza, przed drzwiami, które po chwili otworzyła. 

Ich oczom ukazał się pokój koloru ciemnoczerwonego. Naprzeciwko nich, pod 

ś

cianą było wielkie łóżko z dużą ilością poduszek i poduszeczek. Z dwóch stron 

łóżka stały szafeczki i lampki nocne. Po lewej stronie pokoju znajdowała się 
duża antyczna szafa. Po prawej stronie drzwi była szafka, a na niej telewizor. 
Wokół niego stało mnóstwo zdjęć Megan z rodzicami i samej Meg. Było 
również zdjęcie małej dziewczynki z warkoczykami i płomienno-rudymi 
włosami. Na twarzy miała mnóstwo piegów. Była roześmiana i szczęśliwa. Po 
chwili szarooka poznała w dziewczynce Megan, która teraz była poważna i 
tylko niekiedy na jej twarzy gościł szczery uśmiech. 

-  Hmm… Ujdzie. – powiedziała Rachel, weszła do środka pomieszczenia i 

zamknęła drzwi przed nosami dziewczyn. 

Czarownica odwróciła się i poszła w stronę swojego pokoju. Brązowowłosa 

zrobiła to samo i z wampirzą szybkością znalazła się pod drzwiami 

background image

odpowiedniego pomieszczenia. Nie oglądając się na zielonooką weszła do 

ś

rodka. 

W pokoju nic się nie zmieniło. Dalej był pomarańczowy, a na ścianach wisiało 

pełno plakatów rockowych zespołów. Na podłodze wszędzie leżały ubrania, tak, 

ż

e trudno było dojrzeć pod nimi podłogę. Po lewej stronie pokoju stała skórzana 

sofa – także  cała zawalona ubraniami – a koło niej niebieska szafa. Prostopadle 
do niej było okno z ławeczką. Pod ścianą z prawej strony stało łóżko z 
kolumienkami i baldachimem, a obok niego szafka nocna. Z jego drugiej strony 
znajdowała się lampa. 

Wampirzyca weszła do środka, a zaraz po niej do pomieszczenia wkroczyła 

rudowłosa. 

- Mmm… Będziesz spała na sofie tylko trochę ją uprzątnę. Zaraz przygotuje ci 

pościel i tak dalej – po tych słowach zabrała się za zbieranie rzeczy z kanapy.  

Wampirzyca przez chwilę patrzyła na nią, a potem podeszła do okna i 

wyskoczyła przez nie. Skierowała się w stronę samochodu i zdążyła zobaczyć 
jeszcze jak czarnowłosa wampirzyca bierze swoją torbę oraz Ryana, a potem 
odchodzi do przeciwnej strony domu. 

Tiffany podeszła do samochodu i wyciągnęła swój worek marynarski. 

Następnie skierowała się powrotem do pokoju Megan. 

Weszła przez okno i zobaczyła, że jej przyjaciółka uprzątnęła już wszystkie 

ubrania z kanapy i teraz rozkłada na niej prześcieradło. 

Wampirzyca bez słowa wyminęła ją i poszła w stronę wyjścia z pokoju. 

Zatrzymała się w drzwiach i puknęła się w głowę.  

- Zapomniałam spakować piżamę, masz jakąś? – zapytała rudowłosą. 

Ta przerwała swoją czynność i podeszła do szafy. Po chwili szperania w niej 

wyciągnęła wielką koszulkę hokejową i podała ją Tiffany. 

- Nie masz nic innego? – zapytała lekko zniesmaczona.  

Ta tylko pokręciła przecząco głową i wróciła do ścielenia kanapy. 

Szarooka wyszła z pokoju i skierowała się w stronę łazienki. Tam odbyła 

wieczorną toaletę i przebrała się w koszulkę, którą dała jej zielonooka, a która 
wyglądała na Tiffany jak mini-sukienka. Gdy była już gotowa do spania, 

background image

otworzyła drzwi i o mało co nie wpadła tam na Ryana, który opierał się o nie i 
gdy się otworzyły wpadł do środka. Szarooka ze swoim refleksem szybko 
odskoczyła, aby jej też nie przewrócił.  

Wampirzyca popatrzyła na niego z góry i uniosła ku górze jeden kącik ust. On 

widząc to zmarszczył brwi, ale po chwili sam roześmiał się. Tiffany podała mu 
rękę, a on ją złapał i z jej pomocą wstał na równe nogi. Gdy się dotknęli, 
szarooka znów poczuła dreszcz w nadgarstku, który powędrował w górę, do 
ramienia i tam zniknął. 

Chłopak nie puszczając jej ręki zlustrował ją wzrokiem i uniósł jedną brew do 

góry. Gdy dotarł oczami do jej gołych stóp, powrócił do jej twarzy i popatrzył 
na jej usta. W jednej sekundzie zbliżył się do niej tak, że teraz szarooka mogłaby 
policzyć wszystkie piegi na jego nosie. Miał ich dokładnie dwa, ale jeżeli 
miałaby być szczera, to dwa i pół. Ryan zbliżył swoje usta do jej warg, a gdy był 
już milimetr od jej ust ktoś znacząco chrząknął. Odskoczyli od siebie 
zdezorientowani. Tym kimś była Rachel, która patrzyła wrogo na Tiff, a 
wampirzyca mogłaby przysiąc, że zobaczyła w jej oczach czerwone przebłyski, 
ale zanim zdążyła im się przyjrzeć zniknęły równie szybko, jak się pojawiły. 
Gdyby wzrok mógłby zabijać, brązowowłosa padła by już dawno trupem. Od 
spojrzenia niebieskookiej Tiffany zrobiło się gorąco.  

Z szybkością wampira wyminęła Rachel oraz Ryana i skierowała się do 

pokoju Megan. 

 

 

 

 

 

 

background image

Rozdział 6 

Tiffany otworzyła drzwi do pokoju Megan i ujrzała tam właścicielkę, która 

brała swoją piżamę spod poduszki.  

Szarooka położyła się na pościelonej już kanapie i zakryła głowę kołdrą, jakby 

mogła spowodować tym iż nikt jej nie zobaczy. Brązowowłosa marzyła tylko o 
tym, aby kołdra pochłonęła ją całą, aby już nigdy nie musiała pokazywać się 

ś

wiatu. 

Pomyślała, że nigdy tak się nie zachowywała, nigdy nie uciekała od 

problemów tylko stawała im naprzeciw. Na pewno nigdy po śmierci Hyrise, 
przypomniała sobie. To była taka jej niewypowiedziana obietnica, że już nigdy, 
nie załamie się i nie będzie kryła się po kątach tylko z podniesioną głową stawi 
czoła wszystkim swoim problemom. Nigdy od tamtego czasu tego nie złamała 
swojego przyrzeczenia, ale teraz bardzo miała ochotę to zrobić.  

Nie wiedząc czemu przypomniała jej się pewna scena.  

Na ławce w parku siedziały dwie osoby. Dookoła nich były drzewa, które 

traciły liście i były już częściowo łyse. Krajobraz był na swój sposób piękny. 
Osoby siedzące na ławce kłóciły się o coś. Chłopak, który tam siedział miał 
potargane blond włosy i piękne, duże brązowe oczy, z których błyskały iskry 
złości, miał szalony wyraz twarzy. Krzyczał coś do dziewczyny, która miała 
jedwabiste brązowe włosy i szare, prawie czarne oczy. Można było z nich 
wyczytać troskę i upartość. Chciała przerwać chłopakowi, lecz on nie 
dopuszczał jej do głosu. 

- Nie rozumiesz Tiffany! To jest nasza szansa! Możemy być sławni, możemy w 

ten sposób zdobyć wieczną chwałę! Nie będziesz wiecznie siedzieć w Instytucie i 
nic nie robić! Nie bądź taką ciamajdą bojącą się wyzwań jak inni! W mieście 
jest stado Siwangów, a nikt nie chce nic z tym zrobić!! – krzyczał blondyn. 

- Nie bądź śmieszny. Zajmą się nimi prawdziwi łowcy, my nawet nie 

skończyliśmy szkolenia. Nie dalibyśmy rady jednemu Siwnagowi, a co dopiero 
stadzie! To jakiś obłęd. Zaślepia cię wizja chwały. Pomyśl racjonalnie. Nie ma 
sensu rzucanie się w objęcia śmierci – powiedziała dziewczyna, która jakoś 

background image

zdołała przerwać chłopakowi i wyrazić swoje zdanie. Mówiła to tonem jakby 
powtarzała to tysiąc razy. 

- Tiffany, to ty pomyśl racjonalnie! Ty naprawdę nic nie rozumiesz?! Nie 

zaślepia mnie wizja chwały tylko sprawiedliwości! Zanim szanowni łowcy 
podniosą łaskawie swoje tyłki i coś z tym zrobią, może być już za późno! 
Siwangowie mogą zdążyć wybić już całe miasto! Wolę iść tam i umrzeć, jako 
bohater niż czekać bezczynnie, aż rozpęta się rzeźnia!!! – po tych słowach 
chłopak podniósł się z ławki i w szaleńczym pędzie pobiegł przed siebie. 

Brązowowłosa dziewczyna patrzyła na jego oddalającą się sylwetkę dopóki nie 

zniknął jej z oczu. Nie pobiegła za nim chodź bardzo dobrze wiedziała, co teraz 
ma zamiar zrobić. Zamierzał rzucić się w sidła śmierci. Miała doskonałą tego 

ś

wiadomość, lecz mimo, że go kochała jak nikogo innego, nie zatrzymała go ani 

nie powiedziała żadnemu nauczycielowi, gdzie pobiegł. Była na niego wkurzona 
jak nigdy dotąd. Pomyślała, że będzie miał nauczkę, jeżeli wróci nie zabijając 
wcześniej żadnego Siwanga. Nie wiedziała jednak tego, że to był ostatni raz, 
kiedy widziała go żywego. 

Tiffany wyrzuciła prędko tę myśl z umysłu. Ten rozdział życia jest już 

zamknięty, pomyślała, nie będę roztrząsać tego na nowo, bo i tak nie mogę 
zmienić przeszłości.
 

Nawet nie wiedziała, kiedy Megan wyszła do łazienki, ale teraz spostrzegła, że 

leży już w piżamie w swoim łóżku. 

Między nimi panowała niezręczna cisza aż w końcu Megan wstała i zgasiła 

ś

wiatło, po czym obijając się o szafki w ciemności wróciła do swojego łóżka. 

Po chwili ciszy Megan zapytała: 

- Jak to jest być wampirem? 

Tiffany na chwilę się zastanowiła. Nigdy wcześniej nikomu nie opowiadała o 

swojej przemianie, nawet Rachel. Jej była przyjaciółka wiedziała tylko tyle, że 
szarooka przemieniła się w wampira w 1706 roku i była córką Rumuńskiego 
władcy Agora III. Dziewczyny nie rozmawiały nigdy na ten temat. To była 
przeszłość, inne życie innej osoby. Tiffany wiedziała o Rachel jeszcze mniej. Jej 
wiadomości nie wykraczają poza rok jej przemiany i dawnego imienia. Niektóre 
wampiry po przemianie zmieniają imię, bo źle kojarzą im się z przeszłością. To 
są te wampiry, które do końca zatracają się w byciu tym, czym są i kochają to. 

background image

Tiffany wiedziała, że niebieskooka przed przemianą miała na imię Katherine. I 
to by było na tyle. Tiffany na chwilę zatraciła się w wspomnieniach. Wszystko 
przed przebudzeniem pamięta jakby to było snem. Jakby ona w tym nie 
uczestniczyła tylko patrzyła z boku, jako obserwator.  

- Urodziłam się dwudziestego trzeciego czerwca 1689 roku – zaczęła Tiffany, 

a rudowłosa jej nie przerwała wiedząc, że będzie teraz opowiadać o swoim 

ż

yciu za czasów, gdy była jeszcze człowiekiem. – Byłam członkinią rodziny 

królewskiej i jak przystało, byłam wychowywana na damę. Żyłam w bogactwie 
i dostatku. Nigdy niczego mi nie brakowało. Oprócz miłości rodzicielskiej – 
przy tym zdaniu, z jej piersi wydobyło się ciche westchnienie. – Moi rodzicie 
byli zbyt zajęci organizowaniem przyjęć i myśleniem o tym, co pomyślą inni, 

ż

eby się mną zajmować. Miałam tysiące nianiek, lecz żadna nie zastąpiła mi 

matki.  
Wbrew pozorom nie byłam zamknięta w sobie, wręcz przeciwnie. Zawsze 
bardzo dużo mówiłam i nie mogłam wysiedzieć w jednym miejscu nie więcej 
niż pięć minut. Lecz oczywiście byłam wzorowym dzieckiem. Słuchałam się 
rodziców, a oni mnie tolerowali. Do czasu aż skończyłam trzynaście lat. Wtedy 
jakiś trybik w moim mózgu się przestawił i zaczęłam myśleć tylko o jednym – 
Tiffany przerwała na chwilę, aby zamienić w słowa to, co siedziało jej w głowie. 
Po chwili dalej kontynuowała. – Myślałam tylko o tym, że jestem zbyt 
zwyczajna. Chciałam wtedy być kimś innym, kimś znaczącym, kimś na kogo 
wszyscy by zwracali uwagę. W swoim pamiętniku na wszystkich stronach 
zapisywałam, że oddałabym wszystko, aby nie być Tiffany Amelie Margaret 
Vasile.  
Jednak pisanie w pamiętniku tego wszystkiego, nie pomogło. Za dużo myśli 
kotłowało się wtedy w mojej głowie, musiałam o tym komuś powiedzieć. Tak 
więc zrobiłam chyba swój najgorszy błąd w życiu i powiedziałam o tym swojej 
mamie… Czasem myślę, czy jeżeli nikomu bym nie powiedziała, czy to by coś 
zmieniło? Jeden uczynek… Z pozoru niewielki, na zawsze zmienił moją 
przyszłość… – Tiffany otrząsnęła się z chwilowego otępienia i kontynuowała. – 
Ale do tego zaraz dojdę. Powiedziałam o tym swojej mamie, a ona pierwszy raz 
w życiu mnie uderzyła. Powiedziała, żebym nigdy więcej tak nie mówiła, bo co 
pomyślą jej znajomi jeżeli zobaczą, że księżniczka Tiffany chciałaby być kimś 
innym…  
Potem zrobiłam drugi swój błąd w życiu i poszłam do swojego taty… 
Powiedziałam mu to, co swojej mamie i na dodatek poskarżyłam się jemu, że 

background image

mama mnie uderzyła w policzek. On zaś nawet mnie nie słuchał i powiedział, 

ż

ebym nie wygadywała bzdur.  

Z dnia na dzień było coraz gorzej. Zaczepiałam naszych służących, 
przypadkowych przechodniów i przyjaciół rodziców. Zwierzałam się im 
wszystkim. Moi rodzice mieli już dość tego jak to wszystkim rozpowiadałam, że 
matka mnie uderzyła i nikt mnie nie chce wysłuchać. Gdy miałam piętnaście lat 
moja obsesja dalej się nie kończyła. W moje piętnaste urodziny mój ojciec upił 
się do upadłego i wyskoczył z okna, zginął na miejscu – szarooka mówiła to 
takim tonem, jakby to ją w ogóle nie obchodziło. Zachowywała kamienną twarz, 
a jej oczy nie wyrażały nic poza pogardą, wstrętem, złością i potworną 
obojętnością. – Moja matka zaczynała wariować, nie radziła sobie z tym 
wszystkim. Dosłownie stawała się psychopatką. Utwierdziło mnie to w 
przekonaniu, że faktycznie tak jest, gdy pewnego dnia, gdy miałam 
siedemnaście lat przyprowadziła do domu mężczyznę, który jakoś szczególnie 
nie wyróżniał się wyglądem.  
Mama przyszła z nim do mojego pokoju nic się nie odzywając. On zaś 
przedstawił się, jako Russel i powiedział, że za chwilę moja przyszłość się 
zmieni i nareszcie będę kimś innym. Chciałabym tylko wspomnieć, że moja 
obsesja już przeszła po śmierci ojca. Jasne, w głębi duszy dalej nie chciałam być 
sobą, ale nie wyrażałam już tego na głos, aby nie obarczać mamę dodatkowymi 
zmartwieniami.  
Wtedy moja matka wreszcie się odezwała i powiedziała, że jestem dla niej 
ciężarem, że nie może mnie wychowywać i sobie zwyczajnie po śmierci ojca z 
tym wszystkim nie radzi. Powiedziała też, że od teraz tak jak chciałam będę 
kimś innym, a ona wreszcie się ode mnie uwolni.  
Po tych słowach wyszła z pokoju, a ja zostałam sama, z Russelem. On do mnie 
podszedł… – w tym momencie oczy Tiffany zasnuła mgła, ale mówiła dalej. – 
Pochylił się nade mną i ugryzł mnie w szyję, wypił trochę krwi, a potem ja 
napiłam się trochę jego krwi. Po tych czynnościach wyszedł.  
Matka przez resztę dnia mnie unikała. W ogóle wszyscy służący nie podchodzili 
do mnie na więcej nić dziesięć metrów i nie odzywali się do mnie. Na drugi 
dzień Russel znowu przyszedł i powtórzyliśmy czynności z poprzedniego dnia. I 
tak było codziennie. Przychodził pił moją krew, a potem ja jego. Czułam jak 
mój organizm się zmieniał, jak moje zmysły się wyostrzały. Wreszcie nadszedł 
ostatni dzień przemiany. Russel przyszedł jak codziennie do mojego pokoju i nic 
nie mówiąc ugryzł mnie w szyję, a potem rozciął sobie dłoń i ja wypiłam trochę 
jego krwi.  Może wydać ci się do obrzydliwe, ale ja to uwielbiałam. Zawsze, 

background image

gdy Russel wychodził z naszego domu nie mogłam doczekać się następnego 
dnia, gdy to znowu wymienimy krew. Russel wniósł trochę światła w moje 

ż

ycie i pierwszy raz za kimś tęskniłam, nawet gdy rozstawaliśmy się tylko na 

dwadzieścia cztery godziny.  
Wtedy jeszcze nie wiedziałam w co się zmieniam, jedyną wiedzę jaką 
posiadałam to to, że stanę się kimś innym i że na zawsze będę musiała opuścić 
swoją matkę. Gdybym wtedy wiedziała, że Russel chce mnie zmienić w 
wampira, nigdy bym się na to nie zgodziła.  To też może ci się wydać dziwne i 
chore, ale ja nie wiedziałam kim on jest. Tak, gdy mnie gryzł widziałam jego 
kły, ale gdy już mnie ugryzł o wszystkim zapominałam, byłam jak 
zahipnotyzowana. W ogóle ten cały okres czasu, gdy powoli przygotowywałam 
się do swojej przemiany był jak sen. Nie wiedziałam, co się dokładnie ze mną 
dzieje, ale to było wspaniałe uczucie, jakbym była na jakiś proszkach.  
Skończyłam na tym, że on rozciął sobie dłoń, a ja jak codziennie wypiłam jego 
krew. Lecz coś było nie tak. On nie wyszedł po tym tylko usiadł na moim łóżku 
i czekał, a ja nie wiedziałam na co. Po chwili jednak poczułam się dziwnie. 
Zaczęło mnie boleć całe ciało. Moja krew wrzała, a żyły piekły żywym ogniem. 
Zaczęło mi rozsadzać głowę, zaczęło mnie boleć gardło. Moje mięśnie bolały 
jakby spadł na nie tonowy gruz. To było najboleśniejsze przeżycie, jakie 
kiedykolwiek w życiu przeżyłam. Wydzierałam się na cały głos, wyginałam 
swoje ciało pod różnymi kątami, aby tylko powstrzymać ten niesamowity ból.  
Te tortury trwały niecałe cztery godziny, potem usnęłam. Mój organizm przyjął 
to z ulgą. Gdy się obudziłam wiedziałam już kim jestem. Nawet nie otworzyłam 
oczu, a wiedziałam, że stałam się potworem. Nie wiem skąd posiadałam tą 
wiedzę, ale tak było. Leżałam przez dłuższy czas nie podnosząc powiek i 
wsłuchując się w kapanie wody. Byłam pewna, że nie jestem w swoim pokoju. 
Wyczuwałam śmierdzący zapach i czułam, że leżałam na czymś twardym. 
Wszystko to odczuwałam intensywniej niż zwykle, słyszałam nade mną odgłosy 
kroków, miliony kroków. Mój mózg oczywiście też szybciej zbierał do kupy 
fakty. Domyśliłam się, że jestem w jakimś kanale. Wtedy podniosłam powieki i 
nie byłam zaskoczona, gdy moje oczy zarejestrowały każdy najmniejszy pyłek 
kurzu. Wokół mnie nie było żywej duszy. Tylko nade mną chodzili ludzie, więc 
wtedy pomyślałam, że jestem pod miastem. Nie będę wdawać się we wszystkie 
szczegóły jak to potem ze mną było. Powiem bardzo ogólnikowo, bo tu nie ma 
naprawdę, o czym gadać.  Wyjechałam z mojego rodzinnego miasteczka i 
zabijałam ludzi pożywiając się nimi. Powoli odkrywałam kim jestem i nie było 
mi z tym dobrze. Znienawidziłam swoją matkę za to, co mi zrobiła.  

background image

Spotkałam paru takich jak ja, ale nie wdawałam się z nimi w rozmowy. 
Wędrowałam po świecie nie wiedząc, czego szukałam. Funkcjonowałam jak 
robot. W dzień spałam, a w nocy wychodziłam do jakiegoś obskurnego baru i 
tam znajdowałam zbyt wypitych ludzi, aby mogli się bronić i wysuszałam ich do 
ostatniej kropelki krwi.  Pewnego dnia przeczytałam w gazecie wyciągniętej z 
kosza na śmieci, że Georginia Nelson Rosmarie Vasile umarła na zawał serca. 
Wyda ci się okrutne, ale ciszyłam się z tego. Wraz z śmiercią mojej matki, 
zamknęłam za sobą tamten rozdział życia.  
Dalej wędrowałam po świecie nie wiedząc nawet, który jest rok. Pewnego dnia, 
gdy dalej prowadziłam swój nocny tryb, jak zawsze wyszłam do baru, aby się 
kimś pożywić. Spotkałam tam wampirzycę, która siedziała przy barze i piła 
czerwonego drinka. Oczywiście nie był to drink tylko krew, ale ludzie o tym nie 
wiedzieli.  Na pierwszy rzut oka była jak normalna dziewczyna. Czarne loki, 
niebieskie oczy… Lecz spośród wszystkich ludzi w barze ona była zadbana i 
nadzwyczajnie blada. Tak poznałam Rachel…  Od razu się zaprzyjaźniłyśmy. 
Rozumiałyśmy się bez słów. Wychodziłyśmy razem na polowania, aż pewnego 
dnia ona mi powiedziała, że uciekła z Instytutu. Wtedy nie miałam zielonego 
pojęcia, co to jest lecz ona wszystko mi wyjaśniła. Razem tam pojechałyśmy, 
wtedy spotkałam, Hyrise… i to już całkiem inna historia – ostatnie słowa 
zostały zniekształcone, ponieważ Tiffany potężnie ziewnęła. – Pora spać. 

Po tych słowach ułożyła się wygodniej na kanapie i zamknęła oczy. 

Wsłuchiwała się w równy oddech rudowłosej i czekała aż ta uśnie. Lecz ona nie 
miała takiego zamiaru. W jej głowie było za dużo pytań. 

- Wampiry mogą spać? Jeżeli nie możecie jeść, ponieważ wasz organizm 

umarł to jakim cudem możecie spać? – zapytała Megan. 

- Masz mnie – szarooka westchnęła zrezygnowana. – Wampiry nigdy nie 

odczuwają zmęczenia, ale mogą spać, tak dla własnej przyjemności, aby uciec 
na kilka godzin z realnego świata i zapomnieć o zmartwieniach. 

Nastąpiła chwila ciszy. Tiff miała nadzieję, że pytania Megan się skończyły i 

nie padnie te najważniejsze, którego obawiała się najbardziej. Jednak los jej nie 
sprzyjał. 

- Kto to jest Hyrise? – zapytała niczego nie świadoma zielonooka. 

Tiffany, choć wiedziała, że Megan w tych ciemnościach, nie jest w stanie 

dostrzec jej wyrazu twarzy to i tak, jak zawsze, gdy padało imię Hyrise, jej 
twarz przypominała kamień. 

background image

- Osoba, którą kochałam ponad wszystko – powiedziała tonem wypranym z 

emocji nie chcąc, aby Megan się czegoś domyśliła.  

Lecz rudowłosa była spostrzegawcza i w tym na pozór neutralnym tonem, 

dosłyszała się nutki zdenerwowania. 

- Użyłaś czasu przeszłego, czy to znaczy, że już go nie kochasz? – ciągnęła 

niezrażona Megan, ponieważ tą nutkę zdenerwowania uznała, jako objaw 
miłosnego niepowodzenia. 

- On nie żyje. W pewnym sensie to ja go zabiłam – odpowiedziała 

wampirzyca, zła na Meg.  

- Przykro mi. – odpowiedziała czarownica po chwili ciszy. 

- Nienawidzę tego! – wybuchła Tiff. – Nienawidzę tego, jak ludzie mówią 

„Przykro mi”, jeżeli wcale tak nie myślą! Mówią tak tylko, dlatego, żeby ulżyć 
tej drugiej osobie, lecz muszę cię zasmucić i powiedzieć, że wcale mi nie jest 
lepiej!  

Po tych słowach szarooka zerwała się na równe nogi i z wampirzą szybkością 

wyskoczyła przez okno biegnąc przed siebie, byle jak najdalej od przeszłości. 

 

 

 

 

background image

Rozdział 7 

 

Tiffany długo chodziła ulicami miasta w samej koszulce, którą dostała na noc 

od Megan. Wspominała jak się tu przeprowadziła i pamiętała, że była wtedy 
taka zagubiona…  

Tak wiele od tamtego czasu się zmieniło, pomyślała, już nie jestem tamtą 

Tiffany, bojącą się wyzwań i uciekającą przed światem. 

Myślała nad tym, że to może jej ostatni spacer po mieście, że już niedługo 

może tu w ogóle nie wrócić. Ze złością przypomniała sobie czekającą ich misję. 
Nie wiedziała dokładnie, co o tym wszystkim myśleć. Od paru miesięcy działała 
jak robot. Wykonywała polecenia i żyła, aby żyć. Nie myślała ani nie 
zastanawiała się za dużo. 

 Lecz teraz, gdy samotnie błąkała się pustymi uliczkami miała aż za dużo 

czasu na rozmyślania. Wszystko to nie bardzo mieściło jej się w głowie. Nie 
mogła pojąć, jak to się stało, że jej szarą codzienność zakłóciła taka nowina. 
Wiedziała, że to tylko kwestia czasu, aż znajdą coś o Krwawym Jeziorze i 
wyruszą na poszukiwania. Wiedziała, że to będzie naprawdę trudny okres w ich 

ż

yciu. Będą musieli podjąć wiele decyzji, które mogą nie być dobre. Przerażała 

ją perspektywa, że wszystko zależy właśnie od nich, od nikogo innego. Jeżeli 
oni zawiodą, wszyscy zginą. Pomyślała, że nie będzie miała przynajmniej czasu 
na poczucie winy, bo w końcu ona też zginie. Chociaż… To jest nie do końca 
jasne. Może wszystkie Magiczne Istoty przeżyją? Może tylko śmiertelni zginą? 
Nigdy nie było końca świata, więc jest to jedna wielka niewiadoma. Wiedzą 
tylko, że gdy w Krwawym Jeziorze zacznie płynąć krew to oznacza to, że jest 

ź

le i że może się to skończyć tragicznie, i dlatego trzeba to powstrzymać. 

Tiffany miała podły nastrój. Zachciało jej się płakać, nie wiadomo dlaczego. 

Kiedy ja ostatni raz uroniłam łzy, zastanawiała się, sto ,a może trzysta lat temu? 
A może nigdy… Nie, przecież płakałam kiedy umarł Hyrise. To było dotąd 
odległe dla niej uczucie. Gdy było jej smutno, nie mazała się tylko zamykała się 
w sobie, a na twarzy zamiast łez, widniała kamienna maska. Nigdy nie była 
otwartą osobą. Nie lubiła okazywać swoich emocji 

background image

Myślała nad tym, że nic się jej nie układa. Wszystko jest do bani. Czasem 

miała ochotę ze sobą skończyć, ale nigdy nad tym poważnie nie myślała. 

 Dotąd to był tylko ulotny, nic nieznaczący pomysł lecz teraz zaczęła 

poważnie się nad tym zastanawiać. Zaraz jednak wyrzuciła tę myśl z głowy, bo 
pomyślała nad tym, że nie ma sensu się teraz zabijać, jak może spróbować 
chociaż uratować świat, a przy tym zginąć niż nawet w ogóle nie próbować. 

Nie była jak Rachel, która uwielbiała ryzyko, była realistką lecz teraz 

naprawdę postanowiła zaryzykować. Raz się żyje, pomyślała słabo. 

Odwróciła się napięcie i pobiegła w stronę domu Megan. Gdy już znalazła się 

pod jej oknem, szybko wskoczyła do środka. Tam zastała całą trójkę, która 
siedziała przy zapalonym świetle i zażarcie dyskutowała. 

Gdy zobaczyli, że Tiffany stoi pod oknem na raz wszyscy ucichli. Megan po 

dwóch sekundach niezręcznej ciszy, rzuciła się brązowowłosej na szyje, 
przepraszając jednocześnie. 

Szarooka niezręcznie zaczęła poklepywać ją po plecach. W tym samym czasie 

Ryan i Rachel wymknęli się po cichu z pokoju. Gdy zamknęli za sobą drzwi, 
Tiffany oderwała się wreszcie od rudowłosej i zapytała: 

- Co oni tu robili? 

- Zawołałam ich, kiedy wyskoczyłaś przez okno, o Boże Tiffany wiesz jak ja 

się bałam?! Przepraszam, naprawdę przepraszam. Nie będę już o nic więcej 
pytać, obiecuję. 

- Nie przepraszaj… To moja wina, nie wytrzymałam nerwowo. Ta cała presja 

związana z tym końcem świata… Wszystko stało się tak nagle. To ja cię 
powinnam przeprosić. Ale ustalmy jeden warunek. Możesz mnie pytać o 
wszystko, a ja postaram się ci odpowiedzieć, ale temat Hyrise omijajmy, okej? 

- Dobrze – Megan uśmiechnęła się do swojej rozmówczyni. – Kładźmy się już 

spać, bo rano musimy wcześnie wstać. 

Po tych słowach, wampirzyca i Megan udały się do łóżek.  

- Czego boisz się najbardziej na świecie? – zapytała czarownica po krótkiej 

chwili ciszy, myśląc, że Tiffany odpowie iż czekającej ich misji. Lecz 
wampirzyca postąpiła całkiem inaczej. 

background image

- Dentystów – odpowiedziała. 

Megan nic na to nie powiedziała. Była zbyt zaskoczona jej odpowiedzią i nie 

chciała znowu wkurzyć Tiffany serią pytań, jaką miała ochotę jej zadać. Zanim 
wymyśliła jakiś inny temat do rozmowy, usnęła.  

Wampirzyca długo wsłuchiwała się w jej miarowy oddech. Była taka spokojna 

gdy spała, pomyślała Tiffany. Widziała bardzo dobrze w ciemności i z łatwością 
mogła dostrzec ciało Megan. Leżała dziwnie wyginając ciało, a jej płomienne 
włosy były rozsypane wokół jej głowy na poduszce. Wyglądały jak ogień.  
Blada skóra zielonookiej, kontrastowała z jej wyjątkowym kolorem włosów. 
Usta, które miały fascynująco czerwony kolor, miała lekko rozchylone. Całość 
sprawiała zapierające dech w piersiach wrażenie.  

Tiffany nigdy dokładnie jej się nie przyglądała, lecz teraz zauważyła, że 

Megan jest naprawdę ładna. Pomyślała, że ona nawet chyba nie zdaje sobie z 
tego sprawy. Gdyby przełamała swoją nieśmiałość i gdyby inaczej zaczęła się 
ubierać, to może nawet zdobyłaby miejsce wśród elity szkoły. 

Zastanowiła się trochę i spostrzegła, że Megan jest bardzo dziwną osobą. Niby 

jest nieśmiała, ale bardzo uparta. Gdy się na coś uprze to nikt nie wybije jej tego 
z głowy. Ma też zawsze własne zdanie. Nie robi tego, co inni uważają za 
słuszne, tylko robi to, co według niej jest słuszne. I to jest właśnie 
najdziwniejsze, że jest drobną, nieśmiałą osóbką o bardzo mocnym charakterze i 
wyglądzie – co tu ukrywać – czarownicy. 

Tiffany bardzo się od niej różniła i właśnie to spostrzegła. Ona jest twarda, 

nieugięta i tajemnicza, ale mają jedną wspólną cechę. Obie zawsze robią to, co 
uważają, że powinny w danej chwili zrobić. 

