background image

SAMANTHA JAMES

JANKESKA

background image

PROLOG

Anglia 1790

Wysoka,   porośnięta   bluszczem   brama   strzegła   wjazdu   do   Farleigh   Hall.   Długa, 

szeroka   aleja   dojazdowa   wiła   się   między   pięknymi,   tarasowo   opadającymi   ogrodami   i 

wysadzanymi cisami ścieżkami. Jednak największe wrażenie robił sam dwór - majestatyczna 

budowla   o   okazałej   fasadzie.   Prowadziły   do   niego   szerokie   kamienne   stopnie.   Frontową 

ścianę   zdobiły   smukłe,   dwudzielne   okna,   okolone   od   wewnątrz   połyskującymi   złotem 

jedwabnymi kotarami. Widok ten jednocześnie zachwycał i wzbudzał lęk.

We wschodnim skrzydle, pod czujnym okiem guwernera, pana Findleya, odbywali 

naukę dwaj chłopcy. Coraz częściej jednak ich wzrok biegł ku oknu, które ze względu na 

ciepłe czerwcowe popołudnie było lekko uchylone. Starszy z nich miał dziesięć lat i jasne 

włosy, młodszy zaś, sześcioletni  - kruczoczarne. Obaj  spoglądali  na świat połyskującymi 

niczym srebro szarymi oczami, które odziedziczyli po ojcu.

Właśnie na niego czekali z takim niepokojem, nie mogąc usiedzieć z niecierpliwości. 

W końcu pan Findley wzniósł oczy i machnął niecierpliwie dłońmi.

- Dość tego! - rzucił gniewnie. - Macie w głowach tylko siano. Wasz ojciec wraca 

dopiero wieczorem, ale czyż moje słowa cokolwiek tu znaczą? Wiedza to niezwykle cenny 

dar, lecz zdaje się, że żaden z was tego nie rozumie.

Obrzucił chłopców spojrzeniem, w którym lekceważenie mieszało się z zazdrością, 

mrucząc coś pod nosem o niesprawiedliwości losu. Nawet jeśli w głowach będą mieli pusto, 

to w kiesach nie zabraknie im grosza. Byli wszak synami siódmego księcia Farleigh, jednego 

z najmajętniejszych parów Anglii.

W   tej   samej   chwili   dał   się   słyszeć   turkot   zbliżającego   się   powozu.   Pochłonięty 

myślami pan Findley nic zwrócił na to uwagi.

Powóz tymczasem zajechał już przed dwór. Starszy z chłopców puścił się biegiem po 

szerokich marmurowych schodach. Młodszy próbował pójść za jego przykładem, przebierając 

szybko szczupłymi nóżkami, lecz został daleko w tyle. Kiedy dobiegł do podwójnych drzwi 

wejściowych, z powozu wysiadał właśnie przystojny mężczyzna w eleganckim, pasiastym, 

jedwabnym surducie i jasnych obcisłych spodniach.

-   Tatusiu!   -   Błyszczące   radością   oczy   starszego   z   chłopców   wpatrywały   się   z 

zachwytem w rodziciela. - Strasznie za tobą tęskniliśmy. Bardzo lubię lekcje konnej jazdy z 

Ferrisem. ale wolę z tobą.

Wzrok   księcia   spoczął   na   złotowłosej   główce   synka,   potem   przesunął   się   po 

background image

arystokratycznej twarzyczce, która tak bardzo przypominała... Boże, jakiż ten chłopiec jest 

podobny do matki!

- Ja także, Stuarcie - odpowiedział ze śmiechem. - Bardzo często myślałem w czasie 

podróży o naszych lekcjach, dlatego nie mogłem się oprzeć i przywiozłem ci prezent.

Dał znak lokajowi. Na podjeździe rozległ się stukot końskich kopyt. Oczom zebranych 

ukazał się jeździec, prowadzący małego białego kucyka.

- Och, tatusiu! - westchnął chłopiec z zachwytem. - Przywiozłeś mi kucyka. Ojej! 

Będzie się nazywał Biały Tancerz.

Książę uśmiechnął się pobłażliwie i podprowadził konika.

Nie ma lepszego prezentu dla księcia Farleigh - oznajmił. Żaden z nich nie zauważył 

małego Gabriela, który wpadł między nich jak strzała.

- Kucyk! - wykrzyknął z radością. - Tatusiu, przywiozłeś nam kucyka! - Z dziecięcą 

żywiołowością wyciągnął rękę w stronę zwierzęcia.

Nagły ruch przestraszył zwierzę. Szarpnęło się w tył i uniosło przednie nogi. Stuart 

gwałtownie odskoczył, o włos unikając zderzenia z kopytami.

- Ten kucyk jest dla twojego brata, nie dla ciebie! - rzucił gniewnie książę. - I cóż ty, 

na litość boską, wyprawiasz? Płoszysz tylko konia. Twój brat mógł zginać.

- On nie chciał zrobić nic złego - ujął się za bratem Stuart - tylko pogłaskać kucyka. 

Prawda, Gabrielu?

Zapytany  nie  odezwał   się  słowem.  Bardzo   zabolała  go  dezaprobata  ojca.   Pochylił 

nisko ciemną główkę. Usta zaczęły mu drżeć, w oczach pojawił się smutek.

- Zapewne masz rację. - Książę nawet nie starał się ukryć zniecierpliwienia. - Jednak 

byłoby lepiej, gdyby zachowywał się tak jak ty. Twój brat bywa czasami nieznośny.

Chłopiec jeszcze niżej spuścił głowę.

A co przywiozłeś Gabrielowi, tatusiu? - zapytał Stuart, pragnąc pocieszyć brata.

- Dobry Boże! - westchnął książę. - Byłem  tak zajęty wybieraniem ci kucyka, że 

zupełnie o tym zapomniałem. Ale nic się nie stało. Następnym razem coś mu przywiozę. A 

teraz   chodź,   Stuarcie.   Mamy   ze   sobą   wiele   do   pomówienia.   Postanowiłem   bowiem,   że 

będziesz mi towarzyszył przy kolejnej mojej podróży do Londynu.

Stuart z dumnie wypiętą piersią poszedł za ojcem. Kiedy dotarli do drzwi, książę 

odwrócił się nagle, jakby sobie o czymś przypomniał, i poklepał Gabriela po głowie, niczym 

swojego ulubionego pupila, po czym ruszył do hallu.

Chłopiec nie był jednak ani jego ulubieńcem, ani pupilem. Był tylko dzieckiem, które 

nie mogło zrozumieć, dlaczego ojciec tak je lekceważy.

background image

Za to matka doskonale to rozumiała.

W jednym z okien na piętrze poruszyły się jedwabne zasłony. Nie zauważona przez 

całą trójkę lady Caroline Sinclair, księżna Farleigh, obserwowała całą scenę. Na jej twarzy 

malował się smutek, jak każda matka czuła bowiem, że jej dziecku stała się krzywda. Tak 

bardzo starał się zadowolić ojca, zwrócić na siebie jego uwagę. Edmund jednak był ślepy i 

głuchy. Właściwie ledwie go zauważał.

Ulubieńcem księcia był jego pierworodny. Lady Caroline obawiała się, żeby drugi syn 

nie podzielił losu drugiej żony.

Przypomniała sobie dzień, w którym Edmund przyszedł się oświadczyć.

Stuart potrzebuj e matki, a ja żony - oznajmił.

Jakiż był pyszny, arogancki i wyniosły. Wówczas zbytnio się tym nie przejęła, bo 

miłość   przesłaniała   jej   rozsądek.   Pokochała   Edmunda   od   pierwszego   wejrzenia   i   była 

szczęśliwa, że wybrał właśnie ją. Naiwnie wierzyła, że pewnego dnia i on ją pokocha.

Zrobiła wszystko, by zasłużyć na jego miłość. Niestety okazało się, że jego serce 

pozostało przy pierwszej zmarłej przed kilkoma laty żonie.

Przycisnęła drżące palce do czoła. Musi być silna. Ma przecież Gabriela. Dla dziecka 

potrafi znieść wszystko - i krzywdę, i ból. On jest wszystkim, co jej pozostało. Z ciężkim 

sercem, lecz z uśmiechem na twarzy, zeszła na dół do hallu.

Chłopiec wciąż stał tam, gdzie go pozostawiono. Opuszczony i zapomniany przez 

wszystkich. W jego duszy narastał bunt i sprzeciw. Dziecko nie zapomina wyrządzonych mu 

krzywd.

Łagodnie, lecz stanowczo, wysunął się z czułych objęć matki. Nic chciał, by się nad 

nim litowano. W oczach błysnęła duma. Właśnie duma nie pozwoliła mu uronić ani jednej 

łzy.   Był   przecież   synem   swego   ojca.   Nawet   nie   przypuszczał,   jak   bardzo   jest   do   niego 

podobny.

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Charleston, Karolina Południowa, 1815

Z nieba lały się strugi deszczu, mocząc śmiałków, którzy odważyli się wyjść na dwór, 

a cuchnące, poryte koleinami zaułki zmieniając w grząskie bajora. Ale na głównej sali, w 

oberży „U Czarnego Jacka” było ciepło, gwarno i wesoło. Choć mieściła się w odległości 

zaledwie kilku przecznic od nabrzeża, schodzili się do niej goście z całego miasta. Należała 

do najlepiej prosperujących zajazdów w okolicy. Słynęła z wybornego jadła, czystej pościeli i 

grzecznej obsługi, a wszystko za godziwą cenę.

W   tę   dżdżystą,   ponurą   noc,   przy   stole   w   kącie   sali,   siedziało   dwóch   elegancko 

odzianych  dżentelmenów.  Jeden z nich miał włosy czarne jak heban, drugi był  ciemnym 

blondynem   o   szczupłej   sylwetce.   Po   tygodniach   spędzonych   na   morzu   z   przyjemnością 

zamienili ciasne kajuty na ciepłe i wygodne pokoje w oberży.

- Za nasz szczęśliwy powrót do Anglii i za świeżo upieczonego hrabiego Wakefield i 

jego przyszłą żonę - zawołał ze śmiechem Christopher Marley.

Jego   towarzysz.   Gabriel   Sinclair,   nie   podzielał   jednak   wesołości   przyjaciela. 

Niechętnie myślał o ożenku. Nie leżał on w jego planach.

Zapatrzył   się   w   kielich,   jakby   ujrzał   w   nim   wszystkie   tajemnice   świata.   Ostatnie 

tygodnie były jednym nic kończącym się koszmarem.

Stuart zmarł, śmiertelnie raniony w bitwie pod Nowym Orleanem. Ból ścisnął serce 

Gabriela. Prawdę powiedziawszy, zupełnie nie był przygotowany na śmierć brata. On i Stuart 

jakoś nie potrafili się do siebie zbliżyć, a z upływem lat jeszcze się od siebie oddalili. Gabriel 

wyjechał z Farleigh w dniu pogrzebu matki i nigdy do niego nic powrócił. Zerwał wszelkie 

kontakty z ojcem i zajął się z powodzeniem przewozem towarów drogą morską. Bez żalu 

porzucił   rodzinne   dobra   i   wszystko,   co   się   z   nimi   wiązało.   Ojciec   w   ogóle   się   nim   nic 

interesował.  Nie  próbował  go odnaleźć  nawet  wówczas,  kiedy  zaciągnął  się  do wojska   i 

wyruszył przeciw Napoleonowi. Przez pięć lat Gabriel nie miał od niego żadnej wiadomości. 

Jakby jego młodszy syn nigdy nic istniał.

Wszystko się zmieniło wraz ze śmiercią Stuarta.

Przypomniał sobie spotkanie z ojcem, które odbyło się w gabinecie jego londyńskiego 

domu, kiedy to dowiedział się o śmierci brata.

Ojciec nic się nic zmienił. Wciąż był jak dawniej arogancki i władczy.

- Jesteś teraz hrabią Wakefield, przyszłym księciem Farleigh - oznajmił lodowatym 

tonem, którego Gabriel tak bardzo nienawidził. - Twoim obowiązkiem jest ożenić się i dać mi 

background image

wnuka, który przedłuży linię rodu.

Obowiązek.   Jakim   wstrętem   napawało   go   to   słowo.   Dotąd   niewiele   myślał   o 

obowiązku, bo to Stuart miał zostać hrabią Wakefield.

- Kobiety służyły mi do różnych celów, zarówno w łożu. jak i poza nim, ojcze. - 

Uśmiechnął   się   złośliwie   i   patrzył   z   satysfakcją,   jak   na   twarzy   ojca   pojawia   się   wyraz 

niesmaku. - Nigdy jednak w celach matrymonialnych.

Edmund ściągnął  gniewnie przyprószone  siwizną brwi. Jego wciąż gęste, pomimo 

upływu lat, włosy miały ten sam stalowo - szary odcień.

- Na to wygląda - rzucił oschle. - Informowano mnie o twoich... poczynaniach. Miałeś 

wiele kochanek, lecz nigdy żony.

Uśmiech zniknął z twarzy Gabriela. Jak ten człowiek śmie go szpiegować?! Z trudem 

powstrzymał wybuch gniewu.

-   Z   tytułem   wiąże   się   odpowiedzialność,   Gabrielu   -   ciągnął   dalej   książę.   -   Twój 

dotychczasowy   tryb   życia   musi   ulec   zmianie.   Przede   wszystkim   powinieneś   się   ożenić. 

Skoro, jak rozumiem, nie masz żadnej kandydatki, proponuję, byś poślubił dawną narzeczoną 

Stuarta, lady Evelyn.

Gabriel   wiedział,   że   brat   zaręczył   się   z   lady   Evelyn,   córką   księcia   Warrenton. 

najbliższego sąsiada Farleigh w hrabstwie Kent.

- Nie widzę żadnych przeciwwskazań w tym względzie - dodał Edmund.

Gabriel był tak zaskoczony, że na chwilę stracił głowę. Dopiero później doszedł do 

wniosku, że właściwie powinien się tego spodziewać. Z trudem powstrzymał chęć wyjścia z 

gabinetu i posłania ojca do diabła.

Miał wiele wad, lecz nie był głupcem. Farleigh to rozległe dobra, a w dodatku miał w 

przyszłości otrzymać tytuł księcia. Nie odrzuca się takich perspektyw. Może los chciał w ten 

sposób osłodzić mu smutne lata dzieciństwa?

- No więc? - Aż za dobrze znał tę nutę zniecierpliwienia w głosie ojca. - Nie masz mi 

nic do powiedzenia, Gabrielu? Skoro tak, to zakładam, że się zgadzasz.

Gabriel zacisnął dłonie w pięści.

-   Ojcze   -   powiedział   ze   śmiertelnym   spokojem.   -   Nic   się   nie   zmieniłeś   przez   te 

wszystkie lata. Nie uznajesz żadnej innej woli poza swoją własną. Czy miałoby dla ciebie 

jakieś znaczenie, gdybym się sprzeciwił?

Jednocześnie   pomyślał,   że   potrzebuje   czasu,   by   się   nad   tym   zastanowić.   Co   do 

jednego nie miał wątpliwości. Jeśli zdecyduje się poślubić lady Evelyn, to tylko z własnej 

nieprzymuszonej woli.

background image

Tak jak przypuszczał, książę zignorował jego szyderczą uwagę.

- A więc postanowione. Warrenton i jego córka zgadzają się na ten związek. Trzeba 

niezwłocznie ogłosić wasze zaręczyny.

Nie. Mam do załatwienia interesy w Ameryce. Mój statek odpływa jutro o świcie. 

Muszę więc nalegać na odłożenie tej sprawy do mojego powrotu.

Niechęć   księcia   do   Jankesów   była   powszechnie   znana.   Nikt   się   temu   nic   dziwił, 

wiedząc, co spotkało jego żonę, a teraz syna. Edmund zacisnął gniewnie wargi. Nie widzę 

powodu do zwłoki...

- Ale ja widzę - wszedł mu w słowo Gabriel. Wstrzymanie się z tym na kilka miesięcy 

byłoby   bardziej   stosowne   ze   względu   na   śmierć   Stuarta.   Poza   tym   uznano   by   to   za 

niewłaściwe, gdyby mnie zabrakło podczas ogłaszania tej wiadomości.

- Wzruszył ramionami i dodał z niezmąconym spokojem: - Parę miesięcy niczego tu 

nie zmieni.

-   Oczywiście   masz   rację   -   odpowiedział   Edmund   po   dłuższym   zastanowieniu. 

Ogłosimy wasze zaręczyny, jak tylko wrócisz do Londynu.

Gabriel skonstatował z zadowoleniem, że ojciec z trudem hamuje gniew. Niewielkie 

to zwycięstwo, ale zawsze coś.

Głośny śmiech przywołał go do rzeczywistości. Co takiego powiedział Christopher? 

„Za hrabiego Wakefield i jego przyszłą żonę.” Uniósł w górę brew. W tej chwili prędzej by 

poślubił odrażającą wiedźmę niż lady Evelyn.

-   Dopiero   co   przypłynęliśmy   -   rzucił   lekkim   tonem.   Chcesz   wyjechać   bez 

posmakowania   wszystkich   przyjemności,   jakie   oferuje   nam   Charleston?   O   ile   sobie 

przypominam, w czasie naszej ostatniej tu bytności niemal wszystkie pokojówki w mieście aż 

się paliły do spotkania z angielskim ostrzem.

Christopher   zbyt   dobrze   znał   przyjaciela,   by   nie   zwrócić   uwagi   na   ten   pozornie 

beztroski ton.

Coś cię trapi - zauważył ze spokojem.

Trapi? Czemu miałby się trapić spotkaniem z ojcem?

Uśmiechnął się ironicznie.

- Wkrótce poślubię kobietę, której ród należy do najstarszych w Anglii. Masz rację. 

Christopherze. Wznieśmy toast za połączenie rodów Warrenton i Farleigh. - Uniósł w górę 

kufel. - Niech będą przeklęci!

Christopher przyglądał się, jak Gabriel opróżnia do dna kufel z piwem. Przed oczami 

stanął mu obraz bladej, eterycznej blondynki, którą miał poślubić jego przyjaciel. Westchnął. 

background image

Czego by nic dał za to, by móc znaleźć się na miejscu Gabriela. Ale dla zwykłego baroneta 

urocza Evelyn była równie nieosiągalna jak gwiazdy.

-   Lady   Evelyn   nie   jest   przecież   potworem,   Gabrielu.   Wprost   przeciwnie,   jest 

niezwykle urodziwa. Na twoim miejscu nic traktowałbym tego, co cię czeka, jak dopustu 

bożego.

Gabriel nic na to nie odpowiedział. Odziedziczył już po Stuarcie tytuł, więc dlaczego 

nie narzeczoną? - pomyślał.

Tak po prawdzie to nic o samo małżeństwo tu chodziło. Christopher ma rację. Evelyn 

nie jest brzydka. W dodatku jest cicha, nieśmiała i chyba się go boi. Zrobi to, co jej każą, i nie 

ośmieli się sprzeciwić. Cóż to ma za znaczenie, że wkrótce będzie żonaty? Małżeństwo i 

wierność rzadko chodzą w parze. Wszyscy uważają za normalne to, że mężczyzna sypia tam, 

gdzie chce, i z kim chce. Nic, w niczym to nie zmieni trybu jego życia. Jednak na samą myśl 

o ożenku czuł palący gniew. Najbardziej oburzał go fakt, że to ojciec kazał mu się ożenić z 

Evelyn. Uznał zapewne że syn spełni jego polecenie. Arogancki tyran!

- Nic przypuszczałem, że ożenię się z obowiązku - powie dział po chwili, po czym 

dodał gniewnie: - Właściwie to wcale nie miałem zamiaru się żenić.

Kiedy   oberżysta   stawiał   przed   nimi   talerze   z   pieczoną   wołowiną,   pieczonymi 

karczochami i soczystą szynką. Christopher w milczeniu przyglądał się przyjacielowi. Odkąd 

pamiętał, Gabriel zawsze miał charakter porywczy i buntowniczy. Poznali się w Cambridge. 

Już wtedy stosunki między nim i ojcem były chłodne. Teraz jednak wyczuwał w nim jakąś 

twardość, milczący upór, który pojawił się po śmierci matki. Mógłby przysiąc, że Gabriel 

wini ojca za jej śmierć... A przecież śmierć Caroline była tragicznym wypadkiem. Nie zapytał 

jednak   Gabriela,   dlaczego   ojca   czyni   za   nią   odpowiedzialnym.   Istniały   pewne   granice, 

których nie należało przekraczać.

-   Niektórzy   z   ochotą   weszliby   w   ten   małżeński   interes   -   stwierdził   na   koniec.   - 

Niestety, wiążą się z tym pewne obowiązki.

Gabriel roześmiał się szorstko i chwycił za widelec.

- Masz rację. Kobiety uważają że mężczyźni są wolni. Ale małżeństwo jest po to, by 

zdobyć to, czego się nie ma. Czyż nie na ironię zakrawa fakt. że kobieta obdarzona urodą 

pragnie poślubić  majątek?  Jeśli zaś jest bogata,  to w  ogóle nie musi wychodzić  za mąż. 

Mężczyzna  natomiast... no cóż, jeśli mężczyzna  chce mieć dziedzica, musi znaleźć sobie 

żonę.

Błękitne oczy Christophera rozbłysły wesołością.

-   Może   przyszłe   małżeństwo   utemperuje   twój   charakter.   -   Zachichotał.   -   Cóż   za 

background image

intrygująca perspektywa.

Gabriel po raz pierwszy roześmiał się wesoło.

W   istocie,   intrygująca   -   przyznał.   -   Czyż   jednak   możliwa?   -   Pokręcił   głową   z 

powątpiewaniem. - Nie sądzę.

Doskonale wiedział, że opinia rozpustnika, jaką się cieszył w towarzystwie, jest w 

pełni zasłużona. O rozpuście wiedział wiele, o cnocie - prawie nic.

- Proponuję, byśmy  zajęli się przyjemniejszymi  sprawami - rzekł lekkim tonem. - 

Ciekaw jestem, jakież to nowe kwiatuszki rozkwitły w czasie naszej nieobecności.

Z   zaciekawieniem   powiódł   wzrokiem   po   sali.   Do   jednego   z   właśnie   zwolnionych 

stołów podeszła dziewczyna, by sprzątnąć puste kufle. Miała szerokie biodra, duże brązowe 

oczy i pulchne rumiane policzki. Kiedy spostrzegła, że jest obserwowana, uśmiechnęła się 

promiennie i pochyliła niżej nad stołem. Bluzka rozchyliła się. odsłaniając bujne piersi.

- Oho! - mruknął Christopher. - Trudno nazwać chłodną tę prezentację kobiecych 

wdzięków, nie sądzisz?

- W istocie - przyznał Gabriel rozbawiony zachowaniem dziewczyny. Jej intencje były 

zupełnie oczywiste. Jak na mój gust trochę za obfita - powiedział.

Christopher wybuchnął śmiechem.

Na pewno byłaby dobrą żoną dla jakiegoś wieśniaka.

W lej chwili ukazała się druga dziewczyna. Wyszła właśnie z kuchni, w pośpiechu 

zawiązując w pasie fartuch.

Ileż w niej było młodzieńczego wdzięku. Kolor włosów przywodził na myśl ogień 

płonący na kominku - ekscytująca kombinacja bursztynu i złota. Związywała je w ciasny 

węzeł na karku. Gabriel nic mógł się oprzeć wrażeniu, że dziewczyna stara się ukryć swą 

urodę.

Christopher podążył za jego wzrokiem i uniósł w górę brew.

- Oto dziewczę, które sprawiłoby przyjemność zarówno oczom, jak i ustom. Natura 

hojnie   ją   obdarzyła.   W   niczym   nie   ustępuje   pannom   z   towarzystwa.   Mogłaby   wysoko 

mierzyć, nie sądzisz?

Gabriel   nie  spieszył  się z  odpowiedzią.   Zresztą  jego  wzrok  mówił  sam  za  siebie. 

Christopher westchnął z żalem, bo sam z przyjemnością posmakowałby takiej piękności, lecz 

Gabriel dostrzegł ją pierwszy.

Nie mógł oderwać od niej wzroku. Ubrana była tak jak jej towarzyszką w zniszczoną, 

muślinową sukienkę, która niegdyś była zielona. Kwadratowy dekolt był głęboko wycięty. 

Dziewczyna   niosła  przed   sobą   ciężką  tacę  z  kuflami   pieniącego  się   piwa,  zmierzając  ku 

background image

przeciwległemu końcu sali.

Nie uszło uwagi Gabriela, że jej ręka często wędruje ku dekoltowi, który odsłaniał 

zaledwie skraj miękkich krągłości. Uśmiechnął się lekko, stwierdzając ze zdziwieniem, że 

bardziej   fascynuje   go   to,   co   zostało   skromnie   ukryte,   niż   to,   co   druga   dziewczyna   tak 

bezwstydnie odsłoniła.

Zniszczona sukienka podkreślała niezwykle szczupłą sylwetkę dziewczyny. Wydała 

mu się dziwnie nie na miejscu, niczym delikatny różany kwiatek wśród ciernistych krzewów. 

Natychmiast się zreflektował. Cóż za nonsensowne myśli przychodzą mu do głowy? Żeby 

porównywać tę prostaczkę do róży? W tej samej chwili przyszło mu do głowy, że matka 

kochała przecież kwiaty.

Tuż obok rozległ się szelest spódnic. Przy ich stole stała tęższa dziewczyna.

-   Czy   smakowało   panom   jedzenie?   -   zapytała,   spoglądając   na   nich   ciemnymi 

wymownymi oczyma.

Zawsze uprzejmy Christopher pospieszył z odpowiedzią.

- Tak. dziękujemy, panienko. Proszę przekazać słowa uznania kucharzowi. Chleb był 

aromatyczny i gorący, wołowina delikatna i dobrze przyprawiona.

Uśmiechnęła się i przesunęła językiem po wargach.

- Mam na imię Neli - powiedziała. - Jesteście panowie Anglikami, tak?

W istocie. - Christopher wstał i skłonił się żartobliwie. - Jestem Christopher Marley, a 

to Gabriel Sinclair, świeżo upieczony hrabia Wakefield.

Oczy   Neli   zrobiły   się   okrągłe.   Dygnęła   tym   razem   niezwykle   skromnie.   Sprytne 

posunięcie, pomyślał Gabriel, skłaniając głowę.

-   Skoro   tak,   to   muszę   wam   powiedzieć,   panowie,   że   nie   mam   nic   przeciwko 

angielskim   dżentelmenom.   Odkąd   wojna   się   skończyła,   mieliśmy   ich   kilku.   I   byli   to 

prawdziwi panowie, nie tacy jak większość tych tutaj.

Gabriel   uśmiechnął   się   uprzejmie.   Kiwnął   głową   w   stronę,   gdzie   stała   druga 

dziewczyna.

A kim jest tamta panienka? Uśmiech Neli zbladł.

Ach,   to   Cassie.  Jej   mama   pracowała   kiedyś   w   tej   oberży   -   wyjaśniła   i   mrugnęła 

znacząco. - Całe Charleston wie, że drzwi na noc nie zamykała, jeśli wiecie, co mam na 

myśli. Jakiś czas temu uciekła i zostawiła swojego dzieciaka. Dziewczyna zadziera nosa jak 

jakaś dama tylko dlatego, że wyraża się lepiej ode mnie. To przez to, że Bess ją uczyła. Bess 

była kiedyś pokojówką we dworze. Gabriel kiwną! głową.

- Rozumiem. A kim jest Bess?

background image

- Była - poprawiła Neli. - Przed miesiącem umarła w połogu. Ona i Cassie były ze 

sobą jak matka i córka.

Skrzywiła się, kiedy spostrzegła, że Gabriel nie może oderwać oczu od jej koleżanki.

- Na mój gust ma zbyt mały tyłek i nie za bardzo ma czym oddychać.

Uniosła załomie głowę i przesunęła palcem wzdłuż kołnierzyka surduta Christophera.

- Gdybyście chcieli czegoś więcej, wystarczy zapytać o Neli.

Po jej odejściu Christopher zaśmiał się sucho. Dobry Boże, chęci to ma aż nadto.

I   raczej   nie   przebiera   w   klientach   -   dodał   Gabriel.   Christopher   poszedł   za   jego 

wzrokiem i zobaczył, że jakiś jegomość o wydatnej szczęce, siedzący przy wejściu, złapał 

Neli w pasie. Kiedy pociągnął ją na kolana, wybuchnęła  śmiechem i objęła go za szyję. 

Mężczyzna wsunął jej rękę za bluzkę i obmacywał pierś. Gabriel skrzywił się z niesmakiem. 

W tym momencie z kuchni wyszła druga dziewczyna.

- Trudno mi pojąć, jak matka mogła ją zostawić - zauważył Christopher. - Przecież to 

jeszcze dziecko. - Pokręcił ze smutkiem głową.

Gabriel wyciągnął nogi pod siołem. Ta część miasta nie należała do najpiękniejszych. 

W wąskich uliczkach pełno było krów i koni. Mieszkańcy bez skrupułów rzucali śmiecie, 

gdzie popadło. Ulice były błotniste i cuchnące. Jeśli prawdą było to, co powiedziała Neli, 

dziewczyna nie miała lekkiego życia.

- Rzeczywiście, jej położenie jest dość żałosne - przyznał Gabriel. - Ale w Londynie 

też mnóstwo dzieci głoduje i żyje na ulicach, nie mając gdzie się skryć w chłodne noce.

Christopher klepnął go po ramieniu.

- Nie miałem pojęcia, że wiesz o takich sprawach. Może jest jednak dla ciebie jakaś 

nadzieja.

Ich uwagę przyciągnął głośny wybuch śmiechu. Grupa mężczyzn przy sąsiednim stole 

postanowiła   zabawić   się   z   Cassie,   która   właśnie   napełniała   im   kufle   piwem,   starając   się 

unikać natrętnych rąk.

- Chodź tu, dzieweczko. Pokaż, co tam ukrywasz pod spodem!

- A co wam do tego? - odcięła się. - Idźcie do Neli, ona ma się czym pochwalić...

Dam   głowę,   że   ty   masz   od   niej   piękniejsze.   Krągłe   jak   dojrzałe   brzoskwinie   z 

czerwonymi niczym wiśnie sutkami...

Jego towarzysze zachichotali lubieżnie.

- No dalej! - rozległ się głos gościa siedzącego przy innym stole. - Zobacz, co ona tam 

ma!

Jeden z mężczyzn położył jej dłoń na pośladkach i mocno uszczypnął. Kiedy skoczyła 

background image

jak oparzona, zarechotali z radości.

Gabriel popijał piwo przyglądając się w milczeniu całej scenie. Nie czuł niesmaku, 

takie   widoki   bowiem   były   w   oberży   czymś   zwyczajnym.   W   swoim   klubie   w   Londynie 

widywał jeszcze gorsze rzeczy. Dziewczynie z pewnością nie były one obce. Na pewno jej się 

podobały. Takie jak ona to lubią...

Jednak się mylił. Kiedy krzepki żeglarz złapał ją za spódnicę, wyrwała ją gwałtownie, 

a w jej oczach błysnęła nienawiść. Gabriel wolno odstawił kufel na stół. Nie, musiało mu się 

chyba przywidzieć. Dziewczyna z pewnością była taka jak inne.

Cassie McClellan postawiła z impetem tacę na długim stole w kuchni. Boże, jak ona 

tego wszystkiego nienawidziła. Zapachu potu i piwa. napastliwych męskich rąk i oślinionych 

warg. Wzdrygnęła się z obrzydzenia. Te ich odrażające obłapianki. Sto razy bardziej wolała 

obierać i kroić cebulę, parzyć ręce od gorących garnków, a nawet szorować podłogi, niźli 

wchodzić do tego hałaśliwego przybytku szatana. Na samą myśl o tym czuła skurcz żołądka.

Ale Czarnemu Jackowi zależało jedynie na klientach. Nic dbał o to, jak traktują oni 

jego pomocnice. Ponownie zadrżała, przypominając sobie dotyk lepkich dłoni na swoim ciele. 

Boże. jakże nienawidziła tych świń! Szukali w piwie zapomnienia, rozrywki zaś u tych. które 

je podawały.

A dziś wieczorem pojawił się jeszcze on - ciemnowłosy mężczyzna siedzący w rogu 

sali. Bez przerwy się w nią wpatrywał.

Tego   właśnie   nienawidziła   najbardziej.   Na   samą   myśl,   że   widział,   jak   ci   okropni 

mężczyźni ją zaczepiali, robiło jej się gorąco ze wstydu, upokorzenia i... gniewu. Czyżby 

bawił się jej kosztem? Czyżby żartował sobie z niej? Jak on śmiał!

Jednocześnie zastanawiała się. kim są ci dwaj eleganccy dżentelmeni: może to kapitan 

jednego ze statków stojących w porcie i pierwszy oficer? A może plantator z Południa albo 

bogaty kupiec? Czarny Jack osobiście dopilnował przygotowania dla nich posiłku i sam ich 

obsłużył. Już samo to przydawało rangi tym jegomościom.

Wycierając ręce w ścierkę rzucała ukradkowe spojrzenia w stronę sali. Trudno było 

cokolwiek zobaczyć z powodu gęstego dymu. ale zauważyła, że Czarny Jack znowu stoi przy 

ich stole.

W tym momencie do kuchni weszła Neli. Przepaskę do włosów miała przekrzywioną, 

a rękawy sukni zgniecione i zsunięte z ramion. Cassie pospiesznie odwróciła wzrok. Neli 

wyglądała, jakby właśnie wyszła z czyjegoś łóżka.

- A niech to! - zachichotała. Wiesz, kto do nas zawitał? Angielski hrabia! Pewnie ich 

widziałaś. Siedzą przy tym stole w rogu. Ten czarny to hrabia. Diabelsko przystojny z niego 

background image

paniczyk. Aż dreszcze przebiegają po ciele na jego widok. - Cisnęła pół tuzina brudnych kufli 

do miski z wodą. - Żebyś widziała jego ręce. Są takie czyste, nawet paznokcie, wyobrażasz 

sobie? I ten surdut... widziałaś go, Cassie? Z prawdziwego aksamitu. Nie wiem, czemu tyle 

paplę   o   jego   przyodziewku.   Najbardziej   interesuje   mnie   to,   co   ma   pod   spodem.   - 

Zachichotała.

Cassie   skrzywiła   się   w   duchu.   Neli   była   taka   jak   jej   matka.   Zbyt   łatwo   i   zbyt 

nieroztropnie   się  zakochiwała.  Cassie   już  dawno  postanowiła,   że  nie   popełni   tego  błędu. 

Przeszła między zwisającymi z belki wędzonymi szynkami i zatrzymała się przed spiżarnią.

Neli zaś paplała dalej.

- A ten drugi nazywa się Christopher Marley. Też niczego sobie jegomość. Będę dziś 

dla ciebie hojna, Cassie. Możesz sobie wziąć Christophera Marleya. - Zachichotała. - Ale ty 

pewnie nic wiedziałabyś, co z nim robić, co?

Cassie   zaczerwieniła   się   aż   po   nasadę   włosów,   czym   wywołała   kolejny   wybuch 

śmiechu Neli. Czyż nigdy nie nauczy się ignorować Neli? Ach. gdyby tylko mogła wyjść 

przez te drzwi i więcej nie wrócić. Co zaś się tyczy hrabiego, to mało ją obchodziło, czy był 

królem Anglii, czy też właścicielem kupy gnoju.

Do kuchni wtoczył się Czarny Jack. Był to wielki, zwalisty i kudłaty mężczyzna o 

ponurym wejrzeniu. Cassie już dawno doszła do wniosku, że to z tego powodu zdobył sobie 

przydomek „Czarny”.

Co tu robicie? - warknął na nie. - Zabierajcie stąd swoje leniwe tyłki! Goście czekają! 

-   Jego   wzrok   zatrzymał   się   na   Cassie.   -   A   ty   weź   butelkę   brandy   i   zanieś   tym   dwóm 

dżentelmenom w rogu sali. Podaj też kryształowe kieliszki.

- Nie ma potrzeby obciążać tym Cassie - zagadała szybko Neli. - Ja ich obsłużę...

- Nie ty, tylko ona.

Cassie   znieruchomiała.   Ma   obsłużyć   tego   człowieka,   który   lak   się   na   nią   gapił? 

Doskonale wiedziała że za propozycją Neli nie kryje się dobra wola. Z pewnością liczyła, że 

dziś wieczór będzie grzać łóżko temu dżentelmenowi. Cassie nie miała jej tego za złe.

- Nic mam nic przeciwko temu, by Neli...

-   Ale   ja   mam!   -   przerwał   jej   ostro   Czarny   Jack.   Na   belce   wisiał   długi   rząd 

miedzianych rondli i naczyń. Cassie wzdrygnęła się. kiedy pochwycił drewnianą chochlę i 

machnął nią groźnie. - Powiedziałem już, że pójdziesz ty, nie ona! A teraz do roboty, bo 

stracę cierpliwość. Uśmiechaj się i bądź miła dla tych panów. I przestań zakrywać dekolt.

Poczuła pod powiekami piekące łzy. Na oślep sięgnęła po butelkę brandy i najlepsze 

kryształowe kieliszki. Przekonywała siebie w duchu, że przecież setki razy już to robiła. A ci 

background image

dwaj nie będą zapewne gorsi od innych.

Wzięła   głęboki   oddech,   pchnęła   wahadłowe   drzwi   i   weszła   na   salę.   Powitały   ją 

hałaśliwe   okrzyki.   Ignorując   grubiańskie   zaczepki   i   natrętne   ręce.   przepchnęła   się   ku 

stojącemu w rogu stołowi. Im bliżej podchodziła, tym jej kroki stawały się wolniejsze. W 

pewnej chwili czarnowłosy mężczyzna uniósł głowę i ich oczy się spotkały. Cassie poczuła, 

jakby przez jej ciało przebiegł piorun. Owładnęła nią przemożna chęć, by odwrócić się i uciec 

stąd jak najdalej. Nie wiedziała jednak, co było tego przyczyną.

Co takiego powiedziała o nim Neli? Diabelsko przystojny. Jednak to pierwsze słowo 

bardziej do niego pasowało.

Naturalnie   nie   mogła   zaprzeczyć,   że   jest   wyjątkowo   przystojny.   Nigdy   dotąd   nie 

spotkała   mężczyzny   o   tak   pięknej   fizjonomii.   Wysokie   kości   policzkowe   i   niezwykle 

kształtna   linia   szczęki.   Włosy   miały   kruczoczarny   odcień   i   przycięte   były   dość   krótko. 

Zmierzwione   loki   opadały   na   czoło   w   sposób,   jakiego   Cassie   nigdy   dotąd   nie   widziała. 

Pomimo całej swej doskonałości jego oblicze było wyjątkowo męskie.

Czuło się w nim jednak jakąś szorstkość, zwłaszcza w zaciśniętych ustach i oczach 

okolonych  ciemnymi  brwiami,  spoglądających   na  nią   zimno  i   przenikliwie   niczym   ostre, 

szklane igiełki.

Cassie pierwsza odwróciła wzrok. Przełknęła z trudem ślinę i podeszła do stołu. Przez 

cały czas nie spuszczał z niej błyszczącego jak srebro spojrzenia, prześwidrowującego ją na 

wylot.   Neli   miała   rację,   pomyślała.   Ona   również   poczuła   dreszcze   przebiegające   wzdłuż 

kręgosłupa.

Proszę, panowie.

Przez przypadek stanęła obok jasnowłosego panicza, tego. który według słów Neli 

nazywał się Christopher Marley. Pospiesznie ustawiła na stole kryształowe kieliszki.

Jesteś Cassie, prawda? - zapytał z uśmiechem blondyn. Niechętnie uniosła wzrok i 

odetchnęła   z   ulgą.   Ten   mężczyzna   w   niczym   nie   przypominał   swego   towarzysza.   Miał 

łagodne oczy i ciepły, miły uśmiech.

- Tak, wielmożny panie - mruknęła. - Cassie McClellan.

- Czy Cassie to skrót od Cassandry?

- A jakże. - Kiwnęła głową. - Ale wszyscy mówią do mnie „Cassie”. - Poczuła się 

swobodniej i pozwoliła sobie na lekki uśmiech.

W odpowiedzi uśmiechnął się jeszcze szerzej.

- To imię bardzo do ciebie pasuje. - Odchylił się na oparcie krzesła i przyjrzał się jej 

ciekawie. - Czy Charleston zawsze było twoim domem?

background image

Domem? Trudno nazwać domem tę ciasną małą izbę na poddaszu, którą dzieliła z 

Neli. Marzyły z Bess, że kiedy odłożą dość pieniędzy, kupią mały domek i zajmą się szyciem 

dla wielkich pań, obie bowiem miały zręczne palce do igły. Równie dobrze mógł to być nawet 

jeden pokój. Najważniejsze, żeby od nikogo nie były zależne. Na myśl o Bess serce jej się 

ścisnęło.   Drogą   kochana   Bess.   Choć   niewiele   od   niej   starsza,   była   lepszą   matką   niż   jej 

własna. Przygarnęła, zapewniła opiekę i troszczyła się jak nikt na świecie.

Nie, pomyślała. Nic miała i zapewne nigdy nic będzie mieć własnego domu.

Spuściła wzrok i zajęła się wyciąganiem korka z butelki.

-   Tak   -   odpowiedziała   po   chwili.   Tu   się   urodziłam.   -   Po   czym   dodała   z   nikłym 

uśmiechem: - Po prawdzie to nigdy stąd nie wyjeżdżałam.

Zapadła pełna napięcia cisza, w czasie której Cassie zmagała się z korkiem od butelki. 

Palce   jej   się   trzęsły,   bo   hrabia   nie   spuszczał   z   niej   przenikliwego   spojrzenia.   Ze 

zdenerwowania zaczęła gwałtownie szarpać korek.

-   Pozwól,   że   ja   to   zrobię   -   posłyszała   jego   głos,   w   którym   dźwięczała   z   trudem 

skrywana niecierpliwość.

Uniosła wzrok i otworzyła usta, lecz nie wiedziała, co powiedzieć. Silne palce objęły 

szyjkę butelki. Wierzchem dłoni musnął przypadkowo jej piersi. To wystarczyło, by Cassie 

zupełnie straciła głos. Poczuła bowiem, jak całe jej ciało staje w ogniu.

Korek odskoczył. Dla Cassie ten dźwięk zabrzmiał niczym wystrzał armatni.

Zaczerwieniła się, kiedy zaczął nalewać do kieliszków.

-   Dziękuję   wielmożnemu   panu.   -   Ponownie   ogarnęło   ją   pragnienie   ucieczki,   lecz 

kątem oka dostrzegła stojącego w drzwiach kuchni Czarnego Jacka. Modląc się, by nikt nie 

spostrzegł,   że   cała   się   trzęsie,   dygnęła   i   nie   podnosząc   oczu   zapytała:   -   Czy   wielmożni 

panowie życzą sobie jeszcze czegoś?

Nie miała  ochoty patrzeć na hrabiego,  lecz zmusił  ją do tego siłą swego wzroku. 

Przyglądał jej się chłodno, taksująco. Omiótł spojrzeniem szyję, po czym zszedł niżej, ku 

wypukłościom wyłaniającym się znad obszytego falbanką stanika.

Na razie nic - odpowiedział wolno.

Skinęła głową zawstydzona i jednocześnie zagniewana jego śmiałą lustracją.

Wobec tego wytrę tylko stół.

Pragnąc jak najszybciej odejść, sięgnęła przez stół po puste kufle po piwie. Stawiając 

je pospiesznie na tacy. zahaczyła łokciem o butelkę brandy, przewracając ją na blat stołu.

Mężczyźni   gwałtownie   poderwali   się   z   miejsc.   Na   szczęście   rozlewający   się 

ciemnoczerwony płyn nie zmoczył żadnego z nich.

background image

- Na Boga, dziewczyno, nie masz pojęcia o obsługiwaniu gości - wykrzyknął wściekle 

hrabia.

Natychmiast zaczęła porządkować bałagan.

Nie pracuję tu od dziś. wielmożny panie - rzuciła gniewnie. Jestem prawie tak długo 

jak Neli!

- Wobec tego ciekaw jestem, czy Czarnemu Jackowi zostały jeszcze w piwnicy jakieś 

butelki - padła cięta riposta.

Tego było już za wiele. Jak on śmie tak ją traktować?! Wyprostowała się i spojrzała na 

niego z oburzeniem.

Jakim prawem krytykujesz mnie, panie?! - wykrzyknęła. Może gdybyś przepracował 

uczciwie choć jeden dzień w życiu, nie osądzałbyś tych, którzy starają się wykonywać swoją 

pracę jak najlepiej!

Nie zauważyła, że do stołu podszedł Czarny Jack. Drgnęła nerwowo, kiedy jej ramię 

znalazło się nagle w żelaznym uścisku, po którym, wiedziała z doświadczenia, będzie miała 

sińce.

- Jak śmiesz odzywać się w ten sposób do jego lordowskiej mości?! Natychmiast 

przeproś wielmożnego pana!

Twarz Cassie oblał szkarłatny rumieniec. Nie dość, że została skarcona na oczach 

wszystkich gości, to na dodatek on był świadkiem jej wstydu. Gdyby tak się na nią nie gapił, 

nie doszłoby do tego.

Grube palce boleśnie wpijały się w jej ramię. Słyszałaś, co powiedziałem?

Poczuła w gardle palące łzy. Nienawidziła hrabiego za to, że doprowadził do takiej 

sytuacji, a siebie za bezradność. Jednak na myśl o tym, że Czarny Jack będzie się cieszył z jej 

upokorzenia, uniosła wysoko brodę.

- Przepraszam - powiedziała, prawic nie poruszając wargami.

Czarny Jack zmierzył ją groźnym spojrzeniem i puścił jej ramię, po czym zwrócił się 

do obu mężczyzn:

Dopilnuję, by przyniesiono panom drugą butelkę. Christopher Marley uniósł w górę 

rękę.

- Ja dziękuję. Dość już dziś wypiłem - powiedział. Popatrzył na Cassie i poklepał ją po 

ręku. - Nic się nie stało, panienko. Nie zaprzątaj sobie tym swojej pięknej główki.

- Ależ oczywiście - dodał chłodno hrabia. Nie możemy na to pozwolić, prawda?

Tymczasem Czarny Jack pchnął ją energicznie w stronę kuchni. Gdy tylko znaleźli się 

w środku, jego gniew wybuchł z całą siłą.

background image

-   Tego   już   za   wiele,   dziewczyno.   Nie   zmuszałem   cię.   byś   zapraszała   do   siebie 

mężczyzn,   skoro   nie   chciałaś,   ale   dość   mam   twoich   humorów.   Od   dziś   koniec   z   nimi. 

słyszysz?   Kiedy   prześpisz   się   z   mężczyzną,   przestaniesz   być   tak   cholernie   płochliwa. 

Najwyższy czas to zmienić.

Świat zawirował nagle wokół niej. Dobry Boże. chyba on nie myśli, że ja... Patrzyła w 

odrętwieniu, jak Czarny Jack stawia na tacy kieliszek i nową butelkę brandy.

- Zaniesiesz to do różowego pokoju. Tam śpi hrabia - warknął. Jeśli ktoś płaci tyle za 

noc, to trzeba mu to wynagrodzić. I nie udawaj, że nie wiesz, co mam na myśli. Jeśli go 

zadowolisz,   ja   też   będę   zadowolony.   Na   twoim   miejscu   nie   zapominałbym   o   tym.   w 

przeciwnym razie jutro znajdziesz się na ulicy.

Cassie   rzuciła   mu   przerażone   spojrzenie.   Tu   jest   źle.   ale   na   ulicy   będzie   jeszcze 

gorzej.   Nie   dalej   jak   wczoraj   znaleziono   w   zaułku   młodą   kobietę,   na   wpół   nagą,   z 

poderżniętym gardłem.

Słowa Czarnego Jacka podziałały na nią jak rozżarzone węgle na stopy. Chwyciła tacę 

i pobiegła na górę, jakby ją ktoś gonił.

Różowy   pokój   należał   do   najlepszych   w   oberży.   Stało   tam   szerokie   łoże   z 

baldachimem, przykryte różową haftowaną narzutą. W oknach wisiały brokatowe zasłony w 

takim samym odcieniu.

Kiedy jej matka zaczęła pracować u Czarnego Jacka, Cassie często wślizgiwała się do 

tego   pokoju   i   oddawała   się   marzeniom.   Wyobrażała   sobie,   że   jest   piękną   damą   i   panią 

wielkiego domu z dwunastoma takimi jak ten pokojami. Nigdy nie bywa głodna i zziębnięta. 

Teraz jednak marzyła tylko o tym. by uciec z tej strasznej oberży, od tej niewdzięcznej, nie 

kończącej się harówki.

Weszła   do   pokoju,   postawiła   tacę   na   podręcznym   stoliku   przy   oknie   i   objęła 

chłodnymi dłońmi rozpalone policzki. Czyż to źle chcieć więcej? Nie chciała dużo. jedynie 

tego, by było jej trochę lepiej. Wystarczyłby malutki własny domek, w którym czułaby się 

bezpiecznie,   trochę   pieniędzy,   by   móc   sobie   kupić   nową   suknię   i   kapelusz.   Nic   chciała 

umrzeć jak Bess, w dusznej izbie na poddaszu, w której unosił się zapach kurzu i śmierci.

Gdyby tylko znalazła jakieś wyjście...

Zebrała się w sobie, wyprostowała i wytarła wilgotne od łez oczy. Czy Czarny Jack 

naprawdę oczekiwał od niej, że odda się hrabiemu? Strach podszedł jej do gardła. Przecież 

nie będzie tu stała jak jagnię przeznaczone na rzeź!

Obróciła się na pięcie i w tym momencie jej wzrok spoczął na stojącej na wprost okna 

komodzie. Na wierzchu leżała garść srebrnych monet. Nie było tego wiele, ale dla niej to cała 

background image

fortuna.

Wystarczy sięgnąć ręką, a będą należały do niej... - Kusząca sumka, co? Ale jeśli 

chcesz ją dostać, musisz na nią zapracować, Jankesko.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

To był on.

Miała wrażenie, że zamieniła się w sopel lodu. Pragnęła uciec stąd tak szybko, jak to 

możliwe, lecz nogi odmówiły jej posłuszeństwa. W końcu udało jej się odwrócić do niego.

Jakiż on wysoki, pomyślała, o wiele wyższy, niż wydawał się na dole. Miał szerokie 

ramiona; rękawy surduta opinały je ciasno jak rękawiczka. Ciemne bryczesy uwydatniały 

napięte mięśnie ud. Był kwintesencją wdzięku i elegancji.

Jeśli zacznę uciekać, natychmiast mnie złapie, pomyślała. Ku jej przerażeniu minął ją i 

podszedł do tacy. Nalał do kieliszka sporą porcję porto i wyciągnął w jej stronę.

Napijesz się ze mną, Jankesko?

Pić z tego samego kieliszka co on, dotykać wargami miejsca, którego on dotykał na 

taką intymność nie pozwoliła sobie dotąd z żadnym mężczyzną.

Pokręciła głową.

- Nie gustuję w mocnych trunkach - wydusiła z trudem.

- Nie? Wobec tego za... Jankesów.

Uniósł kieliszek w toaście i wypił, nie spuszczając z niej przenikliwego spojrzenia. Z 

trudem panowała nad zdenerwowaniem.

- Proszę mi wybaczyć, panie, ale muszę wracać...

- Wolałbym, żebyś została.

Splotła nerwowo ręce. Nie może tu zostać, bo... Chryste, nie śmiała nawet o tym 

myśleć! Nawet groźby Czarnego Jacka nie zmuszą jej do tego...

Pozostała   jej   tylko   nadzieja,   że   hrabia   jest   człowiekiem   honoru.   Poczuła   dziwną 

suchość w gardle.

-   Widzę,   że   ci   się   nie   podobam.   Myślę   nawet,   że   gdyby   nie   Czarny   Jack,   nie 

przyszłabyś tutaj.

- Chciałabym móc wybierać, gdzie chcę być. I co ważniejsze, z kim chcę być.

Czuła, że się z niej śmieje. Jakież to okrutne z jego strony!

- Wielmożny panie - spróbowała jeszcze raz. - Proszę mi wybaczyć, że byłam taka 

niezdarna. Bardzo tego żałuję. Nie rozumiem jednak, dlaczego miałabym zostać ukarana...

- Ukarana? Ależ mylisz się, dziewczyno. Nie karę bowiem miałem na myśli, lecz 

przyjemność.

Przyjemność? Zadrżała. Chyba tylko dla niego. Uśmiechnął się, jakby czytał w jej 

myślach.

background image

- Chyba mi nie powiesz, że te niedołęgi tam na dole nie wiedzą, jak się obchodzić z 

takim klejnotem jak ty! - wykrzyknął.

Policzki Cassie spłonęły rumieńcem. Patrzyła, jak wyjmuje coś z kieszeni. Był to złoty 

zegarek z dewizką. Położył go obok srebrnych monet, po czym zrobił krok w jej stronę. 

Cofnęła się instynktownie.

Wybuchnął głośnym, szyderczym śmiechem.

Cóż to, Jankesko, boisz się mnie? Napawał ją strachem, lecz nie takim, jak sądził.

- Nie lubisz mnie, prawda. Jankesko?

Mam na imię Cassie, panie, i byłabym wdzięczna, gdybyś go używał.

- Nie. Myślę, że Christopher się mylił. „Jankeska” bardziej do ciebie pasuje, bowiem 

wy Jankesi, często bywacie awanturniczy i niepokorni. A więc niech pozostanie „Jankeska”. 

Wróćmy jednak do mojego pytania. Dlaczego mnie nie lubisz?

Zdaje   się,   że   to   raczej   wy,   panie,   mnie   nie   lubicie.   W   przeciwnym   razie   nic 

patrzylibyście tak na mnie.

A więc zauważyła pomyślał. Była ubrana bardzo nędznie, jej suknia przypominała 

łachman, lecz nie skrywała piękna dziewczyny. Zastanawiał się, czy ona w ogóle zdaje sobie 

sprawę z tego, jaka jest urodziwa. Miała niezwykłą karnację, włosy o bursztynowym odcieniu 

i   oczy   niczym   czyste   topazy.   Była   bardzo   młoda,   lecz   dawno   wyrosła   już   z   wieku 

dziecięcego. Jak na jego gust mogłaby mieć więcej ciała, ale przyciągały wzrok krągłości 

piersi i ud.

