background image

 

background image

Pedersen Bente 

 

Roza znad Fiordów 22 

 

Płomienie w nocy 

 
 
 
 
 
 

Roza wiedziała, że coś musiało się wydarzyć kiedy w środku nocy 
obudził ją tętent końskich kopyt. Całe tegoroczne zbiory stanęły w 
płomieniach! Palił się magazyn tytoni! Kto za tym stał? Kto tak źle im 
życzył? Mężczyzna z pejczem? Roza musiała uciekać, jej i dzieciom 
groziło śmiertelne niebezpieczeństwo. Czuła na plecach oddech 
wroga, nie miała chwili do stracenia... 

 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Rozdział 1 
- Sądziłaś, że tu będziesz miała spokój, prawda? Ze cię tu nie 
znajdę... 
Tak dawno nie słyszałam jej śmiechu, że nie wierzyłam własnym 
uszom. Ale miała rację. Rzeczywiście, byłam przekonana, że 
tutaj mnie nie znajdzie. Że jej wpływ nie sięga poza Norwegię. Ze 
w Ameryce nareszcie będę miała spokój. 
Uciekłam. 
- Nie odzywasz się już do mnie, Rozo - mówi. W jej głosie brzmi 
łagodna wymówka. Jakby bawił ją fakt, że już jej nie potrzebuję. 
-Nadejdzie jeszcze dzień, kiedy wrócimy do naszych rozmów - 
ciągnie dalej, przekonana, że tak rzeczywiście będzie. 
Jest bardziej pewna swego niż ja. Bo ja żyję z dnia na dzień. A 
ona, Natalia, wydaje się być wieczna... 
Postanowiłam nazywać ją Natalia. Właściwie nie zastanawiam 
się już, kim naprawdę jest. Czy raczej była. Kiedy się 
poznałyśmy, uznałam, że jest moją przyjaciółką. Mimo że 
zawieranie przyjaźni nie przychodzi mi łatwo. Kobiety się mnie 
boją. A chociaż lubię przebywać w towarzystwie mężczyzn, to 
 

background image

zaprzyjaźnić się z nimi nie potrafię. Możliwe, że moim 
przeznaczeniem jest samotność. Muszę więc być silna. 
I wtedy nagle zjawia się ona. Zupełnie niespodziewanie. Kiedy 
już pogodziłam się ze swoją samotnością. Kiedy pustka wokół 
mnie ciągnie się po horyzont i zaczynam się bać wszystkiego, 
nadchodzącego zmierzchu i podążających za nim cieni. Ona 
niesie ze sobą światło, a ja cieszę się na. te chwile, które gotowa 
jest ze mną spędzić, na nasze chwile. Nie mam na nią żadnego 
wpływu, rzadko rozumiem, czego naprawdę ode mnie chce. 
- Kiedy się zestarzejesz, Rozo, wtedy będziesz miała dla mnie 
czas - mówi. - I dla innych - dodaje. - Wtedy będziemy mogły 
wymieniać się myślami. Kiedy zrozumiesz, że młodzi są zbyt 
zajęci, by poświęcać tobie swój cenny czas, by dopuścić cię do 
siebie. 
- Nie będę żyła tak długo, żeby się zestarzeć. 
Najbardziej brakowało mi jej śmiechu. Rozumiem to, gdy tylko 
zaczyna się śmiać. Dźwięcznie i perliście jak górski potok. 
Śmieje się tak, że robi mi się gorąco. Niektórzy ludzie 
promieniują ciepłem. Potrafią rozgrzać zmarznięte dusze. 
Traktuję Natalię jak człowieka. 
Bo jak inaczej? Przychodzi do mnie w snach, ale dla mnie jest 
kimś rzeczywistym. Równie rzeczywistym jak wielu z tych, 
których widuję wokół siebie na co dzień. Nawet bardziej. Mówi 
do mnie, nie zachowując niczego dla siebie. Z wyjątkiem może 
jakiegoś szerszego spojrzenia na to, co było i co jeszcze się 
wydarzy. O tym nigdy ze mną nie rozmawia. Poza tym jednak 
rozmawiamy o wszystkim. 
 
 
 
 

background image

- Strzeż się obcych - ostrzega mnie. 
I nagle poważnieje. Na ogół jej twarz jest promienna, roześmiana. 
- Zapamiętaj to sobie, Rozo. Ktoś zapewne będzie cię 
przestrzegał przed twoimi najbliższymi, ale oni nie są tak groźni 
jak obcy. 
- Przed chwilą mówiłaś, że będę stara, więc chyba nic mi teraz nie 
grozi. 
- Nie wolno ci się bawić życiem. To zbyt poważna sprawa, Rozo. 
Śmieję się, ale mój śmiech brzmi inaczej niż jej. 
- Nie sądziłam, że jeszcze czegoś ode mnie oczekujecie. Moja 
misja się skończyła. Wypełniłam swoje zadanie. Dodałam 
kolejne ogniwo do łańcuszka. Lily przyszła na świat. Dar stał się 
teraz jej udziałem, jej zadaniem będzie przekazać go dalej. Ja nie 
jestem już wam potrzebna. Możecie odpocząć, do czasu aż Lily 
dorośnie. 
Nagle ginie mi z oczu. Nie jestem już w stanie do niej dotrzeć. 
Może jednak nie powinnam myśleć o niej jak o człowieku? Może 
to jest złe. 
Słyszę, że znów do mnie przemawia. 
- Musisz się nauczyć pokory, Rozo - mówi. W jej głosie słychać 
współczucie. Wie, w jakiej 
jestem sytuacji. Wie, że nie lubię współczucia, że jestem dumna. 
Wie, jak trudno mi się ukorzyć. Bo to wszystko jest też i w niej. 
- Musisz się nauczyć pokory, Rozo - powtarza. - I nauczyć się 
wybaczać - dodaje. 
- Nikt nie wie lepiej ode mnie, co to znaczy być pokornym - 
mówię. 
- Niekiedy rzeczywiście zdarza ci się ulegać, ale to nie to samo - 
odpowiada Natalia, która już się 
 

background image

tego nauczyła. - Pokora łączy się z szacunkiem. Należy odłożyć 
na bok własne sprawy, bo tu chodzi o coś znacznie ważniejszego. 
To jednak nie znaczy, że masz o sobie zapomnieć. Nie wolno ci 
się oskarżać, czy okazywać innym swoją wyższość. To właśnie 
jest pokora. 
Nigdy tak do tego nie podchodziłam. Nigdy nie chciałam o tym 
myśleć. 
-Jak większości z nas, trudno jest ci też wybaczać. 
Migoczący cień, który jest Natalią, śmieje się. 
A ja myślę o Jensie. O Pederze. O Thomasie, Da-vidzie i 
Mattiasie. O Maxwellu. I o Olem, moim bracie. O moim ojcu. 
Myślę też o Seamusie. 
A ona mówi mi, że nie potrafię wybaczać! 
Wybaczyłam im wszystkim, okazałam pokorę tak wielką, że 
niewiele brakowało, a byłaby wciągnęła mnie w swoją otchłań. 
Jak daleko można się posunąć? Ile można wybaczyć? 
Nie lubię, kiedy daje mi do zrozumienia, że wszystko wie. Jej 
niemal przezroczysta postać wygląda na młodszą ode mnie. 
Nigdy nie żyła tak, jak teraz oczekuje, że ja będę żyła. Nikt nie 
nienawidził bardziej niż ona. Nikt nie był bardziej dumny, uparty, 
nikt tak nie nadużywał swojej władzy. Ona nigdy nie wybaczała. 
Nigdy się przed nikim nie ukorzyła, zawsze była tym źdźbłem, 
które dopiero burza potrafiła złamać. 
- Sądzisz, że życzę ci tego samego? - pyta smutno, bo przecież 
zna wszystkie moje myśli. 
To mnie dręczy. Że nigdy niczego nie mogę mieć dla siebie. 
Nawet myśli. Bo oni wchodzą i wychodzą, kiedy chcą, nie 
zostawiając żadnych śladów. 
 
 

background image

- Myślisz, Rozo, że pragnę dla ciebie takiego życia, jakie sama 
wiodłam? - pyta ze smutkiem w głosie tak wielkim, że aż się 
wzdrygam. - Wam, którzy przychodzicie po mnie, miało być lżej, 
lepiej. Każde nowe ogniwo miało być jakby jaśniejsze, lepsze od 
tych starych, zardzewiałych. Tych, które nie dawały się już 
wyczyścić. 
Wzdycha i niemal zanika. 
- Mam nadzieję, że twój ból ustąpi. Że będziesz żyła szczęśliwie. 
W zgodzie ze sobą, Rozo. Że będziesz w stanie pokochać siebie, 
bo dopiero wtedy będziesz gotowa przyjąć prawdziwą miłość od 
innych. 
- Spotkałam już miłość - upieram się przy swoim. - Trzymam się 
tego jak tonący brzytwy. - Kochałam Seamusa. Przypuszczam, że 
to wy wskazaliście mi drogę do niego. A więc kochałam go, a on 
kochał mnie. Poznałam, co to miłość, Natalio. 
- Musisz wybaczyć to, czego tak naprawdę nie da się wybaczyć - 
mówi. - Masz się ukorzyć z własnej woli, i nie złamać się. Wtedy 
zyskasz wolność, Rozo. Będziesz mogła kochać. 
- Kochałam Seamusa! - mówię. - I nadal go kocham. Nie chcę 
nikogo innego. Nikogo innego mi nie trzeba! 
Ale Natalia już zniknęła. Po chwili się obudziłam... 
- Mówisz we śnie, mamo - odzywa się Lily. Dziewczynka siedzi 
w nogach łóżka, którego 
użyczono Rozie. Podciągnęła nogi i opiera policzek o kolana. W 
kąciku ust ma kosmyk włosów. 
 

background image

Przykleiły się jej do policzka. Kiedy nad czymś się zastanawia, 
ssie włosy. Robi to bezwiednie. Także kiedy jest smutna i 
potrzebuje pocieszenia, albo kiedy jest sama. Weszło jej to już w 
nawyk, a Roza nie wie, jak ją tego oduczyć. Prawdę mówiąc, 
wcale nie jest pewna, czy powinna to robić. W końcu nikomu to 
nie szkodzi. 
- Lubię jej głos - mówi Lily. - Lubię, jak się śmieje. 
- Co takiego? - szepcze Roza. 
Nie jest zaskoczona, ale to ją przeraża. -Jest miła, prawda? Roza 
przełyka ślinę. 
- Tak, jest miła - udaje jej się w końcu wyszeptać. 
- Jak ma na imię? 
- Natalia. 
- To ładne imię. Trochę jak prababcia Lea. Na-talea. 
- Dostała swoje imię właśnie po niej. Natalia jest prababcią babci 
Lei. 
- Naprawdę? 
Córeczka się dziwi, ale jest zachwycona. 
-Nic więc dziwnego, że brzmiała tak sympatycznie. Prababcia 
Lea to najmilszy człowiek na świecie. Możesz mi o niej 
opowiedzieć, mamo? O Natalii. Chcę ją poznać. Żebym kiedyś 
mogła z nią porozmawiać. Nie uważasz, że powinnam ją poznać? 
Roza odsuwa na bok kołdrę, żeby Lily mogła wślizgnąć się do 
niej do łóżka. Dziewczynka przykłada policzek do jej ręki i wtula 
się w jej ciepłe ciało, jak kotek. Jest rozbudzona. 
- Nie chce ci się spać? - pyta Roza. 
 
 
 

background image

Przeciąga z czułością palcem po grzbiecie noska córeczki, po 
czym kładzie dłonie na jej ramionach, oplata ją. Obie są przecież 
ogniwami jednego łańcuszka. 
- Megan chrapie - uskarża się Lily, ale zaraz się uśmiecha. 
Lily sypia razem z najmłodszymi dziewczynkami Paddy'ego i 
Bridget, z dziewięcioletnimi bliźniaczkami, Megan i Mairead, i z 
dziesięcioletnią Eileen. Są nieco za duże dla Lily i Roza podejrze-
wa, że z tego właśnie powodu córeczka przyszła do niej. 
- Nie jestem zmęczona - mówi Lily. - Poza tym jest już prawie 
rano. Usłyszałam twój głos i pomyślałam, że nie śpisz. Dlatego 
do ciebie przyszłam. I wtedy usłyszałam jej głos. Zdziwiłam się, 
bo zobaczyłam, że ty śpisz. Ale nie wyglądałaś na przestraszoną, 
więc pomyślałam, że nic złego się nie dzieje. Ta kobieta musi być 
miła, tak ładnie mówi, ma taki melodyjny głos, jakby śpiewała, 
prawda? 
  Roza kiwa głową. Córeczka bardzo dobrze opisała brzmienie 
głosu Natalii. Jakby śpiewała. Tak właśnie brzmi jej głos, jak 
śpiew. 
Nagle uderza ją, że jest podobna do babci Lei. Przypomina sobie, 
kiedy pierwszy raz wkroczyła do cudownego świata, który był 
historią jej rodu. Kiedy poznała niesamowite opowieści, baśnie, 
które wcale nie były baśniami, tylko odległą przeszłością. Była 
wtedy w wieku Lily. Babcia Lea objęła ją czule. Nigdy nie czuła 
z nią większej bliskości niż właśnie wtedy. Były do siebie 
podobne. Ona i jej babcia. Nareszcie się dowiedziała, kim jest 
tajemnicza osoba, którą tylko ona widziała, 
 

background image

i która w końcu stała się rzeczywista. Teraz już mogła przestać się 
przejmować dorosłymi, którzy potrząsali głowami, kiedy im o 
niej opowiadała. Jej dziwne sny w końcu nabrały znaczenia. 
Wszystko było w porządku. 
Była zwykłą dziewczynką, i zarazem niezwykłą. To ją w 
pewnym sensie uratowało. 
A teraz ona miała przekazać tę historię swojej córce. Po kawałku, 
tak żeby łańcuch nie został przerwany, tylko ciągnął się dalej, do 
końca, którego jej, Rozie, nigdy nie będzie dane poznać. 
Bo kiedy to nastąpi, jej już tu dawno nie będzie. Nie sądziła też, 
że Lily będzie dane tego doświadczyć, chociaż to ona ma 
przekazać dalej ich spuściznę. I wszystkie opowieści. 
- Natalia przyszła na świat pewnej zimnej nocy w Archangielsku, 
w Rosji, w 1752 roku - zaczęła Roza. - Miała rude włosy i zielone 
oczy. Tej nocy niebo rozjaśniła zorza polarna, dlatego wszyscy 
uznali, że i ona jest jej częścią... 
Ale codzienność nie była bajką. 
Roza została brutalnie wyrwana ze snu. Obudziła ją Bridget. Była 
tak blada, że piegi na jej twarzy wydawały się wyraźniejsze niż 
kiedykolwiek. 
- Co się stało? - spytała Roza. 
Próbowała usiąść, nie budząc przy tym Lily. Oswobodziła 
ostrożnie rękę i podparła się nią. Na szczęście córeczka spała 
głęboko. 
-Jasper przyjechał z wiadomością. Pali się Rose Garden - 
powiedziała Bridget. 
Starała się zachować spokój, ale Roza słyszała strach w jej głosie. 
 
 
 
 

background image

- Nie! - wyrwało się jej z ust. Nie! Nie! Nie! 
Znów? Nie dość już pożarów? Nie chcę kolejnego ognia! 
Czy to przeze mnie? 
Czy to moja wina? 
Czy ogień mnie prześladuje? 
- Nie wolno ci tam jechać! - powiedział Paddy zdecydowanym 
głosem. 
Paddy był jak opoka. Jego twarz zaczęła się pokrywać 
zmarszczkami, włosy mu siwiały, w ostatnich latach zrobił się też 
nieco bardziej ociężały. 
-I tak nic nie poradzisz, Rosie! Ja pojadę. Ja i twój brat, i Jasper, i 
najstarsi chłopcy. Poza tym jestem pewien, że wszyscy tam robią, 
co mogą. Nie pozwolą, żeby ogień przeszedł na główny budynek. 
Roza słuchała go z zaciśniętymi ustami. Paliła się suszarnia. 
Wielki magazyn, gdzie suszono świeżo zebrany tytoń. 
- Nie chcę cię na to narażać, Rosie - mówił Paddy cicho. 
Rozglądał się na boki, żeby się upewnić, że dzieci ich nie słyszą. 
Tylko on, Bridget, i najstarsze dzieci wiedziały, że życie Rozy 
jest w niebezpieczeństwie. Nie chciał nikogo niepotrzebnie stra-
szyć. Poza tym wiedział, że dzieci na pewno zaczęłyby o tym 
mówić, i Lily i Matti dowiedzieliby się o wszystkim. 
- Joe nigdy by mi nie darował - dodał. - Musisz mnie zrozumieć! 
Roza wyminęła go i wyszła przez drzwi. Odszu- 
 

background image

kała wzrokiem Jaspera Jordana. Bridget zdążyła się już nim 
zająć. Poczęstowała go herbatą, podała coś do jedzenia. Roza 
zauważyła, że włosy mężczyzny są wilgotne, odgarnął je do tyłu. 
Pewnie gnał jak szalony przez pół nocy, pomyślała. Spojrzała na 
jego pokryte pyłem buty i wyobraziła sobie, jak pędzi po 
piaszczystych drogach w godzinie, gdy noc przechodzi w ranek, 
poganiając Demona, swojego konia, którego skóra teraz 
błyszczała od potu. 
- Co ty tam robiłeś? - spytała. 
W pierwszej chwili mężczyzna nie zorientował się, że zwraca się 
do niego. Roza wyminęła Paddy'go. Chciał ją zatrzymać, ale 
opuścił ręce, poddał się. Usłyszała, jak westchnął ciężko. Nie 
chciał jej powstrzymywać, ale nie podobało mu się to, co ona 
robi. Rozumiała go, nie sądziła jednak, żeby Jasper miał obwiniać 
Patricka o jej poczynania. 
- Co ty robiłeś w Rose Garden, Jasper? - powtórzyła głośno i 
wyraźnie. 
Stała na progu, trzymając się rękami framugi. -Ja? 
- Tak, ty. Co robiłeś w Rose Garden, na ziemi joego, właśnie w 
tym momencie, gdy zaczął płonąć magazyn z tegorocznymi 
zbiorami? 
Mężczyzna patrzył na nią czarnymi oczami. Błyszczały 
niebezpiecznie. Jakby prosił ją, by go nie drażniła. 
- Nie podobają mi się twoje insynuacje, Rosie. 
-Ja niczego nie insynuuję. Zadałam ci tylko pytanie, na które 
jeszcze mi nie odpowiedziałeś. Już kiedyś słyszałam, jak jedziesz 
konno nocą. Jakby sam diabeł cię gdzieś gnał. Zresztą, być może 
tak 
 

background image

jest. Tyle, że do Rose Garden na ogół nie zajeżdżasz. To za 
bardzo na wschód od twoich zwykłych tras. Więc co cię tam 
sprowadziło akurat tej nocy? 
-Pewnie zobaczył łunę na niebie - wszedł jej w słowo Paddy. 
- Tak było? - spytała Roza. - Jesteś pewien, że tak właśnie było? 
Zobaczyłeś łunę na niebie, Jasper? I postanowiłeś pomóc im 
gasić pożar? A może kiedy tam przyjechałeś, to jeszcze nie było 
żadnej łuny? Bo ogień pojawił się dopiero po twojej wizycie? 
Mężczyzna zrobił się czerwony ze złości. 
- Niby dlaczego miałbym podpalać własność mojego sąsiada? 
- Z powodu Monique - powiedziała Roza. -Za daleko się 
posuwasz - odezwał się Paddy, 
nie panując nad swoimi emocjami. - Nie chcę słuchać tych bzdur. 
Jedziemy! Jasper? Jedziesz z nami? Nie musisz. Zrobiłeś, co do 
ciebie należało, przekazując nam informację. Ktoś inny pewnie 
wysłałby niewolnika z wiadomością. 
- Joe i ja pomogliśmy Monique uciec z zagrody niewolników w 
Blossom Hill - powiedziała Roza i zagrodziła Jasperowi drogę. 
Patrzyła mu prosto w twarz, nie lękając się jego złości. 
- Ojciec Jaspera był mściwym człowiekiem, może Jasper też taki 
jest? Może uznał, że zniszczenie plonów będzie odpowiednią 
zapłatą... 
- Uważaj, co mówisz - poprosił ją cicho Paddy. - Położył dłonie 
na jej ramionach. - Uważaj, proszę! Ja tu mieszkam. Jasper i ja 
jesteśmy sąsiada- 
 

background image

mi. Nie chcę, żeby była między nami wrogość. Ja do niego nic nie 
mam. A dość już wycierpiałem, bo ludzie dobrze pamiętają, 
czyim jestem bratem. I że on zrobił wszystko, byle tylko 
zaszkodzić temu krajowi i tym, którzy go tak serdecznie tutaj 
przyjęli. Zresztą, nie tylko jego, nas też. Nie chcę, żeby nazwisko 
O'Connor znów okryło się niesławą. Nie rób nam tego, Rosie, 
nawet jeśli niewiele brakowało, a zostałabyś żoną jednego z 
moich braci, a teraz dzielisz łoże z innym z nich. 
- Paddy! - skarciła go Bridget oburzona. - Po co mówisz takie 
rzeczy! Nie jesteśmy w dokach Dublina! - wykrzyknęła czerwona 
na twarzy. 
- Mówię, jak jest - odpowiedział Paddy ponuro. Puścił Rozę, 
odwrócił się na pięcie i wyszedł. -Jest wzburzony - próbowała 
załagodzić sytuację Bridget. 
Patrzyła to na męża, to na Rozę, to na Jaspera. Przesunęła palcami 
po jasnych, kręconych włosach, które daremnie próbowała 
okiełznać. 
- Powiedział to, co myśli - stwierdziła Roza bezdźwięcznym 
głosem. - Szkoda tylko, że musieliśmy to sobie wykrzyczeć, 
zamiast spokojnie o tym porozmawiać. 
- On wcale tak nie myśli! Roza uśmiechnęła się zmęczona. 
- Słyszałam, co powiedział. Mówił to poważnie. Ma prawo mieć 
swoje zdanie. Zresztą, nie powiedział niczego, co byłoby 
nieprawdą. 
Odeszła od drzwi. 
Zona Paddy'ego zwiesiła głowę, nie odezwała się więcej. Jasper 
skinął jej lekko głową na pożegnanie. Chwycił Rozę w pasie i 
niemal pociągnął za 
 
 

background image

sobą do wyjścia, a ona była zbyt zmęczona, żeby z nim walczyć. 
Jak tylko wyszli na zewnątrz, przycisnął ją do ściany. Stali tak 
chwilę pod werandą, która ciągnęła się pod całą ścianą frontową 
drugiego piętra. Podpierające ją cztery filary były zwyczajnie 
pomalowane na biało i mniej ozdobne, jak to było w zwyczaju w 
Georgii, ale i tak robiły wrażenie. 
Jasper zakleszczył Rozę w swoim uchwycie. Oparł dłonie o 
ścianę na wysokości jej ramion. 
- O wiele rzeczy mnie w życiu posądzano, ale nikt nigdy nie 
zarzucił mi, że jestem podpalaczem. Nigdy nie przyszłoby mi do 
głowy podłożyć ogień pod czymś, co jest plonem pracy innego 
człowieka. Szanuję trud innych, szanuję cudzą własność. 
Przestrzegam prawa i przykazań. Nie muszę się niczego 
wstydzić! 
- A Monique? - spytała Roza, chociaż wiedziała, że to nie ma 
sensu. 
- Monique okazała się nie taka, za jaką się podawała... 
Jasper schylił głowę i głośno zaczerpnął powietrza. Gdyby Roza 
nie znała go tak dobrze, mogłaby pomyśleć, że w jego zimnych 
oczach dojrzała łzy. Zaraz jednak uznała, że na pewno się 
pomyliła. To do niego niepodobne. Ktoś taki jak Jasper nie 
płakałby z powodu takiej kobiety jak Monique. Jasper Jordan był 
właścicielem plantacji, potężnym człowiekiem, synem swego 
ojca, który na pewno nie płakałby z powodu czarnucha. 
- Myślisz, że dobrze się z tym czuję? Naprawdę tak sądzisz, 
Rosie? 
- Nie wiem - odpowiedziała. 
 

background image

Próbowała wyczytać coś z jego twarzy. Prawda była jednak taka, 
że wcale nie chciała znaleźć w niej czegoś, co wzbudziłoby jej 
współczucie. 
-Znalazłem k 
obietę. Sądziłem, że zdołam ją pokochać... - zaczął i nagle urwał. 
- Do licha, Rosie, ciebie nie oszukam, prawda? Nikogo nie 
oszukam, nawet siebie. Wszyscy mi współczują. Współczują mi i 
się ze mnie śmieją. Jasper Jordan zakochany w Murzynce! Jasper 
Jordan, który ożenił się z Murzynką! I miał z nią dwójkę dzieci! 
Który żył z nią i zrobił z niej księżniczkę. Biedny, biedny Jasper 
Jordan! Głupek, pewnie daltonista. Nie potrafi dostrzec różnicy 
między Southern Belle a czarną służącą. Więc ma, czego chciał... 
Roza milczała. 
Musi nauczyć się z tym żyć. Z tym, że ją kochał. Niełatwo jest 
być Jasperem Jordanem, ale z tym też musi nauczyć się żyć... 
Roza powstrzymała się z dalszymi oskarżeniami. 
- Chcesz wiedzieć, co robiłem w Rose Garden? -spytał Jasper 
schrypniętym głosem. - Dobrze, powiem ci. Chciałem zobaczyć 
mojego synka. Musiałem się skradać jak złodziej. Nie 
wiedziałem, że wyjechałaś do Favourite. Boże, jaki jestem 
żałosny... 
Nie powiedział już niczego więcej, zostawił ją i wsiadł na 
Demona. Jego słowa kołatały jej w głowie. Nie mogła go dłużej 
nienawidzić, ale też nie potrafiłaby przytulić go do piersi. 
Musiała po prostu przyznać, że Jasper nie był jednak aż takim 
czarnym charakterem, za jakiego go miała. Nie był ani czarny, 
ani biały, jak większość ludzi, pomyślała. 
 
 
 

background image

- A więc się myliłam - powiedziała głośno. Na szczęście w 
pobliżu nie było nikogo, kto mógłby ją usłyszeć. 
 
 
Rozdział 2 
-Kto mógł to zrobić? - powtarzała Roza, zaciskając bezradnie 
pięści. 
Stała przed spaloną suszarnią i czuła, jak narasta w niej złość. Nie 
potrafiła uwierzyć w to, co widziała. Zostały tylko ściany, kilka 
kamieni, i dwie belki, które podtrzymywały dach. Wszędzie były 
zgliszcza, całe zbiory poszły z dymem, wcześniej niż było im 
przeznaczone. 
Jak zareaguje Joe? Czy ją za to obwini? Czy spojrzy na zgliszcza 
i zrozumie, dlaczego właśnie jemu to się przydarzyło? 
Czuła napływające do oczu łzy. Piekły ją. Przez chwilę miała 
wrażenie, że stoi gdzieś na pustkowiu na północy Norwegii, 
niemal czuła na twarzy dokuczliwy, zimny wiatr. Zamrugała 
oczami, łzy zniknęły. To była jej wina. To wszystko działo się z 
jej powodu. To ona siała ogień. 
Anders powiedział to, kiedy był taki malutki, że chyba nawet nie 
wiedział, co jego słowa znaczą. Powiedział, że jest babilońską 
nierządnicą i zginie w ogniu. Zanim jednak to nastąpi, będzie 
krzyw- 
 

background image

dzić ludzi wokół siebie. Tych, których kocha. To oni ucierpią 
najbardziej. Tak nie powinno być. 
- Cóż za nędznik to zrobił? - powtórzyła. 
Kopnęła zmieszaną z popiołem ziemię i osmolone źdźbła trawy. 
W jej głosie była złość i pogarda dla samej siebie. 
- Nie mogłaś się powstrzymać? - usłyszała głos Paddy'ego. 
Podszedł do niej i wziął od niej lejce. Zerknął na nią spod oka, ale 
w jego spojrzeniu była nie tylko złość, ale i podziw. Tak długo 
jak Joe był w Savannah, gdzie załatwiał sprawy z Mary Kelly, to 
Paddy odpowiadał za Rosie. A Paddy był mężczyzną, który 
swoje zobowiązania traktował poważnie. 
Roza zjawiła się niczym burza, nieuczesana, bez kapelusza, nie 
obawiając się słońca i żaru, które zapewne przyniesie wstający 
dzień. Wiatr podwiewał jej suknię, bo uparła się, że nie będzie 
używać damskiego siodła. Jego syn wprawdzie ją nieco wy-
przedził, ale i tak znakomicie sobie radziła, tym bardziej, że 
dawno nie miała okazji do takiej jazdy. 
Niech szlag trafi Seamusa, że zadał się z taką upartą babą! - 
pomyślał Paddy. 
Roza przyjechała z Favourite konno, bo uznała, że powóz będzie 
zbyt powolny. Chłopak stajenny nie śmiał się jej sprzeciwić, i 
szybko przygotował konia. Bridget robiła co mogła, żeby ją po-
wstrzymać. Błagała ją, zaklinała, ale wszystko na nic. Roza 
postawiła na swoim i pojechała. Jedyne, co Bridget mogła zrobić, 
to posłać za nią Pata, żeby miał na nią oko. Chłopak był świetnym 
jeźdźcem, więc szybko ją dogonił. Nie narzucał się jej, 
 
 
 
 

background image

więc pozwoliła, żeby jej towarzyszył. Trochę nawet się ze sobą 
ścigali, co Pata wyraźnie bawiło. Oczywiście dotarł do celu 
pierwszy, ale starał się, żeby jego przewaga nie była duża, tym 
bardziej, że przecież obiecał mieć ją na oku. 
- Twój syn jest znakomitym jeźdźcem, Paddy -pochwaliła Roza 
chłopaka. 
- To prawda. A czego się spodziewałaś, w końcu to O'Connor - 
odparł dumny Paddy. 
- Na szczęście nie jest tak gadatliwy jak wy wszyscy - odgryzła 
się Roza. 
Paddy uśmiechnął się, chociaż sytuacja wcale nie nastrajała do 
śmiechu. Zaczął rozgarniać butem żwir. Gryzący dym był 
wszędzie, mieszał się ze słodkim zapachem palonego tytoniu. 
Roza pomyślała, że Seamus pachniał podobnie i zrobiło się jej 
smutno.   
-W każdym razie tytoń wysechł - rzuciła ponuro. 
Chciałaby móc zamknąć oczy i cofnąć czas. O tydzień, kiedy 
wszystko jeszcze było w porządku. Zaczęli właśnie zwozić tytoń. 
Zbiory były nadspodziewanie dobre. Monique wciąż jeszcze była 
w ciąży, a Mary Kelly nie zawitała jeszcze do Dublina, w stanie 
Georgia. 
Może wszystko potoczyłoby się inaczej, gdyby naprawdę się 
postarała. Może można było uniknąć tych wszystkich nieszczęść? 
Wiedziała, że zamknięcie oczu niczego nie zmieni, od 
rzeczywistości nie da się uciec. To zrozumiała już dawno temu. 
Była dorosła. 
- Przepraszam za moje słowa - usłyszała za sobą. Zerknęła na 
Paddy'ego. Widać było, że źle się 
 

background image

z tym wszystkim czuje. Sytuacja była dla niego wyjątkowo 
trudna. Ludzie z jego rodu byli uparci. Roza poczuła ciepło wokół 
serca. Wiedziała, że te słowa nie przyszły mu lekko, że zostanie 
mu po nich niesmak. A jednak zdobył się na nie, przeprosił ją. 
Chociaż może teraz tego żałował? Pewnie tak. Wiedziała, że 
powiedział prawdę, że rzeczywiście żałuje może nie tyle swoich 
słów, ile tego, że je wypowiedział. 
- W porządku. 
- To nie jest w porządku. 
- Pozwól, że ja o tym zdecyduję, Paddy. To moje życie. Zresztą, 
było w tym dużo prawdy... 
- Nie miałem prawa cię oceniać. 
Roza nie chciała przeciągać tej sceny, nie chciała, żeby się przed 
nią korzył. Sama nie lubiła takich sytuacji, więc doskonale go 
rozumiała. Ucieszyła się, kiedy podszedł do nich Jasper. Miał 
szarą od sadzy twarz, brudne ubranie. Odgarnął do tyłu wilgotne 
od potu włosy, które sterczały teraz na wszystkie strony. 
Wyglądał dziwnie obco. Wysokie czoło złagodziło nieco jego 
zwykle surowe, ponure spojrzenie. 
- Ktoś podłożył ogień - stwierdził ponuro. - Takiej nocy jak 
dzisiejsza ogień tak szybko by się nie rozprzestrzenił. 
Jego słuchacze nie wydawali się zdziwieni. 
- Im chodzi o mnie - powiedziała Roza, przekonana, że ma rację. - 
Kto chciałby skrzywdzić Joego? Im chodziło o mnie... 
- Nie mów tak - przerwał jej Paddy. - „Southern Belle" zniknęła. 
Nie miałaś z tym nic wspólnego. 
 
 
 
 
 

background image

- „Southern Belle" zatonęła - stwierdził Jasper sucho. 
- Wolę używać określenia zniknęła - upierał się Paddy O'Connor. 
Rozglądał się dookoła, przyglądając się resztkom tegorocznych 
zbiorów tytoniu. 
- Nie wszyscy w okolicy nas lubią. Joseph też ma wrogów. 
Ciężar jego słów, stanowczość, z jaką je wypowiedział, dotknęły 
Rozę. Było mało prawdopodobne, że Joe opowiedział bratu jej 
sen. Tym bardziej się zdziwiła, słysząc, że Paddy mówi coś, o 
czym sama też już zdążyła pomyśleć. A jednak była pewna, że 
sprawca chciał w ten sposób uderzyć w nią, nie w Joego. 
- Tu chodzi o mnie - upierała się. Splotła dłonie na piersiach. 
-Naprawdę, Paddy. I nie chcę dłużej narażać ani ciebie, ani 
twoich bliskich. Wrócę tu. Ja i dzieci wrócimy do Rose Garden. 
- Nie pozwolę ci na to - odparł Paddy stanowczo. - Joe też by się 
na to nie zgodził! 
-Jego tu nie ma. Poza tym na szczęście nie potrzebuję waszego 
pozwolenia. Nie jestem ani twoją, ani jego żoną. 
Paddy zagryzł zęby i po raz kolejny przeklął upór kobiet 
Seamusa. Powiódł wzrokiem po żarzących się jeszcze 
zgliszczach. 
- Chcesz narazić Lily na niebezpieczeństwo? W naszym rodzie 
dbamy o swoich, a czy tego chcesz czy nie, należysz do naszej 
rodziny. A tym bardziej Lily. Nawet jeśli nie wszystkich nas 
łączą więzy krwi, to jesteśmy rodziną. 
 

background image

- Nie możesz zabronić mi wyjazdu z Favourite. 
- Pojadę za tobą. 
-Jeśli to miałby być atak skierowany przeciwko Josephowi... - 
zaczął Jasper, pocierając czoło, i wcierając przy tym sadzę w 
każdy por skóry. -A więc jeśli tak miałoby być, to nie wierzę, że 
podpalacze zamierzali puścić z dymem także główny budynek. 
Wystarczy, że całe tegoroczne plony przepadły. 
Jasper zamilkł na chwilę, spojrzał na Rozę. 
-Jeśli jednak to miał być krok skierowany przeciwko Rosie, to 
rzeczywiście może to być dopiero początek. I to oznacza, że 
Rosie nie będzie bezpieczna ani tutaj, ani u ciebie. Jest tylko 
jedno miejsce, dokąd mogłaby się udać. 
- Tak? A mianowicie, jakie? - spytał Paddy, najwyraźniej nie 
domyślając się, co Jasper ma na myśli.. 
- Blossom Hill. 
Roza poczuła, jakby ktoś uderzył ją w żołądek. Zrozumiała 
jednak, że jest to rzeczywiście jedyne rozsądne rozwiązanie. Nikt 
w okolicy nie odważy się tknąć żadnego Jordana. I nikt w Georgii 
nie odważy się tknąć kogoś, kogo Jasper Jordan wziął pod opiekę. 
Jeśli zamieszkałaby w Blossom Hill, nikt nie ośmieliłby się 
podnieść na nią ręki, nawet jeśli nagrodą byłyby angielskie 
klejnoty koronne. 
Roza nie była jednak pewna, czy może tak postąpić. 
Mogła pojechać dokądkolwiek, ale nie do Blossom Hill... 
Joe nie darowałby jej tego, ale nie to było teraz jej podstawowym 
problemem. Jej obowiązkiem 
 
 
 
 

background image

było chronić Lily i pozostałe dzieci, które przygarnęła pod swoje 
skrzydła. Była za nie odpowiedzialna. Za siebie również. 
Czuła ucisk w żołądku, ale nie mogła nic na to poradzić. Mogła 
tylko zagryźć zęby i cierpieć. W tym nie miała sobie równych. 
-Zajrzę do niewolników - oznajmiła, nie patrząc na żadnego z 
mężczyzn. 
- Nie mogę się doczekać, kiedy Joe da ci posmakować swojej 
pięści - usłyszała, jak Paddy mówi do Jaspera. 
Jasper tylko się roześmiał. 
Roza chodziła od chaty do chaty i dziękowała niewolnikom za ich 
wysiłki przy ratowaniu suszarni. Większość unikała jej wzroku. 
Tylko nieliczni potrafili się zdobyć na spojrzenie jej w oczy. A 
wtedy w ich wzroku widziała gniew, chociaż próbowali go 
stłumić. 
-Wiem, że daliście z siebie wszystko - powtarzała w każdej 
chacie. - Za to wam dziękuję. Nikt nie byłby w stanie zrobić 
więcej. Magazyn był nie do uratowania. 
- Massa Joseph może być innego zdania - powiedział jeden z 
mężczyzn. 
Roza żałowała, że nie zna ich imion. Zatrzymała się przed 
mężczyzną, który odważył się odezwać. Domyślała się, że jest tu 
kimś w rodzaju przywódcy. Na pewno cieszył się powszechnym 
szacunkiem. Nie był specjalnie wysoki ani bardziej umięśniony 
od innych, ale miał w sobie coś, co zwracało uwagę. Wysunął 
brodę do przodu, 
 

background image

zacisnął szczęki. Jego skóra była ciemnobrązowa, jak ziarna 
kawy czy czekolada. 
- Kto ty jesteś? - spytała Roza. 
-Jestem Friedrik, Miz Rosie - odpowiedział mężczyzna. 
Patrzył na nią odważnym, szczerym spojrzeniem. Roza uznała, że 
Friedrik było dziwnym imieniem jak dla niewolnika. 
-Moja matka płynęła holenderskim statkiem, Missy - zaczął 
tłumaczyć, widząc jej zdziwienie. -To było czterdzieści lat temu. 
Dała mi imię po marynarzu, który był moim ojcem. 
Roza pomyślała o warunkach panujących na statkach 
transportujących niewolników i zrobiło się jej niedobrze. Niemal 
czuła zapach zbyt wielu ludzkich ciał stłoczonych pod pokładem, 
gdzie spędzali całe tygodnie, nie oglądając słońca ani nieba, bez 
świeżego powietrza. Słyszała rozdzierający szloch kobiet, 
czasem też mężczyzn. I schrypnięte głosy, wydobywające się z 
obolałych gardeł. Słyszała pieśń, która przedzierała się przez 
pokład, stawała się wolna i szła do nieba, na którym świeciła jak 
najjaśniejsza gwiazda. 
Roza wiedziała, o czym mężczyzna mówi. Widywała podobne 
sceny. 
- To nie my podłożyliśmy ogień - odezwał się znów Friedrik, 
niewolnik, który wyglądał na przywódcę grupy. Syn 
holenderskiego marynarza. I być może afrykańskiej księżniczki. 
Jego dumna, godna króla postawa, musiała mieć jakieś źródło. 
Wyprostował się, uśmiechając się wyczekująco. Przyglądał się 
jej, jakby czytał w jej myślach. Poczuła się niepewnie. 
 
