background image

Jeśli zdrada jest wszechobecna 

Zdrada nie ma prawa bytu. A to dlaczego?  
Bo jeśli jest wszechobecna, to nikt nie śmie nazwać ją zdradą. 
— Sir John Harrington 
 
 

Sophie  doglądała  ognia  płonącego  na  kominku  w  salonie.  W  pokoju  było  ciepło, 

niemal  duszno.  Charlotte  siedziała  za  biurkiem,  a  Henry  zajmował  krzesło  obok  niej.  Will 
rozparł  się  na  jednym  z  foteli  obitych  kwiecistą  tapicerką,  stojącym  w  pobliżu  ognia.  Na 
stoliku stała taca z serwisem do herbaty. Will trzymał w dłoni filiżankę. Gdy Tessa weszła do 
środka, zerwał się z miejsca tak gwałtownie, że część płynu wylała mu się na rękaw. Odstawił 
naczynie nie odrywając od niej wzroku. 
 

Wyglądał na wyczerpanego, jak gdyby był na nogach przez całą noc. Nadal miał na 

sobie  swój  płaszcz  z  ciemnoniebieskiej  wełny  z  czerwoną  jedwabną  podszewką.  Nogawki 
jego spodni były zachlapane błotem. Włosy miał wilgotne i rozwichrzone, twarz bladą, a na 
szczęce cień zarostu. Jednak w chwili, w której ujrzał Tessę, jego oczy rozbłysły jak latarnie 
za dotknięciem zapałki. Jego twarz odmieniła się. Spoglądał  na nią z tak niewytłumaczalną 
przyjemnością,  że  Tessa,  całkiem  zaskoczona,  zatrzymała  się,  tak  że  Jem  wpadł  na  nią  od 
tyłu. Nie mogła oderwać wzroku od Willa. Znów przypomniała sobie sen, który miała zeszłej 
nocy,  w  którym  pocieszał  ją  w  skrzydle  szpitalnym.  Czy  był  w  stanie  odczytać  to 
wspomnienie z jej twarzy? Czy to właśnie dlatego wpatrywał się w nią tak intensywnie? 
 

Jem wyjrzał znad jej ramienia. 

 -  Witaj,  Will. Jesteś  pewien,  że  to  spędzenie  całej  nocy  na  deszczu  w  trakcie  leczenia  było 
dobrym pomysłem? 
 

Will oderwał wzrok od Tessy. 

 -  Jestem  pewny  –  odparł  stanowczym  głosem.  –  Musiałem  się  przejść.  Odzyskać  jasność 
myśli. 
 - Czy twoje myśli są jasne? 
 - Jak kryształ – odparł Will, powracając spojrzeniem w stronę Tessy. Znów wydarzyła się ta 
sama rzecz. Ich spojrzenia zwarły się ze sobą, a Tessa zmusiła się by spuścić wzrok i przejść 
przez pokój by zająć miejsce na sofie obok biurka, skąd nie miała bezpośredniego widoku na 
Willa. Jem usiadł obok niej, ale nie sięgnął po jej dłoń. zastanawiała się co by się stało, gdyby 
swobodnym tonem ogłosili co się przed chwilą stało. My dwoje zamierzamy się pobrać. 
 

Jem  miał  jednak  rację.  To  nie  był  najlepszy  moment.  Charlotte  wyglądała  jakby 

również nie spała całą noc. Jej skóra nabrała niezdrowego żółtawego odcienia, a pod oczami 
widać  było  ciemne  kręgi.  Henry  siedział  tuż  obok  niej,  trzymając  dłoń  na  jej  dłoniach  w 
opiekuńczym geście i spoglądając na nią ze zmartwieniem malującym się na twarzy. 
 - Skoro już jesteśmy tutaj wszyscy – powiedziała szorstkim tonem Charlotte, a Tessa chciała 
jej  przypomnieć,  że  to  nieprawda,  ponieważ  nie  było  z  nimi  Jessamine.  Przemilczała  to 
jednak. –  Chciałam  wam przypomnieć, że zbliżamy się do końca dwutygodniowego okresu, 
który  przyznał  nam  Konsul  Wayland  na  odkrycie  miejsca  przebywania  Mortmaina.  Nie 

background image

wypełniliśmy tego zadania. Według brata Enocha, Cisi Bracia zbadali ciało Nathaniela Graya 
i nie dowiedzieli się niczego nowego. Skoro jest martwy, nie możemy uzyskać od niego już 
żadnych informacji. 
 

Skoro  jest  martwy.  Tessa  pomyślała  o  Nacie  jakiego  pamiętała,  kiedy  byli  bardzo 

młodzi i uganiali się za ważkami w parku. Nate wpadł do stawu, a ona i ciotka Harriet – jego 
matka  –  musiały  go  stamtąd  wyciągnąć.  Dłonie  miał  mokre  i  śliskie  od  zielonych  roślin 
rosnących  pod  wodą.  Pamiętała  jak  jego  śliska  od  krwi  dłoń  wyślizgnęła  się  z  jej  dłoni  w 
magazynie herbaty. Nie wiesz o wszystkim co zrobiłem, Tessie. 
 - Możemy zdać raport Clave o tym co wiemy o Benedykcie – mówiła dalej Charlotte, a Tessa 
zmusiła  się  by  skupić  uwagę  na  rozmowie.  –  To  wydaje  się  być  całkiem  sensownym 
rozwiązaniem. 
 