Zmarszczył   brwi,   zirytowany   swoimi   myślami.   Nie   leżało   w   jego   zwyczaju 

okazywanie  takiego zainteresowania służącą. Wolał kobiety bardziej doświadczone od tej 

nieokrzesanej   młodej   dziewki.   Z   drugiej   jednak   strony   musiała   zapewne   przejść   przez 

niejedno łóżko, więc jej doświadczenie będzie dorównywać jego, pomyślał nie bez cynizmu. 

Nie mógł też nie zauważyć, że na jej widok krew szybciej krąży mu w żyłach.

- No chodź, Jankesko. Spędziłem wiele tygodni na morzu, bez towarzystwa kobiet. 

Bądź   wspaniałomyślna.   Ulituj   się   nad   biedną   duszą,   która   okrutnie   tęskni   za   miękkim 

kobiecym ciałem, za ciepłą, delikatną rączką.

Ciepłą, delikatną rączką? Żądał chyba zbyt wiele. Jej ręce były czerwone i szorstkie 

jak szczotka.

Panie - odezwała się cicho. - Nie wierzę, żebyś nie miał w życiu wszystkiego, czego 

pragnąłeś.

Nie myliła się. Rzeczywiście miał wszystko... z wyjątkiem ojcowskiej miłości.

Spojrzał na kupkę monet.

background image

-   To   spora   sumka,   Jankesko.   Jeśli   chcesz   ją   dostać,   musisz   na   nią   zapracować. 

Zostaniesz ze mną nie godzinę czy dwie, lecz całą noc. A rano może moglibyśmy zażyć 

wspólnej kąpieli.

Wzdłuż kręgosłupa przebiegł jej lodowaty dreszcz. Sądziła, że nic już jej nie może 

zaszokować, ale... dobry Boże, kąpiel z mężczyzną? To się nie godzi!

Wprawiał ją w zdenerwowanie, choć nawet jej nie dotknął. Nie była pierwszą naiwną. 

Wiedziała, czego od niej chce. Nie tak dawno Bess powiedziała do niej: „Jeśli mężczyzna jest 

czuły   i   łagodny,   to   wszystko   dobrze.   Czasami   jednak   trafiają   się   brutale   i   wtedy   jest 

okropnie”.

Cassie zawsze wiedziała, kiedy tak było. Bess kładła się wtedy spać, łkając cicho. 

Następnego   dnia   miała   siniaki   na   rękach   i   piersiach.   Pamiętała   ten   ostatni   raz.   Było   to 

niedługo po tym, jak Bess odkryła, że jest przy nadziei. Cassie wiedziała, że Bess robi te 

rzeczy dla pieniędzy. I te właśnie pieniądze ocaliły Cassie przed podobnym losem.

Nie była jednak przygotowana na to, by sprzedać swą cnotę za garść srebra.

Gabriel nie dostrzegł jej rozpaczy. Widział tylko niechęć.

Czy   byłaby   równie   niechętna,   gdyby   na   jego   miejscu   znalazł   się   Christopher? 

Przypomniał sobie, jak słodko się do niego uśmiechała, a jego ignorowała. Poczuł, że ogarnia 

go gniew.

- Och! - powiedział miękko. - Wspólna kąpiel byłaby z pewnością rozkoszna.

Oczy Cassie rozbłysły.

Czarny Jack płaci mi nędzne grosze za szorowanie podłogi i podawanie piwa. ale nie 

za takie rzeczy!

-   Nie   jestem   pewien,   czy   on   również   tak   to   pojmuje   -   oświadczył   podejrzanie 

jedwabistym głosem.

Znam takich jak wy, panie. Bierzecie to, co chcecie, myśląc tylko o sobie - rzuciła 

porywczo.

Jakiś   mężczyzna   musiał   cię   chyba   zranić,   Jankesko.   Może   pokochał   i   porzucił? 

Uniosła dumnie głowę.

Nic mi o tym, panie, nie wiadomo. Wzruszył ramionami i spojrzał na monety.

- A więc jaka jest twoja cena?

- Nie rozumiesz mnie, panie. To, czego pragniesz, nie jest na sprzedaż.

Zdawał sobie sprawę z tego, że cały czas ją prowokuje i to bezlitośnie. Powodem był 

jej opór. Patrzyła na niego, jakby była od niego lepsza... jakby był kimś bez znaczenia. A tej 

jednej rzeczy Gabriel nie tolerował.

background image

Powoli podszedł do niej. Wyczuł jej niepokój i wysiłek, by tego nie okazać. Głowę 

uniosła wysoko, a trzymała się prosto niczym żołnierz na warcie. Jej opór zarazem rozbawił 

go i dotknął. Ta dziewczyna była najwidoczniej nie tylko piękna, lecz i dumna. Dziwna to 

kombinacja jak na kogoś z jej pozycją.

Zatrzymał się tuż przy niej.

- Ta sytuacja jest  dla mnie czymś  nowym,  Jankesko. Rzadko bowiem kobieta mi 

odmawia. Dlatego też sądzę, że to nie ja gardzę tobą, lecz ty mną.

Och, cóż za arogant z niego! Gdyby powiedziała „tak”, naraziłaby się nie tylko na jego 

gniew, lecz i na gniew Czarnego Jacka. Gdyby zaś zaprzeczyła, uznałby to za jej zgodę na 

pójście  z nim do łóżka. Walczyła  ze wzbierającą  w niej paniką.  Jego bliskość była  taka 

niepokojąca.

Przez chwilę mierzyli się spojrzeniem.

- Nie będę w stanie cię powstrzymać, jeśli zechcesz to zrobić, panie. - Zniżyła głos 

niemal do szeptu. - Głupotą byłoby mierzyć się z tobą, bo jestem na przegranej pozycji. Ale 

wiedz jedno: nie będziesz miał ani mojej zgody, ani chęci. Dlatego proszę, byś pozwolił mi 

odejść.

Gabriela poruszyła nie jej prośba, lecz gorycz brzmiąca w głosie. Odwróciła wzrok, 

lecz zdążył jeszcze dostrzec podejrzaną wilgoć, która pojawiła się w tych cudownych oczach. 

Uśmiechnął się drwiąco. Damskie łzy nie robią na nim wrażenia. Z doświadczenia wiedział, 

że kobiety posługują się nimi. by dostać to, czego pragną.

A   gdybym   pozwolił   ci   odejść,   co   by   ci   z   tego   przyszło?   Mówmy   bez   ogródek, 

Jankesko. Oboje wiemy, po co Czarny Jack cię tu przysłał. Przypuszczam, że nie spodziewa 

się, iż opuścisz ten pokój przed upływem nocy.

Cassie czuła, że się czerwieni. Utkwiła wzrok w jego nieskazitelnie białym halsztuku.

- Gdybyś mu powiedział, że... że cię zadowoliłam - wyszeptała - to nigdy by się nie 

dowiedział.

-   Jeśli   jednak   mamy   zawrzeć   umowę,   to   powinienem   otrzymać   od   ciebie   jakąś 

rekompensatę...

Rekompensatę? - powtórzyła Cassie zaskoczona. - Panie, czy przyjąłbyś ten nędzny 

łach, który mam na sobie? Poza nim nic więcej nie mam.

- Z wyjątkiem tego, czego nic chcesz dać.

Zacisnęła powieki. Nie powinna była oczekiwać od niego litości. Czy tak właśnie 

miało być? Miała oddać swe dziewictwo komuś, kto dbał jedynie o zaspokojenie swoich 

chuci?

background image

Gabriel tymczasem postanowił już, że nie będzie jej do niczego zmuszać. Na świecie 

jest zbyt wiele chętnych kobiet, by miał sobie zawracać głowę kimś. kto go nic chce. Mimo to 

nie mógł zaprzeczyć, że dziewczyna doprowadzała go do szału.

Jeden pocałunek powiedział nagle. - I jesteś wolna.

Oczy Cassie zrobiły się okrągłe. Jego zaś były czarne jak węgiel i płonęły dziwnym 

żarem. Zrobiło jej się gorąco i zaraz potem zimno. Kształtne usta zacisnął teraz w wąską linię. 

Nie  było  w   nim  nic  z  łagodności.  Silne  dłonie  chwyciły   ją  za  nadgarstki  i  przyciągnęły 

bliżej...

Zaczęła   gwałtownie   oddychać,   lecz   za   chwilę   się   uspokoiła.   Przecież   to   tylko 

pocałunek. Z drugiej jednak strony, czy nie nazbyt wiele? Zadrżała. Lepsze to, niż...

Jego usta przywarły do jej warg. Lekki dreszcz przebiegł jej przez ciało, mimo to 

zaciskała   kurczowo   usta,   oczekując,   że   będzie   to   kolejny   wzbudzający   obrzydzenie 

pocałunek, jakimi obdarzano ją wbrew jej woli. Uniósł głowę.

Musisz się lepiej postarać, Jankesko. Nie mam ochoty całować suchej śliwki.

- Panie, przypominam ci, że...

Nie dał jej dokończyć.  Otoczył  ramieniem i przyciągnął do siebie. Owładnęło nią 

dziwne uczucie niemocy. Poczuła, że leży na łóżku, a twardy tors hrabiego napiera na jej 

biust.

Ponownie   przycisnął   usta   do   jej   warg.   Przez   głowę   przemknęła   jej   myśl,   że   ten 

pocałunek nie jest podobny do innych, po czym umysł zasnuła mgła. Był zarazem gorący i 

zaborczy, namiętny i obezwładniający. Poczuła, że ogarniają wewnętrzne drżenie i kręci jej 

się w głowie.

Dopiero po chwili zauważyła, że hrabia uniósł głowę.

- Nie zmienisz zdania Jankesko? - Przesunął palcem wzdłuż jej szyi. - Obiecuję ci noc. 

której prędko nie zapomnisz.

Wpatrywała się w niego wstrząśnięta i zmieszana. Wielkie nieba, przecież ona leży na 

łóżku! Natychmiast oprzytomniała i zaczęła okładać go pięściami.

Obym jak najprędzej zapomniała o tobie!

Równie dobrze mogłaby walić w mur. Przyglądał się jej przez chwilę, po czym uniósł 

brwi.

- Nie wyglądasz mi na doświadczoną kobietę. Jankesko. Gdyby nie Czarny Jack, to 

pomyślałbym, że...

Drgnęła,   kiedy   zaczął   wyciągać   jej   szpilki   z   włosów.   Jedwabiste   sploty   gęstą, 

zmierzwioną falą spłynęły mu na ręce.

background image

Ponownie pochylił głowę. Jednak nic usta były jego celem. Pisnęła przerażona, kiedy 

dotknął   wargami   szyi,   po   czym   przesunął   po   niej   językiem.   Wsunął   palce   w   jej   włosy. 

Szarpała się gwałtownie, lecz nic sobie z tego nie robił. Zachłannie całował jej szyję, po czym 

nagle wrócił do warg. Tym razem pocałunek był brutalny i tak gwałtowny, że niemal odebrał 

jej dech.

Jakimś sposobem udało jej się wyswobodzić usta.

Ty przeklęty bękarcie! Puść mnie! Wypuścił ją z objęć. Neli miała rację, pomyślał z 

lekkim rozbawieniem. Ta dziewczyna rzeczywiście zadziera nosa.

- Gdybyś wiedziała kim jest mój ojciec, nie kwestionowałabyś mojego pochodzenia.

Poderwała się na równe nogi. Usta miała spuchnięte i obolałe. Delikatna skóra wokół 

warg piekła niemiłosiernie.

- Nie dbam o to, kim jest twój ojciec! - wykrzyknęła. - To nie daje ci prawa dotykać 

mnie w ten sposób.

Wzruszył ramionami.

- Moja droga, dotknąłem daleko mniej niż ci tam na dole.

- A co niby mam robić?! - odparowała gniewnie. - Czarny Jack śledzi każdy mój krok.

Patrzył na nią chłodno i obojętnie, jak gdyby nic między nimi nie zaszło.

-   Możesz   odejść,   Jankesko.   Niechętna   dziewczyna   jest   rów   nie   kłopotliwa   jak 

nietknięta. Nic gustuję ani w jednej, ani w drugiej.

Zaczęła się powoli cofać, mamrocząc przekleństwa, jakie tylko udało jej się usłyszeć 

na sali, nie bardzo nawet rozumiejąc ich znaczenie. Nawet jeśli je słyszał, to nie dał tego po 

sobie   poznać.   Nic   odwrócił   się  ani   nie   odezwał.   Korzystając   z   okazji,   złapała   leżący   na 

komodzie zegarek i wybiegła z pokoju.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

Znalazłszy się w swoim pokoiku na strychu, podbiegła do stołu stojącego w rogu i 

zapaliła świecę. Początkowo nie była w stanie utrzymać krzesiwa w dłoni, tak trzęsły jej się 

ręce. W końcu pojawił się płomyk i rzucił nikle światło na ścianę. Wtedy uważnie obejrzała 

zdobycz, którą dotąd kurczowo ściskała w dłoni.

Nigdy   nie   widziała   tak   pięknego   przedmiotu.   Koperta   w   kształcie   muszli   miała 

misterny wzór. Połyskiwała niczym słońce w ciepły wiosenny dzień. Na odwrocie był jakiś 

napis, lecz Cassie nie zwróciła na niego uwagi. Brzegiem złamanego paznokcia wcisnęła 

mechanizm otwierający. Na wewnętrznej stronie pokrywki widniała scenka, przedstawiająca 

kobietę i chłopca stojących wśród kwiatów w ogrodzie.

Zegarek bez wątpienia wart był mnóstwo pieniędzy. Może nie fortunę, lecz dość, by 

mogła   uciec  daleko   od  oberży  Czarnego   Jacka  i   Charleston  i   zainstalować  się   w  jakimś 

cichym   pensjonacie.   Mogłaby   za   to   przeżyć   jakiś   czas,   póki   nie   znalazłaby   pracy   jako 

szwaczka.

Nie uda ci się, przestrzegł ją wewnętrzny głos. Co będzie, jeśli hrabia odkryje brak 

zegarka? Domyśli się. że to ty go ukradłaś.

Nic masz nic do stracenia, przekonywał inny glos. Skąd wiesz, że hrabia dotrzyma 

danego ci słowa? Pamiętasz, co powiedział Czarny Jack: że cię wyrzuci, jeśli się dowie, że 

odmówiłaś hrabiemu?

Przeleżała kilka godzin, skulona na nędznym łóżku. Trzęsła się ze strachu pełna obaw. 

że lada chwila pojawi się hrabia w towarzystwie Czarnego Jacka i zażąda zwrotu zegarka. 

Gwar w sali na dole dawno już ucichł. Cieszyła się. że Neli zdecydowała się dziś ogrzać łoże 

jakiegoś gościa.

Powoli się uspokajała. W miarę upływu czasu rosły jej nadzieje. Hrabia pewnie już się 

położył i wstanie nie wcześniej niż w południe. Lord, czy nie lord, był przecież zwykłym 

mężczyzną lubił karty, brandy, cygara i oczywiście kobiety.

Nastał świt. Nikłe srebrzyste światło zaczęło przesączać się przez brudne okno, kiedy 

Cassie ruszyła w dół po schodach. Starała się iść wolno, by żaden dźwięk nie zdradził jej 

obecności. Serce omal nie wyskoczyło jej z piersi, kiedy mijała drzwi do pokoju Gabriela. 

Modliła się w duchu, by szczęście jej nie opuściło, by zauważył brak zegarka dopiero w 

południe...

Gabriel jak zwykle obudził się wcześnie. Odrzucił kołdrę i wstał z łóżka, prostując się 

w całej swej okazałości. Lekki uśmiech przemknął mu przez oblicze. Pomyślał, że mógłby 

background image

kazać przygotować kąpiel i sprowadzić tu tę Cassie. Pewnie odmówiłaby tak jak ostatniej 

nocy. Mniejsza o to. Jej opór to drobnostka w porównaniu z zaskakującą słodyczą jej warg.

Zacisnął szczęki, po czym  zaśmiał się sucho. To zabawne, że on. przyszły książę 

Farleigh, dostał kosza od zwykłej służącej. Szkoda, że była taka niedostępna. Cóż to byłaby 

za rozkosz zedrzeć z niej te spłowiałe, bure szmaty i odsłonić to piękne, kremoworóżowe 

ciało. Do  licha, ta dzierlatka  rozpaliła  w  nim krew i...  gniew. Jej  opór czynił  ją  jeszcze 

bardziej pociągającą.

Może   powinien   spróbować   stopić   ten   lód?   Zmienić   ten   chłodny   opór   w   gorącą 

namiętność? Taka ognista dziewka mogłaby dać mu wiele przyjemności.

Miał   jednak   dzisiaj  wiele   spraw   do  załatwienia.   Jeśli   wszystko   pójdzie   zgodnie   z 

planem, załoga zakończy wkrótce załadunek indyga i tytoniu, które miał przewieźć do Anglii. 

Przy odrobinie szczęścia będą mogli odpłynąć koło południa.

Pięć minut później stał przy oknie ubrany w luźną białą koszulę, ciemne bryczesy i 

błyszczące wysokie buty. Nad portem unosiła się mgła niczym tajemnicza srebrna zasłona. 

Miasto jeszcze spało. Tylko z nielicznych kominów wydobywały się smużki dymu.

Już   miał   się   odwrócić   od   okna,   kiedy   w   pobliżu   oberży   dostrzegł   jakiś   ruch.   Z 

mrocznego cienia wyłoniła się drobna kobieca postać. Była zwrócona do niego tyłem, nie 

mógł   więc   dostrzec   jej   twarzy.   Głowę   owinęła   szalem.   W   ręku   ściskała   mały   węzełek. 

Czyżby to tylko jego wyobraźnią czy też kobieta przyspieszyła  kroku? Przyjrzał jej się z 

nagłą uwagą. W jej zachowaniu było coś ukradkowego.

Odwrócił się w stronę komody. Monety leżały na swoim miejscu, natomiast zegarek 

zniknął.

Zaklął pod nosem. Była więc nie tylko ponętna, irytująca i powściągliwa...

Była również złodziejką.

Odważyła   się  odetchnąć  dopiero   wtedy,  kiedy  znalazła   się  na  zewnątrz.  Bez   żalu 

opuszczała oberżę, w której spędziła prawic połowę swego życia. Miała jedynie nadzieję, że 

przyszłość okaże się lepsza.

Przyspieszyła kroku. Gdzieś między sklepem ze świecami, farbami, mydłem i oliwą a 

piekarnią   mieszkał   kupiec.   Czarny   Jack   mówił   kiedyś,   że   handluje   również   używanymi 

towarami. Miała nadzieję, że za taki piękny zegarek dostanie od niego przyzwoitą sumkę. 

Szczęśliwe wiatry chyba jej sprzyjały. Łudziła się, że szybko załatwi z nim interes.

A wtedy będzie wolna.

Zadrżała   z   zimna.   Ściągnęła   z   głowy   szal   i   otuliła   się   nim   szczelnie.   Właśnie 

dochodziła do następnej przecznicy, kiedy usłyszała za sobą kroki. Odwróciła się i zamarła ze 

background image

strachu.

Ujrzała przed sobą ciemną twarz Gabriela Sinclaira. Nie. to niemożliwe. Z pewnością 

wzrok ją zawodzi.

Odwróciła się jednak i zaczęła uciekać. Tym razem wiedziała, że odgłos biegnących 

za nią stóp nie jest dziełem wyobraźni. Biegła, ile sił w nogach.

Nagle poczuła, że ktoś łapie ją za rękę i przyciska do twardego muskularnego ciała. 

Zaczęła walić pięścią na oślep. Puszczaj! - krzyknęła.

W odpowiedzi posłyszała szyderczy śmiech.

- Już przez to przeszliśmy. Jankesko. Czyż doświadczenie niczego cię nie nauczyło? 

Puszczę cię, kiedy będę chciał. Nic wcześniej.

Wówczas złapała głęboki oddech i krzyknęła ze wszystkich sił: Ratunku! Pomocy!

Przycisnął ją do siebie tak mocno, że z trudem mogła oddychać. Gabriel zaklął cicho, 

kiedy jakiś śmiałek wytknął głowę przez drzwi.

- Proszę nie zwracać uwagi! - zawołał. - Ta dama cierpi na przywidzenia i myśli, że 

ktoś ją napastuje.

Cassie zatrzęsła się ze złości. Ona chora na umyśle? Szarpała się zaciekle, lecz na 

próżno. Zaciągnął ją do pobliskiego zaułka. Przez jedną przerażającą chwilę trzymał ją w 

objęciach. Twarz miał kamienną, czuła jednak instynktownie, że wewnątrz aż kipi z gniewu. 

Wyszarpnął jej tobołek z ręki, po czym zaczął przeglądać jego zawartość.

Wpatrywała się w niego oniemiała.

- Co ty sobie wyobrażasz?! - krzyknęła. - To moje! Nie masz prawa tego ruszać!

Masz coś, co należy do mnie - odparł chłodno. - A to daje mi wszelkie prawa.

- Niech cię diabli! - wrzasnęła i rzuciła się na niego. Zanim jednak zdążyła zrobić jakiś 

ruch, ponownie chwycił ją za rękę i przyciągnął ją do siebie.

-   Najwyraźniej   chcesz   wywołać   zbiegowisko,   Jankesko.   A   wtedy   ktoś   mógłby 

przyprowadzić posterunkowego.

Błysk w jego oczach aż nazbyt wyraźnie potwierdzał jego słowa. Cassie wciąż się 

opierała, lecz przestała walczyć.

Mój zegarek, Jankesko - rzucił krótko. Przesunęła językiem po wargach.

- Spóźniłeś się. Ja... sprzedałam go.

- Czyżby? Wybacz, że będę w to wątpił, i pozwól, że sam się o tym przekonam.

Uśmiechnął   się   tak   uprzejmie,   że   w   pierwszej   chwili   nie   pojęła   jego   zamiarów. 

Próbowała go wyminąć, lecz przycisnął ją do ściany, uniemożliwiając ucieczkę.

Przesunął dłońmi wzdłuż jej ramion, po czym niespodziewanie włożył rękę za stanik, 

background image

dotykając miękkich wzgórków, których dotąd nie widział ani nic dotykał żaden mężczyzna. 

Przestań! - krzyknęła.

Nie   zareagował.   Wszystko   w   niej   burzyło   się   z   powodu   tak   śmiałego   i   zarazem 

intymnego dotyku.

- Przestań, na Boga! - zaprotestowała ze szlochem. - Jest... jest w mojej pończosze. 

Odwróć się, to ci go dam.

Puścił ją, lecz się nie odwrócił. Uniosła spódnicę, czując, że śledzi każdy jej nich. 

Trzęsącymi się rękoma zsunęła w dół prawą pończochę. Po chwili trzymała w ręku zegarek.

- Proszę, weź sobie ten swój zegarek. A teraz mnie puść.

- Nie tak prędko, Jankesko. Nie możesz tak po prostu mnie okraść i sądzić, że ci się to 

upiecze.

Chwycił ją pod łokieć i pociągnął w stronę oberży.

Ogarnęła ją rozpacz. Czy po to uciekała, by zaciągnięto ją z powrotem jak psa na 

smyczy?

Wkrótce znaleźli się w sali na dole. Cassie aż skuliła się ze strachu. Przy ogromnym 

kominku stali Christopher Marley i Czarny Jack.

-   Wielmożny   panie!   -   wykrzyknął   Czarny   Jack.   -   Widziałem,   jak   jaśnie   pan 

wychodził. Co tu się dzieje?

Ta dziewczyna jest złodziejką. Ukradła mi zegarek.

Cassie dostrzegła zdziwienie w oczach Christophera Marleya.

Kątem oka ujrzała Neli stojącą przy schodach. Powinna była przewidzieć, że hrabia 

niczego jej nie oszczędzi. Czarny Jack wytrzeszczył oczy.

Co takiego? Ukradła zegarek?

- W rzeczy samej. Zdaje się. że uznała, iż czas opuścić to miejsce. Przypuszczam, że 

zamierzała wykorzystać otrzymane za niego pieniądze na sfinansowanie podróży.

Christopher podszedł bliżej. Przyjrzał się szyi dziewczyny i na jego przystojnej twarzy 

pojawił się wyraz zaskoczenia. Popatrzył na hrabiego i ponownie na Cassie. Domyśliła się, że 

dostrzegł półkolisty purpurowy ślad, zostawiony tam przez hrabiego.

Policzki zapłonęły jej wstydem. Zapragnęła nagle zapaść się pod ziemię.

- I taka patrzyła na mnie z góry! - sarknęła Neli. - Żeby ukraść jego lordowskiej mości 

zegarek i uciec?!

Powinienem oddać cię do sierocińca, kiedy twoja matka cię zostawiła - rzucił wściekle 

Czarny Jack. - Sprawiasz mi same kłopoty. W odpowiedzi uniosła dumnie głowę.

- Uważasz, że było mi tu dobrze? Odkąd pamiętam, szorowałam podłogi, zdzierając 

background image

sobie ręce do krwi. Opróżniałam nocniki i harowałam od świtu do nocy, a ty żałowałeś mi 

każdej łyżki strawy. Wszystko za marne kilka centów. Chyba tylko niewolnikom na plantacji 

może dziać się gorzej.

-   Ty   niewdzięczna   mała   dziwko!   -   ryknął.   -   Najwyższy   czas   nauczyć   moresu   tę 

przemądrzałą bezczelną mordę.

Zacisnął dłoń w pięść. Kątem oka dostrzegła przerażony wzrok Christophera, kiedy 

Czarny Jack uniósł w górę zaciśnięty kułak.

Skuliła się instynktownie. Nie byłby to pierwszy raz, gdyby Czarny Jack ją uderzył. 

Hrabiemu ten widok z pewnością sprawi przyjemność. Niedoczekanie jego...

Jeśli uderzysz tę dziewczynę, zapłacisz mi za to - odezwał się nagle ze śmiertelnym 

spokojem hrabia. - To mnie ukradła zegarek i tylko ja mam prawo wymierzyć jej karę.

Czarny Jack zamarł z głupią miną, lecz nie ośmielił się sprzeciwić. Opuścił rękę i 

odchrząknął.

Nie   chciałem   nikogo   skrzywdzić   -   rzucił   gburowato.   -   Ale   dziewczynie   trzeba 

przypomnieć, gdzie jej miejsce.

Myślę, że chciałeś ją skrzywdzić. W tym wypadku jednak to ja zadecyduję, co należy 

z nią zrobić.

Chwycił  Cassie za rękę i pociągnął na schody. Żołądek ścisnął jej się ze strachu. 

Łatwiej byłoby jej znieść wściekłość Czarnego Jacka. Przynajmniej  wiedziała, że szybko 

mija. A ten hrabia... Z nim nigdy nic nie wiadomo. Czuła się, jakby szła na ścięcie.

Kiedy znaleźli się w pokoju, pchnął ją na łóżko. Skryła strach pod maską oburzenia.

- Masz już swój zegarek - rzuciła gniewnie. - Więc czego jeszcze chcesz?

Podszedł do stołu i z karafki stojącej na stole nalał sobie brandy.

- Ciekaw jestem, dlaczego go wzięłaś, Jankesko? - zapytał, nie patrząc na nią. - I ilu 

mężczyzn okradłaś?

Zacisnęła wargi. Najwyraźniej  chciał ją zadręczyć na śmierć.  Niedoczekanie jego! 

Prędzej sczeźnie, niż mu w tym dopomoże. Odwrócił się twarzą do niej.

No,   Jankesko.   Czyżbym   tylko   ja   dostąpił   tego   zaszczytu?   Rzuciła   mu   gniewne 

spojrzenie.

- Wzięłam zegarek, bo jesteś arogancki i bezczelny. I oczywiście dla pieniędzy.

- Dlaczego tak bardzo chciałaś uciec?

No właśnie. Przecież tak wspaniale mi tu było - rzuciła z ironią w głosie. - Po cóż 

miałabym opuszczać takie miejsce?

- A dokąd to zamierzałaś się udać? Zawahała się.

background image

- Nie wiem. Dokądkolwiek, byle jak najdalej stąd. Przyglądał się jej znad szklanki. 

Niepotrzebnie w ogóle pytał.

Gorzkie   słowa,   które   rzuciła   Czarnemu   Jackowi,   wszystko   wyjaśniały.   Przesunął 

wzrokiem po zniszczonej sukni i spłowiałym tobołku, który tak desperacko przyciskała do 

piersi, i zatrzymał się na spierzchniętych, czerwonych dłoniach. Zarumieniła się gwałtownie. 

Przełknęła z trudem ślinę.

- Nic mogę tu dłużej zostać - oświadczyła buńczucznie. - I nie zostanę. Jeśli więc 

zamierzasz oddać mnie w ręce posterunkowego, zrób to i skończmy z tym wreszcie.

Popatrzył na nią z podziwem. Ta dziewczyna ma charakter i odwagę. Widział, że jest 

przerażona. Trzeba przyznać, że godny z niej przeciwnik. Godny, by zmierzyć się nawet z 

jego ojcem. Ciekawe, co też by powiedział na tę małą jankeską parweniuszkę.

Nagle   przypomniały   mu   się   słowa   Christophera   wypowiedziane   wczorajszego 

wieczoru.

„W niczym nie ustępuje pannom z towarzystwa. Mogłaby wysoko mierzyć...”

Wolno opuścił szklankę. Popatrzył na Cassie, jakby ją pierwszy raz zobaczył.

Złodziejka, ognista i krnąbrna, niskiego urodzenia, nieokrzesana...

Nieokrzesana Jankeską...

Wielkie nieba, wreszcie miał, czego szukał...

W trzech susach znalazł się przy niej. Chwycił za ręce i postawił na podłodze. Złapał 

za podbródek i spojrzał jej w oczy. De masz lat, dziewczyno?

Kiedy nadal milczała, szarpnął nią lekko.

Odpowiadaj - rzucił ostro. - Ile masz lat? Oblizała nerwowo wargi.

Chyba osiemnaście - odparła niepewnie. - Nie mam jednak pewności.

- Neli mówiła, że twoja matka zostawiła cię, kiedy byłaś jeszcze dzieckiem. Nie masz 

żadnych krewnych?

Pokręciła w milczeniu głową.

Co byś powiedziała, gdybym ci oświadczył, że mogę cię uratować? Wybawić od tej 

piekielnej harówki i zabrać bardzo, bardzo daleko stąd? Zamrugała nerwowo.

- Do - dokąd?

- Za morze, do Anglii. A może pewnego dnia do Paryża. Myślę, że spodobałby ci się 

Paryż.  - Przesunął wierzchem dłoni wzdłuż  jej szyi.  - Dostałabyś klejnoty, futra. Od jak 

dawna nie miałaś nowej sukni, Jankesko? Kupiłbym ci tyle sukien, ile dusza zapragnie.

Wpatrywała się w niego zaskoczona.

Ja... nic pojmuję. Dlaczego miałbyś to robić? Uśmiechnął się lekko. Na pewno nie z 

background image

dobroci serca, pomyślał. Nawet nie wiedział, czy w ogóle je ma. Nie miało to również nic 

wspólnego ze szlachetnością, za to wiele z zemstą. I jakaż słodka będzie to zemsta. Ojciec 

chciał,   by   się   ożenił.   Uczyni   więc   zadość   jego   życzeniu.   Cassie   nie   mogła   ukryć 

zdenerwowania.

My - myślałam, że chcesz mnie, panie, ukarać - powiedziała drżącym głosem.

- Uspokój się, dziewczyno. Nie zamierzam oddać cię ani w ręce posterunkowego, ani 

Czarnego Jacka.

Czy   dobrze   się   czujesz,   panie?   -   wymamrotała.   Wybuchnął   ostrym,   gardłowym 

śmiechem.

- Nigdy nie czułem się lepiej. - Zamilkł na chwilę. - No i co powiesz, Jankesko? 

Wyszłaś stąd dziś rano nie bardzo wiedząc, dokąd iść. Daję ci możliwość zobaczenia Anglii i 

całej Europy. Obiecuję, że nigdy więcej nie będziesz szorować podłóg.

- Takich obietnic nie daje się za darmo - powiedziała wolno. - A ja nie mam ci nic do 

zaofiarowania w zamian. - Nagle ciemny rumieniec zabarwił jej policzki. - Dobry Boże - 

wykrztusiła. - Chyba nie chcesz, bym została twoją... twoją kochanką...

Uśmiechnął się chłodno.

Nie kochanki pragnę. Jankesko, lecz... żony.

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

Żony?!

Albo to jakiś żart, albo ten człowiek oszalał, pomyślała. A może to ona postradała 

zmysły...

Wpatrywała   się   w   niego   oniemiała.   Emanował   z   niego   spokój,   a   w   oczach   o 

niezwykłej srebrzystej głębi płonęła zimna determinacja.

Nie, nie była szalona. On również.

Zaczęła się powoli cofać. Gdy oparła się udami o brzeg materaca, usiadła na pościeli.

Wciąż się uśmiechał ironicznie i jednocześnie niepewnie. Żartujesz sobie ze mnie, 

panie - zdołała z siebie wydusić. To okrutne z twojej strony.

- Okrutne? - Roześmiał się drapieżnie. - Raczej wspaniałomyślne.

- Nie wiem. dlaczego taki ktoś jak ty, panie, chce się żenić z kimś takim jak ja. - 

Słowa zabrzmiały ostrzej, niż zamierzała.

Ale mogę. - W jego oczach zapłonął nagle ogień, który ją przeraził.

- Powtarzam, że drwisz sobie ze mnie. - Uniosła dumnie głowę. - Nie zapomniałam, że 

jesteś angielskim lordem...

Ani   ja.   -   Z   rosnącym   niepokojem   obserwowała,   jak   na   jego   twarzy   pojawia   się 

uśmiech. Wkrótce możesz zostać hrabiną... a w przyszłości księżną Farleigh.

Hrabiną?   Księżną?   Ona?   Ten   człowiek   bierze   ją   za   naiwną.   Zawrzała   gniewem   i 

spojrzała w stronę drzwi.

Nie wątpię, że chcesz się ożenić, panie... Ale nie ze mną! wykrzyknęła, rzucając się do 

wyjścia. Złapał ją w pół drogi i obrócił twarzą do siebie.

- Zapewniam cię, moja droga, że mówię najzupełniej poważnie. Mam różne wady. ale 

nie należę do tych.  którzy traktują lekko takie sprawy jak ta. Zamierzam  się ożenić i to 

właśnie z tobą.

- Ale ja... ja was nic znam, panie - wyrwało jej się. - Musiałabym postradać rozum, by 

za ciebie wyjść.

Uśmiech zniknął z jego twarzy.

- Postradałabyś  rozum nie zgadzając się na to - oznajmił chłodno. - Nie masz już 

mojego zegarka. Jankesko. Pomyślałaś o tym, jakie będzie twoje życie, jeśli tu zostaniesz?

Umiem szyć. - Starała się mówić pewnie, lecz głos ją zawiódł. - Znajdę pracę jako 

szwaczka...

- A jeśli nie znajdziesz? Kto cię zatrudni? Nie masz żadnych referencji, nikogo, kto 

background image

potwierdziłby   twoje   umiejętności.   Żadna   szanująca   się   modystka   nie   zatrudni   służącej   z 

oberży.   A   gdzie   będziesz   mieszkać,   zanim   znajdziesz   zatrudnienie?   Na   ulicy?   A   jeśli 

spodobasz się jakiemuś mężczyźnie? Potrafisz się obronić, jeśli zechce z tobą pofiglować? 

Nie uda ci się przeżyć ani w Charleston, ani gdzie indziej.

Przekonywała siebie w duchu, że próbuje ją nastraszyć. Usiłowała wyswobodzić się z 

jego uścisku. W odpowiedzi przyciągnął ją bliżej - tak blisko, że czuła ciepło oddechu na 

policzkach.

-   Zawsze   możesz   wrócić   do   podawania   piwa.   Może   lubisz   pożądliwe   spojrzenia, 

dłonie sięgające pod spódnicę...

Zadrżała.

- Jesteś wystarczająco ponętna, by zarabiać na życie swoim ciałem. Naturalnie jeśli nie 

czujesz awersji do spędzenia reszty swoich dni na plecach, zmieniając mężczyzn co noc.

Jego   śmiałe   słowa   wywołały   na   policzkach   Cassie   purpurowy   rumieniec.   Poczuła 

zamęt w głowie. Czy to sen, czy wybawienie? Doskonale wiedziała, że nigdy nie wróci do 

życia, które do tej pory wiodła. Niczego bardziej nie pragnęła, jak stąd uciec.

Z trudem przełknęła ślinę i zmusiła się, by spojrzeć w tę chmurną twarz o twardych 

rysach.

- Dlaczego chcesz się ze mną ożenić, panie? - zapytała cicho. - Twierdzisz, że jesteś 

świadom różnic między nami. Więc dlaczego? Dlaczego właśnie ja?

Nie   mógł   jej   powiedzieć,   że   właśnie   z   powodu   tych   różnic   chce   ją   poślubić. 

Zagroziłoby to jego planom.

Przez te wszystkie lata ojciec w ogóle się nim nie interesował, pomyślał z goryczą. 

Kiedy zabrakło Stuarta, nagle uznał, że powinien pokierować jego życiem. Tylko że teraz to 

on będzie dyktował warunki.

Dobrze   chociaż,   że   dziewczyna   jest   znośna.   Przyjrzał   się   jej   twarzy   o   delikatnej 

kremowej karnacji, nie upiększonej pudrem. Jest nawet więcej niż znośna...

Ojciec chce, żeby się ożenił. No cóż, pomyślał z uczuciem triumfu, jego życzeniu 

stanie się zadość, tyle że nic będzie to dokładnie to, czego oczekiwał.

Weźmie za żonę tę prostą złodziejkę. Wyjaśni jej tylko tyle. ile będzie trzeba. Wyczuł, 

że zdobył jej zainteresowanie, a może nawet przyzwolenie.

- Widzę, ze jesteś rozsądna, Jankesko, i nie masz złudzeń. Pochwalam to, bo wielkim 

błędem byłoby sądzić, że się w tobie zakochałem.

Puścił ją, lecz nic spuszczał z niej wzroku. Nie bez satysfakcji obserwował rumieniec 

wypływający jej na twarz.

background image

Nie jest to też namiętność - doda! z lekkim uśmiechem. Odetchnęła z ulgą. kiedy 

podszedł do okna i zapatrzył się na widoczny w oddali port. Po chwili odwrócił się w jej 

stronę.

- Pytałaś, czemu chcę się z tobą ożenić. Wyjaśnię  ci to. Mój ojciec jest księciem 

Farleigh.   Jestem   jego   młodszym   synem.   Pierworodny   syn,   a   mój   brat   Stuart,   był   jego 

dziedzicem. Niestety zginął przed kilkoma miesiącami.

Nie wiedząc, co powiedzieć, patrzyła na niego w milczeniu. Zresztą nie oczekiwał od 

niej żadnej reakcji. Jego twarz, podobnie jak głos, nie wyrażały żadnych uczuć.

-   Farleigh,   majątek   mego   ojca   w   hrabstwie   Kent,   graniczy   z   ziemiami   Reginalda 

Lathama, księcia Warrenton. Jego jedyna córka, lady Evelyn, była zaręczona z moim bratem 

Stuartem.   Kiedy   Stuart   zmarł,   odziedziczyłem   po   nim   tytuł   hrabie   go   Wakefield. 

Podejrzewam, że ku wyraźnej niechęci mego ojca.

Nie uszła uwagi Cassie twarda nuta w jego głosie.

Zdaje się, że nie bardzo lubisz swego ojca - zauważyła. Roześmiał się szorstko.

- Nie bardziej niż on mnie. Widzisz, Jankesko, rzadko się ze sobą zgadzamy.

- A co to ma wspólnego z małżeństwem? - zapytała, marszcząc brwi. I ze mną, dodała 

w myśli.

Zanim wyruszyłem w podróż do Ameryki, ojciec oznajmił mi, że pragnie, bym wraz z 

tytułem odziedziczył po Stuarcie także narzeczoną. Nie mam zamiaru żenić się z lady Evelyn 

lub inną kobietą tylko dlatego, że tak nakazuje mi obowiązek. W jego oczach błysnął gniew. - 

Ojciec jest człowiekiem o silnej woli i twardym charakterze, i rzadko liczy się z czyimś 

zdaniem. Nie pozwolę, by narzucał mi swą wolę. Jeśli ustąpię mu w tej sprawie, uzna, że 

może mną kierować we wszystkich innych. Z drugiej strony nie chcę rezygnować z tego 

wszystkiego, co pewnego dnia będzie moje. Nic mam jednak zamiaru żenić się z panną, którą 

on wybrał. - Umilkł. - Dlatego właśnie wybrałem ciebie, bo, jak twierdzisz, nic masz żadnych 

krewnych. Nikt więc nie będzie wtrącał się w moje życie. Prawdę powiedziawszy, nie mam 

czasu szukać sobie narzeczonej ani tu, ani w Anglii. Jeśli wrócę z żoną, ojciec będzie musiał 

pogodzić się z moim wyborem. - Milczał przez chwilę. - Oboje pragniemy decydować o 

naszym   przyszłym   losie   stwierdził,   wzruszając   ramionami.   -   Przy   mnie   twoja   przyszłość 

będzie zapewniona. Kiedy wrócę żonaty, żadna z ponętnych panienek nie będzie próbowała 

położyć rączek na moim portfelu. Chyba to dobry układ, nie sądzisz?

Nie, zupełnie nieodpowiedni, chciała wykrzyknąć, lecz się powstrzymała. Kiedy nadal 

milczała, uniósł ciemną brew.

- No i cóż, Jankesko? Mogę być twoim wybawicielem, jeśli tylko mi na to pozwolisz.

background image

Gorycz wezbrała w jej sercu. Jako dziecko marzyła, że pewnego dnia zjawi się jej 

ojciec   i   zabierze   ją   gdzieś   daleko,   gdzie   nic   będzie   głodu,   zapachów   piwa   i   potu. 

Prawdopodobnie jednak nawet sama matka nie wiedziała, kim on jest.

Nie   była   też   ślepa   ani   głupia.   Doskonale   wiedziała,   że   od   mężczyzny   nie   można 

oczekiwać pomocy. A ten tutaj był obcy. arogancki i pyszałkowaty. Mógł jednak zapewnić jej 

lepsze życie... Nie zależało jej na futrach i klejnotach. Kusił ją raczej dom, którego nigdy nie 

miała.

Nękana wątpliwościami, dryfowała między niebem a piekłem. Zgoda oznaczała długą 

podróż za ocean, która napawała ją strachem. Panicznie bała się wody od owego dnia, kiedy 

razem z matką przybyła do Charleston. Czy zniesie taką podróż?

Musiałaby oszaleć, by na to przystać. Głupotą też byłoby się nic zgodzić.

Gabriel patrzył na nią wyczekująco.

- Pomyśl - odezwał się cicho. - Moja propozycja jest więcej warta niż zegarek. Jako 

moja żona będziesz miała wszystko.

A co będzie później? - zapytała. - Za rok? Za dziesięć lat? Wyrzucisz mnie na ulicę, 

kiedy spełnię już swoje zadanie?

Zanim zdążyła go powstrzymać, wziął jej dłoń w swoją i uniósł do światła. Długo 

przyglądał się szorstkiej, zniszczonej pracą skórze. Miała ochotę wyrwać mu rękę i ukryć w 

fałdach sukni, lecz coś ją przed tym powstrzymało.

Z nieodgadnionym  wyrazem twarzy przesunął  kciukiem po obtartych,  czerwonych 

kostkach dłoni.

-   Nigdy   już   nie   będziesz   musiała   pracować   ani   nikomu   służyć.   Teraz   tobie   będą 

usługiwać.

Dłonie jej zwilgotniały, a nogi zaczęły drżeć.

- Będziesz mnie dobrze traktował? - zapytała z wahaniem. - I nigdy nic podniesiesz na 

mnie ręki?

W odpowiedzi podciągnął rękaw jej sukni, odsłaniając sine ślady na nadgarstkach. 

Cassie nic spuszczała z niego wzroku. Dostrzegła w oczach hrabiego dziwny błysk, który 

jednak bardzo szybko zgasł.

Prawie nie otwierając ust zapytał: Czarny Jack?

Spuściła wzrok i skinęła głową. Gwałtownie puścił jej rękę.

Wychowano mnie na dżentelmena, Jankesko, choć są tacy. którzy twierdzą inaczej. 

Nie podniosę na ciebie ręki.

A kiedy byłby ślub? - zapytała, nie podnosząc oczu. - Nie odpłynę z tobą bez ślubu. 

background image

Miałabym wówczas pewność, że nie czynisz obietnic, których potem nie dotrzymasz.

Uśmiechnął się wolno.

Patrzcie, patrzcie! Tak ci spieszno do ślubu czy do łoża? Na samą myśl o tym Cassie 

skurczyła  się w sobie. Neli często przyprowadzała na poddasze klientów. Cassie udawała 

wówczas, że śpi, lecz do jej uszu docierały jęki, pomruki, szepty i śmiech. Zachowywali się 

jak zwierzęta. Wzruszył ramionami.

Zamierzam odpłynąć koło południa. Za odpowiednią sumę pastor z pewnością da się 

przekonać, by udzielił nam ślubu w ciągu godziny.

Wciąż miała wątpliwości.

Choć   stał   od   niej   w   odległości   kilku   kroków,   czuła   żar   bijący   od   jego   ciała. 

Przypomniała sobie, jak przygniatał ją swoim ciężarem i jak brutalnie ją całował.

Zacisnęła kurczowo ręce, by powstrzymać ich drżenie. Nie chcę dzielić z tobą łoża, 

panie. Jeśli się nie zgodzisz, to nici z naszego ślubu.

Zmarszczył brwi.

- Zaczynam podejrzewać, że ukrywasz jakąś deformację. Targujesz się, ale może nie 

ma o co? Chyba powinienem najpierw obejrzeć towar.

Wyciągnęła przed siebie ręce w obronnym geście.

- Nie! - krzyknęła.

Już   ci   mówiłem,   pani,   że   to   nic   namiętność   mnie   do   ciebie   przyciągnęła.   Mam 

rozliczne apetyty, lecz zapewniam cię, że jest wiele kobiet, które potrafią je zaspokoić. Poza 

tym, ostatnia rzecz, jakiej pragnę, to potomek. - Spojrzał na nią chłodno. - Wiec powiedz mi, 

Jankesko. Płyniesz ze mną do Anglii czy zostajesz tutaj?

- Płynę z tobą - usłyszała swój szept.

Skinął głową, po czym podszedł do drzwi, otworzył je i dał znak, by szła przodem.

Cassie ruszyła jak we śnie. W głowie jej szumiało i nie była w stanie zebrać myśli. 

Wszystko   wydawało   się   takie   niewiarygodne...   niemożliwe.   Zaledwie   kilka   chwil   temu 

wchodziła do tego pokoju, oczekując, że zostanie ukarana. Tymczasem wkrótce miała wyjść 

za mąż.

Christopher Marley spacerował niecierpliwie po sali. Czarny Jack siedział na ławie w 

odległym kącie i wpatrywał się bezmyślnie w kufel piwa. Słysząc kroki na schodach Neli 

wybiegła   z   kuchni   z   pogardliwym   uśmiechem   na   twarzy.   Była   przekonana,   że   Cassie 

wreszcie dostanie to, na co zasługuje.

Rzeczywiście tak się stało.

Kiedy zeszli na dół. wszystkie oczy zwróciły się w ich stronę. Cassie zapragnęła nagle 

background image

rzucić   się   w   stronę   drzwi   i   uciekać,   gdzie   oczy   poniosą.   Trzymająca   ją   za   łokieć   ręka 

zacisnęła się ostrzegawczo. Jak widać, bez trudu odgadł jej zamiar. Czarny Jack poderwał się 

z ławy i podszedł do nich.

- Nie ma potrzeby, aby wielmożny pan zaprzątał sobie nią głowę. - Rzucił Cassie 

gniewne spojrzenie. - Już ja się nią zajmę. Nigdy więcej niczego nie ukradnie.

- Och, nie wątpię. Jako moja żona nic będzie musiała tego robić.

Czarny Jack osłupiał. Poruszył ustami, lecz nie wydał żadnego dźwięku.

- Chyba nie chcesz poślubić tej suki, panie! - wykrzyknęła Neli.

Gabriel nawet na nią nie spojrzał.

-   Pobierzemy   się   w   ciągu   godziny.   Przy   magazynach   portowych   jest   kościół. 

Wstąpimy tam po drodze na statek.

Neli nie dawała za wygraną.

- Ale czemu ona?! - wykrzyknęła. Ta suka uważa, że jest lepsza ode mnie. Na pewno 

nie potrafi cię zadowolić w łóżku. Przecież ona nie wie nawet połowy tego co ja.

Czarny Jack odzyskał wreszcie mowę.

-  Wasza  wielmożność,   chyba   nie  myśli   pan  się z  nią  ożenić?  Przecież  to  zwykła 

dziwka.

Zwykła dziwka. Cassie utkwiła wzrok w podłodze. Nie miała odwagi spojrzeć nikomu 

w oczy. Dlatego nie widziała, iż Gabriel spojrzał na Czarnego Jacka z takim gniewem, że 

tamten mimowolnie się cofnął.

-   Ożenię   się,   z   kim   zechcę   -   oświadczył   zimno.   -   I   nikt   mnie   przed   tym   nie 

powstrzyma. A teraz proszę przywołać mi powóz. Czas ruszać w drogę.

Czarny Jack pospieszył  spełnić polecenie. Neli  gapiła się jeszcze  przez chwilę na 

Cassie, po czym wróciła do kuchni, mrucząc coś pod nosem.

Christopher Marley zdołał wreszcie otrząsnąć się z zaskoczenia. Klepnął Gabriela w 

ramię i wskazał głową na drzwi. Słowo na osobności, jeśli pozwolisz.

Cassie uniosła głowę i spojrzała ze smutkiem na wychodzących mężczyzn.

Tymczasem przyjaciele spoglądali na siebie przez chwilę. Zanim Christopher zdążył 

się odezwać. Gabriel powiedział:

- Mam nadzieję, że będziesz mi świadkiem na tym ślubie.

Świadkiem? - powtórzył ostro Christopher. - Czyś ty rozum postradał? Przecież wiesz, 

że takie małżeństwo byłoby farsą.

- Powiedz mi, przyjacielu - zapytał Gabriel. - Czy małżeństwo z lady Evelyn byłoby 

mniejszą farsą? Przynajmniej będzie to mój własny wybór.

background image

Christopher otworzył usta, po czym zamknął je. Niestety Gabriel miał rację.

Może Cassie dała się na to nabrać, ale mnie nie oszukasz. Chcesz się z nią ożenić na 

złość   ojcu.   Będzie   wściekły,   podobnie   jak   Warrenton,   kiedy   się   dowie,   że   nie   możesz 

poślubić lady Evelyn.

- Nie okłamałem jej - powiedział Gabriel.

Może i nie okłamałeś, szepnął mu wewnętrzny głos, ale i nie wyjawiłeś wszystkiego.

- Dziewczyna wic. dlaczego chcę się z nią ożenić.

-   Chcesz   powiedzieć,   że   nie   zmusiłeś   jej   do   tego   małżeństwa?   Gabriel   z   trudem 

zapanował nad gniewem.

- Nie podniosłem na nią ręki - wyjaśnił lodowatym tonem. - A jeśli twierdzisz inaczej, 

to strzeż się, przyjacielu.

Niczego  takiego nic twierdzę - odparował Christopher. - Ale ukradła  ci zegarek i 

została na tym przyłapana. Mogłeś to wykorzystać.

Masz   dla   niej   wiele   sympatii   -   zauważył   Gabriel   podejrzanie   słodkim   głosem.   - 

Czyżbyś mi zazdrościł?

- Nie w tym rzecz - zaprotestował Christopher żywo. - Nigdy cię nie krytykowałem, 

Gabrielu, ale chciałbym wiedzieć jedno: czy ta dziewczyna wie. w co ją wciągasz?

Christopherze, wyciągam ją z biedy i ciężkiej pracy. Dobrze wiesz, że jej sytuacja 

zdecydowanie   się   polepszy.   Chyba   raczej   należą   mi   się   pochwały   niż   krytyka   dodał   ze 

śmiechem.

Christopher miał nieco odmienne zdanie, lecz nic nie powiedział. Gabriel zrozumiał 

jego milczenie.

- Nie pozwolę mieszać się w moje sprawy ani tobie, ani nikomu - oświadczył chłodno. 

- Już postanowiłem. Zechcesz więc być moim świadkiem, czy mam poszukać sobie kogoś 

innego?

Christopher westchnął ciężko.

- Nie musisz - odpowiedział cicho. - Będę twoim świadkiem.

Kilka chwil później cała trójka siedziała już w powozie. Christopher zajął miejsce 

naprzeciwko   Cassie.   Przyszła   panna   młoda   wtuliła   się   w   róg,   byle   jak   najdalej   od   pana 

młodego.

Gabriel nie zwracał na nią uwagi i z obojętną twarzą wyglądał przez okno.

Wkrótce znaleźli się w małym kościółku. Cassie nie mogła sobie później przypomnieć 

ani jednego słowa z rozmowy Gabriela z pastorem. Był to tęgi, niski mężczyzna, który ze 

zdumieniem   przyglądał   się   biednie   wyglądającej   dziewczynie   i   szykownemu   paniczowi. 

background image

Garść złotych monet skutecznie zamknęła mu usta.

Cassie znalazła się nagle przed ołtarzem z Gabrielem u boku. Pastor odchrząknął i 

zaczął odmawiać formułkę.

Po chwili było po wszystkim. Poczuła, jak drżą jej ręce. ściskające węzełek. Wolno 

uniosła wzrok i spojrzała na człowieka, który był teraz jej mężem. Zauważyła, że uśmiecha 

się z satysfakcją. Dobry Boże! Została żoną tego zimnego człowieka o ponurym wejrzeniu i 

nie mogła już tego cofnąć. Nagle przyszło jej na myśl, że właśnie zawarła pakt z diabłem.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

Dochodziło południe, kiedy powóz przywiózł całą trójkę na nabrzeże.

Christopher   wysiadł   pierwszy.   Za   nim   Gabriel   zeskoczył   lekko   na   ziemię.   Kiedy 

Cassie podniosła się z miejsca, Gabriel odwrócił się i podał jej rękę.

