LEE WILKINSON
MIODOWY MIESIĄC W
HONGKONGU
ROZDZIAŁ PIERWSZY
Kiedy Mia przyjechała do wiejskiej rezydencji Rayburna, urodzinowe
przyjęcie Rhody trwało juŜ w najlepsze. Podziękowała Michaelowi Brentowi, szefowi
działu eksportu u Rayfielda, i jego Ŝonie Sue za podwiezienie jej z miasta. Od
kręcącego się przy wejściu kelnera wzięła kieliszek szampana i skierowała się do sali
balowej.
Miała na sobie szarą, szyfonową sukienkę z długimi rękawami i
rozkloszowaną spódnicą, łagodnie oplatającą jej smukłe nogi. Jedyną ozdobę tego
skromnego, acz eleganckiego stroju stanowił ciemnozłoty pasek. Do kompletu
załoŜyła szare sandałki, a przez ramię przewiesiła niewielką torebkę na złotym
łańcuszku.
Wysoka, szczupła, z puklami jasnych włosów opadających łagodnie wzdłuŜ
ramion, przeciskała się z naturalnym wdziękiem pomiędzy rozbawionymi i
zagadanymi grupkami gości, przystając tylko od czasu do czasu, Ŝeby zamienić kilka
słów ze znajomymi.
Pozornie beztroska i roześmiana, była jednak bardzo spięta. Nie miała ochoty
na tę wizytę. W gruncie rzeczy wolałaby, Ŝeby całe to przyjęcie juŜ się skończyło. O
ile lepiej byłoby, gdyby mogła zostać sama z Filipem...
Istniała jeszcze jedna przyczyna, z powodu której źle się czuła w tym
towarzystwie - z całą pewnością spotka tutaj Sandera Davisona. Czy naprawdę musiał
tu przyjeŜdŜać, czy nie mógł zostać w tym swoim Hongkongu?
Wiedziała, Ŝe Sander Davison, starszy kuzyn Rhody, jest bardzo bogatym
bankierem. Początkowo, zanim jeszcze zdąŜyli się poznać, wyobraŜała go sobie jako
nudziarza w średnim wieku, z rzednącymi włosami i rosnącym brzuszkiem. Przy
pierwszym spotkaniu musiała jednak przyznać, Ŝe Sander jest Ŝywym zaprzeczeniem
jej wyobraŜeń.
Doskonale pamiętała, kiedy pierwszy raz przyszedł do niej do biura. Jej
sekretarka, Janet, która otwierała akurat jakieś listy, wytrzeszczyła oczy na jego
widok. Ale Sander na kaŜdej kobiecie wywarłby równie piorunujące wraŜenie. Miał
prawie dwa metry wzrostu, potęŜne bary i był piekielnie przystojny. Mia przyjrzała
mu się bliŜej i poczuła, jak przez jej ciało przebiega gwałtowny, niepokojący dreszcz.
W tej samej chwili zapałała do niego jakąś dziwną i trudną do wytłumaczenia
antypatią.
Odwróciła wzrok od jego pełnych, zmysłowych ust i poleciła Janet zająć się
kłopotliwym nieznajomym, a sama wróciła do pracy.
Studiowała właśnie jakieś dokumenty, pochylona pilnie nad stosem papierów,
kiedy dwie silne dłonie oparły się o blat jej biurka. Nerwowo podskoczyła, uniosła
głowę i zobaczyła tuŜ nad sobą jego atrakcyjną, zdrowo opaloną twarz. Spod
regularnych brwi patrzyły na nią lśniące zielone oczy.
- Nazywam się Sander Davison - przedstawił się uprzejmie.
- Sander Davison... - powtórzyła skonsternowana i pomyślała, Ŝe męŜczyzna
ten bardziej przypomina niezłomnego konkwistadora niŜ bogatego bankiera.
Dokładnie w tej chwili do gabinetu wszedł Filip i przeprosił za nieznaczne
spóźnienie. Bankier nieznacznie obrócił się, zerknął kątem oka na nowego przybysza,
a następnie obdarzył Mię ironicznym uśmieszkiem.
Rzucił jej wtedy wyzwanie. Wyzwanie, które niszczyło jej spokój i wpędzało
w nieustanne zakłopotanie.
Sander był jak na jej gust zbyt inteligentny, zbyt błyskotliwy, zbyt pewny
siebie. Zawsze, ilekroć znalazła się w jego towarzystwie, czuła się niezręcznie.
Patrzył na nią uwodzicielsko, a im dłuŜej się jej przyglądał, tym mocniej rozpalały się
w jego zimnych, zielonych oczach ogniki poŜądania. Mia, aby uniknąć skrępowania,
zawsze starała się trzymać od niego z daleka.
Ale kiedy próbowała się wyłgać z dzisiejszego przyjęcia, ojciec popatrzył na
nią znad leŜących na biurku dokumentów i krótko powiedział:
- Nie wygłupiaj się, dziewczyno. PrzecieŜ musisz tam iść.
Mia zawahała się. Nieistotne drobiazgi zawsze wprowadzały ojca w złość,
więc jako dobra córka starała się go nie denerwować. Zwłaszcza po jego ostatnim
ataku serca.
- Jeśli nie pójdziesz, Rhoda poczuje się dotknięta - dodał tonem nie znoszącym
sprzeciwu.
No tak, to bardzo prawdopodobne, pomyślała Mia. ChociaŜ Rhoda na uŜytek
publiczny zawsze doskonale odgrywała rolę kochanej kuzynki, w codziennych,
prywatnych kontaktach nawet nie usiłowała ukryć swojej niechęci do Mii.
CóŜ było robić... Poszła. Chwilowo zapomniawszy o wzajemnych urazach,
stała teraz w kącie sali i uwaŜnie obserwowała zatłoczony pokój, usiłując wypatrzeć
gdzieś w tłumie Filipa.
Nagle zauwaŜyła w pobliŜu Jacqueline May, superelegancko ubraną kobietę o
oczach błękitnych jak szafiry i czarnych, kręconych włosach. Jej olśniewająco piękna
twarz stale pojawiała się na okładkach najpopularniejszych Ŝurnali.
Mia, ze swoimi płowymi włosami, szarymi oczyma i mlecznobiałą cerą,
zawsze uwaŜała się za kobietę niezbyt ciekawą. Westchnęła... W towarzystwie Jac-
queline May czuła się jak wyblakła akwarelka przy jaskrawym olejnym obrazie.
PotęŜny męŜczyzna, który częściowo zasłaniał jej widok na piękną modelkę,
gdzieś odszedł i wtedy u jej boku Mia zobaczyła Sandera Davisona. W nienagannie
skrojonym garniturze wyglądał zabójczo przystojnie.
Obserwowała go ostroŜnie spod przymkniętych powiek.
Niespodziewanie jakaś otyła kobieta, ubrana w kosztowny, choć zupełnie
pozbawiony gustu strój, potrąciła jej ramię, o mało co nie wylewając jej szampana.
Zatrzymała się, Ŝeby przeprosić. Mia uśmiechnęła się do niej:
- Nic się nie stało.
WciąŜ się uśmiechała, kiedy, nierozwaŜnie spojrzawszy w stronę sali,
napotkała wbity w siebie wzrok Sandera Davisona.
Serce w niej zamarło. Odwróciła oczy i pospiesznie wmieszała się w tłum.
Rhoda - drobna, rudowłosa dziewczyna o okrągłej twarzy i piwnych oczach, stała przy
barze między swoim ojcem a ojcem Mii. William Rayburn i James Fielding od lat byli
przyjaciółmi, a zarazem współwłaścicielami Rayfield Pharmaceuticals.
Ujrzawszy ojca, uśmiechającego się czułe do Rhody, Mia poczuła ukłucie
zazdrości. Od wczesnego dzieciństwa usilnie starała się pozyskać jego miłość i akcep-
tację, ale to córka Williama była zawsze tą, która zajmowała uprzywilejowane
miejsce w jego sercu.
Zespół muzyczny zaczął grać głośną, bitową muzykę i wielu gości,
szczególnie tych młodych, poszło tańczyć.
Mia rozejrzała się jeszcze raz po sali... Ciągle ani śladu Filipa. Postawiła
kieliszek na barku i z zachmurzoną twarzą uciekła na zewnątrz, w chłodne nocne
powietrze. Skierowała się na murowany taras, po którym przechadzało się kilka par.
W ogrodzie świeciły lampiony. Myśląc o Filipie, poszła ścieŜką prowadzącą do
odosobnionej altanki.
Inteligentny i ambitny Filip Measham kierował działem sprzedaŜy Rayfield
Pharmaceuticals. Wysoki, przystojny, z kędzierzawymi włosami, miał mnóstwo
męskiego wdzięku. Mia juŜ od ponad roku pracowała jako jego asystentka. Mniej
więcej od tego samego czasu sekretnie się w nim podkochiwała.
Spojrzała na ogród. Wprawdzie był dopiero początek marca, ale noc była
wyjątkowo ciepła. Łagodny wietrzyk poruszał delikatnie jej długą spódnicą,
rozwiewał pasma włosów i miłośnie muskał kark. Mia rozmarzyła się...
Tamtego pamiętnego dnia, drugiego dnia BoŜego Narodzenia, podczas
przechadzki w ogrodzie, Filip pocałował ją po raz pierwszy i wyznał, Ŝe ją kocha.
Oszołomiona nastrojem i urokiem chwili, Mia wsunęła palce w jego blond czuprynę i
pocałowała go tak namiętnie, Ŝe zaskoczyło to ich oboje.
Później przyszło poczucie winy. Filip juŜ od kilku miesięcy był przecieŜ
narzeczonym Rhody.
Zaczęły się tygodnie szczęścia. Ale było to szczęście zaprawione goryczą.
Spotykali się zawsze potajemnie. Dzisiaj wszystko miało się zmienić. Filip obiecał
jej, Ŝe tego wieczora wszystko ostatecznie wyjaśni.
- Jak tylko skończy się to przyjęcie, powiem Rhodzie, Ŝe chcę zerwać
zaręczyny - obiecywał.
Mia zaniepokoiła się:
- Ale jak to wpłynie na twoją karierę?
Po jego twarzy przemknął cień. Po chwili jednak Filip rozchmurzył się i
powiedział zdecydowanie:
- Jest to pewne ryzyko, ale je podejmę. Nie mogę juŜ tak dłuŜej Ŝyć.
Wkrótce będzie wolny. Wolny! A po pewnym czasie oficjalnie jej się
oświadczy i weźmie ją za Ŝonę...
Usłyszała cichy szelest zbliŜających się kroków. Wiedziała, Ŝe to Filip
przyszedł tutaj za nią. Odwróciła się i ujrzała go tuŜ za sobą.
- Kochanie! - Rzuciła mu się w ramiona i uniosła twarz do pocałunku.
Silne ramiona zacisnęły się wokół niej, a usta dotknęły jej warg, zanim
zaskoczona Mia zorientowała się, Ŝe to nie Filip. MęŜczyzna był wyŜszy, potęŜniejszy
i duŜo silniejszy. Filip, choć namiętny, zawsze był delikatny i czuły. Nigdy tak mocno
jej nie ściskał. Nigdy teŜ nie całował jej tak Ŝarliwie i... z takim znawstwem.
Mia ze wszystkich sił próbowała się uwolnić. Odpychała trzymające ją
ramiona, ale one zaciskały się jeszcze mocniej. Pocałunek, z kaŜdą chwilą coraz
bardziej namiętny, doprowadził ją niemal do zawrotu głowy. Ciepła dłoń zaczęła
pieścić jej plecy poprzez cienki materiał sukni...
Mia wiedziała, Ŝe powinna protestować, lecz jej opór słabł z kaŜdą sekundą.
Do tej pory tylko poczucie winy wobec Rhody powstrzymywało ją od zupełnego
oddania się Filipowi. Teraz zbyt długo tłumione namiętności wybuchły w niej niczym
gejzer.
Pieszczoty nieznajomego męŜczyzny były tak zniewalające, Ŝe pozbawiły ją
resztek rozsądku. Oplotła ramionami jego mocny kark, krew poczęła szybciej krąŜyć
w jej Ŝyłach, a całe ciało zaczęło płonąć... Kiedy zręczne dłonie nieznajomego
rozsunęły suwak sukni i delikatny szyfon zsunął się z jej ramion, Mia nie
zareagowała. ZadrŜała tylko, westchnęła i pozwoliła się całować. Czuła gorące usta,
które błądziły nieprzytomnie po atłasowej szyi, ramionach, by wreszcie ześlizgnąć się
w dół pomiędzy jej piersi... Nagle usłyszała odgłos zbliŜających się kroków i głośny
kobiecy śmiech. Nim zdąŜyła zareagować, zręczne ręce szybko nasunęły jej suknię i
zapięły zamek, a wysoka sylwetka tajemniczego męŜczyzny zasłoniła ją przed
ciekawskimi spojrzeniami.
Gdy tylko spacerująca para przeszła, Mia wysunęła się zza nieznajomego, by
zobaczyć jego twarz. W ciemnościach widziała tylko biały gors koszuli i odblask
ś
wiatła w oczach, ale poznała go natychmiast. Prawdopodobnie od samego początku
podświadomie wiedziała, Ŝe to on.
Była wściekła, Ŝe tak podstępnie ją podszedł.
- Jak śmiałeś?! - syknęła.
Sander Davison był najwyraźniej rozbawiony całą sytuacją.
- Mówisz jak kobieta z wiktoriańskiego romansu - odparł i roześmiał się. - Nie
spodziewałem się tego po tobie. Nie spodziewałem się teŜ, Ŝe tak namiętnie
zareagujesz... - dodał.
- Nie wiedziałam, Ŝe to ty - wycedziła przez zęby i poczuła, jak się zaczyna
czerwienić.
- A myślałaś, Ŝe kto? - zainteresował się. - Na kogo czekałaś?
- Na nikogo - zaprzeczyła.
- Czy w takim razie zawsze rzucasz się w ramiona obcych męŜczyzn z
okrzykiem „kochanie”?
Zawstydzona tym pytaniem, Mia odwróciła się, by czym prędzej wymknąć się
z altanki, ale Sander chwycił ją mocno za ramię i przytrzymał. Nie bardzo wiedziała,
jak ma się zachować.
- Skąd wiedziałeś, gdzie jestem? - spytała.
- Wyszedłem za tobą na taras i doszedłem po twoich śladach aŜ tutaj.
- Nie zauwaŜyłam ciebie - odparła Mia ze wzrokiem wbitym w ziemię.
- NiezauwaŜanie mnie weszło ci w zwyczaj - powiedział. - Zwyczaj, który
niezbyt mi się podoba - dodał miękko. - Mam nadzieję, Ŝe juŜ się go pozbyłaś.
- Puść mnie! - Szarpnęła uwięzioną rękę.
- Poczekaj, nie denerwuj się... - Sander zignorował jej prośbę. - Znam
znakomite lekarstwo na skołatane nerwy...
Ponownie usłyszeli odgłos kroków.
- Wprawdzie to miejsce nie jest zbyt ustronne, ale jeśli tylko masz ochotę...
- Mam ochotę stąd uciec. Puść mnie! Jeśli tego nie zrobisz, zacznę krzyczeć!
- Ach, jak w prawdziwym melodramacie!
- Posłuchaj, gdybym zrobiła ci scenę, miałbyś duŜo do wyjaśniania swojej
dziewczynie. - Próbowała go zaszantaŜować.
- Ale nie zrobisz.
Cholerny typ! Miał rację. Mia nigdy nie lubiła być w centrum uwagi, a
przecieŜ gdyby chciała zrealizować swoją groźbę, i gdyby ta miała być skuteczna,
musiałaby urządzić prawdziwe przedstawienie.
Nie opodal pojawiła się kolejna para spacerujących młodych ludzi. Sander
spojrzał w bok i, kiedy uścisk jego palców nieco zelŜał, Mia wyrwała się i szybko
uciekła. Tak bardzo pragnęła się od niego oddalić, Ŝe prawie biegła.
Była wściekła. Co za tupet! śeby tak śledzić ją aŜ na taras, a potem...
No dobrze, ona sama teŜ nie jest bez winy. Mój BoŜe, jak łatwo straciła
samokontrolę... Stanowczo zbyt długo opierała się Filipowi. A natura ma przecieŜ
swoje prawa.
Jęknęła boleśnie. Co się z nią stało? PrzecieŜ zawsze uwaŜała, Ŝe seks i miłość
są nierozłączne, Ŝe nie istnieje nic takiego jak „czysta namiętność”, i Ŝe seks jest
formą wyraŜania miłości. A teraz...? Nigdy nie myślała, Ŝe jest w stanie tak silnie
zareagować na pieszczoty męŜczyzny, którego przecieŜ nie znosi.
Wzburzona podeszła do baru, przy którym stali jej ojciec i William. James
Fielding był postawnym, siwym, ciągle przystojnym męŜczyzną, choć szaroblady
odcień skóry na jego twarzy przypominał o niedawno przebytym ataku serca.
- Zastanawiałem się właśnie, gdzie się podziałaś - rzucił cierpko, po czym
popatrzył na córkę z dezaprobatą.
W tej samej chwili William przysunął się do niej i zapytał:
- Przyłączysz się do nas, moja droga?
- Z przyjemnością - odparła spokojnie.
Z tłumu gości wyszli Rhoda i Filip. Po Filipie nie było widać, Ŝeby się
specjalnie dobrze bawił, ale za to twarz Rhody rozjaśniał promienny uśmiech.
- Cześć, Mia! Wspaniałe przyjęcie, prawda? - zawołała.
- Cudowne! - zgodziła się posłusznie Mia. Zaniepokoił ją wyraz oczu Filipa.
Wyglądało na to, Ŝe coś go gryzie. CzyŜby juŜ zerwał zaręczyny? Ale jeśli to zrobił,
to dlaczego Rhoda ćwierka niczym skowronek?
- Mamy wspaniałe wiadomości!
Filip drgnął, chciał chyba zaprotestować, ale po chwili odwrócił wzrok, jakby
dał za wygraną. Rhoda natomiast, wciąŜ rozpromieniona, zaczęła coś radośnie
szczebiotać. I w tym momencie Mia domyśliła się, Ŝe owe „wspaniałe wiadomości”
niezbyt dobrze wróŜą jej samej. Przeszył ją zimny dreszcz.
- Uzgodniliśmy wreszcie datę naszego ślubu, prawda, kochanie? - powiedziała
Rhoda, uśmiechając się do narzeczonego i oparła głowę na jego ramieniu. - Za niecałe
dwa miesiące zostanę panią Measham!
Jej słowa rozbrzmiewały głuchym echem w głowie Mii. Gwar składanych
Ŝ
yczeń i gratulacji ledwo do niej docierał.
A więc Rhoda postawiła na swoim... Odniosła spektakularny sukces.
Wyraźnie, przy wszystkich powiedziała: „Ręce precz! On jest mój i tylko mój!”
Oczywiście Mia nie miała najmniejszych nawet wątpliwości, Ŝe Rhoda znała jej
uczucia do Filipa, i Ŝe starannie zaplanowała moment ogłoszenia ślubu tak, aby ją
publicznie poniŜyć i upokorzyć. I trzeba przyznać, Ŝe jej się to udało.
Mia, choć przyszło jej to z trudem, dumnie uniosła głowę i, nie patrząc na
Filipa, powiedziała ostroŜnie:
- Mam nadzieję, Ŝe będziesz szczęśliwa. - Po czym uśmiechnęła się i odeszła
na miękkich nogach.
Musiała się jakoś otrząsnąć z szoku, który przeŜyła. Podeszła do okna. Nagle
cały pokój zawirował wokół niej, zachwiała się i pewnie by upadła, gdyby nie silne
ramię, które chwyciło ją w talii.
- Wszystko w porządku? - Usłyszała tuŜ przy uchu znajomy głos. - Trzymam
cię. Oprzyj się o mnie.
To był Sander Davison. Mia oparła się o niego bezwładnie. Dla patrzących z
boku wyglądało to pewnie jak romantyczna scena, ale dziewczyna daleka była od
romantycznych uczuć.
Sander pochylił się nad nią i powiedział cicho:
- Zaopiekuję się tobą.
. Powolutku zaprowadził bezwolną i otępiałą Mię na taras, a gdy tylko znaleźli
się na świeŜym powietrzu, usadził ją na krześle stojącym gdzieś w najciemniejszym
zakamarku i zaczął głaskać po głowie jak małe dziecko.
- JuŜ mi lepiej - wymruczała po chwili.
- Dasz sobie radę, jeŜeli zostawię cię na chwilkę?
- Tak. Dziękuję ci bardzo - odpowiedziała niczym grzeczna uczennica.
Ku jej zdumieniu Sander wrócił po chwili z filiŜanką gorącej herbaty. Wzięła
ją drŜącymi rękami i powoli zaczęła pić.
- Czy czujesz się na siłach, aby wrócić do środka? - spytał, kiedy filiŜanka
została opróŜniona.
- Nie! - odpowiedziała gwałtownie.
- Nie moŜesz tutaj zostać. Masz dreszcze.
- Chcę wrócić do domu. - Potrząsnęła głową. - Wezmę taksówkę.
- To nie będzie takie proste. Przypuszczam, Ŝe wszystkie taksówki w okolicy
są zajęte.
Mia zacisnęła zęby. Co robić? PrzecieŜ nie moŜe tam wrócić, spojrzeć w
triumfujące oczy Rhody i udawać, Ŝe nic się nie stało.
- Jak tutaj dotarłaś? - niespodziewanie spytał Sander. - Razem z ojcem?
- Nie. Podwieźli mnie Brentowie. Tata zostaje na noc.
- Radziłbym ci zrobić to samo. Zapytam gospodarza, czy mają wolną
sypialnię. Jeśli nie, odstąpię ci moją.
- Dziękuję, ale chyba nie chcę... Nie, nie mogę tutaj zostać! - krzyknęła Mia z
desperacją.
- No dobrze, w takim razie zaczekaj na mnie chwilę - powiedział i odszedł.
Przyjęcie najwyraźniej się rozkręcało. Muzyka grała coraz głośniej, goście
rozmawiali, śmiali się i tańczyli w najlepsze, podczas gdy ona siedziała zdruzgotana,
z dala od wszystkich, w najdalszym kącie tarasu.
WciąŜ dręczyły ją te same pytania. Dlaczego Filip tak nagle zmienił zdanie?
PrzecieŜ obiecywał, Ŝe odwoła zaręczyny, mówił, Ŝe kocha... Jakich sposobów uŜyła
Rhoda Ŝeby go przy sobie zatrzymać?
- Czy masz płaszcz? - zapytał Sander, gdy po raz kolejny pojawił się
niespodziewanie obok niej.
Mia pokręciła przecząco głową.
- Nie, było tak ciepło, Ŝe nie wzięłam.
- Chcesz się z kimś poŜegnać?
- Nie.
- No to chodźmy.
- Zamówiłeś dla mnie taksówkę?
- Sama zobaczysz.
Wziął ją pod rękę i pomógł wstać z krzesła. Mimo Ŝe Mia była kobietą dość
wysoką, a teraz na dodatek miała na nogach wysokie szpilki, czubkiem głowy ledwie
sięgała jego podbródka. Przez jej ciało przebiegł kolejny dreszcz. Sander natychmiast
zdjął marynarkę i narzucił jej na ramiona.
- Dziękuję - bąknęła pod nosem.
Na zewnątrz, przy końcu podjazdu stało kilka czekających na klientów
taksówek. Sander jednak minął je i poprowadził ją do zaparkowanego z boku białego
porsche'a.
- To nie jest taksówka - zaprotestowała.
- Chcesz wrócić do domu? - spytał krótko.
- Tak. Bardzo... - Objęła rękoma zbolałą głowę.
- Ale nie mogę przecieŜ wyciągać cię z takiego przyjęcia. A co z twoją...
dziewczyną?
- MoŜesz się nie obawiać. Jacqueline z pewnością doskonale będzie się bawić
sama. - Otworzył drzwiczki.
- No, jedziemy!
Mia wsiadła bez słowa. Nie chciała mieć Ŝadnych zobowiązań, zwłaszcza
wobec niego, ale nie miała wyboru.
- Nie mieszkasz z ojcem, prawda? - spytał, zapinając jej pas bezpieczeństwa.
- Nie. Mam własne mieszkanie. W Girton Terrace na Bayswater 33.
Ruszyli w stronę Londynu. Gdy jechali przez ciemne i ciche okolice Kentu,
Mia poczuła, jak ogarnia ją zmęczenie. Silnik mruczał cicho, wnętrze auta było małe,
ale ciepłe i przytulne. Westchnęła cięŜko, oparła głowę o podgłówek, zamknęła oczy i
po niedługiej chwili usnęła.
- Obudź się. - Usłyszała jak przez sen jakiś głęboki męski głos. Odwróciła
głowę w drugą stronę. - Mia, słyszysz? Obudź się - powtórzył męŜczyzna i delikatnie
poklepał ją po policzku. - Spanie w samochodzie naprawdę nie jest przyjemne.
Mia niechętnie podniosła cięŜkie powieki. W świetle ulicznych lamp ujrzała
nad sobą Sandera Davisona. Przez chwilę patrzyła na niego niewidzącymi oczami, po
czym podniosła się i wyjrzała przez okno. Samochód stał zaparkowany przed jej
domem.
- Nie mam kluczy - szepnęła przeraŜona, gdy stanęli przed drzwiami. - Są w
torebce, ale nie wiem, co się z nią stało.
- Zostawiłaś ją w ogrodzie. Ale nie denerwuj się. Pamiętałem, Ŝeby ją zabrać.
Sięgnął do kieszeni marynarki, wyjął z niej małą torebkę i podał Mii.
Chwyciła ją i zaczęła gorączkowo mocować się z zapięciem. Jednak jej normalnie
zwinne palce tym razem nie mogły sobie z nim poradzić.
- Pozwól. MoŜe mi się uda. - Sander wyjął delikatnie torebkę z jej rąk, w ciągu
kilku sekund znalazł klucze, wyjął je i włoŜył do zamka. Nie naoliwione Ŝółte drzwi
skrzypnęły swojsko.
Mia nie była pewna, czy powinna się z nim poŜegnać, czy raczej zaprosić do
ś
rodka.
- Dziękuję ci - powiedziała niepewnie.
- O ile nie zamierzasz mnie zaprosić, proponuję, abyś zamknęła drzwi.
- Słucham...? Ach, tak... Rzeczywiście. Jeszcze raz ci dziękuję. Byłeś taki
uprzejmy.
Cofnęła się, starannie zamknęła drzwi i załoŜyła łańcuch. Weszła do pokoju,
zapaliła światło i, gdy zaciągała zasłony, za oknem usłyszała odjeŜdŜający samochód.
Nareszcie w domu! Wprawdzie mieszkanie, które zajmowała, nie było zbyt
duŜe - składało się tylko z jednego pokoiku, miniaturowej kuchenki i jeszcze
mniejszej łazienki - ale zupełnie zaspokajało potrzeby Mii. Zwłaszcza Ŝe mieszkała
przecieŜ sama.
Powoli rozłoŜyła łóŜko. Następnie rozebrała się, wzięła krótki prysznic i czym
prędzej wsunęła się pod kołdrę. Gdy tylko przyłoŜyła głowę do poduszki, usnęła jak
zabita.
Spała dłuŜej niŜ zwykle. Kiedy się wreszcie zbudziła, leŜała jeszcze jakiś czas
z zamkniętymi oczami i słuchała znajomych odgłosów niedzielnego poranka.
Szczekania Rexa pani Padstow, Trevora, który usiłował uruchomić motocykl, panny
Ackroyd nawołującej swojego synka... Wyspana i wypoczęta przeciągnęła się z
rozkoszą. Nagle przypomniała sobie wszystkie wydarzenia ostatniej nocy i błogi
uśmiech natychmiast zniknął z jej twarzy. No tak... śegnajcie marzenia i złudne
nadzieje!
Gwałtowny dźwięk dzwonka nie pozwolił jej pogrąŜyć się w ponurych
rozmyślaniach. Mia poderwała się na łóŜku i zamarła w bezruchu. Kto to moŜe być,
zaczęła się zastanawiać. Na pewno nie Filip. Nie mógłby, ot tak, przyjść sobie z
wizytą po tym wszystkim, co się wczoraj stało... To nie w jego stylu. Szczerze nie
znosił wszelkich trudnych i niezręcznych sytuacji i zawsze starał się ich unikać jak
ognia.
Dzwonek zadzwonił ponownie...
Nie, nie chciała nikogo widzieć. Nie w tej chwili. Postanowiła więc
zignorować gościa, ale on najwyraźniej nie miał zamiaru odejść. WciąŜ dzwonił,
wytrwale i zdecydowanie. Mia westchnęła cięŜko, wstała z łóŜka i podeszła do drzwi
w swojej luźnej koszuli nocnej. Czuła się fatalnie. To straszne, jak bardzo szok
wpływa na zdrowie...
Dzwonek ciągle dzwonił. To pewnie młody Trevor... Tak wcześnie rano mógł
przyjść tylko on. Na pewno chce poŜyczyć kilka monet do automatu zainstalowanego
w holu.
Nie zdejmując łańcucha, otworzyła zamek i uchyliła drzwi. Ale to nie był
Trevor. Za drzwiami stał wysoki, dobrze zbudowany męŜczyzna, zupełnie niepodobny
do młodzieńca, którego spodziewała się ujrzeć. Oparty kciukiem o przycisk dzwonka,
wpatrywał się w nią intensywnie kpiącym spojrzeniem swoich błyszczących zielonych
oczu.
Mia poczuła, jak rumienią się jej policzki. Miała przed sobą Sandera
Davisona.
ROZDZIAŁ DRUGI
- Ach, to ty! - Mia krzyknęła zaskoczona. Sander był ostatnim człowiekiem,
którego pragnęła w tej chwili zobaczyć i nawet nie starała się ukryć tego faktu.
On jednak, niczym nie zraŜony, uśmiechał się ironicznie. Jego pełne i
doskonałe ukształtowane usta odsłaniały wspaniałe zęby. Mogła go lubić bądź nie, ale
musiała przyznać, Ŝe jest naprawdę bardzo atrakcyjny.
Pochylił się w jej stronę. Mia odruchowo się cofnęła. MęŜczyzna potraktował
widocznie jej niekontrolowany odruch jak zaproszenie, gdyŜ wszedł za nią do
mrocznego pokoju. Cofnęła się jeszcze bardziej i odrzuciła na ramię niesforne pasmo
jasnych włosów. Uświadomiła sobie z zakłopotaniem, Ŝe łóŜko jest nie posłane, a ona
sama w dezabilu.
- Obawiam się, Ŝe nie jestem odpowiednio ubrana...
- zaczęła, nie bardzo wiedząc, co ma powiedzieć.
- ZauwaŜyłem, ale nie przejmuj się. - Zerknął na staromodną koszulę w
stokrotki, skrzywił się i dodał:
- W tym stroju raczej trudno by ci było mnie podniecić...
Podniecić! Dobre sobie! Ostatnią rzeczą, jakiej pragnęła, było to, aby go
podniecić! Nie dała się sprowokować. Podeszła do okna, i odsuwając zasłony,
spokojnie zaczęła mówić:
- Jest jeszcze wcześnie i w zasadzie nie powinnam...
- Jest juŜ po dziesiątej - powiedział krótko, opierając się o gzyms murowanego
kominka.
Miał na sobie golf i jasne spodnie, które podkreślały jego płaski brzuch i
wąskie biodra. Starannie ogolone policzki wyglądały świeŜo i zdrowo, zielone oczy
lśniły jakimś niepokojącym blaskiem, a krótko przystrzyŜone, błyszczące włosy
zaczesane były z niedbałą elegancją. Ogólnie, Sander robił dobre... no, niech tam -
bardzo dobre wraŜenie.
Mia wzięła głęboki oddech i zaczęła jeszcze raz:
- Nie spodziewałam się ciebie... Odwrócił się do niej błyskawicznie.
- A kogo się spodziewałaś? Czy to, Ŝe Measham podjął wreszcie decyzję, nic
dla ciebie nie znaczy? Nadal usiłujesz kontynuować swoje niecne gierki?
Mia zbladła gwałtownie.
- Ja... nie rozumiem, o czym mówisz... - wyjąkała.
- Nie udawaj niewiniątka. Tracisz tylko czas. Doskonale wiem, co was łączy!
Chciała zaprotestować, ale przerwał jej chłodno.
- Nie zaprzeczaj. Po skończonym przyjęciu Rhoda wszystko mi powiedziała.
Szczęśliwie znalazła na to czas. Chciałaś, Ŝeby Measham zerwał zaręczyny. No,
powiedz! Chciałaś?
Teraz, dla odmiany, twarz dziewczyny stała się czerwona niczym piwonia.
- Nigdy go do niczego nie zmuszałam! - próbowała się bronić. - A jeśli nawet
tak było, to nie powinno cię to obchodzić!
Sander oparł ręce na biodrach i zmroził ją wzrokiem.
- To takŜe moja sprawa - powiedział spokojnie. - Jesteśmy rodziną. Rhoda jest
moją daleką kuzynką. Wybrała Meashama... - westchnął. - Bóg jeden wie, dlaczego...
PrzecieŜ to marna, tchórzliwa karykatura męŜczyzny. Ale skoro tak zdecydowała, nie
będę się biernie przyglądał, jak jakaś inna panienka usiłuje go sprzątnąć jej sprzed
nosa.
Mia zaniemówiła z oburzenia. Upłynęła dobra chwila, zanim zdołała wreszcie
wydobyć z siebie głos.
- Filip wcale nie jest tchórzliwy! - odparła z wściekłością. - Jest czuły i
opiekuńczy, w przeciwieństwie do takich brutali jak ty...! A poza tym, jak śmiesz
prawić mi morały? W ogóle nic o mnie nie wiesz!
- PrzecieŜ widziałem, jak się zachowywałaś dzisiejszej nocy. A nawet gdybym
nie wiedział, jaka jesteś naprawdę, to twoje słowa mi wystarczą, aby wyrobić sobie
odpowiednią opinię o tobie.
- Nie! - zaprzeczyła gwałtownie. - To nie jest tak, jak myślisz. Nigdy nie... -
przerwała w pół słowa. No tak, znowu się zdenerwowała. Nie. Nie będzie się przed
nim tłumaczyć. A zresztą, po tym wszystkim, co usłyszał od Rhody, i tak by jej nie
uwierzył.
- Czego nigdy nie...? Czy moŜesz mi to wyjaśnić? - Sander dręczył ją
kolejnymi pytaniami. - To zaczyna brzmieć interesująco...
Mia westchnęła i odpowiedziała spokojnie:
- Ostatniej nocy myślałam o Filipie, kiedy więc usłyszałam twoje kroki, po
prostu...
- ...pomyślałaś, Ŝe to on. Rozumiem. To tłumaczy, dlaczego tak ochoczo
rzuciłaś mi się w ramiona. Ale nie tłumaczy, dlaczego, kiedy wiedziałaś juŜ, Ŝe to nie
Filip, pozwoliłaś na dalsze pieszczoty. Nawet do nich zachęcałaś...
Mia bezradnie potrząsnęła głową. Sama nie wiedziała, dlaczego tak się stało.
To był jakiś zupełnie irracjonalny odruch, którego nie potrafiła wytłumaczyć.
