background image
background image

Michelle Martin

Miłość i Fortuna

Rozdział pierwszy

ess włożyła do ust kolejną czekoladkę i zanurzyła się w pianie, trzymając w 

ręku najnowszy numer „Vanity Fair". Uwielbiała czytać o bogatych i rozpustnych, a 
do  tego  przed  kolejną  historią  o  hollywoodzkich  skandalach  była  reklama 

Tiffany'ego z przecudną szmaragdową kolią i kolczykami. Pomyślała, że lepiej 
być nie może: miała Debussy'ego na kompakcie, czekoladki pod ręką, swoją pracę, 
niezłe  zdrowie  i  szmaragdy,  dla  których  warto  umrzeć.  Może  nadszedł  czas,  by 

znów odwiedzić Tiffa-ny'ego.

Dwukrotnie dolała do wanny gorącej wody, zanim zdecydowała, że jej skóra jest 

już  dość  pomarszczona.  Poza  tym  kończyły  się  czekoladki.  Były  jedyną  słabością 
Tess  - kradzież  biżuterii  uważała  bowiem  za  przyjemność  - i  bezwstydnie 
folgowała sobie przy każdej okazji.

Westchnęła z zadowoleniem na myśl o dobrze spędzonym popołudniu. Wstała, 

wytarła  się,  włożyła  płaszcz  kąpielowy  i  właśnie  chciała  zmienić  Debussy'ego  na 

Ravela, kiedy rozległ się dzwonek do drzwi.

Czując wciąż słabość w mięśniach, podreptała na bosaka po drewnianej podłodze 

salonu i otworzyła drzwi.

- Mam cię, mała!
Pod Tess ugięły się kolana. Trzymając się mahoniowych drzwi, patrzyła na swoją 

przeszłość.

- Bert? - wykrztusiła.
Gromki śmiech Berta odbił się echem od ścian korytarza.
- Szkoda, że nie widzisz swojej miny. Wyglądasz, jakbyś zobaczyła gliniarza.

Czuła się tak, jakby wpadła pod ciężarówkę. Zaczerpnęła głęboko powietrza.

5

T

background image

-

Minęło  siedem  lat,  Bert.  Ja...  słyszałam,  że  wyjechałeś  z  Australii,  że 

pracujesz w Ameryce Południowej.

-

Wszystko ci opowiem, jak mnie wpuścisz.

Nagle poczuła pustkę w głowie. On naprawdę chciał wejść!
-

Jasne, Bert. Oczywiście. Przepraszam. - Cofnęła się niepewnie. Wzdrygnęła 

się, kiedy olbrzym ją mijał. Boże, wciąż używał tej samej wody kolońskiej!

-

Nieźle  -  stwierdził,  rozglądając  się  po  salonie.  W  jej  mieszkaniu  na 

Manhattanie  stały  francuskie  i  angielskie  meble  z  osiemnastego  i  dziewięt-
nastego  wieku,  a  na  jasnobrzoskwiniowych  ścianach  wisiały  oryginały  Mo-

neta, Matissa i Degasa. - Jak to zdobyłaś?

-

Wła...  właściciele  są  na  przedłużonych  wakacjach  w  Europie,  a  ja... 

pilnuję mieszkania.

Bert zachichotał ze szczerym uznaniem.
-

Moja dziewczynka. Zawsze wiedziałaś, jak sobie radzić. Wygląda na to, że 

nieźle  ci  się  wiedzie  beze  mnie.  Jestem  z  ciebie  dumny,  mała.  Spośród 

wszystkich moich dziewczyn, tylko ty miałaś prawdziwy talent.

-

Dzięki, Bert. Chcesz piwo?

-

Czy kiedykolwiek odmawiam piwa? Pod warunkiem, że nie jest to jeden z 

tych krajowych napojów gazowanych, które tu nazywa się piwem - powiedział 

Bert,  wchodząc  do  salonu  jak  do  swego  i  rozwalając  się  na  złotej  stylowej 
kanapie.

-

Miej do mnie trochę zaufania - rzuciła Tess, idąc w stronę kuchni. - Mam 

tylko zagraniczne piwo.

Zamknęła za sobą drzwi i wtedy ogarnęła ją histeria. Trzęsła się tak, że nie 

mogła ustać na nogach. Osunęła się na białe kuchenne krzesło, obejmując się 
ramionami. Nie pomagało. Czuła lodowate zimno i ogarniały ją nudności.

Jego dziewczynka.
Minęło  siedem  lat,  od  kiedy  pracowali  razem,  a  Bert  wciąż  uważał  ją  za 

swoją dziewczynkę.

W  pewnym  sensie  była  to  prawda.  Czy  to  nie  on  stworzył  z  niej  kobietę, 

którą jest teraz?

Nudności się wzmogły i Tess podbiegła do zlewu, modląc się w duchu, żeby 

Bert  nie  usłyszał  odgłosu  wymiotów.  Pospiesznie  odkręciła  wodę,  wypłukała 
usta  i  przemyła  twarz.  Nigdy  nie  przypuszczała,  że  tak  zareaguje  na  widok 

Berta.

Nie mogła opanować drżenia. Podeszła do szafki, wyjęła szklankę, z lodówki 

wyciągnęła butelkę piwa i powoli wlewała je do szklanki. Uważała, żeby było 

bez piany. Bert nie cierpiał marnotrawstwa.

Nagle  przypomniała  sobie,  że  jest  profesjonalistką  i  że  najwyższy  czas 

zacząć się zachowywać w ten sposób. Nie miała już kilkunastu lat. Wszystko

6

background image

się zmieniło. Ona też się zmieniła. Bert już nie kontrolował jej życia. Nie miał 

pojęcia  ojej  życiu.  Nie  mógł  mieć.  Przez  ostatnie  siedem  lat  stale  się  przed 
nim ukrywała.

Dlaczego znowu zdecydował się pojawić?
Nic optymistycznego nie przychodziło jej na myśl. Zawsze tak było, gdy na 

scenę  wkraczał  Bert.  Czego  mógł  chcieć?  Dlaczego  ją  odszukał?  Dlaczego 

pojawił się właśnie teraz? Dreszcze znów powróciły.

- Dość tego - mruknęła niezadowolona. Uderzyła się pięścią w udo. Ból był 

dotkliwy, ale pomogło. Strach ustąpił, mogła skoncentrować się na myśleniu 

jak  dorosły  człowiek,  ignorując  fakt,  że  Bert  siedzi  rozwalony  w  jej  salonie. 
Nadszedł czas, żeby dowiedzieć się, o co chodzi.

Podała Bertowi  piwo,  usiadła na pokrytym zielonym brokatem krześle  na 

wprost niego i z wymuszoną niefrasobliwością zapytała, co porabiał przez cały 
ten  czas.  Bert  nie  potrzebował  zachęty.  Zawsze  lubił  mówić  o  sobie.  Była  to 

właściwie jedyna rzecz, która go naprawdę interesowała.

Tess oddychała spokojnie i czuła, że powoli dochodzi do siebie. Część uwagi 

poświęciła  opowieściom  Berta  o  licznych  nielegalnych  interesach,  którymi 

zajmował się przez ostatnich siedem lat, a resztę skupiła na uważnym studio-
waniu jego osoby, tak jakby od tego zależało jej życie... i zresztą może tak było.

Bert  imponował  swoimi  rozmiarami,  a  więc  nie  był  to  tylko  wymysł  jej 

dziecięcej wyobraźni. Miał co najmniej sto dziewięćdziesiąt pięć centymetrów 
wzrostu. Jego mięśnie wciąż rysowały się pod koszulą, ale teraz pokrywała je 

warstwa  tłuszczu.  Co  prawda  nie  sprawiał  wrażenia  otyłego,  raczej  bardziej 
flegmatycznego niż kiedyś. Ale w przypadku Berta, pozory mogły mylić. Tess 
przekonała się o tym dawno temu.

Jego  jasnobrązowe  włosy  przerzedziły  się  i  zniknęły  całkowicie  z  czubka 

głowy. Miał na  sobie włoskie ciuchy, na ręku rolexa, a jedwabna koszula roz-

pięta  była  aż  do  pępka.  Na  potężnej,  owłosionej  klatce  piersiowej  dyndały 
łańcuchy z dwudziestoczterokaratowego złota. Zarówno jego opowieści, jak i 
wygląd dowodziły, że Ameryka Południowa mu służyła. Kokaina zrobiła przecież 

tak wiele dla tak wielu ludzi, czemu więc Bert nie miałby skorzystać?

-Dlaczego  wróciłeś  do  Stanów,  jeśli  w  Ameryce  Południowej  było  ci  tak 

dobrze? - spytała, kiedy przerwał opowiadanie, żeby pociągnąć duży łyk piwa.

-

Byłem płotką w ogromnym, lukratywnym stawie, kotku - odparł, smutno 

wzdychając.

-

Miejscowi przejęli twoje interesy?

-

W ramach zemsty, ale to stara historia - podsumował, machnąwszy ręką 

na przeszłość, jakby była rozgniecionym komarem. 

7

background image

- Wróciłem do kraju i do najlepszej, najmądrzejszej z moich dziewczyn na 

jedną, ostatnią robotę, która ustawi nas na resztę życia. Pracujesz nad czymś?

Tess uśmiechnęła się.
-

Zastanawiam  się  nad  pewnymi  szmaragdami,  ale  to  może  poczekać.  O  co 

chodzi?

-

To  złoty  interes.  Pomyślałem  o  tobie,  gdy  tylko  się  o  tym  dowiedziałem. 

Będziemy bogatsi niż w najdzikszym z moich snów, a ja nie śnię o byle czym, kotku.

Tess  pomyślała,  że  to  typowe  dla  Berta;  nie  zapytał,  co  porabiała  przez  tych 

siedem  lat.  Odnalazł  ją,  kierując  się  wyłącznie  interesem,  i  oczekiwał,  że  ona  z 
entuzjazmem zaangażuje się w kolejne nielegalne przedsięwzięcie.

W żadnym razie nie należało rozczarowywać Berta, spytała więc, co to za  złoty 

interes.

- Słyszałaś  kiedykolwiek  o  dziewczynce  o  nazwisku  Elizabeth  Cush-man?  -

zapytał,  a  kiedy  pokręciła  przecząco  głową,  mówił  dalej:  -  Zniknęła

jakieś  dwadzieścia  lat  temu,  porwano  ją  i  nigdy  się  nie  odnalazła.  Była  spad-
kobierczynią Domu Aukcyjnego Cushmanów. O nim chyba słyszałaś?

Tess założyła nogę na nogę, nareszcie rozluźniona. Wszystko było tak, jak kiedyś: 

wiedziała, czego od niej oczekuje, co ma myśleć, jak się zachowywać.

- No  pewnie!  Mają  najlepsze  rzeczy  na  świecie. Duże  pieniądze,  duży  prestiż, 

dużo władzy, chociaż oni nazywają to wpływami.

Bert wydał dźwięk, który miał być czułym chichotem.

- Moja  dziewczyna.  Od  razu  załapałaś,  o  co  chodzi.  Ale  nie  zapominaj

o kolii Farleigha.

Tess była autentycznie zaskoczona.

--  Mówisz  o  tych  Cushmanach,  którzy  są  posiadaczami  najcenniejszej 

szmaragdowej kolii na Zachodzie?

- Tak.  Myślałem,  że  cię  to  zainteresuje.  -  Bert  obserwował  ją  z  ukosa.  -

Stary  Cushman  zmarł  osiem  miesięcy  temu.  Jego  syn,  ojciec  Elizabeth  Cushman, 
popełnił  samobójstwo  w  rok  po  jej  zniknięciu.  Pewnie  nie  mógł  sobie poradzić  z 

poczuciem  winy.  Wiesz,  jakie  są  te  zasmarkane  dzieciaki.  Matka zginęła  podczas 
konnej przejażdżki przed kilkoma laty i nie ma żadnego bezpośredniego spadkobiercy 
milionów Cushmanów. A mówimy o setkach milionów. - I o kolii Farleigha.

- Właśnie  -  przytaknął  Bert,  gładząc  swoje  łańcuchy.  -  Babka  wciąż  żyje;

powinna  pociągnąć  jeszcze  kilka  lat.  Wszystko  wskazuje  na  to,  że  to  cwana
sztuka.  Do  dziś  zajmuje  się  interesami  i  jeszcze  nie  podjęła  decyzji,  komu

przekazać  swoje  imperium  i  kolię.  I  w  tym  właśnie  momencie  wkraczasz  ty.
Najstarsza  córka  z  rodziny  Cushmanów  zawsze  dostaje  kolię  w  swoje  dwudzieste 
pierwsze  urodziny  i  przekazuje  do  rodzinnych  kufrów  dopiero  w  chwili

śmierci.  A  więc  z  moją  pomocą  zostaniesz  dawno  zaginioną  wnuczką  Elizabeth  i 
dostaniesz kolię, która ci się należy.

Tess  otworzyła usta  i wybuchnęła  śmiechem. Nie  mogła  się  powstrzymać.  Oto 

jeden z tych niedorzecznych wspaniałych planów, które tylko Bert mógł wymyślić.

8

background image

-

Co to ma być, „Ukryta Kamera"? - spytała.

-

Przychodzę z poważną propozycją i oczekuję, że tak ją potraktujesz. Jego głos 

był zimny jak stal, Tess natychmiast otrzeźwiała. Na prawej

skroni  miała  bliznę  w  kształcie  łuku,  która  przypominała  jej,  jak  niebezpiecznie 
sprzeciwiać się Bertowi, kiedy w jego głosie pojawiał się ten ton.

- Wybacz, Bert, po prostu mnie zaskoczyłeś - powiedziała, udając zmieszanie. -

Nie  tego  oczekiwałam,  to  znaczy,  jak  u  licha  mam  się  podać  za
jakiegoś  dawno  zmarłego  bogatego  dzieciaka?  Oboje  dobrze  wiemy,  że  w  moich 

żyłach nie ma ani kropli błękitnej krwi.

Bert zmierzył Tess wzrokiem, jakby widział ją po raz pierwszy. Poczuła suchość w 

gardle. Bert znów rozsiadł się wygodnie na złotej kanapie.

- Mieszańce  udają  przez  całe  życie,  kotku.  Poradzisz  sobie,  jeśli  cię

odpowiednio  przygotuję.  Zawsze  byłaś  świetną  aktorką.  Mam  tu  jakieś  zdjęcia  tej 

dziewczynki i jej rodziny. Jesteś do niej wystarczająco podobna i możesz podać się 
za  nią  bez  żadnej  operacji  plastycznej,  soczewek  kontaktowych  czy  farbowania 
włosów. 

Masz 

tyle 

samo 

lat, 

ile 

ona 

by 

miała,

odpowiednią  karnację  i  wzrost,  a  nawet  bliznę  po  operacji  wyrostka.  Dlatego  od 
razu  pomyślałem  o  tobie.  Żadnych  oszustw.  Cushmanowie  dostaną
prawdziwy produkt.

- Po  odpowiednim  przygotowaniu  -  powiedziała  sucho  Tess.

Bert uśmiechnął się zadowolony z siebie.

-

Zrobiłem rozeznanie co do tych Cushmanów i dziewczynki. Mam informacje, 

które właściwie podane, przekonają ich, że ty jesteś Elizabeth. Potem to już tylko

kwestia nakłonienia staruszki, żeby przekazała ci kolię wartą trzydzieści pięć i pół 
miliona dolarów i znikamy jak statki w Trójkącie Bermudzkim. Sprzedajemy kolię 
znajomemu kolekcjonerowi i dzielimy się zyskiem. I co ty na to?

-

Jak będziemy się dzielić?

Bert wzruszył ogromnymi ramionami.
- Jak zwykle.
Tess uśmiechnęła się i pokręciła głową.

- O,  nie.  Jestem  teraz  starsza  i  mądrzejsza,  Bert,  i  to  ja  mam  wykonać

całą  robotę.  Podział  dziewięćdziesiąt  do  dziesięciu  nie  wchodzi  w  grę.  Po
wiedzmy: pół na pół.

Szare oczy Berta pociemniały.
- Nie  targuję  się  z  moimi  dziewczynami.  Dobrze  o  tym  wiesz.  Podział

będzie  taki,  jak  zwykle:  dziewięćdziesiąt  do  dziesięciu.  Albo  się  zgadzasz,
albo nie ma o czym mówić.

Tess nadal była spokojna.

- Przecież  jestem  dobrą  aktorką  i  w  dodatku  z  blizną  po  wyrostku,  za

pomniałeś? Potrzebujesz mnie, Bert, dlatego tu jesteś.

Przeszył ją wzrokiem.

9

background image

-

Nie igraj  ze mną, mała. To ja nauczyłem cię wszystkiego. Nie ma sztuczki, 

którą mogłabyś wyprowadzić mnie w pole.

-

To prawda - powiedziała cicho Tess. - Ale nie jestem już dzieckiem, Bert. 

Przez siedem długich lat byłam niezależna i chociaż, być może, nie dorównuję 
ci,  nie  jestem  już...  twoją  własnością.  Z  tego,  co  powiedziałeś  wynika,  że 

podczas tej roboty mam być twoją partnerką. Mniej doświadczoną, ale jednak 
partnerką.

Bert milczał przez chwilę.

- No  wiesz  -  powiedział  w  końcu.  -  Jeśli  dobrze  odegrasz  swoją  rolę, 

możesz  zarobić  więcej  niż  dziesięć  procent  wartości  kolii.  Odziedziczysz 
królestwo warte setki milionów dolarów.

Tess  ukryła  uśmiech.  Wiedziała,  czego  się  spodziewać.  Przez  sześć  lat, 

kiedy była własnością Berta, o czym przypominał przy każdej okazji, nauczył 

ją wszystkiego o kradzieżach i oszustwach. Ale przez ten czas ona także poznała 
Berta  na  wylot.  Jak  to  dobrze,  że  po  tych  wszystkich  latach  wciąż  potrafiła 
zgadnąć, co myśli.

-

Chodzi ci o to... żebym udawała aż do chwili, kiedy staruszka wykituje? -

spytała, udając zaskoczenie.

-

Dokładnie tak.

-

Przyznaję,  że to  intrygujący  pomysł  -  oświadczyła  Tess,  zakładając  nogę 

na nogę. - Ale co będzie, jeśli przekażę ci kolię i nadal będę udawać Elizabeth? 

Staruszka będzie niepocieszona, kiedy kolia zniknie.

-

Zastąpimy j ą kopią.

- OK. A co będzie, jeśli sprzedasz ją swojemu kolekcjonerowi, a rok później 

staruszka nazwie mnie oszustką i wyrzuci na zbity pysk?

-

Wtedy  znajdziesz się  w  tarapatach, kotku.  Wybór  należy do  ciebie:  albo 

podział  dziesięć  do  dziewięćdziesięciu,  albo  kilka  lat  ciężkiej  pracy,  żeby 
odziedziczyć imperium. Co wolisz?

-

Ach,  Bert,  jak  możesz  pytać?  -  powiedziała  Tess  z  uśmiechem.  -  To  ty 

mnie wyszkoliłeś. Myślę, że będę wspaniałą władczynią imperium.

Uśmiechnął się do niej.
-

A nie mówiłem, że jesteś najlepszą z moich dziewczyn?

-

A teraz powiedz, w jaki sposób odziedziczę imperium?

Przez  następną  godzinę  Bert  przedstawiał  swój  plan.  Tess  nie  mogła  ukryć 

podziwu.  Nie  wyszedł  z  wprawy.  W  miarę  upływu  czasu  zaczynała  nabierać 
przekonania, że to naprawdę może się udać. A jeśli tak, podejrzewała, że Bert 

nie  zadowoli  się  samą kolią. Prawdopodobnie ma  zamiar  zagarnąć też  sporą 
część imperium. Bert nigdy nie brał mniej, jeśli mógł wziąć więcej.

Dał  jej  zdjęcia  Cushmanów,  żeby  zaczęła  przyzwyczajać  się  do  swojej 

przyszłej rodziny. Od jutra zaczną intensywne przygotowania. Za kilka tygodni 
Tess będzie gotowa, żeby pojawić się w domu Cushmanów i zażądać tego, co 

jej się prawnie należy.

10

background image

- Oto  człowiek,  którego  będziesz  musiała  przekonać.  -  Bert  podał  jej

ostatnie zdjęcie.

Tess przyjrzała się mężczyźnie po trzydziestce. Gęste kasztanowate włosy opadały 

na kołnierzyk koszuli. Zielone oczy spoglądały surowo, usta były mocno zaciśnięte. 

Ostre  rysy  twarzy  zdradzały  siłę  i,  jak  się  zdawało  Tess,  cynizm.  Było  to  zdjęcie 
paszportowe,  ale  Tess  z  łatwością  mogła  sobie  wyobrazić  postać  mężczyzny.  Z 
pewnością był wysoki i silny. Takie ramiona nie mogły należeć do słabeusza.

- Kto to? - spytała.
-

Luke Mansfield, prawnik rodziny. - Tess była zaskoczona.

-

Mansfield? Z firmy Mansfield i Roper?

-

Tak.

- Nie  żartuj,  Bert!  To  tylko  bogaty  dzieciak  pomagający  wykręcić  się  od

więzienia  innym  bogatym  dzieciakom  i  flirtujący  z  każdą  nową  dziewczyną
w swoim otoczeniu.

Wzrok Berta przygwoździł ją do krzesła.

- Nie  myśl  sobie,  że  wiesz  więcej  ode  mnie,  mała,  a  ja  nie  przesadzam

z Mansfieldem. To twój najgorszy wróg. Jest twardy, sprytny i to on pierwszy musi 
uwierzyć, że jesteś Elizabeth.

Tess  spojrzała  na  zdjęcie,  które  trzymała  w  ręce.  Wielokrotnie  widziała  to 

nazwisko w rubryce towarzyskiej. Jak mogła się bać kolorowego motyla skaczącego z 

kwiatka na kwiatek? To prawda, że nie wyglądał jak beczka śmiechu, ale uznała, że 
da  sobie  z  nim  radę,  nawet  z  rękami  skrępowanymi  na  plecach....  i  do  tego 
skacząc na jednej nodze.

-

Skoro tak twierdzisz - mruknęła, kładąc zdjęcie na stoliku obok.

-

Tak  twierdzę  i  szybko  się  przekonasz,  że  mam  rację.  Chyba  zapominasz  o 

najważniejszych  rzeczach,  kotku.  -  Stalowoszare  oczy  Berta  przewiercały  ją  na 
wylot. - Nie będziesz kwestionować moich decyzji, nie będziesz mnie krytykować, 

nie będziesz działać według niczyjego planu, tylko według mojego. Zrozumiałaś?

Wstał i pochylił się nad nią. Boże, naprawdę był potworem!

- Zrozumiałam,  Bert  -  powiedziała  ulegle.  Czuła  się  tak,  jakby  znowu

miała jedenaście lat.

Kiedy  wreszcie  wyszedł,  Tess  powoli  zamknęła  za  nim  drzwi  i  rozejrzała  się  po 

mieszkaniu.  Wyglądało  na  to,  że  jej  świat  się  zawalił:  był  przekrzywiony,  obcy, 
nierealny.

To  wydarzyło  się  naprawdę!  Znów  będzie  pracować  z  Bertem.  Tym  razem  nie 

pozbawią  Cartiera  znacznej  części  diamentów.  Nie  wyniosą  zaginionego  obrazu 
Rubensa  z  tajnej  galerii  prywatnego  kolekcjonera.  Tym  razem  chcą  zdobyć 

szmaragdową  kolię  od  seniorki  najstarszego  i  największego  domu  aukcyjnego  na 
Zachodzie.

11

background image

A  Tess,  choć  nie  znała  nawet  własnego  imienia  i  pochodzenia,  miała  zostać 

Elizabeth  Cushman,  dawno  nieżyjącą  spadkobierczynią  z  koneksjami  i  czystą 

błękitną krwią, które zapewniały stare nowojorskie pieniądze.

- Nie do wiary - mruknęła Tess.
Podeszła  do  ogromnego,  wiszącego  nad  marmurowym  kominkiem  lustra  w 

pozłacanej  ramie  i  przyjrzała  się  sobie.  Wciąż  miała  metr  pięćdziesiąt  i  nie  była 
specjalnie  urodziwa.  A  zresztą  Jane  Cushman  nie  poszukiwała  piękności  tylko 
spadkobierczyni.  Karnacją  Tess  przypominała  Johna  Cushmana,  i  chociaż  z 

wyglądu nie była podobna do Eugenie Cushman, miała ogromną siłę wewnętrzną. 
To sprawiło, że ich osobowości były również  podobne. A poza tym  miała jeszcze 

bliznę  po  operacji  wyrostka.  Tess  pobłogosławiła w myślach swoich podejrzanych 
przodków,  że  odziedziczyła  po  nich  szwankujący  wyrostek.  Dzięki  temu  miała 
robotę. Największą w swoim życiu.

Odwróciła  się  nieco,  palcami  wybijając  rytm  na  zimnym  marmurze  kominka. 

Stawała się twarda i mocna, jak zawsze, gdy zabierała się do pracy. Ta robota, co 
prawda,  zupełnie  nie  przypominała  tego,  czego  mogła  się  spodziewać  po  nowej 

współpracy  z  Bertem.  Ale  rzucił  jej  wyzwanie,  a  Tess  od  dawna  na  to  czekała. 
Podejmie je i wygra.

Zacisnęła  usta  w  drwiącym  uśmiechu  i  ruszyła  do  telefonu.  Gladys  i  Cyryl  nie 

uwierzą w jej szczęście.

Rozdział drugi

Nie mogę w to uwierzyć! - Luke Mansfield powtórzył to po raz dziesiąty w ciągu 

ostatnich dziesięciu minut. - Nie wierzę, że mnie do tego zmuszasz! Mam sprawę o 
dziewiątej, o pierwszej jestem umówiony na lunch, o trzeciej mam przesłuchanie, 

muszę się przygotować na jutro, a co robię zamiast tego? Jestem świadkiem, jak 
moja najlepsza klientka traci zmysły!

- Uspokój  się,  Luke -  powiedziała  łagodnie  Jane  Cushman.  -  Bo  dostaniesz 

wysypki.

Luke założył jedną długą nogę na drugą i spojrzał na nią.
-

Za  tę  zabawę  policzę  sobie  podwójnie.  Powiedzmy  potrójnie.  He  oszustek 

przewinęło się przez ten dom w ciągu ostatnich dwudziestu lat?

-

Trzydzieści  dwie  -  odparła  spokojnie  Jane,  ponownie  napełniając  filiżankę 

herbatą  z  delikatnego  porcelanowego  czajniczka.  -  Nie  widzę  niczego  złego  w 

sprawdzeniu jeszcze jednej.

-

Nie  widzisz...!  A  co  z  moimi  sprawami?  Co  z  moim  zdrowym  rozsądkiem? 

Jesteś masochistką, tyle ci powiem. I sadystką. Nic sobie nie robisz

12

background image

z  tego,  że  znów  przeżyjesz  rozczarowanie,  ani  z  tego,  że  rujnujesz  mi  cały 
dzień!

-

Nie  mam  zbyt  wielkich  nadziei,  Luke.  To  zwykła  ciekawość  -  odparła 

Jane,  pijąc  herbatę.  -  Ci  ludzie  zastosowali  wyjątkową  taktykę  i  jestem  cie-

kawa, co zrobią dalej. Czy doktor Weinstein i jego protegowana nie intrygują 
cię ani trochę?

-

Nie, czuję tylko odrazę - odparł Luke. - Wszystko, co cię czeka, to kolejna 

farbowana  blondynka  rzucająca  ci  się  w  ramiona  z  okrzykiem:  „  Babciu!"  i 

rozpoznająca ze wzruszeniem ten wazon i tamten obraz. Myślałem, że masz już 
dosyć takich melodramatów.

-

W  moim  wieku  trochę  sensacji,  choćby  w  kiepskim  wydaniu,  nie  za-

szkodzi - odparła Jane rozbawiona. - Na niczym mi nie zależy. W końcu jesteś 

po  to,  aby  o  mnie  dbać...  za  potrójną  stawkę.  Czy  twoi  ludzie  sprawdzają 
wiarygodność doktora Weinsteina?

-

Bardzo  dokładnie.  - Luke  powiedział  to  z  ponurą  satysfakcją.  -  Przed 

końcem tygodnia aresztują go za oszustwo... razem z tą jego Elizabeth.

Jane westchnęła.
-

Stałeś  się  taki  cyniczny.  Chociaż  raz  spróbuj  zachować  się  inaczej.  A  co 

będzie, jeśli doktor Weinstein rzeczywiście natrafił na moją wnuczkę?

-

Wtedy stanę na golasa pod oknem twojej sypialni i będę śpiewał serenady 

pod melodię La Cucaracha.

Śmiech Jane przerwał szef służby domowej Hodgkins. Wszedł do pokoju z 

grobową miną i oznajmił przybycie doktora Weinsteina.

-

Wspaniale! Zaczyna się kiepski melodramat - oświadczyła Jane, wstając. 

Spojrzała na swojego prawnika.

-

Wstydź się, Mansfield! Gdzie twoje maniery? Wstań i przywitaj naszych 

gości z całą należną im pompą.

Luke  wstał,  wzdychając  ciężko.  Możliwe,  że  Jane  Cushman  była  najspryt-

niejszym  stworzeniem  na  świecie,  ale  jej  też,  jak  każdemu  człowiekowi,  zda-

rzały  się  chwile  utraty zdrowego rozsądku.  To  był właśnie  najlepszy przykład. 
Dzisiejszego  ranka  marnowała  swój  niezwykle  cenny  czas.  Luke  tego  zdecy-
dowanie nie pochwalał. Elizabeth nie żyła. Wszyscy, nawet Eugenie, pogodzili się 

z  tym  dawno temu. Ale  nie  Jane.  Cóż, pomyślał Luke, wzdychając  raz  jeszcze, 
mając  siedemdziesiąt  cztery  lata  Jane  mogła  sobie  pozwolić  na  eksces-

tryczność. Życzyłby sobie tylko, aby nie kolidowało to z jego pracą.

- Doktor  Weinstein  i  panna  Alcott  -  zaanonsował  Hodgkins,  zanim  wy-

szedł z pokoju.

Potężny mężczyzna wkroczył do małej damskiej bawialni niemal wypełniając 

ją  swoją  osobą.  Miał  lwią  grzywę  szpakowatych  włosów,  z  których  był 
niewątpliwie  bardzo  dumny.  Ubrany  był  w  konserwatywny  szary  garnitur  z

czerwonym  goździkiem  w  butonierce,  na  nosie  miał  szylkretowe  okulary,  a 
jedyną biżuterię stanowiła złota obrączka ślubna. Spokój, pewność siebie

13

background image

i  dostatek  -  takie  sprawiał  wrażenie.  Zdaniem  Luke'a,  było  to  celowe.  Na 
takim właśnie efekcie powinno zależeć dobremu oszustowi.

Za miłym doktorem weszła do pokoju kobieta, która rozłożyła Luke'owi cały 

plan działania.

Luke przestał oddychać.
Była  cudowna.  Niesforne blond loki,  ściągnięte w  koński ogon, wymykały 

się i otaczały czoło i skronie. Oczy były tak niebieskie, że aż fiołkowe, a usta 

pełne i kuszące.

Miała  drobną  budowę.  Biodra  i  piersi  delikatnie  uwypuklały  szmarag-

dowozielony  sweterek.  Sprawiała  wrażenie  spokojnej  i  pewnej  siebie.  Jej  nie-

bieskie  oczy  rozszerzyły  się  nieznacznie,  napotykając  wzrok  prawnika,  ale 
wyraz twarzy pozostawał nieodgadniony.

Jane  ruszyła  przodem,  by  przywitać  gości  i  dać  Luke'owi  szansę  po-

nownego uruchomienia układu oddechowego.

-

Doktorze  Weinstein,  jak  miło,  że  pan  przyszedł  -  powiedziała,  ściskając 

masywną dłoń rzekomego psychiatry, który górował nad nią wzrostem.

-

To mnie jest miło, że zechciała się pani ze mną spotkać, pani Cushman -

odparł doktor Weinstein głębokim basem. - Oto młoda kobieta, o której pani 
wspominałem: Tess Alcott. Tess, to jest pani Cushman, twoja babcia.

-

O  tym  dopiero  się  przekonamy,  doktorze  Weinstein  -  powiedziała  Jane 

głosem, którego używała, uciszając krzykliwych kolekcjonerów. Odwróciła się 

do młodej kobiety z uśmiechem.

-

Bardzo się cieszę, że cię widzę, moja droga.

-

Nie wiem, dlaczego - odparowała Tess Alcott ze szczerym rozbawieniem 

w głosie. - Nie wierzy pani w to szukanie utraconej wnuczki, prawda?

Luke, Jane i doktor Weinstein popatrzyli na nią zaskoczeni.
-

Proszę posłuchać - mówiła dalej Tess. - Wygląda pani na miłą osobę, pani 

Cushman.  Nie  powinna  pani  zadawać  się  z  jakimś  lekarzem  od  czubków, 

który bawi się w hipnozę ani z kobietą, która nawet nie wie, jak się nazywa. 
Ludzie zaczną mówić przykre rzeczy na pani temat.

-

Och, proszę się o mnie nie martwić. Mam naprawdę grubą skórę -odparła 

Jane z błyskiem w oku. - I potrafią oddawać z nawiązką.

-

Jestem  tego  pewna  -  stwierdziła  Tess  z  uśmiechem  pełnym  uznania. 

Wzruszyła  ramionami.  -  Teraz  pani  ruch.  Ja  mogę  grać  dalej,  jeśli  i  pani 
będzie to robić.

-

Chyba - powiedział sztywno doktor Weinstein - podczas naszej wczorajszej 

rozmowy  telefonicznej  wspomniałem,  że  panna  Alcott  zaprzecza  swojej 

tożsamości. To częsta reakcja przy amnezji pourazowej.

-

Rozumiem  -  powiedziała  Jane  i  poprosiła  do  siebie  Luke'a,  żeby  go 

przedstawić.

Luke  przywołał  się  do  porządku  i  podszedł  bliżej.  Wtedy  napotkał  wzrok 

Weinsteina wyrażający życzliwy brak zainteresowania. Prawnik 

14

background image

trzymał  rękę z  tyłu,  żeby  uniknąć  ściskania  ogromnego  łapska  doktora.  Luke
nigdy nie dotykał błota, kiedy mógł tego uniknąć. Zwrócił się do Tess i ich oczy 
się spotkały.

To był błąd.
W jego mózgu nastąpiło spięcie.
Jane zaprosiła ich do małego stolika i usiadła naprzeciwko Tess. Mężczyźni 

zajęli miejsca po bokach. Luke poczuł delikatny, prowokujący zapach. To była 
cała Tess Alcott.

Weź się w garść, Mansfield, pomyślał.
Przez  następną  minutę  robił  sobie  wyrzuty.  Był  prawnikiem,  do  licha, 

jednym  z  najlepszych  w  okolicy  i  mógłby,  na  Boga,  zacząć  się  wreszcie  od-
powiednio  zachowywać!  Jeśli  Tess  Alcott  myślała  sobie,  że  może  go  zdobyć 

niebieskimi oczami i seksowną fryzurą, to bardzo się zdziwi.

Hodgkins wniósł czajniczek ze świeżą herbatą, napełnił filiżanki i wyszedł z 

powagą.  Jane  nie  zwróciła  na  to  uwagi.  Oparła  się  wygodnie  i  studiowała 
krytycznie Tess, która z przyjemnością odpłaciła jej tym samym.

- W  swoim  liście  z  zeszłego  tygodnia -  powiedziała  chłodno  –  doktor 

Weinstein  poinformował  mnie,  że  wiodła  pani  dotychczas  życie  pełne  przy-
gód, panno Alcott.

Tess uśmiechnęła się.
Luke aż jęknął w myślach. Dołeczki! Ona miała dołeczki!
- Cóż, można i  tak  określić  moją niechlubną  przeszłość  -  rzekła  cierpko

Tess. -  Byłam złodziejką, pani Cushman. Najlepszą. Teraz sytuacja się zmie-

niła, ale wciąż jestem dumna z moich osiągnięć zawodowych.

-

Co za szczerość, panno Alcott - szydził Luke. - A co takiego, jeśli można 

zapytać, uważa pani za szczytowy moment w swojej karierze? Zmuszanie firm 
ubezpieczeniowych  do  wypłacania  ogromnych  odszkodowań  ludziom, 
których  pani  okradła?  Marnotrawienie  cennego  czasu  policji?  Skłonienie 

Jane do zaproszenia pani tutaj?

-

Prawdę mówiąc - odezwała się Tess, zlizując koniuszkiem języka kropelki 

herbaty  ze  swojej  pełnej  górnej  wargi  -  najlepszą  moją  robotą  było 
załatwienie  sobie  studiów  w  Oksfordzie.  Miałam  mnóstwo  roboty  papierko-

wej, ale darmowy dyplom był tego wart.

-

Fascynujące - powiedziała Jane szczerze, ku niezadowoleniu Luke'a. - W 

czym się pani specjalizowała?

-

W  historii  sztuki.  Wiem,  że  to  niepraktyczne,  ale  pomyślałam  sobie,  że 

skoro i tak mam już zawód, to mogę zrobić coś tylko dla przyjemności.

-

Wracając  do pani  tak zwanej  drogi  zawodowej -  wtrącił z  powagą  Luke. -

Czy próbowała pani kiedykolwiek zostać spadkobierczynią w bogatej rodzinie?

-

Luke! - odezwała się z dezaprobatą Jane.

-

Nie,  nie,  tego  jeszcze  nie  próbowałam  -  odparła  Tess,  obdarzając  go 

spokojnym spojrzeniem niebieskich oczu. - Zawsze uważałam, że 

15

background image

taka  sztuczka  jest  zbyt  ryzykowna,  zawiera  zbyt  wiele  niewiadomych.  Nie, 
kradzież  biżuterii i  dzieł  sztuki  to  moje  główne  zajęcia.  Wie  pan,  kradzież 

pięknych  przedmiotów  dostarcza  największej  satysfakcji.  Nic  innego  nie  jest 
warte takiego wysiłku.

-

Coś w tym jest - rzekła Jane. - A co skłoniło panią do zmiany zajęcia?

-

Rozsądek - powiedziała sucho Tess. - Miałam dwadzieścia jeden lat, cały 

Interpol  i  połowę  policji  europejskiej  na  karku.  Doszłam  do  wniosku,  że 
przestępstwo  przestało  się  opłacać,  więc  oddałam  się  w  ręce  Światowego 

Biura Śledczego.

-

To chwalebne - podkreśliła Jane.

-

Nie, po prostu praktyczne. To żadna przyjemność cały czas oglądać się za 

siebie.  Poza  tym  odłożyłam  dość  pieniędzy,  żeby  mi  starczyło  na  ulubione 

czekoladki do końca życia.

Jane zaśmiała się z uznaniem. Luke spojrzał na nią. Nie powinna pozwalać 

sobie  na  żarty!  Czy  chce,  aby  kolejna  oszustka  znów  przysporzyła  jej 
cierpienia? Kobiety, pomyślał z dezaprobatą.

-

A w którym więzieniu spłaciła pani swój dług względem społeczeństwa? -

zapytał, przeszywając Tess prokuratorskim  spojrzeniem, budzącym  postrach 
wśród oskarżonych.

-

Żadnego  więzienia,  taki  był  układ  z  ŚBŚ  -  odparła  Tess  nie  zmieszana, 

sadowiąc  się  wygodnie.  -  Mieli  mnie  na  oku  od  lat,  ale  nie  byli  w  stanie 

przedstawić mi żadnych dowodów. Nie to, żeby nie próbowali. Byłam jednak 
dla  nich  za  dobra  i  oni  o  tym  wiedzieli.  Więc  zaproponowali,  żebym 

współpracowała  z  nimi za  darmo i  zwróciła  wszystkie skradzione  rzeczy, które 
jeszcze  posiadałam.  Miałam  jeden  taki  szmaragdowy  pierścionek,  który  ko-
niecznie  chciałam  zatrzymać.  Był...  Nieważne.  W  zamian  ŚBŚ  oczyściło  moje 

konto. Przez ostatni rok pracowałam jako wolny strzelec.

- W  jakim  charakterze?  -  dopytywał  się  Luke.

Tess uśmiechnęła się.

-

Powiedzmy, że byłam konsultantką. Prawdę  mówiąc, sami teraz ogromnie 

wdzięczni. Dzięki mnie przestali wychodzić na głupków.

-

Jak  na  młodą  kobietę,  która  ma  tylko  dwadzieścia  pięć  lat,  prowadziła 

pani wyjątkowo barwne życie - stwierdziła Jane, przyglądając się Tess uważnie. 
-  Proszę  mi  powiedzieć,  panno  Alcott,  co  pociągało  panią  w  środowisku 
kryminalistów?

Przez  moment  twarz  Tess  nabrała  wyrazu  goryczy,  co  zdziwiło  Luke'a. 

Jednak  na  miejscu  goryczy  tak  szybko  pojawił  się  uśmiech,  że  Luke  nie  był 

pewien, czy udało mu się dostrzec pod maską jej prawdziwą twarz.

-

Wpadłam w niewłaściwe towarzystwo - odparła.

-

Sądzę - wtrącił doktor Weinstein, odstawiając filiżankę - że mówiłem pani 

o Carswellach? Zdobyli złą sławę, wysługując się dziećmi przy kradzieżach.

W głowie Luke'a odezwał się sygnał alarmowy. Wszystko nie tak. 

16

background image

Każdy aspekt życia Tess, przedstawiony przez nią i doktora Weinsteina był 

prawie  niemożliwy  do  sprawdzenia.  Jak  zamierzali  prowadzić  tę  grę?

Wstrzymał oddech. Elizabeth. Gdzie w tym wszystkim była Elizabeth? Obserwował 
Tess ze wzrastającym podziwem. Była naprawdę dobra w tym, co robiła.

-

Proszę mi powiedzieć, panno Alcott - zapytał łagodnie - czy pani jeździ?

-

Pewnie - odparła. - Mam w domu rower z dziesięcioma przerzutkami.

- Nie  myślałem  o  rowerze,  panno  Alcott.  Chodziło  mi  o  konie.

Tess spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami.

- Zwariował  pan?  Po  to,  żeby  się  zabić?  Dziękuję,  ale  nie.  Konie  mnie

przerażają.

Luke pomyślał, że udało jej się stworzyć intrygujący labirynt. Co też kryło się w 

środku?

-

Przerażają  panią?  -  powtórzył.  -  Jakie  to  dziwne.  Elizabeth,  prawdziwa 

Elizabeth  wychowała  się  w  siodle.  Jej  matka,  Eugenie,  była  znaną  dżo-kejką  i 
hodowała konie.

-

W takim razie Eugenie miała więcej odwagi niż rozumu - odparowała Tess.

Luke z trudem powstrzymywał śmiech. Niech diabli wezmą tę kobietę!
-

Wolę  myśleć,  że  moja  synowa  miała  pod  dostatkiem  zarówno  odwagi,  jak  i 

rozumu - wtrąciła Jane.

-

Wiesz, Jane, gubię się w tym - oświadczył Luke. - Nie można nie zauważyć, że 

panna  Alcott  ma  bliznę  w  kształcie  łuku  na  prawej  skroni.  Elizabeth  nie  miała 

takiej blizny, prawda?

-

Nie - odparła spokojnie Jane. - Nie miała.

-

Jak pani to wytłumaczy, panno Alcott?

-

Przytrafiła  mi  się  ta  blizna,  kiedy  miałam  szesnaście  lat  -  odpowiedziała 

równie spokojnie Tess.

-

Można spytać, w jaki sposób?

Tess zerknęła na Weinsteina, a następnie uśmiechnęła się do Luke'a.

- Powiedziałam „nie".
- Komu? - zainteresowała się Jane.

Znowu spojrzenie w kierunku Weinsteina.

- Mojemu  opiekunowi  w  świecie  przestępczym  -  odparła  Tess.  -  Źle  to

zniósł.

Jane milczała przez chwilę, pijąc herbatę.
-

Nie pamięta pani swojej rodziny, panno Alcott?

-

Nie  -  odparła  Tess,  zakładając  nogę  na  nogę.  -  W  każdym  razie  niczego 

konkretnego. Moje pierwsze wspomnienia wiążą się z Carsweilami. Musiałam mieć 

jakieś cztery czy pięć lat, kiedy do nich trafiłam.

-

Więc nie pamięta pani tego domu - upewniał się Luke - ani swojej babci?

Błękitne oczy Tess spojrzały na niego.

17

background image

-

Maks twierdzi, że powinnam, ale nie pamiętam. I wcale nie  chcę. Policja 

już  mnie  nie  poszukuje.  Wiodę  porządne,  uczciwe  życie:  mam  piękne 
mieszkanie,  dobrą  pracę  i  mnóstwo  czekoladek.  Nie  chcę,  żeby  jakaś  obca 
rodzina zniszczyła to, co udało mi się osiągnąć. Nie pamiętam pani Cushman 

ani tego domu, i Bogu dzięki.

-

Chwileczkę,  Tess  -  zaprotestował  doktor  Weinstein,  podczas  gdy  Luke

rozważał  to  oświadczenie.  -  Wiesz,  że  to  niezupełnie  tak.  Podczas  naszych 
seansów  hipnotycznych  przypomniałaś  sobie  parę  szczegółów  z  wczesnego 

dzieciństwa,  które  pasują  jak  ulał  do  tego,  czego  udało  mi  się  dowiedzieć  o 
Cushmanach i do tego, co tu zobaczyliśmy.

-

Pewnie,  że  tak  -  mruknął  Luke  i  zaskoczony  spostrzegł,  że  Tess 

uśmiechnęła  się  do  niego.  Odwzajemnił  uśmiech.  Niech  diabli  wezmą  tę 

kobietę! Co się, u licha, z nim dzisiaj dzieje? - Panno Alcott, zdaje sobie pani 
sprawę,  że  nie  wierzę  w  tę  bajeczkę,  którą  pani  i  doktor  Weinstein  opo-
wiadacie?

-

Byłby  pan  głupcem,  gdyby  pan  w  to  wierzył,  panie  Mansfield  -  odparła 

Tess.

-

Wkrótce  się  pani  przekona,  że  nie  jestem  głupcem  -  odparował  Luke.  -

Spróbujmy  przeanalizować  to,  co  przypomniała  sobie  pani podczas  hipnozy, 

dobrze? Sądzę, że powinniśmy zacząć od zdjęć, Jane.

-

Doskonale  -  zgodziła  się  Jane.  Wyciągnęła  spod  stołu  ogromny  album  i 

wyjęła z niego pięć kolorowych fotografii. Każda z nich przedstawiała innego, 
wypielęgnowanego kucyka. - Czy poznaje pani któregoś z nich, panno Alcott?

Tess rzuciła okiem na zdjęcia, potem spojrzała na Jane.
-

To konie. Mówiłam, że nie lubię koni.

-

To kucyki - poprawiła ją Jane, podając Tess zdjęcia. - Elizabeth uwielbiała 

jednego z nich. Którego?

Tess pospiesznie przejrzała zdjęcia i rzuciła je z powrotem na stolik.
Skąd  mam  to  wiedzieć?  -  spytała  i  zwróciła  się  do  Weinsteina:  -  Mó-

wiłam, że to bez sensu, Maks. Chodźmy stąd.

Tess podniosła się, gotowa do wyjścia.
-

Chwileczkę,  panno  Alcott  -  rzekła  łagodnie  Jane.  -  Ledwo  pani  rzuciła 

okiem na te fotografie. Proszę spróbować jeszcze raz.

-

To nie ma sensu - powiedziała Tess poirytowana. - Nie pamiętam żadnych 

koni  ani  kucyków  poza  tymi,  które  widziałam  w  telewizyjnych  westernach. 

Pokażcie  mi  kucyka,  który  macha  ogonem,  gdy  ktoś  powie  „Howdy",  na 
pewno go rozpoznam!

Na moment zapadła cisza.

- Ten  kucyk  -  powiedziała  cicho  Jane,  wyciągając  zdjęcie  kucyka  z  długą 

grzywą- należał do Mansfieldów. Luke nauczył go machać ogonem na dźwięk 
imienia „Howdy". Elizabeth śmiała się z tego do rozpuku.

18

background image

- Ach  tak  -  mruknęła  Tess  i  usiadła  z  powrotem  na  krześle.

Znów zapanowała cisza.

Luke  pomyślał,  że  Tess  naprawdę  nie  może  uwierzyć  w  zbieżność  swoich 

wspomnień  ze  wspomnieniami  Elizabeth.  Zaczynał  rozumieć,  dlaczego 

odnosiła  takie  sukcesy  w  swojej  działalności  przestępczej.  Grała  po mistrzow-
sku.  Bo  to  musiała  być  gra.  Luke  nie  dopuszczał  myśli,  że  może  mieć  przed 
sobą prawdziwą Elizabeth Cushman.

-

Czy zna pani jakieś języki obce, panno Alcott? - spytała Jane, przerywając 

ciszę.

-

Sześć.

Luke i Jane popatrzyli na nią zaskoczeni.
-

Francuski też? - spytała Jane.

-

Oczywiście  -  odparła  Tess  znów  pewna  siebie.  -  Francuski  to  podstawa. 

Tym  językiem  posługuje  się  wielu  najbogatszych  ludzi  świata.  Znam  każdy 
język, który może mi się przydać, pani Cushman.

-

Dla  Elizabeth  francuski  był  drugim  językiem  -  wyjaśniła  Jane.  -  Widzi 

pani, moja synowa, Eugenie, była Francuzką.

-

Wcale  mnie  to  nie  dziwi.  Gdyby  była  Amerykanką,  dzieciaki  wyśmie-

wałyby się z jej imienia.

-

Ta gruboskórna  maska jest bardzo  zabawna,  panno Alcott  - odezwał  się

Luke.  -  Ale  wydaje  mi  się,  że  dobry  złodziej  dzieł  sztuki  powinien  mieć 
łagodniejszy  image,  jeśli  chce  coś  osiągnąć  i  pokazać  elicie  społecznej  wy-

rafinowanie i inteligencję albo przynajmniej niewinność i prostotę...

-

Oczywiście  -  odpowiedziała  pogodnie  Tess.  Wydawała  się  mieć  wy-

jątkowo grubą skórę. - Dobry złodziej musi być dobrym oszustem. Próbowa-
łam  wszystkiego:  byłam  zarówno  niewinną sprzedawczynią,  jak  i  analitykiem 
komputerowym  u  europejskiej  księżniczki.  -  Na  jej  ustach  pojawił  się 

uśmiech.  -  Podobało  mi  się,  kiedy  ludzie  kłaniali  się  i  szurali  nogami,  gdy 
przechodziłam.  To  zadziwiające,  w  co  ludzie  potrafią uwierzyć  w  ciągu  kilku 
godzin lub kilku dni. Widzi pan, dobry oszust jest jak blitzkrieg: pojawia się i 

znika, zanim ktokolwiek zdąży zapytać o referencje.

-

A czy siedząca dziś przed nami zatwardziała kryminalistka jest oszustką? -

spytała Jane.

Tess  popatrzyła  na  nią  przez  chwilę  i  szeroki  uśmiech  zagościł  na  jej 

pełnych wargach, ukazując w pełnej krasie dołeczki w policzkach.

- Tylko  troszkę  - wyznała.  -  Jestem  gruboskórna,  ale  umiem  też  być 

wyrafinowana.

Jane roześmiała się i poklepała japo ręce.
-

Moja droga, tak się cieszę, że przyszliście dziś na herbatę. Nasza rozmowa 

niezmiernie  mnie  rozbawiła.  Pani  i  doktor  Weinstein  musicie  koniecznie 
zostać na lunchu, jeśli oczywiście nie macie innych planów.

-

Będziemy zaszczyceni - odparł domniemany psychiatra.

19

background image

Luke zdziwiłby się, gdyby odpowiedź brzmiała inaczej.
-

Czemu nie poprosisz Hodgkinsa, żeby przyniósł pozostałe rzeczy -zwrócił się 

do Jane.

-

Oczywiście, Luke - odparła Jane. Jej rozbawione spojrzenie upewniało Luke'a, 

że Jane doskonale zdaje sobie sprawę z jego zniecierpliwienia i narastającej złości.

Wezwano Hodgkinsa. Wkroczył do pokoju jak lodowiec, wolno zsuwający się do 

morza.  Luke  nigdy  nie  widział,  żeby  jego  twarz  wyrażała  cokolwiek  innego  niż 
lodowatą  powściągliwość.  Postawił  na  stoliku  tacę  ze  srebra,  zebrał  naczynia  na 

mniejszą tackę i wyszedł dostojnym krokiem.

Jane wzięła z tacy srebrną filiżankę i podała ją Tess.
- Czy rozpoznaje to pani, panno Alcott?
Tess  wzięła  filiżankę  i  obróciła  ją  w  ręce.  Nagle  zadrżała  i  oddała  ją  z 

powrotem Jane. Nie spojrzała na Weinsteina.

- Nie przypominam jej sobie - oświadczyła.

Luke przyjrzał się Tess uważnie. W jaką grę grała tym razem?
- Nie? - powiedziała Jane. - Dziwne. To była ulubiona filiżanka Elizabeth. A to? 

- spytała biorąc do ręki złotą bransoletkę.

Tess znów obracała ją w palcach przez chwilę. Potem podała Jane.
- Jest piękna, ale nigdy wcześniej jej nie widziałam.

Luke  zdziwiłby  się,  gdyby  było  inaczej.  Bransoletka  należała  do  jego  siostry, 

Hannah. Biały pluszowy miś, którego Tess również nie rozpoznała, należał do jego 

brata,  Joshuy.  Luke  westchnął  w  duchu,  czekając  na  dalszy  ciąg  przedstawienia. 
Liczył na to, że nowa oszustka złapie się na fałszywe pamiątki, ale Tess Alcott była za 
dobra, żeby wpaść w taką pułapkę. Trzeba będzie czegoś więcej niż nieprawdziwy 

pluszowy miś, żeby ją przyłapać.

- A  to?  -  spytała  Jane,  podając  jej  brązowego  pluszowego  misia.

Tess wzięła misia w obie dłonie, opierając jego łapy o stolik. Nagle

uśmiechnęła się, jakby była w transie.
-

Cześć, Fred - wymamrotała. Jane pochyliła się 

nad stołem.

-

Dlaczego  nazwała  go  pani  „Fred"?  Tess  zerknęła  na 

starszą panią.

-

Nie wiem. Po prostu to do niego pasuje. Jest milutkim stworzeniem.

-

Elizabeth nazwała go tak na cześć Freda Flintstone'a.

- Była bystrym dzieciakiem - rzekła Tess, odkładając misia z powrotem na tacę. 

- Podobieństwo jest rzeczywiście uderzające.

Luke przygryzł dolną wargę.

Jane  nakręciła  jaskrawo  pomalowaną  pozytywkę-karuzelę.  Karuzela  zaczęła  się 

kręcić i dźwięczna melodia „AU the Pretty Little Horses" wypełniła pokój.

Tess zbladła. Zerwała się na równe nogi, strasznie dygocząc.

20

background image

- Wyłączcie  tę  cholerną  zabawkę  albo  pomóżcie  mi  ją  rozwalić!

Luke, Jane i Weinstein wpatrywali się w nią.

- Wyłączcie to!
Jane  wyłączyła  pozytywkę,  nie  spuszczając  wzroku  z  przerażonej  twarzy 

oszustki. Gdy tylko  muzyka zamilkła, Tess wzięła głęboki oddech, odwróciła 
się  na  pięcie  i  podeszła  do  szerokich  drzwi  prowadzących  na  taras  z  tyłu 
domu. Wyjrzała przez okno, wciąż obejmując się ramionami.

-

Doktorze  Weinstein?  -  odezwała  się  Jane.  Domniemany 

psychiatra poderwał się z krzesła.

-

Dowiem się, co ją tak zdenerwowało.

Podszedł do Tess i mówił coś po cichu, jakby ją uspokajał.
-

Co się stało? - szepnęła Jane.

-

Nie wiem - odparł Luke, patrząc na sztywne plecy Tess. - Ale nie podoba 

mi się to.

-

To znaczy co? To, że nie wiesz, co znaczy niespodziewana reakcja panny 

Alcott?

-

Jedno i drugie.

Tess odwróciła się, wzięła Weinsteina pod rękę i podeszła z powrotem do 

stolika.

-

Przepraszam za mój wybuch - powiedziała smutnym głosem. - Mówiłam, 

że nie lubię koni.

-

W  porządku,  moja  droga  -  odparła  Jane.  -  To  musi  być  okropnie  stre-

sujące, kiedy doktor Weinstein mówi pani jedno, a my podajemy to w wątpli-
wość.  Uważam,  że  długi  spacer  po  ogrodzie  dobrze  wpłynie  na  pani  nerwy. 

Luke, bądź dżentelmenem i oprowadź pannę Alcott po naszej posiadłości. Ja 
nie  jestem  już  taka  sprawna  jak  kiedyś.  -  Zwróciła  się  do  Tess:  -  Posiedzę 
sobie tutaj w spokoju i zajmę doktora Weinsteina rozmową. Wie pan, dokto-

rze, psychiatria zawsze mnie fascynowała.

Luke  uśmiechnął  się  w  duchu.  Jane  bardzo  sprytnie  uziemiła  Weinsteina, 

oddając  Tess  w  jego  ręce,  żeby  mógł  sprawdzić  każdy  szczegół  z  jej  życia. 

Humor zaczął mu się poprawiać. Podniósł się z krzesła.

-

Idziemy? - zapytał Tess.

-

Czemu nie. - Wzruszyła ramionami.

Rozdział trzeci

Luke wyprowadził Tess przez francuskie drzwi na taras i dalej po stopniach 

na  rozległy  niebieskozielony  trawnik.  Śpiew  niezliczonych  ptaków  był 
jedynym odgłosem pod czystym błękitem nieba. Po obu stronach

21

background image

posiadłości  rozciągał  się  park  z  ciemnymi  konarami  drzew  pnącymi  się  ku 

słońcu.

-

Pięknie,  prawda?  -  spytał  Luke,  zatrzymując  się  przy  ogromnym  dębie 

pośrodku trawnika.

-

Podoba mi się, kiedy z pieniędzy robi się dobry użytek - odparła Tess.

-

To  wszystko  musi  się  pani  wydawać  boleśnie  znajome.  Tess 

uśmiechnęła się tajemniczo.

-

Nie uwierzy mi pan, jeśli potwierdzę, więc po co to pytanie?

-

Staram się odgadnąć, według jakiego systemu wybiera pani rzeczy, które pani 

pamięta - powiedział, opierając się o drzewo i splatając ramiona na piersi. - Weźmy 
na przykład ten stary dąb. Stoi tu od stuleci. Elizabeth musiała go widzieć każdego 

dnia swojego dzieciństwa. A pani?

-

Mówiłam już. Nie pamiętam swojego dzieciństwa. A gdzie jest huśtawka?

-

Dlaczego pani pyta?

Tess  uśmiechnęła  się  szeroko  i  wskazała  na  jedną  z  niższych  i  mocniejszych 

gałęzi.

- Metalowe kółka sugerują, że musiała tu wisieć huśtawka.

Luke  skłonił  jej  się  lekko.  Musiał  przyznać,  że  była  pierwszą  godną 

przeciwniczką od dłuższego czasu.

-

To  prawda,  była  tu  huśtawka.  Elizabeth  ją  uwielbiała.  John  Cushman  zdjął 

huśtawkę po tym, jak porwano Elizabeth. Nie mógł więcej znieść jej widoku.

-

Zrozumiałe - mruknęła Tess.

- Tak. A teraz proszę mi powiedzieć, panno Alcott, w jakim stopniu wierzy pani 

w tę historię zaginionej dziedziczki?

-

Wcale  w  nią  nie  wierzę  -  zachichotała  Tess.  Luke  opuścił 

ramiona, zaciskając dłonie w pięści.

-

W takim razie, co, u licha, pani tu robi?

Tess żartobliwie wyciągnęła przed siebie ręce, jakby chciała się bronić przed jego 

atakiem.

-

Doktor Weinstein jest moim psychiatrą. Ten facet to geniusz, każdy tak uważa, 

łącznie z nim samym. Jak mogę spierać się z geniuszem? Jeśli on twierdzi, że jestem 

Elizabeth Cushman, w porządku. Wchodzę w to. Będę obstawać przy tym, że jestem 
tu po to, by odszukać swoją przeszłość.

-

Nawet  jeśli  oznacza  to  zranienie  starszej  kobiety,  która  nie  zrobiła  pani  nic 

złego?

-

Panie  Mansfield,  niech  pan  zacznie  doceniać  tę  kobietę  -  powiedziała  Tess  z 

niesmakiem.  -  Jane  Cushman  wcale  nie  jest  łatwowierna.  Jest  silna,  bystra  i 

dobrze się bawi. Więc niech się pan odczepi.

Luke nie mógł sobie przypomnieć, żeby kiedykolwiek jakakolwiek kobieta kazała 

mu się odczepić.

22

background image

-

Czy zawsze jest pani taka ostra? - spytał pojednawczo.

-

Jest  pan  dużym  chłopcem,  Mansfield.  Jakoś  pan  to  zniesie.  Proszę  po-

słuchać, utnijmy sobie miłą pogawędkę - zaproponowała Tess, opierając dłonie 

na delikatnie zaokrąglonych biodrach. - Pan i ja jesteśmy przeciwnikami. Dał 
mi pan to odczuć od samego początku. Pan i Jane Cushman staracie się poko-

nać mnie za pomocą filiżanki lub pluszowego misia. Maks nakłania mnie do 
zaakceptowania rodziny, w którą wcale nie wierzę, a ja stoję pośrodku, między 
młotem a kowadłem. W takich sytuacjach muszę się bronić. Jeśli nie umie pan 

od  czasu  do  czasu  przyjąć  mocnego  ciosu,  powinien  pan  zająć  się  czym 
innym.

Luke stanął tuż przy niej.

- Wkrótce się pani przekona, i to ku własnemu rozczarowaniu, że zajmuję 

się dokładnie tym, czym powinienem.

-

Nie  mów  hop,  dopóki  nie  przeskoczysz  -  mruknęła.  Jej  błękitne  oczy 

znów przeszyły go na wskroś.

-

To  działa  w  obie  strony,  panno  Alcott.  -  Tylko  tyle  zdołał  powiedzieć. 

Prawie dotykała jego ramienia. Musiała odwrócić głowę, żeby spojrzeć mu w 

oczy.

- Wie  pani,  jestem  ciekaw  -  spytał  -  dlaczego  taka  silna,  utalentowana  i 

odnosząca sukcesy złodziejka zadaje się z psychiatrą?

Tess zesztywniała pod jego spojrzeniem i cofnęła się o krok.
-

Denerwuje mnie, że nie  pamiętam  pierwszych pięciu lat  swojego  życia -

rzekła krótko.

-

Ach  tak,  pani  domniemana  amnezja  -  wycedził  ciesząc  się,  że  ma  łatwe 

zadanie.  -  Proszę  mi  powiedzieć,  panno  Alcott,  co  sobie  pani  przypomniała 
dzięki tym seansom hipnotycznym u doktora Weinsteina?

-

Co za sceptycyzm! Nie wierzy pan w hipnozę, panie Mansfield?

-

Prawdę mówiąc, wierzę. Nie wierzę tylko w panią. Proszę więc popisać się 

jakimiś wspomnieniami. Niech pani zrobi na mnie wrażenie. Niech mnie pani 

przekona. Niech zrosi trawę swoimi łzami.

-

Nie  płakałam,  od  kiedy  skończyłam  pięć  lat,  panie  Mansfield  -  odpa-

rowała Tess ze złością w głosie. - Więc proszę schować chusteczkę. Powtarzam 
panu: nie pamiętam prawie niczego z mojego dzieciństwa. Pamiętam jedynie 
wspaniałego  doga,  który  był  trzykrotnie  większy  ode  mnie  i  lizał  mnie  przy 

każdym  spotkaniu.  Pamiętam  jeszcze  rudowłosą  kobietę  zwracającą  się  do 
mnie „Beth".

Spojrzała w dal ponad trawę i gęsto zadrzewiony park.
- Pamiętam,  że  byłam  na  żaglówce  z  jakimś  mężczyzną,  ale  nie  umiem 

powiedzieć,  jak  on  wyglądał.  I  pamiętam,  jak  w  środku  nocy  obudził  mnie

mężczyzna zakrywający mi ręką usta. Tyle, panie Mansfield jeśli chodzi o pięć
pierwszych lat mojego życia.  Jeśli  chce  pan wiedzieć jak, gdzie  i kiedy naba-

wiłam się blizny po operacji wyrostka, nie mogę panu pomóc. Nie wiem też,

23

background image

dlaczego nazwałam tego misia „Fred". I nie wiem także, dlaczego wciąż wi-

dzę na tym trawniku domek dla lalek, skoro go tu nie ma. Luke zesztywniał.

- Gdzie pani widzi ten domek?

Tess wskazała lewą stronę trawnika.

-

Tam.  Widzę  miniaturowy  domek  z  koronkowymi  firankami  i  białym 

płotem.  Całe  szczęście,  że  już  spotykam  się  z  Maksem,  inaczej  musiałabym 

znaleźć sobie psychiatrę.

-

Niekoniecznie  -  rzekł  Luke,  patrząc  na  rozległą,  jednolitą  powierzchnię 

trawnika.  -  Elizabeth  miała  miniaturowy  domek  dla  lalek  z  koronkowymi 
firankami i białym płotem.

Cushmanowie  zawsze,  zarówno  przed,  jak  i  po  porwaniu  córeczki,  starali 

się  nie  ujawniać  szczegółów  z  jej  życia.  Tylko  rodzina  i  najbliżsi  przyjaciele 
wiedzieli  o  domku  dla  lalek,  który  Elizabeth  dostała  w  prezencie  na  piąte 

urodziny,  trzy  miesiące  przed  porwaniem.  Po  jej  zniknięciu  domek  został 
zniszczony na polecenie Johna Cushmana.

-

Mówi pan poważnie, czy tylko drwi ze mnie? - spytała Tess.

-

Oczywiście - rzekł Luke, patrząc na nią. - Weinstein mógł się dowiedzieć 

o domku i opisać go pani.

-

Tak, to  jest to  - zgodziła się Tess pogodnie. -  A teraz, o ile sobie dobrze 

przypominam, oprócz przesłuchania zlecono panu także oprowadzenie mnie 
po posiadłości.

-

Ma  pani  rację.  Chodźmy  zobaczyć  konie  -  zaproponował  Luke  ze 

złośliwym uśmieszkiem, kierując siew stronę stajni.

Tess przyspieszyła, by dotrzymać mu kroku.
- Rzadko 

spaceruje 

pan 

niskimi 

kobietami, 

prawda?

Spojrzał  na  nią  w  dół  i  nie  mógł  powstrzymać  uśmiechu.

- Czyżbym znowu szedł za szybko? Przepraszam. W mojej rodzinie

wszyscy są wysocy i kobiety, z którymi się spotykam, też są wysokie.
-

Wysokie? - żachnęła się Tess. - Tamta debiutantka to olbrzymka! Luke o 

mało się nie potknął.

-

Skąd pani wie o Marii? Uśmiechnęła 

się szeroko.

-

Panie Mansfield, wiem o panu dużo więcej, niż może pan przypuszczać. Tess 

z gracją przeszła przez biały płot na pusty wybieg dla koni.

-

Kiedy  Maks  powiedział  mi  w  zeszłym  tygodniu,  że  prawdopodobnie  się 

poznamy,  sprawdziłam  pana.  Dane  były  doprawdy  usypiające.  Ma  pan  najła-
twiejszy  życiorys  ze  wszystkich,  jakie  kiedykolwiek  studiowałam,  panie  Mans-

field:  odpowiednia  rodzina,  pieniędzy  więcej  niż  lodu,  odpowiednie  szkoły, 
odpowiednie koneksje, odpowiednie posady, odpowiedni klienci. Nie było takiej 
rzeczy, która by się panu nie udała. Dziwię się, że nie umarł pan z nudów.

-

Lubię nudę.

24

background image

-

Z pewnością- odparła Tess z grymasem na twarzy.

-

Dlaczego więc zajmowała się pani tak nudnym życiorysem?

-

Lubię wiedzieć jak najwięcej o przeciwniku, żeby nie dać się wyprowadzić  w 

pole.

- A więc to wojna? - spytał Luke, przechodząc przez płot.
-

O, nie. To tylko mała potyczka, w której jedno z nas solidnie oberwie po głowie.

-

Na pewno nie ja. Stoję mocno na nogach.

-

Tak, panie Mansfield, ale ja także.

Luke  przyjrzał  się  Tess.  Jasne  kosmyki  wiły  się  nieposłusznie  wokół  jej twarzy, 

błękitne  oczy  pozostawały  spokojne  pod  jego  surowym  spojrzeniem.  Była  mała  i 

leciutka. Z łatwością mógł ją chwycić w ramiona i... Nawet o tym nie myśl, przykazał 
sobie w duchu. Tess Alcott była oszustką, która zamierzała skrzywdzić jego klientkę i 
przyjaciółkę.  Luke  postawił  sobie  za  cel  udowodnienie  jej  tego.  Trzymając  się 

sztywno, z obojętnym wyrazem twarzy poprowadził Tess do stajni.

- I czego się pani o mnie dowiedziała dzięki lekturze? - zapytał.

- Zaraz  się  pan  dowie  -  powiedziała  Tess,  rozglądając  się  po  stajni  z  doskonale 

wypracowanym wyrazem nonszalancji na twarzy. - Ma pan trzydzieści pięć lat i jest 
pan najstarszym z czwórki wysokiego rodzeństwa. Korzenie pańskiej rodziny sięgają 

czasów 

biblijnych. 

Ukończył 

pan 

Uniwersytet

Columbia, a następnie ze wszystkimi honorami skończył pan prawo na Harvardzie. 
Był pan kapitanem uniwersyteckiej drużyny wioślarskiej i może wziąłby pan nawet 

udział w olimpiadzie, gdyby nie złamał pan sobie nad garstka podczas gry w piłkę 
ręczną.  Moim  zdaniem  to  był  kiepski  wybór.  Przedkładać  piłkę  ręczną  nad 

olimpiadę. Wstyd! Dobił pan swoją drużynę. Jeździ pan doskonale na koniu, nieźle 
gra  w  szachy  i  świadomie  unika  wszelkich  romantycznych  historii  od  czasu,  gdy 
zerwał pan zaręczyny z Jennifer Eire dwanaście lat temu. Stąd ta Olbrzymka. Ugiął 

się pan pod naciskiem rodziny  i  przejął rodzinną firmę prawniczą  zajmującą  się 
obroną  bogatych i  bezwartościowych  przed  karzącą  ręką  sprawiedliwości. 
Prokuratorzy  podobno  wypłakują  się  w  mankiet,  kiedy  słyszą,  że  to  pan  będzie 

obrońcą w danej sprawie. Nazywają pana Bezwzględnym Żniwiarzem.