Poczuła   się   niepewnie,   widząc   go   tak   ożywionym.   Nie   bardzo   wiedząc   dlaczego, 

obawiała   się   jego   dotknięcia,   toteż   nie   uczyniła   najmniejszego   ruchu.   Oczy   koloru   stali 

zapłonęły zimnym blaskiem.

- Pani, nie mam najmniejszej ochoty tu tkwić. Myślę, że ty również.

Spłonęła rumieńcem i nieśmiało podała mu rękę. Gdy tylko znalazła się na ziemi, 

natychmiast cofnęła dłoń. Gabriel skrzywił się nieznacznie, lecz nic nie powiedział. Poszedł 

zapłacić woźnicy, tymczasem Christopher zajął się ich bagażem.

Cassie   nie   ruszyła   się   z   miejsca.   Powietrze   było   wilgotne   i   ciężkie   po   porannym 

deszczu, a ostry zapach soli drażnił nozdrza Chociaż mgła się podniosła, niebo pozostało 

bladoszare.

- Ten na końcu to statek Gabriela - posłyszała tuż obok głos Christophera.

Spojrzała we wskazanym kierunku. W miejscu, gdzie nabrzeże wchodziło w zatokę, 

lśniący trójmasztowiec wdzięcznie kołysał się na falach.

Nie   zdążyła   nic   powiedzieć,   bo   wnet   pojawił   się   Gabriel,   chwycił   ją   za   łokieć   i 

poprowadził między niezliczonymi skrzyniami i beczkami. Tuż przed nimi krzepki marynarz 

zarzucił sobie skrzynię na plecy i ruszył po kładce na statek.

Paraliżujący strach  przeniknął ją  do szpiku kości. Czy to jedyna  droga na pokład 

statku? A jak inaczej mogłaby tam wejść? Odetchnęła głęboko i spojrzała w dół.

Jej oczom ukazały się ciemne spienione wody, uderzające z wielką siłą o umocnienia 

doku.

Natychmiast   wyobraziła   sobie,   jak   spada   w   ciemnozieloną   otchłań,   rozwierającą 

szeroko paszczę, by wchłonąć ją całą. Zaczęła spazmatycznie oddychać, płuca paliły żywym 

ogniem, gdy tymczasem cuchnąca, ohydna woda zalewała jej usta.

Chodź, Jankesko. Idź pierwsza, a ja za tobą.

Jego słowa rozproszyły otaczającą ją mgłę. Pokręciła głową i cofnęła się o krok.

- Nie wyszeptała. - Nie mogę...

-   Nie   możesz   się   już   rozmyślić.   Pierwszy   etap   mamy   już   za   sobą   i   za   chwilę 

zaczniemy następny. - Wyraz jego twarzy był równie groźny jak ton głosu.

Stłumiła narastające nudności.

background image

- Nie rozmyśliłam się. ale... ale nie umiem pływać i jeśli się potknę...

- Nie potkniesz się.

Och. gdyby mogła być tego pewna! Kolana zaczęły jej drżeć. P - proszę .. - wyjąkała.

Zaklął pod nosem i wziął ją na ręce. Cassie nic pozostało nic innego, jak wtulić twarz 

w jego szyję. Zacisnęła mocno oczy. kiedy pewnym krokiem ruszył po trapie na pokład. Nie 

zatrzymując się zaniósł ją prosto do kajuty.

Dopiero   kiedy   poczuła   pod   stopami   twardy   grunt,   odważyła   się   otworzyć   oczy. 

Gabriel uniósł lekko brew i wówczas zdała sobie sprawę, że nadal obejmuje go za szyję. 

Zaczerwieniła się gwałtownie i natychmiast się od niego odsunęła.

Rozgość się tymczasem. Zaraz podnosimy kotwicę - oznajmił, po czym zamknął za 

sobą drzwi kajuty.

Została   sama.   Omiotła   niepewnie   spojrzeniem   pomieszczenie.   Był   to   sporych 

rozmiarów pokój, z pewnością należący do jej męża. Odsunęła od siebie tę niepokojącą myśl i 

rozejrzała się ciekawie po kajucie.

Przy jednej ze ścian stała mahoniowa skrzynia i komoda, a także przytwierdzony do 

ściany stół. Środek kajuty zajmowało biurko z rozłożonymi na nim mapami. Był nawet mały 

brzuchaty piecyk i stojący obok fotel. Uwagę Cassie przykuło jednak szerokie łoże.

Podłoga nagle zatrzeszczała i zakołysała się pod stopami. Statek drgnął i ruszył  z 

miejsca. Poczuła  jednocześnie  strach i podniecenie.  Pod jedynym  oknem w  kabinie stała 

wąska kanapka. Podeszła do niej niepewnie, wdrapała się na nią i wyjrzała przez zaparowany 

luk.

Statek   nabierał   szybkości,   sunąc   po   wodach   zatoki.   Zalesiona   linia   brzegowa   i 

Charleston oddalały się coraz bardziej.

Jak wiele się tego dnia wydarzyło. Nigdy już nie ujrzy Charleston... ani Czarnego 

Jacka.   Koniec   z   życiem   służącej.   Koniec   z   szorowaniem   podłóg,   koniec   z 

podszczypywaniami i pożądliwymi spojrzeniami klientów.

Nie była szczególnie przygnębiona. Ogarniało ją jedynie tak dobrze znane jej uczucie 

samotności i szarpiący serce niepokój o to, co ją czeka.

Mogła mieć tylko nadzieję, że przyszłość będzie lepsza.

Uczucie zagubienia nie opuszczało jej przez cały długi dzień. Nie ośmieliła się wyjść z 

kajuty, nikt też do niej nie zaglądał. Wkrótce cienie zaczęły się wydłużać i mrok spowił 

kabinę. Czyżby wszyscy o niej zapomnieli?

W   tym   momencie   rozległo   się   pukanie   do   drzwi.   Zdążyła   powiedzieć   niepewne 

„Proszę”   i   w   drzwiach   stanął   krępy   młodzieniec   w   wełnianej   czapeczce   na   głowie. 

background image

Pogwizdując   cicho   wprowadził   do   kajuty   mały   wózek.   Tuż   za   nim   ukazała   się   dumna 

sylwetka Gabriela.

Moja droga, to jest Ian. Będzie zajmował się naszymi posiłkami i sprzątał kabinę w 

czasie podróży, Ian... moja żona. Cassie uśmiechnęła się ciepło do młodego człowieka.

- Witaj, lanie - powiedziała cicho.

- Milady.

Ściągnął   z   głowy   czapeczkę   i   skłonił   się   z   ujmującym   uśmiechem   na   twarzy. 

Następnie zajął się nakrywaniem do stołu na dwie osoby. Do jej nozdrzy dotarły wspaniałe 

zapachy. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, jak bardzo jest głodna, Ian skończył nakrywać i 

zamknął za sobą drzwi.

Została sama ze swoim nowo poślubionym mężem.

Podszedł   do   stołu,   odsunął   krzesło   i   spojrzał   w   jej   stronę.   Dopiero   po   chwili 

zrozumiała, że czeka na nią. Czyżby z niej żartował, czy po prostu chce być uprzejmy? - 

pomyślała. Czując się dość głupio, spłonęła rumieńcem i zajęła miejsce przy stole.

Nie pytając, nałożył jej na talerz. Nie zaprotestowała. Perspektywa wspólnego posiłku 

z   tym   człowiekiem   wprawiała   ją   w   zdenerwowanie.   Nie   wiedziała,   co   powiedzieć.   Nie 

wiedziała, jak się zachować. Zdecydowana nic dać niczego po sobie poznać, skupiła się na 

jedzeniu. Było proste, lecz pożywne: gesty gulasz i ciepły pachnący chleb. Głód wkrótce 

usunął wszystko inne w cień. Zapomniała nawet o siedzącym naprzeciwko niej mężczyźnie.

Kończyła   właśnie   drugą   dokładkę,   kiedy   jej   wzrok   napotkał   utkwione   w   niej 

przejrzyście szare oczy. Miały dziwny wyraz, toteż gorący rumieniec zabarwił jej policzki. 

Bez wątpienia uznał ją za zagłodzoną i łakomą.

Odłożyła widelec i spuściła wzrok.

Przepraszam - wymamrotała. - Nic powinnam... Pokręcił głową.

-   Nie   uczyniłaś   nic,   za   co   musiałabyś   przepraszać.   Jankesko.   Wygląda   na   to.   że 

opuściłaś zbyt wiele posiłków. - Umilkł, po czym dodał cicho: - Wolę, byś się najadła do syta, 

niż żeby miało się zmarnować dobre jedzenie. - Nic powiedział, że na widok jej apetytu 

poczuł się winny. On nie wiedział, co to głód. Oblała się rumieńcem. Gabriel uśmiechnął się 

lekko.

- Jestem jednak niewymownie rad, że nic mam do czynienia z biednym marynarzem.

- Mojemu żołądkowi nic dolega nic z wyjątkiem głodu. Uśmiechnęła się drżąco i 

odetchnęła swobodniej. Może jednak potrafi być miły, pomyślała.

Chciał   nalać   jej   wina,   lecz   odmówiła.   Przyglądał   się   jej   przez   chwilę,   po   czym 

powiedział:

background image

- Muszę ci postawić kilka warunków, Jankesko. Na statku jest wielu mężczyzn, a jak 

zapewne wiesz, marynarze bywają dość grubiańscy. Zakonotuj sobie, że nie byłoby dla ciebie 

bezpiecznie spacerować samotnie po pokładzie.

Pomyślała   o   otaczających   ich   ciemnych   głębinach.   Nic   ma   obawy,   pomyślała,   z 

trudem opanowując dreszcz strachu.

Pojawił się Ian i szybko sprzątnął resztki posiłku. Gabriel wstał od stołu i usiadł przy 

biurku. Rozwinął mapę i rozłożył ją na blacie. Cassie tymczasem przeniosła się na fotel przy 

pękatym piecyku.

Mijały minuty. Wydawało się. że Gabriel zapomniał o jej istnieniu, lecz Cassie to nie 

przeszkadzało. Wciąż jednak zerkała w jego stronę.

Zdjął surdut i podwinął rękawy koszuli, odsłaniając umięśnione ręce, pokryte gęstym 

ciemnym włosem. Przypomniała sobie, jak te ręce ją obejmowały, kiedy niósł ją po trapie na 

statek. Były takie silne i pewne. Najwidoczniej nie miał aż tak lekkiego życia, jak sądziła. 

Palce miał szczupłe, o czystych paznokciach. Niechętnie spojrzała na szorstką i spierzchniętą 

skórę na dłoniach, po czym ukryta je w fałdach sukni. Wsunęła głębiej stopy pod fotel i 

skuliła się, jakby zapragnęła stać się niewidzialna.

Wkrótce nie przespana noc dała o sobie znać i nie zdając sobie z tego sprawy, usnęła. 

Nagle poczuła, że ktoś nią potrząsa. Otworzyła  oczy i zobaczyła  pochylającą się nad nią 

przystojną twarz męża.

- Jesteś zmęczona, Jankesko. Proponuję, byś się położyła. Oszołomiona wyprostowała 

się wolno i zapytała lekko schrypniętym głosem:

- Gdzie będę spała?

Nie trzeba chyba wielkiej inteligencji, by się tego domyślić, zważywszy, że w kajucie 

jest tylko jedno łóżko - rzucił z ironią.

Cóż   za   grubianin   -   pomyślała.   A   ona   sądziła,   że   ma   w   sobie   choć   szczyptę 

delikatności.

Dotknięta do żywego, uniosła dumnie brodę.

- Nie mam ochoty spać w sukni - oświadczyła wyniośle. - A nie będę jej przy tobie 

zdejmować.

Co takiego?! Chyba nie spodziewasz się, że wyjdę. Nic zapominaj, że to moja kajuta. I 

żeby nie było między nami nieporozumień... Nie mam zamiaru spać na podłodze, podczas 

gdy ty zajmiesz moje łóżko. Jest wystarczająco szerokie dla nas dwojga.

Zaparło jej dech w piersi. A to łajdak! I taki śmie nazywać siebie dżentelmenem!

Mówiłeś, że mnie nic tkniesz. Obrzucił ją taksującym spojrzeniem.

background image

- Posłuchaj - powiedział, wolno cedząc słowa. - Nie widzę potrzeby powtarzania tego 

po raz kolejny, jednak zrobię wyjątek. Niezwykle cenię sobie cielesne przyjemności. Lecz ty 

nie jesteś dla mnie żadną pokusą, a ja nie jestem rozpustnym łajdakiem, który nie może spać 

obok kobiety, nie rozdzierając jej szat.

Każde słowo raniło boleśnie. Wiedziała, że poniosła porażkę.

- Doskonale - mruknęła. Lecz przynajmniej mógłbyś się odwrócić.

- Nie jesteś pierwszą kobietą, którą oglądani bez niczego.

- Nie oglądałeś mnie bez niczego i nie będziesz oglądał. Prychnął pogardliwie.

- Mam nadzieję, że skończysz wreszcie z tym udawaniem wstydliwej panienki. To nie 

robi na mnie wrażenia.

Zapragnęła nagle wykrzyczeć mu w twarz, że wcale nie udaje. Wiedziała, że uważa ją 

za   zwykłą   dziwkę.   A   gdyby   powiedziała   mu   prawdę?   Czy   miałoby   to   dla   niego   jakieś 

znaczenie? Nie sposób przewiedzieć, jak by zareagował. Nie, nie może dopuścić, by odwiózł 

ją do Charleston. Cóż by ze sobą zrobiła? Musiałaby wrócić do Czarnego Jacka. A sądząc z 

humoru hrabiego, niewiele brakowało, by go sprowokować.

W końcu jednak się odwrócił. Pospiesznie zsunęła buty i pończochy i zdjęła przez 

głowę suknię. Byłby potworem, gdyby się teraz obejrzał. Czuła się naga w cienkiej koszulce i 

bawełnianej halce. Prędko wsunęła się pod kołdrę i przykryła  po samą szyję. Możesz się 

odwrócić - rzuciła bez tchu.

Nawet na nią nie spojrzał. Zauważyła ze zdziwieniem, że zdążył już rozpiąć koszulę. 

Patrzyła z niepokojem, jak zsuwają z ramion. Pierś i brzuch miał pokryte gęstym ciemnym 

włosem. Przez chwilę nie mogła złapać tchu. Kiedy jego dłonie powędrowały ku zapięciu 

bryczesów, pospiesznie przewróciła się na drugi bok. Zgasił lampę zawieszoną na belce i 

kajutę spowiły ciemności. Zacisnęła oczy i nie otworzyła ich nawet wówczas, kiedy usłyszała, 

jak kładzie się obok niej.

Serce biło jej jak szalone. Ich ciała się nie stykały, lecz wciąż się obawiała, że za 

chwilę to się stanie. Przesunęła się wolno na brzeg łóżka.

Nagle poczuła na biodrze jego dłoń.

-   Albo   uspokoisz   się   i   dasz   mi   spać.   albo   będziesz   spała   na   podłodze   -   rzucił 

wściekłym szeptem.

Znieruchomiała, bojąc się nawet odetchnąć. Jego dłoń paliła ją przez cienki materiał 

koszuli. Jak mam spać. kiedy ten człowiek leży obok mnie? - pomyślała z przerażeniem.

W końcu jednak miarowe kołysanie statku utuliło ją do snu.

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Wolno   się   budziła.   Czuła   pod   sobą   miękki   puszysty   materac   i   przyjemne   ciepło. 

Leżała wtulona w coś, co emanowało żarem i sprawiało, że czuła się rozkosznie bezpieczna. 

Nigdy dotąd nie było jej tak dobrze. Przez chwilę nie mogła sobie przypomnieć, gdzie jest. W 

każdym razie nie było to jej łóżko na poddaszu. Dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że nie 

jest sama. i przypomniała sobie, kim jest ów mężczyzna, do którego tak się przytula.

Uniosła gwałtownie powieki. Policzek miała wciśnięty w twarde umięśnione ramię, 

ręka zaś, sprawiająca wrażenie drobnej i bladej, spoczywała na opalonej i mocno owłosionej 

piersi.   Kontrast   między   karnacją   ich   skór   był   uderzający.   Zauważyła,   że   kołdra   ledwie 

przykrywa mu biodra. Wzrok bezwiednie powędrował niżej, prześlizgując się po tej partii 

ciała, której lepiej było nie widzieć, a która wywołała na jej twarzy krwisty rumieniec.

Czując dziwny ucisk w gardle, uciekła wzrokiem w górę jedynie po to, by napotkać 

jego śmiałe spojrzenie.

Dzień dobry, Jankesko - powiedział przeciągając sylaby. - Ufam. że moje łóżko nie 

sprawiło ci zawodu.

Cassie powstrzymała  się od ciętej riposty, która cisnęła  jej się na usta. Po chwili 

jednak spuściła głowę, bo Gabriel odrzucił kołdrę i wstał z łóżka. Jego absolutny brak wstydu 

był dla niej czymś szokującym.

Kiedy   stanął   do   niej   tyłem,   podciągnęła   wyżej   kołdrę.   Słysząc   plusk   wody   w 

miednicy, ostrożnie  zerknęła w tamtą stronę. Z ulgą stwierdziła,  że Gabriel ma na sobie 

spodnie. W tym momencie się odwrócił.

-   Nie   mam   nic   przeciwko   temu,   byś   mnie   oglądała,   Jankesko,   lecz   byłoby 

sprawiedliwiej, gdybym i ja dostąpił tego przywileju - oświadczył uśmiechając się arogancko.

Niby   dlaczego   miałbyś   tego   pragnąć   -   rzuciła   wyzywająco.   -   Sam   przecież 

stwierdziłeś, że nie jestem dla ciebie żadną pokusą.

Wytarł ręce, usiadł na brzegu łóżka i bezceremonialnie przesunął palcem wzdłuż jej 

nagiego ramienia. - Ale mógłbym zmienić zdanie. Odepchnęła jego rękę. Oby nie.

Patrzył, jak jej palce pospiesznie podciągają kołdrę pod brodę. Jej oczy wyglądały 

teraz niczym ogromne przejrzyste topazy. Rozbawiło go to i zarazem rozczarowało, że tak 

uparcie   trzyma   się   swojej   taktyki.   Nie   spodziewał   się   takiej   skromności   po   kobiecie   jej 

pokroju. Wzruszył ramionami i powrócił do przerwanej toalety.

Ogolił   się,   po   czym   wytarł   z   szyi   resztki   mydła.   Spojrzał   ponownie   na   Cassie   i 

zauważył, że wciąż mu się przygląda. W jej oczach dostrzegł niepokój i napięcie. Rzucił 

background image

ręcznik na umywalkę i podszedł do łóżka.

- Widzę, że coś cię niepokoi, Jankesko. Może powiesz mi. o co chodzi.

Zwilżyła wargi końcem języka. Kiedy on zdążył poznać ją tak dobrze? Postanowiła, 

że w przyszłości musi się lepiej pilnować.

-   Zastanawiałam   się...   jak   mam   się   do   ciebie   zwracać.   Uniósł   brew   i   sięgnął   po 

koszulę.

- A jak byś chciała, Jankesko?

Jankesko.   Dlaczego   tak   uparcie   obstaje   przy   tym   przezwisku?   Zaczynało   ją   to 

irytować. Poderwała się gwałtownie, zapominając o kołdrze.

- Jest całe mnóstwo pasujących do ciebie określeń, panie, podejrzewam jednak, że 

żadne by ci nic odpowiadało. Okrył koszulą barczyste ramiona.

Nie wątpię w to. Ale ja mam już imię, Jankesko. Ja także, lecz nie jest to „Jankeska”! 

Uniósł kącik ust.

- Nie rozumiem, dlaczego nie miałabyś się zwracać do mnie po imieniu. Jeśli zaś 

chodzi o ciebie, to już mówiłem, że „Cassie” do ciebie nie pasuje.

- My też do siebie nie pasujemy, a jesteśmy razem, w do datku jako mąż i żona! - 

rzuciła bez namysłu.

Uśmiech   zniknął   z   jego   twarzy.   Jej   zachowanie   zirytowało   go,   lecz   jednocześnie 

musiał przyznać, że dziewczyna ma w sobie wiele uroku. W swym wzburzeniu wyglądała 

niezwykle ponętnie; gęste włosy falami opadały jej na ramiona. Zapragnął nagle rzucić ją na 

plecy i pokazać tej hardej małej jędzy, że gdyby chciał, mógłby jej cięte riposty zmienić w 

bolesne jęki.

Niech to diabli! Cóż to za nonsens? Lepiej było ożenić się z ropuchą. Gdyby nie była 

taka   urodziwa,  nic   traciłby  czasu   na  słowne  utarczki.  Zirytowało  go.  że   musi  sam   sobie 

przypominać, iż ma ważniejsze sprawy na głowie niż te bezsensowne dysputy.

- Masz rację - odparł chłodno. - Jednak lepiej się nad tym nie rozwodzić. - Wciągnął 

buty. podszedł do drzwi i rzucił przez ramię: - Na twoim miejscu bym się ubrał, bo niebawem 

Ian przyniesie śniadanie.

Jakże bolała ją ta szorstkość. Nie mogła się oprzeć wrażeniu, że zrobiła coś nie tak. 

Lecz   co?   Uśmiech   Iana   był   szeroki   i   przyjacielski.   Kiedy   wyszedł,   znowu   poczuła   się 

samotna i opuszczona.

Chodziła po kajucie, aż w końcu zatrzymała się przed małą biblioteczką stojącą za 

biurkiem. Spoglądała markotnie na oprawne w skórę tomy, żałując, że nigdy nie chodziła do 

szkół. Umiała jedynie się podpisać. Może gdyby potrafiła czytać, czas by się tak nie dłużył.

background image

Po południu  drzwi do kajuty  otwarły się  szeroko i Cassie ujrzała  w nich  wysoką 

sylwetkę męża.

-   Morze   jest   dziś   bardzo   spokojne,   Jankesko.   Może   zechciałabyś   przejść   się   po 

pokładzie?

Po pokładzie? Wolała już raczej samotność od konieczności zmierzenia się z wodnym 

żywiołem. Przez cały dzień starała się o tym nie myśleć.

- Nie musisz zaprzątać sobie mną głowy. Z pewnością masz ważniejsze sprawy niż 

zajmowanie się moją osobą. - Uśmiechnęła się z trudem. - Może później.

Nie spuszczał z niej wzroku przez kilka pełnych napięcia sekund. Modliła się. by nic 

nalegał.

Jak sobie życzysz, Jankesko - powiedział w końcu z lekkim wzruszeniem ramion. - 

Daj znać Ianowi, gdybyś czegoś potrzebowała.

Z tymi słowy odwrócił się i wyszedł.

Jednak   trzeciego   dnia   już   nie   okazał   się   taki   zgodny.  Kiedy   grzecznie   odmówiła, 

spojrzał na nią spod zmrużonych powiek. Jesteś wyjątkowo uparta, Jankesko.

- Nic podobnego, panie. - Usiłowała zbyć go beztroskim śmiechem. Już mówiłam, że 

nic musisz zaprzątać sobie mną głowy. Doprawdy, nie ma potrzeby...

- Zapewniam cię, że jest. Jankesko. - Na jego twarzy nie było cienia uśmiechu. - Nie 

możesz   spędzić   w   kajucie   całej   podróży.   Potrzebujesz   słońca   i   świeżego   powietrza.   W 

przeciwnym razie rozchorujesz się.

- Nic podobnego - zaprotestowała gwałtownie.

- Nie chcę cię mieć na sumieniu, dziewczyno.

Podszedł do niej szybko i zdecydowanie. Twardy, nieustępliwy wzrok nie dopuszczał 

odmowy. Odziany na czarno od stóp do głów, w ciemnej, długiej pelerynie, wyglądał jak sam 

diabeł.

Z pewnością też nie troska o jej zdrowie wywołała ten upór. Po prostu musiało być 

tak. jak on postanowił.

Na nic się zdały jej protesty. Złapał ją za ręce i objął w talii. Wyrwała się i rzuciła mu 

pełne nienawiści spojrzenie.

- Przez wiele lat radziłam sobie bez niczyjej pomocy - warknęła.

- Jak sobie życzysz - rzucił z ironią.

Nie miała wyboru; musiała wejść po trapie na pokład. Natychmiast serce zaczęło bić 

jak szalone. Obawiała się, że nie zdoła zapanować nad strachem i pozwoli, by ten człowiek 

był świadkiem jej słabości. Pewnie uznałby ją za głupią, a tego by nie zniosła.

background image

Szła coraz wolniej, w końcu nie bardzo zdając sobie z tego sprawę stanęła. Starała się 

nie   patrzeć,   lecz   było   to   od   niej   silniejsze.   Całą   przestrzeń,   aż   po   horyzont,   wypełniały 

złowieszcze,   połyskujące   srebrem   masy   wód.   Spostrzegła,   że   stoi   blisko   barierki. 

Mimowolnie spojrzała w dół.

Kłębiące się fale wściekle uderzały o burtę statku. Miała wrażenie, że kipiel chwyta ją 

za poły sukni i ciągnie w swe lodowate odmęty.

- Proszę wyszeptała nieswoim głosem. - Ja... ja nie mogę tu zostać.

Rzucił jej gniewne spojrzenie. Zobaczył, że zbladła, a oczy wyglądały niczym dwie 

ogromne błyszczące kule. Przypomniał sobie moment wsiadania na statek. Sądził wówczas, 

że jest po prostu nieśmiała, lecz dopiero teraz zrozumiał, że się bała. Nie był to jednak strach 

przed wysokością, jak początkowo przypuszczał.

- Czy to twoja pierwsza podróż? Kiwnęła nerwowo głową.

- Mam nadzieję, że ostatnia.

Kurczowo przywarła do jego boku. Ze zdumieniem zauważył, że cała drży.

- Spokojnie - powiedział cicho. - Weź kilka głębokich oddechów i pomyśl o czymś 

przyjemnym.

Nie mogę! - zatkała, mocno zaciskając powieki. Otoczył ją ramieniem.

- Oczywiście, że możesz, Jankesko. Musisz się tylko  trochę postarać - powiedział 

niskim, spokojnym głosem.

Potrząsnęła przecząco głową i ukryła twarz na jego ramieniu, zaciskając jednocześnie 

palce na jego dłoni.

- Jeśli pozwolisz, Jankesko. to wolałbym wrócić do Anglii z całą ręką.

Słysząc   jego   oschły   ton.   otworzyła   oczy.   Chyba   wzrok   ją   mylił.   Nie   dostrzegła 

bowiem kpiny ani pogardy w jego pięknych oczach. Rozluźniła palce, lecz nie puściła jego 

dłoni.

- Dobrze. Skoro otworzyłaś oczy, unieś w górę głowę i po wiedz, czy kiedykolwiek 

widziałaś tak niebieskie i czyste niebo. To jednak nic w porównaniu z nocą, kiedy świeci 

księżyc,   a   nieboskłon   przypomina   rozżarzone   srebro.   Tylu   gwiazd   jeszcze   nigdy   nie 

widziałaś.

Cóż go napadło, żeby opowiadać o pięknie i kolorach? - pomyślał gniewnie. Jej strach 

musiał poruszyć w nim jakąś uśpioną strunę. Poczuł, że Cassie cała się trzęsie.

- Cóż to, Jankesko? Nadal się boisz? Pokręciła przecząco głową.

- Jest mi tylko zimno - skłamała.

- Następnym razem musimy pamiętać o pelerynie.

background image

- Nie mam peleryny - wyrwało jej się bez zastanowienia. Gabriel przeklął siebie w 

duchu.  Powinien  wiedzieć,   że  w   jej   garderobie   nie  ma  takich  dodatków.  Zdjął   z  ramion 

pelerynę i okrył nią Cassie. Spojrzała na niego zaskoczona i uśmiechnęła się z wdzięcznością. 

Poczuł  dziwny  ucisk  w   dole  brzucha.   Była  taka  drobna,   że  wielka   peleryna   szczelnie   ją 

okryła. Wyglądała tak młodo i bezbronnie.

Zrobił się nagle zły na siebie.

- No, dalej, Jankesko - rzucił szorstko. - Nie zrobiłaś jeszcze tego, o co prosiłem.

Niecierpliwość brzmiąca w jego głosie nie zrobiła na niej takiego wrażenia jak ciepło 

obejmującego ją ramienia. Wciąż działało na nią uspokajająco, toteż posłusznie uniosła w 

gorę głowę. Słońce przyjemnie grzało policzki, a wiatr pachniał świeżością. Hen, wysoko, na 

tle przejrzystego błękitnego nieba, trzepotały ogromne płachty żagli. Potężne maszty kiwały 

się z falami, trzeszcząc łagodnie. Bardzo dobrze. Czy było to takie straszne?

- Nie - przyznała niepewnie, lecz po chwili zapytała: - Czy teraz mogę już wrócić do 

kajuty?

Lekki uśmiech przemknął przez twarz Gabriela. Za chwilę. Potem odprowadzę cię na 

dół.

Jakoś   nie   zmartwiła   się   zbytnio   tą   zwłoką.   Czuła   jego   zapach,   czysty   i   lekko 

drażniący, a mimo to dziwnie swojski. Czuła też ciepło jego ciała, stał bowiem tuż przy niej.

Gdzieś z góry rozległo się wołanie. Jeden z marynarzy stojący na pokładzie rufowym 

kiwał do Gabriela.

Do diabła! - mruknął z niechęcią Gabriel. - Nie mogą się beze mnie obejść.

Przeniósł spojrzenie na Cassie, która szybko spuściła wzrok. Zdążył jednak dostrzec 

błysk paniki.

W tej właśnie chwili na pokład wszedł Christopher. Gabriel przywołał go siebie.

-   Christopherze,   czy   zrobisz   mi   tę   łaskę   i   zostaniesz   z   moją   żoną,   kiedy   będę 

rozmawiał z Simmsem?

Ależ oczywiście. Cassie chciała zaprotestować, lecz Gabriel już odszedł. Skrzywiła się 

na myśl o towarzystwie Christophera. Nie mogła zapomnieć jego spokojnego i poważnego 

wyrazu   twarzy   podczas   ślubnej   ceremonii.   Przypuszczała,   że   jest   przeciwny   temu 

małżeństwu, a także jej samej. Bolało ją to. bo czuła, że mogłaby go polubić.

Naprawdę nie ma potrzeby, byś tu zostawał, panie mruknęła. Skłonił się z galanterią.

Zapewniam  cię,  że to żaden  kłopot.  Zapanowała niezręczna  cisza.  Cassie  mocniej 

otuliła się peleryną i wbiła wzrok w czubki bucików.

Przykro mi, że mnie nie lubisz, panie - odezwała się cicho. Christopher zamrugał 

background image

oczami.

- Co takiego? - Przełknęła ślinę.

-   Ja...  wiem,   że   mnie   nie   lubisz,   bo  poślubiłam   twojego   przyjaciela   -  wydusiła   z 

trudem. - Bo... bo stoję niżej od niego. Uniosła głowę, a wówczas on wybuchnął gromkim 

śmiechem.

- Cassie... Chyba nie masz nic przeciwko temu. bym się tak do ciebie zwracał? Co 

więcej, mam nadzieję, że Gabriel nie poczuje się tym  dotknięty. Z przyjemnością jednak 

spieszę cię poinformować, iż jesteś w wielkim błędzie. Wcale się na ciebie nie gniewam. 

Jeżeli już to na Gabriela.

- Dlaczego? - zapytała. Nagle zdała sobie sprawę, jak mało wie o człowieku, którego 

poślubiła.

Christopher   podprowadził   ją   do   przewróconej   skrzynki   i   posadził   z   rewerencją. 

Następnie przyciągnął sobie drugą i usiadł obok Cassie.

-   Wiesz   chyba,   że   jego   brat   Stuart   nie   żyje   i   Gabriel   odziedziczył   po   nim   tytuł 

hrabiego Wakefield, a także jego narzeczoną, lady Evelyn Latham, córkę księcia Warrenton.

Kiwnęła głową potakująco.

- Powiedział mi, że jego ojciec chce. by ją poślubił.

- Tak. Nietrudno zrozumieć  dlaczego. Ród Warrentona wywodzi  się od Wilhelma 

Zdobywcy, a skojarzony z bogactwem Farleigh wydałby doprawdy świetne owoce...

Widząc jej zawstydzenie, dodał pospiesznie:

- Zechciej mi wybaczyć. Czasami za dużo gadam. Po chwili mówił dalej.

Sytuacja między Gabrielem a jego ojcem jest skomplikowana. Zastanawia mnie tylko 

jedno: dlaczego Gabriel nie chce o tym  mówić. Zapewniam cię, Cassie, że nie mam nic 

przeciwko temu, że Gabriel ożenił się z kobietą nic ze swojej sfery. Nie jestem tylko pewien, 

czy to ładnie wciągać cię w tę... sprawę.

- Jeszcze nie do końca oswoiłam się z myślą, że przestałam być Cassie McClellan, a 

stałam się panią Sinclair - powiedziała Cassie po chwili milczenia.

-   Nie   -   łagodnie   sprostował   Christopher.   -   Jesteś   teraz   hrabiną   Wakefield...   lady 

Wakefield.

Westchnęła z rezygnacją.

- Hrabina, książę... tyle tych tytułów... nie potrafię ich odróżnić.

Zaśmiał się w odpowiedzi.

Z przyjemnością objaśnię ci te niuanse szlachectwa. Rozmawiali w najlepsze, kiedy 

zjawił   się   Gabriel.   Cassie   była   pojętną   uczennicą,   a   pochwały   Christophera   przywróciły 

background image

uśmiech na jej wargach i kolor na policzkach. Jednak na widok Gabriela serce jej zamarło. 

Jeszcze długo nic mogła zapomnieć wyrazu jego twarzy. Była posępną niemal groźna. Przez 

chwilę wydawał się nawet miły... teraz jednak ponownie stał się zimny i daleki.

Nie   wiedziała,   że   Gabriela   zirytowało,   iż   jego   przyjaciel   tak   wspaniale   potrafił 

rozproszyć jej strach.

Kiedy kładła się wieczorem do łóżka, wciąż myślała o tym, co wydarzyło się tego 

dnia. Odwróciła się na drugi bok, gdy Gabriel zgasił latarnię i wsunął się pod kołdrę. Choć 

dzień upłynął szybciej niż poprzednie, wcale jej się nie spieszyło do kolejnego spaceru po 

pokładzie. Na samą myśl czuła ucisk w żołądku i niespokojnie przewracała się z boku na bok.

W końcu Gabriel uniósł się na łokciu i warknął: Co z tobą, Jankesko?

Znieruchomiała. Ku swojej rozpaczy leżała właśnie przodem do niego. Znajdowali się 

tak blisko siebie, że czuła, jak włosy na jego torsie dotykaj ą czubków jej piersi.

Jak długo będziemy płynąć? - ośmieliła się w końcu zapytać.

Sześć tygodni - padła zwięzła odpowiedź. - Może mniej.

a może więcej, zależnie od wiatrów i pogody.

Starała się nie myśleć o jego nagim torsie. Nie wiedziała już. co gorsze: sześć tygodni 

na znienawidzonym morzu, czy też dzielenie łoża z tym mężczyzną. Na myśl o tej drugiej 

perspektywie czuła niepokój, a pierwsza wywoływała w niej dreszcz strachu.

Gabriel wyczul drżenie jej ciała.

Dlaczego tak się boisz morza, Jankesko?

Zawahała się. Czy on uważa taki strach za słabość i głupotę? Wpatrywała się w niego 

w ciemności. Oczy błyszczały mu jak dwie szpileczki, lecz głos stracił na ostrości.

Kiedy nie odpowiadała, spróbował innej taktyki.

Powiedziałaś kiedyś, że to twoja pierwsza podróż. Uśmiechnęła się lekko.

To prawda. Nigdy dotąd nie opuszczałam Charleston. Mieszkałaś tylko z matką? A 

ojciec?

- Nie znałam swojego ojca - odpowiedziała cicho. - Mógł nim być każdy - dodała 

niepewnie. - Moja matka... była...

Wiem. - Jakoś nie chciał, by słowo „dziwka” przeszło jej przez usta. - Więc co się 

stało? - Domyślał się, że chodzi tu o coś więcej niż o strach przed nieznanym.

Myśli Cassie cofnęły się do owego odległego w przeszłości dnia.

- Byłam bardzo mała - powiedziała - ale tego dnia nigdy nie zapomnę. - Obróciła się 

na plecy i zapatrzyła w sufit. - Było wcześnie rano i staliśmy na końcu doków, obserwując 

wypływające w morze statki. Moja matka była z ciemnowłosym, dobrze ubranym mężczyzną. 

background image

Pamiętam, że stałam tuż przed nią. Śmiała się, uczepiona ramienia tego mężczyzny. Myślała, 

że nic słyszę, co mówi, ale ja wszystko słyszałam.

Mimowolnie   zadrżała.  Nawet  po  tylu  latach  kuliła  się  na wspomnienie   tego  dnia. 

Zagrzebała go głęboko w pamięci, starając się o nim zapomnieć, teraz jednak czuła się tak, 

jakby na nowo go przeżywała. Co powiedziała?

Szepnęła   do   mężczyzny:   „Pomyśl.   Nikogo   nie   ma   w   pobliżu.   Gdyby   zniknęła, 

bylibyśmy tylko we dwoje”.

Gabriel poczuł ucisk w piersi. Słodki Jezu! Czy to możliwe? Ta kobieta chyba nie 

myślała o...

- Co się stało potem?

- Poczułam rękę na plecach i zaczęłam spadać. Było tak ciemno i zimno... Pamiętam, 

że krzyczałam i dławiłam się. Myślałam, że zaraz utonę. Kiedy byłam pewna, że już po mnie, 

ten mężczyzna chwycił mnie za rękę i wyciągnął z wody.

- Zaczekaj - powiedział Gabriel wolno. - Myślałem, że to on cię popchnął.

Bardzo długo nie odpowiadała, a kiedy się odezwała, jej głos brzmiał głucho.

Nie. To moja matka - wyszeptała.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Z całego serca żałował, że w ogóle zadał pytanie o przyczynę jej strachu. Kiedy już ją 

poznał...

Wolał nie wiedzieć.

Choć właściwie niczego to nie zmieniało. Oczywiście było godne pożałowania, lecz 

nie mógł pozwolić, by dziewczyna zmiękczyła jego serce. Wszystko wówczas poszłoby na 

marne. Nic mógł pozwolić, by cokolwiek zniweczyło jego plany.

Dni wlokły się Cassie niemiłosiernie. Gabriel późno wracał do kajuty. Zwykle już 

spała,   kiedy   kładł   się   spać.   a   wstawał   bardzo   wcześnie.   Większość   czasu   spędzała   więc 

samotnie. Nie przeszkadzało jej to, bowiem jego obecność przyprawiała ją zawsze o szybsze 

bicie serca. Kajuta wydawała się wówczas strasznie mała.

Nalegał jednak, aby od czasu do czasu wychodziła na pokład. Nie miała dość odwagi, 

by spacerować samą toteż towarzyszył jej albo Gabriel, albo Christopher.

Sporo   czasu   spędzała   teraz   z   Christopherem.   Był   wesoły   i   uprzejmy,   zawsze   z 

ujmującym uśmiechem na czerstwej twarzy. Raczył ją opowieściami z życia wyższych sfer. 

Słuchała ich z zapartym tchem. Niezwykle interesował ją Londyn, teatry, domy gry i kluby. 

Christopher nigdy nie tracił cierpliwości i odpowiadał na jej nie kończące się pytania. Choć 

nie całkiem zdawała sobie z tego sprawę. Christopher nie tylko ją zabawiał, lecz również 

wprowadzał w tajniki szlacheckiego życia. Tak swobodnie czuła się w jego obecności.

Z Gabrielem zaś nigdy.

Od Christophera dowiedziała się. że przyjaciele poznali się w szkołę. Nie zdziwił jej 

fakt, że Gabriel nie był nigdy posłusznym, obowiązkowym uczniem. Według Christophera to 

odwaga   i   śmiałość   stały   się   jego   przepustką   do   wieku   męskiego,   lecz   na   tym   się   nie 

skończyło.

- Na zawsze pozostanie dla mnie tajemnicą, dlaczego taki rozpustnik jak on ma takie 

powodzenie   wśród   dam   -   zaśmiał   się   Christopher   któregoś   wieczoru,   kiedy   siedzieli   na 

pokładzie. - Pękną serca wielu pannom, kiedy rozejdzie się wieść, że wstąpił w związek 

małżeński. Nie desperuj jednak - dodał z wesołym  błyskiem  w oku. Wielu młodzieńców 

bowiem z pewnością pozazdrości mu takiej żony.

Oblała się krwistym rumieńcem, choć wiedziała, że to żarty. Objęła kolana rękoma i 

powiedziała z uśmiechem:

Wierzę we wszystko, co powiedziałeś mi o Gabrielu. Zastanawiam się jednak... czy 

też jesteś równie szalony i rozpustny?

background image

Skrzywił się.

- A jak sądzisz, kto go nauczył tych dzikich diabelskich sztuczek?

Cassie wybuchnęła śmiechem. Jakoś nic mogła sobie wyobrazić Christophera w tej 

roli, uważała go bowiem za człowieka szlachetnego i godnego zaufania.

Żadne z nich nie dostrzegło pary oczu, która śledziła ich z pokładu rufowego. Pod 

maską spokoju kipiały emocje, dobrze kontrolowane, ale wciąż obecne. Gabriel przyglądał się 

długo   wdzięcznej   główce   koloru   bursztynu   skłaniającej   się   ku   głowie   przyjaciela.   Przez 

ostatnie tygodnie często widywał ich zatopionych w rozmowie, śmiejących się wesoło. Nie 

odczuwał   bynajmniej   zazdrości.   Ufał   przyjacielowi   całkowicie   i   nie   musiał   się   niczego 

obawiać. Jednak na niego Cassie nigdy nie patrzyła z takim ożywieniem.

Christopher ujrzał go pierwszy i zerwał się na równe nogi. Płonące srebrzyste oczy 

Gabriela zwróciły się na Cassie.

- Przypuszczam, iż zauważyłaś, że wiatr się wzmaga. - Jego głos smagał niczym bicz. 

- Nadchodzi burza. Lepiej byś wróciła do kajuty.

Ruszył przed siebie, po czym odwrócił się, gdy nie wykonała żadnego ruchu.

Radzę się pospieszyć, Jankesko. chyba że masz ochotę spocząć w morskim grobie.

Z tymi słowy odwrócił się i odszedł. Cassie spoglądała za nim z uczuciem dotkliwego 

bólu w  sercu. Zaskoczenie  i wstyd mieszały  się w  niej  z gniewem  i bólem, poczuła się 

bowiem winna, choć nie znajdywała w sobie dowodów winy.

Christopher   spróbował   złagodzić   przykre   wrażenie,   jakie   pozostawił   po   sobie 

przyjaciel.

- Niestety, on ma rację - mruknął. - Zaczyna się chmurzyć i wiatr się wzmaga. Lepiej 

zejść na dół. - Z lekkim uśmiechem wskazał na trap. - Idziemy?

Pozwoliła mu wziąć się pod rękę. lecz posłała za Gabrielem gniewne spojrzenie.

- Nie wierzę, że zależy mu na moim bezpieczeństwie - mruknęła. Nic widzę, żeby w 

ogóle o mnie dbał.

Christopher pokręcił głową.

- On nic chciał być  nieuprzejmy - wyjaśnił łagodnie. - Po prostu czasami tak się 

zachowuje.

Zacisnęła gniewnie wargi.

- Nie rozumiem go - wyznała szczerze.

-   Rzeczywiście   niełatwo   go   zrozumieć   -   powiedział   Christopher   po   chwili.   - 

Większość życia spędził w towarzystwie ludzi, mimo to przeważnie był sam. - Po krótkiej 

pauzie dodał cicho: - Podobnie jak ty.

background image

Jednak Cassie jakoś trudno było uznać siebie i Gabriela za pokrewne dusze. Spojrzała 

na Christophera z uwagą.

- Jeśli sądzisz, że jesteśmy do siebie podobni - powiedziała cicho - to bardzo się 

mylisz. - Po tych słowach weszła do kajuty.

Czyżby  naprawdę się mylił?  Patrzył przez  chwilę  na zamknięte  drzwi z wyrazem 

dezaprobaty na twarzy. Przeczucie mówiło mu. że jednak nie miał racji, że ta para jest dla 

siebie stworzona. I oby tak było.

Dla dobra Cassie i... Gabriela.

Tymczasem Cassie nawet przez myśl nie przeszło marzenie o małżeńskiej harmonii. 

Spacerowała po kajucie i z każdym krokiem w jej sercu rosła uraza. Wszystko w niej burzyło 

się   przeciw   temu   wytwornemu   lordowi   i   jego   wyniosłym   manierom.   Traktował   ją   jak 

prostaczkę. Może była biedna, ale nie głupia. Miała w sobie dość odwagi i dumy, by nie 

pozwolić tak sobą pomiatać człowiekowi, którego nazywała swoim mężem.

I choć brakowało jej ogłady i dobrych manier, to świetnie znała się na grubiańskich 

mężczyznach, których on był niedościgłym wzorem.

Zatrzymała się przed małym lustrem wiszącym nad umywalką. Policzki rozjaśniały 

rumieńce, a w oczach płonął ogień. Och. jakże się mylił, jeśli sądził, że będzie się tu chować 

jak   tchórz.   Nie   uważała   się   za   śmiałą   i   odważną,   lecz   nie   była   też   potulna   i   łagodna   i 

najwyższy czas, by mu to udowodnić.

Podbiegła   do   drzwi,   otworzyła   je   na   oścież,   po   czym   zebrała   fałdy   sukni   i 

pomaszerowała po trapie na górę, zupełnie zapominając o jego ostrzeżeniu.

Kiedy znalazła się na pokładzie, natychmiast zrozumiała swój błąd. Żagle łopotały z 

siłą grzmotu, a potężne maszty chwiały się w przód i w tył. Morze było szare i spienione. 

Zamarła,   zarazem   przerażona   i   zafascynowana   widokiem.   Nagle   dobiegł   ją   krzyk,   który 

rozpłynął się w szumie wiatru. Odwróciła głowę.

Był   to   Gabriel,   który   biegł   w   jej   stronę   z   pokładu   rufowego.   Nigdy   jeszcze   nie 

widziała go tak rozgniewanego. Krzyknął coś ponownie i wskazał ręką na zejście pod pokład. 

Zrozumiała, że chce. aby zeszła na dół. Tym razem nie zamierzała się ociągać.

Kiedy jednak odwróciła się. by ruszyć w dół, wściekły podmuch wiatru zatrzymał ją 

na miejscu, pozbawiając sił i oddechu. Statek otaczały olbrzymie  masy wód piętrzące się 

niczym rozwiane białe grzywy.

Nagle tuż przed nią wyrosła potężna ściana wody, przewyższająca maszt, by po chwili 

runąć  na   statek  niczym   śmiercionośna   pięść.  Rozpaczliwy  krzyk  wydarł   jej   się  z  gardła. 

Przemknęło   jej   przez   myśl,   że   musi   uciekać,   lecz   w   tym   momencie   fala   zalała   pokład, 

background image

ścinając ją z nóg.

Przez   chwilę   miała   wrażenie,   że   znalazła   się   w   wielkim   czarnym   dole.   Zewsząd 

otaczały ją ciemności, zaraz jednak spadła na nią olbrzymia lodowata masa wody. Mgliście 

zdała sobie sprawę, że osuwa się na pokład, a potworny ciężar przygniata ją do podłogi. Nic 

nie widziała. Nic była w stanie oddychać. Strach zmroził jej krew w żyłach, poczuła bowiem, 

jak woda chwyta ją w śmiertelne objęcia. Chciała krzyknąć, lecz słona woda zalała jej usta.

Statek   zachwiał   się.   jęknął,   po   czym   wolno   się   wyprostował.   Z   przekleństwem 

cisnącym mu się na usta Gabriel opadł na kolana i porwał dziewczynę w objęcia. Oczy miała 

zamknięte, ciało bezwładne i nieruchome, usta koloru wosku.

Ogarnęła go panika.

- Jankesko! - wyszeptał chrapliwie. - Jankesko!

Zakaszlała gwałtownie i zaczęła spazmatycznie chwytać powietrze. Powieki zadrżały i 

uniosły się.

Czyżbym umarła? - wydyszała.

Gabriel nie mógł powstrzymać uśmiechu i poczuł, jak spływa na niego wielka ulga. 

Mocniej przytulił Cassie do piersi.

Cóż to, Jankesko? Sądzisz, że jesteś w niebie?

Wpatrywała się w osłupieniu w szczupłe, ostre rysy pochylającej się nad nią twarzy. 

Nie, to z pewnością nie było niebo. Otaczała ją para silnych ramion. Po chwili jednak ujrzała, 

jak te kształtne, niezwykle męskie wargi wykrzywia gniew.

- Cóż ty, do ciężkiej cholery, wyprawiasz, Jankesko? Mówiłem, żebyś została na dole. 

Omal nie zginęłaś.

Spuściła   głowę,   walcząc   z   napływającymi   łzami.   Z   mokrych   włosów   na   twarz   i 

ramiona ściekała woda. Modliła się gorąco, by nie zauważył łzy, która wymknęła się spod 

zaciśniętych powiek i zlała z wilgocią na policzkach.

Pomógł jej się podnieść, a ona tymczasem zdążyła odzyskać zimną krew, czy też to, 

co z niej zostało.

- Chodźmy - mruknął. - W przeciwnym razie zamarzniemy, stojąc na tym wietrze.

Wskazał ręką, aby szła przed nim. Zachwiała się. Czy powodem był szok, czy też 

zimno, ale nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Gabriel zaklął pod nosem i wziął ją na ręce.

W kajucie postawił ją na podłodze i przytrzymał  ją w talii, dopóki nie odzyskała 

równowagi.

Już dobrze powiedziała lekko drżącym głosem. - Możesz mnie puścić.

Przez twarz przemknął mu cień, lecz cofnął ręce.

background image

- Zdejmij z siebie te mokre rzeczy - rozkazał. - W przeciwnym razie będę miał cię na 

sumieniu.

Oboje   byli   przemoczeni   do  suchej   nitki.   Woda   z  nich   kapała,   zalewając   podłogę. 

Cassie odwróciła się zawstydzona i skrępowana jego obecnością. Dotąd zawsze starała się 

strzec swej prywatności i chociaż nie padło na ten temat żadne słowo, szanował jej decyzję.

Sznurówki   sukni   były   zbyt   mokre   dla   jej   zgrabiałych   palców.   Bezskutecznie 

próbowała je rozwiązać. Gabriel w jednej chwili znalazł się przy niej. Silne palce odsunęły jej 

dłonie. Miał na sobie jedynie spodnie. Kropelki wilgoci błyszczały mu na piersi jak drobne 

diamenciki wśród gęstwiny ciemnych włosów.

Zbyt zdeprymowana, by zaprotestować, stała potulnie, drżąc na całym ciele i czekając, 

aż ściągnie z niej suknię. Kiedy z obojętną miną i niezwykłą sprawnością pozbawił ją również 

bielizny, oblała się krwistym rumieńcem. Nic poprzestał na tym. Wziął ręcznik, wycisnął jej 

wodę z włosów  i energicznie wytarł  całe ciało. Na koniec wymierzył  lekkiego klapsa w 

pośladek.

A teraz do łóżka, Jankeski.

Nie trzeba było jej tego dwa razy powtarzać. Szczękając zębami z zimną wsunęła się 

pod kołdrę i podciągnęła ją aż po szyję. Kiedy Gabriel sięgnął do bryczesów, zacisnęła oczy, 

żeby nie patrzeć.

Słyszała, jak mokre ubrania lądują na podłodze, po czym zgasła latarnia i Gabriel 

położył się obok niej.

Zaległa   pełna   napięcia   cisza.   Cassie   zwinęła   się   w   kłębek,   próbując   wymazać   z 

pamięci ostatnie wydarzenie. Przeklinała w duchu swoją słabość, lecz nie mogła pozbyć się 

widoku potężnej fali, która rozwierała się szeroko niczym wrota śmierci, gotowa ją połknąć. 

Słodki   Jezu!   Myślała,   że   już   po   niej,   że   za   chwilę   utonie.   Z   głębi   gardła   wydarł   się 

mimowolny ; Poczuła jego dłoń na swoim udzie.

- Co z tobą Jankesko? Coś ci dolega?

- Nie - wyszeptała.

- Może ci zimno? Chcesz, bym przyniósł koc?

Zimno? Chyba już nigdy się nie rozgrzeje. Gdyby pytał ją o to z dobroci serca, z 

wdzięcznością przyjęłaby jego propozycję. Teraz jednak pokręciła przecząco głową.

Proponuję   więc,   byśmy   się  trochę   zdrzemnęli.   Cofnął   rękę   i   odwrócił   się   do  niej 

plecami. Mijały minuty, a Cassie wciąż się trzęsła.

- Na litość boską, Jankesko. Jesteś bezpieczna i sucha. Czy wobec tego mogłabyś się 

przestać trząść?

background image

P - przepraszam. - A niech co licho! Nawet głos jej drżał. - N - nie chciałam s - 

sprawiać k - kłopotu.

Uniósł się na łokciu. Czuła na sobie jego wzrok.

- Muszę przyznać, Jankesko, że wybrałaś sobie kiepski moment na udowodnienie, że 

nie boisz się morza - rzucił oschłym tonem.

- Wcale nie w tym rzecz - zaprotestowała. - Byłam na ciebie zła za sposób, w jaki 

mnie potraktowałeś. Jeśli chciałeś, bym zeszła na dół, mogłeś mnie poprosić. Zamiast tego 

sprawiłeś, że czułam się tak, jakbym miała zostać wypędzona na krańce ziemi. - Uniosła w 

górę brodę. - Nie uczyniłam nic złego i nie miałeś prawa traktować mnie. jakbym była winna.

Miała rację. Doskonale zdawał sobie z tego sprawę, lecz siedzący w nim diabeł nie 

pozwalał mu przyznać się do lego. Był wściekły na nich oboje, zarówno na nią, jak i na 

Christophera. Cichy głos podpowiadał - że za tą wściekłością kryje się zazdrość. Natychmiast 

odrzucił od siebie tę myśl. lecz logika mówiła co innego. Nic widział powodu, dla którego 

miałby się przejmować widokiem Cassie i Christophera, jednak nie chciał wnikać głębiej we 

własne odczucia.

