background image

Autor: Silver_Ślizgonka

Do oryginału: http://snape-harry.blog.onet.pl/EPILOG,2,ID406471546,DA2010-
05-14,n

Bohaterowie: 

HARRY SALAZAR SNAPE

Nazywany również synem Nocy.
Gdy miał 1 rok Voldemort zabił jego matkę Lily Evans i upadł od swojego 
zaklęcia zabijającego. Chłopca, który przeżył zabrał do swojego domu jego ojciec
Severus Snape.
Od tego czasu chłopak dorastał w towarzystwie swojego największego 
przyjaciela Draco Malfoy'a i ojca. W wieku 6 lat dostał swoją różdżkę, Czarną 
Różdżkę, która dawniej służyła Salazarowi Slytherinowi.
To bardzo przystojny chłopak, mimo iż anorektyk, i ulubieniec panienek... Ale czy 
jakaś panienka poruszy jego twarde serce?

DRACO LUCJUSZ MALFOY

background image

Inaczej nazywany Smokiem.
Syn Lucjusza Malfoy'a i największy przyjaciel Harry'ego. Bystry Ślizgon o 
wyjątkowo białej skórze i białych włosach. Wcześniej uważany za partnera 
Harry'ego, ale niesłusznie.
Bogaty chłopiec ze starego rodu i bardzo szanowanego. Spokrewniony z 
Harry'm, jego Strażnik.

SEVERUS DARIUS SNAPE

background image

Ojciec Harry'ego, Śmierciożerca. Były partner Lily Evans. Uniknął śmierci przez 
zwykły przypadek. Nauczyciel Eliksirów i opiekun Slytherinu, jego dawnego 
domu. Bardzo stronniczy , ale też czuły i kochający ojciec. Naczelny Postrach 
Hogwartu.

SANDRA EVENLYN SILVER

background image

Piękna dziewczyna, magiczka "wyższa".Urodzona w tym samym roku, co Harry 
Snape. Utalentowana wszechstronnie, zamiłowana w Mrocznych Sztukach. Jej 
ulubione kolory to ciemna purpura i srebro. Pochodząca z bogatej, liczącej się 
rodziny. Rywalka Harry'ego.

FRED I GEORGE WEASLEY

background image

Ślizgoni. Przyjaciele Harry'ego. Wielcy dowcipnisie. Starsi od Harry'go o 2 lata. 
Czarne owce w rodzinie Weasley'ów. Mają wielkie plany na przyszłość... Ale czy 
je zrealizują? Silni magowie.

Harry Snape
Zupełni Inny Tok Wydarzeń

Rozdział 1 "Początek"

-Lily, on jest moim synem...- jęknął wysoki mężczyzna o dosyć długich, lekko 
przetłuszczonych czarnych włosach i czarnych oczach. Stał  naprzeciwko 
cudownej kobiety o kasztanowych włosach i oczach koloru żabiego.- Nie 
sprzedam go Czarnemu Panu! Kocham naszego syna! Wiesz o tym, Lily... 
Kocham cię, tylko ty się dla mnie liczysz.
- Severusie, jesteś Śmierciożercą... On ma tylko roczek... Nie chcę, aby 
wychowywał go sługa Voldemorta...- pokręciła głową kobieta o imieniu Lily. 
Promieniał od niej wielki smutek.
- Ale musi mieć ojca! Odejdę od Czarnego Pana, gdy tylko będę mógł.- 

background image

obiecywał Severus- Zrobię wszystko, aby nasz syn wyrósł na wielkiego 
czarodzieja i pokonał Czarnego Pana. Czarny Pan zaraz tu będzie! Musimy 
uciekać, Lilu. Dla dobra naszego maleństwa...
- Nie, Severusie. Ty uciekniesz, a ja zginę, a Harry go pokona.- zaprzeczyła Lily 
trzymając jego twarz w swoich dłoniach- Na każdego przyjdzie czas. Zostaw 
Harry'ego w spokoju, lepiej będzie jeśli nie pozna tożsamości swojego ojca... 
Uciekaj!
- Niem Lily! Kocham cię!- krzyknął Severus- Będę tu cały czas przy was i was 
obronię!
- Nie... On jest już blisko...- szepnęła zapłakana kobieta trzymając na rękach 
dzidziusia o krótkich czarnych włosach i żabich oczach.- Też cię kocham, 
Severusie! Szkoda że nie było dane dalej nam żyć!
- Spotkamy się po drugiej stronie...- obiecał jej mężczyzna
   Powietrze przeszył huk i w drzwiach pokoju stanął wysoki mężczyzna w długiej,
czarnej pelerynie i gładko ulizanych czarnych włosach.
- Severus Snape... Mój niewierny sługa... Zapłacisz mi za to!- nowo-przybyły 
facet zaśmiał się przerażająco do szpiku kości.- Ale najpierw popatrzysz na 
śmierć swojej ukochanej i syna! Drętwota!
  Severus poczuł, że ciało mu odmówiło posłuszeństwa i nie mógł się ruszyć. 
Chciał coś zrobić, ale mógł tylko patrzyć...
  Lily nerwowo położyła synka na łóżku, zasłaniając go swoim ciałem i gotowa do
obrony.
- Szlamo, daruję ci życie, jak zejdziesz mi z drogi. Zabiję dzieciaka, a ty będziesz
wolna.- rozkazał kusząco czarnoksiężnik wyciągając przed siebie różdżkę.
- Nigdy, Voldemort!- wrzasnęła Lily jeszcze bardziej zasłaniając  sobą dziecko.- 
On będzie tym, który położy kres twojemu istnieniu!
- Ha... Mylisz się! Avada Kevadra!- zielone światło z różdżki Voldemorta błysnęło 
i martwa kobieta upadła na podłogę. Następnie czarnoksiężnik skierował różdżkę
w kierunku niemowlęcia.- Avada Kevadra!
  Błysnęło przeraźliwie zielone światło i popędziło w kierunku Harry'ego, który 
patrzył na to klaskając pulchnymi dłońmi, jakby to było przedstawienie, po którym
mamusia wstanie i się ukłoni...
  W tej samej chwili zielony promień odbił się  od drobnego ciałka niemowlęcia i 
wcelował ze zdwojoną siłą w Voldemorta, który nie przewidywał tego, a jego ciało
po zetknięciu ze śmiercionośną klątwą zwiotczało i zmieniło się w kupkę prochu.
  Minęła godzina, może dwie, a do pokoju w którym spał mały Harry i leżał 
nieruchomy Severus oraz martwa Lily wbiegło kilka przerażonych osób.
- Enervate!- krzyknął staruszek z długą siwą brodą. Był wysoki i szczupły. Po 
jego zaklęciu wstał na nogi jeszcze odrętwiały Snape.
  Staruszek podszedł do śpiącego niemowlaka, na którego czole pojawiła się 
blizna w kształcie błyskawicy. Aż ziało od niej czarną magią.
- Czy Voldemort już tu był?- spytał spokojnie starzec
- Tak... Lily... ona...- z oczu Severusa zaczęły lecieć łzy wielkości winogron- Zabił 
ją... Jego nie mógł... Zabił go rykoszet...
- Spokojnie Severusie.- uspokoił go mężczyzna o lekko kręconych czarnych 
włosach i ciepłych oczach.- Co się stanie z Harry'm? Niedługo każdy pozna jego 

background image

imię, będzie sławny, jak nikt inny. Chłopiec, który przeżył... Będą o nim pisać 
wiersze i pieśni. W Hogwarcie każde dziecko będzie znało jego imię.
- Ja go wezmę! Pozwólcie mi go zabrać ze sobą.- jęknął zaledwie 17-letni 
Severus błagalnie patrząc na wszystkich zebranych.
- Albusie, to chyba nie jest zbyt dobry pomysł, aby Severus go wziął. Jestem jego
ojcem  chrzestnym, wezmę go ze sobą, zaopiekuję się nim.- wyraził swoją opinię
szatyn
- Syriuszu uważam że to jedyne wyjście.  Severus jest jego ojcem i prawnym 
opiekunem. On decyduje.- rzekł staruszek Dumbledore- Jeśli go zabierzesz, to 
wychowaj go najlepiej jak umiesz i bądź dla niego przykładnym ojcem. Żeby 
świat mówił o dobrym Harry'm Snape'ie, a nie o złym i chamskim z mugolskiej 
rodziny frajerze.
- Zrobię wszystko co w mojej mocy.- obiecał Severus z ręką na sercu, a potem 
przytulił dziecko do swojej piersi i we dwoje teleportowali się do dworu Snape 
Manor.
  Przed dworkiem był wielki ogród i kilkadziesiąt metrów dalej piaskowa plaża 
przy morzu. Wyglądało to przepięknie.
  Severus zaniósł swojego malutkiego synka na rękach do środka i razem usnęli 
na łóżku w jego sypialni.
   Mężczyzna bardzo przeżywał śmierć ukochanej, wiedząc że lepiej by było, 
gdyby to on zginął zamiast niej. Widział, że jest złym człowiekiem, zasługującym 
na karę śmierci, ale nie to było teraz ważne.
    Miał syna i to nim powinien się zająć. Nigdy by sobie nie darował, jakby coś 
mu się stało. Obiecał sobie, że będzie go bronił z całych sił i postara się nie 
wpaść w otchłań rozpaczy po stracie Lily.

Rozdział 2" Błogie dzieciństwo"

   Pierwszy dzień po przeprowadzce rocznego Harry'ego minął jemu i jego ojcu 
nadzwyczaj miło.
   Severus obudził się o 8 rano, ale nie wstawał, bo czuł leżące na sobie, 
obejmujące go chude ciałko jego synka. Jego małego synka. Nie chciał go 
obudzić.
   Uspokajało mężczyznę głębokie oddychanie chłopczyka. Głaskał malca po 
głowie. Teraz był to słodki ciężar. Koniec z życiem pełnym luzu.
   Severus niedawno skończył Hogwart i miał dopiero niecałe 18 lat, w zasadzie 
jeszcze 17. Wiedział jednak, że los jego synka leży w jego rękach. Ta 
odpowiedzialność stworzyła w nim ciepło i determinację. Kochał Harry'ego jak 
nikogo innego w swoim życiu.
     Maluch obudził się około godziny 10 rano i był w wyśmienitym humorze. 
Nawet nie robił wrażenia głodnego, ale Severus uparł się, że musi go podtuczyć, 
bo dzieciak wyglądał niczym anorektyk.
- Jeszcze jedna łyżeczka- ojciec włożył kolejną łyżkę owsianki do buzi 
chłopczyka.

background image

- Nie...- próbował protestować Harry, ale bez większego skutku. Zjadł tyle, ile 
nastolatek chciał.
  Severus Snape był nastolatkiem wiekowo, ale duchowo prawdziwym 
mężczyzną. Okrutny los kazał mu dojrzeć wcześniej.
   Młody ojciec założył za uszy swoje dosyć długie, proste, czarne włosy. Był 
przystojny, a jego czarne, głębokie oczy przy synku robiły się tak ciepłe, miłe, a 
nie puste i srogie.
- Ta-ta- przesylabował Harry dotykając rączkami policzków ojca. Od razu było 
widać ich podobieństwo...
- Brawo- Severus wziął na ręce w nagrodę swojego maluszka i ubrał go w ciepłe 
ubrania, po czym wyszli do ogrodu.
   W nocy Harry "przykleił się" do ojca i nie chciał go puścić, więc ciągle spał na 
nim. Mimo to oboje czuli się szczęśliwie, jak nigdy dotąd.
                              ***
   Kilka miesięcy później Harry Snape obchodził swoje 2 urodziny. Powoli uczył 
się mówić, a wokół niego działy się różne, dziwne, wręcz magiczne zjawiska.
   Któregoś dnia na podwórku pojawiła się niewielka, szara żmija. Severus nie 
zauważył jej, tylko swojego syna idącego w tamtym kierunku.
" Kim jesteś?"- spytał węża Harry, patrząc prosto mu w żółte ślepia.
" Jesssstem Leya... Umiessssz z nami mówić, panie... Jak dawniej 
Ssssalazar..."- odpowiedziała żmija
" A ja jestem Harry Snape. Co cię tu sprowadza?"- zadał kolejne pytanie w języku
węży malec.
" Tu ssssą sssmaczne mysssszy..."- wytłumaczyła wężyca- " To teraz nie będę ci 
przessszkadzać, panie Harry, idę na polowanie. Do zobaczenia."
" Cześć"- pożegnał się Harry trochę smutno.
   Severus blady ze strachu podbiegł do syna prędko i wziął go na ręce, wyraźnie
zaniepokojony. W końcu nie co dzień ludzie rozmawiają ( syczą ) z wężami...
- Rozmawiałeś z wężem?- spytał ojciec pociechę robiąc poważny wyraz twarzy.
- Tak- pokiwał głową Harry.- Nie słyszałeś?
- Jesteś wężousty... To niezwykle rzadki dar. Nie każdy jest nim obdarowany... W 
zasadzie bardzo niewielu doświadczyło tego. To naprawdę wyjątkowa 
umiejętność- odpowiedział Severus.- Dziwne, że objawiła się akurat w tobie, 
synku. Ale teraz chodźmy, Harry, na obiad. Skrzaty już nas wołały.
- Yhym...- przytaknął wcale nie głodny chłopczyk. Ani trochę nie przytył od 
przyjazdu do Snape Manor. Za to urósł. Załamywał tym biednego ojca- 
nastolatka, który nie wiedział co ma o tym sądzić.
   Harry posłusznie zjadł trochę lekkostrawnego mięsa z ryżem i wypił pucharek 
soku dyniowego.
- Tata... Spać...- ziewnął synek i po chwili został wzięty na ręce przez Severusa i 
oboje położyli się na łóżku. Chłopiec przytulał ojca, który czule obejmował go 
swoimi długimi rękami.

Rozdział 3" Wizyta McGonagall"

background image

    W wieku 3 lat Harry już dobrze umiał chodzić oraz składać sensowne zdania. 
Uczył się latać na swojej małej, dziecięcej miotełce. Na niej czuł się jak ryba w 
wodzie.
   Niestety Severus, teraz już 19-letni ciągle łamał sobie głowę nad nim. 
Chłopczyk był stanowczo za chudy jak na swój wiek i szybko rósł. Przecież jego 
ojciec karmił go sporo, nawet zaczął stosować eliksiry. To jednak nic nie dawało. 
Tak jakby chłopiec nie miał predyspozycji do przytycia.
- Chodź Harry na spacerek, synku- powiedział Severus wkładając na główkę 
malucha czapeczkę przeciwsłoneczną w kolorze zieleni( jak oczy malca) i srebra.
W końcu był bardzo ciepły wrzesień.
- Tak!- krzyknął z radością Harry i po chwili oboje znaleźli się w wielkim ogrodzie 
przed swoją ogromną posiadłością nad morzem.
   Gdzieś zza płotu obserwował ich zabawy wysoki czarodziej o dość długich, 
falowanych brązowych włosach. Był to oczywiście 19- letni Syriusz Black, ojciec 
chrzestny Harry'ego, zazdrosny o to, że chrześniak mieszka z ojcem, a nie z nim.
   Po około pół godzinie Black teleportował się z tamtej okolicy, aby nie patrzyć 
na radość  ojca i syna. Chciałby  być tak blisko tego malca, jak Snape Senior.
- Harry, chodź tu- polecił dziecku Severus.- Trzeba wracać do domu na obiad. 
Niedługo przybędzie do mnie taka pani, z którą porozmawiam. Ty poczekasz 
przez ten czas... Dobrze?
- Tak- zgodził się Harry, a na jego twarzy pojawił się figlarny uśmiech. To zupełnie
odebrało mowę jego ojcu, który jeszcze nie widział czegoś takiego w wykonaniu 
swojego maleństwa. TYLKO JEGO MALEŃSTWA.
- Ale będziesz grzeczny?- upewniał się Severus, choć wiedział że ten chłopczyk 
grzecznym nigdy nie będzie.
- Tak, tatusiu- obiecała chytrze latorośl i usiadła do długiego stołu koło ojca.
  Na obiad Skrzaty Domowe podały rosół  i delikatną rybę w sosie śmietanowym. 
Dania te przypadły chłopcu do gustu. Popił je sokiem dyniowym, a na deser zjadł
muffinkę z czekoladą.
   Potem Harry odszedł do swojego pokoju zabaw, gdzie zaczął latać na swojej 
dziecinnej miotełce- najlepszym modelu wydanym dla dzieci.
   Tymczasem do jego ojca zaszła Minevra McGonagall, zastępczyni dyrektora w 
Hogwarcie. Nauczała tam transmutacji. Była zaufaną osobą dla młodego Mistrza 
Eliksirów.
- Witaj Severusie. To już prawie 2 lata cię nie widziałam. Tak się zmieniłeś... 
Wydoroślałeś, spoważniałeś... Nie jesteś w końcu już 17-latkiem.- uścisnęła mu 
dłoń czarownica o siwych włosach związanych w kok. Ubrała się w purpurową 
szatę.
- Też miło mi cię znów widzieć. Mówiłaś że jest sprawa, o której musimy 
porozmawiać...- przeszedł do sedna Severus
- Tak... Albus chciałby wiedzieć, jak sobie radzisz z Harrym.. Mam mu zdać 
relacje z tej wizyty- odparła Minevra.
- Dobrze... Tylko mam pewne pytanie, który dręczy mnie od pewnego czasu. Nie 
umiem sobie z tym poradzić. Harry jest przeraźliwie chudy jak na swój wiek. Ma z
pewnością niedowagę i to sporą. A nie był wcześniakiem i nie ma żadnych 

background image

chorób. Nie jest też niejadkiem...- wyznał zatroskany ojciec
- Hmmm... Z tego co zauważyłam, to rzeczywiście... Obawiam się, że on nigdy 
nie będzie zbyt gruby. Nawet jak będzie jadł ciągle. Jednak może przykryć to 
mięśniami. Trenuj z nim quidditcha i inne sporty. Jak będzie umięśniony, to nie 
będzie sprawiał wrażenia chucherka. W zasadzie ma idealną budowę 
szukającego. Lekki, wysoki, chudy... Wytrenuj go porządnie, a będzie świetny. To
w końcu przepowiedziany nam zbawca... Jak tylko dorośnie. Jego los jest w 
twoich rękach, Severusie- wyraziła swoją opinię McGonagall.
- Minevro... Jest w nim więcej genów Slytherina niż przypuszczaliśmy. Merlina z 
resztą też. Jest wężousty. To o czymś świadczy- wyjawił cichym tonem Snape 
Senior
- Żartujesz...- przestraszyła się czarownica- Nawet nie wiesz, jaki to będzie dla 
ciebie obowiązek, aby go dobrze wychować. Najmniejszy błąd stanie się 
prawdziwą klęską. Jest w nim wiele genów zła... Ale wierzę w ciebie. Byłeś 
najzdolniejszym uczniem w historii Hogwartu. Tak jak Lily...
- Wiem. I zrobię wszystko, aby mój mały synek był świetnym czarodziejem- 
postanowił Severus.
   McGonagall obserwowała trochę Harry'ego, a potem zadowolona opuściła 
Snape Manor.

Rozdział 4 "Nowe, dobrze zapowiadające się znajomości"

   Nastała w tym roku sroga zima. Śnieg prószył za oknem i tworzył piękne, białe 
zaspy. Niebo ciągle było zaciągnięte burymi chmurami.
    3-letni Harry Snape ćwiczył od spotkania Severusa z Minevrą różne fizyczne 
rzeczy, jak latanie na miotle, czy... bitwa na poduszki.;) Ojciec solidnie dbał o 
jego sylwetkę. Wciskał w malca spore porcje pełnowartościowego jedzenia.
- Harry, synku... Usiądź chodź na chwilę spokojnie- poprosił syna starszy Snape i
oboje zasiedli na kanapie w salonie. Była w kolorze czerni.
- Tak, tato...- uśmiechnął się przebiegle chłopiec zakładając jak ojciec nogę na 
nogę. To po raz kolejny doprowadziło Severusa do stanu lekkiej niemowy.
- Słuchaj... Dziś odwiedzą nas goście: Lucjusz Malfoy i jego syn Draco. Jest w 
twoim wieku...- zaczął Severus
- Pan Lucjusz czy Draco?- zażartował Harry i dostał żartobliwego kuksańca w 
bok od rodzica.
- Draco... Też ma 3 latka. A Lucjusz to mój przyjaciel. Sądzę, że zaprzyjaźnicie 
się z Draconem. Malfoy'owie to stary i bogaty ród, prawie jak nasz. Proszę, abyś 
się zachowywał w miarę przyzwoicie. Chyba nie chcesz, abym się za ciebie 
wstydził, synku?- oznajmił łagodnie ojciec przytulając do siebie malca, gdy ten 
kiwnął głową na zgodę.
- Tatusiu... A skąd ty znasz tego pana Malfoy'a?- zaciekawił się syn
- Hmm... Znamy się już kilkanaście dobrych lat. Lucjusz był prefektem 
naczelnym, Ślizgonem z 7 roku, podczas gdy ja trafiłem do 1 klasy w Slytherinie. 
Polubiliśmy się, potem zaprzyjaźniliśmy się. Nasze rodziny żyją ze sobą w 

background image

przyjaźni od wielu wieków. Lucjusz pomagał mi w szkole często. Po skończeniu 
szkoły, kilka lat później, wyszedł za Narcyzę Malfoy z domu Black. Byłem druhem
na ich ślubie. On miał 21 lat, a ja tylko 15- opowiadał Severus głaszcząc swoje 
dziecko po główce.- Narcyza jest w jego wieku. Potem ja byłem prefektem 
Slytherinu od 5 klasy, a w 7 mianowali mnie prefektem naczelnym. No i grałem w
quidditcha na pozycji szukającego. Twoja matka była cudowną czarownicą, 
Krukonką, też prefektką.
- Super...- to wyraźnie podobało się Harry'emu.- A ja gdzie będę?
- Liczę, że nie w Huffelpuffie, ani nie w Gryffindorze. Huffelpuff jest dla 
sprawiedliwych, więc prawdopodobnie zginąłbyś przez swoją opinię, która by się 
komuś nie spodobało. Albo też zapracowałbyś się na śmierć... Gryffindor...phu... 
to wzór cnót. Odwagi w teorii, a brawury w praktyce. Zginąłbyś przez  
poświęcenie, albo głupi i nieprzemyślany występek. Mógłbyś być w Ravenclavie, 
ponieważ nie brak ci bystrości i inteligencji. A Slytherin to mój dom. Masz krew 
założyciela w sobie i jego charakter. Ucieszę się jednak gdziekolwiek trafisz, 
ponieważ zawsze będziesz moim synkiem kochanym- oznajmił Severus.
- Super...- zachwycił się szczerze chłopczyk, bawiąc się włosami ojca. Podobały 
mu się, ponieważ były takie długie, czarne i delikatne. No nie aż tak długie. 
Jedynie sięgały za brodę.- Chciałbym być tak jak ty... prefektem i uczniem 
Slytherinu.
- Czuję, że zbyt często bierzesz mnie za wzór do naśladowania- uśmiechnął się 
mężczyzna.- A nie jestem ideałem.
- Dla mnie jesteś. I jesteś moim tatą- wyznał Harry tuląc się do ojca. Temu zrobiło
się tak miło i ciepło w sercu. Czuł, że ten maluch jest dla niego wszystkim i bez 
niego jego życie nie miałoby najmniejszego sensu.- Dlatego tato tak bardzo cię 
kocham.
" Nawet nie wiesz, ile to dla mnie znaczy..." pomyślał Severus, który szalał z 
miłości do swojego dziecka.
   Po południu, około godziny 15 do Snape Manor zawitał Lucjusz Malfoy i jego 3-
letni syn Dracon Malfoy.
   Ojciec był średniej wielkości mężczyzną o bardzo bladej cerze i długich do 
łopatek białych, prostych włosach. Szczękę miał lekko zarysowaną i dosyć 
wąskie usta. Nie sprawiał wrażenia miłego i kochającego, a lubiącego rządzić 
innymi.
   Jego syn był małym, pulchniutkim chłopczykiem. Miał krótkie białe, proste 
włoski i szaro-błękitne oczy. Był sporo mniejszy od Harry'ego i grubszy. Na jego 
twarzy malował się ponury wyraz, ale rozchmurzył się na widok rówieśnika.
- Witaj, Sev. Tyle lat cię nie widziałem. Zmężniałeś przyjacielu- Lucjusz uściskał 
wyższego od siebie Severusa.- Już nie jesteś tym młodzikiem sprzed kilku lat. 
No i urosłeś. Przewyższasz nawet mnie.
- A ty się prawie nie zmieniłeś, Lu. No... Trochę się zestarzałeś...- uśmiechnął się 
Snape senior.- Wchodźcie... Ale masz już dużego syna.
- Czekaj, Sev... Mówiłeś że twój syn jest w wieku Draco, ale przecież widzę że 
jest starszy- zdziwił się Malfoy senior
- Nie... Harry jest w wieku Dracona. Po prostu bardziej wyrósł- odparł Severus.- 
Chłopcy, idźcie się pobawić. My będziemy w salonie.

background image

   Lucjusz i Severus udali się do salonu, zostawiając swoje pociechy w 
przedpokoju. Żaden z młodzików nie odważył się nic powiedzieć.
- Cześć- wyrwało się chłopcom naraz i oboje zachichotali, ściskając sobie dłonie.
- Harry- przedstawił się młody Snape.
- Draco- odparł z uśmiechem młody Malfoy.
  We dwoje udali się do bawialni bruneta. Znajdowała się ona na którymś z 
wyższych pięter dworku.
- Śpisz tu, Harry?
- Nie... Śpię z tatą- zaprzeczył Harry.- A ty?
- Moi rodzice spali ze mną bardzo dawno temu, jak byłem jeszcze mały. Teraz 
mam swój pokoik... Zazdroszczę ci...- westchnął blondyn.
- No... Z tatą się fajnie śpi- wyszczerzył się brunet.
- Też bym tak chciał. Jednak w naszej posiadłości, całkiem niedaleko stąd jest 
ustalona zasada, że tylko do 1 roku mogłem z nimi spać, potem mnie od siebie 
wygonili- oznajmił Draco.- Moja mama by mi pozwoliła, ale tata jest surowy pod 
tym względem.
- Mój tata też jest surowy, ale mnie kocha i jest taki miły...- rzekł Harry.- Nasi 
tatusiowie się znają i przyjaźnią. My też pewnie będziemy się częściej spotykać.
- To fajnie... Mi się nudzi samemu w domu. Jestem jak ty jedynakiem. Tata ciągle 
mnie upomina i na mnie krzyczy- wyjawił Malfoy.- Teraz może będę miał 
przyjaciela jak brata...
- Ja też- wyszczerzył się szczęśliwy Snape i zaczęli się bawić zabawkami 
magicznymi.
   Tymczasem Lucjusz i Severus we dwoje rozmawiali poważnie o ważnych 
tematach.
- Czemu nie odzywałeś się tak długo, Sever?- spytał Lucjusz, jakby z lekkim 
wyrzutem.- Odchodziliśmy od zmysłów, kiedy nie mogliśmy cię odnaleźć.
- Nie mogłem... Dla bezpieczeństwa mojego i Harry'ego- tłumaczył Severus.- 
Wiesz, jak było ciągle niebezpiecznie. Nadal jest... Ale jednak naszym synom 
dobrze zrobi swoje towarzystwo.
- Nie przejmuj się... Dasz sobie radę, wychowasz go w bezpieczeństwie... Jesteś
silny i dobry... Potrafisz dać mu to, czego Draco ode mnie nigdy nie zaznał i nie 
zazna. Dajesz mu miłość, Severusie...- rzekł Malfoy spokojnie.
- O tak...- przyznał mu rację Snape i we dwoje udali się do bawialni, aby 
zobaczyć, jak radzą sobie ich pociechy w swoim towarzystwie.
   Mężczyźni naraz westchnęli ze wzruszenia, widząc grzecznie bawiące się 
dzieci. Cieszyli się niezmiernie, że się zaprzyjaźniły.
   Draco i Harry rozmawiali ze sobą i bawili się magicznymi klockami. Sprawiali 
wrażenie kochających się braci. A przecież znali się dopiero kilka godzin...
   Wieczorem Lucjusz i Dracon wrócili do siebie do Malfoy Manor, A Snape'owie 
zostali sami i kazali Skrzatom Domowym przyrządzić kolację dla 2 osób.
- Co sądzisz  synku o Draco?- spytał Severus patrząc na swoją pociechę.
- Jest bardzo fajny... A jego ojciec podobno go nie lubi- odparł Harry gryząc 
swojego tosta.
- Lucjusz go kocha... Ale nie umie tego okazać- poprawił go ojciec, pijąc właśnie 
gorącą kawę.- A szkoda, bo oboje na tym tracą.

background image

- A ty mnie kochasz?- malec posępnie załkał, aż łzy pojawiły się w jego oczach.
- Harry? Oczywiście... Chyba nie masz co do tego żadnych wątpliwości?- 
Severus szybko wziął syna na ręce i przytulił do siebie, wycierając mu łzy.- 
Czemu myślisz, że jest inaczej?
- N-niewiem- zająkał się smutno chłopczyk, mocno obejmując chudymi rączkami 
ojca.- Mój tatuś...
- Już, spokojnie...- uspokajał go Mistrz Eliksirów.- Kocham cię najmocniej na 
świecie. Jesteś moim ukochanym synkiem. Już nie płacz... Wylewasz zbyt cenne
łzy.
   Harry chcąc nie chcąc uśmiechnął się no rodzica.
- Nie zostawisz mnie nigdy?- upewniał się malec.
- Nigdy- obiecał mu Severus siadając z nim na krześle.- Umarłbym z rozpaczy za
tobą... Tylko ty się dla mnie liczysz.
- Nie kłamiesz?- spytał Harry.- Nigdy przenigdy? Nawet jak ci się znudzę?
- Ty mi się nigdy nie znudzisz- przyrzekł dziecku poważnie ojciec, głaszcząc go 
po głowie.- Jesteś największym darem, jaki dostałem od losu.
- Serio?- uśmiechnęło się słodko maleństwo.
- Serio.- pokiwał głową Severus i oboje poszli spać. Malec nie został puszczony 
ani na chwilę przez młodego ojca (prócz mycia się i przebierania w piżamy).

Rozdział 5 "Choroba"

  31 lipca Harry Snape obchodził swoje 4 urodziny. Był słodkim maluszkiem z 
pozoru, ale czasem przyprawiał swojego 20-letniego ojca o zawał. Mężczyzna 
nie mógł zostawić dziecka samego ani na chwilę, w obawie że ten znów coś 
zmaluje...

    Któregoś sierpniowego, ciepłego dnia Harry obudził się koło, bo miał 
przerażający sen, że zielone światło, jak jego oczy, zabija jego matkę, a potem 
celuje w niego.

   Chłopczyk załkał cicho- całe ciało paliło go żywym ogniem, ale nie chciał dać 
tego po sobie poznać.

- Harry co jest?- zdenerwował się Severus, dotykając swoją dłonią czoła malca.- 
Masz temperaturę... Dużą temperaturę... Chyba wczoraj za długo pływaliśmy w 
morzu. Ale już cii... Nic się nie stało...

   Po czym Mistrz Eliksirów szczelnie otulił dziecko ciepłą kołdrą i napoił go 
lekiem przeciwko gorączce, przeciwbólowym i na przeziębienia.

- Postaraj się zasnąć... Ból zaraza minie- uspokajał syna Severus, głaszcząc go 
po głowie.

background image

- Było tak dużo zielonego światła...- jeknął Harry i usnął po zażyciu Eliksiru 
Bezsennego Snu. Tymczasem ojciec zaczął się poważnie o niego martwić.

                               ***

   Następny dzień Harry spędził w łóżku, aby się wykurować. Gorączka lekko mu 
spadła, ale nadal była bardzo wysoka- 39*C. Severus robił mu lodowate okłady. 
Chłopiec był do połowy przytomny, lekko majaczył. Ciało paliło go niemiłosiernie, 
jakby ktoś przypalał go od środka. Nawet szmaty zmoczone zimną wodą nie 
przynosiły zbyt wielkiej ulgi.

   Do tego chłopiec zaczął przed oczyma widzieć ciągle mnóstwo zielonego 
światła. Ono tak go bolało i straszyło...

    Gorączka i majaczenie ustały dopiero kilka dni później, co pozwoliło 
Severusowi odetchnąć z ulgą. Jego małe dziecko  czuło się już znacznie lepiej.

- Jak się czujesz?- spytał troskliwie ojciec, siadając przy nim.

- Już naprawdę  dobrze, tatusiu- odparł Harry lekko się uśmiechając. Przytulił się 
do Severusa, który obejmował go swoim silnym ramieniem.- Już nic mnie nie 
boli.

- To się niezmiernie cieszę, synku... Tak mnie wystraszyłeś...- rzekł Mistrz 
Eliksirów i się uśmiechnął. Harry kochał, jak jego ojciec się uśmiechał, a nie 
zdarzało się to zbyt często.

   Chłopiec usnął w objęciach młodego mężczyzny, który już go  nie puścił tej 
nocy.

                                      ***

   Tego samego roku, we wrześniu Harry latał na swojej dziecinnej miotełce i 
łapał złotego znicza tak szybko, jak tylko potrafił. Ojciec dbał o jego formę. Jego 
dziecko ukochane odziedziczyło po nim talent do bycia szukającym. I jak widać 
całkiem dobrym.

  Obiad Harry i Severus zjedli na dworze. Składał się on z lekkostrawnego mięsa,
ryżu i sałatki. Popili go sokiem dyniowym.

- Jeszcze trochę zjedz- namawiał syna mężczyzna.

- Ale ja już wszystko zjadłem- Harry zjadł ostatnie resztki pokarmu, aby 
potwierdzić swoje racje.

background image

- To zjedz dokładkę- prychnął złośliwie ojciec, za co dostał kuksańca w bok od 
syna.

  Godzinę później oboje udali się na plażę koło ich posiadłości. Kąpali się w 
bardzo ciepłej, morskiej wodzie. Trzeba dodać, że bardzo słonej.

   Wieczorem Severus osuszył ich obu zaklęciem i wrócili radośnie do domu.

   Ojciec rozsiadł się wygodnie w fotelu, a chłopczyk, nie wiedząc co z sobą 
zrobić, usiadł na jego kolanach i położył główkę na jego piersi.

- O czym myślisz, tatusiu?- spytał cicho Harry zadumanego mężczyznę.

- Sam nie wiem... O tobie głównie- uśmiechnął się Severus, obejmując pociechę 
i przytulając do siebie.

- To czemu jesteś taki smutny?- zdziwił się malec, patrząć mu prosto w oczy. 
Severus miał takie czarne , a on takie zielone. Ładnie kontrastowały ze sobą.

- Nie jestem smutny. Po prostu zmęczony- zaprzeczył 20-latek głaszcząc 
chłopczyka po czarnych włoskach, które odziedziczył po nim.- Już nie przejmuj 
się tak, skarbie...

  Chłopiec zapłakał cicho na jego ramieniu- wredny, maly szantażysta- jakby 
obwiniał się o wszystko, co złe.

- Kochanie... -szepnął cicho Severus przytulajac mocniej dziecko do siebie, aby 
dodać mu otuchy.- Nie płacz, bo mnie serce boli, jak widzę cię nieszczęsliwego.

  Harry zachlipał ponownie cicho, aby się uspokoić. Był bardzo smutny i 
przygnębiony. Łzy płynące z jego oczu tak przesiąknięte żalem i strachem. Ale 
czego się bał? Albo kogo?

- Harry... Synku, o co chodzi?- spytał nadal zdziwiony i zaniepokojony Severus.- 
Nie płacz, lepiej powiedz o co chodzi.

- Boję się- wyznał cicho synek, wykrzywiając nieszczęśliwie twarz. Wygiął usta w
podkówkę i przytulił się smętnie do ojca, nie chcąc mu nic więcej zdradzić.

   Mistrz Eliksirów uznał, że nie będzie na niego naciskał więcej. Chciał mu dać 
czas na przemyślenie.

Rozdział 6" Nowa praca"

background image

   Gdy Harry skończył już 5 lat, jego ojciec postanowił, że zacznie uczyć w 
Hogwarcie na stanowisku Mistrza Eliksirów. To się bardzo nie spodobało jego 
chłopczykowi.
- Harry, ale ja będę używał Zmieniacza Czasu. Będę w tej samej chwili w szkole i
z tobą tutaj...- tłumaczył synowi Severus, ale ten był głuchy na wszystkie jego 
słowa.
- Ale to będzie jakby tylko pół ciebie. A ja chce ciebie całego dla siebie- marudził 
ostro 5-latek.
- Ale to będę nadal ja, skarbie. Nic się nie zmieni... Tyle że przyzwyczaję się do 
pracy w Hogwarcie- ciągnął cierpliwie ojciec.
- Nie... Chyba że zrobisz mi coś w zamian- oznajmił przebiegle Harry( mały 
szantażysta, zupełnie jak ojciec).
- A co chcesz w zamian?- westchnął z nadzieją Mistrz Eliksirów.
- To zależy... Chcę się uczyć magii od ciebie. Chcę różdżkę... I żebyś uczył mnie 
eliksirów, Czarnej Magii, Transmutacji i Zaklęć- wymieniał chłopczyk, mimo iż był 
pewien, że ojciec na to nie przystanie.
- Dobra, zgadzam się... Jutro idziemy na Pokątną do Ollivandera. Będę cię 
trochę uczył...- obiecał Severus.- Ale ty pozwolisz mi uczyć w Hogwarcie.
- Zgadzam się!- wykrzyknął z radości malec i skoczył na mężczyznę, 
uśmiechając się od ucha do ucha.
- To cieszę się, że doszliśmy do porozumienia- przytulił syna Mistrz Eliksirów.- A 
i... uznałem że powinieneś mieć już własny pokój, w którym byś spał. Jesteś już 
dużym chłopcem. Pomożesz mi go urządzić?
- Jasne- uśmiechnął się Harry i pobiegli na samą górę dworku, gdzie chłopak 
chciał mieć swój pokój. W tym czasie Severus opowiedział mu historię pewnego 
mężczyzny z ich rodziny.
"- Dante, ja nie wytrzymam! - wykrzyknęła Sarah załamując ręce. - Jakty mogłeś 
połamać nowe krzesło, zepsuć nowy sznur?! Dante, sercemnie zaraz pęknie, ty 
nie mogłeś się gdzie indziej powiesić?!"
- Babcia mi opowiadała o nich...  Najbardziej kłótliwe małżeństwo na świecie. 
Podobno i po śmierci się kłócili...- wyznał ojciec, a chłopczyk dalej chichotał, 
wręcz dusząc się ze śmiechu.
- To musiało byś niesamowite...- rzekł Harry z zachwytem.- Mieć wyrzuty do 
kogoś, że się powiesił i zniszczył dom.
- Oboje mieli Czarny Humor. To chyba u Snape'ów wszystkich jest rodzinne- 
westchnął Severus.
      Pokój malca był skończony dopiero późnym popołudniem, ale opłacało się 
trochę pomęczyć. Rezultat był olśniewający.
     Całość miała dużą powierzchnię, oraz drzwi wychodzące do prywatnej 
łazienki, biblioteki i balkon z widokiem na urwisko i morze. Można było każdego 
wieczoru przy odpowiedniej pogodzie oglądać przecudne zachody słońca.
   Ściany miały kolor ciemnozielony i czarny, a sufit był zaczarowany, aby 
imitował dno jeziora. Firanki i dywan( bardzo puszysty) miały kolor srebrny. 
Kotary na łożu były zielono- srebrne, a pościel i poduszki czarne w zielone i 
srebrne węże.
   Na ścianach wisiały ruchome portrety Merlina Wielkiego oraz Salazara 

background image

Slytherina. Można było z nimi rozmawiać. Kolumny przy łóżku zostały ozdobione 
motywem wężowym, tak samo zakończenia innych obiektów.
   Garderoba Harry'ego była ogromna. Miał w niej bardzo dużo różnych ubrań.
    W gablotach oszklonych magiczną tarczą zostały umieszczone różne 
zabytkowe rzeczy, jak miecz Slytherina, medalion Slytherina, pierścień 
Slytherina, brosza Merlina, pierścień Merlina, miecz Slytherina, kula Merlina, 
laska Merlina i inne takie. Severus obiecał synowi, że ten gdy będzie starszy, 
będzie mógł nosić tą kosztowną biżuterię po przodkach.
     Wszystko to się niebywale spodobało małemu Harry'emu, że zapomniał, że 
już nie będzie spał z ojcem, a sam.
                                         ***
  Następnego dnia Severus Snape i Harry udali się na ul. Pokątną, do sklepu 
najlepszego wytwórcy różdżek Ollivandera. Jego sklep reklamował stary, 
zakurzony szyld z przecinającymi się dwoma różdżkami na tle desek. Z nich 
tryskały czerwone iskry.
- Kogóż to moje oczy widzą?- odezwał się zza lady niski, siwy człowieczek z 
dużymi okularami na oczach. Był to sam Ollivander.- Kłaniam się nisko panom. 
Severus Snape i ahh... Harry Snape... Wybraniec... Pamiętam, Severusie jak 
stanąłeś 13 lat temu w drzwiach mojego sklepu, aby zakupić sobie różdżkę... 
Pamiętam, jakby to było wczoraj. Miałeś ledwie 8 lat. Przyszedłeś z matką, 
Sandrą, Świętej Pamięci. Wybrała się, chłopcze, 13 calowa z włosem z ogona 
Jednorożca, Bukowa. Bardzo dobra do eliksirów i Uroków, giętka.
- Też doskonale to pamiętam- odparł Severus bez jakichś emocji na twarzy. 
Usiadł na krześle z tyłu sklepu, aby jego synek mógł spokojnie rozmawiać ze 
sprzedawcą.
- Która ręka ma moc?- spytał Ollivander, ogarniając wzrokiem malucha.
- Lewa- odpowiedział Harry, a magiczny centymetr zaczął go mierzyć od stóp do 
głów.
- Bardzo nietypowe...  Bardzo niewielu było czarodziejów lewomagicznych... To 
bardzo dziwne połączenie, ale jakże wielkie... Slytherin, Merlin, Sam-Wiesz-
Kto...- wymieniał szybko i z wahaniem sprzedawca.
- Może...- westchnął Harry.- Zacznę już mierzyć różdżki?
- A tak... Dobrze, dobrze, niecierpliwy młodzieńcze...- mówiąc to Ollivander, 
usłyszał parsknięcie śmiechem ojca chłopca. Wyjął z pudełka różdżkę.- 
Ostrokrzew i pióro feniksa, 11 cali, sztywna i dobra do transmutacji.
   Harry pochwycił magiczny patyk i machnął nim lekko. To spowodowało coś 
dziwnego- rozwaliła się lampa naftowa. Ollivander wyrwał dziecku różdżkę z ręki 
i dał inną, szepcząc " Nie ta... Nie ta..."
- Jabłoń i włos z ogona jednorożca, 13 cali, bardzo giętka.
   Harry zamachnął się nią, a to wywołało wybicie się okien w sklepie. Kolejna 
różdżka została mu zabrana i wymieniona na następną.
- Dąb, róg jednorożca, nieco wygięta, 12 i 1/2 cala.
   Chłopiec machnął nią wręcz od niechcenia. Sprzedawca wyleciał kilka metrów 
w powietrza i upadł na podłogę.
   Stos różdżek nieodpowiednich dla Harry'ego się ciągle zwiększał. W końcu 
cała lada była pokryta magicznymi patykami. Każde z nich powodowało coraz 

background image

większą katastrofę.
- A może ta?- szepnął Ollivander, podając chłopcu długą, smukłą, czarną różdżkę
ze srebrzystymi, drobnymi wzorkami błyszczącymi się lekko.- Cis z wkładkami 
czarnego bzu na rączce, giętka, włókno z serca smoka, 14 cali... Wybitna do 
eliksirów i Mrocznych Sztuk, czyli Czarnej Magii. Tak niezwykła... Stara... Nie ja 
ją stworzyłem, o nie... Jest starsza niż można sobie wyobrażać. Ostatnim jej 
właścicielem był Salazar Slytherin... Spróbuj ją, chłopcze.
   Harry delikatnie, ale pewnie chwycił różdżkę i jeszcze zanim nią machnął, 
poczuł przyjemne ciepło i dreszcz przebiegający po jego plecach.
- Niesłychane! Od ponad 1000 lat różdżka ta nie miała właściciela... A teraz 
zjawiłeś się ty, wybrańcu... Wybrała ciebie... Ale uważaj. Niegdyś służyła ona do 
okrutnych czynów. Zabrała tak wiele ludzi w ramiona śmierci. Wylała tyle krwi- 
mówił wytwórca różdżek, a Severus, zaniepokony zapłacił mu galeonami i wraz z
synem wrócili do Sanape Manor.
-  Boję się Harry... Ta różdżka wybrała ciebie... Legendarna Czarna Różdżka*... 
To nie przyniesie nic dobrego- wyjaśnił ojciec dziecku.
- Ale teraz jest we właściwych rękach...- syknął Harry. Nie zamierzał tego 
powiedzieć. To stało się samo...

* Czarna Różdżka w moim opowiadaniu nie jest taka sama dokładnie jak w 
Insygniach Śmierci.

Rozdział 7 " Wieczorna nauka"

   Zaczął się wrzesień. Severus uczył w Hogwarcie eliksirów, ale dzięki 
używanemu przez niego Zmieniaczowi Czasu, był też w tym samym czasie w 
Snape Manor z synem. Każdy by chyba chciał się tak móc "rozdwoić". A on 
dzięki dyrektorowi szkoły Albusowi Dumbledore'owi posiadał ten mały, złoty 
przyrząd, by tego dokonać. Nie zamierzał zostawiać Harry'ego samego w domu 
na tyle czasu. Chyba by umarł z tęsknoty za tym rozkosznym maluszkiem. 
Maluszkiem, który miał już całe 5 lat!
   Severus chciał spędzać ze swoim synkiem jak najwięcej czasu. Jednakże 
malec szybko się usamodzielniał. Mężczyzna miał przeczucie, że te szybkie 
zmiany zachodzące w Harry'm mają powiązanie z Czarną Różdżką Slytherina.
   Snape'owie mieli prosty plan dnia. Wstawali koło godziny 9 rano, o 10 jedli 
śniadanie. Po posiłku ćwiczyli pisanie, czytanie i liczenie(mały się uczył, dorosły 
robił mu wykłady). Około 13 biegli na boisko, a tan grali w quidditcha, biegali i 
ogólnie ćwiczyli ćwiczenia fizyczne. Gdzieś o godzinie 17 jedli obiad. Po nim 
Harry był uczony przez ojca magii( w każdy dzień co innego, poczynając od 
zaklęć i eliksirów, kończąc na  oklumencji i legilimencji)). O 20 pływali w morzu, a
około 22 jedli kolację i szli spać.
    Harry'emu nauka szła gładko jak po maśle. Czyżby kolejna zasługa różdżki, 
czy talent? Od razu widać było, że jak ojciec ma niezwykłe zdolności w warzeniu 
eliksirów. Dodatkowo był silnym oklumentą i legilimentą.

background image

    Gorzej radził  sobie z zielarstwem czy historią, a musiał to umieć. Jego pismo 
również pozostawiało wiele do życzenia. Często zwyczajnie nie dało się go 
rozczytać.
     Czasem, gdy Harry miał wolny czas, na przykład sjestę poobiednią, lubił 
siedzieć w wielkim ogrodzie przed posiadłością i rozmawiać z wędrownymi 
wężami. Odkrył, że byli dobrymi rozmówcami. Albo, zamiast gawędzić z wężami, 
po prostu patrzył się na morze. To przynosiło mu spokój.
     Któregoś dnia do Snape Manor miał przybyć Syriusz Black, ojciec chrzestny 
Harry'ego. Severus był wściekły, że ten wtrąca w życie jego dziecka, ale nie miał 
wyboru. "Łapa" miał prawo do odwiedzin chrześniaka.
     Na wielkim, czarnym  zegarze wybiła godzina 18.00. W tej samej chwili do 
drzwi zadzwonił Syriusz Black, a Skrzat Domowy przyprowadził go do salonu, 
gdzie siedzieli już Snape'owie.
     Severus sparaliżował wzrokiem zabójcy gościa, nawet nie podając mu dłoni. 
Syriusz za to podszedł do chłopca.
- Cześć, Harry- uścisnął przyjaźnie Harry'ego, który nie miał nic przeciwko temu. 
Nawet to mu się spodobało.
- Cześć, panie Black- wyszczerzył się chytrze młody Snape.
- Nie mów mi panie, mały, to mnie postarza. Jestem Łapa- poprawił go z 
uśmiechem Black.- Ale urosłeś. Niedługo przegonisz mnie i swojego ojca.
   To mogło być prawdą. Syriusz był niższy od Severusa o około pół głowy, ale 
zdecydowanie nie należał do niskich osób- raczej wysokich. Był szczupły i lekko 
umięśniony. Na głowie rosły mu niesforne, falowane, brązowe włosy. W oczach 
orzechowych miał ten błysk młodzieńczej odwagi.
- Może przejdziemy się Harry? Na dworze tak ładna pogoda- zaproponował 
Black.- Pogadamy sobie.
- Jasne- ucieszył się chłopiec i prędko wyszli z mężczyzną do ogrodu.
   Na zewnątrz było jeszcze ciepło i jasno. To sprawiało wrażenie przytulności, 
idealne do rozmów.
- Skąd się wziął pseudonim " Łapa"?- odezwał się pierwszy Harry, patrząc 
uważnie na mężczyznę. Położyli się pod wielkim, rozłożystym drzewem, spod 
którego obserwowali spokojne, ciemne morze.
- Ohh... Moja forma animaga to pies- wyjaśnił z uśmiechem  Syriusz.- Tak mnie 
nazywali najlepsi przyjaciele. Byłem w Slytherinie, jak twój ojciec, ale nigdy za 
sobą nie przepadaliśmy. Na roku w domu było nas 7 chłopaków i 5 dziewczyn. 
Twoja matka, cudowna Lily, Krukonka zawsze śmiała się z mojej ksywy. Lubiła 
patrzyć, jak się przemieniam w psa.
- Pokażesz?- spytał z nadzieją chłopiec.
  Syriusz kiwnął potakująco głową i wstał. Po chwili na jego miejscu stał duży, 
ciemnobrązowy pies o orzechowych, błyszczących oczach.  Skoczył delikatnie 
na dziecko i polizał je figlarnie po twarzy. Szybko znów przemienił się w 
człowieka.
- To było świetne, Łapo!- zachwycił się Harry- Ja też chcę się tak nauczyć. To 
niesamowite!
- Spokojnie, młody... Jeszcze jesteś młody, dużo czasu przed tobą. Ja się tego 
uczyłem 2 lata, a należę do zdolnych  osób w transmutacji- roztrzepał 

background image

chrześniakowi włosy szatyn.- Ale ucz się dobrze i pilnie, to uda ci się. 
Opanowałem to w 5 klasie, czyli jak miałem 15 lat, a ty masz dopiero 5.
- Wiesz co? Jesteś spoko- pochwalił ojca chrzestnego malec.
- Miło mi to słyszeć- wyszczerzył się po psiemu Syriusz.
- A będziesz mnie częściej odwiedzał, Łapo?- spytał z nadzieją chłopiec.
- Na pewno! Tylko twój ojciec niezbyt mnie toleruje...- obiecywał Łapa.- Ale się 
postaram. Przecież nie mogę nie spędzać czasu z Chrześniakiem ukochanym.
- Ubłagam tatę, nie martw się. Ja umiem- syknął z wyższością Harry. To był 
moment, podczas którego na chwilę zawładnęła nim mroczna moc Czarnej 
Różdżki.
- Żartujesz? Ja pamiętam, że nikt nie potrafił NIGDY ubłagać Severusa- 
zachichotał Syriusz.- Taki wredny, uparty, zamknięty w sobie chłopak, lep na 
dziewczyny. Przystojny, złośliwy i ogólnie wredny. Nie wiem, co Lily w nim 
widziała, bo nie należała do osób zwracających uwagę na wygląd zewnętrzny.
Harry momentalnie przyłożył swoją różdżkę do gardła mężczyzny. Ta mroczna 
moc chciała nim zawładnąć. Nie wiedział, co zaraz zrobi. Nawet nie próbował 
stawiać oporu.
- Odszczekaj to Łapo! Nigdy więcej nie mów tak o moim tacie!- syknął zły 
chłopiec, a w jego oczach zalśnił błysk kolor Avady.
- Przepraszam, Harry... Już nigdy tak nie powiem...- przeprosił wystraszony 
Syriusz. Taki błysk w oku malca nie mógł oznaczać niczego dobrego.
- To się cieszę- wyszczerzył się figlarnie Harry.- Umiesz grać w quidditcha?
- Jasne, że tak. Grałem w domowej drużynie Slytherinu, jako pałkarz od 3 klasy. 
Twój ojciec od 2 jako szukający, ale pewnie już się chwalił. Gdy skończyłem 
szkołę, podjąłem karierę zawodowego gracza w Tajfunach z Tutshill. Ostatnio 
zdobyliśmy mistrzostwo Europy- opowiadał Black.- Ale już nie gram... Od 
września zostałem aurorem...
  I tak rozmawiali do późnego wieczoru o rzeczach ważnych i bzdetach.

Rozdział 8 " Przeszłość w oczy kole "

   Severus Snape niechętnie gościł w swoim domu Syriusza Blacka, dawnego 
szkolnego wroga. Ale teraz pytanie, skąd wzięła się ta nienawiść między dwoma 
Ślizgonami z tego samego roku.
    Zaczęło się to w  4 klasie. Wcześniej nawet się kolegowali, przynajmniej nie 
warczeli ciągle na siebie. Oboje pochodzili z dobrych, czystokrwistych rodów: 
Black'ów i Snape'ów. W zasadzie powinni się przyjaźnić. Tymczasem ich 
charaktery były zbyt odmienne. Samotny, ale wielbiony, mroczny, zakochany w 
Czarnej Magii Severus oraz przyjacielski, otwarty, dowcipny, wesoły Syriusz. Na 
początku to im nie przeszkadzało. Ale wtedy w ich sercach pojawiła się Lily 
Evans. Miła, niezwykle piękna i mądra czarownica na ich roku, tyle że z 
Ravenclavu. Oboje się w niej zakochali po uszy, chociaż nie chcieli się nawet 
przyznać do tego, że i ich trafiła strzała amora. Zaczęli się z nią przyjaźnić.
    I Syriusz i Severus chcieli spędzać z panną Evans jak najwięcej czasu. Na 

background image

zmianę się z nią uczyli i ćwiczyli zaklęcia. Ona traktowała ich obu jako 
najlepszych przyjaciół, ale na razie nikogo więcej.
    O tak... Oboje chłopcy pamiętali czas wspólnie z nią  spędzany. Uważali, że 
nie mogli znaleźć lepszej dziewczyny.
Powoli jednak zaczynało im brakować czegoś więcej od przyjaźni. Oboje chcieli, 
aby Lily zaczęła odwzajemniać ich uczucia.
   Nastała 5 klasa. Całe trio wydoroślało psychicznie i fizycznie.  I wtedy Lily 
wybrała Severusa. Nie wiadomo, co się stało, co przesądziło tą sprawę, ale 
Syriusz był załamany. Mimo wszystko nadal byli najlepszymi przyjaciółmi.
   Początkowo Lily i Severus jedynie trzymali się za ręce, przytulali i całowało. 
Potem oboje zrozumieli, że chcą czegoś więcej. Stało się. Lilianne zaszła w 
ciążę. Oczywiście najpierw ją sprytnie ukrywała, ale po kilku miesiącach nie 
mogła się tłumaczyć, że utyła. Brzuch był typowo ciążowy. Nie zamierzała stracić
dziecka. W Hogwarcie miała swój własny pokój, bo była prefektką. Zaczęła 
uczęszczać na prywatne lekcje. Nauczyciele poradzili jej, aby nie męczyła się z 
całą klasą.
    31 lipca Lily Evans urodziła dziecko. Mieszkała wtedy w domu rodziców. Nie 
przyjęła propozycji ani od Severusa, ani od Syriusza, którzy pragnęli gościć ją u 
siebie. Miała niemały dylemat- jak nazwać noworodka, a był to chłopiec.  
     Dopiero 3 dnia po porodzie przypomniała sobie, że czytała kiedyś niezwykłą 
książkę. Tytuł miała " Syn Nocy". Jej głównym bohaterem był Harold Steward, 
15-letni chłopak, którego wychowywały demony ciemności. Gdy miał 17 lat, czyli 
uzyskał pełnoletność, został Szatanem, królem Mroku. Nazywali go Syn Nocy. 
Był potężniejszy niż ktokolwiek inny. Ale zły i mroczny.
   Tak więc zostało postanowione. Lily nazwała swojego małego synka Harold. 
Harry Salazar Snape. Zgodziła się, aby malec przyjął nazwisko ojca.
   Miało być tak dobrze, ale jedna niemądra decyzja rozwaliła cały świat bystrej 
Krukonki, matki Harry'ego.
                     ### WSPOMNIENIE###
  Zatem cofnijmy się do 17 lipca 1981 roku...
  Severus Snape miał jeszcze wakacje. 1 września odjeżdżał już po raz ostatni 
do Hogwartu. W zasadzie zdobył już tytuł  " Mistrza Eliksirów", ale chciał 
dokończyć swoją edukację.
   Miał ochotę odwiedzić Lily Evans, ukochaną i matkę jego dziecka. Był już 
jednak późny wieczór, a nie chciał kobiecie przeszkadzać. Potrzebowała ona i 
Harry dużo snu i odpoczynku.
    Wtem do jego pokoju wpadł jego ojciec. Był to wysoki, szczupły, zły do szpiku 
kości czarodziej o długich, kruczoczarnych włosach. Matka Severusa nie żyła od 
kilku lat, więc chłopak wychowywał się w towarzystwie ojca. Ten należał do 
Śmierciożerców- zwolenników Lorda Voldemorta. Jak każdy sługa Czarnego 
Pana uwielbiał torturować i nie omijał przy tym nawet swojego syna. Potem 
jednak jedną decyzją uczynił Severusowi największą szkodę dotychczas.
- Severusie, Czarny Pan chce cię widzieć w swoich szeregach. Był pod 
wrażeniem twoich zdolności. Mam cię do niego zaprowadzić. Inaczej... Nie 
chcesz wiedzieć, co się stanie, jeśli mu odmówisz. Nasz pan jest wielki i potężny-
oznajmił chrypiącym głosem ojciec Severusa. Na imię mu było Darius.

background image

- Dobrze tato...- Severus nie był w stanie mu się sprzeciwić. Jeszcze nie teraz.
   Ojciec i syn teleportowali się do Wężowego Grodu, ulubionej siedziby Lorda 
Voldemorta. Na dziedzińcu czekało wielu Śmierciożerców w czarnych płaszczach
z długimi kapturami, a na twarzy z białymi maskami. Na środku stał sam Czarny 
Pan. Był to wysoki, szczupły mężczyzna całkowicie zasłonięty przez czarne 
szaty.
- Snape, Darius, dołącz do kręgu- rozkazał lodowatym głosem Voldemort, 
patrząc na ojca Severusa. Nie wielu potrafiło z zimną krwią wytrzymać ten wzrok,
a Darius do nich nie należał z całą pewnością. Szybko wstąpił do kręgu 
Śmierciożerców, zostawiając syna Czarnoksiężnikowi.
  Severus miał siłę spojrzeć Czarnemu Panu w jego czerwone ślepia. Ich oczy 
się spotkały. Czarne i szkarłatne. Było to piorunujące.
- Witaj Severusie Snape. Już mi się podobasz. Patrzysz mi w oczy, nie czując 
strachu. To godne pochwały. Chcesz zostać Śmierciożercą? Widzę, że Darius 
będzie miał z ciebie chwałę- zaczął Czarny Pan.- Widziałem cię wielokrotnie w 
akcji i muszę przyznać, że się nadajesz, aby zostać naznaczonym Mrocznym 
Znakiem. Uklęknij...
   Severus nie pamiętał, co było później. Pamiętał tylko niewyobrażalnie wielki ból
i cierpienie. Torturowali go... A na koniec na jego lewej ręce pojawił się Mroczny 
Znak- tatuaż  o kształcie czaszki, na którą wpełzał wąż.
   Ojciec nawet mu nie pomógł. Teleportował się do domu, zostawiając syna na 
pastwę losu. Ten leżał cały zakrwawiony i z poszarpaną szatą przed Wężowym 
Grodem. Był w opłakanym stanie.
   Resztką siły Severus teleportował się do pierwszego miejsca, o którym 
pomyślał. Był świt. Chwilę później znalazł się w domu Lily Evans. Chyba tylko 
ona mogła mu  w tej sytuacji pomóc.
   Dziewczyna przeraziła się i wściekła, widząc Mroczny Znak na ręce 
ukochanego. Nawrzeszczała na niego, ale opatrzyła  i uleczyła. Po kilku dniach, 
gdy był już zdrowy, kazała mu się wynosić i nigdy nie wracać. Nie chciała być 
razem ze Śmierciożercą. Nawet nie słuchała, gdy mówił, że on nie chciał, tylko 
ojciec go zmusił.
   Po tych wydarzeniach Lilianne mocniej zaprzyjaźniła się z Syriuszem i to on był
przy niej w najtrudniejszych chwilach.  
                 ### KONIEC WSPOMNIENIA###

    Severus nienawidził Blacka, że Lily chciała jego pomocy, a nie od ojca 
swojego dziecka.
    Syriusz nienawidził Snape'a za to, że Lily wolała jego, a on ją tak okrutnie 
skrzywdził.
     Mimo to teraz ci dwaj musieli się spotykać, bo Harry polubił wizyty wujka Łapy.

Rozdział 9 " Portret na ścianie"

    Wielu ludzi, potocznie zwanych mugolami nazwałoby Harry'ego Snape'a 

background image

świrem, tak samo wszystkich czarodziejów. Jednakże ten chłopak nie miał nic z 
głową, możecie mi śmiało wierzyć.
   A skąd przypuszczenie, że Harry jest nienormalny, pomijając oczywiście to, że 
umiał czarować? W jego pokoju, na ścianie wisiało kilka portretów. Ale nie były to
zwykłe portrety, do jakich większość z was przywykła, o nie. Możecie mi wierzyć, 
lub nie, ale one potrafiły mówić... O tych ze zbioru młodego Snape'a można 
śmiało stwierdzić, że mają cząstkę duszy czarodziejów namalowanych na nich. 
Posiadały umysł i wspomnienia uwiecznionych postaci.
    Harry rozmawiał ze swoimi przodkami na obrazach. Byli to sam Salazar 
Slytherin i Merlin Wielki. O tak... W żyłach chłopca płynęła ich krew. Zmieszana 
dawała niezwykły efekt.
    Młody Snape wieczorami często siadał w fotelu i konwersował wesoło, albo i 
poważnie z tymi dwoma mężczyznami. Oni opowiadali mu wiele interesujących 
rzeczy, których by się nie dowiedział z innych źródeł. Umilali dziecku czas i 
pomagali w wielu sytuacjach. Uczyli go wielu zaklęć, mówiąc co ma dokładnie 
robić. A on to powtarzał i praktycznie zawsze mu się udawało.
     Chłopiec dorastał szybko. Wkrótce nadeszły jego 10 urodziny. Zmienił się 
przez ostatnie 5 lat. Severus  chował go na gentelmana z ważnego rodu, jakim 
był. Na ważne spotkania chłopak ubierał się elegancko i zawsze umiał się dobrze
zachować. Miał do tego świetny gust, co do ubierania.
     Harry już nie był rozkosznym 5-latkiem. Urósł, nabył mięśni i ciągle był bardzo
chudy. Włosy sięgały mu do brody. Dłuższych jeszcze nie mógł mieć, bo 
stosował się do zasad rodziny Snape'ów. Tam dopiero od 13 roku można było 
zapuszczać włosy, a nawet powinno się.
     Chłopiec był mroczny i tajemniczy. Często spotykał się z Draco Malfoyem, 
swoim największym przyjacielem. Ojciec już go nie uczył. Harry uczył się sam, 
albo w sekrecie z pomocą Merlina i Slytherina. Nosił sygnety obu wielkich 
czarodziejów na sobie. Był dumny z tego, kim jest.
   Lubił, gdy odwiedzał go wujek Łapa. Z ojcem grał w quidditcha, choć często 
grał sam. W końcu nauczył się zaczarowywać tłuczki, aby na niego polowały i 
łapał znicza. Doszedł w tym do perfekcji.
   Nierzadko pływał w morzu. Dużo czasu spędzał w swojej prywatnej bibliotece. 
Czytał wiele książek i stawał się coraz mądrzejszy i inteligentniejszy.
   Wszyscy twierdzili, że jak będzie się tyle uczył, to niedługo przestanie 
zauważać świat realny, który otacza go z każdej strony.
    Do tego Harry odznaczał się bystrością. Widział wiele rzeczy, które inni by 
ominęli, nie wiedząc o tym. Niestety bywał też chamski, obrażalski i złośliwy. 
Potrafił zranić wielu ludzi jednym słowem.
   O tak, młody Snape miewał swoje humory. Miał gorsze i lepsze dni. W te 
gorsze lepiej było nie wchodzić mu w drogę, bo prawie zabijał.
   Oczy chłopca nie wyblakły, a stale były tak intensywnie zielone. Jednym 
spojrzeniem potrafił zabijać(w przenośni).
   Często jego różdżka brała nad nim kontrolę. Zdarzało się to coraz rzadziej, i 
tylko wtedy, kiedy się denerwował. Ale były to mocne ataki.
   W końcu Harry odkrył, że jest anorektykiem w dużym stadium. Ukrywał to. 
Mijały kolejne dni... 

background image

Rozdział"10 "List z Hogwartu"

   Minął kolejny rok. 31 lipca Harry obchodził 11 urodziny. Tego samego dnia do 
jego pokoju wleciała mała, szara sówka płomykówka. Do jej nóżki był 
przyczepiony list.
     HARRY SALAZAR SNAPE
   SNAPE MANOR
   OKOLICE LYNCOLSHIRE
   WIELKA SYPIALNIA NA GÓRZE
  Było to napisane ozdobnym, zielonym tuszem. Harry szybko złamał pieczęć z 4 
zwierzętami na niej- Wężem, Lwem, Krukiem i Borsukiem.
                 HOGWART SZKOŁA MAGII I CZARODZIEJSTWA
          dyrektor: Albus Dumbledore
                 
         SZANOWNY PANIE SNAPE!
   Mamy przyjemność poinformowania Pana, że został Pan przyjęty do Szkoły 
Magii i Czarodziejstwa Hogwart. Dostarczamy listę niezbędnych książek i 
wyposażenia.
  Rok szkolny zaczyna się 1 września.
              Z wyrazami szacunku,
                                   Minevra McGonagall,
                                                     zastępca dyrektora

  Do tego listu dołączono listę zakupów. Harry przeczytał wszystko i uśmiechnął 
się w duchu. Chciał iść do Hogwartu. Była to najlepsza szkoła magii na świecie. 
Co prawda w Durmustrangu uczono Czarnej Magii na świetnym poziomie, ale 
inne przedmioty były gorzej uczone.
   W zasadzie młody Snape dostał listy z kilku szkół magii przed kilkoma 
miesiącami z zaproszeniem do zapisów, ale na wszystkie odpowiadał przecząco.
W Hogwarcie uczyli się jego rodzice i była to dobra szkoła. POSTANOWIONE.
   Chłopiec teleportował się na dół , do jadalni. Posiadł tą umiejętność całkiem 
niedawno, więc zamierzał ją nadal ćwiczyć.
   Przy stole siedział już jego ojciec zaczytany w gazecie. Przed nim stał kubek z 
parującą, aromatyczną kawą.
- Dostałem list z Hogwartu- uśmiechnął się Harry do rodzica.
   Severus uściskał po ojcowsku syna i rozczochrał mu włosy na głowie.
- To gratuluję, synu- rzekł starszy Snape.- Wiedziałem, że ciebie przyjmą. A 
miejsca są ograniczone.
- Ja też nie miałem żadnych wątpliwości- zachichotał syn.
                                        ***
   Kilka dni później Draco i Harry udali się wspólnie na zakupy szkolne na ulicy 
Pokątnej. Ojcowie chyba nie wiedzieli co robią, pozwalając iść tym dwóm 
figlarzom samym.

background image

   Draco Malfoy był już 11-letnim chłopcem, niższym o około pół głowy od 
Harry'ego i trochę grubszym, ale nie grubym. Na głowie rosły mu białe włosy do 
brody. Wyhodował je za namową przyjaciela i nie stracił na tym. Wyglądał bardzo
dobrze.
   Charakter miał raczej złośliwy, ale nie tak jak młody Snape. Był świetnym 
przyjacielem, ale okrutnym wrogiem. Zwykle podporządkowywał się poleceniom 
Harry'ego, ale miał też swoje zdanie.
    Wpierw udali się do Banku Gringotta. Oprócz rodzinnych skrytek, mieli swoje 
prywatne. Tak się robiło w każdym bogatym, dobrym rodzie.
    Wyszli z banku z pełnymi sakiewkami. Musiało im starczyć na zakupy i do 
świąt co najmniej. Z ich kont ubyła maluteńka cząstka złota. Było go tam 
niezliczenie wiele.
    Teraz zaszli do sklepu z szatami Madame Malkin. Tylko tam można było nabyć
mundurki do Hogwartu. Na razie nie miały one naszywek z herbem domu, choć 
pragnęli oboje być w Slytherinie, domu swoich ojców. Wszyscy Malfoyowie i 
Snape'owie od wieków trafiali do Domu Węża. Czemu te pokolenie miałoby być 
inne?
   Potem kupili ingrediencje i kociołki do eliksirów, teleskop na astronomię i inne 
potrzebne dodatki. Chłopcy posiadali już różdżki, więc nie musieli odwiedzać 
sklepu pana Ollivandera.
   Następnie zaszli do Magicznej Menażerii. Oboje chcieli mieć jakieś zwierzątka.
   Tu się rozdzielili. Draco patrzył na zwierzęta po lewej stronie, a Harry na te po 
prawej.
   Młody Snape oglądał egzotyczne i rzadkie okazy. Tylko takie go interesowały. 
Lubił być bardzo oryginalny i mieć drogie rzeczy.
  Jego uwagę przykuł mały, czarny, wręcz straszny ptak na drążku. Wyglądał na 
okrutnego. Był to młody Feniks Piekielny. Podobnie pochodził aż z otchłani 
Ziemi. A kosztował wiele...
- Biorę go- oznajmił Harry sprzedawcy.- Jest słodki.
- T-tego?- zająkał się mężczyzna w fartuchu.- On n-nie jest p-przyjacielski. Z-
zabił n-niejednego. I on k-kosztuje...
- Płacę gotówką- rzekł młody Snape- Proszę wsadzić go do klatki, a ja jeszcze 
przejdę się po sklepie.
    Następnie uwagę chłopca przykuł wąż w klatce. Był jeszcze młody, ale i tak 
duży. Jego ubarwienie było seledynowo- szmaragdowo- srebrne. Błyszczał się w 
świetle.
- "Weź mnie prossszę... Ja nie chcę sssssię już tu męczyć, panie..."- zasyczał 
wąż do Harry'ego
- Biorę i jego- oznajmił młody Snape, po czym zapłacił złotem zdumionemu 
sprzedawcy.
- Klient nasz pan- westchnął z ulgą kupiec.
   Zakupy miały zostać przetransportowane do domów chłopców. Draco kupił 
sobie białego jastrzębia, również rzadki okaz. Do tego wziął białego kota persa. 
Był prześliczny. Harry'ego polubił niebywale...
   Po obejściu reszty sklepów uznali, że warto kupić podręczniki w Esach i 
Floresach.

background image

   Był to przestronny sklep, przypominający bibliotekę. Z tą  różnicą, że była to 
księgarnia.
- Poproszę komplet podręczników do klasy 1- polecił sprzedawce za ladą Harry.
- Razy dwa- dodał Draco i przybili sobie piątki.
- Oczywiście, oczywiście- pokiwał głową mężczyzna i poszedł na zaplecze. Po 
chwili wrócił z 2 stosikami książek.
  Oboje prędko zapłacili i wyszli na ulicę. Podręczniki zmniejszyli sobie magicznie
i włożyli do kieszeni.
- Popatrz no, Draco... Rude włosy na horyzoncie. Na pewno Weasley'owie- 
zatrzymał siebie i przyjaciela Harry.-  Chodźmy do nich. Zabawimy się.
   Po chwili młodzi Malfoy i Snape stanęli naprzeciwko jednego Weasley'a 
rozmawiającego z jakąś dziewczyną o falowanych ciemnobrązowych włosach. 
Nie grzeszyła urodą, ale brzydka też nie była.
- Wy też do 1 klasy?- spytał rudzielec- Jestem Ron Weasley.
- Hermiona Granger- przedstawiła się koleżanka Weasley'a.
- Weasley? Tak myślałem. Harry Snape- wykrzywił się w szyderczym uśmiechu 
Harry.
- Draco Malfoy- oznajmił Draco.
- Czy ja słyszałem nazwisko Snape?- zza rogu wyłonili się dwaj rudzi bliźniacy. 
Harry o nich słyszał nie raz od ojca. Wielcy psotnicy ze Slytherinu. Rodzina przez
to ich nie lubiła, bo Weasley'owie zawsze trafiali do Gryffindoru lub Huffelpuffu.
- To ja- rzekł głośno młody Snape.- A wy to pewnie sławni bliźniacy Weasley, czyli
Fred i George. Ojciec dobrze o was mówił.
- Jam Fred- uśmiechnął się jeden z braci i uścisnął dłoń brunetowi i blondynowi.
- A ja George- oznajmił drugi bliźniak i zrobił to co pierwszy.- Miło nam was 
poznać. Twój ojciec to najfajniejszy nauczyciel.
- Przynajmniej dla nas, Ślizgonów- sprostował Fred i wszyscy, prócz Ronalda i 
Hermiony zachichotali. Ci ostatni odeszli zdenerwowani do innego sklepu.
- W tym roku idziecie do Hogwartu? W jakim chcecie być odmu?- spytał George
- Slytherin- odpowiedzieli chórem i zachichotali. We czwórkę udali się na lody.
   Harry bardzo polubił bliźniaków. Mieli wspólne zainteresowania. Uznali, że 
będą się trzymać razem. No i mieli już wiele pomysłów na przeróżne kawały.
   Teraz pozostało już tylko czekać do 1 września...

Rozdział 11" Czarny Zamek nad jeziorem"

      30 września Harry Snape rozpoczął wieczorem pakowanie się do szkoły. Miał
nowoczesny, bardzo dobry i wiele w sobie mieszczący kufer z firmy " Hell" obity 
czarną skórą. W środku  było 5 zaczarowanych komór, każda na inny kluczyk.
     1 przeznaczona na ubrania, służąca za garderobę.
     2 przeznaczona na książki, służąca za prywatną bibliotekę.
     3 przeznaczona na różny sprzęt, służąca za składzik.
     4 przeznaczona na wszelkie bzdety.
     5 przeznaczona na zakazane rzeczy, które chciało się schować przed 

background image

niepowołanymi ludźmi. Posiadająca więcej zabezpieczeń.
      Harry starannie pakował do kufra kolejne rzeczy. Nie chciał niczego 
zapomnieć.
      Późnym wieczorem był gotowy. Ale wyjazd ze stacji Kings Cross dopiero 
następnego dnia. Musiał się odprężyć przed podróżą.
      W pewnej chwili usłyszał pukanie do drzwi, które wybudziło go z lekkiej 
drzemki. Nawet nie wiedział, kiedy usnął.
- Proszę- krzyknął nadal zaspany 11-latek, nawet nie podnosząc się z łóżka. Nie 
zrobił sobie wysiłku, aby choćby otworzyć oczy.
   Nie wiedział, kto śmiał zakłócać jego spokój o tej porze. Był późny wieczór.
- Harry, synu, byłoby miło, gdybyś choć na chwilę usiadł, żebyś mógł wysłuchać, 
co mam ci do powiedzenia- upomniał go sarkastycznie ojciec.- Chyba że wiesz 
już dokładnie, co mam ci do powiedzenia. Wtedy będę mógł wyjść.
- Nie, zostań- Harry usiadł, otwierając oczy.- O co chodzi?
- Jutro o godzinie 11.30 z Draco za pomocą sieci Fiuu dostaniecie się na Kings 
Cross. Ja i Lucjusz, jako nauczyciele musimy być już o 12 w szkole... Nie 
odprowadzimy was- oznajmił Severus, mierzwiąc chłopcu czarne włosy.- Więc 
się jutro rano pożegnamy, a spotkamy się pojutrze wieczorem. Mam nadzieję że 
droga minie wam bezpiecznie. I na Merlina, nie wysadźcie pociągu...
- Wiesz, tato... Ja znam znacznie więcej metod niszczenia pociągu... Moja 
znajomość piromanctwa nie ogranicza się do wysadzania- wyszczerzył się 
przebiegle  11-latek, a w jego oczach można było zobaczyć podejrzany, zielony 
błysk.
- Błagam... W Hogwarcie rób co chcesz...- załamał ręce Mistrz Eliksirów w 
bezradności. Jak jego syn sobie coś wymyślił, to nie dało się go odwieść od tego.
- Mówisz serio?- zainteresował się tą obietnicą Harry.
- Serio- westchnął cicho ojciec.- Nie wierzę, że to powiedziałem. 
Przypieczętowałem zagładę Hogwartu. Merlinie ratuj...
- Teraz to i sam Merlin nie pomoże- zachichotał chłopak, po czym przytulił się do 
ojca, który objął go silnie ramieniem.
- Obawiam się że masz rację- mruknął Severus.- Dorastasz, synu... Już nie 
jesteś tym samym maluchem, co kilka lat temu... Jak ten czas szybko mija. 
Zdecydowanie za szybko. Nie można się w niczym połapać...
- No...Może i masz rację... A ty nie jesteś tym samym młodzikiem co kiedyś- 
dogryzł mu syn.- Ja dorastam, ty się starzejesz.
- Znalazł się mądrala. Mam dopiero 27 lat- bronił się Mistrz Eliksirów.
   Severus Snape w rzeczywistości nie wyglądał na te 27. Jego ciało jakby 
zatrzymało się w czasie. Na oka mógł mieć ze 22 lata.
- Dla mnie zawsze będziesz moim kochanym ojcem- uśmiechnął się Harry.- 
Nieważne ile będę miał lat, a ile ty. Nieważne co się stanie. Tak było, jest i 
będzie.
   Severus nic nie odpowiedział. Pogłaskał jeszcze raz syna po głowie, po czym 
wyszedł z jego pokoju. Nie, nie był zły.
Po prostu nie miał na języku żadnej sensownej odpowiedzi na tak mądre słowa. 
Harry często go zaskakiwał. Czasem negatywnie, ale nierzadko też pozytywnie. 
Był nieprzewidywalny.

background image

                                      ***
   Następnego dnia o godzinie 11.15 do Snape Manor przybyli Lucjusz i Draco 
Malfoy'owie. Ten ostatni miał przy sobie kufer i klatki ze swoimi zwierzętami.
   Harry nazwał swojego Feniksa Seth, a wężycę( to nie był samiec, a samica) 
Evanesca. Oboje zwierząt przystało na to. Rozumieli język węży.
- Cześć Draco- uścisnął przyjaźnie przyjaciela młody Snape.- Jak się czujesz 
przed wyjazdem?
- Świetnie- wyszczerzył się blondyn.- Ty pewnie wymyśliłeś, jak zniszczyć 
Hogwart minutę po przybyciu... Ale zrobimy to razem, nie przyjacielu?
- Oczywiście. Ale nie trafiłeś w sedno. Mam pomysł, jak wysadzić w powietrze 
cały Hogwart w 10 sekund od przybycia od niego- rzekł głośno brunet, aby ich 
ojcowie też to wyraźnie usłyszeli.
   Lucjusz i Severus załamali bezradnie ręce. Cóż mieli począć przy 2 takich 
chłopakach? Najbezpieczniej byłoby zwiewać, gdzie pieprz rośnie, albo jeszcze 
dalej.
- Idźcie już chłopcy. Do zobaczenia jutro wieczorem w Hogwarcie. Życzę miłej 
drogi- polecił chłopcom starszy Malfoy.
   W rezultacie ojcowie uścisnęli synów, a ci wziąwszy swoje bagaże znikli w 
kominku.
   Harry niezbyt lubił podróżowanie siecią Fiuu. Czasem lekko go mdliło, teraz na 
szczęście nie było aż tak źle. Po chwili znalazł się w pokoju Fiuu na stacji, z 
którego wychodziło się na czarodziejski peron. Tam już stał Express Hogwart, z 
którego komina buchał dym.
- Zwierzęta w klatkach do wagonu bagażowego- odezwał się do nowo przybyłych
ochroniarz. Kufry bierzcie ze sobą. Zajmujcie przedziały, póki są jeszcze wolne.
   Harry i Draco skinęli mu głową i wzięli swoje rzeczy. Klatki nakryte zasłonami i 
zabezpieczone magicznie włożyli do odpowiedniego wagonu.
   Chłopcy zajęli jeden z tylnych wagonów. Był on spory. Z każdej strony stała 
przymocowana do ściany kanapa o beżowym obiciu. Zasłony w dużych oknach 
miały kolor brązowy.
   Harry jednym zaklęciem wrzucił kufer swój i przyjaciela na przymocowaną do 
ściany szafę. Wyluzowani usiedli na jednej kanapie. Czekali na przybycie do ich 
przedziału bliźniaków Weasley.
    Jeszcze zanim pociąg ruszył, w drzwiach stanęli uśmiechnięci od ucha do 
ucha Fred i George. Byli ubrani prawie identycznie- para jeansów, ciemnozielona
bluzka i czarna kurtka, z tą różnicą że litera na T-shircie była zależna od imienia. 
To odróżniało bliźniaków.
- Możemy u was usiąść, nie, chłopcy?- zapytał Fred
- Jasne, że tak. Rozgośćcie się. Kufry połóżcie na szafce na górze- polecił im 
Harry, szczerząc się.
  I pociąg ruszył. Bliźniacy siedzieli naprzeciwko Harry'ego i Draco. Rozmawiali o 
wielu sprawach. Świetnie dogadywali się.
- Już nie mogę się doczekać ceremonii przydziału- wyznał Draco.- Nie mam 
wątpliwości, że trafię do Slytherinu.
- Ja też nie- zgodził się Harry.- To najsłuszniejszy dom. Moja matka była w 
Ravenclavie... A ojciec, jak wiecie, w Slytherinie.

background image

- Tęsknisz za nią?- spytał Fred poważnie, aby nie urazić kolegi.- Jak nie chcesz, 
nie mów... Wiem, że to może boleć...
- Nie, no, spoko... Możecie wiedzieć, jesteście wszyscy przyjaciółmi... Szczerze? 
Nie pamiętam jej, ale tęsknię. Chciałbym, żeby żyła... Ale czasu nie da się 
zmienić. Ona zginęła, ocalając mnie- westchnął smętnie Harry.
- Przykro mi Harry... Ale nie martw się już... Na pewno cię kochała i nadal kocha 
cię... Gdziekolwiek jest- pocieszył go George.
- Dobra... Bo się rozkleję- uśmiechnął się już weselej młody Snape.
                                        ***
   Wieczorem po korytarzu jeździł wózek ze słodyczami i gorącymi posiłkami. 
Harry, Draco, Fred i George również kupili sobie jedzenie. Byli już trochę głodni. 
W końcu nie jedli nic od śniadania.
- W Hogwarcie na Uczcie Powitalnej to dopiero będzie wyżerka- westchnął z 
rozmarzeniem Fred.
- No... Już nie mogę się doczekać- zgodził się z nim George.
- Nieźle to brzmi- uśmiechnął się Draco.- Bo to wózkowe jedzenie mało 
zaspokaja głód...
- Ja tam się najadłem- sprzeciwił się Harry, przeciągając się.
- Och... Tobie do najedzenia się nie trzeba wiele- mruknął młody Malfoy.
- Draco ma rację. Widać to po tobie. Jesteś bardzo chudy- przyznał koledze rację
Fred.
- Ale przystojny i umięśniony. Prawdziwy zawodnik quidditcha. Latasz na miotle?-
spytał George
- Oczywiście. Jako szukający- odparł młody Snape.- Odkąd nauczyłem się 
wstawać na nogi.
- Sam się uczyłeś?- zdziwił się Fred.
- Nie. Uczyli mnie ojciec i Syriusz- odpowiedział Harry.- Oni świetnie latają.
- Syriusz?- spytał George
- Inaczej zwany wujek Łapa. Mój chrzestny. Świetny facet, były Ślizgon. Syriusz 
Black. Grał w quidditcha w wieku szkolnym jako pałkarz, a potem w Tajfunach- 
opowiadał syn Mistrza Eliksirów.
- Wow...- zachwycił się Fred.- Też chciałbym mieć takiego chrzestnego. Czekaj... 
TEN SYRIUSZ BLACK? Ten świetny pałkarz?
- Tak- pokiwał głową brunet, uśmiechając się z wyższością.- Jest świetny. Ale 
kawalarz z niego boski. Nawet nie wyobrażacie sobie, jakie to on rzeczy 
wyprawiał, gdy był w szkole...
- Jakie?- zaciekawił się George- Dawaj, Harry!
   I tak rozmawiali o najciekawszych wybrykach Łapy do późnej godziny. Nawet 
nie zauważyli, kiedy pousypiali. A byli w śmiesznych pozycjach: bliźniacy oparci o
siebie plecami, a Harry z głową na kolanach Draco.
                                   ***
   Harry zobaczył zamek. Był wielki i potężny, otoczony z każdej strony lasem 
albo jeziorem. Ze wszystkimi uczniami wszedł do niego przez wielkie wrota.
   W środku wszystko było okryte pajęczynami, tak jakby nikt od dawna tam nie 
sprzątał.
- Pierwszoklasiści do mnie!- zawołał dyrektor głośno, aby przebić się przez tłum 

background image

uczniów- bestii.
- Harry, ja muszę być w Huffelpuffie- odezwał się za jego plecami Draco.- Od 
dawna tego pragnąłem... Jestem tak pracowity... Muszę być w Huffelpuffie.
- Chwila...- pomyślał Harry- Coś tu się nie zgadza... Draco pracowity? Od kiedy? 
W Huffelpuffie? Na mózg mu padło... To może przez tą aurę Hogwartu...
   Pierwszoklasiści włącznie z chłopcami weszli do sali. Była ona nieduża i 
bardzo chłodna. Skąd wzięła się nazwa Wielka Sala?
   Dyrektor wyczytywał po kolei nazwiska uczniów w kolejności alfabetycznej.
  Draco trafił tak jak chciał, do Huffulepuffu. Teraz miał naszywki z borsukiem i 
krawat w kolorze czarno-żółtym. A fe!
- Snape, Harry- wyczytał Dumbledore.
  Harry wyszedł z tłumu uczniów. Ktoś mu podstawił nogę, a był to Fred Weasley,
uśmiechający się złośliwie, tak po Ślizgońsku. Przez to młody Snape przewrócił 
się na schodach, wywołując salwy śmiechu wśród wszystkich. Ojciec i pan 
Malfoy spojrzeli na niego z pogardą.
   Harry szybko wstał i otrzepał szatę. Usiadł na stołku, a na jego głowę została 
włożona Tiara Przydziału.
" Całkowity brak mózgu... Tu nic nie da się odczytać... Zatem nie mam wyboru, 
Idioto bez mózgu..." usłyszał w swojej głowie cichutki głosik.
- GRYFFINDOR!!!
   Harry'emu nogi zmiękły. Co się porobiło? On w Griffindorze? Bez mózgu???'
- O, widzę, Snape, że Węże cię nie chciały- odezwał się Ron Weasley, brat 
bliźniaków, też z 1 roku. Trafił do Gryffindoru.- Tatuśko pewnie będzie 
zachwycony, Snape.
- Zamknij się. To jakieś nieporozumienie- warknął Harry, zły na wszystko i 
wszystkich.
   Skończyła się uczta. Wszyscy uczniowie zaczęli wychodzić z sali. Harry nie 
czekając na prefektów, oparł się o ścianę głową i powstrzymywał się od wybuchu
gniewu.
- Co tu się dzieje?!- krzyknął zrozpaczony młody Snape.
- Też chciałbym to wiedzieć- podszedł do niego ojciec.- To szczyt wszystkiego! 
Taka hańba... Wolałbym nie mieć syna. Ja już nie mam syna. Przyniosłeś mi 
wstyd... Wydziedziczam cię oficjalnie, Panie-Bez-Nazwiska.
- Co?! Tato nie możesz mi tego zrobić!- wykrzyknął z łzami w oczach Harry.- To 
jakiś głupi żart! To nie dzieje się naprawdę!

