background image

 

background image

 

 
 
 
 
 

Washington Irving 

 

 

Upiorny narzeczony 

 

 

przełożyła Aldona Szpakowska 

 
 

…………………………………………………... 

 
 

Fundacja  FESTINA  LENTE 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 
 
 
 
 
 
 
 
Na szczycie jednego ze wzgórz Odenwaldu, dzikiej, 
romantycznej krainy, w górnych Niemczech, 
znajdującej się niedaleko miejsca, gdzie Men łączy się z 
Renem, stał przed wielu, wielu laty zamek barona von 
Landshort. Obecnie obrócił się już w ruinę, schowany – 
pochowany nieledwie – wśród buków i ciemnych 
świerków. Jednakże ponad drzewami wciąż jeszcze 
widzieć można starą wieżę, a ta podobnie jak dawny 
właściciel, o którym wspominamy, wysoko nosi głowę i 
z góry spogląda na okolicę.  

Baron był suchą gałęzią wielkiego rodu 

Katzenellenbogen (czyli Kociłokieć – nazwisko możnej 
w dawnych czasach rodziny, zamieszkującej te okolice. 
Imię to – jak nam powiedziano – nadane zostało w 
komplemencie jednej damie, która nie miała sobie 
równych w owej rodzinie, sławionej z powodu pięknych 
ramion) i odziedziczył resztki majątku oraz całą dumę 
swych pradziadów. Choć wojownicze usposobienie jego 
przodków uszczupliło bardzo rodzinne dobra, baron 
nieustannie zabiegał o to, by zachować pozory dawnej 
wspaniałości.  

background image

Czasy były spokojne i germańscy wielmoże 

porzucili na ogół swe niewygodne, stare zamczyska, 
przycupnięte jak gniazda orle wśród gór, i budowali 
sobie wygodniejsze rezydencje w dolinach, ale baron 
pozostał zamknięty dumnie w swej forteczce, z 
dziedziczną zaciekłością pielęgnując stare rodowe 
waśnie – żył w niezgodzie z niektórymi spośród 
najbliższych sąsiadów z powodu sporów, jakie toczyli 
między sobą ich pradziadowie.  

Baron miał tylko jedno dziecię – córkę; ale natura, 

kiedy daje tylko jedno dziecko, wynagradza to zawsze, 
czyniąc je fenomenem. I tak też było z córką barona. 
Wszystkie niańki, kumy i kuzynki zapewniały barona, 
że w całych Niemczech nie znajdzie dziewczyny równie 
urodziwej. No, a kto mógł wiedzieć lepiej niż one? Co 
więcej, wychowywały ją z wielkim staraniem dwie 
ciotki, panny, które kiedyś spędziły kilka lat życia na 
jednym z małych dworów niemieckich i tam posiadły 
arkana wszelkiej wiedzy, których znajomość niezbędną 
była dla młodej damy. Pod ich instrukcjami cudownie 
rozwinęła swe talenty. Nim doszła do lat osiemnastu, 
umiała haftować nad podziw i przedstawiała na obiciach 
całe historie świętych, nadając taką siłę ekspresji ich 
obliczom, że wyglądali jak czyśćcowe dusze. Umiała 
czytać bez wielkich trudności i przesylabizowała kilka 
legend kościelnych i prawie wszystkie rycerskie cuda 
Heldenbuchu  [Heldenbuch – księga bohaterów. 
Książka ta, wydrukowana w Niemczech w końcu XV 
wieku, opisuje czyny niektórych bohaterów – 
objaśnienie autora].   

background image

 . Poczyniła nawet godne uwagi postępy w pisaniu: 

potrafiła podpisać się, nie opuszczając ani jednej literki, 
a przy tam tak wyraźnie, że jej ciotki nie potrzebowały 
okularów, by odczytać ten podpis. Celowała w 
tworzeniu eleganckich, nieprzydatnych na nic 
kobiecych cacek wszelkiego rodzaju; biegle tańczyła 
najbardziej skomplikowane tańce współczesne; grała na 
harfie i gitarze; wiele melodii znała na pamięć i 
wszystkie tkliwe ballady minneliederów.  

Poza tym jej ciotki – jako że za młodych lat wielkie 

z nich były kokietki i zalotnice – nadawały się wybornie 
na stróżów niewinności i na surowych cenzorów 
postępowania bratanicy; nie ma bowiem opiekunki tak 
nieustępliwie przezornej, tak nieubłaganie przyzwoitej 
jak kokietka.   

Rzadko kiedy spuszczały ją z oka; nigdy nie 

pozwalały wydalać się poza granice ziem zamkowych, 
chyba że pod dobrą opieką, a raczej pod czujną strażą. 
Musiała nieustannie wysłuchiwać peror na temat 
przyzwoitości i bezwzględnego posłuchu, a jeśli chodzi 
o mężczyzn... ach, nauczono ją trzymać się od nich w 
takim oddaleniu, odnosić się z taką nieufnością, że – 
jeśli nie otrzymała właściwego rozkazu – nie rzuciłaby 
okiem na najprzystojniejszego kawalera... o nie, choćby 
nawet konał u jej stóp.   