Zmierzyła go wzrokiem.
-

Pasuje do pana - stwierdziła. - Poza tym uwielbia pan Jane Cushman i jest pan 

gotów usunąć z jej drogi wszystkie złe potwory, nawet tak niewielkie jak ja.

-

No, no. - Luke wyraźnie był pod wrażeniem. - Jakim cudem udało się  pani 

zdobyć tyle informacji?

-

Panie  Mansfield  -  zaczęła  Tess.  -  Jestem  profesjonalną  złodziejką. Nigdy nie 

ujawniam  źródła  informacji.  Dlatego  odnosiłam  sukcesy  w  mojej  burzliwej 

karierze.

25

background image

- Bardzo przepraszam - powiedział Luke z wymuszonym uśmiechem.
Szli  wzdłuż  rzędu  pustych  boksów.  Tylko  dwa  ostatnie  po  prawej  stronie 

były  zajęte,  jeden  przez  kasztana  Morgana,  drugi  przez  dropiatego  półkrwi 
araba.  Oba  konie  odwracały  głowy  w  kierunku  Luke'a,  dopominając  się 

pieszczot  i  jakiegoś  smakołyku.  Luke  pogłaskał  oba  po  kolei,  a  Tess  zacho-
wywała bezpieczną odległość od zwierząt.

- Eugenie  miała  tu  dwadzieścia  koni  -  powiedział  Luke.  -  Niektórzy

uważali, że była to najlepsza stadnina na Wschodnim Wybrzeżu. Po jej śmierci
Jane  nie  chciała  utrzymywać  takiej  dużej  stajni.  Sprzedała  większość  koni, 
zostawiając sobie tylko dwa do prywatnego użytku.

-

To ona jeździ konno? Luke roześmiał się szeroko.

-

Z  ogromnym  zapałem,  mimo  zaleceń  lekarza  i  protestów  rady  nadzorczej. 

Odwrócił  się  do  Tess  z  uśmiechem.  Była  zielona  na  twarzy  i  nie  mogła tego 

udawać.

- Nie żartowała pani z tym strachem przed końmi, prawda?
- Nigdy nie robię sobie żartów ze śmierci, panie Mansfield, a te włochate, 

czworonożne  potwory  są  narzędziem  destrukcji.  Miałam  wizję  i  zostałam 
zbawiona. Alleluja!

Luke  mógł  sobie  pozwolić  na  żarty.  Skoro  panna  Alcott  nie  lubi  koni,  nie 

może być Elizabeth. Koniec i kropka. Ujął Tess za łokieć i ruszyli dalej. Pierwszy raz 
ją dotknął i pierwszy raz szedł blisko niej. Nie było to mądre posunięcie.

Na  szczęście  Tess  uwolniła  się  z  uścisku,  żeby  móc  podziwiać  rabatkę 

kwiatową nieopodal stajni. Luke odsunął się od niej jak najdalej. Co się dzisiaj 
z nim dzieje, na miłość boską? Dlaczego reaguje na jej zapach, skoro stoi dwa 

metry  od  niego?  Czyżby  nasypała mu  czegoś  do  herbaty?  A  może  to  był z jej 
strony podstęp: wywierała wpływ na jego mózg i hormony, aby zająć go czymś 
do czasu, aż zdoła doszczętnie ograbić Jane Cushman?

Utrzymując bezpieczny dystans, Luke poprowadził Tess krętą ścieżką, skąd 

roztaczał  się  widok  na  łąki,  lasy  i  ogrody.  Jednocześnie  wypytywał  ją  o 

wszystko,  począwszy  od  przestępczej  kariery,  aż  po  znajomość  francuskiego, 
którym,  niech  ją  diabli,  posługiwała  się  płynnie.  Miała  na  wszystko  gotową 
odpowiedź,  cięty  żart  albo  ostrą  replikę.  Zanim  powrócili  do  domu,  Luke

wiedział, że ochrona Jane będzie znacznie trudniejszym zadaniem, niż mu się 
początkowo  wydawało.  Musiał  zrewidować  swoje  poglądy.  Tess  Alcott  była 
najtrudniejszym przeciwnikiem, jakiego kiedykolwiek napotkał.

- Ach, jesteście wreszcie - powiedziała radośnie Jane, kiedy pojawili się W 

salonie.  -  Doktor  Weinstein  i  ja  odbyliśmy  bardzo  interesującą  pogawędkę. 

Droga panno Alcott, czy będzie pani tak miła i zostanie u mnie trochę dłużej, 
powiedzmy jakieś dwa tygodnie?

26

background image

Luke  spoglądał  znacząco  na  Jane  podczas  lunchu,  ale  bez  efektu.  Roz-

mawiała z Tess i Weinsteinem jak ze starymi drogimi przyjaciółmi i serdecznie 

uścisnęła  ich  ręce,  gdy  ostatecznie  się  pożegnali  i  wsiedli  do  srebrnego 
lincolna doktora.

-

Do  licha,  Jane,  czyś  ty  postradała  rozum?  -  wybuchnął  Luke,  kiedy 

wreszcie  zostali  sami.  -  Czy  tęsknisz  za  spotkaniem  z  panami  w  białych  ki-

tlach?  Zapraszasz  Tess  Alcott  do  siebie?  -  Chodził  tam  i  z  powrotem  po 
czarno-białych  płytkach  w  korytarzu,  z  trudem  powstrzymując  wściekłość.  -
Jak możesz jeszcze zachęcać tę małą sprytną oszustkę?

-

Myślę,  że  dłuższa  wizyta  panny  Alcott  w  tym  domu  będzie  wspaniałą 

okazją do bliższego jej poznania - odparła spokojnie Jane. Jej jasnoniebieskie 

oczy  błyszczały  z  rozbawienia,  gdy  prowadziła  go  z  powrotem  do  salonu. 
Usiadła na białej sofie, a Luke wciąż chodził tam i z powrotem.

-

Ograbi cię doszczętnie!

-

Bzdura - powiedziała Jane. - Porzuciła to zajęcie. Nie słyszałeś?

-

Być  może  nie  kradnie  już  biżuterii  i  dzieł  sztuki,  ale  zapewniam  cię,  że 

zamierza  ukraść  miejsce  w  twoim  sercu  należne  Elizabeth,  miejsce  w  tym 
domu i fortunie Cushmanów!

-

Prawdę mówiąc, dotychczas zrobiła wszystko, żeby nas przekonać, że nie 

jest Elizabeth. Ta strategia najbardziej mnie fascynuje. A teraz, Luke, siadaj i 
przestań się rzucać jak diabeł w worku.

Luke  rozchmurzył  się  na  tyle,  żeby  usiąść  obok  Jane.  Ujął  jej  niemłode 

dłonie i zmusił, by spojrzała na niego.

- Proszę,  wysłuchaj  mnie  uważnie:  Tess  Alcott  jest  pozbawioną  serca 

oszustką.

- Nie,  mój  drogi,  ona  prawie  na  pewno  jest  moją  wnuczką,  Elizabeth.  -

Luke mocniej  ścisnął  jej  dłonie  i  popatrzył  na  poznaczoną  zmarszczka mi 
twarz.

-

Nie  -  rzekł  stanowczo.  -  Nie  mówisz  poważnie.  Nie  mogła  cię  zdobyć 

dzięki błękitnym oczom i dołeczkom w policzkach!

-

Tylko częściowo, mój drogi - odparła Jane.

-

Mój Boże! - wybuchnął Luke, zrywając się na równe nogi. - Czy świat dziś 

zwariował? Niezależnie  od  tego, jakie wywarła  na tobie wrażenie,  Tess Alcott 
nie  jest  Elizabeth!  Ona  boi  się  koni,  nie  znosi  widoku  i  dźwięku  karuzeli,  nie 

poznała srebrnej filiżanki i bardzo wątpię, czy rzeczywiście rozpoznała Freda!

-

To prawda - przyznała Jane. - Ale gdybyś był pięcioletnim dzieckiem nagle 

i  brutalnie  pozbawionym  tego,  co  kochało,  nie  zrobiłbyś  wszystkiego,  co 
możliwe,  żeby  zapomnieć  o  szczęśliwej  przeszłości?  Dla  dziecka,  które 

odczuwa  ogromną  potrzebę  bezpieczeństwa,  takie  wspomnienia  pogłębiają 
poczucie  braku  tego  bezpieczeństwa.  Wydaje  mi  się,  że  każdy  sprawdzian 
dotyczący przeszłości wywołuje raczej strach i gniew, a nie miłe wspomnienia. 

Te pierwsze dwa uczucia panna Alcott nam dzisiaj zaprezentowała.

27

background image

Luke podparł się pod boki, przestał chodzić tam i z powrotem i spojrzał na 

swoją klientkę.

-

Jakim cudem nie zrobiłaś kariery prawniczej?

-

Mój  ojciec  chciał,  żebym  została  poetką.  Uważał,  że  to  bardziej  odpo-

wiednie zajęcie dla kobiety.

Luke  musiał  się  uśmiechnąć.  Ojciec  Jane  Cushman  był  prawdopodobnie 

jedynym człowiekiem, który jej nie doceniał.

- Jane- odezwał się pojednawczo- zgadzam się, że Tess Alcott  jest bardzo 

dobra w tym, co robi. Przez dwadzieścia pięć lat uczyła się, jak być sprytną i 
przekonującą.  Dała  dzisiaj  wspaniałe  przedstawienie,  aby  zamaskować  swój 
nikczemny plan, i mam zamiar to udowodnić.

- Doskonale - odparowała Jane. - Dowiedz się jak najwięcej na temat panny 

Alcott. Podejrzewam, że wszystko będzie wskazywać na to, że jest Elizabeth.

Luke przejechał dłońmi po twarzy, starając się opanować.
-

Dobrze,  zostawmy  na  chwilę  pannę  Alcott  w  spokoju.  Mamy  także  do 

czynienia z doktorem Maksem Weinsteinem, który z całą pewnością jest szar-
latanem.

-

Niewątpliwie.  Zresztą  całkiem  niezłym.  Wywinął  się  z  każdej  pułapki, 

którą  zastawiłam na  niego  podczas naszego  małego tete a tete. Mimo  to  nie 
wierzę mu.

-

Ależ, Jane, jeśli Weinstein jest oszustem, to Tess także.

-

Niekoniecznie  -  odparła  Jane.  -  Weinstein  mógł po  prostu wpaść  na  ślad 

łączący pannę Alcott z Elizabeth. Mógł się z nią skontaktować i albo przekonać 

ją, że to prawda, albo zapewnić, że uda mu się sprzedać nam tę historię. W obu 
przypadkach nie można wykluczyć, że panna Alcott jest moją wnuczką.

-

Tak, ale...

Jane roześmiała się.
- Och,  Luke,  dlaczego  jesteś  tak  zawzięty  na  pannę  Alcott?  Przecież

i tak widać, że bardzo ci się podoba.

Luke'owi ze zdumienia opadła szczęka, co wywołało u Jane kolejny napad 

śmiechu.

-

Biedny chłopiec - powiedziała, ocierając łzy. - Czy naprawdę myślałeś, że 

twoje gburowate  zachowanie wywiedzie  w pole  osobę, która  znała  cię, kiedy 
nosiłeś  jeszcze  pieluchy?  Ale  nie  martw  się,  nikt  inny  by  się  nie  domyślił. 
Muszę  przyznać,  że  moje  stare  serce  miało  niezłą  zabawę,  kiedy  widziałam, 

jak  niegrzecznie  traktowałeś  tę  biedną dziewczynę.  Nie  zdarzyło  ci  się  to  od 
czasu, kiedy miałeś dwanaście lat.

-

Po  prostu  staram  się  chronić  cię  przed  tą  biedną  dziewczyną  -  odparł 

chłodno Luke.

-

Tak, wiem. Nieźle ci idzie chronienie mnie... i siebie przed panną Alcott. 

Ponieważ  przez  ponad  siedemdziesiąt  lat  sama  o  siebie  dbałam,  myślę,  że 
potrafię robić to nadal.

28

background image

-

Jane...

-

Oczywiście, że nie mam całkowitej pewności, że ta dziewczyna to Elizabeth -

ciągnęła  dalej  Jane.  -  W  grę  wchodzą  wysokie  stawki.  Tylko  najlepsza  oszustka 

mogłaby  pokusić  się  o  zwycięstwo  w  tej  grze.  Pewnie  sądzisz,  że  tracę  zdrowy 
rozsądek, kiedy w grę wchodzi Elizabeth, ale jestem odmiennego zdania. Umiem 

jeszcze  nad  sobą  panować.  Przez  te  dwa  tygodnie  dokładnie  wybadam  pannę 
Alcott. Po cóż innego bym ją zapraszała?

- Chwilowa niepoczytalność?

Jane spojrzała na niego surowo.

-

Wolę nazwać to sprytnym zastawieniem sideł w celu złapania oszustki lub  też 

odnalezienia wnuczki.

-

Wobec tego potrzebujesz kogoś do pilnowania jej - stwierdził z powagą Luke. -

Kiedy panna Alcott wprowadzi się tu jutro, ja zrobię to samo. Jeśli popełni choćby 
najmniejszy  błąd,  wsadzę  ten  jej  mały  impertynencki  tyłeczek  tak  głęboko  do 

więzienia, że nigdy się stamtąd nie wydostanie!

-

Oczywiście,  Luke -  powiedziała  Jane  z  uśmiechem.  -  Jeśli  uważasz,  że  to 

najlepsze rozwiązanie.

Rozdział czwarty

Tess usiadła w lincolnie obok Berta, wbijając paznokcie w dłonie. Wiedziała, że 

Bert ma ochotę ją zamordować, ale nie to ją martwiło. Chociaż powinno. Należało 
bardzo, ale to bardzo bać się Berta. Zamiast tego martwiła ją tylko własna osoba.

Dlaczego  zielone  oczy  Luke'a  Mansfielda  przyprawiały  jej  serce  o  żywsze  bicie? 

Dlaczego  nie  mogła  się  ani  przez  chwilę  skoncentrować,  kiedy  był  w  jej  pobliżu? 
Dlaczego wciąż miała przed oczami jego szczupłą sylwetkę?

Czy  to  było  pożądanie?  Niemożliwe!  W  swoim  życiu  spotkała  już  wielu 

przystojniejszych mężczyzn, którzy na dodatek starali się ją oczarować. Żaden z nich 
tak na nią nie działał.

Czy była to namiętność? Nie, przecież nie była zdolna do żadnych silnych uczuć. 

Bert i Dennis Foucher zadbali o to, gdy miała zaledwie szesnaście lat.

Więc co się z nią działo? Dlaczego, gdy była z Lukiem, zapominała o podstawowych 

zasadach swojej egzystencji? Dlaczego całe jej ciało reagowało na człowieka,  który  z 
najwyższą  przyjemnością  oddałby  ją  w  ręce  strażników  prawa  przy  pierwszej 

sposobności?  Przecież  to  jej  praca,  do  tego  najważniejsza  w  życiu.  Nie  mogła 
pozwolić, żeby jakiś mężczyzna ją rozpraszał.

29

background image

Bert zahamował gwałtownie na podziemnym parkingu pod budynkiem, w 

którym  mieścił  się  nowojorski  apartament  Weinsteina.  Wyskoczył  z  sa-

mochodu i zatrzasnął drzwi z taką siłą, aż cały samochód się zatrząsł.

Nie  mogła  pozwolić,  żeby  Bert  połapał  się,  że  Mansfild  jakimś  cudem  ją 

dekoncentrował.

Wysiadła powoli z samochodu i ruszyła w kierunku wind. Bert złapał ją tak 

mocno  za  łokieć,  aż  zabolało.  Ten  uścisk  różnił  się  od  uścisku  Luke'a.  Bert 

niemal  wepchnął  ją  do  windy.  Wolną  dłonią  nacisnął  przycisk  z  numerem 
piętra. Winda ruszyła do góry. Ogromne łapsko Berta ściskało ją tak mocno, 
że ręka jej zdrętwiała.

Drzwi windy otworzyły  się  i  Bert  popchnął Tess  w  kierunku  apartamentu. 

Wciągnął ją do środka, zamykając z hukiem drzwi wejściowe.

- Bert... - zaczęła.
Złapał za koński ogon i szarpnął ją do tyłu.
- Coś ty, u diabła, wyrabiała?! - wrzasnął. - Prawie nas załatwiłaś, za nim 

w ogóle przekroczyliśmy ich próg!

Pchnął  ją  w  głąb  pokoju.  Na  szczęście,  brązowa  skórzana  sofa  złagodziła 

upadek. Tess zdołała się podnieść, gdy Bert zaczął iść w jej stronę.

-

Zmiana  strategii  była  konieczna  -  powiedziała  szybko,  modląc  się  w 

duchu, żeby stłumić jego gniew, zanim wyładuje się na niej.

-

Nie  jesteś  od  myślenia!  -  krzyknął,  rozbijając  w  drobny  pył  lampkę  na 

stoliku  po  jej  lewej  stronie.  -  To  ja  planuję  nasze  role,  ja  ustalam  czas,  ja 
wybieram  strategię!  Ty  jesteś  niczym!  Jesteś  tylko  narzędziem,  którym  się 
posługuję, przy największym skoku mojego życia!

-

Wiem, Bert - powiedziała łagodnie Tess. - Ty tu rządzisz, zawsze tak było i 

zawsze tak będzie. Ale to ja odwalam całą robotę i musiałam coś zrobić, kiedy 

rzucono nam granat prosto pod nogi.

-

O czym ty, u licha, mówisz?

-

Pani  Cushman  okazała  się  inna,  niż  się  spodziewaliśmy  -  zaczęła  Tess, 

przesuwając  się  za  sofę,  która  teraz  ich  dzieliła.  Znowu  mogła  zacząć  oddy-
chać.  -  Wiedzieliśmy,  że  to  twarda  kobieta  interesu,  ale  sądziliśmy,  że  jeśli 
chodzi o Elizabeth, traci zdrowy rozsądek. Inaczej dawno już przestałaby wie-

rzyć,  że  dziecko  jeszcze  żyje.  Ale  Jane  Cushman  nie  daje  się  ogłupić  nawet 
wtedy,  gdy  angażuje  w  coś  swoje  serce.  Wystarczy  spojrzeć  jej  w  oczy  i  już 

wiadomo,  że  zna  każdą  sztuczkę,  widziała  każdy  trik  i  wie  o  takich  oszu-
stwach,  które  nigdy  nie  przyszłyby  nam  do  głowy.  Musiałeś  zauważyć,  że 
pomyliliśmy się, biorąc ją za rozhisteryzowaną osobę rozpaczliwie poszukującą 

swojej przeszłości. Dlatego postanowiłam uzupełnić twój scenariusz wychodząc 
z  założenia,  że  najlepszym  sposobem  jest  odwrócenie  sytuacji:  to  Jane 
powinna mnie przekonać, że jestem Elizabeth Cushman.

30

background image

Furia  częściowo  ustąpiła  z  twarzy  Berta,  a  jego  dłonie  powoli  zaczęły  się 

rozprostowywać, kiedy przemyślał to, co powiedziała. Wolno pokiwał głową.

- Może  i  masz  rację  -  wydusił  w  końcu.

Tess westchnęła z ulgą.

- Właściwie  sam  zaproponowałbym  tę  zmianę,  gdybym  mógł  z  tobą  choć

chwilę porozmawiać na osobności. Ta Cushman widziała już z pewnością wiele
dziewcząt wypłakujących  się na  jej ramieniu. Ty robisz  coś  innego. Ty podsy-

casz jej ciekawość. Czy dlatego nie rozpoznałaś filiżanki od Tiffany'ego?

Tess nonszalancko wzruszyła ramionami.
-

Chciałam wyprowadzić ją z równowagi - odparła.

-

Jasne - przytaknął Bert. - Ale co było z tą cholerną karuzelą?

Co było? Pozytywka przypominająca karuzelę zaczęła grać. Tess czuła się, 

jakby zwaliła się na nią lawina skał i błota. Nie mogła w ogóle oddychać. Płuca 
odmówiły  jej  posłuszeństwa.  Dlaczego?  Czyżby  zaczynały  powracać  ataki 

astmy z dzieciństwa? Tess miała nadzieję, że nie, bo wtedy nie poszłoby z Jane 
tak  łatwo.  Elizabeth  była  zdrowa  jak  ryba.  Nikt  w  jej  rodzinie  nie  miał 

problemów z płucami.

-

Czyżbym  przesadziła?  -  zapytała  z  nonszalancją.  -  Sądziłam,  że  parę 

teatralnych gestów nie zaszkodzi.

-

Było  w  porządku  -  przyznał  Bert.  -  Ale  więcej  nie  próbuj  niczego  na 

własną rękę. Zaplanowałem tę robotę, aż do momentu pojawienia się wzmia-
nek  prasowych  oznajmiających  powrót  Elizabeth  Cushman  na  łono  rodziny. 

Nie  mam  zamiaru  ratować  sytuacji  tylko  dlatego,  że  nagle  zaczniesz  impro-
wizować. A właśnie: dlaczego, u licha, wspomniałaś im o ŚBŚ? Teraz będę się 
musiał napocić, żeby to jakoś zatuszować.

-

Uspokój się, Bert. Nie siedziałam z założonymi rękami przez ostatnie lata. 

Mam w ŚBŚ kilkoro przyjaciół, którzy będą mnie kryć bez względu na to, kto 

ich będzie przesłuchiwał.

Bert spojrzał na Tess z uznaniem.
-

Moja szkoła.

-

Dzięki tobie jestem dzisiaj tym, kim jestem.

-

Zdobędziesz  swoje  imperium,  kotku,  na  przekór  Mansfieldowi.  -  Bert 

zachichotał rozbawiony. - On chyba za tobą nie przepada.

-

Wtrąciłby  mnie do  lochu  z  izbą tortur,  gdyby tylko  znalazł coś takiego  -

zgodziła się Tess.

Bert się roześmiał.
-

Mówiłem  ci,  że  będą  z  nim  kłopoty  i  są.  Ale  z  twoim  wdziękiem  i  moim 

sprytem wystawimy go do wiatru. Podoba mi się ta robota, kotku. To będzie 

moje arcydzieło.

-

No,  nie  wiem,  Bert  -  powiedziała  Tess,  wolno  wychodząc  zza  sofy  i 

siadając  na  krześle  obok.  - Zawsze  uważałam,  że  twoją najlepszą  robotą  był 
Cartier.

-

Tak, to było niezłe - odrzekł Bert, wzdychając z zadowolenia. 

31

background image

Usadowił  się  na  sofie  i  zrzucił  buty. Przez  następną  godzinę  Tess  z 

wdzięcznością przypominała mu wszelkie wspaniałe skoki, które zaplanował, 

i  w  których  ona  mu  pomagała.  To  wywołało  kolejną  falę  jego  własnych 
wspomnień  z  pobytu  w  Ameryce  Południowej,  zakończoną  nagłym 

stwierdzeniem,  że  musi  koniecznie  sprawdzić  stan  swojego  szwajcarskiego 
konta. Następnie wysłał ją do kuchni, żeby przygotowała mu coś do jedzenia.

Dopóki  nie  znajdzie  się  w  rezydencji  Cushmanów,  praca  w  kuchni  to 

najbezpieczniejsze  zajęcie  -  pomyślała  Tess.  Lepiej  unikać  towarzystwa  Berta, 
jeśli to możliwe. Nie wiadomo, kiedy ostatecznie do niego dotrze, że nie jest 
już  małym  chudym  dzieciakiem,  który  był  gotów  ukraść  dla  niego  wszystko, 

tylko kobietą, która nadaje się do zabawiania mężczyzn.

Nie  miała  ochoty,  zamiaru  i  nastroju  do  zabawiania  Berta  ani  zresztą 

żadnego innego faceta. Lepiej zrobić mu omlet, niż ryzykować, że wpadnie mu 
do  głowy  coś  innego.  Gdyby  doszło  między  nimi  do  fizycznego  starcia,  nie 
miała wątpliwości, kto byłby górą.

Z udaną wesołością poszła do kuchni Maksa Weinsteina. Otworzyła szafkę, 

wyjęła  pudełko czekoladek  i włożyła jedną  do ust. Bogu niech  będą  dzięki  za 
czekoladki! Sprawiały, że wszystko stawało się do zniesienia.

Sięgając do lodówki po jajka, poczuła tępy ból w łokciu. Podciągnęła rękaw 

zielonego kostiumu i zaklęła, widząc ogromny fioletowy siniak. Cholerny Bert! 

Nie ma szans, żeby wytłumaczyć to jakoś Jane Cushman. Będzie musiała nosić 
długie  rękawy  przez  następny  tydzień.  Z  westchnieniem  wyciągnęła  jajka, 
cebulę, pieczarki i ser i położyła je na blacie po lewej stronie, dokładnie pod 

fotografiami,  które  przyczepiła  na  ścianie.  Byli  na  nich  Cush-manowie, 
ustawieni w rzędzie. Cała rodzina.

- Dzień dobry, babciu - powiedziała do wizerunku Jane Cushman. - Lubisz 

jajka?

Dostojna twarz Jane spoglądała na nią surowo jasnobłękitnymi oczami. To 

nie  była  kobieta,  którą  można  łatwo  oszukać.  Cóż,  Tess  zawsze  lubiła 
wyzwania.

Obok wisiało zdjęcie Johna Cushmana.

- Cześć,  tatku  -  rzekła  Tess,  wyciągając  miskę  z  szafki.  -  Co  słychać?

Był mężczyzną przystojnym, a nawet pięknym. Jego ciemnoblond włosy

były gęste i potargane przez morską bryzę. Stał obok swojego jachtu „Lizzy 

Dawn", nazwanego tak na cześć jego córki, Elizabeth Aurory Cushman. Śmiał 
się do obiektywu. Był przystojny i czarujący, ale jego ciemnoniebieskie oczy nie 

wyrażały tej siły charakteru, co oczy Jane.

Regardes,  maman.  Patrz,  mamo  -  powiedziała  Tess,  wbijając  jajka  do

miski, jedno po drugim. Eugenie Danon Cushman była piękna nawet w wieku 

pięćdziesięciu  lat,  kiedy  zrobiono  to  zdjęcie.  Jej  włosy,  w  młodości  ogniście 
czerwone, na zdjęciu były białe i kontrastowały z 

32

background image

fiołkowymi  oczami. Miały  w  sobie  moc  i  determinację  taką,  jak  oczy  jej 
teściowej.  Musiała  być bardzo  silną  kobietą,  jeśli  zdołała  przeżyć  nie  tylko 

zniknięcie i śmierć córki, ale także samobójstwo męża. Była właściwą synową dla 
Jane.

Obok  zdjęcia  Eugenie  wisiało  zdjęcie  najnowszej  roli  Tess.  Mała  twarzyczka 

Elizabeth  Cushman  była  roześmiana,  podczas  gdy  jeden  z  dogów  lizał  ją  swym 
ogromnym jęzorem. W wieku pięciu lat miała drobne, lecz silne ciało, gęste blond 

włosy i błękitne oczy swojego ojca. Gdyby przeżyła, stałaby się piękną kobietą, pełną 
wdzięku i radości odziedziczonych po ojcu i siły po matce.

Krojąc automatycznie warzywa, Tess jeszcze raz spojrzała na małe silne ramiona 

obejmujące psa, mogącego z łatwością powalić swoją panią. Śmiała się ze sztuczek 
pokazywanych przez pupila, ale z drugiej strony marszczyła brew, widząc fotografa, 

zakłócającego  tę  miłą  chwilę.  Tak,  mogłaby  wyrosnąć  na  silną  kobietę,  zdolną  do 
pokierowania imperium Cushmanów. Tess pomyślała: szkoda,  że  tak  się nigdy 
nie stanie.

Niechętnie  spojrzała  na  ostatnie  zdjęcie  przyczepione  pod  zdjęciami  całej 

rodziny. Luke Mansfield spoglądał na nią ponuro.

To zdjęcie nie pomogło jej w spotkaniu z tym mężczyzną: nie ujawniło jego siły, 

uroku,  zniewalającego  uśmiechu  i  zmysłowości,  która  od  niego  emanowała.  Nie 
miała  o  tym  wszystkim  pojęcia.  A  nawet  gdyby  miała,  czy  zdołałaby  lepiej  się 

przygotować?

- Mój Boże - wyszeptała. - Podoba mi się ten facet!
To było niesamowite.

To było fatalne. Zbyt wiele zależało od tej roboty. Nie mogła sobie teraz pozwolić 

na odkrycie, iż jest kobietą, co ukrywała sama przed sobą przez te wszystkie lata.

Poczuła strach. A myślała, że da sobie z nim radę, skacząc na jednej nodze  z 

zawiązanymi rękoma. Jaka była głupia.

Właśnie  weszła  na  pole  minowe,  na  którym  nie  było  żadnych  znaków 

ostrzegawczych.  Jak  zapanować  nad  Lukem  Mansfieldem?  Nie  miała  żadnego 
doświadczenia w kwestii pożądania. Nie wiedziała, jak hamować własne pragnienia, 
bo nigdy nikogo jeszcze nie pragnęła. Nie mogła jednak zrezygnować z tej roboty, 

kiedy  udało  jej  się  postawić  nogę  w rezydencji  Cushmanów. Nie  wahała  się, co
wybrać: pracę czy swoje niezrozumiałe uczucia.

Wrzuciła pokrojone warzywa na patelnię i zaczęła zawzięcie ubijać jajka w misce. 

Właśnie odkryła w sobie nie znaną do tej pory słabość. Nie wiadomo dlaczego była 
bardziej  podatna  na  wdzięki  płci  przeciwnej,  niż  myślała.  Świetnie.  Będzie  się 
zachowywać tak, aby nikt poza nią samą nie dowiedział się o tym defekcie.

Na  szczęście  nie  będzie  się  widywała  z  Lukiem  zbyt  często.  On  z  pewnością 

wpadnie od czasu do czasu do rezydencji, żeby bronić interesów Jane Cushman, ale z 

tym da sobie radę. Znała teraz swojego przeciwnika i była

33   

background image

sobą.  Luke  Mansfield  nie  zdoła  jej  ponownie  na  czymś  złapać.  Będzie  go 
unikać niczym więziennej celi.

Następnego  ranka,  mając  na  sobie  prostą  szmizjerkę  w  kolorze  lawendy, 

oczywiście  z  długimi  rękawami,  i  Berta  u boku,  Tess po  raz kolejny  weszła  do 
rezydencji  Cushmanów.  Hodgkins  przywitał  ich  chłodno  i  poprowadził  do 

ogromnego salonu z dwoma kominkami po obu stronach pokój u, dwiema oszklo-
nymi ścianami i belkowanym sufitem. Jane i Luke siedzieli na ogromnej białej 
sofie, przed nimi na szklanym stoliku stał dzbanek z lemoniadą.

Tess mgliście zdawała sobie sprawę, że gapi się na Luke'a i wiedziała, że nie 

powinna  tego  robić,  ale  cóż  mogła  poradzić?  Słońce  wpadające  przez  okna 

zapalało w jego gęstych włosach prawdziwe płomienie. Grafitowy garnitur był 
dopasowany  do  gibkiego  ciała.  Szmaragdowe  oczy  były  spuszczone, 
tajemnicze, odurzające.

Co  jest  ważniejsze,  do  cholery?  Tess  z  żalem  odwróciła  wzrok  od  Luke’a, 

żeby przywitać Jane Cushman, która podniosła się na ich widok.

- Ach, doktorze Weinstein, panno Alcott, jak dobrze, że przyjechaliście tak 

szybko - powiedziała Jane, biorąc każde z nich po kolei za rękę. - Usiądźcie i 
napijcie się z nami lemoniady.

-

Ja dziękuję za lemoniadę, pani Cushman - rzekł Bert. - Chciałem się tylko 

upewnić, że Tess dotrze tu bezpiecznie i raz jeszcze podziękować, że zechciała 

ją pani zaprosić do siebie. Jestem pewien, że to dla niej lepsze niż lata terapii. 
A  ty,  Tess  -  Bert  zwrócił  się  do  niej  z  dziwnym  uśmieszkiem  -staraj  się,  jak 
możesz. Są gorsze rzeczy niż odnalezienie rodziny.

-

Dobrze, Maks - odrzekła Tess.

Bert  westchnął  i  uśmiechnął  się  do  Jane,  jakby  chciał  powiedzieć:  co 

można zrobić z takim dzieciakiem?

- Jestem  codziennie  w  swoim  gabinecie,  jeśli  ktoś  będzie  chciał  ze  mną

porozmawiać  -  uprzedził.  Następnie  wyszedł,  żegnając  Luke'a  skinieniem 
głowy.

Tess została sama.
-

Moja  droga  -powiedziała  Jane,  obejmując  ją  w  talii  i  prowadząc  w  kie-

runku sofy. Tess starannie ukryła zdziwienie z powodu tego objawu zażyłości. 

-  Tak  się  cieszę,  że  jesteś  z  nami.  Luke,  bądź  dżentelmenem  i  nalej  pannie 
Alcott szklaneczkę lemoniady.

-

Zostanę  tu  przez  dwa  tygodnie  pod  warunkiem,  że  zniesiecie  państwo 

moją obecność tak długo - odezwała się Tess.  - Czy nie sądzicie państwo, że 

powinniśmy  zrezygnować  z  etykiety?  Nie  możecie  zwracać  się  do  mnie  cały 
czas „panno Alcott". Będę się czuła jak w sądzie.

-

Doskonale  -  rzekła  Jane  z  uśmiechem,  siadając  na  sofie.  -  Powinniśmy 

mówić sobie po imieniu.

34

background image

Luke podał Tess wysoką szklankę z lemoniadą, dotykając przy tym niechcący jej 

palców.  O  mało  nie  upuściła  szklanki.  Zmuszając  się  do  zachowania  pozorów 

spokoju, uśmiechnęła się uprzejmie do jego spuszczonych zielonych oczu. Usiadła po 
prawej stronie Jane, założyła nogę na nogę i zmusiła serce do normalnego rytmu.

Serce się wzbraniało.
-

Z  tego,  co  mówiłaś  -  odezwała  się  znów  Jane  -  Tess  Alcott  to  nie  jest  twoje 

prawdziwe nazwisko?

-

Raczej nie - odparła i nawet zdobyła się na uśmiech. - W Oksfordzie używałam 

nazwisk:  Preen,  Wentworth,  Finch,  Harley  i  Charles.  Po  studiach...  zaraz,  zaraz... 
Marshall, Woodcock, Danby, Clark, Brugger, Horst... ach, i jeszcze Jeanne-Marie St. 
Juste. Sama byłam zaskoczona, kiedy wymyśliłam to ostatnie.

Jane roześmiała się.
-

To ilu nazwisk dotychczas używałaś?

-

Dziesiątek.  Prowadzę  dziennik,  żeby  nie  użyć  ponownie  nazwiska,  które 

mogłoby źle się kojarzyć władzom. Co do imion, zwykle używam Tess, ale także Julia, 

Suzanne, Marguerite, Sophia i jeszcze kilku mniej ładnych. Co do nazwisk, to trzy 
razy przeleciałam już alfabet.

-

Czyli teraz „A" jak Alcott?

-

Tak i nie. Kiedy zaczęłam pracować dla ŚBŚ, doszłam dopiero do „T" jak „Tyler", 

ale zaczynałam wszystko od nowa, a skoro tak, wróciłam znów do „A".

-

Dlaczego wybrałaś Alcott?

Tess uśmiechnęła się szeroko. Jej serce powróciło do normalnego rytmu. Mogła 

oddychać z łatwością. Poczuła ulgę. Wyglądało na to, że wszystko idzie dobrze.

- Po  raz  nie  wiem  który  czytałam  Małe kobietki  i  to  nazwisko  wydało  mi

się odpowiednie.

Jane znów się uśmiechała.
-

A zatem w pewnym sensie byłaś Alcott od zawsze?

-

Podoba mi się to nazwisko. Jest tak typowo amerykańskie, że budzi zaufanie u 

większości ludzi.

-

Sądziłem  -  wtrącił  uprzejmie  Luke -  że  postanowiłaś  zmienić  zajęcie  i  nie 

chcesz już nabierać ludzi.

-

Trudno się pozbyć starych nawyków - odparła Tess, zmuszając się do odparcia 

jego wyzywającego spojrzenia.

-

Muszę  przyznać  szczerze,  że  miło  mi  będzie  gościć  tu  młodych  ludzi  -

oznajmiła Jane z radością. - Ten dom jest za duży dla jednej starszej kobiety.

-

Ludzi? - powtórzyła Tess, starając się nie zakrztusić lemoniadą.

-

Tak. Luke też się wprowadzi. Razem spędzimy miło czas.

35

background image

-  Moje  mieszkanie  jest  w  remoncie  -  wyjaśnił  Luke,  opierając  się  o  sofę.  Jego 

uśmiech był prawie wredny. - Jane pozwoliła mi zostać przez ten czas u siebie.

- Jak miło z jej strony - mruknęła Tess.
A zatem zamierzał być gorylem Jane? I nic go nie obchodziło, czy ona uwierzy w 

jego  wymówkę?  Świetnie.  Wolała  otwartą  wojnę  od  jakichś  ukrytych  animozji.  W 
każdej  robocie  potrzeba  czasem  zmienić  taktykę,  nawet  jeśli  ustalona  była  dzień 
wcześniej.  Żyła  dotąd  tyle  lat,  zapominając  o  zmysłach,  że  może  to  robić  jeszcze 

przez dwa tygodnie. Na pewno może. Podniosła szklankę  z lemoniadą, wznosząc 
toast i ponownie zmuszając się do spojrzenia Luke'owi w oczy. Będzie musiała do 
tego przywyknąć.

-

Im nas więcej, tym lepiej - powiedziała beztrosko.

-

Czekam  niecierpliwie,  żeby  dowiedzieć  się  czegoś  więcej  o  twojej  barwnej 

przeszłości  -  odrzekł  Luke  równie  beztrosko.  -  To  fascynujące.  Nawet 

sprawdziłem co nieco na twój temat.

-

Cóż za niespodzianka - oświadczyła Tess. - Wierzę, że ŚBŚ potwierdziło moją 

wzorową pracę?

-

Dali ci znakomitą opinię.

-

Co  za  wspaniali  ludzie.  Kocham  ich  jak  rodzinę.  Kogo  zatrudniłeś  do 

sprawdzania mnie?

-

Baldwin Security.

Pokerowy wyraz jego twarzy nie zmylił Tess.
-

Bardzo  dobrze  -  stwierdziła,  nie  ujawniając  żadnej  z  myśli  krążących  jej  po 

głowie. - Jest jednym z najlepszych.

-

Przekażę Leroyowi twoją opinię.

-

Starczy już tych złośliwości, dzieci - wtrąciła Jane.

-

Przeciwnie - odparł z uśmiechem Luke. - Panna Alcott będzie z tobą mieszkać 

przez  dwa  tygodnie,  Jane.  Myślę,  że  powinnaś  o  niej  wiedzieć  coś  więcej  poza 
fałszywym nazwiskiem, żeby spać spokojnie, nie uważasz?

- Luke...
- Więc  proszę  mi  powiedzieć,  panno  Alcott,  jak  się  pani  żyło  u  pary

kidnaperów?

Tess  poczuła,  że  w  środku  wszystko  jej  się  wywraca.  Widziała  wściekłą  twarz 

Barbary  Carswell,  czuła, jak  jej  dłoń  bije  ją  wielokrotnie  po  twarzy, podczas  gdy 

Ernie  Carswell  przyglądał  się  znudzony.  Uwolniła  się  od  tych  potworów  ponad 
czternaście lat temu, a wciąż...

-

Carswellowie byli w porządku, jak sądzę - powiedziała, wzruszając ramionami i 

starając  się  opanować  ogarniające  ją  nudności.  -  Zawsze  mieli  przynajmniej 
dziesięcioro  dzieci  pracujących  dla  nich.  Dbaliśmy  o  siebie  wzajemnie, a 

Carswellowie ubierali nas i karmili. Nauczyłam się nawet czytać, pisać i liczyć. Wiele 
dzieci w tym kraju nie miało takiej szansy.

-

Czyżbyś znała któreś z nich? - zapytała cicho Jane.

36

background image

Tess znów wzruszyła ramionami.
-

Carswellowie  nigdy  nie  wybierali  na  kryjówkę  czegoś,  co  rzucało  się  w  oczy.

Trudno  ukryć  dziesiątkę  dzieciaków  na  mieszczańskim  przedmieściu.  Dlatego 
większość czasu spędzaliśmy, włócząc się po ubogich dzielnicach Miami i ucząc się 

życia.  Nie  było tam  ani czysto,  ani  bezpiecznie.  Ale  za  to,  jeśli  zdobyło  się  jakieś 
jedzenie, było ono pyszne.

-

Czy Carswellowie kiedykolwiek powiedzieli ci, jak... jak cię zdobyli? -  zapytał 

Luke z wyrazem twarzy tak zimnym, jak u tej góry lodowej, którą Jane nazywała 

lokajem.

-

Oczywiście. Kupili mnie.

Luke i Jane popatrzyli na nią szeroko otwartymi oczami.
-

Słucham? - spytał Luke.

-

Za długo żyłeś w swojej wieży z kości słoniowej, Mansfield - powiedziała Tess, 

nie  będąc  w  stanie  ukryć  goryczy  w  swoim  głosie.  -  Są  ludzie,  którzy  zajmują  się 
wykradaniem dzieci i sprzedawaniem ich potworom, takim jak Carswellowie lub do 
domów  publicznych  albo  ludziom,  którzy  tak  bardzo  pragną  dziecka,  że  nie  będą 

zadawać  żadnych  pytań,  kiedy  maleństwo  znajdzie  się  w  ich  ramionach.  To  jest 
trochę tak, jak z kradzieżą i znakowaniem bydła. Trzeba tylko zmienić dziecku imię i
kto dopatrzy się oszustwa?

-

Przede wszystkim dzieci - stwierdziła ponuro Jane.

-

Nieprawda.  Większość  z  nas  nie  umiałaby  powiedzieć,  skąd  pochodzi,  nawet 

gdyby  przystawiono  nam  pistolet  do  skroni.  Psychiatrzy  nazywają  to  amnezją 

pourazową.  Nie  docierają  do  nas  żadne  informacje  z  przeszłości.  Tak,  jakbyśmy 
nagle wylądowali na nowej i przerażającej planecie.

Tess usłyszała gniew w swoim głosie i przestraszyła się w duchu. Uspokój się! -

przykazała  sobie.  Nie  musiała  wychodzić  z  roli  tylko  dlatego,  że  zbliżyli  się 
niebezpiecznie do jej największej słabości - amnezji.

Przez chwilę Luke przyglądał się Tess z dziwnym wyrazem twarzy, którego  nie 

mogła rozszyfrować.

-

Nigdy nie zastanawiałaś się, kim są twoi rodzice?

-

Jasne, że tak. Dawno temu doszłam do wniosku, że sprzedali mnie Carswellom 

za pieniądze na narkotyki. Nie bądźcie tacy zgorszeni! Podobne rzeczy się zdarzają. 
A  zresztą,  to  i  tak  nie  ma  znaczenia.  Byłam  u Carswel-lów  i  nie  miałam  dokąd 
pójść.

Jane lekko pobladła.
-

Łatwo... łatwo się przystosowujesz do nowych warunków, Tess. Nie sądzisz, że 

twoimi rodzicami mogli być John i Eugenie Cushmanowie?

-

Widziałam swoją krew. Jej barwa jest daleka od błękitnej.

-

Ale  świetnie  pasujesz  do  luksusu  i  bogactwa  -  zauważył  Luke  z  kpiącym 

uśmieszkiem.

Tess posłała mu jedno ze swoich mrożących krew w żyłach spojrzeń.
- Jak powiedziała Jane, potrafię się przystosować.

37

background image

-

To zapewne cenna umiejętność w twojej profesji - ciągnął Luke nie zmieszany. -

Twierdzisz,  że  nie  masz  rodziny.  A  jacyś  przyjaciele,  którzy  mogliby  poświadczyć 
nieskazitelność twojego charakteru?

-

Nie mam przyjaciół.

-

Nie masz rodziny, nie masz przyjaciół - powiedziała Jane. - To co masz?

-

Moją pracę.

-

No  tak,  pani  kariera  -  powiedział  Luke  z  ironią.  -  Proszę  mi  opowiedzieć  o 

trudnych  początkach,  panno  Alcott.  Ile  pani  miała  lat,  kiedy  po  raz  pierwszy 

zaczęła pani pracować dla Carswellów?

-

Pięć, może sześć. Byłam mała jak na swój wiek. Nadal jestem.

-

W takim razie było to jakieś dwadzieścia lat temu. Jaka wtedy była pora roku?

- Skąd  mam  wiedzieć?  To  Miami,  Nigdy  wcześniej  tam  nie  byłam.

Tess  umilkła.  Jakim  cudem  mogła  wiedzieć,  że  nie  była  w  Miami,  za
nim kupili ją Carswellowie?

-

Ale mieszkała tam pani przez sześć czy siedem lat, zdążyła pani przywyknąć do 

tamtejszego  klimatu.  Kiedy  Carswellowie  panią  kupili?  - Luke domagał  się 

odpowiedzi.

-

Było gorąco - mruknęła, niezadowolona, że musi wspominać dzieciństwo. - Było 

naprawdę gorąco. Może późne lato. Lipiec, sierpień. Nie wiem.

-

Luke,  z  pewnością  musisz  wracać  do  biura  -  powiedziała  stanowczo  Jane.  -

Czekamy na ciebie z kolacją. Do tego czasu postaram się zająć Tess najlepiej, jak 
potrafię.

Tess skryła uśmiech, pijąc kolejny łyk lemoniady. Wyglądało na to, że pan Mansfield 

został elegancko odprawiony. Nie miał teraz innego wyjścia, tylko spojrzeć groźnie na 
Jane, rzucić Tess lakoniczne „do widzenia" i zniknąć.

- Zapowiadają się  interesujące  dwa  tygodnie -  powiedziała  Tess,  przyglądając 

się, jak Luke dostojnie opuszcza pokój.

- Też  tak  myślę  -  zgodziła  się  Jane  z  figlarnym  błyskiem  w  oku.

Tess uśmiechnęła się do niej szeroko.

-

Czy jest ci przyjemnie, kiedy wrzucasz dwie walczące ze sobą zaciekle ryby do 

jednego akwarium?

-

To nie był mój pomysł - powiedziała szczerze Jane.

-

Niewątpliwie.  Ale  zapewne  będziesz  miała  dużo  radości.  Jane 

roześmiała się.

-

Na pewno. Chodźmy, pokażę ci twój pokój.

Gdy stanęły obok siebie, Jane objęła Tess ramieniem i wyprowadziła z salonu. Tess z 

trudem się powstrzymała, żeby natychmiast nie uwolnić się z uścisku. Kontakt fizyczny 

stwarzał  poczucie  bezpieczeństwa  i  Jane  musiała  się  przekonać,  że Tess  jest  osobą 
godną zaufania. Że jest Elizabeth. Mimo to Tess pragnęła uwolnić się z uścisku starszej 
pani, gdy wchodziły na drugie piętro.

38

background image

-

Niezłą masz chałupę, Jane.

-

Lubię ją- odpowiedziała Jane z uprzejmym uśmiechem.

Mózg Tess zaczął pracować. Jane wiedziała,  co  robi. Stosowała tę samą taktykę 

pozornego zbliżenia, którą Tess zastosowała wobec niej! A to sprytna sztuka! Jane 
prawdopodobnie  starała  się  uśpić  czujność  Tess,  zanim  wytoczy  ciężką  artylerię. 
Luke Mansfield nie był jedynym zagrożeniem w tym domu.

Pamiętaj - powiedziała sama do siebie, powtarzając życiowe motto: „Nikt i nic nie 

jest bezpieczne".

Jane otworzyła drzwi sypialni i wprowadziła Tess do środka.
- To  był  pokój  Elizabeth  -  powiedziała  po  prostu.  -  Pomyślałam,  że  ci

się spodoba.

Tess z niechęcią obrzuciła go wzrokiem. Wciąż był to pokój dziecinny. Trzy ściany 

pomalowane  na  niebiesko  wyobrażały  niebo  z  białymi  chmurami.  Duże  okno  z 
parapetem  przeznaczonym  do  siadania  zachęcało  do  spędzania  popołudnia  na 

spoglądaniu na park. Pod jedną ze ścian stało ogromne pudło z zabawkami. Walizka 
Tess leżała na łóżku, a ubrania powieszono w garderobie. Naprzeciwko łóżka stał 

mały stolik z krzesełkami, świetny na dziecinne przyjęcia.

Było  to  przytulne  dziecinne  gniazdko  i  Tess  pomyślała  o  przerażonym 

pięcioletnim dziecku, które zabrano stąd brutalnie dwadzieścia lat temu. Znała inne 

dzieci,  które  zostały  porwane.  Pracowała  razem  z  nimi.  Jeszcze  teraz  pamiętała 
przerażenie, zagubienie, szok, jakiego doznawały w świecie, który nie był bezpieczny. 
Miała nadzieję, że Elizabeth umarła szybko i bezboleśnie, zaraz po porwaniu. Żadne 

dziecko nie powinno być skazane na życie w piekle przemocy.

-

Nie...  nie  tego  się  spodziewałam  -  zdołała  wykrztusić.  Chciała  natychmiast 

wydostać  się  z  tego  pokoju  i  uwolnić  od  Wspomnień  i  koszmarów  z  przeszłości, 
które ten pokój przywoływał.

-

Jestem pewna, że nadchodzące dwa tygodnie przyniosą wiele niespodzianek -

stwierdziła Jane.

Tess spojrzała na nią podejrzliwie. Jeśli te niespodzianki będą podobne do tego, 

co przed chwilą przeżyła, lepiej od razu się spakować.

Ale nie mogła zachowywać się jak dziecko. Nie było niczego ważniejszego od tej 

roboty. Niczego.

Zmuszając się do uśmiechu, objęła Jane ramieniem.

- Pokaż mi teraz resztę swojej rezydencji.
Już  dwa  tygodnie  temu  Tess  poznała  plan  domu  wraz  z  sekretnymi  schowkami, 

których  przybywało  z  upływem  lat.  Teraz  więc  mogła  sobie  pozwolić  na 

obserwowanie  Jane  i  zastanawianie  się  po  raz  kolejny,  kim  był  informator  Berta. 
Bogactwo  szczegółów,  jakie  przekazał,  świadczyło,  że  to  stały  bywalec  tego 

domostwa. Ale kto?

39

background image

Z całą pewnością nie była to nestorka rodu. Tess ukryła uśmiech, gdy Jane nie 

pokazała  jej  ukrytego  w  ścianie  sali  balowej  sejfu.  Wyraziła  za  to  niekłamane 

uznanie co do wystroju sali balowej z dębową podłogą, ogromnymi kryształowymi 
kandelabrami i freskami na suficie wyobrażającymi zielone smoki na tle chmur.

Wszystko,  co  wiedziała  na  temat  właścicieli  i  co  zobaczyła  dzisiaj,  świadczyło,  że 

Cushmanowie  nie  tylko  rozumieli  prawdziwe  piękno,  ale  umieli  je  wprowadzić  w 
każdą dziedzinę swojego życia. Z niepokojem poczuła wzrastający dla nich podziw. 

Podziw  może  prowadzić  do  przyjaźni,  a  nawet  do  zażyłości.  Nie  mogła  sobie 
pozwolić na żadną z tych rzeczy. Zażyłość w pracy zawsze źle się kończyła. Bert wbił 
jej to do głowy, zanim skończyła dwanaście  lat.  Nie  wolno  jej  było  podziwiać  czy 

polubić Jane Cushman. Jane była ofiarą i kropka. Inna relacja między nimi mogła 
zagrozić realizacji ustalonego scenariusza.

Musiała skłonić Jane, żeby uwierzyła w bajkę, że Tess to Elizabeth i Jane musiała 

na  tyle  w  nią  uwierzyć,  żeby  przekonać  Luke'a.  Trzeba  będzie  podpisać  papiery, 
złożyć obietnice, przejąć kolię... i to od Tess zależało powodzenie tej akcji.

Dlatego  śmiała  się  jak  nastolatka  z  niezbyt  mądrych  historyjek  Jane,  śmiała się  i 

sama opowiadała podobne historyjki. Zmuszała się do obejmowania Jane ramieniem 
i nie wyjawiała prawdziwych uczuć.

-

Kim jest ten elegancki dżentelmen? - spytała, wskazując naturalnej wielkości 

portret starszego mężczyzny, wiszący w bibliotece naprzeciw sporej kolekcji broni w 

szklanej gablocie z byle jakim zamknięciem.

-

To mój zmarły mąż, Edward - odparła Jane.

Tess  przyjrzała  mu się  z ciekawością. Portret  musiał powstać  pod koniec jego 

życia,  gdy  miał  około  osiemdziesięciu  lat.  Edward  Cushman  był  przystojnym, 

pełnym  energii  mężczyzną.  Tess  pomyślała,  że  wygląda  na  człowieka,  który  mógł 
przysporzyć Jane wielu kłopotów. Powiedziała to głośno.

Jane uśmiechnęła się do portretu męża.
-

Był  łajdakiem  -  stwierdziła.  -  Uwielbiał  się  ze  mną  kłócić  po  to,  żeby 

wyprowadzić  mnie  z  równowagi.  Najpierw  mnie  rozzłościł,  a  potem  całował,  aż 

topniałam w jego ramionach. Był... jedyny w swoim rodzaju.

-

Musi ci go bardzo brakować - powiedziała Tess cicho.

-

Ogromnie - przyznała szczerze Jane, odwracając się tyłem do portretu i do Tess. 

- Kategorycznie zabroniłam mu umierać przede mną, ale on zawsze robił, co chciał. 
Powiem mu, co o tym myślę, kiedy w końcu dołączę do niego.

-

Mam nadzieję, że do tego momentu minie jeszcze wiele lat - stwierdziła Tess, 

raz jeszcze obejmując Jane ramieniem i zmuszając się do pozostania w tej pozycji 

przez jakiś czas. Naprawdę tak myślała. Naprawdę!

Ponieważ  wiedziała,  że  Jane  hołduje  staremu  zwyczajowi  przebierania  się  do 

kolacji, Tess pojawiła się w jadalni w prostej błękitnej sukience, sznurku

40

background image

pereł na szyi i z włosami upiętymi w kok, który miał utrzymać jej niesforne włosy 

w  porządku.  Jane  siedziała  już  przy  dębowym  stole.  Luke  zajmował  miejsce  po 

przeciwnej stronie. On także ubrany był wieczorowo. I wyglądał doskonale.

Luke uniósł jedną brew i zmierzył Tess spojrzeniem pełnym uznania, którego się 

nie spodziewała i które przyjęła z radością.

Machinalnie  zajęła  swoje  miejsce  pośrodku  stołu.  No  tak,  podobał  jej  się  Luke

Mansfield. Po raz pierwszy w życiu czuła się kobietą i to ją przerażało. Na szczęście 

Jane zaczęła rozmowę o zbliżającej się aukcji cennych przedmiotów z jakiejś jeszcze 
cenniejszej  angielskiej  rezydencji,  a  Tess  na  ryle  znała  się  na  sztuce,  aby 
podtrzymywać rozmowę i odwrócić uwagę od własnej osoby. Luke mówił niewiele, 

ale nie spuszczał z niej oczu. To ją irytowało.

-

Myślę, że Monet przyniesie niezły zysk, prawda? - spytała Jane.

-

Hm? - odezwała się Tess i natychmiast przywołała swoje myśli do porządku. -

O ile wiem, Monet powinien osiągnąć doskonałą ceną. Uwielbiam Moneta.

-

Ja także lubię jego prace - przyznała Jane - ale nie jestem jego wielbicielką.

Tess roześmiała się.
-

A ja tak. Ukradłam sześć obrazów Moneta, kiedy się tym zajmowałam, a teraz 

mam trzy własne i zamierzam jeszcze coś dokupić. Może powinnam wziąć udział w 
aukcji? Zakładając oczywiście, że nie spowoduję tym konfliktu interesów.

-

Nie, nie, w żadnym wypadku - odparła uprzejmie Jane. - Dlaczego tak bardzo 

lubisz Moneta?

Tess westchnęła do miłych wspomnień.
-

Kiedy  pracowałam  dla  Carswellów,  moją  główną  działką  były  muzea:  Bass 

Museum of Art, Lowe Art Museum, South Florida Art Center.

-

Muzea? - zainteresował się Luke. - Czyżbyś więc była nad wiek utalentowana?

-

To  nie  tak  -  żachnęła  się  Tess.  -  Miałam  tylko  trochę  oleju  w  głowie.  Dla 

zręcznego  kieszonkowca  muzea  są  doskonałym  miejscem  pracy.  Widziałeś  chyba 
znaki ostrzegające zwiedzających, żeby pilnowali swoich portfeli. Większość ludzi się 

tym nie przejmuje, na szczęście dla takich jak ja. Prawie zawsze udawało mi się 
ukraść ustaloną sumę.

-

To Carswellowie wyznaczali wam odgórnie sumę? - spytał Luke zaskoczony.

-

Oczywiście - odparła Tess. - To był najlepszy sposób, żeby zmusić dzieciaki do 

roboty.  Wystarczyło  powiedzieć,  że  albo  ukradną  rzeczy  wartości  stu  dolarów 
dziennie,  albo  nie  dostaną  nic  do  jedzenia.  Byłam  na  tyle  dobra,  że  rzadko 

chodziłam głodna. Niektóre dzieciaki nie miary tyle szczęścia. Albo się ma smykałkę 
do kradzieży, albo nie. Niektórzy jej nie mieli.

41

background image

-

Więc nauczyłaś się kraść, bo musiałaś? - zapytała Jane.

-

Wierzę w przetrwanie.

-

Za  wszelką  cenę?  -  spytał  Luke.  Spojrzała  mu 

prosto w oczy. -Tak.

- Nie rozumiem jednak - wtrąciła Jane - jakim cudem okradanie ludzi w 

muzeach uczyniło z ciebie wielbicielkę Moneta?

Tess z ulgą odwróciła się do Jane.

- Odkryłam jego obrazy, kiedy miałam dziewięć lat. W Bass Museum of Art 

mieli wspaniałą kolekcję starych mistrzów, nawet rokoko i barok, a poza tym 
kilku  impresjonistów.  Tyle  że  w  wieku  dziewięciu  lat  niewiele  to  dla  mnie 

znaczyło. Był środek tygodnia, na dworze padał deszcz i nie uzbierałam zbyt 
wiele.  Wpadłam w  popłoch,  bo  zbliżała się  godzina zamknięcia, a  ja miałam 

dopiero  połowę  tego,  co  powinnam.  Poprzedni  dzień  był  równie nieudany, 
więc byłam też głodna.

Przez chwilę Tess patrzyła w milczeniu na kryształowy kielich z wodą.
-

W  każdym  razie  -  powiedziała przywołując się do  porządku  -  siedziałam 

tam  przerażona,  zmartwiona,  przekonana,  że  w  życiu  nie  ma  nic  pięknego  i 

wtedy  zobaczyłam  ogromne  płótno  Moneta  z  wodnymi  liliami.  Nagle 
poczułam, że zanurzam się w ten obraz. Płynęłam w wodzie, a lilie delikatnie 

muskały moją twarz. To była jedna z najpiękniejszych chwil w życiu. Od tamtej 
chwili uwielbiam Moneta.

-

A zdołałaś w końcu zebrać wyznaczoną sumę? - spytał cicho Luke.

-

Nie  -  odparła  Tess,  wzruszając  ramionami.  -  Ale  dzięki  Monetowi,  nie 

przejęłam się tym zbytnio.

Jane  zmieniła  temat  rozmowy  na  mniej  osobistą  dyskusję  o  klejnotach, 

które wkrótce zostaną wystawione na sprzedaż i Tess trzymała się tego wątku z 
ulgą. Wspominanie Miami i Carswellów zawsze wyprowadzało ją z równowagi, 
a co dopiero mówienie o nich.

Ciągłe  pilnowanie  się,  by  nie  wypaść  z  roli,  i  odpieranie  powłóczystych 

spojrzeń  Luke'a  sprawiło,  że  pod  koniec  posiłku  Tess  była  wykończona.  Nie 
mogła  powstrzymać  się  od  ziewania  nad  filiżanką  gorącej  czekolady.  Luke  i 

Jane  tymczasem  sączyli  kawę  i  rozmawiali  o  siostrze  Luke'a,  Miriam,  i  jej 
skłonności do podrywania podstarzałych playboyów.

- Na  Boga,  moje  dziecko-  powiedziała  Jane,  przerywając  Luke'owi  i 

zwracając się do Tess. - Przestań ziewać jak hipopotam i idź spać.

-

Macie dość mojego interesującego towarzystwa? - spytała Tess.

-

Przestałaś  być  interesująca  dwadzieścia  minut  temu.  Inaczej  po  co 

wyciągałabym Luke'a na plotki? Idź spać, Tess.

-

Tak jest.

Tess zasalutowała i z ulgą uciekła z jadalni i od Luke'a Mansfielda. Idąc po 

schodach na drugie piętro stwierdziła, że ma za sobą długi i męczący

42

background image

dzień.  Dlatego  tak  słabo  broniła  się  dziś  wieczorem.  Bezpieczniej  było  zwiać 

stamtąd, niż pozostawać na placu boju. Wystarczy, że się dobrze wyśpi i Luke

Mansfield nie będzie w stanie już nigdy więcej wyprowadzić jej z równowagi.

Otworzyła  drzwi  do  sypialni  Elizabeth  i  z  trudem  powstrzymała  okrzyk 

przerażenia.  Nadal  wyglądała  tak  potwornie  jak  poprzednio.  Tess  zdążyła 
rozpakować się przed kolacją, a podczas jej nieobecności ktoś przygotował łóżko i 
zapalił nocną lampkę. Gdyby miała pięć lat, ten pokój mógłby być dla  niej  oazą 

szczęścia i bezpieczeństwa.

Ale  Tess  była  dwudziestopięcioletnią  kobietą,  która  pracowała  ciężko  przez 

ostatnich siedem lat, żeby stworzyć sobie oazę szczęścia i nie potrzebowała niczego 

od  Elizabeth.  Może  jednak  ten  pokój  na  coś  się  przyda?  Może  obudzi  jakieś 
wspomnienia z dzieciństwa?

Rozebrała  się  powoli  i  włożyła  trochę  za  dużą  białą,  bawełnianą  piżamę. 

Wyszczotkowała włosy i zaczęła rozglądać się za jakąś książką, która pomogłaby jej 
zasnąć. Spojrzała na pudło z zabawkami. Powoli i niechętnie podeszła do niego i 

podniosła  drewniane  wieko.  W  środku  leżały  poukładane  dziesiątki  zabawek, 
książeczek, gier i pluszowych zwierzątek, łącznie z Fredem. Należały z całą pewnością 
do  Elizabeth.  Książki  też  były  dla  dzieci:  cała  kolekcja  Kubusia  Puchatka, 

Czarnoksiężnik  z  krainy  Oz.  Tess  nie  przeczytała  ich  nigdy  w  dzieciństwie  i  nie 
zamierzała robić tego teraz. Jane pozwoliła jej wypożyczać bez ograniczeń książki z 

biblioteki Cushmanów i Tess skorzystała z zaproszenia.

Zeszła na bosaka tylnymi schodami, żeby uniknąć spotkania z Jane albo Lukiem, i 

weszła  do  biblioteki.  Luke  stał  przy  kamiennym  kominku,  trzymając  w  dłoni 

szklaneczkę  brandy.  Przyglądał  się  Tess,  jakby  oczekiwał  od  niej  odpowiedzi  na
zagadkę wszechświata.

- O,  przepraszam  -  rzuciła,  wchodząc  szybko  do  pokoju,  aby  pokazać,

że lekceważy zielonookiego potwora z piekła rodem. - Nie chciałam przeszkadzać. 
Przyszłam 

tylko 

po 

książkę. 

Szukam 

czegoś 

stylu 

Pameli

Richardsona. Sen po dwóch minutach czytania gwarantowany.

Szmaragdowy wzrok Luke'a zatrzymał ją w połowie drogi.
- Szukasz  Pameli?  - zdziwił  się.  -  Przecież  prawie  zasnęłaś  nad  filiżanką 

czekolady.

Tess zmusiła się, by odwrócić od niego wzrok. Podeszła do półek z książkami, mając 

nadzieję, że szybko coś znajdzie i ucieknie.

-

Hodgkins  musiał  dodać  kofeiny  do  tej  czekolady  -  powiedziała  spokojnie.  -

Jestem o tym przekonana.

-

Jego niechęć do bezdusznych oszustek musi być jeszcze większa od mojej. A 

poza tym on zna Jane najdłużej.

-

Na szczęście - rzekła pogodnie Tess - Jane polega na własnych opiniach, a nie 

na swoim kamerdynerze i gorylu, to znaczy prawniku.

43

background image

-

Ten goryl do ostatniego tchu będzie bronić Jane przed twoimi krętactwami.

-

Tak  myślę-  odparła  Tess,  przeglądając  półki  z  książkami  w  poszukiwaniu 

Pameli.

-

Kim ty naprawdę jesteś, Tess Alcott?

-

Tu mnie masz. Powiem ci, kiedy sama się dowiem.

-

A więc zamierzasz nadal bawić się w tę amnezję?

Gniew, który ogarnął Tess, kazał jej spojrzeć wrogowi prosto w twarz.
-

Pamiętasz  przyjęcie  z  okazji  swoich  piątych  urodzin?  Luke  był 

zaskoczony nagłym atakiem.

-

Oczywiście.

-

A pamiętasz, jak wyglądał twój pokój dziecinny?

-

Pewnie.

-

Pamiętasz, co lubiłeś jeść jako dziecko? -Tak.

-A  ja  nie!  -  oświadczyła  z  goryczą.  -  Podobno  świetny  z  ciebie  prawnik, 

Mansfield, ale jeśli idzie o mój przypadek, jesteś do niczego!

Wróciła  do  przeglądania  książek,  starając  się  ochłonąć  z  gniewu  i  żalu.  Przez 

długą chwilę w bibliotece panowała cisza.

- Zaczynam  wierzyć,  że  mówisz  prawdę  -  powiedział  pojednawczo

Luke. - Ale mimo że jestem do niczego, nie uda ci się wygrać.

- I znów do głosu doszła krzycząca męska arogancja - mruknęła Tess, stając na 

palcach, aby przeczytać tytuły na najwyższej półce. Chciała uspokoić Luke'a, lecz 
nie miała odwagi.

- W  pewnym  sensie  masz  rację,  Mansfield.  Ale  jeśli  nie  uda  mi  się  wy

grać,  nie  mam  nic  do  stracenia.  Poszukuję  mojej  przeszłości,  pamiętasz?
Jeśli okaże się, że nie było w niej Jane, włos mi z głowy nie spadnie. W końcu znajdę 
ludzi  z  mojej  przeszłości  i  będę  mogła  ich  o  wszystko  zapytać.

Więc nie krzycz na mnie, bo możesz sobie nadwerężyć gardło.

Jego chichot wywołał u niej dreszcz. Bez patrzenia wiedziała, że Luke oparł się 

plecami o kominek i oglądają od stóp do głów.

- Podoba mi się twój negliż - stwierdził.
Tess z wysiłkiem roześmiała się, biorąc z półki Pamelę i odwróciła się przodem do 

Luke'a.  Szklaneczka  z  brandy  stała  na  kominku.  Ręce  miał  wolne.  Wydawał  się 
przez to groźniejszy.

- Uważam, że funkcjonalność jest ważniejsza od wyglądu - powiedziała, z trudem 

łapiąc  oddech  i  czując  ogarniające  ją  napięcie.  -  W  mojej  pracy
często  zdarza  się,  że  trzeba  nagle  zmieniać  plany  i  ratować  się  ucieczką.  Nie

ma  wtedy  czasu  na  ubieranie  się,  jeśli  ktoś  śpi  nago...  Tego  właśnie  nauczy
łam się w dzieciństwie w brutalny sposób.

Luke  uśmiechnął  się  jeszcze  szerzej,  dzięki  czemu  jego  twarz  rozjaśniła  się. 

Zniknęła też cyniczna maska.

44

background image

-

Ogromnie chciałbym to zobaczyć.

-

Sześciu  francuskich  żandarmów  doświadczyło  tej  przyjemności  -  powiedziała 

Tess, kierując się w stronę drzwi. Pokój wydawał się ciągnąć w nieskończoność. - Na 

szczęście  widząc  nagą  dziewczynę  uciekającą  po  dachach  byli w takim  szoku,  że 
zapomnieli  o  strzelaniu.  Udało  mi  się  ujść  bez  szwanku.  Później  słyszałam  o 
pewnym  Amerykaninie,  który  nago  napadał  na  banki,  bo  jak  się  widzi  kogoś 

gołego, to potem nie można rozpoznać go w ubraniu.

-

W  twoim  przypadku  nie  wchodzi  to  w  grę  -  mruknął  Luke,  zmuszając  ją 

wzrokiem,  by  zatrzymała  się  przed  nim.  -  Dobrze,  że  nie  spotkałaś  tych 
żandarmów następnego dnia.

Tess spłonęła rumieńcem.
-

Cóż, Mansfield, wydaje mi się, że to był komplement.

-

Wyrwało mi się stwierdził Luke, sam nieco zaskoczony. - Kiedyś udało mi się 

powiedzieć coś równie miłego o łódce, na której pływałem w Har-vardzie.

-

Uważaj, Mansfield, bo taki gorący entuzjazm wpędzi cię w amok.

-

Amok  wydaje  mi  się  teraz  czymś  sympatycznym  -  westchnął  Luke,  gładząc 

niespiesznie Tess po policzku i sprawiając, że przestała oddychać.

Nie przypuszczała, że dotyk mężczyzny może być taki cudowny. Świat zawirował 

jej przed oczami, kiedy powoli pochylił głowę nad jej twarzą.

- Luke - wyszeptała, nie mając pojęcia, co powiedzieć dalej.

Ich usta spotkały się w gorącym pocałunku. W Tess obudził się głód. Stojąc na 

palcach,  objęła  go  za  szyję,  przyciskając  swoje  ciało  do  jego  ciała.  Jej  usta  same 
dopominały się o więcej. Luke z jękiem rozkoszy objął ją mocno, a jego zmysłowe 

usta spoczywały na jej wargach.

Było  dobrze,  tak  dobrze.  Tess  nigdy  nie  znalazła  się  tak  blisko  niebiańskiej 

rozkoszy.

I nagle wszystko skończyło się w chwili, gdy powrócił zdrowy rozsądek.
Odsunęła  się  gwałtownie,  przyciskając  do  piersi  książkę  i  zasłaniając  dłonią 

usta.

- Co ty, u licha, wyprawiasz?! - syknęła.
Ich  oddechy  były  przyspieszone. Luke  spojrzał  na  Tess  ze  zdziwieniem,  w  jego 

oczach pojawił się gniew.

- O  to  samo  mógłbym  spytać  ciebie,  Elizabeth  -  rzekł  drwiąco.  -  Jak

daleko zamierzałaś się posunąć, żeby przeciągnąć mnie na swoją stronę?

