background image
background image

Liz Fielding

Róża pustyni

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

- W samolocie leciała z nami dziennikarka, Rose Fenton.

- Książę Hassan al Raszid usiadł z tyłu limuzyny, obok swego
doradcy Partridge'a. - To zagraniczna korespondentka jednej z
informacyjnych  sieci  telewizyjnych.  Dowiedz  się,  co  tutaj
robi.

- To żadna  tajemnica,  ekscelencjo.  Zamierza  wrócić  do

zdrowia po zapaleniu płuc. To wszystko.

- Doprawdy? - Hassan  obdarzył  siedzącego  obok

mężczyznę  powątpiewającym  spojrzeniem.  Partridge  był
młodym Anglikiem, nowicjuszem w świecie polityki, należało
jednak oczekiwać, że okaże się pojętnym uczniem.

- To siostra Tima Fentona - dodał Partridge takim tonem,

jakby  to  wszystko  wyjaśniało. - Tim  jest  nowym  naczelnym
weterynarzem  kraju - ciągnął,  gdy  zobaczył  zdumione
spojrzenie  księcia. - Uznał,  że  w  ciepłym  klimacie  siostra
szybciej odzyska zdrowie.

- Odkąd  to  pokrewieństwo  z  naczelnym  weterynarzem

upoważnia dziennikarkę do podróży prywatnym odrzutowcem
Abdullaha? - dociekał Hassan.

- Jego Wysokość zapewne doszedł do wniosku, że pannie

Fenton po tak ciężkiej chorobie należy się odrobina komfortu.
A ponieważ książę i tak wracał do domu...

- Obaj  wiemy, że  gdyby  chodziło  o  mnie,  Abdullah  nie

wysiałby nawet hulajnogi,  a  co dopiero  ten  latający  pałac.  W
dzisiejszych  czasach nawet  królowa  Anglii  lata  rejsowym
samolotem.

- Ale to nie królowa Anglii ma napisać pochlebny artykuł

o Jego Wysokości do Uczącego się tygodnika politycznego.

- Dziękuję,  Partridge - skwitował  cierpko  Hassan. -

Wiedziałem, że tkwi w tym jakiś haczyk.

background image

Rose  Fenton  z  pewnością  będzie  fetowana,  obsypywana

pochlebstwami  przez  regenta.  Tymczasem  następca  tronu,
młody  książę  Fajsal,  bawił  w  Stanach,  gdzie  studiował
zarządzanie  i  nie  zdradzał  żadnej  chęci  powrotu  do  domu.
Hassan tuż przed swoim powrotem słyszał plotki, że Abdullah
dąży  do  umocnienia  swej  regencji,  a  może  nawet  do
zamienienia jej w coś bardziej trwałego.

- Czy ona zdaje sobie sprawę, czego się od niej oczekuje?

- spytał.

- Nie sądzę.
- A jej brat? Poznałeś go, prawda?
- Na przyjęciu w klubie sportowym - wyjaśnił Partridge.
- Tim  Fenton  jest  dobrym  kompasem.  Poprosił  o  urlop,

aby wyjechać do domu, gdy siostrę zabrano do szpitala. Jego
Wysokość wystosował do niej osobiste zaproszenie do Ras al
Hajar na czas rekonwalescencji.

- A  gdy  mój  kuzyn  podejmie  jakąś  decyzję,  tylko

szaleniec  odważyłby  się  mu  sprzeciwić - skomentował
Hassan.  A  właściwie  dlaczego  Rose  Fenton  miałaby
odmówić?  Abdullah  z  zasady  nie  wpuszczał  dziennikarzy  do
Ras  al  Hajar.  Musiała  odebrać  to  zaproszenie  jak  prawdziwy
prezent losu.

- Nie powinien pan się denerwować - wtrącił Partridge.
- Panna  Fenton  ma  opinię  rzetelnej  dziennikarki.  Jeśli

pański kuzyn  szuka  kogoś,  kto  napisałby  o  nim  pochlebny
artykuł, wybrał nieodpowiednią osobę.

- Czy  Timowi  Fentonowi  podoba  się  posada  naczelnego

weterynarza?

Milczenie Partridge'a było bardzo wymowne. Rose Fenton

od razu pojmie, w czym rzecz. A Abdullah ułatwi jej zadanie.
Pochwali  się  swoimi  osiągnięciami,  zawiezie  ją  w
klimatyzowanej  limuzynie  do  nowego  szpitala,  do  nowego
centrum  handlowego,  po  drodze  zahaczając  o  nowy  ośrodek

background image

sportowy.  Pokaże  postęp  z  nierdzewnej  stali  i  zbrojonego
betonu.

Zadba, by była dość zajęta i nie miała czasu na oglądanie

niczego,  co  mogłoby  zepsuć  jej  dobre  wrażenia.  A  przecież
wywiad  z  niechętnym  mediom  regentem  był  smakowitym
kąskiem dla każdego dziennikarza, nawet tak znakomitego jak
Rose Fenton.

Hassan nie podzielał optymizmu swego doradcy. Nie miał

dobrego  zdania  o  dziennikarzach,  nawet  tak  hojnie
obdarzonych przez naturę jak urocza Rose Fenton.

Zmienił front.

- Partridge, skoro jesteś tak dobrze poinformowany, może

powiesz  mi,  jakie  rozrywki  przygotował  mój  kuzyn  dla  owej
damy?

Nagły  rumieniec  na  twarzy  Partridge'a  wyraźnie

świadczył,  jaki  efekt  wywierała  panna  Fenton  na  młodych,
wrażliwych mężczyznach.

- Rejs  statkiem  wzdłuż  wybrzeża,  piknik  na  pustyni,

wycieczka po mieście.

- Przyjęcie na czerwonym dywanie - zakpił Hassan. - Coś

jeszcze?

-

Oczywiście,  jest  jeszcze  koktajl  w  ambasadzie

brytyjskiej... - Partridge zawahał się.

- Mam wrażenie, że najlepsze zostawiłeś na koniec?
- Jego Wysokość wyda na jej cześć przyjęcie w pałacu.
- Jakby przyjmował głowę państwa! - zdumiał się Hassan.

- Dość wyczerpujący program, jak na kobietę, która dochodzi
do siebie po ciężkim zapaleniu płuc, nie sądzisz?

- Ona  była naprawdę  chora,  ekscelencjo - zapewnił

Partridge. - Zemdlała  przed  kamerą  podczas  przekazywania
relacji  z  Bałkanów.  Widziałem  na  własne  oczy.  Po  prostu
przewróciła  się...  Z  początku  myślałem,  że  dosięgła  ją  kula

background image

snajpera.  Jak  teraz  wygląda? - spytał  niecierpliwie. - Widział
ją pan w samolocie?

- Tylko  przelotnie.  Wyglądała... - Hassan  zawahał  się.

Była  chyba  zarumieniona?  Na  tle  podniesionego  kołnierza
białej  bluzki  jej  twarz  wydawała  się  szczuplejsza  niż  wtedy,
gdy  widział  ją  po  raz  ostami  na  ekranie  telewizyjnym.  Może
dlatego jej ciemne oczy sprawiały wrażenie ogromnych...

Ubrana była w purpurowy sweter, którego kolor powinien

gryźć  się  z  jej  rudymi  włosami,  ale,  o  dziwo,  efekt  był
porywający. Podniosła wzrok znad książki i spojrzała na niego
z nieskrywaną ciekawością. Było to spojrzenie kobiety pewnej
siebie,  która  nie  miała  ochoty  na  flirt,  ale  która  chętnie
przystałaby na męskie towarzystwo podczas długiej podróży.

Hassana  zainteresowała  obecność  pięknej  kobiety  w

samolocie  kuzyna.  Cóż,  nie  był  nieczuły  na  wdzięki
niewieście.  W  pewnej  chwili  wezwał  nawet  stewarda,  by  w
jego  imieniu  zaprosił  damę  do  kabiny,  gdzie  zajmował
miejsce.  Ale  w  ciągu  tych  kilku  sekund,  nim  mężczyzna  do
niego podszedł, wrócił mu zdrowy rozsądek.

Rozmowa  z  dziennikarką  nie  była  dobrym  pomysłem.

Nigdy nie wiadomo, co z tego wyniknie. W dodatku Abdullah,
gdy tylko samolot dotknie ziemi, od razu dowie się, że ze sobą
rozmawiali.  A  zadawanie  się  z  Hassanem  al  Raszidem  nie
było dobrze widziane w pałacowych kręgach. Po co stwarzać
takie sytuacje?

Dla wszystkich będzie lepiej, jak Rose Fenton skupi się na

swojej książce.

Zdał  sobie  sprawę,  że  Partridge  nadal  czeka  na  jego

odpowiedź.

- Wyglądała  wystarczająco  dobrze - dokończył  lekko

poirytowany.

background image

Rose  Fenton  przystanęła,  wychodząc  z  chłodnego,

klimatyzowanego  holu  lotniska  na  południowy  żar  Ras  al
Hajar. Musiała wziąć głęboki oddech, by nie zemdleć.

W  Londynie  o  tej  porze  roku  jedynie  kwitnące  narcyzy

zwiastowały  wiosnę.  Rose  zgodnie  z  zaleceniami  swej
nadopiekuńczej  matki  miała  na  sobie  ciepłą  bieliznę  oraz
gruby sweter.

- Dobrze  się  czujesz,  Rose?  Musisz  być  zmęczona  po

podróży.

- Nie  zawracaj  głowy, Tm. - Zdjęła  sweter. - Nie  jestem

inwalidką - burknęła,  ale  irytacja  w  jej  głosie  świadczyła,  że
jednak nie czuje się zbyt dobrze. - Och, do licha, przepraszam
- dodała  tonem  skruchy. - Ale  mama  traktowała  mnie  przez
ostatni 

miesiąc 

jak 

dziewiętnastowieczną 

pensjonarkę

umierającą  na  suchoty. - Uśmiechnęła  się  figlarnie,  biorąc
brata pod ramię. - Miałam nadzieję, że wreszcie zerwę się ze
smyczy.

- Muszę przyznać, że nie wyglądasz tak źle - odparł Tim.

- Słuchając  mamy,  zacząłem  się  zastanawiać,  czy  nie
powinienem wypożyczyć wózka inwalidzkiego.

- Naprawdę nie będzie konieczny.
- Może przynajmniej laseczka?
- Jeśli koniecznie chcesz, bym ci przyłożyła.
- Widzę, że wracasz do zdrowia - powiedział, śmiejąc się

głośno.

- Stanęłam  przed  wyborem:  albo  szybko  wyzdrowieć,

albo umrzeć z nudów. Mama nie pozwoliła mi czytać niczego
bardziej  wyczerpującego  niż  kolorowe  magazyny - dodała,
gdy  Tim  prowadził  ją  do  ciemnozielonego  range  rovera. - A
gdy odkryła, że oglądam wiadomości, zagroziła mi konfiskatą
telewizora. - Uśmiechnęła  się  szeroko. - Naprawdę,  Tim,  nie
jestem  zmęczona.  Latanie  prywatnym  samolotem  emira  ma
tyle  wspólnego  z  lataniem  samolotem,  co  rolls  royce  z

background image

rowerem. - Wciągnęła  w  płuca ciepłe  powietrze. - To  jest  mi
teraz potrzebne! Najpierw porządnie wygrzeję kości, a potem
biorę się do dzieła!

- Ostrzegam  cię,  Rose.  Mam  kategoryczne  zalecenia,  by

zabronić ci jakiegokolwiek wysiłku.

- Psujesz  zabawę!  A  ja  miałam  nadzieję,  że  zostanę

porwana  przez  jakiegoś  księcia  pustyni  o  orlim  nosie,
dosiadającego  ognistego  rumaka - zażartowała,  ale  ponieważ
jej  brat  wyraźnie  nie  był  zachwycony,  uspokajająco  ścisnęła
go  za  ramię. - Tylko  żartuję,  Tim.  Gordon  dał  mi  na  drogę
egzemplarz „Szejka". - Niewątpliwie jej wydawca zażartował.
Miał  dziwne  poczucie  humoru. A  może  był  to  tylko  pretekst,
by  wręczyć  jej  torbę  z  księgarni,  w  której  znalazła  też
niezbędne  informacje  na  temat  sytuacji  politycznej  w  Ras al
Hajar. - Nie jestem pewna, czy chciał mnie ostrzec, czy raczej
zainspirować - dodała, poklepując torbę.

- Naprawdę przeczytałaś tę książkę?
- To klasyczna powieść dla kobiet.
- Mam  nadzieję,  że  potraktowałaś  ją  jako  ostrzeżenie.

Otrzymałem  od  mamy  dokładne  instrukcje.  Jazda  konna  w
żadnym  wypadku  nie  wchodzi  w  grę.  Wolno  ci  leżeć  pod
parasolem  przy  basenie,  z  lekką  lekturą  w  ręku.  Pod
warunkiem jednak, że nie wejdziesz do wody.

- Od  tygodni  wszyscy  się  nade  mną  roztkliwiają.  Nie

zamierzam niczego obiecywać.

- Ale  nie  wejdziesz  do  wody,  prawda?  I  zdrzemniesz  się

trochę  po  południu?  Okropnie  nas  wystraszyłaś,  mdlejąc  w
samym 

środku 

wieczornych 

wiadomości

-

dodał

łagodniejszym tonem.

- Wybrałam rzeczywiście zły moment - przyznała. - Mam

tylko  przekazywać  informacje,  a  nie  sama  je  tworzyć. -
Umilkła  na  widok  czarnej  limuzyny  z  przyciemnionymi
szybami, która szybko ruszyła z lotniska.

background image

Po  mężczyznę,  który  nią  odjeżdżał,  emir  wysłał  do

Londynu samolot, w którym Tim załatwił miejsce również dla
niej. Gdy wstępował na pokład odrzutowca, w nieskazitelnym
ciemnym  garniturze,  koszuli  w  dyskretne  paski  oraz
jedwabnym  krawacie,  wyglądał  jak  dyrektor  jakiegoś  dużego
przedsiębiorstwa.

Ich  spojrzenia  spotkały  się  na  chwilę,  zanim  drzwi  do  jej

kabiny  z  tyłu  samolotu  zostały  zamknięte  przez  usłużną
stewardesę.

A  szkoda,  bo  drapieżna  twarz  o  przenikliwych  szarych

oczach przykuła jej uwagę.

Po  wejściu  do  samolotu  książę  Hassan  zatrzymał  się  i  na

chwilę  przed  zamknięciem  drzwi  utkwił  w  niej  wzrok.  To
spojrzenie  sprawiło,  że  rumieniec  pokrył  jej  policzki  i  miała
nagłą  ochotę  obciągnąć  do  samych  kostek  swoją  zbyt  krótką,
jak  przez  moment  pomyślała,  spódnicę.  Poczuła  się  dziwnie
kobieco 

bezbronnie. 

Dla 

dwudziestoośmioletniej

dziennikarki,  mającej  za  sobą  jedno  małżeństwo,  jeden
reportaż z linii frontu wojny domowej i pół tuzina wywiadów
z premierami i prezydentami, było to niemal żenujące.

księciu 

Hassanie 

nieomylnie 

rozpoznała

niebezpiecznego mężczyznę.

Czy  również  ona  wywarła  na  nim  tak  piorunujące

wrażenie?  Nie  miała  pojęcia, gdyż  wyraz  jego  twarzy  był
całkowicie nieodgadniony.

Pomimo

że  przez  całą  drogę  traktowano  ją  jak

księżniczkę,  nie  była  zadowolona.  Domyślała  się,  że  książę
Hassan, chcąc okazać szacunek, musi ignorować jej obecność
na  pokładzie.  Jednak  jako  dziennikarka  czuła  się  niezmiernie
rozczarowana.  Czuła  również  zawód  jako  kobieta,  a  to
dręczyło ją jeszcze bardziej.

background image

Przecież  książę  uchodził  za  playboya,  który  swoje

bogactwo pochodzące z szybów naftowych trwoni na klejnoty
i stroje dla pięknych kobiet tego świata.

Ale  widać  u  siebie  w  domu,  w  Ras  al  Hajar,  wyraźnie

podporządkowywał  się  konwenansom.  Po  wylądowaniu
wysiadł  pierwszy  i  z  naturalną  gracją  przyjmował  ukłony
stojących 

rzędem 

na 

pasie 

startowym 

urzędników

państwowych. W samolocie rozstał się z eleganckim włoskim
garniturem  i  założył  strój  pustynnego  księcia.  Czarnego
księcia.

Lekki wiatr poruszał cienką jak pajęczyna czarną peleryną

narzuconą  na  białe  szaty  oraz  czarną  chustą,  przymocowaną
do  głowy  prostym,  pozbawionym  ozdób  rzemieniem.  Rose
zauważyła,  że  przyjmował  ceremonialne  honory  z  lekkim
zniecierpliwieniem.

Tim, widząc zainteresowanie siostry, wyjaśnił:

- Książę Hassan.
- Jaki  książę? - spytała,  udając  ignorancję.  Dawno  już

nauczyła się w ten sposób wyciągać od ludzi informacje.

Niestety, wbrew jej nadziejom, Tim nie podzielił się z nią

lokalnymi plotkami.

-

Nikt 

interesujący

-

powiedział 

oględnie.

-

Międzynarodowy playboy.

- Doprawdy?  Po  tych  wszystkich  ukłonach  i  honorach

myślałam, że musi być następny w kolejce do tronu.

- Nie  stoi  w  kolejce  do  niczego. - Tim  wzruszył

ramionami. - Hassana przyjmują z takimi honorami, ponieważ
jego  ojca  dosięgła  kula  przeznaczona  dla  starego  emira.
Właściwie kilka kul.

- Został  postrzelony? - Udawaj  głupią,  Rose.  Udawaj!

Niedowierzające spojrzenie Tima ostrzegło ją, że może

trochę przesadziła. Zaspokoił jednak jej ciekawość.

background image

- Tak, został postrzelony w ramię i w nogę. Ale w zamian

za to  otrzymał  rękę  ulubionej  córki  emira  i  mógł  wieść życie
jak z bajki. Cóż, żył zbyt krótko, by się nim w pełni nacieszyć.
Cztery miesiące po ślubie zginął w wypadku samochodowym.

- To okropne. - Westchnęła. - Czy to był... przypadkowy

wypadek?

Tim wykrzywił usta w znaczącym uśmiechu.

- Bystra  z  ciebie  dziewczyna,  Rose.

- Wzruszył

ramionami. - Możemy tylko zgadywać - dodał.

-

Żył  wystarczająco  długo,  by  spłodzić  syna

-

powiedziała. - To sposób na osiągnięcie nieśmiertelności.

Obserwowała,  jak  czarna  limuzyna  opuszcza  lotnisko.

Człowiek  będący  tak  blisko  tronu,  ale  nie  mogący  doń
aspirować,  w  oczywisty  sposób  budził  jej  zawodowe
zainteresowanie.  Ale  ciekawość  Rose  wobec  mężczyzny  o
szarych oczach wynikała z czegoś więcej...

Znała  już  przywódców,  którzy  jednym  spojrzeniem

stalowych  oczu  potrafili  zapanować  nad  rozwścieczonym
tłumem. Oczy, które dziś przykuły jej uwagę, nie były oczami
playboya.

Zdając sobie sprawę, że Tim nadal trzyma dla niej otwarte

drzwi samochodu, uśmiechnęła się lekko.

- No  cóż,  interesują  mnie  losy  ludzkie.  Opowiedz  mi  o

księciu...

- Ojciec zginął przed jego urodzeniem. Być może dlatego

Hassan  był  tak  rozpieszczany  przez  starego  emira.  Dorastał
jako jego faworyt. Zbyt dużo pieniędzy, zbyt mało do roboty -
rzekł  sentencjonalnie. - To  po  prostu  musiało  skończyć  się
kłopotami.

- Jakimi kłopotami?
- Kobiety,  hazard... - Wzruszył  ramionami. - Ale  czego

można  oczekiwać?  Mężczyzna  musi  coś  robić,  a  jego
skutecznie odsunięto od pałacowej polityki.

background image

- Dlaczego? - Zbyt szybko zadała to pytanie. Tim musiał

się zorientować, że wyciąga z niego informacje.

- Zostaw to w spokoju, Rose - rzekł stanowczo. - Masz tu

odpocząć i dojść do zdrowia, a nie polować na sensacje.

- Jeśli  powiesz  mi,  dlaczego  Hassan  al  Raszid  nie  może

uczestniczyć  w  życiu  politycznym,  przestanę  się  nim
zajmować - powiedziała rzeczowo, podczas gdy Tim pomagał
jej wsiąść do klimatyzowanego samochodu. - Inaczej nie będę
się mogła powstrzymać...

- Spróbuj,  proszę - zasugerował. - Nie  jesteśmy  w

demokratycznym  kraju.  Wścibscy  dziennikarze nie  są tu  zbyt
mile widziani.

-

Nie  jestem  wścibska,  tylko  zainteresowana

-

powiedziała z uśmiechem. Książę Hassan naprawdę rozbudził
jej ciekawość. Mężczyźni z takimi oczami nie tracili czasu...

- Jesteś gościem księcia Abdullaha, Rosie. Jeśli złamiesz

zasady, wyślą cię do domu. A przy okazji i mnie. Nie wtykaj
nosa w nie swoje sprawy, proszę.

Od  lat  Tim  nie  nazywał  jej  tym  zdrobnieniem.  Czyżby

chciał  teraz  przypomnieć,  kto  tu  rządzi?  Wzruszyła  więc
ramionami  i  umilkła.  Przynajmniej  chwilowo.  Zresztą
właściwie potrafiła sama sobie odpowiedzieć. Ojciec Hassana
mógł  być  bohaterem,  ale  nie  przestał  być  cudzoziemcem,
Szkotem,  którego  los  rzucił  na  pustynię.  Czytała  o  tym  w
prasie.

Nie zamierzała jednak dzielić się swymi przypuszczeniami

z Timem.

- Przepraszam,  to  tylko  zawodowe  przyzwyczajenie -

powiedziała gładko. - I nuda.

- Postaramy  się,  żebyś  się  nie  nudziła.  Wydaję  małe

przyjęcie,  żeby  przedstawić  cię  pewnym  ludziom,  a  książę
Abdullah  na  pewno  przygotował  dla  ciebie  atrakcyjny
program.

background image

Rose wysłuchała relacji brata o planowanych przyjęciach i

czekających  ją  atrakcjach,  nie  poruszając  już  tematu,  który
interesował  ją  najbardziej.  Ostatecznie  na  spotkaniach  i
przyjęciach  zawsze  krążyło  mnóstwo  plotek.  Przy odrobinie
szczęścia dowie się czegoś więcej o miejscowym playboyu.

- Powinienem  cię  ostrzec,  że  z  podróżą  prywatnym

samolotem Abdullaha mogą łączyć się pewne zobowiązania...
- ciągnął Tim. - Wydaje mi się, że on chce cię oczarować, byś
napisała o nim pochlebny artykuł.

- Cóż,  ma  więc  pecha - odparowała  natychmiast,

skreślając  w  myślach  wywiad  z  Abdullahem,  numerem
drugim  na  jej  liście.  Trudno.  Będzie  miała  więcej  czasu,  by
skupić się na księciu Hassanie. W końcu była na wakacjach i
należał  jej  się  odpoczynek. - Przyjechałam  tu  odpocząć -
dodała.

- Od  kiedy  to  odpoczynek  przeszkadza  ci  w  pracy? -

zażartował Tim. - Nie mogę sobie wyobrazić, że zrezygnujesz
z  ekskluzywnego  wywiadu  z  władcą  ważnego  strategicznie  i
zasobnego w ropę emiratu.

- Z regentem - poprawiła go Rose. - Czy młody emir nie

powinien  wkrótce  wrócić  z  Ameryki?  A  może  książę
Abdullah,  który  zakosztował  już  władzy,  nie  zamierza  jej
oddać?

Tim zmarszczył brwi, obrzucając ją czujnym spojrzeniem.

Uśmiechnęła się szeroko i położyła mu dłoń na ramieniu.

- Nie martw się, będę leżała przy basenie z lekką lekturą

w ręku - powiedziała.

- Tak  byłoby  najlepiej. - Przełknął  ślinę. - Powiem  Jego

Wysokości,  że  jeszcze  jesteś zbyt  słaba,  by  uczestniczyć  w
hucznych przyjęciach.

- Co to, to nie! Powiedz mu lepiej... że jestem zbyt słaba,

by pracować.

background image

Choć  samochód  już  dawno  się  zatrzymał,  Hassan  nadal

siedział pogrążony w myślach.

- Będziesz  musiał  pojechać  do  Stanów,  Partridge.

Najwyższy czas, by Fajsal wrócił do domu.

- Ależ, ekscelencjo...
- Wiem,  wiem. - Ze  zniecierpliwieniem  machnął  ręką. -

Cieszy się wolnością i nie chce tu wracać, ale dłużej tego nie
może odkładać.

- Najlepiej, gdyby pan sam mu to powiedział...
- Pewnie  tak,  ale  fakt, że  nie  mogę  teraz  opuścić  kraju,

przemówi do niego wymowniej niż cokolwiek innego.

- Co miałbym mu powiedzieć?
- Powiedz mu... że jeśli chce zachować tron, niech wraca

do  domu,  zanim  Abdullah  sprzątnie  mu  władzę  sprzed  nosa.
Trudno wyrazić to jaśniej.

Wysiadł  z  limuzyny  i  długimi  krokami  podszedł  do

ogromnych  rzeźbionych  drzwi  stojącej  na  wybrzeżu  wieży
strażniczej, którą przerobił na dom.

- A panna Fenton? - spytał Partridge, który szedł wolniej,

ponieważ opierał się na lasce.

Hassan przystanął.

- Zostaw pannę Fenton mnie - rzekł ostro.
- Proszę  nie  zapominać,  że  ona  była  chora - powiedział

Partridge z pobladłą twarzą.

- Przede wszystkim muszę pamiętać, że jest dziennikarką.

- Oczy Hassana pociemniały z gniewu, gdy zobaczył niepokój
na  twarzy  młodego  Anglika.  Szczęściara  z  tej  Rose  Fenton!
Wzbudziła  już  zainteresowanie  bogatego  i  potężnego
Abdullaha jako potencjalna autorka peanów na jego cześć, jak
również  młodego  i  głupiego  chłopaka,  któremu  w  głowie
amory... Czyż nie był to dobry początek wakacji?

- Co zamierza pan zrobić, ekscelencjo?

background image

- Zrobić? - Hassan nie był przyzwyczajony, by ktoś pytał

o jego zamiary.

Partridge  zachowywał  się  trochę  nerwowo,  ale  nie  był

tchórzem.

- Z  panną  Fenton,  proszę  pana.  Hassan  roześmiał  się

krótko.

- A myślisz, że co zamierzam z nią zrobić? - Przypomniał

sobie  książkę,  którą  trzymała  w  ręce. - Myślisz,  że  chcę  ją
porwać i uprowadzić na pustynię?

- Nie... - Partridge spłonął rumieńcem.
- Mój dziadek pewnie by tak zrobił.
- Pański  dziadek  należał  do  innej  epoki,  ekscelencjo -

rzekł Partridge. - Pójdę się spakować.

Pół  godziny  później  Hasan  wręczył  Partridge'owi  list,

który  napisał  do  swego  młodszego  przyrodniego  brata,  i
odprowadził go do dżipa. Na dziedzińcu pełno było jeźdźców
z jastrzębiami na ramieniu oraz długonogich perskich chartów
o jedwabistej sierści.

- Wybiera  się  pan  na  polowanie? - Partridge  zmrużył

lekko oczy.

- Chcę zapomnieć o londyńskiej wilgoci i napełnić płuca

czystym, suchym powietrzem pustyni. - Przyszło mu zarazem
do  głowy,  że  jeśli  Abdullah  planuje  zamach  stanu,  lepiej  na
razie usunąć się w cień. - Zadzwonię do ciebie jutro.

- Jak  tu  pięknie,  Tim. - Willa  leżała  poza  miastem,

znajdowała się na wzgórzu, skąd rozciągał się widok na dzikie
i  postrzępione  wybrzeże  nieopodal  królewskich  stajni.  Mimo
tytułu naczelnego weterynarza kraju głównym zadaniem Tima
była  opieka  nad  książęcą  stadniną.  Poniżej  domu  rósł
palmowy gaj, wokół kwitły oleandry i fruwały jaskrawe ptaki.
- Spodziewałam się pustyni, piaszczystych wydm...

- To wyobrażenia rodem z Hollywood. - Gdy zbliżyli się

do  domu,  drzwi  otworzyły  się  i  służący  Tima  powitał  ich

background image

głębokim  ukłonem. - Rose,  to  jest  Khalil.  Gotuje,  sprząta,
zajmuje się domem, co pozwala mi skoncentrować się jedynie
na pracy.

Młody człowiek uśmiechnął się nieśmiało.

- O  Boże,  Tim! - Rose  westchnęła  z  podziwu,  omiatając

wzrokiem wytworne stare dywany rozłożone na drewnianych,
błyszczących  podłogach  i  mały  basen  znajdujący  się  w
otoczonym murem ogrodzie. - Trochę tu inaczej niż w twoim
domku w Newmarket, nieprawdaż?

- Poczekaj; aż zobaczysz stajnie!
- W porządku. - Uśmiechnęła się, widząc jego entuzjazm.

- Później  mi  wszystko  pokażesz,  ale  teraz  chciałabym  wziąć
prysznic. - Odgarnęła  włosy  z  karku. - Muszę  przebrać  się  w
coś lżejszego.

- Och, racja. Rozgość się i odpocznij. - Zaprowadził ją do

dużego  apartamentu. - Będzie  mnóstwo  czasu,  byś  mogła
wszystko zwiedzić.

Zatrzymała  się  na  progu.  Na  stolikach,  komodach,  na

każdym wolnym miejscu stały kosze róż.

- Skąd,  na  Boga,  to  wszystko  się  wzięło? - spytała

zaskoczoną szukając wzrokiem wizytówki.

- Książę Abdullah przysłał je dziś rano, byś czuła się jak

w domu.

- Czyżby sądził, że mieszkam w kwiaciarni?
- Wiesz, tutaj wszystko robi się z większym gestem. - Tim

skrzywił  się  lekko  zażenowany.  Zerknął  z  niepokojem na
zegarek. - Och, Rose,  muszę  cię  już  zostawić.  Jedna z  moich
podopiecznych ma się oźrebić.

- Doskonale sobie poradzę.
- Jesteś pewna? Jeśli byłbym potrzebny...
- Zarżę cicho i radośnie. Tim roześmiał się głośno.
- Na pewno wkrótce zauważysz, jak doskonałe działają tu

telefony.

background image

Gdy  została  sama,  zajęła  się  różami.  Były  przepiękne,

kremowo - białe. Powstrzymała chęć, by je policzyć. Zamiast
tego opuszkami palców pogłaskała płatki rozchylonego pąka.

Myśli Rose powędrowały z powrotem do księcia Hassana

al Raszida, osławionego playboya.

Książę  Abdullah  ofiarował  jej  miejsce  w  swoim

prywatnym samolocie i obsypał ją różami, ale to na Hassanie
skupiła się jej uwaga.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

- Co  to  znaczy, że  nie  możesz  go  odnaleźć? - Hassan

ledwie  powstrzymywał  gniew. - Ma  przecież  ochroniarzy,
którzy pilnują go w dzień i w noc!

- Wymknął  się  im. - Głos  Partridge'a  odbił  się  słabym

echem na łączach satelitarnych. - Najwyraźniej w grę wchodzi
kobieta.

Oczywiście,  znowu  dziewczyna!  Do  diabła  z  tym

chłopakiem!  A  tych  dwóch  tępaków,  którzy  mieli  go
pilnować, powinno się...

Ale  Hassan  dobrze  pamiętał,  jak  to  jest,  gdy  ma  się

niewiele ponad dwadzieścia parę lat, a każdy twój krok śledzą
czyjeś czujne oczy.

- Znajdź go, Partridge! - zażądał. - Znajdź i sprowadź do

domu. Powiedz mu, że czas nagli.

- Zrobię wszystko, co konieczne, ekscelencjo. Hassanowi,

który  stał  u  wejścia  do  namiotu,  długo dźwięczały  w  uszach
słowa  Partridge'a.  Jego  umierający  dziadek  użył  takich
samych  słów,  gdy  ustanawiał  młodszego  wnuka,  Fajsala,
swoim  następcą,  a  swego  bratanka  Abdullaha - regentem.
Hassan  czuł  się  wówczas  pokrzywdzony  i  zły,  że  go
pominięto. Nie chciał zrozumieć sytuacji i zachowywał się jak
idiota.

Gdy  wydoroślał  i  zmądrzał,  zrozumiał,  że  ten,  kto  chce

rządzić,  musi  zapomnieć  o

własnych  pragnieniach  i

marzeniach. Tak to już jest.

Za  kilka  tygodni  Fajsal  skończy  dwadzieścia  pięć  lat,  już

pora, by przypomnieć mu tę starą prawdę.

Na  razie  należało  pomieszać  szyki  Abdullahowi.  Wuj

doceniał siłę mediów i na pewno nie zaprzepaści szansy, jaką
stwarzała obecność Rose Fenton w jego pałacu.

Przygotował  już  dla  dziennikarki  program  wizyty  godny

koronowanej  głowy.  Ciekawe,  czy  młoda  kobieta  oprze  się

background image

prezentom,  złotu  i  perłom,  którymi  będzie  obsypywana.  Na
wszelki  wypadek  Abdullah  miał  w  zanadrzu  plan  awaryjny -
jeśli  pieniądze  nie  poskutkują,  na  pewno  posłuży  się  bratem
dziennikarki...

Hassan  doszedł  do  wniosku,  że  najlepiej  będzie  odsunąć

Rose  Fenton  od  tych  politycznych  rozgrywek,  a  przy  okazji
przysporzyć  Abdullahowi  kłopotów,  które  na  jakiś  czas
oderwą go od knowań wokół tronu Fajsala.

- Wyścigi konne? - Rose wzięła do ręki grzankę. Minęło

sześć  lat  od  czasu,  gdy  była  po  raz  ostatni  na  torze
wyścigowym. - W nocy?

- Przy świetle jupiterów. Wtedy jest chłodniej - dodał Tim

z  szerokim  uśmiechem. - Będą  również  wyścigi  wielbłądów.
Chyba nie chcesz zrezygnować z takiej atrakcji?

Udawała, że się zastanawia.

- Nie, dziękuję - powiedziała w końcu.

Przez  chwilę  myślała,  że  Tim  zamierza  coś  powiedzieć,

wygłosić  mowę  w  stylu  „wiesz  przecież,  że  minęło  już  sześć
lat", ale on tylko wzruszył ramionami.

- Oczywiście,  to  twój  wybór. - Nawet  jeśli  rozczarowała

go jej decyzja, nie okazał tego. - Ja muszę tam się pokazać z
oczywistych względów, ale potem po ciebie przyjadę.

Podniosła wzrok znad grzanki posmarowanej masłem.

- Przyjedziesz po mnie?

Tim wskazał opartą o słoik z marmoladą białą kopertę.

- Po wyścigach odbędzie się kolacja, na którą zostaliśmy

zaproszeni.

- Znowu? - zdumiała się. - Przez kogo?
- Przez Simona Partridge'a.
- Poznałam go? - spytała, wyjmując z koperty pojedynczą

kartkę  papieru.  Zaproszenie  utrzymane  było  w  bardzo
formalnym stylu.

- Nie, on jest doradcą księcia Hassana.

background image

Rose  nagle  się  ożywiła.  Nie  widziała  księcia  od  czasu

podróży samolotem. Rozglądała się za nim, nasłuchiwała czy
ktoś  o  nim  nie  wspomni,  ale  wydawało  się,  że  zniknął  z
powierzchni ziemi.

- Spodoba ci się - ciągnął swobodnie Tim. - Bardzo chciał

cię poznać, ale wyjechał z miasta.

- Naprawdę? - Roześmiała się głośno, trochę nerwowo. -

Powiedz mi, Tim, dokąd to w Ras al Hajar można wyjechać z
miasta?

- Donikąd.  O  to  właśnie  chodzi.  Każdy  chce  czasami

pozostawić cywilizację za sobą.

- Już to przerabiałam. - Podczas ostatnich kilku lat bywała

w wielu niecywilizowanych miejscach. W bardzo wielu. - To
jest przereklamowane.

- Pustynia  jest  inna.  Człowiek  pokroju  Hassana  zwykle

zaraz  po  powrocie  do  domu  wyrusza  na  polowanie.  A  jego
doradca jedzie z nim.

- Rozumiem. - Przede  wszystkim  zrozumiała,  że  skoro

Simon  Partridge  wrócił  do  miasta,  wrócił  również  książę
Hassan. - Opowiedz  mi  o  tym  Partridge'u.  Dlaczego  książę
Hassan ma angielskiego doradcę?