Dobre skutki takiego systemu były widoczne. 

Panna mogła służyć za wzór uległości i poprawności. 
 Podczas gdy inne trwoniły swe wdzięki w blasku 
światowego życia i każda dłoń mogła je zerwać i 
odrzucić, ona zakwitała barwami nieśmiałej, świeżej 

background image

kobiecości pod opieką tych czystych starych panien 
niby pączek róży wśród strzegących go cierni. Ciotki 
spoglądały na nią z dumą i radosnym uniesieniem, 
chełpiąc się, że chociażby wszystkie panny całego 
świata miały zejść na złą drogę, to jednak – Bogu 
dzięki! – nic takiego nie może się nigdy zdarzyć 
dziedziczce Katzenellenbogen.  

Choć baron von Landshort niebogato wyposażony 

był w dzieci, rodziny jego bynajmniej nie można zwać 
małą, gdyż Opatrzność hojnie obdarzyła go ubogimi 
krewnymi. Każdy z nich z osobna i wszyscy razem 
odznaczali się czułym usposobieniem, właściwym 
ubogim krewnym na całym świecie. Niezwykle byli 
przywiązani do barona i korzystali z każdej nadarzającej 
się okazji, by przybywać tu całymi rojami i ożywiać 
zamczysko. Zacni ci ludzie celebrowali wszelkie 
uroczystości rodzinne (na koszt barona), a kiedy 
wezbrała w nich ochota i wesele, oświadczali, że na 
całym świecie nie ma nic rozkoszniejszego nad te 
rodzinne spotkania – festyny serca.  

Baron, choć niepozornej postaci, wielki był duszą, a 

ta pęczniała z zadowolenia, gdy czuł, że jest 
największym człowiekiem w całym otaczającym go 
światku. Z zamiłowaniem opowiadał długie historie o 
dawnych rycerzach, których ciemne portrety ponuro 
patrzyły ze ścian, i nigdzie nie znajdowały słuchaczy 
równie chętnych jak ci, co jedli u jego stołu. 
Interesowały go niezmiennie wszelkie dziwy i cuda i 
święcie wierzył w nadprzyrodzone historie, jakie wiążą 
się z każdą doliną i każdym pagórkiem w Niemczech. 

background image

Lecz wiara jego gości przewyższała nawet jego własną: 
każdej cudownej opowieści słuchali z szeroko 
otwartymi oczami i ustami, a zdumiewali się zawsze – 
nawet gdy ją powtarzał po raz setny.   

Tak oto żył baron von Landshort, wyrocznia u 

swego stołu, absolutny monarcha na swym małym 
terytorium, szczęśliwy przede wszystkim dlatego, iż 
żywił przekonanie, że jest najmędrszym człowiekiem 
swoich czasów.   

W chwili gdy rozpoczyna się moja opowieść, na 

zamku odbywa się wielkie zgromadzenie rodzinne z 
powodu wydarzenia najwyższej wagi. Oto przyjąć mają 
przyszłego męża córki barona. Pomiędzy baronem a 
starym wielmożą z Bawarii toczyły się negocjacje, by 
przez małżeństwo ich dzieci połączyć splendor obu 
domów. Z wielką skrupulatnością przeprowadzono 
wstępne kroki. Młodzi ludzie zostali zaręczeni, nie 
widząc się wzajem, wyznaczono termin ceremonii 
ślubnej, odwołano w tym celu z wojska młodego 
hrabiego von Altenburg i obecnie był ono już w drodze 
do zamku barona, by połączyć się ze swą oblubienicą. Z 
Wartburga, gdzie go coś zatrzymało, przysłał 
wiadomość, zapowiadając dzień i prawdopodobną 
godzinę swego przyjazdu.  

W zamku czyniono gorączkowe przygotowania, 

aby godnie go przyjąć. Piękną narzeczoną wystrojono z 
niezwykłym staraniem. Dwie ciotki czuwały nad jej 
toaletą i cały poranek kłóciły się o każdy szczegół jej 
stroju. Panna korzystała z tych sprzeczek, aby iść za 
własnym gustem, a na szczęście miała dobry gust. 

background image

Bardziej uroczej oblubienicy nie mógłby wymarzyć 
sobie narzeczony. Wzruszenie wywołane oczekiwaniem 
potęgowało jeszcze blask jej urody.  

Rumieniec oblewający jej twarz i szyję, łagodne 

falowanie piersi, oczy zatopione w marzeniach – 
wszystko to zdradzało słodki zamęt panujący w jej 
serduszku. Ciotki nieustannie krążyły wokół niej, gdyż 
ciotki - panny interesują się zawsze głęboko sprawami 
tej natury. Nie szczędziły jej światłych rad, jak ma się 
sprawować, co mówić, jak witać oczekiwanego 
kochanka.  

Baron był niemniej żywo zajęty przygotowaniami. 

Prawdę mówiąc, nie miał właściwie nic do roboty, ale z 
natury był ruchliwym i hałaśliwym człowiekiem i nie 
mógł pozostawać bezczynny, gdy wszyscy wokoło 
uwijali się w pośpiechu.  