W  tym  momencie  w  Tess  umarło  coś,  co  zrodziło  się  zaledwie  przed  chwilą. 

Dobry Boże, a więc on ją wykorzystał, sprawdził. A ona dała się na to nabrać. Miała 

ochotę wymierzyć mu policzek i sprawić, by z jego twarzy zniknął wyraz wyższości. 
Zamiast tego mocniej przycisnęła do piersi książkę.

45

background image

-Nie myśl sobie, że będziesz używać swego męskiego wdzięku, żeby pozbyć 

się mnie z tego domu - powiedziała zaczepnie. - Nie jestem ani taka głupia, ani 

tak zdesperowana!

Wyszła z biblioteki dumnym krokiem, trzasnąwszy drzwiami.

Rozdział piąty

ciekając  wodą  po  wyjściu  spod  prysznica,  Luke  owinął  ręcznik  wokół 

bioder i podszedł do telefonu. Wybrał bostoński numer, podał swoje nazwisko i 

został szybko połączony z szefem Baldwin Security.

-

Leroy? Tu Luke Mansfield - przedstawił się. - Masz coś o Weinsteinie?

-

Luke - Leroy Baldwin nie krył irytacji - zadawałeś mi to pytanie cztery razy 

wczoraj  i  pięć  razy  przedwczoraj.  Gdybyś  przestał  do  mnie  wydzwaniać, 

miałbym czas, żeby coś zrobić.

- To 

znaczy, 

że 

niczego 

nie 

znalazłeś?

Leroy znowu westchnął.

- Dajże  spokój,  człowieku.  Kiedy  miałem  to  zrobić?  Jeśli  wreszcie  prze-

staniesz mnie nagabywać...

- Nie znalazłeś niczego?

Kolejne ciężkie westchnienie.

- Wciąż sprawdzamy Weinsteina. Dyplomy, praktykę w klinice, artykuły w 

pismach  medycznych,  wszystko.  Doszliśmy  do  szkoły  średniej  i  do  tej  pory 
wszystko się zgadza.

Luke uderzył pięścią w ścianę. -Ale ten facet jest oszustem!
- Wierzę w twój  instynkt  w tej sprawie. Może to  oszust. Chodzi jednak o 

to, że jest dobry i udowodnienie mu czegoś wymaga czasu.

Luke  zaczął  spacerować  po  pokoju  tam  i  z  powrotem,  a  ręcznik  niebez-

piecznie zsuwał się z jego bioder.

-

Podobno  jesteś  najlepszy  w  tej  branży,  Leroy,  ale  jak  na  razie  słyszę  od 

ciebie jedynie wymówki!

-

Wiesz  co,  nikt  się  aż  tak  nie  angażuje  w  sprawę,  dopóki  nie  chodzi  o 

kobietę. Kim ona jest?

-

Nie wiem! - krzyknął Luke.

-

W  takim  razie  chodzi  o  Tess  Alcott.  Uważałbym  na  nią,  Luke.  Według 

raportów, które mam, jest prawdziwą tygrysicą z ostrymi pazurami. Nie chciał-
bym widzieć tego, co z ciebie zostanie, jeśli weźmie cię na cel.

-

Umiem się o siebie troszczyć.

46

O

background image

- Tak,  oczywiście.  Dlatego  właśnie  miotasz  się  po  pokoju  jak  lew  w  klatce.

Luke zatrzymał się w pół kroku i spojrzał zdziwiony na aparat telefoniczny.

-

Rozmawiałeś ostatnio z Jane Cushman?

-

A  co,  słyszałeś  to  już  wcześniej?  -  spytał  Leroy  chichocząc.  -  Ta  Jane 

wygląda mi na kobietę w moim typie.

-

Pożarłaby  cię  na  śniadanie.  Co  jeszcze  wiesz  o  Tess  dzięki  swoim  kon-

taktom?

-

Nie tak znowu wiele. Ta twoja panna Alcott jest bardzo skrytą osobą. Nie 

zaprzyjaźniała  się  ze  współpracownikami.  Prawdę  mówiąc,  trzeba  ją  było 

szantażować,  żeby  w  ogóle  zgodziła  się  z  kimkolwiek  pracować.  Nie  wyraża 
zgody  na  posiadanie  jakiejkolwiek  broni,  ani  w  pracy,  ani  poza  nią.  Ma 
prawdziwy talent w dostosowywaniu się do każdej sytuacji i świra na punkcie 

Joe kontra wulkan.

- Co?
-

Dobry kawałek kina z Tomem Hanksem i Meg Ryan.

-

Wiem, co to za film. Finansowałem go - odparował Luke. - Skąd wiadomo, 

że ona ma bzika na jego punkcie?

-

Bo  często  gdy  jest  w  domu,  a  mieszkanko  ma  bardzo  ładne,  włącza 

sekretarkę,  na  której  nagrana  jest  wiadomość:  „Cześć.  Oglądam  Joe  kontra 
wulkan, 
więc dajcie mi spokój".

Luke roześmiał się.
- Musisz kiedyś obejrzeć ten film, Leroy. Pokazuje kontrast między walką o 

przetrwanie, a życiem marzeniami.

Luke  przerwał.  Tess  wierzyła  w  przetrwanie  za  wszelką  cenę.  Czy  kie-

dykolwiek było coś innego, o czym marzyła? A czy on o czymś marzył?

-

Odeszliśmy  od  właściwego  tematu  -  powiedział  szybko.  -  Weinstein 

powinien być łatwiejszy do sprawdzenia. Dlaczego tak nie jest?

-

Słuchaj,  Luke.  Nigdy  wcześniej  cię  nie  zawiodłem  i  teraz  też  nie  za-

mierzam.  Nad  Weinsteinem  pracują  moi  najlepsi  ludzie.  Obiecuję,  że  do 
końca  tygodnia  dostarczę  ci  wszystkich  potrzebnych  informacji.  A  teraz 
wyluzuj się!

Luke  z  westchnieniem  odłożył  słuchawkę.  Wyluzować  się?  Być  roze-

śmianym  i  pogodnym?  Tańczyć  z  Olbrzymką...  to  jest...  Marią  Franklin? 
Zapomnieć o Tess Alcott, kiedy wciąż czuł słodycz jej ust na swych wargach? 

Marne szanse.

Klnąc pod nosem, zdjął z bioder ręcznik i zaczął się ubierać.

No dobrze, podoba mu się Tess Alcott. Po raz pierwszy od lat czuł, że żyje. 

Pomimo  powściągliwości,  czasem  udawało  mu  się  dojrzeć  na  dnie  jej 
spojrzenia coś, co poruszało go do głębi. Podobnie jak on, Tess znała z pierwszej 

ręki ludzką podłość i zdradę. Te doświadczenia zabiły w niej potrzebę ufania. 
Luke nigdy nie przypuszczał, że może mieć coś wspólnego z oszustką,

47

background image

a  już  na  pewno  nie  wierzył,  że  właśnie  oszustka  obudzi  w  nim  płomień,  który 

wygasł dawno temu.

Gdyby chodziło o jakąkolwiek inną kobietę, byłby zdziwiony, że udało jej się tak 

szybko sforsować jego mury obronne, nie mówiąc o fosie pełnej głodnych krokodyli. 

Ale to była Tess Alcott ze swoimi słodkimi ustami. Sprawiała, że zaniedbywał swój 
główny cel - ochronę Jane... i samego siebie.

Luke nie był zaskoczony. Był przerażony. Wpadł w to wszystko po uszy i nie miał 

pojęcia,  jak  się  wygrzebać.  Jak  mógł  być  tak  głupi,  żeby  pocałować  Tess  wczoraj 
wieczorem? Ona nie zrobiła niczego, żeby go sprowokować: ani nie była wyzywająco 
ubrana, ani niczego takiego nie powiedziała.

Mimo  to  była  naprawdę  cudowna.  Ogromna  piżama  tylko  podkreślała  jej 

kobiecość.  W  błękitnych  oczach  upór  walczył  ze  smutkiem.  Widział  w  niej 

przestraszone  dziecko,  jakim  była  kiedyś,  i  smutną  kobietę,  jaką  była  dziś. 
Zapomniał, po co pojawiła się w tym domu. Zapomniał nawet, że byli wrogami.

Chciał ją dotknąć. Musiał jej dotknąć, a kiedy to zrobił, musiał ją pocałować. Ta 

potrzeba była silniejsza od zdrowego rozsądku, silniejsza od powodów, dla których 

tam się znalazł, silniejsza od potrzeby chronienia Jane.

Ten pocałunek przypomniał Luke'owi tę część jego , ja", o której już zapomniał. 

Na szczęście, na pomoc przyszedł mu wtedy gniew, przywracając zdrowy rozsądek. 
Tak bardzo chciał, żeby Tess uderzyła go w twarz, co zresztą wyraźnie miała ochotę 
zrobić. Wtedy mógłby potrząsnąć nią solidnie, tak mocno, aż zaczęłaby szczękać 

zębami i powiedziałaby mu całą prawdę o Elizabeth, o Weinsteinie, o tym, co taka 
doświadczona oszustka robi w rezydencji Cushmanów i w jaką grę bawi się z jego 

mózgiem i hormonami.

- Zaczynam  tracić  głowę  -  powiedział  Luke  głośno.  Usiadł  na  brzegu

łóżka.  Czuł  (czuł!)  takie  rzeczy,  o  których  dawno  już  zapomniał.  Tak  długo

poruszał  się  powierzchownie  w  sferze  emocjonalnej,  że  nagły  przypływ  uczuć
zupełnie  wytrącił  go  z  równowagi.  Zwycięstwo  serca  nad  rozumem?  To  nie
możliwe. A jednak.

Luke wziął głęboki oddech.
- Weź się w garść, Mansfield - przykazał sobie. To tylko sprawa hormonów. To 

one  wpływały  na  jego  umysł  i  miał  zamiar  skończyć  z  tym  raz  na

zawsze.  Będzie  chronić  Jane  Cushman  przed  tą  szarlatanką,  niezależnie  od
pokusy.  Jane  nie  zostanie  skrzywdzona  i  wykorzystana,  a  on  wróci  do  swego
spokojnego życia, gdy Tess Alcott powędruje do więzienia za oszustwa.

Luke  zaklął  soczyście  wychodząc  z  pokoju  i  dosłownie  wpadł  na  Tess.  Jego 

ramiona automatycznie ją objęły. Jej skóra była gładka i ciepła, a zapach zbił go z 

nóg.  Przeniknął  w  głąb.  Odsunął  się  od  niej  gwałtownie,  jak  oparzony.  Minęła 
chwila, zanim wrócił do równowagi.

- Musimy porozmawiać - powiedział szorstko.

48

background image

-

Doprawdy?  -  odezwała  się  lodowatym  głosem  Tess.  -  Dziwne.  Nie  sądzę, 

żebyśmy mogli powiedzieć sobie cokolwiek poza czymś obraźliwym. -Próbowała  go 
wyminąć, ale zagrodził jej drogę.

-

Jeśli chodzi o ostatni wieczór...

-

Chcesz mnie przeprosić?

-

Ani trochę - odparował Luke.

-

Tak  też  sądziłam.  Powiedziałeś  tylko  to,  co  myślałeś.  Zadziwiające,  że  Jane 

toleruje towarzystwo takiego wstrętnego i pozbawionego skrupułów człowieka.

-

Przypuszczam, że rozmawiając z Jane, używasz innego języka. Oczy  Tess 

rozbłysły gniewem.

-

Moje rozmowy z Jane Cushman to nie twój interes!

-

Wręcz przeciwnie, to jest mój interes i do tego niezwykle ważny.

- O  tak  -  powiedziała  szyderczo  Tess.  -  Zawsze  wierny  goryl.  A  może

powinnam powiedzieć: piesek pokojowy?

Udało jej się wreszcie ominąć Luke'a, ale chwycił ją za ramię i odwrócił przodem 

do siebie.

- Zamierzam  przejrzeć  twoją  grę  -  warknął.  -  A  kiedy  to  zrobię,  będziesz 

żałować, że kiedykolwiek usłyszałaś o milionach Cushmanów.

Błękitne oczy rozbłysły gniewem.
- Cóż za honorowa postawa, cóż za lojalność. Jane musi być pod wrażeniem. Jak 

sądzisz, co powiedziałaby na to, że wczoraj byłeś gotowy sprzedać się w obronie jej 

milionów?

Luke  chwycił  Tess  za  ramiona,  wiedząc,  że  sprawia  jej  ból.  Nie  dbał  o  to  w 

przypływie gniewu.

-

Skoro mowa o sprzedawaniu się, nie odpowiedziałaś jeszcze na moje wczorajsze 

pytanie.  Jak  daleko  gotowa  byłabyś  się  posunąć,  żebym  znalazł  się  po  twojej 
stronie? Dobrze byłoby wiedzieć. Moje łóżko jest tuż obok.

-

Ty draniu - Tess aż kipiała ze złości, uwalniając się od uścisku Luke'a i cofając 

przed nim.

-

Nigdy  nie  sprzedałam  swego  ciała  żadnemu  mężczyźnie  za  żadną  cenę  i  tym 

bardziej  nie  zamierzam tego  robić  dla  jakiegoś kiepskiego  adwokata--marionetki, 

którego sznurkami pociąga starsza pani i jej majątek!

Wzburzona zbiegła po schodach, a Luke odprowadził ją wzrokiem.
Co tu się właściwie stało? Czy to był on? Szarpał kobietę, która nie sięgała 

mu nawet do ramion? Czy naprawdę powiedział takie okropne rzeczy?

Po  raz  pierwszy  w  życiu  Luke  poczuł  się  zły  i  zbrukany.  Jeśli  nawet  Tess  była 

oszustką,  zachowywała  się  przy  tym  jak  dama,  a  on  wypadł  kiepsko.  Ona  tylko 

rozśmieszała Jane. Sprawiła też, że zapomniał, kim był i do czego zmierzał.

Musi ją natychmiast przeprosić. Nie ma innego wyjścia.

49

background image

Przeszukał  cały  dom  i  połowę  posiadłości,  zanim  znalazł  Tess  mecha-

nicznie okrążającą  po  raz  kolejny basen. Jej  ciało  rozcinało  wodę  jednostaj-

nymi sprężystymi ruchami.

Miała w sobie siłę, wytrzymałość i wdzięk... ważne atrybuty swojej profesji. 

Luke  myślał  o  tym,  starając  się  jednocześnie  zignorować  nagłą  potrzebę 
przytulenia jej mokrego ciała.

Wyszła z wody, owinęła się ręcznikiem, narzuciła na siebie zielony płaszcz 

kąpielowy i ruszyła w stronę domu. Luke obszedł basen dookoła, zagradzając 
jej drogę.

-

Panno Alcott, muszę z panią porozmawiać.

-

Tylko nie to - rzekła z wyraźną niechęcią.

Nie  mógł  opanować  uśmiechu.  To  była  jedna  z  jej  najbardziej  denerwu-

jących  cech:  bez  względu  na  to,  jak  bardzo  była  wściekła,  zawsze  potrafiła 

wywołać uśmiech na jego twarzy.

- Obawiam  się  -  powiedział  -  że  jestem  pani  winien  przeprosiny.

Pozornie zaskoczona, spojrzała najpierw na błękitne niebo, a dopiero

potem na niego.
- Za  długo  byłeś  na  słońcu,  Mansfield.  Lepiej  wejdź  do  środka,  zanim 

twoje halucynacje się pogłębią.

Spróbowała go obejść, ale nie miał zamiaru zaczynać tego dziwnego tańca 

po raz kolejny. Złapał ją za ramię - tym razem delikatnie.

- Zostaniesz  tutaj  -  oświadczył.  -  Jestem  większy  i  silniejszy,  więc  nie 

stawiaj mi oporu. Zamierzam cię przeprosić, a ty mnie wysłuchasz!

Przerzuciła ciężar ciała na jedną nogę i westchnęła ciężko.

- Dobrze już, dobrze. Miejmy to za sobą.
Jej  postawa  nie  pomagała  mu  zbytnio,  zwłaszcza  że  Luke  nie  był  przy-

zwyczajony  do  przepraszania  kogokolwiek.  Przypomniał  sobie,  za  co  mają 

przeprosić i szybko puścił jej ramię.

-

Przepraszam za to, że byłem wobec ciebie brutalny dziś rano - powiedział, 

starając się mówić szczerze i bez złości. - Nie powinienem był szarpać cię ani 
też pomyśleć, a co dopiero powiedzieć, żadnej z tych okropnych rzeczy. Jesteś 

wprawdzie  oszustką  i  złodziejką,  ale  nie  posunęłabyś  się  tak  daleko,  żeby 
odnieść  zwycięstwo.  Dlatego  jeszcze  raz  przepraszam  za  każde  obraźliwe
słowo, które powiedziałem... wczoraj wieczorem i dziś rano.

-

Skończyłeś? - zapytała Tess znudzonym głosem.

W tym momencie opuściły go wszelkie dobre intencje.
-

Jesteś  najbardziej  irytującą  kobietą,  jaką  kiedykolwiek  spotkałem!  Czy 

przestępcza  działalność  tak  na  ciebie wpłynęła,  że  nie  umiesz  nawet  przyjąć 
szczerych przeprosin?

-

To wolny kraj, Mansfield. Mogę robić, co mi się podoba, przyjmować albo 

odrzucać. Nie podoba mi się twoje grubiańskie zachowanie, twój przewrotny 
umysł ani ty sam. A teraz, jeśli pozwolisz, muszę się przebrać.

50

background image

- Przebrać?  A  to  dobre  -  szydził  Luke.  -  Kim  będziesz  tym  razem?  Po-

rzuconą żoną? Pollyanną? Lukrecją Borgią?

- Jestem  złodziejką,  a  nie  morderczynią,  Mansfield!  -  I  jesteś  z  tego 

dumna.

-

Tak,  jestem  -  potwierdziła,  rzucając  mu  wściekłe  spojrzenie  niebieskich 

oczu.  -  Dlaczego  nie  mam  być  dumna  z  ciężkiej  pracy,  którą  wykonuję  bez 

zarzutu?

-

Zastanawiałaś  się  kiedykolwiek  nad  czymś  takim  jak  moralność  czy 

etyka? - spytał Luke.

-

Daj spokój - wycedziła Tess, patrząc na niego i podpierając się pod boki. -

W  tym  kraju  kradzież  jest  na  porządku  dziennym!  Najpierw  ukradliśmy 
ziemię  Indianom,  potem  zaczęliśmy  okradać  się  wzajemnie.  Nie  ma  żadnej 

rodzinnej fortuny, która nie byłaby zbudowana na piractwie, przemycie alko-
holu  albo  fałszowaniu  dokumentów.  Popatrz  na  własną  szacowną  rodzinę. 
Fortuna Mansfieldów datuje się od czasu, gdy twój sławny pradziadek ukradł 

swoim akcjonariuszom całą linię kolejową!

-

To jest typowe naginanie faktów...

-

Bzdura! - naskoczyła na niego Tess. - Chciał zarządzać koleją po swojemu, 

a kiedy akcjonariuszom się to nie spodobało, przejął kontrolę nad firmą. Za to 

twój wspaniały dziadek wykupywał spokojnie firmę za firmą, podczas gdy ich 
dotychczasowi  właściciele  wyskakiwali  przez  okna  w  tysiąc  dziewięćset 

dwudziestym dziewiątym roku. Jego brat zbił fortunę na przemycie alkoholu. 
Czy  kiedykolwiek  zastanawiałeś  się,  czym  zajmują  się  firmy  wchodzące  w 
skład waszej fortuny?

-

Interesami  rodzinnymi  zajmuje  się  mój  brat  Joshua...  -  zaczął  mówić 

Luke.

-

A ty trzymasz się z daleka od tych brudnych spraw. Jakie to szlachetne. A 

czy nie jesteś czasem obrońcą tego milionera Jesse'a Wallinghama w śliskiej 
sprawie o wyłudzenie pieniędzy?

-

Rzeczywiście,  jestem  jego  adwokatem.  Ale  Wallingham  to  przyjaciel 

mojego ojca i jest niewinny, i wypraszam sobie...

-

A  ile  liczysz  sobie  za  tę  głośną  sprawę?  Dwieście  dolarów  za  godzinę? 

Trzysta?

-

Czterysta - mruknął Luke.

-

Do  tego  niewątpliwie  dochodzi  pocieszanie  jego  młodej  żony,  gdy  Jesse 

siedzi w areszcie.

-

Widziałem Glorię Wallingham tylko dwa razy w życiu!

-

A ta sprawa z Lindą Collier?

-

Skąd, u licha, wiesz o Lindzie?

-

Czytam rubryki towarzyskie jak każda zwykła kobieta. A więc, czy Linda 

była tak dobra, jak to sugerowała prasa?

-

Lepsza - odburknął Luke.

51

background image

- To  musiało  być  zabawne.  W  takim  razie  jakim  cudem  niezwykle  wysoka

Maria Franklin zdołała odciągnąć cię od kobiety-gumy, Lindy Collier?

Luke nie mógł się powstrzymać. Porównanie było tak sugestywne, że wybuchnął 

śmiechem. Nagle zamilkł i spojrzał na Tess.

- Zaraz,  zaraz  -  odezwał  się.  -  Kto  tu  kogo  przesłuchuje?

Tess uśmiechnęła się do niego promiennie.

Luke, wbrew sobie, też był rozbawiony.
-

Chylę przed panią czoła, panno Alcott. Jest pani świetna w swojej profesji.

-

Prawda? - powiedziała Tess i ruszyła w stronę domu.

Tym  razem  pozwolił  jej  odejść  przypatrując  się,  jak  kołysze  się  rytmicznie  przy 

każdym kroku. Była tak cholernie... irytująca. I zabawna. I cudowna.

Pojechał do swojego biura przy Rockefeller Plaża, wymyślając sobie po drodze za 

brak  zdrowego  rozsądku,  samokontroli  i  fosy  pełnej  groźnych  krokodyli.  Ale 

jednocześnie przypominał sobie słodycz pocałunku Tess.

Rzucił  się  w  wir  pracy,  żeby  zapomnieć  o  Tess  Alcott.  Przez  dwie  godziny 

rozmawiał  przez  telefon,  aż  ucho  rozbolało  go,  dopominając  się  przerwy.  Spędził 

więc czterdzieści pięć minut omawiając z Carol, swoją asystentką, szczegóły sprawy 
Wallinghama.  Następnie  przejrzał  kalendarz  ze  swoją  sekretarką,  Harriet, 
podyktował  jej  pięć  listów,  trzy  wnioski  sądowe  i  jedno  żądanie  zapłaty.  Potem 

powrócił do rozmów telefonicznych.

Był właśnie w trakcie namawiania starego znajomego do skorzystania z usług 

znanego adwokata od spraw rozwodowych, kiedy dopadła go pewna myśl.

Jeśli Tess nie posunęłaby się do tego, by go uwieść, żeby zdobyć sojusznika - a był 

pewien, że nie zrobiłaby tego - to dlaczego go pocałowała? Dlaczego przytuliła się do 

niego i praktycznie stopniała w jego ramionach?

-

Mój  Boże!  -  westchnął  Luke.  Może  rzeczywiście  próbowała  zdobyć  majątek 

Jane,  ale  jej  reakcja  na  niego,  od  gniewu  do  pocałunku,  była  z  całą  pewnością 
szczera.

-

Co powiedziałeś?

Luke wciąż półprzytomny wrócił do rozmowy telefonicznej.

- Przepraszam,  Jeff.  Zadzwoń  do  Apodaca,  to  najlepsza  rada,  jakiej  mogę

ci udzielić.

- Tak,  pewnie  masz  rację  -  odparł  Jeff.  -  Słyszałem,  że  jest  najlepsza.

Luke odłożył słuchawkę i zaczął gapić się przed siebie. Jakim cudem

znana oszustka, która potrafiła zadać miażdżący cios w samo serce, mogła być 

uczciwa w trakcie swojej roboty?

Znajomy  głos  dobiegający  z  recepcji  niespodziewanie  przywrócił  go  do 

rzeczywistości. Z westchnieniem przejechał dłońmi po twarzy. Wstał, założył płaszcz i 

ruszył w kierunku drzwi. Była ostatnią osobą, którą chciałby teraz oglądać, ale nie 
miał wyjścia. Żaden Mansfield nie opuściłby stałej randki.

52

background image

-

Luke,  kochanie,  tu  jesteś!  -  powiedziała  Maria  Franklin  swoim  jedwabistym 

głosem. - Gotowy do wyjścia na lunch?

-

Jasne. Przepraszam za spóźnienie, Mario. Zatrzymały mnie obowiązki.

-

Ciebie  zawsze  zatrzymują  jakieś  obowiązki,  kochanie  -  oświadczyła  Maria, 

biorąc go pod rękę.

Spojrzał  na  nią  zaskoczony.  Wielkie  nieba,  ona  naprawdę  była  wysoka! 

Podbródkiem dotykała jego ramienia. Źle się z tym czuł.

Źle się czuł przy niej. Czarne włosy miała upięte w pozornie niedbałą fryzurę, 

która musiała zabrać fryzjerowi parę godzin. Błyszcząca szminka była perfekcyjnie 
nałożona na delikatne wargi, makijaż skutecznie zasłaniał wszelkie oznaki naturalnej 

urody. Jej oczy spoglądały na niego nieśmiało.

- Byłam na zakupach - powiedziała, kiedy doszli do ruchomych schodów. - Jak 

ci się podoba?

Obróciła  się  powoli  i  czerwona  włoska  minisukienka  zawirowała  wokół  jej 

zgrabnego ciała, a czarne pończochy podkreśliły kształtne nogi.

- Jesteś  wspaniała  jak  zawsze.  Ta  sukienka  musiała  być  szyta  z  myślą

o tobie.

Maria roześmiała się zadowolona, wchodząc na ruchome schody. Uniosła twarz i 

szybko pocałowała go w usta. Spojrzał na nią. Nic. Nic nie poczuł.

-

Chciałam się tylko upewnić, że podczas lunchu będziesz zajęty wyłącznie mną-

powiedziała.

-

Naturalnie  -  rzekł  automatycznie.  Czy  kiedykolwiek  w  ciągu  tych  dwóch 

miesięcy czuł cokolwiek podczas pocałunku?

Poszli  do  tej  samej  -jak  zawsze  -  restauracji,  gdzie  jego  sekretarka  za-

rezerwowała -  jak zwykle - stolik. Zaprowadzono ich  do tego samego  co zawsze, 
zacisznego stolika, a ludzie przyglądali im się ciekawie.

-

Uwielbiam  być  w  centrum  uwagi  -  szepnęła  mu  do  ucha,  przytulając  się  do 

niego.

-

Nie wiedziałem, że jesteś ekshibicjonistką.

-

Tylko wśród ludzi, kochanie - odparła ze śmiechem.

Po złożeniu zamówienia Luke sączył wino i przyglądał się, jak Maria paple o balu 

dobroczynnym,  na  którym  była  poprzedniego wieczoru, o  scenie,  którą  urządziła 

tam  żona  pewnego  nowojorskiego  prominenta  i  o  lunchu,  który  jadła  z  matką 
Luke'a w zeszłym tygodniu.

Mówiąc  i  śmiejąc  się,  uwodziła  go  jednocześnie,  pochylając  się  zachęcająco  w 

jego stronę i ukazując jędrne piersi. W jej czarnych oczach pojawiały się zmysłowe 
obietnice, których nie miała zamiaru dotrzymać.

Oglądał to przedstawienie i zastanawiał się, która z nich jest większą oszustką: 

Tess Alcott czy Maria Franklin?

Mimo ukrytych motywów, które mogły nią kierować, Luke zdał sobie sprawę, że 

spotkał uczciwą kobietę; nie była nią Olbrzymka.

53

background image

Od kiedy stał się tak niewybredny i płytki, że kobieta taka jak Maria mogła mu się 

podobać? Sądził, że chronił samego siebie przed kolejnymi zdradami, rzucając się w 

wir  pracy  i  utrzymując  tylko  powierzchowne  stosunki  z  kobietami.  Zamiast  tego 
okazało się, że przez ostatnich dwadzieścia lat kobiety, które spotykały się z nim dla 

jego  nazwiska  i  pieniędzy,  zdołały  sprawić,  że  szanował  siebie  tak  samo,  jak  one 
szanowały jego.

Zdradził sam siebie. Maria Franklin była tego dowodem.
Jakie  lustro  zostało  odsłonięte,  jakie  drzwi  otwarte,  że  nagle  zobaczył  to  tak 

wyraźnie?

Wstrząśnięty spojrzał na swój kieliszek. Czyżby pocałunek Tess Alcott mógł tego 

dokonać?

Zmusił się do ponownego skoncentrowania na lunchu, śmiał się razem z Marią, 

rzucił  kilka  anegdot,  ale  w  duchu  obmyślał  najlepszy  sposób  rozstania  się  z 

Olbrzymką bez wielkiego rozgłosu.

Po lunchu wrócił do biura, ale nie mógł się na niczym skupić. Wciąż czuł gorące 

wargi Tess, słyszał cichy okrzyk rozkoszy, widział jej zbolałą twarz, gdy  odsunęli 

się od siebie.

To  przykre  wspomnienie  zniknęło,  kiedy  sekretarka  powiedziała,  że  dzwoni Leroy 

Baldwin. Luke zaczął chodzić wokół biurka, zanim podniósł słuchawkę.

-

Czego się dowiedziałeś, Leroy?

-

Ja  też  się  cieszę,  że  cię  słyszę -  odezwał  się  ironicznie  Leroy.  -  Wiarygodność 

twojej dziewczyny potwierdzam w stu procentach.

Luke zatrzymał się i chwycił mocniej słuchawkę.
-

Co?

-

Policja z Miami ma w aktach zarówno Tess, jak i wiele innych dzieci pracujących 

dla  Carswellów.  Prześlę  ci  wszystko  za  kilka  dni.  W  archiwach  Oksfordu  figurują 

wszystkie nazwiska, które mi podałeś. A, i jeszcze coś. Cztery lata temu Oksford otrzymał 
czek  od  niejakiej  Tess  Alcott  na  sumę  pokrywającą  całkowite  koszty  trzyletnich 
studiów wraz z mieszkaniem. Jakąkolwiek grę prowadzi ta twoja Tess, przynajmniej 

częściowo mówi prawdę. Coraz bardziej mi się podoba ta dziewczyna. Nie bój się, nie 
zamierzam  ci  jej  odbić,  bo  jeszcze  mi  życie  miłe,  ale  mogłaby  z  niej  być  niezła 

przyjaciółka.

- Wspaniale 

mruknął 

Luke, 

opadając 

na 

krzesło.

- W ŚBŚ jej akta sięgają osiem lat wstecz i potwierdzają wszystko, co

mówiła. Twoja dziewczyna miała do czynienia ze wspaniałymi dziełami sztuki. Ale 

wyobraź sobie, że tylko z prywatnych kolekcji. Nigdy nie kradła z muzeów. A biżuteria, 

którą ukradła z prywatnych kolekcji, mogłaby przyprawić angielską królową o zawrót 
głowy. Interpol także potwierdza, że Tess Alcott jest najlepsza w tym fachu.

-

Wciąż działa w branży?

-

Nikt tego nie wie. Albo mówi prawdę, albo jest tak dobra, że nikt nie potrafi jej 

złapać na gorącym uczynku.

54

background image

- Świetnie.  A  co  nowego  w  sprawie  Weinsteina?

Leroy westchnął.

- U  niego  też  wszystko  się  zgadza.  Może  po  prostu  masz  do  czynienia  z 

uczciwymi ludźmi.

Luke poczuł przez chwilę  ogarniającą go radość,  ale natychmiast  zapaliło 

się czerwone światełko.

Stąpał  blisko  przepaści  i  musiał  coś  zrobić,  żeby  uchronić  się  przed  upad-

kiem.  Musi  przestać  zachwycać  się  tą  kobietą.  Musi  przestać  czerpać  przy-
jemność z ich słownych utarczek. Musi przestać myśleć o całowaniu jej. Musi 
przestać wierzyć w to, że jej dzieciństwo było naprawdę takie okropne.

- Luke, wszystko w porządku?
Jej  dzieciństwo.  Carswellowie.  Oczywiście!  Dlaczego  wcześniej  o  tym  nie 

pomyślał?  Według  Weinsteina, Tess  była  u Carswellów  przez sześć  lat,  więc 
może oni mogą potwierdzić jej tożsamość?

Na pewno zaprzeczą! Muszą uratować go przed uczuciem, które niweczyło 

jego zdrowy rozsądek. Dotychczas na nim polegał.

Odetchnął głęboko. Troska o samego siebie była dla niego bardzo ważna i 

do niej się teraz odwołał.

- To nie są uczciwi ludzie - poinformował ponuro Leroya. - Zamierzam to 

udowodnić. Odszukam Carswellów.

- Luke -  przekonywał  dalej  Leroy  trzeba  zająć  się  Weinsteinem.

    -  I Carswellami. Znajdź ich.

- Już to zrobiłem.

    - Co?

-

Luke, zapomniałeś, ile mi płacisz za tę robotę? Bardzo się staram. Podoba 

mi się twój zwyczaj szybkiego płacenia rachunków.

-

Przepraszam, Leroy - rzekł Luke, siadając. - Chyba mi odbiło.

-

Przeprosiny  przyjęte.  A  teraz  o  Carswellach.  Oboje  skończyli  w  wię-

zieniach  federalnych  na  Florydzie  trzy  lata  temu.  Staremu  Carswellowi  po-
cięto  flaki  nożem  podczas  jakiejś  bójki.  On  nie  żyje,  ale  jego  żona  ma  się 
dobrze i kłuje tym w oczy. Chcesz z nią porozmawiać?

-

Tak  -  powiedział  cicho  Luke.  -  Zawsze  chciałem  zobaczyć,  jak  wygląda 

ktoś, kto handluje dziećmi.

Rozdział szósty

Drzwi zatrzasnęły się za nim głucho. Luke stał w małej salce przeznaczonej 

na widzenia i przyglądał się kobiecie, dla której przeleciał ponad dwa tysiące 

kilometrów. Barbara Carswell twierdziła, że ma pięćdziesiąt dwa

55

background image

lata. Teraz wyglądała na sześćdziesiąt pięć. Jej ciemne kiedyś włosy były siwe i 

potargane.  Miała  przezroczystą  skórę,  twarz  pokrytą  zmarszczkami,  była  chuda  i 

drobna,  jakby  skurczona.  Jedynie  brązowe  oczy  pozostały  duże  i  pełne  życia. 
Obserwowała Luke'a z zimną kalkulacją, gdy wchodził do pomieszczenia.

- Pani  Carswell  - Luke  usiadł,  robiąc  wszystko,  żeby  nie  podać  jej  ręki.

To  nie  spodobałoby  się  strażnikom  monitorującym  ich  na  wideo.  -  Dziękuję,  że 
zechciała pani spotkać się ze mną.

Kobieta rozsiadła się wygodnie na krześle.
- To  pomaga  zabić  czas,  a  poza  tym  lubię  francuskie  cygaretki.  Dziękuję  za 

tamten karton - powiedziała, zapalając papierosa bez filtra.

- Bardzo  proszę.  Przyszedłem  porozmawiać  o  Tess  Alcott.

- O kim?

Luke podał jej dwa zdjęcia Tess. Jedno zrobił zespół Leroya, a drugie wykonano 

na  posterunku  policji,  kiedy  Tess  miała  dziesięć  lat  i  została  zatrzymana  za 
okradanie sklepów dla Carswellów.

- Ma  na  imię  Tess  i  używa  różnych  nazwisk.  Pracowała  dla  pani  jako

dziecko.

- Ach,  ta  -  rzuciła  Barbara  Carswell  pogardliwie.  -  Jak  mogłabym  ją 

zapomnieć? Była prawdziwym wrzodem na tyłku. Luke poczuł ucisk w gardle.

-

Jak to?

-

Ten cholerny dzieciak miał astmę. Parę razy niemal się przejechała na tamten 

świat. Powtarzałam Erniemu, że mamy przez nią więcej kłopotów, niż jest warta. Ale 
on  upierał  się,  że  jasnowłosa  dziewczynka  potrafi  najwięcej  i  pewnie  miał  rację. 
Była dobra w tym, co robiła.

-

Jak długo była u was?

Barbara Carswell spojrzała w sufit, nieco znudzona.
-

Pięć czy sześć lat. Nie pamiętam dokładnie. Mieliśmy wiele dzieciaków.

-

Pamięta pani, jak do was trafiła?

-

Kupiliśmy ją, tak jak pozostałych. 

-

Od kogo?

-

Nie pamiętam.

- W  takim  razie  kończymy  rozmowę.  - Luke  wstał  i  ruszył  w  kierunku

drzwi.

-

Hej!  -  krzyknęła  Barbara  Carswell.  -  Dokąd  się  pan  wybiera?  Luke

odwrócił się do niej, a jego oczy były zimne jak lód.

-

Przyszedłem tu po informacje. Pani ich nie ma, więc wychodzę.

- Kotku, czy naprawdę nie znasz reguł tej gry? Ja mówię, że nie pamiętam, ty mi 

coś proponujesz dla odświeżenia pamięci i ja sobie wszystko przypominam.

56

background image

- Nie  mam  zamiaru  dawać  pani  czegokolwiek  poza  kartonem  papiero

sów.  Albo  będzie  pani  ze  mną  współpracować  i  trafi  to  do  pani  akt,  albo

może pani wrócić do celi i żałować, że straciła taką okazję.

Barbara Carswell zaklęła, obdarzyła epitetami całe drzewo genealogiczne Luke'a, 

westchnęła i kazała mu siadać. Pamięć nagle jej wróciła. Luke  ponownie  usiadł 
naprzeciw niej.

-

A więc? Kto wam ją sprzedał?

-

Hal Marsh - powiedziała z kolejnym westchnieniem. - A przynajmniej pod takim 

nazwiskiem go znaliśmy. W tym zawodzie zmiana nazwiska to normalka.

-

Czy to był wasz stały dostawca?

-

Nie, wręcz przeciwnie. Kupował od nas dzieci, kiedy były już za duże. No, wie 

pan,  dwunasto-  trzynastolatki.  Sprzedawaliśmy  je  wtedy  jemu  albo  do  jakiegoś 

klubu porno.

-

Może go pani opisać? - Luke nigdy nie czuł takiego chłodu i takiej wściekłości. 

Czy Tess naprawdę miała do czynienia z tym potworem?

-

Jasne, jak się raz zobaczy Hala, trudno go zapomnieć. Był wysoki i kościsty, z 

ogromną rudą czupryną. Miał długie rude bokobrody i wąsy, które lubił smarować 
brylantyną. A do tego śmiał się przeraźliwie.

-

W jaki sposób Tess do niego trafiła?

-

To nie była nasza sprawa - powiedziała Barbara Carswell, zapalając kolejnego 

papierosa.  -  Ale  zapytaliśmy  go,  bo  porywanie  dzieci  nie  należało  do  jego  stałych 

zajęć. Powiedział, że ktoś mu ją wcisnął. Kiedy zorientował się, co potrafi, przyszedł 
do  nas.  Nieźle  mu  za  nią  zapłaciliśmy.  Jak  mówiłam,  blondynki  zawsze  mogą 
sporo zarobić.

-

Pamięta pani, kiedy ją kupiliście?

-

No, nie!

-

Proszę przynajmniej spróbować. Dziesięć lat temu? Dwadzieścia? Piętnaście?

-

Cholera - mruknęła Barbara Carswell niezadowolona. - Ernie miał wtedy swojego 

harleya, więc pewnie było to, kiedy farbowałam się na rudo. Wie pan, zawsze lubiłam 
zmieniać  kolor  włosów. W takim razie to musiało być  jakieś  dziewiętnaście  czy 
dwadzieścia lat temu.

-

Pamięta pani porę roku?

-

Koniec lata, początek jesieni, coś takiego.

-

Ile miała lat, kiedy do was trafiła?

Carswell skoncentrowała się na puszczaniu kółek z dymu.
-

Nie wiem, cztery, może pięć. Była dość mała jak na swój wiek, ale umiała już 

trochę czytać. Może miała pięć lat.

-

Jak długo u was była?

    - Tak jak powiedziałam, pięć czy sześć lat.

- Komu ją sprzedaliście?

57

background image

- Jakiejś  czarnej  dziwce,  miała  takie  śmieszne  imię.  Violet!  Tak  się  na-

zywała.

Luke z trudem ukrył zaskoczenie.
-

Szukała właśnie Tess?

-

Szukała  jasnowłosej  dwunasto-,  trzynastoletniej  dziewczynki.  Mieliśmy 

wtedy  trzy  takie,  wliczając  Tess.  Wybrała  właśnie  ją.  Musiała  nam  słono

zapłacić.  Dziewczyna  zarabiała  dla  nas  mnóstwo  pieniędzy:  kradzieże  kie-
szonkowe, okradanie sklepów i tak dalej.

-

Czy Violet powiedziała, do czego potrzebna jej Tess?

-

Powiedziała,  że  ma  klienta  o  szczególnych  upodobaniach.  -  Barbara 

Carswell mrugnęła porozumiewawczo.

Luke'owi zrobiło się niedobrze. Minęła chwila, zanim przyszedł do siebie.
-

Czy widziała pani jeszcze kiedyś Tess albo Violet?

-

Nie. Z tego, co słyszałam, Violet zaraz potem wyjechała z miasta.

-

Ale przecież ma pani wiele kontaktów w tym środowisku - nalegał Luke. 

Chciał  się dowiedzieć,  co  tym  razem spotkało  Tess.  -  Może  słyszała  pani, co 
się  działo  z  Tess,  jak  ją  sprzedaliście.  Używała  wielu  nazwisk:  Julia  Preen, 

Suzanne Wentworth, Jeanne-Marie St. Juste.

- Co?! - wrzasnęła Barbara Carswell, zrywając się z krzesła z wściekłością i 

zaciskając  dłonie  w  pięści.  -  St.  Juste?  A  to  dwulicowa,  podstępna  suka!  To 

przez  nią  nas  zapuszkowali!  Napuściła  na  nas  agentów  federalnych,  a  oni 
doprowadzili  do  skazania  nas  na  dwadzieścia  lat.  To  ona  zabiła  mojego 

Erniego!

Gdy  Barbara  Carswell  chodziła  w  tę  i  z  powrotem,  przeklinając  Tess  i  wy-

lewając  na  nią  całą  żółć  zebraną  w  duszy,  Luke  usiadł  wygodniej.  Uczucie 

obrzydzenia  zastąpił  szczery  podziw  dla  nieograniczonych  możliwości  Tess. 
Naprawdę była dobra w tym, co robiła.

Jej nonszalanckie opowieści o życiu z Carswellami i lekceważący stosunek 

do przeszłości były tylko na pokaz. Zapłaciła Carswellom za koszmar swojego 
dzieciństwa  i  zrobiła to  legalnie.  Co więcej,  oszczędziła  innym  dzieciom losu, 

którego  sama  doświadczyła.  Po  prostu  zemściła  się  podobnie,  jak  on  na 
Margo.

Do  licha!  Dlaczego,  poszukując  dowodów  mających  zaprowadzić  Tess  za 

kratki, coraz częściej dochodził do wniosku, że są do siebie podobni?

-

Pani  Carswell  -  powiedział,  ale  musiał  to  powtórzyć.  -  Pani  Carswell, 

ostatnie pytanie. Wie pani, gdzie mogę znaleźć Hala Marsha albo Violet?

-

Nie! I mam nadzieję, że smażą się w piekle!

Barbara  Carswell  nie  przestała  przeklinać,  kiedy  Luke  wstał,  podziękował 

za poświęcony mu czas i wyszedł.

Leciał  z  powrotem  do  Nowego  Jorku,  ale  nie  mógł  zająć  się  pracą,  którą 

zabrał ze sobą. Nie potrafił nic innego, tylko myśleć o Tess. Wiedział już dużo, 
ale wciąż więcej było pytań niż odpowiedzi. Tess mówiła szczerze

58

background image

o  swojej  przeszłości,  ale  ani  razu  nie  wspomniała  o  Violet.  Mógł  zrozumieć  jej 

niechęć - to musiał być okropny okres w jej życiu. Violet intrygowała go jednak z 

kilku powodów. Nie mógł pojąć, jak prostytutka potrafiła zrobić z Tess złodziejkę, 
której  nie  były  w  stanie  przyłapać  nawet  służby  specjalne.  Carswellowie  nie 

zajmowali się rzeczami, o których Leroy dowiedział się, że były udziałem Tess, gdy 
opuściła Miami. Violet z pewnością uprawiała swój proceder. A więc kto wyszkolił 
Tess?

Musi zlecić Leroyowi poszukiwania Hala Marsha i Violet. Jeśli jeszcze żyją, będą 

musieli dużo wyjaśnić.

Wyciągnął  kartę  kredytową  i  podniósł  słuchawkę  telefonu  przy  oparciu  fotela. 

Wybrał automatycznie numer. Przekazał wszystko Leroyowi w mniej niż trzydzieści 
sekund,  rozłączył  się,  a  potem  zadzwonił  do  Nowego  Jorku.  Rozmawiał  z 

recepcjonistką, sekretarką, aż wreszcie po minucie połączył się ze swoją klientką.

- Wracam - oświadczył.
- I co Barbara Carswell miała do powiedzenia? - spytała Jane.
-

Dużo, ale nie wszystko jest do końca jasne. Najważniejsze, że rozpoznała Tess. 

Wiek  i  data  jej  zakupu  przez  Carswellów  zgadzają  się  z  datą  porwania.  Carswell 

twierdzi,  że  kupili  Tess  od  kogoś  o  nazwisku  Hal  Marsh.  Zleciłem  Leroyowi 
Baldwinowi  odszukanie  go.  Może  to  jeden  z  porywaczy  albo  przynajmniej  znał 

któregoś z nich.

-

Wreszcie  dopaść  ludzi,  którzy  porwali  moją  wnuczkę...  -  powiedziała  cicho 

Jane. - To brzmi bardzo obiecująco.

-

Zależy  po  czyjej  jesteś  stronie  -  mruknął  Luke.  -  Jest  coś,  co  mnie  martwi. 

Barbara  Carswell  powiedziała,  że  Tess  miała  astmę  jako  dziecko.  Elizabeth  nie 
chorowała na astmę, prawda?

Przez chwilę Jane milczała.
-

Nie, nie chorowała.

-

Zdajesz sobie sprawę, że istnieją trzy możliwe wyjaśnienia?

-

Albo  astma  była  wynikiem  szoku  związanego  z  porwaniem,  albo  po  prostu 

nabawiła się jej jak wiele innych dzieci, albo nie jest Elizabeth. Aleja coraz bardziej 
wierzę, że to naprawdę jest Elizabeth, Luke.

-

Dlaczego tak myślisz?

-

Powiem ci później, mój drogi.

-

Cóż,  znasz  mój  analityczny  i  przesadnie  podejrzliwy  umysł.  Będę  żądał 

niezbitych dowodów, zanim uznam pretendentkę do tronu.

-

Ja także. Dziękuję ci, Luke. Za wszystko. Luke uśmiechnął się.

-

Nie, to ja ci dziękuję.

Odłożył  słuchawkę  i  zapatrzył  się  w  okno  niewiążącym  wzrokiem.  Chciał 

porozmawiać z Barbarą Carswell, żeby ratować się przed sobą samym, a tymczasem... 
Samolot unosił go wysoko, coraz wyżej. Gdzieś w dole pozostało

59

background image

wszystko, w co wierzył i czego oczekiwał przez tyle lat. Rozpadało się w drobny 

mak.  Serce  waliło  mu  jak  oszalałe.  To  nie  było  uczucie,  które  mogło  szybko 

minąć...

Nie był pewny, czy jest gotów spotkać się z Tess. Kiedy weszła do jadalni w 

srebrzystozielonęj  sukni  wieczorowej  z  długimi  rękawami,  szmaragdową  kolią 
na  szyi  i  długimi  kolczykami  w  uszach,  pragnął  znów  ją  pocałować.  Widząc 
Tess, miał przed oczami przerażone, chore, głodne i samotne dziecko w niczym 

nie przypominające kobiety, która stała teraz przed nim. Ilu ludzi miałoby taką 
siłę i odwagę, żeby zmienić siebie i swoje życie tak bardzo, jak ona to zrobiła?

Własna  wyrozumiałość  dla  Tess  bardzo  go  zdziwiła.  Nigdy  nikomu  nie 

pobłażał. Ale gdy patrzył na Tess...

Mury obronne, które wzniósł dawno temu, nie chroniły go przed nią. Musi 

uciec się do ostatniej deski ratunku.

-- Ładne szmaragdy - powiedział, siadając na kanapie obok Jane. - Należały 

już wcześniej do kogoś?

- Złodzieje biżuterii nie noszą tego, co ukradli - odparowała Tess, uśmiechając 

się szeroko, ale jej oczy pałały gniewem. - W ten sposób łatwo trafić do aresztu. 
Chyba że - dodała - da sieje do ponownego obsadzenia.

Luke zdołał powstrzymać uśmiech. Gniew miał go chronić, a nie rozbrajać.
-

Do kogo więc należały?

-

Do Tifrany'ego. Kupiłam je w zeszłym tygodniu. Może pokazać pa-      ragon?

-

Nie trzeba - powiedziała stanowczo Jane, dotykając kolana Tess. -

A co do ciebie, Luke, twoje złe maniery popsują mi trawienie. Popraw się!
Tak jest - odparł Luke.

Wszedł Hodgkins i powiedział, że podano kolację. Luke szarmancko podał 

ramię Jane, która łaskawie je przyjęła i ruszyli w stronę jadalni.

-

Pies obrończy zawsze przy swej pani - mruknęła za ich plecami Tess.

-

Słucham? - spytał Luke. 

-

Hau! Dobrze, że był odwrócony i nie mogła zobaczyć jego uśmiechu.

-

Niektórzy, panno Alcott, mają poczucie obowiązku wobec innych.

-

Jane potrafi się o siebie troszczyć. A poza tym nic jej nie grozi.

-

Przy tobie nikt nie jest bezpieczny - stwierdził Luke z goryczą.

- Przestańcie wreszcie - przerwała im Jane. - Chcę spokojnie zjeść kolację, 

a nie być świadkiem waszych potyczek.

Luke  potulnie  przysunął  Jane  krzesło  i  usiadł  naprzeciw  Tess.  Hodgkins 

podał kolację ze zwykłą pompą i ceremonią.

60

background image

-

Musisz wiedzieć, Luke - powiedziała Jane, próbując zupy - że Tess nalega, aby 

wycofać z następnej aukcji obraz Vermeera.

-

Nasz  ekspert  ma  coś  przeciwko  sprzedaży  jednego  z  nielicznych  na  rynku 

obrazów Vermeera? - zdziwił się Luke. - Dzieła, które osiągnie najwyższą cenę na 
aukcji?

-

Nie miałabym nic przeciwko temu, gdyby było prawdziwe - odparła Tess. - Ale 

to falsyfikat i Cushmanowie mogą mieć wiele kłopotów.

-

To nie jest żaden falsyfikat! - nie ustępowała Jane.

-

Owszem, jest.

-

Panno Alcott - odezwał się protekcjonalnie Luke - autentyczność tego obrazu 

potwierdził sam Ernest Hall.

Tess wzruszyła ramionami, nie odrywając się od jedzenia zupy.
-

Już wcześniej zaświadczano o jego autentyczności.

-

No właśnie - zdenerwował się Luke. - A zatem jest prawdziwy!

-

Niestety, nie.

-

Skąd wiesz? - Luke nie wytrzymał.

-

Bo wiem, u kogo wisi oryginał, oczywiście zdobyty nielegalnie. Widziałam go. 

Jest w doskonałym stanie.

Jane spojrzała na Tess.

- Skąd wiesz, że to oryginał?
Tess uśmiechnęła się i zaczęła smarować bułkę masłem.
-

Bo kupili go... cóż, właściwie ukradli, zanim w ogóle powstała kopia. W czasie 

wojen napoleońskich wiele dzieł sztuki zmieniło właścicieli. Obraz Vermeera trafił do 
prywatnej kolekcji tej rodziny około roku tysiąc osiemset ósmego i od tego czasu jest 

tam  przechowywany  w  tajemnicy,  bo  prawowici  spadkobiercy  z  pewnością 
chcieliby go odzyskać.

-

Niewątpliwie - zgodziła się Jane. - Skąd tyle o tym wiesz?

-

Bo  wiem  wszystko  o  Annie  Shively  —  odparła  pewnie  Tess.  Jane  nie 

posiadała się ze zdumienia.

-

Chcesz powiedzieć, że Vermeer wystawiony na aukcję, to...

-

Robota Shively - oświadczyła Tess.

-

Czyja? - dopytywał się Luke.

-

Prawdopodobnie  najlepszej  fałszerki  dzieł  sztuki  na  świecie  -  odparła  Tess.  -

Połowa jej prac wisi w muzeach na całym świecie jako obrazy Delacroix, Chardina, 

Caravaggia,  Rubensa.  Druga  połowa  znajduje  się  w  prywatnych  kolekcjach  jako 
dzieła  Goyi,  Rembrandta,  Renoira.  Shively  była  genialna.  Używała  takich  samych 
płócien,  farb  i  pędzli,  jakich  używali  mistrzowie.  Wiedziała,  jak  doprowadzić 

fałszerstwo  do  perfekcji.  Na  całym  świecie  jest  tylko  kilku  ekspertów,  którzy 
potrafią odróżnić jej robotę od oryginału.

-

Pracowała w drugiej połowie dziewiętnastego wieku - dodała Jane  ponurym 

głosem po wypiciu wzmacniającego łyku wina. - W ten sposób

61

background image

protestowała przeciwko zdominowaniu świata sztuki przez mężczyzn. Męż-

czyźni  nie  przyjęli  jej  do  Królewskiego  Towarzystwa  Sztuk,  nie  mogła  też 

wystawiać w żadnej galerii tylko dlatego, że była kobietą. Teraz jej zemsta od 
lat prześladuje kolekcjonerów sztuki.

- Kobieta mojego pokroju - stwierdziła z uśmiechem Tess. - Lepiej wycofaj 

Vermeera, zanim przyjrzy mu się Antoine Giracault.

Jane ciężko westchnęła.
- Masz  rację.  Robota  Shively.  Chcieli  to  sprzedać  w  moim  domu  au-

kcyjnym.

- Nie po raz pierwszy - powiedziała Tess.

Jane spojrzała na nią z przerażeniem.
Tess wybuchnęła śmiechem.

Luke oparł się wygodnie, przysłuchując się rozmowie, w której całkowicie 

go  ignorowano.  Każdy  inny  człowiek  ze  świata  sztuki  traktowałby  Jane 
Cushman z szacunkiem i respektem, lecz Tess Alcott nie tylko miała odwagę 
nie zgadzać się z nią, ale w dodatku śmiała się z niej. Po błysku w oczach Jane i 

po  kolorze  rumieńców,  można  było  wnioskować,  że  ta  złodziejka  biżuterii 
dobrze działa na starszą panią. Luke od lat nie widział Jane tak pełnej życia i 
radości.

A  on  sam?  Kiedy  ostatnio  czekał  z  taką  niecierpliwością,  co  przyniesie 

kolejna chwila? Jak długo żył, niczego się nie spodziewając? Bez ciekawości? 

Bez radości?

Zamienił  swój  świat  w  pustą  jaskinię,  której  nie  wypełniał  czternasto-

godzinny  dzień  pracy.  Wygodnie  było  przypisywać  to  walce,  jaką  musiał 

toczyć  z  opinią  publiczną.  Wygodnie  było  obwiniać  o  wszystko  rodziców, 
którzy nalegali, aby syn spełnił ich oczekiwania. Ostatecznie mógł też obwiniać 
kobiety, które kiedyś go rozpaliły, a potem zdradziły.

W  rzeczywistości  jednak  ta  cholernie  pusta  egzystencja  wynikała  z  jego 

własnej winy i Luke dobrze o tym wiedział. Zachowywał się jak tchórz, a nie jak 

bohater,  kiedy  przychodziło  się  potykać  ze  smokami,  których  nie  skąpiło  mu 
życie.  Poświęcił  się  bez  reszty  pracy,  a  rozrywkę  znajdował  w  ramionach 
bezdusznych  kobiet,  które  go  nudziły.  Świadomie  wybrał  najprostszą  z  dróg, 

unikając wszelkich wybojów i zakrętów. Unikając życia. Odwrócił się plecami do 
wszystkich marzeń i radości. Wybrał bezpieczeństwo. Egzystował, a nie żył.

Czy w ogóle wiedział, co to znaczy żyć?
- No, nie, daj spokój - odpowiedziała Tess.
Rozmowa Tess i Jane przekształciła się w gorącą dyskusje na temat różnych 

artystów, takich jak Jan van Eyck, Piazzetta, Boucher i Salvador Dali.

Przyjrzał się Tess zatopionej w dyskusji z Jane i zrozumiał, że już wie, na 

czym polega życie. Dowiedział się tego w chwili, gdy po raz pierwszy zobaczył 

Tess. Niezależnie od motywów, które nią kierowały, Luke wiele jej zawdzięczał 
i dawno powinien zacząć traktować ją inaczej.

62

background image

Rozdział siódmy

Jane zaprowadziła Tess do pokoju, który nazywała salonem Belle Epoque. 

Był o połowę mniejszy od dużego salonu, pełen francuskich mebli z przełomu 
wieków,  obrazów,  ceramiki  i  draperii.  Z  całą  pewnością  była  to  robota 
Eugenie,  i  to  dobra  robota.  Tess  po  raz  kolejny  zatrzymała  się  przed 

wczesnym Degasem wiszącym nad kominkiem. Zapragnęła mieć ten obraz w 
chwili,  kiedy  zobaczyła  go  po  raz  pierwszy,  gdy  Jane  oprowadzała  ją  po 

domu.

-

Z pewnością nie zamierzasz go sprzedawać - zaczęła.

-

Nie - odparła sucho Jane. - Nie zamierzam.

Tess westchnęła. Do pokoju wszedł Luke. Jej puls był tak mocny, że bolały 

ją  przeguby  dłoni.  Oddychała  gwałtownie.  Obraził  ją  tak,  jak  żaden  inny 
mężczyzna, a mimo to wciąż czuła...

Zaczynała nienawidzić Luke'a Mansfielda z pasją, o którą wcześniej się nie 

posądzała.  Przez  dwadzieścia  pięć  lat  żyła  spokojnie  w  przekonaniu,  że  jest 
oziębła. Pocałunek Luke'a zniszczył to przeświadczenie.

Nienawidziła go za to. Pocałowała go w chwili słabości, a potem dowiedziała 

się od Gladys, że poleciał do Miami. Po raz kolejny zaczęła sobie łamać głowę. 
Czy w Miami był ktoś lub coś, co mogło zepsuć jej robotę?

Luke usiadł przy stoliku do gry w szachy. Na wargach czuła wspomnienie 

jego pocałunku.

Weź  się  w  garść,  kobieto,  albo  twoja  robota  weźmie  w  łeb  -  Tess  po-

straszyła samą siebie.

Jane usiadła na czerwonym aksamitnym krześle obok złotego stolika. Tess 

chciała usiąść obok niej, ale Jane zaprotestowała.

-

Nawet  o  tym  nie  myśl,  Tess  -  powiedziała.  -  Muszę  przejrzeć  masę 

papierów  przed  poniedziałkowym  zebraniem.  Proponuję,  żebyście  ty  i  Luke
załatwili  swoje  sprawy  przy  partyjce  szachów.  Wasza  ciągła  wojna  zaczyna 
mnie nudzić. Mam nadzieję, że grywasz w szachy?

-

Trochę - odparła Tess,  nie kryjąc niezadowolenia.  - Wątpię, czy  zdołam 

zapewnić odpowiednią rozrywkę panu Mansfieldowi. Lepiej poszukam sobie 
jakiejś książki.

-

Co?  Chcesz  porzucić  Luke'a  na  rzecz  nudnego  wieczoru  w  samotności? 

Nie ma mowy! Zagrasz z nim w szachy, Tess.

Przez  chwilę  panowała  martwa  cisza.  Tess  rozważała  swoje  możliwości. 

Widziała  jednak,  że  nie  ma  wyboru.  Z  zaciśniętymi  ustami  skinęła  głową  i 
zasiadła  przy  stoliku  szachowym.  Luke  czekał  na  nią  potulnie.  Z  drugiego 

końca pokoju dobiegł chichot Jane.

-

Chcesz zagrać? - spytał Luke niewinnym głosem.

-

Z przyjemnością - warknęła Tess.

63

background image

Uśmiechnął się do niej szeroko. Nie podziałało to dobrze na jej umysł. Wszystko 

się w nim poplątało.

- Wiesz  -  powiedział  -  spodoba  ci  się  ta  gra.  Szachy  są  bardziej  interesujące, 

kiedy się gra o wysokie stawki. Jeśli wygram, powiesz mi, co naprawdę tu robisz, a

jeśli 

ty 

wygrasz, 

będziesz 

mogła 

zapłacić 

mi 

za 

wszystkie

pocałunki i kalumnie, które na ciebie rzucałem, łamiąc ten blat na mojej biednej głowie.

Tess poważnie rozważyła propozycję; blat był wykonany z dobrego marmuru, ale..
- To  za  mało.  Rozwalenie  ci  głowy  to  tylko  chwilowa  przyjemność.

Nagle przyszło olśnienie.

- Możemy  podwyższyć  stawkę.  Jeśli  ja  wygram,  spakujesz  swoje  rzeczy  i 

wyniesiesz  się  stąd  przed  świtem  i  nie  wrócisz,  dopóki  będę  mieszkać
u Cushmanów. Jeśli ty wygrasz, ja się stąd wyniosę. Zgoda?

Luke przyglądał jej się przez chwilę.

- Naprawdę boisz się mnie tak bardzo?
Tess oniemiała, zła za jego arogancję i przerażona, że może mieć rację.
-

Ty wstrętny egoisto!

-

Zastanawiam  się,  o  co  ci  chodzi.  Boisz  się,  że  goryl  Jane  przeszkodzi  ci  w 

osiągnięciu celu, czy że znowu będzie chciał cię pocałować?

On nie umie czytać w myślach, on nie umie czytać w myślach, on nie umie czytać 

w myślach... Wyraz twarzy Tess stał się lodowaty.

- Im  szybciej  zaczniemy  grać,  tym  szybciej  zaczniesz  się  pakować  -

oświadczyła i usiadła naprzeciwko niego.

Uśmiechnął  się  do  niej  -  niech  go  szlag  trafi!  -  i  także  zasiadł  do  gry. 

Zaproponował jej białe pionki. Wzruszyła ramionami i rozpoczęła grę. Przez następny 

kwadrans  w  salonie  panowała  absolutna  cisza,  nie  licząc  szelestu  papieru,  kiedy 
Jane  przewracała  kolejną  stronę  raportu  i  szeptanego  od  czasu  do  czasu  merde, 
kiedy Luke bił pionka Tess, albo delikatnego „do diabła!", kiedy Tess zablokowała 

jego atak i zagroziła królowi.

Tess nie ukrywała, że umie grać w szachy lepiej niż tylko „trochę". Grała po to, aby 

wygrać i wyprosić go z tego domu. Ale Luke także był doskonałym graczem. Musiała 
się dobrze skoncentrować, żeby to nie ona pakowała za chwilę swoje rzeczy. Dopięła 
celu. Bert byłby z niej dumny.

Po pół godzinie wyglądało na to, że gra zakończy się remisem. To było wszystko, 

co Tess mogła zrobić. Chciała wygrać, ale wiązało się z tym duże ryzyko przegranej. 
Nie mogła pozwolić Luke' owi wyrzucić się z tego domu, nie teraz. Dlaczego chciała 

podwyższyć  stawkę?  Dlaczego  znów  pozwoliła,  żeby  emocje  górowały  nad 
rozsądkiem?

Zupełnie nie mogła zrozumieć uśmiechu, jaki pojawił się na ustach Luke’a, kiedy 

zmieniła strategię, by doprowadzić do remisu. Bo ten uśmiech nie był uśmiechem 
wyższości ani triumfu. Był raczej pełen... podziwu. Gdyby

64

background image

nie  to,  że  musiała  skoncentrować  się  wyłącznie  na  grze,  pewnie  zaczęłoby  to  ją 

zastanawiać i martwić.

Właśnie kiedy rozmyślała nad kolejnym ruchem, pojawił się Hodgkins i podszedł 

do Jane. Pochylając się ku niej, oznajmił ponuro, że pozamykał wszystko na noc, a 

następnie  głosem,  który  słychać  było  nawet  w  przeciwległym  końcu  pokoju 
zaproponował, że zabierze i schowa klejnoty, które Jane miała na sobie.

-

Dość tego! - krzyknęła Tess. Rozdrażniona grą wstała gwałtownie i podeszła do 

służącego, który zachował kamienną twarz.

-

Nie reagowałam na twoje niegrzeczne uwagi i na szpiegowanie mnie przez całe 

trzy dni, ale tym razem posunąłeś się za daleko, Hodgkins! Gdybym chciała okraść 
Jane  Cushman,  zrobiłabym  to  dawno  temu  i  teraz  byłabym  już  daleko  stąd. 

Zostańcie tu wszyscy i zaczekajcie chwilę! - krzyknęła.

Pobiegła  do  pokoju  Elizabeth  i  szarpnięciem  otworzyła  szufladę  w  komodzie. 

Wyciągnęła stamtąd małe zawiniątko i zbiegła na dół.

-

Muszę ci podziękować, Hodgkins - powiedział Luke. - Właśnie uratowałeś mnie 

przed klęską, a w najlepszym razie remisem. Boję się, że moje wrażliwe męskie ego 
mogłoby tego nie znieść.

-

Przypuszczałam, że Tess będzie dobra w szachach - powiedziała Jane.

-

Pani  Cushman  -  zaczął  Hodgkins  -  przepraszam,  że  zdenerwowałem  pani 

gościa. Nie miałem takiego zamiaru.

-

Bzdura,  Hodgkins.  -  Jane  odłożyła  na  bok  stertę  raportów.  -  Oczywiście,  że 

miałeś taki zamiar i musisz ponieść zasłużoną karę. A oto i twój kat. Co chcesz nam 
pokazać, Tess?

- Małą  demonstrację  moich  możliwości  -  odparła  ponuro  Tess.

Rozpakowała swoje zawiniątko i wyciągnęła parę narzędzi. Odłączyła

system alarmowy, odsunęła obraz Degasa, pod którym ukazał się sejf ścienny, i 

zabrała się do roboty.

-

Miałam  zamiar  porozmawiać  z  tobą  na  temat  systemu  zabezpieczeń  w  tym 

domu - zwróciła się do Jane, przecinając druty. - To lipa, pierwszy lepszy amator 
może  go  rozgryźć  w  kilka  sekund.  Masz  wspaniałą  kolekcję  dzieł  sztuki,  która 

powinna być należycie chroniona.

-

Nie masz dobrego zdania o systemach zabezpieczeń M & A Security? - spytała 

Jane.

-

Mogłabym  przysiąc,  że  w  przeszłości  pracowali  dla  wielu  złodziei  na  świecie -

odparła Tess. - Nie poznaliby dobrego alarmu, gdyby na niego natrafili.

-

A co sądzisz o Baldwin Security? - spytał Luke.

-

Leroy należy do najlepszych w tym zawodzie - stwierdziła Tess. Skoncentrowała 

się  na  pracy.  Zmarszczyła  brwi,  ale  była  spokojna.  Praca  zawsze  stanowiła  jej 
żywioł.

-

Przez  jeden  z  jego  systemów  o  mało  nie  wylądowałam  w  więzieniu kilka  lat 

temu. Jeśli chcecie mieć najlepsze zabezpieczenia, powinniście

65

background image

zainstalować systemy Solitaire. To prawdziwy koszmar. Wiele razy  zdarzyło mi 

się  rezygnować  z  roboty  tylko  dlatego,  że  miałam  mieć  do  czynienia  z  ich 

systemami.

-

A tak z czystej ciekawości - odezwała się Jane - skąd wiedziałaś, że mam tutaj 

sejf?

-

Trudno się pozbyć starych nawyków - odparła Tess z uśmiechem, sięgając  po 

kolejne narzędzie. - Rozgryzłam system zabezpieczeń pierwszego dnia pobytu w tym 
domu. Masz jeszcze sejf w podłodze gabinetu, gdzie trzymasz wszystkie dokumenty 

prawne. Nigdy nie byłam w twojej sypialni, ale domyślam się, że jest tam kolejny sejf 
ścienny, trochę inny, ale równie łatwy do otwarcia. No i jeszcze sejf w sali balowej... 
Ach  -  mówiąc  to  Tess  otworzyła  drzwiczki  sejfu.  Spojrzała  na  zegarek. 

Siedemdziesiąt sekund. Nieźle, ale nie tak dobrze jak zwykle.

Spokojnie odłączyła wewnętrzny alarm i wyciągnęła z sejfu skórzane kasetki.
-

No, no, no - powiedziała, otwierając jedną z nich. Wyjęła z niej dużą błyszczącą 

kolię.  -  Diamenty  Stromberga.  Zastanawiałam  się,  kim  był  anonimowy  kupiec. 

Chylę przed tobą czoła, Jane. Są warte dużo więcej, niż za nie zapłaciłaś.

-

Dziękuję  -  powiedziała  sztywno  Jane.  Ale  Tess  nie  dała  się  oszukać.  Jeśli 

otwieranie sejfów bawiło Jane, będzie trzeba grać dalej.

-

Są i rubiny Greenleafa! - wykrzyknęła z podziwem, otwierając kolejną kasetkę. -

Nie  widziano  ich  od  dwudziestu  lat.  Mogę  teraz  spokojnie  umierać,  skoro 
potrzymałam je przez chwilę.

Nagle  odwróciła  się  gwałtownie  do  Jane  z  nie  ukrywaną  wściekłością.  -1  ty 

używasz systemu M & A do zabezpieczenia takich klejnotów? Miałabyś za swoje, 
gdyby je skradziono!

- W poniedziałek skontaktuję się z firmą Solitaire, przyrzekam - zapewniła Jane.
Trochę uspokojona, Tess zaczęła wkładać klejnoty z powrotem do sejfu.
-

Powołaj  się  na  mnie,  kiedy  do  nich  zadzwonisz.  Kiedyś  pracowaliśmy  razem. 

Załatwią sprawę dużo szybciej, jeśli będą wiedzieć, że mam z tym coś wspólnego.

-

Nie wątpię - mruknęła Jane.

Tess odwróciła się do niej z szerokim uśmiechem na ustach.
- Jestem  jedyną  osobą,  która  złamała  ich  system  Griselde.  Kiedy  zaczęłam 

pracować  dla  ŚBŚ, Solitaire wezwali mnie do swej siedziby w Connecticut, żebym 
wyjaśniła, jak to zrobiłam. Byli przerażeni, kiedy powiedziałam, że wykradłam plany 

systemu z biura ich szefa. Odtąd znacznie zaostrzyli środki bezpieczeństwa. A gdzie 
jest kolia Farleigha?