Rozdział 12 " Witaj w domu"cz.1

     Harry Snape obudził się zlany potem. Był w pociągu.
" A jednak to był tylko sen. Nie, to nie był sen. To był koszmar" pomyślał z ulgą i 
się przeciągnął. Na zewnątrz było już jasno. Poczuł głód.
- Nareszcie się obudziłeś- odezwał się Draco, który, jak się okazało, leżał pod 
nim.- Zasnąłeś na mnie, a nie chciałem cię budzić.
- Dzięki- ziewnął młody Snape i usiadł wygodnie.- Miałem straszny koszmar. 

background image

Tylko nie każ mi go powtarzać. Trafiłeś do Huffelpuffu, a ja do Gryffindoru.
- Tfu!- wykrzyknął z obrzydzeniem Draco.- Obyś nie był jasnowidzem, bo się 
zabiję.
- Co się stało?- spytał rozespany Fred, przeciągając się.
- Ale się wyspałem- wyszczerzył się George.
- Nic... Dobrze, że koszmary W WIĘKSZOŚCI się nie spełniają- odetchnął 
ponownie z ulgą Harry.
- Na szczęście- uśmiechnął się Draco.- Kiedy wreszcie dojedziemy do 
Hogwartu? Jestem głodny jak smok.
- Eee... Niestety dopiero wieczorem, koło godziny 20- odparł niechętnie Fred.- 
Mam nadzieję, że niedługo będzie chodziła baba z wózkiem, bo padam z głodu.
   Gdy wszyscy w przedziale padali z głodu, za oknem rozszalał się wiatr i zaczął 
padać deszcz.
- Burza- zawyrokował młody Snape, gdy błyskawica przeszyła niebo.
- No... A i przypominam, że około 18 należy zacząć się ubierać w szaty szkolne, 
bo około 19.30 dojedziemy do Hogsmeade. Stamtąd już tylko powozami, albo tak
jak pierwszoroczni, łódkami przez jezioro, pół godziny drogi do Hogwartu- 
wyjaśnił George.- Ale nie bójcie się, przypomnimy wam na czas. A poza tym nasz
braciszek, Percy, jako nowy prefekt Gryffindoru, na pewno wpadnie tu, z dumnie 
wypiętą piersią, jak indyk.
   Fred zaczął udawać kurę, przez co wszyscy wybuchli niepohamowanym 
śmiechem.
- Zagramy w eksplodującego durnia?- spytał Draco, wyciągając z kieszeni szarej 
bluzy karty.
- Jasne- zgodzili się pozostali chórem.
   I tak mijały im godziny. Każdy zawodnik, który przegrał, został automatycznie 
osmalony przez wybuchające mu w dłoniach karty. Szybko potem się oczyszczał 
za pomocą zaklęć.
   Nastał wieczór, ściemniło się za oknami pociągu. W pewnej chwili do 
przedziału naszych bohaterów wpadł zziajany chłopak.
   Owy chłopak miał na oko 15 lat i  musiał to być ten brat bliźniaków starszy. Na 
głowie rosły mu elegancko ostrzyżone i przylizane, rude włosy. Na oczach miał 
rogowe okulary. Wydawał się być rzeczywiście napuszony jak indyk.
   Był ubrany już w szaty szkolne, z naszywkami domu Gryffindoru, czyli w 
kolorach złoto-czerwonych i herbem z lwem.
- Jako prefekt Gryffindoru, wyznaczony przez profesor McGonagall do czynienia 
porządku, nakazuję wam, panowie, ubrać się w szkolne szaty. Za około godzinę 
dotrzemy do Hogsmeade- polecił zebranym w przedziale chłopcom, formalnym 
tonem, nowo przybyły.
- Oczywiście bracie kochany- wyszczerzył się figlarnie Fred i patrzył na 
Harry'ego.
   Młody Snape machnął niby od niechcenia ręką. Ktoś niezorientowany, jak 
Percy uznałby to za zwykły odruch. Jednakże inni powstrzymywali się od 
śmiechu.
   Chodziło o to, że Harry zaczarował złotą odznakę Prefekta. Teraz zamiast 
napisu "Prefekt" widniało na niej wielkie i wyraźne "Prosię".

background image

   Jako, że żart był udany, wszyscy na korytarzu śmieli się z Percy'ego, a ten 
zdezorientowany nie wiedział, o co chodzi. Nikt nie zlitował się nad nim i nie 
powiedział mu prawdy...
   Harry jednym ruchem dłoni spowodował, że na jego ciele zamiast normalnych 
ubrań, pojawiły się szkolne szaty, bez określonego domu.
    Nareszcie pociąg się zatrzymał. To był znak, żeby zostawić swoje kufry w 
pociągu i wyjść na zewnątrz, gdzie mieli mieć załatwiony transport prosto do 
zamku.
- Pirszoroczni do mnie! Pirszoroczni!- krzyczał przy brzegu jeziora jakiś wielki 
mężczyzna w długim, brązowym płaszczu. Większość twarzy zasłaniała mu 
wielka, krzaczasta broda.
   Harry i Draco pożegnali się z bliźniakami i ruszyli ku wołającemu ich 
olbrzymowi, przy którym zbierała się już spora grupa 1-klasistów.
- A teraz, wsiadajcie, no, do łódek, po dwie, lub, no, trzy osoby- polecił 
najmłodszym wielki facet.- Jestem Rubeus Hagrid, gajowy w Hogwarcie.
   Harry i Draco uśmiechnęli się do siebie i bez słowa wskoczyli do 1 łódki, która 
się niebezpiecznie przechyliła. Na szczęście nie powypadali do wody...
- Uważajcie, cholibka, chłopcy!- krzyknął gajowy.- Bo was ten, no, morski potwór 
wciągnie!
- Morski w jeziorze?- szepnął Harry do blondyna i oboje zachichotali.
   Gdy wszyscy z 1 roku załadowali swoje szanowne tyłki do łodzi, zaczęli płynąć 
w kierunku wielkiego, czarnego zamku.  Sprawiał potężne wrażenie...
   Nareszcie, po upływie kilkunastu minut, dobrnęli do brzegu. Tłum najmłodszych
Hogwartczyków wylał się na błonia przed szkołą.
- Do środka, dzieciaki! Cholibka, tam już jest profesor McGonagall, no...- 
nakazywał Hagrid uczniom.- Czekajcie na nią i, no, nie rozrabiajcie!
   Harry i Draco podeszli wraz z innymi dziećmi w ich wieku do wysokiej 
nauczycielki, którą brunet kiedyś już zdążył poznać.
- Proszę o nierozmawianie w czasie ceremonii. Nie wolno wam siadać do stołów,
zanim nie zostaniecie przydzieleni. Każda wyczytana przeze mnie osoba ma do 
mnie podejść i usiąść na krześle. Ja założę jej na głowę Tiarę Przydziału, która 
zdecyduje, do którego domu traficie. A teraz proszę za mną- oznajmiła 
nauczycielka.
   Chłopcy i dziewczyny weszli do Wielkiej Sali. Było to( w przeciwieństwie do snu
Harry'ego) ogromne, dobrze ogrzane pomieszczenie.
   Na końcu  umieszczono długi stół nauczycielski. Prostopadle do niego stały 4 
również długie stoły uczniowskie, nad każdym zwieszały się sztandary 
odpowiednie od domu.
   Już na pierwszy rzut oka było widać, jaki dom jest najbardziej zaludniony- 
Huffelpuff. Niewiele mniej liczny był Gryffindor. Trochę mniej uczniów należało do
Ravenclavu, a zdecydowanie najmniej osób było w Slytherinie.
   Profesor McGonagall weszła po 5 stopniach i wyjęła z kieszeni rulon 
pergaminu. Obok niej pojawiły się stołek, a na nim stara, zszargana Tiara 
Przydziału.
    Nagle połatane, wiekowe nakrycie głowy, zaczęło śpiewać basem:
 Kiedyś, kiedy jeszcze młoda byłam,

background image

Przed lat tysiącem,
Na tym świecie 4 czarodziejów żyło,
Z najlepszych najpotężniejsi.
Wybudowali razem szkołę wielką,
By młodych uczyć czarodziejów.
Nim się pokłócili i daremną krew wylali,
Utworzyli domy cztery.
Wraz z ich kłótniami,
Domy się oddalały od siebie.
Gdy trzeba współpracować-
Odmawiali stanowczo.
Teraz nadeszły mroczne czasy,
Choć okiem nie zobaczysz zmian.
Biel się w czerń zmieni.
Muszę znów rozdzielić was,
Młodzi i nierozsądni.
Błędy popełnię, jak każdy.
Wiarę jednak mam,
Że odkupić nie przyjdzie wam win przodków.
By zgoda i sprawiedliwość wróciły.
I razem, żebyście szkoły byli podporą,
Razem jak solidny mur ją bronili.
Godryk stworzył Gryffindor,
gdzie kwitnie męstwa cnota,
gdzie dobrzy i odważni,
jak lwy pomogą innym.
Rovena stworzyła Ravenclav,
gdzie mądrzy i bystrzy,
ponad wszystko cenią mądrość i otwartą głowę,
szponami rozumu rozszarpią wszelką głupotę.
Helga stworzyła Huffelpuff,
tam prawi i pracowici się uczą,
nie oszukują, nie okłamują,
dobrej krwi być nie muszą.
Na koniec Salazar utworzył Slytherin,
gdzie uczyć chciał czystej krwi czarodziejów,
twierdził- tylko tacy godni jego mocy.
Ślizgoni jak węże przebiegli,źli do szpiku kości,
razem stworzą rodzinę wielką.
Wpierw Godryk i Salazar przyjaźnić się chcieli,
Brat bratu bratem.
Odważny i przebiegły,
Dobry i zły,
Za rękę chodzili.
Wtem rozpętało się piekło!
Zły los skłócił ich.

background image

Jeden pragnął krwi drugiego.
Gdy Salazar przebił pierś Godryka mieczem,
Ten w niego klątwą uderzył,
Mówiąc ostatnie słowa:
" Twojego dziedzica drugi dziedzic zabije,
Setki lat miną.
Zobaczysz, co cierpiałem, gdy brata zabił brat.
Obaj wężouści, jeden ostatni syk wyda,
Z Białymi Damami się pogodzi."

  Wszyscy uczniowie z przejęciem wysłuchali tej pieśni. Była niezwykła, zupełnie 
inna od tych sprzed lat. Ta coś oznaczała, tylko co? Niby zwykła ballada, ale tak 
nienormalna...
- Abbot, Hanna!
   Niewysoka dziewczynka o mysich włosach związanych w dwa kucyki podbiegła
do profesor McGonagall. Trzęsła się niczym galareta.
- HUFFELPUFF!- wykrzyknęła Tiara Przydziału, a przestraszona Hanna 
podbiegła do witających ją przyjaźnie mieszkańców jej domu.
- Bones, Susan!
   Kolejna dziewczyna podbiegła do nauczycielki. Była pulchna i niska.
- HUFFELPUFF!
- Boot, Terry!
- RAVENCLAV!
   Krępy chłopiec o krótko przyciętych brązowych włosach podbiegł nieśmiało do 
stołu jego domu.
- Brocklehurst, Mandy!
- RAVENCLAV!
- Brown, Lavander!
- GRYFFINDOR!
- Bulstrode, Milicenta!
- SLYTHERIN!
- Corner, Michael!
- RAVENCLAV!
- Fawcet, Stefanie!
- RAVENCLAV!
- Flynch- Fletchley, Justin!
- HUFFELPUFF!
- Finnigan, Seamus!
- GRYFFINDOR!
- Goldstein, Anthony!
- RAVENCLAV!
- Granger, Hermiona!
- GRYFFINDOR!
- Greengrass, Dafne!
- SLYTHERIN!
- Longbottom, Neville!

background image

- GRYFFINDOR!
    Pulchny, niezbyt wysoki chłopiec o pyzatej twarzy tak się przestraszył, że idąc 
do stołu Gryfonów, potknął się o schody i wyrżnął się na posadzkę. Kilku 
mieszkańców jego domu pomogło mu, w tym prefekt- prosiak Percy Weasley.
- Weasley!!!- wykrzyknęła zdenerwowana Mcgonagall podchodząc do 
zdziwionego prefekta swojego domu. Twarz miała czerwoną od gniewu.- Co ty 
masz na odznace?! Co to za wygłupy?!
- Ja...- zbladł Percy i wziął odznakę do ręki.- Ja... Kto to zrobił?! Ktoś zrobił mi 
bardzo niekulturalny żart, pani profesor McGonagall.
- O tym porozmawiamy dziś po uczcie... I zdejmij to, zanim tego nie naprawisz- 
warknęła nauczycielka i wróciła do ceremonii przydziału. Trzeba przyznać, że 
potrafiła drzeć się głośniej, niż tiara...
- Malfoy, Draco!
-SLYTHERIN!
  Harry przesłał przelotny uśmiech do przyjaciela.
- McMillan, Ernie!
- HUFFELPUFF!
- Parkinson, Pansy!
- SLYTHERIN!
- Patil, Padma!
- RAVENCLAV!
- Patil, Parvati!
- GRYFFINDOR!
- Smith, Zachariasz!
- HUFFELPUFF!
  Gdy już i ci uczniowie zostali przydzieleni, Harry spiął się cały. Teraz powinno 
zostać wyczytane jego nazwisko...
- Snape, Harry!- wygłosiła jego nazwisko profesor McGonagall, a przez Wielką 
Salę przeszły szepty.
" Syn Snape'a?"
"TEN Harry Snape?"
" Ten, który pokonał Czarnego Pana?"
" Syn Mistrza Eliksirów?"
   Harry dumnie przeszedł przez salę, nie oglądając się na boki. Dreszcze 
przeszły po jego plecach. A jeśli koszmar się spełni?
   Nauczycielka włożyła brunetowi Tiarę Przydziału na głowę, a wtedy chłopiec 
usłyszał w głowie cichutki głosik:
- Mam wielki kłopot, gdzie cię przydzielić... Jesteś potomkiem Merlina i Salazara 
Slytherina... Pasujesz jak ulał do Slytherinu, ale jesteś tez bardzo bystry i 
inteligentny... W sam raz jak do Ravenclavu... Zatem ja nie chcę cię krzywdzić... 
Jesteś prawdziwym Ślizgonem... A prawdziwy Ślizgon sam zdecyduje, w którym 
domu chce być.
- Proszę, do Slytherinu...- pomyślał Harry
- A zatem... SLYTHERIN!!!
  Harry zdjął tiarę z głowy i z dumnym uśmiechem skierował się do stołu 
Ślizgonów, przy którym jego uczniowie głośno wiwatowali na jego cześć.

background image

- Mamy Harry'ego! Mamy Harry'ego!- krzyczeli radośnie bliźniacy Weasley, a 
Draco przybił piątkę przyjacielowi, który zajął miejsce obok niego.
- Turpin, Lisa!
- RAVENCLAV!
- Weasley, Ronald!
- GRYFFINDOR!
  To było ostatnie nazwisko na liście pierwszoklasistów. McGonagall zwinęła 
rulon, po chwili zniknął on wraz z tiarą i taboretem.
   Teraz, nauczycielka wróciła do stołu nauczycielskiego, a na mównicy stanął 
dyrektor szkoły- Albus Dumbledore.
- Witam was, uczniowie, w kolejnym roku nauki w Hogwarcie. Teraz, kiedy nastał 
oficjalny koniec wakacji, należy zacząć się uczyć i chodzić na lekcje. Wpierw 
przypominam o tym, że wstęp do Zakazanego Lasu będzie surowo karany. Nie 
wolno się pojedynkować na korytarzach. Każdy przyłapany na szwędaniu się po 
korytarzach w wieczornych porach, będzie ukarany- mówił dyrektor- Ale, żeby nie
przynudzać, życzę wam... Smacznego!
   Nareszcie na stołach pojawiły się półmiski z potrawami i dzbanki z napojami 
gorącymi i zimnymi.
- Witajcie, nowi... Jestem David Lestrange i objąłem w tym roku pozycję prefekta 
Slytherinu...- oznajmił wysoki 15-latek o całkowicie zgolonej głowie.- Jako że jest 
nas mało w naszym domu i tworzymy jedną wielką rodzinę, dam wam listę 
domowników. Każdy Ślizgon musi znać nazwisko swoich braci i sióstr.
- Jasne- uśmiechnął się Harry i wziął kartkę pergaminu od starszego kolegi.
_________________________________________________
                                   SLYTHERIN
                           1 KLASA
1. Chłopcy: Harry Snape, Draco Malfoy.
2. Dziewczyny: Milicenta Bulstrode, Dafne Greengrass, Pansy Parkinson.
                           2 KLASA
1. Chłopcy: Martin Lestrange, Adrian Pucey, Danny Greyback.
2. Dziewczyny: Selene Sanchez, Demeter Blue.
                            3 KLASA
1. Chłopcy: Fred Weasley, George Weasley, Miles Bletchley.
2. Dziewczyny: Alice Lestrange, Hannah Preyfood.
                            4 KLASA
1. Chłopcy: Matt Derrick, Patrick Bole, Jack Montague.
2. Dziewczyny: Astoria Greengrass, Kelly Vaisey, Emily Dormens.
                             5 KLASA
1. Chłopcy: David Lestrange, John Harper.
2. Dziewczyny: Vasemira Blood, Raymonda Sharp, Stella Preyfood.
                             6 KLASA
1. Chłopcy: Ben Rock,Marcus Flint, Mike Sharp.
2. Dziewczyny: Teresa Black, Jordie Harper.
                             7 KLASA
1. Chłopcy: Peter Grews, Rolph Janks.
2. Dziewczyny: Donna Crabbe, Evelyne Goyle.

background image

_________________________________________________
- To razem jest nas tylko 35 osób?- upewnił się Draco, jedząc udko kurczaka.
- Tak. Łatwiej dzięki temu utrzymywać rodzinne, ciepłe stosunki. Oczywiście inne 
domy równamy z ziemią...- uśmiechnęła się ciepło prefektka z 5 klasy, Vasemira 
Blood.
- To fajnie- stwierdził Harry, gryząc kawałek pizzy.
- Jutro jest niedziela... Więc jutrzejszy dzień przeznaczymy w większej części na 
pokazanie wam, pierwszoklasistom, zasad panujących w domu Węża- oznajmił 
David.
- Jakich?- zaciekawił się Draco.
- A o tym jutro...- uśmiechnęła się tajemniczo Vasemira.
   Po uczcie dyrektor kazał rozejść się uczniom do dormitoriów.
   W Slytherinie prefekci mieli podzielone zadania. Ci z 5 klasy prowadzili do 
pokoju wspólnego, ci z 6 klasy pilnowali, aby nikt z innego domu ich nie śledził, a
ci z 7 klasy pilnowali tyłów.
   Droga zdawała się być bardzo długa. Mijali kolejne korytarze, schodząc 
korytarzami lochów coraz bardziej w dół.
    W pewnym momencie prefekci przystanęli przed ścianą z czarnego marmuru. 
Wyglądała tak jak każda inna... Jedyne, co było w niej niezwykłe, to 2 kolumny 
jakby splecione z węży.

Rozdział 12 " Witaj w domu"cz.2

     Drodzy moi czytelnicy(nieliczni co prawda)!
Nie spodziewałam się i tak tylu Waszych komentarzy. To mnie zaskoczyło 
pozytywnie, choć wierzę, że może być Was jeszcze więcej.
   Chcę sprostować jedną rzecz, ale tak, aby za dużo nie zdradzić, co do 
przyszłych zdarzeń...
SYRIO BLACK- ja nie robię nieplanowanych rzeczy... Skróciłam lata młode 
Harry'ego Snape'a w poprzednich rozdziałach, bo wiele historii z tego czasu 
mam opowiadać w przyszłych rozdziałach. Ten początek był tylko ogólnym 
zarysem dzieciństwa bohatera. Wielu rzeczy, tych ważnych i ciekawych dowiemy
się w kolejnych rozdziałach.
Ps; Też nie lubię przeskakiwania z tematu do tematu,  ze zdarzenia do 
zdarzenia.
ŻYCZĘ MIŁEGO CZYTANIA.
                                          ***
[...] W pewnym momencie prefekci przystanęli przed ścianą z czarnego 
marmuru. Wyglądała tak jak każda inna... Jedyne, co było w niej niezwykłe, to 2 
kolumny jakby splecione z węży po bokach.
- Czarna Moc- wypowiedział hasło David Lestrange.- Zapamiętajcie, to hasło do 
naszego salonu.
   Nagle w ścianie zaczęły się pojawiać czarno-srebrne drzwi, z bijącym od nich 
ciemnozielonym światłem.

background image

- A i tak dla ciekawostki, tylko prawdziwy Ślizgon może tu wejść. Inaczej wejdzie 
do środka i nie będzie pamiętał, co się działo później- uśmiechnęła się z 
wyższością Vasemira Blood.
- A dyrektor? Przecież był Gryfonem...- zauważył Harry.- On też tu nie może 
wejść?
- No co ty? Dyrektor w salonie Slytherinu to nierealizm- zachichotał Fred.- Nie 
wyobrażam go sobie u nas...
- Chodźcie do środka- polecił wszystkim Ślizgonom David.
  Wpierw szli słabo oświetlonym, jedynie płonącymi pochodniami, wąskim 
korytarzem. Na ścianach z czarnego marmuru wisiały flagi z godłem Slytherinu.
    Po przejściu około kilkunastu metrów natknęli się na ledwie widoczne drzwi ze 
srebrną klamką. Otworzyli je i ich oczom ukazał się przepiękny, mroczny, 
przestronny Salon Slytherinu. Był cudowny.
   Na ścianach wisiały  przeróżne obrazy, dekoracje z wężami na srebrno-
zielonym tle oraz lampy dające zielone, mroczne światło, padające na 
powierzchnię całego pomieszczenia.
   W jednej ścianie z czarno-zielonego marmuru został umieszczony kominek z 
płonącym w nim ogniem, a przed nim 2 długie, czarne kanapy i 4 fotele z takim 
samym obiciem.
   Dalej, w tyle ustawiono długą ławę z siedzeniami, ze srebrnego marmuru. Tam 
można było imprezować, jeść, uczyć się, rozmawiać i odrabiać lekcje.
   W jednej ścianie zostały umieszczone drzwi zapewne prowadzące do sypialni.
- Chłopcy, chodźcie za mną- polecił Harry'emu i Draco David- Dziewczyny za 
Vasemirą.
   Prefekt poprowadził dwójkę pierwszoklasistów płci męskiej w kierunku drzwi. 
Otworzył je i wyszli do korytarza, podobnego do tego wejściowego, tyle że w 
ścianie z marmuru umieszczono szereg drzwi( dokładnie 15). 14 było dla 
Ślizgonek i Ślizgonów klas 1-7, a 15 prowadziły do, jak się okazało, Izby Pamięci 
poświęconej domu Węża.
- Wasza sypialnia jest 1 po lewej. Drzwi się otworzą pod dotykiem waszej dłoni. 
Dodatkowo może tam wejść opiekun naszego domu. Inni muszą pukać, aby 
wejść, wy musicie otworzyć. Nikt się nie włamie- uśmiechnął się David do 
młodszych kolegów.- Jutro nie idziecie na śniadanie do Wielkiej Sali. Będziecie 
się tak długo jak trzeba uczyć nienagannych manier ze Ślizgonkami  z 1 klasy. 
Potem z całym domem. Na końcu dopiero będziecie mogli wyjść z salonu 
Slytherinu i jeść w Wielkiej Sali i chodzić po szkole. O godzinie 9 rano widzę was 
oboje w Izbie Pamięci. Stamtąd do jednej z sekretnych komnat Ślizgonów. 
Zrozumieliście Harry i Draco?
- Tak- przytaknęli nowo upieczeni Ślizgoni.
- To idźcie do waszej sypialni. Wasze rzeczy już tam są. Rozpakujcie się i idźcie 
iść o której chcecie. My, Ślizgoni nie mamy żadnych ograniczeń- oznajmił 
Lestrange.- Dobranoc. A i jutro pokażecie wszystkim nam Ślizgonom wasz pokój.
Dormitorium naszego domu jakby żyje. To od waszych charakterów zależy, jak 
będzie wyglądał wasz pokój. Ja i John mamy wystrój jakby prosto z dna morza. 
To uspokaja i przynosi nam ukojenie.
- Dobranoc-pożegnali się chłopcy i przeszli przez pierwsze drzwi z lewej. Byli 

background image

ciekawi, co tam zobaczą.
   To, co zobaczyli w środku przerosło ich najśmielsze oczekiwania. Było to 
przepięknie urządzone pomieszczenie, bardzo przestronne, w gustownym stylu. 
Przypominało książęcą komnatę z okresów Średniowiecza.
   Ściany zostały wykonane z czarnego, lśniącego marmuru, tak samo podłoga. 
Na nich wisiało kilka obrazów, ozdób i tablica, gdzie pojawiały się informacje, o 
których nie wolno było zapomnieć.
   Na końcu ustawiono blisko siebie dwa duże łoża z czarną, jedwabną pościelą, 
a kotary miały kolor srebrno-zielony.
  Przy łóżkach leżały seledynowe, puszyste dywany. Przy ścianie ustawiono 
stolik, a dookoła niego 4 obite srebrno-zielonym materiałem fotele.
  Z sufitu zaczarowanego na czarne chmury wisiały przypominające  
pioruny(wiernie je imitujące) lampy oświetlające pokój na zielono.
  Dodatkowo z ich sypialni wychodziły drzwi nie tylko na korytarz, a jeszcze do 
prywatnej łazienki. Kafelki były kusząco ciemnozielone, a błyszczące tak, że dało
się w nich przejrzeć. Jeszcze to jaccuzi na środku... I mały basen...
- Tu jest świetnie- stwierdził z zachwytem Draco obserwując leżącą za gablotą 
imponującą kolekcję różnych ostrzy, broni i medalionów.
- Zgadzam się!- krzyknął Harry rzucając się na swoje łóżko.  Koło niego leżał 
jego kufer oraz klatki ze zwierzętami.
- Alohomora- tym jednym zaklęciem młody Snape otworzył klatki swojego węża i 
feniksa. Ptak wleciał na drążek uczepiony do ściany, a wąż położył się w nowym 
terrarium, od środka magicznie powiększonym.
- Nie zje mnie?- upewnił się Malfoy Junior, spoglądając na węża z lekkim 
strachem. Wszyscy prócz Harry'ego bali się tego stworzenia, które ciągle rosło i 
było bardzo niebezpieczne.
- Żartujesz, Draco? On cię nie zje, bo mu nie pozwolę- odparł poważnie Harry, 
głaszcząc białego persa przyjaciela, który polubił go od początku. Kot głośno 
mruczał, leżąc na chłopcu, widocznie radosny i zadowolony.
- Jak myślisz, co to za nauka nienagannych manier, o których mówił David?- 
spytał Draco, układając się na swoim łóżku. Przeciągnął się na nim wygodnie.
- A ja wiem. Ale to chyba okey, nie? Jako Ślizgoni, musimy dbać o honor szkoły- 
rzekł młody Snape.- No i jesteśmy jakby jedną wielką rodziną. Musimy się 
trzymać z innymi Wężami razem.
   Później wieczór spędzili kąpiąc się w jaccuzi. Aż nie chce się wierzyć, ile 
istnieje zapachów płynów do mycia...
                                   ***
   Severus Snape również nie marnował wieczoru. Był umówiony na 
przyjacielskie spotkanie z Lucjuszem, w gabinecie starszego mężczyzny, który 
uczył Obrony przed Czarną Magią.
   Mistrz Eliksirów doszedł do drzwi Lucjusza i zapukał w nie. Nie zamierzał 
chodzić jak ktoś niekulturalny i źle wychowany.
  Wkrótce drzwi się otworzyły i pojawił się w nich Malfoy Senior.
- Sev... Wchodź- uśmiechnął się nauczyciel Obrony przed Czarną Magią i 
wpuścił do środka przyjaciela.- Jak zwykle punktualny co do minuty. Ty nigdy się 
nie spóźnisz? Albo nie przyjdziesz za wcześnie? Myślałem, że z wiekiem ci to 

background image

przejdzie, ale nie...
- Daruj, gadasz gorzej niż gadała moja matka- uciszył go Severus- Mieliśmy 
pogadać, Lu. Mówiłeś, że to akurat ważne i trzeba się pospieszyć.
- Tak, tak... Siadaj, rozgość się- westchnął blondyn i sam zajął miejsce w fotelu, 
na przeciwko bruneta.- Jak zawsze whisky?
- Tak- przytaknął z chęcią Snape Senior.- Trzeba świętować, nasi chłopcy 
dorastają. Poszli do Hogwartu. Kompletnie nie wiem, kiedy te lata minęły. Nim się
obejrzałem, a z Harry'ego, malucha, zrobił się już 11-latek... Jak on szybko 
dorasta.
- Draco też. Jeszcze niedawno nosiłem go na rękach- mruknął Lucjusz.- Ale nie o
tym miałem zamiar z tobą porozmawiać, choć to kusząca propozycja.- podał 
młodszemu mężczyźnie szklankę z mocnym alkoholem.
- A więc o czym?- zapytał z udawanym zainteresowaniem Severus.
- Sev, ja wiem, że Czarny Pan nie zginął na zawsze. Ja jestem Śmierciożercą i ty
jesteś Śmierciożercą. To NIGDY się nie zmieni. Sądzę, że on był pozbawiony 
mocy, ale się odradza. Stopniowo, powoli, ale jednak. Wiesz co to znaczy...- 
mówił Malfoy dosyć wolno i niezbyt głośno.
- To nie prawda...- szepnął Snape, nagle blednąc.- On nie może wrócić... To by 
oznaczało, że Harry będzie w śmiertelnym niebezpieczeństwie... Nie mówię o 
sobie... Jestem gotowy zginąć, aby mój syn przeżył... On nie może umrzeć.
- Spokojnie, Severusie... On nie musi się przeciwstawiać Czarnemu Panu. Jest 
silny i potężny. Nasz Pan nie będzie chciał mieć w nim wroga teraz... Zaoferuje 
mu z pewnością coś więcej niż bycie zwykłym Śmierciożercą...- uśmiechnął się 
pocieszająco Lucjusz.- A wtedy twój syn zadecyduje, co dla niego liczy się w 
życiu. Jak już mówiłem jest silny i potężny, nie da się tego nie zauważyć. 
Uważam, że wraz z Czarnym Panem będą stanowili niepokonany duet.
- Lucjuszu! Co ty gadasz?!- krzyknął Snape.- Czy zdajesz sobie w ogóle sprawę 
z sensu swoich wypowiedzi? Czarny Pan chciał zabić Harry'ego!  Mój syn, jeśli 
jest tak jak mówisz, jest w śmiertelnym niebezpieczeństwie. I wątpię, żeby 
przyłączył się do Czarnego Pana.
- Sev, zadziwiające, jak mało znasz swojego syna...- mruknął Malfoy- On zdaje 
sobie sprawę ze swojej mocy i to na pewno wykorzysta. Nie doceniasz swojego 
jedynego potomka, wstydź się. Ja doceniam Draco... A teraz, aby nie zadręczać 
się niepotrzebnie, pijmy.
   Pili naraz i dolewali sobie ciągle whisky. Severus po kilku rundkach zaczął 
widzieć podwójnie, potem potrójnie, a potem ... zrobiło się czarno. Nie pamiętał, 
co było dalej.

Rozdział 13" Zasady kształtują nasz charakter"

  Następnego dnia Severus obudził się na kanapie w jakimś obcym 
pomieszczeniu. Miał ogromnego kaca i niezbyt pamiętał, co się zdarzyło 
poprzedniego wieczora.
- Ach tak...- przypomniał sobie w myślach Snape.- Upiliśmy się z Lucjuszem... 

background image

Ciekawe, gdzie on jest i która to już może być godzina...
  Mężczyzna wstał i wyszedł bez słowa z kwater przyjaciela. Była dopiero 6 rano, 
więc na korytarzach nie powinien spotkać żadnych uczniów. Musiał wziąć 
prysznic i ubrać się w czyste szaty. Nie lubił niechlujstwa i brudu. A szczególnie 
na sobie.
  Wrócił do swoich kwater, prawie biegnąc. Jego obecność w gabinecie Lucjusza 
przez całą noc mogłaby wywołać plotki na jego temat. A tego nie znosił.
   Od razu po wejściu do swoich kwater, Severus zaszył się w swojej łazience i 
siedział tam całą godzinę. Mimo iż był mężczyzną, dbał o swój wygląd. Harry 
odziedziczył to po nim z całą pewnością- potrafił zajmować łazienkę przez pół 
dnia. To doprowadzało do szału jego ojca...
  Idąc do Wielkiej Sali o godzinie 9, Mistrz Eliksirów miał nadzieję zobaczyć 
swojego syna. Nie rozmawiał z nim odkąd pożegnali się jeszcze w domu.
   Wszedł do środka i zdziwił się, bo przy stole siedziała niecała połowa 
Ślizgonów. Często zdarzało się, że jego dom pierwszego dnia nie zjawiał się na 
śniadaniu(ale chodziło tu o najwyżej kilka pojedynczych osób). Najgorsze, że 
Harry'ego nie było z tą częścią Domu Węża, która siedziała w Wielkiej Sali. Tak 
samo Draco...
- Czemu nie ma tylu Ślizgonów, Severusie?- spytała McGonagall młodszego 
czarodzieja, który zajął miejsce między dyrektorem, a Lucjuszem. Ona siedziała 
po drugiej stronie dyrektora.- W tym wszystkich prefektów i pierwszoklasistów? 
Czyżby ci najnowsi i najstarsi zaspali?
- Nie wiem. Jak nie zjawią się na obiad, to pójdę sprawdzić, co z nimi się stało- 
westchnął ze zrezygnowaniem Severus.- A Gryfoni, jak zwykle są, bardzo liczni.
- O tak... Nie pozwalam moim podopiecznym na takie folgowanie sobie- dogryzła
mu się Minevra.- Już by Gryfoni dostali ode mnie szlaban za coś takiego. Ty 
jesteś zbyt łagodny dla swoich Ślizgonów. Stanowczo zbyt im popuszczasz. 
Przydałaby się im się lekcja punktualności.
- Och, tak uważasz? Ja myślę, że twoim Gryfonom przydałaby się lekcja dobrych
manier. Patrz, jak zachowują się przy stole- odparł złośliwie Snape, pokazując 
Gryfonów jedzących palcami i wylizujących językiem talerze.- Czy oni nie 
rozumieją, że tu nie trzeba zmywać, bo robią to Skrzaty? Wychowanie jakby 
prosto ze wsi. A moi Ślizgoni... Tylko popatrz, jacy kulturalni i eleganccy.
  O tak, Ślizgoni mieli swoje tradycje i zasady. Przy stole siedzieli prosto i ani 
trochę się nie garbili. Jedli kulturalnie nożem i widelcem, a wycierali usta 
serwetką, a nie rękawem. Szaty mieli nieprzetarte i włożone do 
spodni/spódniczek. Wyglądali jak chodzące eleganty. Nie garbili się chodząc i do 
każdego ruchu przykładali dużą wagę, jakby robili to od urodzenia. Na twarzy 
mieli kamienne maski i nie rozmawiali z pełnymi ustami, tak jak to robili 
uczniowie innych domów.
   McGonagall na ten złośliwy komentarz nie wymyśliła sensownej odpowiedzi, 
więc zamilkła.
                                     ***
   Harry, w przeciwieństwie do ojca, tego dnia wstał o godzinie 8. Wyjął z kufra 
szaty z odpowiednimi Ślizgońskimi kolorami i poszedł z nimi do łazienki, 
korzystając że jego współlokator nadal spał.

background image

   Szkolny mundurek młodego Snape'a składał się z:
- śnieżnobiałej koszuli z długim rękawem, starannie wyprasowanej,
- zielono-srebrnego krawatu,
- srebrnej kamizelki nałożonej na koszulę, a na piersi naszywka z godłem domu 
węża, czyli z wężem w koronie,
- czarnych jak heban spodni, do których była włożona koszula,
- na to wszystko narzuconej czarnej peleryny obszytej z przodu, przy zamku, 
grubym paskiem zielonego koloru. Można było ją zamykać do końca, do połowy, 
na jeden guzik, lub nie zapinać wcale. Harry nie zapinał jej.
- czarnych, błyszczących butów ze srebrno-zielonymi sznurówkami.
   Z tego, co młody Snape wiedział, to ten mundurek nosiło się podczas 
poruszania się poza dormitorium domu oraz poza świętami( o ile zostawało się 
na nie w szkole) i wyjazdami do Hogsmeade(dopiero od 3 klasy). W zimne dni, 
kiedy wychodziło się na zewnątrz, nosiło się cieplejszą odmianę mundurka.
   Po solidnym umyciu się, Harry wyszedł z łazienki, udostępniając ją przy tym już
nie śpiącemu Draco, który tylko na to czekał.
   Młody Snape usiadł na łóżku i wpakował do kufra swoje ubrania. Zmienił jego 
wygląd na czarną, kamienną szafę, co pasowało do wystroju pokoju.
   Draco też spędził trochę czasu w łazience, choć nie tyle, co jego przyjaciel. 
Wyszedł z niej już umyty i w kompletnym mundurku.
- Świetnie wyglądasz, współlokatorze- pochwalił przyjaciela Harry.
- Dzięki, ty też- wyszczerzył się Malfoy.- Zaraz 9, więc powinniśmy iść do Izby 
Pamięci Slytherinu, jak mówił David.
   Chłopcy wyszli ze swojej sypialni i przeszli przez drzwi prowadzące do Izby 
Pamięci Slytherinu. Tam już czekali na nich wszyscy prefekci ich domu.
- Witajcie. Dobrze, że jesteście punktualni. Mam nadzieję, że dziewczyny zaraz 
się zjawią- oznajmił prefekt z 6 klasy Ben Rock.- Gdy dojdą, to zaczniemy uczyć 
was zasad panujących w Slytherinie. Każdy Ślizgon musi je znać, aby nie hańbić
naszego domu. Wszyscy nasi prefekci są zobowiązani uczyć nowe pokolenia 
Domu Węża tradycji domu.
   Zanim ktoś zdążył coś dopowiedzieć, w drzwiach stanęły 3 pierwszoklasistki ze
Slytherinu: Milicenta Bulstrode, Pansy Parkinson i Dafne Greengrass.
- Jak już wszyscy jesteśmy, to chodźmy do Sali Zasad- rozkazała 6-klasistka, 
prefektka Teresa Black. Była podobno bardzo daleko spokrewniona z Syriuszem 
Blackiem.
   Peter Graws, prefekt z 7 klasy podszedł do jednej ze ścian, na której wisiały 
różne, kolorowe tabliczki. Nacisnął pierwszą z nich, a nagle pojawiły się obok 
niego schody prowadzące na dół.
- Za mną- poleciła rówieśniczka Petera, prefektka Donna Crabbe.
   Gdy przeszli około 30 stopni w dół, znaleźli się w dużym pomieszczeniu. 
Podłoga i ściany były wykonane z czarnego marmuru. Na środku stała długa 
ława przykryta zielonym obrusem ze srebrnymi wężami na niej wyhaftowanymi.
- Usiądźcie- polecił najmłodszym David.- My wam przeczytamy wszystkie zasady
panujące wśród Ślizgonów,  a potem zaczniemy was uczyć stosować się do nich.
Im szybciej załapiecie, tym szybciej skończymy to. To wasza pierwsza lekcja w 
Hogwarcie i z pewnością najważniejsza.

background image

   Cała piątka 11-latków słuchała z uwagą cytowanych po kolei przez prefektów 
zasad. Było ich bardzo dużo, ale każda bardzo ważna i znacząca. Nie można 
było ich zapomnieć. Niektóre traktowały o tym, że nie wolno było się garbić, ani 
chodzić niechlujnie ubranym. To obowiązywało jedynie poza salonem Slytherinu. 
W nim można było już się wyluzować.
   Żaden Ślizgon nie mógł puścić płazem obrażania honoru swojego czy innego 
Ślizgona przez innych. Musiał sprawić, że krytykująca osoba pożałuje swoich 
słów.
   Każdy uczeń w Slytherinie jest bratem/siostrą drugiego Ślizgona i jest 
zobowiązany mu pomóc.
   Po przeczytaniu wielu zasad, prefekci zaczęli wbijać każdą zasadę z osobna 
młodszym kolegom i koleżankom. Nie mogli zapomnieć ich do końca życia.  W 
końcu nie przestawało się być Ślizgonem do końca życia. To dom na całe życie. 
A zasady kształtują nasz charakter.
   11-latkowie uczyli się prędko. Tradycje domu szybko trafiały do ich młodych 
głów. Nie chcieli splamić honoru Slytherinu.
   Dopiero około godziny 14 większość zasad "nowi" ćwiczyli z resztą domu. To 
miało być ostatnim sprawdzeniem tego, co zapamiętali. Wyszli na tym teście 
świetnie. Nie popełnili żadnych błędów.
   Około godziny 18 udali się całym domem do Wielkiej Sali na kolację. Powinni 
zjawić się tego dnia chociaż na 1 posiłku.
   Wejście Ślizgonów, tym razem wszystkich, wzbudziła sensację zarówno wśród 
uczniów i nauczycieli.
- Nareszcie się zjawili pierwszoklasiści od Węży. Czyżby spali aż dotąd? Cudnie, 
Malfoy i Snape w jednym pokoju, to dlatego...- zadrwił głośno Ronald Weasley, 
obracając się do zielono-srebrnych.- A teraz raczyli się tu zjawić włącznie z 
prefektami.
- Zamknij się, Weasley, jak nie chcesz skończyć jako pokarm dla mojego węża- 
warknął głośno Harry i po chwili całym domem otoczyli wrednego 1-klasistę od 
Lwów. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego.O!
- A co mi zrobisz, Snape?- zadrwił ponownie młody Gryfon, wstając. Za nim 
wstawiło się kilku jego kolegów.
- Właśnie, co mu zrobisz Snape?- zachichotał Finnigan.
- Nie chcesz wiedzieć, Lwiątko- odgryzł się Harry wyciągając różdżkę z kieszeni.-
Jak jesteś taki mądry, to cię wyzywam, Weasley. Strach cię obleciał, co?
- Chciałbyś- warknął Weasley junior.
- Albo jesteś głupi albo bardzo odważny. Gryfon, tfu! Raczej głupi- odparł z 
wyższością młody Snape, a większość Ślizgonów zachichotało, wstawiając się 
za nim.- Panie, panowie, szykujcie się. Ten idiota chce mi podskoczyć! Szykujcie 
trumnę.
- Chyba dla ciebie- mruknął głośno Ronald.- Co ty w ogóle potrafisz? Jesteś taki 
odważny, bo otaczają cię kumple. Sam będziesz uciekał, gdzie pieprz rośnie. 
Może się mylę?
- Nawet nie wiesz jak- zachichotał złośliwie Harry. Stojąc przed rudzielcem był od
niego sporo wyższy.
   Nagle Weasley zamachnął się na niego pięścią. Gdyby nie doskonały refleks 

background image

młodego Snape'a, to ten by już leżał na podłodze.
- Tylko na tyle cię stać?- zadrwił Harry, a jego przyjaciele i koledzy mu 
zawtórowali.- Zniżasz się... Takie smutne. Gorzej niż SZLAMY.
- Co powiedziałeś?- krzyknął Ronald czerwony ze złości i skoczył na wroga. Był 
od niego znacznie grubszy i cięższy.
   Harry w ostatniej chwili zrobił unik. Walną pięścią w twarz rudzielca, który 
niebezpiecznie się zachwiał.
   Gryfoni zaczęli krzyczeć z oburzeniem, a Ślizgoni dopingowali swojego kolegę.
Harry ukłonił się i jeszcze kopnął nogą z całej siły Weasley'a, który przeturlał się 
po całej podłodze, jęcząc z bólu.
- Zapłacisz mi za to- wydusił Ronald. Kilku Gryfonów pomogło mu wstać i wrócili 
do swojego stołu.
   Najdziwniejsze było, że nauczyciele wcale nie zareagowali. To się często nie 
zdarzało. Nie... To nigdy się nie zdarzało. Podejrzane. Może nie zamierzali 
wtrącać się w sprawy syna Mistrza Eliksirów, którego akurat nie było w Wielkiej 
Sali...
- To było świetne- mówili wszyscy Harry'emu, który otrzymał już chyba gratulacje 
od każdego Ślizgona.
   Reszta dnia minęła młodemu Snape'owi świetnie. Nie nudził się wcale.

Rozdział 14"Pierwsze lekcje"

      Następnego dnia Harry został obudzony przez Draco o godzinie 7.00. W 
końcu o 8 powinni się zjawić w Wielkiej Sali na śniadaniu, podczas którego 
otrzymają swoje plany lekcji.
    Młody Snape prędko umył się i ubrał w szkolne szaty. Twarz nasmarował 
specjalnym kremem, aby się nie błyszczała. Robił tak codziennie, bo chciał 
dobrze wyglądać.   ( Tak jakby nie wyglądał...)
   Oboje wraz z Malfoy'em ruszyli lochami do Wielkiej Sali. Tam panował 
codzienny gwar. Wszyscy jedli  i rozmawiali.
  Harry i Draco zajęli miejsce koło bliźniaków Weasley i kapitana drużyny 
Slytherinu w quidditchu, czyli Marcusa Flinta z 6 klasy. Tego ostatniego poznali 
poprzedniego dnia podczas kolacji. Uznał, że będzie musiał ich przetestować w 
grze, po tym jak się pochwalili że grają i wykazali refleksem.
- Plany lekcji- usłyszeli głos Petera Grawsa, ich prefekta z 7 klasy. Położył on 
przed wszystkimi Ślizgonami kartki z planami.
            PLAN LEKCJI HARRY SNAPE KL.1 SLYTHERIN
PONIEDZIAŁEK
8.00-10.00 ELIKSIRY
10.20-11.20 TRANSMUTACJA
11.30-12.30  ZAKLĘCIA
12.50-13.50 ZIELARSTWO

WTOREK

background image

8.00-10.00 TRANSMUTACJA
10.20-11.20 HISTORIA MAGII
11.30-12.30 OPCM
12.50-13.50 ZAKLĘCIA

ŚRODA
8.00-10.00 ELIKSIRY
10.20-11.20  ZAKLĘCIA
11.30-12.30  OPCM
12.50-13.50  ZIELARSTWO

CZWARTEK
8.00-10.00 QUIDDITCH
10.20-11.20 TRANSMUTACJA
11.30-12.30  OPCM
12.50-13.50  HISTORIA MAGII

PIĄTEK
8.00-10.00 ASTRONOMIA
10.20-11.20 ELIKSIRY
11.30-12.30 ZAKLĘCIA
12.50-13.50 OPCM

Eliksiry- GRYFFINDOR
Transmutacja- RAVENCLAV
Zaklęcia- RAVENCLAV
Zielarstwo- HUFFELPUFF
Historia Magii- HUFFELPUFF
OPCM- GRYFFINSOR
Quidditch- GRYFFINDOR
Astronomia- RAVENCLAV
___________________________________________________________
- Dziś pierwsze mamy eliksiry za... Merlinie! Jesteśmy spóźnieni już 5 minut!- 
wykrzyknął Harry, patrząc na zegarek. Wielka Sala w większości już bardzo 
opustoszała.- Biegiem do lochów, bo ojciec nas zabije!
   Draco zarzucił sobie torbę z książkami na ramię, tak jak jak jego przyjaciel i 
puścili się biegiem wzdłuż korytarzu. Najgorsze, że nie wiedzieli nawet, gdzie 
znajduje się klasa Eliksirów.
- Wskaż mi- mruknął Harry unosząc różdżkę. Ta skierowała go prosto. Byli przed 
salą.- Może lepiej w ogóle dziś nie iść na eliksiry, powiemy że poszliśmy do 
Skrzydła Szpitalnego, czy coś. Jesteśmy spóźnieni cały kwadrans.
- Włazimy. Ty pierwszy, tobie ojciec odpuści szybciej- oznajmił Draco patrząc 
błagalnie na kolegę.
- Dobra... Jestem odważniejszy- westchnął młody Snape i na raz, dwa, trzy 
otworzył drzwi i wyprostował się dumnie, patrząc na przerażoną klasę, którą 
katował jego ojciec. Katował w dosłownym tego słowa znaczeniu...

background image

- Widzę, że raczyliście się zjawić. Siadajcie. Ławka 1. Jeśli ktoś się następnym 
razem spóźni choćby o minutę to gorzko tego pożałuje. Co macie na swoje 
usprawiedliwienie, chłopcy?- spytał Severus, zabijając wzrokiem kilku 
pierwszoklasistów z Gryffindoru. Ci już trzęśli się na myśl o karze...
- Dostaliśmy późno plany lekcji- odparł bez emocji Harry.- Przepraszamy za 
spóźnienie, profesorze i postaramy się, aby się to nie powtórzyło.
  Oboje Harry i Draco stali prosto, jakby połknęli kij, ale z gracją, a na twarzy 
mały maski pozbawione emocji. Tak jak kazały im zasady Slytherinu.
"To mój syn? I Draco? Co im się stało? Tacy poważni?" pomyślał Mistrz Eliksirów,
ale tego nie powiedział.
  Harry i Draco bez dalszego tłumaczenia usiedli w pierwszej ławce, zaraz przed 
nauczyciela biurkiem. Tak, jak im kazano. Wyjęli potrzebne rzeczy z toreb i 
zamienili się w słuch.
- Skoro Harry znasz tak dobrze materiał i obserwujesz sufit, to może podzielisz 
się z nami swoją wiedzą?- spytał z krzywym uśmieszkiem nauczyciel.
- Oczywiście, panie profesorze- odparł hardo jego syn.- Co chce pan wiedzieć?- 
cała klasa wstrzymała oddech. Nikt nie miał tyle odwagi, aby coś powiedzieć 
TEMU nauczycielowi. A powiedzieć COŚ TAKIEGO...
- Jak nie odpowiesz, zarobisz szlaban za swoją bezczelność u pana Filcha. Więc
uważaj... Eliksir Tojadowy... Wiesz może do czego on służy i ile się go waży?- 
spytał Mistrz Eliksirów. Wiedział, że jego potomek nie wie nic o takim eliksirze. 
Nigdy go z nim nie omawiał, bo nie widział takiej potrzeby. Powinien się nauczyć,
jak się kulturalnie zachowywać.
- Dobrze, panie profesorze. Nic prostszego. Eliksir Tojadowy służy do pomocy 
Wilkołakom. Przechodzą one przemianę, ale są w stanie zapanować nad sobą i 
np. zaszyć się gdzieś, gdzie nikogo nie skrzywdzą. Tak jakby odzyskują kontrolę 
nad sobą podczas pełni. A warzy się go tydzień- odparł bez mrugnięcia okiem 
Harry. Nikt oprócz niego i jego ojca nie znał tego eliksiru, bo był mało 
powszechny i naprawdę niewielu na świecie potrafiło go uwarzyć.- Podać skład 
czy efekty uboczne, profesorze?
- Nie, dziękuję. Poprawna odpowiedź. Za taką wiedzę 30 punktów dla Slytherinu-
nagrodził syna Severus myśląc" Skąd on to na Merlina wie?"- A teraz wróćmy do 
tematu i radzę wam uważać. W środę zrobię wam kartkówkę z dzisiejszych 
wiadomości.
   Harry już resztę lekcji uważał. Nie chciał wkurzyć swojego ojca bardziej. Na 
pewno już załamywał sobie głowę nad wiadomościami potomka o takim mało 
znanym eliksirze.
   O godzinie 10.20 rozpoczęła się Transmutacja. Prowadziła ją profesor 
McGonagall, opiekunka Gryffindoru. Była surowa, ale też miła i sprawiedliwa. Nie
dosięgała do pięt stronniczemu i złośliwemu Severusowi Snape'owi, na którego 
widok i wspomnienie uczniowie padali na zawał serca.
   Tego dnia tematem było zapoznanie z Transmutacją. Nauczycielka mówiła o 
podstawowych rzeczach związanych z jej przedmiotem. Widać było, że jest 
zamiłowana w swoim przedmiocie.
   Później Harry i Draco udali się na Zaklęcia. Prowadził je karzeł Filius Flitwick, 
zarazem opiekun Ravenclavu. Aby było go widać, musiał stawać pośrodku stali 

background image

na stosie książek. Mówił trochę rozwlekle, czego młody Snape bardzo nie lubił. 
Niestety musiał to znosić.
   Ostatnią tego dnia lekcją było Zielarstwo w cieplarni. Prowadziła je Pomona 
Sprout, również opiekunka Huffelpuffu. Była miłą, pulchną czarownicą. Uczniowie
zwykle ją lubili, mimo iż nie wyróżniała się z tyłu. Chodziła w starych, połatanych 
szatach koloru zgniło-brązowego.
   Miała lekko skrzekliwy głos, podobny lekko do ropuszego. Dziwne porównanie, 
ale jakże trafne.
   Po tych zajęciach Harry i Draco zaszli do Wielkiej Sali na obiad. Byli już głodni i
zmęczeni, a jeszcze trochę prac do odrobienia...
   Wszyscy Ślizgoni siedzieli prosto przy stole, jakby połknęli kij. Tak musieli się 
zachowywać, dopóki nie znaleźli się w salonie domowym lub dormitorium. 
Chodzić też musieli z gracją i bez garbienia się.
- Jedz... Śniadania prawie nie tknąłeś- wypominał Draco młodemu Snape'owi.- 
Musisz jeść. Jesteś anorektykiem, musisz to zwalczyć... A ja nie zamierzam 
patrzyć, jak się łamiesz z kruchości...
- Przesadzasz, Draco- warknął niechętnie Harry.- Dla twojej wiadomości nie 
jestem głodny. Jak chcesz to jedz... Może zjem kolację.
- Nie może, a na pewno. Może chcesz, żebym zrobił ci obciach i zawołał twojego 
ojca, aby cię nakarmił?- szepnął mu na ucho blondyn, a młody Snape zrobił się 
czerwony złości.- I co? Jesz, czy będziesz się upierał przy swoim?
- Grrrr... Nie żyjesz Malfoy- wysyczał przez zęby brunet.- Już jesteś martwy.
- Nakarmić cię, Snape?- zachichotał Draco- Czy dasz radę jeszcze sam zjeść?
- Zjem sam, Malfoy- mruknął Harry i wziął na talerz kawałek kurczaka. Zjadł kilka 
kęsów, bo więcej nie dał rady w siebie wcisnąć.- Starczy?
- W zasadzie to powinieneś jeszcze trochę zje...- zaczął Malfoy junior.
- Zamknij się, ja nie chcesz wylądować na środku Wielkiej Sali w różowej 
spódniczce i bluzeczce i z kucykami na głowie- zagroził mu Snape junior.- A 
wiesz, że ja to potrafię.
- Harry... Robię to dla twojego dobra, przecież wiesz- westchnął Draco.- Albo 
jesteś głupi, albo uparty. Wierzę, że to drugie... Anoreksja może cię zabić... Po 
prostu dbam o ciebie i o twoje życie. Nie rozumiesz?
- Rozumiem aż za dobrze i rozumiem- szepnął cicho Harry, kładąc głowę na 
ramieniu przyjaciela.- Ale wiesz przecież, że ja nie daję rady tego przezwyciężyć.
Na razie żyję i mam się dobrze. Gdyby było coś nie tak, to bym cię na pewno 
poinformował.
- Ciągle jest coś nie tak. Powinieneś jeść więcej, bo w takim trybie życia, to się 
rozsypiesz...- rzekł Draco, odgarniając mu czarne włosy z czoła.- Chcę abyś żył i 
był zdrowy, jesteś moim przyjacielem, jakby bratem. A bracia dbają o siebie.
- Wiem, Draco... Zawsze byłeś mi bratem- uśmiechnął się brunet.- Postaram się 
coś zrobić. Jeśli nie dla siebie, to dla ciebie. Zgadzasz się?
- Jak na początek, to może być- wyszczerzył się tryumfująco blondyn.- Chodźmy 
może teraz do biblioteki? Musimy odrobić lekcje w końcu...
- Masz rację- zgodził się Harry i we dwoje pobiegli prędko do biblioteki. 
Oczywiście przez Wielką Salę przeszli dumnie, z wysoko podniesioną głową, tak 
jak przystało na prawdziwych Ślizgonów.

background image

   W bibliotece zajęli miejsce przy oknie, aby co jakiś czas zerkać na krajobraz na
zewnątrz. Tak minął pierwszy dzień nauki w Hogwarcie.

Rozdział 15" Za zniczem"

  Nazajutrz Harry obudził się wcześnie rano. Przeciągnął się na łóżku i zrzucił z 
siebie jedwabną, delikatną kołdrę. Ziewnął rozwlekle i westchnął. Było mu tak 
wygodnie, nie miał ochoty iść na lekcje. Gdyby tak znaleźć jakąś porządną 
wymówkę... Jego złowieszczo-zielone oczy zabłysły w błysku światła. Przeczesał
dłonią swoje kruczoczarne włosy, wesoło się uśmiechając do siebie.
  Młody Ślizgon cicho zakradł się do łazienki, aby nie obudzić swojego 
przyjaciela, który nadal smacznie spał.
  Kafelki przy zlewie były tak czyste, że chłopak mógł w nim obserwować swoje 
odbicie.  Zamiast tak jednak oglądać się w wielu lustrach rozstawionych czarami 
po łazience, wziął kąpiel z bąbelkami. Fala wielu niesamowitych zapachów wlała 
się do jego nozdrzy. Odetchnął głęboko, a aby nie tracić czasu na takie 
przyjemności, wyszedł z wody, zakrywając biodra miękkim, ciemnozielonym 
ręcznikiem z wyszytymi na nim srebrnymi wężami.
   Harry pogładził drugim ręcznikiem swoje zgrabne ciało, aby je starannie 
wytrzeć. Nie chciał zmoczyć szkolnych szat. Nałożył je dopiero na siebie, gdy był
dopiero zupełnie suchy i natarty soczyście pachnącymi balsamami o niezwykle 
pięknych męskich zapachach. Wiedział, że to działa silnie na kobiety.
  Na końcu Ślizgon umył zęby i twarz. Lubił błyszczeć śnieżnobiałymi kłami, które
przypominały lekko te wampirze.
  Szybko wyszedł z łazienki, udostępniając ją tym samym swojemu przyjacielowi 
z dormitorium, który już na to tylko czekał.
  Młody Snape usiadł na swoim łóżku i wrzucił do swojej torby podręczniki, kilka 
rolek pergaminu, pióro, tusz oraz inne potrzebne na lekcje tego dnia przedmioty.
   Wkrótce z łazienki wszedł przebrany w czyste, schludne szaty młody Malfoy. 
Włosy, które sięgały mu prawie do brody, czyli tak jak Harry'emu, w kolorze 
czystej bieli, ładnie kontrastowały z jego bladą, delikatną cerą.
- Idziemy na śniadanie?- zaproponował Harry i nie oczekując na jakąkolwiek 
odpowiedź wyszedł  z pokoju, zarzucając na ramię swoją czarną torbę z 
wyszytym na nim wężem. Rzucała się ona w oczy, a wyglądała naprawdę 
gustownie.
   Idąc korytarzami i schodami do Wielkiej Sali chłopcy nie rozmawiali ze sobą. 
Spieszyli się, aby znowu nie spóźnić się na pierwszą lekcję. Tym razem nie 
byłyby to Eliksiry, a Transmutacja, więc McGonagall od razu wlepiłaby im 
porządny szlaban i odjęła sporo punktów ich domowi.
   Harry i Draco zajęli miejsca obok siebie przy stole Slytherinu. Byli otoczeni 
przez innych Ślizgonów, którzy z chęcią zajęli ich rozmową.
- Ej, chłopaki, pokażemy wam coś wieczorem- szepnął cicho Fred, nachylając się
z naprzeciwka do nich.- Spotkamy się w naszej Izbie Pamięci.

background image

- Warto przyjść- dodał z szaleńczym uśmiechem George.- Nie pożałujecie... 
Godzina 21, może wyrobimy się przed północą.
- Świetnie- zgodzili się naraz młodzi Malfoy i Snape.
- Ej... Ja chciałem zaciągnąć naszych najmłodszych kolegów na boisko, aby ich 
przetestować- zaprotestował Marcus Flint.
- To my wam będziemy towarzyszyli z resztą drużyny... Tylko zrobimy to 
przesłuchanie może o 18?- zaproponował kompromis jeden z bliźniaków.- A 
potem ukradniemy chłopaków na wieczór. Okey, zgadzasz się Marcus?
- Świetnie, zatem ustalone- wyszczerzył się z powagą Flint, wyraźnie 
zadowolony rozwiązaniem kłopotu.- Zgadzacie się Harry, Draco?
   Najmłodsi Ślizgoni przytaknęli, szczerząc śnieżnobiałe zęby. Również byli 
zadowoleni z takiego obrotu sprawy, mimo iż musieli się szybko uporać z 
odrobieniem prac domowych po lekcjach.
  Po śniadaniu Harry i Draco udali się szybkim krokiem do sali Transmutacji, w 
której miała odbyć się ich następna lekcja. Przybyli najwcześniej ze wszystkich 
pierwszoklasistów, więc zajęli swoją ławkę(pierwszą przed nauczycielką) i zajęli 
się rozmową. Niestety przerwała im ją im profesor McGonagall i nadchodzący 
uczniowie.
   Na tej lekcji uczyli się przemieniania igły w zapałkę i odwrotnie. Jedynie 
Ślizgoni i Gryfonka Granger poradzili sobie bezbłędnie z tym zajęciem. Trzeba 
przyznać, że koleżanka Weasley'a, SZLAMA!, radziła sobie naprawdę dobrze w 
nauce i czarach. To oznaczało konkurencję dla Malfoy'a i Snape'a, którzy 
zgrywali z ulubionych przedmiotów orłów. Wywyższali się w klasie, aby 
zaimponować wszystkim i sobie nawzajem.
   Po zdobyciu przez Slytherin 15 punktów i przez Gryffindor 10 punktów, 
skończyła się lekcja. Harry i Draco pobiegli na Historię Magii.
  Tego przedmiotu nauczał profesor Binns, bardzo stary duch. Krążyły plotki, że 
kiedyś, kiedy uczył już w Hogwarcie historii magii, był jeszcze człowiekiem, ale 
bardzo starym. Któregoś dnia umarł i nawet nie spostrzegł się, kiedy to się stało. 
Podobno po dziś dzień nie wie, że nie żyje, bo nikt nie miał zamiaru go o tym 
informować, poza tym i tak by to go raczej nie obchodziło. Miał strasznie słabą 
pamięć, zawsze prowadził lekcje z notatek. Nie pamiętał uczniów, ani nawet ich 
nazwisk.
   Harry i Draco zajęli 3 ławkę, gdzie mieli zamiar sobie pospać. A notatki mogli 
zawsze od kogoś przepisać... O ile ktoś cokolwiek zapamięta i zrozumie z lekcji.
   Głos nauczyciela-ducha był niezachęcający do uwagi. Miał mdły i 
przynudzający ton. Profesor nawet nie obserwował klasy, która sobie spała, a on 
ciągle mówił...
   Następną lekcją była Obrona przed Czarną magią, którą prowadził ojciec 
Draco. Najmłodsi Ślizgoni zajęli pierwszą ławkę przed nauczycielem i byli 
naprawdę zainteresowani przebiegiem zajęć.
- Witam was, uczniowie. Nazywam się Lucjusz Malfoy i będę was uczył Obrony 
przed Czarną Magią. Jest to przedmiot wymagający wiele skupienia, pracy i 
talentu. Jeśli ktoś ma zamiar się obijać lub przeszkadzać, najlepiej niech już 
wyjdzie i nie wraca- przemówił Lucjusz Malfoy.- Nie mam zamiaru nikomu 
pobłażać, więc radzę wam się skoncentrować na moich słowach i poleceniach.- 

background image

tu spojrzał na syna i jego przyjaciela z ławki.- Zrozumieliście?
   Cała klasa przytaknęła nauczycielowi i zamieniła się w słuch. To przemówienie 
zrobiło na nich wrażenie, choć nie tak wielkie, jak to profesora Snape'a, którego 
wzrok był równie morderczy jak bazyliszka.
   Tego dnia na OPCM pierwsze klasy Gryffindoru i Slytherinu słuchały o 
różnicach podstawowych między Białą Magią, a Czarną Magią. Były to 
wiadomości z zakresu początkujących, a Harry znał ich znacznie więcej i nie 
wierzył w te bujdy, że jest to coś zupełnie różnego. Magia jest jedna, z tym że 
podzieliła się na 2 części: Czarną i Białą. Obie mogą służyć do czynienia dobra i 
zła, w zależności od celu ich użycia.
- Panie profesorze, pan tłumaczy że Czarne jest złe, a Białe jest dobre, mimo iż 
wie pan, że tak nie jest- odezwał się Harry po zgłoszeniu się do odpowiedzi.- 
Czyż nie można  skrzywdzić Białym zaklęciem, a pomóc Czarnym?
- Świetne spostrzeżenie, Harry. A czy możesz podać mi przykład wraz z 
wyjaśnieniem swojej teorii- dał mu zadanie Malfoy Senior.- Czy potrafisz obronić 
swoje zdanie? Czy są to założenia bez konkretnych dowodów?
- Oczywiście że potrafię obronić swojej teorii, inaczej bym się nie odzywał, 
profesorze- uśmiechnął się z wyższością i powściągliwością młody Snape.- Tak 
naprawdę Biała Magia i Czarna Magia to są tylko nazwy. Rzeczywiście różnią je 
cel, zamiar i skutki, ale to ta sama magia. Zaklęcia Białej Magii mogą służyć do 
czynienia Zła, a przecież nie są zakazane. Na przykład Expelliarmusem o dużej 
sile można kogoś nawet zabić, tak samo można obezwładnić kogoś Drętwotą, a 
potem torturować. A i Czarną Magią można zrobić coś dobrego. Gdy ktoś cierpi, 
czy nie zrobimy dobrze, skracając mu cierpienie? Może lepiej, żeby się męczył? 
A jest to Zaklęcie Niewybaczalne... Są zaklęcia o tym samym skutku, ale inaczej 
się nazywają i należą do innych magii. Tormenta to zaklęcie Białomagiczne, a 
jego Czarnomagiczna forma to Cruciatus. Czym się różnią? Zakazem... Niczym 
więcej.
- Masz rację, Harry i zgadzam się z twoją opinią. Jest ona prawidłowa, ale żeby 
do niej dojść trzeba posiąść większą wiedzę niż ta, której uczą w 1 klasie. Ten 
podział miał być ułatwieniem, który niestety się niezbyt sprawdza- westchnął 
nauczyciel.- Na jutro chcę widzieć wypracowanie na temat dzisiejszej lekcji od 
każdego, powiedzmy na jedną stopę. Do widzenia, do jutra.
  Ostatnią tego dnia lekcją w planie Harry'ego były Zaklęcia. Minęły mu 
niesamowicie szybko. Potem pobiegł wraz z przyjacielem do Wielkiej Sali na 
obiad.
  Draco nałożył sobie na talerz pieczony stek i do tego ziemniaki. Harry'emu 
wystarczyło trochę warzyw i lekkostrawna ryba. Zjadł niewiele i popił to sokiem 
dyniowym.
- Idziemy do Biblioteki odrobić lekcje?- zaproponował młody Snape, aby 
blondynowi nie wpadł do głowy pomysł, aby kazać mu zjeść coś jeszcze. Ten na 
szczęście nie był zbyt podejrzliwy, więc udali się do Biblioteki i usiedli przy 
stoliku, na którym ustawili potrzebne książki, pergaminy i pióra.
   Lekcje odrabiali samodzielnie, ale gawędzili o nich, poddając sobie pomysły do
esejów i wypracowań.
   O godzinie 18 chłopcy zjawili się w Salonie Slytherinu, gdzie czekali na nich 

background image

chłopcy z drużyny. Składali się na nich kapitan Marcus Flint(ścigający), bliźniacy 
Weasley(pałkarze), Miles Bletchley(obrońca) oraz Jack Montague(ścigający).
- Macie swoje miotły?- zapytał Marcus nowo przybyłych, mierząc ich dokładnie 
wzrokiem, jakby dzięki temu sprawdzał zdolności ich ciał.
- Mamy- uśmiechnęli się chłopcy, przywołując zwykłym"Accio" swoje Nimbusy 
2000, najnowsze jak na razie miotły.
- Świetnie. My też mamy Nimbusy 2000- wyszczerzył się Flint.- Znaczy cała 
nasza drużyna. Jesteśmy najbardziej zgrani ze wszystkich domów. Robimy 
składki na miotły i takie tam... Nakładamy podatki na cały dom, robimy nielegalną
sprzedaż między domową... Na tym zarabiamy i wychodzi nam to na dobre. A 
teraz, żeby nie tracić czasu, chodźmy na boisko, tam wam wszystko 
wytłumaczymy.
   Całą siódemką pobiegli skrótem do szatni pod boiskiem do quidditcha. Tam 
wszyscy, łącznie z "nowymi" przebrali się w srebrno-zielone szaty i ochraniacze. 
Miotły trzymali w dłoniach.
- Chodźmy na boisko, tam pokażecie nam co umiecie. Jeśli okażecie się dobrzy, 
będziecie w drużynie. Jak nie, to szkoda- oznajmił chłodno Marcus.- Nie traćmy 
dalej czasu, który można przeznaczyć z powodzeniem na trening.
  Bliźniacy stłumili chichot, słysząc to polecenie kapitana. Nie mieli wyjścia, 
musieli się do słuchać, ale odkąd otrzymał tą pozycję, był nerwowy, jeśli chodzi o
quidditch.
- Najpierw ty, Snape. Puszczę ci znicza i wypuszczę tłuczki. Złap go jak 
najszybciej- polecił kapitan brunetowi.- Zrozumiano?
- Jasne, Marcus- uśmiechnął się łobuzersko Harry, pocierając palcami trzonek 
swojej miotły.
   Flint bez słowa otworzył skrzynię z piłkami, z której uwolnił 3 piłki- 2 kanciaste, 
czarne tłuczki i malutkiego złotego znicza ze złotymi skrzydełkami błyszczącymi 
w słońcu.
  Na znak starszego Ślizgona Harry wskoczył na swojego Nimbusa i poszybował 
w górę za zniczem. Niebo zakrywały deszczowe chmury, z których padał deszcz.
Dodatkowo lot utrudniał wzmagający się porywisty wiatr. Gdzieniegdzie błyskały 
pioruny, ale Marcus koniecznie musiał sprawdzić 2 nowych uczniów swojego 
domu. A nóż któryś z nich ma talent?
   Złoty znicz leciał do góry i nie przejmował się niekorzystnymi warunkami 
pogody. Harry leciał za nim tak szybko jak mógł, uważając na błyskawice i 
deszcz. Miał ograniczoną widoczność, ale nie poddawał się. Wkrótce wzniósł się 
tak wysoko, że nie widział boiska, ani nikt nie widział jego.
   Krople deszczu spływały po jego twarzy, którą musiał co chwilę wycierać, 
włącznie z oczyma. Czuł, że całkiem przemókł, ale mimo to się nie poddawał.
   Pioruny waliły dookoła niego, oświetlając  mu drogę wśród ciemnych, 
burzowych chmur. Znicz błyskał kilkanaście metrów od niego i na szczęście ta 
trasa ciągle się zmniejszała. Powoli, ale coraz szybciej. Rozpędzał się, a wiatr 
niemiłosiernie chłostał go po przemarzniętej buzi. Czuł ból na zaczerwienionych 
policzkach.
   Dzięki dobremu przystosowaniu miotły do takich lotów, Harry dawał radę dalej 
utrzymywać się w torze wyznaczonym przez Złotego Znicza, ale balansował na 

background image

krawędzi upadku.
   Nagle piorun uderzył kilkanaście centymetrów od wyciągniętej do złotej 
kuleczki dłoni chłopca. Harry niebezpiecznie się zachwiał, prawie upadając. 
Serce biło mu jak oszalałe.

   Jego ciało zalała nagła fala energii, pobudzająca do ryzykownych i pochopnych
działań. Młody Ślizgon nie myśląc, co robi, skoczył przed siebie, łapiąc w 
powietrzu znicza. Dookoła niego szalała burza, ale i tak był przeszczęśliwy. Miał 
nadzieję że ten pokaz zapewni mu miejsce w domowej reprezentacji Slytherinu.

   Dopiero po kilku sekundach przypomniał sobie, że nadal leci w dół, 
niebezpiecznie rozpędzając się. Upadek z prawie 60 stóp groził niezwykle 
bolesnym połamaniem, a jego miotła zawisła w powietrzu, nie mając ochoty go 
uratować.

   Podmuchy wiatru świstały mu w uszach. Przez oczy mokre od łez niewiele 
widział. Ubranie miał kompletnie przemoczone. Czuł się zziębnięty, ale to nie 
było najważniejsze w tej chwili. Już wyobrażał sobie ból, jaki poczuje po upadku. 
Na pewno nikt nie zauważy go, dopóki nie rąbnie z całej siły w twardą, wilgotną 
glebę.

   Im był niżej, tym bardziej brakowało mu powietrza. Nagle uderzył z całej siły w 
ziemię, czując ból i słysząc trzask łamanych kości. W gardle stanęła mu gula 
wielkości jabłka, a w oczach miał łzy. Potem nie było już nic prócz ciemności...

Rozdział 16" Drobne kłamstwa"

  Kto myśli, że na świecie jest tylko czerń i biel, myli się. To tylko wąskie, 
niepoprawne postrzeganie świata przez większą część ludności.

  Severus Snape nie należał do owej mniejszości. Nie uznawał ideologii 
wyznaczonej przez Ministerstwo Magii. Prawdopodobnie przez swoją 
"odmienność" dołączył w młodości do Lorda Voldemorta i stał się Śmierciożercą, 
o czym nie wiedział jego syn.

  Kiedy Harry leciał na miotle, starając się złapać znicza, a na dworze szalała 
okropna burza, mężczyzna siedział w wygodnym fotelu w swoich kwaterach i 
czytał nowego Proroka.

   Podczas krótkich przerw rozmyślał o swoim synu. Zmienił się przez te kilka dni 
od przybycia do szkoły. A może tak mu się tylko wydaje, bo zawsze miał chłopca 
na wyłączność, a teraz ten był rozrywany przez przyjaciół.

background image

   Dziedzic Snape'a był bardzo dziwną osobistością, nieprzewidywalną i często 
lekkomyślną. Miał ostry charakter, bardzo burzliwy. Doskonała pamięć nie 
pozwalała mu na zapominanie o dawnych urazach i błędach swoich i innych 
ludzi. Za to był władczy i szybko zyskiwał przyjaciół i zwolenników. Zupełnie jak 
Czarny Pan.

   Nie! Cóż za głupie myśli.... Jak J E G O syn może być podobny do 
czarnoksiężnika, który chciał go zabić, gdy miał zaledwie roczek. To tylko bzdury.
Harry nie mógł mu przypominać Voldemorta, cóż za niedorzeczne myśli...

   Kilka lat wcześniej chłopak miał niedowagę, ale potem jak z nieba spłynęła na 
niego poprawa i trochę przybyło mu na wadze. Tak przynajmniej sądził Severus. 
W rzeczywistości Harry używał na swoją anoreksję bardzo silnego zaklęcia 
Glamour, o którym nic nie wiedział jego ojciec.

   Jedyną osobą, prócz młodego Snape'a, która znała ten sekret, był Draco 
Malfoy, jego najlepszy przyjaciel. Stało się to całkiem przypadkowo, ale obiecał 
milczenie.

   Oboje mieli wtedy 8 lat. Harry już od roku używał na swoim ciele zaklęcia 
Glamour. Tego dnia Snape junior zaszył się w swoim pokoju i zaczął nakładać na
siebie czary maskujące. Nagle Draco bez pukania wszedł do środka i stanął jak 
wryty. Harry odskoczył przerażony do tyłu. N I K T miał nie znać jego małej 
tajemnicy.

   Młody Malfoy zapytał przyjaciela, co ten robi. Snape nie ominął żadnych 
szczegółów, aby blondyn mu zaufał i przez to go nie wydał ojcu.

   W końcu, po kilkunastu minutach błagań i przekonywać, Draco zgodził się 
zatrzymać to co zobaczył dla siebie. Nie było to trudne, bo umiał oklumencję.

   W zamian za tą przysługę, Malfoy postawił Harry'emu kilka rządań. Pierwszym 
z nich było to, że młody Snape ma zacząć normalnie się odżywiać i starać się 
nabrać wagi. Brunet próbował się od tego wymigać, ale nie miał wyboru. Nie 
zamierzał wykasować pamięci najlepszemu przyjacielowi.