Brązowowłosa zaraz po tym, jak uświadomiła sobie, że w każdej chwili mogą 

zginąć, zaczęła dostrzegać szczegóły, których wcześniej nie widziała. 

To może i nawet dobrze, pomyślała, może właśnie umiejętność widzenia 

szczegółów będzie kluczowym zadaniem w ich misji. 

W tym właśnie była najlepsza. Była chłodną perfekcjonistką. Widziała rzeczy, 

których inni nie dostrzegali. Kilka sekund zajęło jej uzmysłowienie, że ich 
‘drużyna’, jest naprawdę różnorodna i każdy odznacza się innym talentem, który 
pewnie będzie im potrzebny, aby uratować świat.  

background image

Tiffany pomyślała, że przydałby jej się jakiś sen, aby jutro wstać rześką i 

gotową na niespodzianki, które szykował jej następny dzień. 

Wkrótce i jej oddech się umiarkował, a w ciemności, gdy spała, wyglądała 

równie niebezpiecznie jak za dnia. Jakby była czujna i jakby najmniejszy szmer 
mógłby ją zbudzić. Po kilku minutach zapadła w głęboki sen, ale po jej wyrazie 
twarzy, można było poznać, że to nie był jeden z najprzyjemniejszych. Brwi 
miała ściągnięte, a jej idealne usta, wykrzywione. Była cała spocona. 

Znowu śnił jej się ów moment, w którym po raz ostatni widziała Hyrise. 

Potem sen się zmienił. 

 Czerwone oczy Siwangów przyglądały jej się ciekawie i zachłannie. Jeden z 

tych potworów rzucił się na nią, chcąc pozbawić ją  całej krwi. 

 Sen znowu się zmienił.  

Znajdowała się na polanie, którą otaczały drzewa. Dookoła, nie widać było 

nic oprócz zieleni. Jakby znajdowała się w lesie, daleko od cywilizacji. Miała 
wrażenie, że ktoś ją obserwuje. Rozejrzała się dookoła i zobaczyła setki par 
oczu, które przypatrywały jej się z ciemności. Nagle coś zeskoczyło prosto na nią 
z drzewa. 

Tiffany obudziła się nagle i rozejrzała dookoła. Stwierdziła, że jest już późny 

ranek, ponieważ słońce wpadało przez okno do pokoju i raziło ją w oczy.  

Megan właśnie weszła do pokoju, włosy miała jeszcze mokre po porannym 

prysznicu. 

- Wstawaj – powiedziała – Nie ma czasu na leniuchowanie, trzeba zabierać się 

za przeglądanie ksiąg.  

Tiffany nic nie odpowiedziała. Usiłowała przypomnieć sobie swój sen, bo coś 

w nim nie dawało jej spokoju, ale na próżno. Pamiętała tylko niejasne 
przebłyski, które w niczym jej nie pomogły. Dała temu spokój i wstała z łóżka. 

Po trzydziestu minutach, wszyscy byli ubrani i gotowi do dalszego 

przeszukiwania książek. Stali przed wejściem do strychu i czekali, aż Megan 
pierwsza wgramoli się na górę, po schodkach. 

Gdy już to zrobiła, pozostała trójka poszła jej śladem. Wszyscy zgodnie 

usiedli dookoła książek. Popatrzyli po sobie nawzajem i zabrali się do ich 

background image

przeglądania. Ryan nucił coś pogodnie pod nosem, co z kolei przeszkadzało 
Rachel, która wstała dzisiaj lewą nogą i patrzyła na niego spod byka. 

Megan delikatnie przewracała kolejne karty starych ksiąg, a jej wzrok 

przesuwał się po tekście. 

Tiffany zaś sprawiała wrażenie odległej i zamyślonej. Jej twarz – jak zwykle –

nie wyrażała żadnych emocji. Nagle jej wzrok padł na jedną książkę. Była dość 
gruba, z brązowej skóry, ale nie odróżniała się niczym szczególnym. Na 
okładce, złotymi literami był wyrzeźbiony napis „Elfos, com les criatures més 
misterioses.”.
 

Jednymi z najbardziej uciążliwych lekcji w Instytucie była nauka języka 

Elfów. Tiffany nijak nie chciały wejść te wszystkie trudne słowa. Po prostu nie 
miała pamięci do języków. Ale podstawy znała i umiałaby dogadać się z Elfem. 
Napis na książce, był napisany właśnie w tym języku i tytuł mniej więcej 
brzmiał tak: “Elfy, jako najbardziej tajemnicze stworzenia”. Szarooką zdziwiło 
to i pomyślała, po co Megan książka, która najprawdopodbniej była napisana w 
tym trudnym języku. Przecież i tak by jej nie zrozumiała, ponieważ, nie przeszła 
szkolenia i nie ma pojęcia o mowie elfów. Chyba, że ktoś z rodziny ją nauczył... 
Co było bardzo mało prawdopodobne. 

 Megan... – przerwała ciszę Tiffany – Skąd masz tą książkę? – brązowowłosa 

wskałaza na tajemniczą księgę.  

- Aaa, tą? Dostałam od rodziców na urodziny. Ale na nic mi się nie przydała, 

ponieważ nie wiem co w niej jest. Cała książka napisana jest w jakimś dziwnym 
języku – na chwilę przerwała. – ale ma ładne rysunki. 

Tiffany rzuciła się na książkę. Coś jej podpowiadało, że właśnie w niej znajdą 

odpowiedź. Instynkt, jeszcze nigdy jej nie zawiódł i miała nadzieję, że tym 
razem tego nie zrobi.  

I miała rację. 

Zaczęła szybko przerzucać kartki, aż wreszcie znalazła coś, na czym się 

zatrzymała i zaczęła czytać. Reszta obserwowała ją w ciszy, nie wiedząc, co 
myśleć. Po kilku minutach, pełnych pełnej napięcia ciszy, Tiffany wydała 
okrzyk radości. 

- Słuchajcie! – powiedziała, po czym zaczęła czytać, tłumacząc na ich rodowy 

język. – Jak wiadomo, Elfy mają wiele tajemnic. Dziś wiadomo, że tylko one 

background image

znają tajemnicę Krwawego Jeziora. Wiele istot próbowało wyciągnąć coś od 
nich na ten temat, jednak ich próby spełzły na niczym. Elfy, jako bardzo 
tajemnicze stworzenia, nie chcą ujawnić swojej wiedzy. Elfy żyją w zgodzie z 
naturą i rozumieją język roślin, bla, bla, bla. – Tiffany zamknęła księgę z 
wielkim hukiem. -  Wiecie, co to oznacza!? 

Pozostali, wstrząśnięci nagłym odkryciem, pokręcili przecząco głowami. 

- To oznacza, że ruszamy do Krainy Elfów! – wykrzyknęła radośnie Tiffany. 

 

 

 

 

 

 

background image

Rozdział 8 

 

Po tym odkryciu wszyscy zaczęli mówić na raz. Megan krzyczała z radości i 

zalewała Tiffany komplementami. Rachel mówiła zimnym głosem, żeby byli 
rozsądni i nie porywali się z motyką na słońce. Ryan mówił, jak to ojciec będzie 
z niego dumny, kiedy uratuje świat i biło od niego samouwielbienie, jakby to 
właśnie on znalazł to, czego szukali.

 

Tiffany, jako jedyna siedziała cicho i w głowie układała plan. Pierwszą rzeczą, 

z jakiej sobie zdała sprawę było to, że nie wiedzą kompletnie, gdzie znajduje się 
owa Kraina Elfów.  

Jak w książce było napisane – Elfy, to bardzo tajemnicze stworzenia. Jeszcze 

ż

adnej istocie oprócz nich samych nie udało się wejść do ich tajnego miasta.  

Naturalnie wszyscy snuli przypuszczenia, gdzie to może być, ale nikt nie 

odważył się tego sprawdzić, ponieważ – jak wiadomo – Elfy gotowe są zabić, 
aby bronić swojego terytorium.  

Jednak… Tiffany znała pewną osobę, której nazwisko właśnie pojawiło jej się 

w głowie, która prawdopodobnie wie, gdzie Elfy mieszkają.  

Bardzo dawno temu – Tiffany, w ogóle dziwiła się, że sobie to przypomniała – 

jej towarzysz, z którym wędrowała i polowała przez pewien czas, napomknął o 
tym w pewnej rozmowie. Jednak długo nie drążyli tego tematu, ponieważ ich 
tryb życia ogólnie obejmował tylko polowania, ewentualnie naszpikowaniem 
swojego organizmu środkami odurzającymi i wypoczywanie. 

Wtedy Tiffany nie interesowały takie rzeczy, wolała się skupić na dużo 

ważniejszych – wtedy – dla niej sprawach, więc dużo się nie dowiedziała, ale 
mogła się założyć, że jej owy towarzysz na dziewięćdziesiąt procent wie, gdzie 
znajduje się Kraina Elfów. 

Wysiliła swoją pamięć i próbowała sobie przypomnieć coś więcej. Pamiętała 

tylko jego nazwisko oraz to, że był niezwykle przystojny, nawet jak na wampira. 
Piaskowe włosy… oczy o kolorze kory z drewna… Niebezpieczny uśmiech… 

background image

Jednak zaraz oprzytomniała, bo stwierdziła, że przypominanie sobie jak on 

wyglądał, wcale nie odniesie pożądanych rezultatów.  

Jej myśli zaczęły biegnąć innym torem, ostatkiem sił przypomniała sobie, 

gdzie ostatnio go widziała, jednak zaraz znowu stwierdziła, że to też na nic jej 
się nie przyda, ponieważ wie, że on nie jest typem wampira, który zostałby zbyt 
długo w jednym miejscu. A od ich ostatniego spotkania minęło z… dwieście lat. 

Musieliby poszukać, czegoś o nim i dowiedzieć się, jakie jest aktualne miejsce 

jego zamieszkania. I znowu poszukiwania, pomyślała Tiffany i westchnęła na 
głos. 

Na tyle głośno, żeby wszyscy ucichli i spojrzeli na nią. Ona opowiedziała im o 

tym, co przed chwilą wywnioskowała. Powiedziała, że nie wiedzą, gdzie 
znajduje się Miasto Elfów, że zna osobę, która może wiedzieć – chyba, że któreś 
z obecnych w pokoju wie coś na temat zamieszkania elfów 

Ż

adne z nich nie odpowiedziało, zatem wampirzyca opowiedziała im o jej 

byłym towarzyszu. Gdy już skończyła, odezwała się Rachel, wyjątkowo 
chłodnym i wyniosłym tonem, przeznaczonym tylko dla Tiff. 

- To szaleństwo. Po pierwsze nie wiemy, gdzie znajduje się twój były – na 

twarzy Rachel rozlał się wyjątkowo złośliwy uśmiech. Tiffany chciała 
zaprzeczyć, ale niebieskooka ciągnęła dalej. – Po drugie nie wiemy, czy jego 
informacje są prawdziwe, a po trzecie: nie mamy czasu na dalsze poszukiwania. 
Musimy wziąć się poważnie do roboty. 

- A ty myślisz, że co teraz robimy? Szukanie to też poważna robota, co chcesz, 

bez żadnych informacji lecieć szukać Krwawego Jeziora, które nie wiadomo, 
gdzie się znajduje? A potem co? Nie wiemy kompletnie, co mamy robić, nawet, 
gdy jakimś cudem znajdziemy to jezioro. – Odparowała Tiffany tonem kipiącym 
ze złości. Była o krok, od wybuchu. – Znaleźliśmy pierwszą pożyteczną 
informację. To już jakiś początek. Znajdziemy Elfy, one nam powiedzą 
wszystko, co wiedzą, a potem zobaczymy co dalej. 

Rachel prychnęła i powiedziała lekceważącym tonem: 

- Ty chyba, nie rozumiesz powagi sytuacji. Skąd mamy pewność, że 

znajdziemy te Elfy, skąd w ogóle mamy pewność, że one cokolwiek będą 
chciały nam powiedzieć? Znasz te małe, głupie stworzenia. Mają tyle 
informacji, a żadną się z nami nie chcą podzielić choć to by na pewno pomogło 

background image

ludzkości. Dlatego to absurdalne, że będą nam chciały udzielić informacji na 
temat jeziora. 

- To co w takim razie proponujesz, Rachel? – odpowiedziała zirytowana 

szarooka. – Pewnie wrócić do swoich przytulnych domów, usiąść przed 
kominkiem i zapomnieć o całej sprawie? To do ciebie całkiem podobne. 
Pozwolić ginąć ludziom, gdy ty będziesz popijała sobie herbatkę. 

Jej rozmówczyni, nagle zrobiła się czerwona ze złości i powiedziała tonem 

zimniejszym niż lód: 

- Nic o mnie nie wiesz. 

Po tych słowach zdenerwowana odwróciła się i podeszła na drugi koniec 

strychu, do okna. Stała odwrócona do nich plecami i patrzyła na poruszane 
wiatrem drzewa. Musiała ochłonąć, tego już za wiele, pomyślała.  

Do tej pory Ryan siedział cicho razem z Megan. Jednak w chwili, gdy cisza 

pełna napięcia z każdą sekundą się przeciągała, odezwał się: 

- W sumie… To ja chyba wiem, gdzie to jest. No wiecie, przecież jestem 

synem samego Doriana, znam dużo pożytecznych informacji, a pobyt Elfów to 
jedna z nich.  

Tiffany zmierzyła go chłodnym wzrokiem. 

- I dopiero teraz nam o tym mówisz? Mogliśmy uniknąć tej niepotrzebnej 

kłótni i zaoszczędzić sporo czasu, którego mamy coraz mniej.  

- Wiesz… Wasze kłótnie i dogryzki, są dużo lepsze niż kablówka, a w moim 

ż

yciu muszę mieć trochę rozrywki. 

Jego ton był wyniosły, jakby ta cała sprawa go w ogóle nie obchodziła. 

Czasem Tiffany patrząc na niego, miała wrażenie jakby każdym gestem i 
słowem sugerował, że ich wcale nie potrzebuje i gdyby daliby mu trochę czasu 
to sam na pewno zapobiegną końcu świata. 

Wampirzycę tak irytowało jego zachowanie, że mało brakowało, a zaczęłaby 

przewracać oczami. Tego wolała uniknąć. Do dziś pamięta, że w czasach, kiedy 
jeszcze była człowiekiem, nie mogła pozbyć się tego nawyku i czasem aż bolały 
ją oczy od tej czynności. 

background image

- Dobra, nieważne. Mów co wiesz. – powiedziała, chcąc zakończyć tą 

bezsensowną i nieprowadzącą do niczego rozmowę. 

 - U mojego tatusia był kiedyś pewien Elf, który chciał, aby rozstrzygnął 

pewien spór między nim, a jego bratem. Nie wiem o co dokładnie chodziło, ale 
sprawa wyglądała na poważną. Tato zamknął się razem z nim w swoim 
gabinecie, a ja stałem pod drzwiami i podsłuchiwałem. To było bardzo dawno 
temu i nie wyłapałem całej rozmowy, tylko kawałki. Ale łatwo wszystko można 
było poskładać do kupy. Nie ważne jednak jest to, o czym rozmawiali, tylko 
nazwa, która padła z ust Elfa w pewnym momencie. Wydała mi się znajoma, 
więc szybko poleciałem sprawdzić, co to za miejsce. Okazało się, że byłem tam 
kiedyś. Wszystko do siebie pasowało. Nie miałem wtedy za dużo lat, ale 
pamiętam tyle, że jechaliśmy wtedy z tatą na wakacje. W pewnym momencie, 
samochód się zatrzymał, a mój tato wysiadł. Kazał siedzieć mi grzecznie w 
samochodzie i nie wychodzić. Droga, na której stanęliśmy, była daleka od 
cywilizacji. Z jednej strony ciągnął się wielki las, a z drugiej pola. Tato poszedł 
w stronę lasu i wkrótce straciłem go z oczu, ponieważ zagłębił się w puszcze. 
Nie pamiętam ile tak siedziałem czekając na jego powrót. Ale kiedy wreszcie się 
zjawił, miałem wrażenie, że upłynęło kilka godzin. Wsiadł wtedy bez słowa do 
samochodu i pojechaliśmy dalej.  

Mówiąc to wszystko, Ryan miał oczy odległe i patrzył na jakiś punkt za 

plecami Megan. Gdy skończył, szybko wrócił do rzeczywistości i uśmiechnął 
się, a na jego twarz znowu wpłynęło samouwielbienie. Rozejrzał się po 
słuchaczach, chcąc sprawdzić, jaką reakcje wywołała jego opowieść. 

Rachel, która w trakcie, jak opowiadał, przyłączyła się znowu do nich teraz 

uśmiechała się kącikiem ust, a Tiffany patrzyła nieobecnie w dal, jakby nad 
czymś głęboko się zastanawiała. Megan zaś uśmiechała się od ucha do ucha, 
ciesząc się, że wiedzą, gdzie znajduje się Kraina Elfów, a to znaczyło, że byli o 
krok bliżej do uratowania świata. 

- Wiesz, gdzie dokładnie leży to miejsce, w którym zatrzymaliście samochód? 

– zapytała Tiffany, budząc Ryana i przywracając do rzeczywistości, ze świata, w 
którym właśnie przebywał. 

- No… Nie dokładnie. Ale wiem, w którą stronę się kierowaliśmy z Dorianem 

– pierwszy raz użył jego imienia, a nie określił go tytułem swojego ojca – 
Pewne miejsca, na pewno bym rozpoznał.  

background image

- Czyli gdybyśmy pojechali w tamtą stronę to na pewno rozpoznałbyś ową 

drogę i las? – zapytała szarooka podejrzliwie. 

- Oj, nie rozwódźmy się nad szczegółami. Ważne, że coś mamy. Dlatego, teraz 

schodzimy na dół, zabieramy swoje rzeczy, pakujemy się do samochodu i 
jedziemy – odparła na to Rachel, która aż się trzęsła z niecierpliwości. 

Tiffany popatrzyła na nią krytycznie i niechętnie się zgodziła. 

Po tym, jak oficjalnie zostało powiedziane, że wyruszają w drogę, każdy był 

podniecony, nawet szarooka wampirzyca.  

Zeszli na dół i rozeszli się do swoich pokoi. Tiffany podążyła za Megan do jej 

sypialni i szybko spakowała swoje nieliczne rzeczy, które wczoraj wieczorem 
wyjęła z worka. Megan z przerażeniem otworzyła szafę i zaczęła wyciągać z 
niej niezliczone ilości ubrań i wszystko to pakować do obszernej torby.  

- Nie zmieści mi się to wszystko – jęknęła z zawodem. 

- Nie jedziemy tam na rok – odparła Tiff, patrząc na ilość jej ubrań, które 

próbowała zmieścić. 

Podeszła do niej i odebrała jej torbę. Wzięła kilka spodni i koszulek, które 

wpadły jej w ręce i wrzuciła do środka, następnie wpakowała trochę bielizny, co 
zrobiła bez skrępowania, a następnie kilka niezbędnych produktów 
higienicznych. 

- Wpakuj tu jeszcze pieniądze i dokumenty, weź może jedną księgę magiczną, 

która może ci się przydać i to wszystko. Nie będziemy targać całej szafy, bo nie 
wybieramy się na wakacje. Pakujemy tylko niezbędne rzeczy. To tak na 
przyszłość – po tym stwierdzeniu, zmierzyła ją od stóp do głów i po krótkiej 
koncentracji zapytała: 

- Masz może jakąś broń? 

Megan podeszła do łóżka i wyjęła z pod niego małą, drewnianą skrzynkę. 

Otworzyła ją kluczem, który wyjęła z poszewki poduszki i wyciągnęła z niego 
mały, ale za to niezwykle piękny sztylet. Na srebrnej rękojeści, był mały 
czerwony rubin, wielkości paznokcia kciuka, który pobłyskiwał w świetle 
słońca. Na całej jego rękojeści były delikatnie wyrzeźbione wzory i zawijasy. 
Całość sprawiała naprawdę niesamowite wrażenie. 

Na pytający wzrok Tiffany, czarownica powiedziała: 

background image

- Należał do mojej babci. Wręczyła mi go na krótko przed swoją śmiercią. Na 

razie do niczego mi się nie zdał, jedynie traktowałam go jako pamiątkę po babci, 
ale widocznie najwyższy czas, aby wykorzystać go do wyższych celów. 

W skrzynce znajdował się również kołek, który Megan z wahaniem 

wyciągnęła.  Gdy już opróżniła skrzynię, odłożyła ją na miejsce, a wyciągniętą 
broń schowała do torby. Czarownica podeszła do szafki nocnej i wyciągnęła z 
niej małą książeczkę, obitą w czarną skórę. Kartki były pożółkłe i mocno 
zniszczone. Wyglądało, jakby książka była bardzo stara. Tiffany domyśliła się, 

ż

e to Księga Czarów, ale jakoś inaczej sobie je dotychczas wyobrażała. Myślała, 

ż

e są wielkie, z pentagramem na środku okładki i że są na nich wielkimi 

pozłacanymi literami napisane „Księga Czarów”, ale widocznie jej wyobrażenia 
były inne od rzeczywistości. 

Książeczka przypominała pamiętnik Toma Riddle’a z Harrego Pottera. 

Dziwne, że akurat z tym jej się to skojarzyło, bo przeważnie nie przepadała za 
taką literaturą, ale tak się złożyło, że akurat tą serię książek przeczytała.  

Megan włożyła książkę do torby i ją zasunęła. Obie rozejrzały się po pokoju, 

sprawdzając, czy przypadkiem czegoś nie zapomniały. 

Gdy doszły do wniosku, że nie – wyszły na korytarz i udały się w stronę 

frontowych drzwi. Wyszły na zewnątrz i skierowały się do samochodu, w 
którym – co nie było zaskoczeniem, dla Tiff – siedzieli już Rachel i Ryan. 

Jedyne, co było dla niej niepokojące to to, że chłopak zajmował miejsce dla 

kierowcy, a perspektywa, że Ryan miał prowadzić samochód ją wprost 
przerażała. 

Jej oczy krótko spoczęły na Rachel, która opierała się o dampira i coś szeptała 

mu do ucha, a potem popatrzyła na Megan, która niepewnie wsiadała, na tylne 
miejsce. Wampirzyca poszła jej śladem i wsunęła się za nią na siedzenie. 
Wsunęła torbę pod nogi i się odprężyła.  

Czekała ich długa droga. 

 

 

 

 

background image

Rozdział 9 

 

Długo jechali w milczeniu. Jakoś nikt się nie kwapił, aby przerwać ciszę. Za 

oknem robiło się coraz zimnej, z tej też racji Ryan zasunął dach samochodu. 
Teraz za oknem przewijały się najróżniejsze krajobrazy. Słońce powoli 
zachodziło i tylko od czasu do czasu, ktoś rzucał jakąś uwagę. 

Gdy na dworze całkiem się już ściemniło, oni akurat wjechali do miasteczka, 

które nie wyglądało zbyt zachęcająco. Zatrzymali się na opuszczonej stacji 
benzynowej.  

Ryan poszedł zatankować samochód, a reszta wysiadała, aby rozprostować 

nogi. Rachel poszła do sklepiku kupić Megan jakąś kolację.  

Szarooka chodziła tam i z powrotem myśląc nad tym, gdzie się zatrzymają. 

Uznała, że tylko ona myśli trzeźwo i dość rozsądnie, aby planować takie 
szczegóły. Rozejrzała się dookoła. Gdy wjeżdżali do miasta, nie minęli ani 
jednego motelu, a przecież nie będą nocować w samochodzie na obskurnej stacji 
benzynowej. 

Postanowiła iść się rozglądnąć po okolicy. Powiedziała o tym Ryanowi i 

Megan. Czarownica chciała iść z nią, ale widać, że trzęsła się ze strachu na samą 
myśl, że mogłaby pójść tą dość nieprzyjemnie wyglądającą ulicą. 

Dlatego Tiffany sama opuściła stację benzynową. Z południa wiał lekki 

wiaterek, ale mimo, że nie odczuwała chłodu to szczelniej opatuliła się kurtką. 
Idąc mijała pozabijane deskami sklepy i wymalowane graffiti mury. Na swojej 
drodze nie spotkała żywej duszy. Z każdym krokiem robiło się coraz bardziej 
nieprzyjemnie na tyle, że nie wiedząc czemu, po jej ciele przebiegł dreszcz. 

Z oddali zobaczyła jedyny otwarty sklep w okolicy, pod którym stała grupka 

mężczyzn. Z szyldu, któremu brakowało kilka liter, odczytała, że jest to sklep z 
alkoholem. 

Gdy przechodziła obok, kilku mężczyzn zaczęło wykrzykiwać pod jej adresem 

wulgarne rzeczy. Przyśpieszyła kroku. 

background image

Kiedy oddaliła się na tyle od tego miejsca, aby obejrzeć się za siebie, 

zobaczyła, że kilku tych obleśnych typków idzie za nią. Serce podeszło jej do 
gardła, co było całkiem nie na miejscu, bo przecież mogła ich wszystkich 
wykończyć jednym ciosem. Ale coś w ich postawach sprawiało, że jeszcze 
bardziej przyśpieszyła. 

- Ej maleńka! Chyba się zgubiłaś – krzyknął jeden z nich. Miał potargane, 

popielate włosy i tatuaż z sercem przebitym strzałą, na lewym ramieniu.  

Byli coraz bliżej. 

Nagle przed Tiffany wyrósł wielki mur. Ze strachu, który był niedorzeczny, 

nie patrzyła dokąd idzie. Ślepa uliczka. Super, pomyślała i odwróciła się do 
mężczyzn. 

- Czego chcecie? – chciała, aby jej głos zabrzmiał pewnie, ale do jej tonu 

wkradła się drżąca nutka.  

Jeden z nich zbliżył się do niej. Miał podarte spodnie i koszulę całą w 

plamach, śmierdział potem i alkoholem.  

- Jak chcesz możemy się tobą zaopiekować i pokazać ci drogę powrotną – 

zamruczał do jej ucha. 

Wampirzyca wzdrygnęła się z odrazą. Nim zdążyła cokolwiek zrobić reszta z 

nich złapała ją i przyparła do muru. 

- To co, może się trochę zabawimy…? – mruknął ten z tatuażem.  

Gdy zbliżył się na niebezpieczną odległość wstręt przezwyciężył jej 

postanowienia, że odkąd zamieszka w śród ludzi nie skrzywdzi żadnego z nich. 
Ale to nie są ludzie, pomyślała, to potwory.  

Zwierzęcy instynkt wziął w górę nad jej samokontrolą. Kopnęła mężczyznę z 

tatuażem w czułe miejsce, a on zgiął się w pół sycząc niezbyt miłe wyzwiska, 
skierowane pod jej adresem.  

Wyrwała się pozostałym typkom, wywijając jednemu z nich rękę pod 

dziwnym kątem, tak, że usłyszała trzask.  Nie myślała racjonalne, złapała 
drugiego faceta, który nawinął jej się pod rękę i mocno uderzyła go w pierś. Tak 
mocno, że przebiła skórę i kości. Poczuła pod palcami, jego narządy i gdy 
wyczuła odpowiedni, pociągnęła mocno ręką do siebie. 

background image

W jej dłoni spoczywało teraz serce, które wykonywało swoje ostatnie bicia. W 

końcu zamarło, a ona ze wstrętem rzuciła je na ziemię. To wcale jej nie 
zatrzymało, wręcz wzmogło jej obrzydzenie i nienawiść. Z furią zaatakowała 
kolejnego, skręcając mu kark. Zostało już tylko dwóch.  

Facet z tatuażem i ten z podartymi spodniami. Złapała tego drugiego i z 

impetem uderzyła go pięścią w twarz. Z jego nosa trysnęła krew, a on spojrzał 
na nią z nienawiścią i strachem. Złapała go za włosy i przejechała paznokciem 
drugiej ręki po jego szyi. Zaczęła cieknąć krew. Gęsta, ciemnoczerwona ciecz, 
która sprawiła, że w jej gardle zapłonął ogień. Nachyliła się nad nim i wgryzła 
się w jego szyję.  

Ogarnęła ją błoga radość. Nie pamięta, kiedy ostatnio piła ludzką krew. 

Gorąca substancja spływała do jej gardła, gasząc pragnienie. Czuła, jak wpływa 
do żołądka i uzupełnia niewygodną pustkę.  

Poczuła nową, niewiarygodną energię do życia. Nagle oprzytomniała i 

zobaczyła, że wysuszyła człowieka niemal do ostatniej kropli, więc puściła go z 
odrazą, bojąc się, że stanie się Mormolyke.  

Rozglądnęła się dookoła. Facet z tatuażem uciekł. Tiffany zaklęła siarczyście.  

Gdy zobaczyła miejsce, w którym stała, poczuła gulę w gardle. Zaułek był cały 
we krwi. Dookoła leżały martwe ciała. A ona stała tam, z krwią na rękach i na 
kłach, które powoli znikały. 

Ogarnęła ją panika. Ugięły się pod nią nogi i zaczęła szlochać.  Nie wiedziała, 

ile tak tam klęczała. Ale gdy wreszcie się ocknęła, poczuła, że musiało minąć 
sporo czasu.  

Pomyślała, że pewnie się o nią martwią i z pewnością jej szukają. Na jej 

twarzy znowu pojawiła się maska bez emocji. Ponownie zamknęła się przed 
całym światem, a mur, który wokół siebie zbudowała, przez te wszystkie lata, 
powiększył się o kolejną warstwę. 

Nie myśląc za długo, posprzątała miejsce masakry. Gdy już wrzuciła martwe 

ciała do kontenera na śmieci, na ziemi została tylko ciemna posoka, ale miejsce, 
nie wyglądało, już jak rzeźnia.  

Starannie wytarła ręce z krwi i wyszła z zaułka. 

background image

Było bardzo ciemno, nie świecił księżyc, a na niebie nie było ani jednej 

gwiazdy. Jednak przestała zwracać uwagę na cokolwiek. Przestało ją cokolwiek 
obchodzić. Szybkie tempo, jakie sobie narzuciła, sprawiło, że w kilka minut 
znowu była na stacji benzynowej. 

Gdy spostrzegła ich samochód, szybko udała się w tamtą stronę. Zerknęła 

przez szybę do środka, a to, co zobaczyła wywołało u niej lekki wstrząs, czego 
oczywiście, po sobie nie pokazała. 

Wszyscy siedzieli w środku, rozmawiając o czymś żywo i co chwila 

wybuchając śmiechem. 

Pewnie nawet nie zauważyli mojego zniknięcia, pomyślała kwaśno. Z 

rozmachem otworzyła drzwi i usiadła koło Megan na tylnym siedzeniu. 

Wszyscy na raz ucichli. Ryan rzucił beztrosko: 

- I co? Znalazłaś jakieś fajne i przyjemne miejsce na nocleg? Tyle cie nie było, 

ż

e na pewno wypatrzyłaś w pobliżu jakiś pięciogwiazdkowy hotel, co? 

- Nie – odparła krótko, przymykając oczy.  

Rachel zamroziła ją wzrokiem. Wyrzuciła ręce do góry i powiedziała, że w 

takim razie, co tyle tam robiła. 

Tiffany nic na to nie odpowiedziała.  

- To przejedźmy się samochodem wzdłuż ulicy i może znajdziemy jakiś 

opuszczony budynek, albo coś… Bo chyba na żaden motel, nie możemy liczyć 
w tej mieścinie – Megan wybawiła wampirzycę z opresji. Nie pierwszy raz 
zresztą. 

- Tak, dobry pomysł. Niedaleko stąd widziałem opuszczoną fabrykę – Ryan 

łyknął haczyk. – Noc jest nawet ciepła, zdrzemniemy się na trawie przed 
zakładem i odpoczniemy. Rano wyruszymy w dalszą drogę. 

Nikt się nie sprzeciwił, dlatego chłopak odpalił silnik i wyjechał samochodem 

ze stacji benzynowej. 

Ryan skierował samochód w stronę, z której przyjechali i gdy tylko wyjechali 

zza zakrętu, ich oczom ukazała się całkiem sporych rozmiarów fabryka, którą 
odgradzał drut kolczasty, a na nim była zniszczona tabliczka z napisem 
„Nieupoważnionym wstęp wzbroniony”. 

background image

Zaparkował samochód tuż przed drutem i wysiadł z auta. Wszyscy poszli jego 

ś

ladem, wyciągając swoje torby.  

Chłopak podszedł do bagażnika i wyciągnął z niego śpiwory. Rzucił je przez 

drut, a sam zarzucił na niego swoją kurtkę. Wspiął się po nim i zeskoczył na dół. 

Rachel bez wahania zrobiła to samo. Szarooka przepuściła Megan przed sobą. 

Czarownica nie miała wampirzej gracji i wspięła się na drut dość niepewnie. 
Potem bała się z niego zeskoczyć, jednak Ryan szybko zaproponował, że ją 
złapie. 

