background image

 

POUL ANDERSON 

 

 

 

 

 

 

 

 

ORBIT UNLIMITED 

 

 (przełożyła 

EWA KIERES

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

redakcja

Wujo Przem

 

(2015

background image

 

 

CZĘŚĆ PIERWSZA 

 
 
 
 

Jaskinia Robin Hooda 

 
 

 

Svoboda liczył sobie około sześćdziesięciu lat. Nie znał swego dokładnego wieku. Ludzie 

z Niskiego Poziomu rzadko zważali na takie rzeczy, a jego najdalsze wspomnienie łączyło się 
z płaczem w uliczce, kiedy spadł deszcz i huczała podmiejska linia kolejowa. Później umarła 
jego  matka,  a  ktoś,  kto  utrzymywał,  że  jest  jego  ojcem  (choć  prawdopodobnie  nie  był), 
sprzedał go Inky'emu, szefowi złodziei. 

Sześćdziesiąt  lat to  podeszły wiek dla  człowieka z mas, jeśli  przekradał  się kocimi  spo-

sobami przez hałas, brud i śmierć w mieście Niskiego Poziomu lub – łatwiej, lecz z ograni-
czeniem  wolności  –  męczył  się  przy  górniczym  szybie  lub  obsługiwał  silnik  poławiacza 
planktonu. Dla obywatela Wyższego Poziomu, albo dla Strażnika sześćdziesiąt lat było zale-
dwie wiekiem średnim. Svoboda, który spędził połowę swego życia w każdej z tych kategorii, 
wyglądał  bardzo  staro,  ale  mógł  mieć  nadzieję  na  przeżycie  jeszcze  dwudziestu  lat.  „Jeżeli 
można to nazwać nadzieją” – myślał cierpko. 

Lewa stopa bolała go znowu. Była jak bryła, uwięziona w specjalnym bucie. Kiedy miał 

około dwunastu lat i gramolił się przez ogrodowy mur ze srebrnym kielichem, ukradzionym 
niejakiemu  inżynierowi  Harkavy'emu,  kula  wystrzelona  przez  wartownika  roztrzaskała  mu 
kość. Udało mu się wtedy jakoś uciec, ale była to okropna wpadka dla jednego z najbardziej 
obiecujących chłopaków w Bractwie. Inky przeniósł go do paserów, co zmusiło go do nauki 
czytania i pisania i w ten sposób zapoczątkowało jego długą drogę w górę. Dwadzieścia pięć 
lat później, kiedy Svoboda został Komisarzem  Astronautyki,  medyk zaproponował  mu  pro-
tezowanie zniszczonej stopy. 

– Mogę panu zrobić taką, że z trudnością odróżni ją pan od prawdziwej – zaoferował. 
–  Niewątpliwie  –  powiedział  Svoboda.  –  Widziałem  naszych  starszych  Strażników 

trzęsących się ze swymi protetycznymi sercami, protetycznymi żołądkami i czymś w rodzaju 
protetycznego oka. Pewien jestem, że ciągły postęp nauki wkrótce dojdzie do protetycznego 
mózgu, który trudno będzie odróżnić od prawdziwego. Niektórzy z moich kolegów przypra-
wiają mnie o wrażenie, że to już zostało osiągnięte. – Wzruszył chudymi ramionami. – Nie. 
Może kiedyś. Jestem zbyt zajęty. 

Zajęcie  to  sprowadzało  się  głównie  do  wyrywania  się  z  Departamentu  Astronautyki, 

nieustannie  martwego  punktu,  do  którego  wmanewrowali  go  nerwowi  przełożeni.  A  gdy  to 
się powiodło, Svoboda od razu był zajęty czymś  innym. Nigdy nie było dość czasu. Trzeba 
było  iść  całkiem  szybko,  tylko  po  to,  by  utrzymać  się  w  tym  samym  miejscu.  „Ilu  ludzi  w 
dzisiejszych czasach przeczytało  A l i c j ę?” – zastanawiał się. Ale stopa rzeczywiście czę-
sto go bolała. Zatrzymał się, by ulżyć bólowi. 

background image

 

– Czy wszystko w porządku, proszę pana? – zapytał Iyeyasu. 
Svoboda  spojrzał  na  olbrzyma  i  uśmiechnął  się.  Pozostali  jego  wartownicy,  w  liczbie 

sześciu, byli niczym, zwykłymi wydajnymi bezosobowymi maszynami do zabijania. Iyeyasu 
nie  nosił  pistoletu,  był  karateką  i  mógł  rozpłatać  żebra  i  wyciągnąć  płuca  każdemu  kto  nie 
spodobał się Svobodzie. 

– Zrobię to – powiedział Komisarz Psychologii. – Nie pytaj dokładnie co zrobię, ale coś 

musi się stać. 

Iyeyasu zaoferował ramię, a jego pan oparł się na nim. Kontrast był groteskowy. Svoboda 

stał,  wysoki  ledwo  na  sto  pięćdziesiąt  centymetrów,  z  łysa  czaszką,  twarzą  pełna  ciemnych 
zmarszczek i zakrzywionym nosem. Jego dziecinna postać wyglądała wyzywająco w płaszczu 
ognistego  koloru,  mieniącym  się  mundurze  z  wąskim  kołnierzem  i  ciemnoniebie-skich 
spodniach,  skrojonych  w  najnowszym  stylu,  z  poszerzanymi  nogawkami.  Tymczasem 
Okinawan ubierał się na szaro, nosił długą do ramion grzywę, a jego ręce zdeformowane były 
przez bezustanne rozwalanie cegieł i łamanie desek. 

Svoboda  poszperał  żółtymi  palcami  w  poszukiwaniu  papierosa.  Stał  na  bardzo  wysokim 

podeście tarasu, bez widoku na park, jaki zwykle większość Komisarzy wybierała pod swoje 
domy. Svoboda umieścił swą wydziałową wieżę w mieście, które go zrodziło. Rozciągało się 
ono pod jego stopami tak daleko, jak daleko mógł sięgnąć wzrokiem przez powietrze gęste od 
spalin  samolotów.  Ale  za  nadbrzeżem  portowym,  na  wschodnim  końcu  horyzontu,  mógł 
zobaczyć rtęciowy połysk, który był otwartym Atlantykiem. 

Nad  planetą  zapadł  zmierzch.  Dachy  zrobiły  się  czarne  na  tle  brunatno  czerwonych  po-

zostałości zachodzącego słońca. Ulice i mury Wyższego Poziomu zaczęły się jarzyć. Poniżej 
Niski  Poziom  był  ciemnością,  przytłumionym,  niekończącym  się  warkotem  podmiejskich 
kolejek, generatorów, fabryk samochodów; migotaniem iskier wskazujących okna budzące się 
do  życia,  świateł  rowerów  lub  latarek  grup  mężczyzn  uzbrojonych  w  pałki  z  obawy  przed 
Bractwem. 

Svoboda wypuścił dym nosem. Jego oczy błąkały się szukając taksówki powietrznej, która 

przyniosła  go  tutaj  z  jego  oceanicznego  domu,  potem  znów zwróciły  się  na  niebo.  Właśnie 
wschodziła Venus, biała na tle królewskiego błękitu. Westchnął i wskazał na nią. 

–  Czy  wiesz  –  powiedział  –  jestem  nieomal  zadowolony,  że  tamtejsza  kolonia  nie  jest 

rozwijana. Nie dlatego żeby nie zarabiała na siebie, choć gdyby istniał Bóg to wiedziałby, że 
nie wolno nam dziś marnować środków; lecz z zupełnie innej przyczyny. 

– Jakiej, proszę pana? – Iyeyasu wyczuł, że Komisarz chce porozmawiać. Byli razem ze 

sobą przez wiele lat. 

–  Teraz  jest  to  jeszcze  jedno  miejsce,  dokąd  możesz  uciec,  aby  uwolnić  się  od  rodzaju 

ludzkiego. 

– Powietrze na Venus nie jest dobre, proszę pana. Przecież żeby uciec, można lecieć do 

gwiazd bez noszenia kombinezonu. 

– Ale dziewięć lat w hibernacji do najbliższej gwiazdy! Nieco niezwykłe jak na waka-cje. 
– Tak, proszę pana. 
– A potem planety, które znajdujesz, są tak samo niedobre jak Venus... Albo są takie jak 

Ziemia, ale nie  w y s t a r c z a j ą c o  takie jak Ziemia i ludziom łamią się serca. Chodź-my, 

background image

 

zabawimy się w ważniaków. 

Svoboda wsparł się na kuli i szybko przeszedł przez taras, przez sklepiony portal i dalej 

długim korytarzem o świecących ścianach. Jego wartownicy, z zawsze czujnymi oczyma, roz-
stawili się wachlarzem przed i za nim; Iyeyasu trzymał się blisko. Nic znaczyło to, że Svobo-
da spodziewał się zamachu. Trwała nocna zmiana i jakkolwiek Psychologia była najważniej-
szym działem w obrębie rządu federalnego, o tej porze i na tym piętrze nie mogło być żadne-
go z podwładnych. 

Na  końcu  hallu  znajdował  się  gabinet  telekonferencji.  Svoboda  pokuśtykał  do  fotela, 

Iyeyasu pomógł  mu  w nim usiąść i  ustawił przed nim biurko. Większość mężczyzn patrzą-
cych z ekranów miała za sobą doradców. Svoboda był  sam,  z wyjątkiem swoich wartowni-
ków. Zawsze pracował sam. 

Premier  Selim  kiwnął  głową.  Za  jego  postacią  rozciągał  się  widok  z  okna  otwartego  na 

palmową aleję.  

– A, jesteście już, Komisarzu – powiedział. – Właśnie zaczynaliśmy się niepokoić. 
– Przepraszam za moje spóźnienie – odpowiedział Svoboda. – Jak panom wiadomo, nigdy 

nie załatwiam interesów w domu, więc musiałem przyjść tutaj na tę konferencję. Ale keson 
pod moim domem przepuścił wyciek, żyrostabilizatory zawiodły i zanim zorientowa-łem się 
o  co  chodzi,  sprawdziłem  która  godzina  na  cierpiącej  na  morską  chorobę  ośmiornicy. 
Spóźniała się dziesięć minut. 

Szef  bezpieczeństwa  Chandra  zamrugał  oczami,  otworzył  zarośnięte  brodą  usta,  by 

zaprotestować, a później pokiwał głową.  

–  A,  pan  żartuje.  Rozumiem.  Ha.  –  Siedział  w  Indiach  o  wschodzie  słońca,  ale  władcy 

Ziemi przywykli byli do nieregularnych godzin. 

–  Zacznijmy  –  powiedział  Selim.  –  Darujemy  sobie  formalności.  Jednak,  zanim 

rozpoczniemy naszą dzisiejszą debatę, czy nie wyłoniła się jakaś inna ważna sprawa? 

–  Eee...  –  Rathjen,  obecny  Komisarz  Astronautyki,  odezwał  się  nieśmiało.  Był  słabo-

witym synem poprzedniego premiera. Jego ojciec oferował mu tę posadę i od tej pory nikt się 
nie trudził, żeby mu ją odebrać. 

–  Eee...,  tak,  panowie,  chciałbym  znów  poruszyć  sprawę  przywrócenia  funduszy  na... 

Chcę  powiedzieć,  że  mamy  kilkanaście  statków  kosmicznych,  którym  potrzeba  tylko  paru 
milionów z funduszu reperacyjnego żeby, ee..., żeby znów osiągnąć gwiazdy. No i akademie 
astronautyczne. Naprawdę, wartość nowych rekrutów jest tak niewielka jak ich ilość. Wydaje 
mi się, to znaczy gdybyśmy... pan Svoboda zwłaszcza, to chyba należy do jego departamentu 
– intensywna kampania propagandowa, skierowana do młodszych synów rodzin Strażników... 
albo Obywateli profesjonalnego statusu... przekonująca ich o doniosłości, dają-ca zawodowi 
ee..., blask, który kiedyś posiadał... 

– Proszę – przerwał Selim. – Innym razem. 
– Można by jednak wtrącić tu uwagę – powiedział Svoboda. 
– Co? – Novikov od zasobów mineralnych zwrócił na niego zdziwiony wzrok. – Pan jest 

tym,  który  zwołał  tę  specjalną  konferencję.  Czy  zamierza  pan  marnować  czas  na  sprawy 
zupełnie nieważne? 

– Nic nie jest nieważne – cicho powiedział Svoboda. 

background image

 

– Co? – rzucił Chandra. 
–  Cytowałem  tylko  Ankera,  filozoficznego  ojca  Konstytucjonalizmu  –  poinformował  go 

Svoboda.  –  Kiedyś  powinniście  zrozumieć  rzeczy,  które  pragniecie  stłumić.  Zapewniano 
mnie, że to czyni cuda. 

Chandra poczerwieniał ze złości. 
– Ale ja nie zamierzam... –zaczął i rozmyślił się. 
Selim wyglądał na zbitego z tropu. Rathjen odezwał się płaczliwie. 
– Zamierzał pan zrobić uwagę w mojej sprawie, panie Svoboda. 
Tak.  –  Mały  człowieczek  zapalił  nowego  papierosa  i  zaciągnął  się  głęboko.  Jego 

niebieskie  oczy,  przerażająco  ruchliwe  w  twarzy  przypominającej  mumię,  przeskakiwały  z 
ekranu  na  ekran.  –  Komisarz  Novikov  mógłby  podać  panu  właściwą  przyczynę  upadku 
astronautyki: więcej ludzi i mniej zasobów z każdym dniem. Nie możemy sobie pozwolić na 
międzygwiezdne badania, podobnie jak nie możemy sobie pozwolić na utrzymanie repreze-
ntatywnego  rządu.  Szczątki  obu  tych  rzeczy  są  eliminowane  tak  szybko,  jak  na  to  pozwala 
pańskie i konstytucjonalistów rozżalenie. Skądinąd wiadomo mi, że jest to i tak nie dość szy-
bko, jak chcieliby niektórzy z panów. Niestety, dwadzieścia lat temu, rząd, przeprowadzając 
zbyt  szybko  zmiany  socjalne,  wywołał  Rewolucję  Północnoamerykańską.  –  Svoboda  wy-
szczerzył zęby. – Dlatego musimy wziąć tę lekcję do serca i nie prowokować Departamentu 
Astronautyki do rewolucji. Łatwiej jest operować kilkoma statkami kosmicznymi przez parę 
następnych  dziesięcioleci,  niż  szturmować  barykady  szeregu  gabinetów  bronionych  przez 
zdesperowanych  biurokratów  machających  krwawą  flagą  w  trzech  egzemplarzach.  Ale  pan, 
ze swojej strony, panie Rathjen, nie może od nas oczekiwać rozwinięcia, lub nawet utrzyma-
nia takiej samej ilości pańskich statków. 

– Panie Svoboda! – Rathjen stracił oddech. 
Selim odetchnął. 
– Wszyscy znamy poczucie humoru Komisarza Psychologii – powiedział niezgrab-nie. – 

Ale  ponieważ  wspomniał  on  o  Konstytucjonalistach,  ufam,  że  zamierza  przejść  do  sedna 
sprawy. 

Wszystkie  twarze  zwróciły  się  w  kierunku  Svobody  i  znieruchomiały.  Svoboda,  zasła-

niając się obłokiem dymu, odparł: 

–  Bardzo  dobrze.  Ośmielam  się  powiedzieć,  że  szczucie  na  siebie  Komisarzy  jest  okru-

tnym sportem i zamiast tego wolałbym zebrać z ulicy przystojne Obywatelskie dziewczyny na 
kilkanaście  tygodni  Specjalnego  Szkolenia.  –  Teraz  Larkin  z  Rolnictwa  Morskiego  był 
jedynym, który się na niego gapił. – Być może nie wszystkim jest znana sprawa, którą chcę 
przedstawić. Przedłożyłem nowy raport w sprawie Konstytucjonalistów Premierowi Selimo-
wi, panu Chandra i Komendantowi Północnej Ameryki. Okazał się on tak kontrowersyjny, że 
poprosiliśmy całą Komisję Strażników, by to omówić. 

Skinął  w  stronę  Selima. Szorstka,  szara  twarz  premiera  wyglądała  na  nieco  zaskoczoną. 

Sprawiało to wrażenie, jakby Svoboda nieomal dał mu pozwolenie na kontynuowanie. Selim 
wzdrygnął się, spojrzał na papier na swoim biurku i powiedział: 

– Kłopot w tym, że Konstytucjonaliści nie są grupą polityczną. Gdyby byli, mogliby-śmy 

już jutro zrobić na nich obławę. Nie są nawet formalnie zorganizowani i nie ma całkowi-tego 

background image

 

porozumienia między nimi. To, w czym się zgadzają, jest jedynie filozofią. 

–  Źle  –  mruknął  Svoboda.  –  Filozofie  racjonalizują  stosunki  emocjonalne.  Już  samo  to 

określenie jest Freudowską pomyłką. 

– Co takiego? – zapytał Novikov. 
– Powinien pan wiedzieć – rzekł Svoboda słodko. - Jest pan przecież ekspertem. Jednak 

kontynuując.  Oficjalnie,  nazwa  „Konstytucjonalizm”  odnosi  się  po  prostu  do  postawy 
względem fizycznego wszechświata; rzecznictwo opierania wzorów myślowych na układzie 
rzeczywistości. Anty-mistycyzm, można by powiedzieć. Ale ja wyrosłem tutaj, w Północnej 
Ameryce,  gdzie ciągle jeszcze połowa populacji mówi  po angielsku.  I  mogę panom  powie-
dzieć, że w języku angielskim słowo Konstytucja ma wielkie znaczenie. Powstanie Północno-
amerykańskie  wybuchło,  kiedy  rząd  Federacji  uparcie  i  skandalicznie  naruszał  –  nie  ducha 
starej,  biednej i  wielokrotnie poprawianej  Konstytucji,  w tym oni  sami byli dobrzy  –  ale jej 
treść. 

–  Tyle  wiem  –  odezwał  się  Chandra.  –  Niech  pan  nie  myśli,  że  nie  zbadałem  tych  tzw. 

filozofów.  Wiem,  że  wielu  z  nich  brało  udział  w  rewolucji  lub  miało  ojców,  którzy  w  niej 
uczestniczyli. Jednak oni  nie są niebezpieczni. Mogą narzekać między  sobą, ale jako kla-sa 
nie  robią  nic  złego.  Nie  mają  powodu,  by  wszcząć  drugie  daremne  powstanie.  –  Wzruszył 

ramionami. – Faktycznie, większość z nich musi być na tyle inteligentna, żeby zrozumieć że 
Karta  Praw,  czy  cokolwiek  to  było,  po  prostu  nie  zdaje  egzaminu,  gdy  na  ich  kontynencie 
znajduje się pół biliona ludzi, w osiemdziesięciu procentach analfabetów. 

– Tak, czy owak, kim oni są? – zapytał Dilolo od Rolnictwa. 
– Przeważnie Północni Amerykanie – powiedział Svoboda. – Mam tu na myśli stary pień, 

nie  ostatnich  orientalnych  imigrantów.  Ale  ich  doktryny  rozszerzają  się  na  wykształco-nych 
Obywateli  każdej  rasy,  na  cały  świat.  Mam  wrażenie,  że  jeżeli  się  rozejrzycie,  znajdzie-cie 
jedną czwartą piśmiennej populacji – raczej więcej niż między naukowcami i technikami – w 
faktycznej  zgodzie  z  doktryną  Konstytucjonalistów.  Choć  oczywiście  nie  tak  wielu  z  nich 
będzie świadomie myśleć o sobie jako o Konstytucjonalistach. 

– Innymi słowy – rzekł Chandra – nie jest to jedynie nowa religia. Nie dla młodzie-ży. Nie 

dla Strażników – jako reguła... – rzucił Svobodzie tęskne spojrzenie – lub dla gór-nej warstwy 
Obywateli.  To  już  wiem.  Także  to  zbadałem.  I  odkryłem,  że  Konstytucjonalizm  przemówił 
głównie  do  ciężko  pracujących,  dobrze  się  rozwijających  ale  niebogatych  ludzi:  trzeźwego, 
solidnego  gatunku,  który  zdobył  nieco  lepszy  status  niż  jego  przodkowie  i  ma  na-dzieję,  że 
jego potomstwo będzie miało trochę więcej niż on sam. Tacy nie są rewolucjonista-mi. 

–  A  jednak  –  powiedział  Svoboda  –  Konstytucjonalizm  staje  się  o  wiele  silniejszy  niż 

można by się spodziewać po niewielkiej ilości formalnych stronników. 

– W jaki sposób? – zapytał Larkin. 
– Zostawia pan swoje inżynierskie córki same, nieprawdaż? – powiedział Svoboda. 
–  Co  to  ma...  To  znaczy,  proszę  wytłumaczyć,  co  pan  ma  na  myśli,  zanim  ja  wniosę 

skargę. 

Svoboda uśmiechnął się szeroko. Mógł złamać Larkina kiedy tylko miałby na to ochotę. 
– Strażnicy mają siłę – rzekł – ale to co zostało z ziemskiej klasy średniej, to wpły-wy. To 

jest  ta  różnica.  Masy  nic  próbują  naśladować  Strażników,  czy  też  naprawdę  nas  słu-chać. 

background image

 

Przepaść  jest  zbyt  wielka.  Ich  naturalnymi  przywódcami  są  mieszczanie  z  niższej  klasy 
średniej. Ci z kolei spoglądają na średnią i wyższą klasę średnią. Co do nas, Strażników, mo-
żemy zarządzić irygację Maroka i wysłać tam milion więźniów, żeby kopali kanały i zginęli; 
ale  tylko  wtedy,  jeśli  jakiś  inżynier  z  wyższej  klasy  średniej  zapewni  nas,  że  jest  to  wyko-
nalne. Prawdopodobnie doradziłby nam to od razu. Kłopot z Konstytucjonalizmem polega na 
tym, że może on dać tej klasie średniej świadomość jej potencjalnej siły i w ten sposób nakło-
nić ją do starania się o odpowiedni głos w rządzie, co byłoby dla nas poważnym zagrożeniem. 

Nastała  cisza.  Svoboda  skończył  swego  papierosa  i  zapalił  następnego.  Czuł  jak  powie-

trze charczy mu w gardle.  

Wszyscy  biomedycy  świata  nie  byliby  w  stanie  zrekompensować  nałogu,  który  niszczył 

mu płuca. „Ale co innego można robić?” – myślał posępnie. 

– To nie stanowi zagrożenia dla nas osobiście, panowie. – Odezwał się Selim – Komisarz 

Psychologii  przekonał  mnie  jednak,  że  jeżeli  zależy  nam  na  naszych  dzieciach  i  wnukach, 
musimy poważnie zastanowić się nad tą sprawą. 

–  Nie  ma  pan  chyba  na  myśli  aresztowania  Konstytucjonalistów  w  masowej  ilości?  – 

zapytał  zaalarmowany  Larkin.  –  Przecież  nie  możecie  tego  zrobić.  Sam  wiem  ile  mojego 
kluczowego personelu technicznego jest... To znaczy, to byłaby katastrofa dla każdego nad-
morskiego miasta na Ziemi! 

–  Rozumie  pan?  –  uśmiechnął  się  Svoboda.  Potrząsnął  głową.  –  Nie,  nie.  Poza 

praktycznymi  i  natychmiastowymi  trudnościami,  aresztowania  na  szeroką  skalę,  mogłyby 
sprowokować nowe konspiracje w celu obalenia Federacji. Nie jestem tak głupi, przyjaciele. 
Proponuję podkopać ruch Konstytucjonalistów, a nie ostrzeliwać go. 

–  Jednak  proszę  zauważyć  –  sprzeciwił  się  Chandra.  –  Jeżeli  jest  to  tylko  kwestia 

kampanii propagandowej przeciwko tym wierzeniom, nie potrzebuje pan całej Komisji Straż-
ników, żeby... 

–  To  więcej  niż  propaganda.  Chcę  zamknąć  szkoły  Konstytucjonalistów.  Zostawmy 

dorosłych.  Niech  dalej  sobie  myślą,  co  tylko  chcą.  To  następną  generacją  powinniśmy  się 
zająć. 

– Nie zamierza pan chyba wpuścić do naszych szkół ich bachorów? – zasapał Dilolo. 
–  Zapewniam  pana,  że  oni  nie  mają  robaków  –  odrzekł  Svoboda.  –  Chociaż  mogą  być 

zarażeni  odrobiną  oryginalności.  Ale  nie,  nie  jestem  aż  tak  drastyczny.  Jednakże  moja 
propozycja jest wystarczająco radykalna, by wymagać pełnej zgody Komisji. Chcę przywró-
cić stary system bezpłatnej, obowiązkowej edukacji.  

Svoboda zignorował wrzawę, jaka nastąpiła, a kiedy ucichła, kontynuował: 
– Oczywiście zmodyfikowany, to prawda. Nie planuję wciągać w to tych beznadziej-nych 

siedemdziesięciu pięciu procent populacji. Niech sobie idą swoją szczęśliwą drogą. Mo-żemy 
bez  trudu  ustalić  kryteria  przyjęcia,  żeby  utrzymać  ich  z  dala.  To  czego  chcę,  to  dekret 
stwierdzający, że cała podstawowa edukacja będzie finansowana przez rząd i musi być pod-
dana  oficjalnym  wymaganiom.  Co  oznacza  moje  wymagania.  Zostawię  w  spokoju  szkoły 
terminowe, klasztory i inne użyteczne i nieszkodliwe edukacyjne instytucje. Ale szkoły utrzy-
mywane  zgodnie  z  zasadami  Konstytucjonalizmu,  okażą  się  mieć  godny  ubolewania  niski 
poziom. Zwolnimy ich nauczycieli, a zatrudnimy jakichś dobrych i lojalnych. 

background image

 

– Będzie z tym kłopot – ostrzegł Dilolo. 
–  Tak.  Ale  niezbyt  wielki.  Oczywiście  rodzice  zaoponują.  Ale  co  mogą  powiedzieć? 

Skoro państwo, w nagłym przypływie łaskawości, ściąga z ich barków ciężar szkolnych ko-
sztów (mniejsza o to, skąd się biorą podatki) zapewniając ich dzieciom odpowiednie naucza-
nie i należyte przystosowanie do społeczeństwa. Jeśli chcą im dodatkowo wpajać swoje śmie-
szne małe wierzenia, czemu nie, mogą to robić wieczorami i w czasie wakacji. 

– Ha! – zaśmiał się Chandra. – Zrobi to wiele dobrego. 
– Właśnie – zgodził się Svoboda.  – Filozofią trzeba żyć. Nie można jej nabyć w cią-gu 

godziny dziennie od zmęczonego ojca, który poucza cię wtedy, gdy wolałbyś raczej  grać w 
piłkę na dworze. Twoi koledzy z klasy, nie-konstytucjonaliści, będą wyśmiewać twoje dziwa-
ctwa.  Podczas  gdy  rodzice  nie  będą  już  w  stanie  zachować  swojego  autorytetu.  To  nie  jest 
rodzaj rozwiązania, które prowadzi do rewolucji. Zabijemy, nieomal dosłownie, Konstytucjo-
nalizm w jogo kołysce. 

– Do tej pory nie dowiódł pan, że jest on wart trudu zabijania – powiedział Novikov. 
– Wiem, dlaczego tak jest.  – Larkin wtrącił się mściwie: – Dlatego, że jedyny syn pana 

Svobody  jest  Konstytucjonalistą,  to  jest  powód.  Ponieważ  z  tego  powodu  zerwali  ze  sobą 
dziesięć lat temu i nie rozmawiali od tego czasu. 

Oczy Svobody zrobiły się całkiem blade. Nie spuszczał ich z Larkina przez bardzo długi 

czas. Larkin zaczął się wić, obracał w palcach ołówek, odwracał wzrok, spoglądał za siebie i 
otarł  pot  z  twarzy.  Svoboda  nie  odwracał  wzroku.  Zrobiło  się  bardzo  cicho  w  pokoju.  We 
wszystkich pokojach na całej Ziemi. Na koniec Svoboda westchnął. 

–  Powinienem  teraz  przedstawić  szczegółowe  fakty  i  analizy,  panowie  –  powiedział.  – 

Udowodnię, że Konstytucjonalizm posiada zarodki socjalnej zmiany, zmiany radykalnej. Czy 
chcecie powrotu atomowych wojen? Czy choćby burżuazji, wystarczająco silnej by wal-czyć 
o głos w rządzie? To brzmi mało dramatycznie, ale zapewniam panów. Strażnicy będą zabici. 
Teraz aby dowieść słuszności mego twierdzenia, powinienem zacząć od... 

 

 

 

 
Adres,  który  podał  Theron  Wolfe,  okazał  się  mieszkaniem  na  piętnastym  piętrze,  w 

niegdyś  pięknej  dzielnicy.  Joshua  Coffin  pamiętał,  prawie  stulecie  wstecz,  jak  ten  budynek 
wznosił się samotnie między drzewami i ogrodami, kiedy tylko brązowa chmura na wscho-
dzie  świadczyła,  że  jest  tam  miasto.  Ale  teraz  miasto  wchłonęło  go,  otaczając  nędznymi, 
plastykowymi  szkieletami  domów  mieszkalnych.  W  następnej  generacji  będzie  to  już  Niski 
Poziom. 

–  Jednakże  –  odezwał  się  Wolfe  –  żyłem  tu  przez  całe  swoje  życie  i  nabrałem 

sentymentalnego przywiązania do tego miejsca.  

– Proszę? – Coffin był zaskoczony. 
–  Kosmonaucie  może  być  trudno  to  zrozumieć  –  Wolfe  uśmiechnął  się  –  podobnie  jak 

większości  lepiej  sytuowanych  Obywateli,  jeżeli  już  o  tym  mowa.  Oni  są  nawet  bardziej 

background image

 

koczowniczy niż pan, Pierwszy Oficerze. W ogóle trzeba należeć do rodziny Strażnika, albo 
do jednej z bezimiennych mas, zbyt biednych by gdzieś się przenieść, żeby w tych czasach 
zapuścić  korzenie.  Ale  ja  jestem  wyjątkiem  z  klasy  średniej.  –  Pogładził  brodę  i  dodał  po 
chwili sardonicznie  –  Poza tym, byłoby trudno znaleźć podobne mieszkanie. Musi  pan zdać 
sobie sprawę, że ziemska populacja podwoiła się, od czasu kiedy pan wyruszył. 

– Wiem – powiedział Coffin bardziej obcesowo niż zamierzał. 
– Ale proszę wejść. – Wolfe wziął go za ramię i przeprowadził przez taras. 
Weszli  do  pokoju  gościnnego,  archaicznego,  z  szerokimi  oknami,  solidnym  umeblowa-

niem, którego wykończenie mogło być autentycznie drewniane, z półkami książek i kilkoma 
popękanymi ze starości olejnymi obrazkami. Żona kupca, nieładna i po pięćdziesiątce, ukłoni-
ła się gościowi i wróciła do kuchni. Czyżby rzeczywiście gotowała własne potrawy? Coffin 
poczuł się irracjonalnie poruszony. 

– Proszę usiąść – Wolfe wskazał ręką zniszczone, brzydkie krzesło. – Antyk, ale wysoce 

funkcjonalny.  Jeżeli  nie  woli  pan  tej  nowoczesnej  mody  siedzenia  po  turecku  na  poduszce. 
Nawet Strażnicy zaczynają uważać to za stylowe. 

Końskie włosie zatrzeszczało pod ciężarem Coffina. 
– Papierosa? 
– Nie, dziękuję – kosmonauta uświadomił sobie, że jego ton jest zbyt sztywny i spróbował 

się usprawiedliwić – Ten zwyczaj nie jest popularny w mojej profesji. Masowy wskaźnik, wie 
pan,  w  przybliżeniu  dziewięć  do  jednego  dla  międzygwiezdnej  podróży...  –  przerwał.  – 
Proszę mi wybaczyć. Nie zamierzałem mówić o sprawach zawodowych. 

–  O,  ale  ja  wolałbym,  żeby  pan  o  nich  mówił.  Dlatego  zaprosiłem  pana  tutaj  po  wy-

słuchaniu pańskiego wykładu. – Wolfe wziął dla siebie cygaro z pudełka. – Napije się pan? 

Coffin  zgodził  się  na  małą  szklaneczkę  wytrawnej  sherry.  Oryginalny  towar,  niewątpli-

wie bajecznie kosztowny. W pewien sposób było mu szkoda marnować go na swoim oboję-
tnym podniebieniu. Ale Bóg mówił wyraźnie o grzechu pobłażania samemu sobie. 

Spojrzał  na  Wolfe'go.  Kupiec  był  postawny  i  tęgi,  ale  jak  na  swój  średni  wiek  jeszcze 

krzepki, ze schludną bródką w stylu Van Dyke'a. Rysy jego twarzy nadawały mu dziwny, jak-
by oddalony wygląd, jak gdyby część jego osoby zawsze stała z dala od świata i obserwowa-
ła. Nosił urzędowy strój, a na nogach miał pantofle. Usiadł, napił się, wypuścił kłąb dymu i 
powiedział. 

–  To  wstyd,  że  tak  niewielu  ludzi  słyszało  pański  wykład,  Pierwszy  Oficerze.  Był  jak 

najbardziej interesujący. 

– Nie jestem najlepszym mówcą – powiedział Coffin sztywno. 
– Ale sam temat. Pomyśleć, planeta Epsilon Eridani, gdzie człowiek mógłby żyć! 
Coffin poczuł przypływ gniewu. Zanim mógł się pohamować, wyrzucił z siebie. 
– Jest pan już pewnie tysięczną osobą, która mówi, że byłem na Epsilon Eridani. Mu-szę 

panu  wyjaśnić,  że  ta  gwiazda  była  zbadana  dziesięciolecia  temu  i  nie  ma  żadnych  planet 
użytecznych dla człowieka. Chodzi o E Eridani, którą zbadał  R a n g e r. Myślałem, że słu-
chał pan mojego wykładu. 

– To moja pomyłka. Ostatnio tak rzadko mówi się o astronautyce. Przepraszam. – Wolfe 

był bardziej uprzejmy niż skruszony. 

background image

 

Coffin z piekącymi policzkami skinął głową. 
– Nie. To ja pana przepraszam. Jestem roztargniony i grubiański.  
– To nieistotne – powiedział Wolfe. – Zdaje mi się, że rozumiem dlaczego jest pan taki 

podenerwowany. Jak długo pana nie było, co? Osiemdziesiąt siedem lat, z których pięć, plus 
czas  czuwania  w  przestrzeni  kosmicznej,  były  spędzone  bez  snu.  To  był  punkt  zwrotny 
pańskiej  kariery,  doświadczenie  jakie  dane  jest  niewielu  ludziom.  A  teraz  pan  wrócił.  Pań-
skiego domu już nie ma, krewniacy rozpierzchli się, ludzie i obyczaje zmieniły się niemal nie 
do poznania. A co najgorsze, nikogo to nie obchodzi. Oferuje im pan nowy świat – możliwą 
do zamieszkania planetę, o której  odkryciu ludzie marzyli przez dwa stulecia badań kosmi-
cznych – a oni ziewają, jeżeli nie kpią. 

Coffin  siedział  przez  chwilę  w  milczeniu,  obracając  w  palcach  szklaneczkę  sherry.  Był 

wysokim mężczyzną z jankeską twarzą o nieregularnych rysach i siwiejącymi włosami. Ubra-
ny  w  obcisły  mundur,  czarne  spodnie  z  ostrymi  kantami,  a  jego  złote  guziki  nosiły  symbol 
amerykańskiego orła. Nawet w służbie kosmicznej taki strój był niedorzeczny i przestarzały. 

–  No  cóż  –  powiedział  w  końcu,  z  trudem  znajdując  słowa  –  oczekiwałem...  innego 

świata... kiedy wróciłem. Naturalnie.  Ale jakoś nie spodziewałem się, że  będzie inny w ten 
sposób. My, moi koledzy i ja, jak każdy międzygwiezdny kosmonauta, wiedzieliśmy, że wy-
braliśmy szczególny sposób życia. Ale to było w służbie ludzkości, która jest przecież służbą 
Bogu. Spodziewaliśmy się przynajmniej wrócić do Towarzystwa Astronautycznego, naszego 
własnego  kosmicznego  społeczeństwa  w  społeczeństwie  –  rozumie  pan?  Ale  Towarzystwo 
już praktycznie nie istniało. 

Wolfe skinął głową. 
–  Niewielu  ludzi  uświadamia  to  sobie,  Pierwszy  Oficerze  –  powiedział  –  ale  podró-że 

kosmiczne zanikają. 

– Dlaczego? – wymamrotał Coffin. 
–  Wykończyliśmy  zupełnie  nasze  zasoby  z  takim  samym  brakiem  powściągliwości,  z 

jakim pomnożyliśmy naszą liczbę. Więc Czterech Jeźdźców zjechało ze swojej wyznaczonej 
drogi. Badania stały się zbyt kosztowne. 

–  Ale  są  środki  zastępcze,  nowe  stopy  (aluminium  musi  być  jeszcze  pod  dostatkiem). 

Istnieje energia termonuklearna, konwersja katodowa, dielektryczny akumulator... 

–  O,  tak  –  Wolfe  wypuścił  kółeczko  dymu  –  jednak  to  nie  wystarcza.  Teoretycznie, 

możemy zapewnić nieograniczoną ilość mocy przerobowej. Ale zostało już bardzo  niewiele 
materiałów, do których może ona być zastosowana. Lekkie metale i plastyki nie do wszystkie-
go  nadają  się,  często  potrzebna  jest  stal.  Maszyny  wymagają  oleju.  Cóż,  niskoprocentowe 
rudy żelaza można reprodukować, wyroby organiczne można syntetyzować, i tak dalej. Ale z 
ciągle  wzrastającym  kosztem.  I  wszystkie  produkty  muszą  być  rozprowadzane  racjonalnie: 
jest więcej ludzi. Oczywiście nie ma już żadnych roszczeń o równy podział. Gdybyśmy tego 
próbowali, wszyscy spadliby do Niskiego Poziomu. Zamiast tego, bogaci się bogacą, a biedni 
biednieją jeszcze bardziej. Zwykły wzór historyczny. Egipt, Babilon, Rzym,  Indie, Chiny, a 
teraz cała Ziemia. Więc sumienny Strażnik (jest ich więcej, niżby się panu mogło wydawać) 
nie czuje się w porządku wydając miliony, które mogłyby poprawić byt wielu Obywateli, na 
zwykłe odkrycia. A niesumienny Strażnik gwiżdże na to. 

background image

 

10 

Coffin był zaskoczony. Popatrzył twardo na Wolfe'a. 
– Słyszałem wzmiankę o czymś zwanym, ee, Konstytucjonalizmem – powiedział powoli. 

– Czy pan zgadza się z tą doktryną? 

– Mniej więcej – przyznał Wolfe – choć jest to raczej szumne określenie bardzo prostej 

rzeczy,  idei  postrzegania  świata  takiego,  jakim  on  rzeczywiście  jest  i  zgodnego  z  tym 
postępowania. Anker nigdy nie nazywał swego systemu w jakiś szczególny sposób. Ale Laird 
był człowiekiem raczej napuszonym i – przerwał, zapalił z uwagą osoby oszczędnej, pamię-
tającej  ile  kosztuje  tytoń,  i  podsumował:  –  Pan,  Pierwszy  Oficerze,  jest  prawdopodobnie 
Konstytucjonalistą w tym samym stopniu jak każdy przeciętny Ziemianin. 

– Bardzo przepraszam, ale nie. Zdaje mi się, z tego co słyszałem, że to jest pogańska, nie 

żydowska wiara. 

–  Ależ  to  nie  jest  wiara.  O  to  właśnie  chodzi.  Jesteśmy  ostatnimi  którzy  mogliby  się 

przyczynić  do  ponownego  wzrostu  wiary.  Masy,  a  ostatnio  nawet  cząstka  klas  wyższych, 
przechodzi od mistycyzmu i marihuany do bardziej znośnej pseudoegzystencji. Ja wolę żyć w 
obiektywnym świecie. 

Coffin skrzywił się. Wydało mu się, że widzi okropnego, śmiejącego się bożka, w białym 

kościele nad morzem, w którym kiedyś jego ojciec wygłaszał kazania. Zmienił temat. 

– Ale czy przynajmniej przywódcy nie rozumieją, że wyprawy kosmiczne są jedyną drogą 

wydostania  się  z  ekonomicznego  potrzasku?  Skoro  Ziemia  się  wyczerpuje,  mamy  prze-cież 
całą galaktykę planet. 

– To niewiele pomaga Ziemi – powiedział Wolfe. – Proszę rozważyć problem tran-sportu 

minerałów:  dziewięć  lat  od  najbliższej  gwiazdy,  ze  wskaźnikiem  masowym  dziewięć  do 
jednego. A jak pan myśli, ile nakładów może pochłonąć przetransportowanie naszej populacji 
szybciej, niż zdąży się ona znów odrodzić tu na Ziemi? Chociaż Rustum była rajem  – i pan 

sam  to  przyznaje  –  miała  poważne  niedogodności  z  naszego  punktu  widzenia.  Niewiele 
tysięcy ludzi mogłoby tam osiąść. 

– Ale utrzymywałoby to tradycję – argumentował Coffin. – Nawet na Ziemi świadomość 

tego, że istnieje kolonia, miejsce, gdzie mógłby zamieszkać człowiek, któremu obrzydło już 
życie tutaj – czy nie byłoby to cenne? 

–  Nie,  –  rzekł  Wolfe  dobitnie.  –  Dla  Obywatela,  niewolnika  pracy,  często  z  Niskie-go 

Poziomu;  rzeczywistego  niewolnika,  mimo  całego  fałszywego  gadania  o  kontrakcie,  nie-
możliwe jest opłacenie tak kosztownej podróży. A dlaczego państwo miałoby płacić za jego 
przejazd?  Nie  zmniejszy  to  liczby  gęb  na  Ziemi;  a  jedynie  uczyni  państwo,  starające  się 
napełnić  te  gęby,  o  tyle  biedniejszym.  Z  reguły  też  żaden  Obywatel  nie  jest  czymś  takim 
zainteresowany.  Czy  myśli  pan,  że  niedouczone,  przesądne  dziecko  tłumów,  chodników  i 
maszyn  może  przeżyć,  orząc  nieznaną  glebę  w  jakimś  pustym  świecie?  Czy  myśli  pan,  że 
chciałoby  choćby  spróbować?  –  rozłożył  ręce.  –  A  jeśli  chodzi  o  piśmienną,  technicznie 
wykształconą  klasę  ludzi,  tych  którzy  mogliby  zrealizować  ten  projekt  –  czemu  mieliby  to 
zrobić? Jest im zupełnie dobrze tutaj. 

– Właśnie zacząłem to sobie uświadamiać – kiwnął głową Coffin. 
Na szerokiej twarzy Wolfe'a zakwitł uśmiech. 
– Proszę sobie jeszcze wyobrazić, że taka kolonia zostałaby jakoś założona. Czy chciałby 

background image

 

11 

pan pojechać i tam żyć? 

– Wielkie nieba, nie! – Coffin wzdrygnął się. 
– Dlaczego nie, skoro tak panu zależy, żeby ją założyć? 
–  Dlatego...  dlatego,  że  jestem  kosmonautą.  Moje  życie  to  badania  kosmiczne,  a  nie 

zajmowanie  się  farmą  czy  kopalnią.  Przez  generacje  nie  byłoby  żadnych  statków  kosmi-
cznych  prowadzących  badania  z  Rustum.  Koloniści  mieliby  zbyt  wiele  innych  rzeczy  do 
roboty.  Myślę,  że  taka  kolonia  przysłużyłaby  się  rodzajowi  ludzkiemu  jako  całości,  a  z 
osobistego punktu widzenia miałem nadzieję, że przywróciłoby to zainteresowanie podróżami 
kosmicznymi. Ale to już nie ode mnie zależy. 

–  Właśnie.  A  ja  jestem  kupcem  tekstylnym.  Mój  sąsiad,  Israel  Stein  uważa  badania  za 

wspaniałą inwestycję, choć sam uczy muzyki. Mój przyjaciel John O'Malley, jest chemikiem 
proteinowym i jako taki z pewnością byłby użyteczny na nowej planecie. Uprawia nurkowa-
nie,  a  raz  włożył  kilkunastoletnie  oszczędności  w  wycieczkę  myśliwską;  ale  jego  żona  ma 
ambicje wychowania dzieci na Ziemi. I są jeszcze inni, którzy kochają swój komfort, taki ja-
kim jest; albo boją się, albo czują się zbyt głęboko zakorzenieni, czy jak pan chce to nazwać. 
Wszyscy są zainteresowani i życzliwi dla pańskiego pomysłu, ale niech ktoś inny odwali tę 
robotę.  To,  co  może  pan  zdobyć,  to  szczupła  garstka  ludzi  gotowych,  zdecydowanych  i 
mogących wyjechać, ale zbyt nielicznych, by sfinansować podróż. Quod erat demonstradum. 

–  Tak  się  wydaje.  –  Coffin  gapił  się  w  swoją  pustą  szklankę.  –  Ale  tyle  zdążyłem 

zauważyć  sam  –  powiedział  po  chwili  powoli,  urywając  słowa.  –  Byłem  zmuszony  uświa-
domić sobie, że moja profesja zanika. A jest to jedyna profesja dla mnie otwarta. Co ważniej-
sze, jedyna odpowiednia dla moich dzieci, jeżeli kiedyś będę je miał. Bo muszę się ożenić w 
obrębie Towarzystwa. Nie mógłbym  gdziekolwiek indziej znaleźć przyzwoitego domowego 
życia... – przerwał. 

– Wiem – zamruczał Wolfe niezbyt wyraźnie. – Proszę mi wybaczyć. To nieważne. Czasy 

się  zmieniają,  a  pan  jest  jakby  spoza  czasu.  Nie  będę  rozwodził  się  nad  faktem,  że  moja 
najstarsza córka jest kochanką Strażnika, ani szokował pana uwagą, że ani trochę mnie to nie 
kłopocze. W ostatnich miesiącach na Ziemi zaszły raczej ważniejsze zmiany, zmiany których 
nie aprobuję i które są główną przyczyną zaproszenia pana tu dziś wieczorem. 

Coffin podniósł wzrok.  
– Słucham? 
Wolfe pokiwał głową. 
–  Zdaje  się,  że  obiad  jest  prawie  gotów.  Proszę,  Pierwszy  Oficerze  –  znów  ujął  ramię 

swego  gościa.  –  Pański  wykład  był  godnie  podziwu  rzeczowy  i  suchy,  a  ja  chciałbym  bar-
dziej szczegółowego opisu. Jak wygląda Rustum, jaki sprzęt  będzie potrzebny do założenia 
kolonii  minimalnych  rozmiarów,  oszacowanie  kosztów...  wszystko.  Zakładam,  że  woli  pan 
raczej  rozmawiać  o  tych  sprawach,  niż  prowadzić  towarzyską  rozmowę  o  niczym.  Ma  pan 
szansę się wykazać. 

 

 

 

background image

 

12 

 
Nawet  między  jego  wielbicielami  było  wielu,  którzy  byliby  zaskoczeni  dowiedziawszy 

się, że Torvald Anker wciąż żyje. Wiedzieli, że urodził się stulecie temu i nigdy nie był wy-
starczająco bogaty, żeby pozwolić sobie na staranną opiekę lekarską. Będąc sławnym myśli-
cielem  uporczywie  odmawiał  swoich  nauk  bogatym  tępakom  oferującym  wysoką  zapłatę, 
chętnie za to udzielał ich inteligentnym, choć biednym chłopcom. Wydawało się więc natura-
lne,  że  mógł  już  umrzeć.  Jego  prace  potwierdzały  to  wrażenie.  Jego  magnum  opus,  nad 
którym  jeszcze  debatowano,  liczyło  sobie  już  sześćdziesiąt  lat,  a  jego  ostatnia  książka  – 
niewielki  zbiór  esejów  –  została  opublikowana  dwadzieścia  lat  temu.  I  była  jeszcze  jednym 
subtelnym anachronizmem o stylu tak prostym i myśli tak jasnej, jak gdyby na Ziemi wciąż 
były jeszcze kraje, gdzie panowała wolność słowa. 

Od  tamtej  pory  mieszkał  w  swoim  domku  nad  Sognefjord,  unikając  rozgłosu,  którego 

nigdy  nie  cenił.  Rejon  ten  był  fragmentem  starego  świata,  gdzie  rzadko  rozsiana  populacja 
żyła  własnym  wysiłkiem,  a  ludzie  wyrażali  się  jasno  pięknym  językiem  i  troszczyli  się  o 
wykształcenie swoich dzieci. Anker uczył w podstawowej szkole przez kilka godzin dziennie, 
za  co  otrzymywał  wyżywienie  i  pomoc  w  prowadzeniu  domu.  Resztę  swego  czasu  dzielił 
między ogród a swą ostatnią książkę. 

Któregoś  lata,  wczesnym  rankiem,  kiedy  rosa  leżała  jeszcze  na  jego  różach,  wszedł  do 

chaty,  która  liczyła  sobie  już  kilka  stuleci.  Miała  dach  kryty  czerwoną  dachówką  i  ściany 
porosłe bluszczem. Człowiek mógł stąd objąć wzrokiem rozległą panoramę, gdzie wiatr, słoń-
ce, kamienie, kępy dzikich kwiatów, pojedyncze drzewa, kończyły się urwiskiem, za którym 
już tylko chmury odbijały się w fiordzie. Czasem mewa przeleciała za oknem gabinetu. 

Anker  usiadł  za  biurkiem.  Przez  chwilę  odpoczywał  podpierając  dłonią  podbródek. 

Wspinaczka była długa, aż od brzegów wody i często był zmuszony zatrzymywać się dla zła-
pania oddechu. Jego wysokie, szczupłe ciało stało się tak wątłe, że czuł promienie słoneczne 
przenikające go na wskroś. Potrzebował niewiele snu, a kiedy przyjdą białe noce... – „niebo 
było jak białe róże”, ktoś napisał – musi jeszcze raz zejść w dół do fiordu. 

No cóż. Westchnął, odsunął z czoła nieposłuszny kosmyk i ustawił maszynę do pisania. 

List  od  młodego  Hirayamy  był  pierwszym  na  kupce  korespondencji.  Nie  był  zbyt  dobrze 
napisany, ale to, że był napisany z wielkim pragnieniem powiedzenia czegoś, najbardziej się 
liczyło. Anker nie miał nic przeciwko wideofonowi jako takiemu, ale wolał go nie posiadać, 
aby uniknąć przerw w rozmyślaniach. Poza tym chciał, żeby młodzi ludzie, w celu skontakto-
wania się z nim, byli zmuszeni do pisania, ponieważ pisanie było tak istotne dla kształcenia 
umysłu, jak konwersacja, może nawet bardziej. Niestety było już zanikającą umiejętnością. 

Jego palce przycisnęły klawisze. 
 

Mój drogi Saburo 

 

Dziękuję  za  pokładane  we  mnie  zaufanie,  chociaż  obawiam  się,  że  jest  źle  ulokowane. 

Opinię, którą posiadam, zdobyłem sobie głównie naśladując Sokratesa. Im dłużej rozmyślam, 
tym bardziej jestem przekonany, że kryterium wszechrzeczy to zagadnienie epistemologiczne. 
W jaki sposób wiemy to, co wiemy i czym jest to, co wiemy? Z tego pytania wynika czasami 

background image

 

13 

pewien stopień zrozumienia. Choć nie jestem wcale pewien, czy zrozumienie jest równozna-
czne  z  mądrością.  W  każdym  razie  spróbuję  dać  jasne  odpowiedzi  na  problemy,  które  mi 
przedstawiasz,  zawsze  pamiętając,  że  jedynymi  prawdziwymi  odpowiedziami  są  te,  które 
człowiek znajduje sam dla siebie. Wiedz jednak, że moje opinie są opiniami człowieka, który 
od dawna odciął się od nowoczesności. Myślę, że pozwoli mi to zyskać w perspektywie, ale 
teraz spoglądam na aktywny świat ze strony starej rzeczywistości, będąc zupełnym samotni-
kiem wśród słonych wód, jarzębinowych drzew i długich zimowych nocy. Z pewnością jesteś 
daleko bardziej kompetentny niż ja, by radzić sobie z praktycznymi szczegółami życia. 

Przede  wszystkim  jednak,  nie  zalecałbym  ci  poświęcania  się  filozofii  czy  podstawowym 

badaniom naukowym. „Świat zwariował” i nie byłoby tam dla ciebie nic, prócz bezowocnego 
powtarzania  tego,  co  inni  już  powiedzieli  lub  zrobili.  W  tym  sądzie  nie  kieruje  mną  spen-
gleriański  mistycyzm  ale  bardzo  trzeźwe  spostrzeżenie  Donne'a,  że  żaden  człowiek  nie  jest 
wyspą. Nie można być tak uzdolnionym, żeby pracować samotnie, lecz krzyżowanie się podo-
bnych zainteresowań w grupie, cała  ta  atmosfera sprawia,  że oryginalność staje się niemo-
żliwa.  Niewątpliwie  potencjał  biologiczny  epoki  Peryklesa  czy  Renesansu  zawsze  istnieje: 
statystyka genetyczna gwarantuje to. Ale warunki społeczne muszą zdeterminować stopień, do 
jakiego ten potencjał jest realizowany, a nawet główne formy ekspresji jakie przybiera. Mam 
nadzieję,  że  nie  jestem  starym,  zgorzkniałym  człowiekiem,  gdy  myślę,  że  obecny  wiek  jest 
powszechną pustką, jak Rzym za Commodusa. Takie rzeczy się zdarzają. 

Po  drugie  –  zadajesz  ukryte  pytanie,  czy  można  coś  zrobić  aby  to  zmienić.  Szczerze 

mówiąc,  nigdy  w  to  nie  wierzyłem.  Mogą  być  teoretyczne  sposoby,  tak  jak  teoretycznie 
możliwa  jest  zmiana  zimy  na  lato  przez  przyspieszenie  przebiegu  planety  po  orbicie.  Ale 
istnieją praktyczne ograniczenia. To tak samo jak to, że śmiertelny człowiek ze swoją niedo-
skonałością nie ma siły przeznaczenia. 

Jak się domyślam, przypuszczasz, że byłem kiedyś aktywny politycznie, że założyłem ruch 

Konstytucjonalistów.  To  popularne  pojęcie  jest  błędne.  Nie  miałem  z  tym  nic  wspólnego  i 
nigdy  nawet  nie  spotkałem  Lairda.  (Sądzę  w  każdym  razie,  że  jest  on  postacią  raczej 
tajemniczą; prawdopodobnie samouk urodzony na Niskim Poziomie, ukazujący się nagle bez 
żadnej  przeszłości  –  i  znikający  bez  wieści  po  jednej  dekadzie.  Zamordowany  może?)  Był 
moim  entuzjastycznym  i  pojętnym  czytelnikiem,  ale  nigdy  nie  próbował  wejść  w  osobisty 
kontakt ze mną. Powiedział, że stosuje moje zasady tylko do konkretnych sytuacji. Zrobił nie-
zwykłą karierę po stłumieniu północnoamerykańskiej rewolucji i obaleniu ostatnich roszczeń 
do nieograniczonego amerykańskiego rządu. Zgniecione, zrozpaczone socjalno-ekonomiczno-
etniczne  grupy  zwróciły  się  w  stronę  przywódcy,  który  zamienił  ich  ledwo  rozwinięte 
wierzenia  w  wyraźny  cel  i  zaoferował  praktyczny  zbiór  reguł,  według  których  mieli  żyć.  W 
rzeczywistości  te  reguły  nie  urosły  do  niczego  więcej  niż  tradycyjne  cnoty  cierpliwości, 
odwagi, oszczędności, przedsiębiorczości, przeplatane naukowym racjonalizmem; ale jeżeli to 
im pomogło, jestem zaszczycony, że Laird cytował mnie. Jednakże na dłuższą metę nie widzę 
dla  nich  nadziei.  Fala  entuzjazmu  dogorywa  zbyt  szybko.  A  teraz  –  jak  słyszę  –  rząd 
zdecydował się wyeliminować Konstytucjonalizm jako niebezpieczeństwo dla status quo. Jest 
to  przeprowadzane  bardzo  sprytnie,  pod  przykrywką  bezpłatnej  edukacji,  ale  równa  się 
przekształceniu całej następnej generacji w powszechny szary tłum. Wdzięczny jestem, że mój 

background image

 

14 

biedny region nie kwalifikuje się do publicznych szkół. 

