background image

bente pedersen 

podcięte 

skrzydła 

background image

Prolog 

- Mikkal! Mikkal! Śpisz? - Sigga lekko szturchnę­

ła mężczyznę, który pociemniałym wzrokiem wpa­
trywał się w żar paleniska. To niepogoda działała na 
niego przygnębiająco, ale są przecież jakieś granice 
złego humoru. 

Zareagował, kiedy podsunęła mu pod nos to, co 

znalazła w skórzanym woreczku. 

Ze zwinnością gronostaja wyrwał jej z ręki kościa­

nego ptaszka i czule pogładził go silnymi palcami. 

Sigga zacisnęła zęby. Ile minęło już czasu od chwili, 

kiedy ją tak pieścił? Dwa miesiące? Trzy? To ostatnie 
było bliższe prawdy. 

- Znalazłam go - powiedziała na swój zwykły 

miękki sposób. - Aiło mógłby się nim bawić. 

- Trzymaj się z dala od moich rzeczy - warknął. 
Cofnęła się. Kiedy był w takim nastroju, musiała 

postępować roztropnie. Powinna pójść do Ravny 
i poprosić ją, by przemówiła do rozsądku swemu 

upartemu i kapryśnemu synowi. Sigga nie miała przy­
stępu do jego serca. 

Uniosła kołyskę z dzieckiem i wyszła z namiotu. 

Nawet tego nie zauważył. 

Mikkal wpatrywał się w ptaszka, czubkami palców 

dotykał chłodnej gładzi kostki, delikatnie pieścił skrzy­
dełka, tułów - skarb, który utracił. 

background image

Jak dawno temu? Raija miała wtedy trzynaście lat 

i była jak pączek kwiatu, który właśnie się otwiera. 
Minęły cztery lata. Tylko cztery, choć jemu zdały się 
całym życiem. 

Mikkal wciąż pamiętał tamten ciepły czerwcowy 

dzień. Samotnie doglądał reniferów na płaskowyżu, 
tylko komary dotrzymywały mu towarzystwa. 
Z nudów zaczął dłubać nożem w kawałku kości 
i zrobił dla Raiji coś pięknego. Coś, co mówiło wie­
le, nie mówiąc wszystkiego. Wtedy był jej starszym 
bratem... 

Mikkal uśmiechnął się gorzko do kościanego kru­

ka. Nigdy go nie dostała. Renifery rozpierzchły się, 
z wielkim trudem zdołał je zatrzymać i skupić na po­

wrót w stado. 

Raija cięła turzycę w pobliżu i przybiegła na poga­

wędkę. Mała kobietka, jakże wydała się mu zachwy­
cająca. Dała prawdziwy spektakl zazdrości, sądząc, że 
rzeźbi coś dla Siggi. Mikkal roześmiał się cicho na sa­
mo wspomnienie. Pamiętał też, jak spontanicznie ob­

jęła go, zrozumiawszy, że podarunek jest dla niej. 

Cztery lata. I wciąż czuł zapach wrzosu, widział 

szeroki, letni nieboskłon, widział ją. Chociaż... Obraz 
Raiji z tamtych dni na płaskowyżu pod fińską grani­
cą zatarł mu się w pamięci. Oczami duszy widział tę 
inną Raiję, dorosłą, sprzed dwóch lat. Tę, która po­

wiedziała, że go kocha. Ich losy nigdy się nie splotły, 
jedynie skrzyżowały, a potem każde znów poszło 
własną drogą. 

Nie byli sobie pisani. Ani teraz, ani przedtem. Po­

winien właściwie być wdzięczny za te krótkie chwi­
le, które spędzili razem. Żadne z nich nie mogło pro-

background image

sic o więcej. Mikkal wciąż jednak tęsknił i tęsknota 
doprowadzała go na skraj obłędu. Relacja Aslaka 
z wizyty u Raiji przygnębiła go na długie tygodnie. 
Nie uwierzył w nią, nie wierzył słowom Aslaka. Ra-
ija należała przecież do niego, nie mogła być szczęśli­
wa z kimś innym. Szwagier musiał się mylić, upierał 
się jednak przy swoim. Twierdził, że Raija jest pięk­
niejsza niż kiedykolwiek, jaśnieje jakimś wewnętrz­
nym blaskiem. Szczęśliwa i brzemienna. Raija urodzi­
ła dziecko w tym samym czasie co Sigga. Czy i w tym 
objawia się ironia losu? 

Myśl, że Raija została matką, odebrała Mikkalowi 

radość z syna. To Sigga zajęła się małym, to ona nada­
ła mu imię Ailo. To ona wreszcie przelała na dziecko 
całą swą miłość. Mikkal spoglądał na nie z rzadka, nie 
zdołało wzbudzić w nim gorących ojcowskich uczuć. 

Ailo zapewne nie różnił się od innych dzieci. I był 

jego synem, co do tego Mikkal nie miał żadnych wąt­
pliwości. Powinien szaleć ze szczęścia. Powinien... 
Byłby szczęśliwy, gdyby inna kobieta urodziła mu 
chłopca. 

Po co zaprzątać sobie tym myśli? To nie ma sen­

su. Raija Alatalo z rozległej fińskiej doliny wzdłuż 
rzeki Torne i Mikkal syn Pehra z zalanych światłem 
płaskowyżów północnej Norwegii daremnie wpatry­

wali się w gwiazdy. 

Raija była córką zubożałego, dumnego chłopa Erk-

kiego Alatalo. Lata nieurodzaju i zawieruchy wojen­
nej zmusiły go do wysłania ukochanej najstarszej cór­
ki na północ, do krainy zwanej Ruiją. Powierzył ją 
pieczy Lapończyka Pehra, ojca Mikkala. 

Wtedy po raz pierwszy Mikkal ujrzał dziewczyn-

background image

kę o czarnych lokach tańczących na bezlitosnym wie­

trze. Od tamtej chwili ich losy splotły się ze sobą. 

Raija została jego Małym Krukiem i młodszą sio­

strą. Pehr i Ravna przyjęli ją do rodziny. Zostałoby 
tak do dziś, gdyby uczucia Mikkala nie przekroczyły 
granic braterskiego przywiązania. 

Dostrzegł to ojciec i odprawił dziewczynę. 
Dwa lata Mikkal żył marzeniami o pewnym dziec­

ku. Ujrzał je znów, kiedy pojechał w konkury do Sig-
gi. Ponowne spotkanie z Raiją przesłoniło mu cały 
świat i kazało zapomnieć o celu wyprawy. Raija nie 
była już dzieckiem, stała się ponętną kobietą. Na jej 

widok krew zagotowała mu się w żyłach, a rozsądek 
wyparował jak rosa o poranku. 

Tamtej nocy spędził w jej ramionach kilka upoj­

nych godzin. Ich ciasno splecione ciała przemawiały 
do siebie językiem miłości, w gorzkim przekonaniu, 
że odnalazły się zbyt późno. 

Ostatnie dwa lata Mikkal żył wspomnieniami tam­

tej nocy. Zaklął cicho i zacisnął zęby. Napięta skóra 

wokół ust pobladła, nozdrza drżały jak u rannego 
zwierzęcia. 

Pamiętał dobrze, kto wtedy odwoływał się do szla­

chetności, kto mówił, że nie powinni się spotykać. Pa­
miętał dobrze, kto perorował o rozsądku, o potrzebie 
darzenia miłością tych, którzy ich kochali. Mikkal 
miał dobrą pamięć i przeklinał sam siebie za słowa, 
które wypowiedział. 

Błagała go, by został, a on mówił o obowiązkach. 

Sam pchnął ją w ramiona tego jasnowłosego, słabo­

witego chłopca z Lyngen. Prosił ją, by uczyniła go 
szczęśliwym. 

background image

Słowa Aslaka powiedziały mu, że Raija potrakto­

wała jego prośbę dosłownie. Zrobiła nawet więcej, 
znalazła szczęście u boku syna rybaka. 

Mikkal nie mógł tego pojąć, zżerała go zazdrość. 

Sam ożenił się z dziewczyną, która cały czas była 
mu pisana. Mądrą i piękną Siggą, która znała swoje 
miejsce. Dbała o dom, kochała go, zawsze go kocha­
ła. Dała mu syna, spełniała wszystkie małżeńskie po­

winności. 

Ale Mikkal nie osiągnął pełni szczęścia. Raija Ala-

talo nazywała się teraz Elvejord. Nie pojmował, dla­
czego było jej z tym dobrze, uznał, że zbrukała to, co 
ich niegdyś łączyło. On cierpiał. Jakże więc Raija mo­
gła czuć się inaczej? 

Może dlatego, że tkwiło w niej coś, co dostrzegł 

dawno temu - prawdziwa wola przetrwania. Raiji 

Alatalo nie sposób złamać. 

Mały Kruk przypominał jeden z tych upartych 

kwiatków, które czepiają się nagiej skały i kwitną rok 
po roku. Raija... Mikkal zagłębił się w marzenie, w pu­
stkę, od której nie mógł, nie chciał uciec. Miał dwa­
dzieścia trzy lata, a czul, jakby przeżył dwa razy ty­
le. Znał Raiję od dziewięciu lat i przez cały ten czas 
była jego błogosławieństwem i jego przekleństwem. 

Czy mieli się jeszcze kiedyś spotkać? Bezwiednie 

pogładził ptaszka, w kąciku warg igrał mu uśmiech. 

Jego twarz wokół oczu i ust pokryła się siecią drob­

nych zmarszczek. Trudne życie wyciskało bezlitosne 
piętno na twarzach synów płaskowyżu. 

Sam musiał zdecydować, czy się jeszcze spotkają, 

był tego świadom. Dotąd trzymał się z dala od Lyn-
gen, bogowie jedynie wiedzieli, jakim kosztem. Miał 

background image

tyle okazji, tysiące dobrych wymówek, ale się po­
wstrzymywał. Może teraz ptaszek dawał mu znak? 
Może Raija go potrzebowała? 

Pobożne życzenia. Sigga znalazła figurkę przypad­

kiem i chciała dać ją synowi do zabawy. Mikkał spoj­
rzał na ptaszka. Kość całkiem już pożółkła. Rzeźba 
była niezdarna, wtedy niezbyt sprawnie posługiwał 
się nożem. Teraz, po latach ćwiczeń, mógłby stwo­
rzyć dzieło warte Raiji. 

Sigga miała rację. Ailo powinien dostać ptaszka, 

ściskać go w małych paluszkach, znajdować radość 

w zabawie. Po co chować skarby dla kogoś, kto nie 

może ich przyjąć? Zresztą Mikkal ofiarował Raiji rze­
czy najcenniejsze: swą miłość - i broszkę babki. 

Dał jej też dar znacznie hojniejszy, sam o tym nie 

wiedząc. Raija przysięgła sobie, że nigdy mu o nim 
nie powie, a Raija Alatalo zawsze dotrzymywała 
słowa. 

Mikkal znalazł żonę i syna u swojej matki. Nie 

zdziwił się, Ravna potrafiła godzić zwaśnionych mał­
żonków. Stawała pomiędzy nimi z dobrą radą, otwie­
rała im oczy. Kochała ich, a w samotności roniła nad 
nimi łzy. 

Rzucił ptaszka na kolana Siggi tak, jakby nic dla 

niego nie był wart. 

- Daj go chłopcu - powiedział. 
- Sądziłam, że to jeden z twoich tajemniczych skar­

bów - zdobyła się na odwagę Sigga. Wiedziała, że 
w obecności matki Mikkal powściągnie język. 

- To jedynie pamiątka z dzieciństwa. 
Sigga złapała ptaszka w dwa palce, jakby figurka 

napawała ją obrzydzeniem. 

10 

background image

- Jeśli to pamiątka po... niej, to Ailo jej nie dosta­

nie! - rzuciła zapalczywie. 

- To ptaszek, Siggo, ptaszek z kości. Chcesz go 

użyć jako oręża przeciwko mnie? 

- Kruk? - drażniła go z ogniem w oczach. 
- Ptak. - Mikkal machnął rękoma z rezygnacją. -

Wrona. Kruk. Nazwij go, jak chcesz, dla mnie to po 
prostu ptaszek! 

- Dorośli, a zachowują się jak dzieci! - westchnęła 

Ravna. - Uważajcie, by Pehr was nie posłyszał. 

Ukradkiem spojrzała na figurkę, dzieło Mikkala 

sprzed czterech lat. 

- To ptaszek - zdecydowała. - Wygląda zresztą na 

mewę, w życiu nie widziałam białego kruka. Skąd ci 
coś podobnego przyszło do głowy, Siggo? 

Sigga zacisnęła usta. Ravna wzięła stronę Mikkala 

- i Raiji. Nic dziwnego, zawsze czuła słabość do tej 
małej Finki. 

Sigga była zbyt mądra, by sprzeciwić się teściowej. 

Z westchnieniem rezygnacji wcisnęła ptaszka w dło­
nie synka. Mały zamruczał z zadowoleniem. 

Czy Ailo miał się znaleźć pod działaniem tego sa­

mego czaru, który opętał Mikkala? Złe przeczucie 
ścięło jej krew w żyłach. 

Był rok 1727. 
Fryderyk IV wciąż zasiadał na tronie Danii i Nor­

wegii. W siedem lat po zakończeniu wojny północnej 
połączone królestwa trzymały się z dala od kłótni 
wielkich mocarstw. Tak było korzystniej dla państwa 
i dla poddanych, kasa królewska, dotąd świecąca pu­
stkami, zapełniała się dzięki handlowi z wojującymi 

11 

background image

stronami. U progu absolutyzmu zubożała północna 
monarchia potrzebowała pieniędzy. 

Finnmark. 
Na dworze kopenhaskim traktowano tę północną 

część ponad miarę rozciągniętej Norwegii jak pro­
wincję w prowincji, jak kolonię, na równi z Grenlan­
dią, Islandią i Wyspami Owczymi. 

Finnmark. 

Trzy państwa rościły sobie prawo do obszarów da­

lekiej północy: Dania, Szwecja i Rosja. Na rozległych 
terenach Finnmarku ścierały się interesy kilku mo­

carstw, każde z nich wysyłało tam swoich poborców 
podatkowych. 

Granice Finnmarku były płynne. Sąsiedzi, każdy 

na swój sposób, usiłowali zaznaczyć tu własny 

wpływ. Szwedzi zbudowali kościoły w Kautokeino 

i Utsjok. Nie mieli zamiaru dobrowolnie zrzec się 
praw do tych ziem. 

Królestwo Danii i Norwegii starało się zasiedlać 

nadmorskie tereny odległej północy i bezkresne ob­
szary płaskowyżu Norwegami. W dobrych domach 
Bergen i Trondheim namawiano służbę, by jako pio­
nierzy ruszała do Finnmarku. 

To samo czyniono z obywatelami gorszej katego­

rii. Czyszczono południowe krańce monarchii z prze­
stępców i wolnych ptaków. Z żelazną konsekwencją 

wysyłano ich na północ, motywując to postępowanie 
dobrem państwa i, obłudnie, wspaniałomyślnością. 

Lapończycy, pradawni mieszkańcy północy, nie 

zdobyli zaufania królewskiej Kopenhagi, traktowano 
ich jak dziwaczny, egzotyczny lud, któremu nie przy­
sługuje miano godnych zaufania obywateli. Stołeczni 

12 

background image

mędrcy nie wiedzieli prawie nic o tych dzieciach na­
tury i pomijali je w swoich rachubach. 

Lapończycy byli ludem koczowniczym, a dwór 

królewski pragnął, by tę odległą krainę zasiedlili lu­
dzie pracowici i obeznani z rolą. 

Lata dwudzieste XVIII wieku przyniosły pozytyw­

ne zmiany. Po latach upadku prowincja Finnmark 
odradzała się jak Feniks z popiołów. 

Ludziom żyło się lepiej, klimat ocieplał się. Od naj­

zimniejszego roku 1720 temperatury stale rosły. Ode­
brano to jako znak, zapowiedź pomyślności. 

Zlikwidowano monopole, wprowadzono zasadę 

wolnego handlu. Choć miasta Bergen i Trondheim 
odmówiły wjazdu cudzoziemcom i same podzieliły 

się wpływami z handlu, to i tak ludzie dalekiej pół­
nocy odczuli poprawę swego losu. 

Ożywiły się kontakty ze światem. W Finnmarku 

pojawili się podróżnicy, ze wschodu nadciągnęli pier­
wsi kupcy rosyjscy. 

Finnmark zasiedlały dwa ludy, Norwegowie i La­

pończycy; z południa, z Finlandii, przybywali przed­
stawiciele trzeciego narodu. Uciekając od wojny, głodu 
i nieurodzaju, w poszukiwaniu lepszego życia dociera­
li aż do północnych fiordów. W roku 1727 przybyszów 
było wciąż niewielu, pojawiali się pojedynczo lub 
w nielicznych grupkach. Obsiedli brzegi fiordu Lyngen 
lub wędrowali jeszcze dalej, aż do Alty. 

Byli to dobrzy, pracowici chłopi z rolniczych obsza­

rów Finlandii. Z różnych powodów nie widzieli dla 
siebie przyszłości w ojczyźnie, a Ruija, nadmorska kra­
ina, jawiła im się rajem na ziemi. Byli, rzecz jasna, po­
śród nich także ludzie pośledniejszego autoramentu. 

13 

background image

We wsiach Tornedalen mówiono, iż jeśli ktoś bez 

powodzenia próbował odmienić swój los, zostawało 
mu jedno wyjście: podróż do Ruiji. Czasami w dro­
gę wyruszały dzieci, wysyłane w nieznane przez nie­
szczęśliwych rodziców. Może w obcej krainie czekał 
je lepszy los? Powierzano je opiece wędrownych La­
pończyków, którzy u kresu drogi sprzedawali dzieci 
miejscowym rodzinom. Trudno ten proceder okre­
ślić inaczej niż jako handel żywym towarem. 

W Ruiji czekała dzieci niejasna przyszłość. Dla nie­

których rodzin były z dawna oczekiwanymi potom­
kami, dla innych jedynie tanią siłą roboczą. Jeden los 
niepodobny do drugiego. 

Pośród wielu dzieci, które w ten sposób znalazły 

się w Ruiji, była Raija. Mały Kruk Mikkala. 

background image

Raija skończyła siedemnaście wiosen, od dwóch lat 

była żoną Karla, zaledwie dziewiętnastolatka. Trzeci 
członek rodziny, Maria, przez wszystkich zwana Ma­
ją, niespełna roczne dziecko, właśnie zaczęło stawać 
na nóżki. Ciekawe świata kręciło się wokół i nie raz 
rodzice musieli ratować je z opresji. 

Niedługo Raija miała zostać sama z córką. Jak więk­

szość mieszkańców nadbrzeżnych okolic fiordu Lyn-
gen rodzina Elvejordów prowadziła niewielkie gospo­

darstwo i żyła z rybołówstwa. Raija doglądała zwierząt 
i uprawiała niewielki spłachetek ziemi, Karl miał za so­
bą kilka sezonów spędzonych na morzu. Zeszłej zimy 
był na Lofotach, a teraz zbliżał się kolejny okres po­
łowów. Każdy, kto pragnął zapewnić rodzinie strawę 
i odzienie, musiał myśleć o wyprawie. Karl ruszał na 
północ, na łowiska położone u wybrzeży Finnmarku. 

Raija była żoną rybaka i do niej należało dbanie 

o ekwipunek męża. Czekało ją mnóstwo obowiąz­
ków, zbyt wiele dla dziewczyny, która najchętniej 
spędzałaby dni na marzeniach. Lecz Raija Elvejord od 
dawna już nie oddawała się marzeniom. Biedne żony 
rybaków wypełniały całe dnie znojną pracą. 

Kiedy Karl wyruszy na wyprawę, zostanie sama. 

Rei jo, najlepszy przyjaciel Karla, wyprawił się wcze­
śniej z inną załogą na te same łowiska Finnmarku. 

15 

background image

W przeciwieństwie do Karla Reijo dawno już porzu­

cił mrzonki o złożach złota w górach otaczających 
fiord Lyngen. 

Reijo i jego ojciec, Antti Kesaniemi, byli oprócz te­

ścia Kristiana jedynymi przyjaciółmi Raiji w tej nad­
morskiej osadzie. Matka Karla, Marta, zachorowała 
i zmarła poprzedniej zimy. 

Kristian również ruszał na morze. Tylko Antti zo­

stawał w domu. 

Raija uważała, że czynił tak ze względu na nią, 

choć Antti gorąco zaprzeczał. Na swój sposób był jej 
ojcem, którego tak potrzebowała - ten godny zaufa­
nia Kwen z domku na cyplu zawsze spieszył jej z po­
mocą. Raija nie bała się ciężkiej pracy i była gotowa 

zrobić wiele dla ludzi, których darzyła sympatią. 
Wrogom nie pobłażała, nie leżało to w jej naturze. 

Ludziom, których kochała, poświęcała wszystkie si­

ły. Tej wiosny przygotowała ekwipunek dla męża, ale 
nie zapomniała o teściu i Reijo. Raija dbała o swoich. 
Szycie nie było jej mocną stroną, ale zdołała zapew­
nić wszystkim trzem mężczyznom ciepłe odzienie. 

Tylko ona wiedziała, ile bezsennych nocy spędziła na 
tym zajęciu. 

Zbliżał się czas wypłynięcia, więc Raija piekła od 

rana do wieczora. Zapasy cennej mąki kurczyły się 

w oczach, ale Raija uznała, że da sobie radę. Zdarza­
ło się latem, iż do Lyngen docierał ten czy ów kupiec 

znad Zatoki Botnickiej, często poza wyznaczonymi 
terminami targowisk. Da sobie radę. Jak wróci Karl, 

wszystko znów będzie po staremu. 

Trzej mężczyźni dostaną na podróż wystarczający 

zapas chleba i sucharów. Nikt nie zarzuci jej, że lek-

16 

background image

ko traktuje obowiązki. Żaden z nich nie zazna głodu 
na łowiskach. 

Karl oczekiwał wyprawy z niechęcią. Nosił w so­

bie przekonanie, że nie urodził się do zawodu ryba­
ka. Miał tysiące planów i jedno wielkie marzenie, nie 
dość jednak czasu, by je spełnić. 

Życie dziewiętnastolatka układało się w jednostaj­

ny ciąg obowiązków. Jako ojciec rodziny musiał prze­
de wszystkim dbać o żonę i dziecko. Walka o chleb 
codzienny trwała okrągły rok. Na marzenia zostawa­
ło niewiele czasu. 

Wciąż natykał się na przeszkody, które skazywały 

go na ten sam los, jakby na zawsze już miał pozostać 
zgarbionym od pracy rybakiem. 

Trzeba odwagi, by się przeciwstawić przeznacze­

niu. Znacznie ^więcej odwagi, niż Karl Elvejord był 
w stanie z siebie wykrzesać. Kiedy już jednak minie 
czas połowów... jesienią, wtedy porozmawia z Raiją... 

Najtrudniejsza jest zawsze ostatnia noc. Dla tego, 

kto rusza w drogę, i dla tej, która zostaje z brzemie­
niem odpowiedzialności za dom, inwentarz i rodzinę. 

- Może nie powinienem wypłynąć - szepnął Karl ze 

wzrokiem utkwionym w powałę. I on, i Raija wiedzie­
li, że nie ma wyboru. - Tylu podłych ludzi się tu kręci. 
Zostaniesz sama z Mają, wszystko się może zdarzyć... 

Raija roześmiała się. 

- Kalle, Kalle - rzekła pieszczotliwie - nie ty jeden 

ruszasz w drogę. Zostają kobiety, dzieci i starcy. Dam 
sobie radę. Jeśli ktoś zechce mi się naprzykrzać, będę 
mruczeć pod nosem zaklęcia. Jak wrócisz, dowiesz 
się, że masz czarownicę za żonę... 

I  1 7 

background image

- Nie igraj z ogniem, Raiju - wzdrygnął się. - Cza­

rownice się pali... 

Jego uwaga wydała się Raiji niezwykle zabawna. 

Dziewczyna miała szczególne poczucie humoru. 

- Nic mi się nie stanie - zapewniła męża z mło­

dzieńczą pewnością siebie. - Antti będzie mnie odwie­
dzał, założę się, że kilka razy dziennie, tak niby przy­
padkiem. Co może mi grozić? 

Karl nie odpowiedział, ale pomyślał o czymś bar­

dzo konkretnym. Kiedy wyjeżdżał z domu, zawsze 
prześladowały go te same natrętne myśli. 

Najgorsze mówiły mu, że Raija go opuściła. Na 

Lofotach zlany potem budził się z koszmaru, w któ­
rym widział opustoszałe domostwo. 

Raija nigdy nie zrobi tego z własnej woli. Nie dla­

tego, że brak jej odwagi, raczej z nadmiaru lojalno­
ści. Karl wiedział jednak, że jej lojalność kończy się 
tam, gdzie zaczynają uczucia. 

Istniał jeden człowiek, dla którego Raija rzuciłaby 

wszystko. Człowiek, który mógł urzeczywistnić ko­
szmary Karla. 

Minęły dwa lata, odkąd widzieli go po raz ostat­

ni, i zapewne sporo jeszcze upłynie wody w strumie­
niu, zanim ujrzą go ponownie. Mimo to Karl nie 

wątpił, że tamten w końcu się pojawi. Nikt, kto da­
rzy Raiję uczuciem, nie oprze się pokusie. A jego ry­
wal kochał Raiję. Tego właśnie Karl Elvejord oba­
wiał się najbardziej - że tamten zjawi się w Lyngen 
pod jego nieobecność. 

- Masz szczęście, że możesz się stąd wyrwać. -

W głosie Raiji pojawiła się nuta rozmarzenia. 

Strach złapał Karla za gardło. 

18 

background image

- Więc tęsknisz? Chcesz wyjechać? Dokąd? - W tych 

urywanych słowach zawarł cały swój niepokój. 

- Nie mogę przecież ruszyć z wami na połów. 

Komu potrzebna kobieta na łodzi? - roześmiała się 
głośno. 

- Gdybyś jednak mogła wyjechać - drążył, unosząc 

się na łokciu. Wpatrywał się w żonę poprzez mrok, 
ale nie potrafił wyczytać nic z jej twarzy. Ledwo ją 
widział. - Gdybyś mogła, Raiju, wyjechałabyś? 

- A ty nie? - rzuciła wymijająco. 
Obojętny ton jej głosu wzbudził czujność Karla. 

Zdradziła się. Nie odpowiedziała wprost, ale i tak się 
zdradziła. 

- Do Finlandii? - zapytał, choć znał odpowiedź. 
- Czego miałabym tam szukać? - spytała bezna­

miętnie. - Wszyscy pewnie pomarli. 

- Więc na północ? 

Jej wahanie trwało o ułamek sekundy zbyt długo. 
- Nie wiem... 

Karl jednak wiedział. Raija nie miała nikogo w Fin­

landii, ale na północy ktoś na nią czekał... 

- Ale to się nigdy nie stanie... - Raija zwracała się 

bardziej do siebie niż do niego. - W naszej rodzinie 
ty jesteś podróżnikiem. Zostanę z Mają tutaj, gdzie 
nasze miejsce. 

Karl nie był tego taki pewien. Mocne więzy łączy­

ły Raiję i Maję z innym miejscem na ziemi. Pilnował 
się, by głośno nie wyrazić swoich przypuszczeń. 

Przysunął się do żony i objął ją. 
- Długo mnie nie będzie - mruknął, wtulając war­

gi w zagłębienie na jej szyi. Zanurzył się w świeżym 
zapachu jej włosów. Raija pogłaskała go po ramio-

19 

background image

nach. Przez ostatni rok Karl bardzo zmężniał. Tak, 
długo go nie będzie. 

Znalazł ustami jej wargi, a ona się nie cofnęła. Nie 

była stworzona do życia w samotności, potrzebowa­
ła fizycznej miłości równie mocno jak on. Trzymając 
ją w objęciach, Karl mógł nieomal wyobrazić sobie, 
że Raija go kocha. Nie był już tym niezdarnym ko­
chankiem z nocy poślubnej. 

Wiele się nauczył, również w tej dziedzinie. 

Delikatnie pieścił dłońmi każdy skrawek jej ciała. 

Uwielbiała pieszczoty i potrafiła je odwzajemnić. 

Pocałował ją, a Raija się uśmiechnęła. Jej miękkie 

wargi potrafiły doprowadzić go do szaleństwa, obsy­
pując pocałunkami w niezwykłych miejscach. 

Raija przywarła do męża, zachęcając, by w nią 

wszedł. Ciała obojga błagały o spełnienie. Karl przy­

krył ustami jej wargi i kiedy ich języki spotkały się 
w namiętnym tańcu, zniknął rozsądek, słowa i świat 
wokół. 

Nie istniało nic poza niewyobrażalnym szczęściem. 
Karl usłyszał własny głos, szepczący słowa pełne 

miłości, słyszał jęki Raiji, czuł jej gorący oddech na 
policzku. Paznokciami wpiła się w jego ramiona, ale 
nie sprawiło mu to bólu. Unosił się na falach miło­
ści, póki świat wokół nie eksplodował w spazmie 

rozkoszy. 

Doszedł do siebie po dłuższej chwili. Leżał wciąż 

u boku Raiji, spocony i rozgrzany bliskością jej rozpa­
lonej skóry. Futrzana kapa zsunęła się na ziemię, ale 
Karl nie czuł chłodu. Jakże mógł marznąć w objęciach 
Raiji? Było w niej więcej ognia niż w palenisku. 

Żaden z mężczyzn w osadzie nie dzielił łoża z rów-

20 

background image

nie namiętną kobietą. Słuchał ich rubasznych opo­
wieści i wiedział, że fantazjowali, ale nawet w ich naj­
odważniejszych relacjach nie znajdował nic, co rów­
nałoby się jego doznaniom w ramionach Raiji. 

A kiedy ze znaczącymi uśmieszkami pytali go o to 

samo, Karl zaciskał usta. Nigdy nie przyznałby, jaki 
skarb przypadł mu w udziale. Nie mógł znieść pożądli­
wych spojrzeń, którymi obrzucali jego żonę, nie chciał 
kusić ich ponad miarę intymnymi zwierzeniami. 

- Będziesz tęsknić? - szepnął, przykrywając ją fu­

trem. - Do tego...? - dodał w przypływie odwagi. 

- Oczywiście - odpowiedziała leniwie. - Przecież 

wiesz... 

Wiedział. Nie był tylko pewien, czy jej tęsknota 

obejmowała coś więcej. Łóżko to jedyne miejsce, 
w którym potrafił ją zadowolić. Poza nim nie speł­
niał jej oczekiwań. 

Tylko w takiej chwili, w czułych objęciach nocy, 

Karl miał pewność, że jest w nim dość męskiej siły, 
by zaspokoić pragnienia Raiji. Było zbyt ciemno, by 
dostrzegł ten nieuchwytny cień, który kładł się mię­
dzy nimi. 

Dość tych ponurych myśli! 
Dłoń Karla spoczywała na udzie żony. Ciało Raiji 

nabrało krągłych, kobiecych kształtów, a jej skóra by­
ła niewyobrażalnie miękka. Nie mógł się powstrzy­
mać, jego palce zaczęły wędrówkę. Miał przed sobą 
długie miesiące rozłąki. 

Wiedział, że może dać upust żądzom w inny spo­

sób. Chętnych dziewcząt nie brakowało. Na poprzed­
nich wyprawach zdarzało mu się znaleźć chwile uko­
jenia u obcych kobiet, ale nie pozostało mu po nich 

21 

background image

nic poza wyrzutami sumienia. Żadna nie potrafiła 
ofiarować mu tego, co Raija. 

- Uspokój się, Kalle! - szepnęła ze śmiechem, kie­

dy ponownie usiłował ją do siebie przytulić, ale nie 
stawiała zbytniego oporu. -  N o c jest długa... 

Jej głos tchnął miękkością, był pełen obietnic, 

brzmiał niemal miłośnie. 

Karl wyciągnął się na łóżku, a Raija łasiła się jak 

kotka. Miała rację, noc jest długa. Lato będzie jeszcze 
dłuższe... 

Kochali się raz jeszcze, zanim poranek nie rozja­

śnił mroku. Oddali się sobie nawzajem z większą czu­
łością niż za pierwszym razem. Tak było zawsze, ko­
lejne zbliżenie było bardziej udane niż poprzednie. 

Karl usypiał, rozgrzany i zaspokojony, trzymając 

żonę w objęciach. Zdołał nieomal wmówić sobie, że 
stal się cud, i Raija go pokochała. 

Nie pozwolił, by odprowadziła go nad fiord. Kie­

dyś Marta żegnała tak Kristiana i wrócili z pustymi 
rękami. Od tego czasu Kristian twardo obstawał przy 
tym, by żadna kobieta nie stała na brzegu, gdy łódź 
wychodzi w morze. 

Kristian Elvejord zdawał się wiedzieć, co przynio­

sło im pecha, i nie chciał ryzykować powtórnego nie­
powodzenia. Członkowie jego załogi musieli poże­
gnać się ze swoimi kobietami na progu domu. Od tej 

prostej reguły nie było wyjątków. 

Oprócz Kristiana i jego syna Karla załogę stanowi­

ło trzech mężczyzn, ojców rodzin, i najmłodszy brat 

jednego z nich. Miał czternaście lat, był kuchcikiem, 
po raz pierwszy ruszał do Finnmarku. W przeciwień-

22 

background image

stwie do pozostałych nie powierzono mu stałych 
obowiązków podczas żeglugi, miał być pomocnikiem 
od wszystkiego i zbierać doświadczenia. 

Karl spełniał kiedyś taką samą funkcję na kutrze oj­

ca, teraz został przeniesiony na śródokręcie. Nikt nie 
mógł powiedzieć, że Kristian faworyzował syna - miał 
dość rozsądku, by przydzielać ludzi na stanowiska 
zgodnie z ich doświadczeniem. Karl wiedział niewie­
le o pracy na morzu i Kristian uznał za rzecz najzu­
pełniej naturalną, by ustawić go najniżej w hierarchii 
załogi. Nikt nie protestował. 

Podczas żeglugi na północ czekała Karla znojna 

praca, wcale nie marzył o jeszcze cięższej harówce na 
dziobie i rufie czy obowiązkach sternika. 

Kristian był szyprem, krótko mówiąc, pierwszym 

po Bogu. To on wydawał rozkazy, on dowodził ku­
trem. Sternik pilnował kursu i informował szypra 
o zdarzeniach godnych uwagi, miał jeszcze inne za­
dania, całkiem nie do pozazdroszczenia. Jeśli statek 
przy pełnych żaglach przechylał się niebezpiecznie, 
sternik służył za balast, wychylając się za okrężnicę. 
W czasie żeglugi nie raz czekała go zimna kąpiel 

w słonej wodzie. 

Człowiek na rufie pilnował brasów, poza tym po­

magał szyprowi przy szotach i żaglach. Stawianie ża­
gli na łodziach o sześciu przedziałach wiosłowych 

wymagało współpracy dwóch ludzi. Rufowy także 
czerpał wodę, bywało, że podczas żeglugi w ogóle nie 
odrywał się od tego zajęcia. 

Rybak na dziobie pomagał sternikowi, tak jak ru­

fowy asystował szyprowi. Obsługiwał również wio­
sło, którym obracano statek podczas zwrotów. Ra-

23 

background image

zem ze sternikiem musiał siadać na okrężnicy, by 
utrzymać statek na równej stępce. 

Rybak na śródokręciu pracował w najgorszych wa­

runkach, stojąc na balaście. W łodziach używanych 
na północy balast umieszczano za masztem. Stojąc na 
kupie kamieni, marynarz pomagał wylewać wodę 
i pilnował żagla gniezdnego, jeśli kuter był weń wy­
posażony. Łódź Kristiana nie miała takiego żagla, 

więc Karl nie musiał zawracać sobie nim głowy. I tak 
cała szóstka nie narzekała na brak obowiązków. Przy­
szłość rodzin spoczywała w ich rękach i zależała od 
łaskawości morza u brzegów Finnmarku. 

Raija nie poszła ich żegnać. Później miała żałować, 

że nie sprzeciwiła się woli Karla. 

background image

Raija cieszyła się z samotności, zawsze cieszyła się, 

kiedy Karl wyruszał z domu. Lubiła go mieć przy so­
bie, ale nie na długo, wtedy stawała się niespokojna. 
Nie podzieliła się z nim tymi zdradzieckimi myśla­
mi, uznała więc, że go nie ranią. 

Jak przewidziała, Antti Kesaniemi odwiedził ją po­

południem, niby zupełnie przypadkiem. Ojciec Reijo 
znał Raiję lepiej niż inni, nie zdziwił się więc, kiedy 
znalazł ją przed domem pogrążoną w całkowitej bez­
czynności. 

Ludzie nie powinni mieć czasu na korzystanie 

z uroków ładnej pogody. Bezczynność była grzechem, 
istota ludzkiej egzystencji zawierała się w pracy. Rai­
ja miała czas, bo nawet w wirze nieustannych zajęć 
potrafiła wygospodarować chwilkę dla siebie. Siedzia­
ła w słońcu, na pół drzemiąc, jednym okiem dogląda­

jąc harców córki. Maja biegała po łące, skryta nieomal 
pośród traw i kwiatów. Zapowiadało się piękne lato. 

- Fiord wyglądał dziś naprawdę ładnie - rzucił Ant­

ti, siadając koło Raiji. Nie miała wątpliwości, że cho­
dzi mu o wypływające statki rybackie. 

- Z pewnością - odrzekła. - Potrafię to sobie wyo­

brazić. Rzeczywistość mogłaby mnie rozczarować. 
Obraz, który mam w sobie, jest bowiem niezwykle 
uroczy. 

25 

background image

Antti zrozumiał. Kto potrafi marzyć, unika rzeczy­

wistości, żeby nie stracić złudzeń. 

- Ładne! - Maja przycisnęła złocisty mlecz do no­

sa Anttiego, żeby go lepiej widział. 

Antti roześmiał się głośno. Gestykulując zabawnie, 

powąchał kwiat i przyznał Mai rację. Dziewczynka, 
zadowolona z pochwały, potuptala z powrotem na łą­

kę. Śmiała się i gaworzyła, pośród zieleni sama wy­
glądała jak mały kwiatuszek. Antti ściskał niezdarnie 
mlecz w silnych palcach. Kwiat zwiesił główkę, po­
mięty rękami ledwie rocznego dziecka. 

- Zauważyłaś, że robi się do niego podobna? 
Raija wzdrygnęła się. 
- Do Karla? 
Pokręcił głową. Słońce podświetliło siwe pasemka 

w jego jasnych włosach. Posunął się w latach. Raija 

nigdy nie myślała o nim jak o starym człowieku. 

- Mnie nie zwiedziesz - uśmiechnął się. - Wiedzia­

łem od początku, kiedy tylko ujrzałem ją pierwszy 
raz. Inni coś podejrzewali, ja miałem pewność. Wie­
działem, Raiju, a teraz trudno już ukryć prawdę. Tam­
ci jednak chyba już zapomnieli... 

- Są tacy, którzy nigdy nie zapomną - odrzekła 

gorzko. 

Z cichym westchnieniem odgarnęła włosy z czoła 

i podążyła za jego spojrzeniem. Maja siedziała pośród 
kwiatów, jej oczy błyszczały dziecięcą radością. Brązo­

we oczy z niezwykłą miodową otoczką źrenicy. Wło­

sy okalały czarną chmurą okrągłą twarzyczkę o oliw­
kowej cerze i wyrazistych rysach, znacznie bardziej 

wyrazistych niż rysy matki i kogokolwiek z jej rodu. 

- Masz rację - przyznała Raija, nie skrywając du-

26 

background image

my. - Jest do niego podobna, z każdym dniem coraz 
bardziej. To mnie przeraża. Powinna być podobna do 
mnie, ale może kryje się w tym jakiś sens... 

- A może kara? - spytał żartobliwie. 
Raija wzruszyła ramionami, ale Antti wyczuł, że 

trafił w czuły punkt. 

- Nie sądziłem, że takie myśli roją ci się w głowie. 

To wbrew twojej naturze - dodał. 

Raija wybuchnęła śmiechem. Położyła się w trawie 

i śmiała serdecznie. Taką ją znał. 

- Nie mam takich myśli - stwierdziła szczerze. -

Inni je mają. Słyszałam, jak szepczą. Na tyle głośno, 
by ich słowa dotarły do moich uszu... 

- Nauczyłbym ich szacunku - wybuchnął Antti. 
- Już nauczyłeś - odparła, zniżając głos. - Isaka. Si-

gurda i... Sarę - dodała z błyskiem w oku. 

Antti wykrzywił twarz w grymasie. 
- Babsko - wycedził z odrazą. Sara nie zdobyła uzna­

nia u tego dumnego Kwena, choć próbowała usilnie. 
Przez długi czas ta przebiegła kobieta po trzydziestce 

chodziła za nim krok w krok. Dopóki, nie przebiera­
jąc w słowach, nie powiedział jej, gdzie jej miejsce. 

Wtedy to uczucia Sary do Anttiego Kesaniemi ule­

gły znacznemu ochłodzeniu. Nie ma groźniejszej ko­
biety od kobiety wzgardzonej. Wzgardzona kobieta 
nie zapomni mężczyzny, który zranił jej dumę. A Sa­
ra z natury była pamiętliwa i nie puszczała płazem 
obrazy. Przynajmniej nie takiej. 

- Cóż z tego, że mnie nie lubi? Dlaczego miałaby 

mścić się na tobie? 

- Taka już jest - powiedziała Raija. - Nie dbam 

o nią. Nic mi nie zrobi. 

27 

background image

- Isak może skorzystać z okazji. Sigurd też. 
Antti pamiętał napaść na Raiję przed paru laty. 

Isak potrafił długo chować w sercu urazę. Poprzysiągł 
Raiji zemstę. 

- Są na morzu - uśmiechnęła się Raija beztrosko. -

I niech tam zostaną! Co roku jakieś łodzie nie wracają. 

Antti zrozumiał aluzję i wcale mu się nie spodoba­

ła. Zresztą nie miała racji. 

- Isak nie wypłynął - stwierdził ponuro. - Choru­

je, ktoś inny zajął jego miejsce. 

Raija zbladła na chwilkę. 

-Jest mocny tylko w gębie! - prychnęła, ale jej oczy 

z lekka pociemniały. 

- Jednak miej się na baczności! 
Antti pamiętał czasy, kiedy Isak przeszedł od słów 

do czynów. Dwa razy usiłował zgwałcić Raiję. Nie 
kochał jej, budziła w nim tylko pożądanie. Była pięk­
na i inna. Ludzie gadali o niej różne rzeczy, zarzuca­
li nieprzyzwoitość. Fakt, że wychowała się wśród La­
pończyków, tylko wzmacniał ich podejrzenia. 

Zbyt wielu widziało w niej łatwą zdobycz. Za pierw­

szym razem Antti powstrzymał Isaka i pobił drania do 
nieprzytomności. Za drugim uratował ją Mikkal i dał 
Isakowi nauczkę, której tamten długo nie zapomni, nie­
omal bowiem postradał życie. Od tamtej pory Isak wie­
lokrotnie obiecywał zemstę „kweńskiej suce". Śmiał się 
przy tym ordynarnie, mówił, że jak z nią potańcuje, to 
dziewczyna zapomni o Lapończykach i tym bladym 
podrostku, którego miała za męża. 

Antti nie mógł pozbyć się uczucia niepokoju. 

Raija położyła mu dłoń na ramieniu. Spojrzała na 

niego tak, jak córka patrzy na ojca. 

28 

background image

- Nic mi się nie może stać, prawda? Wszak ty tu 

jesteś. Obronisz mnie, wiem to dobrze. Nie muszę się 
bać, dopóki jesteś przy mnie, Antti Kesaniemi. Za­
wsze byłeś dla mnie jak ojciec... 

Zakłopotany pomachał rękoma. Oczywiście, że za­

dba o nią, przecież pochodziła z tego samego ludu. 

- A przecież wcale nie musisz... Och, Antti, jesteś 

taki dobry. 

Spontanicznym gestem zarzuciła mu ręce na szyję. 

Znów była tą żywiołową dziewczyną z Tornedalen, za­
pomniała o powadze należnej zamężnej kobiecie. Po­
całunek powiedział mu, że go ceniła - i nic więcej. Dla 
najbliższych miała w sobie niezmierzone pokłady cie­
pła. Przed kolejną demonstracją przywiązania ze stro­
ny Raiji uratowała Anttiego Maja. Złapała go za kost­
kę, upominając się o zainteresowanie swoją osobą. 

Antti podniósł dziewczynkę, posadził ją sobie na 

barkach i zaczął biegać po obejściu. Córka Raiji krzy­
czała z zachwytu. 

Raija nie bała się. Rozumiała nienawiść Isaka, wie­

działa, dlaczego się nią syci. Znała podobne odczucia. 
Był pewien człowiek, którego nienawidziła równie 
mocno, jak Isak nienawidził jej, i miała niemal pew­
ność, że to się nigdy nie zmieni. Pehr, ojciec Mikka-
la. Zniszczył jej życie. Gdyby nie on... 

Nie! 
Raija odsunęła od siebie te myśli. Cóż po nich 

przyjdzie? Zycie potoczyło się ścieżką, której może 
by nie wybrała, ale wcale nie było takie złe. I wciąż 
widziała przed sobą przyszłość. 

Mikkal mógł sprzeciwić się ojcu, gdyby tylko ze­

chciał, ale nie leżało to w jego naturze. Na niego po-

29 

background image

winna się złościć, nie na Pehra. Tyle że złość na Mik-
kala była dla Raiji czymś równie nieprawdopodob­

nym jak śnieg w środku lata. Z dna skrzyni wydoby­
ła swój największy skarb. 

Z namaszczeniem zaczęła rozwijać mały pakunek. 

Lampa stojąca na podłodze obok niej rzucała magicz­
ne cienie. Nieświadomie wstrzymała oddech, odsu­

wając ostatnią warstwę płótna. Jej oczom ukazała się 
broszka, znak miłości Mikkala, ozdoba odziedziczo­
na po przodkach, którą miał wręczyć swojej żonie. 

W tym jednym Mikkal odważył się sprzeciwić ojcu. 

Dał broszkę dziewczynie, którą kochał. Sigga nigdy 

jej nie przypnie. 

Raija podniosła ostrożnie broszkę, która błyszcza­

ła jak światło księżyca, jak zorza polarna. 

Raija uwielbiała przyglądać się harcom zorzy po­

larnej na skraju nieba. Pamiętała noce na dalekiej pół­
nocy, gdy zorza rozjaśniała niebo całymi godzinami, 

przyoblekając je w niezwykłe barwy i kształty. Była 
dla niej jak muzyka, zimne języki ognia opętane dzi­
kim tańcem nad pustkowiem. 

Zorza polarna tańczyła również nad Mikkalem, 

gdziekolwiek przebywał. Raija wyobrażała sobie, że 
zorza jest drogą prowadzącą na północ. Gdyby tylko 

zapragnęła, światło zeszłoby do niej i po świetle, jak 
po ścieżce, pobiegłaby do niego... 

Marzenie, czcza fantazja. A jednak dobrze jest ma­

rzyć, dobrze jest fantazjować. To wszystko, co jej zo­
stało. 

Wiatr zakołysał drzewami i Raija wzdrygnęła się 

bezwiednie. Była taka samotna... 

Nic złego się nie stanie. Antti przestraszył ją, choć 

30 

background image

wcale nie miał takiego zamiaru. Wcześniej też zosta­
wała sama i nic się nie zdarzyło. Nachodziły ją złoś­

liwe baby, ale z nimi dawała sobie radę. Miała cięty 
język, potrafiła się odgryźć. 

Nie ma powodu, by nasłuchiwać odgłosów i wyo­

brażać sobie najgorsze. Trzaskające gałęzie i tajemni­
czy szum drzew nie zmuszą jej do wyjścia na ze­
wnątrz w poszukiwaniu nieproszonych gości. 

Następnego ranka Raija wpadła we wściekłość. Jed­

nak powinna była zachować czujność. Myliła się, to 

Antti miał rację. Ktoś chciał ją skrzywdzić, za wszel­

ką cenę. Teraz zaczęła się bać. 

background image

Antti patrzył na Raiję z niedowierzaniem. W jego 

zielonych oczach odczytywała ból. 

- Co znalazłaś? 
Raija przytuliła Maję mocniej do siebie. Ubrała ją 

w pośpiechu i przybiegła do Anttiego. 

- Martwą owcę. Ktoś poderżnął jej gardło. 
- Pod drzwiami? - dopytywał się. 
Raija skinęła głową, wciąż miała przed oczyma ten 

straszny widok. Z nosidłem na ramionach i dwoma 
pustymi wiadrami wychodziła po wodę. 

- Potknęłam się o nią... 
Nosidło uderzyło w ścianę, kiedy się cofnęła. Wia­

dra jeszcze tam leżały. Jak długo stała w progu drzwi 
z wzrokiem utkwionym w martwym zwierzęciu? 

Zakrzepła krew na sierści pod gardłem. Nierucho­

me ciało, zwierzę, które ktoś zabił z nienawiści do 
niej. 

- Posuwać się tak daleko... - Wargi Raiji zbielały, 

a oczy pociemniały. - Bezbronna istota... 

Antti zacisnął usta. Tym razem padło na zwierzę. 

Kto będzie następny? Raija nie stawi większego opo­
ru niż ta owca. Teraz jej kolej. 

Isak jej nie zabije, na to się nie odważy. Są jednak 

rzeczy gorsze od śmierci. 

32 

background image

- Więc teraz przyjmiesz moją opiekę? - zapytał to­

nem ostrzejszym, niż zamierzał. 

Raija nie zwróciła uwagi na brzmienie jego głosu 

i bez słowa skinęła głową. Takiej nienawiści się nie 
spodziewała, nie była gotowa jej się przeciwstawić. 

- Przeprowadzisz się do mnie. 
Raija otworzyła szeroko oczy, a potem gwałtow­

nie potrząsnęła głową. 

Antti westchnął z rezygnacją. 
- Masz mnie za wszetecznika? Jak możesz tak o mnie 

myśleć? Chodzi o bezpieczeństwo, twoje i Mai. Masz 
dziecko, co się z nim stanie? A z tobą? 

- Nie wprowadzę się do ciebie - odrzekła miękko, 

lecz z całą siłą, na jaką było ją stać. 

- Boisz się ludzkich języków? 
Znów potrząsnęła głową. 
- Mnie? 
Znów zaprzeczyła, tym razem z rozbawieniem 

w oczach. 

- Więc o co ci chodzi, dziewczyno? Co, na niebio­

sa, cię powstrzymuje? 

- Tutaj jest mój dom. Zostaję. Maja też zostaje. Mo­

żesz i ty... 