- Jego  dziadek  też  miał  angielskiego  doradcę.  Historia

lubi się powtarzać.

- Doprawdy?
- Ojciec Hassana był Szkotem - wyjaśnił Tim, marszcząc

brwi. - Nie mówiłem ci o tym?

- Nie  mówiłeś.  A  to  sporo  wyjaśnia.  Tim  wzruszył

ramionami.

- Uważa, że może polegać na Partridge'u.
- A gdyby ktoś dybał na jego życie, Partridge nastawiłby

za niego karku? A co Partridge z tego ma?

- Dobrą posadę. On nie jest ochroniarzem Hassana. Służył

w  armii,  ale  jego  gazik  wjechał  na  minę.  Partridge  został

background image

kaleką.  Pułkownik,  który  był  jego  dowódcą,  chodził  z
Hassanem do szkoły.

- Do Eton - podpowiedziała automatycznie.
- Oczywiście. Partridge również skończył Eton. - Tim był

wyraźnie  zadowolony,  że  zdołał  zainteresować  siostrę  swoim
nieobecnym przyjacielem. - A więc, co mam odpowiedzieć? -
Tim wziął do ręki zaproszenie.

To  było  oczywiste.  Rose  nie  zamierzała  stracić  szansy

poznania doradcy Hassana.

- Powiedz  mu, że  panna  Fenton  przyjęła  zaproszenie  z

radością - oznajmiła.

- Wspaniale. - Zadzwonił  telefon  i  Tim  podniósł

słuchawkę. - Zaraz tam będę - powiedział, a potem zwrócił się
do  Rose: - Numer  telefonu  Simona  jest  na  kopercie.
Zadzwonisz do niego?

- Nie  ma  problemu. - Od  razu  podniosła  słuchawkę  i

wykręciła  numer. - Pan  Partridge? - spytała,  gdy  usłyszała
męski głos. - Simon Partridge?

Nastąpiła krótka przerwa.

- Panna Rose Fenton, jak przypuszczam.
- Tak. - Roześmiała się. - Skąd pan wiedział?
- A gdybym powiedział pani, że jestem medium?
- Nie uwierzyłabym.
- I  słusznie.  Pani  głosu  nie  można  pomylić  z  innym,

panno Fenton.

- Tim  spieszył  się  do  stajni,  poprosił  więc,  bym  sama

zadzwoniła  i  powiedziała  panu,  że  z  przyjemnością
przyjdziemy na kolację.

- Cała przyjemność po mojej stronie.

Jego  oficjalny  ton  brzmiał  dziwnie...  cudzoziemsko.

Zastanawiała  się,  jak  długo  przebywał  w  Ras  al  Hajar.
Wydawało jej się, że od niedawna. Ale może się myliła.

background image

- Tim  musi  najpierw  być  na  wyścigach... - dodała  po

chwili.

- Oczywiście.  Wszyscy  tu  chodzą  na  wyścigi,  panno

Fenton.  Pani  również  przyjdzie,  nieprawdaż?  Musi  pani
przyjść.

- Tak - powiedziała,  nagle  zmieniając  zdanie.  Doszła  do

wniosku,  że  rzeczywiście  musi.  Skoro  wszyscy  tam  będą,
będzie  również  Hassan. - Nie  mogę  się  doczekać. - I  było  to
prawdą.

- Do zobaczenia wieczorem, panno Fenton.
- Do  zobaczenia,  panie  Partridge - odpowiedziała.

Odkładając słuchawkę, poczuła, że brak jej tchu.

Hassan  wyłączył  telefon  komórkowy,  kupiony  dziś  rano

na  bazarze  i  zarejestrowany  na  fikcyjne  nazwisko,  po  czym
rzucił  go  na  dywan.  Przez  otwarte  poły  ogromnego  czarnego
namiotu  widział  gęsty  gaj  palmowy  nawadniany  przez  małe
strumyki  spływające  z  niedostępnych  gór  na  granicy.  Wiosną
był  tu  prawdziwy  raj  na  ziemi.  Podejrzewał  jednak,  że  Rose
Fenton może mieć na ten temat odmienne zdanie.

- Wracaj  szybko  do  domu,  Fajsal - mruknął  pod  nosem.

Lezący u jego stóp chart myśliwski wstał i potarł jedwabistym
łbem o rękę swego pana.

Rose  była  niezadowolona  z  powodu  skromnego  zestawu

garderoby,  który  ze  sobą  przywiozła.  Na  koktajlu  w
ambasadzie czuła się jak szara myszka. Łudziła się, że będzie
wyglądać  skromnie,  lecz  elegancko  w  swojej  małej  czarnej.
Jednak wszystkie zaproszone kobiety skorzystały z okazji, by
zaprezentować  ostatnie  kreacje  wielkich  krawców,  przy
których  jej  sukienka  wyglądała  jak  ciuszek  z  przeceny.
Niestety...

Nie  miała  również  nic  odpowiedniego  na  wieczorne

wyścigi ani na późniejszą kolację. Chyba że...

background image

Ostatecznie  pokonała  wewnętrzne  opory  i  postanowiła

włożyć shalwar kameez, strój, który dostała podczas wizyty w
Pakistanie.

Spodnie  uszyte  były  z  ciężkiego,  surowego  jedwabiu  w

ciemnozielonym  kolorze,  tunika  miała  jaśniejszy  odcień, zaś
ręcznie  haftowany  szal  był  jeszcze  jaśniejszy.  Szkoda,  że nie
założyła tej kreacji do ambasady...

- No, no! - Reakcja Tima była wymowna. Zazwyczaj nie

zauważał, w co była ubrana. - Wyglądasz oszałamiająco.

- Zaczynam  się  obawiać,  że  wszyscy  inni  będą  ubrani  w

dżinsy - zażartowała.

- Jakie to ma znaczenie? Naprawdę zwalisz Simona z nóg.
- Nie jestem pewna, czy zależy mi na takim efekcie.
- Gdy  zobaczy  cię  w  tym  stroju,  na  pewno  zechce  cię

lepiej poznać. - Tim  zerknął  na  zegarek. - Pospieszmy  się.
Zabrałaś wszystko?

- Chusteczka,  apaszka,  dziesięć  pensów  na  telefon -

odparła

poważnie.  Ale  nie  wspomniała  o  telefonie

komórkowym,  magnetofonie,  notesie  i  długopisie.  Nie
powiedziała o tym, by nie wprawiać Tima w zakłopotanie.

Tim  roześmiał  się  swobodnie,  biorąc  ją  pod  ramię  i

prowadząc do range rovera.

- Daleko jedziemy? - spytała, gdy włączył silnik.
- Tuż  za  wzgórzami  znajduje  się  płaska  równina,

doskonała  do  urządzania  wyścigów.  Och,  przepraszam... -
Zmarszczył  brwi,  gdy  samochód  wpadł  w  dziurę. - Z  miasta
prowadzi autostrada, ale tędy jest znacznie krócej.

- Jedziesz  z  dziennikarką,  która  była  na  froncie.  Kilka

dziur nie zrobi różnicy... Och, uważaj!

Biały  koń  bez  jeźdźca  zeskoczył  z  wysokiego  nasypu  i  z

rozwianą grzywą wylądował tuż przed maską ich samochodu.
Aby  uniknąć  zderzenia,  Tim  ostro  skręcił  kierownicę,  wóz

background image

zjechał  na  bok  i  podskakując,  potoczył  się  po  żwirowym
podłożu.

- To  koń  Abdullaha - powiedział  Tim,  gdy  odzyskał

kontrolę  nad  pojazdem. - Ktoś  tu  będzie  mieć  kłopoty... -
Zatrzymał  się  i  z  rozmachem  otworzył  drzwi. - Przepraszam,
ale muszę go złapać! - krzyknął, biegnąc do bagażnika po linę.
- Zadzwoń  z  telefonu  w  samochodzie  do  stajni.  Poproś,  aby
wysłali przyczepę do transportu koni.

- Ale dokąd?
- Powiedz, że  jesteśmy  między  naszym  domem  a

stajniami, znajdą nas.

Nacisnęła  włącznik,  ale  światło  w  samochodzie  się  nie

zapaliło.  Wzruszyła  ramionami  i  podniosła  słuchawkę.  Nie
było  sygnału.  Wspaniale!  Wyjęła  z  torebki  komórkę,  którą
dostała  wraz  z  książką  i  wycinkami  prasowymi  od  Gordona.
Był  to  mały  aparat,  bardzo  nowoczesny  i  wszechstronny,  ale
nie  znała  go  na  tyle,  by  posłużyć  się  nim  w  ciemności.
Wysiadła  z samochodu,  by  wybrać  numer  przy  świetle
reflektorów, ale gdy tylko jej stopy dotknęły ziemi, reflektory
zgasły.

oddali 

słyszała 

głos 

Tima, 

który 

uspokajał

zdenerwowanego konia.

Panowała  niezwykła  cisza  i  ciemność.  Księżyc  był

niewidoczny, tylko gwiazdy świeciły jasno, srebrząc piasek.

Z ciemności wypadł jakiś cień.

- Tim? - zawołała.

To  nie  był  jej  brat  Zanim  się  odwróciła,  wiedziała,  że  to

nie  on.  Tim  pachniał  delikatnie  wodą  po  goleniu  i  miał  na
sobie  jasny  żakiet.  Ten  mężczyzna  nie  pachniał  znajomo,  a
ubrany był od stóp do głów w czarny burnus.

To był Hassan.
Mimo  przypływu  strachu,  który  przygwoździł  ją  do

miejsca, mimo szaleńczego bicia serca, rozpoznała go. Nie był

background image

to jednak  wytworny  dżentelmen  wchodzący  na  pokład
prywatnego odrzutowca, nie był to książę - playboy.

Jakiś instynkt ostrzegł ją, że mężczyzna o szarych oczach -

dziś niebezpiecznych i władczych - nie przybył jej na ratunek.

Nim  zdążyła  rzucić  się  do  ucieczki,  nim  zdołała  nawet  o

tym  pomyśleć  i  krzyknąć,  by  ostrzec  Tima,  Hassan  dłonią
zatkał jej usta, a potem objął drugą ręką i mocno przycisnął do
siebie.  Tak  mocno,  że  rzeźbiony  sztylet  wiszący  mu  u  pasa
dźgał ją w żebra.

Rose skończyła kiedyś kurs samoobrony, ale jej dzisiejszy

przeciwnik  jak  widać  znał  wszystkie  chwyty.  Łokcie  miała
sztywno  unieruchomione,  stopy  wisiały  kilka  centymetrów
nad ziemią. Opór zresztą na niewiele by się zdał. Gdyby nawet
zdołała  się  uwolnić,  co  wtedy?  Nie  miała  dokąd  uciekać,  a
Hassan na pewno nie był sam.

Mimo wszystko walczyła jak lwica.
Hassan  wzmocnił  uścisk  i  po  prostu  czekał,  aż  Rose  się

uspokoi.

Gdy  w  końcu  opadła  z  sił  i  przestała  się  wyrywać,

usłyszała jego głos:

- Proszę nie krzyczeć, panno Fenton - powiedział bardzo

cicho. - Nie chciałbym robić krzywdy pani bratu.

Wiedział  więc,  kim  była.  Minęło  kilka  dni,  odkąd

wymienili przelotne spojrzenia w samolocie, ale ten głos - ten
głos słyszała całkiem niedawno.

Mężczyzna,  z  którym  rozmawiała  przez  telefon,  nie  był

Simonem Partridge'em! To był Hassan. O dziwo, wcale jej to
nie zaskoczyło.

Czego  chciał?  To,  że  w  wolnej  chwili  przeczytała  kilka

rozdziałów „Szejka", nie oznaczało jeszcze, że marzy o takich
sytuacjach.  Oczywiście  nawet  przez  myśl  jej  nie  przeszło,  że
książę  Hassan  chce  ją  uprowadzić  na  pustynię,  ponieważ
wpadła  mu  w  oko.  Była  dziennikarką  odporną na  takie

background image

fantazje.  Po  co  zresztą  miałby  zadawać  sobie  tyle  trudu?  Na
jedno  skinienie  mógł  mieć  każdą  kobietę,  której  zapragnął.
Nie musiał używać przemocy.

- A więc?

Czyżby proponował jej wybór? Raczej nie. Skinęła głową,

obiecując, że będzie cicho.

- Dziękuję. - Ta formalna uprzejmość była śmieszna. Ale,

jakby  chcąc  udowodnić,  że  jest  dżentelmenem,  natychmiast
zdjął rękę z jej ust, postawił ją na ziemi i przestał tak mocno
ściskać.

- Gdzie  jest  Tim? - spytała  natychmiast. - Co  się  z  nim

stało? - Głos jej zadudnił w pustynnej ciszy.

- Nic.  Nadal ściga  ulubionego  ogiera  Abdullaha. - Oczy

mu  zalśniły. - Przypuszczam,  że  zajmie  mu  to  trochę  czasu.
Tędy, panno Fenton.

Rose, której oczy szybko przyzwyczaiły się do ciemności,

zobaczyła  nieopodal  wyraźny  kształt  land  rovera.  Podobnych
wozów używano w wojsku.

Dziennikarski instynkt wziął górę nad strachem.

- Chyba żartujesz? - powiedziała i stanęła jak wryta.
- Żartuję? - Zdawał  się  nie  rozumieć.  Podniósł  głowę  i

popatrzył gdzieś przed siebie.

Księżyc  wyszedł  zza  chmur.  Gdy  Rose  odwróciła  głowę,

w oddali ujrzała sylwetkę brata. Udało mu się schwytać ogiera
na  arkan  i  teraz  prowadził  go  spokojnie  w  kierunku  swego
samochodu.

Hassan nie docenił zdolności jej brata.

- Nie mam czasu na kłótnie - szepnął złowieszczo.

Nie  zamierzała  narażać  Tima  na  kłopoty,  wciągnęła

jednak w płuca powietrze, by krzyknąć, ale głos uwiązł jej w
gardle.  Ogarnęła  ją  czerń  ciemniejsza  od  nocy.  Została
omotana  jakimś  miękkim  kocem,  zamieniona  w  tobołek  i
zarzucona na ramię.

background image

Zbyt  późno  zdała  sobie  sprawę,  że  powinna  wrzeszczeć,

gdy jeszcze miała szansę.

Zaczęła  z  furią  kopać,  by  wyzwolić  głowę,  ale  nie

krzyczała, wiedząc, że głos jej, nawet najbardziej rozpaczliwy,
nie  przeniknie  przez  warstwy  grubego  materiału.  Te  wysiłki
nie  przynosiły  żadnego  rezultatu.  Gdyby  choć  mogła
wyswobodzić ręce.

W  tym  momencie  zdała  sobie  sprawę,  że  nadal  ściska  w

dłoni  mały  telefon  Uśmiechnęła  się  w  duchu.  Telefon!  Zaraz
zadzwoni do agencji.

Po  chwili  została  bezceremonialnie  rzucona  na  podłogę

samochodu.  Nawet  przez  gruby  materiał  docierał  do  niej
odgłos  silnika  i  czuła  zapach  oleju  napędowego.  Ropa?  A
gdzie konie? Gdzie romantyczna przygoda?

Powinna teraz, tak jak czytała w książce, pędzić na koniu

przez  pustynię,  przyciśnięta  do  twardego  ciała  porywacza  i
rozpaczliwie walczyć o swój honor.

Niemal się roześmiała. Czasy i obyczaje naprawdę uległy

zmianie.  Honor  był  ostatnią  rzeczą,  która  przychodziła  jej  do
głowy. Została porwana, a jedyne, o czym teraz mogła myśleć,
było napisanie artykułu.

Zaledwie trzy  dni  temu żartowała  sobie  z  porwania  przez

jakiegoś  księcia  pustyni.  Co  za  głupi  żart!  To  wcale  nie  było
zabawne.

Została  mocno  rzucona  na podłogę  land  rovera, ale  jej

prześladowca, jakby przewidując siłę uderzenia, przekręcił się
tak, że Rose wylądowała na nim.

Byłoby  rozsądniej,  gdyby  przestała  walczyć,  a  zaczęła

myśleć logicznie nad celem tego porwania. Łatwiej by jej się
myślało,  gdyby  nie  brakowało  jej  powietrza,  gdyby  nie
obejmował jej tak mocno ramionami.

Powinna  się  bać.  Biedny  Tim  oszaleje  z  niepokoju.  Tak

samo  matka.  Zawsze  ją  ostrzegała,  że  należy  być

background image

przygotowaną  na  każde  niebezpieczeństwo.  Chyba  po  raz
pierwszy  w  życiu  naprawdę  mogła  zrobić  użytek  z  agrafki,
wbijając ją mocno w twarde udo Jego Wysokości!

Niestety,  torebka,  w  której  znajdowała  się  agrafka,  leżała

sobie  na  podłodze  range  rovera,  razem  z  czystą  chusteczką  i
dziesięciopensówką  na  telefon.  Ale  czy  jej  matka  wzięła  pod
uwagę fakt, że na pustyni nie ma publicznych telefonów?

Gdy  Pam  Fenton  dowie  się  o  zaginięciu  córki,  na  pewno

wyda  o  wiele  więcej  na  telefony  do  ministerstwa  spraw
zagranicznych, zatruwając życie wszystkim urzędnikom.

Oczywiście  jeśli  dowie  się,  że  córka  została  porwana.

Rose  miała  przeczucie,  że  jej  zniknięcie  będzie  skrzętnie
ukrywane  przed  prasą  tak  długo,  jak  tylko  się  da.  Abdullah
przekona  Tima,  że  od  tego  zależy  jej  bezpieczeństwo.
Również  ambasada  powstrzyma  się  od  zbyt  gwałtownych
kroków. Dobrze więc, że miała ze sobą telefon. Gordon nigdy
by  jej  nie  wybaczył,  gdyby  w  takiej  sytuacji  nie  zrobiła  z
niego użytku.

O  Boże,  co  się  z  nią  działo!  Nie  bała  się,  nie  planowała

ucieczki. I nie krzyczała, gdy jeszcze mogła to zrobić...

Nawet teraz leżała spokojnie i nie zrobiła nic, by utrudnić

zadanie  napastnikowi.  A  wszystko  dlatego, że  zżerała  ją
ciekawość.

Czego od niej chciał?
Na  pewno  nie  chodziło  mu  o  miłą  pogawędkę.  Przecież

mógł  zapukać  do  jej  drzwi,  ona  zaś  z  przyjemnością
poczęstowałaby  go  herbatą  i  ciasteczkami.  Takie  zwyczaje
panowały w Chelsea. Być może w Ras al Hajar obowiązywały
inne zasady.

A  może  w  grę  wchodziło  coś  zupełnie  innego...  Pomyśl,

Rose!  Pomyśl...  Jaki  powód  mógł  mieć  Hassan  al  Raszid,  by
cię porywać? Jaki powód mógł mieć ktokolwiek?

background image

Okup? To śmieszne! Seks? Gdy o tym pomyślała, poczuła

miły dreszczyk emocji, ale szybko odrzuciła i tę hipotezę jako
niedorzeczną.

A  może  powód  był  polityczny?  Kuzynowi  Hassana,

Abdullahowi, z pewnością nie posłuży rozgłos, który wywoła
zniknięcie dziennikarki. Plotki w prasie, nagłówki...

Nagłe  doznała  olśnienia.  To  nie był żart.  Hassan  pragnął,

by  o  Ras  al  Hajar  zrobiło  się  głośno.  W  ten  sposób  chciał
zaszkodzić Abdullahowi.

Ogarnęła ją wściekłość.
Poczuła się dotknięta. Może nie była gwiazdą filmową, ale

też niczego jej nie brakowało. A włosy... Niezwykły odcień, ni
to  rade,  ni  kasztanowe...  W  połączeniu  z  brązowymi  oczami
wyglądały naprawdę oryginalnie. A nos... Och, do diabła z tą
wyliczanką!

Wbiła  kolana  w  jakąś  niezidentyfikowaną  część  ciała

swego  dręczyciela  i  zaczęła  się  wyrywać.  Hassan  poluzował
uścisk.  Złapał  ją  za  ramiona  i  znów  przygwoździł  do  ziemi,
jednak udało jej się wyplątać głowę z koca.

Była  całkowicie  bezbronna,  na  łasce  mężczyzny,  którego

w ogóle nie znała. Powinna coś powiedzieć. I to szybko.

- Czy  na  wszystkie  kobiety,  które  Wasza  Wysokość

zaprasza na kolację, czekają równie emocjonujące atrakcje?

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

- Na kolację? - powtórzył Hassan.
- To z panem rozmawiałam dziś rano, prawda? - spytała,

zdmuchując  z  nosa  zabłąkany  kosmyk  włosów. - Czy
Partridge wie, że podszył się pan pod niego?

- Ach.
- Ach?  A  więc  tak?  Czy  kolacja  została  odwołana?

Ostrzegam, że nie odpowiada mi życie o chlebie i wodzie.

- Kolacja  czeka  na  panią,  panno  Fenton.  Obawiam  się

jednak,  że  będzie  pani  musiała  zrezygnować  z  towarzystwa
Partridge'a.  Chwilowo  przebywa  poza  krajem.  Rzeczywiście
nie ma pojęcia, że posłużyłem się jego nazwiskiem. W gruncie
rzeczy w ogóle nie ma pojęcia o całej sprawie.

A zatem gdy policja sprawdzi numer telefonu widoczny na

zaproszeniu, okaże się, że prowadzi on donikąd.

- Mam  nadzieję,  że  Partridge  powie  panu  kilka  słów

prawdy, gdy się o tym dowie - odezwała się po chwili.

- Może pani być pewna.
- Nie musiał mnie pan tak mocno krępować. - Zakaszlała.

- Ostatnio nie czułam się dobrze.

- Wiem - rzekł  krótko. - Jednak  wygląda  na  to,  szybko

wraca  pani  do  zdrowia.  Osobiście  uważam,  że  te  koktajle  i
przyjęcia są dla pani zbyt forsowne.

-

Ach,  rozumiem!

-

zakpiła.

-

Porywając  mnie,

wyświadczył mi pan przysługę.

- To  jest  myśl. - Hassan  zmrużył  oczy  w  uśmiechu. -

Obawiam  się,  że  mój  kuzyn  myśli  wyłącznie  o  własnych
przyjemnościach.

- I  moich.  Tak  mi  powiedział. - Nie  była  jednak

przekonana.  Księciu  Abdullahowi  zależało  raczej  na
pozytywnym  wizerunku  jego  kraju.  Nie  bez  powodu
obwożono  ją  po  mieście  limuzyną  z  przyciemnionymi
szybami.  Pewnego  dnia  zamierzała  włożyć  czarny  strój  na

background image

wzór  tutejszych  kobiet  i  sama  dokładnie  się  rozejrzeć  po
okolicy.

- Nocny  wypad  na  wyścigi - ciągnął  Hassan - mógłby

spowodować nawrót choroby.

Nie  wspomniała,  że  dopóki  nie  porozmawiała  z  niejakim

Partridge'em, nie zamierzała się tam pojawić.

-

Pańska 

troska 

jest 

naprawdę 

wzruszająca

-

skomentowała z sarkazmem.

- Skoro przyjechała pani do Ras al Hajar, aby odpocząć i

nabrać sił, z przyjemnością dopilnuję, aby tak się stało.

Z  przyjemnością?  Nie  spodobał  jej  się  ton,  jakim

wypowiedział te słowa.

- Książę Hassan al Raszid - gospodarz doskonały - po raz

kolejny pozwoliła sobie na sarkazm.

- Zrobię,  co  w  mojej  mocy. - Zignorował  jej  ironię. -

Przyjechała  pani  do  mojego  kraju  na  wakacje,  dla
przyjemności.  Może  nawet  po  to,  by  przeżyć  mały  romans,
sądząc po książce, którą pani czytała w samolocie.

- Szejk przynajmniej miał fantazję.
- Fantazję?
- Land rover nie przypomina ogiera. Czarnego jak noc, o

ognistym  temperamencie... - zacytowała  niemal  dosłownie. -
To  najbardziej  popularny  środek  transportu  przy  porwaniach
na pustym. Muszę wyznać, że czuję się trochę rozczarowana.

- Naprawdę? - Zrobił  zaskoczoną  minę. - Niestety,  cel

naszej  podróży  znajduje  się  zbyt  daleko,  byśmy  mogli  tam
dotrzeć  na  jednym  koniu. - W  szarych  oczach  pojawiły  się
wesołe błyski. - Zwłaszcza że była pani chora i jak rozumiem,
jest pani rekonwalescentką. Postaram się poprawić.

- Och,  doprawdy,  bardzo śmieszne. - Usiłowała  się

podnieść do pozycji siedzącej, ale Hassan się nie poruszył.

- Teren  jest  tu  nierówny,  proszę  leżeć.  Tak  będzie

bezpieczniej. Naprawdę.

background image

Porwał ją, a teraz śmiał mówić o jej bezpieczeństwie!
Próbowała  zebrać  myśli.  Wiedziała,  że  przede  wszystkim

powinna nakłonić porywacza do rozmowy. Sprawić, by ujrzał
w niej człowieka. Człowieka płci żeńskiej.

Musiała szybko znaleźć temat rozmowy.

- Zadał pan  sobie  wiele  trudu,  by  znaleźć  się  w  moim

towarzystwie.  Jeśli  Wasza  Wysokość  chciał  porozmawiać,
dlaczego  nie  zagadnął  mnie  w  samolocie?  Albo  nie
zatelefonował do domu mojego brata?

Poruszył się i nieco odsunął. Leżał teraz obok niej i patrzył

nieco podejrzliwie.

- Od razu mnie pani rozpoznała, prawda?

Od razu. Nie zamierzała mu jednak pochlebiać.

- Nie  sądzę,  by  wielu  lokalnych  bandytów  kończyło

angielskie szkoły. I niewielu z nich ma szare oczy. Oczywiście
poznałam również głos. Słyszałam go kilka godzin temu.

Jeśli  chciał  pan  zachować  anonimowość,  trzeba  było

wysłać po mnie swojego człowieka.

- Gratuluję opanowania, panno Fenton. Nie powinna pani

dać  się  zwieść  mojemu  nienagannemu  akcentowi.  Mój  ojciec
był szkockim góralem, a matka Arabką. Nie jestem jednym z
waszych angielskich dżentelmenów.

Nie  był.  Poczuła  lekki  dreszcz  czegoś,  co  przypominało

strach. Ale nie była to jeszcze panika.

- Być  może  to  jest  swego  rodzaju  wskazówka -

powiedziała hardo.

Nim  odezwał  się,  ujrzała  w  ciemnościach  błysk  białych

zębów.

- Naprawdę  jest  pani  taka  odważna,  panno  Fenton?

Oczywiście. Wszyscy o tym wiedzieli. Rose Fenton nie znała
strachu,  ale  wyczuła  niebezpieczeństwo  natychmiast,  gdy
tylko  Hassan  wszedł  na  pokład  samolotu.  A  z  odległości

background image

kilkunastu  centymetrów  jego  magnetyzm  mógł  okazać  się
fatalny... Cóż, być może umrze szczęśliwa,..

- Nie  jest  pani  ciekawa,  dokąd  ją  zabieram? - spytał.

Turkot kół samochodu ucichł; jechali teraz, szybko po dobrej,
ubitej drodze. Ale po której? W jakim kierunku?

- Gdybym spytała, czy otrzymałabym odpowiedź?
- Nie - burknął.  Wydawało  się,  że  jej  tupet  zaczynał  go

irytować. - Zapewniam  jednak,  że  nie  porwałem  pani  dla
samej 

przyjemności 

konwersacji, 

chociaż 

nie 

mam

wątpliwości, że będzie to dodatkowa korzyść.

- Czy zwykle tak pan postępuje z kobietami? - spytała. Na

tym polegała jej praca. Na zadawaniu pytań. - Czy gdzieś tam
na pustyni ma pan harem porwanych kobiet?

- A  jak  pani  myśli,  ile  kobiet,  podobnych  do  pani,  może

znieść 

jeden 

mężczyzna?

-

odciął 

się, 

naprawdę

wyprowadzony z równowagi.

To sprawiło jej przyjemność. Chciała go czymś zaskoczyć,

pragnęła być oryginalna.

Czekał na jej odpowiedź. Zapewne spodziewał się pytania,

dlaczego ją porwał i co zamierzał z nią zrobić.

Nieposkromiona 

dziennikarska 

ciekawość 

była

niewątpliwie  jej  wielką  zawodową  zaletą,  ale  jednocześnie
była  jej  słabością.  Nie  potrafiła  przestać.  Musiała  stale
indagować.  Ten  mężczyzna  interesował  ją,  zanim  go  jeszcze
zobaczyła.

W ostrym świetle księżyca wdziała jego oczy przysłonięte

powiekami  i  twarz  o  nieprzeniknionym  wyrazie.  Nie  chciała,
by się przed nią ukrywał. Bezwiednie uniosła dłoń i dotknęła
jego policzka.

Przestraszony odsunął się o kilka centymetrów. Ale dokąd

mógł  uciec?  Ograniczona  przestrzeń  w  samochodzie  była
również  jego  więzieniem.  Pocierając  wierzchem  dłoni  jego
policzek,  poczuła  ostry,  świeży  zarost.  Hassan  nawet  nie

background image

drgnął,  gdy  badawczo  przesuwała  kciukiem  po  jego  twardo
zarysowanej  szczęce.  Nie  powinna  go  prowokować,  ale
niebezpieczeństwo  ją  podniecało.  Gdy  powiodła  palcem  po
jego ustach, poczuła, że przełyka ślinę.

Teraz  ona  była łowcą.  Uśmiechnęła  się  w  ciemnościach  i

wreszcie udzieliła mu odpowiedzi.

- Gdyby  jakiś  mężczyzna  miał  tyle  szczęścia,  żeby

zdobyć  podobną  do  mnie  kobietę,  wówczas  zrobiłabym
wszystko, co w mojej mocy, aby już nigdy nie zapragnął innej.
- Zatrzymała na chwilę palce na jego ustach, potem oderwała
je i odsunęła się od niego.

Hassan powstrzymał się od zjadliwej riposty. Cóż zresztą

mógł  powiedzieć?  Nie  pozostało  mu  nic  innego,  jak  jej
uwierzyć.  Zrozumiał  jej  słowa  jako  ostrzeżenie.  Co  za
kobieta!

Gdy  ją  porwał,  nie  straciła  nawet  kosmyka  swoich

pięknych,  rudych  włosów.  Nie  krzyczała,  choć  mogła,  ale
przez cały czas go prowokowała - słowami i gestami, mimo że
nie wiedziała jeszcze, jaki ją czeka los.

Rose  Fenton  naprawdę  miała  szczęście,  że  Hassan  al

Raszid  nie  przypominał  niebezpiecznego,  porywczego
mężczyzny z kart anachronicznej powieści, którą czytała.

Wolałby  od  razu  ją  uspokoić,  podejrzewał  jednak,  że

poczuje  się  tym  dotknięta.  Najlepiej  zachować  na  razie
dystans.

Nigdy  nie  zamierzał  traktować  jej  jak  więźnia.  Przez

krótką, podniecającą chwilę pomyślał nawet, że jedzie z nim z
własnej woli.

Bał  się  jedynie  tego,  by  nie  wyskoczyła  z  samochodu.

Przy  prędkości,  z  jaką  podróżowali,  mogłaby  zrobić  sobie
krzywdę.

background image

Ukląkł,  sięgnął  po  leżącą  na  podłodze  pelerynę  i

uformował z niej poduszkę. Znów zjechali z drogi i land rover
zaczaj podskakiwać.

- Proszę  podnieść  głowę  i  ułożyć  się  wygodnie -

powiedział  stanowczo,  wsuwając  zwiniętą  pelerynę  pod  jej
szyję. Palce miał chłodne, twarde, nieustępliwe. - Przed nami
szmat drogi.

- Jak  daleko? - spytała.  Odsunął  się  i  usiadł  po  turecku,

oparty o ścianę land rovera, pomiędzy nią a tylnymi drzwiami.
Uniemożliwiał  jej  w  ten  sposób  ewentualną  próbę  ucieczki.
Czyżby podejrzewał, że jest tak szalona, by wyskoczyć? Gdy
tylko  ją  chwycił,  mogła  o  tym  pomyśleć,  ale  nie  teraz. - Jak
daleko? - powtórzyła. - Ostre spojrzenie Hassana sugerowało,
że  przeszarżowała. - Czy  nie  będą  nas  szukać? - naciskała
dalej. Helikoptery, dżipy... Mogli jechać po śladach opon, ale
dopiero  wtedy  gdy  zrobi  się  jasno,  najwcześniej  za  dziewięć
lub dziesięć godzin.

- Pani  brat  nie  ma  telefonu,  nie  może  zadzwonić  po

pomoc  i  jest  zajęty  łapaniem  ogiera.  Ciekawe,  czy  wybierze
siostrę, czy konia?

- Włamał  się  pan  do  samochodu  Tima,  popsuł  telefon  i

wykręcił żarówkę? - spytała, ignorując jego pytanie.

- Nie zrobiłem tego sam.

Oczywiście, że nie. Była tylko jedna osoba, która mogła to

zrobić. Khalil, stale uśmiechnięty służący jej brata.

- I wypuścił pan konia Abdullaha?
- Wypuściłem tego konia - przyznał. - Co zrobi pani brat?
- A co by pan zrobił? - odparowała.
- Nie  miałbym  wyboru.  Ruszyłbym  w  pościg, - Z

zamiarem zemsty, nie miała co do tego wątpliwości. Wyczuła
raczej  niż  zobaczyła,  że  Hassan  wzrusza  ramionami. - Koń
wróci do stajni, gdy zgłodnieje.

background image

- Podejrzewam, że  wówczas  Tim  zainteresuje  się  moim

zniknięciem.

- Typowy Anglik.
- Anglik  do  szpiku  kości - przyznała. - Ale  czy  to

wyklucza spontaniczność?

- Stawiałbym  raczej  na  rozsądek  niż  gwałtowność.  Ale

pani lepiej zna swojego brata.

Jakże  kusiło  ją,  by  oświadczyć,  że  jej  brat  ruszy  za  nią  i

zabije  człowieka,  który  pozbawił  ją  czci.  Całe  szczęście,  że
Tim  był  rozsądnym,  rozumnym  człowiekiem,  tak  jak  założył
Hassan.  Nie  zamierzała  go  jednak  o  utwierdzać  w  tym
przekonaniu.

- Nie  mam  pojęcia,  jaka  będzie  reakcja  Tima -

powiedziała, poprawiając sobie poduszkę i celowo odwracając
się od niego. - Nigdy przedtem nie zostałam porwana.

Gdy  samochód  zatrzymał  się  wreszcie,  Rose  miała

zupełnie  sztywne  mięśnie.  Szum  potężnego  silnika  w
połączeniu z ogólnym napięciem przyprawił ją o gigantyczny
ból głowy. Nawet nie poruszyła się, gdy tylne drzwi otworzyły
się z rozmachem.

- Panno  Fenton? - Hassan  wyskoczył  i  teraz  zapraszał  ją

gestem dłoni, by poszła w jego ślady. Głos miał delikatniejszy
niż przedtem. - Jesteśmy na miejscu.

- Dzięki - odparła, nie patrząc na niego i nie ruszając się z

miejsca - ale ja nie wysiadam.

- W  takim  razie  zostań,  uparta  kobieto.  Zostań  tu  i

zamarznij. - Nastąpiła  krótka  przerwa,  podczas  której
prawdopodobnie  czekał,  aż  wróci  jej  rozsądek.  Gdy  jednak
wyjęła  spod  głowy  zwiniętą  pelerynę  i  ostentacyjnie  się  nią
przykryła, zaklął pod nosem. Oczywiście nie liczył, że będzie
miła  i  posłuszna.  Jego  złość  nie  miała  nic  wspólnego  z  jej
deklaracją niezależności. - Już się pani trzęsie.

background image

To była prawda. Samochód przestał trząść, ale Rose nadal

dygotała.  Nie  miało  to  wiele  wspólnego  z  zimnem.  Był  to
rodzaj  niekontrolowanego  drżenia,  które  zaczęło  się  od  razu
po porwaniu, typowy objaw szoku. Nie udało jej się opanować
tej  reakcji.  Przynajmniej  dobrze,  że  nie  dostała  histerii  i  nie
zaczęła płakać. Nawet powstrzymała się, co prawda z trudem,
przed  pokusą  włączenia  opcji  S.O.S.  w  swoim  telefonie.  W
samochodzie  było  ciemno  i  głośno,  ale  Hassan  znajdował  się
zbyt  blisko,  na  pewno  natychmiast  by  zareagował.  Powinna
oszczędzać  baterie.  Nie  wiadomo  jeszcze,  jak  rozwinie  się
sytuacja.

Wsunęła  telefon  do  bocznej  kieszeni  spodni.  Przy

odrobinie szczęścia nikt go nie zauważy.