Z wyrazem troski na obliczu przemierzał cały 

zamek od góry do dołu i z dołu do góry; nieustannie 
odrywał swe sługi od pracy, upominając ich, by pilnie 
pracowali; brzęczał w każdym hallu i w każdej 
kompanii, tak pracowicie bezczynny i tak 
naprzykrzający się jak błękitna mucha w ciepły, letni 
dzień.  

Tymczasem zabito już tucznego cielca; po lesie 

niosły się nawoływania myśliwych; kuchnię wypełniała 
obfitość wspaniałego jadła; z piwnic wytoczono całe 
oceany wina reńskiego i importowanego; nawet na 
wielką bekę z Heidelbergu [Beka z Heidelbergu – w 
jednej z piwnic zrujnowanego zamku heidelberskiego 
znajduje się ogromna beczka o pojemności 221276 

background image

litrów – objaśnienie autora] nałożono kontrybucję. 
Wszystko przygotowano, aby przyjąć dostojną osobę w 
duchu prawdziwej niemieckiej gościnności – ale osoba 
ta opóźniała swe przybycie.  

Godzina mijała za godziną. Słońce, które od 

niedawna lało strumień skośnych promieni na bujny las 
Odenwaldu, przyświecało już tylko zza szczytów gór. 
Baron wspiął się na najwyższą wieżę i wytężył wzrok w 
nadziei, że dojrzy w oddali hrabiego i jego orszak. 
Zdawało mu się w pewnej chwili, że ich widzi; z doliny 
przypłynął dźwięk rogów i zbudził echa w górach. 
Daleko, w dole ujrzał grupę konnych, powoli 
nadjeżdżających drogą, ale kiedy zbliżyli się niemal do 
stóp góry, nagle skręcili w innym kierunku, Ostatni 
słoneczny promień zgasł... w półmroku latały 
nietoperze... droga ciemniała coraz bardziej i nie było 
na niej widać nikogo, tylko czasem jakiś wieśniak wlókł 
się ciężko do domu po pracy.   

Gdy w starym zamczysku Landshort panował 

niepokój wyczekiwania, w innej części Odenwaldu 
działo się coś niezmiernie interesującego. Młody hrabia 
von Altenburg odbywał swą podróż rozsądnym, żółwim 
krokiem, jakim mężczyzna śpieszy ku małżeństwu, 
kiedy przyjaciele zdejmują mu z głowy cały kłopot i 
ryzyko zalotów, a na końcu jego podróży oblubienica 
czeka na niego tak pewnie jak obiad. W Wartburgu 
spotkał wracającego z wojska towarzysza broni, z 
którym wspólnie walczył na froncie, młodego Hermana 
von Starkenfaust, jednego z najdzielniejszych i 
najsilniejszych rycerzy niemieckich. Zamek jego ojca 

background image

leżał niedaleko starej fortecy Landshort, jednakże obie 
rodziny nie znały się i żywiły do siebie wrogie uczucia z 
powodu odziedziczonej waśni rodowej.   

W radosnej chwili spotkania młodzieńcy 

opowiadali sobie wszystkie swoje przygody, a hrabia 
rozwodził się na temat zamierzonego małżeństwa z 
młodą damą, której nigdy nie widział, ale o której 
urodzie i wdziękach słyszał porywające relacje.   

Ponieważ przyjaciele dążyli w tym samym 

kierunku, zgodzili się razem odbyć resztę podróży i – by 
uniknąć pośpiechu – o wczesnej godzinie wyruszyli z 
Wartburga. Hrabia polecił przedtem swej drużynie, aby 
udała się za nim i dogoniła go.   

Skracali sobie czas podróży wspomnieniami 

przygód i wydarzeń wojennych, ale hrabia bywał 
niekiedy nudnawy, powtarzając to, co słyszał o 
wdziękach swej oblubienicy i marząc o szczęściu, 
jakiego z nią zazna.   

Tak więc znaleźli się wśród wzgórz Odenwaldu; 

przejeżdżali jednym z najbardziej odludnych i 
najgęściej zalesionych wąwozów. Wiadomo 
powszechnie, że jak w zamkach germańskich straszyły 
duchy, tak w lasach grasowali zbójcy, a w owych 
czasach zbójców była niezmierna obfitość, gdyż hordy 
rozpuszczonych z wojska żołnierzy wałęsały się po 
kraju. Nie było więc w tym nic nadzwyczajnego, że z 
leśnych ostępów wypadła banda owych włóczęgów i 
rzuciła się na naszych kawalerów. Bronili się mężnie, 
ale ulegliby w nierównej walce, gdyby drużyna 
hrabiego nie przybyła na pomoc. Na ich widok zbójcy 

background image

pierzchli, zadawszy jednak wprzódy śmiertelną ranę 
hrabiemu. Z największą ostrożnością przewieziono go 
do Wartburga i z sąsiedniego klasztoru wezwano 
braciszka, który słynął ze sztuki leczenia zarówno ciała, 
jak ducha, lecz ta pierwsza umiejętność nie zdała się na 
nic, gdyż chwile życia nieszczęsnego młodzieńca były 
już policzone.  