- To taka różnica? 
Tym razem poważnie skinęła głową. Antti wie­

dział, że nigdy nie zrozumie jej do końca. Znał ją do­
brze, lepiej niż inni, ale żadnemu człowiekowi nie by­
ło dane zgłębić tajemnic jej duszy. 

- Ludzie zaczną gadać... 
Teraz on zachowywał się z rezerwą. Chciał unik­

nąć niedomówień. Nie przejmował się plotkami, ale 
zdawał sobie sprawę, że słowa potrafią ranić. 

33 

background image

- Niech gadają. Gadania się nie boję. Boję się lu­

dzi, którzy zabijają moje zwierzęta. 

W całkowitym milczeniu Antti sprawił owcę. Rai­

ja przełknęła ostatnie łzy i wzięła się w garść. Nikt 
jej nie złamie. Jeśli będą nastawać na nią, czeka ich 

niespodzianka - trafią na Anttiego. 

Uwaga Anttiego kazała Raiji przyjrzeć się człowie­

kowi, którego traktowała jak ojca. Nigdy nie widzia­
ła w nim mężczyzny, w tym szczególnym znaczeniu 
tego słowa. Pomagając Anttiemu w pracy, ukradkiem 
zerkała na niego. 

Nie był wcale stary, miał może czterdzieści lat, ale 

nie wyglądał nawet na tyle. Reijo przypominał ojca, 
a Antti zachował coś chłopięcego w rysach. Podobnie 
jak syn, unosił brwi w pozornym geście naiwności. 
Miał zwinne, silne ciało i szerokie ramiona. Reijo spra­

wiał wrażenie mocniej zbudowanego, ale i tak podo­
bieństwo między ojcem i synem było uderzające. 

Natura obdarzyła ich identycznymi, przejrzyście 

zielonymi oczyma, błyszczącymi jak woda w górskim 
potoku. Te oczy wszystko widziały, ale nieodgadnio-
ne w wyrazie potrafiły również skrywać sekrety. Nie 
miał szans ten, kto chciał czytać w nich jak w otwar­
tej księdze. 

Z bujną czupryną i płową brodą Antti wyróżniał 

się z tłumu. Siwe pasemka dodawały mu jedynie uro­
ku. Raija musiała przyznać, że jej przyszywany ojciec 

jest przystojnym mężczyzną. 

Wiedziała, że ludzie we wsi podejrzliwie traktowa­

li ich zażyłość. Bawiło ją to, a jednocześnie przypra­

wiało o odrobinę ekscytacji, która nadawała szarej co­
dzienności jaśniejszy odcień. 

34 

background image

Przyszłość napawała ją niepokojem. Lękała się, co 

może nastąpić, wiedziała przecież, że kolejny akt ze­
msty czeka ją nieuchronnie. Odczuwała jednocześnie 
lekkie podniecenie, żywiąc niezachwianą pewność, że 

Antti jej pomoże. 

Przykrości stanowiły odmianę, a Raija nie znosiła 

monotonii. Dalsze dni przyniosły oczekiwaną reak­
cję: ludzie z wioski zaczęli plotkować. Z ust do ust 
niosły się pogłoski o Anttim z cypla i bezwstydnej 
żonie tego biedaka, Karla Elvejorda. Naiwny mło­
dzieniec wypruwał z siebie flaki na łodzi. Jeszcze nie 
zdążył wypłynąć z fiordu, a Kwen przeniósł się do je­
go żony. Ludzie śmiali się znacząco i wymieniali po­
rozumiewawcze spojrzenia. 

Antti źle znosił ludzkie gadanie. Nie podobały mu 

się uśmiechy i złośliwe insynuacje, które słyszał, 
gdziekolwiek się ruszył. Uważał jednak, by powstrzy­
mać się od komentarzy. Dolałby jedynie oliwy do 

ognia, a tego wszak nie chciał. 

Wystarczyło, że sam wiedział, iż jego łoże jest na ła­

wie kuchennej, a drzwi do izby Raiji nietykalne, jakby 

chroniły je grube sztaby. Inni mogli myśleć, co chcieli. 

Raija była piękna i pociągająca, ale dla niego wciąż 

pozostawała dzieckiem. Młodszym od jego syna. 
Mógłby być jej teściem, jeśli nie ojcem. 

Upłynął tydzień. Raija nie mogła pozbyć się wra­

żenia, że ktoś ją śledzi. Nie wychodziła często z do­
mu, tyle by przynieść wodę, ale za każdym razem 

czuła na sobie czyjś uważny wzrok. 

- Póki co, nic się nie stało - uspokajała Anttiego. -

Może mi się przywidziało, wszak wiesz, że mam buj­
ną wyobraźnię. Widzę rzeczy, które nie istnieją... 

35 

background image

Antti traktował jej obawy znacznie poważniej. 

Martwa owca nie była przywidzeniem. 

- Nikogo nie dostrzegłaś? 
Potrząsnęła energicznie głową, a włosy upięte 

w wysoki kok rozsypały się długimi lokami wokół jej 
kształtnej twarzy. Wyglądała teraz jak nastroszony 
ptak, z którym kiedyś porównał ją Mikkal. Rozczo­
chrana, lecz mimo to nieopisanie piękna. 

- To mogło być jakieś zwierzę - stwierdziła lekko. 
Antti nie uwierzył. Coś niedobrego wisiało w po­

wietrzu. 

- Wciąż uważam, że u mnie byłabyś bezpieczniej­

sza. Wokół zabudowań jest mniej drzew i trudniej 
przemknąć się niepostrzeżenie. 

Rai ja ponownie potrząsnęła głową. 

- Muszę zostać. Tutaj jest mój dom... 

Antti nie rozumiał jej uporu i stanowczości. Co 

wiązało ją z tym miejscem? Przecież nie dobre wspo­
mnienia, życie nad otoczonym górami fiordem jej nie 
rozpieszczało. Antti często się zastanawiał, dlaczego 
Raija i Karl nie wyjechali. Byli młodzi, mogli szukać 
szczęścia gdzie indziej. 

Wokół rozciągał się świat, gdzie ich nie znano. 

A mimo to Raija i Karl trzymali się ludzi, którzy trak­

towali ich chłodno, jak obcych. 

- Musisz? Nikt cię nie zmusza, Raiju. Dlaczego nie 

ruszyliście na północ? 

Zbladła i zacisnęła wargi. 

Antti Kesaniemi zrozumiał w lot, dlaczego. 
- Północna kraina jest rozległa - dorzucił ze zro­

zumieniem. - Nigdy byście ich nie spotkali. Byłoby 
wam dobrze. Lepiej niż tutaj... 

36 

background image

- N i e . 
- Wolisz żyć w strachu? Bać się o własny los? O los 

własnych zwierząt? 

- Nie mam teraz wyboru. Kalle wypłynął. Może 

zmienię zdanie, jak wróci... 

- Niełatwo cię zrozumieć, Raiju... 
- Pewna stara kobieta wróżyła mi kiedyś z ręki. -

Raija uśmiechnęła się lekko i wbiła wzrok w jakiś 
punkt za Anttim. - Powiedziała, że czeka mnie trud­
na przyszłość, ale muszę przeżyć ją po swojemu. Do­
dała, że ludzie będą mnie nienawidzić. Teraz wróżba 
się spełnia. 

- Sama w to nie wierzysz! - wybuchnął Antti. -

Wróżby! Zwykłe bajanie. Ja także potrafię opowiadać 

historie, a przecież nie mam daru przewidywania... 

- Mikkal też tak twierdził - odrzekła - lecz nie 

mógł zaprzeczyć faktom. Wszystko dotąd się spraw­
dziło i w przyszłości też tak będzie. Nie zaznam wiel­
kiego szczęścia, ale też nic złego mi się nie stanie. 

- Tak mówi wróżba? 
- Tak mówi Elle. Może jest szalona, ale zna się na 

rzeczy. Byłam małą dziewczynką, kiedy mi wróży­
ła. I wciąż mają miejsce zdarzenia, o których wtedy 
mówiła. 

Antti nie zapytał, kim jest Elle. Nie chciał wdawać 

się w dyskusję o wróżbach i przesądach. Imię było la-

pońskie, chodziło więc zapewne o kogoś, kogo Raija 
spotkała, mieszkając u Ravny i Pehra. Mikkal też u niej 
bywał. Pewnie jakaś stara lapońska wiedźma, której 
widok pozostawił trwały ślad w pamięci małej dziew­
czynki z Tornedalen. 

- Nie myśl o tym - poprosił. - Myśl o sobie. I o Mai. 

37 

background image

- I o Karlu? - spytała z błyskiem w oczach. 
- O Karlu też! Nie jest ci z nim źle. Daj chłopako­

wi choć odrobinę nadziei. 

- Czyż nie robię tego? - rzuciła napastliwie. 
Antti westchnął. Nie mógł jej zmusić do miłowa­

nia kogoś, kogo traktowała wyłącznie jak przyjaciela. 

- Karl ma się dobrze - stwierdziła. - Jest szczęśliwy. 
- A ty? 
Wzruszyła ramionami. 
- Ja też. Oboje jesteśmy szczęśliwi. 
- A od niego dochodzą jakieś wieści? 
Przygarbiła się, w milczeniu upinając włosy w kok. 

- Nie - odrzekła wreszcie bezbarwnym głosem. -

I niech tak zostanie. Nie mamy sobie nic do powie­
dzenia, nic do ofiarowania... 

- Nie wie...? - Antti nie skończył, tylko skinął gło­

wą w kierunku izby. 

- Oszalałeś? Prędzej bym umarła. Nigdy się nie do­

wie! Przenigdy! 

Taką ją znał. Porywczą, gwałtowną, z rozpłomie­

nionymi policzkami i iskrami w oczach. 

- Jest tylko moja. 
Antti zamierzał wygłosić komentarz na temat nie­

bezpieczeństw nadmiernego zadufania, ale coś go po­

wstrzymało, coś, co w ułamku sekundy przykuło ca­

łą jego uwagę. 

Zerwał się na równe nogi i z dłonią na rękojeści 

noża szarpnął za drzwi. Poczuł znajomy zapach, sła­
by, dochodzący z daleka. 

Przerażonym wzrokiem objął łąkę. Pomiędzy wy­

schniętą trawą a rachitycznymi krzakami tańczyły 
płomienie. Wiatr pchał ogień w kierunku zabudowań. 

38 

background image

- Do diabła, Raiju, ktoś podpalił twoją łąkę! 
Antti Kesaniemi nie wahał się ani chwili. Poleciw­

szy Raiji szukać z córką bezpiecznego schronienia, 
pochwycił narzędzia Karla i zaczął kopać rów w pew­
nej odległości od domu. Ogień nadciągał z zachodu, 
wiatr też, jak dwaj kompani skradali się wzdłuż rze­
ki. Połączone żywioły mogły zniszczyć cały majątek 
dziewczyny. 

Od wschodniej strony rósł gęsty las. Jeśli płomie­

nie dotrą do niego, tragedia się dopełni. 

Antti kopał jak szalony, ale wobec zbliżającego się 

ognia jego wysiłki wyglądały więcej niż mizernie. 

- Raija, dziecko! 
Wbrew jego poleceniu Raija wzięła się za duszenie 

płomieni, waląc w nie gałęzią brzozową. Stała w de­
szczu iskier tak blisko żywiołu, że jej suknie zaczęły 
się tlić, i w dzikim zapamiętaniu broniła swego domo­
stwa. Na spoconym, pokrytym sadzą obliczu dziew­

czyny malował się wyraz niezwykłego zdecydowania. 

- Maja jest bezpieczna - odkrzyknęła, nie przery­

wając walki. 

Antti nie zrozumiał, dopóki nie usłyszał dochodzą­

cego od rzeki płaczu małej. Mimo powagi sytuacji 
uśmiechnął się pod wąsem, podziwiając roztropność 

Raiji. Owinęła Maję w kawał sukna, krępując jej nóż­

ki i rączki, wsadziła do wiadra i zaniosła na niewiel­
ką wysepkę na środek rzeki. 

Wysepkę oddzielała od brzegu płycizna na tyle sze­

roka, że ogień nie mógł jej sforsować. Maja była bez­
pieczna. Antti nie mógł pojąć, jak Raija zdołała tego 
dokonać, ale nie miał czasu na myślenie. 

- Kop! Kop! - krzyknęła chrapliwie i Antti wrócił 

39 

background image

do przerwanego zajęcia. Pot zalewał mu oczy, nie wi­
dział nic poza tańczącymi cieniami. 

Szczypało go pod powiekami, do nosa wciskał się 

gryzący dym, wokół strzelały płomienie, głodne języ­
ki ognia, zżerające suchą trawę i nieubłaganie zbliża­
jące się do domu. 

Gdzie jest Raija? Nie miał czasu się rozglądać, mu­

siał pracować. Jego twarz owionęła fala gorąca. Więc 
ogień był już tak blisko? Rzucił okiem na bruzdę, któ­
rą zdołał wykopać, szeroką ledwie na pół metra, dość 
głęboką na początku, ale stopniowo zwężającą się 
i coraz płytszą. Musiał doprowadzić ją do rzeki, ale 
ta przeklęta łąka była bardzo szeroka, a wokół rosło 

całe mnóstwo drzew. Kapryśny podmuch wiatru czy 

rozżarzone polano mogły zniweczyć cały wysiłek. 

Gdyby las koło domu zajął się ogniem, nic by nie ura­
towało gospodarstwa. 

Nie mógł pozwolić sobie na takie myśli, nie mógł 

stawiać sobie żadnych pytań. Musiał walczyć i zwy­
ciężyć. Dla Raiji. 

Wbijał motykę koło płomieni i przysypywał je zie­

mią. Nie miał zamiaru ich przepuścić. Tak się nie sta­
nie, chyba że nie nazywa się Antti Kesaniemi! 

Zacisnąwszy pięści na drzewcu, wytężył wszystkie 

siły. Kopal, rzucał ziemię na zdradzieckie języki 
ognia, deptał je stopami, dusił. 

Chyba zmierzał w dobrym kierunku? Spojrzał w le­

wo, ku rzece, ale poprzez gęsty dym nic nie widział. 

Kopać, trzeba kopać dalej... 
Kiedy w końcu poczuł żwir pod nogami, stracił ra­

chubę czasu. Wbił motykę po raz ostatni, wyżłobił 
zagłębienie w piasku i pod stopami ujrzał wodę. 

40 

background image

Wtedy dopiero otarł rękawem twarz z potu i sa­

dzy. Poślinił palce i przetarł oczy. Zapiekło, ale odzy­
skał wzrok i mógł rozejrzeć się wokół. 

Spalony pas łąki ciągnął się nierówną linią od rze­

ki i mijał zabudowania. Ogień podłożono tuż koło 
brzegu, ze sto metrów od miejsca, gdzie Antti stał. 

Pośród żywiołu ujrzał Raiję, jak z diabelskim bły­

skiem w oczach waliła w płomienie ogromną gałęzią. 

Antti odrzucił motykę i odłamał konar z najbliższe­

go drzewa. Zanurzył go w wodzie i kątem oka dostrzegł, 
że Maja wciąż znajduje się na wysepce. Była bezpieczna, 
lecz darła się wniebogłosy. Nie zdziwiło to Anttiego, 
kwaśny, gęsty dym skrył całą okolicę. Żeby tylko mała 
się nie udusiła! Choć dopóki starcza jej sił, by krzyczeć... 
Przeskoczył bruzdę i rzucił się do walki z żywiołem. 

Upłynęła cała wieczność, zanim stłumili ostatnie 

języki ognia. Łąka dymiła, tu i tam z czarnych popio­
łów wyskakiwały niewielkie ogniki i gasły szybko. 

Pożar zatrzymał się pięć metrów od domu, rów Ant­
tiego spełnił swoje zadanie. Wspólnym wysiłkiem 

opanowali niszczycielski żywioł. 

Zataczając się, Raija ruszyła ku rzece. Opadła na 

kolana w chłodnej wodzie i zaczęła przemywać 
twarz. Krzyki Mai wyrwały ją z transu, z trudem pod­
niosła się na nogi, ale nie była w stanie przejść kilku 
metrów dzielących ją od córki. 

Antti, brodząc w wodzie, wyprowadził Raiję na 

brzeg i położył na ocalałym skrawku zielonej trawy. 
Potem ruszył na wysepkę, wyjął dziewczynkę z wiadra 
i uwolnił z krępującego ją sukna. Dziecko zamachało 
rączkami i nóżkami, nie rozumiejąc, co się dzieje. 

Antti przemówił do Mai po fińsku, dopiero później 

41 

background image

zdał sobie z tego sprawę. Zanim wrócił do Raiji, mała 
zdążyła się uspokoić. Patrzyła na Anttiego oczkami peł­
nymi ufności, choć w swym krótkim życiu nie widzia­
ła jeszcze człowieka o tak czarnej twarzy. Włożyła 
kciuk do buzi, nie miała już powodów do niepokoju. 

Raija uchwyciła się dłoni Anttiego, wstała z tru­

dem i położyła mu głowę na piersi. 

Był zmęczony, nie na tyle jednak, by nie wesprzeć 

tej kruchej dziewczyny i jej małej córeczki. Antti 
Kesaniemi zwykł był dźwigać większe ciężary na 
swoich barkach. 

- Udało się - stęknęła Raija z twarzą przyciśniętą 

do jego piersi. - Udało się, dzięki tobie! 

Uśmiechnął się, przypomniawszy sobie Raiję 

z ogromną gałęzią. 

- Ty też nieźle się sprawiłaś... 
- Dlaczego? - spytała, kiedy prowadził ją do domu. 

Byli tak zmęczeni, że ten krótki odcinek rozciągał się 

w nieskończoność. 

- Z nienawiści - odrzekł. - Znajdę ich. Albo jego. 

A wtedy... - W jego głosie czaiła się groźba. Raija nie 
miała nic przeciwko temu, by ją spełnił. 

- Isak? 

Antti zatrzymał się i spojrzał na nią. Nie wiedział, 

żadne z nich nie mogło mieć pewności, ale ich myśli 
podążyły w tym samym kierunku. 

- Dowiem się - obiecał. 
Raija zatrzymała się w progu i odwróciła w kierun­

ku pogorzeliska. 

- Ogień użyźni glebę - uśmiechnęła się krzywo. 
Antti odwzajemnił się uśmiechem, ale w jego wzro­

ku kryła się powaga. 

42 

background image

- Rozumiesz teraz, że to nie żarty? Rozumiesz, że 

u mnie na cyplu będziesz bezpieczniejsza? 

Raija spojrzała mu prosto w oczy i odrzekła zde­

cydowanie: 

- Nie. Zostaję. Co jeszcze mogą mi zrobić? 
- Wielkie nieba, dziewczyno, nie pojmujesz, co ci 

grozi? 

- Zostaję. 
- Dlaczego? 
Potrząsnęła głową i uśmiechnęła się, nieomal ma­

rzycielsko. 

- Muszę, Antti, muszę... 

Isak uśmiechał się z ironią, kiedy Antti mówił 

o tym, co wydarzyło się poprzedniego dnia. 

- Pożar? U Raiji? jak dobrze, że u niej byłeś, Ant­

ti, bo to się mogło źle skończyć. 

- Już ty coś o tym wiesz - wycedził Antti, ledwie 

panując nad sobą. Grymas zadowolenia rysujący się 
na prostackiej twarzy Isaka wystarczył mu za przy­
znanie się do winy. 

- Niepotrzebnie się gorączkujesz, Kesaniemi. 
- Gdzie byłeś wczoraj wieczorem? 
Isak wzruszył ramionami. Uśmieszek nie schodził 

mu z warg. Z kilkudniowym zarostem wyglądał odra­
żająco. 

- Nic ci do tego. 
Antti postąpił dwa kroki naprzód i stanął na roz­

stawionych nogach, położywszy ręce na biodrach. 

Uśmiech na twarzy Isaka stężał. Nerwowo oblizał 

wargi. 

- U dziewczyny, i nic ci do tego - powtórzył. - Nie 

43 

background image

masz praw do wszystkich dziewcząt we wsi. Trzymaj 
się mężatek, Antti... 

- Zamknij gębę! Nie byłeś przypadkiem nad rze­

ką? Koło domu Raiji? 

- Nie, nie byłem koło domu Karla. Nie mam sła­

bości do jego żony, jak co poniektórzy. Kiedy młody 
Elvejord wróci z ryb, trzeba będzie szepnąć mu coś 
na ucho. 

- U kogo byłeś? 
- U Sary - odrzekł z zadowoleniem Isak. Wiedział, 

że Sara żywi wrogie uczucia do tego jasnowłosego 
Kwena. 

- I tak ci nie wierzę. 

- Nie ma znaczenia, w co wierzysz, Antti - powie­

dział zjadliwie Isak. - Możesz snuć domysły, aż cię 
głowa rozboli, a i tak nic na mnie nie znajdziesz. Bo 
o to ci chodzi? Bierzesz mnie za podpalacza? Przy­
kro mi, Antti Kesaniemi, to ci się nie uda. Nie byłem 

w pobliżu jej domu ani wczoraj, ani kiedy indziej. 

Nie zadaję się z takimi jak ona... 

- Nie wierzę ci - powtórzył Antti. - Trzymaj się 

z daleka od Raiji! Mówiłem to już kiedyś, ale chętnie 
powtórzę: trzymaj się od niej z daleka. 

- A jeśli cię nie posłucham? 

Antti spojrzał na Isaka. Jego wzrok mówił więcej niż 

słowa, ale z takimi ludźmi jak Isak trzeba użyć słów, 
inaczej nic nie rozumieli. Prześlizgnął się spojrzeniem 
po bliźnie na obliczu Isaka, która biegła od prawej 
skroni aż do podbródka. Straszliwe cięcie, nie zrosło 
się dobrze. Nóż Mikkala naznaczył go na całe życie. 

- Następna rana może być poważniejsza. 

background image

- Ailo często ostatnio płacze. 

Sigga nie spojrzała na męża. Wpatrywała się bez­

myślnie w dach namiotu. 

Mikkal obrócił się na plecy. Więc Sigga chciała roz­

mawiać. Nawet nie pomyślała, że może być zmęczo­
ny po całym dniu pędzenia reniferów. 

- Wszystkie dzieci płaczą. 
Sigga westchnęła niedosłyszalnie. Mikkal leżał tak 

blisko, że czuła ciepło jego ciała, ale w postawie mę­
ża było coś wrogiego. Nawet w łóżku trzymał ją na 
dystans. 

- On nic cię nie obchodzi i nigdy nie obchodził. 

Dlaczego, Mikkal? To twój syn, nie miej wątpliwo­
ści. O mnie nie musisz dbać, ale daj trochę uczucia 
chłopcu... 

- Dbam o was oboje - odrzekł beznamiętnie. Ła­

two mu przyszły te słowa, bo nie przykładał do nich 
wielkiej wagi. - Mały nie wyzdrowieje od mojego pa­
trzenia - dodał. - Lepiej się na tym znasz, daj mu coś... 
Porozmawiaj z matką... Tylko nie dręcz mnie, kiedy 
próbuję złapać chwilę snu. 

Sigga powstrzymała się od ostrej odpowiedzi. Ła­

godnym ruchem przytuliła się do męża, położyła rę­
kę na jego udzie i zaczęła gładzić napięte mięśnie. 

45 

background image

- Nie myślisz nigdy o mnie, Mikkal? O moich po­

trzebach? Jedzenie i sen to nie wszystko. Prawda? Ile 
czasu już minęło? 

Zacisnął zęby i zobaczył parę płonących, ciemnych 

oczu. 

Dłonie Siggi badały jego ciało, już nie tak ostroż­

nie. Ośmielona powodzeniem, Sigga przysunęła się 
bliżej. Była ciepła i miękka. Kiedy Mikkal przymknął 
oczy, mógł niemal wyobrazić sobie, że w jego ramio­
nach leży inna dziewczyna... 

Z jękiem rozpaczy odegnał od siebie ten widok, 

który prześladował go w dzień i w nocy. Przecież nie 
mógł jej zawieść. To ona go zawiodła, znajdując szczę­

ście u boku innego mężczyzny. 

Sigga nie dała mu szczęścia, dawała jednak chwile 

zapomnienia. I łatwiej było z nią żyć, kiedy ofiaro­
wywał jej nadzieję, której tak gorąco pragnęła. 

Objął ją ramionami i nie otwierając oczu, przycią­

gnął do piersi. Jego usta pokryły twarz Siggi pocałun­
kami. Dłonie pieściły jej ciało, mocno, gwałtownie, 
gorączkowo - nie tak, jak by pieściły ciało tamtej... 

Nawet przez chwilę nie dotknął jej włosów. Niewie­

le trzeba było, by złudzenie prysło jak bańka mydlana. 

Choć Mikkal traktował Siggę brutalnie, była szczę­

śliwa. Jednak jej potrzebował, w tych krótkich chwi­
lach potrafiła przełamać dzielący ich dystans. Wie­
dział, jak wzbudzić w niej ogień i jak go ugasić. 

Jego pieszczoty zostawiały ślady na jej ciele, ale nie 

zrezygnowałaby z nich za żadne skarby świata. Sigga 
gotowa była zapłacić każdą cenę, by móc leżeć na je­
go ramieniu, czuć jego oddech na rozgrzanej skórze. 
Był jej mężem. Należał do niej. 

46 

background image

- Dlaczego nie robimy tego częściej? - spytała ci­

cho, dziwiąc się własnej odwadze. 

Nie zareagował, poruszył tylko lekko ramieniem, 

oddychając spokojnie. 

Sigga wiedziała, że było mu dobrze, potrafiła go za­

spokoić. Wiedziała też, że nie szukał towarzystwa in­
nych kobiet. Zdradzał ją jednak w myślach, a ona 
chciała mieć go całego na własność. 

- Daj mi spać - wymruczał, ale nie odsunął jej od 

siebie. 

Sigga zamilkła. Patrzyła, jak zasypia. Jego ciało od­

prężyło się, oddech stał się miarowy. 

Kiedy w końcu zasnął, usiadła na łóżku. W słabym 

blasku paleniska studiowała jego rysy, ostre, lecz nie­
zwykle regularne. Twarz Mikkala przypominała rzeź­
bę. Delikatnie przeciągnęła palcami po jego policz­
kach, czole, nosie, zarysie brwi, lekko dotknęła warg. 
Chrząknął przez sen. 

Sigga odsunęła dłoń. 
Mikkal, ten silny Mikkal, we śnie przypominał 

dziecko. Tak jak Ailo, byli do siebie bardzo podobni. 
Sigga radowała się z tego powodu, w ten sposób mia­
ła cząstkę męża na własność. Mógł ją lekceważyć, nie 
mógł jednak ukryć, że dał jej syna. Tylko oczy Ailo 
odziedziczył po niej i Sigga uznała to za dobry znak. 
Nigdy nie zdołała się przyzwyczaić do niezwykłych 
oczu Mikkala, które przenikały do najskrytszych za­
kamarków jej duszy. Dawały mu przewagę, z którą 
czuła się nieswojo. 

Ogień zaczął trzaskać, czerwonawe światło oblało 

twarz jej męża, silny kark i muskularne ramiona. 

Blask padł na skórzany rzemyk. Sigga machinalnie 

47 

background image

wyciągnęła rękę. Woreczek, który zawsze nosił na 

szyi, niezmiernie ją ciekawił. Mikkal strzegł go jak 
źrenicy oka. 

Teraz spał i miała okazję, by poznać tajemnicę. 

Ostrożnie wsunęła dłoń pod ramię męża. Woreczek 
zsunął się na plecy, ale Mikkal pogrążony był w tak 
głębokim śnie, że nie powinien nic poczuć. Wreszcie 
się dowie, co jest w środku. 

Mikkal poruszył się lekko, a Sigga wstrzymała od­

dech. Wymruczał jakieś niezrozumiałe słowa i uśmiech­
nął się. 

Pociągnęła lekko za rzemyk i woreczek zsunął się 

z szyi Mikkala. Sigga podniosła go do światła. Węzeł 
stawił opór. Szarpnęła poirytowana... 

- Do diabła! 
Stalowa dłoń wyrwała jej woreczek. Mikkal usiadł 

i odsunął się od niej. Jego oczy błyszczały w półmro­
ku, zaciśnięte usta utworzyły prostą kreskę. 

- Nigdy się nie poddajesz? Gotowa jesteś na wie­

le, żeby grzebać w moich rzeczach. 

A więc sądził, że poszła z nim do łóżka tylko 

w tym celu! Nie rozumiał, że go potrzebuje? Że chce 
dzielić z nim wszystko? Ze go kocha? 

- Nie wiedziałam, że masz tyle tajemnic, Mikkal -

powiedziała z nie zamierzoną ironią. 

Łzy napłynęły jej do oczu, nie mogła ich powstrzy­

mać. Spłynęły dwiema strużkami po policzkach, 
wzbudzając jedynie jego wzgardę. Pragnęła tylko 
odrobiny czułości, a on nie pozwalał jej nawet oka­
zywać uczuć. Jak długo miała dawać, skoro on nie 
chciał nic od niej przyjąć? 

Sigga wiedziała, że słowami go nie udobrucha. 

48 

background image

Otarła łzy, pełna złości, odwróciła się do niego ple­
cami, udając, że zasypia. 

Mikkal zaklął cicho i odsunął się jeszcze dalej od 

żony. Chciał wierzyć, że ich desperacki akt miłosny 
był początkiem czegoś nowego. Niezbyt czułym i go­
rącym, ale jednak początkiem czegoś nowego. 

Pragnął zawrzeć pokój z nią, a może z samym so­

bą. Nie miał czystego sumienia, zdawał sobie sprawę, 
że traktuje Siggę z niepotrzebną brutalnością. Akcep­
towała ją, tak jak skłonna była przyjąć wszystko, co 
brała za akt dobrej woli. Choćby to, że pozwolił jej 
zasnąć na swoim ramieniu. 

Gdyby potraktował Raiję w ten sposób, uderzyła­

by go, był tego pewien. Raija miała nad nim władzę, 
której Sigga nigdy nie posiądzie. I Sigga znała swoje 
miejsce, ale kurczowo trzymała się nadziei. 

Nie potrafiła jednak oprzeć się pokusie. Woreczek, 

którego nigdy nie zdejmował, zawsze fascynował ją. 
Dla Mikkala stanowił świętość, tajemnicę, którą za 
nic w świecie nie podzieliłby się z żoną. 

Nosił kosmyk włosów Raiji na sercu od czterech 

lat i tam miał pozostać aż do jego śmierci, nawet gdy­
by przestał ją kochać. Póki żył, woreczek stanowił 
amulet, dowód na istnienie miłości, niepojętej dla 
większości ludzi. 

Sigga nie spała, ale nie odzywała się, czekała, aż on 

coś powie. Mikkal jednak nie miał takiego zamiaru. 
Wstał bez słowa, naciągnął futrzane portki, wcisnął 
nogi w kumagi wysłane źdźbłami turzycy, które chro­
niły stopy przed mrozem i wilgocią. Trzymając na ra­
mieniu dork, futrzaną bluzę obróconą włosem do we­
wnątrz, wyszedł z namiotu. 

49 

background image

Noc majowa była łagodna. Zbliżali się już do let­

nich pastwisk, zdążając ku terenom przygranicznym 
na wschodzie. Niektórzy ciągnęli na wybrzeże, ale je­
go ojciec trzymał się traktów wschodnich. Renifery 
same szły na wschód. 

Mikkal pozwolił, by chłodne powietrze ostudziło 

jego rozpalone ciało i zmysły, zanim wciągnął kaftan 
przez głowę. 

Może to wszystko jego wina? Ilekroć o tym myślał, 

dochodził do wniosku, że nie mógł postąpić inaczej. 
Zniszczyłby tak wiele, gdyby nie posłuchał rodziciel­
skiego nakazu i odszedł z Raiją. Ojciec odtrąciłby go, 
Pawa obraziłby się śmiertelnie. Obaj mieli przyjaciół 
i krewnych, którzy prześladowaliby jego i Raiję przez 
resztę ich dni. Byliby samotni na tym świecie, mieli­
by tylko siebie. 

Jak wyglądałoby ich życie? 

Noc nie udzieliła mu odpowiedzi. 
W namiotach panowała cisza. Zbliżało się lato, no­

ce pojaśniały, lecz powietrze wciąż pozostawało 
chłodne, a barwy przejrzyste. Za dnia przyroda grza­
ła się leniwie w ciepłych pieszczotach słońca. 

Nocą słońce nie było równie szczodre. Barwiło 

chmury czerwienią i przyoblekało się w płaszcz, któ­
ry tłumił ciepło. Nocą żółtość emanowała chłodem. 
Słońce rozpalało płaskowyż gamą kolorów, ale w pa­
lecie nie miało odcieni złocistych. 

Mikkal przykucnął obok namiotu i schował twarz 

w dłonie. Tęsknota doprowadzała go do szaleństwa. 

Z sąsiedniej jurty doszedł go monotonny, zawo­

dzący śpiew, tak cichy, że ledwo go dosłyszał. 

Czy to miała być odpowiedź? 

50 

background image

Poruszał się jak we śnie, nogi prowadziły go same 

w kierunku głosu. Odchylił płachtę namiotu i wszedł 
do środka. Podniosła głowę, w jej mądrych oczach nie 
było zaskoczenia. Dłonią wskazała mu miejsce, cią­
gnąc swój joik. 

Mikkal nie usiadł... 
Chuda, koścista i zgarbiona Elle się nie zmieniła, na 

jej twarzy nie było już miejsca na nowe zmarszczki. 
Na głowie nosiła czapkę. Nigdy jej nie zdejmowała, 
skrywając resztki włosów, które dawno przestały ją 
zdobić. Suknie wisiały na wychudzonym ciele, łyko­
watym jak łozinowa witka. Niebiosa jedynie wiedzia­
ły, ile ma lat. Powinna była dawno umrzeć, ale wciąż 
tliła się w niej chęć do życia. W pajęczynie zmarszczek 
oczy Elle błyszczały z dawną wyrazistością. 

Skończyła joik i otworzyła usta w bezzębnym 

uśmiechu. 

- Czekałam na ciebie, Mikkal. Nie usiądziesz? 
Oboje myśleli o tym samym. Cztery lata temu 

przyszedł do niej z Raiją. Wtedy śmiał się ze słów 
ciotki... 

- Opowiedz mi o moim życiu, Elle - wymamrotał. 
- Twierdziłeś, że to bzdury, Mikkal - odrzekła ła­

godnie stara. - Dlaczego zmieniłeś zdanie? 

Milczał. Wbił wzrok w zaciśnięte pięści. 
- Rób, co chcesz, Elle - westchnął, unosząc twarz, 

z której wyzierała rozpacz. - Kłam, jeśli musisz, ale 
daj mi chociaż nadzieję! 

Uśmiechnęła się słabo, ale jej twarz pozostała nie­

przenikniona. Może naprawdę była niespełna rozu­
mu. Mikkal nie wiedział. Wróżba dla Raiji przerazi­
ła go tym bardziej, że tyle z niej się sprawdziło. 

51 

background image

- Kiedyś dostrzegłam w tobie coś, co mnie dało na­

dzieję - odrzekła po chwili. - Myślałam, że jesteś stwo­
rzony do wielkich rzeczy, ale się myliłam. Nie przy­
wiązuj zbyt wielkiej wagi do słów starej kobiety... 

- Co masz na myśli? - wychrypiał i złapał ją za ra­

mię. Zdawało mu się, że chwyta suchą gałąź brzozy. 

- Jesteś dobrym człowiekiem, Mikkal, masz wiele 

przymiotów. Nie pojmuję tylko, czemu ich nie uży­
wasz. Gardzisz rodziną. Myślisz, że jesteś pępkiem 
świata, lecz bardzo się mylisz, mój chłopcze. Co cię 
odmieniło? Mogłeś to powstrzymać... 

Skinął lekko głową. Od dawna nikt nie mówił doń 

w taki sposób, a ponad wszystko potrzebował roz­

mowy. Elle przejrzała go na wylot dzięki znajomości 
ludzkiej natury, a nie siłom nadprzyrodzonym. Pod­

niósł wzrok. 

- Wiem. Stąd biorą się wszystkie kłopoty. Co je­

szcze widzisz, Elle? Co jeszcze... 

- Może już nic? 
Błagał ją wzrokiem, obnażał duszę. Elle zawsze 

czuła słabość do Mikkala, upartego syna Pehra. Było 
w nim coś, co wynosiło go ponad przeciętność. Mia­
ła nadzieję, że pójdzie pod prąd, sprzeciwi się ojcu, 
ale Mikkal się ugiął. Z każdym dniem coraz bardziej 

przypominał Pehra. Chciała mu pomóc. 

- Jest ciemno, mogę tylko snuć domysły - uspra­

wiedliwiała się, ale ujęła jego dłoń w obie ręce. - Spo­
tkasz się z nią - rzuciła i zamilkła na dłuższą chwilę. 
- To chciałeś usłyszeć, prawda? 

- Tylko tyle? 

Elle opuściła wzrok, potem zacisnęła mu dłoń 

w pięść i złożyła ręce na kolanach. 

52 

background image

- Niedługo umrę. To dobrze, Mikkal. Nie chcę do­

świadczyć tego, co przyniesie przyszłość. Jedyna po­
ciecha, że nie będziesz taki jak ojciec. Nie zostaniesz 
jednak mężczyzną, którego widziałam w moich ma­
rzeniach. 

- Co z nią? Z Rai ją? 
W oczach staruszki pojawił się ból. 
- Byłeś zbyt młody. Zbyt młody, by uczynić decy­

dujący krok. Oszczędziłbyś nieszczęść wam obojgu. 
Spotkasz się z nią, powiedziałam już. Lepiej by było, 
gdybyście nie ujrzeli się już więcej, ale wasze losy 
splecione są ze sobą. Daj jej to ciepło, które płonie 
w tobie, Mikkal! Nie bądź zawzięty! Nie duś uczuć 
w sobie! 

- To Wszystko? 
Pokręciła głową. 
- Więcej nic ci nie powiem, mnie samej robi się 

straszno. Musisz stawić czoło przyszłości. Powie­
działam jej, że będzie walczyć o szczęście. Tobie 
mówię to samo, chłopcze.  N i e zapominaj tylko 
o swojej rodzinie. Nie zniszcz ich, szukając radości 
życia dla siebie... 

Mikkal delikatnie pogładził staruszkę po policzku 

i wyszedł w jasną noc. 

Chciał wróżby, a otrzymał dobre rady. Może to 

jedno i to samo. 

Nie zauważył, że Elle odchyliła płachtę namiotu, 

i przestraszył się jej chrapliwego głosu. W jej słowach 
kryły się żal i smutek: 

- Muszę ci to powiedzieć, Mikkal. Ty i Raija prze­

żyjecie razem wielki ból. 

- Powiedziałabyś mi to wtedy, gdybym pozwolił 

53 

background image

ci powróżyć? - spytał pod wpływem impulsu. 

- Powiedziałabym więcej. 
Znów został sam. Słowa Elle nie przyniosły mu po­

ciechy. Były brutalne, ale zasłużył na nie. Szukał jed­
nak innych słów. Musiał porozmawiać z kimś, kto nie 
będzie go wyłącznie potępiał. 

Z kim? 
Z Aslakiem. Tylko on przyszedł mu na myśl. Aslak 

mógł opowiedzieć mu więcej o spotkaniu z Rai ją. 
Może coś sobie przypomni, może coś pominął. Spo­
tkanie Aslaka z Raiją sprzed roku wciąż nie dawało 
Mikkalowi spokoju. Nie wierzył, że Raija może być 
szczęśliwa. 

Aslak dzielił namiot z bratem, Andersem. Kiedy 

Mikkal stanął przed wejściem, zaczął żałować swego 
kroku. Na całe szczęście Aslak był sam. Spał. Mikkal 
trącił szwagra. 

- Co się stało? 

Aslak potarł oczy i spojrzał na Mikkala, nasłuchu­

jąc dźwięków, które mogły zdradzić cel jego wizyty. 

- Nic. Gdzie Anders? 
- Wyszedł razem z Pawą i Pehrem - wyjaśnił Aslak. 

- Doglądać stada. 

Mikkal poczuł, jak opada go zmęczenie. 

- Mogę spać u ciebie? 
- Pokłóciłeś się z Siggą? - Aslak uśmiechnął się nie­

wyraźnie. - O co poszło tym razem? 

- Nic wielkiego. - Mikkal stracił nagle ochotę na 

zwierzenia. - Muszę wyjechać. Duszę się, brak mi 

swobody. 

Aslak wsparł się na ramieniu. 

54 

background image

- Ożeniłeś się za wcześnie, chłopie. Popatrz na 

mnie, żadna dziewczyna nie zdybie Aslaka, póki sam 
nie będzie tego chciał. 

Mikkal zgrzytnął zębami. Aslak udawał, że nie do­

myśla się celu jego wizyty. 

Mikkal oparł ramiona o kolana. Miał trudne zada­

nie, w końcu Sigga była siostrą Aslaka. Pamiętał jed­
nak czasy, kiedy Aslak słał tęskne spojrzenia za Raiją. 

- Marzyłeś kiedyś o tym, by żyć dwa razy? 
Aslak roześmiał się głośno. 
- Pewnie. Zwłaszcza podczas targowisk... 
Nie traktował Mikkala poważnie. Mikkal wes­

tchnął i położył się. Oliwkowe oczy Aslaka przewier­
cały go na wylot. 

- Znam twoje myśli, Mikkal. Pozbądź się ich. Do­

konaliście wyboru, prawda? Daj już spokój, nie dręcz 
siebie, Siggi... i jej. 

- Jaka była? Opowiedz jeszcze raz! 
Aslak pokręcił głową. 
- Nie. Nie chcę karmić twoich szalonych myśli. 
- Muszę znać prawdę! 

Aslak uśmiechnął się, ale jego oczy patrzyły na 

Mikkala z powagą. 

- Więc dlaczego nie pojedziesz do niej? Boisz się, 

że mam rację? A może obawiasz się, że wszystkie 
twoje marzenia legną w gruzach? Ze może los, który 
przypadł ci w udziale, wcale nie jest taki zły? 

- Zamknij się! - krzyknął z bólem Mikkal. 

Aslak zlekceważył jego wybuch. 
- Delektujesz się cierpieniem, zatruwasz życie bli­

skim. Chciałbym, żebyś pojechał i przekonał się, że 
zapomniała o tobie... 

55 

background image

Aslak przewrócił się na plecy i skierował wzrok na 

dach namiotu. Dym z paleniska układał się w prze­
dziwne wzory i znikał w ciemności. 

- Nie masz dość dziecinnych fantazji? - spytał. -

Nie widzisz, że zachowujesz się jak chłopiec, a nie 
dorosły mężczyzna, który jest odpowiedzialny za żo­
nę i syna? 

Mikkal słuchał bez słowa. 
- Nie jesteś już dzieckiem! - ciągnął Aslak z pasją. 

- Lata wypełnione śmiechem i marzeniami minęły 
bezpowrotnie. Dla większości z nas. Obietnice, spoj­
rzenia, pocałunki, to wszystko należy do przeszłości. 

Jesteśmy dorośli, Mikkal. Inne rzeczy powinny wy­

pełniać nasze myśli, już nie ma czasu na marzenia. 
Nie chcesz uznać rzeczywistości, wolisz żyć w świe­
cie ułudy. Ale młodość pozostawiłeś za sobą i nic nie 

wiąże jej z dniem dzisiejszym. Jeśli zbłądziłeś, wiń za 
to siebie. Żyj teraźniejszością, żyj tak, byś nie musiał 
budzić się z uczuciem wstydu. Masz syna, Mikkal. 
Chcesz, by dorastał w upokorzeniu, mając za ojca 
marzyciela oderwanego od świata i ludzi? 

- Ty nigdy nie kochałeś - przerwał mu Mikkal bez­

barwnym głosem. - Nigdy nie kochałeś, Aslak. Gdy­
byś kochał, nie byłbyś tak surowy w swoim sądzie... 

- Jeśli miłość czyni człowieka nieczułym na dobro 

bliskich - Aslak akcentował każde słowo - to jestem 
szczęśliwy, że jej nie zaznałem. Mam nadzieję, że nie 
będę traktował rodziny, tak jak ty traktujesz Siggę 

i chłopca. 

- Powinienem rozgniewać się na ciebie - Mikkal 

uśmiechnął się kwaśno. - Powinienem wyjść. Ale zo­
stanę. Możesz obrzucać mnie wyzwiskami, Aslak, 

56 

background image

lecz i tak nie sprawisz, że pokocham Siggę. To dobra 
dziewczyna, ale to nie ona wypełnia mnie tęsknotą. 

- Kobieta, którą ujrzałem - mówił twardo Aslak 

- była szczęśliwa. Miała męża, spodziewała się dziec­
ka i nie wspomniała o tobie ani jednym słowem. Czy 
to oznaka nieśmiertelnej miłości, Mikkal? Myślisz, 
że płacze po tobie? Zaniedbuje męża i dziecko? Na­
prawdę tak uważasz? Sądzisz, że kocha ciebie tak, 
jak ty ją? 

Aslak zaczerpnął tchu i bezlitośnie ciągnął: 
- W takim razie nie znasz jej. Przez tę wydumaną 

miłość wyglądasz starzej, moja siostra wypłakuje so­
bie oczy, a chłopiec krzyczy ze strachu, kiedy z rzad­
ka weźmiesz go na ręce. Myślisz, że kochałaby cię ta­
kim, jaki się stałeś? 

- Ty nigdy nie kochałeś - powtórzył Mikkal. 
Aslak westchnął i obrócił się do niego plecami. Nie 

mógł się jednak powstrzymać od dodatkowego ko­
mentarza: 

- Jesteś chory. Jedź do Lyngen, człowieku! Jedź, 

a ujrzysz wszystko na własne oczy. Jedź, obudź się 
ze snu i bądź sobą! 

- Nie mogę teraz jechać. 
- Nie możesz? A może nie chcesz? 
Mikkal nie znalazł odpowiedzi. Może wszystko by­

ło snem, nie tak pięknym jak ten, który przechowy­

wał w pamięci. Może Sigga była mu przeznaczona. 

Może dla tamtej stał się jedynie bladym wspomnie­
niem z dzieciństwa, słodkim, lecz pozbawionym zna­
czenia. Może. Może... Chciał się upewnić, czy wciąż 
żyć marzeniami? I cierpieć? 

57 

background image

Źle spał. Pół nocy spędził między jawą a snem, po­

cąc się niemiłosiernie na całym ciele. W mroku nocy 
słyszał jej głos, łagodny, lecz zdecydowany. Widział 
powagę kryjącą się na dnie jej ciemnych oczu. Jej usta 
ułożyły się w coś na kształt uśmiechu, lecz się nie 
uśmiechnęły. Wargi wyszeptały jedno słowo: „nie". 

Nie, przybywasz za późno. Za późno. Za późno. 
Nie uśmiechała się. Złożyła ramiona na piersiach, 

nie dając mu do nich dostępu. Tylko to jedno słowo. 

Nie. 
Wstawał dzień, kiedy Mikkal zapadł w sen, które­

go tak bardzo potrzebował. Zbyt wiele nocy spędził 
bezsennie podczas tego spędu. Zbyt wiele bezsennych 

nocy miał za sobą tej zimy. 

Wokół zaległa cudowna cisza. Słońce pieściło jego 

skórę. Zdjął kaftan i pozwolił promieniom lizać na­
gie ciało. Wiatr muskał delikatnie kępy wrzosu. Przy­

roda wstrzymywała oddech. Mikkal wyciągnął ramio­
na, jakby chciał objąć cały świat. Tu pragnął zostać, 
na całą wieczność. 

Zielony, potężny płaskowyż rozciągał się po krań­

ce horyzontu, wydawało się, że sięga słońca, jakby 
chciał wzrastać w jego rozpalonej żółtości. Na grani­
cy błękitnego bezchmurnego nieba zmieniał się w ro­
zedrgane wzgórze. 

Mikkal wyciągnął nóż zza pasa i położył palce na 

kawałku kości. Ze zdumieniem spoglądał na ptaka, 

którego wyrzeźbił, ptaka o rozpostartych skrzydłach. 
To był kruk. 

To niemożliwe, wyrzeźbił tego ptaka wcześniej, 

nie mógł zrobić tego ponownie. Pakami sprawdził 

58 

background image

wyżłobienia, to był ten sam ptak. Teraz miał go Ai-

lo, stał się zabawką jego syna. Nie mógł przecież 
zrobić dwóch takich samych figurek z jednego ka­
wałka kości. 

- Ailo? - szepnął wiatr. - Kto to jest Aiło? 

Promienie słoneczne obdarzyły go delikatną pie­

szczotą. 

- Syn? - śmiały się. - Masz syna, Mikkal? 
Położył dłoń na policzku, nic nie pojmując. Gdzie 

podziały się zmarszczki? Koniuszki palców dotykały 
gładkiej skóry młodzieńca. 

- Kim jest Ailo? - śmiał się wiatr. 
Mikkal nie odpowiedział. Nic nie rozumiał, ale nie 

miało to wielkiego znaczenia. Ailo nie istniał, a on 
znów był młody. Rozpoznawał miejsce, tylko pora 
się nie zgadzała. Powinna być jesień, tak jak wtedy... 

- Wtedy? - spytały wiatr i promienie. - Czyż nie 

jest teraz? 

Mikkal przełknął ślinę. Czyżby dostał jeszcze jed­

ną szansę, o którą tak się modlił? Czy teraz postąpi 
właściwie? 

Właściwie? Raija była dzieckiem, a on młodzień­

cem. Dzieci nie bierze się siłą. 

- Dzieckiem? - przekomarzał się wiatr. - Sądzisz, 

że prowadzę ci dziecko? Ją nazywasz dzieckiem? 

Podniósł wzrok i poczuł dławienie w gardle. 

W uszach rozbrzmiał jej śmiech, perlisty jak letni 
strumień. Twarz Raiji jaśniała, a oczy błyszczały, kie­
dy biegła ku niemu, machając rękoma. 

Podniósł się i wybiegł jej naprzeciw. Jej włosy, łasko­

czące go w nos, pachniały cudnie. Kiedy zanurzył w nich 

twarz, wiatr splątał razem ich loki. Nóż i ptaszek leża-

59 

background image

ły u stóp Mikkala. Nawet nie wiedział, kiedy je upuścił. 

- Czekałeś? - spytała, a w jej głosie zadźwięczało 

tysiąc obietnic. 

Skinął głową, bo nie udało mu się wydobyć słowa 

spomiędzy zaschniętych warg. Był szczęśliwy, mógł 
umrzeć, trzymając ją w ramionach. Wiatr miał rację, 
to niepojęte, ale miał rację. Nie była dzieckiem, lecz 
Raiją z jego wspomnienia. 