Zielonooka chwilę jeszcze się zastanawiała i z wątpieniem zeskoczyła wprost 

w ramiona chłopaka, który zdaniem Tiffany, przytrzymał ją o za sekundę za 
długo. Potem sama wspięła się szybko po drucie i bez żadnych trudności, z 
lekkością z niego zeskoczyła.  

Wszyscy czworo wypatrzyli dość przyjemnie wyglądające miejsce i rozłożyli 

tam śpiwory. Ustalili, że ktoś będzie musiał pełnić wartę. Tiffany chciała się do 
tego zgłosić, bo wiedziała, że i tak nie uśnie, po tym, co się wydarzyło w zaułku, 
ale wyprzedził ją, o dziwo Ryan.  

Wszyscy położyli się, a chłopak zaczął krążyć tam i powrotem, okrążając 

fabrykę. Tiffany słyszała, jak dziewczyny powoli usypiają i ich oddechy się 
wyrównują.  

Sama długo leżała w ciemnościach, patrząc na bezgwiezdne niebo i starała się 

nie myśleć o niczym.  Nagle ciszę przerwały kroki. Wampirzyca podniosła się 
na łokciach i spojrzała na Ryana, który wracał z któregoś z kolei okrążenia. Nie 
zastanawiając się długo, wstała i podeszła do niego. Nie wiedziała, co nią 
kierowało. Aż sama siebie zdziwiła tym, co zrobiła.  

Chłopak się nie odwrócił tylko szedł dalej. Tiffany go dogoniła i nic nie 

mówiąc szła razem z nim.  Początkowo, w ogóle nie planowała się odzywać, ale 
coś ją nakłoniło do tego, aby zadać pytanie: 

- Opowiadając swoją historię, mówiłeś o Dorianie cały czas tato, a potem, nie 

wiem czy ktoś w ogóle zwrócił na to uwagę, ale nazwałeś go po imieniu. Skąd 
ta zmiana? 

Taka właśnie była Tiffany. Zwracała uwagę na szczegóły. Inny człowiek nie 

zaprzątałby sobie głowy takimi błahostkami, nawet jeżeliby zauważył tą zmianę.  

background image

Ryan spojrzał na nią krótko, a w jego oczach błysnęło zdziwienie, które zaraz 

zgasło. Wyraz twarzy miał poważny, chociaż kąciki jego ust lekko drgały jakby 
powstrzymywał się, aby się nie zaśmiać. 

- Dorian nie lubi, jak nazywam go ojcem. Dla niego zawsze na pierwszym 

miejscu była praca, a dopiero na ostatnim rodzina – Tiffany zdziwiła ta jego 
nagła szczerość, ale siedziała cicho, nie chcąc zniechęcić go do mówienia. 

Po krótkim namyśle kontynuował: 

 – Moje dzieciństwo nie było zbyt kolorowe. Jak wiesz, nie miałem matki. 

Mój ojciec miał krótki przelotny romans z człowiekiem, którego wynikiem 
byłem ja. Gdy się urodziłem, matka podrzuciła mnie pod drzwi mojego ojca, a 
sama uciekła. Nawet nie znam jej imienia… Dorian przygarnął mnie, nie tyle z 
obowiązku czy litości. Zrobił to tylko dlatego, żeby jego podwładni nie 
plotkowali. Musiał zawsze pokazywać się od najlepszej strony, nawet jeśli to 
były tylko pozory.  Zawsze dużo ode mnie wymagał. Jak coś zrobiłem, nie 
wiadomo jak się starając, jemu to i tak nie pasowało. Miałem trenera, który 
uczył mnie walczyć, prywatnych nauczycieli, wszystko, czego potrzebowałem. 
Ale nie miałem miłości… – Ryan przerwał, jakby uznał, że za dużo powiedział. 

Wampirzycę zdziwiło to, że mają aż tak dużo wspólnego. Ona oczywiście 

miała obydwoje rodziców, ale tak jakby ich w ogóle nie posiadała. Była 
wychowywana bez miłości, bez żadnego zainteresowania. 

Dalej szli w ciszy. Zrobili dwa okrążenia wokół fabryki, zanim chłopak 

postanowił się ponownie odezwać. 

- Ale nie mogłem narzekać. Mieliśmy miłą gosposię. Była dla mnie jak matka. 

Reszta ludzi, których Dorian wynajął, aby się mną zajmowali, także była dla 
mnie jak rodzina – gdy to mówił, wzrok miał nieobecny. Jakby z trudem 
przywoływał te wspomnienia, które uciekły w zakamarki jego pamięci. – To 
były jedyne osoby, które kochałem. Nie wiem do końca, co to było za uczucie, 
ale najbliższe miłości, jakie poznałem. Byli mi tak bliscy… Ale Dorian 
oczywiście nie mógł znieść tego, że mógłbym kogoś koch… 

Urwał nagle, ponieważ ku nim zbliżała się Rachel. Tiffany popatrzyła szybko 

na chłopaka. Zniknęło jego nowe oblicze i na jego twarz znowu wpłynął, tak 
dobrze jej znany, ironiczny uśmieszek. 

background image

Wampirzyca wątpiła, że kiedykolwiek, znowu otworzy się przed nią, tak jak 

dzisiaj. Miała uczucie, jakby straciła przyjaciela, którego dopiero co poznała. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

Rozdział 10 

 

Rachel podeszła do nich powoli i zapytała wyniośle: 

- A co wy tu robicie? Spacerki pod księżycem sobie urządzacie? Jakież to 

prymitywne. – zaszydziła prychając, co spowodowało, że w Tiffany zagotowała 
się krew. Jej była przyjaciółka, tak bardzo ją wkurzała… Westchnęła tylko 
głośno i zmierzyła ją chłodnym spojrzeniem mówiąc sztywno: 

- Po pierwsze nie ma księżyca Rachel. Właśnie widać, jak bardzo jesteś 

spostrzegawcza. A po drugie to co tu robisz? 

- Miałam cię zapytać o to samo. – dziewczyna rozejrzała się dookoła i dodała 

– Wybieram się na polowanie. Muszę zaspokoić swój głód, bo już miałam 
ochotę wysuszyć twoją czarownicę do ostatniej kropelki, lecz jak widzisz, mam 
dobrą samokontrolę i się powstrzymałam. – odwróciła się do nich tyłem i rzuciła 
przez ramię: - Niektórzy jednak nie posiadają jej w ogóle. – puściła oczko do 
Ryana i odeszła, w stronę samochodu. 

Tiffany znowu miała przed oczami Instytut. Pożar, śmierć tylu ludzi, których 

kochała… A w śród nich, ten najważniejszy, który umarł na jej kolanach, 
patrząc jej czule w oczy i wypowiadając swoje ostatnie słowa, które brzmiały 
„przepraszam”. Potem obraz zmienił się.  

Teraz widziała miasto, całe we krwi. Na ulicach, chodnikach, w budynkach, 

wszędzie walały się martwe ciała. W samochodach, które stały nieruchomo na 
ulicy widziała trupy. W jednym z nich, czerwonym mercedesie, na tylnym 
siedzeniu siedziało trzymiesięczne dziecko patrzące niewidząco przed przestrzeń 
przed sobą. Obok niego była urocza, czarnowłosa czterolatka, która zastygła z 
krzykiem na ustach. Oczy miała wbite w tył głowy swojego taty, który 
znieruchomiał w pozie, która wskazywała na to, że z pewnością chciał przed 

ś

miercią ochronić żonę siedzącą obok i odwróconą w stronę dzieci. Miała 

wyciągnięte ręce, jakby chciała osłonić swoje dzieci przed atakiem… 

Cała ta rodzina, jak i wszystkie te martwe ciała leżące w całym miasteczku, 

miały na szyi dwie małe ranki… 

background image

Tiffany otrząsnęła się z ponurych rozmyślań i zaczęła jeszcze bardziej 

nienawidzić Rachel.  

- Wiesz, czasem myślę, że gdyby Rachel się ugryzła przez przypadek w język, 

to istnieje spore prawdopodobieństwo, że otruje się własnym jadem. – Rzucił 
Ryan, chcąc ją pocieszyć, choć marnie mu to wyszło. 

On wiedział, pomyślała spanikowana wampirzyca. Ależ oczywiście, że 

wiedział - oprzytomniała po chwili - każdy wampir wie. To, co wydarzyło się 
wtedy w mieście było straszną aferą, a Rada wyłaziła ze skóry chcąc to 
wszystko zatuszować. 

- Ja... Idę się chyba przespać. – powiedziała wypranym z emocji głosem. 

Chłopak nic nie odpowiedział, a ona stawiając ciężkie kroki udała się w stronę 

ś

piworów. 

Jej stopy mocno uderzały o ziemię brzmiąc dziwnie głośno w ciszy, jaka 

panowała dookoła. Jej kroki niosły się echem po terenie opuszczonej fabryki, a 
Tiffany wcale by się nie zdziwiła, gdyby obudziła Megan.  

Jednak gdy doszła do miejsca, gdzie spała czarownica, zobaczyła, że ta 

smacznie sobie drzemie.  

Odkąd Tiffany wstała i poszła do Ryana, dziewczyna nie zmieniła swojej 

pozycji nawet o milimetr, więc wampirzyca zgadywała, że Meg musiała mieć 
bardzo twardy sen, a sądząc po uśmiechu, który miała na ustach, śniło jej się coś 
przyjemnego. 

Wampirzyca położyła się na plecach i popatrzyła na niebo, ponad korony 

drzew, pod którymi spali.  

Powoli zaczęło jaśnieć, ale nie zmieniało to faktu, że nadal, wszędzie gdzie nie 

spojrzała, było ciemno i tylko dzięki swojemu wampirzemu wzrokowi potrafiła 
coś zobaczyć. 

Z całej siły starała się myśleć o wszystkim, tylko nie o tym, o czym 

wspomniała Rachel ani tym, co się wydarzyło w zaułku. Dlatego swoje myśli 
skierowała w stronę Ryana. Zastanawiała się, co takiego chciał jej powiedzieć 
zanim przyszła niebieskooka i wszystko zepsuła. Jej była przyjaciółka, miała 
tendencje do niszczenia wszystkiego, czego się dotknie. W związku z tym 
Tiffany wcale się nie zdziwiła, że i tym razem udaremniła Ryanowi dokończenie 

background image

swojej historii. Usnęła, nawet nie wiedząc kiedy. Wcale nie planowała dać 
ponieść się w objęcia morfeusza, ale zmęczenie najwidoczniej wzięło nad nią 
górę. 

We śnie znowu znalazła się w zaułku i ponownie zabijała tych wszystkich 

ludzi, a oni klękali przed nią i błagali o litość, ale ona była obojętna na te 
prośby. 

Widziała, jak mężczyzna z tatuażem ucieka. Wołała za nim, aż zniknął jej z 

oczu.  

Raptem sen się zmienił, widziała tysiące rąk wyciągniętych w jej stronę, które 

próbowały ją dotknąć. Jedna z nich, trupioblada i brudna od ziemi, ze śladami 
krwi na palcach, złapała ją za gardło i zacisnęła się na nim boleśnie. Tiffany 
krzyczała, wyrywała się i kopała, lecz ręka nie puszczała. Wręcz przeciwnie, 
zaciskała się jeszcze mocniej. Wampirzyca czuła bolesne pieczenie w piersi i 
wszystko zrobiło się niewyraźne. Wkrótce nie mogła złapać tchu i gdy już 
myślała, że osunie się w ciemność, obudziła się. 

Otworzyła oczy i zobaczyła, że słońce zalewa cały teren opuszczonej fabryki. 

Zakryła oczy dłonią chroniąc je przed bardzo jasnym światłem. 

Początkowo chciała głęboko odetchnąć, bo nadal czuła, że brakuje jej 

powietrza, ale przypomniała sobie, że jest wampirem i tlen wcale nie jest jej 
potrzebny do życia. 

Oparła się na łokciach i rozejrzała dookoła. Zobaczyła, że Megan trzyma w 

dłoniach na wpół złożony śpiwór i patrzy na nią badawczo.  

- Wszystko w porządku? – zapytała szczerze zaniepokojona.  

Tiffany przytaknęła i spojrzała wokół siebie, poszukując pozostałej dwójki. 

Jej wzrok spoczął na samochodzie, pod którym leżał Ryan, coś naprawiając i 

nucąc pod nosem Happy Birthday To You. Zauważyła, że robił to w mocno 
przerobionej wersji. Nie chcąc skupiać się dłużej na fałszowaniu chłopaka, 
rozejrzała się za Rachel.  

Tej jednak nie zauważyła i pomyślała, że pewnie poszła do sklepu kupić im 

ś

niadanie i prowiant na drogę, albo że jeszcze nie wróciła ze swojego 

polowania. Oczywiście, jedzenie, które przypuszczalnie poszła kupić, było tylko 

background image

dla Megan, no i pewnie dla Ryana, który musiał - jak każdy wampir - odżywiać 
się krwią, ale także jedzeniem, które przynosiło zwykłą przyjemność. 

Poczuła, że powietrze pachnie dymem i moczem, ale nawet to nie zepsuło jej 

nastroju, ponieważ słońce, które świeciło, było ciepłe i jego promienie 
ogrzewały skórę Tiffany, która - choć nie odczuwała zimna - to przyjemnie jej 
było poczuć ciepło słońca na twarzy. 

Przeciągnęła się, niczym kocica i wyczołgała ze śpiwora.  

W tej samej chwili nadeszła Rachel niosąc torby z jedzeniem. Podeszła do 

samochodu i wpakowała to wszystko na tylne siedzenie. 

Ryan wyczołgał się z pod samochodu i krzyknął, że mogą już ruszać.  

Wampirzyca w pośpiechu złożyła swój śpiwór i zawlokła go do samochodu, to 

samo zrobiła Megan. Razem wsiadły na tylne siedzenie, reklamówki z 
jedzeniem umieszczając pod swoimi nogami.  

Rachel w mgnieniu oka usiadła na przedni fotel, tuż obok kierowcy, a chłopak 

usadowił się przed kierownicą. Odpalił samochód, który natychmiast ożył. 

Zaczęli jechać ulicą, w przeciwnym kierunku, z którego przyjechali. Auto 

nabrało szybkości, a dampir rozsunął dach. 

Wszyscy, którzy szli chodnikami, oglądali się za nimi. W końcu nie często się 

zdarzało, że taki samochód przejeżdżał tym miastem. 

Włosy Tiffany powiewały na wietrze tak samo, jak niesforne loki Megan. 

Ryan założył na nos przyciemniane okulary i chyba chciał wyglądać, „cool”, co 
z niechęcią musiała stwierdzić wampirzyca, udało mu się.  

Jechali tak jak poprzednio - w milczeniu. Rudowłosa jednak, przerwała 

wkrótce ciszę pytając: 

- Jakie dokładnie są elfy? 

Nikt nie odpowiedział jej od razu. Dopiero Tiffany uznała, że jej wiedza na ten 

temat, jest chyba wystarczająca by odpowiedzieć na nurtujące Megan pytania 
dotyczące elfów.  

- Kiedyś Rachel opowiadała ci krótko o elfach. Mówiła, że nie są one zbyt 

sympatyczne i w głównej mierze zajmują się tylko walką, co pewnie nie mija się 

background image

z prawdą. Wiesz, mało kto widział elfy osobiście. Mieliśmy w Instytucie 
nauczyciela elfa, ale był on strasznie skryty, więc dużo się od niego nie 
dowiedzieliśmy. Krążą o nich różne plotki. Już nie wiadomo, w które wierzyć, a 
w które nie. Ale jedno mogę ci powiedzieć - elfy są strasznie często mylone z 
feriami. W internecie jest dużo wzmianek o tych stworzeniach i są często 
przedstawiane jako wysokie, oszałamiająco piękne i tak dalej. Ale to nie 
prawda. W sumie to elfy są niskie. Nie tak bardzo niskie, ale niskie. Boże, 
strasznie ci pewnie mieszam. No, ale do rzeczy - są one przede wszystkim 
wojownikami. Świetnie władają mieczami, toporami i tego typu bronią. Chociaż 
na pewno ich ulubionym orężem są łuki. To prawda, że mogą mieć długie 
włosy, ale nie zawsze. Mają lekko skośne oczy, egzotyczną urodę i wydłużone 
uszy.  Żyją w zgodzie z naturą. Umieją nawet mówić w języku drzew. Sprawiać, 
by drzewo rosnąc przybrało określony kształt i tak dalej. Niektóre z nich 
zamieszkują wśród ludzi, ale najczęściej, gdy te stworzenia ukończą Instytut, 
wracają do swojego Miasta Elfów. Nie wiadomo ile takich miast istnieje, może 
jedno, a może kilkadziesiąt. Tylko one wiedzą, gdzie takowe miasto się 
znajduje. A my jedziemy właśnie do jednego z nich. 

Tiffany zakończyła swoją przemowę i rozejrzała się dookoła. Przejeżdżali 

właśnie, przez jakąś opustoszałą drogę.  

Miasteczko, z którego wyjechali, już dawno zostawili, daleko w tyle, a teraz 

przed nimi rozciągała się tylko droga i bezkresne pola. W pobliżu nie widać 
było żadnych ludzi, ani budynków. 

- Zbliżamy się już do celu? – zapytała Ryana. Chciała, aby jej głos był 

obojętny, ale dało się w nim usłyszeć nutkę zniecierpliwienia i podniecenia.  

- Myślę, że dojedziemy tam, przed zachodem słońca. – odpowiedział, nie 

odrywając oczu, od jezdni. 

Dalej jechali w niczym niezakłóconej ciszy. Tiffany kompletnie straciła 

poczucie czasu. Nie wiedziała ile już godzin upłynęło odkąd wyruszyli w drogę, 
ale słońce, które powoli sunęło ku zachodowi, upewniło ją, że jadą już dosyć 
sporo czasu. 

Wampirzyca miała świadomość, że rozmowa na pewno umiliłaby jej podróż i 

odsunęła ją od ponurych rozmyślań, ale nie miała zamiaru jej rozpoczynać.  

Pomyślała więc nad sensem życia.  

background image

W czasach, kiedy była jeszcze człowiekiem, bała się śmierci, a czas płynął jej 

bardzo szybko. Bała się, że nie będzie miała go wystarczająco dużo, aby 
odwiedzić te wszystkie wspaniałe miejsca na ziemi i zrobić te wszystkie rzeczy, 
o których marzyła. 

Ale teraz, kiedy jest wampirem, życie wcale nie wydaje się takie piękne. Gdy 

jesteś nieśmiertelnym to życie nie ma wartości. 

Myśl, że nigdy nie umrzesz wcale nie podnosi na duchu, a wręcz przeciwnie.  

Czasem Tiffany jest tak zmęczona monotonią dnia, że ma ochotę przebić sobie 

serce kołkiem. Ale co wtedy? Na pewno nie pójdzie do nieba. Czy po prostu 
zniknie, tak na zawsze, czy może jej duch będzie się wiecznie błąkał po ziemi? 

Ale to też jest niemożliwe, ponieważ wampiry nie mają duszy. Tak 

przynajmniej wierzy Świat Cienia. 

W momencie, gdy człowiek zostanie zmieniony w wampira i przemiana 

dobiega końca, to on umiera. Jego dusza odchodzi i idzie do nieba, czy co tam 
jest po śmierci. A potem się budzi, znaczy się, jego ciało ożywa.  

Dlatego, gdybym przebiła się kołkiem, pomyślała Tiff, to po prostu 

przestałabym istnieć. Nie ma teraz dla mnie życia po śmierci, po prostu 
zniknęłabym na wieczność.  

Spojrzała w niebo. Słońce, powoli robiło się pomarańczowe i wszystko wokół 

niego zmieniało kolor.  

Popatrzyła na Megan jedzącą batonika, którego wyciągnęła z jednej z toreb i 

patrzyła spokojnie na mijane pola, które wyglądały magicznie, skąpane w 
pomarańczowym blasku. Wyraz twarzy miała spokojny, wręcz melancholijny. 
Wampirzyca pomyślała, że dziewczyna dała się ponieść myślą i fantazji, nie 
skupiając się na niczym szczególnym. 

Odwróciła swój wzrok, od niej i popatrzyła na Rachel, która bawiła się 

rąbkiem swojej bluzki i rozmyślała o czymś głęboko marszcząc brwi. 

Tiffany z powrotem rozejrzała się dookoła siebie. Nie było żadnej rzeczy, na 

której można byłoby zawiesić oko. 

Nagle samochód zrobił, ostry skręt i wjechali w boczną, polną dróżkę, której 

za żadne skarby Tiffany nie dostrzegłaby, gdyby się na niej nie znaleźli. 

background image

Dróżka, w którą wjechali otoczona była przez długie kłosy pszenicy i 

kwiatów. 

Nie widać było końca ścieżki, ponieważ zasłaniała ją roślinność. 

- Co ty robisz Ryan? – wyrwało się Tiffany. 

- Zamknij się i patrz. – odpowiedział krótko. 

Przedarli się samochodem, przez gąszcz pszenicy i wyjechali na drogę, która 

wyglądała, tak samo, jak w opowiadaniu Ryana. 

Z lewej strony było bezkresne pole, a z drugiej ciemny i mroczny las.  

Dziwnie poskręcane drzewa odstraszały każdego, kto by się zapuścił, w te 

rejony.  

Wampirzycy wydawało się, jakby te wszystkie drzewa patrzyły na nią, a 

poskręcane gałęzie, jakby były dziwnie zdeformowanymi ramionami.  

Samochód zatrzymał się przed starym, zielonym znakiem, którego oplatały 

ciernie, a napis na nim głosił:     

           

„Ciutat dels Elfs”

 

 

 

 

 

 

background image

Rozdział 11 

 

Wszyscy z niego wysiedli i jak urzeczeni wpatrywali się w napis na znaku, 

który był ledwie widoczny ponieważ otaczały go liczne ciernie. 

Cała czwórka stanęła przed autem, w dalszym ciągu nic nie mówiąc. 

Dobrze wiedzieli, że muszą wejść w ten ciemny, nieprzenikniony las. Nikt 

jednak nie chciał powiedzieć tego na głos, ponieważ wtedy byłoby to 
potwierdzeniem, że nie ma innego wyjścia. 

Bali się tego, co mogli tam zastać. Bali się elfów. Bali się, że nie uzyskają 

odpowiedzi na tak ważne, dręczące ich pytania. Bali się, że elfy wcale ich nie 
wysłuchają, tylko od razu zabiją, a było to bardzo prawdopodobne, ponieważ 
chcieli wkroczyć na ich teren. 

Tiffany słyszała dużo opowieści o tym, że już nie jeden śmiałek, który 

wyruszył do Miasta Elfów nie powrócił z stamtąd żywy… nie powróciło nawet 
jego ciało... Elfy nie są tolerancyjnymi istotami. Bardzo lubią dyskrecję, ciszę 
oraz spokój. 

Po kilku nieznośnych minutach, ciągnących się w nieskończoność, wśród tej 

niewygodnej ciszy, Tiffany niepewnie zrobiła krok do przodu. 

Obejrzała się za siebie i zobaczyła, że jej towarzysze nadal wpatrują się w 

mroczny las z wyrazem powątpienia na twarzy. 

- Idziecie, czy będziecie tak tam stać? – zapytała zirytowana. 

Megan oderwała oczy, od drzew i spojrzała na wampirzycę. Niepewnie 

kiwnęła głową i powoli ruszyła za nią. Reszta widząc, że dziewczyny idą w 
stronę lasu, także pokierowali się w tamtą stronę. 

Nie poszli jednak zbyt daleko, bo przystanęli tuż przed dużą ścianą drzew.  

Bali się wejść w tę ciemność, bo dobrze wiedzieli, że wtedy nie będzie już 

odwrotu. Jeśli tam wejdą, wszystko będzie dla nich jedną wielką niewiadomą… 

background image

nie będą mogli być pewni, czy uzyskają odpowiedzi na swoje pytania, czy elfy 
będą dla nich życzliwe i czy w ogóle uda im się przeżyć. 

Ryan przełknął głośno ślinę i zrobił coś, czego Tiffany się po nim nie 

spodziewała. Jako pierwszy wkroczył w ciemny las.  

Wampirzyca, nie chciała przeciągać tego wszystkiego w nieskończoność, 

ponieważ słońce już powoli zachodziło i wiedziała, że niedługo zrobi się 
ciemno, więc szybko wkroczyła tuż za nim. 

Rachel i Megan poszły w ich ślady. 

Brązowowłosa zobaczyła, że czarownicy trzęsą się ręce, które zaciskała w 

swoje drobne piąstki, aby powstrzymać ich drżenie.  

Spojrzała w kierunku Ryana, który szedł przodem i dość szybko zdała sobie 

sprawę, że on nijak nie nadaje się do tego, żeby iść pierwszy.  

Przyśpieszyła kroku i bez słowa go wyprzedziła. Teraz ona szła przodem 

kierując swoimi towarzyszami. 

Wokół nie było słychać niczego oprócz trzaskania gałęzi, trzeszczenia leśnej 

ś

ciółki, którą szli, oddechu Megan i szumu drzew. 

Nie było to dziwne, ale i tak sprawiło, że wszystkich pokryła gęsia skórka, 

która jednak mogła być spowodowana tym, że każdy miał wrażenie iż drzewa 
obserwują każdy ich ruch.  

Tiffany szybko obejrzała się na boki, bo przez chwilę miała wrażenie, że ktoś 

patrzy na nich zza krzaków, ale gdy spojrzała w tamtą stronę zobaczyła tylko 
lekkie poruszanie się gałązek. Nic w tym dziwnego, gdyby nie to, że wcale nie 
było wiatru… W takim razie ruch gałązek mógł spowodować jakaś chowająca 
się przed nimi istota. 

Jednak wampirzyca nie podzieliła się swoimi obawami z resztą, nie chcąc ich 

jeszcze bardziej straszyć, co wcale nie było w jej stylu.  

Bardziej wyznawała zasadę ‘lepiej wiedzieć co na ciebie czyha, nawet jeśli 

mogłoby to cię śmiertelnie wystraszyć, niż być niczego nieświadomym’. Ale 
sytuacja wymagała sporego opanowania, więc Tiff nie odezwała się ani słowem. 

Po swojej prawej stronie zarejestrowała ruch. Szybko spojrzała w tamtą 

stronę, ale nic nie zobaczyła. A  przez krótką chwilę wydawało jej się, że 

background image

widziała coś, a raczej kogoś. Nabrała powietrza i powoli je wypuściła, 
opanowała się mówiąc sobie, że jej się tylko przewidziało. 

Robiło się coraz ciemniej, a wkrótce tak zagłębili się w las, że ponad koronami 

drzew nie prześlizgnął się ani jeden promyk słońca. 

Megan od czasu do czasu potykała się o wystający korzeń, ale Ryan łapał ją w 

odpowiedniej chwili zapobiegając upadkowi się dziewczyny. 

Nie było to dziwne, że jej przyjaciółka co chwilę traciła równowagę, bo 

pewnie ze swoim wzrokiem kompletnie nic nie widziała. 

Tiffany, która była wampirem i w nocy widoczność miała bardzo dobrą, mało 

co teraz widziała. Tylko tyle, aby pozwalało jej się to poruszać, nie wpadając na 
drzewa. 

Znów straciła poczucie czasu. Zauważyła, że ostatnio bardzo często jej się to 

zdarzało i nie była z tego zadowolona, ponieważ lubiła mieć świadomość pory 
dnia oraz godziny.  

Nie mogła ocenić po słońcu ile czasu już idą, ponieważ gdy spojrzała w górę 

nie dostrzegła nawet skrawka nieba.  

Nie miała pojęcia ile jeszcze będą musieli iść, ale zdecydowała, że jeżeli 

trzeba będzie to będą wędrować przez całą noc, dopóki nie dotrą na miejsce. 

Przez chwilę ogarnęły ją wątpliwości, czy aby to na pewno las, w którym 

znajduje się Miasto Elfów, ale zaraz odgoniła nieprzyjemne myśli, ponieważ 
napis na przydrożnym znaku był wyraźnie napisany w języku tych stworzeń i 
znaczył dokładnie miasto, lub – tego nie była pewna – kraina elfów. 

Teraz była zła na siebie, że w Instytucie nie przykładała się bardziej do nauki 

tego języka, bo na pewno by jej się teraz przydał. 

Ale kto to wiedział – zauważyła kwaśno – że będzie mi dane uratować świat. 

Kątem oka zobaczyła, jakąś postać, spojrzała tam szybko i zdążyła zobaczyć 

tylko rozmazaną, niewyraźną plamę.  

Teraz już była pewna, że coś, a raczej, ktoś – tego nie mogła stwierdzić – ich 

ś

ledzi.  

background image

- Widzieliście to? – odwróciła się do nich twarzą i spojrzała niespokojnie. 

Twarz Rachel wyrażała czujność, a jej oczy świdrowały każdy krzak i drzewo, 
jakby mogła zobaczyć, co się za nimi kryje.  

Megan przygryzała wargę i rozglądała się niespokojnie, a Ryan drapał się w 

ucho patrząc dookoła, jakby nie do końca wiedział, co się wokół dzieje. 

- Tak – odpowiedziała krótko Rachel, nie odrywając wzroku od krzaka, który 

rósł na lewo od nich.  

Wskazała ręką, aby szli dalej. 

Tiffany wciąż była niespokojna, ale zastosowała się do jej polecenia. 

Odwróciła się przodem i o mało co, nie wpadła na postać, która ich śledziła. 

Istota miała czarne, zwichrzone włosy, oliwkową cerę i lekko skośne, 

wyjątkowo zielone oczy. 

Krzyknęła przerażona i cofnęła się. Wpadła na Ryana, który był za nią i 

upadła na wilgotną trawę, na której gdzieniegdzie były zeschłe liście. 

Mrugnęła powiekami i postaci już nie było. Zniknęła tak samo szybko, jak się 

pojawiła.  

Tiff wstała szybko, nawet się nie otrzepując. 

- Widzieliście?! -  krzyknęła lekko histerycznym głosem. 

- Co? Co niby mieliśmy widzieć? – zapytała Rachel patrząc na nią dziwnie. Jej 

ton, zaskakująco nie był ironiczny, drwiący, czy wyniosły. Mówiła z nutką 
ciekawości i nieufności w głosie. 

- Postać… człowiek… elf… nie wiem co to było! Stanęłam z nim twarzą w 

twarz! – powiedziała, nie umiejąc ubrać w słowa to, co przed chwilą widziała. 

Czarnowłosa popatrzyła na nią niespokojnie i wcale nie okazywała postawą, 

jakby jej nie wierzyła. Wręcz przeciwnie. 

- Jak wyglądał? W co był ubrany? – dopytywała się. 

- Wyglądał chyba jak elf… tego nie jestem pewna. Miał opaloną cerę, skośne 

oczy i czarne włosy, uszów nie zobaczyłam. Nie zdążyłam także zobaczyć jego 
ubrania – powiedziała lekko zawiedziona swoją nie spostrzegawczością. -  Ale 
zza jego pleców prawdopodobnie wystawał  łuk. – dodała przypominając sobie. 

background image

- Bądźcie ostrożni – odpowiedziała tylko Rachel i pokazała Tiffany, żeby szła 

dalej. 

Ta ostrożnie odwróciła się przodem i nie widząc żadnych postaci, tylko 

mroczne drzewa, które - jak się wydawało Tiffany - patrzyły na nią szyderczo. 
Wampirzyca zaczęła niepewnie posuwać się do przodu. 

Nie mogła się pozbyć tego dziwnego wrażenia, że drzewa się z niej śmieją, 

dlatego, że tak zareagowała na to co zobaczyła. 

Sama z siebie także nie była zadowolona. Powinna przyjrzeć się postaci i co 

najwyżej, albo go zatrzymać, albo zapytać kim jest, a nie krzyczeć i upadać ze 
strachu na ziemie. 

Szli w ciszy, przerwanej tylko urwanym oddechem Megan, która pewnie 

zmęczyła się dosyć długą wędrówką.  

Tiffany po raz kolejny dostrzegła atuty bycia wampirem - ona przynajmniej 

nie była zmęczona. 

Wkrótce drzewa się przerzedziły i ponad ich koronami spostrzegła czarne jak 

smoła niebo, a na nim gwiazdy, które świeciły bardzo jasno oraz księżyc, który 
powoli zbliżał się do pełni. 

Ś

wiatło srebrnego globu oświetlało im odrobinę drogę. 

- Ej, coś jest nie w porządku – powiedział nagle Ryan, którego głos zabrzmiał 

dziwnie głośno, w otaczającej ich ciszy. – Dorian, na pewno nie szedł tak długo 
do Miasta Elfów. Mówiłem wam przecież, że wrócił mniej więcej po trzech 
godzinach, czyli musiał iść stosunkowo krótko, bo przecież jeszcze droga 
powrotna i załatwienie tego, co miał tam załatwić też musiało mu trochę zejść.  

Dziewczyny się z nim zgodziły i zaczęły się niepokoić. Przypuszczały, że 

zabłądziły, co nie było miłą myślą. 

- Może on znał jakiś skrót, albo coś? – zapytała nieśmiało Megan. 

- Możliwe. – odpowiedziała krótko Rachel. 

