background image

KRYSTYNA      SIESICKA 

 
 
 

PEJZAŻ SENTYMENTALNY

background image

 

"Niewiele jest w życiu godzin milszych niż pora obrządku zwanego popołudniową 

herbatą. W pewnych okolicznościach sama ta sytuacja sprawia nam przyjemność, niezależnie 

od tego, czy pijemy herbatę, czy też nie, bo oczywiście są osoby, które jej nie piją..." 

Henry James Portret damy 
 
Mada 
 
Jaskółek  nie  ma.  Odleciały.  Szkoda,  tak  lubię  patrzeć,  kiedy  ich  smukłe  sylwetki 

przecinają  błękit  nieba,  raz  wyżej,  raz  niżej.  One  są  jak  ptaki  wycięte  z  czarnego  kartonu, 
powiedział Kacper. 

Powiedział  Kacper, kiedy  jeszcze byliśmy tu razem  i on, w samo południe gorącego 

niedzielnego dnia, odłożył saksofon, żeby odpocząć, bo już od godziny grał bez przerwy. Grał 
Gershwina.  Słuchając,  wolę  nie  patrzeć  na  niego.  Twarz  grającego  Kacpra  wydaje  mi  się 
obca,  rysy  zmienione,  nigdy  nie  powiedziałam  mu  tego,  więc  sądzi,  że  z  przymkniętymi 
oczyma jest mi łatwiej przyjąć w siebie jego muzykę, ale to nie prawda. 

Dlaczego zostałam? Dlaczego nie wróciłam do domu razem z nim? Sama nie wiem, 

może  czas,  który  tu  spędziliśmy,  okazał  się  zbyt  trudny  dla  mnie  i  trzeba  mi  teraz  trochę 
samotności, żeby sklecić siebie w jakąś całość, tak bardzo czuję się rozbita. 

Dzień  jest  pochmurny,  ciemny,  z  okien  mojego  pokoju  widzę  ulicę  Kościelną 

ciągnącą się wzdłuż Osady,  jakże  inną od tej z  moich wspomnień. Ostatni  swój pobyt tutaj 
mam  wpisany  w  pamięć  jak  barwne  akwarele  odrobinę  rozmyte  przez  czas,  ale  przecież 
wyraźne,  czytelne:  ulica  Kościelna,  kolorowe  parasole,  kafejki,  gdzie  spotykali  się  każdego 
roku ci, którzy znowu przyjechali do Osady na kolejne wakacje. Dziś nie ma już tej kafejki, 
na  jej  miejscu  stoi  przeszklony  pawilon  "Chez  Sophie",  należący  do  Zośki,  córki  miłego 
grubasa,  właściciela  dawnej  kawiarenki.  Zamiast  kolorowych  parasoli  są  białe,  które 
fantazyjnymi  literami  reklamują  piwo.  Pamiętam  drogę  prowadzącą  na  korty,  kiedyś  rosły 
wzdłuż  niej  szczuplutkie  brzózki,  teraz  nie  wiadomo  skąd  panoszą  się  tam  przysadziste 
krzewy,  szerokimi  pasmami  oddzielające  jezdnię  od  chodnika.  Brzózki  zapewne  zginęły 
tragicznie w czasie, kiedy kładziono tu płyty i wylewano asfalt, nie pytałam o to nikogo, wolę 
nie wiedzieć. 

Następna  akwarela  w  mojej  pamięci  to  cukiernia  "Bistro",  zmieniona  teraz  na 

niewdzięczny  lokal  z  wielkim  napisem  FAST  FOOD  nad  wejściem.  Pachniało  tu  kiedyś 
kawą,  wanilią  i  kajmakiem,  teraz  omijam  to  miejsce,  bo  nie  znoszę  zapachu  frytek  i 
ociekających tłuszczem kiełbasek. 

Rosarium przy plebani pozostało niezmienione, może nawet jest piękniejsze niż to, do 

którego kiedyś lubiłam przychodzić. Obecny proboszcz musiał chyba sprowadzić jakieś nowe 
gatunki  róż.  Po  wyjeździe  Kacpra  wiele  razy  otwierałam  skrzypiącą,  starą  furtkę  ukrytą  w 
leszczynowym żywopłocie  i wchodziłam  między  wonne krzewy  i drzewa, ale teraz szła  już 
jesień  i  kwiaty  coraz  żałośniej  zwieszały  główki  pełne  wiotkich  płatków,  pobladłych  i 
martwiejących.  A  jednak  uparcie  zachodziłam  do  rosarium,  bo  barwna  akwarela  w  mojej 
pamięci tu właśnie znajdowała potwierdzenie, tak jak i pełen szuwarów malowniczy pejzaż z 
jeziorem w tle. Czy to możliwe, myślałam, patrząc wieczorami  na chybotliwą powierzchnię 
wody, czy to możliwe, że kiedyś właśnie tu płynęłam łódką, otulona swetrem Marcina, taka 
młoda i tak bardzo, tak rozpaczliwie wtedy zakochana? 

Czy  to  jest  ta  sama  woda?  Czy  z  tamtej  pozostała  chociaż  jedna  kropla?  Kacper 

powiedziałby, że zadaję sobie dziecinne pytania, ale on po prostu nie wie, szczęśliwy Kacper, 
że  to  są  pytania,  które  również  zadają  ci,  którzy  coś  przeżyli  i  którzy  ze  zdumieniem 
spoglądają za siebie. 

 

background image

Może nie powinnam zostawać w Osadzie, ale w końcu Kacper jest już prawie dorosły 

i  przez  miesiąc  obejdzie  się  bez  mojej  obecności.  Zrobi  śniadanie,  wyprowadzi  psa,  wrzuci 
mu do miski porcję  mięsa. Wracając ze szkoły, wpadnie  na obiad do mojej  siostry Alki.  W 
domu, z nosem przy drzwiach, będzie czekać na niego stęskniony Tofi. Tłumaczyłam sobie to 
wszystko, ale stojąc w oknie  i patrząc  na szarą  nitkę ulicy  Kościelnej,  z rzadka rozjaśnianą 
przejeżdżającymi  samochodami,  nagle  zatęskniłam.  Nie  tyle  może  za  Kacprem,  ile  za 
skołtunioną sierścią mojego kundla Tofiego, który, gdybym wróciła, na pewno leżałby teraz 
obok  mnie,  a  z  pokoju  obok  dobiegałby  nas  przejmujący  głos  saksofonu,  bo  dochodziła 
czwarta i o tej porze Kacper zawsze grał. 

Przejaśniało. Chmury pobielały, uniosły się, jeszcze chwila i wyjrzy słońce, na pewno. 

Spojrzałam  na  stół,  leżały  na  nim  moje  notatki,  słowniki,  francuska  książka,  którą  miałam 
tłumaczyć.  Nieprawda,  wszystko  to  była  gra,  wielkie  kosmiczne  udawanie.  Zostałam  w 
Osadzie  wcale  nie  po  to,  żeby  w  spokoju  pracować,  chociaż  tak  właśnie  powiedziałam 
wszystkim. Ja tu czekałam, po prostu czekałam. 

Przejaśniało,  więc  wyszłam.  Przy  domu  pachniało  wilgotną  ziemią  i  pierwszymi 

zwiędłymi  liśćmi,  które  już  strącił  wiatr.  Postawiłam  kołnierz  kurtki,  przy  bramce 
zatrzymałam  się,  żeby  silniej  zawiązać  adidasy.  Chciałam  pójść  na  szybki,  długi  spacer  i 
zmęczyć  się.  Może  wtedy  wieczorem  zasnę  bez  trudu.  Nie  czeka  się  we  śnie.  To  też 
nieprawda, bo ja czekałam. 

Jutro wtorek, dzień targowy. Pomyślałam, że pójdę na rynek z samego rana, jeszcze 

przed  śniadaniem,  kupię  tam  jajka  i  śmietankowy  twaróg,  obejrzę  stragany  z  owocami, 
wybiorę jabłka. 

- Poczekaj chwilę, dokąd tak lecisz? 
Obejrzałam  się,  szła  za  mną  Gena,  utykała  lekko,  widząc,  że  zatrzymałam  się, 

pomachała w moją stronę kolorową, jedwabną chustką. 

- Zobacz, co sobie kupiłam, chustka. Podoba ci się? 
- Ładna. 
- Mogę ci ją dać, chcesz? 
- Nie, Gena, dziękuję. Jest ładna obiektywnie, tylko zupełnie nie w moim guście. 
Szłyśmy teraz obok siebie, ale Gena nagle zatrzymała się. 
- Ładna obiektywnie, tylko nie w twoim guście - powtórzyła ironicznie. - Nie podoba 

ci się? 

- Ma twoje kolory, nie moje. 
Chwyciła rogi chustki i uniosła ją przed sobą. 
- Więc uważasz, że wymarzonymi kolorami dla mnie są pomidorowy, szczawiowy  i 

kalafiorowy? 

- I ten krupnikowy. 
- Gdzie ty widzisz krupnikowy? 
Pokazałam jej drobny szary rzucik. 
-  Ta  chustka  jest  ohydna,  nie  uważasz?  -  przeraziła  się  Gena.-  Ty,  popatrz,  jakie 

świństwo ja sobie kupiłam! A ty mówisz, że to są moje kolory! 

Nagle  dostałyśmy  ataku  śmiechu,  stałyśmy  przy  krawężniku  i  nie  mogłyśmy  się 

opanować. 

- Ooo! - jęczała Gena. - Ooo! Nie mogę! O, Matko Święta! 
Wytarła nos i policzki brzegiem chustki. 
- Co ty robisz, głupia? Teraz już jej nie wymienisz! 
- Dam ci ją w prezencie! Na urodziny! 
Dyszała  ciężko,  przypomniałam  sobie  dopiero  teraz,  że  miała  astmę.  Znałyśmy  się 

mało, kiedy przyjeżdżałam do Osady z mamą i Alusią, Gena zawsze pomagała swojemu ojcu, 
który  miał smażalnię ryb, bo Gena była tutejsza. Teraz, kiedy przyjechałam z  Kacprem,  już 

background image

pierwszego  dnia  zobaczyłam  ją  z  daleka,  ale  dopiero  w  minioną  niedzielę  wpadłyśmy  na 
siebie wychodząc z kościoła, obydwie zdumione, że bez trudu poznajemy  się po tylu  latach 
niewidzenia. 

- Może przyszłabyś do mnie jutro na herbatę?  - zapytałam, kiedy już zdołałyśmy się 

uspokoić. 

- Chętnie! - ucieszyła się. - O której? 
- O piątej. 
- O piątej, ho, ho! Zupełnie jak w angielskiej powieści. 
- Może, ale naprawdę wspaniale pije się herbatę o piątej. Wiesz, gdzie mieszkam? 
-  Nie  wiem.  Dom,  w  którym  twoja  mama  zawsze  wynajmowała  pokoje,  jest 

rozebrany.  Spłonął  któregoś  roku  i  nie  warto  było  wkładać  pieniędzy  w  remont.  Teraz 
urządzili w tym miejscu plac zabaw dla dzieciaków. 

- Mieszkam w hoteliku obok. 
- "Pod Kołatką"? 
-Tak. 
Gena gwizdnęła. 
- Dobrze ci się powodzi, tam jest drogo. 
- Powodzi mi się średnio. 
Przypatrywała mi się chwilę. 
- Wyszłaś za Marcina, Mada? 
- Nie. 
- Była z was para, prawda? 
- Może, ale nie wyszłam za niego. 
- Byliście młodzi, pewnie za wcześnie nastała ta miłość. Przyjdę jutro, pogadamy. 
Gena  wsunęła  chustkę  do  kieszeni.  Widziałam,  że  uważnie  ogląda  moje  adidasy, 

spodnie, kurtkę, zupełnie  jakby  mogły opowiedzieć jej  mój życiorys, jeszcze zanim  ja sama 
otworzę usta. 

- Będę o piątej - powiedziała. - Podoba mi się ta godzina. 
Rozstałyśmy się, a mnie coraz mniej podobała się ta godzina, ten pomysł zaproszenia 

Geny. Będzie mnie wypytywała, będzie robiła głupie uwagi: "za wcześnie nastała ta miłość", 
miła  Gena,  tylko  niech  mnie  o  nic  nie  pyta.  Ruszyłam  szybko  przed  siebie  i  bezwiednie 
zaczęłam  nucić  Gershwina.  Gdyby  Tofi  tu  był,  biegłby  teraz obok  mnie,  radośnie  merdając 
ogonem.  Jednak  w  hoteliku  "Pod  Kołatką"  nie  przyjmowano  psów,  co  za  głupi  zwyczaj. 
Nagle zobaczyłam przed sobą wysoką dziewczynę w czerwonej kurtce, na jej plecach leżały 
gładkie, lśniące, bardzo czarne włosy. Tina! 

- Tina! - zawołałam. 
Odwróciła głowę, słysząc  mój głos, ale później spokojnie szła dalej,  bo to  wcale nie 

była Tina. 

W  plecionym  wiklinowym  koszyku  ułożyłam  owoce  kupione  na  targu.  Czerwone 

jabłka,  rude  gruszki  i  garść  prawie  granatowych  śliwek  z  odcieniem  szarego.  Koszyk  też 
kupiłam tego dnia. Długo stałam przed straganem, zanim spośród wielu wyłowiłam wzrokiem 
ten  pięknie  powyginany,  ażurowy,  który  sprawdził  się,  kiedy  go  wzięłam  do  ręki. 
Pomyślałam, że w domu będę w nim podawała pieczywo, ale to nie było zbyt rozsądne, bo w 
domu  zawsze  szykowaliśmy  z  Kacprem  kanapki,  wszystko  jedno  które  z  nas  tego  dnia 
przygotowywało  kolację.  Postanowiłam,  że  dam  ten  koszyk  Ali,  bo  będzie  pasował  do  jej 
gładkich śniadaniowych fajansów w łagodnym pistacjowym kolorze. Z nas dwóch to właśnie 
Ala lubiła celebrować rodzinne posiłki, podczas gdy ja byłam w kuchni i przy stole autorką 
prymitywów, co wynikało zresztą nie tyle z braku upodobań,  ile z niedostatku czasu. Teraz 
koszyk należał jeszcze do mnie, podziwiałam leżące w nim owoce i nawet kusiła mnie myśl, 
że  wcale  nie  dam  go  Alce,  tylko  zostawię  w  domu,  po  to  jedynie,  żeby  sobie  czasami 

background image

popatrzeć,  jak  on  stoi  zupełnie  bezużyteczny,  ale  taki  ładny.  Moja  babcia  Emilia  lubiła 
dostawać  bezużyteczne  prezenty,  cieszyły  ją  bardziej  niż  te,  które  zaspokajały  nawet 
najpilniejszą  potrzebę,  bo  uważała,  że  pochodzą  z  serca,  a  nie  z  rozumu.  Sama  również 
obdarowywała nas przeróżnymi rupieciami, które nadawały się wyłącznie do kochania, więc 
zostawię sobie ten wiklinowy koszyk i będę się nim cieszyła, postanowiłam. 

Padał  deszcz,  zerwał  się  wiatr  i  to  skłoniło  mnie  do  przetłumaczenia  kilku  stron  tej 

nieszczęsnej  książki,  która  mnie  nudziła.  Parę  minut    przed  piątą  położyłam  serwetkę  na 
hotelowym  stoliku  o  wątpliwej  urodzie  i  wyjęłam  z  szafki  dwie  moje  własne  porcelanowe 
filiżanki, które, wbrew  lekceważeniu dóbr doczesnych, zawsze dla czegoś woziłam  je  sobą, 
żeby umilały ulubioną porę popołudniowej herbaty. Dawid śmiał się ze mnie. 

Gena przyszła punktualnie. Zastukała do drzwi, otworzyłam  i Gena weszła, a za nią 

smuga silnego zapachu wody kwiatowej, chyba z przewagą konwalii, jak mi się wydawało w 
pierwszej  chwili,  albo  z  przewagą  fiołka,  jak  zaczęłam  sądzić  później.  Była  ubrana 
uroczyście,  czarną  szyfonową  spódnicę  i  koronkową  białą  bluzkę.  Na  nogach  miała  złote 
sandałki,  na  szyi  drobne  perełki.  Ja  byłam  w  dresie  w  grubych,  ciepłych  skarpetkach,  które 
nosiłam zamiast kapci, sytuację ratowały niewątpliwie moje dwie cieniutkie filiżanki, których 
wytworność Gena chyba powinna docenić. 

- Przepraszam, Gena, za ten strój, ale wiesz, ja tu nic nie mam, dziś zimno jak diabli. 
- Śmiesznie wyglądasz w tych skarpetkach, to znaczy, chciałam powiedzieć zabawnie, 

ładnie. 

- Tak, ale ty jesteś taka wytworna. 
- Jestem wytworna, bo wracam z pogrzebu, ale nie przejmuj się, nikt bliski... 
- Czy nie uważasz, że byłoby głupio, gdybym nie przejmowała się pogrzebem ? Skoro 

na nim byłaś, to ten ktoś musiał dla ciebie coś znaczyć. 

- Znaczyć znaczył - powiedziała Gena cierpko. - Był moim sąsiadem i zawsze stukał 

w  ścianę,  jak  moje  dzieciaki  słuchały  głośnej  muzyki.  Wiązankę  mu  kupiłam,  co  mu  będę 
żałowała, nie? 

- Pewnie. 
- No widzisz, tak to jest, on by mi też kupił wiązankę, gdybym się przed nim zawinęła. 

Mogę tu usiąść? O, jakie masz ładne filiżanki, twoje czy tutejsze? 

- Moje. 
Gena obejrzała spód talerzyka. 
- Markowe. Nie boisz się, że ci trzasną w drodze? 
- Boję się. 
- Rozumiem - powiedziała Gena, co wydało mi się trochę dziwne. 
Odsunęła od siebie talerzyk z filiżanką. 
- Ja tam wolę w kubku, Mada. Nalej  mi w zwykłym kubku, przynajmniej    nie  będę 

się przez cały czas trzęsła, że uszko odpadnie. 

- O żadnym kubku nie ma mowy, spójrz, zaparzam nam porządną herbatę. 
- A co za różnica, z każdej herbaty jednakowe siano. 
Postawiłam na stoliku talerzyk z ciastkami, które kupiłam, wracając z targu. 
- Kupiłam napoleonki i babeczki z bitą śmietaną, lubisz? 
- Kupiłaś u "Romana"? 
- Tak. 
- Można zjeść, ale jego bitą śmietaną tak się kiedyś strułam, że mało nie padłam.  W 

lecie u "Romana" widywałam twojego chłopaka, chodził tam z dziewczyną. Wiesz o tym? 

- Wiem. Kacper nie robił z tego tajemnicy. 
- Ładna ta dziewczyna, tylko trochę flądrowata. 
- Coś ty, Gena! To ostatnia rzecz, którą można o Tinie powiedzieć. 
- Ale te czarne patły wiecznie nosiła takie poczochrane. 

background image

- Patły! - parsknęłam rozzłoszczona. - Ona ma przecież piękne włosy. 
- Oczy maluje. 
- Czasami. 
- Widziałam ją kiedyś na dyskotece. Twój chłopak grał tam na trąbie, a ona siedziała 

obok i przewracała gałami. 

- Gena, czy ty jej się chociaż przyjrzałaś? Tina ma bardzo ładne oczy. Co ty właściwie 

robiłaś w tej dyskotece? 

- Bałam się, że moje dzieciaki okropnie tam rozrabiają, muszę ich ciągle pilnować. Ty 

to puszczasz Kacpra z dziewczyną i jeszcze pozwalasz mu grać na tej całej trąbie, podziwiam 
ciebie. 

- To jest saksofon. 
-  Możliwe,  dla  mnie  wszystko,  w  co  trzeba  dąć,  jest  trąbą.  Wiesz,  co  ona  miała  na 

głowie, ta Kacpra dziewczyna? 

- Nie wiem. 
- Wianek. Z białych kwiatów. 
Wyobraziłam sobie, jak pięknie musiała wyglądać Tina w wianku z białych kwiatów, 

siedząc  na  podłodze  obok  stojącego  Kacpra.  I  pomyślałam,  że  on,  błądząc  palcami  po 
przyciskach saksofonu, grał tylko dla niej. 

- Co w tym złego, że miała wianek? 
- Wyglądała jak głupia. Naprawdę nie masz tu żadnego przyzwoitego kubka? 
- Nie mam. 
Nalałam do filiżanek smolistej esencji i uzupełniłam ją wrzątkiem. 
- Jeżeli w mojej oberwie się uszko, nie miej do mnie pretensji, bo uprzedziłam, więc 

nie odpowiadam za to. Wracając do tej flądry.... 

- Ona nie jest żadną flądrą, Gena! - zawołałam. 
Spojrzała na mnie ze zdumieniem. 
- To ty ją lubisz? 
Czekała  na  odpowiedź.  Bardzo  długo.  Pomyślałam,  że  herbata  o  tej  porze  dnia 

powinna być dla nas obu przyjemnością, a tu nagle nie jest, więc zapytałam: 

- Co z twoją nogą, Gena? Miałaś wypadek? 
Rozjaśniła się. Miała! Dwa lata temu spadła ze schodów i ciągle jeszcze coś się dzieje 

z  jej  stawem  biodrowym.  Opowiadała  mi  o  tym  ze  szczegółami  i  z  wielką  przyjemnością. 
Największym  jej  zmartwieniem  było  to,  że  nie  będzie  mogła  nosić  pantofli  na  wysokich 
obcasach. 

-  Nie  masz  pojęcia,  co  ja  przeżyłam,  jak  leżałam  w  szpitalu!  Ciągle  myślałam  o 

swoich  siedemnastu  parach  pantofli  na  szpilkach,  których  nigdy  nie  będę  mogła  włożyć, 
zupełnie jakbym nie miała większego zmartwienia? taka głupia byłam, chyba po tej narkozie, 
bo niby skąd? 

Zauważyła moje słowniki, które przed jej przyjściem ustawiłam na półce. 
- A ty, co? Czytasz takie grube księgi? Zaśmiecasz sobie głowę romansami? 
- To są słowniki, Gena. 
Przymrużyła oczy, przechyliła się i spojrzała uważniej. 
- Rzeczywiście! Francuskie, tak? Ja po francusku umiem tylko bonżur mesje, orewuar 

i mersi, a do tego często mylę orewuar z rezerwuar!  - zachichotała. - W szkole uczyłam się 
angielskiego,  ale  nic  nie  pamiętam,  nigdy  nie  miałam  mocnej  głowy,  poprawiło  się  z  nią 
trochę, jak spadłam ze schodów, chyba te moje klepki lepiej się wtedy poukładały... 

Śmiała się i trzepotała rękoma, żeby mi jak najdokładniej opisać wszystko, co działo 

się z jej klepkami w chwili, kiedy spadała ze schodów. Jej ufarbowana na mahoniowy kolor 
krótko  przycięta  czupryna  trzęsła  się  jak  zmiotka  do  zbierania  kurzu.  Znowu  obydwie 

background image

śmiałyśmy się głośno, i nagle zrobiło się zabawnie i miło, jak gdyby nigdy nic. Dopiero kiedy 
Gena wychodziła, przytuliła policzek do mojego policzka i powiedziała: 

-  Nie  gniewaj  się,  Mada,  gdybym  wiedziała,  że  lubisz  dziewczynę  Kacpra,  nie 

powiedziałabym o niej złego słowa.   

Zmroziło  mnie.  Przyjechałam  do  Osady  pierwsza,  bo  Kacper  zaraz  po  końcu  roku 

szkolnego  dostał  pracę  w  "Remie".  Przez  dwa  tygodnie  zastępował  swojego  kolegę,  który 
zaraził się od młodszej siostry świnką i nie mógł zgłosić się w dawno umówionym terminie. 
Kacper chętnie zgodził się. że go zastąpi, bo w końcu chciał kupić sobie ten rower górski, na 
który już od wieków mozolnie odkładał pieniądze. W "Remie" uzupełniał towary na półkach. 
Przewoził z  magazynu do sklepu kartony z sokami owocowymi, puszki  z napojami, cukier, 
kasze,  mąki,  wszystko.  Widziałam  go  kiedyś,  specjalnie  poszłam  do  "Remy",  go  zobaczyć. 
Stanęłam  w  kolejce  po  wózek,  chociaż  prawdę  mówiąc,  niewiele  miałam  do  kupienia. 
Zobaczyłam, że Kacper właśnie ustawia słoiki z daniami dla niemowląt. Nie wiem, dlaczego 
nie podeszłam do niego, dlaczego nagle zrobiło mi się głupio, że go podglądam. 

Mój  syn,  saksofonista  z  upodobania,  a  przyszły  architekt  z  wyboru,  radził  sobie 

wspaniale ze słoikami dla  niemowląt. Ustawiał  je równo, żeby zwartym rzędem uśmiechały 
się  do  kupujących  jednakowe  buzie  z  etykietek.  Pomyślałam,  że  gdybym  była  na  miejscu 
Kacpra, uciekałabym z krzykiem na widok każdego dziecinnego wózka, w obawie, że zamiast 
niemowlęcia leży w nim słoik z daniem warzywnym, patrzyłam na niego z daleka i nie wiem 
już  po  raz  który  w  naszym  życiu  uderzyło  mnie  zdumiewające  podobieństwo  Kacpra  do 
Dawida,  mogłoby  się  zdawać,  że  to  Dawid  stoi  przy  półkach  w  "Remie",  nie  Kacper.  Taki 
Dawid, jaki mnie zauroczył. 

Kacper  zarobił  dostatecznie  dużo.  Kupił  rower  górski  i  przyjechał  do  Osady  w  dwa 

tygodnie  po  mnie.  Przyjechał  po  raz  pierwszy,  nieskora  byłam  do  spędzania  tu  wakacji  i 
dopiero tego roku zdecydowałam, że nadszedł czas, żeby zwiedzić stare kąty. Kacper zapalił 
do  tego  pomysłu  i  właśnie  dlatego  któregoś  dnia  wyszłam  na  pociąg  żeby  go  spotkać. 
Wytaszczył się z wagonu, śmiesznie obładowany plecakiem, saksofonem i rowerem górskim. 
Przywitaliśmy  się  z  oszczędną  serdecznością,  bo  ja  wyrosłam  już  z  konieczności 
entuzjastycznych  powitań,  a  Kacper  jeszcze  do  nich  nie  dorósł.  Potem  on  zajął  się  swoim 
bagażem.  Zakomunikował  mi  krótko,  że  Tofi  doskonale  czuje  u  Ali  i  że  nie  musimy  się  o 
niego martwić. Wyszliśmy prze budynek dworca, Kacper rozejrzał się. 

- Więc to jest ta twoja Osada. Myślałem, że jest mniejsza. 
- Kiedy przyjechałam tu pierwszy raz, Osada była małą dziurą. 
- Lubiłaś ją. 
- Tak. 
- A potem ci przeszło. 
- Tak. 
Kacper  jedną  ręką  prowadził  rower,  w  drugiej  trzymał  saksofon  brezentowy  plecak 

wisiał mu na ramieniu, rozglądał się. 

- Czy w tym twoim hotelu wszystkie pokoje są zajęte? 
- Wszystkie. Dlaczego pytasz? 
- A tak pytam. 
Kacprowi  podobało  się  "Pod  Kołatką".  Przeznaczyłam  dla  niego tapczan  stojący  we 

wnęce, oddzielony od reszty pokoju prostym wiklinowym parawanem. 

- Pewnie mi tu łeb ukręcą, jak zacznę grać. 
- Pewnie tak. 
- Będę musiał gdzieś chodzić, a tak w ogóle to myślałem, że dam radę tutaj zarobić. 

Mógłbym grać w jakiejś knajpie. 

- Kacper! 
- No co, mamo? Wzruszyłam ramionami. 

background image

- Tu nie ma żadnych knajp, tu są same przyzwoite lokale. 
- Tym lepiej. 
- Już kupiłeś rower, teraz powinieneś mieć wakacje, trzeba, żebyś złapał formę przed 

maturą. 

- Jestem w formie. A zresztą dni będę miał wolne,    dopiero wieczorami... 
- Kacper! - przerwałam mu. 
Nie odezwał się, tylko spojrzał na mnie. Wiedziałam, że wieczorami będzie grał. 
Po sezonie wieczorne ulice Osady bywają puste. Boję się chodzić na samotne spacery, 

a jednak chodzę i to są chwile, kiedy szczególnie brakuje mi Tofiego. Przy nim nie lękałabym 
się iść i ciemną nocą, bez mego boję się nawet własnego cienia, kiedy w świetle latarni nagle 
ukazuje się obok mnie, jakby nie zapowiedziany przez prawa natury. 

Tego  wieczoru  w  recepcji  mojego  hoteliku  siedziała  pani  Rozalia.  Usadowiona  na 

wygodnej kanapce oglądała telewizję,  jednocześnie robiąc szydełkiem kordonkową serwetę. 
Zawsze  zdumiewa  mnie  tego  rodzaju  podzielność  uwagi,  podobnie  jak  kota  pani  Rozalii. 
Wpatrując się w kłębek podskakujący w  małym  koszyku, z zadziwieniem wsłuchiwał się  w 
jej  miarowe:  "nie wolno, nie wolno, nie wolno", które przygotowaną zabawę zatrzymywało 
mu  w  powietrzu.  Jakim  cudem  mogła  oglądać  serial,  robić  serwetę  i  widzieć  łapę,  tego  nie 
mogliśmy pojąć ani kot, ani ja. Zauważyła również i mnie. - Ciemno już, pani Madziu. 

Na  całym  świecie  tylko  Rozalia  mówiła  do  mnie  "Madziu".  W  domu  nawet  mój 

komputer  nie  przyjmował  do  wiadomości  tego  zdrobnienia,  natychmiast  sygnalizując  błąd. 
Pani  Rozalii  wybaczałam,  bo  ona  pamiętała  mnie  jeszcze  z  tego  lata,  kiedy  jako 
dziesięcioletnia dziewczynka przyjechałam do Osady z  mamą  i  Alą  na nasze pierwsze tutaj 
wakacje.  Potem  rok  po  roku  przybywało  mi  wzrostu,  pani  Rozalią  zmarszczek  i  tylko  to 
zdrobnienie "Madzia", którego używała, pozostało niezmienione. 

- Idę po poziomki. 
- Po poziomki? Do lasu? 
- Idę po poziomki do warzywniaka, Kasia leśniczego miała mi uzbierać i obiecała, że 

tam je zostawi. 

Kot  wykorzystał  chwilę  zaskoczenia  pani  Rozalii  i  zaczął  staranniej  owijać  się 

kordonkiem. 

- A co ona tam uzbiera taką jesienią! 
- Nie potrzebuję dużo, tyle co na maseczkę. 
- To znaczy na twarz? 
- I na szyję. Pani też chętnie zrobię. 
- Ja tam jeszcze nie zwariowałam, za przeproszeniem pani Madzi- obruszyła się. 
- Tego nauczyła mnie moja mama, zawsze jak przyjeżdżałyśmy do Osady, robiła sobie 

maseczkę z poziomek. 

- A w to akurat nie uwierzę. 
- A to akurat jest prawdą, pani Rozalio. 
- No, skoro tak... - zrezygnowała. 
W warzywniaku było parę osób, więc stanęłam w kolejce, ale wypatrzyła mnie młoda 

dziewczyna, która z mozołem przesuwała worek z ziemniakami. 

- O! To chyba dla pani Kasia zostawiła u nas poziomki. Zaraz przyniosę, tylko się z 

tym uszarpię do końca. 

Przez  wystawowe  okno  warzywniaka  zobaczyłam,  że  rozbłysło  światło  w 

przeszklonym  pawilonie  po  drugiej  stronie  ulicy.  Czekając,  patrzyłam  na  sylwetki  paru 
mężczyzn,  którzy  przesuwając  drabiny,  zdejmowali  zawieszone  pod  sufitem  kolorowe 
lampiony. Po sezonie  przy wejściu wygaszano niebieski  neon z napisem DYSKOTEKA, na 
całą  zimę  chowano  lampiony  i  tylko  od  czasu  do  czasu  pawilon  ożywał  przypadkowymi 
imprezami, o których wszyscy mówili tu "tańce". Wiedziałam o tym od Geny, która będąc u 

background image

mnie,  narzekała,  że  jej  dzieciaki  chciałyby  tylko  chodzić  na  tańce,  zamiast  uczyć  się 
porządnie i przykładnie siedzieć w domu z rodzicami, tak jak ona siedziała, kiedy była w ich 
wieku.  Nie  wiem  dlaczego  w  mojej  pamięci  zostało,  że  gosposia,  u  której  mama 
wynajmowała dla nas pokoje, zawsze mówiła o Genie "ta latawica". 

W tej właśnie DYSKOTECE zatrudnił się Kacper, kiedy przyjechał Osady. W sezonie 

pod  ścianami  pawilonu  ustawiano  ciasno,  jeden  przy  drugim,  okrągłe  stoliki  otoczone 
pomalowanymi na biało metalowymi krzesłami. W głębi sali było miejsce dla zespołów, które 
zatrzymywały  się  tu  w  swoich  letnich  trasach,  dla  kabarecików  i  piosenkarzy  może  nie 
zawsze  najlepszych, ale w końcu właśnie dzięki  nim DYSKOTEKA  najczęściej  była pełna. 
Zespół, do którego dołączył Kacper, nie miał zbyt wielkiego powodzenia, bo muzyka, którą 
wygrywali,  bardziej  nadawała  się  do  słuchania  niż  do  tańca.  Bywało  tak,  zwłaszcza  pod 
koniec sezonu, że kiedy zaczynali grać, przy stolikach cichły rozmowy. 

Trzymając  w  ręku  blaszany  kubek  wyłożony  liściem  chrzanu,  pełen  dużych, 

czerwonych poziomek, wyszłam z warzywniaka i  jeszcze chwilę spoglądałam przez okna w 
głąb  pawilonu.  Widziałam  pusty  podest,  na  którym  jeszcze  tak  niedawno  stawał  grający 
Kacper, - dwa stopnie, miejsce Tiny. Tiny siedzącej tam w wydrwionym przez Genę wianku z 
białych  kwiatów.  Pamiętam  dzień,  w  którym  ją  poznałam.  A  był  to  dzień  upalny,  niebo  aż 
mdlało  od  wysokiego  błękitu  zwarzonego  gorącem.  Wracałam  do  hotelu  "Pod  Kołatką", 
popijają  wodę  mineralną,  którą  w  małej  butelce  zawsze  nosiłam  ze  sobą.  Kacper  wyszedł 
przed  śniadaniem,  kiedy  jeszcze  spałam,  nie  słyszałam  ani  szumu  wody  w  łazience,  ani 
skrzypnięcia drzwi. 

-  Kacper!  -  zawołałam,  wchodząc  do  małego  korytarzyka  w  naszym  hotelowym 

mieszkanku. 

Nie  było  go.  W  łazience,  wyjmując  z  torby  jeszcze  mokry  po  kąpieli  ręcznik, 

poczułam dziwny, obcy zapach. Przytuliłam twarz do wilgom tkaniny i wciągnęłam głęboko 
powietrze,  jednak  to  nie  ręcznik  tak  pachniał.  Rozejrzałam  się,  na  półce  obok  naszych 
kosmetyków od razu zobaczyłam obcą, brązową buteleczkę z napisem PACZULA. 

Weszłam do pokoju, ale przystanęłam tuż za progiem, bo przez szeroko otwarte drzwi 

balkonowe  ze  zdumieniem  dostrzegłam  rozwieszone  obok  moich  bluzek  dziewczyńskie 
bikini:  czerwony  w  białe  kropki  stanik,  jakieś  nieduże  majteczki,  jedno  i  drugie 
przymocowane  do  linki  suszarki  plastykowymi  szczypczykami.  W  rogu  balkonu  oparty  o 
balustradę  stał  czyjś  namiot  w  zielonym  pokrowcu,  a  obok  niego  rozsznurowany  niewielki 
plecak, z którego wysypywały się w radosnym bałagan kolorowe dziewczyńskie ciuszki. 

Żałowałam,  że  jeszcze  jakiś  czas  nie  posiedziałam  nad  jeziorem  Może  gdybym 

wróciła  za  godzinę,  za  dwie,  stałby  się  cud.  Niewidzialny  ktoś  zdjąłby  z  balkonu  kolorowe 
bikini,  zabrał  plecak,  namiot,  a  zostałabym  nieświadoma  niczego.  Może  jedynie  zapach 
paczuli zdziwił mnie trochę, co to tak pachnie, pomyślałabym. 

Uciec,  zwyczajnie  muszę  stąd  uciec.  Kacper  jest  dorosły,  niech  robi,  co  chce,  tylko 

niech  mnie  nie wciąga w żadne swoje amory. Tak pomyślałam:  w żadne swoje amory. I to 
była niechętna myśl, pełna złości. Wsunęłam do kieszeni spodni portmonetkę, postanowiłam 
pójść na kawę, na ciastko, na herbatę, na colę, na byle co, żeby tylko nie patrzeć dłużej  na 
balkon, nie wciągać w płuca zapachu paczuli. Byłam gotowa do wyjścia, kiedy otworzyły się 
drzwi  i  do  pokoju  wszedł  Kacper.  Kacper  pierwszy,  dopiero  za  sobą  ciągnął  tę  śliczną 
dziewczynę, prawie dziecko, szczupłe stworzenie o niebieskich oczach wielkich na pół twarzy 
i smoliście czarnych włosach. 

- Cześć, mamo - powiedział. 
A  ona  milczała.  Patrzyła  na  mnie,  ale  bez  obawy,  bez  zakłopotania,  raczej  z 

ciekawością. 

- Cześć. 

background image

Ciągle  milczała. Tylko po jej  buzi przesunął się  uśmiech, szedł od oczu do kącików 

ust. I tam zniknął. Kacper pociągnął ją za rękę, stała teraz przed nim, niewysoka, w białych 
sandałach i krótkiej spódnicy z wiotkiego, cienkiego materiału, czarnej w kolorowy, drobny 
rzucik,  chyba  hinduskiej.  Bawełniana  obcisła  bluzka  na  wąskich  ramiączkach  biła  w  oczy 
jadowitą czerwienią. 

- Mamo - powiedział Kacper. - To jest Tina. 
- Ach, tak? 
Właśnie  to  ironiczne  pytanie  w  moim  głosie  wyraziło  całą  niechęć,  którą  wtedy  do 

niej  czułam,  za  co,  za  co?  Za  to  skąpe  bikini  na  moim  balkonie,  za  radosny  bałagan 
wysypujący się z plecaka, za namiot, który zapewne miał być jej domem w Osadzie? Za co, 
za co? Za opiekuńczy ruch, którym Kacper objął teraz Tinę, czy może za jej uśmiech, bo on 
zjawił się znowu, szedł z powrotem od ust aż do oczu. I tam został, drwiący. Niedobra była ta 
chwila, niedobra dla nas wszystkich. Oto ja  mama rozgniatała poziomki widelcem. Niczego 
do  nich  nie  dodawała,  prosto  z  porcelanowej  miseczki  brała  świeżą  różową  i  opuszkami 
palców wklepywała ją w skórę twarzy i dekoltu. 

Włosy  przytrzymywała  szeroką  opaską,  żeby  nie  spadały  jej  na  czoło  i  policzki. 

Później lubiła ułożyć się wygodnie na leżaku ustawiony, w cienistym kącie naszej werandy. 
Nie znosiła, jeżeli Alka albo ja zawracałyśmy jej wtedy głowę. Zwykle nie miała czasu na to, 
żeby zadbać o swój wygląd, więc w Osadzie starała się chociaż trochę "zatrzymać lata", tak 
mówiła  o  swoich  zabiegach.  Moja  mama  nie  była  taka  ładna  jak  mama  Marcina,  może 
dlatego, że nie ratowała się żadną szczególną elegancją, na którą nigdy nie było ją stać. Stać 
ją było jedynie na maseczkę z poziomek, myślałam z nostalgiczną czułością i rozgniatałam na 
talerzyku czerwone  pachnące owoce, nie tyle z rzeczywistej potrzeby zrobienia  maseczki,  a 
bardziej dlatego; żeby odbyć w sobie to ciche requiem dla mamy. 