Tessa z trudem przełknęła ślinę. 

 - A co z tym co powiedziała Jessamine? Że robiąc to postąpimy dokładnie tak jak chce tego 
Mortmain? 
 - Nie możemy siedzieć bezczynnie – odparł Will. – Nie możemy oddać kluczy do Instytutu 
Benedyktowi  Lightwoodowi  i  jego  godnym  pożałowania  potomkom.  Oni    Mortmainem. 
Benedykt jest jego marionetką. Musimy spróbować. Na Anioła, przecież mamy wystarczająco 
dużo dowodów, prawda? Jest ich tyle, że można zmusić go do przejścia próby Miecza. 
 -  Gdy  spróbowaliśmy  tego  samego  z  Jessamine,  okazało  się,  że  w  jej  umyśle  są  blokady, 
które  założył  Mortmain  –  odparła  Charlotte  zmęczonym  głosem.  –  Myślisz,  że  jest  aż  tak 
nieostrożny by nie przedsięwziąć tych samych środków ochronnych w przypadku Benedykta? 
Wyjdziemy na głupców jeśli Miecz niczego nie wykaże. 
 

Will przeczesał dłońmi swoje czarne włosy. 

 - Mortmain spodziewa się, że pójdziemy z tym do Clave  – powiedział. – Takie będzie jego 
pierwsze  założenie.  Jest  również  przyzwyczajony  do  pozbywania  się  współpracowników,  z 
których nie ma już żadnego pożytku. Na przykład De Quinceya. Lightwood nie jest dla niego 
niezastąpiony,  o  czym  dobrze  wie.  –  Zabębnił  palcami  o  kolano.  –  Wydaje  mi  się,  że 
gdybyśmy poszli z tym wszystkim do Clave, z pewnością wyeliminowalibyśmy Benedykta z 
wyścigu  o  dowodzenie  nad  Instytutem.  Istnieje  jednak  pewna  część  Clave,  która  działa 
według jego rozkazów. Niektórych z nich znamy, ale pozostali stanowią dla nas niewiadomą. 
To smutny fakt, ale nie mamy pewności komu możemy zaufać poza sobą. Instytut jest z nami 
bezpieczny,  a  my  nie  możemy  pozwolić,  żeby  ktoś  go  nam  odebrał.  Gdzie  indziej  Tessa 
będzie bardziej bezpieczna jak tutaj? 
 

Tessa zamrugała. 

 - Ja? 
 

Will wyglądał na zaskoczonego, jakby zdumiało go to co przed chwilą powiedział. 

 - Cóż, jesteś integralną częścią planu Mortmaina. Od zawsze chciał cię mieć. Zawsze będzie 
cię potrzebował. Nie możemy do tego dopuścić. W jego rękach stałabyś się potężną bronią. 
 - To wszystko prawda, Will, i oczywiście pójdę z tym do Konsula – przyznała Charlotte – ale 
jako zwykły Nocny Łowca, a nie jako głowa Instytutu. 
 - Ale dlaczego, Charlotte? – spytał Jem. – Jesteś wybitna w tym co robisz… 
 -  Czyżby?  –  odparła.  –  Po  raz  drugi  nie  zauważyłam  szpiega  pod  własnym  dachem.  Will  i 
Tessa z łatwością wymknęli się spod mojej opieki by wziąć udział w przyjęciu Lightwooda. 
Nasz  plan  schwytania  Nate’a,  w  który  nigdy  nie  wtajemniczyliśmy  Konsula,  nie  wypalił, 
skutkiem czego jest potencjalnie ważny martwy świadek… 
 - Lottie! – Henry położył dłoń na ramieniu swojej żony. 
 -  Nie  nadaję  się  do  prowadzenia  tego  miejsca  –  powiedziała  Charlotte.  –  Benedykt  miał 
rację…  Oczywiście  będę  się  starać  żeby  przekonać  Clave  do  jego  winy.  Ktoś  inny 
poprowadzi Instytut. Mam nadzieję, że nie będzie to Benedykt, ale to również nie będę ja… 
 

Rozległ się głośny szczęk. 

background image

 - Pani Branwell! – To była Sophie. Upuściła pogrzebacz i odwróciła się od ognia. – Nie może 
pani zrezygnować. Pani… po prostu nie może. 
 -  Sophie  –  odezwała  się  łagodnym  głosem  Charlotte.  –  Dokądkolwiek  się  potem  udamy  i 
razem z Henry’m założymy nowy dom, zabierzemy cię ze sobą… 
 - Nie o to chodzi – odparła Sophie zduszonym głosem. Rozbieganymi oczami rozejrzała się 
po pokoju. – Panienka Jessamine… Ona była… To znaczy, ona mówiła prawdę. Jeśli uda się 
pani do Clave, zrobi pani dokładnie to czego chce Mortmain. 
 

Charlotte spojrzała na nią, wstrząśnięta. 

 - Co każe ci tak mówić? 
 - Ja… nie wiem dokładnie. – Sophie wbiła wzrok w podłogę. – Ale wiem, że to prawda. 
 - Sophie? – Ton głosu Charlotte był płaczliwy, a Tessa wiedziała co sobie pomyślała: Czyżby 
mieli  kolejnego  szpiega  w  swoim  domu?  Will  pochylił  się  naprzód,  mrużąc  podejrzliwie 
oczy. 
 -  Sophie  nie  kłamie  –  wtrąciła  szybko  Tessa.  –  On  wie  bo…  bo  obie  podsłuchałyśmy  jak 
Gideon i Gabriel rozmawiali o tym w pokoju treningowym. 
 - I dopiero teraz zdecydowałaś się o tym wspomnieć? – spytał Will, unosząc wysoko brwi. 
 