Trzymał w ramionach kobietę, tę, która budziła 

w nim pożądanie. O niej marzył codziennie przez 
ostatnie dwa lata. 

- Mamy mało czasu - szepnęła. 
Mikkał napotkał spojrzenie brązowych oczu i zro­

zumiał. Były lustrem dla jego oczu. Lustrem jego du­
szy, jego namiętności. 

- Ukochana - mruknął w miękkość jej skóry na szyi. 

Drżącymi dłońmi zaczął rozplątywać tasiemki sukni. 

- Pragnę cię - szepnęła, gorącym tchem omiatając 

jego policzek. - Tylko ciebie zawsze pragnęłam. Ma­
my tak mało czasu... 

Niecierpliwe palce szarpały oporny pasek. Mikkal 

wstrzymał oddech, kiedy jej dłoń znalazła się na jego 
brzuchu i powędrowała w dół... 

Zamknął oczy, przyciskając usta do jej jędrnych 

piersi i walcząc ze spódnicą, która zaplątała się na jej 
biodrach. Śmiejąc się, pomogła mu ją zdjąć. Miękka 
skóra Raiji zapłonęła pod dotykiem szorstkich pal­
ców. Jęknęła cicho, odwzajemniając się podobnymi 
pieszczotami, jej dłonie nie pominęły ani jednego 
skrawka jego skóry. 

Mikkal dotknął rozpalonymi wargami lekko roz­

chylonych ust ukochanej. Westchnęła i przywarła do 

60 

background image

niego całym ciałem. Wyglądali jak wyciosani z jedne­
go kawałka drewna, jakby na całą wieczność mieli za­
pamiętać, że należą do siebie. 

Splotła ręce na jego ramionach, on objął ją w ta­

lii. Nikt nie mógł ich rozdzielić. Wsunął kolano mię­
dzy jej nogi, przycisnął do niej biodra. Był gotów, 
ona też, oboje pragnęli tego z równą siłą, równie 

mocno tęsknili. 

Napotkał wzrok Raiji, zamglony, ciemniejszy niż 

kiedykolwiek. Jej wargi pod jego ustami były jak pączek 
kwiatu, czerwone jak krew, gorące jak ogień, drżące... 

- Chodź, kochany! - błagała. 
Położył się na niej z czułą delikatnością, pogładził 

jej ciało, śledząc dłonią krągłość bioder... 

Kiedy miał w nią wejść, jej twarz wykrzywił ból, 

a z gardła wydarł się krzyk, straszny, bolesny. 

Usiadł, trzymając Raiję w ramionach, zaglądając 

jej w oczy. Patrzyła na niego, ale go nie widziała. 
Krzyk wybrzmiał i przeszedł w jęk. Jej ciało zapadło 
się, a blask w oczach zmącił, jak mąci wodę rzucony 
kamień. 

Nóż. Położył ją na nożu... 
Przesunął dłonią po wciąż rozgrzanych plecach 

dziewczyny, po skórze, na której odcisnęły się kwiat­
ki wrzosu. 

Ciepła, gęsta krew pociekła mu między palcami 

i dała pewność, zanim dłoń trafiła na stal. 

- Nie! Nie! Nie umarła! 
Krzyk przeszedł w łkanie. 
- Zabiłem ją! Zabiłem! Kochana moja, zabiłem cię... 
- Mikkal! Mikkal! Co cię napadło? Obudź się! 

61 

background image

Dłonie na jego ramionach należały do innej rzeczy­

wistości. Tak jak i głos Aslaka. 

- Umarła! - jęknął słabo Mikkal. - Zabiłem ją... 
- Do diabła, ocknij się! 

Jego głowa eksplodowała tysiącem gwiazd, w uszach 

mu zadzwoniło, zapiekły policzki... Aslak siedział 
przed nim w kucki i zmrużywszy powieki, przyglądał 
się mu z niepokojem. Uśmiechnął się gorzko, kiedy 
spotkał wzrok Mikkala. 

- Niech będą dzięki! - szepnął Mikkal. Wciąż miał 

przed oczyma tamte obrazy. Bezwiednie podniósł 
dłonie i przyjrzał się im. Nie było na nich krwi. 

- Obudziłeś pół obozowiska - rzucił sucho Aslak. 

- Co cię napadło, człowieku? Przepraszam, że cię ude­
rzyłem - dodał - ale nic innego nie przyszło mi do 
głowy. 

- Dziękuję! - powiedział Mikkal. Wstał rozdygota­

ny i wyszedł z namiotu. 

Krew pulsowała mu w skroniach. Wszystko zdało 

mu się tak prawdziwe, jego ciało wciąż drżało na 

wspomnienie namiętności, która nie znalazła ujścia. 
Wciąż czuł ten niewypowiedziany ból, kiedy trzymał 
w ramionach martwe ciało Raiji. 

To był tylko sen, nocny koszmar. Aslak mógł są­

dzić, że Mikkal zwariował. Mikkal wiedział jednak, 
że dano mu znak. 

Wpatrując się w horyzont na zachodzie, podjął de­

cyzję. 

Musi jechać do Lyngen. Musi ją zobaczyć. Jeśli to 

nie było wołanie o pomoc, to znaczy, że zwariował. 

Raija go potrzebowała. 
Natychmiast. 

background image

Od pożaru nic nowego nie zaszło. Nic, co pachnia­

łoby prześladowaniem. 

Nienawistnymi spojrzeniami Raija nie zawracała so­

bie głowy. Bolały, ale stały się poniekąd stałym elemen­
tem dnia codziennego. Słowa towarzyszące spojrze­
niom również nie były niczym nowym, już wcześniej 
nazywano ją dziwką i suką. Słowa raniły, ale Raija za­
ciskała zęby i prostowała się z godnością, w myślach 
przeklinając oszczerców. 

Obraźliwe słowa świadczyły gorzej o tych, którzy 

je wypowiadali, niż o niej samej. Tak twierdził Ant-
ti, a on się na tym znał. Odkąd wprowadził się do Ra-
iji, sam wiele razy spotkał się z przejawami ludzkiej 
niechęci. 

Raija prała. To była żmudna praca. Przynosiła wo­

dę i podgrzewała w dużym kociołku nad brzegiem 
rzeki. Musiała przydźwigać wiele wiader, zbyt wiele 
jak na drobną kobietę. Raija nigdy nie unikała pracy. 
I nikt nie mógł powiedzieć, że nie dbała o czystość. 

Nazywali ją „zawszoną Kwenką", ale wszy nie 

miały przystępu do domu Raiji. W przeciwieństwie 
do domostw najmocniejszych w gębie plotkarzy. Na 
samo wspomnienie o tym Raija wzdrygnęła się 
z obrzydzenia. 

63 

background image

Wczesną zimą Maja bawiła się z dziećmi pewnej 

rodziny mieszkającej tuż nad morzem. Karl znał go­
spodarza, zdarzało się, że się odwiedzali. Kiedy sa­
motność doskwierała Raiji, z wdzięcznością przyjmo­

wała ich towarzystwo. Aż do chwili, gdy najmłodszy 
chłopiec owych ludzi, po dłuższej chwili spędzonej 

na dzikiej zabawie z Mają, podpełzi do Raiji i czule 

objął za kolana. Nachyliła się, by pogłaskać malucha 
po głowie, ale gwałtownie cofnęła wyciągniętą rękę. 

Wciąż robiło jej się niedobrze, kiedy o tym myśla­

ła. W czuprynie chłopca roiło się od wszy. 

Ze wstrętem odepchnęła dziecko od siebie i wybie­

gła z Mają na jednej ręce i okryciami całej ich trójki 
na drugiej. 

Nie podziękowała za gościnę, nie pożegnała się, 

wypadła za drzwi bez słowa. Karl musiał przepraszać 
za jej zachowanie. Nie znalazł dla niej zrozumienia, 
był rozgniewany nie na żarty. Rai ja aż popłakała się 

ze złości. Wyszorowała Maję, Karla i samą siebie 
w gorącej wodzie. 

Mąż wyzwał ją od histeryczek i ze stoickim spoko­

jem odmówił pójścia po wodę. Raija sama ją przynio­
sła i wygotowała wszystkie ubrania, które miały na 
sobie podczas tamtej wizyty. Nie chciała robactwa 
w swoim domu, nie mógł tego zrozumieć? 

Nie mógł. Zamiast tego powiedział jej, że w życiu 

rybaka na północy wszy są wszechobecne. Żaden 
mężczyzna znad fiordu nie umarł od ich ugryzień. 
Histeria dobra jest dla bab. 

Co ci ludzie pomyślą o jej zachowaniu? Gotowi się 

obrazić. 

Raija nie odpowiedziała. Zacisnęła usta i milczała. 

64 

background image

Karla nie zaczepiali, Raija spotykała się z docin­

kami. Nie przejmowała się jednak ludzkim gada­
niem. Patrzyła mieszkańcom Lyngen prosto w oczy 
z niezachwianą pewnością, że nie jest mniej warta. 

Rzecz jasna, ten epizod był wodą na ich młyn. Par­

szywi Kwenowie nie będą uczyć Norwegów czysto­
ści. A już zwłaszcza nie ona, Raija Elvejord, która 
wiele lat spędziła pośród Lapończyków. O, nie, zwła­
szcza nie ona. Najwyższy czas nauczyć ją pokory. 

Może powinna była postąpić roztropniej, ale z per­

spektywy czasu wszystko wygląda inaczej, niż kiedy 
tkwi się w środku zdarzeń. W głębi duszy wiedziała 
jednak, że dziś uczyniłaby tak samo. 

Zacisnęła zęby i wyciągnęła bieliznę z wrzątku. By­

ła ciężka, ale Raija zdołała ją unieść. Chwyciła stare 
wiosło, na którym nosiła pranie nad rzekę. Dostała 
parę wioseł od Kristiana, nadawały się znakomicie do 
tego celu. 

Zmęczona, z jękiem zrzuciła wygotowaną bieliznę 

na płaski kamień nad brzegiem i wróciła po resztę. 
Płukania nie znosiła, zwłaszcza o tej porze roku, kie­
dy zima wciąż nie chciała się poddać, a lato jeszcze 
nie nadeszło. Woda w rzece była zimna, wydawała się 
chłodniejsza niż zimą. Wtedy człowiek przynajmniej 
się nie dziwił, że jest lodowata. 

Złapała parującą koszulę, parząc sobie pałce, i za­

nurzyła ją w wodzie. Z początku poczuła ulgę, potem 
woda stawała się coraz zimniej sza. Mechanicznym ru­

chem wyjęła koszulę, wyżęła ją, odłożyła, potarła si­
ne dłonie i znów sięgnęła do zawiniątka z bielizną. 
Płukała, wyżymała, tarła dłonie... 

Kiedy skończyła i rozwiesiła pranie na rei, którą 

65 

background image

Kalle umocował między dwoma drzewami niedaleko 

domu, nie czuła palców. 

Następnego dnia pranie wciąż tam wisiało, koły­

sząc się na słońcu, prawie suche. Ale Raija nie miała 
już nigdy użyć ani jednej sztuki. Ktoś pociął je na wą­
skie paski. Trzepotały teraz wyzywająco w lekkiej 
bryzie. 

Raija oparła się o ścianę domu i zaczęła płakać. 

Podłość nieznanego dręczyciela przekroczyła wszel­
kie granice. Ludziom znad fiordu Lyngen nie przele­

wało się, a Raija i Karl nie mieli więcej niż inni. Ten 
czyn bolał bardziej niż obelżywe słowa. 

Nowe sukno kosztowało fortunę, a szycie ubrań 

było dla Raiji udręką, natura poskąpiła jej umiejętno­
ści na tym polu. Miała wrażenie, że ten, kto to zro­
bił, wiedział o jej ułomności. 

Antti zaklął szpetnie, kiedy Raija pokazała mu po­

cięte strzępy. 

- Dwie koszule należały do ciebie - powiedziała. 

Wiedziała, że uszyła je Leena, żona Anttiego. Antti 
utracił ją w drodze na północ. Wyruszyli z domu 

w Finlandii we trójkę, lecz do krainy, z którą wiąza­
li tyle nadziei, dotarł tylko z synem. 

Raija była jedną z niewielu osób, które znały histo­

rię życia Anttiego Kesaniemi. Nigdy nie nadużyła za­
ufania, którym ją obdarzył, powierzając jej cząstkę 
swej przeszłości. 

Antti - ojciec, który nie był jej ojcem, lecz znał ją 

lepiej niż rodzony. Wszystkie jej tajemnice były 
u niego bezpieczne, a ona nikomu nie zdradzała se­
kretów, którymi się z nią dzielił. Łączyły ich silne 
więzy, równie silne jak więzy krwi. 

66 

background image

- Do diabła z koszulami, Raiju! Jakiś szatan wyrzą­

dził ci krzywdę i teraz rechocze z zadowolenia. Do­
stanę go w swoje ręce! 

- Jak? - spytała ze znużeniem. - Nie ma śladów. 

Nie sposób przewidzieć, kiedy ponownie uderzy. 

- To właśnie jest najgorsze! 
W głosie Anttiego zabrzmiało zdecydowanie, 

a w zielonych oczach pojawiły się iskierki gniewu. 
Czuł się wyzwany i gotował się do zemsty. Tego Ra-
ija bała się najbardziej. Nie mogła go utracić, Antti 
był jak skała w rwącym strumieniu zdarzeń. Ten ro­
sły mężczyzna z ojczystych stron, wyrozumiały 
i godny zaufania, zastąpił jej ojca. Ojca, do którego 
tęskniła od dnia, kiedy rodzony ojciec zniknął z jej 
życia w pewien wietrzny, zimowy dzień nad rzeką 
Torne. Anttiego nie może utracić, życie nie byłoby 
już takie same. 

Przez wszystkie młode lata Raija traciła tych, któ­

rych kochała. Moja czara jest już pusta, pomyślała 
z goryczą. A zresztą, skąd mogła wiedzieć, co los jej 
gotuje. Nie miała złudzeń co do przyszłości. Dawno 

już porzuciła marzenia o srebrnych rybach, które go­
łymi rękami łowi się w morzach północy. 

Wszędzie był głód, wszędzie tęsknota i ból. I nie­

spełnione marzenia. Nawet w Ruiji. 

Szkoda, że nie mogła wrócić do domu i opowie­

dzieć wszystkim o rzeczywistej Ruiji. Piękne opowie­
ści różniły się od codzienności po tej stronie granicy. 

Zresztą pewnie by jej nie uwierzyli... 

Zbyt wiele powtarzano legend o szczęśliwej krai­

nie. Jeden krytyczny głos utonąłby w morzu sag 
o złocie i srebrnych rybach. 

67 

background image

- Karl nie powinien był wypływać! - westchnął 

Antti. Trzymał Maję na kolanach. Dziewczynka 
śmiała się radośnie, nie zdając sobie sprawy, że są 
ludzie, którzy chętnie widzieliby jej krzywdę. 

- Musiał - odrzekła hardo Raija. - Trzeba jakoś żyć. 
Utkwił w niej spojrzenie mądrych oczu. 
- Nie rozumiem, dlaczego tu zamieszkaliście. Kri-

stian da sobie radę bez was. Powinniście wyjechać, 
jak tylko Kalle wróci. Jesteście młodzi, znajdziecie 
lepsze miejsce do życia. 

Zamachał ramionami, by podkreślić wagę swych 

słów, i Maja omal nie spadła z jego kolan. Kiedy ją 
złapał, dziewczynka roześmiała się z zachwytem, my­
śląc, że to nowa zabawa. 

Nie dała mu spokoju, póki nie powtórzył tego ge­

stu ze sześć razy. Śmiech dziecka rozbrzmiewał perli­
ście w skromnych ścianach izby, łagodząc powagę sy­
tuacji. Pod czulą opieką matki Maja nie zaznała je­
szcze bólu. 

- Zostaniemy - odrzekła R siia. - Jeszcze jakiś czas... 
W jej wzroku kryło się zdecydowanie. 
- Żebym tylko wiedział, dlaczego... 

- Muszę. 
Stara śpiewka. Antti przeklął w duchu jej upór. Je­

śli Raija coś sobie postanowiła, nikt nie mógł jej od 
tego odwieść. 

Nie rozumiał, co ją tu trzymało, pewnie coś ważne­

go, ale nie zapytał. Zresztą nie chciał, by wyjechała. 

Raija i dziewczynka stanowiły jasny punkt jego co­

dzienności, dla nich warto było żyć. Szkoda, że Kri-
stina nie chciała Reijo za zięcia. Jego syn, Reijo, lepiej 
by pasował na męża dla Raiji niż Karl. Karl Elvejord 

68 

background image

był dobrym człowiekiem, zbyt jednak uległym. Raija 
potrzebowała silnej ręki, inaczej zyskiwała niebez­
piecznie dużą przewagę nad mężczyzną. 

Ta drobna kobieta sprawowała władzę nad wielo­

ma duszami, Antti mógł dopisać swoje nazwisko do 
listy. Miał tylko nadzieję, że nie do końca zdawała so­
bie sprawę ze swojej magicznej siły. Taka świado­
mość mogłaby ją zniszczyć. 

- Znajdę ich - wycedził. Musiał głośno wypowie­

dzieć te słowa, by nabrały mocy wiążącej obietnicy. 

- Wyprą się wszystkiego... - uśmiechnęła się krzy­

wo Raija. - Powiedzą, że sama pocięłam własne rze­
czy, żeby się wyróżnić... 

Antti posadził Maję i wyszedł z izby. Nie radził so­

bie ze świadomością, że zna sprawcę, a nie może po­
wstrzymać go przed dalszymi niegodziwościami. 
Mógł stłuc Isaka, ale w gruncie rzeczy był zbyt po­
ważny na takie zachowanie. Nie powstrzymałoby to 
napastnika, wręcz przeciwnie, podjudziło do nowych 
występków. Antti dobrze go znał. 

Był bezradny. 

Isak pojawił się tego samego wieczora tuż po wyj­

ściu Anttiego. Antti poszedł po rzeczy, tak przynaj­
mniej powiedział, ale Raija przypuszczała, że chce 
ochłonąć na świeżym powietrzu. Incydent z praniem 
wyraźnie nie dawał mu spokoju. 

Isak zjawił się jak duch, nagle stanął w progu i wbił 

w Raiję wzrok. 

Poczuła w sercu ukłucie strachu, ale ukryła to mi­

strzowsko. Nie chciała sprawiać mu satysfakcji. 

Na całe szczęście Maja już spała. Isak rozchylił 

69 

background image

grube wargi w uśmiechu, ukazując żółte od tytoniu 
zęby. Raija zadrżała mimowolnie, ale natychmiast te­
go pożałowała, jego wzrok bowiem stwardniał. 

Isak wyglądał odrażająco, ale nie mogła okazywać 

niechęci zbyt ostentacyjnie. Był pamiętliwy, a teraz 

dała mu jeszcze jeden powód do nienawiści. 

- Jesteś sama? - spytał. Uśmieszek zadowolenia na 

jego twarzy świadczył, że doskonale zna odpowiedź. 
Musiał obserwować dom i widzieć wychodzącego 
Anttiego. Raija poczuła cierpki smak w ustach. 

Uśmiechnął się jeszcze szerzej, ale nie było w tym 

za grosz życzliwości. Raija tkwiła w bezruchu przy 
kołowrotku. 

- Często myślałem, co moglibyśmy robić we dwój­

kę - ciągnął Isak, wycierając ręce o spodnie na udach. 

Raija rozpaczliwie usiłowała przypomnieć sobie, 

gdzie położyła nóż - nóż, który mąż kazał jej zawsze 
trzymać w pogotowiu. Używała go dzisiaj, czyściła 
nim ryby. Jej obawy przerodziły się w pewność: 

w wyobraźni ujrzała nóż w zielonej trawie nad brze­
giem rzeki. Ryby zabrała do domu, ale o nożu zapo­
mniała. Była bezbronna, a Isak z pewnością nie miał 
dobrych zamiarów. 

Leniwie oderwał się od drzwi i kocim krokiem 

przeciął izbę. Sprężystość jego ruchów zdumiewała, 
był bowiem dość przysadzisty i krępy. Z pozoru wy­
dawał się silnym mężczyzną, ale wystający brzuch 
świadczył o czymś wręcz przeciwnym. 

Raija zacisnęła kurczowo dłonie. Będzie gryźć, ko­

pać i bić. Nie zdoła się obronić, ale tanio się nie 
sprzeda. 

Kiedy Isak nachylił się nad Raiją, odór przyprawił 

70 

background image

ją o mdłości. Czy ten człowiek nigdy się nie myje? 

Śmierdzi gorzej niż śnięta ryba... 

Mocne palce zacisnęły się na jej włosach. Z bły­

skiem w oku zmusił ją brutalnie, by wstała. Raija syk­
nęła z bólu, ale ugryzła się w wargę i powstrzymała 
od krzyku. Poczuła smak krwi. Nie krzyknie ze stra­
chu na oczach tego nikczemnika, nawet gdyby miała 
utoczyć jej więcej. 

Isak pociągnął mocniej, jakby chciał wyrwać jej 

włosy wraz ze skórą. Raija wbiła zęby w wargę i unio­

sła się na palcach. Ból trochę zelżał. 

Isak zaśmiał się chrapliwie i oblizał usta. Jego 

cuchnący oddech zemdlił Raiję, a kiedy przycisnął 
brzuch do jej ciała, myślała, że zwymiotuje. Podnio­
sła instynktownie ręce, by go odepchnąć, a Isak na­
tychmiast to wykorzystał. Chwycił ją za nadgarstki, 
pozbawiając szans na obronę, jednocześnie jednak 
puścił jej włosy. 

Ból ustąpił, pozostało jedynie uczucie swędzenia 

w miejscach, gdzie pozbawił ją paru kosmyków. 

Isak zdawał sobie sprawę ze swojej przewagi. Raija 

była sama, Antti dopiero co wyszedł. Miał mnóstwo 
czasu na to, by zrobić z nią, co zechce. Raija bała się 
śmiertelnie, ale nie okazywała tego. Nie chciała dawać 
napastnikowi powodów do złośliwej satysfakcji, a już 
najmniej pragnęła obudzić Maję. Sądziła, że Isak 
w ogóle nie pomyślał o dziewczynce. Był przepełnio­
ny pragnieniem zemsty i nie uświadamiał sobie, że 
najboleśniej zraniłby Raiję, krzywdząc jej córkę. Nie 
wpadnie na ten pomysł tak długo, jak Raija zdoła od­
ciągnąć jego uwagę od Mai. Była gotowa oddać życie 
za swoją małą córeczkę. 

71 

background image

- Milczysz, fińska dziwko? - Isak obnażył żółte 

zęby w uśmiechu. Raija wstrzymała oddech, ale bez 
drżenia wytrzymała jego spojrzenie. Ujrzała w nim 
zwierzęce pożądanie i ślepą nienawiść. 

Isak oblizał wargi. Opór Raiji zwiększał jego pod­

niecenie. Wsunął kolano między jej uda. Szarpnęła 
się, ale widząc niebezpieczny błysk w wyblakłych 
oczach Isaka, poddała się jego woli. Przylgnął do niej 
udami i stęknął. Pięść zaciśnięta do tej pory na ple­
cach Raiji powędrowała w dół po miękkim zaokrą­
gleniu biodra. 

Raija plunęła mu w twarz. 

Jego oczy zwęziły się do szparek ukrytych w fał­

dach twarzy, a usta wykrzywiły w okrutnym gry­

masie. 

- Diabelska suko! - warknął. - Pożałujesz! Tak cię 

urządzę, że już nigdy żaden mężczyzna nie będzie 
miał na ciebie ochoty... 

Wierzchem dłoni otarł twarz. Dotknął przy tym 

blizny, która odcinała się wyraźną, jasną smugą. 

- Już ja lepiej cię przyozdobię - dodał z groźbą 

w głosie. - Ale najpierw pokażę ci, co prawdziwi 
mężczyźni mają w spodniach. Smarkacze, którzy cię 
dotąd ujeżdżali, nie mogą się ze mną mierzyć... - za­
rechotał. 

Wsadził brudną, spoconą łapę pod spódnicę Raiji, 

położył na biodrze, potem wsunął między uda i wtar­
gnął w nią pożądliwymi palcami... 

Raija omal nie zemdlała. Jej oczy wypełniły się łza­

mi, ale zdołała powstrzymać się od płaczu. Brutalne 
palce wciskały się głębiej, natarczywie. Isak nie zwa­
żał na to, że sprawia jej ból, uśmiechał się i jęczał z za-

72 

background image

chwytu. Z kącików jego ust ściekała ślina. Wygiął się 
ku Raiji, ocierał obrzydliwie o jej brzuch swoją na­
brzmiałą męskością. Nie przestawał penetrować jej 
palcami, stękał z podniecenia, myśląc, że obudzi 
w niej żądzę. Nie mógł mylić się bardziej. 

Jednym ruchem dłoni podniósł jej spódnicę i przy­

warł do jej obnażonego brzucha. Drugą ręką złapał 

Raiję z tyłu i ścisnął aż do bólu. 

- Ilu fińskich prostaków głaskało cię po futerku? -

wyszeptał. Z ust spływała mu strużka śliny, ale nie 
zważał na to. - Nie liczyłaś, moja damo? Dla nich 
chętnie rozkładałaś nogi? 

Szarpał się z guzikami przy spodniach, a Raija 

przeszkadzała mu, jak mogła. Ze skrępowanymi rę­
koma mogła niewiele. 

Isak dyszał ciężko. Z czerwoną, zlaną potem twa­

rzą i nabiegłymi krwią oczyma wyglądał jeszcze 
bardziej odrażająco niż zazwyczaj. Raija zdołała 
przekręcić się na bok i uwolnić uda od nacisku je­
go kolana. W ogóle tego nie zauważył, zajęty rozpi­
naniem spodni. Żądza dawno już przyćmiła mu re­
sztki rozsądku. 

Cały czas obrzucał Raiję wyzwiskami, znajdując 

widoczną satysfakcję w okazywaniu jej pogardy. 

- Schowaj pazurki, lapońska dziwko! Wiem, że te­

go właśnie chcesz! Nigdy nie masz dość. Najpierw za­
bawiałaś się z każdym parszywym Finem, który za­
pukał do twoich drzwi. Potem napatoczył się ten 
młokos, Karl Elvejord. Pewnie niejednego go nauczy­
łaś, po to tylko by mu przyprawić rogi z mężczyzna­
mi z rodu Kesaniemi... Wpuścić i ojca, i syna między 
nogi... Jesteś nienasycona... 

73 

background image

Obnażył się. Raija zagryzła zęby i wbiła mu kola­

no w krocze, raz, drugi... Isak zatoczył się do tyłu, po­
tknął o ławę przy stole i runął jak długi na podłogę. 

Jego twarz wykrzywiła się w grymasie bólu, z ust po­
płynęła ślina. Wycharczał przekleństwa i skulił się 
u jej stóp. Raija obciągnęła spódnicę. Uda paliły ją 
nieznośnym bólem, ale nie zważała na to. Wyjęła za­
płakaną Maję z kołyski i pobiegła do drzwi. 

Śmiała się z ostrzeżeń Anttiego, twierdziła, że prze­

sadza. Nic nie może się zdarzyć, Isak nie ośmieli się 
zaatakować w biały dzień. Jak bardzo się myliła! 

O mały włos jej nie zgwałcił. Groził, że ją oszpeci. Te­
raz wierzyła już, że jest w stanie to uczynić, nienawi­
dził jej bezgranicznie. 

Dlaczego nie wyjedzie? Zanim ktoś nie wpadnie na 

pomysł, by ją zabić? Ludzie traktowali ją z wzgardą, 
życie nad fiordem nie przyniosło jej szczęścia. Jedy­
ne chwile szczęścia zdobyła ukradkiem, drogocenne 
sekundy w ramionach mężczyzny obiecanego innej 

kobiecie. Bolesny poród jego dziecka. 

Mikkal, Mikkal! 
Nie mógł słyszeć jej cichego krzyku, nie była w sta­

nie go przywołać. A bardziej niż kiedykolwiek po­
trzebowała jego obecności. 

Tęskniła do jego czułych ramion, tylko w nich bo­

wiem znajdowała ukojenie. Nikt inny jej nie rozu­
miał. Potrzebowała go rozpaczliwie. To dla niego zo­
stała w tym miejscu, które kochała i nienawidziła jed­
nocześnie. Dla niego tłumiła w sobie tęsknotę do lep­
szego życia. Dla niego... 

Pewnego dnia zjawi się, a ona będzie czekać. Mu­

si czekać. 

74 

background image

- Mikkal! - zaszlochała, przytulając córeczkę do 

piersi. - Mikkal! 

Nie mógł jej usłyszeć. Znajdował się daleko na 

wschodzie, gdzie równiny stroiły się we wrzosy na 
przekór upartemu śniegowi, gdzie niebo czerwieniło 
się, a szron osiadał na policzkach. Żył własnym ży­
ciem. Tak jak Raija swoim. 

Tylko Antti mógł dać jej schronienie. 

background image

Sigga nie rozmawiała z Mikkalem od nocy, którą 

spędził w namiocie Aslaka. Mikkal zdawał sobie spra­
wę, że musi pierwszy wyciągnąć rękę do zgody. Nie 
chciał. Tak było lepiej. 

Z rodziną przebywał ciałem, duchem był w dro­

dze na zachód. Rozmyślał, pracował, a każdy dzień 

marszu oddalał go od Raiji. Zdradzał Siggę niegod­

nym zachowaniem i złymi myślami, ale nie poczyty­

wał tego sobie za grzech. Sigga sama sobie była win­

na. Miała oczy, nikt jej nie zmuszał do niczego - on 

najmniej ze wszystkich. 

Ale od tamtej koszmarnej nocy nie opuszczało go 

poczucie, bardziej dojmujące niż ból fizyczny, że 
zdradza Raiję. 

W głębi duszy żywił przeświadczenie, że to nie był 

zwykły sen. Więź łącząca go z Raiją przekraczała gra­
nice wyobraźni. Kiedyś potrafili zgadywać własne na­
stroje i rzadko się mylili. 

Ta więź nie osłabła mimo dzielących ich rzek i gór. 

Rai ja wysłała do niego wołanie o pomoc, a przecież 
nie była skora do próśb. Potrzebowała go, a on nie 
mógł jej zawieść. 

Znajdowali się już niedaleko letnich pastwisk. 

Mikkal poganiał, dni marszu dłużyły się niemiłosier-

76 

background image

nie. Wszyscy byli zmęczeni ponad miarę, dzieci gry­
masiły, kobiety narzekały. Nawet ojciec uważał, że 
Mikkal przesadza. 

- Możesz sobie pofolgować w inny sposób - zau­

ważył, niedwuznacznie wskazując na Siggę. Ten ko­
mentarz zirytował oboje. Sigga zaczerwieniła się i ka­
zała teściowi pilnować własnych spraw. 

Ludzie gadali. Wszyscy wiedzieli, jak rzadko i nie­

chętnie kładł się u boku Siggi. Dla niej gorycz poraż­
ki była podwójna. Mikkal wiedział o tym, ale nie po­
trafił wzbudzić w sobie pożądania. 

Zresztą pożądanie budziło w nim wiele kobiet, a je­

szcze więcej skłonnych było je zaspokoić. Mikkal jed­
nak pozostał wierny żonie. Sigga znajdowała w tym 
fakcie niejaką pociechę, choć nie umniejszało to w ni­
czym jej przygnębienia. 

Tak więc Mikkal trzymał się od niej z daleka. Kładł 

się, kiedy Sigga spała, jadał samotnie, pracował za 
dwóch, byle tylko uniknąć spotkania z żoną. 

O chłopcu dowiedział się od matki. Ravna znala­

zła go pewnego poranka przed namiotem Elle. Całą 
noc spędzili w marszu po coraz cieńszej pokrywie 
śniegu. Pastwiska leżały o dzień drogi. Jeszcze tylko 
ostatni etap i będzie wolny. Mikkal spędzał dużo 
czasu w namiocie Elle. Stara nie dręczyła go już swo­
im gadaniem. Mikkal wiedział, że ją irytuje, choć te­
go nie okazywała. Zawsze ją lubił, a ona odpłacała 
mu przywiązaniem. Nie akceptowała jego stylu ży­
cia, ale i nie czyniła mu z tego powodu wyrzutów. 
Odzywała się tylko wtedy, kiedy Mikkal zaczynał 
rozmowę. Chciał siedzieć przed wejściem do namio­
tu, mógł siedzieć. Chciał wejść do środka, wpuszcza-

77 

background image

ła go. Elle nie wtrącała się do jego życia, a on już nie 
prosił jej o rady czy wróżby. Zaprzątały go własne 
myśli i zmartwienia. 

- Szukałam cię. 
Ravna była niewielkiego wzrostu, ale z jej postaci 

emanowała siła. Zaczęła rozmowę ostrym tonem, do 
którego Mikkal nie przywykł. Ravna kochała Raiję 
i zwykle brała jego stronę. 

- Sigga cię potrzebuje - ciągnęła tym samym to­

nem, nie ruszając się z miejsca. 

- Być może - westchnął Mikkal - ale ja jej nie po­

trzebuję. Ma braci do pomocy. Chętnych do jej łoża 
znajdzie się wielu. Ma moje błogosławieństwo, nie bę­
dę dla takiej błahostki sięgał po nóż... 

- Zamilcz, chłopcze! - Oczy Ravny zalśniły gnie­

wem. - Wstyd mi za ciebie, Mikkal! Nie spodziewa­
łam się, że do tego dojdzie! 

Mikkal wzruszył ramionami. Nie mógł nic pora­

dzić na to, że tak myśli. 

- Sigga potrzebuje mężczyzny, który jest ojcem jej 

syna. Nieważne, co do niej czujesz, wciąż jednak po­

zostajesz ojcem Ailo. Nie znasz go wprawdzie, chło­
pak wrzeszczy na twój widok, jakby ujrzał kogoś ob­
cego, ale i tak jesteś jego ojcem, Mikkal... 

- Tak, tak, to mój syn... - przerwał jej niecierpli­

wie. Miał dość matczynej tyrady. 

- Jest chory. Pluje krwią, płacze, jest rozpalony. 

Wykaż choć trochę przyzwoitości i poczucia obo­
wiązku i stań u boku Siggi w takiej chwili. 

Mikkal wstał bez słowa i ruszył za matką. 
Ravna nie przesadzała, zresztą nigdy nie rzucała 

słów na wiatr. Chłopiec rzeczywiście był w złym sta-

78 

background image

nie. Poznaczona strugami łez twarzyczka płonęła ru­
mieńcem. Sigga podała Mikkalowi dziecko, nie mó­

wiąc ani słowa. Nie musiała, wszystko można było 
odczytać z jej spojrzenia. Kiedyś jej duże oczy wy­
pełniała miłość, teraz pogarda. Mikkal zdziwił się, 
w swej naiwności wierzył, że będzie go wielbić przez 
całe życie. 

Ailo krzyczał wniebogłosy. Jego buzia poczerwie­

niała jeszcze mocniej i chłopiec zaczął kaszleć. Mik­
kal ujrzał z przerażeniem, że matka mówiła prawdę 
- ślina dziecka zmieszana była z krwią. 

Sigga wyciągnęła ręce po synka, otarła mu usta ka­

wałkiem sukna i przytuliła. Na jej twarzy malował 
się ból. 

Mikkal poczuł, jak ten sam ból kładzie się cięża­

rem na jego piersi. Wreszcie pojął, że kocha tego 
chłopca, choć go prawie nie zna. 

- Przyrządziłaś dla niego jakąś mieszankę? - spytał 

matkę. - Zeszłego lata napełniłaś tobołek po brzegi, 

przecież nie zużyłaś wszystkiego? 

Ravna zbierała zioła każdego lata. Znała się na zie­

larstwie, choć nie przyznawała się głośno do swego 
kunsztu. Do północnej krainy przybywało wielu Nor­

wegów. Nauczali o Chrystusie i głośno potępiali wia­
rę w starych bogów. Ravna wciąż jednak pokładała za­
ufanie w tajemnych mocach przyrody, choć nie od­
rzucała nowej nauki przybyszów. 

W swej mądrości nie przyznawała się do znajomo­

ści ziół, bo wiedziała, że patrzono by na to podejrz­
liwie. Misjonarze uznaliby jej sztukę za podarunek 
diabła i ukarali stosownie do przewiny. 

Ravna nigdy nikogo nie skrzywdziła. Całą wiedzę 

79 

background image

przekazała jej matka, która zdobyła ją od własnej 
matki. W rodzie Ravny kunszt leczenia ziołami od 
wielu pokoleń dziedziczono po kądzieli. Miał przejść 
na córeczkę Ravny, ale Laila umarła, potem na Rai-
ję, ale i ją Ravna utraciła. Sigga nie chciała się uczyć, 

jak to nazywała, czarnej magii. A przecież Ravna swo­
imi ziołami nie wyrządziła krzywdy żadnej żywej 
istocie. Znała trujące rośliny, lecz ich nie zbierała. 
Niosła ludziom dobro, nie była czarownicą, potrafi­
ła leczyć. Ta umiejętność, jakże rzadka i niezwykła 
w tamtych czasach, budziła w ludziach nieufność. Sy­

nowa nie stanowiła wyjątku. 

- Chyba nie chcesz, by Ailo pił to świństwo? - Głos 

Siggi zabrzmiał piskliwie, ale w jej niedowierzaniu 

kryła się iskierka nadziei. - Nie będziesz wypróbowy-
wał pogańskich sztuczek na własnym dziecku? 

Mikkal objął żonę ramieniem. Uczynił to mecha­

nicznie, lecz kiedy Sigga skuliła się pod dotykiem, na­
tychmiast pożałował swego gestu. 

- Te pogańskie sztuczki zdziałają więcej niż twoje 

łzy. Masz coś, matko? 

Błagał ją wzrokiem i Ravna uśmiechnęła się słabo 

mimo powagi sytuacji. Lekarstwo przygotowała już 
dawno, kiedy Ailo zaczął kaszleć. Kiedyś podała je 
Laili, zbyt późno jednak, by uratować dziecko. Cho­
roba Ailo przypominała tę straszną dolegliwość, któ­
ra posłała jej córkę do grobu. Wciąż żywiła nadzieję, 

że jest jeszcze szansa na ratunek. 

Mikkal okazał się mądrzejszy od synowej. Szkoda, 

że nie dostała mu się Raija, ona też miała dość oleju 
w głowie. 

Ravna wydobyła miseczkę z lekarstwem i podała 

80 

background image

ją Mikkalowi. Sigga nie powstrzymała go, kiedy wle­
wał wywar do ust chłopca, ale też nie uczyniła nic, 
by mu pomóc. 

Mikkal nie potrafił obchodzić się z małymi dzieć­

mi, a Ailo się go bał. Chłopczyk bronił się z całych 
sił przed wypiciem niesmacznego napoju, lecz Mik­
kal zmusił go do przełknięcia jednej porcji na pięć 

wyplutych i wykaszlanych. Pozostawało wierzyć, że 

tyle wystarczy. 

- Musisz podawać mu lekarstwo co jakiś czas - rzu­

ciła sucho Ravna, patrząc synowi prosto w oczy. Mik­
kal zrozumiał, że matka uznaje to za jego obowiązek. 
On jednak miał do wykonania poważniejsze zadanie. 

Postawił miseczkę u stóp Siggi, spojrzał na nią su­

rowo i rozkazał: 

- Dopilnuj, by mały przełknął to, co przyniesie 

matka. Nie zaszkodzi, a jeśli będziesz się modlić, mo­
że pomóc. Ja muszę już iść. 

Sigga nie odpowiedziała, wykrzywiła usta w gorz­

kim grymasie. Natomiast Ravna zaprotestowała: 

- Chyba nie masz zamiaru ruszać z innymi? Pastwi­

ska są o dzień drogi stąd, dadzą sobie radę bez ciebie. 

Mikkal założył kciuki za pas. Nie patrzył na syna. 

- Do niczego się wam nie przydam - stwierdził 

z przesadną szorstkością. - Poproszę Andersa, by zo­
stał. On ma lepsze podejście do dzieci... 

- Przecież chodzi o twojego syna! 
Mikkal wytrzymał niewzruszenie zdumiony wzrok 

matki. 

- I tak tu więcej niż Anders nie zdziałam, za to le­

piej niż on znam się na reniferach. Od zwierząt zale­
ży życie mojego syna. I od mojej żony... 

81 

background image

Wyszedł, czując pogardę do samego siebie. Wie­

dział jednocześnie, że los znów dał mu szansę. 

Dotąd zastanawiał się, jakich użyć wymówek. 

Spędzał bezsenne noce, wymyślając kłamstwa, choć 

zdawał sobie sprawę, że Sigga w żadne z nich nie 

uwierzy. A teraz niebiosa zsyłały mu okazję, o któ­
rej marzył. Minie jeszcze jedna noc, ludziom przy­
niesie sen i odpoczynek, a jemu da wolność. Nie 
wieczną wolność, jedynie jej namiastkę. Wystarczy 
jednak, by podążyć za głosem, który wzywał go nie­
ustannie. Minie jeszcze jedna noc i skieruje swe sa­
nie na zachód. 

background image

Antti nie mógł sobie wybaczyć, że zostawił Raiję 

samą tamtego dnia, kiedy zjawił się Isak. 

Niewielką pociechę znajdował w tym, że zajście 

skończyło się szczęśliwie. Kiedy Raija przybiegła do 
niego, zapłakana, w potarganym odzieniu i z Mają na 
ręku, oślepiony gniewem ruszył szukać Isaka. 

Nie znalazł go ani wtedy, ani później. Isak wie­

dział, że Antti Kesaniemi ruszy jego tropem. Choć 
Fin był od niego sporo starszy, wciąż zachował siłę 
i temperament młodzieńca, więc Isak wolał się nie 
narażać. Siedząc w ukryciu, wymyślał nowe sposo­
by, by zranić Raiję. 

Zapłaci, drogo mu zapłaci. Wszystkiego jej pozba­

wi - domu, dziecka, pięknej twarzy, ale nie życia... 

Isak uśmiechał się do swoich fantazji. W końcu spra­

wiedliwość zatriumfuje, tymczasem trzeba ją trochę 
nastraszyć. Sam nie mógł zbliżyć się do domu nad 

rzeką, ale znał kogoś, kto chętnie wyświadczy mu 
przysługę. Sara nienawidziła Raiji równie mocno jak 
on, a z Anttim też miała na pieńku. Isak wiedział, jak ' 
ją wykorzystać. Na różne zresztą sposoby... 

Złe przeczucia dręczyły Raiję od chwili, gdy Maja 

zgubiła lalkę. Lalka była jej jedyną zabawką. To Rei-
jo wystrugał ją dla niej. Dla Mai stanowiła najdroż-

83 

background image

szy skarb. Reijo nazwał lalkę imieniem matki: Leena. 

Maja zgubiła Leenę w czasie zabawy na łące. Raija 

i Antti próżno szukali jej przez kilka godzin. Antti 
uważał, że lalka wpadła do rzeki, która o tej porze 

roku niosła znacznie więcej wody niż zwykle. 

Raija była przerażona. 

Jej przerażenie sięgnęło zenitu, kiedy następnego 

poranka znalazła lalkę pod drzwiami. Ktoś postąpił 
z nią podobnie jak z owcą. Połamał ręce i nogi, ode­
rwał głowę od tułowia. Sukienka lalki, pocięta na 
drobne paseczki, leżała obok. 

Antti pociemniał na twarzy. 
- Jak można zrobić coś takiego dziecku? - za­

grzmiał. - Jak można nienawidzić dziecko? To chore! 

- Isak jest chory - odrzekła bezsilnie Raija. Wie­

działa, że to znak. Zapowiedź. Teraz lalka, następ­
nym razem Maja. Dziewczynka często bawiła się sa­
ma. Antti i Raija oddawali się obowiązkom, pewni, 
że mała jest bezpieczna. 

Jednak nie była bezpieczna. Lalkę ukradziono, 

choć oboje znajdowali się w pobliżu. Maję może spo­
tkać podobny los. 

Raiję może spotkać podobny los. 
Od tej chwili nie pozwalali dziewczynce na swo­

bodę, do której była przyzwyczajona. Raija miała 
wrażenie, że za każdym drzewem czają się cienie. 

Zdawała sobie sprawę, że to wyobraźnia płata jej fi­
gle, ale wolała nie ryzykować. 

Antti wyciął zagajnik rosnący wokół domu, ale 

Raija nie poczuła się bezpieczniej. Wiele wieczorów 
spędziła, pochlipując, wsparta na jego silnym ramie­
niu. Antti pocieszał ją po ojcowsku i przysięgał, że 

84 

background image

powstrzyma zło, choćby przyszło mu za to zapła­
cić życiem. 

Wypowiadał te słowa z taką mocą, że Raija się 

przestraszyła. Nie cofała się przed niczym, zawsze 
gotowa odpłacać pięknym za nadobne, ale tym razem 
coś w postawie Anttiego niezwykle ją zaniepokoiło. 
Nie mogła określić przyczyn tego niepokoju i popa­
dała w coraz większe przygnębienie. 

Tydzień pracy dobiegał końca. Raija siedziała 

z Anttim przed domem, wypatrując cieni pomiędzy 
drzewami. Maja spała. Od dnia, w którym znaleźli lal­
kę, nikt nie kręcił się koło domu, ale Raija nie mogła 
pozbyć się uczucia lęku. Ten, kto zniszczył zabawkę, 
dopiął swego. 

Gwałtownym ruchem złapała Anttiego za ramię. 

Jej oczy zaokrągliły się, wpatrując czujnie w jakiś 
punkt pomiędzy brzozami. Nie myliła się. 

- Spójrz! - syknęła, nie odwracając głowy. 
Antti podążył za jej wzrokiem. W lesie coś się po­

ruszyło. Wstał i przyjął wyczekującą postawę, rozsta­

wiwszy szeroko nogi. Raija też się podniosła i stanęła 
blisko Anttiego, tak blisko, że przez cienką koszulę 
czuła ciepło jego ciała. Promieniował spokojem, mo­
gła mu ufać. Przysunęła się jeszcze bliżej, chwyciła go 
za ramię, znajdując w tym uścisku wsparcie, którego 
potrzebowała. 

Cień zbliżał się, stał się wyraźniejszy na tle lasu 

i zmienił w sylwetkę człowieka. Postać ubrana była 
na brązowo i poruszała się kołyszącym krokiem, któ­
ry Raiji wydał się dziwnie znajomy. Bezwiednie ści­
snęła mocniej ramię Anttiego, wbiła mu paznokcie 

w skórę. Kiedy postać zbliżyła się do skraju lasu, z ust 

85 

background image

Raiji wydobyło się westchnienie. Była blada jak stycz­
niowy śnieg. 

Antti uwolnił się z uścisku, odruchowo pogładził 

Raiję po włosach i zajrzał jej w oczy. 

- Pójdę, Raiju. On cię obroni. Wrócę, kiedy ze­

chcesz. 

Mężczyzna wyszedł z lasu i znieruchomiał. Antti 

podniósł rękę w geście pozdrowienia i pomaszerował 
w dół rzeki. Nie chciał się z nim spotkać. 

Raija nie mogła się poruszyć. Syciła oczy wido­

kiem. Niepojęte! To był on!  O n ! Tylko dlaczego nie 
podchodził? 

Mikkal wbił badawczy wzrok w plecy Anttiego. 

W jego oczach pojawił się wyraz niedowierzania 
i podejrzliwości. 

Zrobił kilka kroków, teraz widziała go dokładnie 

i mogła usłyszeć pytanie. 

- Żyjesz z... nim? 
To samo niedowierzanie w głosie, znajomym, ko­

chanym głosie, który zachowała w pamięci przez 
wszystkie lata. Te słowa miały być pierwszymi, któ­
re wypowiedział, kiedy marzenia stały się rzeczywi­
stością. 

Wytarła ręce o fartuch, czuła niezwykłą suchość 

w gardle. 

Musi coś powiedzieć! Zaprzeczyć! Wyznać praw­

dę! Wciąż jest taki przystojny... 

A jednak odmieniony... 
Omiotła wzrokiem jego postać. Widać małżeństwo 

mu służy... Raija poczuła ukłucie w sercu. 

Znów spotkały się ich spojrzenia, w jego oczach 

wciąż tkwił niemy wyrzut. 

86 

background image

- Potrzebuję przyjaciół - powiedziała z odcieniem 

dumy, którą pamiętał z dawnych lat. 

Mikkal uznał z zawstydzeniem, że się pomylił. Na 

ułamek sekundy zazdrość przyćmiła mu umysł. 

Tyle o niej myślał, tak bardzo tęsknił, marzył... Wy­

pełniała mu cały świat na jawie i we śnie. Raija. Jego 
Raija. Na zawsze. 

- Oczywiście - odrzekł, a potem jego wargi wyszep­

tały jej imię, cicho i delikatnie jak powiew wiatru. Ką­
ciki ust uniosły się w górę w znajomym uśmiechu. 
W oczach Raiji dostrzegł to, co tak skrzętnie ukrywał. 

Nogi poniosły go ku ukochanej. Poczuł zapach jej 

włosów, a kiedy objął ją ramionami, wspomnienie lat 

pełnych smutku i tęsknoty rozwiało się. Mógł wręcz 
uwierzyć, że nigdy się z nią nie rozstawał. 

Raija poddała mu się, pragnęła tego. Wciąż nie wie­

rzyła, że to dzieje się naprawdę. W jej myślach jak nie­
my wyrzut sumienia pojawił się Karl. Kalle, nie mogę 
nic na to poradzić! Mikkal jest wiatrem w koronach 
drzew, wodą w rzece, słońcem grzejącym mą zziębnię­
tą duszę. Był przed tobą i pozostanie na zawsze. To, 
kim jesteś dla mnie, Karl, nie przysłoni Mikkala... 

- Przyszedłeś - szepnęła, wtulona w jego ramię. 

Czuła szorstkość jego skóry na wargach, jego zapach. 
Zapach potu, wiatru, otwartych przestrzeni, do któ­
rych wciąż tęskniła. 

Fiordy i góry miały w sobie dość uroku, ale Raija 

urodziła się w innym krajobrazie. Krainę jej marzeń 
stanowiły rozległe płaskowyże i łagodne, porośnięte 
lasem wzgórza Finlandii i północnej Norwegii. 

Przestrzenie, na których mogła z wiatrem iść w za­

wody. 

87 

background image

- Wątpiłaś? - spytał cicho. 
Potrząsnęła głową. Nigdy nie wątpiła, inaczej daw­

no by stąd wyjechała. Tylko tu mógł ją znaleźć, 
w osadzie rad fiordem, dlatego została. Mikkal ujął 

w dłonie je; twarz. 