Drgnęłam, kiedy usłyszałam pukanie do drzwi, ale nie, nie! To była tylko siostrzenica 

pani Rozalii, która u niej mieszkała. 

- W recepcji jest telefon do pani, ciocia prosi, żeby pani zeszła. 
Telefon? Nie sądzę, żeby to można było załatwić przez telefon. 
Raczej Kacper ma do mnie jakąś pilną sprawę. 
- Dziękuję, Wandziu, już schodzę. 
Zbiegałam  po  schodach  pchana  przez  niedorzeczne:  "a  może?  a  może?  a  może?" 

Gubiąc po drodze myśli i zdrowy rozsądek, dopadłam leżącej przy aparacie słuchawki. To był 
Kacper. 

- Co u ciebie, mamo? 
- Nic. W porządku. A u ciebie? 
- Też w porządku. 
- To dlaczego dzwonisz? 
Nie odpowiedział. 
- Dlaczego dzwonisz, Kacper? 
- Czy koniecznie muszę dzwonić po coś? Dzwonię, bo dzwonię. 
Dzwonię, żeby się dowiedzieć, jak się czujesz, co robisz, jak ci leci. 
-  Oczywiście,  tak  mi  się  głupio  powiedziało,  cieszę  się,  że  dzwonisz.  Nie  leci  zbyt 

dobrze, jeżeli  masz  na  myśli tłumaczenie, nie chce  mi się. Obijam się. Czuję się nieźle,  jak 
Wandzia po mnie przyszła, właśnie rozgniatałam poziomki na maseczkę. 

- Na maseczkę? 
- Tak, na twarz. Maseczkę na twarz. 
- Mamo, co z tobą? 
- Nic. A z tobą? 
- Siedzę w książkach. 
- Jadasz obiady u cioci Ali? 

background image

- Jadam. 
- Smakują ci? 
- Smakują. 
- A Tofi? 
- W porządku. Tofi w porządku. 
- To co nie w porządku? 
- Wszystko w porządku. 
- No bo mówisz, że Tofi w porządku, w takim razie, co nie jest 
porządku? 
- Pytałaś o Tofiego. Boże, mamo, jak my rozmawiamy! Jesteś czymś zdenerwowana? 
- Nie, nie jestem. Cieszę się, że dzwonisz, Kacper, naprawdę, tylko u mnie nic się nie 

dzieje. 

- U mnie też nic, chciałbym, żebyś już wróciła. Tofi za tobą tęskni. 
- Tofi. A ty? 
- Ja też. 
-  Bardzo to  miłe  z  waszej  strony.  Wrócę,  nie  martw  się,  znowu  będziesz  mnie  miał 

wyżej uszu. 

- Nigdy nie mam ciebie wyżej uszu, mamo. 
- Czasami masz. 
- Nie mów tak. 
- Czasami masz. 
- Nie wracaj do tego. 
- Dobrze, Kacper, nie będę wracała, przepraszam. 
- To ja ciebie przepraszam. Dużo o tym  myślałem  i przepraszam. Właściwie dlatego 

dzwonię. 

- Dziękuję. Ja ciebie też przepraszam. 
- W porządku, mamo. 
- Tak, Kacper, w porządku. 
- Tylko nie płacz. 
- Nie płaczę. 
- Przecież słyszę. Mamo, nie płacz! 
- Dobrze. Będziemy już kończyć, tak? 
- Tak, mamo, przytulam ciebie. 
- Ja ciebie też przytulam. 
- Poklepać Tofiego? 
- Poklepać. 
- To ja klepię, słyszysz? Klepię go. 
- Słyszę. 
- To cześć. 
- Cześć, Kacper. 
Odłożyłam  słuchawkę,  biedny  Kacper,  pomyślałam  z  rozpaczą,  on  ciągle  jeszcze  o 

niczym nie wie. Wróciłam do pokoju, usiadłam przy stole i przysunęłam do siebie talerzyk z 
nie  do  końca  rozgniecionymi  poziomkami,  ale  tylko  lekko  przesuwałam  widelcem  po  ich 
nierównej różowej powierzchni. 

Ile ja się przez niego napłakałam, przez Marcina. Cały początek naszej miłości i cały 

jej koniec tonął w moich łzach. Aż do chwili, kiedy pojawił się Dawid i wreszcie przygarnął 
mnie  do  siebie,  a  ja  nie  broniłam  się  wcale,  umęczona  nie  tylko  tym,  co  w  Marcinie  było 
trudne,  ale  i  tym,  co  w  nim  było  dobre  i  co  chciał  mi  dać,  ale  zawsze  w  ten  swój  dziwnie 
pokrętny  sposób,  który  często  nie  pozwalał  mi  odróżnić  prawdy  od  kłamstwa  i  w  końcu 
sprawił, że już nie mogłam uwolnić się od uczucia ciągłej niepewności i zagrożenia. Ja też nie 

background image

byłam  bez  winy,  bo  przecież  stałam  się  zazdrosna  o  każdą  dziewczynę,  na  którą  Marcin 
przelotnie  nawet  spojrzał,  wiecznie  obrażona,  wiecznie  oczekująca  potwierdzenia,  że  to  ja 
jestem  dla  niego  esencją  świata.  Nawet  jeżeli  myślę  o  kosmosie,  powiedział  mi  kiedyś  z 
rzadkim u niego zniecierpliwieniem, ale jednak ze zniecierpliwieniem, ty natychmiast chcesz 
być w nim najważniejszą galaktyką. 

A  tak,  właśnie  tego  chciałam.  Już  nie  byłam  dumną,  nieprzystępną  dziewczyną  z 

Osady  ani  rozumiejącą  i  czułą,  z  najbardziej  romantycznych  dni  naszej  miłości.  Czy  to  w 
ogóle  miłość  była  między  nami,  czy  magiczna  mieszanka  młodości  i  fascynacji  nowym 
odczuwaniem,  nie  wiem  do  dziś.  Ale  właśnie  tego  domagałam  się:  żeby  Marcin  cały  swój 
świat wypełnił mną, i tylko mną. Odchodziłam od niego wolno i z rozpaczą. Trzymał mnie, 
ale w końcu uciekłam mu. 

Może  gdyby  nie  Dawid,  los  inaczej  rozdałby  nasze  karty.  Poznaliśmy  się  w  sklepie 

muzycznym, gdzie przeglądałam  nowe nagrania, a on szukał  nut. Spojrzałam w  jego stronę 
zupełnie  przypadkowo,  ale  w  chwili,  kiedy  i  Dawid  patrzył  na  mnie.  Uśmiechnął  się 
przyjaźnie, zupełnie tak, jakbyśmy już od lat jednocześnie zaglądali do tego sklepu. 

- Halo! - powiedział. - Czego szukasz? 
- Tak tylko przeglądam. 
Zbliżył się i spojrzał na półki, przed którymi stałam. 
- Szukasz Stonesów, zgadłem? 
- Może! - roześmiałam się, bo zgadł. 
- Ja grzebię w nutach, chciałbym znaleźć coś na saksofon solo, ale coś ekstra. 
- Grasz na saksofonie? 
- Próbuję. 
Już  wtedy  był  popularny  wśród  młodych  saksofonistów,  ale  nie  chodziłam  na 

koncerty, nie znałam go, chociaż, kiedy przedstawił się nazwisko nie brzmiało mi obco. 

- Czy pójdziesz ze mną na kawę, dobra wróżko? 
- Dlaczego "dobra wróżko"? 
- Bo jesteś dobrą wróżką, nie wiedziałaś o tym? 
- Nie wiedziałam. 
- Teraz już wiesz. 
Był  wysoki  i  szczupły,  ale  miał  szerokie  ramiona.  Kiedy  wychodziliśmy  ze  sklepu 

muzycznego,  nie  wiedziałam,  że  na  długo  znajdę  w  nich  spokój  i  ukojenie.  Marcin  chodził 
osowiały,  ponieważ  szybko  wytropił  we  mnie  Dawida.  Początkowo  nie  wiedział,  kim  jest  i 
czy naprawdę mu zagraża. W końcu zapytał mnie o to. 

- Powiedz, przecież chyba lepiej, żebym wiedział, bo w ten sposób tylko nas męczysz. 
Patrzył  na  mnie ze smutkiem,  nie  mogłam tego znieść, ale sama  jeszcze niczego nie 

byłam pewna. 

- Wydaje ci się - skłamałam, nie wiedząc, czy to rzeczywiście jest kłamstwo. 
- Więc o co chodzi? 
- O nic nie chodzi. 
Dni mijały i ciągle "o nic nie chodziło", tyle tylko, że miałam coraz mniej czasu dla 

Marcina.  To  nasz  przyjaciel  Olo  wypatrzył  mnie  i  Dawida.  Szedł  do  mojej  siostry  Alki  i 
widział,  jak  żegnałam  z  Dawidem  przed  domem.  Nie  zauważyłam  go,  dogonił  mnie  na 
schodami. 

- Czekaj! - zawołał. 
Zatrzymałam się na półpiętrze. Olo stanął na wprost mnie, patrz mi w oczy i milczał. 
- Kto to był? - zapytał wreszcie. 
- Znajomy. 
- Z każdym znajomym całujesz się w ten sposób na do widzenia 
- Z każdym - odpowiedziałam wściekła. 

background image

- Gratuluję znajomym. 
Później już bez słowa wchodziliśmy na górę, ja pierwsza, za mną Olo, wiedziałam, że 

swoim  milczeniem  potępia  mnie,  ale  jego  potępienie  obudziło  nagle  mój  gwałtowny 
sprzeciw: "a właśnie, że...", myślałam, chociaż dalszy ciąg tego "a właśnie, że..." ciągle  był 
dla mnie nieokreślony: "a właśnie, że co...?" 

Kiedyś lubiłam zimowe, wczesne zmierzchy, mróz, wiatr, nasze spacery z Marcinem, 

wspólne zadbania o siebie  i to uczucie wielkiej  wygranej, które mnie ogarniało, kiedy  mnie 
przytulał.  Umiałam  nie  pamiętać  o  całej  jego  rozwichrzonej  przeszłości.  Darowane, 
zapomniane, powtarzałam za moją babcią Emilią, która włożyła tyle wysiłku w to, żebyśmy 
w  końcu  znaleźli  drogę  do  siebie.  Tego  roku,  kiedy  na  tej  drodze  stanął  Dawid,  zimowe 
zmierzchy przestały  być dla  mnie tym, czym  były  jeszcze tak niedawno. Moja przyjaciółka 
Miśka, która dla swojego chłopaka gotowa była bez wahania pójść w najbardziej niewiadomą 
ciemność, mówiła, słuchając moich zwierzeń: "No tak, Mada, było, minęło". 

Darowane,  zapomniane.  Było,  minęło.  Może  nie  musiało  minąć,  ale  tak  się  właśnie 

zdarzyło.  Powiedziałam  o  tym  Marcinowi  w  autobusie.  I  tym  razem  to  nie  był  zimowy 
zmierzch,  tylko  poranek.  Oszronione  szyby  dzieliły  nas  od  świata  białą  zasłoną,  na  której 
rysik mrozu wykreślił strzeliste liście. Siedzieliśmy obok siebie w prawie pustym autobusie, 
objęta ramieniem  Marcina, wsunęłam dłonie w  luźne rękawy płaszcza  i wyciągnęłam przed 
siebie  wyprostowane  nogi,  byłam  sztywna,  jakbym  została  zmrożona  porannym  chłodem. 
Marcin przytulił mnie mocniej, może chciał przełamać mój opór, sprzeciw, moją gwałtowną 
chęć odrzucenia jego ramienia, którą musiał wyczuć. 

- Jesteś jak ptak - powiedział. - Jesteś jak ptak, który chce się wyrwać na wolność. 
- Więc pozwól mi. 
Nie patrzyłam na niego. Nie chciałam widzieć twarzy Marcina, wciąż była mi bliska, 

chociaż chyba już go nie kochałam. Ciągle obejmował mnie, a może nawet jeszcze mocniej 
przytulał do siebie w chwili, kiedy usłyszałam jego szept. 

- Nie mogę uwierzyć. 
- Uwierz - poprosiłam cicho. 
To  do  Dawida  podobny  jest  Kacper  i  po  nim  ma  słuch  absolutny.  Nie  było  już 

czerwonego  bikini  w  białe  kropki  ani  zielonego  ja  szczaw  namiotu,  ani  tego  plecaka 
śmiejącego  się  kolorowymi  dziewczyńskimi  łaszkami.  Została  w  łazience  zapomniana 
buteleczka z napisem PACZULA i duszny tej paczuli zapach w powietrzu. Nie było też koca, 
który  zwykle  leżał  złożony  na  tapczanie  Kacpra.  Natychmiast  ogarnęła  mnie  złość,  bo 
przecież  nikt  inny,  tylko  właśnie  ja  będę  musiała  komuś  tłumaczyć,  gdzie  się  podział  i 
dlaczego,  skoro  nie  wolno  było  z  hotelu  "Pod  Kołatką"  wynosić  na  zewnątrz  żadnych 
tutejszych  rzeczy,  co  czarno  na  białym  jest  zastrzeżone  w  informacji,  którą  przecież  z  całą 
pewnością  Kacper  czytał,  bo  wisiała  na  drzwiami  w  korytarzu.  Usiadłam  na  balkonie  i 
myślałam,  a  z  moich  myśli  zginęły  wszystkie  kropki  i  przecinki,  zostały  w  nich  tylko 
zaprawione złością wykrzykniki. 

Kacper wrócił po godzinie i usiadł w progu drzwi balkonowych,! a ja czytałam gazetę, 

a raczej udawałam, że ją czytam, bo tylko przewracałam strony i oglądałam litery. Wreszcie 
Kacper odezwał się: 

- Mamo, gdzie ja mogę załatwić dla Tiny obiady? 
- Jakie obiady? - 
Potarł ręką czoło, raz, drugi, trzeci. Przeczuł, że kłopot wisi w powietrzu. 
- Zwyczajne obiady, chyba nie masz nic przeciwko temu, żeby Tina jadała z nami? 
Pytanie zamiast odpowiedzi: 
- Gdzie jest koc z twojego tapczana? 
- W namiocie. Tina zapomniała wziąć swojego ze sobą. 
- Jak chcesz to rozwiązać? Będziemy mieli przykrości. 

background image

- Już to rozwiązałem, nie będziemy mieli żadnych przykrości. Wiedzą i zgodzili się. 
-  Dlaczego  nie  uprzedziłeś  mnie,  że  spodziewasz  się  tu  kogoś?  Tak  się  nie  robi, 

Kacper. 

Odrzuciłam płachtę gazety. 
-  Nie  spodziewałem  się  Tiny.  Zadzwoniłem  do  niej  wczoraj  wieczorem  i  dopiero 

wtedy powiedziała mi, że jedzie. Rano poszedłem 

na dworzec, żeby jej pomóc. 
- Zaraz po przyjeździe pytałeś, czy w naszym hotelu są wolne pokoje. 
- Tak, pytałem. 
- Kogo miałeś na myśli? Kogo chciałeś tu urządzić? 
- Tinę. Myślałem, że mógłbym jej coś takiego  zaproponować, ale nie wiedziałem, że 

ona sama wpadnie na ten pomysł, i że weźmie namiot, nie spodziewałem jej się tutaj, mamo. 

- Wiedziałeś o tym od wczoraj. 
- Tak. 
- A więc mogłeś mnie uprzedzić. 
- Mogłem. 
- Dlaczego tego nie zrobiłeś? 
- Nie wiem. Mamo, czy ciebie doprawdy nie męczy to dzielenie włosa na czworo? 
- Przyjechałam tu, Kacper, żeby mieć święty spokój, a ty ściągasz mi na głowę jakąś 

obcą dziewczynę. 

-  Nie  ściągam  ci  nikogo  na  głowę.  Rozbiła  się  na  polu  namiotowym.  Na  plażę 

będziemy chodzić dalej, nie przy molo. 

Kacper podniósł się i oparł o poręcz balkonu. 
-  Jeżeli  nie  odpowiada  ci  jadanie  z  nami  obiadów,  możemy  przychodzić  później  - 

powiedział. 

- Z kim ty tu jesteś, Kacper? Ze mną czy z nią? 
Kopnęłam  stopą  płachtę  gazety,  zaszeleściła  nieprzyjemnie.  Kacper  obejrzał  się. 

Zanim odpowiedział, przez chwilę patrzył na mnie ze zdumieniem. 

- Jestem z tobą, mamo, a Tina do nas przyjechała. 
Podziwiałam  jego  spokój,  ja  byłam  roztrzęsiona,  zapach  paczuli  aż  tu  unosił  się  w 

powietrzu, nie mogłam go znieść, ale nagle zrozumiałam, że muszę. 

- Sama załatwię obiad dla niej. 
- Dziękuję, mamo. 
Przechodząc do pokoju, Kacper wsunął mi rękę we włosy i potrząsnął nimi. 
- Będzie ci się podobała, zobaczysz. 
- Nie zawsze podobają nam się te same filmy - powiedziałam, uchylając głowę. 
Roześmiał  się,  a  ja  pomyślałam,  że  wygrał  ze  mną  pierwszą  rundę.  Myliłam  się,  bo 

wygrała ją Tina. 

To było zrozumiałe, że kiedy szłam do pani  Franciszki, która prowadziła w Osadzie 

małą jadłodajnię pod skromną nazwą "Obiady domowe", przypomniała mi się mama Marcina. 
Teraz ja byłam dla Tiny mamą Kacpra, czy mi się to podobało, czy też nie, więc szukałam dla 
siebie  analogii.  W  pierwszym  okresie  naszej  znajomości  zachowanie  mamy  Marcina 
wydawało  mi  się  nie  do  pojęcia,  myślałam  nawet,  że  ona  bardzo  mnie  nie  lubi,  ale  nie 
wiedziałam wtedy, nie przypuszczałam nawet, że to nie o Marcina wiecznie się bała, tylko o 
mnie.  Później  polubiłam  ją  i  ona  też  zawsze  była  dla  mnie  miła.  Pamiętam,  jak  bardzo 
Marcinowi zależało na tym, żebyśmy doceniły siebie nawzajem, i rzeczywiście tak się stało. 

No  tak,  ale  ja  nie  zjawiłam  się  w  domu  matki  Marcina,  zupełnie  obca  i  nie 

zapowiadana,  nie  powiesiłam  mokrego  bikini  na  jej  suszarce  i  nie  wytrząsnęłam  z  plecaka 
swoich rzeczy na jej balkonie. I nigdy, naprawdę nigdy nie patrzyłam na nią drwiąco. Koniec. 
Doprawdy,  nie  mogłam  porównywać  siebie  sprzed  lat  z  Tiną,  która  nagle  pojawiła  się  w 

background image

Osadzie, i to, jak się okazuje, nawet nie zaproszona przez Kacpra. Mniejsza z tym, że może 
jedynie dlatego nie zaproszona, że nie zdążył tego zrobić. 

Zdrowy rozsądek mówił mi, że nie jestem upoważniona do humorzastego wydawania 

ludziom  wiz  na  pobyt  w  Osadzie  i  decydowania,  kto  może  tu  przyjeżdżać,  a  kto  nie.  Nie 
słuchałam  głosu  zdrowego  rozsądku,  słuchałam  własnego  głosu,  który  mówił  mi,  że  oto 
pojawiła  się  tu  agresywna,  źle  wychowana  dziewczyna,  która  może  zawrócić  w  głowie 
Kacprowi. 

Kiedy  to  ja  ostatni  raz  widziałam  Marcinową  mamę?  Bardzo  dawno,  ale  pamiętam. 

Była wiosna, szłam do parku szalonego świeżą zielenią i słońcem, po małym stawiku pływały 
uradowane dzikie kaczki, które wcale nie były dzikie, tylko swojskie  i przyjacielskie. Przed 
sobą pchałam wózek z Kacprem. 

Był taki miły, ciepły dzień, Kacper bawił się swoimi gołymi stopami, ze zdumieniem 

oglądając  rzędy  małych,  różowych  paluszków.  Zobaczyłam  ją  z  daleka.  Szła  wolno,  w 
rozpiętym  jasnym  płaszczu,  zsuniętym  trochę  z  ramion,  głowę  miała  uniesioną,  bo 
najwyraźniej patrzyła na gałęzie drzew zasnute bladą zielenią. Miałam ochotę łagodnie, jakby 
od  niechcenia  skręcić  w  najbliższą  alejkę  i  zejść  z  drogi.  Nagle  ona  spojrzała  i  już  nie 
mogłam, bo dostrzegłam zaskoczenie na jej twarzy, zobaczyła mnie. Zbliżałyśmy się więc do 
siebie,  nie  miałam  pojęcia,  co  ona  czuje,  ale  wiedziałam,  że  z  pewnością  nadchodzi  trudna 
chwila. Zdobyłam się na uśmiech, kiedy nagle przystanęła zaledwie o parę kroków ode mnie. 
Może  w  ten  sposób  dała  mi  szansę  ominięcia  jej  i  może  liczyła  na  to,  że  ją  ominę. 
Przystanęłam,  skinęła  głową  w odpowiedzi  na  moje  ciche  powitanie,  podeszła  i  zajrzała  do 
wózka. 

Kacper  znieruchomiał  i  trzymając  w  rączkach  swoje  stopy,  wpatrywał  się  w  nią,  a 

później w uśmiechu pokazał dwa białe zęby. 

- Chłopczyk? - zapytała. 
- Tak, Kacper. 
Pochyliła się nad wózkiem. 
- Witaj, Kacprze... - powiedziała miło. - Wspaniale wyglądasz. 
Wyprostowała się i spojrzała na mnie. 
-A ty? 
Pojemne pytanie, mogłam z nim zrobić, co tylko chciałam. Nie poradziłam sobie. 
- Dziękuję. 
- Jesteś szczęśliwa? 
- Tak, bardzo. 
Znowu spojrzała na Kacpra. 
- Pewnie, jak się ma takiego ślicznego synka. 
Kacper znowu pokazał dwa ząbki, roześmiała się. 
- Pogodny? 
- Tak. 
- A jak twoja mama? Siostra? 
- Mama mieszka z Alką, która wyszła za mąż. Za Ola, pani chyba znała Ola? 
- Coś sobie przypominam. A ty pracujesz? 
- Teraz nie, jestem po romanistyce. Od czasu do czasu robię jakieś tłumaczenia, ale w 

domu. 

- Marcin skończył medycynę i wyjechał. Ożenił się, może i ja niedługo będę babcią. A 

co robi twój mąż? 

- Jest muzykiem. Saksofonistą. 
Spojrzała  zdziwiona,  co  mnie  zresztą  wcale  nie  zaskoczyło,  bo  często,  kiedy 

mówiłam, że Dawid jest saksofonistą, ludzie patrzyli na mnie tak zdumieni, jakbym wyszła za 
mąż za szympansa. 

background image

- Czy z tego daje się wyżyć? - zapytała niespokojnie. 
- Jeżeli się jest dobrym saksofonistą, tak, a Dawid jest bardzo 
dobrym saksofonistą. 
- Dawid! - powtórzyła. - Żona Marcina ma na imię Mariola. 
A więc złapała go, pomyślałam z przerażeniem i nagle poczułam się winna czemuś. 
- Ta Mariola? - wolałam się upewnić. 
Nie odpowiedziała, ale skinęła głową potakująco. Mój Boże, co też musiało się dziać z 

Marcinem,  jeżeli  w  końcu  związał  się  z  dziewczyną,  przez  którą  przeżył  piekło.  "Jakoś"  to 
była  życiowa  filozofia  Marioli,  przypomniałam  sobie.  Widocznie  "jakoś"  sobie  z  tym 
poradzili. Tego dnia dłużej  niż zwykle byłam z Kacprem w parku, woziłam go po alejkach, 
siedziałam  na  ławce  przy  stawie,  życiowa  filozofia  Marioli  nie  była  najgorsza,  bo  "jakoś" 
uporałam się z tym cierpkim uczuciem, z którym po spotkaniu z mamą Marcina myślałam o 
sobie. 

 
Tina  przyszła  na  obiad  ubrana  w  króciutką  bawełnianą  sukienkę  w  kolorze 

słonecznika, obcisłą, bez ramiączek, która doprawdy nie wiem jakim cudem trzymała się nad 
jej  małym  biustem.  Na  głowie  miała  płaski  słomkowy  kapelusz  z  ogromnym  rondem,  oczy 
przysłonięte ciemnymi okularami w szerokiej białej oprawce. Sandałki zmieniła na pantofle z 
przeraźliwie  wysokimi  obcasami.  Siedziałam  już  przy  stoliku,  kiedy  oni  weszli,  i  od  razu 
zauważyłam  niespokojne  spojrzenie  Kacpra,  który  najwyraźniej  sprawdzał  nerwowo,  jakie 
wrażenie  zrobiła  Tina  na  pozostałych  gościach  pani  Franciszki.  Ja  wolałam  na  nikogo  nie 
patrzeć,  wbiłam  wzrok  w  buteleczkę  maggi,  która  stała  pośrodku  naszego  stolika.  Tina  nie 
usiadła,  tylko  słodko  zapytała  Kacpra,  gdzie  tu  jest  toaleta,  i  Kacper  pokazał  jej  drzwi. 
Zostaliśmy sami. 

- Pewnie nie jesteś zachwycona - powiedział Kacper z rozbrajającą 
przenikliwością. 
- A nie jestem. 
- Tak myślałem, ale widzisz... ja sam jestem zaskoczony. Tina nigdy... Tina zawsze... 

ona, wiesz, zwykle... 

- Och, nie męcz się, Kacper. 
- Chyba myślała, mamo, że to jest jakiś ekskluzywny lokal. 
-  Albo  mydlany  serial  dla  nastolatek.  Nie  mogłeś  jej  powiedzieć,  że  ludzie  tu 

przybiegają prosto z plaży? 

- Nie chciałem jej peszyć. 
- Kacper, dobry chłopiec. 
- Mamo! 
- Daj spokój, rób sobie, co chcesz i z kim chcesz, jesteś dorosły, sam sobie wybierasz 

dziewczyny. 

- Tina nie jest moją dziewczyną. 
- To skąd ona się tu wzięła? Bocian ją przyniósł? 
- To znaczy, ona jest moją dziewczyną, ale tylko w pewnym sensie, chodzimy ze sobą 

zaledwie od paru dni. 

Tina wyszła z toalety, zatrzymała się przy lustrze wiszącym obok drzwi i zdjęła swój 

słomkowy  kapelusz.  Wysypały  się  spod  niego  lśniące  jak  czarny  aksamit  włosy.  Potem 
sięgnęła  po  okulary,  włożyła  je  do  kapelusza,  schyliła  się  i  ściągnęła  pantofle.  Kapelusz  z 
okularami  położyła  na  półce  pod  lustrem,  a  pantofle  wsunęła  pod  krzesło  stojące  przy 
drzwiach. Odwróciła się i wolno ruszyła w stronę naszego stolika, wszyscy znowu patrzyli na 
nią, bo szła przez salę tanecznym krokiem, bosa, z tą delikatną trójkątną buzią o olbrzymich 
niebieskich oczach, teraz uderzająco ładna. Oderwałam wzrok od butelki z przyprawą maggi i 
patrząc na nieduże, wypukłe usta Tiny, myślałam o tym, że Kacper je całował. 

background image

A potem wszystko zaczęło się toczyć inaczej, niż toczyć się powinno, w każdym razie 

w  moim,  może  zbyt  konserwatywnym  przekonaniu,  chociaż  Bóg  mi  świadkiem,  że  zawsze 
pozwalałam Kacprowi na wiele, ale nawet nie o to chodzi, tylko o chwiejną równowagę, którą 
cechowało się to ich "chodzenie ze sobą". Właściwie to bardziej Tina chodziła z Kacprem niż 
on z nią. Nie chciałabym użyć słowa, że ona się za nim uganiała, bo ona się nie uganiała, była 
raczej małą, sprytną prowokatorką i Kacper jej ulegał. Była prowokatorką pełną wdzięku, co 
przy  jej  urodzie  sprawiało,  że  chwilami  mogła  się  wydawać  wprost  urzekająca.  Przez  jakiś 
czas  Kacper  trzymał  się  dzielnie  i  spokojnie  dawał  się  adorować  Tinie  uwodzicielce,  tak 
jakby uważał za normalne jej kocie przymilania, spojrzenia spod rzęs, którymi może chciała 
przypominać mu o minionych między nimi chwilach, a może obiecywała więcej. 

Później zaczęła dbać o niego: każdy nadgryziony przez nią herbatnik wędrował potem 

do ust Kacpra, tak jak i każda truskawka odsunięta od jej zwilżonych sokiem warg. Wspólne 
picie z jednej szklanki wcale nie było dla Kacpra torturą, chociaż zawsze za torturę uważał, 
jeżeli  ktoś  przyłączał  się  do  jego  jedzenia.  Tina  grzebała  mu  w  talerzu  i  swoim  widelcem 
podawała smakowite kąski, mało tego, wyszukiwała te kąski również i we własnym daniu, jej 
widelec wędrował wtedy przez stół do ust Kacpra. Cierpiałam katusze, bo wydawało mi się, 
że  Tina  robi  z  Kacpra  zupełnego  idiotę,  a  on  się  na  to  pokornie  godzi.  Powinna  dostać  po 
łapach, myślałam, patrząc jak sos pomidorowy kapie na biały obrus pani Franciszki prosto z 
urodziwego kawałka gulaszu, który Tina znalazła dla Kacpra w swoim talerzu. Podczas tych 
wszystkich zabiegów omiatała  mnie wzrokiem albo spoglądała w moją stronę z ukosa, niby 
niechcący,  kiedy  zaczęła  mówić  do  Kacpra  Kikuśku,  pomyślałam  o  wyjeździe  z  Osady.  I 
może tak by się stało, gdybym któregoś wieczoru nie zadzwoniła do Ali. 

-  Słuchaj,  ja  wracam,  jest  tu  z  Kacprem  dziewczyna,  która  gra  mi  na  nerwach  - 

powiedziałam zdecydowanie. 

-  Jaka  znowu  dziewczyna?  -  zdziwiła  się  moja  siostra.  -  Przecież  on  tu  poznał  taką 

jedną, bardzo miłą i chyba zaczął z nią chodzić. Byli u mnie na obiedzie. Nawet Olo uważa, 
że to słodka dziewuszka. 

- Słodka dziewuszka! Czy wyście powariowali. Alka? Może mówisz o jakiejś innej? 
- A jak ta twoja ma na imię? - zapytała nieoględnie. 
- Nie ma tu żadnej mojej! Jest jakaś podkasana dziewczyna Kacpra! 
-  Podkasana  dziewczyna  Kacpra...  -  powtórzyła  za  mną  Alka.-  Ależ  musisz  być 

wściekła... 

- Jestem. 
-  Słuchaj,  ta  moja  ma  na  imię  Tina.  Olo  powiedział,  że ona  jest  wyjątkowo  bystra  i 

niegłupia.  Długo  rozmawiał  z  nią  po  obiedzie,  uważa  za  szczęście  dla  nas  wszystkich,  że 
Kacper trafił na taką dziewczynę, bo przecież wiesz, jakie one teraz bywają. Siedź tam, Mada, 
i pilnuj, żeby jej nie poderwał jakiś inny chłopak. 

Marzyłam  o  tym,  żeby  Tinę  poderwał  jakiś  inny  chłopak,  ale  sprawy  przyjęły 

przeciwny obrót, bo w czasie kolejnego  obiadu u pani Franciszki  Kacper wyłowił w swoim 
kompocie wielką dorodną wiśnię i na swojej łyżeczce podał ją Tinie do ust. Jedno tylko było 
dla  mnie  bardziej  zaskakujące  niż  sam  ten  fakt.  Wyraz  bezgranicznego  zdumienia  w  jej 
oczach. 

Tak  lubię  zapach  mokrego  lasu  jesienią,  chociaż  Kacper  mówi,  że  to  jest  zapach 

zgniły i niezdrowy. To prawda, że gałęzie nie trzaskają miło człowiekowi pod nogami i ptaki 
nie  ćwierkają  gadatliwie,  ale  nigdzie  tak  jak  w  jesiennym  lesie  nie  czuje  się  konieczności 
przemijania, którą moja babcia Emilia lubiła nazywać zabawą natury. Długo nie rozumiałam, 
co właściwie miała na myśli, mówiąc w ten sposób, ale w pewnej chwili pojęłam. 

Moja samotność w Osadzie sprzyjała leśnym spacerom i kiedy wreszcie tak naprawdę 

zabrałam  się  do  tłumaczenia,  wczesnym  popołudniem  robiłam  sobie  przerwę  w  pracy, 
wkładałam  kalosze  i  wychodziłam,  zupełnie  niezależnie  od  pogody.  Musiałam  głupio 

background image

wyglądać, chodząc po lesie z parasolką,  jeśli tego dnia akurat padał deszcz, ale nie  miałam 
gdzie  suszyć  przemoczonej  kurtki.  Najczęściej  dochodziłam  do  polanki,  na  której  leśniczy 
miał swoją małą pasiekę, kilkanaście kolorowych uli pełnych pszczół śpiących już o tej porze 
roku.  Oglądałam  puste  wejścia  do  pszczelich  domków,  wąskie  deseczki  i  myślałam,  co  też 
dzieje się w środku, czy one rzeczywiście tylko śpią, czy może budzą się od czasu do czasu, 
żeby opowiedzieć sobie o letnich przygodach. 

Żałowałam, że Tofi nie może biec obok mnie, z mokrym kawałkiem gałęzi w zębach, 

powarkując  wesoło.  Żałowałam  też  wielu  rzeczy,  na  które  było  już  za  późno,  które 
nieodwracalnie  przegapiłam  w  życiu,  jednocześnie  myśląc  z  niepokojem,  że  być  może  zbyt 
uczuliłam Kacpra na to, żeby nie popełnił moich błędów i pamiętał, że przegapione ucieka i 
że dopaść go nie  sposób. Może więc  jest trochę  i  mojej winy w tym, że  Kacper tak mocno 
oberwał, kiedy ta mała czarodziejka była tutaj, próbując na nim swoich magicznych sztuczek. 
Kacper najwyraźniej postanowił nie przegapić ślicznej Tiny i chociaż drwiłam z tego, kiedy 
zdarzało się, że byliśmy tylko we dwoje, widziałam, że coraz bardziej ulega jej urokowi, że 
coraz bardziej jest w Tinie zakochany. 

Naprawdę  nie  byłam  o  nią  zazdrosna.  Często  myślałam  o  tym,  że  Kacper  kiedyś 

pokocha dziewczynę, która wypełni jego życie, i to będzie naturalna kolej rzeczy. Źle byłoby 
wtedy,  uważałam,  jeżeli  tak  by  się  nie  stało.  Tylko  że  Tina  nie  była  dziewczyną,  którą 
przewidywałam,  na  którą  się  godziłam,  o  której  myślałam:  nigdy  nie  będę  o  niej  mówiła 
"synowa", zawsze "żona Kacpra, moja córka". 

E  tam,  córka!  Widziałam,  jak  w  parku,  obok  kortów  tenisowych  Kacper  siadał  na 

ławce, a ona kładła się na niej wygodnie, z głową ułożoną na jego kolanach, no i dobrze, ale 
czy koniecznie musiała ogarniać jego szyję smukłymi ramionami i przyciągając go do siebie, 
robić  dziwowisko  dla  przechodzących  obok  ludzi?  Zawsze  cieszyła  mnie  intymność 
uczuciowych  uniesień,  a  tu,  co?  Kacper  wciągnięty  w  wir  jarmarcznych  pokazów!  Zamiast 
zyskiwać, tracił. 

Wreszcie zrozumiałam, że to ja jestem ulubioną publicznością Tiny. Zabierała mi go. 

Na  tym  miał  polegać  kolejny  cyrkowy  numer.  I  ona  wcale  nie  czekała  na  moje  oklaski, 
czekała na żal, na niechęć. Obserwowała, czy aby na pewno widzę, jak wytresowany Kacper 
zaczyna  skakać  przez  kółko,  jak  trzyma  na  nosie  piłeczkę,  jak  łapie  zębami  rzuconą  rybkę. 
Uważnie podglądała mnie z boku tak, że ledwo chwytałam te spojrzenia. Wyraźnie chciała się 
tylko upewnić, czy zauważam, jak zręcznie w tym cyrku mojego Kacpra można zmienić w jej 
Kacpra.  Postanowiłam  być  obojętna  i  to  miała  być  mała,  głupia  zemsta.  Czy  może  być  coś 
gorszego  dla  cyrkówki  niż  lekceważąco  milcząca  widownia?  A  może  to  ja  mam  zły 
charakter? Lepiej mieć zły charakter niż żaden, filozoficznie powiedziała wiele lat temu moja 
babcia Emilia, kiedy mijając groby, wracałyśmy z cmentarza w Dzień Zaduszny. Doprawdy, 
nie wiem, czy żartowała wtedy, czy mówiła poważnie. Starałam się nie mieć złego charakteru 
i  chociaż  diabli  mnie  brali  na  to  wszystko,  trzymałam  się  dzielnie,  przestałam  nawet 
dogadywać  Kacprowi,  schodziłam  z  drogi.  Niekiedy  widywałam  ich  na  plaży,  z  daleka  od 
molo,  przy  którym  zazwyczaj  rozkładałam  leżak,  korzystając  z  czystego  w  tym  miejscu 
piasku i płytkiego jeziora. Początkowo wydawało mi się, że to tylko Tina wisi na Kacprze, na 
jego ramieniu, z twarzą uniesioną w górę tym ruchem, z którym zwykle dziewczyny zaglądają 
w oczy kochanym przez siebie chłopakom, a Kacper idzie obok prosty jak kij i patrzy przed 
siebie, nie robiąc wrażenia zachwyconego swoim słodkim ciężarem. Jednak w miarę upływu 
dni zaczął pochylać  się ku  niej, z daleka widziałam uśmiech  na  jego twarzy  i sądzę, że  ich 
spojrzenia zaczęły się w końcu stapiać ze sobą. Później widywałam, jak objęci czule chodzą 
nad brzegiem jeziora, po kostki zanurzeni w wodzie. 

Wieczorami Kacper grał, a ona wtedy szła z nim. Wracał późno, kiedy już spałam albo 

jeszcze  oglądałam  na  dole  jakiś  nocny  film  w  telewizji,  ale  zawsze  wracał,  skradając  się. 
Zupełnie niepotrzebnie, bo nie rozmawiałam z nim o Tinie, więc te krótkie ciche kroki były 

background image

zbędną  obawą  przede  mną.  Tina,  kiedy  już  omotała  Kacpra  dokładnie,  zaatakowała  mnie 
inaczej, po kobiecemu, ostro i bezwzględnie. 

- Wydaje mi się, że powinna pani pójść do kosmetyczki - uśmiechnęła się do mnie jak 

dobroduszna starsza pani pouczająca dziewczynę. 

- Słońce bardzo wysusza skórę i powoduje powstawanie zmarszczek przy oczach. 
"Powoduje powstawanie zmarszczek"! 
- A cóż to za pogadanka radiowa, Tino! Mam zmarszczki, ponieważ mam lata. 
- No, nie jest pani aż tak stara! - oburzyła się układnie. 
-  Życzę  ci,  żebyś  miała  mniej  zmarszczek  niż  ja,  kiedy  będziesz  w  moim  wieku,  co 

nastąpi, ani się obejrzysz. 

- Sądzę, że się przed nimi ustrzegę, będę o to dbała. Kacper, podaj mi sól! 
Oniemiały Kacper podał jej sól i wreszcie powiedział, nie patrząc w moją stronę: 
- Jeżeli o mnie chodzi, lubię każdy ślad życia na ludzkiej twarzy. 
Nie wydaje mi się, żeby moja mama miała dużo zmarszczek, a te kilka nie odbiera jej 

urody. 