Sander odczekał chwilę, po czym powiedział spokojnie, lecz chłodno:
- Powiedz, Mia, czy ty naprawdę jesteś taka, jak o tobie myślę, czy teŜ raczej
jest coś między nami, jakieś wzajemne przyciąganie...
PoniewaŜ nie odpowiedziała, ponowił pytanie.
- A moŜe jedno i drugie? Wiem, Ŝe...
- Nic z tych rzeczy! - przerwała mu gwałtownie.
- Mówiłam ci juŜ, Ŝe niewiele o mnie wiesz.
- AleŜ wiem. JuŜ od naszego pierwszego spotkania wiedziałem, Ŝe w twoim
Ŝ
yciu musi być jakiś męŜczyzna...
- A niby skąd?
- Widziałem, jak zareagowałaś na moją osobę. Spodobałem ci się. Zachowałaś
jednak dystans, bo nie chciałaś sama przed sobą się do tego przyznać. Typowe
zachowanie dla dziewczyny, która juŜ kogoś ma. Nie spodziewałem się tylko, Ŝe to
Measham.
- A czy nie przyszło ci do głowy, Ŝe zachowałam dystans, poniewaŜ wydałeś
mi się despotyczny, bezczelny i arogancki? - wysyczała wściekła. - Filip jest delikatny
i uprzejmy. To naprawdę wspaniały męŜczyzna, wart dwóch takich jak ty!
- On jest mdły. - Sander prychnął pogardliwie.
- Zimna, bezkrwista ryba... W Ŝadnym wypadku nie jest to męŜczyzna dla
ciebie. Nawet gdyby był wolny. A jak dobrze wiemy - nie jest. Rhoda wybrała właśnie
jego i zostanie jej męŜem, na dobre i na złe. Nie dopuszczę, Ŝebyś weszła między ich
dwoje.
- Jak to... - wyjąkała. - PrzecieŜ nie moŜesz...
- Mogę - przerwał jej bezceremonialnie. - Pamiętaj, Measham bardzo łatwo
ulega wpływom, trzymaj się więc od niego z daleka.
- Jest moim szefem, obawiam się zatem, Ŝe będzie to raczej trudne -
powiedziała Mia z przekąsem.
- Doskonale wiesz, co mam na myśli. I nie staraj się być zbyt sprytna, bo
moŜesz przestać dla niego pracować.
- Czy to groźba?
- Wystarczy, Ŝe szepnę słówko Williamowi i uświadomię mu, co moŜe zrobić
dla szczęścia swojej córki.
- Zapominasz chyba, Ŝe firma nie jest jego wyłączną własnością. Mój ojciec
jest jej współwłaścicielem...
- Nie, wcale o tym nie zapomniałem. Ale nie sadzę, Ŝeby James zaaprobował
tę dwuznaczną sytuację, w jakiej się znalazłaś.
Te słowa zraniły ją mocniej niŜ wszystko, co zostało do tej pory powiedziane.
Niestety, przypuszczenia Sandera były jak najbardziej trafne.
- Jednak dla dobra Meashama Rhoda wolałaby, Ŝeby nikt nie dowiedział się o
waszym związku - mówił dalej.
- Dlaczego więc poinformowała ciebie? - zapytała Mia ze ściśniętym gardłem.
- PoniewaŜ potrafię sobie dawać radę w kaŜdej sytuacji.
- Muszę przyznać - uśmiechnęła się gorzko - Ŝe dokonała słusznego wyboru.
- Daj spokój, Mia, nie opłaca się walczyć ze wszystkimi. Uwierz mi, nie masz
szans na wygraną. Zostaw Meashama w spokoju.
Dziewczyna, mocno juŜ zdenerwowana całą tą rozmową, krzyknęła:
- A jeśli go nie zostawię, to co? Zastrzelisz mnie?
- To byłoby jakieś wyjście.
- Nie mam zamiaru dłuŜej tego słuchać!
- Jeśli chcesz, mogę sprawić, Ŝe zapomnisz o wszystkich kłopotach. - Mrugnął
znacząco. - Będziemy zbyt pochłonięci sobą, by zaprzątać sobie głowę
zmartwieniami...
Po plecach dziewczyny przebiegł zimny dreszcz. Słowa Sandera zaniepokoiły
ją. Starając się ukryć strach, spojrzała na niego pogardliwie.
- Ciągle mówisz tylko o seksie - wypowiedziała to słowo tak, jak by to był
najbardziej nieprzyzwoity wyraz świata. - Czy sugerujesz, Ŝe jedynie to łączy mnie z
Filipem?
- Łączyło - poprawił ją.
Mia zignorowała tę uwagę i mówiła dalej:
- Ale przecieŜ ja go kocham...! - Jej piękne, szare oczy wypełniły się łzami - I
on... On... teŜ mnie kocha!
- Nie wiem, moŜe ty rzeczywiście go kochasz, ale on? Jeśli cię kocha, to
dlaczego postanowił oŜenić się z inną?
Tak, to pytanie miało sens... Mia juŜ nieraz je sobie zadawała.
- Ja... ja... - zaczęła, ale w tej samej chwili nie chciane łzy popłynęły z jej oczu
obfitą strugą. Pospiesznie wytarła twarz.
- Rozumiem teraz twoje zachowanie na przyjęciu. - Sander mówił dalej
obojętnym tonem, jakby zupełnie nie dostrzegał jej wilgotnych oczu. - Wiadomość o
ich ślubie musiała być dla ciebie prawdziwym szokiem. Zrozumiałaś, Ŝe przegrałaś z
kretesem...
Mia, walcząc ze łzami, podniosła głowę i z całą godnością, na jaką było ją
stać, poprosiła:
- Jeśli powiedziałeś juŜ wszystko, co miałeś mi do zakomunikowania, będę ci
szczerze zobowiązana, jeśli sobie pójdziesz.
- Poczekaj, zaraz wyjdę, ale najpierw musisz mi dać słowo, Ŝe zostawisz
Meashama w spokoju.
- A to niby po co? CzyŜby Rhoda obawiała się, Ŝe Filip znowu zmieni zdanie?
Sander zacisnął usta.
- Daj mi słowo - powtórzył twardym głosem.
- Nic nie będę obiecywać - oświadczyła. - A nawet gdybym obiecała, nigdy nie
będziesz miał pewności, czy dotrzymam przyrzeczenia.
- Oczywiście, Ŝe mogę mieć taką pewność. Przełknęła z trudem ślinę i pełna
najgorszych przeczuć spytała:
- CzyŜby? A jak ją zdobędziesz?
- Biorąc cię za Ŝonę.
Mia na chwilę zaniemówiła.
- Ty, ty... ty naprawdę jesteś bezczelny... - udało jej się w końcu z siebie
wykrztusić. - I zarozumiały. Nie wyszłabym za ciebie, nawet gdybyś...
Podniósł ręce do góry i przerwał jej:
- Proszę, tylko nie mów, Ŝe nawet gdybym był ostatnim męŜczyzną na ziemi.
PrzecieŜ wcale tak nie myślisz.
- Właśnie Ŝe tak myślę! - wrzasnęła. Sander pokręcił głową z
powątpiewaniem.
- Nie denerwuj się. Seks to naprawdę bardzo istotna sprawa. Zwłaszcza dla
kobiety obdarzonej twoim temperamentem.
- Nie jestem taka, jak myślisz...
- Oczywiście, Ŝe jesteś. Dlatego będzie nam ze sobą dobrze. Z tego samego
zresztą powodu ty i Measham nie pasujecie do siebie. Nie zauwaŜyłaś, jaki z niego
beznadziejny kochanek? - Roześmiał się. - Domyślam się, Ŝe nieraz zatrzymałaś się w
pół drogi, ale za to ostatniej nocy, ze mną, zatraciłaś się zupełnie...
Mia z wściekłości zacisnęła pięści. Czuła się zawstydzona, poniŜona i
upokorzona. Podeszła do drzwi, otworzyła je szeroko i powiedziała:
- No dobrze. Wygłosiłeś juŜ swoją mowę, przy okazji zniewaŜyłeś mnie i
Filipa, a teraz... wynoś się!
Sander jednak wzruszył tylko ramionami. Zanim zdąŜyła się zorientować,
zatrzasnął drzwi i mocno chwycił ją w ramiona. Próbowała się wyrwać, odwrócić
głowę... Na próŜno. MęŜczyzna nie zwolnił Ŝelaznego uścisku. Przysunął się bliŜej,
tak Ŝe ich usta dzieliły tylko centymetry.
- Wydaje mi się, Ŝe powinienem odświeŜyć twoją pamięć.
Mia zbyt dobrze pamiętała spotkanie w ogrodzie, by na to pozwolić. Szarpnęła
się mocno.
- Nie! Zostaw mnie! Nie chcę Ŝebyś mnie całował!
- Kłamczucha! Oczywiście, Ŝe chcesz. W przeciwnym razie poprosiłbym o
zgodę.
Wsunął palce miedzy pasma jedwabistych włosów dziewczyny i pochylił się
nad jej ustami. Mia zebrała wszystkie siły, Ŝeby przeciwstawić się tej napaści. Jednak
Sander nie miał nawyków typowych dla „prawdziwych męŜczyzn” i nie zachowywał
się brutalnie. Delikatnie pieścił wargami jej usta, całował skronie, powieki, nos...
Powoli zaczęła narastać w niej namiętność. Pod wpływem subtelnych
pieszczot jej ciało stawało się coraz bardziej uległe. Rozchyliła usta i zatraciła się cała
w pocałunku...
Sander całował coraz Ŝarliwiej. Jedną ręką mocno obejmował ją w talii, a
drugą gładził jej smukłe pośladki.
Podobnie jak poprzedniej nocy, gorąca fala poŜądania rozlała się po ciele
dziewczyny. Nawet nie poczuła, kiedy nocna koszula zsunęła się z jej ramion. Silne,
wprawne dłonie delikatnie pieściły aksamitną skórę jej pleców, ramiona, kark, by
wreszcie spocząć na nagich, pełnych piersiach. Gdy zaczęły wykonywać leniwe,
powolne ruchy wokół ich napiętych, wraŜliwych koniuszków, Mia głęboko
westchnęła i przytuliła się do Sandera całym ciałem.
Zaśmiał się miękko i cicho.
- Czy rozumiesz teraz, co miałem na myśli? Widzisz, jak bardzo do siebie
pasujemy? - Pocałował ją w ucho i dodał: - Ale poczekaj, zanim pójdziemy do łóŜka,
powinniśmy zasłonić okno. Nie chcemy chyba bulwersować przechodniów, a chcę się
z tobą kochać godzinami...
Jego słowa natychmiast ją otrzeźwiły. Potrząsnęła głową, jakby przebudzona
ze snu i odepchnęła go gwałtownie. Wyczuwając gwałtowną zmianę jej nastroju,
Sander puścił dziewczynę i cofnął się. Mia spodziewała się, Ŝe będzie zdenerwowany
lub zawiedziony. On jednak spytał tylko:
- Co się stało? Z ognistej kochanki zrobiła się nagle królowa śniegu...
Przypomniał ci się Measham?
OdwaŜnie spojrzała mu w oczy.
- Nie. - Dziwne, rzeczywiście ani przez chwilę nie pomyślała o Filipie. - MoŜe
to po prostu twoja wina? MoŜe wcale nie działasz na mnie tak, jak myślisz...
Ta uwaga miała sprawić mu przykrość, ale Sander nie przejął się nią zbytnio.
- Owszem, działam... - odpowiedział i popatrzył na nią zamyślony. - Ale jest
jeszcze jeden czynnik, którego nie bratem pod uwagę. Coś, co nie jest dla mnie do
końca jasne... - Przez chwilę jeszcze się nad czymś zastanawiał, po czym podszedł do
drzwi, otworzył je i, obróciwszy się do niej, rzucił na poŜegnanie: - Trudno uwierzyć,
abyś wzbraniała się przed pójściem do łóŜka tylko dlatego, Ŝe nie jesteś moją Ŝoną. To
do ciebie niepodobne. Ale dobrze, jeśli zmienisz zdanie, daj mi znać. - Uśmiechnął
się szyderczo i zaniknął za sobą drzwi.
Mia w pierwszej chwili poczuła ulgę, Ŝe wreszcie sobie poszedł. Jednak zaraz
potem w jej miejsce pojawił się gniew. Jak ten okropny typ w ogóle śmiał do niej
przyjść, pouczać ją, jak ma się zachowywać, a na dodatek zniewaŜać ją i obraŜać! A
potem jeszcze zebrało mu się na amory! Ohyda!
Była wściekła i jedynym uczuciem, jakie mogła Ŝywić wobec Sandera
Davisona, była nienawiść. Tylko dlaczego za kaŜdym razem w jego obecności była
tak słaba i niezdecydowana...?
Usiadła cięŜko na łóŜku, oparła głowę na rękach i jeszcze raz wróciła myślą do
tego, co się stało. Znowu zrobiło jej się gorąco... Dość tego! JeŜeli cały czas będzie
rozpamiętywać minione wydarzenia, to nigdy nie dojdzie do siebie.
Po chwili jej serce zaczęło wracać do normalnego rytmu. Jednak ironicznie
uśmiechnięta twarz Sandera uparcie tkwiła jej przed oczami...
Powiedział, Ŝe jeśli zechce, to weźmie ją za Ŝonę... Na pierwszy rzut oka całe
te plany matrymonialne nie miały Ŝadnego sensu. Ale Mia, nie wiedzieć czemu, była
przekonana, Ŝe Sander Davison postawi na swoim. Na miłość boską, ten męŜczyzna
musi być chyba niespełna rozumu! PrzecieŜ ona go nawet nie lubi, a co dopiero
mówić o miłości! Poza tym zawsze liczył się dla niej tylko Filip. Owszem, Sander teŜ
moŜe się podobać, ale...
Zaraz, zaraz... Sander moŜe się podobać? No tak, sama tak przed chwilą
pomyślała! To nagłe odkrycie spadło na nią nieoczekiwanie! Sander jej się podobał...
Być moŜe było tak nawet juŜ podczas pierwszego ich spotkania, tyle Ŝe wtedy nie
zdawała sobie z tego sprawy. To siła tego zauroczenia tak bardzo ją przeraŜała.
No dobrze, ale skoro jest to wyłącznie atrakcyjność fizyczna, to nie ma mowy,
Ŝ
eby wyszła za niego za mąŜ. Dziwne... Wszystkie te argumenty były jak najbardziej
logiczne. A jednak w dalszym ciągu odczuwała niepokój.
Następnego poranka Mia obudziła się przed siódmą. Nie była w najlepszym
nastroju. Po stracie Filipa wciąŜ czuła bolesną pustkę, jakiś tępy ból, którego nie
mogła się pozbyć.
Wzięła prysznic, ubrała się szybko, wypiła kawę i była gotowa do wyjścia.
Zimny, szary i wilgotny poranek nie nastrajał do Ŝycia optymistycznie. Po
drodze do pracy dziewczyna mijała zniszczone kamienice ze sterczącymi Ŝałośnie
liszajami odpadającego tynku i płatami łuszczącej się z drzwi i okien farby. Porywisty
wiatr zacinał deszczem pod parasolkę. Kiedy więc doszła wreszcie do przypo-
minającego akwarium biurowca Rayfields Pharmaceuticals, zimne krople deszczu
spływały jej po twarzy.
- Dzień dobry, panno Fielding. Jest pani bardzo wcześnie - przywitał ją ubrany
w niebieski mundur portier.
- Dzień dobry, George. - Strząsnęła wodę z parasolki. - Jak tam twoje
lumbago?
Tęgi, starszy juŜ portier uśmiechnął się.
- Nie mogę narzekać, proszę pani. Ale taka pogoda nie jest dla mnie najlepsza.
Przeszła przez cichy jeszcze hol i wjechała windą na czwarte piętro. Otworzyła
drzwi wielkiego biura kierownika sprzedaŜy. Wewnętrzna część naleŜała do Filipa,
zewnętrzną Mia dzieliła razem z Janet Renshaw, swoją sekretarką i osobistą
asystentką.
Zdjęła płaszcz i odstawiła parasolkę do stojaka. W tym samym momencie w
drzwiach biura pojawił się Filip. Wysoki, szczupły, ubrany w gustowny garnitur, nosił
się w sposób typowy dla tak zwanych młodych, dobrze zapowiadających się
biznesmenów. Na górę wjechał windą prowadzącą prosto z podziemnego parkingu,
więc nie zmókł i wyglądał nienagannie.
Mia poczuła, jak gorycz ściska jej gardło. Nie odezwała się ani słowem,
patrzyła tylko oskarŜycielsko.
- Miałem nadzieję, Ŝe przyjdziesz nieco wcześniej - powiedział z wyraźnym
napięciem. - Widzisz, muszę z tobą porozmawiać... Mój BoŜe - złapał się za głowę -
co za galimatias! I co my mamy teraz, do Ucha, zrobić? - Spojrzał na nią niepewnie,
jednak ona nadal milczała. - Nie mogę cię stracić! Nie mogę! - jęknął histerycznie.
- To ty zmieniłeś zdanie. - Mia jakimś cudem odzyskała głos. ZauwaŜyła, Ŝe ta
szczupła, świeŜo ogolona twarz wygląda na mocno zmęczoną. - Przykro mi - szepnęła
po chwili - ale zupełnie nie rozumiem, jak mogłeś to zrobić po tym wszystkim, co
miedzy nami było, o czym tyle mówiliśmy...
- Nie miałem wyboru - wymamrotał ze spuszczoną głową.
- Jak to nie miałeś wyboru? PrzecieŜ... przecieŜ mówiłeś, Ŝe właśnie...
Przez chwilę popatrzył jej w oczy, ale mówiąc uciekł wzrokiem w bok.
- Rhoda jest w ciąŜy.
- W ciąŜy? - Mia, osłupiała, wpatrywała się w niego.
- To znaczy, Ŝe... sypialiście ze sobą?!
- Daj spokój... - odparł zmieszany. - Mówisz jak stara ciotka. Wśród
zaręczonych par jest to w tej chwili normalne.
- Normalne! - Mia powtórzyła z wściekłością.
- Czy to znaczy, Ŝe przez cały czas sypiałeś z Rhodą i równocześnie usiłowałeś
zaciągnąć mnie do łóŜka...?
Filip stał nieruchomo, niczym pod pręgierzem. Nie wiedział, co ma zrobić z
rękami, więc wsadził je do kieszeni.
- Doskonale wiesz, Ŝe kocham tylko ciebie. Ale wówczas Rhoda i ja byliśmy
juŜ... rozumiesz, myślę, Ŝe... spotkałem cię zbyt późno. Gdy oziębły nasze stosunki z
Rhodą, zaczęła szukać przyczyn...
Puszczając jego nieskładne wyjaśnienia mimo uszu, Mia dopytywała się dalej:
- A moŜe myślałeś, Ŝe zgodzę się zostać twoją kochanką? I wtedy co? Czy
miałeś zamiar spędzać z nami na przemian co drugą noc?
- Po co tak mówisz? Nie rób ze mnie potwora bez serca - zaprotestował.
Wyciągnął ręce z kieszeni i splótł je nerwowo. - Zrozum, gdyby Rhoda nie zaszła w
ciąŜę, wszystko byłoby w porządku.
- UwaŜasz, Ŝe mógłbyś odejść od Rhody, zerwać zaręczyny i być ze mną, nie
mówiąc mi jednocześnie ani słowa o tym, co było miedzy wami?
- O, rany! To wszystko jest takie skomplikowane...
- zdenerwował się Filip. - PrzecieŜ chciałaś Ŝebym zerwał te zaręczyny!
- Tak - zgodziła się. - Ale nie miałam pojęcia, Ŝe byliście... - dłuŜszą chwilę
szukała odpowiedniego słowa - Ŝe byliście kochankami!
- Nie rozumiem, jaka to róŜnica. - Wzruszył ramionami. Gest ten spowodował,
Ŝ
e Mia w jednej chwili straciła wszelkie złudzenia co do jego osoby. Filip odczytał to
chyba z jej twarzy, bo chwycił ją rozpaczliwie za rękę i zaczął tłumaczyć po raz
kolejny:
- Kochanie, proszę cię, posłuchaj! Nie masz Ŝadnych powodów do zazdrości.
To ty jesteś tą, którą naprawdę kocham. PrzecieŜ pracujemy w tym samym biurze,
moŜemy być ze sobą codziennie, po co nam jakieś oficjalne związki?
- Nie, Filipie - wydusiła z siebie przez ściśnięte gardło. - JuŜ za późno. Nie
będziemy dłuŜej razem pracować. ZłoŜę podanie, napiszę jakieś sensowne
uzasadnienie...
- Nie rób głupstw - przerwał jej. - Nie ma Ŝadnego powodu, Ŝebyś odchodziła
z pracy.
- Nie mogę tu zostać. PrzecieŜ Rhoda spodziewa się dziecka, nie będziemy jej
naraŜać na ciągłe stresy...
Filip znieruchomiał, jakby go coś wystraszyło.
- O... o jakich stresach ty mówisz? PrzecieŜ ona nie wie, co nas łączy.
- Oczywiście, Ŝe wie.
- Nigdy jej nic nie mówiłem. Chciałem poinformować ją o naszych planach
tuŜ po przyjęciu, ale ona wcześniej przekazała mi... najnowsze wieści. Czy
przypuszczasz, Ŝe wie o wszystkim?
- Wcale nie przypuszczam... Jestem tego pewna.
- Skąd mogła się dowiedzieć? - Filip nie krył swego przeraŜenia.
- Nie mam pojęcia, ale... - Mia urwała w pół zdania, gdyŜ w tym samym
momencie drzwi otworzyły się szeroko i do biura weszła Janet.
Filip odwrócił się na pięcie i zniknął w drzwiach swojego gabinetu.
Janet, mała, energiczna mulatka o krótko ostrzyŜonych czarnych włosach i
pięknych brązowych oczach, zachowywała się tak, jakby niczego nie zauwaŜyła.
Zdejmując mokry płaszcz przeciwdeszczowy, narzekała na paskudną angielską
pogodę. Obie kobiety czuły się dobrze w swoim towarzystwie i w sumie były dobrymi
przyjaciółkami.
- I pomyśleć, Ŝe za granicą jest tak pięknie - zagadnęła Janet. - Pomyśl tylko...
Być teraz w Grecji albo gdzieś w południowych Włoszech... Gdziekolwiek, gdzie
ś
wieci słońce.
- Dopiero co było kilka słonecznych dni.
- Mam niejasne podejrzenia, Ŝe zaostrzyły tylko mój apetyt na ładną pogodę. -
Janet skrzywiła się.
- No dobrze... A teraz do roboty! JakieŜ to czekają nas dzisiaj przyjemności? -
Popatrzyła z westchnieniem na leŜące na biurku papiery. - Wygląda nieźle. Co
bierzesz...?
- Muszę wyjść - oświadczyła Mia. - Obawiam się, Ŝe dzisiaj będziesz musiała
radzić sobie sama.
- Jeśli nie wrócisz przed lunchem, mam ci przynieść kanapkę? - spytała Janet
ze stoickim spokojem.
- Gdybyś była tak dobra...
Po wyjściu z budynku Mia przekonała się, Ŝe pada coraz mocniej, a wiatr jest
jeszcze silniejszy. Rzeczywiście, angielska pogoda była wyjątkowo paskudna.
Przynajmniej dzisiaj. W minorowym nastroju, zmarznięta i przygnębiona, szarpała się
kilka chwil z nieposłuszną, jak zwykle, parasolką, po czym ruszyła szybko w stronę
najbliŜszego biura pośrednictwa pracy.
Nie miała wyboru, musiała odejść. PrzecieŜ nie mogła dalej pracować z
Filipem. A gdyby chciała przenieść się do innego działu, ojciec i William spytaliby
zapewne o jakieś racjonalne przyczyny takiej zmiany.
CóŜ, zbyt długo kochała Filipa Meashama i zbyt mocno mu zaufała. Nigdy jej
nawet do głowy nie przyszło, aby mógł być z nią, a sypiać z Rhodą. Chciał, aby
została jego kochanką. Dokładnie tak, jak przepowiadał Sander Davison.
W niecałe trzy godziny później wyszła z trzeciego biura pośrednictwa pracy.
Była jeszcze bardziej przygnębiona niŜ przedtem. Zarejestrowali ją wprawdzie we
wszystkich trzech, ale w Ŝadnym nie znalazła pracy, która by ją w pełni
satysfakcjonowała, a jednocześnie pozwoliła utrzymać jej dotychczasowe mieszkanie.
Do ojca wrócić nie mogła. PrzecieŜ jej nie chciał. Kiedy po skończeniu szkoły
sekretarek rozpoczęła samodzielne Ŝycie, był z tego bardzo zadowolony.
Czuła się tak, jakby ziemia usunęła jej się spod nóg. A wiec tyle to wszystko
warte? Filip, praca, mieszkanie - w jednej chwili wszystko przepadło, uleciało niczym
dym na wietrze...
Zerwał się porywisty wiatr. Mia zaczęła trząść się z zimna. Czuła, Ŝe jej stopy
zamieniają się w dwa sople lodu.
Gdy stała tak, zrozpaczona i kompletnie załamana, przed przejściem dla
pieszych, ochlapał ją przejeŜdŜający samochód, a nagły zdradziecki podmuch wiatru o
mało nie wyrwał parasolki. W tym momencie jeden z jej obcasów utknął pomiędzy
płytami chodnikowymi. Zanim zdołała uwolnić nogę, zmieniły się światła, a
zirytowani przechodnie zaczęli wymijać nieoczekiwaną przeszkodę.
- Do diabła! - mruknęła wściekła, usiłując się oswobodzić.
- Spokojnie, nie denerwuj się. - Usłyszała obok siebie głęboki, dobrze znany
głos. - Po prostu wyjmij nogę z pantofla.
ROZDZIAŁ TRZECI
Mia odwróciła się gwałtownie, dziko wymachując parasolką.
Silna męska ręka złapała ją mocno za nadgarstek, pomagając utrzymać
równowagę, a kpiący głos dodał:
- Uspokój się. Jesteś niebezpieczna dla otoczenia.
- To znowu ty?!
- Masz rację, to znowu ja. - Sander Davison zgodził się uprzejmie. - Ja i mój
samochód, który właśnie w tym momencie skutecznie blokuje ruch uliczny. Na
dodatek oboje jesteśmy mokrzy... Bądź więc grzeczną dziewczynką i wyjmij łaskawie
nogę z pantofla.
Mia nie miała wyboru, Stanęła na jednej nodze i czekała, aŜ Sander uwolni jej
but.
- No proszę, gotowe! - Uśmiechnął się po chwili z satysfakcją i załoŜył jej
pantofel na bosą stopę. Następnie odebrał jej parasolkę, złoŜył i, trzymając d z i e w c
z y n ę pod rękę, zawlókł ją do swego samochodu.
- Wsiadaj - rozkazał krótko.
- Kiedy nie mam ochoty. - Mia cofnęła się. - Nie chcę...
- Rób, co ci mówię i nie dyskutuj. - Wepchnął ją delikatnie do sportowego
porsche'a i zamknął drzwi. - Zapnij pas - rozkazał, siadając za kierownicą.
- Zaborczy gbur. Sander westchnął z dezaprobatą.
- Czy to jedyny sposób, w jaki umiesz podziękować swojemu wybawcy?
Powinnaś być mi wdzięczna...
- Dziękuję - powiedziała kwaśno.
- CóŜ za ujmująca uprzejmość! Dziewczyno, skąd w tobie tyle wdzięku? -
mruknął zjadliwie.
MoŜe rzeczywiście powinnam okazać mu choć trochę uprzejmości, pomyślała.
Próbowała nawet przybrać bardziej pogodny wyraz twarzy, jednak po kilku próbach
przekonała się, Ŝe nie jest w stanie wzbudzić w sobie Ŝadnych przyjaznych uczuć
wobec tego męŜczyzny.
- Dokąd jedziemy? - spytała szorstko.
- A jak myślisz? Oczywiście, Ŝe do mojej jaskini, gdzie rozbiorę cię do naga i
zgwałcę, by zaspokoić moje Ŝądze. - Zaśmiał się cicho. - I twoje - dodał miękko.
Twarz dziewczyny oblała się rumieńcem. Zdawała sobie sprawę, Ŝe Sander
powiedział to specjalnie, aby wyprowadzić ją z równowagi. Zacisnęła ze złości usta.
Była zziębnięta, przygnębiona i naprawdę nie miała ochoty na jego towarzystwo. Nie
miała jednak wyboru.
W ciągu kilku minut zajechali przed imponujących rozmiarów dom przy
Crombie Square. Gdy wysiedli, Sander objął Mię i, uciekając przed deszczem, szybko
podprowadził przed drzwi wejściowe.
Weszli do miłego, gustownie umeblowanego holu, z którego prowadziły na
górę eleganckie, szerokie schody. Z najdalej połoŜonych drzwi wyszła im na
spotkanie starsza kobieta w niebieskiej sukience.
- Pani Rose, czy mogłaby pani przygotować jakiś szybki lunch dla dwóch
osób? - zwrócił się do niej Sander.
- Oczywiście, proszę pana - odpowiedziała grzecznie i wyszła.
Zostali sami. Sander, trzymając ciągle dziewczynę pod rękę, zaprowadził ją do
wielkiego, stylowo urządzonego pokoju z duŜymi oknami, wychodzącymi na cichy,
zielony skwer. W kominku płonął ogień, wokół stały wazony z tulipanami i
Ŝ
onkilami. Półki zapełnione były ksiąŜkami i oprawionymi w ozdobne ramki
fotografiami. Cały pokój, choć duŜy, sprawiał miłe, przytulne wraŜenie.
- Pozwolisz, Ŝe zdejmę ci płaszcz? - zaoferował swoją pomoc Sander.
Propozycja ta była zupełnie niewinna i całkiem naturalna, mimo to Mia poczuła się
zmieszana. Rozpięła pasek i guziki i pozwoliła zdjąć płaszcz i szal. MęŜczyzna
pochylił się nad nią, wziął do ręki pełną garść jej włosów i przez chwilę bawił się
nimi.
- Chodź, usiądź przy ogniu - powiedział wreszcie. - Rozgrzejesz się trochę.
Podszedł do kominka i dorzucił kilka polan.
Kiedy usiadła na niskiej sofie, zdjął jej pantofle i ustawił przy ogniu, Ŝeby
wyschły. Ukląkł i zaczął rozcierać jej zmarznięte stopy. Wzdrygnęła się. Chciała
zaprotestować, uciec, ale nie mogła zrobić najmniejszego ruchu.
A właściwie to po co miałabym się szarpać... PrzecieŜ to zwykły przyjacielski
gest, ot, drobna przysługa - próbowała naiwnie wytłumaczyć sobie swoją dziwną
bierność. Sama jednak dobrze wiedziała, Ŝe jej tłumaczenie nie ma większego sensu.
Skończył i usiadł obok niej. Odsunęła się na drugi koniec sofy, najdalej jak
mogła.
- Musisz się tak demonstracyjnie odsuwać? - spytał.
- A musisz siadać tak blisko? - odpowiedziała pytaniem.
- O co ci chodzi? - Uniósł brwi z rozbawieniem. - Czy czujesz się skrępowana
moją osobą?
W pierwszym odruchu chciała odpowiedzieć, Ŝe tak. Uznała jednak, iŜ po tak
miłym przyjęciu byłoby to niegrzeczne i nie na miejscu. Zignorowała więc draŜliwe
pytanie i, wyciągając ręce do ognia, spytała:
- Słyszałam, Ŝe do tej pory mieszkałeś w Hongkongu?
- Tak. Nie było mnie tutaj przez pięć lat. Nadzorowałem transakcje banku na
Dalekim Wschodzie.
- I pewnie masz zamiar tam wrócić? - spytała z nie skrywaną nadzieją w
głosie.
Pokręcił głową i uśmiechnął się ironicznie.
- Przykro mi, Ŝe muszę cię rozczarować, ale mój dom jest tutaj, w Anglii.
- Mieszkasz sam? - wyrwało jej się niedyskretne pytanie. Znów się zmieszała.
- Tak, sam - odpowiedział i ze znaczącym błyskiem w oczach dodał: - Ale
tylko na razie...
- Zapytałam, bo... - tłumaczyła się wciąŜ skonfundowana Mia - bo...
pomyślałam, Ŝe to chyba zbyt duŜy dom jak dla jednej osoby.
- Zdecydowanie za duŜy - zgodził się. - Ale to jest mój dom rodzinny, więc
mam do niego pewien sentyment.
- Jak to? Dom rodzinny i taki pusty? Nie masz rodziny?
- Nie. Mój ojciec niedawno zmarł, dlatego wróciłem. Matka zginęła sześć lat
temu w katastrofie lotniczej. Ojciec właściwie nigdy nie doszedł do siebie po jej
ś
mierci. Zrezygnował z normalnego Ŝycia i całkowicie poświecił się pracy. Wolał
siedzieć w banku, niŜ wracać do pustego domu. - Sander zamilkł, wyciągnął przed
siebie swoje długie nogi, po czym spojrzał na dziewczynę i dodał: - Oczywiście, jeŜeli
chcesz, po ślubie moŜemy sprzedać ten dom i kupić jakiś mniejszy. Mia zignorowała
jego ofertę matrymonialną, jakby jej w ogóle nie słyszała. Patrzyła w ogień i
wyobraŜała sobie mały wiejski domek, o którym marzyła od lat.
- Pewnie wolałabyś mieszkać na wsi? - zagadnął męŜczyzna widząc, Ŝe
dziewczyna nie reaguje na jego zaczepki.
Mia rzuciła mu krótkie, spłoszone spojrzenie. CzyŜby czytał w jej myślach?
Nie wiedziała, co ma odpowiedzieć.
- No, dobrze, zmieńmy temat. Kiedy masz zamiar odejść z Rayfields
Pharmaceuticals?
- Skąd wiesz, Ŝe chcę to zrobić? - spytała zdziwiona.
- Widziałem cię wychodzącą z biura pośrednictwa pracy. Trudno mi
zrozumieć, dlaczego kobieta taka jak ty decyduje się na tak desperacki krok.
- Mówiłam ci juŜ kiedyś, Ŝe niewiele o mnie wiesz.
- Ale chcę się dowiedzieć... Jak najwięcej... - Szybkim ruchem ujął jej głowę
między dłonie. - Chcę poznać twoje ciało, twoje myśli - szeptał jej do ucha. - Chcę
wiedzieć o tobie wszystko... Dlaczego płaczesz i dlaczego się śmiejesz, o czym
myślisz, jak się czujesz, jak wyglądasz, kiedy śpisz i jakie są twoje oczy, co się w nich
odbija, gdy się kochasz...
Z szeroko otwartymi oczami, niczym zahipnotyzowana, Mia wpatrywała się w
rozchylone usta męŜczyzny zbliŜające się do jej twarzy. ZadrŜała. CzyŜby znowu...
Nie, pomyślała rozpaczliwie, tym razem nie mogę do tego dopuścić. Zamknęła oczy,
mocno zacisnęła usta i w tym samym momencie... rozległo się pukanie do drzwi. Po
krótkiej chwili do pokoju weszła słuŜąca.
- Zupa, kanapki i kawa. - Postawiła na stole tacę z jedzeniem. - Mam nadzieję,
Ŝ
e będzie państwu smakowało.