Jeżeli nie możemy zreformować społeczeństwa, czy możemy ocalić samych siebie? Jest na 

to sposób. Jak powiedzieliby dawni Amerykanie: „Do diabła z tym wszystkim!” Wpra-wdzie 
klasztorne  porządki  przeszłości  rzymskiej,  feudalnych  Indii,  Chin,  czy  Japonii  skończyły  się 
nieodwołalnie, ale ich odpowiednik staje się z każdą dekadą coraz  bardziej potrzebny. Sam 
zresztą  zastosowałem  się  do  tego,  jednak  wolę  być  pustelnikiem  niż  mnichem.  Taka  rada 
smuci mnie, Saburo, ale może ona być jedyną odpowiedzią dla ciebie. 

Kiedyś była  jeszcze inna  droga, chrześcijańskie opuszczenie Miasta Zepsucia, w najbar-

dziej dosłownym znaczeniu. Amerykańska historia pełna jest takich przykładów: purytanów, 
kwakrów,  katolików  i  mormonów.  A  dzisiaj  tylko  gwiazdy  mogą  być  tą  nową,  wspanialszą 
Ameryką. 

Obawiam  się  jednak,  że  nie  jest  to  odpowiednie  stulecie  na  taką  ucieczkę.  Zakładające 

ekspansję  energiczne  społeczeństwo,  razem  z  torującymi  drogę  pionierami,  należą  do 
przeszłości. A teraz... Umierające cywilizacje nie są zainteresowane wysyłaniem swoich rady-
kałów. Radykałowie również nie palą się do tego. Osobiście bardzo chciałbym (choć moje ko-
rzenie tkwią tu głęboko) dokonać mych dni na tej nowej planecie, Rustum. Ale kto poszedłby 
ze mną? 

Dlatego, Saburo, możemy tylko trwać, dopóki... 
 
Ręka Ankera opadła z klawiszy. Ból w piersiach zdawał się go rozrywać. 
Wstał  z  wysiłkiem,  usiłując  złapać  powietrze.  A  może  zrobiło  to  jego  ciało.  Bo  duch 

oddalił się nagle, wiedząc że została mu może minuta, żeby spojrzeć na fiord i na niebo. I wy-
powiedział do siebie z dziwną, dziękczynną radością, obietnicę sprzed trzech tysięcy lat, daną 
Odyseuszowi: „śmierć przyjdzie do ciebie z morza, śmierć w swej najdelikatniejszej postaci”.  

 

 

 

 
Wszystkim  było  wiadomo,  że  Jan  Svoboda  odseparował  się  od  swego  ojca,  Komisarza. 

Jednak nakazy aresztowania czy choćby ścigania, nigdy się nie ukazały; więc przypuszczalnie 
ewentualne  pojednanie  było  możliwe.  Mogłoby  to  w  rzeczywistości  (jeżeli  nie  oficjalnie) 
podnieść młodego Obywatela do statusu Strażnika. Dlatego też roztropnie było stać po jego 
stronie. I dlatego Jan Svoboda nigdy nie mógł być pewien, ile swej kariery zawdzięczał sobie, 
a  ile  niedoszłym  pochlebcom  z  biura  Minerałów  Oceanicznych.  Z  kilkoma  wyjątkami,  nie 
mógł mieć nawet pewności, ilu z jego przyjaciół było naprawdę przyjaciółmi. Próby zbadania 
tego, a także sporadyczne pytania bez ogródek, nie przynosiły żadnego rezultatu. Oczywiście, 
że nie. Stał się zgorzkniałym człowiekiem. 

Dekret  o  edukacji,  pomysłu  jego  ojca,  sprowokował  go  do  wygłoszenia  gwałtownej  ty-

rady, której zazdrościli mu jego koledzy Konstytucjonaliści. To oni chcieliby poczynić wszy-
stkie  te  uwagi,  ale  nie  oni  byli  synami  Komisarza.  Odmówiono  im  prawa  do  oficjalnych 
odwołań, porzucili więc je, nie mając nic do zrobienia w takiej sytuacji. Mimo wszystko byli 

background image

 

15 

wykształconą,  dosyć  bogatą  i  pragmatycznie  zorientowaną  klasą;  mogli  przecież  udzielać 
potomstwu dodatkowych nauk w domu, lub nawet zatrudnić nauczycieli. 

Nowy system został ustanowiony. Minął rok. 
Pewnego wietrznego, jesiennego wieczoru, Jan Svoboda zaparkował  przed domem swój 

powietrzny samochód. Wielkie, szare fale nadchodziły od zachodu, hucząc w kesonach domu. 
Piana i pył wodny przewalały się nad dachem. Chmury przesuwały się, niskie i postrzępione. 
Widoczność  była  tak  ograniczona,  że  nie  można  było  dostrzec  innych  domów.  Aura  odpo-
wiadała jego nastrojowi. 

Morskie  mieszkanie  było  kosztowne,  ale  ponieważ  nieźle  zarabiał  i  podobnie  jak  inni 

Konstytucjonaliści,  zwykle  prowadził  spokojne  życie,  mógł  sobie  na  nie  pozwolić.  Czuł 
jednak finansowe braki. Ale gdzież indziej mógł żyć człowiek w tych czasach, w świecie po 
horyzonty wypełnionym idiotami? 

Jego  pojazd  dotknął  głównego  pomostu,  drzwi  garażu  otwarły  się  i  zamknęły  za  nim  i 

Svoboda  wyszedł  w  nieruchomą  ciszę.  Słabo  dochodziły  go  szmery  żyrostabilizatorów, 
klimatyzacji  i  instalacji  energetycznej.  Głośniejszy,  choć  też  przyciszony  był  huk  wiatru  i 
szum oceanu. Zapragnął wyjść na zewnątrz i poczuć na twarzy zimne, wilgotne powietrze. Ci 
idioci dzisiaj w biurze – czy nie mogli zrozumieć, że używany teraz system wymiany jonów 
był nieefektywny w skupiskach tropikalnych, i że trochę podstawowych badań dałoby projekt, 
który...  Svoboda  uderzył  w  samochód  zaciśniętą  pięścią.  To  nie  miało  sensu.  Nie  było  jak 
walczyć. Można by równie dobrze próbować nabrać wody sitem. 

Westchnął  i  wszedł  do  kuchni.  Był  średniego  wzrostu,  raczej  szczupły,  ciemnowłosy,  z 

wystającymi  kościami  policzkowymi,  zakrzywionym  nosem  i  głębokimi,  przedwczesnymi 
zmarszczkami wokół oczu. 

–  Dzień  dobry,  kochanie  –  żona  pocałowała  go.  –  Och!  To  było  jak  dotknięcie  zimnej 

ściany. Co się stało? 

–  Jak  zwykle  –  mruknął  Svoboda.  Cisza  panująca  w  domu  zaskoczyła  go.  –  Gdzie  są 

dzieci? 

–  Jocelyn  zadzwoniła  z  kontynentu  i  powiedziała,  że  chce  przenocować  u  przyjaciółki. 

Zgodziłam się. 

Svoboda znieruchomiał, wpatrywał  się w nią przez długą chwilę. Judith zrobiła krok do 

tyłu. 

– Jak to, co się stało? – zapytała. 
–  Co  się  stało?  –  głos  jego  podnosił  się  coraz  bardziej  –  Czy  zdajesz  sobie  sprawę,  że 

pokłóciliśmy  się  wczoraj  w  środku  omawiania  twierdzenia  o  dostosowywanej  kartografii? 
Ona wydaje się po prostu niezdolna do pojęcia tego. Nic dziwnego! Po całym dniu w szkole, 
poświęconym pracom domowym czy innym absurdom, jak gdyby jedyny wybór w jej życiu 
polegał na decyzji być zabawką bogatego mężczyzny czy niewolnicą biednego. I czy spodzie-
wasz  się,  że  będzie  kiedykolwiek  zdolna  do  jasnego  myślenia,  nie  wiedząc  jak  funkcjonuje 
język? Plugawe typy! Do jutra wieczorem ona zapomni wszystko, czego udało mi się nauczyć 
ją wczoraj. 

Svoboda  uświadomił  sobie,  że  krzyczy.  Przerwał,  przełknął  ślinę  i  rozważył  sytuację 

obiektywnie. 

background image

 

16 

– Przepraszam – powiedział. – Nie powinienem się tak unosić. Nie wiedziałaś o tym. 
– Może wiedziałam – powiedziała Judith powoli. 
– Co? – Svoboda, który wychodził z kuchni, obrócił się na pięcie. 
Zebrała się w sobie i powiedziała: 
–  W  życiu  obowiązuje  nie  tylko  dyscyplina.  Nie  możesz  oczekiwać  od  zdrowych 

nastolatków, że będą chodzić do szkoły na kontynencie przez cztery dni w tygodniu, po sześć 
godzin  dziennie,  spotykać  inne  dzieci,  które  tam  mieszkają,  słuchać  o  planowanych  grach, 
wycieczkach i prywatkach – a później wracać tu, gdzie nie ma nikogo w ich wieku i niczego 

prócz twoich lekcji i książek. 

–  Chodzimy  żeglować  –  argumentował,  zbity  z  tropu  –  nurkować,  łowić  ryby... 

odwiedzamy... Lochaberowie mają syna w wieku Davida, a de Semetowie... 

–  Widujemy  się  z  tymi  ludźmi  może  raz  w  miesiącu  –  przerwała  Judith.  –  Przyjacie-le 

Josy i Davida mieszkają na lądzie. 

– Całkiem sporo przyjaciół – warknął Svoboda. – U kogo została Jose? 
Judith zawahała się. 
– No? 
– Nie powiedziała. 
Pokiwał głową, sztywno trzymając szyję. 
–  Tak  myślałem.  Widzisz,  jesteśmy  starymi  ramolami.  Nie  zaaprobowalibyśmy  pójścia 

czternastoletniej dziewczyny na małe, nieszkodliwe party z marihuaną. Jeżeli to wszystko, co 
zaplanowali. Więc niech to będzie ostatni raz! – znów krzyknął. – Każda następna taka prośba 
ma być natychmiast odrzucona i niech diabli porwą ich cenne życie towarzyskie! 

Judith przygryzła drżące wargi. Odwróciła od niego wzrok i rzekła: 
– W zeszłym roku wszystko było inne. 
–  Oczywiście,  że  było.  Mieliśmy  wtedy  swoje  własne  szkoły.  Nie  było  potrzeby 

dodatkowej nauki w domu, uczono właściwych rzeczy w czasie godzin szkolnych. Nie trzeba 
było się martwić o ich szkolnych kolegów: to był nasz rodzaj dzieci, przyzwoicie się zacho-
wujących i o sensownym prestiżu. A teraz co możemy zrobić? 

Svoboda przesunął ręką po oczach. Bolała go głowa. Judith podeszła i oparła policzek na 

jego piersi. 

–  Nie  przejmuj  się  tak  bardzo,  kochanie  –  wyszeptała.  –  Pamiętaj,  co zawsze  powtarzał 

Laird. Współpracuj z nieuniknionym. 

– Omijasz to, co miał na myśli mówiąc o współpracy – odpowiedział Svoboda ponu-ro. – 

On  zamierzał  używać  nieuniknionego  w  sposób,  w  jaki  mistrz  dżudo  używa  broni  swe-go 
przeciwnika. Zapominamy o jego radach, wszyscy zapominamy, teraz, gdy już go nie ma. 

Objęła  go  mocno  w  milczeniu.  Podniosły  nastrój  powrócił,  Svoboda,  wlepiając  niewi-

dzące spojrzenie w ścianę, wyszeptał: 

– Ty nie wiesz, jak było wtedy. Byłaś zbyt młoda, nie przystąpiłaś do ruchu zanim umarł 

Laird.  Ja  sam  byłem  dzieckiem,  a  mój  ojciec  drwił  z  niego.  Ja  zobaczyłem  Laird'a  jak 
przemawiał,  na  ekranie  i  na  żywo,  i  już  wtedy  wiedziałem.  Nie,  żebym  rzeczywiście  rozu-
miał. Ale wiedziałem, że jest tam wysoki mężczyzna o pięknym głosie, mówiącym o nadziei 
dla  ludzi,  których  rodziny  leżały  martwe  w  zbombardowanych  domach.  Myślę,  że  później, 

background image

 

17 

kiedy  zacząłem  studiować  teorię  Konstytucjonalizmu,  próbowałem  przywrócić  uczucia, 
których doznawałem wtedy... A mój ojciec nie robił nic, tylko naśmiewał się z niego! – prze-
rwał. – Przepraszam, kochanie. Słyszałaś to już ode mnie setki razy.  

– I nie ma już Laird'a – westchnęła. 
Z rozbudzonym na nowo gniewem powiedział to, czego nigdy jej jeszcze nie wyjawił: 
–  Zamordowany.  Jestem  tego  pewien.  I  nie  przez  jakiegoś  przypadkowego  Brata  w 

ciemnej ulicy, nie; mam podstawy, by tak sądzić, mam ślad. Mój ojciec rozmawiał z Lairdem 
prywatnie,  gdy  ten  stał  się  zbyt  ważny.  Rzuciłem  mu  w  twarz,  że  pozbył  się  Lairda.  On 
uśmiechnął się szeroko i nie zaprzeczył. To wtedy z nim zerwałem. A teraz on chce zniszczyć 
całą pracę Lairda! 

Uwolnił się od jej rąk i wybiegł z kuchni, przez jadalnię i salon do wyjścia. Tylko smak 

wichury mógł uciszyć jego wrzenie. 

Na podłodze w salonie siedział jego syn, David, kołysząc się ze skrzyżowanymi nogami i 

przymkniętymi oczami. 

Svoboda zatrzymał się. Nie został zauważony. 
– Co ty wyprawiasz? – zapytał w końcu. 
Dziewięcioletnia twarzyczka obróciła się ku niemu, nieco oszołomiona, jakby wyrwana ze 

snu. 

– O... dzień dobry, ojcze. 
– Pytałem, co robisz – powtórzył Svoboda ostro. 
Powieki Davida opadły. Spoglądając spod nich miał dziwnie przebiegły wygląd. 
– Odrabiam lekcje – wymamrotał. 
– A co to za cholerny rodzaj lekcji? I odkąd to ten niedouczony łajdak nauczyciel sili się, 

by kształcić twój intelekt? 

– Musimy ćwiczyć, ojcze. 
– Przestań się kiwać! – Svoboda stanął nad chłopcem, z rękami na biodrach, piorunu-jąc 

go wzrokiem. – Co ćwiczyć? 

David przybrał wyraz twarzy prawie buntowniczy, ale zdecydował się na współpracę. 
– El... el... elementarne zharmonizowanie – powiedział – żeby nabrać wprawy. Potrzeba 

lat, żeby zdobyć... prawdziwe doświadczenie. 

–  Zharmonizowanie?  Doświadczenie?  –  Svoboda  znów  miał  wrażenie,  że  nabiera  wody 

sitem. – Wyjaśnij to. Zharmonizowanie z czym? 

David zrobił się czerwony. 
– Z Niewysłowionym Wszystkim. 
To było wyznanie. 
–  Chwileczkę  –  powiedział  Svoboda,  próbując  zachować  spokój.  –  Jesteś  w  szkole 

świeckiej. Według prawa. Nie uczą cię religii, prawda? – przez moment miał nadzieję, że tak. 
Jeżeli  rząd  kiedykolwiek  spróbowałby  faworyzować  jeden  z  miliona  kultów  i  wyznań, 
gwarantowałoby to rozruchy, które mogłyby być klinem... 

– O nie, ojcze. To jest fakt. Pan Tse nam wyjaśnił. 
Svoboda siadł na podłodze obok syna. 
– Co za fakt? – zapytał. – Naukowy? 

background image

 

18 

– Nie. Nie, niezupełnie. Sam mi powiedziałeś, że nauki nie mają wszystkich odpowie-dzi. 
– Nie ma – mechanicznie poprawił Svoboda. – Zgoda. Twierdzenie, że ma, to tak samo, 

jak twierdzenie, że odkrycie układów danych jest sumą całkowitą ludzkich doświa-dczeń, co 

jest  ewidentnym  absurdem  –  poczuł  zadowolenie  ze  swobody  swego  tonu.  To  musiało  być 
jakieś dziecinne nieporozumienie, które można wyjaśnić rozsądną rozmową. Spoglądając na 
głowę o brązowych lokach, Svoboda był niemal opanowany czułością. Miał ochotę zmierzwić 
włosy chłopca i zaprosić go na słoneczną werandę na partię warcabów. Jednak... 

–  W  normalnym  użyciu  –  wyjaśnił  –  słowo  „fakt”  jest  zarezerwowane  dla  danych 

empirycznych  i  dobrze  potwierdzonych  teorii.  To  Niewysłowione  Wszystko  jest  oczywistą 
przenośnią. To tak, jak kiedy mówisz, że masz jedzenia po uszy. Sposób mówienia, a nie fakt. 
Na pewno chodzi ci o to, że uczysz się czegoś o estetyce: co sprawia, że miło jest patrzeć na 
obraz i tak dalej. 

– O nie, ojcze – David potrząsnął energicznie ręką. – To  p r a w d a. Prawda wyższa od 

nauki. 

– A więc mówisz o religii! 
– Nie ojcze. Pan Tse mówił nam o tym. Starsze dzieci w szkole są już, ee..., yy..., trochę 

zharmonizowane.  To  znaczy,  przez  te  ćwiczenia  nie  możesz  po  prostu  po...,  po...,  pojąć 
Wszystkiego. Stajesz się Wszystkim. Nie jesteś codziennie, to znaczy... 

Svoboda stanął znów na nogi. David gapił się na niego. Ojciec odezwał się wzburzo-nym 

głosem: 

Co  to  znowu  za  nonsens?  Co  te  słowa  Wszystko  i  Zharmonizowanie  znaczą?  Jaką 

strukturę ma ta identyfikacja, i jeśli nie jest co dzień, to czy w kolejne czwartki? No! Znasz 
wystarczająco  podstawy  semantyki,  żeby  to  wyjaśnić.  Możesz  przynajmniej  pokazać  mi, 
gdzie zawodzą definicje i pozorne doświadczenie bierze górę. No, powiedz mi! 

David zerwał się na równe nogi. Miał zaciśnięte ręce i łzy w oczach. 
– To nic nie znaczy! – krzyknął. – Ty nic nie znaczysz! pan Tse tak mówi. I mówi, że całe 

to gadanie o słowach i d... definicjach i logice, to kupa bzdur! Mówi, że to jest nic na polu 
ma... materialnym. Zharmonizowanie jest realne. A cała wasza nauka nie jest realna. Cofasz 
mnie całą tą twoją logiką i..., i..., i starsze dzieci śmieją się ze mnie! Nie chcę się uczyć tej 
twojej semantyki. Nie chcę. I nie będę! 

Svoboda przyglądał mu się przez pełną minutę. Potem wycofał się w stronę kuchni. 
– Wychodzę – powiedział – nie czekaj na mnie. 
Drzwi zamknęły się za nim. W chwilę później Judith usłyszała jego samochód wyrusza-

jący w burzę. 

 

 

 

 

Theron Wolfe potrząsnął głową. 
– Tss... tss... –syknął strofująco – spokojnie, spokojnie.  
– Nie mów mi że wściekłość jest niedojrzała – powiedział Jan Svoboda tępym tonem. – 

background image

 

19 

Anker  nigdy  niczego  takiego  nie  napisał.  Laird  raz  powiedział,  że  nierozsądnie  jest  się  nie 
wściekać w skandalicznych sytuacjach. 

–  Zgoda  –  powiedział  Wolfe.  –  I  bez  wątpienia  ulżyłeś  sobie  znacznie  lecąc  na  ląd, 

wpadając do jednopokojowego mieszkania biednego Tse i bijąc go na oczach żony i dzieci. 
Bo nie widzę, żebyś mimo wszystko dokonał czegoś więcej. Pośpiesz się, chodźmy już stąd. 

Wyszli  z  budynku  więzienia.  Pełen  szacunku  policjant  odprowadził  ich  w  ukłonach  do 

samochodu Wolfe'a. 

– Przepraszamy za naszą pomyłkę, proszę pana – powiedział. 
– W porządku  – powiedział Wolfe.  – Musieliście go  aresztować, skoro awanturował  się 

nie na Niskim Poziomie i nie wiedzieliście, że jest synem Komisarza. 

Svoboda skrzywił się, zmęczony. 
– Ale dobrze zrobiliście, że mnie zawiadomiliście, tak jak obstawał. 
– Czy życzy pan sobie wnieść skargę przeciwko osobie Tse? – zapytał oficer. – Zajmiemy 

się nim, proszę pana. 

– Nie – powiedział Svoboda. 
– Mógłbyś nawet  wysłać mu trochę kwiatów, Jan  – zasugerował Wolfe.  – On jest tylko 

najemnikiem wypełniającym rozkazy. 

– Nie jest zmuszony być najemnikiem – warknął Svoboda. – Rzygać mi się chce od tego 

skamlania: „jestem niewinny, to wina systemu”. Nie ma żadnego systemu; są ludzie, którzy 
postępują dobrze albo źle. 

Jowiszowa  postać  Wolfe'a  poprzedzała  go  w  drodze  do  samochodu.  Kupiec  włączył 

sterowanie.  Przesunęli  się  wzdłuż  rampy  i  wznieśli  w  powietrze.  Ciągle  jeszcze  panowała 
wietrzna noc. Błyszcząca sieć oświetleń Wysokiego Poziomu rozciągała się cienką warstwą 
nad ciemnościami w Niskim Poziomie. Od wschodniego horyzontu garbaty księżyc wysyłał 
błyski światła nad czarny, niespokojny Atlantyk. 

– Kazałem odstawić twój samochód do mnie i wysłałem Judith wiadomość, żeby się nie 

martwiła  –  powiedział  Wolfe.  –  Zamiast  budzić  ją  wracając  teraz  mógłbyś  przenocować  u 
mnie i wziąć urlop na jutro. Musisz trochę dojść do siebie. 

– W porządku – Svoboda poddał się. 
Wolfe  ustawił  autopilota  na  Cruise,  poczęstował  Svobodę  cygarem  i  sam  zapalił.  Cze-

rwony żar wyciągnął z cienia jego twarz: twarz brodatego Buddy o uśmiechu Mefistofelesa. 

–  Posłuchaj  –  powiedział.  –  Byłeś  zawsze  typem  wolnym,  ale  zasadniczo  zrówno-

ważonym.  W  przeciwnym  razie  nie  byłbyś  Konstytucjonalistą.  Zbadajmy  sytuację  obiekty-
wnie. Dlaczego obchodzi cię, kim zostaną twoje dzieci? To znaczy, naturalnie, chcesz żeby 
były szczęśliwe i tak dalej, ale czy musi to być twój rodzaj szczęścia? 

–  Nie  zagłębiajmy  się  w  hedonistyczne  sofizmaty  –  powiedział  Svoboda  zirytowany.  – 

Chcę, żeby moje dzieci wyszły na prawych, dorosłych ludzi. 

– Innymi słowy, nie tylko pojedyncze jednostki, ale też kultury mają instynkt prze-trwania 

– powiedział Wolfe. - Bardzo dobrze. Zgadzam się z tobą. Jedna szczególnie kultura twoja i 
moja,  kładzie  nacisk  na  świadomy  umysł;  może  też  zbyt  wielki  na  ideale  zdrowie,  jednak 
wydaje się nam, że potencjonalnie posiadamy najlepszy sposób na życie. Ten sposób został 
pochłonięty  przez  nową  kulturę,  która  podnosi  szereg  jeszcze  nie  zdefiniowanych,  pod-

background image

 

20 

świadomych i seksualnych funkcji. Więc jesteśmy jak żydowscy Zealoci, angielscy purytanie, 
rosyjscy prawosławni, czy jakakolwiek sekta, próbująca przywrócić zasady, które – jak czują 
członkowie  –zostały  skorumpowane.  (Faktycznie,  tak  jak  inni,  tworzymy  coś  zupełnie 
nowego; ale nie rozmazujemy naszej subtelnej i świeżej idei zbyt wieloma analizami). Podo-
bnie jak oni, coraz bardziej nie zgadzamy się z otaczającym nas społeczeństwem. Jednocze-
śnie nasze przekonania stają się popularne wśród określonej klasy ludzi, na całym świecie. To 
z  kolei  alarmuje  strażników  obecnego  porządku  rzeczy.  Oni  działają,  żeby  ukrócić  nasz 
wpływ. My reagujemy. Napięcie wzrasta. 

– I co – zapytał Svoboda. 
– I – ciągnął Wolfe – nie widzę, jak możemy uniknąć ciągłego zaostrzania się konfliktu; 

użycie siły fizycznej pozostaje ultima ratio. Nie radziłbym więc wysyłać biednych, mających 
najlepsze chęci nauczycieli, do szpitala. 

Svoboda wyprostował się gwałtownie. 
– Nie masz na myśli następnej rewolucji?! – wykrzyknął. 
–  Nie  takiej,  jak  ostanie  fiasko  –  powiedział  Wolfe.  –  Nie  kończmy  jak  prawosła-wni. 

Wspólnota  purytańska  jest  analogią,  której  pragniemy.  Będzie  to  wymagało  cierpliwo-ści... 
Tak,  i  rozsądku,  przyjacielu.  Co  musimy  zrobić,  to  zorganizować  się.  Nie  za  bardzo 
formalnie, ale musimy być w stanie działać jako grupa. Tyle nie będzie trudno osiągnąć; nie 
jesteś jedynym człowiekiem oburzonym na to, co się robi z jego dziećmi. Raz zorganizowani, 
możemy zacząć dawać odczuć nasze znaczenie. Bojkoty, na przykład, łapówki dla praworzą-
dnych urzędników; i niech cię nie szokuje, gdy powiem, że Niski Poziom pełen jest utalento-
wanych morderców, po bardzo przyzwoitych cenach. 

–  Rozumiem  –  Svoboda  był  teraz  spokojniejszy  –  Nacisk.  Tak.  Możemy  być  w  stanie 

przywrócić nasze szkoły, jeżeli nie więcej. 

– Jednak nacisk sprowokuje kontra-nacisk. To zmusi nas do jeszcze twardszych posu-nięć. 

Możliwym, a nawet prawdopodobnym rezultatem jest wojna. 

– Co? Nie! 
– Albo c o u p  d' e t a t. Jednak najprawdopodobniej wojna domowa. Ponieważ niema-ło 

oficerów  militarnych  i  policji  należy  do  Konstytucjonalistów  (a  mamy  nadzieję  zwerbować 
ich więcej), jest więc szansa na zwycięstwo. Jeżeli będziemy postępować ostrożnie. Nie mo-
żna tego przyśpieszać. Ale... możemy zacząć po cichu składować broń. 

Svoboda był wstrząśnięty. Kiedy był dzieckiem, widział już trupy na ulicach. Następ-nym 

razem  mogło  dojść  nawet  do  użycia  bomby  nuklearnej,  ostatecznej  broni,  albo  do  roz-
przestrzenienia  sztucznej  zarazy.  Na  ile  byłaby  później  możliwa  regeneracja  wyjałowionego 

globu? 

– Musimy znaleźć inne wyjście – wyszeptał. – Nie możemy pozwolić, żeby sprawy zaszły 

tak daleko. 

– Możemy być zmuszeni – powiedział Wolfe. – Na pewno będziemy musieli im zagrozić. 

W przeciwnym razie zostaniemy zniszczeni. 

Wolfe  spojrzał  na  profil  Svobody,  ostry  w  świetle  gwiazd.  W  miarę  gdy  patrzył,  profil 

skamieniał w postanowieniu, które, pielęgnowane, mogło zamienić się w fanatyzm. Wolfe już 
miał przedstawić mu swój prawdziwy projekt, ale powstrzymał się. 

background image

 

21 

 

 

 

 
Komisarz Svoboda spojrzał na zegarek. 
– Wyjdźcie – powiedział. – Wszyscy. 
Ochrona posłuchała w osłupieniu. Jedynie Iyeyasu pozostał, to rozumiało się samo przez 

się. Przez moment wielkie biuro było ciche. 

– Pana syn ma teraz przyjść, tak? – spytał Okinawan. 
–  Za  pięć  minut  –  powiedział  Svoboda.  –  Jak  go  znam,  będzie  bardzo  punktualny. 

Chociaż... ludzie się zmieniają, a my nie rozmawialiśmy już ładnych parę lat. 

Poczuł  nerwowy  tik  w  kąciku  ust.  Drganie  nie  chciało  ustać;  niech  to  piekło  pochłonie, 

może się wreszcie uspokoi! Svoboda wygramolił się z krzesła i pokuśtykał ku przeźroczystej 
ścianie.  Wysokie  budynki  i  ulice  tętniły  życiem;  ale  zima  królowała  pod  bladym  niebem  i 
dalekim,  mroźnym  słońcem.  Długa  zima  tego  roku.  Svoboda  zastanawiał  się,  czy  kiedyko-
lwiek się skończy. Nie żeby pora roku miała znaczenie, gdy życie upływało  mu  w biurach. 
Ale chciał jeszcze raz zobaczyć kwitnący wiśniowy sad, który koronował ten budynek. Nigdy 
nie zgodził się na zamianę dachu w cieplarnię. Chciał, żeby resztki prawdziwej natury pozo-
stawały jeszcze na świecie. 

– Ciekawe, czy to dlatego cywilizacja techniczna umiera – zadumał się. – Brak zasobów 

nie  może  być  przyczyną,  nie  jest  nią  też  niekontrolowana  obsesja  reprodukcji,  upadek 
piśmiennictwa, wzrost mistycyzmu, ani nic w tym rodzaju. To są zwykłe efekty, a prawdziwą 
przyczyną jest zbiorowy, podświadomy bunt przeciwko tej stali i maszynerii. Czy gdybyśmy 
rozwinęli się wśród lasów, ośmielilibyśmy się ściąć każde drzewo na Ziemi? 

Iyeyasu nie odpowiedział. Był przyzwyczajony do nastrojów swego pana. Patrzył na niego 

współczującymi, małymi oczkami. 

–  Jeżeli  tak  jest  –  powiedział  Svoboda  –  może  moje  manewry  nie  służą  żadnemu 

ostatecznemu celowi. Ale dosyć. My, ludzie praktyczni, nie mamy czasu na myślenie. 

Sardonizm  poprawił  mu  nastrój.  Wrócił  za  biurko  i  czekał,  trzymając  w  palcach  papie-

rosa. 

Drzwi otwarły się przed Janem dziewięć sekund po wybiciu oznaczonej godziny. 
Pierwszą, uderzającą myślą Svobody była Bernice. O Boże, zupełnie zapomniał, że on ma 

oczy  Bernice,  a  ona  już  od  piętnastu  lat  nie  żyje!  Przez  chwilę  siedział  czując  kłującą 
samotność. 

– O co chodzi? – spytał Jan chłodno. 
Svoboda skrzyżował szczupłe ramiona. – Usiądź – poprosił. 
Jan przysiadł na brzegu krzesła i wpatrywał się w niego. Wyszczuplał, zauważył ojciec, i 

jest  bardziej  napięty,  ale  młodzieńcza  niezgrabność  już  zniknęła.  Bezkompromisowa,  szor-
stka twarz wystawała z prostego, niebieskiego munduru. 

– Papierosa? – zapytał Komisarz.  
– Nie – odpowiedział Jan. 

background image

 

22 

– Mam nadzieję, że w domu wszystko w porządku. Twoja żona? Dzieci? – „Wię-kszość 

ludzi  ma  przywilej  oglądania  swoich  wnuków...  Och,  przestań  pochlipywać,  ty  tande-tny 
Machiavelli”. 

–  Fizycznie  mamy  się  dobrze  –  odrzekł  Jan.  Jego  głos  był  jak  stal.  –  Jest  pan  zaję-tym 

człowiekiem, Komisarzu. Nie chcę nadmiernie marnować pańskiego czasu. 

–  Nie;  przypuszczam,  że  nie.  –  Svoboda  wsadził  następnego  papierosa  w  usta,  przy-

pomniał sobie, że jeszcze nie wypalił poprzedniego i zgasił go ze zbyteczną gwałtownością. 
Opanowanie wróciło i wysuszyło jego ton: 

–  Kiedy  po  raz  pierwszy  wynikła  kwestia  konferencji  pomiędzy  mną  a  reprezentantem 

waszego nowego Stowarzyszenia Konstytucjonalistów, najbardziej naturalnym wydawało mi 
się spotkanie z waszym prezydentem, panem Wolfe. Możesz się domyślać, dlaczego zamiast 
niego wybrałem ciebie, choć jesteś tylko członkiem waszego komitetu dyplomatycznego. 

Jan ściągnął usta.  
– Mam nadzieję, że nie planujesz żadnego emocjonalnego apelu. 
–  O,  nie.  Faktem  jest,  że  Wolfe  i  ja  przeprowadziliśmy  już  kilka  dyskusji  –  Svoboda 

zachichotał – Acha. To cię zaskoczyło, co? Teraz, gdybym był zdecydowany zniszczyć wa-
szą organizację, dałbym się wam pogłowić nad tym faktem. Ale prawda jest po prostu taka, że 
Wolfe rozmawiał ze mną przez telefon, nieoficjalnie, i sondował mnie w różnych punktach. 
Oczywiście, to dało mi prawo do sondowania jego; doszliśmy jednak do milczącego porozu-
mienia. 

Svoboda oparł się na łokciach, wypuścił dym i kontynuował: 
–  Wasza  organizacja  została  uformowana  kilka  miesięcy  temu.  Wszędzie  na  świecie 

Konstytucjonaliści  przystępowali  do  niej  tysiącami.  Ale  to,  czego  od  niej  oczekują,  nie  jest 
jednoznaczne.  Jedni  chcą  rzecznika  dla  swoich  skarg;  drudzy,  niewątpliwie,  rewolucyjnego 
podziemia;  większość  prawdopodobnie  nie  żywi  nic,  prócz  niejasnego  oczekiwania  wzaje-
mnej pomocy. Ponieważ jeszcze nie przyjęliście żadnego ściśle określonego programu, niko-
go  nie  rozczarowaliście.  Ale  teraz  wasz  komitet  musi  wyjść  z  wyraźnym  planem  działania, 
albo zobaczy, jak wasze zwarte szeregi przekształcają się z powrotem w galaretę. 

– Mamy plan – zaperzył się Jan. – A skoro wiesz już tak wiele, mogę ci powiedzieć, jaki 

będzie  nasz  następny  krok.  Zamierzamy  wnieść  formalną  petycję  o  uchylenie  twojego  tak 
zwanego  dekretu  edukacyjnego.  Nie  jesteśmy  bez  wpływu  na  kilkunastu  twoich  kolegów, 
Komisarzy. Jeżeli petycja zostanie odrzucona, uciekniemy się do mocniejszych środków. 

– Nacisk ekonomiczny – Svoboda kiwnął łysą głową. – Bojkoty i wstrzymanie pro-dukcji. 

Następny  środek,  bez  wątpienia,  to  cywilne  stawianie  oporu.  Później...  no  cóż.  Wzór  jest 
klasyczny. 

– Klasyczny, ponieważ skutkuje – odrzekł Jan. Krew nadbiegła mu do policzków, nadając 

mu znowu, łamiący serce, wygląd młodego chłopca. 

– Czasami. 
–  Mógłbyś  zaoszczędzić  wszystkim  wiele  kłopotów,  gdybyś  unieważnił  ten  dekret  od 

razu. W takim wypadku my moglibyśmy pójść na kompromis w kilku innych punktach. 

– Och, ale ja nie zamierzam tego zrobić – Svoboda złożył ręce jak w modlitwie, powiódł 

oczyma  w  stronę  nieba  i  zanucił  coś  pobożnie  w  kierunku  swojego  papierosa.  –  Interes 

background image

 

23 

publiczny wymaga publicznych szkół. 

Jan skoczył na równe nogi.  
– Wiesz, że to jest tylko obłudny sposób zniszczenia nas. 
– W gruncie rzeczy – powiedział Svoboda – przyszłej jesieni zamierzam zmodyfi-kować 

program  szkolny.  Czas  przeznaczony  teraz  na  krytyczną  analizę  dzieł  literackich,  może  być 
lepiej  wykorzystany  podczas  uczenia  się  ich  na  pamięć.  Później,  ponieważ  środki  halucy-
nogenne stały się tak ważne socjalnie, praktyczny kurs ich właściwego uży... 

– Ty zasuszony, bagienny pomiocie! – krzyknął Jan i rzucił się w kierunku biurka. 
Iyeyasu znalazł się tam natychmiast, pokonawszy niepostrzeżenie przestrzeń dzielącą go 

od  ojca  i  syna.  Brzeg  jego  dłoni  spadł  na  nadgarstek  Jana.  Drugą  ręką  ugodził  go  w  splot 
słoneczny. Jan sapnął ciężko i runął do tyłu. 

– Ostrożnie! – ostrzegł Svoboda. Jego palce zrobiły się białe od uciskania biurka. 
– Nie zrobiłem mu krzywdy, proszę pana – zapewnił go Iyeyasu. Ułożył Jana na krześle i 

zaczął mu masować ramiona i podstawę czaszki. 

– Za chwilę złapie powietrze – powiedział, i dodał ze źle ukrywaną wściekłością: – Nie w 

taki sposób rozmawia się z ojcem. 

– Z tego, co wiem – powiedział Svoboda – on mógł mieć słuszność. 
Szklistość zeszła już z oczu Jana, ale jeszcze przez chwilę nikt się nie odzywał. 
Svoboda  zapalił  następnego  papierosa  i  gapił  się  w  przestrzeń.  Chciał  patrzeć  na  syna, 

mogło już nie być takiej okazji, ale byłaby to nędzna taktyka. Postać Jana ginęła za zwalistym 
ciałem Iyeyasu. 

W końcu Jan odezwał się ponuro: 
– Nie będę przepraszał. Czego innego mogłeś oczekiwać? 
– Być może niczego – Svoboda splótł palce i obserwował przez nie syna. – Z pewnością 

takie  środki  wywołają  opór.  Jednak  ja  tylko  podkreślam  konflikt,  który  w  przeci-wnym 
wypadku  rozwijałby  się  może  wolniej,  ale  do  tego  samego  końca.  Nie  dałeś  mi  wyja-śnić, 
dlaczego  raczej  ty  niż  Wolfe  jesteś  dziś  reprezentantem  waszych  ludzi.  Fakty  są  takie,  że 
jesteś  młody  i  z  gorącą  głową  i  jesteś  o  wiele  lepszym  rzecznikiem  wschodzącej  generacji 
Konstytucjonalistów niż starszy, bardziej rozważny i mniej wyrobiony ideologicznie mężczy-
zna. Ekstremiści w waszej partii mogą odrzucić każde kompromisowe porozumienie zawarte 
przez Wolfego, tylko dlatego, że jest Wolfem; powszechnie wiadomo, że wszystko zależy od 
człowieka. Ale jeżeli ty zaaprobujesz plan, posłuchają. 

– Jakie możemy zawrzeć porozumienie – burknął Jan – dopóki nie przestaniecie ogłupiać 

naszych dzieci? 

– Proszę cię, żadnych sentymentalnych rozmów. Pozwól mi wyjaśnić trudności. Wy i rząd 

reprezentujecie przeciwstawne sposoby życia. Nie da się ich po prostu pogodzić. Kiedyś, być 
może, była możliwość koegzystencji. Może też będzie w przyszłości, kiedy takie sprawy nie 
będą już istotne. Ale nie teraz. Przypuśćmy, że ustąpilibyśmy, odwołali dekret edukacyjny i 
przywrócili  wasz  system  prywatnych  szkół.  Dla  was  byłoby  to  zwycięstwo,  dla  nas  klęska. 
Wy osiągnęlibyście nie tylko wasz bezpośredni cel, ale także pewność siebie, poparcie, siłę. 
Odpowiednio my byśmy stracili. Ile czasu upłynęłoby, zanim postawilibyście następne żąda-
nie? Macie przecież poza tą i inne skargi. Mając przywrócone wasze szkoły, moglibyście na-

background image

 

24 

stępnie  chcieć  przywrócenia  prawa  krytykowania  podstaw  politycznych,  następnie  osiągną-
wszy  to,  chcielibyście  prawa  do  publicznej  agitacji,  mając  to,  chcielibyście  reprezentacji  w 
Komisji.  Potem  –  ale  nie  potrzebuję  się  rozwodzić.  Wydaje  się  najlepszym  uregulować  tę 
sprawę teraz, raz i na zawsze, zanim staniecie się zbyt silni. I właśnie dlatego nie otrzymacie 
od moich kolegów takiego poparcia, jakiego się spodziewacie. 

Jan najeżył się. 
– Jeżeli myślisz, że to ostatnie słowo... 
–  Och,  nie.  Przedyskutowaliśmy  już  środki  jakimi  zamierzacie  wywrzeć  nacisk.  Dobrze 

zdaję  sobie  sprawę  z  waszych  możliwości  gromadzenia  broni,  zjednywania  jednostek 
militarnych i ostatecznego użycia siły. Spora liczba Strażników chce aresztować część wasze-
go grona od razu. Ale niestety, wy też jesteście ważni. Wyobraź sobie chaos jaki nastąpiłby, 
gdyby  czwarta  część personelu technicznego w  Minerałach i  Rolnictwie Morskim zniknęła, 
nie zostawiając wyszkolonych następców. Lub gdyby Wolfe został nagle usunięty ze swoich 
szerokich szlaków handlowych. Skąd połowa kochanek z Wyższego Poziomu brałaby suknie, 
żeby zaćmiewać drugą połowę? Poza tym jest truizmem, że męczennicy są środkiem stymulu-
jącym  dla  każdej  sprawy.  Znalazłoby  się  mnóstwo  młodych  mężczyzn,  których  nigdy  nie 
obchodziła w żaden sposób  wasza filozofia, a którzy nagle zapaliliby się wizją czegoś wię-
kszego niż oni sami... Tak, działając zbyt silnie, moglibyśmy sprowokować tę wojnę, której 
właśnie pragniemy uniknąć. 

Svoboda odchylił się do tyłu. Miał syna w swojej mocy, widział to: oszołomiony wzrok, 

półotwarte usta, ręka wzniesiona jak gdyby nie był pewien czy się bronić, apelować czy też 
dziękować. 

– Jest jeden możliwy kompromis – powiedział Svoboda. 
– Jaki? – pytanie Jana było ledwo dosłyszalne. 
– Rustum. E Eridani. 
– Ta nowa planeta? – głowa Jana podniosła się gwałtownie – Ale... 
–  Gdyby  najbardziej  niezadowoleni  Konstytucjonaliści  opuścili  Ziemię  dobrowolnie,  po 

przeprowadzeniu  wszystkich  przygotowań  związanych  z  wymianą  personelu  i  tak  dalej, 
bylibyśmy wolni od presji. Później, z czasem, moglibyśmy wrócić do problemu szkół i zado-
wolić waszych pozostałych na Ziemi kolegów, nie będąc faktycznie przez nich pokonanymi. 
Albo, nawet gdybyśmy tego nie zrobili, mogliby nas opuścić; i uwolnilibyśmy się od najbar-
dziej  upartego  elementu  opozycji.  Udane  założenie  kolonii  byłoby  sławą  dla  całej  Komisji, 
kopniakiem  w  tyłek  dla  podróży  kosmicznych  i  dlatego  przedsięwzięciem  wartym  naszego 
poparcia i  zachęty. Co do poważnych kosztów z tym  związanych...  Ludzie posiadają cenny 
dobytek, którego nie mogliby zabrać ze sobą, więc sprzedając go sfinansowaliby ten plan. To 
stary  wzór  w  historii.  Massachusetts,  Merylend,  Pensylwania  były  promowane  przez  rząd, 
wrogi zaangażowanym idealistom, pragnący się ich pozbyć. Dlaczego tego nie powtórzyć? 

– Ale dwadzieścia lat świetlnych... – wyszeptał Jan. – I nigdy więcej nie zobaczyć Ziemi. 
–  Będziemy  musieli  wiele  poświęcić  –  zgodził  się  Svoboda  –  ale  w  zamian  uniknie-cie 

ryzyka  wojny  lub  zniszczenia  przez  moje  złośliwe  plany.  –  Wzruszył  ramionami.  – 
Oczywiście, jeśli twój ładny, promieniowo ogrzewany morski dom jest dla ciebie ważniejszy 
niż twoja filozofia – proszę bardzo, zostań w domu. 

background image

 

25 

Jan potrząsnął głową, jak gdyby otrzymał nowy cios. 
– Muszę nad tym pomyśleć – wymruczał. 
– Skonsultuj to z Wolfe'm – powiedział Svoboda. – On wie o tym. To on mi pod-sunął ten 

pomysł. 

– Co? – oczy, które były oczami Berenice, zabłysły szczerym zaskoczeniem. 
– Powiedziałem ci, że Wolfe nie jest hałaburdą  – Svoboda zaśmiał się. – Rozumiem, że 

dyskutował możliwości obalenia rządu i przeprowadził jakieś wstępne przygotowania do tego 
celu. Ale podejrzewam, że nigdy nie było to jego prawdziwą intencją. Była to tylko za-słona 
dla ludzi, których entuzjazm wymagał podniety. On pracował, żeby zyskać silną takty-cznie 
pozycję... żeby móc zmusić nas do wysłania was na Rustum. 

To był odpowiedni ton, Svoboda widział to. Jeżeli Wolfe, mentor, działał za kulisami, Jan 

będzie mniej się obawiał bomby w jakimkolwiek osiągniętym końcowym porozumieniu. 

– Będę musiał z nim porozmawiać – Jan wstał. Nagle zaczął drżeć. – Z nimi wszystkimi. 

Musimy pomyśleć... Do widzenia. 

Odwrócił się i powlókł w stronę drzwi. 
– Do widzenia, dziecko – powiedział Svoboda. 
Wątpił, czy Jan go usłyszał. Drzwi zamknęły się. 
Svoboda siedział przez długi czas bez ruchu. Papieros dopalał się parząc mu palce. Zaklął, 

wyrzucił go do popielniczki i z wysiłkiem wstał. Kaleka stopa bolała go znowu. 

Iyeyasu  wślizgnął  się  za  biurko.  Svoboda  oparł  się  na  mocnym,  jak  konar  drzewa, 

ramieniu i powlókł się do szklanej ściany, żeby móc spojrzeć na zewnątrz i zobaczyć migo-

tanie otwartego oceanu. 

– Pana syn tu wraca, tak? – zapytał Iyeyasu w końcu. 
– Nie spodziewam się – odpowiedział Svoboda. 
– Pan chce, żeby polecieli na nową planetę? 
–  Tak.  I  polecą.  Nie  przepracowałem  tych  wszystkich  lat  po  to,  żeby  nie  wiedzieć  jak 

działa moja maszyneria. 

Słońce  na  zewnątrz  było  blade,  ale  jego  światło  ukłuło  oczy  Svobody  tak,  że  musiał  je 

potrzeć palcami. Odezwał się głośno dobitnym, ale nieznośnie nierównym tonem: 

–  Stary  Inky  był  wykształconym  człowiekiem,  na  swój  sposób.  Zwykł  utrzymywać,  że 

głównym aksjomatem ludzkiej geometrii jest, że linia prosta nie jest najkrótszą drogą między 
dwoma punktami. A faktycznie, że nie ma wcale linii prostych. Uważam to za całkiem pra-
wdziwe. 

–  To  był  pana  plan,  proszę  pana?  –  Głos  Iyeyasu  cechowało  raczej  współczucie,  niż 

zainteresowanie intelektualne. 

–  Uhm.  Książki  Ankera  i  mój  własny  zdrowy  rozsądek  pokazały  mi,  że  nie  ma  już  dla 

Ziemi nadziei w najbliższej przyszłości. Może za tysiąc lat, kiedy jakiś przełom położy kres 
dekadencji, coś z tego tu wyniknie; ale nie pomogłoby to bardzo mojemu synowi. Chciałem 
wysłać go stąd, dopóki jeszcze jest czas. Do nowego świata, gdzie będzie miał świeży start. 
Ale  nie  mógłby  wyruszyć  sam.  Musiało  to  być  w  formie  kolonii.  A  koloniści  musieli  być 
zdrowymi, niezależnymi, zdolnymi ludźmi, którzy wyruszyliby ze swojej wolnej woli; żaden 
inny rodzaj nie mógłby przetrwać. Zakładałem, że możliwa do zamieszkania planeta zostanie 

background image

 

26 

odkryta,  ale  nie  mogłem  oczekiwać,  że  będzie  gościnna...  A  dlaczego  tacy  ludzie  mieliby 
wyjechać? Cywilizacja nie zginęła jeszcze na tyle, żeby nie dawać im szansy. Mogliby radzić 
sobie zupełnie dobrze tu, na Ziemi. Musiała więc na Ziemi zaistnieć przeszkoda, której zwy-
kła przedsiębiorczość i inteligencja nie mogły pokonać. Jakiego musiała być rodzaju? No cóż, 
naturą konfliktów międzykulturowych jest ich nierozwiązywalność. Kiedy padają aksjomaty, 
logika jest bezsilna. A więc umieściłem konkurencyjną społeczność wewnątrz  Federacji. To 
nie było trudne. Tu, w Północnej Ameryce umierająca kultura próbowała właśnie domagać się 
swoich praw przy pomocy rebelii i przegrała. Ale nie była jeszcze martwa. Trzeba było dać 
jej nowego ducha i jakiś kierunek. Za tło miałem filozofię Ankera. Miałem Lairda, doskona-
łego  aktora  o  tęgiej  głowie  i  bez  sumienia.  Okazał  się  kosztowny,  ale  wierny,  gdyż  jasno 
dałem mu do zrozumienia, co by się stało, gdyby wierny nie był. Gdy praca była skończona, 
zwolniłem go, z nową twarzą, nowym nazwiskiem i hojną pensją. Zahulał się na śmierć cztery 
lata  temu.  Oczywiście  możliwość,  że  zamordowałem  Lairda,  zawsze  pozostawała  otwarta. 
Pierwsza irytująca rana, za którą miało pójść o wiele więcej. 

Svoboda przypomniał sobie chłopca, który oszalały z wściekłości uciekł z domu i nigdy 

nie  powrócił.  Westchnął.  Nikt  nie  może  przewidzieć  wszystkich  szczegółów.  Przynajmniej 
wnuki Berenice będą wzrastać jako wolni ludzie – jeżeli Rustum ich nie pożre. 

– Na koniec – powiedział – wmanewrowałem moich Konstytucjonalistów na taką pozycję, 

żeby  ich  własny,  chytry  Wolfe  musiał  z  kolei  wmanewrować  mnie,  abym  im  pomógł 
wyemigrować.  Myślę,  że  jesteśmy  już  poza  szczytem  góry.  Możemy  teraz  siedzieć,  ty  i  ja, 
patrząc jak wóz sam zjeżdża w dół. Mając u stóp wzgórza gwiazdy. 

–  Pojedziemy  na  południe  –  zasugerował  Iyeyasu  niezgrabnie.  –  Będzie  pan  mógł 

obserwować jego nowe słońce. 

– Zdaje mi się, że umrę, zanim on się tam dostanie – powiedział Svoboda. 
Przez chwilę przygryzał wargi, potem wyprostował się i kuśtykając oddalił od okna. 
– Chodźmy. Odwiedźmy któregoś naszego przyjaciela Komisarza i pozłośćmy go trochę.  
 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

CZĘŚĆ DRUGA 

background image

 

27 

 

 

 

 

Płonący most 

 

 

 
Wiadomość  była  jak  elektryczny  wstrząs;  najsilniejsza  i  najbardziej  precyzyjna  krótko-

falowa transmisja, jaką może wytworzyć człowiek, skierowana z całą dokładnością jaką ma-
tematyka i technika mogła ofiarować. Mimo to, ten pęk promieni musiał przedzierać się przez 
długi czas i szeroką przestrzeń, żeby zostać odczytanym u swego celu. Lecz kiedy odległości 
mierzone są w tygodniach świetlnych, najmniejsze błędy nabierają monstrualnych rozmiarów. 

Jednak  próba  się  powiodła.  Oficer  Łączności,  Anastas  Mardikian  zmontował  swój 

odbiornik po zakończeniu akceleracji. Była to wielka maszyneria, otaczająca statek flagowy 
Ranger, jak pajęcza sieć przyciągająca owady. Mardikian utrzymywał odbiornik nastawiony 
na optymalnie szerokim paśmie. Fale radiowe wślizgiwały się słabe przez rozproszenie. Ich 
długość podwajał efekt Dopplera, zakłócany przez szum kosmiczny. Skomplikowany system 
filtrów  i  amplifikatorów  nie  mógł  zdziałać  nic  więcej,  niż  uczynienie  wiadomości  zaledwie 
zrozumiałą. Ale to wystarczyło. 

Mardikian  wpadł  na  mostek.  Był  młody  i  miesiące  nie  przyćmiły  jeszcze  blasku  jego 

pierwszej głębokokosmicznej podróży. 

–  Kapitanie!  –  wykrzyknął.  –  Wiadomość...  właśnie  zarejestrowałem  na  odbiorni-ku... 

wiadomość z Ziemi! 

Kapitan  flotylli,  Joshua  Coffin,  drgnął.  Ruch  ten,  w  stanie  nieważkości,  obrócił  go  na 

pomoście. Zatrzymał się wprawną ręką, znieruchomiał i powiedział ostro: 

–  Jeżeli  do  tej  pory  nie  nauczyłeś  się  regulaminu,  tydzień  izolacji  da  ci  szansę  go 

przestudiować. 

– Ja... Ale Kapitanie – Mardikian wycofał się. Jego mundur wyglądał jak luźna, tęczowa 

plama  na  tle  metalu  i  plastiku.  Coffin  jedyny  z  całej  załogi  flotylli  trzymał  się  czarnego 
ubioru, jaki nosiła dawna obsługa kosmiczna. 

– Ale Kapitanie, – powiedział Mardikian – wiadomość z Ziemi. 
– Tylko oficer na służbie może wejść na mostek bez pozwolenia – przypomniał Coffin. – 

Jeżeli miałeś do powiedzenia coś pilnego, jest interkom. 

–  Myślałem...  –  dławił  się  Mardikian.  Przerwał  i  przybrał  pozę  służbowego  posłuchu. 

Złość migotała mu w oczach. 

– Przepraszam, Kapitanie. 
Coffin  milczał  przez  chwilę,  spoglądając  na  śniadego,  młodego  człowieka  w  połyskują-

cym stroju. 

„Zapomnij  o  tym  –  powiedział  do  siebie  –  czasy  są  inne.  On  jest  taki  sam,  jakimi 

background image

 

28 

kosmonauci stali się w dzisiejszych czasach: niedbali, przesądni, bełkoczący między sobą w 
językach,  których  nie  rozumiem.  Dziękuj  Panu  Bogu,  że  są  w  ogóle  jacyś  rekruci  i  miej 
nadzieję, że sprawi, że będzie ich jeszcze trochę do końca twego życia”. 

Oficer  dyżurny  Hallmyer,  wysoki  blondyn  urodzony  w  Lancashire,  obserwował  zajście 

azjatyckimi oczami. Nikt się nie odzywał, choć Mardikian sapał ciężko. Gwiazdy wypełniały 
dziobowy punkt obserwacyjny, tłocząc się wśród wszechpotężnej nocy. 

Coffin westchnął.  
– Dobrze – powiedział. – Ujdzie ci to tym razem. 
Poza  tym  –  pomyślał  –  wiadomość  z  Ziemi  była  wydarzeniem.  Radio  funkcjonowało 

między  Słońcem  a  Alfa  Centauri,  ale  przy  pomocy  bardzo  skomplikowanego  wyposażenia. 
Żeby  z  taką  precyzją  dotrzeć  do  kilkunastu  statków,  poruszających  się  z  połową  prędkości 
światła i żeby zrobić to tak dokładnie, że stosunkowo niewielki odbiornik zmontowany przez 
Mardikiana  mógł  uchwycić  falę...  –  Tak,  chłopiec  miał  jakieś  usprawiedliwienia  dla  swej 
radości. 

– Jakie były sygnały? – zapytał Coffin. 
Oczekiwał,  że  będą  rutynowe;  normalny  test,  żeby  technicy  z  Ziemi  mogli  zapytać  po-

wracającą załogę, czy transmisja została zarejestrowana. Jeżeli do tej pory będą jacyś techni-
cy. Zamiast tego, Mardikian wyrzucił: 

– Stary Svoboda nie żyje. Nowym Komisarzem Psychologii jest Thomas... Thomson... ta 

część  nie  zarejestrowała  się  wyraźnie...  w  każdym  razie,  on  musi  być  życzliwy  Konstytu-
cjonalistom. Unieważnił dekret edukacyjny, obiecał więcej uwagi dla większości w prowin-
cjach... Niech pan przyjdzie i sam posłucha, Kapitanie! 