Tessa, czując w stosunku do niego nagłą, niezrozumiałą wściekłość, odpaliła: 

 - Zamilcz, Will. Jeśli… 
 -  Spotykałam  się  z  nim  –  przerwała  jej  głośno  Sophie.  –  Z  Gideonem  Lightwoodem. 
Widywaliśmy  się  gdy  miałam  wolne.  –  Była  blada  jak  duch.  –  On  mi  o  tym  powiedział. 
Usłyszał,  jak  jego  ojciec  śmieje  się  z  tego.  Wiedzieli,  że  Jessamine została  zdemaskowana. 
Mieli  nadzieję,  że  pójdzie  pani  do  Clave.  Powinnam  była  powiedzieć  o  tym  wcześniej,  ale 
wszystko wskazywało na to, że nie zamierza się tam pani wybierać więc… 
 - Spotykałaś się? – spytał z niedowierzaniem Henry. – Z Gideonem Lightwoodem? 
 

Sophie skupiła swoją uwagę na Charlotte, która przyglądała jej się z oczami wielkimi 

jak spodki. 
 - Wiem również czym Mortmain grozi Lightwoodowi – dodała. – Gideon niedawno się o tym 
dowiedział. Jego ojciec nie ma pojęcia, że my wiemy. 
 -  Na  litość  boską,  dziewczyno,  nie  stój  tak  tylko  wszystko  nam  opowiedz  –  powiedział 
Henry, który wyglądał na równie wstrząśniętego co swoja żona. 
 - Chodzi o demoniczny syfilis – odparła Sophie. – Pan Lightwood zaraził się i choruje na to 
od  lat.  Choroba  zabije  go  w  przeciągu  kilku  miesięcy  jeśli  nie  dostanie  lekarstwa.  A 
Mortmain powiedział, że może je dla niego zdobyć. 
 

W pokoju zapanował totalny chaos. Charlotte podbiegła do Sophie, Henry krzyknął za 

nią, a Will zerwał się ze swojego krzesła i zaczął tańczyć w kółko. Tessa pozostała na swoim 
miejscu,  zdumiona,  a  Jem  nadal  siedział  u  jej  boku.  W  międzyczasie  okazało  się,  że  Will 
wyśpiewuje pod nosem piosenkę jak to od samego początku miał rację co do demonicznego 
syfilisu. 
 
 

Demoniczny syfilisie, o demoniczny syfilisie 

Jakże to sprawić bym był tobą zarażony? 

Trzeba iść do złej części miasta 

Aż będziesz bardzo zmęczony. 

Demoniczny syfilisie, o demoniczny syfilisie, 

Miałem to od samego początku. 

Ale nie o syfilis mi chodzi, głupcy, 

Tylko o piosenkę. 

Bo miałem rację, a wy byliście w błędzie. 

 

background image

 
 -  Will!  –  zawołała  Charlotte,  przekrzykując  hałas.  –  Czyś  ty  OSZALAŁ?  PRZESTAŃ 
ROBIĆ TEN PIEKIELNY HARMIDER! Jem… 
 

Jem wstał z miejsca i dłonią zatkał Willowi usta. 

 - Obiecujesz, że będziesz cicho? – syknął w ucho swojemu przyjacielowi. 
 

Will  skinął  głową.  Jego  niebieskie  oczy  płonęły.  Tessa  wpatrywała  się  w  niego 

zdumiona.  Wszyscy  zresztą  poszli  jej  śladem.  Widywała  Willa  w  różnych  nastrojach  – 
rozbawionego,  zgorzkniałego,  protekcjonalnego,  wściekłego,  pobłażliwego  –  ale  nigdy 
wcześniej aż tak podekscytowanego
 

Jem puścił Willa. 

 - W porządku. 
 

Will osunął się na podłogę, wspierając się plecami o fotel. 

 - Demoniczny syfilis we wszystkich domach! – ogłosił, ziewając. 
 - Mój Boże, tydzień żartów o syfilisie – odparł Jem. – Przepadliśmy z kretesem. 
 - To nie może być prawda – powiedziała Charlotte. – Zwykły… demoniczny syfilis? 
 -  Skąd  mamy  wiedzieć,  że  Gideon  nie  okłamał  Sophie?  –  spytał  Jem.  –  Wybacz,  Sophie. 
Przykro mi to mówić, ale Lightwoodom nie można wierzyć… 
 -  Widziałam  twarz  Gideona,  gdy  spoglądał  na  Sophie  –  przerwał  mu  Will.  –  Tessa  jako 
pierwsza  powiedziała  mi,  że  Gideon  adoruje  naszą  pannę  Collins,  a  ja  cofnąłem  się  wstecz 
pamięcią i uświadomiłem, że to była prawda. Zakochany mężczyzna… zakochany mężczyzna 
powie  wszystko.  I  zdradzi  wszystkich.  –  Mówiąc  to,  wpatrywał  się  w  Tessę.  Odwzajemniła 
jego  spojrzenie.  Nie  mogła  się  powstrzymać.  Czuła,  że  jego  wzrok  przyciąga  ją  do  siebie. 
Sposób,  w  jaki  spoglądał  na  nią  tymi  swoimi  niebieskimi  oczami  podobnymi  do  skrawków 
nieba, jakby próbował porozumieć się z nią w milczeniu. Ale co, na litość boską…? 
 