  Drugą było to, że Draco miał prawo widzieć ciało Harry'ego w normalnym 
stanie, bez czarów maskujących. Było to dla niego przydatne, aby zobaczyć, czy 
jego przyjaciel dba o przysięgę.

   Severus naturalnie nie dowiedział się o sekrecie syna. Draco zatrzymał 
tajemnicę dla siebie, tak obiecał, mimo że z Harry'm się nie polepszało. Był nadal
bardzo chudy, mimo że nadrabiał poważną anoreksję mięśniami.

  W chwili, gdy jego dziedzic spadał z miotły, Snape Senior pił Whisky ze 

background image

szklanki. Gdy nie musiał pracować, lubił się napić dobrego, drogiego alkoholu. Ta
Whisky miała już kilkanaście lat i wyjątkowo wspaniały smak, doceniany przez 
wszelkich koneserów.

   Dodatkowo Harry odziedziczył po nim dobry gust, zarówno w alkoholach jak i 
ubieraniu. Mimo młodego wieku lubił wypić "łyczka" ze szklanki, czy kielisza ojca,
który mu na to czasem pozwalał. Uważał, że trzeba już przyzwyczajać syna do 
dobrych i drogich napojów.

                                            ***

   Tymczasem Draco Malfoy i reszta Ślizgonów, będąca z nim na boisku 
obserwowali swojego przyjaciela, który zniknął gdzieś w chmurach, rozpaczliwie 
goniąc Złotego Znicza.

   Gdy minęło kilkanaście minut, blondyn zaczał martwić się o Harry'ego. Z nieba 
oberwanie chmury, burza i nic nie widać. Dodatkowo ta mgła przy ziemi... 
Okropnie.

   Szybko spostrzegł, że nie tylko on się niepokoi. Reszta zawodników patrzyła z 
przestrachem w górę, wypatrując młodego szukającego.

   Nagle usłyszeli huk i odwrócili się jak jeden mąż za siebie. Szybko do nich 
dotarło, co się stało. Na ziemi leżał Harry, rozpaczliwie łapiąc powietrze. Był w 
brudnych, przemoczonych do suchej nitki srebrno-zielonych szatach, też mokry 
od krwi.

   Dodatkowo zalewało go gęste, muliste błoto. Cały trząsł się z zimna. Stracił 
przytomność. Miał sporo złamań, na oko.

- Ej, nie stójcie tak! Spadł chyba z 60 stóp!- ocenił Draco, szybko odzyskując 
zdrowy rozsądek.

   Marcus Flint po tych słowach prędko otrząsnął się z przerażenia. Wyczarował 
niezwłocznie niewidzialne nosze, na których położył chłopca.

   Całą szóstką pobiegli do Skrzydła Szpitalnego, nie zważając na to, że 
potrącają zdziwionych i zdezorientowanych uczniów na korytarzach.

- Wielki Merlinie! Co wyście z nim zrobili?!- krzyknęła pielęgniarka, patrząc na 
grupkę Ślizgonów.- Dopiero drugi dzień lekcji, a już coś takiego! Zaraz mi się 
tłumaczyć, a ja wezmę odpowiednie eliksiry. Wygląda to potwornie. Na oko wiele 
złamań... I z pewnością będzie przeziębiony, wy też, łajdaki! W taką pogodę 
wychodzić z zamku...

- Bo my graliśmy w quidditcha, proszę pani... Sprawdzaliśmy umiejętności 

background image

Harry'ego...- zaczął Flint, czerwieniejąc na twarzy. Nie podobało mu się, że ktoś 
nazwał go łajdakiem.

- W takich warunkach?!- wykrzyknęła, wychylając się zza szafki z lekami, pani 
Pomfrey.- Jesteś już na tyle dorosły, że powinieneś mieć trochę więcej rozumu w 
głowie! Ale nadal, na Merlina, nie wiem co się z nim stało! Czy wyście nim rzucali
do obręczy, jak kaflem?!

- Eeee... Nie...- wtrącił się Draco.- On łapał znicza. Nie wiemy, co się stało, że 
spadł. Była taka mgła... I nic nie widzieliśmy. On pewnie też...

- Właśnie! Trzeba było najpierw się zastanowić, zanim go wypuściliście w 
powietrze! Najlepszy zawodnik by sobie nie dał rady w takich warunkach!- 
wrzeszczała zła pielęgniarka, trzymając w dłoniach kilka fiolek z eliksirami 
medycznymi. Każdemu zawodnikowi dała po leku przeciw przeziębieniu i kazała 
natychmiast wypić i się wynosić. Pozwoliła zostać jedynie Draco, który zaciekle o
to walczył.

   Medyczka za pomocą kilku pożytecznych zaklęć zamieniła przemoczone, 
brudne szaty na piżamy w ciemnozielonym odcieniu, ze srebrnymi paskami. Tak 
teraz leżał ubrany Harry.

   Draco zaklął szpetnie. Glamour z ciała jego przyjaciela zniknęło, gdy ten stracił 
przytomność. Teraz był przeraźliwie wychudzony, jak anorektyk. Najgorsze, że 
Pomfrey to zobaczyła.

- Merlinie!- wykrzyknęła pielęgnierka, łapiąc się za głowę.- Czy potrafisz mi to 
wytłumaczyć?!

- Co? Przepraszam, że zakląłem...- zgrywał głupa Malfoy, aby zyskać na czasie. 
Zacisnął dłoń na różdżce tak, aby kobieta się nie zorientowała, jaki ma zamiar.

- Nie udawaj głupiego! Czemu on jest tak chudy?! Głodzicie go, czy jak?- wydarła
się na przerażonego blondyna Pomfrey. Ten pierwszy raz widział kobietę tak 
wściekłą i modlił się, aby nie widzieć tego jeszcze raz w przyszłości.- Zamorduję 
Severusa! Czy to on się znęcał nad synem i go głodził?! Przecież to szkielet z 
mięśniami i skórą jedynie! A myślałam że Severus to porządny człowiek...

- To... To nie on... Nie profesor Snape... On nie wiedział o tym i nie może się 
dowiedzieć! Harry jest anorektykiem i to poważnym... Niech pani obieca, że 
nikomu o tym nie powie!- krzyknął blady ze strachu Draco. Ojciec Harry'ego 
zabiłby ich obu, gdyby się o tym dowiedział, a Harry nigdy by mu nie wybaczył 
tego... Nawet po śmierci.

- Zgłupiałeś doszczędnie?! Jak jego ojciec ma o tym się nie dowiedzieć?! 
Postradałeś zmysły! Już masz mi biec po profesora Snape'a. Jak nie zjawicie się 

background image

w ciągu 15 minut, to sama po niego pójdę! On musi wiedzieć o anoreksji!- 
ryknęła medyczka po napojeniu i opatrzeniu młodego Ślizgona, nadal 
nieprzytomnego.

   Draco odwrócił się posłusznie i nie spuszczając dłoni z różdżki, ruszył w 
kierunku drzwi wyjściowych, jak kazała mu porządnie wkurzona kobieta.

" Przepraszam pani Pomfrey, ale muszę to zrobić""Obliviate" szepnął w myślach 
Malfoy i skierował zaklęcie zapomnienia w niespodziewającą się ataku 
pielęgniarkę. Czar był tak mocny, że kobieta odleciał do tyłu i upadła na podłogę, 
nieprzytomna.

   Draco rzucił Glamour na Harry'ego, którego ciało zrobiło się takie, jakie 
powinno być, czyli nie wychudzone. Zabezpieczył czar maskujący tak, aby 
pielęgniarka po przebudzeniu nie mogła go zdjąć, nawet gdyby Obliviate nie 
zadziałało jak powinno...

   Gdy Pomfrey się obudziła po kilkunastu minutach, Draco skłamał jej, że zrobiło 
jej się słabo i zemdlała. Ta wróciła do opieki nad młodym Snape'm i wygoniła 
Malfoya ze Skrzydła Szpitalnego, każąc mu wrócić dopiero następnego dnia.

   Blondyn wyszedł szczęśliwy. Udało mu się po raz kolejny uratować skórę 
przyjacielowi.

Rozdział 17 "Potok nieprzyjemnych słów!"

   Harry nie odzyskiwał przytomności do czwartku. To zaniepokoiło jego przyjaciół
ze Slytherinu. Draco w każdej wolnej chwili przesiadywał przy jego łóżku. Często 
można było przy nim zobaczyć też bliźniaków Weasley, prefektów jego domu i 
resztę drużyny.

   Flint był w kropce. Zdolności młodszego kolegi bardzo mu zaimponowały. 
Chciał mieć kogoś tak utalentowanego w drużynie. Ach, marzenia! I to jeszcze 
syn najlepszego w historii Hogwartu szukającego, czyli Severusa Snape'a, ich 
opiekuna.

   I gdzie jest problem? Wszędzie. Marcus był starszy i powinien działać zgodnie 
z rozumem. Nie mądrze zrobił puszczając swoją drużynę na boisko w takich 
warunkach pogodowych. W końcu nie bez powodu mianowano go kapitanem 
drużyny. Powinien być mądrzejszy.

   Wiedział, że po tym wypadku, katastrofalnym w skutkach, stracił możliwość 
posiadania Harry'ego u siebie w składzie. Teraz młody Ślizgon nie będzie chciał 

background image

ryzykować i mu odmówi, albo zrobi to za niego jego ojciec. O tak, Flint bał się 
profesora Snape'a, mimo że ten folgował Ślizgonom.

  Mimo to ta cała sytuacja wyglądała na prawdę zupełnie inaczej. Severus Snape
nie odwiedził swojego syna ani razu w Skrzydle Szpitalnym. Uważał, że chłopak 
go już nie potrzebuje, bo jest już duży. Inaczej nie zachowywałby się tak, jak się 
zachowywał dotychczas.

   Harry leżał w Skrzydle Szpitalnym bez przytomności. Dopiero w pewnej chwili 
zaczął się budzić. Powoli do jego uszu napłynęły różne głosy. Mimo to nie 
otwierał oczu, bo chciał podsłuchać rozmowę jakichś ludzi, których głosy 
kojarzył...

                                        ***

  Jeszcze kilkanaście minut przed obudzeniem się młodego Snape'a, Draco 
wyszedł  ze Skrzydła Szpitalnego. Pobiegł prosto do gabinetu Mistrza Eliksirów. 
Był zdziwiony, że ten ani razu nie okazał zainteresowania stanem swojego syna. 
Musiał to sprawdzić.

   Malfoy zapukał do drzwi i czekał, aż opiekun jego domu pozwoli mu wejść do 
środka. W sumie znał go od bardzo dawna i mówił do niego "wujku".

- Wejść- usłyszał raczej zirytowany głos profesora Snape'a, po czym wszedł do 
jego gabinetu.

- Panie profesorze...- zaczął Draco, ale Severus machnął na niego ręką.

- Czego chcesz Draco? Nie widzisz że jestem zajęty i nie mam zamiaru słuchać 
jakiś głupot?- warknął Mistrz Eliskirów.- Szybko, spieszy mi się.

- Ja... Czy pan w ogóle interesuje się Harry'm?- spytał niby nie nachalnie Malfoy, 
aby nie rozzłościć bardziej profesora.

- Głupie pytanie. To mój syn, ale robi co chce i nie zamierzam mu przeszkadzać. 
A co, zrobił coś?- mruknął Severus, dając blondynowi do zrozumienia, że nie 
chce kontynuować tej rozmowy.

- Profesorze, on leży w Skrzydle Szpitalnym. Jest z nim niedobrze. Leży 
nieprzytomny od wtorku, a pan się tym nie przejmuje!- wydusił Draco, aby nie 
wybuchnąć.- Jest cały poobijany i połamany. Spadł z miotły z około 60 stóp, a 
pan się tym nie przejmuje!

- Chyba mnie nie zrozumiałeś, Draco. Daję mojemu synowi wolną rękę ze 
wszystkimi konsekwencjami. Niech robi, co  mu się żywnie podoba, ale niech 
sam za to odpowiada- prychnął Mistrz Eliksirów.- A jego stan nie może być tak 

background image

tragiczny, jak mówisz, bo wylądowałby w Mungu.

- A wtedy by go pan odwiedził? warknął blondyn.- Żal panu czasu, aby chociaż 
go na chwilę odwiedzić i sprawdzić jak się czuje? Ja myślałem że mój ojciec 
mało poświęca mi uwagi. Ale jak widzę pana, to wiem, że się myliłem... I to 
bardzo.

- Jak masz zamiar mi cały dzień ślęczeć nad uchem i prawić morały, to chodźmy 
do Skrzydła Szpitalnego. Pójdę tam, a potem dasz mi spokój. Dobrze, Draco?- 
westchnął z irytacją nauczyciel.

- Może być- uśmiechnął się lekko Draco i wyszli.

   Po kilku minutach trafili do Skrzydła Szpitalnego. Mieli szczęście, że Pani 
Pomfrey siedziała w swoim gabinecie.

   Harry obudził się na kilka sekund przed ich przybyciem, ale nie dawał tego po 
sobie w żaden sposób poznać.

  Severus zbliżył się do łóżka syna, a potem szybko się odwrócił, zmieżając do 
wyjścia.

- I co? Już pan idzie?- zdziwił się młody Malfoy, chcąc zatrzymać na dłużej 
Snape'a Seniora przy Juniorze.

- Miałem przyjść, to przyszedłem- warknął złośliwie mężczyzna.- Coś jeszcze, 
czy mogę iść?

- Pana naprawdę nie obchodzi los pańskiego syna!- zaskoczył wybuchem 
samego siebie, Harry'ego(udającego sen) oraz Severusa.- Jest pan 
bezuczuciowym, wrednym facetem, który udaje takiego niby dobrego. Pan nie 
ma serca! Jak można tak nie przejmować się swoim własnym synem?! 
Myślałem, że jest pan inny! Uważałem pana za kogoś wartego naśladowania, ale
widzę, jak się myliłem!

- Nie masz prawa tak do mnie mówisz- wkurzył się Severus.

- A co, prawda boli?- zaśmiał się sarkastycznie blondyn.- Współczuję Harry'emu, 
że taki zimny i nieczuły drań jest jego ojcem! Niczym nie zasłużył sobie na takie 
traktowanie!

- Co ty w ogóle wiesz o Harry'm, Draco?!- krzyknął rozzłoszczony ojciec 
poszkodowanego.- Myślisz, że go znasz? Jego nie zna nikt. Nikomu nie ufa, jest 
zmienny jak kameleon. Jednego dnia będzie udawał przyjaciela, drugiego tobą 
zawładnie. Z początku nie chciałem w to wierzyć, ale on jest bardziej podobny do
Voldemorta niż do mnie! A nie jest jego ojcem Czarny Pan, tylko ja. Chętnie 

background image

ocaliłbym go przed losem Zła, ale to weszło w jego krew. On będzie zagładą 
świata. Lepszy i potężniejszy następca Voldemorta!

- A pan się go niby boi? Takim traktowaniem na pewno pan go uchroni... Świetne 
postępowanie. Myślałem że jest pan mądrzejszy- zadrwił młody Malfoy.

   Harry słyszał każde słowo z tej rozmowy. Zbierało mu się na płacz. Odrzucił go 
jego własny ojciec i mówił na niego tak okropne rzeczy. Prawda bolała... 
Wiedział, że stracił tak bliską osobę... Ale nie wiedział jak. Chciał być teraz sam, 
ale nie mógł się ujawnić.

- Jeszcze raz mówię, Draco. Ty go nie znasz... A myślisz że znasz. Myślis, że on 
ci ufa, więc ty ufasz mu. Jakże nieodpowiedzialne i nie na miejscu myślenie- 
warknął Snape Senior.

- Ja go znam... Nawet lepiej od pana. On panu nie ufa, profesorze- szepnął 
bardzo cicho Malfoy Junior.- Wiem więcej od pana.

- A co takiego niby wiesz?- podniósł drwiąco do góry brew Mistrz Eliksirów.

- Że on jest ano...- zaczął we wściekłości Draco, ale po chwili przerwał, blednąc.

   Harry przeraził się. Chciał coś zrobić, aby jego ojciec nie domyślił się, o co 
chodziło młodemu Malfoy'owi. Może nie połączy niektórych faktów.

- Kim jest?- zdenerował się Severus.- Co chciałeś powiedzieć?

- No, że jest...- ugryzł się znowu w język blondyn.- Że jest ano...rmalny. 
Anormalny, właśnie.- skłamał.

- Łżesz jak pies. Co chciałeś powiedzieć? Że mój syn jest anormalny i powaliło 
mu się w głowie, to wiem. Ale ty kłamać nie umiesz- oskarżył chłopca Mistrz 
Eliksirów, łapiąc go za kołnierz i podnosząć delikatnie do góry. Ten się szamotał.

- Nie powiem...- wydusił odważnie Draco. Nie miał zamiaru wydać przyjaciela. 
Obiecał mu to...

   Harry powstrzymując się od wybuchu płaczu, postanowił zainterweniować. Nie 
podobało mu się, że jego przyjaciel cierpi za jego błędy... Za to że jest mu wierny.

- Zostaw Draco!- krzyknął stanowczo młody Snape. Poczuł w sobie dużo energii, 
dodatkową dawkę adrenaliny. Wstał z łóżka i o dziwo nawet nie zakręciło mu się 
w głowie. Już tylko lewą rękę miał na temblaku, bo ucierpiała w wypadku 
najbardziej.

- O nasz książe się obudził- rzekł z sarkazmem ojciec, puszczając Draco.- Drugi 

background image

Czarny Pan raczył wstać i uratować tyłek "niby" przyjacielowi? A teraz może 
łaskawie powiesz mi o co chodziło Draco, czy mam wyciągnąć to z niego siłą?

- Po tym co usłyszałem, już nigdy ci nie uwierzę, ani nie zaufam! Jesteś dla mnie 
nikim, rozumiesz?!- wykrzyknął Harry, podchodząc do niego.

   Nagle wściekły do granic możliwości Severus przywalił otwartą dłonią w twarz 
syna, który aż poleciał do tyłu. Miał szczęście, że trafił na łóżko, a nie na twardą 
posadzkę. Na twarzy miał czerwony odcisk i ledwo oddychał.

   Snape Senior, nie zdając sobie sprawy z tego,  co robi, podszedł do potomka i 
spojrzał na niego ze złością i dziwnym tryumfem.

- A teraz mi powiesz?- uśmiechnął się drwiąco ojciec, nawet nie pomagając 
natolatkowi.

- Jestem anorektykiem, ty...ty...ty... Ale ciebie to i tak nie obchodzi! Bo jestem 
zagładą ludzkości... Bo chcesz ocalić świat przede mną. Proszę, jak chcesz, 
zabij mnie tu i teraz! Nawet nie mogę się obronić- wysyczał Harry, rozpaczliwie 
łapiąc oddech.- Zadowolony?!

- Ja... Harry... Przepraszam, nie wiedziałem...- zaczął się jąkać Severus.- Nie 
wiem, co mnie opętało... Harry... Czemu mi nie powiedziałeś?

- Bo jesteś cholernym materialistą!- wykrzyknął resztką sił chłopak.- Bo jesteś 
zimnym i nieczułym draniem! Bo cię nienawidzę z całego serca! Bo nie chcę cię 
już widzieć!

- Wynoś się stąd!- ryknął Draco, wyciągając różdżkę.- Harry nie chce cię już 
widzieć, ani znać. Nie wracaj tu. Nie wiedziałem, że można kogoś tak bardzo 
skrzywdzić.

   Severus nie miał wyboru. Wyszedł wściekły z pomieszczenia, potrącając przy 
tym grupę Ślizgonów.

   Tymczasem Draco pomógł przyjacielowi wleźć na łóżko i podał mu kilka leków. 
Usiadł koło niego i zaczął głaskać go po włosach.

- Już dobrze... Już sobie poszedł- szeptał blondyn do bruneta.- Już będzie 
dobrze.... Uspokój się...

- Nic nie będzie dobrze...- rzekł cicho Harry, przytulając się do przyjaciela.- Nie 
wiesz, co to znaczy stracić tak bliską ci osobę... Ta pustka jest... Wolałbym, żeby 
on umarł przed tą kłótnią... Żeby odszedł w inny sposób... Wolę nie mieć ojca i 
go nigdy nie poznać, niż stracić w taki sposób...

background image

- Ale masz mnie i innych przyjaciół- pocieszał go Draco.- Na mnie możesz liczyć. 
Wiesz przecież, ze nigdy cię nie zostawię ani nie wydam.

- A jeśli profesor Snape ma rację?- wybuchł płaczem brunet- Jeśli ja naprawdę 
będę kolejnym Panem Mroku? Może on dobrze by zrobił, gdyby mnie zabił? 
Pomóż mi Draco... Ja nie chcę

być bezlitosnym, okrutnym mordercą...

- I nie będziesz...- szepnął mu na ucho Malfoy, po czym zmęczony Snape usnął 
kamiennym, ale niespokojnym snem.

Rozdział 18"Nóż w plecy"

    W piątek rano Harry Snape został wypuszczony ze Skrzydła Szpitalnego do 
dormitorium. Madame Pomfrey uległa prośbom młodego Ślizgona i zgodziła się 
na powrót chłopca do swojego pokoju. Nie miała konkretnych powodów, aby 
kazać mu zostać. W sumie czuł się fizycznie całkiem dobrze(jeśli nie liczyć 
anoreksji), a na zdrowie psychiczne nie zwracała uwagi.

   Lewą rękę miał nadal w gipsie, na temblaku, ponieważ dochodziła do siebie 
wolniej niż inne złamania, które się uleczyły. Była tak poważnie połamana, że nie 
dała rady się uleczyć za pomocą zwykłych, szybkodziałających eliksirów. W 
sumie chłopak wolałby złamać prawą rękę- był leworęczny, więc to utrudniało mu
życie. Nie mógł pisać odpowiednią ręką, ani robić nią żadnych trudniejszych 
rzeczy, przynajmniej do następnej niedzieli. A potem jeszcze rehabilitacja...

   O godzinie 7 rano, kiedy Harry  przebrał się w mundurek za pomocą zaklęcia i 
spakował torbę, wraz z Draco udali się do Wielkiej Sali na śniadanie. Brunet nie 
chciał wchodzić w drogę swojemu ojcu, ale było to niemożliwe. W końcu nawet 
miał z nim eliksiry i widywali się na posiłkach, korytarzach...

   Młody Snape ze spuszczoną nisko głową usiadł przy stole swojego domu i 
zaczął się witać z innymi Ślizgonami. Niezgrabnymi ruchami nałożył sobie na 
talerz( prawą ręką) trochę bekonu i sałaty. Nie był wcale głodny, ale Draco kazał 
mu się lepiej odżywiać, aby jego ręka szybciej powróciła do zdrowia.

- Ej Harry, jak się czujesz?- spytał troskliwie Flint młodszego kolegę, widząc jak 
ten próbuje sobie pokroić mięso słabszą ręką.

- A jak mam się czuć?- mruknął Harry głosem bez emocji. Nadal nie mógł znieść 
tego, że jego ojcu już na nim nie zależy. Że go nie znosi i pragnie jego śmierci.- 
Może być. Tylko ta ręka mi nadal dokucza i nie mam z niej żadnego pożytku.

background image

- Przepraszam, że pozwoliłem ci wtedy zagrać- rzekł cicho Marcus.- Powinienem
być mądrzejszy. A teraz pewnie nie przyjmiesz mojego zaproszenia do drużyny... 
Ty i Draco... Jak będzie trzeba to zrezygnuję z bycia kapitanem... Nie zasługuję 
na to.

- Marcus, zostajesz kapitanem. Ja nadal chcę być szukającym- uśmiechnął się 
młody Snape.

- A ja ścigającym- wyszczerzył się Draco i szybko złapał nóż, który wyleciał w 
powietrze po nieumiejętnym krojeniu nim kawałka bekonu przez przyjaciela.- 
Może lepiej ja ci pokroję, Harry. Jeszcze się zabijesz, albo kogoś z nas.

- Dzięki- podziękował szczerze Harry i potem jadł już pokrojone kawałki. Jakoś 
nakłuwał je prawą ręką i gryzł, chociaż nie był wcale głodny. Popił to kilkoma 
łykami soku dyniowego.

   Zza stołu nauczycielskiego profesor Snape obserwował ukradkiem swoją 
pociechę. Serce go bolało, a sumienie ciągle wytykało mu grzechy. Jak on mógł 
zrobić coś tak głupiego? Tak skrzywdzić własnego syna? Porównał go do 
Voldemorta, dał się ponieść emocjom. Uderzył go... Nic niewinnego 11-latka, 
którego tak kochał... Tego, który już nie chciał go znać. Nienawidził go z całego 
serca.

  Serce nauczyciela krajało się, gdy widział nieporadnie trzymającego prawą ręką
widelec chłopca. Próbował jeść. Jego przyjaciele mu pomagali i współczuli... A to 
on powinien mu pomagać. On powinien dawać mu uparcie. To jemu powinien 
ufać.

   W którejś chwili doszło do niego, że Harry jest anorektykiem. Że dalej jest 
poważnie chory. Że grozi mu śmierć. Że już nie ufa własnemu ojcu, mu 
Severusowi Snape'owi.

   Mistrz Eliskirów musiał coś zrobić, ale nie wiedział co. Teraz chłopak go 
nienawidzi i nie chce go znać. Nie przyjmie od niego przeprosin i pomocy. Nie 
jest taki... Taki jak on sam. Jest inny... Honorowy i pamiętliwy. Nie wybaczy tak 
łatwo... Nie daruje grzechów od razu... Będzie chciał dowodów skruchy... I będzie
je miał.

   Tymczasem Harry, Draco, Pansy, Milicenta i Dafne udali się na Astronomię, 
czyli ich pierwszą tego dnia lekcję. Dziewczyny ofiarowały swoją pomoc dla 
niepełnosprawnego chłopca i nie przyjmowały odmowy. Lubiły młodego Snape'a.

   Ta lekcja minęła zadziwiająco szybko. Nauczycielka opowiadała o niektórych 
gwiazdach i planetach w ich układzie słonecznym.

background image

   Później całą piątką młodzi Ślizgoni ruszyli do lochów na Eliksiry. Harry 
opowiedział dziewczynom niezbyt szczegółowo o kłótni z ojcem.

- Harry, nie pozwolimy cię skrzywdzić- obiecała mu zdruzgotana zachowaniem 
ojca chłopca Pansy.- Nie sądziłam, że ktoś może być tak nieczuły. Ale 
zobaczysz, ułoży ci się.

- Właśnie. Na pewno miał zły dzień, a Draco go wkurzył... Albo chciał cię 
sprawdzić- dodała Milicenta.

- Sprawdzić?- nie zrozumiał Harry.

- No... Jak zareagujesz na takie jego zachowanie- westchnęła Bulstrode.

- Sorry, Mil, ale to głupia myśl. Mój ojciec nigdy taki nie był- mruknął Snape 
junior.- Ja mu się po prostu znudziłem. Pokazał mi, że już mu na mnie nie zależy.
Ja to rozumiem...- warknął brunet.- Nie potrzebuję jego łaski. Jeśli przypominam 
mu Voldemorta, to nie zamierzam wchodzić mu w drogę.

- Zamieszkasz u mnie?- zaśmiał się Draco.

- Może. Albo z Łapą...- uśmiechnął się Harry.- On na pewno mnie przyjmie. Nie 
uważa mnie za gorszego od innych.

   Całą tą rozmowę prowadzoną w lochach słyszał Mistrz Eliksirów i był okropnie 
zły na siebie. Jak jego syn może woleć mieszkać z Psem, niż z nim? W sumie... 
Nie dziwił się mu.

    Młodzi Ślizgoni weszli do sali Eliksirów i zajęli ostatnie ławki. Nie zamierzali 
być ciągle  przy nauczycielu.

   Gdy zebrała się cała klasa, Severus zaczął lekcję. Czasem zerkał na syna, ale 
ten ciągle odwracał wzrok. To bolało mężczyznę. I to tak mocno...

- Może pan Snape zechce mi wytłumaczyć, jakie magiczne zdolności ma róg 
Buchorożca, skoro tak uważa na lekcji?- spytał z nutką złośliwości Mistrz 
Eliksirów. Nie wiedział, czemu chciał dopiec synowi. W końcu nie chciał go już 
więcej ranić.

    Harry otrząsnął się z otępienia. Prawie usnął i niezbyt zrozumiał polecenie 
ojca.

- Eee... Czego?- spytał chłopak, nie patrząc w oczy rodzica.

- Róg Buchorożca, do czego się go używa- powtórzył cierpliwie Severus, 
szukając wzroku syna, który go celowo odwracał.

background image

- Eee... No... A pan nie wie?- zadał pytanie Harry, zanim ugryzł się w język. 
Wszyscy w klasie wstrzymali oddech, czekając na reakcję wstrząśniętego 
nauczyciela.

- Zadziwiająca ignorancja, panie Snape. Szlaban u mnie, dziś o 20. Radzę się 
nie spóźnić- oznajmił chłodno Snape Senior, ale chłopak pokiwał głową, nawet 
nie racząc go przelotnym spojrzeniem.

   Następne lekcje minęły Harry'emu bardzo szybko. Chłopak niezbyt na nich 
uważał, co nie umkęło uwadze nauczycieli, którzy przejęli się , że najlepszy 
uczeń w klasie jest cichy i przygnębiony.

   Podczas obiadu młody Snape ledwie tknął to, co miał na talerzu. Skończyło się
tym, że bliźniacy na polecenie Draco wepchnęli trochę jedzenia w niego.

   Severus ukradkiem go znowu obserwował. Widział przygnębienie i mozolność 
ruchów syna. Wcale mu się to nie podobało. Dlatego wlepił mu ten szlaban, aby 
mogli szczerze porozmawiać i sobie wyjaśnić nieporozumienie i ogólnie to, co 
zaszło poprzedniego dnia.

   Harry odpowiadał krótkimi słowami na pytania przyjaciół. Ci byli coraz bardziej 
zaniepokojeni jego zachowaniem. Nie chcieli aby zapadł się na dno rozpaczy, z 
którego jest tak trudno się wydostać.

- Idziemy odrobić lekcje?- zaproponował Draco brunetowi, który patrzył 
nieprzytomnym wzrokiem na swój pucharek z sokiem dyniowym.- Harry, mówię 
do ciebie!

- I tak nie mogę pisać- mruknął chłopak, pogrążając się w czarnych myślach. Był 
wściekły na ojca... Za jego opinię o nim. Za szlaban. Za uderzenie. Za te okropne
słowa. Za te zachowanie... Za brak umiejętności przyznania się do błedu.

- Ale możesz użyć samopiszącego pióra. Ty dyktujesz, one ci pisze, co powiesz- 
zaproponowała Pansy.- Kupiłam sobie takie, chcesz pożyczyć?

- Jasne... Dzięki Pansy- uśmiechnął się Harry, ale to nie był ten normalny, ciepły 
uśmiech. To był uśmiech bez wyrazu.

   W piątkę najmłodsi Ślizgoni poszli do Biblioteki, gdzie zajęli jeden stolik i przy 
pomocy książek odrabiali lekcje ze wszystkich przedmiotów, a było tego sporo.

   Potem przeszli się po błoniach, ale nie zachodzili do Zakazanego Lasu. Harry 
obiecał Draco, że pójdą tam we dwoje, gdy jego ręka wydobrzeje do końca, żeby
mógł się bronić pełnią sił.

background image

   Gdy zaczął lać rzęsisty deszcz, uczniowie domu Węża wrócili do salonu 
Slytherinu i rozsiedli się przed kominkiem, na kanapach. Ach, błogie lenistwo. To 
wcale nie cieszyło Harry'ego, tak jak powinno, ale udawał, że jest inaczej. Że się 
jeszcze jakoś trzyma.

   Kilkanascie minut przed godziną 20 brunet pożegnał się z przyjaciółmi i oddalił 
się z bezpiecznego dormitorium, dążąc do jaskini lwa.

  Podążył mrocznym lochem w korytarzach z ponurą miną i nieciekawymi 
myślami. Bał się spotkania z Mistrzem Eliksirów.

  Mijał różne obrazy, postumenty i zbroje, szukając wejścia do gabinetu ojca. Nie!
Do gabinetu szkolnego mistrza eliksirów, profesora Snape'a. Szkoła rządziła się 
własnymi zasadami. Nie ważne kim jest dla ciebie nauczyciel biologicznie- to 
nauczyciel i trzeba go nazywać, tak jak na to przystało. Profesor to profesor.  Nie 
ważne czy ojciec, czy nieznajomy. Zawsze trzeba mówić o nim z szacunkiem i 
per profesor.

   Nareszcie doszedł na miejsce. Stanął przed czarnymi, tajemniczymi drzwiami i 
stał tak kilka minut w otępieniu. Bał się zapukać. Miał do wyboru: uciec, a potem 
liczyć się z konsekwencjami, albo zostać i zapukać i czekać na spotkanie 
profesorem. Nie wiadomo co gorsze... A może najlepiej będzie uciec ze szkoły i 
nnigdy nie wrócić?

" O nie! Jesteś Ślizgonem i czy tego chcesz, czy nie Snape'm.Nie zachowasz się
jak tchórz, tylko wejdziesz przez te drzwi... Może nawet przeżyjesz to 
spotkanie..." powiedział sobie w duchu chłopiec, po czym zebrał się na odwagę i 
zapukał.

   Harry nie musiał długo czekać. Kilka sekund po tym drzwi otworzyły się 
energicznie, a za nimi stał nie kto inny, jak profesor Snape.

- A, Harry... Wejdź, proszę- zaprosił go do środka jak gdyby nigdy nic Mistrz 
Eliksirów.- Usiądź...

- O ile pamiętam, przyszedłem tu na szlaban, a nie na pogawędkę, panie 
profesorze- zauważył, wchodząc do pomieszczenia Harry i stanął naprzeciwko 
ojca, któremu sięgał najwyżej do ramienia. Był wysoki, ale mężczyzna był 
jeszcze wyższy.

-  Daj spokój, Harry. To jasne, że nie przyszedłeś tu na szlaban, tylko po to, abym
mógł z tobą porozmawiać szczerze i bez tłumów- westchnął cicho, spuszczając 
smutnie głowę Severus.- Wiem, że bardzo cię skrzywdziłem psychicznie i 
fizycznie... Ale nie myślę wcale tak, ja kto powiedziałem. Jesteś moim synem, 
którego kocham... Chciałem cię przeprosić... Też za to, że dałem ponieść się 
emocjom i cię uderzyłem... Proszę cię o przebaczenie... Aby było, jak dawniej. 

background image

Bo nie mówiłem prawdy...

- Myślisz że przeprosisz i po sprawie? Mylisz się. Nie obchodzą mnie twoje słowa
i wcale się nimi nie przejmuję. Jesteś dla mnie nikim. Nie oczekuję przeprosin. 
Chcę, żebyś zostawił mnie w spokoju- warknął skurzony chłopak, odważając się 
na spojrzenie ojcu w jego czarne oczy. Wiedział, że jego słowa zadają ból... 
Wbijają nóż w plecy... Ale on mocniej. Te oczy wyrażały ból i skruchę, ale on miał 
pragnienie zadawania bólu. Chciał zabijać i torturować. Czarna Różdżka brała 
nad nim kontrolę...

- Harry! Jest mi okropnie, że sprawiłem ci ból... Zrozum, że nie chcę, abyś był 
dalej na mnie zły...- szepnął ojciec, łapiąc za nadgarstki szamoczącego się 
nastolatka.

- Ja nie jestem zły! Nie obchodzę cię, a ty nie obchodzisz mnie! Jesteś mi 
obojętny. Zostaw mnie i nie mieszaj się w moje życie!- wykrzyknął Harry, 
próbując się wyszarpać.- Przecież tego chcesz! Bo jestem drugim Voldemortem! 
Sam tak stwierdziłeś! Daj mi iść!

- Harry, nie wyjdziesz stąd, póki mnie nie wysłuchasz!- ryknął na niego Severus.- 
Jesteś moim synem czy tego chcesz, czy nie! I obchodzisz mnie, chociać 
możesz tego nie chcieć! Gdybyś mnie nie obchodził, to 10 lat temu nie 
uratowałbym cię, a potem nie wychowywał! Zależało mi na tobie i zależy!

- To źle zrobiłeś! Wychowałeś potwora! Powinieneś zabić mnie, kiedy miałeś 
jeszcze okazję!- wrzasnął okropnie wkurzony chłopak, a w jego zielonych oczach
było widać samo zło i wściekłość.- Nie znoszę cię!

   Nagle stało się coś niesamowitego. Z ciała nastolatka wystrzeliły płomienie, 
które odtrąciły od niego mężczyznę na kilka metrów.

   Harry korzystając z okazji i otępienia opiekuna, uciekł korytarzem z gabinetu. 
Ale nie kierował się do salonu Slytherinu. Chciał być teraz sam... Bez nikogo...

   Skierował się do pierwszej lepszej łazienki na 2 piętrze. Nie zauważył, że to 
damska... I to "legendarna" łazienka Jęczącej Marty...

  W środku znajdowały się zlewy i rząd toalet w kabinach z ciemnego drewna. 
Podłoga była na kilka centymetrów zalana wodą.

   Harry podszedł do zlewu i zmoczył sobie twarz lodowatą wodą. Jakby to było 
za mało, zmoczył też sobie włosy. Ale to nadal nie wystarczało...

  Nagle spod jednej z kabin coś srebrnego błysnęło w blasku pochodni. Młody 
Snape zaciekawił się tym i podbiegł tam. Podniósł przedmiot i zobaczył, że to 
zwykła, ostra żyletka.

background image

  Nie myśląc, co robi, podszedł do umywalki i zrobił jedno cięcie na lewej ręce. 
Syknął z bólu, a szkarłatna krew polała się do odpływu.

  To zaczęło oprócz cierpienia przynosić mu ukojenie. Ciął jeszcze raz, tym 
razem prawy nadgarsek. Bolało, ale się uśmiechnął. O to właśnie mu chodziło.

  Po kolejnych cięciach uznał, że wystarczy wrażeń na jeden dzień. Wyżył się i to
mu starczyło. Czuł się dziwnie usatysfakcjonowany i szczęśliwy...

  W salonie Slytherinu jego przyjaciele zdziwili się, że już ma lepszy humor. 
Myśleli że się pogodził z ojcem, ale on to im wybił z głowy. Prawdy też oczywiście
nie wyznał... Poszedł spać z bandażami na rękach, aby Draco nic nie 
podejrzewał.

Rozdział 19 " Rozpacz martwej duszy"

  Harry Snape był pewien, że gdy wyszedł z łazienki na 2 piętrze, nikt o jego 
wizycie nic nie wiedział i nikt nic nie widział. Gips na lewej ręce miał już 
oczyszczony z krwi. Dobrze, że mógł sobie ciąć nadgarstek, bo ta część ręki 
wystawała mu na zewnątrz spod opatrunków. Teraz go sobie zabandażował, tak 
jak z resztą prawy.

  Jednakże tego wieczoru w owej łazience przesiadywała jedna osoba. Była to 
dziewczyna, dawna uczennica Hogwartu. Jak to się stało, że Harry jej nie 
zauważył? Była duchem od prawie 50 lat. Zamieszkiwała toaletę na 2 piętrze. A 
nazywała się Jęcząca Marta. Jej przydomkiem nazwano tą łazienkę i była 
zamknięta, odkąd dizewczyna w niej została zamordowana. A jak umarła? Tego 
nikt do końca nie wiedział.

  Marta obserwowała gniew i rozpacz młodego Snape'a  zza jednej z toalet. Nie 
chciała mu przeszkadzać, ale zastanawiała się, kim był ów chłopiec i dlaczego 
zachowywał się tak karygodnie. Przecież musiał mieć jakieś powody.

   Z zaciekawieniem patrzyła, jak krew z nadgarstków nastolatka tryska do jej 
zlewów. Była tak czysta i piękna. Dziwiła się, jak ktoś może wylewać coś tak 
cennego. Ale była w końcu tylko duchem.

   Gdy Harry wyszedł, Marta zanurkowała do jednej z umywalek. Zaczęła 
żałośnie jęczeć, aby opłakać żal nieznajomego chłopca z naszywkami domu 
Slytherinu. Chwila! Ślizgoni mieli swoje łazienki i nie musieli chodzić do 
publicznych, tym bardziej do damskich i opuszczonych. Ona sama była kiedyś 
Puchonką... I zmarła jako Puchonka... Ale tylko ona pamiętała, jak umarła i 

background image

nikomu tego nie opowiedziała. Bo nikt nie pytał...

                                        ***

   Następnego dnia Harry obudził się zmęczony. Oczy miał podkrążone, ale 
zamaskował to make-upem. Bandaże na dłoniach zaczarował tak, aby nikt ich 
nie mógł zobaczyć... Nie chciał, aby ktoś coś podejrzewał. Aby nawet nie miał 
najmniejszych powodów do zaniepokojenia. Szczególnie nadopiekuńczy Draco, 
prawdziwy przyjaciel. Harry nie chciał go martwić, ten i tak za dużo dla niego 
zrobił...

   Młody Snape ubrał się w mundurek i wziął krótką kąpiel na odprężenie. 
Oczywiście rękę w gipsie musiał specjalnie zabezpieczyć przed przemoczeniem, 
tak samo bandaże.

   Draco umył się zaraz po nim. Wyszedł z łazienki w komplecie szkolnych szat, 
lekko uśmiechnięty. Był w końcu weekend.

- Fred i George chcieli się z nami widzieć dziś rano w Izbie Pamięci Slytherinu- 
przypomniał przyjacielowi Malfoy.- Pewnie już na nas czekają.

- To chodźmy- uśmiechnął się blado Harry i razem wyszli ze swojego pokoju, 
kierując się na sam koniec korytarza, gdzie znajdowała się Izba Pamięci 
Slytherinu.

  W środku, tak jak podejrzewał blondyn, czekali już na nich bliźniacy Weasley, 
wśród wielu nagród i trofeów. Mieli na twarzach wielkie, tajemnicze uśmiechy.

- Nareszcie! Myśleliśmy, że nie przyjdziecie już- odezwał się pierwszy Fred.

- Ale to niemożliwe, bo wy nie tchórzycie- dodał, szczerząc się George.

- A mogę się już dowiedzieć, o co wam chodzi?- spytał ze zniecierpliwieniem 
Harry.

- Aleś niecierpliwy, Harry- westchnął Fred.

- Chodźcie za nami- polecił George, kierując się przez jedne z wielu drzwi, które 
powstały w ścianie.

   Szli długimi, prostymi schodami z czarnego marmuru. Rękami trzymali się 
barierek, aby przypadkiem nie spać i się nie połamać, co na tej wysokości było 
całkiem prawdopodobne.

   Nagle, gdy doszli na sam dół, zobaczyli, że są w jakimś salonie 
kosmetyczno/fryzjerskim. Kolorystycznie został utrzymany w srebrze i zieleni. 

background image

Stało kilka foteli, lustra i inne przyrządy potrzebne do dbania o urodę.

- Oto nasza domowa komnatadbania o urodę. Chcecie mieć może fajny makijaż, 
lub nową fryzurę?- zaproponował Fred młodszym kolegom.- Już większość 
Ślizgonów dzisiaj zrobiło sobie fajne fryzury, tylko wy jeszcze nie i my.

  Chłopcy nie chcieli makijażu, a nowe fryzury.

- Macie przejrzyjcie sobie katalogi!- krzyknął George, rzucając chłopcom po 
gazecie z fryzurami.

  Harry przejrzał różne możliwości uczesania i ścięca włosów. Wiedział, że musiał
wplątać w to jakoś kolor zielony, tak jak to robili wszyscy inni Ślizgoni. W  końcu 
doszedł do jednej takiej ładnej fryzury... Na tą samą postawił Draco.

- Co teraz?- zaciekawił się młody Snape.

- Siadacie na fotelu fryzjerskim, patrzycie na obrazek fryzury i wkładacie na 
głowę ten kask. Zdejmujecie po 10 minutach- wyjaśnił Fred, siadając na jednym 
z krzeseł. To samo zrobił George, a za nim Draco i Harry.

   Snape Junior patrzył na obrazek wybranego przez siebie uczesania i nałożył 
kask na głowę. Był ciekawy, co zobaczy, gdy zdejmie go... A lustro wisiało za nim,
więc musiał się obrócić, aby coś zobaczyć.

   Bliźniacy i najmłodsi czekali niecierpliwie, aż czasomierz wybije koniec 
oczekiwania. Kolejne minuty tak się ciągnęły paskudnie...

  Nareszcie zadzwonił dzwonek i całą 4 naraz zdjęła kaski z głów. Nie widzieli 
siebie, a kolegów, więc zaczęli się z siebie śmiać  w niebogłosy.

   George miał na głowie niedługie, krótkie rudo- zielone afro, doskonale 
kontrastujące z jego lekką opalizną i szerokim uśmiechem.

   Freda dało się teraz od niego łatwo odróżnić. Jego fryzura to były zielono- 
srebrno- rude dredy  do ramion. Wyglądał jak obcokrajowiec, brakowało mu tylko
czarnej karnacji.

   Harry miał skrócone włosy do około 10 centymetrów.  Przy uszach zostały 
ogolone do max.2 centymetrów, a te dłuższe, na czubku głowy stały mu w każdą 
stronę, niczym igły. Były one czarne, a te krótsze ciemno-zielone. Wyglądały 
bosko w połączeniu z jego pięknymi oczami koloru Avady.

    Draco miał taką samą fryzurę, tyle że zamiast czarnych włosów, miał białe. 
Teraz z Harry'm przypominali braci jeszcze bardziej...

background image

   Gdy odwrócili się do lusterek, wybuchli wręcz histerycznym śmiechem. W takim
stanie euforii trwali dobrych parę minut.

- Żałujcie, że nie widzieliście Marcusa... Ma ogolone całkiem włosy, tylko po 
bokach zielone węże... A David... Srebrno-zielone kolce- oznajmił Fred.- Przy 
śniadaniu ich zobaczycie, dziewczyny też.

- Już nie mogę się doczekać. Idziemy?- zaproponował Draco, na co wszyscy 
przystali.

   Harry trochę się rozerwał i uśmiał z powodu tych fryzur. To pozwoliło mu na 
jakiś czas zapomnieć o kłopotach i problemach... Ale ile taki stan może się 
utrzymywać? Na pewno niezbyt długo, ale zawsze to coś.

  4 Ślizgonów swoim przybyciem wzbudziło owację publiczności. Inni z ich domu 
mieli również niesamowicie odważne i śmieszne fryzury. Nauczycieli nie mieli w 
sumie nic im do zarzucenia, więc się nie czepiali, a uczniów innych domów wręcz
zamurowało z zaskoczenia.

- Wyglądacie świetnie- pochwaliła nowoprzybyłych Pansy, patrząc na Draco, 
który jej się podobał, ale nie chciała się do tego przyznać.

- Wy też- skomplementował wszystkich Ślizgonów Harry, zdobywając się na 
wymuszony uśmiech. Czuł ból w zranionych nadgarstkach, ale zaciskał zęby i 
zaczął jeść śniadanie. Nie, żeby był głodny. Robił to, bo mu kazano. Bo lubił, gdy 
ktoś się o niego troszczył. Lubił być w centrum zainteresowania.

   Po posiłku on, Draco i bliźniacy Weasley udali się nad jezioro. Słońce 
nareszcie wyszło zza chmur i ogólnie pogoda była sprzyjająca do spacerów i 
pogawędek.

   We czwórkę usiedli na stercie głazów nad brzegiem jeziora i próbowali się 
opalać.

- Ej, mam pomysł, jak dopiec Gryfonom- odezwał się pierwszy George, aby 
zakłócić ciszę.

- Jaki?- zaciekawił się Draco, zdejmując pelerynę, jak inni. Było tak przyjemnie 
ciepło...

- Musimy się jakoś dostać do ich dormitorium... A do tego potrzebne jest nam ich 
hasło... No i musimy jakoś zmienić postać... Gdy tam będziemy, to rozłożymy w 
ich łóżkach niewidzialne bomby proszkowe, które spowodują, że obrosną w 
różowe piórka. Nie usuną ich przez conajmiej 2 dni... Potrzebujemy też 
ostatniego składniku owych bomb, bo nie wiem skąd go dostać... Chodzi mi o 
liście czyrakobulwy... Nie damy rady ich ukraść od pani Sprout...- opowiadał o 

background image

swoim planie George.

- Świetny pomysł!- zachwycił się Fred.- Nareszcie ruszyłeś mózgiem, bracie. Ale 
teraz mamy kilka problemów, które już nam przedstawiłeś.

- Hmm... To da się załatwić... Draco, umiesz legilimencję prawie tak dobrze, jak 
ja, więc sprawdzisz mózg jakiegoś małego Gryfona... Nie powinno być trudno, 
takie informacje głupcy trzymają zawsze na wierzchu. Aby zmienić się w 
Gryfonów, należy znaleźć jeszcze 3 chętnych Ślizgonów i 7 chętnych Ślizgonek, 
aby nazmienili się w Gryfonów i uważyć Eliksir Wielosokowy... Liść czyrakobulwy 
dostaniemy tanio na Nokturnie, jeśli wie się, gdzie szukać- rozwiązywał problemy
Harry, aby czuć się potrzebnym i zająć czymś mózg i myśli.

- Eee... To brzmi tak prosto, ale mam kilka wątpliwości. Nie znamy składu Eliksiru
Wielosokowego i podobno jest tak trudny, że tylko kilku czarodziejów potrafi go 
poprawnie uważyć. Dodatkowo, jak zamierzasz się dostać na Nokturn, będąc w 
Hogwarcie...- wyłożył swoje wątpliwości Fred.-  Bo poza tym to pestka.

- Warzyłem Wielosokowy, gdy miałem kilka latek. Ani razu go jeszcze nie 
zepsułem. Przepis jest w komnatach mojego ojca, ale tym już się jakoś zajmę, 
nie powinno być trudno. Znam wszystkie jego zabezpieczenia, a jeśli to nie 
pójdzie, to dostanę się do swojego domu za pomocą sieci Fiuu i stamtąd wezmę 
książkę z przepisami. Na Nokturn za to mogę się teleportować. Draco niech 
zajmie się uzyskaniem haseł, a potem pobierze włosy Gryfonów i sprawi, aby 
nam nie przeszkadzali podczas akcji. Już ja im wczepię fałszywe wspomnienia 
potem. Wy, Fred i George, macie zająć się zwerbowaniem najzaradniejszych 
Ślizogonów i Ślizgonek do przemiany, zrobieniem bomb i zabraniem z pralni 
ciuchów Gryfonów- oznajmił młody Snape, uśmiechając się iście szatańsko.

- Nareszcie wrócił mój dawny Harry. Świetny plan- ucieszył się młody Malfoy i 
cała czwórka przybili sobie piątki..

- A i... Jest jeszcze jeden mankament... Wielosokowy warzy się okrągły miesiąc, 
co oznacza, że będę musiał się zwalniać z lekcji czasem, no i uważać na siebie...
Mam już nawet dobre miejsce...- rzekł brunet, myśląc o Łazience Jęczącej Marty.

   Harry musiał uważać na siebie, mimo iż bliźniacy i Draco mieli bardzo dobre 
oceny z Eliksirów. Wolał sam zadbać o uwarzenie tak trudnego i zawiłego 
eliksiru. Oni jeszcze z nim nie eksperymentowali, a błąd mógł kosztować ich 
życie, a nawet rozwalić pół Hogwartu. To drugie było kuszącą ofertą...

   Wieczorem młody Snape wymówił się z salonu Slytherinu, mówiąc że musi 
zobaczyć się z profesor McGonagall w związku z pracą dla chętnych z 
Transmutacji. Zamiast tego, udał się na 2 piętro, do tej samej łazienki, co 
poprzedniego dnia. Tym razem nie zamierzał ciąć się byle ostrzem, którego już 
ktoś używał. Zabezpieczył się- wziął swój srebrny sztylet wysadzany 

background image

szmaragdami. Używał go sam Salazar Slytherin i był niezwykle drogocenny. To 
wiele znaczyło dla uznającego mocno tradycje chłopaka. Dostał go na 9 urodziny
od ojca...

                            ###WSPOMNIENIE###

" 31 lipca. Harry Snape obudził się dosyć wcześnie. Przeciągnął się w 
rozleniwieniu i uśmiechnął się radośnie. W końcu nie codzień kończy się 9 lat.

 Chłopiec ubrał się w krótkie, czarne spodenki i  srebrno-zieloną koszulkę na 
guziki. Wyglądał rozkosznie. Zielone oczy błyszczały mu się złowieszczo, a 
czarne włosy opadały mu na czoło.

  Szybko zbiegł na dół, gdzie czekał już na niego uśmiechnięty ojciec. Nieczęsto 
zdawało się go widywać w takim radosnym stanie. Uściskał swojego ukochanego
synka, po czym wręczył mu prezent zawinięty w srebrny papier.

  Harry zdjął opakowanie i jego oczom ukazał się piękny, drogocenny sztylet. 
Jego ostrze podobno nigdy się nie tępiło i było bardzo ostre. Rękojeść 
wysadzana szmaragdami dodawała mu wartości. Sztylet Slytherina w rękach 
Wybrańca, jego potomka.

- Dziękuję tato! Jest śliczny!- wykrzyknął chłopiec, gładząc z uwielbieniem 
kamyczki i nieostrą część sztyletu.- I tak ostry... Zawsze o takim marzyłem, 
wiesz?

- Każdy mężczyzna doceniłby taki podarunek. Jest niezwykle potężny i 
niebezpieczny. Uważaj na niego, synku- Severus rozczochrał włosy malca.-I 
obiecaj mi, że będziesz się z nim bezpiecznie obchodził. Nie chcę, aby stała ci 
się krzywda.Daję ci go, bo ufam że będziesz w stanie się nim zaopiekować.

- Będę tato! Obiecuję!- rozpromienił się Harry, po czym  przypiął sztylet do paska.

 Później chłopiec i jego tata zaprosili do siebie Draco i Lucjusza, aby wspólnie 
świętować 9 urodziny Harry'ego. Cały dzień świetnie spędzili w swoim 
towarzystwie."

           ### KONIEC WSPOMNIENIA###

   Harry pochylił się nad umywalką. Na wspomnienie o owych 9 urodzinach łza 
zakręciła mu się w oku. Ojciec go tak kochał... Albo chociaż udawał, że kocha... 
Zastanawiał się, co jeśli jego życie to jedno wielkie kłamstwo?

  Łzy zaczęły kapać mu z oczu. Odetchnął głęboko i zadał sobie cięcie, bardzo 
lekkie, w prawy nadgarstek. Szkarłatna krew spłynęła po zlewie. Chłopiec 
zacisną zęby. Ostrze było naprawdę tak ostre i bolesne, jak mówił mu ojciec... 

background image

Profesor Snape. Teraz ten mężczyzna był dla niego tylko profesorem od 
Eliskirów.

- Przestań- usłyszał za sobą piszczący głos Harry i aż podskoczył ze strachu. 
Ktoś go odnalazł. Obkręcił się do tyłu i zobaczył... dziewczynę- ducha.

- K-kim jesteś?- zapytał zdziwiony Ślizgon, patrząc na przezroczystą nastolatką.- 
Czego ode mnie chcesz?

- Nazywają mnie Jęczącą Martą- odparł duch.- Umarłam prawie 50 lat temu. Tu, 
w tej łazience... Nie wyniosłam się stąd... Dlatego tą łazienkę zamknęli i nazwali 
moim przydomkiem. A ty jak się nazywasz, młody Ślizgonie?

- Jestem Harry Snape...- odparł zaciekawiony Harry.- Chodzę do 1 klasy. Czemu 
mnie przestraszyłaś i mi przerwałaś?

- Nie  chciałam cię wcale przestraszyć- odrzekła niewinnym głosikiem 
dziewczyna.- Po prostu nie chcę abyś się okaleczał. Masz taką ładną i czystą 
krew... Jesteś tak przystojny... Nie trać życia.

- Mam swoje powody, aby je tracić- mruknął chłopak, ale schował sztylet do 
pochwy i przypiął go do paska.

- To opowiedz mi je- uśmiechnęła się pocieszająco do niego Marta, siadając na 
zlewie.- Ja też chciałam umrzeć, ale nie byłam samobójczynią. Zamordowano 
mnie...

- Jak umarłaś?- zdziwił się Harry, siadając na czystym skrawku podłogi.

   Jęcząca Marta pokiwała przecząco głową i dodała:

- Najpierw ty powiedz mi o swoich problemach, a potem ja opowiem ci coś, 
czego nie opowiedziałam dotąd nikomu...

- Dobrze, niech i tak będzie- westchnął Harry, zdobywając się na lekki uśmiech. 
Zaczął opowiadać ze szczegółami swoją sytuację dziewczynie-duchowi. Nie 
pomijał żadnych sytuacji. W końcu była tylko zjawą mieszkającą w łazience, 
zupełnie nieszkodliwą. W tym ostatnim się mylił...

- Harry... Z tego co mówisz, wnioskuję, że twój ojciec bardzo cię kocha... Nic nie 
usprawiedliwia tego, że cię uderzył... Ale każdemu zdarza się gorszy dzień. 
Zastanów się, czy nie dałeś mu do zrozumienia, że jesteś już dorosły i nie 
chcesz, aby mieszał się w twoje zycie. Postaw się w jego sytuacji. Zawsze miał 
ciebie na wyłączność, a teraz nawet go nie odwiedzasz. Wybuchł, nie do końca 
mając na myśli to, co powiedział. Przeproś go za kilka dni, gdy już nie będziecie 
obaj wściekli, gdy emocje opadną. Często z nim rozmawiaj, wpadaj do niego. 

background image

Niech czuje, że nadal jesteś jego kochanym synkiem- poradziła mu mądrze 
Marta, chcąc aby jej nowy kolega przestał się już smucić.

- Dzięki Marto... Sądzę że właśnie czegoś takiego potrzebowałem... Już się lepiej
czuje i nie chcę się tak szybko zabić. Przeproszę go- obiecał jej i sobie, wyraźnie
w lepszym humorze Harry, gdy popatrzył na zegarek.- Merlinie, już 22... O tej 
godzinie nie wolno mi przebywać poza dormitorium. Ktoś mnie zabije i wlepi 
szlaban... Muszę się zakameleonować i wracać. Któregoś dnia, jak tu przyjdę, to 
opowiesz mi o swojej śmierci. A teraz, do zobaczenia!

  Marta mu wesoło pomachała, a on sprawił zaklęciem, że stał się niewidzialny.

   Harry puścił się biegiem przez korytarze, uważając aby na kogoś nie wpaść. 
Mijał puste, ciemne korytarze, niewiele widząc po drodze.

  Młody Snape zwolnił dopiero, gdy zszedł do lochów. Tam, nawet gdyby się 
natknął na prefektów Slytherinu, to ci nic mu nie zrobią, tylko poproszą, aby udał 
się do dormitorium.

  Teraz, jako że nic nie widział, spuścił nisko głowę, kierując się do salonu 
Slytherinu po omacku. Z zamkniętymi oczyma by tam teraz doszedł.

  Nagle, gdy się trochę rozpędził, nie patrząc przed siebie, wpadł na coś, lub na 
kogoś. Odbił się o niego i przeleciał metr do tyłu, opadając na ziemię z łoskotem.

  Owa osoba zapaliła światło i Harry dopiero wtedy zobaczył jej twarz. 
Przestraszony, chciał uciekać, ale nie miał siły się podnieść...

Rozdział 20" Przyłapany"

  Nagle, gdy się trochę rozpędził, nie patrząc przed siebie, wpadł na coś, lub na 
kogoś. Odbił się o niego i przeleciał metr do tyłu, opadając na ziemię z łoskotem.

  Owa osoba zapaliła światło i Harry dopiero wtedy zobaczył jej twarz. 
Przestraszony, chciał uciekać, ale nie miał siły się podnieść...

- A... Kogo my tu mamy? Uczeń łamiący szkolny regulamin?- usłyszał srogi, ale 
jakby zadowolony głos Argusa Filcha, szkolnego Filcha. Teraz miał 
przechlapane...- Wstawaj.Już ja ci pokażę, jak karze się takich jak ty. Nie myślisz
chyba że jesteś lepszy od innych?

   Harry z trudem się podniósł, a woźny chwycił go za kołnież. Obok jego nóg 
łasiła się pani Norris, jego kotka.

background image

- Gdzie idziemy?- spytał chłopak, próbując się wyrwać. Nie podobało mu się, że 
ten mężczyzna go kurczowo trzyma za ubranie i gdzieś prowadzi.- Weż te łapska
ze mnie, potrafię sam chodzić.

- O tak... Potrafisz chodzić szczególnie w nocy, kiedy wszyscy mają już spać w 
łóżkach. Głupi nie jestem, jak cię puszczę, to uciekniesz. Idziemy do dyrektora, 
on wyznaczy ci odpowiednią karę- uśmiechnął się złośliwie Filch, kopiąc go nogą
w plecy, aż Harry pisnął z bólu.

- Puszczaj mnie!- krzyknął młody Ślizgon, wyrywając się z silnego uścisku faceta,
który był i tak od niego wyższy i bez wątpienia silniejszy.

  Po kilku krokach Harry przez przypadek nastąpił na ogon kotce, a tak z piskiem 
uciekła od niego. Miał za to zapłacić później...

- Co zrobiłeś mojej kotce, łajdaku?!- rozwścieczył się woźny i kopnął ponownie, 
choć znacznie mocniej nastolatka, który zwił się z bólu.- Zapłacisz mi za to! 
Odpowiesz za swoje grzechy profesorowi Dumbledore'owi!

- Aaa... - jęknął chłopiec, nie mając siły już się szamotać. Szedł posłusznie, 
trzymany za kołnież przez Filcha.

   Nagle, gdy doszli do końca lochów, zza jakiegoś korytarzu wyłoniła się kula 
światła, a za nią jakaś postać, której twarzy nie było widać.

- Ktoś idzie! Kolejna osoba zobaczy, co robisz na korytarzu o godzinie, w której 
powinieneś leżeć w łóżku- zaśmiał się sarkastycznie woźny i kopnął "za nic" 
chłopca między żebra, aż ten na chwilę stracił dech.

- Filch... Co robisz tu o tej porze, znęcając się nad uczniem mojego domu?- 
spytał chłodnym tonem mężczyzna, który skierował światło z różdżki na bok, że 
Harry zobaczył, że to jego ojciec. Miał na twarzy kamienną maskę bez uczuć i 
srogim wzrokiem paraliżował woźnego.

   Z jednej strony młody Ślizgon dziękował Merlinowi, że zjawił się profesor 
Snape, a z drugiej strony bardzo obawiał się spotkania z nim i raczej wolał 
wylądować u dyrektora i dostać miesięczny szlaban.

- Ten uczeń łaził po korytarzach podczas Ciszy Nocnej... Nie było go w łóżku. 
Ciekawe co kombinował... Pewnie podkładał jakieś dowcipy z koleżkami... Może 
reszta gdzieś tu jeszcze są... A potem wyszarpywał się i nadepnął Panią Norris... 
Moją koteczkę- opowiadał z przejęciem, ale i przestrachem pan Filch. Jak każdy 
czuł lęk przed Naczelnym Postrachem Hogwartu.

- Ach, tak... To z pewnością niesłychana krzywda- mruknął z sarkazmem Mistrz 
Eliksirów, patrząc z pogardą na Charłaka. Nie znosił go tak samo jak uczniowie, 

background image

może i nawet bardziej. Gardził nim.- Ale gdzie go prowadzisz, Filch? Skoro jest 
Slizgonem, to prawidłowo byłoby zaprowadzić go do opiekuna jego domu, czyli 
do mnie? O tym nie pomyślałeś?

- Ja... Profesorze Snape... Prowadziłem go do dyrektora, a ten postanowi, co z 
nim zrobić... Może iść pan z nami- plątał się w odpowiedzi woźny.- Rozumie 
pan... Takich łobuzów trzeba należycie karać.- Po tych słowach kopnął Harry'ego,
a ten jęknął z bólu.

- Filch, zostaw go. Jest już późno i nie powinniśmy zawracać Albusowi głowy. 
Zostaw mojego ucznia mi, ja już mu dam odpowiednią karę- polecił mężczyźnie 
Severus, nawet nie obdarzając syna wzrokiem.- Nie słyszałeś? Mam powtórzyć? 
Idź już. Panie Snape, za mną.

   Filch chciał protestować, ale jedno srogie spojrzenie Mistrza Eliksirów zgasiło 
jego zapędy, więc nieszczęśliwy odszedł korytarzem na górę. Może będzie miał 
okazję jeszcze się wyżyć na nieposłusznych uczniach.

- Dziękuję- zwiesił ponuro głowę Harry. Nie wiedział, co ma zrobić. Czuł się 
całkowicie bezradny. Chciał przeprosić ojca, ale się bał... Że ten naprawdę 
uważa go za tego złego.

- Nie dziękuj mi. Po prostu nie łaź w nocy po szkole. Nie mam zamiaru ratować ci
skóry po raz kolejny. A teraz wracaj do dormitorium i idź spać. Nie wiem co 
robiłeś poza nim i nie chcę tego wiedzieć- polecił chłopcu beznamiętnie Severus,
nawet nie patrząc na niego. Był smutny i przygnębiony, że ten go nienawidził i 
mu nie ufał. Jego rodzony syn...

- Ale ja...- chciał coś powiedzieć młody Ślizgon.

- Idź już, nie chcę cię już tu widzieć- warknął Mistrz Eliksirów. Nie było prawdą, 
że nie chciał widzieć już syna, ale jak patrzył na niego, widział tą złość i 
nienawiść w jego ślicznych, zielonych oczach. Oczach Lily...

- Ja...- westchnął chłopak, ale zwiesił smutnie głowę i dodał- Dobranoc, panie 
profesorze.- I pobiegł najkrótszą drogą do dormitorium.

   Gdy znalazł się z sypialni, od razu zaszył się w łazience. Pochylił się nad 
umywalką i zaczął płakać. Chciał przeprosić... Był już do tego gotowy... Ale mylił 
się. Ojciec nie chciał już go widzieć. Wszystko stracone... Był beznadziejnym 
synem... To nie dawało mu spokoju.

- Przeproszę go... Choćby mnie wyśmiał i wysłał do Diabłów- obiecał sobie Harry,
patrząc na swoje odbicie w lustrze. Było zapłakane i wyglądające tak nędznie... 
Tak, jak się czuł.- Jestem prawdziwym Ślizgonem... Muszę to zrobić. Tylko jak? 
Czemu to życie jest tak skomplikowane? Ja już nie chcę żyć. Ale... Najpierw 

background image

zrobię, co zrobić miałem. Potem będę mógł śmiało zginąć.

  Po tych słowach rozebrał się do bokserek i wszedł do wielkiego jaccuzi. 
Odkręcił wszystkie korki i wszelkie płyny zapachowe wlały się do ciepłej wody. 
Utworzyły one wiele piany i mnóstwo baniek, które fruwały po całym 
pomieszczeniu.

- Harry... Więc to jest twoja łazienka- usłyszał damski głos zza siebie. Chłopak 
odwrócił się i zobaczył, że stała za nim Jęcząca Marta. Odetchnął z ulgą.

- Co tu robisz, Marto?- zdziwił się Harry, zgarniając na siebie pianę. Pachniała 
lawędą.

- Przyleciałam tu... A co, nie mogę? Chciałam, abyś usłyszał moją opowieść o 
tym jak umarłam. W końcu należy ci się to- uśmiechnęła się dziewczyna- duch.

- Ee... Dzięki... To mów- zachęcił ją Ślizgon, rozkładając się wygodnie w jaccuzi.

   Opowieść Jęczącej Marty nie była może i długa, ale za to bardzo tajemnicza i 
ciekawa. Od samego początku zainteresowała młodego chłopaka.

   Stało się to prawie 50 lat temu. Marta była w 3 klasie Hogwartu. Należała do 
Huffelpuffu. Była raczej dobrą uczennicą, ale bardzo płaczliwą i jęczącą, przez co
nie miała żadnych przyjaciół. Nikt jej nie lubił.

   Pewnego dnia dziewczyna ukryła się w jednej z toalet, aby uciec od jednej ze 
Ślizgonek, która bardzo jej dokuczała. Naśmiewała się z jej rudych włosów i 
dużych, okropnych okularów. Była dla niej okrutna. Szydziła z pochodzenia 
Marty, która była szlamą. Urodziła się w rodzinie mugoli i oni ją wychowywali. Nie
znała świata magii.

  Wracając do tematu, Marta ukryła się w kabinie. Nawet tam słyszała śmiech i 
obraźliwe słowa Marietty, owej Ślizgonki. Potem uczennica domu Węża wyszła, 
ale Puchonka nadal płakała smętnie w toalecie.

  Nagle usłyszała męski głos. Mówił on dziwne słowa w jakimś nieznanym języku.
Jako, że była histeryczką, nie chciała aby jakiś chłopak siedział w damskiej 
łazience. Wybiegła z kabiny i...

- Co się wtedy stało, Marto?- spytał Harry, ciekawy dalszych losów dziewczyny. 
Ta jednak na chwilę się zacięła.- Co się stało, gdy wyszłaś z kabiny?

- Wtedy umarłam...- odparła cicho, ale jakby z usatysfakcjonowaniem Jęcząca 
Marta.- Zobaczyłam w jednym z kranów parę wielkich, żółtych oczy. Potem była 
już tylko ciemność. Obudziłam się po kilku dniach... Jako duch. Od tego czasu 
zamieszkałam w toalecie damskiej na 2 piętrze, którą zamknęli przez ten 

background image

wypadek.

- To... Smutne, Marto- wyraził swoje współczucie brunet.- Przepraszam, ale... Jak
to jest być duchem?

- To... Dziwne, Harry- uśmiechnęła się zalotnie dziewczyna.- Nic nie czujesz, 
żadnego bólu. Możesz przechodzić przez przedmioty i ściany... Nie starzejesz 
się... Ale nie radzę ci tej drogi. Nie wszyscy muszą być duchami po śmierci. Ja 
zatrzymałam się na tym odcinku i wybrałam życie na tej ziemi jako zjawa. Można 
pójść dalej... Ach, żałuję, że nie poszłam dalej. A miałam wybór...

- Przykro mi- zwiesił wzrok Harry.- Gdybym mógł ci jakoś pomóc... Dzięki tobie 
jeszcze nie umarłem. Odzyskałem nadzieję, że może być lepiej... Że nie 
wszystko stracone. Bo mnie wsparłaś na duchu.

- Jak znajdę jakiś sposób, to cię powiadomię- obiecała mu Marta.- Zobacz, jak 
już późno... Już prawie wszystkie bąbelki na wodzie popękały. A były takie 
śliczne.

- Masz rację... Draco pewnie już śpi, a potem się na mnie wydrze, że go 
obudziłem w środku nocy- westchnął Ślizgon, po czym podniósł się z wody i 
owinął szczelnie zielonym ręcznikiem.- Mogłabyś... Chcę się przebrać w piżamy.

- Oczywiście- zachichotała dziewczyna, po czym zniknęła.

  Harry przebrał się w krótkie czarne bokserki i czarną koszulkę od piżamy. Włosy
miał całkiem mokre, ale czyste.

  Wyszedł z łazienki, po czym usiadł na swoim łóżku. Była 2 w nocy, a on nie miał
wcale ochoty iść spać. Tyle wrażeń w ciągu jednego dnia... O nie, on nie zaśnie 
tej nocy.

- Nareszcie wróciłeś z tej łazienki. Myślałem, że już tam zasnąłeś- rzekł z 
sarkzmem Draco, siadając na swoim łóżku.

- Nie śpisz? Późno już... Przepraszam że cię obudziłem... Zamyśliłem się, a 
doszedłem do siebie, gdy pękła ostatnia bańka mydlana- westchnął Harry, 
chowając twarz w dłonie.

- Nie przepraszaj... Nie spałem. Mam problem z zaśnięciem- odparł Malfoy i 
skoczył na łóżko, koło przyjaciela.- Co się stało? Jesteś bardziej smutny, niż 
zwykle. Mogę ci jakoś pomóc?

- Oj, Draco... Zamierzam przeprosić ojca... Ale on mnie nienawidzi. Dziś, gdy 
łaziłem wieczorem po korytarzach, złapał mnie Filch. Ojciec mnie przed nim 
uchronił... Chciałem mu coś powiedzieć, ale on chłodno powiedział, że nie ma 

background image

zamiaru już mnie widzieć i że mam iść do dormitorium- rzekł cicho młody Snape.-
A miałem jeszcze nadzieje... Że nie mówił tego, co myślał. Myliłem się... Ale i tak 
go przeproszę... Aby nie mieć wyrzutów sumienia.

- Harry... On na pewno nie miał tego na myśli... Pewnie nie chciał, aby Filch coś 
podsłuchał- pocieszał przyjaciela blondyn, przytulając go.- On cię kocha... To 
twój ojciec.

- I co z tego? Nie chce mnie znać- warknął, upierając się przy swoim brunet.

   Oboje zasnęli tej nocy bardzo późno... Przedtem sporo rozmawiali, upierając 
się przy swoich racjach.

                                    ***

   Severus Snape po odesłaniu do dormitorium syna, nie wrócił do swoich 
komnat. Podążył do swojego najlepszego przyjaciela Lucjusza Malfoya. Musiał 
się mu wyżalić... Ten zawsze go doskonale rozumiał. Był starszy i bardziej 
dojrzały.

- Co się stało?- spytał blondyn przyjaciela, wpuszczając go do środka.- Napijesz 
się czegoś?

- Dziękuję, nie. Potrzebuję porady- wyznał Severus.

- Zatem zamieniam się w słuch- uśmiechnął się Lucjusz.

- Jak wiesz, pokłóciłem się z synem. Ale nie znasz szczegółów... Nakrzyczałem 
na niego, było w tym wiele nieprawdziwych i bardzo krzywdzących słów. Potem...
Uderzyłem go i to mocno... Uciekłem jak tchórz... On mnie okłamywał... Jest 
anorektykiem, ale to bardzo dobrze ukrywał. Następnego dnia dałem mu 
szlaban, abyśmy mogli swobodnie porozmawiać. Chciałem go przeprosić... Dał 
mi do zrozumienia, że mnie nie znosi, że nie chce mnie znać. Lu, żebyś widział 
jego oczy... Były tak puste i nienawistne. Uciekł... A dziś został wieczorem 
złapany przez Filcha... Zabrałem go... Chciał coś powiedzieć, znowu pewnie na 
mnie nawrzeszczeć... Kazałem mu wracać do dormitorium... I w końcu nie wiem, 
o co mu chodziło. Wiem, że żalę ci się, jak baba, ale sam sobie z tym nie 
radzę....- opowiadał brunet.

- Daj spokój... Nie wiem, co mam ci poradzić... Niedopuszczale, że do 
uderzyłeś... Teraz odczekaj kilka dni, aż emocje opadną. Potem działaj... 
Delikatnie spróbuj go przeprosić. Kiedyś ci wybaczy- poradził mu Malfoy.

- Mam nadzieję...- mruknął Snape i ziewnął.- Wiesz co? Może poprawmy sobie 
humor czymś mocniejszym?

background image

- Oczywiście- wyszczerzył się blondyn i sięgnął do barku po 2 kieliszki i butelkę 
mocnego, dobrego alkoholu, który dawał bardzo silnego kopa. Żaden z nich nie 
pamiętał, kiedy wieczór się skończył. Za to był bardzo... Interesujący.

Rozdział 21" Plan nad planami"

   Następnego dnia Harry był bardzo niewyspany. Jako, że to niedziela, nie 
odbywały się żadne lekcje.

   Rano zjadł śniadanie, a raczej próbował je zjeść. Wepchnął w siebie tylko 
kawałek tosta, który popił kawą. Ten czarny napój załatwili mu starsi koledzy, 
mający znajomości u Skrzatów Domowych.

- Draco, Harry, chodźmy nad jezioro. Taka ładna pogoda- zaproponował Fred 
Weasley.- Musimy porozmawiać.

- Jasne- zgodzili się pierwszoroczni Ślizgoni i ruszyli szybkim tempem za 
bliźniakami.

   We czwórkę usiedli nad brzegiem jeziora. Słońce świeciło naprawdę mocno i 
było wręcz gorąco, jak w lecie. Chłopcy zdjęli peleryny i swetry, zostając w 
samych koszulach i spodniach.

- Co macie nam do powiedzenia?- spytał Harry, wystawiając twarz na działanie 
promieni słonecznych. Lubił być ładnie opalony, a czarodzieje nie znali solariów.

- Musimy zająć się naszym planem na ośmieszenie Gryfonów- oznajmił 
poważnie George.- Dziś musimy zająć się wieloma rzeczami. Harry, masz już 
skład Wielosokowego?

- Nie jeszcze... Ale dobrze, że mi o tym przypomniałeś. Musicie mi w tym pomóc. 
Zajmijcie profesora Snape'a... Potrzebuję przynajmniej kwadransu... Nie może 
wcześniej wejść do swoich komnat, rozumiecie? Inaczej jestem spalony- rzekł 
cicho młody Snape.- Macie jakiś pomysł, aby go utrzymać z dala od lochów 
przez 15 minut?

- Chyba da się zrobić- powiedział niepewnie Fred.- Z nim jest zawsze trudno... 
Ale postaramy się. Już?

- Już. On jest teraz na pewno w Wielkiej Sali. Gdy z niej wyjdzie, musicie go 
przytrzymać tam. Ja biegnę do lochów. Spotykamy się na 2 piętrze. Ty Draco idź 
z bliźniakami- polecił przyjaciołom Harry i we czwórkę weszli do zamku.

background image

   Młody Snape pobiegł drogą do lochów. Miał nadzieję, że ojciec nie zmienił 
swoich zwyczajów i nie siedzi u siebie w komnatach...

   Otworzył drzwi bardzo cicho, aby nikt go nie usłyszał. Zawsze miał wymówkę, 
że szukał ojca w sprawach Slytherinu... Albo że  chciał go przeprosić. Bo chciał!

  Na szczęście w środku nie było nikogo. Panował w komnatach półmrok, co 
utrudniało chłopcu szukaniu odpowiedniej książki z przepisami eliksirów, a nie 
chciał zapalać światła na wypadek, gdyby ktoś wszedł do środka i złapał go na 
gorącym uczynku.

  Szybkimi krokami doszedł do szafek. Otworzył pierwszą z nich. Starał się w 
mroku odczytać ich tytuły, ale było bardzo ciemno i ledwie coś widział.

   Otworzył następną szafkę. Tamta mówiła o eliksirach leczniczych. Znowu pech!
Ta traktowała o antidotach.

- Gdzie on ukrył zakazane Eliksiry?- szepnął ze złością Harry, przeglądając 
zawartość następnej szafki.- Trucizny... Znowu nie to!

   Nagle strącił łokciem kubek z kawą leżący na stoliku. Napój rozlał się po 
podłodze, a naczynie pękło.

- Merlinie!- wkurzył się nastolatek, szukając w kieszeni różdżki. Musiał to szybko 
naprawić.- Reparo!

  Kubek się zkleił, ale kawa nadal pozostawała na podłodze.

- Chłoszczyść- rzucił kolejne zaklęcie rozwścieczony chłopak. Teraz podłoga była
czysta. Odstawił kubek prędko na miejsce i zaczął przeszukiwać następną 
szafkę.

   Nagle zamek w drzwiach brzdęknął. Harry zamarł z przerażenia i skoczył pod 
łóżko ojca. A przecież nie minął kwadrans. Był ugotowany.

                                           ***

   Gdy Harry pobiegł do lochów, bliźniacy Weasley i Draco udali się szybkim 
krokiem do Wielkiej Sali. Odetchnęli z ulgą, widząc że profesor Snape siedzi przy
stole nauczycielskim. Niestety już kończył śniadanie.

  We trójkę wyszli z pomieszczenia i stanęli przy drzwiach, aby w razie czego 
zatrzymać Mistrza Eliksirów. Nie chcieli, aby ich przyjaciel został przyłapany na 
gorącym uczynku.

   Nie minęło 5 minut, kiedy Severus wypadł szybko z Wielkiej Sali, prawie 

background image

wpadając na nich.

- Czego tak stoicie? Nie macie co robić?- warknął na nich, przepędzając ich od 
siebie.- Nie widzicie, że mi się spieszy?

- Ale my mamy do profesora sprawę- zaczął Fred.

- Bo profesor zna się świetnie na Eliksirach- dodał George.

- A my mamy braki w związku z jednym takim- dokończył szybko Draco.- Może 
nam profesor pomóc?

- A o jaki chodzi?- zdziwił się mężczyzna, ale zatrzymał się. O to właśnie chodziło
chłopcom.

- O... Veritaserum - wymyślił na poczekaniu bliźniak z dredami.- przeczytaliśmy o
nim w jakiejść książce... I nie wiemy co on powoduje. Powie nam profesor?

- Nie powinien was interesować ten konkretny eliksir, ale dobrze... Veritaserum to
eliskir prawdy. Już 3 krople wystarczą na godzinę działania jego właściwości. 
Podajecie go człowiekowi, a ten będzie musiał wam odpowiedzieć prawdę na 
każde pytanie, które mu zadanie. Nie będzie mógł skłamać- oznajmił profesor.- A 
teraz do widzenia. I pilnujcie mojego syna, aby nie zrobił znowu czegoś 
głupiego... I żeby nie szwędał się po Ciszy Nocnej po korytarzach, bo znowu 
Filch go złapie.

- Tak profesorze. Ale...- zaczął Draco, ale zorientował się, że Mistrza Eliksirów już
przy nich nie było. Był już w lochach, zmierzając ku swoim kwaterom.

  Chłopcy zwiesili smutnie głowy. Wiedzieli, że zawalili na całej linii swoje misje. 
Mogli teraz już tylko wierzyć, że Harry'emu się uda... Przynajmniej wydostać z 
lochów, nawet bez książki.

- Chyba musimy iść na 2 piętro... Harry tak nam kazał. Jak nie wróci do obiadu, 
to zainterweniujemy. Teraz lepiej mu nie przeszkadzać- westchnął Malfoy, a 
bliźniacy za nim podążyli na 2 piętro.

                                         ***

   Harry spod łóżka widział prawie całe kwatery ojca. Starał się zatrzymać bijące 
jak szalone serce ze strachu. Osoba, która przekręciłą klucz w zamku, nacisnęła 
na klamkę. Drzwi się otworzyły na ościerz, ale szybko zamknęły. Chłopak 
zobaczył swojego ojca... I nie miał ani książki, ani dobrej drogi ucieczki. Był w 
rozpaczliwym położeniu.

   Severus Snape nachylił się nad swoim stolikiem i zaczął grzebać w jakiś 

background image

papierach. Szukał czegoś nerwowo i najwyraźniej nie potrafił tego znaleźć.