Wbrew sobie Coffin gwizdnął. 
– Ale to właśnie dlatego kolonia Eridani jest zakładana – powiedział. Słowa te zabrzmiały 

głupio w panującym milczeniu. 

Hallmyer  odezwał  się  w  swojej  angielszczyźnie,  z  dziwnym  syczeniem,  którego  Coffin 

nie znosił, bo było jak głos węża w kiedyś szlachetnym ogrodzie. 

– Najwyraźniej kolonia straciła powód do swojego założenia. Ale jak to skonsultujemy z 

trzema tysiącami zahibernowanych ewentualnych pionierów? 

–  Czy  powinniśmy?  –  Coffin  nie  wiedział  dlaczego,  jeszcze  nie,  ale  czuł,  jak  lęk  pa-

raliżuje jego mózg. – Podjęliśmy się dostarczyć ich na Rustum. Przy braku sprecyzowanych 
rozkazów  z  Ziemi,  czy  wolno  nam  nawet  rozważać  zmianę  planów...  skoro  nie  możemy 
uzyskać  głosu  ogółu?  Lepiej  uniknąć  możliwych  kłopotów  i  nawet  nie  wspominać...  – 
przerwał. Twarz Mardikiana pokryła maska konsternacji. 

– Ale Kapitanie! – zabeczał Oficer Łączności. 
W Coffina wstąpiła złość.  
– Już mi powiedziałeś – rzekł. 
– Tak – wyszeptał Mardikian. – Spotkałem Coenrada de Smeta, przeszedł na nasz statek 

dokonać kilku napraw i... Ja nigdy nie myślałem... 

– Właśnie! –zagrzmiał Coffin. 
 

 

background image

 

29 

 

 
Flotylla składała się z piętnastu statków; ponad połowy międzygwiezdnych statków jakie 

posiadał rodzaj ludzki. Nie była ona w stanie przebyć sześciu parseków do Eridani i wrócić, w 
czasie krótszym  niż osiemdziesiąt  dwa lata. Ale  rządowi to  nie przeszkadzało.  Przygotował 
nawet przemówienia i muzykę, gdy koloniści wyruszyli w drogę. Po czym – myślał Coffin – 
musiał  niewątpliwie śmiać się do siebie i  dziękować swoim różnym  pogań-skim bogom,  że 
był z nimi kwita. 

– Tylko że teraz – mruknął – już nie jest. 
Siedział w głównej  sali  Rangera oczekując na początek konferencji. Surowość otaczają-

cych go ścian zmącona była kilkoma obrazami. Coffin chciał zostawić ściany nagie (ponie-
waż nikt inny  nie byłby zainteresowany  fotografią tego jednomasztowca, na którym Joshua 
żeglował  po  błyszczących  wodach  zatoki  Massachusetts);  ale  nawet  teoretycznie  absolutna 
władza kapitana flotylli ma swoje granice. Dobrze chociaż, że mężczyźni z załogi nie obwie-
sili ścian plakatami nagich kobiet. Choć, nie miał pewności, czy nie wolałby raczej tego, niż 
kilku pociągnięć pędzla po papierze ryżowym, będącym sugestią drzewa i klasycznym ideo-
gramem... Nie mógł zrozumieć nowych generacji.  

Drugi  kapitan  Rangera,  Nils  Kivi,  był  jak  domowy  powiew:  mały,  zwinny  Fin,  który 

podróżował z Coffinem w czasie pierwszej wyprawy na E Eridani. Byli niezupełnie przyja-
ciółmi, admirał nie utrzymywał zażyłych stosunków, ale przeżywali młodość w tym samym 
okresie. 

„Faktycznie  –  myślał  Coffin  –  większość  z  nas,  kosmonautów,  jest  chodzącymi  ana-

chronizmami. Mógłbym porozmawiać z Goldbergiem, Kamato czy Pereirą, z kilkunastoma z 
tego rejsu, i nie spotkać się z zaskoczeniem, kiedy wspomniałbym nieżyjącego aktora lub za-
nucił zapomnianą melodię. Ale oni są teraz zahibernowani. Kolejno wypełniamy nasze jedno-
roczne wachty, kolejno poddajemy się hibernacji i nie mamy sposobności porozmawiać, aż do 
końca podróży”. 

– To mogłoby się okazać zabawne – pomyślał głośno Kivi. 
– Co? – spytał Coffin. 
–  Powłóczyć  się  po  Wysokiej  Ameryce,  łowić  ryby  w  Rzece  Imperatora,  wykopać  nasz 

stary obóz – powiedział Kivi. – Spędziliśmy trochę przyjemnego czasu na Rustum, na równi z 

pracą i niebezpieczeństwem. 

Coffin był zaskoczony, że Kivi podążył tak ściśle za jego myślami. 
– Tak – zgodził się, przypominając sobie dziwne dzikie świsty na brzegu Urwiska.  – To 

było pięć dobrych lat. 

Kivi westchnął. 
–  Tym  razem  jest  inaczej  –  powiedział.  –  Może  nie  będę  chciał  tam  wrócić.  Wtedy 

byliśmy odkrywcami, chodziliśmy tam, gdzie nie stanęła jeszcze ludzka stopa. Teraz koloni-
ści będą tymi rokującymi nadzieję. My jesteśmy niczym innym jak tylko ich transportem. 

Coffin  wzruszył  ramionami.  Słyszał  już  wcześniej  te  narzekania,  nawet  przed  rozpoczę-

ciem  podróży  i  wystarczająco  często  w  czasie  jej  trwania.  Ludzie,  stłoczeni  tak,  jak  tutaj, 

background image

 

30 

musieli znosić powtarzanie się innych. 

– Musimy brać, co jest nam dane i być wdzięczni – powiedział. 
– Tym razem – rzekł Kivi – martwię się: przypuśćmy, że wrócę znowu do domu i dowiem 

się, że mój zawód został zniesiony. Nigdy więcej podróży kosmicznych. Jeżeli to się zdarzy, 
nie zamierzam być wdzięczny. 

„Przebacz  mu  –  Coffin  prosił  swego  Boga,  który  rzadko  przebaczał.  –  To  okropne 

obserwować istotę, której dałeś życie, tak zrezygnowana”. 

Oczy Kivi'ego na chwilę zamigotały. 
– Oczywiście – powiedział – jeżeli rzeczywiście zaniechamy tej podróży i udamy się od 

razu z powrotem, możemy nie przybyć za późno. Możemy jeszcze znaleźć kilka ekspe-dycji, 
organizowanych by zbadać nowe gwiazdy i dostać się na listę załogi. 

Coffin naprężył się. Znowu nie był pewien, dlaczego poczuł emocje: tym razem złość. 
– Nie dopuszczę do żadnej nielojalności. Cel, który został określony, musimy osiągnąć – 

uciął. 

– Och, przestań z tym – powiedział Kivi. – Bądź racjonalny. Nie znam twoich powodów 

do podjęcia się tego okropnego rejsu. Miałeś wystarczająco wysoką rangę, żeby nie brać na 
siebie tego zadania; nikt inny takiej nie miał. Przecież ty chcesz prowadzić badania, tak samo 
jak ja. Gdyby Ziemi na nas nie zależało, nie trudziliby się, żeby zapraszać nas z po-wrotem. 
Chwyćmy  tę  szansę,  póki  ją  jeszcze  mamy  –  przerwał  swoją  wypowiedź  spojrza-wszy  na 
ścienny  zegar.  –  Czas  na  naszą  konferencję  –  wcisnął  przełącznik  łączności  z  wszystkimi 
statkami. 

Telewizyjna tablica rozdzielcza ożyła. Była podzielona na czternaście sekcji, po jednej dla 

każdego  towarzyszącego  statku.  Z  każdego  ekranu  spoglądało  kilka  twarzy.  Statki,  które 
przewoziły tylko zapasy, artykuły gospodarcze i zahibernowaną załogę, były reprezentowane 
przez swoich kapitanów. Te, które wiozły kolonistów, wystawiły cywilnego rzecznika, a tak-
że kapitana. 

Coffin studiował  po kolei każdy obraz. Kosmonautów znał.  Wszyscy należeli do Towa-

rzystwa  i  nawet  ci  urodzeni  dużo  później  niż  on,  mieli  wiele  wspólnego.  Mieli  potrzebne 
minimum dyscypliny ciała i ducha oraz jedno marzenie, dla którego poświęcili wszystko inne 
w życiu: nowe horyzonty pod nowymi słońcami. Nie znaczy to, że kosmonauci oddawali się 
takiej poetyce; mieli na to za dużo pracy. 

Koloniści  byli kimś innym.  Z nimi  także Coffin miał  trochę wspólnego.  Ich środowisko 

było w przeważającej części północnoamerykańskie, mieli nawyk naukowego myślenia i nie 
ufali rządowi, podobnie jak on. Lecz niewielu Konstytucjonalistów wyznawało jakąś religię, a 
ci,  którzy  wyznawali,  byli  katolikami,  żydami,  buddystami,  w  każdym  razie  obcymi  mu. 
Wszyscy byli zepsuci  pobłażaniem sobie, charakterystycznym  dla ich  epoki: w swojej  kon-
wencji napisali, że żadne prawo nie może ingerować w prywatną moralność i że wolność sło-
wa  może  być  ograniczona  tylko  w  przypadku  osobistego  zniesławienia.  Coffin  myślał  cza-
sem, że byłby zadowolony, gdyby mógł widzieć ich po raz ostatni. 

– Czy wszyscy są już gotowi? – zapytał Coffin. – To bardzo dobrze. 
–  Otrzymaliśmy  z  Ziemi  pozwolenie  na  powrót.  Na  nieszczęście  wiadomość  tą  rozpo-

wszechnił  ten  gaduła,  oficer  łączności.  Poruszył  tym  samym  gniazdo  szerszeni.  –  Coffin 

background image

 

31 

przytoczył dawno zapomniane przysłowie. – Wywołało to ogólne poruszenie, które zagrozić 
może w realizacji projektu. Moim zdaniem, powinniśmy lecieć dalej – na Rustum. 

Coenrad  de  Smet,  kolonista  z  pokładu  Scouta,  uśmiechnął  się  w  szczególnie  irytujący 

sposób.  

– Pan po prostu przemilczałby ten fakt? – zapytał. 
– To ułatwiłoby sprawę – rzekł Coffin sztywno. 
– Innymi słowy – powiedział de Smet – wie pan, czego moglibyśmy chcieć, lepiej niż my 

sami. To proszę pana, jest  rodzaj  arogancji, od jakiej mieliśmy nadzieję  uciec.  Nikt  nie ma 
prawa ukrywać żadnej informacji ważnej publicznie. 

Niski głos z cieniem śmiechu odezwał się spod maski: 
– I to pan oskarża Kapitana Coffina o prawienie kazań!  
Coffin spojrzał na nią. Nie, żeby mógł coś widzieć przez bezkształtny strój i maskę, jakie 

nosiły  czuwające kobiety, ale spotkał  Teresę  Zeleny na  Ziemi,  na kursie  przygotowują-cym 
do  ekspedycji.  Słyszeć  ją  teraz,  to  tak,  jak  gdyby  wspominać  babie  lato  na  zalesionym 
wzgórzu, wieki temu. 

–  Dziękuję  pani  –  powiedział.  –  Czy  pan,  panie  de  Smet  wie,  czego  mogą  chcieć 

zahibernowani koloniści? Czy ma pan jakiekolwiek prawo decydować za nich? Przecież nie 
możemy ich obudzić, żeby głosowali, nawet tylko dorosłych. Po prostu nie mamy na to miej-
sca. Jeżeli nie stałoby się nic innego, regeneratory powietrza nie byłyby w stanie dostarczyć 
tyle oksygenu. Dlatego czułem, że lepiej będzie nie informować nikogo, dopóki rzeczywiście 
nie dotrzemy na Rustum. Uważam, że wtedy ci, którzy by sobie tego życzyli, mogliby powró-
cić z załogą. 

–  Moglibyśmy  budzić  ich  partiami,  pozwolić  im  głosować  i  hibernować  ponownie  – 

zasugerowała Teresa Zeleny. 

– To zajęłoby tygodnie – powiedział Coffin. – Pani powinna szczególnie dobrze wiedzieć, 

że metabolizm nie zatrzymuje się, ani nie uruchamia łatwo. 

–  Gdyby  mógł  pan  zobaczyć  moją  twarz...  –  powiedziała  znowu  ze  śmiechem.  – 

Niedobrze  już  mi  się  robi  od  pielęgnowania  ludzkich  wnętrzności,  które...  No  cóż,  jestem 
zadowolona,  że  są  to  tylko  kobiety  i  dziewczynki,  ponieważ  gdybym  musiała  masować  i 
dawać zastrzyki także mężczyznom, ślubowałabym czystość do końca życia. 

Coffin  poczerwieniał,  przeklął  się  za  ten  rumieniec  i  miał  nadzieję,  że  nie  mogła  tego 

zobaczyć przez teleekran. Zauważył, że Kivi śmieje się szeroko. Cholerny Kivi! 

Jakiś  młody  kolonista  dodał  dowcip  o  swojej  pracy  pielęgniarza,  będącej  pewnym 

lekarstwem  na homoseksualne skłonności.  Coffin bezskutecznie szukał  słów odpowiedzi.  Ci 
ludzie nie mieli wstydu. Tu, w wielkiej nocy Boga, mówili rzeczy, które powinny wywołać 
gromy, a on musiał siedzieć i słuchać. 

Kivi przerwał miłosiernie: 
– Propozycja budzenia ich partiami jest i tak bezsensowna – powiedział. – W ciągu tych 

tygodni przekroczymy datę krytyczną. 

– Co to jest? – zapytał dziewczęcy głos. 
– Czy nikt nie wie? – spytał Coffin zaskoczony. 
–  Dajmy  teraz  temu  spokój  –  wtrąciła  się  Teresa.  Jeszcze  raz,  podobnie  jak  kilka  razy 

background image

 

32 

wcześniej,  Coffin  podziwiał  jej  stanowczość.  Ucinała  nonsensy  szybko  jak  mężczyzna  i  z 
kobiecą praktycznością. – Wierzcie nam, jeżeli nie zawrócimy w przeciągu dwóch miesięcy, 
lepiej  zrobimy  lecąc  na  Rustum.  Więc  głosowanie  odpada.  Moglibyśmy  obudzić  część 
zahibernowanych, ale to, co postanowimy teraz, będzie tak samo adekwatne jak statystyczna 
próbka. 

Coffin  skinął  głową.  Mówiła  za  pięć  osób  ze  swego  statku,  które  zajmowały  się  roczną 

pielęgnacją dwustu dziewięćdziesięciu  pięciu  zahibernowanych. W ciągu podróży, tylko  sto 
dwadzieścia osób nie będzie obudzonych dla wypełnienia tej służby, i to były dzieci. Propor-
cje na pozostałych dziewięciu statkach wiozących kolonistów były podobne. Załoga składała 
się z tysiąca sześciuset  dwudziestu członków, w tym  zawsze czterdziestu pięciu  na służbie. 
Czy  decyzja  zapadłaby  dzięki  dwu,  czterem,  czy  pięciu  procentom,  nie  było  praktycznie 
istotne. 

–  Przypomnijmy  dokładnie  jakie  było  przesłanie  –  powiedział  Coffin.  –  Dekret  edu-

kacyjny,  który  bezpośrednio  zagrażał  waszemu  konstytucjonalistycznemu  sposobowi  życia, 
został  wycofany.  Jesteście  w  sytuacji  nie  gorszej  niż  poprzednio  –  i  nie  lepszej,  choć  wia-
domość zawiera wzmiankę o dalszych ustępstwach w przyszłości. Jesteście znów zapraszani 
do domu. To wszystko. Nie uchwyciliśmy żadnej innej transmisji. Wydaje się, że to bardzo 
niewiele danych, żeby na nich opierać tak ryzykowną decyzję. 

– Kontynuowanie jest jeszcze większym ryzykiem – powiedział de Smet. Wysunął się do 

przodu,  dopóki  nie  wypełnił  ekranu.  W  jego  tonie  brzmiała  stanowczość.  –  Jesteśmy 
zdolnymi  ludźmi,  ekonomicznie  raczej  dobrze  sytuowanymi.  Ośmielam  się  twierdzić,  że 
Ziemia odczuwa nasz brak, zwłaszcza na polach technologicznych. Pański raport przedstawia 
Rustum  jako  ponure  miejsce.  Wielu  z  nas  mogłoby  tam  umrzeć.  Dlaczego  nie  mielibyśmy 
wrócić do domu, jeśli możemy? 

– Do domu – ktoś wyszeptał. 
Słowa  te  wypełniły  nagłą  ciszę,  dopóki  cisza  nie  wypełniła  się  nimi  zupełnie.  Coffin 

siedział wsłuchując się w odległe tony swego statku: generatory, wentylatory i regulatory, aż 
wreszcie nie słyszał już nic, tylko miarowe powtarzanie „do domu, do domu, do domu...”. 

Tylko  jego  domu  już  nie  było.  Kościół  jego  ojca  został  zamieniony  na  orientalną  świą-

tynię;  lasy,  w  których  zawsze  płonął  październik,  zostały  wyparte  przez  macki  następnego 
miasta, a zatoka została odgrodzona i przekształcona na fermę planktonu. Dla niego zostały 
tylko statki kosmiczne i nikła nadzieja na niebo. 

Bardzo młody mężczyzna odezwał się jakby do siebie:  
– Zostawiłem tam dziewczynę. 
–  Mam  prywatną  łódź  podwodną  –  powiedział  inny.  –  Zawsze  pływałem  wokół  Rafy 

Wielkiej  Bariery  nurkując  z  komorą  powietrzną  lub  wałęsając  się  po  powierzchni.  Nie 
uwierzylibyście jakie niebieskie mogą być fale. Mówili mi, że na Rustum nie można zejść z 
wyżyn. 

– Ale mielibyśmy całą planetę dla siebie – powiedziała Teresa Zeleny. 
Mężczyzna o łagodnej twarzy uczonego odpowiedział. 
–  W  tym  może  być  właśnie  kłopot,  moja  droga.  Nas  trzy  tysiące,  wliczając  dzieci, 

całkowicie  odizolowanych  od  całej  ludzkości.  Czy  możemy  mieć  nadzieję  na  zbudowanie 

background image

 

33 

cywilizacji? Albo nawet na jej utrzymanie? 

– Twój problem, tatusiu, to to, że na Rustum nie ma średniowiecznych manuskryptów  – 

powiedział sucho oficer siedzący za nim. 

–  Przyznaję  to  –  powiedział  uczony  –  myślę,  że  dla  moich  dzieci  ważniejsze  jest 

dorastanie umożliwiające kształtowanie umysłu. A okazuje się, że mogą to robić na Ziemi... 
Jaką szansę będzie miała pierwsza generacja na Rustum, żeby usiąść i naprawdę pomyśleć? 

– Czy będzie w ogóle następna generacja na Rustum? 
– Jeden i jedna czwarta przyciągania – Boże, już to czuję! 
– Syntetyki, rok za rokiem syntetyki i hydroponika, dopóki nie rozwiniemy ekologii. Na 

Ziemi od czasu do czasu jadłem befsztyk. 

–  Moja  matka  nie  mogła  wyruszyć.  Była  zbyt  słaba.  Ale  zapłaciła  za  sto  lat  hibernacji, 

wszystko, na co mogła sobie pozwolić... tylko na wypadek, gdybym wrócił. 

–  Projektuję  domy  powietrzne.  Na  Rustum  nie  zbuduje  się  za  mojego  życia  niczego 

lepszego niż chaty z bali. 

– Pamiętacie księżyc nad Wielkim Kanionem? 
– Pamiętacie Dziewiątą Symfonię Beethovena w Federalnym Hallu Koncertowym? 
–  Pamiętacie  tą  śmieszną  starą  knajpkę  na  Środkowym  Poziomie,  gdzie  piliśmy  piwo  i 

śpiewaliśmy „Lieder”? 

– Pamiętacie...? 
– Pamiętacie...? 
Teresa Zeleny krzyknęła zagłuszając ich głosy:  
–  W  imię  Ankera!  O  czym  wy  myślicie?  Jeżeli  tak  mało  wam  zależy,  nie  powinniście 

zgłaszać się w pierwszej kolejności! 

To przywróciło ciszę, nie od razu, ale po trochu, dopóki Coffin nie uderzył w stół, woła-

jąc o spokój. Popatrzył w jej kierunku i powiedział: 

– Dziękuję, panno Zeleny. Spodziewałem się, że za chwilę poleją się łzy. 
Jedna z dziewcząt pociągnęła nosem za swoją maską. 
Charles Lochaber, mówiący w imieniu kolonistów z Couriera, skinął głową. 
– W każdym razie jest to cios dla naszego celu. Nie jestem taki pewien, czy sam osobiście 

głosowałbym za kontynuacją, gdybym nie czuł, że nie należy ufać tej wiadomości. 

– Co? – oczy de Smeta prawie wyskoczyły mu z orbit. 
Lochaber uśmiechnął się bez specjalnego humoru. 
–  Rząd  stawał  się  z  każdym  rokiem  bardziej  samowolny  –  powiedział.  –  Byli  wy-

starczająco przygotowani,  żeby pozwolić nam  wyruszyć. Ale teraz mogą tego żałować. Nie 
dlatego,  żebyśmy  mogli  kiedykolwiek  być  aktywnym  zagrożeniem,  ale  ponieważ  będziemy 
wywrotowym przykładem, tam, ponad ziemskim niebem. Albo po prostu dlatego, że będzie-
my istnieć. Pamiętajcie, nie wiem na pewno, ale możliwe jest, że doszli do wniosku, że umarli 
będziemy  nieszkodliwi  i  to  wszystko  ma  zwabić  nas  z  powrotem.  Byłoby  to  charakterysty-
czne, dyktatorskie postępowanie. 

– Te wszystkie bzdury... – zachłysnął się oburzony kobiecy głos. 
– Nie tak chybione, jak mogłabyś myśleć, moja droga – rzekła Teresa. – Czytałam trochę 

historii, i nie mam tu na myśli tej cenzurowanej papki, która za historię dzisiaj uchodzi. Ale 

background image

 

34 

jest jeszcze inna możliwość, równie alarmująca. Ta wiadomość może być całkowicie szczera. 
Ale czy będzie jeszcze aktualna, kiedy wrócimy? Pamiętajmy, ile czasu to zajmie. A nawet 
gdybyśmy  mogli  wrócić  w  ciągu  jednej  nocy  na  Ziemię  oczekującą  nas  serdecznie,  jaka 
byłaby  gwarancja,  że  nasze  dzieci,  czy  nasze  wnuki,  nie  będą  cierpieć  tego,  co  my 
cierpieliśmy, bez jednej szansy, żeby się od tego uwolnić? 

– Głosuje więc pani, żebyśmy nie przerywali podróży? – spytał Lochaber. 
– Tak. 
– Dzielna dziewczyna. Jestem z tobą. 
Kivi podniósł rękę.  
– Nie jestem pewien, czy załoga nie powinna także mieć w tym głosu – powiedział. 
– Co? – de Smet zrobił się purpurowy. Przez chwilę gulgotał, zanim zdołał wydusić: 
–  Czy  myśli  pan  poważnie,  że  możecie  decydować,  czy  my  mamy  osiąść  na  tym  pie-

kielnym przybytku – a później sami wrócić na Ziemię?  

– Faktycznie – uśmiechnął się Kivi – podejrzewam, że załoga wolałaby zawrócić od razu. 

Wiem, że ja bym... 

–  Wyjaśniłem  już,  jakie  byłoby  to  krótkowzroczne  -  powiedział  Coffin.  –  Podróże 

kosmiczne  nigdy  nie  przynosiły  finansowych  dochodów.  Zawsze  były  przedsięwzięciami 
naukowymi,  badawczymi  –  ideałem,  jeśli  pan  woli.  Nie  przetrwają,  jeżeli  ludzie  nie  będą 

zainteresowani  ich podtrzymywaniem. Udana kolonia na Rustum dostarczy inspiracji, której 
potrzebuje Ziemia, żeby wysyłać badaczy. 

– To pańskie zadanie – rzekł Kivi. 
–  Mam  nadzieję,  że  zdajecie  sobie  sprawę  –  powiedział  ów  młody  mężczyzna,  głosem 

przepełnionym sarkazmem – że każda sekunda siedzenia tu i dyskutowania, oddala nas o sto 
pięćdziesiąt tysięcy kilometrów od domu. 

–  Nie  niepokój  się  –  powiedział  Lochaber  –  cokolwiek  zrobimy,  ta  twoja  dzie-wczyna 

będzie zwiędłym kwiatkiem, zanim dotrzesz na Ziemię. 

De Smet ciągle dławił się z wściekłości na Kivi: 
– Ty parszywy przewoźniku, jeżeli myślisz, że możesz zrobić z nas zastaw... 
Kivi zaperzył się.  
– Jeżeli nie będziesz pilnował swego języka, ty przyziemny gburze, przyjdę tam do ciebie 

i wepchnę ci go do gardła. 

– Spokój – krzyknął Coffin – spokój! 
Teresa dołączyła do niego. 
– Proszę... przez wzgląd na życie nas wszystkich... czy nie wiecie, gdzie jesteśmy? Macie 

między  sobą  trochę  centymetrów  ściany  i  nic  poza  tym!  Proszę,  nie  możemy  walczyć.  W 
przeciwnym razie nigdy nie zobaczymy już żadnej planety. 

Nie powiedziała tego płaczliwie, ani błagalnie. To było prawie jak głos matki (dziwne u 

niezamężnej kobiety) i uciszyło kłótnie mężczyzn lepiej, niż krzyki Coffina. 

Kapitan flotylli odezwał się w końcu: 
–  Tyle  wystarczy.  Wszyscy  jesteśmy  zbyt  przemęczeni,  żeby  myśleć.  Debata  zostaje 

przesunięta na cztery służbowe okresy, szesnaście godzin. Przedyskutujecie problem z kole-
gami z waszych statków, prześpijcie się i przedstawicie wyniki na następnym spotkaniu. 

background image

 

35 

– S z e s n a ś c i e  g o d z i n? – ktoś zaskamlał. – Czy wie pan ile powrotnego cza-su to 

dodaje? 

–  Powiedziałem  –  rzekł  Coffin.  –  Każdy,  kto  chce  się  sprzeciwić,  może  to  zrobić  na 

mostku. Zebranie rozwiązane! 

Wcisnął przełącznik ekranu. 
Kivi, już w lepszym humorze, uśmiechnął się do niego konfidencjonalnie. 
– Ta postawa srogiego ojca skutkuje prawie za każdym razem, czy nie? 
Coffin wstał od stołu. 
–  Wychodzę  –  powiedział.  Jego  głos  wydawał  mu  się  szorstki,  nieznajomy.  –  Przejmij 

funkcje. 

Nigdy przedtem nie czuł się tak samotny, nawet tej nocy, gdy umarł jego ojciec. „O Boże, 

który przemówiłeś do Mojżesza na pustyni, objaw teraz Twą wolę”. Ale Bóg milczał i Coffin 
instynktownie zwrócił się do jedynej innej istoty, o jakiej mógł pomyśleć. 

 

 

 

 
Przestrzeń kosmiczna była zawsze najeżona niebezpieczeństwami. Coffin zatrzymał się na 

chwilę w komorze powietrznej, zanim podążył dalej. Był kosmonautą przez dwadzieścia pięć 
lat  –  przez  wiek  cały,  jeżeli  dodać  czas  hibernacji  –  ale  wciąż  jeszcze  nie  mógł  patrzeć  bez 
strachu na obnażoną przestrzeń. 

Nieskończona  ciemność  błyskała  światłami:  gwiazdy  za  gwiazdami,  do  białej  katarakty 

Drogi Mlecznej i dalej do innych galaktyk, całych zbiorowisk galaktyk, dopóki światło, które 
teleskop mógł teraz zarejestrować, nie było światłem wysłanym dawno temu z rejonu Ziemi. 
Patrząc poza sieć radiową i pozostałe statki, Coffin poczuł się wciągnięty w ogrom, chłód i 
totalną ciszę. Jednak wiedział, że ta pustka płonęła i ryczała śmiertelnymi energiami, zmącona 
była strumieniami  gazów i  pyłów, masywniejszymi  niż planety, i  mozoliła się rodząc nowe 
słońca. Patrząc na to Coffin wypowiedział do siebie najbardziej przerażające z imion: „Jestem 
ten, który Jestem”
 i pot zaczął spływać mu po ciele lodowatymi kroplami. 

To  wszystko  mógł  zobaczyć  człowiek  w  obrębie  Układu  Słonecznego.  Jednak  podróżo-

wanie z połową prędkości światła pozwalało sięgnąć ludzkiemu umysłowi jeszcze dalej, czę-
sto dopóki umysł nie rozdarł się i następny obłąkany nie musiał zostać poddany hibernacji. Bo 
abberacja przerysowywała niebo, tłocząc gwiazdy na dziobie i popychając statki w szatańsko 
niebieski obłok Dopplera. Konstelacje tłoczyły się na trawersie. Na rufie Słońce było wciąż 
jeszcze najjaśniejszym obiektem nieba, ale pokryte już było ponurym, czerwonym zabarwie-
niem,  jak  gdyby  już  się  zestarzało,  jak  gdyby  syn  marnotrawny  powracający  z  odległych 
miejsc, miał zastać swój dom wymarły pod lodem. 

„Czymże jest  człowiek, że Ty zważasz na niego?”. Tych kilka słów dało mu  jak zwykle 

pocieszenie; bo Stwórca Słońca stworzył także to ciało, atom po atomie i dopiero w krańco-
wej  ostateczności  uznałby  duszę  wartą  piekła.  Coffin  nigdy  nie  mógł  zrozumieć,  jak  jego 
koledzy ateiści mogli znieść wolną przestrzeń. 

background image

 

36 

No cóż... 
Skierował  się  w  stronę  następnego  kadłuba  i  wystrzelił  ze  swojej  małej,  sprężynowej 

kuszy. Lekka lina rozwinęła się za magnetyczną strzałą. Zbadał jej zabezpieczenie z rutynową 
uwagą i spuścił się po niej, aż dotarł do następnego statku. Tam zwolnił strzałę i wystrzelił 
znowu; i tak od statku do statku, aż dotarł na Pioniera. 

Niezgrabny, brzydki kształt statku był jak skorupka ochraniająca przed gwiazdami. Coffin 

minął zimne teraz kanały jonowe. Ich szkieletowa struktura sprawiała wrażenie tak kruchej, 
że  wydawało  się  niemożliwe,  żeby  ciskała  rozbitymi  atomami  z  połową  prędkości  światła. 
Olbrzymie  cysterny  skomasowane  były  wokół  statku.  Biorąc  pod  uwagę  decelerację  oraz 
niewielką  rezerwę,  wskaźnik  masowy  wynosił  około  dziewięć  do  jednego,  dziewięć  ton 
wydalonych  na  każdą  tonę,  która  miał  dotrzeć  do  E  Eridani.  Na  Rustum  będą  potrzebne 
miesiące,  żeby  przerafinować  wystarczającą  ilość  masy  reakcyjnej  na  podróż  do  domu.  W 
tym czasie załoga nie biorąca udziału w produkcji, pomoże przy zakładaniu kolonii. 

Jeżeli kolonia powstanie. 
Coffin  dotarł  do  przedniej  komory  powietrznej  i  uruchomił  sygnalizator.  Zewnętrzna 

klapa otworzyła się przed nim ! i wszedł do środka. Pierwszy Oficer Karamchand przywitał 
go  i  pomógł  zdjąć  kombinezon.  Drugi  mężczyzna  na  służbie  znalazł  pretekst,  by  podejść  i 
słuchać, bo monotonia była tu tak męcząca, jak długość i specyficzny charakter podróży. 

– Dzień dobry, Kapitanie. Co pana sprowadza? 
Coffin zebrał się w sobie. Zażenowanie uczyniło jego ton szorstkim: 
– Chcę się widzieć z panną Zeleny. 
– Oczywiście... Ale dlaczego przyszedł pan osobiście?! To znaczy... teleekran... 
– Osobiście! – warknął Coffin. 
–  Co?  –  mężczyzna  z  załogi  cofnął  się,  przerażony  możliwością  otrzymania  nagany. 

Coffin zignorował go. 

– Nagły wypadek – powiedział ostro. – Proszę wezwać ją przez interkom i zaaran-żować 

wszystko do prywatnej dyskusji. 

– Jak to... ale... tak, Kapitanie. Natychmiast. Zechce pan poczekać tutaj... to znaczy... tak 

jest, Kapitanie! – I Karamchand pomknął korytarzem. 

Coffin uśmiechnął się kwaśno. Sam podzielał zakłopotanie mężczyzn. Jego własne zasady 

dotyczące kobiet były zawsze żelazne, a teraz je gwałcił. 

Kłopot  w  tym  –  pomyślał  –  że  nikt  nie  wiedział,  czy  takie  zasady  były  faktycznie 

potrzebne. Do tej pory kobiety podróżowały w kosmosie, ale tylko w obrębie Układu Słone-
cznego i na odrębnych statkach. Nie miały za sobą doświadczeń międzygwiezdnych. Wyda-
wało się jednak oczywiste, że mężczyzna na swojej rocznej warcie nie powinien być wyzna-
czony do opieki nad zahibernowanymi kobietami (czy vice versa!). A czy obudzeni mężczy-
źni  i  kobiety zmieszani  ze sobą, nie byliby  potencjalnie nawet  bardziej  wybuchowi? Coffin 
zadecydował, że odizolowanie płci jest najlepszym rozwiązaniem. Mężowie i żony nie powin-
ni być budzeni w tym samym czasie. 

Dla przeciętnego mężczyzny świadomość, że kobieta jest w zasięgu kilku kilometrów jest 

nieznośna. Niedobrze patrzeć na kobietę zasłoniętą w czasie każdej telekonferencji. (A może 
maski pogarszały tylko sprawę, rzucając wyzwanie wyobraźni? Kto wie?). Najlepiej byłoby 

background image

 

37 

odizolować  sekcje  czuwające  od  zahibernowanych  na  statku,  na  którym  była  ona.  Lepiej, 
żeby załoga pełniąca warty na tym właśnie statku, po służbie wracała do siebie. Zrób to w ten 
sposób,  proś Boga o mądrość i  miej  nadzieję, że Szatan nie skorzysta ze zbyt  wielu  okazji, 
gdy wszyscy obudzą się na Rustum. 

Coffin naprężył mięśnie. „Wszystkie zasady nie mają zastosowania, gdy zderzy się z nami 

duży meteor – przypomniał sobie. – Ale to, co wyłoniło się teraz, jest bardziej niebez-pieczne. 
Trzeba więc działać i nie zważać na to, co myślą inni”. 

Karamchand powrócił, by zasalutować i zameldować bez tchu: 
– Panna Zeleny przyjmie pana, Kapitanie. Tędy proszę. 
–  Dziękuję.  –  Coffin  podążył  do  głównej  przegrody.  Tylko  kobiety  miały  klucz  do  jej 

drzwi. Ale teraz drzwi były uchylone. Coffin wszedł z takim impetem, że uderzył w przeciw-
ległą ścianę. 

Teresa zaśmiała się. Zamknęła drzwi i przekręciła klucz. 
–  To  tylko  po  to,  żeby  tam  na  zewnątrz  czuli  się  bezpiecznie  –  powiedziała.  –  Biedni 

mężczyźni o najlepszych intencjach! Witam, Kapitanie. 

Odwrócił się, w tej  chwili  niemal  przerażony. Jej  wysoka postać wyglądała skromnie w 

luźnym  stroju,  ale  odrzuciła  już  kaptur.  Podejrzewał,  że  nie  była  ładna:  z  zadartym  nosem, 
kwadratową szczęką, wiekiem zbliżając się do staropanieństwa. Ale podobał mu się sposób, 
w jaki się uśmiechała. 

– Ja... – nie mógł znaleźć słów. 
– Proszę za mną. – Poprowadziła go przez krótki korytarz, ręka w rękę. 
– Ostrzegłam inne dziewczęta, żeby nie wychodziły. Nie musi pan obawiać się żadne-go 

zgorszenia. 

Na końcu korytarza była mała izdebka. Można było w niej zmieścić zaledwie niezbędne 

rzeczy  osobiste,  ale  Teresa  uczyniła  to  miejsce  specyficznie  swoim:  przy  pomocy  obrazka, 
sponiewieranego wydania Szekspira i mini-magnetofonu. Na kasetach miała Bacha, późnego 
Beethovena i Richarda Straussa, muzykę, której można było słuchać bez końca. Przytrzymała 
się poręczy i skinęła głową, nagle robiąc się poważna. 

– W jakiej sprawie chciał się pan ze mną widzieć, Kapitanie? 
Coffin osłonił się zgiętym ramieniem i gapił się na swoje ręce. Palce obu dłoni stykały się 

ze sobą naprężone. 

– Chciałbym móc dać pani jasną odpowiedź – powiedział, powoli i z trudnością. – Nigdy 

przedtem nie spotkałem się z problemem takim, jak ten. Gdyby dotyczył on tylko męż-czyzn, 
myślę, że umiałbym sobie z nim poradzić. Ale są tu także kobiety i dzieci. 

–  I  potrzebny  panu  kobiecy  punkt  widzenia.  Jest  pan  mądrzejszy  niż  to  sobie  uświado-

miłam. Ale dlaczego ja? 

Zmusił się do spojrzenia jej w oczy. 
– Pani wydaje się najbardziej rozsądną ze wszystkich czuwających kobiet. 
–  Doprawdy!  –  zaśmiała  się.  –  Doceniam  komplement,  ale  czy  musiał  pan  go  wypo-

wiedzieć tym grobowym głosem, piorunując mnie wzrokiem w dodatku? Proszę się odprężyć, 
Kapitanie – potrząsnęła głową przyglądając mu się. – Ja także mam do pana pytanie. Kilka-
naście z dziewcząt nie rozumie tej sprawy z punktem krytycznym. Próbowałam to wyjaśnić, 

background image

 

38 

ale  na  Ziemi  byłam  tylko  pielęgniarką  i  nigdy  nie  miałam  matematycznego  umysłu,  więc 
obawiam się, że raczej to pogmatwałam. Czy mógłby pan włożyć to w słowa o nie więcej niż 
dwóch sylabach? 

– Ma pani na myśli punkt równego czasu? 
– Punkt braku powrotu, niektórzy tak go nazywają. 
– Nonsens! To tylko...  Dobrze, spójrzmy na to tak. Od Słońca przyśpieszaliśmy ze stałą 

IG. Nie osiągaliśmy większego przyśpieszenia, chociaż było to możliwe, ponieważ tak wiele 
ekwipunku  na  pokładzie  mogło  stworzyć  niebezpieczne  sytuacje.  Kabiny  hibernacyjne 
mogłyby runąć i zabić ludzi znajdujących się wewnątrz, jeżeli osiągnęlibyśmy 1.5 G. Dobrze. 
Zajęło nam około stu osiemdziesięciu dni, żeby osiągnąć prędkość maksymalną. W ciągu tego 
czasu przebyliśmy drogę niecałego półtora świetlnego miesiąca. Będziemy teraz poruszać się 
przy wyłączonych silnikach przez prawie 40 lat. (Czasu kosmicznego. Relatywistyczny para-
doks czasowy zaokrągli to do około 35 lat na pokładzie statku. Nieważne). Pod koniec naszej 
podróży będziemy hamować przez około 180 dni, pokonując ostatnie półtora miesiąca świetl-
nego i wkraczając do systemu E Eridani z relatywnie niską prędkością. Nasza okołogwiezdna 
orbita została opracowana bardzo starannie, ale oczywiście nieuniknione  błędy mogą dodać 
kilka jednostek astronomicznych. Następnie musimy manewrować tak, by wprowadzić nasze 
statki na orbitę Rustum i wysłać promy z kolonistami i ekwipunkiem tam i z powrotem. Dla-
tego wieziemy rezerwową reakcyjną masę, która pozwala nam na całkowitą zmianę prędkości 
o około tysiąc kilometrów na sekundę. Teraz proszę sobie wyobrazić, że zdecydowalibyśmy 
się zawrócić zaraz po osiągnięciu  pełnej prędkości.  Musielibyśmy pozostać na szlaku przez 
rok kosmiczny i oddalić się od Słońca prawie o ćwierć roku świetlnego zanim osiągnęlibyśmy 
relatywnie małą prędkość i mogli ruszyć z powrotem. Przebycie tych trzech świetlnych mie-
sięcy, przy prędkości tysiąca kilometrów na sekundę, zajmuje z grubsza siedemdziesiąt dwa 
lata. A cała nasza podróż, taka jak pierwotnie zakładano, wliczając roczny pobyt na Rustum, 
ma wynieść około osiemdziesięciu trzech lat. 

Oczywiście  jest  taki  punkt  w  czasie,  poza  którym  możemy  rzeczywiście  powrócić  do 

domu  szybciej,  jeżeli  pozostaniemy  przy  pierwotnym  planie.  Data  ta  znajduje  się  po  ośmiu 
miesiącach  swobodnego  lotu  lub  niecałych  czternastu  miesiącach  od  startu.  Jesteśmy  teraz 
tylko parę miesięcy od krytycznego momentu. Jeżeli zawrócimy natychmiast, wciąż będzie-
my poza Ziemią przez jeszcze około siedemdziesiąt sześć lat. Każdy dzień oczekiwania doda-
je miesiące do drogi powrotnej. Nic dziwnego, że ludzie się niecierpliwią! 

–  Rozumiem  –  powiedziała.  –  To  czego  się  obawiają,  ci  którzy  chcą  wrócić,  to  to,  że 

Ziemia którą znali umknie im, zmieni się nie do poznania w ciągu tego czasu. Ale czy oni nie 
rozumieją, że to już się stało? 

– Może boją się to zrozumieć – powiedział Coffin. 
– Wciąż mnie pan zadziwia, Kapitanie – powiedziała Teresa z cieniem uśmiechu. – Pan 

rzeczywiście okazuje trochę ludzkiego współczucia. 

„Ty  –  pomyślała  głęboka,  bezosobowa  część  Coffina  –  okazałaś  go  dużo  więcej,  kiedy 

rozluźniłaś  mnie  namawiając  do  tego  wykładu  na  bezpieczny,  bezosobowy  temat”.  Ale  nie 
miał nic przeciw temu. Powiodło jej się. Mógł teraz siedzieć z nią swobodnie, twarzą w twarz 
i rozmawiać jak przyjaciel. 

background image

 

39 

–  Co  mnie  najbardziej  dziwi  –  powiedział  –  to  to,  dlaczego  większość  chce  się  poddać. 

Gdybyśmy  zawrócili  do  domu  w  tej  minucie,  zaoszczędzilibyśmy  jedynie  siedem  lat. 
Dlaczego nie polecimy po prostu na Rustum, żeby tam zdecydować, co robić? 

Myślę,  że  to  niemożliwe  –  powiedziała  Teresa.  –  Widzi  pan,  nikt  przy  zdrowych 

zmysłach nie chce być pionierem. Badać – tak; założyć bogate, nowe państwo przy znanych i 
ograniczonych  niebezpieczeństwach  –  tak;  ale  nikt  nie  chce  ryzykować  przyszłości  swoich 
dzieci  i  całej  swojej  rasy  w  tak  niebezpiecznym  hazardzie  jak  ten.  Projekt  kolonizacji  był 
rezultatem nierozwiązywalnego konfliktu w domu. Jeżeli ten konflikt się skończył... 

–  Ale...  pani  i  Lochaber...  zauważyła  pani,  że  on  się  nie  skończył.  Że  w  najlepszym 

przypadku, Ziemia oferuje wam okres wytchnienia. 

– Jednak większość ludzi chciałaby wierzyć, że jest inaczej, prawda? 
–  W  porządku  –  rzekł  Coffin.  –  Ale  jestem  pewien,  że  duża  liczba  ludzi zgodziłaby  się 

teraz  z  panią  i  głosowała  za  zostaniem  na  Rustum.  Czemu  nie  możemy  najpierw  ich  tam 
zabrać? To wydaje się jedynym uczciwym wyjściem. Wtedy ci, którzy nie zechcą tam osiąść, 
mogą wrócić z flotyllą. 

– Hmm... 
Jej  włosy  były  krótkie,  ale  kiedy  potrząsnęła  głową,  poruszały  się  luźnymi  falami 

błyskając mahoniem. 

– Przestudiowałam pańskie raporty. Garstka ludzi nie mogłaby przetrwać na Rustum. Trzy 

tysiące to niezbyt wiele. Cokolwiek zostanie zdecydowane, musi być jednomyślne. 

– Próbowałem uniknąć takiej konkluzji – powiedział zmęczonym głosem. – Ale my-ślę, że 

nie  mogę.  Dobrze.  Dlaczego  nie  chcą  obejrzeć  dokładnie  Rustum  i  wtedy  głosować?  Ci, 
którzy  rezygnują  tak  łatwo,  muszą  zdawać  sobie  sprawę,  że  mają  większość  głosów.  Mogą 
sobie pozwolić na postępowanie fair. 

–  Nie.  I  powiem  panu  dlaczego,  Kapitanie.  Znam  dobrze  Coenrada  de  Smeta  i  kilku 

innych. Są dobrymi ludźmi. Nie robi pan słusznie mówiąc, że łatwo się zniechęcają. Oni wie-
rzą  zupełnie  szczerze,  że  najlepiej  będzie  wrócić.  Teraz  może  nie  pojmują  tego  świadomie, 
ale muszą czuć intuicyjnie, że jeżeli dotrzemy na Rustum, głosowanie może obrócić się prze-
ciw nim. Widziałam mnóstwo fotografii z pierwszej ekspedycji, Kapitanie. Rustum może być 
trudna i niebezpieczna, ale jest tak piękna, że wprost nie mogę się doczekać kiedy ją zobaczę. 
Jest tam wystarczająco dużo miejsca, wolność, nieskażone powietrze. Przypomni nam się to 
wszystko,  czego  nienawidziliśmy  na  Ziemi;  zrozumiemy  okropność  powtórnej  hibernacji; 
uświadomimy sobie bardziej trzeźwo niż teraz, kiedy mamy po uszy przebywania w kosmo-
sie, jak długi  czas będzie musiał  upłynąć, zanim będziemy mogli wrócić na Ziemię i  jakim 
ryzykiem byłoby założenie, że zastaniemy tam pomyślną sytuację. Poza większym przyciąga-
niem – a to nie będzie się wydawało takie straszne dopóki nie zaczniemy ciężkiej, fizycznej 

pracy – nie będziemy jeszcze dotknięci żadną z niedogodności Rustum; podczas gdy niewy-
gody podróży kosmicznej i  Ziemi będą wciąż jeszcze żywymi wspomnieniami. Wielu ludzi 
zmieni  zdanie  i  będzie  głosować  za  pozostaniem.  Być  może  będzie  to  większość.  De  Smet 
wie o tym. Nie chce ryzykować. Sam może zostać złapany w sidła uroków Rustum. 

Coffin wyszeptał zamyślony: 
– Po zaledwie kilku dniach od rozpoczęcia deceleracji, masy reakcyjnej nie wystarczy na 

background image

 

40 

nic innego, jak tylko na powrót na Ziemię. 

–  De  Smet  wie  także  to  –  powiedziała  Teresa.  –  Kapitanie,  pan  potrafi  podjąć  trudną 

decyzję i trzymać się jej. Dlatego ma pan swoją pracę. Ale może zapomina pan, jak niektórzy 
–  jak  większość  z  nas  –  modli  się,  żeby  ktokolwiek  zjawił  się  i  powiedział  nam  co  robić. 
Nawet pod dużą presją, decyzja wyprawy na Rustum była trudna. Teraz, kiedy jest szansa, by 
ją odwołać, wrócić do życia bezpiecznego i wygodnego – ryzykując jednak, że zanim dosta-
niemy  się  do  domu,  Ziemia  nie  będzie  już  bezpieczna  ani  wygodna  dla  nikogo  –  jesteśmy 
zmuszeni decydować o tym raz jeszcze. To agonia, Kapitanie! De Smet i jego poplecznicy to 
twardzi mężczyźni, na swój sposób. Zmuszą nas do nieodwołalnego, tak szybko, jak to możli-
we, po prostu dlatego, że będzie to już ostateczne postanowienie. Kiedy raz zawrócimy, reszta 
nie będzie już w naszych rękach. Będziemy mogli przestać myśleć. 

Przyglądał się jej z odcieniem zdziwienia. 
– Ale pani wygląda na wystarczająco spokojną – powiedział. 
– Podjęłam moją decyzję na Ziemi – rzekła. – Nie widzę powodu, żeby ją zmieniać. 
–  Jak  przedstawia  się  głosowanie  kobiet?  –  zapytał,  wracając  do  bezpiecznych  staty-

stycznych tematów. 

–  Większość  chce  zrezygnować,  oczywiście  –  powiedziała  to  miękkim  głosem,  który 

złagodził jej krytyczny sąd. – Wyruszyły tylko dlatego, że chcieli tego ich mężowie. Kobiety 
są zbyt praktyczne, żeby przejmować się filozofią, granicami, czy czymkolwiek poza swoimi 
rodzinami. 

– A pani? – rzucił wyzwanie. 
Wzruszyła ramionami. 
– Ja nie mam rodziny, Kapitanie. Jednocześnie zdaje mi się... może poczucie humo-ru?... 

uchroniło mnie od uwznioślenia tego do wielkiej sprawy jakiegokolwiek rodzaju. – I dodała 
kontratakując: 

– A dlaczego pana obchodzi, co my zrobimy? 
– Dlaczego? – spostrzegł, że się jąka. – Dlaczego... po... ponieważ mam zadanie... 
– O, tak. Ale także spędził pan lata promując ideę kolonii na Rustum. A potem przyjął pan 

tę  niewdzięczną  pracę.  Dowodzi  pan  flotyllą  kolonistów,  choć  mógłby  pan  być  teraz  gdzie 
indziej, wykonując swoją prawdziwą pracę: badanie jakiejś gwiazdy, której nigdy jeszcze nie 
dotknął człowiek. Rustum musi być dla pana ważnym symbolem. Niech się pan nie martwi. 
Nie  będę  pana  dalej  analizowała.  Tak  się  składa,  że  sama  uważam,  że  ta  kolonia  jest 
niezwykle  ważna.  Jeżeli  nasz  rodzaj  zaprzepaści  tę  szansę,  może  już  nigdy  nie  mieć  takiej 
drugiej. Ale to tylko akademicka teza, naprawdę. Dlaczego znaczyłoby to tak wiele dla mnie 
osobiście, jeżeli nie dotykałoby jakiegoś mojego wewnętrznego przekonania? Spójrzmy pra-
wdzie w oczy, Kapitanie. Żadne z nas nie podchodzi do tej sprawy z zimną krwią. P o t r z e- 
b u j e m y założenia tej kolonii. 

Przerwała, zaśmiała się i rumieniec przesunął się po jej policzkach. 
– O Boże, jestem gadułą, prawda? Przepraszam. Wróćmy do sprawy. 
–  Myślę  –  powiedział  Coffin  powoli,  urywając  słowa  –  dzięki  pani  uwagom  zaczy-nam 

uświadamiać sobie jaka jest skala problemu. 

Oparła się wygodnie i słuchała. 

background image

 

41 

Coffin  zaczepił  nogę  o  poręcz,  żeby  utrzymać  swoje  szczupłe  ciało  w  równowadze  i 

miękko uderzał pięścią w otwartą dłoń drugiej ręki. 

–  Tak,  niech  Bóg  nam  dopomoże,  to  jest  sprawa  emocjonalna  –  powiedział,  nadając 

kształt  swoim  myślom.  –  Logika  jest  tu  absolutnie  nieistotna.  Są tu  tacy,  którzy  tak  bardzo 
chcą dotrzeć na Rustum i być wolnymi – obojętne czymkolwiek mają nadzieję tym być – że 
zaryzykują za ten przywilej swoje życie i życie swych żon i dzieci. Inni wyruszyli niechę-tnie, 
wbrew  swemu  własnemu  instynktowi  przetrwania  i  teraz,  kiedy  widzą  drogę  odwrotu,  coś 
czym mogą się przed sobą usprawiedliwić, będą walczyć z każdym, kto spróbuje zagro-dzić 
im tę drogę. Tak. To okropna sytuacja. Tak czy inaczej, decyzja musi być podjęta szybko. I 
fakty nie mogą być ukrywane. Każdy zahibernowany musi zostać obudzony i przy-wrócony 
do świadomości przez kogoś teraz czuwającego. Wiadomość będzie przechodzić, rok po roku, 
zawsze  do  innej  kombinacji  kolonistów  i  załogi.  Cokolwiek  zostanie  zrobione,  pewien 
procent  będzie  niezadowolony  z  tego,  co  zostało  zadecydowane  podczas  ich  snu.  Nie, 
niezadowolony to za słabe słowo. W jakimkolwiek kierunku pójdziemy, uderzymy w emocjo-
nalne  korzenie  ludzi.  A przestrzeń  kosmiczna  może  załamać  nawet  najodporniejszego  czło-
wieka... Ile czasu upłynie zanim właśnie ten zepsuty odsetek malkontentów, słabeuszy i trzę-
sących się wygodnickich przejdzie na dyżur? I co się wtedy stanie? Panie Boże Zastępów, daj 
nam tam dotrzeć albo zginiemy! 

Wciągnął bardzo głęboki oddech. 
– Przepraszam – zawahał się. – Nie powinienem... 
– Wyładował pan nadmiar uczuć? – zapytała spokojnie. – Czy nie byłoby lepiej pozostać 

żelaznym człowiekiem, dopóki któregoś dnia nie przyłoży pan sobie pistoletu do głowy? 

– Rozumie pani – powiedział cierpiącym głosem. – Ja jestem  o d p o w i e d z i a-   l n y. 

Mężczyźni  i  kobiety,  dzieci...  Ale  będę  zahibernowany.  Zwariowałbym,  gdybym  próbo-wał 
czuwać  przez  całą  podróż.  Organizm  nie  może  czegoś  takiego  wytrzymać.  Będę  spał  i  nie 
będę mógł o niczym decydować. A te statki zostały oddane pod moją opiekę! 

Zaczął się trząść. Ujęła go za obie ręce. Żadne z nich nie odzywało się przez długą chwilę. 
 

 

 

 
Po  opuszczeniu  Pioniera  Coffin  czuł  się  dziwnie  pusty,  jak  gdyby  otworzył  swą  pierś  i 

wyrwał serce. Ale umysł jego funkcjonował z precyzją maszyny. Był za to wdzięczny Tere-
sie. Pomogła mu odkryć prawdziwość faktów. Była to brutalna prawda, ale bez jej zrozumie-
nia ekspedycja mogłaby być z góry skazana na niepowodzenie. 

Czy mogłaby? Bez emocji Coffin rozważał szanse. Albo dotrą na Rustum, albo zawrócą 

na  Ziemię.  W  obu  przypadkach,  kiedy  prawdopodobieństwo  przetrwania  nie  mogłoby  być 
szacowane w procentach, szanse byłyby marne. Lepsze niż jeden do jednego bez wątpienia, 
ale nie na tyle by Kapitan miał prawo podjąć ryzyko, jeśli mógłby tego w jakiś sposób uni-
knąć. Ale jaki mógłby być na to sposób?  

Kiedy powracał na Rangera, Coffin obserwował sieć przewodów odbiornika, która rosła w 

background image

 

42 

jego oczach, aż zakryła zniekształconą Drogę Mleczną. Sieć wydawała się zbyt krucha, żeby 
wywołać takie piekło. W dodatku będzie musiała zostać rozmontowana przed rozpoczę-ciem 
deceleracji. Bez żadnych pułapek czy sabotażu. Zresztą za późno już na to.  G d y b y m t y l k 
o  w i e d z i a ł! 

Gdyby tak ktoś na Ziemi, jakiś łajdak, głupiec o dobrych intencjach czy ktokolwiek, kto 

wysłał  tę  pierwszą  wiadomość...  gdyby  tylko  wysłał  drugą:  „Poprzednia  wiadomość  niewa-
żna. Dekret edukacyjny nadal obowiązuje”. Lub coś podobnego. Ale nie. Takie rzeczy się nie 
zdarzają. Człowiek musi sam starać się o swoją pomyślność. 