Kochany Kacper. 
- Tu jest kosmetyczka, widziałam! - powiedziała na to Tina. 
Musiała  być  wściekła,  bo  soliła  zupę  bez  opamiętania.  Oboje  patrzyliśmy  na  to  bez 

słowa. Nagle Kacper spojrzał na mnie. 

- Przykro mi, mamo. 
Tina odstawiła solniczkę zbyt może gwałtownym ruchem, chyba pojęła, że tym razem 

to ona przegrała. 

- Co zamierzacie robić po południu? - zapytałam, żeby uciec w inne strony. 
- Ja zaszyję się w namiocie i pośpię chwilę - odparła Tina. - A ty, Kacper, pójdziesz ze 

mną? 

- Nie wiem jeszcze. 
Pamiętam, że poszedł. Bystra i niegłupia, powiedział Olo. Bystra i niegłupia? Zamiast 

cieszyć się zapachem mokrego lasu, idę i przypominam sobie to, co w końcu już minęło. A do 
tego  tak  bardzo  męczy  mnie  oczekiwanie.  Zbliżyłam  się  do  polanki  i  zawróciłam,  o 
zmierzchu boję, się lasu, a między drzewami ściemnia się wcześniej, zwłaszcza kiedy dzień 
jest pochmurny i dżdżysty. Bystra i niegłupia? 

Pamiętam dzień, w którym Kacper od samego rana miał próbę w DYSKOTECE, a ja 

nie  wybrałam  się  nad  jezioro,  bo  zapowiadało  się  gorące  przedpołudnie,  wolałam  usiąść  z 
książką  na  ogrodowej  huśtawce  rozstawionej  przy  hotelowej  werandzie.  Nalewałam  do 
szklanki wodę mineralną, kiedy zobaczyłam, że otwiera się furtka do ogrodu i wchodzi przez 
nią Tina. 

- Kacper jeszcze nie wrócił? 
Zanim  zapytała,  wymamrotała  pod  moim  adresem  jakieś  powitanie,  na  które  i  ja 

odpowiedziałam, mamrocząc. 

- Nie wrócił, jest na próbie. 
- Wiem, ale nie  mam ochoty słuchać w kółko ich nowego perkusisty, wali w talerze 

bez pojęcia. 

- Kacper mówił, że jest niezły. 
Tina stanęła przede mną. Miarowo poruszałam stopami, więc i huśtawka kołysała się 

miarowo, co mnie uspokajało. Spojrzała na okładkę książki, którą położyłam obok siebie. 

- Lubi pani literaturę angielską? 
Był  jakiś odruch w tym pytaniu, tak jakby Tina  zadała  mi  je  bez zastanowienia, nie 

potrafię określić, na czym to polegało, ale pamiętam, że właśnie wtedy znowu przypomniała 
mi się opinia Ola, ten zwrot: "bystra i niegłupia". 

- Lubię. 

background image

Usiadła obok mnie i powiedziała, nie odrywając wzroku od książki. 
- Iris Murdoch. Zauważyła pani, że jej bohaterki głównie płaczą? Byle czego płaczą! Z 

powodem  i  bez powodu zalewają się  łzami, kiedy czytam  Murdoch, poluję  na te  momenty. 
Może  dlatego  ze  wszystkich  jej  książek  najbardziej  lubię  Skromną  różę,  tam  jakoś  mniej 
płaczą. 

- A ja lubię Morze, morze. 
-  Ale  tam  płaczą.  Pewnie  dlatego  zwracam  na  to  uwagę,  że  sama  nie  znoszę 

płaczliwych kobiet, nie cierpię. 

- A jakie lubisz? 
- Odważne. Takie, które wiedzą, czego chcą. 
- I należysz do takich? 
- Tak. 
-  Kiedyś  zastanawiałam  się,  czy  nie  boisz  się  zostawać  w  nocy  sama  na  tym  polu 

namiotowym? 

Uległa  moim  ruchom,  więcej,  dołączyła  do  nich  swoje  stopy  i  kołysałyśmy  się 

zgodnie.  Pomyślałam,  że  może  przypadkowo  wypadła  z  jakiejś  gry,  i  czekałam,  kiedy  to 
zauważy. Zauważyła. 

- Nie boję się, Kacper siedzi ze mną długo, a dookoła sami swoi, bo poznaliśmy tych 

ludzi, większość z nich wieczorami siedzi w DYSKOTECE. Przychodzą tam słuchać Kacpra, 
a  ponieważ  wiedzą,  że  jestem  jego  dziewczyną,  więc  nikt  mnie  palcem  nie  tknie,  nawet 
pilnują, kiedy zostaję sama. 

Mówiąc "jestem jego dziewczyną", uśmiechnęła się lekko i pochwyciłam jej zaczepny 

wzrok,  z  którym  na  mnie  spojrzała.  Zaczęła  nawijać  na  palec  cienkie  pasemko  prostych 
czarnych włosów i gwałtownie stawiając stopę na ziemi, 

zatrzymała  kołysanie  huśtawki.  Patrzyła  teraz  przed  siebie,  na  furtkę,  pewnie  miała 

nadzieję, że zaraz zjawi się w niej Kacper. 

- A ty jakie masz plany na przyszłość? 
Zawahała się. 
- Ja chciałabym... nie. Nie mam żadnych. 
- Żadnych? To chyba niemożliwe. 
- Dlaczego? Czy koniecznie trzeba żyć według planu? 
- A marzenia? 
- Nie mam marzeń. 
- No dobrze, Tino, koniec rozmowy. 
Wstałam, sięgnęłam po książkę, która leżała między nami, po swoją wodę mineralną, 

po szklankę. 

- Pewnie zobaczymy się na obiedzie, chyba że ty nie planujesz obiadu. 
Nie odpowiedziała, chociaż starałam się mówić żartobliwym tonem, widocznie mi nie 

wyszło,  bo  spochmurniała.  Zrzuciła  z  nóg  sandałki,  podciągnęła  bose  stopy  na  poduszkę 
huśtawki, a ramiona ułożyła wzdłuż oparcia. Milczała. Pomyślałam, że wieczorem zadzwonię 
do Ali i zapytam, czy ona i Olo nie wiedzą o Tinie czegoś więcej. 

Rozstawiłam  sobie  leżak  na  balkonie,  przegięłam  kopułę  tarasowego  parasola  tak, 

żeby nie przeszkadzało mi słońce, i zaczęłam czytać. Niestety, pierwsze zdanie nie brzmiało 
zachęcająco: W tej chwili siedziała na łóżku w małym tanim hoteliku na bocznej ulicy Euston 
Station. Wypłakała już tyle łez, a wciąż płakała... Ta głupia smarkula miała rację. 

W  recepcji  nie  było  nikogo,  kiedy  wieczorem  zeszłam  do  telefonu.  Pani  Rozalia 

siedziała  na  fotelu  w  głębi  holu  i  czyściła  uszy  swojemu  kotu,  który  znosił  to  pokornie,  a 
nawet może i miał zadowoloną minę. 

background image

-  Czyszczę  mu  uszy,  bo  chyba  ogłuchł.  Mówię  do  niego,  a on  jak  pień,  gapi  się  na 

mnie i nic, albo tylko tak udaje, bo mu z tym wygodnie. Mój mąż, świętej pamięci, podobne 
miał wykręty. Niech pani łączy się przez zero. 

Połączyłam się przez zero z numerem Alki i przez chwilę słuchałam sygnału. Zawsze 

tak  było,  bo  oni  wszyscy  nie  znosili  przyjmowania  telefonu.  Wreszcie  odezwała  się  Ala. 
Zdumiona, że dzwonię. 

- Co się stało? 
- Nic się nie stało. 
- To dlaczego dzwonisz? 
- Oj, Alka, czy ja nie mogę zadzwonić do ciebie ot tak sobie? 
- A wiesz, że nie, zawsze dzwonimy do siebie po coś. 
- Jak mój pies? 
-  No, to  rozumiem.  Twój  pies  w  porządku,  na  szczęście  zjadł  Olowi  kapeć  i  musiał 

kupić sobie nowe. 

- Dlaczego "na szczęście"? 
- Nie znosiłam tamtych kapci, spadały Olowi z nóg i szurał. 
- Ala, co wy wiecie o tej dziewczynie Kacpra? 
- Mówiłam ci. Miła, podobała nam się. Jada nożem i widelcem. 
- Tyle to i ja zauważyłam, ale czy wiesz, co ona ma w głowie? 
- Olo mówi, że coś ma. Rozmawiał z nią o Gombrowiczu. Nie, nie! O Mrożku. 
- A z jakiego ona jest domu? 
-  Mówisz,  jak  mawiała  nasza  babcia  Emilia,    skąd  ja  mogę  wiedzieć,  z  jakiego  jest 

domu?  Zjadła  u  mnie  zupę  szczawiową  z  jajkiem  i  pierogi  ruskie.  Spieszyli  się,  bo  Kacper 
leciał do "Remy" zarabiać pieniądze. 

- Czy on ją poznał w tej "Remie"? 
- Ależ ty nudzisz, Mada! Skąd mogę wiedzieć, gdzie on ją poznał? 
- Może mówili. 
-  Nie  mówili.  Zapytaj  ich,  to  ci  powiedzą.  Nie  siedź  długo  na  słońcu,  bo  dostaniesz 

czerniaka. 

- Nie siedzę. 
- Słuchaj, mam w piecyku kaczkę z jabłkami. 
- Pozdrów ją ode mnie. I mojego psa. 
-  Zawsze  mówiłam,  że  jesteś  milsza  dla  zwierząt  niż  dla  ludzi.  Nawet  dla  głupiej 

kaczki w piecyku masz dobre słowo, a dla mnie nic. 

- Kocham cię, niemądra. 
- Też wymyśliłaś! - powiedziała Ala i położyła słuchawkę. 
Podeszłam do pani Rozalii, żeby z bliska zobaczyć,  jak  jej  idzie z tym kotem, kiedy 

zadzwonił telefon. 

-  Niech  pani  przyjmie,  złociutka,  ja  skorzystam  z  tego,  że  pani  tu  jest,  i  obetnę  mu 

pazury, bo strzępi kanapę. 

To była Ala. 
- Oooo! - ucieszyła się. - Tak myślałam, że może jeszcze jesteś! 
- A co się stało? 
- Nic się nie stało. 
- To dlaczego dzwonisz? 
-  Przypomniałam  sobie  jedną  rzecz  o  Tinie.  Wiesz,  kiedy  ona  zjadła  tę  zupę 

szczawiową z jajkiem i pierogi ruskie, to później pocałowała mnie w policzek. 

- Na do widzenia? 
- Nie. Podziękowała mi, powiedziała, że od lat nie jadła takiego pysznego domowego 

obiadu. 

background image

- Pewnie się odchudza. 
- Nie. Najczęściej jada w szkole, czasami w domu na chybcika, w soboty i w niedziele 

często na mieście. 

- Dlaczego? 
- Nie wiem. 
- Słuchaj... widziałaś jeszcze kiedyś Marcina? 
- Nie, ale mówiłam ci przecież, że Olo z nim rozmawiał i nawet mu powiedział,    że 

jesteś  w  Osadzie.  Może  przyjedzie  do  ciebie!-  roześmiała  się.  -  Lecę  do  mojej  kaczki,  bo 
spłonie. 

- Leć. 
Pani  Rozalia  mocno  trzymała  swojego  kota.  W  końcu  jednak  zaczął  się  wyrywać, 

wyraźnie lubił czyszczenie uszu, jednak nie znosił obcinania pazurów. 

- A idź, ty cholerny kocie! - zdenerwowała się wreszcie pani Rozalia i puściła go. 
Nerwowo machając ogonem, podszedł do mnie i miauknął. Podrapałam go za uchem, 

ciągle  myślałam  o  rozmowie  z  Alą.  Dlaczego  nawet  w  soboty  i  w  niedziele  na  mieście? 
Najpierw Tina powiedziała mi, że lubi tylko te kobiety, które nie płaczą, wiedzą, czego chcą, i 
że sama do takich należy. Potem, że nie  ma żadnych planów ani marzeń. Jak może nie mieć 
planów kobieta, która dobrze wie, czego chce? 

Alka  złapała  ją  na  szczawiową  z  jajkiem  i  pierogi  ruskie,  w  ten  prosty  sposób 

zasługując  sobie  na  gest  serdeczności  z  jej  strony.  Jaka  ta  Tina  jest  wobec  tego?  A  to  już 
kłopot Kacpra, zdecydowałam niechętnie. I nieszczerze, bo to był również mój kłopot. 

Sięgnęłam po książkę, otworzyłam ją na przypadkowej stronie, bo musiałam odnaleźć 

miejsce, w którym przerwałam czytanie. Spojrzałam. ...W pierwszej chwili pomyślał, że to z 
powodu  jakiejś  dolegliwości,  potem,  że  od  łez  nieustannie  płynących  z  jej  oczu... 
Rzeczywiście,  kobiety  Iris  Murdoch  bardzo  są  płaczliwe.  Uświadomiłam  sobie,  że  teraz, 
czytając jej książki, również zacznę polować na łzy. Gorzej, zawsze płacz tych kobiet będzie 
mi przypominał Tinę, o której przecież rada bym była jak najprędzej zapomnieć. 

Kacper  wrócił  bardzo  późno,  w  podartych  spodniach,  poranione  kolana  miał 

przewiązane kawałkami hinduskiej apaszki Tiny. 

- Co ci się stało? 
Był wściekły. 
- Nie mi się nie stało, po prostu wywaliłem się na rowerze. 
- Potrącił cię samochód? 
- Oj, mamo, nie panikuj, zaraz samochód... 
- A co? 
- Wywaliłem się w lesie. 
- Nocą jeździłeś po lesie? 
- Jeździłem. I tak dobrze, że Tinie nic się nie stało, bo miałem 
ją na ramie. 
- Zgłupieliście chyba. 
- Może. 
Wyjęłam z szafki wodę utlenioną i plastry z opatrunkiem. 
- Najpierw wezmę prysznic. 
Zdjął  spodnie,  stał  przede  mną  w  kolorowych  slipach,  w  powyciąganej  bawełnianej 

koszuli z rozdartym rękawem. Na kolanach wisiały  mu smętne strzępki szyfonowej chustki. 
Kacper, metr osiemdziesiąt dwa, a dla mnie mały Kacper z poranionymi kolanami, któremu 
nie umiem pomóc. Co robić? Milczeć, oczywiście. Głupia dziewczyna, dokąd ona go wlokła 
nocą po lesie? Dlaczego mu pozwoliła? Nie wytrzymałam. 

- Musiałeś? 

background image

- Nic nie musiałem. Chciałem. Nie masz pojęcia, jak pięknie jest nocą nad jeziorem, 

jechaliśmy z pola namiotowego skrótami przez las.   

Komu  on  to  mówi,  myślałam,  kiedy  już  brał  prysznic,  komu?  Mam  pojęcie,  jak 

pięknie jest nocą nad jeziorem, bo przecież kiedyś płynęliśmy po nim z Marcinem i otoczona 
ciszą  spokojnej  wody  niemal  słyszałam,  jak  biją  nasze  serca,  więc  naprawdę  wiem.  Nagle 
uświadomiłam sobie, że za czasów Marcina płakałam równie często jak kobiety Iris Murdoch. 

Jesienny  dzień,  kolejny  mojej  samotności  w  Osadzie,  a  tu  nagle  niespodzianka.  Od 

rana  niebo  błękitne  i  chociaż  ziemia  pełna  już  martwych  liści,  ciepło  i  miło.  Czyżby  babie 
lato? Och, daleki zrobiłam spacer tego ranka! Zamiast zabrać się do tłumaczenia, poleciałam 
obejrzeć  stare  kąty.  Zajrzałam  do  rosarium,  ale  stamtąd  uciekłam,  bo  nawet  słońce  nie 
uratowało smętnego wyglądu kwiatów. Za to wesoło było na kortach, gdzie piszcząc bawiły 
się teraz dzieci z pobliskiego przedszkola. I cudownie na molo, bo słońce rozświetlało wodę i 
wdzierało  się  między  szuwary,  zawsze  poszarzałe  o tej  porze  roku.  Gena  zatrzymała  mnie, 
kiedy już wracałam "Pod Kołatkę". 

- Jeszcze nie wyjechałaś? 
- Jak widzisz. Co masz w tej torbie, na pewno kupiłaś sobie jakiś nowy ciuch, pokaż! 
- To nie dla mnie. Kupiłam dla dzieciaków ciepłe skarpetki na zimę. 
Zawsze  mówiła  o  swoich  synach  i  córce  "dzieciaki",  chociaż  cała  trójka  wyrosła  jej 

ponad  głowę,  ale  to  akurat  rozumiałam.  Odchyliła  torbę,  rzeczywiście  wyładowaną 
skarpetkami. 

- Maryla wyrzuci mnie na zbity pysk z tymi czerwonymi. Ty wiesz? Zawsze była dla 

nas Marysią, a teraz każe nam mówić Maryla. Po tej Rodowicz. Jak ją wołam Marysia, to ona 
w ogóle nie odpowiada, nie  ma żadnej  Marysi w domu,  masz pojęcie? Przyjechał do ciebie 
ten facet? 

-  Jaki  facet?  Nikt  tu  do  mnie  nie  przyjeżdża,  zostałam  w  Osadzie,  żeby  spokojnie 

pracować. 

-  No to  widzę,  że  znowu  coś  mi  się  chrzani  w  tej  głowie,  mówiłam  ci  już,  że  mam 

kiepską. Zrozumiałam, że to do ciebie ten gość. 

Musiało coś być w moim spojrzeniu, bo Gena zauważyła. 
- Albo nic nie wiesz. 
- Nic nie wiem. 
-  Spotkałam  panią  Rozalię  w  sklepie,  kupowała  puszki  dla  kota.  Koty  to  się  teraz 

mają, no nie? 

- Psy się też mają, ja swojemu bardzo często kupuję puszki. 
-  Bo  go  rozbestwiłaś,  mój  jada  jak  pies,  gruba  beczka  z  niego,  nigdy  nie  słyszałam, 

żeby na swoją miskę narzekał! - zachichotała. 

- No więc powiem ci teraz dalej, pani Rozalia mówiła, że jakaś dziwna jesień w tym 

roku,  bo  zwykle  żywego  ducha  o  tej  porze  nie  uświadczysz,  a  tu  i  ty,  i  jeszcze  jakiś  twój 
znajomy  dzwonił  dziś  rano  i  zamówił  pokój,  ale  koniecznie  z  widokiem  na  jezioro, 
powiedział. Ty masz z widokiem na jezioro, bo nie zauważyłam? 

- Nie, ja chciałam słoneczny, więc mam nie na jezioro. 
- A ten chciał na jezioro. Pani Rozalia śmiała się do mnie, że calutki hotel ma pusty, 

więc on może sobie w pokojach przebierać jak w ulęgałkach. 

Gena przyglądała mi się uważnie. 
- A ty co masz taką minę? 
- Nie mam żadnej miny, w każdym razie nie czuję, żebym miała. 
- Może nie czujesz, ale masz, ja chyba lepiej widzę twoją minę niż ty, nie? 
Z pewnością Gena mogła lepiej widzieć moją minę niż ja, więc pożegnałam się z nią 

szybko i wróciłam do hotelu. 

background image

- Będziemy  mieć  jeszcze  jednego gościa, pani  Madziu!  - powiedziała pani Rozalia z 

tajemniczym uśmiechem, kiedy zobaczyła mnie w drzwiach. 

- Dzwonił dziś rano i zamówił pokój. 
Usiadłam na wiklinowym fotelu i sięgnęłam po gazety, które zawsze leżały na stoliku 

w holu. Udawałam, że je przeglądam i że niewiele obchodzi mnie ta informacja. 

- Tak? Bywał już tutaj? 
- Nie. Myślałam, że może to do pani ktoś przyjeżdża z wizytą. 
- Nie spodziewam się niczyich wizyt. 
Odłożyłam  gazety,  wstałam  i  sięgnęłam  po  kartkę,  którą  pani  Rozalia  wyciągnęła  w 

moją stronę. 

- Obcy jakiś - powiedziała. - Przeliterował mi to, niech pani spojrzy. 
Spojrzałam.  Na  hotelowym  bloczku  pani  Rozalia  starannie  wykaligrafowała  imię  i 

nazwisko: ACHMED YACOBI 

- Nie zna pani? 
Zawahałam się. 
- Nie, nie znam - powiedziałam zgodnie z prawdą. 
Achmed Yacobi! A ten kogo tu szuka? Mnie czy Tiny? 
Grałam  z  Wandą,  którą  poznałam  pewnego  dnia,  kiedy  siedząc  na  ławce, 

obserwowałyśmy  kolejnego  seta.  Wszystko  wskazywało  na  to,  że  Puchar  Osady  w 
amatorskich  zawodach  tenisowych,  zorganizowanych  przez  miejscowy  klub  sportowy, 
zdobędzie  w  końcu  wysmukła  blondynka,  nazywana  przez  wszystkich  Platyną,  bo  miała 
bardzo jasne włosy z lekkim odcieniem srebrnego. Byłam wielką fanką Platyny, podobała mi 
się jej gra, nie oszczędzała siebie na korcie i podobała mi się także sama Platyna. Myślałam 
nawet, że gdyby nie przyjazd tej nieszczęsnej Tiny, może Kacper zacząłby w końcu chodzić z 
Platyną, bo ona wydawała się samotna. 

Wanda też jej kibicowała i tak, siedząc sobie na ławce, zawarłyśmy niezobowiązującą 

znajomość, oprócz spotkań na korcie i kilku rozegranych wspólnie setów, nie umawiałyśmy 
się nigdy. Grałam z nią, kiedy nieoczekiwanie przyjechał na korty Kacper. Nawet nie zsiadł z 
roweru, tylko przytrzymując się siatki ogrodzenia jedną ręką, drugą gwałtownie wymachiwał 
w moją stronę. Przeprosiłam Wandę i podeszłam do niego. 

- Co się stało? 
- Nie będziemy na obiedzie, więc nie martw się zaraz, że twoje biedne dzieci potopiły 

się w jeziorze. 

Rozzłościł  mnie. Nie  było  śladu żartu w jego głosie, tylko zwyczajne rozdrażnienie. 

Wzruszyłam  ramionami,  bo  tylko  połowa  "moich  dzieci"  była  moim  dzieckiem  i  Kacper 
dobrze to wyczuwał, więc chciał mi jedynie dokuczyć, nic więcej. 

- Moja mamusia uczyła mnie, że nie wzrusza się ramionami. 
- Masz zatem rozsądną mamusię i dobrze wychowaną, ja ci się trafiłam gorsza. 
- Mamy szalone poczucie humoru, nie uważasz, mamo? 
- Uważam, synku. Dokąd to się wybieracie? 
- Ufff! Tina miała rację, kiedy mi dogadywała, że zaraz będę musiał spowiadać się ze 

wszystkiego - powiedział, patrząc ze znudzeniem ponad moją głową. 

Nieopisana złość na Tinę, ale i na Kacpra również, zawładnęła mną gwałtownie. 
- Nie obchodzi mnie to, Kacper. Możecie wcale nie jadać ze mną obiadów, jeżeli jest 

wam to nie na rękę, odwołaj je tylko u pani Franciszki, bo nie mam zamiaru świecić za was 
oczyma. 

-  Dobrze  -  powiedział  Kacper.  -  Odwołam.  Równie  dobrze  możemy  jadać  w 

fastfudzie. Nawet wolę tam, bo mam dosyć tych wiecznych kluchów pani Franciszki. A Tina 
uwielbia hamburgery. 

- Zdrowe jedzonko, gratuluję. 

background image

- Dlaczego jesteś wściekła? 
- A dlaczego ty jesteś wściekły? 
- Ja? Wściekły? Jadę. 
- Jedź. 
Ruszył, ale jeszcze odwrócił się i zawołał, jakby nie do mnie, a do świata: 
- Idziemy do kina! Jest tylko jeden seans z Bondem i niestety o tej porze! 
Wróciłam na kort, Wanda stała przy siatce i czekała na mnie. 
- Przepraszam, ale nie mogę grać - powiedziałam. 
- Czy coś się stało? 
W prawej ręce trzymałam rakietę, więc wyciągnęłam przed siebie lewą, dygotała. 
- Spójrz, wygląda, jakbym miała Parkinsona, a nie mam. 
- Och, Mada! Zrobił ci przykrość? 
- Nigdy taki nie był... 
Spojrzała na mnie przenikliwie. 
- A ty? Byłaś taka? 
-  Nie  wiem,  jaka  byłam,  a  jaka  jestem.  Na  to  pytanie  tylko  Kacper  może  ci 

odpowiedzieć. 

Nie  męczyła  mnie  dłużej,  pomagała  mi  włożyć  rakietę  do  pokrowca,  przez  chwilę 

szarpałyśmy się z tym, wreszcie wyjęła mi wszystko z rąk. 

- Uspokój się, cokolwiek to było, weź się w garść, roztrzęsieni zawsze przegrywają. 
Nie  byłam  już  roztrzęsiona,  kiedy  Kacper  i  Tina  pojawili  się  w  naszym  pokoju,  jak 

gdyby nigdy nic. 

-  Szkoda,  że  pani  nie  lubi  Bonda  -  powiedziała  Tina,  siadając  na  dywaniku  przed 

tapczanem Kacpra. - Taki fajny film przeleciał pani koło nosa. 

- Nie zauważyłam, żeby mi coś obok niego przelatywało. 
Westchnęła i spojrzała na Kacpra wzrokiem, który miał wyrażać głębokie ubolewanie. 

No  i  teraz  sam  widzisz,  zdawała  się  mówić  bezgłośnie,  jak  ja  się  staram.  Oparta  plecami  o 
brzeg  tapczana,  skręciła  włosy  w  długi,  czarny  zwój,  który  od  czubka  głowy  wyciągnęła  w 
górę aż na całą długość ramion. 

- Chce mi się pić, Kacper - powiedziała kapryśnie. 
Cyrkowy piesek podbiegł do stołu, nalał pełną szklankę coli i zaniósł swojej treserce. 
- A lodu tu nie masz? 
- Nie mam. 
- Słomki też nie masz? 
- Też nie mam, jeżeli wszystko jest ci nie tak, możemy pójść gdzieś na colę - znarowił 

się nagle piesek. 

Tina postawiła szklankę obok dywanika i nie wstając, wyciągnęła do Kacpra rękę. 
- Pomóż! 
Podciągnął ją lekko, wstała. Idąc do drzwi, zatrzymała się jeszcze przy stole z moimi 

papierami i spojrzała na książkę, którą tłumaczyłam. 

- Ten facet z okładki - powiedziała - jest podobny do mojego ojca. 
- To Marokańczyk. 
- Właśnie, Marokańczyk. 
- A jak się nazywa twój ojciec, Tino? - zapytałam niepotrzebnie. 
- Achmed Yacobi, proszę pani. 
Kacper patrzył na Tinę ze zdumieniem. 
- Jak? - zapytał. 
-  Achmed  Yacobi.  Przez  igrek  i  ce.  I  jest  Marokańczykiem.  A  gdzie  my  najbliżej 

dostaniemy colę z lodem i ze słomką? 

background image

Kacper nie odzywał się. Patrzył na Tinę tępo, później potrząsnął głową i roztarł ręką 

czoło. 

- Nie rozumiem - powiedział w końcu. 
Stanęłam  na  balkonie,  więc  widziałam,  jak  idą  ulicą,  ciasno  objęci  i  zapatrzeni  w 

siebie, widocznie rozumienie nie było bezwzględną koniecznością dla Kacpra. Naprzeciwko 
nich szła Platyna. Minęli się, ale później ona przystanęła i długo spoglądała za nimi, a kiedy 
zniknęli za rogiem, znowu ruszyła przed siebie. Idąc. nisko pochyliła głowę, miałam ochotę 
zawołać  ją,  ale  nawet  nie  wiedziałam,  jak  naprawdę  ma  na  imię  i  dlaczego  wygląda  tak 
bardzo smutno. 

Kacper  wrócił,  żeby  przebrać  się  przed  wieczorem  w  DYSKOTECE.  W 

przeciwieństwie  do  innych  zespołów  zespół  jazzowy,  w  którym  grał,  składał  się  z  samych 
porządnie  ubranych  chłopaków  i  Kacper  bardzo  dbał  o  to,  żeby  zawsze  przed  występem 
odpowiednio się przygotować. Właśnie wyjmował czystą koszulę z szafy, kiedy zapytałam go 
o ojca Tiny. 

- Ty, Kacper, wiedziałeś, że on jest Marokańczykiem? 
- Nie wiedziałem, dlaczego miałem wiedzieć? A co to za różnica? 
- Zapytałeś, dlaczego nigdy nie powiedziała ci o tym? 
- Mamo! 
- No co? - Niby dlaczego miałem pytać, to jest chyba normalna rzecz. Tina też nic nie 

wie o moim ojcu. 

- Twój ojciec zginął w Tybecie, nie mamy nawet jego grobu. 
-  Tybet  to  najwspanialszy  grób,  jaki  może  mieć  himalaista,  wytłumaczyłaś  mi  to  i 

przypominam ci, że sama w tym znalazłaś pocieszenie. A zresztą, nie rozumiem, jaki to ma 
związek z ojcem Tiny. 

-  W  ogóle  nie  ma  związku  -  przyznałam.  -  Myślę  tylko,  że  ja  na  twoim  miejscu 

opowiedziałabym  o tym  Tinie,  a  na  miejscu  Tiny  powiedziałabym  tobie,  że  mój  ojciec  jest 
Marokańczykiem. Mówi się takie rzeczy komuś, kogo się kocha. 

Milczał, oglądając kołnierz koszuli, potem rzucił ją na tapczan. 
-  Może.  Może  się  mówi.  Nie  wiem,  mamo,  dlaczego  ty  jej  tak  nie  lubisz,  ona  jest 

słodka, naprawdę. 

Nawet  Olo  uważa,  że  to  słodka  dziewuszka,  przypomniałam  sobie  słowa  Ali,  oni 

chyba wszyscy poszaleli. 

- Słodka! - roześmiałam się. 
-  Przy  tobie  rzeczywiście  zachowuje  się  inaczej  niż  wtedy,  kiedy  ciebie  nie  ma  w 

pobliżu, zauważyłem to. Może wyczuwa, że jej nie lubisz... 

- Nie pozwala mi się lubić - przerwałam mu. 
-  Może  wyczuwa,  że  jej  nie  lubisz  -  powtórzył.  -  I  chce,  żeby  to  miało  jakieś 

uzasadnienie, tak myślę. 

- Filozof. Ta koszula jest zmiętoszona. 
Kacper  wyjął  z  szafki  małe,  podróżne  żelazko  i  zatrzymał  się  z  nim  przed  stołem 

założonym moimi słownikami i kartkami. 

- Możesz to odsunąć? - poprosił. 
- Mogę. 
Złożyłam  wszystko  na  jedną  stertę  i  położyłam  na  stole  kawałek  flaneli,  którą  mi 

kiedyś dała pani Rozalia. 

- Włącz żelazko, uprasuję ci tę koszulę. 
- Dziękuję - powiedział Kacper. - Zrobię to sam. 
- Obrażony? 
Żachnął się. 
- Obrażony! - powtórzyłam. - To pięknie. 

background image

Milczeliśmy przez chwilę, ja odezwałam się pierwsza. 
- Kacper... 
- Tak? 
-  Nie  cierpię  siebie  samej,  kiedy  słucham,  jak  rozmawiam  z  tobą  w  ten  sposób,  i 

postaram się nie robić tego więcej, ale mam do ciebie jedną wielką prośbę. 

- Jaką? 
- Nie mów mi, że ona jest słodka. 
- W porządku. 
- I nie myśl tak! - roześmiałam się. 
I Kacper roześmiał się także. 
Pani  Rozalia  przyglądała  mi  się  podejrzliwie.  Stałam  przed  nią  z  kartką  w  ręku  i 

starałam  się  znaleźć  rozwiązanie  tej  dziwnej  zagadki,  trochę  zaniepokojona  tym,  co  jeszcze 
może się wydarzyć, kiedy jesienny gość pani Rozalii zawita w progach hotelu "Pod Kołatką". 

- Pani Madziu! - zaczęła uroczyście i trochę niepewnie Rozalia. 
- Pamiętam, że kiedy zdecydowała pani spokojnie u mnie popracować, była mowa i o 

tym, że może tu ktoś do pani wpadnie. 

- Ale nie żaden Achmed Yacobi, zapewniam panią. 
Kot  pani  Rozalii,  który  spokojnie  siedział  na  parapecie  okiennym  pośród  zielonych 

jeszcze liści i kwitnących czerwono kwiatów pelargonii, odwrócił się nagle i spojrzał na mnie 
z  zaciekawieniem.  Miał  piękne  szaroniebieskie  oczy.  Nad  białym  pyszczkiem  i  wzdłuż 
policzków popielatą, długą sierść. Uszy, z pędzelkami w środku, zabawnie  sterczały  mu do 
góry.  Minę,  podobnie  jak  pani  Rozalia,  miał  pełną  powątpiewania.  Zdecydowałam,  że  nie 
będę  się  z  nimi  sprzeczała,  niech  sobie  myślą,  co  chcą,  ja  żadnego  Achmeda  Yacobi  nie 
znałam,  chociaż,  wiedziałam  kim  jest.  Nie  musiałam  jednak  zwierzać  się  z  tego  ani  pani 
Rozalii, ani jej kotu. Wzięłam go na ręce, był mięciutki, jakby składał się z samego futerka. 

- A pani już po obiedzie? Spojrzałam na zegarek. Dzień był taki piękny, że nawet nie 

spostrzegłam, jak minęło południe, zaskoczyła 

mnie ta późna godzina. 
- Mówił, kiedy przyjedzie? - zapytałam. 
- A jednak! - zawołała pani Rozalia tryumfalnie. - A jednak czeka pani na niego! 
Być może na niego czekałam,  bo wprost nie chciało mi się wierzyć, żeby trafił "Pod 

Kołatkę" tak zupełnie przypadkowo, jeżeli więc ciekawość można nazwać oczekiwaniem, to 
istotnie zaczynałam z wolna czekać na Achmeda Yacobi. 

- Nie mówił, kiedy przyjedzie, prosił tylko, żeby pokój dla niego był przygotowany. Z 

widokiem na jezioro, zapowiedział, bo on bardzo lubi takie sentymentalne pejzaże. I co pani 
na to? 

Jeżeli  Rozalia  sądziła,  że  będę  miała  jakiś  szczególnie  osobliwy  komentarz  do  tej 

wiadomości,  myliła  się,  sama  lubiłam  sentymentalne  pejzaże,  więc  rozumiałam  pana 
Achmeda Yacobi. ' 

Pani  Franciszka  po  sezonie  nie  gotowała  "obiadów  domowych".  Goście 

przyjeżdżający  na  lato  opuszczali  Osadę  najpóźniej  w  początkach  września,  potem  aż  do 
wiosny było tu pusto. Dla mnie zrobiła wyjątek, jadałam u niej, ale nie w dużym pokoju, w 
którym w lecie podawała kilkunastu osobom jednocześnie, tylko w jej prywatnym stołowym. 
Dbała  o  mnie,  często  pytała,  na  co  mam  ochotę,  i  następnego  dnia  dostawałam  dania 
przygotowane specjalnie dla mnie. Nie powiem, żeby było u niej tanio, ale za to miło i czysto, 
a poza tym lubiłam ją. 

- A cóż to pani tak pędzi? - zawołała, widząc mnie przez otwarte okno kuchenne. - To 

prawda, że dziś gołąbki na obiad, ale przecież z garnka nie wyfruną! 

- Spóźniłam się. 
- Mało wiele. 

background image

- Ale zawsze. 
- Jeszcze mi się nic nie przypsło. 
Lubiłam  słownictwo  pani  Franciszki.  Położyła  serwetkę  na  stole,  wygładziła  ją 

starannie i zapytała ciekawie: 

- To się u pani gość jakiś szykuje? 
- Nic o tym nie wiem. 
-  Rozalka  mówiła!  Pewnie  trzeba  będzie  dodatkowy  obiadek  dla  pana  upichcić, 

wolałabym wiedzieć, co też on lubi pojeść? Achmed Yacobi! Co on lubi pojeść? Zaczynało 
mnie to śmieszyć. 

- Ależ, pani  Franciszko, ja tego pana, który zamawiał pokój "Pod Kołatką", na oczy 

nie widziałam. 

-  Co  też  pani  mówi  takie  rzeczy!  Rozalka  się  zaklina,  że  to  pewnie  jakiś  pani 

narzeczony, a ona zawsze wie w porę. 

Postawiła  przede  mną  talerz  z  zupą  pomidorową.  Patrzyłam,  jak  prosto  z  deseczki 

wrzuca do niej drobno posiekany koperek, i pomyślałam, że taka śliczna zupa może spodobać 
się Achmedowi Yacobi. 

-  Już  wytłumaczyłam  pani  Rozalii,  że  on  z  całą  pewnością  nie  jest  kimś,  na  kogo 

czekam. 

- No to i szkoda... - powiedziała wyraźnie rozczarowana. 
- Jeżeli w ogóle na kogoś czekam - dorzuciłam zniecierpliwiona. 
Speszyła się. 
-  Niech  pani  je,  kochana,  bo  wystygnie  i  potem  będzie  pani  miała  zimę  na  żołądku. 

Gołąbeczki zaraz podam. 

Ławica  chmur  nadciągnęła  od  północy  tak  nieoczekiwanie,  że  gęsta  ulewa  złapała 

mnie  w  połowie  drogi  między  domem  pani  Franciszki  a  hotelikiem  "Pod  Kołatką". 
Schowałam  się  w  oszklonej  wiacie  przystanku  autobusów  dalekobieżnych.  Z  jednej  strony 
przez  wybitą  szybę  zacinał  deszcz,  więc  ścieśniliśmy  się  wszyscy  w  bardziej  osłoniętym 
kącie,  dwie  młode  kobiety,  ja  i  chłopczyk,  może  trzyletni.  Patrzyłam,  jak  uważnie  śledzi 
krople gęsto sunące po szkle na zewnątrz i jak próbuje zatrzymać je palcami. Nagle zapytał: 

- Tata pojechał, mamo? 
- Pojechał, przecież zrobiłeś mu "pa, pa", zapomniałeś? 
- Tak, zrobiłem "pa, pa". 
Tuliłam Kacpra w ramionach, kiedy samolot unosił się w powietrze i ukośnym lotem 

oddalał  od  nas.  Ubrany  w  niebieski  kombinezonik,  z  kapturem  mocno  ściągniętym  wokół 
buzi, Kacper patrzył w górę. Ostry  mróz zaczerwienił  mu policzki  i  nos. Oczy  błyszczały  z 
przejęcia. 

Samolot! 
- Tata poleciał? 
- Poleciał, przecież robiłeś mu "pa, pa". 
- Robiłem "pa, pa"... 
Znowu  podniósł  zmarzniętą  łapkę,  bo  zdjął  rękawiczkę,  która  wisiała  teraz  na 

chroniącej  ją  przed  zgubieniem  tasiemce,  i  jeszcze  raz  lekko  poruszył  małymi  paluszkami. 
"Pa,  pa!  Pa,  pa!",  mówił  cichutko.  To  wtedy  szarpnęło  mną  złe  przeczucie.  Chciało  mi  się 
krzyczeć ze strachu, ze zgrozy, z rozpaczy i z niepojętej pewności. W końcu samolot zginął 
nam z oczu, zostaliśmy sami, bo Dawid już nigdy nie wrócił, na zawsze uwięziony w wąskiej 
szczelinie tybetańskich gór. 