- Dziękuję ci, Rose - Sander odpowiedział tak beznamiętnie, jakby przez cały
czas rozmawiali o pogodzie.
Mia odwróciła głowę, Ŝeby ukryć rumieniec zaŜenowania. Ku jej uldze
gospodyni rozstawiła talerze i filiŜanki na małym stoliku, po czym wyszła bez słowa.
Sander rozlał zupę do dwóch czarek.
- Nie musisz się przejmować. Pani Rose jest dyskretna i bardzo wyrozumiała.
- Przypuszczam, Ŝe nie ma innego wyjścia - zauwaŜyła sarkastycznie Mia.
Nie zwracając uwagi na Sandera, rozłoŜyła na kolanach śnieŜnobiałą serwetkę,
sięgnęła po łyŜkę i pochyliła się nad parującym talerzem z minestrone. Zupa była
wspaniała - aromatyczna, lekka i bardzo smaczna.
- Rezygnacja z pracy to sprytne posunięcie - przerwał milczenie Sander. -
Powiedz, to twój pomysł? Czy raczej wymyślił to Measham, licząc na to, Ŝe łatwiej
mu będzie spotykać się z tobą, gdy wasze kontakty nie będą juŜ jawne i oficjalne jak
dotychczas?
Mia zacisnęła zęby z wściekłości. Nie chciała jednak wdawać się w kolejną
kłótnię, więc powstrzymała gniew i nie zareagowała na tę prowokację.
Sander nie rezygnował.
- Dlaczego nie powiedziałaś mu, Ŝe między wami wszystko skończone, i Ŝe
wychodzisz za mnie za mąŜ?
Mia przerwała jedzenie.
- Sander, nie mówisz chyba powaŜnie. Czy naprawdę chcesz się oŜenić z
kobietą, którą wyraźnie gardzisz? Czy chcesz wziąć ślub tylko dla bezpieczeństwa
swojej kuzynki? PrzecieŜ to absurd!
- No dobrze, pewnie masz rację. Ale tu nie chodzi tylko o Rhodę. Ja naprawdę
potrzebuję Ŝony. JeŜeli chcesz, wszystko ci wytłumaczę. Bank handlowy Davisona
Lazenby'ego został załoŜony we wczesnych latach dziewięćdziesiątych przez mojego
dziadka. Staruszek był konserwatystą, tak samo mój ojciec. Obaj mieli tradycyjne,
niemal wiktoriańskie poglądy na rodzinę. W testamencie ojciec zastrzegł, Ŝe dopóki
się nie oŜenię, nie mogę zająć jego miejsca w banku. Jest oczywiście mnóstwo
pięknych kobiet, ale im lepiej je poznawałem, tym bardziej rozumiałem, Ŝe ładna
twarz nie zastąpi pustki w głowie. Wprawdzie twoje prowadzenie się pozostawia
trochę do Ŝyczenia, ale stanowisz rzadkie połączenie piękna i inteligencji, którego
szukam. Trzymana mocną ręką moŜesz stać się dobrą Ŝoną...
Wyznanie Sandera moŜna by było nawet uznać za pochlebne, gdyby nie to
ostatnie zdanie... „Trzymana mocną ręką”! Co on sobie wyobraŜa?! A na dodatek ta
uwaga na temat jej prowadzenia się... Trzeba przyznać, Ŝe facet ma tupet.
- Jeśli uroda jest warunkiem podstawowym - zauwaŜyła Mia - to raczej nie
spełniam twoich wymagań.
- To ja osądzę.
- Ale nie moŜesz przecieŜ poślubić kogoś, kto „tak się prowadzi”...
Sander uspokoił ją.
- To nie problem. Jestem pewien, Ŝe po ślubie uda mi się szybko zmienić twój
charakter.
Mia ze zniecierpliwieniem potrząsnęła głową.
- Daj spokój, Sander. Dość Ŝartów. Po prostu nie chcę zostać twoją Ŝoną.
- Nie masz wyboru.
- Oczywiście, Ŝe mam - odparła. - Nie moŜesz mnie zmusić do małŜeństwa.
- Na twoim miejscu, nie byłbym tego taki pewny. Powiedział to tak
apodyktycznie, Ŝe dziewczynę ogarnął niepokój.
- Co masz na myśli?
- Wieczorem wyjeŜdŜam do Amsterdamu. Ale zanim odlecę, mam umówione
spotkanie z twoim ojcem. Taka prywatna rozmowa o interesach...
- znacząco zawiesił głos.
Mia utkwiła pochmurne spojrzenie w jego twarzy.
- Pamiętasz moŜe sprawę Yanus Pharmaceuticals?
- zapytał Sander po chwili. - William nie wierzył w tę firmę, ale James
poŜyczył sporo pieniędzy z naszego banku i kupił pakiet kontrolny akcji. Potem
nastąpiła katastrofa. Jednej nocy jego akcje stały się mniej warte niŜ papier, na którym
je wydrukowano.
Mimo Ŝe Mia nic nie wiedziała o interesach ojca, dobrze pamiętała to
bankructwo. Właśnie wtedy James miał atak serca. Usiłując zebrać myśli, spytała:
- Twierdzisz, Ŝe mój ojciec jest ci winien duŜo pieniędzy?
- Twierdzę, Ŝe, gdybym zechciał, mógłbym go zrujnować.
Jej oczy pociemniały z gniewu.
- To szantaŜ! Podły, ohydny szantaŜ!
- CóŜ, nazwijmy to raczej przyjacielską przestrogą. Obiecałem coś Rhodzie i
mam zamiar dotrzymać danego słowa, niezaleŜnie od metod jakich będę zmuszony
uŜyć w tym celu.
Mia wpadła w panikę. Gorączkowo zaczęła szukać jakiegoś wyjścia z tej
okropnej sytuacji.
- Posłuchaj, a jeśli odejdę z Rayfield i nigdy tam nie wrócę?
- I tak to zrobisz - powiedział chłodno.
- Ale jeśli obiecam ci do tego, Ŝe juŜ nigdy więcej nie spotkam się z Filipem...
- Sama powiedziałaś, Ŝe nigdy nie będę pewny, czy dotrzymasz danego słowa.
A poza tym zapominasz, Ŝe potrzebuję Ŝony.
Mia próbowała pozbierać rozbiegane myśli. CzyŜby rzeczywiście musiała się
zgodzić na warunki tego bezwzględnego męŜczyzny?
- No dobrze, a co z twoją dziewczyną? - spytała nieoczekiwanie. - Z
pewnością nadaje się na Ŝonę tak samo dobrze jak ja.
- Niezupełnie. Chcę mieć kobietę, z którą będę mógł porozmawiać, która
będzie dzielić ze mną Ŝycie, a nie tylko łóŜko. Jacqueline jest wystarczająco
inteligentna, ale zbyt zajęta własną karierą, aby mogła być dobrą Ŝoną dla
kogokolwiek.
- Tak więc mnie chcesz na Ŝonę, a ją na kochankę? - spytała zjadliwie.
- Nie. Jedna chętna kobieta w zupełności mi wystarczy.
- Ale ja wcale nie jestem chętna!
- Na pewno? - spytał delikatnie.
Obrócił jej twarz w swoją stronę i popatrzył na nią swoimi zielonymi,
czystymi oczami.
- Pragnę ciebie. Nie sądziłem nigdy, Ŝe moŜna kogokolwiek tak bardzo
pragnąć. I wierzę, Ŝe w końcu cię zdobędę.
Jego spojrzenie, Ŝar, z jakim wypowiedział te słowa, wywołały w dziewczynie
gorącą falę namiętności.
Nagle Sander spojrzał na zegarek.
- Niestety, mam umówione spotkanie o wpół do trzeciej. Masz ochotę na
kawę?
Mia, zupełnie oszołomiona, kiwnęła tylko głową i uniosła ku niemu nieduŜą
filiŜankę.
- Jaką lubisz? - spytał. - Pewnie gorącą, mocną i słodką, tak jak twoi
kochankowie, czy tak?
Nie podjęła zaczepki.
Wypili kawę w milczeniu. Sander odstawił filiŜankę i zakomunikował:
- Będę w Amsterdamie aŜ do piątku, tak więc masz kilka wolnych dni. Pewnie
zechcesz je wykorzystać...
Kiedy Mia nie zareagowała i na tę prowokację, westchnął i zapytał:
- Gdzie mam cię odwieźć? Wracasz do domu?
- Podrzuć mnie do biura. Popatrzył na nią przenikliwie.
- Nie mam zamiaru tam pracować, ale muszę przecieŜ rozstać się z firmą w
jakiś cywilizowany sposób, prawda? - wyjaśniła.
Zanim odwrócił głowę, zauwaŜyła błysk triumfu w jego oczach. Poniewczasie
uświadomiła sobie, Ŝe jej pospieszne słowa mógł zinterpretować jako zgodę na
małŜeństwo.
Gdy juŜ siedziała w samochodzie, włoŜył do bagaŜnika walizkę, wsiadł, a
następnie pochylił się nad nią i zapiął jej pas bezpieczeństwa. Bliskość jego silnego,
muskularnego ciała sprawiła, Ŝe Mia lekko zadrŜała.
- Nie jest ci zimno? - spytał, wyczuwając dreszcz, który nią wstrząsnął.
- Nie, nie! - zaprzeczyła skwapliwie. - Dziękuję... Sander wyciągnął rękę i
poprawił pasemko jej włosów. Chciała się odsunąć, ale ciasno zapięty pas
uniemoŜliwiał jej jakiekolwiek ruchy. Sander palcem wskazującym musnął jej usta, a
potem zaczął nim przesuwać po gładkiej, smukłej szyi.
Czuła delikatny zapach jego wody kolońskiej. Jak zahipnotyzowana
wpatrywała się w jego usta...
- Pocałuj mnie. PrzecieŜ tego pragniesz - wyszeptał. Mia oparła głowę na
fotelu, zamknęła oczy i, nie do końca świadoma tego, co robi, rozchyliła usta... Uległa
mu. Pocałował ją lekko i delikatnie, po czym nagle się odsunął.
Słysząc uruchamiany silnik samochodu, otworzyła oczy. Była zła na niego, Ŝe
ją dręczy, i zła na siebie za to, jak łatwo mu się poddaje. Bez słowa wpatrywała się w
szybę przed sobą. Wreszcie Sander przerwał milczenie.
- Zanim wyjadę do Amsterdamu, poczynię wszystkie stosowne przygotowania,
tak Ŝe będziemy mogli się pobrać od razu po moim powrocie.
O, BoŜe, on znowu o tym! A więc nie zrezygnował! Mia po raz kolejny
wpadła w panikę. PrzecieŜ nie mogła zostać jego Ŝoną tylko dlatego, Ŝe ją szan-
taŜował. Ale czy miała inne wyjście? Gdyby odmówiła, prawdopodobnie zemściłby
się na jej ojcu.
- Nie masz powodów do obaw - uspokoił ją cynicznie, widząc jej wystraszoną
minę. - Wydaje mi się, Ŝe dla dziewczyny z takim temperamentem nie będzie to zbyt
cięŜkie do zniesienia. Zwłaszcza, Ŝe jeśli chodzi o te sprawy, chyba dość dobrze się
rozumiemy...
Miał rację. Pragnęła go. Jak mogło do tego dojść?! Do dzisiejszego ranka całe
jej Ŝycie obracało się wokół innego męŜczyzny, a teraz... Wszystko było takie
irracjonalne, nie potrafiła sobie tego wytłumaczyć. Wiedziała tylko, Ŝe tak jest. Sander
miał nad nią niepojętą władzę. Jeśli miałaby go kiedyś pokochać, nigdy nie uwolni się
spod jego przemoŜnego wpływu, tak jak udało jej się to z Filipem. Uśmiechnęła się
do siebie gorzko. Jeszcze nie tak dawno gotowa była przysiąc, Ŝe nawet gdyby Sander
był ostatnim męŜczyzną na ziemi, i tak nie chciałaby mieć z nim nic wspólnego...
Z piskiem hamulców zatrzymali się przed biurowcem Nie zwracając uwagi na
deszcz, Sander wysiadł, obszedł samochód dookoła i otworzył jej drzwi.
- Załatw ostatecznie wszystkie sprawy - polecił. - I postaraj się nie wyglądać
tak, jakby ci zmarł ktoś bliski. Nie martw się. Kiedy się pobierzemy, pomogę ci
zapomnieć o Meashamie.
- Skąd masz pewność, Ŝe chcę o nim zapomnieć? - spytała zirytowana.
Sander chciał zapewne zrewanŜować się jakąś cierpką uwagą, ale zacisnął
tylko usta i grzecznie się poŜegnał.
- Zadzwonię do ciebie z Amsterdamu - rzucił na odchodnym, wskoczył do
samochodu i odjechał.
Biuro na szczęście było juŜ puste, a drzwi prowadzące do gabinetu Filipa
zamknięte. Mia zdjęła płaszcz i usiadła przy biurku. Wkręciła arkusz papieru w
maszynę do pisania i napisała podanie o zwolnienie z pracy. Nie wymieniła Ŝadnych
powodów rezygnacji, zaznaczyła tylko, Ŝe chce odejść natychmiast.
Wkładała właśnie pismo do koperty, gdy otworzyły się drzwi i weszła Janet ze
stosem papierów.
- A, juŜ jesteś - zauwaŜyła. - Filip pytał się o ciebie. Miał dzisiaj bardzo
kiepski humor.
- Och... Czy on...?
- Wyszedł. Ma wrócić przed czwartą.
Mia westchnęła z ulgą. Nie miała ochoty na spotkanie z Filipem. Nie mieli juŜ
sobie nic do powiedzenia. Janet popatrzyła na nią uwaŜnie.
- Wyglądasz nieszczególnie. Coś się stało?
- Rzucam pracę.
- Co!? - Janet wytrzeszczyła oczy. - Kiedy?
- Natychmiast. Bardzo przepraszam za kłopoty, jakie spadną na ciebie z tego
powodu, ale... - zawahała się, nie bardzo wiedząc, co ma dalej powiedzieć.
Janet pokiwała głową ze zrozumieniem.
- Nic dziwnego, Ŝe Filip był taki przygnębiony. Ale wiesz, tak chyba będzie
lepiej. Kochać się w facecie, który ma wziąć ślub z inną... - Zaczerwieniła się i
gwałtownie przerwała. - Ja... ja przepraszam. Nie powinnam była tego mówić. Nie
miałam nic złego na myśli... Och, do diabła! Jeszcze tylko pogarszam sytuację.
Tym razem Mia się zaczerwieniła.
- Czy to było aŜ tak widoczne? Rozumiesz, ja i Filip...
- Nie... No, właściwie to tak. Nie twierdzę, Ŝe wszyscy o was wiedzieli...
Większość personelu zapewne ani nic nie wie, ani nie podejrzewa. Gdyby było
inaczej, to całe biuro dawno trzęsłoby się od plotek.
Po prostu zauwaŜyłam, jak na siebie patrzycie i domyśliłam się, Ŝe wy...
Przepraszam. Nie chciałam zrobić ci przykrości...
- Nie jest mi przykro. Wszystko, co było między mną a Filipem, jest juŜ
skończone.
- Dlatego musisz odejść?
- Chcę.
- Jesteś tego pewna? Nie mogłabyś po prostu przenieść się do innego działu?
Mia potrząsnęła głową.
- Wolę odejść. Tak będzie lepiej dla nas wszystkich. Widzisz, nie jesteś
jedyną, która domyśliła się, co nas łączy. Rhoda teŜ na to wpadła.
- Mój BoŜe! Czy zerwała zaręczyny?
- Nie. Biorą ślub.
- Aha, rozumiem. - Janet uśmiechnęła się znacząco. - Nie tak łatwo teraz
znaleźć dobrą posadę. Masz coś na oku?
- Nie - odparła Mia i nagle, zupełnie nieoczekiwanie, nawet dla siebie samej,
dodała: - Prawdopodobnie nie będę jej potrzebować. Niewykluczone, Ŝe wyjdę za
mąŜ.
- Za mąŜ! - wykrzyknęła Janet z wraŜenia. - Czy na pewno dobrze usłyszałam?
Wychodzisz za mąŜ?
Mia dopiero teraz zrozumiała, Ŝe palnęła głupstwo. CzyŜby przestała juŜ
kontrolować to, co mówi? CzyŜby jej myśli tak bardzo były pochłonięte Sanderem
Davisonem?
- Tak, ja... To znaczy nie... - tłumaczyła się nieskładnie.
- W porządku - przerwała jej przyjaciółka. - Tylko nie trzymaj mnie w
niepewności. Powiedz, kim jest ten facet, którego poślubisz.
- To Sander Davison. Ale ja... Janet aŜ gwizdnęła.
- Szczęściara! Z takim facetem kaŜda od razu by poleciała do ołtarza. Zawsze
miałam niejasne wraŜenie, Ŝe mu się podobasz. Ile razy wpadał do naszego biura, nie
odrywał od ciebie oczu. Ale nigdy się nie spodziewałam, Ŝe ty i on... Nie
przypuszczałam, Ŝe znasz go tak dobrze. Kiedy się zdecydowaliście?
- Był na przyjęciu urodzinowym u Rhody, a potem odwiózł mnie do domu... -
przerwała, ale wyraźnie było widać, Ŝe Janet oczekuje dalszych informacji.
- Wczoraj rano odwiedził mnie w domu... - dodała i znów zamilkła.
Sama nie wiedziała, dlaczego o tym wszystkim mówi. Najpierw o tym ślubie,
a teraz o wizycie Sandera... PrzecieŜ nie podjęła jeszcze ostatecznej decyzji. Na miły
Bóg, przecieŜ w ogóle nie chciała o niczym decydować!
- O ile to nie jest tajemnicą, powiedz mi resztę.
- Janet przerwała jej rozmyślania. - Kiedy poprosił cię o rękę?
Bądź tu mądry i odpowiedz na takie pytanie!
- pomyślała Mia. Jak wytłumaczyć, Ŝe Sander nie prosił ją o rękę, tylko zmusił
do ślubu szantaŜem? Starając się, Ŝeby wypadło to w miarę naturalnie, krótko
opowiedziała poranne wydarzenia. Na końcu dodała cicho:
- Nie miałam więc nawet czasu do namysłu...
- A o czym tu myśleć? CzyŜbyś ciągle kochała...?
- Nie, nie kocham Filipa. - Kiedy wypowiedziała te słowa, uświadomiła sobie,
Ŝ
e to prawda. - Nie jestem pewna, czy w ogóle go kiedykolwiek kochałam.
Janet westchnęła.
- Rozumiem cię doskonale. Odkąd poznałam Sandera Davisona, wydał mi się
wart dwóch Fi... Znowu! Zdaje mi się, Ŝe mam dobry dzień do gadania głupstw... W
kaŜdym razie, gdybyś - potrzebowała druhny, to mam praktykę. Moja siostra brała
ś
lub kilka miesięcy temu. A kiedy twój?
- S - Sander... - Zająknęła się. Dlaczego rozmawiają o tym tak, jakby wszystko
dawno było juŜ postanowione! - ...Sander ma załatwić wszystkie formalności bardzo
szybko, tak, Ŝebyśmy mogli wziąć ślub zaraz po jego powrocie z Amsterdamu. Za
kilka dni.
- Obrotny gość - zauwaŜyła Janet z aprobatą. - Nie spodziewałam się tego po
nim. - Spojrzała na zegar. - No, tak. My tu gadu - gadu, ale jeśli zaraz nie wezmę się
do roboty, to teŜ będę musiała poszukać sobie nowej pracy!
Mia spakowała swoje rzeczy, zostawiła rezygnację na biurku Filipa i zaczęła
zakładać płaszcz.
Janet popatrzyła na nią i z lekkim wahaniem w głosie spytała:
- Czy Filip... no wiesz, czy mu...?
- Tak. Powiedziałam mu, Ŝe odchodzę. Ale wolałabym, Ŝeby nic więcej nie
wiedział.
Janet obiecała jej, Ŝe będzie milczała jak grób. Po chwili dodała:
- Będzie mi ciebie brakowało. Nie zapomnij o mnie.
- Nie zapomnę - obiecała Mia.
Nie mając juŜ sił na wylewne poŜegnania, wyszła, nie mówiąc nawet „do
widzenia”.
ROZDZIAŁ CZWARTY
Około wpół do dziewiątej wieczorem Mia siedziała przy elektrycznym
piecyku, usiłując skupić uwagę na czytanej ksiąŜce. Nagle ktoś gwałtownie zapukał
do drzwi. Zawahała się przez moment. Miała nadzieję, Ŝe to nie Filip. Nie miałaby
najmniejszej ochoty na jeszcze jedną rozmowę z tym człowiekiem.
Otworzyła drzwi i zobaczyła Trevora.
- Telefon do ciebie - poinformował ją. - A przy okazji... Czy masz moŜe trochę
dziesięciopensówek?
Mia wygrzebała z portmonetki kilka monet.
- Dzięki! - Uśmiechnął się do niej. - Jesteś równa kobitka!
Zamknęła drzwi na klucz i poszła za Trevorem do aparatu zainstalowanego w
samym końcu holu. Odwieszona słuchawka huśtała się w powietrzu. Mia podniosła ją
i powiedziała ostroŜnie:
- Słucham.
- No i jak? Tęsknisz za mną? - Usłyszała niski głos Sandera.
Serce załomotało jej z wraŜenia, ale spytała zimno:
- Kto mówi?
- Twój narzeczony! - Roześmiał się i dodał szybko: - Mam niewiele czasu,
więc bądź grzeczną dziewczynką i słuchaj uwaŜnie. Załatwiłem juŜ wszystkie formal-
ności. Pobierzemy się w sobotę w południe w kościele św. Idziego na Mayfair. Ślubu
udzieli nam wielebny Peter Jenkins.
- Nie, nie moŜemy przecieŜ tak szybko... - zaprotestowała rozpaczliwie. -
Potrzebuję więcej czasu do namysłu.
Sander widocznie nie wziął sobie zbytnio do serca jej uwag, bo spokojnie
mówił dalej.
- Teraz, kiedy nie pracujesz, cztery dni powinny ci wystarczyć na zrobienie
wszystkich zakupów. Idź do Harrodsa. Uprzedziłem ich, Ŝe wszystkie wydatki na
wesele i wyprawę mają zapisać na mój rachunek.
- Ale co mam kupić? - spytała odruchowo. - Garnitur czy... - Ugryzła się w
język. A więc klamka juŜ zapadła? CzyŜby, wbrew wcześniejszym zapewnieniom, juŜ
się zdecydowała? Nie, to wprost niepojęte! Wszystko działo się tak błyskawicznie, Ŝe
nie miała nawet czasu zaprotestować.
- Daj spokój z garniturem - mówił dalej Sander. - Skoncentruj się na sobie.
Biała suknia, welon... Sama wiesz najlepiej. Kup wszystko, co trzeba. Aha,
rozmawiałem z twoim ojcem. Był trochę zaskoczony, ale ostatecznie się zgodził i daje
ci wolną rękę... Gdybyś chciała z nim porozmawiać, załatwił juŜ wszystkie swoje
sprawy i dziś wieczorem powinien juŜ być w domu. Jeszcze jedno: czy masz jakąś
przyjaciółkę, która mogłaby zostać druhną?
- Tak. Janet... Janet Renshaw.
- Dobrze. Weź ją ze sobą i kupcie wszystko, czego potrzebuje. Zakupy kaŜ
odesłać na Crombie Square. Stamtąd wyruszysz do kościoła.
- Ale ja... - Mia próbowała przerwać tę lawinę informacji.
- I jeszcze jedno. - Nie dał jej dokończyć. - Masz waŜny paszport?
- Tak.
- To dobrze. Upewnij się, czy gdzieś ci nie zginął. No, to chyba wszystko... I
pamiętaj: nie przejmuj się wydatkami, bank to wytrzyma. UwaŜaj na siebie! Będę z
tobą w kontakcie!
Zanim zdąŜyła cokolwiek powiedzieć, odłoŜył słuchawkę.
Przez dłuŜszą chwilę Mia stała bez ruchu, zupełnie oszołomiona. Gdy
wreszcie udało jej się zebrać myśli, wyciągnęła z kieszeni monetę i zadzwoniła do
ojca.
Wprawdzie ich stosunki zawsze były skomplikowane i raczej oziębłe, ale
przecieŜ rodzony ojciec zechce chyba porozmawiać z nią o planowanym małŜeństwie.
- Mam nadzieję, Ŝe wiesz co robisz? - spytał nieco zdenerwowany, gdy
przedstawiła mu juŜ wszystkie szczegóły. - Sander Davison to znany kobieciarz.
Trudno utrzymać go przy sobie. Rhoda juŜ kiedyś próbowała i nic jej z tego nie
wyszło.
- Rhoda? - Mia była zaskoczona. - Czy Rhoda się w nim kochała?
- William opowiadał mi, Ŝe kilka lat temu dosłownie oszalała na jego punkcie.
Na szczęście wszystko skończyło się, gdy wyjechał do Hongkongu. Wtedy
zainteresowała się Meashamem... Nie chcę się wtrącać, ale męŜczyzna taki jak Sander
Davison nie wydaje mi się stosownym dla ciebie partnerem. Ale skoro chce się z tobą
Ŝ
enić...
Zrozumiała, Ŝe z gwałtownego pośpiechu towarzyszącemu ślubowi jej ojciec
wyciągnął błędne wnioski. Ciekawe, jak by zareagował, gdyby mu powiedziała
prawdę?
- Chyba mnie źle zrozumiałeś. Sander nie musi się ze mną Ŝenić. Jeśli ci o to
chodzi, to nie jestem w ciąŜy.
Nie uwierzył jej, powiedział sceptycznie, Ŝe „to się jeszcze okaŜe”, mruknął
coś na poŜegnanie i odłoŜył słuchawkę.
Mia zaczęła się zastanawiać nad tym, co usłyszała. Sander był zaangaŜowany
w związek z Rhodą... MoŜe to wyjaśnia, dlaczego tak mu zaleŜy, Ŝeby dostała tego
swojego Filipa? Sam ją kiedyś zostawił, wyjechał do Hongkongu, a teraz próbuje
odkupić swoje winy...
Następnego dnia Mia obudziła się dość późno. Zrobiła sobie kawy i, czując się
jak aktorka w nowej roli, zadzwoniła do Janet.
- Czy mogłabyś urwać się w czasie lunchu?
- Nie ma sprawy. Poproszę Tessę albo którąś z dziewczyn, Ŝeby mnie
zastąpiły. Kiedy i gdzie się spotkamy?
- U Harrodsa, o wpół do trzeciej.
- A dlaczego nie w pobliskiej knajpce?
- Bo w knajpce nie sprzedają sukien ślubnych. Janet przyszła wcześniej i
zasypała Mię lawiną pytań. W drodze do działu z sukniami ślubnymi Mia starała się
jej na wszystkie odpowiedzieć.
Wybrała jedwabną suknię w kolorze kości słoniowej, piękną i romantyczną, z
rozkloszowaną spódnicą i długim, muślinowym welonem, podtrzymywanym na
głowie stroikiem z pereł. Janet zdecydowała się na bladoróŜową sukienkę, stosowne
do niej pantofle i stroik na głowę.
Po udanych zakupach poszły do barku na lunch. JuŜ nad sałatką z krewetek
Janet powiedziała:
- Czy mogę cię o coś spytać? ZauwaŜyłam, Ŝe od samego początku podobałaś
się Sanderowi, ale nie zwracałaś na niego uwagi. Co się takiego stało, Ŝe nagle
zmieniłaś zdanie?
- CzyŜ nie jest oczywiste, Ŝe robię to dla jego pieniędzy? - Mia próbowała
obrócić pytanie w Ŝart.
- Nie kpij sobie ze mnie! - Ŝachnęła się Janet.
- Znam cię zbyt dobrze, by w to uwierzyć. Do tej pory sądziłam, Ŝe raczej go
nie lubisz. A moŜe to była tylko forma samoobrony?
- Cieplej, cieplej...
- Szczerze mówiąc, jestem zadowolona z takiego obrotu sprawy. Nie mogłam
patrzeć, jak marnujesz sobie Ŝycie dla faceta, który jest juŜ dawno zajęty.
- Skończyła jeść sałatkę i dodała: - No, dobrze, powiedz teraz, jakie masz
plany na swój wielki dzień?
Mia powtórzyła jej rozmowę z Sanderem. Gdy skończyła, Janet niezbyt
dyskretnie zerknęła na zegarek, złapała się za głowę i popędziła do biura. Mia sama
wróciła do sklepu i zaczęła kompletować swoją wyprawę. Wybrała trzy sukienki,
kilka spódnic i bluzek, parę pasujących do nich Ŝakietów.
W dziale bieliźniarskim niemal dostała zawrotu głowy. Zawsze jej się
podobała elegancka, ekskluzywna bielizna. Teraz, gdy nie musiała liczyć się z
kosztami, wybierała najpiękniejsze, najbardziej wyszukane modele, zwiewne i
delikatne niczym pajęczyna.
Gdy wróciła do domu i rozpakowała wszystkie zakupy, stwierdziła, Ŝe z
pewnością wydała jakąś zawrotną sumę. Przestraszyła się. MoŜe trochę przesadziła?
Co będzie, jeśli Sander uzna ją za zbyt rozrzutną? Wcale niewykluczone, Ŝe uzna
decyzję o małŜeństwie za zbyt pochopną i w ostatniej chwili zrezygnuje, a ona... A
ona zostanie na lodzie.
Rozejrzała się po swoim skromnym mieszkanku. Powrót z eleganckich
salonów do pustej kawalerki... Oby nie była to zła wróŜba na nadchodzące dni.
Zrobiła, o co ją prosił, teraz nie pozostawało nic innego, jak cierpliwie czekać...
Był piątkowy wieczór. Po kilku bezsennych nocach Mia była wyczerpana.
Podobnie jak przez ostatnie dni, siedziała i czekała na telefon od Sandera. WciąŜ nie
mogła uwierzyć, Ŝe jutro ma się odbyć jej ślub.
Dlaczego zresztą miałaby wierzyć? MoŜe Sander w ogóle nigdy nie zamierzał
jej poślubić, a cała ta farsa miała być tylko okrutnym Ŝartem? Aby odegnać złe myśli,
postanowiła czymś się zająć. Wzięła kąpiel, umyła głowę i zrobiła sobie manicure.
Siedziała właśnie owinięta w ręcznik, układając wilgotne włosy, gdy nagle zadzwonił
dzwonek.
To pewnie znowu Trevor, pomyślała.
- Chwileczkę, muszę się ubrać - powiedziała.
- Nie ma takiej potrzeby - dobiegło z drugiej strony. Drzwi się otworzyły i na
progu stanął Sander Davison. Mia nie mogła uwierzyć własnym oczom. Jej serce
zamarło, a potem nagle zaczęło bić jak oszalałe.
- Masz rozchylone usta - poinformował ją. - To zapewne ze zdziwienia. Ale
pamiętaj, Ŝe to są bardzo piękne usta... Nie będę ich mógł zaspokoić, dopóki stoimy w
progu.
Mia cofnęła się i zamknęła za nim drzwi.
- Kiedy przyleciałeś?
- Godzinę temu.
Nie zwróciła uwagi na jego odpowiedź. Patrzył na nią w taki sposób, Ŝe czuła,
jak uginają się pod nią nogi.
- Przyjechałeś prosto z lotniska?
- Tak. Ale, do Ucha, po co w ogóle mówimy o jakichś idiotycznych
szczegółach! Nie stój tak, pocałuj mnie!
Nie czekając, aŜ dziewczyna spełni jego prośbę, podszedł do niej i pocałował
ją gorąco. Kiedy oderwał wargi od jej ust, Mia przytuliła się mocno do niego.
Objął ją mocno ramionami.
- Wygląda na to, Ŝe moja nieobecność rozpaliła twoje zmysły!
Mia ponuro zwiesiła głowę. BoŜe, co się z nią dzieje! Najpierw go nienawidzi,
nie znosi i od niego ucieka. Potem godzi się na ślub, i to nie z własnej woli, ale pod
przymusem, a jeszcze później cała zaaferowana szykuje wyprawę i czeka na niego
niczym wierna Ŝona... PrzecieŜ to czysty absurd. Zachowuje się jak wariatka! I, co
gorsza, jest tego najzupełniej świadoma. A teraz jeszcze ta uwaga: „rozstanie
rozpaliło twoje zmysły”...
Sander dostrzegł markotną minę dziewczyny. Wziął ją pod brodę i delikatnie
uniósł jej twarz ku górze.
- Smutna? No dobrze, moŜe rzeczywiście będzie lepiej, jeśli teraz zajmiemy
się czym innym. Gdybyśmy się w tej chwili zaczęli kochać, jutro w południe pewnie
byśmy byli jeszcze w łóŜku i spóźnilibyśmy się na ślub...
Uśmiechnął się i pogładził ją chłodnym palcem po policzku. Popatrzył na
ręcznik kąpielowy, z trudem ukrywający jej piękne ciało i powiedział:
- Wiesz co? MoŜe będzie lepiej, jeśli coś na siebie załoŜysz. Inaczej na nic się
nie zdadzą nasze postanowienia. Aha, spakuj wszystko, co ci będzie potrzebne.
Dzisiejszą noc spędzisz na Crombie Square.
Mia schwyciła szybko granatowe spodnie i błękitną bluzkę i zniknęła w
drzwiach łazienki. Spakowała wszystkie kosmetyki, trochę drobiazgów i zaczęła się
zastanawiać, co jeszcze moŜe jej się przydać.
- Pospiesz się, kobieto! - Usłyszała zza drzwi głos Sandera. Powiedział to
spokojnie, bez zniecierpliwienia, co dodało jej otuchy i wlało w jej serce odrobinę
nadziei. MoŜe nie będzie tak źle? MoŜe uda jej się jakoś odnaleźć szczęście w tym
dziwacznym związku? Zresztą, wszystko jest lepsze od samotności i zapomnienia.
Gdy wsiedli do samochodu, Sander sięgnął do kieszeni i wyjął niewielkie
pudełeczko. Wziął dziewczynę za rękę i wsunął jej na palec lśniący, niezwykle
gustowny pierścionek. Mia zamarła zaskoczona. To nie był tradycyjny brylant,
najczęściej kupowany na zaręczyny, ale niebywałej urody Ŝółty kamień osadzony w
artystycznej oprawie.
- Co to jest? - spytała.
- Sardoniks. Kamień, który przynosi szczęście narzeczonym.
Jego słowa szczerze ją wzruszyły, ale wzruszenie pierzchło gdzieś, gdy Sander
mrugnął do niej okiem i dodał ironicznie:
- Sama rozumiesz, nasi przyjaciele oczekują od nas odrobiny
sentymentalizmu.
W czasie drogi na Mayfair Sander opowiadał jej o przygotowaniach do ślubu..
- Kościół św. Idziego jest mały - tłumaczył - dlatego ceremonia będzie
skromna. Tylko trochę krewnych i najlepszych przyjaciół. Czy jest ktoś, o kim nie
wiem, kogo chciałabyś zaprosić?
- Nie. - Pokręciła głową. Była znów w złym humorze. JuŜ myślała, Ŝe Sander
traktuje ich ślub powaŜnie, ale ta uwaga o „odrobinie sentymentalizmu” na pokaz
sprawiła, Ŝe straciła wszelkie nadzieje co do jego czystych intencji. - Co ja właściwie
robię? - spytała głośno samą siebie. - Wychodzę za męŜczyznę, którego nawet nie
lubię.