Poczuła  nieznaczny  przechył  samochodu,  ponieważ

Hassan wsiadł z powrotem i przyklęknął obok niej.

- Daj spokój - powiedział. - Zrobiłaś wystarczająco dużo,

by  podtrzymać  swoją  reputację. - Wziął  ją  na  ręce  i
przyciskając  do  piersi,  wyniósł  z  samochodu,  a  potem
przeniósł przez piasek.

Zastanawiała się, czy nie protestować, ale w końcu doszła

do wniosku, że szkoda zachodu. Przy wzroście powyżej metra
siedemdziesięciu nie była lekka jak piórko. A niech uszkodzi
sobie kręgosłup! Zasługiwał na to.

Zobaczyła  światło  ogniska,  cienie  mężczyzn  oraz  palmy

na  tle  nocnego  nieba.  Po  chwili  znalazła  się  w  ogromnym
czarnym namiocie.

Hassan  odsunął  łokciem  ciężką  kotarę  i  znalazła  się  na

dużym łożu. Łożu! Opuściła nogi na podłogę i owinąwszy się
peleryną, wstała tak gwałtownie, że zakręciło jej się w głowie.
Zachwiała się, ale Hassan przytrzymał ją w porę i z powrotem
posadził na łóżku. Podniósł jej stopy i zdjął buty.

Tego było za wiele!

background image

- Proszę  odejść! - powiedziała  przez  zaciśnięte  zęby. -

Odejdź i zostaw mnie samą.

Hassan nie posłuchał. Postawił buty obok łóżka. A potem

stał  nad  nią  i  obserwował  spod  zmrużonych  powiek.  Rose
poczuła,  jak  jej  policzki  oblewa  rumieniec.  Hassan,  chyba
zadowolony z siebie, skinął tylko głową i odsunął się o krok.

- Znajdzie tam pani gorącą wodę i inne niezbędne rzeczy -

powiedział,  wskazując  na  pomieszczenie  za  kotarą.

-

Zapraszam  na  kolację,  gdy  tylko  się  pani  odświeży,  panno
Fenton. - Odwrócił się na pięcie i zniknął.

Kolacja!  Czy  naprawdę  sądził,  że  spokojnie  umyje  się  i

uczesze, by usiąść z nim do stołu?

Była wściekła. Ale była również głodna.
Z rezygnacją usiadła i rozejrzała się wokół. Pomieszczenie

udekorowano  bogato  zdobionymi  tkaninami  i  umeblowano
starymi  arabskimi  meblami,  inkrustowanymi  masą  perłową  i
mosiądzem. Pod ścianą stał duży kufer pełniący rolę toaletki.

Gdy  postawiła  stopy  na  podłodze,  poczuła  jedwabistą

miękkość  dywanu.  Zrzuciła  pelerynę,  podeszła  do  kufra  i
podniosła wieko. Znajdowała się tam płaska taca z lusterkiem,
szczotkami  i  grzebieniami.  Były  tam  również  kosmetyki:
puder  w  kremie,  jej  ulubiony  krem  nawilżający  oraz  krem
przeciwsłoneczny. Hassan chciał, by niczego jej nie zabrakło.
To  było  wzruszające,  ale  wskazywało,  że  jej  pobyt  może  się
przeciągnąć.

W łazience  znalazła  szampon  i  mydło,  których  zwykle

używała.  Myjąc  ręce  i  twarz,  utwierdziła  się  w  swoich
podejrzeniach co do osoby Khalila. Któż inny, nie wzbudzając
podejrzeń, mógł rozłączyć telefon w range roverze i zepsuć w
nim światło? Nie winiła jednak młodego mężczyzny. W kraju,
gdzie obowiązywała lojalność plemienna, obcy stał na z góry
straconej pozycji.

background image

Hassan  doświadczył  tego  osobiście,  gdy  pominięto  go  w

kolejce do tronu.

Poprawiła makijaż, uczesała włosy, otrzepała się z kurzu.

Już  miała  omotać  wokół  szyi  długi  jedwabny  szal,  ale
zmieniła  zdanie.  Zamiast  tego  udrapowała  go  wokół  głowy,
skromnie  przykrywając  włosy,  jak  przystało  kobiecie
arabskiej. Dopiero wtedy dołączyła do swego gospodarza.

Hassan  przeczesywał  palcami  włosy,  nerwowo  krążąc  po

namiocie.  Spodziewał  się  łez.  Spodziewał  się  histerii.  Na  to
był  przygotowany.  Nie  spodziewał  się  natomiast  otwartej
brawury,  tupetu  i  zuchwałości,  które  prowokowały  go  do
najgorszych rzeczy.

Co, u diabła, z nią zrobić? Będzie musiał pilnować jej na

każdym  kroku,  by  nie  zrobiła  sobie  krzywdy,  próbując
samodzielnie  wrócić  do  miasta.  Byłoby  łatwiej  trzymać  ją  w
forcie, zaopatrzonym  w  drzwi  i  zamki.  Ale  również  o  wiele
trudniej. - Nie  zdołałby  tam  jej  ukryć.  Kręciło  się  tam  wielu
ludzi,  a  nie  na  wszystkich  mógł  polegać.  Natomiast  tutaj,
wśród  grona  zaufanych  towarzyszy,  którym  mógł  powierzyć
nawet własne życie, nie będzie z tym problemu.

Problem  stanowiła  sama  Rose.  Powinien  ją  przekonać,

podać  ważny  powód,  by  chciała  tu  zostać.  Naprawdę  ważny
powód...

Gdy dotarł zatopiony w myślach do końca dywanu, kotara

się  rozchyliła  i  zobaczył  swoją  brankę.  Gdy  ją  porywał,  nie
widział, w co była ubrana. Spodziewał się, że będzie w jakiejś
eleganckiej kreacji.

Shalwar  kameez... Gdy  zobaczył  ją  w  tym  stroju,  doznał

szoku.  Poczuł  się  tak,  jakby  zadał  jej  gwałt.  W  pierwszej
chwili  nie  mógł  się  poruszyć.  Potem  podszedł  i  odsunął  dla
niej krzesło.

background image

Nie  usiadła  natychmiast;  rozejrzała  się  wokół,  omiatając

ciekawym  wzrokiem  meble - ozdobną,  rzeźbioną  skrzynię
oraz składane biurko podróżne.

- Widzę,  że  nawet  w  plenerze  Wasza  Wysokość  ceni

sobie komfort - skomentowała.

- To pani przeszkadza?

Usiadła  na  krześle  w  takiej  pozie,  jak  zrobiłaby  to  jej

babka na herbatce u wikarego.

- Do  diabła,  ależ  skąd,  Wasza  Wysokość - powiedziała,

zmieniając  styl,  który  przed  chwilą  sama  sobie  narzuciła.
Wzięła  serwetkę  i  rozłożyła  ją  na  kolanach. - Jeśli  już
musiałam zostać porwana, cieszę się, że przynajmniej dokonał
tego mężczyzna, który pomyślał o zainstalowaniu w namiocie
łazienki.

- Nie  jestem  niczyją  „wysokością" - burknął. - Ani  dla

pani, ani dla nikogo. Proszę mówić mi po imieniu.

- A  więc  chce  pan,  byśmy  zostali  przyjaciółmi? -

Wybuchnęła śmiechem.

- Nie,  panno  Fenton,  na  razie  chcę  coś  zjeść.  Wysunął

głowę z namiotu, ostrym głosem wydał jakąś

komendę, a potem wrócił do stołu.
W świetle  lamp  zauważyła,  że  jego  gęste  ciemne  włosy

mają  lekki  odcień  radości,  być  może  pamiątka  po  ojcu
pochodzącym ze Szkocji. Ale wszystko inne - czarna galabija
przepasana  ciężkim  sznurem  i  sztylet  zawieszony  u  pasa
pochodziły  jakby  z  innego  świata.  Ozdobna  srebrna  pochwa
była  bardzo  stara  i  piękna,  ale  nóż  w  niej  schowany  nie
stanowił tylko ozdoby.

Nie  powinna  o  tym  zapominać,  nie  powinna  myśleć  o

Hassanie jako o człowieku cywilizowanym. Potrafił roztaczać
wokół  siebie  urok,  ale  był  twardy  i  niebezpieczny.  Rozsądek
podpowiadał,  by  nie  prowokowała  jego  dzikiej  natury.
Wiedziała jednak, że trudno jej będzie nie ulec pokusie.

background image

Jedli  w  milczeniu.  Jagnię  pieczone  nad  ogniskiem,  ryż  z

szafranem  i  orzeszki  pinii.  Rose  jadła  z  prawdziwym
apetytem.

Na deser służący Hassana przyniósł daktyle, migdały oraz

aromatyczną kawę z kardamonem.

- Nie  zamierzasz  powiedzieć  mi,  o  co  w  tym  wszystkim

chodzi? - spytała  w  końcu.  Gdy  nie  poruszył  się  i  nie
odpowiedział, dodała tonem wyjaśnienia: - Mój brat na pewno
umiera  już  z  niepokoju,  a  za  chwilę  dołączy  do  niego  moja
matka.  Mam  nadzieję,  że  moja  rodzina  nie  musi  przez  to
wszystko  przechodzić  tylko  dlatego,  że  chciałeś  zirytować
swego kuzyna.

Zerknął  na  nią  z  ukosa.  Jej  słowa  najwyraźniej  go

zaintrygowały.

- Czy  to  jedyni  ludzie,  o  których  się  niepokoisz?  A  co  z

twoim ojcem?

- Nie mam ojca. - Wzruszyła ramionami. - W życiu matki

zaistniał  jedynie  po  to,  by  mogła  urodzić  dzieci.  Moja  matka
jest  wojującą  feministką  ze  starej  szkoły,  rozumiesz?
Pionierka  samotnego  macierzyństwa.  Napisała  o  tym  wiele
książek.

- Nie sądziłem, że to tak trudne zadanie, by uczyć się go z

książek - odpowiedział sucho.

No, proszę! Facet miał nawet poczucie humoru.

- To  nie  są  podręczniki - poinformowała  go. - To  raczej

filozoficzne eseje.

- Rozumiem, że  chciała  w  ten  sposób  usprawiedliwić

swoje poczynania?

To  było  bardzo  celne  spostrzeżenie.  Spodobało  jej  się.

Uśmiechnęła się pod nosem.

- Całkiem możliwie - odparła. - Może sam powinieneś ją

o to spytać?

background image

- Może  spytam. - Uśmiechnął  się  również. - Nie  brakuje

pani ojca?

To był czuły, bolesny punkt.

- A  tobie? - spytała  na  oślep. Zasępił  się,  ale zignorował

pytanie.

- Dlaczego tu pani przyjechała?
- Do  Ras  al  Hajar? - zdumiała  się. - Myślałam,  że  już

wszystko wiesz.

- Po słońce i odpoczynek równie dobrze można pojechać

do Indii.

- Owszem.  Ale  mój  brat  zaprosił  mnie  tutaj.  Dawno  go

nie widziałam.

- To Abdullah tu panią zaprosił - wtrącił ostro. - Abdullah

wysłał nawet po panią swojego boeinga...

- Nie - przerwała  gwałtownie. - Samolot  przyleciał

przecież po ciebie...

- Abdullah  na  mój  widok  przeszedłby  na  drugą  stronę

ulicy. - Patrzył  na  nią  nieustępliwie. - Skorzystałem  tylko  z
lotu, który był już w planie.

- Och! - Hassan miał rację. Powinna przyjąć zaproszenie

na Barbados...

- Mój  kuzyn  planuje  wykorzystać  panią  do  swoich

politycznych  celów,  panno  Fenton.  Ja  natomiast  chciałbym
wiedzieć, czy jest  pani  nieświadomą  ofiarą  jego knowań,  czy
może przyjechała tu pani specjalnie, by mu pomóc?

- Pomóc? - Jej zdumienie było szczere. - Myślę, że Wasza

Wysokość przecenia moje możliwości.

- Nie,  panno  Fenton - rzekł  szorstkim  tonem. - Jeśli

czegoś  nie  doceniłem,  to  właśnie  pani.  I  prosiłem,  by  nie
tytułowała mnie pani w ten sposób. Ten tytuł, niestety, należy
się Abdullahowi.

Tak  blisko  tronu,  a  jednocześnie  tak  daleko...  A  może...?

Zastanawiała się, co Hassan czuł, gdy przekazano władzę jego

background image

młodszemu  przyrodniemu  bratu.  Ile  miał  lat,  gdy  został
wydziedziczony?  Dwadzieścia,  dwadzieścia  parę?  A  więc  w
grę wchodziła walka o władzę... Rose nabrała podejrzenia, że
Fajsal może przegrać tę batalię.

Oparła łokcie o stół i sięgnęła po następny migdał.

- Zawrzyjmy  ugodę - szepnęła. - Jeśli  nie  będziesz

zwracać  się  do  mnie  „panno  Fenton",  i  to  zwłaszcza  tym
irytującym  tonem,  ja  ze  swej  strony  również  zaniecham
tytułowania cię. Co ty na to?

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY
Hassan niemal roześmiał się głośno. Niemal. Rose Fenton

wymawiała  tytuł  „Wasza  Wysokość"  w  taki  sposób,  że
brzmiał on obraźliwie. Hassan podejrzewał, że był to efekt jak
najbardziej zamierzony.

- Czy wolno mi w takim razie zwracać się do pani „panno

Fenton" innym tonem? - spytał z wyszukaną grzecznością.

- Lepiej  poprzestań  na  Rose - poradziła. - Tak  będzie

bezpieczniej. A jeśli chodzi o moją matkę...

Och,  tylko  nie  to.  Nie  zamierzał  wdawać  się  w  miłą

pogawędkę na temat jej matki.

- Głęboko  ubolewam,  że  twoje  zniknięcie  przysporzy  jej

zmartwień.  Naprawdę  wolałbym,  żebyś  mogła  do  niej
zadzwonić, uspokoić ją.

- Uspokoić? - Roześmiała  się  ponuro. - A  cóż  twoim

zdaniem mogłabym jej powiedzieć?

- Że nie zagraża ci żadne niebezpieczeństwo.
- Pozwól, że sama to ocenię - odparowała natychmiast. -

Na razie nie jestem przekonana...

- Czy jesteście ze sobą blisko? - spytał.
- Tak - odpowiedziała, nieco przestraszona tym pytaniem.

- Tak  sądzę. - Ale  niezbyt  blisko,  pomyślała.  Stosunki
pomiędzy  dwiema  silnymi,  niezależnymi  osobowościami
nigdy nie należą do łatwych. Jakby zdając sobie sprawę, że jej
słowa nie zabrzmiały zbyt przekonująco, dodała szybko:

- Ona jest bardzo opiekuńcza.
- To dobrze. Im bardziej się przejmie, tym lepiej posłuży

mojej sprawie.

Odetchnęła ostro, gwałtownie.

- A jaka jest ta „twoja sprawa"? - spytała sarkastycznie.
- Uważasz,  że  masz  prawo  decydować  o  losie  innych

ludzi?

background image

Spodziewał  się  tego  pytania.  Ale  pewien  był  również,  że

Rose Fenton nie oczekuje prostej, jednoznacznej odpowiedzi.
Nie  chciał  zbywać  jej  byle  czym. Wziął  daktyl,  wbił  zęby  w
jego miękki miąższ.

Popatrzyła na niego wymownie. Jeszcze do tego wrócimy

- mówiły jej oczy.

- A  co  zrobisz,  jeśli  moja  matka  postanowi  nie  robić

szumu  i  pozostawi  całą  sprawę  w  gestii  ministerstwa  spraw
zagranicznych? Jestem pewna, że tak poradzi jej Tim.

- Im  dłużej  cię  słucham,  Rose,  tym  bardziej  jestem

przekonany, że twoja matka zrobi dokładnie to, co sama uzna
za stosowne. Podejrzewam wręcz, że postąpi wbrew wszelkim
radom.

Czy to miał być komplement? Rose nie była pewna.

- A  jeśli  się  rozczarujesz?  Zakładam,  że  przysporzenie

Abdullahowi kłopotów to główny motyw porwania?

- Tak sądzisz?

Wcale tak nie uważała. Ani przez chwilę. Tutaj chodziło o

coś  więcej  niż  rozzłoszczenie  Abdullaha.  Przy  odrobinie
szczęścia może uda jej się sprowokować Hassana, by wyjawił
prawdziwy cel swoich poczynań.

Hassan  rozsiadł  się  wygodnie  na  krześle  i  obserwował  ją

spod  zmrużonych  powiek.  Oczywiście  spodziewał  się,  że
bystra dziennikarka szybko dostrzeże napięcie panujące w Ras
al Hajar. I nie pomylił się.

- Jaki  mógłby  być  inny  powód? - spytała  niewinnym

tonem.

Chodziło o to, by Abdullah przestał ją wykorzystywać, by

go  zdezorientować  i  dać  Partridge'owi  czas  na  sprowadzenie
Fajsala do domu. Teraz jednak, gdy Rose Fenton siedziała na
wprost niego, a jej temperament okazał się równie ognisty, jak
jej  włosy,  Hassan  mógłby  wymienić  kilka  innych  przyczyn,

background image

dla  których  miał  ochotę  ją  zatrzymać.  Przyczyn  całkowicie
osobistych.

- Wprawienie  w  zakłopotanie  Abdullaha  nie  było  moim

podstawowym  celem.  To  tylko  korzystny  efekt  uboczny. -
Spojrzał  na  zegarek. - W  Londynie  jest  trzy  godziny
wcześniej. Dość czasu, by twoje zniknięcie stało się tematem
wieczornych wiadomości.

- Czy chcesz mi powiedzieć, że przygotowałeś komunikat

dla  prasy? - spytała,  do  głębi  poruszona  jego  arogancką
postawą.

- Jeszcze  nie. - Uśmiechnął  się. - Czekam  do  ostatniej

chwili.  Nie  chcę,  by  wasze  MSZ  miało  czas  na  sprawdzenie
faktów  i  skonfrontowanie  ich  z  wersją  Abdullaha,  który
zapewne  zechce  wyciszyć  całą  sprawę.  Będziesz  bohaterką
wiadomości  z  ostatniej  chwili.  Tak  to  się  mówi  w  waszym
języku?

Doskonałe  potrafiła  sobie  wyobrazić  podniecenie,  jakie

ogarnie  dziennikarzy  na  wieść  o  jej  zaginięciu.  Gordon
wiedział, dokąd pojechała. Na pewno od razu zadzwoni do jej
matki,  by  ją  ostrzec,  a  jednocześnie  delikatnie  wybadać,
spróbować wyciągnąć od niej jakieś informacje.

- W  jaki  sposób  chcesz  wysłać  tę  wiadomość? - spytała

rzeczowo.

- Nie  wyślę  jej  stąd - powiedział,  uśmiechając  się  z

lekkim politowaniem.

Wzruszyła ramionami.

- Warto  było spróbować. - Bardzo  dobrze.  Niech  sobie

myśli,  że  miała  nadzieję  dorwać  się  do  jakiegoś  środka
przekazu i wzywać pomocy. Nie powinien się dowiedzieć, że
miała  telefon. - Dlaczego  nie  powiesz  mi  po  prostu,  o  co w
tym wszystkim chodzi? Skoro sądzisz, że mam jakieś wpływy,
być może zdołam ci pomóc.

background image

- Masz nadzieję złowić przy okazji sensację? - Wyglądał

na rozbawionego. - Czy fakt, że będziesz tematem dnia, ci nie
wystarczy?

- To nie wydaje mi się zabawne.

Uśmiech  dokonał  cudownej  przemiany  na  jego  szczupłej

twarzy.

- Och, to naprawdę przysporzy ci sławy, Rose. Być może

twoja kariera nabierze rozpędu. Negocjując kolejne kontrakty,
będziesz mogła stawiać warunki.

- Nie jestem gwiazdą show - biznesu.
- Daj  spokój,  Rose.  Obydwoje  wiemy,  że  całodobowa

stacja  informacyjna  to  wielki  biznes.  Uwierz  mi,  cały  świat,
przykuty do telewizorów, będzie niepokoić się o los uroczej i
odważnej  Rose  Fenton.  Dziennikarze  przypuszczą  szturm  do
drzwi ambasad po wizy, a biedny Abdullah będzie musiał ich
wpuścić albo zaryzykować, że światowa prasa nie zostawi na
nim suchej nitki.

Jego  rozbawienie  złościło  ją  bardziej  niż  cokolwiek

innego.  Jak  śmiał  się  bawić?  Jak  śmiał  siedzieć  tutaj,
delektować się  kawą,  podczas  gdy  jej  rodzina  odchodziła  od
zmysłów? Jak śmiał traktować ją w ten sposób!

Była dziennikarką, poważną dziennikarką!

- Mam prawo wiedzieć, dlaczego tu jestem! - wybuchła.
- Wiesz, dlaczego tu jesteś. Przyjechałaś do Ras al Hajar,

aby  się  odprężyć,  wrócić  do  zdrowia.  U  podnóża  gór  jest
zdrowszy  klimat.  Możesz  jeździć  konno,  kąpać  się  w
strumieniu,  opalać. - Podsunął  jej  misternie  wykutą  srebrną
misę. - Powinnaś spróbować daktyli. Są wyśmienite.

Wstała  tak  gwałtownie,  że  wytrąciła  mu  misę  z  rąk.

Daktyle rozsypały się po podłodze.

- Wypchaj się swoimi daktylami! - krzyknęła i wypadła z

namiotu.

background image

Był  to  efektowny  gest,  ale  jakże  pusty.  Na  zewnątrz  nie

było  nic  prócz  ciemności  i  pustyni.  Rose  jednak  nie  chciała
wracać  do  namiotu  i  narażać  się  na  dalsze  kpiny  Hassana.
Powinna  go  naciskać,  pytać,  jak  przystało  na  dziennikarkę,
zachowując  obiektywizm.  Ale  nie  mogła.  Sprawa  była  zbyt
osobista.

Zdała sobie sprawę, że ludzie Hassana zgromadzeni wokół

płonącego  ogniska  ucichli  nagle  i  zaczęli  jej  się  przyglądać.
Odwróciła się na pięcie i podbiegła do land rovera. Szarpnęła
za drzwi; były otwarte.

Gdy  cała  drżąc  wspinała  się  na  siedzenie  kierowcy,  szal

zsunął  jej  się  z  włosów.  Hassan  miał  rację.  Było  tu  znacznie
chłodniej.  Obóz  musiał  leżeć  niedaleko  gór.  Usiłowała
wyobrazić  sobie  mapę.  Tak,  była  pewna,  że  kierując  się  na
północ, dotrze do wybrzeża.

W  stacyjce  nie  zostawiono  kluczyków.  Jęknęła.  Wyrwała

przewody  i  spróbowała  je  połączyć.  Ku  jej  własnemu
zdziwieniu silnik zaskoczył.

Stojący  przy  ognisku  mężczyźni,  którzy  do  tej  pory

przyglądali  jej  się  z  głupimi  uśmiechami  na  twarzy,  jeden
przez drugiego rzucili się w stronę samochodu. Spóźnili się o
kilkanaście sekund. Ubiegł ich Hassan.

Gdy  wrzuciła  wsteczny  bieg,  otworzył  drzwi  i  po  prostu

wyszarpnął ją zza kierownicy. Silnik zgasł. Hassan zarzucił ją
sobie na ramię i skierował się w stronę namiotu.

Tym  razem  krzyczała.  Nie  mogła  się  opanować  i

wrzeszczała jak opętana. Hassan nie reagował.

Właściwie  nie  miała  ochoty  na  ucieczkę  w  nieprzyjazną

ciemność. Wyrywała się i krzyczała z upokorzenia.

- Puść mnie!
- A jeśli to zrobię? Dokąd zamierzasz uciekać? - Postawił

ją  na  dywanie  pośród  rozrzuconych  przed  chwilą  daktyli  i
chwycił  za  nadgarstki. - Uspokój  się.  Przestań  zachowywać

background image

się  jak  mała  dziewczynka.  Powiedz,  co  zamierzałaś  zrobić? -
Nie  miała  żadnego  planu.  Dobrze  o  tym  wiedział. - Niechże
pani  nie  będzie  taka  skryta,  panno  Fenton.  Ukrywanie  myśli
nie  jest  w  twoim  stylu.  Poza  tym  szczerze  podziwiam  twoją
zaradność. Udało ci się uruchomić silnik w land roverze. Ale
co zamierzałaś potem? Dokąd się wybierałaś?

Nie  odpowiedziała.  Z  zadowoleniem  zauważyła,  że

Hassan przestał się uśmiechać i dowcipkować.

- Nie masz mi nic do powiedzenia? - ciągnął. - Zazwyczaj

celujesz w ciętych ripostach.

Jej  odpowiedź  była  szybka  i  dosadna.  Wątpliwe,  by  go

usatysfakcjonowała. Uniósł brwi.

- Moje  zainteresowanie  podyktowane  jest  względami

praktycznymi,  panno  Fenton.

-

A  więc  wrócili  do

sarkastycznego  „panno  Fenton"! - Chciałbym  wiedzieć,  jakie
miałaś zamiary? Małe szanse, byśmy cię odnaleźli, nim twoje
kości zbielałyby na słońcu.

- Powiedziałeś, co wiedziałeś - odcięła się. - W porządku.

Jestem kompletną idiotką. Ale co z tobą, Hassan? - Patrzyła na
niego ostrym wzrokiem. - Jesteś wykształconym człowiekiem,
cywilizowanym.  Dobrze  wiesz,  że  źle  postąpiłeś.  Nie  miałeś
prawa tego robić.

- Czego? - Przyciągnął ją do siebie.

Och, do diabła, stało się. Znów straciła nad sobą kontrolę.

Nawet  wtedy,  gdy  umarł  Michael,  czy  też  wybuchały  wokół
niej  pociski,  nie  załamała  się.  A  teraz  łzy  piekły  ją  pod
powiekami. Łzy wściekłości i bezsilnej rozpaczy.

- Przecież  masz  wyobraźnię,  prawda? - wybuchła. -

Porwałeś  mnie,  trzymasz  mnie  tutaj  wbrew  mojej  woli...
Postaw się w mojej sytuacji... - Głos uwiązł jej w gardle.

Jego  dłonie  zamiast  ściskać  jej  nadgarstki,  znalazły  się

nieoczekiwanie  na  jej  plecach - łagodne,  pieszczotliwe.
Przyciskał  jej  twarz  do  piersi.  Słyszała  mocne,  równe

background image

uderzenia  jego  serca,  gdy  łkała  histerycznie,  zalewając  łzami
jego  czarną  galabiję.  Od  tak  dawna  nie  płakała...  Od  pięciu
lat? Prawie od sześciu. A jeszcze więcej czasu minęło, odkąd
pozwoliła, by tak opiekuńczo przytulał ją mężczyzna.

Hassan potrafił lepiej niż większość znanych jej mężczyzn

radzić  sobie  z  objawami  kobiecej  histerii.  A  może  miał  po
prostu praktykę?

Szybko  oderwała  się  od  niego.  Gdy  podniosła  głowę,  na

jego ustach zauważyła wymowny uśmieszek.

- Przepraszam - wymamrotała. - Zwykle  umiem  się

opanować. - Otarła łzę. - To takie... całkiem nie w moim stylu.
Złóż to na karb ciężkiego dnia. Pozwól, że pójdę już spać.

Gdy odwróciła się, nagle wymówił jej imię.

- Rose.

Niezbyt je lubiła. Było skrótem od Rosemary. Ale Hassan

wypowiedział  je  tak,  jakby  było  to  najpiękniejsze  imię  na
świecie.  Przystanęła.  Cóż  mogła  innego  zrobić?  Czekała,
odwrócona do niego plecami.

- Obiecaj  mi, że  więcej  tego  nie  zrobisz.  Proszę...  Gdy

wreszcie się odwróciła, na twarzy Hassana nie widać już było
złości. Jej wyraz był nieodgadniony. Podejrzewała, że prośby
w przeciwieństwie do rozkazów nie przychodziły mu łatwo.

- Nie mogę tego obiecać - odpowiedziała prawie z żalem.

- Jeśli nadarzy się okazja, ucieknę.

- Komplikujesz sprawę.

Wzruszyła  ramionami.  Jeśli  czuł  się  niezręcznie  w  roli,

którą sam sobie wybrał, to już jego sprawa.

- Możesz  mnie  wypuścić. - Może  wtedy  zostałaby  tu  z

własnej  woli,  kto  wie?  Nie  miała  nic  przeciwko  jego
towarzystwu.

- Miałem  nadzieję,  że  poczujesz  się  tu  gościem -

powiedział. - Teraz  zmuszasz  mnie,  bym  uczynił  cię  swoim
więźniem.

background image

- Gości  się  na  ogół  zaprasza - powiedziała  dziwnie

rozczarowana. - Mogłeś mnie tu zaprosić.

- Przyjechałabyś?

Może... Prawdopodobnie. W mgnieniu oka. Ale nie mogła

mu tego powiedzieć. Nie teraz. Obydwoje wiedzieli, że gdyby
była  jego  gościem,  nie  zrealizowałby  swego  celu.  Zamiast
odpowiedzi  wyciągnęła  do  niego  ręce  w  taki  sposób,  jakby
miał założyć jej kajdanki.

Przez  chwilę  patrzył  na  nią  badawczo.  Na  jego  twarzy

oświetlonej  migotliwym  światłem  malowała  się  wściekłość.
Nagle  podszedł  do  niej,  chwycił  wyciągnięte  nadgarstki  w
jedną rękę, drugą ściągnął zwisający z jej szyi jedwabny szal.
Bez słowa owinął nim jej ręce w czysto symbolicznym geście,
a  potem  chwycił  luźne  końce,  owinął  nimi  swoją  pięść  i
przyciągnął Rose do siebie.

Słowa  protestu  utkwiły  Rose  w  gardle.  Westchnęła  tylko

raptownie,  gdy  chwycił  ją  w  ramiona  i  mocno  do  siebie
przytulił.

- Czy właśnie tego chcesz?

Nie mogła uwierzyć. Nie mogła uwierzyć, że ma zamiar to

zrobić. Nie, chyba tego nie zrobi... Ale gdy otworzyła usta, by
ostrzec go przed popełnieniem błędu, pocałował ją.

Wargi Hassana były twarde i namiętne. Mimo że rozsądek

nakazywał jej walczyć, kobiecy instynkt zadziałał gwałtowniej
i skuteczniej.

Instynkt  też  podpowiadał,  że ten  mężczyzna  jest  silny,  że

ochroniłby  ją  przed  złem  całego  świata,  że  dałby  jej  zdrowe,
silne dzieci i broniłby ich do upadłego.

Ale  w  głębi  duszy  wiedziała,  że  choć  jest  branką,  to  w

gruncie  rzeczy  wygrała.  Z  tą  świadomością  poddała  się
pieszczocie. Och, chciała tego. Pragnęła. Przez ponad pięć lat
nie zaznała pożądania. Ale wchodząc na pokład samolotu, gdy

background image

Hassan  spojrzał  na  nią,  zrozumiała,  że  nadeszła  długo
oczekiwana chwila.

Nagle, gdy była już całkiem bezwładna w jego ramionach,

puścił  ją  bez  ostrzeżenia,  aż  zachwiała  się  na  niepewnych
nogach.

Przez chwilę patrzył na nią, jakby nie mógł uwierzyć w to,

co przed chwilą zrobił. Potem stanowczo cofnął się o krok.

- Ja  również  nie  lubię  tracić  nad  sobą  kontroli -

powiedział, 

przybierając 

maskę 

powściągliwości.

-

Wyrównaliśmy zatem rachunki. - Potem odwrócił się na pięcie
i wyszedł z namiotu.

Rose ledwie mogła złapać oddech, ledwie mogła ustać na

nogach. Chwyciła się oparcia krzesła stojącego przy stole i w
zamyśleniu  wpatrywała  się  w  jedwabny  szal,  którym  Hassan
związał jej ręce.

Nadal  drżała,  ale  nie  z  powodu  wściekłości,  tylko

niespełnionych tęsknot. Wyplątała ręce z szala i rzuciła go na
podłogę. Podeszła do wyjścia i spojrzała w ciemność. Hassana
nigdzie  nie  było.  Przed wejściem  leżał  pies  myśliwski,  a
nieopodal  stał  na  straży  uzbrojony  mężczyzna.  Widząc  jej
wściekłe spojrzenie, skłonił się uprzejmie.

Przynajmniej  obyło  się  bez  głupich  uśmiechów,

pomyślała. To już było coś.

Nagle  usłyszała  silnik  land  rovera,  potem  zobaczyła

samochód ruszający z dużą prędkością. To musiał być Hassan.
Czyżby popędził zawiadomić media o jej zniknięciu?

Uniosła  głowę, wmawiając  sobie, że  cieszy  się z  powodu

jego wyjazdu. Ale to nie była prawda. Bez niego obóz wydał
się  pusty  i  dziwnie  ponury.  Pies,  jakby  wyczuwając  jej
samotność  i  smutek,  podszedł  i  polizał  jej  rękę.  Pogłaskała
jedwabistą  głowę  charta,  a  potem  wróciła  do  namiotu  i  z
uwagą rozejrzała po swoim więzieniu.

background image

Pochyliła  się,  by  pozbierać  rozrzucone  daktyle.  Ale  po

chwili,  jakby  zdając  sobie  sprawę  z  tego,  co  robi,  poczuła
złość  na  siebie,  rozsypała  zebrane  już  owoce  i  zaszyła  się w
zaciszu  swojej  sypialni.  Chart  wszedł  za  nią  i  położył  się  w
nogach łóżka.

Czeka  na  powrót  swego  pana,  pomyślała  Rose.  Trudno.

Było tu tylko jedno łóżko, co prawda duże, ale ona nie miała
nastroju do dzielenia się nim z kimkolwiek.

Czyżby?  Przypomniała  sobie  swoją  reakcję  na  pocałunek

Hassana i zarumieniła się po uszy.

Przyłożyła  dłoń  do  ust.  Co  najlepszego  robiła?  Przecież

nie miała zwyczaju wskakiwać nowo poznanym mężczyznom
do łóżka! Ostatnio w ogóle nie miała czasu na romanse.

Ale  Hassan  po  mistrzowsku  potrafił  oczarować  kobietę...

Wystarczyło  jedno  spojrzenie  tych  niezwykłych  oczu  i  była
zgubiona.

Rose  zrzuciła  pantofle  i  ciężko  opadła  na  łóżko.  Telefon

komórkowy uwierał ją w udo.

Hassan  mocno  nacisnął  pedał  gazu  i  wyjechał  z  obozu  z

taką  prędkością,  jakby  ścigały  go  demony.  Czy  ona  zdawała
sobie sprawę z tego, co zrobiła?

Dlaczego musiała być właśnie taka? Nie dość, że piękna -

urodzie  potrafiłby  się  oprzeć - to  jeszcze  inna  od  wszystkich
kobiet,  jakie  znał.  Rose  Fenton  była  uparta,  silna  i  odważna.
Stanęła z nim do walki.

Pogardzała  nim  za  to,  że  ją  porwał,  a  potem  wyciągnęła

ręce i sprowokowała, by zrobił coś jeszcze gorszego. Zdarła z
niego  maskę  cywilizowanego  dżentelmena,  którą  pokazywał
światu.

Zaplanował  wszystko  w  najdrobniejszych  szczegółach,

zwołał  oddanych  sobie  ludzi  i  porwał  Rose  Fenton  wprost
sprzed nosa jej brata.

background image

Wiedział,  że  nie  będzie  to  łatwe  przedsięwzięcie.  Rose

Fenton  miała  opinię  osoby  twardej,  śmiałej,  która  stanie  w
szranki z każdym przeciwnikiem.

Nie  bała  się  go.  Była  chłodna  i  ciekawa.  Najwyraźniej

chciała  zdobyć  materiał  na  reportaż.  Przynajmniej  do  chwili,
gdy w końcu puściły jej nerwy i spróbowała ucieczki.

Ale  nawet  wtedy  rzucała  mu  wyzwanie,  drwiła  z  niego,

popychała  do  najgorszych  czynów.  Na  litość  boską,
sprowokowała go, skrępował jej ręce, tak jakby naprawdę była
branką zdobytą na wrogu!

Ale  nawet  wtedy  to  ona  była  górą.  Oczywiście  nie

walczyła,  nie  opierała  się.  Na  to  była zbyt  sprytna.  Uznała
jego  zachowanie  za  blef  i  odwzajemniła  pocałunek -
przekornie, namiętnie i słodko.

Całe szczęście! Gdyby wiedziała, że to nie był blef, jedno

z nich znalazłoby się w kłopotach.

Dręczyło  go  przeczucie,  że  byłby  to  on.  Jeśli  Partridge

szybko nie znajdzie Fajsala, dojdzie do katastrofy.

Rose wyjęła telefon z kieszeni. Chyba po raz pierwszy w

życiu  była  w  rozterce.  Nie  wiedziała,  co  powinna  zrobić,  z
kim się skontaktować.