Sama Cassie uratowała go przed koniecznością przeprosin. Ostentacyjnie odwróciła 

się do niego tyłem, lecz wkrótce znowu zaczęła się trząść.

- Jesteś uparta, Jankesko - mruknął. - Twierdzisz, że nie jest ci zimno, najwyraźniej 

jednak jest. Więc chodź tutaj, bo nigdy się nie ogrzejesz, a ja nie będę mógł spać.

Przyciągnął   ją   do   siebie   i   ułożył   jej   głowę   na   piersi.   Zdziwiło   go.   że   nic 

zaprotestowała i z cichym westchnieniem przytuliła się do niego.

Sztywne włosy na piersi Gabriela łaskotały ją w policzek, lecz nie zwracała na to 

uwagi. Jego ramiona były niewiarygodnie ciepłe i bezpieczne. Nie sposób było im się oprzeć. 

Powoli przeniknęło w nią ciepło z jego ciała. Dreszcze ustały. Mięśnie się rozluźniły. Zaczęła 

głębiej oddychać i w końcu usnęła.

Gabriel   jak   zwykle   obudził   się   pierwszy   Przez   okno   wpadały   złociste   promienie 

zwiastujące świt. Zamiast natychmiast wstać, Gabriel delektował się bliskością miękkiego 

kobiecego ciała, przytulonego do jego boku.

Cassie prawie się nie poruszyła przez całą noc. Zacisnął wargi, przypominając sobie 

koszulę, którą z niej wczoraj zdjął. Była tak wytarta, że niemal przezroczysta. Nic poprawiał 

humoru fakt, że jego żona ma tylko dwie suknie i obie zasługują jedynie na to, by cisnąć je do 

ognia.

Czyniąc sobie w duchu wyrzuty, że później będzie tego żałował, uniósł lekko kołdrę, 

by   przyjrzeć   się   Cassie.   Wolno   przesunął   wzrokiem   po   jej   ciele,   nie   pomijając   żadnego 

background image

szczegółu. W końcu był tylko człowiekiem, toteż na widok jej wdzięków zapomniał o ciętych 

ripostach dziewczyny.

Włosy rozsypały się po poduszce, odsłaniając wszystko to, co pragnął zobaczyć. Miała 

szczupłe   nogi   i   delikatną,   jedwabistą   skórę   o   bladokremowym   odcieniu.   Z   satysfakcją 

zauważył, że zdążyła już nabrać trochę ciała. Nadal jednak była nieprawdopodobnie chuda. 

Bez   trudu   mógłby   wziąć   w   palce   jednej   ręki   oba   jej   nadgarstki,   a   obwód   uda   zmierzyć 

rozpiętością palców.

Krew zaczęła mu szybciej krążyć w żyłach. Nie, pomyślał, nie były mu obojętne jej 

kobiece   wdzięki.   Zatrzymał   wzrok   na   wiśnioworóżowych   sutkach   wieńczących   wzgórki 

małych,   lecz   niezwykle   kształtnych   piersi.   Rudawozłota   kępka   strzegła   najintymniejszej 

części jej ciała. Nagle zapragnął przewrócić ją na plecy i wniknąć w nią głęboko, zatracając 

się w gorącym, ciasnym wnętrzu.

Przypomniał sobie, że to małżeństwo jest niewiele lepsze od związku z Evelyn. Choć 

sam wybrał sobie żonę, lecz nie odpowiadała ona jego upodobaniom. Jakiś głos ostrzegał go 

przed uczynieniem z tego związku prawdziwego małżeństwa. Inny zaś szeptał, że nie byłoby 

to   trudne.   Należał   jednak   do   tych   ludzi,   którzy   nauczyli   się   panować   nad   pożądaniem   i 

uczuciami.

Mimo to wciąż nie dawała mu spokoju myśl. że małżeństwo nie skonsumowane nie 

jest prawdziwym małżeństwem.

Przyciągnął Cassie do siebie, a ręce nieświadomie powędrowały ku wąskiej talii. Była 

taka miękka, senna i gorąca, a rozchylone wargi kusiły, by ich dotknąć.

Jankesko - tchnął w jej usta.

Poruszyła się. Powieki uniosły się wolno. Przez chwilę wpatrywała się w przystojną 

twarz męża, na której malował się wyraz lekkiego rozbawienia. Jej oczy zrobiły się nagle 

okrągłe, kiedy zdała sobie sprawę, że leży przytulona do niego, w dodatku oboje są nadzy. 

Czuła dotyk jego owłosionych ud na swoich nogach. Starała się nie myśleć o tym. co wyrosło 

między nimi.

Wsunęła   ręce  między  ich   ciała, jakby  chciała  się odsunąć,  lecz  Gabriel  na  to  nie 

pozwolił. W odpowiedzi wzmocnił uścisk, przytulając ją mocniej do siebie.

- Cóż to, Jankesko? W oberży byłaś bardziej przystępna. - Wsunął palce w jej włosy. - 

Co byś powiedziała na małżeński pocałunek?

- Nie o pocałunek ci chodzi! - Usiłowała go odepchnąć, lecz na próżno. Potężna pierś 

nie pozwalała jej nawet drgnąć.

- Widzę więc, że uczyniliśmy pewien postęp. Zdążyłaś mnie już dobrze poznać.

background image

Zaniechała wysiłków i obrzuciła go niechętnym spojrzeniem. Jakże nienawidziła tego 

sarkazmu w jego głosie!

Pochylił się ku niej, silny i przerażający. Nigdy nie czuła się taka słaba i bezbronna jak 

w   tej   chwili.   Kiedy   sądziła,   że   wykorzysta   swoją   fizyczną   przewagę,   nagle   ją   puścił. 

Przysunęła   się   bliżej   ściany   i   przycisnęła   kołdrę   do   piersi.   Uniósł   się   na   łokciu,   nie 

spuszczając z niej natarczywego spojrzenia. Serce tłukło jej się w piersi jak oszalałe. Nie 

ufała mu. Był dla niej zagadką. Wprawiał ją w konsternację, kiedy tak leżał i wpatrywał się w 

nią. nagą i bezbronną.

- Nasze małżeństwo nie zostało skonsumowane - powiedział nagle. - Każde z nas 

mogłoby je unieważnić. Należy tę sprawę doprowadzić do końca, zanim przybędziemy do 

Anglii.

Cassie zbladła. Umysł zawirował nagle jak wzburzone morze. On chyba nie myśli o...

Ale... przecież obiecałeś. Powiedziałeś, że nie ma potrzeby... Przyrzekłeś, że zostawisz 

mnie w spokoju.

Wygląda na to. że przyrzekłem zbyt pochopnie. - Jego głos był twardy jak stal. - Nie 

chcę, by ktokolwiek zakwestionował ważność naszego małżeństwa.

Jej oczy siały się okrągłe ze zdumienia.

- Masz na myśli swego ojca?

- Zwłaszcza jego. - Zacisnął wargi ze złością.

Serce waliło jej jak młotem. Wyciągnął rękę. Zamarła, kiedy przesunął palcem po 

wypukłościach ciała skrytych pod kołdrą.

Nie jestem złym kochankiem. Jankesko - powiedział cicho.

Moim na pewno nie będziesz! - odparowała bez namysłu. Chwycił ją za nadgarstki. 

Nagle ten ich słowny pojedynek przerodził się w walkę charakterów.

- Chyba nic zaprzeczysz, że mój pocałunek sprawił ci przyjemność?

Pierś jej falowała, jakby starała się w ten sposób uniknąć kontaktu z umięśnionym 

torsem.

Ani   nie   sprawił   mi   przyjemności,   ani   nic   zadowolił.   Było   to   jednak   wierutne 

kłamstwo.   Jego   pocałunek   miał   w   sobie   niezwykłą   słodycz,   lecz   przyznanie   się   do   tego 

byłoby poniżające.

Gniew błysnął w jego oczach.

- Wybacz, Jankesko, ale nie mogę uwierzyć, że jestem aż takim potworem. Wiele 

kobiet w Londynie słono by zapłaciło za zajęcie twego miejsca.

Cóż za arogancki gbur!

background image

Z przyjemnością je odstąpię! - cisnęła mu w twarz. Rysy mu stwardniały.

- Niestety to niemożliwe. Zupełnie nie pojmuję, czemu trwasz w swoim uporze, skoro 

jestem dla ciebie tylko jednym z wielu mężczyzn.

Odrzucił kołdrę. Cassie zadrżała pod jego wzrokiem, który śmiało przesunął się po jej 

nagim ponętnym ciele.

- A ja zupełnie nic pojmuję, czemu gwałtem chcesz dostać to, co powinno być dane z 

własnej woli - rzuciła. - Czy nie mam tu nic do powiedzenia?

W odpowiedzi chwycił ją za ręce i uwięził je po obu stronach głowy. Był tak blisko. 

Napierał na nią całym ciałem. Czuła też pulsującą twardość na swoim brzuchu.

Wciągnęła gwałtownie powietrze.

Powiedziałeś, że nie chcesz mieć dziedzica. Co będzie, jeśli stanę się brzemienna?

Przez jedną pełną napięcia chwilę sądziła, że nie usłyszał. Zaraz jednak puścił ją i 

wstał z łóżka.

Odetchnęła z ulgą i otuliła się kołdrą. Nie śmiała oddychać, kiedy się ubierał. Jego 

ruchy były szybkie, niemal gwałtowne. Czuła, że kipi w nim gniew.

Gdy   się   odwrócił,   nie   miała   już   co   do   tego   żadnych   wątpliwości.   Szczęki   miał 

ściśnięte, a wyraz twarzy równie lodowaty jak głos.

-   To   niczego   nie   zmienia.   Jankesko.   Jeśli   będzie   trzeba,   potwierdzisz,   że   nasze 

małżeństwo zostało skonsumowane.

Uniosła głowę.

- Co takiego? - mruknęła. - To znaczy, że mam kłamać...

- Radzę, byś to zrobiła - przerwał jej. - W przeciwnym razie nie będę miał innego 

wyboru, jak dopełnić dzieła. I nie łudź się, następnym razem twój opór mnie nie powstrzyma. 

Nic próbuj się z tym zdradzić ani przed moim ojcem, ani przed nikim innym. Pilnie strzeż tej 

tajemnicy, bo tylko wtedy będziesz bezpieczna.

Spojrzała na niego zaskoczona. Dobry Boże, czy chodzi mu o jej cnotę, czy też o 

życie? - pomyślała z trwogą.

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

Tydzień później Gabriel oznajmił, że za godzinę przybiją do portu w Londynie.

Gwałtownie   wyrwana   ze   snu,   Cassie   odrzuciła   kołdrę   i   wstała.   Serce   biło   jej   z 

podekscytowania,  kiedy nalewała wodę do miski. Energicznie  umyła  twarz, wyszorowała 

szybko całe ciało, po czym wyszczotkowała włosy i zwinęła je w ciężki węzeł na karku. 

Następnie   sięgnęła   z   westchnieniem   po   zniszczoną   suknię.   Nie   dalej   jak   wczoraj   po   raz 

kolejny   zszyła   jeden   ze   szwów.   Bardziej   jednak   niż   jej   nędznego   wyglądu   nienawidziła 

głęboko wyciętego dekoltu. Czuła się w nim taka tania, dzisiaj jeszcze bardziej niż zwykle.

Rozległo się pukanie do drzwi.

- Cassie? Pomyślałem, że może chciałabyś popatrzeć, jak zbliżamy się do Londynu.

Był to Christopher. Przez ostatni tydzień rzadko wychodziła z kajuty. Wciąż nie mogła 

zapomnieć, jak fala omal nie zmyła jej z pokładu. O dziwo, Gabriel nic namawiał jej do 

wyjścia.

Uchyliła drzwi. Christopher powitał ją uśmiechem.

- Byłoby mi miło, gdybyś  się zgodziła. Obiecuję, że nie będziemy podchodzić do 

barierki.

Cassie zagryzła wargę, po czym skinęła głową. Christopher był taki miły i uprzejmy. 

Nie mogła go rozczarować. Może nie będzie aż tak źle. Wezmę tylko szal - mruknęła.

Powietrze   było   orzeźwiające,   lecz   dość   ciepłe.   Christopher   stanął   obok   niej,   choć 

niezbyt   blisko.   Serce   biło   jej   mocno.   Teraz,   kiedy   podróż   dobiegła   końca,   nie   umiała 

powiedzieć,  czy obawiała się tej chwili, czy też  czekała na nią z utęsknieniem.  Wkrótce 

dołączył   do   nich   Gabriel,   lecz   niewiele   się   odzywał.   Wyciągnęła   szyję,   by   móc   lepiej 

przyjrzeć się miastu, nieświadoma obserwujących ją dwóch par oczu: jedna spoglądała na nią 

z pobłażliwym półuśmiechem, druga ze starannie wystudiowaną obojętnością.

Śledziła   wzrokiem   rzędy  magazynów   ciągnących  się   wzdłuż  wybrzeża.   Port  tętnił 

życiem. Rozładowywano i załadowywano jeden statek po drugim. Nieco dalej strzelały w 

górę dymy z kominów. Kapitan wprowadził statek na miejsce postoju; spuszczono kotwicę.

Poczuła rękę na swoim łokciu.

Zaczekaj   tu,   póki   nie   dopilnuj   ę   wyładunku.   Christopher   zszedł   na   dół   po   swoje 

rzeczy. Wrócił z walizką w ręku i kapeluszem osadzonym zawadiacko na głowie.

Nadszedł czas. by się pożegnać - powiedział łagodnie. Nie zważając na to, że mąż ją 

zobaczy, cmoknęła Christophera w policzek.

Dziękuję za wszystko, Christopherze. Będzie mi ciebie brakowało.

background image

Roześmiał się serdecznie, postawił kufer na pokładzie i pochwycił jej obie dłonie.

- Jeszcze nie raz się zobaczymy, Cassie. - Ścisnął lekko jej palce. - Wkrótce odwiedzę 

ciebie i Gabriela.

Z tymi słowy wziął walizkę i ruszył w stronę pomostu. Na brzegu odwrócił się jeszcze 

i pomachał jej ręką. Ogarnął ją nagle wielki smutek. Christopher i Bess byli jej jedynymi 

prawdziwymi przyjaciółmi.

Rozładunek przebiegał szybko i wkrótce Gabriel ponownie znalazł się u jej boku.

Gotowa na powitanie Anglii?

Podała mu rękę z udaną nonszalancją. Stawiając stopę na pomoście czuła, że za chwilę 

serce wyrwie jej się z piersi. Zacisnęła kurczowo palce na ramieniu Gabriela, skupiając wzrok 

na kręcących się po nabrzeżu postaciach i myśląc jedynie o stawianiu jednej stopy przed 

drugą.

Kiedy   na   koniec   stanęła   ponownie   na   twardym   gruncie,   policzki   zdążyły   się   już 

pokryć   bladością.   Powietrze   było   chłodne   i   wilgotne,   zdecydowanie   chłodniejsze   niż   w 

Charleston. Dopiero wówczas dostrzegła stojący w pobliżu powóz.

Woźnica zeskoczył na ziemię i pospiesznie otworzył przed nią drzwi. Zawahała się, 

nic wiedząc, co ma zrobić. Wsiąść sama. czy też czekać, aż ktoś jej pomoże? Na szczęście 

Gabriel wybawił ją z kłopotu. Podał jej rękę. po czym wsiadł za nią. Wybrał miejsce nie 

obok, lecz naprzeciwko niej. Woźnica cmoknął na konia i powóz ruszył z miejsca.

Cassie   wyglądała   przez   małe   okno,   obserwując   z   ciekawością   brukowane   ulice 

Londynu. Z oddali dochodziły pokrzykiwania ulicznych sprzedawców, zachwalających swoje 

towary. Wkrótce jednak jej uwagę przykuł siedzący naprzeciw niej mężczyzna. Jak zwykle 

zachowywał   uprzejmą   rezerwę   i   dystans.   Z   wyjątkiem   kilku   słów   w   ogóle   ze   sobą   nie 

rozmawiali.

Wygładziła   nerwowo   suknię   na   kolanach.   Tak   bardzo   pragnęła   zostawić   za   sobą 

przeszłość, lecz o przyszłości nic śmiała nawet myśleć. Zbyt wiele było w niej niewiadomych.

W   końcu   odważyła   się   przerwać   niezręczną   ciszę.   Czy   masz   dom   w   Londynie? 

Spojrzał na nią chłodnym wzrokiem.

- Mam kamienicę na West Endzie. Lecz nie zatrzymamy się tam na noc.

Zacisnęła dłonie na podołku. Nic była pewna, czy odpowiada jej to wyjaśnienie.

- Wobec tego gdzie się zatrzymamy? - zapytała nieśmiało, ganiąc się w duchu za brak 

pewności siebie.

Spojrzenie jego oczu było tak przenikliwe, że poczuła się nieswojo.

-   W   Farleigh   Hall.   rodzinnych   dobrach   w   Kent   -   wyjaśnił.   -   Przedtem   jednak 

background image

zboczymy nieco z drogi. - Uniósł w górę brwi, widząc jej niepokój. - Złożymy wizytę w 

pracowni krawieckiej.

Nie kłamał więc. Niestety, zbyt szybko odczytał jej myśli. Nikły uśmiech przemknął 

mu przez twarz.

- Nie patrz na mnie z takim zdziwieniem, Jankesko. Przy rzekłem przecież odziać cię 

należycie.

Suknie Lilliane Willison uważane były w Londynie za ostatni krzyk mody, Cassie 

jednak o tym nic wiedziała. Czarnooka Lilliane pierwszą młodość miała już za sobą, lecz 

nadal była atrakcyjną kobietą.

Mojej żonie potrzebna jest pełna garderoba, Lilliane, dosłownie wszystko. I jeszcze 

jedno   -   dodał   ze   zniewalającym   uśmiechem.   -   Sowicie   się   odwdzięczę,   jeśli   utrzymasz 

rozmiar potrzeb mojej żony w ścisłej tajemnicy.

Lilliane   z   trudem   zdołała   ukryć   zaskoczenie.   Przystojny   lord   by!   jednym   z   jej 

najlepszych klientów, nie szczędził pieniędzy na prezenty dla swoich kochanek. Ale żona?! 

Oczywiście, spełni jego prośbę, bo któż chciałby robić sobie wroga z Gabriela Sinclaira, 

jednak co się będzie działo, kiedy rozniesie się wieść o jego małżeństwie?

- Wybrał  pan właściwe miejsce, milordzie.  - Rozciągnęła w uśmiechu karminowe 

wargi. Zachowywała się z niezwykłą godnością. Mimo to Cassie odniosła wrażenie, że ta 

kobieta ma w sobie wiele sprytu i przebiegłości. Czy nie uznała za dziwne, że tak nienagannie 

odziany dżentelmen   ma  tak  nędznie wyglądającą  żonę?   Wkrótce  jednak   i ta   myśl  uległa 

zapomnieniu, kiedy krawcowa uprowadziła ich do drugiego pokoju.

Wzdłuż ściany aż po sufit stały bele muślinu, jedwabiu i aksamitu w odcieniach i 

barwach, których Cassie nigdy nawet sobie nic wyobrażała.

Następne   godziny   minęły   jak   we   śnie.   Twarz   Cassie   spłonęła   rumieńcem,   kiedy 

Lilliane zaczęła ją rozbierać. Gabriel rozparty w fotelu patrzył na nią w milczeniu. Nie śmiała 

spojrzeć mu w oczy. Wprawiał ją w zakłopotanie fakt. że czuł się tu jak u siebie w domu i 

nieobcy   był   mu   żaden   detal   damskiej   garderoby.   Jakiś   cichy   głos   przypomniał,   że   z 

pewnością odwiedzał często kobiece sypialnie i widział co się w nich znajduje.

Minęło już południe, kiedy opuścili pracownię. Lilliane wyniosła suknie, z których 

zrezygnował jakiś klient. Cassie była zachwycona, gdy się okazało, że świetnie na nią pasują. 

Gabriel polecił, by zapakowano je do wielkich pudeł. Była nieco zawiedziona przyglądając 

się, jak lądują one za siedzeniem woźnicy, bardzo, bowiem pragnęła zmienić swą zniszczoną 

suknię na jedną z nich.

Zatrzymali się jeszcze przed sklepem jubilera, gdzie Gabriel kupił jej obrączkę ślubną. 

background image

Przyszło jej na myśl. że ta obrączka czyni ich małżeństwo bardziej realnym i... trwałym.

Kiedy   zostawili   za   sobą   miasto,   nie   wiedziała,   czy   jest   bardziej   podniecona   czy 

przerażona. Myśli wirowały w jej głowie jak szalone. Gabriel wyciągnął w przód długie nogi 

i wyglądał na zupełnie spokojnego. Westchnęła i skierowała uwagę na przesuwający się za 

oknem krajobraz. Wydawał się taki inny od tego, który znała, rzadko bowiem opuszczała 

Charleston.   Jak   okiem   sięgnąć   wszędzie   widziała   zielone   faliste   wzgórza,   poprzecinane 

polami i poznaczone stadami owiec.

Musiała   chyba   usnąć,   bo   nagle   usłyszała,   że   ktoś   woła   ją   po   imieniu.   Było   jej 

przytulnie i ciepło. Pod policzkiem czuła szorstkie sukno, a ucho odbierało miarowe spokojne 

bicie serca. Powoli uniosła powieki i spojrzała prosto w przenikliwe szare oczy.

Zerwała się jak oparzona. Gabriel uniósł w górę brew i uśmiechnął się lekko.

- Było ci bardzo niewygodnie, Jankesko. Chciałem cię ocalić przed złamaniem karku.

Złożyła dłonie na podołku, starając się, by palce jej nic drżały. Czemu zawsze budziła 

się w jego ramionach? Było to ostatnie miejsce, w którym pragnęła być i w którym on jej 

pragnął.

Gabriel wskazał ręką na okno.

Jesteśmy już prawic na miejscu, Jankesko.

W tej chwili minęli wysoką bramę wjazdową z małą stróżówką i wjechali na długi 

żwirowany podjazd. Po obu jego stronach rozciągały się bujne ogrody. Tak zaskoczył ją ten 

widok, że nawet nie zauważyła, kiedy powóz się zatrzymał i Gabriel pomógł jej wysiąść.

- Oto rodzinna posiadłość. Jankesko - oznajmił z poważnym uśmiechem. - Farleigh 

Hall.

Cassie nigdy nie widziała czegoś tak wspaniałego.  Centralną część dworu zdobiły 

potężne   kamienne   kolumny.   Po   obu   stronach   rozchodziły   się   w   bok   masywne   skrzydła. 

Przeniknął ją strach, nigdy bowiem nie oglądała równie dostojnej budowli. Mąż jednak nie 

pozwolił jej na dalsze oglądanie. Szybko wprowadził ją po szerokich kamiennych schodach.

Drzwi   rozwarły   się   na   oścież   i   siwowłosy   majordomus   o   spadzistych   ramionach 

wpuścił ich do środka. Po prawej stronie mieściła się galeria z rzędem portretów na ścianach. 

Po lewej znajdowały się misternie rzeźbione wysokie podwójne drzwi. Na wprost pięły się w 

górę szerokie schody. Chociaż stary służący się nic uśmiechał, jego oczy pełne były ciepła.

- Witamy ponownie w domu, milordzie.

- Dziękuję, Davis. Czy mój ojciec jest w salonie?

- Nie, milordzie. Jest na przejażdżce z księciem Warrenton. Powinni wkrótce wrócić.

-   Doskonale   mruknął   Gabriel,   po   czym   chwycił   Cassie   za   ramię.   -   Davis, 

background image

przedstawiam ci moją żonę.

Zdziwienie błysnęło w oczach majordomusa, lecz natychmiast się opanował. Skłonił 

nisko głowę.

- Pani, witamy w Farleigh Hall.

- Dziękuję - wymamrotała. Uśmiechnęła się niepewnie. Czuła się bardzo mała w tak 

wspaniałym otoczeniu.

- Davis, mógłbyś dopilnować, aby wniesiono nasze bagaże? Och. i niech przygotują 

pokój dla mojej żony. Ten żółty.

- Tak jest, milordzie.

Gabriel założył ręce na plecy i zwrócił się do żony:

Ufam, Jankesko, że ci się tu podoba. Uśmiech zniknął z jej  twarzy. Wyglądał  na 

zadowolonego z siebie, a w jego oczach dostrzegła błysk, który ją zaniepokoił.

Czyżbyś sądził, że wątpiłam w ciebie? - zapytała cicho. Jego śmiech, choć z głębi 

serca, zabrzmiał fałszywie.

- Ależ nie, Jankesko. Przypuszczam, że nigdy nie przystała byś na moją propozycję, 

gdybyś nie spodziewała się choć części tego wszystkiego.

Zacisnęła kurczowo dłoń. Czemu on robi z niej kogoś tak... chciwego? Zawsze ma o 

niej   jak   najgorsze   mniemanie.   Pojawienie   się   pokojówki   wybawiło   ją   od   konieczności 

odpowiedzi.   Pokój   gotowy,   jaśnie   pani   -   poinformowała   nieśmiało.   -   Zaprowadzę,   jeśli 

milady sobie tego życzy.  Rzuciła mu pełne gniewu spojrzenie, po czym odwróciła się na 

pięcie   i   dumnie   wyprostowana   ruszyła   za   dziewczyną.   Pokojówka   zatrzymała   się   przy 

drzwiach znajdujących się przy końcu długiego korytarza na pierwszym piętrze.

- Na imię mi Gloria, milady - poinformowała z nieśmiałym uśmiechem.

Cassie poczuła, jak gniew ją opuszcza. Dziękuję, Glorio.

Jakie to dziwne być tytułowaną „milady”. Mała wrażenie, że chodzi o kogoś innego.

Weszła za dziewczyną do pokoju i aż westchnęła z zachwytu. Był ogromny, większy 

nawet od sali w oberży Czarnego Jacka. Bladożółte satynowe draperie zdobiły wielkie łoże z 

baldachimem.   Na   umywalce   stała   misa   w   delikatne   kwiaty.   Dostrzegła   również   szeroką 

serwantkę i toaletkę na smukłych nóżkach z przygotowaną szczotką, grzebieniem i oprawnym 

w srebro ręcznym lusterkiem. Przy kominku siały dwa foteliki z niskimi oparciami, obite 

białym aksamitem.

Przeszła przez pokój na palcach, nie mogąc uwierzyć, że naprawdę ma tu mieszkać.

Gloria spojrzała na nią z niepokojem.

- Mam nadzieję, że pokój podoba się milady.

background image

Jest... śliczny. - Tylko tyle zdołała wykrztusić. Ten rozświetlony słońcem ciepły pokój 

był ucieleśnieniem jej marzeń, a nawet czymś więcej.

Przez otwarte okno wpadł do pokoju słodko pachnący powiew wiatru.

Cassie odsunęła białą, suto zmarszczoną zasłonę. Czy to źle czuć w sercu szaloną 

radość? Zaraz jednak pojawiło się uczucie wstydu. Pomyślała o Bess, słodkiej Bess, która 

marzyła choćby o namiastce takiej radości.

Czy mam pomóc milady się przebrać?

Gloria   położyła   jedną   z   sukien   na   łóżku.   Była   to   szmaragdowozielona   suknia 

wieczorowa, jak ją określiła Lilliane.

- Dziękuję, ja...

- To nie będzie konieczne, Glorio - przerwał jej znajomy głos i do pokoju wszedł 

Gabriel.

Proszę   zadzwonić,   kiedy   milady   będzie   czegoś   potrzebować.   -   Służąca   dygnęła   i 

zniknęła za drzwiami.

- Chodź, Jankesko. Jesteś potrzebna na dole. Cassie puściła zasłonę i spojrzała tęsknie 

na suknię.

Czy nie powinnam wpierw się przebrać? - wyszeptała.  Gabriel udał, że nie widzi 

prośby malującej się w jej oczach.

- Nie ma takiej potrzeby - stwierdził zdecydowanie. - Mój ojciec właśnie przybył.

Zachwiała się. Jej palce szarpnęły zniszczoną sukienkę.

- Ale... mam na sobie to. w czym chodziłam u Czarnego Jacka.

Istotnie - zauważył chłodno. - Niestety, na razie będziesz musiała w niej pozostać.

Spuściła oczy. które zaczęły podejrzanie błyszczeć. Gabriel zaklął cicho, przeklinając 

ich oboje. Może to okrutne z jego strony, ale nic pozwoli się omotać jej łzom. Musiał spełnić 

wolę ojca, co bez Cassie nie było możliwe.

Nie ruszyła się z miejsca i nie odezwała słowem. Podszedł do niej, wziął ją za ramię i 

natychmiast wzmocnił uścisk, czując jej opór. Powinna wiedzieć, że takim jak on się nic 

odmawia.

Zeszli na dół po schodach. Czuła, jak z każdym krokiem ogarnia ją coraz większy 

lodowaty strach.

Podwójne drzwi na parterze były teraz otwarte. Cassie dostrzegła błysk  złoconych 

tapet na ścianach i draperie o barwach szkarłatu i złota. Przy kominku stało dwóch mężczyzn 

odzianych w stroje do jazdy konnej. Jeden był łysy. z mocno zarysowaną linią szczęki. Drugi 

odznaczał   się   dumną   postawą   i   strzelistą,   niczym   u   dwudziestolatka,   sylwetką.   Jedynie 

background image

srebrzyste włosy zdradzały starszy wiek. Kiedy się odwrócił, dostrzegła twarz jastrzębia o 

zimnym spojrzeniu. Nie miała wątpliwości: to musiał być ojciec Gabriela.

Na ich widok obaj panowie przerwali rozmowę. Gabriel zatrzymał się w drzwiach i 

skłonił lekko głowę.

- Ojcze. Wasza książęca mość. - Śmiało spojrzał w szare oczy ojca.

Najwyższy czas. Gabrielu. Zacząłem już podejrzewać, że zdecydowałeś się zostać w 

tym przeklętym kraju.

Groźny uśmiech, który Cassie zdążyła już poznać, wykrzywił wargi Gabriela.

- Nie obawiaj się. ojcze. Nic takiego nawet mi w myśli nic postało.

Na twarzy Edmunda Sinclaira pojawił się wyraz dezaprobaty. Twój brak szacunku jak 

zwykle nic zna granic - skonstatował chłodno. - Więc jeśli nie masz nic przeciwko temu, 

proponuję zająć się czymś  innym.  - Jego wzrok zatrzymał  się na Cassie. - Mamy ważne 

sprawy do omówienia... dotyczące twego ślubu.

Szatański uśmiech zastygł na twarzy Gabriela.

- Ja również chciałbym o tym pomówić. - Pchnął Cassie do przodu. - Pozwól, moja 

droga,   przedstawić   sobie   mojego   ojca.   Edmunda   Sinclaira   księcia   Farleigh   i   Reginalda 

Lathama, księcia Warrenton. Panowie... to jest Cassie, moja piękna amerykańska oblubienica.

Cisza, jaka zaległa po tych słowach, wypełniła powietrze napięciem, które wydawało 

się żyć i pulsować. Cassie po raz pierwszy przemknęło przez myśl, że lepiej było zostać u 

Czarnego Jacka.

-   Twoja   oblubienica?!   -   powtórzył   Warrenton,   któremu   aż   żyły   nabrzmiały   na 

skroniach. - Jeśli to ma być jakiś żart, zapewniam cię, że wcale mnie nie ubawił.

-   Ależ,   książę,   wcale   nie   żartowałem.   Cassie   jest   moją   żoną.   Wzięliśmy   ślub   w 

Charleston. Nietrudno chyba zrozumieć, dlaczego straciłem dla niej głowę. Któż mógłby się 

oprzeć takiej piękności? - Dotknął jej policzka z udaną czułością.

Cassie stała jak przymurowana, nie będąc w stanie uczynić nawet kroku.

Warrenton zrobił się czerwony z wściekłości.

- Miałeś poślubić moją córkę. Boże, powinienem cię za to wyzwać na pojedynek!

Gabriel zniżył głos do szeptu.

To zależy wyłącznie od waszej książęcej mości. Przypominam jednak, że prosiłem, 

aby wstrzymać się z ogłoszeniem zaręczyn do mojego powrotu. Spodziewam się, że moja 

prośba została spełniona.

- Niczego dotąd nie ogłosiliśmy. - Edmund Sinclair po raz pierwszy zabrał głos.

-  Wobec  tego  nie  pojmuję,  dlaczego  wasza  książęca  mość  chce  mnie   wyzwać  na 

background image

pojedynek.   Nic   zhańbiłem   i   nie   okryłem   wstydem   lady   Evelyn.   Nikt   prócz   niej   i 

zgromadzonych w tym pokoju nie wiedział, że planowano takie małżeństwo. Zresztą któż by 

się spodziewał, że zajmę miejsce swojego brata. Byłoby nierozsądne wystawiać swoje życie 

na niebezpieczeństwo, książę. Jednak pozostawiam to do decyzji księcia. - Groźba w jego 

głosie brzmiała aż nazbyt wyraźnie.

On ma rację, Reginaldzie. Jeśli go wyzwiesz, możesz wywołać skandal, który okryje 

niesławą obie nasze rodziny - powiedział Edmund beznamiętnym tonem. - Nie życzę sobie 

żadnych  animozji między nami. - Jeśli to cię uspokoi, to moglibyśmy dojść do pewnego 

pieniężnego porozumienia.

Warrenton   pochwycił   leżącą   na   fotelu   szpicrutę.   Jego   twarz   straciła   intensywnie 

czerwony kolor, nadal jednak kipiał w nim gniew.

- Co do tego możesz być pewien warknął, po czym odwrócił się i opuścił pokój.

Po jego wyjściu zaległa pełna napięcia cisza. Cassie pragnęła jedynie uciec stąd i 

gdzieś się ukryć, nie była jednak w stanie ruszyć się z miejsca.

Edmund spojrzał na nich. trzęsąc się z oburzenia.

-   Jak   mogłeś   poślubić   Amerykankę!   -   rzucił   przez   zaciśnięte   zęby   -   Przecież 

wiedziałeś,   że   ich   nienawidzę...   Francuzka   byłaby   już   lepsza   od   Amerykanki!   -   Ostatnie 

słowo niemal wypluł z obrzydzeniem. - Nie będę tego tolerować. Gabrielu. Nie pozwolę ci na 

to!

Twarz Gabriela stężała niczym stal.

- Zostaliśmy sobie poślubieni przed Bogiem i człowiekiem, ojcze. Naszym świadkiem 

był Christopher Marley. Małżeństwo zostało zawarte. - Otoczył Cassie ramieniem. Szczupłe 

palce dotknęły jej brzucha. - Oto stoi przed tobą kolebka naszej rodziny, ojcze. Być może nosi 

już w sobie twego wnuka.

Cassie   stała   niczym   słup   soli.   On   znajduje   w   tym   przyjemność,   pomyślała 

oszołomiona. Jakże może tak szydzić z własnego ojca?

Spojrzenie Edmunda zatrzymało się na głęboko wyciętym dekolcie jej sukni.

- W jakimże to porcie ją znalazłeś? - zapytał szyderczo.

- Ściśle biorąc w szynku. - Głos Gabriela był gładki jak jedwab. - Doprawdy, ojcze, 

czyżby  moja dobroć i wspaniałomyślność  nie zasługiwały na pochwałę? Wyciągnąłem tę 

biedną dziewczynę z rynsztoka i ocaliłem ją przed nędzą.

Wzrok księcia stwardniał jeszcze bardziej.

- Proszę, zostaw nas samych - powiedział szorstko. Chciałbym porozmawiać z moim 

synem na osobności.

background image

Nie trzeba jej było tego dwa razy powtarzać. Zebrała spódnice i prawie wybiegła z 

salonu. Nie weszła jednak po schodach, choć bardzo tego pragnęła, bo jakaś potężna siła 

zatrzymała ją przy drzwiach i zmusiła do pozostania w miejscu.

Tymczasem Edmund napadł na Gabriela.

- Szynkarska dziewka! Mój Boże, przez ile łóżek zdążyła przejść, zanim ją wziąłeś?

Gabriel wzruszył ramionami.

-   Nie   wiem   i   nic   dbam   o   to.   -   Przez   chwilę   spoglądał   na   ojca   w   milczeniu,   - 

Zastanawiam się, ojcze, czemu jesteś przeciwny bardziej:

temu, że jest Amerykanką, czy temu, że nie dorównuje ci pochodzeniem?

Pochodzeniem? - prychnął. - Ta dziewczyna nie ma żadnego pochodzenia!

- To prawda, że jej ród nie jest taki nieskazitelny jak twój. Jej matka była dziwką, a 

ojciec... no cóż, mógł nim być każdy. - Podszedł do kominka z rękami założonymi do tyłu. 

Nie patrzył  na księcia, lecz odczuwał wielką satysfakcję wyobrażając sobie jego bezsilny 

gniew. - Nie próbuj mi grozić, ojcze, że się mnie wyrzekniesz. Nadal jestem twoim synem, 

choć zapewne pragniesz, aby tak nie było. Poza tym  nic pozwolisz, by twój drogocenny 

Farleigh Hall przeszedł w obce ręce. Taaak, twoje silne poczucie obowiązku nic dopuści do 

tego. - Obrzucił ojca bezlitosnym spojrzeniem. - Czyż nie dlatego poślubiłeś moją matkę, że 

potrzebna była Stuartowi?

- A cóż by to dało, gdybym się ciebie wyrzekł? - rzucił Edmund z goryczą. - Wtedy 

nie będzie mnie już na tym świecie.

Gabriel uśmiechnął się nieprzyjemnie.

- Dałoby, i to dużo. Widzisz, znam cię równie dobrze jak samego siebie.

Edmund zrobił się blady z gniewu.

Czego chcesz. Gabrielu? De żądasz za pozbycie się jej? Stojąca pod drzwiami Cassie 

znieruchomiała. Przycisnęła rękę do piersi, czując przeszywający ból. Ostrzegał ją przecież, 

że miłość nie gra w ich umowie żadnej roli. Jednak nigdy by jej nie przyszło do głowy, iż to 

małżeństwo zrodzone jest z nienawiści. Nie miała już teraz wątpliwości, że właśnie to uczucie 

kierowało krokami Gabriela. Musiał nienawidzić swego ojca, bo z jakiego innego powodu 

zrobiłby to, co zrobił? Posłyszała jego lodowaty śmiech.

-   Nie   jestem   Warrentonem   i   pieniędzmi   mnie   nie   ugłaszczesz,   ojcze.   Niczego   od 

ciebie nie chcę. Nie próbuj więc zmuszać jej do wyjazdu.

W głosie Edmunda kipiała wściekłość.

- Nowa suknia nie uczyni z niej damy. Pomyśl o skandalu, jaki wywołasz!

Tego było już dla Cassie za wiele. Odwróciła się i wbiegła na schody, tłumiąc gorzki 

background image

płacz.

- Towarzystwo przyzwyczaiło się łączyć moje nazwisko ze skandalami. Jednak nie 

twoje, ojcze. Nawet nie próbuj pozbyć się mojej żony, bo postaram się, aby skandal cię nie 

ominął. Obaj wiemy, że książę Farleigh nic może sobie na niego pozwolić. Daj więc spokój 

mojej żonie, ojcze. Będzie częścią twego życia tak samo jak mojego.

Książę stał pośrodku salonu z lodowatym wyrazem twarzy. Jego milczenie wyrażało 

porażkę.

A więc dobrze zrobiłem sprowadzając ją tutaj, pomyślał Gabriel. Farleigh Hall jest 

dumą i radością ojca, a obecność Cassie będzie dla niego źródłem stałego gniewu. Skinął 

głową.

- Widzę, że się zrozumieliśmy. - Uniósł brew i dodał: - Wybacz, ojcze, że nie zostanę 

na noc. Zaraz wyjeżdżam do Londynu. Och, i jeszcze jedno... - Nikły uśmiech przemknął mu 

po twarzy. - Byłoby mądrze schować pod klucz wszystkie srebra. Moja droga żona ma lepkie 

paluszki. Już pierwszej nocy w porcie próbowała ukraść mi zegarek.

Mała lampa na narożnym stoliku oświetlała pokój ciepłym żółtym światłem. Cassie 

jednak zdawała się tego nie zauważać. Siedziała na łóżku, przyciskając chłodne dłonie do 

rozpalonych policzków. Cała radość z zajmowania takiego pokoju zniknęła gdzieś bez śladu. 

A więc Gabriel posłużył się swoją prostą jankeską żoną, by zemścić się na ojcu. Czuła się 

tania i zupełnie nie na miejscu... tak jak chciał, by się czuła.

Nic zauważyła, kiedy stanął w drzwiach i obserwował ją w milczeniu. Nie obchodziło 

jej, po co tu przyszedł.

Nie chciała go więcej widzieć ani teraz, ani nigdy. Przynajmniej się dowiedziałam, że 

jestem jedynie pionkiem w lej grze. pomyślała z goryczą. Ale nigdy już nie pozwolę się 

wykorzystywać. Nigdy!

Wolno   uniosła   głowę   i   spojrzała   na   niego.   Nie   spuścił   wzroku   i   dalej   się   jej 

przyglądał.

- Nienawidzisz go rzuciła bez ogródek. - Jest twoim ojcem, a ty go nienawidzisz. 

Dlaczego?

- Moje uczucia względem ojca mają swoje uzasadnienie, Jankesko, lecz nic ci do tego.

Ożeniłeś się ze mną, bo jestem Amerykanką, bo twój ojciec jest księciem, bo... jestem 

nikim... nikim. Bo wiedziałeś, że mnie znienawidzi. Byłam z tobą szczera, choć ty ze mną nie 

byłeś. Czemu mnie okłamałeś? - krzyknęła.

Nie okłamałem, cię, Jankesko. Jedynie nie powiedziałem całej prawdy. Ojciec chciał, 

bym ożenił się z lady Evelyn. Nie miałem zamiaru go słuchać, a to był jedyny sposób, by mu 

background image

się przeciwstawić.

Oczy Cassie świeciły niczym dwa diamenty.

W takim razie powiedz mi, dlaczego on tak nienawidzi Amerykanów. Bo nienawidzi, 

prawda?

Nie mylisz się, Jankesko. Widzisz, mój starszy brat Stuart i ja mieliśmy różne matki. 

Pierwszą żoną ojca była Margaret. Podobno bardzo ją kochał.

To niemożliwe, by laki człowiek był zdolny do miłości, pomyślała. Nie odezwała się 

jednak słowem.

-   Margaret   miała   siostrę   w   koloniach.   Kiedy   Stuart   był   mały.   postanowili   ją   tam 

odwiedzić.   Akurat   dobiegła   końca   wasza   rewolucja.   Siostra   Margaret   i   jej   rodzina 

opowiedziały się za Koroną, a wszystkich lojalistów szczerze nienawidzono. Pewnego dnia 

ktoś podłożył ogień pod jej dom. Mój ojciec i Stuart byli w tym czasie nieobecni, dlatego 

ocaleli. - Umilkł na chwilę. - Margaret i wszyscy domownicy zginęli. Mój ojciec szalał z 

gniewu.   Śmierć   żony   wywołała   w   nim   głęboką   i   trwałą   nienawiść   do   wszystkich 

Amerykanów... zanim jeszcze Stuart zginął w bitwie pod Nowym Orleanem sześć miesięcy 

temu.

Zamknęła   oczy.   Dwoje   młodych   ludzi   w   kwiecie   wieku...   dwie   tragiczne   śmierci 

leżały u wrót jej ojczyzny. Choć było to takie niesprawiedliwe, nie ona ponosiła za nie winę.

Otworzyła oczy, czując ból przepełniający jej serce i duszę.

- Dobry Boże - wyszeptała. Nic dziwnego, że mnie nienawidzi. A ty... ty wiedziałeś, 

że tak będzie!

Nic próbował nawet zaprzeczać.

- Nic będę udawać, że rozumiem twoje motywy - powie działa stłumionym głosem. - 

Wiem   tylko,   że   pragnąłeś   okryć   ojca   wstydem.   Ale   czyniąc   to,   okryłeś   również   i   mnie. 

Nienawidzę cię za to, bo nic miałam żadnego wpływu na to. skąd i od kogo pochodzę.

Pojedyncza  łza pojawiła  się w kąciku oka. Nic chcąc dopuścić, by coś zauważył, 

szybko ją wytarła. Machnęła ręką w kierunku szafy, w której Gloria rozwiesiła nowo nabyte 

suknie.

- Zapewne miały być nagrodą, kiedy wyrzucisz mnie na bruk.

Przez chwilę patrzył na nią w milczeniu. Przyszły mu na myśl słowa Christophera, 

ostrzegające, że w len sposób zrani nie tylko ojca, ale i ją.

Uśmiechnął się chmurnie.

- Nie mam zamiaru wyrzucać cię na bruk. Jankesko. Jesteś i pozostaniesz moją żoną. 

Jestem bogaty i będę cię utrzymywał.  Nigdy już nie zaznasz biedy.  Dotrzymam  danej ci 

background image

obietnicy.

Czuła pod powiekami niezwykłą suchość.

- Będziesz mnie utrzymywał do końca moich dni? - Jej głos był cichszy od szeptu.

-   Tak,   Jankesko,   do   końca   twoich   dni.   Och,   zdaję   sobie   sprawę,   że   czujesz   się 

oszukana i zdradzona. Może przyniesie ci ulgę, jeśli powiem, że traktuję to jako pokutę. - 

Skłonił się z przesadną uprzejmością. - Od tej chwili nie będziesz musiała mnie dłużej znosić. 

Przyszedłem oznajmić, że uwalniam cię od mojej osoby.

- Wyjeżdżasz?

- Tak. Wracam do Londynu.

Jej oczy zrobiły się okrągłe z wrażenia. Poderwała się na nogi. - I chcesz, abym tu 

została?

- Będziesz miała służących, którzy spełnią wszystkie twoje życzenia. Wystarczy tylko 

powiedzieć. A Lilliane zapewniła, że twoja garderoba będzie gotowa w przeciągu dwóch 

tygodni.

Nie to miałam na myśli. A co z twoim... twoim ojcem? Uśmiechnął się nieznacznie.

- To rozległy majątek. Wasze ścieżki nic muszą się krzyżować. Wiem coś o tym. A 

teraz chodź tu, Jankesko. Twój pożegnalny pocałunek będzie mi musiał wystarczyć na czas 

długich samotnych nocy.

A to drań! Po tym wszystkim, co zrobił, spodziewa się, że mu ulegnę.

Nie! - zaprotestowała. - Nie zmusisz mnie do tego!

W nikłym świetle lampy dostrzegł nieustępliwość widoczną w jej delikatnych rysach. 

Czemuż wcześniej tego nie zauważył? Oczy mu zapłonęły.

- Z całą pewnością tak, Jankesko.

- Z całą pewnością nie! - odparowała.

Trzema susami pokonał dzielącą ich odległość. Zanim zdążyła się cofnąć, już była w 

jego ramionach. Zobaczyła rozpłomienione oczy i zaraz poczuła jego wargi na swoich ustach.

Nie prosił o pozwolenie, po prostu brał, co chciał, jak mężczyzna, który ma wielkie 

doświadczenie z kobietami. Serce Cassie zaczęło bić jak szalone. Nie było ucieczki przed 

zniewalającym   naporem   jego   ust.   Przytrzymał   ją   za   kark.   odbierając   możliwość   ruchu. 

Pocałunek był szalony, gorący i tak namiętny, że nie była w stanic dłużej się opierać. Porwał 

ją tajemniczy prąd. zarazem obezwładniający i rozkoszny.

Kiedy ich języki  się zetknęły, wstrząsnął nią dreszcz.  Nie było  to jednak przykre 

uczucie...

Przyciągnął ją do potężnego torsu, przygniatając jej piersi i napierając muskularnymi 

background image

udami. Gdzieś głęboko w jej wnętrzu zapłonął nagle ogień.

Kiedy   wreszcie   ją   puścił,   drżała   na   całym   ciele   i   czuła   dziwny   szum   w   głowie. 

Uśmiechnął się arogancko i przesunął kciukiem wzdłuż linii jej ust.

Myśl o mnie, Jankesko - rzucił na odchodnym.

W jednej chwili wróciła jej przytomność umysłu. Wpadła w jego ramiona niczym 

dojrzały owoc - w dodatku z ochotą. Nic dziwnego, iż sądził, że może ją mieć. kiedy tylko 

zechce. Zaczekaj! - krzyknęła.

Odwrócił się z obojętnym wyrazem twarzy. W tej chwili nienawidziła go jak nikogo 

na świecie.

Nic oczekuj, że zawsze będę taka uległa - rzuciła śmiało. Nareszcie pokazałeś swoje 

prawdziwe oblicze.

Jego oczy spoglądały na nią lodowato.

Doprawdy, Jankesko? I jakież to ono jest? Wzięła głęboki oddech.

- Tylko nieczuły i pozbawiony serca człowiek może postąpić tak, jak ty postąpiłeś ze 

mną... i ze swoim ojcem!

Miała   wrażenie,   że   patrzy  na   gorę   lodową.   Kiedy  się   odezwał,   jego   glos  brzmiał 

złowieszczo cicho.

Lepiej widzieć mnie takim, jakim jestem, niż sobie coś wyobrażać, Jankesko.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Nazajutrz obudziło Cassie ciche pukanie do drzwi. Promienie słoneczne rozświetlały 

pokój ciepłym blaskiem i dopiero po chwili przypomniała sobie, że znajduje się w Farleigh 

Hall. Pukanie rozległo się ponownie.

Proszę - odpowiedziała zaspanym głosem.

Do pokoju wtoczyła się niska, pulchna kobieta z tacą w rękach.

- Jestem McGee, ochmistrzyni. Przyniosłam milady śniadanie.

Cassie zdążyła tymczasem usiąść na łóżku i nieco przygładzić rozczochrane włosy. 

Wiedziała, że cała służba z pewnością nie lepiej przyjmie jej straszny wygląd niż jej pan, 

toteż miała się na baczności, kiedy pani McGee postawiła jej tacę na kolanach.

- Mam nadzieję, że jaśnie pani się nie obrazi, że ośmieliłam się przynieść dzbanek 

gorącej  czekolady  zamiast  herbaty powiedziała   ochmistrzyni,   wlewając  parujący   brązowy 

płyn do pięknej filiżanki z chińskiej porcelany i wyjmując serwetkę.

Wesoły uśmiech i pulchne czerwone policzki pani McGee sprawiły na Cassie miłe 

wrażenie. Rozluźniła się nieco, lecz mimo to bała się wziąć do ręki kruchą filiżankę. Nigdy w 

życiu nic widziała czegoś równie delikatnego. Ostrożnie ujęła ją w palce i uniosła do ust. 

Jeszcze nigdy nie piła czekolady, natomiast nie przepadała za kawą. Płyn był gorący i słodki, 

niepodobny do tych. jakie znała.

- To jest pyszne! - wykrzyknęła zachwycona.

- Byłam pewna, że będzie milady smakować. A teraz proszę jeść. Kucharka piecze 

najlepsze francuskie rogaliki z tej strony kanału.

A więc tak wygląda francuski rogalik... Cassie zatopiła zęby w kruchej półokrągłej 

bułeczce. Był równie dobry jak czekolada i rozpływał się w ustach.

Twarz pani McGee jaśniała zadowoleniem.

- Powiedziałam  do kucharki,  kiedy wczoraj  zobaczyliśmy  żonę lorda  Gabriela,  że 

milady będzie potrzebować jej specjałów, by nabrać trochę ciała.

Rogalik   nagłe   stracił   smak.   Cassie   poczuła   się   upokorzona.   Więc   ją   widzieli.   Co 

pomyśleli, kiedy zobaczyli taką zabiedzoną sierotę u boku syna ich pana?

Pani McGee poklepała ją po ręku.

- No, no, milady. Proszę tak nic patrzeć. Jego książęca mość opowiedział nam, jak ten 

straszny wuj kazał milady zdzierać sobie ręce do krwi i skąpił grosza na kupno przyzwoitej 

sukni. Lord Gabriel dobrze zrobił, żeniąc się z jaśnie panią i sprowadzając ją do Farleigh Hall 

dla odzyskania sił.

background image

Jego książęca mość. Pan tego domu kryje nędzną żonę swego syna! Z trudem ukryła 

zaskoczenie. Co się zaś tyczy tego odzyskiwania sił... to już doprawdy zbytek łaski. Należało 

raczej powiedzieć, że została porzucona przez męża.

Pani McGee podeszła do okna i rozsunęła białe zasłony.

- Nietrudno zrozumieć, czemu taka chuda dziewczyna zwróciła uwagę lorda Gabriela. 

- Zachichotała, widząc rumieniec na policzkach Cassie. Nic przypuszczała jednak, co się za 

nim kryje. - Proszę wybaczyć, że nazywam hrabiego lordem Gabrielem. Ale znam go od 

kołyski. Choć jest teraz hrabią, trudno o nim myśleć jako o lordzie Wakefield.

Cassie ogarnęła nagle wielka ciekawość.

- Czy znała pani jego starszego brata Stuarta?

- O tak, milady. Za młodu służyłam za pokojówkę u lady Caroline, matki Gabriela. 

Tak się tu znalazłam.

- Czy Stuart był dużo starszy od Gabriela?

Jakoś trudno było sobie wyobrazić Gabriela jako małego chłopca. Chyba o cztery lata. 

Ale bardzo się od siebie różnili. Chyba jaśnie pani wie, że to pierwsza pani hrabina Margaret 

była mamą Stuarta?

- T - tak, wiem. - Wstrzymała oddech, czekając na dalsze słowa pani McGee. Wątpiła, 

by ta kobieta wiedziała, dlaczego Gabriel nienawidzi swego ojca, ale może dowiedziałaby się 

czegoś o tym mrocznym, szlachetnie urodzonym mężczyźnie, którego wzięła za męża. - Czy 

jako dzieci byli do siebie podobni?

Jego książęca mość był zawsze taki dumny ze Stuarta. Gabriel natomiast był zawsze 

bardzo żywy. - Zasępiła się. - Zawsze powtarzam to mojemu mężowi Angusowi, koniuszemu, 

że śmierć matki była dla chłopca wielkim ciosem. On i jego mama byli sobie bardzo bliscy.

- Ile miał lat, kiedy umarła?