- Nie miałem powodów, by wyruszyć - wyrzucił 

z siebie chrapliwie. - Zostawiłem wszystkich. Potrze­
bowali mnie, a jednak ich zostawiłem. Dla ciebie, Ra-
iju. Nienawidzisz mnie za to? 

Raija uwolniła się z jego uścisku. Obrzuciła wzro­

kiem okolicę, nie czuła się bezpieczna. Las ją obser­
wował, śledził każdy jej krok. 

Otworzyła drzwi do izby i zaprosiła Mikkala do 

środka. Na szczęście Maja się nie przebudziła. 

- Jakże mogłabym cię nienawidzić? - odpowiedzia­

ła pytaniem. - Wobec ciebie nigdy nie kierowałam się 
rozsądkiem... 

Popchnął stopą drzwi. Rozsądek. Mikkal nie zno­

sił tego słowa. W związku z Raiją wykazał go zbyt 

wiele. W całym życiu wykazał go zbyt wiele. 

- Karl? - spytał z napięciem, podchodząc do niej. 
Raija rozchyliła wargi w lekkim uśmiechu. 
- Wypłynął. Jestem żoną rybaka, Mikkal. 
Nie słuchał jej. Wbił w nią wzrok przepełniony 

uwielbieniem i miłością. Nie ukrywał swych uczuć, 
nie chciał ich skrywać. Czyż nie po to przybył do 
niej, by w pełni być sobą? 

- Mały Kruku! - szepnął miękko, wtulony w jej 

włosy. 

Raija podniosła twarz. Musiał czuć, jak mocno bi­

je jej serce! 

Czuł i rozumiał. 

88 

background image

Oczy Mikkala płonęły blaskiem, którego dotąd nie 

znała. Na dnie źrenic o przedziwnej miodowej bar­
wie kryła się jakaś tajemna moc. 

- Pocałuj mnie! - poprosiła. - Pocałuj, zanim zbu­

dzę się ze snu! 

Dotknął ustami jej ust. Jego wargi spękane były od 

wiatru, ale nie straciły nic z dawnej namiętności. Wre­
szcie znalazł ujście dla swojej tęsknoty. 

- Zmieniłaś się! - wykrzyknął, puszczając ją nie­

chętnie. Odsunął ukochaną na długość wyciągniętych 
ramion, by się jej lepiej przyjrzeć. 

Miała pełniejsze kształty, inaczej układała usta. 

Ciemne oczy były oczami doświadczonej kobiety. 

- Wydoroślałaś, Raiju - stwierdził ze zdumieniem 

w głosie. 

Raija roześmiała się. 

- A czego się spodziewałeś? - spytała filuternie. -

Że na wieki zostanę twoją młodszą siostrzyczką? 

- Tylko nie siostrą! - odrzekł ostro. 

Raija pchnęła go na ławę, a sama usiadła na stole. 

Nerwowo mięła fartuch, nie mogła zapanować nad 
rękoma. Myślami była w sąsiedniej izbie. 

Żeby tylko Maja się nie obudziła! Wiedziała, że po­

pełnia zdradę, ale nie mogła postąpić inaczej. 

- Jesteś głodny? - To banalne pytanie ostudziło emocje. 
Mikkal potrząsnął głową i chwycił ją za kostkę. 
- Nie odchodź! 
Jego dłoń powędrowała w górę. Silna, spracowana, 

a jednocześnie czuła i delikatna. 

- Mikkal! 
Raija cofnęła gwałtownie nogę. Jego pieszczoty 

sprawiały, że zbyt łatwo traciła głowę. 

89 

background image

Uśmiechnął się niemądrze, ale w jego stęsknio­

nym i rozczarowanym spojrzeniu dostrzegła błysk 
zrozumienia. 

Odsunął się nieco. Nie patrząc na Raiję, oparł łok­

cie o blat stołu. 

Musiał zadać pytanie, które od dawna gnębiło je­

go myśli i duszę. 

- Co u ciebie, Raiju? Jesteś szczęśliwa? 
- Szczęśliwa? - powtórzyła beznamiętnie. - A co to 

jest szczęście? 

Jego oczy domagały się jaśniejszej odpowiedzi. 

- Kiedyś człowiek przestaje marzyć - powiedziała, 

utkwiwszy wzrok w swoich dłoniach. - Może wtedy 
zrozumiem twoje pytanie. Może wtedy będę wiedzia­

ła, co to jest szczęście... 

Raija delektowała się tym słowem. 
- A ty, Mikkal, jesteś szczęśliwy? 
Roześmiał się, krótko, szyderczo. Jego urodziwą 

twarz o wyrazistych rysach wykrzywił grymas bólu. 

-Ja wiem, co to szczęście. Wypuściłem je z rąk. Pa­

miętasz, ptaszyno? Byłaś przy tym... 

Raija poczuła dławienie w gardle. Dobrze go rozu­

miała. Skłamała, mówiąc, że nie zna tego uczucia. 

Uśmiechnął się, ale w jego uśmiechu nie było krzty 

radości. 

- Nie powinienem narzekać, czyż nie, Raiju? Sam 

postawiłem ściany mojego piekła. Doprowadzam sie­

bie do udręki, a na dodatek wszystko wokół zarażam 

swoim bólem. Nawet smutku nie potrafię utrzymać 
we własnym sercu! 

Raija nie przerywała mu, wciąż wiązała ich nie­

widzialna, ale mocna nić wzajemnego zrozumienia. 

90 

background image

Mikkal musiał się wygadać, wyrzucić z siebie tro­
ski. Rai ja potrafiła spojrzeć prawdzie w oczy. Jego 
słowa sprawiały jej ból, ale była jedyną osobą, któ­
rej mógł zawierzyć. 

- Pamiętasz wróżby Elle? 
Raija skinęła głową, ale Mikkal tego nie zauważył 

i sam pospieszył z odpowiedzią. 

- Na pewno. A pamiętasz, że i mnie namawiałaś, 

bym wysłuchał przepowiedni? 

Twarz Raiji pojaśniała w uśmiechu. 
- Wtedy tego nie rozumiałam - przyznała - lecz te­

raz już wiem dlaczego. Chciałam znaleźć sobie miej­
sce w twoim życiu... 

- A ja się tego bałem! - odrzekł z rozbrajającą 

szczerością. - Zabrakło mi odwagi i za wszelką cenę 
chciałem to ukryć. Teraz jest inaczej... 

Raija uniosła pytająco brwi. 
- Dzisiaj u innych szukam nadziei. 
Mikkal skrzywił się, a Raiji ścisnęło się serce. Czy 

z jej winy tak bardzo się zmienił? Czy ich wzajemna 
ofiara przyniosła jedynie smutek i ból? 

- Poprosiłem Elle o wróżbę... 
Powtórzył jej słowa starej kobiety. Raija zachowa­

ła kamienną twarz. 

- Więc uwierzyłeś? Wtedy byłeś pełen wątpliwości. 
Mikkal wzruszył ramionami. 
- To nie ma znaczenia. Wcale nie dodała mi otu­

chy... 

- Musisz ufać, że jesteś panem swego losu! - Głos 

Raiji zabrzmiał niespodziewanie ostro. 

- Tak sądzisz? - Na jego ustach malował się uśmiech 

pobłażliwości. 

91 

background image

Raija spojrzała mu odważnie w oczy. 
- Jaki sens miałoby życie, gdyby wszystkie nasze 

postępki były nieuchronne? 

- W takim razie dlaczego Elle nie pomyliła się, czy­

tając ci z dłoni? - spytał wyzywająco. - Nazwiesz to 
przypadkiem? 

Raija odrzuciła włosy z czoła. Zanim zdążyła opu­

ścić wzrok, dostrzegł w nim błysk rozpaczy. 

- Nie wiem! Chciałabym wierzyć, że jest inaczej! 
- Aslak twierdził, że jesteś szczęśliwa. 
Raija posłała mu ukradkowe spojrzenie. Mieli nie­

wiele czasu. Nie zdziwiła się, że tak nagle zmienił 

temat. 

- Wtedy... - Raija nabrała tchu i dokończyła drżą­

cym głosem: - ...zrozumiałbyś... - Ugryzła się w ję­

zyk. O mały włos nie wydała swojej najdroższej ta­
jemnicy. - Nie życzysz mi szczęścia? - dodała zdzi­
wiona. 

Mikkal zacisnął bezsilnie pięści. Pod skórą na ra­

mionach uwydatniły się mięśnie, nozdrza mu drga­
ły. Mikkal walczył z samym sobą. I przegrał. Despe­
rackim gestem objął Raiję i położył ciężko głowę na 
jej kolanach. 

Raija patrzyła na niego ze zdumieniem, ale tylko 

przez chwilę. Potem sama go objęła, pochyliła nad je­
go głową, głaszcząc sztywną, czarną czuprynę. Znala­
zła ustami jego skroń, pocałowała go, czując pod war­
gami przyspieszony rytm pulsu. 

Mikkal uniósł lekko głowę, wystarczająco jednak, 

by napotkała spojrzenie jego miodowych oczu. 

Twarz wykrzywiał mu grymas bólu, w zwężonych 

źrenicach Raija wyczytała samotność. 

92 

background image

- Mógłbym teraz przychylić ci nieba! - wyszeptał 

chrapliwie. Jego wargi drżały. 

Raija poczuła falę ciepła w piersiach. Tylko jej da­

ne było zobaczyć Mikkala w chwili słabości. I wła­
śnie owa słabość świadczyła mocniej o jego przywią­
zaniu niż jakiekolwiek słowa. 

Tęsknił do jej ciała, to prawda, ale równocześnie 

pokładał w niej wiarę i zaufanie. Łączyło ich więcej 
niż pociąg fizyczny, znacznie więcej. 

- Tobie miałbym odmawiać prawa do szczęścia, 

Raiju? 

W ustach Mikkala jej imię brzmiało jak pieszczo­

ta, jak pocałunek. 

Przyłożył usta do dłoni ukochanej, musnął spierz­

chłymi wargami miękką skórę na jej przedramieniu. 
Raija westchnęła ciężko i powoli cofnęła rękę. 

Nie była w stanie nic powiedzieć, gardło miała ści­

śnięte, usta suche, a po ciele rozlewało się znajome 
omdlewające ciepło. 

Wiedziała dobrze, co oznacza. 
Wzrok Mikkala wyrażał nieme zdziwienie. 
- Nie mogę! - Raija zmusiła się, by spojrzeć na nie­

go. - Nie poprzestaniemy na tym. Oboje jesteśmy 
wystarczająco dorośli, by zdawać sobie z tego spra­

wę. Po pierwszym pocałunku przestają istnieć wszel­
kie granice... 

- Przecież tego chcesz! - wychrypiał. 
W jej spojrzeniu krył się ból i zdecydowanie. 
- Chcę - odparła, drżąc. - Chcę, Mikkal. Ale nie 

mogę. Nie mogę. Słyszysz? 

- Dlaczego? 
Raija westchnęła i potargała lekko jego niesforną 

93 

background image

grzywkę. Nie patrząc na niego, odpowiedziała: 

- Próbuję żyć normalnie. Staram się być dobrą żo­

ną dla Karla. On robi, co może, więc odpłacam mu 
tym samym. Rozumiesz? 

- A co z nami? - zapytał po chwili milczenia. - Co 

z nami, Mały Kruku? Nie mamy do tego prawa? 

- Może je zmarnowaliśmy - odpowiedziała powo­

li. - Wypuściliśmy z rąk. 

Mikkal roześmiał się gorzko. 
- Wciąż pamiętam te wielkie, szlachetne słowa, 

które wtedy wypowiadałem. Jak mogłem być aż tak 
głupi? Możesz to zrozumieć, Raiju? 

Skinęła głową. 
- Byłeś dobry, Mikkal... 

- Byłem? 
Łagodnym ruchem palca pogładziła go po podbród­

ku. Chwycił ją za nadgarstek, przerywając pieszczotę. 

Jej uśmiech zgasł. Wobec Mikkala musiała zdobyć 

się na szczerość. 

- Zmieniłeś się. Może Elle miała rację? 
- W czym? 
Raija kontynuowała z niechęcią: 
- Sigga, jak się czuje Sigga? Dobrze ją traktujesz, 

Mikkal? 

Wstał gwałtownie i odwrócił się do niej plecami. 

Drżącą dłoń oparł o kamienie paleniska. 

- Co mnie obchodzi Sigga? Ona... 

Nie panował nad uczuciami. Odwrócił się i posłał 

Raiji błagalne spojrzenie. 

- To ty jesteś mi najdroższa! Ptaszyno, ty... 
Podszedł bliżej, ale Raija powstrzymała go, krzy­

żując ręce na piersiach. 

94 

background image

- Ale wybrałeś Siggę - odrzekła cicho. - Nie zapo­

mnij o tym, Mikkal! Ona nie może na to nic pora­
dzić, że cię kocha. Przez wzgląd na mnie obdarz ją 
uczuciem, bądź dla niej dobry. 

- Wstawiasz się za nią? - spytał zdumiony. 
Raija skinęła słabo głową, mnąc w dłoniach poły 

fartucha. Nigdy się nie dowie, ile kosztowała ją ta 
prośba. 

Mikkal schylił głowę ze wstydem. Ta niezwykła 

kobieta dała mu kiedyś miłość większą niż ktokol­
wiek przedtem. Mógł przysiąc, że jej uczucia są rów­
nie szczere i głębokie jak jego. 

A mimo to miała dość miejsca w sercu, by prosić 

go o odrobinę ciepła dla innej kobiety. 

Sam ją wybrałeś, szeptał mu wewnętrzny głos, sam 

wybrałeś Siggę. Odrzuciłeś tę, której serce biło jedna­
kim rytmem z twoim sercem. Dałeś jej tylko broszkę, 
choć kochałeś nad życie. Zwykłą broszkę i garść 
wspomnień. 

- Lubisz go? Karla? - Zacisnął pięści, aż mu pobie­

lały kostki. 

-Tak. 

Uśmiech zgasł na jego ustach. 
- Kochasz? - spytał i poczuł, jak umiera, czekając 

na odpowiedź. 

Raija ściągnęła usta i prychnęła. Mikkal znał tę re­

akcję i w tej chwili nic bardziej nie mogło go uszczę­
śliwić. Objął ją delikatnie. Gdyby tylko zechciała, 
mogła się wyswobodzić z jego ramion. 

- Jestem zazdrosny, Mały Kruku - mówił ledwie 

słyszalnym szeptem. - Dręczą mnie myśli. I obrazy.... 

- Obrazy? Jestem w nich? 

95 

background image

Skinął smutno głową. 

- On też - dodał, czerwieniąc się. 
Raija nie była wstydliwa, ale od jego słów zapłonę­

ły jej policzki. 

- To mój mąż - wycedziła. - A ty żyjesz z Siggą, 

nie mów, że jest inaczej. Aslak opowiadał, że spodzie­
wacie się dziecka. Co się urodziło? 

- Chłopiec. A u ciebie? 
- Dziewczynka. 
Raija miała białe usta, Mikkal sądził, że ze złości. 
- Śpi - dodała szybko, widząc pytanie w jego spoj­

rzeniu. - Maja ostatnio chorowała... 

Nic więcej nie rzekła, jej brązowe oczy zalśniły 

dziwnym blaskiem. Przyciągnął ją do siebie. Miękkim 
głosem powtórzył imię córki. 

- Maja? 
Raija starała się opanować. Tak łatwo byłoby po­

wiedzieć całą prawdę. Zatopić się w jego spojrzeniu, 
zapomnieć o konsekwencjach i obietnicy złożonej 
Karlowi w dniu urodzenia dziewczynki. 

Przemogła chwilę słabości. Co by to przyniosło? 

Kilka zmarszczek na twarzy Mikkala, kolejny powód 

do nienawiści dla Siggi, nowe zmartwienia dla Karla. 

Żadne z nich na to nie zasługiwało. 
Miała dość sił, by unieść sekret. 
- Moja matka miała na imię Marja - wyjaśniła -

a matka Kallego Marta. Nazwaliśmy ją Maria, ale naj­
częściej wołamy Maja... 

Mikkal westchnął słabo i uśmiechnął się. Tłuma­

czenie wydało mu się aż nazbyt drobiazgowe. 

- Pozwól mi wierzyć, że za wyborem imienia kry­

je się jeszcze jedno wspomnienie... 

background image

Raija nie zaprzeczyła. 

- Mój syn ma na imię Ailo. To była decyzja Siggi. 

Raija nie rozumiała, dlaczego jego głos zabrzmiał 

wrogo, kiedy wspomniał o synu. 

- Mogę ją zobaczyć? 
Najbardziej bała się tego pytania. Od dnia urodzin 

Mai wiedziała, że ta chwila musi nadejść. Nie mogła 
mu odmówić. Gdzieś w głębi serca czaiła się nadzie­
ja, że wszystko zrozumie... 

Oswobodziła się z jego objęć i otworzyła drzwi do 

sąsiedniej izby. Kładąc palec na wargach, pierwsza 
przekroczyła próg. Mikkal obrzucił wnętrze ponu­
rym spojrzeniem. Ściany z bali. 

Skrzynia. 

Kołyska. 
Łóżko. 
Usta zacisnął w wąską kreskę. Tego łóżka nie za­

pomni. Nocne koszmary nabiorą wyrazistości. Wie­
dział już, jak wygląda. Wyobraźnia podsunie mu no­

we obrazy ich dwojga. 

Raija zatrzymała się przy kołysce i spojrzała na 

Mikkala z wyczekiwaniem. 

Mikkal nie rozumiał, dlaczego się tak dręczy. By­

łoby lepiej, gdyby nigdy nie ujrzał dziecka i łoża, któ­
re Raija dzieliła z innym mężczyzną. 

Zatrzymał się za nią, położył jej dłonie na ramio­

nach i zajrzał do kołyski. 

Raija wstrzymała oddech, ale Mikkal tego nie zau­

ważył, zajęty samym sobą. 

- Wykapana mama - skomentował z bolesnym 

uśmiechem. Na widok córki Raiji serce wezbrało mu 
żalem, że dziecko nie jest jego. 

97 

background image

- Więc górujesz nad nim? - droczył się, bezwiednie 

pieszcząc jej ramiona. - Mała w ogóle nie przypomi­
na ojca... 

Raija nie odpowiedziała. Poczuła ulgę i rozczaro­

wanie jednocześnie. W głębi duszy marzyła, że Mik-
kal rozpozna siebie w dziewczynce. Tymczasem on 
w ogóle nie dostrzegł, że dziecko w kołysce to jego 
córka. 

Dała mu szansę, jedna wystarczy. Leżała przed nim 

wierna kopia jego osoby, ale on był ślepy. 

Mikkal nie rozumiał milczenia Raiji. 

- Wiesz - powiedział w końcu, uśmiechając się -

ona przypomina Ailo. 

Raija wstrzymała oddech. Więc teraz to nastąpi. 

Odkrycie. Przyznanie. 

- Pewnie dlatego, że wszystkie małe dzieci są po­

dobne do siebie - dodał lekko, ani się domyślając, jak 
blisko jest prawdy. 

Raija miała dość zgadywanek. Wyciągnęła go 

z izby. 

- Może się obudzić. 
- A ty? - spytał. 
- Ja? - Raija oparła się o drzwi. Tego pytania też 

się obawiała. Antti poszedł, zostawiając ją sam na sam 
z Mikkalem. Antti, który znał prawdę, oddał ją pod 
opiekę Mikkala. 

Bała się zostać sama. Bała się iść nad fiord i dalej, 

na cypel. 

Antti utrudnił jej decyzję. Czy zdawał sobie z te­

go sprawę? 

- Musisz zostać - zdecydowała, wzdychając ciężko. 

- Nie mogę być sama. Powiem ci dlaczego... 

98 

background image

Mikkał domyślał się, że nie chodzi o błahostki. Nie 

zważając na protesty, objął ją i zaciągnął na długą ła­
wę stojącą przy stole. Oparł ją sobie na ramieniu, po­
gładził po włosach i przytulił mocno, tak jak to robił 

w czasach, gdy była małą dziewczynką i przychodzi­

ła do niego ze swoimi troskami. 

- Mów, Mały Kruku! - dodał jej odwagi. - Mnie 

możesz zawierzyć wszystkie troski... 

Kiedy skończyła, Mikkal już się nie uśmiechał. Po­

ruszał nerwowo szczękami i oddychał przez nos. 

- Powinienem był zdusić tę wesz, kiedy miałem 

okazję po temu - wysyczał z ustami tuż przy jej po­
liczku. - Zabiję go. Znajdę i zabiję... 

Raija zarzuciła mu ramiona na szyję. Pokręciła 

przecząco głową. 

- Zostaniesz ze mną - odrzekła z desperacją. - Nie 

zostawiaj mnie samej. Boję się, Mikkal! 

Na jej policzkach zalśniły łzy. Naprawdę się bala. 

Mikkal pojął, że jego sen był proroczy. Raija go po­
trzebowała. 

- Jestem z tobą - wyszeptał miękko. Grzywa czar­

nych włosów opadła mu na czoło, kiedy pochylił się 
nad nią. Wargi Raiji drżały. Dziewczyna walczyła 
z uczuciami, które w niej budził. 

Pocałował ją. Raija rozwarła powieki i zajrzała 

w miodowe oczy Mikkala. Nie ukrywały niczego, wi­
dniała w nich bezdenna czułość. To, co inni zwali mi­
łością. Nieskończone pokłady ciepła. 

Jego oczy były zwierciadłem jej duszy. Bliźniaczej 

duszy. Skazanej na wspólny z nim los, na jego miłość. 

Kradzione chwile szczęścia nie powinny być tak 

cudowne. Powinny być przyćmione koniecznością 

99 

background image

ukrywania się, zbrukane podnieceniem. Chwile skra­
dzione szczęściu powinny być grzechem... 

- To szaleństwo - mruknęła, oddając pocałunek. 
- Przeznaczenie - odrzekł miękko, nie odrywając 

się od jej ust. - Poddaj się mu, Mały Kruku! 

Jego ręce wyczyniały rzeczy, które powinny ją za­

wstydzić. Tymczasem Raija drżała ze szczęścia. 

- Mamy mało czasu... - przypomniał jej. 

Sumienie przegrało walkę z uczuciami. 
Nie miała nic do stracenia. Może widzieli się po 

raz ostatni? 

- Nie przekroczyłem płaskowyżu Finnmark, by 

usłyszeć, że nie możesz - szepnął jej do ucha. - Prze­
cież chcesz. I ja chcę. Istnieją uczucia, których nie da 
się okiełznać. 

- Byliśmy głupi - stwierdziła i ukryła twarz na je­

go szyi. Jego skóra była ciepła, żywa, nie mogła się 
nią nasycić... 

- Tylko nie w łóżku! - wyrzucił z siebie. Oczy miał 

rozwarte, ale nie patrzał na Raiję. 

Raija zesztywniała w jego ramionach, potem roz­

luźniła się i roześmiała cicho. Ze zrozumieniem. 

Przyniosła futrzaną kapę i rozłożyła ją na podło­

dze przed paleniskiem. 

- Czy to posłanie ci odpowiada? 
Mikkal zdjął skórzany kaftan i po krótkiej chwili 

wahania pozbył się spodni. 

Stanął przed nią nagi, niepewnie usiłując odczytać 

reakcję z jej twarzy. Raija potrafiła jednak ukrywać 
uczucia, jeśli tylko tego chciała. 

W istocie z trudem nad sobą panowała. Przez cale 

lata nie odważyła się myśleć o nim w ten sposób, na-

100 

background image

wet wspomnienie jego harmonijnie zbudowanego cia­
ła wyparła z pamięci. Teraz przeżyła wstrząs. Gasną­
cy płomień paleniska rzucał słabe światło, ale i tak 

musiała przyznać, że Mikkal wyglądał wspaniale. Je­
go atletyczne, sprężyste ciało dojrzało, nabrało kla­
sycznych form. To był Mikkal z jej marzeń. 

W gruncie rzeczy przewyższał postać z jej snów, 

nigdy bowiem nie pozwalała na to, by fantazje przy­
bierały tak realny kształt. 

Spoconymi palcami rozwiązała supeł fartucha. 

Mikkal opadł na kolana przed nią. Powoli, niemal 
z nabożeństwem zdjął z niej cieniutką koszulę. Z je­
go twarzy nie znikał wyraz zadziwienia. 

Musnął dłońmi jej skórę. Jak łagodny wiatr pieścił 

ramiona, piersi, brzuch... 

Raija rozwiązała rzemyki skórzanych bucików 

i z lekkim zawstydzeniem wyślizgnęła się ze spódni­
cy i bielizny. Za pierwszym razem nie wstydziła się 
swego ciała, wtedy z dumą oddała mu całą siebie. Te­
raz miała tyle do ukrycia... 

A przecież chciała wzbudzić w nim pożądanie, 

chciała przyćmić wszystko to, co dostał od innych 
kobiet. Może miał inne oprócz Siggi. Nie wiedziała, 
nie chciała wiedzieć. Pragnęła jedynie znaczyć dla nie­
go więcej niż jakakolwiek kobieta na świecie. 

Zdradzała Karla, sprzeniewierzała się obietnicom 

danym samej sobie. Ale pragnęła Mikkała, pragnęła 
go do szaleństwa. Jeśli życie miało ofiarować jej tyl­
ko rzadkie chwile szczęścia, to zamierzała z nich ko­
rzystać. 

- Czy mówiłem ci już, że jesteś piękna? - Pocią­

gnął ją na kapę, nakrył własnym ciałem. 

101 

background image

Skinęła głową. 
- Tak tęskniłem - jęknął i wtulił twarz w jej aksa­

mitną skórę, pozwolił się odurzyć zapachom jej cia­
ła. - To przekleństwo tak tęsknić. 

Raija poczuła jego palące łzy. Ona też płakała bez­

głośnie. 

- Spalam się, Raiju, i tylko ty przynosisz mi ulgę. 

Tylko przy tobie znajduję spokój... 

Teraz już łkała, tuląc się do jego policzka. Ich po­

całunki miały smak soli, ich miłość miała smak soli. 
Płakali i śmiali się na przemian, kochając się na skó­

rzanej kapie przed paleniskiem. 

Mieli do odrobienia lata rozłąki. 
Dopiero nad ranem ich pieszczoty wypaliły się 

z namiętności i złagodniały. 

Palce Raiji bawiły się skórzanym woreczkiem, któ­

ry Mikkal wciąż nosił. Woreczek był wytarty, budził 
smutne wspomnienia, Raija dobrze pamiętała dzień, 
w którym zawiesiła go na szyi Mikkala. To, że nie 

zdjął amuletu, znaczyło więcej niż słowa. 

- Zdejmiesz go, kiedy przestaniesz mnie kochać -

odezwała się z powagą. 

- Zabiorę go ze sobą do grobu - odrzekł równie po­

ważnie. 

Przyciągnął Raiję do siebie i oparł policzek o jej 

czoło. Patrząc w dal, powiedział: 

- Chciałbym móc dać ci dziecko, Raiju. Powinni­

śmy mieć potomka, znak naszej miłości... 

Raija wstrzymała oddech. Znów stwarzał okazję do 

wyznań. Nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo ją dręczy! 

Mikkal zauważył jej wahanie, ale zrozumiał je 

opacznie. 

102 

background image

- Czy to nie byłoby wspaniałe? - ciągnął rozma­

rzony. 

- Już masz dziecko - odrzekła. - Ja też. - Przerwa­

ła na chwilę i dokończyła brutalnie: - I noszę w so­
bie dziecko Kallego. 

- C o ? 
Mikkal uniósł się, patrząc na nią niedowierzająco. 
Rai ja skinęła głową. 
- Musimy porzucić marzenia - dodała z bólem. -

Mamy tylko tę noc. Jutro musisz odejść. 

- Co będzie z tobą? Ten szaleniec ci nie popuści, 

bądź pewna... 

- Antti mnie obroni. 
- Nie dobierał się do ciebie? - Mikkal stał się po­

dejrzliwy. Nie mógł sobie wyobrazić mężczyzny, 
który oparłby się jej urokowi. 

Roześmiała się z taką szczerością, że pozbył się 

wszelkich podejrzeń. 

- Antti znaczy dla mnie więcej niż ojciec, który od­

dał mnie z domu. Poza tym ciebie jednego kocham. 

- Ale odsyłasz... 
Nic nie odrzekła, tylko przytuliła się do niego, 

przywarła doń tak, że ich ciała stopiły się w jedno. 

- Mamy tylko tę noc - powtórzyła. - Jutro znowu 

będziesz mężem Siggi, a ja żoną rybaka. Ta noc jest 
zaczarowana, a ty należysz do mnie. 

Mikkal nie zaprzeczył, nie miał wyboru. Przybył 

do niej, by się upewnić, i zyskał tę pewność. Dostał 
coś więcej. Garść wspomnień, skrawek nieba na czas, 
kiedy rzeczywistość wyda się zbyt brutalna. 

I nową tęsknotę. 
Przybył z pustymi rękoma i wróci bez niczego. Na 

103 

background image

wschodzie czeka żona z synem. Tylko w ramionach 
Raiji mógł o tym zapomnieć. 

Zasnęli przytuleni. Obudzą się razem i wszystko 

się skończy. 

U skraju lasu czujne oczy zarejestrowały jego przy­

bycie. Te same złe oczy obserwowały jego odejście. 

background image

Antti nigdy nie zapytał, co zaszło między Raiją 

a Mikkalem. 

Widział, jak Lapończyk odprowadza ją nad fiord, 

i czeka, póki Raija nie dojdzie do domu na cyplu. 

Widział, jak Raija ukrywa twarz dziecka w szalu, 

i wiedział, dlaczego to robi. 

Była niezwykle dumna. Być może popełniała błąd, 

ale Antti Kesaniemi nie uważał siebie za odpowiednią 
osobę, by jej o tym powiedzieć. 

Antti ujrzał, jak Mikkal odwraca się i znika między 

sosenkami, ani razu nie oglądnąwszy się za siebie. 

Antti niechętnie przyznawał, że podziwia tego chłop­

ca. Był na tyle młody, że mógłby uchodzić za jego sy­
na, a odznaczał się przymiotami, które starszych przy­
prawiłyby o zazdrość. 

A jednak... choć przybysz z północnej krainy ko­

chał Raiję, zniszczył jej życie. 

Nie mógł żyć bez niej, to akurat Antti rozumiał 

bez trudu. Powinien jednak znaleźć w sobie dość si­
ły, by zostawić ją w spokoju. Z czasem Raija nauczy­
łaby się żyć normalnie, z czasem może by zapomnia­
ła, gdyby Mikkal nie podsycał w niej zakazanych 
uczuć. Przyciągali się jak dwa bieguny i za każdym 
razem za chwile szczęścia płacili cierpieniem. 

Jak zwykle zaczęło się od szeptów. Wkrótce cala 

105 

background image

wieś mówiła o tym samym, Raija i Mikkal byli na 
ustach wszystkich. Jakieś oczy widziały przybycie 
Mikkala i śledziły jego odejście. Następnego ranka. 

Niektórzy zdmuchnęli kurz ze wspomnień z prze­

szłości i porównali je z dniem dzisiejszym. 

Kiedy brzuch Raiji urósł, ludzie poskładali fakty 

w jedną całość i wyciągnęli ten sam wniosek. 

Historia zatoczyła koło. 
Raija milczała, nawet wobec Anttiego. Raniło go 

jej milczenie, ale nie przyznał się do tego ani słowem. 
Antti też potrafił trzymać język za zębami. 

Kiedy Mikkal maszerował przez płaskowyż, który 

rozdzielał jego dwie kobiety, żonę i kochankę, obie 
tęskniły do niego. Jedna zachowała go w smutnych 

wspomnieniach. Druga poprzysięgła zemstę tej, która 
stanęła pomiędzy nią a mężem. 

Sigga i Raija skazane były na ten sam obiekt miło­

ści i obie cierpiały z tego powodu. 

Sigga przeklinała Mikkala. Kochała go i przeklinała. 

W skrytości ducha. Ani słowem nie okazała, jak 

bardzo ją zawiódł. Ani jednym grymasem twarzy nie 
dała znać o swoich podejrzeniach. Ludzie milkli w jej 
obecności, lecz Sigga potrafiła poruszać się lekko, 
prawie bezszelestnie. 

Słyszała, jak szepczą na jej temat. 

Znała ich dobrze. Tych, którzy uważali, że Mik­

kal powinien był sprzeciwić się ojcu i ożenić z Rai­
ja Alatalo. Tych, którzy mieli Mikkala za romantycz­
nego, niedojrzałego marzyciela. Tych, którzy jej 
współczuli. 

Tymi ostatnimi gardziła najsilniej. 

106 

background image

Sigga była dumną kobietą. Nie potrzebowała współ­

czucia. Współczucie ją poniżało. 

Zamierzała pokazać wszystkim, że potrafi sobie ra­

dzić z niewiernym, kochliwym mężem. 

Od dawna myślała o zemście. I od dawna wiedzia­

ła, że nie dozna satysfakcji, kierując ostrze gniewu 
przeciwko Mikkalowi. 

Nie mogła go skrzywdzić, nie krzywdząc samej 

siebie. 

Musiała uderzyć w tę fińską dziewkę, która spra­

wowała taką władzę nad Mikkalem, że gotów był po­

rzucić żonę i chore dziecko i przemierzyć góry i rów­
niny, by ją zobaczyć. 

W Raiję Alatalo. 
Tylko w ten sposób mogła odzyskać Mikkala. Jak 

nie jego miłość, to przynajmniej obecność. 

Sama nie była w stanie tego dokonać. Fiord Lyn-

gen leżał daleko. Nie mogła porzucić wszystkiego 
i tak jak Mikkal, kierując się emocjami, wyruszyć na 
zachód. Znalazła jednak lepsze wyjście. 

Nie był stary, na dodatek dość przystojny. Nie był 

też taki młody, dawno przekroczył trzydziestkę. Sig­
ga pamiętała z czasów dzieciństwa, że on już wtedy 
należał do świata dorosłych, ale przez te lata niewie­
le się zmienił. 

Ten sam czujny wzrok, wyraziste i bystre spojrze­

nie jak u gronostaja. Sprężyste ciało. Dość niewyso­
ki, ale zwinny. 

Nosił krótkie, równo obcięte włosy, ale w tej fry­

zurze było mu do twarzy. Miał regularne rysy. Dość 
pospolite, jednym wydałyby się ładne, innym wręcz 
przeciwnie. 

107 

background image

W porównaniu z Mikkalem Matte przegrywał, ale 

przecież nie wygląd fizyczny ciągnął Siggę do jego 
namiotu, który stał w pewnej odległości od obozo­
wiska. 

Jego ojciec był noaidą, szamanem. Matte odziedzi­

czył po nim coś więcej niż magiczny bęben. 

Wizyta Siggi nie zaskoczyła go. Jego oczy emano­

wały dziwnym blaskiem. 

- Zastanawiałem się, kiedy przyjdziesz - powie­

dział śpiewnym głosem. - Wiem, czego chcesz. Nic 
się przede mną nie ukryje. 

Sigga usiadła w stosownej odległości. Z takimi 

mężczyznami należało mieć się na baczności. Choć 
twierdził, że wie wszystko, Sigga uznała, że powinna 

opowiedzieć mu całą historię. 

Szamani też się mogą mylić. 
- Masz ją skrzywdzić - wyrzekła przez spierzch­

nięte wargi, a potem wypluła z siebie nazwisko: - Ra-
iję Alatalo. Masz ją skrzywdzić tak, by nie rzucała 

czarów na mojego męża. 

Skinął głową. Jego oczy świeciły jak rozżarzone 

kule w półmroku. Tak złowieszczo, że Sigga przez 
chwilę poczuła strach. Opanowała się jednak, pra­
gnienie zemsty dodawało jej odwagi. 

Wysiliła wzrok. W namiocie panowała ciemność, 

a dym z paleniska nie ułatwiał jej zadania. W środku by­
ło mroczniej niż pod rozgwieżdżonym letnim niebem. 

Słońce rzucało czerwone promienie, kiedy Sigga 

szła przez wrzosowisko do namiotu Mattego. Czer­

wony kolor był znakiem dla niej. Dobrym znakiem... 

- Czym zapłacisz? - spytał chciwie. - Mój ojciec 

nie dbał o zapłatę i zmarł w nędzy. Nie popełnię te-

108 

background image

go samego błędu. Więc pytam cię Siggo, córko Pawy, 
co możesz mi ofiarować, by pozbyć się zagrożenia? 

- Pozbyć się? 

Sigga chciała mieć pewność. Matte skinął głową. 

- Cokolwiek zechcesz - odrzekła zdecydowanie. -

To, czego zażądasz. 

Ogniste kule zwęziły się w dwie wąskie szparki. 
- Cokolwiek, powiadasz? Silna musi być twoja nie­

nawiść... - Roześmiał się zimno. - Pomogę ci, Siggo. 
I nie bój się, nie będę zachłanny... 

Matte wyciągnął szamański bęben. Instrument wy­

glądał dość niewinnie, wydrążona drewniana skoru­
pa z otworami po obu stronach służącymi jako 
uchwyty. Skorupę pokrywał kawałek skóry umoco­

wany kościanymi gwoździami i wzmocniony nicią 

z turzycy. 

Membranę bębna Mattego zdobiły figury wymalo­

wane czerwonym barwnikiem z przeżutej kory olcho­
wej. Umieszczone pomiędzy równoległymi liniami 
wyobrażały bóstwa. Matte podniósł instrument do 

oczu Siggi i wskazał na rysunek postaci na koniu. 

Sigga zadrżała mimowolnie ku wyraźnemu rozba­

wieniu Mattego. 

- Nie obawiaj się swego pomocnika, Siggo. To Ro­

to, on da mi moc, bym pojechał do Lyngen i dopełnił 
twojej zemsty. Nie bój się Roto, bóg śmierci i choro­
by będzie z tobą. Któż lepiej się nadaje do tego zada­
nia? Przy tym nie jest zbyt wymagający... 

- A czego zażąda ode mnie? - spytała, drżąc, czy 

władca śmierci nie zapragnie renifera lub nawet ko­
nia. Z takiej ofiary nie zdołałaby się wytłumaczyć, 
zresztą prawo nie zezwalało na nią. 

109 

background image

Sprawujący władzę głosili, że bogowie Saamów nie 

istnieją. Zakazywali oddawać im cześć i składać ofia­
ry. Tylko Bóg króla był wystarczająco dobry, nawet 
Ravna w niego wierzyła. 

Wizyta u szamana mogła mieć przykre konse­

kwencje, należało utrzymać ją w tajemnicy. 

- Roto nie jest wymagający - powtórzył Matte. -

Roto chce spać z tobą... 

Sigga pobladła i położyła dłoń na sercu. Spać z de­

monem? Co Matte miał na myśli? 

- Roto chce cię posiąść przeze mnie - wyszeptał. -

Spłacisz w ten sposób dług wobec niego i wobec mnie. 
- Matte oblizał wargi. - Zdecyduj. Możemy zniszczyć 
tę, której nienawidzisz. Jesteś gotowa za to zapłacić? 

Sigga skinęła głową. 

Uśmiechnął się, jakby z góry znał odpowiedź. 
Sigga poczuła mrowienie na plecach. Patrząc na te­

go człowieka, nietrudno było uwierzyć, że obdarzo­
ny został ponadnaturainymi zdolnościami. Twarz 
Mattego przybrała zwierzęcy wyraz. 

Nie był teraz zwykłym człowiekiem. Stał się noa-

idą. Szamanem, czarownikiem. 

Powolnym ruchem wydobył rozszczepioną na koń­

cu pałeczkę wykonaną z kawałka poroża renifera. 

Poprzez dym Sigga dostrzegła, że pałeczka też po­

kryta jest ornamentami. 

Słyszała o noaidach, ale nigdy nie widziała ich 

w trakcie obrzędów. 

Wpatrywała się jak zahipnotyzowana w Mattego, 

który ukląkł i zaczął uderzać w bęben. 

Zaczął powoli i rytmicznie, koncentrując się na 

graniu i lekceważąc jej obecność. Ledwie słyszalnym, 

110 

background image

monotonnym głosem wypowiadał słowa, których Sig­
ga nie potrafiła zrozumieć. Może mówił w obcym ję­
zyku, może składał ze sobą nic nieznaczące sylaby, 
dość że mruczenie miało w sobie coś przerażającego. 

Skuliła się tuż przy wyjściu z jurty, jak najdalej od 

niego, gotowa do ucieczki. 

Rytm zgęstniał, ton bębna nabrał dzikości. 
Matte tracił kontakt z rzeczywistością. 

Jego oczy błyszczały silniej niż kiedykolwiek, ale 

wzrok szamana stał się nieuchwytny. 

Poruszał ciałem w takt uderzeń, kołysał się jak drze­

wo na wietrze. 

Sigga wstrzymała oddech, bojąc się zakłócić jego trans. 

Odgadła, co ma nastąpić. Nasłuchała się opowieści 

starych ludzi, choć dotąd nie bardzo w nie wierzyła. 

Waląc w bęben, Matte oddalał się od rzeczywistego 

świata. Przemieszczał się do krainy bogów, tam gdzie 
panował Roto. Roto, który mógł jej pomóc zemścić się 
na Raiji. Niech ją posiądzie! 

W Saivo, czyli w zaświatach, nie było rzeczy nie­

możliwych dla noaidy. Słusznie postąpiła, zwracając 
się do Mattego. Mimo przerażenia Sigga nie mogła 
oderwać od niego oczu. Czoło szamana pokrył perli­
sty pot, niepokojący rytm z wolna uspokajał się. 

Cisza pomiędzy uderzeniami nabrzmiała czaro­

dziejską, obezwładniającą mocą. 

Uświadomiła sobie, że robi to samo co on, kołysze 

się w takt wyznaczany przez bęben. Dźwięk instru­
mentu odmierzał rytm uderzeń serca. 

Kościana pałeczka coraz rzadziej uderzała w skórza­

ną membranę, monotonna pieśń, która rozkołysała gę­
ste powietrze pomiędzy nimi, ucichła. 

111 

background image

Matte patrzył na Siggę nie widzącymi oczyma, 

przezroczystymi jak szklane kule i równie pozbawio­
nymi wyrazu. 

Patrzył za nią, przez nią, na coś, czego sama nie 

potrafiła dojrzeć. 

Potem upadł jak martwy. 
Bęben leżał na nim, pałeczka potoczyła się aż do 

paleniska, na którym ogień ledwie się żarzył. 

Sigga budziła się z wolna. Ile czasu spędziła w jur­

cie szamana? Jak długo bił w bęben? 

Nie wiedziała. Bała się. 
Umarł? Wyglądał jak trup! 
Upiornie blady mimo ciemnej karnacji skóry, o spoj­

rzeniu, które nie miało w sobie nic ludzkiego! Był jej 

ostatnią deską ratunku. Dotąd nie wierzyła, że Saivo 
istnieje. 

Teraz zaczęła rozumieć, że poza rzeczywistością 

zmysłów istnieje to, o czym opowiadali starzy ludzie. 

Matte opuścił ciało i przeniósł się do świata bogów. 
Stamtąd mógł dosięgnąć Raiję, gdziekolwiek się znaj­

dowała. W Saivo odległości nic nie znaczyły. W asyście 
bogów i noaidów wszystko stawało się możliwe. 

Sigga wpatrywała się w nieruchome ciało Mattego. 

A może rzeczywiście pożegnał się z życiem? 
Poczuła mrowienie na plecach. Za nic w świecie nie 

odważyłaby się sprawdzić. Zbyt wiele miała szacun­
ku do bogów, w których ponoć nie wierzyła. 

Nie chciała przeszkadzać szamanowi, bała się prze­

rwać stan, w który popadł. 

Nie starczyło jej jednak odwagi, by z nim zostać. 

Wyślizgnęła się z jurty. 

Wciąż była noc i wciąż czerwonozłote barwy no-

112 

background image

cy znaczyły niebo. Wokół panowała cisza. Z oddalo­
nych o sto metrów namiotów unosiły się smużki dy­
mu, ale nigdzie nie było widać żywej duszy. 

Namiot Mattego stał na osobności, ale wiatr za­

niósł zapewne odgłosy bębna do obozowiska. Mimo 
to Sigga czuła się bezpiecznie. Jej tajemnica pozosta­

wała nienaruszona. 

Nikt nie odważyłby się zakłócić spokoju noaidy. 

Wszyscy utrzymywali pełen respektu dystans. 

. Jeśli nikt nie wyjrzy z jurty, a ona dotrze do swe­

go namiotu nie zauważona, to będzie bezpieczna. Se­
kret pozostanie sekretem. 

Pokonała drogę bez przeszkód. Ailo spał słodko 

w kołysce, tak jak go zostawiła. 

W pulchnych paluszkach chłopca tkwiła zabawka, 

głupi ptaszek wyrzeźbiony ręką Mikkala. 

W nagłym przypływie wściekłości Sigga wyrwała 

ptaszka z dłoni dziecka i zgniotła stopą. 

Kawałki kości leżące na ubitej ziemi przestały wre­

szcie przypominać ptaka, przeklętego kruka! 

Niedługo Raija skończy jak idiotyczna zabawka 

Mikkala! 

Już Matte się o to postara. 

Sigga wślizgnęła się między futrzane kapy, ale nie 

mogła zasnąć, była zbyt podniecona. 

Jak długo szaman mógł tak leżeć? Usiłowała przy­

pomnieć sobie opowieści starych ludzi. Nigdy nie 
miała cierpliwości wysłuchać ich do końca. 

To pewnie zależało od zadania i odległości, którą 

Matte musiał pokonać. 

Do Lyngen był szmat drogi, a zadanie do łatwych 

nie należało. 

113 

background image

Co jeszcze opowiadali starcy? 
Że jeśli noaida nie zdołał wykonać polecenia, to je­

go duch nie powracał już do tego świata... 

Wtedy nie budził się z transu. 
Przerażające. 

Sigga obgryzła paznokcie do krwi. Chciała pobiec 

z powrotem do jurty Mattego, ale nie miała odwagi. 
Bała się tego, co mogła tam zobaczyć. 

Ale nie żałowała. 
Jeśli szaman dotrzyma słowa, gotowa była zapła­

cić właściwą cenę. 

Raija spała niespokojnie. Śniła. 
Słońce stało rozżarzoną kulą na niebie. Była sama. 

Poszukała wzrokiem Mai, ale jej nie znalazła. Antti, 
Karł, Reijo, Mikkal - wszyscy zniknęli. Była sama. 

Potem spostrzegła, że miejsce, w którym się znajdu­

je, w niczym nie przypomina Lyngen z jego stromymi 
zboczami wynurzającymi się wprost z błękitnego fior­
du. Wokół niej nie było sosnowych lasów i pagórków 
porośniętych brzozami. Otaczał ją krajobraz, do któ­
rego wracała w tęsknych myślach, otwarty, szeroki, 
piękny krajobraz. Jak okiem sięgnąć, rozpościerały się 
falujące równiny pokryte kępami wrzosu i zaroślami 

łozy, poprzecinane strumykami. Żadnych gór w zasię­
gu wzroku, gór, które rzucają długie cienie i dławią du­
szę człowieka nawykłego do otwartych przestrzeni. 

Rozległe płaskowyże Laponii były dla Raiji naj­

wspanialszą częścią Finlandii i Norwegii, krainą, 

którą kochała, ziemią, do której należała. Ziemią 
Mikkala... 

Poczuła się wolna. Chciała biec i czuć pieszczotę 

114 

background image

wiatru na skórze. Chciała poczuć tę ziemię pod sto­

pami, nasycić się powietrzem i wspomnieniami... 

Pobiegła... 
Daleko za nią pędził ogromny renifer, potężniejszy 

i szybszy od wszystkich zwierząt, które przemierzały 
równiny. Wydawało się, że unosi się ponad ziemią, 

w tanecznym pędzie pomykając przez wrzosowiska, 
których dotknęły stopy Raiji. 

Raija nie zauważyła go. Przepełniona niewypowie­

dzianym szczęściem upadła na kępy wrzosu i przy­
mknęła powieki. Wdychała zapachy roślin i ziemi, 
marząc, że kiedy otworzy oczy, ujrzy Mikkala. W ma­
rzeniach wszystko jest możliwe... 

W przedziwny sposób naprawdę żyła we śnie. To 

było zupełnie nowe doznanie, ale nie napawało jej 
strachem. Czuła czyjąś obecność. 

Z początku wydało się jej, że to zwierzę, renifer. 

Kiedy mieszkała u Ravny i Pehra, nieraz słyszała ci­
che stąpanie renów. 

Kroki zbliżały się, kroki człowieka. Raija zadrżała 

z emocji, w głowie kołatała się jej jedna natrętna 
myśl. To musi być on. 

Kroki zatrzymały się tuż przy niej. Poczuła na so­

bie czyjś wzrok. 

Powoli otworzyła powieki. Zobaczyła niebo nad so­

bą, płonącą kulę słońca, przysłoniętą czarną sylwetką. 

Zmrużyła oczy i przekręciła głowę. Zobaczyła zna­

jome kumagi, skórzane portki, kaftan i zupełnie ob­
cą twarz. 

W gruncie rzeczy dość przystojną. Wyraźne szare 

oczy obserwowały ją spod prawie niewidocznych 
brwi. Regularne rysy twarzy, wąskie wargi. Nos lek-

115 

background image

ko wygięty, nie na tyle jednak, by nadać obliczu 
szczególny charakter. Ciemne, równo obcięte włosy. 
Był niewysoki, ale proporcjonalnie zbudowany. 

- Raija Alatalo? - spytał. 

Raiji spodobało się miękkie brzmienie jego głosu. 

Przemknęło jej przez głowę, że ten człowiek z pew­
nością potrafi śpiewać. 

Skinęła głową. Nie podniosła się z ziemi, leżała 

wsparta na łokciu, nie odrywając wzroku od przybysza. 

- Czego chcesz ode mnie? 

Nieznajomy ukucnął, złożył ręce i posłał spojrze­

nie, które w innym miejscu uznać by musiała za nie­
uprzejme. 

W innym świecie... 
- Nie powiedziano mi, że jesteś taka piękna - rzekł 

nieznajomy z nie tajonym podziwem. 

Raija nie spytała, kto przemilczał ten szczegół. Nie 

miało to żadnego znaczenia. W innych okolicznoś­
ciach spytałaby, ale teraz nie miało to żadnego zna­

czenia. Była sama i zaczęła zdawać sobie sprawę, że 
musi samotnie stawić czoło temu, co ją czeka. Nie 
wiedziała, jakie zamiary ma wobec niej ten obcy czło­

wiek, ale nie odczuwała lęku. 

Nieznajomy nie był już taki młody. 