- Skąd 

niej 

wiesz? 

spytał 

Luke.

Tess spojrzała na niego z politowaniem.

66

background image

-

Jest w sejfie bankowym - rzekła Jane z uśmiechem.

-

Dzięki  Bogu  -  mruknęła  Tess.  Nie  powinna  patrzeć  na  Luke'a.  Był  zbyt 

pociągający.

-

Mam  nadzieję  - Jane  zwróciła  się  do  służącego -  że  teraz  zaniechasz swoich 

podejrzeń  wobec  panny  Alcott.  Jeśli  chciałaby  mnie  okraść,  zrobiłaby  to  dawno 

temu. Czyż nie tak, Tess?

-

Oczywiście.

-

Coś jeszcze, proszę pani? - spytał Hodgkins.

- Nie, możesz iść spać.

Hodgkins wyszedł.

- Brawo,  panno  Alcott!  -  wykrzyknął  Luke,  kiedy  drzwi  zamknęły  się

za  służącym.  -  Świetna  robota.  Nigdy  jeszcze  nie  widziałem,  żeby  Hodgkins
opuszczał pokój w takim pośpiechu.

Luke wyciągnął szyję i z uśmiechem przyglądał się Tess, jakby widział ją po raz 

pierwszy.

A niech to!
Pomyślała,  że  gdyby  uśmiechał  się  do  niej  w  ten  sposób  przez  następnych 

pięćdziesiąt  lat,  kazałaby  Bertowi  iść  do  diabła  i  przestałaby  okradać  sejfy  do 
końca życia.

Zamrugała  oczami.  Im  bardziej  starała  się  uciec  od  Luke'a,  tym  mocniej  ją 

pociągał. Dlaczego?

Szybko  włączyła  się  do  rozmowy,  żeby  o  tym  nie  myśleć.  Pakując  narzędzia, 

omawiała  z  Jane  najlepszy  system  alarmowy,  jaki  powinna  zainstalować.  Luke
milczał, ale jego szmaragdowe oczy wciąż na nią spoglądały. Z trudem udawało jej 
się powstrzymać drżenie.

Wreszcie, wymawiając się zmęczeniem, uciekła do swojego pokoju.
Nigdy wcześniej nie zachowywała się w ten sposób. Pokazała sobie samej język, 

kiedy  dotarła  do  pokoju  Elizabeth.  Uciekać  przed  parą  zielonych  oczu!  Jakie  to
poniżające. Jakie... niewiarygodne.

Następnego ranka Tess wstała z łóżka w fatalnym nastroju. Co takiego kryło się w 

sypialni  Elizabeth,  że  znów  zaczęły  ją  prześladować  koszmary  z  dzieciństwa,  o 
których od dawna starała się zapomnieć? A może ten pokój przypomniał jej własne 
smutne dzieciństwo?

Czując  ból  w  każdym  mięśniu,  weszła  do  łazienki,  modląc  się,  żeby  prysznic 

zdołał przywrócić jej jaką taką formę. Gorąca woda pobudziła zmęczone ciało i Tess 
powoli zaczęła dochodzić do siebie. Biorąc pod uwagę, że spała nie więcej niż dwie 

godziny, uznała to za cud.

Wyszła spod prysznica w nieco lepszym nastroju. Sczesała z twarzy wilgotne włosy, 

na kostium kąpielowy włożyła błękitną sukienkę z odkrytymi ramionami i pomyślała, 
że byłoby dobrze, gdyby za swoje koszmarne sny mogła

67

background image

winić  wyłącznie  Luke'a  Mansfielda.  Ale  ponieważ  koszmary  związane  były  z 

dzieciństwem, tego, niestety, nie mogła mu przypisać. Jednak wszystko inne...

Rozkojarzona,  podenerwowana,  przerażona.  Nigdy  nie  zdarzyło  jej  się  coś 

takiego podczas pracy. Teraz czuła się właśnie tak i mogła za to winić Luke'a. Musiał 

odkryć  w  niej  coś  takiego,  o  czym  sama  nie  wiedziała.  Zdołał  do  niej  dotrzeć. 
Wkraczał w jej myśli coraz bardziej.

Popatrzyła na namalowane na ścianie białe chmurki. Niech szlag trafi tę sypialnię! To 

przez nianie mogła spać i dlatego spóźniała się z zaplanowaną robotą.

Jak  inaczej  mogłaby  tłumaczyć  swoje  zainteresowanie  Lukiem  i  świadome 

zmienianie planów Berta?

Inteligencja Luke'a, jego poczucie humoru, jego kodeks honorowy i sposób, w jaki 

rozpalał ją szmaragdowymi oczyma były tego warte.

- A  niech  to  -  mruknęła  Tess.  Własne  uczucia  stanowiły  poważne  za

grożenie dla roboty. Luke był tylko spustem.

Z  westchnieniem  zbiegła  lekko  na  dół  do  jadalni,  gdzie  napotkała  spojrzenie 

Luke'a. Pospiesznie usiadła i sięgnęła po tosta.

Mogła albo być bezpieczna i unikać Luke'a niczym FBI, albo dokończyć robotę i 

zdobyć  kolię.  To  oznaczało  rozmowy  z  nim,  zjednanie  go  sobie,  traktowanie  tak, 

jakby nie był najniebezpieczniejszym człowiekiem na świecie. Za daleko posunęłam 
się tym razem - upomniała samą siebie. Teraz już nie mogę  się cofnąć. Nie zrobię 
tego. A więc musi stawić czoło Luke'owi i własnym zdradliwym uczuciom. Nie było 

innego wyjścia.

Tak szybko, jak to możliwe, Tess poszła w stronę basenu. To był jej azyl. W Miami 

nie  brakowało  basenów.  Wskoczyła  do  wody,  rozkoszując  się  szokiem, 
spowodowanym zetknięciem z zimną taflą wody i ciszą, kiedy przez chwilę zanurzyła 
głowę. Jej ciało weszło w zwykły rytm i powoli zaczęła przemierzać basen tam i z 

powrotem.  Dla  Tess  pływanie  było  czymś  w  rodzaju  medytacji.  Woda  ją  otaczała, 
kołysała i dawała poczucie bezpieczeństwa, podczas gdy jej ciało miarowo rozcinało 
taflę basenu. Panował absolutny błogi spokój. W czasie pływania przychodziły jej 

często do głowy rozwiązania najtrudniejszych problemów.

Raczej poczuła, niż usłyszała plusk wody i nagłą zmianę wibracji. Bez patrzenia 

wiedziała, że to Luke. Do diabła z nim! Dopłynęła do brzegu basenu sekundę przed 
nim.

- Nigdy nie słyszałeś, że dwoje ludzi to już tłum? - zapytała, kiedy stanął obok 

niej. Strumyczki wody spływały po jego gołym, szerokim torsie.

O Boże, wyglądał wspaniale!
- To duży basen - rzekł pojednawczo. - Sądziłem, że nie będę ci przeszkadzał.
To niemożliwe, mruknęła Tess w duchu.
- Chcesz  mi  podokuczać,  czy  stać  cię  na  porządne  współzawodnictwo?

Spojrzał na nią zaskoczony.

68

background image

-

Chcesz się ze mną ścigać?

-

Muszę mieć z ciebie jakiś pożytek, Mansfield, a potrzebuję dobrego rywala.

-

Nie sądzisz chyba, że wygrasz? Jestem od ciebie większy i silniejszy.

- Będziesz  musiał  to  udowodnić  -  odparła  Tess  i  wskoczyła  do  wody.

Luke błyskawicznie podążył za nią. Przez następny kwadrans ścigali

się,  prując  wodę  przy  każdym  okrążeniu,  aż  w  końcu  płuca  odmówiły  Tess 

posłuszeństwa, a nogi i ramiona były jak z ołowiu.

Oboje dotarli do brzegu basenu w tym samym momencie. Tess znowu dała nurka. 

Była  gotowa  raczej  utonąć,  niż  się  poddać,  ale  w  tej  samej  chwili  poczuła  na 
ramieniu dłoń Luke'a.

- Ratunku!  -  sapnął.  -  Poddaję  się,  wywieszam  białą  flagę.  Nie  pozwól

mi zginąć w wodzie. Będę wyglądał okropnie.

Tess roześmiałaby się, gdyby nie brakowało jej powietrza.
-

Przyznajesz, że jestem lepsza? - domagała się potwierdzenia.

-

Set, gem i mecz.

-

Bogu  dzięki  -  mruknęła,  podciągając  się  na  brzegu  basenu.  Część  jej  ciała 

pozostała  w  wodzie,  ale  twarz  położyła  na  ciepłym  betonie.  Jej  płuca  chciwie 
pochłaniały tlen.

-

Utarczki  słowne,  pojedynki  szachowe,  pływanie.  Jeśli  będziemy  się  wciąż 

wyzywać  na  pojedynki,  przed  końcem  tygodnia  oboje  będziemy  martwi  -

powiedział Luke.

-

Ale tak miło jest cię pokonywać.

-

Ani  razu mnie  nie  pokonałaś -  odparł  Luke  z  godnością.  -  Każdy  pojedynek 

kończył się remisem i dobrze o tym wiesz.

-

Gdybyś nie był tak uparty...

-1 gdybyś ty nie była tak uparta...

- Moglibyśmy przeżyć do końca tygodnia.
Luke roześmiał się, wyszedł z wody i pomógł jej wstać. Robił to bez wysiłku, tak 

jakby piętnastominutowy wyścig nic dla niego nie znaczył. Starała się nie pokazać, 
jak działa na nią jego dotyk.

-

Dzięki  -  mruknęła,  kładąc  się  obok  basenu.  Podciągnęła  kolana  i  pozwoliła 

słońcu pieścić swoje ciało.

-

Tlen to wspaniała rzecz - mruknęła.

- Nie  musisz  mi  tego  mówić  -  powiedział  Luke,  kładąc  się  obok  niej.

Słyszała każdy jego oddech. Czuła każdy centymetr jego ciała, mimo że

leżał w pewnej odległości.
Odezwij się, idiotko - ponagliła się w duchu. Powiedz coś o pogodzie, o sporcie, 

o czymkolwiek!

- Zawsze lubiłeś się ścigać? - spytała.
- Ale  nie  tak  idiotycznie.  Myślałaś  kiedyś  o  przepłynięciu  kanału  La

Manche? Nie miałabyś kłopotu.

69

background image

Tess roześmiała się. Wiele przemawiało za tym, żeby przestała się opierać... żeby 

przestała  odpierać  jego  ataki.  Zadrżała.  Nie  przywykła  do  przejęzyczeń,  nawet  w 

myślach.

-

Wolę coś cieplejszego -  odparła. - Sądziłam, że twoim ulubionym sportem  jest 

piłka ręczna.

-

Tak, ale trenuję pływając.

-

Przypomnij mi, żebym nigdy nie próbowała grać z tobą w piłkę ręczną.

-

A grasz?

-

Trochę.

-

To samo mówiłaś o szachach - stwierdził Luke. - W co jeszcze grywasz?

Tess przekręciła się na bok.
-

Grywam w wiele gier, które doprowadzają mnie do celu.

-

A w czym pomogło ci pływanie?

Tess uśmiechnęła się do miłych wspomnień.
-

W  zdobyciu  bardzo  miłego  starszego  pana,  który  miał  wspaniałego  Renoira. 

Uwielbiał flirtować z każdąprzed pięćdziesiątką. Twierdził, że dzięki temu  czuje  się 

młodo. Miał rację.

-

A to co? - spytał Luke, przekręcając się na bok, aby spojrzeć jej w oczy. Podpierając 

się na łokciu, dwoma palcami delikatnie dotykał zielonkawego siniaka na ramieniu 
Tess.

-

Uderzyłam  się  o  framugę  drzwi  do  łazienki  pierwszego  dnia  pobytu  -

odpowiedziała  automatycznie.  -  Zawsze  trochę  trwa,  nim  przyzwyczaję  się  do 

nowego miejsca.

-

Doprawdy?

A niech to! Nie wierzył jej.
-

Wygląda raczej na ślad czyichś palców zbyt mocno trzymających twoje ramię -

ciągnął Luke.

-

Ach,  ten  siniak!  -  poprawiła  się.  -  To  jeszcze  z  pracy  dla  ŚBŚ,  z  zeszłego 

tygodnia. Cyryl musiał wciągnąć mnie przez okno, bo moja lina... została odcięta.

- Kto to jest Cyryl?
-

Jeden  z  agentów,  z  którym  od  czasu  do  czasu  pracuję.  Pozwól,  że  o  coś  cię 

zapytam - dodała pospiesznie.

-

Tak, w tym też jesteś niezła.

-

Dziękuję. Dobrze znałeś Elizabeth?

To pytanie zaskoczyło Luke'a. Przyglądał się Tess przez chwilę, a potem wolno 

odpowiedział:

- Mansfieldowie  i  Cushmanowie  znają  się  od  pokoleń.  Mój  ojciec  był

ich  prawnikiem  aż  do  zeszłego  roku,  kiedy  przeszedł  na  emeryturę.  Nalegał,
niemal  mnie  szantażował,  żebym  przejął  po  nim  tę  posadę.  Przyprowadzano

mnie tu na herbatę, zanim jeszcze potrafiłem dobrze chodzić.

70

background image

-

Jaka była Elizabeth?

-

Ładna,  inteligentna,  ciekawa  świata,  sprytna.  Była  moim  prawdziwym 

utrapieniem.  Pamiętaj  -  powiedział  z  uśmiechem  -  że  byłem  od  niej  dziesięć  lat 

starszy. Nastoletni chłopcy nie zwracają specjalnej uwagi na takie smarkule.

-

To bardzo okrutne z twojej strony. Na pewno darzyła cię dziecięcą sympatią, a 

ty ją lekceważyłeś.

-

Nastoletni chłopcy nie przejmują się uczuciami innych.

-

Powiedziałabym, że nie tylko nastoletni. Luke zmarszczył brwi.

-

Tak mówi kobieta, którą zranił mężczyzna.

-

Nie, nie - odparła Tess z uśmiechem. - Po prostu obserwuję walkę płci.

-

Ciekawe, dlaczego?

Tess starała się, żeby nie zadrżeć, kiedy przenikał ją badawczym spojrzeniem.
-

Miłość  jest  obca  mojej  naturze  -  stwierdziła.  Nie  wydawał  się  o  tym 

przekonany.

-

Ciekawe, czy okłamujesz mnie, czy siebie?

-

Słuchaj  no,  ważniaku  -  powiedziała  Tess,  dotykając  palcem  wskazującym 

szerokiej piersi Luke'a i natychmiast cofnęła dłoń, czując, jak ciepło ogarnia całe jej 
ciało. - Nie bądź taki mądry, bo nic o mnie nie wiesz. Nic! Mam dwadzieścia pięć 
lat i nigdy jeszcze nikt mnie nie kochał, ani ja nie pokochałam nikogo. To są fakty. 

Tess Alcott i miłość nie mają ze sobą nic wspólnego.

-

A Elizabeth Cushman i miłość?

-Dobrze wiesz, że Elizabeth od dawna leży w grobie! Ma w głowie robaki, a nie 

miłość.

-

Nie jestem już tego taki pewien, jak kiedyś - powiedział Luke, biorąc ją za rękę. 

Ciepło  jego  dotyku  zaczęło  topić  lód  w  żyłach  Tess.  -  Jesteś  bardzo  podobna  do 

Elizabeth. Jesteś piękna, inteligentna, sprytna i dlatego osiągnęłaś sukces w swojej 
dziedzinie.

-

Nie  zapominaj  o  mojej  bliźnie  po  operacji  wyrostka  -  przypomniała  Tess, 

topiąc się pod jego spojrzeniem.

-

Ach, tak - mruknął - nie możemy o tym zapominać. Nagle pojawił 

się Hodgkins z telefonem w ręce.

-

Telefon z zagranicy do panny Alcott. Dzwoni pan Bainbridge. Tess zamrugała 

oczami. Mało brakowało, a pocałowałaby Luke'a!

- Dziękuję,  Hodgkins  -  powiedziała  ciepło.  Kto  by  pomyślał,  że  będzie

dziękować Hodgkinsowi za odciągnięcie znad brzegu przepaści?

Rzuciwszy  spojrzenie  Luke'owi,  usiadła  i  wzięła  słuchawkę.  Zmusiła  się  do 

zachowania  pozorów  spokoju.  Ostatnia  rzecz,  jakiej  teraz  potrzebowała,  to 
ujawnienie jej drugiego życia.

71

background image

- Cyryl?  -  odezwała  się.  -  Jestem  na  wakacjach.  Czemu  dzwonisz?

Pan Bainbridge potrzebował kilku minut, żeby przedstawić wszystkie

fakty. W końcu Tess powiedziała:
- Słuchaj,  zrobiłam  ten  skok  dawno  temu.  Mógłbyś  teraz  przyłączyć  się

do Mendozy jako jego wierny rycerz. Ja już w to nie wchodzę.

Przez  kolejnych  kilka  minut  pan  Bainbridge  wyjaśniał  jej,  na  jakie  napotkał 

trudności.

-

Bardzo mi przykro - skwitowała Tess. - Termin wykonania tej roboty ustalono 

dziewięć  miesięcy  temu.  Ja  zrobiłam,  co  do  mnie  należało.  Potraktuj  to  jak 

dotrzymanie  warunków  kontraktu.  Właśnie  siedzi  tu  obok  mnie  prawnik,  który 
chętnie wyjaśni ci, co grozi za złamanie warunków kontraktu.

-

W każdej chwili - zapewnił Luke.

Tess  uśmiechnęła  się  do  niego  i  odwróciła  plecami,  żeby  uniknąć  de-

koncentracji.

- Przestań  narzekać  i  bierz  się  do  roboty,  Cyryl.  I  nie  dzwoń  do  mnie,

chyba że będzie to konieczne. Pracuję właśnie nad piękną opalenizną.

Skrzywiła się i odłożyła słuchawkę.
- Jak ja nienawidzę się opalać.
Luke roześmiał się. Ten szczery śmiech podniósł ją na duchu.
-

Sprawy służbowe? - spytał

-

Uhm  -  powiedziała  Tess,  myśląc  w  popłochu.  -  Cyryl  Bainbridge  wyjaśniając 

pewną  starą  sprawę,  wpakował  się  w  kłopoty  ze...  świadkiem.  Cyryl  wygląda  jak 

diabeł  wcielony,  ale  jest  z  Kentucky  i  potrafiłby  namówić  królową  Elżbietę  do 
przejścia na buddyzm, gdyby się uparł, więc naprawdę nie powinien dzwonić do 
mnie i się skarżyć.

-

Czy to ten sam Cyryl, który zafundował ci takiego siniaka w zeszłym tygodniu?

-

On lubi dużo pracować, a ŚBŚ zobowiązuje.

-

Lubisz pracować dla ŚBŚ? - spytał Luke, siadając. Jego brązowa skóra była już 

niemal sucha, a kąpielówki w niewielkim stopniu zasłaniały jego męskość.

Tess zamrugała oczami. ŚBŚ. Dobrze. ŚBŚ.
-

Jasne,  że  tak.  To  wspaniali  ludzie  -  odparła.  -  Poza  tym  lubię  wiedzieć,  jak 

pracują  ci  po  drugiej  stronie  barykady.  Wiele  się  nauczyłam.  Jestem  dużo  lepszą 

złodziejką, od kiedy pracuję dla nich, niż gdy pracowałam na własny rachunek.

-

Tym się właśnie zajmujesz? Kradzieżą?

-

Och  nie,  nic  podobnego.  Po  prostu  odzyskuję  rzeczy,  które  zaginęły,  albo 

zdobywam dowody potrzebne do przymknięcia innych, mniej utalentowanych.

Luke wzdrygnął się.
- To brzmi groźnie.

72

background image

-

Nie  tak  bardzo.  Zwykle  pracujemy  w  grupie  i  wspomagamy  się  wzajemnie. 

Poza tym jestem dobra w tym, co robię.

-

Jesteś wspaniała w tym, co robisz. Ale czy lubisz to robić?

- To pozwala mi utrzymać formę.

    - Ale lubisz to?

Tess westchnęła i starła kilka pojedynczych kropli wody z nogi. Był taki dociekliwy, 

trzeba mu to przyznać. I taki słodki. I nazwał ją wspaniałą!

-

Cóż,  prawdę  mówiąc,  jestem  już  tym  wszystkim  trochę  zmęczona.  Kiedy 

pracowałam  dla  siebie,  kradłam  piękne  przedmioty:  biżuterię  i  dzieła  sztuki.  Nie 
interesowałam  się  akcjami,  znaczkami  czy  rzadkimi  monetami.  Pragnęłam  tylko 

piękna w moim życiu. A teraz zdobywam rzeczy, którym daleko do piękna. Dlatego 
tracę zainteresowanie dla tej pracy. Zastanawiałam się nad zmianą zajęcia, ale nic 
jeszcze tak naprawdę mnie nie pociąga.

-

Pewnie trudno by ci było się przestawić - zgodził się Luke. Nagle urwał, a jego 

oczy zrobiły się ogromne. - Zresztą, może nie. Jak to zrobiłaś?

- Co 

takiego? 

spytała 

niewinnie 

Tess.

Na jego usta zawitał uśmiech.

-

Jakim cudem udało ci się zamienić naszą sprzeczkę w przyjemną pogawędkę o 

sporcie, Elizabeth i pracy?

-

A niech to - mruknęła Tess. — Czy to było aż tak oczywiste?

-

Nie ma w tobie niczego oczywistego i dobrze o tym wiesz!

Tess  uśmiechnęła  się  szeroko.  Nie  mogła  się  powstrzymać.  Przejrzał  ją,  a  ona 

zamiast się wściec, była zadowolona. Podobało jej się. Był taki dobry, taki szybki, taki 
sprytny. Podobało jej się, że mogła zrobić to, co zamierzała, czyli przeciągnąć Luke'a 
na swoją stronę i czerpać z tego przyjemność. Może nie będzie musiała tak uporczywie 

walczyć ze swoimi uczuciami. Może dzięki nim wszystko pójdzie po jej myśli.

-

Walka  sprawia  przyjemność  na  krótką  metę  -  oświadczyła.  -  Potem  robi  się 

nudna. Pomyślałam, że trzeba spróbować czegoś innego. Podobało ci się?

-

Bardzo - przyznał Luke. Jego szmaragdowe oczy pociemniały.

Rozdział ósmy

Luke  wyciągnął dłoń, żeby  odsunąć  ze skroni  Tess  pasemko  włosów. To  był 

błąd, bo dotknął palcami jej skóry i teraz musiał ją pocałować. Cały ranek o tym 

myślał  i  nawet  przywołanie  na  pomoc  zdrowego  rozsądku,  nie  mogło  go 
powstrzymać.

- Podobało mi się prawie tak bardzo, jak całowanie się z tobą - powiedział.

73

background image

-

Luke, nie - szepnęła, kiedy ujął jej głowę.

-

Tak - jęknął.

Jej  oczy  -  pełne  zaskoczenia,  strachu  i  pożądania  -  powoli  się  zamknęły, 

gdy jego usta dotknęły jej ust raz i drugi. Delikatna czułość przyprawiała ją o 
dreszcze.

Była  taka  słodka.  Pocałował  ją  raz  jeszcze  z  czułością,  o  którą  sam  siebie 

nigdy  nie  podejrzewał  i  poczuł,  jak  Tess  drży.  Jej  pełne  usta  oddawały 
pocałunki.  Nagle  wydała  dźwięk,  który  brzmiał  jak  mruczenie  albo  wes-

tchnienie pełne bólu.

Chwycił ją w ramiona, przekręcił na plecy i całował zachłannie, namiętnie, 

gwałtownie. Objęła go ramionami za szyję, przywarła do niego całym ciałem, 

tak samo głodnym, krzycząc cicho z rozkoszy i pożądania.

Czuł każdy  centymetr  jej  cudownego ciała. Czuł,  jak jej  sutki twardnieją  w 

zetknięciu z jego piersią i nagle zapragnął więcej. Musiał ją mieć.

Ta  nagła  żądza przywróciła go  do  rzeczywistości  i  podobnie  podziałała  na 

Tess.  Odskoczyli  od  siebie  na  tyle,  by  móc  wymienić  zdziwione  spojrzenia  i 

uspokoić oddech.

-

To szaleństwo - szepnęła Tess.

-

Dobre określenie - zgodził się Luke.

W jej oczach widać było zaskoczenie. I przerażenie.
-

Słuchaj  -  odezwała  się,  nie  zdając  sobie  sprawy,  że  parodiuje  zdrowy 

rozsądek.  -  Musimy  z  tym  skończyć  tu  i  teraz.  Stoimy  po  przeciwnych  stro-
nach barykady. Nie powinniśmy... spotykać  się  pośrodku. Nie ufasz mi, uwa-
żasz  mnie  za  oszustkę.  Ja  nie  mogę  ufać  tobie.  To  zbyt  niebezpieczne.  Nie 

mamy ze sobą nic wspólnego. Nie powinniśmy... tego robić.

-

Całkowicie się z tobą zgadzam - powiedział Luke z gorzkim uśmiechem. -

Nie  znoszę  słodkiego  smaku  twoich  ust.  Nie  cierpię  tego,  że  twoje  ciało  tak 
doskonale pasuje do mojego. Nie cierpię udawać obojętności na twoje każde 

słowo  i  gest.  Jesteś  najniebezpieczniejszą  kobietą,  jaką  znam,  ukrytą  pod 
uroczą maską. I tego też nie cierpię.

-

Wielkie  dzięki!  -  krzyknęła  Tess,  wstając.  -  Myślisz,  że  mnie  się  to 

podoba? Myślisz, że podoba mi się to, że w jednej chwili mnie całujesz, a w na-
stępnej traktujesz jak potwora? Myślisz, że podoba mi się podejrzliwość w twoim 

wzroku, ilekroć na mnie spojrzysz?

-

Jasne  -  powiedział  Luke,  stając  naprzeciw  niej  z  założonymi  rękoma.  -

Mnie się to także nie podoba. Więc dalej, Tess, wygoń podejrzliwość z moich 
oczu.

-

Jak?

-

Powiedz  mi  wszystko  o  sobie.  Kim  naprawdę  jesteś?  -Nie 

wiem!

-

To dlaczego tu jesteś?

Popatrzyła gdzieś w bok, a potem spojrzała na niego wrogo.

74

background image

-

Farleigh. Jestem tu, aby zdobyć kolię. Nie był w stanie 

powstrzymać uśmiechu.

-

Kłamiesz - powiedział łagodnie. - Chcesz mnie.

-

Tak, do cholery! - przyznała, obejmując go ramionami za szyję i całując mocno.

-

Tess  -  szepnął,  oddając  pocałunek.  To  jedno  słowo  wydawało  się  mówić 

wszystko. Wypełniało pustkę w jego duszy.

-

Proszę  cię  -  krzyknęła  Tess,  odsuwając  się  od  niego.  -  Jedno  z  nas  musi 

zachować rozsądek. Nie mógłbyś przypomnieć sobie o nienagannym wychowaniu i 

powstrzymać  mnie  przed  robieniem  takich  głupot?  Bert  by  się  wściekł,  gdyby 
wiedział.

-

Bert? - spytał uprzejmie Luke. Zbladła.

-

Mój... mój opiekun po Carswellach.

-

Jak trafiłaś do Berta od Violet? Spojrzała na niego zaskoczona.

-

Jakim cudem... Nie, to oczywiste, że dowiedziałeś się o Violet - powiedziała z 

dziwnym uśmiechem. - Czy wszyscy już o tym wiedzą?

-

Nie musisz mi o tym mówić, jeśli nie chcesz - powiedział łagodnie.

-

A  o  czym  tu  mówić?  Była  pośrednikiem  między  Bertem  a  Carswella-mi. 

Wywiozła mnie z Miami w niesamowitym cadillacu. Zostawiła Bertowi i  zniknęła. 
Koniec opowieści.

- Chcesz powiedzieć, że Bert był klientem o wyjątkowych upodobaniach?
- Można tak powiedzieć.

Luke chwycił ją za ramiona i potrząsnął.
- Nie mów o tym tak zwyczajnie!

Spojrzała na niego zaskoczona.

- 0  czym  ty,  u  licha,  myślisz?  Bert  nie  był  jej  klientem,  lecz  alfonsem.

A jeśli chodzi o wyjątkowe upodobania... - nagle zrozumiała, o co mu chodzi i jej oczy 
zrobiły  się  ogromne.  -  Nie!  Chyba  nie  myślisz,  że...  Luke,  nie

byłam  mu  potrzebna  do  uprawiania  seksu.  Potrzebował  mnie  do  swoich  skoków. 
Wypadłam  tak  dobrze;  że  zostałam  z  nim  dość  długo.  To  on  zrobił  ze

mnie  dobrą  oszustkę  i  złodziejkę.  Przez  całe  dzieciństwo  i  wczesną  młodość
przeszłam jako dziewica. Nic się nie wydarzyło.

Luke  przyglądał  jej  się  przez  chwilę,  a  potem  chwycił  w  ramiona  i  ścisnął  tak 

mocno, że omal jej nie udusił.

-

Dzięki  Bogu  -  powiedział  wzburzonym  głosem.  -  I  bez  tego  doświadczyłaś 

wystarczająco wiele złego.

-

Nigdy niczego takiego nie mówiłam - mruknęła Tess z twarzą przytuloną do jego 

piersi.

-

Nie musiałaś. Można to wyczytać z twoich oczu.

75

background image

Nie bądź taki spostrzegawczy - mruknęła, przytulając się do niego mocniej.
-

Przepraszam, ale nic na to poradzę. Widzę wszystko, co ciebie dotyczy: wijące 

się  włosy  wokół  twojej  twarzy,  dreszczyk  rozkoszy,  który  przebiega  twoje  ciało, 
ilekroć biorę cię w ramiona, no i te niesamowite dołeczki w policzkach. Weszło mi to 

już w nawyk i bardzo mi się podoba.

-

Podobają ci się dziwne rzeczy.

-  I  kto  to  mówi?  -  westchnął  Luke.  -  Moje  życie  było  spokojne,  jednostajne  i 

nudne, aż nagle pojawiłaś się ty i wszystko zburzyłaś. Nie mogę spać, nie mogę sobie 

znaleźć  miejsca  i  cały  czas  muszę  walczyć  z  hormonami.  Mam  tego  dość!  Chcę 
wrócić do normalności. Chcę ciszy i spokoju. Ale najbardziej chcę cię całować, nie 
zważając na moje obowiązki i powód, dla którego tu jesteś!

Odnalazł  ustami  wargi  Tess  i  wpił  się  w  nie.  Przytuliła  się  mocno  do  niego, 

przylgnęła całym ciałem. Oboje jęknęli z rozkoszy, gdy ich języki się odnalazły.

Teraz wiedział. Wiedział, że ona też tego pragnęła. Nie udawała. Nie miało już 

znaczenia, po co tu była i jakie oszustwo planowała. Liczyło się tylko to, że była w 
jego ramionach, że zachłannie oddawała pocałunki, że była  szczera.  Cała  reszta 

była nieistotna.

Oderwał się na chwilę, by zaczerpnąć powietrza do spragnionych płuc i usłyszał, 

że Tess także oddycha z trudem. Kolejny uśmiech zagościł na jego wargach. Nie wpadł 

w to wszystko sam, cokolwiek to było.

Wspomnienie  Margo,  jej  pocałunków  i  kłamstw,  przywróciło  go  brutalnie  do 

rzeczywistości. Spojrzał na Tess z rosnącym przerażeniem.

- Wybacz  -  powiedział,  gwałtownie  odsuwając  się  od  niej  i  widząc  ból

na  jej  twarzy.  Miał  ochotę  przegonić  ten  ból  pocałunkiem.  -  Zachowuję  się

jak  głupiec  i  wciągam  w  to  ciebie.  Masz  rację,  musimy  z  tym  skończyć.  Nic
nas  nie  łączy.  Musimy  o  tym  pamiętać  i  wszystko  będzie  dobrze.  -  Popatrzył
na jej usta nabrzmiałe od pocałunków. - To tyle - oświadczył zimno, odwrócił się i 

skierował do domu jak do azylu, oazy rozsądku.

Zamiast  tego  zastał  tam  Jane  siedzącą  przy  stoliku  w  holu  i  studiującą  jakieś 

dokumenty. Zmierzyła go krytycznym wzrokiem.

- Nie  jestem  pewna  -  powiedziała  -  ale  wydaje  mi  się,  że  nie  jest  to

odpowiedni strój biurowy.

Luke spłonął rumieńcem.
-

Pływałem.

-

A poza tym - dodała chłodno - gdybym nie wiedziała, pomyślałabym, że miałeś 

randkę ze złodziejką.

Luke otworzył usta ze zdziwienia.
- Jestem  tak  samo  skłonny  spotykać  się  ze  złodziejką,  jak...  skakać  po

żyrandolu!

76

background image

-

A zatem wciąż nie ufasz Tess?

-

Nikt zdrowy na umyśle by jej nie ufał!

-

Możliwe,  ale  ty  nigdy  nie  byłeś  skłonny  do  obdarzania  ludzi  zaufaniem, 

prawda? To kolejna rzecz, która łączy cię z Tess. Ona także nie ufa nikomu  ani 

niczemu, tylko sobie samej.

-

Tess Alcott i ja nie mamy ze sobą niczego wspólnego. Niczego.

-

Bzdura - oświadczyła Jane.

Luke zesztywniał. Jane miała rację. Nie wiedziała nawet jak bardzo.

- Poza  niezdolnością  do  ufania  ludziom  -  ciągnęła  Jane  -jesteście  oboje 

niesamowicie  inteligentni,  oboje  ukrywacie  uczucia  pod  maską  spokoju
i  obojętności,  oboje  wybraliście  trudne  zajęcia  i  osiągnęliście  w  nich  doskonałość. 

Oprócz  tego  oboje  rzuciliście  się  w  wir  pracy,  aby  trzymać  się  z  dala
od  wszelkich  związków,  bo  w  przeszłości  byliście  okrutnie  skrzywdzeni  przez
innych. No i oboje uważacie, jak sądzę błędnie, że miłość jest wam niepotrzebna. 

Mam mówić dalej?

Do licha, była niezła.
-

Muszę zmienić ubranie - powiedział Luke, kierując się w stronę schodów.

-

Tak, i nie tylko ubranie - rzuciła za nim Jane.

Miał ochotę pokazać jej język. Musiał się bardzo starać, żeby pamiętać, że nie ma 

już siedmiu lat. Słowa Jane, pocałunki Tess i wspomnienia Margo ściskały jego mózg 

niczym imadło. Był w prawdziwych tarapatach.

Gdy tylko zamknął za sobą drzwi sypialni, odezwał się telefon stojący przy łóżku.

- Komuś  tu  zachciewa  się  dowcipów  -  oznajmił  Leroy  Baldwin  zamiast

powitania.

Serce Luke'a zamarło.
-

Co masz na myśli? - spytał.

-

Czy wynająłeś jeszcze kogoś do śledzenia Tess Alcott?

-

Co takiego? Oczywiście, że nie! Dlaczego pytasz?

-

Bo  dziś  rano  moi  ludzie  omal  nie  wpadli  na  inną  ekipę.  Bardzo  się 

zdenerwowali i to nie tylko dlatego, że widzieli, co robiłeś z osobą podejrzaną o jeden 
z największych skoków, jakie rozpracowywaliśmy. Czy ty wiesz, co robisz?

-Nie.
-

O, to bardzo optymistyczne. Czy Tess Alcott robi to, co Margo?

-

Nie wiem - odparł poważnie Luke. - Co z tą drugą ekipą?

-

Moi ludzie to profesjonaliści, ale nie widzieli tamtych aż do dzisiaj. Chodzi o to, 

że  tamci  pracują  na  tradycyjnym  sprzęcie;  lornetki  i  te  rzeczy.  Żadnych  kamer, 
żadnych mikrofonów. I interesuje ich tylko Tess Alcott. Nie obserwują nikogo innego. 
Nie podoba mi się to. Dzieje się tu coś, czego nie rozumiem.

77

background image

Luke zaczął nerwowo stukać palcami w blat stolika.
-

Mógłbyś ich sprawdzić?

-

Już to robię. Dam ci znać, jak tylko się dowiem, o co chodzi.

-

Od tego wszystkiego zaczyna mnie boleć głowa.

-

A mnie nie. Zaczynam się tylko denerwować.

Luke czuł się źle, ale miał coś do zrobienia. Musiał się dowiedzieć, czy on i Tess 

Alcott pasowali do siebie, czy nie.

- Cholera  -  zaklął.  -  Natknąłeś  się  na  kogoś  o  imieniu  Bert,  związane

go z Tess?

- Nie.
-

Myślę, że... musisz jeszcze poszukać.

-

Dobra.

Luke  odłożył  słuchawkę  z  poczuciem  winy  i  wstydu.  Jak  mógł  całować  Tess, 

pragnąć jej, a z drugiej strony próbować podważać to, co mówiła?

Wszedł do łazienki, zdjął kąpielówki i wszedł pod prysznic. Ale woda nie zmyła z 

niego poczucia winy. Od wczesnego dzieciństwa Tess musiała nauczyć się spełniać 
żądania i oczekiwania innych, podobnie jak on. Szła przez życie samotnie, tak jak i on. 
Pasowali do siebie i Luke czuł się teraz jak zdrajca.

Rozdział dziewiąty

Tess  patrzyła  na  Luke'a  idącego  w  stronę  domu.  Zastanawiała  się,  czy  widzi 

doktora Jekylla czy Mr Hyde'a. W jednej chwili całował ją namiętnie, a w następnej 
odpychał brutalnie. Czy był tak samo zagubiony, jak ona? Dlaczego tak uparcie z nią 

walczył? Jak mógł tak po prostu stąd odejść, jakby chwilę wcześniej nic się między 
nimi  nie  wydarzyło?  A  może  on  też  był  po  trosze  oszustem?  Czy  rzeczywiście  jej 
pragnął? I dlaczego tak bardzo chciała, aby odpowiedź na to pytanie brzmiała „tak"? 

Był już czas najwyższy na jakakolwiek odpowiedź.

Tess poczekała, aż Luke i Jane wyjdą do pracy, wsiadła do mercedesa--kabrioletu 

- Jane pozwoliła jej korzystać z pojazdów Cushmanów - i pojechała do miasta. Po 

niecałej  godzinie  zaparkowała  samochód  na  podziemnym  parkingu  przy  swoim 
domu  i  wjechała  windą  na  ostatnie  piętro  dziesię-cio kondygnacyjnego  budynku. 

Przeszła  przez  wyłożony  dywanem  hol,  wyciągnęła  klucz,  otworzyła  drzwi  i  z 
uczuciem ulgi weszła do własnego mieszkania.

- Kochanie, wróciłam! - krzyknęła.

Z  kuchni  wyszła  bosa  wysoka  kobieta  z  długimi  czarnymi  włosami  i  szarymi 

oczami, ubrana w lawendowe spodnie i sweter podobnego koloru.

78

background image

- Miałaś  ciężki  dzień  w  pracy?  -  spytała  z  miłym  lirycznym  irlandzkim

akcentem.

Tess skrzywiła się.
-

Nie był najprzyjemniejszy. Co się dzieje, Gladys? Teraz Gladys się skrzywiła.

-

Boże,  nie  cierpię  tego  imienia.  Jesteś  nomenklaturową  sadystką,  Tess.  Tess 

uśmiechnęła się szeroko.

-

Muszę mieć z tego wszystkiego choć odrobinę przyjemności.

-

Śledził cię ktoś?

-

Oczywiście. Ludzie Berta z pewnością mają przykazane nie odstępować mnie na 

krok pod groźbą śmierci. Ale ta mała wizyta nie powinna wzbudzić podejrzeń. Poza 

tym powód, dla którego odbyłam tę wycieczkę, powinien go ucieszyć.

-

Dlaczego przyjechałaś?

-

Muszę dowiedzieć się czegoś więcej o Ponurym Żniwiarzu.

- Chodzi o Luke'a Mansfielda? Po co?

Tess znów uśmiechnęła się szeroko.

-

Za bardzo wchodzi mi w paradę. Muszę się dowiedzieć dlaczego. A co u ciebie?

-

Po  prostu  wspaniale,  dzięki  -  powiedziała  Gladys,  opadając  na  złoty  fotel  z 

westchnieniem  pełnym  zadowolenia.  -  Jeśli  kiedykolwiek  będziesz  potrzebować 
kogoś do popilnowania mieszkania, możesz na mnie liczyć.

-

Dzięki - odparła Tess z uśmiechem i poszła do gabinetu. - Dzwonił do  mnie 

Cyryl.

-

Do mnie też. Nie podoba mu się nowa ksywka, nie podoba mu się Ameryka 

Południowa ani sam Mendoza.

-

Biedaczek.

-

A  ty  tymczasem  pławisz  się  w  luksusie.  Tess  odwróciła  się  do  Gladys  z 

uśmiechem.

-

Ty też nie możesz narzekać.

-

Nic nie powiemy Cyrylowi.

-

Bardzo sprytnie. Znalazłaś Philipa Larkina?

-

Dziś o trzeciej w nocy. Dlatego zaspałam. -Aha.

- Hej!  -  wykrzyknęła  Gladys.  -  Nawet  mi  nie  podziękujesz?  Nawet  nie

pochwalisz?

Tess wyjrzała z gabinetu.

- Własna satysfakcja ci nie wystarczy?
Gladys rzuciła w nią poduszką, ale chybiła. Tess znowu zniknęła w wypełnionym 

roślinami  gabinecie,  który  przypominał  raczej  dżunglę  niż  miejsce  pracy.  Wciąż 

chichocząc,  zasiadła  przed  komputerem.  Zabrała  się  do  roboty.  Musiała  uzyskać 
odpowiedzi na nurtujące ją pytania. Musiała zdobyć

79

background image

jak najwięcej informacji na temat Luke'a, żeby wiedzieć, jak z nim postępować. 

Ale  było  coś  jeszcze.  Kim  on  naprawdę  jest?  Dlaczego  tak  na  nią  działa?  Jakim 

cudem sprawił, że tęskniła do jego dotyku, pocałunków, dźwięku głosu i to pomimo 
Dennisa Fouchera?

Zadrżała.  Myślała  o  Dennisie  codziennie  od  chwili,  kiedy  poznała  Luke’a. 

Doskonale  pamiętała  za  mały  mundurek  szkolny,  który  Bert  kazał  jej  włożyć. 
Wyglądała w nim na trzynaście lat, a nie na tyle, ile miała naprawdę, czyli szesnaście. 

Dennis Foucher lubił młode dziewczęta. Wciąż słyszała jego obleśne sapanie, czuła 
brutalne  ręce,  drące  na  niej  ubranie  i  wciąż  miała  ściśnięte  gardło,  jak  wtedy, 
dziewięć lat temu, gdy Bert przetrząsał bibliotekę Fouchera w poszukiwaniu jakichś 

kompromitujących dokumentów.

Tess  znów  zadrżała.  Jak  mogła  pragnąć  Luke'a,  kiedy  ciągle  prześladował  ją 

Foucher?

Dotarcie  do  czegoś  konkretnego  zabrało  jej  prawie  godzinę.  Zamierzała  już 

wyłączyć komputer. Znalazła nieszczęście podobne do własnego i nie była pewna, 

czy zdoła przez to przebrnąć. Ale potrzebowała konkretnych odpowiedzi na swoje 
pytania.

Na  pierwszy  ogień  poszła  Jennifer  Eire.  Historia,  którą  Tess  poskładała  z 

artykułów i rubryk towarzyskich w różnych czasopismach, ścisnęła jej gardło.

- Ty suko - szepnęła.

Luke  i  Jennifer  studiowali  razem  prawo.  Luke  zakochał  się  w  niej  i  poprosił  o 

rękę, kiedy miał dwadzieścia trzy lata. Tess przejrzała anons w prasie. Niesamowicie 
było oglądać Luke'a w młodzieńczej wersji. Jego usta nie były jeszcze zaciśnięte, a w 

oczach  brakowało  cynizmu.  Wyglądał  jak  inteligentny,  przystojny  i  bogaty  młody 
mężczyzna,  szczęśliwie  zakochany.  Stojąca  u  jego  boku  Jennifer  Eire  była  bez 
wątpienia piękna, ale miała w oczach coś niepokojącego. Jej uśmiech skierowany do 

Luke'a nie wyglądał na szczery.

Tess pomyślała, że gdyby tylko Luke nie był taki bystry, Jennifer wykorzystałaby 

go,  a  raczej  jego  rodzinę  i  koneksje,  do  rozpoczęcia  własnej  kariery  prawniczej.  Z 
pomocą  Mansfieldów  z  łatwością  wskoczyłaby  na  prawniczą  stratosferę.  Ale  Luke
jakoś  dowiedział  się  o  niej  prawdy.  Tess  znalazła  informację,  że  Luke  wyjechał  z 

Harvardu  tuż  przed  Bożym  Narodzeniem  gdzieś  do  Kanady.  Na  studia  wrócił 
dopiero jesienią. Jennifer przeniosła się do Stanford. Z wszelkich danych wynikało, 
że nigdy już się nie spotkali.

Tess  zapatrzyła  się  w  ekran  komputera.  Wiedziała,  jak  to  jest  być  młodym  i 

skrzywdzonym, a Jennifer skrzywdziła Luke'a. Tess znała uczucie bólu i przerażenia, 

gdy  człowiek  odkryje,  że  jest  bezlitośnie  wykorzystywany.  Z  tego,  co  udało  jej  się 
przeczytać, Luke nie zasługiwał na takie traktowanie. Prowadził porządne i uczciwe 
życie. Nikogo nie zdradził, nikogo nie zniszczyli nikogo celowo nie zranił. Aż w jego 

życie wkroczyła Jennifer Eirei zburzyła je doszczętnie.

80

background image

Rubryki  towarzyskie  opisywały  całą  tę  historię.  Z  czasem  usta  Luke'a  stały  się 

zacięte, a do oczu wkradł się wyraz cynizmu. W jego uśmiechu nie było już radości. Z 

gazet wynikało, że nie spotykał się z nikim przez ponad rok po rozstaniu z Jennifer. 
A potem miał co tydzień inną dziewczynę. W gazetach pisano, że bawił się nimi. Tess 

podejrzewała, że robił wszystko, żeby uniknąć wymierzonych w niego ciosów. Luke
zawsze był inteligentny. Jennifer sprawiła, że stał się przebiegły.

Numerem  drugim  na  liście  była  Ellen  Monroe.  Z  informacji  wynikało,  że  to 

właśnie  Ellen  zaczęła  prześladować  Luke'a,  gdy  miał  dwadzieścia  siedem  lat  i 
rozpoczął  już  karierę  prawniczą.  Luke  chyba  lubi  być  prześladowany.  Według 
dziennikarzy spotykał się z Ellen dłużej niż kilka tygodni. W jednej z gazet było ich 

zdjęcie z balu dobroczynnego podczas Halloween. Ona była przebrana za Tytanie, 
on  za  Oberona.  Tess  zadrżała.  Luke  był  bardzo  przystojny  jako  Oberon.  Jego 
kostium  składał  się  z  zaledwie  kilku  listków.  Musiało  to  wywołać  niemałe 

zamieszanie.  Ellen  także  nie  miała  nic  przeciwko  prezentowaniu  swego  ciała.  Jej 
kostium był podobnie skąpy. Jedynie na włosach miała wieniec z kwiatów.

Dalej było ich zdjęcie z obchodów Święta Dziękczynienia w Rockefeller Center i 

jeszcze jedno z zabawy gwiazdkowej na pięćset osób u Mansfieldów. Ellen wyglądała 
prześlicznie w kostiumie elfa. Luke i Ellen uśmiechali się do siebie na zdjęciach, ale w 

jego uśmiechu znów brakowało radości. Tess ku swemu przerażeniu odkryła, że jest z 
tego zadowolona.

Szukała dalej, ale znalazła jeszcze tylko jedno wspólne zdjęcie. Pojechali na narty 

do  Taos.  Ellen  w  swoim  kombinezonie  narciarskim  wyglądała  jak  króliczek  na 
śniegu. Luke obejmował ją ramieniem i uśmiechali się do obiektywu. A potem już 

nic. Kolejne zdjęcia pokazywały Luke'a jedzącego kolację w Nowym Jorku z jakąś
elegancką blondynką zajmującą się modą. Co się stało z Ellen? Czy Luke zmądrzał? 
Czy Ellen przesadziła?

Tess przetrząsnęła rubryki towarzyskie z gazet nowojorskich i z ust wyrwał jej 

się  okrzyk  podziwu.  Świadkowie  twierdzili,  że  Taos  obiegła  plotka,  jakoby 
Mansfieldowie  stracili  cały  swój  majątek.  Była  to  oczywiście  bzdura,  którą 

podobno  rozpuścił  sam  Luke.  Świadkowie  dodawali,  że  na  linii  Mansfield  -
Monroe  odbyła  się  ostra  wymiana  zdań.  Ellen  krzyczała  i  żądała  od  Luke'a 

potwierdzenia bądź zaprzeczenia tych rewelacji. Stwierdziła, że Luke nie był chyba 
taki  naiwny,  żeby  wierzyć,  iż  utrata  dziesiątek  milionów  niczego  nie  zmienia, 
skoro  ich  wspólny  roczny  dochód  wynosił  zaledwie  sto  osiemdziesiąt  tysięcy 

dolarów. Tego samego wieczoru poleciała do Nowego Jorku. Luke został w Taos do 
końca tygodnia i wydawało się, że bawił się doskonale.

- Ale ją załatwiłeś - szepnęła Tess z podziwem. - Zastawiłeś pułapkę, by poznać 

prawdę, i udało ci się.

Tess umilkła i zmarszczyła brwi.

81

background image

- Wydaje mi się jednak, panie Mansfield, że i pan został ugodzony.
Pierwsza kobieta, której zaufał od czasu rozstania z Jennifer, także interesowała 

się  przede  wszystkim  jego  pieniędzmi  i  rodzinnymi  koneksjami.  Luke  miał 
wyjątkowe szczęście do dwulicowych kobiet.

- To dobrze, że ja też nie odbiegam od tej normy - mruknęła Tess.
Skrzywiła się, przypominając sobie, jak zarzucała Luke'owi, że wszystko w życiu 

przychodziło mu z łatwością. Jennifer i Ellen dałyby porządną lekcję życia każdemu, 

a  co  dopiero  komuś  takiemu  jak  Luke.  Tess  także  dostała  porządną  lekcję  życia. 
Nauczyła się nikomu nie ufać. Może dlatego Luke tak bardzo ją pociągał. Podobne 
przejścia  sprawiły,  że  coś  ich  do  siebie  przyciągało.  W  jaki  sposób  przeciąć 

łączącą ich więź?

Po  kolejnych  dwóch  godzinach  szperania  w  karierze  zawodowej  i  w  życiu 

prywatnym  Luke'a,  Tess  natrafiła  na  Margo  Holloway.  Oskarżano  ją,  że  zabiła 

porażając  prądem  swojego bogatego  i  bezwzględnego ojca.  Przy  pomocy  Baldwin 
Security  Luke  zdołał  oczyścić  ją  z  zarzutów.  Komputer  jednak  wskazywał  kolejne 

odsyłacze na ten temat. Dlaczego? Tess szukała dalej. Nagle znieruchomiała.

- Mój Boże - szepnęła.
Osiem miesięcy po oczyszczeniu z zarzutów Margo została aresztowana i skazana 

za zaaranżowanie wypadku samochodowego, w którym zginęli jej przyrodni brat i 
siostra.

Z  bijącym  sercem  Tess  przeczytała  wszystkie  artykuły  na  ten  temat.  Nazwisko 

Luke'a padło jedynie w pierwszej sprawie. Ale... Coś wciąż nie dawało jej spokoju. 
Nagle  natrafiła  na  nagłówek  prasowy  z  drugiego  dnia  procesu:  „Zeznanie 

Baldwina kluczowe dla oskarżenia".

Chwileczkę! To nie mógł być przypadek, że Leroy Baldwin pracował nad obiema 

sprawami.

Przez  godzinę  Tess  na  próżno  usiłowała  włamać  się  do  archiwum  Baldwin 

Security.

- Cholera!  -  powiedziała  ze  złością,  uderzając  w  obudowę  monitora.  -

Przełknij to jakoś!

Wciąż nic.
- Gladys, potrzebuję cię.
Gladys wsunęła głowę do gabinetu.
-No?

-No?
-

Uczę się mówić po amerykańsku - wyjaśniła Gladys z uśmiechem i podeszła do 

Tess. - O co chodzi?

-

Możesz się włamać do archiwum Baldwin Security?

-

Baldwin? To ci, którzy cię rozpracowują?

-

Ci sami.

-

To dla mnie pestka - stwierdziła Gladys, przeganiając Tess z krzesła.

82

background image

-

Muszę  mieć  akta  na  temat  Luke'a  Mansfielda  i  Margo  Holloway  sprzed 

pięciu lat.

-

Już się robi.

Był  prawie  wieczór,  gdy  Tess  ostatecznie  wyłączyła  komputer.  Czuła  się 

podła i zbrukana. Robiła rzeczy, które Luke przewidywał od samego początku. 

Nic  dziwnego,  że  jej  nie  ufał,  skoro  Jennifer,  Ellen  i  Margo  tak  go  po-
traktowały.

Teraz  poznała  swojego  prawdziwego  przeciwnika,  ścianę,  która  powstrzy-

mywała  Luke'a,  by  jej  uwierzył.  Chodziło  o  prawdę.  O  prawdę  o  Tess  i  jej 
prawdziwe  zamiary.  Wychodziły  one  paskudnie  na  jaw  poza  krótkimi  chwi-
lami, kiedy się całowali.

Jak da sobie z tym radę? I jak da sobie radę z faktem, że im więcej wiedziała 

na temat Luke'a, tym bardziej miała wrażenie, że go zdradza. Pragnęła rzucić 

tę robotę i pojechać, gdzie pieprz rośnie.

-

Znalazłaś  to,  czego  szukałaś?  -  spytała  Gladys,  podnosząc  głowę  znad 

papierów, kiedy Tess weszła do salonu.

-

Tak - odparła.

-

Nie wyglądasz na zachwyconą.   

-

Bo  nie  jestem.  Ten  człowiek  to  chodząca  bomba  zegarowa.  Mam  prze-

czucie, że mogę znaleźć się przy nim w chwili eksplozji.

-

Nikt nie twierdził, że ta robota będzie lekka, łatwa i przyjemna. A teraz ja 

potrzebuję twojej rady. Biorę się dziś za Kincaida.

-

Sama?

Gladys uśmiechnęła się.

- Jestem już dużą dziewczynką i szkoliłam się u najlepszych.
Tess  poświęciła  godzinę  na  omawianie  roboty  z  Gladys.  Miała  ochotę 

przeciągnąć  to  do  dwóch  godzin.  Prawdę  mówiąc,  nie  spieszyło  jej  się  do 
rezydencji Cushmanów... i do Jane... i Luke'a. Ale jeśli Gladys mogła skupić się 
na pracy, to ona także.

Pojechała  z  powrotem  poza  miasto.  Opuściła  dach  kabrioletu,  żeby  za-

czerpnąć  więcej  powietrza  do  płuc.  Na  szczęście,  Luke  i  Jane  nie  wrócili 
jeszcze  z  pracy.  Miała  więc  czas,  żeby  przepłynąć  parę  okrążeń,  pozbyć  się 

napięcia i uczucia strachu, które czuła w żołądku. Przebrała się szybko i wsko-
czyła do wody, ale nic to nie pomogło.

Wszystko,  czego  dowiedziała  się  o  Luke'u,  kłębiło  się  w  jej  głowie  wraz  z 

narastającym poczuciem winy. Wykorzystywała Luke'a, jak wszystkie kobiety, 
które  spotkał  w  dorosłym  życiu.  Wykorzystywała  go  do  swoich  celów,  nie 

troszcząc  się  o  jego  uczucia,  potrzeby,  nadzieje  i  pragnienia.  Była  jeszcze 
gorsza.  Zachowywała  się  tak  nie  tylko  w  stosunku  do  Luke'a,  ale  także  do 
Jane.

Tess dotknęła ręką brzegu basenu i zawróciła. Nie podobała jej się kobieta, 

jaką była teraz. Wykorzystywała innych. Będąc wykorzystywana

83

background image

wielokrotnie  w  życiu  wiedziała,  jakie  to  podłe.  Była  samolubna,  nieuczciwa  i 

tchórzliwa.  Pomimo  tych  obiekcji  postanowiła  dokończyć  to,  czego  się  podjęła. 

Całe jej życie zależało od tego.

Przy  kolacji  Tess  nie  udawało  się  napotkać  wzroku  Luke'a.  Spotkali  się  po  raz 

pierwszy od czasu porannych pocałunków i od chwili, gdy Tess zdała sobie sprawę, że 
go zdradza. Wiedziała bez patrzenia, że Luke zachowuje w stosunku do niej dystans. 
I to, o dziwo, przejmowało ją smutkiem. Wcale na nianie patrzył. Nawet nie rzucił 

okiem.  Zdążyła  się  już  przyzwyczaić  do  jego  wzroku  skupionego  na  niej  i  zdążyła 
nawet polubić. Bez tego wspólny posiłek był jeszcze trudniejszy do zniesienia.

Nadszedł weekend. Luke najwidoczniej nie lubił mieć dni wolnych, bo poszedł do 

pracy zarówno w sobotę, jak i w niedzielę. A wieczorami, kiedy wracał  do  domu, 
unikał Tess.

- Tess,  moja  droga  -  odezwała  się  Jane  przy  poniedziałkowym  śniadaniu  -

zastanawiałam  się,  czy  nie  masz  nic  przeciwko  temu,  żeby  obejrzał  cię
mój lekarz.

Tess ostrożnie odłożyła łyżeczkę i spojrzała na Jane.
- Niedobrze wyglądam?

- Wyglądasz  coraz  lepiej  i  właśnie  dlatego  chcę,  żeby  obejrzał  cię  lekarz.

Mimo że serce waliło jej jak oszalałe, Tess zdobyła się na nonszalanckie

wzruszenie ramion.
-

W  porządku.  O  ile  nie  będzie  to  żadne  badanie  ginekologiczne.  Nie  znoszę 

wzierników.

-

Nie, nie, możesz być spokojna - odparła Jane z uśmiechem.

Wchodząc  do  jadalni,  Tess  była  wciąż  zaspana.  Teraz  odzyskała  przytomność 

umysłu. Może nocne koszmary były znakiem, który bezmyślnie zignorowała. Może 
to  była  kara  za  polubienie  Jane,  za  całowanie  Luke'a,  za  cieszenie  się  ich 

obecnością.

Za to, że pragnęła ich obojga. I za to, że ich zdradziła.
Była głupia. „Nikt i nic nie jest bezpieczne".

Jane była tego dowodem. Właśnie zastawiła na nią pułapkę.

Rozdział dziesiąty

Luke,  mój  drogi  -  powiedziała  Jane.  -  Mam  wspaniałe  wiadomości.  Tess

śpiewająco przeszła badania lekarskie. Luke patrzył na telefon, nie widząc go.

84

background image

-

Nie ma mowy o pomyłce?

-

Nie, nic z tych rzeczy, ty chodzący sceptyku. Luke rozluźnił krawat.

-

Mówiłaś już Tess? Jane zaśmiała się radośnie.

- Tak.  Była  zdziwiona,  tak  jak  ty.  To  była  jedna  z  tych  nielicznych  chwil,

kiedy  można  zobaczyć  jej  prawdziwy  charakter.  Doktor  Weston  mówi,  że

poza  blizną  po  wycięciu  wyrostka,  Tess  ma  także  kilkucentymetrową  bliznę
na  głowie.  Prawdopodobnie  jest  ona  wynikiem  uderzenia  lub  upadku  i  może być 
bezpośrednią przyczyną amnezji. To też się zresztą zgadza.

Luke  potrzebował  chwili,  żeby  uporządkować  myśli.  Tess  przeszła  pomyślnie 

badania?

-

Wciąż jeszcze pozostaje wiele do wyjaśnienia - powiedział ostrożnie.

-

Ale wiemy teraz o wiele więcej niż na początku - odparła Jane.

-

Odradzałbym ci jednak włączanie Tess do testamentu.

-

Wiesz,  Luke,  czasami  naprawdę  mnie  irytujesz.  Oczywiście,  że  najpierw 

zamierzam wyjaśnić tę sprawę do końca. Gra toczy się o wielką stawkę i nie chcę 

podejmować  pochopnych  decyzji  przed  zakończeniem  sprawy.  Wiem  swoje,  ale 
pragnę też niezbitych dowodów. Nie podejmę żadnych kroków, dopóki pan Baldwin 

nie  uzyska  pewności.  Ale  jestem  pełna  nadziei,  Luke.  Nie  czułam  się  tak  od 
dwudziestu lat.

Luke  odłożył  słuchawkę  i  zaczął  przypatrywać  się  nie  widzącym  wzrokiem 

drapaczom chmur za oknem.

Udało jej się przejść pomyślnie badania lekarskie!

Każdy fragment tej układanki: wygląd Tess, jej charakter, nagłe powroty pamięci, 

amnezja  i  życiowa  chronologia,  jaką  podała  -  wszystko  wskazywało,  że  Tess  to 
Elizabeth... albo że Tess to wszystko zaaranżowała. Luke zdawał sobie sprawę, że 

stać  jąbyło  na  coś  tak  bardzo  nieprawdopodobnego.  Musiał  zdecydować,  czy 
wierzy jej, czy nie.

Nie chciał podejmować tej decyzji. Do licha! Przez to wszystko legło w gruzach 

jego szczęście, spokój umysłu i serce.

Serce?
Serce.

W ciągu ostatnich lat tak bardzo odzwyczaił się od wsłuchiwania w głos serca, że 

nie odbierał nawet najważniejszych wysyłanych stamtąd wiadomości, jak choćby ta, 

że  lubił  Tess  Alcott.  Bardzo  lubił.  Lubił  jej  inteligencję,  dowcip,  wszechstronne 
zdolności, temperament, dumę i to, że z taką pasją oddawała mu pocałunki i... Cóż, 
zdaje  się,  że  w  tej  kobiecie  wszystko  mu  się  podobało.  Szczególnie  zaś  lubił  ją 

całować. Nie po raz pierwszy wyrzucał sobie, że tak ją zostawił w piątek i od tego 
czasu  unikał.  Ale  jeśli  napotkałby  wzrok  Tess,  natychmiast  chwyciłby  ją  w 
ramiona, nie bacząc na konsekwencje.

85

background image

Kiedy po raz ostatni był tak głupi? Nie musiał długo myśleć: Margo. Czy Tess 

robi to samo, co Margo? Nie miał pojęcia. I może się tego nie dowiedzieć, aż 

będzie za późno. A może już było za późno?

Tess  przeszła  pomyślnie  badania  lekarskie.  Każda  skryta  myśl  i  każde 

uczucie, do których nie chciał się przyznać przed  samym sobą, powracały ze 
zdwojoną siłą.

Przydałby  mu  się  kubeł  zimnej  wody.  Ona  z  pewnością  oszukiwała  przy 

badaniach.  Na  pewno!  Tess  nie  mogła  być  Elizabeth.  To  się  nie  mieściło  w 
granicach wyobraźni. Lecz gdy trzymał ją w ramionach, wydawała się prawdziwa 
i  tak  bardzo  na  swoim  miejscu.  W  takich  momentach  czuł,  że  trzyma  w 

objęciach prawdę.

Luke  westchnął.  Dlaczego  patrząc  na  Tess,  widział  silną,  kochającą,  na-

miętną kobietę, a nie złodziejkę i oszustkę, którą była? Dlaczego, gdy wejrzał 

w głąb własnej duszy widział, jak kruszy się szklany mur braku zaufania, który 
wzniósł trzynaście lat temu? Dlaczego świat tak bardzo się zmienił? I dlaczego 
on sam zmienił się nie do poznania?

Jego duszę ogarnął głód miłości. Cieszył się każdą chwilą, przeżywał każdy 

dzień. Na nowo odkrywał prawdę o sobie.

Dzięki Tess.
Zmienił się z powodu Tess, stał się lepszy, szczęśliwszy.
Więc jakie to ma znaczenie, czy Tess jest Elizabeth, czy nie?

Mój Boże! Kim był ten mężczyzna?
Luke nie był już przerażony. Nie bał się Tess ani tego, co podpowiadało mu 

serce,  ani  nawet  tego,  że  zboczy  z  wąskiej  ścieżki  właściwych  zachowań, 

wyznaczonych przez rodzinę. Miał ochotę wybrać inną ścieżkę pełną zakrętów, 
której koniec był niewidoczny.

Chciał wcielić w życie każde z marzeń, które ukrył głęboko na dnie duszy, 

gdy  trzynaście  lat  temu  usłyszał  przypadkowo,  jak  Jennifer  zwierzała  się 
przyjaciółce,  że  wrobiła  go  w  zaręczyny  i  zamierza  go  wykorzystywać  po 

ślubie.

Chciał natychmiast zmienić swoje życie. Robił rzeczy, o których dawno już 

zapomniał.  Tuż  przed  telefonem  Jane  przeglądał  ogłoszenia  w  rubryce 

„lokale",  szukając  dogodnego  pomieszczenia  w  tej  części  Brooklynu,  gdzie 
mieszkali ludzie, którzy potrzebowali pomocy prawnej, ale nie mogli sobie na 
nią pozwolić.

To  było  jego  skryte  marzenie,  które  przejmowało  lękiem  rodziców,  prze-

rażało  Jennifer,  u  Ellen  wywoływało  wybuchy  śmiechu  i  pozwalało  Margo 

nabijać się z niego do woli.

Ale  jednak  to  było  jego  marzenie.  Czy  pozwoli,  aby  inni  przez  całe  życie 

mówili, co ma robić i powstrzymywali go przed tym, czego naprawdę pragnął?

- Luke!

86

background image

-

Hm?  - Luke  dostrzegł  swoją  zastępczynię  stojącąw  drzwiach.  -  Prze-

praszam, Carol. O co chodzi?

-

Przyszły najnowsze akta w sprawie Wallinghama - powiedziała, kładąc je 

na biurku. - Przejrzałam je.

-

Jesteś aniołem.

- Bo dobrze mi płacisz.

Luke uśmiechnął się.

- No to  powiedz, o ile więcej musiałbym ci zapłacić, żebyś pracowała  dla 

mnie na Brooklynie?

Otworzyła szeroko orzechowe oczy.
-

Mówisz poważnie? -Najpoważniej.

-

Och. W której części Brooklynu?

-

W tej złej.

- Statystyki - prychnęła Carol. Nie mogła jednak ukryć zainteresowania. -

Będę  musiała  stać  się  ekspertem  w  takich  dziedzinach  jak  włamania, 

kradzieże samochodów...

- I tego typu rzeczy - zgodził się Luke.
- Czy Roger też tam przejdzie?

- I Harriet, jeśli zdołam ją przekonać.
- A pan Roper i jego ludzie?

Luke uśmiechnął się lekko.

-

To będzie nowe biuro, Carol, działające pod moim kierownictwem i przy 

pomocy najlepszych prawników w mieście.

-

Zgoda  -  potwierdziła  Carol  mocnym  głosem.  W  wieku  dwudziestu  dzie-

więciu  lat  była  najbardziej  zdecydowaną  osobą,  jaką  znał.  W  dzieciństwie 
musiała  sprawiać  rodzicom  sporo  kłopotu.  -  Chciałabym  mieć  opłacaną  tak-
sówkę na powrót do domu, bo tylko ci, którzy szukają guza, zdecydowaliby się 

tam na metro. Potrzebna mi będzie dobra ochrona i strażnik przy załatwianiu 
spraw z klientami, którzy będą wymykać się spod kontroli. No i chcę dostawać 
rocznie o dziesięć tysięcy więcej.

-

Sześć.

-

Osiem.

-

Zgoda.

Carol popatrzyła na niego zaskoczona i uśmiechnęła się szeroko.
-

Zwariowałeś,  szefie,  ale  mam  zamiar to  wykorzystać.  Pójdę przygotować 

nowe umowy o pracę, zanim się rozmyślisz.

-

Najpierw przyślij do mnie Rogera i nie mów o niczym Harriet.

-

Będę milczeć jak grób. W jaki sposób zamierzasz nas utrzymać, pracując 

głównie społecznie?

Luke rozsiadł się wygodnie z rękoma założonymi za głowę. Przepełniało go 

uczucie radości; oto zaczyna się nowa przygoda.

87

background image

-

Wiem, Carol, ale mam mały mająteczek, który powinien pozwolić nam żyć na 

właściwym poziomie przez jakieś sto lat. Harriet i Rogerowi też.

-

O rany, powinnam chyba dziękować na kolanach. Czy mogę sprzedać tę historię 

do prasy? Proszę. Przecież to byłaby sensacja dnia: „Potomek starej nowojorskiej 
rodziny oszalał".

-

Jak tylko wszystko załatwię, dam ci znać.

-

Jesteś wspaniały.

-

Jestem szalony.

-

Tak - przyznała Carol z szelmowskim uśmiechem - ale dzięki temu widać, że 

wreszcie odżyłeś. Musiałam ci to powiedzieć.

Wyszła, a Luke znów się zamyślił. Miała rację, rzeczywiście odżył. Serce pracowało 

na pełnych obrotach. Złodziejka - seksowna, utalentowana złodziejka - wyrwała go z 
dotychczasowego  nudnego  życia  z  taką  łatwością.  Byłoby  to  niemożliwe  jeszcze 

miesiąc  temu,  a  teraz  wydawało  się  naturalne.  Miał  ochotę  jej  za  to  podziękować. 
Niezależnie od gry, jaką prowadziła, Tess Alcott uratowała go przed nim samym. Nie 

znajdował  słów,  żeby  opisać  swoją  wdzięczność.  Jaki  bożek  był  dla  niego  tak 
łaskawy, że pozwolił Tess pojawić się w jego życiu? Jaki szlachetny uczynek spełnił, 
że dane mu było doświadczyć tyle dobra?

Wyszedł z biura o piątej, a personel patrzył na niego z otwartymi ze zdumienia 

ustami.  Chciał  natychmiast  zobaczyć  Tess,  musiał  ją  zobaczyć.  Potrzebował  jej 
delikatnego zapachu, głosu, który wyzwalał w nim energię, i błękitnych oczu, które 

patrzyły na niego namiętnie.

Ale kiedy wrócił do rezydencji Cushmanów i napotkał przy kolacji wzrok Tess, nie 

znalazł w nim namiętności, tylko zimny mur. Tess była zamknięta w sobie, prawie 
załamana. Skoro przeszła pomyślnie badania lekarskie, o co mogło chodzić?

Pomimo podobieństw istniejących między nimi, Tess wciąż pozostawała zagadką. 

Starała się usilnie unikać jego wzroku i rozmowy z nim. Nie zraniło go to zbytnio, lecz 
zjadała  go  ciekawość.  Dlatego  uważnie  studiował  jej  zachowanie  do  chwili,  gdy 
skończyła posiłek i umknęła do swojego pokoju.