- Osiemnaście lub dziewiętnaście. To była taka tragiczna śmierć i taka nagła. Pani 

hrabina mogła jeszcze długo żyć. Bardzo się zmienił po jej śmierci. Oczywiście nigdy nie 

uwierzyłam w te opowieści, że stał się wielkim samotnikiem - dodała pospiesznie. - Ojej, czas 

na mnie,  milady! - wykrzyknęła,  zabierając  tacę z kolan  Cassie. - Czy mam  powiedzieć 

Glorii, żeby przygotowała kąpiel?

Oczy   Cassie   zajaśniały.   -   O   tak,   proszę.   I   dziękuję,   pani   McGee.   Ochmistrzyni 

uśmiechnęła się szeroko.

- Bardzo proszę, milady.

Po jej wyjściu niemal natychmiast zjawiła się Gloria. Cassie czuła się zażenowana 

koniecznością obnażenia się w czyjejś obecności, wiedziała jednak, że w wyższych sferach 

background image

takie   panują   zwyczaje.   Kiedy   brała   kąpiel.   Gloria   przygotowała   nową   koszulę,   halkę   i 

pończochy. Cassie niemal z czcią dotknęła miękkiego batystu - nigdy nie przypuszczała, że 

będzie coś takiego nosić. Serce jej się ścisnęło, kiedy wciągała podwiązkę na białą jedwabną 

pończoszkę. Bess zawsze marzyła o tym. by mieć parę takich białych jedwabnych pończoch.

Czy ta suknia śniadaniowa odpowiada milady?

Odwróciła się. Pokojówka trzymała  w ręku suknię z miękkiego białego muślinu z 

modnym wysokim stanem i rzędem guziczków pod szyją.

Tak - mruknęła.

Kiedy Gloria zapinała z tyłu haczyki. Cassie walczyła ze łzami. Wczoraj słyszała, jak 

Lilliane rozprawiała o sukniach dziennych, śniadaniowych, spacerowych, balowych. Nie była 

w stanie odróżnić jednej od drugiej i chyba nigdy nic będzie.

Gloria zwinęła jej włosy w węzeł na czubku głowy, po czym dyskretnie wyszła z 

pokoju. Cassie pozostała na swoim miejscu. Z trudem rozpoznawała siebie w dziewczynie o 

wielkich oczach, spoglądającej na nią z lustra.

Wczoraj   wieczorem   długo   nie   mogła   zasnąć,   zastanawiając   się   nad   możliwością 

ucieczki. Łajała siebie w duchu za brak odwagi, ale dokąd miałaby pójść? Była w obcym 

kraju, bez domu i bez pieniędzy.

Gabriel miał rację: czuła się zdradzona. Powinna jednak i do siebie mieć pretensje. 

Przecież w głębi serca wiedziała, że ożenił się z nią na złość ojcu. Zadrżała, wspominając 

straszną rozmowę obu mężczyzn. Wbrew zapewnieniu Gabriela wciąż się obawiała, że teraz, 

kiedy spełniła swoją rolę, zostanie wyrzucona na bruk.

Obróciła się wolno na wyłożonym aksamitem taborecie i omiotła wzrokiem sypialnię. 

Boże.   jakiż   ten   pokój   i   cały   dcm   są   piękne!   Czy   to   źle   tęsknić   do   wygód   i   do   tego 

wszystkiego, co ją otacza? Gdyby tylko nie czuła się tu tak obco. Gardło ścisnęło się jej 

boleśnie. Tak bardzo pragnęła mieć własne miejsce na świecie, należeć do kogoś...

Odetchnęła głęboko. Nie ma sensu użalać się nad sobą, pomyślała, bo mógł ją spotkać 

gorszy los. Mogła zostać w oberży Czarnego Jacka, podawać piwo i... świadczyć cielesne 

usługi.

Zebrała się na odwagę i zeszła na dół. Natychmiast jak spod ziemi wyrósł przed nią 

Davis.

- Może jaśnie pani zechciałaby, aby ktoś oprowadził ją po posiadłości? - Skinął ręką i 

pojawił się chłopak w wieku około czternastu lat. - Willis skończył już swoje obowiązki w 

stajni i z radością się tym zajmie.

Cassie  uśmiechnęła  się  do  chłopca.  Był  równie  sympatyczny  jak   służący,  których 

background image

dotąd poznała. Miał jasnobłękitne oczy i delikatne piegi na nosie.

- Jak się masz, Willis - powiedziała cicho. - Czy na pewno nie masz nic przeciwko 

temu?

Ależ skądże, jaśnie pani. To dla mnie przyjemność. Zerwał z głowy czapkę i skłonił 

się nisko. Cassie była zbyt niedoświadczoną by zauważyć utkwione w niej pełne zachwytu 

spojrzenie. Nowa hrabina wydala się chłopakowi najpiękniejszą istotą na świecie, lecz mina 

mu zrzedła, kiedy dowiedział się, że jego pani nie umie jeździć konno. Spędzili wiec cały 

dzień   na   spacerze,   zwiedzając   dom   i   okolice.   W   pewnym   momencie   Willis   wskazał   na 

połyskującą   w   słońcu   taflę   wody,   widoczną   za   rozległym   trawnikiem.   Ze   zdumieniem 

stwierdziła,  że  jest to  jezioro  porośnięte  wodorostami.  Chłopiec wyjaśnił, że z  domu nie 

można go zobaczyć. Lekki dreszcz przebiegł jej po plecach.

Wbrew przypuszczeniom dzień minął jej szybko i przyjemnie. Czuła ból w nogach, 

kiedy wreszcie odesłała Willisa na obiad. Uśmiechnęła się lekko. Na szczęście do tej pory nie 

spotkała księcia, za co była wdzięczna losowi.

Z   ciekawością   ruszyła   wzdłuż   galerii   ozdobionej   rzędem   portretów   w   złoconych 

ramach. Musieli to być przodkowie obecnych Sinclairów.

Wielu z nich miało tak samo groźnie zmarszczone brwi i wąskie nosy. Zatrzymała się 

przed   portretem   z   zeszłego   stulecia,   przedstawiającym   ciemnowłosego   mężczyznę   o 

buńczucznym wyglądzie w kapeluszu z piórami włożonym zawadiacko na bakier i dłonią 

zaciśniętą na rękojeści miecza. W jego oczach było tyle żywiołowości i radości, że nie mogła 

się powstrzymać od uśmiechu.

Niestety, następny z Sinclairów miał zaciśnięte wargi i chłodne spojrzenie. Nietrudno 

było się domyślić, po kim obecny książę i jego syn odziedziczyli swój wygląd. Idąc dalej 

spostrzegła portret elegancko odzianej kobiety, uśmiechającej się do siedzącego na kolanach 

chłopczyka. Emanowało z niej ciepło i radość młodości. Czyżby to była pierwsza żona księcia 

i ich syn Stuart? Zmierzwione blond loki okalały anielską twarzyczkę chłopca.

Jednak najdłużej uwagę Cassie przyciągnął ostatni z portretów. Przedstawiał kobietę 

siedzącą   na   fotelu   przed   marmurowym   kominkiem.   Szczupłe   dłonie   miała   złożone   na 

kolanach. Twarz okalały ciemne błyszczące włosy - takie jak u Gabriela. A więc to jest druga 

żona księcia... matka Gabriela. Poczuła dziwne ukłucie w sercu, bowiem w przeciwieństwie 

do Margaret w oczach tej kobiety było tyle smutku, jakby... Masz przed sobą Caroline, matkę 

Gabriela.

Był to książę. Jego głos tak ją przestraszył, że aż drgnęła. Opanowała się jednak i 

odwróciła głowę. Serce jej zamarło na widok jego oczu, spoglądających na nią bez uśmiechu, 

background image

z nie skrywaną wrogością. Uczynił ruch, jakby zamierzał odejść.

Chwileczkę! - zawołała, zanim zdążyła pomyśleć. Odwrócił się tak sztywno, że przez 

chwilę obawiała się, iż złamie sobie kark. Skrzyżowała ramiona, starając się nie pokazać po 

sobie strachu.

- Myślę,  że powinieneś wiedzieć, panie, że ja... nie zarabia łam na życie  tak, jak 

przedstawił to Gabriel.

Uniósł brwi.

Czy Cassie to skrót od Cassandry?

Skinęła głową.

- A wiec, Cassandro, jak wobec tego zarabiałaś na życie? - zapylał lodowatym tonem. 

- Mój syn powiedział, że znalazł cię w oberży.

Starała   się   nie   spuścić   wzroku   przed   tym   władczym   spojrzeniem,   choć   bardzo   ją 

onieśmielało.

- Tak było - przyznała, unosząc lekko podbródek. - Lecz nie tak, jak on to przedstawił. 

Podawałam piwo i jedzenie, szorowałam podłogi i pracowałam w kuchni... To wszystko... i 

nic więcej, przysięgam.

Chrząknął lekko. Pewnie jej nie uwierzył, pomyślała z lekkim skurczem żołądka.

Powiedział również, że jesteś złodziejką. Oblała się rumieńcem wstydu.

-   Powiem   prawdę,   panie.   Ukradłam   mu   zegarek   z   myślą,   że   go   sprzedam.   Ja... 

chciałam wyjechać z Charleston i zacząć zarabiać jako szwaczka.

Wskazała głową na portret Margaret.

Gabriel powiedział mi, jak zginęła - dodała cicho. - To straszne stracić kogoś w ten 

sposób...   Nie   wiem,   co   powiedzieć...   chyba   tylko   to,   że   to   okropne,   kiedy   takie   rzeczy 

spotykają niewinnych ludzi.

- Okropne? Wy, Jankesi, jesteście dzikimi, grubiańskimi draniami! Wszyscy!

- Nie zrobiłam nic złego, panie - zaprotestowała. - Z wyjątkiem tego. że urodziłam się 

w kraju, którego nienawidzicie. - W jej oczach zapłonął gniew. - Jeśli stawiacie mnie na 

równi z tymi, którzy zabili pańską żonę, nic o mnie nie wiedząc, to nie jesteście lepsi od nich! 

I jeszcze jedno. Wygląda na to, że nie jesteście tak całkiem bez skazy, bo naopowiadaliście o 

mnie kłamstw służbie.

Edmunda rozwścieczył jej wybuch. Jak śmie ta zuchwała mała parweniuszka mówić 

do niego w ten sposób! Jest jednak żoną jego syna i potrafi go zirytować równie mocno jak 

on.

- Nic musisz się tłumaczyć, dziewczyno. Doskonałe wiem. kim jesteś, i zapewniam 

background image

cię, że to mi w zupełności wystarczy. A na przyszłość nie waż się mnie osadzać.

Zostawił Cassie pośrodku hallu, wpatrującą się w niego z nienawiścią. Nadęty starzec! 

Jest gorszy od swego syna!

Gabriel miał rację. Był to duży dom i bez trudu można było sobie schodzić z drogi. 

Zdziwiła  się   więc  niezmiernie,  kiedy  pewnego  popołudnia  zjawiła  się   w  jej  pokoju   pani 

McGee.

Przyszedł gość do jaśnie pani. Zamrugała oczami.

- Do mnie? - powtórzyła i zaraz zmarszczyła brwi. - Chyba się pani pomyliła. Nie 

znam tu żywej...

- Nie pomyliłam  się, milady.  Pytała o jaśnie panią. Poprosiłam, żeby zaczekała w 

salonie.

Kobieta. Cassie nie była  pewną czy jej się to podoba. Poczuła nagle, jak żołądek 

ściska jej się ze strachu. Nie miała jednak innego wyjścia, jak przekonać się, kim jest ów 

gość. Schodząc po schodach czuła, jak z każdym krokiem rośnie jej niepokój.

Na   brzegu   kanapy   siedziała   najbardziej   zachwycająca   dziewczyna,   jaką   Cassie 

kiedykolwiek   widziała.   Włosy   koloru   pszenicy   zebrane   były   w   kok   na   czubku   głowy. 

Twarzyczka w kształcie serca miała niezwykle delikatne rysy. Panna ubrana była w modną 

suknię w kolorze bladej brzoskwini, oblamowaną białym atłasem.

Kiedy spostrzegła Cassie w drzwiach salonu, wstała z niezwykłą gracją.

- Dzień dobry - powiedziała półgłosem. Jesteś zapewne żoną Gabriela. - Jej głos był 

równie słodki jak twarzyczka. Mam na imię Evelyn - dodała, wyciągając rękę w rękawiczce.

Evelyn! Cassie zapragnęła nagle zapaść się pod ziemię. Nigdy bardziej niż teraz nie 

była świadoma swych braków i niskiego pochodzenia.

Właśnie z tą dziewczyną  o jasnych włosach, drobnej, kształtnej figurze, ciepłym  i 

miękkim głosie miał się ożenić Gabriel. Ta piękna dziewczyna miała wszystko to, czego jej 

brakowało...

- Ach, więc jesteś córką księcia Warrenton wymknęło jej się bez zastanowienia.

Na szczęście dziewczyna uśmiechnęła się lekko.

Widzę, że mnie znasz. To nam ułatwia sprawę. - Umilkła. Za to ja nie znam twego 

imienia.

- Jestem Cassie.

- W takim razie może byśmy usiadły. Cassie? - Wskazała ręką na kanapę.

Cassie spłonęła rumieńcem. Nie miała pojęcia, jak powinna zachować się dama.

Oczywiście - mruknęła.

background image

Usiadły, jedna na jednym końcu, druga na drugim. Lekki uśmiech przemknął przez 

wargi Evelyn.

- Czy wiesz - powiedziała cicho - że od kilku dni chciałam ci złożyć wizytę? Bałam 

się jednak, bo nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać.

Cassie się zawahała.

Czy   wiesz,   że   ja...   czułam   to   samo?   -   przyznała   nieśmiało.   Evelyn   wybuchnęła 

śmiechem i nagle istniejące między nimi napięcie zniknęło.

Nie chcę być niegrzeczna - odezwała się Cassie po chwili ale sądziłam, że będziesz 

mnie nienawidzić. Bo miałam poślubić Gabriela, a on ożenił się z tobą? Cassie skinęła głową.

- Chyba musiało cię to bardzo zdenerwować.

Evelyn złożyła na kolanach drobne dłonie w białych rękawiczkach.

- Ależ nie, wcale. Najbardziej zdenerwowało to ojca. bo to on chciał tego małżeństwa. 

Ale wkrótce się z tym pogodzi. Myślę, że to już się stało. Powiem prawdę, Cassie. Sprawiło 

mi wielką ulgę. że me muszę wychodzić za Gabriela. Zawsze przerażał mnie na śmierć. - 

Uśmiechnęła  się smutno. - I nadal  tak jest. Stuart był  zawsze taki czarujący i beztroski. 

Gabriel jest bardziej... Och. nie wiem. jak to powiedzieć... Zamknięty w sobie.

To prawda, pomyślała Cassie z drżeniem.

- Czy kochałaś Stuarta? - Zaczerwieniła się. kiedy zdała sobie sprawę, jak obcesowo to 

zabrzmiało. - Przepraszam - powiedziała szybko. To nie moja sprawa.

Och.   wcale   się   nie   gniewam.   Lubiłam   Stuarta,   ale   go   nie   kochałam.   Myślę,   że 

bylibyśmy dobrą parą i bardzo opłakiwałam jego śmierć. Nigdy jednak nie miałam zamiaru 

wychodzić za mąż kierując się jedynie tytułami i pozycją społeczną. Uwielbiam londyński 

sezon, bale, wieczorki i rauty, lecz nienawidzę być stawiana na wybiegu. Byłoby wspaniale 

wyjść za mąż z miłości,  choć takie rzeczy nie są w modzie. Obawiam się jednak, że to 

niemożliwe.   Moja   matka   by   to   zrozumiała.   Boże.   błogosław   jej   duszę,   lecz   mój   ojciec 

oczekuje,   że   spełnię   swój   obowiązek,   więc   pogodziłam   się   z   losem.   Po   krótkiej   pauzie 

zapytała:

- Wiem, że zabrzmi to zuchwale i nie musisz mi odpowiadać, wyznam jednak, że 

ciekawi mnie, czy ty i Gabriel pobraliście się z miłości?

Z miłości? Mogłaby odpowiedzieć śmiechem, gdyby nagle nie zachciało jej się płakać. 

Nawet  teraz  czuła,  jak  płoną  jej  policzki  na  myśl   o tej   aroganckiej  parze  -  ojcu   i  synu. 

Nieoczekiwanie dla samej siebie poczuła więź z tą wyjątkową dziewczyną, która tak bardzo 

się od niej różniła, a jednocześnie była  jej tak  bliska. Zanim zdała sobie z tego  sprawę, 

zaczęła opowiadać, jak poślubiła Gabriela, jak zobaczył ją u Czarnego Jacka i jak się potem 

background image

okazało, że jego jedynym zamiarem jest dokuczyć ojcu.

Evelyn ukryła zaskoczenie, wyczuwając, że to tylko jeszcze bardziej zmartwi Cassie. 

Poklepała ją po ręku, współczując biednej dziewczynie, którą tak wykorzystano.

Wszyscy wiedzą, że Gabriel nigdy nic umiał się porozumieć z ojcem. - Zmarszczyła 

brwi z dezaprobatą. - Jak oni mogli być tak małoduszni?

- Gdybym  tylko mogła, pokazałabym im obu. że mylą się co do mnie - mruknęła 

Cassie, zaciskając ręce. - Są przekonani, że mi się nie uda, ale jeszcze im pokażę.

Oczy Evelyn zajaśniały radosnym blaskiem.

- Doskonale, Cassie! - wykrzyknęła z podnieceniem. Właśnie o to chodzi!

Cassie spojrzała na nią zdziwiona.

- Nic rozumiesz? Właśnie o to chodzi. Nie możesz pozwolić, by ci dwaj wzięli nad 

tobą górę. Musisz stać się kimś. kogo się nie spodziewają - damą.

Ale jak? - Cassie utkwiła wzrok w czerwonych dłoniach. - Zapominasz, że jestem 

tylko szynkarską dziewką. - Boże, jak boleśnie ranią te słowa. - Nie potrafię nawet odróżnić 

sukni śniadaniowej od wieczorowej.

Najwyraźniej jednak znalazła w Evelyn sprzymierzeńca.

- Ależ co ty mówisz? Mam oto przed sobą piękną młodą kobietę, która może się 

równać z każdą panną w Londynie. Gdybyś mi nie powiedziała, nigdy bym się nie domyśliła 

skąd pochodzisz. Zresztą to i tak nie ma znaczenia, bo mogę cię nauczyć właściwych manier i 

zachowania. Nauczę cię, jak być gospodynią, jak prowadzić dom. I nie sądzę, by były z tym 

kłopoty, bo masz świetne wyczucie tego, co właściwe.

Piękna młoda kobieta. Czy ta urocza panna naprawdę uważa, że ona jest piękna? Och. 

jakże łatwo w to uwierzyć. Niemądrze jednak dać się ponosić nadziejom. Mimo to pomysł z 

wyprowadzeniem w pole tych dwóch aroganckich Sinclairów był niezwykle kuszący. Przede 

wszystkim jednak mogłaby się stać damą, prawdziwą damą...

- Dlaczego? - zapytała cicho. - Dlaczego chcesz mi pomóc?

-   Nigdy   nie   miałam   prawdziwej   przyjaciółki.   Od   śmierci   mamy   ojciec   większość 

czasu   spędza   na   wsi.   Moimi   jedynymi   towarzyszami   byli   dotąd   tylko   guwerner   i 

guwernantka. - Wzięła Cassie za ręce. - Nie wiem dlaczego, ale czuję się tak. jakbyśmy się 

znały od dawna. Cassie uśmiechnęła się niepewnie.

- To dziwne, lecz czuję to samo.

- Więc pozwól mi sobie pomóc, Cassie. Z wdzięcznością odwzajemniła uścisk.

- Wiesz, myślę,  że już jesteś moją przyjaciółką - powiedziała miękko. - I chętnie 

przyjmę każdą pomoc, jaką zechcesz mi ofiarować.

background image

Evelyn roześmiała się słodkim, dźwięcznym śmiechem.

- Wybornie. Najpierw musimy zrobić cos z twoimi dłońmi... To dobrze, że dama może 

zawsze nosić rękawiczki, prawda?

Tak oto zaczęła się pierwsza lekcja.

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Przez   następne   tygodnie   Edmund   przyglądał   się   wszystkiemu   ze   wzrastającym 

niepokojem. Lady Evelyn stała się częstym gościem we dworze. Ona i Cassandra spędzały ze 

sobą   niemal   każde   popołudnie.   Nie   mógł   pojąć,   czemu   Evelyn   zawraca   sobie   głowę   tą 

dziewką.  Musiał   jednak  przyznać   w  duchu,  że  w  nowych  strojach  jego   synowa   wygląda 

bardzo przyzwoicie. Na pierwszy rzut oka można ją było wziąć za elegancką młodą damę. 

Wiedział, że takim jak ona nic należy ufać. W jego synu widziała jedynie jego majątek.

Poczuł, jak pierś ściska mu żelazna obręcz. Boże. jakże mu brakowało Stuarta! Jego 

utrata była równie bolesna jak utrata Margaret. Wraz z nimi umarła część jego duszy. Teraz 

pozostał mu już tylko Gabriel.

O, gdyby sprawy miały się inaczej... On i Gabriel nigdy nie byli sobie bliscy... i nigdy 

nie   będą.   Teraz   jest   już   za   późno   na   zmiany,   pomyślał   ze   znużeniem,   bo   jego   młodość 

przeminęła. Być może przyszłość również. Czy to źle, że chciał, aby Gabriel się ożenił i 

spłodził dziedzica? Sinclairowie to godny ród, ale Gabriel nie dbał o to.

Myśl, że rodowe nazwisko umrze wraz z nim i że nigdy nie zobaczy wnuka napawała 

go wielkim smutkiem i rozczarowaniem. Nigdy jednak by się do tego nie przyznał. Między 

nim a synem istniała ogromna przepaść i nie wiedział, jak ją zasypać. Nawet jako chłopiec 

Gabriel był uparty i samowolny.

Westchnął ciężko i podszedł do biurka, czując się nagle bardzo staro. Łagodny wiatr 

przyniósł do salonu kobiece głosy i coś, co wywołało lekki ból w sercu i dawne wspomnienia 

- wesoły śmiech.

Gabriel wszedł po schodach prowadzących do eleganckiego domu w Londynie. Nigdy 

jeszcze nie był lak pijany jak teraz, a mimo to kroki stawiał z niezwykłą precyzją, a wzrok 

miał jasny i wyraźny. W alkoholu nie znalazł jednak zapomnienia.

Mijały godziny, a Gabriel siedział w bibliotece z nogami wyciągniętymi przed siebie i 

kieliszkiem   w   ręku.   Obok   na   stoliku   stała   kryształowa   karafka   z   brandy.   Bezmyślnym 

wzrokiem wpatrywał się w karafkę, nie mogąc poradzić sobie z myślami, kłębiącymi się w 

zamroczonej głowie. Za oknami panowała głęboka noc.

Powrót do Anglii przebiegł zgodnie z planem. Ojca rozgniewał i przeraził fakt, że syn 

połączył się nierozerwalnymi wieżami z Jankeską.

Lecz   chwila   triumfu   trwała   krótko   i   nie   dała   oczekiwanej   satysfakcji.   Dręczyło 

również poczucie winy. Przypomniał sobie, jak Edmund Sinclair traktował swoją drugą żonę, 

a  jego   matkę.  Jak  bardzo  cierpiała  przez   te   wszystkie   lata  zniweczonej  nadziei,   bolesnej 

background image

rozpaczy i tęsknoty. Tylko on o tym wiedział i tylko on nad tym bolał. Nigdy tego ojcu nie 

wybaczy. Ani też śmierci matki.

Te myśli w nieunikniony sposób przywiodły go do Farleigh. Tęsknił za rodzinnym 

domem. Nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo, póki nie wrócił do Anglii. Jednocześnie go 

nienawidził.

To nic Farleigh nienawidzisz, szepnął mu wewnętrzny głos, lecz wspomnień z nim 

związanych. Dlatego stamtąd uciekł. Zbyt wiele miejsc przypominało mu tam matkę. Nie 

mógł i nie chciał tam zostać. Zrobił to. co sobie zaplanował: zrzucił Cassie na barki ojca i 

wrócił do Londynu.

Do   starych   wspomnień   dołączyły   teraz   nowe.   Wspomnienia   gorących   warg, 

kremowej,   miękkiej   niczym   łabędzi   puch   skóry   i   pachnących   świeżością   włosów.   Smak 

zemsty nie mógł się równać ze słodyczą tych warg...

Cóż to za szalone myśli?! Zacisnął gniewnie usta. Nie jest kompletnym głupcem, by 

zachowywać się niczym zakochany młokos. Jego nastrój stawał się coraz bardziej posępny. Z 

rozmysłem otoczył swe serce jeszcze grubszą powłoką niedostępności. Dość tych myśli o 

żonie. Wcale jej nie pragnął. Nie była mu potrzebna. Wyjechał do Londynu po to, by o niej 

zapomnieć...

Łatwiej jednak było to powiedzieć, niż zrobić.

Dni mijały teraz Cassie szybko. Uczyła  się, jak nalewać herbatę, jak się subtelnie 

wysławiać,   czego   nie   mówić.   W   głowie   szumiało   jej   od   natłoku   wiadomości,   kiedy 

wieczorem kładła się spać. lecz postanowiła wytrwać.

Pewnego dnia uprosiła Evelyn, by dotrzymała jej towarzystwa podczas popołudniowej 

herbaty   z   księciem.   Siedziała   jak   na   cenzurowanym,   zdając   sobie   sprawę,   że   jest 

obserwowana. Gospodarz nie okazywał jawnej wrogości - wyczuwała jednak jego niechęć. 

Był sztywny i oficjalny. Ręce jej tak się trzęsły, że obawiała się, iż rozleje herbatę na suknię. 

Później Evelyn aż klasnęła w ręce z radości.

- Zupełnie, jakbyś się z tym urodziła! Och, Cassie, wiedziałam, że ci się uda.

Wtedy Cassie pozwoliła sobie na coś, o czym jeszcze miesiąc temu nie śmiała nawet 

myśleć - na marzenia. Zaczęła wierzyć, że pomimo wszystko uda jej się znaleźć odrobinę 

szczęścia którego nigdy by nie dostąpiła gdyby została w Charleston. Była dobrze ubrana i 

bezpieczna. Gabriel przyrzekł, że zawsze będzie miała dom, chwyciła się więc tej obietnicy, 

bo nie miała innego wyjścia. Zdarzały się jednak chwile zwątpień, podczas których obawiała 

się. że to wszystko może zaraz zniknąć.

Wczesnym popołudniem pod koniec lipca Davis zaanonsował Christophera Marleya. 

background image

Oczy Cassie rozbłysły. Proszę, wprowadźcie go, Davis.

Chwilę później pojawił się Christopher. W jasnych obcisłych spodniach i surducie 

prezentował się niezwykle efektownie.

- Nawet nie wiesz, Christopherze, jak się cieszę, że znów cię widzę!

Wyciągnęła ku niemu obie dłonie. Z trudem powstrzymała się. by go nie uściskać. Z 

pewnością zrobiłaby to, gdyby nie obecność Evelyn.

Roześmiał się.

- Wyobraziłem sobie, jak usychasz tu na wsi. - pomyślałem więc, że najwyższy czas 

przekonać się. jak sobie radzisz.

Dostrzegła w jego oczach pytanie. Wzruszyła  ją ta troska Dobrze - odpowiedziała 

cicho, po czym uśmiechnęła się nieznacznie. - Nic musisz się krępować. Lady Evelyn znane 

są okoliczności naszego poznania. Czy zostaliście sobie przedstawieni?

Christopher   ukrył   zaskoczenie.   Nie   spodziewał   się   takiej   sceny,   lecz   bardzo   go 

uradowała.

-   Pani,   miałem   przyjemność   widzieć   panią   kilka   razy   pod   czas   ubiegłorocznego 

sezonu, nie spodziewam się jednak, byś mnie pamiętała.

Pochylił się nisko i dotknął ustami palców Evelyn. Evelyn dygnęła.

- Doskonale cię, panie, pamiętam.

W takim razie, czuję się zaszczycony, milady. - Kiedy Evelyn spłonęła rumieńcem, 

zwrócił się w stronę Cassie. Z zadowoleniem ocenił zmiany, jakie w niej zaszły: stylową 

suknię w białe kwiaty i modną fryzurę. Muszę powiedzieć, że jestem pod wrażeniem. Tym 

razem policzki Cassie zrobiły się czerwone.

- Nie mogę taić, Christopherze, że to, co widzisz, jest zasługą Evelyn.

- Nie umniejszaj swojej roli, Cassie - zaprotestowała gorąco Evelyn. - Ja tylko dałam 

kilka wskazówek. Całą pracę wykonałaś ty sama.

Christopher zaśmiał się wesoło.

-   Cóż   za   nadzwyczajna   skromność.   To   doprawdy   bezcenny   dar.   Muszę   jednak 

przyznać, że dokonałyście cudu. Ze wszech miar pochwalam wasze wysiłki.

Evelyn skłoniła głowę.

- Niestety mamy dwa małe problemy - westchnęła. - Nie miałyśmy czasu, by zająć się 

jazdą konną. Opracowałyśmy  też kroki większości tańców, jednak Cassie byłoby łatwiej, 

gdyby miała partnera.

Christopher skłonił się z galanterią.

-   Wobec   tego   dobrze   się   stało,   że   wynająłem   pokój   w   pobliskiej   gospodzie.   Z 

background image

przyjemnością oddaję się do dyspozycji pań.

Przez cały następny tydzień byli prawie nierozłączni. Ranki spędzali w ogrodzie lub w 

salonie,   popołudnia   natomiast   w   pokoju   muzycznym,   gdzie   Evelyn   i   Christopher   uczyli 

Cassie tańczyć. Dzień kończyli przejażdżką po okolicy. Cassie wiele razy pragnęła zapytać 

Christophera o Gabriela, lecz nigdy nie mogła zebrać w sobie dość odwagi.

Wszystko wskazywało na to. że Gabriel zamierza pozostać w Londynie na zawsze. 

Nic była pewna, czy ma się z tego powodu cieszyć czy martwić. Książę również wyjechał na 

kilka dni do Londynu. Za to Christopher i Evelyn byli tak miłymi i wesołymi towarzyszami, 

że z przyjemnością spędzała z nimi czas. Choć cieszyły ją lekcje konnej jazdy, musiało minąć 

jeszcze trochę czasu, by poczuła się pewnie w siodle.

Jednak   najbardziej   upodobała   sobie   godziny   spędzane   w   pokoju   muzycznym.   Z 

pomocą   Evelyn   i   Christophera   szybko   nauczyła   się   menueta   i   tańca   angielskiego.   Tego 

słonecznego   popołudnia   dwójka   przyjaciół   zademonstrowała,   jak   wygląda   najnowszy   i 

najbardziej   skandaliczny   z   tańców   -   walc.   Kiedy   Evelyn   zagrała   na   fortepianie   melodię, 

Cassie tak się ona spodobała, że poprosiła, by i tego tańca ją nauczono. Wkrótce złapała rytm 

kroków Christophera. Zaczęła wirować z nim po pokoju, czując się dziwnie lekko i radośnie. 

Uleciały gdzieś nagle wszystkie troski, nawet ta główna nieobecny mąż. Kiedy w końcu się 

zatrzymali,   wykonała   przed   partnerem   głęboki   dyg   i   z   wdziękiem   się   wyprostowała,   by 

spojrzeć prosto w płonące ogniem szare oczy.

Christopher   oprzytomniał   pierwszy,   chociaż   później   przeklinał   się   w   duchu   za 

nieodpowiednie słowa.

- Gabriel! Myślałem, że jesteś w Londynie. Co cię sprowadza do Farleigh?

Uśmiech Gabriela wyrażał niechęć i niezadowolenie.

- Mogę zapytać cię o to samo, przyjacielu. Wygląda jednak na to, że odpowiedź jest aż 

nazbyt oczywista.

Przeniósł wzrok na Cassie, po czym znowu na Christophera. Nie odezwał się jednak 

do niej ani słowem. Dla Cassie było to niczym uderzenie w twarz. Poczuła się jak dziecko, 

które przyłapano na kradzieży.

Gabriel aż kipiał ze złości. Postanowił zostawić swoją uroczą żonę na wsi i zapomnieć 

o   niej.   Nie   mógł   jednak   przestać   o   niej   myśleć,   dlatego   wrócił   do   Farleigh.   Nigdy   nic 

przypuszczał, że znajdzie ją w ramionach innego mężczyzny, w dodatku kogoś, kogo nazywał 

swoim przyjacielem.

Ze zdumieniem też stwierdził, że Cassie nie jest tą zabiedzoną istotą, którą zostawił 

przed kilkoma tygodniami. W innych okolicznościach nawet by jej nic poznał. Nie zmienił się 

background image

jedynie wyraz buntu widoczny w tych pięknych złocistych oczach.

Lady Evelyn wstała od instrumentu i podeszła do Christophera. Gabriel powitał ją 

lekkim skinieniem głowy.

Lady Evelyn - powiedział uprzejmie. Zawsze miło mi panią widzieć. Teraz jeśli nic 

macic   nic   przeciwko   temu,   pozwolę   sobie   pożegnać   się   z   wami.   Bardzo   długo   byłem 

pozbawiony towarzystwa  mojej żony,  chciałbym  więc przez  jakiś  czas mieć  ją  tylko  dla 

siebie.

- Ależ oczywiście - odpowiedziała Evelyn, po czym zwróciła się do Christophera: - 

Czy   mogłabym   ci,   panie,   zaproponować   wczesną   kolację?   Kucharka   robi   najlepszy   w 

hrabstwie pasztet z gołębia.

Christopher z trudem opanował gniew.

- Wyborny pomysł, lady Evelyn - odpowiedział uprzejmie, po czym spojrzał chłodno 

na Gabriela. - Nie musisz nas odprowadzać, stary. Znamy drogę.

Kiedy wyszli, Cassie odwróciła się w stronę Gabriela.

- To było nieuprzejme!

- Zapewne. - Skrzywił  się. - Ale cóż ty możesz wiedzieć o nieuprzejmości, moja 

droga?

Najwidoczniej więcej od ciebie! Zmierzył ją wzrokiem od stóp do głów.

- Muszę przyznać, Jankesko, że z wielką łatwością przystosowałaś się do nowej roli.

Wygląda na to, że nic jesteś z tego zadowolony - rzuciła gniewnie.

Rzeczywiście,   a   powinienem,   pomyślał   z   niechęcią.   Utkwił   wzrok   w   delikatnym 

wgłębieniu jej szyi, gdzie złociste pukle muskały jedwabistą skórę.

- Czy masz jakieś plany na resztę popołudnia, Jankesko?

- Prawdę powiedziawszy, tak. Christopher był tak uprzejmy, że zgodził się dawać mi 

lekcje jazdy konnej.

-  Nie  ma  potrzeby,   by on  to  robił,  Jankesko.  Od  tego   masz  męża -  skonstatował 

chłodno.

- Jakoś trudno go znaleźć - odparowała złośliwie.

Ale już się znalazł, więc dajmy temu pokój. Skoro jednak zamierzałaś dziś jeździć 

konno, nie chciałbym cię rozczarować.

Rozczarować? Prędzej zadręczyć! Pchnął ją lekko w stronę schodów.

- Idź się przebrać - polecił. - Spotkamy się za piętnaście minut przy stajniach.

Znalazłszy się w swoim pokoju, Cassie zadzwoniła na Glorię i usiadła na brzegu łóżka 

z gniewnym wyrazem twarzy. Jak on śmiał tak nagle się pojawić! Miała ochotę kazać mu na 

background image

siebie czekać przez całą wieczność. Wiedziała jednak, że z pewnością by po nią przyszedł.

Z pomocą Glorii włożyła na siebie strój do konnej jazdy z ciemnozielonego aksamitu. 

Nie zdziwiło jej. że Gabriel czeka już na nią przy stajniach, a chłopak stajenny trzyma za 

uzdy   dwa   wierzchowce.   Serce   zabiło   jej   szybciej.   Gabriel   wyglądał   jak   prawdziwy 

arystokrata, w długich błyszczących butach, obcisłych bryczesach opinających umięśnione 

uda, ciemnym żakiecie podkreślającym imponująco szerokie ramiona, i śnieżnobiałym gorsie. 

Na jego twarzy malowała się z trudem skrywana niecierpliwość. Jesteś gotowa?

Kiwnęła   głową   i   podeszła   do   Ariel,   łagodnej   drobnej   klaczy,   na   której   ostatnio 

jeździła.

- Chciałabym móc siedzieć na koniu okrakiem - mruknęła wsiadając. Lecz nie na jego 

wierzchowcu,   dodała   w   myślach.   Wielki   i   czarny   ogier   wydał   jej   się   równie   gniewny   i 

przekorny jak jego pan.

Siedząc już w siodle. Gabriel odwrócił się w jej stronę.

- Damy nie siedzą na koniu okrakiem - wyjaśnił krótko.

- Ale ja przecież nie jestem damą prawda?

Nie oczekiwała odpowiedzi i nie uzyskała jej. Kiedy Gabriel ruszył, skoncentrowała 

się na utrzymaniu równowagi w siodle. Nie przejęłaby się, gdyby spadła z konia w obecności 

Evelyn lub Christophera, lecz co innego zrobić to przed mężem. Na szczęście prowadził konia 

wolno, za co była mu wdzięczna.

Zmierzali   w   stronę   jeziora.   Było   to   jedyne   miejsce,   którego   Cassie   jeszcze   nie 

widziała. Poczuła strach. Z Christopherem i Evelyn jeździli zwykle po otwartej przestrzeni. 

Na szczęście Gabriel minął jezioro i skierował wierzchowca ku kępie drzew. Odetchnęła z 

ulgą i zaczęła się rozglądać po okolicy.

Gabriel   zatrzymał   konia,   kiedy   dotarli   do   małej   polanki.   Stała   na   niej   mała, 

pomalowana na biało altanka. Cassie aż westchnęła z zachwytu.

Nie wiedziałam, że tu jest coś takiego! - wykrzyknęła. - Nie widać tego z domu, 

prawda?

Pokręcił głową i pomógł jej zsiąść. Uśmiechnęła się radośnie, bowiem to miejsce było 

rajem skrytym przed zewnętrznym światem. Hałaśliwy drozd wzywał swą towarzyszkę; w 

powietrzu unosił się świeży zapach lasu. Sama altanka była jednak w opłakanym stanie. Farba 

wyblakła i w wielu miejscach odpadała. Wokół rozpanoszyły się chwasty i porastały nawet 

stopnie.

- To musiało być urocze miejsce. - odezwała się Cassie. To wstyd, że jest w takim 

stanie. Pochyliła się i zrzuciła śmieci pokrywające stopnie. Prostując się. pochwyciła dziwny 

background image

błysk w oczach Gabriela. - Zaraz, czy to nie była altanka twojej matki? - zapytała nagle.

Ogarnął   go   gniew   na   samego   siebie.   Po   co   w   ogóle   ją   tu   przyprowadził?   Matka 

kochała to miejsce. Przypomniał sobie, jak mówiła, że panująca wokół cisza działa na nią 

kojąco. A niewiele miała w życiu przyjemności...

Tak, często tu przychodziła - odpowiedział. Zapragnęła nagle dowiedzieć się o niej 

czegoś więcej. Nie wiedziała dlaczego, ale miała wrażenie, że z jej osobą wiąże się jakaś 

tajemnica... Jednak wyraz twarzy Gabriela był nieprzystępny i odpychający.

- Masz naturalny talent do jazdy konnej, Jankesko. Zdaje się, że nie jedyny.

Przesunęła językiem po wargach. Jego głos brzmiał podejrzanie spokojnie.

- Możesz je teraz ujawnić, Jankesko. Po tym,  jak widziałem cię z Christopherem, 

zastanawiam się, czy... dałaś mu to, co mnie się należy?

Spojrzała na niego zaskoczona.

- Nie rozumiem.

- Nie graj przede mną niewiniątka. Spałaś z nim?

- Czy spałam z nim? Mówisz tak, jakbym była...

Portową dziwką? Nie możesz tak szybko wyzbyć się swego pochodzenia, Jankesko. 

Ale ostrzegam cię. Nie zrobisz ze mnie rogacza i żaden bękart nie będzie moim dziedzicem. 

Był szokująco grubiański i okrutny.

- Och! - krzyknęła. W tej chwili nienawidziła go z całej duszy. - Powiedziałeś ojcu, że 

wyciągnąłeś mnie z rynsztoka, lecz to twoje myśli nurzają się tam w tej chwili. Czemu nie 

zostałeś w Londynie? Nie musiałabym znosić twych dzikich humorów.

Rzeczywiście, był zły na nią za to, że ściągnęła go do Farleigh, i zły na samego siebie, 

że przyprowadził ją do miejsca, które należało wyłącznie do jego matki.

- Mój dziki humor uległby poprawie, gdybym cię nie znalazł w ramionach niejakiego 

Christophera Marleya.

- Och, przestań! - syknęła. - Przecież wcale mnie nie pragniesz. Chwycił ją za ręce i 

ściągnął jej z dłoni rękawiczki. Czuła się tak.

jakby wyrywał jej duszę z piersi. Przyciągnął ją do siebie. Jego kształtne i zmysłowe 

usta pochyliły się nad jej wargami.

- Ależ właśnie w tym rzecz, Jankesko. Nie jestem taki obojętny na twe wdzięki.

Z tymi słowy przywarł wargami do jej ust. Zagłębił się w ich wnętrzu, penetrując 

językiem najdrobniejsze zakamarki. Silne ramiona otoczyły jej talię, przygważdżając ją do 

twardej piersi. Cassie próbowała się uwolnić, lecz nagle szalony ogień przebiegł wzdłuż jej 

nóg. Pocałunek Gabriela rozpalił w niej krew. Gabriel rozchylił usta, zwiększając rozkoszny 

background image

nacisk i pozbawiając ją siły i woli. Jęknęła, czując, że poszłaby teraz za nim. gdziekolwiek by 

zechciał.

Jak przez mgłę posłyszała niski triumfujący śmiech. Gorący oddech musnął jej szyję.

- Sporo mnie kosztowałaś, Jankesko, więc chciałbym się przekonać, co kupiłem.

Zaczął   pieścić   palcami   okryte   aksamitem   wzgórki   jej   piersi.   Wstrzymała   oddech, 

kiedy brodawki stały się twarde i nabrzmiałe, lecz nie było to przykre uczucie. Potem jednak 

przesunął dłoń na haftki sukni.

Ogarnęła ją panika. Wiedziała - dokąd taka gra prowadzi. Nie pozwoli mu wziąć się w 

ten sposób, tak na zimno, bez żadnego uczucia oprócz żądzy. Och, gdyby ją kochał, gdyby 

mu na niej zależało, byłoby inaczej. Mogłaby mu ofiarować to, czego tak bardzo pragnął...

Spróbowała się wyswobodzić. Silne ramiona trzymały jednak mocno. Wolno uniósł 

głowę. Nikły uśmiech rozjaśnił piękne wargi. W końcu jestem tylko mężczyzną - powiedział 

cicho. - Obawiasz się, że ulegnę pożądaniu?

Prawdę powiedziawszy jego członek był sztywny i nabrzmiały. Jakaś jego cząstka 

pragnęła zanurzyć rozpalony organ głęboko w jej wnętrzu i odrzucić precz konsekwencje. O 

nie, nie mógł udawać, że pocałunek nie zrobił na nim wrażenia. Na przyszłość musi być 

ostrożny, niezwykłe ostrożny.

Odpowiedź wyczytał w jej szeroko otwartych, przerażonych oczach. Roześmiał się.

- Nie obawiaj się, Jankesko. Nie kuś mnie, to nic się nie stanie.

Odskoczyła   od   niego,   przerażona   reakcją   swego   ciała.   Dobry   Boże.   czyżby   była 

równie rozpustna jak jej matka? ~ pomyślała.

Nagle posłyszała głośny trzask i poczuła silny zapach spalenizny i piekący ból w 

ramieniu.  Instynktownie  przykryła  dłonią  to miejsce. Palce  natychmiast  siały się lepkie i 

czerwone. To krew, przemknęło jej przez myśl i nagle przed oczami pojawiła się mgła, a w 

uszach zaczęło szumieć. Cóż to ma znaczyć?...

- Dobry Boże! usłyszała swój przerażony głos. - Ktoś do mnie strzelił!

I pochłonęła ją ciemność.

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY

Gabriel złapał ją w chwili, kiedy zaczęła się osuwać na ziemię. Zaklął siarczyście, po 

czym   chwycił   ją   na   ręce   i   dał   nura   do   altanki.   Rozerwał   rękaw   sukni,   wyjął   z   kieszeni 

chusteczkę i przyłożył ją do rany. Delikatnie wytarł krew i ślady prochu.

Dzięki Bogu, kula jedynie drasnęła ramię. Rana nie była nawet głęboka. Krew już 

zaczęła krzepnąć. To szok, nie rana, był powodem utraty przytomności. Zawahał się, rozdarty 

między pragnieniem dopadnięcia drania, który strzelił, a obawą przed zostawieniem jej samej.

W   końcu   Cassie   poruszyła   się.   Wróciła   jej   świadomość.   Otworzyła   oczy,   lecz 

zobaczyła jedynie ciemność. Szarpnęła się przerażona.

- Boże! Czyżbym umarła?!

- Nie, Jankesko - posłyszała chłodny głos. - Nie umarłaś, jesteś cała i zdrowa, choć 

znowu wydaje ci się, że jesteś w niebie. - Po chwili dodał: Miałaś szczęście. Kula jedynie 

drasnęła ramię. Krwawienie trwało zaledwie minutę.

To przecież Gabriel. Opierał się plecami o ścianę altanki i trzymał Cassie w objęciach. 

Chociaż nie było tak ciemno, jak początkowo sądziła, powoli zapada! zmrok. Kiedy oczy 

przyzwyczaiły się do półmroku, zwróciła uwagę na podarty rękaw sukni.

Płacz ścisnął ją za gardło. Tego było już za wiele.

Moja piękna suknia! - wykrzyknęła z płaczem. - Nigdy nie miałam czegoś równie 

wspaniałego... Tak ją lubiłam... A teraz jest zniszczona! - Ukryła twarz na ramieniu Gabriela i 

rozpłakała się na dobre.

Silna ręka pogładziła ją po głowie.

- Cassie, nie płacz. Kupię ci drugą. Kupię ci sto, jeśli będziesz chciała.

W niemym  zdumieniu starała się poprzez łzy dostrzec twarz, która rozpływała się 

przez oczami. Ten człowiek ją zdumiewał. Powiedział „Cassie” z jakąś dziwną delikatnością. 

A w oczach... z pewnością musiał ją zmylić zapadający zmrok, bo niemożliwe by dostrzegła 

w nich troskę...

Chciała usiąść, lecz przytulił ją mocniej do siebie.

- Nie ruszaj się - szepnął. - Wystrzał spłoszył konie. To pewnie kłusownik, ale nie 

chcę ryzykować. Zaczekamy, aż się ściemni, i wtedy wrócimy do Farleigh.

Kiwnęła głową. Przywarła do niego, czerpiąc otuchę z siły i miarowych uderzeń serca.

Dopiero po godzinie wrócili do Farleigh. Kiedy Gabriel otworzył drzwi, stwierdził, że 

w hallu stoją Edmund i Davis.

- Do diabła, co tu się dzieje, Gabrielu? Angus właśnie poinformował mnie, że wasze 

background image

konie... - Urwał gwałtownie, widząc, w jakim są stanic. Oboje byli  brudni. Cassie miała 

czarne smugi na policzkach i wyraźne ślady łez. - Co się stało, na Boga?

Gabriel skrzywił się ponuro.

- Byliśmy przy altance, kiedy ktoś do nas strzelił. Edmund spojrzał na nią ostro.

- Nic ci się nie stało, Cassandro?

Cassie. Cassandra. Miała ochotę wybuchnąć histerycznym  śmiechem. Może jednak 

coś osiągnęła z tymi aroganckimi Sinclairami. Kiwnęła głową, zbyt wstrząśnięta, by mówić. 

Czekała w milczeniu na przyjście Glorii. Gabriel przekazał Cassie w ręce pokojówki, po 

czym zwrócił się do ojca.

- Jeśli pozwolisz, chciałbym zamienić z tobą słowo na osobności, ojcze. - Ruszył do 

salonu, a Edmund zamknął szerokie dębowe drzwi.

Gabriel nalał sobie potężną porcję porto.

- Nie mogę się oprzeć pewnej myśli, ojcze... Dzisiejsze zdarzenie wskazuje na to, że 

chciałbyś mnie ujrzeć wdowcem.

Kiedy do Edmunda dotarło znaczenie tych słów. zesztywniał; w jego oczach zapłonęła 

furia.

- Sądziłem, że jesteś zdolny do wielu rzeczy, ale oskarżać mnie o próbę zabicia tej 

dziewczyny... - Z trudem powstrzymywał się, by nie wybuchnąć.

- Nie oskarżam cię - odparł ze spokojem Gabriel. Szok w oczach księcia wydawał się 

szczery. Uznał, że nie będzie rozdrażniał i tak już napiętych nerwów ojca.

- Może to nie ją chciano zabić - powiedział książę chłodno. Gabriel zmarszczył brwi.

- Co chcesz przez to powiedzieć?

Może   wrzuciłeś   owoc   do   niewłaściwego   koszyka.   Gabriel   uśmiechnął   się   na   to   i 

powiedział:

- Zawsze ostrożnie wybieram kobiety, ojcze. Żadna z nich nie jest mężatką ani też nie 

ma krewnych gotowych pozbawić mnie życia z powodu zwykłego flirtu.

- Wobec tego musiał to być kłusownik. Lepiej przekonać Cassandrę, by zaniechała 

przejażdżek po lesie, póki się nic upewnimy.

- Och, nic musisz się o nią martwić. Wyjeżdża ze mną do Londynu. Edmund obrzucił 

go podejrzliwym spojrzeniem.

- Po co?

- Księżna - wdowa Greensboro urządza bal jutro wieczorem.

- Doskonale o tym wiem. Sam się tam wybieram. Chyba nie myślisz zabrać jej ze 

sobą?

background image

Z powątpiewaniem odnosił się do lekcji, jakie Evelyn dawała Cassie. Gabriel lekko 

uniósł brwi.

- Księżnej się nic odmawia. O ile wiem, nic będzie to wielkie wydarzenie, jedynie 

otwarcie małego sezonu. Poza tym już chyba rozmawialiśmy na ten temat, ojcze. Czy to o 

swoją czy też o moją reputację się obawiasz?

Edmund powstrzymał się przed gwałtowną gestykulacją.

- Rób, jak chcesz - mruknął. - Sprawisz przyjemność jedynie sobie, nikomu więcej. - 

Po czym odwrócił się i wyszedł z salonu.

Gabriel spoglądał w ślad za nim z kamiennym wyrazem twarzy.

- Naturalnie, że to zrobię, ojcze - powiedział z lekką goryczą w głosie. - Już dawno się 

przekonałem, że ciebie nie sposób zadowolić.

Wpatrywał się przez chwilę w bursztynowy płyn w kieliszku, po czym przełknął spory 

łyk. Może ojciec miał rację, ale jedno pytanie natychmiast rodziło drugie. Kto strzelał? Czy 

był to umyślny strzał, czy też przypadkowy? Jeśli tak, to kto miał być celem? Cassie... czy 

on?

Zacisnął usta. Nie przychodził mu na myśl nikt, kto by mu życzył śmierci. W takim 

razie   kto   chciałby   zabić   Cassie?   Nie   miała   wielu   znajomych,   ani   tu,   ani   w   Charleston. 

Najprawdopodobniej   był   to   więc   przypadkowy   strzał.   Mimo   to   nie   należało   jej   tu   teraz 

zostawiać...

Cassie siedziała przed toaletką z zasępioną miną, a Gloria szczotkowała jej włosy. 

Kiedy wszedł Gabriel, szybko zmieniła wyraz twarzy.

Jak twoja rana?

Spłonęła rumieńcem, zawstydzona ponad miarę tym, ze zemdlała w jego ramionach. 

Spuściła wzrok na lusterko w złotej oprawie.

- Dobrze - mruknęła. - Trochę zaczerwieniona, ale to wszystko.

- Doskonale. W takim razie będę mógł wrócić jutro do Londynu. Niech Gloria spakuje 

rano twoje rzeczy.

Uniosła głowę i obróciła się na stołku.

- Czy... czy to znaczy... że jadę z tobą?

- Oczywiście, Jankesko. Cały Londyn pragnie poznać nową hrabinę Wakefield. Mam 

zamiar cię przedstawić, w przeciwnym razie nikt nie uwierzy, że się ożeniłem... W końcu 

jesteś moją żoną, a miejsce żony jest przy mężu.

Czy on z niej żartuje? Nic wiedziała, co ma o tym myśleć. Zresztą nie dbała teraz o to. 

Z uczuciem strachu, niepokoju i ekscytacji wpatrywała się w drzwi, za którymi zniknął.

background image

Wyglądało na to, że jednak zobaczy Londyn.

Dom Gabriela wydał się Cassie niezwykle okazały. Nie był tak wielki i rozległy jak 

Farleigh Hall, ale i tak robił imponujące wrażenie.

Główny hall miał złote sklepienie z ozdobnymi wolutami i postaciami cherubinów. 

Między dwoma masywnymi kolumnami pięły się w górę schody. Biblioteka była mniejszą 

wersją tej z Farleigh i miała ściany wykładane boazerią z mahoniu. W salonie zaś ściany 

pokryto jedwabiem w kolorze purpury, a na podłodze leżał dywan w barwach ciemnego złotą 

brązu i błękitu. Przy kominku stało kilka foteli i kanapa. Cassie przyglądała się wszystkiemu 

z zachwytem.

Również   sypialnia   przypadła   jej   do   gustu.   Była   równie   przytulna   jak   w   Farleigh. 

Wystarczyło jedno spojrzenie na łoże z baldachimem w kolorach bladego błękitu i żółci, by 

się nim zachwycić.

- Jeśli meble ci nie odpowiadają, możesz je zmienić zgodnie ze swoim życzeniem - 

oznajmił sztywno Gabriel.