Coffin  westchnął  i  ciężkim  krokiem  dotarł  do  komory  powietrznej  swego  statku  flago-

wego. 

Mardikian  pomógł  mu  wejść.  Kiedy  zdjął  swój  oszroniony  hełm,  spostrzegł,  że  usta 

chłopca drżały. Kilka godzin dodało Mardikianowi lat. 

Był w białym lekarskim stroju. Niepotrzebnie, żeby tylko przerwać ciszę, Coffin powie-

dział: 

– Widzę, że idziesz na wartę w sekcji hibernacji. 
– Tak, Kapitanie – wyszeptał. – Moja kolej. 
Kombinezon robił dużo hałasu, kiedy go składali. 
–  Będziemy  potrzebowali  wkrótce  jeszcze  trochę  etanolu,  Kapitanie  –  powiedział 

Mardikian zdesperowanym głosem. 

–  Po  co?  –  mruknął  Coffin  niezadowolony.  Często  żałował,  że  to  paskudztwo  było 

nieodzowne. Tylko on posiadał klucz do zbiornika. Niektórzy dowódcy zezwalali na wydzie-
lanie  niewielkich  racji  trunku  w  czasie  podróży  i  twierdzili,  że  Coffin  ukrywał  tylko  swoje 
uprzedzenia twierdząc, że zwiększało to ryzyko („Co, do diabła, może się zdarzyć na między-
gwiezdnej orbicie? Jedyną przyczyną, dla której ktokolwiek czuwa jest to, że urządzenia do 
zajmowania się zahibernowanymi ważyłyby dużo więcej niż zapasy dla czuwających. Mógłby 
pan  przecież  wydawać  grog,  kiedy  człowiek  schodzi  z  warty,  prawda?  Zresztą  nieważne, 
nieważne, ty cholerny formalisto! Jestem tylko wdzięczny, że nie służę pod tobą.”) 

–  Gammagenny  utrwalacz...  i  takie  rzeczy...  Kapitanie  –  jąkał  się  Mardikian  –  Pan 

Hallmyer... wypisze zapotrzebowanie, jak zwykle. 

–  W  porządku  –  Coffin  spojrzał  swojemu  łącznościowcowi  w  twarz,  uchwycił  jego 

przestraszony wzrok i warknął – Nie przypuszczam, żeby były dalsze komunikaty? 

– Z Ziemi? Nie. Nie, Kapitanie. Ja... ja bym raczej nie oczekiwał... dochodzimy do li-mitu 

odbioru  radiowego...  To  prawie  cud,  Kapitanie,  myślę,  że  odebraliśmy  pierwszy...  Oczy-
wiście jest nikłe prawdopodobieństwo że otrzymamy inny... – słowa Mardikiana ucichły. 

Coffin nie przestawał się w niego wpatrywać. W końcu rzekł: 
– Nie uprzyjemniali ci czasu, prawda? 
– Słucham? 
– Ci, jak Lochaber, którzy chcą kontynuować podróż. Żałują, że nie miałeś dość rozu-mu, 

żeby trzymać usta na kłódkę, przynajmniej dopóki nie skonsultowałbyś tego ze mną. A inni, 
jak  de  Smet,  twierdzą  wręcz  przeciwnie.  Nawet  na  teleekranie  nie  jest  przyjemnie  być  w 

centrum burzy, prawda? 

– Tak, Kapitanie... 

background image

 

43 

Coffin odwrócił się. Po co męczyć chłopca jeszcze bardziej? Ta rzecz już się wydarzyła, 

to wszystko. I im mniej ludzi zdawało sobie sprawę z niebezpieczeństwa i przeżywało jeszcze 
głębsze stresy, tym mniejsze będzie to niebezpieczeństwo. 

– Unikaj tego rodzaju dyskusji – rozkazał Coffin. – A zwłaszcza nie rozmyślaj nad tymi, 

które i tak muszą wyniknąć. To byłoby dopraszanie się o załamanie nerwowe. Trzymaj się.  

Mardikian, dławiąc się, wyszedł w kierunku rufy. 
Coffin  włóczył  się  po  trawersie.  Statek  brzęczał  dookoła  niego.  Nie  był  na  warcie  i  nie 

pragnął dzielić mostka z kimkolwiek, kto tam był. Powinien coś zjeść, ale myśl o tym przy-
prawiała go o mdłości; powinien spróbować zasnąć, ale to byłoby bezskuteczne. Jak długo był 
z Teresą, kiedy rozjaśniała mu umysł i ofiarowała swoje pocieszenie? Kilka godzin. W ciągu 
czternastu lub mniej godzin musi zobaczyć się z rzecznikami załogi i kolonistów. A tymcza-
sem w flotylli kipiało. 

Na Ziemi, pomyślał znużony, wybór między kontynuowaniem a przerwaniem podróży nie 

doprowadziłby ludzi tak blisko obłędu, nawet gdyby warunki czasowe były takie same. Ale 
Ziemia  była  długo  cywilizowana.  Może  wieki  temu,  kiedy  kilku  niezdarów  płynęło  na 
statkach  wśród  ogromu  wód,  niepewnych  czy  nie  dopłyną  poza  brzeg  świata;  może  wtedy 
były  takie  dylematy.  Tak,  czy  ludzie  Kolumba  prawie  nie  wszczęli  buntu?  Ale  nawet  ta 
dawna i wypełniona przez przesądy Ziemia, nigdy nie była tak okrutnym środowiskiem, jak 
przestrzeń  kosmiczna;  ani  też  karawela  nie  była  tak  nienaturalna  jak  statek  kosmiczny. 
Lekarze od setek lat wiedzieli jak szybko utrata zewnętrznych bodźców przynosi halucynacje; 
a nieobszerny, sterylny i ledwie oddzielony od próżni statek kosmiczny miesiąc po miesiącu 
zaczynał oddziaływać na umysł ludzki jak niejasna wizja pływania w cysternie z gorącą wo-
dą. Umysły nie mogłyby rozkojarzyć się na środku oceanu tak szybko jak między gwiazdami 
(słońce i księżyc, wiatr i deszcz, nieskończenie przesuwający się wzór fal, nadzieja na złowie-
nie ryby lub zobaczenie wyspy, uniemożliwiały to). Było ogólnie wiadomym, że kosmonauta 
pod koniec swojego rocznego czuwania nie był całkiem przy zdrowych zmysłach. Jeżeli umy-
słowi tak chwiejnemu byłoby dane do rozwiązania absolutnie autentyczne zło... 

Coffin uświadomił sobie, zaskoczony, że bezwiednie doszedł do kabiny radiowej. Wszedł 

do  środka.  Było  to  małe  pomieszczenie,  z  jedną  ścianą  zajmowaną  przez  elektroni-czne 
kontrolki,  wypełnione  niekompletnym  ekwipunkiem,  narzędziami,  przyrządami  do  prze-
prowadzania prób, zapasowymi częściami, wpół-złożonymi urządzeniami do tego czy innego 
specjalnego  celu.  Flotylla  nie  potrzebowała  koniecznie  Oficera  Łączności  –  każdy  kosmo-
nauta mógł wykonywać drobne prace, a każdy oficer przeszedł intensywne szkolenie elektro-
niczne  –  ale  Mardikian  był  dobrym,  sumiennym  i  użytecznym  technikiem.  Jego  problemem 
było, być może, jedynie to, że był ludzki. 

Coffin zbliżył się do głównego odbiornika. Taśma przesuwała się wolno między szpula-

mi, rejestrując to, co uchwyciła sieć radiowa. Coffin spojrzał na notatnik. Mardikian napisał 
pół godziny wcześniej. „Żadnego odbioru. Taśma zmazana i ustawiona ponownie 1530 hr.” 
Może  od  tego  czasu...?  Coffin  przekręcił  przełącznik.  Przebiegł  szybko  przez  zapis,  ale 
znalazł tylko kosmiczny szum, nic uporządkowanego, co mogłoby oznaczać kod lub mowę i 
dostarczyć informacji. 

Teraz gdyby tylko... 

background image

 

44 

Coffin  nabrał  twardej  pewności.  Przez  długi  czas  szperał  między  mechanizmami,  z 

oczyma  pustymi  jak  ich  diody.  Jego  własny  głos,  szybki,  chrapliwy  kazał  mu  wrócić  do 
rzeczywistości. 

„O Boże, pomóż mi zrobić to co słuszne.” 
„Ale co jest słuszne?” 
„Modliłbym  się  żarliwie  z  Twoim  aniołem,  dopóki  bym  się  nie  dowiedział.  Ale  nie  ma 

czasu. Panie, nie bądź gniewny dlatego, że nie mam czasu. ” 

Udręka zgasła. Coffin zabrał się do pracy. 
Decyzja zostanie podjęta na zebraniu, za czternaście godzin. Wiadomość, która miała na 

nią wpłynąć, musi dotrzeć wcześniej. Ale nie o wiele wcześniej, ani nie bardzo późno; jedena-
ście godzin od rozpoczęcia wystarczy. 

Jakie  powinny  być  jej  słowa?  Coffin  nie  potrzebował  sprawdzać  poprzedniej.  Była  wy-

ryta w jego mózgu. A jaka powinna być druga? Zaproszenie do powrotu i dokładnego omó-
wienia  spraw.  Ale  koniecznie  krótkie,  zwarte,  z  minimum  niezbędnych  słów:  co  oznaczało 
zwiększone niebezpieczeństwo niewłaściwej interpretacji. 

Usadowił  się przed maszyna do pisania i  zaczął  układać treść, skreślając słowa i  zaczy-

nając znowu, i znowu, i znowu. Musiało to być zrobione dokładnie i dobrze. Zwykłe uniewa-
żnienie poprzedniej wiadomości nie wystarczy. Wyglądałoby na zbyt szczęśliwy traf. A po-
dejrzenie wałkowane przez umysł w czasie rocznego czuwania mogłoby zniszczyć rozsądek 
tak samo jak otwarte poczucie zdrady. Więc... 

„Ponieważ  flotylla  zbliża  się  do  punktu  równego  czasu,  potrzebna  szybka  akcja.  Plany 

kolonizacji  zarzucone.  Powtórny  rozkaz  powrotu  na  Ziemię.  Dekret  edukacyjny  już  uniewa-
żniony”
 (ludzie na Ziemi nie są pewni, czy pierwsza wiadomość dotarła). „Apelacje na temat 
dalszych ustępstw będą dopuszczone przez specjalne kanały. Przypomina się Konstytucjonali-
stom, że ich głównym obowiązkiem jest oddać swoje umiejętności w służbę społeczeństwu.”
 

Czy  to  będzie  dobre?  Coffin  przeanalizował  gruntownie.  Nie  zaprzeczało  pierwszej 

wiadomości; zamieniało tylko  sugestię w rozkaz, jak gdyby ktoś  stawał  się z każdą godziną 
bardziej  wściekły.  (A  obraz  nadciągającego  na  rząd  chaosu  nie  jest  zbyt  pociągający,  czy 
nie?). Wzmianka o „specjalnych kanałach” podkreśliła, że dla wolości słowa nie było miejsca 
na Ziemi, i że biurokracja mogła przywrócić dekret edukacyjny kiedy tylko chciała. Pompaty-
czne  ostatnie  zdanie  powinno  zirytować  ludzi  którzy  odwrócili  się  plecami  do  tego,  czym 
stało  się  ziemskie  społeczeństwo.  Może  powinien  to  ulepszyć,  chociaż...  Coffin  podjął  na 
nowo pracę. 

Kiedy  wystukał  swoją  ostatnią  wersję,  był  zaskoczony  spostrzegłszy,  że  minęły  dwie 

godziny. Już? Statek zdawał się być bardzo cichy. Zbyt cichy. Gorączkowo zdał sobie sprawę, 
że ktoś może w każdej chwili wejść tu do niego. 

Taśma mogła być włączona przez cały dzień, ale była zwykle sprawdzana i zmazywana co 

sześć lub osiem godzin. 

Coffin  zdecydował  umieścić  na  niej  swoje  słowa  w  miejscu  odpowiadającym  siedmiu 

godzinom wstecz. Mardikian skończy  swoją wartę w sekcji hibernacji, ale prawdopodobnie 
pójdzie spać; przesłucha taśmę na krótko przed konferencją. 

Obrócił  się  ku  pomocniczemu  magnetofonowi.  Musiał  zarejestrować  swój  głos  przez 

background image

 

45 

obwód,  który  zmieni  go  nie  do  poznania.  I  oczywiście,  wszystko  musiało  być  rozmazane, 
zanikać i powracać, musiało być pełne pisków i szumów, trzeszczącej rozmowy gwiazd. To 
niełatwe zadanie, zmieszać tyle elementów, Coffin pogrążył się w pracy. Nie odważyłby się 
zrobić inaczej, bo wtedy musiałby zostać sam ze sobą. 

Wtyczka  w  tym  modulatorze,  dodać  oscylację  –  sprawdzimy  gdzie  reguła  pośligu,  jakie 

parametry są potrzebne żeby... 

– Co pan robi? 
Coffin odwrócił się. Serce waliło mu szybko. 
Mardikian stał w drzwiach, oszołomiony i przestraszony kiedy spostrzegł kim jest intruz. 
– Czy coś nie w porządku, Kapitanie? – zapytał. 
– Jesteś na służbie – wysapał Coffin – w sekcji hibernacyjnej. 
– Przerwa na herbatę, Kapitanie. Pomyślałem, że przyjdę i sprawdzę... 
Chłopiec  wszedł  do  kabiny.  Coffin  ujrzał  go  w  obramowaniu  liczników  i  rzędów  trans-

formatorów, jak jakiegoś futurystycznego świętego. Ale pot błyszczał na śniadej twarzy Mar-
dikiana, odrywał się od niej i dryfował drobnymi kropelkami do wentylatora. 

–  Wyjdź  stąd  –  powiedział  Coffin  ochryple.  I  zaraz:  –  Nie!  Nie  mówiłem  poważnie. 

Zostań tam gdzie jesteś! 

– Ale... 
Kapitan mógł nieomal czytać w jego myślach: „Jeżeli staruszek dostał teraz obłędu, to w 

imię Boże, co się z nami stanie?”  

– Tak, Kapitanie. 
Coffin oblizał suche wargi. 
–  Wszystko  w  porządku  –  powiedział  –  zaskoczyłeś  mnie,  a  nerwy  nas  wszystkich  są 

naprężone. Dlatego tak się zdenerwowałem. 

– P-p-przepraszam, Kapitanie. 
– Czy jest ktoś jeszcze w pobliżu? 
– Nie, Kapitanie. Wszyscy na służbie, albo... 
„Nie powinienem mu tego mówić” – pomyślał Coffin – „Teraz wie, że jesteśmy sami”. 
–  Wszystko  w  porządku,  synu  –  powtórzył  Kapitan.  Ale  jego  głos  zabrzmiał  jak  brzęk 

kosy. – Miałem tu taki mały projekt który, hmm, właśnie tu wypróbowywałem i... hmm... 

– Tak, Kapitanie. Oczywiście. 
„Ustępuj  mu,  póki  nie  będziesz  mógł  się  wydostać.  Potem  zobacz  się  z  panem  Kivi. 

Powiedz mu, żeby przejął funkcje. Nie chcę tego! Nie chcę nigdy być głównodowodzącym. 
To zbyt wiele. To może złamać człowieka całkowicie”. 

Mardikian niespokojnym wzorkiem powiódł po pokoju. Spojrzenie spoczęło na maszy-nie 

do pisania i papierach, których Coffin jeszcze nie uprzątnął. 

Zapadło milczenie. 
– No cóż – rzekł Coffin w końcu – teraz już wiesz. 
– Tak, Kapitanie – głosu Mardikiana prawie nie było słychać. 
– Zamierzam sfałszować to na odbiorniku magnetofonowym. 
– A-a... Tak, Kapitanie. 
„Nie drażnij go”. Oczy Mardikiana rozszerzyły się z przerażenia. 

background image

 

46 

–  Widzisz  –  powiedział  chrapliwie  Coffin  –  to  musi  wyglądać  na  prawdziwe.  Powinno 

podnieść  do  góry  ich  tyłki.  Będą  bardziej  zgodni  co  do  kolonizacji  Rustum,  niż  byli 
kiedykolwiek przedtem. Ale co do mnie, będę oponował. Będę utrzymywał, że mam rozkazy, 
żeby zawrócić i  nie chcę wpaść w kłopoty. W końcu, oczywiście, dam  się przekonać, żeby 
kontynuowali podróż, choć bardzo niechętnie. Tak, że nikt nie będzie mnie podejrzewał o... 
oszustwo. 

Usta Mardikiana poruszyły się bezgłośnie. Coffin zauważył, że chłopak był bliski histe-rii. 
– To nieuniknione – powiedział Kapitan i przeklął szorstkość swego tonu. Choć być może 

żaden  orator  nie  zdołałby  przekonać  tego  chłopca.  Co  mógł  wiedzieć  o  stresie  łamiącym 
psychikę, on, który nigdy nie próbował przekroczyć swoich granic wytrzymałości. 

– Cóż, musimy zachować tajemnicę, ty i ja, albo... 
Nie,  jaki  z  tego  pożytek?  Mardikian  ze  swym  niewielkim  doświadczeniem  łatwiej  mógł 

uwierzyć, że jeden człowiek Coffin zwariował, niż zrozumieć jak psychika każdego człowie-
ka wypacza się miesiąc po miesiącu przez samotność i frustrację. 

– Tak, Kapitanie – odpowiedział Mardikian matowo – Oczywiście. 
„Nawet jeżeli mówi poważnie” – myślał Coffin – „może wygadać się przez sen. Albo ja 

mógłbym; ale admirał, jedyny na całym statku, ma swój całkowicie prywatny pokój”. 

Ujął  najdelikatniej  jak  mógł  jedno  z  narzędzi  i  obrócił  się.  Mardikian  cofnął  się  z  wy-

trzeszczonymi oczami. 

– Nie. – wyszeptał – Nie. Proszę. 
Otworzył usta, by krzyknąć, ale nie zdążył. 
Coffin uderzył go w szyję. Kiedy Mardikian zwinął się z bólu, Coffin nogami i jedną ręką 

złapał go w kleszcze, pięścią uderzając kilkakrotnie w splot słoneczny. 

Mardikian chwytał powietrze jak tonący. 
Coffin  prędko  zawlókł  go  korytarzem  do  pokoju  farmacyjnego.  Otworzył  zbiornik  z 

alkoholem, chwycił strzykawkę, napełnił ją wystarczającą ilością płynu, po czym wstrzyknął. 
Całe szczęście, że nie mieli na pokładzie prawdziwego psychiatry. Gdy ktoś się załamywał, 
zostawał zahibernowany i nie był budzony aż do powrotu do domu, do kliniki. 

Coffin przeciągnął chłopca niedaleko komory powietrznej i krzyknął. Hallmyer nadbiegł z 

mostka. 

–  Zaczął  odchodzić  od  zmysłów  i  zaatakował  mnie  –  wysapał  Kapitan.  –  Musiałem  go 

powalić. 

Dwóch mężczyzn z załogi próbowało ocucić Mardikiana, ale ponieważ chłopiec mamrotał 

tylko  niezrozumiale,  wstrzyknięto  mu  środek  uspakajający  i  przeniesiono  do  sekcji 
hibernacyjnej.  Coffin  powiedział,  że  upewni  się,  czy  Mardikian  nie  próbował  zniszczyć 
sprzętu. 

Wrócił do kabiny radiowej. 
 

 

 

 

 

background image

 

47 

 

 

 
Teresa Zeleny powitała go. Nic nie mówiąc zaprowadziła go do swojego pokoju. 
–  No  więc  –  powiedział,  dusząc  się  tym  –  lecimy  dalej  na  Rustum,  przez  jedno-myślne 

głosowanie. Nie jest pani zadowolona? 

–  Byłam  –  powiedziała  cicho  –  dopóki  nie  zobaczyłam,  że  pan  nie  jest.  Wątpię,  czy 

martwi się pan kłopotami prawnymi na Ziemi. Ma pan władzę, która pozwala panu nie stoso-
wać się do takich rozkazów, jeżeli tak nakazuje sytuacja. Co się więc stało? 

Popatrzył gdzieś poza nią. 
– Nie powinienem tu przychodzić – powiedział – Ale musiałem z kimś porozma-wiać, a 

tylko pani może to zrozumieć. Czy wytrzyma pani ze mną jeszcze kilka minut? Nie będę pani 
więcej niepokoił. 

– Nie, aż dolecimy do Rustum – jej uśmiech był wyrazem współczucia – i to żaden kłopot. 
I po chwili oczekiwania:  
– Co mi pan chciał powiedzieć? 
Opowiedział jej, w krótkich, bezlitosnych słowach. 
Teresa zrobiła się nieco blada. 
– Chłopiec był faktycznie całkiem pijany, a oni o tym nie wiedzieli, kiedy zanieśli go do 

hibernacji? To poważne ryzyko. Może umrzeć. 

– Wiem – powiedział Coffin przymykając oczy. 
Jej ręka spoczęła na jego ramieniu. 
–  Uważam,  że  zrobił  pan  jedynie  możliwą  do  zrobienia  rzecz  –  powiedziała  bardzo 

delikatnie – A jeżeli był lepszy sposób, to nie miał pan czasu nad nim pomyśleć. 

Przygryzając palce i odwracając od niej głowę, powiedział: 
–  Jeżeli  nie  doniesie  pani  na  mnie,  a  wiem,  że  pani  tego  nie  zrobi,  złamie  pani  swoje 

własne zasady: rzetelnej informacji, wolnej dyskusji i decyzji. Czy nie tak? 

Westchnęła.  
– Tak myślę. Ale czy  wszystkie zasady nie mają swoich granic? Jak wolnym,  czy... jak 

ludzkim można być tutaj? 

– Nie powinienem był pani mówić. 
– Cieszę się, że pan to zrobił. 
Po czym szybko, jak gdyby ona też chciała od czegoś uciec, dziewczyna powiedziała: 
–  Jeżeli,  jak  oboje  wierzymy,  Mardikian  żyje,  prawda  na  pewno  wyjdzie  na  jaw  po 

waszym powrocie na Ziemię. Wobec tego będziemy musieli opracować dla pana obronę. Czy 
też może pan się tłumaczyć koniecznością? 

–  To  nie  ma  znaczenia  –  podniósł  głowę  i  teraz  mógł  już  mówić  spokojnie.  –  Nie 

wyobrażam sobie, abym miał ukrywać więcej niż muszę. Niech sobie mówią co chcą, osiem-
dziesiąt lat wstecz. Ja już jestem osądzony. 

– Jak to? – cofnęła się o krok, może żeby lepiej widzieć jego wycieńczoną postać. – Nie 

mówi pan, że zostanie pan na Rustum? Ale to nie będzie potrzebne! Możemy... 

background image

 

48 

– Kłamca... możliwe, że morderca... Nie jestem wart, żeby być kapitanem statku – głos mu 

się załamał – A poza tym, może już nie będzie podróży kosmicznych, do których mógłbym 
wrócić. 

Uwolnił się od jej dłoni i wyszedł z pokoju. Teresa patrzyła za nim. Lepiej by było, gdyby 

odprowadziła go do końca korytarza, ale nie..., klucz został w drzwiach głównej prze-grody. 
Nie miała pretekstu, żeby pójść za nim. 

„Nie jesteś sam, Joshua” – chciała zawołać. – „Każdy z nas jest z tobą. Czas jest mostem, 

który zawsze pali się za naszymi plecami”.  

 

CZĘŚĆ TRZECIA 

 

 

 

 

A jednak tak daleko... 

 

 

 
Sam wypadek był śmiechu wart. Uszkodzenia mogły zostać naprawione w ciągu najda-lej 

tygodnia.  Nic  nie  odniosłoby  trwałej  szkody,  z  wyjątkiem  niektórych  zarozumialców.  Ale 
ponieważ zdarzył się właśnie w tym rejonie, Kapitan flotylli Nils Kivi rzucił jedno spojrzenie 
na swoje przyrządy i odczytał śmierć. 

„Jesu  Kristi!”  Wibracje  zderzenia  wciąż  brzmiały  w  otaczających  go  metalowych 

ścianach. Brak ciążenia, kiedy strumień jonów został przerwany, był jak uderzenie o skalną 
ścianę. Usłyszał świst uciekającego powietrza, a później zgrzyt, kiedy przebita sekcja została 
automatycznie  odcięta.  Żadna  z  tych  rzeczy  nie  została  zarejestrowana.  Kivi  swoim  ciałem 
zablokował wskazówkę licznika promieniowania. Sekundę wisiał na niej, póki nie wróciła mu 
przytomność  umysłu.  Uchwycił  się  poręczy  i  podciągnął  w  kierunku  bloku  sterowania. 
Wcisnął klawisz interkomu. 

– Opuścić statek – powiedział słabym głosem, który amplifikator przetworzył na krzyk. 
Wszystko trwało bardzo krótko. Kivi w panice czuł, jak adrenalina uderza mu do głowy i 

uruchamia  szybkie  myślenie.  Jedną  ręką  chwycił  taśmę  danych  z  autopilota  i  wsadził  ją  do 
kieszeni kombinezonu. (Przypomniał sobie nawet, że czytał gdzieś, że dawno temu na Ziemi, 
kapitan tonącego okrętu zawsze zabierał ze sobą dziennik okrętowy). Stopą odepchnął się od 
fotela i podryfował w stronę drzwi na mostku, po drodze uderzając w ścianę. Kiedy znalazł 
się na korytarzu zaczął przesuwać się chwytając kolejnych poręczy, aż nabrał takiej prędko-
ści, że poręcze migały mu w oczach. 

Inni  dołączyli  do  niego  ze  swoich  posterunków;  tuzin  mężczyzn  o  twarzach  twardych 

pomimo  strachu.  Niektórzy  weszli  już  na  prom,  który  miał  być  teraz  ich  łodzią  ratunkową. 
Kivi  słyszał  szum  jego  generatorów  gromadzących  potencjały.  Przesunął  się  na  bok,  żeby 

background image

 

49 

umożliwić  swoim  ludziom  przejście  przez  połączone  komory  powietrza.  Inżynier  Abdul 
Barang był ostatni. Kivi podążył za nim, pytając: 

– Czy wiesz, co się stało? Zdaje się, że coś musiało wybić generator atomowy. 
– Jakiś ciężki obiekt. Przedarł się przez pokład od strony tylnej ładowni, do silnika i na 

zewnątrz – powiedział Barang rozjuszony. – Jestem pewien, że straciliśmy ładunek. 

– Ten kolonista... 
– Svoboda? Nie wiem. Czekamy na niego. Mógł nas zabić! 
Kivi skinął głową.  
– Zapiąć pasy – zawołał niepotrzebnie, bo mężczyźni byli już gotowi. 
Barang  pośpieszył  na  rufę,  żeby  przejąć  zespół  silnikowy  od  kogoś,  kto  miał  tyle  przy-

tomności umysłu żeby go uruchomić. Kivi zajął miejsce pilota, na przedzie sekcji pasażerów. 
Jego palce poruszały się szybko regulując urządzenia. Z każdą chwilą zwłoki czuł zbliżającą 
się śmierć. 

– Odliczyć – powiedział, usłyszał nazwiska i wiedział, że wszyscy byli obecni. 
Usiadł i wcisnął kontrolkę komory powietrznej. Zewnętrzna zapora zaczęła się zamy-kać. 

Ostatni mężczyzna wpadł do środka i krzyknął: 

– Zamierzaliście mnie tam zostawić?! 
Kivi odpowiedział zimno: 
–  Czemu  nie?  Z  tego,  co  wiedzieliśmy,  mógł  pan  być  już  martwy.  Poza  tym  miał  pan 

przecież czas, żeby tutaj dotrzeć. I to pan jest za to odpowiedzialny. 

–  Co?  –  Jan  Svoboda  znalazł  się  między  siedzeniami  pasażerów  z  trudem  odzyskując 

oddech. Mężczyźni gapili się na niego ze złością. 

J a  jestem odpowiedzialny? – dławił się – A dlaczego, ty obłudny łajdaku, sam oso-biście 

mi zezwoliłeś... 

Kivi  wcisnął  przycisk  zwalniający.  Prom  oddzielił  się  od  statku.  Repulsory  odepchnęły 

mniejszy  kadłub  od  większego.  Kivi  nie  przestawał  obserwować  przestrzeni.  Jakikolwiek 
kierunek jest najlepszą drogą wyjścia, kiedy jest się w samym środku piekła. Kivi po prostu 
uruchomił  ręczną  dźwignię  od  nagłych  wypadków.  Silniki zahuczały  i  prom  ruszył  gwałto-
wnie.  Svoboda  został  odrzucony  przez  nagłe  przyspieszenie.  Uderzył  w  tylną  zaporę  sekcji 
pasażerów tak mocno, że roztrzaskał jej plastikową powierzchnię. Utknął tam, z twarzą spły-
wającą krwią. Kivi zastanawiał się, czy nie skręcił sobie karku. Nieomal, jeżeli nie na pewno, 
miał taką nadzieję. 

 

 

 

 
Korytarz  Couriera,  na  który  ewakuowali  się  mężczyźni,  wypełniał  niespokojny  szum. 

Pojawienie  się  Kivi,  zmierzającego  w  stronę  ambulatorium,  wywołało  ciszę.  Niedobrze  jest 
być kapitanem, który stracił jakikolwiek statek. Ale odkąd stary Coffin tak kategorycznie zre-
zygnował z dowództwa, by dołączyć do kolonistów, Nils Kivi był głównodowodzącym całej 
flotylli. Straconym statkiem był Ranger, statek flagowy. Kosmonauci mogli sobie bez niego 

background image

 

50 

poradzić,  jako  że  po  wysadzeniu  pasażerów  zostało  dużo  miejsca.  Ale  zostało  przed  nimi 
jeszcze czterdzieści jeden lat podróży, od E Eridani do Układu Słonecznego. Każdy drobiazg 
mógł stać się obsesją podczas rocznej warty, rozstrajając umysły. Z całą pewnością admirał, 
który stracił swój statek flagowy, był czarnym symbolem. 

Kivi  ze  złością  stłumił  te  myśli.  Był  niskim,  krępym  mężczyzną,  o  wydatnych  kościach 

policzkowych i nieco skośnych, niebieskich oczach. W normalnych warunkach był człowie-
kiem wesołym i gadatliwym, trochę dandysem. Teraz jednak miał się zobaczyć z Janem Svo-
bodą. 

Zatrzymał  się  przed  jednymi  z  cienkich,  wewnętrznych  drzwi,  otworzył  je  i  wszedł  do 

pomieszczenia,  które  było  poczekalnią  połączoną  z  gabinetem  lekarskim.  Ktoś  właśnie  wy-
chodził z tyłu ambulatorium. Zderzyli się i odsunęli od siebie. Przez chwilę Kivi nie przesta-
wał się gapić. Kiedy znalazł słowa, odezwał się idiotycznie: 

– Ale przecież pani jest na Rustum. 
Judith  Svoboda potrząsnęła  głową. Jej  rozsypane włosy tworzyły wokół  głowy i  ramion 

brązową chmurę, błyszczącą czerwono tam, gdzie padło na nie światło. Była ubrana w luźny 
strój, który jednak przy zerowym ciążeniu niezupełnie ukrył jej wspaniałą figurę. 

–  Usłyszałam  o  wypadku  i  o  tym,  że  Jan  jest  ranny  –  powiedziała.  –  Ostatni  prom 

rozładowujący Migranta przyniósł tę wiadomość. Oczywiście więc przyleciałam nim tutaj. 

Zawsze  podobał  mu  się  niski  głos  u  kobiet,  taki  jak  głos  Judith.  Nie  znaczyło  to,  że 

kosmonauta stykał się z wieloma kobietami. Kivi przybrał ton szorstki: 

– Kto był pilotem? Przez panią naruszył cztery punkty regulaminu. 
– Niech pan ma serce – poprosiła. 
Choć  angielski  był  ważnym  językiem  w  kosmosie  i  Kivi  mówił  nim  biegle,  był  jednak 

zakłopotany idiomem.  

– Jan jest moim mężem – powiedziała. – Co innego mogłam zrobić, jak nie przyle-cieć tu, 

żeby się z nim zobaczyć? 

– No cóż – Kivi wpatrywał się w rząd przyrządów medycznych. – Cóż. Widziała się z nim 

pani? Jak on się czuje? 

– Lepiej niż przypuszczałam. Wkrótce będzie mógł wstać... Ale jakie to ma znaczenie na 

orbicie?  –  powiedziała  gorzko  i  pospiesznie  dodała:  –  Dlaczego  wyruszył  pan  tak  szy-bko, 
Nils? Jan powiedział, że nie dał mu pan czasu na dotarcie do łodzi. 

Westchnął z nagłym znużeniem: 
– Czy pani też zamierza obsypać mnie wyrzutami z tego powodu? Pani mąż powie-dział 

wystarczająco  dużo  dotkliwych  słów  na  temat  mojej  akcji,  kiedy  pierwszy  raz  odzyskał 
przytomność. Niech mnie pani oszczędzi. 

–  Jan  przeżył  ciężkie  napięcie  nerwowe  –  powiedziała.  –  A  potem  szok,  i  był  ranny... 

Proszę nie winić go, jeśli nie był powściągliwy w słowach. 

Kivi, zaskoczony, obrócił głowę, żeby na nią spojrzeć. 
– Pani mnie nie oskarża? 
– Jestem pewna, że miał pan ważny powód – jej uśmiech był raczej słaby. – Zasta-nawiam 

się tylko, co to mogło być. 

Kivi powrócił myślami do dni i nocy na Rustum. Poznał Judith bliżej, kiedy kosmo-nauci 

background image

 

51 

i  koloniści  pracowali  razem.  Widział  ją  wybrudzoną  smarem,  z  kluczem  maszynowym  w 
ręce, pomagającą złożyć traktor; i widział ją pod zielonymi liśćmi i w zimnym, ostrym świetle 
księżyca  Sohrab.  Tak,  pomyślał,  ona  dałaby  szansę  na  wyjaśnienia  każdemu  męż-czyźnie. 
Nawet kosmonaucie. 

Odezwał się zgnębiony. 
– Byliśmy w strefie promieniowania. Nie mieliśmy czasu do stracenia, nawet sekundy. 
– Czy promieniowanie było tak silne? Naprawdę? 
– Może za bardzo się spieszyłem – wyrzucił z siebie te słowa. 
Patrząc wstecz, nie mógł jej przedstawić logicznej obrony w postaci konkretnych da-nych, 

dlaczego  się  tak  spieszył,  że  mógł  nie  zabrać  Svobody  i  uśmiercić  go  w  strumieniu  sprę-
żonego powietrza. W tym  czasie czuł  tylko palącą nienawiść do człowieka, który zniszczył 
jego statek. Ale Svoboda był mężem Judith i ojcem jej dzieci. Znów wszystko zagotowało się 
w kapitanie. 

– Poza tym – rzekł ostro – gdyby nie jego nieuważne zachowanie, ta sytuacja nigdy by nie 

zaistniała. 

Jej twarz w kształcie serca przybrała wyraz napięcia. 
– Czy rzeczywiście on jest odpowiedzialny? – zapytała Judith głosem, który stał się wrogi. 

– On mówi, że dał mu pan pozwolenie na pracę przy ładunku. 

Kivi czuł, że robi się czerwony. 
– Dałem. Ale nie przyszło mi do głowy, że miał zamiar odczepić część tak masywną, jak... 
– Mógł go pan zapytać dokładnie, co zamierzał zrobić. Jakim sposobem mógł wie-dzieć, 

że może to być tak niebezpieczne? 

– Sądziłem, że ma wystarczająco dużo zdrowego rozsądku. Moja pomyłka! 
Przez  chwilę  mierzyli  się  wzrokiem.  W  pokoju  zrobiło  się  bardzo  cicho.  Prawie  tak,  że 

Kivi czuł pustkę na całym statku: puste ładownie, puste zbiorniki, cały statek był pustą mu-
szlą uwiązaną na orbicie Rustum. „Tak jak ja” – pomyślał. 

Przypomniał  sobie  noce  w  Wysokiej  Ameryce,  kiedy  płomienie  obozowych  ognisk 

oświetlały twarz Judith na tle rozległej, szemrzącej ciemności. Raz był z nią sam przez kilka 
godzin, spacerując wzdłuż Rzeki Imperatora w poszukiwaniu dzikiego sadu, który odkrył w 
czasie  pierwszej  ekspedycji.  Nie  była  to  żadna  wybitna  przygoda;  podziwiali  tylko  słońce, 
jasną  wodę  przepływającą  obok,  pojawiające  się  ptaki  i  zwierzęta.  Nawet  nie  rozmawiali 
dużo. Ale nie mógł zapomnieć tego dnia. 

– Przepraszam – powiedział kapitan. – Niewątpliwie i on, i ja jesteśmy winni. 
– Dziękuję – Judith ujęła jego rękę między swoje dłonie. – Co właściwie się stało? Jestem 

tak  zdezorientowana.  Pilot  na  promie  powiedział  mi  jedno,  Jan  drugie,  słyszałam  też  o 
skażonych strefach i wszystko to niewiele mi mówi. Czy chociaż pan wie, jaka jest prawda? 

–  Tak  sądzę.  Będę  musiał  zbadać  wrak,  ale  wszystko  wydaje  się  wystarczająco  jasne  – 

Kivi skrzywił się. – Czy muszę to wyjaśnić? 

– Nie. Ale chciałabym, żeby pan to zrobił. 
– Dobrze. 
 
Kiedy  flotylla  dotarła  do  Rustum,  weszła  na  orbitę  dookoła  planety,  poza  pasmami 

background image

 

52 

promieniowania  Van  Allena  i  podstawową  orbitą  meteorów.  Wielkie,  kruche  i  napędzane 
jonowo statki międzygwiezdne nie mogą lądować. Najpierw załoga, a potem koloniści, zostali 

obudzeni  i  przewiezieni  do  Wysokiej  Ameryki  w  promach  –  mocnych  łodziach  z  wysuwa-
nymi  skrzydłami,  napędzanych  przez  termiczne  raczej  niż  elektryczne  silniki  rakietowe. 
Ponieważ rozładowywanie ekwipunku jest bardziej powolnym procesem, statki, jeden po dru-
gim, przechodziły na niską orbitę, niewiele ponad atmosferą planety, gdzie mogły być rozła-
dowywane szybciej i wygodniej. Ta praca angażowała określony procent załogi; inni kosmo-
nauci zostali na Rustum rafinując masę reakcyjną na powrót do domu; reszta  – a właściwie 
większość – była przydzielona do pomocy przy zakładaniu osady. 

Ale  niektórzy  koloniści  musieli  być  wyznaczeni  do  pomocy  na  statkach.  Z  większością 

ładunku, jak ekwipunek dla kopalni, sprzęt rolniczy i chemiczny, kosmonauci nie są obezna-
ni. Wskaźniki masowe były zbyt wysokie, żeby posłużyć się konwencjonalnymi, wyściełany-
mi skrzyniami. Rzeczy musiały być przenoszone na promy w częściach, pod fachową kontro-
lą. W przeciwnym  wypadku sprzęt  termoplastyczny mógł  zostać umieszczony obok  gorącej 
osłony,  albo  zbiór  wzorców  krystalicznych  mógł  zostać  napromieniowany  i  zniszczony, 
albo... Nie wieźliśmy przecież sprzętów zapasowych z Ziemi. 

Jako  inżynier,  Jan  Svoboda  został  wyznaczony  do  nadzoru  rozładunku.  Kiedy  Ranger 

zaczął  schodzić  z  orbity  wyższej  na  niższą,  Svoboda  poprosił  o  pozwolenie  na  rozpoczęcie 
prac przygotowujących materiał do rozładunku; właśnie w czasie hamowania. Kivi, zaintere-
sowany przyspieszeniem rozładunku, wyraził zgodę. 

Ranger  obrócił  się  na  swojej  osi  tak,  że  strumień  jonowy  płynął  w  stronę  przeciwną  do 

jego orbity. Tak ustawiony, statek zaczął poruszać się spiralnie do bezpiecznego, spokojnego 
rejonu. Znajdował się blisko płaszczyzny równikowej, tak, żeby promy mogły skorzystać ze 
sprzyjającej rotacji planety. Droga po spirali musiała przejść przez najgęściejsze rejony pasa 
skażonego. 

Jak  każda  planeta  z  polem  magnetycznym,  Rustum  jest  otoczona  przez  cząstki  wysoko-

energetyczne, które formują pasy w różnej odległości od jej centrum. W tym czasie na ekra-
nach bezpieczeństwa, utrzymywanych w stałym pogotowiu, Kivi zauważył wzrost wskaźnika 
promieniowania.  Nic,  czym  możnaby  się  martwić,  oczywiście  dopóki  detektory  nie  zareje-
strowały meteoru zbliżającego się po torze zapowiadającym kolizję. 

Kilka sekund pięciokrotnego przeciążenia, w ciągu których autopilot wynosił Rangera na 

inny  poziom,  powinno  być  rutyną.  Zadźwięczał  sygnał  alarmowy.  Każdy  miał  czas,  by  po-
łożyć się płasko i uchwycić czegoś solidnego. Meteory wystarczająco duże, by być wartymi 
takiego uniku, nie są częste; ale też nie są tak rzadkie, żeby manewr był nowiną. 

Tym razem jednak, Jan Svoboda zdjął liny przytwierdzające obiekt ważący ponad tonę – 

część nuklearnego  generatora. Chciał w ten  sposób  zdobyć do niego dostęp, żeby  go nastę-
pnie rozłożyć. Tylko lekki, aluminiowy szkielet podtrzymywał tę masę. Przy piątym stopniu 
ciążenia obiekt ten uwolnił się z więzów. Przebił cienki, tylni pokład, tarczę komory paliwa i 
uderzył w ścianę komory silnika, robiąc wyrwę. 

Nikt nie był ranny. Szkody nie były krańcowe. Ale zniszczenia objęły dużą część sprzętu 

pomocniczego  do  termonuklearnego  zespołu  silnikowego.  Zaprojektowany,  by  rozpaść  się 
bezpiecznie, stopiony reaktor zgasł. Jego rolę przejęły baterie, ale nie mogły one utrzymać ani 

background image

 

53 

napędu  jonowego,  ani  osłon  przeciwradiacyjnych,  tylko  wewnętrzny  system  elektryczny. 
Nagle statek wypełnił się promieniowaniem rentgenowskim. 

Na promie nie było miejsca na antyradiacyjną aparaturę. Mógł on być użyty jedynie po to, 

by  uciec,  zanim  załoga  przyjmie  zbyt  dużą  dawkę  promieniowania.  Opuszczony  Ranger 
dryfował po orbicie. Niewidoczne, śmiertelne prądy przepływały przez jego kadłub. 

 
– Rozumiem – skinęła Judith. Jej włosy zafalowały. – Dziękuję. 
Usta Kivi były suche po zakończeniu relacji. 
– Drobiazg – wymruczał. 
– Co pan teraz planuje? 
– Ja... – Kivi zacisnął usta. – Nic. Nic ważnego. 
– Przyszedł pan zobaczyć, jak się czuje Jan? Zamierzałam właśnie pójść i zorganizo-wać 

tu jakieś miejsce dla siebie, dopóki nie dostanę się na prom. Jestem pewna, że Jan ucie-szy 
się, kiedy... – przerwała. Svoboda był dosyć szorstki w stosunkach z kapitanem, nawet wtedy, 
gdy wszyscy pracowali przy obozie. 

Kivi uśmiechnął się kwaśno.  
– Na pewno. 
Nagle  uświadomił  sobie,  zaskoczony,  że  nie  wie,  po  co  tu  przyszedł.  Żeby  pozbyć  się 

własnej rozpaczy urągając rannemu Svobodzie? Obawiał się, że był w nim taki zamiar, nie-
zbyt  głęboko pod warstwą świadomości.  Ale dlaczego? Svoboda był  zmiennego usposobie-
nia, niepohamowany w  czynach i  w mowie;  ale  w rzeczywistości nie był bardziej irytujący, 
niż każdy inny z kolonistów. Jako lider Konstytucjonalistów pomógł urzeczywistnić projekt 
kolonizacji – a na pewno żaden kosmonauta nie chciałby podjąć się tego zadania – ale praca 
była pracą, i lepiej było ją wykonywać niż przeklinać. 

– Ja... tak, chciałem zobaczyć jak się czuje – przyznał Kivi. – I... i omówić z nim... 
– No więc teraz może pan to zrobić. 
Kivi  obrócił  się  trzymając  się  poręczy  i  stanął  przed  wewnętrznymi  drzwiami.  Były 

otwarte. Jan Svoboda właśnie wstał z łóżka. 

Był w szpitalnej pidżamie, twarz miał prawie całkiem zasłoniętą przez bandaże. Banda-że 

przykrywały  też  jego  pierś.  Konstrukcja  unieruchamiającej  szyny  była  pałąkowato  zakrzy-
wiona wokół złamanego lewego obojczyka, tak, żeby mógł swobodnie poruszać ramieniem. 

– Jan! – krzyknęła Judith. – Wracaj do łóżka! 
Svoboda mruknął: 
– Czym jest łóżko przy braku ciążenia, jak nie uprzężą nie pozwalającą żeby wiatr mnie 

porwał?  Słyszałem  jak  rozmawialiście.  –  Jego  oczy  spoglądały  na  kapitana  spoza  białej 
maski. – W porządku, jestem. Niech pan mówi, co pan chce powiedzieć. 

– Lekarz – zaprotestował Kivi. 
–  Nie  jestem  pod  jego  rozkazami  –  powiedział  Svoboda.  –  Wiem,  na  ile  mogę  się 

poruszać. 

– Jan – powiedziała jego żona. – Proszę. 
– Jak uprzejmy mam być dla faceta, który próbował mnie zamordować? 
– To wystarczy – uciął Kivi. Mógł sobie wyobrazić usta wykrzywiające się sardoni-cznie 

background image

 

54 

pod bandażami. 

–  No  dalej  –  powiedział  Svoboda.  –  Nie  mogę  teraz  walczyć.  Albo  może  mnie  pan  po 

prostu aresztuje, jest pan Kapitanem. Dalej, niech pan robi to, po co pan przyszedł.  

Judith zrobiła się blada. 
– Przestań, Jan – powiedziała. – Nie jest w porządku nazywać tchórzem człowieka, który 

cię nie atakuje. 

Znowu  zapadła  cisza.  Upłynęła  minuta,  zanim  Kivi  uświadomił  sobie,  że  gapi  się  na 

Judith. W końcu Svoboda odezwał się sztywno: 

–  W  porządku.  Poddaję  się.  Przypuszczam,  że  o  sprawach  praktycznych  możemy 

rozmawiać bez złości. Czy ten statek da się naprawić? 

Kivi odwrócił oczy od Judith. 
– Nie sądzę – powiedział. 
– Cóż, kiedy wobec tego możemy zacząć go rozładowywać? Mogę nadal to nadzoro-wać, 

chociaż może mi być potrzebny pomocnik. 

– Rozładowywać? – Kivi otrząsnął się z innych myśli. – Co pan przez to rozumie? Ranger 

znajduje się w skażonym pasie. Nie może być rozładowany. 

– Ale chwileczkę – Svoboda chwycił się framugi drzwi. Jego palce pobielały. – Przecież 

na nim jest ładunek, który musi mieć kolonia. 

–  Kolonia  będzie  się  musiała  obejść  bez  niego  –  powiedział  Kivi  chłodno.  Wróciła  mu 

złość. 

– Co? Czy pan... Nie, to niemożliwe! Musi być sposób, żeby wydostać materiały z tego 

statku. 

Kivi wzruszył ramionami. 
– Zbadamy to, oczywiście. Ale nie widzę nadziei. Niech pan mi wierzy, Svoboda, strata 

Rangera jest dla mnie tak samo ważna, jak dla pana strata ładunku. 

Svoboda gwałtownie potrząsnął obandażowaną głową. 
– O nie. My musimy zostać na Rustum do końca życia. Bez tych przyrządów nie będzie to 

trwało długo. A pan wraca na Ziemię. 

– Ziemia jest bardzo daleko stąd. 
 

 

 

 
Migrant  schodził w dół  przy najcichszym  szumie silnika. Svoboda czuł,  jak pokład mo-

stka drży lekko pod jego stopami. Obecność czegoś „pod”, nawet przy tak niewielkim ciąże-
niu, zdawała się cudem. 

Kivi ze swego fotela sprawdzał urządzenia kontrolujące. 
– Jest tutaj – powiedział. – Niech pan spojrzy, a ja ustawię nas wzdłuż jego kadłuba. 
– Jakiego przyspieszenia zamierza pan użyć? – spytał Svoboda ostro. 
Kivi zaśmiał się chrapliwie. 
– Nie większego niż 0,5 G. Nie potrzebuje pan zapinać pasów. 

background image

 

55 

Zwrócił teraz całą uwagę na tarczę kontrolną, wciskając przyciski i rzucając rozkazy przez 

interkom.  Ogromny  kadłub  Migranta  był  sterowany  głównie  przez  autopilota,  nawet  przy 
manewrach  takich  jak  ten.  Praca  Kivi  ograniczała  się  do  wydawania  poleceń  robotowi. 
Svoboda, tłumiąc ciętą replikę, pochylił się nad ekranem. Przy najsilniejszym powiększeniu 
Ranger  wydawał  się  prawie  zabawką,  ale  w  miarę  zbliżania  się  rósł  gwałtownie.  Kadłub 
chwiał się wzdłuż jednego poziomu. Jego brzydki, niezgrabny kształt na przemian pokrywały 
cienie i niewyraźne światło słońca. Svoboda zauważył, że promy o aerodynamicznych kształ-
tach  były  brzydkie.  Boże,  żeby  już  stanąć  znowu  na  Rustum  i  zobaczyć  ostatni  odlatujący 
prom! 

A  co  do  domniemanej  wspaniałości  kosmosu,  stwierdził,  że  była  przeceniana.  Prawda, 

gwiazdy były pięknym widokiem – zimne iskierki migocące w ciemności. Ale nie przyćmio-
ne  przez  atmosferę,  były  zbyt  liczne.  Tylko  profesjonalista  mógł  w  tym  chaosie  rozróżnić 
konstelacje.  A  teraz,  z  odległości  2/3  jednostki  astronomicznej,  E  Eridani  zamieniła  się  z 
odległej  gwiazdy  w  słońce.  Trzeba  było  odwrócić  się,  żeby  zobaczyć  cokolwiek  poza  jej 
ostrym światłem.  

Głos Kivi przywrócił Svobodzie świadomość rzeczywistości. 
–  Czy  zlokalizował  pan  tę  część  ekwipunku,  która  spowodowała  zniszczenie?  Powinna 

być na orbicie w pobliżu statku. 

– Nie, jeszcze nie. I tak prawdopodobnie jest zniszczona – Svoboda spojrzał na ekran. Do 

diabła  z  nierozproszonym  światłem  w  próżni.  Widok  był  po  prostu  mieszaniną  nocy  i 
fajerwerków.  –  Ale  mam  nadzieję,  że  część  można  uratować.  A  kiedy  już  ściągniemy  nasz 

warsztat maszynowy do obozu, będziemy mogli naprawić całość. 

– Obawiam się, że jest pan zbyt wielkim optymistą. Te rzeczy przepadły na zawsze. 
Svoboda obrócił się do Kapitana. Do tej chwili niezupełnie doceniał implikacje pesymi-

zmu Kivi. Być może, obawiał się myśleć nad tym, co oznaczały jego słowa. Teraz znał stra-
szną prawdę. I mógł tylko powiedzieć słabo: 

– Niech pan nie będzie śmieszny. Dlaczego nie można spuścić pomostu na tamten statek? 

A przede wszystkim, dlaczego nie można naprawić Rangera? 

–  Ponieważ  pole  energetyczne  planety  koncentruje  cząstki  naładowane  elektrycznie  w 

różnych  sferach.  I  tak  się  składa,  że  Ranger  znajduje  się  na  orbicie  odległej  od  centrum 
Rustum  o  marne  11  600  km,  co  również  przypadkiem  jest  samy  środkiem  najgęściejszego 
pasa  promieniowania  –  powiedział  Kivi  ze  starannym  sarkazmem.  –  Każdy  człowiek 
pracujący w tym rejonie przyjąłby śmiertelną dawkę przed upływem dwóch dni. 

–  Na  litość  boską!  –  wybuchnął  Svoboda  i  uniósł  lewe  ramię.  Ból  przeszył  unieru-

chomiony szyną obojczyk. 

–  Niech  mi  pan  da  jasną  odpowiedź!  Nasza  osłona  antyradiacyjna  ma  zasięg  kilkunastu 

kilometrów  od  kadłuba.  Dlaczego  nie  możemy  podejść  do  Rangera  i  osłonić  go  naszym 
polem? 

–  Niech  pan  posłucha  –  powiedział  Kivi.  Svoboda  nie  był  pewien,  czy  Kapitan  traci 

cierpliwość,  czy  kpi  sobie  z  niego.  –  Wierzę,  że  wie  pan  jak  działa  osłona  antyradiacyjna. 
Generator korzysta z reguły magneto-hydrodynamicznej, żeby uchwycić naładowane cząstki i 
odchylić ich tor. Ale cząstki w pasie Van Allena są naładowane w najwyższym stopniu. Nie 

background image

 

56 

da się ich łatwo odchylić. Większość z nich wgłębia się daleko w pole – którego natężenie jest 
odwrotnie  proporcjonalne  do  kwadratu  odległości  –  zanim  ich  tory  przyjmą  odpowiednią 
krzywiznę. Dlatego koncentracja nieodchylonych cząstek wzrasta gwałtownie z każdym me-
trem dalej od kadłuba. Jeżeli bylibyśmy ustawieni dokładnie obok Rangera, każdy człowiek, 
który wszedłby na jego pokład, w ciągu czterech dni na głównej osi statku przyjąłby śmierte-
lną dawkę. Pięćdziesiąt procent ludzi zmarłoby na chorobę popromienną, gdyby byli wysta-
wieni przez cztery dni na taką dawkę. Po przeciwnej stronie Rangera taki sam efekt wystą-
piłby po dwóch, dwóch i pół dnia. Teraz pan rozumie? 

– No cóż... nie – powiedział Svoboda. – Ludzie nie muszą pracować bez przerwy. Mogą 

pracować przez kilka godzin, raz na jakiś czas. Prawda? 

–  Nie.  –  Kivi  potrząsnął  głową,  popatrzył  na  tablicę  kontrolną  i  wcisnął  klawisz.  – 

Całkiem  poza  polem  radiacyjnym  nie  mogą  niczego  zrobić.  Proszę  pamiętać,  że  osłona 
ochronna jest pulsującym polem magnetycznym o wielkiej sile. Pole to jest tak ukierunkowa-
ne, że nie działa wewnątrz statku, który ochrania. A jeśli osłania Migranta otoczyłoby wrak... 
rozumie  pan?  Nic  bardziej  skomplikowanego  niż  palnik  termiczny  nie  mogłoby  funkcjono-
wać.  Z  całą  pewnością  nic  elektronicznego,  prawdopodobnie  niewiele  urządzeń  elektry-
cznych. A skoro ten rozbity sprzęt jest głównie elektroniczny, jak może być naprawiony, wy-
skalowany i przetestowany? A same narzędzia do naprawy, jak mogłyby działać? 

Svoboda powiedział zrozpaczony: 
– A czy nie możemy holować Rangera? Potrzebujemy tylko wyciągnąć go z tego pasa w 

nieskażoną przestrzeń. Wtedy każdy mógłby wejść bezpiecznie na jego pokład. O ile trzeba 
by wydłużyć promień orbity? Pięćset kilometrów? Tysiąc? Dwa tysiące? 

– Gdybyśmy próbowali to  zrobić, zniszczylibyśmy drugi  statek  – warknął  Kivi.  – Jeden 

statek nie może holować drugiego. Podmuch jonowy rozkruszyłby holowany statek. A co do 
pchania – najmniejsza utrata równowagi, a zderzyłyby się i roztrzaskały. 

– Mogliśmy połączyć je dźwigarami. Może przyłączyć po jednym statku do każdej burty 

wraka? 

–  Ma  pan  bujną  wyobraźnię.  Przy  wskaźniku  masowym  jeden  do  dziewięciu?  Statki 

międzygwiezdne nie są zbudowane jak buldożery. Mają umiarkowaną wytrzymałość na po-
dłużnie działające siły, a bardzo niewielką na boczny nacisk. Bawiąc się w holowniki, wyrwa-
łyby swoje boczne krawędzie. Widzi pan, ja także o tym myślałem i przeprowadziłem kalku-
lacje, mam więc liczby, które dowodzą, że to niemożliwe. 