 
 

background image

- Na pewno zaczną nas o to oskarżać, ale to nie nasza wina. Nigdy 
nie zrobilibyśmy tego Massa Josephowi. Nie jesteśmy aż tak 
głupi, Missy. 
Roza rozejrzała się po ciasnym pomieszczeniu. Dostrzegła 
kobietę i gromadkę dzieci, od małych, ledwie chodzących, do 
dużych, jeden z chłopców przerósł ojca o dwie głowy, ale nie 
było wątpliwości, że to ojciec i syn, tak byli do siebie podobni. 
Kupując Friedrika, Joe najwyraźniej zadbał też o to, żeby kupić 
dzieci i ich matkę. A może to Jenny okazała miękkie serce? 
Chociaż, chyba nie. To nie Jenny zdecydowała o sprowadzeniu 
Friedrika na plantację. Ona na pewno od razu dostrzegłaby jego 
przywódcze cechy i zadbała, żeby nie trafił do Rose Garden. 
Friedrik był typem niewolnika, którego nikt nie chciał. 
- Massa Joseph to dobry człowiek - powiedział Friedrik. - 
Robiliśmy wszystko, żeby ugasić ogień, ale było już za późno. 
Roza skinęła głową. Ciężki zapach dymu przenikał wszystko. 
Jeszcze długo będzie się unosić nad zgliszczami. Czekało ich 
dużo pracy. 
-Ogień wybuchł w kilku miejscach jednocześnie, Missy - 
powiedział Friedrik poważnie. 
Przytaknęła. 
-Najbliższa pompa była zniszczona - ciągnął dalej zachrypniętym 
od dymu głosem. - Woda tryskała do nieba, nie byliśmy w stanie 
napełnić wiader. Musieliśmy użyć pompy przy stajni. Wy-
prowadziliśmy zwierzęta i polewaliśmy ściany stajni wodą. 
Baliśmy się, że jeśli wiatr zmieni kierunek, to i stajnia się zajmie. 
Utworzyliśmy łańcuch ludzi aż do rzeki. To kawał drogi, ale nie 
 

background image

mieliśmy wyjścia. Daliśmy z siebie wszystko. Chcieliśmy 
ratować zbiory. 
- Słyszeliście o mnie? - spytała Roza. - Zauważyła, że Friedrik i 
najstarszy syn wymienili spojrzenia. - Ludzie opowiadają różne 
rzeczy, prawda? 
Stojący przed nią niewolnik był poważny. Patrzył jej dumnie w 
twarz. 
Jest zbyt dumny, żeby być niewolnikiem, pomyślała Roza. 
- Słyszy się różne rzeczy - potwierdził. -Wiecie, kto rozgłasza 
takie plotki? - spytała 
niemal szeptem. 
Friedrik pokręcił głową wyraźnie smutny, że nie potrafi jej 
odpowiedzieć. 
- Wiem, po co Missy przyjechała tu ostatnim razem - powiedział 
cicho, ale ani słowem nie wspomniał o tajnej grupie, już niemal 
sieci, która zajmowała się przerzutem niewolników z Południa na 
Północ. 
- Ale to nie dlatego ktoś życzy Missy śmierci. Roza skinęła 
głową. 
-Oni nie mają pewności, jedynie podejrzenia. Tylko my wiemy - 
powiedział Friedrik. - Nadal są tacy, którzy sprowadzają tu 
niewolników nielegalnie. Dla nich brat Massa Josepha jest 
bohaterem. Ludziom tutaj to się nie podoba. Kiedy Missy 
wróciła, wielu zaczęło myśleć i o nim. O Missy dużo się tu mówi. 
Niektórzy mówią, że faworytę 0'Connorów trzeba załatwić tak, 
żeby odechciało się jej fanaberii... 
Roza wzdrygnęła się, chociaż dzień był już gorący. Dawno nie 
słyszała tego określenia. Faworyta 0'Connorów. Niewiele osób je 
znało. Właści- 
 

background image

wie powstało jako żart. Seamus nazwał ją tak kiedyś. Swoją 
plantację nazwał jej imieniem. Niewielu o tym wiedziało. 
- To bogaci tak plotkują. Tylko oni mogą sprawić, że człowiek 
znika - ciągnął dalej Friedrik. 
Tyle-Roza też wiedziała, brakowało jej jednak konkretnych 
nazwisk. Jakiejś twarzy, konkretnego człowieka, przed którym 
powinna mieć się na baczności. Teraz pozostawał jej jedynie lęk i 
podejrzliwość. 
- Sonny widział tu kogoś, Missy - powiedział nagle Friedrik, 
wskazując ręką na syna. 
Roza odwróciła się w stronę młodego mężczyzny. Miał wysokie 
czoło, czarne włosy, bardziej kręcone niż przyprószone już 
siwizną włosy ojca. Był szeroki w ramionach, miał szczupłe, 
żylaste ręce, wydatne szczęki i śmiały, bystry wzrok, po ojcu. 
- Proszę mi powiedzieć. 
Mężczyzna uśmiechnął się, niemal pogardliwie, jakby w głębi 
duszy śmiał się z niej, że prosi o pomoc niewolnika! Przecież ona 
była biała, mogła żądać i wymagać. Nie musiała prosić. Był 
czujny. 
Syn Friedrika nie lubił jej. Roza nie miała co do tego żadnych 
wątpliwości. 
- Whip - powiedział schrypniętym głosem. 
Podczas gaszenia suszarni Sonny pracował najbliżej magazynu, 
tuż obok płomieni. Podobnie jak inni walczył o zbiory swojego 
pana, chociaż Roza czuła jego wewnętrzny opór. 
-Whip, jak „pejcz"? - powtórzyła. 
-Widziałem go tutaj dwa wieczory temu. Nie wiem, czego tu 
szukał. Widziałem też, jak ktoś odjeżdża, tuż po tym, jak zaczęło 
się palić. 
 

background image

Przyglądała mu się dłuższą chwilę. 
- Tuż po tym? - spytała. - Sądziłam, że minęło trochę czasu, 
zanim zauważono ogień. Że dlatego straty są takie duże. 
Mężczyzna nie okazał żadnego lęku. Na jego twarzy pokazał się 
nawet lekki uśmiech, a w jego ciemnych, brązowych oczach 
pojawił się błysk, a może było to tylko odbicie światła lampy? 
Słyszała, jak niektóre z dzieci cicho chichotały, brat najwyraźniej 
był ich bohaterem. Pewnie słusznie, pomyślała. 
-Nie było mnie tutaj, Miz Rosie - powiedział mężczyzna. 
Uniosła brwi, usłyszała westchnienie matki. Pewnie bała się o 
swoich mężczyzn, o męża i o syna. 
- Chodzi o kobietę - odezwał się ojciec. - O kobietę, z którą nie 
może się tu spotkać. 
-Jest zamężna - wyjaśnił Sonny. Patrzył na Rozę i nadal się 
uśmiechał. 
- Gdzie byliście? I co widziałeś? - dopytywała się. 
- Byliśmy na wzgórzu. 
-Znam to miejsce - odparła Roza szybko, odsuwając od siebie 
wspomnienia. 
- Usłyszałem tętent końskich kopyt. Dochodził od strony Rose 
Garden. Ktoś gnał, jakby diabeł go gonił. Po chwili zobaczyliśmy 
płomienie. - Mężczyzna zamilkł, zapadła cisza. - To ja 
powiadomiłem o pożarze. Zbiegłem ze wzgórza i co sił w nogach 
ruszyłem do domu. Podpalacz wybrał idealną porę. Między 
trzecią a czwartą w nocy. Nie jestem w stanie podać 
dokładniejszego czasu. Nie mam zegarka. 
- Ale nie widziałeś go? 
 
 
 
 

background image

-Nie. 
- A mimo to podejrzewasz tego Whipa? I ojciec, i syn skinęli 
głowami. 
- Ludzie jeżdżą nocą konno - powiedziała Roza i mimowolnie 
pomyślała o Jasperze. 
Wszyscy wiedzieli, że kiedy był zły albo smutny, wsiadał na 
konia i ruszał przed siebie. Wszyscy słyszeli o jego nocnych 
eskapadach na Demonie. Wiedzieli też, gdzie one zwykle się 
kończą. W Dublinie, w pewnym domu o wątpliwej reputacji. 
Sonny też to wiedział, chociaż w żaden sposób się z tym nie 
zdradzał. Był niewolnikiem. Nie mógł tak jawnie oskarżać 
jednego z największych plantatorów w okolicy. Znacznie mniej 
wystarczało, żeby skóra na plecach ucierpiała. Mądry niewolnik 
wiedział, kiedy powinien milczeć. A i Sonny, i Friedrik byli 
rozsądnymi ludźmi. 
- Nikt inny nie ma w zwyczaju jeździć tą drogą - odpowiedział 
wymijająco Sonny. - Poza tym ludziom zwykle zależy, żeby ich 
nie widziano. Temu jeźdźcowi było to obojętne. 
- Gnał, jakby diabeł go gonił? - dopytywała się Roza. 
Miała wrażenie, że coś tu się nie zgadza. 
-Zdawał się bezwzględny - odpowiedział spokojnie Sonny. - Nie 
bał się. Po prostu jechał przez las. 
- Bezwzględny - powtórzyła Roza. -Jak Whip - powiedział 
Friedrik. 
- Kto to jest Whip? Musi mieć jakieś imię... -Uwielbia pejcz - 
wyjaśnił Friedrik. - Każdy 
niewolnik, który posmakował jego pejcza, niena- 
 

background image

widzi go. Nawet biali go nienawidzą, chociaż korzystają z jego 
usług. Właśnie z powodu tego pejcza. Robi to, na co oni nie 
potrafią się zdobyć. On wykonuje to za nich. 
-Jest bezwzględny - powtórzył Sonny. 
- Był nadzorcą u Mastera Jordana. W Blossom Hill - dodał 
Friedrik. 
Roza poczuła na rękach gęsią skórkę. Zaczęła szybciej oddychać, 
miała wrażenie, że coś ją dusi. Serce waliło jej w piersi. Zrobiło 
się jej gorąco, czuła na czole krople potu. Ciało jej pałało, jakby 
miała gorączkę, a ledwo się powstrzymywała, żeby nie szczękać 
zębami. 
- Nie u Mastera Jaspera - pośpieszył z wyjaśnieniem Friedrik. - 
Whip był nadzorcą u starego, u jego ojca. Kiedy Master Jasper 
przejął plantację, wyrzucił go. 
- Simon Matthews? - spytała Roza. - Whip to Simon Matthews? 
- Diabeł wcielony we własnej osobie - odpowiedział Sonny. 
 
 
Rozdział 3 
- Świadectwo ślubu trudno będzie unieważnić -stwierdził 
adwokat Joego, John Fowler. 
Joe zdecydował się na niego, mimo że John był młody i nie miał 
wielkiego doświadczenia. Wy- 
 
 
 
 
 
 
 

background image

brał go jednak głównie dlatego, że John nie znał Seamusa. Kiedy 
Joe przejął majątek O'Connorów, postanowił nie mieć do 
czynienia z ludźmi, którzy wcześniej doradzali bratu. Seamus 
wiedział, czego chce, on również. Chciał, żeby rodzina była 
razem, chciał o nią dbać, ale nie w taki sposób, jak jego brat, 
chociaż nie było mu łatwo wyplątać się z sieci, którą Seamus 
budował przez wiele lat. 
- Bynajmniej tego nie zamierzamy - stwierdził teraz. 
W rodzinnym domu, w Savannah czuł się swobodnie. Mary 
ulokował w jednym z miejscowych hoteli. Oczywiście 
protestowała i robiła to z wdziękiem, ale Joe nie dał się jej 
oczarować. Nie chciał plotek, o sobie i o Mary Kelly. W ogóle nie 
chciał się z nią widywać częściej, niż było to absolutnie 
konieczne. Zakomunikował jej, że jest zajęty załatwianiem spraw 
Monique. Zamierzał wysłać ją z córką na północ, do Filadelfii. 
Nie przejmował się tym, że Mary Kelly nie bardzo mu wierzyła. 
- Wiedziałem, że była żoną Seamusa, ale miałem nadzieję, że 
będzie się trzymać z daleka. Ze zniknie. Zapomni, że byli 
małżeństwem. Miałem nadzieję, że może umarła. 
John się uśmiechnął. Odłożył trzymany w ręku pistolet z lufą 
dymiącą po strzale. Jego klient złapał się za serce, a potem zaczął 
się śmiać. 
- Uda ci się skutecznie pomniejszyć jedną ósmą spadku po 
Seamusie? - spytał Joe. 
- Przędzalnie i fabrykę broni na pewno uda się utrzymać w 
tajemnicy. Nie sądzę też, żeby Mary Kelly wiedziała o jego 
udziałach w statkach. Kie- 
 

background image

dy ta część nam odpadnie, mogę spokojnie zaproponować jej 
więcej niż kiedykolwiek się spodziewała. 
-Jedną plantację, może dwie? - spytał Joe. -Mary nie będzie się 
dobrze czuła na wsi. 
- Może dom w Nowym Jorku - zaproponował John Fowler, 
wzruszając ramionami. - Stać was na to. I jakąś sumkę, która 
zapewni jej dostatnie życie, bez większych problemów. 
Podejrzewam, że panna Kelly właśnie na coś takiego liczy. 
- Nie chcę mieć z nią bez przerwy do czynienia. 
- Miałem na myśli jednorazową wypłatę. W ten sposób dasz jej 
do zrozumienia, że nie zamierzasz brać za nią odpowiedzialności. 
Musi sobie radzić sama. Nie sądzę, żeby protestowała. Podpisze, 
że akceptuje warunki, które wspólnie ustalimy, a przekazana jej 
suma stanowi należny jej spadek po mężu. Sądzę, że wykaże 
zrozumienie. 
- Mary jest ostra jak brzytwa - zaznaczył Joe. -Powinienem był o 
niej pamiętać. 
-Większość mężczyzn pewnie by pamiętała -uśmiechnął się John, 
przeciągając palcami przez swoją jasną czuprynę. - Rozumiem 
twojego brata, że się z nią ożenił. 
Joe pokręcił głową. 
-Kto jak kto, ale ty nie powinieneś ulegać wdziękom pięknej 
kobiety. Osobiście powiedziałbym, że jeszcze lepiej rozumiem, 
dlaczego Seamus od niej odszedł. 
-Powinien się z nią rozwieść, albo przynajmniej nie żenić się 
ponownie. 
-Nie włączajmy w to Rosie! - zaprotestował Joe stanowczo. 
 
 
 
 

background image

John Fowler uniósł jedną brew, rozprostował swoje długie nogi. 
- Nie zamierzam ci mówić, co wyczuwam w twoim tonie, Joseph 
- powiedział, cmokając. -Jestem bowiem człowiekiem wysoce 
dyskretnym -dodał. 
Mary Kelly nie była kobietą, która czekałaby w swoim 
hotelowym pokoju i grzecznie zajęła się robótką. Włożyła na 
siebie jeden ze swoich bardziej eleganckich kostiumów 
spacerowych w kolorze rdzawego brązu, z kołnierzem 
haftowanym w żółty wzór. Podobny wzór zdobił też dół jej sukni, 
a rękawiczki i buty były w odcieniu dopasowanym do koloru 
kostiumu. Jasne włosy upięła wysoko i przykryła słomianym 
kapelusikiem w kolorze rdzawego brązu. Wiedziała, że przyciąga 
spojrzenia mężczyzn, ale to jej bynajmniej nie przeszkadzało. 
Wręcz przeciwnie. Jednak miała też nadzieję, iż swoją postawą 
wyraźnie pokazuje, że ewentualni chętni nie mają na co liczyć. 
Nie bała się. 
Mijani na ulicy ludzie przyglądali się jej zdezorientowani. 
Szła sama, jak prawdziwa dama. Ale szła ulicami, którymi 
niewiele kobiet odważyłoby się iść. Promieniowała odwagą, 
którą wyróżniały się kobiety lekkich obyczajów, ale jej postawa i 
ubiór były właściwe dla kobiet z wyższych sfer. 
Mężczyzna, który czekał na nią na zewnątrz jednej z najlepszych 
restauracji w mieście, gdzie bywali tylko najbogatsi, był do niej 
podobny. Poruszał się z nonszalancją, był świetnie ubrany. Jego 
szare spodnie miały idealny krój. Miał na sobie 
 

background image

płaszcz, także szary, i brokatową kamizelkę w kolorze starego 
złota, która przełamywała monotonię szarości. Łańcuszek 
zegarka był ze złota. Jedwabny szalik miał wzór w kolorze 
pasującym do kamizelki i blond kosmyków w jego rudych 
włosach. Miał jasne, niebieskie oczy i około trzydziestu lat. 
Wchodząc do środka, puścił Mary przodem. Przywitał się 
uprzejmie z szefem sali, który skłonił się im i zaprowadził do 
stolika wewnątrz lokalu. Nie było to miejsce, w którym goście 
siedzieli jeden obok drugiego i, chcąc nie chcąc, słyszeli swoje 
rozmowy. Lokal zapewniał swoim gościom pełną dyskrecję, a 
ponadto słynął z wyszukanej kuchni. 
- O'Connor zmiękł? - spytał mężczyzna, kiedy usiedli przy 
stoliku, a kelner poszedł po zamówione wino. 
- Na pewno nie ożeni się ze mną, żeby zamknąć mi usta - odparła 
Mary, wzruszając ramionami. -Ale sądzę, że dojdziemy do 
porozumienia. 
- Masz grać, udawać zainteresowaną, a kiedy dadzą ci do ręki 
pióro... - Chwycił jej dłoń i zaczął całować jej palce, nie 
spuszczając z niej wzroku. -Kiedy atrament zacznie kapać na 
papier, wtedy rzucisz, że nie ma tu wzmianki o fabryce broni. 
Mary cofnęła dłoń, jej wzrok był równie promienny jak jego. 
Wiedziała, o czym mężczyzna myśli, co miałby ochotę z nią 
robić. Tak było od pierwszej chwili, od momentu, kiedy znalazł 
ją w jej norze w Nowym Jorku. Pożerał ją wzrokiem od samego 
początku. 
Ale ona potrafiła o siebie zadbać. Dała mu jasno do zrozumienia, 
że nie jest „taką" kobietą. 
 
 
 
 

background image

Była tancerką. 
Nie mieszała interesów z przyjemnościami. 
- Myślałam, że te sprawy już sobie wyjaśniliśmy 
- powiedziała powoli, jakby nieco leniwie. 
-Móże innym razem? - spytał, uśmiechając się. 
Odtrąciła go, ale on się nie obrażał. Spodziewał się takiej reakcji, 
ale wiedział też, że musi próbować. To było częścią gry, jaką ze 
sobą prowadzili. Oboje o tym wiedzieli. 
- Możesz sobie dalej marzyć - odpowiedziała. -Sięgnęła po 
serwetkę, położyła ją sobie na kolanach. -Przędzalnie. 
Wolałabym przędzalnie. To one zarabiają pieniądze. Przędą 
pieniądze. Znam się na rachunkach. Fabryki broni nie zarabiają. 
- Prędzej czy później dojdzie do wojny - powiedział siedzący po 
drugiej stronie stołu mężczyzna. 
- I wtedy, kochanie, będziesz żałować, że wybrałaś przędzalnie. 
Zamilkli na moment. 
Podszedł kelner, nalał wino do kieliszka mężczyzny. Ten wziął 
łyk, trzymał go chwilę w ustach, smakując. Pokiwał głową z 
uznaniem. Odczekali aż kelner napełnił oba kieliszki. Wzięli je 
do ręki, nadal milcząc. 
- Proszę mi zaufać, pani O'Connor - powiedział w końcu 
mężczyzna, kiedy odstawiła kieliszek. 
Oboje się roześmiali. Uznała, że on zapewne wie lepiej. Że 
pewnie rzeczywiście prędzej czy później dojdzie jednak do 
wojny. Nie znała się na tym. Grała tylko wyznaczoną jej rolę, 
zgodnie ze wskazówkami przekazanego jej scenariusza. 
Mary Kelly, tancerka z dublińskich knajp, została aktorką. 
 

background image

- Chodzi o to, żeby odczuli to możliwie najboleśniej - 
powiedziała lekkim tonem. - No i żeby ta cudzoziemska dziwka 
nie wyobrażała sobie Bóg wie czego. 
Mężczyzna przytaknął. 
- Dopilnujemy tego. Zajmiemy się nią i dzieckiem. Wiem, że 
jakieś kroki już zostały podjęte. Zatrudniliśmy najlepszego z 
poleconych nam ludzi. Twierdzi, że sobie poradzi. Jest bardzo 
zmotywowany i nie chodzi mu tylko o pieniądze. 
Mary Kelly roześmiała się swoim niskim, niemal męskim 
głosem, który tylko dodawał jej atrakcyjności, jak uznał siedzący 
naprzeciwko niej mężczyzna. Była piękną, ale i silną kobietą. Nie 
zaprzeczał, że bardzo go pociągała. Wiedział jednak, że nawet 
jeśli wkrótce stanie się też bardzo bogatą kobietą, to nadal 
pozostanie kobietą spoza jego sfery. Nie wyobrażał sobie, żeby 
mogła być matką jego dzieci. 
Mary Kelly nie była kobietą, z którą mężczyzna taki jak on 
mógłby się ożenić. 
-Nie wiedziałem, że kobiety są tak żądne zemsty - zauważył. 
Patrzył zafascynowany, jak Mary rzuciła się na homara z niemal 
zmysłową żarłocznością. Jeśli to prawda, że kobiety kochają tak, 
jak jedzą, to Mary robiła to z rozkoszą. 
- Nie lubię, jeśli ktoś chce mi zabrać coś, co jest moje - 
odpowiedziała mu krótko. - Może go i nie kochałam, ale był 
moim mężem. Zapomniałam się z nim rozwieść. Nie 
przykładałam do tego większej wagi. Może to los tak chciał. Bo 
ja wierzę w los i przeznaczenie. Ty pewnie tego nie zrozumiesz, 
 
 
 
 

background image

jesteś za bardzo angielski. Poza tym, on też nie podjął żadnych 
kroków, żeby rozwiązać nasze małżeństwo, a więc był mój. Był 
moim mężem. -Popiła homara białym winem. - Był moim boga-
tym mężem. A oni chcieli mnie oszukać. Zabrać mi to, co mi się 
zgodnie z prawem należy. Oczywiście, że mi się to nie podoba. 
No a ona nie miała prawa dać mu dziecka. To jeszcze bardziej mi 
się nie podoba. 
-Jestem Amerykaninem, Mary O'Connor - powiedział 
mężczyzna, kiedy skończyła swój wywód. 
- Nie zwracaj się do mnie w ten sposób! 
Wzdrygnęła się i zbladła. Bawiło go to. Wiedział, że jest twarda, 
że niełatwo ją przestraszyć, ale też i niełatwo było zdobyć jej 
zaufanie. Nie była łatwowierna, nie dawała się zbyć byle czym. 
Wiedziała, jak bardzo im na niej zależy i wykorzystywała to. 
Pomyślał, że chętnie chociaż raz poczułby ją pod sobą... 
- Będziesz musiała jeszcze trochę pocierpieć. Ale w końcu jesteś 
przecież Mary O'Connor. 
- Nie chciałabym tego przeciągać. Jej słowa zabrzmiały niczym 
prośba. 
- Statek przypływa dopiero za dwa tygodnie, pani O'Connor. 
Sądziłem, że ta gra sprawi ci przyjemność, czasem miło jest być 
kotem, a nie myszką... 
-Joe nie jest głupi... 
- Co chyba czyni tę grę jeszcze bardziej ekscytującą? - 
powiedział, biorąc kolejny łyk cierpkiego, złocistego napoju. 
 

background image

- Nie chcę tego przeciągać - oświadczył Joe, biorąc się za lekturę 
papierów, które podał mu John. 
-Tęsknisz za domem? - spytał jego adwokat i przyjaciel w jednej 
osobie. - Może powinienem zrobić sobie kilka dni wolnego i 
pojechać z tobą. Przekonać się, co cię tam tak ciągnie... 
Joe podniósł wzrok i przyjaciel zamilkł. John Fowler strzepał 
nieistniejące drobinki pyłu z ciemnych nogawek spodni. Był 
nienagannie ubrany, jak zwykle. Nawet u siebie w domu nosił 
kamizelkę dopasowaną do fularu, a jego brązowe buty błyszczały 
jak żadne inne w Savannah. 
- Sądziłem, że potrzebujesz czegoś, co odciągnęłoby cię na 
chwilę od domu - wyjaśnił John, uznając, że lepiej będzie, jeśli 
powie to, co naprawdę myśli, niż gdyby przyjaciel miał zacząć się 
domyślać nie wiadomo czego. 
- Wspomnienia są wszędzie - uciął Joe krótko. 
John rozejrzał się. Jego niebieskie oczy widziały wszędzie rękę 
Jenny. Wprowadziła tu wiele zmian. John pamiętał, jak dom 
wyglądał, zanim Jenny swoim wysokim, jasnym głosem z ledwie 
wyczuwalnym irlandzkim akcentem, zaczęła komenderować 
rzemieślnikami. 
-Nieważne, gdzie jestem, zawsze mam przed oczami mojego 
syna. Jenny i Denise także noszę zawsze w swoim sercu. Tutaj są 
tak samo obecni jak gdzie indziej. 
- Rozumiem. 
Joe pokręcił głową i położył papiery na stojącym obok 
niewielkim stoliku. Brązowy, drewniany blat błyszczał tak, że 
mógł się w nim przejrzeć. Spojrzał w dół i zobaczył w nim swoją 
brązową 
 
 

background image

twarz. Tak dobrze mu znaną, ale nagle obcą. Jakby jakiś kolec 
tkwił mu w sercu. A raczej sopel lodu. Czuł ból, ale to właśnie ból 
nie pozwalał mu zapomnieć. 
- Niczego nie rozumiesz - powiedział Joe. John odchylił się w 
fotelu, splótł dłonie na karku. 
- Masz dość problemów, Joseph - powiedział. -Nie ma powodu, 
żebyś jeszcze ich sobie dokładał. Rozumiem, że... 
- Chciałbym, żebyś zrobił dla mnie coś jeszcze - przerwał mu Joe 
z ciężkim westchnieniem. - Nie wiem, czy to w ogóle możliwe, 
ale chciałbym, żebyś przynajmniej spróbował. Koszty są 
nieważne. Czas też nie... 
- Jak ona ma na imię? - wszedł mu w słowo John. Joe pokręcił 
głową tak gwałtownie, że jego 
ciemne włosy się rozsypały. 
- Tu nie chodzi o kobietę. To nie jest tak, jak myślisz. Tu chodzi o 
dziecko... 
- Ach, tak - skwitował John i zamknął oczy. Pomyślał o tym, co 
spotkało Joego. Sam nie 
miał dzieci, ale potrafił sobie wyobrazić, że strata dwójki 
jednocześnie mogła każdego doprowadzić do utraty zmysłów. 
- Mam jeszcze jedno dziecko - oznajmił Joseph CConnor. 
Westchnął ciężko, zastanawiając się, ile razy starał się wyprzeć 
ten fakt ze swojej pamięci. Nadal było mu ciężko o tym mówić. I 
nadal też nie był pewien, czy to, co zamierzał uczynić, jest 
słuszne. 
- Masz jeszcze jedno dziecko? - spytał John. Starał się, żeby jego 
głos zabrzmiał tak obojęt- 
 

background image

nie, jak to możliwe. Po raz kolejny przeciągnął dłonią po swojej 
jasnej, niesfornej czuprynie. 
- 0'Connorowie zawsze byli pracowici - zauważył sucho, żeby nie 
urazić przyjaciela. - To ktoś, kogo znam? - spytał zarówno z 
zawodowego zainteresowania, jak i z czysto prywatnej 
ciekawości. 
Tak czy inaczej, będzie potrzebował informacji o matce dziecka. 
Zastanawiał się, co to za kobieta sprawiła, że Joe, zwykle tak 
stateczny i spokojny, zdecydował się zdradzić swoją piękną żonę. 
O ile wiedział, Joe zawsze kochał Jenny. Ich związek wydawał 
się mocny i szczęśliwy. Każdy, kto spędził z nimi choć trochę 
czasu, widział to i czuł. 
- Nie, nie znasz jej - odpowiedział Joe. 
- Ale chcesz, żebym ją znalazł? - dopytywał John. Przez moment 
się zastanawiał, czy może jednak 
coś niewłaściwie zrozumiał. 
- Ona mnie nie obchodzi - rzucił Joe krótko. -Chcę odnaleźć 
dziecko. To mój syn. Mój jedyny syn, John. Chcę, żeby dorastał 
w Rose Garden. Zatroszczę się o niego, dam mu wykształcenie, 
zapewnię przyszłość. To moja krew. 
John Fowler westchnął. 
-Obawiam się, że będziesz musiał wziąć pod uwagę także zdanie 
matki, przyjacielu! Zakładając oczywiście, że ich znajdziemy, ją i 
dziecko. Nawet jeśli nam się uda, nie ma pewności, że będzie 
chciała oddać ci chłopca. Tak czy inaczej, muszę wiedzieć, kim 
ona jest. 
- Była jedną z moich niewolnic. 
- To dziecko niewolnicy? - Adwokat uniósł brwi tak wysoko, że 
na jego usianym piegami czole pojawiły się zmarszczki. -Czy ty 
słyszysz, co mó- 
 

background image

wisz? Chcesz wychowywać dziecko niewolnicy na swojej 
plantacji? Może jeszcze miałby po tobie dziedziczyć? Nie 
zapominaj, że jesteśmy w Georgii! Takie rzeczy są tu 
niemożliwe! 
-Była młoda i piękna. Miała na imię Cecily -ciągnął dalej Joe. 
Zachowywał się, jakby w ogóle nie słyszał słów Johna. Teraz był 
już pewien, że musi to zrobić. 
-W domu mam wszystkie papiery. Może rzeczywiście 
powinieneś pojechać ze mną do Rose Garden. Ją sprzedałem, ale 
jego zostawiłem. To przecież mój syn... 
Joe urwał, spojrzał w niebieskie oczy Johna. Widział w nich 
współczucie. Domyślał się, że przyjaciel uważa, iż w wyniku 
przeżytego ostatnio bólu stal się niepoczytalny. I pewnie było w 
tym trochę racji, bo gdyby Joe nie stracił swoich bliskich, nie 
zaprzątałby sobie teraz głowy synem Cecily. 
Ale stało się najgorsze, co mogło się stać. 
Stracił Jenny. 
Stracił Denise i Nicholasa. 
Ale nie oszalał. Postanowił po prostu odszukać dziecko, które, o 
ile jeszcze żyło, było jego jedynym synem. Postanowił go uznać. 
- Dziecko urodziło się w 1843 roku. To mój syn. Nazwałem go 
Craig. Matka uciekła i wykradła go. - Zamilkł i zapadła cisza. - 
Nigdy jej nie schwytano. Piękna Cecily. Pewnie udało się jej 
dotrzeć na Północ. Proponuję, żebyś rozpoczął poszukiwania od 
Filadelfii. 
- Mówisz to poważnie? - spytał ponownie John. Joe skinął głową. 
- Zastanowiłeś się, co powiedzą ludzie, jeśli 
 

background image

wbrew wszystkiemu uda ci się jednak odnaleźć chłopca? Wiesz, 
jakie to będzie miało znaczenie nie tylko dla ciebie osobiście, ale 
także dla twoich interesów, dla ludzi, z którymi pracujesz? Nawet 
O'Connor nie może przeciwstawić się prawu. Chłopiec jest 
synem niewolnicy, no i jest czarny. 
- Nie zamierzam przekazać mu plantacji - odparł Joe sucho. 
- A jakie dokładnie są twoje plany wobec niego? 
- Nie ja jeden interesuję się losem własnego dziecka, nawet jeśli 
jest ono czarne... 
- Chodzi o sposób, w jaki to robisz... 
-Zachowam dyskrecję! Nie chcę, żeby ktokolwiek poczuł się 
urażony. Chcę jedynie zapewnić mu godziwe życie. Chcę, żeby 
wiedział, jakie są jego korzenie. I żebyśmy się poznali. 
- Chcesz dać mu do zrozumienia, że jest kimś więcej niż 
zwykłym niewolnikiem? - spytał John. 
Wiedział, że prowokuje przyjaciela, ale chciał mu uświadomić, 
jak niebezpieczne mogą być jego zamierzenia. 
- Wielu uzna, że jesteś niebezpiecznym agitatorem na rzecz 
Północy. 
- Chcę zapewnić mojemu synowi godziwe życie. Chcę, żeby był 
wolnym człowiekiem, niezależnie od koloru skóry. Chcę dać mu 
podstawy, żeby potem mógł sam radzić sobie w życiu. Chłopak 
pewnie jest bystry. Może kiedyś zostanie adwokatem! 
- Czarnym adwokatem? - spytał John rozbawiony. - W 
Savannah? Nie będzie mu łatwo. 
-Może przenieść się na Północ. Ale chcę widzieć, jak dorasta. Jest 
moim synem. Mam do tego prawo. Ona mi go ukradła, do diabła! 
On jest mój! 
 
 

background image

John Fowler uśmiechnął się, co jednak nie poprawiło jego 
nastroju. 
- Nie mówisz jak jankes - stwierdził. - No, cóż. Spróbuję zrobić 
coś, co z założenia wydaje się niemożliwe. Spróbuję znaleźć 
twojego syna. Masz dla mnie jeszcze jakieś niemożliwe zadania? 
Joe czuł się odrętwiały. Przyznanie, że chce odzyskać Craiga, 
było ciężkim przeżyciem nawet dla niego samego. Powiedzenie o 
tym Johnowi sprawiało mu wręcz fizyczny ból. 
- Nie ma rzeczy niemożliwych - stwierdził Joe. 
- Masz jeszcze jakieś? Joe skinął głową. 
- Przygotuj wszystkie potrzebne dokumenty, które umożliwią mi 
wzięcie ślubu. 
Na to John nie był przygotowany. Jego zdziwienie było 
autentyczne. Minęła dobra chwila, zanim wziął się w garść. 
- A więc jednak chodzi o kobietę - próbował zażartować. - Znam 
ją? 
- Nie znasz jej osobiście, ale słyszałeś o niej -odpowiedział Joe. - 
To Rose Samuelsdatter. 
 
 
Rozdział 4 
- Nie wiem, co się stało z Matthewsem - zapewniał Jasper, sądząc 
najwyraźniej, że wszyscy mu uwierzą. 
 

background image

Zaraz po wizycie w chatach niewolników Roza zaatakowała go 
wprost. Nie zamierzała niczego owijać w bawełnę, żądała 
wyjaśnień. Nie ukrywała też, co myśli o byłym nadzorcy w 
Blossom Hill. 
- Po śmierci taty wyrzuciłem go. Jego usługi nie były mi już 
potrzebne - powiedział Jasper. 
Stał i przyglądał się Rozie dłuższą chwilę. 
- Kto jak kto, ale ty powinnaś chyba wiedzieć, dlaczego. 
- A skąd ty możesz coś o tym wiedzieć? - wyszeptała Roza, 
blednąc. 
Jasper nigdy nie pojawiał się w jej wspomnieniach. On w ogóle 
nie powinien nic o tym wszystkim wiedzieć. 
- Po prostu wiem - odpowiedział smutno. - To ci nie wystarczy? 
Wystarczyło aż nadto. 
- Whip. Czy to ci coś mówi? - spytała Roza, kiedy znów 
odzyskała głos. 
Potrzebowała trochę czasu, żeby dojść do siebie. Na samą myśl o 
tym, że Simon Matthews mógłby znajdować się gdzieś w 
pobliżu, przechodził ją dreszcz. 
Jasper zastygł. 
- Twierdzisz, że Whip i Matthews to jedna i ta sama osoba? - 
spytał z niedowierzaniem w głosie. 
Patrzył na nią sceptycznie, jakby nie potrafił zrozumieć, jak to 
możliwe, że ona wie coś, czego nie wie on. Przecież on tu 
mieszkał od zawsze, a ona przybyła niedawno. Nie można też 
powiedzieć, żeby okoliczni mieszkańcy przyjęli ją z otwartymi 
ramionami. Pozostawała poza nawiasem lokalnej społeczności, 
trochę jak Monique. 
 

background image

Zresztą Monique też dużo wiedziała. Rosie zdawała się mieć 
podobną umiejętność docierania do informacji, o których inni nie 
mieli pojęcia. 
Roza przyglądała mu się uważnie, ale kamienna twarz Jaspera nie 
zdradzała niczego. Sama potrafiła doskonale skrywać swoje 
uczucia, ale Jasper okazał się w tym lepszy od niej. Musiała się z 
tym pogodzić. 
- Whip to płatny morderca - wtrącił Paddy, który słyszał ich 
rozmowę. 
Roza co prawda odciągnęła Jaspera nieco na bok, właśnie po to, 
żeby mogli swobodnie rozmawiać, ale Paddy czuł się 
odpowiedzialny za Rozę i nie spuszczał jej z oka. Wiedział, że 
Roza miała skłonność do bagatelizowania ewentualnych za-
grożeń, a on był w końcu głową rodziny O'Connorów. Był 
najstarszym z rodu, właścicielem Favourite. Wcześniej funkcję 
głowy rodziny pełnił Seamus, chociaż był od niego o dwa lata 
młodszy. Seamus był urodzonym przywódcą i nikt nie 
kwestionował jego pozycji. Po jego śmierci funkcja ta 
bezapelacyjnie przypadła Paddy'emu. Nawet Joe to 
zaakceptował. 
- Whip zabija swoim pejczem - ciągnął dalej Paddy, mając 
nadzieję, że uda mu się przestraszyć Rozę. - Podobno ma 
kontakty z ludźmi, którzy mogą niemal wszystko, dlatego czuje 
się bezkarny. Nikt nigdy nie widział jego twarzy, nikt nie wie, 
kim on naprawdę jest. Ale gdy ktoś znajduje kolejną ofiarę 
uduszoną pejczem, nikt nie ma wątpliwości, kto za tym stoi. 
Paddy odchrząknął i przełknął ślinę. Robiło mu się niedobrze, 
kiedy o tym mówił, ale chciał, żeby 
 

background image

Roza zrozumiała powagę sytuacji. Żeby dotarło do niej, jakiego 
rodzaju człowiekiem jest Whip. 
- Podobno czerpie przyjemność z dręczenia ludzi. Biczuje swoje 
ofiary do krwi, a potem dusi. Niektórych w ogóle nie można 
zidentyfikować, tak są zmasakrowani. Nie musi zostawiać kartki 
z podpisem. Ciała ofiar mówią same za siebie. 
Roza nie była zdziwiona. 
Właściwie nic nie było w stanie jej zdziwić, jeśli chodziło o 
Simona Matthewsa, pomyślała. Chyba jedynie fakt, że ten 
człowiek nadal żył. Musiał przecież mieć wielu wrogów. 
-Jeśli Whip rzeczywiście dostał na ciebie zlecenie, to nie mogę 
spuścić cię z oka - zapowiedział jej Paddy głosem nieznoszącym 
sprzeciwu. 
- Nie opowiadaj takich rzeczy! 
- W Blossom Hill będzie bezpieczniejsza -stwierdził Jasper. 
- Nie zapominaj, że to ty się go pozbyłeś - odpowiedział Paddy 
spokojnie. - Zakładając oczywiście, że Whip to rzeczywiście twój 
były nadzorca. 
-Co do tego nie mam żadnych wątpliwości -wtrąciła się do 
rozmowy Roza. 
Była blada, ale starała się nie dać niczego po sobie poznać. Nie 
chciała, by mężczyźni się domyślili, jak bardzo się boi. I jak 
bardzo przeraził ją fakt, że wspomnienie mężczyzny z pejczem 
nadal nie daje jej spokoju po tylu latach. Starała się wyprzeć je z 
pamięci, ale najwyraźniej nadal tam tkwiło. 
- Simon Matthews nie ośmieli się mnie tknąć! -oświadczył Jasper 
stanowczo. 
Jego oczy zrobiły się wąskie jak szparki. 
 