- Gdzie ja to położyłem?- podrapał się po głowie, zrezygnowany. Wtedy podszedł
do kredensu i w szufladzie szukał dalej.- Dumbledore mnie zabije, jak mu tego 
nie dam...

   Harry modlił się, aby jego ojciec szybko wyszedł ze swoich komnat. Czegoś 
szukał, a mógł zajrzeć też pod łóżko... Drzwi były tak daleko, bliżej znajdował się 
kominek. Gdyby tak poszukać książki w swoim domu...

   Mistrz Eliskirów oddalił się na przeciwległy koniec pokoju, więc jego syn 
odetchnął z ulgą. Szybko wyciągnął różdżkę i rzucił na siebie Kameleona. Na 
wszelki wypadek... I tak nie mógł się poruszać po pokoju, ale istniała nadzieja, że
gdy Severus spojrzy pod łóżko, to nikogo tam nie zobaczy i odejdzie.

   Niespodziewanie mężczyzna oddalił się do łazienki. Harry wciągnął powietrze i 
zadziałał szybko.

  W ułamku sekundy wyskoczył spod łóżka, wchodząc do kominka. Przy tym 
wziął do ręki garść proszku Fiuu i wymówił cicho, ale wyraźnie " Snape Manor". 
Prędko zniknął w zielonych płomieniach, zanim jego ojciec wybiegł zdziwiony z 
łazienki. Już nie dowiedział się, co było źródłem huku...

                                         ***

   Nastała godzina 13. Bliźniacy Weasley i Draco Malfoy już od prawie 2 godzin 
czekali na drugim piętrze na swojego przyjaciela. Z każdą mijającą minutą coraz 
bardziej obawiali się, że ten został złapany... Ale obiecali sobie, że nie 
zainterweniują przed obiadem. Musieli wierzyć, że Harry'emu się uda.

   Nagle zobaczyli, że ktoś wyłonił się zza rogu korytarza. Trzymał coś w rękach. 
Tak, to był młody Snape, z książką!

- Harry!- krzyknęli naraz bliźnaicy i Draco, po czym podbiegli do niego, z 
uśmiechami na twarzach.- Już się baliśmy... Tyle cię nie było. Opowiadaj, co się 
działo.

- Nie znacie moich umiejętności- wyszczerzył się Harry, zakrywając szatą 
książkę.- Ale opowiem wam w bezpiecznym miejscu. Chodźcie za mną.

   Weszli przez drzwi do Łazienki Jęczącej Marty. Wszyscy oprócz młodego 
Snape'a byli zdziwieni wyborem miejsca pracy.

- Genialne- wyszczerzył się zadowolony Fred.- A jak ktoś nas nakryje?

- Nie nakryje... Tu nikt nie wchodzi. No i mieszka tu... Jęcząca Marta- uśmiechnął

background image

się dumnie brunet, ale na wszelki wypadek zabezpieczył drzwi i ściany kilkoma 
zaklęciami.

   Po tym młody Snape wyczarował kilka potrzebnych rzeczy do ważenia 
eliksirów:

- stolik,

- 4 krzesła,

- szafka z potrzebnymi ingrediencjami i przyrządami,

- kociołek złoty,

- kociołek cynowy,

- podkładkę pod kociołki,

oraz inne przyrządy.

- Jesteś geniuszem, Harry- George aż zaniemówił, siadając na krześle.

- Ktoś w to wątpił?- zachichotał Snape Junior, po czym opowiedział przyjaciołom 
swoje przygody sprzed kilku godzin.- Za pomocą sieci fiuu w kominku mojego 
ojca przeleciałem do kominku w moim pokoju. Oczywiście Skrzaty od razu mnie 
zauważyły i podały mi duży pucharek z lodami. To był szantaż... Ja zjem, a one 
nie powiedzą nic mojemu ojcu. Zgodziłem się bez kłótni... Były pyszne... Musicie 
kiedyś do mnie wpaść...

- Masz Skrzaty Domowe w domu?- Fredowi opadła szczęka.- My nie mamy.

- Oczywiście... Całe mnóstwo- uśmiechnął się Harry, ale kontynuował 
sprawozdanie- Słuchajcie dalej... Zjadłem te lody, a potem poszukałem u siebie 
tej książki... Dopiero po jakimś czasie przypomniałem sobie, że ostatnio w domu 
jej używałem i na pewno jest w moim laboratorium. Pobiegłem tam szybko i 
rzeczywiście znalazłem tą książkę. Wziąłem ją i już chciałem wejść do kominka, 
ale przypomniałem sobie, że jak powiem "Hogwart", to trafię do gabinetu 
dyrektora... Dlatego musiałem się tu teleportować.

- Harry... Do Hogwartu nie da się teleportować- przypomniał mu Draco, zdziwiony
całą historią.

- O tak, Draco... Z pewnością się nie da... Ale są wyjątki... Potomek założyciela 
nie ma ograniczeń- rzekł brunet.

- Jesteś potomkiem założyciela?- zdziwił się Fred.- Którego?

background image

- A jak myślisz? Salazara Slytherina, oczywiście. Jestem Harry Salazar Snape, 
moje imiona nie wzięły się bez znaczenia. Harold pochodzi od legendarnego 
Szatana, Syna Nocy, opisanego w książce" Syn Nocy". Był wychowywany przez 
demony ciemności, przez to stał się potężny, zły i okrutny. Podobno po dziś dzień
sprawuje władzę "Tam na dole". A Salazar od Salazara Slytherina... No i mam 
jego różdżkę, która nie wybrała sobie żadnego właściciela od jego czasów- 
opowiadał Harry.

   Teraz naprawdę szczęki opadły jego przyjaciołom. Nawet Draco nie znał tej 
historii... W sumie nigdy nie pytał, sam był sobie winny.

   Chłopcy otworzyli książkę z Czarnomagicznymi Eliskirami. Już pierwszy 
przepis był ... potworny. Obrazek pod spodem pokazywał, jak ciało człowieka 
odwraca się na drugą stronę, ukazując narządy wewnętrzne, itd.

  Harry szybko przewinął kilkadziesiąt kartek, dochodząc do Wielosokowego, 
mówiąc że on już warzył inne eliksiry z tych książek, a wypróbowanie ich na 
innych ludziach było okropnym eksperymentem. Nikt o nic więcej nie pytał, nie 
chcieli znać szczegółów...

- Jesteś pewny, że potrafisz to uwarzyć, Synu Nocy?- spytał z niedowierzaniem 
Fred.

- Nie wierzycie w naszego młodego Mistrza Eliksirów- zganił ich Draco, 
uśmiechając się z wyższością.- Prawda, Synu Nocy?

- Zamknijcie się. Uwarzę to, ale potrzebuję kilku składników z listy... Większość 
mam, ale brakuje mi Skórek Boomslanga... Skończyły mi się w tamtym miesiącu,
nie zdążyłem jeszcze sobie uzupełnić zapasów... Boję się ryzykować wyprawy do
składziku ojca, bo ten ma tam silne zabezpieczenia i co kilka dni sprawdza, czy 
mu nic nie brakuje. To zbyt ryzykowne i wzbudzi podejrzenia- wyznał młody 
Snape.

- Hmm... Widziałem je gdzieś w cieplarni- oznajmił z uśmiechem George.- 
Będziesz je miał w ciągu tygodnia. Zgoda?

- Świetnie... I tak jest to jeden z elementów końcowych. Kiedy zaczynamy 
warzyć? Fred, George wy robicie notatki. Draco, będziesz mi asystował, podawał
składniki- wytyczył każdemu zadanie Syn Nocy.

   Chłopcy zgodzili się i zabrali się do roboty z uśmiechem. Wiedzieli, że nie raz 
zerwą się z lekcji i treningów quidditcha, aby przypilnować ten eliksir.

  Treningi Ślizgoni mieli we wtorki i środy o 17 godzinie, oraz w niedziele o 
godzinie 14. Tak ustalił Flint i tak zaklepał im boisko. Harry nie mógł ćwiczyć, póki

background image

miał na ręce gips.

Rozdział 22" Odwaga na wyznanie prawdy"

   Harry Snape do następnej niedzieli chodził z ręką w gipsie. Potem pani 
Pomfrey uznała, że już kość mu się zrosła i nie musi być już na temblaku. To 
niezmiernie ucieszyło chłopca, który miał już dość radzenia sobie z jedną ręką, 
samopiszącym piórem i nie grania w quidditcha.

  Codziennie Syn Nocy, Draco, Fred i George spotykali się w łazience Jęczącej 
Marty. Były to przeważnie pory popołudniowe, wieczorne i nocne. W tych 
ostatnich musieli bardzo uważać, aby nie złapał ich Filch, lub jakiś nauczyciel. 
Mieli by wtedy przechlapane i ich plan by się nie sprawdził.

   Młody Snape unikał ojca jak ognia. Nie czuł się jeszcze gotowy do rozmowy z 
nim. Jeszcze nie teraz...

  Jako, że już się nie ciął i miał lepsze samopoczucie, związane z zajęciem 
wolnego czasu przez Eliksir Wielosokowy i jego przygotowywanie, uważał 
bardziej na lekcjach i był aktywny na nich. Nauczyciele nie mogli wyjść z podziwu
dla jego zdolności, przynajmniej ci, których przedmioty chłopak lubił. Nie należały
do nich Zielarstwo, Astronomia, czy Historia Magii.

  Flint nie mógł się już doczekać, kiedy jego szukający zacznie uczęszczać na 
treningi quidditcha. Teraz, gdy nie chodził już z ręką w gipsie, był do jego 
dyspozycji. Tylko Ślizgoni wiedzieli, kto jest ich nowym szukającym. Marcus 
utrymywał jego tożsamość w tajemnicy przed uczniami innych domów. To taka 
jego niespodzianka dla wrogów...

   W związku z misją "Różowopiórkowi Gryfoni" oprócz Eliksiru Wielosokowego, 
zostały poczynione też inne przygotowania. Fred załatwił już 7 Ślizgonów i 3 
Ślizgonki najbardziej zaufane do przemiany w Gryfonów, a George ukradł z pralni
szaty z naszywkami Domu Lwa na odpowiednie rozmiary.

  Harry musiał jeszcze któregoś dnia skoczyć z Draco na Nokturn, aby zdobyć 
Liść Czyrakobulwy. Bliźniacy zdobyli mu Skórki Boomslanga, oraz zajęli się 
produkcją swoich bomb.

   Młody Malfoy nie spieszył się jeszcze ze zdobywaniem włosów z 14 Gryfonów, 
bo miał jeszcze prawie 3 tygodnie na to. Tak samo było z hasłem, bo istniała 
możliwość, że Kociaki je zmieniają często... Byłoby głupio, gdyby powiedzieli 
stare hasło... Teraz szukał dyskretnie wejścia do ich dormitorium. Odkrył, że 
znajduje się przy schodach i gdzieś na 6 piętrze. Miał trop na Portret Grubej 
Damy i był on raczej prawdziwy. Musiał to tylko sprawdzić, aby zodbyć pewność 

background image

na 100%.

   We wtorek o godzinie 17 Harry i reszta drużyny była już gotowa na trening 
Quidditcha. On był najbardziej niecierpliwy, ponieważ szedł na niego pierwszy 
raz... 

   Cała siódemka siedziała ubrana w zielone szaty ze srebrnymi ochraniaczami w
szatni. W rękach trzymali swoje Nimbusy 2000.

  Pierwszą godzinę Marcus przedstawiał im cały projekt swojej taktyki przeciw 
Puchonom, z którymi grali pierwszy mecz, już 20 listopada. Każdy z drużyny 
mógł zgłaszać swoje pomysły, aby ulepszać taktykę, którą potem ćwiczyli na 
boisku.

- Chłopcy... W tym roku mamy świetną drużynę, bez dwóch zdań. Najlepsi 
pałkarze, najlepszy szukający, najlepszy obrońca i najlepsi ścigający- rzekł 
Marcus, patrząc z dumą na swoich zawodników.- Ale pamiętajmy, że talent to 
dopiero połowa sukcesu. Drugą połową jest ciężka praca! I my ją będziemy 
wykonywać, aby w tym roku zdobyć po raz pierwszy od 11 lat Puchar Quidditcha.
Ostatni raz nasz dom go miał, gdy profesor Snape był szukającym.

   Ścigający Jack Montague wyszczerzył zęby. Chciał w tym roku zdobyć ten 
Puchar, aby pokazać, że jest świetnym ścigającym. Lubił brutalną i szybką grę.

  Miles Bletchley zacisnął pięści, napinając mięśnie. Był dobrze zbudowanym 
obrońcą, a zarazem bardzo szybkim i celnym.

- Teraz idziemy na boisko. Teraz, kiedy jesteśmy w komplecie, musicie się 
nauczyć grać razem. Nie jesteście pojedynczymi personami. Jest nas 7 i mimo 
że gramy na różnych pozycjach, musimy umieć się zgrać. Rozumiecie? Na 
boisko!- wydarł się Flint z wyszczerzem na twarzy.

   Cała 7 wyleciała w pędzie na boisko, rozgrzewając się już pojedynczo. Śmigali 
nad i pod trybunami w wielkim pędzie. Wyglądali jak zielono-srebrne smugi.

   Po kilkunastu minut usłyszeli gwizdek. Na ten dźwięk podlecieli do Marcusa, 
który miał już dla nic zadania.

- Wszyscy ustawiamy się na różnych wysokościach  w różnych odległościach. 
Podajemy do siebie kafel, oby jak najcelniej. Kto nie złapie, ten  Śluz 
Gumochłona!- krzyknął Flint, trzymając w ręce dużą, brązową piłkę. Na jego 
polecenie wszyscy się rozlecieli po boisku.

  Marcus zrobił bardzo długi rzut do Draco. Ten bezproblemowo złapał piłkę, 
jakby to było piórko i podał ją do Jacka. Ten brutalnie przerzucił ją przez całą 
długość boiska, a złapał ją Harry bez większych problemów. Jego koledzy nie 

background image

mogli wyjść z podziwu dla jego refleksu i mocy rzutu, który wykonał do Milesa. 
Ten ledwo wtedy złapał kafla...

  Następnym ćwiczeniem było rzucanie goli do pętli. Bletchley na swoim 
stanowisku bronił ich i trzeba mu przyznać, że świetnie sobie z tym radził.

   Następnie już po tej rozgrzewce zaczęli ćwiczyć poważniejsze rzeczy, jak 
różne zwody i zagrania specjalne. Dotyczyły one wszystkich zawodników. 
Pałkarze Ślizgonów wręcz bawili się tłuczkami, jakby to były lekkie, szmaciane 
zabaweczki. Mieli oko na wszystkich w swojej drużynie, aby nic się nikomu nie 
stało. Szczególnie uważali na szukającego i ścigających, bardzo podatnych na 
uderzenia kamienistych piłek.

    Harry, gdy musiał łapać złotego znicza był w swoim żywiole. I pogoda 
dopisywała, więc miał doskonałą widoczność. Złotą piłeczkę ze skrzydełkami 
łapał w rekordowym tempie, nawet jak Marcus go przetrzymywał specjalnie 
dłużej, aby znicz się schował i chłopak miał zwiększony poziom trudności.

   Z jednego z zamkowych okien, znajdującego się z pokoju nauczycielskim, 
zmagania drużyny Slytherinu obserwował Severus Snape. Nie zamierzał 
wpraszać się na ich trening, poza tym stwierdził że świetnie sobie radzili. 
Nareszcie jego dom miał szanse na zdobycie Pucharu Quidditcha. Był dumny, że
przyłożył się do tego jego syn. Tęsknił za kontaktami z Harry'm. Nie miał jednak 
odwagi go przeprosić, ale... musiał. I musiał mu też powiedzieć coś ważnego... 
Coś, co powinien wyznać mu już wcześniej, ale bał się że chłopiec nie 
zrozumie... Teraz też mógł nie zrozumieć i go znienawidzić do końca... Ale lepiej, 
aby dowiedział się tego od niego, niż od obcej osoby.

   Z dumą Severus obserwował dzielne zmagania swojego dziecka na miotle. 
Chłopak bez wątpienia odziedziczył po nim talent do grania w quidditcha i 
łapania złotego znicza. Był spostrzegawczy, zwinny, zręczny, wytrzymały i silny. 
Idealny szukający. Poza tym wysoki, chudy i lekko napakowany. Aż za chudy...

   Jedno dziwiło Mistrza Eliksirów. Od przybycia do Hogwartu Harry nie urósł ani 
cala, a przecież teraz przechodził okres gwałtownego wzrostu. Za to Draco 
zrównał się z nim wzrostem, co było dziwne. Malfoy'owie nigdy nie byli wyźsi od 
Snape'ów, a Harry zawsze górował nad blond przyjacielem. Severus był przecież
bardzo wysoki, Lily z resztą też, a Lucjusz i Narcyza byli niźsi.

  Weasley'owie też byli niźsi od Snape'ów z zasady, a ich najmłodszy syn Ronald 
już nie był niższy od Harry'ego. Był w jego wzrostu. To niepokoiło zatroskanego 
Severusa. Jego syn powinien już urosnąć ze 2 cale, a stał w miejscu pod tym 
względem. Jedynie schudł, co było widać po jego szatach, które sobie zwężał 
oraz po twarzy. Może to przez to?

  Trening quidditcha Ślizgoni skończyli o 20. Byli padnięci, ale zadowoleni. Teraz, 

background image

gdy w pełni poznali swoje możliwości byli pewni, że mają szanse na 1 miejsce w 
Hogwarcie.

   Harry, Draco i bliźniacy zaszyli się w łazience Jęczącej Marty. Tam wykonywali 
kolejny etap eliksiru Wielosokowego. Był on dosyć ciężki, więc się zmęczyli przy 
nim i nie spostrzegli, która już godzina. A była 22, czyli już po Ciszy Nocnej.

- Wy już idźcie, chłopaki. Musicie dojść bezpiecznie do dormitorium. Uważajcie 
na nauczycieli i przede wszystkim na Filcha, który wam nie odpuści. Najlepiej 
idźcie bocznymi drogami- polecił im Harry.

- A ty?- zdziwił się Draco, patrząc z niepokojem na przyjaciela.

- Dokończę to, zostało mi najwyżej kwadrans roboty. Potem... Zajdę gdzieś- rzekł
Syn Nocy z wymuszonym uśmiechem. Chciał zajść do konkretnej osoby w 
konkretnym celu- Idźcie już, im w mniejszych grupach dojdziemy, tym będzie 
bezpieczniej. Pa, nie czekajcie na mnie.

- No... Dobra- zgodził się Fred, nie wiedząc o co chodzi kumplowi. Po tych 
słowach wyszli w trójkę, zostawiając w toalecie przy eliskirze młodego Snape'a, 
który odetchnął z ulgą, że tak łatwo mu poszło. Bał się tych odwiedzin, ale jako 
że chciał nazywać się prawdziwym Ślizgonem, był na siłach zdobyć się na to. 
Już dosyć ukrywania się.

   Kwadrans, jak zapowiedział, wystarczył mu na dokończenie tego etapu w 
warzeniu Wielosokowego. Teraz miał wolnych kilka dni do niedzieli. Oczywiście 
musiał zachodzić codziennie do łazienki, aby sprawdzić czy wszystko okey, ale 
nie musiał nic ruszać. W kociołku bulgotował szary wywar, wszystko tak jak 
powinno.

    Posprzątawszy bałagan, jaki narobił, rzucił na siebie zaklęcie Kameleona, aby 
stać się niewidocznym. Wolał nie ryzykować, że natknie się znowu na kogoś 
patrolującego korytarz. Chciał być bezpieczny.

   Najpierw skierował się schodami do lochów. Szedł drogą nic prawie nie widząc.
Dobrze, że wzrok już przyzwyczaił mu się do mroku, bo by się ciągle potykał.

   Zatrzymał się dopiero przed drzwiami do prywatnych komnat ojca. Severus 
Snape na pewno już tam siedział. Była w końcu późna pora, a nie jego kolej w 
patrolowaniu korytarzy.

   Stał tak kilka chwil, bojąc się zrobić jakiś ruch. Był nadal niewidzialny, więc nie 
bał się, że ktoś mógłby go jakimś cudem przyuważyć pod drzwiami Naczelnego 
Postrachu Hogwartu.

   Minęło może z 10 minut i odważył się zapukać. Było to kilka nerwowych 

background image

ruchów, ale starczyło. Po chwili drzwi się otworzyły, a stanął w nich ubrany w 
czarne spodnie i czarną koszulę Mistrz Eliskirów. Zrobił zdziwioną minę, nie 
widząc pukającej osoby. W końcu nikt nie zdołałby uciec w tak szybkim tempie.

  Uznał, że mu się zdawało i chciał zamknąć drzwi, ale Harry z ułamku sekundy 
podstawił nogę, aby mu to udaremnić.

- Co...?- zaniemówił Severus.

   Harry odważył się. Był to czyn szybki, godny prawdziwego potomka Slytherina. 
Zrzucił z siebie kameleona, trzęsąc się wręcz ze strachu. Tak bał się tego 
spotkania. Mógł jeszcze uciec, ale stał jak sparaliżowany.

- Dobry... Wieczór?- wymamrotał chłopiec niepewnie, aż trzęsąc się ze strachu. 
Nie udało mu się tego zatuszować, co zauważył jego ojciec, który również 
zaniemówił.

- Wchodź, o co chodzi?- spytał delikatnie Severus, zamykając za synem drzwi. 
On nie odważył się zdobyć na spotkanie z nim.

- Ja... Chciałem przeprosić... Za swoje zachowanie... Za swoje słowa- wyjąkał 
Harry. Mężczyzna bił się w myślach, że doprowadził do stanu, że jego własne 
dziecko się go boi.

- Harry... Nie masz za co mnie przepraszać- rzekł stanowczo Mistrz Eliksirów.- 
Dziecko, nie trzęś się tak... Ja powinienem cię przeprosić.

- Przeprosiłeś... A ja na ciebie nawrzeszczałem- spuścił smętnie głowę Syn Nocy,
nadal się trzęsąc ze strachu.

- Nie tylko za to...- westchnął Mistrz Eliskirów.

- A za co?- zdziwił się Harry.

- Za to że ci czegoś nie powiedziałem... Czegoś ważnego, co powinieneś 
wiedzieć... A ja się bałem, że nie zrozumiesz... Że odejdziesz, jak to usłyszysz... 
Nadal wiem, że znienawidzisz mnie po tym z całego serca, ale chcę abyś 
usłyszał to ode mnie, a nie od innej osoby- zdoby się na odwagę Severus. Teraz,
albo nigdy.- Harry... Byłem... Jestem... Śmierciożercą... Sługą Lorda Voldemorta. 
Dlatego tak się wkurzyłem, kiedy odkryłem jakieś podobieństwo między tobą a 
nim... Byłem młody i głupi. Szukałem mocnych sojuszników.

- Czemu miałbym cię znienawidzić? Byłeś młody i głupi, jak wspomniałeś. To twój
wybór- rzekł obojętnie Syn Nocy.- Nie będę cię potępiał za coś, czego z 
pewnością już żałowałeś nie raz. Nie zamierzam być kolejną osobą, która ci to 
będzie wypominała.- w oczach miał łzy, ale nie płakał. Nie zamierzał 

background image

zachowywać się jak beksa.

- Dziękuję- szepnął mężczyzna, po czym uścisnął swojego syna po ojcowsku. 
Szybko spostrzegł, że chłopiec naprawdę badzo schudł. Kości mu wystawały, a 
przedtem tak nie było.- Merlinie, Harry, synu, ty mi się przelewasz przez ręce. Co
się stało?

- Nic- skłamał Harry.- Jak już wiesz, jestem anorektykiem. Po prostu troszkę 
schudłem.

- Troszkę?- warknął ojciec, wypuszczając go z objęć.- Dobrych kilka kilogramów. 
I co ja mam z tobą zrobić? Masz mi przytyć i to sporo, bo się załamiesz. 
Przechodzisz teraz okres gwałtownego wzrostu, a w zasadzie powinieneś 
przechodzić. Jak nie zaczniesz dobrze się odżywiać, to już potem nie urośniesz i 
zostaniesz taki niski. Nawet Draco cię przerósł.

- Przepraszam- mruknął Syn Nocy.- Teraz już będę się mniej denerwował... Więc 
może będę mógł więcej przełknąć...

- Nie może, a na pewno- oznajmił stanowczo Mistrz Eliskirów.- Już się nie bój, 
nie zjem cię. Wyglądasz jak chucherko... A jak nie poprawisz się, to dostaniesz 
szlaban na quidditcha, albo wrócisz do domu. Ja nie żartuję.

- Co???- chłopcu opadła szczęka ze zdziwienia i przerażenia...- To już będę jadł, 
obiecuję... Tylko ja muszę grać w quidditcha... Proszę, drużyna mnie 
potrzebuje...

- Wiem, widziałem. Obserwowałem was dzisiaj z nauczycielskiego okna. 
Świetnie wam idzie- pochwalił syna mężczyzna, uśmiechając się po raz pierwszy
od wielu dni.- A tobie w szczególności. Ale mam jedno zastrzeżenie.

- Słucham- wyszczerzył się Harry. Był tak niezmiernie szczęśliwy, że odzyskał 
kontakty z ojcem i to jakże ciepłe...

- Jak lecisz na miotle, byłbyś szybszy i więcej byś widział, gdybyś się na niej 
położył. To trochę trudny trick, ale gdy go opanujesz, będziesz jeszcze lepszy- 
wyznał ojciec, mierzwiąc chłopcu włosy. Też był radosny.

- Muszę to wypróbować- obiecał Syn Nocy.- A teraz powinienem chyba wrócić do
dormitorium, aby Draco nie martwił się, że złapał mnie Filch. A jutro do szkoły.

- Jasne, idź- przyznał mu rację Severus, żegnając się z chłopcem.- Do 
zobaczenia. Wpadnij do mnie czasem wieczorem. Chcę widzieć, czy 
dotrzymujesz uwagi i nie muszę ci czegoś zakazać...

- Oczywiście!- zgodził się Harry, szczerząc zęby dumnie, po czym wybiegł z 

background image

komnat ojca i skierował się do dormitorium Slytherinu. W sypialni czekał już na 
niego zniecierpliwiony Malfoy.

- Jak było?- zaciekawił się blondyn, doskakując do przyjaciela.- No gadaj. Na 
pierwszy rzut oka jesteś szczęśliwy, ale chcę znać jakieś szczegóły. No nie dręcz
mnie tą ciszą!

- Okey... To pogodziłem się z ojcem. Pogadaliśmy szczerze... Dowiedziałem się, 
że był Śmierciożercą- westchnął brunet.- Ale nie obchodzi mnie to... Tom Riddle 
nie był silnym czarodziejem...

- Czyli mój ojciec też. Tak mi się zdawało- dodał Draco.- Ale nie byłem pewny.

- Wiesz czego brakowało Voldemortowi do uzyskania pełni mocy?- zapytał 
przyjaciela Syn Nocy.

- Nie- nie wiedział Malfoy.- Czego?

- Miłości. Nie prawda, że wtedy nie byłby prawdziwym czarnoksiężnikiem. Po 
prostu wiedziałby, jak najbardziej zranić przeciwną stronę. On nigdy nie poznał 
tego uczucia- odparł Snape.

- Hmm... Chyba masz rację- przyznał mu rację Draco.- Ale on już nie żyje, 
prawda?

- Nie wierzę w to. Coraz mniej osób jest przy zdaniu, że on nigdy nie wróci. Ja to 
czuję, Smoku... On wróci... Może nie dziś, czy jutro... Ale to się na pewno zdarzy-
wyznał Syn Nocy..

- Pamiętaj, że zawsze będę przy tobie- przypomniał mu Smok.- Jestem, aby cię 
bronić. Nigdy się to nie zmieni.

- Wiem...- westchnął Harry, ale się uśmiechnął lekko.- Ojciec powiedział, że 
zabroni mi grać w quidditcha, jeśli nie nabiorę wagi.

- Nareszcie ktoś przemówił ci do rozumu. Mam nadzieję, że nie uda ci się z tego 
wykręcić. A jak zabroni ci grać... To cię zabiję- wyszczerzył się blondyn, dając 
kuksańca brunetowi. Był jego wzrostu, ale lepiej zbudowała go natura.

- Już się boję- zachichotał Snape, robiąc susa na swoje łóżko.

  Ten wieczór spędzili bardzo miło, rozmawiając i odpoczywając w jaccuzi. Ach, 
gdyby wszystkie dni takie były.

Rozdział 23" Węże do boju!"

background image

   Następne dni mijały Harry'emu Snape'owi jak w raju. Nie miał już tylu 
zmartwień i kłopotów na głowie. Dopiero teraz odżył i się z tego niebywale 
cieszył. Zaczął jeść częstsze i większe posiłki, oczywiście na swoje siły. Nie mógł
sobie pozwolić na utratę możliwości gry w quidditcha.

   Polubił wieczorne odwiedziny w kuchni, gdzie wraz z drużyną chodzili na 
desery. Były to lody, puddingi, ciasta... Wszystko przepyszne. 

   Nastał październik. Pogoda się zmieniła znacznie. Niebo było ciągle 
przesłonięte przez szare chmury, nieprzepuszczające słońca. To spowodowało 
gwałtowny spadek temperatury, odczuwalny przez wszystkich. Harry nie znosił 
jesieni, jak wielu innych ludzi, bo powodowała depresje i złe samopoczucie.

  Syn Nocy nadal niezbyt dużo rósł. Draco i wielu innych z jego rocznikach było 
jego wzrostu, przez co wyglądał na niższego przez swoją niewielką masę ciała.  
To mu się stanowczo nie podobało, bo przyzwyczaił się do górowania nad 
innymi.

   Na lekcjach był bardziej aktywny, co od razu zauważyli nauczyciele. Podobała 
im się ta poprawa, bo już zaczynali bać się o swojego zdolnego ucznia.

  3 października wypadał piątek. Harry skończył z przyjaciółmi już warzyć Eliksir 
Wielosokowy. O godzinie 18 większość uczniów szło na kolację do Wielkiej Sali. 
7 Ślizgonów i 7 Ślizgonek zebrało się w Łazience Jęczącej Marty, przebrani już w
Gryfońskie szaty. Dawki eliksiru z odpowiednimi włosami trzymali w 
kryształowych fiolkach, w dłoniach. Kieszenie mieli napakowane wynalazkiem 
bliźniaków Weasley- bombami proszkowymi.

- Wejście do dormitorium Gryffindoru znajduje się za portretem Grubej damy na 6
piętrze. Hasło to " Mimbles Mimbletomia". Wchodzimy od środka, jak gdyby 
nigdy nic, oczywiście nie naraz. Robimy wszystko, aby nikt nic nie podejrzewał. 
Udajemy się do odpowiednich sypialni. Są podzielone rocznikowo i ze względu 
na płeć. Każdy wie, do której klasy chodzi jako Gryfon i czy jest chłopcem czy 
dziewczyną- tłumaczył zebranym Harry.

- Ja jestem chłopcem, czy dziewczyną?- zażartował Montague.

- Zgodnie z tym, co masz w głowie i w spodniach- odparł z kamienną twarzą 
młody Snape, a wszyscy zachichotali. Jack się zarumienił.- Dalej... Umieszczamy
w każdym łóżku bombę i kamuflujemy ją. Nie może żaden Gryfiak przebywać w 
sypialni, gdy wy działacie. Musimy zmieścić się w godzinie. Po upływie 60 minut 
eliksir przestanie działać. W razie czego macie dodatkowy łyk z fiolkach przy 
sobie. Po wykonaniu swojego zadania wracanie szybko, jak możecie tutaj... 

background image

Przebieracie się w swoje ciuchy i czekacie na mnie. Zrozumieliście?

   Wszyscy zebrani pokiwali głowami na znak, że rozumieją i będą robić, jak 
mówi.

- A i jeszcze jedno... Okropnie wyglądamy w Gryfońskich Szatach- oznajmił Syn 
Nocy i wszyscy się zaśmieli.- Przypominamy te Lwiątka... Ale trzeba się 
poświęcić. Do boju węże! Łyknijmy tego świństwa!

  14 chłopców i dziewczyn łyknęli naraz z fiolek Wielosokowego. Wszyscy mieli 
po tym skwaszone miny i wyglądali, jakby mieli zaraz zwymiotować. Pochylili się 
nad umywalkami i po kilku chwilach zaczęli się zmieniać.

   Niektórzy rośli, niektórzy się kurczyli, zmieniały się rysy, budowa ciała, włosy, 
oczy, dosłownie wszystko.

   Harry zmienił się w wysokiego 7-klasistę o krótkich blond włosach i bystrym 
wzroku. Urósł ze stopę i sporo przytył. Gdyby był w swoich ubraniach, te z 
pewnością by mu pękły. Ów Gryfon widocznie lubił sobie dobrze podjeść. Harry 
dziwił się, jak ktoś o takim ciele mógł się swobodnie poruszać. Nie zazdrościł 17-
latkowi.

   Draco też urósł, ale nie aż tyle co jego najlepszy przyjaciel. Był teraz pulchnym 
14-letnim Gryfonem.

   Harry wyszedł jako ostatni z łazienki Jęczącej Marty. Dawcy postaci leżeli w 
błogim śnie, zablokowani magicznie, w toaletach. Nie było obawy, że obudzą się 
za wcześnie.

  Młody Snape pobiegł korytarzem, kierując się do schodów. Nie zazdrościł 
Lwom, że ci musieli się wspinać aż na 6 piętro.

  Stopień za stopniem i znalazł się przed Portretem Grubej Damy.

- Mimbles Mimbletomia- rzucił hasło do obrazu niecierpliwie Harry, czekając aż 
otworzy się sekretne przejście. Nie był pewien, co zobaczy w środku. Nigdy nie 
widział salonu wrogów.

- Prawidłowe hasło, chłopcze- uśmiechnęła się pulchna kobieta na płótnie i 
przesunęła się rama z portretem na bok, tworząc dziurę w ścianie. Chłopak 
wskoczył przez nie i ucieszył się, widząc jak niewielu Gryfonów prawdziwych jest 
w środku. Dużo musiało siedzieć na posiłku w Wielkiej Sali. Ogólnie Gryffindor 
posiadał prawie dwukrotnie więcej uczniów niż Slytherinu. I cóż z tego? Liczy się 
przecież nie ilość, a jakość. Tak wiele wśród Lwów szlam... A u Węży ani jednego
mugolaka.

background image

  Syn Nocy ostrożnie skierował się do sypialni chłopców 7 roku. Miał szczęście, 
że żadnego Gryfona z tego roku nie było w środku. Zdziwił się, widząc że łóżek 
stało tam aż 6. W Slytherinie nie było aż tylu chłopców w jednym wieku...

   Szybko podłożył do każdego z nich bombę, po czym je skutecznie 
zakamuflował, aby nie zostały odkryte przedwcześnie. Miały zadziałać dopiero w 
nocy, a w zasadzie nad ranem.

   Wyszedł z sypialni i zszedł schodami do pokoju wspólnego Gryfonów. Był tak 
skupiony na swojej robocie, że wcześniej nie skupił się na jego wyglądzie, ani 
rozmiarze. Zamarł, patrząc w jakiej klitce się znajduje.

   Dormitorium Lwów było kilka razy mniejsze od tego, które zamieszkiwały 
Węże. Ściany miały obrzydliwy, krwistoczerwony kolor, a firanki brudnozłoty.

  Znajdował się tam kominek, jedna(!) szkarłatna kanapa i dwa fotele. Z tyłu 
ustawiono stolik i kilka krzeseł. To koniec wystroju pokoju wspólnego Gryfonów.

   Jak Harry zauważył, sypialnie też były znacznie mniejsze od tych Ślizgońskich i
o wiele bardziej ubogie. Jak się cieszył, że trafił do Węży... Z takiej klitki uciekłby 
już pierwszego dnia.

  Aby nie musieć już oglądać tego pomieszczenia w strasznie brzydkich, 
jaskrawych kolorach, młody Snape skierował się do wyjścia. Miał w sumie 
jeszcze prawie 20 minut do powrotu do swojej normalnej postaci.

  Nagle ktoś złapał go za ramię. Harry prawie podskoczył ze zdziwienia. Za nim 
stał prefekt Percy Weasley, a przecież żaden Gryfon się w niego nie zmieniał.

- Czekaj, Kevin- zatrzymał młodego Snape'a prefekt.- Mam do ciebie sprawę, 
możemy pogadać?

- Jasne, Percy- pokiwał głową na znak zgody Harry i stanęli pod ścianą w kolorze
bordo.- O co chodzi?

- No... Chciałem, abyśmy razem się spotkali w sobotę, abyś mi pomógł w 
Transmutacji... Nie mogę sobie poradzić z kilkoma zaklęciami... A ty jesteś tak 
mądry- podlizywał się starszemu koledze Percy.

- Eee... Nie mogę w sobotę... Znaczy już się z kimś umówiłem- wymawiał się 
Harry, nie wiedząc co by zrobił chłopak, w którego się przemienił.- Ale kiedy 
indziej może?

- No... Dobra...- zwiesił ze smutkiem głowę Weasley i odszedł wgłąb salonu.

   Harry puścił się biegiem do Łazienki Jęczącej Marty. Chciał już się przebrać w 

background image

swoje normalne szkolne szaty i wrócić do swojej postaci. Teraz miał nadzieję, że 
uda im się misja i następnego dnia zobaczą "ładnych" Gryfonów...

  W środku czekała już co najmniej połowa Ślizgonów. Nie przebierali się jeszcze,
bo nie minął czas do powrotu do własnej postaci.

  Kilkanaście minut później przybyli już na miejsce wszyscy biorący udział w 
"misji". Zaczęli się przemieniać i po kolei zajmowali łazienki, aby przebrać się w 
swoje ubrania.

   Harry również powrócił do swojej normalnej postaci. Zmalał i schudł. W tej 
gryfońskiej szacie teraz dosłownie tonął. Szybko ją z siebie zrzucił i nałożył 
ślizgońską, doskonalę na niego pasującą.

  Gdy wyszli już wszyscy i wrócili do dormitorium, Harry, Draco i bliźniacy zostali 
w łazience, aby odczarować więźniów. Młody Snape, jako silny mag umysłu, 
wszczepił nic nieświadomym Lwom sztuczne wspomnienia, po czym za pomocą 
Imperiusa wysłał ich do Wielkiej Sali. Teraz mieli już sobie sami radzić.

  Jako, że mieszanie w głowach czternastu osobom nie było łatwym zadaniem, 
nawet dla bardzo silnego maga, nie mówiąc o młodym chłopcu, Harry opadł na 
podłogę, ciężko dysząc. Lał się z niego pot.

- Ej, wszystko w porządku?- zaniepokoił się Fred, pomagając mu wstać.

- Tak... Po prostu nadwyrężyłem się podczas wszczepiania sztucznych 
wspomnień- mruknął  Syn Nocy, powoli dochodząc do siebie.- Draco wie, jakie to
trudne...

- Wiem tylko, że jest to coś, czego ani trochę nie umiem zrobić- westchnął Draco 
ze wstydem.- Jest zbyt trudne i potrzebuje bardzo dużo magii...

- Uda ci się kiedyś... Nie bądź niecierpliwy- zganił go Harry i skierował się do 
wyjścia.- Powinniśmy wracać do dormitorium... Jutro zobaczymy, czy udała nam 
się misja.

- Na pewno- wyszczerzyli się wszyscy i zrobili, jak mówił. Dzień dobiegł końca w 
napięciu i niecierpliwości.

Rozdział 24" Pasztet Wieprzowy 100%"

  Następnego dnia Harry obudził się stosunkowo wcześnie.Emocje związane z 
chęcią obejrzenia nowego imagu Gryfonów nie pozwolił mu się wyspać.
   Draco też nie mógł normalnie funkcjonować przez taką dawkę adrenaliny. 

background image

Siedział na swoim łóżku już przebrany w szkolne szaty dzienne. Harry poszedł 
prędko za jego przykładem.
- Idziemy już do Wielkiej Sali?- spytał niecierpliwie Draco, prawie się trzęsąc, jak 
narkoman na odwyku.
-Eee... Możemy iść... Jest co prawda dopiero 7 rano i to sobota-przypomniał 
przyjacielowi Syn Nocy, ale razem wyszli ze swojej sypialni, kierując się szybkim 
tempem w stronę wyjścia.
  Nie byli jedynymi wcześniej obudzonymi. W salonie siedzieli i rozmawiali ze 
sobą bliźniacy Weasley, Marcus Flint i Jack Montague.
- Harry, Draco!-krzyknęli naraz wszyscy zebrani i podeszli przywitać się z 
przyjaciółmi.- Też nie możecie spać? Chodźmy na śniadanie i tam oczekujmy 
wejścia różowopiórkowych Gryfonów a la Pasztet Wieprzowy100%.- dodał z 
przejęciem Fred.
   Idąc parami doszli prędko różnymi korytarzami i drogami do Wielkiej Sali. Nie 
przejmując się zdziwiony miminami i spojrzeniami kilku nauczycieli, którzy 
przyszli wcześniej na śniadanie, usiedli przy stole i nalali sobie do kubków kawy 
oraz soku.
  Po kilku minutach rozkoszowania się ciepłem czarnego napoju zaczęli jeść 
śniadanie. Harry, mimo iż nie czuł głodu ani potrzeby jedzenia,skonsumował kilka
tostów i sałatkę z pomidorami.
  Z podziwem patrzył na posiłek Draco. Ten wypił kubek kawy i sok dyniowy. 
Zagryzł to "lekkim" jedzeniem, na które składały się: jajecznica na bekonie,kilka 
tostów, kilka kiełbasek, sałatka z ogórkami, kilka kanapek, a na deser ciasto z 
kremem. Był bardzo głodny, sądząc po jego minie. Uśmiechnął się dopiero, gdy 
zaspokoił głód.
   Dopiero koło godziny8 zaczęli się zbierać do Wielkiej Sali uczniowie. O dziwo 
nie było żadnych Gryfonów, a przyszli wszyscy Ślizgoni.
   Nawet stół nauczycielski się całkiem zapełnił. Dyrektor właśnie uciął sobie  
pogawędkę z profesor McGonagall na temat uczniów, a pani Sprout zamęczała 
Flitwicka dyskusją o roślinach i ich zastosowaniem.
  Nagle drzwi się otworzyły. Przez drzwi wszedł nieśmiało jakiś chłopak cały 
opierzony, jak kurczak różowymi piórkami, tylko wystawała mu twarz przykryta 
czerwonymi rumieńcami wstydu. Dało się poznać, że to Percy Weasley.
   McGonagall zaniemówiła i zrobiła się pąsowa. Wszyscy inni uczniowie ryknęli 
na widok reszty różowo piórkowych Gryfonów,którzy nieśmiało weszli do Wielkiej
Sali.
- PERSEUSZU ARTURZE WEASLEY!- wydarła się czerwona od gniewu 
opiekunka ich domu, wstając gwałtownie i do nich podchodząc.- CO TO MA 
ZNACZYĆ?! CZY TO ŚWIĘTO IDIOTÓW, KTÓRE SOBIE WYMYŚLILIŚCIE?! 
RAZ DWA PRZEBIERAJCIE SIĘ!
- Ale... To nie my, pani profesor- tłumaczyła  jedna z prefektek Gryffindoru.- Ktoś 
nam coś musiał podłożyć... Obudziliśmy się i to coś już było... U nas 
wszystkich... I tego nie da się usunąć.
-  JAK TO NIE DA?!- zdziwiła się wrogo patrząc na swoich uczniów McGonagall i
dotknęła różowych piórek dziewczyny.- I CO WY GADACIE ZA BZDURY?! NIKT 
OBCY NIE DAŁBY RADY DOSTAĆ SIĘ DO DORMITORIUM, BO TYLKO WY 

background image

ZNACIE HASŁA! MOŻE JEST SZPIEG W DOMU?
- Niemożliwe...- szepnął prawie niedosłyszalnie Percy.- Nie sądzę, aby to był ktoś
od nas, pani profesor. To niemożliwe...
   Po tych słowach wszyscy Ślizgoni, Krukoni  i Puchoni wybuchli śmiechem nie 
do opanowania. Harry nie spodziewał się, że uda im się coś tak genialnego.
- ZARAZ TO SOBIE WYJAŚNIMY!- ryknęła Minevra, łapiąc za ucho Percy'ego. 
Wszyscy Gryfoni podążyli za nią do ich pokoju wspólnego.
- Puchoni za mną!- krzyknęła niechętnie pani Sprout, a jej dom pognał za nią do 
ich dormitorium. Musiała dowiedzieć się, czy ktoś z jej uczniów nie stoi za tym.
- Krukoni za mną!- profesor Flitwick zabrał również swoich podopiecznych do ich 
pokoju wspólnego. Uśmiał się dyskretnie z wyglądu Gryfonów i niezbyt ciekawiło 
go, kto za tym stoi. Był gotów przyznać Wybitny z zaklęć tego, który to uczynił i 
dodać dużo punktów za jego występ. Nie co dzień było tak śmiesznie.
   Severus Snape ledwo hamował się, aby nie wybuchnąć na całą salę szczerym 
śmiechem. Był przecież świetnym aktorem i doskonale umiał maskować swoje 
uczucia, ale ci różowo opierzeni uczniowie przebili wszystko, z czym się dotąd 
spotkał.
- Ślizgoni za mną- zdobył się na jedną z najlepszych masek z wyrazem lekkiej 
złości, po czym skierował się w stronę lochów. Słyszał, jak wszyscy jego 
uczniowie i uczennice podążają za nim pewnym krokiem. Nie odwracał się za 
siebie. Wiedział, że żadne z nich się nie zgubi ani nie odłączy. Byli zbyt dobrze 
wychowani. W sumie większa część z nich to dzieci Śmierciożerców, które mają 
swoje zasady.
- Nienawiść- wymówił hasło nie zważając na swoich podopiecznych i przeszedł 
do salonu Domu Węża. Był on przepiękny i gustowny, a do tego mroczny, więc 
potrafił długo  w nim przebywać. Pamiętał, jak jeszcze niedawno, kilkanaście 
prawie lat temu mieszkał tu...- Ślizgoni, do sali Zasad.
  Wszyscy Ślizgoni wydali zdziwione dźwięki. O co też mogło chodzić ich 
opiekunowi, że postanowił zrobić naradę w Sali Zasad?
   Poprzez ukryte przejście z domowej izby pamięci przeszli i znaleźli się w owej 
komnacie. Zajęli miejsca przy stole z czarnego marmuru: opiekun domu na 
honorowym miejscu, a dookoła niego wszyscy prefekci Slytherinu. Inni uczniowie
mieli zwyczajne miejsca naprzeciwko ich.
- Zapewne nie wiecie, o czym zamierzam z wami porozmawiać. Zróbmy sobie 
teraz wspólne spotkanie domu...- zaczął przemowę Severus Snape, a wszyscy 
jego podopieczni z uwagą słuchali jego słów.- Ja wiem, że to wy stoicie za tą... 
sympatyczną przemianą Gryfonów i bynajmniej nie zamierzam was za to ukarać.
   Na twarzach Ślizgonów pojawiły się pojedyncze uśmiechy i odetchnęli z 
wyraźną i szczerą ulgą.
- A co profesor zamierza?- odezwał się odważnie Harry, co poparli z 
entuzjazmem jego przyjaciele.
- Dobre pytanie... Ale ja zadam inne. Wiesz, kto to zrobił?- podniósł do góry brew
podstępnie Mistrz Eliksirów.
- Oczywiście- wyszczerzył się jego syn.- Każdy z nas wie.
  Cała 14, która brała udział w misji dokuczenia Gryfonom podniosła się, 
szczerząc dumnie zęby i podnosząc brody do góry.

background image

- Nie no, ja wiedziałem, że coś takiego nie może się odbyć bez udziału mojego 
syna... Byłbym szczerze zdziwiony i zawiedziony, gdybyś nie wziął w tym udziału-
westchnął, delikatnie się uśmiechając Severus. Jego uczniowie ryknęli 
śmiechem, szczególnie Harry.- No i nie mogłem zapomnieć, że jak ty to i Draco...
A Fred i George Weasley'owie to już nic nowego... Chociaż muszę przyznać, że 
ten pomysł był genialny, powtarzam G E N I A L N Y. A mogę wiedzieć, jak udało 
wam się to zrobić? W końcu nie co dzień łazicie do dormitorium Gryffindoru, 
chyba że się mylę?
- Codziennie to może nie- zachichotał Draco.
- Za pomocą Eliksiru Wielosokowego, Legilimencji, Magii Umysłu, współpracy i 
wielu innych- wymieniał Fred dumny z ich wspólnego osiągnięcia.
- Wielosokowy?- zdziwił się miło zaskoczony Mistrz Eliskirów.- To w takim razie 
gratuluję tego osiągnięcia. Mało kto potrafi go uwarzyć...
- Harry warzył, a Fred, Draco i ja mu pomagaliśmy i robiliśmy notki- oznajmił 
George.
- Dobrze więc... Cała wasza czwórka dostaje po Wybitnym z eliksirów i cały dom 
za pracę zespołową otrzymuje 50 punktów- nagrodził wszystkich Severus, a 
zielono-srebrni wydarli się w niebo głosy radośnie. Nie co dzień otrzymywali tyle 
punktów... - Już, cicho... Teraz chcę wzbogacić wasze rozumy o kilka ważnych 
informacji i zasad... W naszym domu, jak już każdy z was wie, panują nietypowe 
i oryginalne tradycje, których łamanie jest niedozwolone, a zatem karane. Bardzo
nieczęsto zdarzały się w naszym domu takie hańby, ale muszę was przestrzec. 
Może kilku najstarszych z was pamięta, jakie kary odbywali wasi koledzy. Sprawy
Slytherinu zostają w Slytherinie, robimy wszystko, aby tak było... Poda mi ktoś 
jakąś karę domową?
- Ja tylko słyszałem krzyki jednego z 5-klasistów, gdy byłem w 3 klasie... Nic 
więcej nie wiem- oznajmił Rolph Janks.- Bałem się nawet podejść...
- I bardzo słusznie- pokiwał głową ze zrozumieniem Snape Senior, patrząc że też
kilku innych starszych uczniów pamięta tamto okropne zdarzenie, ale głównie z 
dźwięków i pogłosek.
- Jakie są kary?- spytał odważnie Harry patrząc wyzywająco na ojca.
   Było 10 stopni kar, im niższy numer, tym okrutniejsza, za większe przewinienie.
_________________________________________________
10. Zawieszenie w prawach Ślizgona na jakiś okres czasu. Pozbawienie 
możliwości decydowania o sprawach domu, reprezentowania domu, chodzenie w
szatach z zakrytym herbem domu, itd... Odrzucenie na ten czas i ignorowanie 
przez współdomowników.
9. Przetrzymywanie w ciemnych lochach bez dostępu do światła i jedzenia przez 
całą dobę.
8. Przetrzymywanie w ciemnych lochach bez dostępu do światła i jedzenia przez 
3 doby.
7. 5 zaklęć bólu z kolei.
6. Cruciatus( czas zależny od przewinienia).
5. "Kostek", czyli Eliksir łamiący kości w ciele i po chwili je składający. Powoduje 
ogromny ból.
4. " Koszmarek", czyli Eliksir powodujący koszmary zlewające się z 

background image

rzeczywistością. Sesja może trwać od pół- do 5 godzin, w zależności od 
przewinienia. Zwykle osoba po takich wrażeniach staje się panikarzem i 
histerykiem, widzącym wszędzie śmierć i nieszczęście na długi okres czasu.
3.  "Kostek' i "Koszmarek" naraz w ciemnych, opuszczonych lochach. Czas 
trwania zależny od siły i wytrwałości karanego- im jest silniejszy, tym dłuższa 
kara. Rekord wytrzymania pod wpływem tych eliksirów wynosił 2 godziny i 47 
minut. Potem dana osoba mdleje.
2.  Tortury magiczne trwające przez kilka godzin.
1. Wydalenie z domu na zawsze.
_________________________________________________
   Wszyscy Ślizgoni, zarówno ci starsi, jak i ci młodsi zamarli z przerażenia, 
słysząc, co może ich czekać, jak przegną... Nikt nie chciał zostać tak brutalnie 
ukarany.
- A teraz pytanie za 10 punktów...- rzekł Severus.- Co powinien zrobić prawdziwy 
Ślizgon, widząc że przyjaciel z jego domu robi coś niezgodnego z zasadami 
domu, np. torturuje niewinnego? Zabilibyście go, obezwładnili, czy pomogli?
- Ja bym pomógł- oznajmił hardo młody Snape.- A potem zaprowadził  do innych 
Ślizgonów, albo sam mu wytłumaczył, że tak się nie robi.
- 10 punktów- uśmiechnął się Mistrz Eliksirów.- Właśnie tak zrobi prawdziwy 
Ślizgon. Ja tego od was oczekuję... I oczekujecie tego od siebie nawzajem.
   Resztę czasu rozmawiali wzajemnie się szanując o innych zasadach, których 
dotąd nie znali, a powinni. Harry jak i inni czuł się dumny, że jest Ślizgonem.

Rozdział 25" Mecz pierwszy"

    Harry'emu do czasu meczu, czyli do 20 listopada wcale się nie nudziło, mimo 
że nie musiał już pracować nad misją "Różowopiórkowi Gryfoni", która z resztą 
świetnie wypadła... Miło wspominał wyprawę na Nokturn dla zdobycia Liścia 
Czyrakobulwy.
   Ostatnie 2 tygodnie przed meczem z Puchonami Flint dręczył swoich 
zawodników. Zwiększył ilość treningów, aby tym razem zdobyć Puchar... To 
oznaczało że ćwiczyli przed i po lekcjach oraz uzyskali pozwolenie od Opiekuna 
swojego Domu, aby trenować również w nocy. Profesor Snape to w sumie równy 
facet- zarezerwował im boisko, co wkurzało uczniów Hufflepuffu, którzy mieli 
najgorsze godziny zaklepane na boisku.
  Zielono-srebrni gracze wracali po każdym treningu zmęczeni, ale radośni ze 
swoich postępów. W zasadzie ciągle lało jak z cebra, co powodowało duże ilości 
błota na ziemi i... na nich. Gdy łapali jakieś przeziębienia, to szybko lecieli po 
odpowiednie eliksiry do pani Pomfrey, która załamywała sobie nad nimi ręce. W 
końcu ciągle ją jakiś Ślizgon odwiedzał.
   Aby uniknąć usypiania na lekcji zażywali Eliksirów Regenerujących, które 
przygotował im na zapas Harry. Gdyby nie one, ciągle by chrapali i nauczyciele 
byliby na nich okropnie zdenerwowani.
   Harry pod czujnym okiem Draco, ojca, bliźniaków i Flinta spożywał 

background image

pełnowartościowe i sycące posiłki, aby mieć siły na treningi i wyjść z jakże 
poważnej choroby. On sam też miał wielki zapał... I przekładało się to na jego 
ciało.
  Urósł ze 2 cale, co sprawiło, że przegonił wzrostem Draco i resztę 
pierwszoklasistów, a nawet niektórych drugoklasistów. Nabył ciała, samych 
mięśni, przez co wyglądał bardziej ponętnie i dorośle.
   Rysy twarzy mu się wyciągnęły i zaostrzyły, przez co sprawiał wrażenie 
przystojniejszego i groźniejszego. Oczy zawsze błyszczały się mu złowrogą, ale 
piękną zielenią. Oczy, które odziedziczył po matce...
   Często rozmawiał z ojcem, aby nie utracić ponownie kontaktu, który niedawno 
po tak niełatwych przeprawach odzyskał.
  Powróćmy teraz do dnia 20 listopada. Lał deszcz, więc Ślizgoni w szatni 
kończyli zabezpieczanie swojego sprzętu. Na gogle nałożyli zaklęcia, aby woda 
się na nich nie zatrzymywała i polepszające widoczność.
   Miotły zabezpieczyli przed zgniciem i stawaniem się zbyt śliskimi, bo groziły 
one upadkiem poprzez pośliźnięcie się. Już Marcus dbał o zdrowie swoich 
zawodników...
   Na kilka chwil przed wyjściem na boisko cała siódemka uścisnęła się 
przyjaźnie i krzyknęli:
- Czy wygramy, czy przegramy to przynajmniej rozwalimy parę łbów!
  Po czym zaśmieli się głośno, chwycili swoje Nimbusy w dłonie i wyszli dumnie 
na zewnątrz. Podnosili brody z wyższością do góry, mimo że kapał na nich 
deszcz i wiał bardzo silny wiatr.
  Ze strony sektorów Slytherinu rozległy się głośne brawa na cześć swojej 
drużyny. Już zmoczeni zawodnicy zielono-srebrni ukłonili się przyjaciołom i 
podeszli pewnym, szybkim krokiem do pani Hooch.
   Puchoni zrobili zdziwione miny na widok Harry'ego i Draco. Nie spodziewali się,
że kapitan Ślizgonów wystawi pierwszoklasistów. A tu aż dwójka i to ta znana 
dwójka...
- Kapitanowie podajcie sobie dłonie- poleciła krępa czarodziejka chłopcom.
  Flint i Stebbins uśmiechnęli się do siebie jakże niemile i złośliwie, po czym 
zmiażdżyli sobie uściskiem zagorzałych wrogów dłonie.
   Po chwili wrócili oboje do swoich drużyn i weszli na swoje miotły, jak pozostali.
   Rozległ się gwizdek. Piłki wyleciały w powietrze, lub zostały wybite i 
wyrzucone.
   Cała 14 odbiła się od ziemi i wyleciała ze świstem w powietrze. Harry wzniósł 
się wysoko i zaczął okrążać boisko, w celu wypatrzenia w tych trudnych i 
niekorzystnych warunkach złotego znicza. Przy okazji oglądał dzielne zmagania 
kolegów. Kibicował im ze wszystkich sił, przy okazji koncentrując się na swoim 
zadaniu.
   Jego przeciwnikiem, szukającym Huffelpuffu był Chuck Borrow z 7 klasy. Już 3 
rok przesiadywał w drużynie i radził sobie świetnie. Nie został kapitanem, bo 
brakowało mu już czasu na naukę. Oddał pozycję młodszemu o rok Lenny'emu 
Stebbinsowi, z którym się przyjaźnił.
   Miał smukłe, wysokie ciało i jasnobrązowe, niedługie włosy. Dziewczyny bardzo
go lubiły, wręcz nie mógł się od nich opędzić. Łapał szybko i zwinnie znicza, 

background image

przez co zawsze dumnie mówił o swoich zwycięstwach, a pomijał kwestie 
porażek...
   Teraz Chuck latał w poszukiwaniu znicza trzymając się blisko przeciwnika. 
Pogoda, jaka panowała bardzo nie pasowała mu i jego Cud-Miód włoskach a'la 
gazeta mody.
    Tymczasem Ślizgońscy ścigający zażarcie walczyli o kafla z drużyną 
przeciwną. Malfoy, Flint i Montague stanowili niezwykle zgrane trio, ale Puchoni 
nie byli słabi. Wręcz przeciwnie...
   Harry był już całkowicie przemoczony i zmarznięty. Czuł, że kończyny mu 
zdrętwiały, mimo że starał się je przed tym uchronić. Nie lubił nie móc 
zapanować nad własnym ciałem.
   Nagle coś złotego błysnęło przy sektorze nauczycielskim. Widział, że Stebbins 
go uważnie obserwuje i czeka na jego pierwszy ruch. Przy przewadze masy ciała
7-klasisty Harry miał tak niewielkie szanse...
   Młody Snape nie zamierzał tracić czasu na myślenie. Pochylił się na miotle i 
przyspieszył w kierunku złotego znicza. Usłyszał świst za plecami i wiedział, że 
to szukający Huffelpuffu. Położył się wręcz na miotle, aby nabrać większej 
prędkości na swoim Nimbusie.
   Widział niewiele. Znicz leciał nad sektorem nauczycieli i gości specjalnych. 
Harry zanurkował za nim, to samo zrobił Stebbins. Młody Snape zrobił nagły 
zwrot nad głową profesorów, a publika aż krzyknęła z przerażenia. Niestety ten 
trick nie zdezorientował jego przeciwnika.
   Na szczęście młody Snape bardzo szybko zbliżał się do znicza. Teraz dzielił go
od niego najwyżej metr. Musiał skoczyć...
  Harry odbił się w ułamku sekundy z miotły i skoczył w kierunku uskrzydlonej 
piłeczki. Był jakieś 30 stóp nad ziemią... Miał jeszcze szanse...
  Nagle poczuł, że w jego dłoni zaczął trzepać znicz. Na pewno zacząłby 
krzyczeć z radości, gdyby nie to, że robił salta w powietrzu, zbliżając się ku 
ziemi.
   Kibice na widowni zaczęli krzyczeć z przerażeniem, widząc Ślizgońskiego 
spadającego w dół. Jego miotła za nim podążała, ale niezbyt szybko...
   Harry całą siłą woli skoncentrował się na tym, aby spaść na nogi. Pomagał 
sobie w tym magią bezróżdżkową, niewerbalną.
   W chwili zetknięcia z ziemią poczuł ból, ale i ulgę. Żył i stał na 2 nogach.
   Drużyna zielono-srebrnych z mieszanką różnych emocji na twarzach rzuciła się
na szukającego. Zaczęli mu gratulować i go ściskać tak mocno, jak umieli. 
Publika Slytherinu szalała. Zaczęli schodzić z trybun, aby osobiście pogratulować
swoim zawodnikom.
- Wiwat Ślizgoni!- rozlegał się głos niezadowolonego porażką Puchonów  Lee 
Jordana z Gryffindoru. Był on komentatorem an tym meczu. Uczył się w 3 klasie i
lubował się w chłopcach. Raz nawet spodobali mu się bliźniacy Weasley... Ale on
im nie.- Tym razem Puchoni przegrali, ale Ślizgoni w meczu z nami, Gryfonami 
słono zapłacą za tą porażkę domu Hufflepuffu!
- Już w to wierzę!- krzyknął Harry i wszyscy zachichotali.- Ale tu zimno... I mokro.
- Marsz do szatni, szybko! Bo się rozchorujecie!- rozkazał drużynie Flint, ale jego
ton nie był zły, a raczej niezwykle radosny. To pierwsze zwycięstwo umocniło 

background image

jego wiarę w siebie i drużynę Slytherinu.
  W szatni wszyscy zielono-srebrni byli tak ogarnięci euforią, że trochę to 
potrwało zanim się przebrali. Ciągle zatrzymywali się i wspominali najlepsze 
akcje tego meczu. Głównie chodziło tu o złapanie znicza przez Harry'ego, oraz o 
minę Stebbinsa, który wściekł się do granic możliwości, że nie udało mu się, tylko
jakiemuś pierwszoklasiście.
- Harry, ja myślałem, że ty się zabijesz! Jak leciałeś... To było prawie tak jak 
ostatnio... Kiedy się pogruchotałeś- rzekł Draco z uśmiechem ulgi.- Nastraszyłeś 
nas wszystkich nieźle... Znowu musiałbyś łazić z gipsem.
- Daj spokój. Nic się nie stało- wyszczerzył dumnie zęby Syn Nocy.- Gdybym nie 
zaryzykował, prawdopodobnie to Stebbins złapałby znicza, nie ja... A teraz 
przynajmniej Marcus nie będzie kazał nam trenować  w  każdy wolny dzień, nie?
- Może nie w każdy... Wracamy do starego rozkładu treningów- oznajmił Flint, 
czochrając włosy swojego ulubionego szukającego.- Ale gdy zbliżymy się do 
meczu z Krukonami... To w każdej wolnej chwili będę was maltretował.
- Ja tego nie wytrzymam- Harry udawał, że płacze i załamuje się, a robił to tak 
naturalnie, że kapitan w to uwierzył prawie.
- Już cii, Harry- szepnął Marcus, przytulając płaczącego chłopca, który w środku 
dusił się ze śmiechu.- Co mogę zrobić, abyś przestał płakać?
- Zanieś... Mnie... Na... Rękach... Do... Wielkiej...Sali... Na... Kolację... Jestem tak
głodny... i... Zmęczony- wydusił młody Snape.- Zrobisz... to... Marcus???
- Tak, zrobię- westchnął ze zrezygnowaniem Flint, gładząc włosy szukającego.- A
przestaniesz płakać?
- Czy ja płaczę?- zachichotał Harry, odsłaniając wyszczerzoną twarz.- Ale 
obiecałeś, że mnie zaniesiesz!
- Grrr...- warknął zdenerwowany na siebie, że dał się wrobić, kapitan.
- Obiecałeś- zauważył z uśmiechem Montague.
- Marnie skończysz, Jack- mruknął Flint, ale wziął na ręce Harry'ego, który był 
bardzo zadowolony perspektywą, że tą długą i męczącą drogę minie bez użycia 
swoich nóg.- Merlinie, ale ty jesteś lekki!
- Wiem- ziewnął Harry, wygodnie się rozciągając.- Teraz do Wielkiej sali, Marcus.
Jestem padnięty...
   Reszta drużyna okrążyła tą dwójkę i ruszyli w stronę zamku, który malował się 
pięknie na tle rozświetlonego  błyskawicami nieba.
   Wszyscy uczniowie i nauczyciele skumulowali się  w Wielkiej Sali na kolacji. 
Brakowało tylko drużyny Slytherinu, bo ich kibice przyodziani w zielono-srebrne 
szaliki oczekiwali na ich przyjście z niecierpliwością.
- Możesz wstać na nogi?- spytał Flint, gdy stanęli przed drzwiami.- Wywołamy 
głupie plotki wchodząc w takiej pozycji. A chyba nie chcesz tego?
   Harry zeskoczył na ziemię i czekał, aż Marcus otworzy drzwi. Wszedł do 
środka jako pierwszy, otoczony pozostałą 6 zawodników.
   Stół Slytherinu zaczął wiwatować na ich cześć i gratulować każdemu 
zawodnikowi z osobna. Trochę potrwało, zanim zawodnicy zostali dopuszczeni 
do jedzenia.
  Puchoni, Krukoni i Gryfoni patrzyli krzywym okiem na radujących się Ślizgonów.
Dom Węża był zawsze osamotniony i nie trzymał z innymi uczniami. Zdarzało się

background image

jedynie, że pojawiała się przyjaźń między Slytherinem a Ravenclavem, choć nie 
było to też częste.
   Wszystkie Ślizgonki, niezależnie od wieku wysyłały zalotne spojrzenia do 
Harry'ego. Teraz, gdy wyprzystojniał, rozpalał ich serca.
- To było niesamowite, jak złapałeś znicza... Bałam się, że coś ci się stanie- 
odezwała się do niego Alice Lestrange z 3 klasy.
  Owa Ślizgonka była córką Bellatrix Lestrange i Rudolfusa Lestrange. Miała 
piękne czarne loki i czarne oczy. Przyciągała spojrzenia większości chłopców.
  Była szczupła i wysokości Harry'ego. Poruszała się z gracją odpowiednią dla 
szlachcianki.
- Ale się nie stało- uśmiechnął się nieprzystępnie Harry, udając niewinnego i 
bardzo czystego uczynkami.- Przynajmniej złapałem znicza przed tym 
Puchonem.- Było warto, Alice.
- Jesteś niesamowity, jak latasz. Nie mogłam przestać patrzeć na ciebie, gdy 
goniłeś za zniczem. Poruszasz się tak zwinnie i zręcznie- chwaliła go Alice.
- Dzięki- odsłonił śnieżnobiałe zęby Syn Nocy.- Miło mi, że masz takie o mnie 
zdanie.
- Mam lepsze niż myślisz. I z resztą nie tylko ja- wyznała dziewczyna.- Pociągasz
wszystkie dziewczyny.
- Aha- mruknął ze zdegustowaniem Harry.- Jak chcesz wiedzieć, nie szukam 
dziewczyny. To taka moja uwaga...
- A masz jakąś już?- zdziwiła się Lestrange, mrużąc oczy.
- Nie, bo na widok żadnej serce nie bije mi szybciej- odparł Syn Nocy, 
odwracając się od Ślizgonki. Myślał, że ta była inna, ale mylił się... Wszystkim 
chodzi o to samo.
- Idę do dormitorium- szepnął Harry do Draco, który był zajęty pochłanianiem 
kolacji.
- Czemu tak wcześnie?- zdziwił się Malfoy.- Zostań jeszcze... Wrócimy razem.
- Głowa mnie trochę boli, tu jest tak głośno... Będę w jaccuzi, możesz wpaść do 
łazienki, jak będziesz chciał- odrzekł młody Snape, czochrając blondynowi włosy.
- Okey- pokiwał głową Draco- Tylko się nie uto;.
- A ty się tyle nie obżeraj, bo będziesz gruby- odgryzł się Harry i skierował się ku 
lochom.
   Mijał różne korytarze i skakał po schodach, aby jak najszybciej dojść do 
dormitorium. Głowa mu pękała...  Nie wiedział dlaczego... Nigdy wcześniej coś 
takiego mu się nie zdarzyło. Nie bolało tak silnie, jak teraz.
   Ucieszył się w duchu, gdy znalazł się w swojej i Draco sypialni. Wszedł do 
łazienki i wskoczył do jaccuzi, wierząc że piana i bąbelki uprzyjemnią mu tą 
migrenę. O ile to była na pewno migrena...
   Jakieś pół godziny później w łazience zjawił się młody Malfoy już przebrany w 
biało-srebrne kąpielówki i zawinięty w pasie zielonym, puchatym ręcznikiem. 
Szybko wszedł do jaccuzi i położył się na podwodnej ławeczce, jak jego 
przyjaciel.
- Jak się czujesz? Nadal boli cię głowa?- spytał z troską bruneta.
- Już mniej na szczęście- odparł zgodnie z prawdą Harry, przeciągając się i 
oblewając płynem o zapachu wanilii.- Dzięki, że pytasz. Miło czuć na sobie 

background image

czyjąś troskę, Smoku.
- Od tego ma się przyszywanego brata, Synu Nocy- uśmiechnął się pogodnie, 
ale z powagą Draco.
- O tak...

Rozdział 26 " Drzewa genealogiczne"cz.1

Nim Harry Salazar Snape się obejrzał,minął listopad i nastał grudzień. Pogoda za
oknem zmieniła się nie do poznania. Skończył się okres deszczów i burz, a 
nastał czas śniegów i zamieci. Temperatura zniżała się do nawet -30 stopni.
  Uczniowie mieli odwołane lekcje, które dotychczas odbywały się na błoniach i 
zostały przeniesione do zamku.
 Pani Pomfrey przyjmowała teraz wielu pacjentów z katarem,przeziębieniem i 
grypą. Potrzebowała znacznie większej ilości eliksirów, niż podczas jesieni.
   Wraz z nadejściem zimnej pogody,nauczyciele zadawali więcej prac 
domowych, aby dać ostatni wycisk uczniom przed końcem semestru. Już 20 
grudnia zaczynała się przerwa świąteczna, a zatem też koniec 1 semestru.
   Harry musiał pogodzić treningi quidditcha( które Flint prowadził mimo 
niekorzystnych warunków atmosferycznych) i naukę do sprawdzianów 
zaliczeniowych. W zasadzie spędzał w bibliotece większość czasu, ucząc się z 
Draco, Pansy,Milicentą i Dafne. Nie chciał oblać egzaminów, ale nie mógł też 
sobie pozwolić na zaniedbanie quidditcha.
    19 grudnia wieczorem Harry dopiero poczuł, że ma wolne. Skończyły się 
sprawdziany i ma czas wolny do końca grudnia... Ponad tydzień bez nauki.
   Wraz z Draco podjęli decyzję, że na czas świąt zostają w zamku. Za ich 
przykładem poszli inni Ślizgoni- zamierzali razem spędzić te święta w swoim 
skromnym gronie. Kilku starszych uczniów zamówiło odpowiednie potrawy i 
desery o Skrzatów Domowych.
   Severus i Lucjusz z chęcią przystali na decyzję swoich synów. Oni sami też w 
czasach szkolnych nie wracali na święta do domu, tylko zostawali z kolegami. 
Postawili pociechom tylko 1warunek- każde z nich ma przyjść wieczorem do 
swojego ojca w dzień świąt. Chłopcy nie wyrażali sprzeciwu.
                                            ***
  24 grudnia Harry obudził się i przeciągnął na łóżku. Przetarł oczy i rozczochrał 
sobie włosy. Zrobił wzrokiem przegląd pokoju i zobaczył, że przed jego łóżkiem, 
Draco też, leżą spore kupki prezentów. Wśród Malfoy'owych paczek był 
podarunek od niego- srebrny sztylet ręcznie zdobiony przez gobliny. Miał 
naprawdę ogromną wartość.
  Harry otworzył pierwszy ze swoich. Była to sporej wielkości paczuszka 
zawinięta w ciemnozielony papier ozdobny. Zdjął srebrną tasiemkę i jego oczom 
ukazała się jakaś dziwna, srebrna peleryna. Do niej podpięto krótki, ale treściwy 
list:
       Wszystkiego najlepszego chrześniaku!
 To peleryna- niewidka. Niech służy Ci dobrze, a jak chcesz się dowiedzieć 

background image

czegoś więcej o jej właściwościach, to poczytaj w książce z historycznymi 
przedmiotami. Płataj wiele psikusów i nie zapominaj o swoim ojcu chrzestnym!
                                                                 Łapa- Syriusz
   Harry uśmiechnął się szeroko i narzucił na siebie ową pelerynę. Widział przez 
nią wszystko, ale stał się niewidzialny dla otoczenia. A miała też inne 
właściwości, których jeszcze nie poznał.
   Szybko otworzył drugi podarunek. Był on zawinięty w czarny papier i srebrną 
wstążkę.
  W środku znajdował się srebrny medalion z wysadzanym brylantami i 
szmaragdami "trapiche" wężem oplatającym czaszkę. Wyglądał on na kosztowny
i starannie wykonany.
   Dołączono do niego krótki liścik:
    Z okazji świąt,
 Dla mojego jedynego, ukochanego syna w dniu świąt, abyś wiedział, że mi na 
Tobie naprawdę zależy. Mam nadzieję, że Ci się spodoba...
                                                                 Twój Ojciec
   Harry uśmiechnął się i założył na szyję medalion. Pasował do niego jak 
ulał.Dodawał chłopcu powagi i zostawiał groźbę dla jego wrogów...
   Następny prezent dostał od Draco. Była to mianowicie bardzo rzadka kolczuga 
z drogocennego Mithrillu. To lekki, cenny, srebrzysty metal wytrzymalszy od stali, 
posiadający również cechy magiczne. Kolczuga sama w sobie broniła przed 
wieloma prostymi zaklęciami i osłaniała pierś, brzuch i plecy przez nawet bardzo 
ostrymi narzędziami. Było to niezwykle przydatne dla kogoś takiego jak Syn 
Nocy.
   Od innych Ślizgonów dostał różne drobiazgi i mnóstwo słodyczy. Kilka 
dziewczyn, którym się podobał, nadesłało mu duże bombonierki z 
czekoladowymi pieguskami i serduszkami.
   Na koniec zostawił sobie niewielkie, srebrne pudełeczko zawinięte w złoty 
papier. Z ciekawością, zastanawiając się od kogo to, młody Snape rozwinął 
pakunek i zobaczył na puchowej poduszeczce srebrny zegarek z dużą, ozdobną 
tarczą wysadzaną drogimi kamieniami, w tym szmaragdami.
   Harry pospiesznie rozerwał czarną jak smoła kopertę i przeczytał wiadomość, 
w niej się znajdującą.
    
    Harry Salazarze Snape,
 Mam nadzieję że zegarek Ci pasuje. Prawdziwe srebro, brylanty i szmaragdy. 
Do tego bardzo męski. Jednakże nie tylko wygląd ma imponujący,  o czym chcę 
Ci więcej opowiedzieć.
  Pierwszą wyjątkową jego funkcją jest to, że jest nieziemsko lekki, ale 
wytrzymalszy od stali. Nie musisz się bać, że ktoś Ci go zdejmie, czy ukradnie. 
On zawsze wraca do właściciela, którego krwi zakosztował. Aby tak było, musisz 
odebrać sobie trochę krwi i posmarować nim spód zegarka. Nie bój się- plama 
zniknie bardzo szybko,  a Ty będziesz jego jedynym panem.
  Następną ciekawostką jest jego tarcza. Światło, które uruchomisz przyciskiem 
bocznym z gwiazdką rozświetli nawet najciemniejszy mrok.
  Przycisk z piorunem wywołuje ( jeśli tylko niebo jest zachmurzone)uderzenie 

background image

pioruna. Ty kierujesz tym pociskiem niewyobrażalnej energii.Jest zupełnie na 
Twoje rozkazy, o ile masz w sobie tyle siły i logicznego myślenia, aby umieć go 
użyć.
  Guzik z... Z resztą sam musisz trochę pomyśleć nad tym zegarkiem.Więcej 
satysfakcji przynosi to, co odkryje się samemu, a nie to, co ktoś Ci wyjaśni. Mam 
nadzieję że zrozumiesz.
  Z najlepszymi życzeniami,
                               Ktoś, kogo jeszcze  nie  znasz, a poznasz
   Harry'ego niezmiernie zaciekawiło, od kogo dostał tą przesyłkę. List sam w 
sobie niewiele mu podpowiadał, a charakter był mu bliżej nie znany. Westchnął 
zrezygnowany, ale nie zamierzał sobie tego odpuścić.
 Teraz sprawa naznaczenia zegarka. Syn Nocy wyciągnął z pochwy swój sztylet i
lekko naciął sobie rękę. Mało go to bolało, więc tych parę kropel wylał na spód 
srebrnego zegarka. Przez kilka chwil nic się nie działo, więc pomyślał, że to jakiś 
błąd czy coś...
   Nagle poczuł niezwykle silny ból. Syknął i skulił się na podłodze. Krew wsiąkała
w tarczę, a on czuł, jakby mu rozrywano żyły i wylewano z nich bestialsko krew.
   Starając się nie krzyczeć, zacisnął mocno pięści i czekał na koniec mordęgi. 
Ciężko oddychał, ale z każdym wydechem czuł się coraz lepiej. A zegarek 
zaciskał mu się na prawej ręce- był leworęczny.
  Minęło jeszcze może z 7 minut i ból całkowicie ustał. Harry odetchnął głęboko, 
dziękując Merlinowi, że to cierpienie już się skończyło. Nie był przygotowany na 
taki atak. Na szczęście Draco nie obudził się...
  Szybko umieścił niepotrzebne w danej chwili mu prezenty w kufrze i udał się do 
łazienki, aby zaspokoić potrzeby, umyć się, ubrać... Gdy wrócił do sypialni, ujrzał 
młodego Malfoy'a z entuzjazmem rozpakowującego swoje prezenty.
- O! Byłem ciekawy, gdzie poszedłeś. Dzięki za sztylet, zawsze o takim 
marzyłem! Jest świetny- krzyknął z figlarnym uśmiechem blondyn.
- Tylko się nie ukłuj - wyszczerzył się brunet.- Smoku, ta kolczuga jest 
niesamowita. Dzięki...
- Tylko się nią nie uduś- odpyskował mu Draco, pokazując rząd śnieżnobiałych 
zębów.
-Jesteś tak zabawny, że wszyscy się śmieją- odsłonił swoje ostre,bialutkie ząbki 
Harry, klepiąc po plecach po przyjacielsku blondyna.-Ale spokojnie... Wujek 
Harry nauczy cię, jak być w centrum uwagi.
- Wrrr...- warknął ciągle uśmiechnięty Malfoy- O tak... Nauczysz mnie, Synu 
Nocy... Tylko nie wiem, czy chcę być tak popularny jak ty. Wiesz, co za dużo, to 
niezdrowo. Jeszcze się pochoruję, czy coś... Jeśli chodzi o tak wielką sławę, to to
twoja broszka, bracie.
- Oczywiście, Smoczku. I tak nie byłbyś w stanie pojąć tego- odciął się złośliwie 
młody  Snape, czochrając mu blade i zielone włosy.- Powinniśmy chyba udać się 
do "naszego" salonu fryzjerskiego. Włosy trochę odrosły i nie wyglądają tak 
efektownie.
- Masz rację... To ja tylko idę do łazienki i biegniemy na dół- rzekł  Draco i po 
chwili już go nie było.
  W czasie świąt nie obowiązywał nakaz chodzenia po szkole w mundurkach. 

background image

Panowała zupełna dowolność w tych rzeczach do końca przerwy świątecznej.
  Młody Malfoy włożył wąskie, czarne spodnie, jedwabną, srebrną koszulę, 
czarną kamizelkę i srebrną pelerynę. Wyglądał w  tym naprawdę elegancko i 
gustownie, ale nieprzesadnie.
  Młody Snape postawił na mroczność i niedostępność. Ubrał się w obcisłe, 
seksowne, skórzane, czarne spodnie do łydek, obcisłą zieloną, jedwabną 
koszulę, jak jego oczy i czarną, błyszczącą pelerynę. To powalało na kolana 
panienki...
- Wyglądasz bosko, bracie- podniósł do góry kciuk Draco i zagwizdał, patrząc na 
swojego przyjaciela, gdy ten ubrał się w akurat te ubranie.
- Ty też... Ale nie bądźmy próżni... Aż tak próżni... Chodźmy- uśmiechnął się z 
wyższością Harry i pobiegli w do salonu kosmetycznego.
   Tym razem wyszli z niego, zdecydowanie różniąc się od siebie uczesaniem.
   Draco ściął włosy na długość 2 centymetrów, a grzywkę pomalował na zielono. 
Wyglądał niesamowicie.
  Harry zaś skrócił swoje do 10 centymetrów, a kilka bocznych pasemek 
pokolorował na kolor Avady. Cała fryzura stała mu do góry, jakby poraził go prąd, 
a to dodawało mu wysokości i męskości.
- Teraz chodźmy do Wielkiej Sali na śniadanie... Posiłek świąteczny w salonie 
mamy dopiero o 15- polecił Syn Nocy sobie i przyjacielowi.
- Oczywiście- uśmiechnął się figlarnie Draco, który nie mógł jeszcze się nadziwić 
swojej fryzurze.
   Ruszyli szybkim, zdecydowanym krokiem przez korytarz, kierując się do 
Wielkiej Sali. Chcieli pokazać innym Ślizgonom i uczniom, którzy pozostali swoje 
nowe, wystrzałowe uczesania. A było co pokazywać...
   Otworzyli drzwi bez ich dotykania( dla niewiedzących użyli magii 
bezróżdżkowej) i wparadowali do środka, a wzrok wszystkich zebranych spoczął 
na nich. Byli to wszyscy nauczyciele, dyrektor, każdy Ślizgon, kilku Gryfonów( ci 
z 1 i inni) oraz paru Krukonów i Puchonów. Nie była to zbyt imponująca publika, 
ale lepsza niż żadna. Patrzyli się z wytrzeszczonymi gałami na nowo przybyłych i
otwartymi ustami.
- Syn Nocy i Smok!!!- wydarli się bliźniacy, podbiegając co Harry'ego i Draco. Na 
te zwroty reszta zebranych(prócz Węży) przeżyła szok. Nie znali tych 
pseudonimów.
   Fred chwycił za rękę bruneta, a George blondyna, po czym zaprowadzili ich do 
stołu zielono-srebrnych, niczym gości honorowych.
- Czekaliśmy na was... Mamy zamiar pograć w butelkę... Na rozbieranego. Albo 
wykonujesz zadanie, albo zdejmujesz część garderoby... Tylko dla Ślizgonów- 
wypowiedział to Flint na tyle głośno, aby wszyscy zebrani to usłyszeli, ale nie 
posądzili go o robienie reklamy.
- Ale że... tutaj?- podniósł zdumiony do góry brew Harry, robiąc zdziwioną minę, 
ale po chwili uśmiechnął się złośliwie.- Świetny pomysł. Gramy!
   Za pomocą magii Syn Nocy i kilku prefektów pomniejszyli stół, po czym i z 
niego"okrągły". Tak lepiej grało się w butelkę.
   Pierwszy kręcił Flint, jako że on wpadł na ten jakże niezły pomysł w 
urozmaicenie sobie poranka.

background image

    W sumie Ślizgonów było 35, więc każdy miał swoje małe pole, które na niego 
wskazywało, jeśli tak padła butelka.
    Butelka natrafiła na Pansy Parkinson.
- Kochana, droga, szanowna siostro Ślizgonko, Pansy...- zaczął z uśmiechem 
Marcus, po czym szepnął.- Zdejmujesz jakąś część garderoby, albo...