W tej samej sekundzie Tiffany zauważyła ścieżkę, która była ledwo widoczna 

ponad krzakami i bujną trawą. Wiedziała, że gdyby nie była wampirem, nigdy 
by jej nie spostrzegła, więc znowu dodała kolejny atut bycia sługusem diabła, do 
swojej listy. 

background image

Pokazała to pozostałym i wszyscy ruszyli w tamtą stronę. 

Ś

cieżka wiodła dziwnie między drzewami, często skręcając w przeróżne 

strony, tak iż mieli wrażenie, że minęli parę razy to samo drzewo i że błądzą 
dookoła.  

Szli kilkanaście minut, aż w końcu wyszli na niewielką polankę. 

Dookoła w równym kręgu rosły drzewa, a na środku nie było nic. Nawet 

najmniejszego kwiatka, tylko sama, równa trawa. Światło księżyca padało 
prosto, na środek polanki. 

W brzuchu Tiffany utworzył się wielki supeł.  

Cała czwórka weszła na środek kręgu, a wampirzyca miała wrażenie, że są 

ciągle przez kogoś obserwowani. 

To było inne wrażenie niż dotychczas kiedy jej się wydawało, że obserwują ją 

drzewa, czy ten czarnowłosy elf. Czuła, na sobie spojrzenie setek oczu. 

Rozejrzała się dookoła i w szczelinach między drzewami zobaczyła 

niezliczoną ilość oczu. Przypatrywały jej się z ciemności, połyskując w mroku i 
mrugając od czasu do czasu. 

Nagle coś zeskoczyło na nią z góry. Nawet jej szybki refleks nie zdołał 

uchronić jej przed przygwożdżeniem do podłoża. 

Zanim jednak upadła, poczuła, że dostała czymś ciężkim w głowę, a ostatnim,  

co usłyszała był przeraźliwy krzyk Megan. 

Potem była już tylko bezgraniczna ciemność… 

 

 

background image

Rozdział 12 

 

Tiffany obudziła się z potwornym bólem głowy, czując jak skronie 

niemiłosiernie jej pulsują. Z całych sił starała sobie przypomnieć, co takiego się 
stało… wtem, w jej głowie zaczęły przewijać się różne, niekoniecznie 
przyjemne obrazy… Ich wędrówka, ścieżka, polana, coś spadającego na nią z 
nieba i krzyk Megan. Aż ciarki ją przeszły po plecach na to wspomnienie. Nie 
ma co, dziewczyna swoim krzykiem zdolna była obudzić nawet zmarłego. 

Chcąc zachować ostrożność, Tiff, nie otwierała oczu i udawała, że nadal jest 

nieprzytomna. Chciała wybadać swoje położenie i rozeznać się w całej tej 
pokręconej sytuacji. 

Czuła, że jest na czymś niesiona, a twardy materiał pod jej plecami, drapał ją i 

strasznie uwierał. Słyszała tupot wielu stóp. Gdy się bardziej skoncentrowała, 
wyraźnie usłyszała, że niosą ją cztery osoby. Dwie szły z przodu, a dwie z tyłu. 

Po bokach słyszała, że inne elfy idą podobnie - najprawdopodobniej niosąc 

Rachel, Megan i Ryana. 

Wampirzyca skupiła się na innych zmysłach. Pociągnęła lekko nosem. Wokół 

pachniało żywicą i grzybami oraz dało się słabo wyczuć zapach zeschniętych 
liści, które trzeszczały pod stopami elfów. Gdyby miała to wszystko 
podsumować to powiedziałaby, że pachniało wolnością oraz naturą, choć ich 
sytuacja nijak nie pasowała do tego pierwszego. 

Spróbowała się poruszyć i dopiero teraz poczuła, że jest unieruchomiona. 

Ręce wampirzycy leżały na brzuchu związane sznurem, choć po dłużej chwili 
Tiffany spostrzegła, że jest to coś delikatniejszego, jak… trzcina? Zaśmiała się 
w myślach ze swojego wniosku. 

Jej nogi, także były unieruchomione i leżały złączone na gryzącym skórę 

materiale.  

background image

Zaryzykowała i lekko rozwarła powieki. Zanim jednak na powrót je zamknęła, 

zdążyła zobaczyć, że jest niesiona na czymś, co łudząco przypomina nosze, a z 
przodu szło dwóch elfów trzymających za końce wystających patyków. 

Jeszcze raz powtórzyła tę czynność, ale teraz spojrzała na ubiór nieznajomych. 

Mieli na sobie zielone odzienie, gdzieniegdzie oplecione pasami, a z tyłu mieli 
przymocowane duże, ładne łuki. Najprawdopodobniej byli ubrani bitewnie.  

- Zabawnie wyglądasz, wiesz? – zaśmiał się ktoś, kto szedł koło niej. 

Początkowo musiała nie usłyszeć jego kroków, albo uznała go za jednego z 
elfów niosących nosze z ciałem któregoś z jej towarzyszy. – Jak tak lekko 
otwierasz i szybko zamykasz oczy. 

Znów śmiech. Czysty, wesoły, melodyjny. W Tiffany coś drgnęło na ten 

dźwięk. 

Teraz całkowicie otworzyła oczy, sądząc, że nie ma sensu dłużej ukrywać, że 

jest nie przytomna, skoro została zdemaskowana. 

- Cholera – powiedziała cicho i rozejrzała się dookoła. 

Z lewej strony zobaczyła, czterech elfów, niosących nosze, z nieruchomym 

ciałem Megan. Początkowo bała się, że coś jej zrobili, ponieważ była bardzo 
blada i ani drgnęła. Zaraz jednak zobaczyła, że oddycha, co ją trochę uspokoiło. 

Spojrzała w swoją prawą stronę i na chwilę oniemiała. 

Szedł tam owy elf, który ich śledził i którego tak się wystraszyła, gdy stanęła z 

nim twarzą w twarz. Zarumieniła się w myślach na to wspomnienie, karcąc się 
za to, że pokazała brak odwagi oraz swój strach. 

Teraz wampirzyca mogła mu się spokojnie przyjrzeć. Tak jak zauważyła 

wcześniej - miał wyjątkowo czarne włosy, choć po wnikliwej analizie 
spostrzegła, że bardziej przypominają ciemny granat niż czerń. Jego cera - od 
ostatniego razu, kiedy się ‘widzieli’ - także się nie zmieniła, była wyjątkowo 
opalona, choć Tiff przypuszczała, że jest to jego naturalny kolor skóry. 

Oczy miał leciutko skośne, co dodawało mu uroku i sprawiało, że wydawał się 

bardziej męski. Kolor oczu miał niespotykanie zielony, jak trawa, czy liście 
drzew. Była to mocna zieleń, w której niemożna było dopatrzeć się ani jednej 
plamki innego koloru. Jego oczy wyglądały zupełnie jak soczewki, takie 
przejrzyste… 

background image

Przestała się skupiać na jego wyjątkowych oczach i przeniosła swój wzrok na 

idealne wargi. Miał takie piękne usta, rozmarzyła się Tiffany, wydawały się 
niezwykle miękkie i wampirzyca nagle nabrała ochoty, aby to sprawdzić. Miała 
przemożną chęć zatopienia w jego ustach swoje własne, poczuć jego smak… 

Zaraz jednak oprzytomniała i skarciła się w duchu, za takie zachowanie. On 

najprawdopodobniej ją zaraz zabije, a ona marzyła o jego ustach. To 
niedorzeczne, pomyślała.  

 Szybko spojrzała na jego strój i zobaczyła, że niczym nie różnił się od 

pozostałych. Zwykła zielona kamizelka z przegródkami, a w niej noże, na 
plecach łuk, natomiast z boku, tuż przy spodniach, przypięty worek ze strzałami.  

Tiffany dostrzegła jednak coś, czego nie zauważyła na strojach jego 

towarzyszy, być może spowodowane to było tym, że stali za daleko, ale na jego 
ramieniu, tuż przy kamizelce, zauważyła coś w rodzaju herbu. 

W kształcie przypominał latawiec z potężnym drzewem na samym jego 

ś

rodku, a po jego dwóch stronach, widniały takiej samej wielkości ptaki. Na 

samej górze rombu było puste kółko. Takie same okręgi znajdowały się 
również, po lewej i prawej stronie herbu. Cały znak był niebieskawy, symbole 
na nim wyryte były białego koloru.  

Uznała, że musiał to być herb ich królowej, bądź króla, którzy nimi rządzili. 

Nigdy o czymś takim nie słyszała. Zaraz… przypomniała sobie, że na jednej 
lekcji, podczas której nie za bardzo uważała było coś o znaku elfów. Niejasno 
kojarzyła, że nauczyciel mówił iż każde Miasto Elfów (a więc jest ich jednak 
więcej niż tylko jedno, uświadomiła sobie Tiffany) ma królową bądź króla, 
który ma swój własny znak. Wszyscy jego wojownicy noszą go dumnie na 
odzieniu i symbolizuje to ich patriotyzm, jak i to, że ich wola zależna jest od 
władcy. 

Nic więcej nie zdołała sobie przypomnieć, ale nie zamartwiała się tym, 

ponieważ w tej chwili nie było to najważniejszą rzeczą. Pomyślała, że teraz 
warto byłoby zastanowić się nad tym, jak tu przeżyć. 

Kątem oka znowu zerknęła na elfa. Szedł żwawo, pogwizdując sobie cicho 

pod nosem. Ręce trzymał schowane w kieszeniach.  

- Jak masz na imię? – zapytał jakby nigdy nic. 

background image

Wampirzyca, tak zaskoczona tym pytaniem, nie zastanawiając się długo 

palnęła tępo: 

- Tiffany 

- Ja Calerian, ale możesz nazywać mnie Cal. – odpowiedział swobodnie, 

ciągle patrząc przed siebie. 

Wampirzycy wydało się bardzo dziwne jego zachowanie. Po co chciałby znać 

jej imię skoro i tak zaraz zamierzał ją zabić. Nie rozumiejąc tego, nie wnikała 
dalej w szczegóły. 

- Dokąd nas niesiecie? – zapytała obojętnie, jakby wcale nie obchodziło ją to, 

ż

e za chwilę może umrzeć. Aczkolwiek w jej głowie toczyła się zacięta walka 

myśli, więc wampirzyca musiała się bardzo wysilić, aby tego nie okazać. 

- Do królowej. – rzucił krótko. Zerknął na nią i uśmiechnął się promiennie 

pokazując rząd równych i białych zębów.  

- A tam, co się z nami stanie? – zapytała chcąc podejść go i jakoś wycisnąć z 

niego prawdę o ich dalszym losie. 

- Nie wiem, wszystko zależy od tego, co powie królowa. Ale powiem ci, że 

pewnie nie będzie zadowolona z tego, że wkroczyliście do naszego miasta. 
Staramy zachować wszelkie środki bezpieczeństwa, aby położenie naszej 
siedziby pozostało w tajemnicy, ale czasem znajdą się i tacy idioci, którzy nie 
zważają na ostrzeżenia i wkraczają bezprawnie na nasz teren. – przy ostatnim 
zdaniu skrzywił się lekko, ale po chwili na jego twarz ponownie wstąpił ten 
uroczy uśmiech. – Oczywiście, nie mówię, że jesteście idiotami. No może z 
wyjątkiem tego chłopaka. 

Wskazał głową przed siebie. Tiffany lekko się wychyliła i zobaczyła, że przed 

jej noszami - trochę dalej - jest niesiony, przytomny Ryan, który obudził się już 
całkowicie i mówił coś do niosących go elfów. Skupiła się mocniej i usłyszała 
co mówi. 

- Macie mnie natychmiast wypuścić! Czy wy nie wiecie kim ja jestem?! 

Jestem synem samego Doriana, do jasnej Anielki! Obrażacie całą Radę 
Nieśmiertelnych, wiążąc mnie i niosąc jak jakiegoś przestępcę! – Próbował 
rozerwać trzcinę, którą był związany, ale Tiffany przypuszczała, że musiała 
zostać zaczarowana, ponieważ nawet wampirza siła nie zdołała jej przerwać. 

background image

- Ryan – rzuciła krótko w jego kierunku, aby przestał się tak rzucać. 

- Naprawdę jest synem Doriana? – zapytał zaciekawiony Cal.  

- Niestety  - westchnęła rozdrażniona. 

- No to ma chłopak problem. – znowu się uśmiechnął pokazując śnieżnobiałe 

zęby. – Jest na naszym terenie, gdzie wkroczył bez pozwolenia, a tu nikogo nie 
obchodzi czyim jest synem. 

- Czyli nie zostanie potraktowany ulgowo? – zapytała z nutką nadziei w 

głosie. 

- Oczywiście, że nie. Powiem ci coś w tajemnicy. – ściszył głos do 

melodramatycznego szeptu i nachylił się lekko do niej. – Nasza królowa nie za 
bardzo przepada za Dorianem, więc możesz być pewna, że chłopak będzie miał, 
lekko mówiąc, przechlapane.  

Tiffany pierwszy raz, od kilku miesięcy uśmiechnęła się naprawdę szczerze.  

Zaczynała lubić Cala.  

Nagle wszyscy się zatrzymali, a Tiffany znowu wychyliła się lekko z noszy, 

aby dostrzec co się dzieje. Zauważyła, że stoją przed wielką ścianą drzew, bez 
ani jednej szczeliny pomiędzy nimi. Wstrzymała oddech i czekała na dalszy 
rozwój wydarzeń. 

Jeden z elfów idących na przedzie, nie niosący żadnych noszy, podszedł do 

drzew. Tiffany zauważyła, że w ręku trzyma niezwykle piękną gałąź. Dotąd nie 
wierzyła, że jakiś kij może być tak piękny, ale ten był zakończony ślicznym 
zawijasem, a w samym jego środku tkwił mieniący się tysiącami kolorów, 
diament. Gałąź tą otaczały wijące się łodyżki malutkich kwiatów. 

Postawny elf, który trzymał owy patyk uderzył nim kilka razy w środkowe 

drzewo wypowiadając jakieś słowa. Wampirzyca nie zrozumiała co mówi, ale 
jego słowa były lekkie jak wiatr, przywodzące na myśl szum drzew i spadające 
liście. Nie była pewna, czy mówi w języku elfów, ponieważ nigdy go nie 
słyszała, ale mówiono, że był bajeczny. 

Gdy skończył, wszystkie drzewa zaczęły znikać w ziemi. Powoli zapadały się, 

a gdy już opadły na tyle, że Tiffany mogła dostrzec, co się za nimi znajduje, z 
wrażenia zaparło jej dech w piersiach, a szczęka opadła.  

background image

Za drzewami było coś, co łudząco przypominało miasto. Domy były w 

drzewach, które rosły tak iż miały kształt budynku. Było ich pełno, a każdy miał 
inny kształt. Każde następne drzewo-dom, było piękniejsze od drugiego. 
Niektóre miały pokaźne rozmiary, a niektóre były malutkie, w których nie 
zmieściłoby się więcej niż kilka pokoi. Te mniejsze wcale nie były brzydsze, 
wręcz przeciwnie. Wokół domu, a nawet na nim, rosło pełno kwiatów i liści, a z 
okien wychodziły liczne gałązki.  

Oniemiała Tiff patrzyła jak idą ścieżką pomiędzy domami i na elfy, które 

wychodziły po kolei ze swoich mieszkań. Wszyscy patrzyli na nich z 
zaciekawieniem, choć widać było, że niektóre elfy były wobec nich wrogo 
nastawione - sądząc po morderczych i wykrzywionych obrzydzeniem, wyrazach 
twarzy. Wkrótce oczom wampirzycy ukazał się najpiękniejszy widok jaki 
widziała w całym swoim życiu. 

Na niewielkim placyku, który otaczał strumień wody, wzniesiony - a raczej 

wyczarowany z drzewa - był wielki zamek. Wokół budowli rozciągał się ogród, 
w którym rosły najdziwniejsze kwiaty, jakie wampirzyca kiedykolwiek 
widziała. Niektóre były większe, od samych elfów, a ich kolory były wręcz 
hipnotyzujące. 

Wspięli się po małej górce i przeszli przez mostek, który był zbudowany nad 

niewielkim strumykiem. Szli polanką i mijali coraz to dziwniejsze rośliny. Po 
chwili znaleźli się u drzwi zamku, na których był wyrzeźbiony taki sam znak, 
jak na ramieniu Cala.  

Elf, który otworzył im bramę do miasta, teraz zapukał kilkakrotnie we wrota. 

Nim zdążył się odsunąć i dołączyć do ich dziwnego orszaku, drzwi się 

otworzyły, a w nich ukazał się niezwykle niski osobnik. Miał siwe włosy, 
zaplecione z tyłu w warkocz, co pozwoliło Tiffany zobaczyć jego uszy, które 
były niezwykle duże, jak na elfa. Miał stalowo niebieskie oczy. Patrzył się 
wprost na przybyszów tym swoim wrogim spojrzeniem. Od prawego oka, aż do 
lewego kącika ust - przecinając usta - biegła ohydna blizna, która nadawała 
elfowi złowrogi i skwaszony wyraz twarzy. Nieznajomy ubrany był we frak, a 
na rękach miał białe jak śnieg rękawiczki. 

- Królowa już na was czeka – warknął i odsunął się wpuszczając ich do 

ś

rodka.  

background image

Teraz, Tiffany, pożegnaj się ze swoim  życiem - powiedział jakiś niemiły 

głosik w jej głowie. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

Rozdział 13 

 

Elfy weszły przez ozdobne, duże drzwi do sporej rozmiarów komnaty niosąc 

na noszach swoich jeńców.  

Tiffany dokładnie zlustrowała wzrokiem całe pomieszczenie. Na podłodze 

znajdowały się biało – kremowe kafelki, a ściany były z czerwonych cegieł. 
Pośrodku stał niezwykle ludzki i normalnie wyglądający komplet 
wypoczynkowy. Całość prezentowała się niezwykle okazale i wywarła na 
wampirzycy niemałe wrażenie.  

Jednak minęli tę komnatę i skierowali się do białych drzwi, które znajdowały 

się po przeciwległej stronie tego cudownego pomieszczenia. Postawny elf, który 
najwidoczniej prowadził ich orszak, znowu zajął się otwieraniem drzwi, a kiedy 
mu się to wreszcie udało, ich oczom ukazała się kolejna ogromna komnata.  

Przez sam jej środek biegł czerwony dywan, który kończył się u stóp 

wielkiego tronu, na którym siedziała jakaś kobieta.  

Z pewnością była to Królowa, pomyślała Tiff. Kobieta miała na głowie mysie 

włosy, ciasno upięte w prosty kok. Oczy miała jasne, w których teraz błyskały 
iskierki złości. Były delikatnie skośne, jak wszystkie oczy elfów. Nos miała 
lekko zadarty, co nadawało jej myszowaty wygląd. Miała wąskie usta, które 
teraz ze złości zaciskała w cienką linię, co spowodowało, że nie było ich prawie 
widać. Siedziała sztywno na tronie, a ręce miała położone na kolanach i 
zaciskała je. Postawę miała władczą i dosyć groźną. 

Po obu stronach dywanu rozciągały się liczne drzwi i gdzieniegdzie stał jakiś 

posąg. Gdy weszli do komnaty, wszystkie elfy, które szły na przedzie i nie 
niosły żadnych noszy ukłoniły się, a te, które dźwigały ją oraz jej towarzyszy, 
skłonili tylko głowy. Sama Tiffany też by się skłoniła, pokazując w ten sposób 
respekt władczyni, ale leżała sztywno na noszach i nie mogła poruszyć ani jedną  
kończyną.  

- Powstać – powiedziała donośnym, nie znoszącym sprzeciwu głosem, 

Królowa. Mówiła szorstko i trochę piskliwie.  

background image

Na jej rozkaz, ci którzy klękali podnieśli się, a ci którzy skłaniali głowy, 

wyprostowali je. 

Władczyni przyglądała im się przez chwilę w ciszy, obserwując ich bez 

mrugnięcia okiem. 

-  Brauto – zwróciła się do jednego z elfów - ty zostajesz, a cała reszta 

wychodzi. – rzekła po namyśle, starannie dobierając słowa.  

Wszystkie elfy, które niosły nosze, postawiły je na ziemi i wyszły. Reszta, 

która szła z przodu i chyba służyła jako straż, także wyszła. Został tylko elf, 
który kierował tym wszystkim. Ten, który otworzył bramę i wszystkie inne 
przejścia.  

Teraz bez zbędnego tłumu, Tiffany mogła mu się spokojnie przyjrzeć. 

Był wysoki i muskularny. Włosy miał koloru jasnego brązu, w których 

gdzieniegdzie przetykały się pasma siwizny. Oczy miał czujne i trochę bardziej 
skośne, niż pozostałe stworzenia jego gatunku. Miał głębokie zmarszczki i 
pajączki w kącikach oczu. Być może były spowodowane głębokim stresem, lub 
po prostu starością, choć Tiffany nie dałaby mu więcej niż czterdzieści lat. 

- Rozwiąż ich Brauto, niech staną przede mną w pełnej okazałości. – 

powiedziała Władczyni wykonując swoją kościstą dłonią jakiś dziwny gest w 
powietrzu. 

Elf podszedł do Tiffany i wyjął z kieszeni coś, co łudząco przypominało 

scyzoryk, choć z pewnością nim nie było. Narzędzie wykonane było – jakżeby 
inaczej – z drewna. Wydawało się ostre, a na jego ostrzu jak i rękojeści były 
twórcze zawijasy, które układały się w jakieś słowa, których wampirzyca nie 
potrafiła odczytać. Sądziła też, że był zaczarowany, ponieważ z łatwością 
przerwał więzy trzciny. 

Tiffany rozmasowała sobie bolące nadgarstki. Ostrożnie podniosła się z noszy, 

gdy Brauto podszedł do Rachel, którą Tiffany dopiero teraz zauważyła. 

Leżała ona z jej prawej strony i pewnie nie zauważyła jej tylko dlatego, że z 

tej samej strony szedł Cal, który pochłonął całą jej uwagę.  

Jej była przyjaciółka miała potargane włosy i zaciśniętą ze złości szczękę. 

Gdyby teraz zobaczyła siebie w lustrze, najprawdopodobniej nie byłaby 
zadowolona z tego, co by tam zobaczyła. 

background image

Tiffany podeszła powoli do tronu władczyni i skłoniła się lekko. 

 - Wasza Wysokość, chcę prosić o wybaczenie tak nagłego wtargnięcia na 

wasze tereny, w dodatku bez pozwolenia, lecz sprawa jest naprawdę poważna – 
powiedziała oficjalnym tonem, któremu nadała przepraszający ton. Tak 
naprawdę czuła złość, ale wiedziała, że musi zrobić dobre pierwsze wrażenie, 
jeżeli chcą cokolwiek osiągnąć. 

Królowa skinęła głową, ale z jej wyrazu twarzy wampirzyca nie mogła 

odczytać, czy te przeprosiny zostały przyjęte, ponieważ Władczyni bardzo 
dobrze ukrywała emocje. Jej twarz była obojętna, wyrażająca tylko odrobinę 
uprzejmego zainteresowania.  

Wampirzyca oglądnęła się za siebie i zobaczyła, że w jej stronę kieruje się 

wściekła Rachel, mamrocząc jakieś obelgi pod nosem. Tiffany rzuciła jej 
ostrzegawcze spojrzenie, które mówiło „siedź-cicho-i-zostaw-to-mnie”. Nie 
wiedziała, czy jej towarzyszka zrozumiała, ale opanowała się trochę i zrobiła 
kilka głębokich wdechów. Stanęła potulnie koło Tiffany i sztywno skinęła 
głową na królową, co chyba miało wyrazić szacunek, ale tylko w wersji Rachel. 
Jednak brązowowłosa usatysfakcjonowana tym minimalnym przejawem 
uprzejmości, znowu odwróciła się za siebie. 

Zobaczyła, że Ryan podaje rękę Megan, która ociągała się ze wstawaniem. 

Razem podeszli do królowej i stanęli po lewej stronie Tiffany. 

Brauto po cichu stanął z boku tronu, łypiąc na nich ostrzegawczo i wysyłając 

spojrzeniem wiadomość „spróbujcie-się-tylko-ruszyć-a-zaraz-będziecie-martwi”  

Władczyni wykonała gest ręką, pozwalając Tiffany kontynuować. 

- Jak Jej Wysokość wie, czy też nie, Krwawe Jezioro ma niedługo się 

zabarwić, a to oznacza rychły koniec ludzkości, jak i również prawdopodobnie 
nas – Istot Magicznych. Wszyscy doskonale wiedzą, że elfy, posiadają ogromną 
wiedzę na jego temat i nie tylko. Dlatego pomyśleliśmy, że może wyjawicie 
nam coś, co pozwoliłoby powstrzymać koniec świata, ponieważ nasza grupa, 
która stoi przed Jej Wysokością, została wyznaczona do tego właśnie zadania. 
Mamy powstrzymać płynięcie krwi w jeziorze. – Tiffany zakończyła swoje 
krótkie wyjaśnienia. Starała się mówić, jak najgrzeczniej, aby zdobyć sympatię 
królowej, choć od pierwszej chwili, brązowowłosa nie pałała do niej przyjaźnią. 
Władczyni swoją postawą wręcz odstraszała, dlatego Tiffany od razu ją 
znielubiła. 

background image

Miała świadomość, że powiedziała to dość chaotycznie i nie do końca jasno, 

ale częściowo zrobiła to specjalnie, bo nie chciała wyjawiać wszystkiego 
królowej, a częściowo spowodowane to było stresem i świadomością, że jeżeli 
przekręci choć jedno słowo, może zostać ukarana śmiercią. 

- Czego w takim razie ode mnie oczekujecie? -  zwróciła się do wszystkich, 

taksując ich wzrokiem od stóp do głów. Miała jasną świadomość, że ma ich 
wszystkich w garści i delektowała się tym, bawiąc się nimi. 

Tiffany westchnęła z irytacją. Ona także była świadoma władzy królowej i 

tego, co może im wszystkim zrobić, dlatego starała się opanować i nie 
wybuchnąć gniewem. Dużo wysiłku także kosztowało ją, aby jej nie zwymyślać.  

- Oczekujemy tego, że podzielicie się z nami tą wiedzą. – odpowiedziała siląc 

się na uprzejmość i starając się wygrzebać z siebie jak największe pokłady 
cierpliwości. 

Królowa patrzyła na nich namyślając się. Po dłużej chwili uśmiechnęła się 

jadowicie i odpowiedziała: 

- Niestety nie możemy spełnić twojej prośby. Przykro mi. – Po tonie w jakim 

wypowiedziała ostatnie zdanie, można było wywnioskować, że wcale nie jest jej 
z tego powodu przykro. Wręcz przeciwnie. – Ale dobra wiadomość jest taka, że 
nie zabijemy was. Pozwolimy wam żyć. Możecie nawet zostać parę dni w 
naszym mieście, lecz potem będziecie musieli bezzwłocznie się stąd wynieść i 
nigdy więcej tu nie przychodzić. 

Taa, rzeczywiście dobra wiadomość, pomyślała Tiffany. Zastanowiła się przez 

chwilę, skąd ten krótki przejaw dobroci u władczyni, ale zaraz sobie odpuściła, 
ponieważ mało ją to obchodziło. Ważne, że przeżyją. 

Wampirzyca wypuściła ze świstem powietrze z płuc i potarła dłonią zmęczone 

oczy. Straciła już wszystkie swoje pokłady nadziei. Jeżeli elfy im nie pomogą, 
to cała szansa na ocalenie świata przepadnie. 

Co my sobie myśleliśmy - Tiffany zaśmiała się w duchu - że jesteśmy jakimiś 

super bohaterami? No cóż, rzeczywistość to nie film, ani żadna bajka. Tu 
skinięciem palca nie uratujesz świata i nie zawsze na końcu jest happy end.  

Musieli pogodzić się z porażką. Nic więcej nie zdziałają.  

background image

- Ale dlaczego?! – wybuchła nagle Rachel. Tiffany była tak zamroczona 

porażką i ponurymi myślami, że zapomniała kontrolować czarnowłosej i 
uważać, aby przypadkiem nie wybuchła. – Pytam się dlaczego?!  Przecież obie 
wiemy, że posiadacie taką wiedzę! Dlaczego nie podzielicie się nią z nami?! 
Przecież nie chcemy tego dla własnych korzyści!  Wcale nie pisaliśmy się na 
ocalenie świata! Wyznaczono nas do tego, nie pytając nas o zdanie, więc proszę, 
nie utrudniajcie nam tego, bo ja już mam wszystkiego po dziurki w nosie! 

Rachel tupnęła nogą, jak małe dziecko, które wpadło w furię, bo rodzice nie 

chcą mu kupić upatrzonej zabawki. Odwróciła się napięcie i pognała w stronę 
białych drzwi. 

Brauto chciał rzucić się w pogoń za nią, lecz Królowa zatrzymała go i ze 

stoickim spokojem patrzyła na to wszystko.  

Tiffany podzielała zdanie swojej wybuchowej znajomej, lecz nigdy w taki 

spoufalony sposób nie odezwałaby się do osoby postawionej tak wysoko. Było 
jej wstyd za nią i bała się konsekwencji, które mogą ponieść wszyscy. 

Rachel trzasnęła drzwiami i tyle ją było widać. 

- Przepraszam za nią. – zwróciła się do Królowej zniesmaczonym tonem. 

- Nic się nie stało drogie dziecko. Ta młoda dama ma zbyt nieokiełznany 

charakter, co może jej przynieść wiele trudności w przyszłości. – Władczyni 
uśmiechnęła się tajemniczo. 

Tiffany popatrzyła na nią zagadkowo. Królowa wydawała jej się bardzo 

skomplikowana i wampirzyca za nic nie mogła jej rozgryźć.  

- Brauto przyprowadź łaskawie mojego siostrzeńca – rzuciła w kierunku 

mężczyzny. On tylko kiwnął głową i zeszedł z podwyższenia, na którym 
osadzony był potężny tron. Elf poszedł w kierunku białych drzwi, za którymi 
zaraz zniknął. 

Tiffany oraz jej towarzysze nie wiedzieli co mają robić. Rozglądali się z 

niepokojem dookoła, czując się niezbyt komfortowo. Megan nerwowo 
obgryzała paznokcie i rzucała ukradkowe spojrzenia w stronę Ryana. 

No nie, tego już za wiele - pomyślała Tiffany - mam nadzieję, że się w nim nie 

zakochała. Na samą myśl, że ktoś mógł poczuć coś więcej niż nienawiść do 

background image

chłopaka stojącego obok niej, zachciało jej się wymiotować. Była mocno 
zniesmaczona zachowaniem czarownicy. 

Zanotowała sobie w myślach, że koniecznie musi z nią pogadać w najbliższym 

czasie i dowiedzieć się czegoś więcej oraz wybić jej z głowy Ryana, bo to na 
pewno nie jest odpowiedni dla niej chłopak. To nie jest w ogóle odpowiedni 
chłopak dla kogokolwiek - sprostowała w myślach Tiffany - no może dla 
Rachel, która też jest upierdliwa i wkurzająca. 

Jej potok bezsensownych myśli przerwało głośne trzaśnięcie zamykających się 

drzwi. Tiffany powoli odwróciła głowę, a to, co tam zobaczyła wstrząsnęło nią 
do głębi. 

- Wzywałaś mnie ciociu? – zapytał Cal wchodząc właśnie do ko 

 

 

 

 

 

background image

Rozdział 14 

 

Tiffany była lekko zamroczona - to wszystko działo się za szybko. Cal 

siostrzeńcem królowej? To było nie do pomyślenia, nierealne. Ta wredna małpa 
jest rodziną tego miłego chłopaka? Tiffany miała wrażenie, że ktoś jej wyciął 
kiepski żart, a zaraz wyskoczy z okrzykiem „Ha! Nabrałaś się!”. Jednak 
wiedziała, że to są tylko złudne nadzieje. 

- Tak, podejdź tu skarbie. – powiedziała miłym, jednak dość szorstkim głosem 

Królowa. 

Cal grzecznie przemierzył całą odległość od drzwi do tronu, a oczy przez cały 

czas miał skierowane na swoje buty, jakby zobaczył w nich coś niezwykle 
ciekawego. 

Tylko raz zerknął na Tiffany wzrokiem przepraszającym, jakby obraził ją w 

jakiś sposób, tym, że jest rodziną tej straszliwej zołzy. 

Wampirzyca popatrzyła na niego, ale jej twarz nie wyrażała żadnych emocji, 

jakby nic ją to nie obchodziło. Biła od niej chłodna obojętność, która na pewno 
była gorsza od otwartej wrogości. 

Ryan przez chwilę obserwował ją z zagadkowym wyrazem twarzy, a potem 

odwrócił wzrok, który wydawał się zamglony, jakby rozmyślał nad czymś 
ważnym. 

Cal stanął u progu schodków, które wiodły do tronu i popatrzył na swoją 

ciotkę z ponurym wyrazem twarzy. 