Na  pewno  nie  z  Timem.  Nie  chciała  go  mieszać  w  spór

pomiędzy zwaśnionymi książętami.

Pozostawał  Gordon.  Powinna  zadzwonić  do  głównego

redaktora wiadomości. Ale przecież on w każdej chwili mógł
otrzymać  tę  wiadomość  od  Hassana,  nieprawdaż?  Dzwoniąc
do niego, mogła jedynie ujawnić imię swego porywacza, a na
to nie była jeszcze gotowa. W ten sposób stanęłaby po stronie
Abdullaha.  I  chociaż  Abdullah  jako  regent  i  pracodawca jej
brata  zasługiwał  na  lojalność,  nie  miała  serca  podjąć  takiej
decyzji.  Ostrzeganie  Tima  też  nie  było  konieczne.  Za  chwilę
sam się zorientuje, że Abdullah zamierzał ją wykorzystać.

Czy Hassan nie postępował równie perfidnie?

background image

Prawdopodobnie. Tylko że on przynajmniej był szczery...

A  poza  tym...  Poza  tym  nie  potrafiła  zapomnieć  pocałunku...
Chciała dać mu szansę. Nawet kilka.

Do licha, co się stało z bezstronną, chłodną dziennikarką?
Chwileczkę!  Nie  miała  wyboru  i  na  razie  musiała  tu

pozostać.  Wstrzyma  się  z  telefonem  do  Gordona,  dopóki  nie
pozna prawdy. Nie było teraz sensu marnować baterii.

A  matka?  Mogła  przynajmniej  uspokoić  matkę.  Szybko

wybrała numer. Telefon był zajęty i pozostawał zajęty, mimo
że próbowała kilkakrotnie. Doszła do wniosku, że się spóźniła.
Matka  zapewne dostała  już  wiadomość  od  Tima  i  przystąpiła
do działania. A że doceniała potęgę prasy, na pewno pierwszy
telefon wykonała do Gordona. Hassan miał szczęście.

Wyłączyła 

aparat 

rozejrzała 

się 

wokół. 

To

niewiarygodne, że do tej pory jej nie przeszukano.

Nie  mogła  jednak  dłużej  polegać  na  szczęściu.  Musiała

znaleźć  bezpieczną  kryjówkę  dla  bezcennego  aparatu,
umożliwiającego jej łączność ze światem.

Na toaletce stało pudełko z chusteczkami kosmetycznymi.

Otworzyła  je,  wyjęła  część  chusteczek,  na  dno  włożyła
maleńki  aparat,  przykryła  go,  a  ostatnią  chusteczkę  lekko
wyciągnęła.

Pozostałe  chusteczki  zwinęła  w  gruby  rulon  i  zużyła  do

zmycia makijażu, po czym rzuciła niedbale obok pudełka.

Ziewnęła.  Mieszanina  nerwów,  napięcia  i  zmęczenia

sprawiła,  że  zachciało  jej  się  spać.  Ale  myśl,  że  miałaby
rozebrać  się  do  bielizny,  przyprawiła  ją  o  dziwny  niepokój.
Ciekawe,  czy  mężczyzna,  który  zadał  sobie  tyle trudu,  by
zaopatrzyć ją w ulubione kosmetyki, pomyślał o ubraniach na
zmianę?

Zdjęła  z  łóżka  kapę.  Nie,  nie  zapomniał.  Pod  kapą  leżała

starannie złożona nocna koszula.

background image

Rose  powstrzymała  się  przed  wybuchem  śmiechu.

Koszula  była  bardzo  skromna,  staroświecka.  Mężczyzna,
który planowałby gwałt, nie wybrałby takiej bielizny. Hassan
zapewne właśnie to chciał dać jej do zrozumienia.

Na  dźwięk  stłumionego  chichotu  pies  podniósł  łeb  i  z

nadzieją zaczął merdać ogonem.

- W porządku - odezwała się do niego. - Twój pan nie jest

taki  zły,  za  jakiego  chce  uchodzić. - Podniosła  koszulę  do
góry. - Chciałabym  jednak  wiedzieć,  skąd  on  to  wytrzasnął?
Czyżby z kufra swoich szkockich przodków?

Przed  samym  zaśnięciem  przemknęło  jej  przez  głowę

pytanie,  czy  Hassan  przygotował  dla niej  również  dzienne
stroje.  Gdy  jutro  się  obudzi,  pewnie  znajdzie  obok  łóżka
porządną,  tweedową  spódnicę,  kaszmirowy  sweterek  w
pastelowym  kolorze  i...  parę  solidnych  obciskających  i
odstraszających majtek...

Ta myśl powinna ją uspokoić. Ale tak się nie stało.
Hassan  dłuższą  chwilę  siedział  przy  łóżku  Rose  i

obserwował  ją  w  zadumie.  Jakże  po  tym  wszystkim  mogła
spokojnie  spać?  Miał  ochotę  ją  obudzić,  przeszkodzić  jej  w
odpoczynku, ale oczywiście nie zrobił tego.

Była taka śliczna, taka urocza. Jasna skóra kontrastowała z

jej  płomiennymi  włosami.  Nawet  we  śnie  intrygowała  go
bardziej niż jakakolwiek inna kobieta.

To  mu  się  nie  podobało.  Podejrzewał,  że  potem  będzie

jeszcze gorzej.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY
Rose  powoli  się  budziła.  Było  jej  ciepło  i  cudownie

wygodnie. Wsunęła  się  głębiej  pod  kołdrę,  nie  mając
najmniejszej  ochoty  wychodzić  z  łóżka.  Czyjeś  ciepłe  ciało
przesunęło  się  również,  wtulając  się  w  wygięcie  jej
kręgosłupa. To było miłe... Od dawna budziła się samotnie.

Dziś nie była sama. Nie była sama!
Promienie  słońca  przedzierały  się  przez  czarną  materię

namiotu. Rose przesunęła wzrokiem po antycznym kufrze, na
którym  stały  kosmetyki,  potem  po  grubym,  bezcennym
dywanie,  wreszcie  po  starannie  złożonym  na  taborecie  obok
łóżka  jedwabnym shalwar  kameez. Ciężar,  który  czuła  na
plecach, był jak najbardziej realny, nie należał do snu...

Poczucie  komfortu  ulotniło  się  jak  kamfora,  gdy

wydarzenia  poprzedniego  wieczoru  powróciły  z  nachalną
wyrazistością.  Co  powinna  zrobić?  Czy  ma  odwrócić  się  i
pozwolić, by porywacz wziął ją w ramiona i dokończył dzieło,
które  zaczęli  wczoraj?  A  może  powinna  zareagować
wściekłością?

Wybrała drugie rozwiązanie. Nim na dobre się rozbudziła,

w  dzikiej  furii  odrzuciła  kołdrę.  Jej  towarzysz  wyskoczył  z
łóżka i zaczął radośnie szczekać na powitanie.

To był pies. Tylko pies...
Opadła na poduszkę i czekała, aż pospiesznie bijące serce

nieco  się  uspokoi.  Ulga  walczyła  w  niej  z  rozczarowaniem.
Stanowczo zbyt długo była sama.

Pies ziewnął szeroko, potem znów usadowił się na łóżku,

kładąc głowę na jej brzuchu.

- Jesteś  przyzwyczajony  do  spania  w  łóżku,  prawdą? -

powiedziała  półgłosem,  gdy  odzyskała  oddech. - Moja  matka
by tego nie pochwaliła. - Pogłaskała psa po głowie. - Ona nie
aprobuje  zwierząt  w  łóżku.  Mężów  również.  Może  od  czasu

background image

do  czasu  kochanków. - To  był  jeden  z  punktów  niezgody
pomiędzy nimi.

Jakiś  ruch  dostrzeżony  kątem  oka  skłonił  ją  do

podniesienia  wzroku.  Hassan,  który  zapewne  usłyszał  hałas,
rozsunął kotary.

- Dobrze spałaś?

Zadziwiająco  dobrze.  Natomiast  on  wyglądał  tak,  jakby

przeżył  ciężką  noc.  Nim  Rose  zdobyła  się  na  odpowiedź,
przerwano im.

- Wiedziałam! - Nieduża  kobieta,  ubrana  w  tradycyjny

strój,  pojawiła  się  u  boku  Hassana  i  nie  czekając  na
zaproszenie, wtargnęła do środka. - Na litość boską, Hassan! -
jęknęła. - Co ty wyprawiasz?

Czyżby  to  była  jego  żona?  Rose  nawet  nie  pomyślała,  że

Hassan może mieć żonę.

Hassan  nie  odpowiedział  od  razu.  Kobieta  energicznie

podeszła  do  łóżka.  Gdy  zrzuciła  pelerynę  i  zasłonę  z  twarzy,
okazało  się,  że  jest  bardzo  piękna  i  młoda.  Miała  na  sobie
jedwabną bluzkę i doskonale skrojoną krótką spódnicę.

- Nadim  al  Raszid - przedstawiła  się,  wyciągając  drobną

dłoń do Rose. - Ogromnie przepraszam za zachowanie mojego
brata. Pojedzie pani do mojego domu, gdzie będzie bezpieczna
aż  do  powrotu  Fajsala.  Postaramy  się  coś  wymyślić,  by
usprawiedliwić pani krótkie zniknięcie.

Fajsal? Rose błyskawicznie skojarzyła. Ta kobieta musiała

być  siostrą  Fajsala,  a  więc  przyrodnią  siostrą  Hassana,  i
najwyraźniej zamierzała zatuszować aferę z porwaniem.

Rose  zerknęła  na  Hassana,  ale  unikał  jej  spojrzenia.

Zagryzła  dolną  wargę  i  postanowiła  siedzieć  cicho  i  nie
uśmiechać  się  zbyt  otwarcie,  gdy  Nadim  będzie  strofować
brata.

- Co  ty  sobie  myślałeś,  Hassan? - powtórzyła  pytanie

Nadim. - Nie, nic nie mów! Potrafię odgadnąć. Rozmawiałeś z

background image

Fajsalem? - Zignorowała  ostrzegawcze  spojrzenie  Hassana  i
ciągnęła: - A więc?

Widząc,  że  nie  uda  mu  się  jej  powstrzymać,  Hassan

wzruszył ramionami i odpowiedział:

- Wysłałem  Partridge'a  do  Stanów,  aby  przywiózł  go  do

domu, ale on zmylił ochroniarzy i gdzieś się wymknął.

-

To  nieuprzejmie  z  jego  strony

-

powiedziała

sarkastycznie. - Ciekawe, kto nauczył go tej sztuczki?

- Dam  sobie  jakoś  radę - powiedział  Hassan  przez

zaciśnięte zęby. - Zostaw to mnie.

- Nie sądzę.
- Nikt  cię  nie  pyta  o  zdanie,  Nadim.  A  teraz  bardzo  cię

proszę, wyjdź. To mój problem. Nie chcę, byś się wtrącała. -
Nie  chciał  narobić  jej  kłopotów.  Rose  poczuła  do  niego
niespodziewany przypływ sympatii.

- Już  jestem  w  to  zamieszana,  idioto.  Fajsal  jest  również

moim bratem.

- Ale jeśli się coś nie uda...
- Mimo że  weźmiesz  sprawy  w  swoje  ręce?  Czy  to

możliwe? - spytała  tonem  drwiny.  Zwróciła  się  do  Rose: -
Proszę się  niczym  nie  przejmować.  Przywiozłam  dodatkową
abbeyah, nikt  pani  nie  rozpozna. - Odwróciła  się  znów  do
brata: - Zachowałeś  się  skandalicznie,  Hassan.  Panna  Fenton
jest naszym gościem... - Przeszła na arabski i łajała brata w ich
ojczystym języku.

Rose, obserwując rozgrywającą się przed jej oczami scenę,

z trudem powstrzymała wybuch śmiechu.

- Och, przepraszam... - wtrąciła się w końcu, przerywając

tyradę Nadim. - Nie chciałabym wam przeszkadzać... Ale czy
w tej sprawie również mogłabym zabrać głos?

W  oczach  Hassana  dojrzała  wyraz  wdzięczności.

Wspaniale.  Ale  nie  robiła  tego  dla  niego.  Ostatecznie  cała
sprawa  dotyczyła również  jej.  A  ostatnią  rzeczą,  jakiej

background image

pragnęła, to wyjazd z Nadim do jej domu, niezależnie od tego,
jakimi szlachetnymi intencjami kierowała się księżniczka. Nie
chciała  jechać  do  miasta.  Tutaj  przynajmniej  pozostawała  w
centrum wydarzeń. A jednocześnie - blisko Hassana...

Nadim najwyraźniej źle ją zrozumiała, ponieważ podeszła,

usiadła  na  łóżku  i  ujęła  jej  rękę  w  swoją  drobniutką,
wypielęgnowaną dłoń.

- Panno  Fenton,  zdaję  sobie  sprawę,  że  chciałaby  pani

wrócić  do  domu  swojego  brata  i  kontynuować  przerwany
wypoczynek,  ale  pojawił  się  pewien  problem...  Abdullah
zmierza do zagarnięcia tronu Fajsala, a Fajsal, głupi chłopak,
akurat wybrali sobie ten moment na... Powiedzmy, że wybrał
nieodpowiedni  moment. - Wtrąciła  kilka  słów  po  arabsku,
niewątpliwie  o  ogólnej  głupocie  mężczyzn,  a  jej  braci  w
szczególności. - Szum  wokół  pani  zniknięcia  przez  kilka  dni
będzie  trzymał  Abdullaha  na  wodzy.  Jeśli  pozostanie  pani ze
mną,  pewna  jestem,  że  Hassan  doceni  pani  poświęcenie  i
hojnie je wynagrodzi.

- Wynagrodzi? - powtórzyła Rose jak echo. Czyżby miała

otrzymać order za zasługi dla Ras al Hajar?

- Będziesz  mogła  wyznaczyć  swoją  cenę.  Tyle  lakhów

złota, ile zechcesz - powiedział cicho Hassan.

- Obsypiesz  mnie  złotem  i  perłami,  zawieziesz  na

pustynię, by zaśpiewać mi pieśń miłości.

- Cokolwiek zechcesz - powiedział.
- Umiesz śpiewać?
- Jak słowik.
- Reportaż - przerwała  poważnie. - To  wszystko,  czego

chcę. Zostanę tutaj.

Nadim zrobiła wystraszoną minę.

- Ale przecież nie może pani...
- Może  i  musi. - Hassan  nareszcie  odzyskał  panowanie

nad sytuacją.

background image

- Och, ale...
- Czy nie powinnaś być dzisiaj w klinice, Nadim?
- Po  południu. - Zerknęła  na  zegarek. - A  skoro  mowa  o

klinice, przydałyby mi się nowe inkubatory...

- Przekażę tę sprawę Partridge'owi. On wszystko załatwi.

Nadim potrafi, jak widać, chwytać w lot okazję, pomyślała

Rose, gdy ciemnowłosa piękność uśmiechnęła się tak, że cała
jej twarz pojaśniała.

- Dziękuję.  Wszystkie  matki  w  Ras  al  Hajar  będą  ci

wdzięczne. A teraz, panno Fenton.

- Rose, proszę.
- Rose... Czy mogłabym coś dla ciebie zrobić?
- Twój  brat  zadbał  o wszystko - odparła  Rose  z

uśmiechem. - Może  tylko  ta  koszula... - wskazała  palcem
nocną koszulę - nie jest zbytnio w moim guście.

- Naprawdę? - Przez  moment  oczy  Hassana  spoczęły  na

jej  wznoszącym  się  i  opadającym  biuście.  Chrząknął. -
Przykro mi, że mój wybór nie spotkał się z twoim uznaniem.
Ale ten oto kufer pełen jest ubrań. Z pewnością znajdziesz coś
odpowiedniego...

Rose, której serce waliło jak oszalałe, nagle zamarła, gdy

Hassan odwrócił się i chcąc podnieść wieko kufra, sięgnął po
pudełko z chusteczkami higienicznymi. Czy jego ciężar go nie
zaniepokoił?

- Wyjdź już, Hassan - wtrąciła się Nadim.

Hassan zerknął na Rose. Mogłaby przysiąc, że ma ochotę

roześmiać się głośno.

- Rzeczywiście - powiedział - jeśli  macie  zamiar

przeglądać garderobę, wolę się usunąć. Czy zostaniesz z nami
na śniadaniu, Nadim?

- Wypiję  tylko  kawę - powiedziała,  władczym  gestem

pokazując  mu  wyjście.  Gdy  wreszcie  je  opuścił,  wyjrzała
jeszcze  na  zewnątrz  i  dopiero  wtedy  zwróciła  się  do  Rose: -

background image

Nieważne,  co  Hassan  mówi.  Jeśli  nie  chcesz  tu  zostać,  nie
musisz. Powiedz słowo, a wyjedziesz ze mną.

Nie. Zostanie tu, żeby obserwować sprawy z bliska.

- Wszystko  będzie  dobrze - zwróciła  się  uspokajającym

tonem do Nadim. - Naprawdę. - A żeby odwrócić jej uwagę od
głównego tematu, spytała: - Co to jest lakh złota? Jakiś rodzaj
biżuterii?

- Ależ  nie! - Nadim  była  zdumiona  ignorancją  w  tak

istotnej sprawie. - To jednostka wagi. Sto tysięcy gramów. Ale
nie  martw  się - dodała  szybko. - Niezależnie  od  tego, czy
zostaniesz  tutaj,  czy  pojedziesz  ze  mną,  Hassan  i  tak  będzie
musiał zapłacić twojemu bratu za to, że cię porwał.

- Zapłacić  Timowi? - Rose  wyglądała  na  oszołomioną.

Nie  potrafiła  wyobrazić  sobie  reakcji  Tima.  Jeśli  Hassan
zaproponuje  mu  pieniądze  za  honor  siostry,  było  całkiem
możliwe,  że  Tim  zmieni  swoje  obyczaje  i  po  prostu  rzuci  się
na Hassana z pięściami.

Nadim mówiła poważnie.

- Oczywiście,  że  musi  zapłacić.  Według  naszych

zwyczajów Hassan okrył cię hańbą.

Czyżby  Nadim  uznała  za  oczywiste,  że  Hassan  się  z  nią

przespał?  A  może  wystarczyło  to,  że  była  jedyną  kobietą  w
jego obozie? Rose pomyślała, że lepiej nie pytać.

- A  może  twój  brat  go  zabije?

- zasugerowała

nieoczekiwanie Nadim.

- Och,  nie  sądzę. - Rose  uśmiechnęła  się w  duchu.  W

największym  wzburzeniu  Hm  mógł  co  najwyżej  walnąć
Hassana w szczękę.

- Nie? - Nadim  wzruszyła  ramionami. - Oczywiście,  on

jest  przecież  Anglikiem.  Anglicy  są  tacy...  flegmatyczni.
Hassan  w  takiej  sytuacji  na  pewno  zabiłby  twego  brata.  No,
ale jeśli w grę nie wchodzą pieniądze ani krew, w takim razie

background image

pozostaje jedno rozwiązanie. Hassan będzie musiał się z tobą
ożenić. Nie martw się, ja się tym zajmę.

To przekraczało najśmielsze fantazje Rose.

- Ależ  na  pewno  mężczyzna  w  jego  wieku  i  z  jego

bogactwem. .. - Zdała sobie sprawę, że podąża torem myślenia
Nadim - jest już żonaty, nieprawdaż?

- Hassan? Żonaty? - Nadim  szczerze  się  roześmiała. -

Niełatwo znaleźć kobietę, która byłaby w stanie go usidlić.

- Przecież małżeństwa są aranżowane?
- Hassan  jest  inny - powiedziała  jego  siostra. - Jest...

nietypowy.  Z  tobą  to  oczywiście  kwestia  honoru  i  nie  będzie
miał  wyjścia,  ale  w  innych  okolicznościach  w  ogóle  nie
rozważałby  tej możliwości.  Uwierz  mi,  nieraz  próbowaliśmy,
ale  on  zbyt  wiele  podróżował,  by  zaakceptować  jakąś
porządną  dziewczynę  o  tradycyjnych  poglądach,  która
siedziałaby  w  domu  i  wychowywała  dzieci.  To  nie  byłoby  w
porządku  wobec  żadnej  ze  stron.  A  jednocześnie  Hassan  ma
zbyt tradycyjne poglądy, by ożenić się z jedną z tych aktorek
lub modelek, z którymi pokazuje się publicznie, gdy mieszka
w  Londynie  lub  Paryżu.  Oczywiście,  taki  związek  nie
przetrwałby nawet pięciu minut

- Dlaczego?
- Kobiety  muszą  się  urodzić  do  życia,  jakie  tu

prowadzimy.  Nasi  mężczyźni  są  bardzo  zaborczy,  a
nowoczesne  kobiety  tego  nie  akceptują.  Chciałyby  mieć
wszystko, co może im ofiarować Hassan, ale jednocześnie nie
zamierzają  zrezygnować  z  tego,  co  już  mają. - Uśmiechnęła
się pobłażliwie. - W pewnym sensie żal mi ich.

- Ale ty jesteś szczęśliwa.
- Pracowałam  nad  tym.  Mam  dobrego  męża,  wspaniałe

dzieci  i  pasjonującą  pracę  w  kraju,  który  kocham. - Zerknęła
na  Rose. - Hassan  też  kocha  swój  kraj.  Nie  potrafiłby  żyć
gdzie  indziej. - Nadim  westchnęła. - Byłby  wspaniałym

background image

emirem - dodała. - Zawsze  miał  w  sobie  to,  co  nazywa  się
majestatem  władzy.  Tymczasem  Fajsal...  Cóż,  Fajsal  nie
rozumie,  ile  będzie  musiał  poświęcić. - Zamyśliła  się  na
chwilę. - A może właśnie rozumie.

- A Abdullah?

Nadim  zaczęła  mówić,  ale  nagłe,  jakby  zdając  sobie

sprawę,  że  mogłaby  powiedzieć  zbyt  wiele,  urwała.  Szybko
zerknęła na zegarek.

- Och, mam już mało czasu. Przejrzyjmy ubrania.
- Czego się dowiedziałaś? - spytał Hassan, gdy usiedli do

śniadania.

- Dowiedziałam?
- Moja  siostra  ma  długi  język.  Jestem  pewien,  że  nie

miałaś trudności z wyciągnięciem od niej informacji.

- Nadim jest urocza, troskliwa i bardzo pomocna.
- Skoro  zrobiła  tak  dobre  wrażenie,  musiała  być

niezwykle rozmowna, nawet jak na nią.

- Wcale nie. Dowiedziałam się niewiele ponad to, co już

wiem.

- Właśnie to „niewiele" mnie niepokoi.
- Dlaczego? Dopilnowanie, by twój brat zasiadł zgodnie z

prawem  na  tronie,  nie  jest  niczym  zdrożnym.  A  ja
podejrzewałam, że chcesz go ubiec. - Jeśli spodziewała się, że
Hassan zareaguje na te insynuacje gwałtownie, przeliczyła się.
- I  nie zamierzam  nikomu  mówić  o twoich  planach.  Słowo. -
Uśmiechnęła  się.  W  każdym  razie  jeszcze  nie  teraz. -
Odniosłam  wrażenie,  że  głównym  zmartwieniem  Nadim  jest
to, że będziesz musiał słono zapłacić mojemu bratu za okrycie
mnie hańbą.

Żartowała  sobie  z  niego.  Bawiła  się  jego  kosztem.  W

porządku. Byle była szczęśliwa, pomyślał.

- Jeśli  uważasz  to  za  stosowne - rzekł  z  lekkim

lekceważeniem.  Jej  współpraca  warta  była  złota.  A  ona

background image

współpracowała. Albo była bardzo sprytna... - Chociaż, znając
ciebie i twego brata, wątpię, byście dybali na moje pieniądze. -
Mógłby ręczyć życiem, że nie siedziała również w kieszeni u
Abdullaha.  Czekał  na  odpowiedź,  zadowolony,  że  Rose  się
dobrze bawi.

- Może masz rację. Ale i tak wpadłeś w tarapaty. Zdaniem

Nadim  jedyną  alternatywą  ugody  finansowej  jest  śmierć,  a
skoro  Tim  prędzej  sam  by  umarł,  niż  kogoś  zabił,  pozostaje
jeszcze... małżeństwo.

Zauważyła,  że  jego  ręka,  kiedy  podnosił  filiżankę  do  ust,

na moment zastygła w bezruchu.

- Możliwe, że Nadim ma rację - powiedział sucho. Dopił

kawę,  odstawił  filiżankę  i  wstał. - Widzę,  że  włożyłaś
bryczesy. Czy mam rozumieć, że chcesz pojeździć konno?

Czy  chciała  z  nim  jeździć  konno?  Czy  dlatego  włożyła

bryczesy,  mimo  obiekcji  Nadim?  Nagle  poczuła  się  bardzo
zmieszana. Minęło wiele czasu, odkąd jeździła konno u boku
ukochanego mężczyzny.

Właściwie  miała  ochotę.  Bryczesy  wydawały  się  tak

swojskie, tak bliskie...

Unikając jego wzroku, wyciągnęła nogi do przodu.

- To  były  jedyne  spodnie,  jakie  znalazłam - powiedziała

wymijająco. - Nie  lubię  nosić  długich  jedwabnych  sukni. -
Oczywiście,  bielizna  to  co  innego.  Na  wierzch  ubrała  męską
koszulę i stare bryczesy, które znalazła w szufladzie Hassana.
Koszula była zbyt luźna, toteż wcisnęła ją w szerokie spodnie.
- Jak ci się podobają? - spytała kokieteryjnie.

- Mogą być - odparł z wahaniem. - Nie pamiętam ich... -

Siedział  sztywno,  dając  do  zrozumienia,  że  nie  pochwala
korzystania  z  jego  rzeczy. - Powinienem  dostarczyć  ci  twoją
garderobę - dodał  tonem  usprawiedliwienia - ale  wówczas
mogliby pomyśleć, że wyjechałaś z własnej woli

background image

- A jednak przy wiozłeś tu moje buty. - Były to sportowe,

sznurowane buty, które miała na sobie w dniu przyjazdu.

- Grunt jest tu nierówny - odparł, wzruszając ramionami.
- To byłby pech, gdybyś musiał zawieźć mnie do szpitala

ze złamaną nogą, nieprawdaż?

-

Nie  bądź  głupia.

-

Uśmiechnął  się  lekko.

-

Powiedziałbym,  że  cię  znalazłem  w  takim  stanie.  A  ty  byś
mnie nie zdradziła, prawda, Rose? Pomyślałabyś o reportażu i
siedziałabyś cicho.

Ten facet był nieznośny. Po prostu nieznośny,

- Oczywiście,  jeśli  Khalil  oddałby  ci  wszystkie  moje

rzeczy,  prawdopodobnie  skończyłby  w  więzieniu  jako
współwinny porwania. Nie sądzę, by Abdullah specjalnie się z
nim cackał.

- Khalil?
- Służący  mojego  brata.  Ktoś  przecież  musiał  ci

powiedzieć, jakich używam kosmetyków. A przy okazji, masz
tu wspaniały prysznic. - Dopiła kawę i ciągnęła: - Któżby inny
mógł zepsuć telefon i światło w range roverze, nie wzbudzając
podejrzeń?

Zignorował jej pytanie.

- Masz  ochotę  się  przejechać? - wrócił  do  poprzedniej

propozycji.

- To jedna z obiecanych atrakcji.
- A potrafisz jeździć konno?
- Owszem. - Wstała,  czując  się  coraz  bardziej  nieswojo,

ponieważ  od  dłuższego  czasu  Hassan  nie  spuszczał  z  niej
oczu.

- Aby  utrzymać  się  na  jednym  z  moich  koni,  nie

wystarczają umiejętności nabyte w szkółce jeździeckiej.

- Nie wątpię, ale miałam naprawdę dobrego nauczyciela.

Nie  obawiasz  się,  że  ktoś  może  mnie  zauważyć? - spytała,
gwałtownie  zmieniając  temat. - Jeśli  do  poszukiwań  użyją

background image

helikopterów... - Przesunęła ręką po swoich rudych włosach. -
Raczej trudno mnie pomylić z kimś innym.

- To prawda - skonstatował z krzywym uśmiechem. - Ale

twoje  włosy  nie  będą  problemem.  Odpowiednio  ubrana,
staniesz się niewidoczna. Poczekaj chwilę.

Po  kilku  minutach  wrócił  z  chustą  w  biało - czerwoną

kratkę. Podał ją Rose.

Usiłowała  udrapować  ją  na  głowie,  ale  bez  skutku.

Przytrzymując dwa końce, patrzyła bezradnie na Hassana.

Nastała  chwila  niezręcznej  ciszy.  Wreszcie  Hassan

odetchnął gwałtownie.

- Popatrz - powiedział  z  ożywieniem. - Tak  się  to robi.

Zręcznie  owinął  chustkę  wokół  jej  głowy,  potem  zasłonił
dolną część twarzy, przy okazji muskając palcami jej policzki.
Pod dotykiem jego delikatnych palców skóra Rose pokryła się
gęsią skórką.

- Załatwione.
- Dziękuję - odpowiedziała głosem, który w zaschniętych

ustach zabrzmiał jak szept.

- To  ja  ci  dziękuję,  Rose.  Za  zrozumienie.  Gdyby

Abdullah się dowiedział...

- No,  cóż...  Gdybym  ukrywała  się  w  domu  Nadim,  nie

miałabym sensacyjnego materiału, czyż nie?

Twarz  Hassana  rozjaśnił  uśmiech.  Podał  jej  pelerynę  z

wielbłądziej wełny.

- Teraz  przypominasz  Beduina - powiedział,  również

owijając twarz chustą.

- Z  wyjątkiem  brody - szepnęła  poprzez  materiał.

Przechyliła  głowę  na  bok. - Ty  też  nie  nosisz  brody,  Hassan.
Dlaczego?

- Zadajesz za dużo pytań. - Położył dłoń na jej plecach i

wyprowadził na jasne, poranne słońce.

background image

- To  prawda.  Ale  kiepsko  ci  idzie  z  odpowiedziami -

skomentowała.

Podprowadził  ją  do  osiodłanych  koni.  Jeden  z  nich  był

wspaniałym  czarnym  ogierem,  bardzo  podobnym  do  tego,  o
jakim  czytała  jeszcze  wczoraj  w  „Szejku".  Zastanawiała  się,
czy  wybrał  go  celowo,  by  odniosła  wrażenie,  że  jej  fantazje
nabierają realnych kształtów.

Drugi  ogier,  nieco  drobniejszej  budowy,  był  bardzo

pięknym kasztanem.

- Jak się nazywa? - spytała, głaszcząc szyję konia.
- Iram.
- Iram - szepnęła, a koń zastrzygł uszami i uniósł głowę.

Chwyciła wodze, a Hassan pomógł jej wsiąść na siodło, potem
podciągnął  popręg.  Od  dawna  nie  siedziała  na  koniu,  ale  ten
wierzchowiec wyglądał dość spokojnie.

Hassan  wskoczył  na  siodło,  zerknął  na  nią  i  wyraźnie

zadowolony z tego, co zobaczył, skinął głową. Po chwili konie
ruszyły.

Przez  chwilę  Rose  miała  wrażenie,  że  bestia,  na  którą  ją

wsadzono,  wyrwie  jej  ramiona  ze  stawów.  Była  zadowolona,
że  Hassan  wysunął  się  do  przodu  i  nie  widział  beznadziejnej
walki, jaką toczyła z wierzchowcem.

Gdy  Hassan  wreszcie  zatrzymał  się  i  odwrócił,  by

sprawdzić, jak sobie radzi, na szczęście opanowała już konia.
Ruszył  za  nią,  wyprzedził  i  znów  zaczął  prowadzić.  Jego
czarna  peleryna  powiewała  na  wietrze.  Jazda  była
podniecająca,  cudowna,  ale  zarazem  wyczerpująca.  Gdy
zatrzymali się na urwistym zboczu wzgórza, Rose śmiała się, z
trudem łapiąc oddech, i drżąc z powodu wysiłku, jaki włożyła
w okiełznanie narowistego ogiera. Hassan również się śmiał.

- Myślałeś, że sobie z nim nie poradzę, prawda?
- Mało  brakowało,  ale,  jak  widać,  jesteś  doskonałym

jeźdźcem.

background image

- Od dawna nie jeździłam.

Hassan przerzucił nogę przez siodło, zeskoczył i wziął do

ręki wodze.

- Kto cię uczył?
- Przyjaciel.

Odwrócił się i spojrzał na nią uważnie.

- Rozumiem, że  mężczyzna.  Jeździsz  po  męsku.  Parzyło

ją jego badawcze spojrzenie.

- Tak,  mężczyzna.  Hodował  konie.  Piękne  konie. -

Pogłaskała rumaka po szyi. Skrzypienie siodeł, zapach skóry i
końskiego  potu  wróciły  do  niej  wraz  z  resztą  wspomnień. -
Był moim mężem.

Zapadła cisza. Hassan trawił tę wiadomość.

- Był? - spytał po chwili. - Jesteś rozwiedziona?
- Nie,  on  umarł. - Nastała  kolejna  chwila  ciszy.

Zauważyła, że Hassan zastanawiał się, czy dalej ją indagować.
- To  nie  był  wypadek  na  koniu - wyjaśniła  z  własnej  woli. -
Miał wadę serca. Nie powiedział mi o tym... - Nie rozmawiała
na ten temat od ponad pięciu lat. Próbowała o tym nie myśleć.

Wysunęła  nogi  ze  strzemion  i  zeskoczyła  na  ziemię. -

Pewnego dnia jego serce stanęło. I zmarł.

Hassan  dołączył  do  niej  i  szli  obok  siebie,  prowadząc

konie za wodze.

- Przykro mi, Rose. Nie miałem pojęcia.
- To było dawno temu. Wyczuła, że na nią zerka.
- Chyba nie aż tak dawno? Jesteś młodą kobietą.
- Minęło prawie sześć lat. - Ledwie dostrzegała krajobraz,

który rozpościerał się przed jej oczami. Widziała wymarzoną,
niespełnioną wizję swego życia. Dwójka dzieci jeżdżących na
kucykach...  Michael  chciał  mieć  dzieci.  To  ona  się
sprzeciwiała.  Była  przecież  taka  młoda,  nie  widziała  powodu
do pośpiechu...

background image

Oczy  jej  pokryła  mgła;  potknęła  się  o  wystający  kamień.

Hassan przytrzymał ją w talii.

- Całe szczęście, że masz interesującą pracę - powiedział.

- Pracę, która wypełniła ci pustkę po stracie męża.

- Myślisz,  że  praca  może  tego  dokonać?  Czy  cokolwiek

może zrekompensować taką stratę? Kochałam go. On mnie też
kochał. - Nie musiała walczyć o jego uczucie. Wystarczyło, że
była sobą.

Popatrzył na nią w zamyśleniu.

- Powiedz  mi,  czy  dlatego  masz  opinię  dziennikarki

pozbawionej strachu, że w gruncie rzeczy cały czas wyzywasz
śmierć na pojedynek?

Opanowała  ją  złość.  Jak  śmiał  grzebać  w  jej  uczuciach?

Robić  jakąś  amatorską  psychoanalizę?  Przez  wiele  lat  bawiła
się  w  to  jej  matka.  Gdy  Rose  poślubiła  Michaela,  kiwała  z
powagą  głową,  tak  jakby przypadek  jej  córki  stanowił
potwierdzenie  teorii,  którą  właśnie  przedstawiła  w  swojej
najnowszej rozprawie feministycznej. Oczy Hassana wyrażały
współczucie.

- Może - wyszeptała,  przyznając  się  do  tego  po  raz

pierwszy. - Możliwe. Przez jakiś czas...

- Nie spiesz się zbytnio, Rose. Allan przyjdzie po ciebie,

kiedy uzna za stosowne.

- Wiem. - Zmusiła się do uśmiechu. - Ale o wiele łatwiej

jest  zyskać  reputację,  niż  się  jej  pozbyć.  Mam  niewyparzony
język i to również przysparza mi kłopotów.

- Zauważyłem - powiedział ze śmiechem.

Jego  głos,  chociaż  drwiący,  miał  w  sobie  ciepło,  które

szybko  przywróciło  ją  do  rzeczywistości.  Teraz  liczyła  się
teraźniejszość.  Tu  i  teraz.  Przez  chwilę,  gdy  obejmował  ją
ręką  w  talii,  a  wzrok  jego  palił  mocniej  niż  pustynne  słońce,
pomyślała,  że  znów  chce  ją  pocałować.  Ale  tego  nie  zrobił.
Zauważyła  nawet  moment,  w  którym  się  wycofał,  nagłe

background image

zrezygnował - ten  ułamek  sekundy,  gdy  opuścił  rękę  i  ruszył
przed siebie.

O nie, nie wywinie się tak łatwo, pomyślała, podążając za

nim krok w krok. Miała do napisania reportaż.

- A więc - podjęła - dlaczego zgoliłeś brodę?