Uśmiech zniknął z twarzy Sandera, a jego dłonie na kierownicy zacisnęły się
nerwowo.
- Dlaczego wiec to robisz?
- Dobrze wiesz, dlaczego.
- Dlatego Ŝe poświęcasz się dla ojca, który nigdy zbytnio o ciebie nie dbał?
- Właśnie Ŝe o mnie dbał! - krzyknęła. Po chwili uspokoiła się, zamknęła oczy
i dodała juŜ spokojnie: - Masz rację. Nawet mnie nie kochał. ChociaŜ moŜe przed
wypadkiem...
- Jakim wypadkiem? Opowiedz mi o tym - poprosił łagodnie.
Spojrzała na niego z wahaniem. O wypadku nigdy z nikim nie rozmawiała,
choć to wydarzenie przez długie lata wracało do niej w postaci sennego koszmaru.
Milczała chwilę, jakby wahała się, czy w ogóle warto zaczynać, wreszcie westchnęła i
zaczęła mówić, cicho i powoli.
- W czasie karambolu na autostradzie zginęła mama i Michael, mój brat
bliźniak. Ojciec wyszedł z tego cało, a ja doznałam tylko lekkich stłuczeń.
- Ile miałaś wtedy lat?
- Właśnie skończyłam osiem.
- Tak - westchnął cięŜko. - To musiało być dla ciebie bardzo traumatyczne
przeŜycie, i pewnie nie tylko dla ciebie - dodał. - Wiesz co? Opowiedz mi o swoim
dzieciństwie.
Uśmiechnęła się do niego smutno.
- Nie wiem, czy jest o czym opowiadać.
- Czy twój ojciec, juŜ potem, nigdy nie chciał się ponownie oŜenić?
- Nie, po wypadku nie interesował się juŜ chyba kobietami. Zagrzebał się w
swojej pracy, a do opieki nade mną wynajmował opiekunki. Czasem miłe, czasem
mniej....
- Musiałaś być bardzo samotna. Nie miałaś Ŝadnych przyjaciół wśród
sąsiadów?
- Nie za bardzo... Nasz dom stał samotnie w środku posiadłości. W okolicy nie
było nikogo, z kim mogłabym się zaprzyjaźnić. Wyglądałam przez okno na piętrze i
gdzieś w oddali widziałam inne bawiące się razem dzieci. Czasem w wietrzne dni
puszczały latawce. Zawsze marzyłam, Ŝeby móc kiedyś puszczać je razem z nimi... -
Po raz pierwszy w jej głosie zabrzmiało rozmarzenie.
- Czy kiedykolwiek to zrobiłaś?
- Nie.
- No, dobrze. A gdzie chodziłaś do szkoły?
- Zanim skończyłam jedenaście lat, miałam nauczyciela.
- A potem? - pytał uparcie, nie zraŜony jej zdawkowymi odpowiedziami.
- Przez następne siedem lat chodziłam do małej prywatnej szkoły dla
dziewcząt, później skończyłam szkołę dla sekretarek.
- O, BoŜe, dziewczyno! Aleś się rozgadała! Po prostu język ci się urywa -
rzucił ironiczną uwagę. - MoŜe powiesz mi, co było dalej?
- Jak tylko skończyłam szkołę, dostałam pracę w Rayfields i odeszłam z domu.
- Dlaczego? Nie sądzę, abyś od dziecka marzyła o posadzie sekretarki.
- Chciałam być niezaleŜna.
To nie była cała prawda. Mia zawsze marzyła o miłości. Takiej prawdziwej,
gorącej, jedynej... Ale po tych wszystkich samotnie spędzonych latach, które minęły
od śmierci Michaela, po latach przeŜytych z kompleksem winy, Ŝe ona Ŝyje, a on nie,
uznała, Ŝe los widocznie ją pokarał i przestała czekać na spełnienie swoich marzeń.
Ku jej uldze, Sander nie zadawał dalszych pytań i w kompletnej ciszy
dojechali do jego rezydencji. Gdy zajechali na podjazd, siwowłosy lokaj podszedł do
samochodu i powitał ich pełnym szacunku głosem:
- Dobry wieczór, sir, dobry wieczór, madam.
- Dobry wieczór, Tomaszu. - Sander podał mu kluczyki od samochodu. -
Zanieś bagaŜe panny Fielding do gościnnego pokoju i powiedz pani Rose, Ŝeby
przyniosła nam na górę herbatę.
Gdy weszli do obszernego holu, Sander zaproponował:
- Widziałaś do tej pory tylko jeden pokój. Pozwól, Ŝe pokaŜę ci resztę.
Naprzeciwko salonu znajdowała się wielka biblioteka. Obok była obszerna
jadalnia z duŜymi francuskimi oknami, wychodzącymi na ogrodzony kamiennym
murem ogród, a zaraz za nią przestronna kuchnia.
Na piętrze podwójne drzwi prowadziły do duŜego pokoju dziennego. Po
prawej stronie mieściła się ładna, nowocześnie urządzona łazienka.
Sander otworzył lewe drzwi.
- To jest moja sypialnia, a wkrótce takŜe i twoja.
- Wskazał na olbrzymie łoŜe i spytał: - Którą stronę wolisz?
To niespodziewane pytanie po raz kolejny wywołało w niej strach i falę
wątpliwości.
- Jeszcze nie wiem - odparła. - Zawsze spałam sama.
- Naprawdę? CzyŜby wszyscy twoi kochankowie pospiesznie wracali do
swych Ŝon lub narzeczonych?
- Dziękuję za znakomitą opinię - odparła łamiącym się głosem. - Wprawdzie
nie wiem, czemu ją zawdzięczam, ale...
- Ale chciałabyś wiedzieć, dlaczego się z tobą Ŝenię, tak? Po prostu, lubię
trudne wyzwania. I muszę przyznać, Ŝe dwa pierwsze cele z trzech, jakie sobie
postawiłem, osiągnąłem łatwiej, niŜ się spodziewałem.
- Pierwsze dwa cele...? - powtórzyła zdumiona.
- śebyś mnie zechciała, i Ŝebyś mnie poślubiła.
- A... a czy mogę wiedzieć, jaki jest ten trzeci?
- śebyś mnie pokochała.
Zawirowało jej przed oczami. To była ostatnia rzecz, jakiej się po nim
spodziewała! Jego wyznanie wstrząsnęło nią do głębi. Odwróciła twarz w jego stronę.
- A jaką ci to sprawia róŜnicę, czy cię kocham, czy nie? - spytała zdławionym
głosem.
Objął ją ramionami, ustawił naprzeciwko siebie i, ułoŜywszy głowę na
ramieniu dziewczyny, zamruczał jej do ucha:
- Wierz mi, Ŝe sprawia mi to róŜnicę. Być moŜe nawet nie wiesz, jak bardzo. -
Popatrzyła na niego ostroŜnie. Uśmiechnął się. - Wszystko będzie dobrze, musisz
tylko trochę nad sobą popracować.
Stała zakłopotana, nie bardzo wiedząc, jak zareagować, kiedy rozległo się
pukanie do drzwi. Sander uwolnił ją z uścisku i poszedł otworzyć.
- To pewnie twoja herbata... Dziękuję, Emily. Wziął tacę od małej, pulchnej
słuŜącej, odwrócił się do Mii i zaproponował:
- Wyglądasz na bardzo zmęczoną. A moŜe byś tak wypiła herbatę w łóŜku?
Postawił ostroŜnie tacę na nocnej szafce obok łóŜka, pocałował dziewczynę w
policzek i, Ŝycząc jej dobrej nocy, wyszedł z pokoju, nim zdąŜyła cokolwiek
powiedzieć.
Mia rozpakowała swoje kosmetyki i wyjęła nocną koszulę. Umyła zęby w
małej łazience i połoŜyła się do łóŜka. Jej myśli wirowały jak stado spłoszonych
ptaków.
Następnej nocy nie będzie juŜ spać sama. Na samo wyobraŜenie oczekujących
ją w czasie nocy poślubnej przeŜyć robiło jej się gorąco. No dobrze, ale przecieŜ
małŜeństwo to nie tylko seks. Nieraz to sobie powtarzała. Podjęła szalone ryzyko,
decydując się na ślub z męŜczyzną, który jej poŜąda, ale takŜe nią gardzi.
Nieprawda, Ŝe nie miała wyboru. Oczywiście, Ŝe miała. Mogła go od razu
posłać do wszystkich diabłów. Ale co by zrobiła, gdyby zrealizował swoje pogróŜki
wobec ojca? Z pewnością był do tego zdolny. Dawał jej to do zrozumienia
kilkakrotnie. Czy jednak dla kariery ojca ma zmarnować całe swoje Ŝycie? Jakie
szanse na przetrwanie ma małŜeństwo zawarte z rozsądku? Powinna się spakować i
uciekać stąd czym prędzej, póki nie jest za późno...
Ale nie uciekła... Sander był dla niej jak narkotyk, w jego obecności traciła
zmysły, serce biło w niej dwa razy szybciej... Być moŜe małŜeństwo z nim było
ryzykiem, ale z pewnością ryzykiem, które chciała podjąć.
Wreszcie zmęczona zasnęła. Całą noc spała jak kamień i obudziła ją dopiero
Emily, która po dziewiątej przyniosła tacę ze śniadaniem.
- Mamy cudowny dzień, panienko - powiedziała słuŜąca, odsłaniając okna. -
Musi być panienka szalenie podekscytowana - dodała i w romantycznym nastroju
opuściła pokój.
Mia nalała sobie kawy i wróciła do łóŜka. Wprawdzie przyniesione przez
Emily śniadanie wyglądało smakowicie, ale w ogóle nie miała apetytu. Piła właśnie
drugą filiŜankę kawy, kiedy do pokoju wszedł Sander.
Pocałował ją, a następnie podał jej płaskie, skórzane pudełko.
- Prezent od pana młodego dla panny młodej. Otworzyła je niepewnie. W
ś
rodku spoczywał naszyjnik z przepięknych, naturalnych pereł. Zanim zdąŜyła mu
podziękować, powiedział stanowczym tonem:
- Kiedy będziemy juŜ małŜeństwem, nie mam zamiaru pilnować cię na
kaŜdym kroku. Dlatego chciałbym, Ŝebyś dała mi słowo, Ŝe miedzy tobą a
Meashamem wszystko skończone, i Ŝe nie będziesz się z nim więcej spotykać.
Akurat to mogła mu obiecać. Od kilku dni nie myślała juŜ w ogóle o Filipie i
nie miała najmniejszej ochoty się z nim spotykać.
- Uwierzysz mojemu słowu? - spytała.
- Tak.
- Więc je masz.
Skinął głową aprobująco i skierował się do wyjścia.
- Aha! - Odwrócił się z ręką na klamce drzwi. - Chciałbym, Ŝebyś, wchodząc
do kościoła, odrzuciła swój welon do tyłu. Chcę widzieć twoje oczy w czasie ślubu.
Rozkojarzona jego słowami, Mia siedziała jeszcze jakiś czas w łóŜku, zanim
zebrała się wreszcie w sobie i wstała.
Właśnie wychodziła spod prysznica, kiedy przyjechała Janet. Jej ciemna twarz
błyszczała, z oczu tryskało podniecenie. W jednej ręce trzymała kuferek z
kosmetykami, a w drugiej torebkę i mnóstwo malutkich pakuneczków.
- No, juŜ jestem - oznajmiła zaaferowana. - Sander przysłał po mnie
samochód. Jeszcze nigdy w Ŝyciu nie czułam się taka waŜna.
- W tej chwili jesteś najwaŜniejsza. Bez twojej pomocy nie zdąŜę na czas.
Następne cztery godziny upłynęły na malowaniu, perfumowaniu, pudrowaniu i
układaniu fryzur panny młodej i druhny. Kiedy wreszcie wszystkie przygotowania
zostały zakończone, Mia z zadowoleniem mogła przejrzeć się w wielkim lustrze. Po
raz pierwszy w Ŝyciu czuła się piękną.
Kilka minut później przyjechał ojciec. W szarym surducie, z białym
goździkiem w butonierce, wyglądał niezwykle elegancko.
- Jesteś piękną panną młodą - orzekł po obejrzeniu swojej córki.
To był piękny, słoneczny dzień. Po krótkiej jeździe Mia wysiadła z samochodu
i oparła się na ramieniu ojca. Pozornie wyglądała na spokojną i opanowaną, ale w
ś
rodku aŜ kipiała z tłumionego napięcia. James nagle uśmiechnął się do niej i
ś
ciskając jej rękę powiedział:
- Dzisiaj wyglądasz tak samo jak twoja matka.
Jego słowa i wzruszony głos sprawiły, Ŝe jej oczy napełniły się łzami.
Mały, piękny kościół wypełniony był kwiatami. Zabarwione przez kolorowe
szybki witraŜy słoneczne promienie pełgały po błyszczącej posadzce i czerwonym
dywanie, prowadzącym prosto do ołtarza, gdzie czekali juŜ wielebny Jenkins, Sander i
jakiś obcy męŜczyzna, z pewnością druŜba.
Organista zaczął grać marsza weselnego i wszyscy zgromadzeni goście
odwrócili się do wejścia. Większości z nich Mia nigdy wcześniej nie widziała. Jednak
dwoje znała doskonale - Rhodę i stojącego u jej boku, ubranego w błękitny garnitur,
Filipa.
Ich oczy spotkały się. Filip patrzył na nią zdumiony, jakby nie rozumiejąc, co
się dzieje. Zapewne przyszedł na ślub Sandera, nie wiedząc zupełnie, kto jest
szczęśliwą narzeczoną.
ROZDZIAŁ PIĄTY
Mia odrzuciła welon do tyłu i zaczęła iść w stronę ołtarza. Sander, wysoki,
przystojny, elegancko ubrany, juŜ tam jej oczekiwał. Ze spokojną miną zajęła miejsce
u jego boku. Czuła się tak, jakby jej umysł oddzielił się od ciała. Znikły gdzieś
wszystkie wątpliwości, jakby nagle rozpłynęły się we mgle i przestały istnieć. Poddała
się biernie biegowi wydarzeń. Miała wraŜenie, Ŝe jest niczym drobna gałązka, listek,
niesione przez potęŜną falę przeznaczenia. Jak zza ściany słyszała słowa pastora
rozpoczynającego uroczystą ceremonię.
- Zebraliśmy się tu razem w imię Boga Wszechmogącego, aby uczestniczyć w
zawarciu przez tego oto męŜczyznę i tę kobietę świętego związku małŜeńskiego...
Panującą w kościele ciszę zakłócały jedynie dalekie odgłosy ulicznego ruchu.
- ...czy bierzesz tę kobietę za Ŝonę... czy ślubujesz jej miłość, wierność i
uczciwość małŜeńską, oraz Ŝe jej nie opuścisz aŜ do śmierci?
- Tak - pewnie odpowiedział Sander.
- ...czy bierzesz tego męŜczyznę za męŜa...? - usłyszała teraz Mia. Przeszyło ją
uczucie Ŝalu. Jak bardzo by chciała, aby zawierane przez nią małŜeństwo było oparte
na miłości...!
Zwróciła głowę w stronę Sandera. Patrzył na nią intensywnym, jakby lekko
zaniepokojonym wzrokiem.
Ale ona się nie wahała. Patrząc mu prosto w oczy spokojnie odpowiedziała:
- Tak.
DruŜba uroczyście uderzył w dzwonek, odstawił go na bok i podał Mii
obrączkę. Owładnęło nią uczucie radości. Sander zdecydował się na obrączki! Jednak
po chwili to uczucie gdzieś prysło. Pewnie i to zrobił na pokaz, wiadomo, przyjaciele
spodziewają się „odrobiny sentymentalizmu”...
Sander włoŜył jej delikatnie na palec złotą obrączkę. Potem ona jemu. Miała
ręce zimne jak lód. Oboje uklęknęli.
- Co Bóg złączył, niech człowiek nie rozłącza - oznajmił uroczyście wielebny
Peter Jenkins. - PoniewaŜ Sander Christian i Mia Charlotte złoŜyli zgodne
oświadczenie i przy świętym ołtarzu wymienili się obrączkami, ogłaszam, Ŝe od tej
chwili są męŜem i Ŝoną.
A więc stało się... JuŜ po wszystkim. Serce nagle zatrzepotało jej gwałtownie,
a nogi ugięły się w kolanach. Sander wziął ją pod rękę i przy dźwiękach weselnego
marsza poprowadził do wyjścia.
Na zewnątrz czekał juŜ zamówiony fotograf i kilku fotoreporterów z prasy,
których zwabił szybki ślub bogatego bankiera z nie znaną bliŜej nikomu dziewczyną.
Wśród błyskających fleszy, obrzucani kwiatami i ryŜem, szli pod rękę aŜ do wyjścia z
kościelnego dziedzińca.
Przed bramą wsiedli do karety zaprzęŜonej w dwa białe konie. Sander pomógł
Ŝ
onie usadowić się wygodnie i, gdy ułoŜyła spódnicę, zajął miejsce obok niej.
Woźnica cmoknął na konie, strzelił z bata i odjechali.
Frontowe drzwi domu na Crombie Square otwarto szeroko, a przed nimi stała
w szeregu cała słuŜba, pani Rose, Emily i Tomasz, czekający, Ŝeby powitać
nowoŜeńców.
Ledwo młoda para weszła do domu, a juŜ na podjazd zaczęły wjeŜdŜać
samochody. Mia i Sander musieli więc zacząć witać swoich gości. Po kilku
nieznajomych nadszedł William. Uścisnął rękę Sanderowi i ucałował serdecznie Mię.
Za nim wszedł druŜba, którego Sander przedstawił jako wieloletniego przyjaciela i
kolegę z banku.
Jon Ross uścisnął rękę Mii i powiedział:
- Sander zawsze miał szczęście do kobiet. Jesteś dokładnie taka, jak cię
opisywał.
Wśród innych gości pojawili się takŜe Rhoda i Filip. W oczach Rhody odbijała
się wściekłość.
- CóŜ za niespodzianka, kuzynie! - przywitała się ze zjadliwym uśmiechem. -
Kiedy usłyszałam, Ŝe się Ŝenisz, do głowy mi nawet nie przyszło, Ŝe twoją wybranką
moŜe być nasza femme fatale...
Tak więc Sander nie wprowadził Rhody w swoje plany, pomyślała Mia.
Trochę to dziwne, zwłaszcza w świetle tego, co mówił, ale cóŜ, moŜe wytłumaczy jej
wszystko później...
- Nie wiedziałam, Ŝe znacie się aŜ tak dobrze... - ciągnęła szyderczo Rhoda. -
Powiedz mi, jak udało ci się tak szybko sfinalizować całą sprawę?
Wprawdzie słowa Rhody skierowane były do Sandera, ale Mia wiedziała
bardzo dobrze, Ŝe to przytyk pod jej adresem. Na szczęście Sander spokojnie
odpowiedział:
- Kiedy stawką jest moje szczęście, zawsze postępuję szybko i zdecydowanie.
- No cóŜ, jesteś bardzo sprytny. Gratuluję wam i Ŝyczę szczęścia. - Spojrzała
jeszcze raz z zawiścią na pannę młodą i uśmiechnęła się do niej chłodno.
Filip pocałował swą niedawną ukochaną w policzek i uścisnął dłoń Sandera.
Przez cały czas Mia stała nieruchoma jak posąg.
Gdy odchodzili, Sander popatrzył za nimi z dezaprobatą. JuŜ po chwili jednak,
na widok nadchodzących nowych gości, na jego twarzy z powrotem zagościł uśmiech.
W czasie przyjęcia Mia nie miała apetytu. Wypiła tylko dwa kieliszki wina,
rozmawiając z gośćmi i zachowując się tak, jak w jej przekonaniu powinna
zachowywać się szczęśliwa panna młoda.
Krojenie weselnego tortu i toast za pomyślność nowoŜeńców wypadły
znakomicie. Mia stała właśnie obok Sandera, trochę zdenerwowana juŜ i zmęczona
wydarzeniami tego dnia, kiedy obok niej ponownie pojawiła się Rhoda.
- Widzę, Ŝe nasza panna młoda jest mocno zaskoczona tempem, w jaki to
wszystko się odbyło - powiedziała z jadowitą słodyczą w głosie. - Nawet Filip
niczego się nie domyślał... Biedaczek do tej pory nie moŜe dojść do siebie po tym, jak
stracił swoją... hm, najlepszą sekretarkę.
- Nie ma powodów do obaw. Janet doskonale mnie zastąpi. Zna się na tej
pracy równie dobrze jak ja - odparła Mia.
- Być moŜe zna się na tej pracy, ale wątpię, czy tak doskonale cię zastąpi.
Wiem, Ŝe Filip nigdy nie traktował cię jak zwykłą sekretarkę... - zamilkła pod
lodowatym spojrzeniem Sandera, ale po chwili zaczęła z innej strony. - To wszystko
stało się tak nagle... Kiedy otrzymałam zaproszenie, byłam przekonana, Ŝe to
Jacqueline jest tą szczęśliwą wybranką. Byli bardzo bliskimi przyjaciółmi. Tak
bliskimi jak ty i...
- Och, przepraszam! - z tyłu pojawiła się Janet i potrąciła Rhodę, wylewając
jej drinka. - A tak przy okazji, przed chwilą szukał cię Filip.
Rhoda nie zwróciła na nią uwagi.
- Kiedy wyjeŜdŜacie w podróŜ poślubną? - spytała.
- Ja., nie wiem... W zasadzie jeszcze nic... - zaczęła jąkać się nieskładnie, ale
Sander odpowiedział za nią:
- Mniej więcej za godzinę.
- A moŜna wiedzieć, gdzie?
- To tajemnica - odparł sucho.
Atmosfera tej rozmowy stawała się trudna do zniesienia. Mia poczuła, Ŝe robi
jej się duszno.
- Przepraszam was na chwilę - powiedziała i skierowała się w stronę drzwi
ogrodowych. Na świeŜym powietrzu poczuła się znacznie lepiej. Potrzebowała
spokoju i samotności, poszła więc przez ogród w kierunku pustej altanki.
W środku panował miły chłód. UwaŜając, Ŝeby nie pobrudzić sukni, przysiadła
na małej ławeczce i zamknęła oczy. Poczuła się lepiej, znowu mogła logicznie
myśleć.
W pewnym momencie, gdy zamierzała juŜ wracać na przyjęcie, usłyszała
zbliŜające się kroki. Pewnie Sander zaczął niecierpliwić się jej nieobecnością i po nią
przyszedł... Otworzyła oczy i z przeraŜeniem zobaczyła przed sobą Filipa.
- Mój BoŜe, dlaczego to zrobiłaś? - wykrztusił z siebie. Wyglądał na
całkowicie zdruzgotanego. - Czy nie moŜesz do mnie wrócić? Gdybyś tylko trochę
poczekała, na pewno udałoby się nam coś wymyśleć...
- Nie chcę.
- Nie mogę uwierzyć, Ŝe poślubiłaś innego męŜczyznę. Jak mogłaś to zrobić?
PrzecieŜ mnie kochasz!
Chwycił ją za ramiona, postawił na nogi i, zanim zdąŜyła zaprotestować,
zaczął całować jej twarz. Z pasją, o jaką go nigdy nawet nie podejrzewała, krzyczał:
- Nie pozwolę ci odejść, nie pozwolę! Jesteś moja!
- Mylisz się. - Głos Sandera, który stanął w tym momencie w drzwiach altanki,
podziałał na Filipa jak kubeł zimnej wody. - Ona jest moja. Jeśli nie będziesz się od
niej trzymał z daleka, skręcę ci kark. Zapewniam cię, Ŝe jestem do tego zdolny.
Filip zbladł. Sander natomiast rzucił ostro w stronę dziewczyny:
- Idź się przebrać!
Bezradnie popatrzyła na obu męŜczyzn.
- Ale nie chcę, Ŝebyś... - zaczęła.
- Obawiasz się - przerwał jej szorstko - Ŝe mogę skrzywdzić twojego
ukochanego...?
- Proszę, Sander... Nie rób mu nic złego...
Nic nie odpowiedział. Mia westchnęła głęboko, wyminęła wysoką sylwetkę
blokującą wejście i pospiesznie udała się do domu. Chyba będzie umiał się zachować,
pocieszała się w duchu. Nie będzie chyba bulwersował rodziny i przyjaciół pobiciem
weselnego gościa? A jeŜeli w przypływie szału tak zrobi...?
Idąc między rozbawionymi gośćmi przepraszała, Ŝe nie moŜe się przyłączyć
do zabawy. Janet dostrzegła pobladłą twarz przyjaciółki i szybko do niej podeszła.
- Wygląda na to, Ŝe masz juŜ dość. Nic dziwnego. Kiedy zobaczyłam w
kościele Rhodę i Filipa, myślałam, Ŝe padnę trupem. Domyślam się, Ŝe Ŝadne z nich
nie wiedziało, Ŝe to ty jesteś panną młodą.
- Nie, o niczym nie wiedzieli.
- Przepraszam, to nie moja sprawa, ale Rhoda wygląda na wściekłą i obawiam
się, Ŝe zaraz zrobi scenę. Jak ona się dowiedziała? Nie wydaje ci się, Ŝe Filip mógł...?
Mia potrząsnęła głową.
- Nie. Nigdy by jej sam o tym nie powiedział. Przeszły do garderoby, gdzie
Janet pomagała przyjaciółce zdjąć ślubną suknię.
- Ale skoro Filip nic jej nie powiedział, to skąd wiedziała, co was łączy? -
zastanawiała się głośno.
- MoŜe coś zauwaŜyła, tak samo jak ty? A moŜe to po prostu intuicja.
- MoŜe... Ale wiesz co? Wydaje mi się, Ŝe skoro ma juŜ na własność faceta, na
którym jej tak bardzo zaleŜy, powinna przestać się wściekać, nie sądzisz?
- Janet westchnęła cięŜko. - Kiedy spotkałam ją po raz pierwszy, myślałam, Ŝe
to miła, sympatyczna dziewczyna, ale to po prostu jakaś wiedźma!
- Nie moŜesz jej tak potępiać - sprzeciwiła się Mia. - Jej pierwszy narzeczony,
a raczej męŜczyzna, którego...
- Jak to nie mogę jej potępiać? A to niby dlaczego?
- przerwała z pasją Janet. - Jest fałszywa i podstępna! Słyszałam, jak
powiedziała do Jona Rossa, Ŝe jedynym powodem, dla którego wyszłaś za Sandera, są
jego pieniądze. Na szczęście popatrzył na nią jak na idiotkę i powiedział, Ŝe zrobiłaś
na nim jak najlepsze wraŜenie, i Ŝe nigdy nie uwaŜał Sandera za głupca... W kaŜdym
razie, posłuchaj mojej rady, moja kochana, i nie pozwól, Ŝeby ci zniszczyła dzisiejszy
dzień - zakończyła Janet. Odwiesiła suknię na wieszak i wyszła z pokoju, pozwalając
przyjaciółce spokojnie się przebrać.
Nie pozwól... Łatwo powiedzieć! Janet dała jej bardzo dobrą radę, ale jak się
do niej dostosować? Mia uśmiechnęła się do siebie smutno. Dlaczego to wszystko jest
takie skomplikowane? Ciekawe, co na to powiedziałby Sander? Sander... Gdzie on się
podziewa? CzyŜby aŜ tak się rozeźlił, Ŝe postanowił odwołać podróŜ poślubną?
Przez uchylone drzwi zajrzała Janet z wiązanką ślubną w dłoni.
- Wyglądasz fantastycznie! Gotowa do wielkiej wyprawy? Chodź, walizki są
juŜ w samochodzie. Sander i wszyscy goście czekają. Najgorsze juŜ minęło.
Gdyby to mogła być prawda, gorzko pomyślała Mia. Ale, niestety, nie jest...
Najgorsze, jak się zdaje, jeszcze przed nią. Dokończyła się przebierać, zamknęła
drzwi i zaczęły schodzić na parter.
W holu zebrali się wszyscy goście, u stóp schodów czekał Sander. Mia uniosła
bukiet wysoko nad głowę, uśmiechnęła się i rzuciła go w stronę gości, którzy radośnie
zaczęli bić brawo.
- Wyglądasz wspaniale. - Sander uśmiechnął się do niej, ale w jego oczach nie
błysnęła nawet najmniejsza iskierka Ŝyczliwości.
PoŜegnała się z ojcem i z Williamem, ucałowała serdecznie Janet oraz Jona
Rossa i wśród kolejnego deszczu z ryŜu i płatków kwiatów podeszli do czekającego
na nich samochodu.
Wyjechali z Londynu w kierunku lotniska Heathrow. W czasie jazdy panowała
kompletna cisza. Teraz, kiedy nikt ich nie obserwował, Sander był pełen rezerwy i
chłodu.
- Nawet mi nie powiedziałeś, dokąd jedziemy - próbowała rozładować napiętą
atmosferę.
- Musimy złapać wieczorny lot do Hongkongu - wyjaśnił uprzejmie, ale
chłodno.
JuŜ wolałaby, gdyby był na nią zły! Zawsze marzyła o podróŜy do Hongkongu
i w innych okolicznościach byłaby zapewne zachwycona. Ale w tej chwili mocno
obawiała się najbliŜszej przyszłości. Nie moŜe jednak milczeć, inaczej cały ten
wyjazd zamieni się w piekło. Musi jak najprędzej mu wytłumaczyć, Ŝe nie złamała
danego słowa.
- Sander, ja... - zaczęła cicho.
Popatrzył na nią tak ozięble, Ŝe słowa zamarły jej na ustach. Jak moŜna się
przebić przez taki pancerz lodu? MoŜe poczekać, aŜ mu przejdzie pierwszy gniew?
Pierwszy etap podróŜy odbywał się juŜ w ciemnościach i po smacznej kolacji
większość pasaŜerów zapadła w sen. Sander cały czas zachowywał dystans.
JuŜ po świcie samolot wylądował w Dubaju. Zatankowali paliwo i polecieli
dalej. Z wyjątkiem pięknych widoków gór, kiedy przelatywali nad Indiami i Birmą,
ten etap podróŜy był równie nuŜący jak poprzedni.
ZbliŜali się właśnie do celu podróŜy, gdy podano im wieczorny posiłek.
Jedzenie w samolocie było bardzo dobre, ale odkąd wylecieli z Heathrow, Mia nie
mogła nic przełknąć. JuŜ miała oddać stewardowi kolejną nietkniętą tackę, gdy
Sander delikatnie zwrócił jej uwagę:
- Musisz coś zjeść, kochanie. ChociaŜby tylko po to, Ŝeby zrobić mi
przyjemność.
Steward popatrzył na Mię, która wyraźnie nie miała ochoty, Ŝeby zrobić
przyjemność swojemu męŜowi.
- Wolałbym raczej bić Ŝonę za nieposłuszeństwo, niŜ zrobić z niej bezwolną
kukłę - Sander wyjaśnił stewardowi, który uśmiechnął się ze zrozumieniem i odszedł.
Mia nie za bardzo wiedziała, co Sander miał na myśli. ZadrŜała.. Pod
wpływem natarczywego wzroku męŜa zmusiła się, Ŝeby uszczknąć trochę jedzenia.
Kiedy zbliŜali się do lądowania, było jeszcze wystarczająco jasno, Ŝeby
dostrzec liczne małe wysepki rozsiane na powierzchni Morza Chińskiego. Niektóre
były kamieniste, inne płaskie i porośnięte zielenią, czasem otoczone piaszczystymi
plaŜami.
Lądowanie na lotnisku Kai Tak dostarczyło jej wiele emocji. Wydawało się, Ŝe
samolot lada chwila wpadnie w środek miasta, między drapacze chmur. Przed samym
lądowaniem leciał tuŜ nad zatłoczoną ulicą. Mia wstrzymała z emocji oddech i
zerknęła na Sandera. Jego lewa ręka spoczywała swobodnie na oparciu fotela. Mia
chwyciła ją kurczowo. Miała nadzieję, Ŝe on odwzajemni uścisk, doda jej odwagi, ale
nie zrobił tego.
Kiedy wylatywali z Londynu, dziewczyna miała nadzieję, Ŝe tak długa podróŜ
złagodzi jego gniew. Ale wszystko wskazywało na to, Ŝe tak się nie stało. Nawet
przeciwnie - zdawało się, Ŝe długo tajona złość wzbiera w nim teraz jak lawa w
wulkanie, czekając tylko na sposobność wybuchu.
Mię znowu ogarnęło przygnębienie. BoŜe, czy juŜ do końca Ŝycia będzie
pogardzana i lekcewaŜona?
Gdy opuścili klimatyzowany budynek lotniska, natychmiast uderzyło ją parne,
gorące powietrze. Na szczęście Sander w ciągu kilku sekund znalazł taksówkę.
Jechali wzdłuŜ kolorowych, zatłoczonych i hałaśliwych ulic. Wszędzie
migotały oszałamiająco barwne neony. Przejechali przez centrum i po kilkunastu
minutach znaleźli się w cichej, ciemnej ulicy prowadzącej między małymi,
otoczonymi niskim murem domami.
Zatrzymali się przed jedną z furtek. Sander otworzył ją i wprowadził Ŝonę do
tropikalnego ogrodu. Panujących tu ciemności nie rozjaśniały Ŝadne światła, a nocnej
ciszy nie zakłócały Ŝadne odgłosy.
- To nie wygląda jak hotel - zauwaŜyła.
- Bo to nie jest hotel. Właśnie tutaj mieszkam. Czy moŜe lepiej: czasami tutaj
mieszkam.
Dom, ukryty w bujnie rosnącej zieleni, był niewidoczny od strony ulicy. Mia
weszła na taras. Prosto z niego prowadziło oszklone wejście do przestronnego,
umeblowanego skromnie, ale ze smakiem, salonu. Wnętrze wypełniały głównie
ksiąŜki i rośliny. Z prawej strony pokoju znajdowały się jadalnia i kuchnia. Po lewej
urządzono dwie sypialnie. KaŜda z nich miała własną łazienkę. Sander oprowadził
Mię po domu i wyszedł, Ŝeby zapłacić taksówkarzowi i przynieść resztę bagaŜy.
Mia sięgnęła do swojej walizki. Wyjęła z niej nocną koszulę oraz przybory
toaletowe, po czym wróciła do salonu. Starała się zachowywać normalnie, ale spokój
przychodził jej z trudem. Za chwilę, po raz pierwszy od ceremonii ślubnej, zostaną
zupełnie sami.
ROZDZIAŁ SZÓSTY
Mia nie słyszała go, kiedy wchodził. Widocznie jakiś szósty zmysł kazał jej
podnieść głowę. Teraz widziała, jak jej nowopoślubiony mąŜ stoi w drzwiach i
przygląda się uwaŜnie swojej Ŝonie.
Wstała. Sander podszedł kilka kroków w jej kierunku. Był zły, nawet nie
próbował tego ukryć. Mia, przeraŜona, miała ochotę uciec, ale miękkie nogi
odmówiły jej posłuszeństwa... A zresztą, dokąd miałaby uciekać?
- No dobrze, teraz moŜemy spokojnie porozmawiać... Bez świadków -
powiedział tonem, od którego skóra ścierpła jej ze strachu.