Wyciągnął rękę i chwycił pukiel jej włosów między 

palce. 

Na jego twarzy pojawił się wyraz ekstazy. Owinął 

kruczoczarny lok wokół palca wskazującego, bawił 

się nim. 

Raija nie poruszyła się. Nic nie czuła, zdziwiła się 

jedynie, że jej włosy są rozpuszczone. Pamiętała, że 
upięła je starannie przed pójściem do łóżka. Włosy 

116 

background image

spływały połyskującą czarną kaskadą na ramiona 
i plecy, przykuwając uwagę nieznajomego. Jego zain­
teresowanie pochlebiło Raiji. Lubiła wzbudzać po­
dziw, a jej włosy były naprawdę piękne. 

- Miałam być stara i brzydka? - spytała. 
Drgnął, jakby ktoś przyłapał go na gorącym uczyn­

ku. Niechętnie puścił lok, który ułożył się miękko 
przy uchu Raiji, dodając jej powabu. 

- To by mi ułatwiło zadanie - powiedział, przeły­

kając ślinę. 

- Czego chcesz? - powtórzyła. - Jakie zadanie? Kim 

jesteś? 

- Mam cię zaprowadzić do Roto. 
Znała to imię. Demon na koniu. Bóg śmierci i cho­

roby. 

- Dlaczego? 
- Muszę. Takie dano mi polecenie. Jeśli go nie speł­

nię... 

- Co wtedy? 
Uśmiechnął się smutno. 
- Tego nie mogę zdradzić. 
- Kim jesteś? 
Usiadł obok Raiji, nie spuszczając z niej wzroku. 

W istocie był młody! 

- Noaidą - odrzekł. - Szamanem. Muszę zaprowa­

dzić cię do Roto. 

Sprawiał wrażenie, jakby przekonywał samego sie­

bie. Raija uznała, że nieznajomy żartuje. 

- Nie jesteś szamanem! - roześmiała się i przyja­

źnie potargała mu włosy, tak jak się karci młodszego 
brata przyłapanego na kłamstwie. 

Wzdrygnął się i odtrącił jej rękę. 

117 

background image

- Nie rób tak! - warknął. Minęła dłuższa chwila, 

nim odzyskał panowanie nad sobą. 

- Czego Roto chce ode mnie? - spytała wreszcie, 

nie odwracając od niego wzroku. Nieznajomy unikał 
jej spojrzenia. 

Dziwnie wyglądał ten człowiek, który twierdził, że 

jest szamanem. Zupełnie inaczej wyobrażała sobie 
noaidów. 

- Roto bierze to, co dostaje - stwierdził dwuznacz­

nie. 

- Więc mnie mu nie dawaj. - Raija zrozumiała alu­

zję nieznajomego i rozchyliła wargi w uśmiechu. -
Nie mogę opuścić mojego świata - dodała. - Mam ty­
le jeszcze do zrobienia. I dziecko... 

- O tym mi nie powiedziano... - Przygryzł wargę 

i westchnął. Dotąd wszystko wydawało się takie pro­
ste. Tylko słyszał o niej, nigdy jej nie widział. 

Znał plotki. Niektórzy nazywali ją aniołem, inni 

dziwką i czarownicą. 

Tak bardzo pragnął wreszcie dokonać wielkiego 

czynu, pokazać, że posiadł wielką moc. Ze potrafi 
znacznie więcej poza odnalezieniem zabłąkanego re­
na czy wytropieniem wilka. 

Marzył o czymś innym. Obserwował Siggę, wychu­

dłą i pogrążoną w smutku. Wiedział, że jakaś kobie­
ta jest przyczyną jej cierpienia. 

Długo myślał o tym, a kiedy w końcu przywołał 

Siggę, zmusił ją do postawienia wygórowanych żądań. 

Sigga chciała jedynie, by pozbawił tamtą władzy 

nad Mikkalem. Z łatwością mógł to uczynić. 

Parł jednak do trudniejszych zadań. Chciał usunąć 

istotę, która stanęła między Siggą a mężem, pragnął 

118 

background image

udowodnić sobie i bogom, że posiadł moc większą 
niż inni noaidzi. 

Nikt jednak nie wspomniał o dziecku. Nikt nie po­

wiedział, że Raija jest najpiękniejszą istotą na świe­

cie, że w przepastnych głębinach jej oczu mieści się 
tysiąc tajemnic. 

Nikt nie napomknął o jej jedwabistych włosach, 

czarnych i błyszczących jak skrzydła kruka. 

Nikt nie powiedział, że jest księżniczką. Sigga, któ­

rą dotąd uważał za piękność, stała się wyblakłym cie­
niem, kiedy jego oczy spoczęły na Raiji. 

Nie była zwykłą kobietą. Jej miejsce było w Saivo, 

zdawała się boginią raczej niż zwykłą śmiertelniczką. 

Miał doprowadzić ją przed oblicze Roto. Zabić ją 

własnymi rękami. Dłoń powędrowała do pasa, trąci­

ła rękojeść noża. 

Jej oczy śledziły każdy jego ruch. Wiedziała, co za­

mierza, znała jego myśli, była świadoma walki, jaką 
toczył z samym sobą... 

Dotąd nie spotkał takiej istoty. Całe życie skrywał 

myśli i uczucia. Żadna kobieta nie zajrzała w głąb je­
go duszy. 

A ta przejrzała go na wylot. Jej poważne ciemne 

oczy znały całą prawdę o nim, choć nie dały tego po­
znać po sobie. Czuł, że moc go opuszcza. Powinien 
napić się wody. Woda z Saivo była jedynym lekar­
stwem, kiedy tracił siły. 

Niedaleko szemrał strumyk. Wystarczyło zaczerp­

nąć pełną garść, by odzyskać pełnię władzy i przeciw­
stawić się tej dziwnej kobiecie. Zdołała już usidlić jed­
nego mężczyznę, teraz jego pragnie wciągnąć w pu­
łapkę... 

119 

background image

A jednak nie poruszył się. Oblizał jedynie spękane 

wargi. 

- Czemu tu przybyłeś? - usłyszał jej głos. - Nie mo­

głeś zostać kimś innym? Słyszałam, że ostatni noai-
dzi umarli. Myślałam, że spalili swe bębny... 

- Jestem nim - odrzekł. - Nie mogłem stać się ni­

kim innym. Musiałem... - W nagłym przebłysku zro­

zumiał, dlaczego podążył tą drogą. 

Całe dotychczasowe życie wiodło go do tej chwili, 

w której dane mu było osiągnąć prawdziwą wielkość. 

Nikt nie dowie się o niej, ale też uznanie ludzi prze­
stało mu być potrzebne. 

Dzięki niej wreszcie to dostrzegł i uwolnił się od 

ludzkich sądów i opinii. Dzięki niej mógł uwolnić się 
od wielu rzeczy... 

- Ktoś pragnie twej śmierci - stwierdził bezbarw­

nym głosem. 

Raija usiadła i wzruszyła ramionami, potem spoj­

rzała na niego przyjaźnie. Tysiąc lat skrywało się 

w tym spojrzeniu, choć przecież nie przeżyła nawet 
połowy tego, co on. A jednak wiedział, że żyła dłużej 
od niego. Nieskończenie dłużej. 

- Powiedz mi lepiej coś, o czym nie wiem. 
- Ktoś prosił mnie o twoją śmierć - ciągnął, jakby 

pragnąc ją przekonać, że nie czyni tego z własnej wo­
li. Lecz przecież przejrzała go i znała prawdę. Wykrę­
ty na nic się nie zdadzą. Wiedziała... 

Trafiła kosa na kamień. Była silniejsza od niego. 
- Wielu mnie nienawidzi - powiedziała głosem cien­

kim jak u malej dziewczynki. - Nie chcę być zniena­
widzona. Chcę, by ludzie mnie lubili, lecz oni skąpią 
mi przyjaźni. Moje życie się pogmatwało. Nie życzę 

120 

background image

nikomu złego... no, może prawie nikomu - dodała 
szczerze - ale wszystko, co dobre, przecieka mi przez 
palce. Nie dane mi zatrzymać tego, co mi drogie... 

- Ja nigdy nie kochałem. 
- Doprawdy? - Spojrzała na niego ze zdziwieniem, 

współczuciem nieomal. - Nigdy nie kochałeś? 

Potrząsnął przecząco głową. Patrząc na nią, zdał 

sobie sprawę, jak wiele utracił. Tak było może lepiej. 
Teraz nie potrafił już wyobrazić sobie innej kobiety, 
a ona przecież nigdy nie obdarzyłaby go miłością. 

- Lubię cię i nie dbam o to, kim jesteś... - Raija po­

głaskała go po policzku. 

Nie zaprotestował, choć pieszczota paliła mu skó­

rę jak ogień. Nie odtrącił jej dłoni. Podążył za nią, by 
ją zabić. Ona powitała go przyjaźnią i polubiła. 

Wszystka woda z Saivo nie mogła mu teraz pomóc! 
- Nazywam się Matte - powiedział. - Nie zapo­

mnisz mnie? 

Raija spojrzała na niego zdziwiona. 
- Przecież miałeś zabrać mnie do Roto? 
Znów potrząsnął głową. 
- Odejdź! Roto cię nie dostanie. Uciekaj z Saivo, 

Raiju Alatalo! Tutaj nikt nie chce twojej krzywdy! 

Wstała, obdarzyła go długim spojrzeniem i pobie­

gła. Z rozwianymi włosami mknęła przez otwarte 
wrzosowiska i zniknęła mu z oczu. 

Matte położył się i spojrzał w niebo. Teraz będzie 

mógł w nieskończoność patrzeć w niebo. 

Znał reguły, jego życie w zamian za życie dziew­

czyny. Nie spełnione zadanie oznaczało śmierć. 

Odnalazł sens istnienia. Gdyby nie został szama­

nem, Sigga poszłaby do kogoś innego. Stał się noaidą 

121 

background image

po to, by ocalić życie tej kruchej, drobnej kobiety, 
którą kochał Mikkal. 

Siggę obudził harmider panujący wśród jurt. Ze 

ściśniętym sercem zabrała się za poranną toaletę. 

Ravna przekazała jej nowiny. 
- Matte zmarł w nocy. Ten przeklęty bęben! Wie­

działam, że prędzej czy później to nadejdzie. Z kon­
szachtów ze starymi bogami nic dobrego nie wynik­
nie. Musiało stać się nieszczęście... 

Sigga nie słuchała. Starała się, by jej zdumienie nie 

wyrażało zbyt wiele. Nie mogli się dowiedzieć, że sza­
man bił w bęben dla niej! 

Nikt nie mógł odkryć, że Matte dla niej wyruszył 

w drogę! I że z jej powodu spotkał się ze śmiercią! 

Matte był martwy, plan spalił na panewce. 

Sigga martwiła się bardziej z drugiego powodu... 

Raija obudziła się sztywna, nogi bolały ją jak po 

długim biegu. Maja wciąż spała. Raija uświadomiła 
sobie nagle, że córeczka nie zapłakała ani razu przez 
całą noc. To dobrze, że spała. 

Pamiętała każdy szczegół swojego dziwnego snu. 
Saivo. Matte. Roto. 
Uśmiechnęła się. Postacie z dawnych legend, które 

Mikkal opowiadał jej w dzieciństwie. W jej wyobra­

źni sny pomieszały się ze starymi lapońskimi klech­
dami. 

Noaida, który przybył, by ją zabić! Znów uśmiech­

nęła się do własnych myśli. 

Kiedyś opowie Mikkalowi o tym śnie. Może... 
Albo Mai. 

122 

background image

Baśń o tym, jak matka targowała się z wysłanni­

kiem Roto o własne życie. 

Raija ubrała się. Musiała przestać myśleć o Mikka-

lu, przestać marzyć. Po prostu żyć. 

To był doprawdy dziwny sen... 

Raija nigdy nie miała dowiedzieć się o tych dwóch, 

którzy ze skraju lasu obserwowali jej dom. Zastana­
wiali się, z której strony podłożyć ogień, by strawił 
wszystkie zabudowania. 

Ciemne deszczowe chmury ponad górami na za­

chodzie odwiodły ich od tego zamiaru. 

Przepełnieni nienawiścią ruszyli w stronę fiordu. 
Raija nie wiedziała, że śmierć stała już na progu. 
I nie wiedziała też, jak potężnych ma opiekunów. 

background image

Minął środek lata. Słoneczne światło nocą barwiło 

góry na czerwono, za dnia szczyty pyszniły się zielo­
nym listowiem. Było już po żniwach, siano schło na 
żerdziach wbitych w ziemię. Wieczorami kopy siana 
wyglądały jak milcząca armia, straszne postacie roz­

budzające wyobraźnię. Raija widziała w nich trolle 

i straszydła. 

Maja uwielbiała się bawić pośród snopków, ale Ra­

ija była przerażona. 

Od dłuższego czasu nic złego nie zaszło, ale lęk 

tkwił jak kolec w jej sercu. 

Prześladowcy Raiji znali się na ludzkiej duszy. Wy­

straszyli ją, a potem trzymali się z daleka, pozwala­
jąc, by wyobraźnia powiększyła strach do niebotycz­
nych rozmiarów. A może zechcą uderzyć wtedy, gdy 

już zapomni o zagrożeniu? Te rozterki dręczyły jej 
duszę. Raija cierpiała. 

Kiedy Maja bawiła się na polu, Raija lub Antti by­

li zawsze w pobliżu. Ich czujne spojrzenia śledziły 
każdy ruch dziewczynki. 

Maja nie przejmowała się niczym. Zainteresowa­

nie dorosłych sprawiało jej radość, a zresztą przyj­
mowała je za rzecz oczywistą. Była najmniejsza, 
a tych dwoje od zawsze towarzyszyło wszelkim jej 

poczynaniom. 

124 

background image

Raija zdawała sobie sprawę, że nie ma czasu, by 

zajmować się dzieckiem cały dzień. Maja była jednak 
jej najdroższym skarbem. Utraciłaby cząstkę siebie, 
gdyby córce stała się jakaś krzywda. 

Nie miała czasu, ale musiała poświęcić go Mai. 
I tak, gdy przyroda w pełnym rozkwicie otwierała 

się ku niebu i słońcu, czekano na powrót rybaków 
z Finnmarku. 

Zbliżał się czas, kiedy statki ruszą w stronę fiordu 

Lyngen. Ludzie na brzegu ujrzą żagle na północy i bę­
dą wiedzieć, że rybacy wracają z pieniędzmi na dani­
ny, na zakup najniezbędniej szych rzeczy. Dość, by 
przeżyć do następnych połowów. 

Chodziły pogłoski, że tym razem ryby w morzu 

było ponad wszelką obfitość. 

Mieli za sobą lata nieurodzajne, lecz przyszłość ry­

sowała się w jaśniejszych barwach. 

Raija też czekała. Zapasy zostawione przez Karla 

wystarczyły jej na przeżycie, a dzięki pomocy Anttie-

go nie zaznała głodu. Mogła nawet podzielić się 
z kimś, kto miał mniej od niej. Z młodą kobietą znad 
fiordu, której mąż, Fredrik, wypłynął razem z Kri-
stianem i Karlem na północ. 

Tego roku dołączył do rybaków brat Fredrika, czter­

nastoletni Hans. Cztery lata temu zmarli ich rodzice 
i chłopiec zamieszkał z bratem i szwagierką. Hans miał 
wprawdzie zamężne siostry na wyspach na północy 
i zachodzie, ale nie chciał opuszczać brzegu fiordu, nad 
którym przeszło jego dzieciństwo. Tak było z tymi, 
którzy rodzili się u ujścia rzeki, gdzie góry sięgały nie­

ba, a sosnowe lasy porastały równiny - nie mogli się 
obejść bez zapachu sośniny i szmeru płynącej wody. 

125 

background image

Eva była drobnej postury, nawet Rai ja wydawała 

się przy niej wyższa niż w rzeczywistości. Hans słu­
żył bratowej za pomocnika, a choć był ledwo podro­
stkiem i nie miał siły mężczyzny, oznaczał dodatko­
wą parę rąk do pracy. 

Tej wiosny musiała obejść się bez niego, zdana na 

własne siły i towarzystwo czteroletniej córeczki Elise. 

Wszystko szło więc jej jak po grudzie. Eva była 

w ciąży, spodziewała się rychłego rozwiązania, tym nie­
cierpliwiej więc wypatrywała powrotu męża i szwagra. 

Raija nie znała jej dobrze, ale wiedziała, że Evie źle 

się powodzi. Nie urodziła się nad fiordem, a rodzina 
Fredrika przeniosła się w inne strony, nikt więc nie 
poczuwał się do tego, by wyciągnąć do niej pomocną 

dłoń. Dlatego też Raija posłała jej przez Anttiego rze­
czy, na których jej zbywało. 

Gest przyjaźni, ani nazbyt nachalny, ani uwłacza­

jący dumie tamtej kobiety. Raija nie prosiła o podzię­
kowania, nie żądała przysług. Robiło jej się jedynie 
ciepło na sercu, gdy mogła okazać pomoc bliźniemu. 
Kiedy wrócą mężczyźni, życie Evy, dziewczynki i no­

wo narodzonego dziecka pobiegnie znów normal­
nym torem. 

Dobrze było myśleć o tym. 

A jednak świadomość rychłego powrotu rybaków 

napawała ją także przestrachem. Na pewien sposób 
tęskniła za Kallem. Nawet po wizycie Mikkala tęsk­
niła za mężem. 

Należeli do siebie. Nie mogła żyć samotnie, a Mik­

kal był dla niej stracony. Mikkal ją kochał, ale nie 
potrafił nawet rozpoznać własnej córki w dziecku 
zrodzonym z ich miłości, dziecku, którego tak pra-

126 

background image

gnał. Marzenia o Mikkalu nie służyły niczemu. Kal­
le był jej mężem, w nim musiała pokładać wszelkie 
nadzieje. 

Dlatego właśnie się bała. 
Obawiała się, jak przyjmie ludzkie gadanie. Pamię­

tała dobrze ciężkie chwile, które przeżywał wraz 
z narodzeniem Mai. Ludzie gadali tamtym razem, ga­
dali i teraz. Wtedy Raija żyła w strachu, bo wiedzia­
ła, że rodzi dziecko Mikkala. Teraz żyła w strachu, 
bo wiedziała, że Kalle będzie podejrzewał to samo. 

Cała wieś tak myślała. Tylko Raija znała prawdę. 

Dziecko, które nosiła pod sercem, poczęła z Kallem, 
ale nie mogła tego udowodnić. Będzie patrzył na nią 
z powątpiewaniem i rozczarowaniem aż do narodzin, 
może dłużej. 

Ta świadomość sprawiała jej ból. Chciała oszczę­

dzić mu cierpień, ale nie za cenę nocy z Mikkalem. 

Jej życie podążało krętą ścieżką. 

Rybacy wrócili z Finnmarku wcześniej, niż się 

spodziewano. 

Antti był przypadkiem w domu. Z cypla otwierał 

się wspaniały widok na północ. Stojąc w progu, Ant­
ti dostrzegł żagiel i prowadził go wzrokiem, aż ten 
stał się czymś więcej niż niewyraźną plamką na po­

wierzchni wody. 

Z trwożnym przeczuciem śledził łódź wpływającą 

do fiordu i biorącą kurs na wschód, ku zabudowa­
niom na brzegu. 

Tylko jedna łódź. 
W cichości ducha podziękował, że to ten kuter, by 

zaraz przekląć tę myśl. 

127 

background image

Kiedy łódź zbliżyła się do lądu na tyle blisko, że 

mógł rozróżnić sylwetki, przepełniły go radość i ból. 
Sam nie wiedział, co z większą mocą. 

Przygarbiony zszedł nad wodę, minął dom z bali, 

który od wiosny czekał na powrót właściciela. Tuż 
obok leżało kolejne opuszczone gospodarstwo. 

Wreszcie rybacy postawili stopy na kamienistej 

plaży swojej wioski. 

Uśmiechali się z ulgą, drapali po brodach i po wło­

sach, dowcipkując o wszach, pasażerkach na gapę. 
Tubalnymi głosami wychwalali obfitość połowów. 
Kieszenie mieli pełne brzęczących monet. 

Dość na daninę, dość na jedzenie i spłatę długów. 

Dość na własne zachcianki. 

Mrugali porozumiewawczo do Anttiego. Część 

pieniędzy zmieniła już właściciela. Taki był zwyczaj 
i Kesaniemi znał go dobrze. Mężczyzna potrzebował 
rozrywek na północnym szlaku. Wódka grzała duszę 
zmarzniętego rybaka. Nie tylko wódka... 

Śmiali się rubasznie. Rzecz jasna, wieźli ze sobą po­

darki dla pań serca. Płat sukna, szykowną chustę, 
ozdobną spinkę. Zony nie będą narzekać, kiedy do­
staną prezenty z Finnmarku i własnego męża na 
okrasę. Znów wybuchnęli śmiechem. 

Antti milczał. Znał kogoś, kto nie dostanie podar­

ków. Znał dwie takie kobiety. 

Śmiech ucichł. Rybacy przycumowali łódź i zeszli 

na ląd, niosąc skrzynie i worki. Wiedzieli, że ich po­
wrót nie umknął uwagi mieszkańców wioski. Zaraz 

zjawią się rodziny z wozami, na których zawiozą do 
domów swój dobytek. 

Cisza stała się bolesna, spojrzenia ukradkowe. 

128 

background image

Mężczyźni chrząkali, ale nikt się nie odezwał. Nie 
mieli odwagi. 

Antti zwrócił się do syna. Nie ogolona twarz Rei-

jo była spalona słońcem i osmagana wiatrem, włosy 
zwisały mu do ramion. Wokół ust pojawił się wyraz 
zaciętości. 

Zrobił krok w kierunku ojca. Zdawał sobie spra­

wę, że ojciec zna już prawdę, i wiedział, co powinien 
zrobić. 

Myślał nad tym podczas żeglugi na południe, 

wzdłuż wybrzeża. Myślał nad tym od tamtej chwili, 
kiedy zdarzyła się tragedia. 

- Rozbili się - powiedział spokojnie, jakby w odpo­

wiedzi na nieme pytanie ojca. - Zaraz jak dotarliśmy 
na łowiska. Wszystko dobrze szło, ryba brała. Trzy­

maliśmy się razem, ale tamtego dnia odpłynęli dalej 
niż my. Za daleko. Poprzedniego wieczora zanosiło się 
na niepogodę i uznaliśmy, że trzeba dać baczenie... 

- Co się stało? 
Pozostali mężczyźni zbili się w gromadę, czekając 

na swoich bliskich. Czekali i na tych, którym mieli 
przekazać złe nowiny. Byli posłańcami śmierci, ale 
zdążyli się już przyzwyczaić do tej myśli. Wypadek 
napełnił ich bólem i goryczą, ale przecież czas goi ra­
ny, a życie musi toczyć się dalej. Tyle innych zdarzeń 
oddzielało tragedię od teraźniejszości. Sprzyjało im 
szczęście, a teraz nie dane im było okazać radości. 

Musieli ukryć ją głęboko pod maską żałoby, którą 
dawno już wyrzucili z serc. 

Tyle tylko byli winni rodzinom zaginionych ryba­

ków. 

Reijo usiadł ciężko na swoim worku żeglarskim 

129 

background image

i nie patrząc na ojca, ciągnął beznamiętnym tonem: 

- Wiatr się wzmógł i przyszła nagła zmiana pogo­

dy. Większość łodzi szukała schronienia na lądzie. 
Wiatr przygnał mgłę, nie widzieliśmy, kto jest z na­
mi, a kogo brakuje. Myśleliśmy, że Karl i Kristian po­
zostali z tyłu... 

Nabrał powietrza. Wspomnienia sprawiały mu wy­

raźny ból, dotąd ukrywał je głęboko. 

- Sztorm szalał przez dwa dni i nikt nie mógł wy­

płynąć. Chcieliśmy ruszyć z pomocą, ale byliśmy bez­

radni. Stawiać żagle w taką pogodę to czyste szaleń­
stwo. Myśleliśmy o nich, ale nie mogliśmy zapominać 
o własnym życiu. Kiedy się rozjaśniło, straciliśmy już 

wszelką nadzieję, ale opłynęliśmy wyspy, sprawdzili­
śmy każdą zatoczkę, gdzie mogli szukać schronienia. 
Nic nie znaleźliśmy, żadnych szczątków łodzi. Ryba­
cy z wysp twierdzili, że musiało zwiać ich na pełne 
morze, a tam szukaj igły w stogu siana. Ciągnęliśmy 
to jeszcze przez tydzień... 

Antti nie odezwał się. Zgadzał się z Reijo, że nie 

mogli zapobiec nieszczęściu. 

Jakże miał przekazać te wieści Raiji? Została sama, 

bardziej osamotniona niż kiedykolwiek przedtem. 

- Jak ona się czuje? 
Głos syna przerwał mu rozmyślania. 
- Jak się ma Raija? 
- Nie najlepiej - Antti niczego nie ukrywał. 
W krótkich zdaniach zrelacjonował synowi wyda­

rzenia, nie pominął żadnego szczegółu. Z każdym oj­
cowskim słowem rysy twarzy Reijo twardniały. Ant­
ti znal jego myśli, byli podobni do siebie jak dwie 
krople wody. 

130 

background image

- Sam jej o wszystkim powiem! 

Reijo podniósł się. Miał ledwie dziewiętnaście lat, 

a zachowywał się jak dojrzały mężczyzna. Dla Ant-
tiego wciąż był chłopcem, jego synem. 

Przez te miesiące zdążył jednak nabrać powagi, 

która usunęła z jego duszy resztki chłopięcości. 

Antti ujrzał to wyraźnie. 

Reijo zawsze był rozwinięty ponad wiek, psychicz­

nie i fizycznie. 

Teraz rozrósł się jeszcze w barach, nabrał krzepy, 

urósł kilka cali. Nie był wysoki, ale z pewnością wyż­
szy niż na przednówku. Z dumą przyglądając się sy­
nowi, Antti postanowił ułatwić mu zadanie. 

- Idź do Raiji - powiedział, jakby nie słyszał słów 

Reijo. - Zanieś rzeczy do domu, ogarnij się i idź do 
niej... 

Reijo nie poruszył się i nie odwrócił wzroku. 
- Nie rozumiesz mnie, ojcze - odrzekł powoli. -

Wezmę ze sobą worek. 

Antti spojrzał na niego przeciągle. W jego wzroku 

kryło się nieme pytanie. Czy syn wiedział, na co się 
poważa? 

Zdecydowany wyraz zielonych oczu Reijo powie­

dział mu, że syn dobrze przemyślał swój krok. 

- Niech sama zdecyduje - rzekł jedynie. - Ja zajmę 

się Evą. Idź do Raiji... 

Na podwórzu przed domem Raiji panowała cisza. 

Reijo miał nadzieję, że dotrze do drzwi nie zauważo­
ny, nie chciał przysparzać dziewczynie dodatkowych 
cierpień. Wieści, które niósł, były i tak nazbyt okrutne. 

Zapukał do drzwi, ale nikt nie odpowiedział. 

131 

background image

Pchnął je z wahaniem i wszedł do środka. W izbie pa­
nował idealny porządek. Reijo wiedział, że Raija po­

czytywała sobie za punkt honoru, by dbać o obejście. 
Wielu zazdrościło jej nawet tego, że mieszka w solid­

nym domu. Dla właścicieli chat okładanych darnią 

dziewczyna z Tornedalen była solą w oku. 

Cicho wypowiedział jej imię. 
Nikt nie odpowiedział. 
Reijo położył worek przy drzwiach i zrobił trzy 

kroki, by otworzyć drzwi do sąsiedniej izdebki. 

W środku było równie schludnie. Reijo zamknął 

drzwi i wyszedł na podwórze. Gdzie mogła być? 

Zaniepokoił się, może Isak wpadł na kolejny sza­

tański pomysł... Niemożliwe. Isak zobaczył żagiel 
i powracającą łódź. Zdążał teraz zapewne nad fiord, 

bardziej zainteresowany nowinami z północy niż lo­
sem Raiji. 

Raija nie mogła odejść daleko, skoro Anttiego nie 

było w pobliżu. 

Zszedł nad rzekę, która przecinała równinę, a jed­

nocześnie jak niebieska, falująca wstążka łączyła ze 
sobą porozrzucane domostwa osady. 

Dla Reijo była niebieską nitką, na którą nanizały 

się kolejne wydarzenia z jego życia. Tyle się zdarzy­
ło nad brzegami tej rzeki... 

Tutaj po raz pierwszy zrozumiał, że kocha Raiję, 

tutaj bil się o nią z Karlem, w tym samym miejscu 
porzucił nadzieję, że ją zdobędzie. 

A teraz? 
Reijo nie wiedział, co myśleć. Karl nie żył, on zo­

stał przy życiu. Raija nie kochała żadnego z nich 
prawdziwą miłością. 

132 

background image

Nigdy jej jednak nie zawiedzie. Przenigdy. 
Znalazł Raiję nad wodą, zajętą praniem. Maja ba­

wiła się kamykami. 

Jego zielone oczy wypełniły się czułością dla tych 

dwu istot. Stał chwilę, sycąc się widokiem. Nie chciał 
zakłócać tej idyllicznej sceny. 

Jak zwierzęta potrafią zwietrzyć intruza, tak i Ra-

ija poczuła na sobie czyjś wzrok. 

Podniosła spłoszona oczy, ale zaraz potem jej 

twarz się rozjaśniła. Wargi bezgłośnie wyszeptały je­
go imię. Uśmiech zgasł, patrzyła na niego rozszerzo­
nymi źrenicami. 

Maja też go zauważyła. Widok silnego jasnowłose­

go mężczyzny obudził w dziewczynce mgliste wspo­
mnienia. Podreptała niezdarnie w jego kierunku 
i ufnie objęła za nogę. 

- Jeijo! - krzyknęła triumfalnie. 
Reijo zwichrzył jej włosy, nie odrywając wzroku 

od Raiji. Podniosła się ociężale i otarła zaczerwienio­
ne dłonie o rąbek fartucha. 

Ujrzał to, o czym wioska wiedziała od dawna. Jej 

kibić nie była już wiotka i wąska, Raija spodziewała 
się dziecka. Złe nowiny nie mogły przyjść w gorszym 
momencie. 

Poczuł, jak bardzo jest bezsilny. 
- Gdzie jest Karl, Reijo? - spytała sztywno. - Gdzie 

jest Kalle? 

Nawet Maja poczuła zmianę jego nastroju. Nie 

głaskał już jej, jego dłoń ciężko i nieruchomo spoczy­
wała na głowie dziewczynki. 

Matka Mai nie poruszyła się, tylko patrzyła na 

przybysza. Maja też się nie odezwała, choć miała 

133 

background image

ochotę krzyczeć, by zwrócić uwagę na siebie. In­
stynkt podpowiadał jej, że tym razem na nic się to 
nie zda. Zaczęła ssać kciuk, drugą rączką trzymając 

się nogi Reijo. Tak było bezpiecznie. 

- Karl nie wrócił - odrzekł głucho Reijo. 

Światło w oczach Raiji zgasło. Zachwiała się. 
Nie myśląc o dziecku, rzucił się do przodu, by ją 

podtrzymać. 

Z tyłu, za nim, Maja uderzyła w krzyk. Kiedy Re­

ijo wyrwał się z jej uścisku, dziewczynka przewróci­
ła się i potłukła, ale rozczarowanie, że ją opuścił, by­

ło boleśniejsze od zadrapań. Reijo podtrzymał Raiję 
i ułożył ją na miękkiej trawie na brzegu. 

Nadąsana Maja podążyła za nim i bez słowa za­

trzymała się przy matce. Reijo ocierał policzki Raiji 
skrawkiem fartucha zmoczonym w wodzie. 

W końcu Raija przyszła do siebie. Zacisnęła zęby 

i odgarnąwszy włosy z czoła, usiadła z trudem. 

- Opowiedz mi wszystko - wyszeptała, zwracając 

na niego wzrok. 

Reijo ukucnął przed nią. Nie odrywając od niej 

spojrzenia, zaczął mówić. 

Trochę się zdziwił, że mu nie przerywała, ani jed­

nym drgnieniem twarzy nie okazała uczuć. Zamknę­
ła się w sobie, nawet jemu broniąc dostępu do swego 

wnętrza. 

Skonstatował w duchu, że go to zabolało. 
Maja usiadła obok matki. Na swój dziecięcy spo­

sób czuła, że stało się coś złego, i chciała pomóc. Przy­
tuliła się do Raiji i głaskała ją po ręce. 

Raija zdawała się tego nie dostrzegać. Patrzyła 

przed siebie, na Reijo, a poprzez niego w wieczność, 

134 

background image

której nie widział. Nigdy nie lubił tego jej stanu za­
dziwiającej nieobecności. 

- Może jednak przeżyli, mimo że ich nie odnale­

źliście? - spytała z próżną nadzieją w głosie. 

Reijo potrząsnął przecząco głową. 
- Przepatrzyliśmy wszystkie wyspy, Raiju. Za da­

leko wypłynęli, nie mieli żadnych szans... Sami ledwie 
dobiliśmy do brzegu. Mgła była tak gęsta, że ginął 
w niej dziób łodzi... 

- Rozumiem... 
Schyliła głowę, wargi jej zbielały, twarz pokryła się 

bladością, uwydatnioną przez kontrast z kruczoczar­
nymi włosami. W oczach kryła się rozpacz, której nie 
musiała wyrażać słowami, Reijo i tak ją rozumiał. 
Kiedy się odezwała, była na krawędzi płaczu: 

- Co będzie ze mną, Reijo? Co będzie ze mną, Ma­

ją i dzieckiem, którego oczekuję? 

Jej rozpacz miała uzasadnienie. Los samotnej ko­

biety był nie do pozazdroszczenia, zwłaszcza zaś los 
kobiety obdarzonej dziećmi i nie cieszącej się sympa­
tią otoczenia. 

Prowadzenie gospodarstwa w pojedynkę nie nale­

żało do łatwych zadań, choć Raija dawała sobie radę 
pod nieobecność Karla. Bez dodatkowych dochodów 
z ryb ich życie stałoby się nie do zniesienia. 

- Tutaj nie mogę łowić... - pisnęła. 
Mimo powagi sytuacji Reijo uśmiechnął się. Raija 

nie lubiła wody. Odnoga fiordu, przy której mieszka­
li, wydawała jej się morzem. 

- Znajdziemy na to radę - odrzekł spokojnie. Je­

szcze nie nadszedł odpowiedni moment, by powie­

dzieć jej o postanowieniu, które powziął. 

135 

background image

Raija wciąż znajdowała się w stanie szoku, musiał 

dać jej ochłonąć i wtedy wyłożyć swoje argumenty. 
Ojciec miał rację, decyzja należy do Raiji. Jeśli odmó­
wi, nie pozostanie mu nic innego, jak strzec jej z da­
leka, tak jak to czynił do tej pory. 

- Idź do domu. 
- Pranie - sprzeciwiła się drżącym głosem. 
Reijo spojrzał na nią z czułością. 
- Ja to zrobię, moja mała. Zabierz Maję do domu. 

Przyjdę, jak się uporam z twoim praniem. 

Skinęła mechanicznie głową i ruszyła do domu 

z Mają na ręku. Biedaczki, westchnął. Jedna straciła 
męża, którego na swój sposób kochała, druga jedyne­

go ojca, jakiego znała. 

Nim wszedł do domu, Raija zdążyła zaparzyć ka­

wę. Na stole stal kubek Karla. Udał, że tego nie wi­
dzi, choć w tej samej chwili zrozumiał, że Raija do­
myśla się jego zamiarów. 

Nie zdradził się ani słowem, lecz ona już wiedziała. 

Wszak zostawił worek pod drzwiami! Worek go 

zdradził i tych kilka słów pociechy, które rzucił. 

- Ostatnie ziarna kawy - powiedziała Raija, siada­

jąc po drugiej stronie stołu. Maja bawiła się na podło­
dze. Reijo zauważył, że dziewczynka potrafiła zająć 
się sama sobą. 

Raija sięgnęła po swój kubek i napełniła go do po­

łowy. 

- Oszczędzałam kawę na powrót Karla... 
Pociągnęła spory łyk. Reijo nie mógł pozwolić, by 

drogocenny płyn wystygł. Zaczął pić, choć w takich 
okolicznościach kawa nabrała aż nadto gorzkiego 
smaku. 

136 

background image

- Ale wyjdzie na to samo... 
Reijo wiedział, że Raija czyta w jego myślach. Po­

zostało tylko ubrać je w słowa, zapytać ją o zdanie. 
Proste, a takie trudne! 

Znali się od dawna. Na dobrą sprawę był jej bliż­

szy niż Karl, lepiej rozumiał jej marzenia, uczucia, na­
stroje... 

Łączyły ich wspólne korzenie. 
A jednak trudno mu było zdobyć się na szczerość. 

Wiedział, że Raija nie ma wyboru, musi się zgodzić. 
To mąciło jego radość, wolałby dać jej możliwość 
odmowy. 

Z drugiej strony Raija była nieobliczalna, patrzyła 

na świat z innej perspektywy. I miała nadzwyczaj roz­
winięty instynkt przeżycia. 

Ściskał kubek w silnych, spracowanych dłoniach, 

poznaczonych pajęczyną nie domytego brudu. Bał się 
spojrzeć jej w oczy, ale musiał. Odrzucił z czoła jasne 
włosy i poszukał jej wzroku. Raija spoglądała na nie­
go wyczekująco, jakby już dawno odgadła jego plany. 

- Dużo myślałem od tamtego wypadku - wykrztu­

sił w końcu. - Nie możesz zostać sama. Myślałem 
o Mai... - Uśmiechnął się miękko, a jego twarz przy­
brała wyraz łagodności. - Będzie ci trudno bez dodat­
kowej pary rąk do pracy. Tobie, malej i dziecku, któ­
re nosisz... 

- Wyrzuć to z siebie - uśmiechnęła się Raija. - Nie 

musisz się tłumaczyć, Reijo. Mów! 

Wysunął w przód podbródek pokryty jasnym za­

rostem. 

- Zajmę się tobą, Mają i dzieckiem, jeśli mi na to 

pozwolisz. 

137 

background image

Wreszcie! 
Teraz wszystko zależało od niej. Chyba nie była 

niechętna jego zamiarom, skoro się tak zachowała, 
zmusiła nieomal do tych słów. Prawdę mówiąc, Rei-
jo zwlekałby dłużej. 

- Czego oczekujesz w zamian? 
Spojrzał na nią ze zdumieniem. Co miała na my­

śli? Raija nie odwróciła spojrzenia, jej twarz nie 
drgnęła. Zadała to pytanie z pełną powagą. 

- O co ci chodzi? - spytał podenerwowany. Wstał 

i znów usiadł. - O co ci właściwie chodzi, Raiju? 

- Chcesz się nami zająć - odrzekła. - Niewielu 

uczyniłoby to bez zapłaty. Pytam, czego oczekujesz 
za opiekę. Jeszcze nie odpowiedziałeś. 

Reijo był w szoku. Jakże mogła myśleć w ten spo­

sób? Jak mogła sądzić, że chce ją kupić? Za kogo go 
uważa? 

- Więc, twoim zdaniem, takim się stałem mężczy­

zną? - rzucił wzburzony. - Jesteś żoną mojego najlep­
szego przyjaciela, który niedawno zginął. Jesteś oso­
bą, którą cenię ponad wszystko w świecie... 

- Wiem - przerwała mu łagodnie. - Właśnie dlate­

go pytam... 

- Co to byłaby za miłość? - rzucił ze złością. 
Raija znała jego uczucia, od samego początku 

o nich wiedziała. Nie mogli udawać, że nic się nie sta­
ło. Nie mogli tkwić w kłamstwie. 

- Czy naprawdę uważasz, że mógłbym zmusić cię 

do czegokolwiek, Raiju? - Chwycił ją za dłonie i ści­
snął mocno. Zajrzał jej prosto w oczy i nie pozwolił, 
by odwróciła wzrok. - Sądzisz, że chcę kupić uczucie 

właśnie teraz, kiedy potrzebna ci moja pomoc i wspar-

138 

background image

cie? Robię to w imię przyjaźni, uparta kobieto! Wiem, 
komu dałaś serce, i nie proszę o nic. Nie proszę o twe 
ciało, Raiju Alatalo Elvejord. Nie proszę o nic, czego 
sama nie zechcesz mi ofiarować. Chcę ci jedynie po­
móc, a to uczynię najlepiej, mieszkając z tobą. Nie 
proszę o miejsce w twoim łożu. Chcę tylko być bli­
sko ciebie, chronić cię, być ci przyjacielem i podporą, 
tak byś i ty była moją przyjaciółką i podporą... 

Zgięła dumny kark. Reijo uśmiechnął się słabo, bo 

nieczęsto jej się to zdarzało. 

- Nie powinnam była pytać - westchnęła. - Wy­

bacz mi podejrzliwość. To tak boli, Reijo, tak stra­
sznie boli. Nie to, że moje życie będzie jeszcze tru­
dniejsze. Chodzi o Kallego. Kochałam go, nie tak jak 
Mikkala, ale kochałam. Teraz dopiero rozumiem, jak 
bardzo... To tak boli... 

Reijo skinął głową ze zrozumieniem. 

Znał to uczucie, ale uważał, że nie można zbyt dłu­

go nosić w sercu żałoby, bo zamieszka tam na zawsze. 

- Więc jak będzie, Raiju, mogę zostać? 

Skinęła głową prawie niezauważalnie. Potem 

chrząknęła i powiedziała: 

- Tak, Reijo, będę wdzięczna, jeśli zostaniesz. Po­

zbędę się wyrzutów sumienia, że składam wszystkie 
ciężary na barki twego ojca. Ma przecież własne życie. 

Urwała, lecz po chwili dodała: 

- Co na to powie? Co sobie pomyśli? 

Reijo westchnął. Teraz nie żałował już, że powie­

dział ojcu o swym postanowieniu. 

- Co sobie pomyśli? To samo, co inni. A co po­

wie? Rozmawiałem z nim na brzegu. Kazał mi iść do 
ciebie... 

139 

background image

- To dobrze - odrzekła, uprzedzając kolejne pyta­

nia. - Nie dbam o to, co inni powiedzą, ale liczę się 
ze zdaniem Anttiego. Twój ojciec jest mądrym czło­
wiekiem, Reijo... 

- Cieszę się, że przyjmujesz moją pomoc - powie­

dział Reijo z szerokim uśmiechem. - Jestem pewien, 
że Kalle życzyłby sobie tego... 

Raija spojrzała na niego z powątpiewaniem, a po­

tem uśmiechnęła się. Reijo uczynił to samo. 

- Jestem pewien, że nie chciał, by tak się stało - po­

prawił się. - Nie ma jednak lepszego rozwiązania, pa­
miętaj o tym. Znam jeszcze jednego człowieka, który 
przyznałby mi rację w tym względzie... 

Oboje wiedzieli, jak bardzo Karl potrafił być za­

zdrosny. Raija podejrzewała jednak, że Mikkal do­
równywał mu na tym polu. W czasie ostatniej wizy­
ty dał popis zazdrości. Pochlebiło to jej próżności, ale 
kiedy Mikkal odszedł, zmieniła zdanie. Uznała, że 

powinien pozbyć się tej przywary. Zazdrość nie pro­
wadzi do niczego dobrego. 

- To moje życie - urwała rozmowę na ten temat. 

W chwilę potem mieli już inne zmartwienie. Do 

izby wszedł Antti, wzburzony i zadyszany. Od razu 
spostrzegli, że zgubił gdzieś swój nieodłączny kape­
lusz, który nosił w słońce i w niepogodę. Teraz na­
wet nie zauważył jego braku. Musiało zajść coś po­

ważnego. 

Dopiero kiedy usiadł na drugim końcu ławy, którą 

zajmował Reijo, dostrzegli, że nie jest sam. 

W cieniu drzwi, tam gdzie nie docierało światło 

z małego okienka, stała dziewczynka o dużych nie­
bieskich oczach. W jej długich jasnych warkoczach 

140 

background image

tkwiły źdźbła słomy i listki, ale mała nie zwracała na 
to uwagi. 

Oba kciuki wsadziła do buzi, w jej wzroku kryło 

się przerażenie. Oczy czteroletniej dziewczynki uj­
rzały coś, czego nie powinny były zobaczyć. 

- Elise? - Raija rozpoznała w dziecku córkę Evy. -

Dlaczego przyprowadziłeś ją ze sobą? 

Pożałowała swoich słów, kiedy na ich dźwięk dziew­

czynka skuliła się w sobie, jakby ktoś ją uderzył. 

- Nie powinna być u Evy? - dodała bezradnie. -

Nie sądzisz, że matka jej potrzebuje? Ona też kogoś 
straciła... 

Zamilkła pod ciężarem spojrzenia Anttiego. Jego 

zielone oczy wyrażały ból. Zmieniły kolor, tak jak 
morze zmienia barwę przed sztormem. 

- Zabrałem ją ze sobą, Raiju... - zaczął zduszonym 

głosem. - Nie mogła tam zostać, nie chciałem, by ci pa­
dlinożercy dostali ją w swoje łapy. Bogowie jedynie wie­
dzą, co by się z nią stało. Musiałem zabrać ją ze sobą... 

- Co zaszło? 
Reijo chwycił ojca za ramiona i potrząsnął nim. 

Oczy Anttiego Kesaniemi rozjaśniły się, ale ból wciąż 
malował się na jego twarzy. 

Musiał zaczerpnąć tchu, zanim zaczął opowiadać. 

Elise córka Fredrika nie poruszyła się w kącie za 
drzwiami. 

- Znad fiordu poszedłem prosto do Evy. Chciałem 

powiedzieć jej o wszystkim. Czekał ją równie ciężki 
los jak ciebie, Raiju... Wciąż jednak zatrzymywano 
mnie po drodze, musiałem opowiadać, com wiedział. 
Na miejsce dotarłem zbyt późno. Ktoś był tam prze­
de mną. Spóźniłem się... 

141 

background image

- Chyba nic złego się nie stało? - spytała ostro Ra­

ija. Była przerażona. 

- Stało się najgorsze. Usłyszałem krzyk dziewczyn­

ki dochodzący ze stodoły. Wszedłem do środka. Eva... 
powiesiła się. Elise siedziała u jej stóp. 

Mówił po fińsku, by oszczędzić małej cierpień. 

Dość już widziała, po co budzić w niej straszne wspo­
mnienia. 

- O, nie! - jęknęła Raija, instynktownie kładąc rę­

ce na brzuchu. - Eva spodziewała się... na dniach... 

Antti skinął głową. 
- Tego było dla niej za wiele. Ta wiosna ciężko ją 

doświadczyła. Eva musiała ujrzeć swe przyszłe życie 
w samym tylko ponurym świetle... 

Raija pochyliła głowę nad blatem stołu i rozpłaka­

ła się. Płakała za siebie, Karla, Kristiana, Fredrika, in­
nych zaginionych rybaków, ich żony i dzieci, za Ma­
ję, Evę i za Elise... Najmocniej za Elise. 

Reijo ścisnął jej dłoń. 
- Zajmiemy się Elise - powiedział zdecydowanie. 
- Będziesz miał liczną rodzinę, synu - zauważył 

Antti. - Bierzesz na siebie dużą odpowiedzialność... 

Reijo skinął głową, a Raija otarła łzy grzbietem 

dłoni. 

- Wiem. Damy sobie radę. 

Raija wstała i wolno podeszła do dziecka. Przestra­

szone oczy Elise śledziły każdy jej krok, dziewczyn­
ka bała się, ale rozpoznała Raiję. Wiedziała, że Raija 

jest miła. A mamy nie było. Wisiała w stodole, tak ja­
koś dziwnie, i nie odpowiadała na jej wołania. Milcza­

ła nawet wtedy, kiedy Elise zaczęła ją szarpać. Twarz 
nie przypominała twarzy mamy. Taka straszna... 

142 

background image

- Elise... - Głos Raiji brzmiał miękko. Jej głos za­

wsze nabierał miękkości w rozmowie z kimś, kogo 

lubiła. 

Wyciągnęła ręce ku dziecku. 
- Podejdź do mnie, Elise. 
- Mama - zażądała mała. Jej wargi drżały. 

- Mama nie może przyjść - ciągnęła łagodnie Rai-

ja. - Tata też nie. Są razem, daleko stąd, a my nie mo­
żemy pójść do nich. 

- N i e ? 
Raija potrząsnęła przecząco głową i uklękła przed 

dziewczynką. Wciąż wyciągała ręce, ale nie chciała 
małej do niczego zmuszać. W nagłym przebłysku my­
śli ujrzała inne dziecko i inną kobietę. Jak długo ra­
niła Ravnę, zanim w obcej kobiecie ujrzała matkę, za­
nim nazwała ją matką? 

Zrozumiała, ile bólu i cierpienia kryło się w braku 

akceptacji, bo teraz czuła lęk przed tym samym. 

- Możesz zostać ze mną, Elise. I z Mają. Możesz 

się z nią bawić, czy to nie byłoby przyjemne? I zosta­
niesz z Reijo, a Antti będzie nas odwiedzać. Chcesz? 

Wszyscy wstrzymali oddech, kiedy Raija rozmawia­

ła z córką Evy. Nawet Maja przyglądała się tej scenie 
z ciekawością. Wiele z niej nie rozumiała, ale w powie­
trzu wisiało napięcie, które instynktownie wyczuwała. 

- Chcesz zostać moją małą dziewczynką, Elise? 
Dziecko nie odpowiedziało. Stało nieruchomo, pa­

trząc na Raiję, taksując ją wzrokiem. Jej strach znik­
nął, ale wyraz bólu, którego nie powinno być w oczach 
czteroletniej dziewczynki, pozostał. Wyjęła kciuki 
z buzi i zrobiła dwa kroki do przodu, prosto w obję­
cia Raiji. 

143 

background image

Zamknęła ramiona na jej szyi i przytuliła się mocno. 
- Moja mała dziewczynka - powiedziała Raija. -

Nikt nam ciebie nie odbierze. Tu jesteś bezpieczna. 

Maja nie rozumiała, dlaczego matka tuli obce 

dziecko, więc wdrapała się na kolana Reijo, by zdo­
być zainteresowanie dorosłych. 

Reijo uśmiechnął się do niej. 
- Masz siostrzyczkę - powiedział. 
O tym Maja wiedziała od dawna, od mamy. Nie 

sądziła jednak, że siostrzyczka zjawi się tak szybko. 
Zresztą tak było lepiej, zyskała towarzyszkę zabaw. 