Ostatkiem sił błagał przyjaciela, by natychmiast 

wyruszył do zamku Landshort i zawiadomił, że to 
śmierć uniemożliwiła mu dotrzymanie słowa i 
przybycie na spotkanie z oblubienicą. Ten nie 
najbardziej ognisty z kochanków był jednym z 
najsłowniejszych ludzi i z przejęciem nalegał, aby jak 
najśpieszniej i najukładniej dopełniono tej misji.  

–Dopóki to się nie stanie – rzekł – nie zasnę 

spokojnie w grobie.  

Powtarzał te słowa ze szczególną powagą. W tych 

okolicznościach nie można było wahać się ani chwili. 
Starkenfaust starał się go uspokoić, zapewniał 
uroczyście, że wiernie wypełni jego życzenie i podał mu 
rękę na znak solennej obietnicy. Umierający uścisnął 
mu prawicę, przyjmując przyrzeczenie, ale potem znów 
popadł w delirium. Bredził coś o swej narzeczonej, 
zaręczynach, o danym słowie, kazał podać sobie konia, 
chcąc jechać do zamku w Landshort i wyobrażając 
sobie, że wskakuje na siodło, wyzionął ducha.  

Starkenfaust westchnął ciężko i uronił żołnierską 

łzę nad niewczesnym zgonem towarzysza, a potem 
zadumał się nad niewdzięcznym zadaniem, jakie na 
siebie przyjął. Serce miał ciężkie i umysł zatroskany, 

background image

wypadło mu bowiem stawić się we wrogim domu jako 
gość nieproszony i mącić wesele jego mieszkańców 
straszliwą wiadomością. Ale jednocześnie budziła się w 
nim chęć zobaczenia słynnej piękności z rodu 
Katzenellenbogen, tak troskliwie ukrywanej przed 
światem. Był on bowiem wielbicielem płci nadobnej i w 
charakterze jego leżała przedsiębiorczość, jak również i 
odrobina ekscentryczności, z czego wypływało 
zamiłowanie do wielkich, osobliwych przygód.  

Przed wyjazdem ułożył się z bractwem zakonnym 

co do uroczystości pogrzebowych przyjaciela. Miał on 
być pochowany w katedrze w Wartburgu, gdzie 
spoczywało już kilku jego wielkich przodków. Orszak 
hrabiego objął straż przy jego śmiertelnych szczątkach.  

Czas już najwyższy powrócić do starożytnej 

rodziny Katzenellenbogen, która z wielką 
niecierpliwością wyglądała gościa, a z jeszcze większą 
obiadu. Czas też najwyższy powrócić do naszego, 
zacnego barona, który – gdyśmy się z nim rozstawali – 
zażywał wieczornego chłodu na wieży zamkowej.  

Noc już zapadła, gość się nie zjawił. Baron w 

rozpaczy zszedł z wieży. Niepodobna już było odkładać 
bankietu, przesuwanego wciąż z godziny na godzinę. 
Mięsiwa były już niemal spalone, kucharze padali z 
nóg, a domownicy wyglądali jak wygłodzona załoga 
oblężonej twierdzy. Baron więc, acz z niechęcią, wydał 
dyspozycje, by podano potrawy, nie czekając na gości. 
Wszyscy zgromadzili się już u stołu j rozpoczęto ucztę, 
kiedy odgłos rogu zza bramy obwieścił czyjeś 
przybycie. Odezwał się raz jeszcze, długo, przeciągle. 

background image

Zawtórowały mu echem podworce starego zamczyska i 
odpowiedział strażnik z murów. Baron pośpieszył na 
spotkanie swemu przyszłemu zięciowi.  

Spuszczono już most zwodzony; nieznajomy stał 

przed bramą. Był to wysoki, postawny młodzieniec na 
czarnym rumaku. Twarz miał bladą z wyrazem 
spokojnej melancholii i romantyczne, płonące oczy.  

Dotknęło barona, że przybył tak skromnie, sam 

jeden. Przez chwilę urażona duma kazała mu uznać to 
za brak poszanowania dla uroczystego momentu i 
godności rodziny, z którą miał wejść w koligacje. 
Uspokoił się jednak, gdy przyszło mu na myśl, że 
zapewne młodzieńcza niecierpliwość kazała mu 
popędzić konia i wyprzedzić swą drużynę.   

– Przepraszam – rzekł nieznajomy – że o tak 

niewłaściwej porze...  

Lecz baron zalał go potokiem dwornych słów 

powitania, bo – prawdę mówiąc –szczycił się i swą 
uprzejmością, i elokwencją. Parę razy młodzieniec 
usiłował mu przerwać, ale na próżno. Skłonił więc 
głowę i pozwolił jego wymowie płynąć bez przeszkód. 
Doszli do wewnętrznego dziedzińca zamkowego, nim 
baron skończył powitanie. Młodzieniec znowu chciał 
coś rzec, ale przeszkodziło mu pojawienie się orszaku 
kobiet, które prowadziły zarumienioną, opierającą się 
pannę młodą. Patrzył na nią przez chwilę jak urzeczony; 
zdawało się, że cała jego dusza wypłynęła w tym 
spojrzeniu i spoczęła na uroczej postaci.   