 

background image

-Jeśli sądzisz, że twoje nazwisko go powstrzyma, to obawiam się, 
że się grubo mylisz - nie ustępował Paddy. 
Próbował się opanować, ale w jego głosie słychać było 
wzburzenie. 
- Decyzja należy do niej - uciął dyskusję Jasper. 
Dał jej do zrozumienia, że uznaje jej prawo do decydowania o 
własnym losie. Nie zamierzał jej do niczego zmuszać. Był 
mężczyzną, był od niej silniejszy i gdyby tylko chciał, na pewno 
mógł postawić na swoim. 
Roza rozejrzała się dookoła. Nawet jeśli zamykała oczy, nadal 
widziała rany po oparzeniach. Wiedziała też, że swąd spalenizny 
długo jeszcze będzie przypominał wszystkim o tym zdarzeniu. 
Wróciły wspomnienia z Altadalen. Znów miała przed oczami 
spalony dom Mattiasa. Poczuła bezgraniczny ból. Ogień szedł za 
nią. Wszystko to była jej wina. Te zdarzenia miały związek z nią. 
Nie miała prawa narażać niewinnych ludzi na takie tragedie. 
Ludzi, którzy nie mieli z tym nic wspólnego. 
Chociaż akurat Jasper nie był tak całkiem niewinny. 
Przed jej oczami znów pojawiły się zgliszcza. Wyobraziła sobie 
kolejne pogorzeliska. Kolejne pożary. Nie miała z tym 
problemów, wyobraźnia zawsze była jej mocną stroną. Jej 
krzyżem. Bardziej przekleństwem niż błogosławieństwem. Miała 
wrażenie, że słyszy trzask płomieni. Ogień był coraz bliżej, w 
drodze do niej pochłaniał kolejne ofiary. 
Bo to ona miała zginąć w jego płomieniach. 
 

background image

Ona, babilońska nierządnica. 
Gdzieś w oddali słyszała też oddech Simona Matthewsa. 
Urywany oddech mężczyzny, znajdującego zadowolenie w 
torturach. Czerpiącego rozkosz z patrzenia, jak ciało ofiary wije 
się z bólu pod jego pejczem. 
Widziała to wszystko tak wyraźnie, że nie musiała sobie niczego 
wyobrażać. Wiedziała, do czego jest zdolny. Widziała to na 
własne oczy. 
I była przerażona. 
- Pójdę po Lily i pojadę z Jasperem do Blossom Hill - stwierdziła 
stanowczo. - To nam grozi niebezpieczeństwo. Mnie i Lily, 
mojemu dziecku. Mojemu i Seamusa - dodała. 
-Weź ze sobą i chłopca - powiedział Jasper. Nie patrzył na nią, ale 
wyczuła prośbę w jego głosie. 
-1 mamkę - dodała. 
- Nie, tylko chłopca. 
Skinęła głową. Mamka Jordy'ego może zostać w Favourite i zająć 
się Stellą. Nie miała nic przeciwko temu. 
- To szaleństwo - wtrącił się do rozmowy Paddy. 
Zaniepokojony, odciągnął Rozę na bok. Stali teraz tak blisko 
siebie, że niemal dotykał czołem jej grzywki. Czuła jego gorący 
oddech na swojej skórze. 
- Skąd masz pewność, że to nie Jasper za tym stoi? - spytał cicho. 
- Miałby niejeden powód. Skąd wiesz, że będziesz u niego 
bezpieczna? Będziesz całkowicie od niego zależna. Tego chcesz? 
Powierzysz mu swoje życie? I życie twojego dziecka? Ufasz mu? 
Wiesz, co zrobił. Byłaś przy tym. Widziałaś wszystko na własne 
oczy! Wiesz, jakim 
 
 

background image

człowiekiem jest Jasper Jordan! Zastanów się, Rosie! Błagam cię. 
Zaledwie kilka dni temu strzelał do ciebie! 
Roza zaczęła drżeć. Zaczerpnęła powietrza. Wiedziała, że Paddy 
ma rację. 
- Nie mam żadnej pewności - zaczęła. Podniosła głowę, spojrzała 
na Paddy'ego. Miała 
łzy w oczach, ale opanowała się. Zamrugała gwałtownie i po 
chwili znów była sobą. Nie chciała płakać. Nie może sobie 
pozwolić na płacz. 
- Nie mam żadnej pewności, Padraig - powtórzyła. - Jasper mógł 
mnie zastrzelić, a nie zrobił tego. Mógł mnie zastrzelić wiele 
razy. Nie wierzę, że chce mi zrobić krzywdę. Czuję to. 
- Do diabła z twoimi przeczuciami! - westchnął Paddy bezradnie. 
- Do diabła z tobą i wszystkimi upartymi kobietami z rodu 
0'Connorów! 
Pokręcił głową i położył dłonie na jej ramionach. Przyglądał się 
jej z troską. 
- Martwię się o ciebie, Rosie. Należysz do naszej rodziny. 
Kocham Lily tak samo jak moje własne dzieci. Lily jest córką 
Seamusa. Poza wspomnieniami niewiele po nim zostało. Na 
szczęście mamy małą Lily. Dlatego błagam cię, Rosie, nie 
narażaj jej na niebezpieczeństwo! 
- W Blossom Hill dziecko Jaspera będzie zależne ode mnie - 
powiedziała Roza. 
- A od kiedy to niby jemu na nim zależy? - rzucił Paddy z goryczą 
w głosie. 
- Być może właśnie od dzisiejszej nocy - odpowiedziała Roza. 
W jej głosie pobrzmiewała nutka czułości. Uśmiechnęła się 
blado. Paddy wzdrygnął się, kiedy 
 

background image

zrozumiał, że to Jasper Jordan wywołał ten uśmiech na jej twarzy. 
-Być może dzisiaj w nocy, kiedy pojechał do Rose Garden 
sprawdzić, jak chłopiec się czuje... 
-Jakoś trudno mi w to uwierzyć - oświadczył Paddy. 
Rzeczywiście, nie bardzo wierzył, że ktoś może się zmienić w 
ciągu jednej nocy, a już na pewno nie pan na Blossom Hill. 
- Daj mu szansę! - poprosiła Roza. Paddy się roześmiał. 
- Zabiję go, jeśli cokolwiek wam się tam stanie - oświadczył. -1 
przeklnę twoją duszę po wsze czasy, jeśli się okaże, że naraziłaś 
Lily na niebezpieczeństwo! 
- Chcę być z Matti! - oświadczyła Lily. 
Zauważyła już, że tu, w Ameryce wszyscy zawsze starali się 
spełnić jej życzenia. Byli dla niej mili, bo była córką Seamusa. I 
nie wahała się z tego korzystać. Bawiło ją to. Chociaż była też 
zdziwiona, że pozwalano jej na tak wiele. Nawet mama ulegała 
jej tu częściej niż w Norwegii. 
- Dlaczego mam tu zostać? - spytał Matti, stając przed Lily. 
Patrzył wyzywającym wzrokiem na Rozę. W oczach miał taki 
sam upór, jaki był w spojrzeniu Lily. Tych dwoje trzymało się 
razem. I zawsze tak będzie, pomyślała Roza. Oboje mieli dusze 
wojowników. 
Roza uległa mu, nie spytawszy nawet Jaspera o zgodę. Wiedziała, 
że czeka na nią na zewnątrz 
i jest świadom tego, co Paddy o nim myśli. 
Szybko zaczęła pakować najpotrzebniejsze rze- 
 
 
 
 
 

background image

czy dla siebie i dla dzieci. Nie chciała brać ze sobą wiele. Trochę 
ubrań na parę najbliższych dni i to, co miała najdroższego, co 
zawsze starała się mieć przy sobie. Kasetkę z dokumentami i 
pieniędzmi i podwójne kolumienki, które kiedyś były 
wisiorkiem. Niczego więcej nie potrzebowała. 
Miała nadzieję, że jej pobyt w Blossom Hill nie potrwa długo. 
- Co to ma znaczyć? - spytała Bridget zdziwiona, kiedy 
zobaczyła, że Roza pakuje walizki. 
- Postanowiłaś z nim jechać? Nie ufałabym mu, gdybym była 
tobą. 
- Ale nie jesteś mną - powiedziała Roza spokojnie. 
Wystawiła na zewnątrz dwie walizki. Jedną odsunęła nogą, żeby 
Bridget nie mogła jej chwycić. 
- A co na to Paddy? I jak zareaguje Joseph? Roza wzięła na rękę 
małego Jordy'ego i zaczęła 
tłumaczyć młodej niewolnicy, która była jego mamką, jak ma się 
opiekować Stellą. Wzięła też na bok Olego i przekonała go, że to 
dobre rozwiązanie. Ole był jej bratem, ale miał własne zdanie na 
ten temat. Skoro jednak nie zamierzała brać ze sobą i jego 
dziecka, nie mógł jej niczego zakazać. 
-Jedziemy do Blossom Hill? - spytała Lily podejrzliwie, kiedy 
zobaczyła Jaspera siedzącego na miejscu woźnicy obszernego 
powozu, w stronę którego właśnie zmierzali. 
Na ich widok Jasper zeskoczył na ziemię. Otworzył drzwiczki 
powozu i wrzucił do środka walizki Rozy. Leżały teraz na 
podłodze, oparte o jedną z bocznych ścianek. 
- Przypilnuj, żeby dzieci wsiadły do środka   
 

background image

zarządził, rozglądając się uważnie dookoła. -1 powiedz im 
prawdę! - dodał, zamykając dokładnie drzwiczki powozu. 
- Jaką prawdę? - spytał Matti zdziwiony. 
On i Lily siedzieli obok siebie. Jakby stanowili wspólny front 
przeciwko Rozie, przeciwko wszystkim dorosłym. Ich 
twarzyczki były poważne. Roza czuła na sobie podejrzliwe 
spojrzenia dwóch par dziecięcych oczu. Z każdą sekundą miała 
coraz większe wyrzuty sumienia. Powóz ruszył, a ona ciągle 
jeszcze im niczego nie powiedziała. 
- Dlaczego jedziemy z nim? - spytała w końcu Lily. 
Może Jasper rzeczywiście miał rację, pomyślała Roza zmęczona. 
Powinna powiedzieć im prawdę. Nie wolno jej milczeć. Do tej 
pory uważała, że byłoby to zbyt okrutne, ale może się myliła? 
Może rzeczywiście powinny wiedzieć, dlaczego uciekają, czy 
raczej przed czym uciekają. Co było tak straszne, że nawet 
dorośli byli przerażeni. Może nawet dzieci miały prawo to 
wiedzieć. Nie chciała, żeby się przestraszyły, a w końcu chodziło 
tu o ich życie. Jeśli groziła im śmierć, to miały prawo wiedzieć, 
dlaczego. 
- Ktoś chce nas zabić - zaczęła Roza. 
Przyglądała się dzieciom uważnie, trzymając delikatnie małego 
Jordy'ego. Bała się, że zrobi mu krzywdę. Był taki maleńki i 
bezbronny. I nie miał nikogo. 
-To jakiś żart - odezwał się Matti słabym, łamiącym się głosem, 
który w dziwny sposób przypominał jej głos Mattiasa. 
-Ktoś chce zabić mnie i moje dzieci - powie- 
 
 
 

background image

działa Roza. - Ten ktoś sądzi, że ty też jesteś moim dzieckiem, 
Matti. Że jesteś bratem Lily, Michaelem, więc i twoje życie jest 
zagrożone... 
To nie była prawda. Matti mógł spokojnie zostać w Favourite, 
gdzie byłby bezpieczny. Tam nic by mu nie groziło. Ale ona 
uległa i wzięła go ze sobą. Dlatego teraz chciała dać mu poczucie 
przynależności. Pozwolić, by poczuł, że jest jej dzieckiem, tak 
samo jak Lily. I że jest tak samo kochany jak ona. Miała nadzieję, 
że dzieciom nie przyjdzie do głowy zastanawiać się, dlaczego w 
takim razie w pierwszej chwili chciała zabrać ze sobą tylko Lily. 
-Nie zrobiliśmy niczego złego - powiedział Matti. 
- Ktoś zabił mojego tatę - wyszeptała Lily, załamując swoje 
drobne, chude rączki. - Czy dlatego teraz ten ktoś chce nas też 
zabić? Z powodu taty? 
Roza skinęła głową. 
- Dlaczego ktoś jest na niego zły? - dopytywał się Matti, jak 
zwykle lojalny wobec Lily. - On nie żyje. Chyba nie można 
nienawidzić kogoś, kto jest martwy, prawda? Co on takiego 
zrobił? 
- Dlaczego jedziemy do Jaspera? - przerwała mu Lily swoim 
jasnym, wyraźnym głosem. - Nie mogliśmy zostać u wujka 
Paddy'ego? 
- Nie - odpowiedziała Roza. - U Jaspera będziemy bezpieczniejsi. 
Jasper jest tu kimś bardzo ważnym. W Georgii nikt nie odważy 
się go tknąć, kochanie. 
-Jest głupi - stwierdziła nagle Lily stanowczo. 
Nie do końca rozumiała, co przydarzyło się Monique, ale 
najwyraźniej wiedziała wystarczająco dużo, żeby opowiedzieć 
się po jej stronie. 
 

background image

- Nie chciał Monique i Sereny. Nie chciał też maleństwa. 
Dlaczego wzięłaś ze sobą Jordyego? Jasper jest głupi! Nie lubię 
go! 
-Ja też nie - zawtórował jej jak echo Matti. 
Roza zaś nie lubiła Blossom Hill. Jednak ze względu na dzieci, 
próbowała tego nie okazywać. Jechali teraz szeroką aleją, 
prowadzącą do głównego budynku, wznoszącego się dumnie na 
jej końcu. Białe ściany rezydencji i liczne kolumny rozjaśniały 
monotonny krajobraz. Budynek powstał, żeby robić wrażenie i 
rzeczywiście był imponujący. Przyznawała to za każdym razem, 
kiedy tu przyjeżdżała. Zerknęła na bok. Ktoś rozebrał domek nad 
rzeką. Nie spytała o to Jaspera. Ani Joego. Nie chciała nic o tym 
wiedzieć. 
- Wygląda jak więzienie! - stwierdziła Lily wojowniczo, 
przyciskając buzię do szyby powozu. 
- Wygląda jak pałac - powiedziała Roza lekko. W powozie było 
gorąco. Czuła krople potu na 
plecach, ale nie narzekała. Rozumiała, że Jasper wziął kryty 
powóz, ale uznała, że szyby w oknach były jednak przesadą. 
Jasper zatrzymał powóz tuż przed schodami, prowadzącymi do 
głównego wejścia. Przez małą szybkę w drzwiczkach widzieli 
tylko dom, bez choćby skrawka nieba. Roza usłyszała, że Jasper 
zeskoczył już na ziemię, po chwili otworzył drzwiczki i wziął od 
niej dziecko, żeby mogła wysiąść z powozu. Podświadomie 
ściągnął usta, ale twarz mu złagodniała, kiedy spojrzał na 
swojego ciemnego synka. Kiedy zorientował się, że Roza 
 
 
 
 

background image

na niego patrzy, na jego twarzy znów pojawił się grymas, szybko 
oddał jej dziecko. 
- Wejdź z dziećmi do domu! - rzucił szorstko. 
Roza nie protestowała. W ogóle się nie odzywała, jakby nie 
chciała dać mu pretekstu, żeby zaczął zaprzeczać swoim 
uczuciom do maleńkiego synka. Dobrze widziała, jak przed 
chwilą na niego patrzył. 
Popychała przed sobą dwójkę starszych dzieci, jedną ręką 
podtrzymując suknię, na drugiej trzymając maleństwo. Jasper 
biegł za nią, niosąc w obu rękach jej walizki. Wystarczyło, że 
zawołał, i wielkie, podwójne drzwi natychmiast się otworzyły. 
- Niech ktoś zajmie się końmi! - rzucił krótko do służącego, który 
niczym duch stał przy drzwiach w swoim ciemnym ubraniu. 
- Najrozsądniej będzie, jeśli zostaniecie na dole - powiedział, 
otwierając nogą drzwi. 
Roza wyminęła go i weszła do pokoju. Był bardzo skromny. Nie 
spodziewała się tego w domu, gdzie wszystko ociekało 
przepychem. Pomieszczenie, do którego weszli, wyraźnie się 
różniło od reszty budynku. Miała wrażenie, że wkroczyła do 
innego świata. Meble były proste, skromne, bez zbędnych 
dekoracji. W pokoju nie było obrazów, luster, ani świeczników. 
Nie było żadnych zbędnych lamp, które zbierałyby kurz, nie 
dając wiele światła. Nie było wazonów z kwiatami, miseczek ze 
słodyczami, mieniących się kryształowych karafek. Nie było w 
nim niczego, co nie byłoby po prostu użyteczne. 
Usiadła na krawędzi twardej, obitej skórą kanapy. Miała proste 
kształty, wyglądała właściwie jak łóżko z wysokim oparciem. 
 

background image

- Mamy tu mieszkać? - spytała Lily. 
Była wyraźnie niezadowolona. To był naj brzydszy pokój, jaki 
kiedykolwiek widziała. Na szczęście była zbyt dobrze 
wychowana, by powiedzieć to na głos. Poza tym trochę się bała 
surowego spojrzenia niebieskich oczu matki. 
-Jak długo tu zostaniemy? 
- Do nocy - odpowiedział Jasper nieoczekiwanie stanowczo. 
Roza spojrzała na niego. Domyśliła się, że mówi do niej, chociaż 
można było odnieść wrażenie, że odpowiada jej córce. Jego 
słowa zaskoczyły ją. 
-W nocy przypłynie tu statek - ciągnął dalej Jasper. - Popłyniemy 
nim. 
- Dokąd? - spytał Matti, który nie dawał się zbić z tropu. 
Jego pytanie zabrzmiało jak wystrzał z karabinu. Roza 
zauważyła, że chłopiec mówił po angielsku, jakby to był jego 
język ojczysty. Była z niego dumna. Ale zdziwiła się, że w takiej 
sytuacji zauważa takie rzeczy. Chyba nie była aż tak przerażona, 
jak jej się zdawało. W każdym razie strach nie sparaliżował 
wszystkich jej zmysłów. 
- Tym statkiem popłyniemy do dużego miasta, które nazywa się 
Brunswick i leży nad wielkim morzem, nad Atlantykiem. 
- Co to do diabła ma znaczyć, Jasper? - spytała Roza. - Nie tak się 
umawialiśmy! Miałam po prostu zostać tu kilka dni z dziećmi. 
Nie było mowy o tym, że mamy gdzieś jechać. 
Jasper patrzył na nią chłodno. 
- To było, zanim się dowiedziałem, kto jest twoim wrogiem. 
Kiedy to do mnie dotarło, zrozumia- 
 
 
 

background image

łem, że od tej chwili muszę myśleć tak jak on. Musiałem szybko 
coś przedsięwziąć, uznałem, że nie będę cię w to wtajemniczał. 
Czasem trzeba trzymać karty przy sobie jak najdłużej się da - 
powiedział, cedząc słowa. - Muszę zdobyć nad nim przewagę, 
Rosie. Być może on już wie, że tu jesteś. A jeśli nie, to wkrótce 
się dowie. Takie rzeczy szybko się rozchodzą. Zawsze znajdzie 
się ktoś, kto powie o słowo za dużo, czasem nawet w dobrych 
intencjach. Na rzece Matthews nic nam nie zrobi. Będziecie 
bezpieczni. Moja głowa w tym, żeby nic złego wam się nie stało. 
Matthews spodziewa się, że ulokuję was tutaj, że się tu okopie-
my. Zaskoczymy go. 
- Mnie na pewno zaskoczyłeś - stwierdziła Roza bezradnie. 
Nie była zachwycona, że traci kontrolę nad biegiem wydarzeń. 
- O to chodziło - stwierdził Jasper, wytrzymując jej spojrzenie. 
- Staram się z nikim nie dzielić swoimi pomysłami. Ufam tylko 
sobie. 
 

background image

Rozdział 5 
Pióro niemal frunęło nad arkuszem grubego papieru w kolorze 
śmietany. Błyszczący dziób ptaka. Jego ciałem była ręka, 
trzymająca pióro mniej więcej w połowie długości. Joe 
wstrzymał oddech, nie miał odwagi spojrzeć na Johna. 
Podejrzewał, że jego przyjaciel, adwokat, czuł się podobnie. 
Światło lampy drżało w niewielkim gabinecie, gdzie na półkach 
od podłogi do sufitu stały książki, a każdy wolny skrawek zajęty 
był przez dokumenty. Poza tym było tu jeszcze niewielkie 
dębowe biurko i trzy krzesła, z których tak naprawdę tylko jedno 
nadawało się do siedzenia. Na nim właśnie siedziała teraz Mary 
Kelly, trzymając pióro-ptaka nad kartką papieru. 
Podpis Joego widniał już na dokumencie, na samym dole, z lewej 
strony. Brakowało tylko jej podpisu, z prawej strony, w czterech 
miejscach. Jeszcze moment i stanie się bardzo bogatą kobietą. I 
rozstanie się z rodziną CConnorów. 
Joe wstrzymał oddech w oczekiwaniu, aż ptak wyląduje na kartce 
papieru. Ale to nie następowało. Na kartce pojawiła się natomiast 
plama z atramentu. Duża, czarnoniebieska plama na drogim 
papierze. Ktoś jęknął. Joe poczuł, że zaschło mu w gardle i 
zrozumiał, że to on jęknął. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

- Wszystko wydaje się w porządku - powiedziała Mary Kelly. 
Uśmiechnęła się, wiedząc, że spojrzenia obu mężczyzn są teraz 
skupione na niej. Udawała, że czyta dokument, ale prawdę 
mówiąc, trudno byłoby jej odczytać kaligraficzne pismo. Litery 
falowały, zlewały się. Zresztą czytanie nigdy nie było jej mocną 
stroną, natomiast udawać potrafiła doskonale. Była dobrze 
przygotowana, wiedziała, co ma mówić. 
-Jak najbardziej w porządku - powtórzyła, czując, że wzbudziła w 
mężczyznach czujność. - Tylko nie widzę tu żadnej wzmianki o 
fabryce broni. 
Podniosła głowę i wyprostowała się wdzięcznie, składając usta w 
dzióbek. Znała wielu mężczyzn i wiedziała, że każdy z nich dałby 
wiele za jeden jej pocałunek. A Joe 0'Connor i John Fowler też w 
końcu byli tylko mężczyznami. Może i ich uda jej się oczarować? 
Zaprzątnąć ich myśli innymi sprawami niż umowa, przynajmniej 
na chwilę. 
-To chyba przez zapomnienie? - spytała, patrząc niewinnie to na 
jednego, to na drugiego, i trzepocząc długimi rzęsami. 
- Nie rozumiem, panno Kelly - powiedział adwokat, pewnie 
nieświadomy, że nad górną wargą pokazały mu się krople potu. 
Mężczyzna z jego pozycją powinien lepiej kontrolować swoje 
emocje, pomyślała Mary zawiedziona. Chociaż musiała 
przyznać, że był bardzo przystojny. 
- O czym ty mówisz, Mary? - spytał Joe chłodno. -Darujmy sobie 
tę grę, Joe! - odpowiedziała 
Mary, nawet na sekundę nie przestając się uśmiechać. 
 

background image

Napawała się poczuciem władzy. Nigdy jeszcze nie 
doświadczyła czegoś takiego. 
-Jeśli będziesz mnie szanował, to ja będę szanowała ciebie. 
Odłożyła pióro, na papierze pojawiła się kolejna plama 
atramentu, ale przecież nie musiała się tym przejmować. 
Atrament przypominał krew, kapiącą z amputowanej kończyny. 
Dramatycznym gestem odepchnęła niewielką stertę papierów w 
stronę mężczyzn po drugiej stronie biurka. Złożyła ręce na łonie i 
napawała się wyrazem ich twarzy. Starała się zapamiętać 
wszystkie szczegóły, żeby potem móc dokładnie opowiedzieć 
przebieg spotkania. 
- Nie prowadzę żadnej gry. Byłam żoną Seamu-sa, jego jedyną 
prawowitą żoną - podkreśliła. - To niezaprzeczalny fakt, czy to 
się komuś podoba, czy nie - dodała. 
-Skąd znasz takie słowa? - przerwał jej Joe. 
Przeszedł na drugą stronę biurka, usiadł na krawędzi blatu, tuż 
obok niej. Dotknął delikatnie jej brody, odwrócił jej twarz tak, by 
mógł ją lepiej widzieć. Zauważył, że w jej oczach nie było 
strachu. Gdyby była sama przeciwko nim, na pewno by się bała. 
Był tego pewien. W końcu znał ją nie od dzisiaj. Seamus znalazł 
ją w Monto, gdzie mieszkali ludzie biedni, bez wykształcenia, co 
oczywiście nie musiało niczego przesądzać, ale Joe zdążył ją 
trochę poznać i był pewien, że sama by tego wszystkiego nie 
wymyśliła. 
-Jak to się stało, że wpadłaś na pomysł, żeby nas odwiedzić, 
Mary? - spytał. - Nie sądzę, żebyś czytała gazety. 
 
 
 
 

background image

- Nie wiem, co masz na myśli - odpowiedziała. Głos jej nie drżał, 
spojrzenie miała skupione. 
Była bardzo pewna siebie, co było niepokojące. Bo Mary taka nie 
była. Wprawdzie ludzie się zmieniają, ale nie aż tak, pomyślał 
Joe. 
- To nie ty nas znalazłaś, prawda? To ktoś znalazł ciebie. Mam 
rację? 
- Przyszłam tu, żeby dostać to, co mi się zgodnie z prawem należy 
- upierała się Mary. 
Joe może mówić, co chce, ale niczego jej nie udowodni. Gdyby 
miał pewność, rozmawiałby bardziej stanowczo, pomyślała. Była 
pewna, że jedynie zgadywał. Nie był w stanie niczego jej zrobić. 
Tym razem to ona była górą. I nie zamierzała rezygnować. 
-Ale widzę, że wasza propozycja jest poniżej moich oczekiwań. 
Jestem wdową po Seamusie. 
- To jest to, co możesz dostać! - stwierdził Joe zawziętym tonem. 
Uderzył pięścią w leżące na biurku papiery, poplamił sobie dłoń 
atramentem. 
- Porozmawiajmy, Joseph! - stanowczym tonem wszedł mu w 
słowo John Fowler i zdecydowanym gestem otworzył drzwi do 
korytarza. 
Joe niechętnie podążył za nim. Szli wąskim, ciemnym 
korytarzem bez okien. Na jednych z drzwi trzy lata temu 
umieszczono tabliczkę z imieniem i nazwiskiem Johna Fowlera. 
Siedem lat temu Fowler senior oddał tu swoje ostatnie tchnienie, 
w swoim biurze, pochylony na stosem prawniczych 
dokumentów. 
Firma już wtedy nazywała się „Fowler & Sons", chociaż 
wówczas żaden z jego synów, bliźniaków, nie miał jeszcze 
ukończonych studiów prawni- 
 

background image

czych. Kiedy ojciec odszedł, musieli solidnie wziąć się do pracy, 
łącząc studia z pracą zawodową, by postawić kancelarię na nogi i 
móc ją utrzymać. 
Nazwa „Fowler & Sons" została zamieniona w „Fowłer's Sons". 
Pomieszczenie zostało przerobione i składało się teraz z dwóch 
gabinetów. Joshua, jako pierworodny, dostał część z dawnymi 
drzwiami wejściowymi i tabliczką z mosiężnymi literami, oraz z 
wychodzącym na ulicę oknem. John, o pół godziny młodszy od 
brata, dostał drugi pokój, ciemny i ponury, bez okna. 
Joe wybrał ich kancelarię, ponieważ była mała. Zdecydował się 
na Johna, a nie na jego brata, ponieważ Joshua wydał mu się 
nieco arogancki, w czym przypominał mu Seamusa. Joe wiedział, 
że zachowuje się trochę dziecinnie, ale faktycznie właśnie te 
okoliczności zadecydowały o wyborze jego nowego adwokata i 
doradcy. Nigdy nikomu się z tym nie zdradził, a John okazał się 
trafnym wyborem. Przynajmniej do tej pory. Joe wierzył, że i tym 
razem sobie poradzi. 
- Weź się w garść, Joe - poprosił John przyjaciela. 
Stał opierając się o ścianę, ręce trzymał w kieszeniach. Mówił 
cicho, chociaż stali w odległym kącie korytarza i Mary Kelly na 
pewno nie mogła ich słyszeć, nawet gdyby stała z uchem 
przyklejonym do drzwi, co wcale nie było wykluczone. John 
wybrał w swoim czasie pokój bez okna, bo był tańszy. Przez 
ostatnie lata zarobił dostatecznie dużo, by to zmienić, jednak, 
podobnie jak brat, nie lubił wyrzucać pieniędzy na niepotrzebne 
rzeczy. 
- Na pewno nie wymyśliła tego wszystkiego sama! - orzekł Joe z 
pełnym przekonaniem. 
 
 
 

background image

- Tak czy inaczej, wie o fabryce broni - wszedł mu w słowo John. 
Próbował myśleć o pokrytych śniegiem górskich szczytach i 
szumiących potokach, żeby choć trochę obniżyć napięcie. 
Zwykle mu się to udawało, a przecież nie raz miał do czynienia z 
pięknymi kobietami. Tym razem jednak jego metoda zdawała się 
nie skutkować. Czuł, że nadal się poci. 
- Daj jej jedną ósmą tej cholernej fabryki. Połóż pieniądze na 
stole! 
- Wtedy zaczerpnie powietrza i zażąda statków - żachnął się Joe. 
Zaklął, uniósł do góry zaciśniętą pięść. Ledwie się powstrzymał 
przed walnięciem w ścianę. 
- Nie słuchasz mnie. Może jednak to Josh powinien ci doradzać. 
Podobno jest bardziej przekonujący. Może lepiej nadałby się do 
tego zadania... 
Wziął głęboki wdech, ale powietrze w korytarzu był ciepłe i 
duszne. I wilgotne, podobnie jak w jego pokoju. Pomyślał, że 
powinien zabrać do domu wszystkie dokumenty, ale nie miałby 
co z nimi zrobić. Wynajmował skromne mieszkanie niedaleko 
portu, gdzie czynsze wciąż jeszcze były rozsądne. 
- A może rzeczywiście powinniśmy skorzystać z pomocy Josha - 
zastanawiał się John, zagryzając dolną wargę. - Wkroczylibyśmy 
z ciężką artylerią. 
- Co masz na myśli? - spytał Joe. 
- Udaj, że zmieniłeś zdanie. Powiedz, że działałeś pod moim 
wpływem. Złóż winę na mnie, na swojego adwokata. W końcu 
nikt nie płaci mi za to, żebym był lubiany. Powiedz, że musicie 
sporządzić nową umowę. Niech zaczeka jeszcze jeden 
 

background image

dzień. Albo dwa. Niech trochę zmięknie. Kiedy zjawi się tu 
następnym razem, trzepocząc rzęsami i udając skrzywdzoną 
niewinność, do akcji wkroczę ja i Josh. Będzie nas dwóch 
przeciwko niej. Josh zacznie jej opowiadać o różnych kruczkach 
prawnych, on świetnie sobie radzi z kobietami. Widać jemu 
przypadła cała pula rodzinnego wdzięku. Niech trochę pouwodzi 
twoją bratową. Zanim się obejrzymy, zacznie jeść mu z ręki i 
podpisze wszystko, co będziemy chcieli, byle jak najszybciej stąd 
wyjść, pod rękę z moim bratem, oczywiście! Jestem gotów 
postawić dziesięć dolarów, że zaprosi ją na obiad! 
- Myślisz, że to rozsądne? - spytał Joe, mając na myśli całą 
intrygę. 
-Josh jest przebiegły - odparł John, uśmiechając się. - I nigdy nie 
łączy pracy z przyjemnością. Temu oddaje się po pracy. 
Joe nie wiedział, co odpowiedzieć. Czuł się postawiony pod 
ścianą, co nie było przyjemne. Najgorsze było to, że dał się okpić 
Mary Kelly. Ta kobieta nie była godną przeciwniczką. Zaś 
najgorsze było to, że nie miał najmniejszego pojęcia, kto na-
prawdę za nią stał. 
- Wciągnij w to brata - zgodził się w końcu. -To chyba nie 
zaszkodzi. 
John uśmiechnął się jeszcze szerzej. 
- Nie powiem mu, co naprawdę o nim myślisz. 
Joe wzruszył ramionami. Joshua Fowler uchodził za odważnego i 
bezkompromisowego prawnika. Przywykł wygrywać. Dbał, by 
jego klienci byli zadowoleni. Jeśli Mary Kelly chciała się 
zabawić, to niech przynajmniej ma odpowiedniego partne- 
 
 
 

background image

ra, który nie cofnie się przed niczym, nawet jeśli jego 
przeciwnikiem jest piękna kobieta. 
Tu nie chodzi tylko o zaspokojenie żądań chciwej kobiety - 
powiedział John. - Tu chodzi o coś znacznie więcej. Ktoś zagiął 
na ciebie parol. Ktoś chce, by polała się krew CConnorów, przy-
jacielu. Domyślasz się, kto to może być? Joe pokręcił głową. 
- Nie masz żadnych wrogów? 
- Z pewnością wielu. Ale nie chcę o niej aż tak źle myśleć. 
- Łatwo cię oszukać - westchnął John. - Powinniśmy kazać ją 
śledzić. Dowiedzielibyśmy się, z kim się spotyka. Ktoś 
podpowiedział jej, co ma mówić. Chętnie bym się temu komuś 
przyjrzał. Żeby się dowiedzieć, z kim tak naprawdę walczymy. 
- Powstrzymaj się jeszcze! 
- Na pewno? Joe skinął głową. 
- Nie należę do tych, którzy od razu rzucają się do bicia. 
- Słucham cię - uśmiechnął się adwokat rozbrajająco. - I uczę się - 
dodał poważnie. - A więc wzywamy na pomoc Josha, tak? 
Joe po raz kolejny skinął głową. 
-Porozmawiam z moją bratową - powiedział, wzdychając ciężko. 
-Tylko jej nie ulegnij! Powiedz, że potrzebujemy jeszcze dwóch 
dni! - przypomniał John, wskazując ręką na gabinet brata. 
- Dwa dni - powtórzył posłusznie Joe. 
 

background image

-Jedli mi z ręki! - uśmiechnęła się Mary zadowolona, mrucząc 
niemal jak kotka. 
Tym razem spotkali się w innej restauracji niż poprzednim razem. 
Była pewna, że nie spotka tu nikogo ze swoich znajomych. Zaś 
jego znajomi nie przykładali większej wagi do tego, z kim on się 
pokazuje. Skoro jej im nie przedstawiał, to znaczy, że jest to 
przelotna znajomość bez znaczenia. Nie była kobietą z ich kręgu. 
Mężczyzna chwycił jej dłonie, pocałował jedną, potem drugą. 
- Z tej? - spytał. - Czy może z tej? 
A ona się roześmiała i kokieteryjnie zatrzepotała rzęsami. 
-Miałabym pamiętać? - uśmiechnęła się zalotnie. - Jesteś ze mnie 
zadowolony? Tego po mnie oczekiwałeś? 
-Jesteś cudowna - oświadczył mężczyzna, gładząc jej dłonie. 
Zwracał dużą uwagę na takie rzeczy. Lekki flirt pozwoli jej 
poczuć się docenioną i piękną. To dobrze, ale musi uważać, żeby 
nie przekroczyć pewnej granicy. Nie dać jej pretekstu, zbyt 
wielkich nadziei. Chciał, żeby rozstali się w zgodzie, jak 
przyjaciele. Bo przecież się rozstaną. 
- Byłaś bardzo dzielna, skarbie. Następnym razem poprosisz o 
całą fabrykę, albo o coś innego, może o kilka statków? Możesz 
też dać im do zrozumienia, że jeśli twoje życzenie nie zostanie 
spełnione, nie będziesz dłużej milczeć o swoim cudownym mężu 
i jego znacznie mniej cudownej rodzinie... 
- Ale wtedy znów trzeba będzie sporządzić nową umowę... - 
powiedziała Mary, wyraźnie zmartwiona. 
 