- Tak ciociu? – mruknął niechętnie, jakby się czegoś wstydził. Tiffany 

pomyślała, że może mieć to coś wspólnego z tym, jak nazwała go władczyni. 
Doszła do wniosku, że ona na pewno spaliłaby się ze wstydu, gdyby ktoś taki 
nazwał ją skarbem. 

- Chciałabym, abyś zaprowadził tę trójkę do domu między dwoma dębami – 

popatrzyła na niego znacząco – i powiedz wszystkim w mieście, aby nie 
odzywali się do nich i najlepiej żeby w ogóle trzymali się od nich z daleka. 

background image

 

Tiffany skrzywiła się. Królowa mówiła o nich, jakby byli co najmniej 

trędowaci, jednak starała się tym nie przejmować. Przynajmniej będziemy mieć 

ś

więty spokój - pomyślała. 

Cal kiwnął głową i z roztargnieniem odwrócił się tyłem do swojej ciotki. Nie 

patrząc na nikogo powiedział cicho „chodźcie” i ruszył w stronę drzwi. Tiffany, 
Megan i Ryan, ruszyli zgodnie za nim, nic przy tym nie mówiąc, nawet nie 
pożegnali się z Królową. 

Przeszli obok posągu kobiety odzianej w wytworne szaty, która miała oczy 

skierowane do góry, jakby niemo prosiła o przebaczenie. 

Tiffany wzdrygnęła się i wyprzedziła wszystkich tak, że teraz szła równo z 

Calem. Przeszli przez drzwi do salonu, a stamtąd do drzwi wyjściowych.  
Wyszli na zalany porannym słońcem ogród.  

Tiffany pomyślała, że od czasu, kiedy szli przez las do Miasta Elfów, aż do 

teraz, musiała minąć już cała noc. Nie wiedziała dlaczego, ale nie podobała jej 
się ta perspektywa. 

Spojrzała kątem okna na Megan, która ledwo trzymała się na nogach ze 

zmęczenia i zmarszczyła brwi z niepokoju. 

- Dlaczego mi nie powiedziałeś? – zapytała oskarżycielsko Cala, który skulił 

się ledwo zauważalnie, na jej pytanie. 

- Bo nie pytałaś. Zresztą, nie było czasu, na takie wyznania. – odpowiedział 

wojowniczo, prostując się. 

Ryan, nie wiedząc czemu, parsknął głośno śmiechem. Tiffany rzuciła mu 

karcące spojrzenie i starała się zbytnio nie zwracać na niego uwagi. 

- Jak się nazywa twoja… ciotka? –  ostatnie ledwie przeszło jej przez usta, ale 

poczuła palącą chęć podroczenia się z elfem. 

Cal zerknął na nią, a w jego oczach dostrzegła figlarne iskierki. 

- Menedagara – odpowiedział starając się nie roześmiać. 

- Serio? – uśmiechnęła się, pokazując zęby – Wiesz co? Zauważyłam, że wy, 

elfy macie strasznie dziwne imiona. 

background image

- Nic na to nie poradzę, ale to nie wszystko. Menedagara to jej pierwsze imię,  

całość brzmi: Menedagara Minerwa Keldonna Liwros. Strasznie to długie i 
trudne, nie? 

- Z ust mi to wyjąłeś – zaśmiała się. 

Przeszli przez mostek i skierowali się w stronę miasta. Ludzie, tak jak 

poprzednio wychodzili z domów, aby popatrzeć na nieproszonych gości. Tiffany 
miała wrażenie, że nie często widzieli tu wampiry, albo czarownice i chyba się 
nie myliła. 

Idąc mijali te dziwaczne, a zarazem piękne domy, nie zatrzymując się przy 

ż

adnym z nich. Widzieli małe elfy, które nie mogły mieć więcej niż pięć lat. 

Patrzyły one na nich z ciekawością, odciągane i pchane do domów przez 
rodziców, którzy rzucali lękliwe, a czasem nawet pogardliwe spojrzenia w 
stronę przybyszów. 

- Mamo, mamo! Popats to wampily! – krzyknęła rozradowana dziewczynka, z 

dwoma uroczymi kucykami, po obu stronach głowy. Z wrażenia na jej drobną 
twarzyczkę wpełzły rumieńce, a na twarzy malował się uśmiech. Ciągnęła za 
spódnicę kobietę, która prawdopodobnie była jej matką.  

- Amelie, do domu! W tej chwili! – krzyknęła matka dziewczynki, starając się 

oderwać jej małe rączki od swojego odzienia, pchając jednocześnie dziecko w 
stronę drzwi. 

- Mamo! Ale popats! To są wampily! Będę mogła się z nimi później pobawić? 

– dziewczynka nie dawała za wygraną. 

- DO DOMU! – krzyknęła rozhisteryzowana matka. Porzuciła daremne próby 

odczepienia małej od siebie i wzięła ją na ręce. Szybko wniosła ją do domu i 
zatrzasnęła kopniakiem drzwi. 

Tiffany usłyszała płacz, który cichł z każdym krokiem, który oddalał ich od 

domu.  

W miarę jak szli, chaty zaczęły rzednąć, aż wkrótce mijali tylko pojedyncze 

drzewa. W oddali zamajaczyło coś wielkiego. Zaczęli się do tego zbliżać i 
Tiffany zobaczyła ogromny dom, który ‘rósł’ pomiędzy dwoma olbrzymimi 
dębami. 

background image

Grube konary wyłaziły z okien, a na jednym z nich była nawet zawieszona 

huśtawka. Miało się wrażenie, że w domu mogłaby się spokojnie zmieścić 
siedmioosobowa rodzina. Przed budowlą był skromny ogródek, w którym 
rosły... Tiffany wstrzymała oddech. Były tam fioletowe, zielone, oraz czarne 
róże! 

Nie zważając na innych, podbiegła i zerwała czarny kwiat. W życiu nie 

widziała niczego piękniejszego. Pogładziła ostrożnie jeden z płatków. Był 
delikatny i miało się wrażenie, że jakby się go mocniej ścisnęło, to mógłby 
rozlecieć się na kawałki. Przytknęła różę do nosa i głęboko wciągnęła 
powietrze. Z rozkoszy zamknęła oczy i upajała się tym pięknym, wyjątkowym 
zapachem. Nie przypominała sobie, żeby gdzieś czuła coś tak niezwykłego. 
Zapach był nie do opisania. Melancholijny, delikatny, ulotny. Jak najpiękniejsze 
nuty piosenki. Odprężyła się i zrelaksowała. Jej mięśnie, dotąd napinane przez 
cały czas, rozluźniły się.  

Ktoś dotknął delikatnie jej ramienia. Otworzyła oczy i odwróciła się. 

Zobaczyła Cala, który stał tyłem do słońca i patrzył na nią… no właśnie, jak? 

Z czułością? Tęsknie? Nie umiała odgadnąć wyrazu jego twarzy i tego, co było 
w jego oczach. Delikatnie wyjął jej różę z ręki i odłamał łodygę z kolcami, cały 
czas patrząc jej  prosto w oczy. W jego ręku została sama róża, którą powoli 
podniósł do góry na wysokość jej twarzy. 

Nie odrywał wzroku, od jej oczu, w których coś się kryło. Ledwo zauważalny 

cień. Lekko trzęsącą się ręką, wetknął jej różę za ucho, muskając przy tym 
płatkami jej policzek. Mimowolnie zadrżała.  

Ktoś chrząknął za ich plecami i cały czar prysł. Cal, jak oparzony odskoczył 

od niej, ponieważ stał niepokojąco blisko, chodź jej to nie przeszkadzało. 

Tiff zamrugała oczami chcąc całkowicie oprzytomnieć. Z niechęcią odwróciła 

się i zobaczyła Ryana, który zaplótł ręce na piersi i z podniesioną do góry jedną 
brwią przypatrywał się im. Wyraz twarzy miał karcący. 

Cmoknął z dezaprobatą i zapytał szorstko Cala: 

- Wchodzimy? Czy będziemy tak stać tu cały dzień? 

Elf z roztargnieniem kiwnął głową i niezbyt przytomnie powiedział „tak, tak ”. 

Okręcił się wokół własnej osi, jakby nie wiedział do końca gdzie jest i w jakim 
celu tu przyszedł. Rozglądnął się nieprzytomnie, a wtedy jego wzrok padł na 

background image

dom. W jego oczach pojawiło się zrozumienie i pewnym krokiem ruszył w 
stronę drzwi. 

Ryan westchnął z irytacją i poszedł za nim. Dziewczyny po krótkim, ledwie 

zauważalnym wahaniu, zrobiły to samo. 

Cal otworzył drzwi i ich oczom ukazał się średniej wielkości salon. Mały w 

porównaniu z salonem w zamku, lecz ogromny w porównaniu z salonem 
Tiffany, w jej własnym domu.  

Był urządzony przytulnie i z rozmysłem. Pod ścianą z prawej strony stała 

kanapa, a naprzeciwko niej fotel, po środku znajdował się piękny, drewniany 
stolik. Po przeciwległej stronie ściany była niewielka komoda, która wyglądała 
bardzo staro, ale pewnie trzymała się na nogach. Obok niej stał kominek, który 
sprawiał wrażenie, jakby nie używało się go od wieków. 

Wszędzie były poustawiane kwiaty, których zapach mieszał się ze sobą, 

powodując niezwykłe połączenie. Tiffany coś nie pasowało w tym wnętrzu, ale 
nim zdołała dokładniej przyjrzeć się pomieszczeniu i zobaczyć, czego jej 
brakuje, uprzedził ją Ryan. 

- Gdzie jest telewizor? – zapytał podejrzliwe z nutką strachu w głosie. 

- Czy ty myślisz kretynie, że w lesie, pośrodku niczego, gdzie najbliższa 

cywilizacja jest setki kilometrów stąd będzie działała elektryczność? – Cal 
popatrzył na niego jak na największego debila świata – A po za tym – dodał – 
jesteśmy bardzo starą rasą, która nie uznaje technologii, ponieważ wierzy w 
dobra natury i polega tylko na niej. 

Ryan mruknął coś cicho pod nosem, co brzmiało jak „zacofańce” i poszedł w 

kierunku spiralnych schodów, które wiodły na górę, Tiffany dopiero co je 
zauważyła. Były naprzeciwko drzwi i oczywiście wykonano je z drewna. Ona 
także skierowała się w tamtą stronę, ale zanim doszła do schodów, spostrzegła, 

ż

e po jej lewej i prawej stronie są drzwi ukryte we wnęce, których nie 

zauważyła stojąc przy wyjściu.  

Z powątpieniem otworzyła te, które były z jej prawej strony, a jej oczom 

ukazała się mini kuchnia. Wszystko tu było wykonane z drewna i darów natury, 
nie spostrzegła żadnej mikrofalówki, ani innego urządzenia elektrycznego. 

Pomyślała, że im szybciej stąd wyjadą, tym lepiej.  

background image

Szybko zamknęła drzwi i otworzyła te, które znajdowały się po jej lewej 

stronie, a to, co za nimi ujrzała wywołało na niej nie małe wrażenie. 

Za drzwiami znajdowała się sporych rozmiarów biblioteka. Na olbrzymich 

półkach były poustawiane stare tomy książek, które wydzielały tak uwielbiany 
przez nią zapach. Od razu skojarzyła sobie go z Instytutem. Przypomniała sobie, 

ż

e uwielbiała przesiadywać w tamtejszej bibliotece, która była zdecydowanie 

większa od tej, ale to nie miało teraz dla niej znaczenia. 

Na przeciwko drzwi stało mahoniowe biurko, z drewnianym krzesłem obitym 

miękką tkaniną. Za biurkiem było okno, które wychodziło na bok domu, a 
widok przysłaniały nieliczne drzewa, pomiędzy którymi, w oddali, majaczyło 
miasteczko. Najbardziej widoczny punkt to było wzgórze, na którym stał 
potężnych rozmiarów zamek królowej. Przez głowę przemknęła jej myśl, że tam 
musi mieszkać Cal i perspektywa, że będzie tak daleko od niej lekko ją 
zasmuciła. Zaraz otrząsnęła się z ponurych myśli i podeszła bliżej biurka. 

Po jego lewej stronie , pod ścianą rozciągały się stylowe stoliki, przy których 

stały po dwa krzesełka. Przed nimi były regały książek, tak, że gdyby usiadło się 
przy którymś ze stolików, od wejścia nikt by cię nie zobaczył. 

Ta myśl jej się spodobała, bo lubiła samotność i często były takie momenty, że 

chętnie zamknęłaby się przed całym światem i z nikim nie rozmawiała. 

Wycofała się do wyjścia i otworzyła drzwi, za którymi stał Cal i już sięgał do 

klamki. Zamarł z ręką w powietrzu, przypatrując się Tiffany. 

Ona uśmiechnęła się lekko i go minęła. Skierowała się w stronę schodów i 

wspięła się po stopniach, które lekko trzeszczały pod jej ciężarem. Nawet nie 
starała się chodzić bezszelestnie, choć mogła. Lubiła czuć, że coś ugina się pod 
ciężarem jej ciała, bo wtedy czuła, że żyje, że naprawdę istnieje. Choć umarła, 
jednak była na tym świecie. Wiedziała, że to głupie, ale jednak lubiła poczuć, że 
ma ciało, że w jakimś sensie nie całkiem odeszła z tego świata. 

Postawiła ostrożnie nogę na podeście i rozejrzała się dookoła. Stała w 

przytulnym korytarzu, na którym był położony długi, włochaty, 
ciemnoczerwony dywan. 

Wzdłuż niego rozciągały się liczne drzwi, po jednej i drugiej stronie. Podeszła 

do tych najbliżej niej, a dywan stłumił jej kroki. Otworzyła je i zobaczyła 

ś

liczną sypialnie, w której było wielkie łoże z kolumienkami i ciemnym 

background image

baldachimem. Zamknęła drzwi i otworzyła następne, za którymi znajdował się 
podobnie urządzony pokój, jak za poprzednimi drzwiami. Cofnęła się i 
otworzyła następny pokój. 

W chwili, gdy drzwi rozwarły się na tyle, że mogła zobaczyć, co jest za nimi, 

zamurowało ją i wstrzymała oddech. Ogarnął ją szok i zimna furia, wiedziała, że 
ten widok nie da jej spokoju przez następne kilka stuleci.  

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

Rozdział 15 

 

To było, doprawdy, nie do pomyślenia!  

Ryan przyciskał Megan do jednej z kolumienek przy dużym łóżku i zawzięcie 

ją całował. A ona wcale nie była mu dłużna. 

Tiffany skręciły się wszystkie wnętrzności na ten widok. Przysięgła sobie 

wcześniej, że pogada z Megan na temat Ryana. Chciała jej powiedzieć, żeby 
dała sobie z nim spokój, ponieważ on ją zrani, bo to jeden z tych chłopaków, 
którzy wyznają zasadę „rozkochaj i porzuć”, ale widocznie się trochę z tym 
spóźniła. 

W jej wnętrzu toczyła się zawzięta walka. Nie wiedziała, czy wyjść 

bezgłośnie, nie zwracając na siebie ich uwagi, czy dać im znać o swojej 
obecności i przerwać te ceregiele. Po niedługiej chwili decydowała się na to 
drugie. 

Odchrząknęła, a oni odskoczyli od siebie jak oparzeni. Z tej też racji, że za 

Megan była kolumienka, próbując odskoczyć, czarownica uderzyła w nią 
boleśnie. Jęknęła, ale dzielnie utrzymała się na nogach. 

Tiffany pierwszy raz, odkąd poznała Ryana, zauważyła zakłopotanie na 

twarzy chłopaka. Jednak ze swoją spostrzegawczością ujrzała również ledwie 
widoczną, mściwą satysfakcję w jego błyszczących się oczach. Ale i tak nie 
mógł równać się z Megan, która spaliła buraka. Kolor jej twarzy dorównywał 
kolorze jej włosów. 

Czarownica minęła ich szybko i bez słowa wypadła na korytarz. Po chwili 

usłyszeli głosy, a potem głośne trzaśnięcie drzwi. Tiffany dzięki wyostrzonemu 
słuchowi usłyszała stłumiony szloch, który zapewne należał do Meg. 

Ryan spojrzał wyzywająco na Tiff, a ona odpowiedziała mu tym twardym 

spojrzeniem. W jej chwili dogłębnie go nienawidziła.  

background image

Odwróciła się do niego plecami i otworzyła drzwi. Wyszła za próg, a tam 

zobaczyła Cala, który stał opierając się o barierkę schodów i głęboko nad czymś 
rozmyślał. Ocknął się dopiero, gdy ją zobaczył i powiedział: 

- Chodź, pokażę ci, gdzie jest twój pokój. 

Podszedł do drzwi, które były najbliżej schodów i je otworzył. Tiffany 

podeszła bliżej i zobaczyła pokój, do którego zajrzała na samym początku. 
Zobaczyła to samo, wielkie łoże z baldachimem, ale tym razem rozejrzała się 
dokładniej. Wtedy umknęło jej, że na kufrze, który stał przed łóżkiem leżał jej 
worek marynarski. 

Zdziwiła się na ten widok, bo wiedziała, że swoje torby zostawili w 

samochodzie, ale nic na to nie powiedziała. W pokoju stała jeszcze bardzo duża 
szafa i urocza toaletka. Pokój w ilościach rzeczy, które się w nim znajdowały, 
był raczej ubogi, ale za to bardzo ładny i przytulny. Koło łóżka zobaczyła 
kolejne drzwi. 

Cal spostrzegł, gdzie Tiffany ma skierowany swój wzrok i odpowiedział na jej 

nieme pytanie. 

- To łazienka – uśmiechnął się szeroko. 

- To wy macie tu łazienki? – Tiffany udała zdziwienie. 

- Oczywiście – elf przewrócił oczami, jednak uśmiech wciąż nie schodził z 

jego twarzy. Puścił do niej oczko i odwrócił się w stronę drzwi. Zanim jednak 
wyszedł rzucił przez ramię: 

- Do zobaczenia później. 

Słyszała, jak zbiega po schodach, a następnie usłyszała trzaśnięcie frontowych 

drzwi. 

Nie wiedziała, jak zinterpretować, jego odchodne słowa. Czy to była jakaś 

obietnica, że jeszcze się spotkają? Miała cichą nadzieję, że tak, ale bała się do 
tego przyznać. Bała się świadomości, że po śmierci Hyrise, mogła pokochać 
kogoś innego, bo od tamtego czasu starała się okazywać jak najmniejszą ilość 
uczuć, a już na pewno nie kochać. Westchnęła przeciągle i udała się w stronę 
łazienki.  Gdy już się odświeżyła, wróciła do pokoju, a tam od razu rzuciła się 
na łóżko. Nie wiele myśląc, zamknęła oczy i oddała się w objęcia Morfeusza.  

background image

Od niepamiętnych czasów, po raz pierwszy spała całkowicie spokojnie i nic 

jej się nie przyśniło. Gdy obudziła się po paru długich godzinach, poczuła się 
rześka i wypoczęta, jak nigdy dotąd. 

Przeciągnęła się niczym kocica i rozejrzała dookoła. Przez okno wlewało się 

popołudniowe słońce, a drobinki kurzu tańczyły w powietrzu.  

Nagle jej wzrok spoczął na poduszce, obok niej. Leżała tam mała, biała 

karteczka, na której ładnym, pochyłym pismem było napisane: 

 

„Spotkajmy się za zamkowym wzgórzem. Weź ze sobą czarownicę. 

Cal” 

 

Ta krótka wiadomość odniosła taki skutek, że w jej brzuchu ożył rój motyli. 

Na jej twarz mimowolnie wypłynął szeroki uśmiech, a ona poczuła się lekka jak 
piórko. 

Szybko wstała i ubrała się, a potem popędziła obudzić Megan. Nie wiedziała, 

dlaczego miała ją ze sobą zabrać, ale było jej wszystko jedno. 

Okazało się, że jej sypialnia znajdowała się za trzecimi drzwiami. Dziewczyna 

spała rozłożona na całej szerokości łóżka, oddychając spokojnie. Tiffany nie 
miała czasu na rozglądanie się, a jedyny szczegół, który zapamiętała, to taki, że 

ś

ciany pokoju miały błękitny kolor. 

Podeszła do łóżka i zaczęła delikatnie potrząsać śpiącą. Megan po kilku 

mocniejszych wstrząsach otworzyła oczy i sennie rozglądnęła się dookoła. 

- Co…? – zapytała, jeszcze nie do końca przytomna. Miała zapuchnięte oczy, 

jakby płakała przed zaśnięciem.  

- Musisz iść ze mną, to ważne. – odpowiedziała Tiffany siląc się na 

cierpliwość.  

Czarownica po tych słowach, powoli podniosła się do pozycji siedzącej. 

- Daj mi chwilę – rzuciła ziewając.  

background image

Tiffany wyszła z pokoju i zamknęła drzwi. Oparła się o ścianę i nerwowo 

tupała nogą, powstrzymując się od tego, aby nie wejść z powrotem do jej pokoju 
i nie wywlec ją w piżamie na dwór.  

Po kilku nieznośnych minutach, które ciągnęły się w nieskończoność, Megan 

wyszła z pokoju już całkiem przytomna i spojrzała pytająco na Tiffany. 

- Chodź, mamy się spotkać z Calem. – odpowiedziała starając się, aby jej głos 

nie wyraził takiego podniecenia, jakie właśnie odczuwała, choć marnie jej to 
wyszło. 

- Po co? 

- Nie wiem – rzuciła i zaczęła kierować się w stronę schodów. 

Megan zmarszczyła brwi i zaczęła iść za swoją przyjaciółką. Zbiegły po 

schodach i minęły dwie pary drewnianych drzwi, ukrytych we wnękach. 
Wypadły na dwór i zatrzymały się nagle. 

- Którędy teraz? – zapytała czarownica. 

Tiffany jej nie odpowiedziała, tylko rozejrzała się dookoła. Pokazała palcem 

na tył ich domu, a Meg zobaczyła, że jest tam ścieżka, która omija miasto 
łukiem i prowadzi prosto do zamku. 

- Jak pójdziemy tędy, to chociaż nie będziemy musieli znosić tych wścibskich 

spojrzeń. – powiedziała wampirzyca i szybko poszła w tamtą stronę. 

Ś

cieżka była lekko zarośnięta, co chyba było spowodowane tym, że nie często 

ktoś nią chodził. Dookoła rosły dzikie kwiaty, a gdzieniegdzie stało jakieś 
pojedyncze drzewo. 

Dziewczyny zaczęły iść dosyć szybkim tempem, nie odzywając się do siebie 

ani słowem. Słychać było tylko ciężkie oddychanie Megan, która pewnie się już 
zmęczyła, a Tiffany pomyślała, że jej towarzyszka ma bardzo słabą kondycję. 
Po raz kolejny zanotowała sobie w myślach, że będą musiały nad tym 
popracować i miała nadzieję, że tym razem się nie spóźni. Gdy tylko to 
pomyślała, zaraz sobie coś przypomniała. 

- Megan… - zaczęła ostrożnie – co cię łączy z Ryanem? 

- Nic – odpowiedziała szybko, może nawet za szybko i zaraz się zmieszała, a 

na jej szyję wpełzły niezdrowe rumieńce.  

background image

- Przecież wiem, że między wami coś jest. Masz świadomość, że mi możesz 

powiedzieć wszystko? – nie dawała za wygraną. Wiedziała, że musi od niej 
wycisnąć całą prawdę. 

- No dobra – głęboko westchnęła, a Tiffany zdziwiła się, że tak łatwo dała za 

wygraną. Zaraz jednak pomyślała, że Megan tylko czekała na okazję, aby z kimś 
o tym porozmawiać – Ryan jest naprawdę fajny. No i przystojny, ale boję się 
tego, że on nie zechce zainteresować się taką szarą myszką, jak ja.  

Nie wiadomo dlaczego, ale w Tiffany zawrzała krew, gdy tylko czarownica 

skończyła mówić. Poczuła niemiłe ssanie w żołądku na jej oświadczenie, że 
Ryan jest fajny i przystojny. Nie wiedziała, co się z nią dzieje, ale zaraz 
przypomniała sobie te uczucie, kiedy zastała ich całujących się w pokoju. Teraz 
sobie uświadomiła, że czuła wtedy… zazdrość? Nie, nie, nie, to nie możliwe, 
zaprzeczyła sobie w głowie. Ryan jest tępym palantem, a ona nic do niego nie 
czuje. To irracjonalne, że mogłaby się zakochać w takim kretynie. Przecież ona 
w ogóle go nie zna, a jedyne uczucie, jakie do niego czuje, to nienawiść. Od 
nienawiści do miłości, jeden krok, szepnął jakiś niemiły głosik w jej głowie. 
Uciszyła go szybko i powiedziała do Meg: 

- To nie jest chłopak dla ciebie – zdziwiła się ile chłodu było w jej głosie. 

Dlatego przy kolejnym zdaniu starała się nadać mu ciepły ton. – Zrozum, że to 
jest palant, który bawi się uczuciami innych i na pewno na ciebie nie zasługuje. 

Skrzywiła się, bo marnie wyszło jej nadawanie swojemu głosowi ciepłego 

tonu. Teraz wyszło to strasznie sztucznie i wystraszyła się, że jej przyjaciółka 
mogła to zauważyć. Jednak odetchnęła z ulgą, gdy ta odezwała się: 

- Ja to rozumiem, ale wydaje mi się, że on coś do mnie czuje, bo wczoraj, gdy 

byliśmy sami w pokoju on… - urwała i zaraz cała się zaczerwieniła. 

Ale dla Tiffany ona nie musiała kończyć. Doskonale wiedziała, co się wtedy 

wydarzyło. Jej wnętrzności skręciły się i bezskutecznie próbowała się 
uśmiechnąć. Wyszedł jej raczej grymas bólu. Uznała, że czas zakończyć tą 
rozmowę i nic już nie powiedziała. 

Stanęły nagle, ponieważ przed nimi, na ścieżce, kłębiły się krzaki pokrzyw i 

jakiś innych chwastów, z kolcami. Było niemożliwe obejście ich, ponieważ po 
jednej i drugiej stronie rosły dzikie róże. Tiffany już pogodziła się z myślą, że 
będą musiały zawrócić i iść przez miasto, narażeni na ciekawskie spojrzenia, ale 
nagle Megan podeszła do bujnej roślinności i zaczęła pod nosem nucić jakieś 

background image

słowa, robiąc rękami dziwne gesty w powietrzu. Wampirzyca patrzyła na to 
oniemiała, ponieważ od jej przyjaciółki, biła ogromna energia i moc.  

Podeszła bliżej i zobaczyła, że źrenice Meg są niewyobrażalnie małe, a 

spojrzenie dziwnie puste.   

Nagle pokrzywy i kolczaste chwasty rozsunęły się, ukazując im wolną drogę.  

Megan opuściła ręce, a jej źrenice powróciły do normalnego kształtu. Jej oczy 

z powrotem zaczęły się uśmiechać, tak samo jak ona.  Wyszczerzyła zęby do 
Tiffany i rzuciła, jak gdyby nigdy nic: 

- Fajne, nie? 

- Co to miało być? – zapytała, choć już wiedziała, jaka będzie odpowiedź. 

- Poczytałam sobie przed zaśnięciem trochę księgę czarów i pomyślałam, że 

teraz warto by było spróbować, któregoś z zaklęć – widząc wzrok przyjaciółki 
dodała – to nic takiego, naprawdę, nawet się nie zmęczyłam. 

Nie czekając na jej odpowiedź ruszyła dalej ścieżką, a Tiffany chcąc nie 

chcąc, zrobiła to samo. Przed nimi, już wyraźnie zamajaczyło wzgórze, dlatego 
przyśpieszyły kroku, chcąc zaleźć się tam jak najszybciej.  

Po kilku minutach znalazły się u stóp wzgórza, szybko go obeszły i zobaczyły 

coś na co stanęły, jak wryte. Za górą było coś w rodzaju obozu. Wszędzie były 
porozstawiane namioty, a dookoła kręciły się dziwnie ubrane elfy. Miały na 
sobie coś, co łudząco przypominało szaty szamanów. 

Jej wzrok spoczął jednak na jednym z elfów, który rażąco wyróżniał się 

spośród tłumu. Stał oparty o jeden z namiotów, ubrany w zielony strój, z herbem 
królowej. Czarne włosy, powiewały na wietrze, a tam, gdzie padało słońce, 
widać było ciemno granatowe kosmyki. Jego mięśnie wyraźnie rysowały się pod 
opinającą ciało koszulą, a uśmiech, którym obdarzył Tiffany, sprawił, że zrobiło 
jej się gorąco. Cal podszedł do nich i bez żadnego powitania, od razu zaczął 
wyjaśniać o co chodzi. 

- Chciałem, abyście tu przyszły, ponieważ udało mi się załatwić, aby jeden z 

elfów, mój znajomy, powiedział wam przepowiednię.  

- Co? – zapytała Megan nie bardzo rozumiejąc o co właściwie chodzi. 

background image

- Chodzi o to, że Królowa, nie chciała wam jej zdradzić, ponieważ … no cóż, 

tak naprawdę nikt nie wie, jakie motywy miała moja zwariowana ciotka. Ale 
jedno jest pewne, że nie chciała podzielić się z wami przepowiednią, która 
niedawno została wypowiedziana przez jednego z naszych szamanów. Nikt nie 
wiedział kogo ona dotyczy, ale w momencie, kiedy czworo nastolatków 
pojawiło się w naszym mieście, mówiąc, że powierzono im zadanie, które 
polegało na niedopuszczeniu, aby Krwawe Jezioro się zabarwiło, wszystko stało 
się jasne i wtedy też pewnie moja kochana ciocia, zrozumiała, że to o was mówi 
przepowiednia.  

- Gdzie my teraz jesteśmy? – zapytała Tiffany, starając się nie dać po sobie 

poznać, jaki szok wywołały u niej te słowa. 

- To jest obozowisko naszych szamanów. Ponieważ,  aby obserwować 

gwiazdy i przepowiadać przyszłość, potrzebują ciszy oraz spokoju, dlatego 
swoją siedzibę mają za tym wzgórzem. – tu pokazał na wielką górę, która 
wznosiła się za plecami dziewczyn.  

- To w takim razie po co ja tu jestem? – zapytała, jak widać, jeszcze nie do 

końca wszystko pojmując, Megan. 

- Ponieważ, udało mi się wynegocjować to, aby szamani powiedzieli wam 

przepowiednię, łamiąc zakaz Królowej, tylko ze względu na ciebie. Ufają 
czarownicom, bo podobnie, jak nasza rasa, czcicie naturę i czerpiecie z niej 
waszą moc. – wyjaśnił jej cierpliwie. – A wampirów – tu spojrzał 
przepraszająco na Tiffany – nie darzą specjalnym zaufaniem. 

Uśmiechnęła się do niego, pokazując, że wcale się nie obraziła na jego słowa, 

a potem zwróciła się do swojej towarzyszki: 

- Zapamiętaj dobrze słowa przepowiedni i mi ją później powtórz, zgoda? – 

posłała w jej stronę uśmiech, dodając jej w ten sposób otuchy. Miała nadzieję, 

ż

e ruda niczego nie zapomni. 

Megan kiwnęła potakująco głową i przełknęła głośno ślinę. 

Cal odwrócił się i poszedł w stronę brązowego namiotu, który stał kilka 

rzędów od nich. Dziewczyna spojrzała ostatni raz na Tiffany i odeszła za Calem. 
Po chwili oboje zniknęli w namiocie, a wampirzyca odetchnęła głęboko. 
Pomyślała, że za chwilę, poznają odpowiedzi na wszystkie dręczące ich pytania 
i ta myśl podtrzymywała ją na duchu.  

background image

Po kilku minutach, które Tiffany wydawały się wiecznością, dwie postacie 

wyszły z namiotu. Megan cała blada, była podtrzymywana ramieniem Cala, 
który miał niepokojąca minę.  

Tiffany wystraszyła się tego, co jej przyjaciółka tam usłyszała i co wzbudziło 

u niej taki szok, że ledwie trzymała się na nogach. 

Szybko podbiegła do nich i objęła ją ramieniem, pomagając jej iść. Cal ją 

puścił i przystanął. Odwróciła głowę chcąc na niego spojrzeć, a on bezgłośnie 
powiedział „spotkamy się później”. Kiwnęła nieznacznie głową i zaczęła iść 
podtrzymując rudowłosą. 

W oddali spostrzegła niewielki strumyk i szybko udała się w tamtą stronę. 

Gdy znalazły się nad brzegiem wody, Megan puściła się ramienia Tiffany i 
opadała na kolana. Pośpiesznie zanurzyła ręce w strumyku i ochlapała sobie 
twarz lodowatą wodą, zamrugała kilkakrotnie, a po chwili wyrecytowała bardzo 
słabym głosem: 

Czworo z nich stanie pomiędzy trudnym wyborem. 
Potężne pochodnie zagłuszą ryk konania. 
A ten, który posiada armię największą, 
Nie ujrzy następnego wschodu słońca. 
Jedna z czworga, o włosach gorących, 
Kocha dwa serca jednocześnie, 
Lecz żaden z nich żyć nie będzie,  
Gdy drugi nie umrze.  
To właśnie ona, 
Wydobędzie moc ,o której śnią bogowie. 
Ufajcie sobie nawzajem, otwórzcie oczy naprawdę, 
A wszystko będzie jak dawniej. 