 
Kacper grał. Stojąc pośrodku małego podium w DYSKOTECE, przesuwał palcami po 

srebrzystej  fajce  saksofonu,  uderzająco  podobny  do  Dawida.  Zawieszone  nad  nim  światło 
obejmowało go jasnym kołem. Siedziałam przy stoliku w ciemnym kącie sali, blisko drzwi, 

background image

bo chciałam wyjść zaraz po występie  Kacpra. Tina siedziała  bliżej podium, w towarzystwie 
dwóch  dziewczyn  i  chłopaka,  widywałam  ich  czasami,  ale  nikogo  z  nich  nie  znałam. 
Przypomniałam  sobie,  że  kiedy  przyjeżdżałyśmy  z  Alką  do  Osady,  każda  miała  własne 
towarzystwo  i  też  nie  byłyśmy  skore  do  prezentowania  naszej  mamie  swoich  kolejnych 
znajomości.  Och,  Marcin,  tak,  ale  kto  wie,  jak  ułożyłoby  się  wszystko,  gdyby  jego  mama 
znalazła dla siebie wolny stolik w BISTRO i nie zapytała, czy może przysiąść się do naszego, 
bo musi chwilę zaczekać tu na syna. 

Spojrzałam na Tinę, ona też wpatrywała się w Kacpra, widziałam dokładnie jej twarz, 

lekko uchylone usta i oczarowanie, czuły zachwyt w jej skupieniu i bezruchu. Dlaczego jest 
dla  niego  taka  ostra,  taka  wobec  niego  kapryśna,  myślałam  z  żalem,  bo  w  oczarowaniu 
Kacprem  wydawała  mi  się  łagodna.  Skrzypnęły  cicho  drzwi  i  na  salę  weszła  spóźniona 
Platyna.  Rozejrzała  się  i  widząc  puste  miejsca  przy  moim  stoliku,  zbliżyła  się.  Szła  na 
palcach, chociaż na nogach miała miękkie płócienne sandałki. 

- Mogę? 
- Oczywiście. 
Szczuplutka  dziewczyna  stojąca  za  barem  spojrzała  na  nią  i  zakreśliła  w  powietrzu 

wyraźny  znak  zapytania.  Platyna  skinęła  głową  i  już  po  chwili  miała  przed  sobą  wysoką 
szklankę coli z lodem. Szeptały ze sobą przez chwilę, ale dziewczyna zza baru szybko wróciła 
na  swoje  miejsce  i  przysiadła  tam  na  wysokim  stołku.  Ona  też  patrzyła  teraz  na  podium  i 
słuchała grającego Kacpra. Platyna sięgnęła po szklankę, przysunęła ją do ust, ale tylko dolną 
wargą  dotykała  jej  brzegu,  dopiero  kiedy  Kacper  zrobił  przerwę  między  dwoma  częściami 
utworu, wypiła trochę. 

- To pani syn, prawda? - zapytała cicho. 
- Tak. 
- Jest wspaniały. 
- Dziękuję, ja też tak uważam! 
Powiedziałam to żartobliwym tonem, chociaż naprawdę tak uważałam. 
- Jest wspaniały - powtórzyła Platyna. 
Zamieszała słomką swoją colę. 
-  I  chodzi  z  taką  piękną  dziewczyną  -  dorzuciła,  jakby  Tina  była  uzupełnieniem 

Kacpra wspaniałości. 

Nie wiem czemu, odpowiedziałam: 
- Jest trochę niebezpieczna. 
- Dlaczego? - zdziwiła się Platyna szczerze. 
- Może dlatego, że większość zbyt pięknych dziewczyn to dziewczyny niebezpieczne - 

uśmiechnęłam się do niej. 

- Ale to nie jest reguła, proszę pani. 
Podobało mi się, że stanęła w obronie Tiny, chociaż zapewne chciałaby zajmować jej 

miejsce  pod  ramieniem  Kacpra,  może  myślała  o  tym,  widując  ich  chodzących  obok  siebie 
uliczkami Osady, leżących na plaży, kryjących się w małym namiocie Tiny. 

- Znacie się? 
- Nie, ale spotykam ich często. Ona jest taka... 
- Och, tylko nie słodka! - przerwałam jej. 
- Słodka? Nie wiem, czy słodka. Widziałam, jak kiedyś ratowała rannego ptaka, i tym 

mnie ujęła. Moja przyjaciółka, ta Kaśka z baru mówi, że ona jest dla pani syna bardzo... 

Platyna urwała zdanie w połowie i roześmiała się. 
- Słodka? 
-  Coś  w  tym  rodzaju.  Tylko  może  trochę  zbyt  zaborcza,  tak  mówi  Kaśka.  Nie 

powinnam tego powtarzać. Nie powiedziałam tego, dobrze? 

- Dobrze. 

background image

Podzielałam opinię Kaśki, więc spokojnie mogłam uznać, że Platyna nie powiedziała 

mi tego. 

- Ona ma taką oryginalną urodę. 
- Jej ojciec jest Marokańczykiem. 
- Ach, tak... 
Kacper  zaczął  grać,  więc  przestałyśmy  szeptać,  jednakowo  zapatrzone  w  niego, 

chociaż  dla  każdej  z  nas  był  przecież  innym  Kacprem.  Zatrzymałam  się  przy  tej  myśli, 
chciałam jeszcze spojrzeć na Tinę, bo uprzytomniłam sobie, że nie  mam pojęcia, jaki jest jej 
Kacper. Tiny  jednak nie  było na dawnym  miejscu. Rozejrzałam  się  i wtedy zobaczyłam, że 
siedzi  przy  barze,  a  Kaśka  nalewa  wodę  mineralną  do  stojącej  przed  nią  szklanki.  Potem 
usłyszałam cichy klekot kostek lodu. Kaśka wkroiła do wody dwa cienkie plasterki cytryny. 
Tina wstała i ostrożnie trzymając przed sobą szklankę, szła wolno w stronę podium. Postawiła 
ją  na  najwyższym  stopniu  tak,  żeby  Kacper  mógł  bez  trudu  sięgnąć  po  nią,  kiedy  znowu 
przerwie grę. Nie wróciła już na poprzednie miejsce, bo dostrzegła jakąś znajomą dziewczynę 
siedzącą blisko mojego stolika i podeszła do niej. Nie zauważyła mnie. Nie spodziewała się 
zresztą, że mogę tu być, bo przecież odmówiłam Kacprowi, kiedy mnie zaprosił. Czerwonawe 
światło  bocznego  kinkietu  wyraźnie  oświetliło  Tinę,  gdy  lekko  pochylona  do  przodu,  z 
przejęciem  szeptała  coś  siedzącej  obok  dziewczynie.  Przez  chwilę  patrzyłam  z 
niedowierzaniem, ale w końcu nabrałam pewności. 

Na  jej  smukłej  szyi,  na  śniadym,  opalonym  dekolcie  rozpoznałam  swój  ozdobny 

łańcuch,  który  kiedyś  dostałam  od  matki  Marcina  i  który  później  mu  oddałam.  W  końcu 
jednak wrócił do  mnie  i  mimo wszystko na zawsze został pośród mojej  nielicznej  biżuterii. 
Widziałam  teraz  dokładnie  jego  misterny  splot,  z  medalionem  w  kształcie  litery  "M" 
wysadzanej  nefrytami,  jednego  od  dawna  brakowało,  bo  zaginął  mi  nie  wiadomo  kiedy. 
Wpatrywałam się w to puste miejsce, ciągle z nadzieją, że jednak zobaczę tam nefryt wielki 
jak  groch,  ale  jego  naprawdę  nie  było.  I  nagle  przestałam  myśleć.  Siedziałam  przy  stoliku 
obok  zasłuchanej  Platyny  i  nie  myślałam.  Nic.  Pustka.  Czułam  tylko,  że  robi  mi  się 
przeraźliwie gorąco. 

Wreszcie  Kacper  przerwał.  Starannie  wytarł  chusteczką  ustnik  saksofonu,  później 

wolno  zbliżył  się  do  brzegu  podium  i  sięgnął  po  szklankę.  Widziałam,  jak  uśmiecha  się, 
patrząc  w  stronę  Tiny,  ale  kiedy  znowu  zajął  się  ustnikiem,  szybko  wstałam,  odruchowo 
pogładziłam  na  do  widzenia  drobną  rękę  zaskoczonej  Platyny  i  wyszłam  z  sali.  W  holu 
zobaczyłam  drzwi  do  toalety,  zajrzałam  tam.  W  głębi  była  tylko  jedna  kabina,  ale  z 
umywalką, więc mogłam chociaż zwilżyć rozpaloną twarz, weszłam. Nagle dotarły do mnie 
czyjeś głosy, ktoś jeszcze chciał się tu dostać i nacisnął klamkę. 

- Zajęte... - usłyszałam. - Więc co ona ci na to powiedziała? 
- Powiedziała: "zobaczysz, jak już będę pewna, że on wariuje na moim punkcie, wtedy 

go najzwyczajniej w świecie rzucę". 

- I co ty na to? 
- A ja na to: "nie bądź głupia, nie zrobisz tego, Tina". To było w zeszłym tygodniu, 

chyba  pamiętasz?  Poszłam  razem  z  nią  na  spacer  brzegiem  jeziora,  bo  on  miał  próbę  z 
zespołem. Czego ty tam siedzisz tak długo, u diabła? 

Szarpnęły  klamką.  Wyszłam,  bo  przecież  nie  mogłam  tu  tkwić  bez  końca.  Dwie 

dziewczyny, które czekały przed drzwiami, spojrzały zaskoczone, bo dorośli rzadko bywali w 
DYSKOTECE. 

- Przepraszam panią - powiedziała jedna z nich. 
- Dziękuję - odpowiedziałam bez sensu, a może z sensem. 
Tego wieczoru niebo nad Osadą było ciemne i rozgwieżdżone, wiał ciepły letni wiatr 

pachnący  jeziorem.  Powoli  zaczynałam  myśleć,  a  były  to  tylko  koszmarne  przypuszczenia. 
Może  Tina  wyjęła  łańcuch  z  pudełka,  będąc  u  nas  w tym  czasie,  kiedy  ja  już  wyjechałam? 

background image

Może  zrobił  to  Kacper?  Co  będzie,  jeżeli  on  już  zwariował  na  punkcie  Tiny  i  ona  teraz  go 
zostawi? Co będzie? A co było z Marcinem, kiedy ja odeszłam od niego? 

Usiadłam na ławce w opustoszałym o tej porze parku, nie wiedziałam, co mam robić. 

Z  kim  rozmawiać?  Z  Kacprem?  Z  Tiną?  O  co  pytać?  Od  lat  nie  czułam  się  tak  bardzo 
samotna jak teraz. Nawet nie usiłowałam odsuwać od siebie żałosnej myśli: nie upilnowałam 
naszego  chłopca,  Dawidzie.  Łzy  płynęły  mi  po  twarzy,  wytarłam  je  brzegiem  spódnicy. 
Wstałam  i wolno poszłam pustą ulicą, obawa, że w recepcji  zastanę panią Rozalię skorą do 
pogawędki,  była  nieznośna.  Jednak  w  recepcji,  oglądając  telewizję,  siedziała  Wandzia, 
spojrzała na mnie, tylko na chwilę odrywając wzrok od ekranu, więc nawet nie zauważyła, jak 
wyglądam. W pokoju złapał mnie ból głowy, wzięłam proszek i położyłam się na tapczanie. 
Tylko  bez  histerii,  powtarzałam  sobie,  tylko  bez  histerii.  Wrócili  późno,  słysząc  kroki  na 
schodach  i  głos  Tiny,  byłam  wściekła,  że  Kacper  jeszcze  ją  tu  ciągnie.  Weszli  do  pokoju 
cicho. 

- Mamo, śpisz? 
- Nie śpię, boli mnie głowa. 
- Dać ci proszek? 
- Brałam. 
Spojrzałam na Tinę. Chciałam zobaczyć, czy zdjęła łańcuch, czy też niefrasobliwie ma 

go  na  szyi,  ale  ona  już  zdążyła  się  przebrać  i  była  teraz  w  dżinsach  i  pomarańczowym 
swetrze.  Na  szyi  miała  czarną  aksamitkę,  której  całą  ozdobą  był  nieduży  srebrny  guzik. 
Trzymała  w  ręku  torebkę  słonych  orzeszków,  od  czasu  do  czasu  wyciągała  ją  w  stronę 
Kacpra. 

- Może chcesz herbaty, mamo? 
- Dziękuję. 
- A ty, Tina? 
- Ja proszę. 
Odłożyła  torebkę  z  orzeszkami  i  nie  zapraszana  usiadła  na  tapczanie  obok  mnie, 

przymknęłam oczy, bo nie chciałam na nią patrzeć. 

- Tak panią boli? - zapytała cicho. 
Nie  odpowiedziałam.  Poczułam  delikatny  dotyk  jej  ręki  na  czole.  Przypomniałam 

sobie słowa Platyny: "widziałam, jak kiedyś ratowała rannego ptaka, i tym mnie ujęła". Nie 
byłam rannym ptakiem, usunęłam głowę. 

- Mój ojciec uważa, że na silny ból głowy najlepsza jest mocna kawa z cytryną... 
Doprawdy mało mnie obchodziło, jak radzi sobie Achmed Yacobi z bolącą głową. 
- Może chciałaby pani spróbować? 
- Nie, Tino. 
- Szkoda, mój ojciec mówi... 
- Proszę cię, przestań. 
Ciągle  miałam  zamknięte  oczy,  więc  nie  wiedziałam,  czy  wymieniają  między  sobą 

jakieś  porozumiewawcze  spojrzenia,  czy  wpatrują  się  we  mnie  niepewni,  co  mają  robić. 
Usłyszałam cichy, głos Kacpra tuż przy mojej głowie, musiał pochylić się nade mną. 

- Czy możemy ci jakoś pomóc? 
Ta liczba mnoga! Czy Kacper już nigdy nie będzie pojedynczy? 
- Nie, Kacper, dziękuję ci. 
- W takim razie ja tylko odprowadzę Tinę i zaraz wrócę, 
Nie odpowiedziałam. Usłyszałam ich ciche kroki i skrzypnięcie drzwi. Może właśnie 

to  skrzypnięcie  drzwi  uprzytomniło  mi,  że  przecież  Alka  ma  zapasowe  klucze  od  mojego 
mieszkania. Spojrzałam na zegarek, było już za późno na telefon do niej. 

Następnego dnia rano Kacper jeszcze spał, kiedy ubrałam się i zostawiając mu kartkę 

z  wiadomością,  że  idę  na  targ,  zeszłam  na  dół.  Pani  Rozalia  siedziała  przy  stole  w  holu  i 

background image

układała  pasjansa,  mowy  nie  było,  żebym  mogła  stąd  zadzwonić  do  Ali  tak,  żeby  ona  nie 
słyszała tego, co mówię. 

- Dzień dobry, pani Madziu. Na targ? 
- Dzień dobry, na targ. 
- Po serek? 
- Po serek. 
- Po pomidorki? 
- Po pomidorki. 
- A ja rozkładam, widzi pani, prześcieradło Napoleona. Tak się ten pasjans nazywa. 
- Często wychodzi? 
- Jak mu pomóc, to szczerze pani powiem, zawsze. Dzień będzie ładny. 
Spojrzała za okno i zmieniła swoją prognozę. 
-  E  tam,  ładny!  Już  chmurzysko  jakieś  wlecze  się  tutaj.  Niech  pani  weźmie  moją 

parasolkę na wszelki wypadek, jest na wieszaku. 

Wzięłam  parasolkę  pani  Rozalii  i  wyszłam.  Na  pocztę  miałam  niedaleko,  ale 

musiałam  jeszcze kupić kartę do automatu, w końcu zaczęłam  się bać, że nie zastanę Ali  w 
domu. I nie zastałam, telefon przyjął Olo. 

- Olu, dzwonię, bo mam wielką prośbę. 
- Tak, kotku? 
- Słuchaj, u was są zapasowe klucze do mojego mieszkania. 
- Są. 
- Czy ty albo Ala moglibyście tam pójść i zajrzeć do biurka? W największej szufladzie 

jest pudełko z moją biżuterią. 

Utknęłam, myślałam, że Olo zapyta mnie, co z tym pudełkiem mają zrobić, albo czy 

coś mi z niego przysłać, ale on milczał. 

- Olu! 
- Tak, słucham. 
- W tym pudełku jest łańcuch z literą "M". 
- Jest. 
- Właśnie nie wiem, może go nie ma. 
- Jest. 
- Skąd wiesz? 
- Byłem tam wczoraj  i sprawdzałem, Kacper dzwonił  i prosił  mnie o to. Poszedłem, 

sprawdziłem, jest. Kacper zadzwonił drugi raz i powiedziałem mu. Nie powtórzył ci tego? 

- Nie wiedziałam, że dzwonił. Kacper też nie wie, że ja dzwonię, więc mu nie mów. 
- Bawicie się w głuchy telefon? 
- Nie, w złodziei i policjantów. 
- Podesłać ci kajdanki, czy wzięłaś ze sobą? 
- Wygląda na to, że nie będą mi potrzebne. Olu... 
- No co, kotku? 
- Spadł mi ciężar z serca, wiesz? Bałam się, że ten łańcuch mi gdzieś zginął. 
- Magdusiu, nie oszukuj starego Ola, stary Olo jest mądrzejszy, niż myślisz... 
- Kacper coś mówił? 
- Prawie nic, ale za to ja chciałbym powiedzieć coś tobie. 
- Co? 
- Dobrze byłoby, żebyś miała do Kacpra większe zaufanie. 
- Olu, ta dziewczyna jest beznadziejna. 
- Nie wiem, przecież prawie jej nie znam. 
-  Ala  mówiła,  że  według  ciebie  jest  słodka,  a  przecież  bywa,  że  kiedy  człowiek  coś 

słodkiego rozgryzie, okazuje się gorzkie w środku. 

background image

- Tak czy inaczej łańcuch ci nie zginął, prawda? Ucałować od ciebie twojego psa? 
- Tak, Olu, czule. 
Z  uczuciem  ogromnej  ulgi  poszłam  na  targ.  Rzeczywiście  kupiłam  dla  nas  ser  i 

pomidory, tak jak to przewidziała pani Rozalia, oprócz tego całą torbę jabłek, gruszek, moreli. 
W piekarni dostałam świeże bułki i rogale z makiem. Wracając "Pod Kołatkę", usłyszałam, że 
pogwizduję  sobie  cicho,  było  lepiej.  Przechodząc  przez  park,  świadomie  nie  spojrzałam  w 
stronę  ławki,  na  której,  płacząc,  siedziałam  poprzedniego  wieczora,  nie  chciałam  na  nią 
patrzeć ani o niej pamiętać. 

Smutne  są  opustoszałe  bocianie  gniazda.  Z  okna  mojego  pokoju  widać  jedno, 

pozostawione przez ptaki, które spędziły tu lato, jak ludzie przyjeżdżający do Osady tylko w 
sezonie.  Patrząc  na  niezamieszkany  ptasi  dom,  zastanawiam  się,  czy  bociany,  które 
podglądałam tak długo, dotarły szczęśliwie w miejsce przemyślnie wybrane, i czy będąc tam, 
tęsknią  czasami  za  przytulnym  kątem  obok  wysokiego  komina  starej  cegielni.  Patrzę  na 
gniazdo z nadzieją, że z nastaniem wiosny ptaki pojawią się znowu, żeby tu wychować swoje 
kolejne pokolenie. Od okna wiało  jesiennym chłodem. Pomyślałam z żalem, że  muszę  je w 
końcu  zamknąć,  bo  siedząc  nad  swoim  tłumaczeniem,  czułam,  jak  z  wolna  ogarnia  mnie 
zimno. I wtedy usłyszałam podjeżdżający "Pod Kołatkę" samochód, a potem go zobaczyłam. 
Był to wysłużony opel, żadne cudo. Zamknęłam szybko okno i wróciłam do swojego biurka, 
bo  nie  chciałam,  żeby  ten  cały  Achmed  Yacobi,  bo  czegoś  byłam  pewna,  że  to  on  właśnie 
przyjechał, więc, aby Achmed Yacobi pomyślał, że go tu wypatruję. 

Dopiero kiedy wybierałam się  na obiad, w holu  zatrzymała  mnie pani  Rozalia, żeby 

mi cokolwiek o nim opowiedzieć. 

- Więc tak, pani Madziu... - mówiła dyskretnym szeptem, jednocześnie przysłaniając 

sobie twarz od strony schodów ściereczką do kurzu, jakby jej ciche mruczenie mógł usłyszeć 
pan Yacobi zamknięty w swoim pokoju. - On chyba będzie jakiś dziki! Po pierwsze, zapytał, 
czy w moim hotelu jest centralne ogrzewanie, mówię, że jest, ale działa tylko na parterze, a 
górę mam zupełnie odłączoną, bo, mówię, tu zimą nikt do hotelu nie przyjeżdża. A on na to, 
że nic nie szkodzi, 

najważniejsze, że ogrzewanie jest. Niech mi pani teraz powie, pani Madziu, na co mu 

ogrzewanie, jeżeli ono nie działa? 

- A po drugie? - zapytałam, kiedy pani Rozalia uporała się wreszcie z "po pierwsze". 
- A po drugie, to on ma ze sobą tylko teczkę i taką małą walizunię, że mu się chyba do 

niej nawet piżama nie pomieściła. 

Pani  Rozalia  za  pomocą  rąk  i  ściereczki  do  wycierania  kurzu  narysowała  mi  w 

powietrzu walizunię pana Yacobi, była wielkości pudełka zapałek. 

- Tycia! - dorzuciła cierpko. 
- Może przyjechał na jeden dzień. 
-  Na  dziesięć!  -  powiedziała  tryumfalnie.  -  Na  dziesięć  dni  bez  piżamy!  Pyta  o 

centralne, a sypia bez piżamy? 

-  Jeżeli  powiedział,  że  go  urządza  sam  fakt,  że  centralne  jest,  może  lubi  popatrzeć 

sobie na zimne grzejniki i to mu wystarcza? 

- Oj, pani Madziu, niechże pani będzie poważna! Idź, kocie! 
Z  obrzydzeniem  popatrzyła  na  swojego  pięknego  kota,  który  właśnie  mościł  sobie 

miejsce na dzisiejszych gazetach. 

- Mówię do ciebie! - fuknęła, co zlekceważył, dalej wydrapując w papierze wygodne 

posłanie. - Co za cholerny kot, powiadam pani! 

- Jest jeszcze po trzecie... 
Pani Rozalia przestała zajmować się kotem, nachyliła się w moją stronę i szepnęła mi 

do ucha: 

- On pytał o panią... 

background image

- Jak to? 
- Pytał, czy pani tu mieszka. 
- Z imienia i nazwiska? 
- Nie, co to, to nie! Pytał, czy oprócz niego ktoś tu jest. 
- Więc nie o mnie pytał, tylko o jakiegoś ktosia. 
- A pani to nie jest ktoś? 
- Jestem ktoś, ale... 
Rozłożyłam  ręce,  bo  nie  umiałam  wytłumaczyć  pani  Rozalii,  że  Achmed  Yacobi 

wcale  o  mnie  nie  pytał,  chociaż  o  mnie  pytał.  Nie  rozstrzygnięty  problem  zawisł  między 
nami, ponieważ za moimi plecami coś skrzypnęło. Pani Rozalia uniosła głowę i wpatrzyła się 
w podest półpiętra, kot znieruchomiał, a ja zaczęłam wolno odwracać się w stronę schodów. I 
tak zobaczyłam Achmeda Yacobi. 

Ubrany  był  w  czarne  spodnie  i  marynarkę  w  biało-brązową  pepitkę,  pod  nią  widać 

było  aksamitną  kamizelkę  haftowaną  złotymi  nićmi  w  ogromne  róże.  Na  grubej  szyi  pan 
Yacobi zawiązaną miał muszkę, nie do wiary, ale brązową w białe grochy. Półbuciki czarne, 
do połowy przysłonięte beżowymi getrami. Wzrostu metr pięćdziesiąt, w talii być może nieco 
mniej.  Zapewne  pani  Rozalia  nie  zdążyła  powiedzieć  mi  "po  czwarte",  więc  jego  wygląd 
zupełnie zwalił mnie z nóg, szczęśliwie prosto na wiklinowy fotel, tuż obok kota pani Rozalii, 
który ponownie zajął się darciem gazety na strzępy. Pan Yacobi stanął przede mną, skłonił się 
nisko, błysnęła jego łysina. 

- Miło mi... - powiedział. - Nazywam się Yacobi. Achmed. 
Siedząc w fotelu, również skłoniłam głowę i wymamrotałam swoje nazwisko. 
-  Miło  mi...  -  powiedział  znowu  pan  Yacobi.  -  Mam  zaszczyt  zaprosić  panią  na 

popołudniową herbatę. 

- Z największą przyjemnością  - powiedziałam, ponieważ bardzo szybko udzieliła  mi 

się jego wyszukana uprzejmość. 

- Na piątą? - zaproponował. 
Godzina była wspaniała! 
- Znakomicie. 
- A zatem pozwoli pani oczekiwać siebie w tym holu, dziesięć minut przed piątą? 
- Tak, będę punktualnie. 
Jeszcze raz ukłonił  mi  się, obdarzył panią Rozalię grzecznym uśmiechem  i wyszedł. 

Po chwili usłyszałyśmy, że jego samochód odjeżdża sprzed hotelu, a do mnie nagle dotarło, 
że umówiłam się na popołudniową herbatę nie z kim innym, tylko z ojcem Tiny. I po co mi to 
było? 

Widziałam kiedyś  Kacpra  i Tinę tańczących  na plaży. Widziałam  ich z daleka, więc 

nie słyszałam melodii, którą sobie wtedy śpiewali, ale z pewnością śpiewali ją oboje. Tańczyli 
na wilgotnym piasku, tuż nad brzegiem jeziora, przy zielonej ścianie tataraku. Kacper raz po 
raz unosił Tinę i trzymając ją w ramionach, kręcił się w kółko, a potem, kiedy stawała już na 
ziemi, obejmował ją i przeginał do tyłu zupełnie jak w argentyńskim tangu. 

Myślę,  że  Tina  była  pierwszą  dziewczyną,  którą  Kacper  pokochał,  ale  niestety 

wiedziałam,  że  była  też  pierwszą,  która  świadomie  miała  zamiar  go  zranić.  Nie  wiedząc  o 
niczym, tulił ją do siebie, drobną, zwinną, z włosami jak czarny wachlarz rozwichrzonymi w 
tańcu. Pewnie i mnie urzekłaby Tina, gdybym była Kacprem, ale nie byłam. Czy uwierzyłby 
mi,  gdybym  go  przestrzegła?  Nie.  Nie  wierzy  się  matkom,  które  przestrzegają.  A  może? 
Przyszli potem na moją plażę, 

na której  siedziałam obłożona kupionymi rano tygodnikami, Tina podała  mi  na ręku 

kilka drobnych, nie do końca jeszcze dojrzałych poziomek. 

-  To  dla  pani  -  powiedziała.  -  Dziś  rano  zerwałam  w  lesie,  dwa  kroki  od  naszego 

namiotu. 

background image

Od naszego namiotu, a więc gdzie w końcu mieszka ten Kacper? Czy Tina tak mówi 

po to, żeby dać mi do zrozumienia, jaki jest właściwy adres mojego syna, czy tylko tak jej to 
wyszło? Mogła sama je zjeść albo dać Kacprowi, pomyślałam, biorąc poziomki z jej ręki. 

-  Mój  ojciec  mówi,  że  w  poziomkach  jest  dużo  żelaza,  jak  byłam  mała,  miałam 

niedobór i pamiętam, że wtedy tata ładował we mnie poziomki... 

Były kwaskowate. 
-  ...i  natkę  pietruszki.  Nie  chciał  mi  dawać  żelaza  w  kroplach,  bo  bał  się,  że  mi 

ściemnieją zęby. 

Kreśliła patykiem jakieś kwadraty na piasku. Kacper przyglądał jej się uważnie. 
- Czy w Maroku rosną poziomki? - zapytał. 
Tina zastanowiła się. Ze ściągniętymi brwiami myślała przez chwilę, potem odrzuciła 

patyk. 

- Nie wiem - powiedziała. - Chyba nie, nigdy nie pytałam. 
Sięgnęła po jeden z moich tygodników. 
- Czy możemy rozwiązać krzyżówkę? 
- Możecie. 
Wyjęłam długopis z plażowej torby i podałam Tinie. Obejrzała go. 
- Taki sam dostałam od Kacpra. 
Ja  swój  też  dostałam  od  Kacpra,  dobrze,  że  chociaż  nie  mówi  już  o  nim  Kikuś. 

Sięgnęłam po książkę i zaczęłam ją czytać, a oni wyciągnęli się przy moim leżaku, otworzyli 
jakiś  kolorowy  tygodnik  na  krzyżówce  i  z  głową  przy  głowie  rozwiązywali  kolejne  hasła. 
Ładna rodzinna scenka, doprawdy. I jaka spokojna. 

Zaczęło się po obiedzie, który ja zjadłam u pani Franciszki, a oni w fastfudzie. W Tinę 

wstąpił  demon,  myślę,  że  to  był  Asmodeusz,  diabeł  kulawy,  o  którym  wiadomo,  że 
wypuszczony  z  butelki  zaczaj  otwierać  dachy  domów,  aby  ukazać  to,  co  się  w  nich  dzieje. 
Tina krzyczała. Krzyczała na Kacpra. Wołała, że ma już dosyć ciągłego słuchania saksofonu, 
że nie po to czekała na wakacje, żeby spędzać je, gapiąc się na szuwary albo tkwiąc w dusznej 
DYSKOTECE, gdzie nawet potańczyć porządnie nie mogą, bo Kacper albo gra na tej swojej 
okropnej  fujarze,  tak  właśnie  powiedziała,  na  tej  okropnej  fujarze,  albo  wpatruje  się  w 
Platynę, której ona wprost nie może znieść, bo Platyna ma cielęcy wzrok i taka jest Kacprem 
zachwycona,  jakby  był  jakimś  cudem.  W  siatkówkę  nie  ma  zamiaru  grać,  bo  od  siatkówki 
bolą ją nadgarstki. Nie, w tenisa też nie, bo ganianie po korcie jej nie odpowiada, nie jest do 
tego stworzona. 

- A do czego jesteś stworzona? - zapytał Kacper spokojnie. 
-  Do  interesującego  życia,  rozumiesz?  Chcę,  żeby  dokoła  mnie  coś  się  działo!  Nie 

wiem,  po  co  ja  tu  w  ogóle  przyjechałam,  co  mi  przyszło  do  głowy!  Mogłam  przecież 
wyjechać z ojcem na Teneryfę, a ja nie, przytaszczyłam się tutaj, głupia idiotka! 

- Sama chciałaś - przypomniał jej Kacper, ciągle spokojnie, ale już wyprowadzony z 

równowagi,  bo  siedzieli  na  ławce  w  ogrodzie  przed  hotelem  pani  Rozalii  i  ze  swojego  z 
balkonu  widziałam,  że  on  ze  złością  łamie  jakąś  suchą  gałązkę  na  małe  kawałki.  -  Sama 
chciałaś, nie mówiłaś wtedy o żadnej Teneryfie, przeciwnie, narzekałaś, że będziesz spędzała 
lato w mieście, jak biedna dziewczynka, o której nawet rodzony ojciec nie myśli. 

- Powiedz jeszcze, że ulitowałeś się nade mną! 
- Do pewnego stopnia, ale zrobiłem to chętnie - obronił się Kacper. 
- Mogę stąd wyjechać! Będziesz mógł do reszty zawrócić w głowie tej całej Platynie, 

nie wiem, co wy w sobie widzicie! 

- A co my w sobie widzimy? - zapytał wtedy Kacper i Tina zaniemówiła. 
Ze  swojego  miejsca  dostrzegłam,  że  wstała  z  ławki  i  bez  słowa  skierowała  się  w 

stronę furtki. Idąc, spojrzała w górę, jakby chciała sprawdzić, czy jestem na balkonie, potem 
otworzyła  zasuwkę  i  wyszła,  bramka  jeszcze  przez  chwilę  chwiała  się  na  obluzowanych 

background image

zawiasach.  Kacper  siedział  na  ławce,  patrzył,  aż  wreszcie  kolorowa  sukienka  Tiny  musiała 
zginąć  mu  z  oczu.  Wtedy  wstał,  wolno  podszedł  do  skrzypiącej  furtki,  uniósł  ją  lekko, 
poprawił coś w uszkodzonym zawiasie  i wychodząc, starannie  ją przymknął. Później ruszył 
za Tiną, biegiem. 

A  ponieważ  zbliżała  się  piąta,  weszłam  do  pokoju  i  włączyłam  elektryczny  czajnik. 

Stanęłam  przed  półką,  na  której  trzymałam  różne  gatunki  herbaty.  Wybrałam  sobie  na  to 
popołudnie Lapsang Souchong Krokodyl. 

Było mi przeraźliwie smutno. 
Natomiast moje spotkanie z panem Achmedem Yacobi zakończyło się czarną herbatą 

Highland Toffee, zanim jednak znaleźliśmy się w jego pokoju z widokiem na jezioro, bo tu 
postanowiliśmy  ją  wypić,  przeżyliśmy  niezapomniane  dziesięć  minut  w  recepcji  naszego 
hotelu  "Pod  Kołatką".  Zeszłam  dokładnie  o  umówionej  godzinie  i  już  tam  zastałam  pana 
Yacobi, który z wielkim zainteresowaniem  czytał  instrukcję postępowania w razie wybuchu 
pożaru. Na mój widok oderwał od niej wzrok, ale uniósł do góry palec i poruszając nim  tuż 
ponad swoją łysiną, poprosił: 

-  Chwileczkę,  droga  pani,  chwileczkę,  zapoznam  się  tylko  do  końca  z  tym 

interesującym dokumentem, czy zechce mi pani towarzyszyć? 

Stanęłam  więc  obok  pana  Yacobi  i  razem  z  nim  studiowałam  oprawioną  w  czarną 

ramkę instrukcję. 

-  To  niezwykłe!  Niezwykłe!  Nie  ulegać  panice!  Jakież  to  słuszne  spostrzeżenie!  - 

zachwycał  się.  -  Nie  korzystać  z  windy!  A  co  zrobić,  jeżeli  windy  nie  ma,  tak  jak  w  tym 
naszym  hotelu?  Czy  można  z  niej  wtedy  nie  korzystać?  Sądzę,  że  to  nie  jest  precyzyjne 
sformułowanie, przyzna mi rację szanowna pani? 

Przyznałam  rację  panu  Yacobi,  który  porzucając  lekturę  instrukcji,  żywo 

zainteresował się teraz kotem pani Rozalii. 

- Ależ to wybitnej urody stworzenie! - zachwycił się. - Jakże on ma na imię? 
Pani  Rozalia,  która  czujnie  stała  między  tablicą  z  kluczami  a  półokrągłą  ladą 

recepcyjną,  spojrzała  na  mnie,  wzrokiem  wzywając  pomocy.  Niestety,  w  żaden  sposób  nie 
mogłam jej wesprzeć, wiedząc, że najczęściej mówi do swojego kota "ty cholerny kocie", co 
wydawało  mi  się  imieniem  zbyt  długim  i  może  trochę  niestosownym,  jak  na  wytworne 
maniery pana Yacobi. Innego imienia jej kot po prostu nie miał. Pani Rozalia stwierdziwszy, 
że znikąd ratunku, powiedziała odważnie, chociaż może trochę zbyt cicho: 

- Filut. 
- Fiut! - ucieszył się pan Yacobi. - Nadzwyczajne, nadzwyczajne! 
- Filut, powiedziałam! - krzyknęła zgorszona pani Rozalia. 
- Najmocniej przepraszam  - powiedział pan Yacobi, kłaniając się kotu.  - Ja również 

nie lubię, kiedy przekręca się moje nazwisko. 

A potem zwrócił się do mnie z uśmiechem, który ujawnił w jego zębach złotą górną 

trójkę. 

-  Gdzie  udamy  się  na  naszą  popołudniową  herbatę?  Pani  szanowna  zapewne  zna 

lokale w tym mieście? 

Za żadne skarby nie ruszę się z hotelu, zdecydowałam przekonana, że to Gena będzie 

pierwszą  osobą,  którą  spotkam,  idąc  z  panem  Yacobi  do  jedynej  otwartej  tu  poza  sezonem 
cukierni. 

- Rada będę, jeżeli zgodzi się pan wypić herbatę w moim pokoju, mam naprawdę duży 

wybór wyśmienitych gatunków - zaprosiłam go wytwornie. 

- Raczy pani żartować! - oburzył się. - Przecież, to ja chciałem być fundatorem! 
-  Zapewniam,  że  nigdzie  tutaj  nie  dostaniemy  tak  znakomitej  herbaty,  jak  ta,  którą 

pragnę panu zaproponować. 

background image

-  Pijam  najchętniej  czarną  herbatę  Highland  Toffee  -  wyznał  konfidencjonalnym 

szeptem. 

- Ależ ja ją właśnie mam! 
- Czy okno w pokoju drogiej pani wychodzi na jezioro? 
- Niestety nie, na ogród. 
Dokładniej  na  ławeczkę,  na  której  córka  pana  zrobiła  awanturę  mojemu  synowi, 

mogłabym uściślić, ale nie powiedziałam ani słowa, ponieważ było coś w Achmedzie Yacobi, 
co  nie  pozwoliło  mi  mówić  o  jego  córce,  czekałam,  aż  on  pierwszy  poruszy  ten  drażliwy 
temat, 

-  Czy  wolno  mi  zaproponować  w  tej  sytuacji,  żebyśmy  wypili  herbatę,  siedząc  na 

balkonie  mojego  pokoju?  Mam  tam  nadzwyczaj  wygodne  fotele  wiklinowe  i  podręczny 
stoliczek, natomiast przed nami rozciągać się będzie widok wprost niezapomniany. Pejzaż tak 
niezwykły, jakiego szukać można z księżycem! 

- Ze świecą, miał pan na myśli? 
- Otóż to właśnie, jestem Marokańczykiem i stąd biorą się pewne nieścisłości w mojej 

polszczyźnie. 

- Ależ mówi pan nadzwyczajnie, językiem więcej niż literackim. 
- Czy to jest komplement, droga pani? 
Nie  odpowiedziałam  na  to  pytanie,  chociaż  było  proste,  ale  na  szczęście  stanęliśmy 

przed  drzwiami  mojego  pokoju.  Zabraliśmy  stamtąd  czajnik  elektryczny,  moje  chińskie 
filiżanki,  imbryczek  z  podgrzewaczem  i  puszkę  czarnej  herbaty  Highland  Toffee.  I  pled, 
ponieważ  pan  Yacobi  przewidywał,  że  zaraz  zrobi  się  chłodno.  Usiedliśmy  zatem  w 
wiklinowych fotelach, owinięci ciepłymi kocami. Między nami  stały moje filiżanki, których 
urodę  pan  Yacobi  natychmiast  pochwalił,  napełnione  bursztynową  w  kolorze,  aromatyczną 
herbatą  o  tym  niepowtarzalnym  smaku,  który  prawdziwie  ocenić  mogą  tylko  wybrani.  Pan 
Yacobi z kwadransa na kwadrans stawał się coraz milszy. 

Wreszcie,  patrząc  na  przyciemnione  już  zmierzchem  jezioro,  zaczął  opowiadać  mi 

dziwną historię swojego tułaczego życia. 

-  Achmedzie  -  powiedziałam,  kiedy  późnym  wieczorem  pomagał  mi  przenieść  z 

powrotem do pokoju całe moje herbaciane gospodarstwo.- Zwrot, że takiego pejzażu można 
szukać z księżycem, jest piękny, przepraszam, że ci go zepsułam głupią świecą. I dziękuję za 
wieczór, był dla mnie niezwykły. 

- Ja również dziękuję, moja droga! Spotkanie w tym hotelu kogoś tak miłego jak ty, to 

dla mnie prawdziwa niespodzianka, byłem przekonany, że nie zastanę tu nikogo. 

Nikogo? I ani słowa o Tinie? 
Tak właśnie powiedział Kacper, kiedy zjawił się w naszym pokoju późnym rankiem, 

następnego dnia po ich rozmowie pod moim balkonem. 