- To dobrze - uznała, nawet nie wiedząc, że ro­

dzeństwo, o którym wspomniała matka, miało zjawić 
się później. 

background image

10 

Droga powrotna na północny wschód zabrała 

Mikkalowi miesiąc. Śnieg zdążył stopnieć, więc mu­
siał pieszo wędrować przez płaskowyż. Wdrapywał 
się na góry, przeprawiał przez rzeki, mijał wrzoso­

wiska. Miejscami, nawet o tym nie wiedząc, przekra­
czał granice. 

To była jego ojczyzna. Laponia, kraina Saamów na 

długo przedtem, zanim Szwedzi, Finowie i Norwe­
gowie nazwali ten kraj swoim. Na długo przedtem, 
zanim obcy zaczęli ściągać daninę z tych, którzy ży­
wili się darami przyrody. Zanim przysłali osadników 
na ich ziemie. 

Laponia należała do Lapończyków, zanim najeźdź­

cy wybudowali kościoły Chrystusa na pustkowiach, 
zabronili oddawać cześć innym bogom, spalili szamań­
skie bębny i kazali chrzcić dzieci swoimi imionami. 

Norwegowie mogli nazywać go Mikkelem Perse-

nem i zmuszać do wiary w Zbawiciela, lecz on na za­

wsze pozostanie Mikkalem synem Pehra i zawsze wie­
rzyć będzie w to, co oczy widzą i uszy słyszą. A ten 
kraj nie przestanie być własnością jego ludu. 

Przez całą drogę żył wspomnieniami godzin spę­

dzonych z Raiją w Lyngen. Wspaniałych, choć zbyt 
krótkich godzin. 

145 

background image

Spotkania z Raiją nie mogły ukoić tęsknoty Mik-

kala, jedynie wzmagały jego ból. Dziewczyna stawa­
ła się coraz bardziej nieosiągalna, a powrót do szarej 
rzeczywistości coraz trudniejszy. Zastanawiał się, jak 
Sigga przyjmie jego powrót. 

I ojciec... 
Reakcji ojca Mikkal obawiał się bardziej. Siggę 

zdoła sobie podporządkować, zresztą mógł żyć bez 
jej miłości. Jego serce biło dla tej, której lok nosił 

w skórzanym woreczku na piersi. Dopiero teraz 
w pełni uświadomił sobie, co utracił. 

Mikkal gardził sobą. Wybierając między rodowym 

zobowiązaniem a uczuciem, sprzedał miłość... 

Dotarł do domu pod wieczór, prawie dwa miesią­

ce od dnia, kiedy wyruszył. 

Sigga przywitała go tak, jak się spodziewał. Milcze­

niem. Ojciec - gniewem. 

Zaciągnął go do swojej jurty i zaczął prawić mu 

wymówki tak głośno, że słyszeli go wszyscy w obo­
zowisku. 

- Co, do diabła, przyszło ci do głowy, chłopcze? 

Czy przystoi dorosłemu mężczyźnie zachowywać się 
jak głupiec? Byłeś nam tutaj potrzebny, nie rozu­
miesz? To twój psi obowiązek, słyszysz, co mówię, 
Mikkal? 

- Znam swoje obowiązki - odparł z uporem Mik­

kal, lekceważąc ostrzegawcze spojrzenia matki. Nig­
dy dotąd nie sprzeciwił się ojcu, milczał, przedkłada­
jąc obowiązek wobec rodziny ponad wszystko. To 

właśnie stanowiło tragedię jego życia. 

- I ja mam w to uwierzyć - powiedział Pehr z gory­

czą. Poczerwieniał na twarzy, z trudem hamował 

146 

background image

gniew. Podczas nieobecności syna układał przemowę 
na jego powrót i poprzysiągł sobie, że nie będzie ni­
czego owijać w bawełnę. Teraz zaś, kiedy winowajca 
siedział naprzeciwko niego, nie potrafił znaleźć właści­
wych słów. Chłopak miał czelność mu się sprzeciwiać! 

- Całe dwa miesiące musieliśmy dawać sobie radę 

bez ciebie, kiedy ty gziłeś się z tym diabelskim nasie­
niem, z tą przeklętą córką Erkkiego Alatalo. Przekli­
nam dzień, w którym moja stopa stanęła w domu te­
go wieśniaka z Tornedalen. Przyniósł mi jedynie ból 
i okrył hańbą całą moją rodzinę. Przejrzyj na oczy, 
synu, przynosisz wstyd mnie, matce, żonie i synowi. 
Zapomniałeś o nich? Ta kweńska dziewka sprawiła, 
że zapomniałeś o takich drobnostkach? 

Twarz Mikkala była jak wykuta z kamienia. Miał 

ochotę rzucić się na ojca, zmusić go, by odwołał po­
gardliwe słowa, które cisnął mu w twarz. Wiedział 
jednak, że niczego nie zyska. Zrozumiał, że tu jest je­
go miejsce. Podczas wędrówki przez płaskowyż Mik-
kal uświadomił sobie, że Raija ma swój dom nad fior­
dem, a on należy do tej niezmierzonej krainy pod 
otwartym niebem, pachnącej dymem z ognisk, skórą, 
suszonym mięsem i turzycą. 

Nie powinien prowokować ojca. Pehr puści słowa 

mimo uszu, sam bowiem był mocny w gębie, ale nie 

wybaczy, jeśli syn podniesie na niego rękę. 

Pehr nie umiał się bić i musiał zdawać sobie spra­

wę, że syn bez trudu powaliłby go na ziemię. 

Mikkal przewyższał ojca siłą fizyczną i Pehr nie do 

końca potrafił to zaakceptować. Wobec innych py­
sznił się synem, ale w głębi duszy zazdrościł mu 
sprawności, którą natura go nie obdarzyła. Uważał 

147 

background image

przy tym, że Mikkal marnuje życie. Pehr widział 
świat w ostrych kontrastach. Wygrać lub przegrać, 
przeżyć lub zginąć, mieć więcej lub stracić wszystko. 
Wyższe uczucia, które targały Mikkalem, były mu 
obce. Nie mógł zrozumieć, że istnieje miłość, dla któ­
rej mężczyzna ryzykuje swoje mienie i cześć. 

Dlatego właśnie Mikkal ograniczył się do jednego 

zdania, które wypowiedział przez zaciśnięte zęby: 

- To było konieczne. 
Pehr roześmiał się wzgardliwie, uderzając się 

w kolana. W ostatnim czasie stracił kilka zębów, co 
Mikkal skonstatował z odrazą. Podświadomie szu­
kał w ojcu cech, które wzmacniały niechęć i wstręt 
do niego. Czynił tak, by znaleźć nową pożywkę dla 
nienawiści. 

- Konieczne! Dobre sobie! Konieczne! Myślałby 

kto, że w domu nie masz kobiety. Takiej, że lepsza 
nie mogłaby ci się trafić. 

- Siggi w to nie mieszaj! - syknął Mikkal. 
- Już jest zamieszana - odrzekł Pehr. - Zapomnia­

łeś o odpowiedzialności za nią? Za żonę? Matkę two­

jego potomka? Gdybyś był mężczyzną, postarałbyś 
się o kolejne, na jednym synu nie zbudujesz rodu. 
Skoro jednak nie potrafisz dbać o jedyne dziecko, nie 
rób następnych. Bardziej ci chyba zależy na tym, by 
zapłodnić tę sukę z Lyngen... 

- Milcz! - Mikkal pobladł. Ręce mu się zatrzęsły, 

ale zdołał opanować wściekłość. Gdyby na miejscu 
ojca był ktoś inny, pożałowałby takich słów. 

- Prawda bywa gorzka - stwierdził Pehr z uśmie­

chem - ale przez to nie staje się nieprawdą. Mówiłem 
ci to już wcześniej, ale powtórzę po raz kolejny 

148 

background image

i ostatni: Trzymaj się z daleka od córki Erkkiego Ala-
talo - niech jego ród będzie przeklęty na wieki! Trzy­
maj się z daleka od tej czarnowłosej wiedźmy! Niech 

więcej nie słyszę, że mój syn zhańbił swoją rodzinę 
przez nią, tę dumną i upartą diablicę, Raiję Alatalo! 

Wypluł te słowa, jakby zawierały truciznę lub jakby 

wypowiedzenie imienia dziewczyny ściągało chorobę. 

- Jeśli choć raz sprzeciwisz się mojej woli, możesz 

nie wracać od tej bezwstydnicy. 

Pehr przerwał i spojrzał na Mikkala z ukosa. Jego 

uśmiech nie wróżył nic dobrego. 

- Nie wierzysz, że dotrzymam przyrzeczenia? -

Pehr podniósł palec wskazujący. - Więc pozwól, że 
wyjaśnię. Moje przyrzeczenia są więcej warte niż 
obietnice mego syna. Zawsze dotrzymuję słowa. Jeśli 
twoje oczy spoczną na tej ladacznicy, wyrzeknę się 
ciebie. Tak się stanie! 

Pehr wstał demonstracyjnie i sztywno wyprosto­

wany opuścił jurtę, zostawiając syna z własnymi my­

ślami. Żadne słowa, Mikkala czy Ravny, nie mogły 
odwieść go od postanowienia. Stanowczość Pehra by­
ła powszechnie znana. 

Matka i syn milczeli, póki nie nabrali pewności, że 

Pehr się oddalił. 

Kłótnia przypominała wszystkie poprzednie scy­

sje między ojcem a synem, które wybuchały regular­
nie od chwili, kiedy Mikkal dorósł na tyle, by prze­
ciwstawiać się woli Pehra. Od chwili, kiedy poko­

chał Raiję... 

I zawsze Ravna zgadzała się z Mikkalem, ale nig­

dy otwarcie nie występowała przeciwko mężowi. Do­
piero po jego wyjściu wygłaszała swoją opinię. Potem 

149 

background image

usiłowała udobruchać Pehra, skłonić go, by spojrzał 

na świat oczami syna. 

Ten rytuał niezmiennie się powtarza, pomyślał 

z rezygnacją Mikkal. Nie ukrywał jednak, że rozmo­
wy z matką były mu pociechą, i bardzo cenił jej mil­
czące poparcie. 

Potrzebował przyjaznej duszy. 
Tym bardziej się zdziwił, kiedy Ravna nie wyrazi­

ła zachwytu jego długą nieobecnością. 

- Nie powinieneś był wyjeżdżać - powiedziała 

krótko. - Ailo zachorował, potrzebowaliśmy cię. Ty­
le pracy spadło na barki innych. Nie pomyślałeś 

o tym? 

- To było konieczne - powtórzył Mikkal. 
Spojrzała na niego oczami, w których kryła się mą­

drość. Wzrok matki zawsze sprawiał, że Mikkal czuł 
się lekkomyślnym dzieckiem. 

- Aż tak konieczne, by nam zatruć życie? By poni­

żyć rodziców, żonę i dziecko? By obciążyć wspólno­
tę dodatkowymi obowiązkami? Jesteś lepszy od in­
nych, Mikkal? 

Spuścił głowę. 

- Coś zżerało mnie od środka - odrzekł po dłuż­

szej chwili. - Byłem na krawędzi szaleństwa, nie mo­
głem spać, nie mogłem pracować. Coś pochłaniało 
wszystkie moje myśli, całą uwagę. Zatraciłbym się zu­
pełnie, gdybym został... 

- Teraz czujesz się lepiej? - spytała. 
Ravna umiała trafić w sedno rzeczy. 
- Pozbyłeś się potwora, który zżerał ci duszę, sy­

nu? 

Mikkal uśmiechnął się krzywo. Wyznanie przyszło 

150 

background image

mu z trudem, ale nie chciał okłamywać matki. Tylko 
ona gotowa była go zrozumieć. 

- Nie - wyrzekł z bólem w głosie. - Wciąż tam tkwi, 

równie potężny jak przedtem. 

- Więc nie osiągnąłeś niczego? Jedynie nas zasmu­

ciłeś... 

- Przeżyłem chwile szczęścia - szepnął Mikkal tak ci­

cho, że Ravna z trudem go dosłyszała. - Ona też. Dla 
mnie jest najważniejsza. Nieważne, co powiesz, matko, 
co on powie. Co ludzie gadają. Na zawsze pozostanie 
najważniejsza w moim życiu. Dałem jej chwile szczę­
ścia, to wystarczy. Z tą pewnością mogłem ruszyć 
w drogę powrotną, choć wiedziałem, co mnie tu czeka... 

Ravna westchnęła. Los tych dwojga przejmował ją 

niepokojem. Dawniej delikatnie podsycała ich mi­
łość, marzyła o tym, by Raija zajęła miejsce jej zmar­
łej córeczki, Laili. 

Teraz żałowała. Powinna była zrozumieć już wte­

dy, że związek Mikkala i Raiji nie miał perspektyw. 
Pehr nigdy by go nie zaakceptował. 

Młodzi cierpieli, każde w samotności, a cierpie­

nie jest pożywką miłości. Im bardziej wyrzekali się 
siebie, tym mocniej tęsknili. Rozumiała ich ból, kie­
dyś sama kochała bez wzajemności. Nauczyła się 

jednak znosić swój los z godnością i cenić jasne 
strony życia. 

Szkoda, że Mikkal nie miał dość rozsądku, by 

uczynić to samo. 

Sigga była dobrą kobietą i zasługiwała na lepsze 

traktowanie. Zgorzknienie i rozczarowanie wyżłobi­
ły pierwsze zmarszczki na jej młodej twarzy. Młoda 
żona nie powinna mieć zmarszczek. 

151 

background image

Ravna nie potrafiła przypomnieć sobie, kiedy na 

ustach synowej gościł uśmiech. To też obciążało su­
mienie Mikkala. Miłość czasem buduje, lecz równie 
często rujnuje. 

- Jak ona wygląda? - spytała, i tym razem rezygnu­

jąc z matczynych napomnień. 

- Pięknie - odrzekł Mikkal, łagodniejąc. Takim lu­

biła go najbardziej. 

Z czułością w głosie opisał jej wszystko, co zdarzy­

ło się w domku nad rzeką pomiędzy górami daleko 
na zachodzie. Nie pominął żadnego szczegółu. I choć 
Ravnę zabolały szczere słowa syna, była mu wdzięcz­
na za zaufanie. 

Mikkal wiedział, że Ravna kocha jak własną córkę 

tę niezwykłą dziewczynę z otwartych równin nad 
rzeką Torne na południu Finlandii. I zdawał sobie 
sprawę, że nie zatajając niczego, wciąga matkę do spi­
sku. Po tym wszystkim nie mogła go zawieść. 

Ravna też o tym wiedziała i ta świadomość budzi­

ła w niej mieszane uczucia. 

- To był ostatni raz - zapewnił ją Mikkal. Jego ścią­

gnięta cierpieniem twarz przyprawiała Ravnę o ból 
serca. - Nie spotkamy się więcej. Nikt jednak nie mo­
że zabronić nam czuć... 

Mikkal mówił poważnie, lecz Ravna wiedziała lepiej. 

To nie był ostatni raz, to nie było ostateczne pożegnanie. 

I Raija, i Mikkal w to wierzyli, ale nie sposób prze­

rwać łączących ich więzi w tak łatwy sposób. Przed 
nimi jeszcze wiele zaprawionych bólem pożegnań... 

- Sigga czeka na ciebie - rzuciła. - Powinieneś był 

wpierw pójść do niej, ale zawsze możesz zrzucić wi­

nę na Pehra... 

152 

background image

- Co z Ailo? - Dopiero teraz Mikkal spytał o syna. 
Ravna wzruszyła ramionami, z trudem ukrywając 

uśmiech satysfakcji. 

- Moje zioła pomogły, ale Sigga mi nie wybaczyła. 

Unika mnie, choć może przez wzgląd na ciebie. Chło­
piec ma się dobrze. Zaprzyjaźnij się z nim, Mikkal! -

Słowa matki zabrzmiały jak prośba i ostrzeżenie jed­
nocześnie. Mikkal uniósł brwi w zdziwieniu. 

- Co masz na myśli? 

Nie chciała odpowiedzieć, ale w końcu uległa. 
- Sądzę, że zbuntuje syna przeciwko tobie, Mikkal 

- stwierdziła z powagą. - Nie pozwól, by tak się sta­

ło! Pokochaj go! Ofiaruj mu miłość, będzie musiał od­
płacić ci tym samym! 

Mikkal uśmiechnął się, ale żarliwość, z jaką mówi­

ła matka, wzbudziła jego niepokój. Sigga była zdolna 
do wszystkiego... 

Żona przywitała go milcząco i ozięble. Jej twarz 

nie wyrażała żadnych uczuć. 

- Przykro mi, że cię zraniłem - powiedział Mikkal, 

nie wiedząc, jak zacząć. Nie poczuwał się do przepro­
sin, ale postąpił zgodnie z wolą matki. 

- Doprawdy? - Głos Siggi był przesiąknięty sarka­

zmem. Spojrzała na niego pogardliwie. - Dała ci to, 
czego chciałeś? 

Mikkal rozłożył ramiona. 

- Spróbuj mnie zrozumieć, Siggo! Nie chodzi o cie­

bie. Gdyby na twoim miejscu była inna, postąpiłbym 
tak samo... 

Dopiero kiedy ujrzał wyraz twarzy Siggi, zrozu­

miał, że zachował się niezręcznie. 

Żadna kobieta nie chciałaby usłyszeć takich słów 

153 

background image

z ust mężczyzny, któremu poświęciła wszystko. 

Mikkal zranił żonę silniej niż wtedy, kiedy nieo­

czekiwanie wyruszył na zachód. 

- Wielkie nieba! - mruknął, ale było już za późno. 

Twarz Siggi pociemniała. Spojrzała na niego przeni­
kliwie. 

- Możemy spróbować od początku - dodał ostroż­

nie. - Będę się starał, obiecuję. Dla dobra dziecka. Dla 
twojego dobra... Daj mi jeszcze jedną szansę, Siggo! 

Wypowiadając te słowa, Mikkal widział przed so­

bą twarz Raiji. Wzbudziłby jej szacunek takim za­
chowaniem, może zdołałby jej udowodnić, że te 

wszystkie lata wcale go nie zmieniły. Prosił Siggę, by 

mu dała nową nadzieję. 

Te słowa Sigga powinna potraktować jak dar nie­

bios. Przecież go kochała, zawsze go kochała, a choć 
Mikkal nie potrafił odpłacić jej uczuciem, gotów był 
uczynić dla niej wszystko. Poza tym, co pozostawiał 

dla tej jedynej, dla Raiji. Nie rozumiał, dlaczego Sig­
ga przygląda się mu oczyma pełnymi wzgardy. Ofia­

rowuje jej życie, jakiego pragnie, czyż nie? 

Słowa żony raniły jak pchnięcia nożem. 

- Spróbować od początku? Za kogo się uważasz, 

Mikkal? - roześmiała się drwiąco, jej oczy lśniły zim­

nym blaskiem. - Kiedy odszedłeś, zobaczyłam cię 

w nowym świetle - ciągnęła z dziwnym, dwuznacz­
nym uśmiechem na wargach. 

Mikkal nic nie rozumiał. Chciał zadać jakieś pyta­

nie, ale Sigga nie dopuściła go do głosu. 

- Nigdy nie pojmiesz, jak bardzo cię kochałam. 

Próbowałam tysiące razy. Próbowałam wybaczyć ci, 

że myślisz o niej. Próbowałam wybaczyć ci, że nie ko-

154 

background image

chasz własnego syna, bo nie ona go zrodziła. I że 
szepczesz jej imię, kiedy leżysz ze mną. Starałam się 
wybaczyć, że nosisz na szyi skórzany woreczek, że 
przez sen zwracasz się do niej. I że żyjesz przeszło­
ścią, odgradzasz się ode mnie murem wspomnień. 
Próbowałam zapomnieć, że porzuciłeś chore dziecko, 
by pojechać do niej. Naprawdę próbowałam, Mikkal, 
więc nie każ mi zaczynać od początku! Wystarczy! 

- Mam cię zwolnić ze słowa? - spytał, skrywając 

starannie nadzieję w głosie. 

- Zwolnić? - roześmiała się i potrząsnęła dumnie 

głową. Włosy starannie upięła w kok na karku, do­

brze wiedziała, że nie wytrzymują porównania z wło­
sami Raiji. - Wtedy nie miałabym nic - stwierdziła 
gorzko - ty zaś wszystko. Nie pozwolę na to, Mik­
kal. Odtąd zajmę się chłopcem. Sobą i chłopcem, two­
im synem. Dostanie to, co mu się należy... 

- Czego więc chcesz? 
Oddał jej inicjatywę. Wyrachowanie Siggi przera­

ziło go, napełniło poczuciem winy. Kiedyś była po­
godną dziewczyną. To on sprawił, że przybyło jej lat. 

To przez niego twarz Siggi przedwcześnie pokry­

ła się zmarszczkami. 

- Pozostanę twoją żoną do końca moich dni - cią­

gnęła z zawziętością. - Przysięgam, nigdy nie wypu­
szczę cię z rąk. Możesz łajdaczyć się, z kim chcesz, 
także z nią. Póki jednak żyję, nie zwolnię cię z przy­
sięgi. Zostaniesz mój. Mój, rozumiesz? 

- Przecież tego właśnie pragnę - zdziwił się. 

Sigga pokręciła głową. 

- To nie wszystko. Nie dotkniesz mnie. Jeśli zbli­

żysz się do mnie, poproszę pierwszego lepszego noa-

155 

background image

idę, by rzucił na ciebie urok. Gdybym była na twoim 
miejscu, nawet bym nie próbowała. Pozostanę twoją 
żoną przez resztę życia, Mikkal, ale nigdy już nie od­
poczniesz na moim łonie. Może wezmę sobie innego 
mężczyznę, nic ci do tego. Pozostaniemy mężem i żo­
ną, Mikkal... 

- Co z chłopcem? 
- To twój syn, czyż nie? A ty jesteś jego ojcem. Je­

śli jednak usłyszę, że zadajesz się z tą dziewką, to już 
go nie zobaczysz! 

- Stawiasz ciężkie warunki, żono... 
- A ty nie masz wyboru - odrzekła niemal kokie­

teryjnie. - Musisz je przyjąć, dobrze to przemyślałam. 
Miałam mnóstwo czasu na myślenie. 

Mikkal nie odrywał od niej wzroku. 
- Czemu to robisz? - spytał w końcu głosem mięk­

kim i pełnym współczucia. Nie uszło to uwagi Siggi. 
Sigga była wrażliwą kobietą. 

- Z nienawiści - powiedziała, niemal sycząc. - Z nie­

nawiści. Wiele mnie nauczyłeś, Mikkal. Nauczyłeś 
mnie kochać, nauczyłeś nienawidzić. Nikt nie potra­
fił miłować jak ja. Nikt nie będzie silniej nienawidził, 
niż ja nienawidzę ciebie i jej. Dlatego to robię, Mik­

kal, dlatego. 

Rozumiał, co gorsza, nie mógł jej za to winić. Sam 

był sobie winien. 

- Masz rację - westchnął. - Muszę przystać na two­

je warunki. 

I pomyślał o Raiji, która wstawiła się za Siggą. Co 

by teraz powiedziała? Uznałaby, że się starał? Zrozu­
miałaby Siggę? A może postąpiłaby podobnie? Mik­
kal wątpił. Raija potrafiła kochać i nienawidzić, ale 

156 

background image

instynkt samozachowawczy pozwalał jej zachować 

wewnętrzną siłę i odwagę do działania. Zawsze znaj­
dowała najlepsze wyjście z sytuacji. Poza tym potra­
fiła dzielić się uczuciem. To bolało najmocniej, ale 
Mikkal musiał spojrzeć prawdzie w oczy. Raija umia­
ła kochać na wiele sposobów i miała dar uszczęśliwia­

nia ludzi. 

Tej właśnie umiejętności Mikkal, dla spokoju wła­

snej duszy, chętnie by jej odmówił. Dla Raiji była ona 
jednak błogosławieństwem. 

background image

11 

Daleko na południu, nad brzegiem rzeki zwanej 

Tornionjoki, rzeką Tome, leżało cmentarzysko osło­

nięte posępnymi świerkami. 

Drewniane krzyże opowiadały proste historie lu­

dzi, którzy żyli po obu stronach szerokiej, leniwie to­
czącej swe wody rzeki, i znaleźli spoczynek w rodzin­
nej ziemi. 

Krewni i przyjaciele zmarłych wyryli na krzyżach 

ich nazwiska, nazwiska chłopów, ich żon i dzieci. 
Najwięcej było grobów dzieci. 

Większość mogił nosiła podobne daty z nieuro­

dzajnych lat 1717 i 1718. Pamięć o nich wciąż była ży­
wa wśród ludzi z doliny. 

Każda rodzina straciła kogoś w tamtym czasie, 

dziecko, dziadka, babkę, chorą żonę lub męża. Tych, 
którzy nie mieli dość sił, by przetrzymać głód na chle­
bie z kory. Tych, którym zabrakło grudki soli w wo­
dnistej zupie, udającej posiłek. 

Najsłabsi pomarli. Nędza i głód przerzedziły mie­

szkańców Tornedalen. 

Niektórzy stawiali wszystko na jedną kartę, porzu­

cali domostwa i ruszali na północ. Do Ruiji - krainy, 
w której ponoć żyło się lepiej niż w Finlandii. Tam, 
gdzie w morzu była obfitość srebrzystych ryb, wiel­
kich jak wieloryby. 

158 

background image

Nadmorska kraina, mlekiem i miodem płynąca, 

kraina marzeń. 

Inni trwali, zapewniając byt rodzinie w sposób, 

który mógł wydać się brutalny, choć dla nich stano­
wił najwyższą ofiarę. Zostawali w dolinie, wysyłając 
potomstwo do Ruiji. Zbyt mocno wrośli w tę ziemię, 
by ją opuścić, lecz pragnęli dać własnym dzieciom 
szansę lepszego życia. 

Oznaczało to rozstanie na zawsze, wieczną niepew­

ność co do losów ukochanych synów i córek. Z miło­
ści do dzieci gotowi byli wziąć na siebie ten ciężar. 

Małe istoty opuszczały rodzinne strony, zdane tyl­

ko na siebie i życzliwość ludzi, którzy przyjmowali 
je pod swój dach... 

Pewnego czerwcowego dnia na nadrzecznym 

cmentarzu złożono w ziemi prostego chłopa. Gro­
madka sąsiadów, przyjaciół i krewnych odprowadzi­
ła go na wieczny spoczynek. Zmówiono modlitwę 
i odśpiewano kilka psalmów. Żałobnicy zasypali mo­
giłę i rozeszli się do domów, złożywszy wyrazy 

współczucia wdowie i synowi. 

Matka i syn stali w milczeniu nad grobem. Wymi-

zerowana kobieta nosiła jeszcze ślady dawnej urody 
w błyszczących od płaczu błękitnych oczach i złoci­
stych włosach upiętych na karku. Była niewielkiego 
wzrostu, trzymała się prosto jak leśny świerk. W czer­
ni wyglądała na szczuplejszą i starszą niż w rzeczy­

wistości. Miała trzydzieści osiem lat. 

Jej syn był drobny jak na swoje dziesięć lat. Po mat­

ce odziedziczył złocistą barwę włosów, po ojcu ciem­
nobrązowe oczy. Najbardziej brązowe oczy w całej 
Tornedalen. 

159 

background image

Erkki Alatalo dożył w zdrowiu czterdziestu jeden 

lat. Całe życie ciężko pracował dla rodziny. Własny­

mi rękami wykarczował spłachetek ziemi i uprawiał 
go ze zmiennym szczęściem. Zazwyczaj nie cierpieli 
głodu, poza tymi dwoma pamiętnymi latami, kiedy 

doprowadzony do rozpaczy Erkki odesłał córkę do 
Ruiji. Wtedy nie znalazł lepszego rozwiązania. Wła­
śnie urodził się Matti i ojciec musiał dokonać drama­
tycznego wyboru. 

Raija zawsze była jego oczkiem w głowie. Kiedy 

kolejnego roku zebrali przyzwoity plon, na tyle ob­
fity, by móc spłacić długi i nie przymierać głodem, 
Erkki wyrzucał sobie tamtą decyzję. 

Marja, jego żona, od początku sprzeciwiała się ode­

słaniu córki, ale Erkki upierał się przy swoim. Teraz 
Marja musiała utwierdzać go w przekonaniu, że po­
stąpił właściwie. Że Raiji żyło się lepiej na północy. 

Marja wątpiła, czy córce się poszczęściło, ale nie 

odważyła się dzielić tych obaw z mężem. Nie chcia­
ła burzyć kruchego fundamentu, na którym Erkki 
opierał nadzieję. Zbyt dobrze wiedziała, że mąż nie­
sie większy ciężar na swoich barkach. 

Erkki zabawiał Mattiego historiami z dzieciństwa 

Raiji. Malec niewiele jeszcze pojmował z otaczające­
go go świata, a już ojciec bral go na kolana i opowia­
dał o siostrze w dalekiej nadmorskiej krainie. 

W umyśle dziecka Raija nabrała cech nadludzkich, 

stała się aniołem pod postacią małej dziewczynki. 

Dla Mattiego starsza siostra była na poły człowie­

kiem, na poły boginią, postacią z baśni i snów, kimś 

szczególnie ważnym. 

Matti miał bujną wyobraźnię, podobnie jak siostra. 

160 

background image

Karmił się obrazami i choć nie mógł pamiętać Raiji, 
czuł, że ją zna. Jeszcze będąc małym dzieckiem, obiecał 
sobie i ojcu, że wyruszy na północ, do Ruiji, i odnajdzie 
siostrę. Teraz obietnica nabrała szczególnej mocy. 

Ojciec nie żył. 
Nić jego życia urwała się nagle. Był sam w lesie na 

wyrębie i przygniotło go upadające drzewo. 

Marja i Matti znajdowali pociechę w tym, że nie 

cierpiał. Zginął na miejscu. Zaczęli szukać go wieczo­
rem, zaniepokojeni, że nie wraca do domu. Nie mo­
gli mu pomóc. 

Matti wiedział, jak bardzo ojciec czekał na wieści 

z północy. Trzymał się nadziei, że pewnego dnia pier­
worodna córka da znak życia. 

Może prześle pozdrowienia przez jakiegoś wę­

drowca, może napisze list. 

Na próżno. 
Matti marzył o tym, by wyruszyć na północ, od­

naleźć siostrę i sprowadzić ją do domu. Dać ojcu wię­
cej niż ulotną wiadomość - dać mu ukochaną córkę. 

Teraz było już za późno. Wciąż jednak Matti mógł 

odnaleźć Raiję i odnowić rodzinne więzy zerwane 
pewnego dnia przed dziewięciu laty. 

Matti czuł, że jest to winien ojcu. Dzieci Erkkiego 

Alatalo nie mogły pozostać sobie obce. Poza tym 
wciąż żyła matka i tęskniła do córki. 

Matti nabrał powietrza. Raija miała siedemnaście 

lat, była dorosła, on nie przekroczył dziesięciu. 

Upłynie kilka lat, zanim będzie mógł wyruszyć 

w drogę i spełnić obietnicę daną ojcu. 

Wyruszy do Ruiji, kiedy tylko przyjdzie na to czas. 

Do siostry. 

background image

12 

Listopad. 
Pierwszy śnieg zalegał od dawna na wzgórzach, po­

krył grubą warstwą zalesione zbocza gór, a w wiosce 
sięgał ludziom do kostek. 

Niepogoda, która jesienią wciskała się w ramiona 

fiordu, ustąpiła pola. Najpierw zdusiła górskie osady 

w żelaznym uścisku ulewnych deszczów i północno-
zachodniego wiatru, a potem złagodniała i wycofała 
się pod naporem mrozu. 

Ludzie i przyroda gotowali się do zimy. Nadchodzi­

ła pora wiecznego mroku, dni stawały się krótsze. Kil­
ka godzin słonecznego światła poświęcano na prace 

w obejściu, zajęcia domowe szybko męczyły wzrok. 

Lampy parafinowe paliły się przez całą dobę. Dla 

większości gospodarstw parafina stanowiła poważną 
pozycję na liście niezbędnych wydatków. 

Do świąt zostało pięć tygodni. Najbardziej zapo­

biegliwi zdążyli już rozpocząć przygotowania, zmniej­
szając codzienne porcje, by na Boże Narodzenie najeść 
się do syta. 

Nadszedł czas płacenia daniny. Dla tych, którzy 

mieli pieniądze, i dla tych, którzy musieli zaciągnąć 
nowe długi. 

Nad fiordem zaś rozpoczął się targ. 
Od ponad pięćdziesięciu lat urządzano targowisko 

162 

background image

na polanach w miejscu, gdzie rzeka Skibotn wlewa 
się do fiordu Lyngen i miesza ze słoną wodą morską. 

Było to miejsce spotkań ludzi z wybrzeża i z gór. 

Tu wymieniano towary, tu przybywali kupcy z odle­
głych nadmorskich miast Norwegii i znad Zatoki 

Botnickiej. W atmosferze wzajemnej życzliwości spo­
tykali się ze sobą przedstawiciele czterech narodowo­
ści: Norwegowie, Lapończycy, Finowie i Szwedzi. 

Jarmarki w Lyngen urządzano od początku siedem­

nastego wieku, jeden przed świętami, drugi po Bo­
żym Narodzeniu. Od razu tak mocno wrosły w tu­
tejszą obyczajowość, że stali bywalcy powystawiali 

własne stragany, do których wracali rok w rok. 

W roku 1608 Norwegowie uznali, że Szwedzi mo­

gliby skorzystać z bud jarmarcznych, gdyby przyszła 
im myśl o łupieżczej wyprawie na zachód. 

Zarządzono likwidację straganów. Norweski na­

miestnik Nils Palsen dopilnował, by tak się stało. 
Stragany rozebrano, a budulec wywieziono, by nie 

wpadł w ręce ewentualnym napastnikom. 

Pomimo tego rodzaju zarządzeń tradycja targów 

utrzymała się. W latach dwudziestych osiemnastego 
wieku pierwszy jarmark odbywał się na pięć tygodni 
przed Bożym Narodzeniem, drugi w kilka tygodni po 
świętach. Okolicznym mieszkańcom te dwie daty wy­
znaczały najważniejsze wydarzenia roku. 

Mała, nic nie znacząca osada przemieniała się na kil­

ka dni w ośrodek handlu. Ludzie napływali z bliska 
i z daleka. Wokół rozbrzmiewał gwar głosów, niósł się 
śmiech, a towary nieustannie zmieniały właściciela. 

Trzy, nawet cztery języki mieszały się ze sobą. Je­

śli brakowało słów, pomagano sobie żywą gestykula-

163 

background image

cją. Zwykle szare i smutne skupisko gospodarstw tęt­
niło życiem. 

Rozpoczynał się właśnie ostatni dzień targu. Reijo 

wrócił z placu zadowolony. Udało mu się sprzedać 

swoje towary: ryby, trochę masła, drewniane łyżki 
i narzędzia, które zrobił po powrocie z tragicznej wy­
prawy do Finnmarku. I jeszcze całą górę rękawiczek, 
które Raija udziergała z owczej wełny. Nie miała ser­

ca do tej roboty, ale kupujący tego przecież wiedzieć 
nie mogli, więc Reijo sprzedał wszystkie pary. Zda­
wał sobie sprawę, że zapłata, choć niewspółmierna do 
wysiłku Raiji, dawała jej poczucie przydatności. 

Żyli razem od pięciu miesięcy. Od śmierci Karla, 

która z wolna zacierała się w świadomości ludzi znad 
fiordu. 

Wspominali go znacznie rzadziej niż w pierwszych 

tygodniach po powrocie rybaków z Finnmarku. 

Od pięciu miesięcy Raija i Reijo mieszkali pod 

wspólnym dachem, jadali przy tym samym stole, mie­
li te same smutki i radości. 

Nie dzielili jednak łoża. 
Ludzie we wsi znaleźli nową pożywkę dla plotek. 

Tej jesieni Raija znów była na ustach wszystkich. 

Nikt nie wierzył, że związek między piękną wdo­

wą po Karlu Elvejordzie a synem Anttiego ma wyłącz­
nie duchowy charakter. Są zbyt młodzi, szeptano 
w ciasnych, ciemnych izbach, zbyt pełni temperamen­
tu, w ich żyłach płynie gorąca krew. Jaki ojciec, taki 
syn, śmiano się nie bez złośliwej satysfakcji. Antti 
Kesaniemi musiał ustąpić pola młodszemu. Raija po­
trzebuje silniejszych doznań, dodawali kąśliwie, prze­

ścigając się w brudnych fantazjach. 

164 

background image

Przeprowadzka Reijo pogorszyła i tak kiepską re­

putację dziewczyny, ale Raija nie przejmowała się 
ludzkim gadaniem. Reijo też nie, lecz to akurat nie 
dziwiło mężczyzn we wsi. Raija Elvejord, a właściwie 
Alatalo, bo tak zaczęła się nazywać po śmierci Karla, 
warta była poświęceń. 

Spoglądali na Reijo z podziwem, choć nie wyraża­

li go słowami. Potępiali, rzecz jasna, grzeszne poży­

cie tych dwojga, ale nie traktowali chłopaka z dystan­
sem. Drzwi ich domostw stały dla niego otworem 
i chętnie wdawali się z nim w pogawędkę. Jednak ci 

sami mężczyźni, którzy wodzili za Raiją pożądliwym 

wzrokiem, nie omieszkaliby splunąć za jej plecami... 

Ludziom we wsi nie spodobało się również i to, że 

Raija wzięła do siebie córkę Evy i Fredrika. Przekli­
nali matkę i nie chcieli zrozumieć rozpaczy, która 
pchnęła ją w objęcia śmierci. 

Nie przyjęliby Elise do siebie, ale niechętnie akcep­

towali fakt, że Raija i Reijo podjęli się opieki nad 

dzieckiem. 

Elise i Raija były jak dwie ciemne plamy na hono­

rze wioski. Mieszkańcy osady najchętniej odesłaliby 
je w siną dal i zapomnieli o nich na zawsze. 

Gadanie przeszło w szept, kiedy Antti, z pociem­

niałymi od gniewu oczyma i groźbą w głosie, wezwał 
najmocniejszych w gębie do przejęcia odpowiedzial­
ności za dziecko. 

Nikt go nie posłuchał. 
Lecz szeptanie nie ustało. Łajanie Anttiego nie przy­

padło ludziom do gustu, ale nikt nie zechciał wziąć na 
siebie ciężaru wykarmienia dziecka samobójczyni. 

Plotki o Raiji także nie cichły... 

165 

background image

Reijo zapłacił daninę poborcy. 
Lyngen i Ullsfjorden należały do Karlsoy, ale po­

borcy przybywali aż z odległej wyspy Helgoy, leżą­
cej z dala od wybrzeża nad otwartym morzem. 

Reijo przedstawił się jako Karl Elvejord. Raija ba­

ła się, że straci ziemię, jeśli wieść o śmierci Karla wy­
dostanie się z wioski, dlatego właśnie Reijo podał fał­
szywe nazwisko. Istniało niebezpieczeństwo, że ktoś 
znający prawdę wygada się, ale nikt nie puścił pary 
z ust. Taka była niepisana umowa, mieszkańcy osady 
sami prali swoje brudy i mieli własny kodeks postę­
powania. Poborcy podatków zmieniali się i Reijo nie 

przypuszczał, by któryś z nich pamiętał twarz Karla 
Elvejorda ze Skibotn. 

Poszło jak z płatka. Reijo zapłacił żądaną sumę. 

Urzędnik spojrzał na niego obojętnie, a Reijo nie od­

wrócił wzroku. Na papierze nic się nie zmieniło. 

Teraz zapragnął kontaktu z ludźmi. Był ostatni 

dzień jarmarku, najżywszy, najweselszy dzień. Plac 
targowy tętnił życiem. 

Reijo wiedział, że nie musi zdawać Raiji relacji ze 

swoich uczynków. Gdyby tak postąpił, wyśmiałaby 

go i kazałaby mu robić to, na co ma ochotę. Mimo to 
Reijo zwlekał z wyjściem, jakby czekał na jej radę. 

Machinalnie ubrał się w najlepsze rzeczy i zaczął 

niespokojnie krążyć po izbie. Miał na sobie koszulę, 
prawie nową, ledwie co cerowaną, spodnie, które 
przywdziewał zwykle w niedzielę, i kamizelkę. Wy­
glądał całkiem paradnie. 

Elise pierwsza wyczuła jego niezdecydowanie. Dziew­

czynka zdążyła już zaakceptować nową rodzinę, ale 

w jej niebieskich oczach wciąż czaił się strach. 

166 

background image

- Dokąd się wybierasz, Rei jo? - spytała z typową 

dla siebie bezpośredniością. - Pięknie wyglądasz. Bę­
dziesz się żenić? 

Raija uśmiechnęła się szeroko, a Reijo popadł w za­

kłopotanie. Mała potrafiła dopiec im pytaniami. Cał­
kiem niedawno usiłowała dociec, dlaczego Reijo nie 
śpi razem z Raiją w tym szerokim łóżku. Tak robią 
mamusie i tatusiowie, dodała rezolutnie. Tak przynaj­
mniej czynili jej mama i tata, a dziewczynka trakto­
wała Raiję i Reijo w podobny sposób. 

Elise dotąd nie mówiła o swoich rodzicach. Zresztą 

nikt jej nie zmuszał do wspomnień, z wiekiem przyj­
dą same. 

- Muszę poczekać, aż dorośniesz - odrzekł Reijo. 

Podniósł Elise wysoko i zakręcił się dokoła. 

Mała roześmiała się radośnie. Maja poczuła się ura­

żona. Reijo najpierw należał do niej! 

- Ja też! - zażądała stanowczo, kiedy Reijo opuścił 

Elise na podłogę. Ten nie potrafił odmówić jej prośbie. 

Maja pofrunęła w powietrze z takim samym piskiem 

radości. Na ustach Raiji wciąż błąkał się uśmiech. By­
ła w zaawansowanej ciąży i wyglądała tak pięknie, że 
Reijo poczuł ukłucie bólu w sercu. 

- Reijo idzie na targ - wyjaśniła dziewczynkom, choć 

on dotąd nie wspomniał o swym zamiarze. Raija rozu­
miała go bez słów, a Reijo wciąż nie mógł się nadziwić 
jej przenikliwości. Nie pomyślał o tym, że zdradza go 
odświętny strój. Uważał, że Raija w cudowny sposób 
trafia za każdym razem w sedno sprawy. 

Jego uczucia do niej rosły. To było coś więcej niż 

zwykłe zadurzenie i pożądanie. Lubił ją, kochał, zre­
sztą od samego początku. I wciąż znajdował w niej 

167 

background image

nowe źródło zadziwienia, które brało się z tego nie­
zwykłego zrozumienia, na którym opierali swój zwią­
zek. Nie przyznawał się do tego, ale pragnął, by po­
łączyła ich mocniejsza nić. 

Raija nigdy nie okazała, że odwzajemnia to pra­

gnienie. Reijo nie pytał, nie chciał niszczyć ich przy­

jaźni. 

- Dobrze ci zrobi, jak pobędziesz wśród ludzi - po­

wiedziała lekko, kiedy narzucił na siebie kaftan i za­
czął go zapinać. - Tylko się w nic nie wmieszaj - do­
dała z wzrokiem utkwionym w nożu, który wisiał 
u jego pasa. 

- Niby w co? - spytał ze złością, głównie dlatego, że 

znów go przejrzała. Zwykle nie nosił broni, ale docin­
ki ludzkie drażniły go niepomiernie. Dziś nie puści ich 
płazem. Jeśli zajdzie taka potrzeba, użyje noża... 

Raija nie wdawała się w szczegóły. 
- Zachowaj spokój! - poradziła jedynie, kiedy za­

mykał drzwi. 

Kiedy zbliżał się do placu Nalovuoppe nad błękit­

nym fiordem, czul narastające podniecenie. 

Na zdeptanej ziemi nie było śniegu. Wokół placu 

rozstawiono naprędce sklecone budy, które służyły za 
miejsce handlu doświadczonym kupcom z norweskie­
go wybrzeża, znad brzegów rzeki Torne i Zatoki Bot-
nickiej. Nie wszystkie były zajęte, część kupców zdąży­
ła już pozbyć się własnych towarów i nabyć miejscowe; 
Norwegowie kupowali mięso renifera, Finowie i Szwe­

dzi ryby. Na pozostałych straganach wciąż kwitł han­
del, w paru miejscach niezwykle ożywiony. 

Kupiec z Tromso nie narzekał na brak. klientów. 

Wokół niego kłębił się tłum zainteresowanych i wciąż 

168 

background image

przybywali nowi. Sprzedaż szła jak po maśle, ale też 
i towar należał do najbardziej poszukiwanych. 

Kupiec z Tromso handlował wódką. 
Reijo nie był świętoszkiem, jak większość męż­

czyzn nie wylewał za kołnierz. Tym razem jednak nie 
dołączył do klientów sprzedawcy alkoholu, zdążył 
zrobić zakupy poprzedniego dnia. Badawczy wzrok 

Raiji nie zarejestrował butelki, którą Reijo ukrył 

w wewnętrznej kieszeni kaftana. 

Ostatni dzień jarmarku miał charakter powszechne­

go święta i Reijo zamierzał w nim uczestniczyć. Był 
młody, potrzebował towarzystwa innych ludzi poza 
ojcem, Raiją i dziećmi. Potrzebował nowych bodźców. 

Wraz ze śmiercią Kallego stracił najlepszego przy­

jaciela. 

Duchowa więź z Raiją miała ogromne znaczenie, 

ale była czymś innym. Kochał ją, jak się kocha kobie­
tę, i to odróżniało ich związek. Sam o tym nie wie­
dząc, Reijo szukał przyjaciela, kogoś, kto zająłby 
miejsce Karla, powiernika myśli. 

Zapewne nie mógł go znaleźć pośród bud na Na-

lovuoppe, ale z mężczyznami na placu łączyła go 

wspólnota przeżytych trosk i radości, atmosfera za­

tęchłych i zawszonych łodzi rybackich. Obecność 
Isaka przyjął z niechęcią, ale stanął z dala od niego 
i starał się go nie zauważać. 

Nie było to proste zadanie, więc żeby dodać sobie 

otuchy, Reijo odkorkował butelkę i pociągnął kilka 
łyków palącej gorzałki. Peder, ledwie kilka lat starszy 
od Reijo, lecz już ojciec czworga dzieci, szturchnął 
go przyjaźnie w bok i uczynił to samo. 

- Więc udało ci się wyrwać? 

169 

background image

Reijo spojrzał zdumiony na kompana z wypraw na 

północ. Peder miał jasne włosy i wodniste niebieskie 
oczy o lekko zalęknionym wyrazie. Jego twarz była 
pokryta zmarszczkami i wyglądał staro jak na swój 
wiek. Reijo lubił go. W ciągu długich tygodni w cia­
snych chatach rybackich Finnmarku Peder był duszą 
towarzystwa, zawsze pełen życia, urodzony gawę­
dziarz. Potrafił zrobić z siebie błazna tylko po to, by 
rozbawić znajomych. Wtedy jeszcze jego oczy pa­
trzyły jasno i nie czaił się w nich strach. Może dopie­
ro teraz poczuł na sobie brzemię odpowiedzialności? 
Reijo bez trudu dostrzegł, że Peder jest mocno wsta­

wiony. Musiał przebywać na placu od dawna, zdążył 
już bowiem do polowy opróżnić butelkę. Jego śmiech 
brzmiał złośliwie, zupełnie inaczej niż podczas dłu­
gich wieczorów na północy, kiedy ugryzienia wszy 
bolały dotkliwiej niż smaganie mroźnego wiatru. 

- Wyszedłem - odrzekł Reijo. - Nie musiałem się 

wyrywać. 

- Nie mów, że pozwala ci wychodzić? Z flaszką 

w kieszeni? 

Reijo zlekceważył prowokacyjny ton kompana 

i wzruszył ramionami. 

- Robię to, na co mam ochotę. Jestem wolnym czło­

wiekiem... 

Śmiech zabrzmiał zjadliwiej, mniej przyjaźnie. Re­

ijo zauważył to, ale zmiana w zachowaniu Pedera nie 

wzbudziła jego podejrzliwości. 

Nie zwracał też uwagi na Isaka. Isak trzymał się na 

uboczu, milczał ze wzgardliwym uśmiechem przyle­
pionym do warg. 

- Ty to się urządziłeś, chłopie! - rzucił któryś 

170 

background image

z mężczyzn. - Mieszkasz z najpiękniejszą kobietą 

nad fiordem, a mimo to czujesz się wolnym człowie­
kiem. 

Nowy wybuch śmiechu. 
Reijo nie zdążył zareagować, ktoś inny bowiem po­

spieszył z kolejną ciętą repliką: 

- Szkoda, że ma tyle bachorów do wyżywienia. 

Tylko nie zrób jej nowego... 

- Skoro ty jesteś wolny, to ona też? - rzucił kolej­

ny z mężczyzn, podochocony zawartością butelki. 

- Każdy ma prawo spróbować, no nie? Tobie nic 

do tego, Reijo. Słodka mała Raija... 

Reijo starannie zakorkował butelkę, zanim ją od­

stawił. Kiedy odwrócił się do rozochoconych męż­
czyzn, dłonie miał zaciśnięte w pięści i twarz ściągnię­
tą gniewem. Oczy błyszczały mu wojowniczo. Szy­
derczy śmiech ucichł. 

- Jeszcze jedno słowo o Raiji, a ktoś za to zapłaci! 

- warknął i zaklął po fińsku. Któryś z mężczyzn ro­
ześmiał się, ale pozostali go uciszyli. 

Peder, od którego wszystko się zaczęło, podszedł 

zakłopotany do Reijo, poklepał go po ramieniu 
i uśmiechnął się głupkowato, choć zdecydowanie 
przyjaźnie. 

- Uspokój się, Kesaniemi! - powiedział i w pojed­

nawczym geście wyciągnął do niego butelkę. Reijo 

pociągnął spory łyk mocnej gorzałki. 

- Nie znasz się na żartach, człowieku? - dodał Pe­

der. - Jesteśmy mocni w gębie, ale przecież nie mamy 
złych zamiarów, prawda, chłopcy? 

Mężczyźni potwierdzili ze śmiechem. Rzecz jasna, 

Raija jest kobietą Reijo. Nikt nie ośmieli się nasta-

171 

background image

wać na jej cześć. Zaczęli prześcigać się w wychwala­

niu własnych żon i narzeczonych. Obdarzali je przy­
miotami, których nie miały i nigdy nie posiądą. Zda­

wały się greckimi boginiami w ustach mężczyzn, któ­

rzy w życiu o greckich boginiach nie słyszeli. 

Każdy po kolei przedstawiał zalety swojej pani, 

a pozostali kiwali głowami, stwierdzając, że mówią­
cy jest zbyt skromny. Po czym dorzucali własne po­
chlebstwa, które mąż rzeczonej kobiety przyjmował 
bez mrugnięcia okiem. Po każdej turze wznosili to­
ast za zdrowie wychwalanej pod niebiosa niewiasty. 