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY
Hassan roześmiał się, zadowolony, że zmieniła temat.

- A  kto  ci  powiedział,  że  kiedykolwiek  nosiłem  brodę?

Ograniczyła  się  do  wystudiowanego  podniesienia  brwi,
przypominając mu w ten sposób, z kim ma do czynienia. Nie
należała do łatwowiernych gąsek, które można było zbyć byle
czym.

- Jesteś zajadła jak terier - poskarżył się.
- Komplementy  nie  robią  na  mnie  wrażenia - odparła. -

Znam  je  na  pamięć.  Dlaczego? - naciskała,  starając  się  zajść
mu za skórę, dowiedzieć się, jaki jest naprawdę.

-

Może  jestem  urodzonym  buntownikiem

-

rzekł

przekornie.

- Czarna owca? To chyba oczywiste, nieprawdaż?
- Miałem  wtedy  dwadzieścia  jeden  lat - przyznał  się  w

końcu. - To  przekorny  wiek.  Spodobałem  się  sobie,  więc
dlaczego miałbym coś zmieniać? - Poprowadził ją do płaskiej
skały,  przywiązał  konie  do  karłowatego  drzewa,  poprosił
Rose, by usiadła i podał jej termos z wodą.

Rozpościerający  się  przed  nimi  teren  kończył  się  skalistą

skarpą,  opadającą  ku  nadbrzeżnej  równinie.  Dalej  na
horyzoncie  dostrzegła  błękit  morza.  Był  to  surowy  pejzaż,
zupełnie  inny  niż  zielone  angielskie  krajobrazy.  Miał  jednak
swoisty  urok,  było  w  nim  coś  przykuwającego  uwagę,
ponadczasowego - czystość, prostota i piękno.

Hassan  kochał  tę  ziemię.  Zerknęła  teraz  na  niego,

oczekując dalszych słów.

Wzruszył  ramionami  i  potarł  dłonią  gładko  wygolony

podbródek.

- Mój dziadek wiedział, że ja nie utrzymam pokoju wśród

wszystkich  plemion - powiedział. - To  był  trudny  okres.  Z
wydobycia  ropy  płynęły  wielkie  pieniądze.  Dziadek

background image

przewidział, że rywalizujące ze sobą rody, wykorzystując fakt,
że mój ojciec był cudzoziemcem, doprowadzą do rozruchów.

- Nie  miał  własnych  synów,  którzy  mogliby  przejąć  po

nim władzę?

- Nie.  Miał  sześć  córek,  ale  żadnego  syna.  Byłem  jego

najstarszym wnukiem, ale gdy przyszło mu wybierać, postąpił
tak,  jak  przystało  na  władcę.  Przedłożył  dobro  kraju  nad
pragnienia serca.

- Kiedy wyznaczył Fajsala na swojego dziedzica?
- Matka  wkrótce  po  śmierci  mojego  ojca  wyszła

ponownie za mąż. To było polityczne małżeństwo. Mieli dwie
córki.  Nadim  jest  jedną  z  nich.  Dopiero  później  urodził  się
Fajsal. Ma dokonały rodowód, błękitną krew.

- Nadal jest bardzo młody.
- Wiem, ale kiedyś wszyscy musimy dorosnąć. Na niego

właśnie przyszła pora. Trzeba mieć nadzieję, że poradzi sobie
lepiej ode mnie.

Poczuła dla niego współczucie. Krył ból głęboko w sercu,

ale  niekiedy  można  go  było  dostrzec  na  dnie  pięknych
ciemnych oczu.

- Musiało ci być trudno to zaakceptować.

Hassan podniósł kamyk, ścisnął go w dłoni.

- Tak, to było trudne - przyznał. - Miałem przecież tylko

to. - Przez  chwilę  jeszcze  trzymał  kamyk  w  dłoni,  wreszcie
gwałtownie go odrzucił. - Potem nic mi już nie zostało.

Rose zastygła w milczeniu. Cóż mogła powiedzieć? Został

wydziedziczony  z  powodu  swego  pochodzenia.  Żadne  słowa
nie mogły tego zmienić.

- Tym trudniej było mi znieść - ciągnął, zerkając na Rose

- że  dziadek,  aby  uciszyć  wrogów,  wyznaczył  Abdullaha
regentem  emiratu.  Nie  miał  wyboru,  wiem  o  tym.  W  ten
sposób  mnie  chronił.  Gdybym  wtedy  był  dziesięć  lat  starszy,
być  może  rzuciłbym  mu  wyzwanie  i  może  utrzymałbym

background image

jedność  kraju.  Byłem  zbyt  młody,  aby  sprostać  takim
wyzwaniom.  Teraz  jedynym  kłopotem,  jaki  mamy,  jest
Abdullah  i  jego  poplecznicy  o  lepkich  rękach.  A  nasi
obywatele  pragną  dostępu  do  edukacji,  opieki  medycznej  i
wszystkich zdobyczy nowych czasów.

Rose  pomyślała  o  luksusowym  centrum  medycznym,

które  jej  pokazano.  Wszystko  lśniło  tam  nowością.  Podobnie
jak  w  centrum  handlowym  pełnym  eleganckich  butików  oraz
ekskluzywnym 

salonie 

odnowy 

biologicznej, 

gdzie

natychmiast zaoferowano jej honorowe członkostwo.

Objęła  ramionami  kolana,  położyła  na  nich  policzek  i

zapatrzyła się przed siebie.

- Nikt  nie  może  cię  obwiniać,  że  tak  zareagowałeś -

powiedziała.

- Nikt  tego  nie  robił.  Nikt  też  nie  zrobił  nic,  aby  mnie

powstrzymać. Gdy zostałem wydziedziczony, zgoliłem brodę,
zacząłem  ubierać  się  na  czarno  i  żyć  jak  szaleniec.  Dziadek
odebrał  mi  prawo  do  tronu,  ale hojnie  wyposażył.  Miałem  za
dużo  pieniędzy,  a  za  mało  zdrowego  rozsądku,  by  z  nich
właściwie korzystać. Tymczasem Abdullah i jego poplecznicy
wprost  zachęcali  mnie  do  samozagłady.  Byłem  niedojrzały,
rozpuszczony  i  głupi.  Wiem  o  tym,  ponieważ  moja  matka,
mimo  lęku  przed  lataniem,  pewnego  dnia  pojawiła  się  w
Londynie tylko po to, by powiedzieć mi to prosto w oczy.

Jeśli  była  choć  trochę  podobna  do  Nadim,  pomyślała

Rose,  skrywając  uśmiech,  na  pewno  nie  pozostawiła  na  nim
suchej nitki.

- Jednak  nie  zapuściłeś  znów  brody - powiedziała. - Nie

mogłeś ubierać się choć trochę bardziej konserwatywnie? Nie
zmieniłeś zresztą również swego zachowania.

- Buntownik przychodzący do nogi jak pies? Czyż to nie

ucieszyłoby  Abdullaha?  Na  pewno  zacząłby  rozpuszczać
plotki, że próbuję wrócić do łask, by zdobyć tron. A to byłoby

background image

doskonałym  pretekstem  do  wykonania  jakiegoś  ruchu
przeciwko  mnie  i  Fajsalowi.  Nie,  dopóki  mój  brat  nie
zasiądzie  na  właściwym  miejscu,  nie  zmienię  wizerunku. -
Zerknął  na  nią  z  góry. - A  ponieważ  mój  najdroższy  kuzyn
zajęty jest poszukiwaniem ciebie, mamy trochę czasu.

Gestem głowy wskazał nabrzeże, gdzie w oddali nisko nad

ziemią  łatały  dwa  helikoptery.  Hassan  odchylił  się  i  oparł  na
łokciu, nie zdradzając żadnych objawów niepokoju.

- Co będzie, jeśli pojawią się w obozie?
- Strzelę  do  pierwszego  mężczyzny,  który  wejdzie  do

części przeznaczonej dla kobiet.

- Części  przeznaczonej  dla  kobiet?  A  cóż  to  za

określenie?  Jestem  tu  tylko ja, a  ja  nie jestem  jedną  z  twoich
kobiet!

- Jesteś pod moją opieką. Jedna kobieta, czy sto, cóż to za

różnica?

Wpatrywała się w niego z niedowierzaniem.

- Ale żeby kogoś zabić...
- Wystarczy  postrzelić.  Kula  w  nogi  najodważniejszego

śmiałka zazwyczaj zniechęca resztę. - Wzruszył ramionami.

- Zresztą  tego  się  spodziewają. - Widząc,  że  Rose  nadal

nie  jest  przekonana,  dodał: - Zrobiliby  to  samo,  gdyby
sytuacja była odwrotna.

- Ale to jest... to jest takie prymitywne.
- Tak uważasz? - Szare oczy zalśniły w jasnym słońcu.
- Może  masz  rację.  Pamiętasz, Rose,  wczoraj wieczorem

miałaś tego przedsmak.

Nie  robił  aluzji  do jej  porwania,  zaplanowanego  z

niezwykłą  precyzją.  Mówił  z  pewnością  o  tej  chwili,  gdy
oboje 

bliscy 

byli 

porzucenia 

wszelkich 

pozorów

cywilizowanego zachowania.

Szybko  odwróciła  wzrok.  Helikoptery  poleciały  dalej

wzdłuż wybrzeża.

background image

- Lepiej  wracajmy,  póki  jeszcze  mogę  się  ruszać -

powiedziała. - Od  dawna  nie  siedziałam  na  koniu.  Za  chwilę
będę sztywna jak deska.

Wstał  i  wyciągnął  do  niej  rękę.  Gdy  po  chwili  wahania

podała mu swoją, pociągnął ją do góry. Przez chwilę jej palce
pozostały w jego dłoni.

- Tylko nie  mów  mi,  że  marzysz  o  wizycie  w  salonie

odnowy  biologicznej?  Powiedz  tylko  słowo,  a  wysmaruję  cię
specjalną maścią.

Przez chwilę wyobraziła sobie jego ciepłe dłonie masujące

jej  ramiona  i  plecy,  a  potem  napięte  mięśnie  nóg.
Niewątpliwie  po  takim  masażu poczułaby  się  lepiej.  Ale
cofnęła rękę i roześmiała się trochę sztucznie.

- Dzięki, Hassan, ale lepiej będzie, jeśli trochę pocierpię.

Hassan  niecierpliwie  czekał  na  telefon  od  Simona

Partridge'a.  Powtarzał  sobie  w  duchu,  że  musi  stawić  czoło
rzeczywistości.

Rose  Fenton  była  kobietą,  której  cały  świat  padnie  do

stóp.  Za  tydzień  prasa  będzie  błagać  ją  o  reportaż.  W
Hollywood prawdopodobnie zechcą nakręcić film.

Za każdym razem, gdy z nią rozmawiał, tylko ułatwiał jej

sprawę. Wystarczyło, by na niego spojrzała, a on od razu miał
ochotę zwierzać się jej z najgłębszych sekretów, najskrytszych
pragnień.

W dodatku zaproponował jej masaż!
Jęknął z  głębi  serca. Trzeba z  tym  natychmiast skończyć.

Do  licha,  pospiesz  się,  Partridge!  Gdzie  się  podziewasz,  do
diabła!

Jej  jedwabista  skóra...  Przystanął,  przymknął  oczy  i  na

chwilę  zatopił  się  we  wspomnieniu  rozchylonych,  chętnych,
ciepłych warg...

Zamierzał  zachować  dystans.  Sądził,  że  to  będzie  proste.

Ona była dziennikarką, on zaś z zasady nie lubił dziennikarzy.

background image

Ale  od momentu,  gdy  odebrał  telefon  i  usłyszał  jej  głos,  był
zgubiony.

Oparł  się  o  pień  starej  palmy.  Kogo  chciał  oszukać?  Był

zgubiony od chwili, gdy wsiadł na pokład samolotu Abdullaha
i  napotkał  wzrokiem  spojrzenie  brązowych,  przenikliwych
oczu.

Miała  w  sobie jakiś  szczególny urok.  To  nim  przyciągała

ludzi na całym świecie do telewizorów. Teraz, gdy był blisko
niej, zrozumiał, na czym ten urok polega.

Choć  śmiech  częściej  gościł  na  jej  twarzy  niż  łzy,  pod

pozorami  nieustępliwości  była  bardzo  wrażliwa.  Dziś  na
przykład omal nie podzieliła się z nim swoim bólem. Chciał ją
objąć, pocieszyć.

- Halo... - Słaby głos odezwał się w słuchawce.
- Partridge?
- Ekscelencja? - Na  linii  rozległy  się  trzaski,  stłumione

dźwięki. - Co się dzieje?

- Nic  się  nie  dzieje - odpowiedział  Hassan. - W  tym

właśnie tkwi problem. Znalazłeś go wreszcie?

- Dam  panu  znać,  gdy  go  znajdę.  Tu  jest  teraz  czwarta

nad ranem...

- I co z tego?
- To  z  tego, że  położyłem  się  dopiero  o  drugiej -

odparował Partridge, już rozbudzony i zły. - Dowiedziałem się
tylko  tego,  że  Fajsal  zaszył  się  w  jakimś  domku
kempingowym w Adirondacks z dziewczyną. Nikt nie wie, co
to za dziewczyna, ani który to domek, a tu jest ich mnóstwo. A
ponieważ  nie  stoją  w  równych  rzędach  wzdłuż  brukowanych
ulic, sprawdzenie wszystkich zajmie mnóstwo czasu. - Urwał.
-

A  skoro  już  mówimy  o  zaginionych  osobach...

Przypuszczam, że to pańska sprawka. Cały czas mówią o tym
w CNN.

background image

Hassan  uśmiechnął  się  pod  nosem,  słysząc  sarkazm  w

głosie Partridge'a.

- Kto jest podejrzany? - odpowiedział pytaniem.
- Chyba nie mają zielonego pojęcia. A nawet, jeśli tak, nic

nie  mówią.  Abdullah  twierdzi,  że  panna  Fenton  zapewne
oddaliła się od samochodu swego brata i musiała zgubić drogę
albo wpaść do jakiegoś wąwozu.

- Rose Fenton? Chyba nie mówią tego poważnie?
- To  o  wiele  lepsze  niż  przyznanie,  że  mogła  zostać

porwana. Powiedział pan, że nie zrobi jej...

- Mogę  cię  zapewnić,  że  panna  Fenton  czuje  się  dobrze.

Niepotrzebnie  się  niepokoisz.  Mogę  nawet  powiedzieć,  że  w
pełni  wykorzystuje  fakt,  że  znalazła  się  w  centrum
sensacyjnych  wydarzeń.  Oczywiście,  nie  grozi  jej  żadne
niebezpieczeństwo.

- Naprawdę? - Partridge nie był przekonany.
- Czy  wiesz, że  ona  była  mężatką? - spytał  Hassan

złośliwie,  pragnąc  zniszczyć  wyidealizowany  obraz  kobiety,
jaki  powstał  w  umyśle  Partridge'a.  Brak  odpowiedzi
świadczył,  że  istotnie  dotknął  czułej  struny.  Potem,  zły  na
siebie, dodał:

- Zdobądź  jakieś  informacje  o  jej  mężu.  Wobec

zainteresowania jej osobą to nie powinno być trudne.

- To polecenie czy sugestia?
- ' Nie zwykłem robić sugestii - odparł Hassan uprzejmie.
- A  skoro  tak  się  niepokoisz  o  Rose  Fenton,  sugeruję,

abyś szybciej znalazł Fajsala i bezzwłocznie sprowadził go do
domu.  Wtedy  wyrażę  zgodę  na  twój  powrót  i  będziesz  mógł
powiedzieć mi w oczy, co o mnie myślisz.

- Nie potrzebuję na to pańskiego pozwolenia - powiedział

sztywno Partridge.

- Możesz  nawet  wyzwać  mnie  na  pojedynek,  jeśli  to  cię

uszczęśliwi, ale dopiero wtedy, gdy znajdziesz Fajsala.

background image

Rose weszła do namiotu i odetchnęła z ulgą.
Pokrywał  ją  kurz,  było  jej  gorąco,  koszula  lepiła  się  do

pleców.  Przydałby  się  prysznic,  a  potem  kąpiel  w  głębokim,
chłodnym  basenie.  Ale  zbiornik  na  wodę  był  pusty,  a  do
basenu  daleko.  Pozostawał  górski  strumień,  ale  musiałaby
uzyskać zgodę Hassana. A Hassana tutaj nie było.

Gdy wrócili do obozu, dopilnował, by bezpiecznie zsiadła

z  konia  i  weszła  do  namiotu,  sam  zaś  odjechał.  Zapewne  do
swojego  centrum  informacyjnego,  by  zorientować  się,  jak
rozwija się jego plan, pomyślała ze złością, obserwując go, jak
znika za rzędem palm, eskortowany przez dwóch jeźdźców.

Mógł ją ze sobą zabrać. Zabolało ją, że tego nie zrobił. A

już  myślała,  że  zaczynał  ją  akceptować  jako  partnerkę  w
spisku. Jakże była naiwna!

W porządku. Ona miała swój własny środek komunikacji i

za chwilę się nim posłuży. Umyła ręce i twarz w misce. Potem
nalała  sobie  szklankę  mrożonej  herbaty  z  termosu.  Najpierw
zadzwoni do matki, potem dopiero sprawdzi pocztę głosową.

Gordon bez wątpienia zostawił dla niej wiadomość. Może

nawet  kilka.  Nikt  inny  o  tym  nie  pomyśli. Nikt  nie  znał
numeru tego telefonu.

Przez  chwilę  stała  w  szeroko  otwartym  wejściu  do

namiotu  i  popijając  herbatę,  patrzyła  na  oazę.  Jak  tu  było
spokojnie.  W  upalnej  ciszy  nawet  psy  nie  traciły  energii  na
bezużyteczne szczekanie.

Nie stój, kiedy możesz usiąść, nie siedź, kiedy możesz się

położyć...  W  narkotycznej  ciszy  południa  to  powiedzenie
nabierało  sensu.  Skusiła  się  i  wyciągnęła  na  ustawionej  w
cieniu przy wejściu leżance. Pies Hassana wygodnie ułożył się
u jej stóp.

Obserwując  bezkres  pustyni,  miała  wrażenie,  że  czas

stanął  w  miejscu.  Trudno  było  oderwać  wzrok  od  pustego

background image

horyzontu.  Chciała  tu  zostać,  jeździć  konno,  toczyć  leniwe
pogawędki. ..

Kochać się.
Tutaj,  przy  strumieniu,  pomyślała.  Ukryci  przed  światem

w gąszczu oleandrów. Pod palmami i granatami rozłożyłby dla
niej jedwabny dywan i położył miękkie poduszki.

Kochać  się...  Te  słowa  wpadły  jej  do  głowy  i  nie  chciały

ulecieć.

Kochać się.
Minęło sześć długich lat, od czasu gdy znalazła Michaela

martwego na padoku. Lekarz powiedział jej później, że śmierć
nastąpiła błyskawicznie. Jego serce było jak bomba, gotowe w
każdej  chwili  wybuchnąć.  Nawet  gdyby  była  wówczas  przy
nim, nie mogłaby go uratować.

Jego dzieci z poprzedniego małżeństwa obwiniały ją za to,

co  się  stało.  Ale  to  było  nic  w  porównaniu  z  tym,  jak  ona
obwiniała samą siebie. Lekarz jednak miał rację. Michael dał
jej  wszystko,  czego  potrzebowała.  Był  taki  delikatny.  Taki
kochany.  Uczyniła  go  szczęśliwym.  Nie  powinna  mieć
żadnych wyrzutów sumienia.

Dziś  Hassan  przypomniał  jej,  że  życie  toczy  się dalej.

Przypomniał,  że  była  nadal  młodą  kobietą,  a  w  jej  żyłach
pulsowała  krew.  Przysięgła  sobie,  że  następnym  razem,  gdy
Hassan  straci  nad  sobą  panowanie,  tak  łatwo  jej  się  nie
wywinie.

Odstawiając szklankę, uśmiechnęła się do siebie.
Hassan  przerwał  połączenie,  rzucił  telefon  mężczyźnie

trzymającemu  konia  za  uzdę,  wskoczył  na  siodło  i  szybko
pogalopował  w  stronę  oazy,  mając  nadzieję,  że  wysiłek
fizyczny osłabi jego pożądanie.

Spotykał  już  kobiety,  które  potrafiły  owinąć  sobie

mężczyznę  dookoła  palca.  Kobiety,  których  jedno  spojrzenie

background image

ścinało w żyłach krew. Ale nigdy nie spotkał takiej kobiety jak
Rose.

Tamte  dziewczyny  kokietowały  go,  uśmiechały  się,

flirtowały  z  nim;  ale  widziały  tylko  zawartość  jego  kieszeni.
Nie przywiązywał do tych kontaktów żadnej wagi

Dziś nie mógł znieść nawet tego, że jego osobisty doradca

wypowiadał  imię  Rose  z  niezwykłym  szacunkiem.  Był
wściekle  o  nią  zazdrosny.  Chciał  ją  trzymać  w  ukrycia,
wyłącznie dla siebie, niczym sułtan sprzed wieków.

Rose  miała  rację.  To  był  bardzo  prymitywny  sposób

traktowania  kobiety.  I  to  niezależnej  Rose  Fenton,  córki
znanej feministki.

Pochodzili  z  różnych  światów;  dzieliła  ich  przepaść.  Ani

jego bogactwo, ani władza nie mogły tej różnicy zniwelować.

Był zły. Niespokojny. Tak bardzo jej pragnął. W dodatku

ona  o  tym  wiedziała.  Ona  pragnęła  go  również.  Wyczytał  to
na  dnie  brązowych  oczu  Rose.  Ale  byłby  to  związek  na  jej
warunkach. Za tydzień łub dwa wyjedzie, by wrócić do swego
życia. Zapomni o nim.

Gdy  zdał  sobie  sprawę,  że  dłonie  ma  zaciśnięte  w  pięści

tak  mocno,  aż  pobielały  mu  nadgarstki,  odetchnął  głęboko,
rozprostował  palce  i  zmusił  się  do  myślenia  o  czymkolwiek
innym.  Miał  dość  problemów,  które  wymagały  teraz  pełnej
koncentracji.

Łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Chciał usunąć Rose sprzed

oczu Abdullaha, wywołać szum medialny, a potem na oczach
całego świata sprowadzić Fajsala do domu i zaprezentować go
ludowi.

Ale zamiast tego Rose Fenton zawładnęła jego zmysłami i

uniemożliwiła skoncentrowanie się na wyznaczonym celu.

Dotknął  jej  i  nie  mógł  teraz  zmyć  z  siebie  zapachu  jej

skóry. Zduszony głos Rose przez cały czas odbijał się echem
w jego głowie. W głębi duszy wiedział, że przez resztę życia

background image

za  każdym  razem  gdy  przymknie  powieki,  ona  będzie  przy
nim - rozzłoszczona albo roześmiana. Wiedział, że właśnie tę
kobietę chciałby zatrzymać na zawsze.

Wychowano  go  w  przeświadczeniu,  że  aranżowane

małżeństwa,  gdy  obie  strony  akceptują  przedłożone  warunki,
mają  szansę  na  sukces.  Nadim  była  szczęśliwa.  Leila,  jego
młodsza  siostra,  również.  Mimo  że  wiedział  o  tym  i  zgadzał
się  z  tą  praktyką,  nadal  przeciwstawiał  się  wszelkim  próbom
nakłonienia  go  do  ożenku.  To  nie  oznaczało,  oczywiście,  że
wierzył w miłość od pierwszego wejrzenia...

Dziś  przyszłość  bez  Rose  wydawała  mu  się  wręcz

przerażająca. To było szalone. Niewiarygodne. Śmieszne.

Otworzył oczy i pozwolił, by fantastyczne wizje pierzchły.

Będzie  musiał  ją  puścić,  zostawić.  Ona  pochodziła  z  innego
świata,  on  zaś  przynależał  do  tej  ziemi.  Może  Nadim  miała
rację.  Nadszedł  czas,  by  wziął  sobie  żonę,  spłodził  synów,
odnalazł  swoje  miejsce.  Fajsalowi  będzie  potrzebny  zaufany
doradca.

Na razie musi trzymać się z dala od Rose Fenton - kobiety,

którą  mógłby  mieć,  ale  której  nigdy  nie  udałoby  mu  się
zatrzymać.  Może  powinien  zabrać  psy  i  wyruszyć  na
polowanie?

Co  za  okropny  pomysł!  Pomysł  nie  do  zrealizowania.

Życie  nie  było  takie  proste.  Przywiózł  ją  tutaj  i  nie  mógł
zostawić bez opieki.

Rozpościerał  się  przed  nim  obóz,  skupiony  wokół  oazy.

Jego własny ogromny namiot stał nieco na uboczu. Ominął go
i  jadąc  stępa,  skierował  się w  stronę  strumienia.  Miał  ochotę
rzucić  się  do  zimnej  wody,  by  ochłodzić  rozpaloną  skórę  i
umysł.

Z  zamyślenia  wyrwał  go  jakiś  krzyk.  Odwrócił  głowę  i

zobaczył  jednego  ze  swoich  ludzi  biegnącego  w  jego
kierunku.

background image

Rose  westchnęła  i  zerknęła  na  zegarek.  Bujała  w

obłokach.  Wędrowała  myślami  po  dziwnych  krainach,  tracąc
cenny  czas.  Co  się,  u  diabła,  z  nią  działo?  Podniosła  się
szybko z leżanki i prostując kości, jęknęła. Jazda konna po tak
długiej przerwie dała jej się we znaki.

Krzywiąc  się  z bólu,  sięgnęła  po pudełko  z  chusteczkami

higienicznymi. Nagle zmarszczyła brwi.

Wczoraj  wieczorem  zostawiła  tu  bałagan,  a  dziś  było

wszystko  posprzątane,  odkurzone,  wypolerowane,  starannie
poukładane.  Rozejrzała  się  podejrzliwie.  Ktoś  tu  był...  Ktoś
złożył jej nocną koszulę, posłał łóżko.

W  przypływie  paniki  chwyciła  pudełko,  ale  nim  zdążyła

włożyć rękę do środka, zrozumiała, że się spóźniła.

- Czego szukasz?

Odwróciła  się  nerwowo.  Hassan  wszedł  do  środka.  W

dłoni trzymał mały telefon komórkowy.

Nie  przychodziło  jej  do  głowy  żadne  wytłumaczenie.  On

znał odpowiedź.

Uniosła lekko ramiona i powiedziała:

- A  niech  to  diabli! - A  ponieważ  ta  odpowiedź  go  nie

zadowoliła,  dodała: - Nie  podejrzewałam,  że  zatrudniasz  tu
sprzątaczkę.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY
Hassan  uśmiechnął  się  jednym  z  tych  krzywych,

sarkastycznych uśmiechów, w których celował. Może nie był
w nastroju do żartów. Któż mógłby go winić?

- Do  kogo  dzwoniłaś,  Rose? - spytał  cicho  z  godnym

podziwu opanowaniem. - I co powiedziałaś?

To było proste pytanie. Ale nie wiedziała, czy uwierzy w

jej odpowiedź.

- Do nikogo. I nic.
- Spodziewasz się, że ci uwierzę?
- Tylko  próbowałam - zapewniła. - Ale  wczoraj

wieczorem  nie  mogłam  dodzwonić  się  do  matki.  To  zresztą
nic dziwnego. Pewnie nadal jest zajęte. Nie chciałam, by Tima
znalazł  się  w  sytuacji,  gdy  będzie  musiał  ukrywać  prawdę.
Gdybym  go  o  to  poprosiła,  zrobiłby  co  w  jego  mocy,  ale  on
nie potrafi oszukać nawet dziecka.

- Dlaczego musiałby ukrywać prawdę?
- Nie  mogłabym  powiedzieć  mu,  gdzie  jestem,  tylko  kto

mnie porwał, a to nie wydawało się dobrym pomysłem.

Spojrzał na nią dziwnie, jakby nadał nie rozumiał.

- A twoja agencja? Na pewno do nich zadzwoniłaś?
- Powinnam... - Skrzywiła się. - Gordon będzie wściekły.

Ale  im  także  musiałabym  powiedzieć,  że  to  ty  mnie
porwałeś...

- Chcesz mi wmówić, że tego byś nie zrobiła? Dlaczego?
- Zamierzałam  najpierw  dowiedzieć  się,  dlaczego  mnie

porwałeś.

- W  porządku - mruknął  z  powątpiewaniem.  Pomyślała,

że  może  mu  udowodnić  swoją  prawdomówność.  Wyciągnęła
rękę.

- Podaj mi telefon.
- Żartujesz?

background image

- Daj  mi  telefon,  a  udowodnię  ci,  że  nigdzie  nie

dzwoniłam. Wzruszając ramionami, spełnił jej prośbę.

Rose  nacisnęła  przycisk  poczty  głosowej.  Były  tam  trzy

wiadomości  od  Gordona.  Ostatnią,  w  której  podawał  jej
numer,  pod  który  można  dzwonić  przez  całą  dobę,  nagrał
przed  godziną.  Siedziała  wówczas  spokojnie,  oddając  się
marzeniom i popijając mrożoną herbatę, nie wiedząc nawet, że
zabrano jej telefon. Podała komórkę Hassanowi, by wysłuchał
pozostałych wiadomości.

- To wyjaśnia sprawę, nie sądzisz?

Hassan  nic  nie  powiedział,  tylko  gwałtownym  ruchem

wyłączył telefon, schował go do kieszeni, cały czas wpatrując
się  w  Rose  i  zastanawiając  się,  jakie  ma  zamiary.  Chyba  nie
sądziła,  że  należał  do  mężczyzn,  którzy  błagaliby  kobietę  o
przebaczenie. Prawdopodobnie w ogóle nie przyszło mu to do
głowy.

- W  porządku - odezwała  się. - Zrzekam  się  przeprosin,

ale chcę, by moja agencja miała wyłączność na tę historię. A
już  moja  w  tym  głowa,  by  media  przekazały  relację  w
odpowiednim momencie...

To była rozsądna propozycja i powinien dziękować jej na

kolanach. Ale mina Hassana nie wróżyła nic dobrego.

- Wiesz, kim jesteś? - powiedział spokojnie, ignorując jej

propozycję.

Myślała,  że  wie,  ale  skoro  nie  mógł  się  powstrzymać,  by

jej o tym powiedzieć, postanowiła milczeć.

- Jesteś idiotką!

Powinien jeszcze dodać, że „kompletną i całkowitą", ale ta

zwięzłość pewnie była zamierzona.

- Nie  mogę  uwierzyć,  że  jesteś  taka  głupia - ciągnął. -

Taka nieodpowiedzialna. Taka...

- Tępa? - zaproponowała.

To była niepotrzebna prowokacja.

background image

- Miałaś możliwość się stąd wydostać! - wybuchnął. - Ale

wolałaś,  jak  niektóre  bohaterki  naiwnych  powieści  dla
pensjonarek, zdobyć materiał na reportaż! O to chodziło?

- Hassan...
- Rose  Fenton,  niezawodny  reporter!  Nigdy  nie  przegapi

sensacji. - Nim  zdążyła  mu  przerwać,  dodał: - Nie  znasz
mnie... Nie mogłaś wiedzieć, co zamierzałem z tobą zrobić.

Już  otwierała  usta,  by  zapewnić  go,  że  nie  wygląda  na

handlarza niewolnikami, ale jego uniesione brwi ostrzegły ją,
że  lepiej  się  nie  odzywać.  A  zresztą,  któż  wiedział,  jak
wygląda handlarz niewolnikami?

Oczywiście, mogła się przyznać, że zebrała na jego temat

wiadomości  i  od  dawna  pociągał  ją  pomysł  napisania
wzruszającego artykułu o wydziedziczonym księciu. Mogłaby
nawet  zasugerować,  że  porywając  ją,  ułatwił  jej  zadanie.  A
nawet to, że w chwili, gdy wszedł na pokład samolotu do Ras
al Hajar i wymienili przelotne spojrzenia, przypomniała sobie,
że jest nie tylko dziennikarką, ale również młodą kobietą.

- O czym, do diabła, myślałaś, Rose?

W  końcu  powiedział,  co  miał  do  powiedzenia  i  teraz

czekał niecierpliwie na jej wyjaśnienia.

Ale  nie  było  łatwo  wyjaśnić,  dlaczego  kierowała  się

instynktem,  nie  zaś  rozumem.  Zwłaszcza  że  nie  zamierzała
odkryć  przed  nim  swoich  tajemnic,  przynajmniej  nie  teraz,
gdy był na nią zły.

- Wiesz,  nie  jestem  już  pewna,  czy  naprawdę  mam  do

czynienia  z  dżentelmenem... - powiedziała. - Wczoraj
wieczorem  byłeś... - Lepiej  nie  wspominać  o  wczorajszym
wieczorze,  zganiła  się  w  duchu. - A  jeśli  chodzi  o  karierę
zawodową... - Wzruszyła ramionami. - Kto wie? Na razie nie
obiecałeś mi wyłączności. Może będę musiała poszukać nowej
pracy.

background image

Hassan zacisnął zęby, a potem nagle chwycił ją w ramiona

i  podniósł  do  góry  tak  wysoko,  że  jej  twarz  znalazła  się  w
niewielkiej  odległości  od  jego  twarzy.  Dopiero  wtedy  Rose
doszła do wniosku, że posunęła się jednak za daleko.

- W  porządku - powiedziała  szybko. - Jestem  głupia.

Bardzo  głupia.  Wprost  słynę  ze  swojej  głupoty. - A  potem
dodała  wolno  i  ostrożnie: - Jeśli  postawisz  mnie  na  ziemi  i
oddasz  telefon  komórkowy,  zadzwonię  po  taksówkę  i
zostawię cię w spokoju.

Nie  wypuścił  jej  z  ramion.  Rose  czuła,  jak  ogrania  ją

bijący  od  niego  żar,  jak  przenika  przez  jej  ubranie  i  trafia
prosto  do  serca.  Zrobiło  jej  się  słabo,  brakło  jej  tchu;
rozchyliła usta. Chciała, by ją pocałował, przytulił. Chciała się
z  nim  kochać.  Gdyby  tylko  mogła  go  dotknąć,  pogłaskać  po
twarzy, sięgnąć po jego dłoń... Ale ręce miała przyciśnięte do
boków.  Po  chwili  Hassan  ostrożnie  postawił  ją  na  ziemi,
zaczekał,  aż złapie  równowagę  i  cofnął  ręce. Dopiero  wtedy
odsunął się o krok.

- Taksówka? - Głos mu drżał.

Myliła  się,  podejrzewając,  że  nie  był  dżentelmenem.  Raz

pobłądził,  ale  drugi  raz  już  tego nie zrobi.  Chyba  żeby  został
sprowokowany... Być może zobaczył taki zamiar w jej oczach,
ponieważ cofnął się o następny krok.

- To  nie  jest  Chelsea,  Rose - powiedział. - Tu  nie  ma

taksówek.

- Och, tak - odparła zmieszana. A więc trzeba było czegoś

więcej  niż  słów,  by  doprowadzić  go  do  ostateczności.  Nie
pozwoli się teraz dotknąć. Nie dopuści do ponownej bliskości.
.. - Tylko tak sobie pomyślałam.

Gdy  Hassan  wycofał  się  z  części  stanowiącej  sypialnię,

powietrze  drgało  jeszcze  od  niewypowiedzianych  słów,
nieujawnionych pragnień.

background image

- To  oznacza, że  tu  zostaję - powiedziała  do  siebie,

siadając na łóżku. Straciła telefon, ale to nic. Nie chodziło już
tylko  o  reportaż.  Zresztą,  tak  czy  owak,  będzie  miała
wspaniały materiał.

Poza tym była na wakacjach...
Co  on  powiedział,  gdy  ją  uwięził?  Trochę  przyjemności,

trochę  romansu...  Tak,  teraz  potrzebowała  owego  małego
romansu...

Szkoda, że  akurat  teraz,  być  może  pierwszy  raz  w  życiu,

książę - playboy postanowił zachowywać się przyzwoicie.

Hassan  czuł  się  za  nią  odpowiedzialny  i  tylko  od  niej

zależało, czy dotrzyma tej obietnicy.

Leżała oparta o poduszki i uśmiechała się do siebie.

- Nie możesz tak sobie pocałować mnie, a potem uciec -

wyszeptała, zakłócając martwą ciszę południa. - Nie pozwolę
ci na to!

Hassan  musiał  się  ochłodzić.  Z  beczki  z  wodą

przeznaczoną  dla  koni  nabrał  pełne  wiadro  i  wylał  sobie  na
głowę.

Rose Fenton budziła niepokój samą swoją obecnością. Nie

potrafiła siedzieć cicho i czekać na rozwój wydarzeń. Liczyła
na  fascynujący  reportaż.  Ale  jednocześnie  zamierzała  zmusić
swego  porywacza,  by  zapłacił  za  impertynencję.  Zamierzała
go ukarać.