Jedna z ciotek szepnęła jej coś na ucho, widać było, 

że oblubienica czyni wysiłek, by przemówić, nieśmiało 

background image

podniosła powieki błękitnych oczu, rzuciła krótkie, 
badawcze spojrzenie na nieznajomego i natychmiast 
wbiła wzrok w ziemię. Nie powiedziała nic, ale słodki 
uśmiech wygiął jej wargi, świadcząc, że nie doznała 
zawodu. Niepodobna zresztą wyobrazić sobie, aby 
dziewczynie w czarownej, osiemnastej wiośnie życia, 
wyczekującej miłości i małżeństwa, mógł nie przypaść 
do serca tak piękny kawaler.   

Późna pora przyjazdu gościa nie pozwoliła nawet 

na chwilę rozmowy. Baron z całą stanowczością odłożył 
do rana wszelkie szczegółowe wyjaśnienia i powiódł 
gościa na bankiet, który odbywał się w wielkiej sieni 
zamkowej.   

Na ścianach wisiały sczerniałe portrety 

bohaterskich antenatów barona oraz trofea zdobyte 
przez nich na wojnie i na łowach. Pocięte pancerze, 
popękane włócznie, podarte chorągwie widniały obok 
łupów leśnych wypraw. Spomiędzy kusz i toporów 
wojennych połyskiwały straszliwe szczęki wilka, kły 
dzika, a wprost nad głową młodego oblubieńca 
wychylała się para ogromnych rogów jelenich.   

Nasz kawaler niewiele uwagi poświęcał 

towarzystwu i biesiadzie. Zaledwie pokosztował uczty; 
wydawał się całkowicie zatopiony w podziwianiu swej 
oblubienicy. Mówił do niej ściszonym tonem, tak że 
słowa jego nie dobiegały do uszu sąsiadów. Język 
miłości bowiem nigdy nie bywa głośny. Ale czy jest na 
świecie dziewczyna lub kobieta o tak tępym słuchu, by 
nie doleciał do niej najcichszy szept kochanka? 
Zdawało się, że powaga i czułość zarazem bijące z jego 

background image

zachowania robiły ogromne wrażenie na młodej damie. 
Kiedy słuchała w głębokim skupieniu, rumieniec i 
bladość na przemian okrywały jej policzki.  

Od czasu do czasu rzucała nieśmiało jakąś 

odpowiedź, a kiedy młodzieniec odrywał od niej wzrok, 
wtedy długo spod oka spoglądała mi jego romantyczną 
postać, wydając łagodne westchnienia cichego 
szczęścia. Widocznym było, że młoda para zakochała 
się w sobie bez pamięci. Ciotki – znające się doskonale 
na tajemnicach serca – orzekły, że to miłość od 
pierwszego wejrzenia.  

Bankiet przebiegał wesoło, a w każdym razie 

hucznie, gdyż wszyscy goście poszczycić się mogli 
ogromnym apetytem, jakim niezawodnie darzy lekka 
kiesa i górskie powietrze. Baron zabawiał obecnych 
swymi najlepszymi i najdłuższymi historyjkami, a nigdy 
przedtem nie udało mu się opowiedzieć ich tak dobrze i 
wywołać tak wielkiego wrażenia. Jeśli była to opowieść 
o czymś niezwykłym – słuchacze niemieli z podziwu, a 
jeśli zabawna – śmiali się zawsze w odpowiednim 
miejscu. Baron co prawda, jak większość wielkich 
ludzi, był tak poważny i godny, że jeśli powiedział jakiś 
dowcip, to na pewno ciężki, choć i na to musiał 
wychylić puchar wspaniałego hochmeinera. Jednak 
dowcip, nawet ciężki, ale wypowiedziany u własnego 
stołu, zakropiony pysznym, starym winem, ma siłę 
nieodpartą. Wiele doskonałych anegdot padło również z 
ust krewnych uboższych fortuną i polotem, lecz facecje 
te nie zniosłyby powtórzenia, chyba że w podobnej 
sytuacji. W uszka kobiet szeptano wiele chytrych 

background image

słówek, po których słuchaczki dławiły się – od 
tłumionego śmiechu, a parę piosnek, jakie zaśpiewał, a 
raczej zaryczał, biedny, lecz wesoły kuzyn barona, 
zmusiło ciotki do skrycia twarzy za wachlarzem.  

Osobliwy gość zachował wśród tej wesołej uczty 

szczególną jakąś powagę – zupełnie nie na miejscu. W 
miarę upływu godzin twarz jego przybierała wyraz 
coraz głębszego frasunku i choć to może się wydać 
dziwne, nawet żarty barona zdały się budzić w nim 
tylko melancholię. Chwilami pogrążał się w zadumie, 
chwilami znów niespokojnie błądził wokół spojrzeniem, 
które zdradzało jakąś troskę. Jego rozmowy z 
narzeczoną stawały się coraz poważniejsze i coraz 
bardziej tajemnicze. Na jej pięknym, jasnym czole 
zdawały się gromadzić chmury, a delikatną postać 
przebiegało drżenie.  

Wszystko to nie mogło ujść uwagi kompanii. 