– Ale promy... 
–  Tak,  promy  są  mocniejsze.  Dwa  mogłyby  wykonać  tę  robotę.  Ale  na  pokładzie 

musiałaby być załoga. Tak skonstruowany system nie może być sterowany z odległości. I co 
chroniłoby  tych  ludzi  przed  promieniowaniem?  Promy  nie  mają  ekranów  antyradiacyjnych. 
Jeżeli statek podszedłby do promów tak blisko, żeby jego pole dawało jakąś ochronę, wtedy 
to pole zablokowałoby systemy elektroniczne promów. Więc to także odpada. A teraz niech 
pan się zamknie! 

Kivi skoncentrował się na manewrze podchodzenia do wraku, tak jakby to był jego wróg. 

Svoboda siedział milczący i wściekły. Słyszał nikły szmer statku: silników, oksygena-torów, 
klimatyzacji – echa rezonujące w korytarzach. Czuł się jakby żywcem połknięty przez jakąś 

background image

 

57 

gigantyczną rybę, której metabolizm rozlegał się wokół niego. Złapał się na myśli o ucieczce. 

Tylko  że,  pomyślał,  na  zewnątrz  była  pustka,  słońce  przypominało  lampę  lutowniczą,  a 

ciemności były zimniejsze, niż miłość bliźniego. Zmysły, nieprzywykłe do stanu nieważkości 
i zmiennego przyśpieszenia, uczyniły jego pracę nadzorcy pasmem cierpień. Przez większość 
czasu tabletki przeciw mdłościom trzymały  go  na nogach, ale odbierały mu  apetyt.  Słabość 
tym wywołana, powiększyła jeszcze szok i utratę krwi. Gdyby Kivi wiedział, jak ciężko było 
powstrzymać  każdy  nerw  żeby  głośno  nie  krzyknąć,  nie  byłby  tak  złośliwy.  Ale  Svoboda 
prędzej by umarł, niż powiedział to Finowi. 

Nagle poczuł się potwornie znużony. Tak jakby pamiętał całą podróż na Rustum, nie tylko 

męczącą  roczną  wartę,  ale  także  okres  hibernacji,  cztery  dziesiątki  lat  w  ciemności. 
Zamyślony,  nie  zauważył  lekkiego  drgnięcia,  kiedy  statek  dotknął  Rangera,  nie  czuł  też 
drgań, kiedy spuszczono haki. Odpiął pas, zanim dotarły do niego słowa Kapitana: 

– ...i niech pan nie dotyka niczego, dopóki nie wrócę. Zrozumiał pan? 
– Hmm? – Svoboda nabrał powietrza. – Dokąd pan idzie? 
–  Nałożyć  kombinezon  i  przyjrzeć  się  wrakowi.  A  pan  myślał,  że  jestem  umówiony  na 

turniej gry w pchełki? 

– Ale promieniowanie... 
– Osłona Migranta osłoni mnie wystarczająco, żebym mógł znieść godzinę lub dwie. 
– Niech pan poczeka, ja też pójdę. Chcę sprawdzić ładunek. 
– Nie, niech pan zostanie. Dostał pan już silną dawkę, kiedy zdarzył się wypadek. 
– Pan także. Niech pan raczej wyśle kogoś z załogi, kto nie był w wypadku. 
– Jestem Kapitanem – powiedział i opuścił mostek. 
Svoboda  nie  poruszył  się,  żeby  pójść  za  nim.  Ciągle  jeszcze  był  bardzo  wyczerpany. 

Pomyślał  tępo,  że  –  cóż,  Kivi  nie  był  żonaty.  Niewielu  kosmonautów  miało  żony.  Judith 
niedawno wspominała, że chciałaby mieć więcej dzieci... 

Lepiej będzie nie narażać się niepotrzebnie na jakiekolwiek promieniowanie. „Po co więc 

wybrałem się na tę inspekcję? – zastanawiał się – Mogłem zostać z nią na pokładzie Couriera. 
Nie. Musiałem się upewnić, że Kivi nie zrezygnuje”. 

Byłoby bardzo naturalne, gdyby  Kapitan porzucił  ładunek. Po  co miałby ryzykować dla 

jakichś cholernych kolonistów? Svoboda przypomniał sobie scenę po scenie w obozie, kłótnie 
wybuchające  między  kolonistami  i  kosmonautami  przydzielonymi,  żeby  im  pomagać.  Kar-
czowanie, badanie drzew, wylewanie betonu, czy wiercenie, nie były pracami dla astronauty. 
Jeszcze bardziej dotknięci  byli tym,  że musieli przyjmować  rozkazy od prostaków, którymi 
pogardzali. Nic dziwnego, że nawet najmniejszy zgrzyt mógł przyprawić człowieka o utratę 
kontroli.  Do  tej  pory  nie  zdarzyło  się  nic  gorszego  niż  walka  na  pięści,  ale  Svoboda  był 
pewien,  że  Kapitana  dręczył  ten  sam  koszmar:  wizja  noży,  pistoletów  i  Rzeki  Imperatora 
płynącej krwią. 

Z  pewnością,  myślał  Svoboda,  żaden  racjonalny  motyw  nie  mógł  nakłaniać  ludzi  do 

wypraw  kosmicznych  i  do  ciągłych  powrotów  na,  za  każdym  razem  bardziej  obcą,  Ziemię. 
Kosmonauci byli badaczami. Nie dało się pogodzić ich dążeń z dążeniami Konstytucjonali-
stów, którzy ściągnęli te statki na Rustum, ponieważ nie podobały im się rządowe zarządze-
nia.  Kosmonauci  uważali  to  za  śmieszne.  „Nic  dziwnego,  że  nie  dogadujemy  się  ze  sobą. 

background image

 

58 

Nasze społeczności należą do dwóch różnych cywilizacji”. 

Jego  oczy  spoczęły  na  ekranie.  Statek  i  wrak,  połączone,  formowały  nowy  obiekt  o 

własnym pędzie kątowym i stałej bezwładności. Złożony wzór ruchu wirowego zmienił się, 
ale ciągle nie na tyle, żeby przydać zauważalny ciężar. Teraz głowica mostku obróciła się w 
stronę Rustum. 

Planeta  była  blisko  połowy  fazy.  Jej  tarcza  rozciągała  się  przez  sześćdziesiąt  cztery 

stopnie  nieba,  jak  wielki,  niewyraźny  krąg.  Jego  ciemna  połowa  otoczona  była  czerwienią 
tam, gdzie atmosfera przepuszczała promienie słoneczne. 

Jasna  część  była  tak  lśniąca,  że  zaćmiewała  gwiazdy.  Brzegi  przykrywała  mgła,  ale 

Svoboda dostrzegał  niesamowite, złotawe smugi  wiszące tuż nad brzegiem  nocy. Kolor ob-
szarów nasłonecznionych był głównie niebieski, od turkusowego do opalu. Chmury otaczały 
planetę  białymi,  lekko  różowymi  i  szarymi  odcieniami.  Pod  nimi  Svoboda  mógł  wyśledzić 
parę  kontynentów  –  brązowo-zielonych  plam.  Przypomniał  sobie  chwile  spędzone  na  Ru-
stum – stała mu się tak droga, że musiał powstrzymywać łzy. 

Uprzytomnił sobie, że na jej powierzchni były zwarte lasy, zimne pustynie, strome skar-

py, huragany, deszcze, śnieg i susza, wroga ekologia, trujące rośliny i dzikie zwierzęta. Trzy 
tysiące ludzi nie przetrwałoby bez maszyn i przyrządów naukowych. Trwał w bezruchu ga-
piąc się na planetę jak modernistyczny Lucyfer. Ruch statku po orbicie przeniósł go w strefę 
dnia.  Teraz  był  niemal  oślepiony  przez  światło  słoneczne,  skupione  w  jednym  punkcie, 
niedaleko nierównego brzegu oceanu. Zmrużył oczy szukając szczegółów. Tak, ten kontynent 
to była Roxana. Tam były dzieci... 

– Ciągle pan czeka? – odezwał się Kivi za nim. 
Svoboda obrócił się. Przez nieuwagę wypuścił uchwyt i uniósł się ze swego fotela. Przez 

chwilę kopał powietrze, zanim Kivi nie ściągnął go z powrotem. 

– I co? – jego głos zabrzmiał przeraźliwie ostro. 
– Nic z tego – powiedział Kivi i odwrócił głowę. – Nic nie możemy zrobić. Zni-szczenia 

są zbyt duże, żeby go przygotować do rejsu, nawet prowizorycznie. Ten statek jest stracony. 

– Ale w imię Boże, człowieku! Nie obchodzi mnie ten cholerny statek. Musimy wydo-stać 

ładunek. Czy pan chce nas zabić? 

–  Nie  chcę  zabić  moich  własnych  ludzi  –  Kivi  patrzył  nachmurzony  na  cienką  smugę 

Drogi Mlecznej. – Co w tym ładunku jest takie ważne? 

–  Wszystko.  Generator  atomowy.  Część  laboratorium  syntetyzującego.  Aparaty  bio-

metryczne... 

– Nie możecie poradzić sobie bez tego? 
–  Rustum  to  nie  Ziemia!  Nie  możemy  żywić  się  wieloma  tutejszymi  żywymi  formami. 

Ziemskie  nie  przyjmują  się  bez  ekologicznego  i  chemicznego  przygotowania.  Prawdopodo-
bnie są tu choroby, albo będą jak tylko tutejsze wirusy przejdą mutację, a my nie mamy na nie 
żadnej  odporności.  Nie  możemy  wydobywać  i  rafinować  minerałów  w  ilościach,  których 
potrzebujemy, bez wysoko energetycznego sprzętu, który wymaga nuklearnego generatora. 

– Możecie zbudować to, co wam potrzebne. 
N i e  m o ż e m y. Co byśmy jedli, w co byśmy się ubierali i jakich narzędzi używaliby-

śmy  przez  ten  czas?  –  Svoboda  potrząsnął  głową.  –  Wie  pan,  mam  dwójkę  dzieci.  Nie 

background image

 

59 

zamierzam wystawiać ich życia na ryzyko większe, niż wymagał tego pierwotny plan. 

Kivi westchnął.  
–  Wobec  tego  niech  mi  pan  powie,  jak  wydostać  jakąkolwiek  część  tego  ładunku. 

Słucham. 

–  Czy  to  nie  oczywiste?  Osłona  antyradiacyjna  tego  statku  da  ludziom  wystarczającą 

ochronę do pracy po kilka godzin. Rozładowywaliby ręcznie, przenosząc rzeczy tutaj. Jeżeli 
każdy mężczyzna podjąłby, powiedzmy czterogodzinną pracę, dałoby się to zrobić. 

Kivi potrząsnął głową.  
– Wątpię. Mam ponad tysiąc sześćset ludzi, tak. Ale myślę, że przenoszenie ładunku bez 

użycia maszyn zajęłoby więcej niż tysiąc sześćset razy cztery godziny. A nawet jeżeli nie, nie 
mogę  rozkazać  moim  ludziom,  żeby  to  zrobili.  Widzi  pan,  ten  ładunek  nie  jest  istotny  dla 
naszego przetrwania. Ponieważ promieniowanie może się kumulować, ludzie mogliby przyjąć 
dawkę o wiele większą, nawet w polu ochronnym. Regulamin zabrania mi niepotrzebnie nara-
żać  ludzi.  Musiałbym  werbować  ochotników.  I  nie  dostałbym  żadnego  –  przez  wzgląd  na 
waszych gburowatych karczowników. 

Svoboda wpatrywał się w Kapitana. To jest zły sen, pomyślał. Rozmawiali ze sobą, ale w 

jakiś sposób ich słowa nie miały żadnego sensu.  

– W porządku – powiedział. – My sami przeniesiemy ładunek. My, koloniści. 
Kivi zaśmiał się głośno, ale bez wesołości. 
– Naprawdę pan w to wierzy? Cóż, niewyszkolonym ludziom zajęłoby to tak wiele czasu, 

że promieniowanie zdążyłoby ich zabić, zanim by dobrze zaczęli! 

Kapitan popatrzył uważnie na swego pasażera. Na chwilę jego skośne oczy złagodniały. 
–  Dla  mnie  to  też  nie  jest  łatwe  –  dodał  cicho.  –  Ziemia  z  każdą  generacją  ma  mniej 

statków. Ja straciłem jeden. Wolałbym raczej stracić obie ręce.  

Po chwili ciągnął dalej: 
–  Cóż,  sugeruję,  żeby  zszedł  pan  na  Rustum  i  przedyskutował  sprawę  ze  swoimi 

przyjaciółmi. Oni zadecydują, czy chcą kontynuować kolonię w nowych okolicznościach. Ci 
którzy nie zechcą, mogą powrócić na Ziemię z flotyllą. Możemy ich zabrać i rozlokować na 
statkach, jeżeli wprowadzimy dłuższe warty, żeby zmniejszyć ilość potrzebnych komór hiber-
nacyjnych. 

– Ale wtedy polecą wszyscy! – krzyknął Svoboda. – Ta garstka wystarczająco upartych, 

żeby zostać, będzie zbyt nieliczna, żeby przetrwać w tych warunkach. Skazuje pan na śmierć 
kolonię i wszystko w co wierzyliśmy. To wszystko byłoby na nic. 

– Przykro mi – powiedział Fin. 
Usiadł w fotelu pilota i zapiął pasy. 
– Zawracamy  do Couriera  – powiedział do interkomu.  – Przygotować się do odpa-lenia 

silników. 

Jego ręka znieruchomiała nad tarczą kontrolną. 
– Jest jeszcze jedna rzecz, Svoboda – powiedział. – Nawet gdyby moi ludzie zgo-dzili się 

to rozładować (choć wiem, że tego nie zrobią), ja nie zgodziłbym się na to. 

Svoboda skulił się. Dostał już zbyt wiele ciosów. Światło gwiazd wypełniało jego oczy, 

ale nie docierało do świadomości. 

background image

 

60 

– Dlaczego? – spytał. 
– Ponieważ ta praca dodałaby tygodnie do naszego pobytu – odrzekł Kivi. – Tylko kilku 

mężczyzn  mogłoby  być  w  jednym  czasie  na  pokładzie  Rangera.  Reszta  musiałaby  siedzieć 
bezczynnie,  stłoczona  albo  na  statkach,  albo  na  Rustum.  Każda  z  tych  alternatyw  jest 
niebezpieczna. 

– Co? 
– Dla załogi złożonej z samych mężczyzn inną rzeczą jest badać gwiazdy – głos Kivi stał 

się piskliwy – a inną już sprawą jest obracać się w towarzystwie tysiąca dojrzałych kobiet, z 
których żadna do nich nie należy. Jaka, pana zdaniem, była podstawowa przyczyna wrogości i 
bójek,  których  był  pan  świadkiem?  Ile  czasu  upłynie  zanim  taka  bójka  zakończy  się  czyjąś 
śmiercią? Jeżeli to nie wywołałoby tu buntu, nie wiem co innego by się stało. A przecież nie 
mogę zmusić moich ludzi, żeby siedzieli na orbicie, tydzień po tygodniu, kiedy mogą zejść na 
Rustum.  Mamy  przed  sobą  długą  podróż.  Nie  ośmieliłbym  się  jej  zacząć,  gdy-by  morale 
załogi było nadszarpnięte. 

Svoboda zapiął pasy, chociaż początek przyspieszania był jeszcze słaby. Po raz pie-rwszy 

zrozumiał, że Kivi też ma powody, by zachowywać się nierozsądnie. 

Svoboda patrzył  przed siebie. Skażony  deszcz powinien być  widoczny,  pomyślał. Powi-

nien słyszeć jego syk, gdy zderzał się z magnetyczną osłoną. Niewyczuwalna śmierć odsuwa-
na przez niewyczuwalną zaporę, nie; jego umysł rozumiał to, ale zmysły buntowały się. Teraz 
pragnął tylko mocno przytulić Judith i dzieci. 

Zamroczony,  usiłował  przekonać  siebie,  że  to  są  prawa  fizyki.  Nie  można  nazywać 

elektronów i protonów czymś nierealnym, tylko dlatego, że nie można ich zobaczyć. Można 
obserwować ich tory w komorze Wilsona albo na kliszy fotograficznej. Pola magnetyczne są 
tak samo realne. Silny magnes może wyrwać człowiekowi nóż z ręki i zranić go, jeśli podej-
dzie zbyt blisko biegunów. Magnetyzm planety może przyciągnąć igłę magnetyczną. 

A  jeśli  o  to  chodzi,  czy  ktoś  kiedykolwiek  widział,  słyszał  lub  zmierzył  emocje?  A 

przecież  to  miłość  i  nienawiść  wiodły  ludzi  między  gwiazdy,  gdzie  załamywała  się  ich 
rozpacz. Człowiek mógł miesiącami gnębić się jedną myślą, dopóki inna myśl nie skierowała 
go na inne tory. Gdyby tylko myśl mogła zatrzymać na orbicie statek kosmiczny z taką samą 
łatwością! Ale jego myśl nie dotyczyła pola magnetycznego. 

Czy może dotyczyła? 
Svoboda gwałtownie wstał z fotela. Lewym ramieniem uderzył w zagłówek. Przeszył go 

ból tak silny, że musiał krzyknąć. 

Kivi obejrzał się. 
– Coś nie w porządku? – warknął. 
Walcząc ze łzami Svoboda odrzekł łamiącym się głosem: 
– Zdaje się, że znalazłem sposób. Znalazłem sposób... 
– Czy zajmie dużo czasu? – zapytał Kivi niewzruszony. 
– No, no, no... może. 
– Więc niech pan o tym zapomni. 
–  Ale  do  diabła!  –  Svoboda  boleśnie  poczuł  swój  obojczyk.  Szyna  wydawała  się  nie 

naruszona, ale ból falował wzrastając i cofając się. Svoboda odczekał, aż ból minie i pozwoli 

background image

 

61 

mu jasno myśleć i dławiąc się wyrzucił: 

– Czy pan mnie posłucha? Możemy ocalić także statek! 
– I zaryzykować stratę dwudziestu mężczyzn w bójkach czy buncie. Nie. 
Twarz Kivi zwrócona była prosto przed siebie, bez wyrazu . 
–  Mówiłem  panu,  napięcie  między  naszymi  dwoma  grupami  jest  już  niebezpieczne.  Już 

wystarczająco długo czekam z niepokojem, aż rozładujemy resztę statków i napełnimy nasze 
zbiorniki. Potem musimy wracać! Nie spędzę ani jednego dodatkowego dnia w tym miejscu 
opuszczonym przez Boga. 

– Ale statek... pan powiedział... 
– Wiem. Powrót bez jednego statku zaszkodzi mojej reputacji. Mogę stracić dowodze-nie. 

Ale nie jestem fanatykiem, Svoboda. Pan ma chęć poświęcić życie Judith, żeby ochronić tę 
waszą osobliwą filozofię. (A czym ona jest, jeśli nie tylko potwierdzeniem pańskiej własnej 
nieśmiertelnej ważności?). Ja nie pozwolę moim ludziom narażać się na utratę zdrowia, być 
może na śmierć, żeby moje konto wyglądało dobrze. Zamierzam wrócić do domu jeżeli nie z 
całą flotyllą, to w każdym razie z całą załogą. A jeżeli wy, koloniści poddacie się i będziecie 
chcieli wrócić z nimi na Ziemię (a myślę, że tak zrobicie), to na Boga, wyświadczę wam tę 
przysługę. 

Potoczył wokół niewidzącymi, niebieskimi oczyma i krzyknął: 
– Wynocha stąd! Nie chcę słuchać pańskiego szalonego planu. Niech pan zejdzie z mostka 

i zostawi mnie samego! 

 

 

 

 
Na  statku  było  jeszcze  mniej  miejsc  odosobnionych  niż  na  Ziemi.  Svoboda  z  żoną 

zatrzymali się szukając jakiegoś kąta, gdzie mogliby być sami. Załoga z wyraźną przyjemno-
ścią  odprawiła  ich  już  z  wielu  sekcji.  Wrócili  więc  na  pokład  dziobowy  i  usiedli  za  zacią-
gniętymi zasłonami na koi, którą im wyznaczono. Od czasu do czasu, dobiegające skądś głosy 
przerywały ich rozmowę. 

Svoboda zobaczył w mroku tej ciasnej przestrzeni, że oczy Judith były zaczerwienione i 

podkrążone. Była tak wyczerpana, jak on sam. Gryzł się, że nie może jej w niczym pomóc. 

– Ale czy nawet cię nie wysłuchał? – spytała. – Nie mogę tego zrozumieć. 
– O, tak – westchnął. – Wściekł się i kazał mi opuścić mostek, tak jak ci mówiłem. Ale 

zanim  wróciliśmy  tu,  na  Couriera,  ochłonął  wystarczająco,  żeby  mnie  wysłuchać,  kiedy  się 
przy tym upierałem. Przez ten czas przeprowadziłem z grubsza kalkulację i udowodniłem mu, 
że mój plan da się zrealizować. 

Ciągle  jeszcze  nie  zapytała  jaki  to  plan.  Ale  to  było  dla  niej  charakterystyczne.  Jak 

większość  kobiet,  wolała  zajmować  się  sprawami  ludzkimi,  zostawiając  abstrakcje  mężowi. 
Często myślał, że przybyła na Rustum raczej dla niego niż dla swoich poglądów. 

Zdezorientowana zapytała:  
– Ale i tak odrzucił twój plan? 

background image

 

62 

– Tak. Poznał go, zgodził się, że jest praktyczny, ale utrzymywał, że jest niemożliwy do 

przeprowadzenia.  Kiedy  zacząłem  oponować,  znów  stracił  panowanie  nad  sobą  i  wyrzucił 
mnie. 

– To niepodobne do Nilsa – wyszeptała. 
Svoboda drgnął. 
– Jak to się stało, że jesteś z nim po imieniu? 
– Ależ... myślałam, że wiesz – Judith urwała. – Nie, może nie. Byłeś w obozie taki zajęty i 

zawsze byłeś chłodny w stosunku do niego, zresztą do wszystkich kosmonautów... Nigdy nie 
mogłam zrozumieć dlaczego. Był bardzo miły dla mnie i dla dzieci. On i Davy byli niemal 
nierozłączni. Nauczył Davego jak polować w tutejszych lasach, pokazał  mu różne pułapki i 
tropy zwierząt, które nauczył się rozpoznawać w czasie pierwszej ekspedycji. – Potarła oczy. 
– Dlatego nie rozumiem jego obecnego zachowania. 

– No cóż, jego także nie ominęło  napięcie  – przyznał  Svoboda niechętnie.  – Strata tego 

statku była ciężkim ciosem. 

– Wobec tego powinien być bardziej zainteresowany odzyskaniem go. 
– Uhm. Ale ma rację twierdząc, że mój pomysł, chociaż wyśmienity i prosty  – Svoboda 

wygiął  usta  –  zajmuje  sporo  czasu.  Niewielu  ludzi  byłoby  zajętych.  Reszta  nie  miałaby  co 
robić,  kiedy  już  wszystko  zostałoby  wyładowane  i  zbiorniki  napełnione.  Byłoby  bardzo 
prawdopodobne, że diabeł znalazłby zajęcie dla ich bezczynnych rąk.  

– Czy nie mogą poddać się hibernacji? I tak przecież będą musieli w drodze do domu. 
– Nie, obawiam się, że nie. Mój plan obejmuje kilka wysokoenergetycznych mane-wrów, 

przeciętnie  rzędu  kilkunastu  jednostek.  Komory  hibernacyjne,  ponieważ  raz  już  były 
rozmontowywane, mogą tego nie wytrzymać. A każdy statek będzie potrzebny do tej pracy. 
Nie, większość załogi musiałaby czekać na Rustum. Kivi ma rację. To mogłoby spowodować 
kłopoty. Kivi nie uważa, żeby zysk był wart takiego ryzyka. Ja uważam przeciwnie. 

Zachmurzyła się. 
– Kto wie. Raz już... – przerwała. 
– Co? – spytał Svoboda. 
– Nic. 
Svoboda chwycił jej przegub, tak że skrzywiła się z bólu. 
– Powiedz mi! Mam prawo wiedzieć. 
– Nic, powiedziałam! Facet  przystawiał się do mnie... jeden z kosmonautów... kilka dni 

temu. Nic się nie stało, naprawdę! Krzyknęłam i Charlie Lochaber nadbiegł. Ten mężczy-zna 
uciekł. Nawet się nie bili. 

Svoboda zesztywniał i powiedział ochryple: 
– Lepiej by było, gdyby były dwa oddzielne obozy. Bez żadnych kontaktów i żeby żaden 

kolonista nigdy nie zostawał sam. 

– Ale to okropne. Ci ludzie ciężko dla nas pracowali. Oni... 
Svoboda westchnął.  
–  Cóż,  szczegóły  możemy  zostawić  na  później.  Cokolwiek  zadecydujemy,  nie  będzie 

łatwe.  Potrafię  zrozumieć,  że  Kivi  chce  oszczędzić  swoim  ludziom  tego  rodzaju  poniżenia. 
Będzie się niepokoił o ich morale przez całą długą drogę do domu. 

background image

 

63 

– Więc myślisz, że raczej skaże nas na prawie pewną porażkę, niż narazi swoich ludzi? 
– Najwyraźniej. 
Judith potrząsnęła głową.  
– Nie. Mylisz się, Jan. Wzgląd na załogę to jedna rzecz, tak. Ale Nils nie nienawidzi nas. 

Poznałeś go od złej strony. Mówię ci, zawsze był bardzo miły dla mnie i dla dzieci. Specjalnie 
zadawał sobie trud, żeby nam pomagać. Nie zostawi nas teraz na pewną śmierć. Nie jest do 
tego zdolny. 

Svoboda  przyglądał  jej  się  przez  chwilę.  Nie  jest  piękna,  pomyślał;  nie  w  żadnym 

konwencjonalnym znaczeniu; ale była sobą, to znaczyło więcej niż uroda. 

Przyszła mu do głowy pewna myśl. 
– Jesteś pewna? – spytał. 
– Tak. Tak pewna, jak tylko mogę być, kochanie. 
– Dobrze. W takim razie spróbuję prześledzić jego sposób myślenia. Kivi nie wierzy, że 

zostaniemy  tutaj  bez  tego  ekwipunku.  Spodziewa  się,  że  wrócimy  z  nim  na  Ziemię.  Więc 
oczywiście nie będzie mordercą. Może nawet sobie powiedzieć, że robi to, co dla nas najle-
psze. Nikt nie zaprzecza, że wielu z nas mogłoby umrzeć w ciągu pierwszych lat pobytu na 
Rustum, bez względu na to, jakie mielibyśmy zapasy. 

– Tak, on pewnie tak myśli. Nie możesz oczekiwać, żeby przyznał, że zakładanie kolo-nii 

ma w ogóle jakiś sens. – Judith uśmiechnęła się słabo. – Minęłyby bez wątpienia gene-racje, 
zanim moglibyśmy zbudować swój własny statek kosmiczny. 

– To bardziej skomplikowane. – Svoboda wpatrywał się w nią, aż drgnęła niespo-kojnie. 

Wtedy  nabrał  pewności.  Nie  wyobrażał  sobie,  że  mógłby  mieć  tyle  współczucia  dla  tego 
człowieka, teraz gdy odkrył prawdziwe nadzieje Kivi. 

– Czy zamierzamy więc zrezygnować? – wyszeptała Judith. 
Svoboda wciąż patrzył na nią, ale jego myśli były gdzie indziej. 
– Spodziewam się, że większość będzie głosowała za powrotem. 
– A wtedy mniejszość nie może zostać, prawda? Wszyscy będą musieli wrócić. 
– Co o tym myślisz? 
–  Ja...  och...  oczywiście  przykro  mi,  Jan.  To  jest  tak...  to  taka  szkoda.  Sprzedaliśmy 

wszystko, żeby to sfinansować i wrócimy biedni na Ziemię pełną obcych ludzi. I dla ciebie to 
tak wiele znaczyło. 

– Ale jednak nie miałabyś całkiem złamanego serca, prawda? 
– Do czego ty zmierzasz? – wzdrygnęła się. – Przestań tak na mnie patrzeć. 
Svoboda  zacisnął  zęby.  Nie  mógł  jej  tego  wyjaśnić.  Jeżeli  któryś  z  tych  znudzonych 

mężczyzn w pobliżu rozumiał po angielsku, na pewno podsłuchiwał. Odkryć swój plan, zna-
czyło zniszczyć jego wartość. Poza tym nie chciałby ujmować tego w słowa w jakichkolwiek 
okolicznościach. Spostrzegłszy słabość Kapitana, on, Svoboda powinien zrobić wszystko co 
w  jego  mocy,  żeby  o  niej  zapomnieć.  W  żadnym  razie  nie  powinien  tego  wykorzystywać 
przeciwko niemu. Robił to, bo był zmuszony, ale nie czuł się z tym dobrze. 

Ujął obie ręce żony.  
– Judith – powiedział – chcę cię o coś prosić. O rzecz większą niż wszystko co dla mnie 

do tej pory zrobiłaś. Choć uczyniłaś już więcej, niż miałem kiedykolwiek prawo oczeki-wać. 

background image

 

64 

Uspokoiła się, chociaż uśmiechała się niepewnie.  
– Co to takiego? 
– Jakkolwiek nie wypadnie głosowanie – nawet jeżeli wszyscy inni chcieliby wrócić – czy 

zostaniesz na Rustum ze mną i dziećmi? 

Wciągnęła głęboki oddech. Svoboda czuł jak jej palce stają się zimne. 
– Ja nie oszalałem – prosił. – Jesteśmy w stanie to zrobić. Przysięgam. A jeżeli nie... Nie 

pamiętasz w co życie na Ziemi zmieniało Josy i Davida? 

– Z... zawsze mówiłeś... 
– Uhm. Stare przysłowie. Lepiej umrzeć stojąc, niż żyć na kolanach.  
– Miły slogan – powiedziała gorzko. – Nie. Nie zrobię tego. 
Spróbował ostatniego.  
– Cokolwiek się stanie – powiedział – ja zostaję. 
Zapadła cisza. 
W końcu podeszła do niego i powiedziała:  
– Dobrze. 
Svoboda objął ją. Do diabła z podsłuchującą załogą. Przez chwilę rozmawiali co zrobią, 

jeżeli rzeczywiście znajdą się sami w górach Wysokiej Ameryki. Ale Judith odbiegła od tego 
tematu i zaśmiała się nerwowo. 

–  Może  nie  będziemy  musieli  –  powiedziała.  –  Może  będę  mogła  namówić  Nilsa,  żeby 

ocalił Rangera. 

– Nie, jeżeli powiesz mu to wprost – powiedział Svoboda. – Wtedy powie ci tylko żebyś 

była rozsądna, zamknęła buzię i wracała na Ziemię. 

– A jaki jest w takim razie twój projekt uratowania statku, Jan? 
–  Och.  To.  –  Svoboda  uśmiechnął  się  zza  bandaży.  –  Właściwie  jest  bardzo  prosty. 

Niewątpliwie  ktoś  inny  wpadłby  na  to,  gdybym  ja  tego  nie  zrobił.  Czy  znasz  mechanizm, 
który wytwarza pasma Van Allena? Pole magnetyczne planety jest stosunkowo słabe w ka-
żdym danym punkcie, ale pokrywa olbrzymi obszar przestrzeni. W ten właśnie sposób może 
wychwytywać te cząstki. Magnetyczna osłona statku nie może obejmować tak dużego obsza-
ru, wobec tego musi mieć zwiększone natężenie. Siły, które mogą odchylić szybko porusza-
jący  się  jon  z  odległości  kilku  kilometrów,  są  olbrzymie.  Może  je  wytwarzać  tylko  termo-
nuklearny zespół silnikowy. 

Otóż Ranger jest obiektem metalicznym, wyładowanym innymi metalicznymi obiekta-mi. 

Jest  przewodnikiem.  Jeżeli  przesunąć  jakikolwiek  przewodnik  przez  pole  magnetyczne,  lub 
odwrotnie, wytwarza się siłę elektromotoryczną,  której  wartość zależy od prędkości  ruchu i 
natężenia pola. Czy widziałaś w szkole doświadczenie, w którym kawałek miedzi jest wrzu-
cony  między  bieguny  silnego  magnesu?  Kiedy  wchodzi  w  pole,  prędkość  spadania  gwałto-
wnie maleje. Dzieje się tak dlatego, że przecina linie pola. To wywołuje w miedzi prądy wiro-
we. Energia jej spadku jest przetwarzana z prędkości na elektryczność, a w końcu na ciepło. 

– Och! – wykrzyknęła Judith. – Oczywiście. 
–  Widzisz?  Wyślemy  pozostałe  statki  z  flotylli,  jeden  po  drugim,  obok  Rangera.  Tak 

szybko i blisko jak to tylko możliwe. Co oznacza bardzo szybko i bardzo blisko, pod kontrolą 
autopilota  i  przy  użyciu  torów  hiperbolicznych  przeciwległych  do  orbity  wraka.  Myślę,  że 

background image

 

65 

możemy z łatwością osiągnąć trzydzieści lub czterdzieści kilometrów na sekundę. Wtedy ich 
pola magnetyczne zwolnią ruch Rangera. Straci energię i zejdzie spiralnie na niższą orbitę. Po 
wystarczającej liczbie kursów znajdzie się w bezpiecznej strefie i będzie go można naprawić. 

– Ależ tak, to wspaniały pomysł – Judith zawahała się. – Ale co z innymi statkami? Czy 

nie będą uszkodzone? 

– Och, one też będą hamowane. Trzecie prawo Newtona. Obliczymy zakresy prędko-ści, 

które nie dopuszczą do zbytnich przeciążeń. Poza tym statki nie będą hamowane za bar-dzo. 
Napełnimy ich zbiorniki zwiększając masę dziewięciokrotnie. Wszystkie zbiorniki Ran-gera 
są  puste...  W  każdym  razie  nie  możemy  bardziej  przyspieszyć  procesu.  Prądy  wirowe 
wytwarzają ciepło, które musi uchodzić. Nie chcemy go przecież stopić. 

–  Moglibyście  pozbyć  się  tego  ciepła  bardzo  szybko  –  zasugerowała  Judith  –  umie-

szczając pompę na jednym ze statków i wypompowując wodę na wrak. Woda zagotuje się i 
ciepło się ulotni. 

– Dobra dziewczyna. Ten pomysł przyszedł mi do głowy. Ale są inne możliwości, które 

mogą okazać się lepsze. Najważniejsze, że można by uratować Rangera, gdyby tylko Kivi... 

Zza zasłony dobiegł głos o specyficznym akcencie: 
– Pan i pani Sfobota są proszeni do raportu do biura Kapitana. 
Judith drgnęła.  
– Co? 
–  Spodziewałem  się  tego  –  powiedział  Svoboda.  –  Ktoś  nas  podsłuchiwał  i  pośpie-szył 

donieść. Cieszę się z tego. Miejmy to raz z głowy. 

Ruszyli korytarzem ręka w rękę. Serce Svobody biło szybko. Na pukanie opowiedziało im 

szorstkie: 

– Wejść. 
Svoboda  przepuścił  Judith  i  sam  wszedł  zamykając  drzwi.  Biuro,  które  stanowiło  także 

kabinę Kapitana, było małym pomieszczeniem zatłoczonym książkami i taśmami z muzyką, a 
poza tym pustym, jak każda mnisia cela. Kivi spoglądał na nich zza magnetycznego stołu o 
pałąkowatych  nogach,  który  służył  mu  za  biurko.  Wyglądał  na  zmęczonego.  Wzrok  miał 
palący i suchy. 

– Co to za nonsens z waszym pozostaniem? – zapytał władczo. 
– To nasza sprawa – uciął Svoboda. 
– Pańska, być może. Pan może zostawić swoje kości na Rustum, jeśli pan sobie życzy. Ale 

pana  żona?  Dzieci?  –  Kivi  obrócił  twarz  w  kierunku  Judith  –  On  nie  może  pani  zmusić. 
Ofiaruję pani moją opiekę. 

Judith przybliżyła się do męża. 
– Nikt mnie nie zmusza – wyszeptała. 
–  Pan  jest  szalony!  –  krzyknął  Kivi  –  Ten  cały  projekt  był  od  początku  stawianiem  na 

przegraną kartę. Teraz, bez ładunku z Rangera, ryzyko wzrosło tak dalece, że większość pana 
ludzi  z  pewnością  wybierze  powrót  na  Ziemię.  Co  skazuje  na  pewną  śmierć  każdego,  kto 
zdecyduje się pozostać. 

– Niech pan pozwoli, że ja to osądzę – powiedział Svoboda. 
Kivi zrobił w powietrzu ruch, jakby go chciał uderzyć. 

background image

 

66 

– Judith – powiedział – ty nie rozumiesz, co to oznacza. 
Podniosła głowę. 
– Rozumiem, co przyrzekłam na moim ślubie – rzekła.  
Kivi opadł do tyłu. 
–  Nie  jestem  potworem  –  powiedział.  –  Chcę  oszczędzić  moją  załogę.  Możliwe,  że 

polałaby się krew. To dlatego nie chcę słyszeć o żadnych długoterminowych planach napra-
wy. 

„To jeden z twoich powodów” – pomyślał Svoboda. 
–  Z  radością  zabiorę  waszych  ludzi  do  domu  –  ciągnął  Kivi  –  I...  tak,  mam  pienią-dze. 

Mogę wam pomóc, Judith, i twoja rodzina odrodzi się na nowo na Ziemi. Cóż lepszego może 
zrobić ze swymi pieniędzmi stary kawaler? 

–  Nie  –  powiedział  Svoboda  –  Dyskusja  skończona.  Nie  ma  pan  żadnego  prawa,  żeby 

zmuszać  nas  do  powrotu.  Jeżeli  będzie  pan  próbował  nas  powstrzymać,  wtedy  naprawdę 
może dojść do starć między naszymi partiami! 

– Nie mów w ten sposób, Jan – łzy stanęły w oczach Judith, oderwały się i poleciały w 

stronę wentylatora jak małe gwiazdki. – Nils ma dobre intencje. 

Svoboda odezwał się z wyszukanym okrucieństwem: 
–  Nie  wątpię.  Niech  pan  stosuje  się  do  swoich  statystyk,  Kivi.  Niech  pan  unika  jakie-

gokolwiek ryzyka dla swojej  załogi  i  niech pan pozwoli rozpaść się kolonii. W najgorszym 
wypadku, będzie to kosztowało tylko cztery życia. 

I wtedy, kiedy wyraz twarzy Kivi stał się niepewny i Svoboda ujrzał swoje zwycięstwo, 

dałby wiele, żeby wymazać te słowa. 

Kapitan drżał. Spojrzał na Judith, odwrócił wzrok i zaraz znów na nią spojrzał. 
– Wiecie, że nie mogę tego zrobić – powiedział. – Bardzo dobrze, uratujemy Range-ra. A 

teraz, proszę, zostawcie mnie samego.  

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

67 

 

 

 

 

 

CZĘŚĆ CZWARTA 

 

 

 

 

Młyny bogów 

 

 

 
– Uuaaa! Uaaa! 
– Ej, ty, siądź sobie z tyłu! Idź do tyłu, ty śmierdziuchu. 
– On jest śmierdziuch. On był zrobiony w probówce z olejem, tak! W probówce z olejem. 
– Hej. Danny, gdzie twoja siostra? Ta krowa tutaj to twoja siostra, co, Danny? 
Jan Svoboda uderzył w tablicę rozdzielczą. 
– W porządku, wystarczy – zawołał. – Cisza! Usiądźcie. 
–  Zabierzcie  tego  oleistego  do  tyłu  –  powiedział  Pat  O'Malley  –  nie  chcę  żeby  jakieś 

oleiste zwierzę z probówki siedziało koło mnie. 

– Uaaa! – krzyknął Frank de Smet i pchnął Dannego. Danny upadł. Frank i Pat zeskoczyli 

ze swoich siedzeń i zaczęli okładać go pięściami. 

–  Dość  tego!  –  Svoboda  znowu  grzmotnął  w  tablicę  rozdzielczą.  –  Następnym  razem 

uderzę tak kogoś w tyłek. 

Na  wpół  podniósł  się  i  obrócił.  Dwudziestu  małych  chłopców  umilkło  i  powróciło  na 

swoje  miejsce.  Zawsze  gdy  wypadła  jego  kolej  pilotowania  szkolnego  autobusu,  Svoboda 
zdobywał  sobie  opinię  postrachu  dzieci.  Ale  to  było  w  obronie  własnej.  Te  dzieci  nie  były 
naprawdę  złe,  ale  on  przewoził  je  ze  szkoły,  w  której  pracowały  ciężko,  do  domów,  gdzie 
pracowały jeszcze ciężej. Gdzieś po drodze musiały się jakoś wyżyć. Svoboda jednak wolał, 
żeby nie było to wtedy, gdy ten stary gruchot był w powietrzu. 

–  To  podłe  z  waszej  strony  tak  dokuczać  biednemu  Dannemu  –  powiedziała  Mary 

Lochaber, ta z długimi, złotymi lokami, i w sztywnej bluzie. – To nie jego wina, że powstał w 
probówce. 

– Ty, piszczałko, też bądź cicho – powiedział Svoboda – ty też powstałaś w identy-cznym 

środowisku.  Tylko  że  była  to  raczej  wewnętrzna,  niż  pozaustrojowa  probówka.  Teraz  twoi 
rodzice będą odbierać swego eksogennego syna i będzie on dokładnie tak samo dobry, jak ty 
– zawahał się. – Może tylko nie być takim szczęściarzem. W porządku, zapiąć pasy. 

Danny  Coffin  westchnął  i  wytarł  nos  siadając  obok  Franka  de  Smeta.  Był  krępym 

background image

 

68 

chłopcem o szerokiej twarzy i prostych, czarnych włosach – coś orientalnego musiało być w 
jego chromosomach. Odkąd zaczął się rok szkolny Danny stał się bardzo cichy. Nie oddawał 
ciosów, kiedy inni go bili, starał się głównie unikać niebezpieczeństwa. 

„Powinienem o nim porozmawiać z Saburo” – myślał Svoboda. Hirayamay, który był jego 

partnerem  w  interesach,  uczył  kiedyś  dżudo  na  wyższych  stopniach.  Nieco  fachowych 
instrukcji pomogłoby biednemu dziecku osiągnąć jakiś respekt... Może jednak nie. Przy gra-
witacji cztery  razy  większej  niż na Ziemi,  Rustum  nie jest miejscem  gdzie można nieodpo-
wiedzialnie  stosować  takie  chwyty.  Svoboda  wzdrygnął  się.  Niedawno  widział  wypadek: 
mężczyzna spadł z dachu. Żebra przebiły mu płuca i połamał kości miednicy. Na Ziemi ofiara 
takiego wypadku prawdopodobnie złamałaby najwyżej nogę. 

Dotknął przycisków. Wirniki zaczęły młócić powietrze. 
Autobus  unosił  się  ociężale  w  górę,  dopóki  szkoła,  widziana  przez  okna,  nie  stała  się 

grupką darniowych dachów otaczających zakurzone boisko. Tuzin innych drewnianych budy-
nków, które składały się na wieś Anchor, także zmalało, tworząc plamę wokół skrzyżowania 
trzech  jasnych  nici.  Bo  właśnie  rzeki  Swift  i  Smoky,  spływając  z  zachodu  z  Gór  Centaura, 
łączyły  się  tworząc  Rzekę  Imperatora.  Reszta  krajobrazu  była  zielonego  koloru,  z  nikłymi 
odcieniami metalicznego błękitu. Tu i ówdzie widniała ciemna plamka ściętego już drzewa, 
albo  blada  plama  tam,  gdzie  z  trudem  wyrastało  zboże  jakiegoś  farmera.  Na  północy  stały 
mroczne lasy; na południu leżały urwiste, kamieniste wzgórza, za którymi Pasmo Herkulesa 
kładło kres horyzontowi. 

W  tym  okresie,  bliskim  zrównania  jesiennego,  Rustum  dzieliła  swój  62-godzinny  okres 

rotacji  nieomal  równo  między  dzień  i  noc.  Słońce  stało  późnym  popołudniem  nad  Górami 
Centaura,  czerwieniąc  ich  śnieżne  wierzchołki.  Ogromne  cienie  rozciągały  się  na  równinie. 
Zbyt duże było to słońce i zbyt jasne, a jednocześnie zbyt pomarańczowe. Zbyt wolno scho-
dziło z nieba o zbyt bladym błękicie. 

Albo tak wydawało się kolonistom, którzy opuścili Ziemię jako dorośli. Nowa genera-cja, 

jak dzieci w szkolnym autobusie, uważała to za całkiem naturalne. Dla nich Ziemia była tylko 
słowem, lekcją historii. Po siedemnastu latach na Rustum – nie, do diabła z tym, po dziesięciu 
ziemskich  latach  –  Svoboda  stwierdził,  że  jego  własne  wspomnienia  o  rodzinnej  planecie 
zacierały się powoli. 

– Ty, pieszczoszku nauczycielki! Będziesz się skarżył, co? Poczekaj, dostanę cię jutro. 
– Skończ z tym, Frank – zawołał Svoboda. Mały de Smet gapiąc się zdziwiony prze-łknął 

ślinę. Gęste powietrze Wysokiej Ameryki, przy ciśnieniu wyższym niż na ziemskim poziomie 
morza,  przenosiło  głos  tak  głośno  i  czysto,  że  dzieci  nigdy  nie  nauczyły  się  sztuki 
niedosłyszalnego  szeptania,  która  była  drugą  naturą  starszych.  Nie  był  to  pierwszy  szept, 
który usłyszał Svoboda. 

W  lusterku  widział,  jak  Danny  skulił  się  smutny  na  tylnym  siedzeniu.  Jego  ciemne, 

dopasowane  ubranie  wyróżniało  go  z  grona  dzieci,  tak  samo,  jak  wyróżniał  go  jego  status 
pierwszego  eksogennego  dziecka  w  szkole.  Inni  także  byli  ubrani  surowo,  w  stosunku  do 
standardów  jakie  Svoboda  pamiętał  z  Ziemi.  Ale  widoczne  były  starania  ich  matek,  żeby 
wnieść nieco wesołości do kolorów i kroju. Tylko, że stary Josh Coffin z pewnością uważał to 
za  grzech  prawie  tak  ciężki  jak  szczęście.  Svoboda  czasem  zastanawiał  się,  czy  Coffin  był 

background image

 

69 

pierwszym, który poprosił o eksogenne dziecko dlatego, że Teresa nie donosiła swego wła-
snego, czy dlatego, że Joshua chciał podjąć jeszcze jeden obowiązek. Oczywiście po adopcji 
Teresa ponownie zaczęła zachodzić w ciążę, to częsty przypadek. Ale to, zamiast dostarczyć 
Dannemu kolegów do zabaw w domu, przysporzyło mu grona rywali. 

Biedne  dziecko.  Ale  co  to  kogo  mogło  obchodzić?  Dopóki  nie  był  w  sposób  oczywisty 

poniżany, jego rodzice mieli prawo wychowywać go tak, jak uważali za stosowne, z daleka 
od wścibskich. Jednak... Mógłbym porozmawiać z Saburo. Tylko porozmawiać. 

Svoboda skierował całą uwagę z powrotem na pilotowanie. Trasa zmieniała się każdego 

dnia  (lekcje  rozłożone  były  na  trzy  pięciogodzinne  sesje),  żeby  najbardziej  ekonomicznie 
skrócić czas przejazdu. Musiał kierować się skomplikowanym planem znaków na lądzie i być 
również  przygotowanym  na  burzliwość  powietrza.  Przy  tym  ciśnieniu  nawet  lekki  powiew 
uderzał mocno. 

Nie pierwszy raz rozważał wzajemne powiązania między rzeczami. Stary Torvald Anker 

ze  swoim  „Nic  nie  jest  nieważne”,  byłby  zachwycony  przykładami,  których  dostarcza-ła 
Rustum.  Na  przykład  zależność  między  ekologią  a  autobusami  szkolnymi.  Ponieważ  nie-
wiele żywych form z równin nadawało się do jedzenia, koloniści musieli zaszczepić ziemskie 
rośliny,  zakładając  pola  uprawne.  Ale  ponieważ  ekologia  podtrzymująca  te  pola,  nie  była 
jeszcze  stabilna  (przytoczmy,  jako  uboczny  przykład,  ten  lokalny  wirus,  który  zaatakował 
skupiające  nitrogen  bakterie,  symbiotyczne  z  ziemskimi  warzywami),  plony  były  marne  i 
trzeba było wielu hektarów, żeby wyżywić jednego człowieka. Dlatego też większość koloni-
stów  musiała  zostać  farmerami  i  żyć  w  izolacji,  w  środku  wielkich  ziemskich  posiadłości. 
Dlatego byli zależni od samolotów – wciąż zbyt kosztownych, żeby były własnością prywa-
tną – jeżeli chcieli  przetransportować coś dalej,  niż mogli to  zrobić końmi. Zwłaszcza cho-
dziło tu o przewożenie dzieci do szkoły. Z kolei efektem tego było uczynienie obowiązków 
szkolnego pilota powinnością tych, którzy (tak jak Svoboda) nie byli farmerami. Co znowu 
miało tendencje do zaostrzenia konfliktu między profesjonalnymi klasami. 

Czasem Svoboda zastanawiał się, czy wolność, dla której przybyli na Rustum, nie stała się 

już dość cierpka. 

Niezależnie  od  trasy  autobusu,  Danny  zawsze  wysiadał  jako  ostatni.  Coffinowie  mie-

szkali oddaleni od wszystkich, niedaleko brzegu Urwiska. Dzisiaj, kiedy Svoboda wylądował 
na ich polu, Danny przeszedł koło niego bez słowa. 

Teresa Coffin wyszła na werandę. W ramionach trzymała niemowlę. Inne dziecko, które 

dopiero co zaczęło chodzić, wisiało u jej spódnicy. Słońce łagodnie spoczywało na jej brązo-
wych lokach. Udało jej się pomachać ręką: 

– Dzień dobry! – zawołała – Wstąpi pan na herbatę? 
– Nie, dziękuję – odpowiedział Svoboda wychylając się przez okno. – Judith spo-dziewa 

się mnie wkrótce w domu. 

Uśmiechnęła się patrząc na wydeptane podwórze i rosnące na nim dęby gęsto obro-śnięte 

liśćmi. 

– Przygotowania weselne? 
Skinął głową.  
– Ma pełne ręce roboty z pieczeniem, szyciem i Bóg wie z czym jeszcze. Obiecałem jej, 

background image

 

70 

że przestawię meble przed kolacją. 

–  Niech  pan  jej  powie,  że  przywiozę  te  ciastka,  które  dzisiaj  obiecałam,  następnym 

autobusem. Chciałabym zrobić więcej, ale... – jej gest wyrażał rezygnację. 

Coffinowie mieli teraz pięcioro dzieci, łącznie z Dannym, a szóste było w drodze. 
–  Dziękuję.  Wszyscy  bardzo  nam  pomagają.  Chciałbym  tylko,  żeby  ta  pomoc  służyła 

lepszej sprawie. 

– Ależ, panie Svoboda! To ślub pańskiej córki! 
– Pewnie, pewnie. Oczywiście jestem zadowolony, że Jocelyn trafiła na tak porządne-go 

chłopca  jak  Colin  Lochaber,  chciałbym,  żeby  jej  wesele  wyglądało  dobrze  i  tak  dalej.  Ale 
próbować  na  tej  plancie  imitować  przyjęcie  weselne  ze  Środkowego  Poziomu,  w  samym 
środku zbiorów... – Svoboda wzruszył ramionami. – To wydaje się niewłaściwe. 

Teresa  zeszła  ze  schodów  zbliżając  się  do  niego.  Jej  twarz,  pomarszczona  i  opalona 

prawie tak jak twarz Svobody, stała się poważna. 

–  I  tu  właśnie  pan  się  myli  –  powiedziała.  –  Dla  nas,  w  tych  dniach,  nic  nie  jest 

ważniejsze, niż to wesele. 

Pomyślał o Jocelyn, Davidzie, urodzonym na Rustum Antonie i eksogennym niemowla-ku 

Gailu. Wspomniał też mały grób za sadem. W tym on i Judith mieli szczęście. Inne rodzi-ny 
straciły  więcej  dzieci.  I  ciągle  będą  tracić.  Będzie  następny  rok  chorób,  następna  zamieć 
śnieżna, następne nie wiadomo co. Bez wątpienia była to naturalna selekcja, która da w przy-
szłości rasę zdrowszą i zdolniejszą od jakiejkolwiek znanej na Ziemi. Ale znajdował już siwe 
kosmyki  we  włosach  Judith  i  swoich  własnych.  Miał  jeszcze  siłę,  ale  z  czasem  wszystko 
zaczynało go coraz bardziej męczyć. 

– Tak – powiedział. – Na pewno ma pani rację. I nie zaprzeczam, że miło jest, od czasu do 

czasu, mieć uroczystości. Nie miałem zamiaru mówić jak – urwał, żeby nie powie-dzieć, „jak 
pani  mąż”  i  miał  nadzieję,  że  tego  nie  zauważyła.  –  W  każdym  razie  –  dokoń-czył 
pośpiesznie. – Muszę już lecieć. Do zobaczenia. 

Uśmiechnęła się znowu. 
– Dziś wieczór. 
„Musi  z  niecierpliwością  oczekiwać  tej  wizyty  –  pomyślał  Svoboda.  –  To  dla  niej 

ucieczka, na kilka godzin”. Zrobiło mu się z jej powodu tak przykro, że zapomniał o Dannym. 

 

 

 

 
Jak  większość  domów  osadników,  ten  też  był  zbudowany  z  ociosanych  z  grubsza  bali, 

spojonych stalą i cementem. Miał duże okna i piwnice chroniące przed burzami. Długi i niski, 
chłodny latem i ciepły zimą, dom nie był prymitywny. Oprócz elektryczności z nuklearnego 
generatora w Anchor, posiadał słoneczny komutator, który gromadził energię w podziemnym 
zbiorniku z przegrzaną wodą. Oświetlenie było fluoryzujące, a ogrzewanie promieniowe. Ale 
choć energii było pod dostatkiem, przyrządów elektrycznych brakowało. Na instalacje musia-
ła być przeznaczona tak duża część domu, że trzech chłopców tłoczyło się w jednym pokoju. 

background image

 

71 

Ich ojciec zwykł mówić, że takie warunki byłyby wspaniałe dla obywateli Niższego Poziomu 
na Ziemi. 

– Ale my nie jesteśmy żadnym starym Niskim Poziomem – powiedział Danny, obrażony, 

kiedy rodzice do pokoju jego i Ahaba przenieśli także Ethana. 

–  Możesz  tylko  dziękować  za  to  litościwemu  Bogu  -  odpowiedział  Joshua  Coffin.  – 

Powinieneś być wdzięczny także za to, że nie urodziłeś się w pierwszych latach na Rustum, 
kiedy  mieszkaliśmy  w  namiotach  i  ziemiankach  i  kiedy  przychodziły  deszcze.  Widziałem 
umierających mężczyzn, tak, i kobiety i dzieci, leżących w błocie, kiedy padał deszcz jakiego 
nigdy nie znała Ziemia. 

– Ee, to było tak dawno... – powiedział Danny. 
– Jeżeli wydaje ci się, że dorośli mają czas budować nowy pokój, kiedy tylko urodzi się 

nowe dziecko, to musisz nauczyć się, że jest inaczej – rzekł ostro. – Masz wydoić wszy-stkie 
krowy. 

– Joshua! – krzyknęła matka. – On jest tylko dzieckiem. 
– Ma pięć ziemskich lat – odpowiedział ojciec. Nie było więcej dyskusji. 
Danny wiedział, że to tak się skończy. 
Lubił krowy – były ciepłe i miłe i pachniały jak lato – ale było ich dużo. Ojciec spra-wił 

mu lanie, kiedy zobaczył, że Danny nie skończył pracy. Dopiero później spostrzegł, że palce 
chłopca zesztywniały tak, że ledwo mogły się poruszać. Wtedy wymruczał coś w rodza-ju: 

„W  porządku,  może  to  było  za  dużo”  i  szybko  wyszedł  z  obory.  Potem  kiedy  nie  mógł 

zasnąć z powodu bólu w rękach, Danny wstał z łóżka po szklankę wody. Z ciemnego kory-
tarza zobaczył matkę i ojca w salonie. Ojciec wyglądał na smutnego, a matka gładziła go po 
włosach. Od tej pory Danny nigdy nie był pewien, czy matka rzeczywiście zamierzała wziąć 
go wtedy w obronę. 