Jego   lodowaty   ton   nie   był   w   stanie   popsuć   jej   humoru.   Dotknęła   żółtej   frędzli 

zdobiącej toaletkę, po czym odwróciła się do niego i podziękowała z uroczym uśmiechem.

- Jest piękny powiedziała cicho. - Nie przyszłoby mi na myśl cokolwiek tu zmieniać. - 

W tym momencie spostrzegła drzwi tuż obok serwantki. Co tam jest?

Nie musiała czekać na odpowiedź. Zauważyła surowy, typowo męski w stylu wystrój 

wnętrza i ogromne loże z czterema filarami. Rumieniec zabarwił jej policzki.

Przypuszczam, że to twoja sypialnia?

Skinął chłodno głową. Jednak Cassie miała wrażenie, że atmosfera nagle zgęstniała.

- Aha. Mamy na dziś wieczór zaproszenie.

- Zaproszenie?

-   Tak,   Zostaliśmy   zaproszeni   na   przyjęcie   wydawane   przez   księżnę   -   wdowę 

Greensboro. - Ruszył do drzwi, po czym nagle się zatrzymał. Wrócę za chwilę, by rzucić 

okiem na suknię, którą dziś włożysz.

Uniosła dumnie głowę.

- Potrafię sama wybrać sobie suknię - oznajmiła sztywno.

O, nie wątpię w to, Jankesko. Byłbym jednak szczęśliwy móc służyć ci radą.

Choć wiedziała, że uznał kwestię za zakończoną, nie miała zamiaru ustąpić. Jedno 

spojrzenie w te lodowato zimne oczy wystarczyło, by zmieniła zdanie, nie przywykła jednak 

do przyjmowania potulnie takich rozkazów. Kiedy zjawił się w jej sypialni, miała jeszcze na 

sobie szlafrok. Zbierając się na odwagę, podeszła do szafy i wyjęła z niej lekką jak mgiełka 

background image

białą suknię, którą zamierzała włożyć.  Przewiesiła ją przez ramię i odwróciła  się w jego 

stronę. Uśmiechnął się wolno.

- Chyba nie - powiedział przeciągając zgłoski. - Czułbym się przy tobie niczym wilk. 

Poza tym wyglądasz w niej jak niewiniątko, jak dziewica, młoda i nieskalana.

Ponieważ nią jestem! - chciała krzyknąć. Och, z jakąż przyjemnością cisnęłaby mu to 

w twarz. Nie była jednak pewna jego reakcji, toteż nie odezwała się słowem. Zacisnęła zęby. 

odwiesiła suknię do szafy i wyjęła drugą.

Tę   z   kolei   uznał   za   zbyt   dziecinną,   następną   za   zbyt   dostojną.   Zaczynała   tracić 

cierpliwość. Nie patrząc, wyciągnęła pierwszą, która nawinęła się pod rękę.

Przyglądał się przez chwilę jedwabnej sukni w kolorze bladej brzoskwini.

- Ta jest dobra - mruknął. Chciałbym jednak, byś błyszczała jak klejnot. Może coś 

żywszego.

Najwyraźniej sobie z niej żartował. Nienawidziła go w tej chwili.

Zapewne najlepsza byłaby czarna! - rzuciła gniewnie. Uniósł brwi. Czarna... jak twój 

nastrój ? Czarna jak twoje serce! Zaśmiał się lekko.

Musisz się nauczyć mi ufać, Jankesko. Mam w tych sprawach większe doświadczenie. 

- Podszedł do szafy i wyjął rubinowoczerwoną jedwabną suknię. - Ta będzie odpowiednia - 

zadecydował.

Wyrwała mu ją z ręki.

-   Nie   troszczyłeś   się   o   mój   wygląd,   kiedy   miałam   stanąć   przed   twoim   ojcem   - 

warknęła. - Nie rozumiem więc, dlaczego teraz to robisz.

Strzał   był   celny.   Spostrzegła,   że   gniewnie   zacisnął   szczęki,   głos   jednak   brzmiał 

łagodnie.

- Oczy całego towarzystwa będą dziś na ciebie zwrócone, Jankesko - powiedział i 

wyszedł z pokoju.

Kiedy była już gotowa, Gloria pchnęła ją lekko w stronę lustra i klasnęła w dłonie.

- Och, jaśnie pani, wygląda jaśnie pani cudownie. - Westchnęła z zachwytem.

Przez dłuższy czas Cassie jedynie patrzyła na siebie bez słowa. Gloria upięła jej włosy 

wysoko,  odsłaniając delikatną linię karku i ramion. Dekolt sukni wycięty był  w kształcie 

litery V. Według Cassie był zbyt głęboki, lecz Gloria zapewniła ją. że taka jest teraz moda. 

Suknia miała podwyższony stan i opadała miękko aż do stóp. Cassie musiała przyznać, że 

ogólny efekt robił wrażenie klasycznej elegancji.

Wyglądała   wykwintnie,   kobieco   i...   pięknie.   Łzy   stanęły   jej   w   oczach,   bo   nigdy 

przedtem się tak nie czuła. Co jednak powie Gabriel? Poczuła niepokój. Z przerażeniem zdała 

background image

sobie sprawę, że pragnie mu się podobać. Dlaczego? Nie miała pojęcia i nie dbała o to, ale 

faktem było, że chciała zasłużyć na jego uznanie.

Czekał w hallu, przechadzając się niecierpliwie. Zeszła po schodach tak szybko, jak to 

możliwe, przytrzymując się kurczowo zdobionej poręczy. Spojrzał w górę, kiedy stawiała 

stopę na ostatnim stopniu.

Oczy ich się spotkały. Serce biło jej w piersi jak szalone. Wzrok Gabriela omiótł ją od 

góry do dołu i z powrotem. Cassie starała się znosić to ze spokojem, lecz przyglądał jej się tak 

długo i z taką uwagą, że zaczęła się obawiać, iż uczyni coś niewłaściwego.

W końcu podał jej ramię.

- Doskonale - oświadczył.

Pomógł jej wsiąść do wyściełanego  powozu zaprzężonego w dwa ogniste  rumaki. 

Ledwie dostrzegła, że zajął miejsce obok niej. Odwróciła twarz w stronę okna. Czuła się 

kompletnie roztrzęsiona. Nigdy nie sądziła, że będzie miała na sobie taką suknię i będzie tak 

wspaniale wyglądać. Czy Gabriel podzielał jej opinię? W jego wzroku nic dostrzegła ani 

pochwały, ani krytyki. Był równie chłodny i daleki jak zawsze.

Nie   miała   jednak   racji.   Jej   widok   zaparł   mu   dech   w   piersi.   Z   wielkim   trudem 

powstrzymał się, by nie porwać jej w ramiona, nie ściągnąć z niej tej pięknej sukni i nie 

odsłonić kryjących się pod nią cudownych wypukłości.

Nie   mógł   sobie   na   to   pozwolić.   Nie   wolno   mu   było   jej   ulec.   Przeklinał   ją   za   to 

spojrzenie spragnione pochwały i przepełnione nadzieją, a siebie za to, że był takim zimnym 

draniem.   Zapanował   nad   sobą   siłą   żelaznej   woli.   by   ukryć   szczelnie   swoje   uczucia. 

Przynajmniej tego jednego nauczył go ojciec.

Pałac księżnej Greensboro tonął w powodzi świateł. Cassie patrzyła, jak długi sznur 

pojazdów posuwa się wolno w stronę wejścia, i nagle spostrzegła, że dojeżdżają. Ogarnęło ją 

przerażenie. Jak to Gabriel powiedział? Oczy całego towarzystwa będą na ciebie zwrócone.

Kiedy powóz zatrzymał się przed głównym wejściem, żołądek podszedł jej do gardła. 

Podała Gabrielowi zimną dłoń i pozwoliła się wprowadzić do środka. Wkrótce stanęli przed 

drzwiami   do   wielkiej   sali   balowej.   Zapach   wody   kolońskiej   mieszał   się   tu   z   aromatem 

kwiatów. Zewsząd dochodził śmiech i gwar rozmów.

Na widok takiej masy ludzi ogarnęła ją panika. Zaczęła drżeć na całym ciele. Miała 

oto zagrać rolę damy, którą nie jest. Toż to zakrawa na śmiech! Boleśnie świadoma swych 

braków, zapragnęła znaleźć się daleko od tego miejsca. Kiedy tak śledziła wzrokiem morze 

obcych   ludzi,   jej   oczy   dostrzegły   znajomą   twarz.   Niestety,   nie   można   jej   było   nazwać 

przyjazną, należała bowiem do ojca Gabriela.

background image

W   tym   momencie   majordomus   zaanonsował   donośnym   głosem.   Hrabia   i   hrabina 

Wakefield.

Instynktownie przywarła do Gabriela. Wyczuł to i natychmiast ogarnął go gniew, na 

siebie i na nią. Zamierzał potraktować ją z chłodnym lekceważeniem i zostawić samej sobie, 

wiedząc, że zdenerwuje tym  obserwującego ich ojca. Wystarczyło  jednak, by spojrzał na 

pobladłą twarz Cassie i jej strwożone oczy, a wiedział, że tego nie zrobi. Ścisnął ją delikatnie 

za łokieć i szepnął:

Uśmiechnij się, Jankesko. Wyglądała tak, jakby się miała rozpłakać.

- Ja... ja nie mogę.

- Oczywiście że możesz.

Z tymi słowy ruszył do przodu. Później doszła do wniosku, że jedynie siła jego woli 

utrzymała ją na nogach.

Rozpoczęła się prezentacja. Przed wzrokiem Cassie przesuwały się niezliczone twarze. 

Evelyn byłaby z niej dumna, bo jakimś cudem udało jej się dawać właściwe odpowiedzi.

Jakiś przystojny młody człowiek klepnął Gabriela po plecach.

- Nie dziwi mnie, że trzymałeś taki klejnot z dala od zazdrosnych oczu. Ale, ale... Jak 

to się stało, że nigdy nie mieliśmy okazji widzieć tej piękności? Zastanawiam się, czy nie 

wyjąć  monoklu,   mógłbym   jednak   przysiąc,   że  nigdy przedtem   nie  miałem  przyjemności. 

Takiej twarzy się nic zapomina.

Gabriel uśmiechnął się chłodno.

To jest wicehrabia Raybum, moja droga. Cassie skinęła głową.

- Nie ma w tym nic dziwnego - odpowiedziała cicho. Nigdy jeszcze nic byłam w 

Londynie.

Chociaż zachowanie wicehrabiego było nieco zbyt śmiałe, uśmiech miał zniewalający. 

Uniósł brew.

- Nie była w Londynie! A niech cię diabli, Wakefield! Zawsze miałeś szczęście w 

kartach, a teraz jeszcze to. Gdzież więc znalazłeś tę piękną dziewczynę? Gabriel obrzucił go 

chłodnym spojrzeniem. - Po drugiej stronic oceanu. Raybum zamrugał oczami. - Coś takiego! 

Chyba nie chcesz powiedzieć, że to Jankeska? Gabriel wzruszy! tylko ramionami, a Raybum 

zwrócił się do Cassie.

- Dzięki Bogu, że ta przeklęta wojna dobiegła końca - oświadczył. - I możemy się 

zająć daleko przyjemniejszymi sprawami. Wyznam, że nie wyobrażam sobie Wakefielda w 

roli zazdrosnego męża. Nie pozwól, pani, zakopać się na wsi.

W tym momencie podszedł do nich hrabia Harcastle i Raybum zręcznie się usunął.

background image

W końcu Gabriel zostawił ją samą. Cassie jednak cały czas czuła, że jest obserwowana 

i to przez obu Sinclairów. Jeden śledził ją ironicznym i aroganckim spojrzeniem, drugi zaś 

chłodnym i niechętnym. Nie musiała się obawiać, że zostanie sama. Kiedy Raybum poszedł 

po kieliszek wina dla niej. jego miejsce natychmiast zajęli inni mężczyźni.

- Proszę  mnie  przepuścić  - rozległ się  nagle władczy kobiecy głos. - Chciałabym 

zamienić kilka słów z tą młodą damą.

Tłum rozstąpił się jak Morze Czerwone przed Mojżeszem. Oczy Cassie zrobiły się 

okrągłe ze zdumienia. W jej stronę zmierzała sama księżna - wdowa. Przez moment Cassie 

czuła pustkę w głowie i nie wiedziała, co ma robić. Szybko jednak oprzytomniała i wykonała 

przed księżną głęboki dyg. - Wasza wysokość.

Księżna była tęgą kobietą o imponującym wyglądzie. Na głowie miała złoty turban, 

przystrojony strusim piórem. Znana z tego. że mówi to, co myśli, zmierzyła Cassie od stóp do 

głów.

- Maniery twego męża są skandaliczne - oświadczyła.  Nic raczył mi nawet ciebie 

przedstawić. - Z szelestem spódnic usadowiła się na kanapce i spojrzała wyczekująco na 

Cassie. - Usiądź tu, moja droga, i opowiedz mi wszystko o sobie.

Cassie uśmiechnęła się smutno.

- Obawiam się, wasza wysokość, że niewiele jest tu do opowiedzenia.

- Ależ nie ma się czego wstydzić. Edmund wspomniał mi, jak ciężko pracowałaś w 

Charleston.

Znowu   Edmund.   Nie   mogła   się   powstrzymać,   by   nie   rzucić   mu   wyzywającego 

spojrzenia. Och. jakże pragnęła położyć kres temu kłamstwu! Nic zrobiła tego. bo nauczyła 

się od Evelyn, że mężczyźnie skandal uchodzi na sucho, lecz dla kobiety oznacza ruinę. A 

ona nie miała ochoty zostać odrzucona. Pragnęła gdzieś przynależeć. Kłamstwa nie leżały 

jednak w jej naturze.

- Tak, ja... ja... musiałam zarabiać na utrzymanie - odpowiedziała.

Doprawdy? No cóż, praca kształtuje charakter, jak zwykł mawiać książę, mój zmarły 

mąż. Obawiam się, że dzisiejszej młodzieży bardzo go brakuje.

Cassie uśmiechnęła się lekko.

- Niestety to prawda.

- Muszę przyznać, moja droga, że kiedy dowiedziałam się o małżeństwie Gabriela, 

uznałam ten związek za skandaliczny. Zachichotała wesoło. - Wyobrażam sobie, co Edmund 

musiał powiedzieć. Gabriel wszystkich zaskoczył. Uchodził za wielkie go libertyna, lecz nie 

dziwi mnie, że tak go oczarowałaś. Nie jesteś zwykłą, słodką londyńską pięknością. Cassie 

background image

pokręciła głową.

- Daleko mi do piękności, wasza wysokość.

-   Wiesz,   moja   droga,   obserwowałam   cię   i   wydajesz   mi   się   absolutnie 

bezpretensjonalna. Książę, mój mąż, uznałby to za cenną wartość... Ja też tak sądzę. Cenną i 

jakże uroczą.

W tym momencie Gabriel spojrzał w ich stronę. Księżna skinęła mu ręką i po chwili 

stał już przy nich.

Wasza wysokość - powiedział, pochylając się ku jej dłoni.

Widzę, że poznała pani moją żonę.

Istotnie   -  odparła   księżna,   dumnie   unosząc   głowę.   -  I   muszę   przyznać,   że   jestem 

zachwycona twoim wyborem. - Utkwiła w nim surowe spojrzenie. - Mam tylko nadzieję, że 

jesteś jej wart.

Uprzejmy uśmiech Gabriela stał się lodowaty. Nic mógł uwierzyć własnym uszom. 

Wyglądało   na   to.   że   dziewczyna   oczarowała   księżnę   -   wdowę   i   niemożliwe   okazało   się 

możliwym.

W ten sposób zapewniła sobie pozycję w towarzystwie.

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY

Na   tym   się   nie   skończyło.   Nazajutrz   po   południu   Gabriel   siedział   w   gabinecie   z 

piętrzącą się przed nim stertą papierów i nie tkniętą filiżanką herbaty. Służba natychmiast 

zorientowała się, że pan jest dziś nic w humorze, w mig wypełniali więc wszystkie jego 

polecenia. Wiedzieli jednak, że najlepiej zostawić go samego.

Nietrudno było odkryć przyczynę jego złego humoru. Przed południem posłaniec od 

księżnej   Greensboro   przyniósł   zaproszenie   na   herbatę   dla   pani   hrabiny.   Od   tej   chwili 

dzwonek u drzwi dźwięczał bez przerwy, a na srebrnej tacy w hallu rósł stos zaproszeń.

Kiedy   po   raz   kolejny   zabrzęczał   dzwonek,   Gabriel   odsunął   krzesło   i   wstał.   Nie 

zostanie tu chwili dłużej. Biura w porcie zapewnią większy spokój i ciszę niż gabinet we 

własnym domu.

W hallu zobaczył ojca wręczającego Gilesowi kapelusz i laskę.

- Dobrze, że cię widzę. Gabrielu powiedział, spostrzegłszy go. - Chciałbym zamienić z 

tobą słówko.

Gabriel nawet się nie starał ukryć swej irytacji.

- Właśnie wychodzę.

- Zapewniam cię, że to nie potrwa długo - oświadczył Edmund chłodno.

Gabriel   popatrzył   na   niego   spode   łba,   po   czym   ruszył   z   powrotem   do   gabinetu. 

Edmund zamknął za nimi drzwi.

- Chciałbym, żebyśmy omówili pierwszy publiczny występ Cassandry.

Gabrielowi   błysnęły   oczy,   lecz   nic   nie   powiedział.   Odniosła   wielki   sukces,   nie 

sądzisz?

- Myślę, że było nieźle.

- Tak - powiedział miękko książę. - Jej mowa jest poprawna, imię bynajmniej nie 

plebejskie. Zachowywała się wczoraj zupełnie poprawnie.

Oczy Gabriela zwęziły się i przypominały teraz szparki.

- Co usiłujesz mi powiedzieć, ojcze?

-   Tylko   to,   co   słyszałeś,   Gabrielu.   Dziewczyna   ma   talenty,   o   które   jej   nie 

podejrzewałem.

A więc? - Gabriel patrzył z napięciem na ojca. Do czego on zmierza?

Postanowiłem wydać bal od dziś za dwa tygodnie, by uczcić wasze zaślubiny.

Zimny uśmiech pojawił się na wargach Gabriela.

-   To   bardzo   wielkodusznie   z   twojej   strony.   Czyżbyś   już   zapomniał   o   jej 

background image

amerykańskim pochodzeniu? A może postano wiłeś odrzucić nienawiść i przygarnąć ją do 

swej piersi?

Edmund wyprostował się dumnie.

- To nie ma nic do rzeczy - oświadczył. - Nigdy nie zapomnę, co ci przeklęci Jankesi 

uczynili Margaret i Stuartowi. Nigdy!

- O ile pamiętam, to właśnie ty, ojcze, twierdziłeś, że nowa suknia nie uczyni z niej 

damy.

- Lady Evelyn dawała jej lekcje dobrych manier, lecz nie zdawałem sobie sprawy, z 

jakim sukcesem.

Gabriel spojrzał na niego zaskoczony.

- Lady Evelyn?

-   Tak.   Była   częstym   gościem   w   Farleigh   Hall.   Bardzo   się   z   Cassandra   polubiły. 

Nieoczekiwana przyjaźń, prawda? Podobnie jak wasz związek.

Gabrielowi daleko było do śmiechu.

- Chyba oszalałeś - rzucił opryskliwie. - Ona nie jest jeszcze do tego przygotowana. 

Wyjdziemy przez nią na głupców.

Przez chwilę mierzyli się wzrokiem.

-   Przypominam   ci   -   powiedział   Edmund   cicho   -   że   to   ty   zacząłeś   tę   grę.   To   ty 

poślubiłeś   tę   dziewczynę.   Teraz   nie   masz   innego   wyjścia,   niż   zrobić   z   tego   małżeństwa 

najlepszy użytek.

Zrobić z tego najlepszy użytek - powtórzył Gabriel wolno. Powiedz mi, ojcze, czy 

właśnie tak postąpiłeś z moją matką? Edmund nie odpowiedział. Stał sztywny i nieruchomy 

jak skała.

Kipiąc z wściekłości Gabriel skrzywił się arogancko.

- Zapomniałem - rzucił szyderczo. - Moja matka nic dla ciebie nic znaczyła, prawda? 

Podobnie jak ja.

Edmund milczał jak zaklęty. Gabriel prychnął wzgardliwie i otworzył drzwi.

Rób, jak chcesz - rzucił gniewnie. - Nic dbam o to. Frontowe drzwi zatrzasnęły się z 

takim hukiem, że aż szyby zadźwięczały.

Edmund   wolnym   krokiem   podszedł   do   fotela.   Czuł   w   sercu   nieznośny   ciężar. 

Nienawiść w oczach Gabriela mocno nim wstrząsnęła. Ukrył twarz w dłoniach. Boże. kiedy 

to wszystko się zaczęło, ta nienawiść, ta gorycz? I kiedy nastąpi kres tej wrogości?

Posłyszał za sobą ciche chrząknięcie. Nie podniósł głowy, sądząc, że to ktoś ze służby.

- Zamknij drzwi i zostaw mnie samego - mruknął. - Zaraz wychodzę.

background image

Drzwi się zamknęły.

- Przepraszam - odezwał się czyjś głos. - Czy źle się czujecie, panie?

Edmund uniósł głowę i zobaczył przed sobą Cassandrę. Jej oczy spoglądały na niego 

pytająco. Podniósł się, starając się ukryć zmieszanie.

- Nic mi nie jest - rzucił szorstko. - Twoja troska jest zbyteczna, dziewczyno.

Uniosła dumnie brodę.

- Mówiłam już twojemu synowi, panie, powtórzę i tobie: byłabym wdzięczna, gdyby 

zwracano się do mnie po imieniu oświadczyła z chłodną godnością.

Spojrzał na nią zaskoczony.

-   A   więc   dobrze,   Cassandro.   -   Odzyskał   już   panowanie   nad   sobą.   -   Prawdę 

powiedziawszy twoje pojawienie się jest zrządzeniem losu.

Zrządzeniem   losu?   Brzmi   to   dość   złowieszczo,   pomyślała   mocno   zaniepokojona. 

Uśmiechnęła się niepewnie.

- Jakże to. wasza miłość?

- Za dwa tygodnie wydaję bal na waszą cześć i będzie mi potrzebna twoja pomoc.

Pomoc?   -   Cała   jej   odwaga   stopniała   niczym   lód   na   słońcu.   Poczuła,   jak   strach 

przenika jej ciało.

- Tak. Przygotowałem już listę gości. - Z kieszeni surduta wyjął starannie złożoną 

kartkę papieru. - Z pewnością Gabriel będzie chciał kogoś do niej dopisać, ale mogłabyś mi 

pomóc w adresowaniu zaproszeń.

Cassie zbladła.

Obawiam się, że to niemożliwe - powiedziała ledwie dosłyszalnie.

- Co takiego?

Utkwiła wzrok w dywanie; jej ręce nerwowo gniotły materiał sukni.

Ja... obawiam się, że nie będę mogła pomóc. Spojrzał na nią ostro.

- Nie będę mogła czy nie chcę?

Jego głos ranił ją niczym ostrze noża. Nie była w stanie wydusić z siebie słowa; czuła 

w gardle palący ból.

- Jeśli pozwolisz, chciałbym usłyszeć odpowiedź, Cassandro.

Wydała z siebie drżące westchnienie.

Nie mogę... nie chcę, cóż to ma za znaczenie? Pomogłabym, gdybym była w stanie, 

wasza miłość. Obawiam się jednak, że to niemożliwe.

- Nie pojmuję dlaczego!

- Bo ja... ja umiem się tylko podpisać, nic więcej - powiedziała stłumionym głosem.

background image

Nastąpiła   chwila   pełnej   napięcia   ciszy,   po   czym   książę   zapytał   ze   śmiertelnym 

spokojem:

Chcesz powiedzieć, że nie umiesz czytać ani pisać? Skinęła głową. Nigdy w życiu nie 

czuła się tak zawstydzona.

Łzy popłynęły jej z oczu strumieniem.

Edmund   sięgnął   po   chusteczkę,   którą   wcisnął   jej   do   rąk.   Nie   przypuszczał,   że 

dziewczyna jest taka wrażliwa. Kobiece łzy zawsze wprawiały go w zakłopotanie. Dobry 

Boże, tylko nie to.

Spojrzał na jej drżące ramiona.

No już dobrze, Cassandro. Nie ma powodu do płaczu. - Niezręcznie poklepał ją po 

ramieniu. - Można temu zaradzić.

- Jak? - wychlipała.

- Są przecież nauczyciele.

-   Nauczyciele?   Dla   żony   hrabiego   Wakefield?   Całe   towarzystwo   miałoby   świetną 

zabawę.

- Masz rację - przyznał po chwili. - W takim razie pozostaje tylko jedno wyjście. Ja 

będę cię uczył.

- Wy, panie? - Spojrzała na niego z osłupieniem.

- Naturalnie. Zapewniam cię, że potrafię.

W to nie wątpiła. Wytarła oczy i przyjrzała mu się z uwagą.

Dlaczego? - zapytała - Dlaczego chcecie to robić? Popatrzył na nią z góry.

Bo nie chcę, aby rozniosło się po Londynie, że nie umiesz czytać. Już i tak plotkarze 

mają o czym mówić.

- Mam do was prośbę, panie - powiedziała wolno. - Proszę nic nie mówić Gabrielowi.

Jeśli nie chcesz, nie powiem - zgodził się z westchnieniem. Doskonale wiedziała, że 

Edmund nie robi tego z dobroci serca.

Pragnie   jedynie,  aby jego   nazwisko  nic   okryło   się  wstydem.  Dotknęła  lekko   jego 

ramienia.

Dziękuję - powiedziała stłumionym głosem.

Odchrząknął, zawstydzony jej słowami i czymś, czego nie potrafił nazwać.

-   Gabriel   spędza   popołudnia   w   swoich   portowych   biurach   -   oświadczył   grubym 

głosem. - Przyjdź więc do mnie jutro, punktualnie o pierwszej.

Pierwsza lekcja odbyła się zgodnie z umową następnego dnia. Cassie przystępowała 

do niej z niepokojem i radością zarazem. Chociaż bardzo pragnęła nauczyć się czytać i pisać, 

background image

jedno spojrzenie Edmunda wystarczało, by kuliła się ze strachu. Jednak po tygodniu lęk przed 

nim powoli minął. Cały czas był sztywny i oficjalny, czasami okazywał zniecierpliwienie i 

nigdy nie wyzbył się wyniosłej dumy. Podobnie jak Gabriel rzadko się uśmiechał. Doszła 

jednak do wniosku, że nie jest takim potworem, za jakiego początkowo go uważała.

Któregoś popołudnia przyjrzała mu się ukradkiem. Na skroniach połyskiwały srebrne 

nitki. Usta były wąskie i surowe, nos orli. Pomimo swych lat był bardzo przystojny. Gabriel w 

jego wieku będzie z pewnością taki sam.

Coraz częściej zastanawiała się nad tym, co wywołało wrogość miedzy nim a synem. 

W   ich   wzajemnych   kontaktach   zawsze   wyczuwało   się   napięcie.   Zauważyła,   że   Edmund 

często wspomina Stuarta, czego nie można powiedzieć o Gabrielu. Gdyby nic duże rodzinne 

podobieństwo, Cassie zaczęłaby podejrzewać, że Gabriel nie jest synem Edmunda.

Któregoś   dnia,   kiedy   wróciła   właśnie   z   kolejnej   lekcji,   Giles   zaanonsował   lady 

Evelyn.

Evelyn! - krzyknęła. - Jak się cieszę, że cię widzę! Evelyn uścisnęła serdecznie jej 

dłonie.

-   Przekonałam   papę,   że   najwyższy   czas   przyjechać   do   Londynu   -   oznajmiła   ze 

śmiechem. - Drogi papa! Nigdy nie może mi niczego odmówić.

Cassie przyjęła to z zadowoleniem, lecz w głębi serca uważała księcia Warrenton za 

równie   onieśmielającego   jak   Edmund   Sinclair.   Surowa,   dumna   twarz   Reginalda   Lathama 

nieodmiennie wprawiała ją w zakłopotanie.

Gdyby nie Evelyn, Cassie nie skorzystałaby z żadnego z otrzymanych zaproszeń. Z 

Gabrielem spotkała się jedynie przy kolacji, przy której poinformował ją, że resztę wieczoru 

spędzi w klubie. Czuła się zbyt niepewnie, by pójść gdzieś sama. choć Evelyn zapewniła ją, 

że nie ma w tym nic niezwykłego. Po południu poszła w towarzystwie Evelyn na herbatę do 

księżnej Greensboro, a także wzięła udział w garden party wydanym przez kuzynkę Evelyn, 

hrabinę Langston. Chociaż Evelyn wciąż prawiła jej komplementy, pod koniec dnia była 

jednym kłębkiem nerwów.

Wreszcie nadszedł wieczór balu. Na łóżku w jej pokoju leżała suknia z miękkiego 

jedwabiu o szmaragdowej barwie, podkreślająca bursztynowy kolor jej oczu i nadająca blask 

włosom.   Krótkie   rękawy   miała   ściągnięte   połyskującą   srebrną   tasiemką.   Obok   leżały 

pantofelki   w   odpowiednim   kolorze   i   ozdobiona   perełkami   torebka.   Wykąpana   i 

wyperfumowana, Cassie siedziała przed toaletką, a Gloria upinała jej włosy w prosty, lecz 

gustowny koczek na czubku głowy.

Kiedy ostatnia szpilka znalazła się na miejscu, Cassie uśmiechnęła do pokojówki w 

background image

lustrze.

Glorio, czy mogłabyś przynieść mi filiżankę czekolady? Mój żołądek buntuje się na 

myśl o jedzeniu, ale czekolada dobrze mu zrobi.

- Oczywiście, jaśnie pani.

Po   wyjściu   Glorii   nie   była   w   stanie   dłużej   wysiedzieć.   Nie   chciała   tracić   czasu, 

postanowiła więc sama dokończyć toaletę. Weszła za parawan i ostrożnie włożyła na siebie 

suknię. Kiedy walczyła z haftkami, posłyszała, że otwierają się drzwi.

- Glorio! - zawołała. - Palce mi się plączą niczym myśli w głowie. Potrzebuję pomocy 

przy tych przeklętych haftkach.

Słysząc miękkie kroki na dywanie, odwróciła się tyłem i pochyliła głowę, by ułatwić 

dziewczynie pracę. Zręczne palce szybko uporały się z zapięciami.

- Dziękuję - powiedziała ze śmiechem, wygładzając fałdy sukni, po czym odwróciła 

się. - Robisz to o wiele lepiej ode...

Przed nią stal Gabriel i wpatrywał się w nią przenikliwym wzrokiem.

- Będę szczęśliwy móc służyć ci pomocą - powiedział, uśmiechając się leniwie. Teraz 

i o każdej porze.

Wyprostowała się dumnie.

Powinieneś zapukać - warknęła.

W swoim własnym domu? Nic sądzę.

W głowie czuła pustkę, zmierzyła go więc niechętnym spojrzeniem, lecz zapomniała o 

wszystkim na widok jego stroju. Miał na sobie ciemnozielony aksamitny frak i brokatową 

kamizelkę. Obcisłe spodnie podkreślały piękno sylwetki. Choć szyję i rękawy zdobiła biała 

koronka, nigdy jeszcze nie wydał jej się równie męski jak teraz.

Myśli   Gabriela   biegły   tym   samym   torem.   Choć   palce   zajęte   miał   przy   haftkach, 

oczami błądził po jej nagich plecach. Z trudem się opanował, by nie przycisnąć warg do jej 

karku. Suknia rzeczywiście była wspaniała, lecz jej właścicielka o niebo wspanialsza. Szyję i 

ramiona miała gładkie i nagie, nie ozdobione żadną biżuterią Taka uroda nie potrzebowała 

dodatkowej oprawy. Nie mógł jednak pozwolić, by w jej stroju czegoś brakowało.

Wyjął   z   kieszeni   fraka   długie   wąskie   pudełeczko.   Świadom,   że   na   niego   patrzy, 

nacisnął zameczek i odsłonił zawartość wnętrza. Cassie aż westchnęła na widok brylantu w 

kształcie gruszki z delikatnym łańcuszkiem z najprzedniejszego złota.

- Powinien pasować do sukni - powiedział, wyjmując go z pudełka.

Stała nieruchomo, kiedy zapinał na szyi łańcuszek. Następnie ujął Cassie za ramiona i 

podprowadził do lustra. No i jak ci się podoba. Jankesko?

background image

Cassie była zaskoczona. Nie przypuszczała, że ofiaruje jej taki prezent. Niemal z czcią 

dotknęła mieniącego się kamienia. Zdawał się płonąć żywym blaskiem. Ona jednak nie mogła 

przestać myśleć o dotyku gorących palców Gabriela. Mała wrażenie, że spalają jej skórę. Jest 

piękny - powiedziała cicho, po czym odwróciła się i uśmiechnęła drżąco. - Nie wiem, co 

powiedzieć. Chyba tylko dziękuję. Dziękuję bardzo.

- Przecież obiecywałem ci klejnoty, Jankesko. Liczyłem jednak na bardziej konkretne 

podziękowania.

Jej uśmiech zbladł.

- Jest to zatem podarunek, za który trzeba zapłacić?

To chyba dla ciebie nic nowego, Jankesko. Byłbym niezmiernie ciekaw, co masz mi 

do   zaoferowania.   Któryż   mężczyzna   przy   zdrowych   zmysłach   nic   pragnąłby   zażyć 

przyjemności z taką jak ty dziewką?

Cassie  cofnęła   się jak  po  uderzeniu.  Cóż  za  okrutny człowiek!   Ogarnął   ją  palący 

wstyd. A więc nadal uważa ją za ulicznicę. Poczuła, że wzbiera w niej wściekłość. Nigdy nie 

sądziła, że może kipieć takim gniewem.

Ręce   jej   się   trzęsły,   ale   jakoś   udało   jej   się   rozpiąć   łańcuszek.   Opanowała   chęć 

ciśnięcia mu go w twarz i włożyła mu go do ręki, starając się zachować spokój.

- Nie chcę go - powiedziała obojętnym tonem. - Nic będę go nosić, więc możesz to 

zabrać.

- Nie pojmuję. Wolałabyś zatem szmaragdy?

- Nie jestem na sprzedaż - oświadczyła, z trudem nad sobą panując. Nie pójdę z tobą 

do łóżka nawet za całe złoto i klejnoty tego świata. Co więcej, żałuję, że nie zostałam u 

Czarnego Jacka.

Wybuchnął śmiechem. Niech diabli porwą tego aroganckiego drania!

- Dobrze cię znam, Jankesko. Już zapomniałaś,  jak bardzo pragnęłaś uciec z tego 

miejsca?

Wówczas nic wiedziałam, że jesteś taką obmierzłą, odrażającą kreaturą...

Proszę, proszę, widzę, że słownictwo ci się poprawia. Cassie zacisnęła dłonie.

Wcale   mnie   nie   znasz,   wcale!   I   niczego   nie   zapomniałam!   Uśmiechnął   się 

nieprzyjemnie.

- Och. daj pokój. Zrobiłaś ze mną świetny interes i oboje o tym wiemy. Ale może 

zmieniłaś zdanie. Może należałoby to raz na zawsze wyjaśnić. Zatem powiedz mi, Jankesko. 

Wolałabyś świadczyć usługi wielu mężczyznom czy tylko jednemu?

Pękła   cienka   nić   samokontroli.   Powodowana   raczej   instynktem   niż   rozsądkiem, 

background image

wymierzyła mu siarczysty policzek.

Był to błąd. Żelazna ręka chwyciła  ją za nadgarstek i przyciągnęła  tak blisko, że 

poczuła na sobie twarde mięśnie jego ud.

- Tym razem ci daruję, Jankesko, bo przyznaję, że cię do tego sprowokowałem. - Jego 

spojrzenie   smagało   niczym   bat.   -   Lecz   nigdy   więcej   tego   nie   rób,   bo   przyrzekam,   że 

pożałujesz.

Puścił ją. Na policzku widniały białe ślady jej palców, lecz twarz była niczym wykuta 

z kamienia. Drżąc na całym ciele i desperacko starając się tego nie okazywać, patrzyła, jak 

wyciągnął z kieszeni zegarek, ten sam, który chciała ukraść, i uniósł głowę.

- Czas wychodzić - oświadczył chłodno, po czym dodał ironicznym tonem: - Skoro ten 

bal jest na naszą cześć, nie możemy się spóźnić.

Bal dobiegał końca. Na parkiecie wciąż było tłoczno, ale goście zaczynali się powoli 

rozchodzić.

Cassie nie wiedziała, jak udało jej się dotrwać do tej chwili. Jadła, uśmiechała się, 

paplała o pogodzie. Przez pierwszą godzinę Gabriel nie puszczał jej od siebie. Sprawiali 

wrażenie szczęśliwej, kochającej się pary.

Stanęła   przy   drzwiach   na   taras,   rozcierając   obolałe   skronie.   Nie   mogła   się   już 

doczekać, kiedy wyjdą. Marzyła, by się położyć i zapomnieć o całym wieczorze.

- Nareszcie sama. Przez cały wieczór próbowałem się do ciebie dostać, młoda damo.

Odwróciła się i zobaczyła Christophera. Przed kilkoma minutami tańczył jeszcze z 

Evelyn. Obrzucił ją pełnym uznania wzrokiem.

- Pięknie wyglądasz, Cassie. - Uśmiechnął się ciepło. - Ale chyba wiesz o tym.

Poczuła, że zbiera jej się na płacz. Pomimo tej strasznej sceny w jej pokoju nie byłoby 

tak źle, gdyby tylko Gabriel zechciał ją zauważyć... gdyby choć dał do zrozumienia, że uważa 

dotrzymywanie jej towarzystwa za coś więcej niż przykry obowiązek.

Złość na niego gdzieś się ulotniła, ustępując miejsca rozpaczy. Tak bardzo pragnęła go 

zadowolić...

Szkoda, że mój mąż tego nie zauważył - wymknęło jej się niebacznie.

- Zapewniam cię, Cassie, że zauważył. Zawsze był wyczulony na piękno.

O tak - zaśmiała się z przymusem. - To prawda. Christopher dostrzegł smutek w jej 

twarzy.  Patrzyła  na kogoś stojącego w przeciwległym  końcu sali balowej. Podążył  za jej 

spojrzeniem.

Cassie nie mogła oderwać oczu od Gabriela rozmawiającego z wysoką ciemnowłosą 

pięknością.   Wyglądała   niczym   dojrzały,   soczysty   owoc.   Cassie   przypomniała   sobie,   że 

background image

Evelyn mówiła, iż niektóre kobiety wkładają wilgotne koszule, by suknie przylegały im do 

ciała. Niektóre zaś w ogóle nic pod spód nie wkładały. Ta dama najwidoczniej zaliczała się do 

tych   ostatnich,   bo   nawet   z   tej   odległości   Cassie   mogła   dostrzec   ciemnoróżowy   zarys 

brodawek.

Serce ścisnęło jej się z bólu. Głowy rozmawiających  skłaniały się czule ku sobie. 

Gabriel przysunął się tak blisko, że niemal dotykał wargami jej ust. Przy tym uśmiechał się. 

czego   przy   niej   nigdy   nie   robił.   W   pewnym   momencie   dama   roześmiała   się   zalotnie   i 

pochyliła w przód, odsłaniając wszystkie swe wdzięki.

Cassie przypomniały się słowa wypowiedziane przez niego owego pamiętnego dnia w 

Charleston.  Są   jeszcze   inne   kobiety,   które   z   ochotą   zaspokoją,   moje   potrzeby.  Miała 

przeczucie, że ta była jedną z nich.

-   Christopherze   -   posłyszała   swój   głos.   -   Kim   jest   ta   kobieta,   z   którą   rozmawia 

Gabriel?

Zawahał się.

- Cassie...

- Odpowiedz - zażądała.

- To lady Sarah Jane Devon, wdowa po hrabim Harcourt.

- Jest jego kochanką, prawda? Boże, jakże bolały te słowa. Jakiż ból sprawiała jej 

myśl o Gabrielu z inną kobietą. Nie mogła pojąć dlaczego.

Była sprostował Christopher. - Odkąd się z tobą ożenił, nie słyszałem na ich temat 

żadnych plotek.

Kłamał czy mówił prawdę? Zebrała się na odwagę i spojrzała mu w oczy. To, co w 

nich ujrzała, pozbawiło ją resztek pewności siebie.

- Christopherze - wyszeptała. - Zaczynam się zastanawiać... czy nie popełniłam błędu 

wychodząc za niego. On nienawidzi ojca i czasami wydaje mi się, że traktuje nas oboje jak 

wrogów... - Głos jej się załamał.

- Nie zaprzątaj sobie tym głowy, dziewczyno - mruknął, biorąc ją za rękę. - Gabriel 

jest uparty. Co zaś się tyczy jego ojca... no cóż, podejrzewam, że mało na ten temat wiemy. - 

Ścisnął jej dłoń. - Nie wolno ci się poddawać. Jeszcze nie teraz.

Czemu miałoby cię obchodzić, co czuję? - zapytała z mimowolną goryczą w głosie.

Ależ obchodzi, Cassie. Sądzisz, że skoro jestem przyjacielem Gabriela, nie mogę być 

twoim?

Gabriel nawet nie wie, jaki zdobył skarb, pomyślał. Nagle przyszło mu do głowy, że 

właśnie to, czemu Gabriel tak się opierał, jest mu bardzo potrzebne.

background image

- No, Cassie, uśmiechnij się. Właśnie grają walca. Uczynisz mnie najszczęśliwszym z 

ludzi, jeśli zgodzisz się ze mną zatańczyć. - Chwycił ją w objęcia.

Był tak miły i ujmujący, że wkrótce jej twarz rozjaśniła się uśmiechem. Wirując po 

błyszczącej   podłodze   z   pewnością   odzyskałaby   swobodę,   gdyby   nie   napotkała   wzroku 

Gabriela.

Nie było już przy nim kochanki. Jego badawcze spojrzenie wywołało rumieniec na 

policzkach Cassie i gwałtowne bicie serca. Nagle znikł jej z oczu, bo jakaś para przesłoniła 

widok na salę.

-   Jeśli   pozwolisz,   Christopherze,   chciałbym   zatańczyć   z   moją   żoną   -   powiedział 

szorstko Gabriel, pojawiając się nagle tuż przy nich. W jego głosie nie było prośby, lecz 

żądanie.

- Ależ proszę bardzo.

Spojrzała na jego kamienną twarz i szybko odwróciła wzrok.

Jego bliskość ją przytłaczała. Wokół talii czuła obejmujące ją stalowe ramię. Taniec z 

Christopherem   był   przyjemnością,   z   Gabrielem   zaś   -   katorgą.   Wydawał   się   taki   spięty. 

Czyżby   wciąż   się   gniewał?   Och.   cóż   za   głupie   pytanie!   Wystarczyło   przecież   na   niego 

spojrzeć.

Jesteś   zręczną   tancerką,   Jankesko.   Komu   należy   przypisać   tę   zasługę? 

Christopherowi?

- A jeśli tak? - zapytała hardo.

Zastanawiam się. czego jeszcze cię nauczył? A może jest odwrotnie? Kobieta z twoją 

przeszłością musi mieć w zanadrzu wiele sztuczek przyciągających mężczyzn. Jakież to było 

okrutne!

Christopher jest moim przyjacielem - powiedziała. - Nikim więcej. Przysięgam.

Jakąż wartość może mieć przysięga złodziejki! - zaśmiał się bezlitośnie. - Pokornie 

błagam o wybaczenie, milady. Z trudem powstrzymała gniew.

- Skoro mi nie wierzysz, trudno. Lecz ja znam prawdę i dla mnie tylko to jest ważne.

W odpowiedzi zacisnął wargi. Cóż za królewska, pełna godności postawa! Gdzieś w 

głębi duszy miał dla niej dużo uznania. Nagle zdał sobie sprawę, że Cassie drży. Przyciągnął 

ją mocniej  do siebie. Choć zrobił to delikatnie, poczuł, że zesztywniała. Niech to diabli! 

Wciąż mu się opiera. Przyciągnął ją jeszcze mocniej.

- Gabrielu - szepnęła. - To nie uchodzi.

- Nie dbam o to, Jankesko.

- Ale ludzie na nas patrzą.

background image

- Niech sobie patrzą. - Zacisnął palce na jej talii. - Jesteś moją żoną, Jankesko.

O   tak,   pomyślała   z   goryczą.   Niechcianą.   Niekochaną.   Wreszcie   muzyka   ucichła, 

Gabriel wypuścił Cassie z objęć.

Pójdę sprowadzić nasz powóz. Zaczekaj na mnie w hallu. Nie trzeba jej było tego dwa 

razy powtarzać. Tymczasem Gabriel poszukał wzrokiem Christophera. Stał na tarasie.

- Moja żona znalazła w tobie dobrego towarzysza, Christopherze.

- W istocie - przyznał Christopher chłodno.

- Powiem ci to, co mówiłem Cassie: nie pozwolę zrobić z siebie rogacza ani tobie, ani 

żadnemu innemu mężczyźnie.

Christopher nie pozostał mu dłużny.

- Obrażasz ją, traktując jak kogoś gorszego. Powiem ci to tylko ten jeden raz i jeśli 

zależy ci na naszej przyjaźni, wysłuchasz mnie. Darzę Cassie wyłącznie przyjaźnią i troską. 

Jedynym moim zamiarem jest dodanie jej otuchy, o czym ty zapomniałeś. Czy kiedykolwiek 

pomyślałeś, jak ona może się czuć? Sama w obcym kraju. Teść nią pogardza, a maż traktuje 

ją jak pionka w grze. Zamiast być z nią w Farleigh, trwoniłeś czas w Londynie.

Nieprzyjemna myśl przemknęła Gabrielowi przez głowę.

- Jak na kawalera dużo wiesz o małżeństwie - zauważył.

- Wiem, że gdybym był żonaty, poświęciłbym żonie tyle uwagi, ile należy się kobiecie 

z   jej   pozycją.   Co   zaś   się   tyczy   Cassie,   to   była   bardzo   nieszczęśliwa,   widząc   cię   w 

towarzystwie kochanki.

To nie moja wina. Ojciec ją zaprosił, nie wiedząc o naszym związku. Wiesz równie 

dobrze jak ja, że Sarah Jane to pijawka. Nie uszła uwagi Christophera irytacja brzmiąca w 

głosie przyjaciela.

-   Zaczynam   teraz   rozumieć   powód   twojego   rozdrażnienia   -   powiedział   wolno. 

Uśmiechnął się wesoło i klepnął Gabriela po plecach. - Wracaj do domu. przyjacielu. Okaż 

żonie troskę, na jaką zasługuje, i poświęć jej więcej uwagi. Zapewniam cię, że nic pożałujesz.

Gabriel nie podzielał dobrego humoru Christophera. Po powrocie do domu Cassie 

natychmiast poszła na górę, Gabriel zaś udał się do gabinetu.

Nalał sobie potężną porcję brandy i usiadł w fotelu. Rozwiązał krawat i cisnął go na 

podłogę.   Po   chwili   rzucił   również   frak.   W   ponurym   nastroju   rozmyślał   o   minionych 

godzinach, a w szczególności o swojej żonie. Doskonale odegrała rolę kochającej małżonki. 

Urocza, uśmiechnięta i łagodna.

Jego   myśli   zwróciły   się   ku   lady   Sarze.   Do   tej   pory   zaspokajała   wszystkie   jego 

potrzeby. Którejś nocy poszedł do niej znowu, lecz jej uwodzicielskie sztuczki nie rozpaliły w 

background image

nim   krwi.   Robiła,   co   mogła,   by   go   zadowolić,   gdy   tymczasem   jego   żona   była   taka 

powściągliwa. Dawna kochanka wydala mu się nagle bezwstydna i wulgarna w porównaniu z 

jego prostą, lecz wytworną żoną. Boże. kto by pomyślał?

Jednym   haustem   opróżnił   kieliszek.   Czy   właśnie   to   go   w   Cassie   pociągało?   Że 

potrafiła oprzeć się jego awansom? Nie tylko potrafiła się oprzeć, lecz je odrzuciła, pomyślał 

z zaskoczeniem.

Nie dawała mu spokoju ani w dzień, ani w nocy. Nie mógł przestać o niej myśleć. 

Poczuł, że wzbiera w nim gniew, kiedy przypomniał sobie, z jaką wzgardą odrzuciła jego 

brylant. Z pozoru nieśmiała i skromna, wabiła uśmiechem każdego młodego byczka, który na 

nią spojrzał. A ileż ich wokół niej się kręciło.

Jego nastrój jeszcze się pogorszył, kiedy przypomniał sobie, jak uśmiechała się do 

Christophera,   gdy   z   nim   tańczyła.   Nie   był   przygotowany   na   uczucia,   jakie   w   nim 

wywoływała, kiedy zobaczył ją w ramionach innego mężczyzny, choć był to przyjaciel.

I miał już dość tych spojrzeń ścigających coś, co należało do niego.

Przecież należała do niego. Dzieliła z nim dom, nazwisko, lecz niestety nie łoże...

Energicznie odstawił kieliszek na stół. Odepchnięty fotel przewrócił się na dywan. 

Gnany alkoholem i pożądaniem, wbiegł na górę, przeskakując po dwa stopnic. Nic próbował 

nawet pukać do jej sypialni, tylko z rozmachem otworzył drzwi.

Stała   przy łóżku,   ubrana  w  białą batystową  koszulę  nocną  i  właśnie  miała  zgasić 

lampę. Odwróciła głowę na jego widok.

O co chodzi? - zapytała bez tchu. - Czy chcesz czegoś? Ciebie, chciał powiedzieć, lecz 

się powstrzymał.

- Ta noc jeszcze się nie skończyła, Jankesko. Dopiero się zaczęła.

Serce nagle podeszło jej do gardła. Szczupłą ręką bezwiednie dotknęła szyi.

- Co chcesz przez to powiedzieć? - wyszeptała. W odpowiedzi starannie zamknął za 

sobą drzwi.

- Uczyniłem cię moją żoną - powiedział cicho. - Teraz nadszedł czas, byś do mnie 

należała.

background image

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

Ruszył w jej stronę.

-   Zaniedbywałem   cię,   Jankesko.   Najwyższy   czas,   bym   wy   pełnił   mężowskie 

powinności.

Cała   krew   odpłynęła   jej   z   twarzy,   a   żołądek   podszedł   do   gardła.   Chciała   coś 

powiedzieć, lecz zdołała jedynie wykrztusić jego imię.

Gabrielu...

Serce   tłukło   się   w   piersi   jak   szalone.   Nogi   odmówiły   posłuszeństwa,   a   płucom 

zabrakło oddechu. Powietrze w pokoju zrobiło się nagle ciężkie, wypełnione jego obecnością. 

Spod rozchylonej do pasa koszuli wyłaniała się umięśniona, pokryta gęstym włosem klatka 

piersiowa.

- Grałaś rolę damy lepiej, niż się spodziewałem, Jankesko. Czy równie dobrze zagrasz 

rolę żony i kochanki?

Ich spojrzenia się spotkały. W jej oczach czaił się niepokój i zdenerwowanie, w jego - 

siła i ogień, które sprawiły, że oblała się rumieńcem.

- Chyba nie mówisz poważnie. - Słowa z trudem przechodziły jej przez usta.

Jak  najbardziej.  Skoro   grałaś  rolę  żony przed   całym   towarzystwem,   to  możesz   to 

również zrobić w zaciszu domowym. Poczuła, że coś ją dławi w gardle.

- Przecież zawarliśmy umowę.

- Zmieniłem zdanie.

- Ale ja nie.

W jego oczach nie było łagodności, tylko lodowaty chłód północnych mórz.

- Doskonale radzisz sobie w salonie. Może teraz sprawdzilibyśmy, jak sobie poradzisz 

w sypialni.

- Nie! - krzyknęła.  - Nie poszłabym  z tobą do łóżka, nawet gdybyś  był ostatnim 

mężczyzną na ziemi!

W   jej   strwożonych   oczach   błysnęły   łzy.   Gabriel   poczuł   jednocześnie   gniew   i 

zmieszanie.   W   jaką   grę   ona   gra?   Gdyby   jej   nie   znał,   pomyślałby,   że   się   boi.   Odrzucił 

natychmiast przypuszczenie o jej niewinności.

- Nie poszłabyś ze mną do łóżka, gdybym był ostatnim mężczyzną na ziemi, tak? A 

więc dla ciebie jestem jedynym mężczyzną.

Dzieliły go teraz od niej zaledwie dwa kroki. Chodź tutaj.

Cassie nie ruszyła się z miejsca. Znała już jego pocałunki, lecz nigdy jej nie dotykał. 

background image

Teraz to się miało zmienić. W jego głosie zabrzmiała groźba.

Chyba rozumiesz, co do ciebie mówię?

Wzrok Cassie pobiegł w stronę drzwi. Gdyby się pospieszyła... Nie uda ci się uciec, 

Jankesko.

Choć w oczach płonął mu ogień, głos był  zaskakująco łagodny. Cassie wciągnęła 

głęboko powietrze, starając się ukryć strach. I nagle był już przy niej, tak blisko, że czuła żar 

bijący z jego ciała i tchnienie oddechu na policzku. Oddychała spazmatycznie, rozpaczliwie 

pragnąc się uwolnić, lecz nic miała na to dość siły.

Zesztywniała, kiedy jego palec przesunął się wzdłuż jej  policzka, szyi i ramienia. 

Zdała  sobie   sprawę,   że   ten   dotyk   parzy  skórę,   choć   jest   jednocześnie   lekki   jak   piórko  i 

niewiarygodnie delikatny, uspokajający...

Czemu   się   opierasz.   Jankesko?   Czemu   ze   mną   walczysz?   Nie   była   w   stanie 

odpowiedzieć. Myśli plątały się w głowie.

Czuła jego palce na obojczyku. Przez skórę przebiegły jej dreszcze. Nigdy dotąd tak 

silnie nie odczuwała swej kobiecości, którą jedynie mężczyzna może obudzić do życia.

Przesunął palcami wzdłuż jej szyi  i po nagich ramionach, po czym  przyciągnął ją 

bliżej.

-   Nie   zapomniałem,   co   zaszło   między   nami   pierwszej   nocy   w   Charleston.   Grałaś 

przede mną nieprzystępną panienkę, lecz dobrze wiem, że coś do mnie czułaś.