Kiedy przyszła pora na Reijo, ten już dosięgną! dna 

butelki. Gdyby miał wznieść toast za Raiję, który 
choć w części oddawałby przymioty jej charakteru, 
musiałby dysponować większą ilością trunku. Podjął 
jednak wyzwanie. Obrócił się do grupy słuchaczy, 
którzy w napięciu oczekiwali jego przemowy. 

- Raija - wydeklamował nieomal - jest cudowna. 

Jego słowa przyjęto z aplauzem. 

- Piękna - ciągnął rozochocony Reijo. 
Nowy wybuch entuzjazmu. 
- I mądra. Diabelnie mądra. I jest miła, rozumie 

mnie. Gospodarna. Dobra kobieta, mówię wam, do­
bra kobieta... 

Tamci czekali na coś, ale Reijo zakończył pean po­

chwalny. Jeden z mężczyzn wychynął z tłumu i spy­
tał szeptem: 

- A w łóżku, człowieku? Jaka jest w łóżku? 
Reijo zaczerwienił się lekko. Miał dziewiętnaście 

lat, był już mężczyzną i takie pytania nie powinny 
przyprawiać go o rumieniec, ale przecież nie mógł od­
powiedzieć, że nie żyje z Raiją. Momentalnie stracił-

172 

background image

by ich szacunek, a w tej chwili na niczym innym bar­
dziej mu nie zależało. 

- Wspaniała - odrzekł i ponownie się zaczerwienił. 
Odpowiedź wywołała znaczące uśmiechy. To jed­

no słowo i barwa policzków Reijo wystarczyły, by 
każdy z mężczyzn dopowiedział sobie resztę. Wie­
dzieli o tym od dawna: Raija nie była zwykłą kobie­
tą. Zwłaszcza w łóżku. 

Zanim przyszła kolej następnego chwalipięty, zrzu­

cono się na butelkę gorzałki. Kupiec z Tromso nie 

wróci do domu z towarem, to jedno było pewne. 

Nikt nie zauważył braku Isaka. Zniknął bezszele­

stnie, zanim zaczęli przepijać do swoich ukochanych. 

Z uśmiechem, który nie zwiastował nic dobrego, 

ruszył na północny wschód wzdłuż rzeki. 

Wypito jeszcze morze wódki. Zmierzchało już, 

kiedy na placu pojawiła się ubrana na czarno kobie­
ca postać owinięta brązowym szalem i ciągnąca za so­
bą zapłakane dziecko. 

Tylko w nielicznych straganach panował ruch. 

Targowisko pustoszało z wolna, ślady reniferów, ko­

ni i sań rozbiegały się w kierunku gór na południu 
i fiordu na północy. 

Nieliczni mieszkańcy osady kręcili się jeszcze 

w pobliżu. Kiedy Raija ukazała się na skraju lasu, 
spojrzeli znacząco po sobie; wiedzieli, w jakim stanie 
jest Reijo. Pojawienie się dziewczyny przyjęli pogar­
dliwymi uśmieszkami. Raija Alatalo musiała być bar­
dzo zdesperowana, skoro przyszła po syna Anttiego 
z cypla. Pewnie się bała, że młodzieniec znajdzie so­
bie lepszą partię niż wdowa w zaawansowanej ciąży 
i z dwójką dzieci. 

173 

background image

Uśmiechy zamarły, kiedy ujrzeli ją z bliska. Oczy 

Raiji błyszczały gorączkowo w nienaturalnie bladej 
twarzy, widać było, że płakała. Drżącym głosem za­
pytała o Reijo. 

Nikt nie ośmielił się zażartować. Powstrzymali się 

od złośliwych uwag, które mieli na końcu języka. Kil­
ka rąk wskazało grupkę straganów na południowym 

skraju placu, który graniczył z sosnowym zagajnikiem. 

Najodważniejsi zarzucili ją pytaniami, ale Raija nie 

odpowiedziała. Ciągnąc za sobą płaczące i wyrywają­
ce się dziecko, pobiegła we wskazanym kierunku. 

- Czy to nie mała od Evy i Fredrika? - spytał któ­

ryś, a pozostali potwierdzili, kiwając głowami. 

- Przecież ma jeszcze jedno dziecko? 

Ma, przyznali i ruszyli gromadnie za Raiją. Zapo­

wiadało się niezłe widowisko, prawie tak dobre jak 
pijacka bijatyka, która zazwyczaj kończyła jarmark 
i na którą, po prawdzie, czekali. 

Za budami mężczyźni ustawili pod ścianą ławę 

z pieńków, ale mało który potrafił zachować pionową 
postawę. Niektórzy pogrążeni byli w niespokojnej 
drzemce, inni, dopijając resztki z butelek, opowiadali 
grube dowcipy, które śmieszyły wyłącznie ich samych. 

Reijo wspierał się ciężko o ramię Pedera. Bełkotał 

coś pod nosem, ale wciąż zachowywał przytomność. 

Najpierw zobaczył czarny skraj jej sukni, potem je­

go przyćmiony umysł przeszył krzyk Elise. Podniósł 
ociężale głowę i z trudem uchwycił spojrzenie Raiji. 

- Mój kwiatuszku... - wymamrotał i wyciągnął do 

niej ręce. 

Raija cofnęła się, wpadając na tłumek ciekawskich, 

który podążał za nią. Oszczędziła im widowiska. 

174 

background image

Głosem wezbranym pogardą powiedziała tylko: 

- Do niczego mi się nie przydasz, Reijo Kesaniemi. 
Z jej oczu popłynęły łzy. Płakała z bezsilności 

i wściekłości. Nieomal po omacku ruszyła dalej, przez 
plac, wzdłuż brzegu, ku cyplowi, gdzie stał samotny 
domek z bali. Do Anttiego. Jemu mogła zaufać! 

Reijo potrząsnął głową, co przyprawiło go o mdło­

ści, i spojrzał za dziewczyną. Dręczyło go przeczu­
cie, że coś jest nie w porządku. Minęło parę minut 
od chwili, gdy Raija i Elise zniknęły w mroku, kie­
dy Reijo zrozumiał. Wyprostował się gwałtownie 
i ześlizgnął się z pieńka. Pozostali w ogóle tego nie 
zauważyli. 

- Maja! - ryknął. Jego mózg wciąż pracował na 

zwolnionych obrotach. - Gdzie, do diabła, jest Maja? 

Towarzysze pijackiej biesiady nie odpowiedzieli. 

Jeśli któryś z nich zrozumiał pytanie, to i tak uznał 
je za mało ważne. 

Reijo usiłował wstać, ale nogi odmówiły mu posłu­

szeństwa. 

Był kompletnie pijany. Spocony leżał na śniegu, 

opierając się policzkiem o kolano Pedera. 

- Maja - bełkotał nieustannie. Po policzkach spły­

wały mu łzy. Załkał i znów wykrzyknął imię dziew­
czynki: - Maja...! 

Nikt się nie zainteresował. Gromada gapiów roze­

szła się, kiedy spotkanie Raiji z kochankiem, bo tak 
traktowali Reijo, nie zakończyło się awanturą. Jego 
krzyki przyjęli za zwyczajny pijacki bełkot i nie przy­

wiązywali do niego żadnej wagi. Nikt nie miał ocho­
ty wszczynać kłótni z pijakiem. 

175 

background image

Reijo obudził się, ktoś potrząsał nim gwałtownie. 

Całą twarz miał w śniegu. Splunął, żeby usunąć śnieg 

z ust. 

Utrzymywał się na nogach tylko dlatego, że nie­

zdarnie wspierał się o drewnianą ścianę straganu. 
W głosie ojca nie było współczucia. 

- Do diabła, chłopcze! Właśnie teraz musiałeś się 

upić? 

Reijo zmusił się do rozwarcia powiek, chociaż naj­

chętniej położyłby się i zasnął. 

- Maja - wykrztusił. 
Antti pchnął go bezlitośnie na ścianę. 
- Maja zniknęła - powiedział. - Elise twierdzi, że 

widziała brzydkiego człowieka. Bawiły się razem na 
dworze. Raija czuła się bezpieczna, od ostatnich zda­
rzeń minęło sporo czasu. To zapewne sprawka Isaka. 
Teraz mu nie daruję! 

- Ja... - zaczął Reijo, ale język odmówił mu posłu­

szeństwa. 

- Nie mogłeś się upić w gorszym momencie! - wes­

tchnął ojciec. - Wracaj do mojego domu, choćbyś 
miał się czołgać całą drogę. Wytrzeźwiej. Raija po­
trzebuje twojej obecności. Jest wyczerpana, a Elise hi­
steryzuje. Wracaj do domu, chłopcze! 

Reijo skinął głową. Zbierało mu się na wymioty, 

ale zdołał się opanować. Wsparł się ciężko o ścianę, 
a Antti ruszył biegiem w ciemność. 

W głowie Reijo kołatała się jedna myśl: Maja znik­

nęła. Zawiódł Raiję... 

Łapczywie wciągał w płuca zimne powietrze. Po­

wiał silny wiatr i mróz się wzmógł. Reijo miał szczę­

ście, że nie zasnął. 

176 

background image

Oderwał się od ściany, zakołysał niebezpiecznie, 

ale mobilizując całą siłę woli, utrzymał równowagę. 

Świat zawirował, ale Reijo zdołał wyznaczyć so­

bie cel wędrówki - nikłe światełko z domu na cy­
plu. 

Ruszył powoli. Co chwila w brutalny sposób wra­

cała mu świadomość, kiedy twarzą padał w śnieg. 
Wrodzony upór, siła charakteru i sprawność fizycz­

na kazały mu się za każdym razem podźwignąć 
i brnąć do przodu. I z każdego upadku podnosił się 
odrobinę trzeźwiejszy. Nie miał pojęcia, ile minęło 
czasu, kiedy stanął na progu ojcowskiego domu. 

Potknął się o próg i wtoczył się do ciepłej izby. Ra-

ija o twarzy białej jak papier siedziała na ławie przy 
stoie. Elise spała. 

Raija skierowała na niego spojrzenie pełne rozpa­

czy. Spodziewał się znaleźć w nim pogardę, zamiast 
tego dostrzegł przejmujący smutek i  b ó l Wiedział, 
jak wiele znaczyła dla niej Maja. Ukochane dziecko, 
córka Mikkała. 

- Zrobiłam ci kawy - powiedziała beznamiętnie. 
Reijo zatoczył się w kierunku paleniska, na którym 

stał garnek z kawą. Napełnił kubek gorącym, moc­
nym napojem i wypił wszystko kilkoma łykami. 

Opróżniwszy zawartość garnka, poczuł się na tyle 

dobrze, by wysłuchać jej relacji. Było tak, jak powie­
dział ojciec. Raija uznała, że dzieciom nic nie grozi, 
i pozwoliła im na zabawę w śniegu. Od złych wyda­
rzeń minęło sporo czasu. Trwał jarmark, wszyscy 
przebywali na placu. 

Siedziała w izbie, porządkując rzeczy dla maleń­

stwa, które miało się narodzić. Drzwi na zewnątrz by-

177 

background image

ły zamknięte i nie usłyszała krzyku dziewczynek. 
Zrozumiała, że stało się coś złego, dopiero wtedy, kie­
dy do izby wpadła Elise i nieskładnie, przez łzy, za­
częła opowiadać o jakimś złym człowieku. Brzydkim 
człowieku. Raija wybiegła przed dom i nie znalazła 
córki. Elise zdołała wykrztusić, że brzydki mężczy­
zna porwał Maję. 

W rozpaczy Raija ruszyła za śladami, ale doprowa­

dziły ją one do ścieżki zdeptanej wieloma stopami. 
Biegała tam i z powrotem, wykrzykując imię córecz­
ki, ale jedyną odpowiedzią było złośliwe wycie wia­
tru pośród drzew. Wtedy ruszyła na plac targowy. 
Biegła trzy kilometry, ciągnąc za sobą Elise, kawał 

drogi dla ciężarnej kobiety. 

- Żeby tylko nic się jej nie stało! 

Raija zacisnęła kurczowo dłonie. Z jej zaczerwie­

nionych oczu wciąż płynęły łzy, a głos drżał. Reijo 
chciał ją przytulić, ale się nie odważył. Zawiódł ją. 

Oddał się pijaństwu i teraz nie miał dość sił, by 

szukać córki Raiji. Maja - mała, niewinna istota, któ­
rą tak kochali. Mógł przysiąc, że to sprawka Isaka. 
Pamiętał jak przez mgłę, że Isak dość wcześnie odłą­
czył się od gromady. Wtedy nie zwrócił na to uwa­
gi. Co za głupota! Może któreś z jego słów pchnęły 
Isaka do działania. 

Może sama obecność Reijo na jarmarku wyzwoli­

ła w tamtym szatańskie myśli. Zorientował się, że Ra­
ija jest sama i nikt jej nie chroni. 

Reijo raczył się gorzałką, a Isak wykorzystał szan­

sę. Reijo czuł się podle. Nigdy nie zdoła naprawić 
błędu. 

Jeśli Mai stanie się krzywda... 

178 

background image

Nie miał odwagi myśleć o tym. Wiedział jedynie, 

że nigdy by sobie tego nie wybaczył. Postanowił od­
tąd zmienić swój stosunek do alkoholu. Czuł się taki 
dorosły, kiedy trunek drapał go w gardło i palił w żo­

łądku. Teraz już wiedział, że to nie były myśli godne 

mężczyzny, tylko naiwne mrzonki głupca. 

Reijo zaklął po fińsku, jakby chciał przydać sło­

wom więcej wagi, choć w tej sytuacji przekleństwa na 

niewiele się zdały. Nagle przerwał niespokojny marsz 
po izbie. 

Dostrzegł wykrzywioną bólem twarz Raiji, prze­

straszone oczy, kropelki potu u nasady czarnych 

włosów. 

Otworzył usta, ale nie wydobył z nich żadnego 

dźwięku. 

Raija uśmiechnęła się słabo i odrzuciła kosmyk 

włosów z czoła. Nieznacznie skinęła głową. 

- Mam bóle - szepnęła. - Dziecko urodzi się wcześ­

niej... 

- Wielki Boże! 
Reijo osunął się na ławę i patrzył na nią z przera­

żeniem. 

- Wszystko w tym samym czasie - dodał, zdumio­

ny spokojem Raiji. 

Miała, zdaje się, zamiar urodzić przy kuchennym 

stole. Co począć? Skąd sprowadzić pomoc? 

Podniósł się niezdarnie. 

- Muszę znaleźć jakąś kobietę - wykrztusił i ruszył 

ku drzwiom. 

Mała dłoń chwyciła go za ramię. Raija zatrzymała 

go, przywarła do niego, nie chciała puścić. 

- Nie zostawiaj mnie, Reijo! Tak się boję... 

179 

background image

- Doprawdy, potrafisz mnie uspokoić - odrzekł 

i usiadł. 

Na jej ustach pojawił się blady, smutny uśmiech. 
- Nie tego się boję. - Poklepała się po brzuchu. -

Kiedy przyjdzie właściwy czas, wszystko pójdzie do­
brze. Boję się o Maję. Co on może jej zrobić? 

Reijo nie odpowiedział. Sam się nad tym zastana­

wiał, też się bał. 

Zmienił temat. 
- Ojciec ją znajdzie - stwierdził z przekonaniem. -

Nigdy nie przyjmowałem porodu. Nie dam sobie ra­
dy, Raiju. 

Jego przerażenie było aż nadto widoczne. 
Znowu się uśmiechnęła i lekko dotknęła jego ra­

mienia. 

- Zajmę twoje łóżko, Reijo. Powiem ci, co powi­

nieneś zrobić, zanim się zacznie. Mamy jeszcze dużo 
czasu. 

Reijo brakowało jej pewności siebie. Kobiety wie­

działy wszystko o rodzeniu dzieci, on nic. Mężczyzn 
trzymano od tych spraw z daleka. Byłaby niezła sen­
sacja, gdyby wyszło na jaw, że pomógł dziecku Raiji 
przyjść na świat. 

Potrzebowała go jednak i tylko to się liczyło. Bar­

dziej przyda się jej tutaj, niż krążąc w pijanym wi­
dzie po okolicy. 

- Zagotuj wodę - powiedziała. - Wrzuć żar do garn­

ka. Trochę soli. I nożyce. Znajdź czystą bieliznę. Mo­
że masz koszulę, z której wyrosłeś? Wsuń nóż pod 
poduszkę... 

Reijo skinął głową. Odpiął nóż od pasa i położył 

na stole. Stal odgania złe moce. 

180 

background image

- Nie wierzysz w Boga, Raiju? 

Spojrzenie, jakie mu posłała, było twarde jak klin­

ga noża. 

- A powinnam? - spytała. 
Nie odpowiedział. Może miała rację. Życie nie 

przyniosło jej wiele dobrego i ta noc niczego nie 
zmieniała. Urodzi drugie dziecko, ale żadne z nich nie 
wiedziało, czy nie straci pierwszego... 

background image

13 

Urodził się w ciemną listopadową noc, niebiesko­

oki, z jasnymi loczkami na głowie, rozkrzyczany i ka­
pryśny. 

Dziewiętnastoletni Kwen pomógł mu przyjść na 

świat, przyjął go trzęsącymi rękoma, zlany potem, 
z przerażeniem wymalowanym na twarzy. 

- To się nie uda! - powtarzał Reijo raz po raz 

w trakcie porodu. 

Gdyby Raija nie rodziła wcześniej, podzielałaby je­

go obawy. 

Zdyszanym głosem tłumaczyła mu, co ma robić, 

przeklinając swój los po fińsku. W chwilach najo­
strzejszego bólu przechodziła na lapoński. 

W innej sytuacji Reijo by się roześmiał. Nie spo­

tkał nikogo, kto by znał tyle soczystych określeń 

w różnych językach. 

Teraz nie było mu do śmiechu. Stał nachylony, 

podwinął rękawy koszuli, odsłaniając muskularne 
przedramiona, nie wiedząc, co począć z niezdarnymi 

dłońmi. Cierpiał wraz z Raiją, jakże chętnie ująłby jej 
bólu. Złapał się na zdziwieniu, że dziecko rodzi się ta­
kie duże, usiłował wyobrazić sobie ukłucia bólu, na­
wracające fale cierpienia i coraz mniej rozumiał kobie­
ty. Gdyby choć raz przeszedł przez taką mękę, nigdy 
nie zdecydowałby się na to ponownie. To był najgor-

182 

background image

szy kac w jego życiu - tego jednego mógł być pewien. 
Spełniać funkcję akuszera, kiedy ręce drżą jak w go­
rączce, a głowa odmawia posłuszeństwa... 

I myśleć o drugim dziecku Raiji, o Mai, która znik­

nęła.,. 

Unikał słów „na zawsze", choć same cisnęły się mu 

na usta, 

Jeśli Raija utraci Maję... 

Nie narodzone dziecko stawało się przez to jeszcze 

ważniejsze, choć przecież każde dziecko jest ważne 

przez sam fakt istnienia. Reijo dotkliwie odczuwał 

własną bezradność. Zamknął oczy i czekał na cud, 

kiedy z ust Raiji wydobył się krzyk niepodobny do 
poprzednich. Dotąd była dzielna, zagryzała wargi do 
krwi i z rzadka pojękiwała. 

W wyobraźni Reijo poród jawił się jako koncert 

nieustających postękiwań i wrzasków. 

Ukazała się czerwona główka. Reijo zatoczył się 

i nic nie usłyszał, choć widział, jak wargi Raiji ukła­
dają się w słowa. Nachylił się instynktownie i objął 
główkę dziecka. 

Ciało Raiji wygięło się, jej twarz błyszczała od po­

tu. Poiawiły się ramiona niemowlęcia. Reijo był jak 
w transie. Doświadczał cudu narodzin i wiedział już, 
że od tej chwili pragnie ponosić odpowiedzialność za 
to nowe życie. Pomógł maleństwu przyjść na świat, 
trzymał jego drobne ciałko w dłoniach... 

Przeciął pępowinę, tak jak mu Raija kazała, choć 

nie sprawiło mu to przyjemności. 

Potem umył niemowlę. Czuł, że jego ręce są za du­

że dla tego małego człowieka, ale chłopczyk nie pro­
testował. Pojawił się na świecie wśród krzyków, lecz 

183 

background image

teraz ucichł i pozwolił owinąć się w starą zniszczoną 
koszulę. 

Raija była wykończona. Strach o Maję, trudy dłu­

giego marszu do wioski z Elise, przedwczesny poród 
- wszystko to wyczerpało jej siły. 

Nie potrafiła zdobyć się na uśmiech, kiedy Reijo 

podał jej synka. Pogłaskała go palcem po policzku. 

Reijo poczuł łaskotanie w gardle, najchętniej roz­

płakałby się na ten widok, ale jakoś się opanował. 

Miał zamiar zachować to wspomnienie na chwile 

samotności. 

- To syn Kallego, taki sam jak Kalle! - powiedział. 
Raija uniosła wzrok, a po jej twarzy przemknął 

cień zawodu. 

- A czego się spodziewałeś? Mikkal dał mi Maję. 

To jest syn Kallego, Knut. 

Położyła dziecko obok siebie na łóżku. Patrzyła, 

jak zasypia, ale sama czuwała. 

Reijo sądził, że już po wszystkim, i zdawało się, że 

na widok pojawiającego się łożyska padnie trupem. 
Otworzył usta, ale nie wydobył z nich żadnego 
dźwięku. 

- Tak ma być - stwierdziła. - Wyrzuć to. Zapakuj 

w coś i wyrzuć. 

Reijo nic nie rozumiał, ale posłusznie owinął krwa­

wą masę w jakąś brudną szmatę. Niechętnie podniósł 

pakunek i wyszedł z nim w noc. Wyrzuć, powiedzia­
ła. Ale gdzie? 

Do piwnicy z nawozem? Ten pomysł nie przypadł 

mu do gustu. Znalazł stary parciany worek, włożył 
do niego zawiniątko i dorzucił parę kamieni. 

Zszedł do łodzi, odpłynął na piętnaście uderzeń 

184 

background image

wiosła od brzegu i opuścił tę tajemniczą, zakrwawio­

ną rzecz w głębiny. Kiedy wciągał łódź na brzeg, był 
zupełnie trzeźwy. Niech Bóg da, by nigdy już nie mu­
siał przyjmować porodu! 

Wszedł bezszelestnie do domu, spodziewając się 

ujrzeć - matkę śpiącą z nowo narodzonym dzieckiem 
na ramieniu. 

Chłopczyk spał, ale Raija siedziała na łóżku, obej­

mując Elise. 

Dziewczynka zacisnęła piąstki na włosach Raiji, 

kurczowo ściskała czarne loki opiekunki, a jej ciałem 

wstrząsało łkanie. 

- Myślałam, że umrzesz! - wykrztusiła pomiędzy 

kolejnymi spazmami płaczu. 

Dotąd nie wracała do złych wspomnień, nie roz­

mawiała ani o ojcu, ani o matce, choć Raija i Reijo 

wiedzieli, że ich pamięta. Teraz długo skrywane lęki 
powróciły z całą mocą. 

- Mama była gruba... jak ty, matko Raiju - szlocha­

ła Elise. 

Reijo zatrzymał się przy drzwiach, bojąc się, że 

swoją obecnością zamknie małej usta. Dziewczynka 
nie zwracała jednak uwagi na niego. Jej świat mieścił 
się teraz między ramionami Raiji. Raiji, która nie 
umarła! 

- Mama nie żyła. Nie rozmawiała ze mną. Krzy­

czałam do niej, dotknęłam jej, ale była jakaś dziwna. 
I twarz miała dziwną. I oczy... To było okropne. Po­
tem zrozumiałam, że nic nie mówi, bo umarła. Tak 
się bałam. Myślałam, że też umrzesz. W oborze jak 
mama. Bałam się, że pójdziesz tam sama... 

Raija i Reijo wymienili spojrzenia. Zrozumieli, dla-

185 

background image

czego Elise tak chętnie ostatnio doglądała zwierząt. 
Zrozumieli i poczuli ból w sercach. 

Po policzkach Raiji toczyły się łzy. Na chwilę za­

pomniała o Mai, przez tę jedną chwilę nie było waż­
niejszej rzeczy niż wyjaśnienie tej małej dziewczynce, 
że ludzie nie umierają tylko dlatego, że spodziewają 
się dziecka. 

- Byłam gruba, żebyś ty i Maja miały małego bra­

ciszka - wyjaśniała łagodnie, gładząc Elise po jasnych 
włosach. - Mama nie umarła dlatego, że była gruba. 
Spodziewała się dziecka, ale Bóg zabrał ją do siebie, 
bo jej potrzebował. Mama nie zachorowała i nie 
umarła przez dziecko. Tak po prostu musiało być. Te­
raz jesteś z nami i masz brata. Chcesz mu się przyj­
rzeć? jest piękny. Dałam mu na imię Knut... 

Zagadywała dziewczynkę. Elise uspokajała się 

z wolna, pociągnęła nosem, otarła twarz i zapłakane 
oczy i wspięła się na kolana, by się przyjrzeć niemow­
lęciu. 

- Jest taki mały - stwierdziła po chwili z lekkim 

rozczarowaniem w głosie. 

Skoro już miała brata, to mógłby być nieco więk­

szy. Z tego malca nie będzie dużego pożytku, to zro­
zumiała od razu. Z kimś takim trudno się bawić. 

- Gdzie jest Maja? - spytała, wstając. Dostrzegła 

Reijo i skierowała pytanie do niego. 

Jasny dziecięcy głosik wyraził to, o czym wszyscy 

myśleli. Raija skuliła się pod futrzaną narzutą i zbla­
dła. Reijo poczuł, jak bardzo jest bezradny. 

- Maja jest z Anttim - powiedział powoli. - Jest 

u mojego ojca. Z pewnością już śpi. Ty też musisz się 
położyć. Maja wróci jutro. 

186 

background image

Miał nadzieję, że się nie myli. Elise uspokojona 

wsunęła się do łóżka Anttiego. 

Reijo wiedział, że tej nocy nie zmruży oka. Usiadł 

przy stole, wsparł głowę na dłoniach, i zaczął się mo­
dlić, unikając wzroku Raiji. 

- Nie możesz tam teraz iść - przerwała mu Raija, 

znów czytając w jego myślach. - To nic nie da. Jest 
za ciemno. Nie chcę zostać sama i niepokoić się tak­
że o ciebie... 

Podniósł głowę i spojrzał na nią płonącym wzrokiem. 
- A więc mimo wszystko coś dla ciebie znaczę? 
- Oczywiście - odrzekła lekko obrażona. - Jesteś 

tutaj moim najbliższym i najlepszym przyjacielem. 

Westchnął cicho. Tutaj. To małe słowo brzmiało 

jak obelga. Wiedział jednak, że nie mogła ofiarować 
mu nic więcej. 

Tutaj. 
Znał doskonale najbliższego i najlepszego przyja­

ciela Raiji i nie potrafił go nienawidzić. 

W tej chwili Reijo nienawidził tylko samego siebie. 

Wciąż była noc, kiedy Reijo zamknął za sobą drzwi 

i ruszył przed siebie. 

Pojaśniało już jednak na tyle, że wyraźnie widział 

ścieżkę. Zanim dotrze do domu Raiji nad rzeką, wsta­
nie świt. 

Nie miał planu. Nie wiedział, w którym kierunku 

pójść, gdzie i czego szukać. 

Bał się. Ojciec powinien był wrócić dawno temu. 

Poprzedniego wieczora, może w nocy. 

Las szeptał do niego w tajemniczym języku, które­

go Reijo nie rozumiał. 

187 

background image

Trzymał się brzegu rzeki, oddalając od zabudowań. 

Pomyślał, że tym szlakiem ruszyłby ktoś mający złe 
zamiary. 

Nie patrzył na ślady, ścieżka w tym miejscu roz­

szerzała się i była zdeptana przez ludzi i zwierzęta. 

Goście, zaludniający osadę przez ostatnie dni, zdą­
żyli już ją opuścić, większość z nich tą właśnie dro­
gą. Reijo miał przeczucie, że ojciec zmierzał w tym 

samym kierunku. A przed nim... Nie, nie wolno 
o tym myśleć. 

Jego oczy lustrowały badawczo ścieżkę, ale nie 

mogły odróżnić pojedynczych śladów. Dopiero kilka 
kilometrów od domu, w miejscu gdzie ścieżka styka­
ła się z rzeką, dostrzegł ślad oddzielający się od szla­

ku ku Laponii. 

Serce załomotało mu w piersiach. Było zimno, 

mróz szczypał w policzki, ale Reijo nic nie czuł. Tyl­
ko jedno go zajmowało. Ślady. 

Należały do dwóch osób. Dwóch mężczyzn. Jedne 

były głębsze. 

Wszystko się zgadzało. Isak ważył więcej niż Ant-

ti i niósł dziecko. 

Strach ścisnął mu gardło, wzrok stężał, dłonie za­

cisnęły się w pięści. 

Obraz, jaki czekał go w miejscu, gdzie podwójny 

ślad się kończył, miał na zawsze zapaść mu w pamięć, 
prześladować w koszmarnych snach i do końca życia 
napełniać poczuciem winy. 

Gdyby się nie upił, może by do tego nie doszło. 
Reijo zatrzymał się i rozejrzał dokoła. Wprost ze 

śniegu wyrastało ciemne, groźne zbocze górskie, 
gdzieniegdzie stały nagie brzozy pokryte szadzią, 

188 

background image

w której odbijało się światło wstającego dnia. 

N a d jego głową stalowe zimowe niebo. 
Na bieli śniegu krew. 
Reijo wiedział, że odtąd na zawsze znienawidzi 

czerwień. Będzie przywoływała na pamięć ten obraz, 
przypominała o krwi. Zrobiło mu się słabo, ale mu­
siał postawić jeszcze kilka kroków. 

Przy skalnym zboczu leżał człowiek ubrany tak, jak 

Reijo go zapamiętał, w czarne liche spodnie z wełny, 
pocerowane w wielu miejscach, i gruby szaro-biały 
sweter. Obrzmiałe ciało rozciągnięte było na śniegu 

w nienaturalnej pozycji. 

Jasną grzywę włosów pokrywał szron, zmrożone 

kosmyki zwisały wokół okrągłej jak księżyc twarzy, 
z której spozierały nic nie widzące szkliste oczy. 

Twarz zastygła w przerażającym grymasie nienawi­

ści, bólu i szaleństwa. 

Rana biegnąca od skroni do podbródka nadawała 

trupowi groteskowy wygląd. 

Sweter na piersi zbroczony był krwią, śnieg wokół 

zlany czerwienią. Krew cieplejsza od białych kryształ­
ków rozpłynęła się na boki, tworząc rdzawe wzory 
we wszechobecnej bieli. 

W dłoni wciąż ściskał nóż o długiej klindze, jakie­

go używa się do szlachtowania zwierząt. 

Reijo wzdrygnął się, ale jednocześnie poczuł ulgę. 

Ten człowiek nikomu już nie wyrządzi krzywdy. 

Isak był zimny jak lód. 
Reijo zrobił kilka kroków, nogi miał jak z ołowiu. 

Parę metrów dalej, połączony z Isakiem strużką krwi, 
leżał ojciec. Ślady na śniegu opowiadały historię, Ant-
ti czołgał się na czworakach, aby oddalić się od Isaka. 

189 

background image

Może bał się, że tamten jeszcze żyje. Może szukał Mai. 

Reijo widział ślady brutalnej walki. Głębokie wy­

rwy w śniegu, którego fontanny zatrzymały się na 
skale, czerwone strużki zakrzepłej krwi na kamieniu 
i na ziemi. Za nieruchomą sylwetką ojca ślady drob­
nych stopek, rozbiegające się niespokojnie we wszy­
stkich kierunkach jak tropy spłoszonego zwierzęcia. 
Reijo pojął, że walka musiała przerazić Maję, ale zna­
ki na śniegu głosiły radosną nowinę. Dziewczynka ży­
ła! Serce Reijo wezbrało radością. 

Nie myślał o tym, że noc była długa i mroźna. Nie 

chciał myśleć o tym, że małe dziecko samotnie prze­
mierzało las w tę listopadową noc. 

Żyła poprzedniego wieczora, ale czy przetrwała? 

Reijo zamierzał ruszyć śladami Mai, najpierw jednak 

przykucnął przy skulonym ciele ojca. 

Przeniknęła go fala czułości. Mógł wyobrazić so­

bie, jak Antti się kuli, by utrzymać ciepło i zatamo­

wać upływ krwi. 

Nie użyli pięści, od razu poszły w ruch noże. Za­

krwawione pobojowisko świadczyło o tym aż nadto 
wymownie. 

Ojciec, który był mu rodzicielem i przyjacielem 

jednocześnie. Ojciec, który tyle wiedział, tyle go na­
uczył, skała i opoka, nie żył... 

Wysunął dłoń z rękawicy i łagodnie pogłaskał za­

krwawiony policzek.  N ó ż Isaka zostawił na nim taki 
sam ślad, jak kiedyś nóż Mikkala na policzku Isaka. 
Twarz Anttiego była sztywna, ale dotyk zrobił swoje. 

Ten, którego Reijo uznał za martwego, otworzył 

wolno powieki. 

Reijo upadł na kolana, nie wierząc własnym oczom. 

190 

background image

W Anttim Kesaniemi wciąż tliło się życie. 

- Poika... Chłopcze... 

W lodowatych objęciach śmierci wargi Anttiego wy­

szeptały to słowo w ojczystym języku. Reijo ujął dłonie 
ojca i zaczął na nie chuchać, chował je pod kaftan, by 
tchnąć w nie choć odrobinę ciepła. Antti nie czuł już nic, 
ani bólu. ani dotyku synowskich rąk. Poruszył z trudem 

wargami, dobywając z siebie ledwie słyszalny szept. Re­

ijo wpił się wzrokiem w usta ojca, zgadując, co mu chce 
przekazać. Zdawał sobie sprawę, że Antti umiera i nic 
nie może zatrzymać go po tej stronie granicy między ży­
ciem a śmiercią. Stał u progu nieskończoności. Mimo to 
Reijo nie puszczał pomarszczonych i lodowatych rąk oj­
ca, tarł je w swoich dłoniach, nie odwracając spojrzenia 

od twarzy człowieka, którego tak ukochał. 

- Znalazłem go - wyjąkał Antti. - Policzki Mai. 

Włosy. Przeklęty nóż... 

Reijo zmartwiał, ale nie powiedział ani słowa. Oj­

ciec miał niewiele czasu. To cud, że wciąż trzymał się 
życia. Czyżby czekał, by mu to przekazać? Czekał na 
przybycie syna? 

- Musiałem... go zabić. On albo ja. Raija... 
- Raija ma się dobrze - wyrzekł szybko Reijo, kie­

dy ojciec chrapliwie nabierał powietrza. Sądził, że 
chce o nią zapytać. - Urodziła syna w nocy. 

Antti zdawał się go nie słuchać. Oczy skierowane 

na syna nic nie widziały. Zawędrował już tam, gdzie 
rozum ludzki nie sięga. Wciąż jednak miał coś do 
przekazania. 

- Dla niej. Tylko dla niej. Zawsze dla niej. Raija... 
Teraz dopiero Reijo pojął sens słów ojca i jego ser­

ce wezbrało bólem. 

191 

background image

- To dla niej. Jestem... szczęśliwy... nigdy... jej nie 

mów o mojej... miłości... 

- Nigdy! 
Reijo ułożył wargi w to jedno słowo i miał wraże­

nie, że ojciec zrozumiał lub odczytał je z ruchu ust. 

To była obietnica, której nie można złamać. 

- Raija - powiedział jeszcze Antti Kesaniemi i wy­

zionął ducha. Zasnął na zawsze z uśmiechem na 
ustach. 

Zakrwawiony, poraniony, odszedł w śmierć, ale 

odszedł, uśmiechając się, ponieważ wspomnienie ko­
biety, którą kochał, ogrzewało jego duszę. Raija była 
światłem jego życia. 

Mikkal obdarował Raiję córką, Karl synem. Reijo 

dał jej opiekę. 

Lecz tylko Antti Kesaniemi oddał za nią życie. 
Nigdy nie miała się o tym dowiedzieć. Reijo był to 

winien ojcu. 

Nie okłamywał Raiji, ale teraz zamierzał to uczy­

nić. Powie, że przybył za późno. 

Położył martwe ciało na śniegu. Nie mógł już po­

móc ojcu. Teraz musiał ruszyć za śladem, który 
chwiejną linią biegł wzdłuż skał do lasu. W gąszczu 
pokrytych szronem gałęzi znajdzie może Maję. 

Musi ją znaleźć. Słowa ojca o nożu i dziecku prze­

raziły go. 

Odsunął myśli o Anttim w głąb świadomości. Re­

ijo nie mógł pozwolić sobie na to, by żal odebrał mu 
siły do działania. 

Ślad prowadził nierówną, chaotyczną linią. Dziew­

czynka musiała przeciskać się między drzewami, 

192 

background image

chwilami chodziła w kółko, biegła, potykała się 
i przewracała. Serce Reijo biło w oszalałym rytmie. 

Nigdzie nie dostrzegł plamek krwi na śniegu i za­

czął wierzyć, że ojciec się pomylił albo miał co inne­
go na myśli. Antti umierał i nie był w stanie mówić 
składnie ani myśleć jasno. Ból poplątał mu rozum. 

Reijo chciał w to wierzyć. 
Myśl o rannej dziewczynce, samotnie przemierza­

jącej las, przyprawiała go o szaleństwo. Liczyła sobie 
raptem półtora roku. 

Co mogło myśleć takie maleństwo? Nie wiedział, 

sam nie pamiętał wiele z okresu wczesnego dzieciństwa. 

Maja była rozpieszczona, większość czasu spędza­

ła w towarzystwie dorosłych. Raija zrobiła wszystko, 
by uchronić dziecko przed trudami i niebezpieczeń­
stwami życia. 

Reijo nie wiedział, czy małe dziecko'miało jakąś 

szansę przeżycia. Noc była mroźna. Myśl o zimnie 
najbardziej go przerażała, rozpraszała tę nikłą na­
dzieję, która towarzyszyła mu w drodze z cypla i roz­
kwitła na widok sznureczka śladów drobnych stóp 
na śniegu. 

Reijo ze strachem zastanawiał się, co znajdzie na 

końcu tego śladu, którym szedł na podobieństwo psa 
myśliwskiego lub dzikiego zwierzęcia ścigającego 
ofiarę. W duchu układał zdania. 

Słowa, które łagodnie przekazywały prawdę. Po­

cieszające słowa. 

Oczyma wyobraźni widział, jak wnosi dwoje 

zmarłych do domku nad rzeką. 

I zbija dwie trumny. Czy ojciec miał jakieś deski? 

Zwykle trzymał mały zapas. 

193 

background image

Musi być silny, by wspierać Raiję. Ta tragedia nie 

może jej złamać, zniszczyć. 

Utrata dwojga bliskich osób w tak krótkim czasie 

przekraczała granice ludzkiej wytrzymałości, ale jego 

Raija nie utonie w odmętach rozpaczy. 

Będzie przy niej, we dwójkę stawią czoło żałobie, 

obydwoje zapłaczą. 

Wywiezie ją z Lyngen, na północ, tropem marzeń. 
Może wreszcie przemieni chłopięce rojenia w rze­

czywistość. Może spełni to, o czym śnili on i Karl: 
znajdzie złoto i da Raiji wszystko, czego dziewczyna 
zapragnie.  N o , prawie wszystko... 

Reijo zatrzymał się zdezorientowany. Okolica wy­

dała mu się dziwnie znajoma. 

Bywał tu często, skrycie wymykając się z domu po 

skończonej pracy. 

W tę stronę wyruszali razem z Karlem co wieczór, 

dobywali narzędzi i dzień po dniu usiłowali wyrwać 
przyrodzie skarby, których zazdrośnie strzegła. 

Ślad prowadził w tym samym kierunku. Nieświa­

domie dziewczynka wybrała właściwą drogę. W górę, 
cały czas w górę... 

Jeśli nie zboczyła z obranego szlaku, miała szansę 

ocalenia... 

Serce Reijo biło jak oszalałe. Jeśli, jeśli... 

Wdrapał się na wierzchołek wzgórza i zobaczył śla­

dy prowadzące do zagajnika, który porastały sosny 
i brzozy. 

Zagajnik był rzadki i na tyle duży, że mierzące nie­

spełna metr dziecko mogło w nim zabłądzić i nie tra­
fić na drugą stronę. 

Razem z Karlem uznali, że miejsce jest idealne. Le-

194 

background image

żało w pobliżu rzeki. Widzieli ją doskonale, sami 
ukryci przed okiem przypadkowego wędrowca. 

Zbudowali pokrytą darnią chatę u podnóża zbo­

cza, gdzie nie docierał wiatr. 

Drzewa osłaniały ją przed spojrzeniami ciekaw­

skich, nie rosły jednak na tyle gęsto, by przesłonić 
wspaniały widok na okolicę. W tej chacie rodziły się 
chłopięce marzenia. Tutaj spędzali długie godziny, za­
stanawiając się, co poczną ze znalezionym złotem. 

Zycie nijak się ma do marzeń, pomyślał Reijo z go­

ryczą. Ślad po raz pierwszy biegł równą linią, prosto 
do wejścia do chaty. 

Reijo starał się uspokoić oddech, nie wpadać w hi­

sterię. 

Maja znalazła schronienie, miała dach nad głową. 

Reijo pamiętał jednak, że chata chroniła przed wia­
trem, ale darń nie mogła zatrzymać chłodu wciskają­
cego się tysiącem drobnych szczelin. Dawno nikt tu 
nie był, nikt nie uzupełnił ubytków świeżym torfem 
i mchem. Poza tym zawsze rozpalali ognisko. Maja 
nie potrafiła obchodzić się z ogniem. 

Ręka bez wahania odnalazła wejście. Darń pokry­

ta była szronem. Reijo wstrzymał oddech, podniósł 
prymitywną zasłonę służącą za drzwi i schylił się, aby 

wejść. Nie zasłonił otworu wejściowego, tak że słabe 

światło dnia mogło rozjaśnić wnętrze. 

Jego oczy z wolna przyzwyczajały się do mroku. 

Rozejrzał się wokół. 

Wszystko wyglądało jak za dawnych czasów, przy­

było tylko szczelin w poszyciu. W środku panował 
taki sam chłód jak na zewnątrz, ale dach i ściany two­
rzyły iluzoryczną namiastkę ciepła. 

195 

background image

Odważył się spojrzeć w najciemniejszy kąt i postą­

pił parę kroków do przodu. Chata była niewielka, wy­
starczająco duża na chłopięce potrzeby. Dawała im 
osłonę, kiedy pracowali ponad siły., by spełnić swe 
marzenia. 

Tej nocy stała się schronieniem dla Mai, dziecka, 

które obaj kochali, któremu obaj zastępowali ojca. 

Upadł na kolana przed skulonym ciałem i zamknął 

oczy. Modlił się. Czuł łzy płynące po policzkach, łzy 
ulgi, szczęścia, żalu i wściekłości... 

Owcza skóra, którą dawno temu zostawił w cha­

cie, uratowała życie córki Raiji. 

Przegniła i brzydko pachniała, ale zapewniła dziew­

czynce ciepło. 

Maja spała, owinięta w skórę, jej policzki były bia­

łe jak śnieg, ale słabe światło wpadające przez otwór 

wejściowy powiedziało Reijo, że ojciec się nie mylił. 
Teraz zrozumiał, dlaczego Antti musiał zabić Isaka. 

Isak, zaślepiony nienawiścią do Raiji, nie cofnął się 

przed najgorszą podłością. 

Użył noża. Oba policzki dziewczynki nosiły ślady 

nacięć. 

Obciął jej włosy, miejscami brutalnie kalecząc 

skórę. 

To musiało bardzo boleć. Reijo zobaczył zaschnię­

te łzy, zakrzepłą krew w nacięciach. 

Isak oszpecił dziewczynkę, naznaczył na całe życie 

tak, jak kiedyś sam został naznaczony przez jej ojca. 

Wypisał swą nienawiść na pulchnych policzkach 

dziecka. Reijo płakał. 

Powinien krzyczeć z radości, że ją odnalazł, ale nie 

potrafił. Wiara w nadprzyrodzoną moc, która miała 

196 

background image

baczenie na wszystkie ludzkie potrzeby, ta wiara 
w nim przygasła. 

To nie powinno było się wydarzyć. Wysoką cenę 

przyszło zapłacić za ocalenie dziecka. 

Zbyt wiele nieszczęść, by usunąć ze świata jedne­

go nikczemnika. Po Isaku nikt nie uroni łzy. Mai 
przyjdzie żyć z oszpeconą twarzą, tak dorastać i ko­
chać. Bóg raczy wiedzieć, ile goryczy przyniosą jej te 
blizny... 

Reijo złożył sobie nowe obietnice. Będzie chronił 

Maję przed złem tego świata. Zaopiekuje się nią, osło­
ni przed drwinami i szyderczym śmiechem. Obdarzy 
radością i pięknymi przedmiotami, które wynagrodzą 
jej krzywdę. 

Objął ją ramionami. Maja obudziła się z krzykiem 

i spojrzała na niego przerażonym wzrokiem. Jej wrza­
ski wypełniły chatę, wymachiwała rękoma. Usiłowa­
ła wyplątać nogi spod skóry, by go kopnąć. 

- Malutka, to ja, Reijo. Nie zrobię ci krzywdy. Nie 

ma już brzydkiego człowieka. Jesteś z Reijo. Już do­
brze... - Przemawiał do niej z aksamitną łagodnością. 

- Uspokój się, Maja. Zaraz się ogrzejesz, skarbie. 

Nikt cię już nie skrzywdzi, obiecuję. Wyjedziemy 
stąd, nigdy tu nie wrócimy... 

Jego słowa padały jak ciepły letni deszcz, przyja­

zne i kojące. 

Maja rozbudziła się całkiem. Szczękała zębami 

i płakała, tarła bolące policzki i krzyczała jeszcze 
głośniej, kiedy dotykała świeżych ran. Łzy zaczęły ją 
szczypać, rozpłakała się na dobre... 

W końcu jednak rozpoznała Reijo. 
Wyplątał ją ze skóry i schował pod kaftan. Tam by-

197 

background image

ło ciepło i sucho i ładniej pachniało. Maja nie stawia­
ła oporu, ale wciąż łkała żałośnie. 

Wyniósł dziewczynkę na światło dzienne i zoba­

czył, że rany wyglądają gorzej, niż przypuszczał. 

Poczuł ucisk w gardle. Łzy ponownie napłynęły mu 

do oczu, ale się powstrzymał. Nie było czasu na la­
ment, musiał być silny, musiał okazać się mężczyzną. 

Żyła mimo wszystko. Przyniesie Raiji żywe dziec­

ko. Wiedział jednak, że rany na twarzy małej będą dla 
matki ogromnym wstrząsem. Będzie cierpieć razem 
z Mają. 

- Reijoi - wyszeptała dziewczynka. Z westchnie­

niem objęła go drobnymi rączętami. 

Chciał jej powiedzieć, by schowała dłonie pod kaf­

tan, ale się powstrzymał. Maja czuła się bezpieczna. 

Wtuliła główkę w zagłębienie na szyi Rei jo. Oznaka 
zaufania ze strony okaleczonego dziecka. 

Była lekka jak drozd i równie bezbronna. 
- Wracamy do domu, do mamy i Elise, i do małe­

go braciszka - powiedział z wymuszoną wesołością. 
- Masz braciszka, Maju. Urodził się w nocy. Mama 
dała mu na imię Knut. Ładnie, prawda? 

Nie odpowiedziała, w ogóle nie zareagowała, tyl­

ko płakała, nie otwierając oczu. Desperacko ściskała 

go za szyję. 

Reijo przemawiał do niej, zastanawiając się, jakie 

okropne obrazy przemykały pod przymkniętymi po­
wiekami dziecka. 

Elise miała cztery lata i przez pół roku oswajała się 

ze strasznymi wspomnieniami. Minęło sześć długich 
miesięcy, zanim zdołała ubrać w słowa myśli, ko­
szmary i lęki, które ją prześladowały. 

198 

background image

Maja nie skończyła jeszcze dwóch lat. Na własnej 

skórze doznała przemocy, poczuła chłód stali na po­
liczkach. Reijo nie wiedział jeszcze, jakich innych 
krzywd doznała od Isaka. 

I nie wiedział, czy była świadkiem okrutnej walki 

dwóch mężczyzn. 

Nie miał pojęcia, jakie ślady w duszy małej zosta­

wi ucieczka przez ciemny las, samotność w zimnej 
chacie, ból... 

Jeśli Isak nie byłby martwy, Reijo z przyjemnością 

wysłałby go na tamten świat. 

Ominął zakrwawione pobojowisko przy skale i ru­

szył truchtem do cypla. Nie zatrzymał się w domu 
Raiji nad rzeką. Wiedział, że potrzebuje mnóstwa 
drobiazgów, ale teraz liczyła się tylko Maja. 

Najgorsza jest niepewność. 
Nie spała już, kiedy stanął w progu. Była blada, 

miała sińce pod oczyma, a jej włosy zwisały w nieła­
dzie. 

Reijo zatrzymał się w drzwiach, trzymając dziec­

ko w ramionach. 

Kiedy Raija podbiegła do niego, bez słów podał jej 

córeczkę. Zanim oswobodził się z uścisku małych 
rąk, Raija zdążyła przyjrzeć się Mai. 

Krzyknęła urywanie, ale zaraz mocniej przytuliła 

małą. Powstrzymała łzy. Jej oczy pociemniały. 

-- Nie żyje - powiedział beznamiętnie. - I ojciec nie 

żyje. Muszę iść po niego... 

Raija nie poruszyła się, tuląc śpiące okaleczone 

dziecko. Jej twarz zmieniła się na wieść o śmierci Ant-
tiego, ale skinęła jedynie głową. 

199 

background image

- Dziękuję, Reijo - wyszeptała. 
Kiedy zamykał za sobą drzwi, usłyszał: 
- I dziękuję ci, Antti... 

Reijo miał nadzieję, że ojciec, gdziekolwiek jest, 

wie już, że nie oddał życia na próżno... 

background image

14 

Nadmorska osada była w szoku. Wiadomości prze­

chodziły z ust do ust. Ludzie wzdrygali się na okru­
cieństwo zdarzeń, ale też na swój sposób ekscytowa­
li się nimi. 

Takie rzeczy rzadko miały miejsce. I to tuż po jar­

marku! Niesłychane, tyle sensacji w tak krótkim czasie. 