- Ani słowa o Tinie, mamo. 
Zamknął się w łazience i długo nie wychodził. Słyszałam tylko ostry szum prysznica, 

zupełnie  jakby  Kacper  chciał  spłukać  z  siebie  tę  nie  przespaną  noc,  bo  zawiedzionego 
uczucia,  niestety,  spłukać  nie  można.  Wyszedł  wreszcie.  Bez  słowa  wziął  z  szafy  czyste 
dżinsy  i  koszulę. Ubierając się, gwizdał. Później  poszedł na balkon, schylił się  i położył  na 
balustradzie skrzyżowane ramiona, oparł na nich głowę. Co czuje, czy bardzo jest mu ciężko, 
myślałam, patrząc ze smutkiem. Wiedziałam, że naprawdę nie powinnam o nic pytać. 

To  on  nie  wytrzymał,  nie  ja.  Wszedł  do  pokoju  i  patrząc  na  mnie  z  niechęcią, 

powiedział agresywnie: 

- Zadowolona jesteś, prawda? 
- Daj spokój, Kacper... 
- Zadowolona jesteś, a do tego rozumiesz ją. Znasz takie sztuczki. 
- O czym ty mówisz? 

background image

- Zrobiłaś to samo Marcinowi. Nie wypieraj się, bo wiem. 
- Co wiesz? 
- Wszystko, ciotka Ala powiedziała mi, jak z wami było. 
- Ależ, Kacper! 
- To jest numer z tej samej bajki, mamo! 
- Niczego nie obiecywałam Marcinowi. 
Nieprawda, obiecywałam. Tylko teraz, po wielu latach, przez chwilę wydawało mi się, 

że  są  obietnice,  które  się  nie  liczą.  Takie:  "będziemy  zawsze  razem,  nigdy  się  nie 
rozstaniemy,  będziemy  mieli  wspólny  dom,  dzieci,  psy,  koty,  plany",  wszystko  obiecane 
między  jednym  a  drugim  pocałunkiem,  w  czasie  odważnie  nazwanym  miłością,  chociaż 
jeszcze nią nie był. 

- Kochał ciebie, a ty odeszłaś do innego - powiedział samozwańczy adwokat Marcina. 
- Przypominam ci, że ten inny  był twoim ojcem. I to  jego kochałam  naprawdę. A ty 

najchętniej spaliłbyś mnie na stosie, tylko dlatego że Tina odeszła od ciebie. 

-  Odeszła?  Może  ty  odchodziłaś  od  Marcina  spokojnie.  Tina  rzuciła  mnie  w  furii. 

Wyglądała  jak  oszalała  czarownica,  kiedy  upychała  wszystkie  swoje  manatki  w  plecaku, 
kiedy  puste  butelki  po  coli  zgniatała  do  wyrzucenia  i  szarpała  namiot,  bo  nie  umiała  go 
złożyć,  a  za  nic  nie  pozwoliła  sobie  pomóc.  Brakowało  tylko  miotły,  na  której  mogłaby 
odlecieć, bo pociąg miała już za parę minut. 

- Zdążyliście? 
-  Stał,  kiedy  wbiegliśmy  na  peron.  Wsiadła  bez  biletu,  jeszcze  była  w  drzwiach 

wagonu i szarpała się ze swoimi tłumokami, kiedy zawiadowca podniósł tę głupią czerwoną 
chorągiewkę. Wiesz, mamo, czego ja się boję najbardziej? 

- Nie wiem. 
- Tego, że jeszcze kiedyś ją spotkam. 
"Wiesz,  mamo...",  żałosny  głos.  I  znowu:  mały  Kacper,  metr  osiemdziesiąt  dwa,  a 

kiedyś potłuczone miał tylko kolana. 

- Więc ani słowa o Tinie - powiedziałam. 
I nie rozmawialiśmy o niej od tamtej pory. 
Został  w  domu,  sama  poszłam  do  pani  Franciszki  na  obiad.  Powiedział,  że  nie  jest 

głodny, że nic mu nie przejdzie przez gardło, że może na kolację coś zje. 

- Pójdę gdzieś, pokręcę się trochę, a wieczorem gramy. 
Po obiedzie ja też wybrałam się na spacer, szłam wzdłuż ulicy Kościelnej aż na sam 

koniec  Osady,  gdzie  już  zaczynał  się  las.  Idąc,  nie  zastanawiałam  się  nawet,  dokąd 
zaprowadzi  mnie  droga,  i  dopiero  kiedy  znalazłam,  się  między  gęstniejącymi  drzewami, 
zobaczyłam  w  głębi  kolorowe  namioty.  Stanęłam  na  skraju  polany  i  zaczęłam  nasłuchiwać, 
cicho  tu  było,  widocznie  upalny  dzień  wymiótł  wszystkich  nad  jezioro.  Kacper  siedział 
nieruchomo  na  skrawku  przygniecionej  trawy,  głowę  miał  opartą  na  złożonych  za  nią 
ramionach  i  patrzył  przed  siebie.  Ten  spłachetek  ziemi  jeszcze  niedawno  był  jego  małym, 
dziwnym  domem,  zapewne.  Stałam  do  chwili,  kiedy  wyprostował  się  i  gwałtownie  zaczął 
palcami rozsuwać zgniecione źdźbła trawy, tak jakby  chciał po tym domu zniszczyć ostatni 
ślad. Wtedy odeszłam. 

Pana  Yacobi  zobaczyłam,  otwierając  okno.  Był  bardzo  wczesny  ranek  i  chociaż 

bezchmurne  niebo  zapowiadało  piękny  dzień,  poczułam  zimne  jesienne  powietrze 
przesiąknięte  wilgocią.  Achmed  szedł  ścieżką  ubrany  w  ściągnięte  poniżej  kolan  małymi 
klamerkami pół długie brązowe spodnie, o których kiedyś mówiło się pumpy, a których teraz 
chyba  już  nikt  nie  nosi.  Na  nogach  miał  ciepłe  długie  skarpety  w  czarno-czerwony  wzór  i 
sznurowane buciki na masywnej podeszwie sięgające powyżej kostek. Włożył na siebie rudą 
kurtkę z grubego materiału, ściągniętą w talii szerokim paskiem i mały tyrolski kapelusik w 
kolorze ciemnozielonym. W ręku trzymał cienką laseczkę, którą wywijał energicznie. Jeszcze 

background image

wczoraj jego widok śmieszyłby mnie ogromnie, dziś jedynie wzruszał, ponieważ przepadałam 
już za panem Yacobi. Patrzyłam, jak starannie zamyka za sobą furtkę. Usłyszałam pukanie do 
drzwi, to pani Rozalia, tak jak każdego ranka, przyniosła do mojego pokoju gorące mleko. 

-  Czy  pani  widziała,  pani  Madziu,  jak  to  się  on  wystroił?  A  ja  myślałam,  że  ma  ze 

sobą  tylko  tę  małą  walizunię!-  Tymczasem  wczoraj  po  nocy  wyładował  z  bagażnika  dwie 
walizy i torbę, zupełnie jakby miał zamiar u mnie zimować. 

- Może jest "w podróży". 
Ten adres Holy Golightly wymyślony przez Trumana Capote'a zawsze mnie urzekał, a 

do Achmeda Yacobi dziwnie pasował, chociaż w przeciwieństwie do Holy nie był on młodą 
dziewczyną. 

- W podróży! - fuknęła pani Rozalia. - On tu do nas przyjechał w interesach. 
- Tak pani powiedział? 
- Nie musiał mi mówić, podsłuchałam. 
Ustawiła  dzbanek  obok  mojej  miseczki  z  płatkami  kukurydzianymi  i  spojrzała 

wyczekująco. 

- Pani Madzia nie jest ciekawa? 
Byłam straszliwie, nieprawdopodobnie ciekawa. 
- Trochę jestem - przyznałam. 
-  Więc  niech  pani  Madzia  słucha,  przyszedł  rano  na  recepcję,  jeszcze  za 

przeproszeniem w szlafroku i w kapciach, i mówi do mnie: "chyba miałem sen, śniło mi się, 
droga  pani,  że  był  do  mnie  telefon",  i  czeka.  To  ja  mówię:  "nie  było  do  szanownego  pana 
żadnego telefonu",  a  on  na  to,  że  w takim  razie  zaraz  będzie,  bo  najwyraźniej  on  jest  tego 
pewien. I co, pani Madziu? 

- No i w tym momencie rozlega się telefon. 
- Zgadła pani, rozlega się. Mało nie padłam ze strachu, bo nerwowa jestem i chociaż w 

duchy nie wierzę, to jednak bardzo się ich boję, a tu chyba jakaś siła nieczysta natchnęła pana 
Yacobi, sama pani musi przyznać. 

Przyznałam i niecierpliwie czekałam na dalszy ciąg opowieści, ale w tej  samej chwili 

przez uchylone drzwi wszedł do pokoju cholerny kot pani Rozalii i wskoczył na moje łóżko. 

-  Idź, ty  cholerny  kocie!  -  krzyknęła  pani  Rozalia.  -  Niech  pani  popatrzy,  jak  to  się 

rozbestwił! 

- On tu do mnie często przychodzi, więc dobrze wie, że mu wolno. No i co? 
-  No  i  nawet  nie  zdążyłam  podnieść  słuchawki,  bo  on  ją  cap  i  złapał.  Najpierw 

powiedział  swoje  nazwisko,  potem  słuchał  i  słuchał,  a  później  krzyknął:  "tu  jest  biznes  do 
zrobienia"! Później znowu tylko słuchał, ale wreszcie odezwał się znowu: "zaraz wybiorę się 
tam na rekonsen... na reknosens..." 

- Może na rekonesans, pani Rozalio? 
- Może. 
- I co? 
- A potem długo coś mówił o inwestycjach, że chętnie zainwestuje w hotel, chyba mój 

miał na myśli, bo przecież innego hotelu tu nie ma, dlatego pewnie tak on mnie wypytywał o 
to  centralne  ogrzewanie.  Po  tej  rozmowie  poszedł  na  górę,  ale  już  po  półgodzince  widzę, 
schodzi.  Wyelegantowany,  pachnący,  kapelusik  na  głowie,  laseczka.  I  mówi  do  mnie  tak: 
"pani szanowna orientuje się zapewne, gdzie tu w pobliżu jest źródełko?" To ja go pytam, o 
jakie źródełko szanownemu 

panu  chodzi,  a  on,  że  o  takie  z  wodą  mineralną.  Mówię,  że  mineralną  to  u  nas  w 

butelkach sprzedają i że najlepiej karku... karkru... luje się w dwulitrowych. 

- I co on na to powiedział? 
- Aha. 
- Nic więcej? 

background image

-  Nic.  Jeszcze  tylko  potknął  się  o  tego  cholernego  kota,  bo  mu  wlazł  pod  nogi, 

przeprosił go i wyszedł. Pani Madziu, czy on powinien przepraszać kota? 

- Miło z jego strony. Dziękuję za mleko, pani Rozalio. 
- Na zdrowie. 
Spotkałam pana Yacobi, kiedy wracałam z biblioteki, gdzie sobie wymieniłam 
przeczytane książki na nowe. 
- Jakże miło spotkać ciebie, Magdaleno! - zawołał ucieszony. 
Zauważyłam,  że  ma  zabłocone  buciki  i  laskę  oblepioną  grudkami  ziemi.  Widocznie 

szukał źródełka. 

- Dokąd to chodziłeś, Achmedzie? 
-  Odbyłem  mały  rekonesans,  okolica  tutaj  jest  nadzwyczajnie  malownicza,  a  pejzaż 

taki sentymentalny! 

- To prawda, ja też tak uważam. 
- Widzę, że niesiesz sobie lekturę, czy być może romanse? 
- Nie. 
- Szkoda, przepadam za romansami. 
-  Chętnie  ci  pożyczę,  mam  u  siebie  dwa,  które  gorąco  poleciła  mi  do  czytania 

siostrzenica pani Rozalii. 

- Będę dozgonnie wdzięczny - zapewnił mnie Achmed Yacobi. 
I  dlatego  znaleźliśmy  się  w  moim  pokoju,  przy  półce,  na  której  zawsze  stawiałam 

książki i kładłam potrzebne papiery. Achmed zauważył kilka zdjęć, które tam leżały. Kacper 
zapomniał o nich, kiedy po wakacjach wracał do domu. Pan Yacobi stanął na palcach, żeby 
obejrzeć to, które leżało na wierzchu. 

- Twój syn, Magdaleno? 
- Tak. 
Pomyślałam,  że  wolę  mieć  za  sobą  całą  tę  historię,  więc  sięgnęłam  po  zdjęcia  i 

podałam je Achmedowi. 

- Jakiż to piękny chłopiec... 
Odłożył jedno, drugie, trzecie zdjęcie. Na czwartym szczęśliwy Kacper trzymał przed 

sobą roześmianą Tinę. Pan Yacobi zachwycił się. 

-  Jakaż  to  wspaniała  para!  Wspaniała!  Twój  syn,  moja  droga,  jest  niezwykle 

przystojnym młodzieńcem! A przy nim ta urocza młoda dama! 

Niepojęte!  Achmed  Yacobi  obojętnie  złożył  zdjęcia,  podał  mi  je  i  sięgnął  po  swoje 

romanse. 

-  Dziękuję  za  lekturę,  Magdaleno,  znakomicie  wypełni  mi  czas.  Szanowne  kotki 

zamieszkały u ciebie na stałe? 

Dopiero  teraz  zauważyłam,  że  obok  cholernego  kota  pani  Rozalii  leżą  na  moim 

tapczanie trzy grubiutkie kocięta, które on wylizuje czule. 

-  Okocił  się!  -  zawołałam  zdumiona,    na  chwilę  zapominając  o  zaskakującym 

zachowaniu pana Yacobi. 

Tymczasem  Achmed spokojnie  i z powagą oglądał okładkę  jednego z romansów, na 

której para w kolorze czarno-czerwonym spleciona była w miłosnym uścisku. Później uniósł 
głowę  i  zapatrzył  się  w  drzewa  za  oknem.  Wreszcie  skierował  wzrok  na  zdjęcia,  które 
położyłam na stole, sięgnął po nie, ale wybrał spośród nich tylko jedno, to z uśmiechniętym 
Kacprem i rozbawioną Tiną. Długo wpatrywał się w ich twarze. 

- To Martyna - powiedział w końcu. 
- Twoja córka? 
- Poniekąd. 
Poniekąd! Ciągle jeszcze wpatrywał się w zdjęcie, aż wreszcie powtórzył zdumiony. 
- Tak, to Martyna. Jej ojciec jest moim przyjacielem, a tę małą trzymałem do chrztu. 

background image

- Tinę...? - zapytałam niepewnie. 
- To właśnie mówi o niej Marcin. 

 

Marcin 
 
W skrzynce na listy były tylko pisma, które ostatnio zaprenumerowała Tina. "Teatr" i 

"didaskalia". A więc znowu nic od niej, nawet głupiej kartki z wakacyjnym adresem, nawet 
banalnego:  pozdrawiam  ze  słonecznego  X  albo  trochę  mniej  banalnego:  kocham  cię,  Tato. 
"Teatr" i "didaskalia". Pierwsze szczeble drabiny, po której moja córka postanowiła wspinać 
się  na  szczyty  scenicznej  kariery,  dobre  i  to,  gorzej,  jeżeli  dla  osiągnięcia  celu  siedziałaby 
jedynie przed lustrem. 

W  domu  pachniało  imbirem,  cynamonem  i  może  trochę  kurkumą.  Wszędzie  było 

ciemno,  tylko  w  kuchni  paliło  się  światło  i  to  stamtąd  dobiegał  głos  mojego  przyjaciela 
Achmeda  Yacobi,  który  swoją  układną  polszczyzną  przepowiadał  sobie,  co  też  jeszcze 
powinien  zrobić,  zanim  jego  specjalność,  kurczak  po  marokańsku,  znajdzie  się  na  naszym 
stole. 

-  A  teraz  należy  tę  piękną  tuszkę  obrócić  w  naczyniu  wypełnionym  wonną  oliwą. 

Unikalny jej zapach to czarowna woń kurkumy i pinidy, ach, jakże wspaniałe będzie to danie! 
No, dalejże, dalej! Obracaj się, kurczaczku, w tej znakomitej kąpieli. 

Najwyraźniej  usłyszał  moje  kroki  na  schodach  prowadzących  z  garażu  na  górę,  bo 

zawołał: 

-  Witaj,  mój  drogi  Marcinie,  witaj,  przyjacielu!  Iluż  to  pięknym  damom  poprawiłeś 

dziś  urodę?  Ja,  przyznam  się  z  całą  otwartością,  zmitrężyłem  wiele  godzin  na  bezowocnej 
rozmowie  z  pewnym  geologiem,  czy  też...  jak  inaczej  można  nazwać  specjalistę  od  wód 
mineralnych? 

- Nie wiem. Jestem wściekle głodny, Achmedzie, a widzę, że twój kurczak jest jeszcze 

w lesie. 

-  W  lesie?  Zobacz,  z  jaką  niezwykłą  starannością obracam  go  już  w  wonnej  oliwie! 

Skoro jednak tak bardzo dokucza ci głód, może weź z lodówki jakiś przysmak na jeden ząb. 

- A gdzie psy? Nie szczekały, kiedy podjeżdżałem, teraz też ich nie słyszę. 
- Udały się z wizytą. Taka trafiła im się gratka. Bawią na wieczorku zapoznawczym w 

tym  białym domu krytym zieloną dachówką. Zamieszkał tam od dzisiaj piesek rasy kundel, 
który zaprosił wszystkie psy z najbliższej okolicy na uroczyste przyjęcie. 

- Czy to znaczy, że mamy wreszcie sąsiadów? 
-  Może  to  jest  zbyt  pojemne  określenie.  Na  razie  mieszkać  tam  będzie  tylko  ten 

uprzejmy pies, solo. Reszta jego rodziny na stałe sprowadzi się dopiero za miesiąc. 

- A reszta jego rodziny, jakiej jest rasy? 
- Ludzie. 
Achmed  trzymał  kurczaka  za  związane  nóżki  i  wprawnie  obracał  w  pojemniku 

wypełnionym oliwą. 

-  Zwyczajni  ludzie  -  powtórzył.  -  Ale  niesłychanie  wprost  sympatyczni.  Nabyli  ten 

dom,    imaginuj    sobie,    za  wygraną  w  totka!  Wypełnili  kupon,  uwzględniając  daty  swoich 
urodzin. I proszę, jaki osiągnęli rezultat! 

- Skąd wiesz o tym wszystkim? 
-  Zamieniłem  z  nimi  kilka  słów,  kiedy  przyszli  zaprosić  twoje  psy  w  imieniu  ich 

wychowanka. 

W  lodówce  znalazłem  kabanosy  i  resztki  zmrożonej  na  kamień  bułki,  która  nie 

nadawała się do jedzenia. Achmed spojrzał. 

- Rozgrzej ją w mikrofalówce - poradził. - Gdybyś zadzwonił, że wracasz wcześniej, 

zacząłbym przygotowywać posiłek już godzinę temu. 

background image

Tymczasem  posiłek  ciągle  jeszcze  wolno  nasiąkał  oliwą,  a  moje  nędzne  kabanosy 

okazały się wiórowate i bez smaku. 

- Dzwoniła twoja była żona. 
Achmed ułożył kurczaka w szklanej brytfannie i wsunął go do piekarnika. Nawet nie 

zachęcony przeze mnie i tak wyjaśnił: 

- Pytała, dokąd to Tina pojechała na wakacje. 
- I co powiedziałeś? 
- Że na obóz wędrowny. 
-  Tina  chyba  nie  pojechała  na  obóz  wędrowny,  Achmedzie.  Zupełnie  niechcący 

mogłeś okłamać Mariolę. 

- Nie można kogoś okłamywać niechcący. Jeżeli niechcący wprowadziło się kogoś w 

błąd, to  nie  jest żadne okłamywanie, tylko niefortunna pomyłka. Udzieliłem Marioli  mylnej   
informacji, co nie było moim zamierzeniem. A skąd mi się wzięło, że Tina pojechała na obóz 
wędrowny? 

Achmed patrzył na mnie ze zdumieniem. Wyraźnie zadziwił sam siebie. 
- Zapewne Tina udzieliła ci mylnej informacji. 
- Ach, Boże... - westchnął. 
Przykucnął  obok  piekarnika,  zapalił  w  nim  światło  i  przez  chwilę  wpatrywał  się  w 

bladego  jeszcze  kurczaka,  potem  podniósł  się,  zdjął  z  półki  pojemnik  z  kaszką  kuskus  i 
postawił go na stole obok miski z ziarnami pinidy. Wreszcie spojrzał na mnie niespokojnie. 

- A czy ty chociaż wiesz, dokąd naprawdę Martyna pojechała? 
- Nie wiem, przypuszczam tylko. 
- A więc i tobie udzieliła mylnej informacji? 
- Obawiam się, Achmedzie, że tak to można nazwać. 
Pamiętam wiosenny wieczór, kiedy Tina zobaczyła tego chłopaka po raz pierwszy, bo 

to  był  dzień  topienia  Marzanny  i  w  klubie,  do  którego  Tina  latała  na  warsztaty  teatralne, 
zorganizowano  po  zajęciach  specjalny  koncert  zespołów  jazzowych.  I  on  tam  grał.  Na 
saksofonie.  Koncert  kończył  się  późno,  więc  obiecałem  Tinie,  że  przyjadę  po  nią,  bo  od 
jedenastej autobusy na nasze osiedle jeździły rzadko i nieregularnie. Drzwi do sali, w której 
odbywała się impreza, były uchylone, a kiedy zajrzałem do środka, ostatni z zespołów ciągle 
jeszcze był na estradzie i bisował, więc stanąłem przy wejściu. Sam się zdziwiłem, że pośród 
co najmniej setki głów udało mi się jakoś wypatrzyć czarną głowę mojej córki. Siedziała na 
niskiej ławce pod ścianą, z brodą podpartą na zaciśniętych dłoniach. Uporczywie wpatrywała 
się w jednego z chłopców z grającego zespołu. Z daleka widziałem jej nieruchome spojrzenie, 
nie  wiem,  czy  pochłonął  ją  ten  chłopak,  czy  jego  muzyka.  Widziałem  tylko,  że  coś  ją  tu 
urzekło. 

Wróciłem  do  samochodu  i  czekałem  na  nią.  Po  chwili  zobaczyłem,  że  wybiega  z 

klubu,  otulona  sztruksową  brązową  pelerynką,  którą  przytrzymywała  pod  szyją  w  obronie 
przed silnymi porywami wiatru. Z daleka zobaczyła nasz samochód, pomachała mi ręką, ale 
nagle  przystanęła,  wróciła  do  drzwi  i  zaczęła  sprawdzać  coś  na  afiszu  z  informacjami  o 
wieczornym koncercie. Pomyślałem, że z pewnością szuka nazwiska, pod którym jest napis: 
saksofon.  Przyszła  wreszcie  i  usiadła  obok  mnie.  Szarpała  się  z  pasami,  w  końcu  trafiła  w 
zatrzask.  Poczułem  mocny  zapach  paczuli,  którego  kiedyś  również  używała  Mariola,  i  to 
nagle  uświadomiło  mi,  że  chyba  zgubiłem  chwilę,  w  której  Tina  przestała  pachnieć 
rumiankowym mydłem. 

- Jak było? 
- O! Było cudownie. 
- Wydawało mi się, że nie przepadasz za jazzem. 
- A jednak coś w tym jest. 
Wyjęła ze schowka paczkę chusteczek ligninowych i szeleściła opakowaniem. 

background image

-  Coś  w  tym  jest  -  powtórzyła.  -  Dziś  to  odkryłam.  Tato,  był  tam  chłopak,  który 

cudownie grał na saksofonie. 

- Słyszałem, przez chwilę stałem w drzwiach. 
Poczułem jej rękę na ramieniu, gwałtownie odwróciła głowę w moją stronę. 
- Jak ci się podobał? - spytała natarczywie. 
- Chłopak czy saksofon? 
- Oni byli spójni, nie czułeś tego? 
- Stałem tam krótko, niczego nie czułem, było mi duszno. 
Milczeliśmy i dopiero kiedy zatrzymałem się przed światłami, zapytałem: 
- Zakochałaś się? 
- Nie, ale oczarowało mnie to wszystko. 
- Będziesz teraz latać na koncerty jazzowe? 
- Tak myślę. 
- Czy one zawsze kończą się późno? 
- Nie wiem, nigdy przecież nie chodziłam na nie. 
- Czy oprócz tego, że będę miał córkę aktorkę, co może stać się złem nieuniknionym, 

grozi mi jeszcze zięć saksofonista? 

- Nie wiem,  jaki zięć ci grozi. Jak byłeś w  moim  wieku, tato, miałeś pojęcie o tym, 

jaka ci grozi żona? 

- Miałem. 
Nie  odzywała  się,  licząc  widocznie  lata,  które  pamiętała  z  rodzinnych  opowieści, 

niezbyt zresztą szczegółowych. 

- Znałeś już wtedy mamę. 
-  Tak,  ale  Mariola  nie  groziła  mi  jeszcze  jako  żona,  wtedy  groziła  mi  właściwie 

zupełnie inna dziewczyna. 

- Nie wiedziałam. Nie mówiłeś nigdy o tym. 
- To prawda. 
- Czemu? 
Czemu?  Jak  jej  to  opowiedzieć?  Nie  chciało  mi  się  mówić  o  tym,  o  czym  od  lat 

starałem się nawet nie myśleć. 

- Czy to była twoja porażka? 
- Tak, to była porażka. 
Znowu czerwone światło na skrzyżowaniu. Spojrzałem na Tinę, patrzyła na samochód 

stojący przed nami, szczupłą ręką przytrzymywała pasy i odciągała je od siebie. Żółte światło, 
wreszcie zielone. 

- Opowiedz. 
- Nie lubię do tego wracać. 
- Domyślam się, ale opowiedz, chcę wiedzieć. 
- Dlaczego? 
- Kocham cię, dlatego. 
Odchodziła  ode  mnie  dzień  po  dniu,  nagłą  obcością,  niedobrym  milczeniem, 

wymuszonym uśmiechem, cofnięciem ręki. Coraz bardziej nie moja, coraz bardziej czyjaś, w 
końcu nawet wiedziałem czyja, bo przez pomyłkę zapytała mnie kiedyś: "czy dziś jest bardzo 
zimno, Dawidzie?" Bardzo było zimno w prawie pustym autobusie, którym parę dni później 
jechaliśmy  do  kina.  Objęta  moim  ramieniem  wstrzymywała  oddech,  czułem  to, 
wstrzymywała oddech, jak ktoś lękający się uderzenia, jednocześnie pochylając się lekko do 
przodu. 

- Jesteś jak ptak, który chce się wyrwać na wolność - powiedziałem z żalem. 
- Więc pozwól mi - odparła bez chwili wahania. 
Przytuliłem ją do siebie mocniej. 

background image

- Nie mogę w to uwierzyć. 
- Uwierz - poprosiła cicho. 
Ludzie w autobusie, czytający gazetę, rozmawiający półgłosem, zamyśleni, szykujący 

się do wyjścia, uśmiechnięci, skupieni, ci wszyscy  ludzie  nie wiedzieli wtedy, że obok nich 
nastał  czyjś  koniec  świata.  Myślę,  że  z  pewnością  wiedziała  o  tym  Mada,  bo  nagle 
zobaczyłem,  jak  buzia  jej  brzydnie  od  powstrzymanego  płaczu,  i  usłyszałem  krótkie 
westchnienie,  może  szloch,  a  może  tak  właśnie  zabrzmiał  rozpaczliwy  żal,  że  musi  mnie 
dotknąć i opuścić. 

- To musiało być dla ciebie okropne - powiedziała Tina. 
Położyła rękę na mojej dłoni, którą trzymałem na kierownicy. 
- Czy długo trwało, zanim przestałeś ją kochać? 
- Długo. 
Nie patrzyłem na Tinę, ale czułem na sobie jej uważne spojrzenie. 
- Spotkałeś ją kiedyś? 
- Nie, spotkała ją moja mama. 
- I co? 
- Nic. To było w parku, Mada była na spacerze z dzieckiem. 
Matka  powiedziała  mi  o tym,  kiedy  odprowadzałem  ją  do  domu  w  dniu  pierwszych 

urodzin Tiny. Szliśmy przez park i pewnie dlatego dowiedziałem się o istnieniu tego małego 
chłopczyka, że trafiła nam się ta sama ścieżka, na której kiedyś moja mama ich spotkała. 

- Czy ona wyszła za tego właśnie chłopaka, dla którego zostawiła ciebie? 
- Tak. 
Ciągle jeszcze ręka Tiny leżała na mojej. Głaskała mnie, jakby przepraszając, że pyta, 

a może to był zwyczajny gest współczucia. 

- Jej mąż był świetnym mężczyzną - przyznałem z trudem. 
- Nie musisz być taki wielkoduszny, tato. 
- Nie jestem. Był. 
- Był? 
- Zginął w Tybecie. 
- Co tam robił? 
- To, co robią w Tybecie himalaiści. Wspinał się, zdobywał szczyty, realizował swoje 

pasje, podczas gdy ja... 

- Podczas gdy ty...? 
- Zarabiałem pieniądze, poprawiając urodę kobietom - powiedziałem niecierpliwie. 
- Nie ma w tym niczego złego, tato. I nie bądź dla siebie taki cierpki, robisz naprawdę 

dużo ważnych zabiegów, może pomyśl sobie o nich czasami. 

- Dobrze, moja wielkoduszna Tino, pomyślę. 
- Och, proszę... 
Przez chwilę jechaliśmy w milczeniu, wreszcie Tina zapytała: 
- A kiedy to się stało, ty już byłeś z mamą? 
- Tak, od dawna. 
-  A  później,  jak  w  końcu  rozeszliście  się  i  mama  wyszła  za  Włodka,  nigdy  nie 

myślałeś, żeby odnaleźć tę swoją Madę? 

- Nie. 
- Dlaczego? 
- Nie wiem, dlaczego. Może gdyby oni rozstali się tak jak ja z mamą.... 
Dojeżdżaliśmy  do  domu,  psy  rozszczekały  się,  szalejąc  między  młodymi  tujami 

rosnącymi wzdłuż ogrodzenia. 

- Jeżeli chcesz wiedzieć, Dawid grał na saksofonie. 
- Czy to ma być dla mnie przestroga? 

background image

- Nie, po prostu. Po prostu, mówię ci, że grał na saksofonie. 
Wjechałem do garażu, Tina szybko wyskoczyła z samochodu, trzasnęła drzwiczkami, 

jak  zwykle  zbyt  mocno,  kiedy  wysiadłem,  stała  już  przy  mnie.  Chwyciła  za  klapy  mojej 
kurtki i wczepiła się w nią palcami. Miała buzię pełną złości. 

- Nienawidzę jej! Nie cierpię jej za to, co ci zrobiła! 
- Aktorsko jesteś znakomita, córeczko, ale tekst masz marny. 
- Jeszcze zobaczysz, jeszcze coś wymyślę. 
- Nie po to opowiedziałem ci o wszystkim, żebyś robiła przedstawienie. 
Puściła mnie, odwróciła się i otworzyła drzwi do mieszkania. 
-  Uwielbiam  przedstawienia,  dlatego  chcę  zdawać  do  Akademii  Teatralnej  - 

powiedziała. - I przekonasz się, że czasami teksty też miewam dobre. 

Parę  dni  później  przyjechałem  pod  klub,  żeby  zabrać  Tinę  po  kolejnym  koncercie 

jazzowym,  na  który  poszła,  rezygnując  z  zaproszenia  na  premierę  filmu  z  DiCaprio.  Nie 
chciało  mi się wchodzić do dusznej  sali, tym razem wolałem czekać na zewnątrz. Stanąłem 
przed  plakatem  informującym  o  koncercie.  Przy  wyróżnionym  grubą  czcionką  napisie: 
"saksofon", zobaczyłem imię Kacper i nazwisko Dawida. 

Achmed  trzymał  przed  sobą  butelkę  wina  i  z  lubością  wpatrywał  się  w 

ciemnoczerwoną etykietę z pięknie dobranym złotym znakiem firmowym. 

- Czy aprobujesz Rosenthaler, Marcinie? Myślę, że będzie on nadzwyczajnie pasował 

do kurczaka po marokańsku. 

- Aprobuję Rosenthaler. 
Uprzytomniłem  sobie,  że  podczas  gdy  ja  wracałem  pamięcią  do  tych  dwóch 

wieczorów,  kiedy  jeździłem  po  Tinę,  Achmed  mówił  bez  przerwy.  Niestety,  pochłonięty 
własnymi myślami, nie słuchałem z dostateczną uwagą jego monologu. 

-  Jakie  jest  zatem  twoje  zdanie  na  temat  tego  mojego  rekonesansu,  mój  drogi?  - 

zapytał. 

- Nie wiem - odpowiedziałem szczerze. - Wolałbym, żebyś mi jeszcze raz przedstawił 

tę sprawę. 

Achmed chciał zainwestować spore pieniądze w rozlewnię wód mineralnych. Marzył 

również  o  budowie  domu  zdrojowego  w  jakiejś  atrakcyjnej  miejscowości  położonej  w 
pobliżu  źródeł  i  o  zorganizowaniu  wokół  niego  sieci  małych,  kameralnych  hoteli.  Opętany 
tym projektem zadręczał wszystkich swoich przyjaciół propozycjami spółki i opowieściami o 
fortunach,  które  mamy  przed  sobą  na  wyciągnięcie  ręki,  jeżeli  tylko  przystaniemy  na  jego 
propozycje.  Tego  roku  posunął  się  jeszcze  dalej  w  swoich  pomysłach  i  zamierzał  wczesną 
jesienią udać się w objazd po kraju, żeby odwiedzić małe miejscowości, o których wiadomo 
było,  że  słyną  ze  zdrowego  klimatu  i  szlachetnych  wód  mineralnych,  ich  próbki  Achmed 
zamierzał poddawać dodatkowym ekspertyzom. Całe to przedsięwzięcie pochłaniało go bez 
reszty, chociaż nie znał się ani na hotelarstwie, ani na wodach mineralnych, bo z zawodu był 
zootechnikiem  i  długie  lata  zajmował  się  wyłącznie  hodowlą  indyków  na  eksport.  Ucieszył 
się, kiedy zaproponowałem, żeby jeszcze raz przedstawił mi sprawę, o której mówił. 

Kończyliśmy  właśnie  nasz  późny  obiad,  Achmed  zaś  był  w  trakcie  wyliczania 

miejscowości, które zamierzał odwiedzić tej jesieni, gdy rozległo się energiczne stukanie do 
drzwi  zagłuszone  jazgotem  moich  psów,  najwyraźniej  wracających  do  domu.  Otworzyłem, 
przede  mną  stała  pani  w  średnim  wieku,  ale  z  zupełnie  siwą,  chociaż  gęstą  czupryną,  dość 
tęga,  ubrana  w  cienki  bawełniany  dres,  granatowy  w  białe  kwiaty.  Była  boso.  Moje  psy 
wpadły  do  holu,  jednak  natychmiast  zawróciły  i  zaczęły  łbami  podbijać  ręce  swojej 
towarzyszki, najwyraźniej witając ją we własnym domu. 

-  Pana  psy  są  cudowne!  Kocham  boksery  i  kiedy  zamieszkamy  już  na  stałe, 

natychmiast... 

background image

Nie dokończyła, bo Linda oparła się łapami o swoją nową przyjaciółkę i zaczęła czule 

wylizywać  jej  policzki.  Złapałem  obydwa  psy  za  obroże,  wyprowadziłem  z  pokoju  i 
zamknąłem  w  gabinecie.  Teraz  słychać  było  tylko rzewne  popiskiwanie  i  głuchy  łomot  łap 
walących w drzwi. 

-  Bawiły  się  świetnie  -  oznajmiła  mi  nasza  przyszła  sąsiadka.  -  Mam  u  siebie  psa, 

którym  będę  zajmować  się  przez  całe  lato.  Tera  zostanie  tutaj  z  moim  mężem.  Mąż  chce 
dopilnować  pewnych  przeróbek  w  naszym  domu,  zanim  się  do  niego  przeniesiemy.  To 
jeszcze potrwa... - westchnęła. 

Rozejrzała  się  po  moim  pokoju  dziennym,  który  połączyłem  z  kuchnią,  i  obejrzała 

schody.  Jej  dom,  jak  wszystkie  domy  na  osiedlu,  musiał  mieć  bardzo  podobny  rozkład,  bo 
powiedziała z zadumą: 

- Ach, więc pan tak rozwiązał problem zejścia na dół. No, niegłupio! 
- Będzie niezwykle miło, jeżeli zechce pani wypić z nami kieliszek wina, To wyborny 

półsłodki  Rosenthaler  Kadarka  -  odezwał  się  nagle  Achmed.  -  Widziałem,  owszem,  pani 
drogiego wychowanka, jest niezwykle obficie umaszczony, o ile się nie mylę, wołała pani na 
niego Gofri? 

- Tofi. Chętnie napiję się wina, ale proszę tylko pół kieliszka.   
Achmed  ochoczo  podsunął  naszej  sąsiadce  fotel,  a  ja  usiadłem  naprzeciwko  i 

przyglądałem  się  jej  twarzy.  Złocista  opalenizna  uwidaczniała  cienką,  ale  wyraźną  bliznę, 
która jasną kreską ciągnęła się wzdłuż policzka, od ust aż do skroni. 

-  Tofi  jest  psem  mojej  siostry,  a  te  kudły,  proszę  pana,  on  ma  takie  dlatego,  że 

wytarzał się w ostach i teraz mu tak głupio sterczą razem z sierścią. Moja siostra zabije mnie, 
jeżeli przed jej powrotem nie zdążymy ich wyskubać z Tofiego. 

Mówiąc, patrzyła na mnie uważnie. 
- Pana twarz wydaje mi się znajoma - powiedziała wreszcie. 
Być może była kiedyś moją pacjentką, ale jeżeli tak, to policzek zrobiłem jej fatalnie. 

Gryzła drobne koktajlowe krakersy, które przyniósł Achmed, i ciągle nie spuszczała ze mnie 
wzroku. 

-  No,  mniejsza  z  tym!  -  zdecydowała  nagle.  -  Może  kiedyś  otworzy  mi  się  klapka. 

Wróćmy do schodów, prowadzą do piwnicy? 

- Do garażu. 
- Do garażu! A gdzie wejście do piwnicy? 
- W garażu. Czy chce pani zobaczyć? 
- Bardzo. 
Pokazałem jej piwnicę i garaż mojego domu. 
- Na górze ma pan trzy sypialnie? 
- Trzy. I pokój gościnny na poddaszu. 
- Wyobrażam  sobie, że pana rodzina  jest teraz na wakacjach?  - speszyła się nagle.  - 

Pytam,  bo  chciałabym  wiedzieć  coś  o  swoich  najbliższych  sąsiadach,  ale  tak  w  ogóle  nie 
jestem wścibska. 

-  Mieszkam  tylko  z  córką,  ma  na  imię  Martyna,  w  przyszłym  roku  będzie  zdawała 

maturę. Mój przyjaciel, którego pani poznała, często do nas przyjeżdża, ale nie mieszka tu na 
stałe. No i cóż... dwa psy... kot. 

- Gdzie ten kot? 
- Pewnie w pokoju mojej córki, tęskni za nią jeszcze bardziej niż psy. 
- I niż pan? 
Sympatyczna buzia z tą kreską na policzku, Tina ją polubi. 
- Może tak jak ja. 
Oparta o drabinę stojącą w piwnicy, znowu przyglądała mi się uważnie. 
- Wiem, skąd pana znam! - odkryła nagle. 

background image

- Skąd? 
- Nie powiem. 
Szybko zaczęła wbiegać na górę, tylko śmigały w powietrzu jej bose stopy. Była już 

na  samym  szczycie  schodów,  kiedy  obejrzała  się,  przystanęła  i  korzystając  z  tego,  że 
znalazłem  się  w  tej  chwili  o  trzy  stopnie  niżej,  położyła  mi  rękę  na  głowie.  Wsunęła  palce 
między moje włosy i potrząsnęła nimi. Zdumiewająca poufałość. 