Zawdzięczała  mu  uratowanie  życia,  uświadomiła  sobie  z  zaskoczeniem.  Być  może 

czekał aż mu za to podziękuje. Ale ona nie miała na to czasu ani szansy! Postanowiła zrobić 
to przy pierwszej nadarzającej się okazji. 
 -  Poza  tym,  Benedykt  obejmował  demonicę,  która  siedziała  mu  na  kolanach  w  trakcie 
przyjęcia, i całował ją – ciągnął Will, odwracając wzrok. – Miała węże zamiast oczu. Tak czy 
inaczej,  jedynym  sposobem  żeby  zarazić  się  demonicznym  syfilisem,  jest  wejście  w 
nieodpowiednie stosunki z owym demonem, tak że… 
 - Nate powiedział mi, że pan Lightwood lubił towarzystwo demonic – odparła Tessa. – Nie 
wydaje mi się, by jego żona kiedykolwiek się tego domyślała. 
 -  Chwileczkę  –  odezwał  się  Jem,  który  nagle  zastygł  w  bezruchu.  –  Will,  jakie  są  objawy 
demonicznego syfilisu? 
 - Całkiem paskudne – odparł Will z upodobaniem. – Wszystko zaczyna się od wysypki, która 
pojawia się na plecach, a potem rozprzestrzenia na całe ciało, tworząc pęknięcia i bruzdy w 
skórze… 
 

Jem ze świstem wypuścił powietrze z płuc. 

 - Ja… zaraz wrócę. Za moment. Na Anioła… 
 

Zniknął za drzwiami, wprawiając wszystkich w osłupienie. 

 -  Chyba  nie  ma  demonicznego  syfilisu,  prawda?  –  spytał  Henry,  nie  adresując  pytania  do 
nikogo szczególnego. 
 

Mam nadzieję, że nie, bo właśnie się zaręczyliśmy, chciała powiedzieć Tessa – tylko 

po to, by ujrzeć zaskoczone miny na twarzach zebranych – ale ugryzła się w język. 
 - Och, zamknij  się, Henry  – powiedział Will.  Wyglądał  jakby chciał dodać coś jeszcze, ale 
drzwi otworzyły się z hukiem, a do pokoju wpadł Jem, dysząc i trzymając w dłoni kawałek 
pergaminu. 
 - Dostałem to od Cichych Braci, kiedy razem z Tessą poszliśmy zobaczyć się z Jessamine. – 
Rzucił jej przepraszające spojrzenie spod grzywy jasnych włosów, a ona przypomniała sobie 

background image

jak wychodził z celi Jessamine i wrócił chwilę później, sprawiając wrażenie bardzo zajętego. 
– To raport opisujący śmierć Barbary Lightwood. Po tym jak Charlotte powiedziała nam, że 
jej  ojciec  nigdy  nie  wydał  Silasa  Lightwooda  przed  Clave,  uznałem,  że  zapytam  Cichych 
Braci czy istniał jakiś inny sposób, w jaki umarła pani  Lightwood. Chciałem mieć pewność 
czy Benedykt kłamał także wtedy, gdy powiedział, że zmarła z żalu. 
 - A kłamał? – spytała zafascynowana Tessa. 
 -  Tak.  W  rzeczywistości  podcięła  sobie  nadgarstki.  Ale  chodziło  o  coś  znacznie  więcej.  – 
Spojrzał  na  papier  trzymany  w  dłoni.  –  Łuskowata  wysypka,  układająca  się  w  znak  astrioli 
powyżej lewego ramienia. – Wyciągnął go w stronę Willa, który ujął kartkę i przyjrzał się jej 
z szeroko otwartymi oczami. 
 - Astriola to demoniczny syfilis. Miałeś dowód na istnienie tej choroby i nie pisnąłeś o tym 
nawet słowem?! Et tu, Brute! – Zrolował pergamin i uderzył nim Jema po głowie. 
 - Ała! –  Jem  pomasował  się po  głowie.  –  Te słowa nie miały dla mnie żadnego znaczenia! 
Uznałem to za mało istotną dolegliwość. Trudno było mi uwierzyć by coś takiego mogło ją 
zabić.  Podcięła  sobie  nadgarstki,  ale  Benedykt  chciał  chronić  swoje  dzieci  przed 
świadomością, że ich własna matka odebrała sobie życie… 
 -  Na  Anioła  –  powiedziała  przyciszonym  głosem  Charlotte.  –  Nic  dziwnego,  że  się  zabiła. 
Zrobiła to dlatego, że jej mąż zaraził ją demonicznym syfilisem. I dobrze o tym wiedziała. – 
Odwróciła się szybko w stronę Sophie, która wciągnęła gwałtownie powietrze. – Czy Gideon 
wie o tym? 
 

Sophie pokręciła głową. Oczy miała wielkości spodków. 