Rozdział 26 " Drzewa genealogiczne"cz.2

Butelka natrafiła na Pansy Parkinson.
-Kochana, droga, szanowna siostro Ślizgonko, Pansy...- zaczął z uśmiechem 
Marcus, po czym szepnął.- Zdejmujesz jakąś część garderoby,albo...
- Albo co?- uśmiechnęła się zalotnie 1-klasistka, trzepocząc rzęsami.- Masz 
jakieś ciekawe wyzwanie dla mnie, Marcus?
- Już ty się nie bój.... Albo przyjmujesz wyzwanie, albo się rozbierasz. Wyzywam 
cię, żebyś wskoczyła na stół i udawała, że jesteś ptakiem...- szepnął 
dostatecznie głośno Flint, aby każdy uczeń go usłyszał.- Albo nie... Wracajmy do 
salonu, tam lepiej się rozerwiemy... Będziemy dawać takie wyzwania, których tu 
by nam zabronili. Okey?
- Może być- przytaknęli mu "bracia" i "siostry", po czym dokończyli prędko 
śniadanie( ci, którzy nie zjedli go jeszcze) i wyszli z godnością i podniesionymi do
góry głowami.
  Na korytarzu, gdy upewnili się, że nikogo nie ma, zaczęli rozmowę o dalszej 
grze w wyzwania.
- Wiecie, dlaczego naprawdę przerwałem?- spytał Marcus, mierząc wzrokiem 
wszystkich przyjaciół- Ślizgonów, gdy znaleźli się w swoim salonie.
- Tak mi się zdaje- mruknął Adrian Pucey, niewysoki chłopiec z 2 klasy. Był 
szczupły i dość niepozorny. Na czoło opadała mu kasztanowa grzywka.- A jaki 
był powód według ciebie?
- W Wielkiej Sali nie mielibyśmy wielkiego pola do popisu... Zróbmy tak: zjemy 
kolację świąteczną około 15... Tak zdecydowałem i myślę, że będzie dobrze... 
Potem, gdzieś o 20 ponowimy grę w butelkę, a bliźniacy Weasley załatwią nam 
jakieś drinki i dużo alkoholu. Zgadzacie się?- na twarzy kapitana drużyny 
zagościł uśmiech mistrza figli.
- Świetny pomysł!- krzyknął Jack Montague.- Im więcej alkoholi, tym lepiej. Fred, 
George, zajmiecie się tym?
- Oczywiście...
- Zajmiemy się tym...
- A potem...
- Wszyscy się upijemy!- zakończył radośnie George i przybili sobie piątki z 
bratem.
   Harry i Draco wymienili między sobą usatysfakcjonowane spojrzenia, wiedząc 
że po świątecznym posiłku będą musieli wpaść do swoich ojców, jak już 
wcześniej z nimi się umówili. A dobra popijawa nie może przecież nigdy ominąć 

background image

tych dwóch młodych Ślizgonów...
   Gdy nastała godzina 15 w tajemnej komnacie do uroczystych spotkań Skrzaty 
nakryły  wielki, okrągły, kamienny stół różnymi świątecznymi potrawami. Wszyscy
zajęli swoje miejsca, czekając na przybycie prefektów. Ci zjawili się kilka minut 
spóźnieni...
   Posiłek był wyśmienity. Skrzaty Domowe przeszły same siebie. Wszystko 
rozpływało się w gębie... Nikt, nawet odchudzające się dziewczyny, nie żałował 
sobie jedzenia. W sumie raz do roku można się porządnie najeść, nie bojąc się, 
że się zbyt utyje...
  Na deser Skrzaty z kolei wniosły przeróżne ciasta, cukierki i puddingi. Każdy 
bez wyjątku się tak napchał, że nie miał siły się poruszyć...
   Harry i Draco jeszcze przed 17 pożegnali się z przyjaciółmi i obiecali, że wrócą 
na 20, aby pograć w butelkę. Teraz ruszyli ku kwaterom swoich ojców. Na 
jednym z korytarzy rozdzielili się.
- Spotykamy się o 20 w salonie- oznajmił młody Snape, patrząc uważnie na 
Smoka. Uścisnęli sobie dłonie i każdy skierował się w swoją stronę.
   Harry zapukał do drzwi prowadzących do prywatnych kwater Mistrza Eliksirów. 
Nie musiał długo czekać na jakąkolwiek odpowiedź- w ciągu kilku chwil stanął 
przed nim jego ojciec.
- O, Harry... Wchodź, SYNU NOCY- zrobił nacisk na dwa ostatnie słowa Severus,
złośliwie się uśmiechając i udostępniając mu wejście do środka.- To teraz tak na 
ciebie mówią?
- Nie od dziś... Przyczepili się do mnie z tym i nie dają mi żyć- westchnął Harry, 
szczerząc zęby radośnie.- Medalion jest cudowny. Bardzo mi się podoba.
- Miło to słyszeć- uśmiechnął się Snape Senior, ściskając potomka.- Napijesz się 
czegoś? Chciałem ci coś pokazać, a to trochę ciekawe.
- Herbaty poproszę. A o co chodzi?- zaciekawił się Syn Nocy, robiąc inteligentną, 
promieniującą zainteresowaniem minę. Usiadł na kanapie, podczas gdy jego 
ojciec przyniósł z szafki jakieś zwoje pergaminu.
- Nie wiem czy pamiętasz, ale kiedyś poprosiłeś mnie, abym opowiedział ci 
trochę o twoich więzach krwi z Salazarem Slytherinem i Merlinem.  Mam te 
informacje, jeśli nadal cię interesują- oznajmił Snape Senior, nie podnosząc 
wzroku znad papierów.
- No jasne!- wyrwało się trochę za głośno Harry'emu, który aż się wzdrygnął, 
słysząc ton swojego głosu.- Znaczy... Z chęcią.
   Severus uśmiechnął się pod nosem i rozwinął pierwszy rulon. Były na nim 
imiona, nazwiska oraz jakieś małe portreciki.
- Dlaczego nie ma tu podanych rodzeństwa i rodziców, czy też dziadków 
Salazara Slytherina?- spytał ze zdziwieniem Harry, wpatrując się w samą górę 
kartki.
- Źródła historyczne nie podają żadnych informacji ani choćby wzmianki o 
przodkach Slytherina. Widać nie byli znaczącymi postaciami. A co do 
rodzeństwa... Salazar Slytherin był jedynakiem. Ożenił się z Sarah z rodu Blood, 
tak przynajmniej podają wszelkie zaufane źródła- opowiadał Mistrz Eliksirów.- 
Jak widać, miał on dwójkę dzieci: syna Roberta i córkę Annę, która wyszła za 
jakiegoś mężczyznę z rodu Gauntów... Od nich pochodził Lord Voldemort. 

background image

Obecnie Gauntowie są wymarłym rodem, ich ostatnim potomkiem był sam 
Czarny Pan.
- To znaczy, że ja pochodzę od tego syna, starszego od Anny, Roberta 
Slytherina- słusznie zauważył chłopiec, oglądając obrazek przedstawiający 
młodzieńca o czarnych jak smoła włosach, uśmiechem dumy i arogancji i 
zielonych oczach.
- Tak. Robert wyszedł zaś za Belladonę z domu Black. Była to piękna i bardzo 
delikatna kobieta. Cechowały ją głównie same pozytywne cechy- uśmiechnął się 
Severus, wskazując na portret kobiety o ciemnobrązowych lokach.- Oni mieli 
również syna i córkę. Miranda była starsza i wyszła za mężczyznę z rodu 
Prewettów, ale i oni wymarli kilkadziesiąt lat temu. Sethimus Slytherin był 
kolejnym twoim przodkiem.
- Czekaj... Czemu mówisz, że był moim przodkiem? Twoim w sumie też- zdziwił 
się Harry, patrząc mężczyźnie prosto w oczy.
- Dobre pytanie. Teoretycznie jest moim przodkiem, ale praktycznie mam z nim 
bardzo mało wspólnego. Nie odziedziczyłem po nim żadnego daru, prócz 
zdolności do alchemii. Ty jesteś inny... Jesteś widocznie spokrewniony z nim... 
Niczym syn, czy wnuk. Nawet z wyglądu- odpowiedział Mistrz Eliksirów.- Masz 
wiele jego zdolności.
- Aha...- zamyślił się jego syn, nieświadomie uśmiechając się z dumą.- 
Kontynuuj.
- Dobrze... Skończyliśmy na Sethimusie Slytherinie. On pobrał się z Penelope 
Malfoy i uwierz, że to nie pierwszy związek z Malfoy'ami w rodzinie- westchnął 
Severus.- Mieli jedną jedyną córkę Sarah Slytherin. Ona ostatnia nosiła chlubne 
nazwisko Salazara Slytherina, założyciela Hogwartu, Wielkiego Czarnego Maga, 
Wężoustego. Wyszła za Dante'go Snape'a. I tu wkracza nasze nazwisko. Pewnie
pamiętasz, jak opowiadałem ci o tym małżeństwie?
- Tak... Najbardziej kłótliwe małżeństwo i jakże sarkastyczne- zaśmiał się Harry, 
patrząc na twarze obydwojga przodków.- O... Ci mieli już trochę więcej dzieci...
- Zgadza się. Od nich wyszła na świat trójka dzieci. Najstarsza była Eva, ale 
dożyła jedynie 18 lat, jak podają wszelkie zaufane źródła. Zginęła w jakimś 
pojedynku... Najmłodszy był zaś Kevin. On nie miał dzieci, zginął również młodo. 
Pomiędzy nimi znajdował się twój... nasz przodek, Severus. Po nim 
odziedziczyłem to imię. Podobno jestem podobny do niego... Tak mawiał mój 
dziadek. Wiesz, czym zasłynął tamten Severus Snape?- spytał Mistrz Eliksirów.
   Harry pokręcił przecząco głową, czekając z niecierpliwością na odpowiedź.
- On odkrył i dokładnie opisał "Cruciatusa"... Nikt nie wie, co go do tego 
pociągnęło. Podobno był niesamowicie okrutny- ciągnął ojciec.- Dalej... Ożenił 
się z Meredith z domu Black'ów. Kolejny Black... Niestety jesteśmy z nimi 
spokrewniony.
- To nie jest źle- wyszczerzył zęby syn.
- Hmm... Zależy od której strony na to patrzysz- mruknął Severus.
- Czemu tu jest trzykropek i duża przerwa?- zadał pytanie Harry, ze zdziwieniem 
oglądając zwój.
- Niegłupie pytanie. Historia nic nie mówi o tych naszych przodkach, wiem tylko 
że w czystej linii najstarsi synowie Severusa Snape'a byli naszymi pra-pra-pra... 

background image

dziadkami- westchnął Mistrz Eliksirów.- Dopiero dowiadujemy się o jedynaku 
Serpens'ie Snape'ie, który ożenił się z Raymondą Malfoy. Kolejne i najbliższe dla 
nas powiązanie z Malfoy'ami...  Jej siostra była matką Lucjusza, który jak wiesz, 
ożenił się z Narcyzą Black i mają syna Dracona. Wracając do naszych przodków,
Serpens i Raymonda mieli syna Sethimusa Snape'a, który był moim ojcem. 
Ożenił się z Elainę Blood, moją matką. Kolejne powiązanie z Bloodami.
- Czekaj... Ty nigdy nie mówiłeś, żebyś miał rodzeństwa, a tu jak wół pisze, że 
masz brata- zauważył bystro Harry.
- Tak... Nigdy ci o nim nie mówiłem... Salazar Snape był moim starszym o 2 lata 
bratem... Kochałem go mocno. Zginął...Tragicznie. Zabiła go banda aurorów- 
rzekł cicho mężczyzna.- Nie dożył 18 lat... Miałem wtedy zaledwie 16 lat.
- Tak mi przykro- szepnął syn, pocieszając ojca.- Był Śmierciożercą?
- Zaufanym i bardzo lubianym przez Voldemorta. A jednak zginął...- mruknął 
Severus.- Nie zdołali go odratować.
   Po chwili Mistrz Eliksirów wyjął z pudełka plik ze zdjęciami. Były o dziwo 
kolorowe, ale Harry nie zamierzał się nad tym zbytnio zastanawiać, bo osoby na 
nich były ważniejsze.
  Pierwsze zdjęcie przedstawiało rodziców Severusa: Sethimusa i Elaine. Salazar
mógł mieć ze 4 lata i stał przytulony od ojca, a mały, około 2-letni Severus leżał 
wygodnie w ramionach matki.
   Sethimus był bardzo przystojnym mężczyzną, dobrze zbudowanym i wysokim. 
Posiadał długie, do łopatek, proste, czarne włosy i czarne oczy. Ze zdjęcia 
uśmiechał się i machał do oglądających.
  Elaine należała do pięknych kobiet. Miała czarne, lokowane włosy i orzechowe 
oczy. Jej uśmiech mógł namieszać w głowie każdemu facetowi. Jej wysoka i 
smukła figura... Prawdziwy ideał kobiety.
  Następne fotografie ukazywały Salazara i Severusa we własnym towarzystwie. 
Od razu widać byli, jak ci bracia mocno się kochają. Kto by wtedy pomyślał, że 
brutalne szpony śmierci ich rozdzielą?
  Byli do siebie bardzo podobni, mimo 2 lat różnicy w ich wieku. Oboje 
uśmiechnięci radośnie, a czasem z wyższością. Kto by pomyślał, jak ta cała ich 
historia się skończy?
  Salazar miał włosy dłuższe niż młodszy brat. Severusowi sięgały zaledwie  do 
brody, a mu prawie do ramion. I te piękne, ale też mroczne czarne oczy.... 
Błyszczące.
   Bracia należeli do Slytherinu. Ostatnie zdjęcie z nimi w roli głównej 
przedstawiało 17-letniego Salazara i 15-letniego Severusa. Tutaj wyglądali na tak
szczęśliwych i związanych ze sobą silnymi więzami.
  Obejmujący się ramionami prefekt Slytherinu  i prefekt naczelny Hogwartu, z 
zielono-srebrnymi naszywkami na schludnych szatach, nie wyglądali zwyczajnie. 
Musieli się kiedyś bardzo wyróżniać w szkole...
  Wracając do jednego ze starszych zdjęć, kiedy Severus był w 1 klasie, był 
podobny do Harry'ego, lecz nie identyczny. Jego syn miał coś w sobie z Lilianne, 
Salazara i Slytherina.
  11-letni Sev był dosyć wysoki, ale nie aż tak jak jego potomek, oraz szczupły, 
choć nie tak jak Harry. Nie miał też tak mocno umięśnionego ciała i wyglądał na 

background image

młodszego, niż jego dziedzic obecnie. Włosy sięgały mu zaledwie do brody i były
figlarnie roztrzepane... A te czarne oczy rozpoznawalne nawet na drugim krańcu 
świata.
- Ostatnio mówiłem ci , że twoja matka nie była wcale szlamą, a jedynie córką 
charłaków...- rzekł Severus, patrząc na syna.
- Pamiętam... Ale mi nie chciałeś tego wyjaśnić- przypomniał sobie Harry bez 
emocji na twarzy.- Powiesz mi w końcu?
- Tak... Myślę, że powinieneś to wiedzieć... Jesteś potomkiem Merlina, ale nie od 
mojej strony rodziny. Od strony Lilianne, twojej matki. Jej rodzice i dziadkowie 
byli charłakami, ale wywodzili się od samego Merlina Wielkiego. Wszyscy 
uznawali ich za mugoli, bo oni tak chcieli... Żeby nie znali ich prawdziwego 
pochodzenia.
- Wow...- chłopiec aż zaniemówił.- To znaczy, że...
- Nie masz w sobie mugolskiej krwi, a ja nie związałem się ze szlamą złego 
pochodzenia- dokończył z uśmiechem Mistrz Eliksirów.
                                         ***
  Harry z poczuciem lekkości i dziwnej radości w sercu wrócił przed 20 do salonu 
Slytherinu. Tam stał okrągły stół, przygotowany do gry w butelkę. Wszyscy 
uczniowie domu Węża byli już gotowi do zabawy. Na stosach piętrzyły się butelki
z różnymi rodzajami alkoholu. Harry na wszelkie wypadek miał przygotowany i 
schowany do kieszeni eliksir Anty- Kac.
- Syn Nocy!- krzyknął Fred.- Zajmuj miejsce przy stole i zaczynamy grę! Pij, ile 
wlezie. Mamy mnóstwo rzeczy do popijania sobie.
   Harry nalał sobie trochę ognistej whisky do szklanki i usiadł przy stole, 
wygodnie opierając się na oparciu krzesła.
- Wracamy do wyzwania rzuconego Pansy przeze mnie- oznajmił Marcus.- 
Przyjmujesz wyzwanie i udajesz ptaka na stole, czy rozbierasz się?
- Hmmm... Przyjmuję wyzwanie- uśmiechnęła się chytrze Pansy, wskakując na 
kamienny blat. Machała rękami i ćwierkała, co wywołało śmiech i burzę braw 
wśród wszystkich zebranych.
   Parkinson, gdy flint uznał, że wykonała swoje zadanie, zakręciła butelką. Ta jak
na zawołanie wypadła na Draco. Wiadomo było, że owej pierwszoklasistce 
podobał się blondyn. Z pewnością każe mu dać sobie buziaka.
- Draco, Draco... Albo zdejmujesz część swojej garderoby, albo wykonujesz 
wyzwanie. Masz... Pocałować Harry'ego... No co?- spytała widząc zdziwiony 
wzrok niektórych dziewczyn.- Oni tak do siebie pasują... Krążą plotki, że 
jesteście razem...
- Co??? Harry to mój kuzyn, jeśli patrzyć na krew- zaczął mówić Malfoy.
- A poza tym traktujemy się jak bracia- dodał Harry z figlarnym uśmiechem.
- Zgadzasz się na zadanie, Harry?- spytał Draco, patrząc niepewnie na 
przyjaciela.- Ja przyjmę, jak ty się zgodzisz.
- Zgadzam się- wymówił te dwa słowa, a wszystkim zaparło dech w piersiach.- To
tylko zabawa, ma być śmiesznie.
  Po tych słowach Draco zaczął całować Syna Nocy, a wszyscy zawiwatowali, 
patrząc na ich dzielne zmagania. Nie co dzień się coś takiego zdarzało.
   Malfoy zakręcił butelką. Ta wskazała na Davida Lestrange'a, prefekta z 5 klasy.

background image

- Wyzwanie, albo się rozbierasz. Masz wyznać na forum szkoły miłość profesor 
Sprout- wyszczerzył się Draco, a wszyscy zaśmieli się, szczerząc zęby.
- O nie! Ja wybieram zdjęcie z siebie jakiegoś ubrania- to mówiąc David zdjął z 
siebie pelerynę.
  Zakręcił butelką. Ta korkiem dosięgła Danny'ego Greyback'a z 2 klasy.
- Hmm... Albo się rozbierasz, albo zaśpiewasz nam coś- rzucił mu wyzwanie 
Lestrange.
   Danny zaczął śpiewać pierwszą lepszą dziecięcą piosenkę, jaka przyszła mu 
na myśl. Wywołał tym burzę oklasków i ryk śmiechu wśród zgromadzonych.
   Ze dwie godzinny później wszyscy Ślizgoni byli lekko podpici i częściowo 
porozbierani. Większość chłopców nie miało koszulek, czy spodni, oraz zostali w 
samych bokserkach. Dziewczyny zaś paradowały w majtkach i podkoszulkach...
  Harry miał odsłoniętą klatę, ale wykonał wiele dziwnych i śmiesznych zadań. 
Draco nie miał jeszcze oprócz koszuli butów i skarpetek.
   Około północy zabawa ucichła. Wszyscy pospali się w salonie, nie zwracając 
uwagi, w jakich pozycjach się znajdują i na kim, lub na czym śpią...

Rozdział 27" Mecz drugi"

                                           ***
  "Od jutra zaczynam
Nowe życie
Bo dziś
Zdarzyło mi się umrzeć
Byłem na dnie
A znajdę się na szczycie
Chociażby i bez ciebie
I może gdzieś zabraknie
Tej odrobiny szaleństwa
I może gdzieś ktoś posmutnieje
Że stracił przyjaciela
Ale ja od jutra
Zaczynam nowe życie
Bo dziś zdarzyło mi się umrzeć
Z podniesioną głową"

Harry leniwie otworzył zmęczone oczy. Ziewnął przeciągle i mało co się nie 
zakrztusił. Nie leżał na łóżku, a na kanapie... Oparty głową o pierś Draco. Do 
tego głowa tak bardzo go bolała... Za żadne skarby nie mógł sobie przypomnieć, 
co się stało poprzedniego wieczoru...
   Nagle fala wspomnień wlała się do jego głowy. Przypomniał sobie, jak 
zabalował i ile wypił. Tak samo wszyscy inni Ślizgoni leżący na ziemi, na stole, 
krzesłach, kanapach oraz fotelach.
- Pobudka!- ryknął Harry, gdy spojrzał na zegarek. Oczywiście uprzednio napił 

background image

się przygotowanego Anty-Kaca, po którym minął mu ból głowy.
- Zamknij się Harry! Co do...?!- krzyknął wściekły Fred, ale wstając spod stołu, 
uderzył się w kamienny blat. A i tak miał kaca, bolała go ostro głowa.
- Wstawać, śpiochy! Już 9 godzina, o 9.30 powinien tu przyjść profesor Snape, 
aby sprawdzić porządek. Wstawać i sprzątać!- budził i poganiał wszystkich Syn 
Nocy, wręczając każdemu Anty- Kaca. Był tak korzystnym przyjacielem...
   Wszyscy słysząc jego słowa przestraszyli się i z pomocą magii zaczęli usuwać 
śmieci, butelki i papiery z kątów, stołu i podłogi, aby ich opiekun domu niczego 
nie zauważył. W sumie nikt nie miał prawa siedzieć całą noc w salonie... I do 
tego ucztować z alkoholem. Ukarałby ich... A przynajmniej nie byłby zadowolony 
z ich postępowania.
   Ślizgoni uwielbiali profesora Snape'a. Był to nauczyciel, który jawnie ich 
faworyzował i sprawiedliwie oceniał... Nikt ( no może jeszcze profesor Malfoy) nie
był sprawiedliwy wobec domu Węża. Uważali ich za aroganckich i złych magów, 
nie widzących nic oprócz nienawiści. A tak przecież nie było... Prawda?..
   Jeszcze przed nadejściem godziny 9.30 wszyscy Ślizgoni rozgościli się w 
swoim salonie już umyci i przebrani w czyste szaty. Harry nie mylił się- profesor 
Snape zjawił się punktualnie o wyznaczonej godzinie.
- Co tak tu siedzicie? Nie lepiej iść wam na śniadanie do Wielkiej Sali?- spytał 
zdziwiony ich spokojem Severus Snape, uważnie obserwując każdego 
podopiecznego.- Czemu tak milczycie? Stało się coś?
- Bo my... My lubimy jak profesor opowiada nam różne historie... Niech pan nam 
opowie coś o Czarnym Panie... Musimy wiedzieć, kim on dokładnie i był... I jaki 
był.  Nikt nie chce nam opowiedzieć, a my chcemy prawdy- odezwał się 
nieśmiało David Lestrange. Był dzieckiem Śmierciożerców, więc powinien znać 
prawdę... A jak oni mu nie mówili?
   Wszyscy zebrani uczniowie Węża spojrzeli na swojego opiekuna z prośbą w 
oczach. Zaczęli wspierać propozycję swojego kolegi. Nawet Harry nie wiedział 
dużo o Voldemorcie.
- A więc dobrze- odezwał się po chwili Severus, nie spuszczając wzroku ze 
swoich uczniów.- Opowiem wam, bo macie prawo wiedzieć. Macie prawo, 
ponieważ Ślizgoni nie zatajają nic przed innymi Ślizgonami. Ja nie zamierzam 
zbyć was odpowiedzią, że jesteście za młodzi. Bo za młodzi wcale nie jesteście...
Młodsi od wielu z was do niego przystawali i młodsi ginęli z jego reki.
   Chłopcy i dziewczyny zamienili się w słuch, czekając w upragnieniem na 
opowiadanie opiekuna ich domu.
- Tom Marvolo Riddle, wielu znany jak Lord Voldemort był bez wątpienia 
potomkiem Salazara Slytherina, ale od strony jego córki, a nie syna, jak Harry 
czy ja. Czarny Pan jako syn czarodziejki i mugola odkrył swoje pochodzenie 
dopiero, gdy przybył do Hogwartu. A wiecie, gdzie trafił?- spytał zebranych 
profesor Snape.
- W Slytherinie- odpowiedziała szybko Alice Lestrange z 3 klasy.
- Tak, w Slytherinie, co nas zobowiązuje do czegoś...- rzekł Severus na tyle 
głośno, aby każdy usłyszał ton jego głosu.
- Ale przecież on nie żyje- zauważył mądrze Peter Grews z 7 klasy.- Skoro 
odszedł z tego świata, to nic do niego nie mamy, a on do nas.

background image

- Nie byłbym tego tak pewny- odezwał się Harry.- Ja nie wierzę, że on umarł... Po
prostu stracił moc, a teraz tylko czai się i wróci... To tylko kwestia czasu. 
Miesięcy, lat... Ale on nie odszedł na zawsze. Był zbyt wielki.
- On przecież chciał cię zabić- uważnie spojrzała na młodszego kolegę 7-
klasistka Donna Crabbe.
- Właśnie- przyznała jej rację Evelyn Goyle.- Więc czemu mówisz o nim z 
szacunkiem?
- Po pierwsze pochodzimy od wspólnego przodka... Wielkiego Salazara 
Slytherina... Po drugie był... jest Ślizgonem, a ja to szanuję. A jego wielkości nie 
da się zaprzeczyć. Jest potężny i wielki- odparł Syn Nocy, wpatrując się w ogień 
w kominku. Trawił on drewno i lizał go swoimi ognistymi językami.
- Kontynuujmy... Za jego czasów dyrektorem był Armando Dippet, który za 
Riddle'm wręcz przepadał. Uczynił go prefektem naczelnym w 7 klasie. Z resztą 
trudno się mu dziwić. Kiedyś Tom Riddle nie był znany jako Czarny Pan, ale jako 
wzorowy uczeń. Jedynie Dumbledore mu nigdy nie ufał. W 7 klasie dodatkowo 
Voldemort dostał nagrodę za specjalne zasługi dla szkoły. Podobno złapał kogoś,
kto otworzył komnatę tajemnic... Nie wiem, czy była to prawda, ponieważ ten 
ktoś musiałby być dziedzicem z krwi Slytherina, a nikogo takiego nie było wtedy 
w szkole- ciągnął opowieść Mistrz Eliksirów.
- Komnata Tajemnic?- zdziwiła się Selene Sanchez z 2 klasy.- Co to takiego?
- Komnata Tajemnic przez wieki była uważana za legendę. A przecież w każdej 
legendzie występuje ziarenko prawdy. To ziarenko okazało się być większe, niż 
myśleli- zaczął profesor Snape.- Jak wiecie, Hogwart został założony przez 4 
najpotężniejszych czarodziejów owych czasów: Salazara Slytherina, Rowenę 
Ravenclaw, Godryka Gryffindora i Helgę Huffelpuff. Od ich nazwisk wzięły się 
nazwy domów w naszej szkole. Szkoła zapełniła się uczniami. Dotąd czterej 
dyrektorowie bardzo się przyjaźnili, ale nadszedł czas konfliktów i 
nieporozumień. Slytherin oznajmił, że chce aby do Hogwartu mogli uczęszczać 
tylko czarodzieje czystej krwi. Miał on na tym obsesję i nie przyjmował do 
wiadomości, że ktoś z rodziny mugoli może poznać sekrety magii...
- I słusznie- prychnął Draco. Malfoy'owie w końcu słynęli z czystości swojej krwi.
- Jak już mówiłem, pokłócili się. Pozostała trójka nie zgodziła się na polecenie 
Slytherina. Zbuntowali się przeciw niemu i chcieli go wygnać z zamku. Przedtem 
jednak Salazar zdążył zbudować gdzieś w zamku tajemną komnatę... Miejsce, w 
którym umieścił potwora... Komnatę Tajemnic. Ów potwór, którego tożsamości 
nie wyjawił, miał oczyścić szkołę z niegodnych nauczania się w niej- mówił 
chłodno Severus, ale wszyscy z uwagą go słuchali.
- Ile on mógł mieć lat? I inni założyciele?- zadał pytanie Jack Montague.
- Dobre pytanie... Wszelkie źródła mówią, że Salazar był z nich najmłodszy. W 
chwili wygnania miał jedynie 30 lat, Rovena 32, Helga 36, a Godryk już 40- 
odpowiedział Mistrz Eliksirów.- Był zawsze przedstawiany jak młodzieniec o 
długich, czarnych włosach, szmaragdowych oczach, koloru Avady, mocnych 
rysach, wiecznie ubrany w Czarną Szatę. Do tego w ręku oprócz różdżki trzymał 
swojego węża. Był Wężousty. Rovenę przedstawia się jako szczupłą kobieta o 
inteligentnym wyrazie twarzy, błękitnych oczach, ciemnych włosach, ubraną w 
granatową, wąską szatę i w diademie na głowie. Helgę opisują jako pulchną 

background image

kobietę o brzydkiej twarzy, lecz o sprawiedliwym sercu. Godryk... Ubrany w 
szkarłatno-złote szaty, o brązowych włosach i miodowych oczach, trzymający w 
ręku topór. Nie był szczególnie urodziwy, ale odważny, a raczej brawurowy.
- A co się stało, jak wygnano Slytherina z zamku?- spytał George.
- Podobno zaszył się gdzieś na mokradłach i bagnach, skąd pochodził, i spłodził 
dzieci. Kilkanaście lat później wyzwał do walki na miecze Gryffindora- odparł 
Severus.- Ten, jako że honor mu nie pozwolił odmówić, przyjął wyzwanie. Walka 
trwała bardzo długo. Na koniec Salazar przebił pierś Godryka, niegdyś jego 
najlepszego przyjaciela, którego traktował jak brata, a ten wypowiedział słowa 
klątwy... Klątwy, która miała zadziałać na którymś dziedzicu Slytherina. Klątwa 
powodująca, że dziedzic zabije drugiego dziedzica. Aby pokazać Salazarowi 
cierpienie, jakiego doznał, gdy stracił przyjaźń Slytherina. A ona jeszcze się nie 
spełniła...
- Czy może ona mówić o Harrym? -spytał prosto z mostu Marcus.
- Nie mamy powodu, aby tak sądzić. Może ona mówić o każdym- pocieszył 
wszystkich nauczyciel, ale w głębi chciał uwierzyć w to, co mówi. Ta 
przepowiednia naprawdę może mówić o jego synu. W końcu na jego śmierci 
straciłby tak wiele Salazar... Tak wiele jego talentów by umarło...
   Do obiadu Severus Snape opowiadał swoim uczniom o Voldemorcie. Musiał 
przyznać, że dobrze mu było się wygadać komuś o Czarnym Panie. A Ślizgoni 
byli dobrymi słuchaczami, nie da się tego zaprzeczyć. No i niemożliwe, aby 
komuś się wygadali, kto im przekazał informacje Tabu.
                                            ***
  Przerwa świąteczna skończyła się bardzo szybko. Wraz z jej finiszem nastał 
znowu czas nauki i zakuwania oraz starań, aby uzyskać punkty dla swojego 
domu i przygotować się do kolejnego meczu quidditcha, który miał się odbyć 15 
lutego. A grali przeciwko Krukonom... Dom Kruka miał na prawdę niezły skład, z 
pewnością lepszy niż Puchoni. Co tam oni! W końcu teraz Ślizgoni polepszyli 
swoją grę i wierzyli, że wygrają. Wiara czyni cuda.
   Ostatnie 2 tygodnie przed meczem, reprezentacja Slytherinu spędziła prawie 
ciągle będąc na miotłach. Nie zamierzali dać innym domom satysfakcji. Musieli 
wygrać. Tak mówił Flint, w to wierzyli oni.
   Nastał 15 luty. W szatni Domu Węża panowała niezbyt ciekawa, spięta 
atmosfera. Harry miał, tak samo jak jego koledzy z drużyny zakwasy i poobijane 
ciało, ale bynajmniej nikt nie zamierzał się poddać.
- Nie no, ja nie wyjdę- warknął w końcu Draco, zmęczony tym napięciem.- Nie 
zagram. Trema mnie zżera od środka. A jak coś zrobię źle, to wszystko będzie na
mnie. Nie wiem, załatwcie mi teraz jakieś zastępstwo, czy coś.
- Już za późno- uśmiechnął się Syn Nocy, przytulając po przyjacielsku blondyna.-
Zagrasz tak dobrze, jak nigdy wcześniej. I nikt cię nie będzie o nic obwiniał, bo ty
tego nie zawalisz. Jesteś świetnym szukającym.
- Wcale nie!- zaprotestował Malfoy, ale w tej chwili reszta drużyny zamknęła mu 
usta.
- Czy wygramy, czy przegramy, to przynajmniej rozwalimy parę łbów- 
przypomniał mu motto ich drużyny Marcus.- Nie przejmuj się... Wyluzuj już. 
Jesteśmy na najlepsi i nie możemy przegrać z Krukonami. Jesteśmy na zbyt 

background image

wysokim poziomie. Oni są zwykłymi ptaszkami, a my wężami.
   Draco nie skomentował tego stwierdzenia, ale po chwili razem z innymi 
wybuchnął śmiechem. Właśnie czegoś takiego potrzebowali do rozluźnienia 
napiętej atmosfery.
  Całą siódemką wylecieli na boisko i ustawili się rzędem przed panią Hooch. 
Krukoni już tam na nich czekali ze zniecierpliwieniem.
   Marcus i kapitan drużyny przeciwnej uścisnęli sobie dłonie, po czym wrócili do 
swoich zawodników. Przez trybuny przebiegł aplauz dla wszystkich graczy. Harry
i bliźniacy ukłonili się zielonej publice, która zaklaskała jeszcze głośniej.
    Nie minęło dużo czasu, a gra się rozpoczęła. Piłki w powietrzu! Świsty mioteł! 
Ach, ta zabójcza i uzależniająca jak kokaina gra! Kto nie grał- nie wie, co to 
znaczy prawdziwa adrenalina. Smaganie powietrza po twarzy i zwichrzone 
włosy.
   Harry szybował wysoko w górze, a biały puch obsypywał jego zielono-srebrne 
szaty. We włosy zaplątało mu się mnóstwo zamarzniętych śnieżynek. Panowała 
bardzo niska temperatura, ale był na tyle inteligentny, że razem z resztą drużyny 
przed meczem zażył eliksiru rozgrzewającego, który dodał mu sił i energii za 
razem.
   Z góry obserwował kątem oka dzielne zmagania reszty reprezentacji Slytherinu
i poczuł miłe ciepło w sercu. Z dumą stwierdzał fakt, że wszyscy razem świetnie 
reprezentują swój dom. Dom o tak wielkich tradycjach i zwyczajach... Dom o tak 
wielkiej i krwawej historii.
  Jak na złość nigdzie nie dawało się dojrzeć złotej kuleczki. Szukający 
Ravenclavu miał ten sam problem,  co on. Rozglądał się po całym boisku, 
rozpaczliwie chcąc zakończyć ten mecz, odbywający się w niezwykle mroźnych i 
niekorzystnych warunkach.
   Harry uśmiechnął się w duchu. niby nie wierzył, że gra skończy się 
walkowerem, ale miło było sobie pomarzyć. Chociaż tyle mu pozostawało.
   Fred i George wkładali wiele wysiłku, aby opanować tłuczki i obronić przed nimi
swoją drużynę, a przy okazji zwalić z mioteł przeciwników. Krukoni robili 
naprawdę dobre i udoskonalone uniki, godne wspomnienia....
   Syn Nocy dla zmylenia drugiego szukającego robił pętle w powietrzu, nurkował 
do dołu, mając nadzieję, że chłopak ma tak skostniałe ciało, że dam spadnie.
   Z nieba spadało coraz więcej puchu. Wszyscy byli nim pokryci w mniejszym lub
większym stopniu.
  Nagle coś złotego błysnęło przy środkowej pętli Ślizgonów. Harry poderwał się 
ostro na miotle i zanurkował w tamtym kierunku.
50 stóp... 40 stóp...30 stóp... 20 stóp... 10 stóp...
  Znicz nawet jako rzecz nieżywa miał świetny refleks. Zaczął uciekać przed 
szukającym Slytherinu oraz Ravenclavu, podążającym za młodym Snape'm.
   Harry wyciągnął rękę do błyszczącej kuleczki trzepoczącej drobnymi, ale 
długimi skrzydełkami. Wychylał się coraz bardziej na miotle, a szukający 
Ravenclavu próbował za nim nadążyć.
   W ostatniej chwili Syn Nocy wyskoczył z miotły, łapiąc w ułamku sekundy 
piłeczkę, po czym z gracją opadł an swojego Nimbusa. Wyciągnął rękę do góry i 
podleciał do krzyczących radośnie zawodników swojej drużyny. Wygrali! Ale nie 

background image

on był głównym bohaterem, a przynajmniej nie zamierzał tak siebie nazywać- 
zwyciężyli całą siódemką. On po prostu perfekcyjnie wykonał swoje zadanie, a 
oni swoje. Bo byli zespołem, jedną drużyną, a nie pojedynczymi personami, 
każdy robiący co innego na boisku.
   Ślizgoni na widowni nagrodzili ich sowitymi brawami i okrzykami. byli dumni ze 
swojej reprezentacji, która pokazywała ich dom od tak dobrej strony.
  Wygrali nie dzięki szczęściu, a dzięki ciężkiej pracy i bolesnym treningów. Zgrali
się i robili wszystko co mogli, aby przynieść chwałę swojemu domowi. Nie mogli 
zawieść. Nie teraz, kiedy dali całemu Slytherinowi nadzieję na zwycięstwo, na 
pokazanie wszystkim, że są najlepsi.
  Harry nie pamiętał, ile razy został uściskany. Nie pamiętał, ile razy usłyszał 
słowa pochwały. Nie to było ważne. Liczyło się to, że nie zawiódł. Że dał z siebie 
wszystko...

Rozdział 28" Napój Feniksa"

Niewierni twierdzili że to tylko mity, fałszywe podania, nic nieznaczące legendy. 
Gdyby wiedzieli, jak bardzo się mylili, to by sami nie stali się zagmatwaną 
historią... Został po nich tylko ślad... Ślad istnienia, który nic nie znaczył i nie 
znaczy. Bo byli niemądrzy i nie uwierzyli...
   Ale w co nie uwierzyli? Nie uwierzyli w moc nektaru z Hadesu, Napoju Feniksa.
A cóż to za picie? Nie znajdziesz tego w sklepie, ani w knajpie. Szukaj w mitach i
historii, a kiedyś odkryjesz, co to.
   Harry był owym z jednych poszukiwaczy Napoju Feniksa. Mimo iż uznano to za
temat najwyższego Tabu, on pragnął poznać tajemnicę, tylko małostkowo 
opisanego Eliksiru... Czarnego Eliksiru.
   A przeczytał on o nim pierwszy raz na początku maja. Siedział wtedy w 
bibliotece i niebywale był zmęczony po nauce do nieubłaganie zbliżających się 
egzaminów końcowych oraz treningach quidditcha. Mecz z Gryfonami mieli w 
końcu na początku czerwca... Tylko im miesiąc został do niego, a przecież 
musieli wygrać. Nie mogli zawieść siebie i wszystkich. Nie teraz, gdy tak daleko 
zaszli.
   Wracając do tematu- Harry czytał jakąś książkę o historii magii i natknął się na 
dziale starożytnym na krótki fragment opisujący pobieżnie Napój Feniksa. 
Niestety dowiedział się z niego bardzo niewiele, tylko tyle, że jest on uważany za 
zwykły mit i żaden śmiertelnik nie potrafi wykonać go, ani też nie ma nawet 
przepisu. Powodować powinien on ból i cierpienie u osób o czystej duszy, albo 
też niezwykłą rozkosz u osób złych. Kiedyś podobno tak się sprawdzało ludzi, 
aby uznać, jacy są.
   Syna Nocy tak to zainteresowało, że nie mógł przestać o tym myśleć. Tak 
bardzo pragnął poznać przepis na ten Eliksir i sposób przygotowania. Niestety, 
kogokolwiek by nie spytał(łagodnie wspominał o tym), każdy go zbywał z 
kwitkiem. Albo bali się tego tematu, albo uważali, że Harry nie powinien posiadać
takich informacji. A jeśli naprawdę nikt nic nie wiedział? Wtedy byłaby istna 

background image

klęska. Spróbujcie sobie wyobrazić, że największy skarb świata, jaki mógł kiedyś 
istnieć, już nigdy nie zobaczy światła dziennego.
    Harry dyskretnie szukał jakichś informacji, mimo wielu zakazów i ostrzeżeń ze 
strony osób starszych. O dziwo Draco również dał sobie z tym spokój i nie 
ciekawiło go to zbytnio. Syn Nocy był zdany zupełnie na siebie w tym zadaniu.
     Na razie jednak nie mógł pozwolić sobie na jawne poszukiwania i wyprawy, 
ponieważ zwróciłby na siebie uwagę zbyt wielu niepożądanych osób, które 
mogłyby mu to znacznie utrudnić, a nawet uniemożliwić.
                                           ***
    Słońce świeciło mocno, był środek maja. Harry nie mógł oprzeć się silnej 
pokusie wyjścia na dwór, więc spakował kilka książek po lekcjach do torby i 
postanowił pouczyć się z Draco nad brzegiem jeziora, przy Zakazanym Lesie.
   Powtarzał i przyswajał wiadomości dotyczące zielarstwa na poziomie klasy 1. 
Od początku nie polubił tego przedmiotu, ale cóż... Zdać egzaminy musiał i 
użerać się z tą lekcją przynajmniej do 5 klasy włącznie.
   Ziewnął znudzony i położył się oparty o pień drzewa, obserwując spod 
przymkniętych powiek uczącego się młodego Malfoy'a.
- Wymiękasz?- zapytał z sarkazmem zmęczony również blondyn.- Ucz się, bo 
nie zdasz.
- Oj tam, od jednego niezdanego przedmiotu przecież się nie wylatuje- warknął 
ze zniechęceniem Harry, rozciągając się na trawie. było tak gorąco i przyjemnie...
    Nagle coś czarnego pojawiło się na horyzoncie. Syn Nocy wytężył wzrok, ale 
nie wiedział co to... A raczej czym są owe rzeczy- były 2 i leciały w jego kierunku.
Przypominały mroczne plamy  na nieskazitelnie białym niebie.
    Dopiero, gdy się do nich zbliżyły, mogli się zorientować, czym są. A były to 
dwa duże, czarne orły z przywiązanymi do nóżek listami. Jeden stanął przed 
Draco, a drugi przed Harry'm.
    Syn Nocy odpiął delikatnie "swoją" kopertę i obejrzał z obu stron.
   Sz.P. Harry Salazar Snape
   Nadawcy nie było, na pieczęci zaś widniał srebrny piorun. Harry bez rozmysłu 
otworzył przesyłkę i zaczął czytać treść listu.
   
     Panie Snape!
  Chciałbym Pana poinformować, że został Pan przyjęty do Obozu Magów na 
okres 14 miesięcy- zaczynając od 1 lipca, kończąc na 30 sierpniu następnego 
roku.
   Może Pan być tym zdziwiony- przecież nie wysyłał Pan żadnych listów do nas i
pewnie nawet Pan nie wie, kim jesteśmy. Bez obaw! Trafiają do nas ludzie o 
szczególnie niezwykłych talentach i mocach, i tylko tacy są przyjmowani do 
grupy wąskich studentów naszego obozu.
  Niestety nie możemy Panu kazać wstąpić w nasze szeregi. To jest tylko 
propozycja, a Pan zdecyduje, czy się na to zgodzi.
  Jednak uprzedzam, odmowa nie będzie korzystna. Straci Pan szanse na 
prawidłowe rozwijanie swoich nietypowych i rzadkich umiejętności. Nie zyska 
Pan tak wielkiej mocy, na jaką ma szanse.
   Odpowiedź do końca miesiąca proszę napisać na kartce i dać orłowi. On 

background image

będzie wiedział, gdzie to zanieść.
                                  Z  poważaniem, dyrektor Obozu Magów

   Harry przetarł ze zdumieniem oczy i spojrzał wymownie na przyjaciela. Ten nie 
miał bardziej inteligentnej miny.
- Rozumiesz coś z tego?- spytał z powątpiewaniem Malfoy, skubiąc ze 
zdenerwowaniem wargę.- To jakieś żarty, czy coś?
- Nie sądzę, aby ktoś sobie z nas żartował, aczkolwiek wydaje mi się to być 
podejrzane. Pieczęć jest oryginalna- westchnął ze zrezygnowaniem Snape.- I 
bynajmniej nie ma na tym żadnych niebezpiecznych zaklęć, bo bym je wyczuł...
- No nic... Musimy iść do ojców- rzekł starając się zapanować nad emocjami 
Draco, chowając z powrotem list do koperty. Orły odleciały do sowiarni...- Może 
oni coś wiedzą...
   Harry tylko kiwnął głową na znak, że się zgadza i pognali na złamanie karku do
zamku. Ich ojcowie powinni znajdować się obecnie jeszcze w Wielkiej Sali, na 
obiedzie.
   Chłopcy gdy tylko się upewnili, że oni na prawdę tam są, nie zajęli miejsc przy 
ławach, a stanęli na zewnątrz, przy drzwiach, aby mieć dobry wgląd na tych, 
którzy wychodzą z Wielkiej Sali.
   Ich oczekiwanie na rodziców nie trwało wiele czasu. Severus i Lucjusz nie 
należeli do osób lubiących długie posiłki przy całej szkole.
- Chłopcy, co tu tak stoicie?- spytał dwójkę pierwszorocznych Ślizgonów Malfoy 
Senior, podchodząc do nich.- Znowu coś wykombinowaliście, albo wysadzacie 
szkołę?
- Nie, ale to nie jest sprawa na rozmowę na korytarzu- pokręcił głową Syn Nocy, 
wlepiając wzrok w swojego ojca.
- To możemy iść do mnie, do gabinetu. Akurat nie mam żadnych szlabanów- 
zaproponował Lucjusz.- Widzę, że to coś ważnego, skoro wam tak na tym 
zależy.
- Tak nam się zdaje- westchnął Draco, wymownie spoglądając na Harry'ego, 
który już podążył za milczącymi ojcami.
   Sala do Obrony przed Ciemnymi Mocami była aktualnie pusta. Harry i Draco, 
gdy upewnili się, że nikt nie będzie im przeszkadzał, wyjęli listy z kieszeni i 
przeczytali je na głos dorosłym. Ci jednak wyglądali na jeszcze bardziej 
zdziwionych niż chłopcy...
- Bardzo dziwne...- westchnął Severus, przyglądając się z uwagą swojemu 
synowi i jego przyjacielowi.
- Co jest dziwne, oprócz tego całego listu?- uśmiechnął się Harry, patrząc 
wymownie na Dracona.- Niby wszystko zdaje się być prawdziwe, ale nigdy o 
czymś takim nie słyszałem... Pewnie jakaś pomyłka...
- Nie, Harry. To wcale nie pomyłka, mimo iż się dziwię... Obóz Magów istnieje 
naprawdę- westchnął Mistrz Eliksirów, a wszyscy inni podejrzliwie wbili w niego 
wzrok.
- A słyszałeś o tym?- spytał go Lucjusz, który najwidoczniej nie słyszał o tym 
obozie.
- Słyszałem i nie tylko... Byłem jego uczniem na wydziale Eliksirów... Trafiłem tam

background image

poprzez swoje specjalne uzdolnienia w tej dziedzinie, ale chodziłem wtedy do 4 
klasy...- westchnął Severus.- Byłem, jak to mawiali, "zwykłym".
- Co to znaczy?- zmarszczył brwi Draco.
- Powiem wam tylko to, co pamiętam... Obóz Magów składa się z nauczycieli i 
uczniów. Uczniowie dzielą się na kilka grup, w zależności od talentów i nazywa 
się ich "zwykłymi", mieszkają w zwykłej części obozu, w przetłoczonych 
akademikach, choć to zależy od specjalizacji. U mnie było 6 osób w akademiku. 
Jednakże to nie koniec studentów... Była też bardzo nieliczna grupa specjalnie 
uprzywilejowanych dzieci, nazywanych "wyższymi". W zasadzie spotykaliśmy się
z nimi tylko na posiłkach, bo mieszkali i mieli zajęcia oddzielnie. Mieli nawet 
własny stół, a było ich wtedy zaledwie ośmioro- czterech chłopców i cztery 
dziewczyny. Wszyscy byliśmy w różnym wieku- najmłodsi jednak mieli 14 lat, a 
najstarsi nawet 20. No i wszyscy wytrwali kończyli naukę po 14 miesiącach. 
niektórzy wymiękali- skończył niezbyt szczegółową opowieść Snape Senior.- A 
was przyjęli, mimo niepełnych 12 lat... Dziwne, bardzo dziwne.
- Byłeś tym..."zwykłym"... Kiedy się o tym dowiedziałeś? Napisali ci w liście?- 
spytał Harry, odgarniając włosy z czoła.
- Nie... Dowiedziałem się o tym dopiero pierwszego dnia obozu... Ale dalszy 
przebieg jest już tajemnicą, której wyjawić nie mogę- oznajmił twardo głosem 
nieznoszącym sprzeciwu Mistrz Eliksirów.- Było nam trudno... Bardzo trudno... 
Wielu ginęło, nawet do tego dochodziło, choć nie na moim wydziale. Ale dość 
tych rozmów. Musicie podjąć męską decyzję, ale ostrzegam że łatwo nie będzie i
jest to bardzo niebezpieczne. O Hogwart się nie martwcie... Dostaniecie 
odpowiednie zwolnienie z drugiej klasy.
- Dobrze... Ja... Jadę- postanowił hardo Harry. Coś takiego nie mogło go ominąć,
ponieważ zawierało w sobie nutkę " niebezpieczeństwa".
- Jak Harry jedzie, to ja też- wyszczerzył zęby młody Malfoy, po czym przybili 
sobie z przyjacielem piątki.- Nie mogę się doczekać, ale muszę się przyznać, że 
się lekko boję.
- Ja też. Ale jak nie pojadę, to może to być największy błąd w moim życiu- 
westchnął Syn Nocy.
- Chyba macie rację, chłopcy, co nie zmienia faktu, że się będę o was bał- 
mruknął Lucjusz, patrząc z bezradnością na największych kawalarzy w 
Hogwarcie. No cóż... Jacy ojcowie, tacy synowie.
- Ja również... Ale mam nadzieję, że nie rozwalicie tego obozu- uśmiechnął się, 
podnosząc do góry kąciki ust, Severus.
- Chciałbym w  to wierzyć- zachichotał starszy Malfoy.- Ale moja wyobraźnia i 
wiara nie jest tak wielka i rozległa.
- Moja też nie- przyznał mu rację Mistrz Eliksirów.
- My też tu jesteśmy- warknął Harry, ale się uśmiechnął. To samo zrobił Draco.
- Trudno zapomnieć- dogryzł Severus chłopcom.- Ale na obozie nie będzie wam 
łatwo, musicie zacząć przyjmować to do wiadomości.
- Oczywiście- młodzi Ślizgoni kiwnęli do siebie głowami, po czym pożegnali się z 
mężczyznami i wyszli z sali do Obrony przed Czarną Magią.
- Nic nikomu nie mówimy o tym- zadecydował Harry, lustrując wzrokiem 
przyjaciela.

background image

- Oczywiście, że nie... Nawet bliźniakom, czy innym Ślizgonom- przyznał mu 
rację Draco i z takim postanowieniem wrócili do salonu Slytherinu. Tego dnia już 
nie dali rady skoncentrować się na nauce, więc sobie to odpuścili. Byli tak bardzo
ciekawi, co spotka ich w owym Obozie Magów, i do jakiej grupy trafią. Chcieli być
razem.
   Wieczorem, po kolacji, gdy wszyscy uczniowie musieli już przebywać w swoich
dormitoriach, Harry i Draco rozsiedli się wygodnie w fotelach obitych delikatną, 
kosztowną skórą i obserwowali w zamyśleniu płonące drewienka. Języki ognia 
lizały i pieściły to, co wpadło w ich drogę, zostawiając po sobie jedynie proch i 
pył.
    Harry naprawdę lubił zatapiać się w marzeniach. Wtedy był kimś innym- 
wolnym ptakiem, lub potężnym tygrysem. Czasem też sprytnym wężem. Nie 
uważał swojego życia za nudne- po prostu chciał robić skoki w bok od 
codzienności.
   Miał czasem dość tego, że jest sławny, że każdy zna jego imię i pozna go na 
ulicy. To przysparzało mu zarówno przyjaciół, jak i też wrogów. To, że stał się 
Ślizgonem, sprawiło że nie chciał z nim rozmawiać nikt z innego domu. Tak 
zawsze było ze Slytherinem- w nim przyjaciele, a wszyscy poza to wrogowie. A 
czasem jakiś Krukon może pomóc w lekcjach, albo dać miłą okazję do przyjaznej
rozmowy.
  " Życie jest jak taniec nad przepaścią- jeden błędny krok i już wszystko 
stracone. Jednakże czasem ktoś daje ci drugą szansę- to tak jakby odbijał cię od
dna i unosił do góry..."

Rozdział 29 " Mecz trzeci i zakończenie roku".

    Czas mija bardzo szybko. Czasem nawet aż za szybko. Nie zdążysz spojrzeć 
za siebie, a tu z drugiej strony świat się wali. Harry też nie wiedział, w co ma 
włożyć ręce. Najlepiej w rękawice do quidditcha, jak mawiał Marcus Flint. Do 
końca  maja Harry i Draco wysłali orłami listy do dyrektora Obozu Magów listy z 
pozytywnymi odpowiedziami. Byli całkowicie pewni, że chcą to zrobić, ale mieli 
również liczne zastrzeżenia. No i przez 14 miesięcy mieli się nie spotkać z 
rodziną... To było okropne w ich położeniu.
  Dzień po dniu, i nastał 8 czerwca, dzień meczu z Gryfonami. Mieli oni nową, 
udoskonaloną drużynę, składającą się ze starszych uczniów. Przyjmowali 
chłopców i dziewczyny dopiero od 4 klasy, choć teraz i takich nie było. Ich 
kapitan, wysoki, barczysty Oliver Wood, uczęszczał do 5 klasy i grał na pozycji 
obrońcy. Dlaczego go przyjęli? Bo wymyślał świetne i skuteczne taktyki, no i miał 
dużo wolnego czasu, nie to co 7-klasiści.
   Reszta ich drużyny składała się z:
* Szukającego: Herberta Wooda z 7 klasy (brata Olivera)
* Pałkarzy: Steve'a Marqesa z 7 klasy i Bena Dormensa z 6 klasy
* Ścigających: Emmy Dormens z 5 klasy (siostry Bena), Rudy'ego Petersa z 7 
klasy i Danielle Johnson z 6 klasy.

background image

  Stanowili jeden, bardzo zgrany skład. Ślizgoni obawiali się konfrontacji z nimi, 
ponieważ od tego zależało, komu dostanie się tegoroczny Puchar Quidditcha.
   Flint ostatnie 2 tygodnie przed owym meczem zamęczał swoich zawodników. 
Treningi mieli prawie ciągle : przed i po lekcjach, rano, wieczorem i w nocy. 
Przerwy na lekcje, posiłki i sen były zatrważająco krótkie. A do tego jeszcze 
nauka do egzaminów. Ich ostateczny termin wyznaczono na 20 czerwca, co 
przeraziło dosłownie wszystkich uczniów. Mieli już tak mało czasu...
  Harry zapewnił kolegom z drużyny dostęp do Eliksiru Regenerującego i 
Przeciwbólowego. Całe ciało ich bolało, więc chłopak postanowił zgrywać 
dobrego alchemika. A opłacało się, opłacało.
  8 czerwca, godzina 16. Trochę późna, jak na mecz, jednakże tak postanowił 
dyrektor. Jeśli gra długo by trwała, musieliby kończyć ją w nocy... A było to 
niezmiernie trudne, bo im ciemniej, tym zdecydowanie gorsza widoczność. Co 
prawda Ślizgoni nie raz mieli trening po zmroku, ale to co innego...
  Marcus Flint i reszta drużyny zielono-srebrnych przebrała się w szatni w swoje 
szaty do gry i trzymali w dłoniach swoje Nimbusy 2000. To była ich kolejna 
przewaga nad Gryfonami- ci nie mieli pieniędzy na najnowsze miotły w tym 
sezonie, więc musieli latać na starszych, a co za tym idzie- na gorszych.
- Nie stresujcie się... Zagrajcie po prostu najlepiej jak umiecie, nie przejmujcie się
wynikiem. Nie liczy się, ile będziemy mieć punktów, a jaki zostawiliśmy po sobie 
ślad... Od wielu lat Slytherin nie zaszedł tak daleko, jak w tym roku. Już 
ocaliliśmy nasz honor- wspierał psychicznie resztę chłopaków Marcus.
- Czy wygramy, czy przegramy, to przynajmniej rozwalimy parę łbów- dodał 
Miles, uśmiechając się promiennie.- Jesteśmy i tak lepsi od tych Kociaków, 
ćwiczyliśmy tak mocno, jak mogliśmy. Zapracowaliśmy na to zwycięstwo. I mamy
przewagę po zmroku.
   Draco i Jack Montague mimo wszystko ciągle wyglądali na spiętych, niezbyt 
pocieszył ich Flint. Oby tylko grali dobrze.
   Wyszli z szatni, kierując się korytarzem zbudowanych z desek, na ścianach 
były powieszone flagi Slytherina. Otworzyli bramę na samym końcu i podążali 
dumnym, aczkolwiek nerwowym krokiem do pani Hooch. Gryfoni już na nich 
czekali, perfidnie się uśmiechając.
   Wood i Flint zbliżyli się się do siebie, paraliżując się nawzajem wzrokiem. 
Uścisnęli sobie dłonie, ale właściwym słowem byłoby "zmiażdżyli". Odsunęli się 
od siebie jak oparzeni i powrócili do swoich drużyn.
   Widzowie na trybunach zawiwatowali na cześć swoich drużyn. Slytherin był 
bardzo głośno dopingowany, ale Gryfoni również nagrodzili gromkimi brawami 
"swoich".
- Zawodnicy na miotły! To ma być ładna i uczciwa gra, ale w granicach rozsądku, 
publiczność oczekuje od was ciekawych akcji- puściła do nich oczko pani Hooch,
po czym wyrzuciła piłki w powietrze- Do gry!!!
  Harry wzbił się do góry na miotle, po czym zaczął swoje tradycyjne okrążanie 
boiska. Tak miał więcej szans na wypatrzenie znicza.
   Gryfoński szukający Herbert Wood miał posturę typowego szukającego: był  
niewysoki, szczupły, ale umięśniony. Na głowie rosły mu niedługie, 
ciemnobrązowe włosy. No i miał na swoim koncie wiele zwycięstw... W końcu 17 

background image

lat, to kawał czasu i dużo większe doświadczenie niż u 11-letniego(prawie 12-
letniego) Harry'ego.
   No i posiadał coś, czego młody Snape nie mógł jeszcze mieć- jednymi słowy 
zarost. To lubiły dziewczyny, a on miał kozią bródkę, starannie ostrzyżoną.
   Na złość Ślizgonowi, leciał blisko niego, jednak utrzymując bezpieczną 
odległość paru metrów, w razie gdyby ten chciał go zaatakować.
- Boisz się, młody?- zapytał złośliwie Herbert Syna Nocy.- Wy Ślizgoni jesteście 
strachliwi jak małe króliczki.
- Coś jeszcze, Wood, czy zamierzasz tak gadać do swojej miotły cały dzień? 
Tylko ona na ciebie LECI- odgryzł mu się złośliwie Harry, a Gryfon aż zrobił się 
czerwony.
- Te, Snape, jak zrzucę cię z miotły, to ojczulek już cię nie poskłada, więc uważaj 
na słowa, bo oberwiesz, młody- zagroził mu na serio Wood, podlatując bliżej do 
chłopaka.
- Co ty mi możesz zrobić, Kociaku? Naplujesz na mnie czy zacharczysz? Może i 
nie jesteś szlamą, ale bym tego nie powiedział, gdybym nie wiedział- wyszczerzył
groźnie zęby Syn Nocy, przeczesując włosy palcami.
   Na taką obrazę Herbert nie mógł się zgodzić. Poderwał się na miotle. Harry w 
ułamku sekundy, gdy zorientował się, co się dzieje, zanurkował w dół, aby 
uniknąć zderzenia.
   Wood nie zamierzał sobie dać z młodszym chłopcem spokoju. Zaczął go 
ścigać, aby w końcu dopaść. Młody Snape nie mógł się teraz poddać... Nie teraz,
gdy zwycięstwo tak blisko...
- George, Harry ma kłopoty!- krzyknął Fred, akurat trzymający pałkę w dłoni.- Za 
mną!
   George i Fred osaczyli z dwóch stron Herberta, który w brew pozorom nie 
spodziewał się takiego ataku. Musiał zanurkować do dołu, ale gdy Harry znalazł 
się za nim, bliźniacy odsunęli się od Gryfona i zaczęli wspomagać swoich 
ścigających, którym słabiej szło niż zwykle... Dużo słabiej.
- Gol!!! Gryfoni prowadzą 80 do 20, Slytherin wymięka! Do boju Lwy!- krzyczał 
komentator Lee Jordan do mikrofonu.- Pałkarze zielonych pilnują ich 
szukającego jak oczka w głowie! A sam nie potrafi? Cóż, to dopiero 
pierwszoroczny. Pewnie się boi, że sobie stłucze kolanko!
   W kibicach ze Slytherinu krew się zagotowała. Jak ten Gryfon śmiał 
wyśmiewać ich przyjaciela... Ich brata?! Zaczęli wrzeszczeć głośno, aby 
zagłuszyć wszelkie komentarze Jordana o ich drużynie i machali swoimi 
szalikami i flagami, aby dopingować zawodników.
   Harry usilnie szukał wzrokiem złotej piłeczki, jednak ona jak na złość nie 
chciała się pokazać. Na dodatek raz po raz tracili gole na rzecz przeciwników. 
Przegrywali już sporą ilością punktów.
   Nagle usłyszał gwizdek pani Hooch. Zmierzchało już, ale chyba nie zamierzała 
kończyć z tego powodu gry?
    Nie... To Flint zażądał przerwy w grze, aby móc skonsultować się ze swoimi 
zawodnikami. Również nie był zadowolony z ich gry. Szła gorzej niż marnie.
- Co wy robicie?- spytał resztę grupy Marcus, lustrując ich wzrokiem.- Nie 
podajemy do siebie, Miles nie broni goli, pałkarze nie walą w przeciwników, a ty 

background image

Harry bawisz się w zaczepki i gonitwy z tym Wood'em, zamiast skoncentrować 
się na zniczu. Już i tak przegrywamy!
- Daj mu spokój- stanął w obronie szukającego Jack Montague.- Nie widziałeś, to
nie mów. Ten Wood się na niego uwziął, a gdyby Fred i George nie zareagowali 
szybko, to byśmy nie mieli już szukającego i żadnych szans na wygraną.
- To co proponujesz?- spytał z sarkazmem Flint.- Może masz jakiś pomysł, 
którym nas oświecisz?
- Daj spokój, Marc- wtrącił się Bletchley.- Ale naprawdę musimy coś zrobić, bo 
inaczej nici ze zwycięstwa. Już zaczyna zmierzchać, więc będziemy mieć 
przewagę. Spróbujcie się wyluzować, a Harry nie zwracaj uwagi na tego Wood'a.
Jak będzie cię zaczepiał, to zaszyj się blisko nas, to się nie ośmieli cię 
zaatakować.
- Dobra... Wy też uważajcie na siebie- uśmiechnął się blado Harry, przeczesując 
dłonią swoje włosy. Zdążyły mu już trochę odrosnąć ostatnimi czasy.
   Gra rozpoczęła się ponownie. Teraz, gdy było już ciemniej, Gryfoni przestali 
być aż tak pewni siebie. Grali bardziej nerwowo, i mniej skutecznie, co 
natychmiastowo wykorzystali Ślizgoni, zdobywając kilka goli.
   Harry widząc polepszenie stanu psychicznego reszty swojej drużyny, od razu 
nabrał większych chęci do gry. Zaczął się bardziej skupiać na szukaniu złotego 
znicza.
  Wood nie dawał za wygraną i również wypatrywał upragnionej, uskrzydlonej 
piłeczki, która gdzieś się skryła.
   Nagle coś złocistego błysnęło na dole, przy belkach podtrzymujących 
widownię. Harry zerwał się na miotle, ale niestety zauważył jego nagły ruch 
Herbert i również mocno przyspieszył, lecąc w tamtym kierunku.
   Syn Nocy wręcz położył się na miotle, aby uzyskać jak najlepszą prędkość. 
Zanurkował w dół, rzucając się w pogoń za złotym zniczem. Nie mógł teraz 
zostawić wygranej przeciwnikowi.
   Nagle piłeczka zmieniła kurs- wleciała do podziemnej części boiska, pod 
trybunami, w której raz po raz były umieszczone tyczki i kolumny. Harry w ułamku
sekundy wleciał za nią na dół, to samo wykonał Wood.
  Powietrze smagało po twarzy młodego Ślizgona, mimo iż znajdował się pod 
ziemią, otoczony przeróżnymi drewnianymi belkami, które ciągle wymijał. Prawie 
nic nie widział, oprócz błysku złotego znicza, który przed nim uciekał. Dodatkowo
słyszał świsty wydawane przez miotłę Gryfona, który się do niego zbliżał.
    Na szczęście uskrzydlona piłeczka po raz kolejny zmieniła swój kierunek loty i 
poszybowała do góry, wylatując na zewnątrz. Harry przyspieszył w tamtym 
kierunku i uzyskał niewielką odległość dzielącą go od niej. Niestety Wood też to 
wyczaił i wykorzystał.
   Nastał mrok, więc inni zawodnicy też mieli ograniczone pole widzenia. Publika 
obserwowała dzielne zmagania szukających, nie zwracając zbytniej uwagi na 
resztę.
   Syn Nocy wyciągnął rękę w kierunku znicza. Brakowało mu paru cali. Herbert 
korzystając ze skupienia przeciwnika, szturchnął go na bok, wyrzucając z trasy.
   Harry wkurzył się i od nowa zaczął nacierać na Gryfona, kopiąc go i 
szturchając. Teraz brakowało mu już tylko braci Weasley'ów... Którzy by mu 

background image

pomogli. Niestety byli zajęci atakowaniem jakichś ścigających od Lwów.
    Nagle Harry wykonał obrót na miotle, w powietrzu atakując z zaskoczenia 
przeciwnika, który nie był na taki zwrot akcji zupełnie przygotowany i odepchnęło 
go to do tyłu.
    Młody Snape więcej nie potrzebował. Wykorzystał sytuację, łapiąc w dłoń 
znicza. Ucałował go z czcią i zamachał nim tryumfująco nad głową, podlatując do
reszty drużyny.
   Skłębili się na dole, po czym każdy Ślizgon z reprezentacji wskoczył z radości 
na szukającego. Po chwili tarzali się w kupie na ziemi, śmiejąc się z 
entuzjazmem.
- Panie i panowie! Slytherin pierwszy raz od wielu lat zdobył Puchar Quidditcha 
i... Wygrał mecz z Gryffindorem- powiedziała do mikrofonu McGonagall, która 
zajęła pozycję komentatora za Jordana, który walał się po podłodze, wykrzykując
niecenzuralne słowa.
    Harry niezbyt dokładnie pamiętał co się działo potem, jedynie jakieś zarysy. 
Dyrektor i nauczyciele wręczyli im Puchar Quidditcha, po czym uścisnęli dłoń 
każdemu zawodnikowi, z gratulacjami.
   A potem? Popijawa w Pokoju Wspólnym Slytherinu. Nikt nie przejmował się 
tym, ile wypił. A opróżnili wiele butelek w tej euforii...
                                        ***
  Egzaminy na koniec roku odbyły się zgodnie z przewidywalnym terminem. 
Harry wiedział, że na pewno nie poszło mu tak rewelacyjnie, jak chciał, aby 
poszło, ale na pewno nie powinien dostać niezadowalających ocen ze wszystkich
przedmiotów.
    27 czerwca był ostatni dzień szkoły. Wszyscy uczniowie spędzili popołudnie na
pakowaniu swoich rzeczy do kufrów, pociąg bowiem odjeżdżał następnego dnia 
z samego rana.
    O godzinie 19 została zapowiedziana Uczta w Wielkiej Sali z okazji 
zakończenia roku szkolnego. Z kolei o 17 miały już być dostarczone do uczniów 
wyniki egzaminów końcowych. Harry bał się momentu otrzymania listu ze swoimi
ocenami i nie chciał aby szybko to nastało.
    A jednak... Z trzęsącymi rękami rozerwał kopertę, a gdy przeczytał zawartość 
listu, jedynie się uśmiechnął, choć nie był to śmiech najpiękniejszy, jaki można 
sobie wymarzyć.
   Z Eliksirów, Obrony przed Czarną Magią i Zaklęć miał Wybitny, z Transmutacji 
Powyżej Oczekiwać, z Zielarstwa Zadowalający, a z Historii Magii jedynie 
Nędzny. Cóż, tak źle nie było.
- Zdałem!!!- krzyknął do Draco, który z powątpiewaniem spoglądał na swoje 
wyniki.
- Ja też!!!- ucieszył się Malfoy, ściskając przyjaciela.- To teraz z czystym 
sumieniem na Ucztę Pożegnalną, do domu i na obóz.
- Jasne- wyszczerzył zęby Harry, przeczesując włosy palcami.- Spakowałeś się 
już?
- Tak- pokiwał głową blondyn, po czym usłyszeli trzask i zmaterializowały się 
przed nimi 2 czarne orły... Te same co kiedyś, które przekazały im list o Obozie 
Magów.

background image

- O co może chodzić?- zdziwił się Syn Nocy, szczypiąc delikatnie wargę. Chwycił 
swoją kopertę, przerwał ją i spojrzał na jej niewielką zawartość.
    Panie Snape!
  Jako że dostaliśmy od Pana potwierdzenie o przyjeździe do Obozu Magów, 
musimy przekazać Panu kilka ważnych informacji.
  31 sierpnia o godzinie 17.00 znajdujący się w kopercie breloczek zmieni się w 
świstoklik i zabierze Pana do nas. Tam już się toś Panem zajmie i rozpocznie się 
Ceremonia Przydzielania.
  Pewnie zastanawia się Pan, co ma ze sobą zabrać. Otóż nic, oprócz różdżki. 
Resztę potrzebnych rzeczy dostanie Pan od nas na miejscu.
   Z wyrazami szacunku,
                                             Dyrektor Obozu Magów

- Nic ze sobą nie brać oprócz różdżki?- upewnił się Harry, sprawdzając czy u 
jego najlepszego przyjaciela jest to samo napisane. A tak było...- Nawet bielizny, 
czy ubrań?
- No- Draco wyglądał na równie zdziwionego.- Cóż, pewnie będą jakieś 
mundurki... Na pewno będą, skoro nie bierzemy nic swojego.
- Hmmm.- zamyślił się młody Snape.- Wiesz co? Nie mogę się już doczekać.
- Ja też- młody Malfoy przybił mu piątkę, uśmiechając się pogodnie.
   Razem z innymi Ślizgonami usiedli przy ich stole w Wielkiej Sali o godzinie 19 i
czekali na tradycyjną przemowę dyrektora. Wyniki Pucharu Domów nie były 
jeszcze podane, toteż nie było żadnych dekoracji w sali.
- Ykhym, ykhym- odezwał się Albus Dumbledore, stojąc na mównicy.- Na pewno 
jesteście ciekawi, jak w tym roku rozkładały się punkty na kontach waszych 
domów. Jak już wiecie, Ślizgoni zdobyli Puchar Quidditcha, ale kto zdobędzie 
Puchar Domów?
   Wszyscy uczniowie zaklaskali, aby ponaglić dyrektora, który lubił przeciągać 
tak ważne rzeczy... I wprowadzać w nich niecierpliwość.
- Dobrze, dobrze. Na 4 miejscu uplasował się... Huffelpuff!- oznajmił staruszek, 
klaskając. Za jego przykładem poszli Puchoni, mimo iż nie zadowoleni swoim 
miernym wynikiem.- Na 3 miejscu... Ravenclav!
   Krukoni zawiwatowali na swoją cześć, a dołączyli do nich uczniowie z innych 
domów.
- Na 2 miejscu... Słuchajcie uważnie...- wprowadzał napięcie Dumbledore.- 
Gryffindor!
   Gryfoni bardzo niezadowoleni klaskali na swoją cześć. Przegrali z...
- Na 1 miejscu, dla nikogo nie jest to tajemnicą, jest Slytherin!- oznajmił dyrektor, 
a gdy machnął dłońmi, wystrój Wielkiej Sali zmienił się w Ślizgoński.
   Uczniowie domu Węża nie posiadali się z radości. Krzyczeli, wrzeszczeli i 
ogólnie wydawali różne dziwne piski.
- Cisza!- krzyknął Dumbledore, aby uciszyć uczniów.- Teraz chciałbym wam 
życzyć smacznego i bezpiecznych wakacji.
   Uczta skończyła się późnym wieczorem. Ślizgoni świętowali aż do rana. 
Odnieśli podwójne zwycięstwo. Był to jak dla nich ogromny sukces. Obronili 
honor swojego domu i byli z siebie dumni. Sam Salazar Slytherin pewnie by nie 

background image

posiadał się z radości, że ma tak zdolnych uczniów u siebie... Gdyby jeszcze żył.

Nastał koniec księgi pierwszej. Zaczyna się księga
druga. 