 
 
 
 

background image

- To smutne, prawda? - przytaknął mężczyzna. - Ale przecież 
mogli od razu przedstawić ci uczciwą propozycję, zamiast 
próbować cię oszukać. Nie musisz im współczuć. Będą tańczyć, 
jak im zagrasz, Mary. Czy to nie przyjemne uczucie? 
Mary uznała, że rzeczywiście nie powinna narzekać. 
-Macie jakieś wieści o niej? - spytała. Mężczyzna pokręcił 
przecząco głową. 
- Niestety. Podobno Jasper Jordan postanowił jej bronić. 
Prawdopodobnie zabrał ją do siebie, ją i dzieci. 
Mary Kelly otworzyła szeroko oczy. 
-Nie ty jedna jesteś zdziwiona - powiedział mężczyzna, 
wzruszając ramionami. - Nikt się tego po nim nie spodziewał. Ale 
ludzie mu to zapamiętają. To się na nim zemści. Człowiek nie 
powinien się zwracać przeciwko swoim. 
- Może sam chce się z nią rozprawić? - zastanawiała się głośno 
Mary. 
- Mam wrażenie, że chce się ze wszystkiego wycofać. Zmienił 
stronę, ale takie rzeczy nie uchodzą bezkarnie. Jest dla nas zbyt 
ważny. 
Siedział i przyglądał się jej dłuższą chwilę, jakby hipnotyzował ją 
wzrokiem. 
- Dbamy o swoich ludzi - powiedział w końcu powoli. - Ale w 
zamian wymagamy lojalności. 
- Cieszę się, że mnie znaleźliście - odpowiedziała Mary 
spokojnie, nie przejmując się jego nagle surowym spojrzeniem. 
- Bez ciebie nie bylibyśmy w stanie tego przeprowadzić. Napijesz 
się szampana? 
 

background image

Tęsknił za domem. Źle znosił samotność. Wcześniej było inaczej, 
więc był przekonany, że sobie poradzi, wręcz będzie 
szczęśliwszy, kiedy zostanie sam. Ale to było przed „Southern 
Belle". 
Dom w mieście był pełen obco brzmiących dźwięków. Jeszcze 
więcej było ich na ulicy przed domem. Stukot kół. Tętent 
końskich kopyt. Gwar, krzyki. Głośne rozmowy. Nigdy nie 
myślał, że ludzie są w stanie wydawać z siebie tyle najróżniej-
szych dźwięków. Nie był w stanie zaznać tu spokoju. 
Czuł się rozdrażniony. Był gotów zacząć się modlić, gdyby to 
sprawiło, że Mary podpisze papiery. Nadal nie miał pojęcia, skąd 
dowiedziała się, że zainwestowali w fabrykę broni, i dlaczego 
była nią zainteresowana. Na pewno wiedziała też o przę-
dzalniach. Pomyślał, że jako kobieta powinna się zainteresować 
właśnie nimi, a nie fabryką broni. 
Gdyby wiedział, że sprawa się przedłuży, wysłałby Paddyego, 
pomyślał i natychmiast odrzucił tę myśl. Brat nie byłby w stanie 
podjąć gry. Był zbyt szczery i prostolinijny. Zgodziłby się na 
wszystko, byle nie mieć z nią więcej do czynienia. 
John zaproponował, żeby posłać kogoś za Mary, śledzić ją i 
zobaczyć, z kim się spotyka; sprawdzić, kto chce zaszkodzić 
0'Connorom. 
Wrogowie. 
Oczywiście, że mieli wrogów. 
Od czasów Seamusa aż tak dużo się nie zmieniło. Wprawdzie 
nikt już do nich nie strzelał, ale nadal nie wszędzie wzdłuż 
Oconee byli mile widziani. 
Chciał wierzyć, że Mary przyjechała tu sama z siebie. Może 
rzeczywiście przeczytała w gazecie 
 

background image

o katastrofie? Nie było to całkiem niemożliwe. Jeśli w ogóle 
czytała gazety, to pewnie właśnie takie rzeczy ją interesowały. 
Joe zacisnął dłoń wokół prostej karafki, w której trzymał whisky. 
Irlandzką whisky, która nie smakowała dymem, jak szkocka. Był 
zdania, że tylko Irlandczycy potrafią robić prawdziwą whisky. 
Powrócił do swoich rozmyślań. 
Mary właściwie nie potrafiła czytać. 
Z trudem się podpisywała. Dałby sobie rękę odciąć, że nie była w 
stanie przeczytać kunsztownie wykaligrafowanej umowy. 
Widział, jak przelatywała ją wzrokiem. Zbyt szybko, zbyt 
nieuważnie. Ale się nie odezwał. 
Mimo wszystko czuł z nią jakąś wspólnotę. Oboje wychowywali 
się w skromnych warunkach. Podobnie zresztą jak John. Ojcu 
Johna udało się w ciągu kilku lat przepuścić dość znaczny spadek 
i doprowadzić świetnie prosperującą kancelarię niemal do ruiny, 
ale John miał przynajmniej nazwisko, które nadal liczyło się w 
Savannah. I rodzina ojca, i matki od pokoleń należały do miej-
scowego towarzystwa. To, że teraz żył skromnie, było jego 
własnym wyborem. 
Natomiast on i Mary byli do siebie podobni. Dlatego pragnął ją 
chronić. To pewnie żałosne, bo przecież Mary nie była po jego 
stronie. A jednak tak właśnie było. Pomyślał, że jest zdolna. 
Kiedyś twierdził, że nie nadaje się na aktorkę. Mylił się. Ona 
zawsze była aktorką. 
Joe wiedział, że wiele rzeczy mogło jeszcze pójść nie tak, chociaż 
nie potrafił zgadnąć, co konkretnie. Jutrzejszy dzień był trudny 
do przewidzenia. Tonął 
 

background image

we mgle, mrocznej, nieprzeniknionej, zamazującej wszystko. 
Widział przed sobą Mary Kelly, pląsającą w takt muzyki, którą 
tylko ona słyszała. Flet, skrzypce i bęben. Niemal słyszał melodię 
i ostre uderzenia pałeczek o napiętą skórę bębna. Jak grzmot... 
Wzdrygnął się, gdy nagle pojawiła się przed nim służąca. Jakby 
wyszła z jego snu, tak nagle, jak kiedyś zjawiła się w ich rodzinie 
Mary, tyle że dziewczyna, która teraz przed nim stała, miała na 
sobie granatową sukienkę i biały krochmalony fartuszek, a jej 
skóra była niemal czarna. 
-Jest tu jakaś kobieta - oznajmiła. 
Spuściła wzrok i przyglądała się swoim błyszczącym bucikom. 
Joe zamknął oczy, zastanawiając się, jak Mary zamierza 
wytłumaczyć tę niespodziewaną wizytę w jego domu o tak 
później porze, na dzień przed spotkaniem, na którym będą 
kontynuować swoją bitwę o majątek, do którego oboje rościli 
sobie pretensje. Nie był na to gotów. 
- Ta pani ma zapewne powóz, który na nią czeka - odpowiedział 
poirytowany. - Niech jedzie tam, skąd przybyła. Proszę jej 
powiedzieć, że o tej porze nie przyjmuję wizyt. A jeśli nie ma 
powozu, to proszę użyczyć jej naszego! Nie życzę sobie tu 
żadnych obcych kobiet! 
Pokojówka nie ruszyła się z miejsca, wyraźnie się wahała. Joe 
odniósł dziwne wrażenie, że chce, żeby zmienił zdanie. 
-Jest jakiś problem? - spytał poważnie i nagle zdał sobie sprawę, 
że mówi jak ojciec Frank, kiedy w niedzielę poucza swoich 
parafian. 
 
 
 
 

background image

Dziewczyna miała pewnie piętnaście, może szesnaście lat i 
wyraźnie się go bała. Źle się z tym czuł. 
-Nie, Master - powiedziała. - Tak, Master... -poprawiła się po 
chwili. 
Spojrzał na nią pytająco. 
- Ta kobieta nie jest sama, Master Joseph - wyszeptała 
pokojówka, szarpiąc nerwowo brzeg fartuszka. 
Joe pomyślał, że Mary pewnie przyszła z obstawą, ale uznał, że 
nie będzie się tym przejmował. 
-Ach, więc nie jest sama? Tak czy inaczej, proszę przekazać, 
żeby stąd odeszli. Kobieta i jej towarzysze! Rozumiem, że się nie 
przedstawili? 
Dziewczyna pokręciła głową przecząco. 
- Ma ze sobą trójkę dzieci. Master Joseph powinien ją zobaczyć. 
Musiało się jej przydarzyć coś strasznego... 
Dziewczyna urwała i przyłożyła dłoń do policzka. 
Joe wstał i wyminął ją szybkim krokiem. Gwałtownym ruchem 
otworzył drzwi. Na schodach, ukryta w cieniu rosnących przy 
wejściu klonów, stała kobieta. Trzęsła się z zimna. 
- Rosie! 
Wyciągnął do niej ręce, a ona wpadła w jego objęcia. Ledwie ją 
złapał, ją i niemowlę, które trzymała na ręku. Niemal wniósł ją do 
holu. Tuż za nim szła Lily i Matti. Każde targało wielką walizkę. 
Właściwie ciągnęli je za sobą, nie będąc w stanie ich unieść. 
Wystraszona pokojówka szybko zamknęła za nimi drzwi. Nie 
mogła oderwać wzroku od kobiety i jej twarzy. 
- Co się stało? - spytał Joe, kiedy wreszcie udało mu się ulokować 
Rozę w fotelu. 
 

background image

- Uciekliśmy - wyszeptała słabym głosem. Odgarnęła na bok róg 
kocyka, który zakrywał 
buzię dziecka. Joe wzdrygnął się, kiedy nagle zobaczył przed 
sobą nowo narodzonego synka Jaspera Jordana. 
- Uciekliśmy przed złym człowiekiem, którego nazywają Whip - 
odezwał się Matti. 
Lily siedziała, milcząc obok niego. Oboje byli niesłychanie 
brudni i zmęczeni, tak jak i Roza. 
- Ktoś podpalił tegoroczny zbiór tytoniu - zaczęła opowiadać. - 
Wszystko spłonęło. Friedrik twierdzi, że zrobił to mężczyzna, 
którego nazywają Whip. Paddy twierdzi, że Whip to płatny mor-
derca. Niewolnicy są przekonani, że Whip to Simon Matthews. 
Joe zacisnął pięści w bezradnym geście. 
-Jasper zabrał was z domu? - spytał. 
-Płynęliśmy rzeką, która ma dwie nazwy, do miasta, które 
dziwnie się nazywa. 
Chłopiec chętnie opowiadał, ale wyraźnie brakowało mu słów. 
-Jasper uznał, że Matthews nie odważy się go tknąć - powiedziała 
Roza. 
-1 dlatego zgotował wam taką przygodę? - spytał Joe. 
Czuł, jak narasta w nim gniew. Dawno nie widział jej w takim 
stanie. Tak zmęczonej i tak przerażonej. Nie mógł patrzeć na jej 
zalęknioną twarz. Przecież mieli ją chronić! 
- Mam wrażenie, że miał rację - ciągnęła Roza. - Tam 
rzeczywiście nie bylibyśmy bezpieczni. Ani w Favourite, ani w 
Rose Garden, ani w Blossom Hill... 
 
 
 
 

background image

- Byliście w Blossom Hill? - zawołał Joe. Kiedy dziecko się 
obudziło i zaczęło płakać, 
zrozumiał, że krzyczy. Pohamował się. 
- Postąpił słusznie - powiedziała Roza. 
- Zabiję go! Obiecuję, że zabiję tego łajdaka! Zostawił cię tu na 
schodach i uciekł? 
-Musiał pozbyć się konia i wozu. Musieliśmy uciekać. Baliśmy 
się, że ktoś nas śledzi. Obiecał, że tu wróci. 
Jak za zawołanie, w tym momencie pojawiła się znów 
pokojówka. Spojrzała przestraszona na Joego. 
- Przyszedł jeszcze jeden gość - zaczęła ostrożnie. -Jasper Jordan, 
jak się domyślam? Dziewczyna przytaknęła przestraszona. 
- Tak się przedstawił, Master... 
 
 
Rozdział 6 
Nareszcie nastała cisza, równie kojąca jak ciemność zapadającej 
nocy. Do tej pory w wielkim, starym, dwupiętrowym domu, 
położonym niemal na końcu ulicy, panowało spore zamieszanie. 
Lampy nadal się paliły, słabe płomienie rzucały długie cienie. 
Dom wydawał z siebie tajemnicze dźwięki, podłogi i schody 
trzeszczały przy każdym kroku, zawiasy pojękiwały cicho. 
Powoli jednak zapadała 
 

background image

cisza, nawet dziewczyny kuchenne poszły już spać na strych. 
Roza zeszła cicho po schodach. Była bosa, ale zdążyła się pozbyć 
swojego brudnego ubrania. Przebrała się w prostą, niebieską 
spódnicę i cienką, białą bluzkę. 
Joe siedział w salonie i obserwował schody przez otwarte drzwi. 
Specjalnie tak usiadł. Zauważył, że Roza nie ma na sobie gorsetu. 
I widział, że Jasper też to dostrzegł. Jego wzrok zatrzymał się 
nieco za długo na jej krągłym, obfitym biuście. Pod bluzką Roza 
miała wprawdzie koszulkę, a bluzkę zapięła pod samą szyję, ale i 
tak wyglądała niemal nieprzyzwoicie ponętnie. Spódnica opinała 
jej biodra, przylegała do ud. Pobudzała wyobraźnię, nie tylko 
jego, sądząc po spojrzeniach, które rzucał jej Jasper. Joe nie 
chciał, żeby tak nią patrzył, ani Jasper Jordan, ani żaden inny 
mężczyzna. 
Kiedy Roza weszła do salonu, w którym Joe już wcześniej 
rozpalił w kominku, wyglądała jak zjawa. Nadal miała mokre 
włosy, mimo że próbowała je wysuszyć. Związała je z tyłu, tak że 
zamoczyły tylko rąbek bluzki, czyniąc materiał niemal 
przezroczystym. Na szczęście nie rozpuściła włosów, pomyślał 
Joe. 
- Nareszcie zasnęły - odezwała się Roza głosem tak cichym, 
jakby się bała, że dzieci w każdej chwili znów mogą się obudzić. 
Jej głos brzmiał spokojnie i melodyjnie. Był niemal pewien, że 
przed chwilą nuciła dzieciom do snu. Starsze zapewne udawały, 
że śpią, ale też chętnie słuchały. 
 
 
 
 
 

background image

- Kąpiel dobrze nam wszystkim zrobiła - odezwała się znów 
Roza. 
Posłała Joemu wdzięczny uśmiech. Była piękna. Promieniała, 
jakby specjalnie dla niego. To nie było złudzenie, widział to w jej 
oczach. Jasper chyba też to zauważył. Joe miał wrażenie, że 
słyszy urywany oddech mężczyzny. 
- Nie mogłam sobie odmówić - powiedziała i usiadła. 
Podciągnęła bose stopy, chowając je pod spódnicą i halką. W 
wielkim fotelu wyglądała na drobną i zagubioną, bezbronną. 
Jakby fotel był dla niej za szeroki. Joe poczuł, że chce ją chronić. 
A przecież wiedział, że potrafi być ostra, surowa, nieraz miał 
okazję poczuć to na własnej skórze. Wiedział, że potrafi sobie 
radzić. A mimo to chciał ją chronić, być dla niej opoką. Sam nie 
do końca to rozumiał. Była w tym jakaś magia. 
- Chyba nie potraktowaliśmy tego dość poważnie - powiedział. 
Żałował, że ją zostawił, ale z drugiej strony, co miał zrobić? 
Przyjęła na siebie odpowiedzialność za nowo narodzone dziecko. 
Miał ją zmusić, by wyruszyła w drogę z takim maleństwem? 
Nie wytrzymałby długiej drogi do Savannah, z nią i Mary u boku. 
Był pewien, że kobiety skoczyłyby sobie do oczu, zanim 
dotarliby na wybrzeże. Wystarczyły mu utarczki między Mary a 
Monique. Mary niby starała się być miła i pomocna, ale 
wykorzystywała każdą okazję, żeby w taki czy inny sposób 
dokuczyć Monique. Obecność Rozy zamieniłaby podróż w istne 
piekło. Przewidział to i wolał do tego nie dopuścić. 
 

background image

Jasper opowiedział mu o pożarze plantacji. Joe najchętniej 
ruszyłby natychmiast do domu. Dużo go kosztowało, żeby się 
powstrzymać. Jasper powiedział mu też, kogo Roza się obawiała, 
przed kim uciekali. Joe poczuł, że przeszedł go lodowaty dreszcz. 
Zgodził się z Jasperem, że muszą złagodzić jej strach. Muszą ją 
chronić. Joe chciał wierzyć, że jest w stanie to zrobić. 
-Być może wcale nie chodzi o ciebie - zaczął spokojnie, kiedy 
Roza usadowiła się w końcu w fotelu. - Podejrzewam... To 
znaczy, mam powody podejrzewać, że to może chodzić o mnie - 
dokończył. 
Nie było to do końca nieprawdą, ale i

y

tak źle się czuł, okłamując 

ją. 
-Jest ktoś, kto chce mi zaszkodzić, Rosie, a ty znalazłaś się na 
linii ognia, że tak powiem. Trafiłaś w sam środek naszej wojny... 
- Przez przypadek - wtrącił Jasper. 
Joe czuł, że jego irytacja narasta. Sam mógł to powiedzieć. Dodać 
to jedno słówko i zwrócić na siebie jej uwagę, ale uznał, że sama 
się domyśli, i powinien jej na to pozwolić. Więc nie powiedział 
tego. A Jasper to zrobił. Jakby tylko on, Jasper Jordan, potrafił o 
tym pomyśleć! 
-Ale Monique mówiła... - zaczęła Roza zmieszana. 
To była ich wina, że nagle się zmieszała. Jakby chcieli ją chronić 
także przed nią samą. 
Jasper spojrzał na nią łagodnym wzrokiem, co tylko dodatkowo 
rozdrażniło Joego. 
- Monique mówiła różne rzeczy. Czasem mówiła to, co myślała, 
czasem mieszała prawdę z fanta- 
 
 
 
 

background image

zjami. Nie zawsze potrafiła odróżnić jedno od drugiego... 
- Dlaczego Monique miałaby mnie okłamywać? - spytała Roza, 
jakby nie do końca ufając żadnemu z nich. - Dlaczego miałaby 
mnie straszyć w tak okrutny sposób? Trudno mi w to uwierzyć, 
Jasper! Przykro mi, ale nie wierzę w to... 
-Coś w tobie ją zauroczyło. Chciała cię poznać, zbliżyć się do 
ciebie - powiedział Jasper z takim przekonaniem, że Joe 
pomyślał, iż może powinien być kaznodzieją. -1 udało jej się - 
dodał Jasper po chwili. - Spójrz na siebie, Rosie! Na nas! Udało 
jej się. 
Roza nie wiedziała, co o tym wszystkim sądzić. Zastanawiała się, 
o czym mężczyźni rozmawiali, kiedy się kąpała, a potem kładła 
dzieci do snu. Co między sobą ustalili? Jak chcieli ją uspokoić? 
Nagle zrozumiała. 
Właśnie w ten sposób! Tak właśnie próbowali ją pocieszyć, 
uspokoić. I wierzyli, że im się to uda! 
- Nie wierzę wam! - powiedziała. 
- Nie możesz tego wykluczyć. Być może chcą cię dopaść, dlatego 
że jesteś z nami związana - powiedział Joe. 
Mówił spokojnie. Przekonująco. Poważnie. 
- Ktoś źle nam życzy - dodał, żeby wszystko było jasne. 
- Ktoś chce mnie zabić, bo byłam żoną Seamu-sa - upierała się 
Roza. - Twoi niewolnicy mówili o mordercy, którego nazywają 
Whip. W przeciwieństwie do innych, oni nie mieli wątpliwości, 
kto nim jest - powiedziała, patrząc na nich wyzywająco. - To 
dziwne - ciągnęła dalej po chwili. -Nie to, że niewolnicy znają 
jego prawdziwe nazwi- 
 

background image

sko, bo niewolnicy zawsze wiedzą więcej, niż nam, białym, się 
wydaje. Dziwne jest to, że wygląda, jakby nikt inny go nie znał. 
Zapadła cisza. 
-Wydaje mi się to nieprawdopodobne. Podejrzewam, że wszyscy 
od dawna wiedzą, kim jest Whip. Wszyscy, mieszkający w 
Dublinie i okolicy. I pewnie zawsze to wiedzieli. A jeśli nie wie-
dzieli, to na pewno się domyślali. I myślę, że wiedzą również, 
gdzie on przebywa. Pewnie go ukrywają, bo przynosi im 
wszystkim wstyd... 
Joe wzdrygnął się. Nie śmiał spojrzeć na Jaspera. Niemal nie 
śmiał oddychać. Rosie wiedziała, co robi. Starannie wybrała cel 
swojego ataku. 
- Nigdy nie ukrywalibyśmy zabójcy - odezwał się Joe 
schrypniętym głosem. 
-Jeśli zabijał tych, którzy nie byli już wam potrzebni, to wam to 
nie przeszkadzało.- stwierdziła Roza chłodno. - Taki grzech 
byliście w stanie mu wybaczyć. Tym bardziej, że on nie pragnął 
stać się jednym z was, chciał tylko, żebyście dali mu schro-
nienie... - Zamilkła na chwilę i zaczerpnęła powietrza. -Jeśli 
pozbywał się niepotrzebnych ludzi, to właściwie oddawał wam 
wszystkim przysługę. Dlaczego więc nie mielibyście go ukryć? 
To wydawało się zrozumiałe. Przecież to nie była wasza wina. 
Nie robiliście niczego złego. Mieliście czyste ręce. To on był zły, 
a nie wy. 
- Mylisz się - przerwał jej Joe. 
-Jasperowi bardzo zależało, żeby zabrać mnie z domu - 
powiedziała Roza. - Jakby wiedział coś, czego nie powinien 
wiedzieć. Miałam wrażenie, że wszyscy coś wiedzą, oprócz 
mnie. 
 

background image

- Oskarżasz mnie, że jestem częścią tej intrygi? - spytał Jasper. - 
Spojrzał na nią, ale nie sprawiał wrażenia obrażonego. Nawet się 
do niej uśmiechnął. - Może nawet podejrzewasz, że to ja za tym 
wszystkim stoję? - dodał. 
- A stoisz? - spytała Roza, nie spuszczając z niego oczu. - Ty to 
wszystko wymyśliłeś, Jasper? 
Nie odpowiedział, ale na jego twarzy pojawił się grymas. 
Wyglądał teraz jak diabeł. Diabeł, który od czterech dni nie 
zmieniał ubrania, był zarośnięty, włosy sterczały mu na 
wszystkie strony, a jego buty do konnej jazdy zostawiały ślady, 
gdziekolwiek stanął. Diabeł, który bynajmniej nie przejął się jej 
słowami. 
- Przywiozłem cię tu, żebyś była bezpieczna. Sądzisz, że 
zrobiłbym to, gdybym rzeczywiście stał za tą intrygą? Być może 
uratowałem ci życie. I Favourite, dom Paddy'ego. To nie jest 
wystarczająca odpowiedź? Co jeszcze mam zrobić, żeby cię prze-
konać, że nie mam złych zamiarów? 
- Sądzisz, że jestem tu bezpieczna? Jak długo? Jasper rozłożył 
ręce. 
-Zamierzam wkrótce wrócić do domu - odezwał się Joe. 
- Ona wyjechała? - spytała Roza. Joe pokręcił głową przecząco. 
-Jeszcze nie, ale wszystko jest na dobrej drodze. W ciągu paru dni 
powinna wyjechać. Na pewno się z nią nie spotkasz. Nie musisz 
się tym przejmować. 
- Pójdę już - wszedł im w słowo Jasper. - Mogę jeszcze na chwilę 
zajrzeć do małego? 
Pytanie było skierowane do Rozy. To na nią 
 

background image

patrzył, ją pytał o pozwolenie. Gdyby mu go nie dała, byłby jej 
posłuszny. Wiedziała o tym. 
Joe rozłożył ręce, jakby chciał dać mu do zrozumienia, że może 
spokojnie zostać, że dom jest do jego dyspozycji. 
-Trzecie drzwi z prawej strony - powiedziała Roza. Ale Jasper już 
był w drodze, mówiła do jego pleców. 
Zapadła cisza. Joe i Roza siedzieli w milczeniu, czekając na 
powrót Jaspera. Zajrzał do nich, żeby życzyć im dobrej nocy. Stał 
w drzwiach wpatrzony w Rozę, która zdawała się go nie 
dostrzegać. Joe wstał i odprowadził go do tylnych drzwi. 
- Uważaj na nią! - powiedział Jasper. 
Jego słowa zabrzmiały jak prośba, ale nie było w nich pokory. 
Joe skinął głową. Po wydarzeniach wieczora to było oczywiste. 
Zamknął drzwi za Jasperem, zaryglował je. W gabinecie miał 
rewolwer. Może powinien po niego pójść, może Roza nie 
zauważy, że nie było go dłużej, niż sytuacja tego wymagała... 
Nie bał się broni. W swoim życiu widział za dużo przemocy, żeby 
wierzyć, że świat może być sielanką. Ale Roza dorastała w 
innych warunkach. Nie chciał sprawiać jej przykrości, niszczyć 
jej wizji świata. 
Wrócił do salonu. Roza siedziała tam, gdzie ją zostawił. 
Wydawała się taka mała. I samotna, nawet bardziej samotna niż 
on. 
-Jesteś tu bezpieczna - zapewnił ją ponownie, stając za fotelem, w 
którym siedziała. 
-Jak długo? 
 
 
 
 

background image

Joe wiedział, że jeśli obieca jej zbyt wiele, ona po prostu mu nie 
uwierzy. 
- Dzisiejszą noc na pewno - powiedział. Nawet nie muszę iść po 
rewolwer, pomyślał 
w duchu. 
- Nie zasnę - powiedziała Roza. - Zostanę tutaj i będę się 
wpatrywać w ogień. W płomieniach widać ludzi. Widzisz ich, 
Joe? - spytała. - Tańczą. Czy w Irlandii jest jakaś przypowieść o 
ludziach tańczących w ogniu? 
- Nie sądzę - odpowiedział, ale natychmiast zrobił się czujny. 
Widział poruszające się płomienie, ale nigdy nie skojarzył ich z 
tańczącymi ludźmi. 
- Myślałam, że Irlandczycy lubią takie opowieści. Ścisnął jej 
ramię. Pachniała świeżością, ale w jej 
włosach nadal dawał się wyczuć lekki swąd spalenizny. Słodki, 
jakby lekko ziołowy zapach, który łaskotał jego nozdrza. Dopiero 
po chwili zrozumiał, że to zapach spalonego tytoniu. 
- Okłamujesz mnie, Joe? - spytała Roza. 
- Nie - odpowiedział, może nieco za szybko, ale ona chyba tego 
nie zauważyła. Przyjęła jego słowa za dobrą monetę, chociaż 
całkowitej pewności nie miała. Trudno było komuś całkowicie 
zaufać. Gdzieś w głębi duszy wiedziała jednak, że Natalia 
zapewne ostrzegłaby ją, gdyby naprawdę była w 
niebezpieczeństwie, gdyby dokonała błędnego wyboru. 
- Chciałeś mnie okłamać. Mam na myśli Mary Kelly. 
- Chciałem milczeć. To nie to samo. Sądziłem, że cię chronię... 
 

background image

Pewnie tak było. Wiedziała, że chce dla niej jak najlepiej. Mimo 
to trudno jej było mu zaufać. Jakby to było wbrew jej naturze. 
- Zrobiłem coś, co być może uznasz za głupie -zaczął Joe. - 
Sądziłem, że tak będzie najlepiej, chciałem cię chronić... 
Próbowała na niego spojrzeć. Odchyliła głowę, ale jego obraz 
pozostał niewyraźny. Czuła wokół siebie jego ręce, miała 
wrażenie, że słyszy bicie jego serca, czuła na sobie jego ciepły 
oddech. 
- Co takiego zrobiłeś? 
- Nic, czego nie dałoby się cofnąć - zapewnił ją. - Powinienem 
był najpierw cię spytać, ale nie chciałem tyle czekać. Nie 
wiedziałem, że się tu zjawisz. 
- Powiesz mi o co chodzi, Joseph? -Załatwiłem papiery. Żebyśmy 
mogli się pobrać. 
- Nie chcesz za dużo na raz, Joseph? - spytała po dłuższej chwili 
milczenia. 
-To nas do niczego nie zobowiązuje - zapewnił ją Joe. 
Nie zamierzał padać przed nią na kolana, oświadczać się jej. Dała 
mu już swoją odpowiedź i wiedział, że nie zmieni zdania. 
- Potrzebuję ciebie, ale nie tak. Chyba nigdy nie dałam ci 
powodów, żebyś mógł sądzić coś innego? Wiesz, że nie chcę cię 
zranić. 
Joe pocałował ją w skrop. Odwróciła do niego twarz i przyglądała 
mu się uważnie. 
- Dałaś mi bardzo wyraźnie do zrozumienia, na czym stoimy, 
Rosie - powiedział Joe. - Od samego początku - dodał. - Wiem o 
tym, ale pomyśla- 
 
 
 
 

background image

łem, że może tak byłoby lepiej. Że byłby to dla nas jakiś ratunek. 
Tak naprawdę myślał, że ona będzie dla niego ratunkiem, a on w 
zamian będzie ją chronił. Poza tym mogliby dać sobie trochę 
radości. Ale może jednak miał za duże oczekiwania? 
-Napijesz się czegoś? - rzucił lekkim tonem, jakby alkohol i 
konwersacja mogły sprawić, że ich zmartwienia znikną. 
- Czy wy, Irlandczycy, tak właśnie traktujecie kobiety? - spytała, 
drażniąc się z nim nieco. - Upijacie je, a potem stawiacie na 
swoim? 
- Kusząca myśl, miss - odparł Joe z wymuszonym uśmiechem. - 
Ale nie wszystkim pokusom ulegam - dodał szybko. - Chcesz 
spać? - spytał po chwili. 
Roza była zbyt zmęczona, żeby teraz móc zasnąć. 
- Chcesz jeszcze chwilę tu posiedzieć? Jeśli tak, to ofiaruję ci 
moje ramię - zaproponował. - Ogrzeję cię. A gdybyś zmieniła 
zdanie w sprawie alkoholu, to mam sherry, smakujące 
irlandzkimi wrzosowiskami. 
Chwycił jej rękę i podniósł ją z fotela. Chcąc nie chcąc, Roza 
musiała podążyć za nim. Poprowadził ją w stronę swego 
ulubionego fotela, ciężkiego, obitego szkarłatnym aksamitem w 
kolorze krwi i ognia. Lubił w nim siedzieć, czuć jego ciepło. 
Opadł na fotel. Ręką chwycił Rozę w pasie i pociągnął w dół. 
Siadła mu na kolanach, oparła policzek o jego bujne, ciemne jak 
noc włosy, położyła rękę na jego karku. A on po prostu się jej 
poddawał, jakby czuł, że ona tego potrzebuje. 
- Joe... 
 

background image

- Ciii! - powiedział tylko i zamknął oczy. - Nic nie mów, Rosie! 
Odpocznijmy, odprężmy się. Miał rację. Tak było dobrze. 
 
 
Rozdział 7 
- Nie powinnam tu przychodzić. Nie wolno mi. Wszyscy o mnie 
mówią. Widzę na sobie ich spojrzenia, ich oczy. Nawet kiedy 
śpię, widzę we śnie ich oczy. Pilnują mnie... 
Głos kobiety załamał się, ukryła twarz w zagłębieniu szyi 
mężczyzny. Uciekła w bezpieczną ciemność, w której byli tylko 
oni dwoje. Gdzie nie było strachu, wstydu, żadnych 
niebezpieczeństw. Taki świat istniał tylko pod jej powiekami, i 
tylko gdy na chwilę udało się jej wymazać z pamięci wszystko, 
co działo się dookoła nich; gdy ją obejmował, szepcząc jej do 
ucha o ich wspólnej przyszłości, pieszcząc ją swym oddechem. 
Wtedy mogła zapomnieć. 
Wtedy mogła mieć nadzieję, że wkrótce znów będzie mogła nosić 
głowę wysoko. Będzie mogła patrzeć im wszystkim w oczy i 
przestać się bać, 
o siebie i o niego. O wszystkich, których kochała, którzy byli jej 
bliscy, i których nie mogła zawieść. 
i których przecież nie zawiodła, chociaż ludzie 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

o tym szeptali. Bo już ją osądzili. W ich oczach była zdrajczynią. 
Ale to nie była prawda. 
Kochała go, ale nie było w tym niczego złego. 
Nie prosiła, żeby tak się stało. To się po prostu wydarzyło. Bez jej 
woli. Nie mogła sobie tego zażyczyć. Zresztą, nie wszystkie jej 
życzenia się spełniały. 
Ale pewnie niektórzy w to wierzyli. Nie przejmowała się tym. Już 
nie. Chciała po prostu żyć. Chwilą. 
Kradzione chwile. 
Cudowne, kradzione chwile, kiedy mówił jej 
0 przyszłości, o której nawet nie marzyła. Opowiadał o 
miejscach, których nigdy nie widziała. A w jego głosie była 
miłość i czułość. Kochała jego melancholię. I smutek, i ból, który 
w sobie nosił. Kochała go za śmiech, za radość i światło, które jej 
przynosił. Za jego siłę. 
Rozmowa z nim była łatwa. Ludzie różnie mówili, ale na 
początku były między nimi tylko słowa. Rozmawiali palcami w 
swoich dwóch językach 
i się rozumieli. Dopiero znacznie później połączyło ich coś 
jeszcze. Ale wtedy już go kochała. Wtedy nie było jej trudno 
dawać. 
Tak łatwo było się z nim śmiać. 
Tak łatwo było czuć się bezpieczną. 
Nawet jeśli dookoła działy się straszne rzeczy, które sprawiały, 
że rzeczywistość rozpadała się na strzępy. Nawet jeśli on stawał 
w obronie tego, czego ona nauczyła się nienawidzić, to jednak 
dawał jej poczucie bezpieczeństwa. 
Kiedy byli razem zapominała o wszystkim. 
 

background image

Zamykała oczy i wtedy on stawał się dla niej ratunkiem. Jej 
przyszłością. Jej tęsknotą. 
Ale ich spojrzenia towarzyszyły jej nawet we śnie. Obserwowały 
ją, przyglądały się jej. I oceniały. Jakby czegoś od niej chciały. 
Ale to było wszystko, na tym się kończyło, na spojrzeniach. 
Chociaż i tak doprowadzały ją do szaleństwa. 
- Obejmij mnie! - prosiła. - Ogrzej mnie! Spraw, żebym nie 
marzła! 
Mężczyzna, który ją obejmował miał dwadzieścia parę lat. 
Pewnie był bliżej trzydziestki niż dwudziestki. Miał silne ręce i 
szczupłe, mocne palce. I mocne ciało. W ogóle był szczupły, 
wąski w biodrach, szeroki w ramionach. Miał może nieco za 
szeroki kark i za wydatne szczęki, żeby można było uznać go za 
przystojnego. Usta miał duże, ale wargi wąskie. Często się 
uśmiechał i wtedy rysy jego twarzy łagodniały. Pieścił ją swoimi 
błękitnymi oczami, obdarowywał ją swoją czułością, jakby była 
księżniczką, jakby byli na zamku, a nie drżeli z chłodu w zimnej 
jaskini. 
Przyłożył policzek do jej włosów. Kołysał ją, dotykając wargami 
jej czoła. Uspokajał ją, jak uspokaja się płaczące dziecko albo 
przestraszone zwierzę, i robił to z czułością chyba nawet większą 
niż ta, którą matka okazuje swojemu nowo narodzonemu 
dziecku, które widzi po raz pierwszy w życiu. 
- Gdyby tylko był pokój! - westchnęła. 
Chwycił jej ręce i przycisnął dłonie do piersi, w której jego serce 
biło tylko dla niej. W przerwie między jednym a drugim 
uderzeniem wyszeptał schrypniętym głosem: Nun ist Frieden... 
Teraz jest pokój... 
 