- Sander... PrzecieŜ ja nie złamałam danego ci słowa... - zaczęła się tłumaczyć
płaczliwym głosem. Popatrzył na nią z nie tajoną niechęcią. - Ja naprawdę nie miałam
zamiaru...
- Nie próbuj mnie okłamywać! - przerwał jej ostro.
- Mówię prawdę. Nie czułam się najlepiej... Nie wiem, moŜe wypiłam trochę
za duŜo wina... Chciałam zaczerpnąć świeŜego powietrza i pobyć przez kilka minut
sama...
- Kiedy wszedłem do altanki, nie byłaś sama! Obejmowałaś innego męŜczyznę
i całowałaś go namiętnie!
- Wcale go nie całowałam. To on mnie całował. Ja tego nie chciałam... - Mia
zamilkła nagle. Rozpacz ścisnęła jej gardło, a do oczu napłynęły łzy. Nie mogła
wykrztusić z siebie ani słowa. Sander złagodniał.
- Dobrze juŜ, dobrze., - mruknął. - Wyjaśnimy to kiedy indziej. Wyglądasz jak
ledwie Ŝywa. MoŜe połoŜyłabyś się juŜ do łóŜka?
Mia chciała przytaknąć skwapliwie, lecz w następnej chwili pokręciła głową.
Wyjaśni mu wszystko, i to właśnie teraz!
- Nie... Ja... ja chciałam najpierw z tobą porozmawiać. Muszę ci opowiedzieć
wszystko o Filipie.
- Nie chcę, Ŝebyś mi teraz cokolwiek wyjaśniała. Trzymam się tylko faktów. -
Popatrzył na nią i powiedział spokojnie: - Powiedziałaś mi, Ŝe się kochacie... to
znaczy: kochaliście. Ile czasu minęło od chwili, gdy pierwszy raz ci o tym
powiedział?
- Około czterech miesięcy.
- A jak często się spotykaliście?
- Rzadko... Nie było zbyt wielu okazji.
- Wiesz co? Powiem ci coś zupełnie szczerze. Mam wraŜenie, Ŝe Measham
wcale nie miał zamiaru zrywać zaręczyn i poświęcać dla ciebie swojej kariery. I nie
mówię tego dlatego, Ŝe...
- To wcale nie było tak! Początkowo Filip po prostu nie chciał skrzywdzić
Rhody. On ją kochał. - Nie zwracając uwagi na jego ironiczne spojrzenie, ciągnęła
dalej: - W końcu powiedział mi, Ŝe juŜ nie moŜe tak dłuŜej Ŝyć, Ŝe postanowił zerwać
zaręczyny, ale Ŝe moŜe to zrobić dopiero po jej urodzinowym przyjęciu. Tej nocy,
kiedy się zdecydował, dowiedział się, Ŝe ona jest w ciąŜy.
- W ciąŜy? - Sander wyglądał na zaskoczonego.
- Tak więc sypiał z Rhodą i jednocześnie miał romans z tobą?
- Nie mieliśmy romansu - zaprotestowała. - Przynajmniej nie w tym znaczeniu.
Nigdy ze sobą nie spaliśmy.
- Przestań. - Uśmiechnął się kpiąco. - Naprawdę myślisz, Ŝe w to uwierzę?
- Ale to prawda.
- Zapominasz, moja droga, o tej nocy w ogrodzie, kiedy to wzięłaś mnie za
Meashama. Zareagowałaś zbyt namiętnie jak na niedoświadczoną dziewicę.
Zapominasz teŜ, Ŝe słyszałem, co Measham wykrzykiwał w altance... „PrzecieŜ mnie
kochasz! Nie pozwolę ci odejść! Jesteś moja...”
- Nie to miał na myśli. - Mia pokręciła głową. Sander nie zwrócił uwagi na jej
protesty.
- Powiedz, wytłumacz mi, bo nie rozumiem. Co cię skłoniło do przyłączenia
się do tego trójkąta? CzyŜbyście obie bały się go stracić?
- Sander, ja naprawdę nie wiedziałam, Ŝe oni... PrzecieŜ nigdy bym się na to
nie zgodziła... Nie miałam pojęcia, Ŝe byli kochankami, aŜ do momentu, gdy...
- ...gdy dowiedziałaś się, Ŝe Rhoda jest z nim w ciąŜy - dokończył za nią. -
Wiem. Rozumiem. Wyszłaś więc za mnie, ale nadal chcesz do niego wrócić, tak?
- Nie! Oczywiście, Ŝe nie! - zaprzeczyła gwałtownie.
- Doskonale wiesz, dlaczego zgodziłam się na ślub!
- Daj spokój! - Ŝachnął się. - Mogłaś mnie posłać do wszystkich diabłów.
Naprawdę uwierzyłaś, Ŝe byłbym zdolny zrujnować twego ojca? No, powiedz.
Naprawdę tak myślałaś?
- Tak. Uznałam, Ŝe jesteś wystarczająco bezwzględny, Ŝeby to zrobić -
wykrztusiła.
- Tak więc nie było Ŝadnych innych powodów, dla których za mnie wyszłaś? -
spytał, patrząc przenikliwie prosto w jej oczy. - Posłuchaj, Mia. Jesteś inteligentna,
więc powinnaś to zrozumieć. Domyślam się, Ŝe zawsze byłaś trochę zazdrosna o
Rhodę. NieprawdaŜ?
- Czy ona ci o tym powiedziała?
- A czy nie jest prawdą - ciągnął nie zraŜony jej odpowiedzią - Ŝe byłaś
zazdrosna o uczucia swojego ojca, jeszcze zanim na scenie pojawił się Measham?
Mia zawsze starała się to skrywać, więc taka bezpośrednia konstatacja tego
faktu, zresztą bardzo bliska prawdy, wywołała rumieniec wstydu na jej twarzy.
- Nie musisz odpowiadać - dodał łagodnie Sander. - Powiedz tylko, czy to nie
dlatego próbowałaś odbić jej Meashama? MoŜe robiłaś to zupełnie podświadomie?
Czy nie był to rodzaj zemsty?
- Za kogo mnie uwaŜasz?! Zaśmiał się gorzko.
- Doskonale wiem, za kogo. Za kobietę, która, łamiąc dane męŜowi słowo,
romansuje z innym, nie zdjąwszy jeszcze nawet ślubnej sukni.
Szare oczy Mii wypełniły się łzami.
- Mówiłam ci juŜ, Ŝe wcale nie chciałam go spotkać. Sam przyszedł...
- Przestaniesz robić ze mnie głupca?! Pamiętaj, nigdy się na coś takiego nie
zgodzę!
- Więc co masz zamiar zrobić? UniewaŜnić małŜeństwo?
- Myślisz, Ŝe w ten sposób wyszedłbym na mniejszego idiotę? Nie, to nie
wchodzi w rachubę. A moŜe ty, kochana Ŝono, powiesz mi, co powinienem zrobić?
- Kiedy nie odpowiadała, dodał złośliwie: - Przestać zadawać pytania?
Nagle, nie zdając sobie dokładnie sprawy, skąd wzięła siłę i odwagę, aby to
powiedzieć, spytała:
- Czy chcesz dotrzymać ślubów, które składałeś w kościele?
Sander otworzył szeroko oczy ze zdumienia.
- Oczywiście.
- Ja teŜ mam taki zamiar. - Nie zwróciła uwagi na jego ironiczny uśmieszek i
powtórzyła dobitnie: - Tak. Mam taki zamiar, oczywiście jeśli i ty dasz szansę
naszemu małŜeństwu.
- ...i jeśli nie opuszczę cię aŜ do śmierci? - spytał cynicznie.
- Tak - odparła łagodnie. - I ja cię nie opuszczę, ale powtarzam: o ile obydwoje
się o to postaramy.
- Bardzo dobrze, kochana Ŝono. - Chwycił dziewczynę za rękę. - Wyjaśniliśmy
sobie wiele, a teraz przekonamy się, jak nam będzie w łóŜku - powiedział i zaśmiał
się gardłowo.
ZraŜona jego brutalnością poprosiła nieśmiało:
- Sander, nie dzisiaj, proszę...
- Nie bój się. Postaram się być jak najlepszy - nalegał. - Prawdopodobnie
częsty i ekscytujący seks był głównym powodem, dla którego zgodziłaś się zostać
moją Ŝoną. Postaram się ciebie nie rozczarować. Jeśli Measham starał się zadowolić
was obie, ale przede wszystkim Rhodę, musiałaś często czuć się zaniedbana i
niedopieszczona...
Wyraźnie chciał ją zranić. Ale gdyby się teraz wycofała, o ile by jej w ogóle na
to pozwolił, nic juŜ nie zdołałoby ocalić ich małŜeństwa. Kiedy jednak przygarnął ją
do siebie jedną ręką, a drugą przytrzymał za kark, by pocałować z dziką, drapieŜną
pasją jej zaciśnięte usta, szarpnęła się z przestrachem i jęknęła w cichym proteście.
Sander ją fascynował, ale jednocześnie przeraŜał. A najgorsze, Ŝe nie była w stanie
stwierdzić, które z tych uczuć było silniejsze.
Nie przerywając pocałunku, wziął ją na ręce i zaniósł do sypialni. PołoŜył na
łóŜku i, nie zwracając uwagi na jej błagania, zaczął rozpinać guziki jedwabnej bluzki.
Mia wyślizgnęła się z jego objęć.
- Muszę pójść do łazienki... - wymamrotała i uciekła.
Zamknęła za sobą drzwi i zaczęła gorączkowo się zastanawiać, co zrobić.
Przez chwilę poczuła się bezpiecznie, nie mogła jednak liczyć na to, Ŝe spędzi całą
noc w łazience. Gdyby nawet spróbowała, Sander prawdopodobnie wyłamałby drzwi i
zmusiłby ją siłą do skonsumowania małŜeństwa.
Wzięła prysznic, umyła zęby i z powrotem zaczęła się ubierać. Było to o tej
porze raczej bezsensowne, ale nie mogła przecieŜ wrócić do sypialni nago. Bała się,
lecz intuicja podpowiadała jej, Ŝe Sander nie zdecyduje się na uŜycie siły. Wzięła
głęboki oddech, przeŜegnała się i, nacisnąwszy klamkę, weszła do sypialni.
Sander leŜał z rękoma pod głową, a ona stała, wciąŜ niezdecydowana, co ma
robić.
- Czy masz zamiar spać w bieliźnie? - spytał zgryźliwie.
- Nie, oczywiście Ŝe nie - odparła łamiącym się głosem.
- To ją zdejmij.
Zabrzmiało to prawie jak rozkaz. Lodowatymi ze strachu dłońmi sięgnęła po
zostawioną na poduszce nocną koszulę. Przez cały czas czuła na sobie jego wzrok.
- Nie będziesz jej potrzebowała ... - powiedział znacząco. - PrzecieŜ dzisiaj
jest nasza noc poślubna. Chyba nie ma nic dziwnego w tym, Ŝe chcę, Ŝebyś spała
nago. - Odchylił prześcieradło. - Chodź... I na miłość boską, przestań na mnie patrzeć
tak, jakbym miał cię za chwilę zamordować!
- To nie tak - odpowiedziała zmieszana. - Po prostu całkiem inaczej sobie
wyobraŜałam naszą...
Nie zdąŜyła dokończyć. Sander gwałtownym, szybkim ruchem pociągnął ją na
siebie. Zdarł z niej bieliznę i zaczął sycić się łapczywie jej gładkim, pachnącym po
kąpieli ciałem. Dotyk jego twardych, gorących ramion, potęŜnej klatki piersiowej,
płaskiego brzucha sprawił, Ŝe spragniona miłości dziewczyna w jednej chwili
zatraciła się w słodkiej fali namiętności. Sander głaskał ją po plecach, po brzuchu, a
kiedy zaczął pieścić jej pierś, westchnęła cicho, zamknęła oczy i wygięła się, podając
mu całe swoje ciało.
Sander nie był brutalny. Całował ją lekko, delikatnie, ze znawstwem... KaŜde
dotknięcie jego ust, dłoni, języka budziło w niej nowe, nie znane jej dotąd odczucia,
tak intensywne, tak dojmujące, Ŝe chwilami myślała, iŜ umrze z rozkoszy. Gdzie się
podziały jej lęki, obawy, niepokoje? Przestały istnieć, tak jak przestało istnieć
wszystko dookoła... Filip, Rhoda, ojciec, bank, Londyn i Hongkong... Na całym
ś
wiecie byli tylko oni... Kobieta i męŜczyzna, spleceni w miłosnym uścisku,
roztopieni w uniesieniu, płynący przez przestworza... AŜ do celu... AŜ do celu... AŜ
do...
Nagle przed jej oczami rozbłysła oślepiająca swoim blaskiem wielka
złocistopomarańczowa kula, a całe ciało przepełniła potęŜna fala ostatecznej
rozkoszy... Mia wypręŜyła się gwałtownie. Kolejne fale spełnienia rozlewały się po jej
ciele, kaŜda z nich inna, kaŜda nowa, kaŜda równie słodka...
Przez dłuŜszą chwilę leŜała bez ruchu. Do oczu napłynęły jej łzy. Sander
przytulił jej głowę do swojej piersi.
- Nie płacz - uspokajał ją. - Nie chciałem cię skrzywdzić.
Ale ona nie płakała dlatego, Ŝe ją skrzywdził.
Chlipała jeszcze sobie kilka minut, w końcu zasnęła, oparta o jego wilgotną od
łez pierś.
Następnego dnia rano, gdy się obudziła, cały pokój był zalany słonecznym
blaskiem. Odrzuciła pukiel włosów i zobaczyła nad sobą wpatrzonego w nią męŜa.
Przeciągnęła się i, wypełniona nie znanym jej wcześniej poczuciem błogiej
satysfakcji, uśmiechnęła się rozleniwiona. Miała za męŜa najdoskonalszego
męŜczyznę, o jakim tylko mogą marzyć inne kobiety. Czułego i namiętnego,
delikatnego i zręcznego, doskonałego w kaŜdym calu...
W następnej chwili przypomniała sobie jednak wieczorną rozmowę i jej twarz
zachmurzyła się.
- Co się stało? - zapytał. - Uświadomiłaś sobie, Ŝe obudziłaś się u boku nie
tego męŜczyzny?
- Mówiłam ci, Ŝe nigdy nie spałam z Filipem. Ja... zresztą w ogóle z nikim
dotąd nie spałam.
- Szkoda, Ŝe nie mówiłaś tego z większym przekonaniem - westchnął. -
Postarałbym się ciebie nie zranić.
- Nawet gdybym próbowała, to i tak byś mi nie uwierzył.
- Pewnie nie. Ale wiesz? Od początku coś mi się nie zgadzało. No i proszę...
Niewinna.
- My... myślałam, Ŝe będziesz tym zachwycony - powiedziała z
rozczarowaniem.
- Jestem, ale jestem teŜ tym faktem nieco zaskoczony. Powiedziałaś mi, Ŝe go
kochałaś. Dlaczego więc nigdy z nim nie spałaś? Tylko mi nie mów, Ŝe cię do tego
nie namawiał!
- Owszem, namawiał, ale ja nie chciałam... Wydawało mi się, Ŝe to będzie...
no, niemoralne. Zwłaszcza zaś oszukiwanie Rhody...
- Ale przecieŜ on kłamał. Twierdził, Ŝe kocha tylko ciebie, a jednocześnie
sypiał z Rhodą. Niby co? Poświęcał się? Znam takich męczenników...
- Sander, proszę cię, przestań. Nie chcę rozmawiać o Filipie. - Tak naprawdę
nie chciała nawet o nim myśleć.
- Czy te wspomnienia są dla ciebie aŜ tak kłopotliwe? - spytał, obserwując jej
zachmurzoną twarz.
- A czy dla ciebie wspomnienia o Jacqueline nie są kłopotliwe?
- Punkt dla ciebie - zgodził się. - Odpowiedz mi tylko na jedno pytanie:
dlaczego nie powiedziałaś Meashamowi, Ŝe za mnie wychodzisz?
- A powinnam? PrzecieŜ z nim zerwałam. Nie chciałam mieć więcej z nim do
czynienia, a on prawdopodobnie chciałby...
- Odwieść cię od tego?
- MoŜe... Nie wiedziałam, Ŝe on będzie na naszym ślubie.
- A mi nawet do głowy nie przyszło, Ŝe zechcesz się wymknąć, Ŝeby się z nim
spotkać.
Aha, więc wciąŜ jej nie wierzył... Tym razem jednak duma nie pozwoliła jej
zaprzeczyć. Ile razy ma go przekonywać?! Jak nie chce uwierzyć, to jego sprawa!
Zacisnęła zęby i milczała. Sander domyślił się chyba, Ŝe sprawił jej przykrość.
Usiłując rozproszyć niemiły nastrój, przeciągnął się jak rozleniwiony kocur i spytał:
- W porządku, co zamierzasz teraz zrobić, wstać czy...? - Namiętny błysk jego
oczu nie zostawiał najmniejszych wątpliwości, jaka jest druga ewentualność.
Mia popatrzyła w okno i stwierdziła krótko:
- Wstaję.
Szybko sięgnęła po szlafroczek i uciekła do łazienki, mając świadomość, Ŝe
rozbawiło go jej skrępowanie.
Stała pod natryskiem, leniwie przeciągając się w strugach gorącej wody, gdy
niespodziewanie otworzyły się drzwi i wszedł, ubrany juŜ, Sander. W ręku trzymał
filiŜankę herbaty. Postawił ją na skraju wanny i, jak basza podziwiający swoje hurysy,
dokładnie jej się przyjrzał. Z satysfakcją ujrzał rumieniec zaŜenowania wypełzający
na jej twarz.
Wychodząc z łazienki, rzucił przez ramię:
- Śniadanie będzie za dziesięć minut. - Zatrzymał się jeszcze na chwilę i dodał:
- Tak więc jestem twoim męŜem i mogę do woli podziwiać swoją Ŝonę, prawda? I to
nie tylko przy pracy, ale teŜ wtedy, gdy pławi się w wodzie jak zadowolony z Ŝycia
hipcio...
Uciekł bardzo szybko i namydlona gąbka, którą w niego rzuciła, uderzyła w
zamknięte drzwi. Przez chwilę słyszała jeszcze jego radosny śmiech.
Gdyby wszystko ułoŜyło się inaczej.... Gdyby poślubił ją z miłości, a nie tylko
po to, Ŝeby usunąć ją z drogi Rhody i zadośćuczynić pragnieniom swej tradycyjnie
myślącej rodziny... CóŜ, nie kochał jej i Ŝadne gdybanie nic nie mogło zmienić.
Na zewnątrz z nieba lał się Ŝar, ale powietrze nie było tak wilgotne jak
wieczorem. Na słonecznym tarasie, otoczonym bujną tropikalną roślinnością, stał
duŜy parasol. W jego cieniu, na stoliku czekało śniadanie. Sander podsunął jej
krzesło. Poczuła wilczy głód i natychmiast rzuciła się na jedzenie.
- Kiedy zdąŜyłeś to wszystko...? - spytała.
- Nie ja - roześmiał się Sander. - Chińskie małŜeństwo, Lily i Empha Chan.
Mieszkają obok i zajmują się moim gospodarstwem. Dumą Emphy jest ogród, Lily
zaś dogląda domu, sprząta, gotuje, robi zakupy...
- Tak więc nie potrzebujesz Ŝony?
- Czujesz się rozczarowana? Potrzebuję. Powiedziałem Lily, Ŝe jak juŜ
przygotuje dom na nasz przyjazd, nie musi na razie przychodzić. No, z wyjątkiem
sprzątania i przygotowania czasem jakiejś kolacji. Ostatecznie jesteśmy w podróŜy
poślubnej. Jak myślisz, czy Hongkong to dobre miejsce na podróŜ poślubną?
- Mówiąc szczerze, nie wiem. Ale nie wydaje mi się, aby moŜna się było tu
nudzić.
- Co masz na myśli? - spytał z podejrzanym błyskiem w oku.
Postanowiła nie dać się speszyć i, chłodno na niego spojrzawszy, odparła:
- Mam wraŜenie, Ŝe nawet nowoŜeńcy nie mogą spędzać czasu wyłącznie w
łóŜku. W końcu muszą czasem robić coś innego...
Wstała od stołu i wychyliła się przez murek otaczający taras. Lekki wietrzyk
delikatnie rozwiewał jej długie, jasne włosy. Sander podszedł do niej i zaczął głaskać
ją po ramionach. Pochylił głowę, pocierał nosem jej włosy i delikatnie całował kark,
wywołując w niej rozkoszny dreszcz i szybsze bicie serca. Wreszcie oplótł ją silnymi
rękoma i przytulił się do jej pleców. Znów zakręciło jej się w głowie.
- Oczywiście jeśli chcesz, w kaŜdej chwili moŜemy wyjść... - wyszeptał jej do
ucha.
Był zbyt blisko, by jej ciało mogło nie zareagować. ZadrŜała.
- Chodź - powiedział czule.
- Dokąd? - Oderwała wzrok od jego ust i popatrzyła mu w oczy.
- Z powrotem do łóŜka. PrzecieŜ tego chcesz.
- Nie - zaprotestowała i szarpnęła się, próbując uwolnić swoje ciało z jego
uścisku. Odepchnęła go gwałtownie i wykrztusiła: - Powiedziałeś, Ŝe moŜemy wyjść.
Objął ją ponownie.
- Oczywiście, Ŝe moŜemy wyjść, ale potem... PołoŜył dłoń na jej pełnej piersi i
zacisnął lekko.
Mia czuła wyraźnie, jak pierś unosi się pod wpływem delikatnej pieszczoty,
twardnieje, napełnia gorącą krwią... Znowu zamknęła oczy...
Jakiś czas później leŜała w ocienionej, chłodnej sypialni, spocona,
wyczerpana, ale jeszcze bardziej szczęśliwa niŜ poprzedniego dnia. Sander poszedł
wziąć prysznic, a ona odpoczywała, uśmiechając się błogo do słonecznych promieni
wędrujących po suficie. Wreszcie zmusiła się do wysiłku i wstała z łóŜka.
Wzięła odświeŜający prysznic i ubrała się szybko w bawełnianą, sportową
sukienkę. Gdy weszła do salonu, zastała juŜ tam Sandera gotowego do wyjścia.
- Czy pójdziemy w jakieś specjalne miejsce? - spytała.
- Zabiorę cię na szczyt Wiktorii. - Uśmiechnął się. - Chcesz?
Mia popatrzyła na odjeŜdŜającą taksówkę.
- Pójdziemy na piechotę? - spytała. Sander pokręcił przecząco głową.
- Moglibyśmy pojechać taksówką. Szczyt jest połoŜony juŜ za częścią
mieszkalną wyspy, prowadzi tam znakomita droga. Ale wydaje mi się, Ŝe ciekawiej i
zabawniej będzie pojechać tramwajem.
To była niezwykła wyprawa. Szczyt jawił się przed nimi jako olbrzymia masa
skał. Kolejka wspinała się mozolnie pod górę, przystając od czasu do czasu na
przystankach. Im wyŜej wjeŜdŜali, tym piękniejsze widoki roztaczały się u ich stóp.
W pewnym momencie, gdy minęli górną granicę drzew, po prawej stronie otworzyła
się rozległa panorama wyspy.
Na samym szczycie stała strzelista wieŜa. Przypominająca łódź konstrukcja
wyrastała z budynku, otoczonego nieprzebraną ludzką rzeszą.
Podeszli bliŜej pomiędzy straganami, kioskami i budynkami, w których
sprzedawano wszystko, co tylko moŜe zainteresować turystów.
Nagle Mia gwałtownie westchnęła. Niedaleko przed sobą ujrzała znaną jej
dobrze szczupłą, wysoką sylwetkę. MęŜczyzna spojrzał na nią i w dziewczynie
zamarło serce. Na szczęście to nie był Filip. ChociaŜ na pierwszy rzut oka bardzo go
przypominał. Odetchnęła z ulgą. Spojrzała na Sandera i zauwaŜyła, Ŝe przygląda jej
się z gniewem.
- Myś... myślałam, Ŝe to...
- Wiem, co myślałaś - powiedział szorstko. - Zdaje się, Ŝe w kaŜdej wolnej
chwili myślisz o Meashamie, skoro widzisz go juŜ w pierwszym z brzegu wysokim
facecie.
- Mylisz się. Nawet o nim...
Zanim jednak zdołała zapewnić Sandera o swej niewinności, ten opanował
swój gniew i zmienił temat.
- Masz ochotę na lunch?
Wjechali windą do okrągłej restauracji na szczycie wieŜy. Umieszczona
wysoko niczym orle gniazdo, słynęła ze wspaniałego widoku na północne wybrzeŜe
wyspy, port i w dalszej perspektywie całe miasto.
Sander zamówił dla Mii wspaniałą sałatkę z frutti di marą ułoŜonych na
kruszonym lodzie i, puszczając w niepamięć minione wydarzenia, zaczął jej
opowiadać o Hongkongu.
Przyglądała się jego twarzy, mocno zarysowanym brwiom, wyraźnym kościom
policzkowym, zmysłowym ustom... Nagle zorientowała się, Ŝe nie tylko ona podziwia
jego wspaniałą męską urodę. Większość kobiet siedzących w restauracji zwróciła na
niego uwagę. Pewna platynowa blondynka gapiła się na jej męŜa wręcz bezczelnie.
Mia zaniepokoiła się.
Właściwie nie miała Ŝadnego powodu do zazdrości, ale nagle straciła dobry
humor. Wiedziała, Ŝe to idiotyczne - odczuwać zazdrość tylko dlatego, Ŝe inna kobieta
uparcie przygląda się Sanderowi, ale nic nie mogła na to poradzić.
Uniosła głowę. Sander popatrzył na nią uwaŜnie. W jego nakrapianych złotymi
plamkami oczach rozbłysnął uśmiech. Odniosła wraŜenie, Ŝe doskonale zna jej myśli.
- My się chyba znamy... - Platynowa piękność podeszła do ich stolika i,
kompletnie ignorując Mię, bez najmniejszej Ŝenady zajrzała głęboko w oczy Sandera.
Mia musiała bezstronnie przyznać, Ŝe nieznajoma jest jedną z najpiękniejszych
kobiet, jakie widziała w swoim Ŝyciu.
Sander wstał z kurtuazją.
- Rebecca Manders - przedstawiła się kobieta.
- Jestem pewna, Ŝe spotkaliśmy się na stoku w St. Moritz, w lutym tego roku...
- Obawiam się, Ŝe jest pani w błędzie - odpowiedział chłodno. - Nie jeŜdŜę na
nartach juŜ od wielu lat.
- Nie był pan w St. Moritz? - zdziwiła się. - To znaczy, Ŝe spotkaliśmy się
gdzieś indziej. Mam dobrą pamięć do twarzy. Zwłaszcza do interesujących twarzy...
Mój mąŜ wyjechał w interesach do Makao. Nie lubię być sama, więc organizuję dziś
wieczorem przyjęcie na naszym jachcie. MoŜe miałbyś ochotę wpaść?
Nie mogła jaśniej przedstawić swoich intencji!
- pomyślała Mia.
- To bardzo miło z pani strony - odparł grzecznie Sander - ale obawiam się, Ŝe
Ŝ
ona i ja mamy na razie dość przyjęć. Sama pani rozumie, podróŜ poślubna jest tak
pełna wraŜeń...
Karminowe usta zacisnęły się ze złością. Rebecca odwróciła się na pięcie i
szybko wyszła z restauracji.
Sander usiadł z kamiennym spokojem i wrócił do przerwanego posiłku.
Mia poczuła ulgę. Obawiała się, Ŝe Sander, niemal obsesyjnie zazdrosny o
Filipa, zechce uŜyć blondynki jako narzędzia zemsty. Zawstydziła się jednak, Ŝe
mogła go o coś takiego posądzać. Jej mąŜ okazał się dŜentelmenem, a nie
małostkowym głupcem.
Przez cały następny tydzień Sander pracował, ale kaŜdą wolną chwilę spędzali
razem. Spacerowali po starej, zabytkowej dzielnicy miasta, oglądali domy zbudowane
na łodziach. Zwiedzili teŜ przepiękną świątynię Dziesięciu Tysięcy Wizerunków
Buddy... KaŜdy dzień był pełen wraŜeń.
Mia coraz lepiej poznawała tego dziwnego człowieka, który był jej męŜem. I
im więcej o nim wiedziała, tym bardziej jej się podobał. Odkryła, Ŝe, choć twardy i
surowy, Sander jest w gruncie rzeczy czuły i Ŝyczliwy, a nawet nieco sentymentalny.
Wszystkie jego cechy doskonale się równowaŜyły. Był zdyscyplinowany, ale nie
pedantyczny, spostrzegawczy, ale nie ciekawski, wraŜliwy i romantyczny, ale nie
ckliwy. Z powodzeniem mógł prowadzić interesy, ciekawe rozmowy o kulturze czy
sztuce, a jednocześnie umiał czerpać radość z tak prostych rozrywek jak choćby
wycieczka do zoo.
Wieczorami, po zmyciu z siebie kurzu dnia, jeździli do Orlego Gniazda, baru
na ostatnim piętrze Hiltona, na koktajle, albo do restauracji i nocnych klubów. Potem
wracali do domu i kochali się do późnej nocy.
Początkowo Mia uwaŜała, Ŝe Sander tylko ją fascynuje. Ale powoli odkrywała
w sobie nowe uczucia. Z niecierpliwością oczekiwała kaŜdej wspólnie spędzonej
chwili. Wystarczyło jedno jego spojrzenie, muśnięcie dłoni, a jej ciało się rozpalało...
Wystarczyło, Ŝe nie widziała go kilka godzin, a zaczynała tęsknić...
CzyŜby Sander osiągnął wreszcie ostatni ze swoich trzech celów?
ROZDZIAŁ SIÓDMY
Pewnej nocy kochali się aŜ do świtu. Rano zaspali i Sander zaproponował,
Ŝ
eby wyszli z domu bez śniadania.
- Jak zgłodniejesz, to kupię ci hamburgera u McDonalda - obiecał.
Tego dnia postanowili zwiedzić Nefrytowy Targ w Koulun, więc przeszli na
piechotę do odległej o dwa kilometry przystani. Razem z tłumem ludzi wsiedli na
biało - zielony prom „Morning Star” i popłynęli przez jedną z najbardziej
zatłoczonych, a jednocześnie najbardziej malowniczych cieśnin morskich na świecie.
Większość pasaŜerów stanowili turyści filmujący morze i panoramę miasta.
Sander i Mia stali przy barierce otaczającej pokład.
- Popatrz na lewo. - Sander objął ją w talii i wskazał na płynącą w ich kierunku
barkę z czarnym Ŝaglem.
Na tle spienionej wody wyglądała groźnie i tajemniczo, ale zarazem szalenie
romantycznie. Mia przytuliła się do męŜa. Lubiła jego intuicję, poczucie piękna i
zamiłowanie do porządku. Ceniła bystry intelekt i optymistyczne podejście do Ŝycia.
Resztę przedpołudnia spędzili na Nefrytowym Targu, gdzie obejrzeli
najprzeróŜniejsze odmiany tych pięknych szlachetnych kamieni. Około pierwszej
Sander zaproponował, by zjedli lunch.
Ku jej zaskoczeniu, zaprowadził ją na małą, zakurzoną uliczkę pełną chińskich
knajpek. Usiedli przy bambusowym stoliku. Kelner przyniósł im miseczki pełne
białego ryŜu i róŜowe krewetki w pikantnym sosie z czerwonego i zielonego pieprzu,
a mała, skośnooka dziewczynka podała dzbanek jaśminowej herbaty.
- Jest bardzo odświeŜająca - zauwaŜyła Mia, popijając wonny płyn
słomkowego koloru.
- Jeśli chodzi o mnie, to nigdy nie lubiłem perfumowanej wody - skrzywił się
Sander i zamówił piwo.
Po skończonym posiłku z powrotem popłynęli na wyspę by zwiedzić
Hollywood Road i Ladder Street. W świątyni Man Mo, czerwonej od blasku
rytualnych ogni, Mia, krztusząc się od dymu, zapaliła kadzidełko, a wszystkie swoje
drobne wrzuciła do puszki z ofiarami dla biednych. Kiedy kręciło juŜ im się w głowie
od tych wonności Wschodu, wyszli na zewnątrz.
Spacerując wąską, stromą uliczką, częściowo oświetloną ostrym, słonecznym
ś
wiatłem, a częściowo tonącą w cieniu rzucanym przez dachy małych domków,
zatrzymali się przed niepozornym sklepikiem pełnym talizmanów i magicznych
przedmiotów. Na drzwiach wymalowano dziwaczne znaki astrologiczne i nie znane
im symbole.
- Chcę tu wejść - powiedział Sander.
Objął ją ramieniem i weszli do środka. Młoda dziewczyna o ciemnych oczach
i krótko przyciętych włosach siedziała za stolikiem zasłanym ksiąŜkami, kartami i
astrologicznymi mapami.
Grzecznie, ale bez uśmiechu, odezwała się do nich poprawną angielszczyzną
ze śpiewnym, wschodnim akcentem.
- Nazywam się Anna... Czy chcecie, Ŝebym odsłoniła przed wami przyszłość?
Chcecie wiedzieć, co mówią gwiazdy?
- Tak. Chciałbym się dowiedzieć, jakie są prognozy dla pewnego związku -
odparł powaŜnie Sander.
- Pańskiego z tą panią?
- Właśnie.
Sander podprowadził Mię do stolika. Czuła niechęć do wróŜb wszelkiego
rodzaju, najchętniej więc uciekłaby jak najdalej od tego miejsca. Co jakaś obca
chińska dziewczyna moŜe im powiedzieć o ich małŜeństwie? Jeśli przepowiednia
miałaby okazać się niekorzystna, Mia wolałaby jej w ogóle nie znać...
- Proszę usiąść - Anna wskazała im dwa miejsca. Rozwijając jakieś arkusze,
Chinka zaczęła wyjaśniać:
- Określę wasze charakterystyki wynikające z dat urodzenia. JeŜeli wasze
małŜeństwo ma być udane, muszą być ze sobą zgodne, rozumiecie?
- Oczywiście - odpowiedział za nich oboje Sander.
- Czy moŜe mi pani podać swoją datę urodzenia? Anna zanotowała datę i
zaczęła coś sprawdzać w zwojach papieru.
- To jest rok Smoka - oznajmiła wreszcie. - Kobieta urodzona w tym roku ma
silną potrzebę niezaleŜności, jest lojalną przyjaciółką, cieszy się dobrym zdrowiem,
dba o swoją opinię i cięŜko pracuje, Ŝeby odnieść upragniony cel. Ponadto jest
wraŜliwa, nieco nieśmiała i skryta. Miotają nią wielkie namiętności, gorące jak
oddech Smoka, ale ukryte pod grubym pancerzem, twardym jak skóra Smoka...
Zapadła chwila ciszy, po czym Anna zwróciła się do Sandera o jego datę
urodzenia.
- To jest rok WęŜa - wyjaśniła. - WąŜ jest dobrym, pięknym znakiem. Zwykle
bywa nie rozumiany przez większość ludzi. MęŜczyzna urodzony w roku WęŜa jest
silny i władczy. Roztacza wokół siebie urok silnie działający na kobiety. Ponadto jest
rozumny, zdyscyplinowany, a takŜe wierny i opiekuńczy w stosunku do osoby, którą
kocha...