Żałował,  że  kiedykolwiek  o  niej  usłyszał.  Żałował,  że

przyjechała  do  Ras  al  Hajar.  Żałował,  żałował  i  raz  jeszcze
żałował.

Nagle  uświadomił  sobie,  że  istnieje  przynajmniej  jedna

osoba,  która  może  wybawić  go  z  kłopotu.  Nadim.  Powinien
przyjąć  jej  propozycję  i  ukryć  Rose  w  domu  przyrodniej
siostry.  U  Nadim  mogłaby  trzepotać  swoimi  długimi  rzęsami
aż do końca świata...

Wyjął z kieszeni telefon i wybrał numer.

background image

- Co  się  stało? - Nadim  nie  była  zadowolona,  że  Hassan

odrywa ją od pracy w klinice. - Jestem teraz zajęta.

- Wiem, przepraszam, ale chciałem tylko... - Zająknął się.

Do diabła, nie przechodziło mu to przez gardło!

- Co  się  stało? - dopytywała  się  Nadim. - Czyżbyś  miał

kłopoty z utrzymaniem w ryzach swojego pięknego więźnia?

W  jej  cichym śmiechu  dał  się  słyszeć  cień  współczucia,

który wytracił go na moment z równowagi. Ale mimo że Rose
Fenton  rozpalała  go  do  białości,  nie  chciał  przyznać  się  do
tego przed młodszą siostrą.

- Chodzi  mi  tylko  o  to... że  doszedłem  do  wniosku...  że

masz rację.

- Rację w jakiej sprawie? Zawahał się na ułamek sekundy.
- Chodzi mi o małżeństwo... Sądzę, że nadszedł czas, bym

się ożenił.

- Hassan! - Nawet  nie  starała  się  ukryć  radości,  jaką

sprawiła jej ta nowina.

- Powinienem  tu  zostać,  gdy  Fajsal  w  końcu  wróci.

Będzie mu potrzebny ktoś, na kim mógłby polegać.

- A  tobie  potrzebny  będzie  ktoś,  do  kogo  mógłbyś  się

przytulić  w  tym  pustym,  zimnym  forcie,  który  nazywasz
swoim domem.

Ten pomysł napełnił go chłodem o wiele dotkliwszym, niż

odczuwał  w  kamiennych  ścianach  swojej  fortecy,  ale  podjął
już decyzję.

- Załatw to - powiedział.
- Masz  kogoś  konkretnego  na  myśli?  Czyżby  panna

Fenton zażądała, byś wypełnił wobec niej swe zobowiązania?

- Bądźże rozsądna, Nadim!
- Jestem bardzo rozsądna, dobrze wiesz. Naprawdę masz

wobec niej  zobowiązania.  Nie  mogę  rozpocząć  swatów,  póki
nie załatwisz tej sprawy.

background image

- Załatwię.  Obiecuję.  A  ty  znajdź  mi  jakąś  spokojną

dziewczynę, niezbyt  gadatliwą.  Dziewczynę,  która  byłaby
odpowiednią matką dla moich snów - dodał szybko, obawiając
się,  czy  przypadkiem  się  nie  zdradził. - Jestem  pewien,  że
masz pod ręką listę kandydatek.

- Może  uda  mi  się  znaleźć  kogoś,  kto  ci  się  spodoba -

powiedziała Nadim łagodniejszym tonem.

- Namawiałaś  mnie  od  tak  dawna,  więc  nie  każ  mi  teraz

czekać. - Wyłączył  telefon.  Musiał  się  kiedyś  ożenić.  A  jeśli
nie mógł mieć kobiety, której pragnął, będzie musiał nauczyć
się kochać swoją żonę.

Nie  miał  teraz  ochoty  roztrząsać  tej  kwestii.  Wystukał  na

klawiaturze numer telefonu matki Rose, pani Fenton.

Rose zmyła z siebie kurz, po czym poszperała w kufrze w

poszukiwaniu  czegoś  luźnego  i  chłodnego,  co  mogłaby
założyć  w  upalne  popołudnie.  Zza  kotary  przez  cały  czas
dobiegały jakieś dźwięki i szmery. Ludzie Hassana nakrywali
stół do lunchu. Ale Hassan nie wracał.

W  końcu  udrapowała  szal  wokół  głowy  i  odchyliła

zasłonę.  Stół  został  nakryty  dla  jednej  osoby.  Na  półmiskach
leżało  mięso,  świeży  chleb,  pomidory  pokrojone  w  grube
plastry.

- Dziękuję - powiedziała do krzątającego się wokół stołu

mężczyzny. - Wygląda  znakomicie.  Ale  nie  będę  jadła  tutaj.
Chcę  zjeść  przy  strumieniu. - I  nie  czekając  na  jego
odpowiedź,  wyszła  z  namiotu.  Służący  wybiegł  za  nią,  ale
udawała,  że  go  nie  słyszy,  koncentrując  się  na  utrzymaniu
równowagi na skalistej ścieżce.

- Sitti... Pani... - mówił  mężczyzna  błagalnym  tonem. -

Jedzenie  jest  tutaj. - Jutro...  jutro  wyniosę  dla  pani  jedzenie
nad strumień.

Zatrzymała  się  i  odwróciła  głowę.  Twarz  mężczyzny

pojaśniała. Potem znów popatrzyła na strumień.

background image

- Tutaj - powiedziała,  wskazując  miejsce,  które  wybrała

na  piknik.  I  szła  dalej.  Gdy  za  plecami  usłyszała
skonsternowane  szepty,  uśmiechnęła  się  z  satysfakcją.  Nie
mogli  jej powstrzymać.  Nie  mogli  zostawić  jej  samej.  Mogła
zrobić sobie krzywdę. Mogła spróbować uciec.

Ale nikt jej nie powstrzyma. Tylko Hassan mógł to zrobić.
Usiadła  na  płaskim  kamieniu,  nad  jednym  ze  strumieni,

które nawadniały oazę, zdjęła z nóg sandały i zamoczyła stopy
w cudownie chłodnej wodzie.

Odchyliła się do tyłu, oparła na łokciach i wystawiła twarz

na słaby wietrzyk wiejący od gór. Miała ochotę się wykąpać.

Jakiś  mężczyzna  uzbrojony  w  pistolet  pojawił  się  nad

strumieniem  w  niedalekiej  odległości.  Rose  zastanawiała  się,
po  co  mu  broń.  Może  tu  są  węże?  Może  miał  nadzieję,  że
jakaś gazela pojawi się przy wodopoju?

Po  chwili  w  zasięgu  jej  wzroku  pojawiło  się  kolejnych

dwóch  mężczyzn,  którzy  szli  w  stronę  zacienionego  miejsca
nad  brzegiem  strumienia.  Nieśli  duży  dywan,  który  rozłożyli
na  ziemi.  Odwracali  od  niej  wzrok,  więc  udawała,  że  ich  nie
widzi.  Miała  niejasne  wrażenie,  że  zainteresowanie  z  jej
strony wprawiłoby ich w zażenowanie.

Pluskała nogami w wodzie. Czuła się trochę dziwnie, gdy

zakładała  długą  do  ziemi  jedwabną  szatę,  ale  gdy  teraz
siedziała  nad  strumieniem,  a  lekki  jak  piórko  jedwab  głaskał
jej nogi, czuła się jak prawdziwa księżniczka z bajki.

Po  chwili  mężczyźni  przynieśli  poduszki  oraz  jedzenie

zapakowane w kartony. Serce Rose zaczęło bić szybciej. Czy
Hassan  przyjdzie?  A  może  wyjechał  z  obozu  na  pustynię,  by
być z dala od niej, z dala od pokusy?

Może otrzymał wiadomości od Fajsala...?
Promienie  słońca  drgały  na  jasnoniebieskim  jedwabiu  jej

sukni,  rozświetlały  włosy  przez  cienki  jak  mgiełka  szal,

background image

którym  owinęła  głowę.  Hassan,  gdy  tak  obserwował  ją  z
pewnej odległości, próbował zdusić płonące w nim pożądanie.

Ale to było niemożliwe.
Poruszając  stopami  w  wodzie,  wyglądała  jak  egzotyczna

księżniczka.

Nigdy by się nie nudził, gdyby zechciała z nim zostać.
Odsunął od siebie nierealne marzenia. Ile czasu musiałoby

minąć,  nim  zapragnęłaby  czegoś  więcej,  nim  zatęskniłaby  za
życiem, które znała, za wolnością?

Przeżyliby  kilka  szczęśliwych  tygodni,  to  wszystko.  Nie

zdołałby  jej  zatrzymać.  Ale  również  nie  potrafiłby  jej
wypuścić. Znaleźliby się w pułapce.

Gdy  Rose  zobaczyła  jakiś  cień,  podniosła  wzrok.  Hassan

zwolnił  strażnika  i  nadal  trzymając  pistolet  w  dłoni,  czekał.
Wyraz  jego  twarzy  był  odległy,  jakby  przybył  tu  z  innej
galaktyki.

Rose odwróciła wzrok, celowo nie zwracając najmniejszej

uwagi na jego obecność.

- Czy tego właśnie chciałaś? - spytał.

Nie  całkiem.  Ale  to  był  dobry  początek.  Wyciągnęła  do

niego  rękę.  Nie mógł  zrobić  nic  innego,  jak  ująć  jej  dłoń  i
pomóc wstać. Gdy podniosła się, zaraz ją puścił.

- Jesteś mokry - powiedziała.
- Było mi bardzo gorąco.
- Gorąco - powtórzyła  automatycznie,  jakby  nie  była

pewna znaczenia tego słowa.

- Byłem  zakurzony - dodał. - A  ponieważ  teraz  ty

korzystasz z mojej łazienki, wybrałem kubeł.

- Zmoczyłeś się w ubraniu? Myślałam, że taka skromność

pozostaje  domeną  tutejszych  kobiet. - Do  licha!  Trudno  było
podrywać  księcia.  Naprawdę  powinna  się  skoncentrować.
Wzięła  do  ręki  sandały  i  szorując  mokrym  skrajem  sukni  po
piasku,  poszła  w  kierunku  rozłożonego  dywanu.  Usiadła

background image

nieśmiało wśród poduszek, podwijając pod siebie bose stopy.
Czuła się nieznośnie teatralnie.

Na  razie  wszystko  szło  dobrze.  Był  piknik.  Był  Hassan.

Co  prawda  Hassan  usiadł  na  pobliskim  kamieniu  i  sprawiał
wrażenie  znudzonego  grą,  którą  prowadziła.  Przyglądał  się
odległym górom, czekając, aż zje lunch.

Otworzyła jeden z koszyków z wiktuałami i oglądała jego

zawartość.

- Po co ci broń? - spytała od niechcenia.
- Na leopardy, pantery.

Słyszała,  że  w  tutejszych  górach  żyją  dzikie  koty,  ale

wątpiła, by zbliżały się do ludzi.

- Zabijasz je?
- Jeśli  atakują  inne  zwierzęta. - Podniósł  wzrok. - Od

czasu  do  czasu  to  się  zdarza - wyjaśnił,  wyczuwając  jej
wątpliwości. - A jeśli przyjdzie mi wybierać pomiędzy tobą a
dziką  bestią,  będę  musiał  zabić,  pomimo  że  chętnie
zostawiłbym cię na pastwę losu.

Wyraziła miną swoją dezaprobatę.

- Być może strzał ostrzegawczy by wystarczył - przyznał

w końcu.

- Chodzi  mi  o  twoją  gościnność,  nie  o  stosunek  do

ochrony przyrody.

- Nie smakuje ci jedzenie? - spytał, udając, że nie rozumie

aluzji.

- Jedzenie jest pyszne, ale to dla mnie o wiele za dużo.
- Kucharz pewnie chce dać ci do zrozumienia, że jesteś za

chuda.

- Nie sądziłam, że wolno mu to robić.
- Masz sposoby, by przykuć uwagę.

Z  pewnością  nie  twoją,  pomyślała  z  żalem.  Hassan  nadal

patrzył gdzieś ponad jej głową. Położyła się na plecach i przez

background image

gałęzie  rosnących  wokół  granatów  podziwiała  nieskazitelny
błękit nieba.

- Miałeś wiadomości od Fajsala? - spytała w zadumie.
- Jeszcze nie.
- Może jest już w drodze?
- Niestety, Partridge nadal go poszukuje.
- A  jeśli  go  znajdzie?  Co  wtedy?  Zwołacie  konferencję

prasową?

- Myślałem,  że  ty  zechcesz  przedstawić  światu  nowego

emira.

- To byłaby wiadomość dnia.
- Nie  wątpię.  Pojawienie  się  zaginionej  dziennikarki  z

młodym księciem znalazłoby się na pierwszych stronach.

- Prawdopodobnie... - Popadła  znów  w  zadumę.  Czyżby

to  ją  nie  cieszyło?  Czyżby  naprawdę  myślała  teraz  tylko  o
Hassanie? - Tam  na  górze  siedzi  ptaszek - odezwała  się. -
Nigdy takiego nie widziałam. Co to za gatunek?

- Opisz go.
- Czy  będąc  dzieckiem  czytałeś  o  błękitnym  ptaku,

zwiastunie  szczęścia? - spytała  przyciszonym  głosem,  by  nie
spłoszyć  ptaszka.  Jeśli  miała  nadzieję,  że  wyciągnie  go  na
intymne zwierzenia, to gorzko się rozczarowała.

- To europejska bajka - rzekł trochę lekceważąco.

Był  zdecydowany  zachować  pomiędzy  nimi  dystans.  A

jeśli  będzie  trzeba,  podkreślić  różnice  kultur.  Nadal
przyglądała się gałęziom.

- Myślałam,  że  twoja  szkocka  babka  czytała  ci  bajki.

Odwiedzałeś Szkocję?

Nastąpiła krótka pauza.

- Często - powiedział. - Ale  na  pewno  o  tym  wiesz,

nieprawdaż?

-

Błękitny  ptak  jest  alegorią  szczęścia,  którego

poszukujesz  całe  życie  po  to,  by  w  końcu  odkryć,  że  przez

background image

cały  czas  miałeś  je  w  zasięgu  ręki. - Nie  skomentował,  więc
szybko dodała: - On taki jest.

- Co?

Był  wyraźnie  rozkojarzony,  a  to  pozwalało  Rose  mieć

nadzieję...

- Ptak - wyjaśniła. - Ten  ptak  jest  jaskrawoniebieski. -

Gdy  to  powiedziała,  ptak  poderwał  się  z  gałęzi  i  odfrunął
niskim, kolistym lotem.

- Kraska  gwarliwa - objaśnił,  obserwując  odlot  ptaka. -

Zjedz lepiej lunch, Rose.

Zamknęła oczy. Kłopot Podwójny kłopot.

- Za gorąco dziś na jedzenie. Za to mam ogromną ochotę

na kąpiel.

- Kąpiel?

Czy  to  jej  wyobraźnia,  czy  naprawdę  usłyszała  nutę

niepokoju w jego głosie?

- Wymieniłeś  kąpiel  w  strumieniu  jako  jedną  z  atrakcji.

Powiedziałeś:  jazda  konna,  opalanie,  kąpiel. - Wyliczyła  na
palcach. - Jeździłam  konno,  opalałam  się,  teraz  pora
popływać. Potem  coś  zjem.  A  jeśli  sam  nie  jesteś  głodny,
możesz dla mnie zaśpiewać.

- To  niezbyt  szczęśliwy  pomysł.  Usłyszałabyś  krakanie

kruka.

- Pozwól, że ja to ocenię, zgoda?

Gdy  wstała,  prosta,  zwiewna  suknia  zalśniła  wokół  niej

jak  aureola.  Dekolt  był  skromnie  wycięty  w  łódkę,  a  cała
suknia  od  góry  do  dołu  zapinana  na  dziesiątki  maleńkich
jedwabnych  guzików.  Zaczęła  je  rozpinać - wolno,  po  kolei.
Jeden po drugim.

- Co ty wyprawiasz? - spytał ostro.

Wstał i zrobił krok w jej stronę. Mógł ją powstrzymać, ale

mógł  również  pozostać  na  swoim  miejscu  i  patrzeć,  jak  się
rozbiera  do  seksownej  bielizny,  a  potem  pływa.  Ale  to  był

background image

dziki  kraj  i  ktoś  musiał  jej  pilnować.  Do  licha,  już  jej  to
mówił...

Rozpięła kolejny guzik. Trzeci.

- Chcę zanurzyć się w strumieniu - mruknęła z rozkoszą.

Prawie mu współczuła.

- W  wodzie  mogą  być  węże - ostrzegł,  chwytając  się

ostatniej szansy.

- Jeśli  zostanę  ukąszona,  czy  umrę? - Rozpięła  piąty  i

szósty  guzik.  Słońce  zaczęło  palić  jej  skórę  na  biuście  w
miejscu,  gdzie  suknia  się  rozchyliła.  Nie  pomyślała  o  kremie
ochronnym, a teraz było za późno, by się tym martwić.

- To będzie bolesne - odparł po długiej chwili.

Mimo że  nie  miała  praktyki  w  wykonywaniu  striptizu,

sądząc po minie Hassana, dziś szło jej doskonale.

Chciał  odwrócić  wzrok. Ale  nie  mógł.  Tak  samo,  jak  nie

mógł jej okłamywać. Nawet po to, by się uratować.

Palce jej drżały przy rozpinaniu kolejnego guzika.
Był coraz bliżej. Poczuła na skórze znajome igiełki. Na jej

wardze  pojawiła  się  kropelka  potu.  Zlizała  ją  i  walczyła  z
niesforną  pętelką,  gdy  nagle  poczuła  rękę  Hassan  na  swoim
nadgarstku.

- Czego ty właściwie chcesz, Rose?

Chciała jego. Po prostu pragnęła jego. Ciałem i duszą.
Chciała  unieść  rękę  do  jego  twarzy,  położyć  na  jego

policzku,  oprzeć  głowę  o  klatkę  piersiową  i  usłyszeć  wolne,
miarowe bicie jego serca. Pragnęła go tak bardzo, że żar tego
pożądania wprost oblewał jej ciało. Pragnęła leżeć obok niego
na  poduszkach  w  cieniu  drzew  przez  całe  długie  popołudnie,
by mieli czas się poznawać.

Ten moment był do tego stworzony. Ale wyglądało na to,

że Hassan postanowił nie przyjąć daru losu.

Rose  nieco  zawstydzona  swoimi  myślami  i  pragnieniami

uśmiechnęła się do niego.

background image

- Po prostu chciałam zwrócić twoją uwagę, Hassan.
- Zwróciłaś  ją - zapewnił. - Gdy  zapniesz  guziki,  nadał

będziesz ją miała.

W  porządku.  Będzie  grzeczna,  nawet  jeśli  chwilowo  nie

mogła spełnić jego prośby, ponieważ ściskał jej nadgarstki.

- A gdy już to zrobisz, może powiesz mi, czego naprawdę

chcesz - dokończył.

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY
Hassan  potrafi  zadawać  trafne  pytania,  pomyślała  Rose  z

niezadowoleniem.  Natomiast  jej  własne  odpowiedzi  nie  były
logiczne.

- Wywiad - powiedziała,  rozpaczliwie  improwizując.

Skoro  nie  powiodło  jej  się  w  roli  uwodzicielki,  być  może
nadeszła  pora  na  zaprezentowanie  swojego  dziennikarskiego
warsztatu. - Za  kilka  dni  znajdziemy  się  na  pierwszych
stronach gazet, a skoro dla twojej wygody muszę tu pozostać,
moglibyśmy lepiej wykorzystać sytuację.

- My?  Doskonale  sama  sobie  radzisz. - Siwe  oczy

dotychczas utkwione w jej twarzy wolno powędrowały w dół,
zatrzymując  się  na  odsłoniętym  dekolcie. - Czy  zazwyczaj
rozbierasz się, by uzyskać wywiad?

Miała ochotę na jakąś ciętą ripostę, w stylu: „to zależy, z

kim  go  przeprowadzam" - jednak  opanowała  się  szybko.  Nie
chciała, by Hassan odniósł wrażenie, że naprawdę jest kobietą
pozbawioną zasad.

- Musiałam  w  jakiś  sposób  zwrócić  twoją  uwagę -

wyjąkała w końcu.

Mięsień drgał w kąciku jego ust.

- Zapewniam cię, że ci się udało.

Może  był  to  początek  uśmiechu.  Widziała  go  przez

moment,  ale  znikł,  nim  mogła  się  o  tym  przekonać.  Żeby
wyruszyć w podróż, trzeba zrobić pierwszy krok. Miała już go
za sobą. Teraz musiała to wykorzystać.

- Zabierajmy się do pracy - powiedziała ochoczo.
- Robiono  już  ze  mną  wywiady - ostrzegł  ją,  tym  razem

bez uśmiechu. Był spięty.

- Przedstawię cię w takim świetle, byś mógł zostać prawą

ręką  Fajsala,  gdy  on  wreszcie  zasiądzie  na  tronie.  Ludzie
zapomną o Hassanie - buntowniku i playboyu, zobaczą zaś w
tobie brata i przyjaciela prawowitego władcy.

background image

- A  więc  zamierzasz  zmienić  mój  wizerunek,  naprawić

nadwątloną reputację?

- Tak - odparła. - I  liczę  na  twoją  współpracę.  Zechcesz

współpracować?

- Wydaje  się,  że  nie  mam  wyboru. - Nastała  długa,

nieskończenie  długa  cisza,  jakby  Hassan  zamarł  na  skraju
przepaści.

Brylanty... Żółte brylanty pasowały do jej tygrysich oczu.

Chciałby rozebrać ją do naga, a potem ubrać jedynie w cenne
klejnoty,  przywiązać  do  siebie  sznurami  pereł  i  kochać  się  z
nią na łożu wymoszczonym płatkami róż...

Przez  chwilę  myślał,  że  zemdleje  z  powodu  palącego

pożądania.  Miał  wrażenie,  że  czekał  na  nią  przez  całe  życie.
Czy już zawsze tak będzie?

- Hassan?

Lekki niepokój i wahanie w jej głosie popchnęły go znów

na  skraj  szaleństwa.  Nadeszła  pora,  by  z  tym  skończyć,
skończyć z tymi głupimi marzeniami.

-

Przepraszam,  zastanawiałem  się  tylko...  Może

pomogłoby,  gdybyś  do  swego  artykułu  dołączyła  zdjęcia  z
mojego ślubu?

- Twojego ślubu? - Zaczęła  się  śmiać,  ale  Hassan  się  do

niej nie przyłączył.

Dokładnie wiedział, w którym momencie zorientowała się,

że  mówił  serio.  Zesztywniała,  zaczerwieniła  się,  a  ogromne
czarne  tęczówki  jej  oczu  w  czystym  jasnym  powietrzu
wydawały się obramowane złotymi aureolami. Jak mógł jej się
oprzeć? Miał ochotę krzyknąć, że ją kocha i chce, by została z
nim na zawsze.

Być  może  dostrzegła  rozterkę  na  jego  twarzy,  ponieważ

nagle się wzdrygnęła.

- Ślubu? - powtórzyła jak echo.

background image

- Nadim  ma  rację - rzekł  z  ostentacyjną  obojętnością,

która  raniła  jej  serce  boleśniej  niż  cierń. - Będę  musiał  tutaj
pozostać,  pomóc  Fajsalowi,  a  mężczyzna  powinien  mieć
synów.  Powiedziałem  Nadim,  by  poszukała  mi  odpowiedniej
żony.  Jakiejś  cichej,  spokojnej  dziewczyny - dodał.  Własny
głos dobiegał do niego z pewnej odległości, jakby mówił ktoś
obcy.

Nastąpiła  długa  chwila  nieznośnej  ciszy.  Potem  Rose

wyrwała  nadgarstek  z  jego  uścisku,  mocno  chwyciła  poły
sukienki i niezdarnie zaczęła zapinać guziki. Słońce lśniło na
jej skórze jak złoty pył, włosy płonęły czerwonym ogniem, ale
mimo  wszystko  wyglądała  dziwnie  chłodno.  Gdy  patrzył  na
nią, niezdolny do jakiegokolwiek gestu, zauważył, że drżała.

Jakże  pragnął  wziąć  ją  w  ramiona,  przytulić,  powiedzieć,

że bardzo jej pragnie. Powstrzymywał się przed tym ostatkiem
sił.

- Synów? - powtórzyła  z  lekką  pogardą. - A  co  będzie,

jeśli  urodzą  ci  się  córki? - zakpiła,  ale  prawdziwy  stan  jej
ducha  zdradziło  lekkie  drżenie  głosu. - Zamienisz  żonę  na
inny model?

- Nie zrobiłbym tego. Płeć potomstwa zależy przecież od

mężczyzny. - Jaki by to miało sens, jeśli tą drugą kobietą nie
byłaby Rose...

- Wiem  o  tym.  Nie  byłam  tylko  pewna,  czy  ty  również.

Prymitywni  mężczyźni  na  ogół  obwiniają  kobiety  za  brak
męskiego potomstwa.

Jej drwina była bezlitosna. Gdyby tylko mógł jej wyznać,

co  by  dał,  byle mieć  córki  podobne  do  niej.  Nosiłyby imiona
kwiatów, tak jak ich matka.

- Wszystko w rękach Allaha, Rose.
- Och,  rozumiem.  Teraz  rozumiem,  dlaczego  w  gruncie

rzeczy nie ma znaczenia, z kim się ożenisz.

Udawanie beztroski wiele go kosztowało.

background image

- Wcale nie powiedziałem, że to nie ma znaczenia. Więzy

rodzinne,  ziemia,  posag...  To  dla  nas  ważne  sprawy. - Wcale
nie  chciał,  by  uważała  go  za  nowoczesnego  człowieka,  za
mężczyznę dwudziestego pierwszego wieku, jakim w gruncie
rzeczy wcale się nie czuł.

- Zupełnie  jak  w  średniowieczu - skomentowała,  nie

kryjąc sarkazmu.

- Widzę, że Simon Partridge jest twoją pokrewną duszą -

powiedział. - Wciąż  powtarza,  że  moje  postępowanie
znalazłoby poklask w czternastym wieku.

- Dlaczego mimo wszystko dla ciebie pracuje?
- Zakończy  swoją  pracę,  gdy  tylko  sprowadzi  Fajsala  do

domu.  Bardzo  ostro  skrytykował  moje  postępowanie  wobec
ciebie.

- Masz  więc  rację,  Hassan.  Dobrze  byśmy  się  rozumieli

Chciał  ująć  jej  rękę  i  wyznać,  że  pragnąłby  bardzo,  by  było
inaczej.  Gestem  pokazał,  by  usiadła.  Na  tyle  jeszcze  było  go
stać.

Wahała się przez chwilę, ale wreszcie opadła na poduszki,

jakby kolana nagle odmówiły jej posłuszeństwa. Zapomniała o
ciągle  rozpiętych  guzikach.  Spod  rozchylonej  sukni  wyłaniał
się strzępek koronki.

Ten  widok  go  dręczył.  Może  zasługiwał  na  tę  udrękę.

Machinalnie zrobił kanapkę z jagnięciny i sałaty.

Rose przyjęła ją równie machinalnie. Być może nie miała

już  siły  na  kłótnię.  Trzymała  chleb  w  dłoni,  ale  nawet  nie
podjęła próby, by odgryźć pierwszy kęs.

Przygotował  taką  samą  kanapkę  dla  siebie.  Musiał  zająć

czymś ręce, by nie dokończyć tego, co rozpoczęła Rose.

- Opowiedz mi o swojej rodzinie. - Odłożyła chleb. - Czy

twoja matka kochała ojca?

- Rose...

background image

- Wiem, że  ona  nie  wybierała  sobie  męża...  Czy  go

kochała?

-

Niespodziewanie  podniosła  wzrok.  Hassan

natychmiast  odwrócił  głowę,  oderwał  kawałek chleba  i  rzucił
go patkom. - Czy go przynajmniej znała? - nalegała Rose.

- Nie.
- Wcale  nie?  Nigdy  ze  sobą  nawet  nie  rozmawiali?

Widział,  że  była  zaszokowana.  Zastanawiała  się,  co  czuje
kobieta  oddana  mężczyźnie  w  nagrodę.  On  zaś  zastanawiał
się,  jak  przytula  się  kobietę,  której  się  nie  zna,  którą  się
dostało w wyniku rodzinnych układów.

Co  pomyślała  jego  matka,  gdy  zobaczyła  narzeczonego?

Co  czuła?  Nigdy  przedtem  nie  rozważał  tej  kwestii  z
kobiecego punktu widzenia.

-

Matka  powiedziała  mi  kiedyś,  że  ojciec  był

najpiękniejszym mężczyzną, jakiego kiedykolwiek widziała. -
Miał takie same rude włosy jak Rose...

- Och, a więc go widziała przed ślubem.
- Oczywiście.  Przecież  mieszkał  w  pałacu.  Kobiety

zawsze wiedziały i widziały wszystko. Zapytaj Nadim.

- Nie omieszkam.
- To ci potrzebne do artykułu?

Artykułu?  Całkiem  zapomniała  o  artykule.  Napisze  go,

oczywiście.  Przecież  obiecała.  Ale  jej  pytanie  nie  miało  nic
wspólnego  z  artykułem  o  mężczyźnie,  który  powinien  zostać
emirem. Po prostu chciała wiedzieć o nim wszystko.

-

Zbieram  materiał

-

powiedziała  wymijająco.

-

Dziennikarze  lubią  szczegóły,  podobnie  jak  czytelnicy.  W
dodatku  fascynuje  ich  egzotyka,  inne  obyczaje,  inny  styl
życia.

- Nie  potrzebujesz  magnetofonu?  Albo  przynajmniej

notesu i długopisu?

- Zazwyczaj  mam  je  ze  sobą - odparowała. - Ale

zaskoczona  tak  pospiesznym  zaproszeniem,  zostawiłam  torbę

background image

w  samochodzie. - Wzruszyła  ramionami. - Nie  martw  się,
wyślę ci tekst  do  autoryzacji.  Nie  chciałabym  napisać  nic,  co
wprawiłoby ją w zakłopotanie.

- Kogo? - Zerknął na nią zdumiony.
- Twoją matkę.
- Może sama chciałabyś z nią porozmawiać? Nadim ci to

załatwi, jeśli tylko wyrazisz ochotę.

- Czy Nadim załatwia wszystkie wasze sprawy rodzinne?
-

Moja 

młodsza 

siostra, 

Leila, 

zajęta 

jest

wychowywaniem  dzieci.  Moja  matka  prowadzi  szeroko
zakrojoną  działalność  charytatywną,  a  poza  tym  bujne  życie
towarzyskie - Wzruszył  ramionami. - Nadim  zawsze  była
energiczna  i  wyemancypowana.  Zażądała,  by  wysłano  ją  do
szkoły  do  Anglii,  a  potem  wyjechała  do  USA  na  studia
medyczne.

- Ojciec ją puścił?
- To  matka...  nasza  matka  go  przekonała.  Była  z  moim

ojcem  w  Szkocji.  Poznała  życie  kobiet  w  Europie,  zupełnie
inne życie.

- Takie, jakie sama chciała wieść?

Na to pytanie nie potrafił odpowiedzieć.

- Będziesz  musiała  sama  ją  o  to  spytać.  Oczywiście

Nadim  ostrzegano,  że  nikt  się  z  nią  później  nie  ożeni,  jeśli
opuści dom rodzinny i sama wyruszy w świat

- Wątpię,  by  była  całkiem  sama - zauważyła  nieco

sarkastycznie Rose.

Hassan w końcu się uśmiechnął.

- To  prawda.  Miała  przy  sobie  cały  dwór.  Jej  mąż  jest

również  lekarzem  i  ma  bardziej  liberalne  poglądy  niż
większość naszych mężczyzn. Pozwała jej nawet pracować.

- Pozwala jej pracować? Naprawdę pozwala? - Usiłowała

wyobrazić  sobie  reakcję  matki  na  taki  popis  męskiego
szowinizmu. - Cóż za liberalizm! - zakpiła.

background image

- Nie  miał  wyboru.  Odmawiała  poślubienia  go,  póki  się

nie  zgodzi.  Nadim  prowadzi  klinikę  chorób  kobiecych. -
Uśmiechnął się trochę ponuro. - Ten szpital nie znalazł się na
liście  obiektów,  które  miałaś  obejrzeć  w  Ras  al  Hajar.
Potrzeby  zwykłych  kobiet  nie  znajdują  się  na  liście
priorytetów  Abdullaha. - Rzucił  resztki  kanapki  ptakom. -
Opowiedz mi o swoim mężu...

- O Michaelu? - Chciała jeszcze pytać o Nadim, o klinikę,

o jego osobiste priorytety. - Dlaczego pytasz?

Po  prostu  chciał  wiedzieć.  Nie  powinien  pytać,  ale  nie

mógł się powstrzymać.

- Tylko  zbieram  materiał - powtórzył  jej  własne  słowa.

Jego też interesowały szczegóły, świat inny od jego własnego,
życie  rodzinne,  w  którym  żona  była  partnerem,  a  nie
własnością swego męża. - Jeśli ty chcesz zadawać mi pytania,
ja  będę  je  zadawał  również.  To  chyba  uczciwe,  prawda? -
uznał  jej  milczenie  za  zgodę. - Wspomniałaś,  że  hodował
konie...

- To ja przeprowadzam wywiad, Hassan.
- Konie wyścigowe?

W końcu poddała się i skinęła głową.

- Tak,  konie  wyścigowe. - Ale  zaraz  potem  spytała: - A

więc kochała go? Twoja matka...

Naprawdę nie wiedział, co jego matka czuła do ojca. Była

jego żoną. To przecież wystarczyło.

- To  kultura  zachodnia  przywiązuje  tak  wielką  wagę  do

miłości - powiedział. - Zwłaszcza w dwudziestym wieku.

- Tak uważasz?
- To fakt.
- Nasza literatura zawsze opiewała kochanków... Abelard

i Heloiza, Tristan i Izolda, Lancelot i Ginevra...

background image

- Romeo  i  Julia - dodał. - Ale  szczęśliwe  zakończenia

miłosnych 

historii 

zdarzają 

się 

dopiero 

schyłku

dwudziestego wieku, nieprawdaż?

- Tego nie wiem.
- Co można wiedzieć o życiu innych ludzi? - Siedziała tak

blisko,  że  mógł  jej  dotknąć...  Była  całkiem  nieświadoma  że
miękkie zaokrąglenia jej piersi są w zasięgi jego ręki... Męczył
się  okropnie.  Powinien  się  odsunąć.  Ale  to  nie  było proste.
Będzie musiał skupić myśli na czymś innym... - Opowiedz mi
o swoim mężu - powtórzył.

- To  bardzo  ogólne  pytanie. - Chłodna,  dociekliwa

dziennikarka, która spodziewała się obnażyć jego duszę przed
wścibskim czytelnikiem, nagle sama poczuła się osaczona.

- Na  moje  ostatnie  pytanie  odpowiedziałaś  jednym

słowem. Teraz powinnaś bardziej się postarać, jeśli chcesz ze
mnie coś wydobyć.

Rose nalała sobie szklankę zimnej herbaty z termosu. Gdy

zerknęła  pytająco  na  Hassana,  skinął  głową,  więc  również
jemu  nalała  herbaty.  Odkładała  tę  chwilę.  Obracając  w
dłoniach  chłodną  szklankę,  a  następnie  przykładając  ją  do
policzka, zastanawiała się, co powiedzieć.

- Waśnie  skończyłam  studia - podjęła  po  chwili - i  nie

bardzo  wiedziałam,  co  ze  sobą  zrobić,  ponieważ  pracę
rozpoczynałam  na  jesieni,  gdy  Hm  poprosił  mnie,  bym
pomogła  mu  urządzić  okropny  nowy  dom,  do  którego  się
wprowadził.  Pewnego  wieczoru  pojechałam  z  nim  na  wizytę
do  pobliskich  stajni.  Tam  poznałam  Michaela. - Wypiła  łyk
herbaty.

- I co? Wzruszyła ramionami.
- Natychmiastowe zauroczenie. - Oczywiście, Michael nie

był  tak  oporny  jak  Hassan. - Matka  powiedziała  mi,  że
szukałam  namiastki  ojca.  Miał  dzieci  starsze  ode  mnie.
Dwadzieścia  sześć  i  dwadzieścia  cztery  lata...  Dwójka

background image

egoistycznych  ponuraków,  dbających  bardziej  o  spadek  niż  o
szczęście swego ojca.

- A był szczęśliwy? - To było niewybaczalne wścibstwo.

Wiedział o tym. Miał wrażenie, że jego osobiste życie, mimo
bogactwa i przywilejów, nie było szczęśliwie.

-

Mam 

nadzieję. 

Ja 

byłam. 

Musiałam 

bardzo

skomplikować  jego  stosunki  z  rodziną  i  otoczeniem,  wiem  o
tym...