 
 

background image

Chciałaby, żeby to była prawda. 
- Andreas - westchnęła, chłonąc jego ciepło. 
- Ich Hebe dich, Lilja - odpowiedział cicho. 
Płakała. 
Roza obudziła się, płacząc. 
- Ciiii...! - wyszeptał Joe, czym tylko jeszcze bardziej ją 
wystraszył. Wzdrygnęła się. 
- Śniło mi się... 
- Nie tylko ci się śniło. Mówiłaś przez sen - powiedział, 
uśmiechając się do niej. 
Nie spał. Siedział, przyglądając się jej. Widział, jak jej twarz się 
zmienia, kiedy nie musi się mieć na baczności przed światem. Z 
Rozą, śpiącą na jego kolanach, w jego objęciach, czuł dziwny 
spokój. 
- Nigdy nie mówię we śnie! 
- Tym razem mówiłaś, i to w kilku językach -uśmiechnął się 
znów. 
Delikatnie poprawił niesforny kosmyk, który wymknął się jej z 
węzła na karku. Jej głowa opierała się teraz na jego ramieniu. Na 
jego koszuli została wilgotna plama. 
- Mój sen był bardzo prawdziwy - powiedziała, jakby zdziwiona. 
- Wiem, kim ona jest. Już wcześniej przychodziła do mnie w 
snach, ale to było dawno temu. Sądziłam, że jest tym dzieckiem, 
którego ja i Mattias oczekiwaliśmy... 
Roza pociągnęła nosem i szybkim ruchem otarła łzy. 
- Tyle, że nie dane nam było je mieć... 
- Więc może śnisz o Lily - rzucił Joe lekko. Nie traktował jej snu 
poważnie. Ale też nie 
 

background image

mógł wiedzieć, że jest to jeden z tych snów, które zostawiają w 
niej swój ślad, są dla niej jak skarb. 
- To nie jest Lily - odpowiedziała Roza pustym głosem. 
- Nie przejmuj się nim tak bardzo, proszę! W końcu to tylko sen. 
- Boję się, że będzie wojna... -Zawsze śnisz o wojnach, Rosie! 
Odgarnął włosy z jej twarzy. Pocałował ją w oba policzki, ale nie 
udało mu się sprawić, żeby smutek zniknął z jej oczu. 
- Boisz się wojny, dlatego o niej śnisz - powiedział, przekonany, 
że tak naprawdę jest. - Pamiętasz, jak kiedyś opowiadałaś mi o 
polu bitwy? O tym, jak mnie tam szukałaś? Jak znalazłaś moje 
martwe ciało... 
-Ta wojna jest inna - powiedziała, patrząc przed siebie. 
W pokoju zrobiło się chłodniej. Minęło kilka godzin i ogień w 
kominku zgasł. Niektóre ze świeczek się wypaliły, ale migoczące 
płomienie lampek oliwnych nadal dotrzymywały im 
towarzystwa. 
- Ta wojna toczyła się tutaj. 
Roza poruszyła się i byłaby spadła z jego kolan. Joe poczuł, że 
zdrętwiały mu nogi, ale na szczęście zostało mu jeszcze trochę sił 
w rękach, więc chwycił ją i zatrzymał. 
-Mówiłam dwoma językami? - spytała po chwili. 
Jej wielkie, niebieskie oczy były teraz wpatrzone w jego. Czasem 
miał wrażenie, że zasnuwa je mgła, czasem jej spojrzenie było 
jasne, przejrzyście 
 
 
 
 
 
 
 

background image

chłodne i błękitne, jak lodowe tafle dryfujące latem na Atlantyku. 
- Chyba po norwesku - powiedział. - Nic z tego nie rozumiałem. 
No i mamrotałaś też coś po niemiecku. 
- Po niemiecku? 
Joe skinął głową, a ona patrzyła na niego jak na szaleńca. 
-Tu, na Zachodzie, zdarza mi się od czasu do czasu spotykać 
Niemców - wyjaśnił z uśmiechem. -Ja nie znam niemieckiego. 
- A ja już byłem gotów potraktować to poważnie. Na szczęście w 
porę przypomniałem sobie, że kobiety z rodu 0'Connorów nie 
zawsze mówią to, co myślą... - powiedział, mrugając do niej 
porozumiewawczo. 
- Co mówiłam? Rozumiałeś mnie? 
- Powiedziałaś, że mnie kochasz. Patrzyła na niego 
nieprzekonana. 
- A już byłam gotowa ci uwierzyć - westchnęła. - Nigdy nie jesteś 
poważny, Joe? 
- Ich liebe dich, Lijah! - powiedział schrypniętym głosem, 
starając się oddać dokładnie to, co powiedziała. 
- Ja tak powiedziałam? 
- Ty tak powiedziałaś. 
-1 to znaczy: ja cię kocham? 
- Tak jak ja nazywam się Joseph Craig i jestem porządnym, 
katolickim chłopakiem z Irlandii! -zapewnił ją poważnie. - Co do 
ostatniego słowa, to nie jestem do końca pewien. Mam wrażenie, 
że powiedziałaś Lijah, ale nie wiem, co to mogłoby znaczyć. 
Może to jakieś imię? 
 

background image

- Lijah? - powtórzyła Roza. 
Powtórzyła raz, potem drugi, aż w końcu wszystko stało się jasne. 
- Lilja! - wykrzyknęła. -Liljah? 
Skinęła głową i zagryzła wargi, żeby się nie rozpłakać. Teraz 
miała już pewność, że chodziło o coś ważnego! I że rzeczywiście 
mówiła przez sen. 
-Lilja - powiedziała pieszczotliwie. - Czy też Lily po norwesku, 
Joe. 
Opowiedziała mu swój sen. 
- Odniosłam wrażenie, że są wrogami. Że trwa wojna, a oni są po 
dwóch różnych stronach. Ale kochają się. 
-1 ona siedziała mu na kolanach? - upewnił się Joe. 
Uśmiechnął się, nadal nie bardzo jej wierząc. 
- Siedziała na kolanach przystojnego mężczyzny, który szeptał jej 
do ucha słodkie słówka? Nie przypomina ci to czegoś? 
- To nie byliśmy my! 
- Oczywiście, że nie. My jesteśmy tutaj... Zastanawiał się, po co 
to powiedział. Zaledwie 
kilka godzin wcześniej powiedziała mu wyraźnie, że nie chce za 
niego wyjść. Chciała, żeby zostali przyjaciółmi. Teraz 
nieopatrznie wypowiedziane przez niego słowa mogą sprawić, że 
ich przyjaźń albo zostanie zerwana, albo się wzmocni. Wiedział, 
że igra z ogniem, ale nie był w stanie się powstrzymać. 
Przeciągnął kciukiem po swoim nieogolonym policzku i spojrzał 
na nią szarymi oczami, w których odbijały się płomienie lampek 
oliwnych. Roza odkryła nagle, jak łagodne jest jego 
 
 
 
 

background image

spojrzenie. Pomyślała, że za każdym razem, kiedy się spotykają, 
odkrywa w nim coś nowego. 
Może zbyt pośpiesznie odrzuciła jego propozycję? 
Nie chciała teraz o tym myśleć, ale nie była też w stanie wyprzeć 
tej myśli ze swojej świadomości. Być może to właśnie byłoby 
rozwiązaniem jej problemów? Może małżeństwo zapewniłoby jej 
spokój i poczucie bezpieczeństwa? Może zbyt pochopnie go 
odtrąciła? 
Zbliżał się do niej powoli, miała czas, żeby się cofnąć. Ledwie ją 
dotknął. Uniósł jej brodę dwoma palcami i ich spojrzenia się 
spotkały. 
- Nie widzę twoich tajemnic - powiedział. 
- Być może nie mam żadnych. 
- Masz ich zapewne równie dużo jak ja. Ich usta się spotkały. 
Poczuli żar, który szybko się rozprzestrzenił, do policzków, 
skroni. Do czubków palców. Poczuła go w żołądku, w nogach, 
które nagle się pod nią ugięły. Wpiła palce w jego gęste włosy. 
Pocałunek był czuły! Zbyt czuły, kołatało jej w głowie. 
Joe cofnął się nieco. Czuła jego usta tuż obok swoich 
nabrzmiałych, gorących warg, którym tylko on mógł przynieść 
ukojenie. Ale jego twarz pozostawała lekko oddalona, a ona 
miała wrażenie, że oszaleje. 
- Czy taki tu zwyczaj, że przyzwoita kobieta musi się dopraszać o 
pocałunek? - spytała cichym, schrypniętym głosem. 
Pożądała go. 
Nie dziwiło jej to, chociaż sądziła, że zdążyli się 
 

background image

już sobą nasycić. Już raz to robili, więc nie było 

r

tym posmaku 

nowości, czy zakazanego owocu. 
Nie to ją tak bardzo podniecało, nie dlatego jego oddech był tak 
gorący, że niemal parzył jej skórę. Nie to sprawiło, że jego dłonie 
rozpoczęły wędrówkę po jej ciele i spotkały się z jej dłońmi, że 
ich ciała przywarły do siebie. Nie widzieli niczego złego w 
swoim pożądaniu i pragnęli zaspokoić swoją tęsknotę. To nie był 
grzech, byli wolni. Do tego stopnia, że wspomniał nawet o 
małżeństwie. 
- Nie tutaj! - powiedział. -Nie? 
Pocałował ją, szepcząc jej w usta „nie". W jej miękkie usta, które 
się rozchyliły, by po chwili przylgnąć do jego gorących warg, 
mocno, zdecydowanie. Poczuła, jak jego język dotyka jej języka, 
delikatnie, pieszczotliwie. 
- Nie tutaj - powtórzył. 
- Nie znam tego domu - powiedziała z ustami przy jego szyi. 
Jej język zostawił na niej wilgotny ślad. Joe zadrżał, chciał jej 
powiedzieć, żeby przestała, ale przecież wcale tego nie pragnął. 
Chciał, żeby ta chwila trwała wiecznie. 
- Nie szkodzi - powiedział. 
Jego głos był jeszcze bardziej schrypnięty niż jej, nie rozumiał, 
dlaczego. 
- Nie liczyłem, że będziesz tu moim przewodnikiem, Rosie... 
Wstał, trzymając ją w objęciach. Ruszyli w stronę schodów. Czuł 
jej ciało przy sobie, zakręciło mu się w głowie. Poczuł jej drżenie. 
Otworzył usta, chciał jej powiedzieć, że drży, ale uznał, że ona 
 
 
 

background image

pewnie zaprzeczy. Więc po prostu chwycił ją i wziął na ręce. 
Uderzyło go, jaka jest lekka. Niemal nic nie ważyła. Jej ciało było 
gorące i miękkie, jak ciało kotki. 
- Zamierzasz tak tu stać? - spytała. 
Joe jakby nagłe się przebudził. Nagle dotarło do niego, że trzyma 
ją w ramionach, i że może to ostatni raz, gdy ona dopuszcza do 
takiej bliskości. Przerażało go to, ale i czyniło tę chwilę jeszcze 
bardziej cenną. 
Jej włosy nadal były lekko wilgotne. Drobne loczki okalały jej 
twarz. Joe zaczął się zastanawiać, czy Seamus, kiedy na nią 
patrzył, też nie był w stanie pojąć, jak to możliwe, że była taka 
piękna. Czy może tylko on tak ją widział? 
Niósł ją po schodach, żałując, że są takie krótkie. 
W korytarzu panowała cisza. Dom był duży. Za duży, pomyślał. 
Wszystkie jego domy zawsze były za duże. 
-Cicho... - wyszeptała, kiedy znaleźli się przy trzecich drzwiach 
po prawej stronie. 
Joe się zatrzymał, a ona wyswobodziła się z jego objęć. Stała 
teraz bosymi stopami na grubym dywanie korytarza. 
Nasłuchiwała, czujna jak sarna. Po chwili uśmiechnęła się z ulgą i 
wsunęła dłoń pod jego ramię. 
- Gdzie jest twoje łóżko, Master? - wyszeptała. Nie kazał jej 
długo czekać. Otworzył drzwi do 
następnego pokoju, chciał wziąć ją na ręce, ale ona już weszła do 
środka. Szła lekkim, niemal tanecznym krokiem, swobodna jak 
ptak. Joe zamknął za nimi drzwi i oparł się o nie. Po chwili poczuł 
na swoich ustach jej wilgotne wargi, delikatne, lekko 
 

background image

drażniące. Zapach mydła mieszał się z zapachem jej ciała. Poczuł 
dreszcz, po chwili przeszła go fala gorąca i rozpaliła jego 
lędźwie. Czuł narastające podniecenie, ale i spokój; wyzbył się 
wszystkich myśli, pozwalając, by zawładnęła nim żądza. 
Roza zatopiła palce w jego włosach. Stała teraz tak blisko niego, 
że czuł ją całym swym ciałem. Jej usta przy jego ustach, 
delikatne, badające, skradające kolejne pocałunki. Pozwalał jej 
na to. 
Całując go coraz bardziej namiętnie, zaczęła odpinać mu 
kamizelkę, koszulę. Niespodziewaną przeszkodą okazał się fular, 
musiał pomóc jej go rozwiązać, by dołączył do leżących już na 
podłodze innych części garderoby. Palce Rozy sięgnęły do jego 
spodni, zaczęła je odpinać. Joe chwycił jej dłoń i przytrzymał. 
- Spokojnie! - powiedział. 
Sięgnął ręką do guzików jej bluzki, odpiął je i niezwykle powoli 
zsunął bluzkę z jej ramion, obnażając je. Po raz kolejny uderzyło 
go, jaka była drobna, szczupła. Na co dzień widział w niej silną i 
mocną kobietę. 
Zaczął całować jej rękę, którą pokazywała jedynie tym, którym 
naprawdę ufała. Całował wewnętrzną stronę jej ręki, aż do dłoni. 
Najpierw jedną rękę, potem drugą. A ona stała nieruchomo, 
rozkoszując się pieszczotą. Miała zamknięte oczy i na wpół 
otwarte usta. 
Uklęknął przed nią i poluzował jej spódnicę, która opadła, 
zwijając się u jej stóp. Pociągnął za tasiemkę halki, która po 
chwili też znalazła się na podłodze, pozostawiając ją nagą. 
Poczuł, że zaschło mu w ustach. Cały wieczór, kiedy siedziała 
 
 
 

background image

w saloniku, rozmawiając z nim i z Jasperem, prowadząc grę z 
nimi, bo w pewnym sensie była z ich trójki najsilniejsza, cały ten 
czas pod cienką halką i spódnicą była naga. 
-Jesteś pełna niespodzianek - uśmiechnął się, sięgając językiem 
do jej pępka. 
A ona wiła się pod jego dotykiem, wydając ciche jęki, trzymając 
go mocno za ramiona. 
Nagle podniósł się i zaczął ją całować, żarliwie, nienasycenie. 
Znów usłyszał cichy jęk. Czy te dźwięki dobywały się z jego ust, 
czy z jej? Nie był tego pewien. 
Na pewno westchnął głęboko, kiedy nagle wyswobodziła się z 
jego pocałunku, by rozpiąć mu do końca spodnie i zdjąć buty, by 
już nic ich od siebie nie rozdzielało. Usiadł na brzegu łóżka i po-
zwolił jej palcom wędrować po swoich udach, rozkoszując się ich 
dotykiem. Jej czułość pozwalała i jemu być czułym. Położył się 
na plecach i poddał się jej. Nie była to ofiara z jego strony, tylko 
czysta rozkosz i radość. 
Czuł, jak jego napięte mięśnie drżą pod dotykiem jej dłoni, 
delikatnych jak motyle. Przepełniła go, żądza, której nie był w 
stanie ukryć. Usłyszał jej perlisty śmiech i po chwili poczuł na 
sobie jej ciało. Otworzył oczy i zobaczył ją nad sobą, górującą 
niczym wieża. 
W padającym z kominka ciepłym świetle jej ciało promieniało. 
W półmroku nie widać było jej poparzonego ramienia. Już 
wcześniej to zauważył, chociaż nigdy jej tego nie powiedział. 
Starał się powstrzymać swoją żądzę. A ona pieściła go, leżała na 
nim, czuł jej nagie, gorące ciało, 
 

background image

czuł słodycz jej warg na swoich ustach. Deszcz pocałunków. 
Nagle poczuł rozkosz tak wielką, tak cudowną, że niemal 
bolesną. 
Objął ją nogami, odwrócił na plecy. Teraz to on leżał na niej, 
teraz mógł ją pieścić, poddać takim samym miłosnym torturom, 
jakim ona poddawała go przed chwilą. 
Zanurzył twarz w jej włosach, rozsypanych na łóżku. Były 
miękkie i nadal lekko wilgotne. Poczuł w nozdrzach ich zapach, 
drażniący jego zmysły. Czubki jego palców łaskotały ją, jęknęła 
zadowolona, wtulając się w jego ramię. Ugryzła go lekko w 
szyję, rozchyliła usta, błagając o więcej. 
- Chcesz jeszcze? - szepnął i uśmiechnął się zadowolony. 
Podobało mu się, że pożądają siebie równie mocno. To dobrze. 
- Jeszcze, Joe! -Tak? 
Zaczął całować jej wyciągniętą szyję, jej ramiona, centymetr po 
centymetrze. Czuł w ustach słodycz jej skóry, przepełniła go. 
-Dawno nie próbowałeś takiego miodu - wyszeptała. 
Roześmiali się. 
To też było coś, co go zadziwiało. Nie była jedyną kobietą, jaką 
miał, pomijając oczywiście Jenny. Jednak nigdy, z żadną kobietą 
nie potrafił tak się śmiać jak z Rozą. 
Odegrał się za jej słowa, pieszcząc językiem jej twarde brodawki. 
Poczuł, że jest równie podniecona jak on. 
- Nie drocz się ze mną dłużej! - prosiła. 
 
 
 
 
 
 

background image

- Nie droczę się - powiedział, cofając się nieco, żeby na nią 
spojrzeć. 
Jęknęła, kiedy w nią wszedł. Zaczął wykonywać delikatne, 
powolne ruchy, jak ona przed chwilą, kiedy pieściła go językiem. 
Jakby powtarzali swój wzajemny rytm, który teraz stał się ich 
wspólnym. 
Joe uniósł się na rękach, oparł dłonie o materac i patrzył na nią. 
Jego własna rozkosz potęgowała się, kiedy widział pożądanie w 
jej wzroku. Jej niebieskie oczy były teraz ciemne, niemal 
fioletowe, błyszczące niczym drogocenne kamienie. Nie mógł 
oderwać od nich wzroku. 
A ona uśmiechnęła się szeroko, patrząc w jego szare oczy, które 
nagle jakby zaszły mgłą. Uśmiechnęła się jeszcze szerzej, kiedy 
zobaczyła grymas na jego twarzy, bo za wszelką cenę nie chciał 
jej wyprzedzić w swojej rozkoszy. Dobrze wiedział, że specjalnie 
się z nim drażni, trzyma go na uwięzi i przeklinał ją, ale słowa, 
padające z jego zaciśniętych ust były czułe, łagodne. 
Poruszała powoli biodrami, niemal boleśnie powoli. Wychodziła 
mu naprzeciw, a potem się cofała, falowała rytmicznie niczym 
morskie pływy, niczym młode drzewo na ledwie wyczuwalnym 
wietrze. Droczyła się z nim, świadomie odsuwając to, co w końcu 
musiało wybuchnąć. Odwlekała ten moment, zaostrzając jego 
zmysły, potęgując rozkosz. 
W końcu uniosła biodra, jej nagie ciało uderzyło o jego, objął ją, 
położył dłonie na jej pośladkach, przyciągnął do siebie i zanurzył 
się w niej, mając niemal wrażenie, że tonie. Zaczerpnął po-
wietrza, usłyszał jej spazmatyczny oddech. Wiedział, że 
szczytuje, i po chwili, z twarzą w jej 
 

background image

włosach, sam zanurzył się w rozkoszy. Poczuł jej dłonie na 
swoich plecach. 
- Umarłem - wymamrotał. 
Odwrócił się, położył na plecach, poczuł chłód. -Właściwie taka 
śmierć nie byłaby zła - dodał schrypniętym głosem. 
Roza przywarła policzkiem do jego ramienia. 
- Nigdy nie widziałam, żeby ktoś tak zapadł się w rozkoszy - 
wymruczała. 
- A widziałaś już sporo? -Tak. 
To nie miało znaczenia. Nie czyniło tej chwili mniej ważną. Joe 
nie czuł potrzeby, by zawłaszczyć ją dla siebie, chociaż też nie 
chciał jej z nikim dzielić. Poczuł ukłucie zazdrości, kiedy przypo-
mniał sobie, jak Jasper na nią patrzył, ale o jej przeszłość nie czuł 
się zazdrosny. 
Czuł się dziwnie. 
Właściwie nigdy dotąd z nikim tak się nie czuł. Byli do siebie 
podobni. 
- Nadal możesz zmienić zdanie - wyszeptał. -Wyciągnął szyję, 
żeby zobaczyć jej twarz, sprawdzić, jak zareaguje na jego 
ponowną propozycję. -Zapomnę, że raz cię już o to pytałem. 
Spytam ponownie, a ty możesz zmienić zdanie. Ile tylko razy 
zechcesz. Do jutra. Aż do jutra. W przyszłym tygodniu... 
- Nie - przerwała mu Roza. 
- Nie? 
- Czyżbyś miał jakieś problemy ze słuchem, Josephie Craigu? - 
uśmiechnęła się figlarnie, wtulając się w niego, kradnąc jego 
ciepło, ale dając mu swoje w zamian. 
 
 
 
 

background image

- Nie będę już więcej pytał - obiecał jej. 
- Dobrze - wymruczała leniwie, prawie już śpiąc. 
Joe zaczekał, aż naprawdę zasnęła. 
- Szkoda - wyszeptał czule, gładząc opuszkami palców jej brodę. 
- Szkoda - powtórzył. - Bo nie byłoby mi trudno cię pokochać, 
Rosie... 
 
 
Rozdział 8 
Zanim noc przeszła w ranek, trzech młodych mężczyzn spotkało 
się w ciasnym i dość ponurym biurze, mieszczącym się w 
budynku, który niegdyś należał do bardziej okazałych w mieście. 
Nadal był to dobry adres, chociaż niektórzy już zaczęli szukać 
innych. Zasłony były zaciągnięte, ale tak zniszczone, że próba 
dotknięcia ich mogłaby się źle skończyć. Poza tym w 
pomieszczeniu było za mało miejsc do siedzenia, właściciel 
gabinetu musiał pożyczyć krzesło z sąsiedniego pokoju. 
- Niechętnie tu przychodzę - oświadczył Justin Jordan. 
- Nie masz się czym przejmować - powiedział siedzący za 
biurkiem mężczyzna. - Jest noc, nikogo tu nie ma. A nawet jeśli 
ktoś by cię zobaczył, to zatrzyma to dla siebie, drogi Justinie. 
- A ciebie nikt nie będzie pytał, gdzie byłeś? 
 

background image

- Nie - padła krótka odpowiedź. 
Młody mężczyzna, jeden z największych cyników w całym 
Savannah, wydawał się bardzo pewny siebie. Nie uciekał 
wzrokiem na boki, w jego oczach był chłód. 
- Dobrze wiesz, że mieszkam sam. Nie muszę się nikomu 
opowiadać. Jeśli chcę pracować w nocy, robię to. Stan kawalerski 
musi mieć jakieś zalety, prawda, panowie? 
Na pomiętej twarzy siedzącego obok Justina mężczyzny pojawił 
się grymas. W jego zmęczonych oczach był smutek. Nie zdążył 
się jeszcze przyzwyczaić do tego, że znów jest wolny. Jego życie 
było ostatnio pełne nieoczekiwanych zwrotów. 
- Nie zakładaliśmy, że ktoś postronny ucierpi -powiedział Jasper 
Jordan i ciężko westchnął. -W ogóle nie zakładaliśmy, że ktoś 
postronny zostanie w to wciągnięty, Justin! - powtórzył. 
Patrzył na swojego kuzyna wyraźnie niezadowolony. Był zły, że 
nagle znalazł się poza kręgiem ludzi podejmujących 
najważniejsze decyzje, do którego Justin, w niezrozumiały dla 
niego sposób, zyskał dostęp. 
- Co się dzieje, do diabła? Wszystko wymknęło się spod kontroli. 
-Wszystko przebiega tak, jak powinno, drogi kuzynie! - 
uśmiechnął się Justin spokojnie. 
Frustracja Jaspera sprawiała mu wyraźną satysfakcję. 
-Tak jak powinno? - zirytował się Jasper. -Czyś ty oszalał? 
- Nie - zaprotestował Justin stanowczo. 
 
 
 
 
 
 

background image

Jego rysy się wyostrzyły, twarz zastygła niczym maska. Wzrok 
miał zimny jak stal, usta zaciśnięte. 
- Nigdy więcej tak nie mów, Jasper! Słyszysz? Nigdy więcej! 
Siedzący za biurkiem mężczyzna przyglądał się im z 
zainteresowaniem. Z trudem powstrzymywał uśmiech. Stosunki 
między kuzynami w ostatnim czasie bardzo się zaostrzyły i 
zdecydowanie ochłodził. Słyszał, jak ludzie o tym mówią, a 
ostatnio widział to sam. 
Justina znał jeszcze z czasów szkolnych. Natomiast Jasper był dla 
niego stosunkowo nową znajomością. Na zewnątrz kuzynowie 
starali się sprawiać wrażenie, że są sobie bliscy niemal jak bracia. 
Jednak baczny obserwator widział, że to pozory. Było między 
nimi dużo goryczy i wzajemnych pretensji, które pewnie nigdy 
nie zostaną wypowiedziane, bo o pewnych rzeczach w ich 
kręgach po prostu się nie rozmawiało. Pewne tematy ginęły 
gdzieś we mgle. 
Między kuzynami ta mgła stawała się coraz gęstsza. 
Było między nimi dużo nienawiści. 
- No, przyjaciele, dosyć tego - powiedział mężczyzna 
dobrotliwie, jakby uczynił to przyjaciel, nie opowiadając się po 
żadnej ze stron. Chociaż wcześniej zdarzało mu się już rozdzielać 
ich siłą, by nie dopuścić do bójki. Ale i tak pięści często szły w 
ruch, bowiem kuzyni mieli podobne charaktery i temperamenty, i 
niekiedy wystarczył drobiazg, żeby zaczęło między nimi iskrzyć. 
- Nie ma powodu się kłócić, skoro wszyscy jesteśmy po tej samej 
stronie. 
 

background image

- A jesteśmy? - spytał Jasper. - Prawdę mówiąc, nie jestem już 
tego taki pewien. 
- Nie wiem, o czym mówisz - rzucił jego kuzyn lekkim tonem, 
najwyraźniej zdążył się już opanować. Przynajmniej z pozoru, 
pomyślał siedzący za biurkiem mężczyzna, patrząc na Justina 
niemal z podziwem. To właśnie od niego, od Justina Jordana, 
nauczył się, jak ukrywać swoje prawdziwe zamiary. 
- Po prostu mam wrażenie, że w tej chwili nikt tak do końca nie 
kontroluje sytuacji - zaczął tłumaczyć Jasper z lekką pretensją w 
głosie. 
- Nie ma żadnego problemu. 
- Nie zgadzam się - nie poddawał się Jasper. -Nie chcę, żeby stało 
się jej coś złego. Nie chcę jej narażać. 
-Jej? - uśmiechnął się Justin, udając, że nie wie, o kogo kuzynowi 
chodzi. 
- Rose. 
Oczy Justina zwęziły się. Jego radosny nastrój prysł. 
- Kiedy po raz pierwszy o tym rozmawialiśmy, nie miałeś 
żadnych zastrzeżeń, kuzynie. Później zresztą też ich nie miałeś. 
Kiedy raz sprawy rzeczywiście wymknęły się spod kontroli, po 
prostu milczałeś. Nie płakałeś nad losem małego synka Josepha. 
Ani nad losem jego córeczki. Siedziałeś zimny i milczący, 
chociaż inni wówczas uronili niejedną łzę. Wtedy nie mówiłeś, że 
coś jest nie tak, że sprawy zaszły za daleko. Nie mówiłeś, że żal ci 
Jenny, patrząc na jej puste krzesło. Nie miałeś żadnych 
zastrzeżeń, drogi kuzynie. Do czasu, kiedy poszedłeś do łóżka z 
tą okropną kobietą 0'Connorów! 2 twoją drogą Rose! 
 
 
 

background image

- To nie tak - zaprotestował Jasper. - Między nami nigdy do 
niczego nie doszło. Chodzi mi tylko o to, że ona nie ma z tym 
wszystkim nic wspólnego. 
-Chyba nie mówisz tego poważnie! - żachnął się Justin. - Była 
żoną Seamusa. Jest matką jego bękarta, więc nie mów, że jest 
osobą postronną. W moich oczach nie jest. Jestem przekonany, że 
gdyby od początku była częścią naszego planu, też nie miałbyś 
nic przeciwko temu. Tyle, że teraz dałeś się jej omotać. Gdyby 
Joe jej tu nie sprowadził... - urwał, nie dokończywszy zdania. 
Żaden z pozostałych mężczyzn się nie odezwał. 
- Przyznaję, że rzeczywiście przez moment straciliśmy kontrolę 
nad „Southern Belle" - odezwał się Justin. 
Nikt z uczestników spotkania nie zaprotestował. 
- Przyznaję, że zgodziliśmy się na współpracę z szaleńcami, nie 
będąc świadomi, do czego oni są zdolni. Nawet przez moment nie 
sądziłem, że życie Jenny czy dzieci może być zagrożone. Nie 
mogłem popłynąć jako pasażer na „Southern Belle", a Jenny 
wiedziała, co robi, wsiadając na pokład... 
Jasper nadal milczał. 
- Naszym celem jest pozbycie się 0'Connorów - podkreślił Justin. 
-1 ten cel zostanie wkrótce osiągnięty - oświadczył mężczyzna" 
zza biurka. - Mary uszczupli poważnie ich zasoby i zrobi to z 
przyjemnością. Joe stąpa po niepewnym gruncie. 2a tydzień 
„Ivory Belle" powinna wrócić z Kuby. Wszystko zmierza 
 

background image

w dobrym kierunku. Wiatry nam sprzyjają. Tylko nie wolno nam 
stracić głowy. Simon zrobi, co do niego należy. Żadne twoje 
prośby czy błagania go nie powstrzymają. Twojej Rose nie 
zostało już wiele życia. Nie rób sobie zbytnich nadziei, Jasper. 
Kąciki ust Justina powędrowały do góry. Teraz jego 
podobieństwo do kuzyna stało się jeszcze bardziej wyraźne. Obaj 
byli przystojni, obaj mieli ten sam chłodny wdzięk, tylko Justin 
należał do biedniejszej gałęzi rodziny i zawsze o tym wiedział. 
Chociaż jego kuzyni w Blossom Hill zapewne nie mieli pojęcia, 
że zazdrości im bogactwa. 
Tylko wuj Jared zdawał sobie z tego sprawę. Justin wiedział o 
tym i wiedział też, że wuja to bawi. Nigdy nie pominął żadnej 
okazji, żeby wypomnieć Justinowi jego pochodzenie. Justin 
wspominał go z goryczą, ale za jedno był mu wdzięczny. Za to, że 
dal mu cel w życiu. 
Teraz był bliski jego osiągnięcia. 
- Niech Joe ją sobie zatrzyma - powiedział Justin obojętnie, 
prostując swoje długie nogi. - Zasłużył sobie na nią. Poza tym 
będzie miał jeszcze jeden powód do rozpaczy. A ja nie 
zamierzam mu współczuć. Nie może być tak, że jednego dnia 
postanawiasz kogoś zniszczyć, a następnego błagasz, żeby go 
oszczędzić. Sądziłem, że jesteś twardszy... 
- Nie zależy mi na Joem, tylko na Rose - powiedział Jasper. - 
Lubię ją. Nie w tym sensie, w jakim myślisz. Po prostu lubię ją 
jako człowieka. 
Justin roześmiał się pogardliwie. 
- Oczywiście, kuzynie. A ja lubiłem Jenny. Jako człowieka - 
dodał cynicznie. 
- Nie rozumiem, że możesz tak lekko o tym 
 

background image

mówić - wycedził Jasper przez zęby. - Wiem, co czułeś wobec 
Jenny... 
-Ja nie mieszam uczuć do interesów, Jasper. I to jest właśnie 
różnica między nami! 
-Rosie nie zamierza tu zostać! Wyjedzie i już tu nie wróci. Nie 
jest wsparciem dla Josepha... 
-Jeśli wyjedzie, zanim Simon zjawi się w Savannah, to pewnie 
ma jakąś szansę - powiedział Justin, wzruszając ramionami. 
Sprawiał wrażenie całkowicie obojętnego. - Jeśli wyjedzie 
dostatecznie daleko, być może Simon o niej w ogóle zapomni. 
Chociaż, prawdę mówiąc, nigdy chyba się nie zdarzyło, żeby 
Simon Matthews nie wywiązał się z jakiejś umowy. Jeśli czegoś 
się podjął, zawsze doprowadzał sprawę do końca. 
Jasper milczał. 
Justin przyglądał się mężczyźnie za biurkiem, który patrzył na 
nich nieco rozbawiony. W duchu pomyślał sobie, że w swoim 
czasie będzie musiał rozwiązać ten problem. Ludzie muszą znać 
swoje miejsce. 
- Czy Mary Kelly wie, co ma jutro robić? - spytał Justin. - Wie, co 
ma mówić? Jak ma się zachować? 
Mężczyzna skinął głową. 
- Nie ufam kobietom - powiedział Justin. Nie był zadowolony, że 
muszą korzystać z jej 
pomocy. Byłoby łatwiej, gdyby była mężczyzną, pomyślał. 
Chociaż wtedy byłaby dla nich bezużyteczna. 
- Nie ufam pięknym kobietom - upierał się nadal Justin. - A 
piękne, ale głupie kobiety wręcz mnie przerażają. 
 

background image

- Panna Kelly nie jest głupia, Justinie. 
- Ale mądra też nie jest - stwierdził Justin stanowczo i wzdrygnął 
się. 
Miał okazję ją poznać. Nalegał na to spotkanie z czystej 
ciekawości. Po prostu chciał wiedzieć, z kim mają do czynienia. 
Przedstawił się jako znajomy mężczyzny, z którym była na 
kolacji. Nie wiedziała, kim naprawdę jest. Nie kojarzyła go z 
intrygą, w której przyszło jej zagrać jedną z głównych ról. 
- Wszystko pójdzie zgodnie z planem - zapewnił mężczyzna, 
który odpowiadał za kontakt z Mary Kelly. - Panna Kelly nie 
popełni żadnego błędu. 
Justin odnotował ostry ton w wypowiedzi mężczyzny, ledwie 
słyszalny, ale niewątpliwie obecny w jego głosie. Postanowił, że 
musi mieć się na baczności. Nie podobało mu się, że mężczyzna 
tak bardzo broni Mary Kelly. Uznał to za jego słabość, a on nie 
tolerował słabości. 
- Ze względu na nią, lepiej będzie, jeśli rzeczywiście tego nie 
zrobi - powiedział Justin. 
-Jestem pewna, że ma coś jeszcze w zanadrzu -stwierdziła Roza 
ponuro, kiedy następnego dnia Joe zaczął się szykować do 
spotkania z Johnem Fowlerem i Mary Kelly. - Nie ufam jej - 
oznajmiła. 
Joe uśmiechnął się do niej przez stół. 
- Nie ufałabyś jej nawet, gdyby była Najświętszą Panienką. 
Nigdy jej nie zaakceptujesz ze względu na to, co łączyło ją z 
Seamusem. 
- Właściwie powinnam iść tam z tobą - oświad- 
 
 
 

background image

czyła Roza. - Mnie ona nie oszuka. Natychmiast bym ją 
przejrzała. 
-Jeśli rzeczywiście zacznie robić problemy, obiecuję, że wezwę 
cię do pomocy. I pewnie rzeczywiście sobie poradzisz. Mógłbym 
nawet na ciebie postawić. Twoje ciosy są na pewno celniejsze niż 
jej, ale ona z kolei szybciej ucieka. 
- To nie jest zabawne. 
- Masz rację, nie jest - odpowiedział Joe smutno. 
- Niechętnie zostaję tu sama. 
Joe rozumiał i podzielał jej niepokój, ale wiedział też, że nie 
może odwołać spotkania. 
- Przecież nie zamierzam cię porzucić - stwierdził, patrząc jej w 
oczy. 
Wydarzenia nocy nie mogły w żaden sposób wpłynąć na dalsze 
postępowanie. Oboje zbyt praktycznie podchodzili do tych 
spraw. Przede wszystkim ona, pomyślał Joe. Bo jego zaczęła już 
ponosić wyobraźnia. Drażniło go to, wiedział, że powinien 
zachować zimną krew. 
- W domu są ludzie. Nie zostajesz sama. Poza tym nie sądzę, żeby 
on zdążył już tu dotrzeć. 
Jego słowa nie brzmiały zbyt uspokajająco. Poczuł skurcz 
żołądka na myśl, że Roza, nawet będąc pod jego opieką, mogła 
być zagrożona. 
Zmiął serwetkę i rzucił ją na stół. 
-Poślę po nich powóz - oznajmił, sięgając po dzwonek. - Nie ma 
znaczenia, gdzie podpiszemy te przeklęte papiery. A tutaj 
przynajmniej na razie jestem bezpieczny. 
Roza nie rozumiała, co miały znaczyć jego ostatnie słowa, a on 
nie bardzo miał ochotę jej to tłumaczyć. Pochłonęły go sprawy 
praktyczne. 
 

background image

- Gdybyś był chłopakiem z Georgii, trafiłbyś do akademii 
wojskowej! - odpowiedziała, wyraźnie pod wrażeniem. 
- Myślisz, że bym się nadawał? - spytał, obejmując ją. 
Roza rozejrzała się dookoła, byli sami. Matti i Lily byli 
zachwyceni, kiedy pozwolili im zjeść śniadanie w kuchni, gdzie 
urzędowała pulchna kucharka, znająca się i na dzieciach, i na 
kuchni. 
Byli sami. 
Wargi Joego dotknęły jej ust. Nie pocałował jej, tylko pieścił 
zmysłowo jej usta swoim ciepłym językiem. Nie przywarł do 
niej, nawet jej do siebie nie przyciągnął, a ona powstrzymała się i 
też nie zrobiła tego kroku, który sprawiłby, że nie mieliby już 
odwrotu. Tak było lepiej, powinni zachować dystans, zostawić 
sobie trochę przestrzeni. 
- Nie było cię przy mnie, kiedy się obudziłem -wyrzekł cicho, 
lekko oskarżycielskim tonem. 
- Więc pewnie za długo spałeś - odpowiedziała żartobliwie. 
Widziała, jak kąciki jego ust drgnęły w uśmiechu, a w jego 
oczach pojawił się charakterystyczny błysk. Odpowiedziała mu 
tym samym, jakby była jego lustrem. Nie miała nic przeciwko 
temu, jednak trochę ją to przerażało. Poczuła, że brakuje jej 
powietrza. 
-Było mi zimno, poczułem się samotny. Jeśli kocham się z 
kobietą, lubię budzić się u jej boku. 
Roza odwróciła od niego twarz. 
Za bardzo się do niej zbliżył, chociaż nie zrobił nawet pół kroku. 
Spoważniała. 
 
 
 

background image

- Miałam wrażenie, że jesteśmy zgodni - wyszeptała. - Co do 
tego, że tak między nami nigdy nie będzie, Joe. 
- Nie? - spytał z wargami przy jej wargach. 
- Nie - odpowiedziała po chwili. 
Nie pozwoli mu wmanewrować się w coś, na co nie była gotowa. 
Tym bardziej, że była przekonana, iż on też by tego żałował. 
-Nie - powtórzyła jeszcze bardziej stanowczo niż przed chwilą, 
patrząc w jego szare oczy, oczy porzuconego szczeniaka, czy 
wychłostanego konia... 
... wychłostanego... 
- Nie możemy być razem - dodała dla pewności. - Na pewno. 
- A dzisiejsza noc...? 
-Mam wrażenie, że mnie uwiodłeś, Josephie O'Connor... 
Roześmiał się. Z taką swobodą mijała się z prawdą, że po prostu 
musiał się roześmiać. 
- Żadnych zobowiązań - powiedział. Właściwie powtórzył tylko 
to, co mówił jej już 
chyba wiele razy, bo słowa zabrzmiały mu znajomo. I wyraz jej 
twarzy, gdy je usłyszała, wydał mu się znajomy. Jakby żadne z 
nich nie było zaskoczone. ... być może... 
Być może tak, ale możliwe, że zaczynało się w nim rodzić 
uczucie, którego do końca nie był pewien, do którego jeszcze nie 
chciał się przyznać. Więc może dobrze, że odrzuciła jego 
oświadczyny. Miał czas, żeby trochę trzeźwiej na wszystko 
spojrzeć. Zdał sobie sprawę, jak duży miała na niego wpływ, i 
poczuł się oszołomiony. Złapała go na haczyk i musiał być 
ostrożny. 
 

background image

-Żadnych zobowiązań - powtórzył. - Przysięgam! 
Nie wierzyła mu. Joe łatwo rzucał słowa na wiatr. Mówił coś, a 
potem zapominał. Nie ze złej woli, po prostu taki był. Dużo 
chciał, ale nawet jeśli czegoś bardzo pragnął, nie zawsze mógł to 
mieć. 
Pocałował ją. Lekko. Bez zobowiązań. Niemal przyjacielsko. 
Tak iż nawet Roza poczuła, że czegoś jej brakuje: żaru, 
namiętności. 
- Co mam teraz robić? Trzymać dzieci z dala od Mary? 
- Dzieci i siebie też! - dodał Joe. - Nie chcę, żebyś podsłuchiwała 
pod drzwiami. John i ja zajmiemy się drogą Mary. 
Zamilkł na chwilę. 
-John weźmie ze sobą swojego brata. Zadaniem Joshuy jest 
oczarować piękną Mary i przedstawić jej sprawę tak, żeby 
zrozumiała, że nie powinna liczyć na zbyt wiele. - 
- Mary sama przeciwko wam wszystkim? Joe skinął głową. 
-Żal ci jej? - spytał. 
- Nie, ale cieszę się, że nie jestem na jej miejscu. Pewnie 
byłabym... 
- Zagubiona? - wszedł jej w słowo Joe. 
- Nie, wściekła! Gdyby ktoś mnie tak potraktował, na pewno bym 
mu nie uległa, a przynajmniej najpierw urządziłabym mu 
prawdziwe piekło. 
- Sądziłem, że jesteś po naszej stronie, skarbie... -Jestem po 
twojej stronie. Ale próbuję się wczuć 
w jej sytuację. Mam złe przeczucia, Joe... 
Zapadła cisza, Joe przyglądał się jej uważnie. Wiedział, że Roza 
nie kokietuje, że mówi prawdę. 
 
 

background image

Nigdy zresztą nie widział, żeby udawała, oszukiwała. Sam nie był 
aż tak szczery, tak bezkompromisowy. 
Roza splotła ręce na piersi. Miała zawzięty wyraz twarzy. Jakby 
wiedziała coś, co było zbyt przerażające, żeby o tym mówić. 
- Nie potrafię tego udowodnić, ale czuję, że coś jest nie tak. 
Bardzo nie tak. I że to dotyczy nas obojga. Chodzi o zdradę tak 
wielką, że nie można jej wybaczyć... 
Zamknęła usta, jakby nie chciała, czy nie mogła, powiedzieć nic 
więcej. 
Nagle zakręciło się jej w głowie. Słowa brzmiały znajomo, 
rozpoznawała je. Zagryzła wargi, starając się przypomnieć sobie 
ich dokładne brzmienie. 
„Musisz wybaczyć to, co wydaje ci się nie do wybaczenia". 
Czy te słowa były skierowane do niej? Czy dotyczyły tego, co w 
tej chwili się działo? 
Wcześniej miała wrażenie, że chodzi raczej o dalszą przyszłość, 
że słowa nie dotyczą teraźniejszości. 
- Co się stało, Rosie? 
Nie chciała obarczać go swoimi troskami. Nie chciała mówić mu 
o Natalii. Nie chciała dopuścić go do swojego życia. 
- Mam przeczucie, że to wszystko jest ze sobą w jakiś sposób 
powiązane. Pojawienie się Mary, żony Seamusa. I wszystko inne. 
Pożar. I Matthews. Whip. Monique. 
Wstrzymała na chwilę oddech, ale w końcu powiedziała to, co 
dręczyło ją najbardziej. 
- Może nawet Jenny i dzieci też są w to wplątane... 
 

background image

- Ponosi cię wyobraźnia, Rosie! 
Joe chwycił ją za przedramiona i ścisnął tak, że poczuła ból. 
Szczególnie jej lewa ręka była bardzo wrażliwa. 
- Nikt z nas nie może tego udowodnić! Więc nie wolno nam tak 
mówić, Rosie! 
To była prawda. 
A mimo to czuła to. Aż do bólu. Wszystkimi nerwami. Jakby ktoś 
rozdrapywał ledwie zagojoną ranę. 
To wszystko było dla niej rzeczywiste. Nieważne, co sądził Joe. 
- Takie mam przeczucie - wyszeptała. 
Miała nadzieję, że Joe jej uwierzy, nawet jeśli nie będzie w stanie 
mu tego udowodnić. 
- Mam wrażenie, że wszystkie te zdarzenia są ze sobą powiązane. 
Jakąś nitką, jakimś sznurem. I za wszystkim kryje się zło, 
zdrada... 
Joe przytulił ją do siebie i poczuł, że jej ciało nagle zrobiło się 
sztywne. Chciałby móc coś dla niej zrobić, pocieszyć ją. Ale 
jedynie mógł ją objąć, pogładzić po plecach, po włosach. I 
powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. 
Przejrzała go natychmiast. 
Joe wcale nie miał pewności, że wszystko będzie dobrze. Ale jej 
też nie do końca wierzył, mimo że dobrze znał jej przeczucia. 
A może jednak rzeczywiście coś sobie wymyśliła? Co nie 
zmieniało faktu, że było to przerażające. Bała się. 
Zeby przynajmniej zaczął traktować ją poważnie. 
- Czekają nas złe czasy, Joe - powiedziała smutno. - Oboje 
będziemy cierpieć. 
 