 - Nie. 
 - Tylko czy Cisi Bracia nie byliby zobligowani do powiedzenia o tym komuś skoro odkryli 
prawdę? – spytał trzeźwo Henry. – Wygląda mi to co najmniej… tam do diabła, co najmniej 
nieodpowiedzialnie… 
 - Oczywiście, że komuś by powiedzieli. Na przykład jej mężowi. I bez wątpienia tak zrobili, 
ale co z tego? Benedykt znał już prawdę – odparł Will. – Nie było potrzeby mówienia o tym 
dzieciom. Wysypka pojawia się wtedy, gdy ktoś zachoruje, a oni byli już wystarczająco duzi 
żeby ich matka mogła ich zarazić. Cisi Bracia powiedzieli Benedyktowi to, co odkryli, a on z 
pewnością  rzekł  tylko  „Okropność!”,  i  szybciutko  zamaskował  całą  sprawę  by  nie  ujrzała 
światła  dziennego.  Nikt  nie  może  skazać  trupa  za  niewłaściwe  stosunki  z  demonami,  więc 
spalili jej ciało i było po wszystkim. 
 - Ale jakim cudem Benedykt ciągle żyje? – domagała się odpowiedzi Tessa. – Czy choroba 
nie powinna była zabić go do tego czasu? 
 - To dzięki Mortmainowi – wyjaśniła Sophie. – Przez cały ten czas dawał mu medykamenty 
na spowolnienie pogłębiania się choroby. 
 - Spowolnienie, ale nie zatrzymanie, tak? – spytał Will. 
 - Zgadza się. On nadal  umiera i  to  w zastraszająco szybkim tempie  – odparła Sophie.  –  To 
dlatego jest taki zdesperowany. Zrobi wszystko, co każe mu Mortmain. 
 - Demoniczny syfilis! – szepnął Will i spojrzał na Charlotte. Pomimo jawnego podniecenia, 
w jego niebieskich oczach płonął niezachwiany blask świadczący o wyostrzonej inteligencji, 
zupełnie jakby był szachistą obmyślającym swój kolejny ruch biorącym pod uwagę wszystkie 
potencjalne  plusy  i  minusy.  –  Musimy  natychmiast  skontaktować  się  z  Benedyktem  – 
oznajmił.  –  Charlotte  będzie  postępować  według  jego  reguł.  On  jest  zbyt  pewny  przejęcia 
Instytutu.  Charlotte  powie  mu,  że  choć  oficjalna  decyzja  Konsula  zapadnie  w  tej  sprawie 
dopiero  w  niedzielę,  ona  uświadomiła  sobie,  że  to  on  powinien  zająć  jej  miejsce  i  chce  się 
spotkać i zawrzeć pokój zanim to się stanie. 
 - Benedykt jest uparty… - zaczęła Charlotte. 
 -  Jest  równie  uparty,  co  i  dumny  –  dodał  Jem.  –  Od  zawsze  pragnął  przejęcia  kontroli  nad 
Instytutem, ale także upokorzyć cię, Charlotte. Żeby udowodnić, że kobieta nie jest w stanie 

background image

prowadzić  Instytutu.  Jest  święcie  przekonany,  że  w  niedzielę  Konsul  zarządzi  odebranie  ci 
władzy nad Instytutem, ale to nie znaczy, że zmarnuje szansę zobaczenia jak płaszczysz się 
przed nim na prywatnym spotkaniu. 
 -  Tylko  po  co?  –  spytał  Henry.  –  Co  dokładnie  osiągniemy  wysyłając  Charlotte  na 
konfrontację z Benedyktem? 
 -  Mamy  szansę  posłużyć  się  szantażem  –  odparł  Will.  Jego  oczy  płonęły  z  podniecenia.  – 
Mortmain może i jest dla nas nieosiągalny, ale Benedykt wręcz odwrotnie i na razie to nam 
może wystarczyć. 
 - Wydaje ci się, że zrezygnuje z próby przejęcia Instytutu? Czy przypadkiem nie zostawi tej 
sprawy w rękach jednego ze swoich następców? – spytał Jem. 
 -  Przecież  nie  staramy  się  go  pozbyć.  Chcemy  żeby  w  pełni  poparł  stanowisko  Charlotte. 
Żeby wycofał swoją kandydaturę i ogłosił, że Charlotte doskonale nadaje się do zarządzania 
Instytutem.  Jego  następcy  poczują  się  zagubieni,  a  Konsul  będzie  usatysfakcjonowany. 
Zatrzymamy  Instytut  dla  siebie.  A  co  więcej,  możemy  zmusić  Benedykta  żeby  powiedział 
nam, co wie o Mortmainie – miejsce jego przebywania, tajemnice, wszystko. 
 - Jestem niemal przekonana, że Benedykt boi się Mortmaina dużo bardziej niż nas – odparła 
niepewnym  tonem Tessa.  –  I zdecydowanie potrzebuje tego, co Mortmain może mu  dać. W 
przeciwnym wypadku umrze. 
 -  Zgadza  się.  Ale  to,  co  uczynił  –  gorszące  relacje  z  demonami,  zarażenie  chorobą  swojej 
żony i spowodowanie jej śmierci – jest morderstwem popełnionym na innym Nocnym Łowcy. 
Ten  przypadek  zostanie  uznany  nie  tylko  jako  morderstwo,  ale  morderstwo  dopełnione  za 
pomocą demonicznych środków. I będzie wymagało najgorszej z kar. 
 - Co może być gorsze od śmierci? – spytała Tessa i natychmiast tego pożałowała, widząc jak 
usta Jema zacisnęły się niemal niedostrzegalnie. 
 - Cisi Bracia pozbawią go tego, co czyni z niego Nefilima. Benedykt stanie się Przeklętym – 
wyjaśnił  Will.  –  Jego  synowie  zostaną  Przyziemnymi,  a  ich  Znaki  odebrane.  Nazwisko 
Lightwood  zostanie  wykreślone  z  rejestru  Nocnych  Łowców.  To  będzie  koniec  rodu 
Lightwoodów wśród Nefilim. Nie ma większej hańby niż to. To kara, której obawia się nawet 
Benedykt. 
 - A jeśli nie? – spytał Jem niskim głosem. 
 - Cóż, w takim  razie znajdziemy się w nieciekawej  sytuacji  –  powiedziała Charlotte, której 
wyraz  twarzy  stwardniał,  gdy  słuchała  tego,  co  mówił  Will.  Sophie  opierała  się  o  gzyms 
kominka,  pełna  przygnębienia.  Henry,  trzymając  dłoń  na  ramieniu  żony,  wyglądał  na 
nienaturalnie  spokojnego.  –  Wyślemy  Benedyktowi  powiadomienie  o  spotkaniu.  Nie  ma 
czasu by zawracać sobie głowę zaproszeniami. To będzie dla niego niespodzianka. Gdzie są 
wizytówki? 
 