Rozdział 1 " Obóz Magów"

31 sierpnia o umówionej godzinie Harry Salazar Snape dotknął świstokliku-
breloczka, który zabrał go do Obozu Magów. W liście nie kłamali- czekała tam już
grupa dzieci w różnym wieku oraz jacyś starsi ludzie. Nie, nie byli starzy. Starsi 
od dzieci, ale większość stosunkowo młoda.
  Draco podszedł do przyjaciela i wskazał palcem na dwie obrócone do nich 
postacie.
- Fred i George tu są- oznajmił młody Malfoy, patrząc na bliźniaków, którzy 
obrócili się i do nich szybko podeszli.
- Co wy tu robicie?- spytał zdumiony Harry, mierząc wzrokiem dwóch starszych 
Ślizgonów.
- Dostaliśmy zaproszenie do Obozu Magów... A co wy tu robicie? Ach, głupie 
pytanie. Co macie robić? Pewnie też dostaliście- zachichotał Fred, szturchając 
przyjaciół.- Czy się ktoś nami zajmie, czy będziemy tu czekali całą wieczność?
- Nie bądźcie tacy niecierpliwi- zganił ich jakiś mężczyzna, który dosłownie 
wyrósł za ich plecami. Chłopcy zamarli z przerażenia.- Zaraz się rozpocznie, 
mamy już wszystkich, których zapraszaliśmy.
   Chłopcy pokiwali głowami, czerwoni z zażenowani, już byli cicho i nic nie 
mówili. Dali się zaskoczyć...
- Uczniowie, za mną! Idźcie w parach, za mną. I nigdzie się nie oddalajcie. Tu 
można się zgubić- ostrzegł wszystkich owy mężczyzna, który wystraszył 
Ślizgonów.
   Szli długą, niezbyt szeroką drogą w lesie. Było na szczęście jeszcze jasno, 
mimo iż drzewa nie przepuszczały wiele światła.
   Nagle pochód się zatrzymał. Stanęli przed wielką, potężną bramą z czarnych 
kamieni. Co dziwne nie było żadnego muru.
- Ta brama to jedynie materialna postać przejścia do naszego obozu. Mury są 
również, ale niewidoczne, bo magiczne- wyjaśnił wszystkim nowym facet.- 
Chodźcie za mną, i nie oddalajcie się i nie rozchodźcie.
   Po przejściu bramy znaleźli się na wielkiej polanie, otoczonej lasem. Szli 
niedługą, kamienistą ścieżką. Naprzeciw nich została umieszczona jakaś polana.
- Usiądźcie na ziemi- polecił wszystkim mężczyzna, a młodzież prędko wykonała 
jego rozkazy. Nie było ich tak sporo, ale z pewnością też nie mało. Po środku 
polany stało ognisko, nie rozpalone na razie.- Jak już wiecie, znajdujemy się na 

background image

terenie Obozu Magów. Teraz, zanim nastąpi Ceremonia przydzielenia was do 
odpowiedniej grupy, muszę je wam przybliżyć i opisać.
   Wszyscy z uwagą słuchali jego słów. Nikt nie odważył się odezwać.
  "Zwykłe" grupy to były:
- Wydział Eliksirów,
- Wydział Strażników,
- Wydział Wojowników,
- Wydział Pojedynkowy,
- Wydział Transmutacyjny,
- Wydział Zielarzy,
- Wydział Opiekunów Zwierząt,
- Wydział Szermierzy.
  Do tego 8 osób miało się przyłączyć do "wyższych"... O których krążyły 
przeróżne plotki. Zwykle tamci nie lubili się ze "zwykłymi" i lubili się wywyższać.
- Każdy wydział ma swojego opiekuna. Z kolei wśród wyższych, każdy ma 
swojego prywatnego mentora... Teraz każdy opiekun się przedstawi, abyście 
wiedzieli, pod czyją opieką będziecie- rzekł mężczyzna, po czym zdjął z głowy 
kaptur. Miał krótkie, siwe włosy i błękitne oczy. Nie wyglądał ani na starego, ani 
na młodego. Za to promieniała od niego moc, mimo niezbyt wysokiego wzrostu i 
szczupłej postury.- Jestem dyrektorem Obozu Magów, a nazywam się Darius 
Pyestew.
  Na środek wychodzili po kolei inni nauczyciele. Było ich całkiem sporo.
- Jestem Matthew Rodney- przedstawił się wysoki, żylasty mag, ubrany w 
ciemnofioletową szatę, przepasaną złotym paskiem. Owy pasek oznaczał, że był 
w czymś mistrzem. Dyrektor nie nosił specjalnych szat mistrzów, bo 
obowiązywało to tylko nauczycieli mu podwładnych.- Jestem Mistrzem Eliksirów, 
opiekunem Wydziału Eliksirów.
- Nazywam się Ivan Sterral, jestem Mistrzem Strażników, opiekunem Wydziału 
Strażników- rzekł cicho, choć każdy go słyszał wyraźnie wysoki, barczysty 
mężczyzna w szacie koloru khaki, przepasanej złotym paskiem.
- Jestem Peter Sterral, jestem młodszym bratem sir Ivana. Do tego jestem 
Mistrzem Wojowników i opiekuję się ich wydziałem- uśmiechnął się szeroko 
dosyć wysoki, mocno napakowany mężczyzna. Był ubrany w krwistoczerwoną 
szatę przepasaną złotym paskiem.
- Nazywam się Raymonda Kutler, osiągnęłam poziom Mistrza w Pojedynkach i 
jestem opiekunem Wydziału Pojedynkowego- rzekła powściągliwie średniej 
wysokości kobieta, bardzo szczupła, ubrana w granatową szatę przepasaną 
złotym paskiem.
- Jam jest Mistrzyni Transmutacji, opiekunka tego wydziału, Teresa Pyestew, 
siostra dyrektora- przedstawiła się niezbyt wysoka, ale piękna kobieta o 
kobiecych kształtach, ubrana w pomarańczową szatę, przepasaną złotym 
paskiem.
- Witajcie, młodzicy. Jestem Mistrzem Zielarstwa i opiekunem tych, którzy 
dołączą do mego wydziału- ukłonił im się niezbyt młody, ale też nie stary 
mężczyzna w jasnozielonej szacie, przepasanej złotym paskiem.- Sir Henry 
Domcus.

background image

- Jestem Anna Herbut i osiągnęłam poziom Mistrza Opiekunów Zwierząt. Bardzo 
miło was tu gościć, wyglądacie na porządnych uczniów- uśmiechnęła się 
promiennie dosyć młoda czarodziejka, ubrana płaszcz koloru "wojskowego", 
przewiązany złotym paskiem.
- Nazywam się Ken Jackson i jestem obecnym Mistrzem Szermierki- oznajmił 
krótko i treściwie średniej wysokości facet, dobrze umięśniony, ubrany w 
brązową szatę, przewiązaną złotym paskiem.
   To był koniec Mistrzów- Opiekunów. Oni przewodzili odpowiednim wydziałom 
"zwykłych". Teraz na środek wyszło kilkunastu magów w czarnych jak smoła 
płaszczach, przewiązanych srebrnymi paskami.
  Przedstawili się, ale nie mówili zbyt wiele. Tylko imię i nazwisko. Nawet nie 
odsłonili twarzy. Byli tacy tajemniczy. Nic dziwnego- byli wyznaczeni na 
mentorów "wyższych".
- Teraz, gdy każdy zna opiekunów, wyjaśnię zasady Ceremonii Przydzielania. 
Gdy wyczytam czyjeś nazwisko, ta osoba podchodzi do mnie i robi, co jej każę. 
Potem, gdy zostanie przydzielona, podchodzi do swojego opiekuna i przy nim 
cierpliwie czeka na koniec ceremonii- westchnął dyrektor, wyciągając z kieszeni 
szaty zwój pergaminu.
   Pyestew wyczytał pierwsze nazwisko. Były uporządkowane w kolejności 
alfabetycznej, więc Harry musiał jeszcze trochę poczekać na swoją kolej, nie 
mówiąc już o Weasley'ach.
   Chłopak o nazwisku Andrews nie należał ani do wysokich, ani grubych, czy 
potężnie zbudowanych osób. Miał jakieś 15 lat. Podszedł do mężczyzny, cały 
trzęsąc się ze strachu.
- Najpierw stań przed ogniem i mu się ukłoń- oznajmił twardym głosem dyrektor, 
nie zaszczycając chłopca spojrzeniem.- No, Andrews, nie żartuję. Rób, co ci 
powiedziałem.
   Początkowo chłopiec uznał, że to dowcip, ale stanowcza mina dyrektora 
uświadomiła mu, że naprawdę ma zrobić to, co mu kazano.
  Andrews trzęsąc się nadal, stanął przed zapalonym uprzednio ogniskiem i się 
lekko ukłonił. Co to za niedorzeczność? Kłaniać się płomieniom? Co jeszcze? 
Może się podpalić?
- Teraz stój prosto, nie ruszaj się, póki  ci nie powiem. Stój spokojnie- rozkazał 
chłopakowi sir Pyestew, trzymając w jednej ręce jakiś dzbanek, wypełniony 
czymś podobnym do piachu.
- Kolor szat, jaki się na was pojawi, będzie oznaczał waszą przynależność. 
Każdemu wydziałowi jest przeznaczony jedna barwa- wyjaśniał dyrektor i wziął 
niewielką garść pyłu z pojemnika, po czym rzucił nią w nie spodziewającego się 
tego chłopca.
   Błysnęło światło, niezbyt jasne, ale wszyscy "nowi" automatycznie odwrócili 
wzrok. Wokół chłopca roznosił się dym, przez który nie mogli go dojrzeć. Dopiero
po kilkunastu sekundach opadł i wszyscy zobaczyli na Andrews'ie jasnozieloną 
szatę, oznaczającą jego przynależność do Wydziału Zielarzy. Chłopiec wielkimi 
susami, gdy mu już pozwolono, dobiegł do jego nowego opiekuna sir Henry'ego 
Domcusa.
   Z każdym wyczytanym nazwiskiem, każdy wydział się powiększał.  Na razie nie

background image

nikt nie trafił do " wyższych", mimo iż wielu uczniów miało już swoją grupę.
- Madden, Kelly- wyczytał dyrektor, a dosyć wysoka 13-latka podeszła do ognia. 
Ukłoniła mu się, po czym została obsypana pyłem.
   Błysnęło światło jaśniejsze niż zwykle, ale nie oślepiające. Z dymu wyłoniła się 
ta sama dziewczyna, jednak ubrana w czarną szatę. Wyglądała na bardzo 
zaskoczoną tym wyborem. Pewnie nie sądziła, że zostanie "wyższą".
   Nieśmiało podeszła do magów i magiczek ubranych w czarne płaszczem 
przewiązane srebrnymi paskami. Oni tylko jej skinęli, czekając na resztę 
"wybranych".
- Malfoy, Dracon- wyczytał nazwisko przyjaciela Harry'ego dyrektor, po czym 
Draco niezbyt śmiało podszedł do ognia i mu się ukłonił.
   Rzucony piasek. Błysk światła. Dym wokół chłopca...
   Młody Malfoy obejrzał się uważnie i stwierdził, że ma... Czarne szaty. Z lekkim 
uśmiechem podszedł do Kelly Madden i mistrzów obok niej.
   Sir Pyestew wyczytywał kolejne nazwiska młodzieży. Harry wiedział, że nie 
długo będzie jego kolei. Bał się, że trafi do jakiegoś wydziału, który nie byłby dla 
niego odpowiedni, albo nie odstanie żadnej szaty... Okaże się wcale nie być tym 
utalentowanym i będzie musiał wracać do domu.
- Silver, Sandra- wyczytał następne w kolejce nazwisko dyrektor, a owa 12-latka 
podeszła do niego.
  Światło wybuchło całkiem mocno, a w dymu utkała się na niej czarna szata, 
zupełnie jak u Draco, czy Kelly.
- Snape, Harold- rzekł dyrektor, a wszyscy zwrócili wzrok na Harry'ego, który 
dumnym krokiem podszedł do ognia i mu się ukłonił. Gula ściskała go w gardle. 
Bał się przydziału.
  Czuł, jak dreszcze przebiegają go po plecach. Odetchnął głęboko i czekał na 
uderzenie piachu i światło.
   Ledwie poczuł na sobie lekki pył, usłyszał wielki huk i aż musiał zasłonić oczy, 
tak mocne światło go oślepiło. Prawie upadł na podłogę, ale w ostatniej chwili 
zdołał utrzymać równowagę. Nic nie mógł dojrzeć przez otaczający go dym, 
gryzący oczy.
   Dopiero gdy ów pył opadł, zobaczył, że wiele osób leżało na trawie. Tylko 
dorośli się utrzymali, ale mieli wręcz przerażone miny.
  Wpierw spojrzał na Draco, szukając u niego porady na to, co się stało. Ten też 
leżał, ale powoli wstawał.
   Teraz dopiero pomyślał o tym, że może sprawdzić, jaki ma kolor płaszcza. 
Był ... czarny. Jeszcze zanim się zdążył porządnie ucieszył, odszedł na bok, do 
grupy "wyższych". Nie dał rady się skoncentrować na dalszym przydziale, był tak
zdekoncentrowany i radosny, a też zdziwiony.
   Fred i George również trafili do Czarnych. Ostatnimi dwoma osobami w grupie 
"wyższych" były dwie dziewczyny: 17-letnia Patrice Ungis i 15-letnia Kamille 
Yorven.
- Gdy już wszyscy mają swój przydział, wasi nauczyciele oprowadzą was po 
całym obozie, oprócz miejsc treningowych, a potem wydadzą wam odpowiednie 
polecenia i rozsiądziecie się w swoich domkach- oznajmił wszystkim sir Pyestew 
i odszedł, zostawiając uczniów z nauczycielami.

background image

- Czarni za nami- oznajmiła jedna z kobiet w czarnych szatach, kierując słowa do
Harry'ego i reszty "wyższych".
  4 chłopców i 4 dziewczyn ruszyła za nimi, pełni energii i chęci przygód. Gdyby 
wiedzieli, co ich ma jeszcze czekać...
   Wyszli z Polany Zebrań i skierowali się kamienistą ścieżką w prawo. Na 
przodzie stało 8 domków Wydziałowych. Nie były zbyt duże, raczej normalne 
letniskówki, bez ozdobień i bogactw.
   Skręcając w lewo od domków , po lewej stronie, obok Areny zostało 
umieszczone Skrzydło Szpitalne, w którym każdy mógł się wyleczyć. Po prawej 
zaś była Stołówka, a jej  ogrodzenia, tak samo jak ten Areny, to nic innego jak 
dosyć gęsty żywopłot.
   Szli dalej prosto. Prawe rozwidlenie drogi prowadziło do wielkiego, podłużnego 
Domu Nauczycieli. Lewe zaś było ogólnie niedostępne dla "zwykłych", tylko 
nauczyciele i "wyżsi" mogli tam chodzić.
   Z przodu, przed rozwidleniem rozlegało się wielkie, falujące morze, kawałek 
piaszczystej plaży, kamiennej i klify, o które wzburzone fale się rozbijały raz po 
raz.
   Lewe rozwidlenie prowadziło do Dziedzińca "wyższych" i ich skraju trawy, 
polany przy lesie oraz ich domków. Były 4 akademiki, a sprawiały imponujące 
wrażenie. Wszystkie zostały umieszczone na wodzie, a do lądu prowadziła tylko 
kładka.
- To jest wasz prywatny teren, "wyżsi". "Zwykli" nie mają tu wstępu. Teraz 
przejdźmy do zasad, inicjacji i przydzielania do domów- rzekła prowadząca z 
przodu kobieta, po czym odsłoniła kaptur, ukazując swoją piękną, młodą twarz. 
Tak samo zrobili inni Czarni Mistrzowie.
  W sumie dorosłych było 16. Tylko 8 z nich miało zostać tego dani mentorami 
nowo przybyłych. A o tym decydowała inicjacja.
- Usiądźcie przy ognisku- polecił jakiś mężczyzna uczniom, po czym wszyscy 
zebrani zajęli miejsca przy ognisku na polanie "Wyższych".- Witajcie wśród nas, 
Wybrani. Chcecie pewnie dowiedzieć się wielu rzeczy, a właśnie na to nadszedł 
czas. Po pierwsze : Inicjacja. Co to takiego? Bardzo ważny moment w waszym 
życiu. Na niej poznacie swojego mentora, Strażnika, lub będziecie sami 
Strażnikami, oraz złożycie przysięgę i dostaniecie znak na ramieniu.
- Co to takiego ten Strażnik?- spytała szybko najmłodsza z dziewczyn, Sandra 
Silver. Była wysoką, szczupłą dziewczyną o dość długich, lekko falowanych 
kruczoczarnych włosach, bardzo gęstych i wręcz ciemnofioletowych oczach. 
Wyglądała naprawdę ładnie, ale sprawiała wrażenie napuszonej, dumnej i 
aroganckiej, a za razem lekko przerażającej.
- Bardzo dobre pytanie, panno...- zaczął jakiś Mag.
- Silver. Sandra Silver- uśmiechnęła się delikatnie Sandra.
- No dobrze, panno Silver. Wszyscy Czarni Magowie dzielą się na 2 grupy, obie 
ważne. Jedna nie mogłaby istnieć bez drugiej. Jedną są Strażnicy, a drugą 
otoczeni ochroną przez Strażnika. Każdy z nas ma własnego Strażnika, bądź jest
nim sam- zaczął wyjaśniać mężczyzna.- I to wszystko wyjdzie na inicjacji. 
Strażnik mieszka w jednym domku wraz z osobą, którą chroni. Większość 
szczegółów dotyczących waszych pozycji poznacie na inicjacji. Jeszcze jakieś 

background image

pytania? ...Nie? To zaczynamy inicjację.
    Ów mężczyzna rozpalił ogień w ognisku, po czym wyciągnął kamienną misę i 
ustawił ją na kamieniu. Do środka wlał jakiś eliksir, który trzymał w szklanej fiolce,
w bocznej kieszeni swojego płaszcza. Ciecz miała kolor srebrny.
- Po kolei, nazwiskami podchodzicie do mnie i klękacie przed ogniem. Sztyletem 
natnę wam skórę na ramieniu, więc będzie mogło trochę zaboleć. Te kilka kropel 
waszych krwi wleję do czarki, w której już będzie Eliksir Przysięgi. Potem dana 
osoba ma za mną wypowiedzieć słowa przysięgi i wylać eliksir zmieszany z krwią
do ognia. To ostatecznie przypieczętuje wasze bycie Czarnym Magiem aż do 
śmierci. Na waszej ręce pojawi się tatuaż, czarna czaszka i coś... Co będzie was 
odznaczało. Znak Strażnika to korona cierniowa na czaszce, a chronionego dwa 
długie zęby, jakby wampirze. Dodatkowo wpadniecie w trans, podczas niego 
wypowiecie nazwisko swojego mentora, Strażnika lub Chronionego oraz swoje 
hasło, które będzie dla was miało znaczenie do końca życia, jak przepowiednia. 
W sumie będzie to jakby przepowiednia. Rozumiecie?- gdy pokiwali wszyscy 
młodzi łowami, ceremonia się rozpoczęła.
   Kelly stanęła jako pierwsza do Inicjacji. Syknęła z bólu, gdy mężczyzna rozciął 
jej skórę, ale nie piszczała, tylko dzielnie zacisnęła zęby. Krew po dodaniu jej do 
eliksiru w czarze, zagulgotała wściekle, a dziewczyna zaczęła mówić słowa 
przysięgi, po czym wylała zawartość czarki do ognia.
  Po chwili upadła na kolana, jęcząc z bólu. Na jej ręce pojawiła się czaszka w 
cierniowej koronie,  a obok jej kropla wody.
  Nagle zaczęła mówić nieobecnym głosem:
- Tangela Rovinj... Opiekunko moja i mentorko, wzywam cię... Sandro Silver... 
Opieka nad tobą... W mych rekach..."Historia magistra vitae"... Historia 
nauczycielką życia...
  Nie minęło kilka chwil, a Kelly zamrugała oczami, lekko wystraszona.
- J-ja to p-powiedziałam?- spytała niepewnie, patrząc na wszystkich.
- Tak. Chodź do mnie, moja uczennico, Strażniczko panny Silver, która będzie jak
już wiemy Chronioną- rzekła niezbyt wysoka kobieta, wyłaniając się z tłumu. 
Miała krwistoczerwone włosy do ramion i czerwone oczy. Nazywała się Tangela 
Rovinj. Wyciągnęła rękę do swojej podopiecznej i chwyciła ją za ramię.
   Następny był Draco. Harry był ciekawy jego inicjacji. chłopak robił wszystko 
dokładnie tak samo, jak jego poprzedniczka.
  Na jego ręce pojawiła się czaszka z cierniową koroną(kolejny Strażnik), a obok 
niej liść pokrzywy. Co to mogło oznaczać? Mieli się przekonać w przyszłości.
- Marco Leuvandeer ... Opiekunie mój i mentorze, wzywam cię... Haroldzie 
Snape'ie ... Opieka nad tobą, bracie... W mych rękach... "Invitum qui servat, idem
facit occidenti"... Kto ocala kogoś wbrew jego woli, to tak jakby go zabijał...
  Gdy młody Malfoy się przebudził z transu, podszedł do niego dość wysoki 
mężczyzna o złotych, niedługich włosach i bladych oczach. Był postawnej 
postury. Chwycił chłopca za ramię i przybliżył do siebie.
   Teraz przyszła kolei na Silver. Na jej ręce pojawiła się czaszka z długimi 
zębami, co było do zgadnięcia. Obok niej jednak widniało czarno-czerwone 
serce. A cóż to za dziwny znak?
- Katherine Presto...  Opiekunko moja i mentorko, wzywam cię..."Audiatur et 

background image

altera pars" ... Trzeba wysłuchać i drugiej strony...
   Teraz nadeszła kolei Harry'ego. Młody Snape wciągnął głęboko powietrze i 
uklęknął przed ogniem, przymrużając oczy.
   Mężczyzna wziął srebrny sztylet do dłoni i przyłożył jego ostrze do delikatnej 
skóry chłopca, nacinając go.
   Harry poczuł ból, ale nie dał tego po sobie poznać. Nie zamierzał ujść za 
mięczaka. W chwili złączenia krwi z eliksirem, zapiekło jeszcze mocniej. Zacisnął
zęby, czekając na przysięgę.
- Ja Harold Salazar Snape...- zaczął Mag.
- Ja Harold Salazar Snape...- powtórzył Harry
- Obiecuję z całych sił...
- Obiecuję z całych sił...
- Dochować tajemnic powierzonych mi na lekcjach przez mego mistrza...
- Dochować tajemnic powierzonych mi na lekcjach przez mego mistrza...
- Nie zdradzić Czarnych Magów...
- Nie zdradzić Czarnych Magów...
- A w razie wyższej potrzeby poświęcić swoje życie dla dobra wspólnego...
- A w razie wyższej potrzeby poświęcić swoje życie dla dobra wspólnego...
- Uczyć się i ciągle poprawiać swoje zdolności, aby stawać się coraz 
silniejszym...
- Uczyć się i ciągle poprawiać swoje zdolności, aby stawać się coraz 
silniejszym...
- Tak mi dopomóż, siło Ognia...
- Tak mi dopomóż, siło Ognia...
   Z każdym wypowiedzianym słowem Harry coraz bardziej cierpiał. Czuł, jakby 
ktoś ciął mu całe ciało od środka mieczem i wkuwał w nie pinezki. Gdy krew z 
eliksirem została wlana do ognia, miał ochotę wrzeszczeć. Miał wrażenie, że ktoś
rozrywa go na kawałki, a ramię w miejscu rozcięcia... To było wręcz nie do 
opisania. Takiego bólu nie czuł nigdy wcześniej.
   Jednakże z każdą minutą cierpienie ustawało, a rana na ramieniu goiła się, 
tworząc tatuaż... Czaszkę z długimi zębami, a obok niej piorun... Nagle obok tego
tatuażu zaczął pojawiać się długi wąż, a na nim napis:
"Exoriare aliquis nostris ex ossibus ultor", co oznaczało " Niech z naszych kości 
narodził się mściciel".
   Wąż pokryty literami ciągnął się od czubka ramienia, aż do łokcia, gdzie była 
jego głowa, z przerażającymi ślepiami i zębami.
   W pewnej chwili Syn Nocy poczuł, jakby coś zawładnęło jego ciałem i jego 
ustami. Ktoś obcy zaczął mówić za niego:
- Akkarinie Velan, wzywam cię... Opiekunie mój i mentorze... Ja Syn Nocy... 
Wzywam cię..."Exoriare aliquis nostris ex ossibus ultor".Niech z naszych kości 
narodził się mściciel.
   Po chwili Harry znów odzyskał panowanie nad sobą i ciężko dyszał. Nie mógł 
zapanować nad swoimi słowami, a teraz gdy się otrząsnął, zdał sobie sprawę z 
tego, co mówił.
   Nagle przy "nowych" i Czarnych Magach zmaterializował się wysoki, przystojny
mężczyzna, napakowany, o bladej cerze, długich wręcz srebrnych włosach i 

background image

czerwonych oczach.
- Ktoś mnie wzywał- rzekł chłodnym, władczym głosem nowo przybyły, a wszyscy
przed nim się ukłonili. Wyglądał na kogoś groźnego i ważnego.
- Mistrzu, ten chłopak cię przywołał- prowadzący Mag wskazał na 
zaczerwienionego na twarzy Harry'ego, który się lekko speszył.
- Podejdź do mnie, chłopcze- polecił młodemu Snape'owi Akkarin Velan. Tak się 
nazywał tajemniczy mężczyzna.
  Harry podszedł do Maga, lekko się go bojąc. Nie wyglądał na łagodnego i 
potulnego.
- Nie bój się... Mój nowy uczniu. Przyjmuję cię, będę twym mentorem- oznajmił 
sir Velan, obejmując ramieniem chłopca niższego i chudszego od siebie.
   Dalsza ceremonia naznaczania odbyła się bez większych problemów. Patrice 
Ungis została Strażniczką młodszej Kamille Yorven, a George Strażnikiem Freda.
Mieli różna hasła i tatuaże... Z pewnością dla nich bardzo się liczące.
- Teraz, gdy wszyscy złożyliście Przysięgę, poznaliście swoich mentorów oraz 
Strażników lub Chronionych, zebranie można uznać za skończone. Zanim jednak
rozejdziecie się ze swoimi opiekunami, którzy będą mieli wam sporo rzeczy do 
przekazania, musicie się dowiedzieć z kim i w jakim domku mieszkacie. Są 4 
akademiki, kolejno ponumerowane liczbami od 1-4. 1 znajduje się najbardziej na 
lewo od nas, czyli przy lesie, a każdy większy numer idzie w bok od niego. 
Strażnik i jego Chroniony mają wspólne mieszkanie. Snape i Malfoy mają 1, 
Weasley i... Weasley 2, Silver i Madden 3, a Ungis i Yorven 4. Teraz, jak nie 
macie pytań, rozejdźcie się- rzekł Mag prowadzący, ale jego ton wskazywał, że 
lepiej, aby nie zadawać żadnych pytań.
    Mistrz Velan zaciągnął Harry'ego, swojego nowego ucznia na bok. Chciał z 
nim pobieżnie porozmawiać.
- Musisz być naprawdę utalentowany skoro trafiłeś do mnie, Mistrz Czarnych 
Magów, ale nie spocznij na laurach. Sam talent nic nie da, trzeba jeszcze wiele 
pracy i wysiłku, aby osiągnąć sukces- poradził chłopcu Akkarin.- Nie miałem 
jeszcze ucznia i nie podejrzewałem, że będę miał. Zamierzam nauczyć cię 
wszystkiego, co umiem, ale nie będę ci pobłażał i wylecisz, jeśli nie zauważę 
żadnych postępów.
- Dobrze, sir- pokiwał twierdząco głową Harry, będący lekko wystraszony nadal 
postacią mężczyzny. Czuło się od niego moc i potęgę.
- Rozumiem, że się rozumiemy. Teraz idź do swojego pokoju. Na twoim biurku 
już leży plan lekcji, w szafie masz ubrania oraz inne potrzebne rzeczy. Radzę 
pomyszkować, ale na razie, tak jak każdy, masz zakaz wychodzenia poza obręb 
Obozu- rzekł Mistrz, po czym Harry odszedł w kierunku domu nr 1, który świetnie
się prezentował z zewnątrz... A czy od wewnątrz też?

Rozdział 2 " Początki bywają trudne"

    Harry skierował się w kierunku domkowi numer 1. Draco czekał pod drzwiami 

background image

na niego, jakby bał się wejść sam.
   Młody Snape przeszedł przez drewnianą kładkę prowadzącą do niewielkiego 
tarasu na  wodzie, gdzie stały też drzwi prowadzące do środka.
   Na niewielkim tarasiku umieszczono stolik z kamiennym blatem, a przy nim 
kilka fotelów obitych czarną skórą.
- Czekałem na ciebie. Nie mogę wejść, bo jest tu jakaś ochrona, mówiąca że jeśli
wchodzimy po raz pierwszy tu, musimy zrobić to naraz, zamykając przy tym oczy,
a potem wejść do środka i nie otwierać oczu przez jeszcze kilka sekund. To się 
nazywa jakoś ...   " Formatowanie"?- rzekł Draco, patrząc z uwagą na swojego 
przyjaciela. Był teraz odpowiedzialny za jego życie... Był jego Strażnikiem.
- No dobra. Zamykaj oczy i łapiemy klamkę na 1...2...3...- odliczał Harry, po czym
idealnie na raz chwycili klamkę, mając zamknięte oczy.
  Otworzyli drzwi, po czym weszli do środka i je zamknęli, nie otwierając nadal 
oczu. Chcieli mieć pewność, że wszystko dobrze zrobili.
   Rozejrzeli się dookoła siebie i aż ich zamurowało. Nawet nie marzyli, że trafi im
się coś równie pięknego, w czym będą mieszkać.
   Pomieszczenie było bardzo przestrzenne w środku i niesamowicie dobrze 
oświetlone. Wchodząc do środka, widziało się wielkie, czyste okna(  nie 
widoczne od zewnątrz), kolumny z czarnego marmuru, ściany z czarnego 
marmuru, podłogę z czarno-srebrnych kamieni, oraz wiele przedmiotów. Stały 
tam kanapa obita srebrną skórą, fotel z tego samego kompletu, stolik, kilka 
szafek i regałów, komody i kredensy. Sprawiało to wrażenie bogatego i 
wystawnego domu.
   Gdzieś z tyłu umieszczono schody- w górę i w dół. Harry i Draco wpierw 
wbiegli po tych pierwszych, nie wiedząc co jeszcze może ich spotkać i 
zaskoczyć.
   A jednak... Na górze znajdowała się wielka sala, mająca na celu służenie jako 
miejsce do walk i ćwiczeń. Wypełniały ją od środka różne manekiny, a z boku 
książki... Wszystko do zwiększania swoich umiejętności.
- Wow...- westchnął z zachwytem Draco, obserwując wszystko z rozwartymi z 
wrażenia ustami.
- Nie tego się spodziewałeś, nie?- zauważył z uśmiechem Harry, klepiąc 
przybranego brata po plecach. W sumie jako Strażnik, młody Malfoy był z nim 
bardzo silnie powiązany... Jak brat.
    Następnie zeszli długimi schodami na dół. Wystrój ich zaskoczył... Była to 
mała komnata, w której umieszczono 5 drzwi. Pierwsze prowadziły do sypialni 
chłopców, drugie do łazienki, trzecie do łaźni, czwarte do biblioteki, a piąte były 
sekretnym wyjściem z domku. Sprytne, nieprawdaż? " Wyżsi" musieli mieć swoje
zabezpieczenia, gdyż ich życie było ważniejsze od innych obozowiczów.
- Gdzie najpierw? Mam dylemat- wyszczerzył zęby Draco, spoglądając 
łobuzersko na przyjaciela.
- Sypialnia- zadecydował zdecydowanie Syn Nocy.- No ruszaj się, Smoczku, nie 
zamierzam na ciebie długo czekać.
   Otworzyli drzwi i po raz kolejny tego dnia aż zamurowało ich z wrażenia. Ta 
sypialnia była... niesamowita. Przestronna, elegancka, bogato zdobiona i tak... 
nie do opisania.

background image

   Ściany były z czarnego marmuru, z wrażeniem jakby były pokryte 
ciemnozielonym mchem. Sufit zaczarowany tak, aby imitował dno morskie.
   Na końcu stały obok siebie dwa łoża z czarną, jedwabną pościelą i srebrno- 
czarno- zielonymi kotarami.
   Do ścian zostały przywieszone gabloty z wystawioną w środku wszelkiego 
rodzaju bronią, biżuterią i zdjęciami.
   Koło łóżek ustawiono szafy na ubrania i przydatne rzeczy, a przy nich puchaty, 
zielony dywan, łaskoczący delikatnie w stopy.
    Łazienka i łaźnie zostały urządzone w równie gustownym i męskim stylu, 
przywodzącym na myśl okres średniowiecza. W bibliotece zaś aż pękały szwy od
przeróżnych księgozbiorów.
   Chłopcy byli tak zmęczeni, że nie mieli nawet siły pomyszkować trochę po 
swoim nowym akademiku. Na ich łóżkach pojawiły się plany lekcji, a w szafach 
zaroiło się od czarnych płaszczy i szat.
    Oboje mieli identyczne plany, prócz kilku lekcji wieczornych.

PONIEDZIAŁEK
5.00- 5.55 ŚNIADANIE
6.00- 7.00 ĆWICZENIA SIŁOWE
7.05- 9.05 SZERMIERKA
9.10- 11.10 SZTUKA PRZETRWANIA
11.15- 13.15 MAGIA ŻYWIOŁÓW
13.20- 14.00 OBIAD
14.05- 16.05 MAGIA UMYSŁÓW
16.10- 18.10 ZAJĘCIA Z MENTOREM
18.15- 19.00 KOLACJA
19.05- 21.05 MAGIA CIAŁA
21.15- 23.15 ETYKIETA I ZASADY
CISZA NOCNA
WTOREK
5.00- 5.55 ŚNIADANIE
6.00- 7.00 ĆWICZENIA SIŁOWE
7.05- 9.05 ŁUCZNICTWO
9.10- 11.10 SZTUKA PRZETRWANIA
11.15- 13.15 RYTUAŁY CZARNO-MAGICZNE
13.20- 14.00 OBIAD
14.05- 16.05 ALCHEMIA
16.10- 18.10 ZAJĘCIA Z MENTOREM
18.15- 19.00 KOLACJA
19.05- 21.05 POJEDYNKI
21.15- 23.15 ETYKIETA I ZASADY
ŚRODA
5.00- 5.55 ŚNIADANIE
6.00- 7.00 ĆWICZENIA SIŁOWE
7.05- 9.05 SZERMIERKA
9.10- 11.10 SZTUKA PRZETRWANIA

background image

11.15- 13.15 CZARNA MAGIA
13.20-14.00 OBIAD
14.05- 16.05 MAGIA UMYSŁÓW
16.10- 18.10 ZAJĘCIA Z MENTOREM
18.15- 19.00 KOLACJA
19.05- 21.05 MAGIA CIAŁA
21.15- 23.15 ETYKIETA I ZASADY
CZWARTEK
5.00- 5.55 ŚNIADANIE
6.00- 7.00 ĆWICZENIA SIŁOWE
7.05- 9.05 ŁUCZNICTWO
9.10- 11.10 MAGIA ŻYWIOŁÓW
11.15- 13.15 RYTUAŁY CZARNO-MAGICZNE
13.20- 14.00 OBIAD
14.05- 16.05 ALCHEMIA
16.10- 18.10 ZAJĘCIA Z MENTOREM
18.15- 19.00 KOLACJA
19.05- 21.05 POJEDYNKI
21.15- 23.15 ETYKIETA I ZASADY
PIĄTEK
5.00- 5.55 ŚNIADANIE
6.00- 7.00 ĆWICZENIA SIŁOWE
7.05- 9.05  SZERMIERKA
9.10- 11.10 MAGIA ŻYWIOŁÓW
11.15- 13.15 CZARNA MAGIA
13.20- 14.00 OBIAD
14.05- 16.05 MAGIA UMYSŁÓW
16.10- 18.10 ZAJĘCIA Z MENTOREM
18.15- 19.00 KOLACJA
9.05- 21.05 MAGIA CIAŁA
21.15- 23.15 ETYKIETA I ZASADY
SOBOTA,
NIEDZIELA:
DNI BEZ LEKCJI, PRZEZNACZONE NA NAUKĘ, WYPRAWY I SPRAWDZIANY 
UMIEJĘTNOŚCI.

PS. ETYKIETA I ZASADY ODBYWAJĄ SIĘ W GRUPACH ODDZIELNYCH: 
STRAŻNICY I CHRONIENI. RESZTA ZAJĘĆ ODBYWA SIĘ RAZEM Z RESZTĄ 
"WYŻSZYCH", PRÓCZ ZAJĘĆ Z MENTOREM.

- Ale mamy nawalone- jęknął Draco, patrząc na swój rozkład zajęć.- A gdzie czas
na wypoczynek?- marudził dalej, użalając się nad sobą.
- Mimo iż są wakacje, nie przyjechaliśmy tu aby odpoczywać. Pewnie dadzą nam
trochę czasu w weekendy- mruknął Harry, przeczesując sobie palcami włosy.
- Albo i nie- odparł pesymistycznie blondyn, zachmurzając się.- Nie muszę być 
jasnowidzem, żeby stwierdzić że weekendy przeznaczone na naukę, wyprawy i 

background image

sprawdziany umiejętności wcale nie będą miłym wypoczynkiem.
- Nie musisz mnie sprowadzać na ziemię- warknął groźnie, sygnalizując tym 
samym, że nie ma zamiaru myśleć o pracy, jaka go jeszcze czeka.- Wystarczy, 
że sam to wiem, a teraz ty mnie dobijasz swoim gadaniem.
- Okey, okey- westchnął Malfoy, po czym pogładził przyjaciela po głowie.- Będzie 
okey. Jesteśmy twardzi i pokażemy wszystkim, na co nas stać. Nieprawdaż?
- A teraz słodzisz- uśmiechnął się gorzko młody Snape, ale się trochę rozluźnił.- 
Ale mi to nawet pasuje, wiesz? Twoje kłamstwa są słodkie i nieszkodliwe, a 
nawet pomagają.
- " Obyś się nie zdziwił"- pomyślał w duchu Draco, zwieszając głowę.-" Kiedyś 
moje kłamstwa mogą już przestać być nieszkodliwe... I co wtedy? Nie chcę cię 
skrzywdzić, za wszelką cenę muszę cię chronić... Żeby wszystko było tak 
proste... Obym nigdy nie poznał znaczenia mojego hasła: Kto ocala kogoś wbrew
jego woli, to tak jakby go zabijał..."
- Coś taki małomówny? Przestało cię interesować zabawianie mnie?- zaśmiał się
Harry, szturchając go po przyjacielsku.
- Nie... Jestem po prostu zmęczony. Jutro o 4.15 robimy pobudkę- usprawiedliwił 
się markotnie Malfoy i udał się do łazienki, trzymając w rękach swoje nowe 
piżamy, oczywiście w kolorze czarnym, mimo iż lepiej wyglądał w jaśniejszych.
   Harry lekko zdziwił się postawą swojego Strażnika, ale nie dał tego po sobie 
poznać. W końcu chłopak miał prawo mieć swoje tajemnice. Jednak gdyby były 
to jakieś problemy, wolałby pomóc mu je rozwiązać.
   Snape położył się do łóżka, będąc zmęczony. Mimo wielu obaw, chciał aby już 
nastał kolejny dzień, czyli poniedziałek.
                                     ***
- Wstawaj, Harry- usłyszał nad sobą jakiś miękki, ale zaspany głos. Oczy mu się 
kleiły tak, że nie dał rady ich otworzyć. Nie miał siły się ruszyć.
- Spać...- syknął zły, po czym przewrócił się na bok.
- No, wstawaj śpiochu- głos jego przyjaciela był lekko zdenerwowany.- Bo się 
spóźnimy na śniadanie i będziemy mieli kłopoty. Ruszaj się...
   Nie dane było poleżeć młodemu Snape'owi jeszcze w łóżku. Został z niego 
brutalnie zrzucony przez młodzieńca- budzika, inaczej zwanego Draco Malfoy.
- Dorwę cię- odgrażał się Harry, wstając na równe nogi i przecierając zaspane 
oczy.- Jeszcze noc... Ciemnica.
- Robię to dla twojego dobra. Byłbyś bardziej wściekły, gdybym cię nie zawołał- 
uśmiechnął się przepraszająco Draco.
- Nie przyznam ci racji, bo ją niestety masz- westchnął Syn Nocy.
   Jeszcze przed 5 ci dwaj chłopcy, ubrani w swoje długie czarne szaty i płaszcze,
wyszli ze swojego domku i skierowali swe kroki w kierunku Jadalni. Była ona 
odgrodzona od ścieżki gęstym żywopłotem.
   Stolik "Wyższych" znajdował się na samym końcu polany, na której ustawiono 
wiele ław i stołów, a na nich półmiski.
   Harry i Draco dosiedli się do pozostałej 6 Wybranych. Bliźniacy jako jedyni się 
z nimi przywitali, dziewczyny rozmawiały tylko w swoim towarzystwie.
- Jak się spało? Bo my nie zdążyliśmy się wczoraj położyć, a już trzeba wstawać-
zażartował z okrutnej rzeczywistości Fred.- Czy może być jeszcze gorzej?

background image

   Jak się dowiedzieli później, może...
   Całą 8 zameldowali się punktualnie na Dziedzińcu Wyższych, gdzie mieli 
czekać na swojego nauczyciela od Ćwiczeń fizycznych.
- Witajcie, "nowi"- to słowo zaakcentował ich nauczyciel, Brian Harper, aby 
zapamiętali, że oni mają być mu posłuszni, bo on jest nauczycielem.- Podzielcie 
się na 2 grupy: Dziewczyny i Chłopcy. Panienki robią 100 brzuszków, chłopcy 
150. ruchy, nie ociągać się! Kto się nie wyrobi w ciągu 10 minut, powtarza to 
ćwiczenie, póki mu się nie uda. do roboty!
   Harry już chciał to uznać za dobry żart, gdyby nie to, że wszyscy z jego grupy 
położyli się posłusznie na ziemi i zaczęli robić brzuszki.
   Młody Snape może i miał dobrą kondycję, ale przy połowie ćwiczenia już ledwo
dawał dobie radę. A to był dopiero początek...
- Wszyscy od początku, nie wyrobiliście się w czasie!- ryknął Harper, ciesząc się 
z ich wysiłku.- Raz, dwa, trzy! Nie ociągajcie się, bo czeka was kolejna kolejka!
   Zdyszani i spoceni, uczniowie ledwo dyszeli, gdy po kilku podejściach udało im 
się zrobić właściwą liczbę brzuszków w odpowiednim czasie. Nie było łatwo. 
Padali ze zmęczenia.
- Dobrze, dobrze. Teraz pompki. Panie  100, panowie 150! Już! Szybciej!- 
poganiał ich starszy Mag.
   Gdy nadszedł koniec lekcji, wszyscy wyraźnie odetchnęli. Byli całkowicie 
padnięci i przepoceni. Każdy z nich marzył o kąpieli i ciepłym łóżku.
   Szermierka odbywała się na Arenie, którą ich nauczyciel zarezerwował 
wyłącznie dla nich, aby uniknąć wścibskich uczniów ze zwykłych wydziałów.
- Wpierw przejdziecie pomiary. Musimy się zorientować, jaka wielkość broni 
będzie dla was najodpowiedniejsza- oznajmił ciepło Mistrz Rolph Phiennes. - 
Ustawcie się wzrostem.
   Pierwszy był Fred. Miał 183 cm wzrostu, a ważył 60 kilogramów. Posiadał 
miary odpowiednie dla jego wieku. Później mierzyli centymetrem  obwody 
różnych części ciała, jak biceps, talia, pas, rozpiętość ramion, długość nóg i 
rozmiar stóp.
   Harry był w sumie 5 w kolejce- po bliźniakach i dwóch najstarszych 
dziewczynach. Zaraz za nim uplasował się Draco, oraz dwie najmłodsze 
dziewczyny.
    Przy młodym Snape'ie Mistrz Phiennes się zatrzymał, zdziwiony. Mierzył go i 
ważył, ale dziwne wyniki  mu wychodziły.
- Jesteś bardzo nieproporcjonalny. Mierzysz 168 centymetrów, ale ważysz 
jedynie 35 kilogramów. Za to masz duży  obwód bicepsów, niezwykle wąską talię
i pas. Duża rozpiętość ramion i długie nogi... Tak niesamowite i nienormalne 
wymiary...- mówił mężczyzna.- Nie mogę dać ci zbyt ciężkiego miecza, bo jesteś 
lekki, choć silny. Zbyt krótki będzie w twoich rękach słabą bronią... Musisz mieć 
dość długi i lekki, poręczny. Weź ten...
    Miecze nowicjuszy były zrobione z drewna, ale wyglądały niczym te srebrne 
lub stalowe i nie cięły. Ważyły tyle co te zwykłe. Wszystko dla bezpieczeństwa i 
wygody uczniów.
    Gdy  cała ósemka otrzymała broń, ich nauczyciel stanął prosto przed nimi, 
dzierżąc w dłoni treningowy miecz, również drewniany.

background image

- Z pewnością żadne z was nie umie się tym posługiwać, dlatego zajmiemy się 
tym od samych podstaw. Po pierwsze, jak prawidłowo trzymać miecz... Bo 
niektórzy, trzymają go kilkoma palcami, a to nie jest prawidłowa postawa...
   Do końca lekcji uczniowie poznawali podstawowe wiadomości o walce na 
miecze. Każdy z nich słuchał z uwagą, nikt nie chciał być gorszy od reszty.
   Harry był  bardzo ciekawy, o co chodzi z tą Lekcją Przetrwania... Nie mógł się 
jej doczekać, aby odkryć jej sekrety.
- Usiądźcie po turecku- polecił młodym Mistrz Danny Ob.- I słuchajcie uważnie... 
Sztuka Przetrwania z pewnością przyda wam się... Szczególnie na wyprawach. 
Bez niej zwyczajnie zginiecie.
   Wpierw opowiadał im o rozpalaniu ognia, zdobywaniu wody i pożywienia, 
budowania szałasów i domków na drzewach oraz innych podstawowych 
rzeczach. Było to bardzo interesujące, przy czym młodzi mogli sobie trochę 
odpocząć od ćwiczeń fizycznych.
    Magia Żywiołów prowadzona przez Mistrzynię Emily Reads nie należała do 
łatwych lekcji, mimo iż zaczynali od podstaw.
- Każdy z was ma w sobie jakiś żywioł, albo nawet kilka. Sztuka w tym, aby go 
odkryć i ujarzmić. Często wasz talent w tym kierunku przejawia się na charakter. 
Wybrańcy Ognia są zwykle żywiołowi i energiczni. Za to Wodni należą do 
spokojnych i mądrych. A gdyby połączyć te dwa żywioły? To już zupełnie inna 
bajka...- opowiadała nauczycielka.- Musicie się przyłożyć, bo inaczej nic nie 
osiągniecie na moich zajęciach.
   Harry dziękował Merlinowi, kiedy nastała pora obiadu. Najadł się za wszystkie 
czasy- tak zgłodniał przez te wszystkie godziny męczących lekcji. A dzień 
dobiegał dopiero do połowy... I 14 miesięcy nauki przed nim... Straszne.
   Magia Umysłu jak na razie nie sprawiała Synowi Nocy zbyt wielkich kłopotów, 
ponieważ ćwiczyli Oklumencję, którą on dawno opanował. Za to pochwalił go ich 
nauczyciel od tych zajęć- Pamel Deal. Był z niego zadowolony i dał mu trochę 
poleniuchować.
   Snape spotkał się ze swoim mentorem Akkarinem na zajęciach z nim. Ten pytał
go o wiele rzeczy, aby lepiej go poznać. Spytał też o to, jak podoba mu się 
pierwszy dzień nauki. Gdy chłopiec stwierdził, że jest fajnie, ale jest padnięty, 
mężczyzna tylko tajemniczo się uśmiechnął.
   Reszta dnia minęła chłopcu niezauważalnie szybko. Był padnięty, obolały i 
śmierdzący. Z radością zrelaksował się podczas szybkiej kąpieli i zasnął w swoim
łóżku, okryty ciepłą kołdrą.

Rozdział 3 " Obserwacja"

                                    ***
  W związku ze zbliżającymi się Świętami Wielkanocnymi chcę już góry 
uprzedzić, że następny rozdział może wyjść z opóźnieniem. Teraz, w tym całym 
kurczakowym zamieszaniu będę miała mało czasu na pisanie, ale to nie znaczy, 
ze zawieszam blog.

background image

   Po drugie chcę złożyć Wam szczere życzenia z okazji tych świąt:
Spotkałam dzisiaj kurczaka, co po baziach skakał.
Za nim kurka podążała, i pisanki malowała.
Wtem baranek się ukazał, i życzenia złożyć kazał
- szczęścia i radości moc, na tą świętą Wielką Noc.
  No i jeszcze zapraszam do mojego drugiego bloga, w klimacie Drarry:

http://hpiniespelnionemarzenia.blog.onet.pl/
 ***
   Jakimś cudem mijał dzień za dniem w Obozie Magów. Harry codziennie 
wylewał z siebie litry potu, a czasem też krwi. Zaczynał sobie całkiem nieźle 
radzić, ale reszta grupy, szczególnie Sandra Silver, nie odstawała od niego. 
Wspomniana dziewczyna była niesamowicie inteligentna i zdolna. Nauczyciele 
często chwalili ją, ale też Harry'ego. Nierzadko doceniali pracę innych z grupy. 
Nie chcieli nikogo wywyższać, aby uczniowie nie stali się zbyt dumni i aroganccy.
Na to przyjdzie czas, gdy dorosną...;)
    Pewnego razu Mistrz Akkarin miał trochę wolnego czasu, więc postanowił 
zobaczyć poczynania "nowych" na lekcji Szermierki. Sam uwielbiał ten sport i był
w nim świetny. Zwykle nie obserwował z ukrycia uczniów, bo nie miał takiej 
ochoty. Byli słabi i zwykle nieutalentowani. Bardzo rzadko zdarzał się ktoś, dla 
kogo warto było tracić czas.
   Zaszył się w koncie areny, niewidoczny dla czyichkolwiek oczu i zaczął oglądać
zmagania ósemki tegorocznych Wybranych.
   Chłopcy i dziewczyny dzierżyli w dłoniach drewniane miecze, imitujące te 
prawdziwe, przeznaczone do rzeczywistej walki. Niektórzy sprawiali wrażenie, 
jakby byli ociężali i bardzo powolni. Wykonywali teraz serię ciosów : Pchnięcie, Z 
boku, Z lewej, Z prawej,  z lewej zza głowy oraz Pchnięcie, Pchnięcie, Krok w tył,
Zasłona, Cięcie z boku. Były to dwie, niezbyt trudne sekwencje, odpowiednie dla 
początkujących, którzy walczyli z powietrzem.
   Jego uwagę przykuł jego uczeń, który nie wykonywał dokładnie takich ruchów, 
jakie były w sekwencji pokazane przez nauczyciela. Dodawał jeszcze jeden ruch,
dosyć trudny do wykonania, wciskając go między uderzeniem z lewej, a 
uderzeniem z prawej, nie wypadając przy tym z rytmu. Było to bardzo dziwne, 
wręcz niesamowite. I nie poruszał się na piętach, jak inni w jego wieku, a 
delikatnie na palcach, jak przystało na dobrego szermierza.
   Mistrz Phiennes nie zauważył tego dodatkowego ruchu dodawanego przez 
jego ucznia, bo nie zwracał na niego zbyt wielkiej uwagi. Musiał kontrolować całą
ósemkę, a o ile Akkarin się orientował, a był bardzo bystry, jego uczeń miał 
prawdziwy talent, który trzeba było w nim szybko rozwinąć.
   Mężczyzna jeszcze kilka minut obserwował trening, ale uznał szybko, że musi 
zainterweniować. Nie zamierzał pozwolić, aby taka zdolność zanikła u tego 
chłopca...
- Mistrzu Akkarinie, coś się stało?- spytał zaniepokojony Mistrz Phiennes, gdy 
podszedł do niego mentor Harry'ego. Zwykle takie wizyty nie były czymś częstym
i zwiastowały coś niepomyślnego.
   Tajemniczy Mentor Snape'a szepnął mężczyźnie coś na ucho, a ten wręcz 

background image

zaniemówił.
- Jesteś pewny?- zdziwił się Rolph Phiennes, patrząc drugiemu mężczyźnie 
prosto w oczy.- Ja nic takiego nie zauważyłem.
- A ja tak. Obserwowałem wszystko z boku- rzekł hardo Akkarin Velan .- A z 
resztą sam zobacz. Ja i tak decyzji nie zmienię. No chyba że... stałby się cud. A 
cudy się nie zdarzają. Skoro coś się stało, musiało być możliwe do wykonania, 
więc cudem nie było.
- Dobrze, zatem niech tak będzie. Grupa powtarza kombinację!- krzyknął do 
ósemki uczniów, trzymających w gotowości miecz.
   Harry słyszał komendy, ale nie myślał dokładnie o nich. Właściwie ciało samo 
go prowadziło, a on się nad tym nie zastanawiał. Przez to dodawał kolejny cios 
pomiędzy dwoma innymi, mieszcząc się w wyznaczonym czasie.
   Akkarin uśmiechnął się w zadumie. Właśnie tego oczekiwał od swojego ucznia,
na którym zawiesił oko.
- Harry, powtórz tą samą kombinację, ale wolniej  i wykrzykuj na głos komendy- 
polecił młodemu Snape'owi, który zrobił się czerwony jak burak. Nie wiedział, co 
zrobił źle.
- Pchnięcie! Z boku! Z lewej! Z prawej!  Z lewej zza głowy!- wykrzykiwał Harry, 
tym razem poruszając się wolniej. Myślał co robi, więc dodatkowe uderzenie nie 
pojawiło się. Mimo to jego Mistrz był zadowolony.
- Teraz rób to szybciej, bez koncentrowania się na ruchach i bez krzyczenia- 
rozkazał podopiecznemu sir Velan.
   Harry zrobił, co mu kazano i nie zorientował się nawet, że dodał znów ten 
niebezpieczny cios do sekwencji.
   Wszyscy zebrani to oczywiście zauważyli i wręcz zaniemówili. Nie znajdowali 
wytłumaczenia dla tego dziwnego zjawiska. Oni ledwo się trzymali w rytmie, a 
ten jeszcze dokładał nowe, skomplikowane ciosy.
- Stop... Nie wiem czy wiesz, ale to co robisz, jest niesamowicie rzadkim darem- 
rzekł powoli Akkarin, kierując te słowa do swojego podopiecznego.- Masz 
wewnętrzny zmysł, który kieruje tobą w trakcie walki. Ty nie myślisz nad tym co 
robisz, ty to po prostu robisz. Czy nie tak?
- Tak...- przyznał mu rację Harry, orientując się jako tako, o co mu chodzi. 
Rzeczywiście coś w mózgu nim kierowało, gdy trzymał w ręce miecz.
- Harry, chciałbym abyś od tej pory uczęszczał na prywatne lekcje szermierki ze 
mną. Masz talent, a żeby nie było, że faworyzuje swojego podopiecznego, to 
przecież każdy widział jego pokaz. Masz teraz wolne, reszta niech ćwiczy dalej. 
Rolph, już nie zakłócam twojej lekcji, Harry za mną.
   Młody Snape nie wierzył w to, co usłyszał. Prywatne lekcje szermierki u tak 
znakomitego wojownika, jakim był Akkarin to marzenie wielu... A on to dostał po 
kilku dniach nauki.
- Nie zabrałem cię, abyś się obijał. Jeśli nie wykażesz żadnych postępów, 
wrócisz  do starej grupy. Rozumiemy się?- zagroził mu Mistrz Velan.
- Tak, Mistrzu- pokiwał szybko głową Harry na znak, że rozumie.
- A jak idzie ci z Łucznictwem? Zwykle najlepsi szermierze są słabymi 
Łucznikami. Mistrzyni Regina coś mówiła na twój temat?- spytał chłopca 
mężczyzna.

background image

- Eeee... Tak, Mistrzu. Mówiła że sobie świetnie radzę i wystaję od grupy- 
mruknął cicho Syn Nocy, czego jego mentor nie skomentował. Był wyraźnie 
zdziwiony.
- Możesz mi wierzyć, ale jeszcze to sprawdzę, choć nie sądzę żeby były ci 
potrzebne jeszcze jakieś prywatne lekcje na razie... Powinieneś raczej 
dogadywać się z grupą, a nie uchodzić za samotnika. Poza tym... Twoje emocje 
bardzo szybko cię zdradzają, nie wiem czy wiesz. Powinieneś nauczyć się je 
maskować jak najszybciej i zamierzam ci w tym pomóc... Zwykle uczniowie 
poznają to, gdy już trochę dłużej pobędą w Obozie, ale jak widać, jesteś 
nadzwyczajnym przypadkiem. Na twoim łóżku pojawią się jeszcze dziś różne 
książki o ukrywaniu emocji. To na dobry początek nauki. Życzę powodzenia, 
mam nadzieję że mnie nie zawiedziesz- mówił dalej Akkarin.
- Nie zawiodę cię, Mistrzu- obiecał szczerze Syn Nocy, na co jego mentor się 
lekko uśmiechnął.
- Chęci szczere, aczkolwiek musisz wiedzieć, że łatwo nie będzie ci sprostać 
moim wymaganiom- ostrzegł chłopca mężczyzna.- A teraz leć już na następną 
lekcję, nie chcę abyś się spóźnił.
   Od tej rozmowy z Mistrzem Harry wiedział, że nie może go zawieść. Mimo iż 
mężczyzna nie sprawiał przyjaznego wrażenia, to chłopakowi coś wewnątrz 
mówiło, że musi go uszczęśliwić. Najgorsze było to, że nie wiedział, skąd to 
poczucie się w nim brało.
- Ej, Harry coś taki zamyślony?- wyrwał z letargu przyjaciela Draco, gdy razem 
pisali wypracowanie wieczorem o Telepatii. Mieli się rozpisać na 3 rolki 
pergaminu drobnym druczkiem, a mieli na to raptem kilka nocy. Mimo szczerych 
chęci, musieli je czasem zarwać, a potem chodzili wpół przytomni.
- Yyyyy... Nic- wzdrygnął się na sam dźwięk jego głosu Harry, potrząsając 
delikatnie głową. Był bardzo śpiący, ale musiał skończyć ten esej. Nie zamierzał 
się poddawać, gdy już tak mu niewiele brakowało do upragnionego finishu. 
Jeszcze tylko kilkanaście linijek... Kilkaset literek i po sprawie. Oby to było 
łatwiejsze, niż brzmi.
- Może chodźmy na stołówkę napić się kawy?- zaproponował swojemu 
Chronionemu Malfoy.- No, nie daj się prosić. Wyglądasz, jakbyś miał zaraz 
usnąć.
- Ale weźmy od razu swoje prace. Tam je dokończymy, przy kawie- poprosił 
Snape, mrugając oczyma, jakby chciał się tak pobudzić. Cóż, każdy ma swoje 
sposoby.
   Stołówkę oświetlały lampy, a chłopcy dodatkowo postawili sobie świece na 
stole, aby lepiej widzieć, co piszą. Uważali, aby nie zalać pergaminu woskiem, bo
już nie raz się tak stało... A byli źli na siebie całą noc, którą pisali od nowa 
wypracowania.
   Z kubków wydobywała się pięknie pachnąca kawą para. Oboje, gdy już się 
trochę napili tego niesamowicie dobrego, ale mocnego czarnego napoju, od razu 
poczuli się lepiej i mniej sennie.
   Harry starał się pisać na tyle czytelnie, aby dało się go rozczytać. Zwykle wolał 
bazgrać, ale na Obozie się starał. Chciał być najlepszy.
- Już kończę- rzekł usatysfakcjonowany i dziwnie wesoły brunet, pisząc już 

background image

ostatni wyraz. Był z siebie dumny, że aż tyle napisał i wyrobił się w czasie. Kto 
wie, może jeszcze starczy mu na sen?
- To poczekaj na mnie. Jeszcze tylko kilka zdań- westchnął z nieudawaną 
zazdrością blondyn.- I nareszcie będzie można trochę odpocząć. Już nie mogę 
się doczekać tych kilku godzin snu w ciepłej pościeli. Nareszcie będzie można 
zamknąć oczy i oddać się w objęcia Morfeusza.
- Też już marzę o tym- uśmiechnął się z rozmarzeniem Harry.- Zaraz skończysz i 
wrócimy. W domku niech już się dzieje, co chce, ja idę spać. Muszę zrobić w 
weekend Eliksir Regenerujący, jak będę miał trochę czasu. Dłużej bez niego nie 
wytrzymam.
- Masz rację. Rób go najszybciej jak możesz. Bez niego nie wytrzymam, tak 
samo jak nie wytrzymam bez ciebie- zażartował w sumie nie kłamiąc Draco. 
Chronić kogoś, oznacza nie móc żyć w niepewności o jego zdrowie. Malfoy miał 
ciągle jakieś jakby sygnały z mózgu, że musi dbać o Syna Nocy, bo inaczej nie 
wiadomo co może się z nim stać.
- Oj Smoczku, Smoczku. Kiedyś się nasze drogi pewnie rozejdą i co wtedy?- 
spytał Snape, wchodząc przez drzwi do domu i nie zostawiając możliwości 
przyjacielowi do odpowiedzi.
- Nie wiem bracie, nie wiem... Nie pozwolę ci odejść- szepnął tak cicho, aby 
brunet go  nie usłyszał i udał się na spoczynek. 

Rozdział 4" Sandra Silver"

   W gruncie rzeczy Harry Snape bardzo przyzwyczaił się do trybu dnia 
prowadzonego w Obozie Magów. Oswoił się z tym, że jest młodym uczniem 
Czarnego Maga Akkarina i musi dawać z siebie wszystko, aby utrzymać swoją 
pozycję w grupie  i się uczyć nowych rzeczy.
  Szybko spostrzegł, że jego potencjalną rywalką jest "wyższa" Sandra Silver. 
Mimo że była dwunastolatką, jak z resztą on i Draco, wykazywała się wielkim 
talentem i zaangażowaniem, co nie uchodziło Mistrzom. Chwalili ją nieustannie. 
A poza tym była... dziewczyną. Młody Snape nie dopuszczał do siebie myśli, że 
ktoś tej płci może przewyższać go w czymkolwiek oprócz gotowania. Ona zaś 
biła go na głowę w prawie wszystkim, prócz szermierki. Harry miał do niej 
wrodzony talent i otrzymywał jako jedyny z grupy prywatne lekcje.
   Mistrz Velan wymagał od niego wiele, nie tylko w walce na miecze. Uważnie 
obserwował swojego ucznia i jego postępy w nauce. Był srogim nauczycielem i 
naprawdę silnym i potężnym magiem. Harry nawet nie marzył o tym, aby 
kiedykolwiek mu dorównać pod tym względem. Jednak się starał i nie ustawał w 
tych staraniach, choć niszczyło go to od środka. Miał mało czasu na odpoczynek 
i spanie, niewiele jadł, bo wolał w tym czasie się uczyć czy ćwiczyć.
   Któregoś sierpniowego wtorku Harry wstał jak zawsze o godzinie 4 i obudził 
się. Umył się szybko, aby zwolnić łazienkę dla współlokatora, który mógł sobie 
pospać kwadrans dłużej niż on. Młody Snape włożył na siebie swoją uczniowską 
czarną szatę i uczesał swoje świeżo obcięte na długość kilku centymetrów włosy.

background image

Teraz prawie nieustannie ciągle stały mu niesfornie do góry, co go lekko 
irytowało, ale nie dawał tego po sobie poznać.
   Chłopak przeczytał już dawno wszystkie książki o umiejętności kłamania i 
szpiegostwa, które jakiś czas temu podarował mu jego mistrz Velan. Dowiedział 
się z nich wielu pożytecznych rzeczy i zaczął wcielać je w życie. Pomagał mu w 
tym oczywiście sam Akkarin, chcąc jak najlepiej wyszkolić chłopaka.
   Harry ubolewał nad tym, że nie pozwolono im, "wyższym" uczniom, 
kontaktował się ze światem zewnętrznym. Chciał napisać choć krótki list do ojca, 
że trzyma się dobrze i się nie poddaje, a zawzięcie uczy. Tylko kilka słów, że jest 
zdrowy i żyje. Nie pozwolono mu... Wytłumaczono mu, że tak będzie lepiej dla 
niego.
  Wraz z Draco skierowali się na śniadanie. Czekał ich kolejny długi i jakże 
pracowity dzień.
   Usiedli, jak zawsze, przy stole ósemki "wyższych", obok bliźniaków Weasley i 
dziewczyn. Sandra Silver jak zwykle spojrzała na niego pogardliwie. Chłopak 
nigdy nie wiedział, o co jej mogło chodzić, a Draco radził mu się tym nie 
przejmować. W sumie, co go to obchodzi? Zwykła dziewczyna, tyle że ładna i 
utalentowana. Phi!
   Całą ósemką młodzież ruszyła na Ćwiczenie Siłowe prowadzone przez dosyć 
surowego Mistrza Briana Harpera.
- 40 okrążeń wokół wewnętrznego obwodu obozu. Macie na to 10 minut!- 
krzyknął Mistrz Harper, a wszyscy jego uczniowie zaczęli biec, aby nie musieć 
powtarzać tego ćwiczenia po raz kolejny. Obóz w końcu nie był taki mały... A 
przebyć wokół niego 10 okrążeń w 10 minut prawie że niewykonalne. Jednak 
młodzi magowie uczyli się wzmacniać swoje ciało, używając przy tym trochę 
magii ciała.
   Przez resztę zajęć chłopcy podnosili kamienie i głazy oraz się rozciągali, zaś 
dziewczyny pracowały nad swoją sylwetką tak, aby się nie przeciążyć. Wszystkie
ćwiczenia wykonywały delikatnie i z gracją.
   Na Łucznictwie tego dnia Mistrzyni Regina podzieliła ich na dwie grupy: 
chłopców i dziewczyny, czego wcześniej nigdy nie robiła. Kazała im przywołać 
treningowe łuki i ustawić się w dwóch rzędach, w zależności od wcześniejszego 
podziału.
- Teraz się trochę rozerwiecie. Gracie przeciwko sobie. Wygrani dostaną drugą 
godzinę lekcji dzisiejszej na odpoczynek, a przegrani będą biegać dookoła obozu
przez całe 60 minut. Zgoda? - nie czekając na odpowiedź Mistrzyni wyczarowała 
ruchome cele.- Gra będzie polegała na trafieniu w jak najwięcej celi przed 
upływem wyznaczonego czasu. W parach, chłopak przeciw dziewczynie, 
strzelacie na mój znak. Kończycie również na mój znak. Weasley Fred i Ungis, 
Weasley George i Yorven, Malfoy i Madden, Snape i Silver. Startujecie w takiej 
kolejności. Nie wolno przekroczyć wam wyznaczonej linii kroków, bo odpadniecie
od razu.
   Fred i Patrice byli oboje na prawie równym poziomie w Łucznictwie, więc 
szanse mieli wyrównane. Skończyło się na tym, że zwyciężył rudzielec, ale tylko 
jednym punktem.
  Za to George nie dorównywał zdolnościami Kamille, przez co przegrał aż 4 

background image

punktami. Jego stratę wyrównał Draco, wygrywając nad Kelly, z którą miał 
całkiem niezłe stosunki. Dziewczyna lubiła go, a on ją. Jednak Malfoy nie 
przestawał być wierny swojemu Chronionemu...
   Nareszcie nadszedł czas na Harry'ego i Sandrę. Oboje jako zagorzali 
przeciwnicy i najlepsi Łucznicy z grupy, starali się wygrać. Chłopcy prowadzili 
dwoma punktami, a młody Snape nie chciał stracić tej przewagi.
  Jako że był leworęczny, musiał korzystać z inaczej zbudowanego łuku, niż 
reszta. Jego siła leżała w lewej ręce, a nie jak u innych w prawej.
   Raz po raz jego strzały trafiały w cel, który sobie obrał, ale dziewczyna od 
niego nie odstawała. Jak na razie ciągle remisowali.
- Ej, Snape, uważaj!- krzyknęła Silver, a po chwili jej strzała trafiła w drzewo, 
zaraz koło niego.
  Przez tą chwilę nieuwagi chłopak oddalił się punktowo od dziewczyny, która 
śmiała się z jego nieuwagi...
   Przez niego jego drużyna przegrała. Był wściekły na siebie, ale starał się 
opanować swój gniew... Bo wykiwała go dziewczyna...
- Widzisz Snape, jak słaby jesteś?- zaśmiała się z wyższością Silver, kiedy 
wszystkie dziewczyny gratulowały jej zwycięstwa.
- Nie przejmuj się- pocieszali go chłopcy,  ściskając Harry'ego i siebie nawzajem.-
Ona jest zwyczajnie podła, jak nie będziesz zwracał na nią uwagi, to się odczepi.
- Jak już obiecałam, dziewczyny, które wygrały, mogą iść odpoczywać do siebie, 
a chłopcy, jako przegrani, zaczynajcie już biegać!- krzyknęła Mistrzyni Regina.- 
Harry, przyjdź do mnie w czasie obiadu, muszę z tobą porozmawiać.
   Chłopcy nie zważając na złośliwe docinki dziewczyn, które puszyły się z 
wygranej, zaczęli rundki dookoła obozu. Oj, czekała ich męcząca godzina, ale 
pocieszali się tym, że będą w lepszej formie niż przed nią. Nierealni optymiści, 
ale trzeba mieć swój sposób na życie.
   60 minut później zaczynała się lekcja Sztuki Przetrwania. Chłopcy ledwo 
dyszeli i byli całkowicie przepoceni, ale starali się uważać na wykładzie 
nauczyciela. Ten nie przejmował się zupełnie ich stanem i męczył ich z całych sił.
   Rytuały Czarnomagiczne były ulubionym przedmiotem Silver. Harry równie 
dobrze sobie na nich radził i starał się z całych sił jakoś dopiec swojej rywalce, 
która mocno trzymała się i nie dawała się wytrącić z równowagi.
  Harry prędko zjadł obiad, aby o czasie zgłosić się do Mistrzyni Reginy, która 
miała mu coś widocznie do przekazania. O dziwo wiedział, że nie będzie 
zadowolona z jego porażki na lekcji, kiedy to dał się wykiwać Silver. A przecież 
użyła tak banalnej sztuczki i sam mógł o niej pomyśleć.
- Dzień dobry, Mistrzyni- ukłonił się młody Snape kobiecie.
- Witaj, Harry. Nie kazałam ci tu przyjść bez powodu- o tych słowach podeszła do
chłopca, który jakimś cudem jeszcze utrzymywał niewyrażający emocji wyraz 
twarzy. Miał mieszane uczucia co do tych powodów nauczycielki.
- Słucham, Mistrzyni- pokiwał głową Harry w geście posłuszeństwa. Wszyscy 
uczniowie musieli tak się zwracać do mistrzów.
- Jesteś moim ulubionym i najzdolniejszym uczniem, jakiego kiedykolwiek 
miałam. Nie, nie przejęzyczyłam się- rzekła, ignorując niedowierzające 
spojrzenia chłopaka.- Nie jest tą osobą  panna Silver. W tobie wyczuwam to coś, 

background image

jesteś niezwykły. Świetnie radzisz sobie w Łucznictwie, aczkolwiek łatwo wytrącić
cię z równowagi i rozproszyć. Wtedy przegrywasz, jak dziś.
- Tak, Mistrzyni. Ale przecież Silver radzi sobie lepiej ode mnie, jak to dziś 
zaprezentowała... Z resztą nie tylko dziś- zauważył młody Snape.- Ogólnie bije 
mnie na głowę we wszystkim...
- Mylisz się, Harry. Po prostu jesteś skromny i wybacz to określenie... ślepy. Nie 
zauważasz wielu swoich mocnych stron, co przeciwnik w mig wykorzystuje. A 
panna Silver ma niejeden powód aby z tobą konkurować i cię nie lubić- 
westchnęła Mistrzyni.- Musisz zacząć pracować nad sobą, nad swoją 
koncentracją i pewnością siebie. W sumie tylko tego ci brakuje... A poza tym... 
Nauka nauka i jeszcze raz nauka.
- Wiem, Mistrzyni. Mistrz Velan tak ciągle mi mówi- uśmiechnął się powściągliwie
Harry.- Bo bez nauki i ćwiczeń nie osiągnę niczego i będę nikim.
- I ma racje- rzekła sir Regina.- Będę miała na ciebie oko i mimo że nie jestem 
twoją mentorką, zawsze możesz do mnie i przyjść i się mnie poradzić. Poza tym 
chyba nawet podobasz się pannie Silver.
- Nie chcę się jej podobać- zaprotestował chłopak, ale kobieta z uśmiechem go 
uciszyła.
- Teraz może i nie...
    Po tej rozmowie Harry udał się na Alchemię. Na szczęście w tym przedmiocie 
reszta grupy nie dosięgała mu do pięt... Nawet ta Silver.
   Podczas Zajęć z Mentorem młody Snape uczył się być coraz lepszy w 
maskowaniu swoich emocji i poskramianiu swojego gniewu. Musiał przyznać, że 
wcześniej nie wiedział, jak te zdolności się przydają. A szpiegostwo... Jeszcze 
nie było mu potrzebne, ale w przyszłości... Z pewnością.
   Kolację Harry zjadł wesoło konwersując z bliźniakami Weasley i Draco. Musiał 
przyznać, że ta koleżanka Draco- Kelly Madden była przeciwieństwem Silver i 
dało się z nią rozmawiać. Ona nie miała do niego takich uprzedzeń, jak jej 
współlokatorka.
   Reszta lekcji, czyli Pojedynki i Etykieta minęły chłopcu bardzo szybko i ogólnie 
bez większych problemów. Całą noc zaś Harry rozważał w myślach słowa 
Mistrzyni Reginy, ponieważ tego dnia zadali im bardzo mało prac domowych, a 
nie mógł zasnąć... Dochodził powoli do wniosku, że ta kobieta wcale źle mu nie 
życzy...
                                       ***
   W weekend uczniowie Czarnych Magów mieli sporo wolnego czasu, ponieważ 
nauczyciele zadali im mniej niż zwykle. Nie zamierzali tego dobrze nie 
wykorzystać.
   Wpierw Harry i Draco zaczęli ćwiczyć szermierkę. Pod okiem bruneta, Malfoy 
robił coraz większe postępy, co niezmiernie radowało jego nauczyciela.
  Bili się oczywiście na drewniane miecze, aby nie zrobić sobie krzywdy. Kochali 
się jak bracia i jeden był gotowy poświęcić życie za tego drugiego.
  Po kilku godzinach, gdy słońce parzyło już tak mocno, że nie dali rady walczyć, 
zrzucili z siebie niepotrzebne ubrania i zostali w samych bokserkach. Tak ubrani 
wskoczyli do chłodnej, morskiej wody.
   Snape i Malfoy uwielbiali nurkować, więc rzucili na siebie zaklęcia 

background image

"Bąblogłowy" i płynęli tuż przy dnie morza, nie potrzebując wynurzania się na 
powierzchnię, aby zaczerpnąć oddechu. Dodatkowo bąbel wokół ich głów 
pozwalał im na widzenie wszystkiego pod wodą, a słona woda nie zalewała im 
oczu.
   Jak się prędko przekonali, "tam na dole" rosło wiele różnych, egzotycznych 
roślin i pływało wiele różnych, rzadkich morskich stworzeń, w tym jaskrawo 
ubarwionych ryb z wielkimi paszczami i ostrymi zębami.
   Harry uważał, aby któraś z nich nie ugryzła go, czy, o zgrozo, nie rozerwała mu
bokserek. Wtedy dopiero byłoby wszystkim do śmiechu. A nie zamierzał znowu 
być upokarzanym przez pannę Silver, której nie znosił z całego serca. W końcu 
sama zaczęła tą kłótnię, więc on nie zamierzał jej kończyć, póki ona nie 
przeprosi. Był zbyt na coś takiego dumny.
   Pod wodą czas płynął szybciej niż na powierzchni. Snape zanim się spostrzegł,
nastał wieczór i słońce zaczęło się niebezpiecznie chować pod horyzontem.
   On i Draco byli całkiem przemoczeni, więc położyli się na plaży na sowich 
ręcznikach i postanowili, że wyschną w taki a nie inny sposób.
   Harry zdążył się przekonać na własnej skórze, jak te wszystkie ćwiczenia 
fizyczne wpływają na jego ciało. Nabrał mięśni i schudł jeszcze bardziej, o ile to 
w ogóle możliwe. Na dodatek z pewnością trochę urósł i wyprzystojniał, choć 
tego drugiego zdawał się nie zauważać. Nadal brakowało mu pewności siebie i 
wiary w swoje możliwości. A przecież takowe miał...
   Tak minęła przyjemnie spędzona sobota. A jeszcze przed nimi niedziela. Skoro 
były tak piękne dni, czemu tracić je na naukę czegoś, co już się nauczyli?
   Wszyscy "wyżsi" chłopcy wybrali się na ekstremalne skoki z klifów i urwisk 
prosto do morza. Nic bardziej nie podnosiło adrenaliny, niż to.
   W powietrzu wykonywali rozmaite tricki, które podziwiała reszta grupy. Dopiero 
późnym wieczorem się rozdzielili i wrócili do swoich domków.
   Harry i Draco rozłożyli się wygodnie na kanapie w swoim akademiku i zupełnie 
pochłonęła ich rozmowa.
- Harry, coś mi się zdaje, że ta Silver ma nieczyste sumienie- wyraził swoją opinię
Malfoy.
- Też mi się zdaje, ale nie zamierzam nikogo oskarżać, póki nie będę miał 
dowodów- westchnął Snape.- Nie wiem, o co jej chodzi, ale po prostu mnie nie 
lubi. Nic jej nie zrobiłem, a była już taka od początku.
- Więc co zamierzasz?- zmarszczył brwi Draco, nie do końca rozumiejąc, co jego
przyjaciel miał na myśli.
- Na razie nic- rzekł całkiem poważnie Harry.- Daję jej szansę, aby się odczepiła. 
Jak to nie poskutkuje, zacznę stosować inne metody.
- Tylko jej nie zabij- zażartował Strażnik.
- Postaram się- uśmiechnął się chytrze Chroniony i zamknął oczy... Tej nocy był 
dziwnie spokojny i radosny...

Rozdział 5 " Wyzwanie?"

background image

   Jednak Sandra Silver mimo upływających dni, tygodni nie przeszkadzała 
dokuczać i wyśmiewać się z Harry'ego. Chłopak czuł się całkowicie bezradny na 
jej coraz to głupsze pomysły, mające na celu ośmieszenie go i pokazanie, że jest
lepsza.
   Mimo wszelkim przeciwnościom losu Harry nie poddawał się i szukał jakiegoś 
pomysłu, jak jej się odgryźć. Kilka razy nawet mu się udało. Wrzucił jej na głowę 
niezauważalnie pająka, a to blada jak śmierć zaczęła krzyczeć w panice, przez 
co przegrała z nim w pojedynku na lekcji.
   Jednakże mistrz Akkarin nie pochwalał zachowania swojego ucznia i zabrał się 
za rozmowę z nim o tym w czasie Zajęć z Mentorem.
- Zasłużyła sobie- mówił Harry, ale jego mentor go uciszył gestem. Nie chciał 
słuchać dalej tych dziecięcych tłumaczeń.
- Nie obchodzi mnie słuchanie, czy sobie zasłużyła, czy nie- rzekł srogo sir 
Velan. Jego głos był podniosły, ale bez gniewu czy niepohamowanej złości. Tak 
jak uczył Harry'ego.- Nie obchodzi mnie ona. Obchodzisz mnie ty i twoje 
zachowanie, bo to twoim mentorem jestem, a nie jej. Zrozumiałeś?
- Tak, sir- przytaknął przygaszony chłopiec, spuszczając głowę. Patrzył się na 
czubki swoich stóp, aby nie zrobić się cały pąsowy na twarzy.- Przepraszam, sir.
- Dobrze, teraz słuchaj mnie uważnie bo nie zamierzam ci tego powtarzać- 
rozkazał głosem nieznoszącym sprzeciwu sir Akkarin.- Prawdziwy mężczyzna 
nie powinien bawić się  w tak dziecinne gry, jakie ty rozpocząłeś. Skoro ona cię 
zaczepia i ci dokucza, tobie, mojemu uczniowi, powinieneś potraktować ją jak 
przeciwnika. Powinieneś ją wyzwać. Wyzwać na pojedynek Magów. To będzie 
honorowe rozstrzygnięcie sporu, a ona nie będzie mogła odmówić. To by 
znaczyło, że nie jest godna dalszej nauki w Obozie Magów.
- Jak mam to zrobić, Mistrzu? I czy są jakiekolwiek szanse, że wygram? Przecież
jeśli przegram, ona będzie miała kolejny powód, aby mi dopiekać do końca życia-
wyraził mnóstwo obaw Snape.- Ona jest naprawdę silna i potężna...
- O tak, dobrze że nie lekceważysz przeciwnika. To mi się podoba. Nie podoba 
mi się jednak to, że nadal nie wierzysz w siebie. Wygrasz, jak uwierzysz w swoje 
możliwości i nie dasz się rozproszyć. Pamiętaj, bez koncentracji nie masz szans. 
Ona dobrze rozprasza uwagę, jak już się o tym przekonałeś- mówił Mistrz Velan.-
Jesteś potężniejszy niż wielu innych, aczkolwiek nie jesteś najpotężniejszy... Na 
razie... A wiesz z jakiego powodu? Bo twoja moc jeszcze się nie uaktywniła do 
końca. Ona ciągle rośnie, się uaktywnia... Dopiero jest pewien moment w życiu, 
że ten proces znika. Masz tyle magii, ile jej nazbierałeś. Ile jej uaktywniłeś i 
odkryłeś w sobie. Coś mi się zdaje, a ja zawsze mam rację, że będziesz bardzo 
silny, potrzebujesz tylko wiary w siebie... Każdy ci to powie.
- Rozumiem- pokiwał ze zrozumieniem głową chłopak, zastanawiając się i 
rozważając wszystkie słowa swojego mentora.
- To dlaczego nic nie robisz?- podniósł z irytacją brew do góry mężczyzna.- Jak 
jeszcze raz cię zaczepi, to wyzwij ją. I ma być jak najwięcej świadków i publiki. To
powinno dodać ci skrzydeł.
- Dobrze, sir- ukłonił się Harry i po krótkim pożegnaniu odszedł na następną 
lekcję.
                                       ***

background image

   Tego samego dnia, nocą, Draco Malfoy leżał na swoim łóżku, rozmyślając nad 
sobą i wszystkim co go otaczało. Patrzył się w sufit i słuchał spokojnego, dość 
głębokiego oddechu swojego najlepszego przyjaciela, który już usnął. W 
przeciwieństwie do niego blondyn nie mógł usnąć.
   W ciągu ostatnich tygodni, miesięcy tyle wydarzyło się w jego życiu... Został 
uczniem Czarnego Maga, takich jak on nazywano "wyższymi", co podkreślało 
jego zdolności i moc.
   Usłyszał jedno zdanie, które miało być jego przepowiednią na życie. O dziwo 
nawet mu się podobało.
"Invitum qui servat, idem facit occidenti"... Kto ocala kogoś wbrew jego woli, to 
tak jakby go zabijał...
   Draco nie wiedział do końca, co ma o tym sądzić, ale miał pewne domysły i 
podejrzenia. Został Strażnikiem, opiekunem do końca życia i jeszcze dłużej... A 
osobą, którą miał chronić był jego przyszywany brat Harry. Kochał go jak nikogo 
innego w życiu. Czuł się za niego odpowiedzialny, jak starszy brat. A młody 
Snape nigdy nie protestował, lubił jak Malfoy się nim opiekował, otaczał go swoją
ochroną, mimo iż był potężny i silny, zdecydowanie bardziej niż jego Strażnik.
   Nie wiedział, co zrobi, gdy obaj dorosną. Czy ich drogi się rozejdą? Przecież 
nie może chodzić za Harry'm do końca życia, jak jego wierny piesek... Chociaż 
czuł, że tak powinien. Czy to było jego powołanie?
   Ale w jego przepowiedni pisało coś innego... Ma go nie ocalać, bo to się źle 
skończy... To w końcu co ma zrobić? Jest Strażnikiem i ma się trzymać z daleka 
od spraw swojego Chronionego? To się nie trzyma kupy.
   Westchnął cicho, aby przypadkiem nie obudzić przyjaciela. Naprawdę miał 
wiele zmartwień i najgorsze było to, że nie wiedział kogo się poradzić. Czy jego 
mentor jakoś mu pomoże? Czy się wyśmieje i znów Malfoy zostanie sam ze 
swoimi problemami?
   Z głową zaprzątniętą takimi zmartwieniami chłopiec o niedługich blond włosach
usnął. Czy jego życie ma szanse być kiedykolwiek normalne?
                                         ***
    Sandra miała wiele problemów w  swoim życiu miała również wiele zmartwień.
Nie wiedziała konkretnie, dlaczego ciągle ośmieszała tego przystojnego, 
aczkolwiek lekko zagubionego, nieśmiałego i nie wierzącego w siebie chłopca... 
Nic do niego nie miała. Równie dobrze mogła się uwziąć na jego przyjaciela, 
tego odważnego i rozsądnego blondyna o głowie pomysłów. Nie, nie mogła. 
Harry Snape był silny i potężny, nawet jeśli nie zdawał sobie z tego sprawy.
    Rywalizowała z nim, byli najlepsi w grupie. Były przedmioty, w których on był 
lepszy, ale też takie, w których ona wygrywała.
    Na początku nie lubiła go tylko dlatego, że czuła, że nigdy nie będzie tak 
dobra, jak on, choć to ONA znała swoją wartość, a nie on. Miała moc, ale on miał
większą. Zazdrość nie pozwalała jej żyć. Przyzwyczaiła się do tego, że nikt nie 
dorównywał jej do pięt. Teraz już tak nie było. Nie potrafiła się do tego 
przyzwyczaić.
    Teraz miała inny powód aby nienawidzić go z  całego serca i z całej swej 
duszy. A było to bardzo dziwne, bo za razem kochała go... Podobał się jej taki, 
jak jest. Przystojny, dobrze zbudowany, wysoki, odważny a zarazem nieśmiały i z

background image

tym słodkim brakiem wiary w siebie. Najgorsze było to, że czuła, że 
wystarczająco zgorszyła go do siebie wcześniej, aby nie chciał jej znać.
    Westchnęła, przeczesując palcami swoje kruczoczarne loki. W jej fioletowych 
oczach zalśniły łzy. Była piękna, ale jakże nieszczęśliwa. Dotychczas nikt nie 
potrafił się jej oprzeć. I właśnie za to kochała Harry'ego- był tak całkowicie inny 
od wszystkich. Zagubiony, złośliwy i zawsze mający swoje zdanie.
    Zaczęła cichutko śpiewać, rzewnie płacząc:

"Pójdziemy razem drogą,

drogowskazy są po to

by za nimi podążać

cel jest jeden,

kto powiedział,że blisko

dziś znowu widzę szanse

wyciągnąłeś rękę

chwyciłam ją, choć wiem że jeszcze nie raz

mi się wyślizgnie

będę szukać po omacku

i znowu ja znajdę,

znowu trzymając się za ręce

pójdziemy drogą

patrząc na drogowskazy

do celu

do NAS."