- Nie powiem - powtórzyła. 
Uśmiechała  się,  ale  jednocześnie  miała  trochę  spłoszone,  niepewne  spojrzenie.  Kim 

była, u diabła? Pożegnała się z Achmedem, poklepała psy, a mnie tylko z daleka skinęła ręką. 
Widziałem  przez  okno,  jak  biegnie  na  skos  przez  osiedlową  ulicę,  która  wąskim  pasem 
dzieliła  nasze  domy.  Przy  furtce  czekał  na  nią  duży,  kosmaty  kundel.  Merdał  wielkim, 
strzępiastym jak bukiet ogonem. Tofi. Achmed stanął przede mną z dużą, białą reklamówką 
"Remy" w ręku. 

- Dochodzi piąta, przyjacielu - powiedział. - Wspaniała pora na popołudniową herbatę, 

nie sądzisz? Zakupiłeś znakomite wprost kruche ciasteczka, jakże przydałaby się na dokładkę 
jakaś  urocza  gospodyni,  która  zwyczajowo  pod  koniec  lata  smażyłaby  nam  konfitury!  Z 
pewnością miałaby jeszcze w spiżarni kilka słoiczków z ubiegłego roku, nie mam co do tego 
najmniejszych wątpliwości. Proponuję, żebyśmy zaparzyli dzisiaj cejlońską herbatę Dimbula 
Op, co na to powiesz? 

- W porządku, Achmedzie, chętnie wypiję filiżankę Dimbula Op. 
W tej reklamówce z "Remy"  Achmed trzymał swoje ulubione kruche ciasteczka, ale 

nie  o  nich  myślałem,  wpatrując  się  w  niebieskie  litery  z  nazwą  firmy.  Ostatni  raz  byłem  w 
"Remie" kilka tygodni temu, jeszcze Tina chodziła do szkoły, jeszcze wyciągała się z dwói, 
która  groziła  jej  na  koniec  roku  z  matematyki,  fatalnie  psując  nie  najgorsze  świadectwo. 
Właśnie tego dnia zabierałem ją z korepetycji, ale wracając do domu, zaszliśmy do "Remy", 
żeby zaopatrzyć opustoszałą lodówkę. Zmęczony całym dniem, dość bezładnie wkładałem do 
wózka niezbędne zakupy. Tina gdzieś mi zginęła, rozglądałem się po hali, ale nigdzie jej nie 
było.  Wiedziałem  jednak,  że  w  końcu  się  znajdzie.  I  rzeczywiście,  pchałem  już  wózek  w 
stronę kasy, kiedy podeszła do mnie. 

- Widziałeś go? - zapytała. 
- Kogo miałem widzieć? 
- Spójrz tam... 
Wskazała mi głową kierunek, spojrzałem. 
- Widzisz? 
- Nie. 
- Och, tato... - zniecierpliwiła się. - Tam przy nabiale... 
Przy nabiale stało kilka osób i chłopak, który ubrany w firmowy strój "Remy" układał 

na półkach kostki masła. 

- Widzisz teraz? Przypatrz się tylko, to on... 
Domyśliłem się, że chodzi o chłopaka z "Remy", bo Tina wyraźnie patrzyła na niego. 

Przesunąłem trochę wózek, żeby lepiej zobaczyć. Był wysoki, dość przystojny, chyba go nie 
znałem. 

- Kto to jest? 
- Nie poznajesz? 
- Nie. 
- To mój saksofonista. 
Jej saksofonista! 
- Nie zawracaj mi głowy, chodźmy stąd - powiedziałem ostro. 
- Coś ty, tato, zrób coś, żebym mogła go poznać. 
- Radź sobie sama. 

background image

Szybko pchałem wózek, przy każdej z kas  była  kolejka, ale  i tak gdziekolwiek bym 

stanął, jak na dłoni widać było chłodnię z nabiałem. Tina, uczepiona wózka, szła obok mnie, 
odwracając głowę do tyłu. Byłem zmęczony, przez cały dzień operowałem, po powrocie do 
domu  zawracała  mi  głowę  jakaś  pacjentka,  która  najpierw  zadzwoniła,  że  nie  może  przyjść 
we wtorek i umówiła się ze mną na środę, potem zadzwoniła, że się pomyliła, bo właśnie w 
środę również nie może i że w takim razie przyjdzie we czwartek, z kolei we czwartek ja nie 
mogłem  jej  przyjąć.  Ostatecznie  uzgodniliśmy  z  powrotem  termin  wtorkowy,  ale  mój  rosół 
był  już wtedy zupełnie zimny,  musiałem wyjeżdżać po Tinę, bo umówiliśmy się na ulicy, a 
właśnie  lunął  deszcz.  Rozzłoszczony  wlałem  rosół  do  psich  misek.  Teraz  musiałem  pchać 
wózek  z  zakupami  i  ciągnąć  Tinę,  która  dosłownie  szła  tyłem.  Byłem  wściekły,  jednak 
prawda jest taka, że prawdziwy powód mojej furii stał przy stoisku z nabiałem i nieświadomy 
niczego spokojnie ustawiał kostki masła jak kostki domina. 

- Tato,  zrób  coś,  błagam!  Zapytaj,  czy  przypadkiem  nie  ma  wolnej  soboty  i  czy  nie 

mógłby nam przystrzyc żywopłotu! 

Tina puściła wózek i szarpała mnie za rękaw. 
- My nie mamy żywopłotu. 
- Ja tu zostaję, tato, zostaję! Wrócę autobusem! 
- Zgłupiałaś chyba! 
Jakaś starsza pani spojrzała na mnie z niechęcią. Podły ojciec, jak to się odzywa do tej 

ładnej, grzecznej panienki. 

- Tak! Wrócę autobusem! 
- Zamknijże się wreszcie, Tino! Zamknij się, rozumiesz? 
Nie chciałem tego powiedzieć, to znaczy chciałem, żeby zamilkła, ale dałbym wiele za 

możliwość cofnięcia tych słów. 

-  Nie  gniewaj  się  -  powiedziałem.  -  Wyjdźmy  stąd,  wyjaśnię  ci  coś  i  wtedy 

zrozumiesz. 

Odstawiłem  na  bok  wyładowany  zakupami  wózek  i  wyszliśmy  z  "Remy"  z  pustymi 

rękoma. Samochód stał obok, na parkingu. Wsiedliśmy do niego, ale nie ruszyłem z miejsca. 
Tina milczała wyczekująco, dotknięta, urażona. 

- Ty znasz jego nazwisko, prawda? - zapytałem w końcu. 
- Znam - powiedziała, nie patrząc na mnie. 
Położyłem  ręce  na  kierownicy  i  mocno  zacisnąłem  na  kółku,  jakby  to  mogło  nas 

uratować przed... przed czym? Przed wypadkiem. Przed kolizją. Przed uderzeniem. 

- To nazwisko Dawida. 
Ściągnęła brwi i potrząsnęła głową. 
- Nie rozumiem - powiedziała. 
To nie była prawda, zrozumiała od razu, może wolałaby  nie rozumieć  i zaprzeczyła, 

żeby  chociaż  na  trochę  oddalić  coś  od  siebie.  Długo  wpatrywała  się  w  samochody  stojące 
przed nami na parkingu, aż wreszcie zapytała spokojnie: 

- Czy możemy nie wracać po te zakupy? 
- Możemy. 
- To jedź już, tato, chcę do domu. 
Później poszła do swojego pokoju, zabierając kotkę, ostatni karton soku, który jeszcze 

znalazła w lodówce, i tom Szekspira. Zobaczyliśmy się dopiero rano. 

Przez kilka dni chodziła  milcząca, bardzo obca, ale któregoś popołudnia zastałem  ją 

nagle rozchmurzoną, złagodniałą. Była w kuchni i robiła na obiad leniwe pierogi. 

-  Czy  jest  cynamon,  tato?  Nie  mogę  go  znaleźć,  może  dlatego,  że  dziś  trzynasty  i 

piątek. 

No  cóż,  możemy  trzynastego  i  w  piątek  zacząć  nowe  życie  od  cynamonu  i  opuścić 

kurtynę na wszystko, co było. Myślałem tak, bo sądziłem wtedy, że to Tina doszła do takiego 

background image

właśnie wniosku, dzieląc nasze układy na dwa okresy: przed cynamonem i po cynamonie. W 
okresie po cynamonie była wspaniała. Przestaliśmy robić zakupy w "Remie", zarządziła teraz 
jazdy do "Panoramy". 

- Bo "Panorama" jest lepiej zaopatrzona - zdecydowała. - I mamy bliżej. 
Poszła z psami do weterynarza, odpchliła kota, zrobiła porządek w gościnnym pokoju. 
- Bo jak wujek Achmed przyjedzie, będzie miał wszystko przygotowane. I czy mogę 

zamówić panią do mycia okien? Są szare. 

Zrobiła  jeszcze  kilka  rzeczy  zaczynających  się  od  "bo".  Siedziała  nad  książkami  do 

północy,  ale  rano  wstawała  bez  gadania.  Dwa  razy  w  tygodniu  odwoziłem  ją  na  zajęcia 
teatralne,  zawsze  prosiła  przymilnie,  żebym  wieczorem  po  nią  przyjechał.  W  nasze 
zwyczajowo szybkie obiady wkładała naprawdę więcej wysiłku, niż było to potrzebne. 

W dwa tygodnie po cynamonie nadszedł do Tiny list od Marioli oraz dwa katalogi z 

ofertami letnich obozów młodzieżowych. Ponieważ była jeszcze w szkole, kiedy wróciłem do 
domu, zaniosłem całą tę korespondencję do jej pokoju. Oprócz rozrzuconych przy tapczanie 
książek i kilku ciuszków zostawionych na krześle zastałem tam kotkę, która wyglądała przez 
okno,  z  łepkiem  wsuniętym  między  czerwone  kwiaty  pelargonii.  Zbliżyłem  się,  żeby 
podrapać  ją  między  uszami,  bo  wiedziałem,  że  bardzo  to  lubi,  zawsze  przymykała  oczy  i 
unosiła  główkę,  jednocześnie  włączając  swój  tajemniczy  instrument  do  mruczenia.  I  tak, 
drapiąc  Fruzalkę,  zauważyłem,  że  na  podłodze  obok  tapczana  Tiny  leży  kilka  równiutko 
złożonych, nie używanych jeszcze firmowych torebek " Remy" i jedna wypełniona zakupami. 
Zajrzałem,  były  tam  trzy  puszki  kociego  pokarmu  i  dwa  pudełka  rybnych  sucharków 
Whiskas. Między nimi leżał kwit z kasy, spojrzałem na datę. Trzynasty. Pamiętałem, piątek. 
Swoje  zakupy  Tina  zrobiła  w  "Remie"  dokładnie  w  tym  dniu,  w  którym  nieoczekiwanie 
zakończył  się nasz okres przed cynamonem, a  jej  zmienił się  humor. Zupełnie  niepotrzebne 
zresztą  zakupy,  bo  od  miesiąca  mieliśmy  przecież  całą  półkę  w  lodówce  wypełnioną 
konserwami dla zwierząt. 

Pewnego wieczoru Achmed rozłożył na stole mapę Polski, przez chwilę przyglądał się 

jej z upodobaniem. 

-  Spójrz  tylko,  mój  przyjacielu,  jaki  piękny  jest  twój  kraj!  Te  złociste  góry  na 

południu,  te  oczka  błękitnych  jezior  w  górze,  zielone  pasma  puszcz,  brakuje  wam  tylko 
terenów pustynnych, nie sądzisz? 

Nie odczuwałem specjalnego braku terenów pustynnych, ale z sympatii dla Achmeda 

przytaknąłem gorliwie. 

- Wspaniale, że tak myślisz, Marcinie! Ten, kto nie zna pustyni,  nie wie,  jak  bardzo 

jest to kuszący krajobraz. 

- Kuszący? 
- A tak, właśnie! Jest w piasku pustynnym coś, co człowieka pcha do przodu. 
- Może dlatego, że chciałby z niego jak najszybciej czmychnąć. 
-  Żartujesz,  prawda?  Ale,  jak  powiadają  Francuzi,  wracajmy  do  naszych  baranów. 

Spójrz, jaką wytyczyłem trasę mojego rekonesansu, wyznacza ją ta czerwona linia, a miejsca, 
w  których  będę  się  chciał  specjalnie  zorientować  w  sytuacji,  otoczyłem  zielonymi  kółkami. 
Dlaczego  tak  stoisz  sztywno?  Nachyl  się,  proszę,  spójrz  i  przyznaj,  że  znakomitego 
dokonałem wyboru. 

- Stoję sztywno, Achmedzie, bo widzę przez okno, że idzie do nas jakiś nieznajomy z 

psem. Ten pies to chyba ten kundel naszych sąsiadów, nie pamiętam jak mu tam... 

- Jak mogłeś zapomnieć! Czyż nie wiesz, jak nazwano cejlońską mieszankę herbat z 

naturalnym smakiem śmietanki i szkockiego karmelu? 

- Wybacz, ale rzeczywiście nie pamiętam. 

background image

-  Jest  to  czarna  herbata  Highland  Toffee!  Piesek,  który,  jak  twierdzisz,  zmierza  w 

naszą stronę, na imię ma Tofi, podobno jego pani nazwała go tak z okazji tej właśnie herbaty, 
która jest jedną z jej ulubionych. Istotnie, to co tu nas dobiega, to jest jego szczek, poznaję. 

-  Skąd  ty  wiesz  o  tym  wszystkim,  Achmedzie?  Twoja  wiedza  na  temat  naszych 

sąsiadów zawsze mnie zdumiewa. 

- Wiem o tym od pana Aleksandra. 
Achmed wyprostował się i spojrzał w kierunku okna. 
- Otóż i pan Aleksander! Ty nie znasz pana Aleksandra, Marcinie? 
To  właśnie  on  trafił  w  totka  skumulowaną  wygraną  i  dzięki  temu  stał  się  twoim 

najbliższym sąsiadem. 

Szczęśliwy  gracz  w  totka  dzwonił  już  do  mojej  furtki,  psy  porwały  się  z  miejsc  i 

pognały  witać  czarną  herbatę  Highland  Toffee,  który  merdając  żwawo  ogonem,  wbiegł  do 
mojego ogrodu, tratując po drodze cały rządek bratków. Nie dziwiła mnie wcale wylewność, 
z  którą  witały  się  nasze  zwierzęta,  natomiast  zdumiała  serdeczność  tego  Aleksandra.  Był 
człowiekiem  w  moim  wieku,  ale  dość  otyłym,  co  przy  jego  wzroście  potęgowało  się 
dodatkowo,  niewątpliwie  sprawiając  wrażenie.  Ogarnął  mnie  masywnymi  ramionami  i 
serdecznie ucałował w oba policzki. 

- Witaj, Marcinie, witaj! - zawołał. - Popatrz, góra z górą się nie zejdzie, ale człowiek 

z człowiekiem... - tu ucałował mnie raz jeszcze. 

- Ale człowiek z człowiekiem może. 
- Witaj... - powiedziałem niepewnie, bo nie miałem pojęcia, kim on jest. - Witaj, witaj, 

proszę, wejdź! 

-  Wspaniale,  że  pan  do  nas  zajrzał,  panie  Aleksandrze!  Z  największą  chęcią 

przedstawię  panu  trasę  mojego  rekonesansu,  o  którym  miałem  przyjemność  opowiedzieć 
panu,  kiedy  spotkaliśmy  się  w  lesie.  Otóż  proszę  prześledzić  tę  czerwoną  linię  i  te  zielone 
kółka, którymi oznaczyłem szczególnie ważne dla nas miejsca. Mówię dla nas, bo nie wątpię, 
że  po  krótkiej  chwili  zastanowienia,  o  którą  był  pan  tak  uprzejmy  mnie  prosić,  zainwestuje 
pan swój mały kapitalik, pozostały po kupnie domu, w ten mój doprawdy rewelacyjny interes. 

- Nie zmieniłeś się ani trochę, Marcinie - powiedział Aleksander. 
Poklepał mnie po ramieniu, a potem skłonił się nisko Achmedowi. 
- Może innym razem zechce pan wprowadzić mnie w te szczegóły, panie Achmedzie, 

dziś niestety jestem niesłychanie zajęty. 

Od  dawna  zauważyłem,  że  każdy,  kto  rozmawia  z  Achmedem,  staje  się  z  miejsca 

niebywale  uprzejmy  i  dbały  o  swój  sposób  wysławiania,  Aleksander  był  tego  niezbitym 
dowodem. W stosunku do mnie mniej był oficjalny. 

- Mam do ciebie prośbę, chciałbym skorzystać z telefonu, bo nasz ciągle jeszcze jest 

nie  podłączony,  a  komórkę  zostawiłem  w  domu,  chodziłem  nawet  do  automatu,  ale  tylko 
pożarł mi kartę. 

- Ależ proszę cię bardzo, nie ma sprawy. 
-  Muszę  zadzwonić  do  Alki,  bo  rano  przywieźli  glazurę  do  łazienki,  a  coś  mi  się 

wydaje, że ona zamawiała trochę inny odcień. 

Weszliśmy  do  mojego  gabinetu,  podsunąłem  mu  krzesło  i  już  chciałem  zostawić  go 

samego,  żeby  mógł  swobodnie  rozmawiać,  kiedy  nagle  uprzytomniłem  sobie,  że  ten 
Aleksander  to  chyba  jest  Olo.  Zatrzymałem  się  i  spojrzałem  na  niego.  Oczywiście!  Teraz 
odkryłem  prawie  zapomniane  przeze  mnie,  ale  przecież  jeszcze  czytelne  rysy  wtopione  w 
otyłą twarz, zmienioną przez wielką, siwiejącą brodę. To on wsadził kiedyś swoje trzy grosze 
między Madę i mnie, ale pamiętam, że mimo wszystko zawsze go lubiłem. Teraz stał przede 
mną  już  nie  wysoki  drągal,  tylko  dobroduszny,  niedźwiedziowaty  pan  z  brzuszkiem.  I  Ala! 
Ala z blizną po wypadku. 

- Olu - przyznałem się. - Ty wiesz, że ja ciebie w pierwszej chwili nie poznałem! 

background image

-  A  co  w  tym  dziwnego,  tyle  lat!  Alka  poznała  ciebie  z  miejsca,  mówiła,  że  tylko 

przez  moment  nie  mogła  się  połapać,  czy  rzeczywiście  ciebie  zna,  czy  tylko  kogoś  jej 
przypominasz. Jeszcze tego samego dnia wieczorem zadzwoniła do Mady i wyklepała jej, że 
będziesz naszym sąsiadem. Mada siedzi w Osadzie, wiesz? Pojechała na całe lato, tłumaczy 
tam jakąś książkę, bo ona w ogóle tłumaczy z francuskiego, z tego się utrzymuje. 

- A jej syn? 
-  On też tam  pojechał  ze  swoją  dziewczyną.  Mada  jest  na  to  wszystko  wściekła,  bo 

dziewczyna  Kacpra  strasznie  ją  wkurza.  Nie  wiem  czemu  bo  to  miłe  stworzenie,  był  z  nią 
kiedyś  u  nas  na  obiedzie,  bardzo  nam  się  podobała.  A  twoja  córka?  Alka  mówiła,  że  masz 
córkę. 

-  Mam  córkę  Martynę.  Ona  z  kolei  wybrała  sobie  wędrowne  wakacje.  Najpierw 

przepadła,  w  ogóle  się  nie  odzywała,  ale  ostatnio  zaczęła  do  mnie  telefonować,  nigdy  nie 
wiem skąd, bo dzwoni z automatu. 

- Nasi są na obozie sportowym. Mamy dwóch synów, poznasz ich, oczywiście. Grają 

w kosza, fajne chłopaki. 

- To Mada już wie, że będziecie mieszkać ze mną drzwi w drzwi? 
- Wie. 
Patrzył na mnie przez chwilę, wreszcie dorzucił z zadumą: 
- No tak, będzie wam dziwnie spotkać się znowu po tylu latach. Szmat czasu, dużo się 

wydarzyło, inne życie. 

-  Prawda,  z  pewnością  będzie  dziwnie.  No  cóż,  dzwoń,  Olu,  nie  będę  ci  dłużej 

przeszkadzał. 

Chciałem być sam, żeby zebrać myśli. Mada w Osadzie. Kacper z jakąś dziewczyną. 

Biedna moja Tina. Sprzedam ten dom, kupię mniejszy, gdzie indziej. Skorzystam z tego, że 
jest  teraz  u  mnie  Achmed,  który  może  zostać  ze  zwierzętami,  wezmę  parę  dni  urlopu  i 
wyjadę. Do Grecji, do Włoch. Do Osady? Tak, pojadę do Osady. 

Stanąłem  w  otwartych  drzwiach  tarasu  i  patrzyłem  przez  chwilę  na  ciągnący  się  w 

głębi ogród, jego gęsta zieleń zawsze działała na mnie kojąco. Nie sprzedam tego domu, lubię 
go. Nie pojadę do Osady, po co? Może któregoś dnia spotkam Madę na ulicy, między domem 
Ola  a  naszym,  ale  co  z  tego?  Nic.  Tiny  tylko  mi  żal,  bo  będzie  jej  smutno,  jeśli  zobaczy 
kiedyś  przez  okno  tego  saksofonistę,  który  będzie  szedł  ze  swoją  dziewczyną  na  obiad  do 
Alki. Psy wariowały na trawniku, Linda trzymała w pysku gruby kij, a Lenzo i Tofi wyrywali 
go na zmianę. Wszystko wskazywało na to, że jeszcze nie wszystkie osty zostały usunięte z 
sierści Tofiego, zawołałem go, ale nie chciał przyjść. 

- Faktury się zgadzają - powiedział Olo wchodząc na taras. 
- Chyba  jednak przywieźli  nam tę glazurę, którą Ala wybrała, widocznie tylko  mnie 

się zdawało, że powinna być ciut ciemniejsza, wiesz, człowiek na gorące dmucha, część kafli 
mam  już  na  ścianie, głupio  by się  stało, gdyby raptem zaczęli kłaść  coś w  innym odcieniu. 
Trzymałem  te  płytki  jedną  obok  drugiej,  patrzyłem,  oglądałem  przy  takim  świetle,  przy 
innym, ale ciągle coś mi było nie tak. 

Świat  glazury  i  terakoty.  Właściwie  zazdrościłem  Olowi,  dla  mnie  to  już  była 

przeszłość.  Szkoda,  urządzanie  mieszkania  jest  odmładzające,  bardziej  niż  chirurgiczne 
cięcia. Może powinienem jednak sprzedać ten dom i kupić inny. Zająć się glazurą, terakotą, 
wanną,  prysznicem,  ocieplaniem  ścian,  panelami  podłogowymi,  centralnym  ogrzewaniem. 
Tylko  po  co?  Czasami  więcej  miejsca  na  miłość  można  znaleźć  w  pustych  trzydziestu 
metrach  kwadratowych.  Dla  Tiny?  Żeby  znowu  podsunąć  jej  pod  nos  coś  gotowego, 
skończonego, co odbiera satysfakcję zdobywania? Olo ciągle stał obok i przyglądał się psom. 

- Dobrze się mieszka na tym osiedlu? 
- Dobrze. 
- Wiesz, że kupiłem tę chałupę za wygraną w totka? 

background image

- Wiem, mówił mi Achmed. Udało ci się. 
- No! Masz pojęcie? 
Dziś  sąsiedzka  rozmówka  z  Olem,  parę  dni  temu  sąsiedzka  rozmówka  z  Alą.  A  jak 

będzie, kiedy przyjedzie do nich Mada? 

Czy  w  ogóle  jest  możliwa  sąsiedzka  rozmówka  z  Madą?  Olo  wytarł  czoło  kraciastą 

chustką. 

- O, kurczę! - powiedział. - Cholerny dziś upał! 
Obejrzał  się  w  obawie,  że  Achmed  mógł  go  usłyszeć,  ale  Achmed  stał  przy  stole, 

pochylony nad mapą i był głuchy na wszystko. 

-  Ten  twój  przyjaciel  niesłychanie  jest  wytworny.  Spotkałem  go  w  lesie,  szedł  w 

eleganckim  ubranku  safari,  w  zamszowych  półbucikach  i  pod  parasolem,  pod  wielkim 
czarnym parasolem. 

- Boi się kleszczy - wyjaśniłem. - Panicznie. 
Olo  gwizdnął  na  Tofiego,  podziękował  mi,  z  daleka  uprzejmie  pożegnał  Achmeda  i 

wyszedł.  Odprowadziłem  go  do  furtki,  zapewniając,  że  może  korzystać  z  telefonu,  ilekroć 
będzie mu to potrzebne. 

- Miły sąsiad - pochwalił go Achmed, kiedy wróciłem. - Niezwykle grzeczny. 
Tina  rzeczywiście  dzwoniła  do  mnie  kilka  razy,  ale  były  to  zawsze  telefony 

pospieszne, informacyjne. Jestem, tato, nie martw się o mnie, wszystko w porządku, realizuję 
swój  plan.  Nie  miałem  pojęcia,  jaki  to  plan  ani  gdzie  go  Tina  realizuje,  bo  zawsze  mówiła 
szybko,  chaotycznie,  każda  rozmowa  zaczynała  się  od  "już  kończę,  bo  na  mnie  czekają", 
chociaż przed tym zdaniem zdążyła powiedzieć  jedynie "cześć". Wróciła do domu zupełnie 
nieoczekiwanie,  w  połowie  sierpnia.  Siedziałem  przed  telewizorem  i  nie  usłyszałem  nawet, 
jak  otwierała  furtkę.  Psy  szczekały  uszczęśliwione,  ale  sądziłem,  że  tak  witają  Achmeda, 
który cały dzień zamierzał spędzić w bibliotece, szukając w jakichś starych annałach tropów, 
które jego zdaniem mogły prowadzić do zapomnianych źródeł wód mineralnych. 

Weszła do pokoju z tym swoim krótkim "cześć, tato", ubrana w niezbyt czyste szorty i 

powyciąganą  bawełnianą  koszulkę.  Rzuciła  na  podłogę  plecak  i  mały  namiot  w  zielonym 
pokrowcu. 

- Niech to wszyscy diabli! - powiedziała. 
Przykucnęła na najniższym stopniu schodów prowadzących na piętro i zakryła twarz 

rękoma. Gwałtownie odsunęła się ode mnie, kiedy usiadłem obok i chciałem ją przytulić do 
siebie. 

- Nie potrzebuję żadnego pocieszania, dam sobie radę! 
- Może chociaż powiesz, co się dzieje? 
Wyprostowała  się  i  spojrzała  na  mnie.  Musiała  u  kogoś  podpatrzeć  takie  stopniowe 

wychładzanie wzroku, jeżeli wymyśliła je sama, dobrze świadczyło o jej przyszłym czy może 
obecnym aktorstwie. 

- Dzieje się to, że nie mam zamiaru opowiadać o moich wakacjach, przeżyłam piekło, 

niech ci wystarczy. 

Od dawna zastanawiałem  się, czy przypadkiem Tina nie siedzi z  Kacprem gdzieś na 

Mazurach,  ale  skoro on  był  z  Madą  i  ze  swoją  dziewczyną  w  Osadzie,  Tina  musiała  jakoś 
inaczej  zaplanować  swoje  wędrówki.  Wyjechała  tak  samo  nagle,  jak  teraz  wróciła.  Na 
początku wakacji twierdziła, że nie ma żadnych planów, chce dwa miesiące spędzić w domu, 
bo  tu  jest  jej  najlepiej.  Pewnego  dnia,  gdy  byłem  w  pracy,  zapakowała  swoje  manatki  i 
zniknęła,  zostawiając  mi  liścik  pełen  słodkich  słów.  No  i  przeprosin,  że  tak  nagle,  że  nie 
czekała, że dzwoniła do lecznicy, ale ja akurat byłem zajęty, a ona już musiała wychodzić z 
domu,  że  będzie  się  odzywać.  I  że  wzięła  ze  sobą  swoją  kartę  kredytową,  którą  znalazła  w 
moim biurku, sorry! To głupie "sorry" doprowadzało mnie do rozpaczy, ilekroć je słyszałem. 
A słyszałem je zawsze, kiedy przewijało się przez nasz dom szkolne towarzystwo Tiny. Ona 

background image

sama  pilnowała  się  i  w  razie  potrzeby  normalnie  mówiła  "przepraszam",  a  tu  nagle  masz, 
"sorry".  Przegrzebała  moje  biurko  dokładnie,  zanim  znalazła  swoją  kartę,  musiała 
rzeczywiście  robić  to  w  pośpiechu,  bo  zostawiła  nie  domknięte,  zabałaganione  szuflady.  A 
teraz wróciła i mówi, że przeżyła piekło. 

- Sama sobie to piekło wybrałaś. 
- Tak - przyznała. - Sama je wybrałam i chociaż jestem w rozpaczy, 
wcale tego nie żałuję. 
Psy  leżały  naprzeciwko  nas,  roześmiane,  dyszące.  Nie  bardzo  wiedziałem,  co  mam 

robić. Była w rozpaczy, czy można wykrzykiwać swoje pretensje nad głową człowieka, który 
jest w rozpaczy? Otóż doszedłem do wniosku, że można, i zapewne to był  błędny wniosek. 
Krzyczałem  na  Tinę.  Stanąłem  nad  nią  i  głośno  wyrzucałem  z  siebie  wszystkie  swoje 
niepokoje o nią, pretensje o jej bezduszność i brak wyobraźni. 

-  Ten  dom  nie  jest  hotelem,  a  ja  nie  jestem  panem  z  recepcji,  któremu  oddaje  się 

klucz! 

- Jesteś małostkowy! Tato, ja cierpię! 
-  A  cierp  sobie!  Na  nic  innego  nie  zasłużyłaś!  Ludzie  mnie  pytają,  gdzie  spędzasz 

wakacje, a ja nie wiem! 

- O, to masz luksusowy problem! Luksusowy masz problem, tato! 
Wstała ze schodów, szarpnęła plecak i podniosła worek z namiotem. Zaczęła szybko 

wchodzić  po  schodach.  Przystanęła  na  podeście,  rzuciła  swoje  bagaże  i  szybko  zbiegła  z 
powrotem.  Wyciągnąłem  do  niej  ręce  i  nagle  poczułem  ogarniające  mnie  ramiona  i  ciemną 
głowę  Tiny  tulącą  się  rozpaczliwie.  Na  szczęście  wróciło  współczucie,  z  którym  na  trochę 
przestałem  o  niej  myśleć,  i  mogłem  szczerze  przygarnąć  ją  do  siebie,  rozszlochaną  i 
nieszczęśliwą. 

- Powiedz! - nalegałem. - Powiedz, będzie ci lżej, zobaczysz. 
Potrząsała głową przecząco. 
- Za nic... 
Obejmując  się,  przeszliśmy  do  kuchni,  Tina  stanęła  pośrodku  i  wierzchem  dłoni 

wycierała  z  łez  policzki.  Nalałem  jej  wody  mineralnej,  wypiła  kilka  łyków  i  odstawiła 
szklankę. 

- Przepraszam za ten cyrk - powiedziała cicho. 
- Nie wiem, jak mogę ci pomóc. 
- Nie pytaj, o to jedno proszę, nie pytaj, muszę się z tym wszystkim uporać sama. 
- W porządku. 
- Może kiedyś... 
Położyła  na  moim  ramieniu  rękę  i  oparła  na  niej  głowę,  zaczęła  kołysać  się  lekko, 

sierocym ruchem, któremu i ja poddałem się w końcu. 

- Jestem ogarnięta miłością do ciebie, tato - powiedziała teatralnie. 
Spojrzałem na nią. Miała zamknięte oczy i twarz bez wyrazu, nie wiedziałem, czy ona 

gra, czy czuje naprawdę. 

Achmed  nie  był  szczególnie  zaskoczony  jej  powrotem.  W  dniu,  kiedy  Tina 

przyjechała,  wrócił  dość  późno  i  widząc,  że  siedzi  przed  telewizorem,  od  progu  zawołał 
wesoło: 

-  Witaj,  moja  panno!  I  z  dziecinną  radością  pociągnął  za  sznurek,  by  stary 

Dąbrowskiego usłyszeć mazurek! Tina roześmiała się i uściskała 

Achmeda. 
- Cieszę się, że jesteś u nas, wujku! 
- A ja cieszę się, że chociaż trochę pobędziemy tu razem, bo niebawem udaję się na 

rekonesans,  moja droga. Czy wiesz, że dziś  nawet nie wypiłem  herbaty o właściwej porze? 
Taki jestem zapracowany. A ty gdzie byłaś? 

background image

Takie  krótkie,  rzeczowe  pytanie  w  ogóle  nie  przyszło  mi  do  głowy.  Ja  musiałem, 

oczywiście, wdawać się w jakieś zawijasy, ogródki, krążenie dookoła tematu. Tina oniemiała. 
Patrzyła na Achmeda ze zdumieniem i milczała. 

- Pytam, gdzie byłaś? 
Usłyszałem  w  głosie  Achmeda  coś,  co  pozwoliło  mi  przypuścić,  że  mimo 

serdeczności powitania jest na Tinę zwyczajnie rozzłoszczony. 

- Byłam... byłam... 
- Tylko nie zmyślaj! - powiedział ostro. 
- Byłam z koleżanką. Nad morzem. 
- I co? Myślisz, że w to uwierzę? 
Wpatrywałem  się  w  ekran  telewizora,  na  którym  akurat  rozdziawiał  dziób  kaczor 

Donald. 

- Nie, wujku, wcale nie myślę, że w to uwierzysz. 
- A zatem, moja panno? 
- Nie męcz jej, Achmedzie - powiedziałem, wchodząc w kwestię kaczora Donalda. 
- A zatem, moja panno? - powtórzył nieubłaganie. 
- Nie męcz jej, Achmedzie - jęknęła Tina. 
Pokręcił głową z przyganą. 
- Nie podoba mi się to wszystko. 
- Mnie się to też nie podobało, wujku, dlatego wróciłam. 
Achmed zdjął czarną welurową marynarkę, powiesił ją na krześle. 
Przez chwilę wpatrywał się w kaczora Donalda. 
- No cóż, skoro jesteś w domu, zajmij się kolacją. Phu... phu... 
Prychnął,  jakby  chciał  razem  z  powietrzem  wyrzucić  z  siebie  żal  do  Tiny  i 

najwidoczniej to mu się udało, bo powiedział wytwornie: 

- Pozwolisz, że odświeżę się, zanim przygotujesz posiłek? 
Kiedy wszedł do łazienki, Tina zapytała bezradnie: 
- O jakim posiłku on mówił, tato? 
- Nie przeszkadzaj mi, czy nie widzisz, że oglądam kaczora Donalda? 
- Zgłupieć tu można. 
- A można - przyznałem. 
Poszła  do  kuchni  i  usłyszałem,  że  otwiera  lodówkę.  Stukając  pazurami  o  podłogę, 

poleciały za nią psy. 

- To co ja mam zrobić? - zawołała. - Jajecznicę? 
- Rób, co chcesz, przecież wróciłaś do domu! - udało mi się przekrzyczeć kaczora. 
Z łazienki dobiegał silny szum prysznica, Tina stanęła pod drzwiami i zastukała. 
- Wujku! Czy może być jajecznica? 
Achmed jej nie słyszał, więc zastukała jeszcze raz. 
- Wujku! Czy może być jajecznica? 
Odeszła  spod  drzwi  i  skręcając  w  ręku  kuchenną  ścierkę  w  ciasny  rulon,  stanęła 

przede mną i zapytała zrezygnowana: 

- Jak mogę zrobić jajecznicę, jeżeli nie wiem, kiedy on wyjdzie? 
- Nie mam pojęcia. 
Położyła ścierkę na karku Lindy, sięgnęła po telefon i wystukała numer. Usłyszałem, 

jak zamawia: 

- Trzy razy pizzę wegetariańską proszę! 
Podała  adres.  Odkładając  słuchawkę,  spojrzała  na  mnie  i  uśmiechnęła  się,  może 

sądziła, że wygrała z Achmedem. 

Któregoś dnia późnym popołudniem wybraliśmy się z Tiną do lasu. Achmed został w 

domu, bo uznając trasę swojego rekonesansu za opracowaną, postanowił dokonać rezerwacji 

background image

pokoi  hotelowych  w  miejscowościach,  które  zamierzał  odwiedzić.  Zostawiliśmy  go  zatem 
obłożonego  niezliczonymi  notatkami,  mapami  i  pogrążonego  w  studiowaniu  wielkiego, 
czarnego  notesu,  w  którym  miał  już  zapisane  numery  telefonów,  pod  które  postanowił 
dzwonić. 

- Tato, czy wujek ma aby na pewno po kolei w głowie? Drugiego takiego dziwadła jak 

on nie ma chyba na całej ziemi, uwielbiam go, ale czy nie powinien iść do psychiatry? 

Znałem  Achmeda  bardzo  dobrze  i  świetnie  wiedziałem,  że  nie  jest  mu  potrzebny 

żaden psychiatra. 

- Nie ma jednostki chorobowej, pod którą można podciągnąć objawy "dziwadło". 
- Uspokoiłeś mnie - roześmiała się Tina. 
Szliśmy szybko, bo od naszego domu do lasu był kawałek drogi, niezbyt wdzięcznej, 

piaszczystej,  z  poboczami,  na  których  rosły  tylko  wysokie  chwasty  i  trochę  wątłych  drzew. 
Tina  na  jednym  z  nich  zobaczyła  przyklejoną  kartkę,  zatrzymała  się,  żeby  ją  przeczytać. 
Później dogoniła mnie. 

- No i co tam wyczytałaś? 
- Szukają opiekunki do dziecka. Na dwa tygodnie. Pięć godzin 
dziennie. Soboty i niedziele wolne. Stała niania idzie na urlop i to 
jest zastępstwo. 
- Ile płacą? 
- Tego tam nie było. 
Weszliśmy  do  lasu,  zapachniało  suchą  ściółką  wyprażoną  słońcem.  Wąską  ścieżką 

skierowaliśmy  się  w  stronę  wysokiego  mrowiska,  które  zwykle  lubiliśmy  podglądać.  Tina 
idąc obok mnie, raz po raz pokopywała leżące na ziemi szyszki. 

- A gdybym ja się dowiedziała? Miałabym blisko, bo to na naszym osiedlu. 
- Brakuje ci pieniędzy? 
- Nie, ale też nie mogę siedzieć wiecznie u ciebie w kieszeni. 
- Jeszcze możesz. 
Kolejna szyszka z tumanem piasku poszybowała do góry. 
- Pozwól mi. 
- Zostało ci dwa tygodnie wakacji, wyjedź gdzieś. 
- Kacper pracował w "Remie", kiedy chciał sobie kupić rower górski, nie oglądał się 

na swoją mamę, podobało mi się to. 

Niechcący  wygadała  się,  że  poznała  Kacpra  w  "Remie",  co  skrzętnie  dotąd  przede 

mną ukrywała, przemilczałem to. 

- A ty chcesz sobie kupić rower górski? 
- Nie. Może jakiś ciuch albo rakietę. 
- Mogę ci kupić ciuch albo rakietę. 
Tym razem nie kopnęła szyszki, tylko schyliła się, podniosła ją i zaczęła wąchać. 
- Nie jest mi potrzebny ciuch ani rakieta - wycofała się. - Mam ochotę popracować. 
- Może Kacper musiał brać pod uwagę możliwości finansowe swojej matki, ty moich 

nie musisz. 

Czy to ja parę dni temu rozmyślałem o satysfakcji, którą daje możliwość zdobywania? 

Zdumiewający brak logiki. Chciałbym, żeby miała jak najwięcej, bez żadnego wysiłku. Błąd? 
Błąd, bo wzbogacając, jednocześnie odbierałem jej coś. 

- Kupił ten rower? 
- Kupił. 
Pewnie będzie na nim przyjeżdżał do Ali, może jego dziewczyna też ma rower górski 

i  będą  tu  przyjeżdżać  we  dwoje.  Tina  odrzuciła  szyszkę  między  drzewa.  Skrzywiła  się, 
widocznie dotarło do niej, że nie upilnowała swoich tajemnic. 