- Niczego do ciebie nie czułam! - zaprzeczyła gwałtownie. - Przyszłam, bo zażądał 

tego Czarny Jack.

Gniew błysnął  w jego oczach, lecz natychmiast  zmienił  się w namiętną obietnicę, 

która jeszcze bardziej ją przeraziła. Uśmiechnął się wolno.

- Czarnego Jacka z nami nie było, Jankesko. Wciąż pamiętam, co wówczas zaszło 

między nami.

Mówiąc to, objął jej talię i pochylił głowę. Próbowała jeszcze protestować.

-   Dlaczego   to   robisz?   -   zapytała.   -   Przecież   mnie   nie   pożądasz.   Jestem   jedynie 

pionkiem   w   grze.   Kie...   kiedy   zawieraliśmy   umowę,   po...   powiedziałeś,   że   mnie   nie 

pragniesz.

Wsunął jej ręce we włosy i przytrzymał za kark.

- Nie doceniasz siebie - powiedział i przywarł do niej gorącymi wargami.

Ten   pocałunek   nie   miał   jednak   w   sobie   cienia   brutalności.   Początkowo   zaciskała 

mocno usta, lecz Gabriel był nieskończenie cierpliwy i przekonujący.

Otwórz usta, moja słodka, tylko odrobinkę...

background image

Ich oddechy zmieszały się z sobą i Cassie nie była w stanie oprzeć się tak namiętnej 

perswazji. Ciało jej przebiegł słodki dreszcz. Czuła każdy centymetr jego ciała - potężną 

szeroką pierś, twarde mięśnie ud i pulsujące wybrzuszenie między nimi.

Wstrzymała oddech, kiedy przesunął językiem po nabrzmiałych wargach i wniknął 

głęboko do wnętrza ust, biorąc w posiadanie ukrytą w nich słodycz, tak jak wkrótce całe jej 

ciało.

Płynnym   ruchem   zsunął   z   jej   ramion   delikatną   koszulę,   która   opadła   jej   do   stóp. 

Instynktownie uniosła ręce. lecz nie pozwolił na to. Z ochrypłym śmiechem przycisnął jej 

ramiona do boków.

- Nie rób tego. - Nienawidziła prośby brzmiącej w swoim głosie.

- Dlaczego? - zapytał z ustami przy jej szyi. - Jeden Bóg wie, jak drogo płacę za ten 

przywilej.

Nie mógł już dłużej hamować szalejącej w nim namiętności. Jakaż ona piękna. Włosy 

gęstymi falami opadały jej na ramiona i plecy. Spod jedwabistozłocistych pukli wyzierały 

drobne, lecz niezwykle kształtne piersi, zakończone różowymi brodawkami. Złota gęstwina 

podbrzusza skrywała dostęp do intymnego zakątka.

Krew szaleńczo pulsowała mu w żyłach. Nabrzmiały członek napierał na spodnie, 

gotów w każdej chwili eksplodować.

Puścił ją na chwilę i objął dłońmi jej piersi. Kciukiem począł zataczać małe kręgi 

wokół   jej   sutków,   aż   skurczyły   się   i  stwardniały.   Kiedy   dotknął   sztywnych   koniuszków, 

poczuła nagle budzącą się w niej rozkosz przeszywającą dreszczem jej ciało.

Jęknęła mimowolnie, czym rozpaliła go jeszcze bardziej. Przylgnął do jej ust. chwycił 

ją w ramiona i położył na łóżku.

Oszołomiona doznanymi wrażeniami otworzyła oczy. Patrzyła urzeczona, jak zsuwa z 

ramion koszulę. Drgający płomień lampy rzucał cienie na silnie umięśnione barki i plecy. Ze 

ściśniętym gardłem wpatrywała się w pierś i brzuch porośnięte gęstym włosem. W końcu jej 

wzrok przesunął się niżej.

Mała okazję widywać go nagiego, lecz nigdy w... stanie podniecenia.

Oczy jej się rozszerzyły. Zaczęła gwałtownie chwytać powietrze, nigdy bowiem nie 

widziała tak śmiałego dowodu męskiego pożądania. Niedoświadczonym oczom Cassie jego 

penis wydał się ogromny, nabrzmiały i zaskakująco wyprężony. Dobry Boże! - pomyślała. 

Przecież on rozerwie ją na strzępy!

Gdyby   nie   szybka   interwencja   Gabriela,   już   by   jej   nie   było.   Unieruchomił   ją   w 

żelaznym uścisku i przytulił tak mocno, jakby pragnął stopić ich ciała w jedno.

background image

I   wkrótce   tak   się   stanie,   pomyślała.   Przypomniała   sobie   Bess.   jak   z   trudem 

wczołgiwała się do łóżka, łkająca cicho, cała posiniaczona i obolała. Za chwilę i ją weźmie w 

posiadanie mężczyzna, dając folgę swoim chuciom.

Przestań! - krzyknęła. - Przestań! Zaśmiał się ochryple.

-   Dość   tych   sztuczek,   Jankesko.   Przecież   wiem,   że   mnie   pragniesz.   Próbujesz   to 

przede   mną   ukryć,   ale   widzę   to   w   twoich   oczach.   Czuję,   jak   drżysz   pode   mną   z   tymi 

miękkimi spragnionymi wargami. Pragniesz mnie tak samo jak ja ciebie.

Wyciągnęła ręce, jakby chciała go powstrzymać.

- Jeśli drżę, to dlatego, że nic mogę znieść myśli o spędzeniu nocy z kimś takim jak ty. 

Nie chcę cię, słyszysz? Nie chcę!

Wbił w nią lodowate spojrzenie i przygniótł ją całym ciężarem.

- Szkoda, że tak to odczuwasz, moja słodka, bo postanowiłem wyegzekwować swoje 

prawa małżeńskie. I to natychmiast.

Znikło   gdzieś   jego   chłodne   opanowanie.   Wyczuła   w   nim   wszystkie   gwałtowne 

emocje, których tak się obawiała. Nic powinna była tak ostro protestować, bo teraz zostanie 

za to ukarana.

Uniósł się lekko i spojrzał na nią płonącymi oczyma. W głębi duszy czuła, że on ma 

rację. Prędzej czy później musiało do lego dojść. Nie było przed nim ucieczki.

- Nie! - krzyknęła, usiłując się spod niego wyswobodzić. Na próżno. Jakiś głos mówił 

jej,   że   Gabriel   nie   jest   gwałtownym   człowiekiem   może   twardym   i   bezlitosnym,   lecz  nie 

okrutnym. Przypomniała sobie nie tak odległy dzień w Farleigh, kiedy ktoś do nich strzelił. 

Wówczas zniknęła z jego twarzy ta lodowata maska. Przypomniała sobie, jak się nad nią 

pochylał, pełen niepokoju. Kiedy fala omal nie zmyła jej z pokładu, pospieszył jej na ratunek, 

a przecież mógł ją zostawić. Musiała uczciwie przyznać, że nigdy nie spodziewała się po nim 

takiej dobroci i troskliwości. Czy zdawał sobie z tego sprawę czy nie, czy chciał tego czy nie. 

potrafił być delikatny...

Teraz jednak nie było w nim odrobiny delikatności, tylko nieugięta determinacja.

Przywarł   do   niej   gorącymi,   spragnionymi   wargami.   Nic   wiedziała,   kiedy   jeden 

pocałunek się kończył,  a drugi zaczynał.  Ich ciała splotły się ze sobą. Na brzuchu czuła 

twardą jak stal naprężoną męskość. Ponownie objął dłońmi jej piersi. Wciągnęła gwałtownie 

powietrze, kiedy zaczął pieścić sutki, zataczając wokół nich kręgi, jakby się z nimi drażnił. 

Wpiła mu palce w ramiona. W dole brzucha poczuła dziwnie błogi ból. Niespodziewanie 

chwycił   ustami   nabrzmiały   koniuszek   i   zaczął   go   pieścić   językiem.   Wrażenie   było   tak 

nieziemskie,  że jęknęła cicho.  W tym  jednym maleńkim  punkcie  ześrodkowały się nagle 

background image

najsłodsze doznania. W chwili kiedy poddała się temu oszałamiającemu doznaniu, jego dłoń 

zsunęła się niżej.

Bez uprzedzenia położył rękę na złocistym trójkącie i wsunął palce między jej uda. 

Nie zdawał sobie sprawy, jakie wrażenie zrobi to na niedoświadczonej Cassie.

Zesztywniała i instynktownie zacisnęła uda. Ten bezwstydny dotyk najintymniejszej 

części ciała przeraził ją do głębi. To nieprzyzwoite i ohydne. Żaden dżentelmen nie dotyka w 

ten sposób damy.

Nagle uświadomiła sobie, że on uważają za ladacznicę. Taką jak jej matka. Ta gorzka 

prawda zadawała ból sercu. Tej jednej rzeczy nie była w stanie znieść.

- Nie! - krzyknęła rozpaczliwie. - Przestań! Natychmiast przestań! Zaczęła go okładać 

pięściami, tym razem wkładając w to całą siłę. Był niewzruszony niczym głaz. Uniósł głowę i 

utkwił w niej lodowate spojrzenie.

- Dlaczego mi się przeciwstawiasz? - rzucił wściekle. - Dlaczego wzbraniasz mnie, 

twojemu mężowi, tego, co tak chętnie dawałaś innym?

Nic zdążyła odpowiedzieć, bo natychmiast przywarł do jej warg z palącą żądzą. Splótł 

jej dłonie ze swoimi i przycisnął do materaca. Po chwili kolanami rozsunął jej nogi i jednym 

silnym pchnięciem wniknął w nią głęboko.

Jakaż była wąska... Jak niewiarygodnie wąska. W tym momencie z jej ust wydarł się 

bolesny jęk.

Gabriel   znieruchomiał.   Chociaż   rozsądek   nakazywał   się   wycofać,   ciało   odmówiło 

posłuszeństwa. Nie był już w stanie opanować porywającej go fali namiętności, szalejącego w 

nim ognia, który zapłonął, kiedy po raz pierwszy ją ujrzał. Z jękiem pokonanego zaczął się 

poruszać,   najpierw   wolno,   potem   coraz   szybciej,   aż   w   końcu   z   nieposkromioną 

gwałtownością. Zadrżał i wytrysnął gorącym strumieniem głęboko w jej wnętrze.

Gabriel pierwszy odzyskał siły. Zsunął się z niej i sięgnął po spodnie.

- Jak to się mogło stać? - zapytał. - Przecież Czarny Jack kazał ci do mnie przyjść. Jak 

to możliwe, że jesteś dziewicą?

Otworzyła wolno przepełnione bólem oczy, jakby do cna ją zamęczył. I zapewne tak 

było. Zacisnął wargi. Poczuł odrazę do samego siebie.

Zobaczył, że Cassie usiłuje podciągnąć prześcieradło skotłowane u jej stóp. Zobaczył, 

jak drży. Jednym szybkim ruchem przykrył jej nagość. Przeklinał siebie za utratę kontroli nad 

sobą, a ją za brak siły.

Czarny Jack nie zmuszał nas, byśmy sypiały z klientami powiedziała, unikając jego 

wzroku. - Nie miałam powodu, by to robić... - Głos jej się załamał. Po chwili dodała ledwie 

background image

dosłyszalnie: - To Neli była zawsze chętna. Moja przyjaciółka Bess robiła to dla pieniędzy. 

Umarła w połogu na kilka dni przed twoim przybyciem. Ja... nie chciałam skończyć tak jak 

ona.

- Więc czemu mi nie powiedziałaś, że jesteś dziewicą? Przez cały czas pozwalałaś mi 

wierzyć, że masz doświadczenie, jeśli chodzi o mężczyzn.

Uniosła nieco wzrok, lecz tylko do wysokości jego brody. Usiadła wolno, przyciskając 

prześcieradło do nagich piersi.

-   Ja   ci   pozwalałam?   -   zapytała   z   błyskiem   w   oczach.   -   Wyraźnie   dawałeś   do 

zrozumienia,  za  kogo  mnie  uważasz,  milordzie.  Nazwałeś  mnie   złodziejką.  Uważałeś,  że 

jestem... dziwką. Boże, jak okrutnie to słowo brzmi! - Gdybym wyznała ci prawdę, nie dałbyś 

jej wiary. Wierzyłeś w to, w co chciałeś wierzyć - dodała gniewnie.

Ona ma rację, pomyślał. Lecz zbyt późno się o tym przekonał.

- Gdybyś od początku była ze mną uczciwa, nie doszłoby do tego powiedział sztywno.

W oczach Cassie zapłonął ogień.

A po co? Czy to by cię powstrzymało? Czy miałoby to dla ciebie jakieś znaczenie? - 

Spojrzała na niego z goryczą. - Nie sądzę. Przekonałam się, że jesteś człowiekiem, który 

zawsze stawia na swoim i nie liczy się z innymi. Nienawidzę cię, słyszysz? Nienawidzę cię! - 

Głos jej się załamał. - Odejdź... Zostaw mnie samą!

Twarz mu się skurczyła.

- Masz rację, Jankesko. To nigdy nic powinno było się zdarzyć i zapewniam cię, że 

nigdy się nie powtórzy - oznajmi! bezbarwnym głosem.

background image

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

Wstawał szary świt. Cassie poruszyła się na łóżku, broniąc się przed przebudzeniem, 

lecz wydarzenia, o których pragnęła zapomnieć, rozproszyły resztki snu. Otworzyła oczy - 

wzrok jej padł na porzuconą na ziemi nocną koszulę. Wsiała pospiesznie i sięgnęła po nią. 

Kiedy wkładała ją na siebie, przypomniała sobie, jak Gabriel ją z niej zdejmował. Starała się 

nie myśleć o tym, co nastąpiło potem, lecz na próżno. Widział ją nagą, nawet dotykał! Nie 

mogła   zapomnieć,   jak   jego   rozpalony   członek   wtargnął   w   nią   boleśnie,   jak   się   w   niej 

poruszał, głębiej, coraz głębiej, aż do granic jestestwa.

Wydarzenia ostatniej nocy nie dawały spokoju, tkwiąc jak cierń w mózgu. Utkwiła 

wzrok w bladoniebieskim satynowym baldachimie. Poczuła dziwne dławienie w gardle. Jakże 

żałowała teraz ostrych słów, które tak nieopatrznie wymknęły jej się z ust. Wbrew temu, co 

się stało, nie czuła do Gabriela nienawiści. Nienawidziła tego przeklętego planu, którego 

celem było zranienie ojca. lecz nie Gabriela.

Czuła podświadomie, że to wszystko nic byłoby tak... tak straszne, gdyby tylko z nią 

został... objął, przytulił. Gdyby okazał jej choć trochę ciepła...

Łzy zaczęły ją palić pod powiekami. Tymczasem on zostawił ją samą... zupełnie samą.

Rozległo   się   pukanie   do   drzwi.   Weszła   Gloria   z   rogalikami   i   dzbankiem   gorącej 

czekolady.   Cassie   otarła   łzy   i   sięgnęła   po   szlafrok.   Ulubiony   napój   nic   poprawił   jednak 

melancholijnego nastroju Cassie, a gorąca kąpiel tylko w niewielkim stopniu dała ukojenie 

obolałym członkom.

Nic jednak nie złagodziło bólu serca.

Odetchnęła z ulgą. kiedy po zejściu na dół dowiedziała się, że Gabriel wyszedł już do 

biura i prawdopodobnie wróci dopiero późnym popołudniem. Do rezydencji księcia pojechała 

wcześniej   niż   zazwyczaj.   Robiła   duże   postępy   w   pisaniu   i   choć   dostojny   nauczyciel   nie 

przyznawał   się   do   tego,   czuła,   iż   jest   zadowolony   ze   swej   uczennicy.   Bardzo   szybko 

opanowała alfabet i zaczęła już tworzyć krótkie zdania.

Dzisiaj nie mogła się skupić. W głowie kłębiły się obrazy,  uczucia, wątpliwości i 

obawy.   Czy   Gabriel   znowu   dziś   do   niej   przyjdzie?   Nie   mogła   ufać   jego   obietnicom   - 

przekonała   się   o   tym   ostatnia   nocy.   Zadrżała,   przypominając   sobie,   jak   w   nią   wtargnął, 

zadając dojmujący ból. Nic chciała ponownie tego przeżywać, lecz czy miała jakiś wybór? 

Odmowa na nic się nie zda. Przyszły jej na myśl opowieści Neli, z których, jeżeli dać im 

wiarę,   wynikało,   że   mężczyzna   mógł   posiąść   kobietę   więcej   niż   raz   w   ciągu   nocy.   Dla 

strwożonego umysłu Cassie było to nie do zniesienia.

background image

Jej nastrój co chwila się zmieniał, jak pogoda za oknem. To zbierało jej się na płacz, to 

znowu   poburkiwała   na   księcia,   kiedy   zwrócił   jej   uwagę   na   popełniony   błąd.   W   końcu 

zamknął wielką księgę i pchnął krzesło.

- Nie widzę sensu w kontynuowaniu dzisiejszej lekcji - oświadczył , patrząc na nią 

groźnie. - Twoje myśli zajęte są czymś innym. Przyjdź jutro. Może do tego czasu wróci ci 

zapał do nauki.

Milczała potulnie, wstydząc się swojej niezdarności. Pospiesznie zebrała przybory do 

pisania, dygnęła i wyszła. W powozie oparła czoło o wyłożoną aksamitem ścianę. Czuła się 

kompletnie załamana. Boże, czy ten dzień nigdy się nic skończy? Tęskniła do chwili, kiedy 

znajdzie się w łóżku, zamknie oczy i odgrodzi do reszty świata.

Nagle   powóz   skręcił   w   bok   i   gwałtownie   zahamował,   rzucając   ją   na   podłogę. 

Wgramoliła się na siedzenie i otworzyła okno.

- Thomas! - zawołała. - Co się stało? Dlaczego stoimy?

Thomas zeskoczył właśnie z kozła i w tym momencie wyrósł jak spod ziemi ubrany na 

czarno mężczyzna. Zanim oboje zdążyli zareagować, uniósł rękę, w której błysnął pistolet, i z 

całej siły zdzielił nim stangreta w skroń. Ten bezgłośnie osunął się na bruk.

Cassie krzyknęła i chwyciła za klamkę z zamiarem zamknięcia drzwi, lecz mężczyzna 

był szybszy.

Proszę, proszę, co my tu mamy?

Serce jej zamarło. Poczuła, jak język przykleił się do podniebienia. Takich jak on 

często widywała w Charleston. Musiał być bandytą, złodziejem, może nawet pozbawionym 

skrupułów mordercą.

- Panie - odezwała się drżącym głosem. - Nie mam przy sobie żadnych pieniędzy ani 

kosztowności.

Nie była to cała prawda. Na środkowym palcu tkwiła wszak złota obrączka. Mimo że 

jej małżeństwo było zaledwie farsą, ukryła dłoń w fałdach sukni, bo przez myśl jej nawet nie 

przeszło, by oddać ślubną obrączkę.

Wyszczerzył zęby w uśmiechu, ukazując czarne kikuty.

-   Och,   nie   martw   się,   panienko,   wezmę,   co   będę   chciał.   -   Lubieżnie   przesunął 

wzrokiem po jej ciele. - Cóż za smakowity kąsek. A więc najpierw trochę się zabawimy, nim 

zrobimy co trzeba.

Cassie   cofnęła   się   w   głąb   powozu,   gdy   napastnik   zatrzasnął   drzwi.   Zaraz   potem 

usłyszała świst bata. Konie ruszyły z kopyta. Gwałtowny ruch pchnął ją do tyłu z taką siłą, że 

uderzyła się w głowę.

background image

Nie zwróciła na to uwagi. Zimny strach zmroził jej krew w żyłach. Dobry Boże, czy 

ten   człowiek   oszalał?   Czego   on   chce?   Wkrótce   się   przekona,   że   nie   ma   przy   sobie   nic 

wartościowego z wyjątkiem ubrania i obrączki. Co się wówczas z nią stanie?

Na myśl o tym oblała się zimnym potem.

Coraz   szybciej   pędzili   przez   ulice.   Z   kozła   dochodziły   wrzaski   i   przekleństwa. 

Wkrótce znaleźli się poza miastem na otwartym trakcie. Powóz zarzucił na zakręcie i wtedy 

właśnie przyszedł jej do głowy pewien pomysł. Nic będzie czekać potulnie na to, co zamierza 

zrobić ten bandyta. Przy odrobinie szczęścia nawet nie zauważy jej zniknięcia.

Otworzyła drzwi i wyskoczyła.

Wylądowała na krawędzi drogi. Mimowolnie krzyknęła, bo zetknięcie z ziemią było 

zbyt gwałtowne. Drobne kamienie poraniły jej dłonie. Straciła cenne sekundy, nim odzyskała 

oddech i stanęła na nogi. Rzuciła się na oślep w stronę pobliskiego zagajnika.

Jednak opatrzność ją opuściła, bo posłyszała przekleństwo i powóz stanął. Biegła, ile 

sił w nogach, lecz wilgotna ziemia i długa suknia udaremniły jej wysiłki. Gałęzie uderzały ją 

w twarz. Zachwiała się i upadła, raniąc sobie kolana i dłonie. Tuż za nią rozległy się ciężkie 

kroki. Stłumiła szloch i poderwała się na nogi.

Bandyta   dopadł   ją   i   chwycił   za   rękaw.   Trzasnął   rozrywany   materiał.   Napastnik 

wzmocnił uścisk i szarpnął z taką siłą, że krzyknęła z bólu.

Plugawe łapska wpiły jej się w ramiona.

- Ty suko! - parsknął. - Myślisz, że uda ci się uciec, co?

Począł   ciągnąć   Cassie   w   stronę   powozu.   Choć   się   wyrywała   i   kopała,   trzymał   ją 

mocno. W końcu zdesperowana zaczęła krzyczeć, ile sił w płucach.

W odpowiedzi bandyta wymierzył jej siarczysty policzek. Upadła na kolana; w ustach 

poczuła krew. Bandyta uśmiechnął się nieprzyjemnie. Promieniowało od niego zło równie 

plugawe i odrażające jak zapach jego ciała.

- Miałem zamiar zostawić to sobie na później, kiedy się z tobą zabawię - syknął. - Ale 

mogę to załatwić już teraz. - Uniósł w górę potężną pięść. Cassie zamknęła oczy, czekając na 

cios.

W tym momencie rozległ się tupot.

-   Stać!   -   zabrzmiał   groźny   rozkaz.   -   Puść   tę   dziewczynę,   słyszysz?   Puść   ją 

natychmiast!

Cassie opadła na ziemię bez sił. Ten krzyk zabrzmiał jej w uszach jak niebiańska 

muzyka.

Był wczesny wieczór, kiedy Gabriel przekroczył próg swego domu. Zatrzymał się w 

background image

hallu i spojrzał na schody. Jego twarz niczym nie zdradzała burzy emocji szalejącej w jego 

wnętrzu. Nie bardzo odpowiadała mu perspektywa spotkania z żoną, czemu trudno było się 

dziwić.

Przez cały dzień sumienie nie dawało mu spokoju. Przerażał go ogrom krzywdy, którą 

wyrządził, i rozmiar własnej głupoty. Nie mógł zapomnieć wyrazu oczu Cassie i tego, że 

zostawił ją samą. Wciąż widział jej rozszerzone z przerażenia oczy, kiedy brutalnie w nią 

wtargnął. Chryste, jakaż ona była wąska! Bolesny jęk wciąż dźwięczał mu w uszach.

Czuł odrazę do samego siebie. Powinien był wiedzieć, że jest niewinna, pomyślał z 

goryczą. Wiele na to wskazywało. Jej słodka nieśmiałość, kiedy ją całował, jej drżąca reakcja 

na pieszczoty i szeroko otwarte oczy na widok jego nagości.

Pomyśleć,   że   uważał   się   za   doświadczonego   kochanka.   Tymczasem   zdarł   z   niej 

ubranie nie troszcząc się o to, by i jej było przyjemnie. Nie okazał czułości i ciepła. Po prostu 

posiadł ją z zimnym wyrachowaniem, niczym zwykłą ladacznicę.

Mimo wszystko była przecież jego żoną...

Nie   należał   do   ludzi,   którzy   tracą   nad   sobą   kontrolę.   Przeklinał   siebie   za   to,   że 

dopuścił, by zawładnęło nim pożądanie. To nie powinno było się zdarzyć.

Zaklął pod nosem. Nic nie układało się po jego myśli. Dopiero tej nocy zdał sobie z 

tego sprawę. Posiadł Cassie pierwszy i ostatni raz!

Nigdy więcej tego nie zrobi.

- Dobry wieczór, milordzie. Zobaczył przed sobą Gilesa.

- Dobry wieczór, Giles. Czy moja żona jest u siebie?

- Nie, milordzie. Jeszcze nie wróciła.

Odetchnął z ulgą. Obawiał się, że mogła się załamać. Dzięki Bogu odzyskała jednak 

siły.

- Rozumiem. Czy umówiła się z lady Evelyn?

- Nie wiem, milordzie. Jaśnie pani nie informuje nas, dokąd jeździ popołudniami.

Gabriel się zdumiał.

A więc wychodzi codziennie? Na wardze służącego zabłysły kropelki potu.

- Tak, milordzie.

- I mówisz, że robi tak każdego popołudnia, a mimo to nikt nie wie, dokąd wychodzi?

Giles chrząknął lekko.

- Przypuszczam, że stangret Thomas będzie coś na ten temat wiedział. Nie zadawałem 

żadnych  pytań, bo wiem, że gdyby jaśnie pani uznała to za konieczne, poinformowałaby 

mnie...

background image

- Doskonale rozumiem, co chcesz mi powiedzieć, Giles. Poczuł się nagle zirytowany. 

Ta dziewczyna potrafi wszystkich omotać. Czy tylko on jeden umie jej się oprzeć?

- Ośmielę się zauważyć, milordzie, że to dość niezwykłe. Dotąd jaśnie pani zawsze 

wracała punktualnie.

Gabriel zacisnął usta. O której wyszła?

- Tuż przed pierwszą.

- I nie mówiła, jakie ma plany?

Nie, milordzie. Tylko że wróci jak zwykle przed obiadem - oświadczył sztywno Giles.

Możliwe, że wybrała się po prostu po sprawunki. Podejrzewał jednak, że coś się za 

tym kryło. Dotąd nic sobie nie kupiła. Nie otrzymał też żadnych rachunków... Gdzież więc, na 

Boga, mogła być.

Nie   było   jednak   czasu   na   dalsze   spekulacje,   bo   w   tej   właśnie   chwili   rozległ   się 

dzwonek u drzwi. Na progu stał krzepki policjant, a obok niego drobna figurka. Gabriel 

stłumił przekleństwo cisnące się na usta. Dobry Boże... Cassie!

Coś złego musiało się stać. Jej suknia była podarta i powalana błotem. Rozerwane 

brzegi przyciskała kurczowo do piersi. Kredowobiała twarz nosiła ślady łez. Włosy opadały w 

nieładzie na ramiona.

Zrobiła krok w przód, lecz byłaby upadła, gdyby jej Gabriel w porę nie przytrzymał.

Drobną rączką chwyciła się wyłogów surduta, tuląc się do niego i kryjąc twarz w 

zagłębieniu szyi.  Poczuł, jak ciężko, przerywanie oddycha. Przytulił ją mocno do piersi i 

zapytał: - Nic ci się nic stało?

Pokręciła przecząco głową.

W tym momencie policjant uznał za stosowne wtrącić słowo.

- Miał miejsce niefortunny wypadek, milordzie. Pańska żona została napadnięta, kiedy 

wracała powozem do domu. Napastnik ogłuszył stangreta i porwał pańską żonę.

Porwał? - powtórzył Gabriel z niedowierzaniem. Spojrzał na Cassie z uwagą. Gdzież 

ona była, u diabła? - pomyślał. I z kim? Postanowił jednak odłożyć te pytania na później.

Giles,   proszę   odprowadzić   panią   do   jej   pokoju   -   polecił   majordomusowi.   -   I 

dopilnować, by przygotowano gorącą kąpiel.

- Tak jest, milordzie. - Majordomus postąpił krok do przodu i podał Cassie ramię. - 

Milady?

Kiedy odeszli na bezpieczną odległość. Gabriel zwrócił się do policjanta.

- Powiedzieliście, sierżancie, że moja żona została porwana.

- Tak jest, milordzie. Kiedy stangret osunął się na bruk, napastnik wskoczy! na kozioł 

background image

i uwiózł pańską żonę. Och, ci złodzieje to sprytne dranie. Wielkie szczęście, że byłem w 

pobliżu i rzuciłem się za nim w pogoń. Pańskiej żonie udało się wyskoczyć z powozu, ale ten 

łotr ją zauważył, zatrzymał powóz i rzucił się ku niej. Właśnie wtedy ich dopadłem.

- A więc nie zdążył jej skrzywdzić?

- Zapewniła mnie, że nie, choć śmiertelnie ją wystraszył. - Wyprężył dumnie pierś. 

Wątpię   jednak,   czy   na   tym   by   się   skończyło,   gdyby   nic   moja   szybka   interwencja.   Bez 

wątpienia chodziło o kradzież, lecz kto go tam wie, o co jeszcze.

-   Jestem   wdzięczny,   sierżancie,   za   waszą   interwencję.   Mam   nadzieję,   że 

aresztowaliście tego łobuza?

Sierżantowi nieco zrzedła mina.

- Niestety nie, milordzie. Kiedy bowiem zająłem się pańską żoną, ten drań uciekł. 

Obawiam się, że teraz już go nie złapiemy.

- Rozumiem. Powiedzcie mi, sierżancie, czy mogło to być zaplanowane porwanie?

Policjant spojrzał na niego ze zdumieniem.

- Zaplanowane? To znaczy, czy pańską żonę zamierzano porwać?

- Właśnie.

Sierżant podrapał się w brodę w zamyśleniu.

- Wątpię, milordzie - oświadczył po chwili. - Pański służący Thomas nie wspominał o 

takiej możliwości. Zresztą wkrótce tu będzie. Nie został poważnie zraniony. Jak zapewne pan 

wic. milordzie, ludzie z wyższych sfer, a zwłaszcza damy, często padają ofiarą ataków tej 

hołoty.

Gabriel skinął głową i odprowadził go do drzwi.

- Jeszcze raz dziękuję, sierżancie. Byłbym wdzięczny, gdy byście powiadomili mnie, 

jeśli złapiecie tego łotra.

Sierżant zasalutował służbiście.

Ma pan na to moje słowo, milordzie.

Po jego odejściu Gabriel poszedł prosto do sypialni Cassie. Otworzył drzwi i stanął w 

progu. Gloria wlewała właśnie ostatnie wiadro gorącej wody do wanny.

Cassie stała przy oknie. Sprawiała wrażenie, jakby po wejściu do pokoju nic ruszyła 

się z miejsca. Głowę miała spuszczoną i wciąż ściskała rozerwane brzegi sukni. Cassie. Obie 

z pokojówką odwróciły się jak na komendę. Gloria dygnęła, lecz Cassie nie odezwała się 

słowem. Podszedł do niej.

- Musisz być głodna - powiedział cicho. - Chcesz, aby przyniesiono ci tacę do pokoju? 

Odwróciła wzrok.

background image

- Nie - szepnęła. - Nie jestem głodna.

- Jeśli jaśnie pan pozwoli, to może milady wypiłaby filiżankę gorącej czekolady - 

odezwała się Gloria. - Jaśnie pani bardzo ją lubi. Co rano pije ją do śniadania.

Dziękuję, Glorio. Zajmiesz się tym. dobrze? - odpowiedział Gabriel, nie spuszczając z 

Cassie wzroku.

Pokojówka kiwnęła głową. Oczywiście, jaśnie panie.

Zanim wyszła, Gabriel szepnął jej jeszcze parę słów do ucha. Wrócił do Cassie i 

dotknął jej kurczowo zaciśniętej dłoni. Była lodowato zimna.

Kąpiel gotowa, Cassie.

Rzuciła mu szybkie spojrzenie. Uśmiechnął się mimowolnie.

Przyrzekłem ci przecież wspólną kąpiel, nie pamiętasz? Wyraz konsternacji pojawił 

się w jej rozszerzonych oczach.

Natychmiast   spoważniał   i   utkwił   wzrok   w   jej   wargach.   Były   miękkie   i   lekko 

rozchylone. Zapragnął nagle przywrzeć do nich ustami, lecz szybko stłumił ten zamiar.

- Nie musisz się obawiać - powiedział cicho. - Nie jestem takim gburem, jak sądzisz.

Nie dał jej czasu do namysłu i począł rozpinać haftki sukni. Nie zaprotestowała, tylko 

przez jej twarz przemknął rumieniec wstydu. Musiała wstrząsnąć nią ta napaść, bo nigdy by 

się nie spodziewał z jej strony takiej uległości; Delikatna skóra nosiła ślady licznych siniaków 

i zadrapań.

Spłonęła rumieńcem, kiedy pomógł jej wejść do wanny, świadoma swej nagości, gdy 

tymczasem on pozostawał ubrany. Skryła się pod wodą, jak mogła najgłębiej.

Zadrżała nerwowo, kiedy przesunął wierzchem dłoni wzdłuż jej policzka, po czym 

chwycił palcami za brodę i odwrócił jej twarz do światła. Dotknął kciukiem wybrzuszenia na 

wardze. Czy to też jego sprawka?

W   odpowiedzi   spuściła   powieki   i   przyciągnęła   kolana   do   brody.   Słowa   były   tu 

zbyteczne.

Wezbrał w nim ślepy, irracjonalny gniew. Nie dopuszczał do siebie myśli, że to ona 

jest jego powodem. Chodzi mu tylko o to, że ktoś śmiał podnieść rękę na słabą bezbronną 

kobietę. Jeszcze nigdy nie był tak wściekły.

Czy potrafiłabyś go rozpoznać?

Zadrżała. Gorąca woda rozgrzewała jej ciało, lecz w lej chwili miała wrażenie, że 

znalazła się w lodowatym morzu. Tak... nie - zająknęła się. - Ja... nie wiem.

Bez słowa podał jej gąbkę i odwrócił się, by mogła w spokoju dokończyć toalety. 

Umyła się pospiesznie, zerkając na niego nerwowo. Tłumaczyła sobie, że niepotrzebnie się 

background image

wstydzi, bo przecież zobaczył już wszystko, co mógł zobaczyć,  co więcej, dotykał  jej w 

sposób,   w   jaki   nawet   nie   przypuszczała,   że   mężczyzna   może   dotykać   kobiety.   Ręka 

trzymająca gąbkę znieruchomiała tuż nad sercem, a gardło ścisnęło się boleśnie.

Z jednej strony pragnęła, żeby wyszedł, a z drugiej, by nie zostawiał jej samej. Wciąż 

nic mogła zapomnieć wydarzeń minionej nocy, choć wydawało się, że od tego czasu minęły 

już całe wieki.

Gabriel wyczuwał każdy jej najdrobniejszy ruch. Kiedy plusk wody ustał, obejrzał się 

przez ramię i napotkał spojrzenie jej rozszerzonych i smutnych oczu. Stłumił ogień, który 

żarem oblał całe ciało. Jej naga skóra błyszczała kusząco. Nigdy dotąd żadna kobieta tak na 

niego   nie   działała,   nigdy   dotąd   nie   pragnął   tak   żadnej   kobiety.   Wyglądała   jednak   tak 

bezbronnie, że natychmiast odzyskał zimną krew. Skończyłaś? - zapytał.

Skinęła głową. Oparła się rękami o brzeg wanny i wstała, natychmiast owijając się 

ręcznikiem, który jej podał.

Poczuła dotyk puszystego materiału, a potem jego ramiona, które wyciągnęły ją z 

wody i postawiły na dywanie. Czekała potulnie, aż skończy ją wycierać. Jego dotyk był lekki 

i bezosobowy. Ostrożnie omijał boleśnie potłuczone miejsca. Mimo to oblała się ognistym 

rumieńcem, który zbladł dopiero wówczas, kiedy włożyła nocną koszulę.

Rozległo się pukanie do drzwi. Gabriel poszedł otworzyć i odebrał z rąk Glorii małą 

tacę. Cassie natychmiast  otuliła się ramionami,  czując się naga pomimo  ubrania. Gabriel 

wskazał głową na fotel przy kominku. Kiedy usiadła, podał jej filiżankę z delikatnej chińskiej 

porcelany. Poczuła słodki zapach czekolady.

Popijała małymi  łykami aromatyczny płyn, wdzięczna za to, że może czymś  zająć 

ręce. Nie zauważyła wpatrzonych w nią przenikliwych szarych oczu Dopiero kiedy wypiła 

ostatnią kroplę, uniosła głowę i napotkała jego badawcze spojrzenie.

Zdjął surdut i podwinął rękawy koszuli, odsłaniając silne, umięśnione ręce. Na ten 

widok ścisnął jej się żołądek. Gabriel stanął przy kominku i oparł łokieć o obramowanie. W 

tej nonszalanckiej pozie wyglądał niezwykle męsko. Sprawiał wrażenie, jakby nic i nikt nie 

mogło go zranić.

Giles   powiedział   mi,   że   wychodziłaś   gdzieś   popołudniami   -   powiedział   nie 

spuszczając z niej przenikliwego wzroku. Dlaczego nic mi o tym nie wiadomo?

Cassie z trudem przełknęła ślinę.

- Nie wiedziałam, że interesuje cię, co robię przez cały dzień. To nie jest odpowiedź - 

stwierdził oschle. - Jeśli pozwolisz, chciałbym  się dowiedzieć, gdzie byłaś dzisiaj i przez 

ostatnie tygodnie.

background image

Ogarnął ją popłoch. Nie mogła mu powiedzieć, gdzie była, nie podając powodu, a ten 

wolała   przemilczeć.   I   tak   nie   miał   o  niej   dobrego   zdania,   a   teraz   będzie   jeszcze   gorzej. 

Utkwiła wzrok w filiżance; postanowiła wyjawić tylko tyle, ile będzie konieczne.

- Dlaczego jesteś taka uparta? - wybuchnął. - Do diabła. Jankesko, tu chodzi o twoje 

życie. Niebezpiecznie jest chodzić samej po ulicach Londynu.

Wciąż unikała jego wzroku.

-   Nie   musisz   się   obawiać.   Nie   chodziłam   po   ulicach   i   nie   groziło   mi   żadne 

niebezpieczeństwo... - Zawahała się. - Przynajmniej do dzisiaj.

- Więc dlaczego nic powiesz mi, gdzie byłaś?

Kiedy pokręciła przecząco głową, zacisnął gniewnie usta i w trzech susach znalazł się 

przy niej. Wyjął jej z rąk filiżankę, odstawił, po czym złapał ją za ramiona.

- Spotykałaś się z kimś? - Z jej spojrzenia wyczytał, że tak.

- z Christopherem? Dlatego nie chcesz mówić? Miałaś z nim schadzkę?

-   Nie!   -   krzyknęła.   -   Christopher   jest   moim   przyjacielem   i   nikim   więcej.   Mogę 

przysiąc na krzyż, jeśli to cię przekona.

- Więc z kim?

Czuł, że za chwilę wybuchnie. W oczach Cassie zabłysły łzy.

- Z... twoim ojcem - wyszeptała. Jeździłam do niego do domu.

- Co takiego?! - wykrzyknął zaskoczony. Chyba żartujesz sobie ze mnie!

Czerwieniąc się ze wstydu, wyjąkała:

- To dlatego, że ja... ja nie umiem czytać! Zapadła cisza.

- Dobry Boże! Chcesz mi powiedzieć, że on uczył cię czytać?

- Tak, tak! - Och, czy nie dość tego upokorzenia? - Nie chciał, by ktokolwiek się o tym 

dowiedział...

Cały gniew nagle się ulotnił. Westchnął ciężko.

- Dlaczego mi nie powiedziałaś?

Chyba dość już zniosłam upokorzeń. Zapewne cieszyłbyś się, gdybyś wiedział, że nie 

umiem   czytać.   Z   radością   cisnąłbyś   to   ojcu   w   twarz.   Biedna   mała   Jankeska,   którą 

wyciągnąłeś z rynsztoka, bez pieniędzy, tytułu i podstawowej wiedzy.

- Teraz to ty mnie ranisz.

- Nie! To prawda... - Ku swojej rozpaczy poczuła, jak łza spływa jej po policzku, 

jedna, za nią druga. - Wiesz, że mam rację. - Nie chciała, by oglądał ją w takim stanie. 

Upokorzoną. Zawstydzoną. Jednak pękły ostatnie nici samokontroli. Ukryła twarz w dłoniach 

i wybuchnęła żałosnym płaczem.

background image

Wolno, jakby niechętnie, otoczył ją ramionami. Drobne dłonie zacisnęły się na jego 

koszuli. Nie wypuszczając jej z objęć usiadł na krześle, sadowiąc ją sobie na kolanach.

- Przepraszam - wydusiła wśród łkań. Jestem jedynie ciężarem... przeszkodą. Zapewne 

chciałbyś, aby t - ten - straszny człowiek mnie z - zabił. My - myślałam, że to zrobi... O Boże, 

chciałabym umrzeć...

Zesztywniał.

- Nie mów tak. Nawet nie wolno ci tak myśleć! - powiedział ochrypłym, zduszonym 

głosem.

Przesunął   pieszczotliwie   ręką   po   jej   włosach   i   wzdłuż   pleców.   Poruszyła   się 

niespokojnie.

- Cóż to jest? - Ogarnęła ją nagle wielka senność. - Tak dziwnie się czuję.

Delikatnie otarł jej policzki z łez.

-   Wszystko   w   porządku.   Poprosiłem   Glorię,   by   dodała   do   czekolady   parę   kropli 

laudanum. To pozwoli ci usnąć. Nie walcz z tym.

To wyjaśnienie chyba ją uspokoiło. Wilgotne od łez powieki powoli opadły, ciało się 

rozluźniło.

Wziął ją na ręce, zaniósł do łóżka i otulił kołdrą. Kiedy się prostował, chwyciła go 

nagle za rękę.

- Nie zostawiaj mnie, Gabrielu. - Otworzyła oczy i spojrzała na niego błagalnie. - 

Dlaczego mnie nienawidzisz? - zapytała łamiącym się głosem. - Czy zawsze będziesz mnie 

nienawidził?

Poczuł się tak, jakby otrzymał potężny cios w brzuch. Poczucie winy ciężarem legło 

mu na piersi.

Nigdy nie czuł się tak rozdarty. Spojrzał na drobną rączkę kurczowo trzymającą jego 

dłoń. Serce przeszył mu tak straszliwy ból, że nie był w stanic złapać oddechu. Chryste, co 

ona z nim zrobiła?

Christopher   uległ   jej   urokowi.   Oczarowała   księżnę   -   wdowę   Greensboro,   Gilesa, 

nawet jego ojca. Jakąż to moc posiadła, że dawała jej taką władzę nad wszystkimi?

Gdyby kierował się rozsądkiem, kazałby jej teraz odejść. Zanim będzie za późno. 

Zanim stanie się jej krzywda. Głupcze, szepnął mu wewnętrzny głos, to już się stało.

Coś mrocznego i złowieszczego zaczęło mu się wkradać do serca. Nienawidził uczuć, 

które w nim wywoływała. Od lat trzymał swe serce w lodowym futerale. Tymczasem ona 

sprawiła, że zaczął topnieć, ujawniając uczucia, przed którymi tak gwałtownie się bronił.

Nie mógł się jednak od niej odwrócić.

background image

Westchnął zrezygnowany,  po czym  zdjął buty,  położył  się obok niej i wziął ją w 

ramiona.   Jedną   ręką   gładził   Cassie   po   włosach,   a   drugą   obejmował   ją   w   talii.   Leżał 

obserwując cienie pełgające po suficie.

Przecież to ona miała wszelkie powody, by mu nie ufać, by go znienawidzić. Skąd 

przyszło jej do głowy, że on jej nienawidzi, że życzy jej śmierci?

Bóg mu świadkiem, że tak nie było. Nagle uderzyła go pewna myśl. A jeśli to ktoś 

inny czuje do niej nienawiść?

background image

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY

Kilka dni później wrócili do Farleigh.

Gabriel podjął decyzję następnego dnia po incydencie. Wbrew zdaniu policji nie mógł 

się wyzbyć podejrzeń, że porwanie nie było przypadkowe. Na samą myśl o tym burzyła mu 

się krew w żyłach. Boże, gdyby dostał w ręce tego łotra, rozerwałby go na kawałki.

Jednak lata młodzieńczej brawury i braku rozwagi miał już za sobą. Dziś nie rzucał 

oskarżeń, jeśli nie miał ku temu powodu. Jeżeli jego podejrzenia były bezpodstawne - tym 

lepiej. Na wszelki wypadek wyznaczył nagrodę za schwytanie tego łotra, który porwał Cassie, 

i   wynajął   detektywa,   by   ten   dowiedział   się   czegoś   w   Charleston.   Nie   wątpił   w   to.   co 

powiedziała mu Cassie o swoim ojcu i o tym, że matka ją porzuciła. Jeśli jednak był ktoś w 

przeszłości, kto mógłby jej zagrażać, to chciał się tego dowiedzieć. Może istniał jakiś związek 

między strzelaniem do Cassie a porwaniem, może nie. Tak czy owak uznał, że łatwiej mu 

będzie ją chronić w Farleigh niż w Londynie. Żadnej z tych wątpliwości nie wyjawił jednak 

Cassie.   Nie   chciał   jej   niepotrzebnie   martwić,   gdyby   się   okazało,   że   jego   podejrzenia   są 

niesłuszne.

Ktoś mógłby uznać jego postępowanie względem żony za wyraz zaborczości, a nawet 

nadmiernej opiekuńczości, lecz Gabriel nie dopuszczał do siebie takiej myśli.

Dni przeszły w tygodnie. Chociaż robił, co mógł. by zachować dystans względem 

żony. jego uczucia dalekie były od obojętności. Obojętności?!

Przekonał się, że Cassie stanowi zbyt wielką pokusę dla spokoju jego umysłu. Nigdy 

nie przypuszczał, że może wywołać w nim tak nienasycone pożądanie.

Cierpiał katusze mając ją tak blisko siebie i nie mogąc jej dotknąć.

Wystarczyło, że weszła do pokoju, a już krew zaczynała mu się burzyć w żyłach. Był 

wściekły na siebie za to, że nie potrafi zapanować nad swoimi emocjami. Przypadkowy dotyk 

lub lekki zapach jej perfum wystarczyły, by rozpalić w nim płomień pożądania.

Najgorsza do zniesienia była świadomość, że dzieli go od niej jedynie ściana. Nocami 

śnił o niej, tęskniąc do warg, delikatnych i soczystych niczym jagody, do gładkiej i miękkiej 

skóry i gorącego wnętrza otulającego ciasno jego naprężoną męskość. Wiele razy budził się z 

nabrzmiałym  pulsującym członkiem, gotowym w każdej chwili wybuchnąć. Nie, w żaden 

sposób nie mógł zapomnieć ich pierwszej wspólnej nocy.

Podobnie zresztą jak ona.

Odetchnęła   z   ulgą.   kiedy   opuścili   Londyn.   Zgiełk   miasta   wzbudzał   w   niej   lęk, 

przyjęcia nudziły, a ludzie, z wyjątkiem nielicznych, okazali się ograniczeni i nieciekawi. 

background image

Spotkanie z napastnikiem pozostawiło w jej psychice trwały ślad, tak że drżała nerwowo na 

widok każdego cienia i obcej osoby.

Pokochała spokój i ciszę Farleigh, zapach świeżego wiejskiego powietrza i soczystą 

zieleń.   Z   wielkim   zapałem   oddawała   się   nowo   odkrytemu   zamiłowaniu   do   konnych 

przejażdżek. Często towarzyszyła jej w nich Evelyn, która wróciła z ojcem do Warrenton. W 

innych wypadkach Gabriel nalegał, by towarzyszył jej stajenny.

Nic jednak nie było takie jak dawniej. Och. zawsze ciarki przechodziły jej po plecach, 

kiedy tylko ich oczy się spotykały, lecz teraz doszło jeszcze elektryzujące napięcie, które się 

między   nimi   wytworzyło.   Na   widok   Gabriela   serce   waliło   jej   jak   młotem.   I   nie   mogła 

przestać o nim myśleć, choć bardzo się starała.

Stale miała się przed nim na baczności, nigdy bowiem nie wiedziała, czego po nim 

oczekiwać.   Czasami   potrafił   być   czarujący   i   miły.   Innym   razem   był   tak   sztywny   i 

niedostępny, że chciało jej się płakać. Coraz częściej zastanawiała się. czy złoży jej ponowną 

wizytę w sypialni. Ta myśl przyprawiała ją o dreszcz, nie wiedziała jednak czy podniecenia, 

czy też strachu.

Zaledwie   wczoraj   wieczorem   odprowadził   ją   do   drzwi   pokoju.   Kiedy   skinęła   mu 

nieśmiało głową na dobranoc, nie odszedł, jak tego oczekiwała, lecz stał i patrzył na nią 

czarnymi jak noc płonącymi oczami.

Serce podskoczyło jej w piersi. Czy żar, który w nich ujrzała, to było pożądanie czy 

gniew? Czy wciąż uważał jej skromne pochodzenie za odpychające? Och. gdyby była taka jak 

Evelyn - delikatna, z blond włosami, słodka i wyrafinowana! Sądziła, że takie właśnie kobiety 

preferował.

Dama.  Przeszył  ją  szarpiący ból. Bóg świadkiem,  że  nigdy nie będzie  prawdziwą 

damą. taką jak Evelyn. Bez względu na to, co powiedzą inni. Gabriel nigdy nie będzie w niej 

widział damy... Czy chcesz mi coś powiedzieć?

Nie   mogła   opanować   zdenerwowania   ani   też   oderwać   od   niego   wzroku.   Myśli 

wirowały w głowic jak szalone. Pachniał mydłem i świeżością. Zapragnęła nagle położyć 

dłoń na jego policzku i poczuć pod palcami szorstkość zarostu.

Przesunął  spojrzenie   na  jej  wargi.  Z  przerażeniem  zdała  sobie  sprawę,  że  pragnie 

poddać się sile jego pocałunków. Natychmiast jednak wyobraźnia podsunęła jej obrazy, które 

lepiej było odsunąć.

Później strofowała siebie za to i przekonywała w duchu, że powinna się cieszyć, iż 

pożegnał ją i poszedł do swego pokoju. Mimo to czuła się zawiedziona, bowiem z całego 

serca pragnęła, aby ją pocałował.

background image

Tego wieczoru podczas kolacji wpatrywał się w nią z intensywnością, od której robiło 

jej się gorąco. Potem usiadła z Edmundem przy różanym stoliku, by zagrać z nim partię wista. 

Dopiero niedawno wprowadził ją w tajniki tej gry. a ona już potrafiła z nim wygrać. Gabriel 

siedział w kącie pokoju z kieliszkiem brandy w dłoni i z wyciągniętymi do przodu długimi 

nogami.

Choć było  jeszcze wcześnie, Cassie zaczęła ziewać. Ostatnio czuła się śmiertelnie 

zmęczona i niewyspana. Ku jej zakłopotaniu wszyscy domownicy wstawali na długo przed 

nią.

Posłała lekki uśmiech Edmundowi.

-   Bardzo   lubisz   wygrywać,   panie.   Dlatego   muszę   cię   prosić   o   wybaczenie   i 

zrezygnować z dalszej gry - oznajmiła lekkim tonem.

Zmarszczył brwi.

- Ale jest jeszcze wcześnie. Cassie spojrzała na Gabriela.

Może Gabriel dotrzyma ci towarzystwa. Skrzywił się w odpowiedzi.

- Mam dość rozumu, by go o to nie prosić. Gabriel to nie Stuart. Och, on potrafił grać 

całą   noc.   Lecz   Gabriel   nigdy   nie   wykazywał   zamiłowania   do   gry   w   wista   dla   samej 

przyjemności grania. Skądinąd wiem, że lubi grać w karty tylko o wysokie stawki.

Sprowokowany   wstał   i   podszedł   do   nich   wolnym   krokiem.   Przez   kształtne   wargi 

przemknął uśmiech, lecz oczy jak zwykle pozostały chłodne.

- Już dawno nie byłem w kasynie, ojcze. Jednak pozwolę sobie zauważyć, że jeśli 

chodzi o hazard, to całkowicie się ze sobą zgadzamy - Jego uśmiech stał się podejrzanie 

czarujący. - Natomiast w grze na zręczność i dowcip, jak zapewne zauważyłaś, kochanie, 

żaden z nas nie lubi przegrywać.

Kochanie.   Cassie   poczuła,   że   się   czerwieni.  Spojrzała   na   Edmunda.   Choć   w   jego 

wzroku nie dostrzegła niezadowolenia, wyczuła jego niechęć. Gabriel zaś wyraźnie drwił 

sobie z ojca. choć jego głos brzmiał uprzejmie.

Wygładziła fałdy sukni i wstała, starając się przywołać uśmiech na twarz.

- Obawiam się, że muszę powiedzieć „dobranoc”, w przeciwnym razie za chwilę usnę.

Wobec tego pozwolisz, że odprowadzę cię do pokoju. Odstawił kieliszek i ujął ją pod 

łokieć. Żadne z nich nie dostrzegło znaczącego spojrzenia, jakie ścigało ich aż do drzwi. Jeśli 

pozwolisz, to chciałabym zamienić z tobą parę słów na osobności oznajmiła beznamiętnym 

tonem, kiedy stanęli przed drzwiami jej pokoju.

- Czyżbyś zapraszała mnie do swego pokoju, Jankesko? - zapytał unosząc brew. - To 

doprawdy niespodzianka.

background image

Spłonęła rumieńcem, lecz nic nie odrzekła. Odwróciła się i weszła do sypialni. Gabriel 

podążył za nią bez słowa.

Nastąpiła   pełna   napięcia   cisza.   Cassie   podeszła   do   kominka,   czując   potrzebę 

zachowania odległości między nimi. Gabriel jak Zwykle nie okazywał żadnych uczuć. Choć 

stali daleko od siebie, miała wrażenie, że jej dotyka.

Splotła ręce i zebrała się na odwagę.

- Odkąd zostaliśmy małżeństwem, nigdy o nic cię nie prosiłam - powiedziała cicho.