 

 

 

 

 

background image

Rozdział 16 

 

Przez kilka dobrych minut, żadna z dziewczyn nie odezwała się ani słowem. 
Megan powoli powróciły kolory na twarzy, teraz siedziała cicho, wpatrując się 
w powolnie płynący strumyk i pewnie tak samo, jak wampirzyca stojąca obok 
niej i wpatrująca się w leniwie sunące chmury po niebie, rozmyślała nad sensem 
przepowiedni, którą przed chwilą poznały. 

- Chyba powinnyśmy już wracać i powiedzieć Ryanowi oraz Rachel, to co 
usłyszałyśmy… o ile Rachel już wróciła – przerwała wreszcie, to nieprzyjemne 
milczenie Tiffany. 

Megan kiwnęła głową i bardzo powoli podniosła się z ziemi. Obie zgodnie 
skierowały się w stronę ścieżki, którą przyszły. Cała powrotna droga do ich 
domu upłynęła im w całkowitej, niczym nie przerwanej, ciszy. 

Gdy wreszcie znalazły się pod drzwiami ich domku i weszły pospiesznie do 

ś

rodka, usłyszały głosy dobiegające z kuchni, dlatego udały się właśnie w tamtą 

stronę.  

Drzwi były otworzone, więc Tiffany, która jako pierwsza do nich doszła, 
zobaczyła za nimi Rachel i Ryana, którzy pochyleni nad sobą dyskutowali nad 
czymś zażarcie. Gdy wampirzyca weszła do pomieszczenia, naraz umilkli i 
odrobinę się od siebie odsunęli. Za nią weszła Megan, która od razu usiadła na 
krześle przy stole i oparła głowę na dłoni, zamykając oczy.  

Tiffany poszła za jej śladem i usiadła na jedynym wolnym krześle, koło Ryana. 
Opowiedziała im w skrócie skąd wracają, obserwując przy tym, jak ich twarze 
powoli zaczynały wyrażać wzburzenie, ale także ciekawość. 

- Byłyście usłyszeć przepowiednię i nam o tym nie powiedziałyście? Myślałam, 

ż

e jesteśmy zespołem – powiedziała skwaszona Rachel. 

- Jak mieliśmy ci powiedzieć, skoro ślad po tobie zaginął? Nawet nie 
wiedzieliśmy, gdzie jesteś – odcięła jej się Tiff. 

background image

- Ale mnie mogliście o tym poinformować– Ryan uśmiechnął się krzywo. – Ale 
mną się nie przejmujcie, jestem przyzwyczajony do tego, że zwykle o mnie 
zapominano.  

- Skończmy te głupie sprzeczki. Chyba chcecie usłyszeć przepowiednie, 
prawda? – powiedziała Tiffany, a oni ucichli i zaczęli wpatrywać się w nią 
głodnym informacji wzrokiem. 

Powtórzyła im, co usłyszała od Megan. Kiedy wampirzyca skończyła mówić, 
Rachel wciągnęła ze świstem powietrze i bardzo powoli je wypuściła. Ryan za 
to siedział z kamiennym wyrazem twarzy, a oczy miał nieobecne, jakby głęboko 
nad czymś rozmyślał. 

- Co to wszystko może znaczyć? – zapytała brunetka. 

- Nie wiem, pomyślałam, że może zastanowimy się nad tym wspólnie – 
odpowiedziała jej Tiffany. 

- Jak miło, że w końcu o nas pomyślałaś  - chłopak powrócił do świata żywych, 
ale miny nie miał zbyt zachęcającej. 

- Oh, przymknij się wreszcie – rzuciła ze złością, bo doprawdy z tymi swoimi 
komentarzami mógłby dać już spokój. 

- Wszyscy się zamknijcie i zastanówmy się wreszcie, o co chodzi w tej głupiej 
przepowiedni – odezwała się Megan znużonym tonem, wciąż jednak nie 
otwierając oczu. 

- Dobra, więc pierwszy wers brzmiał: „Czworo z nich stanie pomiędzy trudnym 
wyborem”. – zacytowała Tiffany. – Dla mnie jest to chyba jasne. Zanim 
postanowiliśmy udać się do Miasta Elfów, musieliśmy podjąć wiele trudnych 
decyzji, a niektóre z nich mogły nie być słuszne. Albo może się to tyczyć 
czegoś, co dopiero nastąpi. 

Wszyscy zgodnie pokiwali głowami i nikt nie podważył tego, co powiedziała. 

- Następny: „Potężne pochodnie zagłuszą ryk konania”. Ktoś ma jakieś 
propozycje? – zapytała rozglądając się po wszystkich osobach obecnych w 
kuchni. 

- Nie jestem pewna, ale wydaje mi się, że zwrot „potężne pochodnie” odnosi się 
do jakiegoś potężnego ognia – odezwała się nieśmiało Megan, prostując się na 

background image

krześle, gotowa by uczestniczyć w rozmowie i wspólnie rozważać sens 
przepowiedni. – A „zagłuszą ryk konania” to… 

- Chodzi tu pewnie o to, że ten ogień, będzie tak potężny iż zagłuszy wszelkie 
odgłosy. Na pewno także krzyk tego, którego miał zabić - przerwała jej Rachel, 
przyłączając się do główkowania.  

- Tak, to bardzo prawdopodobne. – przyznała jej rację Tiff. - Dobra to dalej: „A 
ten, który posiada armię największą…”.  

- Jestem pewny, że tu chodzi o Nevimorta, albo o mojego ojca. Przecież 
Nevimort posiada najgroźniejszą i największą armię Ciemności, a Dorian jest 
królem Świata Cieni, więc też posiada swoją armię, a jego armia to wszystkie 
Magiczne Stworzenia. Zaś Nevimortowi podlega każdy Siwang i Mormolyke.– 
odezwał się nagle Ryan. 

- Jednak myślę, że to nie chodzi o Doriana, tylko o Nevimorta, bo mamy 
przecież zniszczyć coś złego, a Nevimort zdecydowanie taki jest. – dodała 
Rachel. 

Megan pisnęła i zapytała cicho, jakby bojąc się czegoś: 

- Kto to jest ten cały Nevimort? 

- Kolejny raz jestem przerażony twoją niewiedzą – Ryan przewrócił oczami. – 
Chyba każdy o nim słyszał. Na pewno gdzieś natknęłaś się na jego imię, choćby 
w jednej ze swoich licznych książek.  

Ruda pokręciła przecząco głową lekko się przy tym rumieniąc, a Tiffany 
pomyślała, że to na pewno z powodu tego, że chłopak zwrócił się bezpośrednio 
do niej. Wątpiła, że od czasu, kiedy zastała ich całujących się, rozmawiali ze 
sobą. 

- Dla twojej wiadomości, Nevimort to istota, której każdy się boi. Są nawet rasy, 
które nie wymawiają jego imienia, bo obawiają się jego gniewu. To jeden z 
pierwszych Siwangów. Jedyny Pierwotny jaki przeżył. – wyjaśnił jej 
opryskliwie chłopak. 

- No i wątpię, żeby dałoby się go zabić jakimś zwykłym ogniem – zwątpiła 
Rachel, mając na uwadze drugą zwrotkę przepowiedni.  

- Dobra nieważne, wrócimy do tego później, ale na razie załóżmy, że chodzi o 
Nevimorta. Lecimy dalej: „Nie ujrzy następnego wschodu słońca”. To akurat 

background image

jest proste, a znaczy to tyle, że Nevimort zostanie zabity i nie ujrzy następnego 
dnia.  

- A nie uważacie, że to jest zbyt proste? Zawsze sądziłam, że przepowiednie 
mają być trudne i skomplikowane. – wyraziła swoje powątpienie Rachel. 

- Nie narzekaj. – odpowiedział jej Ryan. – Bierzmy się lepiej za następny wers. 

- Okej, to więc: „Jedna z czworga, o włosach gorących…” – zacytowała piątą 
część przepowiedni Tiffany. 

- To też jest oczywiste – prychnął chłopak – to jasne, że chodzi o obecną tu 
rudowłosą Megan. 

- Niekoniecznie – powiedziała mu brunetka. 

W tym momencie obie dziewczyny, Rachel i Tiffany, spojrzały na siebie 
znacząco. Ich spojrzenia się skrzyżowały, a w głowie Tiff pojawił się obraz 
sprzed wielu lat. 

Było to niedługo po tym, jak przybyła do Instytutu. Była wtedy jeszcze bardzo 
młodym wampirem i nie do końca świadoma otaczającego ją świata. Pewnego 
dnia, posprzeczała się na dziedzińcu budynku ze swoim największym wrogiem, 
w tamtych czasach – Cassidy. Była to czarownica o olśniewająco pięknych, 
blond lokach i niebieskich oczach godnych porcelanowej laleczki. Była jedną z 
tych wrednych dziewczyn, cieszących się wielką popularnością, a Tiffany 
nienawidziła jej z całego serca. Już nawet nie pamiętała, o co im wtedy poszło, 
ale wiedziała, że obserwowała ich cała szkoła, bo wyglądało na to, że zaraz 
dojdzie do bójki. Po paru niezwykle zgryźliwych komentarzach, które 
wypowiedziała Tiffany, Cassidy niezwykle się wkurzyła i nieświadomie 
uwolniła swoją moc. Tiff  była wtedy pewna, że zrobiła to specjalnie, ale po 
kilku latach i wielu, długich rozmyślaniach doszła do wniosku, że może jednak 
rzeczywiście było to przypadkiem. Kiedy Cassidy uwolniła swoją moc, w górę 
poleciały iskry, a po chwili Tiffany poczuła swąd spalonych włosów. Dookoła 
niej ludzie zginali się ze śmiechu w pół, a ona nie wiedziała, o co im chodzi. 
Niestety była wampirem i nie czuła ani zimna, ani gorąca, dlatego też nie 
poczuła, że jej włosy się palą. Wtedy Rachel wystąpiła z tłumu i ochlapała ją 
kubłem zimnej wody, gasząc tym samym ogień. Zabrała ją do pokoju i 
wspaniałomyślnie wręczyła jej lusterko. Okazało się, że pół głowy Tiff było 
doszczętnie pozbawione włosów, a ona przez kilka miesięcy musiała znosić 

background image

wyzwiska typu „płonące włosy”. Teraz uświadomiła sobie, że w śród tych 
różnych odmian wyzwisk, nieraz padło także „gorące włosy”.  

Widocznie Rachel pomyślała o tym samym, bo powiedziała: 

- Kiedyś w Instytucie, Tiffany przezywano „gorące włosy”, więc to się może 
tyczy jej? – dziewczyna podziękowała jej w duchu za to, że oszczędziła 
wszystkim tej głupiej historii i nie opowiedziała jej im.  

- Dlaczego tak ją przezywano? – zaciekawił się Ryan. 

- Nie wkładaj swojego brudnego nochala w nieswoje sprawy – odparowała 
Tiffany. – Uważam, że nie ma sensu rozwodzić się dłużej nad tą zwrotką, bo 
może się to tyczyć i mnie, i Megan, więc zostawmy to w spokoju. Dalej 
przepowiednia szła chyba tak: „Kocha dwa serca jednocześnie…” – umilkła, bo 
bała się przyznać przed samą sobą, co to może znaczyć.  

Przez chwilę nikt się nie odezwał. Dziewczyny w ciszy robiły rachunek 
sumienia i myślały nad tym, czy kochają dwóch mężczyzn jednocześnie. Ryan 
siedział i wpatrywał się w sufit, ponieważ to na pewno nie jego dotyczyła 
przepowiednia, ponieważ wyraźnie było powiedziane, że „Jedna z czworga”, a 
nie „jeden z czworga”. Trochę sposępniał, wiedząc, że nie odegra żadnej ważnej 
roli w całej tej misji. 

Tiffany jednak musiała przyznać to, przed czym tak długo uciekała. Teraz już 
nie ma odwrotu, pomyślała, ta sprawa jest zbyt ważna, aby dalej się okłamywać. 
Tu chodzi o miliony, wręcz miliardy istnień, które mogą umrzeć, za to, że bała 
się przyznać przed samą sobą iż czuła coś innego do Ryana, niż tylko nienawiść. 
Teraz uświadomiła sobie, że chyba nawet lubiła te jego zgryźliwe uwagi, 
dodatkowo śmieszyła ją trochę ta jego arogancka postawa i nigdy nie zapomni 
tego prądu, jaki przebiegał po niej za każdym razem, kiedy go dotykała.  

Druga sprawa dotyczyła Cala, który według niej był słodki i rycerski. Nie znała 
go za długo, ale czuła motylki w brzuchu, za każdym razem, kiedy go widziała, 
a kiedy się uśmiechał, jej żołądek wykonywał fikołki. 

Tak, to prawda, jest zakochana w nich dwóch.  

Ale po moim trupie, żebym się do tego przyznała publicznie, pomyślała i 
spojrzała na milczącego Ryana, który patrzył na nią tęsknym wzrokiem. W 
chwili, gdy ich spojrzenia się skrzyżowały, chłopak zmieszał się i przeniósł 

background image

wzrok na swoje ręce, na które popatrzył, jakby to była najciekawsza rzecz na 
całym świecie. 

- Dla mnie to też jest oczywiste – odezwała się Rachel, której głos zabrzmiał 
nienaturalnie głośno w panującej ciszy. – Tu też chodzi o Tiffany. 

Wszyscy spojrzeli na nią szeroko otwartymi ze zdziwienia oczami, a w myślach 
Tiff, krążyły słowa „nie, nie, nie, tylko nie to, skąd ona mogła się 
dowiedzieć?!”. 

- Kochasz go nadal, prawda? – była przyjaciółka spojrzała na nią pierwszy raz 
bez wrogości i nienawiści. W jej oczach można było dostrzec tylko współczucie 
i nieme zapytanie. 

Tiffany początkowo nie wiedziała o co chodzi. Kocham nadal Ryana? Nie to nie 
pasuje. Kocham nadal Cala? To nie pasowało jeszcze bardziej. Ale nagle w jej 
głowie zaświeciło się światełko, rozwiewające wszelkie wątpliwości. 

Chodziło jej o Hyrise. Tiff nie wiedziała, co ma odpowiedzieć. Czy nadal go 
kochała? Tego nie była pewna. Minęło już bardzo dużo czasu od jego śmierci, a 
ból po stracie złagodniał. Nie zdawała sobie dotąd z tego sprawy, ale 
wampirzyca już chyba nie czuła do niego miłości, ale tylko i wyłącznie 
przywiązanie. Był dla niej najlepszym przyjacielem i spędzili wspólnie tyle 
pięknych chwil. To oczywiste, że wtedy go kochała, ale po jego śmierci 
pogodziła się już z tym, że nigdy więcej go nie zobaczy. Że odszedł… 

Musiała jednak szybko myśleć, bo od tej odpowiedzi mogło zależeć bardzo 
wiele. Gdyby odpowiedziała – nie – to byłoby jasne, że nie o nią chodzi w tym 
wersie, a ona była pewna iż o niej właśnie mówi przepowiednia. Zaś gdyby 
odpowiedziała – tak – to nikt nie zadawałby więcej niepotrzebnych pytań i 
pogodziłby się z tym, że nadal kocha Hyrise. Od tego, aby dobrze 
zinterpretować tekst, zależało przecież powodzenie ich misji. 

- Tak – powiedziała w końcu wampirzyca i starała się, aby jej głos zabrzmiał 
dosyć smutno. 

Chyba jej się udało, bo nikt nie podważył jej odpowiedzi. Ale widocznie Ryana 
nie przekonało to wszystko, więc zapytał: 

- A ten drugi chłopak? Przepowiednia mówi, że dziewczyna kocha dwóch, a nie 
jednego – w jego głosie pobrzmiewała, bardzo dobrze skrywana, nikła nutka 
nadziei.  

background image

- Boże, ale ty jesteś głupi. To jasne, że chodzi o Cala. Ślepy jesteś, czy jak? – 
zamiast Tiffany, odpowiedziała mu wściekła Rachel. 

Dziewczyna nie spodziewała się po swojej byłej przyjaciółce, takiego wybuchu 
w celu bronienia jej. Kiedyś takie rzeczy zdarzały się bardzo często, gdy ktoś 
rzucał jakieś niemiłe uwagi w stronę Tiff, ale po opuszczeniu przez nią Instytutu 
– nigdy. 

Była też zdziwiona tym, że tak bardzo widać było, że czuje coś do Cala, ale nic 
nie powiedziała, bo szybko chciała zostawić ten temat w spokoju. 

- Okej, uważam, że to też mamy z głowy. Później jest napisane „Lecz żaden z 
nich żyć nie będzie, gdy drugi nie um…” – Urwała wystraszona szarooka. 

Wcześniej nie zwróciła na to uwagi, ale teraz, analizując wszystko po kolei, 
uświadomiła sobie straszną prawdę. Cal nie może przeżyć, gdy Ryan będzie żył, 
ani Ryan nie może żyć dalej, gdy Cal nie umrze. Zakręciło jej się w głowie od 
tego wszystkiego. To nie może być prawda, zaprzeczyła w myślach, to jest jakaś 
fatalna pomyłka. W przepowiedni na pewno nie chodzi o nich, kontynuowała 
swój wewnętrzny monolog, musieliśmy coś źle zrozumieć, albo Megan coś 
pokręciła, powtarzając mi słowa przepowiedni. 

- Czym się przejmujesz Tiffany? – zapytała Rachel, widząc jej posępną minę. – 
przecież Cal nie umrze. 

- Co? – wyrwało jej się. 

- Przecież Hyrise nie żyje, więc Cal nie musi martwić się o to, że umrze. 

- Ahh… No tak – odpowiedziała grobowym tonem, ponieważ nikt w tej chwili 
jej nie rozumiał.  

Wszyscy uważali, że nie warto się tym przejmować, jednak prawda była inna. 
Zastraszająca i naprawdę przygnębiająca. Nie mogła pogodzić się z myślą, że 
któryś z nich będzie musiał umrzeć. Gdyby miała wybrać, który dalej będzie żył 
– nie umiałaby, nie mogła. 

- Myślę, że powinniśmy zastanowić się nad następną częścią, bo to chyba mamy 
wyjaśnione? – Megan przejęła inicjatywę widząc, że jej przyjaciółka nie jest 
zdolna do mówienia. 

background image

 Tiffany chciała odpowiedzieć „nie, nie mamy”, ale powstrzymała się, pragnąc 
jak najszybciej znaleźć się w swoim pokoju i przemyśleć to wszystko w 
samotności i spokoju. 

- Dalej było tak: „To właśnie ona wydobędzie moc ,o której śnią bogowie”. 
Myślę, że chodzi tu o jakąś potężną moc, bo przecież bogowie są silni i władają 
naprawdę ogromną mocą. A to, że o niej śnią to chyba znaczy, że jej pragną, 
czyli jest aż tak duża, że nawet oni jej nie mają. – powiedziała chaotycznie Meg, 
ponieważ w jej głowie było zbyt dużo myśli i interpretacji, aby mogła dobrze 
ubrać w słowa, to co chciała. 

- Tak, na pewno o to chodzi. Musimy też brać pod uwagę fakt, że mamy tu do 
czynienia z Pierwotnym, którego nie jest łatwo zabić i myślę, że moc, o której 

ś

nią nawet bogowie jest do tego idealna – Ryan miał zamyśloną twarz i widać, 

ż

e naprawdę wziął sobie do serca dobre zrozumienie przepowiedni.  

- Mhm, okej. Dalej: „Ufajcie sobie nawzajem, otwórzcie oczy na prawdę…”. Ja 
rozumiem to tak, że nie możemy ufać nikomu poza sobą i nie możemy ślepo 
wierzyć w niektóre rzeczy. Myślę, że rozwiązaniem naszych problemów jest coś 
oczywistego, czego nie widzimy, bo nie możemy uwierzyć, że to coś może być 
złe – widząc, że wszyscy na nią patrzą oczami pełnymi podziwu, Meg 
zaczerwieniła się lekko i dodała. – Czy coś takiego. 

- Sama bym tego lepiej nie ujęła – Rachel uśmiechnęła się do niej ciepło. 

- Serio jesteś mądra – w ustach Ryana zabrzmiało to, jak największy 
komplement świata. 

Megan zaczerwieniła się jeszcze bardziej, odchrząknęła parę razy i powiedziała: 

- Została nam ostatnia zwrotka: „A wszystko będzie jak dawniej”. 

- To jest chyba takie podsumowanie, że jak będziemy kierować się radami z 
przepowiedni to nic nie może pójść źle i wszystko się naprawi – powiedziała 
Rachel i spojrzała z niepokojem na Tiffany, która wyglądała tak, jakby miała 
zaraz zemdleć, choć minę miała dziwnie pewną i zdecydowaną. 

Tiff, czując jej wzrok na sobie, podniosła oczy znad stołu i powiedziała głosem, 
całkowicie wypranym z emocji: 

- Nic mi nie jest. – Jeszcze nigdy nie była tak daleka od prawdy. Oczywiście, że 
coś jej było. W jej głowie, podczas gdy reszta starała się zrozumieć 

background image

przepowiednię, rysował się plan. Teraz miała go już ułożony i niedługo 
zamierzała wcielić go w życie. 

Wstała od stołu, a na jej twarz ponownie wstąpiła, tak dobrze znana wszystkim, 
kamienna maska. 

 

 

 

 

 

 

 

background image

Rozdział 17 

 

Tiffany szybko wyszła z kuchni, nawet nie obracając się za siebie. Udała się 

prosto do swojego pokoju, a tam bezceremonialnie rzuciła się na łóżko.  

Zaczęła rozmyślać nad tym, co mają zrobić. Po pierwsze, pomyślała, musimy 

wypytać elfy, a najlepiej Cala, o Nevimorta. Po drugie trzeba natychmiast się 
spakować i wynieść. Po trzecie udać się tam, gdzie aktualnie przebywa 
Pierwotny. Wampirzyca nie miała zielonego pojęcia gdzie to jest, ale zamierzała 
się dowiedzieć poprzez rozmowę z Calem. Wierzyła, że elfy posiadają takie 
informacje i miała nadzieję, że się nie zawiedzie. Po czwarte trzeba zabić 
Nevimorta. Nic prostszego, zadrwiła w duchu. 

Teraz zaczęła myśleć nad tym, co ona ma zrobić. Dobra, po pierwsze nie 

mogę dopuścić Ryana zbyt blisko siebie i muszę być dla niego wredniejsza niż 
dotychczas, pomyślała. Muszę się w nim odkochać, żeby nie stało mu się nic 
złego. Druga sprawa dotyczyła Cala. Ale pomyślała, że to ma już rozwiązane. 
Od razu po rozmowie z nim, w której zamierza wypytać go o istotne informacje, 
wyniosą się z Miasta Elfów, a ona miała nadzieję, że już nigdy go nie zobaczy i 
nie będzie musiała martwić się o jego życie. Gdzieś głęboko w środku, cząstka 
jej samej ciała chciała tu zostać i nigdy się nie wynosić. Zostać z Calem, założyć 
rodzinę... Zaśmiała się w duchu. Ona nie mogła mieć rodziny, bo była 
wampirem. Dochodzi do tego jeszcze, że Królowa nigdy by się nie zgodziła, 

ż

eby jej siostrzeniec splugawił imię ich rodziny wiążąc się z nią. Pomyślała nad 

tym, jak Królowej by musiało być wtedy wstyd, bo Magiczne Stworzenia 
innych rodzajów, zwykle nie łączą się w pary. Oczywiście były takie przypadki, 

ż

e czarownica uciekała z wilkołakiem, ale musieli wtedy całe życie żyć w 

ukryciu, bo społeczeństwo uważało ich za wyrzutków. 

Zaraz pomyślała o Ryanie. Z nim mogłaby być bez obaw, nie ukrywając się, 

bo takie stosunki, ras tego samego rodzaju, były jak najbardziej wskazane. Ale 
zaraz w to zwątpiła i przypomniała sobie Doriana. Jego ojciec nigdy by nie 
pozwolił, żeby jego synek był ze mną, oprzytomniała. Mam za mroczną 
przeszłość, za dużo razy podpadłam Radzie, to nie wykonalne.  

background image

  

W tej samej w chwili w jej głowie zaświtało wspomnienie. 

Ona i Hyrise siedzieli na ławce i kłócili się. Próbowała go powstrzymać, aby 

nie rzucał się w sidła śmierci, a on starał się przemówić jej, że dobrze robi i 

ż

eby ona także z nim poszła. W końcu chłopak ze złością wstał i samotnie 

pobiegł zabić stado Siwangów. Dziewczyna długo siedziała na ławce, patrząc w 

ś

lad za nim i rozmyślała nad tym, że będzie miał prawdziwą nauczkę, jeżeli 

wróci, nie zabijając wcześniej żadnego stwora. Nie wiedziała, że widziała go 
wtedy ostatni raz żywego. 

Scena się zmieniła.  

Tiffany biegła długim korytarzem pełnym krzyczących ludzi. Gnali w stronę 

wyjścia ubrani tylko w piżamy, przepychając się nawzajem i nawołując, a ona 
biegła pod prąd, w miejsce, z którego wszyscy uciekali w takiej panice. Dobiegła 
wreszcie do głównego salonu, a tam zobaczyła istną rzeźnię. Kanapy były 
porozrywane, meble poprzewracane, a między nimi mnóstwo martwych ciał. 
Oprócz niej i trupów, w pomieszczeniu nie było nikogo, więc starając się nie 
nadepnąć na żadnego nieboszczyka, Tiff pobiegła do drzwi, które były po 
przeciwległej stronie pomieszczenia.  

Wpadła do sali wejściowej, a tam zobaczyła swoich nauczycieli i osoby, które 

skończyły naukę w Instytucie, ale postanowiły w nim zamieszkać. Walczyli  z 
czterema Siwangami, już na pierwszy rzut oka można było dostrzec, że te 
okropne stwory wygrywają. W powietrzu czuć było metaliczny zapach krwi, 
siarki i przykry odór śmierci. Dookoła unosił się kurz, który działał podobnie jak 
mgła i Tiffany nie mogła dostrzec nawet tego, co działo się zaledwie parę 
kroków od niej. Widziała tylko migające sylwetki walczących, ale dłużej się na 
nich nie skupiała.  

Ominęła ich wszystkich i dopadła frontowych drzwi. Otworzyła wrota i 

znalazła się na dworze, gdzie toczyła się największa i chyba główna bitwa. 

Dostrzegła niewyraźne sylwetki Siwangów, które z ogromną furią atakowały 

przeciwników, których  było więcej niż stworów, ale to nie zmieniało faktu, że 
chyba i tak przegrywali.  

background image

Nagle zapadła cisza, jak makiem zasiał. Była tak nagła i niespodziewana, że 

Tiffany wydawało się to nie na miejscu. W oddali słychać było tylko odległe 
odgłosy walki, która rozgrywała się w sali wejściowej.  

Gdy skierowała swój wzrok tam, gdzie wszyscy patrzyli, zobaczyła,  co 

wywołało taką nagłą ciszę. Z pyłu i kurzu, który unosił się w powietrzu, wyszedł 
przywódca Siwangów, bo bezsprzecznie na takiego wyglądał. Górował 
wzrostem, nad innymi, a jego oczy mówiły same za siebie. Minę miał władczą i 
zadowoloną. Potężne mięśnie, jakimi dysponował, wprawiały wszystkich w 
przerażenie. W rękach coś niósł. Tiffany wydawało się, że jest to jakaś nędzna 
kupka szmat. Po chwili podszedł na tyle blisko, że dziewczyna z łatwością mogła 
zauważyć jego przerażające czerwone oczy, od których biło czyste zło.  

Rzucił kupkę szmat przed siebie, tak, że wylądowała pod stopami Tiffany, a 

ona wstrzymała oddech. To wcale nie były szmaty, tylko człowiek. W chwili, gdy 
jego twarz bezwładnie obróciła się w jej stronę, pisnęła cicho i zakręciło jej się 
w głowie. To był tak zmasakrowany i sponiewierany Hyrise, że ledwie go 
poznała pod tą warstwą krwi, która była na jego twarzy. W jej oczach pojawiły 
się łzy. Klękła przed nim i wzięła jego głowę na kolana. 

Otworzył oczy, a ona odetchnęła z ulgą. Jednak jej szczęście nie trwało długo, 

ponieważ chłopak zdołał wyszeptać tylko ciche „przepraszam”, z jego piersi 
wydobyło się ostatnie tchnienie… Hyrise odszedł już na zawsze. Po bladych 
policzkach Tiffany ciurkiem pociekły łzy, a ona nie była zdolna by zrobić 
cokolwiek, niż tylko istnieć. Coś w niej umarło. Czuła, że jej serce łamie się na 
pół, a wokół niej nie było nic oprócz martwego ciała jej ukochanego. 

Jakby z oddali dobiegał do niej głos przywódcy Siwangów. 

- Ten chłopak przyszedł i próbował nas zabić – mężczyzna zaśmiał się 

chrapliwie, a jego głos był podobny do trzasku łamanych kości – On jeden na 
nas wszystkich… 

Znowu się zaśmiał, a jego podwładni zawtórowali mu.  

- Biedak.  – uśmiechnął się złowrogo i popatrzył na martwego chłopaka – Co 

on sobie myślał, tego nie wiem, ale to przez niego tu jesteśmy. Zakłócił nasz 
spokój, a on należy do was. Nic mu nie zrobiliśmy, a on bezkarnie próbował 
zrobić z nas nieboszczyków. 

W około rozległo się kilka chichotów.  

background image

- Dzięki niemu nikt, kto jest w tym budynku – tu pokazał na budowlę, za 

plecami Tiffany – nie wyjdzie stąd żywy.  

Siwangowie potraktowali to jako rozkaz i pozwolenie na kontynuowanie bitwy, 

dlatego na raz zaczęli znowu atakować. Powtórnie rozległ się hałas walki. 

Ktoś podbiegł do Tiffany, złapał ja za ramiona i podniósł do pozycji stojącej. 

- Nic już nie poradzi, on nie żyje, ale ciebie można uratować od śmierci, 

dlatego uciekaj stąd szybko – powiedziała jej nauczycielka i popchała ją w 
stronę drzwi. 

Scena znowu uległa zmianie. 

Teraz Tiffany pędziła do miasta, a wiatr szumiał jej w uszach. Kolory 

rozmazywały się dokoła niej, ponieważ biegła z niewyobrażalną szybkością. 
Furia zawładnęła jej ciałem i płonęła w jej piersi żywym ogniem. Przyćmiewała 
jej umysł, dlatego nie myślała nad tym co robi. Chciała tylko nie czuć już nic. 
Musiała jakoś rozładować złość, zapomnieć o stracie, dlatego kierowana 
instynktem łowcy wbiegła do miasta pełnego ludzi. Kręcili się po chodniku, 
jeździli samochodami i tętnili życiem. Byli beztroscy i niczego nieświadomi. 

Kiedy ujrzała ten obraz coś w niej pękło, a ona dłużej się nie hamowała. 

Podbiegła do pierwszego lepszego człowieka, który przechodził obok niej i wbiła 
zęby w jego szyję. Piła ledwie świadoma tego, co się dzieje wokół niej. 
Wysuszyła go prawie do końca, a on upadł ledwie żywy na ziemie. Potem i tak 
umarł, bo wykrwawił się na śmierć, ale jej to nie obchodziło, ważne, że nie 
umarł wtedy, kiedy miała zęby przy jego ciele, bo stałaby się Mormolyke. 
Ogarnięta zimną furią i tak miała gdzieś w głębi siebie blokadę i dzięki niej 
wiedziała, kiedy przestać pić. 

Wybiła tak prawie całe miasteczko. Wysuszała ich prawie do końca z krwi, a 

oni padali na ziemie i wykrwawiali się na śmierć. 

Gdy zobaczyła te wszystkie martwe ciała dookoła niej, oprzytomniała i nie 

mogła uwierzyć w to co się przed chwilą stało. Upadła na ziemię i leżała tak 
płacząc, wśród tych wszystkich ludzi, których pozbawiła życia, aż nie odnalazła 
jej Rachel…
 

Tiffany zaczęła krzyczeć i usiadła momentalnie cała spocona. Nawet nie 

zauważyła kiedy usnęła, a teraz patrząc na tą bezkresną czerń za oknem, uznała, 

ż

e musiała spać, dobre kilka godzin.  

background image

Nagle drzwi do pomieszczenia otworzyły się i wpadł przez nie Ryan, z nożem 

w ręku. Tiffany na ten widok, rozszerzyła oczy ze zdumienia i wpatrywała się w 
chłopaka, który czujnie lustrował jej pokój. 