- No tak, poznałam go, ale nie powiedziałam nic o tobie. 

background image

- Zaprzyjaźniłaś się z nim? 
- Skąd! Jest nasze mrowisko, popatrz. 
Pochyliliśmy  się  nad  kopczykiem  i  długo  oglądaliśmy  pracujące  mrówki,  widocznie 

skojarzyły się Tinie z ogłoszeniem, bo nagle powiedziała: 

- Dowiem się, czy ta opieka nad dzieckiem jest aktualna, bo może już kogoś znaleźli. 

Chciałabym zacząć pracować, właśnie tak dorywczo, raz tu, raz tam. 

- Masz w tym roku maturę i egzamin na studia - powiedziałem, ale to już nie był opór. 
- Dlatego mówię: dorywczo. 
Wracaliśmy do domu o zachodzie, słońce czerwieniało między drzewami. 
- To na wiatr. Czerwony zachód to na  wiatr. Mama tak zawsze mówiła. Tato, czy ja 

jestem do niej podobna? 

- Bardzo. 
- Nie myślę o urodzie. 
- A o czym? 
- O wszystkim innym. 
- Nie. 
- To dobrze, bo nie chciałabym się z tobą rozwieść. 
 
Wysiedliśmy  z  Madą  z  autobusu  i  stanęliśmy  na  przystanku.  Zrobiło  się  jeszcze 

zimniej, bo zaczął wiać mroźny wiatr. Byliśmy sami pod wiatą, przed chwilą odjechały dwa 
pośpieszne, do których wsiedli zmarznięci ludzie. 

- Pójdziemy do kina czy rezygnujesz? - zapytałem. 
- Rezygnuję. 
Złapałem końce futrzanego kołnierza jej kurtki i przytrzymałem pod brodą, unosząc w 

ten sposób do góry zaczerwienioną od mrozu twarz Mady. 

- Co ci zrobiłem złego? 
- Nic, Marcin. Wszystko było dobrze, tylko nagle okazało się, że tamto jest silniejsze. 
- To dlaczego płaczesz? Powinnaś się cieszyć, że już mi wszystko powiedziałaś i masz 

za sobą paskudną do załatwienia sprawę. 

Chciała oderwać moje ręce od swojego kołnierza, ale nie puściłem. 
- Co w nim jest, czego nie ma we mnie? 
-  Nie  wiem,  widocznie  coś  musi  być  -  powiedziała  bezradnie.  -  Nigdy  nie 

przypuszczałam, że tak się skończy... myślałam, że my już zawsze... że nigdy... 

Żałośnie  pociągała  nosem,  łzy  płynęły  po  czerwonych  policzkach.  Puściłem  jej 

kołnierz, Mada sięgnęła po chustkę. 

-  Nie  rozumiem...  -  powiedziała.  -  Nie  mam  pojęcia,  jak  to  się  stało...  myślałam,  że 

nikogo nie potrafię kochać bardziej niż ciebie, a tu masz... 

To bezradne "a tu masz" zabrzmiało żałośnie, ale słysząc je, zrozumiałem, że ona od 

tamtego uczucia nie odejdzie. 

-  Przestań  mnie  kochać,  będzie  nam  lżej  -  płakała.  -  Przestań  mnie  kochać,  zobacz, 

jaka jestem podła. 

Zatrzymałem taksówkę, odwiozłem Madę do domu, wysiedliśmy razem. 
- Nie wejdziesz na górę? - spytała. 
- Nie wejdę. 
- Bo to nie jest tak, że możemy rozstać się po przyjacielsku. Nie 
potrafimy - mówiła, czubkiem buta rozgniatając grudkę burego śniegu. 
- Myślę, że nie potrafimy. 
- To jak właściwie będzie, czy w ogóle o mnie zapomnisz? Chcesz mnie nie pamiętać? 
Chcesz  mnie  nie  pamiętać?  Miała  spłoszone  spojrzenie,  jakby  taka  możliwość 

przeraziła  ją,  pomimo  wszystko.  Chciałem  jej  nie  pamiętać,  ale  to  mi  się  nigdy  nie  udało. 

background image

Szukałem jej w każdej dziewczynie, a kiedy wreszcie odnajdywałem jakiś ślad, było jeszcze 
gorzej, bo podobieństwo stawało się nieznośne i w końcu odpychało mnie. Mariola była inna, 
zupełnie inna niż ona. 

Stałem po drugiej stronie ulicy, ukryty w bramie, kiedy Mada  i Dawid wychodzili z 

kościoła. Bardzo dużo ludzi składało im życzenia, sypały się na nich drobne pieniądze i ryż, 
ktoś grał na saksofonie. Mada była w krótkiej białej sukience, na głowie miała upięty cienki 
tiul  sięgający  ramion,  w  ręku  płaski  bukiet  z  krótko  przyciętych  czerwonych  róż.  Dawid 
obejmował ją, widziałem jego przyjazną, pogodną twarz, śmiał się, ona też była uśmiechnięta, 
kiedy ktoś robił im zdjęcia przed kościołem. Odjechali rozklekotanym samochodem Dawida, 
on  przy  kierownicy,  ona  obok.  Wysunęła  przez  okno  dłoń,  w  której  trzymała  bukiet,  i 
machała nim na pożegnanie. 

- Chodź... - powiedział ktoś obok mnie. 
Poczułem czyjąś rękę pod swoim ramieniem. 
- Chodź, chodź... 
To była Miśka, przy niej stał Piotr w ciemnych okularach, z białą laską w ręku. 
-  Pójdziemy  teraz  do  nas  na  herbatę  -  pociągnęła  mnie.  -  Przecież  mieszkamy  dwa 

kroki stąd. 

Wiedziałem, gdzie  mieszkają, bo bywałem tam  z Madą. Przesiedziałem u  nich dwie 

godziny, później poszedłem do Ogrodu Saskiego, a tam długo patrzyłem na kolebiące się przy 
stawie dzikie kaczki. O czym  myślałem? O  niczym. Najprościej  było przekornie sięgnąć po 
łatwą  Mariolę,  więc  to,  co  się  później  stało, to  właściwie  tylko  moja  wina,  bo  powinienem 
przewidzieć, że dla niej trzydzieści metrów kwadratowych i kilka sprzętów, wyniesionych z 
mojego  domu,  będzie  zbyt  ubogim  miejscem  na  miłość.  Potrzebowała  więcej  i  więcej,  i 
jeszcze więcej  i  więcej.  Moje sukcesy zawodowe przeliczała  na pieniądze. Pieniądz  był dla 
niej miarą wszystkiego, a kiedy rozstawaliśmy się, konto bankowe stało się kartą przetargową 
między  nami. Tinę kupiłem od Marioli za pokaźną sumę. Nie, to  nie gorycz  i  nie  ironia, to 
prawda.  Pustka,  która  została  po  jej  odejściu,  była  mniejsza  niż  ta,  w  której  żyliśmy,  kiedy 
Mariola była z nami. Mówiła sobie, że jest kobietą wyzwoloną, ale jakoś nigdy nie mogliśmy 
znaleźć  wspólnej  interpretacji  tego  słowa,  co  innego  znaczyło  ono  dla  mnie,  co  innego  dla 
Marioli. Tina tęskniła za nią. Budziła się w nocy, taka jeszcze mała, i wołała "mamo!" w głąb 
naszego  rozległego  domu.  I  wtedy  przychodziłem  ja,  zawsze  tylko  ja.  Moi  rodzice  są 
lekarzem, powiedziała kiedyś w przedszkolu. 

Mariola  pisywała  do  Tiny  krótkie  listy,  głównie  ze  wskazówkami,  czego  to ona  ma 

prawo ode mnie oczekiwać i czego się domagać. Tina na szczęście nie traktowała poważnie 
tych zaleceń. Jedno tylko budziło  jej  niepokój, ostry sprzeciw  Marioli wobec  jej planów na 
życie. Żadnego teatru, krzyczała w swoich listach, wybij to sobie z głowy, jak byłam w twoim 
wieku,  miałam  takie  same  pomysły  i,  dzięki  Bogu,  nie  zrealizowałam  ich!  Idź  na  historię 
sztuki  i  wyjdź  tam  za  mąż!  Ciekawe  za  kogo,  denerwowała  się  Tina,  za  Sisleya  czy  za 
Moneta! 

Widywały się rzadko i, jak mówiła mi Tina, Mariola zawsze dopytywała się o kobiety 

w  moim  życiu.  Kobiet  w  moim  życiu  Tina  nie  widywała,  więc  z  czystym  sumieniem 
opowiadała jej, że wiodę życie samotnika. 

-  To  jest  wyłącznie  twoja  sprawa,  tato,  i  nic  nikomu  do  tego.  Oczywiście,  była  to 

wyłącznie  moja  sprawa,  ale  i  Tina  odgrywała  tu  pewną  rolę,  bo  nie  miałem  zamiaru 
komplikować jej życia. 

Tina  nuciła.  Szła  obok  mnie  i  nuciła.  Czerwone  słońce  schodziło  coraz  niżej,  wiał 

ciepły przedwieczorny wiatr, uniosła w górę ramiona i machała nad głową rękoma. 

-  To  nie  znaczy,  tato,  że  ja  jej  nie  kocham.  Kocham  ją,  nawet  bardzo.  Jest  taka 

dziecinna! Wyobraża sobie, że ma na mnie jakiś wpływ, że może mną rządzić, zupełnie jak 
dziewczynka, która co jakiś czas przypomina sobie, że  ma  jeszcze w szufladzie swoją  starą 

background image

lalkę.  Wyciąga  ją  i  nagle  postanawia,  że  musi  w  końcu  zrobić  z  nią  porządek.  Jest 
rozbrajająca, doprawdy. 

Patrzyłem  na  Tinę  ze  zdumieniem,  nie  miałem  pojęcia,  że  takie  myśli  mogą  jej 

chodzić  po  głowie.  "Rozbrajająca"  to  był  ostatni  przymiotnik,  który  w  moim  przekonaniu 
pasował do Marioli, ale może i dobrze dla Tiny, że tak ją odbiera, pomyślałem, patrząc na jej 
dłonie, ciągle fruwające nad głową. 

Mijaliśmy  dom  Aleksandra.  Jeden  z  pracujących  u  niego  glazurników  siedział  na 

stopniach  przed  drzwiami  wejściowymi  i  z  białej  miseczki  szybko  jadł  zupę,  zagryzając  ją 
chlebem. Przed nim siedział Tofi, kiedy usłyszał nas, obejrzał się, popatrzył chwilę i podbiegł 
do siatki. Zaszczekał przyjaźnie. 

- Tofi! Tofi! Chodź tu! - zawołał siedzący przed domem mężczyzna. 
Tofi oparł się łapami o siatkę i wpatrując się w Tinę, radośnie merdał ogonem. 
- Tofi! Tofi, piesku... 
Wsunęła  palce  między  siatkę,  Tofi  zaczął  je  oblizywać  i  podgryzać  leciutko,  z  psią 

pieszczotliwością.  Już  nie  szczekał,  tylko  popiskiwał  wesoło  i  trącał  łbem  palce  Tiny. 
Patrzyła na dom Ola ze zdumieniem. 

- Ktoś wreszcie kupił tę nie wykończoną chałupę czy właściciele wreszcie się do niej 

zabrali? 

- Ktoś ją kupił kilkanaście dni temu. 
- Kto? 
- Małżeństwo z dwoma synami. 
Spojrzała na mnie. 
- Poznałeś ich? 
- Tak - przyznałem niechętnie. 
-  A  ten  pies,  Tofi...  spójrz,  tato,  ile  on  ma  ostów  w  sierści!  -  powiedziała.  -  Tofi, 

biedaku! 

Tina zawołała w stronę siedzącego na schodach mężczyzny: 
- Czy mogę go wypuścić, proszę pana? 
- Nie! Nie mój pies, jeszcze mi gdzieś pogna i szukaj wiatru w polu! 
- Chciałabym mu wyjąć osty, które ma w kudłach, muszą mu dokuczać. 
- Jutro będzie właściciel. Niech pani z nim rozmawia, mnie tam nic do tego. 
- A nie mogłabym wejść? - zapytała przymilnie. 
Zastanawiał się chwilę. 
- Pani wejdzie... 
Tina poszła w stronę  furtki, Tofi  leciał obok przy siatce, a kiedy weszła, skoczył  na 

nią,  widać  było,  że  wita  dobrą  znajomą.  Zastanawiałem  się  często,  co  będzie,  jak  w  końcu 
Kacper  tu  przyjedzie,  ale  czegoś  obecność  Tofiego  wcale  mnie  dotąd  nie  niepokoiła,  nie 
sądziłem, że Tina go zna. Pies mojej siostry, powiedziała Alka. Do "Remy" Kacper Tofiego 
nie mógł zabierać, więc Tina musiała go poznać w tym tajemniczym czasie po cynamonie. 

Wyjęła  z  kieszeni  szortów  krótki  grzebyk,  którym  czasami  przytrzymywała  włosy,  i 

usiadła na przewróconej do góry dnem taczce. Tofi położył łeb na jej kolanach, schyliła się i 
czule ucałowała  jego poczochraną psią czuprynę. Stojąc za siatką słyszałem,  jak przytulając 
go do siebie, w kółko powtarza jego imię, później zaczęła grzebykiem delikatnie wydobywać 
z sierści ostre główki ostów. Zostawiłem ich, ale dopiero wchodząc do domu, uświadomiłem 
sobie, że Tina przytulając do siebie psa Kacpra, tuli jednocześnie psa Mady, i że świetnie o 
tym  wie.  Jeszcze  przez  chwilę  stałem  na  ganku,  spoglądając  za  siatkę  sąsiedniego  domu. 
Myślałem  o  zawiłym  skrzyżowaniu  ludzkich  i  psich  dróg.  Wiedziałem,  że  będę  musiał  coś 
powiedzieć, jeżeli nie chcę zmarnować nikłej możliwości porozumienia między Tiną a mną. 

background image

Wróciła  w  chwili,  kiedy  Achmed  zaczynał  pakować  swoje  rzeczy  do  samochodu. 

Stanęła  obok  i  przyglądała  się,  jak  układam  jego  przybory  toaletowe  w  podręcznym 
neseserze. 

- No i jak? - zapytałem. - Pomogłaś Tofiemu? 
- Jeszcze trochę ostów zostało, ale nie chciałam go dłużej męczyć, i tak był cierpliwy. 
- Lubi ciebie. 
- Tak. To bardzo miły pies. 
Nie odzywała się przez chwilę, potem powiedziała z wahaniem: 
-  Rozmawiałam  z  tym  panem,  który  tam  kładzie  glazurę  w  łazience,  powiedział  mi, 

jak nazywają się ludzie, którzy kupili dom. Znam ich, tato. 

Zaskoczyła mnie. 
- Nie mówili mi o tym. 
- Bo ani Kacper, ani oni nie wiedzą, że ty jesteś moim ojcem, nie zgadało się jakoś... 
- A ja chyba powiedziałem, że moja córka ma na imię Martyna. 
- Możliwe, ale Kacper zawsze mówił o mnie Tina, więc nikt nawet tego nie skojarzył. 
Wzięła  do  ręki  wodę  toaletową  Achmeda,  otworzyła  nakrętkę  i  powąchała.  Nie 

patrzyła  na  mnie,  kiedy  podawała  mi  butelkę,  po  którą  sięgnąłem,  żeby  ją  schować  do 
neseseru. 

- Przykro mi, tato - powiedziała. - To chyba będzie dla ciebie trudne. 
- A dla ciebie nie? 
Pokręciła głową przecząco. 
- Nie, dla mnie jest już po wszystkim, kurtyna. 
- Nie rozumiem. 
- Kurtyna, koniec. To prawda, że życie zabrało się za pisanie kolejnego aktu, ale ja już 

w nim nie wystąpię. To, co chciałam zagrać w tej sztuce, zagrałam. 

- Czy nie mogłabyś mi... 
- Nie! - przerwała. - Nie mogłabym. 
- To trzeba było nie zaczynać rozmowy. 
Szybko  zaciągnąłem  suwak  wokół  neseseru  Achmeda.  Postawiłem  go  obok  walizki, 

może trochę zbyt energicznie, ale czułem, że niedomówienia Tiny ostatecznie wyprowadzają 
mnie z równowagi. 

- Spokojnie! Pies jest niewinny - powiedziała nagle Tina. 
A czy ona była spokojna? Spojrzałem na nią, nie miała na twarzy śladu emocji. Pies 

niczemu nie jest winny, nie ma problemu. Popatrzcie na mnie, czy dobrze gram orędowniczkę 
psa bez winy? 

Achmed schodził z góry, dźwigając swoją drugą walizkę. 
- Wujku, ty rzeczywiście musisz jechać na noc? 
-  Tak  postanowiłem.  Preferuję  jazdę  w  ciemnościach,  jest  mniejszy  ruch,  a  ja  nocą 

jako kierowca czuję się doskonale. 

- Jeszcze dziś rano nie wybierałeś się w podróż. 
-  Owszem,  wybierałem  się,  nie  wiedziałem  tylko,  czy  przypadkiem  coś  mi  się  nie 

odmieni, więc nic nie mówiłem, nie lubię rzucać słów na wiatr. Podczas gdy wy odbywaliście 
swój  spacer,  zamówiłem  hotele  na  całej  trasie,  którą  chcę  przebyć.  Cieszę  się  tą  podróżą, 
Polska  jest  piękną  krainą,  a  ja  zamierzam  przejechać  ją  wszerz  i  wzdłuż.  Marcinie,  swój 
testament położyłem u ciebie na biurku pod przyciskiem w kształcie lewka, w razie potrzeby 
znajdziesz go bez trudu. 

Tina jęknęła. 
- Wujku, przestań! 
Achmed  nie  zwracał  na  nią  uwagi.  Schylił  się  i  mówił  dalej,  jednocześnie  miękką 

szczoteczką polerując buty, które wsunął na nogi. 

background image

- Jednak mimo całej sympatii dla waszego pięknego kraju, który stał się przecież dla 

mnie  drugą  ojczyzną,  życzę  sobie,  aby  pochowano  mnie  tam,  skąd  wywodzą  się  korzenie 
mojego rodu, będziesz miał zatem trochę kłopotu z moimi szczątkami, Marcinie, za co z góry 
przepraszam, mam nadzieję, że mi wybaczysz w stosownym momencie. 

- Wujku! - krzyknęła Tina. - Uspokój się natychmiast! 
- A czyż nie jestem spokojny? 
Moja droga Martyno, zamiast w nieładny sposób podnosić na mnie głos, bądź tak miła 

i zaparz nam dobrej herbaty, chociaż pora na herbatę nie jest może zbyt odpowiednia. Mam 
jednak  nieprzepartą  chęć  na  niewielką  filiżankę  Nuwara  Eliya  Fop.  A  nawiązując  do 
poprzedniej sprawy: każdy wyjeżdżający w długą podróż musi pomyśleć o tym, co zostawia. 

- Nie podoba mi się twój wisielczy humor, wujku! 
- Za to spodoba ci się mój testament, koteczko! Herbata, o której wspomniałem, stoi 

na  najwyższej  półce  w  drewnianym  pojemniczku.  Spójrzcie,  moje  buty  lśnią  jak  kasztany 
świeżo wypadłe z łupin. 

Przy  całej  mojej  słabości,  którą  od  wieków  żywiłem  do  Achmeda,  pomyślałem,  że 

może  jego  wyjazd  nie  jest  najgorszym  pomysłem.  Noski  butów  Achmeda  błyszczały. 
Pochwaliłem je, ale nie mogłem powstrzymać uwagi. 

- Czy nie mógłbyś założyć mniej twardych butów? W tych nie 
będzie ci się dobrze prowadziło. 
- Mnie się zawsze dobrze prowadzi - zbył mnie krótko. 
- Pisz do nas, wujku! - zawołała Tina z kuchni. - Zawsze przepadasz i nie wiadomo, 

co się z tobą dzieje. 

- Dobrze, moja Martyno, ale również i ty weź sobie głęboko do serca tę cenną uwagę. 
Delikatny  karmelowy  zapach  herbaty  Nuwara  Eliya  Fop  ożywił  powietrze,  Tina 

postawiła  przed  nami  filiżanki  i  dzbanek  z  pikowanym  w  kratkę  przykryciem,  starannie 
nałożonym na jego pękaty brzuszek. 

- A ty? Nie napijesz się z nami? 
- Nie, wujku, dziękuję, nalałam sobie coli. 
- Ach, Boże, to straszne! Mieć przed sobą dzbanek Nuwara Eliya Fop i decydować się 

na colę! Czy nie uważasz, Marcinie, że dzisiejsza młodzież zatraca w ogóle smak i elegancję? 
Boleję nad tym. 

-  Gdyby  to  była  jedyna  pretensja,  którą  można  do  nich  mieć,  nie  byłoby  najgorzej, 

Achmedzie. 

- Och, doprawdy, mówicie jak dwaj starcy! - wtrąciła się Tina. 
- Zupełnie jakby w młodości żaden z was niczego nie miał na sumieniu. 
Tina  usiadła  na  walizce  Achmeda,  trzymając  w  ręku  wysoką  szklankę  wypełnioną 

colą z lodem. 

- Nie zatraciłam smaku ani elegancji, chociaż lubię colę - mówiła z urażoną miną. 
Achmed wypił wreszcie swoją herbatę i w końcu zaczęliśmy pakować jego rzeczy do 

bagażnika. Jechał wysłużonym oplem, którego za nic nie chciał zmienić na nowy samochód, 
ponieważ  czuł  się  niezmiernie  przywiązany  do tego  rozlatującego  się  z  wolna  wozu.  Stojąc 
przed domem, machaliśmy solennie chustkami higienicznymi, zanim nie zniknął nam z oczu. 

-  Tato,  czy  ty  widziałeś,  co on  miał  w  kącie  bagażnika  pod tym  swoim  ukochanym 

kocem w pasy? 

-Nie. 
- On tam miał... - Tina nie mogła mówić, bo zaczęła się śmiać. 
- On tam miał całą skrzynkę coli! - zawołała wreszcie. 
Przeglądałem tygodniową prasę, kiedy weszła do pokoju ubrana w jakąś jednobarwną 

spódniczkę i w bawełnianą bluzkę z rękawami. 

- To ja idę, tato. 

background image

- Dokąd? 
-  Dzwoniłam  w  sprawie  tej  pracy  z  ogłoszenia.  Pani,  z  którą  rozmawiałam, 

powiedziała, że dla nich to jest pilne i że mogę przyjść nawet zaraz, żebyśmy się poznały, no i 
wiesz, ewentualnie omówiły warunki. Czy wyglądam porządnie? 

Chyba pierwszy raz w życiu zapytała mnie o to. 
- Tak. 
- Zaufałbyś mi? 
- Tak. 
- Tato, czy jeżeli ona tego będzie chciała, może do ciebie zadzwonić, żebyś jej udzielił 

o mnie referencji? 

-  Co  ty  opowiadasz,  Tino!  Referencje  ojca  nie  są  traktowane  jako  szczególnie 

miarodajne. 

- Może będzie chciała coś o mnie wiedzieć, powiesz jej? 
- A co ja o tobie wiem? 
- Żartujesz, prawie wszystko. 
- Prawie. I tak mam powiedzieć tej pani? 
-  Chodzi  o  to,  żebyś  jej  powiedział,  że  jestem  porządną  dziewczyną,  bo  ja  jestem 

porządną dziewczyną, jak tak patrzę po ludziach. 

- Usiłujesz mnie przekonać? 
Roześmiała się. 
- Tak. 
- Więc niech ta pani zadzwoni do mnie. Udzielę o tobie referencji. Powiem, że jesteś 

prawie porządną dziewczyną. 

Wyszła,  a  mnie  nagle  przypomniała  się  babcia  Mady.  Babcia  Emilia,  która 

powiedziała mi: "nie jesteś zły, Marcinie!", wtedy, kiedy bardzo potrzebowałem takich słów. 
Nie  jest  zła  ta  moja  dziewczynka,  pomyślałem,  sięgając  po  kolejny  tygodnik,  żebym  tylko 
wiedział,  co  ona  przede  mną  ukrywa.  Kotka  Tiny,  która  spokojnie  spała  na  "Polityce", 
obudziła  się  nagle  i  leżąc  na  brzuszku,  przeciągnęła  się,  sztywno  wysuwając  przed  siebie 
cztery  łapy  z  rozcapierzonymi  w  wachlarze  pazurami.  Ja  i  moja  kotka,  śmiała  się  zawsze 
Tina, mamy jednakowo paskudne charaktery, kiziu-miziu, a potem pazurki! 

Kiziu-miziu, a potem pazurki? 
Następnego dnia rano zastałem Tinę w kuchni, wybierała się do pracy. Siedziała przy 

stole,  trzymała  w  ręku  kubek  z  kawą  i  czekała  na  swoje  grzanki,  które  były  jeszcze  w 
opiekaczu. Włosy miała ściągnięte w tyle głowy i dodatkowo przytrzymane opaską. 

- Wybrałam czerwoną opaskę, bo myślę, że czerwona będzie się 
tej małej podobała. 
Zauważyła,  że  jej  się  przyglądam,  i  najwyraźniej  sądziła,  że  oceniam  jej  wygląd.  Ja 

tymczasem zaniepokoiłem się tylko spłoszonym, niepewnym spojrzeniem. 

- Masz tremę przed premierą? 
-  Tak,  okropną.  Nie  wiem,  co  będzie,  jeżeli  ona  zacznie  ryczeć,  a  ja  jej  nie  będę 

potrafiła uspokoić. Ta pani  mówi, że ona  na ogół nie ryczy, ale  jeżeli...? Tato, wtedy  ja do 
ciebie zadzwonię, żebyś przyjechał. 

- Ani mi się waż! - zawołałem, zanim spostrzegłem, że Tina żartuje. 
Jej  grzanki  były  już  gotowe,  więc  wsunąłem  swoje  do  opiekacza.  Tina  westchnęła, 

posmarowała  grzankę  masłem  orzechowym,  które  uważałem  zawsze  za  szczególne 
obrzydlistwo, ale ona za nim przepadała. 

-  Przecież  nie  będzie  wyła  przez  bite  dwa  tygodnie,  najwyżej  powyje  pięć  godzin 

dziennie - rozmyślała głośno. - Czy ja wyłam, jak miałam trzy lata? 

- Wyłaś. 
- Doprawdy, tato, mógłbyś mi skłamać na pocieszenie. 

background image

Położyła  na talerzyku  nie dokończoną grzankę  i  wstała od stołu. Wpatrywała się we 

mnie, a jej oczy wydawały się jeszcze większe niż zawsze. 

-  Muszę  już  iść  do  pracy,  nie  ma  rady,  tato.  Trzymaj  za  mnie  palce,  nawet  jeżeli 

miałoby  się  to  skończyć  tragicznie  dla  tej  jakiejś  baby,  której  będziesz  usuwał  zmarszczki 
przy  oczach  albo  podciągał  biust.  Stanąłem  przy  oknie  i  patrzyłem,  jak  idzie.  Czy 
rzeczywiście powierzyłbym dziewczynie takiej jak ona swoją trzyletnią Tinę? Tak naprawdę, 
nie  umiałem  znaleźć  odpowiedzi  na  to  pytanie,  ponieważ  miała  rację:  wiedziałem  o  niej 
prawie wszystko, co równie dobrze mogło znaczyć, że nie wiedziałem o niej prawie nic. 

Nie zadzwoniła do mnie do pracy, żeby opowiedzieć chociaż w paru słowach, jak jej 

poszło. Zobaczyłem  ją, kiedy wracając do domu,  mijałem przystanek autobusowy, siedziała 
na ławce. Zatrzymałem samochód i wysiadłem, podbiegła zaraz. 

- Dzwoniłam do ciebie, tato, ale powiedzieli mi, że jesteś bardzo zajęty. Byłam zła, bo 

chciałam ci powiedzieć, że dałam sobie radę bez żadnego problemu! 

Możliwe, możliwe, że tak było, albo mi kłamie na pocieszenie. 
- Wyła? 
-  W  ogóle  nie  wyła.  Najpierw  bawiłam  się  z  nią,  potem  ona  spała,  a  kiedy  się 

obudziła, bardzo grzecznie zjadła zupę, bo jej śpiewałam o słoniach, które mają kokardki na 
ogonach, później wsadziłam ją do wózka i jeździłyśmy po osiedlu. 

- Dokąd się teraz wybierasz? 
- Donikąd, tato. Czekam na koleżankę. Zadzwoniła, że koniecznie, ale to koniecznie, 

chce do mnie przyjechać, obiecałam, że wyjdę po nią na przystanek, bo nigdy tu nie była. No 
i wyszłam. W mikrofalówce zostawiłam ci kaszę gryczaną i zrazy w sosie grzybowym. 

Właśnie  kończyłem  jeść  tę  kaszę  ze  zrazami,  kiedy  psy  zaczęły  szczekać  i  Tina  ze 

swoją  koleżanką  weszły  do  domu.  Dziewczyna  była  wysoka,  szczupła,  miała  bardzo  jasne 
włosy. 

- To jest mój tata, a to Platyna, dziewczyna Kacpra - powiedziała Tina spokojnie. 
Platyna? Szły po schodach do pokoju Tiny i były już niemal na górze, kiedy wynosząc 

swój talerz do kuchni, usłyszałem, jak ta cała Platyna pyta ze zdumieniem: 

- Dlaczego powiedziałaś, że jestem dziewczyną Kacpra? 
- A nie jesteś? 
- Nie, nie jestem. 
- Byłam pewna, że jesteś, że go poderwałaś w końcu. Widać było gołym okiem, że ci 

na nim zależy. Tu mój pokój, a tu łazienka, może chcesz skorzystać? 

- Chętnie umyje ręce. 
- Proszę cię  bardzo, czuj  się  jak u siebie w domu. Niebieski ręcznik przygotowałam 

dla ciebie. 

Miało to być uprzejme zaproszenie, ale zabrzmiało protekcjonalnie. Być może znałem 

Tinę tylko prawie, lecz na tyle dobrze, żeby wyczuć fałsz w jej głosie. Platyna spytała: 

- Dlaczego do mnie dzwoniłaś? Masz jakąś ważną sprawę? 
-  Sprawę?  Nie,  skąd!  Po  prostu  chciałam  się  z  tobą  zobaczyć,  wiesz  przecież, 

wyjechałam stamtąd nagle, nawet nie pożegnałam się z nikim. A więc to Tina dzwoniła do tej 
dziewczyny, nie ona do niej, chyba że się przesłyszałem, kiedy rozmawialiśmy na przystanku. 
Zapytałem  o  to  wieczorem,  kiedy  po  kolacji  czekaliśmy  na  telewizyjne  wiadomości.  Tina 
przeglądała  jakieś  pismo,  a  ja  znowu  wpatrywałem  się  w  jakiegoś  okropnie  wrzaskliwego 
kaczora. 

- Dlaczego ściągnęłaś tę Platynę? 
Tina spojrzała  na  mnie, przez chwilę  milczała, aż w końcu musiała się domyślić, że 

słyszałem ich rozmowę, bo powiedziała z nieoczekiwaną otwartością: 

-  Chciałam  wiedzieć,  czy  ona  chodzi  teraz  z  Kacprem,  głupio  mi  było  pytać  przez 

telefon, więc ją zaprosiłam, nic się chyba nie stało. 

background image

- I co? Chodzi z nim? 
- Nie. 
- Powiedziałaś o niej "dziewczyna Kacpra", tak jakbyś była zupełnie pewna, że z nim 

chodzi. 

- Byłam ciekawa, czy zaprzeczy. Zaprzeczyła. 
- Odetchnęłaś z ulgą? 
Zaczynały się wiadomości, pokazała się już wstępna plansza. Tina nie odpowiedziała, 

sięgnęła po garść słonych orzeszków, które stały  przed nami  na stole, ale  nie wzięła  ich do 
ust, tylko przesypywała je z ręki do ręki. Już było widać studio, kiedy powiedziała krótko: 

- Nie rozumiem, dlaczego pytasz. 
-  Ja  właściwie  też  nie  bardzo  rozumiem,  dlaczego  mnie  obchodzi  to,  co  czuje  moja 

córka. 

Również sięgnąłem po orzeszki i również nie jadłem ich, tylko przesypywałem z ręki 

do ręki. 

- Nie wiem, czy odetchnęłam z ulgą, nie potrafię ci odpowiedzieć na to pytanie. 
Z  powrotem  wsypała  orzechy  do  miseczki,  otrzepała  ręce  i  podniosła  się  z  fotela. 

Stanęła za moimi plecami, poklepała mnie po ramieniu. 

- Dobranoc, tato. 
- Nie obejrzysz serialu? 
- Nie, chyba nie. 
Po chwili usłyszałem szum wody puszczonej do wanny i włączone w łazience radio. 

Po  dzienniku  zeszła  jednak  na  dół  i  owinięta  ręcznikiem  kąpielowym  usiadła  na  fotelu 
podciągając nogi. Film już trwał, więc zapytała: 

- Możesz mi opowiedzieć, co było do tej pory? 
Opowiedziałem.  Parę  dni  później  zadzwoniła  do  mnie  pani,  u  której  zatrudniła  się 

Tina. Gratulowała mi córki, chwaliła, że tak jest dobrze wychowana, taka szczera i otwarta, 
zupełnie  inna  niż dziewczyny  w jej wieku, które tylko chłopaków mają w głowie  i żadnych 
ambicji. Jest przekonana, że Tina dostanie się do szkoły teatralnej, żałuje, że te dwa tygodnie 
tak  szybko  mijają,  ale  na  szczęście  Tina  powiedziała,  że  chętnie  będzie  opiekowała  się  ich 
córeczką,  jeżeli  ona  i  jej  mąż  będą  chcieli  gdzieś  wyjść  wieczorem.  Bardzo  mi  miło, 
podziękowałem, bardzo się cieszę, tak, Tina jest wyjątkowo szczera i otwarta, przyznałem jak 
głupi,  a  potem  wyszedłem  przed  dom,  usiadłem  na  schodach  tarasu  i  patrząc  się  w  głąb 
ogrodu,  zastanawiałem  się,  nie  tyle  nad  tym,  na  jakim  ja  właściwie  świecie  żyję,  tylko  nad 
tym,  na  jakim  świecie  żyje  Tina.  I  nawet  nie  przyszło  mi  na  myśl,  że  ona  pomieszała  dwa 
światy, wiedząc czy też nie wiedząc o tym. 

Kartki  od  Achmeda  przychodziły  regularnie.  Co  dwa,  trzy  dni  wyjmowałem  ze 

skrzynki  kolorowe  pocztówki  z  pozdrowieniami,  czasami  drobnymi  literkami  Achmed 
opisywał  w  nich  również  jakieś  szczególnie  dla  niego  ważne  wydarzenie,  którym  jak 
najprędzej  chciał  się  z  nami  podzielić.  Tina  wsuwała  kartki  za  szybę  w  kuchennej  szafce, 
więc  kiedy  zaczął  się  rok  szkolny,  mieliśmy  już  niezłą  kolekcję  widokówek  z  trasy 
przemierzanej  przez  Achmeda.  Jesień  zaglądała  w  okna  naszego  domu,  dni  były  coraz 
krótsze,  opadały  wilgotne,  wymięte  liście,  bo  niebo  coraz  częściej  ciemniało  deszczowymi 
chmurami,  ale  Achmed  życzliwie  wybierał  dla  nas  kolorowe  widokówki,  najczęściej 
przedstawiały  letnie,  słoneczne  widoki  miejscowości,  które  odwiedzał,  i  tym  samym 
rozweselały  nam  wczesne  i  mokre  tego  roku  wieczory.  Pewnego  dnia,  wracając  z  pracy, 
zastałem  w  skrzynce  na  listy  zielony  druk  z  poczty.  Było  to  awizo  na  list  polecony,  Tina 
jeszcze nie wróciła ze szkoły i ze swoich dodatkowych fakultetów, więc nie wchodząc nawet 
do  domu,  zawróciłem  i  pojechałem  na  pocztę.  Odebrałem  w  okienku  dość  grubą  kopertę 
zaadresowaną przez Achmeda tylko do mnie, chociaż zwykle wszystkie swoje kartki kierował 
do  nas  obojga,  dodatkowo  opatrzoną  bardzo  wyraźnym,  starannie  wykaligrafowanym 

background image

napisem:  DO  RĄK  WŁASNYCH.  Zaniepokoiłem  się,  tajemnice  nie  były  specjalnością 
Achmeda,  o  swoich  poszukiwaniach  źródeł  wód  mineralnych  opowiadał  wszystkim  do 
znudzenia, tak  jak  i  o  licznych  przypadkach,  które  sprawiły,  że  stał  się  obywatelem  świata, 
chociaż  jego  ród  wywodził  się  z  Maroka.  Dziwnym  zrządzeniem  losu  od  dziecka 
wychowywany  był w głębokiej wierze katolickiej  przez niezwykle zacną rodzinę rdzennych 
Polaków pochodzących z dawnych kresów. Dlaczego skierował swój list z podróży do moich 
"rąk własnych"? Jaką tajemnicę chce mi powierzyć, zastanawiałem się, wracając z poczty do 
domu.  Niepokój  kazał  mi  zatrzymać  samochód  na  skraju  szkółki  leśnej  otoczonej 
ogrodzeniem  z  surowych  belek.  Wysiadłem  i  opierając  się  o  ten  mokrawy,  prowizoryczny 
płotek,  rozerwałem  kopertę.  Wyjąłem  z  niej  plik  kartek  zapisanych  przez  Achmeda  i 
kolorowe  zdjęcie.  Spojrzałem  na  nie.  W  pierwszej  chwili  nie  mogłem  zrozumieć,  skąd 
Achmed je wziął i dlaczego mi przesyła, bo to było najzwyczajniej zdjęcie roześmianej Tiny, 
którą jakiś pogodny chłopak ogarniał ramionami. Nie było w nim niczego, co mógłbym uznać 
za  niestosowne,  przeciwnie,  Tina  wyglądała  na  szczęśliwą,  Achmed  chyba  przesadził  w 
zastrzeżeniach,  jeżeli  jakieś  miał,  bo  chłopak...  przyjrzałem  mu  się  uważnie.  Później 
sięgnąłem po list Achmeda. Data w górnym prawym rogu pochodziła sprzed trzech dni. 

Drogi mój Przyjacielu! 
Piszę  do  Ciebie  ten  list,  siedząc  późną  nocą  przy  niewielkim  stoliku  w  hotelu  "Pod 

Kołatką",  w  którym  zatrzymałem  się,  odpoczywając  po  trudach  mojego  dotychczasowego 
rekonesansu.  Miejscowości,  w  której  obecnie  jestem,  nie  miałem  zamiaru  odwiedzać, 
polecono  mi  ją  jednak  w  poprzednim  uzdrowisku  jako  śliczny,  niezwykle  malowniczy 
zakątek. Istotnie,  jego uroda zachwyciła  mnie szczerze, mimo  jesiennej szarugi, która bywa 
dokuczliwa.  Odnajduję  tu  pejzaż,  który  pozwala  mi  doznawać  wielu  sentymentalnych 
wzruszeń,  sądzę,  że  i  Tobie  nie  są  one  obce,  bo,  o  ile  dobrze  wiem,  spędziłeś  tu  za  miodu 
wakacje  w  towarzystwie  Twej  drogiej  matki.  Nie  sądzę,  żeby  istniał  już  wtedy  ten 
zachwycający  hotelik,  w  którym  dane  jest  mi  pisać  do  Ciebie,  nie  mniej  jego  właścicielka, 
pani  Rozalia,  pamięta  i  Ciebie,  i  Twojej  nieodżałowanej  pamięci  matkę,  do  której  zresztą 
żywiła  odrobinę  żalu,  bo  kiedy  w  swoim  poprzednim  domu  wynajęła  Wam  pokój,  mama 
Twoja  poleciła  zabrać  z  niego  własnoręcznie  przez  panią  Rozalię  wyhaftowaną  makatkę  z 
napisem:  "Dzień  krótki,  noc  długa,  wieczność  straszna",  która  wisiała  nad  łóżkiem.  Długo 
tłumaczyłem  drogiej  pani  Rozalii,  że  być  może  treść  napisu  istotnie  nie  sprzyja  letniemu 
wypoczynkowi, ale rzecz sama w sobie stała się bezzasadna, skoro jedna z osób konfliktu jest 
nieobecna na naszym padole. 