Anna złoŜyła ręce jak do modlitwy i wpatrywała się w jakiś kolisty rysunek.
Oboje milczeli i czekali, aŜ dziewczyna coś powie. Mia czuła się idiotycznie.
Jak moŜna przejmować się takimi głupstwami i traktować je powaŜnie, powtarzała w
duchu. A jednak była ciekawa tego, „co gwiazdy mówią o ich przyszłości”...
Anna uśmiechnęła się wreszcie, odsłaniając podobne do pereł zęby.
- To jest bardzo korzystny układ. Połączenie Smoka i WęŜa wróŜy bardzo
dobrze. Macie szansę na szczęśliwy związek...
Mia odetchnęła z ulgą. MoŜe to i zabobon, a moŜe jest w tym jakaś prawda?
KtóŜ to wie? ZauwaŜyła, Ŝe Sander równieŜ się odpręŜył. CóŜ to, czyŜby obojgu
zaleŜało na tym, aby ich związek był szczęśliwy...?
- Wiesz, co mnie uderzyło? - spytał, gdy opuścili juŜ ciemny pokoik Anny i
wyszli na zalaną słońcem uliczkę. - O ile się dobrze orientuję, nasze znaki zodiaku,
Baran i Strzelec, teŜ się zgadzają... Naprawdę dobrze się dobraliśmy!
Doszli do głównej ulicy, skąd wzięli taksówkę do domu. W kuchni zastali
panią Chan, która właśnie gotowała dla nich kolację. Sander musiał wrócić do swoich
zajęć, więc niemal natychmiast zniknął w gabinecie, a Mia, zmordowana długim
spacerem po rozpalonych i dusznych ulicach, z westchnieniem ulgi opadła na stojący
na tarasie fotel.
Gwałtownie zapadła noc. Na granatowym niebie zalśniły gwiazdy. Ciepła
bryza niosła delikatny zapach kwiatów i drzew, a z daleka dobiegał przytłumiony
gwar wielkiego miasta. Jestem chyba szczęśliwa, pomyślała Mia. NiewaŜne, co było,
niewaŜne, co będzie... WaŜne, Ŝe teraz jestem szczęśliwa... Ten zapach, te odgłosy
miasta juŜ zawsze będą jej się kojarzyć z Hongkongiem, z podróŜą poślubną, z
Sanderem...
Sander był wciąŜ dla niej zagadką. Choć wydawało jej się, Ŝe zna go juŜ dość
dobrze, ciągle czymś ją zaskakiwał. Choćby dzisiaj... Dlaczego chciał znać wróŜbę co
do losów ich związku? CzyŜby rzeczywiście powaŜnie potraktował to swoje.....i Ŝe
cię nie opuszczę aŜ do śmierci”? Ale jak mogła liczyć na to, Ŝe zrozumie jego
uczucia, skoro nie rozumiała do końca swoich? Co właściwie ich łączyło? PrzecieŜ na
początku ona go nienawidziła, a on nią gardził. Jednak juŜ od pierwszego spotkania
wytworzyła się między nimi jakaś tajemnicza więź, jakby przyciąganie przeciwieństw.
Najpierw był to czysto fizyczny magnetyzm, z czasem, gdy poznawali się coraz bliŜej,
odkryli, Ŝe łączą ich wspólne zainteresowania, podobna wraŜliwość, opinie na wiele
spraw...
Co więc tak naprawdę ich łączyło? Mia wiele razy próbowała opisać swoje
uczucia do tego męŜczyzny. UŜywała róŜnych pojęć: zauroczenie, fascynacja,
obsesja...
A to po prostu była miłość.
Tak! Właśnie teraz, pod gwieździstym niebem Hongkongu, na tarasie, w
samym środku nocy, to zrozumiała! Kochała Sandera! Teraz wreszcie była tego
pewna i najchętniej krzyczałaby z radości tak, Ŝeby wszyscy ją mogli słyszeć!
Nagle przypomniała sobie, dlaczego Sander się z nią oŜenił i radosny uśmiech
zniknął z jej twarzy. TuŜ przed ślubem powiedział: „Lubię podejmować wyzwania...
dwa pierwsze cele osiągnąłem łatwiej, niŜ myślałem... Ŝebyś mnie zechciała i Ŝebyś za
mnie wyszła...” I wreszcie: „ Ŝebyś mnie pokochała...” Tak, to był trzeci cel Sandera
Davisona. Jak widać i ten udało mu się osiągnąć.
I co teraz? Ona go kocha, a on... On po prostu osiągnął „trzeci cel”. Mój BoŜe,
przecieŜ to tak, jakby wygrał jakiś zakład!
Nie, nie moŜe mu się przyznać do swojej miłości! Gdyby dowiedział się, Ŝe go
kocha, triumfowałby, poczułby się zbyt pewny siebie i w ogóle przestałby ją
szanować... Nie, nic mu nie powie. Dla własnego bezpieczeństwa i... i z poczucia
dumy! Co innego, gdyby naprawdę ją kochał, podziwiał... A tak? Kim ona dla niego
jest? Obiektem seksualnym! Niewolnicą zdaną na łaskę i niełaskę bogatego męŜa. I
niczym więcej.
Za plecami dziewczyna usłyszała jakiś szelest. Odwróciła się. To Sander
wszedł cicho do pokoju i usiadł na krześle obok niej. Patrzył na nią pozornie
beztroskim wzrokiem, ale miała niejasne wraŜenie, Ŝe męŜczyzna doskonale zdaje
sobie sprawę z tego, jakie myśli kłębią się w jej głowie.
- Czy wierzysz w astrologiczne przepowiednie? - spytał łagodnie.
Wahała się, nie bardzo wiedząc, co odpowiedzieć.
- Sądzę, Ŝe wierzysz - odpowiedział za nią. - Wyglądałaś na prawdziwie
przejętą.
- Ja... nie jestem pewna, czy wierzę.
- No dobrze, a czy jesteś pewna, Ŝe nie wierzysz?
- Nie... Nie wiem zresztą. Po prostu nie sądzę, Ŝeby to miał być jedyny czynnik
decydujący o naszych losach.
Wstała z fotela i podeszła do muru ogradzającego taras. Oparła się na nim i
powoli głaskała ciepłe, nagrzane kamienie. Czuła, Ŝe Sander stoi tuŜ za nią.
- Wiesz co? - odezwał się wreszcie. - ZauwaŜyłem, Ŝe odetchnęłaś z ulgą, gdy
okazało się, Ŝe gwiazdy wróŜą nam dobry los... - Mia czuła, jak zasycha jej w gardle. -
To westchnienie ulgi sprawiło, iŜ zacząłem mieć nadzieję, Ŝe moŜe twoje uczucia
uległy zmianie.
- Nie rozumiem, co masz na myśli.
- Jak to? Nie pamiętasz, jaki jest mój trzeci cel?
- Pamiętam! Ale nie łudź się. Jeszcze go nie osiągnąłeś - zaprzeczyła
rozpaczliwie. - Nie kocham cię, Sander, i nigdy nie pokocham!
Przyciągnął ją gwałtownie do siebie.
- Pokochasz - powiedział jej prosto w twarz, powoli, ale stanowczo. -
Pokochasz, moŜe tylko trudno ci będzie się z tym pogodzić. A jeśli nie będę się mógł
doczekać, to prędzej czy później zmuszę cię do tego...
Od tej pory Mia musiała stale się kontrolować, aby nie zdradzić się ze swą
miłością. W ciągu dnia, kiedy chodzili, jak dawniej, na długie wycieczki, nie było to
nawet takie trudne. Gorzej było w nocy. W momentach uniesienia niełatwo było
skrywać swoje uczucia i nie okazywać, jak bardzo go kocha.
W dniu jej urodzin obudzili się dość wcześnie, ale zanim zdecydowali się
wstać, kochali się długo i wyjątkowo namiętnie. I po przebudzeniu, i później, w czasie
ś
niadania, Sander zdawał się nie pamiętać, Ŝe to jej święto, więc Mia przekonana
była, Ŝe zapomniał. Starając się nie zdradzać rozczarowania, poczekała, aŜ skończy
jeść i spytała:
- Co będziemy dzisiaj robić?
- Najpierw pójdziemy na specjalny lunch, a potem będziemy świętować twoje
urodziny - odparł najzwyczajniej w świecie. - Dobrze się składa, jest wspaniała
pogoda.
A więc nie zapomniał! Nie chciał jednak jej zdradzić, jaką niespodziankę
przygotował.
Szli zalanymi słonecznym blaskiem ulicami. Gorący, gwałtowny wiatr unosił
tumany kurzu, szarpał płótnem flag i sklepowych markiz, a na powierzchni zatoki
tworzył tysiące małych, lśniących w słońcu zmarszczek.
Najpierw zjedli w malowniczej restauracji lunch, na który złoŜyły się
smakowite sandwicze i sałatka z owoców tropikalnych. Później wsiedli do kolejki i
wjechali na szczyt Wiktorii. Gdy byli juŜ na górze, Sander poprowadził Ŝonę przez
piękny park, w którym rosły dziwne tropikalne rośliny. Wyszli z niego na rozległą,
trawiastą łąkę z małym pagórkiem pośrodku, na którym stał przenośny, drewniany
stragan. Rozpadający się budynek obwieszony był pękami kolorowych balonów,
siatkami pełnymi gumowych piłek, cicho szumiącymi wiatraczkami i całą masą
innych równie tandetnych pamiątek.
Sander odprowadził Mię na bok, w stronę barierki, za którą roztaczała się
wspaniała panorama całej zatoki, i powiedział:
- Czekaj tutaj na mnie i nie podglądaj. Wrócił bardzo szybko.
- Nie odwracaj się. - Stanął za jej plecami. - Wyciągnij tylko rękę.
Posłuchała go. Poczuła, Ŝe Sander wciska jej w dłoń jakiś plastikowy uchwyt z
linką.
- Tylko uwaŜaj - ostrzegł ją. - Trzymaj mocno. Poczuła silne szarpnięcie i
spojrzała w górę. Wysoko na niebie, szeleszcząc i łopocząc, szybował wielki
ś
nieŜnobiały latawiec! Oczy zwilgotniały jej ze wzruszenia. Sander, kochany,
pamiętał o największym marzeniu jej dzieciństwa!
Roześmiała się głośno i zaczęła biec wokół pagórka. Latawiec reagował na
kaŜde jej poruszenie. Wreszcie, kiedy nauczyła się juŜ prowadzić go pewną ręką,
usiadła na trawie obok Sandera, który przez cały ten czas uwaŜnie jej się przyglądał, i
zaczęła powoli zwijać nylonową linkę, aby ściągnąć latawiec nieco w dół i odczytać
umieszczony na nim złoty napis. Litery stawały się coraz większe, coraz wyraźniejsze,
aŜ wreszcie...
Serce z radości omal nie wyskoczyło jej z piersi! Spodziewała się, Ŝe będzie to
jej imię, albo urodzinowe Ŝyczenia...
Przeczytała jednak: KOCHAM CIĘ!
CzyŜby to była prawda? Czy naprawdę ją kochał...? Spojrzała na niego
pytającym wzrokiem. On jednak uśmiechnął się niedbale i powiedział tylko:
- Kiedy wspomniałem, Ŝe jesteśmy w podróŜy poślubnej, sprzedawca doradził
mi, Ŝe ten będzie najstosowniejszy.
To konkretne wyjaśnienie od razu sprowadziło ją na ziemię. A juŜ miała
nadzieję, Ŝe... Ale nie, Sander kupił po prostu taki latawiec, jaki mu doradzono.
Pomiędzy nich wpadła duŜa, czerwona piłka. Sander uśmiechnął się i odrzucił
ją czekającym dzieciom, po czym podał dziewczynie rękę i pomógł jej podnieść się z
trawy.
- Chodź, leniuchu, pokaŜę ci, jak się puszcza latawce.
Całe popołudnie spędzili bawiąc się beztrosko jak dzieci. Kiedy wreszcie
ogromne, czerwone słońce zaczęło się chylić ku zachodowi, pozbierali swoje rzeczy i
wraz z innymi zjechali do miasta.
Szli przez zatłoczone ulice, tak mocno oświetlone róŜnokolorowymi neonami,
Ŝ
e było widno jak w dzień. Sander, z uwagi na swój niezwykły bagaŜ, zwracał na
siebie powszechną uwagę, ale bez cienia zakłopotania niósł pod pachą olbrzymi
latawiec.
Po powrocie do domu zastali elegancko zastawiony stół. W wazonach stały
kwiaty, a w kubełku z lodem mroziła się butelka szampana. Pani Chan krzątała się
bezszelestnie.
- Mam nadzieję, Ŝe się państwu podoba - powiedziała. - Kiedy mam podać
kolację?
- Chcesz wziąć prysznic? - spytał Sander, a gdy Mia przytaknęła, zwrócił się w
stronę pani Chan: - Za pół godziny.
Lily skinęła głową i poszła do kuchni przygotować posiłek. Sander natomiast
nachylił się nad Ŝoną i szepnął jej do ucha:
- Mam pomysł... MoŜe byśmy wykąpali się razem? W czasie upałów wodę
trzeba oszczędzać... - Mrugnął filuternie okiem.
Dreszcz przebiegł jej po plecach, ale odpowiedziała wymijająco:
- MoŜe nie... Myślę, Ŝe mieliśmy dzisiaj wystarczająco duŜo ekscytujących
przeŜyć.
Sander nie przejął się jej odmową. Poszedł za nią do łazienki i zaczął ją
rozbierać. Mia początkowo protestowała, lecz kiedy poczuła tuŜ przy sobie silne ciało
swego męŜa, westchnęła i uległa jego pieszczotom... Kąpiel w strugach gorącej wody,
w czasie której mydlił powoli kaŜdy centymetr jej ciała, okazała się przeŜyciem
zupełnie niezwykłym. Po raz kolejny Sander ją zaskoczył. I po raz kolejny było to
zaskoczenie przyjemne...
Fala namiętności rosła w niej z kaŜdą sekundą. Kiedy jednak Mia zaczęła
tracić nad sobą kontrolę, Sander wręczył jej gąbkę i powiedział:
- Teraz twoja kolej.
Zawahała się, ale podjęła wyzwanie. Zaczęła od jego ramion. Fascynowała ją
gładka, opalona skóra i rozpychające ją mięśnie. Później mydliła potęŜną klatkę
piersiową, delikatnie porośniętą kręconymi, ciemnymi włosami. Gdy zaczęła
masować napręŜony brzuch, znów się zawahała. Wprawdzie znała juŜ jego ciało, ale
jeszcze nigdy go nie dotykała, nie w taki sposób...
Spojrzała w górę. Sander był rozbawiony jej reakcją.
Do diabła z nim! Niech sobie myśli, co chce! Uśmiechnęła się niewinnie, a jej
ręce zsunęły się powoli w dół po płaskim brzuchu... Usłyszała długie westchnienie
wydobywające się z jego piersi... ZwycięŜyła! Tym razem to ona miała nad nim pełną
władzę.
Półtorej godziny później kończyli wspaniałą orientalną kolację przy
odświętnie zastawionym stole.
- Twoja pani Chan to prawdziwy skarb - przyznała Mia, obserwując refleksy
ś
wiec w kryształowym kieliszku z winem.
- Powtórzę jej twą pochwałę. Na pewno się ucieszy - odparł Sander. - A teraz
wyciągnij się na kanapie, a ja podam kawę.
Pili właśnie drugą filiŜankę, kiedy Sander niespodziewanie podał jej podłuŜną
skórzaną paczuszkę:
- Twój prezent urodzinowy - wyjaśnił. Niecierpliwie otworzyła pudełko i...
zamarła bez ruchu. Na czarnym, lśniącym jedwabiu spoczywał naszyjnik. Wielki,
owalny nefryt oprawiony w złoto. Wokół niego oplatał się uskrzydlony, złoty smok z
oczami z księŜycowych kamieni. Smok owinięty był tej samej wielkości złotym
węŜem o szmaragdowych oczach.
Wszystkie elementy doskonale do siebie pasowały. Mia domyśliła się, Ŝe
musiały zostać zrobione na zamówienie. Z wraŜenia aŜ zaniemówiła. Patrzyła
bezradnie na Sandera, zupełnie nie wiedząc, co ma mu powiedzieć.
- Oczywiście, jeśli tylko naszyjnik ci się nie podoba, to moŜemy zawsze...
- Nie podoba?! - przerwała mu gwałtownie. - Jest cudowny! - Jej oczy aŜ
lśniły z podniecenia.
- Więc pozwól, Ŝe ci go załoŜę.
Wyjął naszyjnik i, odgarniając pasma jasnych włosów, zapiął na jej szyi złoty
łańcuch. Poczuła zimny, cięŜki dotyk metalu na rozgrzanej skórze.
- Masz najpiękniejsze oczy, jakie kiedykolwiek widziałem - wyznał. -
Szlachetny szary kolor, bez domieszki błękitu, z ciemną obwódką wokół źrenicy.
Wiesz, czasami mają teŜ srebrny odcień, ale gdy cię dotykam, ciemnieją z
namiętności... Mia... - spytał nieoczekiwanie cichym, jakby zduszonym głosem -
kochasz mnie?
Zrobiło jej się gorąco, a serce zaczęło bić jak oszalałe. Jej ciało chciało
krzyczeć, Ŝe tak, Ŝe kocha go całym sercem, Ŝe od początku czekała na to pytanie...!
Jednak poczucie rozsądku stłumiło te pragnienia. Nie powiedziała nic, tylko milcząco
pokręciła głową.
Sander nie pytał więcej.
- Dobrze, chodź do łóŜka - powiedział - moŜe twoje ciało powie mi prawdę...
Ostatniego dnia podróŜy poślubnej Sander zaproponował, Ŝeby pojechać
autobusem do Aberdeen, tej części wyspy, której jeszcze nie zwiedzili.
Gdy zajechali na miejsce, wysiedli z dusznego, hałaśliwego, zatłoczonego
ponad miarę moŜliwości pojazdu i poszli w kierunku wybrzeŜa. Na wielkich łodziach
mieszkały tu razem całe rodziny - rodzice, dziadkowie, dzieci, takŜe koty, psy, a
nawet kury i świnie. KaŜda z łódek ocieniona była namiotem z zielonego brezentu.
Wszystko wyglądało tak, jakby czas się zatrzymał tu w miejscu, jakby przez ostatnie
kilkaset lat nic się nie zmieniło na Dalekim Wschodzie.
Opuścili to dziwne miejsce i przeszli nad pusty brzeg morza. Sander usiadł na
wielkim kamieniu i posadził sobie Mię na kolanach. Poczuła przyspieszone bicie
serca, jak zawsze, gdy jej dotykał. Morska bryza delikatnie muskała jej policzki, roz-
wiewała włosy... Sander próbował je uporządkować, wsuwając ich pasma za uszy
dziewczyny. Po chwili ustami zaczął muskać jej szyję i uszy.
Krew zaczęła szybciej płynąć w jej Ŝyłach. Nagle zapragnęła odwrócić się,
objąć go ramionami, odwzajemnić pocałunek i powiedzieć mu, Ŝe go kocha... I błagać
o jego miłość. Ale przecieŜ on nie moŜe ofiarować jej miłości...
- I jak minęła podróŜ poślubna? - szepnął. Jego język delikatnie pieścił skórę
za uchem.
- Kocham Hongkong. Jest taki barwny, przepełniony Ŝyciem...
- To nie jest odpowiedź na moje pytanie. Nie jest ci smutno, Ŝe nasza podróŜ
poślubna dobiega końca?
- Mia uśmiechnęła się tylko, więc spytał jeszcze raz:
- No, powiedz, jesteś smutna?
- Czy ja wiem? Chyba bez Ŝalu wróciłabym do Londynu - skłamała.
- I do Meashama? - Rozgniewał się nagle.
- Nie, nie będę chciała go więcej widzieć.
- Ale ciągle go kochasz!
- Daj spokój, mówiłam ci juŜ, Ŝe między nami wszystko skończone.
- Mam nadzieję, Ŝe nie kłamiesz - powiedział surowym tonem. - UwaŜaj.
Byłoby lepiej dla ciebie, Ŝeby to była prawda... I dla mnie teŜ - dodał ciszej.
ROZDZIAŁ ÓSMY
Przez całą długą drogę powrotną do Londynu Sander prawie się nie odzywał.
Od ich wycieczki do Aberdeen wciąŜ był wobec niej pełen rezerwy. Mia,
zaniepokojona nieco jego zachowaniem, usiłowała mu wytłumaczyć, Ŝe źle zrozumiał
jej słowa i Ŝe wcale nie chciała wracać do Anglii natychmiast. Jednak jej tłumaczenia
nie na wiele się zdały. Było juŜ za późno. Coś pękło między nimi.
Na lotnisku Heathrow oczekiwał ich Tomasz. Wsiedli do samochodu i w
strugach deszczu pojechali do domu na Crombie Square. Dopiero tu Sander wreszcie
zaczął zachowywać się normalnie. Mia była zmęczona podróŜą i nieco
zdenerwowana, ale kiedy zobaczyła, Ŝe męŜowi wraca dobry humor, odpręŜyła się.
Usiedli na wprost kominka i razem przeglądali fotografie z Hongkongu.
Później przypomnieli sobie o ślubnych prezentach, których nie zdąŜyli do tej pory
rozpakować. Otwierali kolejne pakunki, od czasu do czasu wybuchając śmiechem,
gdy natrafili na jakiś wyjątkowo zabawny podarek. Jedynie cięŜka waza z rŜniętego
szkła popsuła im dobry nastrój. A moŜe nawet nie sama waza, co bilet wizytowy
włoŜony do środka, na którym widniały dwa imiona: Rhoda i Filip.
W ciągu kilku następnych dni wpadli w zwykłą domową rutynę. Z pozoru
wszystko wyglądało jak najlepiej, ale niestety, nie było tak dobrze, jak być powinno.
Pozornie byli szczęśliwi i uśmiechnięci, lecz w środku kaŜdego z nich czaił się
niepokój. Było w tym coś nienaturalnego. Dlaczego zachowywali się ostroŜnie, jakby
najmniejszy wstrząs, najdrobniejsza sprzeczka mogła zniszczyć ich związek?
Dlaczego Ŝadne z nich nigdy nie wymawiało imienia Filipa? Pytań było więcej,
odpowiedzi znacznie mniej...
Sander, mimo Ŝe prowadził rozliczne interesy, nie był przesadnie pracowity i,
w odróŜnieniu od jej ojca, nie poświęcał całego swego Ŝycia pracy. Weekendy spędzał
w domu, wychodził z pracy, kiedy miał na to ochotę, czasami tylko sytuacja zmuszała
go do dłuŜszego pozostania w biurze.
W takie dni Mia gotowała dla siebie zwykle jakiś lekki posiłek, zjadała go w
kuchni, a potem albo oglądała telewizję, albo czytała ksiąŜkę, czekając, aŜ mąŜ wróci
do domu.
Jednak pewnego wieczora postanowiła wybrać się do Hampstead, Ŝeby
odwiedzić ojca. Ciągle pamiętała jego nieoczekiwany gest w dniu ślubu, kiedy to
porównał ją do matki. Pomyślała, Ŝe moŜe czuje się samotny i stęsknił się za córką.
Ale James wcale za nią się nie stęsknił. Przywitał ją jak zwykle chłodno. No
tak, pomyślała gorzko, było tak przez tyle lat, dlaczego wiec teraz miałoby być
inaczej?
- Siadaj - powiedział niechętnie, kiedy pani Brendan, jego gospodyni,
wprowadziła ją do środka.
- Jak się czujesz? - spytała, siedząc na skraju wyściełanego krzesła.
- Dziękuję, dobrze. - Rzeczywiście jego twarz odzyskała zdrowe kolory i
wyglądał znacznie lepiej niŜ wtedy, gdy go widziała ostatnim razem. - Masz ochotę na
drinka? - spytał wstając.
Podał jej kieliszek wytrawnego sherry. Mia upiła łyk. Czuła się wyjątkowo
niezręcznie. Po co w ogóle tutaj przyszła?
Po krótkiej i błahej rozmowie, głównie na temat jego pracy, zaczęła zbierać się
do wyjścia. Wtedy James niespodziewanie powiedział:
- Przypuszczam, Ŝe przyszłaś, Ŝebym ci podziękował. Spojrzała na niego
pytającym wzrokiem.
- Podziękował? Za co?
Ojciec skrzywił się i zamruczał coś pod nosem.
- Byłem pewien, Ŝe to dla ciebie zrobi.
- Kto zrobi? I co? - powtórzyła. - Nie mam pojęcia, o czym mówisz.
- W takim razie zapomnij, Ŝe cokolwiek mówiłem.
- Jamesowi naprawdę było przykro, Ŝe zaczął tę rozmowę i najwyraźniej
pragnął uniknąć dalszych pytań.
- Muszę juŜ iść. Sander niedługo wraca do domu.
- Mia wstała z krzesła i wzięła torebkę. - UwaŜaj na siebie - dodała i odwróciła
się do wyjścia.
- Mia, zaczekaj... - zawołał, gdy była juŜ w połowie drogi do drzwi. Odwróciła
się. Ojciec wyraźnie chciał nawiązać z nią kontakt, ale nie bardzo wiedział, jak to
zrobić. - Mam nadzieję, Ŝe będziesz szczęśliwa - powiedział z niepewną miną.
- Dziękuję. - Łzy napłynęły jej do oczu. Pocałowała go w policzek i wyszła.
Wróciła do domu co najmniej pół godziny przed Sanderem. W czasie drogi
powrotnej i juŜ później, w domu, miała duŜo czasu na rozmyślania. Kiedy więc
Sander wszedł, zaczęła bez zbędnych wstępów.
- Co zrobiłeś z pieniędzmi, które ojciec jest winny waszemu bankowi?
Sander spojrzał na nią nieco zdziwiony, po czym spokojnie odwiesił
marynarkę i rozwiązał krawat.
- A niby dlaczego miałbym coś z nimi robić? Skąd to pytanie?
- Widziałam się z nim dzisiaj. Był przekonany, Ŝe przyszłam mu podziękować.
- Za co?
- Właśnie o to cię pytam.
- A jego nie spytałaś?
- Owszem, spytałam, ale nie chciał odpowiedzieć. Sander popatrzył na nią
uwaŜnie.
- A jeśli ja teŜ odmówię odpowiedzi?
- Wtedy będę musiała oprzeć się na moich wnioskach.
- I do jakich doszłaś?
- Nie wiem, jak to zrobiłeś, ale anulowałeś jego długi - oznajmiła i dodała
sucho: - Mam nadzieję, Ŝe nie sfałszowałeś w tym celu ksiąg.
Potrząsnął głową i roześmiał się.
- Nie było takiej potrzeby. Tak się szczęśliwie składa, Ŝe mam wystarczająco
duŜo własnych pieniędzy.
Chciała mu podziękować, ale on nie chciał juŜ dłuŜej o tym mówić.
- Gotowa do łóŜka? - spytał i objął ją czule. - Muszę przyznać, Ŝe masz na
mnie niesamowity wpływ. W czasie najwaŜniejszej konferencji myślałem tylko o tym,
kiedy uda mi się wreszcie urwać do domu, Ŝeby móc się z tobą kochać...
I kochali się. Tym razem spokojniej niŜ zwykle, czule i delikatnie. JuŜ po
wszystkim, gdy leŜała szczęśliwa w jego ramionach, przypomniała sobie wcześniejszą
rozmowę.
- Sander... - odezwała się w ciemnościach.
- Mmm?
- Tata wyglądał dzisiaj duŜo lepiej niŜ ostatnio. Wiesz, chyba to umorzenie
długu przywróciło mu wiarę w Ŝycie... Dziękuję ci bardzo za to, co dla niego zrobiłeś.
- Nie zrobiłem tego dla niego - odparł krótko. No dobrze... Więc zrobił to dla
niej. Ale dlaczego?
PrzecieŜ wiedziała dobrze, Ŝe jej nie kocha, Ŝe podoba mu się tylko jej ciało...
A moŜe jego uczucia w stosunku do niej uległy w końcu zmianie? Byłby to
najwspanialszy dar od losu!
Kilka dni później Mia postanowiła zerwać ostatnie więzy łączące ją z dawnym
Ŝ
yciem i zlikwidować mieszkanie na Bayswater. Pojechała tam, zabrała trochę
osobistych drobiazgów, poŜegnała się z sąsiadami i oddała klucze pośrednikowi od
wynajmu nieruchomości.
Przypomniały jej się codzienne wyjścia do pracy, Ŝycie w wiecznym
pośpiechu... Kiedyś narzekała, Ŝe z niczym nie moŜe zdąŜyć, teraz miała stanowczo
za duŜo wolnego czasu. Nie było jej łatwo przyzwyczaić się do tego. CzyŜbym
odkryła podstawową wadę raju? - pomyślała ironicznie.
Któregoś dnia zwierzyła się Sanderowi ze swoich odczuć. Wysłuchał jej
uwaŜnie, po czym zamyślił się na dłuŜszą chwilę. Wreszcie powiedział:
- Mam nadzieję, Ŝe na razie, nie będziesz za bardzo nalegać. Po prostu
wolałbym, Ŝeby moja Ŝona nie pracowała. Dopóki moja praca się nie ustabilizuje,
chciałbym, Ŝebyś była wolna i mogła towarzyszyć mi w zagranicznych podróŜach i
niespodziewanych urlopach. Zawsze w formie... - ZauwaŜył rozczarowanie na jej
twarzy i dodał: - Jednocześnie wcale nie chcę, Ŝeby moja Ŝona zanudziła się na
ś
mierć. Posłuchaj, moŜe zechciałabyś się zająć naszym własnym domem...? MoŜe
powinniśmy poszukać jakiejś posiadłości na wsi?
- Posiadłość na wsi.... - westchnęła rozmarzona.
- To powinno dostarczyć ci wiele pracy aŜ do końca Ŝycia. Więc co?
Odwiedzisz kilka agencji i zobaczysz, jakie mają oferty?
Poszukiwania domu jej marzeń skróciły długie dni, kiedy Sander pracował w
biurze. Natomiast noce nigdy im się nie dłuŜyły. Jej mąŜ był niezmiennie
fascynującym, wytrwałym i pomysłowym kochankiem, a i jej miłosne doświadczenie
rosło z dnia na dzień. Cały czas jednak tęskniła za prawdziwą miłością, a nie tylko
„miłosnym doświadczeniem”. Pragnęła miłości wzajemnej. Dla tej jednej, jedynej
rzeczy byłaby w stanie poświęcić wszystko.
Czasami, kiedy po upojnych chwilach odpoczywała w jego ramionach,
wydawało się jej, Ŝe Sander naprawdę ją kocha. Jednak później tłumaczyła sobie, Ŝe
to tylko nastrój chwili podsuwa jej takie przypuszczenia.
Pewnego czwartkowego wieczoru w salonie zadzwonił telefon. Ilekroć Sander
musiał zostać w banku, uprzedzał ją telefonicznie, więc i tym razem Mia pomyślała,
Ŝ
e to on. Ale to nie był jej mąŜ. Ze słuchawki dobiegł ją słodziutki szczebiot Rhody.
- Jak się miewa nasza panna młoda? - zapytała. W pierwszym odruchu Mia
miała ochotę odłoŜyć słuchawkę, opanowała się jednak i spokojnie odpowiedziała:
- Znakomicie. A co u ciebie?
- Och, wszystko w porządku... Ale z pewnością masz zamiar spytać o Filipa?
- Tak? No dobrze... Więc jak się miewa Filip? - podjęła wyzwanie.
- Wyraźnie za tobą tęskni - wypaliła Rhoda.
- Naprawdę, nie przypuszczam... - zaczęła Mia.
- Oczywiście stara się to ukryć. Ale w rzeczywistości jest bardzo smutny i
zupełnie rozstrojony nerwowo.
- MoŜe gdy się pobierzecie...
- Kochanie, nie udawaj naiwnej! JeŜeli uwaŜasz, Ŝe kaŜdy męŜczyzna po
ś
lubie musi się ustatkować, to jesteś w błędzie. Weźmy na przykład Sandera... - Mia
zamarła z przeraŜenia, natomiast Rhoda, nie zraŜona niczym, mówiła dalej: - Dopiero
co wrócił z podróŜy poślubnej, a juŜ zaczyna zostawać w biurze do późnego
wieczora... Jak to się mówi? „Kochanie, zatrzymały mnie pilne sprawy..”, czy tak?
Mia zacisnęła zęby. Postanowiła nie dać się sprowokować. Nie doczekawszy
się spodziewanej reakcji, Rhoda postanowiła wyraŜać się konkretniej.
- Wesz zapewne, moja droga, Ŝe Jacqueline May jest znowu w Londynie...
- To mnie nie interesuje.
- CzyŜby nie interesowało cię takŜe i to, Ŝe Sander spotyka się z nią prawie
kaŜdego wieczora?
- MoŜe, jeśli w to uwierzę. - Mia starała się mówić normalnie, ale
przychodziło jej to z trudem. Trudno jest mówić normalnie przez ściśnięte z bólu
gardło.
- Och, doprawdy, moŜesz mi zaufać. Jej ulubione miejsce to restauracja
Benthama. Jeśli weźmiesz taksówkę, to moŜesz ich tam teraz zastać.
- Czy właśnie po to do mnie zadzwoniłaś?
- AleŜ nie. To tak, na marginesie... Chciałam się po prostu dowiedzieć, czy
przyjdziecie na nasz ślub. Dostałam juŜ potwierdzenie od innych gości, ale wciąŜ nie
mam Ŝadnych wieści od Sandera.
Rzeczywiście, zaproszenie przyszło pocztą, ale Sander odłoŜył je na bok.
- Obawiam się, Ŝe w tej chwili nie jestem ci w stanie dać konkretnej
odpowiedzi. Ale przekaŜę Sander owi, Ŝeby do ciebie zadzwonił.
Bez słowa odłoŜyła słuchawkę na widełki i usiadła, martwo patrząc w
przestrzeń. Tak więc Sander i Jacqueline... Nie, to bzdura! Rhoda juŜ jako dziecko
była podstępna i złośliwa. Niby dlaczego teraz miałaby jej wierzyć? No dobrze, ale
skąd w takim razie wiedziała, Ŝe Sander rzeczywiście ostatnio wraca później?
Dość tego! Zadręczy się tymi pytaniami. Lepiej będzie, jeśli zajmie się czymś
innym. Ale gdy tylko wzięła ksiąŜkę, wątpliwości wróciły na nowo. A moŜe Rhoda
mówi prawdę? MoŜe Sander przekonał piękną modelkę, Ŝe ślub był dla niego
konieczny ze względów pragmatycznych? MoŜe tylko czeka na objęcie stanowiska
prezesa banku, a gdy juŜ to nastąpi, natychmiast się z nią rozwiedzie? Ale gdyby
zamierzał tak się zachować, po co by szukał nowego domu?
Właściwie powinna zadzwonić do jego biura i wszystko wyjaśnić. Podał jej
przecieŜ swój prywatny numer, na wypadek gdyby musiała się z nim koniecznie
skontaktować. JeŜeli Sander podniesie słuchawkę, to znaczy, Ŝe Rhoda kłamała...