- To tylko zły sen kretynie – powiedziała ze sztuczną drwiną w głosie.  Tak 

naprawdę, gdy tylko zobaczyła Ryana, który wkroczył do jej pokoju z bronią w 
ręku, kierując się jej krzykami i gotów ją ratować, coś w jej brzuchu ożyło i na 
twarz cisnął się uśmiech, który z całych sił próbowała powstrzymać. Pamiętała o 
tym, że musi go traktować wredniej niż dotychczas i nie zamierzała złamać 
danej sobie obietnicy. 

Widać, że zrobiło mu się głupio, ale zamiast wyjść, zatrzasnął drzwi i 

chowając nóż za pasek od spodni, podszedł do jej łóżka. Bez żadnego 
zaproszenia usiadł na nim. 

- Czy z moich ust padły słowa „Czuj się, jak u siebie?” – zapytała prawdziwie 

zirytowana. 

Udał, że tego nie usłyszał i zaczął się rozglądać po sypialni. Po tym, jak jego 

wzrok prześlizgnął się po każdym kącie, zaczął podskakiwać na łóżku. Tiffany 
spojrzała na niego, jak na wariata. Niezwykle przystojnego wariata, szepnął jakiś 
nieproszony głosik w jej głowie. 

- Co ty do jasnej Anielki robisz? 

- Sprawdzam, czy miękkie. – odpowiedział szczerząc do niej zęby. 

- I co? Wyszło, że miękkie? – zapytała mimowolnie, uśmiechając się lekko. 

- Tak. U mnie jest tak twarde, że nawet podłoga jest miększa – powiedział 

zniesmaczony. 

- To śpij na podłodze, jaki problem? –  Tiffany niczego tak bardzo mnie 

pragnęła, aby chłopak jak najszybciej wyszedł z jej pokoju, ale nie mogła się 
powstrzymać, aby nie kontynuować tej bezsensowej rozmowy.  

- Spałem.  

Spojrzała na niego dziwnie i umilkła. Nagle coś sobie przypomniała i zapytała 

szybko na jednym wydechu, zanim przyszłoby chłopakowi na myśl, aby wyjść z 
jej pokoju: 

background image

- Pamiętasz jak rozmawialiśmy wtedy w nocy, kiedy patrolowałeś teren 

fabryki? 

Popatrzył na nią podejrzliwie i odpowiedział powoli, przeciągając samogłoski: 

- Taaak. 

- Zanim Rachel nam przerwała to byłeś w trakcie mówienia czegoś. 

Skończyłeś na tym, że Dorian nie mógł znieść, że mogłeś kochać swoich 
służących i co wtedy zrobił? – zapytała, a potem zaczęła, jakby od niechcenia, 
bawić się narzutą w różowe kwiaty, nie chcąc, aby poznał po niej, że bardzo ją 
to ciekawi.  

- Ahhh  - z jego ust wydobyło się westchnienie ulgi i zrozumienia. Nie miała 

pojęcia, dlaczego mu ulżyło, ale postanowiła w to nie wnikać. – Zabił ich. 

Powiedział to tonem tak lekkim, że Tiffany przestraszyła się nie na żarty. Dla 

wampirów śmierć ludzi nie jest niczym wielkim, a nawet śmierć przyjaciół, 
ponieważ godzą się z myślą, że każdego dnia może ona po nich przyjść, ale 
Tiffany wiedziała, że Ryan był wtedy dzieckiem, który pokochał jedynych ludzi, 
którzy byli dla niego życzliwi, a jego własny ojciec ich zabił. W środku niej, 
utworzyło się coś w rodzaju współczucia dla chłopaka.  

Położyła mu dłoń na ramieniu, chcąc go pocieszyć, bo może tego nie 

okazywał, ale ona wiedziała, że w głębi siebie bardzo cierpi.  

Ryan spojrzał na jej rękę, a potem swój wzrok przeniósł na jej twarz, a potem 

popatrzył niżej, na jej usta. W jej brzuchu znowu coś ożyło, a ona bezskutecznie 
starała się to zwalczyć. Mimowolnie spojrzała na jego wargi, które były wprost  
stworzone do całowania. Wydawały jej się takie delikatne – a zarazem brutalne, 
miękkie – a zarazem twarde, chciała sprawdzić, czy naprawdę takie są. Nie 
wiedziała co się z nią dzieje, ponieważ to coś w jej brzuchu, zawładnęło nią. Nic 
nie widziała, tylko te jego piękne różane usta. Czuła się jak zahipnotyzowana.  

Ryan pochylił się nad nią i czekał, aż Tiffany się odsunie, dając jej w ten 

sposób wybór. Ona, jakby w transie pociągnęła go do siebie i wpiła się w jego 
wargi. W jej brzuchu rój motyli ożył z całą swoją siłą i wydawało jej się, że 
słyszy śpiew skowronków. On delikatnie zaczął ją całować, ale ona nie miała 
czasu na takie coś. Chciała czegoś więcej. Ruchem tak szybkim, że ludzkie oko 
nie mogłoby tego zarejestrować, wplotła dłonie w jego, ciemne włosy i 
zmiażdżyła jego rozkosznie czerwone usta w pocałunku. Chłopak jęknął cicho, 

background image

co zostało zaraz stłumione, ponieważ oddał jej pocałunek z równie wielką siłą. 
Przylgnęli do siebie tak mocno, że to aż bolało. Ryan przejechał językiem po 
ustach Tiffany i wsunął go głęboko do środka. Przylgnęła do niego całą 
długością swojego smukłego ciała i musnęła językiem jego język. Zadrżała z 
rozkoszy i pożądania. To jej nie wystarczało, chciała zdecydowanie czegoś 
więcej. W tej samej chwili, w której to pomyślała, oprzytomniała i 
zdecydowanie odepchnęła chłopaka od siebie.  

- Coś nie tak? – spytał cicho, patrząc na nią. Cały drżał.  

- Wszystko jest nie tak. Wynoś się stąd – pokazała palcem na drzwi, a on bez 

słowa wstał i podszedł do nich. Odwrócił się do niej i otworzył usta, jakby 
chciał coś powiedzieć, jednak nie wydobył się z nich żadnej dźwięk. 
Zrezygnowany wyszedł przez drzwi i zatrzasnął je za sobą, według Tiffany, 
odrobinę za mocno. 

Po jego wyjściu, wampirzyca zrezygnowana opadła na łóżko i zaczęła 

szlochać w poduszkę. Jak na złość z jej oczu nie chciały płynąć łzy, choć tak 
bardzo tego chciała. Gdy na nowo przypomniała sobie ich pocałunek, który 
wyzwolił w niej uczucia, których nie spodziewała się kiedykolwiek jeszcze 
poczuć, a potem tak wrednie potraktowała nic winnemu chłopaka, łzy pociekły 
ciurkiem po jej twarzy. Sapnęła z uciechy. Łzy zawsze przynosiły jej ulgę, a 
ostatni raz uroniła je przy martwym ciele jej ukochanego.  

Słona ciecz, złagodziła jej ból i przyniosła sen. Tak jak wtedy, tak i teraz 

nawet nie wiedziała, kiedy usnęła. Obudziły ją dopiero poranne promienie 
słońca, które denerwująco świeciły jej w twarz, zmuszając do otworzenia oczu.  

Z trudem podniosła się do pozycji siedzącej i poczuła się strasznie 

niekomfortowo. Spojrzała w dół i zobaczyła, że przez całą noc spała w 
ubraniach, które były całe wymiętolone i spocone, ze względu na wilgoć jaka 
panowała w Krainie Elfów.  

Pognała szybko do łazienki i wzięła zimny prysznic. Lodowate igiełki kuły ją 

w ciało, jednak ona się nie odsuwała, bo przynosiło jej to ulgę. Szybko ubrała 
się w najwygodniejsze i najcieńsze ubrania jakie miała, ponieważ za oknem 
zobaczyła, że słońce niemiłosiernie grzeje. Wiedziała, że czeka ją dzisiaj ciężki 
dzień i ostatni jaki spędzi w tym pięknym mieście. 

Wyszła z pokoju słysząc głosy dobiegające z kuchni, zauważyła, że wszyscy 

najbardziej lubili tam przesiadywać. 

background image

Zeszła po schodach i skierowała się do drzwi, które były na lewo od niej. 

Weszła do pomieszczenia i zobaczyła, że siedzi tam Ryan i Rachel, ale Megan 
nie zauważyła. Od razu zorientowała sie, że jeszcze śpi, ponieważ pora była 
wczesna, a wiedziała, że czarownica lubi sobie dużo pospać. 

Usiadła na krześle i zobaczyła, że Ryan w najlepsze pije kawę, nie 

zaszczycając ją nawet najkrótszym spojrzeniem, Rachel też sączyła coś z kubka, 
co przypuszczalnie było krwią. Na samą myśl o gęstej cieszy, żołądek jej się 

ś

cisnął, a w gardle jej zapłonęło. Zapach, który wydobywał się z kubka jej byłej 

przyjaciółki był nie do zniesienia. Rachel widząc jej głodny wzrok wskazała na 
torebeczki krwi, które leżały na ladzie. 

- Jeden z służących Królowej, przyniósł nam je na jej rozkaz. Miło z jej 

strony, prawda? – jednak powiedziała to tonem, w którym nawet jak by się 
chciało, nie sposób było doszukać się przyjaznej nuty.  

Tiffany nie patrząc dłużej na nią, porwała jeden z worków i poczuła, że krew 

znajdująca się w jego wnętrzu była zimna, a ona takiej nie cierpiała. Jednak nie 
zważając na to, wlała ją szybko do kubka i wypiła jednym haustem.  

Poczuła, że jest to zwierzęca krew i odetchnęła w duchu z ulgi. Zimna krew 

budziła w niej wstręt i nie chciała przejść przez gardło, ale zmusiła się do tego, 
aby wlać następny woreczek do kubka i usiąść z nim przy stole. 

Piła pospiesznie, ale nie za szybko. Nie chciała czuć smaku zimnej cieczy, ale 

jednocześnie, nie chciała wyglądać tak, jakby nigdy na oczy krwi nie widziała.  

Zerknęła niby przypadkiem na kubek Ryana i zobaczyła, że nie pił wcale 

kawy, tylko tak samo jak dziewczyny – krew. Nie wiedziała dlaczego, ale 
zdziwiła się na ten widok. Pomyślała zaraz, że było to spowodowane tym iż 
nigdy wcześniej nie widziała, żeby chłopak pił krew. Wiedziała jednak, że jako 
dampir także potrzebował tego życiodajnego płynu, aby przeżyć.  

- Musimy pogadać z Calem i dowiedzieć się, jakie elfy posiadają informacje 

na temat Nevimorta – przerwała ciszę Tiffany.  

- Ktoś pytał o mnie? – zapytał czarnowłosy chłopak wchodząc do kuchni. 

Tiffany tak się zdziwiła i jednocześnie wystraszyła jego widokiem, że oblała się 
krwią.  

Popatrzyła na czerwoną plamę, na swoim topie i zaklęła w myślach, próbując 

ją zetrzeć. 

background image

- Ja bym radził przemyć to zimną wodą – Cal tylko się zaśmiał i usiadł na 

krześle obok niej.  

Popatrzyła na niego zirytowana i niechętnie poszła za jego radą. Podeszła do 

kranu i zaczęła przemywać plamę zimną cieczą. 

- Cal, co wiesz o Nevimorcie? – zapyta Rachel sącząc powoli krew ze swojego 

kubka. Wyraźnie rozkoszowała się jej smakiem, choć pewnie nie pasowało jej 
to, że należała do zwierzęcia.  

Elf syknął cicho i powiedział naburmuszony i do tego szeptem: 

- Ucisz się. Tu nie używa się tego imienia.  

Wszyscy zaczęli się w niego wpatrywać, nawet Tiffany przestała trzeć bluzkę.  

- Wierzy się, że to imię przynosi nieszczęście i skazę. Jeżeli ktoś by usłyszał, 

ż

e wypowiadacie głośno jego imię, od razu wypędziliby was z miasta – wyjaśnił 

już normalnym głosem. 

- Dobra to nazywajmy go złem największym – odpowiedziała zniesmaczona 

zachowaniem elfa, Rachel. 

- Nie – powiedział Ryan, przeciągając „e” i kręcąc głową – za długa nazwa, ja 

bym zaproponował „bydlak, który zamienia w złe wszystkiego czego się 
dotknie”. 

Rachel parsknęła śmiechem. 

- Tak, to dopiero krótkie przezwisko.  

- Jakbyście nie zauważyli, to mamy zadanie do wypełnienia. – powiedziała 

Tiffany zakręcając wodę i z zadowoleniem patrząc na czystą, choć mokrą bluzkę  
- Mówmy na niego po prostu Pierwotny i już. 

Usiadła na krześle obok Cala i zaczęła wpatrywać się w niego wyczekująco.  

- Wiemy o nim bardzo wiele, zależy co chcecie usłyszeć – powiedział kładąc 

ręce na stół. 

- Najlepiej gdzie teraz przebywa i czym można go zabić – odpowiedział lekko 

drwiąc z elfa, Ryan. 

background image

- Jak to nie wiecie gdzie on przebywa? – Cal popatrzył na wszystkich 

zdziwiony, jakby sądził, że sobie stroją z niego żarty – Przecież on mieszka w 
miasteczku o nazwie Soulstown. 

Teraz z kolei, oni wszyscy spojrzeli na niego, jak na największego wariata 

ś

wiata. Ryan, akurat w tym momencie miał przystawiony do ust kubek z krwią, 

a wtedy, gdy padły słowa Cala, zakrztusił się i zaczął pluć oraz chrząkać.  

- C-c-coś ty powiedział? – zapytała wstrząśnięta Tiffany. 

- No, że mieszka w takim małym miasteczku Soulstown, na cmentarzu, w 

jaskini pod ziemią. – chyba źle odebrał ich wstrząśnięte i niedowierzające miny, 
bo dodał – Nie dziwie się, że nie słyszeliście nigdy o tej nędznej mieścinie, bo 
mało kto wie, gdzie ona się znajduje.  

- Cal, ty mówisz całkowicie poważnie? Nie żartujesz sobie z nas? – zapytała 

go podejrzliwie Tiff. 

- Nie, a co? – rzucił lekkim tonem, nie zdając sobie sprawy z powagi sytuacji. 

- To, że mieszkałam tam przez kilka dobrych lat, a Megan przez całe swoje 

ż

ycie i żadna z nas nie zauważyła Nevimorta! – wybuchła. – Wątpię, że jest on 

trudny to przeoczenia. 

W ostatnie zdanie wpakowała tyle drwiny ile zdołała. Cal otrząsnął się z szoku 

i powiedział tajemniczo: 

- Nawet nie wiesz, jak teraz się pomyliłaś. 

- Co? – Tiffany nie wiedziała kompletnie, o co chodzi. Miała straszny mętlik 

w głowie i nie wiedziała już, co jest prawdą, a co nie – Przecież tam 
mieszkałam. Sugerujesz, że kłamię? 

- Nie, nie o to mi chodzi – Cal przewrócił oczami, co wyglądało u niego dość 

ś

miesznie. – Chodzi mi o te ostatnie zdanie. To, że jest trudny to przeoczenia. 

Nikt w kuchni, z wyjątkiem elfa, nie wiedział, co ma na myśli, a on patrzył na 

nich, jakby wszystko było jasne.  

- Skończ z tymi tajemniczymi zwrotami. Żaden z nas nie miał większej 

styczności z tym stworem, oprócz tego, że wszyscy wiedzą, że jest to zło 
największe. Więc nie chrzań i powiedz wreszcie, o co chodzi. – Ryan był 
wyraźnie wkurzony i zniecierpliwiony. 

background image

- Na brodę Merlina, wy chyba naprawdę nie wiecie, o co chodzi – 

odpowiedział elf, sądząc, że wszyscy go nabierają swoją niewiedzą – Przecież 
Pierwotny może posiąść ciało innej osoby.  

Wszyscy popatrzyli na niego oczami pełnymi zdumienia, a Cal wyraźnie się 

zniecierpliwił. 

- Ten, o którym teraz mówimy, porzucił swoje ciało już parę stuleci temu, 

więc nikt tak naprawdę nie wie jak wygląda, bo ciągle zmienia postać. W 
niektórych jest dłużej, a w niektórych krócej, a wtedy, kiedy dane ciało porzuci, 
ono umiera, bo w chwili kiedy ten, o którym teraz mówimy, posiądzie je to 
dusza tego człowieka opuszcza go i idzie dalej.  

Widać, że dalej nie bardzo rozumieli, na co elf znowu przewrócił oczami. 

- To znaczy – powiedział powoli, jakby byli cofnięci w rozwoju – że 

Pierwotny mógł chodzić z wami do szkoły, przechodzić obok was na ulicy, albo 
robić razem z wami zakupy, a wy i tak byście go nigdy nie poznali.  

W tej samej chwili, w której skończył mówić, do kuchni weszła zaspana 

Megan i widząc ich wszystkich razem zapytała sennie: 

- A co wy tu wszyscy robicie? 

- Właśnie się dowiedzieliśmy, że jest to bardzo prawdopodobne, że chodzimy 

z Nevimortem do szkoły – palnęła Tiffany. 

- Aha – odpowiedziała nieprzytomnie, nie zdając sobie sprawy z tego co 

właśnie powiedziała jej przyjaciółka – co jest na śniadanie?   

Mina wszystkich, w tym Cala, była po prostu bezcenna.  

 

 

background image

Rozdział 18 

 

 

Megan widząc, że wszyscy na nią patrzą, lekko oprzytomniała i zapytała, tym 

razem już bardziej trzeźwo: 

- Co jest? 

- A to, że właśnie oznajmiłam ci iż Nevimort mieszka w Soulstown – 

odpowiedziała na wpół rozbawiona, na wpół zirytowana Tiffany. 

Megan zamarła, a jej oczy nie wyrażały nic poza ogromnym zdziwieniem i 

kompletnym niedowierzaniem. Spojrzała na Tiff wzrokiem mówiącym „nie-

ż

artuj-sobie-ze-mnie”. 

- Wybacz, ale nam wszystkim wcale nie jest do żartów. Nie wiem jak ty, ale ja 

mam wszystkiego po dziurki w nosie – Rachel była nieźle wkurzona. 

Megan dalej nie mogła pogodzić się z odpowiedzią przyjaciółki. Najchętniej 

dalej obstawiałaby przy tym, że ją okłamują, ale zdawała sobie sprawę z powagi 
całej sytuacji. Ruda przełknęła głośno ślinę i zapytała: 

- To co dalej? 

- Idziemy się spakować i wyjeżdżamy – odpowiedziała jej Tiffany. 

Cal zrobił zaskoczoną minę. 

- Wyjeżdżacie? – w jego głosie dało się słyszeć zdziwienie. 

On chyba nie myślał, że zostaniemy tu na zawsze, pomyślała odrobinę 

zirytowana brązowowłosa, która po chwili powiedziała: 

- Nevi… – widząc minę elfa urwała i sprostowała. – Pierwotny sam się nie 

zabije.  

- Ale… ale ja myślałem, że zostaniecie tu jeszcze trochę – powiedział 

zrezygnowany elf. 

background image

- Tak i poczekamy, aż Krwawe Jezioro się zabarwi, a cała ludzkość zginie – 

odpowiedziała zgryźliwie brązowowłosa. 

- Nie o to mi chodziło – popatrzył na nią z miną zbitego psa. – Przecież macie 

jeszcze dużo czasu. 

- O to chodzi, że nie mamy – ucięła dyskusje Rachel. Wstała i wyszła z 

kuchni, przypuszczalnie idąc się spakować. Pozostali także poszli jej śladem. 
Wszyscy opuścili pomieszczenie prócz Tiffany i Cala. 

- No cóż… – zaczęła wampirzyca. 

- Hm…? – Cal wstał i podszedł do niej. 

Ona także podniosła się z krzesła. Stali tak w milczeniu na przeciwko siebie, 

nie wiedząc co dalej zrobić. 

- Wiesz, że to ostatni raz kiedy się widzimy? – Tiff przerwała niezręczną 

ciszę. Kiwnął głową, a w jego oczach wampirzyca widziała, że właśnie podjął 
jakąś decyzję. 

Pochylił się na nad nią, a Tiffany owinął zapach żywicy i lasu. Cal delikatnie 

musnął wargami jej usta. Pocałunek był delikatny i lekki, jak płatki róż. Gdy elf 
wyprostował się, dziewczyna zwątpiła w to, czy cokolwiek się przed chwilą 
wydarzyło, ponieważ trwało to nie więcej niż jedno uderzenie serca. Pocałunek, 
o ile tak to można było nazwać, był zdecydowanie zbyt krótki, by mogła go 
odwzajemnić. Jedynym namacalnym śladem po tym, że coś się jednak 
wydarzyło, było przyjemnie mrowienie warg, które czuła oraz ciepło, które nią 
owładnęło i rozlewało się po wszystkich jej kończynach. 

Tiff nie odzywała się, ponieważ nie ufała swojemu głosowi, ale w końcu 

przełamała się i wypowiedziała słowa, które myślała, że nigdy nie przejdą jej 
przez gardło. 

- Żegnaj – szepnęła. Uznała jednak, że wyszło to zbyt melodramatycznie, więc 

pomachała wesoło ręką i dopiero wtedy wyszła.  

Gdy była już przy schodach, usłyszała szept Cala, tak cichy jak szum wiatru: 

- Żegnaj kochana. 

Coś w niej na te słowa drgnęło i poczuła łzy pod powiekami. Gdy trzeba nie 

lecą, a gdy nie chcę – płyną potokiem, pomyślała kwaśno. 

background image

Wspięła się szybko po schodach i od razu skierowała się w stronę swojej 

sypialni. Zanim jednak weszła do pokoju, usłyszała trzaśnięcie frontowych 
drzwi, co oznaczało, że Cal właśnie wyszedł.  

Tiffany przekroczyła próg sypialni i od razu zaczęła pakować wszystkie 

rzeczy do swojego worka marynarskiego. Choć ręce miała zajęte, niestety 
niczym nie mogła zająć swoich myśli, które ciągle wiły się wokół tego, że przed 
chwilą ostatni raz widziała Cala. Na tę myśl zalało ją uczucie porażki i dopadło 
straszliwe przygnębienie. Cal wyszedł, uświadomiła sobie, już nie wróci… 
nigdy. To by było na tyle z naszej znajomości oraz… miłości, 
pomyślała. 

Ś

mierć osób, które coś dla niej znaczyły oraz ich odejście – przez te wszystkie 

lata jej wiecznego życia zdążyła się już zahartować. Nauczyła się nie 
przywiązywać do osób, które są śmiertelne, bo wiedziała, że ona nigdy się nie 
zestarzeje… za to oni dorosną, wyjdą za mąż, będą mieć dzieci, a potem umrą. 
Choć elfy, mogły żyć znacznie dłużej niż normalni ludzie, to i tak Tiff miała 

ś

wiadomość, że Cal kiedyś umrze. Z całej siły starała się sobie wmówić, że 

może właśnie tak jest lepiej. 

Gdy już wszystko miała spakowane wygładziła pomarszczoną narzutę na 

łóżku. Westchnęła cicho i powoli podeszła do okna. Odsunęła firankę i spojrzała 
na majaczący w oddali pałac. Wiem, że gdzieś tam teraz jesteś, pamiętaj, że 
nigdy o tobie nie zapomnę Calerianie
, pomyślała nagle, I choć z czasem 
wspomnienie o tobie wyblaknie, to zawsze będę o tobie pamiętać.
 W tej myśli 
była potężna siła jakiej Tiffany się po sobie nie spodziewała. 

Poczuła jak łzy wzbierają się pod powiekami jej oczu, wytarła je wściekle i z 

powrotem podeszła do łóżka. Zarzuciła sobie worek marynarski na plecy i 
wyszła z pokoju. Gdy przekroczyła jego próg wpadła na Ryana, który szedł 
podejrzanie blisko ściany, kierując się do schodów. 

Pierwszy raz znaleźli się sam na sam, od ich pamiętnego pocałunku. 

Postanowiła wykorzystać okazję i zadać mu pytanie, które dręczyło ją od 
dłuższego czasu. Zastąpiła mu drogę własnym ciałem i nie pozwoliła przejść 
dalej. 

- Dlaczego wtedy pocałowałeś Megan? – zapytała niezwykle miękko. Parę 

razy odchrząknęła, bo nie chciała sprawiać wrażenia, że zbytnio go lubi. 

Popatrzył na nią zaskoczony i odwrócił wzrok, spoglądając na obraz, który 

wisiał na ścianie.  

background image

- Chciałem wzbudzić w tobie zazdrość – powiedział, jakby wbrew sobie. Gdy 

spostrzegł co wyznał, zacisnął usta w wąską kreskę. Zaczął się intensywniej 
patrzeć na obraz, jakby ten był najciekawszą rzeczą na świecie. 

- Co? – Tiffany była zbyt zaskoczona, aby powiedzieć coś inteligentniejszego. 

- Przecież widziałem, jak patrzysz na tego zielonego idiotę, Cala – rzucił ze 

złością i wreszcie na nią spojrzał. 

Ogarnęła ją złość i nie myśląc trzeźwo, podniosła rękę  wymierzając mu lewy 

sierpowy. Rozległ się dźwięk przyjemny dla uszu Tiffany, a głowa chłopaka 
lekko się obróciła. Wampirzyca podejrzewała, że stało się to bardziej z 
zaskoczenia, niż z bólu. 

Jednak zaraz zauważyła czerwony ślad w miejscu, gdzie jej ręka dotknęła jego 

policzka, a ona poczuła mściwą satysfakcje. Zerknął na nią i rzekł: 

- Bokserką to ty raczej nie będziesz, bo bijesz gorzej niż moja babcia – 

wyszczerzył do niej zęby, a ona zwalczyła pragnienie, aby uderzyć go 
ponownie, tym razem z całej siły.  

- Zapamiętaj sobie jedno… Cal nie jest żadnym zielonym idiotą, za to ty jesteś 

zadufanym w sobie kretynem – wysyczała, bo nieźle ją wkurzył.  

- Może i jestem zadufany w sobie, ale za to świetnie całuję – powiedział, a na 

jego wargi wypłynął arogancki uśmiech. 

Tiffany parsknęła wymuszonym śmiechem. 

- Do świetności ci jeszcze daleko. To było najgorsze przeżycie, jakiego w 

ż

yciu doświadczyłam.  

- A jednak ci się podobało. To znaczy, że musi być z tobą naprawdę coś nie 

tak – minął ją nie zaszczycając ani jednym spojrzeniem i zszedł na dół, gdzie 
czekały na nich Megan razem z Rachel. 

Tiffany przewróciła oczami zirytowana, odwróciła się i udała w stronę 

schodów, które przeskoczyła w paru susach. Nie patrząc na nikogo poszła w 
stronę frontowych drzwi, a pozostali skierowali się za nią. 

Wyszła na dwór, a tam zobaczyła mężczyznę, który uprzednio otwierał bramy 

i kierował całym ‘powitalnym orszakiem’. Teraz stał samotnie opierając się o 
drzewo, a wzrok miał skierowany na miasto, które majaczyło w oddali. 

background image

Wampirzyca nie wiedziała skąd dowiedział się, że wyjeżdżają, ale domyślała 

się iż Cal wszystkich o tym poinformował. 

Gdy Brauto ich zobaczył podszedł do nich i powiedział krótko, ale treściwie: 

- Za mną. 

Odwrócił się i zamiast skierować się w stronę miasta, poszedł prosto przed 

siebie, gdzie nie było żadnej ścieżki, za to ciągnął się bezkresny las. 

Wymienili między sobą zdziwione spojrzenia, ale poszli za nim. Z początku 

słychać było tylko trzeszczenie gałązek pod ich stopami i urywany oddech 
Megan. Dziewczyna sapała, jakby właśnie przebiegła maraton i po raz kolejny 
Tiffany zmartwiła się jej słabą kondycją. 

Po chwili usłyszeli także odgłosy lasu. Ciche, jakby odległe ćwierkanie 

ptaków, pisk wiewiórki i daleki tętent kopyt. Wszystko to brzmiało, jakby działo 
się nad powierzchnią wody, a oni jakby byli pod jej taflą.  

Po kilkuminutowym marszu Brauto zatrzymał się nagle. W pewnym 

momencie Tiffany spostrzegła przyczynę, przez którą wszystko słyszała tak 
dziwnie.  

Przed nimi rozciągała się przeźroczysta bańka, którą z pewnością 

podtrzymywało jakieś ochronne zaklęcie. Tiffany przypuszczała, że owa dziwna 
substancja rozciągała się nad całym miastem, powodując to iż wszyscy, którzy 
znajdowali się poza Krainą Elfów nie widzieli jej. Podczas wykładów w 
Instytucie, nie raz natknęła się na ten rodzaj ochrony przed nieproszonymi 
gośćmi.  

Elf podszedł bliżej do olbrzymiego pola mocy, wykonując przy tym dziwne 

gesty w powietrzu i mrucząc pod nosem jakieś niezrozumiałe słowa. Nagle tafla 
rozchyliła się, ukazując małe przejście. Brauto gestem ręki pokazał, żeby 
przeszli na drugą stronę. Tak też zrobili. 

Gdy Tiffany znalazła się poza obszarem ochrony, wszystkie odgłosy lasu 

zaatakowały jej czułe uszy. Zupełnie jakby wynurzyła się właśnie z wody. 

Gdy odwróciła się w stronę elfa nigdzie nie dostrzegła owego pola 

ochronnego. Tylko niewielki obszar powietrza falował, a gdy Tiffany zmrużyła 
oczy i wytężyła swój wampirzy wzrok, zdołała ujrzeć niewyraźny kształt elfa. 

background image

- Idźcie cały czas prosto – rzekł zdeformowanym, stłumionym głosem Brauto, 

po czym dodał. – Do wiedzenia. 

Po chwili falująca szpara w powietrzu znikła i zewsząd otoczył ich zielony las. 

Tiffany odwróciła się na pięcie i w milczeniu wyprzedziła wszystkich, szybkim 
krokiem zmierzając przed siebie. 

Podczas marszu nikt się nie kwapił, aby zacząć rozmowę. Każdy miał myśli 

zajęte czymś innym, jednak wszystkie krążyły wokół jednej, ważnej rzeczy – 
przepowiedni oraz niewiadomych, na które już niedługo mieli poznać 
odpowiedź. 

Nie szli zbyt długo, ponieważ po kilku minutach zamajaczyło przed nimi coś 

jasnego, a kiedy dostrzegli ich czerwone auto, zaczęli biec. Wyszli z lasu i 
stanęli na opuszczonej drodze. Rozejrzeli się dookoła, a Megan odetchnęła z 
ulgą. Bez zastanowienia, wszyscy wpakowali się jak jeden mąż do samochodu.  

Rachel usiadła za kierownicą i gdy tylko wszyscy znaleźli się już w środku, 

szybko wycofała pojazd wzbijając kurz dookoła i wcisnęła gaz z całej siły. 

Rachel doskonale pamiętała trasę, więc podpowiedzi Ryana, gdzie ma skręcić 

i jak jechać, doprowadzały ją szału. Megan i Tiffany siedziały w milczeniu 
wyglądając przez okno i obserwując jak słońce powoli chyliło się ku zachodowi.  

Po drodze zatrzymali się w mieście, w którym wcześniej nocowali, aby kupić 

jedzenie dla Megan. Potem z powrotem ruszyli do domu tym razem bez żadnego 
postoju. Gdy zapadła noc, minęli wyczekiwaną tabliczkę z napisem „Witamy w 
Soulstown”.  

Dopiero, gdy wjechali do miasta, Tiffany coś sobie uświadomiła. 

- Megan, czy na cmentarzu w jest jakaś jaskinia? – zapytała dziewczynę 

siedzącą obok. Czarownica przez chwilę się nie odzywała myśląc nad 
odpowiedzią.  

- Możliwe, że tak, ale jak już to na drugim cmentarzu. 

- Jakim drugim cmentarzu? Myślałam, że jest tylko jeden. – odpowiedziała 

odrobinę zaskoczona Tiffany. 

- O tym drugim wiedzą tylko ci, którzy mieszkają tu od urodzenia, w tym ja. 

Kompletnie wypadł mi z pamięci, ponieważ nie jest już używany. Mówią, że 
tam straszy, a nikt jakoś nie odważył się tego sprawdzić.  – powiedziała. 

background image

- To pewnie o ten chodziło Calowi, kiedy mówił, że Nevimort mieszka w 

jaskini pod cmentarzem – rzuciła z zadowoleniem Rachel z przedniego 
siedzenia. – Gdzie on jest? 

- Na obrzeżach miasta. Jedź, a ja ci będę mówić, gdzie skręcić – Megan 

uśmiechnęła się niezbyt pewnie.  

Rachel przejechała samochodem przez prawie całe miasto, kierowana 

wskazówkami Megan. Dopiero gdy minęli potężny dąb, Megan powiedziała, 
aby zatrzymać samochód. 