- Z dziećmi?
- Z  dziećmi,  jego  byłą  żoną,  przyjaciółmi.  Nikt  nie

aprobował naszego związku. W przypadku mężczyzn chodziło
o  zwykłą  zazdrość,  w  przypadku  ich  żon w  grę  wchodził
strach.  Jeśli  Michael  mógł  zakochać  się  w  dużo  młodszej
kobiecie,  mogli  to  również  zrobić  ich  mężowie.  Michael
musiał  to  wszystko  wiedzieć,  ale  ja  kompletnie  zawróciłam
mu  w  głowie... - Uśmiechnęła  się  na  to  wspomnienie - Był
zbyt  wielkim  dżentelmenem,  by  się  ze  mną  nie  ożenić...  Był
taki miły, taki elegancki...

- Miły,  elegancki - Hassan  powtórzył  jej  słowa.  Miał

nadzieję,  że  dziewczyna,  którą  wybierze  mu  Nadim,  będzie
mogła przynajmniej tyle o nim powiedzieć. Spojrzał na Rose,
dławiąc  w  sobie  uczucia,  które  go  ogarnęły. - Rose... -
Wymówienie jej imienia podziałało jak zapałka przytknięta do
lontu.  Od  chwili  gdy  ją  zobaczył,  wiedział,  że  niezależnie  od
tego, jak mocno będzie walczył, eksplozja musi nastąpić.

- Nie... - Rose miała wrażenie, że słowo zaprzeczenia ktoś

obcy  wyrwał  jej  z  gardła.  Pragnienie,  by  ją  przytulił,  kochał
się z nią, paliło ją żywym ogniem. Godzinę temu padłaby mu
w ramiona, zapominając o rozsądku.

Ale teraz...
Odsunął  szal,  który  tak  starannie  owinęła  wokół  głowy,  i

pochylił się, by ucałować jej piersi.

background image

Zamierzał  się  przecież  ożenić.  Nie  miało  znaczenia,  że  z

kobietą, której nie znał, która go nie obchodziła...

- Nie,  Hassan... - Wyrwała  z  siebie  te  bolesne  słowa  i

chwiejnie  stanęła  na  nogach. - Pozwól  mi  odejść. - Chwyciła
rozpięte  poły  sukienki.  Jakże  mogła  jej  nie  zapiąć!  Gotów
pomyśleć, że celowo go prowokowała.

Próbował. Naprawdę próbował zachować dystans. Ale gdy

rozpięła  suknię,  gdy  wprost  dręczyła  go  widokiem  swego
nagiego dekoltu, gdy na wpół obnażona usiadła obok niego na
poduszkach...

Płonąc  ze  wstydu  i  zasłaniając  dłońmi  piersi,  Rose

pobiegła  do  strumienia.  Dopiero  gdy  była  po  pas  w  wodzie,
puściła  suknię,  zanurzyła  ręce  i  zaczęła  oblewać  wodą
rozpaloną  twarz  i  szyję,  piersi  i  ramiona.  Ale  to  jej  nie
ostudziło.

Gdy  odwróciła  głowę,  zrozumiała  dlaczego.  Hassan  był

tuż za nią.

Cienki  jedwab  oblepił  jej  ciało,  podkreślając  kobiece

kształty.  Była  wysoka,  smukła,  oszałamiająco  piękna.
Hassanowi  odebrało  oddech.  Jej  synowie - ich  synowie -
byliby silni, odwagę wyssaliby z jej piersi, a córki, za którymi
tęsknił, byłyby tak piękne jak ich matka.

Ale, żeby  je  mieć,  musiałby  zostawić  swój  dom  i  zacząć

życie  w  jej  świecie.  Musiałby  patrzeć,  jak  wyjeżdża,  by
nadawać relacje z różnych części świata, z dała od niego i jego
mężowskiej opieki. Nie, nie mógł tego zrobić... Nie powinien.
Był potrzebny swemu krajowi.

Z jękiem sięgnął po nią i przytulił ją jednak do siebie.
Przez moment opierała mu się z gwałtownym błyskiem w

oczach.

- Nie,  Hassan... - powtórzyła  zduszonym  z  pożądania

głosem.  Ona  również  zrozumiała  konieczność  walki  z  tym
zauroczeniem.

background image

Zaczął  przemawiać  do  niej  cicho,  delikatnie,  tak  jak

uspokaja się narowistego konia.

- Rozumiem,  Rose.  Wszystko  w  porządku.  Rozumiem...

Chodź, woda jest za zimna. Przeziębisz się...

A  może  to  nie  woda  byk  za  zimna.  To  chłód  wdarł  się

nagle  do  jego  serca.  Wydawało  się,  że  Rose  nie  może
wykonać  żadnego  ruchu.  Wziął  ją  więc  na  ręce  i  wyniósł  z
wody,  a  potem  poniósł  po  kamienistej  ścieżce  do  swojej
kwatery. Droga była pusta; jego ludzie dyskretnie usunęli się z
pola widzenia.

Nie  mogli  bardziej  wymownie  okazać,  że  aprobują  jego

wybór. Starsi mężczyźni byli dla niego jak przybrani ojcowie,
uczyli  go  tak  samo,  jak  uczyli  swoich  rodzonych  synów.  Ci
ostatni zaś byli jego przyjaciółmi z dzieciństwa.

Dostrzegli  w  Rose  te  same  cechy,  które  on  podziwiał -

odwagę,  dążenie  do  celu,  nieugiętą  wolę,  a  swój  szacunek
wyrazili,  zwracając  się  do  niej sitti, oraz  spełniając  jej
wszystkie zachcianki.

Dla nich to było proste. Hassan jej pożądał, a więc uczyni

z niej swoją własność, a ona nigdy już nie opuści jego domu.
Dziadek  nie  miałby  z  tym  problemu.  Powiedziałby:  jeśli
chcesz, to bierz ją. Daj jej dzieci, a będzie szczęśliwa.

Pomimo  pary  buchającej  z  przemoczonych  ubrań,  gdy

znaleźli  się  w  namiocie,  Rose  trzęsła  się  jak  osika.  Hassan
postawił ją na nogi i znalazł ręcznik.

- Rose,  proszę,  musisz  zdjąć  tę  sukienkę - nalegał.

Otworzył  szafę,  by  poszukać  czegoś  do  przebrania.  Gdy
odwrócił się, Rose mozoliła się z guzikami.

- Przepraszam... - wyjąkała, szczękając zębami. - Ręce mi

się trzęsą.

- Nie denerwuj się. Pomogę ci.
- Ale...

background image

- Ja to zrobię, pozwól. - Lecz mokre pętelki zacisnęły się

wokół  guzików  i  trwało  to  nieskończenie  długo.  W  geście
rozpaczy  chwycił  brzegi  jedwabnej  materii  i  rozdarł  mokrą
sukienkę. Suknia upadła na podłogę.

Poprosił  żonę  jednego  ze  swoich  przyjaciół,  by  kupiła

ubrania  na  zmianę  i  bieliznę  dla  Rose.  Teraz,  oglądając  jej
wybór, musiał przyznać, że dobrze wydała jego pieniądze.

Gdy  rozpinał  koronkowy  stanik,  był  zadowolony,  że

również wskoczył do zimnej wody.

- Chodź - powiedział.  Owinął  ją  ciepłym,  niebieskim

szlafrokiem  i  pomógł  wsunąć  ramiona  w  szerokie  rękawy.
Chciał  nadal  ją  przytulać,  ale  opanował  się,  wziął  ręcznik  i
wytarł mokre końce jej włosów. Potem odsunął kapę i położył
Rose  na  łóżku.  Dałby  wszystko,  by  móc  się  do  niej
przyłączyć.  Ale  starannie  nakrył  ją  kołdrą  i  mocno  otulił. -
Przyniosę ci coś ciepłego do picia.

- Hassan... - Zatrzymał się przy wyjściu. - Przepraszam...

Tak  mi  przykro.  Ledwie  o  czymś  pomyślę,  od  razu  chcę  to
mieć.  Postąpiłam  tak  z  Michaelem.  Potrzebowałam  go,  a  nie
przyszło mi do głowy, że może on nie potrzebował mnie...

Znalazł się przy niej w mgnieniu oka.

- Cicho,  maleńka... - wyszeptał,  kładąc  palec  na  jej

ustach. - Nie  mów  tak.  Michael  był  najszczęśliwszym  z
mężczyzn.  Mężczyzna,  który  umarł  z  twoim  imieniem  na
ustach,  nie  mógł  niczego  żałować.

-

Żarliwość  tego

zapewnienia  zdradziła  go.  Nim  zdążył  cofnąć  pieszczotliwe
palce, przytrzymała jego dłoń i przyłożyła do swojej twarzy.

- A czyje imię będzie na twoich ustach, Hassan?

Nie mógł powiedzieć. Nie powinien. Ale to już nie miało

znaczenia. Ona wiedziała.

- Nie  powinieneś  tego  robić,  Hassan - ciągnęła. - Nie

możesz  ożenić  się  jakąś  biedną  dziewczyną,  która  być  może
cię pokocha...

background image

- Rose! - zaprotestował, ale zbyt późno. Była bezlitosna.
- Z  dziewczyną,  która  cię  pokocha,  urodzi  ci  dzieci.

Złamiesz jej serce.

- Serca  nie  można  złamać - skłamał. - Ona  będzie

zadowolona.

- Ale to jej nie wystarczy.
- Chciałabyś, bym spędzał noce samotnie?
- Chciałabym,  byś  pamiętał  o  swoim  honorze.  Honor?

Zaczynała  mówić  jak  jego  siostra,  która  stale wspominała  o
krwi  lub  o  złocie,  lub  o  małżeństwie  jako  sposobie  na
odzyskanie  honoru.  Na  moment  opanowała  go  silna  pokusa,
samolubne pragnienie, by sprowokować taką właśnie sytuację.
Ale to byłaby śliska ścieżka. Zrozumiał, że nadszedł czas, by
wyjaśnić wszystkie niedomówienia.

- Pamiętam o twoim honorze, sitti - rzekł chłodno i wstał.

- Niestety, ty o nim zapomniałaś.

Zarumieniona ze złości, uniosła się na łokciu.

- Nie wypada mi nie zgadzać się z moim panem i władcą,

ale  śmiem  twierdzić,  że  dzisiaj  byliśmy  pod  tym  względem
kwita. - Dzisiaj...  dzisiaj...  To  słowo  tłukło  się  po  jej  głowie
przeraźliwym  echem.  Jednak  Hassan  nadal  pozostawał  jej
dłużnikiem. Nadim tak powiedziała. Złoto, krew albo honor. ..
Miała prawo wybierać.

Czyż miała prawo zatrzymać go przy sobie na zawsze i w

ten 

sposób 

zakończyć  ten 

nonsensowny 

pomysł 

z

aranżowanym małżeństwem?

Czy Nadim nie powiedziała również, że Hassan nigdy nie

będzie szczęśliwy u boku tradycyjnie wychowanej żony? Czyż
nie  powiedziała,  żeby  wszystko  zostawić  jej,  że  zaaranżuje
małżeństwo?

Małżeństwo!  Chyba  oszalała.  Zbyt  długo  przebywała  na

słońcu.  Za  mało  miała  czasu,  by  o  tym  myśleć.  A  jednak  z
Michaelem  wiedziała  od  samego  początku.  Od  chwili  gdy

background image

oderwał  wzrok  od  chorego  konia,  a  niepokój  na  jego  twarzy
przerodził  się  w  nieśmiały  uśmiech.  Nie  pozwoliła  wówczas
małostkowym i złośliwym ludziom ani swojej matce, snującej
psychologiczne analizy, zniszczyć tego związku.

Hassan również musiał pomyśleć o małżeństwie, skoro tak

mocno się jej opierał. Założył, że jest bardzo przywiązana do
swojej  pracy  i  kariery,  do  podróży  służbowych.  Samolubny
mężczyzna nigdy by się tym nie przejmował.

Złość nagle ją opuściła.

- Zostań  ze  mną,  Hassan - powiedziała  głosem,  który

ledwie można było rozpoznać, po czym opadła na poduszki. -
Zostań ze mną.

- Rose... nie mogę...
- Musisz. - Była naprawdę bezlitosna.
- Muszę  się  przebrać - opierał  się  jeszcze. - Mam  mokre

ubranie.

- W takim razie je zdejmij. - Odczekała chwilę, a gdy się

nie  poruszył,  dodała: - Dasz  sobie  radę?  Może  potrzebujesz
pomocy przy rozpinaniu guzików?

- To  nie  guziki  sprawiają  mi  kłopot.  To  ty... - Usiadł  na

stołku  obok  łóżka  i  ściągnął  mokre  buty.  Potem  podszedł  do
komody, otworzył szufladę i zaczął szukać suchej bielizny.

Rose  przyglądała  mu

się  przez  chwilę,  a  potem

niepostrzeżenie  wyśliznęła  się  łóżka,  wyswobodziła  z
obszernego szlafroka i powiedziała:

- Może go założysz?

Hassan odwrócił głowę. Miał sucho w ustach, serce waliło

mu jak młotem.

- Czego  ty  chcesz,  Rose? - spytał  ostrym,  chrapliwym

głosem.

- Ciągle  mnie  o  to  pytasz,  a  przecież  znasz  odpowiedź.

Nim  pomyślisz  o  małżeństwie,  powinieneś  załatwić  ze  mną
sprawę. Masz wobec mnie dług.

background image

- Dług? - Po  co  udawał,  że  nie  rozumie?  I  tak  jej  nie

przekona.

- Powiedziałeś, że mogę mieć, co zechcę...
- To  prawda.  Podaj  więc  swoją  cenę.  Wyraź  pragnienie

swego serca.

- Chcę...

Niech  poprosi  o  diamenty...  Albo  o  tonę  złota...  Upuściła

szlafrok na ziemię, wyciągnęła rękę i wypowiedziała jego imię
tonem najsubtelniejszej pieszczoty.

- Hassan...

Dźwięk  tego  imienia  rozległ  się  echem  w  jego  głowie,

potem wypełnił całe jego ciało.

Zajrzała  do  głębi  jego  duszy  i  dostrzegła  tam  pustkę.

Tęskne  zawołanie  go  po  imieniu  obiecywało,  że  w jej
ramionach już nigdy nie zazna samotności.

Ich palce musnęły się w powietrzu, potem splotły i mocno

zwarły.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY
Hassan  leżał  na  boku,  z  głową  opartą  na  łokciu,  i

obserwował spokojnie opadające i wznoszące się piersi Rose.
Spała na plecach, jak ufne i bezbronne dziecko.

Jej rzęsy poruszyły się lekko. Westchnęła, przeciągnęła się

i uśmiechnęła przez sen.

Takiego  mężczyznę  jak  on,  nie  wierzącego  w  miłość,

ostatnie dni wiele nauczyły. Zwłaszcza budzenie się przy Rose
poruszało wszystkie struny jego serca. Dobrze, że te struny nie
wydają żadnego dźwięku, pomyślał.

Hassan  wstał,  z  wysiłkiem  odsuwając  się  od  jej  ciepłego

ciała, od jej miłości.

Wszystko  się  zmieniło,  a  jednocześnie  nic  nie  uległo

zmianie. Nadal byli całkowicie różnymi ludźmi, pogrążonymi
we 

własnych 

światach, 

dręczonymi 

odmiennymi

pragnieniami.

Rose  wyjedzie,  ponieważ  jej  życie,  jej  prawdziwe  życie,

toczyło  się  gdzie  indziej.  On  zaś  pozostanie  w  Ras  al  Hajar,
gdzie był jego dom.

Wspomnienia  ostatnich  kilku  dni  i  nocy  będą  musiały

wystarczyć mu na całe życie. Nie było szczęśliwego wyjścia z
sytuacji, szczęśliwego zakończenia tej historii. Pozostanie ból
serca i pustka.

Wyszedł  na  dwór.  Noc  była  dość  jasna  i  chłodna.  Jego

oddech  zamieniał  się  w  parę.  Ciszę  przerywały  jedynie
parskania koni dobiegające z kamiennej zagrody.

- Hassan?

Odwrócił  wolno  głowę.  Rose  stała  za  nim,  owinięta

niebieskim  szlafrokiem,  w  jej  zmierzwionych  włosach
odbijało  się  światło  gwiazd.  Wyglądała  jak  zjawisko,  jak
marzenie każdego mężczyzny.

- Przepraszam, miałem nadzieję, że ci nie przeszkodzę.

background image

- Za  późno  na przeprosiny - powiedziała  z  uśmiechem. -

Przeszkodziłeś  mi  już  w  chwili,  gdy  cię  ujrzałam. - Oczy
miała  błyszczące,  gdy  uniosła  rękę  i  dotknęła  nieśmiało  jego
policzka.

To było jawne zaproszenie, któremu tylko mężczyzna bez

serca, ze stępionymi zmysłami, mógłby się oprzeć. A Hassan
nauczył  się  podczas  tych  błogich  dni  spędzonych  z  dala  od
świata, że ma serce. Gorące serce. Cały wysiłek, by zachować
dystans,  został  zniweczony  w  chwili,  gdy  uległ  pokusie  i
odwzajemnił pocałunek Rose.

Być  może  wyczuła  jednak  dystans,  o  który  tak  usilnie

walczył, ponieważ cofnęła się i popatrzyła mu w oczy.

- Znalazłeś Fajsala, prawda? - spytała.

Trafiła  w  sedno,  jak  zwykle.  Z  zawodową  wprawą.

Nauczyła się już czytać w nim jak w otwartej książce. Trudno
będzie 

ją 

oszukać. 

Próbował 

już 

aranżowanym

małżeństwem, ale przeniknęła go na wskroś.

- Tak - przyznał. - Jest już w drodze do domu. - Nie mógł

pohamować  się,  by  na  nią  nie  patrzeć.  Chciał  wiedzieć,  jaki
efekt wywoła wiadomość, że ich idylla dobiega końca.

Delikatnie 

pogładziła 

go 

po 

ręce 

wyraźnie

pocieszającym geście.

- To naprawdę musi być dla ciebie ulga - szepnęła.
- Tak.

Tak  i  nie.  Zaczynał  wierzyć  w  szaloną  iluzję,  mieć

nadzieję, że zostaną tu na zawsze. To było szaleństwo. Czysty
obłęd.  Nawet  gdyby  Fajsal  nadal  hulał  po  świecie,  on  i  tek
musiałby  wypuścić  Rose  do  domu.  Wraz  z  ekipą  z  jej  stacji
telewizyjnej przyjechała do Ras al Hajar jej matka i na pewno
nie będzie siedzieć z założonymi rękami. Według Nadim pani
Fenton  naprawdę  przyprawiała  Jego  Wysokość  Abdullaha  o
ból  głowy.  Hassan,  który  poznał  jej  córkę,  uwierzył  w  to  z
łatwością.

background image

- A co z dziewczyną, z którą tam był? - spytała.
- Dziewczyną? - Nawet nie przyszło mu do głowy, by o to

spytać.

-

Jestem  pewien,  że  Partridge  dopilnuje,  by

bezpiecznie  wróciła  do  domu... - Urwał,  a  potem  dodał: -
Oczywiście  z  odpowiednią  rekompensatą  za  przerwane
wakacje.

Rose  podejrzewała,  że  w  tym  nonszalancko  dodanym

zdaniu  była  odrobina  prowokacji.  Ale  Rose  znała  go  zbyt
dobrze, by dać się oszukać.

- Tak, z pewnością tak zrobi - przyznała. Zastanawiała się

jednak,  jaką  rekompensatę  uznałby  za  właściwą  za  jej
przerwane  wakacje.  Krew,  złoto  albo  honor...  Krew  była
oczywiście  nie  do  pomyślenia.  Złoto  jej  uwłaczało.  Nie  było
więc wyboru... Odsunęła się od Hassana i wtopiła w mrok.

- Dokąd idziesz? - Zatrzymał ją, wyciągając rękę.
- Na  górę. - Wskazała  wzniesienie  ponad  obozem. -

Chodź  ze  mną.  Popatrzymy  razem  na  niebo. - Ujęła  dłoń,
którą  położył  na  jej  ramieniu  i  przytrzymała  w  swojej. –  Na
pustyni  niebo  wydaje  się  być  tak  busko,  że  niemal  można
dotknąć gwiazd.

- Chciałabyś dotknąć gwiazd?
- Księżyca - powiedziała,  wskazując  cienki  sierp  na

bezkresnym niebie. - I gwiazd...

- To wszystko? A dlaczego nie chcesz dotknąć planet?
- Świetny  pomysł.  Gdy  mnie  podsadzisz,  dosięgnę

wszędzie, gdzie zechcę.

Uśmiech zamarł mu na ustach.

- Jest w tobie coś takiego, Rose, że sam prawie wierzę, że

to możliwe.

Uwierz  w  to,  Hassan,  pomyślała,  gdy  szli  razem  na

wzgórze dominujące nad obozem, a niebiosa nad ich głowami
przypominały  gigantyczną  roziskrzoną  gwiazdami  kopułę.
Tak trzymaj...

background image

Rose  przystanęła.  Gdzieś  daleko  na  zachodzie  meteoryt

przeciął niebo, ciągnąc za sobą deszcz spadających gwiazd.

- Spójrz! - szepnęła. - Jakie  to  piękne...  O  czym

pomyślałeś?

Leciutko zacisnął rękę wokół jej palców.

- Nasz  los  jest  zapisany  w  gwiazdach,  Rose. - Potem

zerknął na nią. - A ty co pomyślałaś?

- Pomyślałam,  że  to  przeznaczenie.  Stoję  przy  tobie

akurat  w  momencie,  gdy  spada  gwiazda!  Czyż  to  nie
zastanawiające?  Powinnam  pomyśleć  życzenie. - Urwała,  a
potem dodała wyjaśniająco: - I pomyślałam to samo co zwykle
na  widok  kominiarza  czy  spadającej  gwiazdy.  Zawsze  mam
tylko  jedno  życzenie:  żeby  ludzie,  których  kocham,  byli
bezpieczni i szczęśliwi.

Westchnął jakby z rozczarowaniem.

- Nic dla siebie?

Czy  naprawdę  spodziewał  się,  że  wyzna  mu  miłość  albo

zapewni, że zostanie z nim na zawsze?

- To  właśnie  było  dla  mnie.  Jeśli  oni  są  bezpieczni  i

szczęśliwi, nic więcej mi nie trzeba. - Uśmiechnęła się lekko. -
A  z  takimi  drobnymi  sprawami  jak  przeznaczenie  potrafię
poradzić  sobie  sama.  Znalazłam  się  tu  we  właściwym
momencie, nieprawdaż?

- Jesteś...  taka... - Nie  mógł  znaleźć  słów.  Właściwie  nie

był  zły,  po  prostu  nie  rozumiał  jej  aktywnego  stosunku  do
życia,  jej  determinacji,  by  kształtować  wydarzenia  zgodnie  z
własną wolą.

- Jaka? - dopytywała się. Naprawdę nie powinna z mego

żartować.  Nie  był  do  tego  przyzwyczajony.

-

Może

asertywna? - Podpowiedziała  to  słowo,  nie  mogąc  oprzeć  się
pokusie.  Westchnęła  dramatycznie,  gdy  nie  zgodził  się  z  nią
natychmiast. - Uważasz  więc,  że  jestem  uparta,  nieprawdaż?
Samowolna, uparta i w dodatku choleryczka?

background image

Położył palce na jej wargach.

- Jesteś  stanowcza - powiedział  cichym  głosem. -

Bezkompromisowa. - Owinął kosmyk jej włosów wokół palca,
i założył za ucho. - Obdarzona ogniem i energią.

- To prawie to samo - powiedziała zduszonym głosem.
- Niezupełnie. - To  nie  było  to  samo.  Jej  wewnętrzny

ogień  doprowadzał  go  do  białej  gorączki,  ale  energia  była...
czarująca.  Tak,  Rose  Fenton  go  zauroczyła.  Przychodziły  mu
teraz  do  głowy  i  cisnęły  się  na  usta  różne  porównania.  Jaka
właściwie  była?  Niespotykana,  nadzwyczajna,  urocza...  Jak...
jak  róża  pustyni!  Nie  miał  wątpliwości,  że  powinien  jej  to
powiedzieć. Ilekroć spojrzy na różę, będzie przypominać sobie
jego  miłość  i  tę  fantastyczną  chwilę. - Czy  widziałaś  kiedyś
różę pustyni? - spytał.

- Różę  pustyni?  Czy  to  gatunek  rosnący  w  skalnych

ogródkach? - Rozejrzała  się  dookoła,  jakby  spodziewając  się
zobaczyć kwiat u swoich stóp. - Moja matka ma dziką różę z
tyłu ogrodu...

- Nie,  to  nie  jest  kwiat  ani

żadna  roślina.  To

skrystalizowany piasek. Selenit. - Rzadko spotykany, piękny...
- Róże  pustyni  bywają  różowe,  żółte...  Mają  płatki  do
złudzenia przypominające prawdziwy kwiat. Trzeba wiedzieć,
gdzie ich szukać...

- I..:? - zawiesiła głos.

I co? Był bliski wyjawienia sekretu swego serca.

- I  nic,  prócz  zbieżności  nazwy  z  twoim  imieniem.  Po

prostu przyszło mi do głowy, że ciebie również znalazłem na
pustyni.

- Jak  różę  pustyni? - Lekko  westchnęła.  Moją  różę

pustyni, pomyślał.

- Jutro musimy stąd wyjechać, wrócić do miasta, prawda?

- dodał  tonem  usprawiedliwienia. - Musimy  wrócić  do
realnego świata. Chciałbym, by sprawy potoczyły się inaczej,

background image

ale nie mamy wyboru. Wiedzieliśmy od samego początku, że
to nie może trwać...

To  on  zdecydował.  A  Rose  wolała  sama  podejmować

decyzje.  Zawsze  istniał  wybór.  Trzeba  było  tylko  odwagi,  by
pokonać  trudności - odwagi,  zaufania  i  wiary  w  siebie.  Nic
bardziej nie niszczyło człowieka niż jego własne wątpliwości.
Nauczyła  ją  tego  matka.  Matka  nie  chciała,  by  wyszła  za
Michaela,  ale  gdy  to  już  się  stało,  wspierała  ją  lojalnie  i
nauczyła przeciwstawiać się nieprzychylnemu światu, walczyć

uprzedzeniami 

krakaniem 

małostkowych 

ludzi,

prorokujących, że duża różnica wieku nie wróży szczęścia jej
małżeństwu.

Dziś też powinna walczyć.
Jednak Hassan miał rację w kwestii jutrzejszego dnia. Nic

nie mogło powstrzymać naporu codzienności i realnego życia,
ale  pozostała  im  jeszcze  reszta  nocy,  kilka  magicznych
godzin.

- Jutro  będzie  jutro - powiedziała,  przyciskając  jego

chłodne  palce  do  swego  policzka. - Teraz  powinniśmy
wykorzystać jak najlepiej tę odrobinę czasu, która nam jeszcze
pozostała.

Wykorzystali  ten  czas  cudownie.  Czułość,  z  jaką  się

kochali,  niemal  doprowadziła  Hassana  do  łez.  Ale  mimo  że
rozstanie z Rose złamie mu serce, musiał tak postąpić. Odtąd
przyjdzie mu żyć wspomnieniami.

Wcześnie  opuścił  namiot.  Tym  razem  Rose,  wyczerpana

miłością, w ogóle się nie poruszyła, nawet gdy zdjął zabłąkany
kosmyk włosów z jej policzka. Wyszeptał kilka pożegnalnych
słów, a na poduszce obok niej położył mały upominek.

Nie  było  to  nic  cennego.  Mógłby  obsypać  ją  drogimi

kamieniami i złotem, ale wiedział, że poczułaby się dotknięta.
Jeśli  czegokolwiek  dowiedział  się  o  Rose  Fenton,  to  tego,  że
dar  płynący  z  serca  więcej  dla  nie  znaczył  niż  złoto.  A

background image

świadomość,  że  Rose  posiada  coś  od  niego,  będzie
pocieszeniem podczas długich samotnych łat, które miał przed
sobą.

Rose  gdy  tylko  się  obudziła,  wiedziała  od  razu,  że  jest

sama.  Hassan  odjechał. Nie  była  zaskoczona.  Ostatniej  nocy
tak  czule  ją  pieścił...  W  jego  szarych  oczach  widziała  łzy.  A
jednak odszedł.

Jak  miała  go  przekonać?  Czy  Hm  powinien  zażądać  od

Hassana,  by  się  z  nią  ożenił?  Wtedy  nie  miałby  wyboru.  Na
samą  myśl,  że  Tim  mógłby  postawić  Hassana  pod  ścianą,
uśmiechnęła się do siebie.

Przede  wszystkim  to  Hassan  musiał  podjąć  decyzję.  Gdy

sięgnęła  po  poduszkę,  by  ją  przytulić,  nieoczekiwanie
zamknęła dłoń na czymś ostrym, twardym... Domyśliła się, że
to róża pustyni. Zostawił jej różę pustyni! I bilecik...

Oto  maty  dar.  Pragną,  byś  zabrała  tę  cząstkę  mnie  do

domu...

Podniosła  różę.  Leżała  na  jej  dłoni - mała,  doskonale

uformowana,  a  jednocześnie  jakże  inna  od  róż,  którymi
zasypywał ją Abdullah. Nie było w niej nic miękkiego, nic, co
mogłoby

zwiędnąć  i  umrzeć.  Była  stała,  niezmienna,

ukształtowana.

Czy  Hassan  zrozumiał  zawarte  w  niej  przesłanie?  Czy

wiedział,  że  nieświadomie  zdradził  swoje  uczucia?  Ściskając
kryształ  w  dłoni,  zastanawiała  się  z  obawą,  czy  cokolwiek
skłoni Hassana do zmiany zdania. Wiedziała, że wolę ma tak
mocną jak skała, tak twardą, że trudno ją skruszyć. Czy zdoła
choćby zbliżyć się do niego na tyle blisko, by spróbować?

- Panna Fenton?

Jakaś  postać  stojąca  w  nogach  łóżka  zakołysała  się  przed

nią we mgle. Po co te łzy? Cóż za pożytek z łez! Łzy niczego
nie rozwiązywały.

background image

Rose  zamrugała  oczami  i  skupiła  wzrok  na  wysokiej,

szczupłej kobiecie z przyprószonymi siwizną włosami.

- Rose...? - odezwała się nieznajoma. - Hassan prosił, bym

zabrała cię do domu.

- Do  domu? - Do  zimnego,  ponurego  Londynu?  Jej  dom

był  tutaj.  Z  Hassanem. - Nie  rozumiem... - Ale  zaraz
zrozumiała. Nie mógł się doczekać, by opuściła jego kraj!

- Twoja  matka  na  ciebie  czeka.  Matka?  Dopiero  teraz

domyśliła się, kim jest nieznajoma.

- Jest pani matką Hassana, prawda? I Nadim. Teraz widzę

podobieństwo.

- Hassan powiedział, że chciałabyś ze mną porozmawiać.
- Miło  z  jego  strony,  że  pamiętał...  Przepraszam,  ale  nie

wiem, jak się do pani zwracać...

Kobieta  uśmiechnęła  się,  podeszła  bliżej  i  usiadła  na

brzegu łóżka.

- Nazywam się Aisha. Mów mi po imieniu, proszę.
- Aisha... - powtórzyła.  Imię  piękne,  ale  nie  dość  piękne

dla tej dostojnej kobiety. - Hassan ma pewnie mnóstwo spraw
do załatwienia, skoro Fajsal wraca do domu...

- Rozmawiałam  już  z  moim  młodszym  synem.  Dzwonił

do mnie z Londynu. Co tutaj ściskasz...?

Rose rozchyliła dłoń, by pokazać Aishy swój skarb.

- To prezent od Hassana.
- Ach! - Kobieta  wyciągnęła  rękę,  ale  zatrzymała  się  w

pół  gestu. - Dawno  tego  nie  widziałam. - Niespodziewanie
podniosła  wzrok  i  spojrzała  na  Rose.  Miała  ciemne  oczy  o
podobnej sile wyrazu jak oczy Hassana.

- Hassan miał to od dawna?
- Przez  całe  życie. - Uśmiech,  który  zakwitł  na  ustach

Aishy,  pochodził  gdzieś  z  głębi  jej  serca. - Dostałam  tę  różę
od  jego  ojca  bardzo,  bardzo  dawno  temu...  Zanim  jeszcze
zostaliśmy  małżeństwem,  a  nawet... - Matka  Hassana  uniosła

background image

palec  do  ust,  kryjąc  uśmiech,  który  zdradzał  historię  jej
miłości. Był to uśmiech kobiety, która poznała siłę wielkiego
uczucia.

- I  dałaś  tę  różę  Hassanowi...  gdy  po raz  drugi

wychodziłaś za mąż - powiedziała w zamyśleniu Rose.

- Oddałam  Hassanowi  wszystkie  pamiątki  po  Alisterze.

Również  jego  ubrania...  Ten  szlafrok... - Pogładziła  palcami
miękki,  niebieski  materiał,  który  leżał  w  nogach  łóżka. -
Wszystkie rzeczy, które mu dałam i wszystkie prezenty, które
dostałam  od  niego.  Nie  można  zabierać  pamiątek  po
poprzedniej  miłości  do  domu  innego  mężczyzny.  Mówiono
mi,  że  byłaś  mężatką,  a  więc  mnie  zrozumiesz. - Ostatnie
słowa  zabrzmiały  prawie  jak  pytanie,  jakby  Aisha  ją
sprawdzała.

- Tak, rozumiem. - Po pogrzebie Michaela Rose opuściła

jego  dom,  pozostawiając  wszystko,  co  w  nim  było,  jego
skłóconej rodzinie. Zdjęła pierścionki, które dostała od męża i
cofnęła  swe  życie  do  tego  samego  punktu,  w  którym  była,
zanim poznała Michaela. Dopiero po chwili dotarł do niej sens
słów Aishy. - Skąd wiedziałaś, że byłam mężatką?

- Twoja  matka  powiedziała  mi  wczoraj  podczas  lunchu.

To nadzwyczaj interesująca kobieta...

- Moja matka tu jest?
- Przyjechała  dwa  dni  temu.  Czy  wiesz,  że  to  Hassan

przesłał  jej  wiadomość?  Oczywiście  nie  miała  pojęcia,  że  to
on.  Po  prostu  ktoś  do  niej  zadzwonił  i  zapewnił,  że  jesteś
bezpieczna  i  dobrze  się  czujesz.  Prosił,  by  nikomu  o  tym  nie
mówiła, a ona posłuchała.

- Moja  matka? - Rose  chciała wstać,  ale  gdy  zdała  sobie

sprawę, że jest naga. Zarumieniła się lekko.

Aisha podała jej niebieski szlafrok.

- Nie spiesz się - powiedziała. - Pójdę na mały spacer. Już

dawno nie bytem na pustyni.

background image

Gdy  tylko  Aisha  wyszła,  Rose  wyskoczyła  z  łóżka.  Nie

miała  czasu  do  stracenia  A  więc  była  tu  jej  matka...  Czy  to
możliwe, by Hassan przekazał jej wiadomość? Dlaczego nic o
tym nie powiedział? Czyżby... czyżby nie chciał, by wiedziała,
że  go  to  obchodzi?  W  jej  głowie  huczał  wir  niespokojnych
myśli.  Potrzebowała  chwili  spokoju. Musiała  się  zastanowić,
rozważyć wszystkie możliwości...

W  ofiarowaniu  jej  róży  wraz  z  bilecikiem  kryła  się  jakaś

ostateczność. Chciał, by odczytała ten gest jako pożegnanie. A
więc nie była w stanie go przekonać... Czy potrafi przekonać
jego matkę, jego siostry, przyjaciół? Czy one jej pomogą?

Wytarła włosy do sucha, a potem - w przeciwieństwie do

dawnej  Rose  Fenton,  która  chwyciłaby  dżinsy  i  popędziła  za
kolejnym reportażem - usiadła przed lustrem i zrobiła staranny
makijaż. Shalwar  kemeez, odświeżony  i  dokładnie  złożony,
leżał  w  szufladzie  komody.  Włożyła  go,  a  włosy  owinęła
długim szalem.

Aisha  wróciła  już  ze  spaceru  i  odpoczywała  na  kanapie,

popijając  kawę.  Gdy  pojawiła  się  Rose,  spojrzała  na  nią  z
uśmiechem.

- Uroczo wyglądasz, Rose. Napijesz się kawy?
- Z przyjemnością. A jeśli masz trochę czasu, chciałabym,

byś udzieliła mi pewnej rady.

Samolot kołował w stronę terminalu. Powiewająca na jego

dziobie  flaga  państwowa  wyraźnie  świadczyła  o  intencjach
emira.  Hassan,  stojący  w  orszaku  powitalnym,  zerknął  na
swego kuzyna. Abdullah miał mocno zaciśnięte szczęki, ale w
obecności 

tłumu 

zagranicznych 

dziennikarzy 

musiał

serdecznie powitać młodego sukcesora.