Tess powoli rozebrała się. Czuła się źle, a w najlepszym wypadku niewyraźnie.
Jak  to  możliwe,  że  przeszła  pomyślnie  badania  lekarskie?  To  pytanie 

prześladowało  ją  cały  dzień.  Wciąż  nie  mogła  znaleźć  na  nie  odpowiedzi.  Jakim 

cudem  blizna,  jaką  ma  pod  kolanem,  odpowiada  tej,  którą  miała  Elizabeth? 
Materiały  zgromadzone  przez  Berta  milczały  na  ten  temat.  A  przecież  były  tam 

dokładne  informacje  na  temat  wyglądu  Elizabeth  i  stanu  jej  zdrowia.  Czy  Bert 
wiedział  o  bliźnie?  Musiał  wiedzieć!  Dlaczego  nic  jej  nie  powiedział?  Jaką  grę 
prowadził?

88

background image

Może to Jane prowadziła grę? Albo Luke? Tak badawczo dziś na nią patrzył. A 

może  Elizabeth  nie  miała  żadnej  blizny?  Może  lekarz  tylko  tak  powiedział,  żeby 

doprowadzić... do czego? Do największej klęski jej życia?

- O  Boże,  dlaczego  mam  wrażenie,  że  tylko  ja  jedna  nie  wiem,  o  co  tu

chodzi? - mruknęła Tess. Wsunęła się pod kołdrę i zwinęła w kłębek.

Nic nie szło zgodnie z planem! Miała zamiar kontrolować sytuację od pierwszej 

wizyty  Berta,  a  tymczasem  miała  wrażenie,  że  gubi  się  w  gmatwaninie  zagadek, 

poczucia winy, strachu i szczęścia.

- Co tu jest grane? - powiedziała Tess, siadając na łóżku.
Jak  mogła  być  szczęśliwa?  Dlaczego  miała  być  szczęśliwa?  Była  oszustką  i 

złodziejką. Nie zasługiwała na szczęście! Ale jednak tak się czuła.

- Cóż,  będę  przeklęta  -  mruknęła,  kładąc  się  z  powrotem.  Zawsze  chciała

należeć do jakiegoś miejsca, do kogoś. Oszustka o niewiadomym pochodzeniu nie 

mogła należeć do tego domu, do Luke'a i Jane. Uśmiechnęła się do siebie.

W  pewnym  sensie  należała  jednak  do  tego  miejsca  i  była  zadowolona,  że 

zdecydowała  się  na  tę  robotę.  Dzięki  niej  dowiedziała  się,  jak  to  jest,  gdy  ma  się 
poczucie  przynależności.  Wiedziała  już  kim  chciałaby  być  w  przyszłości  -
chciałaby być Jane.

Cieszyło ją wszystko, czego dowiedziała się o sobie dzięki Luke'owi. Podobała jej 

się  kobieta,  którą  odkrywała  z  jego  pomocą.  Ta  kobieta  uwielbiała  podejmować 
wyzwania rzucane przez Luke'a i spalała się w jego ramionach.

- Co ty możesz o tym wiedzieć? - powiedziała, uśmiechając się w ciemnościach.
Przedtem  nie  bardzo  lubiła  samą  siebie.  Luke  to  zmienił.  Właściwie  zmienił 

wszystko. Narodziła się na nowo. Wypełniła się pustka, którą nosiła w sobie przez tyle 
lat, bojąc się nawiązać bliższych kontaktów z innymi ludźmi. Pustka, której nie mogła 
zapełnić praca. Luke zmienił jej podejście do życia, gdy ich oczy spotkały się po raz 

pierwszy. Sprawił, że wstąpiła na inną, niepewną ścieżkę.

Nie  miała  pojęcia,  dokąd  prowadzi  ta  ścieżka.  Ale  czuła,  że  powinna  nią  iść, 

niezależnie od tego, czy uda jej się zdobyć kolię, czy nie; czy pójdzie do więzienia, czy 

nie; czy Luke i Jane będą ją przeklinać do końca życia, czy nie.

Ta kręta niebezpieczna ścieżka była jej ścieżką.
- Wolałabym  być  teraz  w  Filadelfii  -  stwierdziła,  przewracając  się  z  boku

na bok. Ale na jej ustach gościł słaby uśmiech.

Nie dziwiło ją, że nie może zasnąć. Przez dwie godziny przewracała się z boku na 

bok, myśląc z radością o Luke'u i Jane, a z przerażeniem o swoim zadaniu. Do tej 
pory nie wiedziała, że szczęście i poczucie winy mogą iść w parze.

8 9

background image

Wreszcie z jękiem przewróciła się na bok i pozwoliła, żeby ogarnął ją sen.
I wtedy przyśnił jej się koszmar.

Zawsze śniło jej się to samo. Szczegóły mogły się różnić, ale główny wątek 

pozostawał nie zmieniony. Była księżniczką w średniowiecznym świecie pełnym 
słońca,  rycerzy  galopujących  na  koniach,  dam  dworu  śmiejących  się  i 

tańczących  na  trawie,  a  jej  rodzice  siedzieli  razem,  pochylając  ku  sobie  kró-
lewskie głowy i dołączali do wszechobecnego śmiechu.

Nagle na niebie pojawiały się ciemne burzowe chmury, wszyscy rozglądali 

się  dokoła,  ale  nikt  nie  patrzył  na  Tess.  Nagle  ktoś  zasłaniał  jej  ręką  usta  i 
unosił ze sobą ponad ziemię.

Nie mogła złapać tchu, nie mogła krzyczeć, ale wszystko widziała. Potwór 

bez  twarzy  niósł  ją  wysoko  ponad  drzewami,  ponad  zamkiem.  Płynęła  w 
ciemnych chmurach, a olbrzym wciąż zasłaniał jej usta ręką.

Dusiła się!
Spoglądając  z  góry  na  świat  widziała,  że  nikt  nie  spostrzegł,  co  się  stało. 

Wszyscy  pospiesznie  schronili  się  przed  burzą  do  zaniku.  Zostawili  ją  na 
pastwę ogromnego potwora bez twarzy.

Nagle potwór wypuścił ją z rąk. Zaczynała spadać coraz niżej. Wiedziała, że 

zginie, jeśli uderzy o ziemię, ale nie mogła temu zapobiec. Ziemia była coraz 
bliżej.

Tess wydała z siebie zduszony okrzyk, który wyrwał ją ze snu. Usiadła na 

łóżku. Miała lodowatą skórę i płytki oddech.

- Przeklęta Elizabeth! - syknęła Tess przez zaciśnięte zęby, uderzając przy 

tym pięścią w materac. - Przeklęta, przeklęta, przeklęta!

Ten  koszmar  prześladował  Tess  od  dzieciństwa  aż  do  chwili,  gdy  w  wieku 

trzynastu lat zdołała się go pozbyć za pomocą autohipnozy. Pomagała jej złość 

na  samą  siebie  z  powodu  ulegania  takim  słabościom.  Teraz,  gdy  sypiała  w 
pokoju Elizabeth Cushman, koszmar powrócił. Powracał każdej nocy.

Ten sen miał co najmniej dwadzieścia lat i nigdy nie zdarzyło się, żeby przy 

Tess był ktoś, kto mógłby ją przytulić i zapewnić, że wszystko będzie dobrze.

Jej  serce  zaczęło  powoli  się  uspokajać,  a  płuca  znów  zaczerpnęły  wy-

starczającą  ilość  tlenu.  Tess  wstała  i  ruszyła  na  dół  po  jakąś  książkę.  Nie 
zakładała ani kapci, ani szlafroka. Było już po drugiej i w całym domu pano-
wała cisza. Tess zamierzała powrócić szybko do rzeczywistości. W tej sytuacji 

Zbrodnia i kara wydawała jej się najodpowiedniejsza.

Weszła do biblioteki.
Luke  stał  przy  kominku,  patrząc  na  puste  palenisko.  Odwrócił  się  gwał-

townie i spojrzał na nią z radosnym uśmiechem, który stopniowo ustąpił miej-
sca zaniepokojeniu.

90

background image

- Co się stało, Tess? - zapytał z troską.
Tak bardzo pragnęła rzucić mu się w ramiona i utulić swój strach.
-

Ja tylko... obudziłam się i nie mogłam zasnąć.

-

To wszystko?

- Pewnie-  ucięła  i  odwróciła  się,  żeby  nie  dojrzał  pożądania  w  jej

oczach. - Co ty tu robisz tak późno?

'

-

Zdaje  się  -  odparł  z  uśmiechem  -  że  przeprowadzałem  eksperyment,  żeby 

sprawdzić,  czy  telepatia  naprawdę  działa.  I  działa  -  dodał  z  jeszcze  szerszym 
uśmiechem.

-

Przepraszam,  że  przeszkodziłam  -  zaczęła  Tess  nerwowo.  Nigdy  wcześniej  nie 

widziała  u  niego  takiego  uśmiechu.  -  Chciałam  tylko...  -  urwała,  gdy  podszedł 
blisko, mierząc ją wzrokiem od stóp do głów.

-

Ta piżama to najseksowniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek widziałem -powiedział 

zduszonym głosem.

Porwał  Tess  w  ramiona,  zanim  zdążyła  zaprotestować  albo  chociażby  o  tym 

pomyśleć.

- Przypuszczam,  że  mam  teraz  do  czynienia  z  doktorem  Jekyllem?  -  spytała, 

patrząc  na  niego  z  walącym  sercem.  Upajała  się  siłą  i  bijącym  od  niego
ciepłem.

- Aha.  Zapewne  poznałaś  już  mojego  potwornego  brata  bliźniaka?

Gładził ją po włosach i szyi.

-

Był... - szepnęła Tess. Coraz trudniej było jej oddychać. - Był całkiem do rzeczy.

-

Zachowywał  się  jak  głupiec  -  powiedział  Luke,  przyciągając  ją  bliżej.  -

Przepraszam, Tess. Nie będę już ani tak wystraszony, ani tak głupi.

Przytuliła się mocniej.
- Ale, Luke, to nie jest bezpieczne ani mądre, ani nawet rozsądne!

- Wiem  -  powiedział,  przeczesując  palcami  jej  włosy  -  ale  nie  mogę

przestać. A ty?

Spojrzała na niego i zadrżała, uświadamiając sobie prawdę.
-

Ja też nie.

-

To  dobrze  -  powiedział,  pochylając  się  nad  nią.  -  Nie  chciałbym  przechodzić 

przez to sam.

Objął  ją  jeszcze  mocniej.  Przylgnęła  do  niego  ciałem.  Chciała  go  czuć  całego. 

Chciała czuć się pożądana. Taka była prawda. Jego pocałunki sprawiły, że zapomniała 
o wszystkim poza jedynym radosnym uczuciem, że robi to, co powinna.

- Tess - szepnął Luke, wyznaczając wargami ścieżkę wzdłuż jej policzka i szyi. -

Tess.

I wszystko w niej powiedziało „tak" na jego dotyk, jego głód i niewypowiedziane 

pragnienie.

Jak we śnie patrzyła, że doszedł do drzwi i zamknął je. Znów pochwycił ją w ramiona, 

szukając ustami jej ust, a ona wtuliła się w niego. Czuła, jak wszystkie nocne koszmary 

znikają pod wpływem wzajemnego pożądania.

91

background image

- Luke - szepnęła obcym i nabrzmiałym namiętnością, głosem. Jąknęła, gdy 

zęby Luke'a musnęły jej ucho, a potem szyję. Pragnienie wypaliło wszystkie inne

uczucia.

Palce  Tess  z  desperacją  sięgnęły  do  guzików  jego  koszuli.  Gładziła  gładką 

szeroką  pierś,  wyczuwając  napięte  mięśnie.  Luke  jąknął,  gdy  zaczęła  całować 

jego  skórę  i  chwycił  ją  mocno  za  biodra,  przyciągając  do  siebie  w  nagłym 
przypływie nie kontrolowanej żądzy.

Jej  wargi  niecierpliwie  zacisnęły  się  wokół  twardej  brodawki.  Z  przy-

jemnością wsłuchiwała się w jęki, jakie wydobyła z jego gardła.

Ujął  dłońmi  jej  twarz  i  chciwie  przyciągnął  jej  usta  do  swoich.  Jego  język 

poruszał się w odwiecznym rytmie, do którego natychmiast dostosowały się jej 
biodra.  Oderwał  się  od  jej  warg,  by  zaznaczyć  gorący  szlak  wzdłuż  jej  szyi. 
Wsunął  rękę  pod  piżamę.  Długie  palce  gładziły  jej  pierś,  która  kołysała  sią 

delikatnie. Dotknął kciukiem brodawki, która natychmiast stwardniała.

-

Tess,  prześliczna Tess  -  szeptał, pieszcząc  dłońmi  jej piersi.  - Tak bardzo 

cię pragnę. Potrzebuję cię. Pragnij mnie.

-

Pragnę - jęknęła Tess. - Pragnę cię całego.

Jej oddech stał się urywany, gdy Luke szybko rozpiął jej piżamę i zdarł ją z 

ramion.

- Pragnij  mnie,  Tess  -  błagał,  pieszcząc  językiem  jedwabistą  skórę  jej 

piersi.

- Pragnę- szepnęła, odchylając do tyłu głowę i szukając jego ust. -Pragnę... 

nie  mogą.  Och,  Luke!  -  wykrzyknęła,  gdy  wziął  w  usta  brodawką  i  zaczął  ją 
ssać w rytmie, który przenikał do głębi. Objęła go mocno, wpijając palce w jego 
plecy.

- Moja złota - mruczał Luke, gładząc jej skórę. Jego wilgotny i gorący język 

ślizgał się po drugiej brodawce. Wziął ją w usta i zaczął ssać. Przesunął rękę w 

dół, aż do paska od piżamy. Robił to wolno, ale zdecydowanie.

- Luke! - jęknęła Tess, gdy dotknął nabrzmiałej istoty jej kobiecości. Ugięły 

się pod nią kolana.

Pochwycił ją w silne ramiona i powoli osunęli się na podłogę.
-

Chcę  się  z  tobą  kochać,  Tess  -  szepnął,  przyciskając  usta  do  jej  ucha.  -

Pragnę cię od pierwszej chwili, kiedy cię ujrzałem.

-

A więc czujesz to samo, co ja? - upewniła się Tess półprzytomnie. - Czy to 

dlatego świat wirował mi przed oczami?

-

Tak - szepnął Luke i złożył na jej spragnionych ustach gorący pocałunek.

-

O tak, tak -jęknęła Tess i oboje wiedzieli, że zgadza się na więcej niż tylko 

pocałunek.

Nie  mogąc  złapać  tchu,  ścigali  się,  kto  pierwszy  rozbierze  partnera.  Luke

wygrał  o  ułamek  sekundy.  Nie  miało  to  wielkiego  znaczenia;  siedzieli  na 
podłodze objęci, pierś przy piersi, skóra przy skórze. Tego właśnie pragnęli.

92

background image

Pierwsze zetknięcie ich nagich ciał stało się dla Tess czymś niesamowitym. 

Luke  był  doskonały,  miał  gorącą  aksamitną  skórę  i  stalowe  mięśnie.  Po  raz 

pierwszy  w  życiu  zdawała  sobie  sprawę  ze  swej  cielesności.  Czuła,  że  żyje. 
Jego palce powróciły do miejsca, gdzie znajdowało się źródło jej pożądania, a 

ustami  raz  jeszcze  zaczął  pieścić  jej  piersi.  Z  odrzuconą  do  tyłu  głową  Tess 
wpiła się palcami w jego  gęste włosy i przyciągnęła go do piersi  z całych sił. 
Jego palce wlewały ogień w jej żyły i powodowały, że poruszała się rytmicznie. 

Napięcie rosło wewnątrz jej ciała.

Nigdy wcześniej nie czuła czegoś takiego. Miała wrażenie, że rozpada się na 

kawałeczki i pragnęła tego. Niecierpliwie oczekiwała gwałtownego końca tych 

uniesień. Czuła, że nie jest w stanie wytrzymać tej błogości ani chwili dłużej.

Ale nie mogła z niej zrezygnować.
- Luke - szepnęła błagalnie.
Oderwał usta od jej piersi i z dziką żądzą sięgnął do jej ust.
-

Chodź  do  mnie,  Tess  -  powiedział,  potęgując  jej  napięcie.  Myślała,  że 

zacznie krzyczeć albo wić się nieprzytomnie.

-

Tak  bardzo  cię  pragnę  -  szepnął.  -  Daj  mi  siebie.  Całą.  Chcę  cię  całą. 

Teraz.

W ciszy rozległ się jej zduszony krzyk.

Silne  ramiona  Luke'a  i  jego  delikatne  pocałunki  sprawiły,  że  ciało  Tess 

znów stało się jednością.

Nie  czuła  już  żadnych  niejasności,  wątpliwości,  wewnętrznego  rozdarcia. 

Wszystko było jasne i to uczucie kazało jej podnieść głowę, by spojrzeć mu w 
oczy.  Jego  zielone  oczy.  Patrzyły  na  nią  z  czułością,  która  przyprawiała  ją  o 
drżenie,  z  ogniem,  który  był  czymś  więcej  niż  tylko  wyrazem  fizycznej 

namiętności. Był czymś, czego wcześniej nie zaznała i nie umiała nazwać.

- Luke -  szepnęła,  szukając  wargami  jego  warg  i  łącząc  się  z  nimi  w  de-

likatnym pocałunku, który zdawał się mówić tak wiele.

Trzymał  ją  mocno  w  ramionach,  przytulając  jej  głowę  do  piersi.  Słyszała 

szybkie,  mocne  bicie  jego  serca  i  z  początku,  zanim  nie  wróciła  jej  świa-

domość, nie mogła tego zrozumieć. Poczuła, jak bardzo napięte jest jego ciało. 
Czuła żar jego pożądania. Wciąż trzymał ją w ramionach tak, jakby nie miał 
zamiaru nigdy jej puścić.

Świat  wyglądał  jakoś  inaczej.  Tess  potrzebowała  chwili,  żeby  znaleźć 

odpowiednie słowo.

Bezpiecznie.

Czuła się bezpiecznie po raz pierwszy w życiu.
Popchnęła Luke'a na plecy, całując go i jednocześnie gładząc napiętą skórę, 

starając się poznać każdy centymetr jego ciała.

- Tess...

93

background image

- Nie  wiesz  -  powiedziała  prędko  -  nie  możesz  wiedzieć,  jak  bardzo

pragnę cię dotykać. Nie masz pojęcia.

Błądziła  palcami  po  jego  ciele,  całując  go,  smakując  językiem,  aż  zaczął 

jęczeć  z  rozkoszy.  Odczuwała  najwyższą  satysfakcję,  że  mogła  sprawiać  mu 

taką  przyjemność,  że  pragnął  jej  tak  bardzo,  że  -  tak  jak  ona  -  pozbył  się 
wszelkich zahamowań. Nigdy jeszcze nie czuła takiej radości.

- Chcę cię teraz - szepnęła.

Z  jękiem  przewrócił  Tess  na  plecy  całując  tak,  jakby  chciał  ją  zjeść. 

Odwzajemniała  każdą  jego  pieszczotę,  obejmując  ramionami  i  przyciągając 
coraz mocniej, jakby chciała go uwięzić.

- Nigdy w życiu - szepnął. - Nigdy... O Boże!
Wszedł w nią mocno, tak głęboko, że oboje krzyknęli. Tess odchyliła głowę, 

krzycząc z bólu i zaskakującej nowości tego doznania.

-

Tess - odezwał się Luke, patrząc na nią zmartwiony.

-

Nic nie mów - szepnęła. - Nie chcę twojego współczucia, nie chcę czułości. 

Chcę  tego  -  powiedziała,  przyciskając  się  do  niego  i  przyciągając  do  siebie 

jeszcze mocniej.

Ziemia się rozstąpiła, gdy Luke zaczął się w niej poruszać. Nie istniało nic 

poza tą przyjemnością i namiętnym mężczyzną w jej ramionach. Prowadził ją 

ścieżką,  której  istnienia  nawet  nie  podejrzewała.  Mogła  jedynie  objąć  go 
mocno  i  poddać  się  burzy,  którą  sami  rozniecili.  Mogła  wsłuchiwać  się  w 
podniecone oddechy i czuć wszystko, każdy milimetr jego ciała i siebie samej.

Zanurzając rękę w jego włosach, wsunęła język w usta Luke'a, napotykając 

na  jego  własny,  równie  niecierpliwy.  Czuła  w  sobie  napięcie,  jakiego  nigdy 

wcześniej nie doświadczyła. Bała się tego uczucia. Bała się pozwolić mu sobą 
zawładnąć.

- Luke! - wykrzyknęła prosząc o coś, czego nie umiała nazwać.

Ujął jej twarz w dłonie, a szmaragdowe oczy wypaliły w niej wszelki strach.
- Zróbmy  to  teraz  -  powiedział  ochrypłym  głosem.

Ich zduszone okrzyki mieszały się z ciszą biblioteki.

Tess  powoli  wróciła  do  rzeczywistości.  Czuła  ciepło,  zadowolenie  i  bez-

pieczeństwo... dopóki nie otworzyła oczu i nie zobaczyła Luke'a opierającego 

się na łokciu i uśmiechającego do niej.

O Boże, co ona zrobiła?
Spontanicznie - choć nie mogła tego pojąć - otworzyła serce i duszę przed 

tym mężczyzną, który  miał zamiar ją zniszczyć. Teraz Tess poznała  definicję 
słabości. To było przedziwne uczucie; przepełniało ją, sprawiało, że czuła każdy 

centymetr ciała mężczyzny spoczywającego obok niej.

94

background image

-

A  niech  to,  co  my  teraz  zrobimy?  -  wybuchnęła  bez  zastanowienia.  Luke

roześmiał się, a Tess zaczerwieniła się.

-

Chciałam powiedzieć... - zaczęła.

-

Wiem - odparł Luke, trzęsąc się ze śmiechu.

Tess także nie mogła powstrzymać uśmiechu. Po tym wszystkim, co wydarzyło się 

między  nimi,  nie  mogła  już  dłużej  ukrywać  swoich  uczuć  i  przeczyć  ich  istnieniu.
Poznała  błogość  w  jego  ramionach  i  radość,  która  wciąż  pulsowała  w  jej  żyłach. 

Uśmiechnęła się, bo czuła, jak wiele pociąga ją w tym mężczyźnie, który przed chwilą 
był tak samo otwarty i szczery jak ona. Nie było w tym żadnego podstępu. To, co się 
między  nimi  wydarzyło,  było  prawdziwe  i  szczere.  Tess  była  tym  niezwykle 

zaskoczona.

Była zaskoczona nie tylko dlatego, że mury, które wzniosła wokół siebie, nagle 

runęły, ale także dlatego, że człowiek, który doznał w życiu tak wiele zdrady i bólu, 

wciąż  potrafił...  no  właśnie,  co?  Tess  nie  umiała  nazwać  tego,  co  się  stało.  Ale 
wiedziała, co ich teraz łączyło - uczucie jedności.

- Skończyłeś  już?  -  spytała  uprzejmie,  gdy  Luke  ostatecznie  doszedł  do

siebie.

Posłał jej szelmowskie spojrzenie.

- Na razie.
Tess znów się zarumieniła.
-

Moje pytanie jest wciąż aktualne. Co my teraz zrobimy? I proszę bez żadnych 

nieprzyzwoitych  propozycji.  Siedzimy  nago  w  bibliotece,  nasze  ciała  płoną,  a  w 

powietrzu unosi się zapach seksu. Nawet Hodgkins domyśli się, co tu się działo i 
będzie przerażony.

-

A ty? - spytał Luke, odsuwając jej z czoła kosmyk włosów.

-

Trochę wystraszona - stwierdziła - ale nie przerażona. Przynajmniej nie teraz.

-

To  dobrze  -  powiedział  Luke,  pochylając  się  i  całując  ją  w  usta  -  bo  nie 

chciałbym cofnąć ani sekundy tego, co się między nami wydarzyło.

Tess skrzywiła się.
- Nie ma nic przyjemnego w rozprawianiu o seksie z nagim mężczyzną.
Luke zachichotał.
- To  nas  prowadzi  do  interesującej  kwestii:  jak  to  możliwe,  że  byłaś

jeszcze dziewicą?

Tess znów spłonęła rumieńcem.
-

To chyba normalne u niezamężnej kobiety.

-

Chcesz  mi  powiedzieć,  że  żaden  z  tych  milionerów  czy  też  utalentowanych 

złodziei biżuterii nie był w stanie zaciągnąć cię do łóżka?

-

A więc o to chodzi - westchnęła Tess. - Rozpiera cię duma. – I nie tylko.

Luke!

95

background image

Raz jeszcze wybuchnął śmiechem.
-

Cieszę się, że przynajmniej jedno z nas dobrze się bawi - powiedziała ponuro.

-

Nie  czułem  się  tak  wspaniale  od  lat  -  zapewnił  ją  Luke.  -  A  zatem,  co  teraz 

zrobimy?

-

Sądzę  -  zaczęła  Tess,  przygryzając  dolną  wargę  -  że  będziemy  musieli 

zaprzestać ciągłej walki ze sobą.

-

Brzmi rozsądnie. Osobiście popieram zawieszenie broni.

-

Zawieszenie broni?

-

Myślałem, że zawarliśmy chwilowy pokój.

-

Teraz już wiem, o co tu chodziło.

-

Co jeszcze postanawiamy? - spytał niewinnie Luke.

Ale Tess nie dała się oszukać. Zaczerwieniła się jeszcze bardziej.
- Może - zaczęła, rzucając mu zaciekawione spojrzenie - może powinniśmy dojść 

do  wniosku,  że  przyczyna,  dla  której  jestem  w  tym  domu,  prze

stała już być tak ważna, jak do tej pory.

- Och,  to  oczywiste  -  odparł  Luke,  patrząc  na  nią  namiętnie.

Z trudnością łapała powietrze.

-

No i, przynajmniej kiedy będziemy sami, moglibyśmy zacząć zachowywać się 

jak... jak...

-

Kochankowie?

Tess zbladła. Podciągnęła kolana pod brodę i ukryła twarz w dłoniach.
- Tracę rozum.
-

Zauważyłem. Bardzo... mi się to podoba. Tess podniosła wzrok.

-

Tobie  zawsze  podobają  się  dziwne  rzeczy.  Luke

uśmiechnął się do niej.

- Przypomniałem  sobie  o  nich,  kiedy  poznałem  ciebie.  Zdążyłem  już

zapomnieć, jak bardzo lubię przygody. Wniosłaś w moje życie przygodę i jestem tym 
zachwycony.  Uwielbiam  tę  niepewność  i  podniecenie.  Podoba  mi
się,  że  żadna  godzina  i  żaden  dzień  nie  są  podobne  do  poprzedniego.  Nie

cierpię tylko tego, że muszę błądzić po omacku. Ale nie czułem się tak niesamowicie 
od czasu, kiedy byłem dzieckiem. Zawdzięczam ci więcej, niż możesz przypuszczać, 

Tess Alcott.

A  co  powie  za  tydzień  lub  dwa,  gdy  będzie  już  po  wszystkim?  Ta  myśl 

przyprawiła Tess o dreszcze.

- Zimno  ci?  -  spytał  Luke,  a  kiedy  przytaknęła,  podał  jej  piżamę.  -  Lepiej  to 

włóż.

Tess posłuchała go i włożyła piżamę. Nagle Luke zaczął zapinać górę jej piżamy, 

guzik po guziku. Tess zadrżała. Tak naprawdę pragnęła, żeby ją teraz  rozebrał  i 
zaczął kochać się z nią od nowa.

Zamiast tego stali w bibliotece, ona ubrana, a on wciąż wspaniale nagi.

96

background image

-

To...  -  odezwała  się,  próbując  unikać  jego  wzroku.  -  To  jak  ostatecznie 

zdecydowaliśmy?

-

Że będziemy kochankami.

-

No tak, ale co to znaczy? Ja nigdy... to znaczy...

-

Wiem, ja już też trochę zapomniałem, jak to jest - powiedział Luke, delikatnie 

gładząc ją po włosach. - Musimy wszystko robić powoli. Nasz konflikt interesów nie 

zniknął, tylko został odsunięty na boczny tor. - Jego zielone oczy pociemniały. - Na 
bardzo odległy tor - szepnął, biorąc ją w ramiona i przytulając tak, jakby miał jej 
nigdy nie puścić.

-

Och -jęknęła Tess, gdy wreszcie  złapała oddech. - Myślę, że powinniśmy  na 

początek robić to co najmniej raz dziennie.

-

Dwa. 

-

Trzy.

-

Zgoda - Luke przycisnął ją mocniej.

Tess nigdy nie czuła się tak szczęśliwa. Słyszała bicie jego serca tuż przy swoim 

policzku  i  czuła  się  bezpiecznie  w  jego  ramionach.  Dlaczego  do  tej  pory  tak 

bardzo się tego bała?

Rozdział jedenasty

Powrót na górę zajął Tess kilka minut, bo jej eskortę stanowił Luke,
ubrany tylko w slipy, i co kilka schodków on lub ona zatrzymywali się i przytulali 

do siebie na długą, błogą chwilę. Ostatecznie jednak Tess znalazła się w swoim łóżku 

i poczuła się wtedy bardzo dziwnie.

Czy  kochanie  się  zawsze  pozostawia  po  sobie  uczucie  tęsknoty,  którego  teraz 

doświadczała? Nowe, czy też na nowo odkryte, emocje dawały o sobie znać. Tess z 
trudem  poznawała  siebie.  Gdzie  się  podziała  ta  zimna,  nieczuła,  wyrachowana 
kobieta, którą była całe swoje dorosłe życie?

-  Kochankowie  -  powiedziała  miękko  w  ciszy  pokoju  i  lekko  zadrżała.  -

Jesteśmy kochankami. - Wierzyła w to, co mówi.

Czuła  się  jak  Dorota  z  Czarnoksiężnika  z  krainy  Oz  wychodząca  z  kina.  Miała 

wrażenie, że była świadkiem cudu. Nic jeszcze nie zakłócało tej radości. Czuła się jak 
nowo narodzona i niewinna, czego nie dane jej było doświadczyć wcześniej. Ufała i 

wierzyła komuś innemu niż tylko sobie.

Wciąż była Tess Alcott, ale taką, jakiej wcześniej nie znała. Czy pozostanie już na 

zawsze tą nową Tess? Czy zadanie, jakie ma wykonać, i stałe zagrożenie ze strony 

Berta sprawią, że wróci do starego wizerunku?

Skrzywiła  się  na  myśl  o  tym.  Powrót  do  dawnej  Tess  byłby  niczym  powrót  do 

klaustrofobicznego więzienia.

97

background image

Przewróciła  się  na  brzuch.  Ciało  przypominało  jej  każdą  chwilę  spędzoną  w 

ramionach Luke'a. Tak właśnie wygląda wolność. Z uśmiechem na ustach powoli 

usnęła.

Śniło  jej  się,  że  stoi  tuż  obok  najpiękniejszej  kobiety,  jaką  kiedykolwiek 

widziała. Długie ciemnobrązowe włosy Margo Holloway były ściągnięte w kok. Ta 
fryzura podkreślała regularne rysy jej twarzy. Miała duże, błyszczące ciemne oczy, 
usta  pełne  i  zmysłowe.  Mimo  że  była  w  więziennym  uniformie,  jej  figura  mogła 

przyprawić o zawrót głowy każdego mężczyznę.

Nagle Margo wyciągnęła rękę i chwyciła Tess za koszulę. Pociągnęła ją do siebie, 

aż stanęły twarzą w twarz.

- Uważaj  na  Luke'a  Mansfielda,  mała.  Zamienia  się  w  kobrę,  kiedy  wy

daje  mu  się,  że  ktoś  go  zdradza.  Spanie  z  nim  to  zaciskanie  pętli  na  własnej
szyi. Zaufaj mi - powiedziała Margo, wycofując się do celi. - Ja to wiem.

Dźwięk  zatrzaskiwanych  drzwi  więziennej  celi  wyrwał  Tess  ze  snu.  Usiadła  na 

łóżku, drżąc w szarówce dnia.

- Sypianie  z  nim  nie  jest  żadną  pułapką-  powtarzała  w  kółko  na  głos

jak  jakąś  mantrę.  -  Każdy  pocałunek,  każda  pieszczota  i  każde  słowo  były
prawdziwe. Na pewno!

Nie  mogła  jednak  otrząsnąć  się  z  tego  snu.  Z  westchnieniem  położyła  się  z 

powrotem, przytulając policzek do jaśka. Może najlepszym sposobem na pozbycie się 
Margo  ze  snów  było  spotkanie  z  nią  i  rozmowa.  Musi  się  dowiedzieć,  czy  Luke

rzeczywiście posłużył się seksem, żeby ją zdemaskować.

Nie, to niepodobne do Luke'a! Nigdy by nikogo tak nie wykorzystał.

Co prawda, według akt Baldwin Security, Luke zakochał się w Margo, sypiał z 

nią,  zamieszkali  razem,  a  kiedy  Leroy  Baldwin  ostatecznie  udowodnił,  że  zabiła 
swojego  ojca, Luke  pełnił rolę  całodobowego obserwatora. Dzięki  temu  została 

aresztowana.

- No dobrze, dobrze - mruknęła Tess. - Luke jest niebezpiecznym człowiekiem, 

ale  to,  co  wydarzyło  się  w  bibliotece,  było  szczere.  Tak  właśnie

muszę myśleć i wszystko będzie w porządku.

Nie nawiedziły jej już żadne koszmary, ale i tak obudziła się rano z uczuciem żalu, 

że  Margo  Holloway  przyćmiła  trochę  radość  wczorajszej  nocy.  Tess  koniecznie 
musiała pozbyć się tej morderczyni ze swoich snów. To, co działo się między nią i 
Lukiem było zbyt piękne, żeby miał je zniszczyć duch z przeszłości.

Szybko  wzięła  prysznic  i  ubrała  się.  Zadzwoniła  do  Gladys,  żeby  poprosić  ją  o 

zorganizowanie spotkania z Margo i wreszcie zeszła na dół niepewna, co przyniesie 
dzień, jak postępować z Lukiem. Niepewna nawet tego, czego pragnęła.

Niepewność minęła, kiedy zbliżyła się do końca schodów.
Luke stał w holu i patrzył na nią głodnymi zielonymi oczyma. Serce zaczęło jej 

walić jak oszalałe, a mózg przestał funkcjonować.

98

background image

-

Luke - odezwała się nieświadoma tego faktu.

-

Tess - powiedział zduszonym głosem, biorąc ją w ramiona.

Jej  piersi  przylgnęły  do  szerokiego  torsu.  Zaczął  ją  całować  nienasycenie, 

pożądliwie... cudownie.

Czuła się jak kartka papieru obok szalejących płomieni, które ją ogarniały.
Wspięła się na palce, by móc połączyć swój ogień z jego ogniem. Zażądał dostępu, 

więc niecierpliwie rozchyliła usta, wydając cichy jęk, gdy zaczął intymną penetrację. 
Drżała  w  jego  ramionach,  które  przytulały  ją  tak  mocno,  że  mogła  poczuć  jego 

napiętą męskość. To było wspaniałe.

Z  westchnieniem  wyplątała  się  z  jego  ramion  i  odsunęła.  Z  trudem  łapała 

powietrze.

- To był jeden z trzech razy - powiedziała wreszcie.
Luke  uśmiechnął  się  do  niej.  Wszelkie  obawy,  które  czaiły  się  w  jego  oczach, 

zostały rozwiane.

-

Żadnego  żalu?  Żadnego  chłodnego  stwierdzenia,  że  musimy  być  rozsądni?  -

zdziwił się.

-

Oszalałeś? - spytała Tess z założonymi rękoma.

-

Pewnie - odparł Luke, całując ją delikatnie raz, a potem drugi. - Muszę iść do 

pracy.

-

Założę się, że mówisz to wszystkim dziewczynom. Uśmiechnął się 

zadowolony.

-

Widzę, że od razu złapałaś, o co chodzi.

-

Szybko się uczę- odparła skromnie Tess.

Luke pocałował ją raz jeszcze i chichocząc skierował się do wyjścia.
Z westchnieniem  szczęścia Tess weszła do jadalni, gdzie  Hodgkins  powitał ją 

lodowatym wzrokiem i poinformował, że Jane zjadła śniadanie w swoim pokoju i 

za chwilę zejdzie.

-

Dla  pani  jak  zwykle  gorąca  czekolada?  Tess 

zastanowiła się.

-

Nie, dziś nie. Mam ochotę na szklaneczkę lemoniady.

-

Słucham?

- Lemoniada.  To  taki  napój.  Robi  się  go  z  cytryn.  Poproszę  też  tosty

i jajecznicę.

Hodgkins wyszedł z jadalni, a Tess zasiadła do stołu. Chwilę później Hodgkins 

wszedł dostojnie, niosąc telefon.

- Dzwoni  doktor  Weinstein  -  poinformował  bez  cienia  emocji.

Jego maniery z dnia na dzień były coraz lepsze.

Tess wzięła słuchawkę i poczekała, aż służący wyjdzie.
-

Witaj, Maks - powiedziała, gdy była pewna, że została sama. - O co chodzi?

-

Musimy pogadać, ty idiotko. Natychmiast!

99

background image

Szczęście prysło jak banka mydlana. Strach zastąpił wszystkie uczucia. Znała ten 

ton głosu. W dzieciństwie zawsze oznaczał bicie.

-

Hm, przykro mi, ale Jane zabiera mnie dziś ze sobą do biura.

-

Spotkasz się ze mną natychmiast albo przyjadę tam osobiście i sam porachuję 

ci kości. Wybieraj!

-

Cóż, jeśli moje zdrowie jest w takim niebezpieczeństwie, zaraz przyjadę - odparła 

Tess. Odłożyła słuchawkę i przez chwilę bębniła w nią palcami.

I  tak  skończył  się  świat  widziany  na  różowo.  Czuła,  jak  powraca  jej  dawna 

maska, a wraz z nią obojętność.

Hodgkins postawił na stole tacę ze śniadaniem. Tess popatrzyła na jedzenie. Nie 

miała  apetytu.  Sama  myśl  o  jedzeniu  przyprawiała  ją  o  mdłości.  Ale  podczas 
spotkania z Bertem musi mieć dużo siły. Zmusiła się do przełknięcia jajek i połówki 
tosta. Zimna lemoniada podziałała zbawiennie na jej skołatane nerwy.

Tess  wstała  i  ruszyła  na  drugie  piętro  do  apartamentów  Jane.  Spotkały  się  w 

połowie drogi.

-

Tu jesteś, moja droga - powiedziała Jane. - Hodgkins mówił, że miałaś telefon 

od doktora Weinsteina.

-

To  prawda  -  Tess  miała  w  zanadrzu  gotowe  kłamstwo.  -  Jeden  z  pacjentów 

załamał się podczas wyjazdu do Seattle i Maks musi tam lecieć dziś wieczorem. Chce 

się spotkać przed wyjazdem, żeby się upewnić, czy u mnie wszystko w porządku.

-

Jaki troskliwy - skwitowała Jane. - W takim razie spotkajmy sięu mnie w biurze 

za dwie godziny. Zapraszam cię na lunch.

-

Doskonale, Jane. Przepraszam za zmianę planów.

-

Nie  ma  o  czym  mówić  -  odparła  Jane,  całując  ją  w  czoło.  Tess  niemal 

podskoczyła.

-

Idziemy? - Jane zaoferowała jej ramię.

Tess wzięła Jane pod rękę, chociaż miała ochotę zwiać gdzie pieprz rośnie. Jane 

wciąż wymuszała poufałe gesty i to wyprowadzało Tess z równowagi. Czy był to jakiś 

test, który tak jak badania lekarskie miał na celu przyłapanie jej na najdrobniejszym 
fałszywym  ruchu?  Jane  nie  sposób  było  oszukać.  Mogła  być  postrachem  dla 
przeciwników.

Czy Tess była jej celem? „Nikt i nic nie jest bezpieczne".
Chciało jej się płakać. Po raz kolejny musiała wrócić do starych zachowań. Tak, 

jakby cud ostatniej nocy nigdy się nie wydarzył.

Weszły do garażu i wsiadły do samochodów: Jane do mercedesa 500E, a Tess do 

wolniejszego  mercedesa  190E.  Zmusiła  się,  by  wesoło  pomachać  Jane  na 

pożegnanie,  a  następnie  pokonała  godzinną  drogę  do  mieszkania Weinsteina  w 
czterdzieści minut.

100

background image

Dwie  godziny  później  szła  z  Jane  i  monsieur  Antoine'em  Giracault  na  lunch. 

Wymazała  z  pamięci  nieprzyjemne  spotkanie  z  Bertem  i  skoncentrowała  się  na 

swojej roli.

Nie była kochanką Luke'a, była złodziejką i nikim więcej. Bert postawił sprawę 

jasno:  albo  on,  albo  Luke.  Bert  był  w  stanie  zniszczyć  ją  fizycznie,  Luke  zaś 
psychicznie. Żaden wybór nie był dobry. Możliwości Berta już znała, lecz nie miała 
pojęcia,  czy  zdołałaby  przeżyć  psychiczne  ciosy  zadane  przez  Luke'a.  Mając  do 

wyboru zło znane i nieznane, Tess wybrała Berta, robotę i to, kim była do tej pory. 
W jej duszy po raz kolejny zapanował mrok.

Zatłoczona, głośna restauracja była dokładnie tym, czego Tess potrzebowała, żeby 

na dobre wrócić do rzeczywistości. Całą uwagę skupiła na Jane i na siedzącym z 
nimi mężczyźnie. Antoine Giracault był jednym z najlepszych na świecie ekspertów 

w  dziedzinie  sztuki,  chociaż  zaledwie  przekroczył  czterdziestkę.  Przez  pięć  minut 
przyglądał  się  domniemanemu  obrazowi  Vermeera  i  ku  zaskoczeniu  wszystkich 
pracowników stwierdził, że jest to praca Shively. Koniecznie chciał zjeść lunch z Tess, 

żeby  dowiedzieć  się  czegoś  więcej  na  temat  jej  zaskakującej  znajomości  tematu. 
Jane także miała ochotę wyciągnąć od niego trochę informacji.

Tess  zdawała  sobie  sprawę,  że  Jane  nie  bez  powodu  oprowadziła  ją  po  całym 

imperium Cushmanów i przedstawiła swoim pracownikom. To był kolejny test, jak 
Tess  poradzi  sobie  w  naturalnym  dla  Elizabeth  środowisku.  Jak  będzie 

funkcjonować  między  ludźmi?  Czy  będzie  w  stanie  przejąć  to  imperium,  jeśli 
rzeczywiście okaże się Elizabeth? Dla Tess płynął z tego jeden wniosek: Jane była 
bliska  przekazania  jej  i  Bertowi  wszystkiego,  o  co  im  chodziło.  Tess  nie  była  już 

kochanką Luke'a. Była oszustką kończącą pomyślnie robotę swego życia.

Przy pierwszym daniu oboje z monsieur Giracault krytykowali pewnego fanatyka 

obrazów Rubensa. Człowiek ten, ignorując wszelkie ostrzeżenia Giracault, zakupił w 

ubiegłym  roku  ogromne  i  bardzo  drogie  płótno  Shively.  Gdy  Tess  zabrała  się  do 
swojej  lazanii,  Jane  rozpoczęła  dyskusję  o  podrabianych  stylowych  meblach, 

amerykańskich  impresjonistach  i  francuskich  manuskryptach.  Momentami  Tess 
czuła, że rozmowa ją przerasta, ale potrafiła doskonale lać wodę.

-

Jak to możliwe - spytał monsieur Giracault, patrząc Tess głęboko w oczy, jak 

to miał w zwyczaju - że taka znawczyni sztuki nie cierpi Picassa?

-

To nie tak - zaprotestowała Tess. - Podoba mi się Guernica, ale nie przepadam 

za Akordeonistą. Chyba że kryje w sobie jakieś trudne do odczytania przesłanie. Mnie 
po prostu bardziej fascynuje piękno niż czysta technika.

-

Czysta  technika?  - oburzyła  się  Jane.  Tess  z  przyjemnością  umilkła  i 

pozwoliła Jane mówić ojej ulubionym artyście.

Jednak  w  połowie  lunchu  i  wywodu  Jane  zaczęło  jej  się  wydawać,  że Antoine 

(nalegał, by tak się do niego zwracać) flirtuje z nią otwarcie. Wcześniej

101

background image

była tak pochłonięta rozmową, że tego nie zauważyła. Przyjrzała się mężczyźnie, 

który od pierwszej chwili zachwycił ją swoją znajomością sztuki. Był nieco niższy od 

Luke'a i trochę szczuplejszy, a jego jasne włosy zaczynały się przerzedzać na czole. 
Miał  piękne  dłonie,  bystry  umysł  i  lekceważący  uśmieszek,  któremu  Tess  nie 

potrafiła się oprzeć. Nie był przystojny, ale był bardzo atrakcyjny, co nie uszło uwagi 
innych kobiet w restauracji.

Tess także to zauważyła, lecz było coś jeszcze. Miała przed sobą człowieka, który pod 

wieloma względami pasował do niej, do jej fascynacji i temperamentu, i zupełnie nie 
była  nim  zainteresowana,  chyba  że  jako  partnerem  w  rozmowie.  Pomyślała,  że  to 
bardzo dziwne. Tylko Luke sprawiał, że krew w jej żyłach zaczynała pulsować, nawet 

wtedy, gdy chciał ją wsadzić do więzienia. To jego pragnęła, a nie dużo bardziej do niej 
pasującego Antoine'a Giracault.

Na szczęście, Antoine i Jane wyrwali jąz tych ryzykownych porównań, domagając się, 

by powiedziała co myśli na temat Poussina, Flauberta i Marii Callas.

Przyszło jej to z łatwością, bo świat Jane zaczynał ją coraz bardziej fascynować. 

Po  lunchu  Antoine  niechętnie  się  pożegnał,  a  Jane  raz  jeszcze  zabrała  Tess  do 
swojego  imperium,  które  ją  oczarowało.  Chciała  poznać  każdy  zakątek.  Miała 
wrażenie,  że  to  sklep  ze  słodyczami,  a  ona  ma  znów  sześć  lat.  Wszystko  tu  było 

piękne. Nie była w stanie zadać wszystkich pytań, które przychodziły jej do głowy. 
Każda minuta sprawiała jej tyle radości.

Nawet  robota  papierkowa  była  interesująca,  bo  kryła  się  za  nią  jakaś  waza, 

okazały dywan albo wspaniały Delacroix. Po raz drugi w ciągu ostatnich dwóch dni 
Tess odnalazła miejsce, do którego niepodzielnie należała.

Wracając  wieczorem  do  rezydencji  Cushmanów  pomyślała,  że  to  prawdziwa 

ironia losu. Kiedy wreszcie udało jej się znaleźć coś, co ją pochłaniało i sprawiało 
ogromną radość, wiedziała, że nic z tego nie będzie. Jeśli zrobi to, czego się podjęła i 

Jane pozna prawdę, Tess z pewnością dostanie wilczy bilet na wszystkie aukcje nie 
tylko w kraju, ale pewnie i w Europie. Nie będzie mogła znaleźć żadnej pracy, nawet 

przy temperowaniu ołówków.

Wjechała do garażu za Jane, zaparkowała obok i weszła do domu.
-

Lepiej się pospiesz i przebierz do kolacji - powiedziała Jane, gdy znalazły się w 

holu. - Luke powinien wrócić lada moment.

-

Dobrze  -  odparła  Tess,  na  próżno  usiłując  ukryć  rumieniec.  Wbiegła  po 

schodach, zdając sobie sprawę, że Jane wciąż na nią patrzy.

Przejrzała  w  rozpaczy  garderobę.  Nie  miała  co  na  siebie  włożyć.  Ta  myśl  ją 

zaskoczyła. Wisiały tu wszelkie możliwe ciuchy, a ona nie miała w co się ubrać? Z 
niedowierzaniem  kręciła  głową.  Miała  mnóstwo  ubrań,  ale  żadne  nie  było  dość 

atrakcyjne dla Luke'a ani dość mocne, żeby uchronić ją przed jego przeszywającym 
spojrzeniem. Z westchnieniem wzięła do ręki pierwszą lepszą suknię wieczorową. 
Skrzywiła się niezadowolona.

102

background image

Nie miała ochoty poddawać się stereotypowi, według którego kobieta ubiera się 

dla mężczyzny. On nie jest moim kochankiem, tylko przeszkodą

na drodze do celu - przypomniała sobie. Trwając w tym postanowieniu, wło-
żyła  czekoladową  suknię  i  dobrane  do  niej  buty,  a  następnie  zasiadła  przy 

toaletce, czesząc włosy. Spędziła przed lustrem nieco więcej czasu niż zwykle, 
starając  się  doprowadzić  do  porządku  niesforne  kosmyki.  Kiedy  zdała  sobie 
sprawę z tego, co robi, pokazała sobie język.

-

Głupia  —  mruknęła  do  siebie.  Zeszła  do  jadalni,  gdzie  natychmiast  na-

potkała  gorące  spojrzenie  Luke'a.  Sparaliżowana  patrzyła,  jak  zbliża  się  do 

niej  niczym  lew  do  swojej  ofiary.  Jej  mózg  przestał  zupełnie  funkcjonować, 
gdy zobaczyła głód w jego oczach. Doznawała czegoś podobnego; czuła ogień w 
zakończeniach wszystkich swoich nerwów.

-

Chodź do mnie - powiedział i pochwycił ją w ramiona, całując namiętnie. 

Z jękiem uświadomiła sobie, jak bardzo czekała na to  cały dzień, jak bardzo 
tego pragnęła, jak bardzo go jej brakowało. Bez wahania odrzuciła podszepty 
zdrowego rozsądku i niecierpliwie oddawała pocałunki. Bert mógł się mścić. 

Jeśli  niebezpieczeństwo  ma  tak  słodki  smak,  z  przyjemnością  się  na  nie 
zdecyduje.

Kiedy  wreszcie  zabrakło  im  powietrza,  oderwali  od  siebie  usta,  wciąż 

jednak stykali się czołami.

-

Miałeś ciężki dzień? - spytała Tess, gdy tylko zaczerpnęła powietrza.

-

Długi - mruknął Luke. - Bardzo, bardzo długi.

Słysząc  Jane,  która  rozmawiała  z  Hodgkinsem  w  holu,  szybko  odskoczyli 

od siebie i zajęli miejsca po przeciwnych stronach stołu.

Gdy Jane weszła do jadalni, Tess była pochłonięta rozkładaniem serwetki, 

ale  czuła,  że  Jane  nie  dała  się  oszukać.  Pochwalała  czy  potępiała  to,  co  się 
działo?  Miała  wątpliwości,  co  do  pobudek  Tess,  czy  też  w  ogóle  jato  nie 

obchodziło?

Przez całą kolację  Tess  zmuszała się do  udziału  w niewinnej konwersacji, 

przyjmując  największe  wyzwanie  swego  życia.  Na  nic  zdadzą  się  jej 

zaprzeczenia,  była  kochanką  Luke'a,  dlatego  jej  życiu  groziło  niebezpie-
czeństwo.

Bert  był  już  i  tak  na  granicy  wytrzymałości  nerwowej  z  powodu  tempa, 

które narzuciła Jane przy podejmowaniu decyzji w sprawie Tess. Świadczyła o 
tym poranna pogawędka z nim. Jeśli spostrzeże, że popełniła błąd z powodu 

Luke'a, to swoją wściekłość wyładuje na niej. Tess wiedziała, co Bert  potrafi 
zrobić  z  człowieka  gołymi  rękami  i  zadrżała  na  samą  myśl  o  tym.  Zdawała 
sobie sprawę,  że będzie  mu  szczególnie przyjemnie pastwić  się nad nią,  jeśli 

uzna, że zepsuła mu największą robotę jego życia.

Śmiech  Luke'a  przyprawił  Tess  o  ciarki  i  po  raz  pierwszy  tego  wieczoru 

naprawdę mu się przyjrzała.

Siedział wygodnie, rozluźniony, z kieliszkiem wina w dłoni i śmiał się z 

103

background image

jakiegoś pieprznego dowcipu Jane. Tess uderzyło, że był jakiś inny. Coś się w nim 
zmieniło,  tylko  co?  Nagle  spojrzał,  jakby  zapraszał  ją  do  przyłączenia  się  do

zabawy. Wtedy znalazła odpowiedź na swoje pytanie. Jego oczy straciły swój chłód. 
Był otwarty, wesoły, ale nie bezbronny, bo Luke Mansfield należał do najczujniejszych 

stworzeń na świecie. Stał się jednak bardziej... urny i delikatny.

Mur, którym dotychczas odgradzał się od Tess, runął na dobre zeszłej nocy. A jej 

własny mur?

Uśmiechnęła  się  nieśmiało,  przysłuchując  słownemu  pojedynkowi  między 

Lukiem i Jane.

No jasne. Luke tak na nią działał - rozbudzał spojrzeniem, rozpalał śmiechem - że 

jej własna tarcza obronna zamieniła się w drobny pył. Nieważne, że Bert usiłował 
jąporządnie  nastraszyć.  Nie  zamierzała  rezygnować  z  miłości  do  Luke'a.  Musiała 

zdecydować się na największy skok życia. Musiała uwierzyć, że ten człowiekjej nie 
skrzywdzi, że jego słowa i pieszczoty nie są grą. Musiała uwierzyć, że uda jej się jakoś 
uniknąć gniewu Berta.

-

Co powiesz na spacer po ogrodzie różanym? - Luke stał obok, uśmiechając się 

ciepło i znacząco.

-

Z przyjemnością- odparła zadowolona, podając mu dłoń i ignorując zdziwione 

spojrzenie Jane.

Rozdział dwunasty

Upał  letniego  dnia  wreszcie  zelżał.  Wieczorne  powietrze  było  chłodniejsze  i 

świeże. Przesycone zapachem róż i chórem świerszczy. Tess
szła obok Luke'a, trzymając go pod rękę. Pomyślał, że tak właśnie wygląda

szczęście.

Pokręcił głową nad samym sobą. Zerwał z dotychczasowym życiem.
Na  rzecz  czego  -  nie  wiedział.  Ale  był  inny,  cały świat  był  inny  i  to wszystko za 

sprawą utalentowanej oszustki, która z zadowoleniem kroczyła u jego boku. Nie było to 
rozsądne  ani  łatwe  do  wytłumaczenia.  Ale  Luke  czuł  się szczęśliwy,  naprawdę 
szczęśliwy po raz pierwszy w życiu i nie miał zamiaru z tego rezygnować. Nie mógł z 

tego zrezygnować.

-

Jak tam spotkanie z wielkim Giracault? - spytał, przerywając ciszę.

-

Pouczające i bardzo miłe - odparła Tess bez zastanowienia. - Jego poglądy 

są niezwykle interesujące.

-

Nigdy nie lubiłem Francuzów - powiedział Luke z groźną miną.

-

A kogo lubisz? - roześmiała się Tess.

- Ciebie.

Poczuł, że zadrżała.

- To niemądre, Mansfield. Wybrałeś niewłaściwie. Wcześniej czy później spotka 

cię rozczarowanie.

104

background image

-

Mówisz o czymś, o czym nie masz pojęcia - stwierdził Luke. - Nie miałaś ani 

rodziny, ani przyjaciół, ani kochanków. Co możesz wiedzieć o uczuciach?

-

Niewiele - zgodziła się Tess. - Ale to dotyczy także ciebie.

-

Wręcz  przeciwnie,  moja  droga.  Ja  byłem  zaręczony.  Mam  rodzinę  i 

przyjaciół. Miałem nawet kochanki.

-

To gdzie się podziały? - wypaliła Tess. - Z Jennifer rozstałeś się dwanaście lat 

temu, Ellen Monroe porzuciłeś dziewięć lat temu, a przed pięcioma laty wykołowała 

cię  niejaka  Margo  Holloway.  Żadna  inna  kobieta  nie  cieszyła  się  dłużej  twoim 
zainteresowaniem.

-

No, no, no, widzę, że przeprowadziłaś śledztwo na mój temat - oświadczył Luke z 

podziwem.  Był  zaintrygowany.  Dlaczego  interesowała  się  jego  przeszłością?  1 

czemu się do tego przyznała?

-

Przyjaciele  nie  odwiedzają  cię  tutaj  -  ciągnęła  Tess.  -  Rodzina  też  się  nie 

pojawiła. Przyznaj, Luke, że jesteś takim samym outsiderem jak ja.

-

Jane zawsze twierdziła, że mamy ze sobą wiele wspólnego.

-

Myliła się.

-

No, nie wiem. - Luke przystanął, aby musnąć palcami jej satynowy policzek. 

Zachwyciło  go,  że  zadrżała.  -  Jesteśmy  oboje  dobrzy  w  tym,  co  robimy,  mamy 

podobne temperamenty, uwielbiamy się sprzeczać, uwielbiamy się kochać i oboje do 
tej pory stroniliśmy od wszelkich uczuć.

-

No  dobrze  -  przyznała  Tess  nie  bez  oporów.  -  Może  i  mamy  coś  tam  ze  sobą 

wspólnego.  Mogę  zrozumieć  twoją  awersję  do  kobiet  po  tym,  jak  zostałeś 

potraktowany przez Okropną Trójcę, ale dlaczego stronisz od rodziny?

-

Jest między nami konflikt interesów - powiedział Luke z nutą żalu w głosie. 

Rodzina była dla niego tak samo czułym punktem, jak amnezja dla Tess.

-

Nam to nie przeszkodziło - zauważyła Tess.

Luke uśmiechnął się i poprowadził ją wzdłuż głównej żwirowej alejki ogrodu.
- Może nasz konflikt nie był tak duży, jak nam się wydawało.
-

Może podobnie jest z twoim konfliktem rodzinnym. -Tess...

-

Luke...

Nie zdołał powstrzymać chichotu.
- Dobrze  już,  dobrze.  Moi  rodzice  są  ludźmi,  którzy  przywiązują  wagę

do  właściwego  ubioru,  właściwych  przyjaciół,  spędzania  wakacji  we  właściwych 
miejscach  i  ślubu  z  odpowiednią  dziewczyną.  Koniecznie  chcieli,  żeby
ich dzieci powielały ten schemat.

- I co, zmuszali was do tego?
- Codziennie.  Nie  liczyło  się,  że  lubiłem  hotdogi  i  chciałem  umawiać

się z fankami naszej drużyny. To był dyshonor dla Mansfielda i za karę wysłali

105

background image

mnie  do  męskiej  szkoły  z  internatem.  Miałem  się  poprawić  i  nie  demoralizować 
rodzeństwa.  Nie  spełniałem  ich  oczekiwań  jako  najstarszy  syn  i  to  ich 

wyprowadzało z równowagi.

-

Ale mimo to kochali cię.

-

Tak - powiedział Luke, patrząc w gwiazdy. - Na swój specyficzny sposób kochali 

mnie i nadal kochają.

-

Czasami - powiedziała cicho Tess - rodziny nie są takie, jak byśmy chcieli.

-

To prawda - zgodził się Luke. - Od najwcześniejszego dzieciństwa wpajano mi, 

że należę do rodziny Mansfieldów i jako jeden z nich powinienem być taki a taki i 

robić  to  a  to.  Moje  życie  miało  biec  wzdłuż  prostej  linii,  którą  mi  wyznaczono. 
Buntowałem się przy każdej okazji, ale w końcu robiłem to, co mi kazano. Z powodu 

jakiegoś głupiego poczucia winy... Nie chciałem  nawet  zostać  prawnikiem,  chociaż 
tego  oczekuje  się  od  najstarszego  syna.  Za  nic  w  świecie  nie  chciałem  iść  do 
Harvardu. Śmieszna sprawa, bo kiedy się tam znalazłem, okazało się, że uwielbiam 

prawo.  Marzyłem  o  tym,  by  zostać  obrońcą  biednych  i  uciśnionych,  walczyć  o 
prawdę i sprawiedliwość. Mało brakowało, a naprawdę bym się tym zajął.

-

Zamiast tego skończyłeś w firmie Mansfield i Roper.

-

Najstarszy syn zawsze przejmuje interesy rodzinne - westchnął Luke.

-

Ohyda.

-

Właśnie.

-

Zastanówmy  się  -  powiedziała  Tess.  -  Rodzice  wysłali  cię  do  odpowiedniej 

szkoły,  następnie  przejąłeś  interesy  rodzinne  i  jeszcze  spotykasz  się  z  córkami 
znajomych twoich rodziców. A więc długo już grasz rolę posłusznego syna. Luke, masz 

trzydzieści pięć lat. Możesz żyć tak, jak ci się podoba.

Luke zachichotał. - I robię to.
- Ale pracujesz w Mansfield i Roper.
- Już niedługo.

Tess zatrzymała się.

-

Ty  coś  knujesz.  Widzę  to  po  twojej  zadowolonej  minie.  Co  chcesz  zrobić, 

Ponuraku?

-

Będziesz się śmiać.

-

Nie będę.

-

Powiesz, że jestem sentymentalny.

-

Nigdy nie użyłabym tego określenia w stosunku do ciebie.

Luke  znów  zachichotał.  Tess  potrafiła  dowartościować  mężczyznę  i  to  bez 

wielkiego wysiłku.

- No  dobrze.  Zamierzam  otworzyć  kancelarię  w  tej  dzielnicy  Brookly

nu,  która  ma  wybitnie  złą  sławę.  Chcę,  żeby  ludzie  stamtąd  wiedzieli,  że

prawo może być od czasu do czasu po ich stronie.

106

background image

Tess spojrzała na niego.
-

Chyba za często oglądałeś Robin Hooda... ale myślę, że to najlepsza rzecz, 

jaką mogłeś zrobić.

-

Jedna  z  najlepszych  -  poprawił  Luke.  Był  zdziwiony,  jak  bardzo  go 

uszczęśliwiła swoją opinią.

-

Cały  brud  świata  w  promieniu  dwóch  przecznic  -  mruknęła  Tess.  -

Będziesz miał więcej spraw, niż Harvard potrafi sobie wyobrazić.

-

Właśnie - przyznał Luke z najwyższą satysfakcją.

-

Kiedy się przenosisz?

-

Za dwa miesiące.

-

Cóż…

-

Co na to twoja rodzina?

-

Nie powiedziałeś im? Luke zaczerwienił się.

-

Przecież  sama  zauważyłaś,  że  nie  odwiedzili  mnie  tutaj.  Poza  tym  na 

rezerwację w restauracji „Twilight" czeka się tygodniami.

-

Knujesz coś, Mansfield.

Podobało mu się, że potrafiła go tak łatwo rozszyfrować.
-

Żeby nie wiem jak się wściekli i oburzyli na tę wiadomość, żaden Mansfield 

nigdy  nie  posunie  się  do  urządzenia  publicznej  sceny  w  jednej  ze  swoich 
ulubionych restauracji.

-

Bardzo sprytnie - pochwaliła Tess.

-

Dzięki - odparł  Luke z  uśmiechem. - A jakie  ty masz plany? Zamierzasz 

poprowadzić dom aukcyjny?

-

Jeśli okaże się, że jestem Elizabeth Cushman, to tak. A jeśli okaże się, że 

jestem tylko zwykłą Tess Alcott, nie wiem, co zrobię. - Wzruszyła ramionami. -
Pewnie  znajdę  sobie  nowego  psychiatrę,  bo  jeśli  nie  jestem  Elizabeth  to 

znaczy, że Maks wszystko wymyślił. Chyba będę pracować dla ŚBŚ, dopóki nie 
znajdę czegoś lepszego.

-

A co będzie z nami?

-

Z nami? - zająknęła się Tess. - Możemy mówić o „nas"?

-

Pojęcie  „kochankowie"  zakłada  właśnie  coś  takiego  -  poinformował  ją 

Luke.

- Aha.
Musnął palcami jej alabastrowy policzek.
-

Gnębią cię jakieś myśli?

-

Sto myśli - odparła Tess.

-No to przebiłaś mnie o jakieś siedemnaście. Tess parsknęła śmiechem.
- A niech to, jesteśmy do siebie świetnie dopasowani, prawda?

- Świetnie  -  zgodził  się  Luke.  -  A  więc,  co  z  nami  będzie?

Spojrzała na niego z powagą w błękitnych oczach.

107

background image

-

Luke,  nie  mam  pojęcia,  co  przyniesie  jutro,  nie  mówiąc  już  o  kolejnych 

dniach. Wszystko  dzieje  się tak  szybko,  świat  wokół  nas ciągle się  zmienia i 
czuję się tym trochę... oszołomiona.

-

Nie ty jedna.

Tess zaskoczyła Luke'a, gwałtownie przytulając się do niego.

- To dobrze - powiedziała, obejmując go ramionami i przytulając policzek 

do jego piersi. - Nie chcę przechodzić przez to sama.

Była taka cudowna! Pocałował ją w czubek głowy, potem w ucho, potem w 

policzek... -Luke? -Hm?

-

Jesteśmy obserwowani.

-

Przez kogo?

-

Przez ludzi Baldwina, rzecz jasna.

Luke spojrzał na nią i uśmiechnął się szeroko.
-

Znam tu taką altankę, do której nie zajrzą żadne lornetki.

-

Och! - westchnęła, gdy wargami zaczął pieścić gładką skórę jej szyi.

-

Wyobrażałaś sobie kiedykolwiek kochanie się w ogrodzie różanym?

-

My naprawdę tracimy rozum - westchnęła, tuląc się do niego.

Następnego ranka Luke zdecydował, że musi być rozsądny. Kochanie się z 

Tess to jedno, ale czy powinien jej bezgranicznie wierzyć?

Kiedy jednak weszła rano do jadalni z cieniami pod oczami, które wydawały 

się jeszcze większe i bardziej niewinne, Luke zrozumiał, że nie ma szans.

Pochwycił Tess w ramiona i pocałował z namiętnością, która obudziła się w 

nim ostatniej nocy. Nie przestawał jej całować tak długo, aż odezwał się alarm 
w jego zegarku. Choć /i wtedy trudno mu było się od niej oderwać.

-

Jedno z nas - szepnęła - musi nauczyć się nad sobą panować.

-

Czuję  się  tak,  jakbym  ciągle  był  pod  wpływem  jakiegoś  narkotyku  -

wyznał Luke.

Roześmiała  się  i  wtedy  zdał  sobie  sprawę,  jak  bardzo  podoba  mu  się  jej 

śmiech. Lubi rozśmieszać i chłonąć jej śmiech. Ten śmiech był prawdziwy, tak 

jak jej pocałunki, a do tego niesamowicie zaraźliwy.

Godzinę później wszedł do biura, czując wciąż słodki smak ust Tess i nucąc 

sobie  w  duchu.  Nie  przerwał  tego  nucenia  ani  na  widok  Carol,  która  z 
ołówkiem  za  uchem  taszczyła  do  swojego  gabinetu  stos  książek,  ani  gdy 
Harriet,  jego  prawie  sześćdziesięcioletnia  sekretarka,  pomachała  mu  przed 

nosem plikiem pozostawionych  dla niego wiadomości. Wziął do ręki  różowe 
kartki,  uśmiechając się przy tym  i  chwaląc  Harriet za postawienie  kolejnego 
kwiatka  na  zagraconym  już  wcześniej  biurku.  Wszedł  do  swego  gabinetu  i 

opadł na fotel z uczuciem zadowolenia.

108

background image

Otworzył szufladę w biurku i wyciągnął dwie fotografie, które pokazał Barbarze 

Carswell.  Pierwsza  była  powiększeniem  policyjnego  zdjęcia  zrobionego,  gdy  Tess 

miała dziesięć lat i została aresztowana za okradanie sklepów. Jej twarz, była ponura, 
a  w  oczach  miała  przerażenie.  W  przeciwieństwie  do  twarzy  oczy  wyrażały 

prawdziwe uczucia. Tak, jak i teraz. Potrafiła doskonale maskować uczucia, ale oczy 
od czasu do czasu ją zdradzały. Można z nich było wszystko wyczytać, przynajmniej 
on to potrafił.

Spojrzał  na  drugie  zdjęcie  zrobione  przez  ludzi  Leroya.  Stała  w  oknie  sypialni 

Elizabeth, spoglądając na ogród, ale nie widziała ani pięknych trawników, ani drzew. 
Zdawała się patrzeć na coś ponurego i przygnębiającego, coś, co płynęło z jej serca 

lub pamięci. Wyglądała na całkowicie sparaliżowaną i zupełnie... zagubioną.

Luke dobrze znał to uczucie. Przez tyle lat czuł się zagubiony, że gdy odnalazł 

siebie  na  nowo,  takiego  jakim  był,  czy  też  jakim  powinien  być,  czuł  się  zupełnie 

zszokowany. Choć Tess starała się panować nad swoim zachowaniem, nie udało się 
jej  ukryć  tych  krótkich  chwil  szczerości,  gdy  stała  w  oknie  sypialni,  gdy  się 

całowali i kochali.

Luke  zadrżał  na  to  cudowne  wspomnienie.  Wiedział,  że  kiedy  trzymał  Tess  w 

swoich ramionach, panowała między nimi absolutna szczerość. Dopiero teraz, gdy 

tego doświadczył, mógł się przed sobą przyznać do rozmiarów rany, którą przez tyle 
lat nosił w sercu. Sam zresztą rozdrapywał tę ranę, obarczając się winą za Jennifer, 
Ellen i nawet Margo.

Przejął  od  swoich  rodziców  więcej,  niż  mu  się  wydawało.  Mansfield nigdy nie 

okazuje słabości. Mansfield nigdy nie zachowuje się niewłaściwie. Mansfield nigdy 

nie żyje naprawdę.

Ale  on  żył  naprawdę.  Czuł,  że  żyje  pełnią  życia,  od  kiedy  spotkał  Tess  na swojej 

drodze.  A  kiedy  zaczął  żyć,  współczuł  człowiekowi,  jakim  był  dotychczas.  Ktoś 

powinien był mu pomóc znieść ból, strach i poczucie winy, jakie nosił w sobie od lat. 
Ale nikt tego nie zrobił. Może to Tess Alcott zjawiła się, by zmienić jego życie?

Luke  raz  jeszcze  spojrzał  na  zdjęcia  przedstawiające,  zdaniem  większości  ludzi, 

zatwardziałą kryminalistkę. Ale on wiedział lepiej. Tess Alcott była bardzo twarda na 
zewnątrz, ale w środku to słodka bita śmietana. Na jego ustach pojawił się dziwny 

uśmieszek. Możliwe, że właśnie znalazł długo poszukiwaną kobietę swego życia.

Zamrugał oczami.
Dobry Boże. Po raz pierwszy od pięciu lat jego serce zwyciężyło nad rozumem. 

Kochał Tess.

- Co za głupota... - zaczął.
Poprzedniego  dnia  dzwonił  Leroy  i  oznajmił,  że  jest  bliski  udowodnienia,  iż 

Weinstein to oszust. A jeśli Weinstein okaże się oszustem, Tess także jest oszustką, 
bez względu na to, co sądzi Jane.