Will wyprostował się na fotelu. 

 - Zdecydowałaś się postępować według mojego planu? 
 -  Teraz  to  mój  plan  –  odparła  stanowczo  Charlotte.  –  Możesz  mi  towarzyszyć,  Will,  ale 
będziesz wykonywał moje rozkazy i dopóki na to nie pozwolę, nie padnie już ani jedno słowo 
o demonicznym syfilisie. 
 - Ale… ale… - wyjąkał Will. 
 - Odpuść sobie – powiedział Jem, kopiąc Willa lekko w kostkę. 
 - Przywłaszczyła sobie mój plan! 
 - Will  –  odezwała się stanowczym  tonem Tessa.  –  Obchodzi  cię bardziej fakt,  że twój  plan 
został przez kogoś zaanektowany, czy to, że został doceniony? 
 

Will wycelował w nią palec. 

 - To pierwsze. 
 

Charlotte wzniosła oczy do nieba. 

 - Williamie, albo zrobimy to na moich warunkach, albo nie zrobimy tego wcale. 

background image

 

Will  wziął  głęboki  oddech  i  spojrzał  na  Jema,  który  uśmiechnął  się  do  niego.  Will 

wypuścił powietrze z płuc, wzdychając pokonany, i powiedział: 
 - W porządku. Chcesz żebyśmy poszli tam wszyscy? 
 -  Ty  i  Tessa  na  pewno.  Potrzebujemy  was,  jako  świadków  biorących  udział  w  spotkaniu. 
Jem, Henry, nie ma potrzeby żebyście szli z nami, ponieważ i tak jeden z was musi zostać i 
chronić Instytutu. 
 - Kochanie… - Henry dotknął ramienia Charlotte z zagadkowym wyrazem twarzy. 
 

Spojrzała na niego, zaskoczona. 

 - Tak? 
 - Jesteś pewna, że nie chcesz żebym z wami poszedł? 
 

Charlotte  uśmiechnęła  się  do  niego.  Uśmiech  całkowicie  odmienił  jej  zmęczoną, 

ściągniętą twarz. 
 -  Całkiem  pewna,  Henry.  Technicznie  rzecz  biorąc  Jem  nie  jest  jeszcze  dorosły,  a 
zostawienie go tu samego – nie mówię, że nie dałby sobie rady – dałoby Benedyktowi kolejny 
powód do narzekań. Ale dziękuję ci za propozycję. 
 

Tessa  spojrzała  na  Jema.  Rzucił  jej  rozżalony  uśmiech  i  uścisnął  dłoń  schowaną  za 

fałdami  jej  sukni.  Jego  ciepły  dotyk  dodał  jej  otuchy.  Podniosła  się  z  miejsca.  Will  wstał, 
szykując się do odejścia. Charlotte szukała pióra by napisać liścik Benedyktowi na odwrocie 
wizytówki, który Cyril dostarczy mu, gdy będą czekać w powozie. 
 - Lepiej pójdę po kapelusz i rękawiczki – szepnęła do Jema i ruszyła do drzwi. Will wyszedł 
tuż za nią. Chwilę później drzwi zamknęły się za nimi, a oni zostali sami na korytarzu. Tessa 
już miała pośpieszyć do swojego pokoju, gdy usłyszała za sobą kroki Willa. 
 - Tesso! – zawołał, a ona odwróciła się. – Tesso, muszę z tobą porozmawiać. 
 -  Teraz?  –  spytała  zaskoczona.  –  Z  tego,  co  zrozumiałam,  Charlotte  chciała  żebyśmy  się 
pośpieszyli… 
 -  Pal  licho  pośpiech  –  odparł  Will,  podchodząc  bliżej.  –  Niech  diabli  wezmą  Benedykta 
Lightwooda, Instytut i całą tą sprawę. Muszę z tobą porozmawiać. – Uśmiechnął się do niej. 
Zawsze wyczuwała w nim lekkomyślną energię, ale tym razem było inaczej – różnica między 
lekkomyślnością rozpaczy a utratą szczęścia. Cóż za dziwny moment na radość! 
 -  Czy  ty  naprawdę  oszalałeś?  –  spytała.  –  Mówisz  o  „demonicznym  syfilisie”  jakby  to  był 
„ogromny niespodziewany spadek”. Naprawdę aż tak cię to raduje? 
 -  Po  prostu  dowiodłem  swojej  racji,  ale  tak  czy  inaczej  nie  przyszedłem  tu  żeby  o  tym 
rozmawiać. Chodzi o ciebie i o mnie… 
 