A  teraz  musiał  chodzić  do  szkoły.  Wolał  raczej  doić  wszystkie  krowy.  Prosił  o  to  po 

pierwszym dniu w szkole, kiedy dzieci krzyczały za nim „Śmierdziuch, śmierdziuch, zrobio-
ny w probówce, jak gruba mała świnia”. Nie żeby powiedział rodzicom o tym incydencie. To 
było zbyt okropne. Ale płakał. Wtedy ojciec kazał mu skończyć z tymi bzdurami i zachowy-
wać się jak przystało mężczyźnie. 

Matka  chyba  spytała  nauczycielkę,  czy  coś  jest  nie  w  porządku.  Pani  Anthropopoulos 

wiedziała,  że  dzieci  nie  dawały  Dannemu  spokoju  i  kazała  im  przestać,  ale  to  tylko  pogor-
szyło sytuację. („Poczekaj, dostanę cię jutro” – powtarzał ciągle Frank de Smet i bił Danne-go 
w  szopie  za  boiskiem).  Któregoś  dnia,  kiedy  chłopiec  wrócił  do  domu  z  płaczem,  matka 
spakowała  kosz  na  piknik  i  zabrała  syna  na  szczyt  wzgórza  Boulder.  Usiedli  na  wielkich 
kamieniach,  o  których  Danny  lubił  opowiadać,  że  zostały  tam  wtoczone  przez  olbrzymy. 
Patrzyli  w  dół,  na  dom  i  budynki  gospodarcze,  na  błękitno-zielone  pastwisko,  gdzie  owce 
wyglądały  jak  wełniste  kuleczki,  na  pole,  nad  którym  traktor  ojca  wzniósł  wstążkę  kurzu  i 
dalej, aż do Urwiska, które było  końcem  świata. Wiatr rozwiewał  włosy matki  i  szumiał  w 
liściach drzew. Mówiła cicho i poważnie, tak jak wtedy, kiedy ojciec był z dala od domu, na 
jednej ze swoich długich, samotnych wycieczek. 

–  Tak,  Danny,  jesteś  inny.  To  nie  jest  zła  różnica.  Kiedy  dorośniesz,  będziesz  z  tego 

dumny. Ty, pierwsze eksogenne dziecko na Rustum! Będą też inni tacy jak ty, wielu innych. 

background image

 

72 

A my cieszymy się bardzo, że mamy ciebie. Bo jesteś nam  p o t r z e b n y, Danny. 

Ale kiedy zapytał, jak to się stało, że jest inny, odwróciła głowę. 
– Jesteś jeszcze za mały – powiedziała. Jej palce zacisnęły się. – Kiedy będziesz się uczył 

o  dziedziczności,  dowiesz  się  wszystkiego.  To  jeden  z  powodów,  dla  których  chodzisz  do 
szkoły. Żeby nauczyć się o..., och, wszystkiego. Tego co musimy wiedzieć, żeby żyć tutaj, na 
Rustum. Dlaczego tu  przybyliśmy.  I nie wolno nam  nigdy zapomnieć, o Ziemi  i  ludziach z 
Ziemi... Danny, oni dokuczają ci, bo oni też tego nie rozumieją. Jak każde dziecko, boją się 
tego, czego nie rozumieją. A ty też im wiele nie pomagasz. Powinieneś  spróbować być bar-
dziej przyjazny. Nie zadawać tylu pytań nauczycielce. Dołączyć się do zabaw, zamiast snuć 
się  samemu  i...  Och,  sama  nie  wiem.  Przybyliśmy  na  Rustum,  żeby  mieć  prawo  do  bycia 
innymi. Myślę, że nie powinnam mówić ci, żebyś dostosowywał się do innych, tylko dlatego, 
że tak jest wygodniej. 

To  zabrzmiało  tak  bardzo  podobnie  do  rzeczy,  o  których  mówił  ojciec,  że  Dannemu 

przestał podobać się piknik i wkrótce wrócili do domu. 

Później  dowiedział  się  czegoś  więcej  o  probówkach.  Na  statkach  kosmicznych  nie  było 

miejsca dla żywego inwentarza. Więc nasiona, męskie i żeńskie, zabrane zostały zamiast tego. 
Były  tak  malutkie,  że  można  było  zabrać  wystarczająco  dużo  nasion,  żeby  zrobić  miliony 
zwierząt, krów, świń, psów, koni, drobiu i wszystkiego. Żywe nasiona były przechowywane 
przez wszystkie długie lata w kosmosie i później w Wysokiej Ameryce, tak samo zahiberno-
wane jak zahibernowani byli ludzie. Kiedy wszyscy osiedli na Rustum i byli gotowi do hodo-
wli  zwierząt,  biotechnicy  połączyli  nasiona  męskie  i  żeńskie  i  trzymali  je  w  probówkach, 
dopóki nie wyhodowali prawdziwych małych zwierzątek. 

Ostatnio  na  lekcjach  nauk  przyrodniczych  klasa  odwiedziła  Biolaboratorium  i  oglądała 

probówki.  Ale  ten  pan,  który  tam  pracował  wyjaśnił,  że  probówki  już  nie  są  używane,  bo 
żyjące dorosłe zwierzęta same się rozmnażają. 

Powiedział,  że  wiele  gatunków  w  ogóle  nie  odtworzono,  ale  ich  nasiona  są  przechowy-

wane, na wypadek gdyby te gatunki były potrzebne. Pokazał im zdjęcia niektórych tych zwie-
rząt: węży, słoni, mangust, ropuch, biedronek i innych. 

Więc Danny zrozumiał eksogenezę całkiem dobrze. Rozumiał też, że dzieci kiełkowały u 

swoich matek, tak jak cielątka u krowy, kiedy ojciec umieścił tam swoje nasienie. Tylko... nie 
wszystkie  dzieci.  Niektóre  kiełkowały  w  probówkach,  w  takich  samych  probówkach  jak 
zwierzęta. Danny  był pierwszym.  Dlaczego? Kiedy  o to  zapytał, powiedziano mu,  że wiele 
różnych rodzajów ludzi było potrzebnych. Ale to nie miało dla niego sensu. I dlaczego każde 
małżeństwo musiało adoptować jedno dziecko z probówki? 

Raz  usłyszał  jak  młody  pan  Lasalle  skarżył  się  ojcu  na  to  prawo,  kiedy  obsługiwali  tę 

samą młockarnię. A ojciec zezłościł się i powiedział: „Czy nie ma pan żadnego poczucia oby-
watelskiego obowiązku?” Więc ojciec i matka musieli wziąć Dannego, bo tak kazało prawo. 
Sami zrobili jego braci i siostry, więc musieli chcieć Ahaba, Ethana, Elizabeth, Hope i teraz 
tego, który urodzi się za kilka tygodni. Danny był inny. Był obywatelskim obowiązkiem. 

Niektórzy ludzie byli dla niego mili. Pan Svoboda na przykład. Dzieci też nie zawsze mu 

dokuczały. Przez większość czasu zostawiały go w spokoju, a Danny się do nich nie wtrącał. 
Ale od czasu do czasu chłopcy bili go, tak jak dzisiaj. Autobus spóźnił się o kilka minut i nie 

background image

 

73 

mieli po zajęciach nic innego do roboty, więc Frank zaczął go wyzywać, Danny odpowiedział 
mu, a potem wszyscy zaczęli mu dokuczać. 

Wytarł  nos  o  rękaw,  mając  nadzieję,  że  matka  tego  nie  zauważy.  Rozmawiała  z  panem 

Svobodą i nawet nie przywitała się z Dannym. Może go nie zauważyła. Może nic ją nie ob-
chodził. Danny prześlizgnął się koło niej i wszedł do domu. Musiał zmienić ubranie szkolne 
na farmerskie. Nie był to jeszcze czas na pracę, ale ubranie szkolne ciężko było uszyć i ciężko 
prać. 

Ahab siedział na swoim łóżku w pokoju chłopców. Był o niecały rok młodszy od Dannego 

(o niecały ziemski rok, 139 dni). Przeważnie używało się kalendarza Rustum, ale stary rok był 
jeszcze  używany  przy  takich  rzeczach  jak  określenie  wieku,  czy  kiedy  mają  być  święta. 
Danny  często  rozmyślał  nad  silnym  i  tajemniczym  ziemskim  rokiem,  który  przecho-dził 
dumnie przez wszystkie sezony. Ahab miał brązowe włosy i był szczupły, jak  p r a-       w d z 
i w e  dzieci Coffinów. 

– Cześć – powiedział Danny z nadzieją w głosie. 
– Znowu dostaniesz za swoje, jak ojciec wróci do domu – powiedział Ahab. 
Serce Dannego podskoczyło.  
– Nic nie zrobiłem! 
–  Nic  nie  zrobiłeś  –  powtórzył  Ahab.  –  Pewnie.  Nie  zamknąłeś  bramy  od  północnej 

strony. Mama mówi, że brama była otwarta. 

– Zamknąłem!  Zamknąłem  na pewno!  Zawsze zamykam  bramę,  gdy słyszę,  że owce są 

wypuszczone. Zamknąłem ją zanim wyszedłem do szkoły. 

–  Mama  mówi,  że  była  otwarta.  Dziki  kot  mógł  się  dostać  do  środka.  Może  nawet  się 

dostał.  Może  kryje  się  w  lasach  i  będzie  zabijał  owce,  dopóki  ojciec  go  nie  zastrzeli.  A  ty 
jesteś głupim, tłustym baranem! – okrągła twarz Ahaba skrzywiła się złośliwie. 

Odkąd tylko Ahab i Ethan dowiedzieli się, że ich starszy brat jest eksogenny (cokolwiek 

to  dla nich znaczyło  w ich wieku), używali tego przeciwko niemu, ponieważ był większy i 
silniejszy, i matka była dla niego bardziej miła. Nie przyszło im do głowy, że ojciec był bar-
dziej miły w stosunku do nich niż do Dannego. 

– Nie! – krzyknął  Danny. Wybiegł  z pokoju.  Matka wróciła do domu  i  przewijała małą 

Hope. 

–  Mamo,  ja  tego  nie  zrobiłem,  nie  zrobiłem!  Wiem,  że  zamknąłem  bramę.  Wiem  na 

pewno. 

Spojrzała dokoła.  
– Na pewno? – zapytała. 
– Wiem! 
–  Danny,  kochanie  –  powiedziała  łagodnie  –  zawsze  pamiętaj,  jak  ważny  jest  obie-

ktywizm. To długie słowo, ale jedną z przyczyn, dla których tu przybyliśmy jest to, że ludzie 
na Ziemi zapomnieli o nim i to sprawiło, że byli biedni, nieszczęśliwi i zniewoleni. 

Położyła niemowlę na łóżku, przykucnęła i kładąc Dannemu ręce na ramionach, spoj-rzała 

mu w oczy. 

– Obiektywizm – to mówienie zawsze prawdy – być prawdomównym – powie-działa. – 

Zwłaszcza prawdomównym wobec samego siebie. To najtrudniejsze i najbardziej potrzebne. 

background image

 

74 

– Ja naprawdę zamknąłem bramę. Zawsze to robię. Wiem, w lasach są złe zwierzęta. Nie 

zapomniałem. 

– Kochanie, brama nie otwarła się sama. Ty byłeś ostatni przede mną. Rozumiem co się 

stało.  Nie  lubisz  szkoły  i  tak  bardzo  o  tym  myślałeś,  że  zapomniałeś  zamknąć  bramę.  Nie 
chciałeś zostawić jej otwartej, wiem. Ale nie ukrywaj prawdy. 

Danny  dławił  się  łzami.  Ojciec  powiedział,  że  jest  już  zbyt  duży  żeby  płakać  jak  dzie-

cko... jak Ethan. 

– M... m... może zapomniałem. Przepraszam. 
–  Jesteś  dobrym  chłopcem  –  pogładziła  go  po  włosach  –  nie  jestem  na  ciebie  zła. 

Chciałam  tylko,  żebyś przyznał,  że zrobiłeś błąd. Wszyscy chcemy, żeby ludzie na Rustum 
nigdy nie nabrali zwyczaju okłamywania się. Bardzo się cieszę, że ty nie kłamiesz.  

– Czy... czy ojciec się dowie? 
Przygryzła wargi. 
– Nie wiem jak powstrzymać innych od paplania – powiedziała, hardziej do siebie niż do 

niego. I dodała wesoło: 

– Nie martw się. Wyjaśnię mu to. To naprawdę nie była twoja wina. 
– Ty zawsze... – nie mógł dokończyć. Oderwał  się od niej i poszedł do pokoju. Zawsze 

mówiła ojcu, że Danny nie był winny, a ojciec nigdy jej nie wierzył. 

– O rany, ale dostaniesz za swoje! – powiedział Ahab. 
Danny zignorował go. To było dla Ahaba gorsze niż cios. 
– Zawsze będziesz dostawał, ty stary eksogenie! 
Danny przebrał się i wrócił do salonu. Ahab nie poszedł za nim.  
– Mamo, mogę wyjść na spacer? 
Jej oczy zachmurzyły się. 
– Znowu? Nie chciałabym,  żebyś tak dużo spacerował  sam.  Myślałam...  – uśmiech-nęła 

się  wesoło.  –  Myślałam,  że  może  po  kolacji,  kiedy  pojadę  autobusem  do  Svobodów, 
mogłabym cię zabrać do Gonzalesów. Mógłbyś pobawić się z Pedrem. 

– Eee..., nie. Pedro lubi takie dziecinne gry. Mogę przecież pójść sam, mamo, napra-wdę. 

Widzisz, mam moją bransoletkę. 

Danny podniósł rękę. Usiana przyciskami metalowa obręcz błyszczała na jego przegu-bie. 

Ojciec  wyjaśnił  mu,  że  jest  to  nadajnik  tranzystorowy  i  że  gdyby  zgubił  się,  albo  był  w 
kłopotach, każdy dorosły który miałby urządzenie lokacyjne, mógłby go odnaleźć. 

To były bardzo pocieszające słowa. Danny był zadowolony, gdy zrozumiał, że jeżeli nosi 

bransoletkę można go łatwo odnaleźć. Do tej pory zgubił się raz i, faktycznie, szybko zo-stał 
odszukany. Potem ojciec zrobił mu gorące kakao i opowiadał mu historię o królu Arturze. 

Dzisiaj, przede wszystkim, chciał się wyrwać z domu. 
– No cóż... dobrze  – powiedziała matka.  – Ale  pamiętaj, że musimy nakarmić i  wydoić 

krowy  za  około  godzinę.  A  potem  będę  piekła  ciasteczka  na  wesele  panny  Svobody. 
Chciałbyś mi pomóc? 

– Eee... – Danny nie chciał urazić jej uczuć, ale te rzeczy były dla dziewcząt. – Chyba nie, 

dziękuję. Do widzenia. 

Powędrował  za  stodołę,  przeszedł  przez  płot  na  koniczynową  łąkę,  później  przez  roz-

background image

 

75 

proszone  zagajniki  i  wysoką  trawę  niezagospodarowanego  lądu  –  na  wschód,  do  swojego 
ulubionego zakątka na brzegu Urwiska, które było końcem świata. 

 

 

 

 
Jak dotąd, Wysoka Ameryka nie miała żadnego formalnego rządu. Telewizyjne dysku-sje 

rozstrzygały  problemy  socjalne,  jeśli  takie  wynikały.  Było  ich  niewiele,  gdyż  większość 
tradycyjnych funkcji państwa nie była tu potrzebna (jak na przykład ministerstwo obrony) lub 
mogła być powierzona ochotniczym ugrupowaniom. Kiedyś w końcu wyniknie potrzeba zało-
żenia bardziej złożonej społecznej struktury, ale ta mogła się wyłonić w sposób naturalny, w 
ramach filozofii Konstytucjonalistów. Przynajmniej taką nadzieję mieli założyciele. 

Jednak potrzebny był ktoś, kto rozstrzygałby kwestie prawne, przewodniczył w deba-tach, 

sędziował  w  sporach,  miał  nadzór  nad  służbami  publicznymi,  jak  medycyna  i  edukacja,  i 
zbierał podatki na ich finansowanie. Funkcje te sprawował burmistrz, pełnoetatowy urzędnik, 
obierany co siedem lat (cztery i jedna dziesiąta roku ziemskiego), jeżeli przed upływem tego 
czasu nie stracił zaufania osadników. Do tej pory funkcję tę sprawował Theron Wolfe. 

Jego  biuro  znajdowało  się  na  pierwszym  piętrze  biblioteki.  Okna  wychodziły  na  Swift, 

która w dzień szemrała zielonkawą wodą pod drewnianym mostem. Teraz, w nocy, kiedy ża-
den księżyc nie wzeszedł jeszcze, Wolfe nie mógł dostrzec rzeki. Ale jego okno było otwarte i 
słyszał  jej  szum.  Płaskowyż  stygł  szybko  po  zapadnięciu  zmroku  i  czuło  się  jak  do  pokoju 
wpadał zmrożony powiew od rzeki. 

Joshua  Coffin  ściągnął  szczelniej  poły  swojej  skórzanej  marynarki.  Wolfe,  siedząc 

wygodnie, ubrany w wełniany kubrak podszyty futrem, rzucił okiem w stronę okna. 

– Może pan je zamknąć, jeśli pan chce – powiedział. 
Coffin zmarszczył nos. 
– Szczerze mówiąc, wolę marznąć, niż wdychać ten dym – powiedział. 
Wolfe spojrzał na ręcznie zrobione cygaro, które trzymał w swych pulchnych palcach. 
– Musi pan dać nam trochę czasu – powiedział. – To dopiero trzeci sezon, w którym udało 

się zebrać tytoń. Wiem, że ten dym jest wystarczająco mocny, żeby obalić człowieka, ale po 
tylu latach abstynencji... Niech pan nam da trochę czasu, żeby złagodzić glebę, liście, czy co 
tam. 

–  Zdaje  mi  się,  że  lepiej  byłoby  włożyć  te  wysiłki  w  poprawienie  zbiorów  pszenicy  – 

Coffin zacisnął usta. – Zresztą nieważne. Myślę, że wie pan dlaczego przyszedłem. 

– Pański syn zaginął. Bardzo mi przykro. 
– I nikt nie chce pomóc mi go szukać. 
– Ależ, proszę pana! Zostałem poinformowany... 
– Tak, tak, tak. Moi sąsiedzi przeszukali pobliskie okolice wczoraj w nocy i dzisiaj. Ale 

teraz zrezygnowali. – Coffin uderzył kościstą dłonią o kolano. – Odmawiają kontynuo-wania 
poszukiwań. 

Wolfe  przesunął  ręką  po  włosach,  których  już  niewiele  mu  pozostało  i  włożył  na  nos 

background image

 

76 

staroświeckie  okulary.  Jedyny  optyk  na  Rustum  nie  był  jeszcze  przygotowany  do  robienia 
soczewek kontaktowych. Wolfe przez chwilę palił w milczeniu, zanim odpowiedział: 

– Jeżeli, jak pan mówi, psy gończe straciły jego ślad za brzegiem Urwiska, i żaden sygnał 

z nadajnika nie został odebrany... 

Coffin odwrócił głowę, żeby spojrzeć w ciemność za oknem. Jego głos stał się tak szorstki 

jak jego twarz: 

– Zakładam, że ogary mogły stracić jego ślad – powiedział. – Jest tam tak mokro, że ślad 

mógł zostać zmyty w ciągu kilku godzin. Ale nadajnik nie mógł się zepsuć. 

–  Nawet  jeśli  –  pan  wybaczy  –  chłopiec  zabłąkał  się  do  lasu  i  został  napadnięty  przez 

kota? Zwierzę mogło połknąć cały nadajnik, a kwasy trawienne... 

– To absurdalne – Coffin odwrócił posiwiałą głowę. W fluoryzującym świetle widać było 

dokładnie  jego  zmarszczki;  oczy  ukryte  były  w  cieniu.  –  Ostatni  duży  drapieżnik  w  tym 
rejonie został najprawdopodobniej zastrzelony pięć lat temu. Gdyby jakiś inny zabłąkał się z 
dzikich lasów aż tutaj, psy wyczułyby go. Narobiłyby hałasu, który mógłby wskrzesić Łaza-
rza. I nie ma żadnej wiarygodnej przyczyny, żeby nadajnik przestał funkcjonować. Wszystkie 
części pracujące są umieszczone w stali, a całość jest pokryta materiałem zabezpieczającym. 
Nadajnik  ładuje  się  sam  energią  słoneczną.  Tak  to  wygląda:  urządzenie  do  przekształcania 
wpadających promieni ma odpowiednią częstotliwość radiową. W nocy działa na mikrokon-
densatorze,  naładowanym  energią  słoneczną  w  ciągu  dnia.  Przenośne  urządzenie  lokacyjne 
może wykryć jego fale w zasięgu dziesięciu kilometrów. 

–  Nie  potrzebuje  mi  pan  tego  mówić  –  powiedział  Wolfe  miękko.  –  Mam  wnuki.  – 

Pogładził się po brodzie. – Jakie jest pańskie wytłumaczenie, wobec tego? 

– Że zanim się zgubił, odszedł  dalej niż dziesięć kilometrów od domu  i  nigdy nie znaj-

dował się bliżej granicy naszych poszukiwań. – Coffin skierował palec w stronę Wolfe'go. – 
A  ponieważ  przeszliśmy  płaskowyż  w  promieniu  pięćdziesięciu  kilometrów,  znaczy  to  że 
zszedł do Urwiska. Moja żona mówi, że często siedział na jego brzegu, marząc na jawie. 

– Znam Dannego – powiedział Wolfe, który znał wszystkich. – Ma bardzo wysoki iloraz 

inteligencji,  ale  też  generalnie  jest  rozsądny.  Czy  poszedłby  w  tamtym  kierunku?  Jestem 
pewien, że pan go ostrzegał. 

– Bez przerwy go ostrzegałem! – Coffin odwrócił głowę, zebrał się w sobie i rzekł: – Żona 

powiedziała  mi,  że  był  przygnębiony,  kiedy  wychodził.  Dzieci  dokuczały  mu,  a  po-nieważ 
zapomniał zamknąć bramy był... bał się, że będę zły, kiedy wrócę ze zbiorów. Jeżeli często 
fantazjował sobie na temat lądu pod chmurami... – Coffin nie mógł dokończyć. 

– Tak, to brzmi prawdopodobnie – Wolfe spoglądał przez chwilę na dym, zanim dodał: 
–  Naturalnie,  rozmawiałem  już  przez  wideofon  z  kilkunastoma  pańskimi  sąsiadami. 

Wyjaśnili  mi  swoją  odmowę  zejścia  niżej  z  tych  skał.  Ryzyko  jest  niezmiernie  wysokie. 
Zwłaszcza teraz, w czasie zbiorów. Jeżeli  deszcz zniszczyłby zboża na polach, cała kolonia 
cierpiałaby głód w zimie. 

– Jestem przygotowany  zaryzykować swoje życie i  moje zbiory.  – Coffin opanował  się. 

Rumieniec pokrył jego wychudzone policzki. – Proszę mi wybaczyć – wymamrotał. – To mój 
uprzykrzony grzech. Duchowa duma. Apeluję do pana burmistrzu, jako... jako do ojca. 

– Niech pan daruje sobie sentymenty – powiedział Wolfe raczej chłodno. 

background image

 

77 

– Jak pan woli. Jestem gotów wypełnić mój obowiązek wobec chłopca, a nie sądzę, żebym 

już przekroczył granicę tego obowiązku. Czy to odpowiednie sformułowanie? 

– Cóż... Czego pan ode mnie oczekuje? 
– Samolot... 
– Obawiam się, że to niemożliwe. Pan wie jakie burzliwe jest powietrze w chmurach, w 

dodatku  pod  takim  ciśnieniem!  Żaden  z  tych  starych  autobusów,  których  używamy,  trzy-
mających się kupy dzięki drutom i kablom, nie mógłby przetrwać. Mamy kilka wysokoprę-
żnych pojazdów w całkiem  dobrym  stanie,  ale nie mamy pilotów.  Ludzie tacy jak pan i  ja, 
latali tak mało odkąd tu się znaleźli, że z pewnością zderzyliby się z górnymi zrębami skał. 
Nawet regularny pilot autobusu by to zrobił. Skonsultowałem to już z kilkoma. Powiedzieli, 
że bez wątpienia mogliby zejść od razu do poziomu morza, gdyby nie musieli zostać w obrę-
bie  dziesięciu  kilometrów  od  zbocza.  Co  oczywiście,  przeszukując  teren,  musieliby  zrobić. 
Istnieje  niewielka  możliwość,  że  O'Malley,  Herskowitz  lub  von  Zoru  mogliby  przeżyć  taki 
wyczyn. Ale pech chce, że oni poszukują teraz miedzi w Iskandrii. Połowę planety stąd. Poza 
zasięgiem  jakiegokolwiek  radia,  czy  pojazdu,  jaki  tutaj  posiadamy.  Nasz  nadajnik  mógłby 
przesłać wiadomość tak daleko, ale ich odbiorniki odebrałyby ją tylko jako jakiś nieprawdo-
podobny atmosferyczny fenomen. 

– Wiem! – Coffin przerwał szybki, gładki, polityczny potok wymowy Wolfe'go, nieomal 

krzycząc. – Myśli pan, że nie przemyślałem szczegółów? Oczywiście, że poszuki-wacze będą 
musieli  poruszać  się  pieszo.  Sam  jestem  na  to  przygotowany.  Ale  zdaję  sobie  sprawę,  że 
samemu  znaczyłoby  to  popełnić  samobójstwo.  Czy  mógłby  przekonać  pan  kogoś,  żeby  mi 
towarzyszył? – i dodał z wyraźnym niesmakiem: Ma pan wielki talent do perswazji. 

–  Dla  dwóch  byłoby  to  także  samobójstwo  –  powiedział  Wolfe,  mniej  zaskoczony  niż 

Coffin się spodziewał. 

– Ludzie schodzili już kilkanaście kilometrów w dół Urwiska i wracali. 
–  Poruszając  się  ostrożnie  po  najbezpieczniejszych  trasach.  Pan  ruszyłby  w  każdym 

kierunku, z którego dostrzegłby sygnał. – Wolfe rzucił mu nachmurzone spojrzenie. – Przykro 
mi, Joshua, ale chłopiec prawdopodobnie nie żyje. Jeżeli rzeczywiście zszedł dużo niżej – a 
spadek  Urwiska  jest  tak  stromy,  że  dziesięć  kilometrów  w  prostej  linii  opuściłoby  go  co 
najmniej o pięć kilometrów – jeżeli to zrobił, powietrze go zabiło. 

–  Nie.  Przyznaję,  że  pięć  kilometrów  poniżej  naszego  poziomu  panuje  ciśnienie  wy-

starczające,  żeby  wytworzyć  stężenie  dwutlenku  węgla  toksyczne  dla  większości  ludzi.  Ale 
Danny  ma  tolerancję  większą  niż  przeciętna.  Nie  zaczyna,  na  przykład,  ziewać  w  dusznym 
pomieszczeniu.  Skażenie na tamtym  poziomie nie jest tak wielkie, narkoza azotowa też nie 
mogła się jeszcze zacząć. 

–  A  co,  jeżeli  poszedł  dalej?  Niech  pan  pamięta,  ciśnienie  wzrasta  niemal  w  postępie 

geometrycznym  w miarę zbliżania się do poziomu morza. Jeżeli raz osłabł i  dostał zawrotu 
głowy, jest prawie pewne, że będzie schodził coraz bardziej w dół, dopóki nie spadnie. Jest 
mało prawdopodobne, że będzie się wspinał z powrotem. Poza tym jest jeszcze sprawa jedze-
nia. Do tej pory byłby tak wygłodzony, że śmierć byłaby dla niego zbawieniem. 

Coffin odrzekł z równą nieugiętością: 
– Chłopca nie ma mniej więcej od stu godzin. Niech pan da poszukującym drugie sto na 

background image

 

78 

odnalezienie go. To jest i nie jest, zbyt krótki czas, żeby umrzeć z głodu w jego wieku. Jestem 
pewien,  że  pamięta,  żeby  niczego  nie  jeść.  Mogę  modlić  się  do  Boga,  żeby  Danny  miał 
wystarczająco dużo rozsądku, żeby siedzieć i czekać i oszczędzać siły, kiedy już uświa-domił 
sobie, że się zgubił. Prawda? 

W  pokoju  zapanowała  cisza,  słychać  było  tylko  zimny,  donośny  szum  rzeki.  Nagle 

zabrzęczała piła tarczowa w składzie drewna. Nie przeszkadzała osadnikom. Powszechny styl 
życia na Rustum dzielił dobę na dziesięć lub jedenaście godzin snu i około dwudziestu godzin 
na nogach. Generator w Anchor pracował nieustannie i osadnicy przywykli już do jego szu-
mu. Ale zgrzyt piły sprawił, że Coffin wzdrygnął się, a Wolfe oderwał od swoich myśli. 

– Trzymałem rękę na pulsie tej sprawy – powiedział burmistrz. 
Rzeczywiście,  przejrzał  uważnie  akta  Dannego  Coffina:  genetyczne,  medyczne,  szkolne 

oraz plotki. W dyskretny sposób trzymał rękę na pulsie wszystkiego. 

–  Spodziewałem  się,  że  pan  przyjdzie  i  zasugeruje  to,  co  pan  zasugerował.  Jeżeli  znie-

chęcałem pana, to jedynie dlatego, że chciałem się upewnić czy naprawdę ma pan poważne 
zamiary. 

– Gdybym nie miał, nie przyszedłbym tutaj. 
Wolfe uniósł brwi, ale odpowiedział po prostu: 
–  Próbowałem  zdobyć  kilku  ludzi,  którzy  zgodziliby  się  na  taką  ekspedycję.  Wszyscy 

farmerzy odmówili, powołując się zarówno na czas zbiorów, jak i na ryzyko stracenia życia. 
Uważając,  że  ich  pierwszym  obowiązkiem  jest  strzec  swoich  własnych  rodzin.  Zwłaszcza 
dlatego, że pan, mówiąc szczerze, nie cieszył się nigdy sympatią w Wysokiej Ameryce. Ale 
teraz chciałbym zwrócić się do kogoś spoza rolniczej profesji. Zaczniemy od Jana Svobody. 

– Tego z kopalni żelaza?  – Coffin potarł swój długi podbródek. – Ja sam prawie go nie 

znam. Ale nasze żony się przyjaźnią. 

–  Pamiętałem  o  tym,  kiedy  rozmyślałem  o  tej  sprawie.  Jednak  głównie  wziąłem  pod 

uwagę położenie kopalni Svobody. Leży ona na najbardziej wysuniętej na północ części pła-
skowyżu, trzy kilometry poniżej naszego poziomu. Svoboda jest przyzwyczajony do wysokie-
go ciśnienia, co trochę nam pomoże; jest też przyzwyczajony do środowiska górnej warstwy 
chmur, co pomoże nam tym bardziej. 

Wolfe potrząsnął głową. Błysk światła przesunął się po jego łysej czaszce. 
–  Tak  mało  wiemy  o  Rustum  –  zadumał  się.  –  Pierwsza  ekspedycja  zaledwie  zbada-ła 

powierzchnię  tej  jedynej  wyżyny,  wznoszącej  się  nad  tym  jednym  kontynentem.  My,  kolo-
niści, byliśmy zbyt zajęci urządzaniem się tu i walką o przeżycie, żeby zajmować się doda-
tkowo badaniami. Pamiętam, jak na Ziemi wszyscy rozmawiali o tej planecie bez zająknięcia, 
jak  gdyby  była  czymś  w  rodzaju  miasta,  czy  całym  światem!  Specjalistyczna  wiedza 
Svobody,  jego  lata  doświadczenia,  mogą  wypełnić  zaledwie  jeden  paragraf  w  stutomowym 
geograficznym dziele, które może kiedyś opisze Rustum. 

– Niech pan przestanie gadać o truizmach! –zgrzytnął Coffin. 
– Dobrze – Wolfe podniósł swą otyłą postać zza biurka i ruszył z zaskakującą lekko-ścią 

w stronę drzwi. – Mój służbowy pojazd jest zaparkowany na zewnątrz. Zobaczymy się teraz 
ze Svobodą. 

 

background image

 

79 

 

 

 
Raksh, zewnętrzny księżyc Rustum, zaczął wschodzić, gdy Wolfe wylądował. W swoim 

położeniu  najbliższym  planety  i  prawie  w  pełni,  miał  średnicę  dwukrotnie  większą,  niż 
Księżyc widziany z Ziemi. Miał cętkowaną tarczę koloru miedzi, której światło wyłaniało z 
mroku  odległe,  śnieżne  szczyty  i  migotało  na  oszronionej  trawie.  Poruszał  się  od  zachodu. 
Potrzebował pięćdziesięciu trzech godzin, żeby zakończyć swój cykl, prawie dwa razy tyle, 
ile  wynosił  czas  jego  obiegu  dookoła  Rustum  –  można  więc  było  obserwować  jak  zmienia 

rozmiary i fazy. 

Mniejszy księżyc, Sohrab, także poruszał się od zachodu i także można było śledzić jego 

fazy, ale przecinał niebo nisko na południu. 

Mając  przed  oczyma  to  podwójne  widowisko,  można  się  było  spodziewać,  że  gwiazdy 

wypiszą na niebie alfę i omegę, ale one lśniły tylko, lekko przyćmione przez gęste powietrze. 

Poza  regionem  Eridanus,  niewidocznym  z  Wysokiej  Ameryki,  widać  było  konstelacje 

Oriona, Draco, Wielkiej Niedźwiedzicy i  Kasjopei  – wszystkie pamiętane z nocy na  Ziemi. 
Trzeba by astronoma, żeby uchwycić drobne odchylenia. (Cóż, samo Słońce leżało tuż ponad 
Boötes, kiedy Raksh nie zaćmiewał jego słabego blasku). Dwadzieścia lat świetlnych, czter-
dzieści lat podróży, znaczyło w przestrzeni galaktyki tak niewiele. 

Coffin  drżał,  kiedy  wysiadał  z  pojazdu.  Jego  oddech  zamarzał  w  mroźnym  powietrzu. 

Światło księżyca padało zimne i jakby nierealne na ogród otaczający dom, oblewało srebrem 
liście  okazałego  dębu  i  rzucało  cień  niewielkiego  zagajnika  na  pokryty  lodem  staw.  Opu-
szczone jesienią gniazdo jakiegoś ptaka, pokryte teraz żywymi świecącymi grzybami, wisiało 
na  drzewie  jak  latarnia  chochlika.  Niebieskawe  światło  padało  smugą  na  oddalony  las,  z 
którego dochodził głos śpiewającej jaszczurki, przywodzący na myśl trzy takty jakiejś starej, 
szkockiej  melodii.  Wiatr,  niespieszny  ale  mocny,  wstrząsał  uschłymi  liśćmi  z  dźwiękiem 
niepodobnym do października w Nowej Anglii,  ani do niczego słyszanego kiedykolwiek na 
Ziemi. 

Poza tym – w przeciwieństwie do wiosny i lata, kiedy dzikie życie na Rustum wypeł-niało 

noce  trelami,  krakaniem,  rechotem  i  innymi  odgłosami  –  było  cicho.  Odgłos  kroków 
dźwięczał głośno na zamarzniętej glebie. Coffin był bardziej wdzięczny, niż się do tego przy-
znawał, gdy drzwi otworzyły się i owiało go ciepło. 

– Ależ... Proszę wejść! – powiedziała Judith Svoboda. 
– Nie spodziewałam się... 
– Czy Jan jest w domu? – spytał Wolfe. 
– Nie, jest w kopalni – obserwowała ich przez dłużącą się chwilę. Krew zaczęła odpływać 

jej z twarzy. – Zadzwonię do niego – powiedziała. 

Kiedy była przed wideofonem, Coffin przysiadł na brzegu krzesła. Wolfe, bardziej swo-

bodny, usiadł na kanapie, która jęknęła pod jego ciężarem. Salon był większy niż przeciętny. 
Z  sufitem  z  surowych  belek,  kamiennym  kominkiem  i  dywanem  z  gałganów,  wydawał  się 
Coffinowi tak znajomy, że musiał przygryźć wargi i uświadomić sobie, że takie domy dawno 

background image

 

80 

zniknęły już z Ziemi. 

Teraz, kiedy metodą fotodruku można było robić powiększone kopie z mikromateria-łów, 

prywatne  księgozbiory  powracały.  Svobodowie  mieli  pełne  półki,  a  były  to  dzieła  auto-rów 

jak Omar Khayyam, Rabelais i Cabell – leżały także tam, gdzie mogły dostać do nich dzieci. 

Judith zajrzała do salonu. 
–  Wróci  tak  szybko,  jak  tylko  będzie  mógł  –  powiedziała.  –  Musi  sam  wyłączyć 

automatyczny  czerpak,  bo  Saburo  jest  zajęty  przy  pilotującej  koparce.  Coś  się  stało  z  ich 
komputerem – zawahała się. – Czy zrobić panom herbaty? 

– Nie, dziękuję – powiedział Coffin. 
– Tak, jak najbardziej – powiedział Wolfe. – A jeśli trochę twoich sławnych wiśniowych 

ciasteczek leży przypadkiem gdzieś w zapomnieniu... 

Rzuciła mu uśmiech, raczej wdzięczny niż uprzejmy. 
– Na pewno – powiedziała i zniknęła w kuchni. Wolfe sięgnął do najbliższej półki, wybrał 

książkę i zapalił nowe cygaro. 

– Nie wydaje mi się, żebym kiedykolwiek zrozumiał Dylona Thomasa – powiedział. – Ale 

podoba mi się jego styl. Poza tym wątpię, czy chciał, żeby go rozumiano. 

Coffin siedział wyprostowany, patrząc w ścianę. 
Wkrótce Judith wróciła z tacą. Wolfe popijał głośno herbatę. 
– Wyśmienita – oznajmił. – Ty, moja droga, masz honor być pierwszą damą na Rustum, 

która  odkryła  prawdziwą  sztukę  parzenia  herbaty.  Pomijając  to,  że  liście  zebrane  tutaj 
nabierają szczególnego posmaku. Zresztą, jest dwudziestostopniowa różnica w tempera-turze 
wrzenia wody. Jakiej mieszanki używasz? Chyba, że to tajemnica? 

–  Nie  –  powiedziała  zamyślona.  –  Napiszę  ci  przepis...  Proszę  wybaczyć  bałagan. 

Przygotowania weselne, wiecie. Przyjęcie ma się zacząć jutro, po wschodzie słońca, zresztą 
obaj oczywiście macie zaproszenia... – przerwała. – Tak mi przykro, panie Coffin. 

– Nie szkodzi – powiedział; uświadomił sobie, że palnął głupstwo, ale nie wiedział, jak to 

naprawić. 

Judith chyba tego nie zauważyła. 
– Byłam w kontakcie z Teresą – powiedziała. – Myślę, że nie byłabym w stanie przyjąć 

takiej wiadomości tak mężnie jak ona. 

– Jeżeli to musiało się stać – powiedział Coffin – dzięki Bogu, że nie zdarzyło się to jej 

naturalnemu dziecku. 

Judith zarumieniła się z oburzenia. 
– Myśli pan, że jest to jakaś różnica – dla niej? – wykrzyknęła. 
– Nie. Przepraszam – potarł oczy brzegiem dłoni. – Jestem tak wyczerpany, że na-wet nie 

wiem,  co  mówię.  Proszę  mnie  źle  nie  zrozumieć.  Zamierzam  kontynuować  poszuki-wania 
dopóki... przynajmniej dopóki nie dowiemy się, co się stało. 

Judith spojrzała na Wolfe'a. 
– Jeżeli Danny nie żyje  – zaczęła niepewnie. – Myślę, że powinien pan jak naj-szybciej 

postarać się o drugie eksogenne dziecko dla Teresy. 

–  Jeżeli  ona  zechce  –  odezwał  się  burmistrz.  –  Danny  przekroczył  minimum  wyma-

ganego wieku. Teresa nie musi brać drugiego. 

background image

 

81 

– Musi, chce tego z głębi duszy. Znam ją. Jeżeli o to nie poprosi, niech pan ją zmusi. Musi 

wiedzieć, że... że nie przegrała. 

– Też pan tak myśli, Josh? – zapytał Wolfe. 
Coffin zaczerwienił się po uszy. Rozmawiali o jego prywatnych sprawach. Jednak mieli 

dobre intencje; poza tym nie ośmieliłby się obrazić żony Jana Svobody. 

– W każdym wypadku – udało mu się wykrztusić. – Sądzę, że taka adopcja byłaby naszym 

obowiązkiem. 

– Do diabła z obowiązkiem! – nie wytrzymała Judith. 
Zmęczenie  sprawiło,  że  wziął  nad  nim  górę  stary  nawyk  traktowania  kobiet,  jak 

opóźnionych w rozwoju dzieci. 

– Czy pani nie rozumie? Trzy tysiące kolonistów nie skupia w sobie wystarczającej puli 

genów,  która  zapewniłaby  przetrwanie  gatunku.  Zwłaszcza  na  nowej  planecie,  gdzie 
potrzebne jest maksymalne zróżnicowanie typów ludzkich, żeby rasa mogła się zaadoptować 
w  ciągu  minimum  generacji.  Eksogenni,  kiedy  będą  już  poczęci,  adoptowani  i  osiągną 
dojrzałość, będą stanowić milion dodatkowych przodków dla nowego pnia ludzkości. Oni są 
potrzebni. 

– Judith posiada wystarczającą wiedzę – powiedział Wolfe. 
–  Och.  Oczywiście.  Nie  chciałem...  To  znaczy...  –  Coffin  zacisnął  pięści.  –  Proszę  o 

wybaczenie, pani Svoboda. 

– Bardzo słusznie – powiedziała, ale powiedziała to ciepło. 
Coffin  nie  sądził,  żeby  była  zirytowana  jego  foux  pas.  Ale  czym  wobec  tego?  Tym,  że 

nazwał eksogenne dzieci obowiązkiem? No ale czy nie było to prawdą? 

Cisza przedłużała się. Ulgą było usłyszeć przyjazd Jana Svobody. Najpierw słychać było 

przyciszony brzęk, który przekształcił się w stały pomruk, kiedy wagon zbliżał się równo po 
szynach.  Przewidując  tę  drogę  transportu,  Jan  wybudował  swój  dom  obok  linii  kolejowej 
przewożącej rudę z jego kopalni żelaza do walcowni stali w Anchor. 

Hałas  wzmógł  się  na  nowo  i  oddalił,  kiedy  Svoboda  odesłał  wagon  z  powrotem.  Szty-

wnym  krokiem  wszedł  do  domu.  Spodnie  miał  wybrudzone  smarem,  a  bluzę  czerwoną  od 
hematytu. 

– Dzień dobry – powiedział szorstko. 
Coffin podniósł się. Uścisk ich dłoni był krótki. 
– Panie Svoboda... 
– Słyszałem o chłopcu. To bardzo smutne. Sam przyszedłbym pomóc go szukać, ale Izzy 

Stein powiedział mi, że pańscy sąsiedzi mogą przeszukać terytorium. 

– Tak. Gdyby tylko zechcieli – Coffin wyrzucił z siebie to, co powiedział Wolfe'mu. 
Svoboda spojrzał na żonę, na burmistrza i znów na żonę. Judith stała trzymając rękę przy 

ustach i wpatrując się w niego wielkimi oczyma. Svoboda zmieszał się i rzekł bez-barwnie: 

– Więc chce pan, żebym ja poszedł z panem, w dół Urwiska? A jeżeli chłopiec poszedł 

tamtędy, to najprawdopodobniej już nie żyje! Wiem, że brzmi to okrutnie, ale tak jest. 

–  Czy  jest  pan  pewien!  –  spytał  Coffin.  –  Czy  może  pan  zostać  w  domu  i  być  prze-

konanym, że nie mógł go pan uratować? 

–  Ależ...  –  Svoboda  zacisnął  ręce  w  kieszeniach,  spojrzał  w  podłogę  i  znów  podniósł 

background image

 

82 

wzrok. Jego mięśnie policzkowe drgały.  –  Bądźmy dalej brutalnie szczerzy  – powiedział.  – 
Moim  zdaniem,  prawdopodobieństwo  odnalezienia  chłopca  jest  znikome,  podczas  gdy 
prawdopodobieństwo, że kilku poszukujących zostanie rannych lub zabitych, jest całkiem du-
że. Wydaje się to nędzną polityką, ale nie na Rustum, gdzie każde ręce są potrzebne do pracy. 

W Coffinie wezbrała złość.  
– Tak, panie Svoboda. Nazwałbym ten rodzaj szczerości – brutalnym. 
–  Tak  samo  jak  pańską  tezę  z  roku  chorób,  że  nie  powinniśmy  usypywać  kopców 

zmarłym, ale pozwolić tym żywiącym się padliną diabłom, żeby ich odkopały i pożarły? 

– Mieliśmy wtedy dużo większe niedobory ludzi. A to nie robiło żadnej różnicy zmar-łym. 
–  Ale  ich  rodzinom  tak.  A  w  ogóle  dlaczego  wybrał  pan  mnie,  na  litość  boską?  Jestem 

zajęty! 

– Przygotowania weselne – warknął Coffin. 
– Można to przełożyć... jeżeli musisz iść – wyszeptała Judith. 
Svoboda podszedł do niej, ujął jej obie ręce i najłagodniej jak potrafił zapytał: 
– Czy myślisz, że powinienem? 
– Nie wiem. Ty musisz zadecydować, Jan – uwolniła się od niego. – Ja nie jestem na tyle 

odważna. 

Nagle  wyszła  z  pokoju.  Słychać  było,  jak  biegnie  korytarzem  w  kierunku  sypialni. 

Svoboda zerwał się, by za nią pobiec, ale zatrzymał się i obrócił do Coffina i Wolfe'go. 

–  Zostaję  przy  mojej  decyzji  –  rzekł  ostro.  –  Czy  ktokolwiek  ma  odwagę  nazwać  mnie 

tchórzem? 

– Myślę, że powinieneś to jeszcze rozważyć, Jan – powiedział Wolfe. 
– Ty? – Svoboda był zaskoczony. 
Coffin nieomal mu zawtórował. Obaj wpatrywali się w korpulentną postać na kanapie. To 

był  burmistrz,  który  głosował  przeciwko  pogrzebowym  kopcom  w  roku  chorób;  który 
przekonał farmerów, żeby zrezygnowali z planów wytępienia wołków zbożowych, ponieważ 
lepiej będzie znosić znane szkodniki niż dopuścić, by następne pokolenia cierpiały nieznane 
konsekwencje błędnej ekologii; który rozstrzygając spór sądowy na korzyść Gonzalesa, prze-
kupił go, żeby porzucił swój niepraktyczny plan zatamowania rzeki Smoky; który, przejmując 
kapitał  Tregennisa  w  astronomicznej  partii  pokera,  powstrzymał  go  od  założenia  fabryki 
maszyn do prania, która na tym etapie pochłonęłaby zbyt wiele rąk do pracy... 

– Nie wydaje mi się, żeby szanse były takie marne – rzekł Wolfe. 
Svoboda zmierzwił włosy. Pot zaczął spływać mu na czoło. 
–  Nie  chcę  zostawić  chłopca  –  zaprotestował.  –  Gdybym  myślał,  że  są  jakiekolwiek 

szanse,  że  jest  żywy,  oczywiście  poszedłbym.  Ale  nie  ma  szans!  A  ja  mam  żonę  i  dwoje 
własnych dzieci, które są jeszcze małe i... Nie. Przykro mi jak diabli. Długo nie będę mógł 
spać spokojnie. Ale nie zamierzam zejść w dół Urwiska. Nie mam prawa. 

Coffin wysilił się, żeby przyznać: 
– Jeśli w ten sposób pan to widzi, muszę wierzyć, że postępuje pan zgodnie z sumie-niem 

– czuł się tak przytłoczony, jakby tona żelaza spoczywała mu na barkach. – Chodź-my, panie 
Wolfe. 

Burmistrz podniósł się. 

background image

 

83 

–  Chciałbym  zamienić  z  Janem  słowo  na  osobności,  jeżeli  żaden  z  was  nie  ma  nic 

przeciwko temu – powiedział. Ujął gospodarza za ramię i poprowadził go do sieni, zamyka-
jąc za sobą drzwi. 

Coffin opadł na krzesło. Nogi zaczęły odmawiać mu posłuszeństwa. O Boże, znaleźć się 

znowu w kosmosie! Głowa opadła mu bezwładnie na oparcie krzesła, zamknął piekące oczy. 

Słuch miał lepszy niż przeciętny. Kiedy ściszony głos Wolfe'go wciąż docierał do niego 

zza drzwi, próbował wstać i odejść z zasięgu słuchu, ale wola i siły opuściły go. To nie miało 
znaczenia. Nic nie miało. Słyszał, jak burmistrz mówi: 

–  Jan,  powinieneś  to  zrobić.  Przykro  mi  odkładać  ślub  twojej  córki,  a  jeszcze  bardziej 

przykro  ryzykować  twoje  życie.  Ale  ty  jesteś  jedynym  człowiekiem,  który  może  uratować 
tego chłopca, lub znaleźć jego ciało i wrócić żywy. To musisz być ty. 

– Nie – powiedział Svoboda ponuro – nie możesz mnie zmusić. Nasza społeczność nie ma 

żadnych  konstytucjonalnych  żądań  w  stosunku  do  obywateli,  z  wyjątkiem  przypadku 
wyraźnego publicznego zagrożenia. To nie jest ten przypadek. 

– Jednak twoja reputacja... 
– Nonsens. Sam musisz wiedzieć, że zrozumie mnie każdy człowiek z Wysokiej Ameryki! 

– Svoboda zaczął tracić kontrolę. – Jezu, Theron! Daj spokój! Przeszliśmy razem tak długą 
drogę...  odkąd  zaczęliśmy  organizować  ludzi  na  Ziemi...  Nie  zrujnowałbyś  tego  teraz, 
prawda? 

–  Oczywiście,  że  nie.  Mam  na  myśli  reputację,  którą  chcę  żebyś  zdobył:  reputację 

bohatera. Co, pomijając egotyzm i przyjemność sprawioną rodzinie, będzie bardzo użyteczne. 
Przy naszym braku rąk do pracy, szef, który chce zdobyć pracowników, musi być popularną 
figurą. Mówiłeś, że chcesz poszerzyć swoje operacje. 

–  Nie  tak  bardzo.  Theron,  odpowiedź  brzmi:  nie;  i  boli  mnie  bardzo,  że  muszę  to 

powtarzać. Idź do domu. 

Wolfe westchnął.  
– Zmuszasz mnie. Nie zawsze lubię szantażować ludzi. 
– Hmm? 
– Wiem o tobie i Heldze Dahlquist, pewnej letniej nocy. 
– C... c... co? Kłamiesz! 
– Ejże, synu. Informacje, które do mnie docierają, zostają u mnie... przez większość czasu. 

Ale mam sposoby, żeby udowodnić to, co twierdzę. Naturalnie, bardzo nie chciałbym zranić 
twojej żony... 

–  Ty  ohydny  tłuściochu!  To  nic  nie  znaczyło.  Oboje  byliśmy  pijani,  a...  a  pomyśl  o  jej 

mężu! Zraniłbyś go jeszcze bardziej niż Judy. Wiesz o tym? To dobry facet. Było mi nawet 
bardziej przykro z jego powodu, niż z powodu mojej żony. To był tylko jeden z tych choler-
nych impulsów... Helga i ja... Musisz trzymać swoją kłapiącą gębę na kłódkę. 

– Na pewno. Jeżeli zgodzisz się spróbować uratować Danny'ego. 
Coffin po raz drugi spróbował wstać. Tym razem udało mu się. Nie chciał słuchać dalej tej 

rozmowy. Podszedł do okna i spoglądał na zewnątrz, nienawidząc Rustum, gardząc Svo-bodą 
i czując cały ciężar swojej własnej winy. 

Drzwi za jego plecami otworzyły się. Wszedł Svoboda. Mówił coś z błyskiem wesoło-ści, 

background image

 

84 

która zupełnie zbiła z tropu Coffina. 

–  ...  i  dzięki.  Jesteś  nędzną  kreaturą,  ale  nie  jest  mi  z  tego  powodu  zbyt  przykro  – 

przerwał. – Będę u pana na godzinę przed wschodem słońca, panie Coffin. 

 

 

 

 
Wschodnia część płaskowyżu, zwana Wysoką Ameryką, nie opadała łagodnie w dół jak 

inne  brzegi,  ale  kończyła  się  nagłym,  gwałtownym  spadkiem.  Kilometr  za  kilometrem 
rozciągały  się  tam  rzędy  urwistych  skał,  zakończonych  szeregiem  przepaści.  Tak  wyglądał 
krajobraz aż do miejsca, gdzie chmury skrywały niższe zbocza. Człowiek mógł znaleźć drogę 
tylko tam, gdzie uskok rozłupał skały, a sto milionów lat wyżłobiło rozpadliny. Niewielu tego 
próbowało i żaden nie doszedł daleko. 

Urwisko  zajmowało  brzeg  płaskowyżu  na  odcinku  pięciu  kilometrów.  W  miarę  scho-

dzenia w dół poszerzało się. Chociaż Svoboda często oglądał ten widok, patrzył teraz w dół z 
uczuciem grozy. 

Poranne  niebo,  purpurowe  na  zachodzie,  gdzie  kilka  ostatnich  gwiazd  migotało  nad 

garbem Centaurusa, jasno-niebieskie w zenicie, do którego zbliżał się blednący Raksu i pra-
wie białe na wschodzie, kontrastowało z mrokiem ogromnej, spokojnej wyżyny, gdzie tylko 
wierzchołki drzew bieliły się, gdy padło na nie światło. Ściana skalna pod jego stopami była 
szaroniebieska z czerwonymi i żółtymi smugami złóż minerałów. Gdzieniegdzie rosły karło-
wate drzewa, którym jakoś udało się zapuścić korzenie. Jeszcze niżej, coraz bardziej spadają-
ce  zbocza  były  pokryte  twardą  skorupą.  Naprzeciwko  niego  nie  było  nic,  prócz  zimnego 
powietrza. Później dopiero oko mogło uchwycić turnie na przeciwległym brzegu przepaści. W 
pierwszych promieniach słońca skały zaczęły rzucać swoje skomplikowane cienie. Jakiś ptak, 
wielki jak ziemski kondor, krążył nad Urwiskiem. Jego pióra błyszczały jak stal. 

–  Tędy  –  powiedział  Coffin.  Zabrzmiało  to  głośno  i  nieprzyjemnie  w  panującej  ciszy. 

Drobne kamyki odskakiwały grzechocząc spod jego butów i spadały w przepaść. 

Svoboda cofnął się mozolnie. Plecak na ramionach i pistolet u biodra sprawiały, że czuł 

się jakby wrastał w ziemię. Podobnie jak Coffin, Svoboda był ubrany jak na ciężką wyprawę, 
w brązowo-zielone spodnie szyte domowym sposobem i koszulę z wełny; rynsztunku kuchen-
nego i ekwipunku do spania mógłby mu pozazdrościć sam Daniel Boone. 

Pierwsze  ekspedycje  kolonistów  wypracowały  specjalne  techniki  poruszania  się  na  dzi-

kich terytoriach. Kłopot w tym, że były one stosowane tylko na płaskowyżu. Gdy dochodzili 
do Urwiska, badacze rzucali tylko krótkie spojrzenia na lasy pod chmurami, wzruszali ramio-
nami  i  zawracali.  Za  dużo  było  pracy  na  wyżynach,  żeby  schodzić  na  tereny,  gdzie  trudno 
było oddychać. W zeszłym roku John O'Malley zszedł samolotem do poziomu morza i wrócił 
bez żadnych strasznych dolegliwości, prócz okropnego bólu głowy. Ale niewielu ludzi posia-
dało taka tolerancję na większe stężenia dwutlenku węgla i azotu. Sam O'Malley wątpił, czy 
przeżyłby tam wiele dni. „Tak samo jak Danny” – skrzywił się Svoboda. Nie chciał znaleźć 
ciała  chłopca.  Prawdopodobnie  byłoby  już  w  rozkładzie,  jeżeli  wcześniej  nie  znalazły  go 

background image

 

85 

padlinożerne zwierzęta albo kruki. 