109

background image

A mimo to kochał Tess. Kochał ją na przekór wszystkiemu! Co będzie, jeśli 

razem z Leroyem odkryją wszystkie tajemnice jej przeszłości? Czy wciąż będzie 

miał ochotę ją całować? Czy nadal będzie ją kochał? Czyjego serce pozostanie 
niezmienne?

-A niech to! - mruknął. Jakim cudem wpakował się w to wszystko?
Pamiętał  jej  uroczy  śmiech,  błyskotliwą  inteligencję,  jej  cudowne  błękitne 

oczy, gniew, w który czasem wpadała, i jej gorące pocałunki.

-

Ona jest drugą połówką jabłka - szepnęło mu serce.

-

Świetnie, to wszystko wyjaśnia - mruknął. Nagle uśmiechnął się szeroko. 

Do  licha.  Zakochał  się  i  było  mu  z  tym  dobrze.  Czy  chcieli  tego,  czy  nie, 
pasowali  do  siebie  jak  ulał,  stanowili  idealną  parę.  Koniec  i  kropka.  Byli 

jednością.

Luke oparł się wygodnie. Teraz, kiedy wreszcie przyznał się, że kocha Tess i 

to od pierwszej chwili, gdy ją ujrzał, otworzył swoje serce i mógł poznać siebie 

naprawdę.  Współczuł  rodzicom,  że  mieli  tak  nudne  i  pozbawione 
niespodzianek  życie.  Był  nawet  gotów  przyznać,  że  ich  kocha.  Fakt,  że  Tess 

nie miała rodziny,  otworzył mu oczy na to, że jest szczęściarzem, należąc  do 
swojego niedoskonałego klanu.

Zdał  sobie  sprawę  i  z  tego,  że  od  lat  był  przywiązany  do  Harriet,  Carol  i 

nawet Rogera, swego wiecznie ponurego dyrektora. W końcu czuł także dumę 
ze  swojej pracy,  dumę, którą skrzętnie ukrywał, bo przecież nie  zajmował się 
tym, czym powinien. W jego duszy obudził się śmiech. Po wielu latach Luke

na nowo odkrył i poczuł, czym jest radość.

Mając trzydzieści pięć lat Luke Mansfield wreszcie dowiedział się, kim jest i 

czego pragnie.

Numer pierwszy na tej liście zajmowała Tess.
Zanim  zdołał  przywołać  się  do  jakiego  takiego  porządku  i  zająć  pracą, 

czego domagało się jego poczucie obowiązku, Harriet zawiadomiła go, że jakiś 
Leroy Baldwin chce się z nim natychmiast widzieć, mimo że nie był wcześniej 
umówiony.

Po chwili Leroy wszedł do gabinetu. Był to wysoki, doskonale zbudo^ wany 

czarnoskóry  mężczyzna  zbliżający  się  do  czterdziestki,  ubrany  nie-

zobowiązująco  w  koszulkę  polo  i  sportową  kurtkę.  Jedną  rękę  wyciągnął  do 
Luke'a na powitanie, w drugiej trzymał teczkę i kasetę wideo.

- Leroy, miło cię znowu widzieć - powiedział Luke z uśmiechem. - Siadaj i 

opowiadaj, co cię sprowadza z Bostonu w moje skromne progi.

Leroy westchnął i usiadł po przeciwnej stronie biurka.
- Wolałbym,  żebyś  nie  był  w  takim  świetnym  nastroju.  Nie  lubię  psuć 

ludziom humoru, szczególnie jeśli płacami bez zwłoki kosmiczne rachunki.

Luke  usiadł  i  przyjrzał  się  swemu  gościowi  czując,  że  ogarnia  go  we-

wnętrzny  chłód.  Miał  okropne  przeczucie,  że  historia  powtórzy  się  po  raz 

kolejny.

110

background image

-

O co chodzi? - zapytał.

-

Chcesz, żebym mówił bez znieczulenia?

-

Jeśli masz zarówno dobrą, jak i złą wiadomość, to najpierw poproszę

o dobrą.

Leroy westchnął.
-

Obawiam się, że wszystkie wiadomości są złe. Nie znaleźliśmy jeszcze tego Hala 

Marsha, ale udało nam  się namierzyć Violet. Naprawdę nazywała  się  Anna  Mae 

Smith. Od dawna już nie żyje.

-

Jak to?

-

Zamordowana  czternaście  lat  temu.  Policja  podejrzewała  jej  alfonsa,  ale 

niczego przeciwko niemu nie znaleźli. Teoretycznie był wystarczająco silny, żeby to 
zrobić. Została uduszona gołymi rękoma.

-

Mój  Boże  -  przeraził  się  Luke.  „Wywiozła  mnie  z  Miami  w  swoim  cadillacu, 

zostawiła  w  jego  posiadłości  i  zniknęła.  Koniec  historii".  Zniknęła.  Bert  już  o  to 
zadbał. I to był rzeczywiście koniec historii Anny Mae Smith.

Tess żyła z tym potworem?
-

Co jeszcze? - spytał.

-

Udało mi się rozszyfrować Weinsteina.

- Jak?  -

Luke  ledwo  mógł  usiedzieć  na  krześle.

Leroy uśmiechnął się tajemniczo.

- Dzięki  cudom  współczesnej  techniki.  Porozsyłałem  faksem  zdjęcia  i  odciski 

palców,  które  zdjęliśmy  z  jego  samochodu,  do  różnych  agencji  śledczych.  Trzy  z 
nich miały go w swoich aktach. Okazuje się, że doktor Weinstein istnieje naprawdę, 

tyle 

że 

to 

nie 

jest 

twój 

Weinstein. 

Są 

do 

siebie 

podobni.

Przynajmniej na tyle, że ludzie mogą ich mylić.

Otworzył teczkę i rzucił na biurko plik fotografii.
-

Prawdziwy doktor poleciał w zeszłym tygodniu na Antarktydę z poufną misją 

rządową. Niektórzy z naukowców biorących udział w trzyletniej wyprawie badawczej 

przechodzą załamanie psychiczne i Weinstein próbuje im pomóc. Nikt nie wie o jego 
misji, nawet żona. Ona spędza wakacje z synem i synową w Minnesocie myśląc, że 

mąż  bierze  udział  w  jakiejś  tajnej  europejskiej  konferencji  z  Rosjanami.  Dlatego 
twój oszust mógł korzystać z mieszkania i gabinetu Weinsteina.

-

Mój Boże - powiedział Luke. - Kimkolwiek jest ten mój Weinstein, musi mieć 

dobre układy, żeby dowiedzieć się takich rzeczy.

-

To  prawda  -  przyznał  Leroy,  wyciągając  z  teczki  kolejne  zdjęcia  i  podając  je 

Luke'owi. - Twój człowiek nazywa się Arnold Clifton. Często zmienia nazwiska i jest 
bardzo  niebezpieczny.  W  czasie  swojej  długiej  działalności  zajmował  się  wieloma 

rzeczami, od oszustw począwszy, a na prostytucji i przemycie kokainy skończywszy. 
Wiele wskazuje na to, że dokonał kilku morderstw. Jest tak dobry w swoim fachu, że 

nigdy go nawet nie aresztowano. Nigdy. To pierwsza liga, Luke, naprawdę.

111

background image

Luke zesztywniał.
-

A co go łączy z Tess?

-

Bałem  się,  że  o  to  zapytasz  -  przyznał  Leroy,  rozglądając  się  po  gabinecie.  -

Pozwolisz, że skorzystam z twojego wideo?

-

Oczywiście, a co tam masz?

-

Kazałem  moim ludziom śledzić go przez ubiegły tydzień -  powiedział  Leroy, 

wkładając kasetę do magnetowidu. - Przez cały ten czas był niezwykle ostrożny, aż 

do wczoraj. Miał gościa i po raz pierwszy nie zasłonił żaluzji. Dzięki temu moi ludzie 
mogli wszystko nagrać. - Leroy spojrzał na Luke'a. - Nie spodoba ci się to.

- Tess?
Leroy skinął głową.
- Przykro mi. Ona robi to, co Margo.

Ból przeszył serce Luke 'a niczym sztylet. Nie czuł niczego oprócz strachu.
- Obejrzyjmy.
Leroy włączył wideo i wrócił na miejsce. Luke pozostał na swoim fotelu czując, że 

robi  mu  się  niedobrze.  Na  ekranie  Arnold  Clifton,  alias  Maks  Weinstein, 
spacerował po wytwornie urządzonym mieszkaniu. Rozległo się trzykrotne pukanie 
do drzwi, potem krótka pauza i jeszcze dwa puknięcia. Clifton  otworzył  drzwi  z 

twarzą ściągniętą gniewem.

W progu stała Tess.
Clifton  złapał  ją  za  rękę  i  wciągnął  do  środka,  zatrzaskując  z  hukiem  drzwi 

wejściowe.

- Ty głupia, nieudolna suko! - wrzasnął na nią.

Twarz Luke'a wykrzywiła się z bólu.

Ale Tess zachowywała spokój.
- Co się stało, Bert? - spytała.

Bert?  Arnold  Clifton  to  Bert?  Jej  opiekun?  Alfons  i  prawdopodobnie  także 

morderca Violet? Tess wciąż pracowała dla tego potwora?

-

Co się stało?! - wrzasnął Bert. - Powiem ci, co się stało! Wyjeżdżam z miasta na 

kilka dni w interesach, a ty tymczasem umyślnie niszczysz moją pracę, to się stało!

-

Sądziłam,  że  wszystko  idzie  dobrze  -  odparła  Tess,  nie  przestraszona  tym 

napadem furii.

-

Nie ty jesteś tu od wydawania sądów! - ryknął Bert, rzucając się po pokoju. - Za 

każdym  razem,  kiedy  zaczynasz  myśleć,  pakujesz  nas  w  kłopoty.  Co  ty  sobie 

wyobrażasz, próbując uwieść Luke'a Mansfielda?

-

Co takiego? - zdziwiła się Tess.

Pięć lat spędzonych w więzieniu nie wpłynęło na urodę Margo Hollo-way. Tess 

przyznała to niechętnie, siadając naprzeciwko niej. Nic dziwnego,

112

background image

że Luke jej pragnął. Nic dziwnego, że nie był w stanie zobaczyć, co się kryje 

za  tą  piękną  fasadą.  Była  kwintesencją  wdzięku  i  zmysłowości,  od  fryzury 

począwszy, a skończywszy na sposobie, w jaki zakładała nogę na nogę. Ale w 
oczach...  w  tych  oczach,  które  w  zdjęciach  prasowych  wyglądały  tak  nie-

winnie, czaiło się teraz zimno i siła.

-

Nie wygląda pani na pisarkę - powiedziała Margo.

-

A pani nie wygląda na morderczynię - odparła spokojnie Tess. Margo 

uśmiechnęła się nieprzyjemnie, zadowolona z siebie.

-

Powinna mi pani poświęcić całą książkę, a nie tylko jeden rozdzialik.

-

Niewykluczone - zgodziła się Tess. - Może poświęcę pani kolejną część tej 

książki, jeśli nasza rozmowa wypadnie pomyślnie. Pani mnie fascynuje, panno 

Holloway. Oczyszczono panią z zarzutu morderstwa własnego ojca, a niedługo 
potem  została  pani  skazana  za  podwójne  morderstwo  brata  i  siostry.  Jaka 
była przyczyna tej wpadki?

-

Luke Mansfield- odparła jadowitym głosem.

-

Nie próbuj ze mną żadnych sztuczek,  mała - warknął Bert, ciągnąc Tess 

za złociste włosy - bo inaczej skończę z tobą tu i teraz.

-

Nic nie rozumiesz, Bert.

-

Oczywiście,  że  rozumiem,  ty  mała  dziwko!  -  Bert  podniósł  rękę  i  Luke

zadrżał, oczekując ciosu.

-

Nie. - Głos Tess był chłodny i pewny siebie. Kładła nacisk na każde słowo. 

- Nie psuj swojego towaru.

Jakimś  cudem  to  go  powstrzymało.  Popatrzył  na  nią  przez  chwilę,  a.  na-

stępnie, wciąż  trzymając za włosy, pchnął ją  z całej siły  na drugą stronę po-

koju, jakby była szmacianą lalką.

Luke tak ścisnął dłońmi poręcz swojego fotela, że aż zbielały mu palce.
Tess  upadła  bezwładnie  na  podłogę.  Przez  moment  panowała  cisza.  Po 

chwili Tess podniosła się, poprawiła ubranie i spojrzała Bertowi prosto w oczy.

- Moje uwodzenie Luke'a Mansfielda - odezwała  się, tłumiąc wzbierający 

gniew  -  to  najprostszy  sposób  unieszkodliwienia  go  do  czasu,  gdy  stara 

przekaże mi kolię!

W  tej  chwili  Luke  umarł.  Kobieta  na  wideo  -  z  zimnymi  i  złymi  oczami  -

była kimś obcym.

-

Są na to lepsze sposoby! - ryknął Bert.

-

Wydawał  się  mną  zainteresowany  -  powiedziała  obojętnie  Tess.  -  Po-

stanowiłam to wykorzystać. Przecież zawsze uczyłeś mnie, że trzeba korzystać 

z nadarzającej się okazji. Chcesz, żebym zapomniała twoje cenne wskazówki?

113

background image

-

Co się stało? - spytała Tess. Margo wzruszyła ramionami.

-

Nie podobało mu się, że go wykorzystuję.

- A w jaki sposób go pani wykorzystywała, panno Holloway - drążyła Tess, 

drżąc w środku.

Margo uśmiechnęła się drapieżnie. - A jak pani myśli?
-

Uwiodła go pani - zgadła Tess. - Sprawiła pani, żeby się w pani zakochał, 

bronił pani i pomógł oddalić oskarżenia.

-

Bardzo dobrze. Powinna pani zostać detektywem.

- Ale  czy  musiała  pani  zrobić  z  niego  swojego  kochanka?

Margo spojrzała na nią rozbawiona.

- Lubię  czerpać  przyjemność  z  życia.  Dwadzieścia  milionów  dolarów  po 

ojcu  zapewniało  mi  dostatnie  życie.  Musiałam  tylko  zostać  uniewinniona  i 
sprawić,  aby  Luke  uwierzył,  że  jestem  niewinna  niczym  nowo  narodzone 
niemowlę. Pomyślałam, że nie będzie mógł kochać się ze mną i jednocześnie 

wątpić w to, co mówię. A poza tym, uwiedzenie go nie było niczym trudnym. 
Trzeba przyznać, że był  świetny. Było mi przykro, że po pierwszym procesie 
musiałam go odstawić.

- To czemu pani to zrobiła?

Margo roześmiała się.

- Kotku, mając do wyboru dwadzieścia milionów dolarów albo sypianie z 

Lukiem Mansfieldem, zawsze wybrałabym to pierwsze.

Bert zerwał z głowy perukę z lwią grzywą i rzucił ją przez cały pokój.
-

Dobrze wiesz, że seks może obrócić się przeciwko tobie!

-

Tak,  oczywiście  -  powiedziała  niecierpliwie  Tess.  -  Dlatego  właśnie  tak 

długo trzymałam go na dystans. Czyżby twoi szpiedzy tego nie zauważyli?

Potwór był wyraźnie zaskoczony. - A skąd wiesz...

- Daj spokój, Bert. Przecież ty mnie wszystkiego nauczyłeś. To oczywiste, że 

mi nie ufasz i kazałeś mnie obserwować. Ale możesz już odetchnąć. Stara jest 

o krok od uznania mnie za swoją wnuczkę i zaoferowania mi miejsca w swoim 
sercu. Za jakiś tydzień powinniśmy mieć to wszystko za sobą.

Bert uderzył w ścianę swoją potężną pięścią.

- Dlaczego tak zwleka? Już od zeszłego weekendu powinno być po robocie!
Tym razem to Tess była zaskoczona.
- Co takiego? Daj spokój, Bert, nigdy jeszcze nie działaliśmy tak szybko. Ta

stara  jest  inteligentna,  twarda  i  czujna,  ale  dała  się  przerobić.  To  samo
Mansfield. Zawsze mówiłeś, że z nim będzie największy kłopot. Wciąż jeszcze

114

background image

próbuje  nam  przeszkodzić,  ale  stał  się  dużo  mniej  niebezpieczny.  Wkrótce 

sprawię,  że w ogóle przestanie nam zagrażać.  Coś  ci  powiem: posunę się trochę 

dalej i zobaczymy, czy uda się wszystko zakończyć w przyszłym tygodniu. Dobrze?

-

Czytałam oczywiście wycinki prasowe na ten temat, ale nic z nich nie wynika. 

Jak pani tu trafiła? - spytała Tess.

-

Przez  chciwość  -  odparła  Margo  ponuro.  -  Chciałam  całe  dwadzieścia 

milionów, a nie tylko jedną trzecią. I wtedy właśnie nie doceniłam Mansfielda.

-

Jak to?

-

Myślałam, że mam go z głowy. Sądziłam, że użala się nad moim losem. - Margo 

pokręciła  piękną  głową, niezadowolona  z  siebie.  -  Okazało  się,  że on tymczasem 
wynajął  jakichś  ludzi,  żeby  śledzili  każdy  mój  krok.  To  się  zaczęło,  kiedy  Luke
pracował nad moją pierwszą sprawą. Ten prywatny detektyw rozpracował dowody, 

jakie przedstawiłam, żeby oczyścić się z zarzutów. Ale nie poprzestał na tym. Jakimś 
cudem dowiedział się całej prawdy o ojcu i wszystko powiedział Luke'owi. Ponieważ 

według  prawa  nie  można  być  sądzonym  po  raz  drugi  za  tę  samą  zbrodnię,  Luke
musiał  obserwować  mnie  i  czekać,  aż  zrobię  jakiś  fałszywy  krok.  Jedynym  moim 
błędem było \o, że nie zorientowałam się, że jestem śledzona. Kiedy Cindy i Rob 

zginęli w wypadku, który zaplanowałam, ten detektyw miał w ręku gotowe dowody, 
przekazał je policji i aresztowano mnie.

-

Dowody  były  naprawdę  przekonujące  -  zgodziła  się  Tess.  -  Ale  Luke nie 

zeznawał, prawda?

-

Nie musiał - powiedziała gorzko Margo. - Gliny miały dosyć, żeby mnie skazać. 

Mansfield zadowolił się siedzeniem na sali sądowej każdego dnia tego cholernego 

procesu i przyglądaniem mi się. Chciał się zemścić i to mu się udało.

Przez chwilę panowała cisza.
-

Dobra - powiedział wreszcie Bert. - Ale nie podejmuj żadnych decyzji, dopóki 

ze mną nie porozmawiasz, jasne?

-

Jasne, Bert.

-

Jeśli tylko zobaczę, że Mansfield sprawia kłopoty albo cię wykorzystuje, pozbędę 

się go. Mógłbym nawet pozbyć się starej w taki sposób, że i tak dostałabyś swoją kolię 
i majątek. Zawsze jest jakieś wyjście, kotku, zawsze.

-

Daj spokój, Bert, nie ma powodu do podejmowania takich kroków! Zdobędę 

kolię tak, jak planowaliśmy. Dlaczego przychodzą ci do głowy takie pomysły?

115

background image

Bert złapał rękę Tess w żelazny uścisk.
- Chcę mieć tę kolię już teraz. Jeden z moich byłych współpracowników wpadł 

właśnie w ręce policji i mnie też grunt zaczyna się palić pod nogami. Czas uciekać, 
póki jeszcze można. Nie ma czasu na poprawianie naszego scenariusza, malutka. 

Muszę  mieć  tę  kolię  do  północy  w  niedzielę  albo  pożałujesz,  że  się  kiedykolwiek 
urodziłaś. Przemyśl to, Tess, a teraz wynoś się stąd.

Otworzył drzwi. Tess wyszła nonszalanckim krokiem.

Leroy podniósł się i wyłączył wideo.
W gabinecie panowała grobowa cisza.

Tess szła wolno do samochodu, czując wciąż chłód więzienia na plecach. Margo 

wykorzystała Luke'a do swoich własnych brudnych celów. Zdradziła go. A on zdradził 
swoje umiłowanie sprawiedliwości pozwalając, żeby uniknęła  kary  za  pierwszym 

razem.

Tess  wiedziała,  że  musiał  czuć  potrzebę  pokuty.  Margo  miała  rację  twierdząc,  że 

Luke chciał zemsty. Nikt, a już szczególnie ktoś z takim poczuciem honoru jak Luke, 

nie pozwoliłby, żeby oszustwo i morderstwo uszły Margo na sucho. Załatwił ją na 
cacy.  Gdyby  Tess  była  pisarką,  miałaby  w  rękach  gotowy  bestseller  o  historii 
Holloway-Mansfield.

Zamiast  tego  miała  na  głowie  bardzo  niebezpiecznego  Luke'a  Mansfielda.  Tess 

zadrżała. Wykorzystywała Luke'a tak, jak kiedyś Margo. Czy wiedział o tym? I czy on 

z kolei miał zamiar załatwić ją tak jak Margo?

-

Przynajmniej wiemy teraz, kto nasłał tamtych ludzi - powiedział w końcu Leroy. -

Ten  Bert  to  Albert  Carne  -  kolejne  fałszywe  nazwisko  Cliftona.  Pomyślałem,  że 

muszę ci to pokazać, żebyś mi uwierzył.

-

Dzięki - powiedział Luke, mając sucho w ustach. - Zostaw mi kasetę, dobrze? 

Muszę pokazać ją Jane.

-

Ta kopia jest twoja. Mam oryginał u siebie w biurze. Dobrze się czujesz, Luke?

Luke spojrzał na Leroya i dostrzegł w jego ciemnych oczach współczucie i troskę.
-

Nie - powiedział słabym głosem - ale przeżyję. Dzięki, że wpadłeś.

-

Chcesz, żebym doniósł o wszystkim policji?

-

Nie, chcę się nad tym zastanowić.

-

W porządku - rzekł Leroy, idąc w stronę wyjścia. - Ale bądź ostrożny. Mówiłem 

ci, że to zawodowcy. Radziłbym ci potraktować pogróżki Cliftona bardzo poważnie.

-

Będę ostrożny - odparł Luke.

116

background image

Przez następną godzinę siedział w swoim gabinecie, patrząc przez okno na 

piękną panoramę Nowego Jorku, wcale jej nie widząc.

Jane siedziała nieruchomo po obejrzeniu kasety Baldwina.
-

Będę  zadowolona,  gdy  ten  potwór  znajdzie  się  wreszcie  w  najgorszej  z 

możliwych celi - powiedziała Jane z błyskiem w niebieskich oczach. - Myślisz, 
że zranił Tess?

-

Nie sądzę - odparł Luke. - Wyglądało na to, że... wiedziała jak upaść.

-

Ona gra w bardzo niebezpieczną grę.

-

Tak i chciałbym wiedzieć, co się za tym kryje. Ty nie?

-

Oczywiście, że tak; Co proponujesz? Luke uśmiechnął się.

-

Dajmy Tess to, czego pragnie Bert.

Jane popatrzyła na niego przez chwilę i wreszcie zaczęła chichotać.
-

Zawsze podziwiałam twoją inteligencję, Luke. Ukłonił się.

-

Myślę, że to najlepszy sposób, żeby zarzucić na nich przynętę. – I to 

ogromną.

-

Oczywiście. Trzeba wyjąć kolię ze skarbca bankowego. Skontaktuję się z 

prasą.  Chcę,  żeby  wieść  o  odnalezieniu  twojej  od  lat  zaginionej  wnuczki 
znalazła  się  w  każdej  gazecie  i  stacji  telewizyjnej  w  kraju.  Myślisz,  że  to 

przekona Berta, że zdołaliśmy się nabrać?

-

Tak, ale trzeba wprowadzić jedną poprawkę.

-

Co masz na myśli?

-

Co? Przyjęcie oczywiście! Ogromne przyjęcie na cześć Elizabeth.

-

Zawsze podziwiałem twoją inteligencję, Jane.

Rozdział trzynasty

Tess  zorientowała  się,  że  coś  jest  nie  w  porządku.  I  to  bardzo.  Luke

gawędził z Jane. Był jak zawsze pogodny i zatopiony w rozmowie, ale coś go 
wyraźnie  gryzło.  Gdy  tylko  spoglądał  na  nią,  jego  zielone  oczy  natychmiast 

traciły blask. Czuła obcą nutę w jego głosie, ilekroć wymawiał jej imię. Coś się 
stało,  coś,  co  zmieniło  go  nie  do  poznania.  Zamiast  mężczyzny,  którego 

całowała dziś rano, miała przed sobą człowieka z jakąś tajemnicą w zielonych 
oczach.

To się na pewno obróci przeciwko niej. Tess poczuła 

nagłą potrzebę ucieczki.

117

background image

-

Zgadzasz się, Tess?

-

Hm? - spytała, patrząc nieprzytomnie na Jane.

-

Pytam, czy zgadzasz się ze mną, czy nie? - powtórzyła Jane.

-

Zawsze zgadzam się z tym, kto stawia kolację.

-

Więc uważasz, że Catherine 0'Connor powinna dostać nagrodę dla najlepszej 

aktorki musicalowej w tym roku?

-Uhm... czy ona przypadkiem nie gra w nowej wersji Finian's Rain-bowl
-

Tess, ona jest gwiazdą tego musicalu, a ty w ogóle nie słuchasz, o czym mówimy. 

Dobrze się czujesz?

-

Prawdę mówiąc, ta pogoda źle na mnie wpływa. Nie masz nic przeciwko temu, jeśli 

położę się dziś wcześniej? Sen zazwyczaj pomaga na wszystko.

Jane stała się natychmiast niezwykle troskliwa i spytała, czy Tess życzy sobie, by 

Hodgkins  przyniósł  jej  do  pokoju  gorącą  czekoladę.  Luke  uprzejmie  wyraził 
nadzieję,  że  rano  Tess  poczuje  się  lepiej.  Zmusiła  się  do  uśmiechu,  podziękowała 
Jane za zrozumienie i uciekła do swojego pokoju.

Zamknęła  za  sobą  na  klucz  drzwi  sypialni  i  oparła  się  o  nie  od  wewnątrz.  Łzy 

stanęły jej w oczach. Z wielkim trudem udało jej się powstrzymać od płaczu.

Co się z nią działo? Co się działo z Lukiem? Jego szmaragdowe oczy ani razu nie 

pałały dziś namiętnością. Ani razu jej nie rozśmieszył, ani się z  nią  nie  drażnił. 
Ani razu nie próbował jej pocałować.

Ani razu nie zrobił żadnej z rzeczy, do których zdążyła się już przyzwyczaić.
Rzeczy, których zaczynało jej teraz brakować.
Ten brak sprawił, że wreszcie poznała prawdę.

Kochała tego człowieka. Kochała Luke'a Mansfielda i dlatego bolało ją serce, a do 

oczu napływały łzy. Dlatego nie potrafiła chłodno kalkulować. To że pozbawił ją dziś 

wszystkiego,  co  ofiarował  jej  rano  i  wczoraj,  i  każdego  dnia,  sprawiało 
niewymowny ból.

Kochała go!

Na chwiejnych nogach podeszła do łóżka i usiadła na brzegu.
Pokochała  Luke'a  niemal  od  pierwszej  chwili  i  dlatego  od  pierwszej  chwili 

obawiała się go i obawiała samej siebie. Po raz pierwszy miała odwagę się do tego 

przyznać.

A zaledwie tydzień temu uważała, że miłość jest zupełnie obca jej naturze.

Okazało  się  jednak,  że  miłość  jest  jej  integralną  częścią,  która  napełnia  ją 

wewnętrznym  światłem.  Niestety,  człowiek,  którego  pokochała,  nie  tylko  nie 
odwzajemniał  jej  uczucia,  ale  wręcz  zamierzał  ją  zniszczyć.  Czuła  to  przez  skórę. 

Tylko  dzięki  takim  przeczuciom  i  instynktowi  udawało  jej  się  być  dobrą  oszustką 
przez tyle lat. A teraz instynkt kazał jej pakować manatki i czym prędzej wynosić 
się z rezydencji Cushmanów.

118

background image

Z  jednej  strony  była  ciężka  praca,  wszystkie  plany,  marzenia  i  nadzieje 

związane  z  tą  robotą.  Z  drugiej  ciążyło  jej  poczucie  winy  z  powodu  wykorzy-

stywania  Luke'a  i  Jane  do  własnych  celów.  W  ciągu  ostatniego  tygodnia  to 
poczucie  winy  nie  opuszczało  jej  ani  na  chwilę  i  gnębiło  coraz  bardziej.  Za-

czynała ich oboje darzyć uczuciem.

Wreszcie  z  trzeciej  strony  tego  upiornego  trójkąta  stał  Bert,  zdecydowany 

osiągnąć  swój  cel.  W  takich  sytuacjach  bywał  groźny.  „Zawsze  jest  jakieś 

wyjście, kotku, zawsze". Był bardzo niebezpieczny.

- To  bez sensu  -  stwierdziła, chodząc  po pokoju  tam  i  z  powrotem.  – To

wszystko  nie  ma  sensu.  Czy  ta  robota  warta  jest  poświęcenia  życia  Luke'a  i 

Jane?

Odpowiedź nasuwała się sama.
- Muszę  stąd  zniknąć  -  mruknęła  Tess,  przeczesując  palcami  włosy.

Wyciągając walizkę, doszła do wniosku, że mogła to zrobić już wczoraj,

zaraz po rozmowie z Bertem. Jaka była głupia! Jane i Luke znajdowali się 

w niebezpieczeństwie od dwudziestu czterech godzin, a ona niczego nie zrobiła. 
Niczego! Poczuła rosnący ucisk w gardle. Po pierwsze, nigdy nie powinna się 
zgodzić  na  tę  robotę,  bo  było  to  wbrew  jej  zasadom.  Dlaczego  stała  się  tak 

bezwzględna, tak chciwa?

Jak  mogła  tak  brutalnie  wykorzystać  Jane?  Jak  mogła  codziennie  okła-

mywać Luke'a, skoro go kochała?

Ta robota, ta cholerna robota była dla Tess wszystkim, zanim uprzejmość 

Jane i gorący wzrok Luke'a nie rozpaliły jej do czerwoności. Zgadzając się na 

tę robotę, zdradziła samą siebie. Zdradziła Luke'a i Jane.

Teraz mogła jedynie działać i mieć nadzieję, że nie jest za późno.
Zaczęła się pakować, nie mogąc uspokoić myśli.

Będzie musiała zaczekać, aż Luke i Jane zasną. Trzeba się też upewnić, że 

nie  wpadnie  na  ludzi  Baldwina  ani  na  ludzi  Luke'a.  Jak  tylko  się  stąd 
wydostanie,  musi  skontaktować  się  z  Amandą  McCormick  z  Solitaire,  żeby 

załatwić  ochronę  dla  Luke'a i  Jane.  Potem  zadzwoni  do  Gladys  i  Cyryla  i  za-
pozna  ich  ze  swoimi  planami.  W  przeszłości  pomogli  jej  wiele  razy.  Może 

teraz pomogą jej unieszkodliwić Berta. Jeśli to w ogóle jest możliwe.

Tess zadrżała, patrząc na spakowaną walizkę.
- Nie  powinnam w  ogóle  w  to  wchodzić  -  szepnęła,  zamykając  walizkę.  -

Nigdy, przenigdy.

Spakowała resztę rzeczy, sprawdziła, czy nie zostawiła czegoś w pokoju lub w 

łazience,  usiadła  na  łóżku  i  spojrzała  na  zegarek.  Luke  zwykle  chodził  spać 

około wpół do jedenastej, a Jane gdzieś między jedenastą a dwunastą.

Przez  następne  dwie  godziny  nie  będzie  jeszcze  bezpiecznie.  Miała  dwie 

godziny,  żeby  zdać  sobie  sprawę  z  konsekwencji,  jakie  pociągnie  za  sobą  jej 

krok.

Zostawić teraz Jane.

119

background image

Zostawić Luke'a.
Miała  wyrzec  się  wszystkiego,  czego  w  głębi  duszy  pragnęła.  Poczuła 

przeszywający ból.

- O Boże - szepnęła. - Mam już nigdy nie zobaczyć Luke'a?
Nigdy go nie pocałować, nie dotknąć, nie poczuć jego gorącego wzroku. Nigdy 

już nie usłyszeć jego śmiechu.

„Nic  nie  trwa  wiecznie".  To  była  kolejna  życiowa  maksyma,  którą  wyznawała. 

Teraz się właśnie sprawdziła.

Łzy  popłynęły  jej  po  policzkach.  Dopiero  teraz  mogła  się  przyznać,  że  tak 

naprawdę zawsze pragnęła mieć rodzinę, kochać i być kochaną. Jane i Luke dali 

jej spróbować tego wszystkiego. Było to słodsze i piękniejsze niż Tess przypuszczała. 
Podarowali  jej  coś  niezwykle  cennego,  a  ona  ich  zdradziła.  To  ona,  Tess  Alcott, 
świadomie naraziła ich na niebezpieczeństwo.

Nie miała prawa przebywać w tym domu ani cieszyć się szacunkiem Luke'a  i 

Jane.

Odkrycie  prawdy  o  sobie  samej,  przygniotło  ją  tak  bardzo,  że  zwinęła  się  w 

kłębek i płakała przez następną godzinę.

Musiała zmobilizować całą swoją wolę, żeby przestać płakać i uspokoić skołatane 

nerwy.  Musiała  teraz  wymyślić  sposób,  aby  wymknąć  się  niepostrzeżenie.  Gdyby 
tego nie zrobiła, zarówno Luke, jak i Jane byliby zagrożeni. Już Bert by o to zadbał. 
Musiała zapewnić im bezpieczeństwo.

Wyciągnęła z pudełka kilka chusteczek higienicznych i poszła do łazienki obmyć 

twarz. Spojrzała na swoje odbicie w lustrze. Wyglądała tak samo okropnie, jak się 
czuła.

Napisała kartki do Luke"a i Jane. Były niemal identyczne. Wyjaśniała w nich, że 

jest  oszustką  i  musi  stąd  odejść,  zanim  sprawy  zajdą  za  daleko.  Tak jak  sobie 

postanowiła, listy pozbawione były wszelkich emocji. Zakleiła koperty i sięgnęła po 
pudełko czekoladek, ale zmieniła zdanie.

Czekoladki nie pomogą. Nic nie pomoże.

Już zawsze będzie żyła w bólu i z poczuciem winy.
Kwadrans po północy Tess zebrała swoje rzeczy, otworzyła drzwi, nasłuchiwała 

przez kilka minut i wreszcie ruszyła ostrożnie w stronę schodów. Minęła bibliotekę i 

czarno-białe ściany holu, docierając do drzwi frontowych.

- Czy  nie  jest  już  trochę  za  późno  na  spacer?  -  spytała  Jane,  wyrastając

nagle za jej plecami.

Tess stała załamana, z twarzą wciąż zwróconą w kierunku drzwi. Człowiek musi 

ponieść karę za swoje grzechy. Wzięła głęboki oddech i odwróciła się.

Jane i Luke przyglądali jej się z życzliwym zainteresowaniem.
-

Wybierasz się gdzieś? - spytał Luke.

-

Wybaczcie  -  powiedziała  głośno  i  wyraźnie.  -  Pożegnania  nie  są  moją  mocną 

stroną.

120

background image

- To widać - zauważyła Jane.

Tess z trudem powstrzymywała łzy.

-

Byłaś dla mnie taka dobra, Jane. Najlepsze, co mogę teraz zrobić, to odejść stąd. 

Dziękuję  za  okazaną  gościnność.  To  dla  mnie  zaszczyt,  że  mogłam  cię  poznać. 

Chętnie  zajęłabym  miejsce  Elizabeth,  ale  ono  nie  jest  dla  mnie.  Nie  jestem 
Elizabeth.  Nigdy  nią  nie  byłam  i  nigdy  nie  będę.  Zawsze  byłam,  jestem  i  będę 

tylko oszustką.

-

Nie sądzę - odparła spokojnie Jane, wyciągając dłoń.

Trzymała  w  niej  kolię  Farleigha.  Ciemnozielone  szmaragdy  oprawione  w  złoto 

błyszczały w świetle lampy.

Po skórze Tess przebiegł zimny dreszcz.
-

Co robisz? - szepnęła.

-

Daję ci to, czego pragnęłaś, twoją przeszłość - odparła Jane.

-

Na sobotę zaplanowałem dużą konferencję prasową - powiedział Luke, patrząc jej 

w  oczy.  -  Ogłosimy  odnalezienie  zaginionej  wnuczki  Jane.  Chcemy  zrobić  z  tego 
największe wydarzenie od dnia, kiedy Armstrong stanął na Księżycu.

Tess słuchała go i niczego nie widziała przez łzy. Serce łomotało jej jak oszalałe. 

Co tu się działo?

- A  ja  wydaję  huczne  przyjęcie  na  twoją  cześć  -  dodała  Jane.  Podeszła

do  Tess  i  założyła  jej  kolię.  Była  ciężka  i  chłodna.  -  W  piątek  wieczorem
wydaję  kolację  dla  sześćdziesięciu  moich  najbliższych  przyjaciół,  a  w  sobo
tę  urządzam  bal.  Wszyscy  na  nim  będą.  Ten  dom  znów  napełni  się  muzyką!

Nie mogę się doczekać, kiedy znów zatańczę w sali balowej.

Po twarzy Tess zaczęły płynąć łzy.
-

Nie  róbcie  tego  -  prosiła.  -  Nie  można.  Nie  wiem,  kim  jestem,  ani  skąd 

pochodzę, ale wiem, że nie jestem Elizabeth. Musicie mnie wysłuchać!

-

Moja droga. - Jane uśmiechnęła się, ocierając jej z twarzy łzy. - Rozumiem, że 

wciąż  trudno  ci  w  to  uwierzyć,  aleja  i  Luke  jesteśmy  tego  pewni  i  będziemy  się 

zachowywać  zgodnie  z  tym  przekonaniem. Bądź tak  dobra  i  rozchmurz  się.  To 
mnie bardzo ucieszy.

Tess całkowicie zaskoczona, patrzyła to na Jane, to na Luke'a. Obserwował ją, 

studiował każdą łzę i każdy oddech. I uśmiechał się.

- Nie  -  pomyślała.  -  Nie.  Robili  dokładnie  to,  czego  chciał  Bert.  Mogła

więc  dostać  to,  czego  na  początku  pragnęła,  a  Luke  i  Jane  będą  bezpieczni.
Tylko że poczują się oszukani, kiedy prawda wyjdzie na jaw.

Nie mogła tego zrobić.

Nagle zaczęła oddychać z trudem, tak jakby ta kolia ją dusiła.
-

Nie! - jęknęła. - Proszę, nie róbcie tego!

-

Moja droga - Jane chwyciła Tess w ramiona - musi tak być. Witaj w domu, 

Elizabeth! Witaj w domu!

121

background image

Rozdział czternasty

Nigdy  jeszcze  nie  przeżyła  tak  potwornej  nocy,  a  przynajmniej  nie  pamiętała 

niczego  podobnego.  Gdy  zadzwoniła  do  Berta  z  informacją,  że  została  uznana  za 
Elizabeth, przez resztę nocy dręczyły ją senne koszmary. Kładła się spać z poczuciem 

winy i z nim się obudziła. Nawet prysznic nie przyniósł żadnej ulgi.

Od poprzedniego dnia nie mogła nawet swobodnie oddychać.
Zeszła po schodach, czując się źle i niepewnie. Jak powinna zachować się wobec 

Luke'a  i  Jane  po  tym,  jak  uznali  ją  za  Elizabeth?  Jakim  cudem  zdoła  skupić 
wszystkie myśli i całą energię, by zakończyć sprawę według scenariusza Berta, skoro 
jedyne, o czym teraz myślała, było to, że jest podła?

Powiedz  im  prawdę.  Ale  nie  będą  chcieli  słuchać.  Nie  chcieli  wysłuchać  jej 

poprzedniego dnia i Tess wiedziała, że nie zechcą i dzisiaj.

Nie, to kłamstwo. Jest po prostu okropnym tchórzem. Gdyby naprawdę chciała, 

postarałaby się, żeby Luke i Jane jej uwierzyli. Nie mogła zdobyć się raz jeszcze na 
odwagę i zaryzykować, że ich utraci. I nie mogła zrezygnować z kolii, na którą tak 

ciężko pracowała.

Kochała Luke'a i Jane. Pragnęła kolii. Obie te rzeczy wzajemnie się wykluczały. 

Była podła. Była oszustką, która podawała się za dziedziczkę fortuny tylko po to, by 

o parę dni przedłużyć swoje szczęście.

Skronie zaczęły jej pulsować i poczuła ostry ból głowy.
Przynajmniej Luke i Jane byli teraz bezpieczni. Nie będzie musiała się o  nich

martwić. Za kilka dni wypłacze się z tej sprawy. Nie zostanie tutaj z Jane. To jedno 
wiedziała na pewno. Po raz kolejny jej oczy napełniły się łzami i Tess ledwo zdołała 

je powstrzymać. Nie mogła się teraz rozkleić. O nie! Opuści ten dom i to będzie 
koniec.

Opuści Luke' a.

Coś ścisnęło ją w gardle. Do licha z nim! Skradł jej serce, gdy po raz pierwszy 

spojrzała w jego szmaragdowe oczy.

- I kto tu jest złodziejem? - mruknęła.

Przeraziło  jato,  że  będzie  musiała  zasiąść  z  nim  do  śniadania.  Nie  miała  na  to 

ochoty, ale musiała. Z bijącym sercem zeszła po schodach, a gdy weszła do jadalni, 

zastała tam tylko Jane, sączącą poranną kawę.

-

Luke został w łóżku? - spytała Tess, siadając. Z trudem powstrzymując drżenie 

rąk, nalała sobie filiżankę gorącej czekolady.

-

Wręcz przeciwnie - odparła Jane. - Wstał i wyszedł, zanim zdążyłam zejść na 

dół.

-

Wyszedł? - spytała Tess, starając się zachować obojętność.

-

Zostawił  wiadomość,  że  ma  trzydziestosześciogodzinny  dzień  w  pracy.  Nie 

zobaczymy go do wieczora, to pewne.

122

background image

- Och - Tess skurczyła się.
W  miarę  upływu  czasu  zaczęła  się  bać.  Ostatniej  nocy  Luke  uznał  ją  za 

Elizabeth Cushman, ale dziś rano wolał zwiać. Czyżby miał zamiar jej unikać?

Pojechała na zakupy, żeby się trochę uspokoić. Była pewna, że gdy wróci, zastanie 

Luke'  a  w  domu.  Ale  nie  było  go.  Kiedy  nie  pojawił  się  na  kolacji,  ogarnęło  ją 
przerażenie. Co dojrzy w jego oczach, gdy w końcu wróci do domu?

Nie  kładła  się  spać  tak  długo,  jak  to  było  możliwe.  Udawała,  że  czyta  książkę, 

naprawdę chciała zaczekać na Luke'a. Ale gdy minęła jedenasta, nie mogła już dłużej 
zwlekać.  Pożegnała  się  z  Jane  i  poszła  spać.  Nie  mogła  zmrużyć oka przez  dwie 
godziny, aż wreszcie usnęła niepocieszona.

Gdy następnego ranka zeszła na śniadanie, Luke był już w biurze. Miała ochotę 

krzyczeć ze złości. Dlaczego to robił? Dlaczego jej unikał? Dlaczego nie chciał z nią 

nawet  porozmawiać?  Dlaczego  nie  może  uzyskać  odpowiedzi  na  żadne  z 
nurtujących ją pytań? Czy coś miało obrócić się teraz przeciwko niej?

Czy miał to być Luke?

Był  piątek.  Nad  rezydencją  Cushmanów  powoli  zapadał  wieczór.  Tess  wzięła 

godzinną kąpiel, bezskutecznie próbując zmobilizować siły. W myślach powtarzała 
rolę odnalezionej wnuczki, którą miała odegrać dziś wieczorem, ale cała jej uwaga 

skupiona była na Luke'u; na tym, że go kocha i jednocześnie się go boi.

Zadrżała,  podniosła  się  i  wyszła  z  wanny.  Wytarła  się  energicznie  ogromnym 

ręcznikiem kąpielowym. Ubrała się w złotą suknię kupioną specjalnie na tę okazję. 
Spódnica sięgała jej do kostek, a góra miała wycięcie w kształcie litery V. Do tego 
włożyła  złotą  kolię  wysadzaną  niebieskimi  szafirami  i  takie  same  kolczyki.  Na 

koniec włożyła buty i przejrzała się w lustrze.

Obejrzała  się  z  każdej  strony  i  stwierdziła,  że  wygląda  nieźle.  Było  w  niej  coś  z 

Kopciuszka, ale  w tym  przypadku  Kopciuszek  zdawał  sobie  sprawę z tego, która 

godzina. Tess uśmiechnęła się do swojego odbicia. Wyglądała na tyle dobrze, żeby 
być  pewną  siebie.  Bardzo  potrzebowała  tej  pewności,  bo  przecież  miała  stanąć 

oko w oko z Lukiem.

W holu Jane w srebrnoszarej wieczorowej sukni witała już pierwszych gości. Gdy 

zobaczyła  schodzącą  Tess,  przyciągnęła  ją  do  siebie  z  uśmiechem. Od  tej  chwili 

przedstawiała  ją  każdemu z  wchodzących  imieniem „Tess". Goście spoglądali na 
nią  ze  zdziwieniem,  ale  nikt  nie  spytał,  dlaczego  zajmuje  tak  uprzywilejowaną 
pozycję. Tess, pomna swoich doświadczeń z angielską księżną - kobietą zajmującą 

się  hodowlą  psów,  ogrodnictwem  i  wydawaniem  przyjęć  -  stała  spokojnie, 
zachowując dystans podczas tych wszystkich ukłonów, spojrzeń i uścisków dłoni... 

aż do chwili, gdy wszedł Luke.

123

background image

Był w garniturze od Armaniego, który leżał doskonale na jego wspaniałym, 

muskularnym  ciele.  Spojrzał  na  nią  i  jego  szmaragdowe  oczy  pociemniały. 

Tess  miała  wrażenie,  że  pożerają  wzrokiem  i  bardzo  jej  się  to  podobało. 
Podszedł bliżej i Tess zabrakło tchu.

- Wyglądasz  cudownie  -  mruknął.  Przez  krótką  chwilę  myślała,  że  ją

pocałuje, nie zważając na Jane i tych wszystkich ludzi dokoła. Jednak opanował 
się i zaczął przedstawiać osoby ze swego towarzystwa.

Swoją rodzinę.
Tess  poczuła,  że  krew  odpływa  jej  z  twarzy,  ale  zachowała  uprzejmy 

uśmiech i przywitała się z jego  dwiema siostrami, Hannah i Miriam i z bra-

tem, Joshuą. Potem Luke przedstawił jej rodziców.

Matka  Luke'a, Regina,  była o dobre  dwadzieścia parę centymetrów  wyższa 

od  Tess.  Miała  cerę  koloru  kości  słoniowej,  na  sobie  suknię  od  Yves  Saint 
Laurenta,  a  na  twarzy  kosmetyki  Elizabeth  Arden, Jej  zielone  oczy  błysnęły, 
gdy podała Tess rękę.

-

Bardzo  mi  miło  panią  poznać  -  powiedziała  chłodno.  - Luke  w  ogóle  o 

pani  nie  wspominał.  Ale  on  zawsze  lubił  tajemnice.  Cudownie  pani  wygląda. 

Pani  twarz  wydaje  mi  się  znajoma.  Czy  nie  spotkałyśmy  się  już  gdzieś 
wcześniej? W Cannes? A może w Rzymie?

-

Mamo - upomniał ją Luke.

-

Ona ma w  sobie  coś  światowego,  Luke,  a  ja tylko  pytałam.  Luke

pokręcił głową,

-

Przedstawię ci jej rodowód później, a teraz przechodź dalej.

-

Racja. Daj szansę innym - odezwał się Daniel Mansfield, podając rękę Tess. 

Miał wzrost i budowę Luke'a, ale szpakowate włosy i czarne oczy. Jego twarz nie 
zdradzała wieku. - Cudownie pani wygląda. Rozwódka?

-

Tato!

-

Panna - odparła Tess.

-

Jaki uniwersytet? -Tato!

-

Oksford.

-

Doskonale. Poluje pani?

-

Nigdy, nawet na rowerze - powiedziała Tess.

-

Szkoda.  Urządzamy  małe  polowanie  w  następny  weekend.  Pomyślałem, 

że może byłaby pani zainteresowana.

-

Dość już tego wścibstwa, tato - oświadczył stanowczo Luke.

-

Jakiego wścibstwa? Żaden Mansfield nie pozwoliłby sobie na coś takiego. 

Porównywałem tylko nasze zainteresowania.

-

Uhm - mruknął Luke. - Chodźcie, drodzy rodzice. Blokujemy przejście.

-

Bardzo dobrze poradziłaś sobie z tym pierwszym spotkaniem - stwierdziła 

Regina Mansfield, wbijając w Tess świdrujący wzrok. - Śmiem twierdzić, że bez 
większego trudu poradziłabyś sobie z całym klanem Mansfieldów.

124

background image

- Chyba  że  przedtem  wzięłabym  dużą  dawkę  narkotyków  -  odparła  Tess.

Regina Mansfield pozwoliła sobie na uśmiech, następnie przeszła do

salonu  razem  z  Lukiem,  a  za  nią  podążyła  reszta  rodziny.  Tess 

przysunęła się do Jane.

-

Jeśli ona jest twoją przyjaciółką, nie chciałabym spotkać twoich wrogów.

-

Regina była zawsze specyficznym typem kobiety - odparła Jane. Kiedy wszyscy 

z sześćdziesięciu najbliższych przyjaciół Jane zebrali

się w jadalni, zajęła ona główne miejsce przy stole, mając Luke'a po swojej lewej 

stronie, a jego ojca po prawej. Tess przydzielono miejsce po drugiej stronie stołu, 
naprzeciwko Jane. Gdy goście usiedli, Jane wstała i poprosiła o ciszę.

- Moi  drodzy  przyjaciele  -  zaczęła.  -  Zaprosiłam  was  tutaj,  żebyście

byli  świadkami  najważniejszej  chwili  w  moim  życiu.  Dzisiejsza  kolacja  i  ju
trzejszy  bal  są  tylko  skromnymi  obchodami  tego  wydarzenia,  ale  wasza
obecność  z  pewnością  je  uświetni.  Panie,  panowie,  po  dwudziestu  latach

poszukiwań  mogę  wreszcie  stwierdzić  z  całą  stanowczością,  że  odnalazłam
moją  wnuczkę,  Elizabeth.  Nazywa  siebie  „Tess"  i  siedzi  po  przeciwnej  stro

nie stołu.

Wszyscy,  nawet  służba,  spojrzeli  w  jej  kierunku.  Tess  czuła  się  jak  Kopciuszek, 

wkraczający do sali balowej w samej halce. W półhalce.

-

Ależ to niemożliwe! - wykrzyknęła młoda kobieta i natychmiast zarumieniła się, 

zdając sobie sprawę z popełnionego faxcpas.

-

Wręcz przeciwnie - oświadczył Luke donośnym głosem, docierającym do każdego 

zakątka pokoju. Cała jego rodzina przyglądała się Tess natarczywie. To było u nich 
uwarunkowane  genetycznie.  -  Sprawdziliśmy  każdy  szczegół  i  przeprowadziliśmy 
wszelkie możliwe testy. Tess - powiedział, przeszywając ją swoimi zielonymi oczyma 

- to Elizabeth Cushman.

Gratulacje,  pytania  i  zapewnienia,  że  wszyscy  zawsze  wierzyli  w  odnalezienie 

Elizabeth, trwały dwadzieścia minut. Wreszcie Jane udało się nad tym zapanować i 

wznieść  toast  za  swoją  wnuczkę.  Goście  powstali  i  z  uniesionymi  kieliszkami 
zwrócili się w stronę Tess.

Tess nie była w stanie ukryć rumieńca na policzkach, ale zdołała powstrzymać 

cisnące  się  do  oczu  łzy.  Pomyślała,  że  gdyby  Elizabeth  żyła,  byłaby  zachwycona 
zgotowanym jej powitaniem. Tess pozazdrościła jej miłości, którą ci ludzie gotowi byli 

ją obdarzyć. Zrobiło jej się smutno, bo sama nigdy nie zaznała szczęścia rodzinnego. 
Mimo  to  uśmiechała  się  do  wszystkich  i  wreszcie  wstała,  by  wznieść  toast  za 
Jane.

- Za  moją  babcię  -  powiedziała  lekko  drżącym  głosem.  -  Za  jej  szczodrość, 

dobroć i miłość. Dobrze jest znowu być w domu.

Niewiele zapamiętała z tego wieczoru. Jedyne, na co zwracała uwagę, to Luke... i 

fakt, że przez cały czas zachowywał bezpieczną od niej odległość. Bez przerwy była 
otoczona przez życzliwych i ciekawskich ludzi. Kiedy tylko

125

background image

udawało jej się złapać oddech i zaczynała szukać Luke'a, natychmiast dopadał ją 

jakiś stary przyjaciel rodziny, który nie posiadał się z radości z powodu jej powrotu.

Po godzinie rozbolała ją okropnie głowa. Oddech stał się płytki i przyspieszony. 

Chciało jej się płakać. Ogarnęła ją wściekłość.

Nigdy jeszcze nie była tak bliska załamania. Miała ochotę rzucić to wszystko i 

ukryć  się  gdzieś  na  dobre.  Przyszła  jej  do  głowy  Nowa  Zelandia.  Nie  przestawała 
jednak uśmiechać się do gości i obserwować każdy ruch Luke'a.

W  Tess  wstąpiła  nadzieja,  gdy  około  drugiej  nad  ranem  Jane  oświadczyła 

stanowczym głosem, że jeśli chcą dobrze się bawić następnego dnia, muszą się już 
położyć. Trzydziestu gości, w tym Mansfieldowie, mieli spędzić tę noc w rezydencji 
Cushmanów. Nazajutrz, w sobotę, kancelaria Luke'a była zamknięta, a do rezydencji 

byli  zaproszeni  dziennikarze.  Luke  także  miał  być  obecny.  Nie  znajdzie  już 
wymówki, żeby jej unikać. Istniała nawet szansa, że jeszcze tej nocy zdoła z nim 

porozmawiać.

Ale  Tess  nie  wzięła  pod  uwagę  rodziny  Luke'a.  Stwierdziła  z  goryczą,  że  ci 

Mansfieldowie to dziwni ludzie. Rodzice nie opuszczali swego najstarszego syna na 

krok i razem z nim weszli do biblioteki w chwili, gdy Jane objęła Tess w talii, chcąc 
ją koniecznie wprowadzić osobiście do pokoju.

Po raz pierwszy, od kiedy się poznały, Tess była zła na Jane.

Poszła  jednak  na  górę  do  sypialni  Elizabeth,  powiedziała  „dobranoc"  babce 

Elizabeth,  a  następnie  bezzwłocznie  pozbyła  się  wszystkiego,  co  ją  łączyło  z 
Elizabeth:  sukni,  klejnotów  i  kunsztownej  fryzury.  Włożyła  swoją  bawełnianą 

piżamę i z ulgą przejrzała się w lustrze. Znowu była sobą. Była Tess Alcott, złodziejką, 
w której żyłach nie płynęła ani jedna kropla błękitnej krwi.

Jej ramiona tęskniły do Luke'a Mansfielda
- Do licha! - powiedziała, rzucając się na łóżko.

Rozdział piętnasty

Tess  wmieszała  się  w  tłum  ponad  dwustu  gości,  którzy  przybyli  na  sobotni 

lunch  i  wieczorny  bal.  Miała  na  sobie  koszulę  uniwersytetu  Oksford,  tweedową 

spódnicę i wygodne buty. Śmiała się i rozmawiała z każdym, kto do niej podszedł. 
Jedynie Luke się nie pojawiał. Nie miała odwagi go szukać.

Rozmawiając o różnych błahostkach z każdym, kto chciał z nią pogadać, poczuła 

na sobie gorący wzrok Luke'a. Dlaczego śledził każdy jej krok?

126

background image

Dlaczego do niej nie podszedł, nie porozmawiał, nie pocałował? Pragnęła tego, 

czego nie mogła mieć i jednocześnie bała się, co przyniesie kolejna chwila. Jakiego 

rodzaju będzie to pocisk? Kiedy i jak zostanie zdetonowany?

Chciała, żeby już było po wszystkim. Luke coś na nią szykował, była tego pewna. 

To  jedyne  wyjaśnienie.  Nigdy  nie  sądziła,  że  Luke  i  Jane  mogą  być  tak  okrutni; 
najpierw uśpili jej czujność, uznając ją za Elizabeth, a teraz szykują na nią pułapkę. 
Na co jeszcze czekają? Po co to przyjęcie, bal i prasa? Czy to miał być rodzaj zemsty? 

Czy aż tak ich zraniła?

Uśmiechnęła się smutno. Co za głupie pytanie. Oczywiście, że bardzo ich zraniła. 

Złamała wszelkie zasady etyczne, jakie kiedykolwiek wyznawała. Oszukała i Luke'a, i 

Jane. To wyczekiwanie i zastanawianie się było dla niej najlepszą karą.

O drugiej do sali balowej zaczęli napływać dziennikarze. Dla ich wygody ustawiono 

rzędy krzeseł. O trzeciej do sali weszła Jane, a za nią Tess i Luke. Luke nie odezwał się 
do  Tess  ani  słowem,  mimo  że  stali  obok  siebie.  Patrząc  na  dziennikarzy  Jane 
spokojnie  złożyła  swoje  oświadczenie.  W  sali  na  chwilę  zapanowała  cisza,  wszyscy 

byli zaskoczeni, a po kilku sekundach posypał się grad pytań, z którymi Jane i Tess 
doskonale sobie radziły. Luke odzywał się tylko wtedy, gdy uznał to za konieczne. 
Tess wiedziała, co należy robić. Doskonale odegrała przed prasą rolę wnuczki, która 

w cudowny sposób powróciła na łono rodziny. Dziennikarze zachwycali się nią, nie 
wiedząc,  że  Tess  nimi  manipuluje.  W  swej  najnowszej  roli  była  wygadana, 

fotogeniczna, zabawna i śmiała. Dostarczała materiału na historię, którą czytelnicy i 
widzowie będą interesować się przez wiele tygodni. Wydawcy i producenci również 
uwielbiali takie historie.

Tess  pomyślała,  że  Bert  będzie  zadowolony  z  jej  wystąpienia  w  mediach.  Ale 

istniała też druga strona medalu. Gdy wszystkie gazety i stacje telewizyjne pokażą 
jej twarz, rozpoznają ją wszędzie, gdzie tylko się pojawi. Nigdy  nie będzie  mogła 

robić tego, co do tej pory. Nie będzie już pracować z Cyrylem i Gladys.

Mimo to była zadowolona. Opłakała już tamtą starą Tess. Nie chciała dłużej być 

złodziejką. Nie chciała już nikogo nabierać. Za to chciała miłości Luke'a i Jane, a tego 

nie mogła mieć.  Będzie musiała  znaleźć sobie  nowe zajęcie. Coś, co odciągnie jej 
myśli. Ukoi ból i poczucie winy. Pozostała jej tylko rola doradcy, spędzającego czas 

bezpiecznie  za  biurkiem.  Skrzywiła  się  z  niesmakiem.  Może  Cyryl  coś  dla  niej 
wymyśli. Podobno miał znakomite kontakty.

Po  dwóch  godzinach  opuściła  salę  balową  i  znów  otoczył  ją  tłum  życzliwych  i 

wścibskich. Wszyscy chcieli wiedzieć, co się z nią działo przez ostatnich dwadzieścia 
lat.  To  przynajmniej  było  bezpieczne.  Tess  opowiedziała  im  o  swoim  życiu. 
Powiedziała to samo, co dziennikarzom, a wcześniej Lu-ke'owi  i  Jane,  kiedy  ich 

poznała.

127

background image

Znała tę  historyjkę  na pamięć.  Mogła  się więc  skupić  na  spojrzeniach Luke'a  i 

łowić  go  wzrokiem  w  tłumie.  Wreszcie,  koło  piątej,  poczuła,  że  nie  wytrzyma  już 

dłużej i zdecydowała się na mały spacer. Nie miała odwagi podejść do Luke'a, ale 
mogła podsłuchać, o czym rozmawiał i ewentualnie włączyć się do rozmowy. Mogła 

też  sprowokować  go  do  odezwania  się  lub  fizycznego  kontaktu.  Podeszła  do 
ogromnego dębu, przy którym stał Luke, rozglądając się  z  poważnym  wyrazem 
twarzy.

-

Pewnie myśli o mnie - mruknęła do siebie Tess.

-

Przestań się dąsać, chłopcze - rozkazał Daniel Mansfield, stając obok Luke'a. -

My, Mansfieldowie, mamy reputację ludzi towarzyskich.

-

Przepraszam, tato, nie pomyślałem o tym.

-

Po prostu myślałeś o czymś ponurym. Jak tam konferencja prasowa?

- Doskonale. 

Tess 

powinna 

zostać 

aktorką.

Tess zaschło w ustach.

Daniel uniósł brwi.
-

Widzę, że nie wiemy o wszystkim. Luke spojrzał ojcu w oczy.

-

Nie wiecie o czymś bardzo ważnym.

-

Ale Jane nie zostanie skrzywdzona, prawda?

-

Nie,  jeśli  ja  mam  tu  jeszcze  coś  do  powiedzenia.  Daniel 

Mansfield odetchnął z ulgą.

-

Dzielny chłopak. Moja krew. Więc o co chodzi? Luke znowu spoważniał.

-

O coś bardzo poważnego.

Ojciec zmierzył go wzrokiem, jakby widział go po raz pierwszy.
-

Brzmi interesująco - stwierdził. - Czy będziesz mnie informował na bieżąco?

-

Oczywiście.

-

Słychać  pogłoski,  że  się  wyłamujesz  z  tradycji  i  wynosisz  gdzieś  do  biednej 

dzielnicy. Jest w tym coś z prawdy?

-

Trochę.

Daniel westchnął ciężko.

- Zawsze  sprawiałeś  kłopoty.  Ale  Mansfieldowie  są  w  stanie  wszystko

przełknąć. No to w takim razie powiedz, co zamierzasz robić?

.-  Zarezerwowałem  stolik  w  „Twilight"  na  przyszły  tydzień.  Daniel 

Mansfield zbladł.

-

Jest aż tak źle? -Tak.

-

Nie ożenisz się z Marią Franklin? -Nie.

-

Dzięki Bogu. Muszę się napić. Ty też?

-

Nie, dziękuję.

128

background image

-

W  takim  razie  znikam  -  odparł  Daniel  Mansfield,  udając  się  na  poszu-

kiwanie szkockiej z wodą sodową.

-

Tu  jesteś,  Elizabeth!  -wykrzyknęła  przysadzista  matrona  o  niebieskich 

włosach.

Tess  podskoczyła  i  czym  prędzej  oderwała  się  od  ponurego 

Luke'aMansfielda, zwracając się w stronę Amelii Franklin, babci Marii.

Pani  Franklin  rozpoczęła  tyradę,  jak  to  cieszy  się  z  powrotu  Tess  na  łono 

rodziny  i  napomknęła  o  możliwości  połączenia  ich  rodzin  przez  swojego 

wnuka Marshalla. Opowiedziała też ze szczegółami o swoim ostatnim pobycie 
w  Cannes.  Była  to  niesamowicie  męcząca  rozmowa,  a  raczej  monolog.  Tess 
była  już  wykończona  i  właśnie  zaczęła  desperacko  obmyślać  plan  ucieczki. 

Wtedy zupełnie nieoczekiwanie ktoś przyszedł jej na odsiecz.

- Pani  Franklin,  proszę  mi  wybaczyć,  ale  muszę  porwać  Tess  na  parę 

minut.

Tess spojrzała na Luke'a całkowicie zaskoczona.
- Oczywiście,  mój  drogi,  oczywiście!  -  wykrzyknęła  pani  Franklin

i  żegnała  się  z  nimi  dobre  pięć  minut.  Wreszcie  Luke  ujął  Tess  pod  rękę  i 

odeszli.

Nareszcie.
-

Nawet nie wiesz, jaka ci jestem wdzięczna.

-

Niepotrzebnie - odparł z uśmiechem. - Znam całą rodzinę. Oni wszyscy są 

tacy sami.

-

O Boże - jęknęła Tess. - To jak wytrzymujesz z Olbrzymką?

-

Codzienne  dawki  novocainy  mogą  zdziałać  cuda.  Luke

nagle stanął i pogłaskał Tess po policzku.

-

Jak się czujesz?

To  pytanie  mogło  oznaczać  tak  wiele,  że  Tess  nie  wiedziała,  co  odpo-

wiedzieć.

- Zmęczyło mnie ciągłe uśmiechanie się - odparła wreszcie.
- Te przyjęcia są strasznie nudne, to prawda, ale Jane je lubi. To dzisiejsze 

było konieczne. Chciałem cię mieć choć przez chwilę tylko dla siebie, ale byłaś 

rozchwytywana.

Serce Tess zaczęło bić szybciej.
-

Nie wyglądałeś na opuszczonego. Razem z ojcem sprawialiście wrażenie, 

że omawiacie ważne męskie sprawy.

-

Tak, można to tak określić. - Luke spoważniał. Dotknął palcami ciemnych 

cieni pod oczami Tess. - Nie oczarujesz gości Jane, jeśli dobrze się nie wyśpisz 

- powiedział łagodnie.

-

Spróbuję  jutro  odrobić  zaległości  -  odparła  Tess,  drżąc  leciutko,  gdy 

musnął  palcami  jej  rękę.  Przypomniała  sobie,  jak  trzymał  ją  w  ramionach 
tamtej wtorkowej nocy. Miała ochotę błagać go o to samo, tu i teraz.

-

Wydaje mi się, że nie sypiasz dobrze od jakiegoś czasu - stwierdził.

129

background image

- Od kiedy tu jestem - przyznała Tess.
Ujął jej twarz w ciepłe dłonie i zmusił do spojrzenia mu w oczy.
-

Co się dzieje?

-

Miewam koszmary - odparła Tess zaskoczona, że to mówi. Kto by pomyślał, 

ile potrafi zdziałać dotyk mężczyzny.

-

Miałam...  miałam  je  kiedyś  w  dzieciństwie.  Sądzę,  że  to  wynik  tego 

ogromnego stresu. Trudno jest... być Elizabeth.

-

Biedna Tess - szepnął Luke.

Musnął delikatnie jej usta, a potem objął ją ramieniem i poszli do parku.
-

Poznawanie swojej przeszłości może być trudne - przyznał.

-

Znam łatwiejsze zajęcia.

-

Takie jak wsadzenie Carswellów za kratki?

Tess zatrzymała się i spojrzała na niego zaskoczona.
- Co? Ja... ja tego nie zrobiłam.
- Ależ, Tess, to czyste kłamstwo.

   - Ale... skąd wiesz o Carswellach?

Luke wydawał się bardzo z siebie zadowolony.

- W  zeszłym  tygodniu  złożyłem  wizytę  pani  Carswell.  Okazało  się,  że  to

dzięki  tobie  zainteresowało  się  nią  FBI.  Nie  jest  jej  tam  zbyt  dobrze.  Szczególnie 
drażni ją dźwięk nazwiska Jeanne-Marie St. Juste.

Tess nie wiedziała, co powiedzieć, żeby wybrnąć z tej sytuacji.
- Dajesz mi do zrozumienia, że nie jestem już jej ulubionym dzieciakiem?

Luke roześmiał się.
- Takie właśnie odniosłem wrażenie.

    - Aha.

- Czego  nie  chciałaś  zrobić,  mając  szesnaście  lat?  -  spytał,  dotykając

półokrągłej blizny na jej skroni.

Tess nie mogła powstrzymać drżenia.
-

Nie chciałam zabawiać Dennisa Fouchera.

-

Co się stało? - nalegał Luke.

- Miałam się nim zająć zgodnie z planem.

   - I zabawiłaś go?

-

Aż za dobrze. - Tess skrzywiła się z niesmakiem. - Chciał mnie zgwałcić. Udało 

mi się tego uniknąć.

-

Pobił cię?

-

To było dawno temu.

-

A zatem bardzo cię pobił.

-

Tego nie powiedziałam!

-

Ale zrobiły to twoje oczy.

-

Nie bądź taki bystry - mruknęła Tess, biorąc go pod rękę i ruszając dalej.

130

background image

- Elizabeth Auroro Cushman, któregoś dnia opowiesz mi wszystko o swoim 

tragicznym życiu.

- Nie jestem aż taka głupia.

    - Ale ja jestem bardzo wytrwały.

Nie wiedziała, co się kryje pod tym stwierdzeniem. Faktycznie, był bardzo 

wytrwały,  dążąc  do  zemsty  na  Margo  Holloway.  Czy  teraz  jego  wytrwałość 
miała  oznaczać  to  samo?  Ale  jak  mógł  chcieć  się  na  niej  odegrać,  skoro  nie 

wiedział,  że  go  oszukała?  A  może  wiedział?  Tess  pomyślała,  że  czasami 
nienawidzi swego życia.

Luke odprowadził ją do gości wcześniej, niż się tego spodziewała. Zbliżała 

się  pora  rozpoczęcia  balu.  Tess  poszła  do  swego  pokoju  i  przyjrzała  się  już 
znajomemu i dziwnie łagodnemu wzorkowi na ścianach. Dzisiejsza noc będzie 

jej  ostatnią  w  tym  pokoju.  Co  powinna  zrobić?  Na  dokończenie  zadania 
potrzebowała jeszcze kilku dni, a to oznaczało kilka dni szczęścia u boku Luke'a 
i  Jane.  Miała  do  wyboru:  albo  dalej  się  zamartwiać,  albo  zatopić  się  w 

szczęściu, starając się zapamiętać każdą chwilę, bo wkrótce wszystko straci.

Przypomniała  sobie  fragment  starej  piosenki:  spróbujmy  szczęścia  w  mi-

łości... Uśmiechnęła się i poszła wziąć prysznic.

Dwie  godziny  później  Tess  dołączyła  do  gości  zasiadających  do  kolacji. 

Swoje złote włosy upięła w kok, zostawiając kilka luźnych kosmyków wijących 

się  wokół  uszu.  Włożyła  długą,  czarną,  aksamitną  suknię  z  odkrytymi 
plecami, która miękko przylegała do ciała, niczym druga skóra.

- Nie gap się tak - skarciła żartobliwie Luke'a, czekającego na nią na dole.

- Czy  ty  świadomie  chcesz  mnie  doprowadzić  do  szaleństwa?  -jęknął.

Tess uśmiechnęła się olśniewająco. Niezależnie od wszystkiego, Luke

wciąż jej pragnął. Tego mogła się trzymać dziś wieczorem.

- Cieszę  się,  że  podoba  ci  się  moja  suknia.  Kupując  ją,  myślałam

o tobie.