Drzwi do salonu otworzyły się. Henry wyszedł  na korytarz, a zaraz za nim pojawiła 

się  Charlotte.  Mając  świadomość,  że  następny  będzie  Jem,  Tessa  szybko  odsunęła  się  od 
Willa,  choć  między  nimi  nie  zaszło  nic  niewłaściwego.  Poza  tym,  co  dzieje  się  w  twoich 
myślach, odezwał się cichy głosik w jej głowie, który zignorowała. 
 - Will, nie teraz – powiedziała przyciszonym  głosem.  – Wydaje mi się, że wiem, co chcesz 
powiedzieć i masz całkowitą rację, że chcesz to zrobić, ale to nie jest odpowiednie miejsce ani 
czas.  Wierz  mi,  ja  również  mam  ci  coś  do  powiedzenia,  coś  co  ciąży  mi  na  sercu  już  od 
długiego czasu… 
 - Naprawdę? – Will wyglądał na oszołomionego, jak gdyby uderzyła go obuchem. 
 - No cóż… tak – odparła, patrząc jak Jem podchodzi do nich. – Ale nie teraz
 

Will podążył za jej spojrzeniem, z trudem przełknął ślinę i kiwnął niechętnie głową. 

 - W takim razie kiedy? 
 - Później, kiedy już udamy się do Lightwoodów. Spotkajmy się w salonie. 
 - W salonie? 
 

Zmarszczyła brwi. 

 - Doprawdy, Will, będziesz tak powtarzał wszystko, co powiem? 
 

Jem stanął obok nich. Usłyszał tą ostatnią uwagę i uśmiechnął się. 

background image

 - Tesso, pozwól naszemu biednemu Willowi dojść do siebie. Włóczył się całą noc i wygląda 
jakby  ledwie  pamiętał  własne  nazwisko.  –  Położył  dłoń  na  ramieniu  swojego  parabatai.  – 
Chodź, Herondale. Wyglądasz jakbyś potrzebował runy dodającej energii  – albo i dwóch. A 
może nawet trzech. 
 

Will  oderwał  wzrok  od  Tessy  i  pozwolił,  by  Jem  poprowadził  go  wzdłuż  korytarza. 

Tessa patrzyła w ślad za nimi, kręcą głową. Chłopcy, pomyślała. Nigdy ich nie zrozumie. 
 

*** 

 
 

Tessa  zdążyła  zrobić  zaledwie  kilka  kroków  do  wnętrza  swojej  sypialni,  gdy 

zatrzymała  się  zaskoczona,  wpatrując  w  to,  co  leżało  na  łóżku.  Była  to  elegancka  suknia 
dzienna z kremowego i szarego indyjskiego jedwabiu w pasy, przybrana delikatną lamówką i 
srebrnymi  guziczkami.  Szare  aksamitne  rękawiczki  leżały  obok  niej,  ozdobione  haftem  ze 
srebrnych  liści.  W  nogach  łóżka  leżały  zapinane  pantofle  w  kolorze  kości  słoniowej  oraz 
pończochy z delikatnym wzorkiem. 
 

Drzwi  otworzyły  się,  a  do  środka  weszła  Sophie  niosąc  jasnoszary  kapelusz  ze 

srebrnym  przybraniem.  Była  bardzo  blada,  a  oczy  miała  czerwone  i  podpuchnięte.  Unikała 
wzroku Tessy. 
 -  Nowe  ubrania,  panienko  Tesso  –  powiedziała.  –  Część  materiału  pochodzi  z  wyprawy 
ślubnej pani Branwell. Kilka tygodni temu uznała, że dobrze będzie zrobić z niego suknię dla 
panienki.  Wydaje  mi  się,  że  pomyślała,  że  powinna  panienka  mieć  kilka  sukni,  których  nie 
kupiła  panience  panna  Jessamine.  Uznała,  że  dzięki  temu  poczuje  się  panienka  bardziej… 
komfortowo.  Suknia  i  dodatki  zostały  dostarczone  dziś  rano.  Kazałam  Bridget  rozłożyć  je 
tutaj. 
 

Tessa poczuła ukłucie łez pod powiekami. Usiadła szybko na krawędzi łóżka. Myśl, że 

Charlotte, pomimo wszystkiego co się aktualnie działo, pomyślała o jej wygodzie sprawiła, że 
Tessie zachciało się płakać. Stłumiła jednak tą chęć, tak jak zawsze to robiła. 
 - Sophie – powiedziała drżącym głosem. – Powinnam – nie, chcę – cię przeprosić. 
 - Przeprosić mnie? – spytała bezbarwnym tonem Sophie, odkładając kapelusz na łóżko. Tessa 
utkwiła w nim wzrok. Charlotte zawsze nosiła takie proste ubrania. Nigdy by nie pomyślała, 
że miała skłonności do wybierania tak pięknych rzeczy. 
 - Całkowicie się myliłam, jeśli chodzi o ciebie i Gideona – powiedziała Tessa. – Wtykam nos 
w nieswoje sprawy, a ty masz rację, Sophie. Nie należy oceniać mężczyzny po czynach jego 
ojca. Powinnam była ci powiedzieć, że choć widziałam wtedy Gideona na balu, tak naprawdę 
nie  brał  udziału  w  zabawie.  W  rzeczywistości  nie  jestem  w  stanie  zajrzeć  mu  w  głowę  by 
sprawdzić,  o  czym  myśli  i  nie  powinnam  była  zachowywać  się  tak  jakby  wiedziała.  Nie 
jestem  bardziej  doświadczona  od  ciebie,  Sophie,  a  jeśli  chodzi  o  mężczyzn,  jestem 
zdecydowanie  niedoinformowana.  Przepraszam  cię  za  swoje  zachowanie.  To  się  już  więcej 
nie powtórzy. Mam nadzieję, że mi wybaczysz. 
 