- Normalny, zwyczajny chłopiec by mnie teraz pocieszał i tulił. Ale ty nie jesteś 
tym zwyczajnym. Jesteś moją własną odmianą heroiny- szepnęła w nicość 
dziewczyna, ocierając łzy ze swojej pięknej twarzy o opalonej, zdrowej cerze.- 
Chociaż czego oczekiwałam? Jako córka Śmierciożerców, zaufanych 
Voldemorta, nie mam szans u kogoś, kto pokonał Czarnego Pana... Pewnie, gdy 

background image

się o tym dowie, zechce mnie zabić... Dziecko Mroku, na pewno tak mnie 
nazwie... Ale co z tego, że żyłam wśród ciemnych typów? Przecież on nawet nie 
zna mnie od tej dobrej strony...
   Znów zaniosła się szlochem. Chciała się za wszelką cenę wziąć w garść, ale 
było jej trudno, bardzo trudno...
- Znowu przez niego płaczesz?- spytała jakby to było coś normalnego Kelly, jej 
współlokatorka i najlepsza przyjaciółka.- Mówiłam ci, żebyś go tak nie 
traktowała... Ale ty musiałaś wiedzieć lepiej. Cicho, spokojnie... Już nic się nie 
stało. Spróbuj zasnąć.- przytuliła Sandrę jej Strażniczka.
- Już, już mi lepiej- wymamrotała Silver, ocierając ponownie łzy. I dlaczego 
rozkleja się po raz kolejny przez tego głupiego chłopaka? Nie, on nie był głupi... 
Przez tego wspaniałego i nieprzystępnego chłopca...
                                             ***
       Następnego dnia, a był to czwartek, Harry jak co dzień udał się na lekcje. 
Nadal czekał na jakąś prowokację, jakiś pretekst, ze strony panienki Silver, aby 
wyzwać ją na pojedynek. Czuł, jak z każdą sekundą wzrasta jego wiara w 
siebie... W tej chwili miał wrażenie, że mógłby jednym ruchem palca przenosić 
góry.
     Na szczęście okazja przytrafiła się bardzo prędko, zanim Harry zdążył sam ją 
sprowokować, aby ona sprowokowała jego.
- Och, Snape, może pójdziemy sobie postrzelać do celu? Znów przegrasz- 
syknęła do niego na stołówce podczas obiadu Sandra, złośliwie się 
uśmiechając.- Mowę ci odjęło? Tak się przestraszyłeś?
- Coś mi się zdaje Barbie, że zaraz nie będzie ci tak do śmiechu. Wyzywam cię 
na Pojedynek Magów, Silver. Dasz radę odmówić i splamić swój honor?- wyzwał 
ją, wywyższając się i podnosząc brodę do góry młody Snape.
   Dziewczynę zamurowało. Zrobiła się blada na twarzy, a szczęka prawie opadła
jej do samej ziemi. Nie wierzyła, że ON, jej książę z marzeń, jest w stanie zrobić 
coś TAKIEGO.
- A moje wyczucie jest idealne- zaśmiał się z pogardą Harry, a Draco poklepał go 
po plecach.- Straciłaś język w gębie, Silver? Ty już przegrałaś.
- Rzuć czas i miejsce- odezwała się z resztą godności dziewczyna. Nadal ledwo 
mówiła, ale się starała brzmieć przekonująco.
- Ta sobota, godzina 17.00, na Arenie- rzekł hardo Snape, wypinając dumnie 
pierś do przodu.- Już nie jesteś tak odważna? Widać tylko przechwalać się 
umiesz... A miałem cię za lepszą i bardziej wygadaną rywalkę.
- Pasuje mi. Na co walczymy?- spytała Sandra, podnosząc brew do góry w 
zdenerwowaniu, choć coraz mniej było to po niej widać. Wyglądała już na znów 
wyluzowaną i pewną siebie, choć ten chłopak, jej książę z bajki nie powinien jej 
wyzywać na pojedynki, a zapraszać na randki.
- Tylko magia, bez broni- oznajmił chłopiec, promieniując wręcz radością i 
potęgą. Był z siebie dumny. Równie dumny i zadowolony był z niego Akkarin i 
jego przyjaciele, na których mógł zawsze liczyć, a oni na niego.
- Może być, Snape. Tylko nie licz na to, że dam ci wygrać- syknęła z wyższością 
Silver i udała się zjeść w spokoju ciepły posiłek.
  Tymczasem Draco i Harry zajęli się odrabianiem w swoim domku prac 

background image

domowych, aby mieć ich mniej w nocy. Te kilkanaście minut w nocy robiło wielką 
różnicę. A co im zależało się teraz trochę pomęczyć, skoro już widzieli siebie 
słodko śpiących w ciepłych łóżkach.
   Malfoy trzymał kciuki, że  wiara jego przyjaciela w siebie się nagle nie 
rozproszy i dotrwa z nią aż do pojedynku, a najlepiej jeszcze dłużej. Teraz sam 
bałby się z nim walczyć, sprawiał tak potężne wrażenie silnego maga.
- Jesteś pewny, że dasz radę?- upewniał się blondyn, patrząc uważnie na 
przyszywanego brata.
- Tak, Smoku. Teraz wiem, że dam radę- uśmiechnął się szeroko Syn Nocy.- Już 
się tak nie martw, mój ty Strażniku... Nic mi nie będzie, poza tym ten pojedynek 
jest dopiero w sobotę, a nie za chwilę.
- No niby tak...- przyznał mu rację Draco, ale nie był do końca pewien tego.- W 
sumie nie możesz przegrać. Jesteś zbyt dobry i silny na to.
- Nie podlizuj się, blondi- zachichotał brunet, przytulając po bratersku Malfoya.- 
Ale wiem że nie mogę przegrać. Boję się nawet pomyśleć, co by dla mnie 
oznaczała ta przegrana.
- Pamiętasz minę tej Silver? Wyglądała jak żywy trup, gdy się odważyłeś 
wygarnąć jej prosto w twarz, co o niej myślisz. To było wręcz niesamowite- 
zaśmiał się blondyn.
- Tak, ja też tego nie zapomnę do końca życia- wyszczerzył śnieżnobiałe zęby 
Snape.- Szkoda że ktoś wtedy nie zrobił jej zdjęcia, czy coś... I tak wstawić to do 
jakiejś gazety... O odwadze kobiet.
- Wiesz, nie wszystkie kobiety są złe... Kelly jest całkiem miła i ciekawie się z nią 
rozmawia- wyraził sprzeciw  Draco, uśmiechając się. To była dziewczyna 
stworzona dla niego. Rozgadana, zawsze uśmiechnięta, pogodna, nie 
konfliktowa i ogólnie z ciekawą osobowością. Takie kobiety, jak Sandra nie 
interesowały go. Sprawiałyby dużo problemów i ciągle by się z nimi kłóciło... Nie, 
wolał kogoś rozsądniejszego i mniej lekkomyślnego. Tyle że Kelly była od niego 
starsza o rok i z pewnością by go nie zaakceptowała. No i w sumie nie zakochał 
się w niej.
- No, no, no...- zaczął szczebiotać niczym dziewczynka Harry i skakać jak w 
balecie.- Pobawimy się lalkami, Draconusiu? A może pójdziemy na zakupy? 
Wolisz perfumy takie, czy takie? No nie! Nie mów, że nie używasz żadnych 
kosmetyków! Co?! Może ty się wcale nie myjesz?
   Po tej scence oboje zaczęli się tarzać ze śmiechu po podłodze swojego 
domku, nie mogąc się opanować. Harry robił takie miny, jak mała, rozkapryszona
dziewczynka.
- No weź!- trzepnął przyjaciela poduszką Malfoy.- Ja używam kosmetyków! Nie 
byłbym sobą, gdyby było inaczej.
- Tak, tak... Arystokrato w lakierkach, trykocie i rajtuzach- zadrwił Snape i znów 
zaczęli się pokładać ze śmiechu.
- Nie żartuj sobie ze mnie, paniczu Snape. Nie zamierzam tolerować pańskich 
wygłupów i pozwalania sobie na Merlin wie co- zaczął udawać poważnego 
mężczyznę Draco.- W moim mniemaniu jest pan niepoważny i 
nieodpowiedzialny. Brak wychowania i dobrych manier... Brak szacunku dla 
starszych... Powinien się pan wstydzić.

background image

- Ale ja się nie wstydzę- zaczął robić z siebie przygłupa Harry.- Co to znaczy 
"wstydzić się"? I kim pan w ogóle jest, aby mi rozkazywać? Kim ja jestem? 
POMOCY!!!
   Po tym wołaniu o pomoc po raz trzeci chłopcy nie wytrzymali  i do końca dnia 
bolały ich brzuchy, tak sobie nadwyrężyli mięśnie i przeponę...

Rozdział 6 " Pojedynek Magów"

                                   ***

   Znowu wtrącę swoje trzy grosze, a mianowicie chcę, zanim przeczytacie ten 
rozdział, przeczytali tą notkę.

   Chcę przeprosić za nieudolnie wykonany, ziejący nudą ostatni rozdział. Wzięło 
się to z braku mojej weny twórczej... Do tego czasem nie wyrabiam się z 
pisaniem nowych rozdziałów, bo często moje szkice trafiają do kosza, bo mi się 
nie podobają. To oczywiście przedłuża czas, jaki musicie czekać na nową notkę.

  To by było na tyle. Jakichkolwiek zastrzeżeń oczekuję w komentarzach.;)

  A teraz zapraszam do czytania nowego rozdziału, mam nadzieję że lepszego 
niż poprzednie.

                                    ***

   Sobota przyszła szybciej, niż ktokolwiek jej oczekiwał. Harry ćwiczył panowanie
nad sobą i swoją wewnętrzną moc, w czym również pomagał mu Akkarin.
   O umówionej godzinie chłopak w asyście swojego Strażnika i bliźniaków 
Weasley zjawił się na Arenie i tam zaczął rozgrzewać swoje ciało. Te ćwiczenia, 
które wykonywał pomagały mu osiągnąć wewnętrzne skupienie i złączenie 
energii w sobie.

   Jak poradziła mu wcześniej Mistrzyni Regina, oddychał głęboko i starał się 
zrelaksować i nie myśleć o pojedynku.

- Harry, wyluzuj... Wygrasz- wspierał go duchowo Draco, klepiąć po plecach.- Ta 
Silver nie ma przy tobie najmniejszych szans.

- Nigdy z resztą nie miała- dodał uśmiechnięty Fred.

- I mieć nie będzie- zakończył, szczerząc się jak wariat George, po czym przybili 
sobie piątki. Harry dziękował Merlinowi za tak wspaniałych przyjaciół, na których 
zawsze mógł liczyć i mógł zaufać bezgranicznie. Wiedział, że nigdy go nie 
zdradzą i nie nadszarpną jego zaufania.

background image

   Na ustawionych magicznie trybunach, osłoniętych mocną barierą stworzoną 
przez Czarnych Magów, zebrali się chyba wszyscy nauczyciele i uczniowie z 
Obozu, nawet nie będący " wyższymi". Widać takie Pojedynki Magów przyciągały
wielkie tłumy gapiów.

    Sandra Silver przygotowywała się do walki po drugiej stronie areny. 
Towarzyszyły jej pozostałe dziewczyny z "wyższych". Dziewczyna wyglądała na 
pewną swojej wygranej, ale czy aby na pewno tak było?

   Komentatorem został dyrektor Obozu Magów, mianowicie sir Pyestew. Był 
ubrany w ciemnobrązowe spodnie i białą koszulę. Na szyi miał zawieszony jakiś 
medalion przedstawiający liść dębu. Co to miało oznaczać?

- Po mojej  prawej stronie Sandra Evenlyn Silver, jedna z "wyższych", na 
stanowisku wyzwanej. Zaś po mojej lewej stronie Harry Salazar Snape, również 
jeden z " wyższych", w roli wyzywającego. Uzgodnili walkę jedynie na magię, 
ale... czy walka na magię jest małą bitwą? Otóż nie. To bardzo rozległa 
dziedzina. Zatem, na mój znak, będziecie mogli zacząć się pojedynkować. 
Zgodnie z kodeksem honorowym, walka powinna trwać 6 rund, o ile ktoś 
wcześniej nie odpadnie w stanie niedysponowanym, nie podda się, albo nie 
dojdzie do remisy. W tej ostatniej ewentualności rozgrywa się ostatnią, siódmą 
rundę. Każda runda trwa, póki jakieś zaklęcie nie dosięgnie zawodnika, a 
przerwa na wyleczenie nie może przekroczyć 5 minut. Zawodnicy gotowi?- 
komentował dyrektor Obozu, będąc w swoim żywiole.

   Harry i Sandra machnęli potakująco do niego głowami, aby nie zwlekał dalej i 
przestał gadać. Jednak zasady to zasady...

- Zatem, jeśli jesteście gotowi, ukłońcie się sobie nawzajem, aby potwierdzić 
ostatecznie gotowość do walki. No, nie ociągajcie się... Wszyscy na was patrzą!- 
zaśmiał się Pyestew, widząc ich groźne miny i wzrok, którym zabijali się 
nawzajem.

   Snape i Silver ukłonili się sobie nawzajem. Od razu woleliby się pomordować, 
nie zważając na publikę. Że też te zasady były tak sztywne... Inaczej od razu 
przeszliby do walki.

- Wszystkie zaklęcia dozwolone, oprócz zabijających. Wasi opiekunowie 
chcieliby was po tym pojedynku widzieć żywych, a przynajmniej muszą sprawiać 
takie wrażenie- zażartował komentator, co wywołało salwy śmiechu wśród 
zebranej publiczności.- Na trzy możecie się zacząć obrzucać zaklęciami. Raz... 
Dwa... Trzy!

   Harry prędko przywołał zaklęcie- tarczę, które zmaterializowało się na jego 
ręce jako prawdziwa stalowa tarcza, z tym że znacznie lżejsza i pormieniująca na

background image

złoto. Była bardzo silna i osłaniała przed większością uroków, ale aby się nią 
obronić, należało ciągle mieć ją w ruchu i nią odbijać promienie zaklęć. Niestety 
nie dawała ochrony przed atakami żywiołów...

   Silver zaatakowała pierwsza, niezbyt złożonym zaklęciem z dziedziny Czarnej 
Magii. Widać było, że nie chce nadszarpywać w pierwszej rundzie swojej energii.

   Snape bez problemu je odbił, uznając zasadę, że kto pierwszy atakuje, ten 
przegrywa z kretesem. Nie zaszkodziła wiara w stare,  rycerskie przesądy.

   Chłopak podskoczył do góry, niespodziewanie nacierając dwoma zaklęciami 
rozbrajającymi na dziewczynę. Te nie stanowiły dla niej problemu, tylko się 
uchyliła, a potem nagle zrywając, zaatakowała przeciwnika już rzędem 
mocniejszych uroków, które ledwo co obronił swoją tarczą.

- Duro!- krzyknął Harry, zapominając że są takie możliwości, jak zaklęcia 
niewerbalne. Jednakże odniosło to porządany skutek- zaklęcie zamiany w 
kamień obezwładniło zaskoczoną tym dziwnym zachowaniem wroga, Sandrę.

- Pierwsza runda wygrana przez Snape'a od mojej lewej strony. 5 minut przerwy!

   Do Harry'ego podszedł Draco, tylko z nim, jako swoim Strażnikiem, mógł się 
walczący komunikować podczas przerw.

- Dobrze ci idzie, naprawdę dobrze. Jednak najgorszą rzeczą, jaką możesz teraz 
zrobić, to osiąść na laurach... Walcz tak dobrze, jak teraz, nie spiesz się, uważaj i
bądź gotowy na to, że Silver może cię zaskoczyć- pouczał Chronionego Malfoy.

- Wiem- pokiwał potakująco głową Harry, odgarniając włosy z czoła.- Coś zbyt 
spokojnie grała w tej rundzie, z pewnością będzie chciała się odegrać za tą 
przegraną. Będę uważał.

   Rozpoczęła się druga runda. Tym razem walka między dwojgiem rywali się 
zaostrzyła i używali coraz to bardziej złożonych zaklęć, oczywiście niewerbalnie.

   Sandra zdecydowanie się rozkręciła, co było widoczne gołym okiem, a Harry 
jakby sobie poluzował i musiał coraz to bardziej uciekać przed mocnymi i 
szybkimi atakami.

   Po kilkunastu minutach Snape padł na ziemię, uderzony zwykłym zaklęciem 
rozbrajającym.

   2 rundę wygrała Silver, co Mistrz Harry'ego Akkarin skomentował jedynie 
słowami, skierowanymi do Draco:

- Teraz będzie już lepiej. Zobaczy, że ma szanse przegrać i weźmie się w garść. 

background image

Cieszę się, że przegrał tą rundę, bo stawał się zbyt pyszny i zadufany w sobie. 
Przestał zauważać atuty swojej przeciwniczki.

   Rozpoczęła się kolejna, już trzecia runda. Teraz Harry naprawdę wziął się w 
garść i zaczął walczyć jak prawdziwy mężczyzna. Oboje używali silnej, lecz 
zdradzieckiej Magii Żywiołów.

   Harry był całkiem dobry w te klocki. Najlepiej ze wszystkich pięciu żywiołów 
opanował Energię, Ogień i Wodę. Silver najzręczniej panowała nad Ziemią, 
Powietrzem i Ogniem.

- Kula ognia!- ryknęła dziewczyna, formując wyłażącą z jej dłoni płynną lawę na 
kształt kuli. Zamachnęła się zza pleców i rzuciła ją bardzo szybko, celując w 
przeciwnika.

- Kula wody!- wrzasnął Harry, a jego kula ugasiła tą posłaną przez dziewczynę- 
Atak Sopli!

   Około 10 ostrych jak brzytwa lodowych spopli wytrysnęło jakby z ręki chłopaka 
i skierowały się prosto w Sandrę.

- Kamienna tarcza!- pisnęła Silver, a w jej ręce pojawiła się tarcza, na której 
pokruszyły się wszystkie sople.- Zabójcze kłącza!

  Z ziemi wyrosły rośliny, przypominające do bólu Diabelskie Sidła i zaczęły 
pełznąć w kierunku Harry'ego.

- Fala ognia!- krzyknął chłopak, spalając płomieniami wszystkie kłącza, 
próbujące go zabić.- Piorun piorunów!

  Z ciała Snape'a wytrysnęły malutie, oślepiająco białe pioruny, po czym złączyły 
się w jeden wielki i natarły na przerażoną dziewczynę.

-  Kamienna tarcza!- próbowała się bronić Silver, jednak piorun przełamał jej 
ochronę i trzasnął w nią. Jej ciało zajarzyło się i padła ledwie przytomna, trochę 
nadpalona na podłogę.

   Tak skończyła się 3 już runda, zwycięska dla Harry'ego, który postanowił już 
nie dawać ponosić się emocjom. Musiał wygrać za wszelką cenę.

   4 rundę zwyciężyła Silver drobnym oszustwem, które rozproszyło wściekłego 
chłopaka, którego wkręciło w sam środek siebie tornado.

   Na szczęście tą przegraną młody Snape odrobił sobie w 5 rundzie, kiedy to z 
zaskoczenia zaatakował od tyłu dziewczynę. Tej nie podobało się w żadnym 
razie, że jej zwycięstwo wisiało na włosku... Bardzo cienkim z resztą.

background image

   Rozpoczęła się ostatnia, szósta runda. Harry płonął od nienawiści i wiary w 
siebie. Gdyby jego spojrzenie mogło zabijać, tego dnia na ziemi leżałoby bardzo 
wiele trupów...

- Tsunami!- ryknął Snape, a jakby z głębi ziemi wyleciała ogromna fala wody, 
mająca na celu zalać jego przeciwniczkę.

- Gorący podmuch wiatru!- krzyknęła Sandra, klaszcząc przy tym dłońmi, 
spomiędzy których wyleciał gorący wiatr, mogący doskonale służyć jako 
suszarka. Sprawdził się w swojej roli doskonale, nie zostawiając po fali suchej 
nitki.- Expelliarmus!

   Zatem oboje zrezygnowali z magii żywiołów, zmieniając ją na zwykłe zaklęcia 
różdżkowe. Znudziła im się monotonnia spod pięciu znaków rządzących tym 
światem i jego zasadami.

- Drętwota!

- Crucio!

- Imperio!

- Petrifcus Totallus!

- Rictusempra!

- Duro!

- Incendio!

- Reducto!

- Pernanento!

- Levicorpus!

- Sectusempra!

- Reculado!

   Wzajemnie walczący obrzucali się coraz to dziwniejszymi i bardziej 
wyszukanymi zaklęciami, pozwalająć zapanować nad swoim ciałem emocjom i 
nienawiści.

   W pewnym momencie Harry nie zauważył jednego z uroków wysłanych przez 

background image

przeciwniczkę. Nawet by nie zdążył się obronić przed nim... Za mało czasu na 
wzniesienie barier ochronnych czy nawet najprostszej tarczy.

   Chłopak zrobił krok w tył i w ułamku sekundy teleportował się na drugi koniec 
boiska. Robiąc salto w powietrzu, rzucił Levicorpus na dziewczynę od tyłu, która 
chyba nie do końca pojęła, co się stało. Nie zauważyła swojego wroga, który 
czaił się za jej plecami i... zawisła w powietrzu do góry nogami. Przegrała. Była 
bardziej niż wściekła, ale... nie straciła wiary w swojego księcia z bajki. Był 
bardzo silny i potężny... Zamierzała go zdobyć, jak tylko minie im wrogość i 
opadną emocje.

- Panie i panowie! Dzisiejszy Pojedynek Magów możemy uznać za oficjalnie 
zakończony. Wygrał cztery do dwóch "wyższy" uczeń, pod mentorstwem Mistrza 
Akkarina Velana, Harry Salazar Snape. Brawa dla niego, a także dla przegranej 
Sandry Evenlyn Silver. Teraz zapraszamy na ucztę w stołówce, ogólnie dostępną
dla wszystkich, zarówno kibiców wygranej jak i przegranej osoby.

    Harry nie mógł pohamować radości płynącej ze zwycięstwa. Jednakże jako 
prawdziwy gentelman i arystokrata podszedł do przegranej i uścisnął jej dłoń.

- Nieźle walczyłaś- pochwalił zupełnie zaskoczoną, na pewno miło, Sandrę.

- Dzięki, ale byłeś lepszy- zdobyła się na to zdanie Silver, rumieniąc się 
delikatnie. Tak, to zachowanie idealnie pasowało do jej wymarzonego księcia z 
bajki. Ech, tylko w jej marzeniach on był stworzony dla niej.

   Mimo że się nie pogodzili, to żadne z nich nie zamierzało więcej dokuczać 
drugiemu, choć nie zamierzali skończyć z wzajemną konkurencją na lekcjach. To
dodawało im niesamowitego powera.

  A uczta była bardzo obfita i radosna dla wszystkich. Akkarin nawet pochwalił 
swojego ucznia, czego ten miał mu nigdy nie zapomnieć. Po raz pierwszy to się 
zdarzyło, bo Czarny Mag nie słynął z pochlebstw.

Rozdział 7 " Jawnie i skrycie"

   Mistrz Akkarin Velan nie był zwykłym magiem. Jego przeszłość należała do 
jednych z wielu jego tajemnic... Mało kto wiedział o nic coś więcej, niż mogło się 
wydawać. Zdawał się być młodszy, niż był w rzeczywistości. Aby lepiej poznać 
jego położenie i historię, należy wpierw przypomnieć sobie, jak się działo w jego 
czasach, gdy miał mniej lat.

   Czarni Magowie zaczęli działać jawnie dopiero kilkanaście lat temu. Wcześniej 

background image

musieli ukrywać swoje ciemne praktyki przed światem, aby nie zostać wygnanym
lub straconym. Tak, źle się działo w tamtych czasach. Dysponując tak wielką 
potęgą jak oni, było się niebezpiecznym dla środowiska. A ludzie obawiali się, że 
padną ofiarą ich mrocznych praktyk.

   Akkarin urodził się i dorastał właśnie w takich czasach. Uczył się w Solem, 
Australijskiej Szkole Magii i Czarodziejstwa. Nie należała ona wcale do 
najgorszych... Nawet przeciwnie- była jedną z lepszych w tamtych rejonach.

   Mieszkał w dość ubogiej wiosce wraz z obojgiem rodziców, którzy chcieli mu 
zapewnić dobrą naukę i świetlaną przyszłość... Nic dziwnego- należeli do grona 
Białych Magów. Ta grupa społeczna od lat prowadziła interesy państwa i 
zajmowała się wyniszczaniem bardzo nielicznych, pojedynczo żyjących 
Czarnych Magów.

   Akkarin skończył naukę w Solem w wieku siedemnastu lat i trzeba przyznać, że
zaliczał się do jednych z najzdolniejszych wychowanków Australijskiej Szkoły. 
Odkryli w nim wielką moc, ale żeby ją rozwijać, musiał uczyć się dalej...

  Pech chciał, że jego rodzice posłali go do Białych Magów, aby ci zajęli się jego 
dalszą edukacją. Wierzyli, że jego " lekko" mroczne poglądy na świat zniknął, 
gdy będzie pod ich skrzydłami. Czy mieli rację, czy popełnili błąd?

   Mijały rok za rokiem, młody Velan dorastał pod czujnym okiem Białych. Ci 
widzieli w nim zarazem potencjał jak i zagrożenie. Wiedzieli, że jak popełnią jakiś
błąd, ten stanie się dla nich prawdziwym utrapieniem.

   Chłopiec o srebrnych włosach sięgających do ramion i srebrnych oczach starał 
się mężczyzną i coraz bardziej pragnął się uwolnić z ich opieki. Wiedział, że jest 
silny i ma szanse się im sprzeciwić, po czym wyjść z tego zwycięsko.

  Nie podobało mu się to, co się działo na świecie. Prześladowano i mordowano 
Czarnych Magów... Wszystkich bez wyjątku. On chciał wspomóc tamtą nieliczną 
grupę, aby zaprowadzić spokój i porządek.

   Mając około 24 lata, postanowił wyrwać się z zachłannych rąk Białych i 
wyruszyć na samodzielną wyprawę. Poszukiwania źródła mocy, tak to nazwał. 
Magowie, chcąc, nie chcą, musieli się zgodzić.

   Wyruszył, zgodnie ze zwyczajem, na białym rumaku. Była to jego pierwsza 
misja w życiu i miał zapamiętać ją w samych superlatywach. Pożegnano go jak 
króla, aby zawsze chciał do nich wracać. Już wtedy myśleli, aby znów go sobie 
przywłaszczyć.

   Wpierw jechał rozległymi pustyniami, wierząc, że tam odkryje sekret kłótni 
Białych i Czarnych Magów. To był jego prawdziwy cel. Chciał zakończyć tą głupią

background image

waśń i zaprowadzić pokój w świecie Czarodziei.

   Na razie widział bardzo mało różnic między nimi. Mianowicie nosili różne szaty,
zgodne z ich wierzeniami. Czarni czarne, Biali białe. I tylko tyle... Podobno uczyli 
się innych rzeczy, co już bardziej go zainteresowało i postanowił to zbadać.

   Przeszukując różne jaskinie i stare biblioteki pewnego razu natknął się na 
stare, pokryte kurzem i oblepione pajęczynami księgi i zwoje. Nie łatwo było mu 
je znaleźć. Po prawdzie odkrył je całkiem przypadkiem...

   Nie chcąc, aby ktokolwiek zobaczył, co go tak zainteresowało, schował je do 
najlepiej ukrytych kieszeni w płaszczu i schował się w zupełnej dziczy. 
Zabezpieczony wieloma zaklęciami, mógł spokojnie odczytać zapisane litery.

   Tu natknął się na kolejną przeszkodę. Nie rozumiał znaczenia wyrazów, musieli
je napisać w jakimś szyfrze, czy innym, zapomnianym języku. Znał ich wiele, ale 
ten pozostawał dla niego prawdziwą tajemnicą.

   Mimo, że naprawdę nie wiedział, co począć, nie poddawał się. Od 
najmłodszych lat wpajano mu, że szczera i bezgraniczna wiara potrafi góry 
przenosić się.

   Dwadzieścia dni i dwadzieścia nocy młody mężczyzna myślał bezustannie o 
tym piśmie, jedynie pijąc wodę i jedząc suchary. Zrobił sobie tylko parę razy czas
na sen, przez co stawał się coraz bardziej zmęczony.

   Jednak jego wysiłek nie poszedł na marne. Zbeształ się w myślach, że był tak 
głupi. Szyfr był mu dobrze znany i jakże banalny. Wściekał się, że zmarnował tyle
czasu, gdy odpowiedź miał w zasięgu ręki.

  Ganił by siebie tak dalej, gdyby nie ponaglający czas i chęć odczytania 
zapisków, które niestety nie były w całości czytelne. W niektorych miejscach 
pergamin się porwał, albo starł... Oby nie były to zbyt ważne informacje, których 
z pewnością nie dałby rady później odzyskać. A zwykłe "Reparo" przecież nie 
wystarczało...

  Z każdym czytanym słowem, zagłębiając się coraz bardziej w lekturę, zaczynał 
wszystko rozumieć. Doszedł do źródła powodów prześladowania Czarnych 
Magów, mimo że nie do końca potrafił je zrozumieć. Cóż, nie każdy jest 
Einsteinem...

  Człowieka od zostania Czarnym Magiem dzieliła bardzo cienka linia. 
Wystarczała jedna jedyna rzecz, aby zostać uznawanym za praktykanta 
Mrocznych Sztuk.

   Wszystko kręciło się wokół jednego- energii. Każdy czarodziej ma jej w sobie 

background image

mniej, czy więcej. Im jest w nią bogatszy, tym cenniejszy.

   Oczywiście im więcej się jej zużyje, tym dłużej trzeba ją regenerować, a to 
potrzebowało czasu... Nie każdy go miał... Wielu chciało przechytrzyć innych i 
zdobyć energię spoza swojego organizmu.

   Po wielu latach praktyki, wiele setek lat temu, odkryto sposób na to. Niektórzy 
zaczęli to stosować, przez co stawali się coraz silniejsi i bogaci w energię.

  Czerpali ją z bogactw naturalnych, które miały jej nieskończenie wiele, jednak 
czasem potrafiły być niebezpieczne...

  Na przykład młody, głupi badacz zaczął pobierać energię z ognia. Och, jak 
wiele jej tam było... Jednak przez swoją nieuwagę, do jego ciała dostała się wraz 
z energią iskra... Od wewnątrz się zapalił i zginął szybko, w ogromnych 
męczarniach.

   Podobne zagrożenia niosła ze sobą woda i powietrze... Tylko niektórzy potrafili 
z niej korzystać, a inni po prostu ginęli tragicznie.

  Tego rodzaju praktyki przez swoje niebezpieczeństwo zostały uznane za 
niezbyt wystarczające. Korzystanie z nich nie czyniło jeszcze człowieka Czarnym
Magiem, bo w gruncie rzeczy nic nie niszczył. Pokłady energii były w tych trzech 
rzeczach nieskończone. A wielu magów pobrało zbyt wiele mocy... Kończyło się 
to również śmiercią. Chcieli być najlepsi, ale się przeliczyli.

   Minęło wiele długich lat, zanim magowie odkryli inni sposób, znacznie 
bezpieczniejszy, ale kompletnei mniej wydajny, na zdobywanie energii.

   Pobiarali ją początkowo z roślin. Te, wypłukane z mocy, więdły i usychały... 
Ginęły w skrócie. Jednak mało miały w sobie energii i magowie postanowili 
zaczerpnąć jej ze zwierząt.

   Ta, jak się później okazało, posiadały jej więcej, ale też nie wystarczająco dużo.
Praktykantów zaczęto nazywać Czarnymi Magami, bo aby się wzbogacić, 
mordowali żywe stworzenia.

  W naturze człowieka leży ciągłe dążenie do ideału i nieskończoności. Odkryli 
prędko, że skoro można zabierać energię zwierzętom, to czemu nie spróbować 
tak z ludźmi? Ci mieli w sobie znacznie więcej mocy...

  Poprzez te mroczne praktyki zginęło wiele tysięcy magów i innych ludzi, nawet 
mugoli. Tracąc energię do końca, nie mieli już  wystarczających sił, aby przeżyć. 
Umierali na miejscu.

  Oczywiście wielkość pobierania energii dało się regulować, ale o tym wszyscy 

background image

zapomnieli. Śmierć szerzyła się  na świecie, a zostawali na nim tylko 
najmocniejsi.

  Wreszcie najwierniejsi Biali Magowie powiedzieli stanowcze "STOP". W ich 
obowiązku było zapobiec zbliżającej się katastrofie i zamordować wszystkich im 
się sprzeciwiających.

   Wielu Czarnych Magów się ukrywało, w sekrecie, na odludziach, praktykując 
swoje Mroczne Sztuki. Zapisywali swoje tajemnice na papierze, aby przyszłe 
pokolenia mogły kontynuować ich tradycję, w razie, gdyby sami nie mogli ich 
tego nauczyć.

   Akkarin, szczerze poruszony odkryciem tych sekretów, postanowił zmienić 
ostatecznie strony. Pragnął przyłączyć się do nielicznych, działających w 
sekrecie Czarnych Magów.

  Odnalezienie ich nie zajęło mu zbyt wiele czasu. Oni, początkowo nieufnie, 
zgodzili się go nauczyć wszystkiego, czego nie nauczyli go Biali Magowie.

   Od tego czasu Velan zaczął nakłaniać ich do zdobywania coraz to większej 
liczby rekrutów do praktykowania ich sztuk. Ci, początkowo niechętnie, w końcu 
zgodzili się i pomagali mu, uznając za jednego ze "swoich".

   Z każdym dniem przybywało ludzi chętnych do nauki od nich. Szerzyło się, 
choć narazie potajemnie, zainteresowanie Czarną Magią i zdobywaniem energii 
od istot żywych. Kult ten powstał od nowa i przeżył do dziś.

   Wiele lat później, gdy uznali, że są już gotowi na ostateczne starcie, udali się 
do Białego Zamku aby wypowiedzieć wojnę Białym Magom.

   Ci uparcie wierzyli w swoje zwycięstwo, ale po kilku dniach zażartej bitwy, 
pomachali białą chustką, na znak, że zaprzestaną prześladowań Czarnych 
Magów i dadzą im wolną rękę, byleby tylko nie zabijali ludzi.

   Traktat o równowadze sił został podpisany krwią. Żadna ze stron magii nie 
mogła złamać tego przymierza, ponieważ skończyłoby się to okrutnie.

   Od tego czasu Akkarinowi został nadany tytuł " Mistrza". Chcieli go również 
mianować władcą Czarnych Magów, ale temu się stanowczo sprzeciwić, oddając
berło i koronę starszemu przyjacielowi, wiedząc że ten się lepiej tym zajmie.

   Ile lat już miał Velan? Sporo... A wyglądał na maksymalnie 30... Na pewno nie 
na tyle, co miał.

   Nigdy wcześniej nie miał ucznia. Teraz to się zmieniło, został oficjalnym 
mentorem Harry'ego Snape'a. Nie do końca wiedział, co sądzić o tym dziwnym, 

background image

niepozornym chłopaku.

   Zdawał się być silny i potężny, jak on sam kiedyś, a nawet bardziej. Jednak 
brakowało mu kilku podstawych rzeczy, niezbędnych dla dobrego maga, i 
Akkarin musiał przyznać, że nie wie, co zrobić.

   Z pewnością młodzieniec posiadał wiele rzadkich talentów, któych można mu 
było pozazdrościć... Wężomowa na przykład... Od wielu lat nie spotkał kogoś tak 
zdolnego... Naturalne odruchy szermierza, czy łucznika... Wielkie pokłady 
energii, mimo że nie do końca odkryte.

  Dodatkowo interesowała go postać jego Strażnika i najlepszego przyjaciela 
Draco Malfoy'a. Ten chłopak również nie należał do niepozornych i normalnych. 
Jego charakter i opiekuńczość dawały nadzieję mentorowi Harry'ego, że ten 
idealnie wywiąże się ze swoich obowiązków wobec Chronionego.

   Jak już Mistrz Velan zdążył zauważyć, chłopiec o białych włosach miał wiele 
zmartwień na głowie i chciał mu jakoś pomóc. Tylko pytanie : jak? Nie zamierzał 
informować go, że w jakimkolwiek stopniu go zainteresował, gdyż nie byłoby to 
właściwe zachowanie z jego strony.

  Akkarin ostatnio, gdy jego uczeń wygrał Pojedynek Magów z koleżanką z roku, 
Sandrą Silver, był bardzo zadowolony. Ogólnie niebywale cieszył się z jego 
postępów od przybycia do Obozu, choć prawie wcale tego nie okazywał. Czuł 
dziwną więź  z tym dwunastolatkiem, ale gdyby mu o tym powiedział, zrobiłby z 
pewnością źle. Musiał udawać, że są tylko uczniem i mentorem...

   Opiekun, który się niczym wcale nie interesuje... Z pewnością tak o nim Snape 
myślał. Nawet nie wiedział, jak bardzo się myli, choć Velan nie zamierzał go o 
tym wcale informować. Chłopak będzie musiał sam odkryć, że wcale tak nie jest.

   Mężczyzna miał już wobec niego pewne plany, których nikomu nie zamierzał 
zdradzać. Zamierzał, jak na początek, przekazać Harry'emu wszystko co 
potrafi( a potrafi wiele,  czego nie uczą na zwykłych lekcjach), o ile ten wyrazi 
szczere chęci, zainteresowanie i jakiekolwiek zdolności. Cóż... Te ostatnie już 
posiadał...

   O dziwo, Akkarin znał przelotnie ojca chłopaka. Miał nienajgorszy kontakt z 
Severusem, czego oczywiście nie zamierzał wyjawić, przynajmniej na razie, 
swojemu uczniowi. Im mniej teraz wie, tym lepiej dla niego. No chyba, że sam 
coś odkryje, a to zawsze przynosi wielką satysfakcję.

   Velan nigdy nie mógł wyjść z podziwu do talentu starszego Snape'a w warzeniu
eliksirów. Jakiego byś mu przepisu nie dał, on to zrobi, o ile uzyska odpowiednie 
składniki i jakąś godziwą zapłatę. Był bogaty, ale za darmo pracować nie 
zamierzał. I to też się Czarnemu Magowi w nim bardzo podobało.

background image

   Harry był za razem bardzo podobny do ojca, jak od niego bardzo różny. Na 
pewno bardziej mroczny i potężny, wszechstronnie utalentowany. Do Lily również
podobny... Na przykład ta wrażliwość... I oczywiście wściekle zielone oczy, pełne 
ukrytego jadu... Czekające, aby zadać ból i śmierć...

   Jednak chłopiec też przypominał mu jego samego. Tak samo ciekawy świata i 
gotowy do poznawania rzeczy, których poznać nie powinien. Bystry i zwinny, 
urodzony szermierz.

   Mimo, że tego Akkarin nigdy mu nie powiedział, widział, jak Snape staje się 
coraz silniejszy i dokładniejszy. Teraz naprawdę niewielu magów potrafiłoby mu 
dorównać pod względem walki na miecze.

   Przez to zamierzał wspomóc instynkt chłopca i jego wszystkie zmysły. Chciał 
uczynić go jeszcze lepszym i potężniejszym, ale nie maszyną do zabijania. 
Nikomu nie życzyłby takiego okrutnego losu, z ciągłym przelewaniem krwi.

   Obecnie, parę tygodni po wygraniu przez jego ucznia pojedynku z Silver, Mistrz
Velan leżał na swoim łóżku i tak rozmyślał. Była już późna pora i bynajmniej nie 
zamierzał tracić czasu na jakieś głupstwa... Wolał ćwiczyć swoje szare komórki i 
planować przyszłość, aby nic go nie zaskoczyło, na przykład zbliżająca się 
nieuchronnie zima. Nawet Obozu Magów ona dotykała.

   Jak dziś pamiętał hasło, które mu nadano w dniu inicjacji na Czarnego Maga. 
Wierzył w nie i wcielał w życie.

" Nie ma cudów. Skoro się coś zdarzyło, musiało być możliwe do stania się, więc 
cudem nie było."

   Jednocześnie wiedział co ono oznacza, ale też ciągle pozostawało dla neigo 
tajemnicą. Tak jak z resztą wiele rzeczy... Jednak to intrygowało go ze wszystkich
sekretów najbardziej.

   Z myślą o swoim haśle usnął, przykryty ciepłą, czarną kołdrą. Było mu tak 
wygodnie, tak wygodnie. A jednak lubił się rankiem z niej oswobadzać i wstawać 
z łóżka, aby przywitać nowy dzień. To dawało mu nadzieję na lepszy dzień niż 
poprzedni. Tego trzymał się od wielu lat, choć zdarzało się, że chciał ze sobą 
skończyć, zwyczajnie wcisnąć " Delete"...

Rozdział 8 " Me llamo Harry"cz.1

   Nastał grudzień. Chłodny klimat udzielał się wszystkim w Obozie Magów. 
Trawa została przykryta białym puchem, a morze delikatnie zamarzło, tworząc 

background image

kry na swoim błyszczącym lustrze.

  Nadejście zimy nie zwalniało nikogo od nauki, mimo iż temperatura często 
wynosiła mniej niż -30 stopni. Chłopcy i dziewczyny ciągle musieli być w ruchu, 
albo też zaszywali się w ciepłych pomieszczeniach. Nie wszyscy nauczyciele 
godzili się na to ostatnie...

   Jedną z najsurowszych osób dla Harry'ego był jego mentor, który wyciskał z 
niego siódme poty na treningach szermierki, nie bacząć na mróz i śnieg. Miał 
wobec niego pewne plany, o których prędko go poinformował.

- Jak co roku, 20 grudnia odbywać się będzie zlot uczniów szermierzy z całego 
świata. Każdy Obóz Magów może wysłać jedynie jednego ucznia. Wspólnie, bez 
żadnych sprzeciwów, wybraliśmy ciebie, jako najzdolniejszego ucznia. Mam 
nadzieję że nas nie zawiedziesz i nie splamisz naszego honoru- rzekł chłodno 
Akkarin, patrząc prosto w oczy chłopcu.- Zgadzasz się podjąć wyzwanie?

- Ja...- chłopiec aż zaniemówił, tak go zadziwiła decyzja jego mentora. Nie 
spodziewał się takiego docenienia z jego strony, gdyż zawsze ten krzyczał na 
niego, że nie potrafi nic dobrze zrobił. Taka szansa nie pojawiała się nawet w 
jego najśmielszych marzeniach.

- Zamarznie ci język, a jak przeziębisz sobie gardło, to nie będę mógł cię wziąć- 
upomniał ucznia, lekko się uśmiechając mężczyzna, pół żartem, pół serio. Syn 
Severusa Snape'a szybko zamknął buzie, nie rozumiejąc dowcipu.

- Ja... Zgadzam się- odparł Harry po chwili.

- To się cieszę... Jednak będzie to oznaczało, że będziesz musiał znaleźć dobie 
odpowiedni miecz. Walki w tamtym turnieju odbywają się tylko na ostre ostrza, a 
nie drewniane czy stępione- oznajmił chłodnym tonem Akkarin.- Mamy dwa 
tygodnie na to, a poza tym do tego czasu nie będziesz miał wolnych weekendów,
tylko przerwy na krótkie posiłki. Zapomnij o chodzeniu na lekcje, odrobisz je po 
turnieju, teraz to on się liczy. Usprawiedliwię cię u twoich nauczycieli. Treningi ze 
mną będziesz miał w godzinach lekcji, zaczynaszs i kończysz tak samo, jak 
zwykle. Spotykamy się od jutra na śniadaniach i stamtąd będę cię zabierał na 
arenę.

- A gdzie się wybiera te miecze?- spytał Syn Nocy szybko. Nigdy nie widział, aby 
uczniowie chodzili po obozie z własnymi mieczami.

- Ich się nie wybiera. Je się wykuwa w kuźni. Jeszcze dziś miałem zamiar cię do 
niej zabrać. Normalni uczniowie tam idą gdzieś w maju, ale ty jesteś pod tym 
względem wyjątkowy.

- A jak się tam dostaniemy?- zadał następne pytanie chłopiec, coraz bardziej 

background image

zainteresowany tymi wszystkimi rzeczami związanymi z szermierką.

- Teleportujemy, to chyba jasne?  Wyjątkowo zastosujemy teleportację łączną, 
ponieważ jeszcze nie znasz dokładnego wyglądu celu naszej podróży- westchnął
sir Velan, jakby podróż z chłopcem była najgorszą rzeczą, jaka mogła mu się w 
ogóle przytrafić.- Gotowy? Trzymaj się mnie mocno i nie puszczaj, bo nie 
zamierzam zbierać twoich części ciała po całym świecie. Jeszcze zgubiłbyś COŚ
potrzebnego, a ja bym tego nie dotknął. Chyba że zamierzasz do końca życia 
uciekać przed panienkami, jak to robisz od początku obozu...

- Hej! Ja przed nimi nie uciekam- zaprotestował, lekko zgorszony opinią mentora 
Harry.- To po prostu one mnie nie lubią.

- Nie uważasz, że nie ma się czym chwalić?- zadrwił Akkarin.- To chyba nie jest 
prawidłowe? No może u księdza... Zostaniesz starym kawalerem z takim 
podejściem, a ładne dziewczyny już przemykają  ci przed nosem. Może 
powinieneś zainwestować w okulary, skoro ich nie widzisz?

- A pan nie uważa, że nie powinien się wtrącać w moje życie prywatne?- warknął 
Snape z wrogością w głosie.

- Och, odwrotnie. Ja nawet powinienem to robić. Jestem w końcu twoim 
mentorem, sam mnie wybrałeś- uśmiechnął się złośliwie Czarny Mag. Wręcz 
uwielbiał te słowne sprzeczki ze swoim uczniem. Ten tak słodko się 
denerwował...- Czyż nie tak?

- Jakże mógłbym o tym zapomnieć- mruknął z sarkazmem chłopak.- Tak często 
pech spotyka właśnie tych niewinnych.

- Chyba nie mówisz o sobie?- zaśmiał się Akkarin, patrząc na nastolatka z 
niedowierzającym wzrokiem.- Ty i niewinność... Też coś!

  Chłopak chciał już odpowiedzieć coś niecenzuralnego, ale jego mistrz mu 
przerwał, każąc złapać za ramię i się nie wiercić.

   Teleportacja przebiegła bezproblemowo, wręcz idealnie. Harry nawet nie czuł 
ściskania w żołądku od głodu, ani nie kręciło mu się w głowie. Niegdyś często 
miał tego typu problemy.

  Chłopak rozejrzał się po pomieszczeniu, w którym się znalazł wraz ze swoim 
mentorem. Była to dosyć przestronna izba wykuta w kamieniu, bez wątpienia 
nisko pod ziemią, w jakiejś grocie.

   Na ścianach nie było ani śladu wilgoci, z pewnością spowodowało to 
umieszczenie na środku wielkiego ogniska i kamienia w środku.

background image

   Na ścianie wisiało kilka szafek z umieszczonymi na nich i w nich wieloma 
przyrządami służącymi do wykuwania zbroi i broni białej.

   Na kamiennym krześle przykrytym czarną kapą, za pewne dla zatrzymania 
chłodu płynącego od ziemi, siedział pulchny, ale bardzo napakowany mężczyzna
w średnim wieku o bicepsach grubych jak konary, nadgarstkach niczym dorodne 
grejfruty i, jak się potem okazało, wzroście wyższym niż u większości normalnych
ludzi.

   Jego stopy przypominały  dwa wielkie kamienie pokryte od wierzchu mchem. 
Odziany zaś był w grubą, skórzaną kamizelę oraz sięgające do kolan skórzane 
spodnie. Cały strój miał kolor ciemnobrązowy.

- Mistrz Akkarin!- ucieszył się mężczyzna, podchodząc do nowo przybyłych. 
Uścisnął wielgachną dłonią znacznie mniejszą i delikatniejszą dłoń sir Velana, 
który się przelotnie do niego uśmiechnął.- Kogóż to przyprowadziłeś?

- Mojego ucznia Harry'ego Snape'a, Ceryni. Harry, to jest tutejszy kowal, mistrz 
swojego rzemiosła, potrafiący wytworzyć w ogniu dosłownie wszystko, Ceryni 
Kastel- zapoznał Harry'ego i wysokiego mężczyznę ze sobą Akkarin.

- Miło pana poznać- rzekł Harry, lekko się uśmiechając, po czym uścisnęli sobie 
w kowalem Cerynim dłoń. Był niesamowicie silny, a jego skóra wydawała się być 
twarda jak głaz.

- Mi ciebie też, Harry, uczniu Akkarina. Trochę nie za wcześnie, jak na 
wykuwanie broni i zbroi, co mistrzu Akkarinie?- spytał zdziwiony sir Kastel, ciągle
się uśmiechając. Przy tym odsłaniał swoje lekko poczerniałe i podziurawione 
zęby. Widać było na nich wieloletni ślad niemycia...

- Nie, nie za wcześnie, Ceryni. Zamierzam go wystawić w tym roku do turnieju 
szermierzy, jako najlepszego ucznia z obozu w tej sztuce. Jest lepszy niż 
możesz sobie wyobrażać, choć przed nim jeszcze wiele, wiele nauki i ćwiczeń. 
Potrzebuje pełnego oręża, w maju już nie będzie musiał tu przyjeżdżać- wyjaśnił 
Czarny Mag.- Miecz, sztylet długi, sztylet krótki, tarcza, kolczuka i hełm. 
Wszystko oczywiście na miarę.

- Się robi, mistrzu- pokiwał głową kowal i sięgnął po kilka przyrządów 
ustawionych w kącie pomieszczenia.- Podejdź, tu do mnie młodzieńcze, kucie 
orężu jest bardzo ważne. Oczywiście na turnieju wielu rzeczy nie będziesz 
musiał używać, ale najlepiej załatwić wszystko za jednym razem, aby potem nie 
tracić czasu...

   Harry podszedł do niego, nie wiedząc dokładnie co ma robić. Uznał, że będzie 
czekał na konkretne polecenia od rosłego mężczyzny.

background image

- Teraz musisz być skupiony. Po kolei, najpierw miecz. To najważniejsza broń, 
której będziesz używał nie raz. Zamknij oczy i nie otwieraj ich. Wejdź do ognia, 
jakbyś wchodził do sieci Fiuu przez kominek, nie bój się... Spokojnie, nie 
poparzysz się... To całkiem bezpieczne.

   Harry miał wiele obaw, ale postanowił zaufać mężczyźnie. W sumie co miał do 
stracenia? Skoro Akkarin mu ufał, czemu on ma tego nie zrobić?

- Teraz, nadal nie otwierając oczu, wyobraź sobie, że w twojej ręce pojawia się 
miecz. Ma być idealny, nie może ciążyć ci w ręce i najlepiej jednoręczny. Gdy 
uznasz, że wszystko w nim jest w porządku, wyjdź z ognia i otwórz oczu. Ja 
będę miał gotowe miary. Z nich będę kuł.

   Harry, nic nie odpowiadając, zrobił, co mężczyzna mu kazał. Oczyma 
wyobraźni widział swój wymarzony, idealny miecz. Koncepcja powoli powstawała
mu w głowie, formując się tak wyraźnie, że ją widział.

   Był to miecz zarówno jedno, jak i dwuręczny. Dosyć długi i wąski, bardzo lekki, 
nie ciążący w dłoni. Rękojeść wysadzana szmaragdami, srebrne ostrze... 
Wszystko idealne, piękne i doskonale współgrające.

  Ta sama procedura powtarzała się przy reszcie orężu. Chłopak się przy tym 
bardzo zmęczył zarówno fizycznie, jak i psychicznie, do tego cały był zlany 
potem. A jego rzeczy jak nie było, tak nie ma.

- Zgłoście się najlepiej jutro wieczorem po odbiór. Nasz chłopiec jest bardzo 
wymagający, jeśli chodzi o oręż, a to się chwali. Potem nie będzie żałował tego, 
co stworzył. No i mam nadzieję że dasz z siebie wszystko- rzekł, promiennie się 
uśmiechając Ceryni.

- Tak- pokiwał głową, na znak zgody, Harry, podchodząc do swojego mistrza.

- Zatem jutro wieczorem możesz nas oczekiwać- oznajmił głosem bez emocji 
Akkarin.- Do zobaczenia.

- Do zobaczenia.

  Po tym pożegnaniu mężczyzna i jego uczeń teleportowali się z powrotem do 
Obozu Magów, nie zamieniając po drodze ze sobą słowa.

- Jutro na śniadaniu się spotykamy, nie zapomnij- przerwał nurtującą ciszę sir 
Velan.- Po kolacji zaś udamy się  znów do kuźni, aby odebrać twój nowy oręż. 
Wyśpij się i zregeneruj, postaraj się już dziś nic nie robić, nawet nie rozmawiać 
ze swoim współlokatorem. Nie chcę, zbyś jutro usypiał na treningu. Zrozumiałeś?

- Tak, mistrzu- odparł Harry- Do widzenia.

background image

   Snape pobiegł truchtem do swojego pokoju, wziął szybką kompiel, przebrał się 
w piżamy i poległ na swoim łóżku, wpadając prosto w Objęcia Morfeusza. Już 
dawno nie miał okazji, aby pójść spać o tak wczesnej porze- była dopiero 
godzina 22... Harry dziękował za to Merlinowi, że nie musiał tego dnia już nic, 
kompletnie nic robić. Był tak zmęczony po tej całej wizycie w kuźni...

Rozdział 8 " Me llamo Harry" cz.2

   Ktoś mógłby sobie pomyśleć, że skoro Harry nie musiał uczęszczać na zwykłe 
lekcje w Obozie Magów, to się obijał i chodził wypoczęty. Ja bym tego nie 
powiedziała...
   Mistrz Akkarin nie zamierzał odpuścić swojemu uczniowi, a skoro już się na 
niego uwziął, to chciał, aby było widać jak największe efekty. O tak, było widać... 
Chłopiec chodził poobijany i przemęczony, ale zadowolony, że idzie mu coraz 
lepiej. Wylewał z siebie ósme poty, aby stawać się coraz bliższym ideału. Marzył 
o wygraniu Turnieju Szermierzy w kategorii Juniorów.
   Po odebraniu swojego orężu od kowala czuł się taki... kompletny. Miał swoją 
broń i zbroję, o czym inni z Obozu na razie mogli sobie jedynie pomarzyć. I, jak 
to szybko odkrył, jego rzeczy posiadały wiele magicznych, rzadkich cech.
   Sir Velan poradził mu aby nazwał swój miecz jakimś imieniem. Jednak miało 
się ono wziąć z głębi jego duszy, bo tylko wtedy będzie pasowało. Nazwana broń
służy znacznie lepiej, niż bezimienna, tak powiadał.
   I Harry poszukiwał odpowiedniej nazwy, jednak, jak się spodziewał, nie 
przychodziło mu to łatwo. Żaden pomysł, jak na złość nie wpadał mu do głowy.
   Którejś nocy miał problemy z zaśnięciem. Przekręcał się z boku na bok, nie 
wiedząc, jak "odlecieć". Ostatnio używał eliksiru Bezsennego Snu, więc istniało 
ryzyko, że gdyby teraz też przyjął go, to mógłby się uzależnić.
   Słysząc równomierny oddech współlokatora leżącego na łóżku obok, uznał, że 
ten już zasnął i śni na tyle głęboko, że będzie mógł niezauważony wyjść z pokoju
i się przewietrzyć. Coś, jakaś dziwna siła pchała go na zewnątrz domku.
    Nałożył na siebie jedynie swój czarny płaszcz, ponieważ był ubrany jedynie w 
bokserki, a gdyby ktoś go tak zauważył... Nie, wolał o tym nie myśleć... W końcu 
na prawdę ktoś mógł też cierpieć tej nocy na bezsenność.
    Gdy wyszedł na taras przed domkiem, zobaczył prawdziwy powód braku snu, 
który go dręczył. Była pełnia księżyca, co oznaczało, że on, jako bardzo 
przewrażliwiony na zbyt głośne odgłosy, jak wycie wilków, nie mógł się oddać w 
objęcia Morfeusza.
   Westchnął cicho, nie wiedząc co ze sobą zrobić. Prawdopodobnie będzie 
cierpiał na bezsenność całą noc... Pytanie zostaje: Czy do Obozu może się 
wkraść jakiś wilk? Tego nie wiedział i wolał, aby tak nie było.
   Mając przed sobą wizję kilku nudnych godzin, w oczekiwaniu na świt, 
postanowił pochodzić sobie trochę po Dziedzińcu Wyższych. Miał prawo tam 

background image

przebywać, a zdecydowanie bardziej mu się to podobało, niż siedzenie w domku.
Oczywiście, ze względu na bezpieczeństwo, miał do boku przypięty pas z 
mieczem w pochwie. Jego mentor zabronił mu się bez niego poruszać, w obawie
o jego zdrowie i życie.
   Było nadzwyczaj ciemno. Jedyny blask dawał częściowo przysłonięty 
chmurami, całkiem okrągły księżyc. Jego poświata, mimo iż tak srebrzysta, nie 
docierała zbyt daleko. Harry widział naprawdę niewiele, a nie chciało mu się 
zapalać światła różdżką. Uznał to za zbyteczny wysiłek.
   Nagle usłyszał szelest liści. Nie przestraszył się, biorąc to za zwykły podmuch 
wiatru. Jednak nie poczuł tego na skórze...
   W pewnej chwili coś wielkiego i owłosionego skoczyło na niego. Dostał ostrymi 
pazurami po ciele, które zręcznie rozdarły mu szatę na piersi.
   Czując ściekającą krew i piekący ból, Harry wyciągnął w oka mgnieniu miecz z 
pochwy, celując nim w pierś napastnika, który się trochę od niego oddalił.
   Nie zajęło mu długo zorientowanie się z czym, a raczej z kim, ma do czynienia.
Stał przed nim groźny i bardzo niebezpieczny, nawet dla doświadczonych 
Magów, Wilkołak.
   Harry uczył się już trochę o jego rasie, ale tylko teoretycznie. Praktycznie nigdy
nie widział czegoś takiego i wolał więcej nie zobaczyć...
   Gdyby był rozsądniejszy i mniej odważny, pewnie my uciekł czym prędzej do 
domku, albo zaczął alarmować obóz... Jednak nie, on wiedział, że nie bez 
powodu nazywa się " Syn Nocy" i taki wilczy- człek mu nie straszny.
    Potwór zawył do księżyca i skoczył na spodziewającego się takiego ataku 
chłopca. Snape ciął go mieczem w prawy bok.
    Gdyby uważniej słuchał na lekcjach, wiedziałby że zrobił coś za razem 
dobrego, jak i nierozsądnego. Wściekły wilkołak nie jest tym, co chcielibyście, 
aby was atakowało. Jednak jak można go inaczej pokonać?
    Z boku bestii sączyła się szkarłatna krew. Stanęła na tylnych łapach i całą 
swoją siłą naskoczyła na swojego przeciwnika. Ten, osłabiony znaczną utratą 
krwi, nie zdążył się uchylić, a tylko wystawił miecz do przodu, modląc się, aby 
stwór się na niego nabił.
   Po chwili poczuł, że upada do tyłu pod ciężarem cielska bestii. Zalała go krew 
wilkołaka, który jeszcze, zanim wydał ostatni dech, ugryzł go w prawą rękę.
   Harry aż krzyknął z bólu. Niemiłosiernie paliła go ręka, zaczął się dusić. Świat 
poczerniał mu przed oczyma... Tak bardzo pragnął, aby ktoś go usłyszał i 
przybiegł mu na ratunek...
- I co ja się okłamuję? Wszyscy śpią- powiedział sam do siebie Harry, ale jak na 
złość nie mógł zemdleć... Już chciał odejść, byle cierpienie ustało.
   Kolejna fala bólu była tak mocna, że prawie się popłakał. Czuł, jakby kości mu 
się rozrywały na drobne kawałeczki, a krew paliła żywym ogniem i siarką, jakby 
ktoś ją zmieszał z rtęcią. 
   Gdy się ockną, nadal było ciemno. Nie wiedział, kiedy ból minął, ale teraz czuł 
się co najmniej dziwnie. Widział na sobie ogromne cielsko nieżywego Wilkołaka, 
ale nie odczuwał jego ciężaru. Był lekki jak piórko.
- Fulgur!- coś wewnątrz kazało mu to wykrzyknąć.
   Nagle jego miecz, wbity w ciało bestii zajarzył się przeraźliwie zielonym 

background image

światłem, niczym piorun w świetle podwodnym.
- Fulgur, jesteś Fulgur... To znaczy Piorun- szepnął sam do siebie chłopiec, 
zrzucając z siebie cielsko wilkołaka i biorąc z podziwem miecz do ręki. Teraz i ten
miał własne imię...Coś mu się jednak nie zgadzało... Widział zbyt wyraźnie, a 
była przecież noc.  I ogólnie czuł się tak jakoś dziwnie, niepewnie.- Co tu się 
dzieje?
   Do jego uszu docierało tak wiele dźwięków, których nie potrafił opisać. Było to 
za razem niesamowite, jak i przerażające. Słyszał nawet sapanie jakiegoś 
zwierzęcia oddalonego o wiele kilometrów...
   Ponadto jego nozdrza wciągały w siebie tak wiele zapachów, że aż zawirowało 
mu w głowie. Coś stanowczo było z nim nie w porządku. Spojrzał na swoją 
prawą rękę, ugryzioną przez wilkołaka.
- Nie... To niemożliwe...- sapnął Syn Nocy, patrząc na nią. Była tam tylko mało 
widoczna blizna, nie wyróżniająca się zbytnio od skóry.
   Po tych słowach krzyknął. Nie wiedział co robić. Został ugryziony przez 
wilkołaka, to znaczy że sam takim będzie. A on nie chciał zostać kimś takim... 
Oznaczałoby to okropne życie i ciągłe wyśmiewanie się z niego. Stałby się 
wyrzutkiem. I byłby niebezpieczny dla przyjaciół. Musiałby się ukrywać... 
Wywaliliby go z Obozu, a potem z Hogwartu.
   Jednak nie uronił ani jednej łzy. Spojrzał na swoją szatę, porwaną na piersi 
przez ostre szpony zwierza, po czym szybko naprawił ją zaklęciem 
niewerbalnym.  Ślady na piersi też mu się zagoiły, równie szybko jak blizna na 
ręku.
- Nie będziesz wilkołakiem. Zyskałeś tylko jego... pewne zdolności, ale 
przemieniać  się nie będziesz- nie wiadomo skąd pojawił się przy nim Akkarin.- 
Masz teraz wyostrzone zmysły... Chcesz pewnie wiedzieć dla czego?
- Skąd pan się tu wziął?- Harry aż się wzdrygnął na dźwięk jego głosu.- I skąd 
pan to wszystko wie?
- Mam swoje źródła- uśmiechnął się tajemniczo Velan.- Nie obawiaj się, ten 
wilkołak, ani inny nie mógł cię  zatruć, poprzez działanie twojej krwi. Jeszcze nie 
odkryłem wszystkich twoich sekretów, ale to jest zupełnie niesamowite. Masz 
bardzo dziwne geny, och jak bardzo... Ale teraz idź spać. Ręczę ci, że teraz ci się
uda.
   Harry bez słowa odszedł do swojego domku. Miał jeszcze tyle pytań do 
swojego mentora, ale ten ciągle go zbywał... Cóż, wszytko przyjdzie z czasem...
                                          ***
  20 grudnia Harry i Draco, pod opieką Mistrza Akkarina teleportowali się do 
miejsca, w którym co roku odbywał się Turniej Szermierzy. Był podzielony na 
dwie części: Juniorów i Seniorów. Harry brał udział w tej pierwszej grupie 
zaawansowania i wiekowej. W drugiej uczestniczyli magowie tacy jak Akkarin...
   Ugryzienie przez wilkołaka znacznie podniosło morale młodego chłopca. 
Stawał się coraz lepszy, choć ze swoim mentorem jeszcze wygrać nie potrafił. 
Cóż, do wszystkiego trzeba dojrzeć.
- Harry, Draco, idźcie do reszty młodzieży. Ja muszę się stawić u innych 
mentorów i u organizatorów. Wszystkiego się dowiedzie od gospodarzy, którzy 
wam wszystko wyjaśnią, w swoim czasie- rzekł Akkarin.

background image

- Tak, mistrzu- przytaknęli chłopcy i skierowali się na polankę, na której 
stacjonowało już kilkunastu chłopców i kilkanaście dziewczynek. Strażnicy, tacy 
jak Draco, byli przepasani białymi szarfami, co oznaczało ich stan na tak 
ważnych uroczystościach, jak właśnie ten turniej.
- Hola!(Cześć)- krzyknęła do nich jedna z panienek, radośnie się uśmiechając i 
machając im. Mogła mieć najwyżej 15 lat. Była promiennie uśmiechnięta. Miała 
tak ładne, fiołkowe oczy i czarne włosy. Do tego jej sylwetka wzbudzała 
podążanie wśród mężczyzn... Nie była zbyt wysoka. I ta jej opalona cera... Istny 
cud natury. Z języka można było poznać, że Hiszpanka.
- Hola- przywitał się z nią jako pierwszy Harry, ściskając jej delikatną dłoń.
- Hola- uśmiechnął się Draco.
- Me llamo Martine. Y vosotros?( Nazywam się Martyna. A wy?)- spytała, ciągle 
uśmiechając się i odsłaniając perłowo białe ząbki. Ciekawe, co się kryło za tą 
niewinną miną aniołka... Oni woleli nie wiedzieć.
   Harry znał trochę język Hiszpański, tak samo Draco, a zawdzięczali to 
Lucjuszowi Malfoy'owi, który ich trochę poduczył, jak byli młodsi. Byli mu teraz 
wdzięczni, bo wcześniej nie sądzili, że kiedyś im się przyda.
- Me llamo Harry. Ello es Draco( Jestem Harry. To jest Draco)- odpowiedział za 
nich obojga Snape.- Ingles?
- Och, si... Znaczy tak- zachichotała dziewczyna.- Przepraszam.
- Bonjour- przywitał się z nimi najstarszy, jak im się zdawało chłopak. Mógł mieć 
nawet 20 lat.- Jestem Roman... Miło mi was poznać. Na turniej? Który z was?
- Ja- odparł Harry, podając mu dłoń.
- To tak jak ja- uśmiechnął się Roman.- Rozgośćcie się. Sądzę, że trochę potrwa 
narada mistrzów. Mają przecież tyle do obgadania...
   Wkrótce chłopcy poznali innych szermierzy, w których gronie było większość 
chłopców i Chronionych, a znaczną mniejszość stanowiły dziewczyny i Strażnicy.
Cóż, taki los.
   Były ich w sumie 20- 10 Strażników i 10 Chronionych, co oznaczało łącznie 10 
szermierzy biorących udział w turnieju.
   Harry i Draco należeli do najmłodszych w grupie, jednak dzięki swojemu 
nienagannemu i dorosłemu zachowaniu zyskali sympatię starszych od siebie 
kolegów i koleżanek.
- Masz ładne włosy- przysiadła się koło Syna Nocy jedna z cudownych 
Francuzek. Miała " jedynie" 14 lat, i była zaraz po nich najmłodsza. Włosy 
związała sobie w długi, gruby warkocz, a jej policzki czerwieniły się niczym 
jabłka.
- Merci- uśmiechnął się do niej brunet, a z powodu braku czasu, dał się wciągnąć
w ten niewinny flircik.- Albo to słońce się ukazało, albo to twoja uroda mnie 
oślepiła.
- Mrrr...- zamruczała dziewczyna, dotykając jego policzka.- Pięknie mówisz, 
macho. Z pewnością jesteś świetnym szermierzem, widzę to po twoich ruchach. 
Są tak zdecydowane, energiczne  i pewne siebie.
- A twoje natomiast są tak pełne gracji, że gdy patrzyłem na ciebie, mało co nie 
przewróciłem się. Mój mózg wtedy przestał pracować, a były tylko oczy- 
wyszczerzył się zalotnie dwunastolatek.- Jesteś niebezpieczna. Twoją strategią 

background image

jest pewnie najpierw zahipnotyzowanie ofiary wzrokiem, a potem zjedzenie jej 
łyżeczką.
- Nie mylisz się- zaśmiała się słodko Mary. Tak bowiem miała na imię.- A ciebie 
zostawię sobie na deser, boś istne ciacho z kremem, który wylizuje się wolno, 
degustując je z szacunkiem.
- A ty jesteś niczym wisienka na takim ciastku. Pyszna, słodka i jedyna w swoim 
rodzaju- zadziornie Snape roztrzepał swoje niezbyt długie, czarne włosy. W jego 
zielonych oczach błysnął tajemniczy blask.
- ' Arry... Jesteś tak wysłowiony i mądry, że przy tobie nawet największy geniusz 
wymięka- zachichotała Francuzka.- A mówili, że czas wielkich inteligencji 
przeminął...
- Harry, chodź na chwilę- chwycił go za rękaw Draco i pociągnął do tyłu, że ten 
mało co się nie przewrócił. Razem odeszli na bok, gdzie nikt nie mógł usłyszeć, o
czym rozmawiają.
- O co chodzi? Poflirtować już nawet nie można?- prychnął Harry, udając 
obrażonego.
- Nie brataj się z przeciwnikami. Pewnie chcą cię omamić przed turniejem, aby 
wygrać. Tak się zawsze robi- ostrzegł go Malfoy.- A ta landryna, z którą teraz 
gadałeś, już na pewno coś knuje, mogę się założyć. Wygląda i zachowuje się 
zbyt słodko i podejrzanie.
- Zazdrościsz- uśmiechnął się Syn Nocy, ale zaraz po tym zrobił całkiem 
poważną minę.- Będę uważał, bo masz rację. Ta jest ZBYT słodka, jak na mnie. 
Wolę mroczniejsze dziewczyny, które nie przylepiają się do nowo poznanego 
mężczyzny. Nie mógłbym tej landrynie zaufać, że mnie nie zdradzi z pierwszym 
napotkanym chłopakiem. Ale poflirtować nawet warto, czemu nie?
  A i owszem. Niewinny flircik jeszcze nikomu nie zaszkodził. Chociaż... Wyjątek 
od zasady czyni zasadę zasadą...;)

Rozdział 9 " Miecze w górę" cz.1

     Lista szermierzy z grupy juniorów była całkiem krótka i przejrzysta, ułożona 
pod względem wieku, od najstarszego do najmłodszego zawodnika:

1. Roman Poussin, Francja Południowa, 20 lat
2. Terry McGregor, Szkocja, 20 lat
3. Maya Vico, Włochy, 19 lat
4.  Xue Tsang, Chiny, 18 lat
5. Marco Maracańa, Brazylia, 17 lat
6. Vladimir Iwanow, Rosja, 16 lat
7. Krystian Budzyński, Polska, 15 lat
8. Martine Rivera, Hiszpania, 15 lat
9. Mary Perrault, Francja Północna, 14 lat
10. Harry Snape, Anglia, 12 lat

background image

  Całe zawody miały się odbywać jeszcze tego samego dnia, więc każdy 
zawodnik wraz ze swoim strażnikiem dostał do dyspozycji jeden namiot, w 
którym była łazienka, łóżka, szafka z ubraniami i lodówka, a dodatkowo 
organizatorzy zapraszali na ciepłe posiłki do namiotu stołówkowego.
   Zasady kolejności walk były proste. Najpierw numer 1 i2, potem 3 i4, itd... 
Później, wygrana 5 walczyła między sobą, po kolei 1 i 2, 2 i 3, 3i 4, 5i 1, itd...
   Po tych pojedynkach zostawały 2 osoby, z najwyższą ilością zwycięstw i 
walczyły w walce finałowej razem. No a wygrany szermierz zostawał mistrzem 
juniorów. Wcale nie tak trudno zapamiętać i zrozumieć, nie? Harry wiedział, że 
będzie miał teraz trochę czasu na odpoczynek, ale potem będzie musiał wziąć 
się szybko do kupy i walczyć dalej, o ile przejdzie do następnego etapu.
  Teraz, korzystając z czasu wolnego, siedział w swoim namiocie i tam polerował 
swój miecz oraz sprawdzał sprawność swojej zbroi. Mógł startować jedynie z 
długim mieczem i ubrany w kolczugę... Nic poza tym.
   Z tego co się ostatnio dowiedział od swojego mentora, walka trwała dopóty 
któryś z walczących nie został raniony lub rozbrojony. To oznaczało, że wśród tak
dobrych zawodników miał trochę czasu na relaks przed swoim pojedynkiem. Był 
ciekawy, jak dobra jest Mary, Francuzka, z którą ostatnio flirtował...
   Jeśli umiała tak dobrze władać mieczem, jak gadać, to już miał powody do 
zmartwień, choć szczerze w to wątpił. Nie miała zbyt dobrej budowy ciała, jak na 
szermierza i poruszała się ociężale, choć z francuską gracją... Dobrze ukrywała 
swoje wady, a uwydatniała zalety.
- Nie stresuj się tak i zostaw ten miecz. Jeszcze go tak wyczyścisz, że oślepisz 
nim swoją przeciwniczkę- usiadł koło niego Draco, dalej nalegając aby ten już dał
sobie spokój.- I wtedy będą mogli cię zdyskwalifikować za zachowanie 
nieprzystające komuś, kto przeczytał kodeks szermierza... Co prawda nudny jak 
oglądanie rośnięcia trawy, ale w końcu, po wielu próbach, przeczytany. 
   Po tym komentarzu oboje wybuchnęli, szczerym, nie powściągliwym 
śmiechem. Rzeczywiście kodeks szermierza należał do bardzo nużących i 
nieciekawych książek.
- Dobra, nie ma co go dalej pucować... Teraz, gdy się już do mnie przyczepiłeś, 
to nie dasz mi spokoju- westchnął Harry, odkładając miecz na bok.- Zgadłem?
- Z grzeczności nie zaprzeczę- uśmiechnął się iście szatańsko blondyn.- Musisz 
być wypoczęty i zrelaksowany, bo jak się będziesz stresował i spinał mięśnie, to 
szybko przegrasz. Przecież to wiesz... 
- Wiem, i co z tego?- mruknął brunet. Od dawna zdarzały się mu wahania 
nastroju. Raz czuł się niebywale szczęśliwy, a po chwili prawie płakał i 
wrzeszczał.
- To z tego, że zacznij słuchać mądrych rad swojego ukochanego, 
niepowtarzalnego, inteligentnego i zabójczo przystojnego Strażnika. Niestety 
czasami, gdy twój umysł pracuje na zbyt wielkich obrotach, musisz mnie 
posłuchać- oznajmił Draco.- Taki twój mały niedowład mózgu, bracie...
- Spadaj, mały- warknął Harry, ale po chwili wyszczerzył zęby.- No dobra, spadać
nie musisz- dodał, widząc jego niezadowoloną minę.- Ale ja żadnych problemów 
z mózgiem nie mam. Jasne?

background image

- No oczywiście- prychnął Malfoy, udając nadal lekko obrażonego. Nie znosił, gdy
ktoś mówił do niego "mały", ponieważ był niższy od Harry'ego. Wolał, kiedy to on 
był wyższy od swojego Chronionego, a nie odwrotnie. Jak on ma go obronić, 
skoro nie dorównuje mu pod żadnym względem? Takie myśli często go 
napadały... Gdyby Harry się o tym dowiedział, z pewnością by go wyśmiał...
   Nie minęło wiele czasu, może godzina, zanim wszystkie grupy walczące przed 
Harry'm i Marry skończyły ze sobą się pojedynkować. Dalej przeszli Roman, Xue,
Vladimir i Krystian. Harry, już ubrany w lekką kolczugę i z mieczem w dłoni 
wyszedł na Arenę, odprowadzony przez Draco, czego wymagał zwyczaj 
powiązany z kodeksem szermierza.
- Uściśnijcie sobie dłonie, aby potwierdzić gotowość do czystej walki- polecił, 
stojący przy nich jeden z magów- przewodniczących. Inni siedzieli na trybunach.
   Draco i Gabrielle, jako Strażnicy uścisnęli dłonie między sobą, aby wyrazić 
swoje pozwolenie na bezpośrednie starcie między swoimi Chronionymi. Potem 
życzyli szczęścia sobie nawzajem, aby zachować zasadę "Fair Play" i odeszli w 
tył, jednak w gotowości, że gdyby stało się coś złego, mogli interweniować 
szybko i obronić swojego zawodnika.
- " Arry, mam nadzieję, że nie zawiodę się na tobie. Tak się dobrze z tobą 
rozmawia, że aż żal mi z tobą walczyć. Cóż... Nie ja wybierałam sobie ciebie jako
przeciwnika- powiedziała do przeciwnika Mary, słodko uśmiechając się do niego.-
Ale po walce, niezależnie od wyniku, moglibyśmy się razem umówić na kawę...
- Raczej nie będę miał nic przeciwko- wyszczerzył zęby Harry.- I obyś była tak 
silna w rękach, jak w słowach, bo lubię mocne wyzwania.
- Oczywiście- zaśmiała się Francuzka, podnosząc ostrze do góry. On zrobił tak 
samo. I walka się rozpoczęła.
   Harry prędko wyczuł, że dziewczyna, jego przeciwniczka jest bardzo mało 
skoczna i nogami mocno trzyma się ziemi, jakby bała się, że zaraz straci 
równowagę. Oczywiście była to bardzo poważna wada. Jednak nie można było 
odmówić jej szybkości i celności ciosów.
   Młody Snape raz za razem musiał blokować jej uderzenia, aby nie przegrać i 
nie odpaść na starcie. To byłoby poniżej jego godności i zawiódłby wszystkich z 
Obozu. Na to pozwolić sobie nie mógł.
   Ich ostrza raz po raz zderzały się ze sobą, wydając metaliczny, ledwo 
dosłyszalny dźwięk. Harry postawił na walkę w ciągłym ruchu, gdyż był to 
najsłabszy punkt jego przeciwniczki.
   Wykonywał raz po raz obroty w powietrzu i skoki z natarciem.  Niestety 
dziewczyna świetnie sobie radziła w blokowaniu, co utrudniało mu robotę.
- Masz coś na włosach- krzyknął do Mary Syn Nocy, udając obrzydzenie i 
odskakując do tyłu. Zrobił obrzydzoną minę.
   Dziewczyna pisnęła tak głośno, że wszystkim zebranym mało co nie popękały 
bębenki w uszach. Klęła po Francusku, puszczając miecz na ziemię i machając 
rękami w powietrzu, nad głową.
- Zróbcie coś! Zdejmijcie to ze mnie!- krzyczała Mary, skacząc w górę. Jej mina 
utkwiła w pamięci jej przeciwnika. Była... Niesamowita.
   Harry nie mógł się opanować ze śmiechu i podniósł jej miecz. Był dla niego 
zbyt lekki i krótki, ale całkiem ładnie wykonany i starannie, bez zbytecznych 

background image

ozdób.
   Wynik walki był przesądzony. Harry rozbroił, choć z użyciem podstępu, swoją 
przeciwniczkę... A ta, nadal nieświadoma tego, że ją wrobiono, skakała.
- Gratuluję. Panno Perrault, proszę się uspokoić, chyba że mam wezwać 
uzdrowiciela... Ten pojedynek wygrał, zgodnie z zasadami szermierza, Harry 
Snape. Gratuluję. 15 minut przerwy dla wszystkich, potem pojedynki zaczęte od 
najstarszego do najmłodszego ucznia- oznajmił krótko komentator i spojrzał ze 
wzgardą na szamoczącą się dziewczynę, która dopiero po kilkunastu sekundach 
odkryła sens jego słów i zrobiła się czerwona jak burak na twarzy.
   Harry, odchodząc do swojego namiotu, trzymany za rękę przez Draco, słyszał 
jeszcze wrzaski mentorki Mary, która nie była chyba zbyt zadowolona z jej 
występu... Popisała się, nie ma co.
- Świetnie ci poszło. Już chyba wiem, dlaczego twój Mistrz zdecydował się na 
zgłoszenie ciebie do tego turnieju. Nawet, jak masz jakieś luki w walce, to 
potrafisz nadrobić je szybkim i inteligentnym myśleniem. Jesteś prawdziwym 
Ślizgonem. Jeśli nie możesz przesunąć góry, to każesz jej to zrobić. Inni by ją 
okrążali lub płakali z własnej bezsilności, tracąc przy tym wiele czasu- rzekł do 
przyjaciela Draco, gdy już znaleźli się w namiocie.
- Zaraz się zaczerwienię z dumy, słysząc twoje słowa- zaśmiał się Harry, 
przeczesując palcami swoje włosy. Ziewnął przeciągle... Nie chciał pokazywać, 
że się już trochę zmęczył, ale nie mógł się oprzeć.
- Chce ci się spać? Może się zdrzemniesz? Nabierzesz trochę sił...- zaczął go 
namawiać Malfoy.
- Nie... Tylko mi to zaszkodzi. Lepiej napiję się Eliksiru Regenerującego- 
zaprzeczył Snape, po czym wyjął z kieszeni kryształową fiolkę i wypił z niej 
niewielkiego łyczka. Oblizał usta, jakby żałował, że może tak mało wypić, po 
czym schował eliksir tam, skąd go wziął.- Już lepiej. Starczy mi tej energii na 
kolejną walkę...
- Wiesz, że nie powinieneś tego za dużo pić. Jeszcze się uzależnisz, czy coś- 
Draco miał wiele zastrzeżeń do jego postępowania, ale brunet tylko machnął 
lekceważąco dłonią, aby ten się uciszył.
- Nie zaszkodzi mi- zapewnił go Syn Nocy.- Dobra, teraz czekajmy na moją kolej.
Przede mną 3 walki... Potem wychodzę... Mam nadzieję, że nie zawalę tej 
walki...
- Boisz się jej?- spytał ciepłym tonem blondyn, obejmując go po przyjacielsku 
ramieniem.
- Draco, ja się nigdy nie boję- warknął ostrzegawczo brunet.
- Dobra, dobra... Czy obawiasz się zetknięciem z Romanem? Ma już w sumie 20 
lat... A ty 12- westchnął, wbijając w niego wzrok Draco.
- Tak, szczerze, to są nikłe szansy, że wygram... Roman przewyższa mnie pod 
każdym pozorem... Jest wyższy, grubszy, bardziej umięśniony i z pewnością 
silniejszy...- mruknął markotnie Snape.- Ale Snape'owie się nie poddają... Będę 
walczył do samego końca, niezależnie od tego, jaki on by nie był.
- Tego się trzymaj, bracie... Pamiętaj że nie liczy się masa ciała, a zdolności... 
Często wielcy zwycięzcy byli małego wzrostu i ogólnie drobnej budowy ciała- 
próbował pocieszyć go Malfoy.

background image

- Dzięki... Tyle że ja nadal rosnę i jeśli pójdę we wzrost po ojcu, to niski nie będę-
westchnął Harry.- Ale dzięki za szczere chęci. To się liczy.
- Zawsze chętny do pomocy- wyszczerzył zęby Draco i dał przyjacielowi sójkę w 
bok.- No już nie bocz się na mnie za ten strach... Przecież żartowałem, ty się 
nigdy nie boisz... Harry! Czy ty mnie w ogóle słuchasz?
- Nie... Wyłączam swój umysł od razu, tak mechanicznie, gdy słyszę twój głos- 
odparł z sarkazmem brunet.- Słucham, słucham. Już się nie gniewam, ale 
mógłbyś uważać na słowa, skoro jesteś moim ukochanym przyszywanym 
braciszkiem...
- Oczywiście, mój panie- zaśmiał się Malfoy.- Już nie będę ranił twojego " ja "... 
Jesteś niepokonanym i niezwykle odważnym Ślizgonem, jakkolwiek ten opis nie 
pasuje w swojej drugiej części do Gryfona... Dobra, jesteś wyjątkowy...
- Wiem, Dracusiu... Naprawdę zdaję sobie z tego sprawę, tylko nie porównuj 
moich cech do Gryfońskich, bo to obraza na całego... Ranisz moje uczucia takim 
stwierdzeniem... Chociaż naprawdę pasujesz mi do Huffelpuffu, zupełnie brak ci 
taktu- zachichotał Syn Nocy. Odzyskał dobry humor, a przecież o to właśnie 
chodziło drugiemu chłopcu.
- Ja w Huffelpuffie? Tylko w twoich koszmarach- sprostował jego wypowiedź 
białowłosy.
- W koszmarach?- podniósł zdumiony brew do góry czarnowłosy.- A nie w 
marzeniach, że będę miał własną sypialnię?- zażartował
- Nie, Harry, chyba że lubisz śnić o śmierci. W sumie bym się nie zdziwił, gdyby 
tak było naprawdę... Gdybym trafił do Huffelpuffu, to zamordowałbym wszystkich 
dookoła- odparł z sarkazmem i złośliwością Malfoy.
- Mnie też?- Harry udawał, że płacze.- Nie wiedziałem... Że... Tak mnie nie 
znosisz...
   Po chwili oboje tarzali się ze śmiechu, jak dawniej. Kiedyś, gdy byli dziećmi, 
częściej mieli powody do śmiechu... Szczerego śmiechu... Bo nie znali 
prawdziwej, mrocznej i złej strony świata...