Hassan świadom  był  obecności  Rose.  Stała  na  czele

dziennikarzy,  ubrana  inaczej  niż  zwykle,  gdy  relacjonowała
wydarzenia z jakiegoś zapalnego miejsca na świecie. Miała na

background image

sobie  jedwabną  kreację,  w  której  wyglądała  jak  prawdziwa
księżniczka.

Samolot  zatrzymał  się,  podjechały  schodki.  Wreszcie

ukazał się Fajsal. Błysnęły flesze.

Fajsal  ubrany  był  w  dżinsy  i  podkoszulek  z  podobizną

drużyny  piłkarskiej,  której  kibicował.  Hassan  nie  potrafił
ukryć wściekłości. Jak on śmiał? Jak mógł tak zlekceważyć tę
chwilę?  Jak  Partridge  mógł  na  to  pozwolić?  Obydwaj
wiedzieli,  jak  doniosły  to  był  moment.  Ważny  dla  Ras  al
Hajar.

A  potem  za  Fajsalem  na  stopniach  samolotu  pojawiła  się

młoda  kobieta.  Amerykańska  blondynka  z  szerokim  jak
Pacyfik  uśmiechem!  Z  tyłu  wychynął  Simon  Partridge.  Minę
miał zakłopotaną, przepraszającą.

Wysoki,  długonogi  Fajsal  zwinnie  zbiegł  ze  schodów,

podszedł  do  Abdullaha  i  ujął  jego  ręce  w  geście  szacunku.
Przez  chwilę  Abdullah  wyglądał  jak  triumfator.  Przez  chwilę
Hassan  myślał,  że  nie  ustąpi.  Ale  zaraz  potem  Fajsal  z
charakterystyczną  dla  młodości  pewnością  siebie  wyciągnął
dłonie  i  czekał,  aż  Abdullah  odwzajemni  ten  gest,  powita  go
najpierw jak równego sobie, potem zaś jak swego władcę.

Abdullah dość długo się wahał. Hassan wstrzymał oddech.

Fajsal, któremu nie drgnął żaden mięsień, po prostu czekał. Po
chwili,  która  wydawała  się  wiecznością,  regent  w  końcu
ustąpił i uznał nowego władcę.

Następnie Fajsal spokojnie przesunął się w stronę Hassana

i  wyciągnął  do  niego  dłonie,  tym  razem  z  krzywym
uśmiechem, jakby zdając sobie sprawę, że zasłużył na naganę.
Hassan  kłaniając  się,  ukrył  podziw  pod  kamiennym  wyrazem
twarzy.  Chłopak  stał  się  mężczyzną.  Bez  pompy,  bez  stroju,
który  dodałby  mu  dostojeństwa,  zmusił  jednak  Abdullaha  do
ustąpienia.

background image

Rose  obserwowała  ten  spektakl  z  niewielkiej  odległości,

komentując obraz przekazywany przez satelitę do swojej stacji
telewizyjnej.  Kątem  oka  zauważyła,  że  kobieta,  która
przyleciała  z  Fajsalem,  niepostrzeżenie  wsiadła  do  czekającej
limuzyny  i  odjechała,  podczas  gdy  Fajsal  kontynuował
ceremoniał powitania.

Gdy  Fajsal  z  Hassanem  u  boku  szli  do  samochodu,  Rose

zawołała głośno:

- Czy Wasza Wysokość cieszy się z powrotu do domu?!
- Bardzo  się  cieszę,  panno  Fenton. - Przystanął  i  zbliżył

się do jej mikrofonu. Hassan z rozterką na twarzy poszedł za
nim, zachowując bezpieczną odległość dwóch metrów. Wzrok
miał  utkwiony  gdzieś  ponad  głową  Rose. - Mój  przyjazd  był
raczej niespodziewany, stąd ten swobodny strój - dodał tonem
usprawiedliwienia.

-

Wszyscy 

bardzo 

się 

panią

niepokoiliśmy. - Ostatnie  zdanie  zabrzmiało  tak,  jakby  to  jej
zniknięcie zmusiło go do nagłego powrotu.

- Przykro  mi, że  przysporzyłam  tyle  kłopotów. - Swoje

zniknięcie  wyjaśniła  już  mediom  nagłym  nawrotem  choroby,
wygodnie nie pamiętając nic aż do momentu obudzenia się w
jakiejś oazie Beduinów, którzy nie mówili po angielsku, ale w
końcu  doprowadzili  ją  do  wioski,  gdzie  mogła  skorzystać  z
telefonu.

Co  prawda  jej  matka  robiła  porozumiewawcze  miny,

jakby  się  czegoś  domyślała,  a  Tim  przypominał  szybkowar,
który  ma  za  chwilę  eksplodować,  ale  żadne  z  nich  nie
zadawało głupich pytań.

Fajsal uśmiechnął się ciepło.

- Cieszę  się,  że  pani  zdrowie  nie  ucierpiało  podczas  tej

przygody.

- Wprost  przeciwnie.  Pustynia  to  niezwykłe  miejsce,  a

gościnność pańskich rodaków jest powszechnie znana.

background image

- Jestem  pewien, że  będzie  pani  miała  okazję  utwierdzić

się  w  tym  przekonaniu.  Hassan  zorganizuje  przyjęcie,  mamy
powody do świętowania.

- Nie  mogę  się  doczekać. - Ale  nie  miała  śmiałości,  by

spojrzeć Hassanowi w oczy. I wcale nie spytała o blondynkę.
Nie musiała. Aisha opowiedziała jej całą historię.

Hassan  poczekał,  aż  limuzyna  z  Fajsalem  odjedzie  z

lotniska, a potem skierował się do swego samochodu.

- Dlaczego mi to zrobiłeś, Partridge? Wiem, że nie cieszę

się twoją sympatią, ale czy naprawdę musiałeś mi to zrobić?

- Ale ja...
- Na pewno mogłeś znaleźć jakiś garnitur! A zabranie tej

dziewczyny...  Jeśli  już  musiała  przyjechać,  można  było
zachować  więcej  dyskrecji! - Powstrzymał  się  od  dalszych
słów. Sam nie był bez grzechu, nie miał więc prawa pouczać
nikogo. - Kim ona jest?

- Nazywa  się  Bonnie  Hart.  Fajsal  ożenił  się  z  nią  dwa

tygodnie temu.

- Ożenił?!
- Cóż, przerwaliśmy im miesiąc miodowy...
- Byli  w  podróży  poślubnej?  W  domku  w  Catskills?

Fajsal wybrał górską chatkę w Catskills?

- W  Adirondacks - poprawił  dokładny  jak  zawsze

Partridge i uśmiechnął się.

- Wszystko jedno...
- Też  tak  sądzę - zgodził  się  Partridge. - Nie  pojechali

dalej, ponieważ Bonnie musiała wrócić do college'u.

- Do college'u? Co Fajsal sobie myśli? Na jakiej planecie

żyje?

- Powiedziałbym,  że  mocno  stoi  na  ziemi.  To  urocza

dziewczyna, inteligentna. Jest agronomem...

- Nie  obchodzi mnie,  kim  ona  jest! - wybuchnął  Hassan,

tracąc do reszty cierpliwość. - Fajsal nie miał prawa się z nią

background image

ożenić! - Powinien  poślubić  jakąś  miłą  dziewczynę,  którą
starannie  by  dla  niego  wybrano.  Kogoś  o  odpowiednich
politycznych  koneksjach,  o  odpowiedniej  krwi...  Proszę  cię,
Simon,  proszę,  powiedz,  że  chciałeś  mnie  tylko  nastraszyć -
dodał niemal błagalnym tonem.

- Dlaczego miałbym pana straszyć, ekscelencjo?

Z powodu Rose... Hassan przytknął dłonie do twarzy.

- Bez  powodu.  Bez  powodu.  Po  prostu  chwytam  się

wszystkiego  jak  tonący  brzytwy.  I  co,  na  Boga,  z  nią  teraz
zrobimy?

- Może  damy  jej  kawałek  pustyni  do  uprawy? -

zasugerował  Partridge. - Ona  ma  wspaniałe  pomysły. Zresztą
Fajsal  poznał  ją  właśnie  podczas  zwiedzania  tej  stacji  upraw
hydroponicznych, którą kazał mu pan odwiedzić.

- Czy chcesz przez to powiedzieć, że to moja wina?
- Ależ  nie,  proszę  pana.  Tylko  Fajsal  nie  jest  już

chłopcem. To dorosły mężczyzna. Doskonale wie, czego chce.
Gdy  zasugerowałem  mu,  że  dżinsy  nie  spotkają  się  z  pańską
aprobatą,  powiedział  mi  bardzo  uprzejmie,  bym  pilnował
własnego nosa.

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY
Fajsal  oraz  jego  młoda  żona  zostali  odwiezieni  do  fortu  i

teraz  obydwoje  czekali  na  Hassana  w  jego  prywatnym
saloniku.  Łamało  to  wszelkie  zasady  oficjalnej etykiety,  ale
Fajsal się tym nie przejmował.

- Bonnie, to mój starszy brat, Hassan. On trochę warczy,

ale  nie  gryzie.  Przynajmniej  dopóki  się  go  mocno  nie
sprowokuje.

- W  takim  razie  lepiej  przygotuj  plaster,  ponieważ,  jak

sam twierdziłeś, zdobyłeś złoty medal w prowokowaniu go. -
Bonnie,  która  wzięła  prysznic  i  przebrała  się  z  dżinsów  w
jeszcze  mniej  stosowne  krótkie  szorty,  uśmiechnęła  się
uprzejmie  i  wyciągnęła  rękę  na  powitanie. - Nazywam  się
Bonnie  Hart.  Przepraszam,  że  postawiliśmy  cię  przed  faktem
dokonanym,  ale  Fajsal  powiedział,  że  mam  się  szybko
zdecydować,  ponieważ  gdy  już  sprowadzisz  go  do  domu  i
zamkniesz w pałacu, będzie za późno.

Hassan,  który  pogodził  się  już  z  rzeczywistością  i

zaakceptował  amerykańską  żonę  swego  brata,  uśmiechnął  się
w odpowiedzi.

- Mój brat żartuje sobie z pani. Doskonale wie, że będąc

emirem,  może  robić,  co  zechce.  Serdecznie  witamy  panią  w
Ras al Hajar, Wasza Wysokość.

- Wasza  Wysokość?  Ależ  ja  jestem  Amerykanką!

Zrobiliśmy rewolucję, żeby z tym skończyć...

- Bonnie,  kochanie,  może  zdrzemniesz  się  chwilę,

odpoczniesz,  a  ja  w  tym  czasie  omówię  sprawy  bieżące  z
Hassanem?  Na  pewno  chcesz  dobrze  wyglądać,  gdy  przyjdą
goście.

- A  przyjdą  na  pewno - zapewnił  Hassan. - Gdy

księżniczka Aisha usłyszy nowiny...

-

Aisha? 

Rozmawiałyśmy 

przez 

telefon, 

gdy

zatrzymaliśmy się w Londynie - powiedziała radośnie Bonnie.

background image

- Nie mogę się doczekać, by ją poznać. I Nadim i Leilę. Go za
piękne imiona!

Czyżby  tylko  jego  nie  dopuszczono  do  sekretu?  Czy  był

aż takim potworem? Czyżby sądzili, że nie zrozumie? Pięć dni
temu być może mieliby rację.

- Jeśli tak bardzo podobają ci się ich imiona, może poproś

kobiety,  by  pomogły  ci  wybrać  jakieś  oficjalne  imię,  zanim
zostaniesz przedstawiona swojemu nowemu narodowi.

- Jak  to?  Nic  o  tym  nie  wiem... - Bonnie  niepewnie

zerknęła na Fajsala.

- Nie  teraz,  kochanie.  Hassan  nie  może  się  doczekać,  by

zrobić  mi  awanturę,  ale  nie  wypada  mu  wybuchnąć  w
obecności damy.

Bonnie roześmiała się.

- Oczywiście.  Wiem,  kiedy  moja  obecność  nie  jest

pożądana. Simon, może oprowadzisz mnie po domu?

- Mógłbyś, Simon?
- Na  litość  boską,  Fajsal,  to  przecież  twoja  żona -

zaprotestował  Hassan,  gdy  Bonnie  wyszła. - Ona  nie  może
pokazywać nóg całemu światu!

- Myślisz, że kilku starszych chłopców może dostać ataku

serca?

- Nie tylko starszych.
- Czyż nie są wspaniałe? Powiedz mi, Hassan, jakie nogi

ma panna Fenton? Zauważyłem, że udało ci się nakłonić ją, by
je zasłoniła.

Hassan zacisnął zęby.

- Rose Fenton ubiera się, jak chce, ale trzeba przyznać, że

zdaje  sobie  sprawę,  co  jest  stosowne,  a  co  nie.  A  teraz
naprawdę nalegam, abyś przebrał się w coś odpowiedniego na
zbliżającą  się  uroczystość.  Dziś  wieczór  będzie  tu  tłum.
Wszyscy  liczący  się  mężczyźni  w  Ras  al  Hajar  przyjdą,  by
oddać cześć nowemu władcy.

background image

- Chcę,  byś  dziś  wieczorem  odebrał  hołdy  w  moim

zastępstwie, Hassan.

- Przekazywanie  władzy  to  niebezpieczny  moment,

Fajsal.  Nie  jest  to  dobra  chwila,  by  wprawiać  ludzi  w
zakłopotanie.

- Nikogo  nie  wprawiam  w  zakłopotanie.  Proszę  cię  o

zastępstwo,  ponieważ  ja  zamierzam  wystąpić  w  telewizji  z
orędziem do narodu.

- Naprawdę? Kiedy to załatwiłeś?
- Podczas  przesiadki  w  Londynie.  Rozmawiałem  z

Nadim, która ustaliła wszystko z panną Fenton.

Hassan nie chciał znów słuchać o Rose Fenton. Uważał to

za  kolejną  próbę  rozproszenia  jego uwagi.  Właściwie  próba
się powiodła...

- Rozumiem. Co zamierzasz powiedzieć?
- Pomyślałem,  że  mógłbyś  mi  pomóc...  Co  sądzisz  o

aktualnym rozwoju naszego kraju? Co chciałbyś zmienić?

Hassan  był  zdumiony.  Nawet  nie  śmiał  mieć  nadziei,  że

Fajsal tak szybko zechce przejąć przywództwo.

- Pytasz poważnie?
- Oczywiście. Chcę wiedzieć, co wszyscy myślicie. Wiem

już,  czego  chce  Nadim,  a  Bonnie  również  ma  wspaniałe
pomysły.  Chcę,  by  ludzie  zrozumieli,  że  ich  głowa  państwa
troszczy się o nich.

- Właściwie  to  dobry  pomysł - przyznał  Hassan. - Gdy

zobaczą  cię  w  telewizji,  nie  będzie  wątpliwości,  kto  jest
prawowitym emirem.

- O to mi właśnie chodziło.

Gdy  najważniejsze  już  ustalili,  Hassan  pomyślał,  że  pora

zwrócić  się  do  Nadim,  by  uświadomiła  bosonogiej,
rewolucyjnej  księżniczce,  czym  jest  pałacowa  etykieta.
Przynajmniej  tyle  mogła  dla  niego  zrobić,  skoro  ukrywała
przed nim małżeństwo Fajsala.

background image

- Zaczynałem  się  już  zastanawiać,  czy  przypadkiem  nie

miałeś wątpliwości, Fajsal. Przebywałeś za granicą dłużej, niż
należało. To dało Abdullahowi nadzieję...

- Dlaczego miałbym mieć wątpliwości co do swojej roli w

Ras al Hajar, mój drogi starszy bracie? - Fajsal uśmiechnął się
szeroko. - Teraz  gdy jestem  emirem,  przynajmniej  nie  muszę
cierpliwie  znosić  twoich  cierpkich  uwag na  żaden  temat.
Nawet na temat wyboru żony.

- Twoja żona,  to  twój  problem.  Ale  co  od  reszty,  porzuć

nadzieję.

Hassan  spacerował  po  sali  recepcyjnej,  rozmyślając  nad

radykalnymi planami, które przed chwilą Fajsal zaprezentował
światu.  Ciekawe,  czy  zostaną przychylnie  przyjęte  przez
społeczeństwo Ras al Hajar....

Nadim  i  jej  mąż  mieli  mnóstwo  pomysłów  na  poprawę

opieki zdrowotnej, zwłaszcza nad matką i dzieckiem, Leila zaś
upierała  się  przy  obowiązkowym  nauczania  dziewczynek.
Wkładem 

Bonnie 

natomiast 

był 

projekt 

rozwoju

hydroponicznego  rolnictwa.  Był  to  sensowny  pomysł,
zwłaszcza  że  góry  dawały  dość  wody.  Ciekawe  tylko,  co
ludzie pomyślą o księżniczce zajmującej się rolnictwem.

Jakże  pragnął,  by  Rose  była  tu  z  nim.  Tyle  miała  do

zaproponowania...  Przywołał  się  do  porządku.  Wziął  pilota  i
nastawił głośniej telewizor.

Mimo że  tym  razem  Fajsal  występował  w  tradycyjnym

stroju,  nadal  wyglądał  jak  amerykański  piłkarz.  W  ciągu
ostatniego  roku  bardzo  zmężniał,  zarówno  fizycznie,  jak  i
psychicznie. Stał się mężczyzną. Hassan był z niego naprawdę
dumny.

Rozpoczął  wystąpienie,  tak  jak  zaplanowali

-

od

podziękowań  dla  swego  kuzyna  Abdullaha  za  rozważne
zarządzanie  krajem.  Następnie  obiecał,  że  zawsze  będzie
stawiał na pierwszym miejscu dobro kraju. Potem przedstawił

background image

plany zmierzające  do  przekształcenia  Ras  al  Hajar  w
nowoczesny  kraj,  w  którym  kobiety  będą  cieszyć  się
równouprawnieniem.

- Dziś  wieczorem - kontynuował - podpisałem  ustawę

powołującą  nowe  ministerstwo  do  spraw  kobiet,  ale  jeszcze
nie  powołałem  nikogo  na  to  ważne  stanowisko.  W  ciągu
najbliższych  godzin  podejmę  decyzję,  jednak  już  teraz  mogę
powiedzieć; że na czele nowego ministerstwa stanie kobieta.

Hassan  zmarszczył  brwi.  Ustawa?  Dyskutowali  o  tym

pomyśle,  ale  nie  podjęli  wiążących  decyzji,  nie  mówiąc  o
kandydatce  na  ministra!  Fajsal  najwyraźniej  improwizował
końcówkę swego wystąpienia.

Hassan odwrócił się do Simona Partridge'a.

- Co to jest? - spytał. - Co Fajsal wygaduje?

Do  Rose,  która  obserwowała  w  studiu  tłumaczone  na

angielski wystąpienie Fajsala, podszedł posłaniec i wręczył jej
kopertę z królewską pieczęcią.

Zerkając  na  monitor,  złamała  pieczęć  i  wyjęła  gruby

dokument. Towarzyszył mu krótki liścik.

Droga  panno  Fenton,  moja  matka  i  obie  siostry  są

przekonane, że będzie pani bezcennym klejnotem dla naszego
kraju. Hassan będzie pani potrzebować. Proszę o pozostanie z
nami. Fajsal.

Gordon stał tuż za nią.

- Co to jest? - szepnął, gdy rozłożyła dokument.

Rose  otworzyła  usta,  a  potem  szybko  je  zamknęła.

Pokręciła  głową  z  niedowierzaniem.  Odłożyła  liścik  i
dokument  tak  szybko,  jak  tylko  pozwalały  jej  na  to  trzęsące
się ręce.

- Później ci powiem - odparła. - Co się dzieje?
- Już kończy. Jesteś gotowa do powrotu?

Rose  zerknęła  na  kopertę  trzymaną  w  dłoni  i  tknęło  ją

dziwne przeczucie.

background image

- Och...
- Co się stało?

Przycisnęła  palce  do  ust  i  potrząsnęła  głową,  słuchając

orędzia Fajsala.

- Jestem  emirem  dopiero  jeden  dzień,  ale  przy  pomocy

mojej niezrównanie pomocnej rodziny z wielką przyjemnością
rozpocząłem 

dzieło 

wprowadzenia 

mojego 

kraju 

w

dwudziesty pierwszy wiek. Całe swe życie temu poświęcę, ale
nie  jako  wasz  emir,  tylko  najwierniejszy  sługa  tego  kraju i
dobry poddany...

Hassan wpatrywał się w swego doradcę.

- Wiedziałeś, że zamierza to powiedzieć?
- Tak.  Przysiągłem  jednak  milczenie. - Jesteś  moim

doradcą, Simon!

- To  prawda,  ekscelencjo.  Ale  Fajsal  jest  emirem,  a

właściwie ... jeszcze nim będzie do północy.

- Nie pozwolę na to, Simon! Nie pozwolę...
- Jestem pewien, że Abdullah będzie uszczęśliwiony, jeśli

zajmie jego miejsce, oczywiście, o ile pan mu na to pozwoli,
ekscelencjo. - Simon  Partridge  odwrócił  się  do  telewizora,
gdzie Fajsal kończył swoją przemowę.

- Od  północy  dnia  dzisiejszego  z  wolnej  woli  oddaję

wszystkie  prawa  do  tronu  w  Ras  al  Hajar  i  przekazuję  ciężar
władzy  prawdziwemu  spadkobiercy  mego  dziadka,  jego
najstarszemu  wnukowi,  a  mojemu  ukochanemu  bratu,
Hassanowi.  Na  tronie  jest  miejsce  tylko  dla  jednej  osoby.
Toteż  z  wielką  radością  chciałbym  oznajmić,  że  moim
ostatnim  posunięciem  jako  emira  będzie  podpisanie  ślubnego
kontraktu dla księcia Hassana. Życzę szczęścia jemu oraz jego
wybrance  i  przysięgam  mu  wierność.  Będę  go  wspierał  i
szanował jako emira Ras al Hajar.

background image

Wpadł  w  pułapkę.  Na  uroczystej  audiencji  roiło  się  od

ludzi. Nie było w kraju mężczyzny, który nie chciałby złożyć
hołdu nowemu władcy.

Fajsal  okazał  się  niezwykle  inteligentny,  przyjeżdżając  w

dżinsach  i  podkoszulku  oraz  ciągnąc  ze  sobą  zagraniczną
żonę.  Nawet  ci,  którzy  mogli  powątpiewać  w  słuszność  jego
decyzji,  z  zadowoleniem  zwrócili  się  ku  tradycji,  którą
uosabiał Hassan.

Hassan  z  zakłopotaniem  przyznawał  jednak  w  duchu,  że

jego młodszy brat zademonstrował więcej odwagi niż on. On
nie  zdobył  się  przecież  na  wyznanie  Rose  swego  uczucia...
Dopiero teraz - może właśnie pod wpływem Fajsala? - pragnął
ją  odnaleźć  i  powiedzieć  jej...  powiedzieć  jej... że  ją  kocha.  I
błagać ją, by została...

Audiencja  skończyła  się  po  pierwszej  w  nocy.  Nie

zważając na późną porę, Hassan chwycił za telefon.

- Tim  Fenton - rozległ  się  zaspany  głos. - Czyżby  jakaś

klacz...

- Nie. Tu Hassan. Muszę rozmawiać z Rose. Natychmiast.

Proszę...

- To niemożliwe - odparł Fenton wyraźnie zadowolony. -

Tutaj jej nie ma.

- Gdzie jest? Chyba jeszcze nie wyjechała...
- Nie  sądzę,  by  jej  miejsce  pobytu  było  pańską  sprawą,

Wasza Wysokość. - A przy okazji, rezygnuję z posady. - Tim
odłożył słuchawkę.

Jeszcze godzinę temu otaczali go ludzie. Nagle w fortecy

zrobiło  się  straszliwie  pusto...  Był  całkiem  sam,  nie  licząc
służby.  Fajsal,  przed  swoim  występem  w  telewizji,  zabrał
Bonnie do domu Aishy. Teraz Hassan zrozumiał dlaczego.

Mógł  zadzwonić  do  Nadim,  ale...  Powiedział  jej,  aby  jak

najszybciej zaaranżowała jego ślub. Niewątpliwie jutro Nadim
sama  zatelefonuje  i  poinformuje  go,  kogo  wybrała  oraz  na

background image

jakich  warunkach.  Wystarczy,  że  dowie  się  tego  jutro...
Zupełnie z tym się nie spieszył.

Rose spędziła dzień na rozmaitych wymyślnych zabiegach

kosmetycznych. Wypielęgnowana od stóp do głów, po masażu
wonnymi  olejkami,  z  dłońmi  pomalowanymi  w  artystyczne
arabeski,  czuła  się  jak  bogini.  Teraz  nakładano  jej  kolejną,
czarną, hennę na włosy.

Jej matka natomiast była w swoim żywiole. Obserwowała,

robiła notatki do nowej książki.

- Naprawdę jesteś wspaniałą córką, niezwykłe inspirującą

- oświadczyła. - Najpierw wychodzisz za faceta, który mógłby
być  twoim  ojcem  i  dostarczasz  mi  mnóstwo  materiału  do
książki, a teraz to! - dodała z zachwytem.

Rose,  której  rozczesywano  włosy,  nawet  nie  odwróciła

głowy.

- Co cię tak cieszy, mamo?
- Nowoczesna  kobieta,  robiąca  spektakularną  karierę,

porzuca  wszystko,  by  żyć  w  haremie! - wyjaśniła  z
charakterystyczną dla siebie emfazą jej matka.

- Jeśli coś takiego o mnie napiszesz, pozwę cię do sądu -

powiedziała Rose pół żartem.

- Doprawdy? Och, to by się świetnie sprzedało.
- Ale  to  nieprawda,  mamo.  Nadim żyje  tu  pełnią  życia  i

może  również  rozwijać  się  zawodowo.  A  ja  mam  stanąć  na
czele  ministerstwa,  które  zajmie  się  poprawą  losu  wielu
kobiet. Abdullah nic dobrego dla nich nie zrobił. Dlaczego nie
zostaniesz  dłużej,  by  się  wszystkiemu  przyjrzeć?  Może
mogłabyś pomóc?

- Och, kochanie, nawet nie znasz tutejszego języka. I, nim

zdążysz się obejrzeć, będziesz mieć gromadkę dzieci.

- Znam  francuski,  niemiecki  i  hiszpański.  Arabskiego

nauczę się błyskawicznie.

- A dzieci?

background image

- Tobie dzieci nie przeszkadzały.
- To  prawda...  Właściwie  w  takiej  wersji  książka byłaby

jeszcze lepsza...

Rose  Fenton!  Rose  Fenton  stanie  na  czele  nowego

ministerstwa! Serce Hassana omal nie pękło z wrażenia.

-

Czy  mógłbyś  wyobrazić  sobie  kogoś  bardziej

odpowiedniego? - To było pytanie retoryczne. Gdy Hassan nie
odpowiedział,  Fajsal  wzruszył  ramionami. - Oczywiście,  że
nie  możesz.  Ona  jest  stworzona  do  tej  roli.  Zna  media  i
rozumie  ich  siłę,  wie,  jak  komunikować  się  z  ludźmi.  Jestem
zaskoczony,  jak  szybko  robi  postępy  w  naszym  języku. -
Zawahał się. - No, może nie aż tak zdumiony, zważywszy że
miała  osobistego  nauczyciela...  Uważasz,  że  to  dla  ciebie
niezręczna sytuacja, nieprawdaż?

Niezręczna?  Co  za  głupstwa  ten  chłopak  opowiada!

Kochał ją. A będzie ją widywał ze świadomością, że nie może
jej  dotknąć,  przytulić.  To  nie  była  niezręczna sytuacja.  To
prawdziwa tortura, istny koszmar!

- Jak długi ma kontrakt?
- Na rok. Pomyślałem, że potrzeba co najmniej tyle czasu

na zorganizowanie ministerstwa, wytyczenie głównych celów.
Potem  być  może  będzie  chciała  wyjechać.  Chyba  że
wymyślisz jakiś sposób, by ją zatrzymać...

- Fajsal!
- Tak, Wasza Wysokość? - Jego niewinny głos nie zmylił

Hassana.

- Lepiej wyjedź stąd! - rzekł ostro. - Zabierz swoją śliczną

żonę i zniknij mi z oczu na rok lub dwa. Być może z czasem
przejdzie mi ochota, by skręcić ci kark!

- Daję  ci  koronę,  pannę  młodą  oraz  królową  mediów  do

pomocy,  i  to  ma  być  podziękowanie? - odparował  Fajsal  z
udawanym żalem. - Niektórych ludzi trudno zadowolić.

- Idź już!

background image

Fajsal uniósł dłonie w geście poddania.

- Już mnie nie ma - powiedział, wycofując się do drzwi.
- Do zobaczenia na twoim ślubie, braciszku!

Hassan wstał.

- Nie  będzie  żadnego  ślubu. - Te  słowa  wydobyły  się

nagle gdzieś z głębi jego piersi. - Nie będzie żadnego ślubu!

- Skończy z tym. Natychmiast. Jeśli nie może mieć Rose,

nie chce nikogo. Nikogo.

Nadim cofnęła się z uśmiechem.

- Olśniewająco wyglądasz - powiedziała z zachwytem.
- Absolutnie olśniewająco.
- Nie mogę się nawet dobrze zobaczyć zza tego welonu...
- O  to  właśnie  chodzi.  Hassan  nie  może  zobaczyć

narzeczonej,  dopóki  się  nie  zaręczą.  Wystarczy  mu  strój  i
biżuteria, by domyślił się, że dziewczyna, ukryta pod spodem,
jest odpowiednią panną młodą dla emira... - Nadim odwróciła
się, 

ponieważ 

usłyszała 

jakieś 

głosy 

za 

kotarami

przedzielającymi  pokój. - Och,  przyjechał! - wyszeptała  w
podnieceniu. - Przyjechał...

Hassan  ze  zniecierpliwieniem  czekał  na  pojawienie  się

siostry.  Przyjechał,  by  bez  względu  na  konsekwencje
skończyć  z tym nonsensem.  Jak,  na  Boga, tym  dwojgu  udało
się zaplanować i zrealizować taki diabelski pomysł! - zżymał
się  w  duchu.  Abdykacja  Fajsala,  a  teraz  to...  Znalazł  się  w
matni.  Chociaż  prawdę  mówiąc,  sam  zastawił  na  siebie
pułapkę, prosząc Nadim o pomoc...

- Nadim? - Odwrócił  się  i  szybko  podszedł  do  siostry,

która wyszła zza ciężkich zasłon.

- Hassan... - Ujęła jego dłonie. - Cieszę się, że tak szybko

przybyłeś. Jesteśmy gotowe...

- Przykro mi, Nadim, ale przyjechałem, by oznajmić ci, że

rezygnuję. Nie mogę się ożenić...

background image

-

Jak  to?  Prosiłeś  przecież,  bym  bezzwłocznie

zaaranżowała  ci  małżeństwo.

-

Wyglądała  na  mocno

zdziwioną. - Kontrakt już został podpisany.

- Fajsal przekroczył swoje uprawnienia!
- On  chciał  dobrze,  Hassan.  Przez  ostatni  tydzień  cały

czas myśleliśmy o tobie.

- Wiem... - Nie  mógł  patrzeć  w  jej  twarz. - Wiem.  To

moja  wina.  Mój  błąd.  Ale  przede  wszystkim  muszę  myśleć  o
moim honorze. On zaś wymaga ode mnie małżeństwa z...

- Z Rose? - wtrąciła cicho. - Masz na myśli Rose?
- Oczywiście! - wybuchnął. A kogóż by innego?
- Ale zapewniałeś mnie, że załatwisz to z nią...
- Myślałem,  że  potrafię.  Myślałem,  że  załatwiłem.  Ale

pomyliłem się.

- Poznałam Rose i jestem pewna, że nie chciałaby stawiać

cię  w  przymusowej  sytuacji...  Na  pewno  zwróci  ci  wolność.
Może powinieneś z nią porozmawiać?

- Nie! - rzekł  ostro. - Nie.  To  niczego  nie  zmieni.

Cokolwiek powie, już nigdy nie będę wolny. Rozumiesz? Nie
mogę bez niej żyć.

- Kochasz ją?
- Ona jest... - Zacisnął dłonie w pięści i położył na sercu. -

Ona jest w środku mnie.

Nadim  z  powrotem  ujęła  jego  dłonie  i  uśmiechnęła  się

delikatnie.

-

Rozumiem,  Hassan.  I  na  pewno  zrozumie  to

dziewczyna,  która  czeka  na  ciebie.  Musisz  wszystko  jej
wyjaśnić, otworzyć swe serce.

- Nadim, proszę...
- Ona zrozumie. Zobaczysz.
- Ale... - Jeszcze się bronił.

background image

- Zaufaj mi. - A potem dodała z najsłodszym uśmiechem:

- Jestem  przecież  lekarzem. - I  nadal  trzymając  go  za  rękę,
odsunęła zasłonę.

Pośrodku  pokoju  stała  wysoka,  smukła  kobieta  ubrana  w

długą, jaskrawoczerwoną suknię, szamerowaną złotą nicią. W
talii przepasana była ciężkim pasem ze złotej siatki, na głowie
zaś miała gęsty welon, przez który nic nie można było dojrzeć.

Trochę zbyt późno Hassan zdał sobie sprawę, że nawet nie

zna  jej  imienia.  Odwrócił  się  do  Nadim,  ale  zasłona  była  już
opuszczona.

Rose  obserwowała  go  spod  welonu.  Nie  podobał  jej  się

plan Nadim. Nie chciała poślubić Hassana, jeśli on nie będzie
wiedział,  kim  jest  Nie  mogłaby  poślubić  mężczyzny,  który
godził się na taki związek.

Ale  niepotrzebnie  się  martwiła.  Okazało  się,  że  Nadim

lepiej  znała  swego  brata  Może  nawet  lepiej  niż  on  sam  znał
siebie.

Stał  oto  przed  nią,  by  zgodnie  z  poleceniem  Nadim,

otworzyć się przed nią, wyznać miłość do innej kobiety.

Ale  ból  malujący  się  na  jego  twarzy  rozdzierał  wprost

serce. Nie mogła dopuścić, by tak strasznie cierpiał. Już dość
dużo usłyszała. Wyciągnęła rękę.

- Sidi... - powiedziała cicho.

Dłonie miała pomalowane, ubrana była jak panna młoda. ..

Jakże mógł zacząć jej tłumaczyć...

- Panie - powtórzyła  po  angielsku  i  dopiero  wtedy  coś

nim wstrząsnęło.

Zrobił krok w jej kierunku.

- Kim jesteś?
- Znasz mnie, panie.
- Rose...? - Nie  mógł  w  to  uwierzyć.  Ale  ona  wsunęła

dłoń  w  jego  rękę  niczym  słodkie  przypomnienie.

-

Powiedziałaś  kiedyś,  że  jeśli  mężczyzna  będzie  mieć  tyle

background image

szczęścia,  by  mieć  ciebie,  poświęcisz  całe  życie,  by  już  nie
zapragnął innej...

- Mówiłam poważnie.
- Nie musisz poświęcać wszystkiego... - Zdjął welon z jej

twarzy. - Kocham  cię,  Rose.  Zostań  ze  mną.  Na  zawsze.  Żyj
ze mną, wychowaj nasze dzieci, bądź moją żoną i księżniczką.

Czyżby się zmienił? Czy mógł się zmienić?

- Chcesz,  bym  siedziała  w  domu  i  wychowywała  twoich

synów, Hassan?

Objął  ją  w  talii  i  przyciągnął  do  siebie.  Minę  miał

śmiertelnie poważną.

- To  by  mi  odpowiadało - powiedział  żartobliwie. - Jak

myślisz, czy znajdziesz na to trochę czasu w ferworze nowych
obowiązków ministerialnych?

- Już wiesz?
- Fajsal poinformował mnie o decyzji, którą podjął przed

godziną.

- I nie masz nic przeciwko?

Oczywiście, że miał. Ani na chwilę nie chciał tracić jej z

oczu. Ale jeśli za tę cenę zatrzyma ją przy sobie, nauczy się z
tym żyć.

- Podpisałaś  kontrakt  z  emirem  Ras  al  Hajar - odparł. -

Jakże mógłbym się sprzeciwiać?

- A  jeśli  będę  musiała  wyjeżdżać  za  granicę,  na

konferencje?

- Będę  tego  nienawidzić - przyznał. - Ale  kocham  cię,

Rose...  Chcę  ciebie  lub  nikogo.  Bez  żadnych  warunków.
Pytanie brzmi, czy również ty mnie zechcesz?

- Podpisałam  kontrakt  z  emirem - odpowiedziała  Rose,

dotykając  ręką  jego  twarzy,  a  potem  ustami  jego  ust. - Nasz
los 

został 

przypieczętowany, 

Hassan. 

Czyż 

mogę

przeciwstawiać się przeznaczeniu?