Sophie  podeszła  do  szafy  i  otworzyła  ją,  ujawniając  drugą  suknię  –  tym  razem  w 

kolorze  ciemnego  błękitu,  przybraną  złotą  splecioną  w  warkocz  lamówką  oraz  spódnicą  z 
rozcięciem  po  prawej  stronie,  które  odsłaniało  jedwabne  falbany  pod  wierzchnią  warstwą 
materiału. 
 -  Jaka  piękna  –  powiedziała  tęsknym  głosem,  dotykając  ją  lekko  dłonią.  Odwróciła  się  do 
Tessy.  –  To  były…  naprawdę  ładne  przeprosiny.  Wybaczam  panience.  Wybaczyłam  już  w 
salonie,  kiedy  panienka  dla  mnie  skłamała.  Nie  aprobuję  tego,  ale  wiem,  że  zrobiła  to 
panienka z dobroci serca. 
 - To, co zrobiłaś, było bardzo odważne – powiedziała Tessa. – Chodzi mi o wyznanie prawdy 
Charlotte. Wiem jak się bałaś, że wpadnie we wściekłość. 
 

Sophie uśmiechnęła się ze smutkiem. 

background image

 - Nie była wściekła. Była rozczarowana. Wiem o tym. Powiedziała, że nie może teraz ze mną 
rozmawiać,  ale  zrobi  to  później.  Wyczytałam  to  z  jej  twarzy.  W  pewnym  sensie  to  o  wiele 
gorzej. 
 - Och, Sophie. Will rozczarowuje Charlotte niemal cały czas. 
 - Cóż, a kto by nie był? 
 - Nie o to  mi chodziło. Chodzi  mi  o to, że ona cię kocha tak samo  jakbyś była Willem lub 
Jemem  czy…  no  cóż,  sama  wiesz.  Nawet  jeśli  jest  rozczarowana,  przestań  się  wreszcie 
martwić, że Charlotte cię zwolni. Nie zrobi tego. Uważa, że jesteś wspaniała a ja całkowicie 
się z nią zgadzam. 
 

Oczy Sophie zrobiły się wielkie jak spodki. 

 - Panienko Tesso! 
 -  To  prawda  –  powiedziała  stanowczym  tonem  Tessa.  –  Jesteś  odważna,  bezinteresowna  i 
cudowna. Zupełnie jak Charlotte. 
 

Oczy Sophie zalśniły podejrzanie. Otarła je pośpiesznie rąbkiem fartucha. 

 -  Wystarczy  tego  dobrego  –  powiedziała  szorstko,  mrugając  szybko  by  odpędzić  łzy.  – 
Musimy panienkę ubrać i przygotować, bo Cyril zjawi się zaraz z powozem. Pani Branwell 
nie lubi marnować czasu. 
 

Tessa  podeszła  do  niej  posłusznie.  Z  pomocą  Sophie  przebrała  się  w  szarobiałą 

pasiastą suknię. 
 - Niech panienka na siebie uważa – powiedziała Sophie, zapinając zręcznie guzik na karku. – 
Stary Lightwood jest bardzo nieprzyjemnym osobnikiem i proszę o tym nie zapominać. Jest 
bardzo szorstki i ostry dla tych chłopców. 
 

Tych  chłopców.  Sposób  w  jaki  to  powiedziała  ujawnił,  że  Sophie  czuła  sympatię 

zarówno do Gabriela jak i Gideona. Tessa zastanawiała się tylko co Gideon myśli o swoim 
młodszym  bracie  i  siostrze.  Nie  odezwała  się  jednak  ani  słowem  gdy  Sophie  uczesała  jej 
włosy i posmarowała skronie wodą lawendową. 
 -  Przepięknie  panienka  wygląda  –  powiedziała  z  dumą  gdy  skończyła,  a  Tessa  musiała 
przyznać,  że  Charlotte  doskonale  się  spisała  wybierając  idealny  krój  podkreślający  jej 
kształty. Szary kolor również świetnie jej pasował. Jej oczy wyglądały na większe i bardziej 
błękitne,  talia  i  ramiona  sprawiały  wrażenie  smuklejszych,  a  zarys  piersi  pełniejszy.  – 
Pozostaje jeszcze tylko jedna sprawa… 
 - O co chodzi, Sophie? 
 -  O  panicza  Jema  –  odparła  Sophie,  zaskakując  Tessę.  –  Proszę,  cokolwiek  panienka  ma 
zamiar  zrobić…  -  Spojrzała  na  łańcuszek  nefrytowego  naszyjnika  schowanego  w  staniku 
sukni Tessy. – Niech panienka nie złamie mu serca. 

 

Tłumaczenie: 

EricaNorthman