– Tutaj – odezwał się Coffin. – Tu psy straciły jego ślad. 
Svoboda  przyjrzał  się  temu  miejscu.  Stali  pośrodku  pasa,  wzdłuż  którego  wyżyna  prze-

chodziła w skalną ścianę. Urwisko usiane było wielkimi głazami, wyżłobienia szły stromymi i 
krętymi szlakami w dół, a ich ukośne ściany zamieniały się w skalne zbocza. W dole rozcią-
gały się chmury. 

Svoboda nie zwrócił na nie uwagi, gdy pierwszy raz spojrzał na Urwisko. Były niczym, 

tylko bielą gdzieś daleko pod jego stopami. Ale teraz unosiły się wyżej. Rąbek tarczy Eridani 
był już widoczny. Świecił oślepiająco nad pofalowaną na wschodzie równiną. Długie, kilome-
trowe cienie pełzły powoli w stronę Svobody. Mgła zaczęła unosić się nad kanionem, wypeł-
niając  go  od  ściany  do  ściany.  Szczyty  szarych  skał  tonęły  w  złotawej  poświacie.  Svoboda 
wciągnął powietrze. Od lat nie widział już wschodu słońca nad Urwiskiem. Przypomniało mu 
to,  ile  piękna  było  na  Rustum:  letnie  lasy,  wodospady  Elvenveil,  jezioro  Royal  turkusowe 
rankiem i ametystowe wieczorem, podwójne światło księżyca drżące nad Rzeką Imperatora... 
Pomimo wszystko, był zadowolony, że przybył tutaj. Ale nie chciał zakończyć swych dni w 
Urwisku. 

– Danny siadywał zwykle na tej skale porośniętej widłakami – powiedział Coffin. – Zdaje 

mi się, że musiał wymyślać sobie jakieś dziwne historie o tym, co znajduje się pod chmurami. 
Przynajmniej kiedy był mały snuł takie fantazje. Oczywiście odwodziłem go od tego.  

– Dlaczego? – spytał Svoboda. 
– Co? – Coffin zamrugał oczami. – Dlaczego nie... Ale to rodzaj rzeczy... To są fałszywe 

złudzenia! Pan, jako Konstytucjonalista... 

Anker  nie  twierdził  nigdy,  że  radość  i  fantazja  są  fałszywe  –  warknął  Svoboda,  ale 

powstrzymał złość. – Cóż, nie będziemy dyskutować o teoriach wychowywania dzieci. Szedł 
już pan kiedyś tędy? 

Coffin skinął głową.  
–  Zbadałem  dokładnie  kilka  kilometrów  w  dół  i  zszedłem  mniej  więcej  dwa  razy  niżej, 

szukając wczoraj. Dalej... – wzruszył ramionami – Będziemy musieli zobaczyć. 

Wyciągnął  z  kieszeni  bransoletkę  lokacyjną  i  położył  na  skale,  z  której  kiedyś  Danny 

obserwował złoty dym. Sygnały z nadajnika w bransoletce miały umożliwić im odnalezienie 
drogi powrotnej i lepszą orientację w terenie. 

– Chodźmy. 
Coffin ruszył wzdłuż brzegu wąwozu. Svoboda podążał za nim. Mgła rozlała się jak rzeka, 

zasłaniając  teraz  słońce.  Jej  opary  unoszone  przez  rozgrzane  powietrze  będą  jeszcze 
godzinami  wisiały  nad  brzegiem  Urwiska.  Mężczyźni  nie  mogli  dłużej  czekać.  W  każdym 
razie  i  tak  musieli  prowadzić  poszukiwania  w  takich  warunkach.  Cieplejsza  niż  Ziemia  i  z 
większą powierzchnią oceaniczną, Rustum w niektórych częściach stale przykryta była war-
stwą chmur. Wysoka Ameryka położona była korzystnie za wysokimi szczytami Centaura i 
Herkulesa, mając w ten sposób umiarkowaną wilgotność. Badania jeszcze tego nie dowiodły, 
ale możliwe było, że warstwa chmur oddzielała dwa różne ekologiczne pasy. 

Svoboda  skoncentrował  się  na  stawianiu  stóp.  Kamyki  zsuwały  się  spod  jego  pięt  i 

zatrzymywały  tuż  przed  czubkami  jego  butów  z  diabelską  precyzją.  Przez  rzędy  wielkich 

background image

 

86 

głazów  trzeba  było  przechodzić  z  trudem,  turnie  należało  omijać,  przez  kolczaste  zarośla 
ostrożnie się przeciskać, a po stromiznach powoli się opuszczać. 

Po pewnym czasie weszli w strefę, gdzie skraplało się powietrze. Szare krople wirowały 

dokoła. Coffin, idący przed nim wyglądał jak cień, a szczyty skał majaczyły z prawej i lewej 
strony jak zakapturzone duchy. 

Po długiej chwili Svoboda zawołał: 
– Czy jest jakiś sygnał z nadajnika? 
Coffin automatycznie spojrzał na czarną kasetkę przypiętą do plecaka. Ustawił odbior-nik 

na długość fal bransoletki Dannego. Antena chwiała się na wszystkie strony na swojej osi. 

– Na pewno nie – odpowiedział. – Nie doszliśmy nawet tak daleko jak zaszedłem wczoraj. 

Niech pan się nie obawia, powiem panu jak złapię sygnał. 

–  Nie  musi  pan  mówić  tym  tonem  –  zwrócił  mu  uwagę  Svoboda.  –  Prosił  mnie  pan  o 

pomoc. 

– Danny prosił o pomoc nas obu. 
– To nie czas na sentymentalizm. Zwłaszcza tak kiepski jak ten. 
Coffin przystanął i obrócił się. W jednej chwili twarz posiniała mu z wściekłości, a pięści 

zacisnęły się. 

Serce Svobody stanęło. „Lepiej, jeżeli przeproszę...” 
– Boże, dodaj mi sił – powiedział Coffin. Znów zaczął posuwać się naprzód. 
„Nie tego kołtuna” – zdecydował Svoboda. 
W miarę jak się posuwali, gwałtowny wiatr zaczął huczeć im w uszach, rozdzierając mgłę, 

ale  nie  mogąc  jej  całkiem  odsunąć.  Grunt  robił  się  coraz  bardziej  wilgotny,  aż  zaczął 
połyskiwać w gęstym mroku. Małe strugi wypływały spod każdego kamienia, strumyki prze-
cinały  się  wzajemnie,  źródła  biły  co  kilka  metrów.  Głośny,  pluszczący  hałas  wodospadów 
dawał się słyszeć od strony ścian skalnych, niewidocznych w zagęszczonych oparach mgły. 
Tu nie było już roślin. Zdawało się, że mężczyźni są jednymi żywymi istotami. 

– Niech pan zatrzyma się na chwilę – powiedział w końcu Svoboda. 
– Co się stało? – głos Coffina był jakby rozmazany przez wilgoć. 
– Jesteśmy w stałej strefie chmur. Czy doszedł pan kiedykolwiek tak daleko? 
– Nie. Co z tego? 
– Cóż, mój własny pokład jest na nieco większej wysokości, dzięki Bogu. Ale od cza-su 

do czasu, z tej czy innej przyczyny, muszę schodzić w dół do tego poziomu, albo nawet niżej. 
Znam raporty poprzednich ekspedycji badawczych. Wkraczamy w niebezpieczny rejon. 

– Czego mamy się bać? Ten obszar jest całkiem martwy. 
– Niezupełnie. W każdym razie podłoże będzie śliskie, powiewy wiatru niezwykle silne, 

skały jeszcze bardziej strome, a my sami na wpół  oślepieni.  Lepiej rozplanujmy wcze-śniej 
nasze następne ruchy. Poza tym czas już żeby odpocząć i coś przekąsić. 

– Kiedy Danny może umiera? 
–  Niech  pan  ruszy  głową.  Nie  będziemy  mogli  mu  pomóc,  jeżeli  sami  będziemy  krań-

cowo wyczerpani. 

Svoboda przykucnął i wyciągnął swoją paczkę. Po chwili Coffin niechętnie przyłączył się 

do  niego.  Rozciągnęli  derki,  żeby  usiąść,  podzielili  się  tabliczką  czekolady  i  rozżarzyli 

background image

 

87 

kapsułę termiczną pod czajnikiem z herbatą. 

Nie  było  żadnej  medycznej  przyczyny,  żeby  przegotowywać  tutaj  wodę,  choć  miejsce 

było prawdopodobnie najbardziej cuchnącym nizinnym mokradłem. 

Tych  kilka  tubylczych  chorób,  na  które  zapadali  ludzie,  brało  się  z  powietrza.  Była  to 

dobra strona tutejszej struktury biochemicznej. Złą stroną było to, że bardzo niewiele roślin 
nadawało się do jedzenia. Pewna liczba zwierząt była jadalna, gdyż żołądek ludzki był w sta-
nie rozłożyć większość obcych protein. Ale żadne z nich nie miało wielu składników odży-
wczych, a wiele było tak trujących, jak przeciętne rośliny. Jeszcze gorsze było to, że niektóre 
ze zwierząt mięsożernych odkryły, że smakuje im ludzkie mięso.  

Svoboda chciał napić się herbaty, bo zmarzł, przemókł i był zmęczony. 
–  W  pasie  chmur  panuje  znaczna  erozja  –  powiedział.  –  Skały  są  kruche.  Lepiej 

przypnijmy  raki  i  zwiążmy się liną.  – Westchnął  – Niech się pan nie obraża, ale  wolałbym 
mieć bardziej doświadczonego partnera niż pan. 

– Mógł pan przecież zabrać Hirayamę, prawda? 
– Nie zrobiłem tego. Poszedłby, gdybym go poprosił, ale nie poprosiłem go. Nawet mu nie 

powiedziałem. 

Coffin  zacisnął  szczęki.  Poza  szumem  wiatru  i  kapaniem  wody  nie  dochodził  żaden 

dźwięk. Kiedy Coffin opanował swą złość, odezwał się tępym głosem: 

– Dlaczego? Im większa grupa i im bardziej doświadczeni we wspinaczce są uczestni-cy, 

tym większe są szanse. 

– Tak. Ale Saburo też ma rodzinę. Gdybym ja umarł, on będzie prowadził dalej kopal-nię i 

w ten sposób zapewni mojej rodzinie jakiś dochód. 

– Pańska rodzina mogłaby pracować. Ta planeta aż prosi się o ręce do pracy. 
– Nie chcę, żeby Judy musiała pracować. Ani moje dzieci, dopóki nie dorosną. 
– Innymi słowy, wolałby pan, żeby byli pasożytami? 
–  Na  Boga!  –  Svoboda  uniósł  się.  –  Cofnie  pan  te  słowa,  albo  wracam  natychmiast  do 

domu. 

– Nie może pan – burknął Coffin. 
– Mogę, do diabła! 
–  Pan  i  burmistrz  Wolfe...  Niech  się  pan  cieszy,  że  pana  grzech  nie  został  ukarany  w 

gorszy sposób. 

– Ty nędzny, podsłuchujący szczurze! Wstawaj! No dalej, wstawaj i walcz, zanim kopnę 

cię w twój bebech! 

Coffin potrząsnął głową.  
– Nie. To nie jest miejsce na walkę. 
Mgła kłębiła się i wirowała. Herbata w czajniku zaczęła wrzeć. Coffin odstawił czajnik. 

Svoboda stał nad nim oddychając ciężko. 

Powoli głowa Coffina opadła. Policzki paliły go ze wstydu. 
– Przepraszam – wymamrotał. – Nie miałem zamiaru podsłuchiwać. Nie mogłem nic na to 

poradzić. To nie moja sprawa. Na pewno nie powinienem tego wspominać. Nigdy już tego nie 
zrobię. 

Svoboda zapalił papierosa, przykucnął i nie odzywał się dopóki herbata nie była gotowa i 

background image

 

88 

nie wziął do ręki pełnej filiżanki. Wtedy, wzrokiem unikając Coffina, powiedział: 

–  W  porządku.  Zgadzam  się,  to  nie  jest  miejsce  na  kłótnie.  Ale  niech  pan  nie  nazywa 

mojej  rodziny  pasożytami.  Czy  to  pasożytowanie  dla  kobiety  –  dla  wdowy  –  utrzymywać 
dom i wychowywać dzieci? Czy uczeń w szkole jest pasożytem? 

– Sądzę, że nie – powiedział Coffin nieszczerze. 
–  To  poniekąd  konflikt  kulturowy  między  nami  –  zauważył  Svoboda  próbując  się 

uśmiechnąć  i  rozładować  atmosferę.  –  Wy,  farmerzy  macie  tendencje  do  niezgody  z  nami, 
przedsiębiorcami,  dlatego,  że  prześcigamy  was  w  mechanizacji,  co  ciągle  jest  w  cenie.  Ale 
istnieje  także  podstawowa  różnica  w  rozwoju  naszych  postaw.  Sądzę,  że  to  nieuniknione. 
Większość naukowo wykształconych ludzi kierowała się zwykle do pracy w dziedzinach nie-
rolniczych. I są oni bardziej pragmatykami i hedonistami. Często słyszy się jak farmerzy nie-
pokoją się, że Wysoka Ameryka zamieni się w drugą zmechanizowaną proletariacką Ziemię. 

–  To  jedna  z  przyczyn,  dla  których  wybrałem  farmę,  pomimo  mojej  dawnej  pracy  – 

przyznał Coffin. 

Svoboda gapił się przed siebie. 
– Jeszcze przez stulecia nie będziemy musieli martwić się o to – powiedział. – Mamy cały 

świat do zdobycia. 

–  Nie  mamy  całego  świata  –  zauważył  Coffin.  –  Mamy  kilka  wyżyn,  większość 

pustynnych. Wypełnimy je ludźmi w ciągu następnych kilku generacji. I co później? Musimy 
zabezpieczyć się przed tym czasem. Zbudować kulturę, która nie wpadnie w tą samą pułapkę, 
co Ziemia. 

– Tak, słyszałem już wcześniej ten tok rozumowania. Osobiście nie widzę, jak chce pan 

skierować ewolucję kultury na określone tory, nie tracąc jednocześnie wolności, po którą tu 
przybyliśmy. 

– Może to prawda. Moim zdaniem niebezpiecznie przecenia pan wolność, no ale ja nigdy 

nie  byłem  Konstytucjonalistą.  Mogę  tylko  pana  zapewnić,  że  wolność  wymaga  wolnej 
przestrzeni. W jaki sposób człowiek mógłby być indywidualnością, jeżeli nie miałby miejsca, 
gdzie mógłby być sam ze swoim Bogiem? A Wysoka Ameryka straci wolne przestrzenie w 
ciągu stulecia lub dwóch. 

–  Kiedyś  będą  tu  ludzie  mogący  żyć  na  poziomie  morza.  Natura  wytworzy  takie  poko-

lenie. 

– Za tysiąc lat? Marny z tego pożytek. Pańskie idee wolnościowe i mój indywidualizm (a 

to nie to samo) będą już dawno wymarłe. 

Oczy Coffina pobiegły za spojrzeniem Svobody, ku mokrej pustce przed nimi. 
– Ciekawe, co znajdą ludzie tam na dole. 
– Każdego to zastanawia. 
– Hmm... Zdawało mi się, że pan zauważył przed chwilą, że ta warstwa chmur ma swoje 

własne formy życia. – Coffin z całych sił starał się nie rozmawiać na tematy osobiste. 

Svoboda był z tego zadowolony. 
–  Czy  nie  słyszał  pan  o  planktonie  nebularnym?  Cóż,  nie  sądzę,  żeby  pan  coś  o  nim 

wiedział, bo rzadko znajduje się tak wysoko. Niewiele o nim wiadomo, poza tym, że składa 
się z drobnych organizmów roślinnych, zwierzęcych i pośrednich, które pływają w stałej stre-

background image

 

89 

fie chmur. Moja własna teoria na ten temat jest taka, że wiatr odrywa cząstki górnych skał, 
gęste powietrze przenosi je do tego poziomu, gdzie krople wody rozkładają niektóre ich mine-
rały. Nie sądzę, żeby takie zjawisko  mogło  wystąpić na  Ziemi, ale tutaj,  gdzie mamy  gęstą 
stałą warstwę chmur i atmosferę, która może utrzymać większe krople wody, tu w chmurach, 
można  otrzymać  pokaźną  koncentrację  jonów  minerałów.  I  oczywiście  jest  tu  dwutlenek 
węgla oraz, choć na pewno nie przyszłoby to  panu do głowy, obfitość światła słonecznego. 
Dlatego przypuszczam, że mikroskopijne formy życia rozwinęły się i żyją na tej mineralnej 
zupie; a nieco większe ustroje rozwinęły się i żerują na mniejszych i tak dalej. Oczywiście, to 
bardzo chwiejne formy życia, jak można się spodziewać. Byłbym zdziwiony, gdyby przecię-
tnie dziesięć żywych minerałów wielkości główki szpilki wypadało na metr sześcienny. Ale 
jest  tutaj  życie.  Są  tu  nawet  gigantyczne  formy,  przerastające  człowieka  rozmiarami  (jeżeli 
nie wagą), które pasą się na tym. 

– Ma pan na myśli powietrzne morświny? Słyszałem o nich co nieco. 
–  Nieczęsto  się  je  widuje.  Ja  widziałem  je  kilka  razy  w  ciągu  tych  lat.  Ściśle  mówiąc, 

wczoraj zobaczyłem jednego w okolicy kopalni. Ale jest zrozumiałe, że jeżeli żyją na nebu-
larnym  planktonie,  muszą  być  rzadkimi  okazami.  Obserwowałem  je  przez  lornetkę.  Mają 
kształt grubego cygara, a poruszają się chyba przez rodzaj odrzutu. Przypuszczam, że utrzy-
mują  się  w  górze  wypełniając  wewnętrzny  pęcherz  biologicznie  wytworzonym  wodorem. 
Wciągają powietrze, zatrzymują plankton i wypuszczają powietrze, zdobywając w ten sposób 
napęd. Są powolne, głupie i nieszkodliwe, ale cholernie interesujące. Bardzo chciałbym prze-
prowadzić sekcję któregoś z nich. 

Coffin skinął głową. 
–  Jakiekolwiek  może  być  przeciętne  stężenie  planktonu  –  zauważył  –  burzliwość 

powietrza na pewno wywołuje miejscowe koncentracje. A tam, gdzie prąd powietrza porusza 
się normalnie w górę, wzdłuż nagiej skalnej ściany, chmury będą zawierały więcej minerałów 
i będą mogły utrzymać więcej organizmów. To może być właśnie to, co przyciąga te zwierzę-
ta – zawahał się. – Czy myśli pan, że wdychanie planktonu może być szkodliwe? 

–  Nie  przyzwyczajałbym  się  do  tego  –  powiedział  Svoboda.  –  Krzemica  może  stać  się 

poważną  dolegliwością.  Ale  zwykłe  wdychanie  od  czasu  do  czasu  powinno  być  całkiem 
bezpieczne. Poprzednim badaczom nic się nie stało. Och, możliwe, że niektóre z tych drobno-
ustrojów zawierają związki chemiczne, które za dziesięć lat mogą spowodować raka płuc. Kto 
wie? Ale ja w to wątpię. 

Coffin wzruszył ramionami. 
– Za dziesięć lat szpital  będzie posiadał  całą baterię lekarstw na raka  –  dopił herbatę. – 

Pójdziemy? 

Svoboda  kazał  mu  czekać,  domagając  się  jeszcze  pół  godziny  odpoczynku.  Potem  przy-

pięli raki, spakowali rzeczy i związali się liną. 

Svoboda  przejął  prowadzenie,  schodząc  po  omacku  po  nieznanych  pochyłościach,  które 

spadały coraz bardziej stromo między niewidocznymi skałami. Mgła gęstniała. Drobne strugi 
połączyły się tworząc strumień, wzdłuż którego musieli schodzić. Woda była zimna, szarozie-
lona i miejscami biała od mineralnych drobin. Płynęła z dość dużą prędkością, szumiąc gło-
śno. 

background image

 

90 

Svoboda  stracił  wkrótce  poczucie  czasu.  Nie  czuł  nic,  prócz  zmęczenia  ramion  i  kolan, 

ciężaru ekwipunku, powiewu wiatru, oślizgłości podłoża i ogólnej wilgoci. Ale miał w pamię-
ci raport sporządzony przez badaczy Urwiska. Nie mieli środków do sporządzenia dokładnej 
mapy, ale zaznaczyli tyle punktów orientacyjnych, ile zdołali. Gdy strumień spadał do głębo-
kiej  przepaści,  trzeba  było  skręcić  w  prawo  i  iść  wzdłuż  występu...  Czy  ten  dźwięk,  który 
teraz słyszał nie był odgłosem huczących katarakt? 

Tak.  Svoboda  zasygnalizował  postój.  Tuż  przed  nim  rozmokły  grunt,  który  pokrywał 

dotąd skałę cienką warstwą, kończył się. We mgle nie mógł niczego dojrzeć, jak gdyby stał na 
brzegu legendarnego Ginnungagap. 

Po jego lewej stronie rzeka spadała z pluskiem po krawędzi skały i znikała. Tylko łoskot 

wody rozbrzmiewający echem przez szum wiatru, był dowodem, że rzeka nie rozpły-nęła się 
we  mgle.  Po  prawej,  niewyraźna  i  wielka  wyniosłość  wysuwała  się  zza  ściany  skalnej  jak 
wieża strażnicza połączona z zamkiem jakiegoś tytana. Skała ta była popękana i wyżło-biona 
przez  silne  wiatry.  Uskok  ciągnący  się  w  dół  tworzył  rodzaj  szlaku.  Poza  tym  wąskim 
występem, i wyniosłość była niewidzialna. Ale badacze wywołali echo, pozwalające w przy-
bliżeniu określić jej wysokość. Sto pięćdziesiąt metrów, chyba tyle? 

Svoboda wskazał na uskok. 
– To jedyna droga, którą da się iść dalej – powiedział. – Chyba nie ma jeszcze żadnych 

sygnałów  z  nadajnika?  Wobec  tego  chłopiec  musiał  pójść  tym  szlakiem.  Nie  może  być  za 
nami, ani z żadnej strony, bo przebyliśmy cały ten teren w promieniu dziesięciu kilo-metrów. 
Chyba, że jego bransoletka nie działa. 

– Nie musi pan tracić czasu powtarzając to, co jest oczywiste – mruknął Coffin. 
Po krótkim spojrzeniu na wychudłą twarz Coffina, Svoboda zdecydował nie mieć mu tego 

za złe. Powiedział łagodnie: 

–  Do  tej  pory  szlak  nie  był  zbyt  trudny  dla  aktywnego  chłopca,  nie  obciążonego  pleca-

kiem. Mogę sobie wyobrazić, że zaszedł tak daleko próbując uciec do kraju z bajki. Zawsze 
mógł znaleźć drogę powrotną, gdyby zechciał. Ale jeśli dotarł tutaj... 

– Mógł świadomie iść dalej. 
–  Wątpię.  Niech  pan  spojrzy,  doszedłby  już  wystarczająco  daleko,  żeby  wycieczka  po-

prawiła mu nastrój. Faktycznie byłoby mu zimno i byłby głodny. A teraz zaczyna się trudny 
szlak, oczywiście niebezpieczny, którym trzeba się poruszać powoli. A przede wszystkim, do 
tego czasu musiał zacząć zapadać zmrok. Myślę, że Danny nie był wystarczająco duży, żeby 
przewidzieć, że zastanie go tu noc. Ale na pewno mógł sobie uświadomić, że gdy raz zacznie 
schodzić wzdłuż krawędzi, nie będzie mógł wrócić szybko ani łatwo. 

– Więc dlaczego szedł dalej? Cóż, muszę przyznać, że jestem zakłopotany, gdy pan to tak 

przedstawia. On... wie pan, on nie jest złym chłopcem. Zależy mu na Teresie przynaj-mniej, 
jeżeli nie zależy mu... Nie, i tak nie rozumiem. 

Svoboda zebrał się na odwagę, żeby oznajmić to, na co Coffin nie mógł się zdobyć: 
– Jeżeli wypuścił się którąś z dróg wzdłuż krawędzi, na pewno pośliznął się i spadł... Do 

stóp skały jest daleko. Jego bransoletka mogła roztrzaskać się, kiedy upadł. 

Coffin nie odpowiedział. 
– W takim wypadku nigdy go nie znajdziemy. 

background image

 

91 

– Mógł uporać się z tym szlakiem – wykrztusił Coffin. 
– W ciemności? I być teraz dalej niż dziesięć kilometrów w prostej linii od tego punktu? 

To  tak,  jakby  miał  przejść  trzydzieści  kilometrów  po  równym  terenie.  Nie,  przykro  mi,  ale 
pomyślmy rozsądnie. Danny jest tam, na dole. 

Svoboda przerwał. 
– Musiał umrzeć natychmiast – dodał ściszonym głosem. 
–  Nie  wiemy  tego  na  pewno  –  powiedział  Coffin.  –  Mamy  zapasy,  żeby  kontynuo-wać 

poszukiwania do zapadnięcia nocy i wrócić o wschodzie słońca. Nie możemy zrobić mniej. 

„Dlaczego,  u  licha,  miałbym  ryzykować,  że  skręcę  kark?-  myślał  Svoboda.  –  Żeby 

uspokoić  twoje  własne  sumienie  za  sposób  w  jaki  go  traktowałeś?  Nie  ma  innego  powodu, 
żeby przedłużać tę farsę.” 

„Poza Theronem i jego cuchnącym szantażem” – Svoboda sapnął ze złością. 
– W porządku – powiedział. 
Jego instrukcje dotyczące techniki zabrzmiały lakonicznie i pogardliwie. 
Ruszyli w poprzek frontowej  ściany skały. Wodospady wkrótce zniknęły, ich szum  roz-

płynął się w gęstniejącej szarości. Skondensowana wilgoć spływała po skałach i skapywała z 
ich  krawędzi.  Gdzieniegdzie  szlak  był  wystarczająco  szeroki,  aby  maszerować;  czasem 
zwężał się tak, że trzeba było iść bokiem przyciskając się do skały. 

Nie  mieli  możliwości  zatrzymania  się  na  posiłek  przed  dotarciem  do  położonego  niżej 

zbocza, a Svoboda pamiętał z raportu, że zajmie to wiele godzin. Powinien zarządzić obiad 
zanim  ruszyli  tym  szlakiem.  Ale  w  złości  zapomniał  o  tym.  Teraz  czuł  nieznośne  ssanie  w 
żołądku.  Osłabł  trochę  i  bał  się  że  straci  równowagę  w  czasie  zawrotu  głowy  lub  podczas 
nagłego podmuchu wiatru. 

Utrata  równowagi  i  upadek.  Dziesięć  czy  piętnaście  sekund  świadomości,  że  jest  się 

martwym, a potem upadek i niepamięć. 

Takiego przerażenia musiał doświadczyć Danny, kiedy powietrze rozdarło się krzy-kiem... 
Svoboda drgnął. 
Krzyk  powtórzył  się.  Ptaki,  które  rzucały  się  na  niego  krzycząc  niesamowicie,  miały 

haczykowate dzioby i kolor jak jastrzębie, ale ich skrzydła osiągały dwa razy większą rozpię-
tość. Spadały na niego tak szybko, że nie miał możliwości dobyć broni. 

Ich pazury szarpały mu piersi. Dziób któregoś rozdarł jego plecak. Svoboda zachwiał się 

pod ciosami i zsunął poza krawędź. 

Coffin trzymał się twardo. Raki doczepione do butów wryły się w kamienne podłoże. Ich 

ostrza wbijały się coraz głębiej i utrzymywały Coffina mocno na miejscu. Jednak Svo-boda 
ściągał  go  swoim  ciężarem.  Coffin  rzucił  się  wstecz,  by  nie  stracić  równowagi.  Drugi  ptak 
uderzył  na niego. Joshua osłonił ramieniem oczy. W jakiś sposób udało  mu  się wycią-gnąć 
pistolet i wystrzelić na oślep. 

Ptak wrzasnął, kula przeszyła go na wylot. Padając, jednym skrzydłem dotkliwie ude-rzył 

Coffina w głowę. Drugi  ptak porzucił na chwilę Svobodę, ale szykował się do ponowne-go 
ataku. Svoboda wyciągnął pistolet. Był zbyt oszołomiony, żeby celować, ale otworzył ogień 
ciągły i siekał nim powietrze. 

Dwa wielkie kształty spadły w dół, zostawiając krwawy ślad na chmurach. 

background image

 

92 

Po kilku minutach Svoboda zebrał  siły, żeby  chwycić linę i  wdrapać się z powrotem na 

występ.  Manewr  ten  był  dość  brutalny  dla  na  wpółprzytomnego  Coffina,  służącego  mu  za 
kotwicę. 

Svoboda odpiął mu raki od butów i ułożył go na wznak, z głową na plecaku. Joshua miał 

ranę na lewym policzku i szerokiego na dłoń sińca na prawej skroni. Svoboda był w lepszym 
stanie. Jego gruba bluza ochroniła go przed pazurami ptaka, a plecak przed jego dziobem  – 
choć obie rzeczy były rozdarte. 

Nagle poczuł się odrętwiały. 
Kiedy Coffin się ocknął, Svoboda dał mu tabliczkę stymulującą i sam zażył połowę. Teraz 

mogli porozmawiać. 

– Co to, u licha, było? – zapytał Coffin słabym głosem. 
–  Nieznany,  jak  dotąd,  rodzaj  jastrzębi  –  zdecydował  Svoboda.  Wciąż  był  zajęty 

odrywaniem  od  podłoża  raków  Coffina  i  umocowywaniem  na  nowo  ich  ostrzy.  Nie  chciał 
rozwodzić się nad tym, co mogło się zdarzyć. 

–  Już  wcześniej  zostało  zaobserwowane,  że  powietrzne  formy  życia  pod  chmurami  są 

dużo  większych  rozmiarów,  niż  odpowiadające  im  gatunki  lądowe.  Rozumie  pan?  To  wina 
większego ciśnienia. 

– Ale myślałem... chmury są granicą... 
–  Tak,  z  reguły  są.  Ale  najwyraźniej  te  gigantyczne  jastrzębie  dochodzą  tak  wysoko  od 

czasu  do  czasu.  Podejrzewam,  że  przyleciały  tu  szukając  tego  morświna,  którego  spostrze-
głem. To byłby niezły łup. Myślę, że my także wyglądaliśmy kusząco. Tam niżej, na swojej 
zwykłej  wysokości,  gdzie  ich  skrzydła  mogą  rzeczywiście  sprawnie  funkcjonować,  te  ptaki 
muszą  polować  na  zwierzęta  naszych  rozmiarów.  Tutaj  nie  mogłyby  nas  unieść.  Ale  jeżeli 
zostalibyśmy strąceni i spadlibyśmy w dół, na jedno by wyszło. 

Coffin zakrył twarz.  
– O Boże – wymamrotał – to było jak monstrum z Księgi Objawienia...  
– Niech się pan o nie nie martwi. Pozbyliśmy się ich obu, a nie spodziewam się, żeby było 

ich więcej. Ten szczególny gatunek nie może wznosić się często tak wysoko, ani nie w dużej 
liczbie; w przeciwnym wypadku ktoś musiałby je zauważyć. 

Svoboda przymocował z powrotem raki do butów Coffina. 
– Sądzi pan, że będzie pan mógł iść? Nie skręcił pan nogi? 
Coffin wstał z trudnością i ostrożnie sprawdził swoje członki. 
– Nic mi nie jest. Trochę jestem poobijany, ale nic poważnego. 
– Wobec tego lepiej chodźmy – Svoboda zawrócił. 
– Zaraz! – warknął Coffin. – Dokąd pan idzie? 
– Z powrotem. Gdzie indziej? Chyba nie ma pan zamiaru iść dalej, kiedy... 
Coffin zacisnął kurczowo palce na ręce Svobody. 
– Nie – powiedział. Zabrzmiało to jak stuk spadającego kamienia. 
–  Ale  na  Ankera,  człowieku!  Te  ptaki  –  one  musiały  tu  być  i  wczorajszego  wieczoru. 

Wiemy co się stało z Dannym. 

– Nie wiemy. Jeżeliby go zabiły, jego bransoletka zostałaby nietknięta. 
– Nie, jeżeli przestraszył się kiedy je zobaczył, zaczął biec i spadł ze skały. Jeżeli nadajnik 

background image

 

93 

roztrzaskał się na kamieniach... 

– Jeśli, jeśli, jeśli! Powiedziałem, idziemy dalej! 
Svoboda wpatrywał się w jego fanatyczne oczy. Coffin stał nieugięty. 
Svoboda obrócił się. 
– W porządku – powiedział z nienawiścią.  
 

 

 

 
Znaleźli  się  pod  chmurami  u  stóp  wyniosłości,  gdzie  Urwisko  łączyło  się  z  innym 

łańcuchem górskim. Spadek ciągnął się dalej, aż do równin nadmorskich, ale rzędy szczytów, 
kotlin,  grzbietów  i  wąwozów  nie  były  widoczne.  Linia  chmur  łączyła  się  z  linią  lasu  – 
małych, zdeformowanych drzewek, które wkrótce otoczyły Svobodę. Mógł oszacować spadek 
terenu  przy  pomocy  aneroidu,  lub  obserwując  szybkość,  z  jaką  drzewa  stawały  się  coraz 
wyższe,  temperatura  wzrastała  i  robiło  się  duszno.  Gdyby  doszedł  do  łąki,  mógłby  ponad 
liśćmi zobaczyć odległe turnie, których najwyższe punkty rozpływały się gdzieś na niebie... 
Mógłby zobaczyć jak bystro płynęły rzeki i jak głębokie żłobiły wąwozy. Ale teraz widział 
tylko las. 

Jeżeli  chłopiec  zaszedł  tak  daleko,  było  pewne,  że  zgubił  drogę  w  ciągu  kilku  minut. 

Mężczyźni  powiesili  jeszcze  jedną  bransoletkę  na  drzewie,  sprawdzili  kompas  i  pedometr  i 
zaczęli poruszać się spiralną trasą. To znaczy trzymali się tego wzoru w niesprecyzowanym 
przybliżeniu, na tym niepewnym, zarośniętym terenie. 

W  końcu  musieli  się  zatrzymać  na  kolację  i  na  nocleg.  Ponieważ,  na  szczęście,  nie  za-

nosiło się na deszcz, nie wymagało to niczego więcej niż podgrzania jedzenia i wyciągnięcia 
śpiworów. 

Po umieszczeniu na pniu czujnika, który miał za zadanie badać teren swymi promie-niami, 

mężczyźni położyli się spać. Svoboda zapadł w nieświadomość. 

Zbudziło  go  brzęczenie.  Przez  chwilę,  zdezorientowany,  myślał,  że  to  czujnik.  Później 

uświadomił sobie, że to sygnał w jego ręcznym zegarku. Nie chciało mu się wstawać. Choć 
był zmęczony, spał źle. Bolały go mięśnie i głowa, jego umysł wciąż zaprzątnięty był na wpół 
zapamiętanymi koszmarnymi snami. Z trudem otworzył oczy. Pragnienie nieprzyjemnie wy-
suszyło mu usta. 

– Proszę – Coffin podał mu manierkę. 
Był  już  ubrany.  Strój  miał  pomięty,  był  nieogolony  i  zdawał  się  być  wychudzony  do 

granic możliwości. Ale poruszał się z gorączkową energią, a w jego głosie brzmiało podnie-
cenie.  

– Niech się pan pośpieszy i doprowadzi do porządku. Chcę panu coś pokazać. 
Svoboda  wypił  chciwie,  spryskał  sobie  twarz  wodą  i  wygrzebał  się  ze  śpiwora.  Płuca 

ciążyły mu jak kamień. Według barometru, znajdowali się pod ciśnieniem pięciu ziemskich 
atmosfer.  Ponieważ  ciężar  właściwy  dwutlenku  węgla  był  większy  od  ciężaru  właściwego 
tlenu czy azotu, jego współczynnik stężenia był większy. Svoboda próbował zapanować nad 

background image

 

94 

słabością przez to wywołaną, ale nie mógł zrobić wiele, z powodu bólu głowy i umysłowego 
chaosu. 

Już  ubrany,  podszedł  do  Coffina,  który  siedział  na  ziemi  obok  przenośnej  torby  na 

narzędzia.  W  torbie  było  kilka  probówek  i  miniaturowa  elektroniczna  kasetka  z  czterema 
tarczami. Przed nimi, na ziemi, leżał jajowaty żółty owoc, garść czerwonych jagód, miękka 
bulwa, kilka rodzajów orzeszków i jakieś ampułki. Svoboda nie był w stanie określić swoich 
uczuć. Nadzieja, entuzjazm, wdzięczność, strach? 

– Co pan tam ma? – spytał. 
– Zestaw do badania pożywienia. Nie widział pan nigdy?  
–  Nie  taki.  Widziałem  jak  Leigh  jeździł  w  swojej  ciężarówce  –  laboratorium,  badając 

rośliny i próbki mięsa. Ale trwało to raczej niedługo. 

Coffin skinął głową zamyślony. Ciągle wpatrywał się w aparat. A później zaczął mówić o 

znanych,  i  całkiem  nowych  dla  Svobody  rzeczach.  Mówił  szybko,  głosem  tak  szorstkim  i 
grzechoczącym, że Svoboda zorientował się, że nie zwraca uwagi na treść tego, co mówi. 

–  Nie,  nie  słyszał  pan  o  tym.  Dane  agrotechniczne  o  większości  gatunków  z  Doliny 

Imperatora zostały zdobyte przez pierwszą ekspedycję. Praca Leigh'a rozszerzyła badania na 
pustynię, wysokie góry i inne kontynenty. Zawierała też badania kilku gatunków nizinnych. 
W  kooperacji  z  innymi  specjalistami,  Leigh  opracował  pewne  podstawowe  wzory.  Dziwi 
mnie, że słyszał pan o jego rezultatach, nawet jeżeli nie jest to istota pańskiej pracy. Wiem, że 
każdy ma dosyć swoich własnych zajęć, że ludzie są zbyt zajęci rozwijaniem swoich specja-
lności  w  obcych  warunkach.  Ale  skoro  jeszcze  nie  możemy  publikować  naukowego  pisma, 
myślę, że powinniśmy odbywać okresowe spotkania. 

Cóż, w każdym wypadku, ostatnie wyniki Leigh'a są całkiem nowe. Usłyszy pan o nich w 

swoim czasie, bo są one ważne dla każdego. Leigh dowiódł tego, co mogło być przewidzia-
ne: że liczba niebezpiecznych związków chemicznych na Rustum nie jest nieskończona. Te 
same  związki  chemiczne  powtarzają  się,  tak  jak  na  Ziemi  znajdujemy  w  roślinach  ten  sam 
rodzaj  skrobi,  cukrów  i  kwasów.  Badania  teoretyczne  umożliwiły  ostatnio  przewidzenie 
pewnych rzeczy bez posiadania danych. Na przykład Leigh odkrył, że niemożliwe jest, żeby 
każdy tutejszy liść zawierał nikotynę. Musiałaby ona reagować z enzymem, podstawowym w 
fotosyntezie na Rustum. 

Na  podstawie  takich  studiów,  Leigh  opracował  ten  podręczny  zestaw  do  badania  ży-

wności.  Z  wysokim  prawdopodobieństwem,  każda  próbka  mięsa  czy  warzywa,  która  przej-
dzie  przez  tą  baterię  –  testy  na  naturalny  kolor,  strącanie  osadu,  testy  elektroniczne  i  opty-

czne – wszystko, co przejdzie te testy może być zjedzone przez człowieka. Prawdopodobnie 
brakuje im pewnych witamin i innych potrzebnych nam rzeczy, przez jakiś czas mogą utrzy-
mać człowieka przy życiu. Leigh rozdał ten sprzęt kilku farmerom, którzy wyrazili chęć eks-
perymentowania z naturalizowaniem tutejszej roślinności.  Wkrótce będzie chciał zorganizo-
wać  ekspedycję  do  nizin,  żeby  dalej  rozszerzyć  program  testów.  Pan  i  ja  przez  przypadek 
wyprzedziliśmy go w tym. 

–  Czy  to  znaczy...  –  nieco  przytępiony  umysł  Svobody  zaczynał  pojmować  wagę  słów 

Coffina – To znaczy, że zamiast spać testował pan te rzeczy? 

– I tak nie mógłbym spać. A zabrałem mój aparat ponieważ... z tej przyczyny... Leigh chce 

background image

 

95 

jakoś promować tą ekspedycję. Wyżyny i niziny są odrębnymi ekologicznie pasmami. Tych 
kilka nizinnych gatunków, które przebadał do tej pory, dało mu nadzieję, że tu, na dole, jest 
wiele  innych  nadających  się  do  jedzenia.  Zaczynam  myśleć,  że  jest  to  prawda.  Te  okazy 
zebrałem w obrębie stu metrów od obozu. Wszystkie są dobre. 

Pochylił krótko ostrzyżoną głowę w niskim pokłonie. 
– Ojcze – wyszeptał. – Dziękuję Ci. 
– Jest pan pewien? – spytał Svoboda z niedowierzaniem. 
–  Spróbowałem  ich  sam  kilka  godzin  temu.  Jeszcze  się  nie  rozchorowałem.  Prawdę 

mówiąc,  są  zupełnie  smaczne.  –  Coffin  uśmiechnął  się.  Uśmiech  ten  wyglądał  jakby  ranił 
jego twarz, ale jednak był to uśmiech. 

– Teraz, jesienią, lasy muszą być pełne takich owoców. Oczywiście znalazłem też tru-jące, 

ale  były  one  wyraźnie  spokrewnione  z  wyżynnymi  formami,  które  już  znamy.  Można  to 
poznać po samych liściach. 

–  Jezu  Chryste!  –  pod  Svobodą  ugięły  się  nogi.  Musiał  usiąść  na  trawie  –  Pan  sam  ich 

próbował... 

Coffinem owładnęła dziwna radość. 
–  Na  podstawie  testów  można  było  sądzić,  że  te  rzeczy  można  bezpiecznie  zjeść.  Ale 

końcowym  testem  było  zjedzenie  ich.  Jeżeli  jest  wolą  bożą,  że  znajdziemy  Danny'ego 
żywego, to znaczy, że są naprawdę bezpieczne. 

– Ale... jeżeli pan zemdleje... nie będę mógł pana zabrać. Umrze pan! 
Coffin zignorował jego protesty. 
–  Rozumie  pan  o  co  mi  chodzi,  prawda?  –  powiedział  z  przejęciem  –  Danny,  jeszcze 

zanim doszedł tak daleko, musiał być już bardzo głodny. Jest przecież taki mały. Na pewno 
zapomniałby o zakazie i zerwał sobie coś z drzewa. Ale myślę... wierzę... Bóg dał mu na tyle 
rozsądku,  żeby  nie  zerwał  tych  owoców,  po  których  wyglądzie  mógł  poznać,  że  są  trujące. 
Zamiast tego zjadł takie, jak te, które leżą przede mną. Jeżeli ja czuję się dobrze, on także się 
nie  rozchorował.  I  nie  musimy  się  martwić  o  zapasy  żywności!  Możemy  przeżyć  na  tych 
owocach i kontynuować poszukiwania przez wiele dni. 

– Czy pan oszalał? – wydusił Svoboda. 
Coffin zaczął składać aparat. 
– Niech pan coś przekąsi, kiedy ja będę to pakował – zaproponował łagodnie. 
– Niech pan posłucha. Chwileczkę. Niech pan słucha. Będę kontynuował poszukiwa-nia 

do zmroku, bo na ten czas mamy odpowiednie zapasy. Ale potem rozłożymy obóz na noc i... 

–  Ale  dlaczego?  Mamy  przecież  reflektory.  Możemy  szukać  także  nocą,  chociaż  trochę 

wolniej. 

–  Dlatego,  że  byłoby  fatalnie  złamać  nogę  w  norze  jakiegoś  zwierzęcia,  tak  samo  jak 

zawierzyć pańskiemu neolitycznemu Bogu – wybuchnął Svoboda. – Jutro o świcie ja ruszam 
z powrotem. 

Coffin poczerwieniał, ale powstrzymał replikę. 
– Nie kłóćmy się teraz o to – powiedział po chwili. – Wie pan, możemy go znaleźć przed 

zachodem słońca. Chodźmy, zjemy śniadanie. 

Jedli  w  milczeniu.  Próbując  zapomnieć  o  bólu  głowy  i  mięśni,  i  uwolnić  się  od  męczą-

background image

 

96 

cego napięcia, Svoboda patrzył na las. 

Jakkolwiek  powietrze  było  męczące,  nie  mógł  zaprzeczyć,  że  widok  był  majestatyczny. 

Siedzieli na małej łące, gdzie łagodny wiatr falował w błękitno-zielonych trawach. Gdzienie-
gdzie rosły gęste krzaki z kępkami owoców rubinowego koloru. Drzewa dookoła były wyso-
kie, o gęstym listowiu. Niektóre okazy przypominały dęby, a pnie miały pokryte czymś, co na 
Ziemi możnaby nazwać mchem. Inne drzewo przypominało jałowiec, choć korę miało koloru 
mocnej czerwieni. Jeszcze inne było smukłe i białe, ukoronowane liśćmi które nie były jedno-
lite, przypominały skomplikowany koronkowy wzór. Pomiędzy pniami rosło poszycie, prymi-
tywne  rośliny,  których  liście  obramowywały  cienkie,  giętkie  łodygi.  Gdy  zawiał  wiatr  lub 
przeszedł człowiek, rozbrzmiewał przyjemny szum. Patrząc na wysokie sklepienia gałęzi, oko 
wkrótce napotykało na ciemności, rozjaśniane przez świecące grzyby, które migotały purpu-
rowo i złoto. 

Niebo miało barwę mleczną. Rozpraszało promienie, tak że nie można było powiedzieć, 

gdzie znajduje się słońce; nie padały też cienie. Ale światła było pod dostatkiem: było rzeczy-
wiście  kojące  po  latach  jaskrawego  blasku,  w  jakim  była  skąpana  Wysoka  Ameryka.  Kilka 
chmur sunęło poniżej stałej warstwy (która faktycznie nie była stała, często pokazywały się 
przejaśnienia, cudownie niebieskiego koloru). Wiatr szumiał łagodnie wśród drzew. 

„Gdybym tylko mógł znieść to powietrze” – pomyślał Svoboda. 
Jeżeli,  jak  wskazywały  odkrycia  Coffina,  gatunki  tej  niziny  były  nieszkodliwe,  ale  uży-

teczne dla człowieka; wówczas mieszkańcy Rustum byli podwójnie wystawieni na męki Tan-
tala. Niewątpliwie każdy osadnik będzie chciał wzbogacić swój jadłospis kilkoma ziemskimi 
roślinami, ale będzie ich potrzebował tylko kilku. Powiedzmy, zboża i ziemniaków, które po-
winny dobrze się rozwijać w tych warunkach. Żeby zdobyć resztę, każdy mógłby bez proble-
mu zejść na niższe tereny... Ale nie pozwalała na to ta cholerna atmosfera. 

Svoboda ukradkiem spojrzał na Coffina. Jego smukłe ciało zdawało się być bardziej niż 

kiedykolwiek  rozluźnione,  a  na  jego  twarzy  malowało  się  błogie  urzeczenie.  Bez  wątpienia 
widział swoje odkrycie jako zrządzenie Opatrzności, szansę odkupienia grzechu, że pozwolił 
Danny'emu uciec. 

„Jak  długo  będzie  tkwił  jeszcze  w  tym  zaślepieniu  zanim  zrozumie,  że  chłopiec  leży 

martwy u stóp tych skał? Dopóki jeden z nas też nie umrze? Nie zajmie to dużo czasu w tym 
chaosie  nieznanych  żyjących  form,  przy  tym  jak  trujemy  się  coraz  bardziej  każdym  odde-
chem. Nie zostanę tu z tym szaleńcem”. 

Svoboda dotknął pistoletu u boku i spojrzał w stronę Coffina. „Tylko czy on pozwoli mi 

wrócić?”. 

Podjął  decyzję.  Nie  ma  jeszcze  potrzeby,  by  prowokować  kłótnię;  zostało  jeszcze  dwa-

dzieścia  godzin  dnia.  Ale  jutro  rano,  albo  dziś  wieczorem,  jeżeli  będzie  się  upierał  żeby 
szukać w nocy, Coffin musi w jakiś sposób zostać rozbrojony i doprowadzony do domu na 
muszce pistoletu. 

„Ciekawe czy Teresa podziękuje mi. Albo przebaczy”. 
Svoboda zgasił papierosa.  
– Ruszajmy – powiedział. 
 

background image

 

97 

 

 

 
Kryzys nadszedł późnym popołudniem. 
Stracili  zupełnie  rachubę  czasu.  Częstokroć  spoglądali  na  zegarki  i  zauważali,  w  jakiś 

przyćmiony, dziwny sposób, że ich ręce są ustawione pod wieloma różnymi kątami. Zaczęli 
częściej odpoczywać, ale były to tylko przerwy wypełnione leżeniem i gapieniem się w górę. 
Kilka  razy  przełknęli  jakieś  jedzenie  i  wypili  herbatę,  prawie  tego  nie  odczuwając.  Apetyt 
zanikał w miarę wzrostu fizycznego wyczerpania. 

„Narkoza”  –  Coffin  wiedział.  Jego  umysł  coraz  bardziej  precyzował  tę  myśl.  „Za  dużo 

dwutlenku węgla. A teraz zaczyna być za dużo azotu. Dodatkowy tlen nie pomaga skutecznie. 
Płuca zaczynają piec dotkliwie”. 

„Stanie się wola Twoja”. Ale Boże, pomóż nam wrócić. To, że owoce okazały się jadalne, 

nie było łaską. Wtedy to tak wyglądało – że Ten, który nakarmił na pustyni dzieci Izraela, nie 
pozwoliłby Danny'emu umrzeć. Ale przedzierając się przez ściany z pnących roślin i chwiejąc 
się  na  nogach  w  ciernistych  krzewach,  Coffin  zrozumiał,  że  pożywienie  było  rozkazem. 
Ponieważ Bóg sprawił, że przeszukanie tego piekielnego przybytku było możliwe, jego sługa 
Joshua musiał to uczynić. 

„Nie,  nie  jestem  szalony.  Czy  jestem?  Żeby  myśleć,  że  Pan  stworzył  planetę  –  albo 

zamierzył  to  wszystko  od  początku,  pięć  bilionów  lat  temu  –  po  to,  by  ukarać  mnie  jedne-
go?” 

„Ja tylko próbuję wypełnić mój obowiązek”. 
„O Tereso, pociesz mnie teraz!”. Ale jej oczy, ręce i głos, były zagubione za chmurami. 

Tu był tylko ten las, który z nimi walczył i powietrze, które paliło w przełyku. Tylko upał, 
pragnienie  i  ból,  mocne,  obce  zapachy  i  pnącze,  które  właśnie  schwytało  w  pułapkę  jego 
stopy, tak, że runął wprost na drzewo. 

Gdzieś zakrakał jakiś ptak, jakby śmiał się z niego. 
Coffin  potrząsnął  głową,  by  rozjaśnić  umysł.  To  był  błąd.  Czubek  czaszki  zdawał  się 

rozrywać.  Zastanowił  się,  czy  odważy  się  zażyć  następną  aspirynę.  Lepiej  nie.  Trzeba  je 
oszczędzać. 

Błysnęła mu myśl: jak dziwacznie ułożone było życie! Gdyby nie ta wiadomość wysła-na 

za  flotyllą,  mógłby  być  wciąż  kosmonautą.  Mógłby  w  tej  chwili  stać  z  Nilsem  Kivi  pod 
nowym  słońcem,  na  nietkniętym  jeszcze  globie.  Oczywiście,  może  tak  by  nie  było.  Może 
Ziemia w końcu skończyła z wyprawami kosmicznymi i statki kołysały się puste nad planetą, 
która przestała rodzić kosmonautów. 

Ale  Coffin  lubił  myśleć,  że  jego  starzy  przyjaciele  nadal  uprawiali  swój  fach.  Była  to 

zastępcza przyjemność, po dniu wdychania kurzu na traktorze. 

„Jednak gdybym został z nimi, nigdy nie poślubiłbym Teresy”. 
Nagle myśl, która przychodziła do niego codziennie odkąd wyrzekł się swojego zawodu 

uderzyła go tak bardzo, że zatrzymał się i stracił oddech. Teresa nie była nagrodą pocieszenia. 
Jeżeli mógłby wrócić i przekreślić te wszystkie lata, nie zrobiłby tego. 

background image

 

98 

– Co się stało? – wykrztusił Svoboda. 
Coffin  spojrzał  za  siebie.  Ciemnowłosa  głowa  Svobody  z  haczykowatym  nosem  i  nieo-

goloną, spoconą i wychudzoną twarzą, zdawała się falować w oparach gorąca na tle wszech-
świata niebiesko-zielonych liści. 

– Nic – powiedział. 
–  Myślę,  że  lepiej  będzie,  jak  zmienimy  kierunek  -  Svoboda  wskazał  na  kompas  przy-

troczony do swego pasa. - Jeżeli chcemy utrzymać drogę po spirali. 

– Nie od razu – powiedział Coffin. 
– Dlaczego? 
Coffin nie miał ochoty na wyjaśnienia. Odwrócił się i chwiejnie ruszył naprzód. Był zbyt 

pełen swoich własnych myśli, żeby móc mówić. 

Ale  brakowało  mu  siły,  żeby  przedłużyć  swoje  marzenia.  Zaczął  zastanawiać  się  jak 

przywrócić  Danny'ego  Teresie.  Zagubiony  i  przestraszony  chłopiec  szedłby  raczej  dalej 
wzdłuż spadku, niż poruszał się po okręgu. Do tej pory prosta linia poszukiwań była lepszym 
wzorem niż spiralna, czy nie tak? Trzeba było decydować samemu. Bóg nie potępi cię jeżeli 
rozwiążesz  to  źle.  A  w  każdym  razie  przebaczy  ci,  ze  względu  na  Teresę.  Celem  życia  nie 
było unikać piekielnego ognia Jonathana Edwardsa, ale postępować sprawiedliwie i zgodnie z 
zasadami honoru. 

Nie  znaczy  to,  że  ludzie  kiedykolwiek  osiągali  ten  cel.  On,  Joshua  Coffin,  najmniej  ze 

wszystkich. Ale próbował.  I próbował wpoić swoim dzieciom ten sam ideał.  Będą tego po-
trzebowały, nie tylko w imię ideału, ale jako dodatkowej siły na tej okrutnej planecie. Nie, nie 
tak; Rustum nie była okrutna. Rustum była po prostu duża. 

A  Teresa  mówiła  mu  tak  często,  że  honor  nic  wystarcza.  Przetrwanie  nie  wystarcza. 

Trzeba być także dobrym. Chrystus, wie, że ona była dla Coffina dobra, lepsza niż na to za-
sługiwał, najmilsza w czasie tych nocy, kiedy wracało jego poczucie winy. Był zbyt wymaga-
jący,  ponieważ  się  bał.  Małe,  brudne  łapki  szarpiące  go  za  ubranie  nie  były  obywatelskim 
obowiązkiem. To znaczy, oczywiście – były, ale przecież obowiązek i przyjemność mogą iść 
w parze. Zawsze tak to rozumiał. 

Jego  obowiązki  kapitana  statku  były  jego  przyjemnością.  Ale  kiedy  chodziło  o  ludzi, 

rozumiał to tylko powierzchownie. To się nie liczyło. Doszedł do tego gęstego, cichego lasu, 
zanim ta świadomość naprawdę do niego dotarła. Buddyści rozprawiali o życiu chwilą, bez 
balastu przeszłości czy przyszłości. Pogardzał tym jako usprawiedliwieniem pobłażania sobie. 
Ale tutaj, teraz, w jakiś sposób zaczął rozumieć, jak trudna do przebycia była ta droga. I czy 
było to tak różne od chrześcijańskiego zmartwychwstania? 

Jego myśli skłębiły się pomieszane i odeszły. Nie zostało nic prócz plątaniny lasu, dopóki 

nie wyłonili się z niego przed kanionem. 

Coffin tak przywykł już do przedzierania się przez poszycie i wspinania się po zwalo-nych 

pniach, że nagły brak oporu pchnął go na kolana. Ból wycisnął mu łzy z oczu, ale przywrócił 
świadomość. Za jego plecami Svoboda z trudem oddychał, sapiąc. Wiatr szybko rozproszył 
ten dźwięk, szumiąc głośno pod niebem. 