Luke przyglądał się Tess przez chwilę, po czym podał jej ramię i weszli do 

jadalni.

-

Przez cały wieczór masz nie odstępować mnie na krok, jasne?

-

Tak, panie - roześmiała się Tess.

Rozdział szesnasty

Luke  najwyraźniej  tak  poprzestawiał  wizytówki  przy  stole,  jak  było  mu 

wygodnie. Tess znowu siedziała naprzeciwko Jane, ale tym razem Luke usiadł 
po jej prawej stronie. Żadne z nich nie zwróciło uwagi na to, kto siedzi

131

background image

z lewej. Rozmawiali o krajach, w których byli, dziełach sztuki, które pragnęli mieć na 
własność  (tu  Tess  wykazywała  dużo  większą  aktywność)  i  o  filmach,  na  których 

zawsze płakali. Tess bawiła się doskonale.

Wstali od stołu i wraz z innymi gośćmi przeszli do sali balowej. Ośmio-osobowy 

zespół  zaczął  grać.  Luke  porwał  Tess  w  ramiona  i  poprowadził  na  parkiet.  Jak 
dobrze było znów znaleźć się blisko niego! Powinna zatańczyć dziś z każdym, kto ją 
poprosi, ale Luke i tak odbijał ją w połowie tańca. Do północy pozostali panowie 

poddali się i Luke mógł mieć Tess tylko dla siebie.

-

Nie wiedziałam, że prawnicy potrafią tak dobrze tańczyć - szepnęła, pieszcząc 

palcami jego kark.

-

Nabieramy  wprawy,  wciąż  się  kłaniając  i  krygując  w  sądzie  -  odparł  Luke, 

gładząc dłonią jej odsłonięte plecy.

Zachowywała  się  sztywno,  gdy  tańczyła  z  jakimkolwiek  innym  mężczyzną. 

Odżywała  dopiero  w  ramionach  Luke'a.  Tańczyli  tak,  jakby  od  zawsze  robili  to 
razem,  poruszając  się  po  niewielkim  okręgu,  jaki  wytyczyli  sobie  pośrodku  sali 
balowej.

Czuła ciepło jego ciała i subtelny zapach, który ją oszałamiał.
Nie  dbała  o  to,  czy  to  podstęp.  Była  szczęśliwa,  bo  czuła  wzbierające  w  nich 

obojgu pożądanie, gdy wtulona w jego ramiona poruszała się w takt muzyki.

Mimo  miłosnego  oszołomienia  była  na  tyle  przytomna,  by  dostrzec,  że  Luke

prowadzi ją w tańcu aż na taras. Do muzyki płynącej z sali przyłączyły się świerszcze, 

lekki  wiaterek  chłodził  rozpalone  ciała.  Byli  sami.  Tess  nigdy  jeszcze  nie  zaznała 
uczucia takiej błogości.

Luke objął ją jedną ręką, a drugą uniósł jej dłoń do ust. Wzmógł pieszczoty, gdy 

usłyszał cichy jęk. Drżała cała z rozkoszy pod gorącym spojrzeniem szmaragdowych 
oczu, które nagle pociemniały z namiętności. Szepnęła jego imię głosem ciężkim od 
pożądania,  jakby  obcym.  Jego  usta  błądziły  po  jej  nagim  ramieniu,  zamiast 

odpowiedzieć na szeptaną prośbę.

- Tak  dobrze  mieć  cię  w  swoich  ramionach  -  powiedział  zduszonym

głosem.

Musnął wargami jej wrażliwą szyję. Z okrzykiem, który zdawał się wydobywać z 

głębi serca, porwał Tess w ramiona i odnalazł ustami jej usta. Ukryła dłonie w jego 

gęstych włosach. Ich języki zmagały się ze sobą. W jej żyłach płonął prawdziwy ogień, 
który  niszczył  ostatni  mur,  który  zbudowała  dawno  temu  w  obronie  przed 
wszelkimi uczuciami.

Dopiero po chwili Tess zorientowała się, że Luke wziął ją na ręce. Spojrzała na 

niego; szmaragdowe oczy płonęły ogniem.

-

Znam  doskonały  sposób  -  wyszeptał  -  żeby  przegonić  twoje  koszmary. 

Westchnęła z zadowoleniem, opierając głowę na jego silnym ramieniu.

-

Dobrze.

132

background image

Nie  czekając  ani  chwili,  Luke  ruszył  w  stronę  sali  balowej,  ale  Tess,  chi-

chocząc, powstrzymała go.

-

Nie, nie. Co ludzie powiedzą, kiedy nas tak zobaczą?

-

Nie dbam o to.

-

Ja też nie, ale pomyśl o Jane. Możemy skorzystać z tylnych schodów. Luke

uśmiechnął się przebiegle.

-

Tylko ten jeden raz - powiedział, kierując się na tyły domu.

-

Mogę iść o własnych siłach.

-

Ale za wolno, jak dla mnie.

Po  chwili  byli  już  na  schodach.  Luke  pokonywał  je  po  dwa  stopnie  naraz. 

Tess,  przez  całą  drogę  pieściła  ustami  jego  ucho,  równie  wrażliwe,  jak  jej 
własne.

-

Pomóc  ci?  -  spytała,  gdy  Luke  zatrzymał  się  przed  drzwiami  swojej 

sypialni.

-

Nie, dzięki - odparł, przerzucając ją sobie przez ramię.

Wszedł do środka i zamknął drzwi kopniakiem. Przekręcił klucz w zamku i 

postawił ją na podłodze. Oparł się plecami o drzwi i uśmiechnął zmysłowo.

- Wyjdź za mnie, Elizabeth.
Kto by pomyślał, że cztery słowa mogą sprawić, że świat leży u twoich stóp?
-

Wyjść  za  ciebie?  Od  kiedy  się  poznaliśmy,  próbujesz  mnie  wsadzić  do 

więzienia, a teraz chcesz się ze mną ożenić?

-

Tak - odpowiedział spokojnie Luke.

Była w szoku. Mówił poważnie. Pokręciła przecząco głową.

- Nie, Luke. Nie teraz.
Luke uśmiechał się bez śladu rozczarowania.
-

Zła  odpowiedź.  Spróbuj  jeszcze  raz.  Powiedziałem  Jane,  że  mam  wobec 

ciebie  wyłącznie  przyzwoite  zamiary,  ale  gdy  na  ciebie  patrzę,  moje  dobre 

chęci mogą nie wystarczyć. Wyjdź za mnie, Tess.

-

Nie mogę - szepnęła. Nie była w stanie się poruszyć.

-

Oczywiście, że możesz.

Pocałował  ją  czule  i  delikatnie,  wzbudzając  pożądanie.  Zapomniała,  że 

miała  odpowiedzieć.  Zapomniała  o  pytaniu  i  o  całym  świecie  poza  potrzebą 
przyjęcia  wszystkiego,  co  ten  wspaniały  mężczyzna  miał  do  zaoferowania  i 

chęcią oddania mu tego dziesięciokrotnie.

Palce Luke'a odnalazły zamek błyskawiczny z tyłu sukni.
-

Cały wieczór marzyłem o tym, żeby zerwać z ciebie tę suknię.

-

Po  to  właśnie  ją  kupiłam  -  szepnęła  Tess,  drżącymi  palcami  rozpinając 

jego marynarkę.

-

Kupiłaś  ją  po  to,  by  doprowadzić  mnie  do  szaleństwa  -  stwierdził,  Luke

całując ją w szyję.

Tess z trudem wydobyła z siebie głos.

133

background image

-

Nie... nie wiedziałam, że tak łatwo mnie przejrzeć.

-

O,  nie  -  szepnął  Luke,  zsuwając  z  niej  sukienkę.  -  Jesteś  jak  labirynt, 

cudowny labirynt. Ale udało mi się znaleźć drogę do twojego serca.

Stała prawie naga, tylko w skąpych, czarnych, satynowych majteczkach.
- Mój Boże, jaka jesteś piękna - szepnął.

Ujął w dłonie jej piersi. Kciukami drażnił sutki, które natychmiast stwardniały 

i nabrzmiały, jakby prosiły o dalszą pieszczotę. Powoli zniżył głowę i wziął w 
usta jeden z nich. Tess jęknęła.

-

Luke, proszę! Chcę cię widzieć, dotykać, kochać.

-

Spróbuję nie być taki  samolubny - mruknął,  mierząc ją wzrokiem.  - Ale 

nie wiem, czy dam ci równe szanse.

Tess z uśmiechem zdjęła mu muszkę i zaczęła rozpinać jedwabną koszulę.

- Co za wspaniały kochanek - powiedziała, ściągając mu marynarkę razem 

z koszulą.

Opuszkami  palców  dotknęła  mięśni  na  jego  torsie.  Napięta  skóra  i 

przyspieszony  oddech  zahipnotyzowały  ją.  Nigdy  nie  sądziła,  że  można  tak 
pragnąć mężczyzny.

-

Chyba - powiedziała drżącym głosem - mogłabym pożreć cię całego.

-

Chcę  cię  natychmiast  mieć  w  swoim  łóżku!  - Luke  wziął  ją  na  ręce  i 

zaniósł do ogromnego, mahoniowego łoża.

-

Mówisz tak, jakbym stawiała opór - mruknęła.

Uklękła  pośrodku  ogromnego  łoża  i  patrzyła,  jak  Luke  zrzuca  z  siebie 

resztę ubrania.

Szumiało jej w uszach, z trudem mogła złapać oddech.
Piękny! Dlaczego nikt jej wcześniej nie powiedział, że mężczyzna może być 

taki piękny? Do tej pory kochali się dwukrotnie, ale olśnienie nim ciągle rosło. 
Miał  wyraźnie  zarysowane  mięśnie,  szeroki  tors,  wąskie  biodra  i  długie, 
muskularne nogi. I tak bardzo jej pragnął. Spojrzała na niego, a napotykając 

jego  głodny  wzrok  zadrżała.  Ich  wzajemne  pożądanie  było  wręcz  dzikie. 
Wypełniało ich i kierowało nimi.

- Chodź do mnie - powiedziała namiętnie.
Luke zdjął z niej jedyną dzielącą ich jeszcze barierę. Tess uniosła biodra, by 

mógł ściągnąć czarną satynę. Zbliżył się do niej, a ona objęła go ramionami i 

mocno przytuliła.

- Hej!  -  krzyknął,  gdy  nagle  przewróciła  go  na  plecy.  Uśmiechnęła  się 

lubieżnie i zaczęła go pieścić.

Ustami  drażniła  jego  stwardniałe  sutki,  a  stopą  głaskała  owłosione  nogi. 

Zachwycała  się  połączeniem  swojej  gładkości  z  jego  szorstkością  i  jękami, 
jakie  z  siebie  wydawał. Wreszcie  dotarła palcami  do  sztywnej  męskości,  zdra-

dzającej  ogrom  jego  pożądania.  Nie  przerywając  pieszczot,  zajrzała  mu  głę-
boko w oczy.

134

background image

- Dzisiaj należysz do mnie - szepnęła.
Luke ujął jej twarz w dłonie i przyciągnął jej usta do swoich ust.
-

Tak - szepnął, drżąc pod wpływem jej pieszczot. -  Bardziej niż umiem to 

wyrazić.

-

Spróbuj - ponagliła go Tess.

Z jękiem rozkoszy Luke przewrócił ją na plecy. Zębami drażnił jej ramię i 

szyję, a dłońmi piersi, delikatnie zaokrąglony brzuch i uda. Jej jęki  stały się 
głośniejsze, gdy dotknął palcami źródła jej żądzy, przytrzymując jednocześnie 

jej nogi swoimi.

-

Luke, błagam! - szepnęła, prężąc się pod jego delikatnym dotykiem.

-

Wyjdź za mnie - zażądał.

Otworzyła  oczy  szeroko  ze  zdziwienia,  krzycząc,  gdy  jego  palce  dotykały 

coraz mocniej jej najczulszego miejsca.

-

Nie mogę - powiedziała. - Nie wiesz...

-

Wyjdź  za  mnie  -  powtórzył,  pieszcząc  ustami  jej  piersi  i  poruszając 

palcami w jej wnętrzu.

Tess,  wciąż  pamiętając  niewysłowioną  przyjemność,  jaką  sprawił  jej  już 

dwukrotnie,  mogła  jedynie  pokręcić  przecząco  głową.  Żar  jego  pieszczot 

wypalił  w  niej  wszystko,  poza  desperackąpotrzebą,  aby  Luke  wypełnił  w  niej 
ciemną  i  spragnioną  pustkę.  Jej  napięcie  sięgało  zenitu.  Chciała,  aby  ją  od 
niego uwolnił.

A Luke tylko powtarzał:
-

Wyjdź za mnie.

-

Nie mogę!

- Możesz  -  mruknął,  całując  ją  delikatnie  w  usta,  oczy,  policzki.

Swoimi dłońmi doprowadzał ją do szaleństwa. Jego napięte ciało świadczyło o 
tym, jak wiele kosztowało go zwlekanie z tym, czego oboje pragnęli.

- Wyjdź  za  mnie  -  powtórzył,  poruszając  palcami  w  jej  wnętrzu.

Wygięła biodra, prosząc o więcej, ale znów odmówił jej tego, czego

teraz pragnęła bardziej niż powietrza. To było ważniejsze i od zdrowego roz-

sądku, i od strachu.

- Wyjdź za mnie, Tess - szepnął.
- Dobrze,  Boże,  dobrze!  -  krzyknęła.  -  Tylko  weź  mnie,  Luke.  Weź  mnie

teraz!

Wdarł się w nią i oboje aż krzyknęli. Tess nigdy jeszcze nie zaznała czegoś 

takiego.  Serce  waliło  jej  w  piersiach  w  rytm  bicia  jego  serca.  Coś  nowego 
narodziło się między nimi.

Objęła go ramionami, nogi oplotła wokół jego bioder, by czuć go mocniej. 

Wciąż pozostawał nieruchomy, z napiętymi mięśniami, pozwalając i sobie, i jej 
odczuć to niezwykłe zespolenie.

Do duszy Tess zawitało światło, zniknęła z niej ciemność.

- Och, Luke. Tak bardzo cię kocham!

135

background image

Jęknął  i  zaczął  się  wolno  poruszać.  Tess  objęła  go  mocniej,  poruszając  się  we 

wspólnym rytmie.

- Mój, jesteś mój - szeptała w kółko, gdy ich ciała stopiły się w jedno.
Ujęła jego głowę w dłonie i przyciągnęła jego usta do swoich. Poruszała językiem w 

rytm jego ruchów. Kierowała nią jakaś pierwotna siła. Zniknęły resztki zahamowań i 
konwenansów. To trwało wieczność, jak i jedną chwilę. Nigdy wcześniej nie przeżyła 
czegoś podobnego. Tego właśnie zawsze pragnęła.

Przewróciła Luke'a na plecy i teraz leżała na nim. Niesamowita fala napięcia i 

rozkoszy  wezbrała  jeszcze,  gdy  czuła  go  w  sobie  coraz  głębiej,  gdy  jego  dłonie 
pieściły jej piersi, a kciuki drażniły nabrzmiałe sutki.

Spalała się. Umierała. Szybowała w kosmos.
- Pragnę cię - szepnęła, przyciągając go do siebie.

Czas  się  zatrzymał,  a  potem  ogarnęła  ich  fala  gorąca.  Oboje  krzyknęli 

jednocześnie,  drżąc  od  nowa  i  wtulając  się  w  siebie.  Ich  serca  biły  jednakowym 
rytmem. Okrzyki stawały się coraz cichsze. Serce Luke'a biło równo tuż  obok  jej 

policzka.

Rozdział siedemnasty

Poranne słońce przedzierające się przez zasłony obudziło Tess. Po raz

pierwszy nie dręczyły jej tej nocy żadne koszmary. Spojrzała czule na śpiącego obok 
mężczyznę. Naprawdę udało mu się przepłoszyć złe sny.

Leżeli na boku, zwróceni do siebie twarzami. Luke zaborczym gestem obejmował 

ramieniem  jej  biodro.  Gdyby  się  poruszyła,  choćby  nieznacznie,  jego  uścisk 
natychmiast byłby silniejszy. Tess uśmiechnęła się. Nie miała nic przeciwko temu, że 

Luke był taki zaborczy. Podobało jej się także uczucie wzajemnego zaufania, które nie 
opuszczało ich tej nocy, gdy po raz pierwszy się kochali.

Co  powiedziała  w  środę  Jane?  Że  nie  wie,  kim  jest?  Teraz  już  wiedziała.  Była 

wielbicielką  sztuki,  szmaragdów  i  Luke'a  Mansfielda.  Okazała  się  staromodną 
romantyczką, gdy w grę wchodziło małżeństwo. I była z tego zadowolona.

Tess  nie  pamiętała,  aby  kiedykolwiek  czuła  się  tak  dobrze:  taka  bezpieczna, 

szczęśliwa  i  podniecona.  Ten  mężczyzna,  ten  wspaniały,  kochający,  inteligentny, 
zabawny  i  seksowny  mężczyzna  chciał  ją  poślubić,  a  właściwie  zamierzał  ją 

poślubić, niezależnie od tego, jak bardzo będzie się sprzeciwiała.

A ona się zgodziła. Odpowiedziała „tak".

136

background image

Poślubić Luke'a Mansfielda. Co za szalona i niebezpieczna decyzja! To nie mogła 

być  pułapka.  Nawet  Luke  nie  posunąłby  się  tak  daleko.  Nie,  tym  razem  mówił 

szczerze i cieszyła się z tego.

Jej  świat  został  wywrócony  do  góry  nogami.  Tess  była  zaskoczona,  jak  bardzo 

zmieniło się jej życie w ciągu dwóch tygodni. Od oszustki do zamężnej damy... no, 
powiedzmy,  zaręczonej,  ale  już  się  postara,  żeby  narzeczeń-stwo  nie  trwało  zbyt 
długo.  Podobało  jej  się  przebudzenie  w  ramionach  Luke’a  i  chciała  tego 

doświadczać każdego ranka.

A jednak... prawda o tym, co robiła w tym domu wyjdzie w końcu na jaw. Na 

pewno.  Wtedy  Luke  ją  znienawidzi.  I  Tess  nienawidziła  siebie  od  chwili,  gdy 

przekroczyła  próg  rezydencji  Cushmanów.  Oszukała  i  wykorzystała  ludzi,  których 
kochała. Czy zdołają jej wybaczyć?

Musiała uchronić ich przed prawdą. Musiała uchronić swoje własne serce. Ale jak?
Desperacko  poszukiwała  jakiegoś  wyjścia. Luke  zacieśnił  uścisk  wokół biodra. 

Jej serce otworzyło się niczym kielich kwiatowy. Znalazła odpowiedź.

Może...  może  jednak  mogła  stać  się  Elizabeth!  Oni  już  w  to  uwierzyli.  Tak 

twierdzą. Jane potrzebowała spadkobierczyni, Luke pragnął żony, a Tess tęskniła do 
posiadania  rodziny.  Może...  Tess  zadrżała.  Może  się  uda.  Może  dzięki  miłości 

będzie w stanie rozpocząć nowe życie.

Myśl o przyszłości nie dawała jej spokoju. Jane będzie zadowolona, Luke nigdy nie 

pozna  haniebnej  prawdy,  a  ona  będzie  się  cieszyć  ich  miłością.  I  będzie  ich 

kochać.  Sto  razy  mocniej  niż  oni  ją.  Wszystko  wydawało  się  możliwe.  Mogła 
zmienić marzenia w rzeczywistość. Mogła mieć rodzinę, której zawsze pragnęła.

Ta myśl ją jednocześnie zachwycała i przerażała.

Nagle zdała sobie sprawę, że Luke patrzy na nią. O, tak. Zrobi wszystko, aby do 

końca życia budzić się każdego ranka w jego ramionach.

- Dzień  dobry  -  powiedziała,  całując  go  przelotnie  w  usta.  -  Czy  życzy

pan sobie na śniadanie podwójną porcję płatków?

Chichocząc, Luke przewrócił się na plecy i pociągnął ją na siebie.
-

Wolałbym zjeść panią- powiedział, zatapiając zęby w jej ramię.

-

No, no, no! - zawołała Tess z francuskim akcentem. - Narzeczonej nie ma w 

dzisiejszym menu. Zjadł ją pan już w nocy, jeśli dobrze pamiętam.

-

Rzeczywiście  -  przyznał  Luke.  -  Ale  jestem  nie  tylko  głodny,  jestem 

uzależniony. Muszę mieć cię stale. Zawsze.

Tess poczuła, że jej szczęście wybucha ze zdwojoną siłą.
-

Sadzę  - mruknęła  już  własnym  głosem  -  że  to  się  da  załatwić.  Zaczęła 

całować, lizać i gryźć całe jego ciało.

-

Ja też się uzależniłam.

-

Miło mi to słyszeć - szepnął.

137

background image

-

Dziś  -  rzekła  Tess  uroczyście  -  rozpoczynamy  nowe  życie.  Luke

jęknął.

-

Frazesy o świcie! Co ja takiego zrobiłem? Tess uśmiechnęła się przebiegle.

-

Zaraz ci pokażę.

Zerknęła na stojący obok łóżka zegar.
-

O, nie! - krzyknęła, odpychając od siebie Luke'a.

-

Hej! - Chciał ją zatrzymać, ale mu się nie udało.

-

Co  ty  wyprawiasz?  -  spytał  widząc,  jak  Tess  pospiesznie  zbiera  swoje 

ubrania.

-

Już prawie siódma. Za chwilę w domu zacznie się ruch.

To była doskonała wymówka. Naprawdę martwiła się o to, że ludzie Berta 

będą ich obserwować. Nie chciała, żeby Bert wiedział, co tu się działo. Już dość 

jasno wyraził swoją dezaprobatę.

- To co?
-

Nie mogę przecież wrócić do swojego pokoju w tym stanie, jeśli wszędzie 

będą się kręcić ludzie, prawda?

-

Mnie się podobasz w tym stanie.

-

Dziękuję. Gdzie rzuciłeś moje...uhm... figi?

Luke założył ręce za głowę i próbował zrobić niewinną minę.
-

Hm?

-

Luke, gdzie są moje figi?

Wychylił  się  za  łóżko  i  palcem  wskazującym  podniósł  kawałek  czarne go 

materiału.

- O to chodzi?

    -  Tak, dziękuję. Luke!

Schował czarną satynę pod poduszkę, na której się położył. -Hm?
-

Luke! Oddaj je. Natychmiast! Uśmiechnął się przymilnie.

-

Będziesz musiała sama je sobie wziąć.

-

Pewnie - powiedziała Tess, stojąc z założonymi rękoma. - I skończę z tobą 

w łóżku na następnych pięćdziesiąt lat. Nie jestem taka głupia. Oddaj je. Nie 
mogę stąd wyjść bez majtek.

-

Czemu  nie?  Twój  cudowny  negliż  będzie  ukryty  pod  tą  skandaliczną 

suknią. Kto się domyśli braku bielizny?

-

Ja. Oddaj je. 

-

Nie.

-

Znając  mnie  trochę,  nie  powinieneś  narażać  się  na  moją  zemstę.  Luke

spokojnie rozważył to ostrzeżenie, potem westchnął i rzucił jej
czarną bieliznę.

- Dziękuję - powiedziała Tess i zaczęła się ubierać.

138

background image

-

Musi istnieć jakiś lepszy sposób dziękowania.

-

Niewątpliwie. Ale nie wyszłabym z tego pokoju do południa. Nie chcę, żeby 

trzydzieści osób, które nocowały w tym domu, wiedziały, że my... że jesteśmy tak 

zaangażowani. I bez tego muszę odpowiadać na mnóstwo pytań.

-

Dobrze  -  powiedział  Luke,  siadając  na  łóżku  i  przeczesując  dłonią  włosy.  -

Nasze zaręczyny pozostaną tajemnicą do czasu, aż wszyscy goście się wyniosą. Ale 
to nie znaczy, że...

-

Owszem - odparła Tess, wkładając pantofle. - Nie życzę sobie żadnych oznak 

pożądania.

-

To straszne - mruknął Luke.

Tess  posłała  mu  całusa,  otworzyła  drzwi,  rozejrzała  się  na  wszystkie  strony  i 

ruszyła do swojego pokoju. Odetchnęła z ulgą dopiero, kiedy zamknęła za  sobą 
drzwi.

Stojąc  pośrodku  sypialni,  patrzyła  w  nieokreślonym  kierunku,  czując  jedynie 

wewnętrzny żar, który rozpalił się w niej poprzedniej nocy. Ogrzewał jej serce i ciało. 
Z  radosnym  westchnieniem  zaczęła  zdejmować  ubranie,  które  dopiero  co  włożyła. 

Przyrzekła  sobie,  że  nigdy  nie  zostawi  Luke'a  w  takiej  chwili,  bo  sama  nie  może 
zaznać spokoju, chociaż poprzedniej nocy kochali się przez wiele godzin. Tess czuła, 
że pragnie więcej. Potrzebuje więcej. Mogłaby spokojnie spędzić z nim w łóżku cały 

dzień i całą noc, i następny dzień...

- To straszne - mruknęła, wchodząc do łazienki.
Odkręciła  prysznic  i  weszła  pod  wodę,  pozwalając,  by  spływała  po  całym  jej 

ciele.

W tym momencie drzwi kabiny otworzyły się i Tess nie była już sama.
-

Przepraszam - powiedziała z godnością, odsuwając z oczu mokre włosy. - Co ty 

tu robisz?

-

Kończę  to,  co  zaczęłaś  i  wcielam  w  życie  swoją  małą  fantazję  -  odparł  Luke, 

przytulając ją do swego nagiego ciała.

Tess jęknęła, czując jego bliskość. Zalała ją fala gorąca.
-

Wiesz, że większość wypadków domowych ma miejsce pod prysznicem?

-

Naprawdę? - zdziwił się Luke, przesuwając dłońmi po jej śliskiej skórze.  -  To 

interesujące.

Dotknął ustami szyi w miejscu, gdzie wyczuwalny był puls.
-

Nie...  nie  powinniśmy  -  szepnęła  Tess,  ale  jej  ręce  już  go  obejmowały.  Palce 

Luke'a były coraz niżej.

-

Nie jesteś w stanie się sprzeciwiać - mruknął.

-

Wiem! Luke, proszę. Już nie wytrzymam. Nie mogę...

- Tak mnie pragniesz - zachwycił się Luke, pieszcząc Tess i przyciskając plecami 

do  ścianki  kabiny.  Nagle  wszedł  w  nią,  podtrzymując  jej  drżące

ciało ramionami. Tess zdusiła w sobie okrzyk, wpijając się zębami w jego

139

background image

ramię.  Jęk  rozkoszy,  jaki  wydał  z  siebie  Luke,  zlał  się  z  odgłosem  lejącej  się 
wody.

Po godzinie byli wykąpani, wysuszeni, odpowiednio ubrani i uśmiechali się 

do siebie.

-

Idź pierwsza - powiedział Luke. - Nie będziemy wtedy budzić podejrzeń.

-

Ja  pierwsza?  -  zdziwiła  się  Tess.  -  Nawet  ślepiec  zauważy,  że  ledwo  się 

trzymam na nogach. Ty idź pierwszy i daj mi chwilę, żebym doszła do siebie.

-

Możemy zejść razem.

-

Świetnie - żachnęła się Tess. - Mamy wilgotne włosy, zaróżowioną skórę i 

błyszczące oczy. Wszyscy się domyśla, co się stało.

-

Dobrze już, dobrze - zgodził się Luke. - Pójdę pierwszy.

- Tylko  najpierw  pozbądź  się  tego  wyrazu  zadowolenia  z  twarzy.

Luke westchnął ciężko.

-

Po  nocy  i  poranku  pełnym  uniesień  mam  udawać,  że  co  najwyżej  ro-

zegrałem partyjkę scrabble'a. Nie tak miały wyglądać nasze zaręczyny.

-

Wiem,  jak  miały  wyglądać  i  pogadamy  o  tym  później  -  powiedziała 

stanowczo Tess. - A teraz wynoś się!

Luke podszedł  do  drzwi,  otworzył  je,  rozejrzał  się  na  wszystkie  strony, 

pomachał  jej  leniwie  na  pożegnanie  i  wyszedł  na  korytarz.  Pod  Tess  wciąż 
uginały  się  nogi.  Padła  na  łóżko  i  usiłowała  pozbyć  się  z  twarzy  rumieńca  i 

błysku z oczu.

Po dziesięciu minutach zeszła na dół pozornie spokojna, ale wewnątrz cała 

rozdygotana.  W  jadalni  czekało  już  śniadanie.  Stwierdziła,  że  jest  bardzo 

głodna i nałożyła sobie tyle jedzenia, jak dla dwóch głodnych atletów. Ruszyła 
na poszukiwanie Luke'a.

Jeszcze niewiele osób kręciło się po domu, ale Luke'a nie było wśród nich. 

Sprawdziła  kilka  pomieszczeń,  zanim  znalazła  go  w  salonie  Belle  Epoąue, 
siedzącego nad śniadaniem przy stoliku do gry w szachy.

-

Jesz  za  dwoje?  -  spytał  przekornie,  wskazując  widelcem  na  jej  przeła-

dowany  talerz.  -  Wiesz,  rzeczywiście  nie  pomyśleliśmy  o  żadnym  zabezpie-

czeniu.

-

Uzupełniam  swoje  mocno  nadwerężone  zapasy  energii  -  odparła 

górnolotnie  i  podeszła  powoli  do  niego.  -  I  nie  potrzebuję  żadnego  zabez-
pieczenia  przed  czymś,  co  mogliśmy  powołać  do  życia.  Luke!  -  syknęła,  gdy 

przyszły mąż posadził ją sobie na kolanach. - Uważaj na moje śniadanie!

-

Do  licha  z  twoim  śniadaniem  -  szepnął  i  złożył  na  jej  ustach  gorący 

pocałunek, który znów przyprawił ją o drżenie nóg.

- Czy  powinnam  udawać  zaskoczoną?  -  spytała  Jane,  stając  w  progu.

Tess skurczyła się ze strachu.

140

background image

-

Dzień dobry, Jane! - wykrzyknął Luke, jedną ręką wciąż przytrzymując Tess na 

swoich kolanach, mimo desperackich prób, jakie czyniła, by się uwolnić. - Jak się 
czujesz po wczorajszych hulankach?

-

Doskonale - odparła Jane, obserwując ich z błyskiem w oku. - Dość wcześnie 

wczoraj zniknęliście z balu.

-

Spędziliśmy wiele godzin, walcząc z naszą... przyszłością - odparł poważnie Luke. 

W  kąciku  jego  ust  pojawił  się  uśmieszek,  gdy  dostrzegł  ciemny  rumieniec  na 

policzkach  Tess.  -  Z  prawdziwą  przyjemnością  mogę  cię  poinformować,  Jane,  że 
dotrzymałem złożonej ci obietnicy. Prawda i sprawiedliwość zwyciężyły. Tess i ja 
pobieramy się.

-

To  cudownie!  -  wykrzyknęła  Jane  ku  zaskoczeniu  Tess.  -  Kiedy  nastąpi  ten 

szczęśliwy dzień?

-

Jeszcze tego nie ustaliliśmy - przyznał Luke. - Myślę, że za jakieś trzy dni, bo 

tyle czeka się na wynik testu krwi albo za trzy godziny, bo tyle trwa lot do Vegas. Ale 
nie wiem, czy będę aż tak cierpliwy.

-

Ciekawy sposób myślenia - stwierdziła Jane, patrząc na Tess rozpromienionym 

wzrokiem. - Tak się cieszę ze względu na ciebie, moja droga.

-

Dziękuję,  Jane  -  powiedziała  Tess.  Jej  oczy  napełniły  się  łzami.  Właśnie 

uświadomiła  sobie,  jak  bardzo  pokochała  starszą  panią.  -  To  dla  mnie  wiele 
znaczy.

-

Jeśli  to  możliwe,  zaczekajcie  trzy  dni.  Chciałabym,  aby  wasz  ślub  odbył  się 

właśnie  tutaj  -  powiedziała  Jane.  -  Ten  stary  dom  potrzebuje  dużo  miłości  i 
radości.

- Ależ, Jane... - powiedziała Tess.
-

Nalegam. - Mówiąc to, Jane ujęła w dłonie twarz Tess i uśmiechnęła się do niej. -

Zjedzcie teraz śniadanie i wrócimy do tej rozmowy, gdy przyjdę z kościoła.

-

Jane! - krzyknęła za nią Tess. - Do jutra chcemy nasze zaręczyny zachować w 

tajemnicy.

-

Dobrze - odparła Jane z uśmiechem i wyszła. Tess spojrzała na Luke'a.

-

Kiedy obiecałeś Jane, że się ze mną ożenisz?

-

W środę. Zrobiłbym to wcześniej, ale nigdy o to nie pytała.

Tess  westchnęła  i  wstała  z  kolan  Luke'a.  Usiadła  na  krześle  obok,  stawiając 

talerz na marmurowym blacie stolika.

-

Czy prawnicy zawsze są tacy pewni siebie?

-

Wcale nie. Ja po prostu byłem pewny ciebie.

-

Nie powinieneś popadać w samozachwyt tylko dlatego, że poddaję się twoim 

dłoniom.

-

Wierzysz w to, co mówisz?

Tess westchnęła i ukryła twarz w dłoniach.
- To nie pomoże.

141

background image

Kiedy zabrali się do jedzenia, w salonie zaczęli pojawiać się goście. Zajmowali 

miejsca  przy  stolikach,  zwracając  się  do  nich  od  czasu  do  czasu  z  jakimś 

pytaniem,  ale  na  ogół  zostawiono  ich  w  spokoju.  Luke  obserwował,  jak  Tess 
powoli zmiata wszystko z talerza.

-

To  niesamowite  -  stwierdził,  gdy  wreszcie  skończyła  i  westchnęła  za-

dowolona.

-

Mówiłam ci, że muszę odbudować zapas energii.

-

Żadna kobieta nie mogłaby zjeść takiej porcji.

-

Moje  zapasy  energetyczne  były  na  wyczerpaniu.  To  ty  masz  wysoki 

poziom testosteronu, więc nie krytykuj mojego apetytu.

Luke zmarszczył brwi.
-

Widzę, że nie możesz się obejść bez podtekstów.

-

Nie  bądź  taki  -  powiedziała  Tess,  nie  mogąc  ukryć  rumieńca.  -  Nigdy 

jeszcze nie byłam zaręczona. Wszystko idzie nie tak, jak trzeba.

-

Tego bym nie powiedział - zaprzeczył z uśmiechem Luke.

-

Sadysta!

Luke  wstał  śmiejąc  się,  wziął  ją  za  rękę  i  wyszli  razem,  żeby  zaczerpnąć 

świeżego powietrza.

Zaledwie Tess zdołała  odzyskać równowagę, a już pojawił się Hodg-kins i 

jak zwykle lodowato oznajmił, że właśnie przybył doktor Weinstein. Hodgkins 
wyraził nadzieję, że panna Cushman nie ma nic przeciwko przyjęciu doktora w 

saloniku.

- Idę z tobą- powiedział Luke.
-

Nie, to nie będzie konieczne. Luke jednak nie puszczał jej ręki.

-

Dla  mnie  to  jest  konieczne.  Nie  mogę  spuścić  cię  z  oczu.  Tess  była  zbyt 

poruszona  tą  deklaracją,  by  pomyśleć  o  odmowie.  Ramię  w  ramię  weszli  do 
salonu. Bert przebrany za Maksa Weinsteina w okularach i z lwią grzywą stał 
przy oknie i patrzył na podjazd.

- Witaj,  Maks  -  powiedziała  Tess  wesoło.  -  Jak  tam  było  w  Seattle?

Bert odwrócił się i spojrzał badawczo na Tess. Nie zdziwił się wcale,

widząc Luke'a u jej boku.

-

Tess,  widziałem  dzisiejsze  gazety.  Nie  mogłem  w  to  uwierzyć!  Czemu  nie 

zadzwoniłaś, żeby się pochwalić?

-

Wszystko  wydarzyło  się  w  środę  wieczorem,  a  ty  byłeś  wtedy  poza 

miastem.

-

Tak się cieszę, Tess - powiedział Bert, biorąc ją za rękę. - Naprawdę cieszę 

się,  że  pani  Cushman  odnalazła  wreszcie  swoją  wnuczkę.  Ale  czy  ty,  Tess, 
jesteś o tym do końca przekonana?

-

Nie mam wyboru, Maks. Dowody są naprawdę niezbite.

-

Walczyła zażarcie - dodał Luke. - Ale udało nam się ją przekonać. Jane i 

ja... jesteśmy panu bardzo wdzięczni, doktorze Weinstein.

142

background image

-

Panie  Mansfield  -  powiedział  Bert  -  jeśli  pan  jest  przekonany,  co  do 

tożsamości mojej pacjentki, nie muszę się już o nic martwić.

-

To dobrze - odparł Luke.

-

Wszystko dzieje się tak szybko, Maks - wtrąciła Tess, żeby ukryć napięcie 

Luke'a.  Co  się  z  nim  działo?  -  Czuję  się  tak,  jakbym  poznała  połowę 
mieszkańców  Nowego  Jorku  w  ciągu  jednego  weekendu.  Jane..  to  znaczy 
moja  babcia,  przedstawia  mnie  dosłownie  wszystkim.  I  chce,  żebym  jutro 

podpisała  jakieś  dokumenty,  które  przygotowuje  kancelaria  Luke'a.  Jane 
zmienia  testament  i  przekazuje  mi  część  majątku  Eli...  to  znaczy  mojego 
majątku  od  razu.  Może  mógłbyś  wpaść  jutro,  powiedzmy  o  drugiej,  żeby  to 

uczcić razem ze mną? Wypijemy dobrego szampana.

Bert uśmiechnął się zadowolony.
-

Będę  zaszczycony,  Tess,  chociaż  nie  przepadam  za  alkoholem.  Jednak  z 

prawdziwą przyjemnością wypiję za twoje szczęście.

-

To  będzie najlepsze zakończenie tej sprawy -  powiedziała Tess. - No bo, 

gdyby nie ty, nigdy nie odzyskałabym rodziny.

- A co z twoją pamięcią- spytał profesjonalnie Bert.
-

Wróciło  parę  szczegółów,  głównie  dotyczących  rodziców.  Widzę  teraz  ich 

twarze znacznie wyraźniej. Ale poza tym nic konkretnego.

-

Teraz, kiedy jesteś znowu wśród bliskich, pamięć na pewno ci powróci.

-

Skoro  o  tym  mowa...  -  Tess  odwróciła  się  do  Luke'a.  - Luke,  czy  mógłbyś 

zostawić nas na chwilę samych? Jak lekarza z pacjentem, rozumiesz.

Tess  wiedziała, że  gdyby  mógł,  zabiłby  ją  spojrzeniem.  Mimo  to  uśmiechnął 

się, powiedział „oczywiście" i wyszedł.

Gdy tylko zamknęły się za nim drzwi, Bert wybuchnął śmiechem.
-

Tess, byłaś wspaniała! Jak ci się to udało?

-

Mówiłam  ci,  że  cierpliwość  jest  cnotą.  Ilość  dowodów  tak  bardzo  przy-

tłoczyła starą, że błagała mnie, żebym przyjęła kolię.

-

Wiedziałem, że tego dokonasz. Wiedziałem!

-

Daj spokój, Bert, zawstydzasz mnie. Słuchaj - powiedziała, odciągając go 

od  okna-  Mówiłam  poważnie  o  jutrzejszej  wizycie.  Papiery,  które  mam 

podpisać,  zapewnią  mi  od  razu  masę  szmalu, a  jeszcze  więcej  dostanę,  kiedy 
stara  ostatecznie  kopnie  w  kalendarz.  Jutro  ty  i  ja  możemy  spotkać  się  na 
chwilę. Przyniosę kolię, żebyś mógł ją zamienić na kopię i spokojnie przejść sobie 

na wcześniejszą emeryturę.

-

Brzmi nieźle, ale muszę zaplanować parę rzeczy. Spotkamy się tu o drugiej. 

Jeszcze  tylko  jedna  sprawa.  -  Ten  Mansfield  jest  trochę  dziwny.  Może  nam 
pomieszać szyki.

Tess roześmiała się.
- Bert, ten facet tak bardzo siedzi u mnie pod pantoflem, że w ogóle nie wie, 

co  się  z  nim  dzieje.  Zachowywał  się  dziwnie,  bo  przeszkodziłeś  nam  w... 

prywatnej rozmowie.

143

background image

Bert parsknął śmiechem.
-

Jest całkowicie unieszkodliwiony, Bert. Nie ma się czym martwić.

-

Moja  dziewczynka  zajęła  się  wszystkim  -  pochwalił  ją Bert,  idąc  w  kierunku 

wyjścia. - Dobrze się spisałaś, kotku. Jak profesjonalistka.

- Co mogę powiedzieć? To twoja szkoła.

Bert roześmiał się i wyszedł z salonu.

Jane,  Luke  i  Tess  stali  na  schodach  i  machali  na  pożegnanie  do  ostatnich 

odjeżdżających gości. Było niedzielne popołudnie.

-

Świetnie się bawiłam - powiedziała Jane.

-

Bo to nie ty uśmiechałaś się bez przerwy przez siedemdziesiąt dwie godziny -

westchnęła Tess. - Moja szczęka nigdy już nie powróci do poprzedniego stanu.

Jane roześmiała się i poprowadziła Tess z powrotem do domu, obejmując ją w 

pasie. Luke szedł z tyłu.

-

Byłaś  cudowna,  moja  droga.  Wszyscy  się  tobą  zachwycali.  Byłam  z  ciebie 

naprawdę dumna.

-

Masz wielu znajomych - stwierdziła Tess. - Było naprawdę przyjemnie, jeśli nie 

liczyć tego ciągłego uśmiechania się.

Jane poklepała japo ręce.
-

Teraz,  kiedy  oficjalnie  zostałaś  członkiem  rodziny,  nadszedł  czas,  żeby 

powierzyć ci pewien sekret. Chodźmy do mojej sypialni. Musisz coś zobaczyć.

-

Jane, jesteś pewna, że to odpowiedni moment? - spytał Luke.

-

Najodpowiedniejszy - odparła Jane. - Chodźmy.

-

O co chodzi? - spytała Tess, gdy szli po schodach.

-

Najwyższy czas, żebyś poznała prawdę o sobie, Elizabeth - oświadczyła Jane.

Zastanawiając się, co to za sekret, Tess weszła do prywatnego sanktuarium Jane. 

Był to duży pokój urządzony w stylu art deco. Jedną ścianę zajmowały książki, a na 
podłodze leżał bladozielony dywan.

- Czy  kiedykolwiek  widziałaś  portret  mojej  prababki?  -  spytała  Jane.  -

Nie? Była bardzo piękna, nawet w podeszłym wieku. Wiesz, że kobiety w mojej rodzinie 

są  długowieczne.  Odziedziczyłam  jej  portret  po  mojej  matce  i  zawsze  bardzo  go 
lubiłam. 

Moja 

prababka 

miała 

niesamowite 

poczucie 

humoru

i była  jedyną osobą, która mnie nie rozpieszczała. W jej towarzystwie  znajdowałam 

ulgę i swobodę. Była wspaniała. Jej portret wisi tam, nad biurkiem.

Zastanawiając się, o co chodzi, Tess posłusznie spojrzała na portret. Była na nim 

kobieta w balowej sukni koloru morskiego. Ta kobieta wyglądała  niczym  siostra 

bliźniaczka Tess. Poczuła, że nagle brakuje jej powietrza.

144

background image

-

Nie rozumiem - wydusiła z trudem.

-

Widzisz, Tess - powiedziała łagodnie Jane. - Od początku podejrzewaliśmy, że 

ten twój doktor Weinstein to oszust, ale co do ciebie, od razu wiedziałam, że jesteś 

Elizabeth.

-

Wiemy,  że  znalazłaś  się  tu  po  to,  aby  zdobyć  kolię  -  powiedział  cicho  Luke.  -

Wiemy wszystko o tym potworze, którego nazywasz „Bert". Wiemy, że nam groził. 
Wiemy, że chodzi mu o kolię.

Świat  wokół  Tess  rozpadał  się  na  drobne  kawałki,  które  kaleczyły  jej  serce 

niczym rozbite szkło. „Nic nie trwa wiecznie".

-

Jak... jak się dowiedzieliście? - zdołała wreszcie wykrztusić.

-

Baldwin  Security  rejestruje  jego  każdy  ruch  -  odparł  Luke.  -  W  środę  Bert 

zapomniał o ostrożności i mamy na wideo całe wasze spotkanie.

Tess  zakręciło  się  w  głowie.  A  więc  Luke  wiedział,  że  go  oszukiwała  i 

wykorzystał to, żeby się zemścić. Znowu stawała się Margo Holloway.

Każda chwila w jego ramionach była oszustwem, a ona o tym nie wiedziała!
-

To dlatego unikałeś mnie w czwartek i piątek - powiedziała, czując w środku 

martwą pustkę.

-

Unikałem?  -  zdziwił  się  Luke.  -  Pracowałem.  Nie  unikałem  cię.  Myślałem  o 

tobie w każdej sekundzie. Tak bardzo mnie to rozpraszało, że cała praca poszła na 
marne  i  moi  pracownicy  byli  wściekli.  Musiałem  pracować,  żeby  mieć  ten 

weekend wolny. Żeby być z tobą.

-

Wspaniale,  ale  skoro  wiedziałeś  o  planowanym  oszustwie  -  powiedziała  Tess 

niskim głosem, starając się, żeby nie zauważyli, że cała drży - dlaczego pozwoliłeś mi 
robić z siebie idiotkę przez cały weekend? Dlaczego mnie nie wyrzuciliście ani nie 

wezwaliście glin? Dlaczego... zeszłej nocy... Nie rozumiem.

-

To oszustwo nic dla nas nie znaczy, Tess - powiedział łagodnie Luke. -Skradłaś 

nasze serca w chwili, gdy po raz pierwszy przekroczyłaś próg tego domu. Kochamy 
cię i tylko to się liczy.

-

Jesteś  moją  wnuczką  -  powiedziała  Jane  zdecydowanym  głosem.  - I  to 

niezależnie od celu, jaki cię tu przywiódł. Nic więcej mnie nie obchodzi.

Przez  chwilę  świat  wirował  dokoła  niej,  ale  Tess  zdołała  przywołać  go  do 

porządku. Serce jej waliło, ale pokręciła przecząco głową.

-

Nie.  Jeśli  wiecie  o  Bercie,  zabawa  jest  skończona.  Musicie  przyjąć  do 

wiadomości,  że  jestem  oszustką.  Bert  pewnie  wiedział  o  portrecie  i  dlatego mnie 
wybrał,  ze  względu  na  fizyczne  podobieństwo.  Mówiłam  wam  tysiąc  razy  -  nie 

jestem Elizabeth!

-

To nie tylko kwestia podobieństwa fizycznego, Tess - powiedziała Jane. - Masz 

bliznę po operacji wyrostka robaczkowego, którą według doktora Westona przeszłaś 
w  wieku  czterech  lat,  tak  jak  Elizabeth.  Masz  też  bliznę  pod  lewym  kolanem,  o 

której nawet Bert nie mógł wiedzieć. Kiedy

145

background image

miałaś  dwa  lata  niechcący  upuściłaś  szklankę  z  sokiem  w  kuchni.  Szklanka  się 
potłukła, a ty przewróciłaś się i rozcięłaś sobie skórę pod kolanem.

Zawroty głowy powróciły. Przez moment Tess czuła, jak ostre szkło rozcina jej 

skórę. Ból z kolana wdarł się do jej mózgu niczym sztylet. Potarła skronie.

-

Przestań  -  powiedziała.  -  Nie  chcę  być  okrutna,  Jane,  ale  oszukujesz  samą 

siebie. Znam ten dom, bo nauczyłam się na pamięć jego rozkładu, który Bert zdobył 

cudem. Wszystko, co mówiłam o Elizabeth, było przygotowane przez Berta.

-

Tak, oczywiście - zgodziła się Jane. - Ale czasem, gdy czytasz książkę albo jesz, 

wyglądasz dokładnie jak John. Odziedziczyłaś nawet trochę manieryzmu Eugenii.

- I masz też śmiech Elizabeth - dodał Luke.
-

Nie! - sprzeciwiała się Tess. Było jej trudno oddychać.

-

Tess, Bert prawdopodobnie wiedział, że ty to Elizabeth - rzekł Luke, kładąc jej 

dłonie na ramionach. Ale nie poczuła nawet tego dotyku, bo jego ciepło nie mogło 
przebić  warstwy  lodu,  która  ją  dusiła.  -  Dlatego  cię  wykorzystał.  Pewnie  był 
wspólnikiem  Hala  Marsha  albo  miał  coś  na  niego,  kto  wie?  Ale  to  go 

naprowadziło na ciebie i...

-

Hal Marsh? ~ szepnęła Tess. Jej oddech stał się urywany.

-

Barbara Carswell zdradziła mi, że kupili cię od kogoś o nazwisku Hal Marsh -

powiedział  Luke.  -Kazałem  Baldwinowi,  żeby  się  tym  zajął.  Kiedy  tylko  go 
namierzymy...

-

Carswellowie  kupili  mnie  od  Hala  Marsha? -  powtórzyła  Tess.  Nie  widziała 

Luke'a. Nie mogła złapać tchu.

Niejasno zdawała sobie sprawę, że Luke trzymają coraz mocniej.
-

Tess, co ci jest? Co się stało?

-

Ja... Duszę się!

Zabrakło jej powietrza i wokół zapanowała ciemność.

Rozdział osiemnasty

Luke stał w kącie zaciemnionej sypialni Elizabeth. Słabe światło lamp- ki przy 

łóżku oświetlało bladą twarz Jane siedzącej przy Tess, która wciąż była nieprzytomna. 
Doktor  Weston  wyszedł  przed  dwiema  godzinami.  Stwierdził,  że  Tess  zemdlała  na 
skutek szoku. Polecił im, żeby ją dobrze przykryli i pozwolili wypocząć. Przez cały 

ten czas Luke stał nieopodal łóżka, a Jane siedziała tuż przy Tess, trzymając ją za 
rękę i odgarniając z jej twarzy nieposłuszne kosmyki włosów.

146

background image

-

Nie powinnam mówić jej tego wszystkiego w taki sposób - powtórzyła Jane po 

raz dziesiąty w ciągu ostatniej godziny.

-

Myślę,  że  reakcja  Tess  byłaby  taka  sama  niezależnie  od  sposobu,  w  jaki  jej  to 

powiedziałaś - odparł delikatnie Luke. - Przyzwyczaiła się do ukrywania przeszłości, 
a nie do stawiania jej czoła. Nie obarczaj się winą.

Nagle Tess poruszyła się. Rzucała głową z boku na bok.
-

Co to? Co się z nią dzieje? - przestraszyła się Jane. Luke podszedł 

i uklęknął przy łóżku.

-

Tess mówiła mi, że dręczą ją koszmary. Wszystko będzie dobrze

-

Koszmary - powtórzyła Jane, patrząc na Tess. - Jej życie było jednym wielkim 

koszmarem, a ja nie mogłam zrobić niczego, aby temu zapobiec.

-

Ale odziedziczyła po tobie siłę i to jej pomogło przetrwać. Jest teraz z nami i 

bardzo jej na tobie zależy. Myśl o tym, a nie o przeszłości.

Tess nagle krzyknęła. Jane wzięła ją w ramiona i starała się ukołysać.
- Wszystko  w  porządku,  kochanie  -  uspokajała  ją.  -  Babcia  jest  tutaj.

Nie jesteś sama. Obiecuję, że cię nie opuszczę.

Tess westchnęła z ulgą, jakby wielki kamień spadł jej z serca i powoli znowu się 

położyła.  Po  chwili  zasnęła,  a  Jane  wciąż  trzymała  ją  za  rękę,  siedząc 

nieruchomo.

Luke nie mógł ustać spokojnie ani chwili dłużej. Podszedł do okna wychodzącego 

na ogród.

-

Luke?

-

Tak, Jane?

-

Nie mam gwałtownej natury, ale jeśli uda mi się znaleźć ludzi, przez których 

moja wnuczka tak cierpi, zabiję ich.

-

Pomogę ci.

-

Biedne  dziecko  -  mruknęła  Jane,  spoglądając  znów  na  Tess.  -  Pamięta  tyle 

okropnych rzeczy.

Luke  spojrzał  na  Jane  ze  współczuciem.  Biedna  Jane,  ona  też  musiała  znieść 

bardzo wiele. Ale nie załamała się. Elizabeth przeżyła porwanie i Jane miała ją teraz z 
powrotem. Tylko to się liczyło. Uśmiechnął się na wspomnienie środowego wieczoru, 
kiedy  Jane  z  taką  łatwością  przekonała  go  do  swojej  wersji  po  obejrzeniu  kasety 

Baldwina. Jane Cushman była niesamowitą kobietą.

- I co będzie z Tess? - spytała Jane ostatniej środy.
-

Sądzę, że trzeba zapewnić jej nieco mniej mroczną przyszłość.

-

Dobry  chłopiec.  Spodziewam  się,  że  masz  poważne  zamiary  wobec  mojej 

wnuczki?

-

Wyłącznie poważne - zapewnił ją Luke z uśmiechem... który nagle zniknął. -

Wnuczki?

-

Oczywiście.

147

background image

Luke wstał, z poważną miną podszedł do Jane i nachylił się nad nią.
- Mam  już  dość  tańczenia  tak,  jak  mi  zagrasz.  O  co  w  tym  wszystkim

chodzi? Czy wiesz o czymś, o czym ja nie wiem?

Jane  była  daleka  od  zakłopotania.  Z  uśmiechem  poklepała  go  po  ramieniu  jak 

dziecko.

- Zaraz  ci  powiem,  ale  najpierw  ty  mi  musisz  coś  zdradzić.  Dlaczego

zaufałeś Tess pomimo tego okropnego wideo?

Luke zajrzał w swoje serce i wolno odpowiedział.
- Kocham ją. Wbrew rozsądkowi. Ufam samemu sobie i swojemu instynktowi. 

Nie  zakochałbym  się  już  w  drugiej  Margo.  Przed  kimś  takim  umiał

bym  się  bronić.  Wiem,  co  Tess  kryje  w  sercu.  Jest  oszustką,  ale  nie  potrafiła
by  być  tak  dwulicowa,  jak  na  tym  okropnym  wideo.  Nie  umiałaby  być  tak

zimna i wyrachowana. To właśnie trzeba o niej wiedzieć.

Jane nalała brandy do dwóch szklaneczek i podała mu jedną.
- Myślę, że najlepsze będą krótkie zaręczyny.

Luke uniósł znacząco szklaneczkę.

- Bardzo  krótkie.  A  teraz  powiedz,  dlaczego,  po  tym,  co  widziałaś  i  słyszałaś, 

nadal wierzysz, że Tess to Elizabeth?

Jane powoli sączyła brandy, patrząc na niego swymi jasnymi oczyma i zdając 

sobie sprawę z jego niecierpliwości.

- Po  pierwsze,  jest  parę  drobiazgów,  których  nikt  poza  mną  nie  mógłby

zauważyć.  Czasem,  gdy  Tess  wydaje  się,  że  nikt  na  nią  nie  patrzy,  trzyma
głowę  tak  i  stoi  w  taki  sposób,  jak  John  albo  Eugenie.  Tess  mogła  się  na

uczyć  wszystkiego  o  domu,  Fredzie  i  huśtawce,  ale  nie  mogła  wiedzieć,  jak
trzymać głowę, żeby przypominać Johna, gdy był zatopiony w myślach.

Słowa Jane oświeciły Luke'a niczym błyskawica.
-

Mój  Boże  -  powiedział.  -  Masz  rację!  Gdy  się  spieraliśmy,  coś  w  niej  mnie 

zastanawiało, ale nie wiedziałem, co. Aż do teraz. Kiedy Tess się wścieka, wygląda 

dokładnie jak Eugenie i krzyczy jak ona. Podobieństwo jest uderzające!

-

Prawda? - uśmiechnęła się Jane.

-

Ale  jest  coś  jeszcze  -  rzekł  podejrzliwie  Luke.  -  Musi  być  coś  jeszcze.  Byłaś 

pewna, że Tess to Elizabeth, zanim się tu wprowadziła. Zdradź swój sekret!

Jane uśmiechnęła się tajemniczo.
- Dowiesz się wszystkiego dziś po powrocie do domu.

Teraz wszystkie sekrety były już wyjawione i Luke stał, patrząc na kobietę, którą 

kochał. Leżała blada i nieruchoma. Była taka delikatna.

Zabić  tych,  którzy  jej  to  zrobili?  Tych,  którzy  pozbawili  ją  bezpieczeństwa, 

miłości i szczęścia? O nie. Nawet powolne tortury nie byłyby

148

background image

wystarczające. Teraz w pokoju dziecinnym, myślał o szczęśliwym silnym dziecku, 
które znał kiedyś i o silnej kobiecie, którą kochał. Poczuł, że musi coś zrobić. Ale 

mógł tylko spokojnie czekać.

Godziny mijały powoli. Żadne z nich nie miało ochoty rozpoczynać rozmowy. Nie 

czuli  też  głodu.  Wreszcie,  gdy  zegar  na  kominku  wybił  trzecią,  Luke  wstał  i 
podszedł do Jane.

-

Powinnaś się położyć - powiedział. - Ja przy niej posiedzę.

-

Przyrzekłam jej, że zostanę.

Luke złapał Jane za ramię i zmusił żeby spojrzała mu w oczy.
- Jane,  jesteś  wyczerpana.  Tess  będzie  spać  jeszcze  przez  wiele  godzin.

Rano  będzie  cię  potrzebować.  Wciąż  ma  wiele  trudnych  chwil  przed  sobą.

Tak  jak  mówiłaś,  jej  koszmary  nie  skończą  się  natychmiast.  Połóż  się,  Jane.
Zadbaj o siebie, abyś potem mogła dbać o nią.

Jane westchnęła i podniosła się.
-

Dobrze, ale jeśli Tess poruszy choćby jednym palcem, masz mnie obudzić.

-

Daję ci moje słowo - powiedział Luke, całując ją w czoło.

Jane ruszyła w stronę drzwi i jeszcze na chwilę odwróciła się do Luke'a.
-

Luke? 

-

Tak?

-

Bardzo się cieszę, że ją pokochałeś.

-

Ja też, ja też - odparł z uśmiechem Luke.

Przez następne trzy godziny Luke nie spuszczał oczu z Tess. Wyglądała tak młodo, 

bezradnie, jak dziecko, którym nigdy nie dane jej było być. Chciałby mieć  magiczną 
różdżkę  i  sprawić,  by  mogła  odzyskać  wszystko,  czego  kiedyś  ją  pozbawiono. 

Jedyne,  co  mógł  teraz  zrobić,  to  kochać  ją  mocno  i  na  zawsze,  ofiarowując  jej 
życie, na jakie zasługiwała.

Zegar na kominku wybił szóstą i Tess nagle otworzyła oczy.
-

Czas wstawać - oświadczyła dziecinnym głosem. Luke był tak zaskoczony, że się 

roześmiał.

-

Doprawdy?

Tess zmarszczyła brwi i jej twarz stopniowo zaczęła się rozpogadzać. Odwróciła 

głowę.

-

Luke? - powiedziała już własnym głosem.

-

Tak, kochanie?

-

Czuję się tak... dziwnie. Gdzie ja jestem? 

-

W łóżku.

-

Niczego nie pamiętam...

-

Wszystko jest w porządku - uspokajał ją Luke, prostując dłonią zmarszczkę 

na jej czole. - Nie rób niczego na siłę.

-

Czuję  się  tak,  jakbym  wypiła  butelkę  trucizny.  -  Tess  urwała  i  spojrzała  na 

niego. - Zrobiłam to?

149

background image

- Nie.
-

To dlaczego czuję się tak okropnie?

-

To są jeszcze skutki szoku. Odpoczywaj, wkrótce poczujesz się lepiej.

-

Szok?  -  Tess  na  chwilę  zamknęła  oczy,  a  jej  twarz  wyrażała  najwyższą 

koncentrację. Po chwili znów otworzyła oczy.

-

Luke! Ja... jestem Elizabeth!

-

Tak, kochanie, wiem.

Tess usiadła i popatrzyła przed siebie.

- Jestem  Elizabeth  -  szepnęła  i  zaczęła  tak  drżeć,  że  aż  szczękała  zębami.

Luke usiadł przy niej i wziął ją w ramiona. Przeraziło go, że była taka
zimna. Żołądek podszedł mu do gardła, gdy czuł, jak strasznie drży.

-

Spokojnie, kochanie, spokojnie - szeptał.

-

O Boże, Luke - westchnęła. - Moje koszmary były prawdziwe! Wydała z siebie 

kilka urywanych szlochów, a po chwili płakała już na dobre w jego ramionach.

Obejmował ją mocno, przytulał i kołysał, a mimo to nie przestawała szlochać. 

Wiedział, że musiało tak być. W ten sposób odreagowywała dwadzieścia lat strachu i 
bólu. Musiała przez to przejść, jeśli miała powrócić do normalnego życia. Wiedział, 

że tak musi być, mimo to cierpiał z tego powodu. Cieszył się tylko, że może być przy 
niej, gdy ona tego tak bardzo potrzebuje.

Płakała ponad godzinę, tak jakby łzy wypływały z dwudziestoletniej studni, w której 

były ukryte. Wreszcie płacz powoli ucichł. Rozluźniła się trochę i zaczęła spokojniej 
oddychać. Luke wziął kilka chusteczek ze stojącego przy łóżku pudełka. Delikatnie 

wytarł  jej  twarz  i  poprosił,  by  wydmuchała  nos.  Potem  znów  wziął  ją  w  ramiona, 
kołysał i szeptał czułe słówka; aż jej powieki znów się zamknęły. Bez słowa zapadła w 
mocny sen.

Luke  ostrożnie  zdjął  buty  i  położył  się  obok  niej.  Trzymał  ją  mocno  w 

ramionach, ogrzewając ciepłem własnego ciała, aż i jego zmorzył sen.

- Dobrze,  że  jesteście  zaręczeni,  bo  inaczej  musiałabym  się  oburzyć  na

taki widok.

Luke  z  trudem  otworzył  oczy  i  zobaczył  Jane,  która  stała  nad  nimi  z 

uśmiechem.

-

Która godzina? - spytał niskim głosem.

-

Właśnie minęła jedenasta. Jak ona się czuje?

-

Myślę, że lepiej. Obudziła się koło szóstej, wypłakała za wszystkie czasy i znowu 

zasnęła. Nie miałem możliwości, żeby iść po ciebie.

-

Rozumiem  -  powiedziała  Jane.  -  Pozwólmy  jej  jeszcze  trochę  odpocząć,  ale 

potem będzie musiała wstać. Czyż ten ohydny Bert nie przychodzi tu o drugiej?

150

background image

-Tak- odparł ponuro Luke.- Nie martw się, Jane, dopilnuję, żeby Tess była 

gotowa na czas.

Rozdział dziewiętnasty

Tess  obudziły  pocałunki  w  czoło,  skronie,  oczy,  nos  i  policzki.  I  dopiero, 

gdy  w  niemej  prośbie  odwróciła  głowę,  została  pocałowana  także  w  usta. 
Otworzyła oczy i napotkała gorące spojrzenie zielonych oczu.

- Jak się czujesz? - spytał Luke.
Omal  nie  wpadła  w  panikę  z  powodu  tego  niewinnego  pytania.  Ale 

wszystko powoli ułożyło się w jej głowie. Zmusiła się do wejścia w nową rolę, 
którą teraz miała grać.

-

Czuję  się  wspaniale  wycałowana,  dziękuję  -  powiedziała,  przywierając 

całym  ciałem  do  Luke'a.  Tym  razem  jego  ciepło  nie  zdołało  skruszyć 

skuwającego ją lodu.

-

Wydaje mi się, że spałam całe lata.

-

Zaledwie parę godzin. Masz za sobą niespokojną noc.

-

Nie musisz mi tego mówić - odparła z kwaśną miną. - Nie wiem, jak uda 

mi się być Elizabeth. Nigdy jeszcze nie byłam nikim naprawdę.

Luke był zaskoczony tym stwierdzeniem, ale postanowił utrzymać rozmowę 

w podobnym tonie.

-

Po prostu bądź sobą i w ten sposób będziesz Elizabeth - poradził jej. - Nie 

sprawi ci to żadnego kłopotu.

-

To bardzo żenujące.

-

Masz przy sobie kochających ludzi, którzy ci pomogą.

Tess uśmiechnęła się i musnęła wargami usta Luke'a. Usiadła na łóżku.
-

Będziesz  wspaniałym  mężem.  Czy  teraz,  gdy  okazało  się,  że  naprawdę 

jestem Elizabeth, nadal zamierzasz się ze mną ożenić?

-

Bezwarunkowo.

-

To dobrze. Która godzina?

-

Wpół do dwunastej.

-

Wpół do dwunastej?! - wykrzyknęła Tess. - Bert przychodzi o drugiej!

-

Uspokój  się,  wszystko  przygotowałem.  Moja  kancelaria  ma  wszystkie 

potrzebne  dokumenty.  Masz mnóstwo  czasu, żeby  wziąć prysznic,  zjeść śnia-
danie i przygotować się do tego, co zaplanowałaś. Bo coś planujesz, prawda?

Tess musiała użyć całej siły Cushmanów, żeby powstrzymać ogarniającą ją 

histerię.

- Wypytywanie  nic  ci  nie  pomoże  -  poinformowała  go.  -  Wszystko  jest 

objęte tajemnicą.

151

background image

-

Ale przecież nie jestem byle kim - zauważył.

-

To prawda - zgodziła się Tess, całując go ponownie. - Jesteś najwspanialszym 

mężczyzną na świecie i przeszkadzasz mi we wstaniu z łóżka.

Luke rzucił okiem na swoją nogę przerzuconą przez nią.
-

Zgadza się.

-

Bądź tak uprzejmy i się odsuń. Mam parę spraw do załatwienia.

-

Tess  -  powiedział  Luke,  nie  kryjąc  troski.  -  Musimy  porozmawiać.

Nie,  odparła  w  duchu  Tess.  Przez  następne  dwadzieścia  lat  będę  mu

siała wrzeszczeć i zawodzić, żeby pozbyć się bólu, który zalega w mojej głowie.

-

Oczywiście,  że  musimy  porozmawiać  -  powiedziała  głośno.  -  Dzięki

temu  małżeństwa  są  bardziej  trwałe.  Ale  nie  teraz.  Muszę  wziąć  prysznic
i przygotować się do spotkania z Bertem.

Luke chwycił ją za ramiona i zmusił do spojrzenia mu w oczy.
-

Do cholery, Tess! Musimy porozmawiać tu i teraz. Co ty wyprawiasz?

-

Usiłuję wygonić cię z mojego łóżka - powiedziała, popychając go. -Przez ciebie 

zaspałam, więc teraz musisz ponieść konsekwencje. Wstawaj i wyjdź stąd.

Luke był w bojowym nastroju.
- Ani  myślę!  -  krzyknął.  -  Nie  ruszę  się  stąd,  dopóki  mi  nie  powiesz,  co

chcesz zrobić!

Tess przesunęła się na drugą stronę łóżka, wstała i popatrzyła na Luke'a z taką 

samą wściekłością, jaka płonęła w jego oczach.

- Kim  ty  jesteś,  żeby  mi  mówić,  co  mam  robić?  -  powiedziała.  -  Nie

jestem  twoim  tresowanym  pieskiem.  Jestem  niezależną  kobietą  i  taką  pozo
stanę bez względu na to, czy wyjdę za ciebie, czy nie!

- Do  licha,  Tess  -  syknął  Luke,  także  wstając  i  spoglądając  na  nią  poprzez 

dzielące ich łóżko. - Podobno jesteśmy zaręczeni i kochamy się Powinniśmy sobie 
ufać.  Powinniśmy!  Ale  ty  planujesz  coś  niebezpiecznego  widzę  to  po  twoich 

oczach,  więc  nie  próbuj  zaprzeczać.  I  nie  masz  zamian!  mi  o  tym  powiedzieć. 
Kłamiesz  udając,  że  wszystko  jest  w  porządku,  chociaż  oboje  wiemy,  że  masz 
przed sobą najtrudniejszy moment w życiu!

- Nie musisz mi mówić czuję i myślę? - wybuchła Tess. Obeszła łóżko dookoła 

i zaczęła wypychać Luke'a z pokoju, mobilizując wszystkie siły. - Będziesz wiedzieć, 

co czuję dopiero wtedy, gdy ci powiem. Nie znasz mnie nic o mnie nie wiesz. Znasz 
tylko suche fakty, ale nie znasz mnie naprawdę. A co powiesz na to, że nie jesteś mi 
wcale potrzebny? Może potrzebuję trochę prywatności?

Szmaragdowe oczy spojrzały na nią z wściekłością.
- Nie potrzebujesz mnie? Nie chcesz mnie? Dobra! Graj sobie w swoje gierki i 

sama baw się z Bertem. Wkrótce się przekonasz, że jedyna rzecz jaką możesz w 

ten sposób osiągnąć, to samotność!

152

background image

Luke  wypadł  z  pokoju,  trzasnąwszy  drzwiami.  Słyszała,  jak  ruszył  w  stronę 

holu i nagle się zatrzymał.

- Ta mała kotka drażni się ze mną - powiedział do siebie.
Skuliła się... i podskoczyła, gdy zaczął walić  pięścią w zamknięte na klucz 

drzwi.

- Elizabeth Auroro Cushman, otwieraj! Nie pozbędziesz się mnie tak łatwo. 

Otwieraj i nie chowaj się, do cholery!

-

Zamierzam teraz wziąć prysznic - odparła twardo, cofając się spod drzwi.

-

Jesteś bardzo dobra w tym, co robisz, Tess, ale nie próbuj znów odstawić 

mnie na boczny tor. Nie jestem taki głupi. Możesz wygonić mnie ze swojego 
pokoju, ale i tak nie uda ci się mnie pozbyć. Otwórz drzwi!

Tess wycofała się do łazienki, zakrywając dłońmi uszy, by nie słyszeć jego 

głosu.  To  jednak  nie  pomogło.  Wciąż  słyszała,  jak  namawiał  ją  do  zaufania 

mu na tych kilka ostatnich godzin bycia Tess Alcott, ale nie mogła tego zrobić. 
Zbyt mocno go kochała, aby narażać na jeszcze większe niebezpieczeństwo.

Odkręciła wodę, zamknęła drzwi na klucz i zaczekała chwilę, żeby sprawdzić, 

czy Luke  nie będzie  próbował  wyważyć drzwi.  Minęła  minuta.  Dwie.  Powoli 
się uspokoiła.

Po pięciu minutach zdjęła piżamę, w którą Jane i doktor Weston ubrali ją 

poprzedniego wieczoru, i weszła pod prysznic.

W chwili gdy poczuła na swym ciele mocny strumień wody, pięć pierwszych 

lat życia stanęło jej przed oczami. Ostatni dzień tych pięciu lat widziała teraz 
szczególnie wyraźnie.