Niezrozumiały smutek narzeczonego mroził ich 
wesołość, więcej – udzielał się im. Wymieniali ze sobą 
szepty i spojrzenia, wzruszali ramionami, 
powątpiewająco potrząsali głowami. Coraz rzadziej 
rozbrzmiewała pieśń, coraz rzadziej dawał się słyszeć 
śmiech, milkły rozmowy, a potem zaczynano snuć 
straszliwe opowieści i przypominać legendy o 
nadprzyrodzonych zjawiskach. Jedna okropna historia 
wywoływała drugą jeszcze okropniejszą, a baron tak 
przeraził pewną damę, że omal nie wpadła w histerię, 
gdy opowiadał o upiornym jeźdźcu, który porwał piękną 
Leonorę. Ta niesamowita opowieść została później 

background image

spisana wspaniałym wierszem i teraz czyta ją i wierzy w 
nią cały świat.  

Narzeczony słuchał tej opowieści z głęboką uwagą. 

Nie spuszczał oczu z barona, a kiedy opowieść dobiegła 
końca, zaczął powoli podnosić się z krzesła. Stawał się 
coraz wyższy i wyższy, aż wpółprzytomnym oczom 
barona wydał się olbrzymem. Gdy baron skończył 
opowiadać, narzeczony wydał ciężkie westchnienie i 
uroczyście pożegnał się z towarzystwem. Zapanowało 
zdumienie. Baron był jak rażony gromem.   

Co? Chce opuścić zamek w nocy? Dlaczego? 

Przecież na zamku gotowe wszystko na jego przyjęcie. 
Jeśli chce odpocząć, niech idzie do komnaty, którą dla 
niego przygotowano.   

Gość ponuro i tajemniczo potrząsnął głową.   
– Dzisiejszej nocy w innej komnacie złożyć muszę 

głowę!   

Coś w jego odpowiedzi i w tonie głosu sprawiło, że 

w baronie serce niemal zamarło. Zebrał wszystkie siły 
ducha i ponowił gościnne nalegania. Gość w milczeniu, 
lecz zdecydowanie potrząsał głową po każdej 
propozycji gospodarza i machając ręką na pożegnanie, 
powoli wyszedł z hallu. Ciotki dosłownie skamieniały, 
narzeczona zwiesiła głowę, łza napłynęła jej do oczu.   

Baron podążył za swym gościem na wielki 

podwórzec zamkowy, gdzie czarny rumak grzebał 
kopytem ziemię i parskał z niecierpliwości. Kiedy 
doszli do bramy, której głęboka wnęka słabo była 
oświetlona blaskiem pochodni, gość zatrzymał się i 

background image

przemówił grobowym głosem, któremu sklepione mury 
nadawały jeszcze bardziej głębokie brzmienie. 

– Teraz, kiedy jesteśmy sami – rzekł – czas 

wyjawić powód mego wyjazdu. Mam naznaczone 
spotkanie, którego nie da się odłożyć…  

– Ale dlaczego – przerwał baron – nie możesz 

posłać kogoś w zastępstwie?   

– Nie może być zastępcy... muszę przyjść 

osobiście... muszę jechać do katedry w Wartburgu...  

– Ach, tak – odparł baron, zdobywając się na 

odwagę – ale dopiero jutro. Jutro zawieziesz tam swoją 
narzeczoną.   

– Nie, nie – odparł nieznajomy, jeszcze bardziej 

uroczyście – nie jadę spotkać się z 
narzeczoną... Robaki... robaki mnie oczekują. Jestem 
umarły! Zabili mnie zbójcy... ciało moje spoczywa w 
katedrze... O północy mają mnie pochować. Grób na 
mnie czeka... Muszę się stawić, muszę się stawić.   

Skoczył na rumaka, przemknął po moście – tętent 

kopyt rozpłynął się w poświacie nocnej wichury.   

W najwyższej konsternacji powrócił baron do sieni 

i zdał sprawę z tego, co zaszło. Dwie panie z miejsca 
zemdlały; innym zrobiło się niedobrze na myśl, że 
ucztowały z upiorem. Niektórzy sądzili, że to musiał 
być leśny starzec, sławiony przez niemieckie legendy. 
Niektórzy wspominali o duchach gór, o leśnych 
demonach i innych nadprzyrodzonych istotach, które od 
niepamiętnych czasów dręczą lud Germanii. Jeden z 
biednych krewnych ośmielił się napomknąć, że może 
temu młodemu kawalerowi zachciało się po prostu 

background image

spłatać figla, bo tak ponury dowcip licowałby doskonale 
z tą ponurą osobą.  

Słowa te wywołały oburzenie całego towarzystwa, 

a zwłaszcza barona, który spojrzał na mówiącego jak na 
heretyka, tak że tamtemu pozostało tylko odwołać jak 
najśpieszniej swą herezję i powrócić na łono 
prawdziwej wiary. 

Ale następnego dnia kres tym wszystkim 

wątpliwościom położyło przybycie wysłańców, którzy 
potwierdzili wiadomość o zamordowaniu młodego 
hrabiego i o jego pogrzebie w wartburskiej katedrze.  