Zresztą równie dobrze moŜe po prostu zapytać go, jak długo jeszcze zamierza zostać
w pracy. Powiedziałaby, Ŝe za nim tęskni... Powiedziałaby prawdę.
Nie namyślając się więcej, podniosła słuchawkę i wykręciła jego numer.
Czekała dłuŜszy czas, ale nikt się nie zgłaszał. Serce podeszło jej do gardła. CzyŜby
Rhoda miała rację? Przypomniała sobie słowa przysięgi małŜeńskiej: „...i Ŝe cię nie
opuszczę aŜ do śmierci”. CóŜ, dla niego były to widocznie słowa bez znaczenia...
PołoŜyła się do łóŜka o jedenastej. Wierciła się jakiś czas, nie mogąc zasnąć,
aŜ wreszcie, juŜ po północy, usłyszała, jak Sander otwiera drzwi. LeŜała, nasłuchując
odgłosów kąpieli. Miotały nią zazdrość i poczucie krzywdy tak wielkiej, Ŝe nie miała
nawet ochoty płakać.
Wszedł do sypialni cicho jak kot i, nie zapalając światła, delikatnie połoŜył się
obok niej. LeŜała bez ruchu, udając, Ŝe śpi. Gdy wyciągnął rękę i dotknął lekko jej
piersi, podskoczyła nerwowo.
- Coś się stało? - spytał.
- Przestraszyłeś mnie - odpowiedziała wściekła. - JuŜ spałam.
- Kłamiesz w Ŝywe oczy - poinformował ją uprzejmie. - Udawałaś tylko, Ŝe
ś
pisz. Co się stało?
- Nic - odburknęła.
- Więc o co ci chodzi?
- Boli mnie głowa.
- To brzmi raczej jak wymówka, a nie jak wyjaśnienie. Czy nie mogłabyś mi
po prostu powiedzieć prawdy?
- Proszę bardzo - warknęła. - Nie chcę, Ŝebyś mnie dotykał.
Usiadł gwałtownie, pochylił się nad nią i zapalił światło. Wziął ją pod brodę i
odwrócił jej twarz w swoją stronę.
Przez moment chciała mu się przeciwstawić, ale po chwili stwierdziła, Ŝe nie
miałoby to najmniejszego sensu. Trochę oślepiona, otworzyła oczy.
- Wyjaśnijmy sobie od razu jedną rzecz - powiedział łagodnie. - Seks nie jest
obowiązkowy. Zawsze masz prawo odmówić, a ja nie mam zamiaru do niczego cię
zmuszać. Ale Ŝadnej kobiecie, a zwłaszcza mojej Ŝonie, nie pozwolę mówić do siebie
w ten sposób.
- Ja... ja... - próbowała coś powiedzieć, ale przełknęła tylko ślinę. Nie udało się
jej powstrzymać łez.
Sander zlizał je czubkiem języka, przesuwając jednocześnie rękę w dół, do jej
piersi. Zaczął ją delikatnie pieścić. Mia cicho jęknęła, a wtedy on ponowił pieszczotę.
Nie chciała ulec mu po raz kolejny, ale i tym razem siła namiętności okazała się
silniejsza. Zarzuciła ręce na szyję męŜa i przytuliła go mocno do siebie.
- Czy jesteś pewna, Ŝe chcesz się ze mną kochać?
- spytał.
- Tak... tak! - szepnęła.
- Dlaczego więc parę chwil temu nie chciałaś, Ŝebym cię dotykał?
- PoniewaŜ... - wyjąkała. - Sander, dlaczego ciągle udajesz, Ŝe musisz zostać
dłuŜej w pracy... - zdołała wreszcie z siebie wykrztusić.
- Brzmi to tak, jakbyś uwaŜała, Ŝe przychodzę do ciebie prosto z czyjegoś
łóŜka.
- Nie to miałam na myśli - zaprzeczyła nie do końca szczerze. - Ja... ja po
prostu niepokoję się o ciebie...
- Więc dlaczego mnie po prostu nie spytasz?
- Surowo zacisnął usta. - Gdybyś mnie spytała, powiedziałbym ci, Ŝe zabrałem
bardzo waŜnego klienta na spóźnioną kolację. Wracam z restauracji, nie z łóŜka.
Jego słowa rozproszyły wątpliwości dziewczyny tak, jak słońce rozprasza
poranną mgłę. Nie mógłby jej skłamać. Kłamią tylko tchórze, ludzie bez charakteru i
głupcy. A Sander nie był Ŝadnym z nich.
Następnego dnia po kolacji Mia zagadnęła na temat ślubu Rhody. Na pierwszą
wzmiankę o Filipie Sander ściągnął brwi.
- Chcesz tam pójść? - zapytał.
- Nie! To znaczy... - zawahała się. - Chyba Ŝe ty masz ochotę... Zresztą pewna
jestem, Ŝe Rhoda wolałaby, aby mnie tam nie było.
- Jest mi wszystko jedno - odparł powoli. - UwaŜam jednak, Ŝe powinniśmy
pójść. Dziwnie by wyglądało, gdybyśmy nie przyszli.
Kiedy w następny wtorek Mia wybierała się właśnie do kolejnego pośrednika
nieruchomości, zadzwoniła Janet z propozycją wspólnego zjedzenia lunchu.
- Cudownie - stwierdziła entuzjastycznie Mia.
- To moŜe spotkamy się w Moonrakerze? - wymieniła nazwę znanej winiarni
przy Oxford Street. - O pierwszej?
- Świetnie! Będę na pewno - przyrzekła Mia. Mia pojawiła się w winiarni
pierwsza. Po chwili wpadła Janet.
- Fantastycznie wyglądasz! - wykrzyknęła. - MałŜeństwo chyba dobrze ci
słuŜy... No i jak? Wszystko w porządku?
- Tak, świetnie... - Mia kiwnęła głową. - Szukamy teraz z Sanderem nowego
domu. Wprawdzie jak na razie bez powodzenia, ale i tak mnóstwo przy tym zabawy.
A co u ciebie?
- śebyś wiedziała, ile mam ci do powiedzenia! Ale najpierw zamówmy coś.
Stwierdzam, Ŝe miłość dziwnie na mnie działa. Zamiast tęsknie śpiewać przy świetle
księŜyca, jem. Nie, nie jestem w ciąŜy - dodała z szerokim uśmiechem. - Choć mam
nadzieję, Ŝe będę, zaraz, jak tylko pobierzemy się z Jonem.
Usatysfakcjonowana zdumioną miną Mii, Janet zagłębiła się w opisie
szaleńczych zalotów Jona.
- Wiem, Ŝe to brzmi idiotycznie, ale w naszym przypadku to naprawdę była
miłość od pierwszego wejrzenia. Jon powiedział mi: „Czekałem tyle lat na
najwspanialszą pod słońcem kobietę, więc teraz, kiedy juŜ ją znalazłem, na co
miałbym czekać dłuŜej?” Ze mną było to samo... Oczywiście poza tym, Ŝe ja
czekałam na najwspanialszego pod słońcem męŜczyznę...
- Rozumiem, Ŝe ślub niebawem?
- Dobrze rozumiesz - odparła Janet. - I to dzięki tobie. Dobrze wycelowany
bukiet moŜe zdziałać cuda! Kiedy złapałam twoją wiązankę, pamiętasz, gdy
schodziłaś po schodach, Jon powiedział: „To znak, Ŝe wkrótce zostaniesz panną
młodą. Lubię, kiedy takie wróŜby się sprawdzają, więc postanowiłem właśnie, Ŝe ci
się oświadczę...” Wtedy myślałam, Ŝe Ŝartuje, ale faktycznie tak zrobił!
- A zatem kiedy nastąpi ten wielki dzień?
- Trzydziestego czerwca. Mam nadzieję, Ŝe będziesz moją druhną...
- Spróbowałabyś mnie powstrzymać!
- W tej chwili jak wariaci szukamy domu - ciągnęła pogodnie Janet. - Jon
właśnie dostał awans i solidną podwyŜkę, więc szukamy domu z ogrodem... Wesz,
Ŝ
eby mały miał się gdzie bawić. No a poza tym to nie mam zbyt wiele czasu. W
biurze wciąŜ kupa roboty.
Prawdę mówiąc, rozstanę się z tą pracą bez specjalnego Ŝalu. Bez ciebie to juŜ
nie to samo. A od twojego ślubu Filip zmienił się na gorsze... ZbliŜające się ojcostwo
zdecydowanie mu nie słuŜy. Zupełnie zmarniał... No dobrze, muszę lecieć - oznajmiła
wreszcie Janet. - Miło było znów cię zobaczyć. Tak się cieszę, Ŝe wszystko się nam
ułoŜyło...
PołoŜyła na stole pieniądze na rachunek i zapięła torebkę.
- Zadzwonię za parę dni. Trzymaj się i powodzenia w poszukiwaniach domu.
Nie zapomnij dać znać, gdyby ci się poszczęściło.
Kiedy przyjaciółka odeszła, Mia zamówiła kawę i sącząc ją powoli, zamyśliła
się nad własnym losem. Powiedziała Janet, Ŝe jest szczęśliwa... Czy tak było istotnie?
CóŜ, znów ta sama historia... Fizycznie małŜeństwo zadowalało ją w zupełności - było
nawet lepiej, niŜ kiedykolwiek mogła marzyć, ale poza tym... Wiedziała juŜ, Ŝe
Sander przestał nią pogardzać, jednak cała reszta wciąŜ stanowiła wielką niewiadomą.
Zapewniał ją, Ŝe jest piękna, słodka, namiętna... PoŜądał jej bardziej, niŜ
jakiejkolwiek innej kobiety. Ale nawet w chwilach największego uniesienia nigdy nie
wypowiedział tego jednego, magicznego słowa „kocham cię”. Nigdy teŜ nie spytał jej
ponownie, czy ona go kocha.
Przez następne kilka godzin Mia intensywnie poszukiwała domu. Jednak
dopiero w przedostatniej agencji widniejącej na jej liście, znalazła coś rzeczywiście
interesującego.
Posiadłość nazywała się Tall Trees i obejmowała stary wiejski dworek z
kilkoma akrami ogrodu. Zapewniono ją, Ŝe całość będzie do kupienia w ciągu
najbliŜszego tygodnia.
Urzędnik agencji zachwalał posiadłość jako „znakomity wiejski dom rodzinny,
przestronny, ale niezbyt wielki, praktyczny i bardzo malowniczy”.
Pokazał jej zdjęcie duŜego, zbudowanego z kamienia domu z rozległym,
słonecznym tarasem i terasowato schodzącymi trawnikami. Tall Trees znajdowało się
bardzo blisko miasta. Dało się to zauwaŜyć w cenie domu, która była astronomiczna.
Ale kwestię ceny Sander pozostawił otwartą. Stwierdził, Ŝe jeśli znajdą coś, co im się
spodoba, wtedy będą się zastanawiać, czy jest warte tych pieniędzy czy nie.
Mia podała w agencji swoje nazwisko, które zrobiło chyba wraŜenie, bo
urzędnik dodał uniŜenie:
- Jak tylko otrzymamy klucze od domu, natychmiast państwa powiadomimy. Z
pewnością Tall Trees spodoba się państwu Davison...
Mia pędziła do domu na Crombie Square, jakby jej nagle wyrosły skrzydła.
Sandera spodziewała się dopiero za dwie godziny. Musiała podzielić się z kimś
radosną nowiną, zadzwoniła więc do Janet. Opowiedziała jej o wszystkim i na
zakończenie stwierdziła:
- Nie mam pojęcia, czy będzie nas na to stać.
- Na twoim miejscu tak bardzo bym się tym nie przejmowała.
- AleŜ Janet! To cudowne miejsce! Mam nadzieję, Ŝe Sanderowi teŜ się
spodoba.
- Skoro cię kocha, będzie szczęśliwy w kaŜdym miejscu, gdzie i ty będziesz... -
skwitowała jej wątpliwości Janet.
- Naprawdę myślisz, Ŝe on mnie kocha? - przerwała jej Mia, zanim zdąŜyła
uświadomić sobie, co powiedziała.
- Oczywiście... - potwierdziła zaskoczona Janet.
- Zobacz tylko, jak on się do ciebie odnosi... Nie widać tego? Z pewnością nie
raz ci mówił, co do ciebie czuje.
- Niezupełnie - mruknęła Mia.
- A czy ty powiedziałaś mu o swoich uczuciach?
- Niezupełnie - powtórzyła.
- Hm, wyraźnie widać, Ŝe jesteś w nim cięŜko zakochana. Ale facet musi być
chyba ślepy, Ŝe jeszcze tego nie zauwaŜył. Odnoszę wraŜenie, Ŝe on jest niepewny
swego i zazdrosny. Oczywiście o Filipa... Na weselu twój męŜuś wyglądał tak, jakby
miał zamiar go zabić! A gdy jeszcze do tego nie jest pewny twoich uczuć... Ale
wracajmy do sprawy domu. Jak tylko mu o tym opowiesz, podaj teŜ cenę. Idę o
zakład, Ŝe nawet nie mrugnie okiem. Mia, gdybyś tylko zechciała, dałby ci gwiazdkę z
nieba!
Mia odłoŜyła słuchawkę z drŜącym sercem. Jeśli Sander ją kocha, o czym
Janet jest przekonana, to gwiazdki z nieba naleŜą do niej.
Po chwili zastanowienia postanowiła poczekać z poinformowaniem Sandera o
Tall Tress, aŜ do czasu gdy będzie miała więcej informacji o tej posiadłości.
Kiedy przy kolacji spytał ją o wyniki poszukiwań, enigmatycznie powiedziała,
Ŝ
e w agencji Wentwortha spodziewają się niebawem ciekawej oferty. A potem, Ŝeby
zmienić temat, przekazała mu nowiny o Janet.
- Wiem o wszystkim - uśmiechnął się do niej.
- Jon mi juŜ opowiedział. Od pewnego czasu buja w obłokach.
- Janet mówiła, Ŝe ostatnio dostał awans.
- Tylko nie myśl sobie, Ŝe to była protekcja - gwałtownie zastrzegł się Sander.
- Jon naprawdę zasługiwał na awans, a ja go tylko przyspieszyłem o miesiąc czy dwa.
- UwaŜam, Ŝe to miło z twojej strony - powiedziała czule i z rozbawieniem
zauwaŜyła, Ŝe Sander przez chwilę wyglądał na bardzo zakłopotanego.
Następnego ranka Sander obudził ją pocałunkiem. Kochali się bardzo
spokojnie, łagodnie i romantycznie. Kiedy skończyli i leŜeli w łóŜku odpręŜeni i
zaspokojeni, Sander nagle powiedział:
- Tak mi przykro, Ŝe ostatnio cię zaniedbywałem.
- Nie czuję się zaniedbywana. - Zaśmiała się. - ChociaŜ, tak przy okazji, nie
zmartwiłabym się, gdybyś nie pracował tak często po godzinach i gdybyśmy mieli
więcej czasu dla siebie.
- Ja teŜ.
Po jego odpowiedzi szczęście rozkwitło w niej jak kwiat. MoŜe wreszcie
nadejdzie dzień, kiedy jej wyzna miłość... A jeśli Janet miała rację? Być moŜe Sander
czeka, aŜ jego własna Ŝona przekona go, Ŝe zaleŜy jej na nim, a nie na Filipie.
MoŜe właśnie teraz powinna to zrobić?
Przesunęła ustami po skórze jego ramienia i zaczęła:
- Sander, ja...
Powstrzymał jej słowa pocałunkiem i z wyraźnym Ŝalem w głosie powiedział:
- Nie ma rzeczy, której bym pragnął bardziej, niŜ zostanie z tobą w łóŜku i
kochanie się przez cały dzień, ale za niecałą godzinę mam waŜne spotkanie z
pracownikami.
Odrzucił kołdrę i nago poszedł do łazienki. Trudno, pomyślała, gdy przyjdzie
stosowny moment, wyzna mu wszystko.
Umyła twarz i ręce, załoŜyła jedwabny szlafrok i zeszła do kuchni. Włączyła
radio i podśpiewując przygotowywała śniadanie. Zaparzyła kawę, wycisnęła sok z
pomarańczy i upiekła grzanki.
Ubrany w szary garnitur do pracy, Sander zajął swoje miejsce przy stole.
- Wyglądasz na bardzo szczęśliwą - zauwaŜył.
- Bo jestem szczęśliwa - odpowiedziała wesoło.
- Poranna miłość zdecydowanie ci słuŜy. Chyba musimy robić tak codziennie.
Kiedy juŜ wychodził z domu, pogłaskał ją czule po policzku. Popatrzył na
kształtny nos, pełne usta i piękne migdałowe oczy.
- Jesteś jedyną ze znanych mi kobiet, która bez makijaŜu wygląda jeszcze
seksowniej - powiedział na poŜegnanie.
Zmywała właśnie po śniadaniu, kiedy zadzwonił telefon. Podniosła słuchawkę.
- Halo?
- Mia, kochanie to ja...
- Filip?! - krzyknęła przestraszona. - Chyba zwariowałeś! Po co dzwonisz?
- Nie odkładaj słuchawki! Muszę z tobą porozmawiać i chcę tylko...
- Ale ja nie chcę z tobą rozmawiać. Nie zostało juŜ nic, o czym moglibyśmy
rozmawiać.
OdłoŜyła słuchawkę na widełki, jakby parzyła ją w rękę. Ostatnią rzeczą,
jakiej sobie Ŝyczyła, była rozmowa z Filipem. MoŜe zepsuć wszystko, właśnie teraz,
kiedy wszystkie sprawy wreszcie zaczęły się układać.
ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY
Przez resztę dnia nerwowo podskakiwała za kaŜdym razem, gdy słyszała
dzwonek telefonu. Ale kiedy zapadł zmierzch, a Filip nie odezwał się więcej, powoli
zaczęła się uspokajać.
Tej nocy Sander wrócił bardzo późno i Mia zasnęła przed jego powrotem. Nie
obudził jej i kiedy otworzyła oczy, był juŜ poranek, a Sander brał prysznic.
Gdy pół godziny później jedli w kuchni śniadanie, popatrzył na nią i
powiedział:
- Zapomniałem ci powiedzieć, Ŝe wychodzimy dzisiaj wieczorem. Jon kupił
cztery bilety do teatru na tę nową, głośną sztukę. Spytał mnie, czy nie chcielibyśmy
pójść razem z nimi. Oczywiście się zgodziłem. Mam nadzieję, Ŝe nie masz nic
przeciwko temu?
- Oczywiście, Ŝe nie. - Oczy Mii zalśniły z emocji.
- Wieczór poza domem teŜ moŜe być cudowny. Dopijali właśnie kawę, kiedy
pani Rose przyniosła poranną pocztę. Sander szybko ją przejrzał i, podsunąwszy Mii
list zaadresowany do niej, zaczął otwierać swoje.
Popatrzyła na kopertę i na widok znajomego charakteru pisma ogarnął ją
strach.
- O co chodzi? Boisz się, Ŝe przysłali jakiś rachunek?
- spytał Sander. W pierwszym odruchu chciała wyrzucić list, ale wtedy Sander
chciałby zapewne wiedzieć, dlaczego tak zrobiła. Uśmiechając się sztucznie, rozdarła
kopertę i zaczęła czytać:.
„Mia, kochanie!
Nie mogę tak dłuŜej Ŝyć!
KaŜdy dzień bez ciebie jest na zawsze stracony. Muszę koniecznie z tobą
porozmawiać. Spotkajmy się, gdzie chcesz, kiedy chcesz, tylko proszę cię, szybko.
Nie mogę uwierzyć, Ŝe juŜ mnie nie kochasz i...”
Trzęsącymi się rękoma schowała list do koperty. Sander przyglądał jej się
uwaŜnie.
- Nie najlepiej wyglądasz - zauwaŜył. - Czy coś się stało?
- Nie, nie... nic takiego - skłamała.
Ku jej ogromnej uldze, o nic więcej nie pytał. Wychodząc pocałował ją na
poŜegnanie, ale tym razem jego pocałunek nie zawierał w sobie tyle ciepła i czułości,
co zwykle.
Gdy tylko wyszedł, Mia podarła kopertę wraz z listem i wrzuciła do ognia.
Poczuła, jak zimny strach chwytają za serce.
Ten przeklęty Filip, pomyślała bezradnie. Znowu wszystko jej popsuje!
Uczciwie jednak musiała przyznać, Ŝe w tej chwili moŜe mieć pretensje tylko do
siebie. Sander dał jej szansę powiedzenia prawdy, a ona jej nie wykorzystała.
Bała się, Ŝe Sander nie uwierzy w jej zapewnienia o niewinności. Bała się teŜ
reakcji Filipa.
Jak tylko Sander wróci do domu, wyjaśni mu wszystko i poniesie wszelkie
konsekwencje. Nie moŜe pozwolić, Ŝeby ta wciąŜ nierozwiązana sprawa stanęła
między nimi.
Jednak ani wtedy, kiedy wrócił z pracy, ani później, gdy jechali do teatru, ani
nawet potem, gdy po wspólnej z Jonem i Janet kolacji wrócili do domu, nie zdobyła
się na odwagę. Jej mąŜ był pozornie wesoły i beztroski, lecz gdy tylko zostawali we
dwoje stawał się surowy i nieprzystępny. Wreszcie, następnego dnia, gdy leŜeli
jeszcze w łóŜku, Mia wzięła głęboki oddech i powiedziała:
- Muszę ci coś waŜnego powiedzieć.
- Spowiedź? - spytał głosem zimnym jak lód.
- Coś w tym rodzaju. To dotyczy... dotyczy Filipa.
- Doskonale wiem, Ŝe za moimi plecami nadal się z nim spotykasz.
- Nieprawda - zaprzeczyła gwałtownie.
Sander wyglądał na zaskoczonego, ale po chwili spytał ostro:
- Ile razy spotkałaś się z Meashamem?
- Nie widziałam go na oczy od naszego wesela. Usiadł na łóŜku i badawczo
wpatrywał się w jej twarz.
- Nie zaprzeczaj, sama wpadłaś we własne sidła. Tamten list był od niego.
- Tak, był. Bardzo mi przykro, powinnam była powiedzieć ci to od razu, ale się
przestraszyłam i...
- TeŜ tak sądzę! - przerwał jej Sander. - Jak często do ciebie pisze? Ile razy
telefonował?
- Tylko raz. Dzwonił przedwczoraj, ale powiedziałam mu, Ŝe nie chcę z nim
rozmawiać, a jego Ust spaliłam, nawet go nie przeczytawszy.
Sander zacisnął usta.
- Nie musisz udawać i wymyślać tych wszystkich historyjek. Rhoda
powiedziała mi, co się między wami dzieje.
- Nic się nie dzieje - odparła Mia zdławionym głosem - Rhoda jest zwykłą
intrygantką, której zaleŜy tylko na sprowokowaniu kłopotów.
- Czy to czasem nie ojciec jej dziecka jest ich przyczyną? A moŜe go
chronisz?
- Nie chronię Filipa w Ŝaden sposób. Chcę, Ŝeby mnie zostawił w spokoju. I to
jest prawda, uwierz mi.
- Chciałbym - popatrzył ponuro.
Wstał z łóŜka i poszedł do łazienki. Wykąpany i ubrany zszedł do kuchni. JuŜ
miał wychodzić do banku, gdy zadzwonił telefon.
Podniósł słuchawkę, lecz po chwili natychmiast ją odłoŜył.
- Pomyłka? - spytała, czując gwałtowne bicie serca.
- Raczej ktoś, kto nie spodziewał się zastać mnie o tej porze w domu.
Zanim zdąŜyła cokolwiek powiedzieć, wyszedł, trzaskając drzwiami.
CzyŜby dzwonił Filip? Zachowanie Sandera mówiło, Ŝe tak. Zamyśliła się.
Wyszedł i nie pocałował jej na poŜegnanie, nie uzgodnił pory lunchu.
Miała umówioną wizytę u dentysty, więc zaczęła się zbierać do wyjścia, gdy
znowu zadzwonił telefon. Przez chwilę wahała się, czy podnieść słuchawkę,
obawiając się, Ŝe to moŜe być Filip. Wreszcie zmusiła się do odebrania telefonu i
usłyszała szorstki głos Sandera.
- Obawiam się, Ŝe nie będę mógł zjeść z tobą lunchu. Zaszły pewne
nieoczekiwane sprawy, którymi muszę zająć się osobiście.
Ukrywając rozczarowanie, spytała:
- Czy dzisiaj będziesz dłuŜej pracował?
- Raczej tak.
Odpowiedź była tak oschła, Ŝe Mia o nic więcej juŜ nie pytała.
Po skończonej wizycie u dentysty nie bardzo wiedziała, co ze sobą zrobić.
Mieli iść razem do Greashama. Teraz plany się zmieniły. Nie czułaby się najlepiej
sama w duŜej restauracji.
Stała, ciągle zastanawiając się, co ze sobą począć, gdy nagle zaczął padać
deszcz. Przypomniała sobie małą restauracyjkę, do której Sander zabrał ją w zeszłym
tygodniu. Był to cichy lokalik tuŜ za rogiem z bardzo smaczną kuchnią i przytulną
atmosferą.
Usiadła przy stoliku, zamówiła pizzę z sałatką i wino. Z przyjemnością
słuchała płynącej z taśmy cichej muzyki gitarowej. Kelner podał jej zamówione potra-
wy, więc rozłoŜyła na kolanach serwetkę i podniosła do ust kieliszek wina. Popatrzyła
przed siebie i zamarła.
Przy stoliku w przeciwnym rogu sali siedział Sander, a naprzeciwko niego...
Jacqueline May! Miała blady makijaŜ kontrastujący z karminowymi ustami, a jej
kunsztowną fryzurę podtrzymywała czarno - biała przepaska.
Obydwoje siedzieli do niej bokiem i na pierwszy rzut oka było widać, Ŝe nie są
zatopieni w rozmowie o interesach. Rozmawiali szeptem. W pewnym momencie
Sander wyciągnął ręce i ujął w obie dłonie smukłe palce Jacqueline.
Więc jednak Rhoda miała rację! A ona, naiwna, uwierzyła mu, kiedy mówił,
Ŝ
e potrzebuje tylko jednej kobiety. W tej chwili zrozumiała jednak, Ŝe to nieprawda.
Obawiając się, Ŝe Sander spojrzy w jej stronę, pochyliła się nad talerzem i
zajęła swoją pizzą, która nie chciała jej jednak przejść przez ściśnięte z Ŝalu i
upokorzenia gardło.
Miała ochotę zerwać się z miejsca i uciec, ale duma nie pozwoliła jej na takie
zachowanie. Zresztą gdyby wstała, Sander mógłby ją zobaczyć.
Kelner przyniósł kawę. Zobaczyła, Ŝe Sander płaci rachunek. Kiedy szli do
wyjścia, skuliła się, mając nadzieję, Ŝe jej nie zauwaŜy. Wyszedł nie rzuciwszy w jej
stronę najmniejszego nawet spojrzenia.
Zostawiła nie tknięty posiłek, zapłaciła i, zapewniwszy kelnera, Ŝe wszystko
jest w porządku, i Ŝe po prostu nie jest głodna, wyszła. Miała zawroty głowy i
mdłości, zupełnie jakby za długo siedziała na karuzeli.
Ledwie zauwaŜyła deszcz, który rozpadał się na dobre. Przemoknięta do
suchej nitki dotarła do domu. Przebrała się w suche rzeczy i wysuszyła włosy.
Przygotowała kolację i, zdenerwowana, czekała na powrót Sandera.
Koło ósmej wieczorem usłyszała klucz w zamku. Zajrzał na chwilę do pokoju,
zanim poszedł na górę się przebrać. Popatrzyła na niego i pomyślała, Ŝe gdyby
wszystko między nimi układało się normalnie, pewnie by jej wszystko powiedział.
Ale co? „Przepraszam, nie mogłem przyjść na lunch, bo umówiłem się z kochanką”?
Kiedy Sander jadł, ona tylko dłubała widelcem w talerzu, od czasu do czasu
popijając łyk wina. Sander pierwszy przerwał milczenie.
- Jak poszło u dentysty?
- Dziękuję, w porządku. Nie mam chorych zębów. Pan Marshall powiedział... -
Zdała sobie sprawę, Ŝe zaczyna mówić o nieistotnych szczegółach, zmieszała się i
zamilkła.
- A co robiłaś w czasie lunchu? - dopytywał się. - Zjadłaś coś na mieście?
- Tak, ja...
Popatrzył na nią przenikliwie.
- Gdzie byłaś?
Zaskoczona pytaniem wymamrotała pod nosem:
- Ja... ja nie pamiętam nazwy tego lokalu.
- A nie byłaś przypadkiem u Cedrica?
- Widziałeś mnie! - krzyknęła oskarŜycielsko.
- Tak. Widziałem cię. Dlaczego usiłujesz zataić przede mną, Ŝe mnie
zauwaŜyłaś?
- Ja... nie chcę, Ŝebyś sobie pomyślał, Ŝe cię...
- Szpiegujesz? A robiłaś to?
- Oczywiście, Ŝe nie. Weszłam tam przez przypadek.
- Dlaczego więc nie zaŜądałaś wyjaśnień? Mia zdusiła w sobie gniew.
- Proszę cię, Sander, naprawdę nie chcę się kłócić.
- JakaŜ kochająca i uległa Ŝona! - zakpił.
Jego kpina była kroplą przepełniającą czarę. Poderwała się na nogi,
gwałtownie odsuwając krzesło. Zanim jednak zdąŜyła wybiec, złapał ją za nadgarstek.
- Puść mnie! - krzyknęła wściekła, usiłując się uwolnić.
- Co za temperament!
- Idź do diabła! - krzyknęła. - Mam nadzieję, Ŝe następnym razem, jak
będziesz jadł lunch razem ze swoją kochanką, otrują cię!
Sander zaśmiał się rozbawiony.
- JuŜ prawie zapomniałem, jaki masz charakter. Ale pragnę zauwaŜyć, Ŝe cała
ta historia jest bez sensu. Skoro kochasz innego, nie moŜesz być o mnie zazdrosna...
Ale dopóki Measham znów się tobą nie zajmie, nie będę cię zaniedbywać w łóŜku.
Traktował całą tę sytuację jak jakąś grę, jednak ranił ją bardzo boleśnie.
- Mówiłeś, Ŝe potrzebujesz tylko jednej chętnej kobiety - rzuciła mu w twarz
jego własne słowa.
- Nie myślisz chyba, Ŝe Jacqueline...?
- Och, jestem pewna, Ŝe jest aŜ nazbyt chętna...
- Mia zacisnęła usta. Mój BoŜe, zachowywała się jak sekutnica, ale poczucie
krzywdy i złość były silniejsze od niej. - Skoro teraz spotykasz się z nią, nie mam
zamiaru z tobą sypiać.
- Myślisz, Ŝe będziesz w stanie wytrzymać? Starając się nie okazywać
targających nią uczuć, lekcewaŜąco odpowiedziała.
- Tak, będę.
- To chodź do łóŜka i udowodnij mi to.
- Nie, nie chcę...
Ignorując jej protesty, wziął ją na ręce, zaniósł do sypialni i rozebrał siłą.
- Zostaw mnie! Nienawidzę cię! Wracaj do niej!
- krzyczała szlochając.
- Zrobisz to, co zechcę.
Pochylił się nad nią i zaczął ją całować. Mia bardzo tego nie chciała, lecz i tym
razem mu uległa.
- śebyś nie miała wątpliwości - powiedział, gdy oboje równie zmęczeni,
odpoczywali po zawziętej walce. - Dopóki jesteś moją Ŝoną, zawsze cię wezmę, gdy
tego zechcę.
- Powiedziałeś, Ŝe nie będziesz mnie zmuszał, Ŝe zawsze mam prawo
powiedzieć „nie”...
- Powiedziałem to, zanim dowiedziałem się o Meashamie.
Następnego ranka zadzwonił pan Wentworth z agencji obrotu
nieruchomościami, Ŝeby powiadomić Mię, Ŝe klucze do Tall Trees będą do ich
dyspozycji w końcu następnego tygodnia. Ponadto zapewnił ją, Ŝe jeśli tylko sobie
tego Ŝyczy, mogą jej przysłać klucze prosto do domu.
Jednak cały jej poprzedni entuzjazm do nowego domu gdzieś się ulotnił.
Dokładny opis posiadłości i załączone zdjęcia mówiły, Ŝe dom jest piękniejszy niŜ
marzyła. Ale niestety, w obecnej sytuacji nie bardzo mogła liczyć, Ŝe Sander zechce
go kupić.
Wieczorem, w czasie bardzo cichej kolacji, po wielu rozterkach, podała mu
folder reklamowy posiadłości.
Przejrzał go bez słowa.
Nie mogła juŜ wytrzymać napięcia i spytała:
- Co o nim myślisz?
- A co ty myślisz?
- Myślę, Ŝe jest wspaniały - powiedziała, patrząc na swoje dłonie. - Dom, o
jakim zawsze marzyłam.
- Tak, wygląda na piękny stary dom. Ucieszyła się słysząc jego słowa, ale
kolejne zdanie zmroziło jej serce.
- W obecnej chwili nie widzę jednak potrzeby kupowania nowego domu.
Zbladła i przygotowując się na najgorsze, spytała:
- Czy masz zamiar zakończyć nasze małŜeństwo? Popatrzył na nią oczami
zimnymi jak Ocean Lodowaty.
- Czy to nie ty o tym myślałaś?
- Ze względu na Jacqueline May?
- Raczej miałem na myśli Meashama. Czy nie zamierzasz razem z nim uciec?
- Uciec z nim? - powtórzyła zaskoczona: Wezbrała w niej zimna furia. -
Rozwiedź się ze mną, jeśli chcesz, nie będę cię powstrzymywała. Ale nie musisz
zrzucać na mnie winy. Nie obchodzi mnie, co ci nagadała Rhoda, ale ja nie mam
zamiaru uciekać z Filipem...
Sander siedział z kamienną twarzą. Równie dobrze mogła mówić do obrazu.
- Proszę, wysłuchaj mnie... - błagała.
Ale nie było Ŝadnej szansy na porozumienie. Znaleźli się po dwóch stronach
przepaści, a jedyny łączący ich most legł w gruzach.
- Mój BoŜe, i po co ja to mówię?! - krzyknęła z wściekłością. - Jeśli uwaŜasz,
Ŝ
e jestem dziwką bez serca, która potrafi odebrać cięŜarnej kobiecie męŜa, to nawet
gdyby nigdy nie istniała Jacqueline, nie ma Ŝadnych perspektyw dla naszego małŜeń-
stwa!
Krew uderzyła jej do głowy. Odwróciła się i wybiegła z domu w dŜdŜystą,
zimną noc.
Przeszła ledwie parę metrów, a juŜ była przemarznięta i przemoczona do
suchej nitki. Mokra bluzka przylepiła się do pleców, a wilgotna spódnica boleśnie
obcierała nogi przy kaŜdym kroku. Ale Ŝadna siła na ziemi nie zmusiłaby jej do
powrotu do domu.
Wyszła z Crombie Square na główną ulicę. Jakiś taksówkarz podjechał do
krawęŜnika, pewien, Ŝe go zatrzyma. Nie miała pieniędzy. A zresztą dokąd miałaby
jechać? Z pewnością nie do ojca...
Nagle pomyślała o Janet. Janet zapłaci za taksówkę i przenocuje ją, nie
zadając przykrych pytań.