 
 

background image

Joe pocałował ją w czoło. Zapewnił, że sobie poradzi. Obiecał, że 
wróci do niej najszybciej, jak będzie mógł. Jak tylko Mary 
podpisze papiery i opuści dom. 
Ucieszył się, że Roza nie mówiła nic o śmierci. Nie byłby w 
stanie się opanować, gdyby wspomniała, że komuś z nich może 
grozić śmierć... 
-Joseph O'Connor jest domatorem! - stwierdziła Mary Kelly, 
unosząc wdzięcznie kieliszek z sherry. 
Tym razem ubrana była na zielono. Satynowa spódnica nie była 
pewnie szczególnie odpowiednim strojem na tę porę dnia, ale Joe 
nie okazał zdziwienia. W przeciwieństwie do kamerdynera. Do 
jaskrawo zielonej spódnicy Mary włożyła żakiet z cienkiej wełny 
w nieco ciemniejszym odcieniu. Joe pomyślał, że zielony nie jest 
jej kolorem. Zielony to kolor Rosie... 
- Zdziwiłem się, że nie przyjechałeś do nas - powiedział John 
Fowler, który już od wejścia wyglądał jak jeden wielki znak 
zapytania. Ponieważ jednak nie byli sami, nie mógł go 
wypytywać. 
- Miła niespodzianka - wszedł mu w słowo jego brat. , 
Potrząsnął głową, odrzucając do tyłu gęste, rude włosy. W jego 
niebieskich oczach był jakiś błysk, którego Joe nie potrafił 
wytłumaczyć. Przyjął, że pewnie był pod wrażeniem wdzięków 
Mary Kelly, jego bratowej. Dziewczyny z Dublina znały się na 
sztuce uwodzenia, a ona najwyraźniej nie wyszła z wprawy. 
 

background image

-Macie okropnie niewygodne krzesła - zaczął Joe. - Postanowił 
udawać wymagającego klienta. -Ale może skupmy się na tym, po 
co się tutaj zebraliśmy - dodał szybko. 
Mary roześmiała się, a jej śmiech dobywał się gdzieś głęboko z 
krtani. Joe znał go aż za dobrze. Miał nadzieję, że słyszy go już 
po raz ostatni. 
- Czyżby aż tak ci się śpieszyło? Chcesz pozbyć się rodziny? 
Czyżby żona twojego brata nie była mile widziana w twoim 
domu? 
-Wiem, że grasz w teatrze, ale sądziłem, że przede wszystkim tam 
tańczysz - odciął się jej. 
- Dzieci, dzieci! - westchnął John, sięgając do swojej dużej, 
zniszczonej teczki po potrzebne im papiery. 
-Nie kłóćmy się! - pośpieszył Joshua bratu z pomocą. - Po co tyle 
gdakania, jak mawiał nasz ojciec - dodał. 
Mary usiadła najbliżej stolika. Joe wyrzucał sobie, że pochopnie 
zabrał ich do saloniku, powinien zaprosić ich do gabinetu. 
Pragnął zatrzymać salonik nietknięty, jako wspomnienie o nim i o 
Rosie. Powinien był tak zrobić, bo przecież tu zaczęła się ich noc. 
Ten magiczny nastrój powstał właśnie w tych czterech ścianach. 
Miał wrażenie, że wpuszczając tu Mary zbezcześcił to miejsce. 
Źle się z tym czuł. 
Joe nie potrafił zmusić się do tego, by usiąść. Pomyślał, że Mary 
uzna to za oznakę niepewności, a John wielokrotnie powtarzał, że 
nie należy się obnosić ze swoimi słabościami, ale było mu 
wszystko jedno. 
- Sprawa wydaje się skomplikowana - odezwał się Joshua 
Fowler. 
 
 

background image

Kiedy stanął przed Mary, wyglądał niemal jak potężne drzewo. 
Musiała zadzierać głowę, żeby zobaczyć jego twarz. 
- Widzę, że twój adwokat nie przyszedł sam - powiedziała, 
zerkając na Joego. - Rozumiem, że to jego brat. W życiu nie 
widziałam dwóch tak podobnych do siebie osób. To bliźniacy, 
prawda? U nas domu też były bliźnięta, Ryanowie, ale w ogóle 
nie byli do siebie podobni. Annie była dobrze zbudowana i miała 
czarne włosy jak Hiszpanka, a Tommy był drobny i taki blady, że 
ludzie byli przekonani, iż go w domu głodzą. Ale wy jesteście tak 
podobni, że aż dreszcz człowieka przechodzi! 
- Mary! - poprosił Joe. 
- Prawdę mówiąc, Joseph okazał się niezmiernie ugodowy, panno 
Kelly - zaczął Joshua. - Mógł pójść z całą sprawą do sądu i wtedy 
pani pewno nie dostałaby nawet centa. A jednak zdecydował 
inaczej i proponuje pani bardziej niż godziwą sumę. Chciałbym, 
żeby pani to zrozumiała, że Joseph CConnor okazał się 
niezmiernie hojny. 
- Proszę pokazać mi papiery, żebym przekonała się, jak bardzo! - 
rzuciła Mary. 
Podano jej papiery. 
- Może ci odczytam zapis? - zaproponował Joe. 
- Sama potrafię czytać! - wysyczała Mary. Joe postanowił jej już 
nie drażnić. 
- To mniej więcej te same sumy, co poprzednim razem - przerwał 
milczenie John, kiedy uznał, że Mary przeczytała zapis. - Z 
wyjątkiem jednej ósmej wartości fabryki broni. Jak pani zapewne 
zauważyła, suma, która zostanie wypłacona jednorazowo, też 
została zwiększona. 
 

background image

- Znacznie zwiększona - dodał Joshua. 
Mary podniosła głowę. Spojrzała na braci, a potem skierowała 
wzrok na Joego. Wstała, trzymając w ręku papiery. Przeszła 
przez pokój powolnym, niemal majestatycznym krokiem. Stanęła 
przed nim i przedarła papiery na pół, pozwalając by upadły na 
podłogę, niczym wielkie, nieco przy-ciężkie płatki śniegu. 
- Chciałam poddać cię próbie, Joe. Do tej pory tylko się z tobą 
bawiłam. Chciałam sprawdzić, jak daleko jesteś w stanie się 
posunąć, żeby kupić wolność dla siebie i swojej rodziny. Teraz 
postanowiłam przejść do rzeczy. 
Mary przeszła do okna, rozsunęła palcem delikatne, koronkowe 
firanki, i wyjrzała na zewnątrz. 
- Nie mam wygórowanych oczekiwań. Chcę jedynie dostać to, co 
mi się należy. Jeśli twoi adwokaci są gotowi notować, powiem ci, 
co konkretnie mam na myśli... 
 
 
Rozdział 9 
-Uwielbiam to! Naprawdę kocham takie sytuacje! 
Mary z trudem powstrzymywała się od radosnych okrzyków i 
podskoków w powozie. 
- Ciszej! - próbował poskromić ją Joshua Fowler. Był spokojny, 
ale w jego oczach pojawił się sar- 
 
 
 
 
 
 
 

background image

doniczny błysk. Siedział obok niej, ale bacznie pilnował, żeby 
jego udo nie dotknęło jej nogi. 
- Mamy ich w garści! - powiedziała Mary, unosząc triumfująco 
zaciśniętą pięść. 
- Oczywiście - powiedział spokojnie, jakby cała ta historia go 
nużyła. - Czy nie to pani obiecałem, panno Kelly? Widzę, że pani 
mi nie uwierzyła! Swojemu doradcy i przyjacielowi? 
Mary otworzyła usta, zaczerpnęła powietrza i spróbowała się 
opanować. Nie mogli rozmawiać za głośno, bo wracali do miasta 
powozem Joego. Nie mieli pewności, czy woźnica ich nie słyszy, 
a nie chcieli niepotrzebnie ryzykować, że przez własną 
nieostrożność zniszczą coś, co tak dobrze się zapowiadało. 
- Myślałam, że umrę! 
- Później mi pani wszystko opowie, panno Kelly - powiedział 
Joshua Fowler. - Obiecałem dopilnować, żebyś dotarła 
bezpiecznie do hotelu i zamierzam się z tego wywiązać. A nawet 
zaprosić cię na lunch. O ile, oczywiście, przyjmiesz moją pro-
pozycję. 
- Ależ tak, tym bardziej, że mamy co świętować. 
- Będzie wyglądało, jakbym próbował coś od ciebie wyciągnąć, 
działając na zlecenie klienta mojego brata... 
Uśmiechnęli się do siebie. 
Dzień był pogodny i ciepły, ale nawet jeśli byłby pochmurny i tak 
pewnie żadne z nich by tego nie zauważyło. 
-1 jak poszło? 
Jak tylko Roza usłyszała, że powóz rusza spod 
 

background image

domu, zbiegła ze schodów niemał na wyścigi z dziećmi. Jak 
zwykle pierwsza na dole była Lily, a Matti tuż po niej. Oboje 
natychmiast pobiegli dalej, do kuchni, więc Roza mogła 
pofolgować swojej ciekawości. 
Joe i John usłyszeli ją i wstali. Obaj zwrócili się w stronę drzwi. 
- Przepraszam - powiedziała, wślizgując się do pokoju. - 
Usłyszałam, że dziwka wyszła, i nie mogłam się powstrzymać. I 
jak? Zgodziła się na waszą propozycję? Podpisała papiery? 
Pozbyliśmy się jej? 
Joe spojrzał na Johna, z jednej strony przepraszając za jej 
wtargnięcie, z drugiej, rozbawiony jej zachowaniem. 
- To jest Rosa Samuelsdatter. Rosie, ten łajdak to mój adwokat, 
John Fowler. 
Skinęła mu głową, jakby w pośpiechu, i natychmiast znów 
spojrzała na Joego. Widział pytanie w jej oczach. 
- Nie - odpowiedział. - Ta dziwka niczego nie podpisała. Bawi się 
z nami. Sądzi, że oddamy jej wszystko. Uważa, że właściwie to 
Seamus położył podwaliny pod majątek 0'Connorów, więc nie 
mamy prawa ani do centa. Posunęła się do stwierdzenia, że tak 
naprawdę wszystko, co mamy, należy do niej. 
Roza otworzyła szeroko usta ze zdziwienia. 
Po chwili roześmiała się. Weszła do pokoju, zamknęła za sobą 
drzwi i oparła się o nie, nie przestając się śmiać. 
John Fowler uniósł na chwilę jedną brew, ale zaraz zapanował 
nad sobą. Nie musiał przyglądać 
 
 
 
 

background image

się jej policzkowi, wiedział, czego może się spodziewać. Zamiast 
więc na jej twarzy skupił się na niej samej. I musiał przyznać, że 
Joseph ma dobry gust. 
Kobieta, która potrafiła się śmiać z takiej historii, musiała mieć 
coś w sobie. Mógł się założyć, że potrafiła prowadzić inteligentną 
konwersację. To ważne. John Fowler był bowiem zdania, że żona 
powinna także być przyjacielem swojego męża. 
Poza tym skłonny był dać głowę, że miała i inne zalety. Jedno 
spojrzenie wystarczyło, by przekonać się, że ma świetną figurę. 
Rose Samuelsdatter. Czy też Rosie O'Connor. 
Była szczupła w miejscach, w których kobiety jego zdaniem 
powinny być szczupłe, ale tam, gdzie kobieta powinna mieć 
krągłości, ona je miała. No i w życiu nie widział takich włosów 
jak jej. 
Zastanawiał się, czy przyjęła propozycję Joego i zgodziła się 
wyjść za niego. Może potem znajdzie chwilę, żeby go o to 
wypytać, nad szklaneczką irlandzkiej whisky, której Joe był 
zaprzysięgłym zwolennikiem. On osobiście wolał szkocką, w 
której czuć było smak dymu. Uważał, że tak właśnie powinna 
smakować prawdziwa whisky. Ale była to chyba jedyna kwestia, 
w której on i Joe się różnili. 
- Co zamierzacie? - spytała Roza. 
W ciągu paru minut zdołała skupić na sobie uwagę obu 
mężczyzn. Obaj przysunęli swoje krzesła bliżej niej. 
- Chyba nie zamierzasz oddać jej całego majątku? - spytała, 
wpatrując się w Joego swoimi niebieskimi oczami. 
 

background image

- Nigdy w życiu! - zapewnił ją natychmiast. 
- Nie sądzę, żeby chciała iść z tym do sądu - powiedział John z 
pozoru spokojnie, chociaż, prawdę mówiąc, wcale nie był o tym 
tak do końca przekonany. 
-Mówiłam, że powinieneś pozwolić mi z nią porozmawiać - 
zwróciła się Roza do Joego. 
-Bilety na to przedstawienie zostały wyprzedane już wcześniej. 
John przysłuchiwał się im. Podobał mu się sposób, w jaki 
rozmawiali. Była między nimi wzajemna sympatia i zrozumienie, 
ale też coś więcej. C o s,  co dobrze wróżyło na przyszłość. 
Chociaż pewnie ludzie zaczną plotkować. To było nieuniknione. 
Był pewien, że nie wytrzymają tak długo, jak nakazywały normy 
przyzwoitości. Mógł się założyć, że jego przyjaciel, Joseph, i tak 
już skosztował smakołyku. 
Między nim a Rose wyczuwało się pewną charakterystyczną 
zmysłowość, która zapewne wynikała z tego, o czym zwykle nie 
mówiono głośno. 
Nagle John poczuł, że zazdrości przyjacielowi. Rose sprawiała 
wrażenie kobiety niezwykle zmysłowej, otwartej. Pomyślał, że 
jemu nie było dane spotkać takiej kobiety, a przynajmniej takiej, 
która potem nie kazałaby sobie za to płacić. A i tak nie był 
pewien, czy jej rozkosz nie była udawana. 
- Posłaliśmy z nią mojego brata, w charakterze szpiega - 
powiedział John. 
Chociaż, prawdę mówiąc, sam wątpił, czy to aby rzeczywiście 
wystarczy. Nawet Mary Kelly nie była aż tak głupia. Czy też 
Mary O'Connor, jak miała wpisane w papierach. 
 
 
 
 

background image

-Joshua jest ulubieńcem kobiet - ciągnął dalej John. 
Sam słyszał, jak to głupio zabrzmiało. 
- Ona bardzo dużo wie. Ciekaw jestem, skąd ma tę wiedzę? - 
zamyślił się Joe. 
- Dlatego też Joshua zabawia się teraz w dżentelmena i eskortuje 
ją do hotelu. Szepnąłem mu do ucha, że Joe chętnie opłaci dobry 
lunch dla niego i jego pięknej towarzyszki. Mam nadzieję, że 
postawi jej szampana, co powinno rozwiązać jej język... 
- Wątpię - weszła mu w słowo Roza. 
- Mało kto wie tyle, co ona - powiedział John. 
Zastanawiał się nad tym już od dłuższego czasu. Właściwie od 
chwili, gdy Mary poprzednim razem odmówiła podpisania 
papierów. 
- Dokładne informacje o twoim majątku mamy my, to znaczy ty i 
ja, no i teraz także mój brat, bo musiałem wtajemniczyć go w 
sprawę, by mógł uczestniczyć w naszej małej intrydze. Prawdę 
mówiąc, nie był szczególnie zachwycony. 
- No i moja rodzina - dodał Joe. 
- Ty i Paddy - sprecyzowała Roza. - Bridget takie rzeczy nie 
interesują. I najstarsi chłopcy? 
Joe skinął głową. 
-Jenny oczywiście też o wszystkim wiedziała -dodał. 
- Nie powinniśmy zostawić zmarłych w spokoju? - spytała Roza 
cicho, kładąc rękę na jego ramieniu. 
- Masz rację - odpowiedział Joe schrypniętym głosem. 
Rozmowa o Jenny nadal sprawiała mu ból. 
 

background image

- Tak naprawdę mogę wykluczyć jedynie siebie, ją i Johna. 
- Paddy na pewno by nic nie powiedział -stwierdziła Roza po 
dłuższej chwili zastanowienia. 
Miała przed oczami poważnego, spokojnego Padraiga. Była 
gotowa założyć się o wszystko, że on na pewno niczego nie 
zdradził. Dla niego najbliżsi i ich honor, honor całej rodziny był 
niemal tak ważny jak sam Bóg. 
Roza pamiętała, jak spochmurniał/ kiedy pewnego razu 
wspomniał o Mary Kelly. Jak ją przeklinał. 
- To na pewno nie był Paddy! - powiedziała. -Jesteś pewna? - 
spytał Joe, chociaż akurat on 
nie powinien mieć żadnych wątpliwości. 
- Ktoś musiał zadać sobie dużo trudu, żeby dotrzeć do tych 
informacji - stwierdził John. - Ale na pewno są ludzie, którzy 
sporo wiedzą. Nazwisko O'Connor jest znane. Wielu ważnych 
ludzi znało Jenny i Joego. Wystarczyło trochę poszperać... 
-1 wykazać się cierpliwością - dodał Joe. 
- Na pewno wymagałoby to dobrego roku pracy - powiedział 
John zamyślony. - Może zaczęliśmy od niewłaściwej strony? - 
zastanawiał się głośno. - Powiedz, kto nienawidzi cię tak bardzo, 
że aż tak źle ci życzy? Że chciałby doprowadzić całą waszą 
rodzinę do ruiny? 
- Pewnie ci sami ludzie, którzy zabili Seamusa - odpowiedziała 
Roza bez zastanowienia. - Co prawda, nigdy nic nikomu nie 
udowodniono, ale wiemy przecież, że stary Jordan zapłacił za 
wykonanie zlecenia. Ojciec Jaspera Jordana. 
- Znałem go - wszedł jej w słowo John. - Cho- 
 
 

background image

dziłem do szkoły z kuzynem jego synów. Ojciec Justina zmarł 
wcześnie, więc Jordan senior przejmował niekiedy jego 
obowiązki. Byłem szczęśliwy, że nie jest moim ojcem. 
Roza poczuła, że drga jej kącik ust, ale opanowała się. 
- Ale Jareda Jordana też już nie ma wśród nas -powiedział Joe. - 
Zostawmy zmarłych w spokoju. 
- Powiedziałam tylko, że czuję, iż to wszystko jest ze sobą w jakiś 
sposób powiązane... 
Mary uśmiechała się zadowolona, popijając portwein po obfitym 
lunchu. Widziała, że ludzie się im przyglądają. Nieczęsto się 
zdarzało, żeby młode, niezamężne kobiety pokazywały się 
publicznie z mężczyzną. Nawet jeśli nie znała nikogo w Sa-
vannah, wiedziała, że ludzie plotkują. Wszyscy wiedzieli kim 
jest, wszyscy ci, którzy teraz szeptali między sobą, zerkając na 
nią w nadziei, że ona tego nie zauważy. 
O'Connorowie nie byli starym rodem, ale mieli pieniądze. I 
nazwisko. Ludzie sporo o nich wiedzieli, także przed tą straszną 
tragedią. Chociaż historia z „Southern Belle" sprawiła, że o 
rodzinie stało się głośno także poza Georgią, właściwie na całym 
Południu. Nawet w portowych miastach na Północy ludzie 
słyszeli o Josephie O'Connorze. 
Mary dopisała teraz kolejny rozdział tej intrygującej historii. 
Opowieść o bogatych Irlandczykach najwyraźniej jeszcze się nie 
skończyła. Dopóki milczała, pozwalając ludziom domyślać się 
różnych rzeczy, była dla nich interesująca. 
Mary uśmiechnęła się serdecznie i nagle wszyscy, 
 

background image

którzy się jej przypatrywali, odwrócili pośpiesznie głowy. 
Na razie nie zamierzała przerywać milczenia. -Joseph za to płaci? 
- spytała, dotykając wargami brzegu kieliszka. 
Joshua Fowler przytaknął. 
- Prawdziwy z niego dżentelmen. Pamiętaj o tym, kiedy już 
przejmiesz jego majątek. Rzuć mu jakiś ochłap... 
Mary roześmiała się perliście. 
Zadowolona, zauważyła, że znów skupiła na sobie wzrok niemal 
wszystkich gości. Lubiła być w centrum uwagi. Prawdę mówiąc, 
brakowało jej tego. Cokolwiek by powiedzieć o Południu, to 
jednak Savannah było nieco prowincjonalne. Nie to, co Nowy 
Jork. 
- Do tego chyba nie dojdzie? - zwróciła się do swojego 
towarzysza, najwyraźniej oczekując szczerej odpowiedzi. - Nikt 
chyba nie oczekuje, że Joe przekaże mi cały swój majątek i 
majątek Paddy'ego? 
Joshua milczał. 
-Więc dlaczego chcecie, żebym przedstawiła mu takie żądania? 
- Chcemy zobaczyć, jak daleko jest skłonny się posunąć. No i 
trochę go skubnąć. Żeby nie był taki potężny i pewny siebie, i 
trzymał się z daleka od innych rzeczy... 
- Na przykład jakich? 
Joshua wzruszył ramionami, nie chciał mówić o konkretach. Im 
mniej mówił, tym mniej ją narażał. Wszystko wiedzieli jedynie 
ci, którzy należeli do najwęższego kręgu. Do niego tancerka z 
Dubli- 
 
 
 
 

background image

na na pewno nie miała wstępu. Tylko jedna kobieta została 
dopuszczona do ich stołu. Zanim jednak to nastąpiło, musiała się 
wykazać większą inteligencją niż większość obecnych tam 
mężczyzn. A mimo to zdarzało się, że ktoś mruczał niezado-
wolony pod nosem, kiedy zasiadała tam razem z nimi. 
- Chodzi o grono ludzi, których łączą wspólne interesy. 
- Interesy? Jak te, którymi zajmuje się Joe? Przędzalnie? Uprawa 
tytoniu, bawełny, orzeszków ziemnych? Statki? 
Mężczyzna skinął głową niemal niezauważalnie. 
- Broń? - pytała dalej Mary. - Broń dla Irlandii? 
- To też są interesy - powiedział Joshua, ale nie potwierdził, że 
właśnie o ten rodzaj interesów chodziło. 
- Rozumiem, że w grę wchodzą duże pieniądze - powiedziała 
Mary Kelly. - Nie masz mnie chyba za aż tak głupią? Ja się tam 
urodziłam! Widziałam, jak wszyscy mężczyźni w mojej rodzinie 
idą do więzienia, a gdy z niego wychodzą, wyglądają jak żywe 
trupy. Jestem republikanką. Jeśli o mnie chodzi, możecie wysłać 
tam i dziesięć statków, i wszelką broń, jaką uda wam się zebrać. 
Joshua się uśmiechnął. Nie tak to funkcjonowało, ale w końcu 
Mary była tylko kobietą. 
-To nielegalne. Mam na myśli broń - ciągnęła dalej. - Dlatego 
pewnie można sporo na tym zarobić. Bo chyba nikt nie rozdaje jej 
za darmo? 
-Większość tego nie robi. 
- Chyba, że tacy jak Joe? Joshua znów się uśmiechnął. 
 

background image

Mary wypuściła powietrze z płuc. Westchnęła. Ona też nie 
rozumiała, że można dać coś komuś i nie oczekiwać za to zapłaty. 
- Oni już tacy są - zaczęła tłumaczyć po chwili lekko drżącym 
głosem. - Seamus też taki był. Miły, ale głupi. Nie mogłam 
uwierzyć, że naprawdę chce się ze mną ożenić i zabrać mnie ze 
sobą do Ameryki. - Wróciła do wspomnień. - Wcale nie jestem 
pewna, czy dzieciak był jego. Ale on był przekonany, że tak. 
Chciał w to wierzyć, więc pozwoliłam, mu. Ale dzieciak był 
przede wszystkim mój. 
- Usunęłaś go? 
Mary wzruszyła ramionami. 
-A co miałam zrobić? Nie chciałam dziecka. Nie marzyłam, żeby 
zostać matką. Chciałam tańczyć. I nadal chcę. Tylko zaczynam 
się starzeć. 
Joshua rozumiał ją. Nadal wyglądała bardzo młodo, ale przecież 
wiedział, jak młode bywają tancerki. To było wyczerpujące 
zajęcie, wyniszczające organizm. Najlepsze, na co każda z nich 
mogła liczyć, to złapanie bogatego męża, który będzie chciał się z 
nią ożenić, zanim ona się zestarzeje. Zanim ktoś jej powie, że 
cekiny nie są już w stanie ukryć jej wieku, zanim pojawią się 
pierwsze zmarszczki. 
- Joe musiał was bardzo zdenerwować. To była prawda. 
- Bo Joe należy do ludzi moralnych, tak? Pod tym też mógł się 
podpisać. 
- Przemycacie niewolników - rzuciła nagle Mary Kelly, okazując 
się bardziej przebiegła, niż Joshua sądził. 
Joshua bronił jej inteligencji, ale prawdę mówiąc, sam do końca 
nie wierzył w to, co mówi. 
 

background image

- Założę się, że Joe był temu przeciwny. A może nawet o tym nie 
wiedział? Za to chyba grozi niezła kara, prawda? Starszyzna nie 
będzie zadowolona. Nikt nie lubi tracić pieniędzy. 
Joshua milczał. Nie podobało mu się, że tak bardzo zbliżyła się 
do prawdy. Niedobrze, że tyle z tego rozumiała. Miała być 
jedynie dekoracją, ładną buzią. Odwracać uwagę. 
- W czyim imieniu ty właściwie działasz, Joshua? 
-Niebezpiecznie jest zadawać takie pytania - 
odpowiedział. - A jeszcze bardziej niebezpiecznie jest usłyszeć 
na nie odpowiedź. 
- Więc mam nadzieję, że mi nie odpowiesz. Może jeszcze 
kieliszeczek portweinu? Skoro to Joseph stawia... 
Joshua dał znać kelnerowi. 
- Cieszę się, że się rozumiemy, Mary. 
Justin Jordan od lat żył ze swojego nazwiska, jeśli można tak 
powiedzieć. Skromny spadek, który sam nazywał jałmużną, 
umożliwiał mu swobodne poruszanie się w najlepszych kręgach. 
Wszyscy wiedzieli, że nie jest bogaty, ale cieszył się jak najlepszą 
reputacją. Mógł towarzyszyć dziewczętom z najlepszych rodzin, 
nie kalając ich dobrego imienia. Zarówno dziewczęta, ich 
rodziny, jak i on sam wiedzieli, że nigdy z żadną z nich się nie 
ożeni. 
Musiał ożenić się z bogatą kobietą, która będzie miała pieniądze, 
a nie tylko pozycję, czy nazwisko. 
Po tym, jak dwaj synowie Jordana opuścili Stany, jego szansa na 
znalezienie sobie bogatej spadkobierczyni wzrosła. Wiele kobiet 
chętnie przyjęłoby jego nazwisko. 
 

background image

Jednak duma nie pozwalała mu na taki krok. Nie należał do 
łowców fortun i przeklinał siebie za to. 
Zawsze marzył o bogactwie. 
Uważał, że urodził się do bogactwa. 
Ale nie chciał niczego poza tym, co mu się należało. Tym, do 
czego miał prawo. Wychowywał się razem z synami wuja. 
Niemal uwierzył, że jest jednym z nich, jednym z synów Jareda 
Jordana. Kiedy jednak odczytano testament, okazało się, że rzu-
cono mu ochłapy, zapewne żeby uniknąć wstydu. 
I właśnie wtedy zaczął naprawdę nienawidzić wuja. 
Nie nienawidził Jaspera, na którym właściwie wymuszono, żeby 
został właścicielem plantacji. Jasper mógł się nawet spodziewać, 
że podzieli los Justina. Był średnim synem, co oznaczało, że nie 
będzie dziedziczyć. 
Jasper dostał szansę, możliwość dostania tego, czego miał nie 
dostać. I oczywiście złapał ją obiema rękami. 
Justin nie nienawidził Jaspera. 
On nim gardził. 
Mieszkał skromnie, w domku dozorcy w miejskiej posiadłości, 
należącej do jednej z przyjaciółek jego babci. Nie byłoby to 
możliwe, gdyby rodzina nie pociągnęła za właściwe sznurki. 
Właścicielka mieszkała na obrzeżach Atlanty i rzadko przyjeż-
dżała do Savannah. Bywało, że pojawiało się któreś z wnucząt i 
zostawało na kilka tygodni, ale w zasadzie mieszkał tam sam, 
niczym nie skrępowany. 
Mógł przyjmować gości, kiedy tylko chciał. Po- 
 
 
 
 

background image

łożenie domku sprawiało, że sąsiedzi nie widzieli, kto do niego 
przychodził, ani kiedy. To było prawdziwym błogosławieństwem 
w ciągu tych dwóch lat, kiedy ona była częścią jego życia. Nie 
widywali się często, bo rzadko udawało jej się przyjechać tu 
samej, bez męża. Właściwie tylko wtedy, kiedy wymagały tego 
interesy. Wtedy mieszkała u niego, w jego skromnym domku. 
Okłamywała męża, mówiąc, że woli mieszkać w hotelu niż w 
domu, który sama urządziła. I podczas gdy pokoje w najdroż-
szym hotelu w Savannah stały puste, ona leżała w jego ramionach 
na wąskim łóżku, w jego skromnym domku dozorcy. 
Planowali wspólną przyszłość, chociaż wiedzieli, że ich marzenia 
nigdy się nie ziszczą. Kochała go. 
Nie miał co do tego żadnych wątpliwości. Mówiła mu to tysiąc 
razy. Była jego najcenniejszym skarbem. Wiedział, że nikt nigdy 
nie zajmie jej miejsca, nie będzie znaczył dla niego tak wiele, jak 
ona. 
Kochał ją. 
Na tyle, na ile w ogóle był w stanie kogoś kochać. 
Tęsknił za nią, chociaż wiedział, że wszystko już się skończyło. 
Należało do przeszłości. Do czasu, który nie powróci. 
Ból nie był czymś nowym w jego życiu, ale po jej odejściu 
przybrał nową, nieznaną mu dotąd formę. 
Piękna Jenny. 
Nie płakał po niej. Dawno już nie płakał. Justin zajął się 
sprzątaniem. Cenił sobie porządek. Spojrzał poirytowany na swój 
złoty zegarek. 
 

background image

Stary zegarek ojca był srebrny. Odziedziczył go po nim, ale nigdy 
nie nosił. Jego wuj miał zawsze złote zegarki. Dlatego Justin też 
takie nosił. Jego gość się spóźniał. 
Justin cenił punktualność. Precyzja i porządek były dla niego 
ważne, dlatego denerwował się, gdy inni je lekceważyli. 
Nalał sobie drugi kieliszek brandy, kiedy drzwi w końcu się 
otworzyły i do środka wszedł mężczyzna, na którego czekał. 
- Sądziłem, że zapukasz - powitał go Justin chłodno. 
-Nie miałem matki, która zadbałaby o moje wychowanie - 
odpowiedział jego gość. 
Rzucił kapelusz na stół, usiadł i nalał sobie brandy nie czekając, 
aż zostanie poczęstowany. 
Przy boku nie miał rewolweru, tylko czarny pejcz. 
Justin nie lubił go, ale w interesach uczucia nie miały znaczenia. 
Sympatia, czy jej brak, nie mogła stanąć na drodze do jego 
kariery. Simon Matthews był mu potrzebny, więc korzystał z jego 
usług. Nie miał wątpliwości, że Whip był osobą wyjątkową w 
swojej szczególnej dziedzinie. 
- Nie zmieniłeś zdania? -Nie. 
Simon Matthews wyglądał na człowieka, który ostro żył. Justin 
nie wiedział, ile ma lat. Na pewno był młodszy od jego wuja. 
Mógł więc mieć czterdzieści parę. 
Twarz miał dość pulchną, chociaż w młodości była pociągła. 
Miał krzaczaste, przyprószone siwizną brwi, które rzucały cień 
na jego oczy. Wło- 
 
 
 
 
 

background image

sy też miał już szpakowate, ale równie gęste jak dawniej. Tylko 
jego czoło było nieco wyższe. 
Sama jego sylwetka niewiele się zmieniła. Nadal był szczupły, 
wręcz chudy. Można by powiedzieć: żylasty. Justin zauważył, że 
ubranie wisi na nim. 
- Chcemy, żebyś poprowadził największą grupę czarnuchów na 
Florydę - powiedział Justin. - „Ivo-ry Belle" powinna dobić do 
portu w ciągu najbliższego tygodnia. Przejmiemy ich, zanim 
przybije do nabrzeża. 
- Ile osób jest na pokładzie? 
-Około pięćdziesięciu - powiedział Justin. -O ile wszyscy 
przeżyli. 
Simon Matthews uniósł kieliszek, ale Justin nie zamierzał 
wznosić żadnego toastu. 
- Ta kobieta nadal tu jest? - spytał w końcu Matthews 
schrypniętym głosem. 
Justin zastanawiał się, co takiego rudowłosa cudzoziemka mogła 
zrobić Matthewsowi. Jeśli dobrze pamiętał, to kiedy była w 
Georgii, przekonana, że jest żoną Seamusa, bardziej interesowała 
się niewolnikami niż ich nadzorcą. 
-Joe trzyma ją w swoim pałacu - odpowiedział krótko. - Wiesz, 
gdzie to jest? - upewnił się. 
Matthews skinął głową, jego srebrzysta grzywa zafalowała lekko. 
- Dawno się nie widzieliśmy, ale założę się, że mnie nie 
zapomniała. 
- Co ona takiego ma w sobie? - zastanawiał się głośno Justin. - 
Ludzie albo ją kochają, albo jej nienawidzą. Dlaczego? 
Mężczyzna uśmiechnął się zmęczony. Uśmiech 
 

background image

złagodził rysy jego twarzy, sprawiając, że przez moment sprawiał 
wrażenie człowieka dobrego, nawet miłego. Justin zastanawiał 
się, czy odważyłby się zasnąć z nim w jednym pokoju. Na 
szczęście nie musiał w tej chwili podejmować takich decyzji. 
-Jeśli tego nie rozumiesz, to jesteś szczęśliwym człowiekiem - 
powiedział Matthews. 
Po raz kolejny sięgnął po butelkę brandy i dolał sobie do pełna. 
Nie przejmował się konwenansami. 
- Znałeś ją? Nigdy bym nie pomyślał. 
- Czy ją znałem? - powtórzył Matthews. - Nie, ale pamiętam ją. 
Ona mnie zapewne też. Naznaczyłem ją. 
Chwycił pejcz i zaczął się nim bawić. Justin uznał, że nie będzie 
drążył tematu. Nie chciał wiedzieć. Zycie Whipa było jego 
życiem, a Rose go nie obchodziła. 
- Z przyjemnością się nią zajmę. Nawet gdybyś mi za to nie 
płacił. Będę się tym rozkoszował, jakbym jadł cukier. 
Justin nigdy wcześniej nie słyszał, żeby ktoś porównywał 
zabójstwo z jedzeniem cukru, ale nie dał niczego po sobie 
poznać. 
-Jasper zaczyna się wahać. Nie chce, żebyś ją uszkodził. 
Matthews się roześmiał. 
-Dajesz mi do zrozumienia, że mam się trzymać od niego z 
daleka? 
- Myślałem o jakimś innym rozwiązaniu - przyznał Justin. 
-Ale równie ostatecznym? - dopytywał się Simon Matthews. 
 
 
 
 
 
 

background image

-Żadne ślady nie mogą prowadzić do ciebie -powiedział Justin. 
Wydawał się zadowolony, że Whip oszczędził mu bardziej 
szczegółowych pytań. Nie chciał więcej o tym rozmawiać, chciał 
mieć to już za sobą. 
-Ani do mnie, ani do nikogo innego - sprecyzował Matthews. 
Justin skinął głową. 
- Pejcz nie wchodzi w grę - zaznaczył dla pełnej jasności. 
- Umrzeć można na różne sposoby - stwierdził Whip. - Można 
zginąć od pejcza, ale to tylko jeden ze sposobów, aczkolwiek 
zapewne najpiękniejszy. 
Justin nie chciał słuchać więcej. -To nie będzie tanie 
przedsięwzięcie - powiedział Simon Matthews. 
- Zapłacę ci - zapewnił Justin. - Jeszcze zanim przejmę majątek. 
Matthews uśmiechnął się. 
- Ufam, że dotrzymasz słowa, Jordan. Poza tym wiem, gdzie cię 
znaleźć. Pamiętaj, że mnie nikt nie oszuka. W każdym razie nie 
więcej niż raz. 
-Jest jeszcze coś... 
Whip zaczął się już zbierać do wyjścia, w ręku trzymał kapelusz. 
- Kapitan na „Ivory Belle". 
- To będzie cię dużo kosztować. 
-Nie ma znaczenia. Zadbaj, żeby cierpiał. 
-Ja nigdy nie zawodzę klientów - zapewnił Whip i zniknął równie 
cicho, jak się zjawił. 
Justin znów został sam, z niemal pustą butelką brandy i suchymi 
oczami. 
Nie płakał. 
 

background image

Nie płakał od czasu, kiedy przestał być dzieckiem. 
Poza tym nie był pewien, czy ją kochał. Ale tęsknił za nią. Za 
piękną Jenny. 
 