Łatwo można sobie wyobrazić przerażenie na 

zamku. Baron zamknął się w swej komnacie. Goście, 
którzy przybyli, by dzielić z nim jego radość, nie mogli 
nawet pomyśleć o tym, by go opuścić w niedoli. 
Chodzili po zamku albo zbierali się grupkami w hallu, 
potrząsając głowami lub wzruszając ramionami nad 
nieszczęściem tak zacnego człowieka i dłużej niż 
zwykle przesiadywali przy stole, więcej niż zwykle pili 
i jedli, chcąc pokrzepić ducha w tym zmartwieniu. Ale 
najżałośniejszą była dola owdowiałej panny młodej. 
Stracić męża, nim go nawet objęła w uścisku! I to 
takiego męża! Skoro upiór był tak szlachetny i pełen 
wdzięku, czymże musiał być żyjący człowiek! Po całym 
zamku rozbrzmiewały jej lamenty. 

Wieczorem drugiego dnia swego wdowieństwa 

udała się na spoczynek do sypialni w towarzystwie 
jednej z ciotek, która nie chciała pozostawić jej samej 
na noc. Ciotce tej mało kto w całej Germanii mógł 
sprostać w opowiadaniu historii o duchach. Owego 

background image

wieczoru zabrała się do najdłuższej z całego swego 
repertuaru i zasnęła w trakcie opowiadania.  

Komnata znajdowała się z dala od innych, a jej 

okna wychodziły na niewielki ogród. Dziewczyna w 
zadumie patrzała na promienie księżycowe, drżące na 
liściach osiki przed jej oknem. Zegar zamkowy 
wydzwaniał właśnie północ, kiedy z ogrodu dobiegły ją 
ciche tony muzyki. Zerwała się z łóżka i cicho podeszła 
do okna. Wśród cieni drzew stał ktoś wysoki, a kiedy 
podniósł głowę, promień księżyca oświetlił twarz.  

O nieba! To Upiorny Narzeczony! W tym 

momencie ciszę rozdarł przeraźliwy krzyk i w ramiona 
jej padła ciotka, która zbudzona muzyką, podeszła do 
okna. Kiedy spojrzała ponownie w ogród, widma już nie 
było. Z dwu kobiet ciotka bardziej potrzebowała 
pomocy, gdyż z przerażenia dosłownie odchodziła od 
zmysłów. Co zaś się tyczy panny, to widok choćby 
tylko widma jej kochanka mile ją wzruszył. Tkwił w 
nim wciąż jeszcze urok pięknego młodzieńca, a choć 
cień człowieka nie może zaspokoić uczuć spragnionej 
miłości dziewczyny, to jednak w braku rzeczywistej 
osoby nawet to stanowi pewną pociechę.  

Ciotka oznajmiła, że nigdy więcej nie będzie spała 

w tym pokoju, a bratanica była w tym wypadku 
przeciwnego zdania i równie stanowczo oświadczyła, że 
nie będzie spała w żadnej innej komnacie. W rezultacie 
więc miała spać sama. Wymogła na ciotce 
przyrzeczenie, że nie będzie rozpowiadać tej historii, co 
pozbawiłoby pannę jedynej smutnej przyjemności, jaka 
jej jeszcze pozostała na tej ziemi, a mianowicie 

background image

mieszkania w pokoju, nad którym opiekuńczy cień jej 
ukochanego trzymał co noc straż.   

Nie wiadomo, jak długo zacna stara panna 

zdołałaby dochować obietnicy, z upodobaniem bowiem 
rozprawiała o rzeczach cudownych, a co to za triumf 
pierwszej opowiadać jakąś straszną historię. Wciąż 
jeszcze podaje się w sąsiedztwie jako pamiętny 
przykład kobiecej dyskrecji, że dochowała tajemnicy 
przez cały tydzień, a potem nagle przestało to już być 
potrzebne, gdyż pewnego poranka dowiedzieli się 
wszyscy podczas śniadania, że młoda panna zniknęła. 
Jej pokój był pusty, łóżko nietknięte, okno otwarte, a 
ptaszek – wyfrunął.   

Zdumienie i troskę, z jaką przyjęto tę wiadomość, 

mogą sobie wyobrazić tylko ci, którym zdarzyło się 
kiedyś być świadkami poruszenia, jakie nieszczęście 
wielkiego człowieka wywołuje wśród jego przyjaciół. 
Kiedy ciotka, którą ta niespodziewana wiadomość 
pozbawiła na chwilę mowy, załamała ręce i wrzasnęła: 
„Upiór! Upiór ją porwał!”, wtedy nawet ubodzy krewni 
przerwali na chwilę swe mozoły przy misie.   

Ciotka w paru słowach przedstawiła okropną scenę, 

jaką oglądała w ogrodzie i zakończyła opowiadanie 
spostrzeżeniem, że to upiór narzeczonego porwał swą 
oblubienicę. To straszliwe przypuszczenie wydało się 
wszystkim obecnym bardzo prawdopodobne, ponieważ 
takie wypadki zdarzały się w Niemczech niezmiernie 
często, o czym świadczy wiele wiarygodnych kronik.   