Kiedy stanęli, rudowłosa wskazała palcem na jakiś punkt, którego nie udało 

im się dostrzec, ponieważ przysłaniało go drzewo. 

- Za dębem jest stare wejście na cmentarz. Posadzili go tu, żeby nikt nie 

mający pojęcia o tym miejscu, nie zauważył go. 

- Dlaczego? – w głosie Rachel słychać było zaciekawienie. 

- Mówiłam ci, że tu straszy, a oni nie chcą narażać ludzi na 

niebezpieczeństwo, przynajmniej tak słyszałam – jej głos nie brzmiał zbyt 
pewnie, jakby sama wątpiła w to co mówi. 

- Dobra, uważam, że powinniśmy się jakoś uzbroić – zaproponowała 

rozsądnie Tiffany.  

Reszta przytaknęła i zaczęła wyjmować bronie ze swoich toreb. 

Brązowowłosa miała wszystko przypięte do pasów, które ściągała tylko na noc. 
Jednak wyjęła z przegródki przy udzie sztylet, na którym były wygrawerowane 
jej inicjały. Broń doskonale wpasowała się w jej dłoń, jakby była stworzona 
specjalnie dla niej. Po części tak było, a ona z sentymentu postanowiła, że woli 
mieć go w ręce, gdy będą wkraczać do tej jaskini lwa. 

Inni też wzięli jakieś bronie do rąk, ale najczęściej było to coś większego, niż 

jej marny sztylet. Rachel dzierżyła w dłoni wielki miecz, który Tiffany 
pamiętała jeszcze z Instytutu. Jej była przyjaciółka zawsze walczyła z nim u 
boku. Jednak Tiff nie pozwoliła sobie, aby ogarnęły ją wspomnienia. Pokręciła 
głową, chcąc odegnać natrętne myśli i zerknęła w kierunku Ryana. Zdziwiła się 
gdy spostrzegła, że chłopak trzyma w ręce drewniany łuk. Wampirzyca nie 
sądziła, że ten irytujący kretyn lubuje się w takich rodzajach broni. Oderwała od 
niego zdziwiony wzrok i popatrzyła na Megan. Ona jako jedyna miała takie 
same narzędzie, co Tiffany. Był to ten sam sztylet, który Meg wyciągała ze 

background image

szkatułki i który niegdyś należał do jej babci. Rubin, który na nim był 
pobłyskiwał w świetle księżyca.  

Zdziwiona Tiffany wyjrzała przez szybę w samochodzie i zobaczyła, że jest 

właśnie pełnia. Napawało ją to lekkim niepokojem, ale starała się stłumić 
wątpliwości i nikły strach.  

Wysiedli z samochodu, a Megan bez zastanowienia skierowała się w stronę 

dębu. Minęła go, a gdy oni zrobili to samo, wciąż nie widzieli cmentarza. 
Dopiero, gdy rudowłosa podeszła do wielkich krzaków, spostrzegli, że to, co 
początkowo uznali za bujną roślinność w rzeczywistości było tylko złudzeniem. 
Pnące się łodygi i kolczaste chwasty okalały zardzewiałą bramę, która ledwo się 
trzymała. Jej jedno skrzydło było niepokojąco przechylone w ich stronę, a 
drugie niebezpiecznie się kołysało, jakby miało zaraz odpaść.  

Przecisnęli się przez wąską szparę, którą ukazała brama i znaleźli się na 

niewielkiej polance. Dookoła poustawiane były liche nagrobki, które wyglądały 
jakby zaraz miały się rozpaść, a niektóre faktycznie były przełamane na pół. 
Teraz zalewało je światło księżyca będącego w pełni i tworzącego na 
cmentarnej ziemi, przerażające cienie. Całość prezentowała się strasznie, nawet 
Tiffany, która w życiu widziała gorsze rzeczy, drgnęła ze strachu.  

- To gdzie jest ta jaskinia? – Rachel zabrzmiała wyjątkowo piskliwe, a 

brązowowłosa pomyślała, że na nią te miejsce też wywarło przerażające 
wrażenie. Jej głos zabrzmiał dziwnie w otaczającej ich mrocznej ciszy, jakby 
naruszając święty spokój panujący tam.  

- Nie wiem, nigdy tu nie byłam – Megan cała się trzęsła, a Tiffany 

podejrzewała, że to wcale nie było spowodowane zimnem.  

Ryan jako jedyny stał cicho, bacznie lustrując wszystko dookoła. Nagle 

wyciągnął rękę – wszystkie dziewczyny na ten gwałtowny gest podskoczyły – i 
pokazał palcem coś, co skrywał w sobie mrok. 

Wampirzyca, ze swoim wyjątkowym wzrokiem, po dłuższym przyjrzeniu się, 

spostrzegła, że chłopak wskazuje na niewielkie wzgórze. Rachel też to 
zauważyła. Megan jako jedyna nie widziała tego co pozostali, ponieważ była 
tylko człowiekiem. 

Chłopak odważnie ruszył przed siebie, zgrabnie omijając nagrobki, a 

dziewczyny niechętnie poszły za nim. Tiffany miała ogromną ochotę na 

background image

rozmowę, dzięki której poczułaby się mniej samotnie i nie miałaby wrażenia, że 
wszystko krzyczy niemą ciszą. Nie wiedziała jak to jest możliwe, ale tylko te 
sformułowanie cisnęło jej się na usta. Jednak nic nie powiedziała, bo bała się 
zakłócić ten niezmącony spokój. Miała wrażenie, że coś jej tu nie pasuje, a po 
dłuższym zastanowieniu spostrzegła, że nie słyszy żadnych odgłosów nocy. 
Wydawało jej się, że jest to cisza przed burzą. 

 Wcale się nie ucieszyła na tę myśl, ale nie miała czasu się więcej nad tym 

zastanawiać, ponieważ znaleźli się u stóp niewielkiego wzgórza, na którym 
majaczył niewyraźny zarys metalowych drzwi.  

Ryan niepewnie nacisnął na klamkę, a wszyscy zdziwili się, że zardzewiałe, 

stare drzwi ustąpiły. Rozwarły się na taką szerokość, że łatwo mogliby się przez 
nie przecisnąć. Za nimi nie widzieli nic, ponieważ wszystko zalewała ciemność. 
Rachel pierwsza weszła i gdy tylko to zrobiła, pozostali stracili ją z oczu, 
ponieważ ją też pochłonął mrok.  

- Rachel, jesteś tam? – szepnęła ze strachem Megan 

- Tak, chodźcie – jej głos zabrzmiał odważnie, co przeczyło całkowicie im 

obecnemu położeniu, ale Tiffany dostrzegła w nim skrywaną nutkę strachu i 
niepewności. 

Ryan wszedł przez otwór, a za nim zrobiła to Megan. Wkrótce wszystkich 

pochłonęła ciemność, tylko Tiffany została, stojąc samotnie i ostatni raz 
rozglądając się dookoła. Zrobiła krok do przodu i przekroczyła drzwi. Nie 
zobaczyła nic dookoła, tylko bezkresną czerń. Nagle na coś nadepnęła i 
usłyszała pisk, podskoczyła ze strachu, ale okazało się, że to tylko Megan, która 
szepnęła z wyrzutem: 

- Nadepnęłaś mi na stopę. 

- Ciii – uciszyła ją Rachel– Pewnie nikt nie był tak wspaniałomyślny żeby 

wziąć latarkę, co? 

- Nie obrażaj mnie. Oczywiście, że, jak zawsze pomyślałem o wszystkim. – 

powiedział Ryan, a zaraz potem zalało ich światło, które wydawało się nie na 
miejscu. 

Teraz Tiffany mogła spostrzec gdzie się znajdują. Był to dziwny tunel, z 

którego od góry zwisały korzenie, a boki oplatały dziwne, zeschłe łodygi. 

Ś

mierdziało tu ziemią i dało się też wyczuć słabą woń rozkładu. 

background image

Przed nimi ziemia opadała i musieli coraz bardziej schodzić w dół. Szli 

niepewnie, podskakując nawet przy najmniejszym szmerze. Wreszcie, po 
kilkunastu metrach droga się wyprostowała, lecz nadal poruszali się tak, jakby 
mieli ogromną ochotę przerwać marsz i biegiem wrócić tam, skąd przyszli.  

W oddali zamajaczyło nikłe światełko, a oni natychmiast przyśpieszyli. 

Zobaczyli wylot tunelu, a za nim ogromne pomieszczenie. Jednak nie dane im 
było, przyjrzeć się mu uważniej, ponieważ drogę zastąpiła im postać, która 
pojawiła się znikąd. 

Wszyscy wstrzymali oddech i stanęli jak wryci. Była to kobieta z niezwykle 

bladą skórą, która kontrastowała z jej ciemnobrązowymi lokami. Oczy miała 
duże jak u dziecka, sprawiały wrażenie czarnych w tym półmroku.  

Tiffany miała wrażenie, że robi jej się coraz słabiej i że zaraz zemdleje. Wraz 

z ujrzeniem kobiety, zalały ją niezwykle wyraźne wspomnienia. Kobieta 
wyglądała teraz inaczej niż ze wspomnień Tiff, bardziej dzika i niebezpieczna, 
ale jednak nie mogła zaprzeczać oczywistym faktom. 

- Mama? – szepnęła słabym głosem Tiffany.  

 

 

 

 

 

background image

Rozdział 19 

 

Zapanowała cisza, która aż dźwięczała w uszach Tiffany. Wszyscy jakby 

skamienieli wpatrując się raz w Tiffany, raz w jej matkę, jak w jakieś nędznej 
imitacji meczu tenisowego 

Kobieta nie była wcale zdziwiona, niespodziewanym spotkaniem po wielu 

latach. Odezwała się zimnym, wyważonym tonem: 

- Nie nazywaj mnie swoją matką, ponieważ nigdy nią nie byłam. Już w chwili, 

gdy się narodziłaś, poczułam do ciebie wstręt i nienawiść.  

- Ale… dlaczego? – Tiffany drżała na całym ciele. Choć wiedziała, że jej 

matka nie specjalnie ją kochała to nie spodziewała się, że ją aż nienawidziła. 
Nigdy nic złego jej nie zrobiłam, aby dać jej do tego powód, pomyślała słabo. 

Kobieta zaś nie odpowiedziała, tylko wpatrywała się w nią swoimi zimnymi i 

pustymi oczami. 

- Jak to się stało, że jesteś wampirem? – zapytała Tiff, nie dlatego, że była 

tego faktycznie ciekawa tylko chciała dać sobie czas na wymyślenie sposobu, 
jak ją obejść i wejść do komnaty bez uprzedniego zabijania się. 

- Niedługo po twoim odejściu, załamałam się, bo nie mogłam sobie poradzić z 

tym wszystkim, wtedy właśnie przyszedł Russel i zaproponował mi, że mnie 
zmieni, a wtedy nie będę musiała się niczym przejmować – jej matka mówiła to 
obojętnym tonem, jednak jej oczy cały czas spoczywały na Tiffany, na nic 
innego nie zwracała uwagi. Wampirzyca próbowała dać znak pozostałym, aby 
zrobili coś dopóki jej matka nie widzi tego, co się dzieje dookoła niej. Chłopak 
chyba zrozumiał, bo kiwnął głową i zaczął mówić coś cicho na ucho Rachel. 

- Co ty tu w ogóle robisz? Usługujesz  Nevimortowi? – jej głos lekko drżał, 

gdy to mówiła, jednak jej matka chyba tego nie zauważyła, bo zaczęła od razu 
wyjaśniać. 

- Mój pan, znalazł mnie gdy byłam w rozsypce, mój pan mi pomógł, mój pan 

ma wysoko postawione cele, a gdy już stworzy najpotężniejszą armię 

background image

Ciemności, zabije wszystkich ludzi, a wszystkie Magiczne Stworzenia będą mu 
służyć, mnie uczyni swoją prawą ręką – gdy kobieta to mówiła, miała 
roziskrzone oczy, które wyrażały tylko totalne uwielbienie. 

Tiffany usiłowała się nie roześmiać, choć wcale wesoło jej nie było i 

powiedziała: 

- No, no, no. Widać, że Nevimortek ma bardzo rozległe ambicje – 

obserwowała kątem oka, jak Ryan i Rachel tłumaczą coś cicho Megan, która 
szybko kiwa głową na znak, że rozumie. Musiała jeszcze przez chwilę sprawić, 

ż

eby jej matka miała zajętą czymś uwagę. – Armia jest już gotowa? 

- Oh nie, ale już prawie. Już niedługo opanujemy świat – kobieta wyglądała w 

tej chwili jakby była obłąkana. Oczy miała rozbiegane, spojrzenie roziskrzone, a 
jej twarz wyrażała całkowite oddanie i uwielbienie. Nic nie widziała, nic się nie 
liczyło, tylko jej miłość do swojego pana.  

Tiffany zarejestrowała, że Megan szepce coś pod nosem i dyskretnie porusza 

rękami. Spojrzała w stronę, od której czarownica nie odrywała spojrzenia i 
zobaczyła, że Ruda próbuje unieść dość duży kamień, który leżał za jej matką. 
Już uniósł się na wysokość pasa kobiety, a wampirzyca szybko oderwała wzrok 
od tej sceny i spojrzała w twarz swojej rodzicielki. Ta dalej była pochłonięta we 
własnych marzeniach, ale Tiff pomyślała, że długo to nie potrwa, dlatego 
musiała ją czymś zająć jeszcze przez kilka chwil. 

- Twój pan jest tutaj? – zapytała. 

- Oh tak, tak. Oczywiście. Czeka na was w tej komnacie – odwróciła się, 

chcąc wskazać palcem na pomieszczenie za sobą i w tej samej chwili, Tiffany 
pomyślała, że to pytanie było błędem, ponieważ, gdy kobieta się odwróciła, od 
razu ujrzała kamień, który teraz unosił się na wysokości jej twarzy. 

Jednak nim zdążyła cokolwiek zrobić kawałek skały poleciał w jej stronę, 

miażdżąc jej nos, potem kolejny raz uderzając w jej głowę i tak parę razy, aż w 
końcu jej matka padła nieprzytomna na ziemię. 

Tiffany szybko zerknęła na Megan, która opuszczała ręce, a jej twarz była 

zmęczona. Brązowowłosa dostrzegła kropelki potu na jej ramionach.  

Jednak nie dane jej było przyglądać się dłużej, ponieważ jej towarzysze 

szybko polecieli do komnaty, a ona pobiegła ich śladem. 

background image

Wszyscy znaleźli się w dużym, kulistym pomieszczeniu. A pierwsze, co 

zobaczyli to Kevin leżący przy ścianie. Jego twarz była niezwykle blada, a 
Tiffany pomyślała, że wygląda jakby był martwy. Znalazła się przy nim w 
mgnieniu oka i zbadała mu puls. Choć przyciskała palce do jego nadgarstka z 
całej siły nie wyczuła tętna. Odgarnęła mu brudne od ziemi, blond włosy z oczu. 
Widząc jego zamknięte powieki, pomyślała iż chłopak wygląda jakby spał, choć 
wiedziała, że to nieprawda.  

Następnie wydarzyło się kilka rzeczy naraz. 

Kevin otworzył oczy i niemożliwie szybko, zanim ktokolwiek zdążyłby 

zareagować, stał w pozycji pionowej, oplatając ramionami Tiffany, która była 
do niego tyłem i przyciskał do jej serca niemożliwie ostry, drewniany kołek. 

 

*** 

 

Chwila, gdy Megan zobaczyła leżącego na ziemi Kevina, była najgorszą ze 

wszystkich chwil w jej życiu. Jej serce na moment zamarło, jakby umarło razem 
z odejściem chłopaka. Jednak na powrót zaczęło bić, niemożliwe szybko, jakby 
była po ciężkim biegu w momencie, gdy mrugnęła, a potem otworzyła oczy. 
Wtedy Kevin już nie leżał, tylko stał z Tiffany i przyciskał jej do serca kołek. 

Wstrzymała oddech nie widząc nic dookoła prócz chłopaka i jej przyjaciółki. 

Nie wiedziała, co się dzieje, chciała tylko krzyknąć „Hej, zostaw ją, ona jest po 
naszej stronie”, ale głos zamarł jej w gardle. Nie miała pojęcia kiedy Kevin 
domyślił się iż Tiffany jest wampirem, ale nie specjalnie ją to obchodziło. Teraz 
chciała jedynie wyjaśnić mu, że nie wszystkie wampiry są złe i nie można 
zabijać tych dobrych. 

Nie wiedziała także, jak Kevin znalazł się w tej jaskini, ale zaraz uświadomiła 

sobie, że pewnie Nevimort go tu przywlókł i traktował jak swoje pożywienie. 
Wzdrygnęła się na tę myśl.  

Gdy zobaczyła, że chłopak spiął mięśnie, jakby chciał wbić kołek w serce 

Tiffany, nagle odzyskała głos i wykrzyknęła: 

- Nie, czekaj! Ona jest dobra, nie zabijaj jej. Walczy po naszej stronie, 

wszystko jest dobrze. Wiem, że jesteś wykończony i nie bardzo wiesz o co 

background image

chodzi, ale posłuchaj mnie. Nie wiem od jak dawna wiesz, czym jest Tiffany, 
ale zrozum, że nie wszystkie stworzenia jej pokroju są złe. Ona jest tego żywym 
przykładem – naraz zrozumiała, że plecie bzdury i szybko ucichła. Kevin przez 
chwilę miał zaskoczoną minę, ale zaraz potem opanował się i jego twarz nie 
wyrażała żadnych emocji. 

- Nie, to ty mnie posłuchaj Megan. Oni są potworami. Nie słuchaj niczego, co 

ci mówią, oni kłamią. To wszystko było jednym wielkim kłamstwem – jego głos 
był tak spokojny i zdecydowany, że czarownica omal mu nie uwierzyła.  

- Oh nie, coś ci się musiało pomylić. Oni są dobrzy, naprawdę – mówiła 

powoli, chcąc wpoić mu, że się myli. 

- Powiedzieli ci, że chcą uratować świat? – parsknął śmiechem, a ona zaczęła 

zastanawiać się, skąd on to wie. – Jedno wielkie kłamstwo. Oni chcą go 
zniszczyć, przejąć. Wszystkie te Magiczne Stworzenia, chcą pozbyć się 
ludzkości, aby mogli sami w nim żyć. Nie powiedzieli ci prawdy, bo jesteś jak 
człowiek. Nie przeszłaś szkolenia w Instytucie i od dziecka przebywałaś w 
otoczeniu ludzi, dlatego nie zgodziłabyś się im pomóc.  

Teraz Ruda zaczęła naprawdę intensywnie przypominać sobie, co się stało od 

chwili, gdy zobaczyła Tiffany w swoim oknie. Tak bardzo nie chciała mu 
uwierzyć, ale pamiętała swoje złe przeczucia, pamiętała jak to wszystko 
wydawało jej się nieprawdopodobne.  

Popatrzyła mu w oczy, które zawsze tak skrycie kochała. Wiedziała, że nigdy 

by jej nie okłamał. Wpatrywał się w nią intensywnie, a ona poczuła, jak mu 
ulega. 

- Tak… - odpowiedziała sennie. – Chyba masz rację.  

Rachel wydała zduszony okrzyk, a ona dopiero teraz przypomniała sobie o 

obecności pozostałych. Rozejrzała się dookoła siebie i zobaczyła, że Ryana i 
Rachel trzymają dwa umięśnione wampiry, zatykając im usta, aby nic nie 
zdołali powiedzieć. Nie wydało jej się to dziwne, czy nie na miejscu. Pomyślała, 

ż

e wszystko jest tak, jak powinno być. 

Odwróciła się powoli w stronę Kevina, w którym kochała się od podstawówki, 

ale nigdy nie miała odwagi wyznać mu miłości. Zrobiła krok do przodu, 
ponieważ coś w jej wnętrzu kazało jej się do niego zbliżyć.  

background image

Zobaczyła, że w miejscu, gdzie chłopak trzyma przy ciele Tiffany kołek, 

pojawiła się ciemnoczerwona plama. Tiffany wyrywała mu się z całych sił, 
jednak jego uścisk był jakby ze stali.  

Chciała zrobić drugi krok, lecz zamarła z nogą w powietrzu. Nabrała 

wątpliwości. Pomyślała nad tym, jak zwykły chłopak, który fakt – był 
umięśniony, ale jednak był człowiekiem, mógł utrzymać wampirzyce z 
nadludzką siłą? Spojrzała na jego twarz i nie zobaczyła na niej żadnego wysiłku. 
Potem jej wzrok spoczął na jego oczach. Tak cudownych i pięknych… Jej 
umysł wyczyścił się ze wszelkich myśli. Już w nic nie wątpiła. Postąpiła kolejny 
krok. 

W pewnej chwili potknęła się i ich kontakt wzrokowy się zerwał, a ona szybko 

spojrzała na Ryana. Mgliście pamiętała, jak bardzo była w nim zakochana. W 
pewnych chwilach naprawdę myślała, że go kocha. Stanęła osłupiała, nagle 
sobie coś uświadamiając. 

Jedna z czworga, 
O włosach gorących, 
Kocha dwa serca jednocześnie. 

 

O włosach gorących… To jasne, że chodziło wtedy o nią. Kocha dwa serca 

jednocześnie. Miała ochotę puknąć się w głowę, że wtedy sobie tego nie 
uświadomiła. Nauczyła się nie myśleć o Kevinie, ponieważ wiedziała, że on 
nigdy nie będzie jej. Bała się wyznać mu, co naprawdę do niego czuje ze 
względu na to iż to mogło zepsuć ich przyjaźń, którą ceniła sobie nade 
wszystko. Wtedy, gdy starali się zrozumieć przepowiednie, pomyślała o nim 
tylko przelotnie, bardziej skupiła się na Ryanie, ponieważ bała się wtedy, że 
czuje do niego coś więcej niż by tego chciała.  

Spostrzegła kątem oka, że Kevin patrzy w bok i robi dziwny gest, dlatego 

popatrzyła szybko w tą samą stronę. To co zobaczyła wstrząsnęło nią i znowu na 
moment jej serce przestało bić. Osiłek, który trzymał Ryana, nagle wydobył z 
kieszeni kołek i zamierzył się na chłopaka. 

Zamachnął się i jego ręka już leciała w stronę serca Ryana. 

Gdzieś w głębi jej głowy pojawiła się myśl „Lecz żaden z nich żyć nie będzie, 

gdy drugi nie umrze.” 

Wtedy wszystko pojęła.  

background image

Kevin był Nevimortem, a ona musiała go zabić by nie zginął Ryan, a gdy tego 

nie zrobi – chłopak zginie, za to Kevin przeżyje. 

W chwili, gdy zobaczyła, że kołek dotyka klatki piersiowej Ryana, wydarzyło 

się coś niezwykłego. Poczuła jakby w środku niej coś rosło i po chwili się 
uwolniło. Zobaczyła niebieskawy błysk, a pomieszczenie zalało takie światło, 
którego jej oczy nie mogłyby znieść. W następnej chwili spostrzegła, że czuje 
się niewyobrażalnie słabo i upadła na ziemię. Ogarnęła ją ciemność i wszystkie 
jej zmartwienia znikły. Czuła, że jej oddech słabnie, a wszystko dookoła oddala 
się. Już nieczuła twardego podłoża, zapachu stęchlizny, nie czuła już nic oprócz 
ogarniającego ją szczęścia i uczucia nieważkości. Jej serce wykonało ostatnie 
bicie… A ona zasnęła snem wiecznym. 

 

*** 

 

Nawet jej mózg, który przyswajał wszystkie informacje o wiele szybciej niż 

mózg człowieka, nie zdążył zarejestrować tego, co się przed chwilą stało.  

Poczuła, że ostry kołek powoli, coraz bardziej zagłębia się w jej klatkę 

piersiową, jakby Kevin – nie, nie, pomyślała, nie Kevin tylko Nevimort – chciał 
zadać jej jak największy ból. Widziała, że Megan zbliża się coraz bardziej do jej 
oprawcy, ale nie miała do niej żalu. Wiedziała, że Pierwotny wywiera na nią 
wpływ, hipnotyzuje ją i zmusza, aby podeszła bliżej. Jednak widziała, że 
czarownica jest oporna. Co chwilę zrywała kontakt wzrokowy, a wtedy na jej 
twarzy malowało się niedowierzanie i zastanowienie, ale potem znowu patrzyła 
w jego oczy i ponownie na jej twarz pojawiała się obojętność. Tak było kilka 
razy, aż w końcu wtedy, kiedy chwilowo nie była pod jego wpływem, 
popatrzyła na Ryana, a wyraz jej oczu był taki, jakby nagle obudziła się i ujrzała 
rzeczy, jakich nigdy wcześniej nie dostrzegała. Jej twarz wyrażała szok i 
zrozumienie. Tiffany też spojrzała w tamtą stronę, w chwili, gdy wampir, który 
trzymał Ryana już przytykał kołek do jego serca. 

Nagle oślepił ją niebieski błysk, a potem światło tak jasne, że musiała 

zamknąć oczy, chociaż i pod powiekami i tak widziała jasność. Poczuła, że coś 
dziwnego dzieje się z Nevimortem, ale nie miała sposobu zobaczyć co. Słychać 
było krzyki, odgłos, jakby jakieś ciała upadały na ziemię i szum. To wszystko 
stało się w jednej sekundzie, a potem naraz ucichło.  

background image

Rozejrzała się zaskoczona dookoła i poczuła, że nie oplatają ją już silne 

ramiona. Obejrzała się za siebie i spostrzegła, że w miejscu, gdzie stał Nevimort 
pozostała na ziemi tylko kupka popiołu. Popatrzyła w stronę, gdzie stali Rachel 
oraz  Ryan i zobaczyła, że oboje podnoszą się z ziemi, a za nimi leżą jedynie 
pozostałości po wampirach, które ich więziły. 

Jej wzrok pomknął w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stała Megan i 

zamarła. Czarownica leżała na ziemi z uśmiechem na ustach. Była 
niewyobrażalnie blada, a jej ogniste włosy wyglądały jakby naprawdę płonęły. 
Odznaczały się wyjątkowo od jej twarzy i leżały rozsypane dookoła jej głowy, 
tworząc ognistą aureolę.  

Zanim zdążyła pomyśleć już znajdowała się przy niej. Uklękła i położyła jej 

głowę na swoich kolanach. Przypomniało jej się to, jak siedziała tak samo z 
martwym ciałem Hyrise. Wtedy czuła pustkę, a teraz tylko odrętwienie. 

Jeszcze nie do końca dotarła do niej prawda, tego co się stało z jej 

przyjaciółką. Pogłaskała ją po twarzy, odgarniając zbłąkane, rude kosmyki. Nie 
czuła nic. Nie płakała, nie łkała, nie krzyczała jej imienia. Wszystko było jej 
obojętne.  

- Co się dokładnie stało? – zapytał roztrzęsiony Ryan, podchodząc do niej. 

- Niebiański ogień – odrzekła Rachel, która szła tuż obok niego. – Że też o 

nim nie pomyślałam – mruknęła już ciszej, jakby sama do siebie. 

- Co? – zapytał, nie rozumiejąc chłopak. 

Tiffany nie obchodziło, co miała na myśli Rachel. Nie obchodziło ją już nic. 

- Niebiański ogień to najpotężniejsza broń, jaką ktokolwiek widział – 

powiedziała cierpliwie. – Ale niestety nikt nie umiał go przywołać. Mało się o 
nim mówi, bo nikt do końca nie wie jak działa, ale podobno, gdy się go wezwie 
zabija wszystkie złe rzeczy, które znajdują się w promieniu kilkuset kilometrów.  

Ryan popatrzył na kupki popiołu i powiedział: 

- Co jest na pewno prawd… 

Nie dokończył, ponieważ jego wzrok spoczął na martwej Megan. Jego źrenice 

rozszerzyły się i upadł na kolana niezdolny do wypowiedzenia żadnego słowa. 

Gdy Rachel zobaczyła, co wywołało taki szok u niego, zamarła.  

background image

Tiffany kompletnie nie zwracała na nich uwagi. Przez jej głowę przewijały się 

tylko dawne wspomnienia. 

To jak pierwszy raz ujrzała Megan, która odważnie podeszła do niej, nie 

zwracając uwagi na innych, którzy uciekali na jej widok. To, jaka była 
zdecydowana w tym co robiła i to, jak dowiedziała się o tym, że ma pomóc w 
ratowaniu świata i nawet nie pomyślała wtedy, żeby odmówić. To była 
najbardziej dobra osoba, jaką spotkała w swoim długim życiu. Bezinteresowna i 
szczera. A potem w jej myśli pojawił się obraz, kiedy wyszła z namiotu razem z 
Calem – jej serce drgnęło – i była taka słaba oraz wykończona. Zobaczyła jak 
całowała się w pokoju z Ryanem. Mała, zagubiona, nie myśląca nad tym, że 
chłopak chciał ją tylko wykorzystać do wzbudzenia zazdrości w Tiffany. 

Nagle usłyszała trzepot tysiąca skrzydełek, a gdy podniosła wzrok do góry, 

zauważyła, że przez wylot w tunelu wlatuje chmara kolorów. 

Zobaczyła, że te kolory to w rzeczywistości skrzydła motyli, które teraz 

zmierzały w jej kierunku. Burza owadów otoczyła ją, a gdy uniosły się w górę, 
odsłaniając jej widoczność, poczuła, że na kolanach nie ma już obciążenia. 
Spostrzegła, że motyle w jakiś niewyobrażalny sposób unoszą ciało martwej 
czarownicy i kierują się z nią w kierunku otworu.  

Gdyby mogła, wstałaby i krzyknęła do nich, żeby zostawiły Megan w spokoju, 

ponieważ zasługiwała na uroczysty pogrzeb. Jednak była tak odrętwiała i tak 
było jej wszystko obojętne, że nie zrobiła nic, aby zapobiec temu, co się przed 
chwilą stało – jej ciało zniknęło w długim tunelu, razem z niosącymi ją 
motylami. 

Tiffany podniosła się powoli i nie oglądając się za siebie, poszła w stronę 

wylotu w ścianie i weszła do niego. Jej towarzysze zrobili to samo, ale ona nie 
zwracała na nich uwagi. Wydawało jej się, że droga powrotna była krótsza, niż 
wtedy, kiedy szli do komnaty. Ze smutkiem pomyślała, że Megan też była 
wtedy z nimi i szła żywa, nie wiedząc, że to ostatnie chwile jej życia.  
Zobaczyła niewyraźny zarys drzwi i otworzyła je automatycznie. Wyszła na 
zalany wschodzącym słońcem cmentarz i usiadła na pobliskim kamieniu. Ukryła 
twarz w dłoniach. Po krokach poznała, że Ryan usiadł obok niej, za to Rachel 
stanęła za nią, zasłaniając słońce. Pomyślała o rodzicach Megan, którzy pewnie 
siedzą w domu i zastanawiają się, gdzie jest ich córka. Nie wiedziała jeszcze, jak 
im to wszystko wytłumaczy i nie miała pewności, czy uwierzą w to, że Meg nie 

ż

yje – w końcu nie mała ciała, aby pokazać, że mówi prawdę. Jednak 

background image

postanowiła, że tym zajmie się później, na takie zmartwienia nie miała teraz 
czasu. Ale mimo woli, w jej myśli ukazała się uśmiechająca Megan, a ona 
zastanawiała się, czy ludzie z ich szkoły, gdy dowiedzą się o jej śmierci, będą ją 
w ogóle kojarzyć? Może niektórzy będą, pomyślała słabo, przypomną sobie o 
rudej osóbce, która kumplowała się z dziwolągiem. Nigdy nie poznają prawdy o 
tym, jaka ta osóbka, była odważna i jak zginęła poświęcając własne życie w 
obronie innych.
 

- Dobrze, że to już koniec… - wymamrotała zmęczona. 

- Nie Tiffany, to dopiero początek – odpowiedziała Rachel. Oglądnęła się 

jeszcze raz na wampirzycę oraz Ryana, a potem bez słowa pożegnania 
odwróciła się i odeszła by powrócić do swojego świata i zapomnieć o tym co się 
wydarzyło. 

Tiffany długo patrzyła za nią aż ta znikła jej z oczu. Westchnęła cicho. 

- Tak, to dopiero początek końca. – szepnęła do siebie. 

 

 

 

 

 

 

 

background image

Podziękowania 

 

Chciałabym podziękować Wam wszystkim, że dotrwaliście ze 

mną do końca, wspierając mnie swoimi komentarzami, dzięki 

którym miałam wenę na dalsze rozdziały. 

Ta książka nie powstałaby bez Was, a szczególnie bez mojej 

ukochanej bety – zakochanej wariatki, która dostarczała mi 

pomysłów i sugestii, co do dalszych losów bohaterów.  

Dzięki Wam, mogę powiedzieć, że napisałam pierwszą w moim 

ż

yciu książkę. 

 

24.06.2011 23:52

 – te cyfry  na zawsze pozostaną w 

moim sercu, bo to wtedy właśnie skończyłam pisać ostatnie 

słowa mojego dzieła. 

 

Dziękuję.