On  tam  był.  Hal  Marsh,  wysoki  i  kościsty,  rudowłosy  z  krzaczastymi 

wąsami i tak przerażającym uśmiechem, że serce zamierało jej ze strachu, gdy 
bił  japo  twarzy  raz,  drugi,  trzeci.  Wreszcie  pod  wpływem  szoku  przestała 
płakać. Nigdy wcześniej nikt jej nie uderzył.

Hal Marsh.
Przypomniała  sobie  tego  potwora  po  tylu  latach.  Widziała  go  teraz  tak 

dokładnie, jak wtedy.

W jej sypialni.
Elizabeth. Była Elizabeth Cushman, a Hal Marsh porwał ją z łóżka.

- Przestań,  przestań,  przestań  -  powtarzała  przez  zaciśnięte  zęby,  ude-

rzając pięścią o biodro.

Nie  miała  czasu  zmagać  się  teraz  ze  wspomnieniami,  z  całymi  pięcioma 

latami, których do tej pory nie mogła sobie przypomnieć. Nie miała czasu, aby 
tęsknić do ramion Luke'a i do tego, by przegonił strach.

Musiała  poradzić  sobie  z  nową  tożsamością,  a  tu  głowa  jej  pękała,  a  serce 

było poharatane i nie miała siły zmierzyć się z tym zadaniem. Chwila obecna i 
następne  dwie  i  pół  godziny  wymagały  od  niej  uwagi,  koncentracji  i  sprytu, 

jeśli miało jej się udać to, co sobie zaplanowała.

153

background image

- Okropne - mruknęła, podstawiając twarz pod gorącą wodę.
Miała  ochotę  ukryć  się  w  ramionach  Luke'a  i  pozostać  tam  na  zawsze. 

Chciała wziąć Jane za rękę i uwierzyć, że trzyma dłoń swojej babci. Chciała po 
raz ostatni zobaczyć swoich rodziców, usłyszeć ich śmiech i poczuć ich miłość.

Rodzice. Jej biedni kochani rodzice. Potrzebowała czasu, żeby przeboleć ich 

stratę.

Sięgnęła po szampon i zaczęła myć włosy.

Po  dziesięciu  minutach  wyszła  z  łazienki  w  szlafroku  i  z  ręcznikiem  na 

głowie. Nie było już po niej widać żadnych emocji. Przez chwilę nasłuchiwała 
uważnie  pod  drzwiami.  Ponieważ  było  cicho,  zaczęła  się  ubierać.  Założyła 

bieliznę,  usiadła  na  łóżku  i  podniosła  słuchawkę.  Po  drugiej  stronie  ktoś 
odebrał już po drugim dzwonku.

-

Halo? - powiedział głos kobiecy z irlandzkim akcentem.

-

Czy mogę rozmawiać z Cyrylem Bainbridgem? - odezwała się Tess.

-

Cyryl  właśnie  bierze  walium.  Spóźniłaś  się,  Tess.  Odchodziliśmy  od 

zmysłów!

-

Wybacz, Gladys, ale sprawy trochę wymknęły mi się spod kontroli. Dziś o 

drugiej planuję przyjęcie-niespodziankę. Możecie przyjść?

-

Będzie ciężko, ale z dobrym wykrywaczem radarów powinno nam się udać. 

Wszędzie o tobie głośno. Cyryl i ja jesteśmy naprawdę dumni.

-

Dzięki. Tylko nie wchodźcie, dopóki nie zostanę sama z Bertem i nie dam 

wam znaku.

-

Mam  nadzieję,  że  jesteś  ostrożna,  Tess.  Moje  nerwy  są  na  granicy 

wytrzymałości.

Tess  nie  mogła  powstrzymać  uśmiechu.  Gladys  była  najspokojniejszą 

osobą na świecie. Tess chciałaby mieć takie nerwy.

-

Wszystko pójdzie jak z płatka, wierz mi, Gladys. - Zadrżała, mówiąc to i 

szybko dodała: - Za daleko już jesteśmy, żeby się wycofać.

-

W  porządku.  Wiesz,  że  możesz  na  nas  liczyć.  Powiem  Cyrylowi,  że  nie 

musi już brać walium.

-

Świetnie  -  stwierdziła  Tess  i  z  uśmiechem  odłożyła  słuchawkę.  Cyryl  był 

ostatnią  osobą  na świecie,  która  ratowałaby  się  lekarstwami.  Nawet  aspiryna 
wydawała  mu  się  groźna.  Tess  wręcz  przeciwnie,  uważała,  że  buteleczka 

walium byłaby dobrym rozwiązaniem.

Weszła  z  powrotem  do  łazienki,  żeby  wysuszyć  włosy.  Następnie  włożyła 

długą,  zieloną,  satynową  suknię,  którą  Grace Kelly  mogłaby  z  powodzeniem 

nosić po domu. Zapięła kolię i przejrzała się w lustrze.

Kolia  była  olśniewająca,  wykonana  ze  szmaragdów  najwyższej  klasy. 

Oprawa z dwudziestodwukaratowego złota podkreślała urodę kamieni. Kolia 

nieco ciążyła jej na szyi, jakby przypominała, że należy doceniać, że ma się ją 
na sobie.

154

background image

- Jesteś  Elizabeth  Cushman  -  powiedziała  do  swojego  odbicia.

Poczuła, że wzbiera w niej gniew. To dobrze. Potrzebowała go teraz.

Pomoże jej przetrwać najbliższe godziny.
Wyciągnęła  z  szuflady  kasetkę  z  biżuterią,  odsłoniła  podwójne  dno  i  wy-

ciągnęła  mały  automatyczny  pistolet,  który  przed  kilkoma  dniami  ukradła  z 
kolekcji  broni  swojego  dziadka.  System  zabezpieczeń  w  tym  domu  był  na-
prawdę zastanawiający. Dobrze, że we wtorek przychodzą ludzie z Solitaire.

Sprawdziła,  czy  magazynek  jest  pełny  i  schowała  pistolet  do  bocznej 

kieszeni.  Stanęła  przed  lustrem  i  obejrzała  się  ze  wszystkich  stron.  Zielona 
suknia  została  doskonale  dobrana.  Pistolet  był  niewidoczny.  Zresztą  postara 

się, żeby przez większość czasu trzymać rękę w kieszeni.

- Czas  rozpocząć  przedstawienie  -  szepnęła  do  swego  odbicia.

Otworzyła drzwi na korytarz i zobaczyła Luke'a stojącego pod ścianą.

- Ukazuje się - zadeklamował - niczym Wenus wynurzająca się z morskiej 

piany.

Tess wsunęła rękę do kieszeni, próbując drżącymi palcami ukryć pistolet.
-

Bogu dzięki, że nie zostałeś poetą. Umarlibyśmy w nędzy.

-

Och, ty  masz  tyle  talentów,  że zdołałabyś  utrzymać  nas  na przyzwoitym 

poziomie.  Czy  mogę  towarzyszyć  pani  w  drodze  na  lunch?  -  zapytał  Luke, 

podając jej ramię.

Tess  spojrzała  na  niego  zaskoczona.  Co  tu  się  działo?  Dlaczego  był  taki 

milutki,  skoro  zaledwie  pół  godziny  temu  udało  jej  się  doprowadzić  go  do 
wściekłości? O co mu chodziło?

Wzięła  go  pod  ramię  i  ruszyli  na  dół.  Luke  z  radością  mówił  o  swojej 

doskonale  zapowiadającej  się  karierze  politycznej,  niechętny  zamianie  na 
karierę prawniczą. W połowie schodów Tess zatrzymała się.

-

Dobra,  dość  tego  -  powiedziała  poważnie.  -  Do  czego  ty  zmierzasz, 

Ponuraku?

-

Miałem  nadzieję  na  przyjemną  pogawędkę  przed  lunchem  -  odparł 

niewinnym głosem.

-

O Boże - mruknęła Tess. - Jest gorzej, niż myślałam.

-

No,  a  jeśli  przyjemna  pogawędka  cię  nie  interesuje  -  ciągnął  Luke - to 

może spróbujesz powiedzieć mi prawdę.

- O czym?

Luke uśmiechnął się.
-

No tak, nie wiem jeszcze o tylu sprawach. Ale teraz chciałbym wiedzieć, 

po co ty i Bert pojawiliście się w tym domu?

-

Żeby ukraść kolię Jane, to proste.

-

Ach,  Tess,  to  tylko  połowa  prawdy  i  dobrze  o  tym  wiesz.  Spróbuj  jeszcze 

raz.

- Co to ma być, inkwizycja?

Luke rozłożył ręce.

155

background image

- Nie  mam  przy  sobie  żadnych  narzędzi  tortur  i  mówię  do  ciebie  słodkim 

głosem. Czy to jest typowe zachowanie inkwizytora?

- Jestem  głodna  -  powiedziała  Tess,  ruszając  po  schodach.

Luke natychmiast ją dogonił.

- Małżeństwo  z  tobą  będzie  czymś  naprawdę  ekscytującym.  Co  minuta

coś  nowego.  Zmuszenie  cię  do  przyjęcia  od  czasu  do  czasu  jakiejś  pomocy
stanie  się  największym  wyzwaniem  mojego  życia.  Czy  wiesz,  że  czternaście

lat  temu  twój  przyjaciel  Bert  zamordował  Annę  Mae  Smith,  znaną  także
jako Violet? Udusił ją gołymi rękoma.

Tess zmroziło. Co takiego? Bert zamordował jedyną dorosłą osobę, która była dla 

niej miła od czasu porwania? Uśmiech Luke'a nie był wesoły.

- Pomyślałem,  że  cię  to  zainteresuje.  W  aktach  policji  ta  sprawa  figuru

je  jako  nie  wyjaśnione  morderstwo.  Sądzę,  że  chętnie  wznowią  śledztwo,

gdy Leroy przekaże im dowody.

Tess zmusiła się do wzruszenia ramionami i szła dalej, nie zatrzymując się.
-

Wiem o dziewięciu osobach, które Bert zamordował. A może było ich znacznie 

więcej. On nie szanuje ludzkiego życia.

-

Więc czemu bawisz się z nim w kotka i myszkę? - spytał Luke, gdy przechodzili 

przez hol.

-

Bawi mnie, że będzie świadkiem początku mojego nowego życia.

-

Do licha, Tess, przestań bawić się w te swoje gierki! - krzyknął Luke i złapał ją 

za ramię.

-

Jak możesz mnie oskarżać o gierki! - wrzasnęła. - To ty bawiłeś się mną, od 

kiedy  tu  mieszkam.  Dopiero,  gdy  okazało  się,  że  naprawdę  jestem  Elizabeth 

uznałeś, że możesz mnie pokochać!

Luke patrzył na nią z otwartymi ze zdziwienia ustami.
- Ty ptasi móżdżku! - wykrzyknął, łapiąc ją za oba ramiona i potrząsając tak, że 

musiała  spojrzeć  mu  w  oczy.  -  Pokochałem  cię  w  chwili,  gdy
przekroczyłaś  próg  tego  domu  i  twoje  błękitne  oczy  spotkały  się  z  moimi.

Kochałem  cię  przez  cały  czas,  gdy  myślałem,  że  jesteś  tylko  oszustką  próbującą 
pozbawić  Jane  jej  milionów.  Kochałem  cię  pomimo  tego  cholernego
wideo!  Kochałem  cię!  Sercem  i  duszą,  ciałem  i  umysłem.  Nawet  teraz  nie

obchodzi mnie, czy planujesz jakieś grubsze oszustwo. Tess, kocham cię i, na Boga, 
będę cię miał!

Tak bardzo chciała mu wierzyć, ale było to niemal ponad jej siły.

- Jak  mogłeś  mnie  kochać  po  obejrzeniu  tej  okropnej  kasety?  -  powie

działa  cicho,  a  w  jej  oczach  pojawiły  się  łzy.  -  To  niemożliwe.  To  wszystko,

co... mówiłam o tobie.... o Jane. Jak mogłeś mnie kochać po czymś takim?

Luke uniósł jej podbródek i musiała spojrzeć na niego przez łzy.
- Znałem  twoje  serce  i  zaufałem  ci  -  powiedział  łagodnie.  -  Nauczyłaś

mnie ufać kobiecemu instynktowi. Wiedziałem, że nie mogłabyś być tak

156

background image

wyrachowana, że musiałaś tak mówić z powodu Berta. Nie wiedziałem tylko, 
dlaczego. I nadal nie wiem, dlaczego zgodziłaś się z nim pracować. Ta robota 

nie jest w twoim stylu. Czy on ma coś na ciebie, Tess?

Przez  chwilę  była  cicho,  ale  jego  delikatny  uścisk  nie  pozwalał  jej  na 

ucieczkę.

-

Można tak powiedzieć - odparła wreszcie.

-

Muszą być jakieś sposoby, żeby cię od niego uwolnić.

-

Uznałam, że ta robota to jedyny sposób.

-

Nie rozumiem - powiedział Luke, patrząc na nią czule. - Czy naprawdę nie 

powiesz mi, o co tutaj chodzi? Nie zaufasz mi na tyle, by zdradzić prawdę?

-

Moja miłość do ciebie jest prawdą- szepnęła Tess.

-

Wiem,  kochanie,  ale  pragnę  czegoś  więcej.  Zamierzamy  się  pobrać.  To 

małżeństwo nie przetrwa próby czasu, jeśli nie będziemy sobie ufać. Powiedz 

mi, dlaczego Bert wciąż ci zagraża. Dlaczego chcesz się z nim dziś zobaczyć? 
Zaufaj mi, Tess.

Nie mogła odmówić. Spojrzała mu w oczy i słowa same popłynęły jej z ust.

- W  czasie  swojej  długiej  i  owocnej  działalności  przestępczej  Bert  używał 

wielu  nazwisk -  powiedziała szorstko. -  Rudowłosy Hal  Marsh był jednym  z 

nich. To on jest człowiekiem, który mnie porwał.

Luke zbladł, a jego oczy zapłonęły gniewem.
-

Bert?

-

Kiedy wczoraj wieczorem powiedziałeś mi o Halu Marshu, w mojej głowie 

wszystko  zawrzało  i...  przypomniałam  sobie.  Przypomniałam  sobie  Berta 
wyciągającego mnie z  łóżka w środku nocy. Dłonią zasłaniał mi usta, żebym 
nie mogła krzyczeć. Jego łapa była tak ogromna, że zakrywała mi także nos i 

zaczęłam  się  dusić.  Zanim  zniósł  mnie  po  drabinie  przystawionej  do  ściany 
domu,  tak  bardzo  brakowało  mi  tlenu,  że  zaczęłam  się  rzucać.  Udało mi  się 

nawet oswobodzić i upadłam głową na ziemię. To wszystko, co pamiętam aż dc 
chwili, gdy obudziłam się parę dni później. Zobaczyłam Berta chodzącego tam 
i z powrotem po pokoju w motelu. Nie wiedziałam, kim jestem, gdzie jestem i 

kim  on  jest.  Wkrótce  wszystko  mi  wyjaśnił.  Powiedział,  że  należę  do  niego. 
Tak wyglądało nasze oficjalne zapoznanie. Po kilku tygodniach sprzedał mnie 
Carswellom.

-

Moje  kochanie  -  powiedział  Luke,  ale  nie  pozwoliła  sobie  na  komfort 

pocieszenia się w jego ramionach.

- Kiedy Bert odkupił mnie po kolejnych sześciu latach, zamienił moje cie 

w prawdziwe piekło. Nie traktował mnie jak istoty ludzkiej. Dla niego byłam

narzędziem.  Wykorzystywał  mnie  na  różne  sposoby.  Ale  popełnił  ogromny 
błąd,  bo  za  dobrze  mnie  wyszkolił.  Kiedy  przestałam  mu  być  potrzebna, 
miałam prawie osiemnaście lat i jedyne, o czym mogłam myśleć to

157

background image

była zemsta. Ale najpierw potrzebowałam pieniędzy i dobrych kontaktów, 

więc zajęłam się pracą.

Ta historia, którą wam opowiedziałam o tym, jak zaczęłam pracować dla ŚBŚ 

to prawda. A kiedy odpracowałam umówiony czas, powiedziałam im o Bercie. 

Pragnęli wsadzić go za kratki niemal tak samo, jak ja. Przydzielili mi do pomocy 
swoich najlepszych ludzi - Dianę Hunter i Blake'a Thorntona.

- A  więc  od  początku  działałaś  na  dwa  fronty?

Tess pokręciła przecząco głową.

- Nie, nazwałabym to raczej podwójnym oszustwem. Planowałam to latami. 

Uruchomiłam  kontakty,  o  których  Bert  nie  miał  nawet  pojęcia,  po  to  by go 

wydalono  z  Ameryki  Południowej.  Wszystko  dlatego,  że  wiedziałam,  że 
wcześniej czy później powróci na swój stary teren i wtedy znajdę jakiś sposób, 
żeby znów pracować dla niego. Chciałam go dopaść, gdy będzie myślał, że to on 

kogoś  wykiwał.  Złapany  na  gorącym  uczynku,  nie  wyszedłby  już  nigdy  z 
pudła.  I  wiesz,  że  ta  cała  ciężka  praca  się  opłaciła?  Bert  sam  się  do  mnie 

zgłosił!

Luke z trudem mógł oddychać.
- A  teraz,  po  ostatniej  nocy  -  powiedziała  Tess  z  wściekłością-  kiedy 

dowiedziałam się, że to Bert zniszczył moje życie, zrozumiałam, że więzienie 
to za mało. Ząb za ząb, oko za oko. Zniszczył moje życie, a ja zniszczę jego.

-

Jak? - spytał z napięciem Luke.

-

Gdy przyjdzie tu dzisiaj, dam mu życiową nauczkę, tak jak uczył mnie tego 

przez  siedem  lat,  gdy  byłam  jego  własnością.  Nie  będzie  pewien,  czy  dożyje 
następnej chwili, czy zdąży jeszcze choć raz zaczerpnąć powietrza. Taki ktoś, 

jak Bert nie będzie mógł tego przeżyć.

-

Tess. - Luke nie ukrywał troski. - Co ty zamierzasz?

Tess  z  uśmiechem  wyjęła  z  kieszeni  pistolet  i  zaprezentowała  go  zado-

wolona.

-

Piękny,  prawda?  Mały,  ale  skuteczny.  Bert  przekona  się,  jak  bardzo 

skuteczny.

-

Tess, nie! - krzyknął Luke, chwytając ją za nadgarstek i próbując odebrać 

broń. Tess jednak zdołała się uwolnić. - Nie możesz narażać swojego życia!

-

Więzienie to dla niego za mało! - wykrzyknęła.

-

Dla Carswellów wystarczyło...

-Ale ten człowiek zniszczył moje życie!
-A  jednak  udało  ci  sieje  odzyskać!  -  powiedział  Luke,  chwytając  ją  za 

ramiona. - Jesteś znów niezależna, masz babcię, majątek i moją miłość. Masz 
teraz własne życie pośród ludzi, którzy cię kochają. Nie możesz tego odrzucić.

- Ty zemściłeś się na Margo Holloway. Dlaczego  ja nie mogę  zemścić się 

na Bercie?

158

background image

-

Sprawiłem,  że  Margo  została  aresztowana  i  skazana  za  zbrodnie,  które 

popełniła - odparł ponuro Luke. - Moje życie ani życie moich najbliższych nie 
było nawet przez chwilę w niebezpieczeństwie. I wiesz co, Tess? Zemściłem się, 
ale to niczego nie zmieniło. Nie poczułem się przez to lepiej.

-

Nic nie rozumiesz - powiedziała cicho Tess. - Przez dziesięć lat marzyłam 

właśnie o tej chwili.

-

Marzenia  się  zmieniają-  stwierdził  Luke.  -  Pojawiłaś  się  tu,  by  wsadzić 

Berta za kratki, a zamiast tego spotkałaś swoje przeznaczenie i miłość, która 

będzie ci towarzyszyć do końca życia. Pozwól, by twoi agenci z ŚBŚ zajęli się 
Bertem.  Nie  ma  sensu,  żebyś  ryzykowała  życiem,  stając  oko  w  oko  z 

najniebezpieczniejszym człowiekiem, jakiego znam.

-

Wręcz przeciwnie - warknęła Tess.

Luke spojrzał na nią z narastającym gniewem.
-

Czy Jane nic dla ciebie nie znaczy? Czy moja miłość nic nie znaczy?

-

Jane i twoja miłość to całe moje życie.

-

To dlaczego, do cholery, świadomie je odrzucasz?

-

Nieprawda!

-

Boże, Tess, naprawdę nie widzisz, że to robisz? Jeśli użyjesz dziś tej broni, 

odrzucisz wszystko, na czym ci zależy. Wybierzesz śmierć zamiast życia!

-

Nie  będę  mogła  żyć  w  szczęściu  i  miłości,  dopóki  nie  zemszczę  się  na 

Bercie.

- Nieprawda. Będziesz mogła, jeśli tak zadecydujesz.
-

Luke - powiedziała Tess słabym głosem. Czuła, jak wyrasta między nimi 

mur  i  nie  potrafiła temu  zaradzić.  -  Gdybyś  poprosił  mnie o  to  wczoraj albo 

przedwczoraj,  zgodziłabym  się  bez  wahania.  Ale  dziś  wiem,  że  ten  człowiek 
pozbawił  mnie poczucia  bezpieczeństwa,  zabił  mojego  ojca, skrzywdził  moją 
mamę i babcię. Odpłacenie mu za to jest moim obowiązkiem.

-

Tess,  jeśli  to  zrobisz,  Bert  wygra.  Zniszczy  ponownie  twoje  życie,  tyle  że 

tym razem z twoją pomocą. Nie rób tego, proszę.

Tess popatrzyła na Luke'a ze smutkiem w oczach.
- To  wszystko  -  powiedziała  miękko  -  zaczęło  się  od  Berta.

Spojrzał na nią i odepchnął ją od siebie.

- Nie  będę  uczestniczyć  w  tej  głupocie,  zaślepieniu  i  ryzykowaniu  ży

ciem.  Chcesz  konfrontacji  z  Bertem?  Dobrze!  Chcesz  wpakować  mu  kulkę?

Świetnie!  Ale  ja  nie  zamierzam  przyglądać  się,  jak  niszczysz  wszystko,  na
czym  mi  zależy.  Nie  chcę  patrzeć,  jak  odrzucasz  wszystko,  nawet  mnie.  Nie
chcę widzieć, jak dobijasz Jane tylko dlatego, że chcesz odegrać się na Bercie. 

Będę ci przysyłał raz w roku widokówkę do więzienia.

Luke  z  hukiem  otworzył  drzwi  frontowe  i  wypadł  na  zewnątrz,  trzaskając 

drzwiami z taką siłą, że zabrzmiało to niczym wystrzał.

159

background image

Tess  czuła  się  jak  przybysz  z  obcej  planety.  Czy  naprawdę  wybrała  śmierć 

zamiast życia? Czy odwróciła się plecami do wszystkiego, co kochała i na czym jej 

zależało? Czy odepchnęła Luke'a? Czy Bertowi udało się jednak uczynić z niej osobę 
podobnie bezduszną, jak on sam? Czy sama na własne życzenie wpadła w to bagno? 

Czy był jakikolwiek sens w jej kłótniach z Lukiem?

-

Nie! - wykrzyknęła, biegnąc do drzwi. Wyszła na podjazd przed domem.

-

Luke! - zawołała.

Spóźniła się. Jego jaguar wziął ostatni zakręt na podjeździe i zniknął za bramą 

posiadłości.

- O, Boże! –j ęknęła Tess. - On gotów się zabić, zanim zdążę go przeprosić!
Przez  kilka  minut  stała,  patrząc  na  widniejącą  w  oddali  bramę,  aż  wreszcie 

westchnęła i powoli poszła w kierunku domu. Zatrzymała się w holu, nie wiedząc od 

czego  zacząć.  Jane...  jej  babcia,  czekała  na  nią  w  jadalni.  Miały  sobie  tyle  do 
powiedzenia. Z kolejnym westchnieniem spojrzała na korytarz wiodący do jadalni, ale 

poszła na górę. Musi skończyć to, co rozpoczęła, a dopiero potem może zacząć nowe 
życie. Miała nadzieję, że Luke w końcu ochłonie i wróci. Wtedy będzie mogła paść mu 
do nóg i błagać o przebaczenie.

Otworzyła drzwi do swojej sypialni - swojej sypialni - i usiadła na łóżku. Zerknęła 

na telefon, zadrżała, podniosła słuchawkę i wykręciła numer.

-

Cześć,  Diana  -  powiedziała,  gdy  odebrano  telefon.  Po  drugiej  stronie  przez 

chwilę panowała cisza.

-

Chciałaś chyba powiedzieć Gladys?

-

Już  nie.  Przeanalizowałam  swoje  życie,  zajrzałam  w  głąb  swojej  duszy  i 

doszłam do wniosku, że jestem idiotką.

-

Co takiego?

-

Nieuleczalną idiotką. Zdecydowałam się więc na zmianę planu. Nie ma sensu, 

żebym  ryzykowała  wszystko,  co  mam,  włączając  życie,  żeby  się  zemścić. 
Przyjeżdżajcie i aresztujcie Berta od razu. Macie wszystko, co potrzeba.

Po drugiej stronie znowu była cisza.
-

Z przyjemnością bym to zrobiła, moja droga, ale go zgubiliśmy.

-

Co takiego? - Tess zadrżała.

-

Znalazł  czujnik.  Nie  wiem,  jakim  cudem,  ale  go  znalazł.  Zniknął  z 

mieszkania  i  zostawił  lincolna.  Wściekł  się.  Lepiej  zniknij  teraz  na  parę  godzin. 

Znajdziemy go.

-

Jakim sposobem? - spytała Tess.

-

Sądzimy, że się połapał, że mamy na niego oko i będzie próbował zwiać z kraju. 

Blake jedzie na lotnisko Kennedy'ego, a ja na LaGuardię. Leroy Baldwin...

-

Baldwin?

-

On jedzie do Newark. Jego ludzie szukają wszędzie. Dostaniemy Berta, a ty do 

tego czasu uważaj.

160

background image

Telefon zamilkł. Miała uważać? Nie było takiego miejsca na świecie, które byłoby 

bezpieczną kryjówką przed Bertem, jeśli chciał kogoś dostać w swoje ręce. A skoro 

rozpracował  Blake'a  i  Dianę, Tess  nie  miała  wątpliwości,  że  rozpracował  i  ją.  Jej 
życie  nie  było  nic  warte,  skoro  Bert  nadal  był  na  wolności.  Blake,  Diana  i  Leroy 

Baldwin byli dobrzy, wspaniali, ale gdy Bert się wściekał, stawał się najgroźniejszym 
stworzeniem na świecie. Wiedział, jak się ukrywać i jak się mścić.

Pytanie tylko, czy będzie chciał się zemścić tylko na niej, czy także na Luke'u i 

Jane? W jego stylu byłoby pozwolić Tess konać powoli i patrzeć, jak zabija Luke'a i 
Jane, zanim zajmie się nią. Tess ukryła twarz w dłoniach.

Nie była w stanie spokojnie myśleć. Co powinna teraz zrobić? Wynieść się stąd? 

Miała kilka własnych kryjówek i jeśli zniknie, Luke i Jane będą prawdopodobnie 
bezpieczni. Ale co będzie, jeśli ona zniknie, a Bert pojawi się tutaj? Wtedy Luke i 
Jane będą w śmiertelnym niebezpieczeństwie.

Nie mogła do tego dopuścić. Musi tu zostać. Musi zostać, żeby pilnować Jane. Dość 

już w życiu uciekała. Już dość ukrywania się dla własnej wygody. Zostanie i zajmie się 
Jane, jeśli będzie trzeba. Tak wiele przecież zawdzięcza swojej babce. Blake i Diana 

złapią Berta wcześniej czy później. Nigdy nie uda mu się zbiec z kraju. Agenci ŚBŚ są 
zbyt  dobrzy,  żeby  na  to  pozwolić.  Przesadziła  trochę  ze  swoimi  planami  i  teraz 

nadeszła pora, by się opamiętać. Nie było powodu, by alarmować Jane. Przynajmniej 
nie w tej chwili. Będzie miała jeszcze dosyć zmartwień. Bert najpierw zatroszczy się o 
własną skórę, a dopiero potem pomyśli o zemście. Mogła się jeszcze czuć bezpieczna.

Zeszła na parter, wyrzucając sobie, że była tak głupia i sprawiła Luke'owi tyle bólu, 

rozpoczynając  tę  bezsensowną  kłótnię.  Jeśli  nie  wróci  po  godzinie,  była  gotowa 

stąpać po rozbitym szkle, żeby go odzyskać.

Przechodziła właśnie przez hol, gdy usłyszała dzwonek do drzwi.
-  W  porządku,  Hodgkins!  -  zawołała  do  lokaja,  który  krzątał  się  w  pobliżu 

schodów. - Otworzę.

Sądziła,  że  Luke  ochłonął  dużo  wcześniej,  niż  przypuszczała  i  właśnie  wrócił. 

Podbiegła do drzwi i otworzyła je, gotowa rzucić mu się w ramiona i pozostać w 

nich już na zawsze.

- Witaj, kotku.

Rozdział dwudziesty

Pod  Tess  ugięły  się  kolana.  Przytrzymując  się  drzwi,  patrzyła  na  Berta 

przebranego za Maksa Weinsteina i czuła, że krew odpływa jej z twarzy. Po chwili 

włączył się instynkt przetrwania, który wpoił jej kiedyś Bert.

161

background image

- Bert!  -  syknęła.  -  Przestań  się  wygłupiać  i  wejdź  w  swoją  rolę.  Hodg-

kins  stoi  tuż  za  drzwiami!  Maks!  -  zawołała  wesoło.  -  Co  tu  robisz  tak  wcześnie? 

Wejdź.

Zawahał  się  chwilę,  zanim  wszedł  do  holu,  przybierając  minę  Maksa 

Weinsteina.

- Pojawiła  się....  pewna  sprawa,  którą  chciałbym  przedyskutować  z  tobą  na 

osobności. Mam nadzieję, że nie sprawię ci kłopotu.

Widziała trybiki pracujące w jego mózgu. Wiedziała, że ją rozgryzł, a może nie? Jeśli 

tak, będzie miał prawdziwą frajdę, zwodząc ją przez chwilę, zanim odkryje karty.

- Nie ma sprawy - odparła Tess. - Mój dom jest twoim domem.

Chciała, żeby pozostał w niepewności tak długo, jak to możliwe. Potrzebowała 

czasu,  żeby  pozbyć  się  z  domu  Jane.  Co  będzie  potem,  nie  miało  już  większego 
znaczenia.  Już  nie  kusiło  jej  przetrwanie  za  wszelką  cenę.  Najważniejszą  sprawą 

było  bezpieczeństwo  babki.  Jane  nie  była  bezpieczna,  jeśli  Bert  znajdował  się  w 
promieniu stu kilometrów od niej. Dobrze, że Luke wyszedł już wcześniej.

- Hodgkins, przygotuj brandy dla doktora Weinsteina. Myślę, że pójdziemy do 

biblioteki.  Och!  Ale  najpierw  muszę  zamienić  dwa  słowa  z  Jane,
to  znaczy  z  moją  babcią.  Luke  i  ja  pokłóciliśmy  się  okropnie  i  myślę,  że  jato

zmartwiło. Chwileczkę, Maks.

Spokojnym krokiem, bez śladu pośpiechu, poszła do jadalni. Jane siedziała przy 

stole, sącząc herbatę z filiżanki. Jane Cushman. Jej babcia.

-

Cześć - powiedziała Tess drżącym mimo woli głosem.

-

Witaj - odparła Jane, patrząc na nią z ciepłem i miłością w jasnych oczach.

Przez krótką chwilę Tess miała ochotę rzucić się w jej ramiona i wypłakać w nich. 

Siłą woli powstrzymała wszelkie emocje i uśmiechnęła się do Jane.

- Przepraszam, że tak cię wystraszyłam ubiegłej nocy.
- W  porządku,  kochanie.  Ja  sama  też  cię  wystraszyłam.

Tess zmusiła się do śmiechu, który zabrzmiał naturalnie.

- Masz  rację.  Wiem,  że  mamy  sobie  wiele  do  powiedzenia,  ale  najpierw

chciałam cię prosić o przysługę.

- Oczywiście. O co chodzi?

Tess miała ponury wyraz twarzy.

-

Wiesz,  zaczęłam  zupełnie  bezsensowną  kłótnię  z  Lukiem.  Miał  rację,  a  ja  nie 

chciałam mu jej przyznać. Wybiegł z domu i tak bardzo się boję, że nie wróci.

-

No to nieźle się musieliście pokłócić - skomentowała Jane.

-

Okropnie. Wiem, że jestem ostatnią osobą, którą chciałby teraz oglądać, ale tak 

bardzo pragnę go przeprosić i wszystko naprawić. Może mogłabyś go

162

background image

odszukać i powiedzieć mu to. Tobie na pewno uwierzy. Nie jestem pewna, czy 
zechce uwierzyć mnie.

-

Nie  martw  się  o  Luke'a,  Tess.  On  cię  uwielbia.  Prędzej  czy  później 

ochłonie i sam wróci.

-

Ale  ja  nie  mogę  czekać!  -  powiedziała  Tess,  załamując  ręce.  -  Wkrótce 

przychodzi Bert i muszę wiedzieć, czy między mną a Lukiem wszystko jest w 
porządku. Inaczej nie będę w stanie skończyć tego, co zaczęłam. Wiesz, gdzie on 
mógł pojechać? Możesz go odnaleźć?

Jasne oczy Jane błyszczały z rozbawieniem na widok miłosnych cierpień.
-

Myślę, że wiem, dokąd mógł pojechać - powiedziała wstając. - Pojadę tam 

i sprawdzę, czy zdołam go nakłonić do przebaczenia ci.

-

Dziękuję, babciu! - wykrzyknęła Tess, rzucając się jej na szyję i przytulając 

mocno. Mogła to być jedyna okazja w jej życiu.

-

Będziemy z powrotem za pół godziny, zapamiętaj moje słowa.

-

Jesteś aniołem - powiedziała Tess, całując Jane w policzek. Wzięła ją za 

rękę  i  poprowadziła  w  stronę  korytarzyka  prowadzącego  bezpośrednio  do 
garażu. - Powiedz mu, że kocham go najbardziej na świecie, poza tobą oczy-
wiście. I powiedz mu, że miał rację i zrobię dokładnie tak, jak mówił.

-

Tylko nie bądź za bardzo uległa, Tess. Tess zachichotała.

-

Tylko ten jeden raz. On naprawdę miał rację.

-

Cieszę  się,  że  wrodzona  duma  Cushmanów  nie  przesłoniła  ci  prawdy  -

powiedziała Jane, klepiąc ją w policzek.

-

O nie - zaprzeczyła Tess, otwierając drzwi do garażu. - Mam też właściwą 

dla  Cushmanów  dozę  samokrytyki.  Dzięki  temu  nigdy  mi  nie  odbije,  nie 
martw się.

Poczekała,  aż  Jane  wsiądzie  do  swojego  mercedesa  i  wyjedzie  za  bramę. 

Ruszyła  z  powrotem  do  domu,  do  biblioteki...  i  do  Berta.  W  holu  minęła 

Hodgkinsa.

-

Och,  Hodgkins  -  zatrzymała  go.  -  Moja  babcia  właśnie  wyjechała  na 

przejażdżkę i prosiła, żebyś natychmiast zaczął przegląd piwniczki z winem w 
związku z przygotowaniami do ślubu.

-

Mam  dokładne  informacje,  co  do  stanu  zapasów  wina,  proszę  pani  -

odparł Hodgkins.

-

Naturalnie  -  zgodziła  się  Tess.  -  Tyle  że  babcia  jest  wyjątkowo  pod-

ekscytowana  tym  ślubem,  a  przecież  ostatnie  przyjęcie  i  bal  musiały  nieco 

naruszyć zapasy. Zróbmy jej przyjemność i sprawdźmy to, dobrze?

-

Oczywiście,  panno  Cushman  -  odparł  lodowato  Hodgkins,  kłaniając  się. 

Odwrócił się i ruszył w stronę piwnic z winem.

- Aha,  powiedz  też  pokojówkom,  że  doktor  Weinstein  i  ja  będziemy  w 

bibliotece  i  nie  życzymy  sobie,  żeby  nam  przeszkadzano  pod  jakimkolwiek 

pretekstem! - zawołała za nim.

163

background image

- Tak, proszę pani.
Gdy  się  oddalił,  złapała  szybko  słuchawkę  telefonu  w  holu  i  wybrała  numer 

Diany.

- Halo?

    -  Bert tu jest.

Tess odłożyła słuchawkę i wzięła głęboki wdech. Zrobiła wszystko, co w jej mocy, 

aby  ochronić  ludzi  z  tego  domu.  Z  jej  domu.  Teraz  musi  przeciągać  spotkanie  z 

Bertem, żeby Diana i Blake zdążyli pospieszyć jej na ratunek.

Dotknęła małego pistoletu w kieszeni. Nigdy jeszcze nie użyła broni. Za to Bert 

był zawsze uzbrojony i nie wahał się z tego skorzystać.

Pomodliła się cicho i weszła do biblioteki, zamykając za sobą drzwi. Bert stał przy 

stylowym biurku w drugim końcu pomieszczenia. W ręce trzymał pustą szklaneczkę 

po brandy.

- Co  ty  sobie,  do  licha,  myślisz?  -  wygarnęła  mu  Tess,  zanim  zdążył  się

odezwać. - Miałeś tu być dopiero o drugiej. Nie podpisałam jeszcze dokumentów. 

Nic nie zostało formalnie na mnie przepisane. Nic nie jest załatwione i nie jesteśmy 
bezpieczni, dopóki te papiery nie będą podpisane!

Bert przyglądał jej się przez moment.
-

Pojawiła  się  sprawa,  którą  muszę  z  tobą  przedyskutować.  Tess  zaklęła  na 

dowód irytacji.

-

Mamy gliny na karku?

-

Jedynie ŚBŚ.

- ŚBS?  -  Tess  zmartwiała.  -  Musimy  stąd  wiać!  Do  diabła  z  papierami

i całym imperium. Zwijajmy się!

Widziała,  jak  w  zimnych  szarych  oczach  Berta  pojawiają  się  na  przemian 

podejrzliwość  i  niepewność.  Czy  agenci  śledzili  go  na  własną  rękę  i  Tess  była  tylko 

przypadkiem w to wplątana? Czy też właśnie ona wszystko zorganizowała? Gdzie było 
bezpiecznie,  a  gdzie  czaiło  się  niebezpieczeństwo  w  tym  ogromnym  pokoju,  w 
którym było tylko dwoje ludzi?

Jane  przejechała  kilkanaście  kilometrów,  zanim  przypomniała  sobie  o 

pewnym osiągnięciu techniki. Zaśmiała się sama z siebie. Chyba się jednak starzeje. 

Zjechała na pobocze, włączyła światła postojowe i wybrała numer samochodowego 
telefonu Luke'a.

Nie odbierał aż do trzeciego dzwonka.
-

Czego? - warknął niczym ranny niedźwiedź grizzly.

-

Luke, mój drogi, gdziekolwiek jesteś, zjedź na pobocze i zatrzymaj się.

-

Po co?

-

Bo chcę z tobą porozmawiać.

-

Ja nie chcę...

-

Zrób to albo pożałujesz.

164

background image

-

Dobra, zatrzymałem się. O co chodzi, u diabła? - spytał, mrucząc pod nosem 

coś nieprzyjemnego.

-

Przybywam z misją pogodzenia dwóch walczących stron.

- Znowu wypiłaś za dużo sherry?

Jane zachichotała.

-- Tess ubłagała mnie, żebym cię odszukała.
- Co zrobiła?
- ... i żebym ci powiedziała, że kocha cię najbardziej na świecie, oczywiście oprócz 

mnie, i że miałeś całkowitą rację, i zamierza postąpić tak, jak mówiłeś.

Jane spojrzała na słuchawkę, z której nie dochodził żaden dźwięk.
-

Halo?

-

To niepodobne do Tess - powiedział wreszcie Luke.

-

Też jej to powiedziałam, ale zapewniła mnie, że miałeś rację. To prawda?

-

Oczywiście.  Ale  to  niepodobne  do  Tess,  żeby  wysyłać  kogokolwiek  w 

charakterze posłańca.

-

Luke?

W jego głosie było wyczuwalne wyraźne napięcie.

- Mam  złe  przeczucie,  Jane.  Wracam  natychmiast  do  domu,  a  ty...  lepiej

zostań tam, gdzie jesteś.

- Cóż to za absurdalne...

Luke jednak już się rozłączył.

- Jeśli  mamy  zamiar  uciec  przed  ŚBŚ,  będziemy  potrzebować  gotówki.

Dużo gotówki - powiedział w końcu Bert.

- A twoje szwajcarskie konta?
-

Zostały niespodziewanie zablokowane... przez kogoś. Oczy Tess rozszerzyły się z 

udawanego przerażenia. - A niech to. Depczą ci po piętach.

-

Takie odniosłem wrażenie.

Tess oparła ręce na biodrach, żeby ukryć ich drżenie.

- W  każdym  razie  mam  kolię.  Nie  jest  to  co  prawda  gotówka,  ale  może

nam  ją  przynieść.  Poza  tym  mamy  dość  pieniędzy,  żeby  chociaż  wyjechać
z kraju.

Bert nagle złapał ją za włosy i boleśnie pociągnął.
- Nie potrzebuję żadnego towarzystwa. Chcę tylko dostać kolię... i muszę komuś 

podziękować.

-

Co masz na myśli? Bert uderzył Tess w twarz.

-

Ktoś mnie wrobił! W mieszkaniu Weinsteina był podsłuch!

Znów ją uderzył, tym razem mocniej. Świat zawirował Tess przed oczami.

165

background image

- W samochodzie też znalazłem pluskwę! Uderzył ją po raz trzeci i upadła 

na podłogę.

Telefon  w  samochodzie  Luke'a  dzwonił  natarczywie  raz,  drugi.  Podniósł 

słuchawkę po trzecim dzwonku. - Jane, nie chcę...

- To nie Jane. Tu Leroy. Mamy kłopoty.
Jaguar  gwałtownie  skręcił.  Przejeżdżająca  obok  prawym  pasem  mazda 

zatrąbiła. Luke z trudem zdołał zapanować nad kierownicą.

-

Jakie kłopoty?

-

Dzwonił  do  mnie  agent  ŚBŚ,  niejaki  Blake  Thornton.  Gdzieś  przed 

godziną.  Razem  z  inną  agentką  śledzili  Berta  przez  prawie  trzy  tygodnie,  a 

dwie godziny temu go zgubili.

-

Co takiego?

-

Rozpoczęli  poszukiwania  i  zadzwonili  do  mnie.  Zdaje  się,  że  wiedzą,  że 

pracuję dla ciebie. Potrzebowali szybkiej pomocy. Sądziliśmy, że ten twój Bert 

będzie próbował zwiać  z kraju, ale właśnie  przed  chwilą dzwonili do  mnie z 
informacją,  że  Bert  najwyraźniej  ma  tu  jeszcze  coś  do  załatwienia.  Nie 

pojechał na lotnisko. Jest teraz w rezydencji Cushmanów.

Tess  paliła  twarz  i  bolała  ją  głowa  od  ciosów  Berta.  Poruszyła  się  wolno, 

ostrożnie.  Nie  chciała  dawać  mu  żadnych  powodów  do  nowego  wybuchu 

wściekłości.

- Bert,  co  ty  wyprawiasz?  -  spytała,  podnosząc  się  i  patrząc  na  niego z 

miną  niewiniątka.  -  Wiem,  że  jesteś  zdenerwowany.  Ja  sama  jestem  śmier-
telnie przerażona, ale to nie powód, żeby bić swoją najlepszą dziewczynę.

Tym razem go miała. Nawet nie próbował ukryć zaskoczenia.
-

W porządku - powiedział powoli. - Ubijmy interes. Ty dasz mi kolię, a ja 

cię zostawię w spokoju.

-

Wielkie dzięki. A co z moimi dziesięcioma procentami?

-

Wybrałaś  całe  imperium,  kotku,  i  nie  udało  ci  się.  Masz  pecha.  Ja  chcę 

kolię.

Tess patrzyła na niego przez chwilę, a potem westchnęła ciężko.
- Dobra.  Ostatecznie  mogę  włamać  się  do  któregoś  z  sejfów  i  ukraść  coś,

żeby ta robota mi się opłaciła. Ale najpierw musisz mi coś powiedzieć, Bert.

Grała na czas, starając się odwlec decydujący moment.
- Czy  dwadzieścia  lat  temu,  kiedy  nazywałeś  się  Hal  Marsh  i  porwałeś 

mnie... Czy planowałeś odsprzedać mnie kiedyś mojej rodzinie?

Bert  spojrzał  na  nią  zaskoczony.  Na  jego  twarzy  pojawił  się  uśmiech 

uznania.

166

background image

- A więc wiesz.
-

Tak - odparła spokojnie Tess.

-

Od kiedy?

- Wystarczająco  długo.  Najpierw  byłam...  zaskoczona,  ale  wkrótce  do-

strzegłam śmieszną stronę tej sytuacji. Bert uśmiechnął się.

-

Sprzedawać prawdziwy artykuł jako podróbkę to jest dopiero coś! Mówię 

ci, Tess, leżałem w łóżku i zwijałem się ze śmiechu.

-

Ja  też,  ja  też.  Więc  co  wydarzyło  się  dwadzieścia  lat  temu?  Dlaczego 

zostawiłeś mnie Carswellom?

-

Ta cholerna robota nie szła od samego początku. Przez ciebie nie zająłem 

się  na  dobre  kidnapingiem.  Co  to  było!  Najpierw  spadłaś  z  drabiny  i  nie 

wiedzieliśmy z Jerrym, czy w ogóle przeżyjesz. Potem trzeba było zlikwidować 
Jerry'ego. Łajdak miał zachcianki.

-

Kim był Jerry?

-

Jerry Burns, pracował u Cushmanów jako lokaj. Był moją wtyczką.

-

To ty go zlikwidowałeś?

Bert wzruszył ogromnymi ramionami.
- Jasne. I tak miałem zamiar to zrobić, tylko trochę później. Zostałem bez 

wspólnika,  z  ledwo  żywym  dzieciakiem  i  glinami  na  karku.  Zrobiło  się  tyle 

szumu,  że  nie  miałem  szansy  dostać  za  ciebie  miliona  dolarów  okupu. 
Ukrywałem  się  przez  kilka  tygodni,  potem  obciąłem  ci  włosy  i  sprzedałem 
Carswellom  za  tysiąc  dolców.  Marny  tysiąc  dolców  -  mruknął,  patrząc  ze 

złością  na  Tess.  -  Liczyłem  na  okrągły  milion,  a  dostałem  za  ciebie  marny 
tysiąc. Uważałem, że jesteś mi coś  winna i zamierzałem dostać to,  co mi się 

należy w ten czy inny sposób.

Tess poczuła, że żołądek podchodzi jej do gardła.
- To  dlatego  odkupiłeś  mnie  znów  od  Carswellów?

Uśmiechnął się rozbawiony.

- Do tego czasu już wiedziałem, w jaki sposób możesz mi przynieść milion 

dolarów. Postanowiłem poczekać jakieś pięć, sześć lat, aż sprawa przycichnie, 

odkupić  cię  od  Carswellów  i  odsprzedać  Cushmanom.  Ale  kiedy  Violet  cię 
przywiozła, nie rozpoznałaś mnie. Wtedy zmieniłem plany. Postanowiłem, że 

owszem, sprzedam cię Cushmanom, ale dopiero wtedy, gdy będziesz na tyle 
przygotowana,  że  pomożesz  mi  zdobyć  o  wiele  więcej  niż  milion  dolarów.  I 
tak się stało. Dobrze się spisałaś, kotku.

- Dzięki, Bert, to dla mnie wiele znaczy. Mam jeszcze tylko jedną rzecz do 

dodania.

Tess wyciągnęła z lewej kieszeni swoją legitymację służbową i odznakę, a z 

prawej pistolet i uśmiechnęła się szeroko.

- Mam cię, kotku! Masz prawo odmówić zeznań, a jeśli cokolwiek powiesz, 

może to być wykorzystane przeciwko tobie.

167

background image

Bert przyjrzał się jej i wybuchnął śmiechem.
-

Bardzo zabawne. Prawie dałem się nabrać.

-

To nie żarty, Bert. Ja naprawdę pracuję dla ŚBŚ i mam zamiar wsadzić cię 

do więzienia na resztę życia.

Jego oczy zwęziły się ze wściekłości.
-

A więc to byłaś ty.

-

Moja  największa  i  najlepsza  robota  -  powiedziała  z  dumą  Tess.  -

Doskonale  mnie  wyszkoliłeś,  Bert.  Pamiętasz,  jak  wspominaliśmy  twoje 
poprzednie  sukcesy  podczas  przygotowań  do  tej  roboty?  Miałeś  rację:  w 

mieszkaniu  Weinsteina  był  podsłuch  i  te  wszystkie  rozmowy  są  nagrane. 
Przyznajesz  się  w  nich  do  ponad  trzydziestu  przestępstw,  od  kradzieży  do 
morderstwa.  Moi  współpracownicy  zebrali  potrzebne  dowody.  Twoi  byli 

wspólnicy  pomogli  zebrać  tyle  dowodów  w  sprawie  twoich  powiązań  z  syn-
dykami narkotykowymi w Australii i Ameryce Południowej, że nawet adwokat 

Noriegi  był  bez  szans.  Namówiliśmy  Mendozę,  żeby  zeznawał  przeciwko 
tobie.

Bert lekko zzieleniał.
-

A teraz wyciągnij swoją trzydziestkę ósemkę, połóż ją na ziemi i kopnij w 

moją stronę.

-

Jaką trzydziestkę ósemkę?

-

Daj spokój, Bert. Ta spluwa jest już niemal częścią twego ciała. Wyciągaj 

ją.

Powoli,  nie  spuszczając  oka  z  Tess,  wyciągnął  rewolwer,  położył  go  na 

podłodze i kopnął w jej kierunku.

- Dziękuję.

Tess właśnie chowała do kieszeni odznakę i legitymację, gdy Bert się na nią 

rzucił.

Luke  niemal zderzył  się  z  mercedesem  Jane,  parkując przed  wejściem  do 

rezydencji.

Wyskoczył z samochodu i przytrzymał drzwi Jane.
-

Zostań tu!

-

Możesz to powtórzyć? - spytała lodowatym głosem.

- Do cholery, Bert tam jest! I ma Tess!

Jane zbladła.

Luke  wbiegł  po  schodach  i  otworzył  z  impetem  drzwi,  rozglądając  się

dokoła. Gdzie ona jest? Czy jest bezpieczna? Czy jeszcze żyje?

Ciszę przerwał wystrzał.

Luke'owi zamarło serce. Biblioteka!
Przebiegł  hol  zlany  zimnym potem. Drugi  wystrzał rozległ  się  w chwili gdy 

otwierał drzwi.

168

background image

- Tess! - krzyknął.
Bert  przechylał  ją  nad  blatem  biurka.  Krew  lała  mu  się  z  ramienia.  Walczyli  o 

pistolet,  który  Tess  trzymała  w  ręce.  Krzyk  Luke'a  odwrócił  uwagę  Berta.  Tess 
zdołała go kopnąć z całej siły w krocze. Ryk bólu ucichł, gdy Luke złapał go za szyję. 
Był tak przerażony i wściekły, że miał ochotę udusić Berta. Odciągnął go od Tess 

na środek pokoju.

Twarz Berta zrobiła się czerwona. Rozpaczliwie próbował zaczerpnąć powietrza i 

uwolnić się.

- Luke, przestań! - krzyknęła Tess. - Zabijesz go!
Ciągnęła go za ramiona, ale odepchnął ją. Jeszcze chwila, a złamałby Bertowi 

kark.

Nagle dwie dłonie chwyciły go za włosy i odciągnęły do tyłu.
- Nie waż się go zabić! - warknęła Tess, a jej niebieskie oczy ciskały gromy.

Do Luke'a powoli zaczęło docierać, co chciał zrobić. Puścił Berta, który upadł na 

podłogę.  Luke  popatrzył  na  niego,  półprzytomny  z  gniewu  i  przerażenia.  Niemal 
zabił człowieka!

-

Tess - powiedział niespokojnie. Objęła go ramionami i mocno przytuliła.

-

Już dobrze - szepnęła. - Znam to uczucie.

-

Wszystko w porządku?

-

Tak.  Masz  -  powiedziała  wciskając  mu  do  ręki  pistolet.  -  Lepiej,  żebyś  ty  to 

wziął. Wciąż trzęsą mi się ręce. Pewnie szybciej trafiłabym ciebie niż Berta.

-

Dzięki Bogu jesteś bezpieczna - szepnął Luke, biorąc ją w ramiona. Cały drżał. 

Nie zdawał sobie nawet sprawy, że po policzkach płynęły mu łzy. - Tak się bałem, 
że cię stracę...

- Nigdy  -  mruknęła  Tess,  całując  go.  -  Nigdy  się  mnie  nie  pozbędziesz.

Bert jęknął i spróbował podnieść się na kolana. Luke natychmiast odsuną się od Tess 
i wycelował pistolet w Berta.

Ta  ostrożność  nie  była  konieczna,  bo  po  chwili  do  biblioteki  weszło  dwoje 

uzbrojonych  po  zęby  ludzi.  Pierwsza  wkroczyła  kobieta  z  gęstymi  ciernymi  włosami 
upiętymi  w  kok.  Wycelowała  broń  w  głowę  Berta.  Za  nią  wkroczył  mężczyzna, 

który przeraził Luke'a niemal tak samo jak Bert. Miał niemal białe włosy i ogniście 
czarne  oczy.  Był  wysoki  i  dobrze  zbudowany  Jego  twarz  była  najtwardszą, 

najzimniejszą  twarzą,  jaką  Luke  kiedykolwiek  widział.  Ten  mężczyzna  także 
wycelował swoją broń w Berta. Trzecią osobą był Leroy Baldwin.

- Przeszkodziliśmy w czymś? - spytała kobieta z mocnym irlandzkim

głosem.

- Ależ skąd. Robiliśmy właśnie porządki. Dzięki, że jesteś, Diana - po-

Powiedziała Tess.

169

background image

-

Dlaczego  on  tak  krwawi?  -  spytał  blondyn.  Jego  miękki  południowy  akcent 

kontrastował z szorstkim głosem.

-

Postrzeliłam  go  -  odparła  Tess.  -  Stawiał  opór  podczas  aresztowania  i  tak 

dalej.

-

A skąd, u licha, zdobyłaś broń? - spytała kobieta.

-

Ukradłam  ją,  oczywiście  -  przyznała  Tess.  -  Tu  za  nami  znajduje  się  niezła 

kolekcja broni, a zamki, jak już wielokrotnie wspominałam, są do niczego.

- Tess?
Jane stała w drzwiach. Była blada i wyglądała na sto lat.
-

Wszystko  w  porządku,  babciu  -  rzuciła  Tess.  Wyswobodziła  się  z  objęć 

Luke'a i podbiegła do Jane, przytulając ją mocno. - Koszmar już się skończył.

-

Tak się martwiłam - szepnęła Jane.

-

Ja też.

Nagle Jane odsunęła Tess na wyciągnięcie ramion.

- Czy  to  dlatego  wysłałaś  mnie  na  te  idiotyczne  poszukiwania  Luke'a?

Bert tu był i chciałaś pozbyć się mnie z domu?
    - Mógłby  cię  zranić,  gdyby  miał  okazję  -  powiedziała  łagodnie  Tess.

     - Na szczęście - stwierdził blondyn - nie miał szans i już tego nie zrobi. Kobieta 
osłaniała go, gdy zbliżał się do Berta. Wyciągnął mu z kieszeni
sprężynowy nóż i rzucił go partnerce.

- Tess, kim są ci ludzie? - spytała Jane.
- No  tak,  gdzie  się  podziały  moje  dobre  maniery?!  -  wykrzyknęła  Tess.  -

Pozwólcie,  że  wam  przedstawię:  Blake  Thornton  i  Diana  Hunter,  agenci  ŚBŚ
i moi współpracownicy przy tym zadaniu.

- Jakim zadaniu? - spytała Jane.

Tess spłonęła rumieńcem.

-

Nadszedł  czas,  żeby  wszystko  wyjaśnić.  Pojawiłam  się  w  tym  domu,  żeby 

dorwać Berta. Żeby go złapać na gorącym uczynku. Nie wiedziałam, że was poznam. 
Że sprowadzę na was niebezpieczeństwo. Myślałam jedynie o zemście i o wyrazie 

jego twarzy, gdy się zorientuje, że wpadł w zasadzkę. Ale, jak to sprytnie zauważył 
Luke,  Blake  i  Diana  mają  dosyć  dowodów,  żeby  go  zamknąć  w  więzieniu  na 
najbliższych  tysiąc  lat.  Więc  poprosiłam  ich,  żeby  go  aresztowali.  Niestety,  Bert 

zdążył  się  zorientować  i  przyszedł  tu,  żeby  się  ze  mną  policzyć.  Musiałam  mieć 
pewność,  że  nie  zrobi  wam  krzywdy.  I  jest  jeszcze  coś,  babciu.  Bert  używał  kiedyś 
nazwiska Hal Marsh. To on jest człowiekiem, który mnie porwał.

-

Porwał?  -  powtórzył  zaskoczony  Leroy  Baldwin.  -  Czy  to  ma  znaczyć,  że 

naprawdę jesteś Elizabeth Cushman?

Tess roześmiała się.
- Co  za  ironia  losu,  prawda?  Pojawiłam  się,  żeby  się  zemścić,  a  zamiast

tego znalazłam rodzinę.

170

background image

-

Wspaniale - stwierdziła Diana. - Zawsze twierdziłam, że Tess ma klasę.

-

Dziękuję, Diano.

Nagle Luke przyciągnął Tess do siebie.
-

Co z twoją twarzą? - spytał ponuro.

-

No nie, czyżby już pojawiły się siniaki? - Tess dotknęła dłońmi policzków.

-

Czy ten potwór cię uderzył? - spytała Jane.

-

Tylko trochę - odparła cicho Tess. - Jestem do tego przyzwyczajona. Nie 

ma się czym martwić, babciu.

-

Wręcz przeciwnie  -  powiedział  Luke,  biorąc ją  w  ramiona. -  Następnym 

razem, gdy się pokłócimy, ty wychodzisz z domu. Jasne?

- Jasne  -  odparła  z  uśmiechem  Tess.  Spojrzała  na  Dianę.

- A co z ludźmi Berta?

- Jego tak zwany zespół wywiadowczy już siedzi w więzieniu - powiedziała 

Diana, chowając broń. - Nie znoszę amatorów.

-

To  wszystko  musiało  być  dla  ciebie  okropne,  Diano  -  powiedziała  Tess. 

Diana nagle roześmiała się i pocałowała Tess w policzek.

-

Nie  masz  nawet  pojęcia,  jak  bardzo.  Blake  skuł  Berta  i  postawił  go  na 

nogi. Bert zwijał się z bólu.

- Nie  powinieneś  się  brać  do  tej  roboty,  skoro  jesteś  taki  delikatny  -

poradził mu Blake głosem, który przyprawił Luke'a o dreszcze. - Skrzywdziłeś 
moją  przyjaciółkę.  Nie  podoba  mi  się  to.  Wolałbym,  żebyś  za  to  zapłacił  tu  i 

teraz, ale pozwolę, żeby zajął się tobą wymiar sprawiedliwości. Wiesz chyba, że 
więzienia federalne mają... podwyższony rygor?

Diana roześmiała się.
-

Więzienie  federalne  -  powiedziała  Tess  z  westchnieniem  ulgi.  -  Co  za 

piękne słowa. Brzmią jak muzyka: więzienie federalne.

-

Nie uda wam się mnie zamknąć - prychnął Bert. - Mam znajomości.

-

O  tak,  wiemy  -  oświadczyła  Tess.  -  Phil  Larkin,  Barry  Kincaid  i  inni. 

Wszyscy siedzą w więzieniu i czekają na swoje procesy.

-

Lubimy być dokładni - wyjaśniła Diana.

- I bardzo chcieliśmy cię dopaść - dodał swym chłodnym głosem Blake.

- Czasami - powiedział  Luke, przytulając Tess - żałuję, że nie pracuję dla 

FBI. Ale nie martw się, Bert - dodał, mierząc go spojrzeniem. – Mam wysoko 

postawionych  przyjaciół.  Czasem  jednak  opłaca  się  być  Mansfieldem. 
Dopilnuję, żeby trafił ci się sędzia i prokurator z piekła rodem.

Blake spojrzał na Luke'a z zainteresowaniem. - Podoba mi się ten facet.

- Mnie też - dodała Tess.
Ku  zaskoczeniu  Luke'a,  Blake  przyciągnął  Tess  do  siebie,  przytulił  ją na 

chwilę i puścił.

171

background image

-

Świetnie się spisałaś, Tess - pochwalił ją. - W każdej chwili możesz stanąć 

na czele jednej z moich grup specjalnych.

-

Dzięki - odparła miękko Tess.

-

To  była  wielka  gra  -  stwierdziła  Diana.  -  Jesteś  zdecydowanie  najlepszą 

oszustką  na  świecie.  Nie  mogę  się  już  doczekać  następnego  wspólnego 
zadania.

-

O nie, Diano, nic z tego - powiedziała Tess. - Odchodzę z ŚBŚ. Będę zbyt 

zajęta, żeby pracować. Muszę się nauczyć zarządzać imperium Cushmanów.... 
a poza tym, wkrótce wychodzę za mąż. Prawda? - spytała, patrząc na Luke'a.

-

Jak najszybciej - szepnął, biorąc ją znów w ramiona i całując namiętnie. 

Popatrzył na Dianę i wreszcie złapał oddech.

-

Przyjdziecie na nasz ślub?

-

Nie  opuściłabym  tego  za  żadne  skarby  świata  -  odparła  Diana  z 

uśmiechem.

Tess przytuliła się do Luke'a z pełnym zaufaniem.
-

Leroy, jesteś pierwszy na liście gości - oświadczył Luke.

-

Rozważę koszty wypożyczenia smokingu - odparł Leroy ciepło.

-

Nie  wyjdę  za  mąż,  jeśli  ciebie  przy  tym  nie  będzie,  Blake  -  oświadczyła 

Tess.

- Na  pewno  przyjdę  -  powiedział.  -  Uwielbiam  płakać  na  ślubach.

Uśmiechnęła się do niego czule.

-

Zawsze wiedziałam, że masz miękkie serce. Broń, którą zabezpieczyłeś, to 

prawdopodobnie  ta  sama  broń,  z  której  siedem  lat  temu  Bert  zastrzelił 
Eddiego Graftona. Specjaliści od balistyki mogą to potwierdzić.

-

Uwielbiam styl twojej pracy - mruknął Blake.

Razem z Dianą wyprowadzili Berta. Leroy wyszedł za nimi. Biorąc głęboki 

wdech,  Tess  podeszła  do  Jane  i  ujęła  jej  dłonie  w  swoje.  Stojąc  w  drugim 
końcu pokoju Luke widział, że Tess drży.

-

Muszę  cię  przeprosić,  ale  słowa  nie  są  w  stanie  wszystkiego  oddać  -

powiedziała. - Pojawiłam się w tym domu, żeby wrobić Berta, co oznaczało, że 

musiałam  cię  oszukiwać.  I  wykorzystywać.  Wtedy  nie  dbałam  o  to.  Myślałam 
jedynie  o  posłaniu  Berta  za  kratki.  Nic  poza  tym  się  nie  liczyło.  To  niewy-
baczalne. Fakt, że okazałam  się być osobą, którą udawałam, to  żadne  uspra-

wiedliwienie.  Chcę  cię  przeprosić  za  wszystkie  kłamstwa,  oszustwa  i  dzisiejszą 
strzelaninę. Ale dziś... to Bert zaczął. Ja musiałam skończyć to, co zaczęłam.

-

Jesteś bardzo dobra w tym, co robisz - stwierdziła Jane. - I jestem z ciebie 

bardzo  dumna.  Dawno  ci  już  wybaczyłam,  a  teraz  chcę,  żebyś  usłyszała,  co 

mam ci do powiedzenia: Witaj w domu, Elizabeth. Witaj w domu. - Mówiąc to 
wzięła swoją wnuczkę w ramiona.

background image

Epilog

- Czasy kawalerskie masz już za sobą. - Hura!
-

Wiesz, że masz zaskakująco ładny baryton?

-

Jesteś zbyt łaskawa.

-

Nigdy nie słyszałam La Cucaracha śpiewanej przez nagiego mężczyznę. Byłam 

pod wrażeniem. A z tego, co wiem, babcia też miała niezły ubaw.

-

Tego tylko pragnąłem.

-

Pewnie  -  odparła  Tess  z  uśmiechem.  -  Twój  brat,  Joshua,  ogromnie  mi 

dziękował, ale musiałam mu wyjaśnić, że nie miałam z tym nic wspólnego.  To  ty 

złożyłeś tak głupią obietnicę.

-

Gdybym znał cię wcześniej, nigdy bym tego nie zrobił.

-

Lepiej przewidywać takie rzeczy. Nie powinieneś też nigdy grać w rozbieranego 

pokera ze mną lub z babcią.

- Zapamiętam to.

Tess roześmiała się.

- Czy  jesteś  pewien,  że  chcesz  mieszkać  w  rezydencji  Cushmanów?  Babcia 

zrozumie, jeśli zamieszkamy we własnym domu.

- Ta  rezydencja  jest  dość  duża,  żeby  zapewnić  nam  intymność.  Nie  jestem  tak

okrutny,  żeby  zabierać  cię  Jane  po  tym,  jak  cię  odzyskała.  Wprowadzę się  tu  po 
naszym miesiącu miodowym i zrobię to z przyjemnością.

- Czasami jesteś po prostu za dobry. Nie wiem, jak zdołam ci się za to odpłacić.
- Już ja znajdę jakiś sposób, bądź pewna.
- Wierzę  -  odparła  Tess  z  uśmiechem.  -  Wiesz,  bardzo  mi  się  podoba  bycie

mężatką  -  powiedziała,  sącząc  szampana  w  ogromnym  apartamencie  hotelowym. 
Podniosła dłoń i z czułością spojrzała na cienką złotą obrączkę

173

background image

i  pierścionek  zaręczynowy  ze  szmaragdem.  Luke  kupił  je  na  długo  przed  tym, 

zanim poprosił ją o rękę. Taki z niego narwaniec.

-

Bardzo  mi  się  podoba  twoja  koszulka  -  powiedział  z  uśmiechem.  Siedział  na 

ogromnym łóżku, opierając się o zagłówek. Był nagi.

-

Dziękuję. Kupując ją, myślałam o tobie. Wiesz, twój ojciec jest naprawdę miły, 

gdy  nieco  rozluźni  krawat.  Ale  może  mi  się  tylko  wydaje.  Pamiętam,  że  był 
najlepszym wierzchowcem, na jakim jeździłam w wieku trzech lat, a mam z kim go 
porównywać. Myślę, że ty też będziesz dobrym wierzchowcem dla naszych dzieci.

- Naszych dzieci? Czyżbyś już była w ciąży?

Tess spojrzała na niego.

- Jesteśmy  małżeństwem  zaledwie  od  siedmiu  godzin.  Te  rzeczy  wymagają 

czasu.

Luke zapraszająco rozpostarł ramiona.
- Jestem gotów poświęcić temu cały swój czas.

Tess postawiła kieliszek z szampanem na stoliku obok łóżka.
-

Niecierpliwość  może  być  zaletą  i  wadą.  W  twoim  przypadku  jest  całkowicie 

uzasadniona, drogi mężu. Bądź jednak łaskaw zauważyć, że jestem nadal ubrana.

-

Już niedługo, droga żono - powiedział Luke, wstając z łóżka i podchodząc do 

niej. - To wszystko trzyma się tylko na dwóch kokardkach? -zdziwił się, oglądając 
Tess ze wszystkich stron. - Jakie to praktyczne.

Tess roześmiała się.
-

Muszę  przyznać,  że  byłem  pod  wrażeniem  -  powiedział  Luke,  delikatnie 

rozwiązując czarną kokardkę na jej lewym ramieniu -jak razem z Jane zdołałyście 
przygotować tak ogromne wesele w zaledwie trzy dni.

-

My, Cushmanowie, jesteśmy bardzo dobrymi organizatorami.

-

Ach tak - odparł, przyglądając się kokardce na jej prawym ramieniu. Pociągnął 

ją wolno i rozwiązała się. Czarna haftowana koszulka z szelestem jedwabiu upadła 
na podłogę.

-

Cudownie. To prawda, że małe jest piękne.

-

Ty zawsze mówisz takie miłe rzeczy - mruknęła Tess, obejmując go w  pasie, 

podczas gdy jego usta musnęły jej szyję.

-

To  specjalność  Mansfieldów  -  odparł  biorąc  ją  w  ramiona.  -Pozwól,  że  ci 

zademonstruję  jeszcze  jedną  specjalność  Mansfieldów  -  powiedział,  niosąc  Tess  do 

łóżka.  Położył  ją  i  sam  prędko  zajął  miejsce  obok.  -  Jest  jeszcze  jedna  rzecz,  którą
muszę  wiedzieć,  zanim  skonsumujemy  nasze  małżeństwo  -powiedział,  pieszcząc 

dłońmi jej piersi, a zębami drażniąc jej tak bardzo wrażliwe ucho.

-

Tak? - szepnęła Tess, głaszcząc go po plecach.

-

Wiesz,  że byłbym szczęśliwy nawet, gdybyśmy spędzili nasz miesiąc miodowy 

zamknięci w klatce na pustyni. Nie myśl więc, że narzekam, ale dlaczego chciałaś 

koniecznie przyjechać nad Niagarę?

174

background image

Tess  uśmiechnęła  się  do  męża.  Nie  bardzo  mogła  skupić  myśli,  zajęta 

pieszczotami.

-

Żyjąc  tak  długo  bez  tradycji  rodzinnych,  zaczęłam  teraz  je  cenić.  Moi 

dziadkowie spędzili tu swój miesiąc miodowy.

-

Doprawdy?  -  zdziwił  się  Luke,  pochylając  głowę  i  biorąc  w  usta  jeden  z  jej 

nabrzmiałych sutków.

-Tak. Och, Luke!
- A  czy  hołdując  tradycjom  -  spytał,  unosząc  głowę  i  spoglądając  w  jej

błękitne  oczy  -  zamierzasz  także  porzucić  dotychczasowe  zajęcia,  oszustwa
i kradzieże, by zająć się prowadzeniem imperium Cushmanów?

Tess uśmiechnęła się, przesuwając dłonią po jego twardym brzuchu i dalej w dół. 

Uśmiechnęła się jeszcze szerzej, słysząc jęk rozkoszy.

-

Mam to imperium we krwi - szepnęła. - Nie widać tego? Luke jęknął.

-

Tak myślałem.