W jakiej opłakanej sytuacji znalazł się biedny 

baron! Serce kochającego ojca i członka wielkiego rodu 

background image

Katzenellenbogen pękało z bólu wobec dylematu, przed 
jakim stanął. Jego jedyna córka została porwana przez 
upiora do grobu albo też będzie miał za zięcia jakiegoś 
leśnego demona i być może całą gromadkę gnomów za 
wnuki.  

Zamęt zapanował w jego sercu i w jego zamku. 

Rozesłał konnych, by przeszukali każdą drogę, każdą 
ścieżkę, każdą dolinę Odenwaldu. Wciągnął buty, 
przypasał miecz i miał już dosiąść konia, by udać się 
samemu na niepewne poszukiwania, gdy przeszkodziło 
mu w tym niespodziane pojawienie się jakichś 
przybyszów. Ujrzano zbliżającą się do zamku damę na 
rumaku, w towarzystwie jeźdźca. Galopem podjechała 
do bramy, zeskoczyła z konia, padła do nóg barona i 
objęła jego kolana. To utracona córka i Upiorny 
Narzeczony! Baron popatrzył na córkę, potem na 
widmo – własnym oczom nie wierzył. A i wygląd 
narzeczonego poprawił się znacznie od czasu jego 
wyprawy w świat duchów. Wspaniały strój podkreślał 
piękno jego męskiej postaci. Nie był już blady ani 
smutny. W pięknej twarzy płonął żar młodości, z 
wielkich, czarnych oczu tryskała radość.   

Wkrótce wyjaśniła się zagadka. Młodzieniec (bo 

przecież domyślacie się chyba wszyscy, że nie był to 
żaden upiór!) przedstawił się jako Herman von 
Starkenfaust.   

Opowiedział o swym spotkaniu z młodym hrabią, o 

tym, jak śpieszył do zamku jako zwiastun niepożądanej 
nowiny, i jak elokwencja barona udaremniała mu 
wszelkie próby przedstawienia tego, co zaszło. 

background image

Powiedział, że młoda panna oczarowała go z 

miejsca i chcąc spędzić choć parę godzin w jej 
towarzystwie, nie wyprowadzał ich z błędu. Że biedził 
się nad tym, jak się wycofać z honorem, aż barona 
opowieści o duchach podsunęły mu pomysł 
niezwykłego pożegnania. Że obawiając się zadawnionej 
wrogości dwóch rodzin, powtarzał swe wizyty 
ukradkiem, nawiedzał ogród, wyczekując pod oknem 
panny i starając się zdobyć jej miłość. Wreszcie zdobył 
ją, uniósł w triumfie uwielbianą i poślubił.  

We wszystkich innych okolicznościach baron 

pozostałby nieugięty, bardzo bowiem był czuły, gdy w 
grę wchodził autorytet ojcowski i ze świętym uporem 
prowadził rodowe waśnie. Stary baron kochał jednak 
córkę, a opłakawszy jej stratę, ucieszył się, że odnalazł 
ją żywą i chociaż jej mąż należał do wrogiego rodu, 
przecie, Bogu dzięki, nie był upiorem. Trzeba 
wprawdzie przyznać, ze w figlu, jaki mu spłatał rycerz, 
podając się za ducha, było coś, co niezupełnie godziło 
się z jego pojęciem prawdomówności, ale kilku 
przyjaciół barona, obecnych w tym momencie, 
zapewniało go, że w miłości wszelkie fortele są 
dopuszczalne i że kawaler zasługuje na specjalne 
przywileje, ponieważ ostatnio służył w wojsku.   

Tak więc sprawa ułożyła się pomyślnie. Baron od 

razu przebaczył młodej parze. Wesele na zamku 
rozpoczęło się na nowo. Ubodzy krewni podbijali 
nowego członka rodziny serdeczną miłością, był to 
bowiem tak rycerski kawaler, tak szlachetny i... tak 
bogaty! Ciotki, to prawda, były trochę urażone, że ich 

background image

system surowego odosobnienia i bezwzględnego 
posłuszeństwa wydał takie złe owoce, ale przypisały to 
wszystko temu, że zapomniały okratować okna. Jedną z 
nich szczególnie dręczyło to, że jej cudowna opowieść 
została zniweczona i że jedyny upiór, jakiego 
kiedykolwiek widziała, nie był prawdziwym upiorem. 
Bratanica jednakże wydawała się bardzo zadowolona z 
tego, że okazał się młodzieńcem z krwi i kości – i na 
tym koniec naszej opowieści.  

 
 
 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 

Washington Irving 

Upiorny narzeczony 

Tytuł oryginału: 

The Specter Bridegroom 

 

Redakcja: Anna Ołdak 

 

Projekt okładki: 

STUDIO OŻYWIANIA KSIĄŻKI KARTALIA 

 

FUNDACJA FESTINA LENTE  

Warszawa 2013 

 

ISBN 978-83-7904-385-9 

 

Fundacja Festina Lente 

ul. Nowoursynowska 160B/7 

02-776 Warszawa 

 
 
 

 

www.festina-lente.org.pl

 

 
 

 

www.chmuraczytania.pl

 

 
 

 

www.eLib.pl