 
Rozdział 10 
- Był tu? 
Justin natychmiast się obudził. Wyrwany ze snu usiadł i spojrzał 
prosto w twarz Jaspera. Zobaczył nad sobą jego ciemne, 
błyszczące oczy. Nie potrafił zrozumieć, jak mógł tak twardo 
zasnąć i to niemal w środku dnia. Nigdy tego nie robił. To nie 
powinno się zdarzyć. 
-O co ci chodzi? - jęknął, chociaż doskonale wiedział, kogo 
Jasper miał na myśli. 
Kiedy w końcu nieco oprzytomniał, zrozumiał, dlaczego zasnął. 
To przez tę piekielną brandy. 
Jasper westchnął i odwrócił się plecami do kuzyna. Justin 
wyglądał żałośnie. Usnął w fotelu, w ubraniu i z nogami na stole. 
Ostatnio w ogóle kiepsko mu się wiodło, wiele osób to 
zauważało, ludzie zaczynali plotkować. Twarz mu wychudła, 
przestał o siebie dbać. Co gorsza, przestał też zwracać uwagę na 
towarzystwo, w którym się obracał, co mogło źle się skończyć. 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Justin wyraźnie się zmienił, chociaż Jasper nie potrafił wyraźnie 
określić, kiedy ten proces się zaczął. Sam zauważył to latem, ale 
przecież zmiana nie nastąpiła w ciągu jednej nocy. Nikt nie 
zmienia się tak nagle. 
On sam też się zmienił, ale jego sytuacja była inna. Przeżył 
wstrząs, który odcisnął się na jego życiu. Justin niczego takiego 
nie doświadczył. Kuzyn szedł przez życie beztrosko, nie 
pracował, nie miał żadnych kłopotów ani też obowiązków, po 
prostu świetnie się bawił. Jasper pomyślał, że chętnie by się z nim 
zamienił, może nie na zawsze, ale na chwilę - tak. 
Stał teraz w jego pokoju i milcząc, wyglądał przez okno. W 
ciemności trudno było cokolwiek dojrzeć. Słyszał, jak kuzyn 
próbuje wstać i uznał, że woli na to nie patrzeć. Widok na pewno 
był przykry. 
W swoim czasie Justin był mu równie bliski jak jego bracia, a 
może nawet bliższy. Doskonale się rozumieli. Zastanawiał się, 
kiedy to się skończyło. Kiedy Justin przestał być dla niego jak 
brat? To było dla niego bolesne. Pomyślał, że może jednak nie 
powinien był przychodzić. Ale Justin był jedyną sobą, z którą 
mógł o tym rozmawiać. 
O tym, czyli o sytuacji, która wymknęła się im spod kontroli i 
pociągnęła za sobą lawinę. Czasem się zdarza, że dziki koń 
potrafi pociągnąć za sobą całe stado. Jasper się bał. Tętent 
końskich kopyt osaczał go. To musiało się źle skończyć, był tego 
pewien. Nie miał siły spojrzeć na kuzyna. 
Justin zagryzł zęby, zdjął nogi ze stołu i spuścił je na podłogę. Na 
stole zostały ślady pyłu. Z jego butów. Albo z kapelusza Whipa. 
 

background image

Kieliszek Whipa nadal stał na stole. 
Obok niego stało krzesło, na którym siedział. 
Zerknął na kuzyna, nie odwracając głowy. Ból był nie do 
zniesienia. Uznał, że Jasper nie mógł niczego widzieć, ani 
kieliszka ani krzywo postawionego krzesła. Ani tym bardziej 
pyłu na blacie stolika. Pewnie też nie wyczuł specyficznego zapa-
chu, który Whip zostawił po sobie, mieszaniny końskiego potu i 
czegoś jeszcze. Czegoś słodkiego, przyprawiającego niemal o 
mdłości. Gdyby Jasper to poczuł, na pewno natychmiast by mu to 
wytknął. Nie milczałby i nie stał tam z zaciśniętymi pięściami, 
odwrócony plecami do swojego biednego kuzynka. 
Justin poczuł, że zaschło mu w gardle. Spróbował wstać i głowa 
natychmiast poszybowała mu gdzieś pod sufit. Pokój zaczął 
wirować, ale w końcu udało mu się dźwignąć z fotela. Zrobił to 
jednak tak niezdarnie, że zahaczył ręką o stolik. Kieliszki i 
butelka spadły na podłogę i rozbiły się na kawałki. 
Stał chwilę z zamkniętymi oczami, opierając się o blat tak, by 
zasłonić kawałki szkła. Nie chciał, by Jasper się domyślił, że miał 
gościa. Jasper przyglądał mu się z wyraźną pogardą. 
Justin czuł to przez skórę, nie musiał nawet na niego patrzeć. 
Zmuszał się do spokoju, chociaż tak naprawdę chciało mu się 
śmiać. Jasper był taki łatwowierny, że bez trudu można było go 
nabrać, owinąć wokół palca, jak pierwszego lepszego kretyna. 
Justin przesunął nogą odłamki szkła, tak by Jasper ich nie 
zauważył, a przynajmniej nie domy- 
 
 
 
 
 
 

background image

ślił się, że to resztki dwóch kieliszków i pustej butelki. 
- Co się z tobą dzieje, Justin? - spytał Jasper bezradnie. 
Wziął krzesło, odsunął je od stołu i usiadł, niemal dokładnie tak, 
jak niedawno siedział na nim Whip, okrakiem, z oparciem 
odwróconym przodem do stołu. Justin ponownie stłumił 
uśmiech. 
-Martwię się o ciebie - ciągnął dalej Jasper. -Spójrz na siebie. W 
ciągu popołudnia wypiłeś butelkę tej cieczy, którą nazywasz 
brandy, i gdybym nie przyszedł, spałbyś nie wiadomo do której 
godziny. 
-1 dobrze - oświadczył Justin. 
- Robisz to specjalnie? 
- O czym ty mówisz? 
- Tracisz nad sobą kontrolę. 
Justin zazgrzytał zębami. Jasper nie miał pojęcia, co wokół niego 
się działo. Nie miał pojęcia, kim naprawdę był Justin. 
-Już kiedyś o tym rozmawialiśmy. Nie tracę nad sobą kontroli. A 
butelka stoi tu od dawna. Nie była pełna. Poza tym nie muszę się 
tobie spowiadać. 
Denerwowało go, że próbuje się tłumaczyć. 
- Jedyne, co pamiętasz, to tę butelkę. Pewnie nawet nie wiesz, czy 
on naprawdę tu dzisiaj był. 
-Kto? 
- Przestań udawać! - zdenerwował się Jasper. -Mówię oczywiście 
o Simonie. Zwykle jesteś pierwszą osobą, którą odwiedza. Nie 
musi się obawiać, że ktoś go zobaczy... 
- Nie jestem z nim po imieniu - przerwał mu 
 

background image

Justin. - I nie mam się czego obawiać, dlatego nie muszę zamykać 
drzwi, nawet gdy śpię... 
Zapadło nerwowe milczenie. 
W niemal przygniatającej ciszy Jasper czuł narastającą złość. 
Była niczym groźba, podobnie jak słowa kuzyna. 
Był tego pewien. 
Nie zwariował. Widział rzeczy takimi, jakie były. Był pewien, że 
się nie myli. W słowach Justina wyczytał groźbę. 
- Piłem sam. 
-Chcę, żebyś cofnął zlecenie na nią - zażądał Jasper. 
- Nie możesz sam o tym decydować. 
- Chcę, żeby zebrał się cały wewnętrzny krąg. Jak najszybciej. I 
wycofał zlecenie. 
- To niebezpieczne zwoływać teraz takie zebranie. 
- Ty możesz wycofać to zlecenie! 
Justin pokręcił głową. Ruch sprawił, że poczuł mdłości. Musiał 
przełknąć ślinę, żeby nie zwymiotować. Ale ta chwila była tego 
warta. Długo jeszcze będzie do niej wracać. 
- Nie mam aż takiej władzy - odpowiedział z udawanym żalem w 
glosie. - Jestem tylko skromnym członkiem wewnętrznego kręgu. 
Tolerują mnie tylko dlatego, że jestem z wami spokrewniony. 
Jeśli ty nie jesteś w stanie ich powstrzymać, to ja tym bardziej. 
Jasper zrozumiał, że nie przekona kuzyna. Justin nie zamierzał 
nic zrobić. Być może właśnie dlatego, że to on go o to prosił. Nie 
był tego pewien, ale nagle Justin wydał mu się kimś całkowi- 
 
 
 
 
 

background image

cie obcym. Jednak nadal nie chciał się poddać. Nie chciał 
uwierzyć, że nie można już nic zrobić, by uratować Rosie. 
Niemożliwe, żeby w całym Savannah nie było nikogo, kto 
mógłby mu pomóc. 
Jeśli nie, będzie musiał sam spróbować powstrzymać Simona, 
zanim ten zrobi Rosie krzywdę. 
- Poproś, żeby zostawił ją w spokoju. To cię nic nie kosztuje - 
spróbował jeszcze raz. 
Błagał go. Co jeszcze mógł zrobić? Paść na kolana? Nie 
potrafiłby. Nawet gdyby chodziło o jego własne życie. Bo to 
oznaczałoby utratę własnej godności. 
-Jeśli tu przyjdzie - dodał. 
O ile już tu nie był, pomyślał w duchu. 
- Nie mogę tego zrobić - stwierdził Justin. 
- Ona jest warta tuzin takich jak ty. Justin wzruszył ramionami. 
- Może dlatego tak dobrze sypiam. Zamknij za sobą drzwi, kiedy 
będziesz wychodził! 
- Usłyszałem, że wstałaś. 
Joe zszedł szerokimi schodami, ubrany tylko w spodnie. 
-W ogóle się nie kładłam. 
Roza spacerowała po obszernym holu z dzieckiem na ręku. 
Rzeczywiście, w ogóle się nie położyła, nawet się nie przebrała. 
Sprawiała wrażenie zmęczonej. Trzymane przez nią niemowlę 
machało rączkami, napinało swoje małe ciałko, wierzgało 
nóżkami i płakało. 
-Biedak pewnie tęskni za swoją prawdziwą matką - powiedział 
Joe. 
Znów poczuł złość na Jaspera, tak jak wtedy, 
 

background image

gdy po raz pierwszy usłyszał tę szaloną historię. I jak wtedy, 
kiedy poszedł razem z Rozą do osady niewolników i znalazł tam 
Monique z dwójką jej dzieci. To przecież wcale nie było tak 
dawno temu. 
-Ja jestem dla niego matką - odpowiedziała Roza krótko. - Innej 
nie zdążył poznać, biedak. Nie dlatego płacze. 
Joe oparł się o jeden z drewnianych filarów. Stał tak przez chwilę, 
a chłodne, gładkie drewno przyniosło mu ukojenie. W końcu 
jednak usiadł na schodach. Niewiele brakowało, a byłby zasnął, 
kiedy Roza zaczęła nucić maleństwu. Ono jednak bynajmniej nie 
zamierzało spać. Wciąż krzyczało, a jego ciałko nadal walczyło z 
niewidocznym wrogiem. 
-Je tyle, ile powinien? - spytał w końcu Joe. 
Roza spojrzała na niego z wymówką, nie odpowiedziała, tylko 
dalej spacerowała z płaczącym dzieckiem na ręku. 
- Może to go męczy? - odezwał się znów Joe. 
- On lubi ruch. 
Szybko podjął decyzję. Roza nawet nie zauważyła, kiedy zniknął. 
Chwycił buty, zarzucił marynarkę na goły tors i odszukał kosz, w 
którym przywieźli małego. 
- Co ty wyprawiasz? - spytała Roza przerażona, kiedy Joe zabrał 
od niej niemowlę i ułożył je w koszu. 
Chłopczyk nadal protestował. Joe podziwiał jego upór. 
-Jeśli lubi ruch, to mu go zapewnimy - oświadczył Joe. 
 
 
 
 
 

background image

- Nie wolno ci skrzywdzić maleństwa, Joe! Spojrzał na nią 
zawiedziony. Co ona sobie myśli? Skąd jej coś takiego przyszło 
do głowy? 
- Masz mnie za mordercę dzieci? 
Roza splotła ręce na piersi, nie zamierzała mu odpowiadać. 
-Masz ochotę na przejażdżkę? 
-Teraz? - spytała Roza coraz bardziej przerażona. 
- Nie! Za dwa tygodnie - odpowiedział Joe i z koszem pod ręką 
zaczął się kierować do drzwi. 
- Nie mogę zostawić dzieci samych w pustym domu! 
Dobrze wiedziała, że dom nie jest pusty, ale postawiła na swoim. 
- No to zamknij za mną drzwi! - zakończył dyskusję Joe. - Jordan 
i ja zrobimy sobie przejażdżkę po Savannah. W zamkniętym 
powozie. 
- Nie będziesz chyba budził stajennego o tej porze? 
- Pracuje dla mnie! 
Joe wyszedł w noc z dzieckiem w koszu. Roza uchyliła drzwi, ale 
szybko je zamknęła. Bała się. Ciemność mogła kryć różne 
niespodzianki. Bała się wyjść na zewnątrz, bała się nawet 
zostawić uchylone drzwi. Weszła do pokoju, przywarła do okna 
wychodzącego na ulicę. Ale niczego nie słyszała. 
Joe chyba oszalał, pomyślała, ale uśmiechnęła się sama do siebie. 
Podobało jej się to. Uznała, że jest wyjątkowym mężczyzną. 
Większość ojców nie zareagowałaby na płacz dziecka, po prostu 
odwróciliby się na drugi bok i spali dalej. Niektóre matki pewnie 
też, pomyślała. 
 

background image

Opiekę na dzieckiem zlecano zwykle opiekunkom. To niania 
powinna czuwać, nucić dziecku do snu, nosić je na rękach. W 
takich domach jak ten pokój dzieci był zwykle daleko od sypialni 
rodziców, żeby płacz dziecka nie zakłócał im spokoju. 
Ona jednak tak nie potrafiła. Musiała mieć dzieci przy sobie. 
Chciała słyszeć ich oddech, nawet kiedy spały, nawet w nocy. To 
ją uspokajało. Wtedy wiedziała, że są bezpieczne, że żyją. 
Tak było z jej wszystkimi dziećmi. I nic się nie zmieniło. Jordy 
też stał się jej dzieckiem. Traktowała go tak samo jak własne 
dzieci. 
Stała ukryta za koronkowymi firankami, wpatrując się w ciemną 
ulicę. Nie oczekiwała, że cokolwiek zobaczy. Niebo zaciągnięte 
było chmurami, nawet gwiazdy były niewidoczne. Nic nie 
rozświetlało ciemności, w której gdzieś być może był on. 
Simon Matthews. 
Whip. 
Mężczyzna, który chciał ją zabić. 
Ale gdyby groziła jej śmierć, i to nagła, powinna to przeczuwać. 
Tak przynajmniej sądziła. Chociaż całkowitej pewności mieć nie 
mogła. Czuła też strach. Bała się śmierci. Tak samo jak wszyscy. 
Z tego strachu zrodziła się w niej siła. Bo bała się nie tylko o 
siebie, ale przede wszystkim o Lily. Jeśli coś groziło jej, to także 
jej córeczka była zagrożona. Dlatego nie pozwoli się pokonać. 
Będzie walczyć do końca! Póki starczy jej sil. Lily była jej 
przyszłością. Nie pozwoli, żeby jakiś szaleniec za kilka nędznych 
talarów skrzywdził jej dziecko! 
 
 
 
 

background image

Przejażdżka uspokoiła Joego. Ledwie ruszyli, a mały Jordan 
zasnął z na wpół otwartymi ustami. 
Joe przyglądał się leżącemu obok niego w koszu dziecku. 
Chłopiec był bardzo ładny. Długie rzęsy rzucały cień na jego 
okrągłe policzki. Joe zastanawiał się, czy malec specjalnie 
wymusił tę przejażdżkę. Czy takie małe dziecko w ogóle zdawało 
sobie sprawę z tego, co się wokół niego dzieje? Szkoda, że nie 
zostają nam w pamięci żadne wspomnienia z tego okresu. 
Oparł się o skórzane siedzenie i wzdrygnął, zmarznięty. Zapiął 
marynarkę, ale i tak był za lekko ubrany. Powinien był włożyć 
koszulę. I namówić Rosie, żeby pojechała razem z nim. Wtedy 
mógłby ją objąć i rozkoszować się ciepłem jej ciała, nią całą. 
Uśmiechnął się na samą myśl. On i Rosie sami, rozgrzani i nieco 
szaleni. Mogliby opuścić firanki, wziąłby ją na kolana, rozpiąłby 
spodnie, uniósł jej suknię i kochaliby się, podczas gdy powóz 
mknąłby przez ulice Savannah., 
Poczuł podniecenie, krew zaczęła mu żywiej krążyć, jakby 
uświadamiając mu, co traci. Jęknął i przesunął się niespokojnie 
na siedzeniu, jednak ostrożnie, żeby nie obudzić dziecka. 
Rosie! Co za uparta kobieta! Jakby w jego domu w nocy mogło 
jej coś grozić! Dom był pełen służby, jej obecność niczego nie 
zmieniała. Matti i Lily nawet nie zauważyliby, gdyby na chwilę 
zniknęła. 
Ale ona zawsze stawiała na swoim. 
Na tym też polegał jej urok. 
Postanowił, że dzisiaj w nocy zaśnie w jego ra- 
 

background image

mionach. Przytuli ją do siebie, ogrzeje i zadba o to, żeby żadne 
złe myśli nie zakłóciły jej spokoju. Ich ciała będą się dotykały, a 
on będzie szeptać jej do ucha, co ją ominęło podczas przejażdżki, 
z której tak łatwo zrezygnowała. Nie pominie żadnego szczegółu. 
Jeśli zacznie nalegać, być może pozwoli jej zakosztować nieco 
rozkoszy, ale ona sama musi tego chcieć i musi go o tym 
przekonać. Nie ulegnie pierwszej pieszczocie, jednemu 
pocałunkowi, będzie musiała się bardziej postarać. 
Uśmiechnął się, niemal czul smak jej warg na swoich ustach. 
Wyjrzał przez okno powozu. Poczuł, że jest zmęczony. 
Zauważył, że zbliżają się do wybrzeża. Poprosił woźnicę, żeby 
pojechał nad ocean, skręcił do portu. Nagle poczuł ciężar na 
sercu. 
Joe wiedział, że sam się dręczy, że zadaje sobie ból. Ale musiał tu 
być, przynajmniej raz dziennie. 
Tu, nad wodą. 
Nad Atlantykiem. 
Wielkim i potężnym oceanem, który w swojej otchłani mieścił 
wszystko. 
Ocean to była też Jenny i dzieci. Chociaż grób Nicholasa był w 
Favourite, to Joe miał wrażenie, że tu, w Savannah, nad oceanem, 
jest bliżej syna, niż gdy klęka przy jego grobie. 
Ocean pozwalał mu na żałobę. 
Przyjmował jego ból. 
Zapukał dwa razy w okienko do woźnicy, który zjechał na bok i 
zatrzymał się przy nadbrzeżnej promenadzie. Joe zamknął oczy. 
Siedział tak dłuższą chwilę, próbując się skupić i uspokoić 
oddech. 
 
 

background image

Ktoś mógłby powiedzieć, że jego żałoba jest nie na miejscu. I 
może miałby rację. Przecież był już z inną kobietą, planował z nią 
przyszłość. Postanowił, że jutro ponowi swoje oświadczyny, a 
jeśli będzie trzeba to i pojutrze. Aż do skutku, aż ona je przyjmie. 
Bo przecież byli sobie pisani. 
Lubił Rosie. Pożądał jej. 
Co nie zmieniało faktu, że jego tęsknota za Jenny pozostawała 
bezdenna. I nie wyobrażał sobie, żeby to kiedykolwiek mogło się 
zmienić. Jego tęsknota za nią była jak pusta studnia, która już 
nigdy się nie wypełni. 
Kochał Jenny miłością zmysłową, szaloną. Całe ich wspólne 
życie takie było. Jakby unosili się w powietrzu, szybowali do 
nieba, a potem opadali na skałę na samym środku oceanu. 
Wszystko robili razem. 
To była miłość, jakiej każdy pragnąłby zaznać. 
Joe nie spodziewał się, że jeszcze kiedyś doświadczy podobnego 
uczucia. To, że zostało mu raz dane, było błogosławieństwem. 
Jej strata powodowała ból, zostawiła pustkę tak wielką, że niemal 
nie do zniesienia. Ale Joe wiedział też, że nie potrafi żyć sam. 
Nie chciał stracić Rosie. To, że znalazł ją w Anglii, kiedy tak 
bardzo potrzebował kogoś, kto go zna i rozumie, graniczyło z 
cudem. Dostrzegał w tym jakiś głębszy sens. Skoro się spotkali, 
skoro się odnaleźli, to powinni być ze sobą. To nie mógł być nic 
nieznaczący przypadek. To była część jakiegoś planu, bo 
 

background image

Joe był przekonany, że nic w naszym życiu nie dzieje się bez 
przyczyny. 
Przyłożył czoło do zimnej szyby. Miał wrażenie, że czuje zapach 
oceanu. Świeże powietrze chłodziło przyjemnie jego wzburzony 
umysł, ale postanowił nie wychodzić na zewnątrz. Musiał żyć 
dalej. 
Jego żona i córka miały swój grób, gdzieś tam, w otchłani. Jego 
Jenny i jego Denise. Musiał się z tym pogodzić, ale musiał też 
zacząć znów postrzegać ocean jak ocean, a nie grób. Pewnego 
dnia na pewno mu się to uda. Pewnego dnia znów dostrzeże 
piękno tej wielkiej wody. 
Pewnego dnia będzie mógł stanąć na brzegu i spojrzeć na ocean, 
nie czując ciężaru w piersi. 
Zastukał w okienko, dając znak woźnicy, żeby wracał do domu. 
Roza usłyszała stukanie kołatki i pomyślała, że to Joe wraca. 
Dopiero kiedy przekręciła klucz w drzwiach, uświadomiła sobie, 
że to przecież może być on. Whip. I że w takim razie jej życie 
może być zagrożone. 
Spytała szeptem, kto tam. Całym ciałem przywarła do drzwi, 
zdając sobie sprawę z tego, że gdyby ktoś chciał wtargnąć tu siłą, 
to i tak go nie powstrzyma. 
-To ja. 
Odetchnęła z ulgą. Pomyślała, że powinna dać mu nauczkę, że 
tak ją przestraszył. - Oszalałeś - wysyczała. 
-Nie powinnaś tak od razu otwierać. Musisz uważać i na obcych, i 
na znajomych, Rosie! 
 
 
 
 
 

background image

- Bardzo ci dziękuję. 
Była na niego zła. Niech się nie spodziewa, iż tak łatwo mu 
wybaczy, że ją przestraszył. Nawet jeśli będzie się tłumaczył, że 
to wszystko wynikało z troski o nią. 
-Whip raczej nie będzie pukać do drzwi wejściowych - 
pocieszyła go. 
-Może okazać się bardziej przebiegły, niż sądzisz, Rosie. Nie 
chcę, żeby coś ci się stało. 
- Nic mi się nie stanie - stwierdziła przekonana 
o swojej racji. 
- Opiekuj się moim synkiem. 
- Zamierzam, niezależnie od tego, czy mnie o to poprosisz czy 
nie, tatusiu - powiedziała czule 
i uderzyła go lekko w pierś. - Co się z tobą dzieje, Jasper? 
Wydajesz się jakiś inny niż zwykle. 
- Przyjechałem zobaczyć synka. -Joe zabrał go na przejażdżkę. 
Jasper uniósł do góry brwi. 
Roza wytłumaczyła mu w paru słowach całą sytuację. 
Jasper westchnął. Pomyślał, że może jednak nie powinien był 
przyjeżdżać. Zamierzał ją przestrzec, a tylko jeszcze bardziej ją 
przestraszył. 
Nie mógł zostać długo. Zamierzał odwiedzić jeszcze kilka knajp, 
miejsc, w których Simon Matthews zwykł bywać, kiedy 
przyjeżdżał do Savannah. 
- Ucałuj ode mnie mojego synka, Rosie - powiedział, gładząc 
swoją szorstką dłonią jej gładki policzek. - I dbaj o niego. 
- Dbam - odpowiedziała. 
- Zawsze. 
 

background image

- Będę. 
Przyglądał się jej dłuższą chwilę, a w jego oczach pojawił się 
dziwny błysk, jakby chciał zapamiętać ją na zawsze. 
Roza poczuła się dziwnie nieprzyjemnie, ale nic nie powiedziała. 
Odszedł, nie życząc jej nawet dobrej nocy. Zniknął jak cień, 
pozwalając się pochłonąć ciemnościom. 
Roza zamknęła za nim drzwi. 
Serce biło jej szybko... 
Właściwie, dlaczego on tu przyszedł? 
 
 
Rozdział 11 
Ciemność nie kryła w sobie żadnego piękna. Nawet blask gwiazd 
nie rozświetlał nocy, bo gruba warstwa chmur skrywała 
wszystko. 
Justin ubrał się na czarno. Nie był to jego ulubiony kolor, ale 
pasował do miejsca, do którego się wybierał. Otrzymał 
wiadomość tuż po wyjściu Jaspera. Czarna piękność przybyła za 
wcześnie. Już czekała na kotwicy na południe od miasta. 
„Ivory Belle". 
Droga do niej zajęła mu dwie godziny jazdy konno. Nie miał 
czasu szukać Whipa, po prostu zostawił mu wiadomość. Zresztą, 
nie był im potrzebny 
 
 
 
 
 
 
 

background image

natychmiast. Wyładują towar bez niego, w ukryciu. Whip 
potrzebny był im do dalszego transportu. W tym był najlepszy. 
Nikt nie był w stanie utrzymać takiej dyscypliny i zorganizować 
wszystko równie sprawnie i szybko. Whip był wart swojej wagi 
w złocie, mimo że nikt go nie lubił. 
Justin naciągnął kapelusz na czoło, tak że tylko jego brwi były 
widoczne. Postawił kołnierz. Tych, którzy go znali, przebranie 
nie oszuka, ale ci, którzy dotąd go nie poznali, nie powinni nic o 
nim wiedzieć. 
Pięć lat temu odnalazł go jeden ze znajomych wuja. To znaczy 
Justin uznał, że nim jest. Potem jednak zrozumiał, że pozory 
potrafią mylić. 
Grupa bogatych plantatorów martwiła się rozwojem sytuacji, ale 
nie chcieli głośno o tym mówić. Nawet jeśli opowiadali się za 
zmianami, uznali, że lepiej będzie działać po cichu, nie 
ujawniając swoich poglądów. Tym bardziej, że bynajmniej nie 
zamierzali rezygnować ze swoich interesów. 
Poprosili by ich reprezentował na zewnątrz. Justin Jordan, który 
nie miał niczego, poza długami i nazwiskiem, został zaproszony 
do kręgu najbardziej zaufanych ludzi, mężczyzn i jednej kobiety. 
Zgodził się, niemal bez zastanowienia. I nigdy tego nie żałował. 
Było ich wszystkich jedenaścioro. Nigdy więcej. Miejsce 
zwalniało się jedynie, kiedy ktoś umierał. Zanim zaproponowano 
je następcy, długo się nad tym zastanawiano. Nie mogli sobie 
pozwolić na odmowę. 
Justin spotkał tam wiele różnych osób, jednak 
 

background image

nie spodziewał się, że wśród nich będzie także Jasper. Nigdy nie 
sądził, że kuzyn odważy się zrobić coś, czego senior rodu by nie 
zaaprobował. 
Jednak największym zaskoczeniem był fakt, że do kręgu 
najbardziej zaufanych osób należała także Jenny. 
Dotąd nie wierzył, że kobieta może myśleć równie trzeźwo i 
klarownie jak mężczyzna, ale Jenny O'Connor udowodniła, że 
była mądrzejsza niż większość mężczyzn. Doszło do tego, że 
faktycznie to ona była mózgiem ich działań. To ona kierowała 
imperium O'Connorôw, chociaż ludzie byli przekonani, że to Joe 
tak skutecznie pomnaża rodzinny majątek. Jednak to ona 
decydowała o nowych inwestycjach i umowach. 
Niektórym trudno było się z tym pogodzić, ale Justin był pod 
wrażeniem. No i zakochał się w niej. 
Ona też go pokochała. 
Myślała o przyszłości, była w tym mistrzynią, a jej plany 
obejmowały i jego. 
Dokładnie zaplanowała, jak oskubią Joego. W najmniejszych 
szczegółach. Obmyśliła wszystko. 
Także utratę Blossom Hill przez Jaspera. To Jenny znalazła dla 
niego Monique, mimo że kuzyn był przekonany, iż to on wybrał 
sobie najpiękniejszy kwiat w Nowym Orleanie. To Jenny skiero-
wała tam jego kroki, bo znała tajemnicę Monique. 
Twierdziła, że potrzebują więcej czasu. 
Ale jednego nie przewidziała. Tego, że Rosie powróci, i 
brutalności tych, którzy przejęli statek. 
To byli piraci i nie przyjmowali poleceń od kobiety. 
 
 
 
 

background image

O tym nie pomyślała. 
Justin przywiązał konia do drzewa w miejscu, z którego był 
niewidoczny ze statku. Zagwizdał i niemal po chwili ktoś opuścił 
się po burcie z pokładu statku, wsiadł do niewielkiej łódki i 
zaczął wiosłować, powolnymi ruchami, starając się nie robić 
hałasu. Justin nie zamienił z nim ani słowa. 
Na spotkanie z nim przybył jeden z oficerów. Zbladł, kiedy 
zobaczył chłód w oczach ubranego na czarno mężczyzny. 
- Kapitan chce z panem rozmawiać, Sir! Justin obrzucił go 
zimnym jak lód spojrzeniem. -Nie ma takiej potrzeby. 
- Czekamy na wyładunek. 
- Ktoś zjawi się tu w ciągu nocy. Wszelkie rozmowy są zbędne. 
Wszyscy znają hasła. 
Oficer skinął głową. 
- Kapitan pragnie wyjaśnić... 
Justin jednym spojrzeniem zmusił mężczyznę do milczenia. 
- Nie chcę się z nim spotkać. Jak zwykle o świcie przybije do 
Savannah. I wyładuje swój właściwy ładunek. Ma się 
zachowywać jak zwykle. Nie zamierzam z nim rozmawiać. Ktoś 
inny się nim zajmie. 
- Co pana sprowadza na pokład „Ivory Belle", Sir? - spytał oficer, 
który właściwie wcale nie musiał tytułować Justina Jordana. 
- Chcę zobaczyć kobietę. 
Oficer bez słowa zaprowadził go do kajuty pod pokładem. Sądząc 
po jej położeniu, Justin domyślił się, że była to kajuta, którą 
przydzielono jej na czas rejsu, jako żonie armatora. Oficer podał 
mu klucz. 
 

background image

Justin zaczekał, aż mężczyzna się oddali. Trzymał klucz w ręku, 
ważył go. Był mały, ale ciężki. Włożył go do zamka, przekręcił. 
Nie poznała go. 
Siedziała okryta kocem jak peleryną. Od ramion po kostki. Nogi 
miała podciągnięte, ręce skrzyżowane na piersi niczym zbroja, 
broniąca wszystkim dostępu. Siedziała w kącie łóżka, oparta o 
ścianę, niemal w nią wciśnięta. 
Justin stał chwilę bez ruchu. 
Próbował opanować oddech, nie był przygotowany na taki 
widok. Wiedział wprawdzie, w jakim jest stanie, ale jednak nie 
potrafił sobie tego do końca wyobrazić. 
-Jenny - odezwał się do niej, najiagodniej jak potrafił. 
Nie zareagowała. 
Justin usiadł na brzegu łóżka. Nie spuszczał z niej wzroku. 
Zauważył, że Jenny próbuje się cofnąć, oddalić od niego, i poczuł 
ból. 
Chciał jej dotknąć. Wziąć ją w ramiona i poczuć, jak jej ciało się 
odpręża, jak jej głowa opada na jego pierś. 
Ale nie uniósł nawet dłoni. 
Jej ciemne, piwne oczy śledziły każdy jego ruch, każdy jego 
oddech. Źrenice zdawały się ogromne, gęste rzęsy trzepotały przy 
każdym ruchu powieki. Mrugała nerwowo, jakby nie mogła 
przestać, jakby nie mogła się powstrzymać. Jakby się bała, że 
jeśli choć na chwilę zamknie oczy, on to wykorzysta i podejdzie 
do niej bliżej. 
 
 
 
 
 
 

background image

Jakby podejrzewała, że chce wyrządzić jej krzywdę. 
Nie chciał płakać, żeby jej nie przestraszyć. 
Rozumiał, że tylko w półmroku kajuty czuje się w miarę 
bezpieczna. 
Spojrzał na jej włosy. Potargane, zaniedbane. Jej piękne, 
kasztanowe włosy. Długie, gładkie, gęste. Pachniały słodko, jak 
cukier trzcinowy. Teraz brudne kosmyki okalały jej bladą, 
wychudzoną twarz z zapadniętymi policzkami. Pod oczami miała 
ciemne cienie. 
Drżała. 
-To nie powinno się wydarzyć - powiedział Justin schrypniętym 
głosem. 
Wzdrygnęła się na dźwięk jego głosu. W jej oczach był strach. Jej 
drobne, wychudzone ciało zaczęło się trząść. 
Wiedział, że to jest ona, Jenny. Wiedział 
0 wszystkim, co ją spotkało. Kiedy dotarły do nich sprawozdania, 
kazali położyć temu kres. 
Kapitan, dowodzący „Ivory Belle", przemalowanej na czarno 
piękności, która jeszcze kilka tygodni temu była biała, zabrał 
Jenny na pokład u wybrzeży Bermudów. To on odpowiadał za za-
łogę, która zabiła jej dzieci i dopuściła się wobec niej przemocy. 
Sam nie był w stanie jej obronić, ale to według Justina w niczym 
go nie usprawiedliwiało. Mimo że sam jej nie tknął, jak twierdził, 
i tak odpowiadał za wszystko, co się wydarzyło. 
- Gdybym wiedział, w jakim jesteś stanie... 
Zamilkł, nie był w stanie dokończyć zdania. Nawet jeśli wszystko 
wskazywało na to, że ona go i tak nie zrozumie. 
 

background image

Żałował, że nie wiedział, jak naprawdę wygląda sytuacja. Łudził 
się, że dopóki Jenny żyje, jest nadzieja. Teraz zrozumiał, jak 
bardzo się mylił. 
Gdyby wiedział, nakazałby im ją zastrzelić. 
-Niewiele mówisz, kochanie? - powiedział czule, niemal 
szeptem. 
Ledwie poruszał wargami. A ona patrzyła na niego, jakby czytała 
z ruchu jego warg. 
Ale to było jedynie złudzenie. 
Niczego nie rozumiała. 
Jej oczy były puste. Nie poznawała go, nie rozumiała, co do niej 
mówi. W jej oczach nie było życia. 
Straciła głos po tym, jak niemal ją udusili. Bili ją, kopali, 
gwałcili. I tak tygodniami, jakby utrzymywali ją przy życiu tylko 
dla swojej rozrywki. 
Dopiero kiedy Joshua Fowłer pojechał na Florydę, gdzie „Ivory 
Belle" przechodziła w porcie drobne naprawy, odkrył 
zszokowany, że ona żyje. Dopiero wtedy jej męczarnie się 
skończyły. 
Nie mogli jej nigdzie zostawić, nie mogli też zabrać do Savannah, 
więc powierzyli ją opiece kapitana. Popłynęła najpierw do 
Afryki, potem na Kubę, a teraz wróciła do Georgii. Długo 
żeglowała. 
Wieczna pasażerka. 
Ale to już nie była Jenny. 
Justin pomyślał, że powinien był się tego domyślić. Przed 
rozmową z Whipem. Wmawiał sobie, że to by niczego nie 
zmieniło, ale sam w to nie wierzył. Nie byłby w stanie zlecić mu 
jej morderstwo. Nie chciał tego. 
Nie życzył jej śmierci z ręki brutalnego bandyty. 
Jeśli ktoś miałby jej pomóc przejść na drugą 

background image

stronę, to powinien to być ktoś, kto ją kocha. Gdyby był w stanie, 
sam pozbawiłby ją życia, ale nie potrafił. Zaczął się zastanawiać, 
czy naprawdę ją kochał? Czy to, co do niej czuł, to naprawdę była 
miłość? I zrozumiał, że tak. Kochał ją. 
Ale osoba, którą teraz widział przed sobą, to nie była Jenny. 
Jenny zginęła dawno temu, na tym pięknym, białym statku. 
Jenny już nie było, przestała istnieć. 
Nie chciał jej dłużej dręczyć. Nie dotknął jej. Nie chciał jej 
straszyć pieszczotami, które ofiarowałby Jenny, ale nie tej 
nieszczęsnej ludzkiej istocie, okrytej brudnym kocem. 
Wyszedł. 
Usłyszał nadjeżdżających ludzi, tych najbardziej zaufanych, 
którzy mieli przeprawić niewolników dalej w głąb kraju. Wsiadł 
na konia i odjechał. 
Nie obchodziło go, co będzie dalej. 
Ruszył w drogę powrotną do Savannah. 
- Kim był ten mężczyzna? - spytała Mary Kelly i wzdrygnęła się. 
Siedziała w ciemnej sypialni Joshuy Fowlera, owinięta w 
prześcieradło. Joshua wstał, żeby otworzyć drzwi gościowi, który 
uparcie domagał się, aby go wpuścić. 
Strzępy rozmowy, które do niej docierały, przeraziły ją. W życiu 
nie słyszała tak zimnego, tak obojętnego głosu. 
- To mężczyzna, który ma spełnić twoje marzenia, skarbie - 
powiedział Joshua. 
 

background image

Położył się obok niej i otoczył ją ramionami. Jego usta rozbudziły 
w niej na nowo pożądanie. 
- Whip - wyszeptał Joshua, obsypując ją gradem pocałunków. 
Uznał, że równie dobrze może połączyć przyjemne z 
pożytecznym, tym bardziej, że interesy z Mary Kelły zdawały się 
dobiegać końca. Poza tym ona też nie miała nic przeciwko temu, 
nie musiał jej zbytnio namawiać. 
- Mężczyzna, który ma sprawić, że ona zniknie. Ona, czyli druga 
żona twojego męża... 
Nie musiał jej więcej tłumaczyć. Mary Kelly doskonale to 
rozumiała. Płatny zabójca. Whip. 
- Wiem, że to ty tego zażądałaś - wyszeptał. 
Obnażył jej piersi i zaczął lizać jej różowe brodawki. A ona 
zamknęła oczy, żałując trochę, że nie potrafi poskromić swojej 
rozkoszy. 
-Wiem, że nie chciałaś się na nic zgodzić, dopóki nie obiecali ci 
jej głowy. Lubię taką krwiożerczość. Wiedziałem, że jesteś 
kobietą, z którą można miło się zabawić... 
Mary Kelly zamknęła oczy, żałując, że niechcący słyszała 
rozmowę między mężczyznami i zdanie, w którym morderca 
wspomniał o „dwóch kobietach". Ale nie mogła przecież spytać 
Joshuy, czy słusznie się obawiała. Kim są te „dwie kobiety"... 
- Nie opieraj mi się, kochanie - powiedział Joshua Fowler, 
zdejmując z niej prześcieradło i obnażając jej ciało. - Zdaj się na 
mnie, skarbie! Całkowicie! 
Cóż więc innego mogła zrobić? 
 