Rozdział 9 " Miecze w górę" cz.2

     Zanim przejdę do rozdziału, chciałabym zwrócić uwagę na kilka rzeczy...
    Może jeśli ktoś uważa mój blog za plagiat, niech sobie go porządnie go 
najpierw przeczyta i zastanowi nad swoimi komentarzami. Nie zmuszam nikogo 
do czytania tego opowiadania...
    Chciałabym też przeprosić za ostatnie rozdziały. Wiem, że nie były zbyt 
ciekawe, czy rozwinięte, ale musicie mi wybaczyć- nawalają nam w szkole dużo 
prac domowych i ledwie mieszczę się w czasie...
   To tyle. Mam nadzieję, że ten part będzie choć trochę lepszy od poprzedniego.
                                        ***
    Po chwili oboje tarzali się ze śmiechu, jak dawniej. Kiedyś, gdy byli dziećmi, 
częściej mieli powody do śmiechu... Szczerego śmiechu... Bo nie znali 
prawdziwej, mrocznej i złej strony świata...

background image

    Harry został wezwany na Arenę, gdzie miał się zmierzyć z Romanem 
Poussinem. Chłopak uśmiechnął się do niego zaczepnie, będąc pewnym 
swojego zwycięstwa. Był w końcu najstarszy w grupie i jakie wrażenie miał zrobić
na nim dwunastolatek? Żadne prawdopodobnie, mimo iż już wygrał jedno starcie.
   Jak w pojedynku poprzednim, odbyły się wszystkie niezbędne honory i 
grzeczności, zanim dwaj chłopcy stuknęli się pierwszy raz swoimi ostrzami. 
Miecz Romana był znacznie szerszy i trochę dłuższy od tego należącego do 
Harry'ego, jednak każdy wiedział, że nawet to nie powstrzyma dobrego 
szermierza w drodze po laury.
   Jak Syn Nocy szybko odkrył, Poussin należał do osób preferujących walkę 
blisko siebie, bez zbędnych tricków i ucieczek. Wolał walczyć blisko swojego 
przeciwnika i ciągle mieć go na oku. Jednakowoż był przygotowany na próbę 
nieczystego zagrania ze strony wroga.
   Harry raz po raz musiał odskakiwać od niego, aby nie zostać zranionym lub 
rozbrojonym. Często uderzał, próbując przebić się przez bardzo skuteczną, jak 
dotąd, obronę młodego mężczyzny.
   Ich ostrza ciągle się ze sobą stykały, wydając metaliczny dźwięk i stukot.  Robili
to tak nieprawdopodobnie szybko, że trudno było za nimi nadążyć wzrokiem.
   Harry uważał na swojego przeciwnika, nie wiedząc co ten zrobi, jeśli znudzi mu
się to ciągłe próbowanie przebicia się przez jego obronę. Mógł zrobić coś tak 
silnego, że chłopiec, jeśli by się na to uprzednio nie przygotowałby, zostałby 
poważnie zraniony i na pewno od razu odpadłby z turnieju... Albo przynajmniej by
miał jedną przegraną na koncie. Nie sądził, aby pozostali jego przeciwnicy 
walczyli na tyle słabo, aby udało mu się ich szybko pokonać.
   Roman raz po raz odpierał jego atak, koncentrując się na wyłapaniu jego 
słabych stron, w które mógłby uderzyć i wtedy wygrać... Musiał przyznać, że nie 
spodziewał się takich zdolności po dwunastolatku. Jednak... Był on uczniem 
samego Mistrza Akkarina Velana, a to przecież do czegoś zobowiązywało. Z 
resztą zdążył polubić tego młokosa i byłoby mu żal go jakoś poważnie zranić... 
Wolał zwyciężyć, nie uszkadzając go zbytnio. Miał dobre serce, mimo iż wcale 
nie sprawiał takiego wrażenia, o nie.
     Harry płynnie atakował przeciwnika, próbując go zepchnąć w stronę jakiejś 
ściany, wtedy zdecydowanie byłoby mu się bronić przed gradem jego ciosów. 
Chłopiec bądź co bądź miał w sobie wiele siły i energii, choć walka wiele jej 
pochłaniała.
    Raz po raz obaj wojownicy patrzyli sobie w oczy, czując adrenalinę 
przepływającą im przez żyły, rozrywającą je na strzępy.
   Nagle Harry'emu przyszedł do głowy świetny pomysł, jak zaatakować swojego 
przeciwnika, który nie powinien się przed tym obronić. Gdyby tylko udało mu się 
odskoczyć tak szybko, aby ten go nie drasnął... Jego męska intuicja rzadko 
zawodziła, jednak nikt ani nic nie jest przecież idealne.
   Syn Nocy korzystając z ułamka sekundy przewagi nad rywalem, odskoczył do 
tyłu i rzucił się biegiem do tyłu, chcąc tym sprowokować Francuza.
   Roman doskoczył do niego, jedynie zasłaniając się mieczem, nie wiedząc 
bowiem, co ten drugi planował. Nie spodziewał się zbyt wymyślnego ataku po 
takim młodziku, jednak nie lekceważył zagrożenia.

background image

   Pierwszy obrót Harry zrobił wokół własnej osi, aby wzmocnić siłę  uderzenia. 
Za drugim razem jednak skoczył lekko przed siebie, prawie że odcinając swoim 
niezwykle silnym ciosem rękę Poussina. Gdyby ten nie miał ochraniaczy, z 
pewnością groziłaby mu amputacja... Miecz wyleciał mu z ręki, z głuchym 
łoskotem.
   Francuz nie wiedział, kiedy się to wszystko wydarzyło. Jego oczy nie zdążyły 
zarejestrować ostatniego ruchu przeciwnika, poczuł dopiero niezwykle silny ból w
prawej ręce i to, że już nie trzyma w niej swojej broni. Przegrał i zacisnął zęby, 
wkurzony. Miał jeszcze szanse na wygranie, choć nie tak wielkie, jakie mógł 
mieć, gdyby pokonał Snape'a.
   Harry czuł się niesamowicie. Był co prawda zmęczony i zalany całkowicie 
potem, ale liczyło się, że zwyciężył... Co prawda dopiero pierwszy pojedynek w 
drugim etapie, ale to dobry początek. Przed nim jeszcze starcie z pozostałą 
trójką finalistów...
  Draco serdecznie mu pogratulował i pomógł mu dojść do namiotu. Chłopiec 
ledwo chodził, ale nie poddawał się. Nadal był zdumiony swoją wygraną. Doszedł
do siebie dopiero po zaczerpnięciu łyka Eliksiru Regenerującego. Ten skutecznie
postawił go na nogi.
   Następne starcie czekało go przeciwko osiemnastoletniej Chince Xue Tsang, 
która udowodniła w poprzedniej rundzie, jak potrafi sobie świetnie radzić z 
mieczem w dłoni. Cóż, oni, pochodzący z tej części Azji, będący potomkami 
Samurajów, mieli w sobie to "coś".
   Harry od początku jej zbytnio nie polubił. Gdy rozmawiała z nim i resztą 
zawodników, sprawiała wrażenie zadufanej w sobie i złośliwej. Oczywiście, dobry
szermierz powinien wierzyć w siebie, ale żeby aż tak?
   Raz po raz zderzając się ze sobą swoimi ostrzami, Syn Nocy uświadomił sobie,
jak Chinka jest silna. Dziewczyna uderzała bardzo silnie i zręcznie, a jej obrona 
zdawała się być w ogóle nie do przebicia.
   Harry próbował uderzać od dołu, od góry i od boków, jednak bez większych 
rezultatów. Xue jakby przewidywała każdy jego ruch i bynajmniej nie zamierzała 
mu dawać forów. Była na to zbyt dumna, szczególnie że wiedziała, że jest od 
chłopca starsza o całe sześć lat...
   W pewnej chwili panna Tsang wykonała półobrót w powietrzu i uderzyła z 
wręcz strojoną siłą w miecz Syna Nocy. Ten, nie będąc na tyle silny, aby 
odepchnąć atak, został brutalnie odrzucony do tyłu, jednak upadł na ziemię na 
nogi, nie tracąc przy tym równowagi.  Trzymał swoją broń tak mocno, jak się tylko
dało.
   Chwila ciszy spowiła ich miejsce walki, lecz żadne nie śmiało spuścić drugiego 
z oczu. Po chwili Harry otarł czoło z wody lejącej się z jego niedługich, prostych i 
czarnych włosów. Twarz miał całą czerwoną z wysiłku, jaki wymogła na nim 
przeciwniczka.
   Xue uśmiechnęła się złośliwie, widząc gest rywala. Już wiedziała, jak można 
spróbować go podejść, choć spokojnie mogła pobawić się z nim w kotka i 
myszkę, aby go całkowicie zmęczyć, a potem tylko powalić na ziemię...
   W oczach chłopaka można było dostrzec agresję, chęć zwycięstwa i co 
najważniejsze- determinację. Mimo iż dziewczyna wydawała się przewyższać go 

background image

pod wieloma względami, on też miał swoje tricki w zanadrzu...
   Syn Nocy ruszył na swoją przeciwniczkę, odbijając się od ziemi i dwa miecze 
złączyły się ze sobą w locie. Zielone oczy chłopca były całkowicie przepełnione 
adrenaliną, która się w nim obudziła, gdy poczuł, że jeśli szybko czegoś nie 
wymyśli, to przegra.
   W pewnej chwili Xue wykonała szybki piruet w powietrzu, mając w zamiarze 
odrzucenie wroga do tyłu, jednak chłopiec ją zręcznie ubiegł.  Ciął ją w nogi, 
jednocześnie uchylając się przed atakiem z jej strony.
   Dziewczyna niebezpiecznie się zachwiała i upadła na ziemię, z której wzniósł 
się pył i kurz. Harry przyłożył jej swoje ostrze do serca, zmuszając do poddania 
się poprzez upuszczenie broni. Ona, nie mając wyboru, rzuciła swój miecz na 
ziemię i skryła twarz w dłoniach, nie mogąc pohamować złości. Pokonał ją 
dwunastolatek, a przecież... Była tak silna i dobrze wyszkolona. Dała się wrobić 
w sztuczkę młodzika...
   Teraz Harry, czuł jeszcze większą satysfakcję niż uprzednio. Nie hamował 
uśmiechu wkradającego się na jego twarz, całkowicie czerwoną od wysiłku i 
zlaną potem. Włosy miał zupełnie mokre, jednak nie przejmował się tym, tak 
samo jak ubrudzoną szatą. Co to za wojownik, który boi się ubrudzić?
   Jego przedostatnim przeciwnikiem był całkiem miły i bardzo przystojny 
Rosjanin Vladimir Iwanow. Syn Nocy wcześniej zdążył go poznać i całkiem 
dobrze im się razem gawędziło. Jednak widział coś w tym szesnastolatku coś 
niezwykłego... Ten błysk w jego jasnych oczach nie zwiastował niczego dobrego, 
a z pewnością łatwej walki.
    Dwa miecze się ze sobą starły. Harry unikał błyskawicznych ciosów bardzo 
szybkiego i zwinnego Rosjanina, nie wykazując przy tom żadnych oznak emocji, 
czy zmęczenia. Nie zamierzał się zdradzić przed przeciwnikiem, mimo iż nawet 
po zażyciu kolejnej dawki Eliksiru Regenerującego, jego ciało błagało o 
odpoczynek. A na takowy nie miał czasu...
   Syn Nocy odskoczył do tyłu, by po chwili zrobić obrót za swoim rywalem. Był 
pewien, że ten manewr zapewni mu zwycięstwo, więc zdziwił się, gdy Vladimir 
zablokował jego cios swoim mieczem, zupełnie jakby czytał w myślach 
młodszemu chłopcu. Jednakowoż ta obrona  trochę nadwyrężyła jego siły, choć 
nie dał tego po sobie poznać.
   Nie czekając na kolejny atak, Iwanow rzucił się błyskawicznie na ziemię, robiąc
obrót 180 stopni, starając się swoim ostrzem dosięgnąć nóg rywala. Ten jednak 
go uprzedził, robiąc salto do tyłu.
    Obydwaj przeciwnicy starali się wyprowadzić cięcia z boku, przodu, z 
wszystkich możliwych stron, starając się doszukać wad w obronie przeciwnika. 
Teraz każdy niewłaściwy ruch mógł kosztować ich wiele...
    Harry raz po raz uskakiwał do tyłu, aby nie dać się dosięgnąć mieczowi 
rywala. Ten miał zaciętą minę i błysk w oczach, nie mogąc przepuścić 
zwycięstwa z dwunastolatkiem... To wydawało się z teorii tak proste... A 
praktyka? Każdy chyba sam wie najlepiej.
   W pewnej chwili Vladimir zrobił cięcie od góry, mające na celu dotknięcie 
mieczem do szyi wroga. Ten jednak o dziwo był przygotowany na coś takiego i 
odepchnął go nogą. Rosjanin padł na ziemię, a w ustach, oprócz goryczy 

background image

przegranej, czuł piasek i żwir. Pół twarzy miał zakrwawionej przez ten upadek. 
Tak się przejmując bólem, nie chciał już nawet wstać, prawdopodobnie skręcił 
kostkę... Miecz został brutalnie wytrącony mu z dłoni, ale on już tylko rozpaczał i 
cierpiał w ciszy...
   Nieubłaganie zbliżała się ostatnia walka dla Harry'ego. Jego ostatnim 
przeciwnikiem miał być Krystian Budzyński, piętnastolatek prosto z Polski. 
Ogólnie mało rozmawiał z Synem Nocy, ale ten zdążył zauważyć, że ten ma w 
sobie dużo energii i pomysłów. Nie brakowało mu inteligencji i odwagi...
   Draco wspierał psychicznie swojego przyjaciela, gdy znaleźli się w namiocie. 
Snape był naprawdę zmęczony i wymagał odpoczynku. Jeszcze tylko jedna 
walka i będzie po wszystkim...
   Malfoy przemył mu twarz, wcześniej całkowicie oblepioną potem i napoił go 
Eliksirem Regenerującym. Oboje wiedzieli, że brunet nie powinien go aż tyle 
zażywać, ale co zrobić? Niektóre sytuacje tego wymagały...
- Będzie dobrze, zobaczysz. Teraz wszystko zależy od tego, czy wygrasz, czy 
nie. Jeśli tak, zostaniesz zwycięzcą turnieju, jeśli nie... Cóż, i tak daleko 
zaszedłeś, choć wiem, że stać cię na wysilenie się jeszcze ten jeden raz...- mówił
do leżącego z zamkniętymi oczyma Draco, głaszcząc go po włosach.
- Muszę wygrać... Skoro już zaszedłem tak daleko, nie mogę się poddać... Znasz
mnie przecież, Smoku... A potem... Potem odpocznę- uśmiechnął się blado, 
pogrążony wpół w marzeniach Harry.
- O tak, będziesz spał tak długo, jak tylko będziesz chciał i to w swoim łóżku. Z 
pewnością oboje dostaniemy jutro dzień wolny- obiecał mu Malfoy.- Tylko ten 
ostatni raz musisz dać z siebie wszystko. Mam nadzieję, że to wystarczy...
   Harry wyszedł na Arenę, z pewnością po raz ostatni podczas tego turnieju. 
Jego przeciwnik, Polak, już na niego czekał, dzierżąc swój miecz w dłoni, oparty 
o ziemię.
   Syn Nocy i jego przeciwnik wpatrywali się krótką chwilą w siebie, jakby już 
chcieli wypatrzyć  słabe strony tego drugiego. Mieli już przygotowane swoje 
techniki, choć doświadczenie mówiło im, że wszystko się samo ułoży, gdy zaczną
się bić.
   Ich ostrza złączyły się, aby po chwili rozłączyć z niezbyt głośnym 
brzdęknięciem. Harry obserwował każdy ruch rywala, nawet taki, który z pozoru 
nie powinien mu zaszkodzić... Właśnie, z pozoru. Każdy szermierz musiał 
uważać, aby nie dać się im zwieść. Nie było nic gorszego, od zaprzestania bycia 
czujnym.
    Harry, mimo iż wiedział, że energia i siła nie będzie się go zbyt długo trzymała,
to i tak robił różne sztuczki i tricki, aby zmylić Krystiana. Ten, niewzruszony jego 
staraniami, bronił każdy atak i sam atakował w oka mgnieniu...
   Co z tego, że Polakowi brakowało siły Chinki, zręczności Rosjanina i 
wytrwałości Francuza? I tak, ze swoją bystrością i inteligencją przewyższał ich 
pod wieloma względami. Miał swój sposób na walkę i atak...
   Nagle zaczął padać deszcz. Krople wody moczyły wszystkich zebranych oraz 
walczących, którym to trochę utrudniało walkę. Niespodziewane opady 
ograniczały zakres ich wzroku, a też marzli. Skostniałe kości i mięśnie nie były 
tak pożyteczne jak te rozgrzane...

background image

   Harry z każdą chwilą tracił coraz więcej sił. Mimo to nie poddawał się i chęć 
walki rozgrzewała jego ciało i duszę. Oczy błyszczały mu zabójczą zielenią... 
Gdyby wzrok mógł zabijać, wiele osób padłoby trupem tego dnia...
    Syn Nocy wykonując obrót wokół własnej osi, kopnął drugiego chłopaka w 
nogę, a ten się lekko zachwiał i musiał się cofnąć o kilka kroków do tyłu, aby nie 
stracić równowagi.
    Nagle brunet poczuł, że ktoś złapał go za nogę i przewrócił na ziemię. Jedyne,
co zdążył zrobić dwunastolatek, to mocniej chwycić miecz i zasłonić się nim 
przed ciosem.
   Jego napastnikiem był oczywiście Budzyński, który szybkim susem doskoczył 
do niego od tyłu. Teraz próbował nabić go na swój miecz, raz po raz celując w 
niego klingą.
   Harry za każdym razem w ułamku sekundy zmieniał pozycję na ziemi, aby nie 
zostać trafiony. Jego zwycięstwo wisiało na bardzo cienkim i niepewnym 
włosku... Oby nie był on gdzieś złamany...
   Snape uważnie obserwował nagłe ruchy przeciwnika, który nie zamierzał się 
długo bawić w kotka i myszkę i mógł wymyślić coś, co by przybiło do ziemi 
dwunastolatka.
   W ostatniej chwili przed morderczym ciosem ze strony Polaka, Anglik zdążył 
zrobić błyskawicznego fikołka do tyłu. Nie czegoś takiego się spodziewał Krystian
i jego miecz, zamiast w drugiego chłopca, wbił się w zmiękczoną wodą ziemię, 
grzęznąc w niej mocno...
    Harry nie zamierzał przepuścić tej okazji i przyłożył swój miecz do szyi Polaka.
Ten tylko warknął, zezłoszczony swoją przegraną, po czym odszedł od własnej 
broni, oficjalnie przegrywając. Najgorsze było to, że dał się podejść 
dwunastolatkowi... Chociaż nie takiemu zwyczajnemu... W końcu pokonał 
wszystkich innych zawodników przed nim i zwyciężył w turnieju w kategorii 
juniorów.
    Syn Nocy nie pamiętał, ile znosił gratulacji i tym podobnym... Gdy położył się w
swoim łóżku w domku w Obozie Magów, już nie wstał, zmęczony. Oprócz 
szacunku, wygrał w turnieju szermierzy srebrny medalion z mieczem wykonanym
ze szmaragdów. Symbolizował on mistrzowski poziom ucznia czarnego maga i 
jego siłę, przynajmniej w szermierce. 

Rozdział 10" Drobne... Konflikty"

                                                ***
   Co prawda minęło już sporo dni od ostatniego rozdziału, ale na 
pocieszenie(albo i nie) dodaję tę notkę... Może mnie za nią potępicie, ale taka 
wyszła mi trochę... Nie ważne... Dziwna... Zatem czytajcie i komentujcie... W 
OCZEKIWANIU NA COŚ LEPSZEGO...
                                                               ***
     Kiedy nastał styczeń, uczniowie Czarnych Magów musieli się zmierzyć z 
kolejnym wyzwaniem, zupełnie dla nich nowym... Byli do niego przygotowywani 

background image

na różnych lekcjach, jednak, jak wiadomo teoria to nie jest to samo co praktyka...
Choć to, przez to że byli zarozumiali i zbyt pewni siebie, miało wyjść dopiero w 
praniu...
- Macie dwa dni na przygotowanie się do wyprawy. Zabieracie ze sobą wszystko,
co uważacie za potrzebne, pamiętając o pogodzie i wszystkim, czego się 
nauczyliście. Jak już się przekonaliście, tylko najwytrwalsi mogą przeżyć, a 
najlepsi wygrać. Ci, którzy sobie nie poradzą teraz, już nie będą mieli powodów, 
aby kontynuować dalej naukę... Zatem zaczynajcie przygotowania... W czwartek,
7 stycznia, wyruszacie na wyprawę... Jednak nie wyruszacie wszyscy razem, ani 
też pojedynczo. Dobierzcie się w czwórki. Jedna z grup, która wygra, dostanie 
tydzień wolnego, przegrana zaś... Nie chcecie wiedzieć...- po tych słowach 
wszyscy "wyżsi" już zaczęli się obawiać wielu rzeczy. Takie ostrzeżenia nigdy nie
były bezcelowe czy próżne... Były tylko i aż przestrogą...- Szczegółów dowiecie 
się na chwilę przed wyjściem.
   Uczniowie Czarnych Magów rozdzielili się na dwie grupy: męską i damską, 
wywołując krzywy uśmieszek na twarzy organizatora.
- Och, zapomniałem dodać, że grupy mają się składać z dwóch chłopców i 
dwóch dziewczyn. Musi być równowaga- oznajmił krótko, złośliwie na nich 
patrząc.- Rozdzielimy dziś przyjaźnie i spółki, Weasley'owie i dwie starsze 
dziewczyny razem, a młodsi chłopcy z młodszymi dziewczynami.
- Ale to będzie niesprawiedliwe- zgłosiła swoją uwagę Silver, nie chcąc brać 
udziału w wyprawie, w której byłaby w grupie ze Snape'm i jego przyjacielem... 
Już wolała nawet tych rudych...- Oni są starsi, a my młodsi. Może ja i Kelly 
powinnyśmy być wraz z Weasley'ami? Byłoby sprawiedliwie...
- Och, to wcale nie byłoby bardziej sprawiedliwe. Wręcz przeciwnie... W waszej 
grupie znajduje się nasz unikalny talent- zażartował, choć z poważną miną, 
organizator.- No, zmykajcie, już nic nie możecie zmienić... Chyba że chcesz 
odejść z Obozu, Silver, to wtedy przyjmę twoją uwagę.- uśmiechnął się z 
pogardą dla zuchwałości dziewczyny. - No, rozejść się. I sądzę, że jeśli się 
wspólnie w grupach nie dogadacie, przegracie szybko.To taka przestroga.
   Harry nie radował się na myśl, że będzie musiał współpracować ze swoją 
największą przeciwniczką w obozie, ale przyjął to jako próbę charakteru zadaną 
mu przez Czarnych Magów. W środku rozpaczał, ale miał siłę podjąć się tego 
wyzwania, choć wiedział, że będzie miał z tym różne problemy...
- Silver, Kelly, Draco idźcie po broń dla siebie, pożyczcie ją z wypożyczalni, 
spotykamy się na naszym dziedzińcu- polecił reszcie jego grupy Harry, który 
został wyznaczony na lidera grupy... Było to nie tylko wyróżnienie, ale i wielka 
odpowiedzialność. Jeśli wygrają, największa chwała spadnie na niego. Jeśli nie...
To potępienie i złość uderzy najbardziej w niego...
   Całą czwórką zebrali się razem na dziedzińcu i usiedli koło siebie na trawie. 
Harry zajął miejsce jak najdalej, oczywiście w granicach rozsądku, od Silver.
- Dobra, jest zimno... Jest bardzo zimno i z całą pewnością nie wysyłają nas na 
Hawaje- mruknął z nutką goryczy w głosie Harry.- Dlatego każdy musi zadbać o 
odpowiednią garderobę. Dziewczyny, waszym zadaniem jest zorganizowanie 
odpowiedniej liczby prowiantu, uwzględniając przy tym wodę i suche rzeczy... 
Draco i ja zajmiemy się pożyczeniem namiotu i innych potrzebnych rzeczy... 

background image

Musimy też ustalić kolor naszej grupy...- rozdzielał po kolei każdemu zadanie 
Snape, doskonale wcielając się w postać przedstawiciela grupy i głównego 
organizatora... Musiał się tego uczyć, dał mu o tym wyraźnie znać jego mentor, 
Akkarin.
- Nie ma sprawy- odpowiedziała za damską część składu Kelly, uśmiechając się 
słodko do Draco. Ten odpowiedział jej tym samym. Lubili się, nawet przyjaźnili 
mimo nienawiści ich Chronionych. Jednak ten rok różnicy stanowił barierę, 
przynajmniej na razie, nie do pokonania. Kiedyś... Może by coś z tego wyszło.
    Harry i Malfoy oddalili się, aby załatwić kwestie organizacyjne i pożyczyć różne
niezbędne na wyprawie, z resztą ich pierwszej w życiu... To było dla nich 
zupełnie nowe doznanie, któremu towarzyszył dreszczyk emocji... Tak przyjemny,
którego wcześniej nie doznali... Było to coś niesamowitego, że wreszcie wykażą 
się czymś, bez opieki swoich nauczycieli... Pokażą na co ich stać, albo też nie 
stać...
   Wzięli najbardziej, według ich opinii, namiot. Składał się od z dwóch komór 
sypialnianych oraz przedsionka. Był on magicznie powiększony, jednak niezbyt 
luksusowy... Takich pięciogwiazdkowych nie używali Czarni Magowie, uznając je 
za zbyteczne obciążenie. Te zwykłe, można powiedzieć, że wręcz wojskowe, 
idealnie im odpowiadały. Szybko się same rozkładały, były przestronne i szybko 
składały.
   Inny sprzęt Malfoy i Snape zabrali równie prędko, wpierw oglądając, czy nie 
został uszkodzony czy niepoprawnie skonstruowany, co też się czasem zdarzało.
Na szczęście nie mieli z tym większych kłopotów, dlatego prędko wrócili na 
dziedziniec, aby tam spotkać się z dziewczynami.
- Zamówiłyście już na stołówce prowiant?- spytał Harry, bardziej kierując to 
pytanie do Kelly, którą całkiem lubił, w przeciwieństwie do jej Chronionej.
   Tak naprawdę nikt nie mógł odgadnąć, co przeszkadzało Snape'owi i Silver się 
zaprzyjaźnić, czy chociaż kumplować. Może to, że oboje mieli charakter 
przywódczy, chcieli być liderami i nie dawali się nikomu wodzić za nos. Tacy 
indywidualiści... Niepowtarzalne persony.
- No to... Teraz zostało nam do omówienia jeszcze kilka kwestii 
organizacyjnych...- westchnął Harry i rozpoczęli konwersację, która tak sobie się 
kleiła... Nawet bardzo słabo.
   Silver, naburmuszona na cały świat, odpowiadała krótkimi odpowiedziami na 
ich pytania i propozycje, np. " Tak", " Nie", " Nie wiem", "Mało istotne" lub "Sami 
decydujcie". Wiele im nie pomagała. Cóż, mieli naprawdę przez nią mało zgraną 
drużynę. Tak bywa...
- Ej, Silver, albo ruszysz tyłek, albo cię tu zostawimy- warknął Snape, wkurzony 
już jej zachowaniem, po czym stanął na przeciwko niej.- Mam prawo udzielić ci 
nagany do nauczycieli, więc lepiej się przyłóż, dziewczyno. Chyba że chcesz 
wylecieć stąd z hukiem, wtedy nie przeszkadzam.
- Ty...- warknęła, zdenerwowana jego zuchwałością, Sandra, wznosząc się na 
palce, aby choć trochę zbliżyć się do niego wzrostem.- Jak śmiesz tak do mnie 
mówić i mi grozić, ty szla...
   Zanim zdążyła rzucić w niego jakimś zaklęciem, jego tarcza odepchnęła go od 
niego i rzuciła na ziemię.

background image

- Nigdy nie nazywaj mnie szlamą, ty debilko- wysyczał Harry, wkurzony jej 
słowami.- I mam prawo ci grozić... Mam też prawo cię zabić tu i teraz za obrazę...
- Nie zdążysz- poderwała się na równe nogi Silver, gotowa do walki na śmierć i 
życie.- Pokaż co umiesz, dziecko mugoli...
- Nie jestem dzieckiem mugoli. Avada- zaczął inkantację śmiercionośnego 
zaklęcia Snape, już w nią celując.
   Nagle poczuł, jak wielka siła odepchnęła go do tyłu i przewróciła na plecy, aż 
zobaczył gwiazdki przed oczami. To samo stało się z jego przeciwniczką.
- Uspokójcie się oboje- skrzyczała ich Kelly, bo jak się okazała, w jednej chwili z 
Draco zaatakowali ich zaklęciem powalającym.
- Macie sobie podać ręce na zgodę- rozkazał obojgu Malfoy.- Albo pożałujecie. 
Nie, Harry, nie żartuję... Mogę cię przywrócić do porządku, jeśli zajdzie taka 
potrzeba... Jeśli uznam, że to dla twojego zdrowia i bezpieczeństwa.
- Ty, Sandra, również. Ja nie zawaham się cię obezwładnić po raz drugi- 
upomniała swoją Chronioną panna Madden.
   Silver i Snape warknęli, piorunując siebie nawzajem wzrokiem. Żadne z nich 
nie miało ochoty się godzić, ani tym bardziej przepraszać. Byli święcie 
przekonani o winie drugiej osoby.
- No dalej, ruszajcie się, chyba że zamierzacie tak stać do jutra- upomniał ich 
Malfoy, szczęśliwy że ma pomoc w Kelly...
- No, pogódźcie się wreszcie. Zachowujecie się jak pięcioletnie dzieci, które 
obraziły się na siebie, bo jedno ukradło drugiemu zabawkę- naskoczyła na nich 
słownie Kelly.
- W życiu- odpowiedzieli naraz zagorzali wrogowie, mając już na ustach jakieś 
przekleństwo, jednak zdziwiło ich to nagłe zgranie słowne i czasowe.
- Harry , zachowaj się jak prawdziwy mężczyzna- polecił przyjacielowi blondyn.- 
Ile można się kłócić z dziewczyną??? I to słabszą od siebie...
- Wypraszam sobie. Czemu mam być słabsza z powodu, że jestem 
dziewczyną?- łypnęła na niego groźnie okiem Silver, ale jej przyjaciółka 
przytrzymała jej, aby ta nie zamordowała gołymi rękoma białowłosego.
- Ludzie, po prostu podajcie sobie ręce... Chociaż na czas wyprawy zakopcie 
topór wojenny, bo przez was przegramy, a wiecie co to będzie znaczyło- 
skwitowała Kelly, obdarzając dwóch nieprzyjaciół pogardliwym spojrzeniem.
- Przecież nie każemy wam się zaprzyjaźnić czy pokochać- poparł ją z 
entuzjazmem Draco.- No, ruchy...
- Dobra, ale tylko na czas wyprawy- znów naraz odpowiedzieli Harry i Sandra, po
czym uścisnęli sobie dłonie, chcąc je sobie nawzajem zmiażdżyć. To mimo 
wszystko starczyło im Strażnikom.
- No i w porządku- westchnęła panna Madden.- Ile można się zachowywać jak 
dwa rozkapryszone bobasy? To już przechodziło wszelkie granice.
- Tylko na czas wyprawy- poprawiła ją z krzywym uśmieszkiem Silver, obdarzając
niezbyt przyjaznym spojrzeniem chłopaków.- Nic więcej nie obiecywaliśmy wam.
- Właśnie- po raz pierwszy zgodził się z nią Harry, co go samego trochę zdziwiło i
onieśmieliło.
   Gdy Silver i Snape wrócili do swoich domków, ich Strażnicy zostali sami na 
dziedzińcu wyższych.

background image

- Nie poszło tak źle- wyszczerzył tryumfalnie zęby Malfoy, przysiadając się koło 
koleżanki.
- Nawet całkiem dobrze... Kiedyś może się polubią- westchnęła, również się 
uśmiechając, Kelly.
- Marzenia ściętej głowy- skwitował pół żartem pół serio Draco. Naprawdę lubił 
towarzystwo starszej koleżanki... W sumie tylko parę miesięcy...
- No nie bądź takim pesymistą- zganiła go żartobliwie dziewczyna, przeczesując 
włosy palcami, jak to miała w zwyczaju.
- Nie... Ja jestem realistą- odparł Malfoy, co nie do końca zbiegało się z prawdą.- 
I niezbyt wierzę w cuda... A chyba tylko to by im pomogło.
- Ja tam zauważam w nich potencjał. Gdyby dali sobie szansę, mogliby stworzyć 
idealną parę... Potem rodzinę- westchnęła z rozmarzeniem Madden.
- No, chyba się zbytnio zagalopowaliśmy- zgonił ją Draco.- Lepiej nie 
podejmujmy takich decyzji za nich... Potem mogą być źli, jeśli byśmy się mylili.
- Ale Draco! Oni sami nie dojdą do tego, że są sobie przeznaczeni- jęknęła Kelly.-
Miłości trzeba pomagać... A my przecież jesteśmy ich przyjaciółmi, Strażnikami, 
więc musimy dbać o to, co leży w ich interesie.
- Jeśli tak uważasz...- mruknął białowłosy.- Ale nic na siłę. Jeśli zobaczymy, że 
nasze starania nie przynoszą żadnych korzyści, zastopujemy, dobrze?
- Dobrze- rozpromieniła się, słysząc jego pozwolenie, Madden i dała mu buziaka 
w policzek.
   Draco zarumienił się, nie spodziewając się po niej tak... Pięknego gestu... 
Szkoda, że nie jednoznacznego, a tylko przyjacielskiego. Choć zawsze to coś....
- A ty, Kelly? Myślisz tylko o Sandrze i o Harrym, a sama nie myślisz o jakiejś 
wielkiej miłości?- spytał delikatnie ją Malfoy, aby nie sprawiać wrażenia 
nachalnego.
- Czy myślę? Nie... Poza tym jestem już z Georgem...- wyznała mu. Ta 
wiadomość go wręcz zamurowało. Jego przyjaciel zajął dziewczynę jego marzeń.
Od razu poczuł narastający w nim smutek... A ona tylko go dalej dobijała.- To 
wspaniały chłopak, znajdujemy wspólny język... Nie mogę bez niego żyć...
- Przepraszam, muszę iść do Harry'ego, jeszcze zrobi sobie coś złego z tej 
rozpaczy, że zmusiłem go do pogodzenia z Silver- przeprosił ją blondyn i nie 
czekając na odpowiedź, wrócił do domku...
- Byłem taki głupi... Myślałem że mnie kocha- powiedział sam do siebie Draco, 
wchodząc do domu. Zdawało mu się, że jego współlokator już poszedł spać.
- Tak mi przykro, Smoku- nagle, nie wiadomo skąd pojawił się przy nim Harry, co 
spowodowało że Malfoy aż się wzdrygnął. W jego oczach błyszczały łzy smutku i
zawodu.- Ale nic nie trwa wiecznie. Ja nie wierzę w prawdziwą miłość, to nie dla 
mnie... A ty... Musisz trafić na tą jedyną, skoro uważasz, że taka istnieje.
   Białowłosy wtulił twarz w szatę na piersi swojego przyszywanego brata i już nic
nie mówił, łkając cicho. Nie chciał być teraz sam i brunet to doskonale rozumiał. 
Dlatego nie udawał że go nie ma,  a wyszedł mu na pomoc. Tak jak zawsze to on
robił dla niego. Przyszedł czas na spłacanie długów wdzięczności...
-Pozwoliłes mi uwierzyć w siebie... W to, że czasem warto walczyć o coś,co na 
pierwszy rzut oka wydaje się nieosiągalne... Chwile zwątpienia i małe 
niepowodzenia tylko pobudzały do działania! A wszystko sprowadziło się do 

background image

jednego- w życiu można mieć wszystko, trzeba tylko umieć o to zawalczyć... Nie 
ma rzeczy niemożliwych...- szepnął mu do ucha Harry i już więcej nic nie 
powiedział. Cisza mówiła teraz więcej niż tysiące słów.

Rozdział 11" Nie wszystko można kupić za pieniądze..."

   W życiu bywa jak to w życiu- różnie. Raz powodzi nam się lepiej, innym razem 
gorzej. Wszystko zależy od naszych starań i naszego podejścia. Szczęście czy 
pech mają tu niewiele do gadania, aczkolwiek mogą nas wspomóc, lub 
kompletnie zdołować. Dlatego nie warto wierzyć w cuda, a na wszystko starać 
się zapracować i zasłużyć. Naprawdę bardziej się to opłaca...
  7 stycznia, jak to zostało uprzednio oznajmione, dwie grupy składające się z 
czwórki uczniów Czarnych Magów, wyruszyły w pierwszą w swoim życiu 
wyprawę, w której liczyły się zdolności w sztuce przetrwania i wytrzymałość. Do 
tego dochodziła też współpraca z resztą grupy, a nie dzielenie się na osobne 
postacie.
  Tak naprawdę pojedynczo mieli niewielkie szanse, aby wygrać, a w grupie 
stanowili bardzo silną jedność. Ta wycieczka miała być dla nich sprawdzianem, 
czy potrafią współpracować z innymi osobami, czy po prostu są słabi...  Bo nie 
sztuka umieć radzić sobie samemu, a dobrze współgrać z ludźmi.
   Harry i Sandra, mimo że obiecali swoim współtowarzyszom wyprawy, że 
przestaną się na jej czas kłócić, to ciągle zerkali na siebie złośliwie, wymyślając 
coraz to nowsze sposoby na  dopieczenie temu drugiemu.
   Te ich pomysły przestały utrzymywać się na poziomie podstawiania nogi i 
wyśmiewanie, a stawały się coraz bardziej skomplikowane, złożone i złośliwe. 
Wszystko tak dokładnie przemyślane i wyliczone, aby ich Strażnicy nic nie 
zobaczyli, ani nie zaczęli czegoś podejrzewać.
   Ich wyprawa miała trwać około tygodnia, więc nie najdłużej. Przebiegała ona 
przez liczne lasy i puszcze, więc nie mieli co liczyć na promienie słońca, a zdać 
się na ciepłe swetry i kurtki, ponieważ ciągle padał śnieg i sięgał im nieraz do 
pasa.
   Pierwszego dnia szli jedynie ciemnym borem z kompletnym brakiem światła, 
które musieli sobie dostarczać za pomocą kul energii z ich dłoni. Wyczarowywali 
je naprzemienne, aby nie zabrakło im naraz dużo sił.
   Harry i Sandra nie powstrzymywali się od rzucania sobie ukradkowych 
spojrzeń, przepełnionych do cna pogardą i nienawiścią.
   Młody Snape był ubrany w czarne kozaki(męskie) z szarym futerkiem, czarne 
spodnie, zupełnie przypominające te narciarskie, czy snowboardowe, jakie noszą
mugole, tyle że znacznie cieplejsze i zieloną kurtkę z wężem wyhaftowanym na 
plecach. Wyglądał w tym gustownie, jednak panna Silver czepiała się, że 
wygląda jak dziecko, co nie do końca zbiegało się z prawdą.
   Ona, ubrana w srebrne spodnie i dopasowaną, wyglądającą na trochę zbyt 
lekką na taką pogodę kurteczkę w kolorze śliwki, też nie zostawała bez 
uszczerbku na honorze. On twierdził, że mogłaby wpaść do kompotu i w końcu 

background image

się zamknąć, bo boli go głowa od jej piskliwego głosiku.
- Harry, zostaw ją w spokoju- upomniał go cicho Draco, dając kuksańca w bok.- 
Nie widzisz, że to dziewczyna i powinieneś jej ustąpić? W końcu powiadają, że 
głupszym się ustępuje, a ty chyba nie jesteś tym głupszym i gorszym, nie? Nie 
zwracaj na nią uwagi, to się odczepi.
   Syn Nocy nic nie odpowiedział, tylko warknął zezłoszczony i zamknął w sobie 
targające nim uczucia, oczywiście wszystkie negatywne i pod adresem jednej 
dziewczyny. Nie wiedział, co powodowało w nim taką odrazę do niej. Jej 
zachowanie? Jej wygląd? Jej słowa? Czy może jeszcze coś innego mu w niej 
przeszkadzało?
- Gdzie planujemy nocleg i kiedy, o wszechpotężny i wszech-idiotyczny liderze 
naszej nieszczęsnej grupy?- zapytała z sarkazmem, już zmęczona i 
przemarznięta Silver. Z resztą nie tylko jej dokuczał mróz, głód i brak siły do 
dalszej drogi... I nie tylko ona narzekała... Ale żeby nie było, ona robiła to 
nieustannie, aby jak najbardziej zdenerwować, a nawet rozwścieczyć młodego 
Snape'a.
- Jeszcze nie teraz- odparł sucho Harry, mając po dziurki w nosie jej bezczelnego
i żałosnego zachowania, którego nie spodziewałby się nawet po najgorzej 
wychowanym dzieciaku. Ona łamała wszystkie zasady i przekraczała wszystkie 
granice.- Jeszcze zostały nam dwie godziny drogi, o ile się pospieszymy, a jak 
nie, będziemy iść jeszcze dłużej, nawet do rana.
- Aż tak długo?- jęknęła dziewczyna piskliwym, wnerwiającym tonem.- Nie 
możemy gdzieś wcześniej? Narzuciliśmy chyba zbyt szybkie tempo i zbyt długi 
dystans do przebycia jednego dnia, przesadzasz z tym pośpiechem.
- Nie wiem jak ty, ale ja nie zamierzam przegrać- warknął Syn Nocy i dodał.- Jak 
coś ci się nie podoba, możesz już brać swoje bagaże i wynosić się z obozu. Z 
takimi problemami jak twoje, powinni cię już dawno wyrzucić, skoro męczysz się 
po przejściu zaledwie paru kilometrów.
- Nie dzięki, ktoś musi bronić honoru tego obozu, skoro przyjęli do niego kogoś 
takiego jak ty- syknęła cicho do niego Sandra, wykrzywiając w twarz w geście 
irytacji.- Dbam, aby nie splamić honoru Czarnych Magów, a nie odwrotnie, jak to 
ty nam często prezentujesz, Snape.
- Czego to ty nie powiesz?- zakpił Harry- Przez ciebie tracimy poziom i mamy 
małe szanse dziś na wygraną, bo oczywiście musisz ciągle narzekać, jakbyś była
jakąś księżniczką czy wielką damą! Pogódź się z prawdą, że jesteś po prostu 
nikim i twoje słowa nie robią na nikim wrażenia. Nie popisuj się, jak sześciolatek, 
który dopiero co nauczył się pisać, bo to po prostu żałosne w twoim wykonaniu.
   Sandra zamilkła, odwracając głowę w bok, ponieważ nie spodobał jej się ten 
komentarz ze strony jej wymarzonego księcia z bajki. On nie tak powinien się do 
niej zwracać... Powinien ją kochać i doceniać... Och, dlaczego rzeczywistość jest
tak bura i ponura?
- Nie musiałeś być tak niemiły- upomniał go Draco, szepcząc mu to na ucho.- To 
musiało ją zaboleć.
- Co mnie to obchodzi, Draco?- warknął Syn Nocy, odsuwając go od siebie.- Ja 
tylko pokazuje jej, jaka jest prawda, nic poza tym. Zachowywałbym się w 
stosunku do niej nie fair, gdybym okłamywał ją, mówiąc, jaka to jest cudowna, 

background image

miła, idealna i w ogóle szablonowa Mary Sue...
- Harry, nie rozumiesz? To jest kobieta, a im się nie mówi takich rzeczy... Gdy 
będziesz miał swoją dziewczynę, to też będziesz jej mówił tak "miłe słówka"?- 
spytał go z sarkazmem Malfoy.
- Nie, bo będę ją kochał, a osobom, które się kocha, można delikatnie 
powiedzieć, co w nich jest nie tak, a poza tym... Nie chodziłbym z taką, która 
miałaby się za ósmy cud świata, czy Merlin wie kogo jeszcze- mruknął brunet.- 
Taka porcelanowa laleczka, pani idealna, nie dla mnie. Wolę spokojniejsze, 
bardziej wrażliwe i nieśmiałe dziewczyny,  pełne samokrytyki i dystansu do samej
siebie.
- A do tego piękne, dowcipne i romantyczne?- zażartował Draco- Wybacz, ale 
tylko w snach. Takie nie istnieją, albo są piękne, albo pełne samokrytycyzmu i 
wrażliwe.
- Śmiejesz się, a ja ci jeszcze pokażę, że znajdę "tą jedyną"- odparł poważnym 
tonem Snape.- Może nie dziś, może nie jutro, ale będę takiej szukał nawet na 
końcu świata... Do końca życia, póki nie znajdę, lub póki śmierć mnie nie 
zabierze do swego królestwa. A wtedy złączę się z nią, Panią Zła, Bólu i 
Cierpienia, dzierżącą swoją srebrną kosę...
- Przestań marzyć, zacznij żyć, bo marzenia są tylko marzeniami i niczego ci nie 
przyniosą, prócz złudzeń, że świat jest piękny i wszystko może się zdarzyć...- 
poradził mu z ręką na sercu białowłosy.- Tak będzie lepiej, i dla ciebie i dla 
innych.
   Harry schował twarz pod kapturem, nie mając zamiaru ciągnąć tej pogawędki. 
Nie zawsze lubił słuchać porad młodego Malfoya, chociaż gdyby tak robił, 
uniknąłby wielu problemów i konfliktów. Po prostu miał swój rozum i swój gust, a 
nie lubił niczego nikomu puszczać płazem... Walczył o swoje i o to, aby spełniać 
marzenia, aby przestały być marzeniami, a stawały się jawną rzeczywistością.
    Chwilę przed zmrokiem rozbili namiot na jakiejś polanie. Harry rozstawił na jej 
obszarze, choć niewielkim, bariery ochronne przed zaklęciami, teleportacją i 
zwierzętami, aby móc czuć się bezpiecznym w nocy.
    Kelly i Sandra zajęły się przygotowywaniem ciepłego posiłku i gorącej herbaty 
na rozgrzanie po wielogodzinnej wędrówce, a chłopcy naradzali się co do trasy 
ich dalszej drogi. Wybierali na mapie najkorzystniejszą drogę, za razem 
najkrótszą i najłatwiejszą do przebycia.
    Podczas obiadokolacji we czwórkę ustalili porządek i kolej wart nocnych. Było 
wiadome, że ktoś musi ciągle czuwać, aby nie zostać zaskoczonym i 
napadniętym...
   Gdy wszyscy położyli się spać około 23 wieczorem, pierwsza wartę trzymała 
Kelly przez równo dwie godziny. Zaraz po niej wstąpił na to miejsce Harry, potem 
Sandra, a na końcu Draco.
   Już o godzinie ósmej byli najedzeni i gotowi, choć niechętni, do dalszej drogi.
   Silver chodziła jak struta i nie odzywała się słowem do nikogo, jak z resztą 
również Harry. Ich Strażnicy byli zdziwieni tą ciszą, bo oni dotąd zapełniali ją 
hałaśliwymi kłótniami i wymianami ostrych słów.
    Starając się unikać kontaktu z dzikimi i nieprzewidywalnymi zwierzętami 
zamieszkującymi las, po którym zmierzali, wybierali trasy, podczas których było 

background image

małe prawdopodobieństwo na spotkanie ich i ciągle uważnie wsłuchiwali się w 
odgłosy natury świadczące o miejscu ich przebywania.
    Wieczorem, gdy rozpalili ognisko, aby upiec na nim kiełbaski i ugotować wodę 
na herbatę, Kelly i Draco nie wytrzymali, nie mogąc nie reagować dłużej na 
otaczającą ich zewsząd ciszę i gniewną atmosferę.
- Sandra, Harry, o co wam chodzi? Dlaczego wy się tak nienawidzicie?- spytała 
ich panna Madden, oczekując na szybką i nie odchodzącą od tematu odpowiedź.
- Nie mam zamiaru się przed wami spowiadać- mruknęła zła, że się wtrącają w 
jej prywatne sprawy, Sandra.
- Nie każemy wam się godzić, tylko chcemy wiedzieć, skąd u was ta wzajemna 
nienawiść... Może jest coś, czego my nie wiemy o was?- dodał Draco, mając 
serdecznie dość waśni tych dwóch osób, jego przyjaciela i przyjaciółki Kelly...
- Po prostu jej nie toleruję i to ona zaczęła- warknął Harry, odwracając się do nich
plecami.- I nie chcecie wiedzieć, co o niej myślę...
- Ani ja o nim- dodała Silver, również odwracając się do nich plecami.- I nie 
mieszajcie się w nieswoje sprawy, bo kiedyś nie wyjdzie to wam na zdrowie.
   I znów zapanowała wśród nich cisza... Cisza przed burzą, a nawet burzą z 
gradobiciem i huraganem.
    Harry wstał od stołu najwcześniej i ruszył w kierunku namiotu, chcąc już się 
zdrzemnąć przed wartą, którą tym razem miał jako pierwszy... Uznał, że 
wcześniejszy sen pozwoli mu nie zaśnięcie podczas patrolowania namiotu i 
obszaru wokół niego.
   Sandra pomyślała chyba o tym samym w tym samym czasie i zerwała się na 
równe nogi, mając w zamiarze wzięcie gorącego prysznica... Oczywiście wodę 
musiała sama sobie podgrzewać swoją mocą...
   Gdy brunet zahamował, ona wpadła prosto na niego i razem znaleźli się na 
śniegu w śmiesznej sytuacji.
- Uważaj, jak chodzisz- warknęła na niego, jednak czując jego subtelny, męski 
zapach, przymrużyła oczy w geście rozkoszy. Tak bardzo pragnęła, aby należał 
tylko do niej i tylko ją kochał. Marzenia, ach marzenia. To są właśnie te rzeczy, 
których nie można kupić za pieniądze.
   Gdy Harry chciał wstać i się obrócić, pośliznął się po raz kolejny i wylądował na
niej, twarzą do twarzy.
- Co ty...- szepnęła Silver, gdy poczuła jego chłodne wargi na swoich własnych... 
Zatopiła się w uczuciu, chcąc by ono trwało i trwało wiecznie...
   Jednak on odskoczył on niej jak poparzony i nic nie powiedział, odchodząc do 
namiotu, jakby to co się stało, było zwykłą pomyłką, niechcianą rzeczą.
  Wbił kolejny nóż w jej kobiece i bardzo delikatne i wrażliwe serce... Tyle musiała
udawać, tyle się starać, aby ją zauważył... No i zauważył...I od razu znienawidził. 
Była w jego oczach nikim, zwykłą wredną konkurentką...
  A miało być inaczej... Zupełnie inaczej...

Rozdział 12 " W świetle nocy"

background image

   Od pamiętnego pocałunku Harry'ego i Sandry minęły już trzy dni, nastał 10 
styczeń. W ogóle się do siebie nie odzywali, nie spoglądali na siebie i starali się o
sobie zapomnieć, jakby to było tylko zwykłe nieporozumienie, nic nie znaczący 
całus...
   Jednak Harry miał już serdecznie dość tej pustki, ciszy. Uznał, że najrozsądniej
będzie, jak sobie wytłumaczą parę spraw. Wtedy obejdzie się bez nieporozumień
i niepotrzebnych domysłów i błądzeń. Gdyby to było tak łatwe, jakie się mogło 
zdawać...
   Tej nocy pierwszą wartę miała Kelly, drugą natomiast Silver, on trzecią, a Draco
ostatnią. Już wymyślił, jak zagadać Sandrę, aby nikt się nie zorientował i nie 
podsłuchiwał.
   Nie spał, czekając aż skończy się warta panny Madden i ukradkiem słuchał, 
kiedy wstanie Silver. Musiał wyjść bardzo cicho, aby nikogo nie obudzić, ani 
zbytnio nie przestraszyć drugiej wartowniczki.
- Wstawaj, Sandra, teraz twoja kolei- usłyszał szept Kelly przy łóżku śpiącej 
jeszcze przyjaciółki. Na to właśnie czekał.
- Mmm... Jeszcze pięć minut... Chcę jeszcze z nim obyć, chociaż we śnie- 
jęknęła zaspana Sandra, przekręcając się na drugi bok.
- Wstawaj, twoja warta. Później sobie o nim pomarzysz- zganiła ją, zrzucając z 
łóżka, panna Madden.- On nie ucieknie... Znaczy ucieknie, jeśli nie powiesz, o co
ci w ogóle chodzi. Odstraszasz go...
- Ale ja nie umiem- warknęła Silver, wstając.- Dobra, idę. Mam dość tego 
wszystkiego, jestem do niczego... Nawet nie potrafię sprawić, aby mnie jeden 
chłopak polubił, a co mówić o tym, aby mnie pokochał...
- Nie jesteś beznadziejna, tylko postępujesz często agresywnie i nierozsądnie- 
poprawiła ją Kelly, kładąc się na swoim łóżku.- Idź pilnować, tylko z tego 
rozmarzenia nie uśnij na posterunku, bo będzie klapa.
- Dobra, już dobra- mruknęła Sandra, po czym włożyła buty na nogi i wyszła, 
zapominając że jest chłodno, a ona nie ma na sobie nic poza krótką, obcisłą 
piżamą.
   Harry poczekał kilkanaście minut, przysłuchując się oddechowi Kelly, który z 
każdą chwilą stawał się coraz głębszy, co oznaczało, że wpada w Objęcia 
Morfeusza.
   Nabywszy całkowitą pewność, że z ich grupy nie śpią on i Sandra, wyszedł z 
łóżka, nałożył na gołe stopy buty i zarzucił na siebie czarną bluzę, aby nie 
zmarznąć.
   Cicho, niczym kot przeszedł przez namiot, starając się, aby nikt go nie usłyszał.
Wychodząc z namiotu zobaczył siedzącą na ziemi wartowniczkę, na szczęście 
odwróconą do niego tyłem.
   Zaszedł ją, stawiając kroki tak delikatnie, jak tylko mógł, bezdźwięcznie oraz 
powstrzymywał oddech, wtapiając się w odgłosy natury.
- Nie jest ci zimno?- szepnął jej do ucha, a ta aż podskoczyła do góry, 
przestraszona, że komuś udało się ją zaskoczyć na nocnej warcie.
   Mieszały się w niej liczne uczucia. Z jednej strony szczęście, że to on do niej 
przyszedł, ale też złość, że miał czelność to zrobić... Że na każdym kroku łamał 
jej serce, a teraz, jak gdyby nigdy nic pytał, czy nie jest jej zimno w tą jakże 

background image

chłodną i deszczową noc. Opiekuńczy, jej książę z bajki, o którym marzyła cały 
czas...
- Co tu robisz?- spytała cicho, aby nie pobudzić reszty grupy.- Jest noc, jeszcze 
nie twoja warta, możesz wracać do namiotu. Poradzę sobie, nie jest tak zimno-
skłamała, ale zdradziło ją lekkie szczękanie zębami i gęsia skórka na ciele.
- Daj spokój, widzę że marzniesz- uśmiechnął się blado Harrym zdejmując z 
siebie bluzę i nakrywając nią dziewczynę.
- Dzięki- szepnęła, czując miłe ciepło płynące od ciała chłopca i skuteczną 
ochroną przed zimnem jego bluzy. Nie sądziła, że stać go na taki gest... 
Uważała, że tylko w jej najskrytszych marzeniach tak się może wydarzyć.- O 
czym chcesz rozmawiać? Tylko nie mów, że to co się stało wtedy między nami, 
to tylko zwykłe nieporozumienie, bo równie dobrze możesz wbić mi miecz w 
serce...
  Po chwili zorientowała się, że powiedziała trochę za dużo, niż miała w 
pierwotnym zamiarze, a na jej twarzy zakwitł rumieniec wstydu, którego nie 
zdążyła opanować.
- Nie miałem zamiaru tego powiedzieć- zrobił zdziwioną, ale bynajmniej nie 
speszoną jej otwartością, minę.- Chciałem spytać, czy jeśli coś do mnie czujesz, 
na co wszystko wskazuje, to dlaczego zachowujesz się, jakbym był twoim 
największym wrogiem, który zrobił ci nie wiadomo co?
- Harry... Tak mi przykro...- w jej oczach zalśniły szczere łzy wstydu i 
zdenerwowania na samą siebie.- Pierwszy raz, gdy cię zobaczyłam, od razu 
wpadłeś mi w oko... Zanim się obejrzałam, już cię pokochałam i nie widziałam 
świata poza tobą... Chciałam jakoś cię zdobyć, ale... Nie wiedziałam, jak... 
Myślałam, że jak ci zaimponuję, to mnie w końcu zauważysz i może zechcesz 
być ze mną...
- Wybacz, ale to wcale nie wyglądało, jakbyś chciała mnie zdobyć... Odnosiłem 
wrażenie, że za wszelką cenę chcesz mnie zdołować, upokorzyć i pokazać, że 
jesteś lepsza- odparł Harry, a widząc że ta się trzęsie od szlochu i z zimna, objął 
ją delikatnie ramieniem.- Nie płacz, nie ma sensu, abyś wylewała bez potrzeby 
swoje łzy.
- Ale co jest ze mną nie tak?- jęknęła Sandra, tuląc twarz do jego piersi.- Czego 
mi brakuje?
- Niczego- szepnął, uspokajając się , po czym zamknął jej usta swoimi wargami.
  Dziewczyna nie spodziewała się takiego zachowania po jej księciu z bajki, ze 
zdziwienia aż oderwała się od niego i zrobiła się czerwona na twarzy, co dawało 
śmieszny kontrast przy jej kruczoczarnych, falowanych włosach.
- Myślałem, że tego chcesz- odezwał się po chwili Harry, odwracając się i 
kierując się do namiotu. Nie sądził, że zostanie odepchnięty... Miał nadzieję, że 
wszystko pójdzie dobrze, a tu taki zawód...
- Czekaj!- pobiegła szybko za nim dziewczyna i rzuciła się na niego, całując go w
usta i obejmując dłońmi.- Kocham cię i chcę być z tobą... Proszę, nie odrzucaj 
mnie...
- Nie odrzucam- uśmiechnął się Harry, unosząc ją lekko do góry.- I też cię 
kocham, Sandra... Idź już się przespać, zostało już może tylko z pół godziny do 
mojej warty, przynajmniej ty się wyśpisz, bo ja już nie zasnę...

background image

- Jesteś pewny?- upewniła się Silver, zdziwiona jego nagłą i nieprzemyślaną 
propozycją. Słysząc potaknięcie dodała.- To dobranoc, do jutra, Harry...
   Młody Snape wyszczerzył zęby, nie przejmując się tym, że nie oddała mu 
bluzy, i tak był już tak rozpalony, że zmarznięcie mu w  żadnym wypadku nie 
groziło.
    Usiadł na trawie, rozmyślając o sobie i o Sandrze. Miał mieszane uczucia, co 
do ich związku, ale nie zamierzał rezygnować na starcie i się poddawać. Chciał 
mieć czyste sumienie i móc powiedzieć, że próbował, nawet jeśli się coś im nie 
uda.
   Dobiegał świt. Harry, nie czując potrzeby snu, postanowił nie budzić Draco, dać
mu się wyspać. Zamiast tego układał wiersz o miłości, inspirując się 
wschodzącym słońcem.
   Promienie oświetlały polanę, na której rozbili namiot, oczyszczając ją z 
nocnego mroku i szarości. Błysk odbijający się od porannej rosy wręcz raził w 
oczy.
   Dochodził czas pobudki. Harry przeciągnął się leniwie, nie mając zbytnio 
ochoty na wyruszenie w drogę. Chciał się zatrzymać na tej polanie jeszcze 
jeden, może dwa dni i zregenerować siły nadszarpnięte krótkim snem i 
zmęczeniem spowodowanym ciągłym marszem.
   Nie minęło wiele czasu, a zobaczył wychodzącą z namiotu Sandrę, która się 
słodko do niego uśmiechnęła.
- Czemu stoisz na warcie zamiast Draco?- spytała dziewczyna, siadając koło 
niego.
- Jakoś nie miałem ochoty na sen- odpowiedział, składając na jej ustach 
delikatny pocałunek.- Obudziłaś się? Zaraz będzie trzeba zrobić pobudkę...
- Nie spieszmy się z tym, nie obrażą się, skoro ceną jest nasza... przyjaźń... Nie 
muszą więcej wiedzieć, jeśli nie chcesz- wtuliła się w niego nastolatka.
- Ja się ciebie nie wstydzę- rzekł szybko Harry.- Ale może rzeczywiście będzie 
lepiej tak, przynajmniej do końca wędrówki. Jeszcze trochę dni do końca nam 
zostało, nie ma co...
- Nie przejmuj się, jakoś to zleci...- uśmiechnęła się Sandra, czując ciepło jego 
ciała.- Mamy siebie i to jest najważniejsze.
- Nigdy cię nie opuszczę, chyba że sama mnie do tego zmusisz... Tylko śmierć 
będzie mogła nas rozdzielić- obiecał młody Snape, nawet nie zdając sobie 
sprawy, jak blisko był prawdy w tym twierdzeniu...
   Nagle oboje usłyszeli jakiś szelest dobiegający zza gęstwiny drzew.
- Pójdę tam, nie wstawaj- oznajmiła Silver, wstając.- Pewnie jakiś zając, czy coś, 
ale wolę się upewnić, tak na wszelki wypadek.
- Dobrze- pokiwał głową Harry, ziewając. Dopiero teraz brak snu zaczął mu 
dokuczać i stał się dziwnie śpiący i bliski nieprzytomności.
   Dziewczyna zniknęła za gęstwiną krzaków i drzew. Chłopak wypatrywał jej. 
Mijały sekunda za sekundą, a on zaczynał się coraz bardziej o nią bać. Tyle 
niebezpieczeństw czyhało na nieuzbrojoną osobę w lesie...
   Powietrze przeszył krzyk. Harry zerwał się na równe nogi, biegnąc w kierunku 
pisku Sandry. Nie wiedział co się jej mogło stać, a naprawdę chciał się nią 
zaopiekować i bał się, że coś jej się może stać.

background image

   To, co zobaczył, zmroziło mu krew w żyłach. Wśród drzew ustawiły się chyba 
ze trzy wrogo nastawionych do ludzi, bardzo niebezpieczne i agresywne 
Mantykory. Harry, kiedy się o nich uczył, miał szczerą nadzieję, że nigdy nie 
będzie miał okazji ich spotkać... A teraz czekała go walka z nimi. Nie miał nic, ani
różdżki, ani dobrego ubrania, ani broni... Tylko cud mógł ich uratować.
   Mantykory pochodziły z Grecji. Miały głowę człowieka, ciało lwa i ogon 
skorpiona. Zaliczały się do tak rzadkich i groźnych magicznych zwierząt jak same
Chimery.Podobno cicho nucą, gdy pożerają swoje ofiary.
    Skóra mantykory odbija większość zaklęć i uroków, a ukłucie jej żądłem, 
powoduje natychmiastową śmierć, a w wypadku młodego osobnika, okropny ból i
silne krwawienie.
   Harry przypomniał sobie, jak uczyli ich, że te potwory są bardzo wrażliwe na 
ogień. Gdyby tylko taką udało się zaatakować płomieniami, miałby większe 
szanse. Gdyby przynajmniej dał szansę Sandrze, na ucieczkę, mógłby zginąć z 
czystym sercem. Teraz liczyło się jej życie. Był jej to winien...
   Czuł, jak mało miał w sobie energii, ale nie mógł zwlekać. Rzucił pierwszą kulę 
ognia w Mantykorę znajdującą się najbliżej jego dziewczyny.
   Zwierzę zawyło z bólu. Młody Snape modlił się, aby usłyszeli to Draco i Kelly, 
bo wiedział, że jeśli tak się nie stanie, to zginą oboje z Sandrą.
   Dwie Mantykory rzuciły się w jego kierunku, a Sandra wyczarowała wokół 
siebie tarczę, która powinna trzymać trzecią w bezpiecznej odległości od niej. 
Twarz miała białą jak kreda ze strachu. To co robili na lekcji nie było aż tak 
niebezpieczne, jak to, z czym się teraz zetknęli.
   Po zażartej walce, kompletnie wyczerpującej go, Harry zdołał zabić dwie 
Mantykory. Gdyby tylko tak udało się to z ostatnią żywą. Wiedział, jak mało jest 
prawdopodobne jest jego chwilowe marzenie.
    Ostatkiem sił wyczarował płonący miecz w swojej dłoni i skoczył z nim na 
bestię, która wściekle zawyła i skoczyła na niego, przygniatając go.
   Silver pisnęła i mimo braku sił i energii, oraz rany na ramieniu i nodze, 
zaatakowała resztką sił Mantykorę, która wlepiała w dwójkę uczniów Czarnych 
Magów swoje wściekle czerwone ślepia i zastanawiała się, które wpierw 
zamordować.
   Młodzieniec, widząc biegnących do nich dwójkę przyjaciół, skoczył przed 
Sandrą, prosto na potwora, po czym wbił ogniste ostrze w jej podbrzusze.
   Mantykora zawyła z bólu, i gdy wydawało się już, że skona, ona resztką sił 
wbiła swój ogon zakończony żądłem prosto w pierś chłopca, który krzyknął, 
czując paraliżujące cierpienie, po czym bezwładnie opadł na ziemię, do połowy 
przypłaszczony martwym cielskiem.
  Przed oczami zrobiło mu się ciemno i ostatnie co zarejestrowały jego zmysły, to 
mnóstwo krwi i bólu rozchodzącego się po całym ciele...

Rozdział 13 " Po drugiej stronie..."

background image

    Harry poczuł w pewnej chwili niesamowicie silny ból, wtedy kiedy już mu się 
zdawało, że odszedł i nic nie sprawi mu kolejnej dawki cierpienia.
- Wstawaj, Harry, ruszaj się!- usłyszał jakiś głos, który coś mu przypominał. Coś, 
co utkwiło mu w pamięci... Damski głos, który słyszał wiele, wiele lat temu... Ale 
do kogo on mógł należeć?
   Powoli, z ociąganiem, chłopiec otworzył oczy, aż oślepiło go wyjątkowo jasne, 
rażące światło. Dopiero po chwili, gdy już przyzwyczaił wzrok do takiego 
oświetlenia, ujrzał niezwykle piękną kobietę.
   Ile mogła mieć lat? Zastanawiał się przez parę sekund, aż doszedł do wniosku,
że nie doszła nawet do dwudziestki... Miała kasztanowe loki i żabie oczy, takie 
same jak on...
- Mama...- szepnął całkowicie tego pewien młody Snape.
- Tak, Harry, kochanie- uśmiechnęła się Lily, po czym pomogła mu wstać.- 
Wszystko ci wytłumaczę, tylko chodź za mną. Tu nie jesteś bezpieczny...
- Ale... Gdzie?- zaczął chłopiec, ale nie dokończył, pociągnięty silnym ramieniem 
kobiety. Gdy się obejrzał za siebie, ujrzał czarne obłoki dymu i popiołu, zbliżające
się do nich.
   Zaczęli biec przez łąkę, uważając aby się nie pośliznąć na zmoczonej wodą 
glebie i przykrytej poranną rosą trawie.
- Gdzie biegniemy?- krzyknął Harry, nie widząc końca ich podróży. Gdzie mogła 
go ciągnąć ta kobieta, jego dawno zmarła matka? Nie miał pojęcia i chciał się jak
najszybciej tego dowiedzieć.
- Nie zatrzymuj się! Jeszcze trochę!- wrzasnęła kobieta, nie zatrzymując się. 
Zdawało się, że ona w ogóle nie biegnie, a unosi się nad ziemią.
   Po kilku minutach, gdy już zdawało się Harry'emu, że biegnie donikąd, jego 
oczom ukazała się wielka, złocona brama, zwieńczona maszkaronami.
- Do bramy!- rozkazała Lilianne, wskazując palcem na ozdobny portal.- Szybciej, 
bo nie zdążysz!
   Młody Snape resztką sił zdążył przebiec przez bramę. W chwili wpadnięcia za 
nią, oślepiło go ponownie światło, ale tylko na kilka sekund.
   Znajdował się w jakimś miasteczku, do bólu przypominające te 
średniowieczne. Tylko skąd ono się wzięło?
   Jego matka stanęła za nim i objęła go delikatnie ramieniem, uśmiechając się. 
W jej oczach dało się zobaczyć zarówno ulgę, szczęście i... coś jakby żal.
- Chodź za mną- poleciła mu, nic więcej nie tłumacząc. Weszli do jakiejś kaplicy.
   Widać było, że architekt projektujący ten obiekt miał niezwykłą wyobraźnię i 
niecodzienny gust. Wszystkie rzeczy zostały wykonane z najszlachetniejszego 
złota i wysadzane najdroższymi kamieniami.
- Jesteś już bezpieczny, możemy porozmawiać... Ale tylko tutaj, przynajmniej na 
razie...- szepnęła Lily, żegnając się przed wielkim krzyżem ze złota, wysadzanym
rubinami i szmaragdami. Sprawiał wrażenie niezwykle starego i zabytkowego.
- Skąd się tu wziąłem? I gdzie właściwie jesteśmy? I jak to się stało, że widzę cię,
a przecież umarłaś, gdy byłem mały?- zadawał kolejne pytania, ciążące mu w 
głowie.
- Może usiądziemy? To długa historia...- westchnęła kobieta, siadając na 
krześle.- Ale spodziewałam się, że będziesz chciał wszystkiego się dowiedzieć... 

background image

Umarłeś, Harry, dlatego tu jesteś... W mieście umarłych... My wszyscy po śmierci
tu lądujemy i zajmujemy się tym, do czego zostaliśmy stworzeni... Każdy ma 
jakieś zajęcie związane z jego zainteresowaniami.
- CO?! Ja nie umarłem!- krzyknął chłopiec, zrywając się na równe nogi.- Przecież
czuję, że żyję! Powiedz że żartujesz! Ja śnię, prawda? Dlatego cię widzę!
- Nie, Harry, synku... To najszczersza prawda... Zostałeś zabity przez 
Mantykorę... Pamiętasz, że zostałeś przez nią zraniony... I zamordowany- 
tłumaczyła mu najdelikatniej jak umiała, jego matka.
- Ale... Ja nie mogę odejść! Oni tam mnie potrzebują... Sandra... Ja mam tylko 12
lat...- w jego oczach zalśniły łzy goryczy i bezradności.
- Przeżyją... To ty ich ocaliłeś... Przykro mi, że musiałeś zostawić swoją 
dziewczynę samą, ale na pewno da radę się pozbierać, to silna dziewczyna- 
uspokajała go Lilianne, obejmując czule matczyną ręką.
- Ja chcę żyć...- szepnął Harry, powstrzymując się od wybuchnięcia płaczem.- 
Czy to już pewne? Ja już naprawdę nie mogę wrócić?
- Nie możesz- oznajmiła kobieta.- Pytałeś się, gdzie jesteśmy. Mianowicie 
znajdujemy się w Stolicy Aniołów, zwanej często Har-Magedonem... Teraz 
siedzimy w kaplicy chrztów, w której swoją przygodę na tym świecie zaczyna 
każdy zmarły na ziemi... Zobaczysz, jak tu jest wspaniale... Nie oznacza to zera 
problemów i zmartwień, a tylko coś na wzór idealnego życia w idealnym miejscu i
wielu, naprawdę wielu przygód...
- Ale... Draco, Sandra, Kelly... Tata... Jak to możliwe? Nie mogę ich zostawić... 
Nie przeżyję tego- jęczał cicho chłopiec, chowając twarz w dłoniach.
- Takie jest życie, synku... Przeżyjesz to, w końcu już umarłeś... Ja też myślałam, 
że długo nie wytrzymam... I co? Żyję, nie załamałam się...- mówiła matka.
- To wcale nie jest śmieszne- upomniał ją, widząc uśmiech na jej twarzy.
- To jest nawet bardzo śmieszne. Teraz cię opuszczę, zaraz zjawi się ktoś, aby 
cię ochrzcić- oznajmiła Lily, dając mu całusa w czoło, po czym wyszła przez 
drzwi. Poruszała się niczym kot na łowach, delikatnie i bezdźwięcznie.
                                            ***
   Sandra, Draco i Kelly podbiegli szybko do przyjaciela, przygniecionego prawie 
całkowicie przez ciężką, dużą Mantykorę, na szczęście już martwą...
- Harry- jęknęła Silver, a w z jej oczu zaczęły kapać łzy wielkości grochu.- Harry...
   Draco za pomocą przydatnego zaklęcia lewitował bestię, rzucając ją kilka 
metrów od nich. Dziewczyny dopadły do zakrwawionego, połamanego ciała ich 
bohatera.
- Szybko, zerwijcie z niego koszulę i sprawdźcie oddech. Zaraz wrócę z 
eliksirami!- krzyknął blondyn, biegnąc w kierunku namiotu.
   Sandra szybko rozerwała koszulę chłopca, odrzucając ją na bok. Wiedziała, że 
nie będzie się za to gniewał. A nawet jeśli... Oby tylko nic poważnego mu nie 
było...
   Kelly zaczęła jej pomagać w sprawdzaniu pulsu i oddechu, ale po chwili 
zobaczyły, że to co robią, jest całkowicie bez sensu. Nie chciały przyjąć do 
wiadomości, że on... On nie żyje.
- Harry- pisnęła Silver, klękając przy swoim ukochanym i wtulając twarz w jego 
nagi tors.- Proszę, nie odchodź... Nie rób mi tego... Harry...

background image

- Jak z nim?- spytał Draco, niosąc kilka fiolek w rękach.- Kelly... Co z nim? Aż tak
źle?
- Draco...- wydusiła panna Madden, ale nie dokończyła, gdyż zawładnął nią 
szloch.- Draco...
- On nie żyje!- wykrzyknęła Sandra, płacząc.- Mój Harry... Nie rób mi tego... 
Kocham cię... Dopiero się poznaliśmy... Proszę, wróć... Nie możesz mi tego 
zrobić...
- On nie mógł umrzeć... Harry, proszę, obudź się- szepnął cicho, ledwie 
dosłyszalnie Malfoy, chowając twarz w dłoniach.- Powiedzcie, że żartujecie, że 
on zaraz wyjdzie zza jakiegoś drzewa i krzyknie, że daliśmy się nabrać.
- Draco... On nie wróci... On nie żyje... Cholerna klątwa się sprawdziła... Zawsze 
ktoś umiera z wyższych... Czemu akurat on?- zaczęła się uspokajać Kelly, choć 
nie najlepiej jej to szło.- Dlaczego los jest tak okrutny?
- Dlaczego Harry? Dlaczego nie ja?!- ryknął Draco, wznosząc dłonie do nieba, po
czym przeżegnał się.- Co możemy zrobić? Przecież nie wyruszymy dalej...
- Wezwę mentalnie mojego mistrza- oznajmiła panna Madden.- Wy poczekajcie 
przy Harrym... Z nas trojga był wam najbliższy, o ile to, co mówi Sandra, to 
prawda...
- Ja nie kłamię!- zaszlochała Silver, wtulając się w martwe ciało młodego 
Snape'a.- Dziś, podczas mojej warty wszystko sobie wytłumaczyliśmy... On mnie 
kocha... Kochał... A ja jego... Dlaczego tak krótko?
- To mój przyjaciel... Zawsze jak brat...- nie wierzył nadal w to co się stało 
Malfoy.- Powiedz, że ja śnię, i gdy się obudzę, on będzie stał nade mną i każe mi
iść na moją wartę...
- Gdybym mogła cofnąć czas, nie pozwoliłabym wziąć mu reszty mojej warty i 
przypilnowałabym, aby obudził cię na czas... Wtedy nikt by nie zginął. To wszytko
moja wina- znowu wybuchła głośnym płaczem Sandra.- Mój  Harry...
- Już wezwałam mentalnie naszych mistrzów... Odpowiedzieli, że przybędą tak 
szybko, jak się tylko da, i każą nam wracać do namiotu...- oznajmiła Kelly, gdy 
wróciła do przyjaciół, którymi zawładnął płacz, smutek, złość i zgrzytanie zębów.
- Ja nigdzie nie idę- oznajmiła Sandra, głaszcząc po głowie Harry'ego.- Nie 
zabronicie mi przy nim być... Nie przeżyję tego... Chcę być z nim... Chociaż 
teraz... Najdłużej, jak się tylko da... Proszę...
- Ja też nie wrócę. To mój brat... Choć nie biologiczny, takiego go zapamiętam. 
Mój brat, którego nigdy nie miałem... Najlepszy przyjaciel- rzekł zdecydowanie 
Draco, ocierając z krwi twarz martwego chłopca.- Był taki młody... Dlaczego on 
odszedł? Dlaczego nie ja?
- Albo ja... Byłam przez tyle czasu taka okrutna względem niego... To ja 
powinnam zginąć... On mnie uratował... I przeze mnie nie żyje- za wszystko 
obwiniała się Silver, trzymając za rękę bruneta.

"A pod stopami usunie się grunt,
Gdy zostaniesz sam,
Zawieszony w nicości,
Oni będą kopać ci grób.

background image

Kiedy uśniesz,
 By nie obudzić się wcale,
 A twoje serce przestanie bić.
Gdy zostaniesz sam,
Pośród wszech wielkiej nicości,
Oni będą w trumnie deski przybijać.
Ty będziesz
Młodym zazdrościć,
Że mają tyle przed sobą,
 A oni zginą
 W wypadku nieszczęśliwych zdarzeń.

Kiedy ślepy koń
Podepcze moją nić życia,
Zostanie ze mnie tu,
Tylko ciało,
 tylko trup
I to co robię teraz,
Jutro i wczoraj,
Więc chcę by było to dobre"

"Trwóg i nadziei wyzbyta
Jest śmierć zwierzęcia w kniei;
Człowiek koniec swój wita
W trwodze, pełen nadziei;
On umarł wiele razy,
Raz w raz znowu powstaje.
Wielki człowiek bez skazy
Widzi morderców zgraję,
Drwina jest w jego dumie
I drwiąc żegna się z życiem;
On śmierć na pamięć umie -
Człowiek; śmierci stworzyciel."

14 maja 2010
EPILOG

Zaloguj się

E-mail

OnetHasło

Niepoprawne dane

background image

Objaśnienia 
Loguj się bezpiecznie  Zapomniałem hasła
Anuluj
    Pogrzeb Harry'ego Salazara Snape'a odbył się 3 dni od daty jego śmierci, jak 
nakazywały tradycje i zwyczaje osób pochodzących ze starych rodów.
    Miejscem spoczynku tego bohatera okazał się Cmentarz Czarnych Magów w 
północnej części Wielkiej Brytanii.
    Zjawiło się bardzo dużo osób, aby oddać ostatni hołd dwunastolatkowi. 
Wszyscy Ślizgoni, nauczyciele z Hogwartu, cały Obóz Magów, Czarni Magowie z
całego świata, oraz najbliżsi przyjaciele zmarłego i jego rodzina...
   Trumna z chłopcem owiniętym w czarny całun spoczęła w ziemi równo o 
północy( taki mały obrządek Czarnych Magów). Każdy z bliskich Harry'ego 
wrzucił do grobu symboliczną garść ziemi, aby pożegnać się z nim już po raz 
ostatni.
   Na miejscu pochówku stanął wielki, ozdobny grób z czarnego marmuru. 
Widniał na nim napis:
        Harold Salazar Snape 1980-1993
        Żył lat: 12
   A pod spodem został wyłożony ze szmaragdów umieszczonych w 
najszczerszym złocie inny napis:
" Niech z naszych kości narodzi się Mściciel"
   To zdanie z przydziału zmarłego miało być przepowiednią dla niego... Czy się 
spełni? Tego nawet największy jasnowidz nie mógł wiedzieć...
   Tego dnia i wiele następnych spłynęło wiele łez goryczy i cierpienia. Najgorzej 
ucierpieli Severus, Draco i Sandra. To oni najbliżej byli związani z Harry'm i to w 
ich sercach zapanowała największa żałoba.
   Jednak nie ominęło to też Mistrza Akkarina... Bardzo przeżywał śmierć swojego
ucznia... Jedynego ucznia... Żałował, że nie zdążył go nauczyć wszystkiego co 
sam umiał... Miał wrażenie, że to on zabił chłopca, posyłając go na samodzielną 
wyprawę. Najlepsi zawsze powinni się dłużej uczyć teorii, zanim przyjdzie czas 
na praktykę... A on to zlekceważył, posyłając dwunastolatka na niezwłoczną 
śmierć.
   Severus stracił syna i nic nie mogło mu tego wynagrodzić. Takie nieszczęście, 
które na niego spłynęło, kompletnie go załamało. Już nigdy miał się nie 
uśmiechnąć... Czekała go przyszłość samotnika, rozgoryczonego i pewnego, że 
już nic go nie uszczęśliwi.
   Draco, tracąc brata i przyjaciela, stracił jakby część siebie. I to bardzo wielką 
część... Wiedział jednak, że jego stary druh zawsze będzie w jego sercu, jak 
Anioł Stróż... I wierzył, że kiedyś się znów spotkają...
   Sandra już miała nigdy nikogo nie pokochać. Jej przeznaczonym był Harry i 
nikt nie mógł go zastąpić. Dlatego zakończyła swoje życie w wieku 15 lat... 
Razem z Draco...
  Oboje rzucili w siebie wzajemnie Avadą... A dalej już do swojego królestwa 
przyjął ich sam Harry... Choć na ziemi minęło tylko parę lat, tam gdzie on był, w 
Har-Magedonie, upłynęło wiele czasu, mnóstwo lat... A on przestał się starzeć w 
wieku 20 lat, czyli tak, jak zawsze chciał.

background image

   Został kimś naprawdę potężnym, na miarę króla. To on decydował o 
wszystkim, co się działo w mieście umarłych. Gdy przybyli do niego jego 
przyjaciele, rodzina i znajomi, witał ich z otwartymi ramionami.
   Teraz za pewne sobie pomyślicie: Co to za opowieść, która się tak dobrze 
kończy?  Najpierw śmierć a potem miód na serce, jak w baśni... Jednak ja nie 
napiszę " I żyli długo i szczęśliwie", bo tak nie było...
   Ludzie po śmierci zmieniali się... Nigdy nie byli już tacy jak za życia. 
Początkowo tęsknili za ziemią, ale z upływem lat... Zapominali o tym, co się tam 
zdarzało, stając się zupełnie kimś innym. Czy uważacie, że to ciekawe i radosne 
zakończenie? Zbyt dużo miodu na serce i tej dobroci? Nie uważacie, że ta 
historia mogła się skończyć zupełnie inaczej? Lepiej?
                                    

 KONIEC