Tutaj  stok  górski  stawał  się  nagle  tak  stromy,  że  jego  zbocze  tworzyło  niemal  ścianę 

skalną. Las tworzył mur na jej szczycie. Na stokach gdzie była wyżłobiona gleba, rosła tylko 

background image

 

99 

trawa i karłowate drzewa. Głazy leżały porozrzucane, a turnie podnosiły swe poszarpane wia-
trem głowy w kierunku brzegu kanionu. Przeciwległa strona była znacznie niższa niebieska i 
nieco zamazana, odległa o co najmniej dwadzieścia kilometrów. Podobna mglistość, spowo-
dowana odległością, rozmazywała brzegi wąwozu. Coffin miał wrażenie, że jest on nieskoń-
czenie długi, rozłupuje na połowę całe góry, ale nie mógł rozpoznać szczegółów. Zdawało mu 
się,  że  na  dnie  zobaczył  rzekę,  ale  tego  także  nie  był  pewien.  Zbyt  wiele  było  szczytów  i 
stoków, i zbyt duża przestrzeń między nimi. 

Wiedział, że powinien patrzeć na to  arcydzieło  Boga ze strachem,  ale  głowa opadła mu 

bezwładnie,  a  oczy  paliły  go  straszliwie.  Usiadł  koło  Svobody.  Każdy  ruch  był  odrębnym 
zadaniem. Jego ręce i nogi były jak z ołowiu. 

Svoboda zapalił papierosa. Coffin na wpół świadomie pomyślał: „Nie chciałbym, żeby się 

zatruł w ten sposób. Za dobry z niego facet”. 

Wiatr zwichrzył włosy Svobody, tak jak zwichrzył liście i trawy. 
–  Następne  Urwisko  –  powiedział  Svoboda  bezmyślnie  –  pod  kątem  prostym  do  tego, 

które znamy. 

– I jesteśmy pierwszymi z rasy ludzkiej, którzy je widzą – odpowiedział Coffin żału-jąc, 

że czuje się zbyt marnie, żeby docenić ten fakt. 

Svoboda wydawał się równie otępiony. 
– Tak. Poszliśmy dalej niż poprzednia naziemna ekspedycja, a powietrzne ekspedycje do 

poziomu  morza  nigdy  nie  kierowały  się  w  tym  kierunku.  Jednak  odnotowały  wiele  takich 
rozpadlin  w  innym  rejonach.  Musiał  je  wywołać  jakiś  proces  tektoniczny.  Planeta  bardziej 
zwarta niż Ziemia nie może mieć identycznej geologii. Na pewno góry są tu wyższe. 

– To nie jest tak strome, jak Urwisko – Coffin usłyszał swoją odpowiedź. – Na zboczach 

trzyma się gleba, widzi pan. Oczywiście jest też szersze i dłuższe. 

– Można się tego spodziewać tam, gdzie topografia jest nieco mniej pionowa. – Svoboda 

zaciągnął się dymem, zakasłał i zgasił papierosa. – Cholera! Przy tym powietrzu nie mogę już 
palić. O czym to mówiliśmy? 

– O niczym ważnym – Coffin oparł się o plecak. 
Wiatr  dął  w  jego  przepocone  ubranie  tak  mocno,  że  wkrótce  poczuł  chłód.  Las  huczał 

poruszany  wiatrem,  którego  prędkość  była  niewielka,  ale  ciśnienie  uczyniło  z  niego  niemal 
orkan. Siła wiatru mogłaby być cenna, kiedy ludzie będą w końcu mogli zejść w dół z płasko-
wyżów.  Kiedy  to  będzie?  Z  pewnością  nie  nastąpi  to  jeszcze  przez  wiele  pokoleń.  Młyny 
bogów  mełły  powoli,  ale  mełły  najdokładniej.  Chociaż...  nie  zawsze  powoli.  Młyny  zmian 
pracowały  szybciej  niż  dinozaury  mogły  zaadoptować  zmieniający  się  klimat;  szybciej  niż 
nauka  i  technologia  mogły  się  rozwinąć,  żeby  utrzymać  w  karbach  cywilizacji  gwałtownie 
wzrastającą populację Ziemi. Cała Rustum była kamieniem młyńskim, obracającym się wciąż 
pomiędzy  gwiazdami  a  nasienie  człowieka  było  mielone  na  proszek,  bo  Pan  żałował,  że 
stworzył człowieka... 

–  Cóż  –  powiedział  Svoboda  –  prawie  niemożliwe  jest,  żeby  doszedł  do  tego  kanio-nu, 

więc lepiej zmieńmy metodę poszukiwań. 

Jego słowa były pożądanym  bodźcem,  który wyrwał  Coffina z koszmarnego półsnu, ale 

ich znaczenie nie od razu do niego dotarło. 

background image

 

100 

– Hmm? 
Svoboda spojrzał na niego nachmurzony. 
–  Na  Boga,  wygląda  pan  jak  trup  przywrócony  do  życia.  Nie  myślę  żeby  mógł  pan 

przetrzymać nawet ten dzień. 

Coffin z trudem starał się usiąść prosto. 
–  Tak,  tak.  Dojdę  do  siebie  –  powiedział  niewyraźnie.  –  A  co  pan  sugeruje?  Odnośnie 

trasy – dodał starannie, żeby Svoboda na pewno zrozumiał. Porozumiewanie się zaczęło być 
nieznośnie trudne. 

„Czuję piasek w synapsach. Nie mogę już więcej myśleć. On też nie może. Ale będę mógł 

iść dalej, nawet kiedy umysł mi wysiądzie. Tylko nie jestem pewien, czy on będzie mógł, i 
czy zechce.” 

– Zamierzałem właśnie zaproponować, żebyśmy szli na południe wzdłuż brzegu kanionu, 

dopóki  się nic ściemni, a jutro rano skręcimy wprost  z powrotem w stronę Urwiska. W ten 
sposób zakreślimy wielki trójkąt. 

– Możemy iść na północ zamiast na południe, jeśli pan woli. Na dwoje babka wróżyła. Ale 

nie  w  obu  kierunkach.  Nie  zostaniemy  na  tym  poziomie  dłużej  niż  do  jutra.  To  zbyt  duże 
ryzyko. Nie mamy prawa go ponosić. Mamy rodziny na utrzymaniu. 

– Ale Danny żyje – prosił Coffin. – Nie możemy go opuścić! 
–  Niech  pan  słucha  –  powiedział  Svoboda.  Usiadł  krzyżując  nogi,  przesunął  ręką  po 

włosach  i  gestykulował  otwartą  dłonią.  Coffin  pomyślał,  że  przerażające  są  jego  wysiłki 
zachowania rozsądku, z których nie wychodziło nic prócz pustych haseł. 

– Załóżmy, że chłopak nie spadł ze ściany skalnej przy wodospadzie. Załóżmy, że dotarł 

do  lasów  i  nie  zjadł  niczego  trującego,  ani  nie  zagłodził  się  na  śmierć,  bo  bał  się  zjeść 
cokolwiek.  Załóżmy,  że  nie  utonął  w  morzu,  ani  nie  został  ukąszony  przez  którąś  z  tych 
gigantycznych, jadowitych pszczół, które widziano w tym rejonie; ani nie zaatakował go jakiś 
tutejszy  odpowiednik  kota.  To  są  tylko  cholernie  niepewne  założenia,  zbyt  niepewne,  żeby 
człowiek uzależniał od nich swoje życie. Ale przyjmuję je dla dobra sprawy.  Zakładam,  że 
wszedł  na  oślep  do  lasu  próbując  znaleźć  drogę  powrotną,  ale  gubiąc  się  coraz  bardziej, 
stopniowo schodził wciąż w dół stoku. Otóż czy uświadamia sobie pan jak musiało go osłabić 
powietrze? Ja ledwo mogę się ruszyć. Po trzech czy czterech dniach wdychania tego pasku-
dztwa  nie  byłbym  zdolny  zrobić  nic,  tylko  położyć  się  i  umrzeć.  Danny  jest  –  był  –  dzie-
ckiem. Szybki metabolizm, większa powierzchnia płuc w stosunku do wagi. Mniejsza wytrzy-
małość mięśni. Coffin, on nie żyje. 

– Nie. 
Svoboda walnął pięścią w ziemię ale opanował się zaraz. 
– Niech panu będzie – wiatr wyciszył jego słowa. - Powiedziałem, że będę ustępował panu 

–  i  Wolfemu  –  do  granic  tej  zygzakowatej  trasy  powrotnej  jutro.  Ale  to  już  będzie  koniec. 
Rozumie pan? 

– Moglibyśmy wykorzystać część tej nocy  – nalegał Coffin. – Czy mógłby pan siedzieć 

bezczynnie przy ogniu, trzydzieści śmiertelnych godzin, wiedząc, że Danny może być... 

– Dosyć tego! Niech się pan zamknie zanim ja pana zatkam! 
Coffin zamknął oczy. Usta Svobody były napięte. 

background image

 

101 

Coffin  stracił  resztki  poczucia  swojej  racji.  Nie  zostało  nic,  prócz  żalu,  że  nie  może 

powstrzymać tego,  co teraz musiało  się stać.  Przez chwilę smutek prawie przewyższył  jego 
ból głowy. Z trudem podniósł się na nogi. Wiatr wiał mu mocno w plecy, wył i pchał go na 
południe wzdłuż brzegu kanionu, który rozbrzmiewał jego gwizdem. Svoboda wciąż siedział. 

„Przebacz mi. Judith była zawsze dobra dla Teresy. Przebacz mi, Jan”. 
Coffin sięgnął po swój pistolet. 
– Nie, nie strzelaj! 
Svoboda podniósł się na kolana i rzucił w stronę Coffina. Obaj runęli na ziemię. 
Svoboda  zacisnął  rękę  na  uzbrojonym  ramieniu  Coffina.  Coffin  wymierzył  mu  cios  z 

lewej  pięści.  Trafił  w  czubek  głowy  Svobody.  Dotkliwy  ból  przeszył  mu  kłykcie.  Svoboda 
przytłoczył go swoim ciężarem i leżąc na nim w poprzek prawym ramieniem cisnął go w pod-
bródek. Miał  go teraz chwilowo w swojej  mocy, zaczął  więc gorączkowo pracować rękami 
próbując wybić rewolwer z dłoni przeciwnika. 

Coffin bił go po żebrach i plecach ręką na wpół sparaliżowaną, Svoboda zdawał się tego 

nie czuć. Coffinowi pociemniało w oczach. 

„Jestem stary. Jestem stary...”. 
Nie mógł sięgnąć przez plecak Svobody do swojej  prawej ręki, z której wyślizgiwał mu 

się pistolet. Czy to wiatr huczał mu tak w uszach, czy też zaczynał już tracić przytomność? 

Jego  błądząca  dłoń  trafiła  na  coś  twardego.  Palce  zacisnęły  się  na  karbowanej  kolbie. 

Prawie nie zdając sobie sprawy z tego, co robi, wyciągnął z kabury pistolet Svobody. Uderzył 
przeciwnika w skroń jego lufą. Svoboda zaklął, wypuścił pistolet Coffina i zaczął walczyć o 
swój własny. Coffin uderzył go kolbą w ciemię. Svoboda rozluźnił uścisk. Coffin mógł teraz 
odepchnąć jego ręce i wyślizgnąć się spod jego ciężaru. Jakiś brązowy ptak przeleciał nisko, 
zaciekawiony. 

Pistolety,  które  trzymał  w  rękach  przywróciły  Coffinowi  przytomność  umysłu.  Odsunął 

się  poza  zasięg  ataku  i  zebrał  siły,  żeby  wstać.  Svoboda  siedział  na  ziemi.  Na  twarzy  był 
kredowo-biały.  Krew  pozlepiała  mu  włosy  i  ciekła  strużką  po  szyi.  W  milczeniu  mierzył 
Coffina wzrokiem przez tak długą chwilę, że Coffin już myślał, że musi być poważnie ranny. 

–  Czy  nic  się  panu  nie  stało?  –  Coffin  wyszeptał.  Jego  słowa  nie  mogły  przedrzeć  się 

przez wiatr, ale Svoboda zrozumiał. 

– Nie. Tak mi się zdaje. Ale pan... 
– Nie jestem ranny. To nic poważnego – Coffin opuścił pistolety. 
Svoboda zaczął się podnosić. Coffin gwałtownie wymierzył w niego broń. 
– Niech się pan nie rusza! 
– Czy pan oszalał? – wydusił Svoboda. 
–  Nie.  Muszę  go  odszukać.  Nie  spodziewałem  się,  żeby  pan  mi  to  wybaczył.  Kiedy 

wrócimy  wniesie  pan  skargę  do  sądu.  Zapłacę  każde  odszkodowanie,  jakie  będę  mógł.  Ale 
czy pan nie rozumie, że musimy znaleźć Danny'ego? A pan chce przerwać poszukiwanie... –
Coffin urwał, wyczerpany. 

– W ten sposób nigdy nie wrócimy do domu – powiedział Svoboda. – Pan oszalał. Niech 

pan to sobie uświadomi. Niech pan mi da te pistolety. 

–  Nie  –  Coffin  nie  mógł  oderwać  oczu  od  krwi  na  włosach  Svobody  i  od  jego  siwych 

background image

 

102 

kosmyków. Svoboda także się starzał. 

„Jesteśmy  jedną  rodziną,  ty  i  ja”  –  Coffin  chciał  powiedzieć  –  „Znam  twój  strach, 

samotność  i  zmęczenie;  twoje  wspomnienia  młodości  i  twoje  zdziwienie,  że  to  już  tylko 
wspomnienia; twoją gasnącą nadzieję na jeszcze jedną szansę, zanim nadejdzie nieubłagana 
chwila, od której nie da się uciec. Ja także to wszystko odczuwam. Dlaczego więc tak się nie-
nawidzimy?” – ale nie mógł tego powiedzieć. 

–  Czego  pan  chce?  –  spytał  Svoboda  –  Jak  długo  mamy  jeszcze  tułać  się  tutaj,  zanim 

uświadomi pan sobie, że chłopiec nie żyje? 

–  Kilka  dni  –  Coffin  powiedział  prosząco.  Łzy  paliły  go  w  oczach,  ale  nie  potrafił  już 

płakać. 

– Nie mogę niczego powiedzieć na pewno. Będziemy musieli zdecydować. Później. 
Svoboda  obserwował  go  w  bezruchu.  Ptak  o  skrzydłach  pterodaktyla  głośno  skrzeczał: 

umierajcie już szybciej, co? 

W końcu Svoboda odkorkował swoją manierkę, obmył się i pociągnął głęboki łyk. 
– Mógłbym  równie dobrze powiedzieć, że jutro ja zabiorę panu pistolety  – powie-dział. 

Grymas wykrzywił jego usta. 

– Czy muszę pana związać zanim położę się spać? – jęknął Coffin. 
– A mógłby pan? Jestem silniejszy. Niech pan odłoży na bok broń, żeby mnie związać, a 

zobaczy pan, co się stanie. 

Ponury nastrój wrócił. 
– Są sposoby, żeby tego uniknąć  – powiedział Coffin  – Przygotuje pan pętle pod moim 

nadzorem i sam pan je sobie założy. A teraz idziemy! 

Svoboda  ruszył  na  południe.  Coffin  podążył  za  nim  w  bezpiecznej  odległości.  Ten  kie-

runek był nieco lepszy od trasy na północ. Danny na pewno wolał iść z wiatrem, jeżeli dotarł 
aż tak daleko. Jeżeli ten latający potwór nie pożarł go wcześniej. Nie! Takie myśli są zabro-
nione. 

Łatwiej było poruszać się wzdłuż kanionu, niż przez las. Niebawem Coffin wpadł w rytm. 

Świadomość jego odsunęła się od bólu, pragnienia, głodu i złośliwości wiatru... Poru-szał się, 
czując tylko swoje stopy i pistolety; jednym okiem obserwując brzeg ściany skalnej, a drugim 
Svobodę.  Niewyraźnie  zauważał,  jak  często  się  potykał  i  jak  powoli  ciemność  zaczęła 
zakrywać niebo. Ale żadne z tych wrażeń nie wydawało  się realne. On  sam  nie był  realny, 
jakby nie istniał, nigdy nie istniał; prócz poszukiwań nie istniało nic. I  w t e d y  a n-  t e n a  j 
e g o  o d b i o r n i k a  p r z e s u n ę ł a  s i ę  i  w s k a z a ł a  d r o g ę. 

 

 

 

 
Zanim  przeszli  dziesięć  kilometrów  wzdłuż  kanionu,  przesunęli  się  o  ponad  kilometr  w 

dół, w stronę poziomu morza. Zamroczenie umysłów niemal całkowicie przesłoniło ból prze-
nikający ciała. Wciąż potykali się i znów wlekli dalej, padali, staczali się w dół, chwiali się na 
nogach i bezmyślnie wpatrywali w plamy krwi widniejące tam, gdzie jakiś kamień lub skała 

background image

 

103 

przecięła ich skórę. 

W pewnej chwili Coffin spytał: 
– Czy stan nietrzeźwy to coś podobnego? 
–  Coś  takiego  –  odrzekł  Svoboda,  próbując  zatrzymać  horyzont.  Ale  horyzont  falował 

ponad nim, jak wał o błyszczących ścianach, którego niższe partie zaciemniała zbliżająca się 
noc. Niedorzecznością było znajdować się pod horyzontem. 

–  Dlaczego  ludzie  się  upijają?  –  Coffin  trzymał  się  kurczowo  za  głowę,  jakby  przy-

trzymując ją żeby nie odleciała. 

– Nie wiem, ja tego nie robię – Svoboda usłyszał swój głos, odbijający się echem od ścian 

kanionu,  dźwięczący  jak  potężny  głos  proroka.  –  Nie  często...  Tylko  czasem,  kiedy...  – 
chwyciły go mdłości. Osunął się na kolana. Coffin podtrzymywał go. 

Ruszyli dalej. 
Na koniec dotarli do miejsca,  gdzie wśród traw, opierając się wiatrowi,  sterczała turnia, 

wysoka na 30 metrów szara skała przypominająca jakiś pogański monolit. Wysoko nad nimi 
krążył gigantyczny ptak; na jego skrzydłach błyszczało wieczorne słońce. Kiedy mijali skałę, 
antena lokacyjna obróciła się do tyłu. 

Coffin zatrzymał się. 
– Czy zdoła pan odczytać namiary? – zapytał. – Ja mam mgłę przed oczyma. 
Svoboda  nachylił  się.  To  było  tak,  jak  gdyby  spoglądał  na  urządzenie  poprzez  strumień 

wody. Za każdym razem, gdy próbował zlokalizować wskazówkę, wszystko zaczynało falo-
wać. Czasem obraz był blisko, nieskończenie blisko, jak biała tarcza planety, na której wyryta 
była  tajemnica.  Potem  zaś  wszystko  się  oddalało.  Słyszał  gorączkowy  szum  wypełniający 
cały wszechświat, którego ściany rozpadały się spychając galaktyki w nicość. 

Svoboda nie przerywał wysiłków. Trwał nieruchomy czekając jak kot przed mysią norą. 

W  końcu,  tak  jak  się  spodziewał,  obraz  zatrzymał  się  na  sekundę.  Uchwycił  ten  moment. 
Wskazówka była na maksimum. Danny był tutaj. 

Svoboda, wołając chłopca, obiegł dookoła turnię. Jej podstawa, pokryta osypiskami, miała 

obwód  długości  około  70  metrów.  Gdy  odnalazł  Coffina,  mógł  tylko  usiąść  ciężko 
oddychając i wskazując na szczyt. 

–  Czy  on  jest  tam  na  górze?  Jest  tam?  Czy  tam  jest?  –  Coffin  przez  dłuższą  chwilę 

powtarzał bezładnie. 

Svoboda  wydobył  tabletki  stymulujące.  Zażyli  ich  już  tak  dużo,  że  serca  łomotały  im 

nierównym rytmem. Ostatnie tabletki, które przyjęli, omal nie  rozsadziły im serc, natomiast 
dały chwilę jasności umysłów. Mogli logicznie rozmawiać, a nawet logicznie myśleć. 

Krzyczeli i  raz po raz strzelali  z pistoletów. Nie odpowiedziało nic, oprócz wiatru. Ptak 

wysoko zataczał koła. 

Coffin uniósł lornetkę. Po minucie, bez słowa, podał ją Svobodzie i bezwładnie oparł się o 

skałę.  Lornetka  zbliżała  szczyt  skały,  a  w  gasnącym  świetle  mogła  też  służyć  jako  nocna 
luneta. Pokazywała trochę gałązek, trawy i konarów sterczących przy szczycie turni. 

– Gniazdo... – powiedział Svoboda. Ogarnęło go nieopanowane przerażenie. 
–  Musi  należeć  do  tego  ptaka,  tam  –  powiedział  Coffin  jałowym  głosem.  –  Wystra-

szyliśmy go, zbliżając się tutaj. 

background image

 

104 

– Więc... 
Svoboda nie mógł dokończyć. Coffin zaskoczył go, kiedy sam to powiedział: 
– Ten ptak złapał Danny'ego, albo znalazł go gdzieś już martwego. Jego kości są w tym 

gnieździe. 

Jego twarz sposępniała. Svoboda zauważył jego wyciągniętą rękę. 
– Jan – powiedział Coffin łamiącym się głosem. – Przepraszam, że podniosłem na ciebie 

broń. Przepraszam za wszystko. 

– W porządku. – Svoboda ujął jego rękę. Przez chwilę trwali tak nieruchomo. 
–  Cóż  –  powiedział  Coffin  w  końcu.  –  Nie  możemy  zrobić  nic  więcej.  Może  kiedy 

O'Malley wróci z Iskandrii, będzie mógł przylecieć tu i sprawdzić, czy zostało coś do pogrze-
bania. 

– Obawiam się, że nic już nie zostanie, jeżeli te ptaki, tak jak gatunki z wyżyn, czy-szczą 

okresowo swoje gniazda. 

– Nieważne. Naprawdę. Chciałem, żebyśmy mogli go pochować ze względu na Tere-sę. 

Ale  Bóg  i  tak  wywyższy  go  w  dniu  ostatecznym  –  powiedział  Coffin,  ale  słowa  te  nie 
przyniosły mu ulgi. Obrócił się w stronę Svobody i dodał: 

– Lepiej będzie, jak sprawdzimy, czy uda nam się dotrzeć do brzegu kanionu, zanim zrobi 

się ciemno. Nie wolno nam długo przebywać na tej wysokości. Znów zaczyna mi to uderzać 
do głowy. 

Svoboda patrzył na niego, jak potykał się pochylony, i nigdy nie zrozumiał, co sprawiło, 

że powiedział: 

– Nie, niech pan zaczeka. 
– Hmm? – głos Coffina brzmiał jak głos starca. 
– Doszliśmy tak daleko. Nie zostawiajmy niezakończonego zadania. Powinniśmy dać radę 

wspiąć się na tę górę. 

Coffin potrząsnął głową. 
– Ja nie. Nie jestem w stanie. Ledwo trzymam się na nogach. 
Svoboda zrzucił swój plecak na ziemię i przykucnął obok. 
– Ja pójdę – powiedział. – Jestem młodszy i mam jeszcze trochę energii. Mogę dostać się 

tam  i  wrócić  w  ciągu  pół  godziny.  Nawet  wtedy  zostanie  nam  wystarczająco  czasu,  żeby 
dotrzeć  do  brzegu  kanionu,  zanim  zapadnie  tam  ciemność.  Te  chmury  przepuszczają  tyle 
promieni słonecznych, że sam zmierzch trwa godzinami. 

– Nie, Jan. Nie wolno ci. Judith... 
– Gdzie jest ta cholerna lina? 
– Jan, poczekaj przynajmniej do jutra – Coffin położył mu ręce na ramionach. – Wrócimy 

tutaj jutro. 

– Już powiedziałem, do jutra może tu już nic nie zostać. Nigdy nic nie wiadomo. Teraz 

niech pan przymocuje mi tą latarkę przy nadgarstku. Gdzie są te raki? 

Svoboda  pokonał  już  kilkanaście  metrów,  zanim  rzeczywiście  zaczął  się  zastanawiać, 

dlaczego to robi. Przecież to nie miało sensu! W coraz bardziej zapadającym zmroku ledwo 
mógł  dojrzeć  chropawą  skałę,  po  której  się  wspinał.  Jasno  było  tylko  tam,  gdzie  padało 
światło latarki. Zejście powinno być dość łatwe: wstrzeli hak w skałę, zawiesi na nim linę i 

background image

 

105 

opuści się w dół. Będzie mógł nawet opuścić to, co znajduje się w gnieździe. Ale wspinaczka 
była niebezpieczna. Z dołu nie mógł dostrzec, jak popękana była skała. Była pokryta szcze-
linami, w których mógł opierać ręce i nogi, ale które pękały pod naciskiem. Była to jedyna 
strona, od której mógł się wspinać. Wszędzie indziej skała kruszyła się jeszcze bardziej, całe 
połacie odłamywały się i spadały w dół, tworząc wysypiska i zostawiając po sobie rozpadliny. 
Jeżeli kilka ton kamienia obsunęłoby się pod jego ciężarem, byłby to jego koniec. I dlaczego? 
Żeby pozbierać kilka kości? One go nie potrzebowały. Potrzebowała go Judith i dzieci. J e g o 
dzieci, a nie czyjeś podrzutki. 

Kawałek skały oderwał się pod jego dłonią. Wypuścił go i usłyszał, jak spada w dół. Pod 

nim  rozciągała  się  ciemność.  Kiedy  wdrapywał  się  coraz  wyżej,  noc  pochłonęła  podnóże 
skały,  zakryła  Coffina,  zalała  trawy  i  głazy  zaczynała  szybko  podnosić  się  ku  niemu.  Czy 
szczyt  skały  rzeczywiście  okryła  już  ciemność?  A  może  znów  naszedł  go  zawrót  głowy? 
Popatrzył  na  kamień,  o  centymetr  od  swego  nosa.  Kamień  wyraźnie  falował.  Svoboda  czuł 
szum w uszach. Jednak wspinał się dalej, bo łatwiej było piąć się do góry, niż myśleć. 

Po  kilku  metrach  zatrzymał  się  znowu.  Przed  nim,  na  wysokości  około  dziesięciu  stóp, 

rozciągała  się  jasna,  pionowa  skała.  Poza  nią  miał  do  przebycia  jeszcze  tylko  dwa  lub  trzy 
metry;  choć  szczyt  mógł  równie  dobrze  sięgać  Rakshea.  Svoboda  miał  tylko  dwa  haki.  Nie 
wystarczyłyby, żeby przebyć tę odległość. 

Mocno  przywarł  do  skały.  Podmuch  wiatru  zahuczał  mu  w  uszach  i  wstrząsnął  jego 

ciałem. W końcu jego nerwy uspokoiły się na tyle, że mógł otworzyć oczy. 

„Zrobiłem,  co  mogłem”  –  myśl  ta  była  takim  oswobodzeniem,  że  zrozumiał,  dlaczego 

Coffin sięgnął po pistolet i dlaczego on sam zrobiłby tak samo, gdyby zgubił się jego syn. Ale 
to  już  był  koniec.  Wyciągnął  zza  pasa  hak,  starannie  wybrał  miejsce  (nie  chciał  wywołać 
następnego obsunięcia się skały) i wstrzelił. 

W tej atmosferze detonacja była jak uderzenie pioruna. Gdyby nie haki, Svoboda spadł-by 

na dół. Teraz starał się opanować zawrót głowy i przymocować linę do żelaznego uchwy-tu. 
Zadanie  skończone,  można  zejść  na  dół.  Potem  kilka  minut  odpoczynku,  i  później  długi 
marsz, aż do miejsca, gdzie wyższe ciśnienie pozwoliłoby na sen. O Boże, ileż mógłby spać! 
Trzydzieści godzin byłoby jak mrugnięcie oka. 

– Tato... 
Svoboda wzdrygnął się. 
– Nie – wymamrotał. 
„Nie mogę być aż tak zamroczony. Nie wolno mi. Nie wyobraziłem sobie tego. Ja tylko 

wyobraziłem sobie, że to sobie wyobraziłem”.  

– Tato! Tato? 
Danny  spoglądał  znad  brzegu  gniazda.  Twarz  chłopca  była  przerażająco  blada  na  tle 

fioletowego nieba, pod którym nie było nic, prócz drapieżnych ptaków. Światło latarki poka-
zało,  jak  bardzo  wychudł.  Był  podrapany  i  brudny,  miał  podbite  oko,  pod  nosem  zakrzepłą 
krew, a z jego koszuli zostały tylko strzępy. 

Ale to był Danny Coffin; spoglądał stamtąd i wołał swego ojca. 
Svoboda odkrzyknął. 
Danny  rozpłakał  się  i  próbował  zejść  na  dół.  Svoboda  powstrzymał  go  stekiem  prze-

background image

 

106 

kleństw: 

– Ty cholerny, szalony idioto, czy nie widzisz tej rozpadliny? Spadniesz i skręcisz swój 

głupi kark! Co się do diabła stało? Jak się tutaj dostałeś? 

Płacz  Danny'ego  nie  trwał  długo.  Nie  zostało  mu  już  wiele  łez.  Zaczął  opowiadać  i  w 

miarę,  jak  mówił,  jego  głos  stawał  się  spokojniejszy.  Mówił  jasno  i  rozsądnie.  W  miarę 
upływu czasu jego odpowiedzi miały więcej sensu niż pytania coraz  bardziej zamroczonego 
Svobody. 

Tak, jak myśleli dorośli, Danny doszedł do Urwiska w nastroju odpowiednim do ucie-czki 

z  domu.  W  miarę  schodzenia  w  dół,  przez  chmury,  nastrój  ten  z  wolna  przeminął.  Kiedy 
dotarł do wodospadów, Danny zmarzł już bardzo i przemókł, był głodny, a kiedy zaczęła nad-
ciągać noc, był już gotów wrócić do domu i ponieść karę. Wtedy zaatakowały go dwa ptaki. 
Chłopiec  zaczął  uciekać  w  dół  zbocza.  Szczęśliwym  trafem  mgła,  silny  wiatr  i  ciemności 
ustrzegły go od drapieżników. Ale nie ośmielił się zawrócić. W panice myślał, że ptaki mogą 
czekać  na  niego  u  szczytu  ścieżki.  Schodził  więc  dalej  w  dół,  pełzając  na  czworakach; 
zasypiał, budził się i szedł wciąż dalej, aż dotarł do brzegu lasu. O świcie zorientował się, że 
sam nie będzie mógł znaleźć drogi powrotnej. Był bardzo spragniony i głodny, zerwał więc 
kilka  owoców  i  jagód,  które  nie  przypominały  mu  znanych,  trujących  roślin.  Ponieważ  nie 
rozchorował się po ich zjedzeniu, postanowił żywić się wyłącznie tymi owocami, dopóki nie 
przyjdzie po niego ojciec. Ale znaczyło to, że będzie musiał iść dalej, szukając tego pożywie-
nia. Spał pod drzewami albo w krzakach, wodę pił ze strumieni. 

Właśnie trudności ze znalezieniem wody przywiodły go nad brzeg tego kanionu. Tu jakieś 

duże zwierzę z kłami zaczęło go ścigać. Danny dopadł tej skały i zaczął się na nią wspinać. 
Skała  ukruszyła  się  pod  jego  stopami,  ale  chłopiec  zdążył  w  porę  uchwycić  się  występu. 
Obsunięcie  się  odłamków  odstraszyło  zwierzę,  ale  chłopiec  znalazł  się  w  pułapce.  Usnął 
wyczerpany,  więc  nie  mógł  usłyszeć  ich  krzyków  i  wystrzałów.  Dopiero  pobliski  wy-buch 
wyrwał go ze snu. 

–  Nie,  panie  Svoboda,  nie  boli  mnie  głowa,  z  wyjątkiem  tego  miejsca,  gdzie  się 

uderzyłem. Okropnie chce mi się pić, ale nie jestem chory, ani nic takiego. Proszę, czy może 
mnie pan sprowadzić na dół, do ojca? 

Jak przez mgłę Svoboda przypomniał sobie, jak ktoś, gdzieś, kiedyś wspomniał, że Danny 

ma niezwykle dużą tolerancję organizmu na dwutlenek węgla. Rzeczywiście, musiało tak być, 
skoro dotarł tak daleko. Skoro przetrwał cały ziemski tydzień w takich warunkach! Na samym 
początku chłopiec popełnił całkiem naturalny błąd, ale w lasach i później, dalej, zachowywał 
się  jak  każdy  dorosły.  Właściwie  lepiej,  niż  większość.  Tak,  bezwzględnie  lepiej.  Umysł 
Danny'ego pozostał jasny – myślał Svoboda w swoim odrętwieniu. 

Chłopiec miał też dużo szczęścia. W czasie, kiedy wdrapywał się do gniazda, ptak mu-siał 

być  na  łowach.  Nie  wrócił,  dopóki  Svoboda  i  Coffin  nie  znaleźli  się  w  pobliżu;  a  wtedy, 
zaniepokojony,  nie  zbliżył  się  do  swego  siedliska.  Gdyby  odeszli,  albo  gdyby  drapieżnik 
uznał ich za nieszkodliwych, na pewno wróciłby tutaj i zabił chłopca. 

– Panie Svoboda, proszę! Mój ojciec czeka! Wiem, że czeka! Proszę, tak mi się chce pić, 

nie może mi pan pomóc? 

Svoboda stał na małym występie skalnym, trzymając się liny. Przez chwilę ważył w ręku 

background image

 

107 

drugi hak. Gdyby mógł zaczepić go o ten kamień na górze... Nie. Nie mógł tego zrobić, nie 
mógł nawet ułożyć ramienia odpowiednio do strzału. Jeszcze mniej prawdopodobne było, że 
uda  mu  się  zarzucić  linę,  czy  cokolwiek  z  ziemi.  Może  kusza,  czy  katapulta...?  Nie,  skąd 
wziąłby  materiały,  żeby  je  sporządzić?  Odpowiednie  sznury  nie  rosły  gotowe  na  drzewach. 
Zresztą, prędzej mogliby sprowadzić pomoc z wyżyn. 

Ptak przybliżył się. 
Svoboda czuł, jak ogarnia go świadomość porażki. W kółko wertował swoje wiadomo-ści, 

jak litanię do jakiegoś nienawistnego Boga, który wplątał go w to położenie. 

„Pewnie, mogę zostać tu i czekać, aż ptak nie zbliży się na tyle, żebym go mógł zastrze-

lić.  Ale  co  dalej?  I  tak  nie  moglibyśmy  dotrzeć  do  chłopca.  Gdybyśmy  nawet  natychmiast 
udali się po pomoc i szli przez całą noc bez przerwy  – co jest fizycznie niemożliwe – gdy-
byśmy sprowadzili samolot i gdyby samolot nie roztrzaskał się o skały... Nawet gdyby to się 
udało, zajęłoby ponad pięćdziesiąt godzin. Chłopiec już teraz jest bardzo odwodniony, poznać 
to nawet po jego głosie. 

Co  będzie  lepsze:  zostawić  go,  żeby  dopadł  go  drapieżnik,  czy  pozwolić  mu  umrzeć  z 

pragnienia?”. 

– Proszę pana, proszę! Naprawdę żałuję, że uciekłem. Nigdy więcej tego nie zrobię. Gdzie 

jest  mój  ojciec?  –  Danny  wychylał  się  znad  brzegu  gniazda.  Wiatr  rozwiewał  jego  włosy,  a 
strzępy jego koszuli powiewały jak jakieś dzikie proporce. 

Poprzez  szum,  jaki  panował  w  jego  głowie,  Svoboda  usłyszał,  że  Coffin  wspina  się  za 

nim. Usłyszał jego wołanie: 

– Danny, Danny...! 
Jakimś dziwnym sposobem to imię zabrzmiało w jego uszach jak „Absalom”. 
Coffin nie mógł wspiąć się tutaj. Svoboda nie mógł pójść wyżej. Danny nie mógł zejść. 

Tylko ten ptak mógł się poruszać i poruszał się niecierpliwie, zataczając coraz niższe kręgi, 
tak,  że  Svoboda  mógł  dojrzeć  jego  stalowoszare  upierzenie  i  usłyszeć  szum  jego  skrzydeł. 
Nawet przez wiatr dało się słyszeć ten szum. 

Svoboda  zrozumiał,  co  może  zrobić.  Być  może  było  lepsze  rozwiązanie,  jakiś  prosty 

sposób  uratowania  chłopca,  ale  jego  umysł  był  zbyt  odrętwiały,  by  wpaść  na  coś  takiego. 
Danny nie poruszał się. Teraz, gdy nie padało na niego światło latarki, jego postać była tylko 
czarnym zarysem na tle turni. Wolna ręka Svobody zacisnęła się na kolbie pistoletu. Pistolet 
był  ciężki.  Trzeba  tylko  celnie  strzelić,  posłać  jedną  litościwą  kulkę  w  ten  czarny  zarys. 
Poszukiwania będą zakończone. Będzie mógł spuścić się na dół po linie. 

Ziemia pod jego stopami była pogrążona w całkowitej ciemności. 
–  Danny!  –  zawołał  jeszcze  raz  Coffin.  Kamienie  u  stóp  skały  zastukały,  kiedy  Joshua 

zszedł z powrotem na dół. 

– Jan, co możemy zrobić? 
Svoboda  nie  wyciągnął  jeszcze  pistoletu.  Wystawił  twarz  pod  wiatr,  w  nadziei,  że  jego 

podmuch rozjaśni mu umysł. Ale wiatr sypnął  mu tylko piaskiem w oczy. Svoboda słyszał, 
jak ptak opada coraz niżej.  Słyszał  też jego  krzyk, odbijający się  echem  w kanionie. Kiedy 
spojrzał w górę, ujrzał wielkie, błyszczące w mroku skrzydła. 

„Dlaczego ten ptak nie mógłby go dostać? Dlaczego nie miałby dostać nas wszystkich? To 

background image

 

108 

on  należy  do  tego  miejsca,  jest  silny  i  piękny,  a  my  jesteśmy  potworami  z  zewnątrz,  które 
usiłują zburzyć jego dom. Możesz zejść w dół, ty jastrzębi Boże. Oddam ci go”. 

Wtedy nadeszło rozwiązanie. 
Svoboda  stał  tak  wśród  ciemności  i  podmuchów  wiatru,  rozważając  raz  po  raz  swój 

pomysł. Myśl ta była ciężka jak kamień młyński. Obracał ją w umyśle, bezustannie, dopóki 
cała jego świadomość nie wypełniła się szumem wielkich skrzydeł. Kiedy Svoboda odezwał 
się,  miał  uczucie,  że  mówi  za  niego  ktoś  inny,  kogo  głos  przebija  się  szeptem  przez  wycie 
wiatru. 

– Danny! Danny, słyszysz mnie? Słuchaj! Nie śpisz? Wiem, jak cię ściągnąć. 
Światło  latarki  wyłowiło  z  mroku  wynędzniałą  twarz  chłopca.  Jednak  Danny  szybko 

otrząsnął się ze zmęczenia i rozpaczy. 

– Jasne – wymamrotał. I dodał już wyraźniej: – Jezu, pan jest świetny! Co mam zrobić? 
– Słuchajcie. Obaj! – zawołał Svoboda – Danny, musisz być dzielny. Tak, jak byłeś do tej 

pory. Ostatni raz zrób coś dla mnie. Udawaj martwego. To właśnie musisz zrobić. Uda-waj 
martwego, tak, żeby ptak usiadł na gnieździe. Potem chwyć go za nogi. Chwyć mocno, uwieś 
się na nich. Rozumiesz, Danny? Możesz to zrobić? 

Głośny  szum  w  głowie  Svobody  ustał  w  końcu.  Zdawało  mu  się,  że  chłopiec  odpowie-

dział,  ale  nie  był  tego  pewien.  Nie  mógł  nawet  mieć  pewności,  czy  Coffin  go  zrozumiał. 
Wyłączył latarkę i przywarł do ściany w bezruchu. Teraz ptak był dosyć nisko, i nie oświetla-
ło go światło zachodu. Jego skrzydła rozciągały się, czarne, na tle purpurowego nieba, które 
zdawało się wypełniać. Svoboda wyciągnął pistolet. Wokół niego panowały takie ciemności, 
że z trudnością mógł dojrzeć broń. 

Ptak wydał prowokujący krzyk. Odpowiedziała mu cisza. 
Za  późno,  Svoboda  uświadomił  sobie,  że  powinien  wyjaśnić  swój  pomysł  bardziej 

szczegółowo. Ale teraz nie było już czasu. Ptak wylądował na brzegu gniazda i złożył szero-
kie skrzydła. Podobny był do garbatego olbrzyma. 

Danny skoczył do niego i uchwycił go za nogi. 
Kiedy ptak krzyknął i uniósł się w powietrze, Svoboda wypalił. Nie był pewien, czy trafił, 

ale ptak krzyknął raz jeszcze. Danny trzymał się mocno; krew ptaka spływała po jego wątłym 
ciele. 

Po raz ostatni ptak spróbował unieść się wyżej. Wzniósł się na taką wysokość, że ostatnie 

błyski zachodu oświetliły jego pióra. Ale jego skrzydła poruszały się coraz słabiej. 

Drapieżnik  zaczął  opadać  w  dół,  w  ciemność,  by  tam  stoczyć  walkę  z  dręczącym  go 

potworem. 

Svoboda opuścił się po linie tak szybko, że obdarł sobie skórę z obu dłoni. 
Padły  dwa  wystrzały.  Kiedy  Svoboda  dotarł  na  miejsce,  ptak  był  już  martwy.  Coffin 

odrzucił pistolet i latarkę. 

– Danny! – wyszlochał – Danny, synu. 
Padli sobie w ramiona. 

 

 

 

background image

 

109 

 
Promienie  słońca  przedzierały  się  przez  cienkie,  białe  zasłony,  odbijały  od  dzbanka  z 

wodą i błyskały na przeciwległej ścianie. 

Przez  okno  wpadał  do  sypialni  zimny  powiew.  Na  zewnątrz  trawniki  były  jeszcze  zielo-

ne, ale drzewa zmieniły już kolory na czerwień i złoto. Przez mgłę podobną do ziemskiego 
babiego lata było widać Góry Herkulesa, niebieskie i przyćmione. 

Judith otworzyła drzwi przed Theronem Wolfe. Svoboda odłożył książkę na łóżko. 
– I co – zapytał burmistrz – jak się dzisiaj czujesz? 
–  Dobrze  –  mruknął  Svoboda.  –  Nie  rozumiem,  dlaczego  muszę  tu  siedzieć.  Do  diabła, 

mam przecież dużo pracy. 

–  Doktor  wyraźnie  zalecił  ci  odpoczynek  w  łóżku  do  jutra  –  przypomniała  mu  Judith 

surowo. – Nie wolno bagatelizować takiego wyczerpania. 

– Jeżeli cię to pocieszy, Joshua dostał o cały dzień więcej i bardziej niż ty na to narze-ka – 

powiedział Wolfe. Usadowił się na krześle i wyciągnął cygaro z kieszeni koszuli. 

– Jak się ma Danny? – zapytał Svoboda. 
–  O,  wyzdrowiał  już  całkiem  i  przeżywa  teraz  najszczęśliwszy  okres  swego  życia  – 

powiedziała  Judith.  –  Jestem  w  kontakcie  z  Teresą.  Pan  wybaczy,  burmistrzu,  ale  muszę 
wracać  do  pracy.  Zamierzamy  wyprawić  wesele  pojutrze,  kiedy  tylko  Josh  będzie  mógł 
przyjść. 

Drzwi zamknęły się za nią. Wolfe wyciągnął z zanadrza piersiówkę. 
–  Mój  najlepszy  do  tej  pory  trunek  –  wyszeptał  konspiracyjnie.  –  Przechowuję  go  w 

drewnianej beczułce. 

Svoboda przyjął prezent bez zbytniej wdzięczności. 
– Ufam, że przyszedłeś wyjaśnić parę rzeczy – powiedział. 
–  Uhm!  Jeżeli  sobie  życzysz.  Chociaż  nie  rozumiem,  co  tu  trzeba  wyjaśniać.  Ty  i  Josh 

uratowaliście  chłopca.  Obaj  więc  jesteście  bohaterami.  Poza  tym,  choć  to  nie  moja  sprawa, 
myślę, że Josh w czasie tej wycieczki rozwiązał kilka osobistych problemów. Nigdy nie wi-
działem, żeby był taki szczęśliwy, jak dzisiaj.  – Wolfe zapalił cygaro i ostentacyjnie wypu-
ścił dym, zanim dodał: 

– Na pewno zainteresuje cię raport medyczny na temat Danny'ego. 
– Co? – Svoboda usiadł prosto. – Powiedziałeś, że jest zdrów. 
– Tak, tak. Ale został poddany dokładnym badaniom i okazuje się, że jego tolerancja na 

wysokie  ciśnienie  jest  większa  niż  przeciętna.  To  fantastyczne!  Nie,  to  żadna  z  tych 
bzdurnych bajek o Supermanie. Jego tolerancja mieści się w granicach normy. 

Ale  myślę,  że  mógłby  bez  przeszkód  żyć  na  poziomie  morza  –  kontynuował  Wolfe 

zamyślony. – To dlatego zawsze miał skłonność do marzenia o świecie pod chmurami. Nigdy 
nie kojarzył obniżonej wysokości z czymś nieprzyjemnym; Nawet podświadomie, jak ty i ja, 
kiedy schodzimy w dół płaskowyżu. Musiał zauważyć, że inne dzieci chorują, kiedy dojdą do 
północnego zbocza wyżyny. Więc, ponieważ dzieci odwróciły się od niego, jego wyobraźnia 
zawiodła go do miejsca, gdzie dzieci nie mogłyby się wedrzeć. 

Svoboda pociągnął łyk z butelki i podał ją Wolfemu. 

background image

 

110 

– Chciałbym, żeby dało  się coś z tym zrobić. On jest zbyt odważny i inteligentny, żeby 

pozwolić tak się traktować. 

– O, z tym nie ma już problemu – powiedział Wolfe. – Odkąd zabawił się w Robin-sona 

Crusoe  tam,  gdzie  nikt  inny  nie  przeżył.  Teresa  mówi,  że  jego  szkolni  koledzy  słuchają 
każdego jego słowa. Co więcej, ja zamierzam nadać rozgłos tej jego przygodzie. Cóż, Danny 
jest teraz najważniejszą istotą  ludzką na Rustum. Miejmy nadzieję, że nie uderzy mu  to do 
głowy. 

– Jak to? 
–  Rusz  głową,  człowieku!  Danny  jest  pierwszym  prawdziwym  Rustumitą.  Kiedy  doro-

śnie,  będzie  mógł  się  udać  gdziekolwiek  i  robić  cokolwiek  na  całej  tej  cholernej  planecie. 
Jego potomkowie przewyższą liczbą innych, dlatego właśnie, że będą mieli lepsze predyspo-
zycje do przetrwania. Mam nadzieję i spodziewam się, że będzie więcej takich, jak on, mię-
dzy dziećmi eksogennymi. Gamety dawców były wybierane przy uwzględnieniu takiej możli-
wości.  Jednak  nawet  jeżeli  nikt  z  tej  generacji  nie  dorówna  Danny'emu,  to  on  będzie  mógł 
przejąć  dowództwo.  Na  długo  zanim  Wysoka  Ameryka  stanie  się  przeludniona,  znajdą  się 
ludzie, którzy zechcą zejść do nizin. I to oni będą utrzymywać ducha wolności. 

Svoboda skinął powoli.  
– Rozumiem. Sam pomyślałbym o tym, gdybym nie był tak rozkojarzony. 
Wolfe poklepał go po ramieniu. 
–  A  ty,  Jan,  uratowałeś  nasz  bezcenny  skarb  –  perorował.  –  Nawet  gdyby  sam  fakt 

twojego  bohaterstwa  nie  wystarczył  (choć  powinien),  waga  twoich  zasług  dla  przyszłości 
uczyni cię najbardziej uwielbianą postacią na tej planecie. Zdobyłeś pozycję, chłopie. Chciał-
byś zostać następnym burmistrzem? Chciałbyś żeby stu wyszkolonych robotników zbudowało 
dla ciebie nową kopalnię? Powiedz tylko, a tak się stanie. Czy więc nie jesteś zadowolony, że 
popchnąłem cię trochę? 

Svoboda potrząsnął ręką. Na jego twarzy odmalowała się złość. 
– Skończ już z tym – powiedział. 
– Jak to, Jan – Wolfe uniósł brwi. – Nie jesteś zadowolony? 
– Cóż, cieszę się, że chłopak został uratowany i tak dalej. Jestem nawet zadowolony, że to 

ja tam poszedłem. To coś, co będę pamiętał. Ale nie chcę żadnego głupiego rozgłosu. 

–  Ale  go  masz.  Chcąc,  nie  chcąc  zdobyłeś  go  –  Wolfe  potarł  nos.  –  Nic  na  to  nie 

poradzisz. Cała Wysoka Ameryka wie o twoim wyczynie. Czy Judith nie mówiła ci, ile było 
telefonów? Kwiaty i delegacje zaczną się pojawiać, gdy tylko będziesz mógł wstać z łóżka. 

–  Posłuchaj!  –  warknął  Svoboda.  –  Znam  cię,  Theron.  Jesteś  miłym,  inteligentnym, 

uprzejmym i wesołym skurczybykiem. Nic nie wiedziałeś o chromosomach Danny'ego, kiedy 
szantażowałeś mnie, żebym go szukał. Wiedziałeś za to, że Josh i ja jesteśmy wartościowymi 
obywatelami, i że nasza gospodarka potrzebuje rąk do pracy; a Danny jest tylko małym chło-
pcem, takim, jakich jest dużo więcej. Dlaczego mnie tam wysłałeś? 

– No cóż – Wolfe pogładził brodę. – Przez zwykły altruizm. Ludzką przyzwoitość. Sam 

bym poszedł, gdybym nie był taki stary i gruby. 

Svoboda zaklął szpetnie. 
– Na pewno nie, do cholery – dodał. – Miałeś w tym jakiś inny cel. W porządku, myślę, że 

background image

 

111 

zarządzałeś  tą  kolonią  lepiej,  niż  robiłby  to  ktokolwiek  inny.  Nie  potrzebujemy  żadnego 
humanitarnego  przyjemniaczka,  żeby  nam  przewodził;  potrzebujemy  dokładnie  takiego 
bezwzględnego  łotra  jak  ty.  Więc  ja  i  Josh  byliśmy  twoimi  pionkami.  Zgoda.  Ale  chcę 
wiedzieć, dlaczego. 

Wolfe wpatrywał się w popiół ze swego cygara. 
– Prawdopodobnie masz prawo – powiedział. – I ufam, że potrafisz dochować taje-mnicy. 

Problem w tym, że moje rozumowanie trudno wytłumaczyć. Czuję je bardzo wyra-źnie, ale 
trudno ubrać to w słowa. 

Svoboda oparł się wygodnie.  
– Czekam – powiedział. 
Wolfe zachichotał. Założył nogę na nogę, wypuścił dym i zaczął: 
– Dobrze... Pamiętasz, że sąsiedzi Josha pomogli mu przeszukać jedynie płaskowyż, tam 

gdzie byli bezpieczni? Co do jednego odmówili zejścia do Urwiska, choć oczywiste było, że 
Danny poszedł w tamtym kierunku. Usprawiedliwiali się czasem zbiorów. To znaczy, że ich 
cenne plony były ważniejsze, niż życie tego chłopca. 

–  Hmm...  –  Svoboda  zaczerwienił  się  –  Hmm...  Jeżeli  burza  zniszczyłaby  plony,  cała 

kolonia miałaby chudy rok. 

–  To  marny  argument.  Co  z  tego?  Nikt  by  przecież  nie  umarł  z  głodu.  Zacisnęlibyśmy 

pasa  na  jeden  rustumicki  rok,  czyli  osiem  czy  dziewięć  ziemskich  miesięcy.  Czy  naprawdę 
chcesz powiedzieć, że pozwoliłbyś, żeby dziecko umarło, samo i prawdopodobnie w wielkim 
bólu, tylko po to, żebyś mógł przez osiem miesięcy jeść dodatkowe danie? 

– Nn... nie. Jeżeli tak stawiasz sprawę.  Zresztą  nikt tak nie uważa. Ja sam...  To znaczy, 

prawdopodobieństwo sukcesu nie było proporcjonalne do ryzyka. 

–  Znowu:  i  co  z  tego?  W  dawnych  czasach,  na  Ziemi,  stu  ludzi  uważałoby  za  zaszczyt 

ryzykować  życie,  gdyby  była  szansa  uratowania  jednego  człowieka.  Gdyby  to  było  twoje 
własne dziecko, poszedłbyś go szukać, prawda? Bez żadnych chłodnych kalkulacji, co? Czy 
więc Danny nie znaczył dla ciebie tyle, bo nie był z twojej własnej rodziny? 

Po  co  przybyliśmy  na  Rustum?  Żeby  żyć,  jak  uważamy  za  stosowne,  bez  żadnych 

oficjalnych nakazów. No i dobrze. Ale zaszliśmy z tym za daleko. Teraz, kiedy mamy już za 
sobą walkę o przetrwanie, każda rodzina wycofuje się coraz bardziej, by dbać o swoje własne 
sprawy. A nie wolno nam na to pozwolić. Człowiek nie może żyć sam. 

Trzeba pomagać zagubionym, chorym, słabym i biednym. W przeciwnym razie, czy sami 

będziemy  mogli  liczyć  na  pomoc,  gdy  opuści  nas  dobra  passa?  Jeżeli  nie  będziemy  sobie 
pomagać dobrowolnie, wtedy nieuchronnie pojawią się prawa i policja, która będzie nas do 
tego zmuszać. Społeczeństwo nie może istnieć bez instytucji użyteczności publicznej. 

Chcę  położyć  kres  tej  tendencji  do  zamykania  się  w  kręgu  swoich  własnych  spraw.  Im 

więcej  będzie  obywateli  spełniających  obywatelskie  obowiązki  z  własnej,  nieprzymuszonej 
woli, tym mniej będzie nam potrzebny rząd i przymusowe prawa. Nie staniemy się tak leniwi 
i  obojętni,  aby trzeba nas było  wiązać prawem.  Ale potrzebna nam  jest  tradycja  wzajemnej 
pomocy. Nasi bohaterowie muszą być nie tymi, którzy najwięcej zdobyli, ale którzy najwięcej 
dali. 

Wolfe przerwał, czerwony na twarzy. 

background image

 

112 

–  Wybacz  mi  –  zakończył.  –  Nie  zamierzałem  prawić  kazań.  Potrzebujemy  sprawnie 

funkcjonującej, psychodynamicznej symboliki. Zresztą słowa są zbyt nieścisłe. To, co miało 
być socjologiczną obserwacją, zamieniło się w prawienie morałów. 

Svoboda uśmiechnął się szeroko. 
– Jesteś sfrustrowanym altruistą, Theron. Mów dalej. 
– Nie mam już wiele do powiedzenia – rzekł Wolfe. – Czekałem na taką okazję, jak ta. 

Teraz  ty  pokazałeś  im  wszystkim  coś  nowego.  Przez  łut  szczęścia,  twoja  wyprawa  zakoń-
czyła się spektakularnym sukcesem; lekcja nie poszła na marne. A ja postaram się utrzeć im 
tym  nosy.  Będzie  to  najbardziej  zawstydzona  społeczność,  jaką  kiedykolwiek  udało  ci  się 
ujrzeć.  Wykorzystam  ten  nastrój,  żeby  namówić  więcej  naszych  osadników  do  pójścia  w 
twoje ślady. Może za parę lat ziarno, które posialiśmy, zacznie kiełkować. 

Wolfe wstał ociężale. 
– Przykro mi jednak, że miałeś być kozłem ofiarnym, Jan.  
– Ja nie żałuję – Svoboda skrzywił się. – Chyba że... Jezu Chryste!... Chcesz powie-dzieć, 

że mam pozować na jakiegoś cholernego, świetlanego rycerza? 

–  Obawiam  się,  że  tak.  To  jest  właśnie  ta  najcięższa  przysługa,  którą  musisz  mi 

wyświadczyć.  –  Wolfe  zachichotał  –  Odwagi!  Cokolwiek  będzie  myślał  o  tobie  świat, 
pamiętaj, że w głębi duszy jesteś zepsutym draniem. 

Svoboda śmiał się razem z nim. Wolfe pożegnał się. 
Jan nie wrócił od razu do swojej  książki. Leżał  przez chwilę spoglądając przez okno na 

śnieżne szczyty Herkulesa wzbijające się w niebo.