 
 
 

background image

- Jesteś niewiarygodny - powiedziała Roza, kiedy Joe przyniósł 
kosz ze śpiącym dzieckiem do jej pokoju. Uznali, że nie ma sensu 
przekładać Jordy'ego do łóżeczka w dziecięcym pokoju. Nie 
dość, że on mógłby się obudzić, to jeszcze mogliby obudzić 
pozostałe dzieci. 
-Nie znam żadnego innego mężczyzny, który gotów byłby zrobić 
coś takiego. 
- Uśpić dziecko? To masz na myśli? 
Roza zarzuciła mu ręce na szyję i uniosła twarz do pocałunku. Joe 
chwycił jej usta swoimi wargami, jakby to była zabawa, w której 
nagrodą był prawdziwy pocałunek. 
-Chodzi mi o sposób, w jaki to zrobiłeś - powiedziała cicho. 
Wyszli już z pokoju. Zostawili uchylone drzwi i podeszli do 
schodów. Usiedli na najwyższym stopniu. Joe rozpiął marynarkę. 
Zdjął ją i uśmiechnął się do niej. 
- Było ci w niej bardzo do twarzy - drażniła się z nim Roza. 
Oparła się o ścianę. 
-A tak ci się nie podobam? - spytał, wypinając pierś do przodu. 
Nie był tak potężnie zbudowany jak Seamus, ale musiała 
przyznać, że też przyciągał wzrok. Dobrze się czuła w jego 
towarzystwie. 
-To już widziałam - powiedziała, przeciągając dłonią po jego 
niemal nieowłosionej piersi. 
Joe uniósł do góry brwi i pokiwał głową, jakby nagle dokonał 
odkrycia. 
- A więc o to chodzi takim damom jak ty, Rosie! Powinienem był 
się domyślić! 
 

background image

Spojrzała na niego zdziwiona. 
- Przyznaję, że to dla mnie nowość - ciągnął dalej Joe. - Jestem 
zaskoczony. Jeśli coś już widziałaś, to już tego nie chcesz, no 
proszę. Mężczyzna, z którym zdecydujesz się być, będzie musiał 
mieć nie lada wyobraźnię... 
- Przekręcasz moje słowa... 
-Chociaż z drugiej strony mam wrażenie, że właściwie spełniam 
te warunki. Mam dość bogatą wyobraźnię - zaczął Joe 
zamyślony. - Zdarza mi się czasem kogoś zaskoczyć. 
Opowiadałem ci, jak raz nocą zabrałem płaczące dziecko na 
przejażdżkę po Savannah? 
- To wszystko, czym możesz się pochwalić? 
- Nie wykluczam, że po raz trzeci oświadczę się tej samej 
kobiecie - powiedział niewinnym głosem. - Nic nie mów! - dodał, 
kiedy Roza otworzyła usta, żeby mu odpowiedzieć. - Pozwól mi 
dokończyć, Rosie. Sam nie podejrzewałem, że mogę coś takiego 
zrobić. Ale jest coś, co nie daje mi spokoju. Myśl, od której 
ostatnio nie potrafię się uwolnić. Aż dziw, że wcześniej o tym nie 
pomyślałem... 
- O czym? - spytała zniecierpliwiona. 
- Tak będzie najlepiej - stwierdził Joe. - Chociaż przyszło mi to 
do głowy dość nieoczekiwanie. Ale rzeczywiście, to chyba dobry 
pomysł. 
- Co, Joe? 
- Nic mnie tu nie wiąże - powiedział nagle poważnie. On, który 
kochał swoją plantację. Biedny Irlandczyk, który doszedł do 
majątku w Nowym Świecie. Nie musiał już uprawiać cudzej 
ziemi, przesiewać jej między palcami i marzyć, że jest jego. 
 
 

background image

Jakiś głos z tyłu głowy szeptał mu, że ma syna, którego jeszcze 
nie odnalazł. A którego zobowiązał się odszukać. 
Ale głos był slaby, ledwie słyszalny. 
- Nie potrzebuję tego wszystkiego. Mogę zabrać to, co 
najważniejsze, i zacząć gdzieś od początku. To mnie nie przeraża. 
Nawet może być ciekawe. -Próbował to sobie wyobrazić. -To 
mogłoby być wyzwanie, Rosie. 
Jego oczy promieniały. Roza dostrzegła, że pod popiołem żarzy 
się ogień. Ogień, którego jej w nim brakowało. Wiedziała, że w 
nim jest, ale nie spodziewała się, że tak szybko znów się rozżarzy 
po tym wszystkim, co przeszedł. 
Znów wstąpiło w niego życie. 
-Już raz zaczynałem wszystko od nowa. Mogę to powtórzyć. To 
nie jest niemożliwe. Tym bardziej, że przyjdzie mi to łatwiej niż 
większości. Bo zwykle ludzie zaczynają od zera... 
- Rozmarzyłeś się, Joe. 
- Obiecałaś nie przerywać. Obiecałaś, że pozwolisz mi 
powiedzieć do końca! 
-Mów! 
-Mogę popłynąć własnym statkiem. Załaduję na niego meble, 
prowiant, ubrania. Nasiona tytoniu. Mam pieniądze, majątek, 
który mogę spieniężyć. Wezmę ze sobą najlepsze konie... - Nagle 
urwał i zamilkł, jakby zaskoczony własnymi słowami. -To nie 
byłby taki zły początek dla nas obojga... 
Roza patrzyła na niego, jakby nadal nie do końca rozumiała. 
Joe zaczerpnął powietrza, zadrżał, jakby marzł. 
 

background image

Myśl była niezwykła, ale możliwa do zrealizowania. Znów 
miałby jakiś cel. Mógłby pracować i cieszyć się tym. 
- Mogę zacząć od nowa sam, Rosie, ale wolałbym robić to z tobą. 
I twoimi dziećmi. Z twoim bratem... - urwał, słowa zawisły w 
powietrzu. 
Roza od początku wiedziała, że to się tak skończy. Jeszcze zanim 
zaczął swoją opowieść, była pewna, że wróci do ich relacji. 
- Chcę nadal szukać Michaela. 
- A jak myślisz, o czym ja mówię? - spytał Joe i rozłożył ręce. 
- Nie wiem... 
- Miałem na myśli Nową Zelandię! - wykrzyknął podniecony. - 
Oczywiście! Tak samo jak ty pragnę odnaleźć twojego synka! 
Jeśli taki nieudacznik jak Adam potrafił zacząć życie od nowa na 
Nowej Zelandii, to i dla mnie jest jakaś nadzieja. W końcu też 
wniosłem swój wkład w królestwo, które Seamus tu stworzył. 
Nie jestem nikim, pewne talenty posiadam... 
-A do tego masz wyobraźnię i potrafisz człowieka zaskoczyć, 
tak? Joe przytaknął. 
-Poza tym, tam byłabyś bezpieczna - powiedział Joe, znów 
poważniejąc. - Na pewno nie pozwoliłbym Simonowi 
zamustrować się na jakikolwiek statek! 
Rozie niemal udało się już zapomnieć o Simonie i strachu, 
którym ją napawał. Śmiech i żarty Joego uspokoiły ją, dały 
chwilę wytchnienia. 
-A co w międzyczasie? Wynajmiesz strażników, żeby 
towarzyszyli nam w drodze do Rose 
 
 
 
 

background image

Garden? Będziemy się ciągle oglądać za siebie, zastanawiając 
się, gdzie on jest? Będziemy na niego czekać? Na Whipa? 
- Mam lepszy pomysł. Wsadzę ciebie i dzieci na statek płynący 
na Kubę. Zanim wrócicie, zdążę załatwić sprawy związane z 
domem. Pojadę też po Olego i Stellę. Spakuję wszystko, co moje, 
i wtedy wyjedziemy. Wszystko zajmie mi miesiąc. A potem nie 
będziemy już musieli się o nic martwić. 
- A Mary Kelly? - wtrąciła Roza sceptycznie. Nie wierzyła, że ta 
kobieta zniknie tak nagle jak 
poranna rosa na źdźbłach trawy. 
- W ciągu najbliższych dni załatwimy wszystkie sprawy z nią 
związane. Z samego rana zacznę załatwiać wam miejsce na 
statku. 
- A co będzie z nami? Z tobą i ze mną? Joe spojrzał na nią, 
pieszcząc ją wzrokiem. 
- Jeśli tylko się zgodzisz, ożenię się z tobą. Jeszcze przed 
wyjazdem. Ale to nie jest warunek. Jeśli się nie zgodzisz, też 
jestem gotów jechać - powiedział, rozkładając ręce. - A jeśli za 
rok czy dwa, a może za dziesięć, znów znajdziemy się w jednym 
miejscu i wtedy uznasz, że jednak chcesz mnie także za męża... 
- Także? 
- A nie tylko za kochanka - dokończył. 
Roza wzięła głęboki wdech. Dużo o tym myślała. Mogłaby mu 
ulec. Lubiła go, ceniła. Widziała jego dobre strony. 
Rozpoznawała też wiele cech, które miał wspólne z Seamusem. 
Kusiło ją to i zarazem przerażało. Fakt, że był bratem Seamusa, 
czynił jego propozycję niemal nieprzyzwoitą. . 
- Kusisz mnie - powiedziała szczerze. 
 

background image

- To dobrze! Dobrze zaczynasz, Rosie. 
-Jednak oboje kochaliśmy tak mocno, że trudno nam będzie żyć z 
kimkolwiek innym. Tak było w przypadku Mattiasa. Ojca 
Mattiego. Wiedział, że pozostanie w cieniu Seamusa. Mężczyź-
nie zawsze trudno jest być tym drugim... 
- Oboje to wiemy. Bo dotyczy to nas obojga. 
- Nawet jeśli nie znamy tej drugiej osoby, sytuacja jest 
wystarczająco trudna, a mam wrażenie, że jeszcze trudniej jest, 
kiedy znamy osobę, która była przed nami. 
- Nie możesz mi odmówić po raz kolejny! - zaprotestował Joe, 
opierając głowę o ciemne tralki balustrady. Proste, gładkie, bez 
ozdób. 
-Jeśli po raz trzeci mi odmówisz, złamiesz mi serce. Co mam 
sobie wtedy pomyśleć? 
- Ze może powinieneś się rzadziej oświadczać? - zaproponowała 
Roza. - Nie rozumiesz, jakie to byłoby trudne? Znałam Jenny, 
chociaż się nie lubiłyśmy. Byłeś bratem Seamusa... 
- My się lubiliśmy - zapewnił Joe. 
Jakby w ogóle nie chciał dostrzec problemów, które przed nim 
teraz piętrzyła. 
- Mamy zbyt wiele wspólnych wspomnień. I obciążeń z 
przeszłości. Każde z nas z osobna, chociaż niektóre są też 
wspólne. Nawet teraz trudno mi o tym myśleć. 
- Co sprawia ci taką trudność? To, że ze sobą rozmawiamy? Ze 
jemy wspólnie posiłki? Że spędzamy razem czas? Że śpimy ze 
sobą? Że się kochamy? 
Zaczerwieniła się. 
- To chyba nie jest takie trudne? - spytał łagod- 
 
 

background image

nie. - Nie wierzę, żeby właśnie to cię tak przerażało. Jestem 
przekonany, że sprawia ci to taką samą przyjemność jak mnie. 
Boisz się, że może nam być dobrze razem, bo jestem jego 
bratem... 
Była w tym jakaś cząstka prawdy. 
- Kto będzie miał nam za złe, jeśli stąd wyjedziemy? Kto się o 
tym dowie? Adam i Fiona, nasza rodzina, która już tam jest. A 
jeśli nie będą trzymać języka za zębami, to będą mieli ze mną do 
czynienia... 
Uśmiechnął się tak promiennie, że znów zrobiło się wokół nich 
ciepło. Było w nim tyle światła. 
Lubiła go. Nie mogła temu zaprzeczyć. Ale jednak był bratem 
Seamusa. Tego nic nie zmieni. Zawsze tak będzie. I nawet jeśli 
kiedyś go pokocha, to nigdy nie będzie go kochać tak, jak kiedyś 
kochała jego brata. 
Fakt, że dużo się o nim ostatnio dowiedziała, niczego nie 
zmieniał. Zawsze podejrzewała, że Se-amus ma też swoją 
mroczniejszą stronę, chociaż ją przed nią ukrywał, jakby chciał ją 
chronić. 
Komuś z zewnątrz mogłoby się wydawać, że ją zawiódł, ale Roza 
wiedziała swoje. 
Nie będzie nikogo takiego jak on. 
-Nie zamierzam zabrać jego miejsca, ani w twoim sercu, ani w 
sercu Lily. Czy Michaela. Kiedy go odnajdziemy... 
Roza zauważyła, że Joe powiedział „kiedy", a nie „jeśli", i była 
mu za to wdzięczna. Potrzebowała jego nadziei i wiary, chociaż 
nie był to wystarczający powód, żeby wychodzić za niego za 
mąż. 
-Wiem, że to zawsze będzie z nami. Obiecuję więcej do tego nie 
wracać. Wiem jednak również, 
 

background image

że ja byłbym zadowolony. Na pewno bym się przyzwyczaił. 
- A co będzie, jeśli spotkasz kogoś, kogo pokochasz równie 
mocno, jak kochałeś Jenny? - spytała. 
Wiedziała, że zabrzmiało to jak wyzwanie, ale musiała to 
wiedzieć. 
- To się nie stanie - odpowiedział pewien swego. - I wiem też, że 
nie spotkam nikogo, kto mógłby zmierzyć się z tobą. 
- A jeśli ja spotkam kogoś takiego? - nie odpuszczała. - Co 
wtedy? 
- Na pewno nie zamierzam niszczyć ci życia -odpowiedział 
spokojnie, bo sam też wiele o tym myślał. - Nie sądzę jednak, że 
znajdziesz kogoś, kto będzie w stanie dać ci wszystko to, co ja 
mogę ci dać, od zrozumienia po dom, dla ciebie i dzieci. Jeśli 
jednak znajdziesz kogoś, kogo naprawdę pokochasz, to nie będę 
cię zatrzymywać. Nie stanę ci na drodze. Gdybyśmy byli 
małżeństwem, wzięlibyśmy rozwód. 
- A gdybyśmy mieli dzieci? Joe się uśmiechnął. 
- Chciałbym mieć dzieci. Nie zastąpią mi tych, które umarły, ale 
tak, chcę mieć z tobą dzieci, Rosie. 
-Sama nie wiem - odezwała się po dłuższej chwili. - Nie ma 
nikogo, kogo lubiłabym bardziej niż ciebie, ale gdzieś w głębi 
duszy czuję, że to nie byłoby w porządku. Że nie powinniśmy być 
razem. 
- Tak czy inaczej, wyjadę stąd. Może następnym razem się 
zgodzisz... 
- Zależy jak bardzo będziesz wytrwały. 
- To też jeden z warunków, jakie stawiasz męż- 
 
 
 

background image

czyźnie? W takim razie ten też spełniam. Mogę dzisiaj spać z 
tobą? 
- Spać ze mną możesz. Jeśli tylko to miałeś na myśli. 
- Masz mnie za dzikusa, który rzuca się na kobiety? 
Roześmiali się. To też ich łączyło. 
- Sprawiłeś, że zapomniałam o swoim strachu -wyszeptała mu 
Roza w szyję po chwili. 
- Dobrze, bo uczyniłem to moim życiowym zadaniem. Dobranoc, 
kochanie. Wiesz, że bardzo cię lubię, Rosie... 
- Ja ciebie też - odpowiedziała Roza. 
 
 
Rozdział 12 
- Dzień dobry - powitał ją Joe. Oparł się na łokciu i się jej 
przyglądał. 
- Już dzień? - spytała Roza. 
Miała wrażenie, że ledwie przed chwilą zasnęła. 
- Wkrótce - odpowiedział. - I mam nadzieję, że będzie dobry. 
Śniło mi się, że Mary zażądała sporządzenia nowej umowy. I że 
zgodziła się podpisać cokolwiek jej zaproponuję. 
- Od kiedy to miewasz prorocze sny? - spytała, przysuwając się 
do niego, by ogrzać się jego ciepłem. 
 

background image

Nie miała ochoty wstawać. Zamykając oczy mogła sobie 
wyobrażać, że jest bezpieczna, że nic jej nie grozi. Starała się 
wyprzeć cały swój strach. 
Joe dotknął opuszkami palców jej twarzy, lekko, właściwie tylko 
musnął jej brwi, grzbiet nosa, wargi. Zanurzył palce w jej 
włosach, dotykał jej loków. Uśmiechał się zachwycony. Nie 
mógł się jej oprzeć. 
- Śniło mi się, że zgodziłaś się wyjść za mnie. Ze poszłaś ze mną 
do Johna, do tej jego okropnej kancelarii. Załatwiliśmy wszystkie 
potrzebne papiery i zanim słońce zdążyło wzejść na dobre, sędzia 
udzielił nam ślubu... 
- No widzisz, więc jednak twoje sny nie są prorocze - powiedziała 
Roza sennie, chowając twarz w zagłębieniu jego szyi. 
Joe uniósł lekko jej brodę i ją pocałował. Zamrugała, ale mu się 
nie opierała. 
- Dzisiaj nie zamierzam ci się oświadczać -oznajmił nagle tonem, 
jakby mówił do dziecka, nie zgadzając się, żeby wzięło kolejny 
cukierek. 
- No to chyba się rozpłaczę - powiedziała bez przekonania, nadal 
trochę senna. 
Joe sam do końca nie rozumiał, dlaczego jej towarzystwo zawsze 
podnosiło go na duchu. Było im dobrze razem. Cenił sobie każdą 
wspólnie spędzoną chwilę. 
- Śpij dalej - zdecydował. 
Wyswobodził rękę z jej uścisku, chociaż ona najwyraźniej nie 
zamierzała mu w tym pomóc. 
- Muszę skontaktować się z Johnem. Może jednak mój sen 
odnośnie Mary Kelly był proroczy. 
Odburknęła coś w odpowiedzi. 
 

background image

Joe nie zdążył dokończyć lekkiego śniadania, które kazał sobie 
przygotować. Był w dobrym nastroju, chociaż jego problemy 
bynajmniej nie zniknęły. Zakładał jednak, że uda mu się przeko-
nać Mary Kelly do przyjęcia jakiejś rozsądnej propozycji, 
chociaż pewnie będzie to wymagać jeszcze sporo zabiegów. No i 
może jeszcze trochę potrwać. Zastanawiał się, jakich 
argumentów powinien użyć, żeby Mary Kelly zrozumiała, że 
ugoda leży także w jej interesie. Zastanawiał się, czy Joshua coś 
osiągnął? Doszedł do wniosku, że najlepiej byłoby, gdyby 
zaciągnął ją do łóżka. Mary Kelly nie miała żadnej cnoty do 
stracenia, a może w objęciach uwodzicielskiego adwokata 
stałaby się bardziej rozmowna? Posłodził herbatę. 
Nagle z holu doszły go odgłosy kłótni. 
-Pan nie przyjmuje żadnych niezapowiedzianych gości! 
- Nic mnie to nie obchodzi! Gdzie on jest? Trzaśnięcie drzwi. 
Stukot obcasów i kolejne 
trzaśnięcie drzwi. 
- Tam go nie ma, miss... 
- Co za licho - mruknął sam do siebie, unosząc brwi. 
Głos brzmiał mu znajomo, ale zdziwił go bojowy nastrój kobiety. 
Najwyraźniej sprawy przybrały obrót, którego się nie 
spodziewał. 
Odchylił się w krześle, wyciągając nogi. Miał nadzieję, że hałas 
nie obudził ani Rosie, ani dzieci. Może jednak miewał prorocze 
sny? 
-Witam, Mary - powiedział uprzejmie, kiedy drzwi się otworzyły 
i Mary wpadła do środka niczym tornado, pędzące znad gorącej 
Zatoki Meksykańskiej na północ. 
 

background image

- Może zjesz ze mną śniadanie? - zaproponował. Mary usiadła na 
jednym z wolnych krzeseł, czy 
raczej opadła na nie. Joe zauważył, że ma taki sam wyraz twarzy 
jak poprzedniego dnia. Nawet nie chciał się zastanawiać, co to 
mogło oznaczać. 
- Boję się, Joe. 
-To uczucie jest mi również znane - powiedział, zastanawiając 
się, do czego Mary zmierza. 
- Nie przyszłam tu wysłuchiwać twoich żartów, O'Connor. 
- Oczywiście, O'Connor. A w takim razie, po co? 
Jej zielononiebieskie oczy ciskały gromy. Ściskała w ręku 
torebkę. Joe zaczął się obawiać, że za chwilę nic z niej nie 
zostanie. 
- Boję się, że chcą mnie zabić. 
Była przerażona. Joe był pewien, że nie udaje. Widział malujące 
się na jej twarzy lęk i niepewność. 
- Powinnam była zgodzić się na twoją pierwszą propozycję i dać 
stąd nogę! Miałabym dom w Nowym Jorku i do końca życia nie 
musiałabym się niczym martwić. Ale dałam się im namówić... 
Schyliła głowę i nagle już nie przypominała tej tryskającej 
energią kobiety, którą była jeszcze przed chwilą. Joe wiedział już 
na pewno, że tym razem Mary jest z nim szczera. 
- Kto cię tu sprowadził z Nowego Jorku, Mary? - spytał cicho. 
Nie odpowiedziała. 
-Potrzebujesz mojej pomocy, inaczej byś tu nie przyszła. Ale ja 
też muszę dostać coś w zamian. 
- Podpiszę wszystko, co mi zaproponujesz   
 
 
 

background image

niemal wyszeptała. - Coś chcę dostać, Joseph, ale nie obchodzi 
mnie ani fabryka, ani przędzalnie czy statki. Chcę tylko tyle, 
żebym mogła spokojnie żyć. I żebyś pomógł mi stąd wyjechać. 
Moje życie jest teraz tak samo niewiele warte jak jej... 
Joe domyślił się, że Mary mówi o Rosie. Poczuł, jak coś ściska go 
za serce. A jeszcze niedawno sądził, że bardziej już bać się o nią 
nie może. 
-On mówił o „obu kobietach" - powiedziała Mary. 
Miała wypieki na twarzy i z trudem łapała oddech. 
-Nie jestem głupia. Domyśliłam się, że ja też mam zniknąć. Tak 
jak ona. Nie wyjechać, tylko zniknąć ostatecznie. 
- Skąd wiesz? 
Nie chciał być dla niej ostry, ale jego głos zabrzmiał jak brzytwa. 
Joe był kiepskim aktorem, nie potrafił ukryć swoich emocji. 
Zawsze tak było. 
- Słyszałam na własne uszy. Ten okropny człowiek, na którego 
mówią Whip, tak powiedział. Mówił o tym z taką zawziętością i 
zadowoleniem...-Zaczerpnęła powietrza, musiała wziąć się w 
garść. -Niedobrze mi się robi, kiedy o tym myślę. Nie zamierzam 
czekać bezczynnie, aż ten człowiek mnie zabije. Musi być jakieś 
rozwiązanie. Wszystko mi jedno, co się z nimi stanie. Muszę 
myśleć o sobie. Od samego początku powinnam była! 
Podniosła głowę i spojrzała na niego. Była zdecydowana. 
- Kto sprowadził cię tu z Nowego Jorku? - powtórzył Joe swoje 
pytanie. 
- Joshua Fowler - odpowiedziała Mary. 
 

background image

Dopiero po przeszło dwóch godzinach rozmowy John Fowler w 
końcu uwierzył Mary. Rozmowy, którą Joe nazwałby raczej 
przesłuchaniem. Mary była spokojna i skoro już się zdecydowała 
wyłożyć karty na stół, to rzeczywiście odpowiadała przekonująco 
na wszystkie pytania. Opowiedziała im o wszystkim i w końcu 
John uznał, że musi jej uwierzyć. Kiedy wymieniła Justina 
Jorda-na, przekonała ich obu, i Johna i Joego. 
- Spotkałam go tylko raz. Niby przypadkowo, ale Joshua 
rozmawiał z nim jakby tamten był jego szefem... 
- Jesteś spostrzegawcza - zauważył John z uznaniem. 
- Nie jestem głupia - powtórzyła po raz kolejny Mary. 
- Josh i Justin się przyjaźnią, zresztą od dawna - powiedział John. 
-Justin zna Simona Matthewsa - dodał Joe. -Zna wiele osób. 
Właściwych osób. To zaczyna się układać w pewną całość. 
- Ciebie też chcą dopaść, Joe - powiedziała Mary. Nadal mówiła 
drżącym głosem, ale nie bała się 
już na niego patrzeć. Teraz oboje byli po tej samej stronie. 
- Na pewno nie chcą mnie zabić - stwierdził Joe. 
Mary wiedziała za mało, żeby wszystko wyjaśnić. Nadal 
brakowało im odpowiedzi na wiele pytań, nad czym Joe 
ubolewał. Tym bardziej, że były to ważne pytania, chociaż nie 
zawsze przyjemne. 
-Justin przyjaźni się z wieloma ważnymi osobami. 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

-Mogę od ręki podać kilka nazwisk - wszedł mu w słowo John. 
-Ja też - powiedział Joe. 
Nagle zrozumiał, że sprawa jest znacznie poważniejsza, niż im 
się początkowo zdawało. I bynajmniej nie skierowana wyłącznie 
przeciwko Rosie. Tu nie chodziło o nienawiść, ale o coś znacznie 
poważniejszego. Plan był finezyjny i dokładnie przemyślany. 
Cyniczny. Pewne kroki zostały już podjęte. Joe domyślał się, co 
teraz mogło nastąpić, i wcale nie był tym zachwycony. 
- Potrzebny mi ksiądz - zwrócił się do Johna. 
- Katolicki ksiądz? Joe rozłożył ręce. 
- Może być pół Chińczykiem, a jego matka może być zbiegłą 
niewolnicą. Wszystko mi jedno jaki, byle potrafił udzielić ślubu... 
Joe westchnął głęboko. 
- Raczej katolicki - powiedział. 
- A nie wystarczy ci sędzia? - spytał jego adwokat. - Skoro tak ci 
śpieszno... 
- Nie wiem, czy możemy zaufać któremuś z sędziów tu, w 
Savannah. Znasz jakiegoś naprawdę zaufanego? Na kim możemy 
polegać, skoro nawet nasi najbliżsi... 
-Rozumiem, co masz na myśli - przerwał mu John. - A więc ma 
być ksiądz. Teraz? 
- Teraz. 
- Po co ci ksiądz? - spytała Mary. 
- Zamierzam wziąć ślub - powiedział Joe krótko. 
- Teraz? Skinął głową. 
- Nie masz pilniejszych spraw na głowie? - spy- 
 

background image

tała Mary. - Sądziłam, że potraktujesz mnie poważnie. 
-Ależ traktuję cię jak najbardziej poważnie -uśmiechnął się do 
niej Joe. - Mam nawet nadzieję, że zgodzisz się być świadkiem. 
Będziesz musiała podpisać odpowiednie dokumenty. 
Pomyślałem, że powinniśmy zatrzymać całą sprawę dla siebie. 
Mary skinęła głową. 
- Dostaniesz należną ci część - mówił dalej Joe. 
- Masz do niej prawo. Wystarczy ci na spokojne życie do końca 
twoich dni. Dostaniesz dom, ale obawiam się, że nie w Nowym 
Jorku. To za blisko. Dlatego zamierzam wysłać cię w podróż. Nie 
zdążysz się co prawda spakować, ale tu przecież chodzi o życie! 
- Zamierzasz się z nią ożenić? - spytała Mary zaskoczona. - Z tą 
dziwką, z którą Seamus miał dziecko? Chcesz się ożenić z 
kobietą, która była... 
Mary urwała. Słowo „żona" najwyraźniej nie chciało przejść jej 
przez gardło. 
-Jest mi bardzo bliska - stwierdził Joe chłodno. 
- Chcę chronić tych, na których mi zależy. Poza tym, to naprawdę 
nie twoja sprawa. Ciesz się, że do grona moich najbliższych 
zaliczam i ciebie. 
Przeprosił ją na chwilę. 
-John, mam nadzieję, że zajmiesz się wszystkim. 
Adwokat przytaknął. 
- Dam znać w kuchni, żeby przygotowali ci coś do jedzenia, 
Mary. Muszę iść obudzić pannę młodą. I pewnie po raz kolejny 
się jej oświadczyć... 
 
 
 
 
 

background image

- Może pan pocałować pannę młodą. 
Lily zachichotała i poczuła, jak Matti trąca ją łokciem. Matti 
traktował sprawę bardzo poważnie. 
-Jesteś głupi - szepnęła mu Lily. 
Joe spojrzał na nią rozbawiony, by po chwili wypełnić polecenie 
księdza i pocałować pannę młodą. Nie do końca zrozumiał, co 
Lily powiedziała, ale mógł się domyślić. 
Roza drżała. Drżała nawet, kiedy ksiądz już wyszedł, wsiadł do 
powozu i odjechał. Słyszała oddalający się stukot końskich 
kopyt, aż w końcu nastała cisza. 
- Więc i ty też zostałaś prawdziwą O'Connor -powiedziała Mary 
Kelly z przekąsem, poprawiając swoje jasne loki. - Pewnie 
powinnam cię powitać w imieniu rodziny. W końcu jesteśmy 
teraz szwa-gierkami... 
-Mary! - przestrzegł ją Joe. 
- Staram się być uprzejma. Tym bardziej, że ślub nie był 
specjalnie uroczysty, prawda? Ksiądz, który nawet nie był 
katolickim księdzem. Zakurzona biblioteka, żadnej sukni ślubnej, 
żadnej wiązanki, żadnego przyjęcia... 
-Za to odbył się z udziałem czarującego świadka - przerwał jej 
Joe, podając jej kolejny dokument do podpisu. - Mam nadzieję, 
że tym razem wszystko podpiszesz, moja droga. To radosny 
dzień, nie psuj go nam swoimi humorami, bardzo cię proszę. 
Mary umoczyła koniuszek pióra w atramencie i podpisała 
dokument w miejscu, które Joe jej wskazał. 
„Mary O'Connor". Miała nadzieję, że po raz 
 

background image

ostatni używa tego nazwiska. Chciała zerwać z tą częścią jej 
życia i znów stać się dawną Mary Kelly. Bo Mary Kelly była 
kiedyś szczęśliwa. 
-Jestem teraz bogata? - spytała, kiedy Joe próbował osuszyć jej 
podpis. 
- Obrzydliwie bogata - powiedział. - Poza tym nadal żyjesz i w 
moim imieniu udasz się teraz w podróż poślubną. Jestem pewien, 
że ty i Rosie szybko się zaprzyjaźnicie. 
- Mamy co nieco wspólnego - powiedziała Mary, wykrzywiając 
usta w grymasie. 
Joe uśmiechnął się pod nosem. 
- Cieszę się, że tak do tego podchodzisz. Może jednak się co do 
ciebie myliłem, bratowo? 
- Dokąd wyjeżdżamy? 
- Do ciepłych krajów. Rosie z pewnością pożyczy ci jakąś 
sukienkę. Ale pewnie będziesz musiała zaopatrzyć się w 
parasolkę, skarbie. 
- Mam prorocze sny? - zwrócił się Joe do swojej świeżo 
upieczonej żony. 
Roza zajęta była pakowaniem. Tym razem także postanowiła 
wziąć ze sobą jedynie najpotrzebniejsze rzeczy. Joe pocałował ją 
lekko w kark. 
- Na pewno tego nie ukartowałeś? - spytała. 
- Skądże. 
Usiadła obok niego, opierając głowę o jego ramię. Nie mieli 
wiele czasu na rozmowę. 
- Skończyło się całkiem dobrze, prawda? - spytał Joe, muskając 
suchymi wargami jej czoło. 
- To nie tak powinno wyglądać - odparła Roza. - Mam wrażenie, 
że tracę nad wszystkim kontro- 
 

background image

lę. I wcale mi się to nie podoba. Wszystko dzieje się jakby poza 
mną. 
-Ja też się boję. Stąd ten pośpiech - pocieszał ją Joe. 
-Wiem. 
- To jedyne rozsądne rozwiązanie. Zyskam czas, a wy będziecie 
bezpieczni. Ty, dzieci i Mary. Tylko statek może zapewnić wam 
bezpieczeństwo -stwierdził Joe. - Chociaż już sam nie wiem - 
westchnął. 
-Tamta historia się nie powtórzy - zapewniła go Roza, mając na 
myśli „Southern Belle". - To musiało być zaplanowane. Teraz 
nikt nie wie, że wyjeżdżamy. Nic nie może się nam stać. 
Joe miał taką nadzieję. Podczas rejsu na Kubę i z powrotem 
powinni być bezpieczni. A on wykorzysta ten czas na załatwienie 
spraw i przygotowanie własnego statku. Żeby czekał, kiedy Roza 
wróci. 
Wtedy rozpoczną nowe życie. 
-Chciałem się z tobą ożenić, Rosie, nie tylko żeby dać ci poczucie 
bezpieczeństwa. Chociaż to też jest ważne. Gdyby mi się coś 
stało, jesteś zabezpieczona. 
Roza uśmiechnęła się. Prawdę mówiąc, już była zabezpieczona, 
ale była mu wdzięczna za troskę. Za to go właśnie lubiła. Jeśli 
wszystko pójdzie zgodnie z planem, będą rzeczywiście mogli 
zacząć nowe życie, które zapowiadało się nie najgorzej. 
- Zobaczysz, że wszystko będzie dobrze - obiecał jej. 
- Łatwo ci mówić, ale to ja płynę na Kubę z twoją uroczą bratową. 
Jeśli nie zaprzestanie swoich 
 

background image

uszczypliwości, przysięgam, że wyrzucę ją za burtę! 
Uśmiechnął się kącikiem ust, którego nie widziała. 
-W gruncie rzeczy Mary nie jest taka zła. Nie wykluczam, że się 
polubicie. Jest twarda. Ale też zawsze mogła liczyć tylko na 
siebie. Sama musiała się o siebie troszczyć. To nie sprzyja 
łagodności. 
- Ja też zawsze musiałam się sama o siebie troszczyć - skwitowała 
Roza jego słowa. 
- To prawda - powiedział, patrząc jej w oczy. -Dlatego cieszę się, 
że rozumiesz, co mam na myśli, droga żono - dokończył z 
błyskiem w oku i pocałował ją. 
- Płynęłaś kiedyś statkiem? - spytała Lily, przyglądając się 
uważnie Mary Kelly. 
- Owszem. 
- Dokąd? 
Mary spojrzała na dziewczynkę poirytowana. Zdawała sobie 
sprawę z tego, że dziecko jej nie lubi. Jakby jej niechęć do niej 
wisiała w powietrzu. Ona zresztą też jej nie polubiła. Lily za 
bardzo przypominała jej Seamusa. Z czasem wręcz coraz 
bardziej. 
Dręczyło ją to. 
Nie chciała o nim myśleć. Podpisała te przeklęte papiery i teraz 
chciała zapomnieć o nim raz na zawsze. Dostała swoją część 
pieniędzy. A w każdym razie dostanie je po powrocie do 
Savannah. 
Joe zdradził jej tylko tyle, że statek płynie na Kubę, ale zwlekał z 
tą informacją do momentu, 
 
 
 

background image

kiedy weszły na pokład tej cuchnącej łajby, którą Lily nazywała 
statkiem. 
-Płynęłam statkiem z Irlandii - powiedziała Mary i przyrzekła 
sobie, że nie pozwoli małej wyprowadzić się z równowagi. 
- Nigdy jeszcze nie byłam na Kubie, a ty? - wypytywała ją dalej 
Lily. 
-Ja też nie - odpowiedziała Mary. 
Gdzie do diabła podziewała się matka małej? Czy dzieciak 
zamierza dręczyć ją tak przez całą drogę? 
- Potem popłyniemy na Nową Zelandię - powiedziała 
dziewczynka. 
- A gdzie to jest, do diabła? 
Matti i Lily wymienili spojrzenia i zaczęli się śmiać. Mary była 
coraz bardziej zła. Miała pozwolić, żeby ci gówniarze się z niej 
śmiali? Nie była głupia, niech sobie nie myślą. Gdyby chwilę 
pomyślała, na pewno przypomniałaby sobie, gdzie jest ta Nowa 
Zelandia. Pewnie gdzieś na zachód od Missisipi. 
-„Do diabła", to przekleństwo - powiedział Matti poważnie. - Nie 
wiedziałem, że damy przeklinają. 
-Dbaj o siebie - powiedział Joe, obejmując Rozę. 
- Zawsze o siebie dbam. 
- Zależy mi na tobie. 
Pocałował ją. Długo i czule. Z zamkniętymi oczami, żeby nic nie 
rozpraszało tych cennych minut. A ona odpowiedziała mu tak 
samo. 
 

background image

- Kiedy wrócisz, cała ta historia pozostanie tylko wspomnieniem. 
- Uważaj na siebie! - wyszeptała, mrugając, żeby się nie 
rozpłakać. 
Otarł palcem łzę z jej policzka. Pocałował jej oczy i poczuł w 
ustach słony smak. 
- Mnie też na tobie zależy, Joe. Znów ją pocałował i odszedł. 
Wracając ze statku zauważył, że słońce stało już wysoko na 
niebie. 
- Do kancelarii Johna! - polecił woźnicy i ruszyli. 
Siedział w powozie wpatrzony przed siebie, nie odwrócił się 
więcej w stronę portu. 
Pewnie dlatego nie dostrzegł stojącej na kotwicy „Ivory Belle". 

Nawet gdyby spojrzał za siebie, nie dostrzegłby ciała mężczyzny 
unoszącego się na wodzie w jednym z doków. Mężczyzna był 
ubrany na czarno i miał niewielką kozią bródkę. Ktoś strzelił do 
niego z bliska, niedawno, pewnie w nocy. Oczy mężczyzny były 
puste, błyszczące i szeroko otwarte, najwyraźniej rozpoznał 
swojego zabójcę. Jego imię było ostatnim słowem, które 
wypowiedział, zanim umarł. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Epilog 
 
Nikt nie zauważył czarnego powozu, który wyjechał z portu i 
skierował się w stronę miasta w ostatnich, cichych godzinach 
nocy. 
Nikt nie zauważył, kiedy powóz zatrzymał się przed potężnym, 
murowanym budynkiem w cichej uliczce, w najbogatszej 
dzielnicy miasta. 
Nikt też nie zauważył mężczyzny, który niemal bezszelestnie 
wysiadł z powozu, trzymając w objęciach tłumok, 
przypominający swym kształtem człowieka. A nawet gdyby ktoś 
go zauważył, to i tak nikt by go nie poznał. Miał na sobie ciemne, 
nie rzucające się w oczy ubranie, rondo kapelusza zasłaniało mu 
twarz. Bez słowa podszedł do domu z zostawił swój bagaż na 
najwyższym stopniu schodów. Lekko oparty o drzwi, w cieniu 
filarów. 
Szybkim krokiem wrócił do powozu, który natychmiast ruszył z 
powrotem w stronę miasta i zniknął. 
Po jakimś czasie mężczyzna wysiadł, a powóz pojechał dalej. Pół 
godziny później drugi mężczyzna, ten który nim powoził, 
przekazał woreczek z pieniędzmi prawowitemu właścicielowi 
powozu, który zechciał mu go wypożyczyć na te kilka nocnych 
godzin. 
 

background image

- Szybko się uwinąłeś, myślałem, że zabierze ci to całą noc. 
- Płacę zgodnie z umową - powiedział mężczyzna i postawił 
woźnicy szklaneczkę czegoś mocniejszego, zanim wyszedł z 
szynku. Nie sądził, żeby ktokolwiek zauważył jego obecność. 
- Master! 
Kamerdyner, który obudził Joego, wyglądał, jakby zobaczył 
ducha. 
- Nie jestem w nastroju, żeby tak wcześnie się zrywać - 
wymamrotał Joe. 
- Master Joseph, musi pan wstać. Kamerdyner nie powiedział mu 
niczego więcej, 
ale kiedy Joe zszedł po schodach do holu, zrozumiał przerażenie 
malujące się na jego twarzy. 
Przed drzwiami, a raczej w drzwiach stał, czy też opierał się o 
futrynę, jakiś człowiek. Skulona, niemal zgięta w pół postać. 
Nieszczęśnik zasłaniał się rękami, jak niewolnik, broniący się 
przed kolejnym razem, pomyślał Joe. Czy raczej niewolnica, bo 
to była kobieta. Brudna, okryta starym, zniszczonym kocem, 
wpiła w niego swoje przestraszone oczy, ale nie rozpoznawała 
go. 
Joe zszedł niżej. Podszedł do niej, ukucnął tuż obok. 
Kobieta skuliła się jeszcze bardziej i zadrżała, jakby wszystkie jej 
członki nagle przeszedł skurcz. -Jenny - wyszeptał Joe. Po chwili 
zaślepiły go łzy. -Wielki Boże, Jenny! Co ci,się przydarzyło? Nie 
była w stanie mu odpowiedzieć.