Kiwano głowami nad losem dwóch zabitych. Ci­

cho szeptano o tragediach spowodowanych wódką. 

Ci, którzy widzieli Reijo na placu targowym, opo­

wiadali własną wersję wydarzeń. O przybyciu Raiji 
w brązowym szalu zarzuconym na ramiona i z małą 

Elise. Powtarzali w kółko, że Reijo się źle zachował. 

Nie płakano po zmarłych. Isaka nikt nie lubił. Był 

nikczemnym człowiekiem, ale należał do społeczno­
ści. Jego rodzice nie żyli, a rodzeństwo nie szukało 
zemsty. 

Nie mieli powodów do dumy z brata, który nie raz 

okrył rodzinę wstydem i hańbą. Jak żył, tak i umarł. 

Ród Isaka miał przez lata nosić na sobie piętno jego 

występków i to najbardziej niepokoiło krewniaków. 

Zaś Antti Kesaniemi nie był jednym z nich. 
Przybył wprawdzie dawno i żył z nimi szmat cza­

su. Był nawet dobrym człowiekiem, ale chyba nie do 
końca. Inaczej nie spotkałby go tak okrutny los. No 
i pochodził z Kwenów. 

201 

background image

Zgodzili się zatuszować sprawę. Nie chcieli, by ob­

cy urzędnicy mieszali się do ich życia, takie sprawy 
załatwiało się we własnym gronie. Ziemia wciąż była 
skuta iodem. Nie można chować zmarłych, a zresztą 
do kolejnej wizyty pastora zostało sporo czasu. 

Zimową porą kładli zmarłych do trumien i czeka­

li do wiosny, by ich złożyć do poświęconej ziemi. Do­

stojnik w księżowskiej sukience nie dowie się, że tych 
dwóch nie ma prawa do godnego pochówku. Zadba­

ją o to, by dobrze zabić wieka. 

Skoro Reijo zajął się swoim ojcem, oni sprawią 

trumnę Isakowi. 

I wszyscy będą milczeć. 

Aie między sobą gadali o zdarzeniach nader chęt­

nie. Trzeba było znaleźć winnego. 

Raija. 

To od niej wszystko się zaczęło. Przed jej przyby­

ciem w wiosce panował ład i porządek, opowiadali 
ludzie, zapominając o dawnych swarach. 

Odgrzebywano stare wspomnienia. 
Peder zmarł zaraz, jak przyjęli Raiję. Kristina też. 

Wtedy wypadki potoczyły się jak lawina. 

Najpierw ten niepoczytalny Lapończyk oszpecił 

Isaka nożem. 

Marta odeszła z tego świata, kiedy Raija została jej 

synową. Kalle i Kristian zginęli na morzu, wreszcie 
Antti i Isak. Wszystko przez nią. I jeszcze ten mały 
bękart o pociętej twarzy... 

Przecież to nie Kalle ją spłodził. Maja poczęła się 

z grzechu i zasługiwała na karę. Teraz cały świat mógł 
ujrzeć jej matkę we właściwym świetle. 

Dobrze jej tak... 

202 

background image

Rai ja przeniosła się do domku nad rzeką. Nie lu­

biła mieszkać na cyplu. Góry przerażały ją swoją bli­
skością, doskwierało jej surowe morskie powietrze. 
Nienawidziła krzyku mew, który witał ją za progiem. 
Nie mogła znieść bezpośredniego sąsiedztwa wsi. 

Przed Bożym Narodzeniem podzieliła się swoim 

zamiarem z Reijo. Nie pytając wiele, przeniósł się ra­
zem z nią. 

Knut dorastał. Ku radości Reijo z rysów twarzy co­

raz bardziej przypominał ojca. 

Mieli za swoje plotkarze, którzy rozpowiadali 

o nowym bękarcie Raiji! 

Reijo nie wiedział, że ludzie nie zaprzątali już so­

bie tym głowy. 

Elise została prawą ręką Raiji. Wymawiała się od 

zabawy i chodziła krok w krok za przybraną matką. 

Naśladowała ją we wszystkim i wyrastała na praw­

dziwą gospodynię i troskliwą siostrę. 

Rany Mai zagoiły się, być może dzięki ziołowej 

kuracji matki. Blizny nie były tak wyraźne i szpecą­
ce, jak się obawiał Reijo, ale Isak zadał dziecku inne 
rany. 

Stało się lękliwe i płochliwe jak ptaki, które przy­

latują z wiosną. 

Darzyła zaufaniem matkę i Reijo, ale nawet siedząc 

u nich na kolanach, wodziła wokół przerażonym 
wzrokiem, napięta, gotowa do ucieczki. Nie powie­
działa ani słowa o wydarzeniach tamtej nocy. 

Kiedy minęło kilka miesięcy, usiłowali coś z malej 

wydobyć. Przemawiali do niej łagodnie, stawiali 
ostrożne pytania. 

W przedziwnych oczach Mai z miodową obwód-

203 

background image

ką wokół źrenic pojawił się strach. Ściągnęła buzię, 
jej wargi drżały, ale nic nie powiedziała. 

Zrozumieli wtedy, że jedynie pogarszają sprawę. 

Pytania nie uwalniały Mai od lęków, lecz kazały prze­
żywać na nowo koszmar tamtej nocy. Otwierały sta­
re rany. 

Pozwolili jej milczeć. Może zdoła zapomnieć. Nig­

dy już nie wracali do tych wspomnień. 

Tylko Knut nie wiedział nic o trudach życia. 

Nadszedł rok 1728. 
Zima była taka sama. Data nie miała znaczenia. 

Zycie Raiji i Reijo nie uległo żadnym zmianom. 

Reijo coraz częściej wracał myślami do obietnicy, 
którą złożył samemu sobie w tę tragiczną noc. 

Chciał wyjechać z Lyngen, znad fiordu wciśnięte­

go pomiędzy góry. Opuścić wieś, z którą wiązało go 
tyleż dobrych, co złych wspomnień. 

Pragnął ruszyć na północ. Tam, gdzie krajobraz 

otwierał się na podobieństwo kraju rodzinnego, lecz 
klimat był surowszy, a ziemia mniej urodzajna. Tam, 
gdzie czekało złoto, o którym śnił, zanim jeszcze za­
mieszkał nad fiordami. 

W pewien styczniowy wieczór zebrał się na odwa­

gę i poprosił Raiję o rozmowę. 

Raija właśnie położyła dzieci i sama szykowała się 

do snu. Jej ciało nie nosiło już śladów połogu, 
kształtnie zaokrąglone wyglądało równie powabnie 
jak dawniej. 

Policzki miała pełne, ale coś nieuchwytnego w jej 

twarzy mówiło mu, że Raija na zawsze utraciła mło­
dzieńczą naiwność. Zycie nauczyło ją, że sny się nie 

204 

background image

spełniają. A teraz Reijo zapragnął wtajemniczyć ją 

w swoje plany. 

- Mieliśmy marzenia, Karl i ja - rozpoczął, zerka­

jąc na nią ponad stołem. 

Chociaż raz siedziała bezczynnie, nie zajęta robotą. 
- Ja też miałam marzenia - odrzekła twardo. -

Dawno już je porzuciłam. 

- Chcesz posłuchać o naszych? - zapytał. - Nie cie­

kawi cię, gdzie Kalle znikał wieczorami? 

- Ciekawi - wyszeptała. - Opowiadaj, Reijo: 
Reijo zaczął snuć opowieść. O chłopięcych rozmo­

wach. O tym, co kupią za znaleziony kruszec. 

O ciężkiej pracy i nieustannym rozczarowaniu. 

I o tęsknotach, którymi dodawali sobie otuchy. 

Wszystkie biegły ku niej, to jej gotowi byli podaro­
wać gwiazdkę z nieba. 

Reijo uświadamiał sobie teraz niedojrzałość chło­

pięcych pragnień. Pobłażliwy uśmiech Raiji świad­
czył, że i ona miała podobne odczucia. 

Tak jednak było. 
- To naszą chatę znalazła Maja - zakończył Reijo. 

- W końcu na coś się przydała. 

- Ale nie dlatego opowiedziałeś mi tę historię. 
Znowu się uśmiechnęła. Była piękna. Wyrzucona 

poza nawias społeczności, zmęczona i tragicznie do­
świadczona emanowała pięknem, jakiego Reijo dotąd 
nie widział. Poruszała tajemne struny jego duszy

;

 bu­

dziła tęsknotę. 

- Nie marzysz o wyjeździe stąd? - spytał, nachyla­

jąc się ku niej. 

- Codziennie - odpowiedziała bez zastanowienia^ 
- Wyjechałabyś, gdybyś mogła? 

205 

background image

Raija pochyliła głowę. 

- Sama? Z trójką dzieci? 
- Wiesz, że możesz na mnie liczyć - odrzekł roz­

czarowany. 

Napotkał spojrzenie jej mądrych oczu. 

- Chcę, Reijo, ale się boję. Zaufam tobie, a ty za­

kochasz się w jakiejś dziewczynie i zapragniesz zało­
żyć własną rodzinę. I będziesz miał do tego prawo. 
Nie mogę ci się narzucać... 

- Mam ochotę wyjechać - przerwał jej, udając, że 

nie słyszy jej argumentów. - Wielu wyruszy po na­
stępnym jarmarku. Moglibyśmy dołączyć do nich 
i uniknąć trudów samotnej wędrówki. Damy sobie 
radę. Jesteście moją rodziną, to się nigdy nie zmieni... 

Wzrok Reijo zdradzał to, o czym Raija wiedziała 

od dawna. 

- Jesteście mi potrzebni. Czuję się odpowiedzialny 

za was. Tylko was mam! 

- My ciebie też potrzebujemy, Reijo - przyznała 

otwarcie. - Nic mnie tutaj nie trzyma. Nie zaznałam 
ludzkiej życzliwości, a ten krajobraz mnie przytłacza. 
Śnię o otwartych przestrzeniach, gdzie dzieci mogły­
by iść z wiatrem w zawody... - Roześmiała się. - Nie­
mądrze gadam? 

Reijo potrząsnął głową. Cieszyło go zaufanie Raiji, 

świadomość, że wciąż potrafią rozmawiać jak w cza­
sach beztroskiej młodości. 

Niewiele lat upłynęło, lecz jemu zdały się całym, 

życiem. 

- Pojedziesz ze mną? 
Uśmiech Raiji ciepłem i urodą dorównywał słońcu. 

Skinęła głową i położyła dłoń. na jego splecionych rękach. 

206 

background image

- Pojedziemy z tobą. Choćbyśmy mieli wyruszyć 

jutro... 

Reijo poczuł się niewypowiedzianie szczęśliwy. 

Uchwycił jej dłonie, pogładził kształtne palce, do­
tknął stwardniałej skóry na szorstkich rękach chłop­
ki i żony rybaka. Raija ciężko pracowała na chleb. 
Lecz skóra na jej ramionach była miękka i gładka jak 
sukna, których Reijo dotykał w kupieckich straga­
nach na wybrzeżu Finnmarku. 

Nie powiedział jej nigdy, że trzymał w rękach be­

lę materiału, zdecydowany kupić dla niej skrawek tej 
cudownej i drogiej tkaniny. W końcu ją odłożył. Wy­
dałby mnóstwo pieniędzy na próżno. Raija nie po­
trzebowała sukni. Pierwsza by mu wypomniała roz­
rzutność. 

Potrafiła oczarowywać ludzi. Nie tylko urodą, tak­

że czymś, czego nie umiał nazwać słowami. Trudno 
było nie ulec jej urokowi. Natura wyposażyła ją w tę 
niezwykłą siłę, która od wieków fascynuje i pociąga 
mężczyzn. 

Natura hojnie też obdarowała ją przymiotami cia­

ła. Dała jej cerę barwy złotej o jasnoróżowym odcie­
niu, tej samej o każdej porze roku. Karnacją wyróż­
niała się z tłumu dziewcząt, które Reijo znał. Obda­
rzyła oczami, w których można było utonąć i które 
w ciemnej bezdennej otchłani kryły tajemnice niedo­
stępne innym ludziom. 

I jeszcze innymi zaletami, których Reijo nie potra­

fił nawet nazwać. A może nie chciał? Tajemniczość 
jej natury podsycała jedynie jego fascynację. 

Starczyło, że wypełniała mu wszystkie myśli, stała 

się celem i istotą życia... 

207 

background image

Bezwiednie podała mu drugą dłoń. Jej spojrzenie 

przyprawiło Reijo o szybsze bicie serca. 

Wokół nich panowała ciemność, rozpraszana ni­

kłym światłem lampy, która rzucała długie cienie. Re­
ijo nie zgasił jej. W słabym poblasku Raija wygląda­
ła jak księżniczka. Światło igrało na jej policzkach, 
odbijało się we włosach splecionych w warkocz. 

Zapragnął ujrzeć, jak spływają po jej ramionach na 

podobieństwo wiosennego wodospadu... 

Puścił jej dłonie. W oczach Raiji pojawił się błysk 

rozczarowania. 

Reijo podniósł się i usiadł obok niej. Ławka była 

wąska. Bliskość Raiji sprawiła, że krew w nim za­
wrzała. Ich uda zetknęły się, przez nogawkę spodni 
napiętymi mięśniami wyczuwał miękkość jej ciała. 

Raija nie posunęła się nawet o cal. 
Obiecał jej kiedyś, że nie uczyni nic wbrew jej wo­

li. Że nie poprosi o coś, czego nie będzie mogła mu 
ofiarować. Teraz czekał, by go odtrąciła. 

Raija nie zrobiła tego. 
Drżącymi rękoma rozplatał tasiemkę w jej włosach 

i rozczesał je palcami. Poczuł chłodny dotyk jedwa­
bistych loków. 

Z głuchym jękiem objął ją w talii, przyciągnął do 

siebie i zajrzał w brązowe oczy. Zdawało mu się, że 
śni, ale na ustach Raiji pojawił się uśmiech, który przy­

wołał Reijo do rzeczywistości. To nie był sen, napraw­
dę trzymał ją w ramionach. Objęła go za szyję, wsunę­
ła dłonie za kołnierz koszuli. Reijo nie mógł złapać 
tchu, serce biło jak oszalałe, szumiało mu w głowie. 

Od dawna wiedział, że to musi przyjść. Zawsze te­

go pragnął, choć czasami bal się własnych myśli. 

208 

background image

W oczach Raiji pojawiła się tęcza. Światło lampy 

błysnęło wszystkimi kolorami pod jej powiekami. 

- Raiju... 
Usłyszał jej imię i dopiero po chwili zdał sobie 

sprawę, że to jego głos wypowiedział je szeptem prze­
pełnionym miłością i tęsknotą. 

- Nie wstydź się mnie! - dodał niezdarnie. 
Ręce Raiji błądziły po jego twarzy, śledziły jej ry­

sy, niezbyt piękne, ale męskie i zdecydowane. 

Całował palce Raiji. Jego spragnione ciało płonęło. 
- Nie umiałabym wstydzić się ciebie - szepnęła. 

Głos miała odmieniony, zachrypnięty. Zapowiadał 
coś, czego Reijo nie potrafił nazwać. 

Dostrzegł jedynie, że na jej twarzy pojawił się wy­

raz pożądania. 

Palce Raiji, które przed chwilą tańczyły na twarzy 

Reijo, przesunęły się na jego szyję, zatrzymały na pul­
sującej tętnem skórze i ponownie zamknęły na kar­
ku. Potem wplątały się we włosy i pociągnęły twarz 
Reijo w dół. 

Ujrzał usta rozchylające się jak karminowy kwiat i nie 

miał sił, by się im oprzeć. Nie chciał się im opierać. 

Miękkość jej warg go upoiła. Błądził po nich leniwie 

językiem, nie potrafił dłużej zapanować nad rękami. 

Czuł pieszczoty na plecach, badawcze, spokojne, 

cudowne. 

Rozgorączkowanymi dłońmi sięgnął pod jej cien­

ką koszulę. Jęknęła cicho, kiedy dotknął krągłych 
piersi. Cofnęła się lekko, by zrobić mu więcej miej­
sca na ławie. 

Nie odrywając się od ust Raiji, zaczął walczyć 

z opornymi guzikami jej koszuli. Omal ich nie poo-

209 

background image

drywał. Raija z promiennym uśmiechem wyślizgnęła 
się z jego objęć. Przez ułamek sekundy Reijo sądził, 
że mu się wymyka, że pożałowała... 

Raija wstała nie po to, by go opuścić. Zebrała fu­

tra leżące na lawie i rozpostarła je na podłodze. 
Uśmiech wciąż błąkał się po jej wargach, jej policzki 
pałały, a usta nabiegły czerwienią. 

Reijo wstał jak pijany i chciał ją wziąć w ramiona, 

ale powstrzymała go. 

Utkwiwszy w nim lekko zawstydzony wzrok, roz­

pięła guziki koszuli, jednym ruchem ściągnęła ją 
przez głowę i stanęła przed nim naga od pasa w górę. 

Reijo przełknął ślinę i cofnął się na widok białej 

skóry, pełnych piersi, kusząco nachylonych ku niemu 

jak dojrzale jesienne maliny. 

Miał ochotę położyć na nich dłonie, pieścić je, do­

tykać ustami, językiem zbadać stwardniałe sutki... Je­
szcze raz przełknął ślinę, kiedy zobaczył, jak Raija 
rozpina suknię, przyglądając się mu znacząco. Reijo 

zrozumiał. 

Pospiesznie ściągnął koszulę i rzucił ją w kąt. Poczuł 

jej badawczy wzrok na swoim ciele i wiedział, że nie ma 
się czego wstydzić. Zresztą nie po raz pierwszy widzia­
ła jego obnażony tors. Jednak nie w takiej sytuacji... 

Nigdy dotąd nie było w spojrzeniu Raiji takiej 

zmysłowości i takiego podziwu. Reijo podobał się ko­
bietom. Miał zresztą za sobą niejedno doświadczenie. 

Młodzieniec szybko staje się mężczyzną na wypra­

wach rybackich. 

Zaczerwienił się, rozpinając spodnie. 
Do diabła! Dotąd to dziewczęta czerwieniły się 

z powodu jego natarczywości... 

210 

background image

Wzrok Raiji wszystko odmienił. Wcześniej Reijo 

nie liczył się z uczuciami kobiet, nie dbał o to, co są­
dziły o nim i jego ciele. Nic nie znaczyły poza kolej­
nym doświadczeniem. 

Z Raiją to coś zupełnie innego. 

Raija była najważniejsza. Wyraz rozczarowania 

w jej ciemnych oczach stanowiłby wyrok. Reijo czuł 

się jak młokos. 

Teraz żałował, że nie zgasił lampy. Chciał patrzeć 

na nią, ale oznaczało to przecież, że sam wystawiał 
się na osąd jej oczu. 

- Nie wstydź się, Reijo! Tak jest dobrze... 

Jej dłonie puściły suknię. Stanęła przed nim naga. 

Piękna. Niewypowiedzianie piękna. 
Reijo zaczął niezdarnie wyplątywać się ze spodni. 
Ledwie panował nad podnieceniem. Rzucał ukrad­

kowe spojrzenia na jej wspaniałe ciało, jego ręce tę­
skniły do miękkości skóry, usta do całowania. 

Raija dawno już posiadła duszę Reijo. Teraz on 

płonął, by posiąść jej ciało. 

Uklęknęła na futrzanym posłaniu. Nie znać było 

po niej ni cienia wstydu i Reijo w okamgnieniu po­
zbył się natrętnych myśli, które przelatywały mu 
przez głowę. 

Nie miało żadnego znaczenia, że była kiedyś 

z Mikkalem i Karlem. 

Teraz jemu ofiarowywała siebie. 
Reijo zapomniał o wstydzie. Z Raiją w ramionach 

zatonął w miękkości futer. 

Chciał powiedzieć jej o swojej miłości, ale się po­

wstrzymał. Żadnych obietnic, żadnych zobowiązań. 

Reijo wiedział, że tego właśnie chciała. 

211 

background image

Pieścił ją odważniej niż w snach. 
A ona oddawała pieszczoty inaczej niż kobiety, 

z którymi Reijo uprawiał miłość. 

Nie była bierna, każdy skrawek jej skóry płonął 

ogniem. Drobne dłonie bez żenady szukały tych 
miejsc na jego ciele, gdzie dotyk sprawiał największą 
rozkosz. 

Jej biegłość sprawiała, że jęczał z zachwytu. 

Przewracali się po posłaniu, badali najtajniejsze 

zakamarki ciała, upojeni wzajemną bliskością ofiaro­
wywali sobie ciepło, czułość, aż do ostatecznego 
spełnienia. 

Reijo przykrył ją sobą, kompletnie wyczerpany. 

Nigdy dotąd nie zaznał takiego szczęścia w ramio­
nach kobiety. 

Raija śmiała się cicho. Obejmowała go wpół, jej 

oczy błyszczały. 

- Udusisz mnie - szepnęła, lecz kiedy chciał się 

unieść, zwinnie przewróciła go na plecy, nie puszcza­
jąc z objęć. 

Z westchnieniem zadowolenia położyła głowę na 

piersi Reijo, wplotła palce w porastające ją jasne lo­
ki, pogłaskała mięśnie rysujące się pod skórą. 

Reijo zamknął oczy, rozkoszując się chwilą. Raija 

poruszała się w takt jego oddechów. 

Wciąż był w niej. Coś takiego przeżywał po raz 

pierwszy. Nie był w stanie myśleć jasno, dłonie znów 
zatęskniły za jej skórą. 

Pogładził miękkie zaokrąglenia jej ramion, odrobi­

nę za szerokich, ale wciąż niezwykle kobiecych. Prze­
niósł dłonie na jej plecy, wzdłuż łagodnego zagłębie­
nia na środku poprowadził je na miękkie pagórki bio-

212 

background image

der. Raija była zawsze chłopięco szczupła w talii, ale 
ciąże dodały jej krągłości i w tym miejscu. 

Reijo pocałował ją leniwie w czoło, nie przerywa­

jąc badawczej podróży. 

Pieścił jej pośladki, po czym wsunął ręce między 

uda. Znalazł palcami to wilgotne i ciepłe miejsce. Ra­
ija jęknęła, ocierając się o jego dłonie. Przekręciła do 
niego twarz, wysunęła usta. Reijo przerwał pieszczo­
tę, objął ją za ramiona i odwrócił na plecy. 

Znalazł jej usta, pocałował namiętnie. Reijo po­

czuł, jak jego ciało budzi się do miłości. Rósł w niej, 
napełniał ją sobą, a ona tuliła się do niego w rado­
snym oczekiwaniu. 

Wygięła w górę biodra, przepełniona tą samą tęsk­

notą. 

Podniecała go, poruszała w nim nowe pokłady do­

znań. Dotąd nie zawracał sobie głowy zadowoleniem 
kobiety w miłosnym akcie. Dbał tylko o siebie. 

Teraz nie mógł się obyć bez cichych jęków Raiji, 

potrzebował dowodów na to, że rozkosz jest obopól­
na. Potrzebował ognia namiętności w jej oczach. 
Krzyków, które mówiły mu, że oboje znajdują się 
w tym samym niebie. 

Wargami, dłońmi robił bezwstydne rzeczy, by zy­

skać nowe świadectwo jej miłosnego uniesienia. 

Reijo sądził dotąd, że wie, co to miłość fizyczna. 

Uważał, iż ma dość doświadczenia, by obdarzyć ko­
bietę wspomnieniem na całe życie. 

Teraz zdał sobie sprawę, że przedtem nie zaznał 

namiętności. 

Nie poznał prawdziwej miłości, zanim nie wziął 

Raiji w ramiona. W jedną noc nauczyła go, czego 

213 

background image

trzeba kobiecie i co kobieta może ofiarować. 

Z wargami złączonymi w gorącym pocałunku się­

gali po nowe szczyty. 

Ich dłonie ofiarowywały więcej niż brały, a mimo 

to oboje dostawali więcej, niż mogli dać. Znaleźli 
wspólny rytm i razem osiągnęli rozkosz. Ich paznok­
cie pozostawiły na skórze ślady tej nocy, kiedy stali 
się jednością, kiedy leżeli spleceni, złączeni każdym 
skrawkiem ciała. Nocy spełnionych marzeń. Tego im 

było trzeba, by stawić czoło surowej rzeczywistości. 

Tak długo musieli obywać się bez ciepła i blisko­

ści drugiego człowieka, a przecież nie sposób wtedy 
zachować wiarę w dobro. Cielesne zaspokojenie zła­
godziło tęsknotę, wypełniło pustkę. 

Wykorzystali tę szansę. W czułym uścisku nie mie­

li nic do stracenia, ale też nic do wygrania... 

Raija zapadła w sen. Reijo leżał z otwartymi oczy­

ma, nie mogąc uwierzyć w to, co się stało. 

Nie tracił czasu na próżne rozważania, poddał się 

uczuciom. Przeżywał jeszcze raz każdą chwilę miło­
snej nocy, póki wciąż była świeżym wspomnieniem. 

Miał gorzkie przeczucie, że ta noc się nie powtó­

rzy. Rozkosz miała smak skradzionego owocu... 

Raija obudziła się przed świtem. Przeciągnęła dło­

nią po czole i odrzuciła włosy na plecy. Reijo zrozu­
miał, że wszystko jest jak dawniej. W jej oczach nie 
było żalu i wstydu, ale i żadnych obietnic na przy­
szłość. 

A on? 
Nie wiedział. Był zadowolony, przeżył coś wyjąt­

kowego, a jednak... Czy w ich związku nie pojawi się 

214 

background image

teraz nowe napięcie, niepodobne do tego, które zna­
lazło ujście poprzedniej nocy? 

- Dobrze się sprawiłeś - powiedziała, głaszcząc go 

po policzku. - Potrzebowałam tego. Nie potrafię żyć 
w samotności. Bez mężczyzny... 

Reijo nie słyszał nigdy podobnych słów z ust ko­

biety. 

Takie potrzeby miały ponoć jedynie tanie dziewki, 

choć nawet one rzadko sprawiały wrażenie zadowo­
lonych. Leżały z nieporuszoną twarzą, brały zapłatę 
i znikały. 

Wszystkie porządne kobiety uprawiały miłość 

z obowiązku - żeby rodzić dzieci. 

Raija przyznawała, że to lubi i potrzebuje fizycz­

nego spełnienia. Na przekór rozsądkowi Reijo przy­
jął to szczere wyznanie z szacunkiem. 

- Byłaś wspaniała - przyznał głosem zachrypnię­

tym jak nigdy, ale też nigdy dotąd nie przeżył takiej 
rozkoszy. Raija uśmiechnęła się pobłażliwie, jej twarz 
tchnęła spokojem. Reijo wiedział, że ją kocha, że po­
trzebuje jej przyjaźni, mądrości i siły. Jej całej. 

I wiedział, czego musi sobie odmówić, by zatrzy­

mać Raiję u swego boku. 

- To nic nie zmienia - dodał, szukając jej wzroku. 

- Wiesz o tym, Raiju, prawda? 

Skinęła nieznacznie głową. 

- Potrzebowałam kogoś - powiedziała. - Ty potrze­

bowałeś kogoś. Było pięknie, nieomal zbyt pięknie, 
Reijo. Będę wracała myślami do tej nocy. Będę ma­
rzyć, by się powtórzyła... 

Reijo przytaknął. Czuł to samo. 
- Nie może się powtórzyć - wyszeptał. Pragnął do-

215 

background image

tknąć jej ciała, ale powstrzymywał się, nie podchodził 
zbyt blisko. 

Z łatwością mogli zerwać obietnice. Oboje czuli tę 

samą słabość, oboje żyli wspomnieniem nocy. 

A jednak nie byliby w stanie tego uczynić, nie ni­

szcząc wszystkiego. Łączyło ich coś więcej niż fizycz­
ne pożądanie. 

- Pozbądźmy się niedomówień - rzuciła, błądząc 

wzrokiem po jego ciele, tak jak on śledził spojrze­
niem miękkie linie jej sylwetki. Pozostawały im 
wspomnienia. Nikogo nie można pozbawić wspo­
mnień. - Jesteś jednym z najlepszych ludzi, jakich 
znam, Reijo. Nie chcę cię stracić, ale jeśli będziemy 
spać ze sobą, zniszczymy to, co nas łączy. Potrzebu­

ję twojej przyjaźni! 

Ostatnie słowa nieomal wykrzyknęła. 
Reijo chciał ją wziąć w ramiona i pocieszyć, ale po­

wstrzymał się w ostatniej chwili. 

Uśmiechnął się smutno. 
- Wiem, Raiju, wiem. Obdarowałaś mnie najwspa­

nialszym wspomnieniem. O więcej nie poproszę. 
Utracimy to, co najcenniejsze, jeśli posuniemy się za 

daleko. Wiem, do kogo należy twoje serce. Zbyt moc­
no go szanuję, by zniszczyć nasz związek. Nie jeste­
śmy sobie pisani - dodał z krzywym uśmiechem, ale 

jego wzrok powiedział Raiji, że przyjmie to jak męż­
czyzna. - Nic nie mogę na to poradzić, że czuję żal 
z tego powodu... 

Usiadła i włożyła koszulę przez głowę. Brak guzi­

ka przywołał uśmiech na jej twarz. 

- Nic nikomu nie jestem winna - stwierdziła. Nie 

zwracała się do Reijo, sprawiała wrażenie, jakby usi-

216 

background image

łowała przekonać samą siebie. - Mikkal ma Siggę. 
Gardzi nią, ale sam dokonał wyboru. Nie muszę do­
chowywać mu wierności. Kalle nie żyje. Na pewno 
nie życzyłby sobie, bym została wdową przez całe ży­
cie. Jestem młoda. Mogę kochać, kogo zechcę. 

Reijo leżał, przyglądając się jej. Uniósł kąciki ust 

w górę. 

- Sama sobie przeczysz, dziewczyno - powiedział 

łagodnie. - Usiłujesz usprawiedliwić nasz związek? 
Nie posuwaj się za daleko, Raiju. Chcę mieć wszyst­
ko albo nic. Nie zadowolę się okruchami... 

Westchnęła i sięgnęła po suknię. Założyła ją i za­

pięła starannie. 

- Gdybym mogła cię pokochać, Reijo! Zapewnił­

byś mi życie, jakiego pragnę. Na dodatek mnie ko­
chasz. - Jej słowa raniły mu serce, ?le szczerość jest 
ważną cechą przyjaźni. 

- Ale ty mnie nie kochasz - przypomniał jej. - Nie 

mów o mrzonkach, bo ranisz nas oboje. Wszystko 
zostanie bez zmian. Nie będziemy wracać do tej no­
cy, była cudowna, ale nigdy się nie powtórzy. Lepiej 

jest kochać i przegrać, niż nie kochać wcale. 

Raija rzuciła mu długie spojrzenie i ponownie wes­

tchnęła. 

- Szkoda, że cię nie kocham. Mikkal jest częścią 

mnie. Nic mu nie jestem winna - powtórzyła - nawet 
nie zauważył, że Maja to jego córka. Ale nigdy nie bę­
dę należeć do nikogo innego. Straszny los, ale nic na 
to nie poradzę. Umrę jako stara zgorzkniała kobieta, 
a on będzie wciąż płodził dzieci z Siggą. Ta kobieta 
ma wszystko, o czym marzę, a ja nawet nie potrafię 

jej nienawidzić... 

217 

background image

- Bo go kochasz - rzekł Reijo. 
Przytaknęła. 

Reijo podniósł się i ubrał. Zwinęli futra i wsunęli 

pod ławę. Wstał poranek. Noc, ich jedyna wspólna 
noc, należała do przeszłości. Już nigdy się nie po­
wtórzy. 

- Wciąż chcę was zabrać na północ - stwierdził. 
Raija uśmiechnęła się. 
- A ja wciąż chcę jechać z tobą. 

background image

15 

Kiedy decyzja zapadła, łatwiej było planować 

podróż. 

Przejrzeli skromny dobytek i spakowali najnie-

zbędniejsze rzeczy. 

Resztę sprzętów złożyli w kącie w kuchni. Reijo 

uważał, że można je sprzedać na targu i dostać tro­
chę grosza. Ludzie gotowi byli kupić wszystko. No 
i musieli pozbyć się zwierząt i łodzi. 

Nie chcieli mieć nic, co łączyło ich z tym miejscem. 

Wyjeżdżali, by nigdy nie wrócić. Decyzja była nie­
odwołalna. 

Zamierzali spalić za sobą wszystkie mosty i ruszyć 

ku nowemu światu, zacząć nowe życie, dla siebie i dla 
dzieci. 

W Lyngen nic już ich nie trzymało. Byli młodzi, 

pełni chęci do działania. Nie wątpili, że się im uda. 

Nie przyjechali na jarmark. W nadmorskiej krai­

nie upatrywali szansę na lepsze życie. Wyruszyli 
w długą podróż bez grosza przy duszy. 

Od rzeki  T o m e do wioski Skibotn nad brzegiem 

fiordu było pięćset kilometrów. 

Przebyli tę drogę pieszo. Szli cały rok, najmując się 

do pracy w czasie wędrówki, by zarobić na trochę 
strawy. 

219 

background image

Ludzie traktowali ich życzliwie, dawali skromną 

zapłatę, choć sami nie mieli wiele. 

Szli śladem innych wędrowców drogą wiodącą 

wśród gór ku fiordowi, onieśmieleni przytłaczającym 
ogromem krajobrazu, jakże odmiennego od tego, który 
zostawili w rodzinnej Finlandii. Postępowali doliną, 

słuchając ludzkich opowieści o wielkim targowisku. 

Ludzie wychwalali pod niebiosa obfity w ryby 

fiord i łagodny klimat. Tam zawsze świeci słońce, mó­
wili, a zimą spada niewiele śniegu. Nie ma lepszego 
miejsca na ziemi. 

Wierzyli im, bo byli wyczerpani i chętnie słuchali 

opowieści o Ruiji. Wierzyli z tęsknoty za lepszym losem. 

Wstydzili się swego wyglądu i nie odważyli się wzo­

rem innych wejść do wioski. Zostali z tyłu, niepewni, 
co robić. Starali wesprzeć się nawzajem, tak jak zawsze 
czynili. Nie mieli dobytku, ale wciąż mieli siebie. 

Raija dostrzegła ich na ścieżce biegnącej koło do­

mu. Była sama z dziećmi. Reijo wyruszył do wioski, 
by sprzedać łódź ojca. 

Przyjechało już sporo kupców i Reijo liczył, że 

z którymś dobije targu. Łódź była w dobrym stanie, 
spodziewał się niezłej ceny. 

Tych dwoje oberwańców różniło się od tłumu lu­

dzi zdążających na jarmark. Raiji ścisnęło się serce na 
ich widok. 

Nie musiała zgadywać, skąd pochodzą. Nie musia­

ła pytać, po co przyjechali. Wiedziała jedynie, że po­
winna przywitać ich ciepło i przyjaźnie, bo nikt inny 
tego nie uczyni. 

Wyszła na podwórze i zaprosiła do środka, zwra­

cając się do nich w ich ojczystym języku. 

220 

background image

Zdumieni posłuchali wezwania. Podeszli bliżej, 

trzymając się za ręce. Mieli na sobie podarte łachma­
ny i znoszone skórzane kierpce. 

Raija od razu ich polubiła. 
- Jesteś Finką? - spytał mężczyzna o jasnych wło­

sach i typowo fińskich szarych oczach, wyciągając ku 
niej silną dłoń. 

Raija uścisnęła ją, zapewniając gościa, że pochodzi 

z Finlandii. 

Jego drobna żona dygnęła wstydliwie, wprawiając 

Raiję Alatalo w zakłopotanie. Dotąd nikt się jej nie 
kłaniał! 

Posadziła ich w izbie i postawiła jedzenie na stole. 

Coś jej mówiło, że tych dwoje od dawna nie miało 

. nic ciepłego w ustach. 

Przedstawili się jako Tarja i Taavi Parkkinen. Po­

chodzili z wioski leżącej po przeciwnej stronie rzeki 
Tome, z dala od jej rodzinnych stron, ale Raija i tak 
uznała ich za ziomków. Przywozili ze sobą tchnienie 
ojczystej ziemi. 

Opowiedzieli swoją historię. Czasy nie były wca­

le złe, lecz Taavi pochodził z licznej rodziny. Kiedy 

ojciec umarł, synowie zamierzali podzielić ziemię 
między siebie, ale było jej zbyt mało, by wyżywić 
wszystkich. 

Czterej najmłodsi bracia postanowili szukać szczę­

ścia na własną rękę. 

Taavi zabrał młodą żonę i ruszył w drogę. Tyle do­

brego słyszał o Ruiji. 

Raija wiedziała swoje i znała te opowieści. Nie 

chciała jednak pierwszego dnia w nadmorskim kraju 
pozbawiać przybyszów złudzeń. 

221 

background image

Zaofiarowała im dach nad głową i wyszukała coś 

do ubrania. 

Fińska duma i godność kazały im odmówić przy­

jęcia daru, ale Raija użyła mocnych argumentów. 

- Nie kieruje mną współczucie! - zaczęła. - Nie ru­

szyłabym palcem, by pomóc dwóm wędrownym obe-
rwańcom, ale jesteście moimi rodakami. Mam pozwo­
lić wam chodzić w łachmanach, skoro mnie zbywa na 

odzieniu? Nie obrażajcie mnie odmową! Chcę, byście 
zostali jakiś czas. Już wieki całe nie miałam wieści 
z rodzinnych stron. 

Przemowa pomogła, a jej zdecydowanie wywołało 

uśmiech na ustach gości. Przyjęli propozycję kąpieli 
i wzięli ubranie, w.ramach pożyczki. Raija nie miała 
nic przeciwko temu. Wysłała ich do drugiej izby, by 
się oporządzili. 

Maja i Elise z ciekawością przyglądały się scenie. 

Obcy ludzie rzadko bywali w ich domu. W ogóle 
rzadko kto zachodził do nich z wizytą. 

- Kto to? - spytała Elise. Była starsza i zwykle 

pierwsza zabierała głos. 

- Przyjaciele - odrzekła Raija. Uśmiechała się, jej 

policzki pokryły się rumieńcem. - Dobrzy przyjacie­
le. Ciocia Tarja i wujek Taavi. 

- Dziwne imiona - stwierdziła Elise. 
- Są z Finlandii - wyjaśniła Raija. - Ja i Reijo też stam­

tąd pochodzimy. Wyruszą z nami w długą podróż... 

Nie zastanawiała się nad swoimi słowami, ale 

z chwilą gdy je wymówiła, wiedziała, że nie może być 
inaczej. 

Tarja i Taavi mieli za sobą długą wędrówkę, ale Ra­

ija czuła, że ich nie zostawi, zbyt bardzo ich polubi-

222 

background image

ła. Na północy czekały wspaniałe możliwości, tego 
była pewna. Musi skłonić Reijo, by przemówił im do 
rozsądku. 

Dobrze by było wędrować razem. Rozmawiać, 

czuć bliskość przyjaznych osób. Raija nie miała wie­
lu przyjaciół w Ruiji. 

Reijo wrócił z dobrymi nowinami. Sprzedał łódź 

rybakowi z przeciwnej strony fiordu i dostał godzi­

wą zapłatę. Starczyło na konia i jeszcze w kieszeni zo­

stało kilka monet. 

Dzieci przyglądały się zwierzęciu z zachwytem i od 

razu zapałały do niego miłością. Był to niewielki koń 
drobnej budowy, ale silny i wytrzymały, stworzony 
do marszu po płaskowyżach północnej Norwegii. 

Miał długą, szorstką sierść i raźnie parskał w mroź­

nym powietrzu, które zdawało się sprawiać mu przy­

jemność. 

- Kasztan pomoże nam dostać się na północ -

stwierdził Reijo, dumny ze swego zakupu. - Nie jest 
taki młody, ale ma silne nogi i da sobie radę nawet 

w kopnym śniegu. 

Kasztan okazał się taką sensacją, że dzieci zapo­

mniały o wizycie gości z dalekich stron. 

Koniecznie chciały zostać z nim w zagrodzie i Ra­

ija nie widziała powodu, by im odmawiać. Przynaj­
mniej nie czepiały się fartucha, a i robota szła żwa­
wiej bez ich pomocy. 

Para młodych Finów z rezerwą podeszła do spo­

tkania z Reijo, ale jego zachwyt z powodu wizyty ro­
daków był tak szczery, że rozwiał wszelkie ich oba­

wy. Pierwsze zetknięcie z nowym krajem okazało się 

223 

background image

nad wyraz łagodne, spotkali nawet rodaków. Taavi 
zauważył rozgardiasz w ich domu i niepokoiło go to 
trochę. 

- Dlaczego wyjeżdżacie? - spytał. - Wszak macie 

dzieci, dom, zwierzęta, trochę ziemi. Czego wam 
brak? Chcecie porzucić to wszystko? 

Raija wymieniła się spojrzeniami z Reijo. W ich 

wzroku była goiycz, świadectwo złych doświadczeń, 
świadomość, że nie była to kraina mlekiem i miodem 
płynąca. 

Dobre miejsce, by się osiedlić, złe, by czuć się jak 

w domu... 

Reijo pospieszył z wyjaśnieniami. 

- Niełatwo tu mieszkać przybyszom z Finlandii. Od 

dziesięcioleci Finowie zjeżdżali nad fiordy, by łowić ry­
by. Nic w tym złego, ryb starczy dla wszystkich. Tyle 
że wchodzimy w drogę ludziom, do których ta ziemia 
należy. Oni żyją z rybołówstwa i opłacają podatki z po­
łowów. Finowie jedzą z tego samego półmiska, a po­
tem wracają do domu, nie dzieląc się z nikim zarob­

kiem. To budzi niechęć... 

- Finowie muszą opłacać się poborcom u siebie -

zauważył Taavi. 

- Wytłumacz to tym z osady... - Reijo uśmiechnął 

się krzywo. - Wojna na wschodzie nastroiła ludzi ła­

godniej do przybyszów. Wszystkich stać na chwilę 
miłosierdzia, ale pamięć ludzka jest krótka... 

- Nie lubią was? - spytała ostrożnie Tar ja i znowu 

spłoszyła się na widok znaczących spojrzeń gospodarzy. 

- Nienawidzą - odrzekła Raija z brutalną szczero­

ścią. 

Reijo spojrzał na nią czule. 

224 

background image

- Raija przyciąga nieszczęścia. Przyjechała tu jako 

mała dziewczynka i miała w sobie tyle uporu, że mu­
siała wpaść w tarapaty... 

Nabrał powietrza w płuca i zaczął opowiadać o ży­

ciu Raiji, nie opuszczając niczego poza najbardziej 
osobistymi szczegółami. 

Oczy przybyszów rozszerzały się ze zdumienia 

w miarę, jak Reijo snuł swą opowieść. Zerkali raz po 

raz na Raiję, jakby chcieli się upewnić, że jest istotą 
z krwi i kości. 

- Dlatego właśnie wyjeżdżamy - zakończył Reijo. 
Zapadła cisza. Raija spojrzała na niego z ulgą. By­

ła wdzięczna, że wtajemniczył ich we wszystko. Jeśli 
mają razem ruszyć w drogę, muszą poznać się lepiej. 
Sama nie potrafiłaby mówić o własnym losie. 

Jednocześnie dręczyła ją niepewność. Jej życie nie by­

ło piękne i nie brakowało łudzi, gotowych ją potępić, 
obsypać wyzwiskami. Bała się, że młodzi przybysze 
uznają ją za złą kobietę. Nie zniosłaby tego, potrzebo­

wała ich przyjaźni. Pragnęła kontaktu z rówieśnikami. 

Tarja odezwała się pierwsza. 
- Nie potrafię zrozumieć, jak to wytrzymałaś, Ra-

ijo! I nie straciłaś pogody ducha! 

Raija uśmiechnęła się promiennie, w oczach tam­

tej kobiety ujrzała odbicie własnych pragnień. 

- Też tego nie rozumiem - odrzekła szczerze. - Mo­

że dlatego, że kocham życie... 

Wiedziała już, że zyskała przyjaciółkę. To było 

dziwne uczucie, nieznane jej, ale dobre. 

- Dokąd chcecie pójść? - spytał poważnie Taavi. -

Czego szukacie? 

Raija czuła, że spełnią się jej marzenia... 

225 

background image

Poszło szybciej, niż się spodziewali. Z Tarją i Taa-

vim łatwiej było planować przyszłość, podzielić się 
ciężarem odpowiedzialności. A że nadszedł czas jar­
marku, mogli pozbyć się niepotrzebnych rzeczy. 

Częścią podzielili się z nowymi przyjaciółmi, re­

sztę wymienili na pożywienie i przedmioty niezbęd­
ne w drodze. 

Owce sprzedali. Raija z ciężkim sercem oddawała 

zwierzęta nowym właścicielom, ale wiedziała, że cze­
ka je dobry los. 

Sama pragnęła tego samego. Miała nadzieję, że 

przyszłość ofiaruje jej szansę na nowe życie. 

Była gotowa na wszystko, by z niej skorzystać. 
Smutkiem napawało ją tylko jedno. Musieli zosta­

wić ciało Anttiego, nie złożywszy go w ziemi. 

Jeden z towarzyszy rybackich wypraw Reijo obie­

cał zająć się pochówkiem w zamian za drobną zapła­
tę, ale i tak Raija czuła się winna. Anttiemu należy się 
porządny pogrzeb, rodzina powinna zgromadzić się 
nad trumną. 

- Nie żyje - przekonywał ją Reijo. - Nic nie ma już 

znaczenia. Najważniejsze, że kochaliśmy go za życia. 

I tak zostało. 

Trzeba było wyruszyć, póki leżał śnieg. Dorośli 

mieli ułatwione zadanie, póki kasztan mógł ciągnąć 
sanie z dziećmi i dobytkiem. 

Czekała ich długa droga, ale patrzyli z optymi­

zmem w przyszłość. 

Pożegnanie przyszło im bez trudu. Ruszyli przez 

góry na północ, nie roniąc łez. Na szczycie wzniesie­
nia zatrzymali się, by po raz ostatni objąć spojrze­
niem Lyngen. 

226 

background image

Był piękny zimowy dzień. Majestatyczne, ośnieżo­

ne góry opadały stromymi zboczami ku spokojnej to­
ni wody. Wiecznie zielone lasy rozciągały się po sam 
kres horyzontu, gdzie jak okiem sięgnąć rosły sosny. 

Tylko gdzieniegdzie nagie szkielety drzew czekały, 
by okryć się wiosennym listowiem. 

Rzeka wciąż jeszcze skuta była lodem, zlewając się 

w jedno z płaszczyzną śniegu. Mogli tylko wyobrazić 

sobie jej błękitną wstęgę, kiedy letnie słońce przego­
ni zimę. 

Nad brzegiem morza stały ubogie chaty. 
- Zegnaj - powiedział Reijo i odwrócił się pleca­

mi do przeszłości. Droga wiodła na północ, ku no­

wemu życiu. Jego wzrok wyrażał zdecydowanie 

i wolę działania. 

- Ruszamy? 
Pozostali skinęli głowami. 
Raija szła na końcu. Zatrzymała się i ostatnim spoj­

rzeniem ogarnęła wioskę i fiord. Lata spędzone po­
śród gór miały na zawsze zapaść jej w pamięć. 

Była jak ptak, któremu podcięto skrzydła. Musia­

ła od nowa uczyć się życia, od nowa uczyć się latać. 

Z nadzieją patrzyła w przyszłość. Z uniesioną gło­

wą wychodziła na spotkanie nowego. 

Nie pożegnała się z wioską, w której spędziła czte­

ry lata. 

Nigdy nie czuła się tu jak u siebie... 

Daleko na północy, znacznie dalej niż sięgały ma­

rzenia wędrowców, nad głowami dwojga młodych lu­
dzi krążyło stado krzykliwych mew. 

Siedzieli blisko siebie na łodzi i wpatrywali się 

227 

background image

w horyzont. Rześkie morskie powietrze szczypało 

ich w policzki, wciąż trzymał mróz. 

Morze miało barwę zieleni. Kolor wody budził 

w młodzieńcu niejasne wspomnienia, wyzwalał obra­
zy odległych zdarzeń, które nie chciały ułożyć się 
w logiczną całość. Sprawiało mu to ból. 

Niewiele pamiętał, całe jego życie pogrążone było 

w mroku. 

Znał teraźniejszość i cieszył się każdym nowym 

dniem. Od przeszłości odgradzał go mur. Czuł, że kry­
je się za nim coś ważnego, ale nie potrafił tego nazwać. 

Młodzieniec nie wiedział, kim jest. 
Dziewczyna ściskała go za rękę. Była młoda, zale­

dwie szesnastoletnia, ale jej wzrok wyrażał dojrzałość 
i pewność siebie. 

Jenny, bo takie nosiła imię, miała kręcone czarne 

włosy i śmiałe brązowe oczy. To ona znalazła mło­
dzieńca w pewien letni dzień po sztormie. 

Z początku myśleli, że umrze. Był przemoczony, 

podrapany i wycieńczony, bledszy niż śmierć, ale kie­
dy zanieśli go do domu, jeszcze dychał. 

Jenny wzięła go pod opiekę. 

Miał jasne włosy, niebieskie oczy i mimo wieku 

dziecinnie zaokrąglone policzki, co ją wzruszyło. 
Nigdy nie spotkała piękniejszego mężczyzny i od ra­
zu postanowiła, że będzie do niej należał. 

Młodzieniec wyzdrowiał i nie wyjechał. 
Nikt nie protestował. Rodzina Jenny była liczna, ale 

w tej odciętej od świata wiosce rybackiej położonej na 

małej wysepce nie narzekano na nadmiar rąk do pracy. 

Młodzieniec, którego morze wyrzuciło na brzeg, 

nie bał się obowiązków. 

228 

background image

Mieszkańców wioski nie martwiło, że chłopak nie 

ma przeszłości. Jego łódź zatonęła, okoliczności tego 
zdarzenia i czasy wcześniejsze przestały się liczyć. 

Są rzeczy, które chce się zapomnieć, zdarzenia, 

które pragnie się wymazać z pamięci. Wielu marzy, 
by zacząć wszystko od nowa i pozbyć się bagażu 
wspomnień. W gruncie rzeczy uważali, że Karl, bo ta­
kie imię przybrał młodzieniec, dostał nieoczekiwany 
prezent od losu. 

Postąpił tak, jak oczekiwali. Stał się jednym z nich. 

I na pewien sposób pokochał Jenny. 

W takich jednak chwilach jak ta stawał się niespo­

kojny. Jego oczy przeszukiwały horyzont, nigdy nie 
znajdując tego, czego wypatrywały. 

Jenny wiedziała, że nie całkiem do niej należy. Tę­

sknił za czymś lub za kimś. Nie miał zaznać spoko­
ju, póki nie znajdzie tego, czego szukał.