Jeżeli  zdecyduję  się  na  prowadzenie  interesów  w  tej  miejscowości,  a  mam  szczerą 

nadzieję, że tak się stanie, hotelik, w którym  mieszkam obecnie, będzie  bazą wyjściową do 
dalszych  inwestycji,  a  niezwykłej  zacności  pani  Rozalia  mianuje  się  niewątpliwie  moją 
wielką  w  nich  podporą.  Imaginuj  sobie,  że  jest  ona  właścicielką  pewnej  szarej  kotki,  która 
nosi  niezwykle  oryginalne  imię:  ten  cholerny  kot.  Uważam  to  za  nad  wyraz  interesujące 
wabienie,  jeżeli  zgodzisz  się,  abyśmy  utworzyli  taki  rzeczownik  od  czasownika  wabić  się. 
Koniec jednak tych kocich karesów i żartów, czas przystąpić do sedna sprawy. 

Otóż, miły mój Przyjacielu, zamieszkuję w tym hotelu w zasadzie samotnie, używam 

zwrotu  "w  zasadzie",  ponieważ  pani,  która  zajmuje  drugi  pokój,  jest  osobą  tak  mało 
absorbującą,  że  mógłbym  uznać  ją  za  nieobecną,  gdyby  nie  fakt,  iż  oboje  przepadamy  za 
naprawdę  znakomitą  herbatą  i  że  codziennie  wypijamy  ją  wspólnie,  punktualnie  o  godzinie 
piątej,  najdalej  o  piątej  piętnaście.  Pani  Magdalena,  bo  takie  ma  imię  ta  przemiła  dama, 
dysponuje całym zestawem najrozmaitszych herbat, wśród których znajduje się wiele i moich 
ulubionych  gatunków.  Ponieważ  czuję  się  jej  dłużnikiem,  byłbym  Ci  gorąco  wdzięczny, 
gdybyś zechciał zakupić mi w sklepie z markowymi herbatami kilka szczególnie znanych ze 
swej jakości. Specjalnie zależy mi na chińskiej Lapsang Souchong oraz cejlońskiej Highland 
Toffee.  Bądź  tak  uprzejmy  i  wyślij  mi  je  możliwie  jak  najpilniej,  jednak  sam  zapewne 

background image

rozumiesz,  że  w  gruncie  rzeczy  głęboko  liczę  na  to,  że  przywieziesz  mi  je  osobiście, 
ponieważ odnoszę nieprzeparte wrażenie, że jesteś tu bardzo oczekiwanym gościem. Mam na 
myśli, rzecz jasna, panią Rozalię, która wspomina Ciebie i Twoją matkę z takim ogromnym 
rozrzewnieniem i tak bardzo chciałaby Ciebie znowu zobaczyć. 

Przesyłam  Ci  zdjęcie  naszej  Martynki,  które  znalazłem  między  kartkami  romansu 

pożyczonego mi przez panią Magdalenę. To znaczy, sprawa być może przedstawia się nieco 
inaczej, bo gdy pożyczałem od pani Magdaleny wspomniany romans, zdjęcie naszej Martynki 
wprost  samo  wpadło  mi  między  strony  książki,  co  za  tym  idzie,  winienem  jak  najszybciej 
położyć  je  z  powrotem  na  półce  w  pokoju  mojej  przemiłej  sąsiadki,  z  nadzieją,  że  nie 
dostrzegła  jeszcze  jego  braku.  Młodzieniec,  w  ramionach  którego  widzimy  Martynkę,  jest 
synem mojej towarzyszki, Z którą tak miło każdego dnia spędzam czas, pijąc herbatę o piątej. 
Pani Rozalia herbaty nie pija, ale kilkakrotnie uczestniczyła w tej sytuacji, jakby to ujął Henry 
James.  W  ogóle  towarzyszy  nam  tu  wielka  literatura,  bo  pani  Magdalena  dokonuje 
tłumaczenia  z  francuskiego  pewnej  książki,  która  ostatnio  została  uhonorowana 
międzynarodowym wyróżnieniem, a samo  imię  mojej uroczej przyjaciółki przywodzi  mi  na 
myśl  proustowskie  magdalenki,  jakżeby  mogło  być  inaczej.  Oczekując,  że  przyjedziesz  do 
mnie w najbliższą sobotę, zarezerwuję pokój dla Ciebie i dla Martynki, pani Rozalia będzie 
ogromnie  rada  z takiego  obrotu  sprawy,  zwłaszcza  że  zapowiedzieli  również  swój  przyjazd 
syn pani Magdaleny oraz ich pies Tofi. Fakt przyjazdu Tofiego nieco przeraża panią Rozalię, 
ponieważ ten cholerny kot ma małe kocięta i ostatnio zamieszkał z nimi w holu recepcyjnym. 
Przyjazd zatem Tofiego z pewnością stworzy mu pewien dyskomfort. 

Drogi  Marcinie,  wyznaję,  że  bardzo  mnie  zmęczyło  pisanie  tego  listu,  ponieważ  w 

żadnym  wypadku  nie  chciałbym,  abyś  mnie  źle  zrozumiał.  To  znaczy  mam  na  myśli 
wyłącznie fakt, że przecież nie mogę Ciebie zmuszać do osobistego przywożenia mi herbaty, 
o  którą  u  Ciebie  zabiegam,  widzę  jednak  nieubłaganą  tego  konieczność,  jeżeli  wszystko to, 
co, jak mniemam, wymyśliła nasza Martynka, ma się jednak dobrze skończyć. 

Wracając wczoraj z popołudniowego spaceru, poznałem ogromnie sympatyczną, acz 

daleką  sąsiadkę  pani  Rozalii,  niejaką  panią  Genę,  która  w  swojej  życzliwości  zgadza  się 
prowadzić mi sekretariat, jeżeli dojdę do porozumienia z władzami gminy i wyrażą one zgodę 
na  rozwinięcie  przeze  mnie  interesu  na  tym  terenie.  Pani  Gena  miała  przyjemność  poznać 
Martynkę od najgorszej strony, osobiście nigdy nie przypuszczałem, że Martynka taką stronę 
w  ogóle  posiada.  No,  ale  cóż,  pani  Gena  ma  prawo  wyrażać  swoje  zdanie  na  ten  temat,  i 
chociaż usiłowałem je kwestionować, nie udało nam się w tej delikatnej sprawie zmniejszyć 
rozbieżności, mówiąc językiem dyplomatycznym. Niestety ze smutkiem muszę Ci donieść, że 
podczas gdy Martynka była nieobecna w domu i spędzała wakacje w miejscu, którego nigdy 
nie  chciała  nam  bliżej  określić,  to  zwyczajnie  zamieszkiwała  sobie  pod  namiotem  na  leśnej 
polance,  nie  tak  znowu  daleko  od  uroczego  hoteliku  "Pod  Kołatką",  w  którym  obecnie 
przebywam,  a  w  którym  w  tym  czasie  co  i  ona  spędzali  wakacje  moja  obecna  towarzyszka 
przemiłych  herbacianych popołudni oraz  jej syn  saksofonista, uwidoczniony  na załączonym 
zdjęciu. Mam powody przypuszczać, że nasza Martynka włożyła wiele starania w to, żeby im 
dobrze zaleźć za skórę. Wydaje mi się, mój drogi Przyjacielu, iż powinna wiedzieć, że nigdy 
nie wiadomo, którędy wyjdzie szydło z worka. 

Załączam  serdeczności  i  życzenia  dobrej  drogi,  z  góry  dziękując  za  ofiarne 

przywiezienie mi tych gatunków herbaty, o które proszę. 

Twój Achmed 
Spojrzałem  jeszcze  raz  na  zdjęcie  Tiny  i  Kacpra,  potem  wsunąłem  je  między  kartki 

listu  Achmeda.  Włożyłem  wszystko  do  koperty  i  schowałem  do  skrytki  w  samochodzie. 
Achmed  zdenerwował  mnie.  Zamiast  jasno  napisać,  co  się  właściwie  stało  tego  lata  w 
Osadzie, jak wąż krążył zawijasami wokół całej sprawy. Zdenerwowała mnie również Tina, i 

background image

to  po  raz  kolejny.  Miałem  dosyć  jej  niedomówień,  mglistych  odpowiedzi,  kłamstw  i 
kłamstewek. Pojechać do Osady? I do tego zabrać tam Tinę? Achmed chyba oszalał. 

Minąłem dom Ali i Aleksandra. W oknach ciągle było ciemno, bo zdecydowali się na 

przeprowadzkę  dopiero  po  powrocie  z  Tunezji,  dokąd  wybrali  się  we  dwoje.  Ich  chłopcy 
zostali z matką Ola i nie pokazywali się tutaj. Jedziemy w podróż poślubną, cieszył się Olo, 
zacierając  pulchne  dłonie.  Zaszedł  kiedyś  do  mnie,  żeby  mi  zostawić  zapasowe  klucze  od 
domu.  No  w  razie  czego,  mówił,  jakby  coś,  nie  daj  Boże,  pękło  albo  jakby  diabli  wzięli 
piorunochron  i  chałupa  zaczęła  się  fajczyć  od  pioruna.  Sąsiedzkie  przysługi,  przyjazne 
pogaduszki.  Tak  czy  inaczej,  nieuchronnie  będziemy  musieli  kiedyś  spotkać  na  jednej  z 
osiedlowych uliczek tę przemiłą damę, uroczą przyjaciółkę Achmeda i jej syna saksofonistę. 
Co wtedy powiesz,  moja panno córko? Jaką  będziesz  miała  minę? Po przyjeździe do domu 
zajrzałem  do  pokoju  Tiny.  Na  niedbale  zasłanym  tapczanie  leżała  książka  o  hipoterapii,  bo 
Tina  postanowiła,  że  w  soboty  będzie  pracować  jako  wolontariusza  w  ośrodku  dla  dzieci  z 
porażeniem  mózgowym,  niedawno  powstał  taki  przy  stadninie,  tuż  obok  naszego  osiedla. 
Rozejrzałem się po pokoju, szukając śladu najgorszej strony Tiny, który może gdzieś tu był. 
Nie było. Kilka numerów "Teatru" leżało na zarzuconym książkami biurku, na ścianie plakat 
Stasysa, na małym stoliku przy tapczanie, rzucone słuchawki walkmana, kilka kaset i w dużej 
skórzanej ramce  ładne zdjęcie Marioli. Między dwoma oknami owalne lustro, przed którym 
Tina postawiła stare krzesło na wygiętych nóżkach, jakimś cudem ocalone sprzed wojny, bo 
pochodziło jeszcze z kompletu stołowego moich dziadków. Tina była dumna, że właśnie ona 
je dostała w niepisanym spadku. Siadała na nim często i wiem, że wpatrując się w lustro, nie 
tyle  podziwiała  własną  urodę,  ile  uczyła  się  swojej  twarzy,  sprawdzała,  czy  potrafi  ją 
zmieniać, panować nad mimiką, grać spojrzeniem. 

Przy lustrze wisiał na małym haczyku srebrny łańcuch z medalionem w kształcie litery 

"M".  Cieszę  się,  że ona  ma  na  imię  Martyna,  powiedziała  kiedyś  moja  matka, trzymając  w 
objęciach tłumoczek z niemowlęciem, będę miała dla niej taki piękny prezent. A potem Tina 
lubiła się chwalić: moja babcia przywiozła dwa takie naszyjniki z Andaluzji, jeden mam ja, a 
z drugim nie wiadomo, co się stało. Milczeliśmy wtedy zgodnie, moja matka i ja. Niedawno 
Tina zgubiła gdzieś największy z nefrytów, którymi wysadzany był medalion. Prosiła, żebym 
poszedł  z  nią  do  jubilera  i  załatwił  dobranie  podobnego,  ale  dopiero  teraz  przypomniałem 
sobie o tym. 

Przez  chwilę  kusiło  mnie,  żeby  usiąść  w  fotelu  i  czekać  na  Tinę  w  tym  trochę 

bałaganiarskim  dziewczyńskim  pokoju,  który  zresztą  lubiłem,  ale  pomyślałem,  że  lepiej 
będzie,  jeżeli  zamiast  rozmyślać,  zajmę  się  czymś,  bo  może  wtedy  przejdzie  mi  złość  na 
Achmeda i gniew na Tinę, z którą w końcu musiałem porozmawiać. Nie pamiętałem z Osady 
żadnej  Geny,  która  miała  przyjemność  poznać  Martynkę  od  najgorszej  strony.  Owszem, 
ciekawiło  mnie,  jak  ta  strona  Tiny  mogła  wyglądać,  ale  tak  naprawdę  nurtowała  mnie  inna 
myśl: od jakiej strony poznała ją Mada. Wiedziałem, że będę mógł domyślić się tego, jeżeli 
uda mi się wreszcie wyciągnąć z Tiny, co robiła w czasie wakacji. 

Zmieniłem  garnitur  na  domowy  dres  i  zszedłem  do  garażu,  obok  którego  w 

niewielkim,  ciemnym  pomieszczeniu  miałem  swój  warsztat,  ciągle  czegoś  prowizorycznie 
oświetlony  tylko  mdłą  żarówką  wiszącą  na  kawałku  przewodu.  Pośrodku  stołu  leżały  tam 
dwa  nie  dokończone  karmniki  dla  ptaków,  które  zacząłem  szykować  na  zimę.  Wkrótce 
usłyszałem,  że  Tina  otwiera  drzwi  wejściowe  i  wita  się  z  psami.  Wbiegła  po  schodach  i 
głośno  nawoływała  swój  kotkę,  która  widocznie  nie  raczyła  jej  wyjść  na  spotkanie.  Potem 
lekko  trzasnęły  drzwi.  Jedne,  drugie.  Wbijałem  gwoździe  w  deszczułki  przytrzymujące 
stromy daszek karmnika i czekałem. 

Tina zjawiła się nieprędko. Najpierw zajrzała. 
- Cześć, tato, co robisz? 
- Widzisz przecież, co robię. 

background image

- Jesteś zły? 
- Średnio. 
- O, to znaczy, że jesteś. 
Potem weszła. W ręku trzymała długą bułkę z parówką polaną ketchupem. Czerwona, 

szeroka smuga sosu płynęła jej wzdłuż dłoni, cienka strużka po brodzie. Kadr z thrillera. Tina 
w roli głównej. 

- Wyglądasz dość makabrycznie z tą ręką i brodą we krwi. 
Spojrzała i roześmiała się. 
- Do tej pory nie połapałeś się, że jestem wampirzycą? 
- Do tej pory. 
- Widok krwi nie powinien być ci obcy, doktorze. 
Przysiadła na brzegu stołu. Przez chwilę milczała, spoglądając, jak wbijam gwoździe 

w listwy karmnika. 

- No to mów, tato, dlaczego jesteś średnio zły? - zapytała wreszcie. 
Wyjąłem z kieszeni dresu list Achmeda i podałem Tinie. Położyła go na stole. 
- Przeczytam, jak zjem. Ten drugi karmnik jest już gotowy? 
- Prawie. 
- Jednak jesteś więcej niż średnio zły, prawda? 
- Prawda. 
Włożyła  do  ust  ostatni  kęs  bułki  i  poszła  opłukać  ręce  w  małej  umywalce,  którą  tu 

miałem,  później  wróciła  na  swoje  poprzednie  miejsce  i  sadowiąc  się  na  stole,  wyjęła  z 
koperty list Achmeda i zdjęcie. Przez chwilę wpatrywała się w nie, potem bez słowa wsunęła 
do  koperty.  List  Achmeda  czytała  wolno,  ale  w  pewnej  chwili  na  jej  twarzy  pojawiło  się 
niedowierzanie.  Spojrzała  na  mnie  spojrzeniem  krótkim,  przelotnym,  spłoszonym  i  czytała 
dalej.  Potem  złożyła  wszystkie  kartki  listu  i  razem  z  kopertą  rzuciła  obok  listewek,  które 
jeszcze  miałem  przybić  do  karmnika.  Teraz  patrzyła  na  mnie  zimnym,  obcym  wzrokiem. 
Nieprzyjemnym. 

- No więc, tak, byłam tam! - powiedziała ostro. 
Arogancja, pomyślałem. Prawdziwa, czy chowa się za nią? 
- Po co? 
-  Bo  sobie  wymyśliłam  taką  sztukę,  jeżeli  chcesz  wiedzieć!  -  powiedziała 

podniesionym głosem. - Zagrałam w niej główną rolę i Bóg mi świadkiem, że byłam w tym 
dobra! 

- I z widowni wciągnęłaś na scenę innych ludzi, którym kazałaś grać, nie licząc się z 

nimi? 

- Tak, zrobiłam to. 
- A o tym, że dla nich to nie gra, tylko życie, nie pomyślałaś? 
- Pomyślałam. 
Zsunęła się ze stołu, podbiegła do drzwi i nacisnęła klamkę. Drzwi nie otworzyły się, 

bo zamknąłem je na klucz, kiedy Tina myła ręce. Znowu szarpnęła klamką. 

- Wypuść mnie! Wypuść mnie stąd, niczego nie rozumiesz, tato! 
- To mi wytłumacz. 
Szybko  wbijałem  gwoździe  w  listwy,  przez  chwilę  patrzyła  na  to,  aż  wreszcie 

podeszła do mnie i powiedziała potulnie: 

- Proszę cię, otwórz mi drzwi, nie każ mi sobie niczego tłumaczyć. 
- Mam dosyć twoich krętactw. 
- Nie nazywaj krętactwami tego, co mnie boli. 
- Boli? 
- Tak, boli. 
Mówiła z niepokojącym drżeniem głosu. Udawała czy nie? 

background image

- Dlaczego to zrobiłaś? 
Usiadła  na  podłodze  w  kącie  warsztatu,  skrzyżowała  ręce  na  zgiętych  kolanach  i 

oparła na nich głowę. 

- Dlaczego to zrobiłaś? - zapytałem ponownie. 
Odpowiedziała mi, nie podnosząc głowy. 
-  Nienawidzę  tej  baby,  nikt  nie  skrzywdził  ciebie  bardziej  niż  ona,  chciałam,  żeby 

zobaczyła, jak to jest, kiedy dziewczyna rzuca chłopaka, który ją kocha. No i zobaczyła. 

- To okrutne. 
- Wszystkie klasyczne dramaty są okrutne, tato. 
Odrzuciłem  młotek  i  kilka  gwoździ,  które  trzymałem  w  ręku,  pchnięty  przeze  mnie 

karmnik spadł na podłogę. 

- A gdzie tu jest klasyczny dramat? Klasyczne dramaty stoją na półce w twoim pokoju 

i może kiedyś będziesz w nich grała, chociaż coraz mniej podoba mi się ten pomysł. W życiu 
nie  można sobą grać, wymyślać siebie zależnie od okoliczności! Czy ty doprawdy  jesteś aż 
tak  głupia,  że  tego  nie  rozumiesz?  Czy  może  siedząc  tutaj,  spokojnie  snujesz  dalszy  ciąg 
kolejnej sztuczki? 

Podniosłem karmnik z podłogi i rzuciłem go na stół, odpadły źle przybite listwy. Tina 

uniosła głowę,  jeszcze tylko brodę opierała  na kolanach.  Wzdłuż twarzy zwisały  jej  cienkie 
pasma  włosów  z  ciasno  wplecionymi  sznurkami  czerwonych  koralików.  Pozbawionym 
wyrazu  spojrzeniem  patrzyła  w  górę  na  mdłą  żarówkę.  Nagle  zobaczyłem,  że  po  jej 
policzkach płyną łzy, płakała bez skrzywienia ust, bez szlochu, bezgranicznie smutna jedynie. 

Byłem pewien, że coś przede mną ukrywa, ale podałem jej klucz. 
Dopiero nocą tak naprawdę słychać, jak gada dom. Potrzebna jest głęboka cisza, żeby 

doszedł  do  głosu  wiatr  w  kominie,  trzask  wysychającej  na  strychu  belki,  żeby  odezwał  się 
stopień schodów. Dopiero nocą słychać pochrapywanie psów,    ten bulgoczący głos, którego 
w  pierwszej  chwili  nie  można  rozpoznać,  i  ciche  pomiaukiwanie  kotki  lunatyczki  idącej  po 
schodach na swoje nocne spacery. Stary zegar w pokoju na dole bije godziny. Nie zauważam 
tego za dnia, ale nocą, jeżeli nie śpię, zawsze słyszę jego uderzenia i liczę je. Prawdę mówiąc, 
nie lubię tego, bicie zegara ma w sobie coś z poganiania, takie: uważaj, bo za chwilę będzie 
już za późno. 

Mariola  wyłączała  to  cogodzinne  wtrącanie  się  w  jej  życie,  nie  mogła  tego  znieść, 

mówiła,  że  rozsadza  jej  głowę,  dostawała  migreny.  Myślę,  że  tak  naprawdę  uciekała  w  ten 
sposób  od  przerażających  godzin,  które  głośno  dodawały  jej  lat.  Tina,  dla  której  czas  miał 
tylko  wymiar  przeszły  i  teraźniejszy,  nie  słyszała  w  biciu  zegara  czasu  przyszłego,  bo  on 
istniał dla niej tylko w niejasnym, roztańczonym zwrocie: "nadejdzie taka chwila". Jeden krok 
w prawo, jeden w lewo i obrót. 

Achmed,  kiedy  pomieszkuje  u  nas,  mówi  zawsze,  że  bicie  zegara  cudownie  go 

uskrzydla,  że  za  każdym  uderzeniem  czuje,  jak  jego  dusza  wznosi  się  ku  niebiosom.  O 
dwunastej,  kiedy  zegar  zaczyna  swoją  najdłuższą  kwestię,  Achmed  składa  dłonie  jak  do 
modlitwy, pochyla się i w zbożnym milczeniu opiera na nich czoło. Tina, kiedy była jeszcze 
mała,  obserwowała  go  zawsze  bardzo  uważnie  z  nadzieją,  że  uda  jej  się  zobaczyć  duszę 
Achmeda  szybującą  do  nieba.  Tej  nocy  jednak,  pomiędzy  jednym  a  drugim  natręctwem 
zegara,  oprócz  znajomej  gadaniny  domu  usłyszałem  na  schodach  kroki  Tiny.  Było  już  po 
trzeciej,  pomyślałem,  że  może  ona  idzie  do  kuchni,  żeby  wziąć  sobie  coś  do  picia  albo  do 
zjedzenia, bo kiedy wyszła z mojego warsztatu, zamknęła się u siebie i już nie pojawiła się na 
dole. W jej pokoju było ciemno, nie odezwała się, kiedy pytałem, czy zje kolację. Odwołałem 
swoją wizytę u przyjaciół, z którymi byłem umówiony na wieczór, nie bardzo chciało mi się 
siedzieć  wśród  ludzi  i  rozmawiać  z  nimi,  podczas  gdy  głowę  miałem  nabitą  własnymi 
sprawami, z którymi nie potrafiłem się uporać. 

background image

Czas mijał, Tina nie wracała do siebie, zegar uderzył cztery razy, przywołując mnie do 

porządku. Była już najwyższa pora, żebym sprawdził, co się dzieje na dole. Światło nie paliło 
się ani w pokoju, ani w kuchni, z przerażeniem pomyślałem, że może Tina wyszła z domu, ale 
nie. Zobaczyłem ją siedzącą na parapecie okna kuchennego. Uniosła żaluzje i patrzyła przed 
siebie,  na  widoczną  stąd  osiedlową  ulicę.  W  ręku  trzymała  szklankę  z  resztką  soku 
pomarańczowego i nadgryziony płatek chrupkiego chleba. Przymrużyła oczy, kiedy zapaliłem 
w  kuchni  światło.  Ubrana  była  w  cienką  bawełnianą  piżamę,  ale  ramiona  otuliła  wełnianą 
chustą, którą dostała od Marioli na imieniny, na nogach miała ciepłe białe skarpetki. 

- Nie śpisz... - powiedziała.  - To smutne, że nie możemy spać, oboje z tego samego 

powodu, a zupełnie inaczej. 

Zabrzmiało to ugodowo do tego stopnia, że zbliżyłem się do niej. Wyciągnęła w moją 

stronę szklankę z sokiem. 

- Napijesz się? Jest tu jeszcze łyk. 
- Mam ochotę na herbatę. Zrobić ci? 
- Może. Malinową. 
Staraliśmy  się oboje. Mam ochotę na herbatę. Zrobić ci? Może. Malinową. Zupełnie 

tak, jakby to była pełnia dnia, a nie czwarta nad ranem, kolejna godzina nie przespanej nocy. 
Chętnie poprawiłbym Tinie chustę, która zsunęła się z jednego ramienia. Chętnie zapytałbym, 
czy naprawdę sądzi, że byłoby lepiej, gdyby Mada została ze mną, chociaż kochała Dawida. 
Nie poprawiłem chusty ani nie zadałem pytania. 

Elektryczny  czajnik  pstryknął,  zagotowała  się  woda.  Jeden  Lipton,  jedna  malinowa, 

dwie szklanki, parujący wrzątek. 

- Powinnam ci coś powiedzieć, tato... 
- Nie musisz. 
- Chcę ci coś powiedzieć. 
Nie odwróciła głowy w moją stronę. Było tak, jakby mówiła w głąb ulicy, jakbym to 

ja stał za oknem, nie latarnia. 

- Od początku on mi się dość podobał, wiesz o tym? 
- Wiem. 
-  Potem  wybiłam  go  sobie  z  głowy.  Pomyślałam,  że  przecież  nie  on  jeden  jest  na 

świecie i niekoniecznie muszę ci... - zawahała się. 

Czekałem.  Chwyciła  te  swoje  dwa  sztywne  warkoczyki,  ściągnęła  je  pod  brodą  i 

skręcała je ze sobą przez chwilę. 

- Później wpadłam  na ten pomysł, że zrobię wszystko, żeby  jej dokuczyć, kiedyś  na 

warsztatach kazali mi zagrać agresywną, zaborczą dziewczynę i to mi wyszło. Wiedziałam, że 
potrafię, umiałam być taka. Chciałam jej zabrać Kacpra, a potem go rzucić, tak jak ona rzuciła 
ciebie. Wiedziałam, że mu się podobam, to poszło łatwo, a już potem, w Osadzie, z dnia na 
dzień  coraz  bardziej  wciągała  mnie  ta  gra.  Jednego  tylko  nie  przewidziałam.  Tego,  że  ja 
naprawdę pokocham Kacpra. Sama nie wiem, kiedy to się stało, bo przecież nie było takiego 
wątku w moim scenariuszu. I kocham go nadal, niestety. 

Milczeliśmy przez chwilę, a potem ona powiedziała: 
- To było dla mnie okropne lato. 
Zeszła  z  parapetu  i  usiadła  przy  stole.  Zapach  malinowej  herbaty  rozszedł  się  po 

kuchni, silniejszy od zapachu mojego Liptona. Tina ogarnęła dłońmi szklankę, trzymała ją tak 
przez chwilę, a potem uniosła i wypiła łyk. 

- Jest bardzo gorąca. 
Postawiła szklankę na spodku i odsunęła od siebie. Spojrzała na mnie, milczałem, ale 

ona wiedziała, że czekam. 

-  Wprosiłam  się  -  powiedziała.  -  Kacper  początkowo  nie  był  tym  zachwycony,  ale 

później tak. Przyjechałam pociągiem, upał był tego dnia zupełnie straszliwy, więc prosto  ze 

background image

stacji poszliśmy nad jezioro, bo chciałam się wykąpać, popływać trochę. Pamiętasz to jezioro, 
tato? 

- Pamiętam. 
- Oni mieszkali w hotelu "Pod Kołatką"* Poszliśmy tam, żeby zostawić moje rzeczy, a 

potem  rozejrzeć  się  i  zdecydować,  na  którym  polu  namiotowym  będzie  mi  najlepiej.  Na 
balkonie obok jej bluzek powiesiłam na sznurku swój kostium kąpielowy, czerwony w białe 
kropki, pomyślałam, że to będzie mój pierwszy znak i ona na pewno zauważy, że panoszę się 
bez pytania. W łazience zostawiłam na jej półce z kosmetykami swoją buteleczkę z paczulą. 
Zadomowiłam  się,  rozumiesz?  Ja,  dziewczyna  Kacpra,  zadomowiłam  się  na  nie  swoich 
śmieciach. 

- A kiedy wróciliście? 
- Już była. Kacper powiedział tylko: mamo, to jest Tina. I objął mnie, bo patrzyła  na 

mnie  tak,  jak  chciałaam,  żeby  patrzyła,  niechętnie.  Pomyślałam,  że  przydałby  się  teraz 
ironiczny uśmieszek, bo już byłam górą. I tak to się zaczęło. 

Piłem gorzką. Gorącą, mocną, gorzką herbatę. Achmed nie lubił tego gatunku, to jest 

banalne siano, mój przyjacielu, mówił. Czerwony w białe kropki kostium Tiny pomiędzy jej 
bluzkami, duszny zapach paczuli w łazience, czy rzeczywiście to coś dla Mady znaczyło, czy 
Tina tylko wyobraża sobie, że mogło znaczyć? 

- Jaka ona jest? 
- Ciągle  ładna, chociaż tobie po tylu  latach wyda się pewnie  inna, ale ty dla niej też 

będziesz inny. 

Tina  patrzyła  na  mnie  uważnie,  wiedziałem,  że  szuka  teraz  w  mojej  twarzy  rysów 

chłopaka, którego nigdy nie widziała. 

- Myślę, że ona jest miła. To znaczy, myślę, że mogłaby być dla mnie miła. 
- Więc nie była? 
- Nie. Nie lubi się takich dziewczyn, jaką tam grałam. 
Tina przysunęła swoją szklankę, ale nie piła, tylko przesuwała palcem po jej brzegu. 

Okrutna  Martyna,  to  ukrywał  przede  mną  Achmed  w  swoim  liście  między  stylistycznymi 
zawijasami. 

- Co zrobimy teraz z tym wszystkim? - zapytałem. 
- A jak myślisz? 
- Nie wiem. 
-  Ja  też  nie  wiem  -  powiedziała  Tina.  Nagle  schwyciła  swoją  pustą  już  szklankę  i 

cisnęła nią w kąt kuchni. 

- Może tak właśnie powinna kończyć się ta sztuka! 
Opanowałem się z trudem. 
- A kto posprząta szkło? - zapytałem. 
- Ja. 
Tina  podjęła  decyzję.  Ona  posprząta  szkło.  Posłuchała  Achmeda  i  w  sobotni  ranek 

wyruszyliśmy  do  Osady.  Tina  była  ubrana  w  ciepły  szary  dres  i  adidasy.  Włosy  miała 
przytrzymane czerwoną szeroką opaską, na której z przodu aż po brwi leżała prosta grzywka. 
Psy,  zostawione  w  domu  pod  opieką  pani,  która  sprzątała  u  nas  raz  w  tygodniu,  szczekały 
niespokojnie. 

- Czują pismo nosem - powiedziała Tina. - Poczekaj, tato! 
Odpięła pas i wysiadła z samochodu. Podeszła do furtki i nacisnęła guzik domofonu. 
- Czy pani pamięta, że moja kotka śpi u mnie w pokoju? Na pewno leży na parapecie 

pomiędzy doniczkami. 

Przez chwilę nasłuchiwała odpowiedzi. 
- Dobrze, dziękuję! Tylko mleka nie, mleka nie! 

background image

Uspokojona  wróciła  na  swoje  miejsce,  kiedy  ruszyłem,  wyjęła  ze  schowka  atlas 

samochodowy i w milczeniu przesuwała palcem po cienkich liniach dróg, później wyciągnęła 
z kieszeni paczkę gumy do żucia. 

- Chcesz? - zapytała. 
Podziękowałem,  potem  milczeliśmy  przez  wiele  kilometrów.  Zatrzymaliśmy  się  w 

małym przydrożnym motelu, bo czułem, że gwałtownie zaczęło spadać ciśnienie, i chciałem 
napić  się  kawy.  Usiedliśmy  przy  oknie,  dzień  był  bury,  mglisty,  niedobry  na  podróż.  Tina 
podciągnęła rękaw bluzy dresowej i paznokciami drapała łokieć, zawsze tak robiła, jeżeli była 
czymś bardzo zdenerwowana. 

- Mam nadzieje, że nie układasz scenariusza na dzisiejszy dzień? 
Moje  pytanie  było  tylko  częściowo  żartobliwe,  bo  tak  naprawdę,  obawiałem  się,  że 

właśnie nad tym rozmyśla, milcząc przez całą drogę. 

- Och, tato, stale się na tym łapię! - przyznała. - Zastanawiam się, jakby tu zagrać taką 

grzeczną tatusia córeczkę. 

- Nie musisz nikogo grać. 
-  Ale  przecież,  jak  będę  sobą,  i  tak  nikt  nie  uwierzy,    że  to  naprawdę  jestem  ja!  - 

powiedziała bezradnie. 

- Może nie będzie tak źle, pod jednym warunkiem, oczywiście. 
- Pod jakim? 
- Pod takim, że wiesz, jaka jesteś, i będziesz się tego pilnować. A wiesz, jaka jesteś? 
- Wiem, 
- No to nic straconego. 
Wie,  jaka  jest,  zdumiewające.  Ruszyliśmy  w  dalszą  drogę,  Tina  zaczęła  gwizdać. 

Gwizdała też tylko wtedy, kiedy coś nad nią wisiało, albo miała nieczyste sumienie. Raz po 
raz  zaglądała  do  atlasu  i  sprawdzała,  ile  kilometrów  mamy  jeszcze  do  przejechania. 
Dojeżdżaliśmy do stacji benzynowej, kiedy poprosiła: 

- Zatrzymaj się tu, tato. 
- Po co? 
- Myślisz, że ci zwieję na półmetku? 
- No... wiesz... 
Roześmiała się. 
- Chętnie zwiałabym ci, jeżeli mam być szczera. Tu jest toaleta. 
Zatrzymałem się  na  małym parkingu, Tina poprosiła o drobne  i poleciała do małego 

pawiloniku  przy  stacji.  Nie  wracała  długo,  początkowo  byłem  tylko  zniecierpliwiony,  ale 
stopniowo dawały o, sobie znać nerwy. Wysiadłem  z samochodu i poszedłem tropem Tiny. 
Przy damskim WC siedziała starsza kobieta i czytała kolorowy tygodnik. 

- Czy była tu u pani dziewczyna w szarym dresie? 
- Była, ale dawno wyszła. Tymi drzwiami, o! 
Pokazała  mi  drzwi  prowadzące  na  zaplecze  pawilonu.  Wyjrzałem,  ale  zobaczyłem 

przed  sobą  tylko  wąską  wilgotną  dróżkę  idącą  w  głąb  lasu.  Cofnąłem  się,  po  drodze  na 
parking  zajrzałem  jeszcze  do  małego  sklepu  przy  stacji  benzynowej.  Podszedłem  do  kasy, 
obok której tak czy inaczej Tina musiałaby przejść, niezależnie od tego, czy zrobiła tu jakieś 
zakupy, czy nie. 

- Czy była u pani dziewczyna w szarym dresie? 
- Nikogo u mnie nie było, już od godziny. 
Stanąłem przed pawilonem, widziałem stąd mój samochód na parkingu, nikt się przy 

nim nie kręcił. Spojrzałem na zegarek, minęło już pół godziny od chwili, kiedy rozstałem się 
z Tiną. Została mi do sprawdzenia jeszcze pusta ścieżka w stronę lasu. Pomyślałem, że zanim 
za  nią  pójdę,  wsunę  za  wycieraczkę  wiadomość,  gdzie  jestem.  Długopis  i  notes  miałem  w 
samochodzie,  więc  idąc  włączyłem  już  zamek  centralny,  żeby  otworzyć  drzwiczki.  Pisnął 

background image

krótkim,  ostrym  dźwiękiem,  którego  nie  znosiłem.  I  wtedy  zobaczyłem  Tinę.  Najwyraźniej 
przez cały czas siedziała na krawężniku i zasłonięta samochodem czekała na mnie. 

- Gdzie ty się podziewałeś, tato? 
- Szukałem ciebie. 
- Jestem tu już dawno. 
- Wyszłaś z pawilonu bocznymi drzwiami. 
- Tak, byłam ciekawa, jak tam jest. Brzydko, tylko błotnista ścieżka do lasu. 
- Zajęło ci to pół godziny. 
- Pół godziny to chyba ja tu na ciebie czekam, tato. 
Ruszyłem,  Tina  przyglądała  mi  się  uważnie,  czułem  jej  spojrzenie,  bo  nieomal 

dotykała mnie wzrokiem. 

- Sądziłeś, że ci zwiałam? 
- Tak. 
- Nie ufasz mi? 
Muszę  ufać,  pomyślałem.  Wraca  do  niej  mój  własny  problem  sprzed  lat,  dobrze 

wiedziałem, jak to jest. 

- Ufam. 
- A jednak sądziłeś, że ci zwiałam. 
- Obawiałem się, raczej. 
-  Nie  obawiaj  się,  posprzątam  szkło.  Jest  tylko  jedna  rzecz,  czy  nie  mógłbyś  jakoś 

zadzwonić  do  wujka  Achmeda  i  uprzedzić  go,  że  jedziemy?  Może  wtedy  on  mógłby  coś 
powiedzieć o mnie... rozumiesz, coś, że ja w końcu nie jestem przecież taka... taka... 

Rozłożyła bezradnie ręce. 
- Boję się, tato! Zupełnie nie wiem, jak mam się zachować, co powiedzieć, i dlatego 

pomyślałam, że może jednak wujek Achmed... 

Sięgnąłem do kasetki, w której miałem list Achmeda, wyjąłem go i podałem Tinie. 
- Przeczytaj to sobie jeszcze raz, tylko uważnie. 
Wyjęła  z  koperty  te  kilka  kartek  i  pochyliła  się  nad  nimi.  Rzeczywiście  czytała 

uważnie i długo. Od czasu do czasu spoglądałem w jej stronę, więc widziałem, że wraca do 
niektórych fragmentów. Przez chwilę patrzyła na zdjęcie, które wypadło z koperty. 

- Przeczytałaś? 
- Tak. 
- I co? 
- Nie wiem, nie jestem pewna... 
- A ja jestem pewien. On już załatwił dla ciebie wszystko, co tylko mógł załatwić. Nie 

ciągnąłby nas do Osady z powodu głupiej herbaty. 

- Przecież tak niewiele wiedział. 
-  Achmed  zawsze  wie  więcej,  niż  nam  się  zdaje.  Myślę,  że  rozmawiali  o  wielu 

naszych sprawach w czasie tych przemiłych herbacianych popołudni, które spędzili ze sobą, i 
on ze swoją przenikliwością na pewno sklecił w jakąś całość to wszystko. 

Milczała przez chwilę, z powrotem włożyła list Achmeda do kasetki i przechylona do 

przodu, nie patrząc na mnie, zapytała cicho: 

- A tobie trudno jest tam jechać? 
Było mi bardzo trudno. 
- Tak. 
Później  nie  rozmawialiśmy  już  o  tym.  Droga  przed  nami  zjaśniała,  bo  wreszcie 

przetarło  się  niebo  i  wśród  pierzastych  białych  chmur  idących  wysoko,  ukazały  się  wielkie 
połacie  błękitu  i  słońce,  a  kiedy  dojeżdżaliśmy  do  Osady,  było  już  ciepłe,  jesienne 
popołudnie.  Wyjeżdżając  spoza  zakrętu,  zobaczyłem  nagle  dwie  smukłe,  cynobrowe  wieże 

background image

kościoła  i  dzwonnicę,  jeszcze  dalekie,  bo  dzieliła  nas  od  nich  smuga  zagajnika  i  jezioro. 
Pejzaż doprawdy sentymentalny. 

- Spójrz, znowu tu jesteśmy, tato - powiedziała Tina. 
Warszawa, 1999 rok