Pomachała ręką i nagle usłyszała za rogiem kroki. Zobaczyła Sandera idącego
w jej stronę. Na jego twarzy malowała się złość.
Wsiadła do taksówki, zamknęła drzwi i szybko krzyknęła:
- Proszę Elmslea Gardens dwadzieścia siedem, Marylebone.
Samochód juŜ odjeŜdŜał, kiedy nagle drzwi zostały gwałtownie otwarte, a Mia
bezceremonialnie wyciągnięta ze środka.
- Co się, u diabła, dzieje? - spytał zdeprymowany taksówkarz.
- Nieporozumienie małŜeńskie - odpowiedział Sander.
Kierowca niepewnie popatrzył na swą niedoszłą pasaŜerkę.
- To jest moja Ŝona. - dodał Sander, trzymając Mię za ramię. - Sam ją spytaj,
jeśli mi nie wierzysz.
- Przepraszam, czy ten facet jest rzeczywiście pani męŜem?
Przez chwilę miała ochotę odpowiedzieć, Ŝe nigdy wcześniej nie widziała go
na oczy, ale wzburzenie juŜ ją opuściło.
- Tak, jest. Ale proszę mnie zawieźć na Elmslea...
- Nigdzie nie jedziesz - przerwał Sander. Trzymając ją mocno, sięgnął do
portfela, wyciągnął banknot pięciofuntowy i podał go kierowcy.
- Przykro mi, proszę pani, ale z zasady nie wtrącam się w kłótnie małŜeńskie. -
Taksówkarz uśmiechnął się przepraszająco. I zanim Mia zdąŜyła cokolwiek zrobić,
odjechał.
- Zostaw mnie! Nie masz Ŝadnego prawa... - krzyknęła, wyrywając się z
uścisku Sandera.
- Jako twój mąŜ mam wszelkie prawa. Przestań zachowywać się jak
rozhisteryzowany bachor. Wracamy.
Okrył ją swoim płaszczem i poszli do domu.
Jak tylko weszli do środka, wyrwała się Sanderowi. Stała przed nim z bladą
twarzą zmoczoną deszczem, ze strugami wody spływającymi z jej mokrych włosów,
w przemoczonym ubraniu. Płaszcz zsunął się jej z ramion.
- Nie moŜesz mnie zmusić do pozostania z tobą! Sander wyglądał nie lepiej:
mokre włosy, przemoczona marynarka i nasiąknięty wodą krawat.
- To prawda. - Stwierdził z ponurą miną. - Ale dopiero co mówiłaś, Ŝe nie
masz zamiaru uciec z Meashamem.
- Bo nie mam.
- Dlaczego więc chcesz odejść?
- Wydawało mi się, Ŝe juŜ ci o tym powiedziałam. Nie mam zamiaru zostać z
człowiekiem, który jawnie pokazuje się z kochanką i uwaŜa mnie za dziwkę bez
serca. - Głos jej się załamał, a strumień łez popłynął po policzkach. - Nie chcę zostać!
- Czy zrobi ci jakąś róŜnicę, jeśli powiem, Ŝe nie uwaŜam cię za dziwkę i nie
uwaŜam, abyś była bez serca? - spytał łagodnie. - Czy uwierzysz, jeśli ci powiem, Ŝe
wczoraj widziałem Jacqueline po raz pierwszy od naszego ślubu?
- To dlaczego pozwoliłeś mi wierzyć...?
- A jak doszłaś do takich wniosków?
- Bo Rhoda powiedziała, Ŝe...
- Co ci powiedziała Rhoda?
- A cóŜ to za róŜnica? I tak mi nie uwierzysz.
- Spróbuj, moŜe uwierzę - powiedział przygnębiony. Mia powtórzyła rozmowę
najwierniej, jak umiała, głosem pozbawionym jakichkolwiek emocji.
- A więc dlatego tak się zachowałaś tamtego wieczora?! No dobrze, w takim
razie komu wierzysz, mnie czy Rhodzie?
- Mogłabym cię spytać o to samo.
- Matka nigdy nie lubiła Rhody, zawsze powtarzała, Ŝe moja kuzynka jest
mściwą plotkarką. - Sander zgrzytnął zębami i, juŜ łagodniej, dodał: - Powinnaś zdjąć
te mokre rzeczy.
- Sander... Czy chcesz, Ŝebym została? - Chciała, Ŝeby powiedział jej to
wyraźnie, prosto w oczy.
- Tak. Chcę, Ŝebyś została.
- Dlaczego?
- A jak myślisz?
Odpowiedź była oczywista. Jego obecna pozycja nie jest jeszcze ustalona i
dopóki nie zostanie prezesem banku, potrzebuje przy swoim boku Ŝony. Sam jej to
przecieŜ powiedział.
- PoniewaŜ tak sobie Ŝyczył twój ojciec - powiedziała głucho.
- To nie jest jedyna przyczyna. - Przytulił ją mocno do siebie i pocałował. -
Pragnę ciebie. Chcę ciebie w moim Ŝyciu, w moim domu, w łóŜku...
To wyznanie w zasadzie było tym, na co tak długo czekała. A jednak Mię
ciągłe nurtowały wątpliwości.
PrzecieŜ Sander niczemu nie zaprzeczył, spytał ją tylko „...czy sprawi ci
róŜnicę, jeśli powiem...?” Nie wytłumaczył jej jednak, dlaczego jadł lunch z byłą
dziewczyną. Nie skomentował ani jednego słowa Rhody, zacytował tylko poglądy
jego matki.
Przez następnych kilka dni te myśli wracały do niej kilkakrotnie. Niepokoiły ją
takŜe działania Filipa. Bała się, Ŝe znowu będzie chciał się z nią skontaktować.
Rozpoznając jego charakter pisma, podarła bez czytania kilka kartek od niego. Parę
razy, słysząc jego głos, natychmiast odkładała słuchawkę telefonu.
Zamartwiała się tym wszystkim. Chętnie poskarŜyłaby się męŜowi, ale Sander
wyglądał na przemęczonego. Przejęcie przez niego stanowiska prezesa miało odbyć
się za kilka dni i według niej stanowczo za duŜo nad tym pracował. Miała nadzieję, Ŝe
jeśli będzie konsekwentnie ignorować wszelkie próby kontaktu, Filip da jej wreszcie
spokój.
Cały czas nurtowała ją jedna myśl. Dlaczego był taki uparty? To nie leŜało w
jego charakterze. Jeśli tylko miał moŜliwość, zawsze unikał kłopotliwych sytuacji.
Wprawdzie Sander ani razu nie wspomniał o Filipie i ani razu o niego nie
zapytał, ale za kaŜdym razem, gdy pojawiał się, rzadko zresztą, w domu, badawczo jej
się przyglądał.
- Czy nadal chcesz obejrzeć Tall Trees? - spytał któregoś dnia, ku jej
całkowitemu zaskoczeniu.
- Tak. Bardzo. - Nie kryła entuzjazmu.
- MoŜe więc wybierzemy się tam podczas weekendu i jeśli nam się spodoba,
kupimy?
- Och, tak! - Mia była zachwycona. Liczyła wciąŜ na to, Ŝe gdy przeminą
wszystkie burze, ten dom stanie się ich szczęśliwym, rodzinnym gniazdkiem.
Poza tym jeśli Sander zdecydował się kupić dom, z pewnością musi być
pewny trwałości swojego małŜeństwa. MoŜe wreszcie okaŜe jej trochę uczuć? Pewnie
jak wróci do domu wieczorem...
Większość dnia spędziła snując słodkie marzenia o przyszłości.
ROZDZIAŁ DZIESIĄTY
Sander został w końcu prezesem i z tej okazji kierownictwo banku
postanowiło wydać przyjęcie na jego cześć.
Przyjęcie zorganizowano w reprezentacyjnej sali banku. Zaproszono tylko
ś
cisłe kierownictwo oraz ich Ŝony lub przyjaciółki. Większość kobiet ubrała się
niezwykle elegancko.
Jako Ŝona Sandera Mia była bacznie przez wszystkich obserwowana. Nie
musiała się wstydzić. Jej śnieŜnobiała jedwabna suknia była wprost olśniewająco
piękna, podobnie zresztą jak jej właścicielka. Kobiety jej zazdrościły, natomiast
męŜczyźni podziwiali ją.
Do Sandera wszyscy odnosili się z wielkim respektem i powaŜaniem. On sam
natomiast, poruszając się z gracją, uśmiechał się do gości i uprzejmie z nimi
rozmawiał. Chciał chyba wyglądać swobodnie, jednak Mia widziała, Ŝe pod maską
spokoju ukrywa jakieś wielkie napięcie.
Stała pomiędzy Jonem i Janet i patrzyła na Sandera rozmawiającego z
siwowłosym męŜczyzną. Nagle Janet powiedziała półgłosem:
- Sander wygląda na bardzo spiętego.
- Wydaje mi się, Ŝe ostatnio zbyt duŜo pracował - tłumaczyła Mia.
- Masz rację - zgodziła się z nią Janet. - Chyba jesteś zadowolona, Ŝe wreszcie
objął to stanowisko i będzie spędzał z tobą więcej czasu. Mam wraŜenie, Ŝe bez niego
dni ci się potwornie dłuŜą.
- Powinnaś była poczekać i wyjść za niego juŜ po awansie - zauwaŜył Jon. -
Wtedy mielibyście dłuŜszą podróŜ poślubną i nie zaczęłabyś małŜeństwa od
samotnego siedzenia w domu.
- Ale przecieŜ on musiał się oŜenić, zanim objął to stanowisko - sprostowała
Mia.
- Skąd ci to przyszło do głowy? - zdziwił się Jon.
- Sander mi powiedział... - zawahała się, ale po chwili dokończyła: -
Myślałam, Ŝe jednym z warunków testamentu jego ojca było zawarcie ślubu.
- Nic mi o tym nie mówił. Domyślam się, Ŝe staruszek nie akceptował obecnej
swobody obyczajów i chciał zobaczyć ślub swojego syna. Ale to było Ŝyczenie, a nie
warunek. Znał zbyt dobrze Sandera, Ŝeby usiłować coś mu narzucić.
Mia skamieniała z wraŜenia. W głowie miała kompletny zamęt. Jej mąŜ mówił
całkiem co innego. CzyŜby Jon był w błędzie? Nie, z pewnością nie, przecieŜ od
dawna przyjaźnił się z Sanderem.
Resztę wieczoru Mia spędziła na długiej i powaŜnej rozmowie z Jonem. W jej
wyniku postanowiła, Ŝe musi wreszcie wszystko wyjaśnić. Najlepiej w szczerej,
bezpośredniej rozmowie z męŜem.
Następnego dnia nie miała okazji, Ŝeby zrealizować swój zamiar. Sander
wyszedł, jak zwykle, wcześnie rano, a po południu zadzwonił z banku i poinformował
ją, Ŝe wróci późno. Starając się ukryć swe rozczarowanie, spytała:
- Jak późno? Mam na ciebie czekać z kolacją?
- Nie, zjem na mieście. - Jego głos brzmiał tak chłodno jak nigdy dotąd.
Nurtowało ją jedno pytanie. Z kim? Miała je juŜ na końcu języka, ale coś ją
powstrzymało od zadania go. Jeśli zabierał Jacqueline May na kolację, to wolała tego
nie wiedzieć. Kłamstwo! Oczywiście, Ŝe chciała wiedzieć. Ale on był daleki od
powiedzenia jej prawdy. Schowała steki do lodówki, usmaŜyła sobie omlet, połoŜyła
go na talerz i doszła do wniosku, Ŝe straciła apetyt.
Usiłowała czytać, lecz nie mogła się skupić. Na kartach ksiąŜki cały czas
widziała dwie głowy, Sandera i Jacqueline, czule do siebie nachylone.
Sander wrócił po jedenastej. Miała ochotę spytać go, gdzie był aŜ do tej pory,
zmusiła się jednak do milczenia.
Podszedł do barku.
- Chcesz się czegoś napić? - spytał.
Kiedy potrząsnęła przecząco głową, nalał sobie whisky, odstawił z powrotem
butelkę i zniknął na schodach.
Pomyślała, Ŝe Sander jest cięŜki we współŜyciu. Rano radosny, ochoczy,
gwiŜdŜe przy goleniu, a wieczorem ponury jak chmura gradowa.
Starając się zachowywać, jakby nic się nie stało, Mia milczała aŜ do czasu,
gdy połoŜyli się do łóŜka. Wtedy powiedziała mu z entuzjazmem, Ŝe właśnie dzisiaj
rano odebrała klucze do ich nowej posiadłości w Tall Trees.
Kiedy zauwaŜyła, Ŝe prawie jej nie słucha, nie wytrzymała.
- Sander, co się stało? O co chodzi?
- Dlaczego miało się coś stać?
Miała pewność, Ŝe coś się wydarzyło. Coś bardzo złego. LeŜał od niej tak
daleko, ręce podłoŜył pod głowę. Wyglądał na bardzo spokojnego i odpręŜonego, ale
wiedziała, Ŝe to tylko pozory. Naprawdę był spięty jak struna.
No dobrze, pomyślała, skoro słowa są bezuŜyteczne, uŜyję jego własnej broni!
Przysunęła się do niego i przytuliła. Delikatnie zaczęła go głaskać i wodzić
koniuszkiem języka po jego ramieniu. Kiedy przesunęła dłonią po jego biodrze i
brzuchu, poczuła jego pierwszą reakcję. Szepnęła namiętnie:
- Jeśli nie chcesz rozmawiać, to kochaj się ze mną.
- Dlaczego nie? - powiedział zmienionym głosem.
- Ostatecznie jeszcze jesteś moją Ŝoną.
Zanim zdąŜyła się zaniepokoić, połoŜył się na niej i po raz pierwszy od ich
ś
lubu wziął ją gwałtownie, wręcz brutalnie, bez Ŝadnego przygotowania. Zaspokoił
siebie, w ogóle nie zwracając uwagi na jej potrzeby.
Jeśli istniały jakieś złe rysy jego charakteru, miała właśnie okazję je poznać.
Mimo upokorzenia postanowiła jednak, Ŝe i to zniesie dla ich wspólnego szczęścia.
On był jej męŜem, kochankiem i jedyną miłością. A skoro nadeszły trudne chwile, to
musi znaleźć dość siły, aby wytrwać.
LeŜała, czując jego głowę opartą na piersi. Obejmowała go jedną ręką, drugą
gładziła ciemne, kręcone włosy. Jej jedyna miłość. Jak mogła być tak głupia i
wyobraŜać sobie, Ŝe kocha Filipa. Jedyne porównanie, jakie jej się nasunęło to
płomyczek świecy przy rozpalonym piecu hutniczym.
- Mój BoŜe... - Sander mruknął po chwili. I dodał oschle. - Przepraszam,
naprawdę nie chciałem cię skrzywdzić, kochanie.
Mia wstrzymała oddech.
- Nie... nie skrzywdziłeś mnie.
To „kochanie” zabrzmiało w jej uszach jak niebiańska muzyka, wróciło jej
wiarę w Ŝycie.
- Proszę cię. Powiedz mi, co się stało? - poprosiła.
- Powiedz, kochasz mnie?
W półmroku dostrzegła skurcz bólu na jego twarzy, zanim odwrócił się do niej
plecami.
- Nie odrzucaj mnie - błagała. - Powiedz mi w końcu, co się stało?
- Dobrze, powiem ci. Doszedłem do wniosku, Ŝe popełniłem błąd, Ŝeniąc się z
tobą.
Poczuła lodowate ostrze przeszywające jej serce, mroŜące krew w Ŝyłach.
- Błąd...? - szepnęła. - Masz na myśli, Ŝe powinieneś poślubić Jacqueline?
- Oczywiście, Ŝe nie. Mówiłem ci juŜ, Ŝe Jacqueline nie nadaje się na Ŝonę.
Zazdrość, gorzka jak piołun, sprowokowała ją do płaczu.
- Woli Ŝonatych męŜczyzn? - Zawstydziła się własnych słów. - Przepraszam,
nie powinnam była tego powiedzieć.
- Nie powinnaś - zgodził się.
- Byłeś z nią dzisiaj na kolacji?
- Nie - odpowiedział zaskoczony. - Nie widziałem jej od czasu, gdy tamtego
dnia razem jedliśmy lunch.
Miała pewność, Ŝe powiedział prawdę. Ale zapragnęła wreszcie uzyskać
odpowiedź na pytanie, które dręczyło ją od tamtego czasu.
- Sander, dlaczego ją wtedy zabrałeś na lunch, skoro byłeś umówiony ze mną?
- Przez długi czas zapewniałem jej poczucie bezpieczeństwa. Zadzwoniła do
mnie zapłakana i powiedziała, Ŝe koniecznie musi się ze mną zobaczyć. Na samym
początku naszego związku ustaliliśmy pewne zasady. Nie łączyły nas Ŝadne uczucia
ani zobowiązania, kaŜde mogło pójść w dowolnej chwili swoją drogą, ale ona nie była
do tego przygotowana. Wróciła do Londynu z nadzieją na odnowienie związku, czym
zresztą dowiodła, Ŝe w ogóle mnie nie zna. Kiedy jej wytłumaczyłem, Ŝe wszystko
skończone, była... zaskoczona. Gdyby nie to, chciałem cię jej przedstawić.
- Dlaczego wiec powiedziałeś mi, Ŝe nasze małŜeństwo było błędem...?
- Bo było. Nie powinienem cię zmuszać do ślubu ze mną.
Przestraszona, zapragnęła zobaczyć jego twarz. Usiadła i zapaliła nocną
lampkę.
Po krótkiej przerwie opanowanym głosem opowiadał dalej.
- Wczoraj, gdy wychodziłem juŜ z biura, wpadła Rhoda bliska histerii.
Powiedziała mi, Ŝe i tak zwycięŜyłaś. Measham odszedł, powiedziawszy jej, Ŝe kocha
tylko ciebie i Ŝe ślubu nie będzie.
- Ale...
- Postanowiłem z nim wreszcie porozmawiać. Mia zamarła przestraszona.
Wyczuł jej obawę i potwierdził.
- Tak, moim pierwszym odruchem była chęć skręcenia mu karku.
Postanowiłem jednak zachować się jak cywilizowany człowiek i umówiłem się z nim
dzisiaj na kolację. Nie przypuszczałem, Ŝe zdobędzie się na odwagę, by spotkać się
twarzą w twarz ze mną, ale ku mojemu zaskoczeniu przyjął propozycję i spotkaliśmy
się w Meridianie.
- Sander, ty nie...?
- Nie tknąłem go nawet palcem. Specjalnie wybrałem publiczne miejsce,
Ŝ
ebym musiał się pohamować, ale i tak miałem ochotę go zabić. Kiedy przyszedłem,
juŜ na mnie czekał. Porozmawialiśmy sobie. Przyznał, Ŝe skończył z Rhodą
definitywnie.
- Zerwał z nią? - powtórzyła Mia. - Jak mógł jej to zrobić? PrzecieŜ ona jest w
ciąŜy.
- To jest jedna z rzeczy, o których chciał z tobą porozmawiać.
- Nie rozumiem...
- Chciał porozmawiać właśnie z tobą, poniewaŜ jesteś kobietą, którą naprawdę
kocha i której potrzebuje. To są jego słowa, nie moje. Zapewnił mnie, Ŝe nie chcesz
się z nim spotkać, nie odpowiadasz na listy, nie rozmawiasz z nim przez telefon, ale
jest pewien, Ŝe nadal go kochasz.
- Ale ja go nie kocham...
Zupełnie jakby jej nie słyszał, ciągnął opowieść.
- Powiedział mi teŜ, jak bardzo cię zszokowała wiadomość, Ŝe on i Rhoda byli
kochankami. UwaŜa teŜ, Ŝe prędzej zrujnujesz Ŝycie was obojga, niŜ złamiesz daną mi
obietnicę. Sądzi, Ŝe nigdy mnie nie rzucisz, więc prosił mnie, Ŝebym zwrócił ci
wolność. Apelował do mojej dumy i godności, pytał, jak mogę Ŝyć z kobietą, która
mnie nie kocha.
- Sander, ja...
- Dlatego zdecydowałem się zwrócić ci wolność. Wracaj do niego, jeśli
chcesz. Dokumenty konieczne do rozwodu przyślę ci tak szybko, jak tylko to będzie
moŜliwe.
- Ale ja... ja nie chcę rozwodu.
- Kochasz go. Bóg wie ile razy mi to mówiłaś, a ta twoja troska o niego, wtedy
w altance... On ma rację. Doszedłem do wniosku, Ŝe nie chcę za Ŝonę kobiety, która
kocha innego i jest ze mną tylko przez lojalność.
- Ale to nie jest tylko lojalność! Ja... - Mia urwała. Sander był teraz w takim
nastroju, Ŝe nigdy by jej się nie udało przekonać go o swojej miłości.
- Poza tym, dwie główne przyczyny, dla których cię poślubiłem, juŜ nie
istnieją. Nie mogę zmusić Meashama, Ŝeby się oŜenił z Rhodą, poza tym jestem juŜ
prezesem banku i nie muszę być Ŝonaty.
- Nigdy nie musiałeś się Ŝenić. Kłamałeś. Gwałtownie odwrócił się w jej
stronę.
- Dlaczego miałbym to zrobić? Walcząc o własne szczęście, oświadczyła:
- PoniewaŜ skłonna byłam uwierzyć, Ŝe robisz to dla szczęścia Rhody.
Pragnąłeś mnie poślubić, ale Ŝeby uchronić swoją dumę, wymyśliłeś dodatkowe
powody. Gdybym cię pociągała tylko fizycznie, zrobiłbyś ze mnie kochankę. Nie
poprosiłbyś mnie o rękę, bo myślałeś, Ŝe kocham Filipa. A ja nie kochałam go, nie
kochałam i nie chcę rozwodu!
- Measham miał rację. Twoja lojalność jest nieskończona.
- Jaka lojalność!? - krzyknęła. - To nie ma nic wspólnego z lojalnością.
Powtarzam ci, nie mam najmniejszej chęci na kończenie naszego małŜeństwa. Nie
rozumiem cię. To ty chcesz, Ŝebym odeszła!
- Tak - potwierdził chłodno.
Przez chwilę zamarła, ale zaraz powtórzyła jeszcze głośniej:
- Jesteś tak uparty, Ŝe w ogóle nie słuchasz, co do ciebie mówię. Nie chcę
odejść od ciebie! A nawet jeśli mnie wyrzucisz, myślisz, Ŝe pójdę do niego, wiedząc,
Ŝ
e Rhoda jest w ciąŜy?
- Nie wiesz jeszcze wszystkiego. Powinnaś porozmawiać z Meashamem przed
podjęciem ostatecznej decyzji.
ZałoŜył szlafrok i wyszedł z sypialni, zamykając za sobą drzwi.
W pierwszym odruchu chciała pobiec za nim, ale pomyślała, Ŝe to bez sensu.
Próba przekonania go do czegokolwiek przypominała walkę z wiatrakami.
Zgasiła światło, połoŜyła się i zamknęła oczy, po jej twarzy płynął potok łez.
Nie mogła zasnąć. Przewracała się i wierciła w wielkim łóŜku. Dopiero o
ś
wicie zasnęła.
Następnego dnia rano, kiedy w ponurym nastroju, nie mówiąc nic do siebie,
pili kawę, zadzwonił telefon. Sander popatrzył na nią wymownie, więc podniosła
słuchawkę.
- Mia? - Poznała głos Filipa. - Kochanie, muszę z tobą porozmawiać. Czy
zjesz ze mną lunch?
Nie miała ochoty z nim rozmawiać, ale pamiętając stwierdzenie Sandera, Ŝe
powinna, zgodziła się.
- Dobrze, gdzie?
- W „The Cleveland”. Czekam na ciebie w restauracji.
- Dobrze... Będę za pół godziny. OdłoŜyła słuchawkę.
- To był Filip. Chce, Ŝebym zjadła z nim lunch.
- Dobrze - odparł krótko.
Na widok udręczonych oczu Sandera ścisnęło się jej serce.
- MoŜe byś wolał, Ŝebym nie szła Pokręcił głową.
- Chcę, Ŝebyś poszła. Podejmij sama decyzję. Jeśli zdecydujesz się z nim
zostać, wolałbym, Ŝebyś juŜ tu , nie wracała. Po prostu zawiadom mnie, gdzie ci
odesłać rzeczy.
- Sander - zaczęła z wahaniem - jeśli mnie kochasz...
- Nie kocham cię - przerwał jej szorstko.
Dumnie uniosła głowę i wyszła po torebkę. W ostatniej chwili, kierowana
jakimś impulsem, chwyciła swój naszyjnik ze smokiem, załoŜyła go i wyszła bez
słowa.
Filip czekał na nią w restauracji. Na jej widok podniósł się.
- Kochanie... - Uścisnął jej obie dłonie - ...nie byłem pewien, czy przyjdziesz.
Mimo Ŝe minęło tylko kilka tygodni, odkąd go widziała po raz ostatni,
wyraźnie się postarzał. Jego jasnobłękitne oczy lśniły, ale wyglądał na zmęczonego.
Mia oswobodziła ręce i usiadła przy stoliku, Filip zajął miejsce naprzeciwko
niej i zamówił sherry. Kiedy przeglądał menu, krytycznie mu się przyglądała. Po raz
pierwszy zauwaŜyła jego pospolite usta i twarz pozbawioną wyrazu. Nie mógł równać
się z Sander em.
- Na co masz ochotę? - spytał.
- Wszystko jedno, zamów coś.
Nieco zaskoczony jej nonszalancją złoŜył zamówienie.
W milczeniu popijali sherry. Kelner podał solę, a kelner od win zimne chianti.
Wreszcie Mia, chcąc juŜ mieć to za sobą, zaczęła:
- Rozmawiałeś z Sanderem.
- A wiec ci powiedział?
- Tak, powiedział mi. Podjąłeś duŜe ryzyko, decydując się na taką rozmowę.
- Raczej nie mógł mnie pobić w publicznym miejscu. Ale uwaŜam, Ŝe było
warto. Czy jest gotów pozwolić ci odejść?
- Jest gotów pozwolić mi odejść, jeśli zechcę.
- Byłem pewien, Ŝe nie będzie mógł Ŝyć z kobietą która go nie kocha -
powiedział z uśmiechem satysfakcji.
- Ale ja go kocham. Popatrzył zdziwiony.
- PrzecieŜ mnie kochasz.
- Myślałam tylko, Ŝe cię kocham.
- Kochałaś. I nadal mnie kochasz... - Filip był zaskoczony. - PoniewaŜ wyszłaś
juŜ za Davisona, nie chcesz się do tego przyznać. Zawsze miałaś zbyt wiele
skrupułów. Nie chciałaś się ze mną kochać ze względu na Rhodę...
- Dlaczego powiedziałeś Sanderowi, Ŝe wasz ślub z Rhodą jest odwołany?
- Bo jest. Odkąd wyszłaś za mąŜ, sprawy układały się coraz gorzej. Rhoda
wmówiła sobie, Ŝe zrobiłaś to tylko po to, Ŝeby łatwiej ze mną romansować. Wreszcie
pokłóciliśmy się jak nigdy dotąd. Miałem dość jej zazdrości i...
- Ale nie miałeś prawa zostawić jej, gdy nosi twoje dziecko!
- To nie tak. Nie nosi.
- Nie spodziewa się dziecka? Kiedy ci o tym powiedziała?
- Nie powiedziała mi.
- To skąd wiesz?
Pytanie go zaskoczyło i trochę się zakłopotał.
- A jak myślisz?
- Co się stało? - spytała.
- Nic się nie stało. W ogóle nie była w ciąŜy. Okłamała mnie i to było
przyczyną zerwania.
Co i tak nie zmienia faktu, Ŝe sypiali ze sobą, pomyślała. I dodała na głos:
- Skąd masz pewność, Ŝe skłamała? MoŜe to była pomyłka?
- To nie była pomyłka. Kiedy zaŜądałem wyjaśnień, powiedziała mi, Ŝe po
tym, jak się o nas dowiedziała, obawiała się o swoje zaręczyny. Myślała, Ŝe je zerwę i
zrobiła to, by mnie zatrzymać przy sobie. Oczywiście starała się zajść w ciąŜę tak
szybko jak to moŜliwe... Nawet Davison przyznał, Ŝe to zwykłe świństwo! - mówił
zaaferowany.
Upiła spokojnie łyk wina. Po chwili uświadomiła sobie, Ŝe Filip patrzy na nią
z niedowierzaniem. Uśmiechnęła się do siebie, widząc rozczarowanie Filipa jej
pozbawioną emocji reakcją.
- Nie ma nic zabawnego w tym, Ŝe jest się oszukiwanym - zauwaŜył cierpko.
A poza tym, gdyby się o nas nie dowiedziała...
- Przepraszam - Mia przerwała mu. - Czy wiesz, skąd się o nas dowiedziała?
- Pamiętasz pannę Hemsley...?
Mia przypomniała sobie starą pannę, sekretarkę w dziale eksportu, i
przytaknęła.
- Widzisz, ona ma starszą owdowiałą siostrę, którą odwiedza kilka razy w
tygodniu. Po drodze przechodziła koło twojego mieszkania. Kilka razy zauwaŜyła
stojący w pobliŜu mój samochód, a raz widziała mnie wychodzącego. Wprawdzie nie
jest plotkarką, lecz powiedziała o tym swojej siostrze, a ta znów swojej córce. Córka
pracowała w salonie fryzjerskim, do którego chodziła Rhoda...
Filip przesunął ręką po włosach.
- Byłem wściekły, Ŝe zrobiła ze mnie głupca i zerwałem z nią. Wpadła w furię
i zapowiedziała mi, Ŝe jeśli ją zostawię, to w ciągu kilku dni znajdę się na bruku. Ale
tym razem się przeliczyła. Nawet jej ojciec był tak zszokowany tym oszustwem, Ŝe
przyznał mi słuszność i nadal mam pracę. Kochanie... - wyciągnął rękę ponad stołem i
ujął jej dłoń... - Wiesz przecieŜ, jak bardzo cię kocham. Zostaw Davisona i zamiesz-
kamy razem, dopóki nie dostaniesz rozwodu.
- Nie chcę go opuszczać i nie chcę rozwodu. Filip skrzywił się.
- Wiem, Ŝe nie jestem tak bogaty jak on, ale nigdy cię nie podejrzewałem, Ŝe
tak się przejmujesz pieniędzmi.
- To nie ma nic wspólnego z pieniędzmi. Kiedy składałam śluby małŜeńskie,
miałam zamiar ich dotrzymać. - Wyrwała rękę z jego uścisku.
- Wszystko się zmieniło - protestował. - Jestem teraz wolny.
- Ale ja nie.
- Nie moŜesz z nim zostać tylko z powodu głupiego poczucia lojalności.
- Tu nie chodzi o lojalność. Zostanę z nim, bo on jest moim męŜem i poniewaŜ
go kocham.
- Nie wierzę ci. A czy on cię kocha? Być moŜe poŜąda cię, ale czy cię kocha?
- Kocha mnie - odpowiedziała z absolutną pewnością. - Kocha mnie
wystarczająco mocno, Ŝeby bardziej troszczyć się o moje szczęście niŜ o swoje.
- Ale ty jesteś moim szczęściem. Zawsze mi mówiłaś, jak bardzo mnie
kochasz. - Filip zachowywał się jak rozkapryszony, mały chłopczyk.
- Gdybyśmy nigdy się nie spotkali, byłbyś z Rhodą szczęśliwy - powiedziała
delikatnie. - Bardzo mi przykro, naprawdę, ale tak się ułoŜyło.
Zostawiła nie dokończony posiłek, wstała od stołu i zabrała torebkę.
- Mam nadzieję, Ŝe zapomnisz o mnie i wrócisz do Rhody. Ona musi cię
bardzo kochać, skoro chwytała się aŜ takich sposobów, Ŝeby cię zatrzymać przy sobie.
Wracaj do niej i kochaj ją mocno, moŜe zajdzie w ciąŜę...
Filip siedział skonsternowany. Mia ironicznie dodała:
- Jeśli chcesz, Ŝeby wszystko odbyło się jak naleŜy, to się z nią najpierw oŜeń.
- I juŜ powaŜnie dokończyła: - Wszystko się układa, jeśli chcemy, Ŝeby się ułoŜyło.
Spróbuj tylko, a będziesz szczęśliwy. Ja właśnie tak zamierzam zrobić...
Nie oglądając się za siebie, szybko wyszła z lokalu. MŜawka się skończyła i
wyszło słońce. Po czystym niebie płynęły obłoki.
Zatrzymała taksówkę i kazała się zawieźć jak najszybciej na Crombie Square.
W domu panowała taka cisza, Ŝe pomyślała, iŜ Sander wyszedł. Jednak przez
uchylone drzwi kuchni zobaczyła go stojącego przy oknie.
Na odgłos kroków odwrócił się powoli. Podeszła do niego, zarzuciła mu ręce
na szyję i mocno pocałowała w usta. Przez moment stał bez ruchu, ale juŜ po chwili
objął ją ramionami i odwzajemnił pocałunek z taką siłą i namiętnością, Ŝe nie po-
trzebowali słów, by wszystko sobie wyznać.
Po dłuŜszej chwili, chcąc zobaczyć jego twarz, odsunęła się od niego i
uśmiechając się pogłaskała go po policzku.
Sander pocałował jej dłoń i powiedział:
- Skoro zdecydowałaś się zostać ze mną, to powinniśmy obejrzeć pewien
dom...
Tall Trees, z porośniętymi dzikim winem ścianami, kaflowymi piecami i
staromodnymi okiennicami, przerósł oczekiwania Mii. Pełen światła, śpiewu ptaków,
przepełniony wiosennym zapachem, posiadał atmosferę, jaką tylko moŜe posiadać
wymarzony dom.
Tej nocy, spoczywając w ramionach Sandera, Mia spytała:
- Sander... czy mogę ci zadać pytanie?
- Pytaj - mruknął rozleniwiony.
- Czy miedzy tobą a Rhodą coś było?
- Na miłość boską, nie - odparł bez wahania.
- Skąd ci to przyszło do głowy?
- Ojciec wspominał, Ŝe ona kiedyś... w tobie się kochała.
- Zawsze odczuwałem z tego powodu lekkie wyrzuty sumienia, ale nigdy jej
nie zwodziłem... Jesteś jedyną kobietą, której miłości zawsze pragnąłem.
Odwróciła się i pocałowała go w policzek.
- Nie mogłam ci tego powiedzieć poprzedniej nocy, poniewaŜ obawiałam się,
Ŝ
e i tak mi nie uwierzysz. Kocham cię. Jesteś całym moim Ŝyciem, ale ty...
- urwała, by po chwili stwierdzić z wyrzutem:
- Sander... nigdy mi nie powiedziałeś, Ŝe mnie kochasz.
- Doskonale znasz moje uczucia. Zrozum, jesteś...
- zabrakło mu słów. Ale jego oczy mówiły wszystko.
- Całe Ŝycie czekałem na kobietę taką jak ty! Zwinęła rękę w pięść i uderzyła
go lekko.
- Nie powiedziałeś mi tego.
Słysząc zawód w jej głosie, pocałował ją jeszcze raz i roześmiał się.
- Najpierw zabiorę cię z powrotem do Hongkongu i będziemy puszczać
latawce.