Zaśmiał się szorstko.

Szczera prawda, Jankesko. Sporo mnie kosztowałaś, lecz o nic mnie nie prosiłaś i bez 

wątpienia dużo więcej zyskałaś na naszej umowie.

Zacisnęła wargi. Oczywiście znowu wyszła na osobę interesowną i chciwą.

- Nie chodzi mi o twoje pieniądze ani o nic. co można za nic kupić - odpowiedziała 

ostro.

Wsunął ręce do kieszeni.

- Zaczynasz mnie intrygować, Jankesko. Myślę jednak, że lepiej mówić otwarcie. O 

cóż takiego chciałabyś mnie prosić?

-   A   więc   dobrze,   powiem   ci.   Czasami   patrzysz   na   swojego   ojca,   jakbyś   go 

nienawidził. - Nie było to pytanie, lecz stwierdzenie. - Przypuszczam, że kryje się za tym coś 

więcej, niż mi powiedziałeś. Chciałabym wiedzieć dlaczego.

Zdziwienie przemknęło przez twarz Gabriela. Najwyraźniej nie tego się spodziewał.

Możesz   mi   wierzyć,   Jankesko,   że   to   uczucie   jest   obopólne   powiedział   z   lekkim 

skrzywieniem warg.

- Doprawdy? Nie sądzę. Tym razem to on zacisnął usta.

- Znam mojego ojca znacznie dłużej niż ty, Jankesko, znacznie lepiej.

- Myślę, że wcale go nie znasz. Trzymasz go na dystans. - Tak jak mnie, miała ochotę 

wykrzyczeć. - Wiem, że jest podobny do ciebie, bo was obserwowałam. Starannie skrywa 

swoje uczucia. Lecz kiedy na ciebie patrzy, w jego wzroku jest smutek i ból.

- Mylisz się - powiedział bezbarwnym tonem.

- Obserwowałam go. - Nie dawała za wygraną. - Bez względu na to, co było między 

wami w przeszłości, mogłabym przysiąc, że czuje się urażony.

- To, co widzisz, to oburzenie, że zająłem miejsce jego ukochanego Stuarta.

- Mógł się zmienić...

Nie mógł i nie zmienił się. Pokręciła głową.

Nie możesz być tego pewny. Wiem, że bywa surowy i niedostępny... Lecz ty także.

background image

- Może oszukiwać ciebie, Jankesko, ale mnie nigdy nie oszuka. Widzisz, on jest taki 

jak Stuart. Prawy, szlachetny i dżentelmen w każdym calu. Do tego stopnia, że nie ma odwagi 

ujawnić swych prawdziwych uczuć. Jest zbyt dobrze wychowany, by się do tego przyznać, 

lecz   wiem,   że   gdybym   usunął   się   z   jego   życia   i   nigdy   nie   wrócił,   słałby   niebiosom 

dziękczynne modły.

W jego głosie brzmiała gorycz. Odwrócił się sztywno w stronę okna i zapatrzył w 

ciemność.

- Usiłujesz go ukarać - powiedziała. - Dlatego się ze mną ożeniłeś. Mimo to nadal nie 

pojmuję, dlaczego to robisz.

Odwrócił się do niej z twarzą pałającą takim gniewem, że mimowolnie cofnęła się o 

krok.

- Myślisz, że nie mam powodu? Mylisz się, Jankesko. Powiem ci, dlaczego. Zapewne 

zazdrościsz mi mojego  dzieciństwa.  Wyrosłaś w biedzie, podczas gdy ja pławiłem się w 

luksusie   i   dostatkach.   Rzeczywiście,   niczego   mi   nie   brakowało,   mojej   matce   również. 

Byliśmy dobrze odżywieni i ubrani. Lecz żadnemu z nas nic pozwolono zapomnieć, że Stuart 

jest synem kobiety, którą kochał. Ja zaś byłem jedynie synem kobiety, którą później poślubił.

Otworzyła usta ze zdumienia. Przypomniała sobie, co powiedział owego strasznego 

wieczoru, kiedy prowadził ją na spotkanie z ojcem...

- Ożenił się z nią, bo potrzebował matki dla Stuarta - szepnęła.

Właśnie. I niech to będzie jasne: kochałem Stuarta. Byłem jednak zbyt młody, by 

zrozumieć, że tylko on jeden zasługiwał na uczucia ojca. Ja nie zasługiwałem na szacunek.

Żołądek   podszedł   jej   do   gardła.   Chyba   żaden   człowiek   nie   mógłby   tak   okrutnie 

traktować własnego dziecka. Natychmiast jednak przypomniała sobie, co zrobiła z nią jej 

własna matka. Widocznie tak bywa w życiu i tak bywa w miłości.

Zaśmiał się chrapliwie.

- Jakiż ja byłem głupi pragnąc z całego serca, by mnie zauważył, by kochał mnie tak 

jak Stuarta. Lecz to Stuart był obowiązkowy i posłuszny. Nigdy nie zrobił nic złego, tak jak ja 

nic dobrego. Stawałem obok Stuarta, modląc się. by ojciec mnie dostrzegł, by choć raz się do 

mnie uśmiechnął i spojrzał na mnie tak, jak patrzył na niego. Pamiętam, jak kiedyś wrócił z 

Londynu i przywiózł Stuartowi kucyka. Chciało mi się płakać, bo o mnie znowu zapomniał... 

Znowu. Jakaż wagę miało to jedno krótkie słówko. Serce ścisnęło jej się boleśnie na myśl, co 

musiał przeżywać Gabriel.

- Możesz mnie za to potępiać, ale byłem zazdrosny i wściekły na nich obu. Skoro ja 

nie mogłem mieć kucyka, to Stuart też nie będzie go miał. Tej nocy zakradłem się do stajni, 

background image

wyprowadziłem kucyka z przegrody i wypuściłem na wolność. Następnego dnia znalazł go 

jeden ze stajennych. Potknął się i złamał sobie przednią nogę. Trzeba go było  zastrzelić. 

Nigdy nie widziałem  ojca tak rozgniewanego jak wówczas. Krzyczał,  że jestem okrutny, 

chciwy i samolubny.

Nieświadomie  przycisnęła  rękę do serca. Nie potępiała go za to. Jakże by mogła. 

Oczami wyobraźni zobaczyła małego chłopca, który pragnął, by go dostrzeżono, słuchano... 

kochano. Och. jakże on musiał cierpieć, kiedy jego pomijano, a faworyzowano brata.

Przecież nie chciałeś być okrutny - powiedziała. - Byłeś tylko dzieckiem. To on był 

okrutny, faworyzując Stuarta.

-   Ojciec   powiedziałby   co   innego,   Jankesko.   Na   przekór   wszystkiemu   wciąż 

pragnąłem, by mnie zaakceptował. Nigdy jednak nie usłyszałem z jego ust dobrego słowa. 

Byłem jedynie kłopotliwą zawadą. Moja matka starała się to przede mną ukrywać, lecz nie 

byłem głupcem. Nie kochał ani mnie, ani matki. Byliśmy dla niego tylko ciężarem.

Cassie aż skuliła się w sobie. Zaczynała nienawidzić tego słowa.

- Poślubiła go mając nadzieję, że w końcu ją pokocha - mówił dalej Gabriel. - Lecz on 

był ślepy i głuchy. Żył jedynie wspomnieniami o swojej najdroższej Margaret.

Zabrzmiało to niczym przekleństwo.

- Więc twoja matka go kochała?

Tak - powiedział stłumionym głosem. - Lecz on nie chciał jej miłości. Sądziła, że o 

tym   nie   wiem,   ale   tęsknota   w   jej   oczach   była   aż   nadto   wymowna.   Powiedziała   mi   o 

wszystkim, co czuła, czego nie mogła znieść. Ojciec nigdy nie obdarzył jej ciepłym słowem 

ani gestem. Traktował  ją tak, jak nakazywał  mu obowiązek.  Poza tym  nic dla niego nie 

znaczyła.

Co   on   musiał   przeżywać,   patrząc   na   cierpienie   matki.   Przypomniała   sobie   portret 

wiszący w galerii. Teraz zrozumiała, skąd się wziął smutek w oczach Caroline Sinclair.

- Nie pozwoliła jednak powiedzieć o nim złego słowa. Była słodka, miła i dobra. 

Uczyniłaby   dla   niego   wszystko.   Słyszałem,   jak   płakała   nocami,   ale   rano   witała   mnie   z 

uśmiechniętą twarzą. Kochała go niezmiennie dzień po dniu, rok po roku. I w końcu ta miłość 

ją zabiła.

Cassie zmarszczyła brwi. W tym stwierdzeniu coś się kryło, lecz nim zdążyła zadać 

pytanie, ponownie się odezwał.

- Złamał jej serce i duszę. Mógłbym mu wybaczyć zło. które wyrządził mnie jako 

chłopcu,   lecz   nigdy   nic   wybaczę   tego,   co   uczynił   matce.   Nic   jestem   już   tym   naiwnym, 

zapatrzonym w niego chłopcem, więc nie proś mnie o litość i wyrozumiałość. Skoro niczego 

background image

nie   oszczędził   matce,   to   i   ja   niczego   mu   nie   oszczędzę.   Nauczyłem   się   żyć   z   jego 

obojętnością. Tolerujemy się nawzajem, lecz to wszystko. On nie może zapomnieć... i ja 

także.

Powiedziawszy to odwrócił się sztywno i wyszedł z pokoju.

Cassie długo spoglądała w ślad za nim. Jej serce łkało z żalu nad samotnością chłopca. 

Bolała również nad zgorzkniałym mężczyzną, na jakiego później wyrósł. Choć przestały ją 

dręczyć pytania o to, co nim kierowało, smutkiem napawała ją myśl, że Gabriel i jego ojciec 

mogą   na   zawsze   pozostać   sobie   obcy,   że   nigdy   nie   zapanuje   między   nimi   pokój   i 

zrozumienie. Modliła się, by Gabriel nie miał racji, by było inaczej. Lecz jeśli to prawda, to 

wszystko stracone.

Może już było za późno.

Nie mogła usnąć tej nocy. Chociaż ciało domagało się odpoczynku, umysł uparcie się 

przed nim bronił. Godzinami przewracała się z jednego boku na drugi. Nagle w ciszę nocną 

wdarł się dźwięk tłuczonego szkła. Otworzyła oczy i usiadła na łóżku.

To w sypialni Gabriela.

Narzuciła   na   siebie   szlafrok,   podbiegła   do   drzwi   jego   pokoju,   otworzyła   je   bez 

wahania i wpadła do środka.

Pokój oświetlała stojąca w rogu lampa. Wiszące obok komody wysokie lustro leżało 

roztrzaskane na grubym francuskim kobiercu z Aubusson. Ruszyła instynktownie w stronę 

kryształowych kawałków.

- Czego chcesz, Jankesko? - Glos Gabriela przeciął powie trze niczym ostrze noża.

Znieruchomiała.   Kątem   oka   zobaczyła,   że   leży   na   łóżku,   podparty   na   łokciu,   z 

kieliszkiem w ręku. Gniew mieszał się w jego oczach z niechęcią. Ogarnęło ją pragnienie, by 

uciec gdzieś przed tym przenikliwym wzrokiem.

Oblizała wargi i dotknęła ręką zapięcia szlafroka.

- Posłyszałam brzęk... i pomyślałam, że może coś ci się stało.

-   Jak   widzisz,   nic   mi   nie   jest.   Proponuję,   byś   wróciła   do   łóżka.   Spuścił   nogi   na 

podłogę. Rozpięła koszula odsłaniała owłosioną pierś. Cassie poczuła suchość w ustach, lecz 

nie odwróciła wzroku.

Nie patrząc na nią podszedł do komody, na której stała do połowy opróżniona karafka 

brandy.

Nie wiedziała, jak to się stało, lecz nagle znalazła się tuż przy nim. Nadal nic zwracał 

na nią uwagi, kiedy jednak przytknął szyjkę karafki do kieliszka, przykryła go dłonią.

Gabrielu, proszę cię. Nie sądzisz, że masz dość? Rzucił jej gniewne spojrzenie.

background image

- Doprawdy? Masz rację, można jeszcze gdzie indziej zna leźć zapomnienie. Zatem 

powiedz mi, czy ofiarujesz mi takie zapomnienie?

Utkwił w niej  rozpalony wzrok, po czym  nagle położył  dłoń na jej  piersi. Cassie 

mimowolnie zadrżała. Skrzywił się.

- Tak myślałem. - Cofnął rękę i ponownie sięgnął do karafki.

Była   jednym   kłębkiem   nerwów,   lecz   postanowiła   nie   dać   tego   po   sobie   poznać. 

Położyła mu rękę na ramieniu.

Proszę cię, Gabrielu. Niczego nie osiągniesz, upijając się na umór.

Nie  masz  pojęcia,  jaką  ulgę  może   przynieść   butelka  dobrej   brandy.  To  doprawdy 

zdumiewające jak na byłą barmankę.

Z trudem zachowała spokój. Trafił w jej czułe miejsce i chyba o tym wiedział.

- Skoro nie chcesz dzielić ze mną łoża, to może zechcesz się ze mną napić?

- Nie!

Oczy mu się zwęziły, rysy twarzy stwardniały.

Wobec tego proponuję, byś wróciła do siebie. Pokręciła przecząco głową. Zaklął pod 

nosem   i   próbował   odepchnąć   jej   rękę,   lecz   Cassie   mocno   przywarła   do   jego   ramienia. 

Poczuła, jak mięśnie mu twardnieją.

- Dlaczego mnie nie zostawisz? - zapytał  przez zaciśnięte zęby. - Czy sprawia ci 

przyjemność oglądanie mnie w takim stanie?

- Oczywiście że nie! - padła żarliwa odpowiedź.

Patrzył na nią tak przenikliwie, jakby chciał odczytać  jej myśli. Wewnętrzny glos 

przekonywał,   żeby   natychmiast   wracała   do   swego   pokoju,   bo   ogień   płonący   w   jego 

srebrzystych oczach stawał się coraz intensywniejszy. Prócz gniewu i zawodu dostrzegła w 

jego   wzroku   coś,   co   ją   przeraziło.   Instynkt   jej   mówił,   że   Gabriel   jest   o   krok   od   utraty 

panowania nad sobą. Mimo to czuła, że powinna zostać, że jeśli teraz się od niego odwróci, 

nigdy już nie zdoła się do niego zbliżyć.

- Cieszę się, że wyjechaliśmy z Londynu - oznajmił nagle.

- Nienawidziłem wszystkich tych młodych ogierów, którzy ścigali cię spojrzeniami, 

zastanawiając się, czy twoje wargi są równie miękkie i słodkie, jak wyglądają. Spojrzała na 

niego ze zdziwieniem.

- Och, daj spokój, Jankesko. - Zaśmiał się chrapliwie. - Z pewnością o tym wiedziałaś. 

Chyba   nie   jesteś   aż   tak   zielona.   Przez   cały   czas   starali   się  być  weseli   i   dowcipni,   choć 

umierali z pragnienia, by się do ciebie dobrać. Rozbierali cię oczami, wyobrażając sobie, co 

masz pod spodem... Wicehrabia Raybum... ten był najgorszy.

background image

Jej oczy zrobiły się okrągłe ze zdziwienia.

- Jestem przecież zamężna.

- Dla takich jak Raybum to nie ma znaczenia. Zdążyłaś na tyle poznać Londyn, by się 

przekonać,   że   hazard   i   pogoń   za   rozkoszami   są   tam   na   porządku   dziennym.   Wierz   mi, 

wystarczyłby jeden twój znak, a natychmiast znalazłby się pod twoją spódnicą.

Wzrok Gabriela był twardy i rozpalony. Nagle przyciągnął ją do siebie.

- Ciesz się, że tego nie zrobił, bo nie wiem, jak twoje łagodne serce zniosłoby jego 

śmierć.

Przeraziła ją ta zaborczość, lecz jeszcze bardziej niebezpieczna groźba dźwięcząca w 

jego głosie.

- Nie powinieneś mówić takich rzeczy... - powiedziała niepewnie.

Jego twarz przybrała maskę lodowatego chłodu.

-  Dlaczego  nie?  To  prawda.   Zapamiętaj  sobie,   że  zabiję  każdego,  kto   ośmieli   się 

sięgnąć po moją własność.

Nagle zabrakło jej powietrza w płucach.

- Chyba nie wiesz, co mówisz. Wypiłeś za dużo brandy...

- A jeśli nawet? - powiedział gwałtownie. - To ty mnie do tego zmusiłaś, Jankesko. To 

ty doprowadzasz mnie do szaleństwa.

background image

ROZDZIAŁ SZESNASTY

Przywarł  rozpalonymi  wargami do jej ust. Jego ramiona zamknęły ją w żelaznym 

uścisku. Brutalnie wsunął jej język do ust, penetrując miodopłynne wnętrze. Usiłowała się 

opierać, lecz pozostał nieugięty, całując ją z siłą równą szalonemu i trudnemu do opanowania 

pożarowi, jaki ogarnął jego ciało. Czy kierowało nim pożądanie, czy wypity w nadmiarze 

alkohol, tego nic potrafiła zgłębić. Wiedziała jedynie, że nie ma przed nim ucieczki.

Znowu było jak przedtem: żadnej delikatności, żadnej czułości, tylko brutalna siła. Nie 

wiedziała, że jest ślepy i głuchy na jej protesty, z wyjątkiem szalejącego w nim pożądania. 

Dopiero   kiedy  niski jęk   wydarł  jej   się z  gardła,   miażdżąca  gwałtowność  jego  pocałunku 

osłabła. Szkarłatny płomień namiętności zaczął powoli przygasać.

Zwolnił   uścisk   ramion   i   uniósł   głowę.   Mała   mokre   od   łez   powieki   i   czerwone, 

wilgotne   i   nabrzmiałe   wargi.   W   jej   pięknych   złocistych   oczach   błysnął   ból   zranionej 

wrażliwej istoty.

Odstąpił od niej. chwytając spazmatycznie powietrze.

Odejdź - rzucił szorstko. - Wracaj do swojej sypialni. Odwrócił się, podszedł do okna i 

zapatrzył się w zalane księżycowym światłem niebo.

Cassie nie ruszyła się z miejsca. Nie wiedziała, jaka siła ją zatrzymuje. Czuła tylko, że 

jest krucha i delikatna niczym pajęcza nić nadziei... i silna mocą blasku południowego słońca.

Mijały długie minuty. Nie słysząc żadnego ruchu za sobą, odwrócił głowę. Na jej 

widok zacisnął gwałtownie usta.

- Nie musisz tak na mnie patrzeć. Jankesko. Ojciec dobrze mnie w tym wyćwiczył, 

wiesz? Nie zasługuję na twoje współ czucie, a już na pewno nie jest mi potrzebna twoja 

litość.

Gdzieś   w   okolicach   serca   poczuła   ostry,   szarpiący   ból.   Tak.   pomyślała.   Jest   zbyt 

dumny na to. by przyjąć litość, i zbyt rozgoryczony, by przyjąć współczucie. Lecz tak jak ona 

wiedział, co znaczy czuć się samotnym i nic niewartym.

Ze zdumieniem stwierdziła, że mogłaby go pokochać, gdyby tylko jej na to pozwolił.

- Do diabła! - warknął. - Nie słyszałaś, co powiedziałem? Zostaw mnie samego!

Wolno uniosła głowę. W jego wzroku płonął taki ogień, że bała się odezwać.

- Czy właśnie tego chcesz? - zapytała niepewnie. - Chcesz, żebym cię zostawiła?

- Dobrze wiesz, czego chcę, Jankesko.

Gdyby miała dość rozsądku, dawno zrobiłaby co. czego żądał. Ogarnął ją paniczny 

strach. Jeśli każe jej teraz wyjść, bez reszty ją upokorzy.

background image

Pokręciła głową. Gardło miała tak ściśnięte, że mówienie sprawiało jej ból.

Nie - wyszeptała. - Nie jestem pewna. Jakiś dziwny błysk pojawił się w jego oczach.

- Chcę cię mieć w swoim łożu, Jankesko - powiedział z mocą. - Chcę cię czuć pod 

sobą, czuć, jak obejmujesz mnie nogami, kiedy zagłębiam się w tobie.

Patrzył, jak jej twarz zalewa krwisty rumieniec. Nie chciał być niedelikatny, jedynie 

brutalnie szczery, by nie było między nimi żadnych niedomówień.

Uciekła   wzrokiem   w   bok,   kurczowo   splatając   ze   sobą   palce.   Czy   to   strach,   czy 

wątpliwości? - pomyślał.

Przesunął   wzrokiem   po   jej   ciele,   zatrzymując   się   na   chwilę   na   delikatnych 

krągłościach osłoniętych szlafrokiem. Kiedy ponownie spojrzał jej w oczy, ze zdumieniem 

dostrzegła   w   nich   niepohamowaną   namiętność.   Serce   biło   jej   jak   szalone.   Podejdź   tu, 

Jankesko.

Przeszła niepewnie kilka dzielących ją od niego kroków, stając tak blisko, że poczuł 

na sobie powiew jej oddechu. Ciemne i gęste rzęsy zatrzepotały leciutko. Nie była w stanie 

podnieść na niego oczu.

Poczuła dotyk gorących  dłoni na ramionach. Zsunął z niej szlafrok, pozostawiając 

jedynie koszulę nocną, która więcej odsłaniała, niż skrywała. Spod białego, cienkiego jak 

mgiełka batystu przeświecały różowe brodawki i ciemny trójkąt podbrzusza.

Pieszczotliwie przesunął wzrokiem po jej ciele. Jesteś piękna, Jankesko.

Zawstydzenie,   że   oto   stoi   przed   nim   prawie   naga,   nagle   się   ulotniło.   Wstrzymała 

oddech i stała nieruchomo, pragnąc, aby U chwila trwała wiecznie. Nigdy nawet nie ośmieliła 

się marzyć, że posłyszy z jego ust takie słowa. Brzmiały jak muzyka dla uszu i niczym balsam 

koiły jej duszę.

Szczupła  dłoń przesunęła się po jej włosach i zacisnęła na karku. Przytrzymał  jej 

głowę, zmuszając do patrzenia prosto w jego roziskrzone oczy.

- Mam dość udawania, że ciebie nie pragnę, Jankesko. Przecież było tak od samego 

początku. Przekonywałem siebie, że pragnę jedynie zemsty,  że dam sobie z tym  radę, że 

jestem w stanie zaakceptować małżeństwo jedynie z nazwy, że sypiałem przecież z równie 

piękną  jak  ty kobietą.  Lecz  myliłem   się. Nie  mogę  przestać   o tobie   myśleć.  Wszędzie  i 

zawsze jesteś przed moimi oczyma. Ale wiedz jedno - powiedział z błyskiem w oczach. - Jeśli 

zostaniesz ze mną tej nocy, drzwi łączące nasze pokoje pozostaną na zawsze otwarte. Nie 

będziesz   ich   przede   mną   zamykać.   Jeśli   nie   możesz   tego   zaakceptować,   proponuję,   byś 

opuściła ten pokój. Wybór należy do ciebie.

Spojrzała  mu głęboko w oczy. Sekundy zdawały się wydłużać  w nieskończoność. 

background image

Kiedy uznał, że dłużej tego nic zniesie, położyła mu na piersi najpierw jedną zwiniętą w 

piąstkę dłoń, potem drugą.

To   wystarczyło   za   odpowiedź.   Porwał   ją   w   objęcia,   gotów   wziąć   to.   co   z   takim 

wdziękiem mu ofiarowała.

- Niech więc tak będzie - mruknął. - Bo nie mogę już dłużej czekać.

Przywarł do niej spragnionymi wargami. Zadrżała i rozchyliła usta. Jej pocałunek był 

słodki, gorący i pełen oddania. Poczuł, że dłużej już tego nie zniesie.

Z   jękiem   przyciągnął   ją   do   siebie,   unosząc   nad   ziemię.   Całował   ją   teraz   jak 

wygłodniały człowiek, uczestniczący w najbardziej sutej z uczt. Poczuła mocny smak brandy 

na   języku,   lecz   równie   silny   był   głód   jego   namiętności.   Pragnąc   go   zaspokoić,   otoczyła 

Gabriela ramionami i przywarła do niego całym ciałem.

Zsunął z niej koszulę i nie przerywając gorącego pocałunku wziął ją na ręce i zaniósł 

do łoża. Dopiero wtedy niechętnie oderwał się od niej i zaczął się rozbierać. Kiedy sięgnął 

rękami do zapięcia spodni, spłonęła rumieńcem, lecz nie spuściła wzroku. Jej oczom ukazało 

się porośnięte ciemnym gęstym włosem podbrzusze.

Jego   członek   był   wyprężony   i   nabrzmiały.   W   głębi   duszy   miała   nadzieję,   że 

wyobraźnia pozbawi ją wspomnień z owej nocy, kiedy straciła dziewictwo. Niestety, tak się 

nie stało.

Gabriel kopnięciem uwolnił nogi ze spodni i odwrócił się w jej stronę. Było w nim 

jakieś dzikie, prymitywne piękno. Ramiona miał szerokie i połyskujące, ręce i nogi długie, 

szczupłe i muskularne. Serce zaczęło jej bić gwałtownie. Wciąż nie mogła wyzbyć się myśli, 

że to, co Gabriel zamierzał zrobić, jest niemożliwe. Jego penis wydawał się przeogromny.

Szybko   uciekła   wzrokiem   ku   bezpieczniejszym   strefom,   zatrzymując   się   na   jego 

kształtnych wargach. Nie mogła jednak powstrzymać drżącego westchnienia.

Zbyt daleko się posunęliśmy, byś  teraz mogła się wycofać, Jankesko - powiedział 

niebezpiecznie niskim i pełnym napięcia głosem, kładąc się obok niej.

- Nie wycofuję się. - Z trudem dobyła z siebie głos.

A   więc   o   co   chodzi?  Czyżbyś   się   mnie   bała?   Pokręciła   przecząco   głową,   lecz   w 

szeroko otwartych oczach błyszczała panika.

Obrócił ją ku sobie i otoczył ramionami. Poczuła zapach męskiego ciała zmieszany z 

aromatem wody kolońskiej. Pochylił się nad nią tak nisko, że ich oddechy się zmieszały. 

Szczupłe palce odsunęły z rozpalonych policzków pasemka jasnych włosów.

- Skoro tak, to dlaczego drżysz jak przestraszone pisklę? - zapytał miękko.

Nerwowo zaciskała palce, chwytając spazmatycznie powietrze.

background image

- Bo... bo chciałabym cię zadowolić i... Och, to nie ty sam, lecz to, co będziesz robił... 

co będziesz robił z... - Ukryła zawstydzoną twarz na jego piersi.

Gabriel odetchnął chrapliwie. Nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, jakie wrażenie 

zrobiło na nim jej wyznanie. Choć przysiągłby, że to niemożliwe, jego nabrzmiały członek 

jeszcze się powiększył. Czuł, jak gwałtownie pulsuje w takt rytmicznych uderzeń serca.

Przesunął kciukiem wzdłuż jej szyi.

- Tym razem nie będzie bolało - szepnął. - Taki ból kobieta czuje tylko za pierwszym 

razem.

Nie uwierzyła mu. Choć milczała, wargi jej drżały, a w oczach błyszczał strach. Mimo 

to nie odepchnęła go, jak tego oczekiwał. Coś drgnęło w jego sercu, kiedy sobie uświadomił, 

że pomimo obaw oddaje mu siebie bez reszty. Nigdy nie był mocny w wyrażaniu tego, co 

czuje. Najlepiej więc zrobi, kiedy jej pokaże.

Gwałtownie wciągnęła powietrze, kiedy bez uprzedzenia chwycił jej dłoń i przycisnął 

do rozpalonej męskości.

Jej dotyk rozpalił go do białości. Zacisnął zęby, walcząc z pragnieniem, by wzmocnić 

uścisk  jej  palców i poruszając  biodrami  osiągnąć  spełnienie  bez wchodzenia  w  jej  ciało. 

Jednak instynkt podpowiadał mu, że dla tak niedoświadczonej kobiety byłby to szok. Poza 

tym pragnął ją posiąść, wypełnić ją swoją esencją i przekonać się, że jest jego i tylko jego...

- Spójrz - powiedział ochryple. - Spójrz, jak moje ciało cię pragnie. Nie zapominaj 

jednak, że jestem tylko człowiekiem i że moja wytrzymałość też ma swoje granice. - Jego 

słowa otulały ją mgłą żaru i ekstazy. - Nawet nie wiesz, jak na mnie działasz. - Utkwił w mej 

płonący wzrok. - A teraz pozwól, bym i ja cię zadowolił.

Zaczął ją całować, a ona z jękiem objęła dłońmi jego głowę i poddała się ogarniającej 

ją namiętności. Boże, jak dobrze było leżeć w jego ramionach, czuć jego dotyk. Oddawała mu 

pocałunki z coraz większą zachłannością i słodyczą.

Zadrżał,   kiedy   wsunęła   język   w   jego   usta.   Jego   palce   rozpoczęły   taniec   wokół 

różowych   wrażliwych   sutków,   muskając   je   i   drażniąc.   Pod   jego   dotykiem   wydawały   się 

twardnieć   i   nabrzmiewać.   Zapragnęła   przytrzymać   jego   rękę,   by   wrażenie,   jakie   w   niej 

wywoływał, trwało wiecznie.

Uniósł   wolno   głowę   i   omiótł   ją   pociemniałym   spojrzeniem.   Jakże   była   piękna. 

Mógłby   patrzyć   bez   końca   na   krągłe   jędrne   piersi   zakończone   ciemnokoralowymi 

brodawkami,   na   mlecznobiałą   gładką   skórę.   Pochylił   głowę   i   dotknął   wargami   tych 

cudowności. Z jej ust wyrwał się nerwowy chichot. Jesteś bardzo wrażliwa, moja słodka.

Sięgnął dłońmi ku jej piersiom, delikatnie pieszcząc je i ściskając, po czym dotknął 

background image

językiem różowej brodawki.

Dreszcz przeniknął jej ciało. Zamknęła oczy i odchyliła głowę, kiedy zaczął ssać i 

lizać najpierw jeden, potem drugi sutek. Jęknęła, czując, jak zalewa ją fala gorąca.

Powrócił do jej ust, rozsuwając językiem wargi i wnikając do środka. Gorące palce 

obudziły w niej do życia każdy nerw. sunąc po jej ciele w dół brzucha. Znieruchomiała, kiedy 

dotarły do puszystego trójkąta miedzy udami, i mocno zacisnęła nogi.

- Nie opieraj się, Jankesko - wyszeptał chrapliwie. - Obiecuję, że będę delikatny.

Zaczął ją całować wolno, namiętnie,  czekając, aż się oswoi z dotykiem jego ręki. 

Poczuł, że się rozluźnia.

Zaczął   delikatnie   poruszać   palcami,   sięgając   coraz   dalej.   Zadrżała,   kiedy  rozsunął 

delikatne różowe listki, i zapłonęła niczym pochodnią kiedy jego kciuk spoczął na rozkosznie 

wrażliwym   wzgórku,   o   którego   istnieniu   nie   miała   pojęcia.   Poczuła,   jak   całe   jej   ciało 

nabrzmiewa, pulsuje i wilgotnieje. Jęknęła cicho, kiedy wsunął palec w jej gorące wnętrze, 

nie przestając drażnić rozkosznego małego pączka. Nagle przeszedł ją gwałtowny dreszcz 

rozkoszy, jakiej dotąd nie znała.

Zacisnęła oczy.  jakby pragnęła  zatrzymać  w sobie ten oślepiający żar, wijąc  się i 

jęcząc. Wysunął z niej palec i spojrzał na połyskującą wilgoć, którą spłynęło jej ciało, po 

czym ponownie zanurzył go głęboko w jej wnętrzu.

- Gabriel! - jęknęła drżąco. W jej okrzyku usłyszał to. czego szukał i na co czekał.

Kolanami rozwarł jej nogi i zaczął powoli w nią wchodzić, zmuszając jednocześnie, 

by   jeszcze   bardziej   się   otworzyła.   Przywarła   do   niego,   pewna,   że   za   chwilę   zostanie 

rozerwana.

Poczuł, jak wbija mu paznokcie w plecy.

- Spójrz na mnie, Cassie - wyszeptał  chrapliwie. To cud, że jeszcze był w stanie 

mówić.

Otworzyła oczy. Ramiona błyszczały mu od potu. Domyśliła się, że jest bliski utraty 

panowania   nad   sobą.   Twarz   miał   napiętą   z   wysiłku.   Pochylił   głowę   i   z   ustami   przy   jej 

wargach zapytał: Sprawiłem ci ból?

Czuła wypełniającą ją bez reszty pulsującą, nabrzmiałą męskość.

Zamiast bólu doznała ekscytującego, upajającego napięcia. Uśmiechnęła się drżąco.

- Nie - wyszeptała, po czym objęła dłońmi jego głowę i przycisnęła usta do jego warg.

Zaczął się wolno poruszać. Omal nie krzyknęła z rozpaczy, kiedy się z niej wysunął. 

Napiął mięśnie pośladków i ponownie wszedł w nią głęboko. Oblała ją fala rozkoszy.

Zamknęła oczy i wygięła się zmysłowo. Jej biodra pochwyciły jego rytm. Jęknęła, 

background image

jakby błagając, by ugasił w niej rozszalały płomień. Pragnęła czuć go głęboko w sobie, tak 

głęboko, jak to tylko możliwe.

Gabriel   uniósł   się   nieznacznie.   Oczy   płonęły   mu   niczym   dwa   rozżarzone   węgle. 

Mięśnie   ramion   miał   twarde   i   napięte.   Wszystkie   jego   myśli   skupiły   się   w   miejscu   o 

aksamitnej miękkości, rozpalonym i ciasnym. Przywarł do jej warg z palącą gwałtownością.

- Nie chcę sprawiać ci bólu - wydyszał. - Ale... nie mogę już dłużej... Zbyt mocno cię 

pragnę...

Poczuła, jak serce jej topnieje.

Och, Gabrielu jęknęła. - Ja też ciebie pragnę.

Wątła nić samokontroli zerwała się i potężna siła pchnęła go daleko w głąb jej łona. 

Porwał go szalony, dziki rytm, nad którym nie był w stanie zapanować. Cassie instynktownie 

otoczyła go ramionami i udami, czując, jak unosi ją fala oszałamiającej rozkoszy. I nagle 

świat   eksplodował   oślepiającym   białym   płomieniem,   mającym   swe   źródło   w   owym 

sekretnym miejscu, które tak bez reszty wypełnił. Kiedy z jej ust popłynęły ciche namiętne 

jęki ekstazy. Gabriel pchnął po raz ostatni, jakby namierzał rozszczepić ją na pół i zadrżał, 

zalewając jej wnętrze gorącym strumieniem spełnienia.

Osunął się ciężko w jej ramiona, kryjąc głowę w zagłębieniu szyi. Czuła, jak napięcie 

powoli ustępuje. Wsunęła mu palce we włosy, gładząc je pieszczotliwie. Nie zostawił jej, 

czego   się   tak   obawiała.   Zamiast   tego   uniósł   się   na   łokciach   i   delikatnie,   wolno   pieścił 

wargami jej usta. W tym pocałunku było tyle czułości, że nie mogła powstrzymać łez.

Żadne słowa nie przychodziły jej do głowy. Teraz już wiedziała, że przez całe życie 

tęskniła za tą cudowną, zapierającą dech w piersiach bliskością, za poczuciem przynależności 

do drugiego człowieka...

W tej chwili nie pragnęła niczego więcej.

background image

ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY

Obudziły   ją   promienie   słoneczne   wpadające   przez   okna   do   pokoju.   Przez   chwilę 

patrzyła zaskoczona na surowy, obcy jej wystrój sypialni. Natychmiast jednak przypomniała 

sobie, gdzie się znajduje i dlaczego. Zerknęła nieśmiało ku przeciwległej stronie łoża. Poczuła 

ukłucie zawodu, że jest sama.

W  tej  właśnie  chwili   drzwi  łączące  obie  sypialnie   uchyliły  się  lekko  i  do  pokoju 

zajrzała Gloria. Jaśnie pani?

Cassie natychmiast skryła swą nagość pod przykryciem.

- Dzień dobry, Glorio.

- Dzień dobry? - Pokojówka zachichotała. - Jest już prawie południe.

Południe? - Tylko fakt, że jest nagą powstrzymał ją przed zerwaniem się z łóżka. - 

Wielkie nieba! Czemu mnie nie obudziłaś?

- Jego lordowska mość przykazał, by pozwolić jaśnie pani spać tak długo, jak będzie 

chciała - wyjaśniła Gloria z promiennym uśmiechem. Bardzo ucieszyło ją puste łoże pani. 

Milady była taka miła i łagodnego serca, a pan hrabia tak niebywale przystojny, choć może 

trochę za surowy... podobnie jak jego ojciec. Jeśli ktokolwiek zasługiwał na szczęście, to na 

pewno tych dwoje. Och, będzie musiała o wszystkim opowiedzieć pani McGee.

Cassie spłonęła rumieńcem, kiedy Gloria podała jej szlafrok.

- Czy mój mąż jest na dole?

- Tak, proszę jaśnie pani. Był dziś rano na porannej przejażdżce, ale chyba już wrócił.

Cassie pospiesznie umyła się i ubrała, z niecierpliwością oczekując ponownego z nim 

spotkania.   Po   intymnych   chwilach,   które   przeżyli   tej   nocy.   miała   nadzieję,   że   lodowata 

nieprzystępność Gabriela będzie należała do przeszłości.

Serce  tłukło  jej  się  w  piersiach   niespokojnie,  kiedy schodziła  po  schodach.  Czuła 

lekkie zdenerwowanie, choć przecież nie miała do tego powodu. Stawiając nogę na ostatnim 

stopniu, doznała lekkiego zawrotu głowy. Zatrzymała się, oparła dłonią o ścianę i odetchnęła 

głęboko. Już kilka razy zdarzyło jej się coś takiego. Na szczęście minęło równie szybko, jak 

się pojawiło. Właśnie miała iść dalej, kiedy posłyszała podniesione głosy.

Gabriel i książę.

Nie miała zamiaru podsłuchiwać, lecz było to silniejsze od niej.

- Nie mogę - zabrzmiał głos Gabriela. - Mam dziś po południu spotkanie w Londynie.

-   Ale   już   zapowiedziałem   pastorowi,   że   przyjdziesz   do   niego   dziś   po   południu 

porozmawiać   o   naszej   corocznej   dotacji   na   cele   dobroczynne   -   powiedział   Edmund 

background image

wzburzonym głosem.

- Proponuję, byś przełożył to na inny dzień.

- Nie mogę. Obiecałem już, że przyjdziesz.

- Więc sam to załatw.

-   Do   diabła,   Gabrielu!   Przypominam   ci,   że   pewnego   dnia   ty   będziesz   za   to 

odpowiedzialny. Nie będzie mnie pod ręką, by cię zastąpić, kiedy uznasz, że jest to niezgodne 

z   twoimi   planami.   Pewnego   dnia   zostaniesz   księciem   Farleigh.   Nic   możesz   lekceważyć 

ciążących na tobie obowiązków.

Cassie  wstrzymała   oddech.  Wszystko  wskazywało  na   to,  że  szykowała   się  wielka 

awantura.

- Przez ostatnie tygodnie byłem cały czas do twojej dyspozycji, chociaż mnie o to nie 

prosiłeś. Przyznam, że jestem zaskoczony twoją decyzją wciągnięcia mnie w sprawy majątku. 

Zapewne czekałeś tylko, kiedy powinie mi się noga. Możesz Sobie poddawać mnie próbie, 

ale   stanowczo   protestuję   przeciw   podejmowaniu   za   mnie   jakichkolwiek   decyzji.   Na 

przyszłość skonsultuj się ze mną.

Rozległy się kroki i skrzypienie otwieranych drzwi.

-   Stuart   nie   odszedłby   w   ten   sposób.   Nigdy   też   nie   zlekceważyłby   swoich 

obowiązków. Skoro dane mi było stracić jednego z moich synów, czemu nie mogłeś to być 

ty? - książę wybuchnął wściekle. - Boże, chciałbym, abyś się nigdy nie narodził!

Cassie zachwiała się jak uderzona. Słodki Panie, chyba się przesłyszała. Przecież on 

nic mógł powiedzieć, że...

- Myślisz, że tego nie wiem, ojcze? - Głos Gabriela brzmiał zaskakująco spokojnie. - 

Zawsze wiedziałem, że jestem ci zawadą... Nigdy mnie nie chciałeś.

Drzwi zamknęły się cicho. Cassie przycisnęła dłoń do ust. Serce pękało jej z bólu. 

Bezwiednie osunęła się na schody, czując w nogach dziwną słabość.

Kilka sekund później weszła do gabinetu dumnie wyprostowana, spokojna i pewna 

siebie.

Edmund siedział przy błyszczącym mahoniowym sekretarzyku. Uniósł głowę na jej 

widok.

Jeśli pozwolisz, to chciałbym zostać teraz sam - oświadczył krótko.

Nie pozwolę - odpowiedziała, zamykając za sobą podwójne drzwi i podchodząc bliżej.

Książę zmrużył oczy.

Prosiłbym, aby te drzwi pozostały otwarte.

Cassie   spojrzała   na   niego   z   kamiennym   spokojem.   Po   raz   pierwszy   nie   czuła   się 

background image

gorsza od niego. Lord czy książę, jest takim samym człowiekiem jak ona, w dodatku godnym 

najwyższej pogardy.

-   Lepiej,   żeby   pozostały   zamknięte,   wasza   miłość.   Chyba   że   chcecie,   aby   służba 

usłyszała, co mam do powiedzenia. Już i tak dość usłyszeli. Ja także.

Podniósł się z wyniosłą miną.

Tego już za wiele, Cassandro. Nie będę tolerował takiego zuchwalstwa.

- Nie zastraszycie mnie i nie zmusicie do milczenia. Powiem, co mi leży na sercu, i to 

zaraz. - Patrzyła tak samo zimno jak książę. - Na waszym miejscu, panie, nie wiedziałabym, 

jak mam z tym żyć - ciągnęła. - Żeby życzyć śmierci swojemu synowi... żeby chcieć, by 

nigdy się nie narodził... Powinniście paść na kolana, prosząc Boga o wybaczenie za to, że 

byliście tak okrutni i bez serca.

Edmund zbladł. Dziewczyna  musiała zapewne podsłuchać  tę niefortunną wymianę 

zdań z Gabrielem. Jednak duma kazała mu się bronić.

- Nie wiesz, co mówisz, Cassandro.

- Och, wiem o wiele więcej, niż przypuszczacie, panie. Gabriel opowiedział mi o 

swoim   dzieciństwie   i   o   tym,   jak   zawsze   stawialiście   Stuarta   nad   niego,   we   wszystkich 

sprawach, jak go faworyzowaliście.

Edmund machną! ręką.

Sama więc widzisz, że Gabriel zawsze był zazdrosny o Stuarta.

W jej oczach zapalił się płomień. Patrzyła na niego śmiało, choć cała się trzęsła od 

skrywanych emocji.

-   No   i   cóż   z   tego?   Był   przecież   tylko   chłopcem.   Och,   nie   wątpię,   że   w   to   nie 

uwierzycie, ale Gabriel kochał Stuarta. Sam mi to powiedział. Lecz wy wszystkie uczucia 

oddaliście jego bratu. Czuł się samotny i opuszczony.

- Opuszczony? On nigdy nic był sam. Służący o niego dbali. I miał matkę...

-   Matka   była   wszystkim,   co   miał   -   rzuciła   oskarżycielskim   tonem.   -   Gabriel   was 

szanował   i   wielbił.   Lecz   wy,   panie,   nie   ofiarowaliście   mu   choć   jednego   spojrzenia, 

cieplejszego słowa. Powiedział mi, jak kiedyś podarowaliście  Stuartowi kucyka,  a on nie 

dostał nic. Nic! Jakimże jesteście człowiekiem,  by coś takiego robić dziecku? By tak go 

lekceważyć, by nie dbać o własnego syna? Mówiliście o obowiązku. Lecz czy spełniliście go 

wobec obu synów?

Mylisz się. Gabrielowi niczego nic brakowało. Trzeba ci też wiedzieć, Cassandro, że 

był bardzo kłopotliwym, samowolnym  i upartym chłopcem. Kiedy dorósł, stał się jeszcze 

bardziej uparty. Ze Stuartem zaś nigdy nie było kłopotów.

background image

- Nie ma się czemu dziwić. Dziecko czuje, kiedy jest nie chciane. Nikt tego nie wie 

lepiej niż ja. Gabriela bolało, że własny ojciec go unika, i ten ból zamienił się w gniew, w 

bunt. Czy musicie go stale porównywać ze Stuartem? Wczoraj wieczorem powiedzieliście, 

panie, że Gabriel w niczym nie jest podobny do Stuarta. I mieliście rację. Gabriel nigdy nie 

zastąpi   wam   Stuarta   i   nieuczciwe   jest   oczekiwać   tego   po   nim.   I   dawno   przestał   być 

dzieckiem, nic możecie więc tak go traktować.

Edmund patrzył na nią bez słowa. W piersi czuł niepokojący ucisk. Nie był przecież 

egoistą.   Ponad   wszystko   przedkładał   dobro   Farleigh.   Było   to   jego   dziedzictwo,   które 

pewnego dnia przejmie Gabriel. Tymczasem Cassandra uczyniła z niego potwora.

- Jesteście  ślepi, panie - powiedziała drżącym  z gniewu głosem. - Widzicie tylko 

siebie. Uważacie się za lepszego ode mnie, tymczasem nikogo wokół siebie nie dostrzegacie. 

Gabriel powiedział mi, że nigdy nic kochaliście ani jego, ani jego matki. Nie chciałam w to 

wierzyć,   sadziłam,   że   się   myli,   że   nie   rozumie   was.   Teraz   jednak   wątpię,   czy   w   ogóle 

potraficie kochać. - Na chwilę przerwała. - Moja matka chciała, bym umarła - ciągnęła. - I 

usiłowała   się   mnie   pozbyć.   Ojca   nie   znałam,   ale   zawsze   marzyłam,   że   kiedyś   po   mnie 

przyjedzie, zabierze mnie i będziemy szczęśliwi. Może jednak miałam więcej szczęścia niż 

Gabriel. Może lepiej wyrastać bez ojca, niż mieć takiego jak wy.

Gorące łzy spłynęły jej po policzkach. Otarła je niecierpliwie.

- Możecie mnie ukarać. Wychłostać, wygnać z domu, ale nigdy nie zmusicie mnie do 

odwołania tego, co powiedziałam. Nigdy!

Odwróciła się i wyszła z gabinetu.

Edmund   wolno   opadł   na   krzesło.   Cała   krew   odpłynęła   mu   z   twarzy.   Czy   ta 

dziewczyna naprawdę sądzi, że mógłby ją ukarać? Nie, pomyślał. Nie ukarze jej, bo ona 

niczego nie zrobiła.

Powiedziała jedynie prawdę.

Skoro dane mi było stracić jednego z moich synów, czemu nie mogłeś to być ty? Boże,  

chciałbym, abyś się nigdy nie narodził!

Ta nierozważnie wypowiedziana uwaga niczym stalowe ostrze wbiła mu się w serce. 

Dobry   Boże,   pomyślał,   ona   ma   rację,   uważając   go   za   potwora.   Jak   mógł   powiedzieć 

Gabrielowi coś takiego?

Popełnił straszliwy błąd. Błąd. którego zapewne już nigdy nie zdoła naprawić. Po raz 

pierwszy w życiu Edmund Sinclair, książę Farleigh, ujrzał siebie takim, jakim widziała go 

Cassandra. Zimnym, twardym, aroganckim i okrutnym.

Po raz pierwszy ujrzał siebie takim, jakim naprawdę był.

background image

Zgarbił się. Cała duma nagle go opuściła. Rozpacz ciężkim brzemieniem legła mu na 

duszy.   Dopiero   teraz   zaczął   pojmować   uczucia   Gabriela.   Cokolwiek   syn   do   niego   czuł, 

zmieniło   się   teraz   w   nienawiść.   Swoim   lekceważeniem   zabił   w   nim   wszelką   miłość   i 

szacunek do siebie. Niestety, zbyt późno to zrozumiał.

Sądził, że ma jeszcze jednego syna. Tymczasem wyglądało na to, że stracił obu.

Cassie   była   zbyt   rozdrażniona   i   zdenerwowana,   by   pozostać   w   Farleigh.   Czując 

potrzebę samotności i uporządkowania myśli, przebrała się w strój do konnej jazdy i poszła 

do stajni. Wkrótce kłusowała już po podjeździe prowadzącym do dworu Warrenton. Sam dom 

był wielki i okazały, jednak otaczające go ziemie nie były utrzymane w takim wzorowym 

porządku jak w Farleigh.

Otrzepała suknię z kurzu i pociągnęła za dzwonek. Kiedy ochmistrzyni otworzyła jej 

drzwi. Cassie nagle przyszło do głowy, że nie powinna przyjeżdżać bez zaproszenia. Lecz 

Evelyn   powitała   ją   jak   zwykle   ciepło   i   przyjaźnie.   Cassie   odetchnęła   z   ulgą,   kiedy 

przyjaciółka oznajmiła, że jej ojca nie ma w domu. Książę Warrenton zachowywał się zawsze 

grzecznie i uprzejmie, lecz wciąż pozostawał dumny i wyniosły.

Spędziły   z   Evelyn   popołudnie   rozmawiając   i   pijąc   herbatę.   Kiedy   jednak   Cassie 

wspomniała żartem o ewentualnych adoratorach, których przyjaciółka zostawiła w Londynie, 

piękna twarz Evelyn posmutniała.

Czy coś się stało? - zapytała Cassie z niepokojem. Evelyn wygładziła fałdy sukni i 

spojrzała w jej zatroskane oczy.

- To przez to, że... Och, gdyby tylko ojciec nie starał się tak bardzo wydać mnie za 

mąż. - Pokręciła głową i dodała: - Czasami wydaje mi się, że tylko o tym potrafi myśleć. Już 

zaczął robić plany wielkiego balu, jaki wyda w przyszłym sezonie. Przecież to dopiero za pół 

roku!

Cassie przyglądała jej się przez chwilę.

- Czy ktoś złożył mu jakieś deklaracje? Evelyn skinęła głową.

- Tak, wicehrabia Ashton.

- I został odrzucony, tak? Evelyn zadrżała mimowolnie.

- Tak. Ashton to rozpustnik i łowca posagów. - Westchnęła.

-   Chyba   powinnam   się   cieszyć,   że   ojciec   nic   chce   wydać   mnie   za   byle   kogo. 

Postanowił, że nie poślubię nikogo poniżej hrabiego.

Umilkła i zapatrzyła się w filiżankę z wystygłą już herbatą. Cassie mogłaby przysiąc, 

że dostrzegła w jej oczach pełen tęsknoty smutek, lecz znikł, zanim się zdążyła upewnić. 

Zaraz leż Evelyn uniosła głowę i uśmiechnęła się.

background image

Dość już o mnie. Pomówmy raczej o tobie.

Cassie natychmiast stanęły przed oczami chwile spędzone z Gabrielem, co wywołało 

rumieniec na jej twarzy. Evelyn roześmiała się i poklepała ją po ręku.

- Nie musisz nic mówić, kochana. Biorę to za dobry znak. Cassie poczuła ostre ukłucie 

W sercu i uśmiechnęła się smutno.

- Po co łudzić się nadzieją, skoro jej nie ma - mruknęła.

- Nonsens - zaprotestowała Evelyn z takim przekonaniem, że Cassie spojrzała na nią 

zaskoczona. - Jestem pewna, że Gabrielowi zależy na tobie. Być może jeszcze tego nie wie... 

Mężczyźni potrafią być strasznie tępi. Ale obserwowałam go. Kiedy jesteś w pobliżu, nie 

może oderwać od ciebie wzroku. Skoro jego oczy i umysł  są tobą zajęte,  wkrótce  serce 

podaży ich śladem.

Cassie  nic  na  to   nie  powiedziała.   Evelyn  zawsze  podchodziła   do  wszystkiego   tak 

optymistycznie,   że   nie   miała   sumienia   jej   rozczarować.   Odstawiła   filiżankę   na   stół   i 

powiedziała ostrożnie:

- Evelyn, jeśli pozwolisz, chciałabym zapytać cię o matkę Gabriela.

- Oczywiście. Obawiam się jednak, że słabo ją pamiętam. Umarła wiele lat temu.

- Wiem - powiedziała Cassie pospiesznie. - Ale właśnie o jej śmierć mi chodzi. To 

takie przykre dla Gabriela, więc nic chcę go niepokoić. Pani McGee wspomniała kiedyś, że 

jej śmierć była tragiczną pomyślałam więc, że może Gabriel przy tym był. Czy to choroba 

spowodowała jej śmierć?

- Och nie, Rzeczywiście jej śmierć była tragiczna. To zdarzyło się nad jeziorem w 

Farleigh, chyba wiesz o tym?

Nie - powiedziała Cassie słabym głosem. - Nie wiedziałam. Evelyn zmarszczyła brwi, 

starając się sobie przypomnieć.

- Chyba była wtedy sama. Miała taką małą łódkę, którą często puszczała po wodzie. 

Pewnego   letniego   dnia   znaleziono   ją   dryfującą   pośrodku   jeziora.   -   Zawahała   się.   Ciało 

hrabiny znaleziono kilka dni później.

Cassie z trudem przełknęła ślinę.

- Dobry Boże! - wyjąkała. - Chyba nic chcesz mi powiedzieć, że ona...

- Tak - powiedziała cicho Evelyn. - Utopiła się.

background image

ROZDZIAŁ OSIEMNASTY

Cassie opuszczała Warrenton w niewesołym  nastroju. Na myśl  o tym,  jak zginęła 

Caroline Sinclair, nie mogła powstrzymać drżenia. Jednocześnie czuła w sercu lekkie ukłucie 

zawodu. Dlaczego Gabriel nic powiedział jej. że jego matka się utopiła? Czemu tak niechętnie 

mówił o sobie?

Głupia dziewczyno, szepnął jej wewnętrzny głos. Przecież on wie, że śmiertelnie boisz 

się wody. Może chciał ci tego oszczędzić.

Lecz nie było sensu dłużej się nad tym rozwodzić. Bez względu na powody, jakie nim 

kierowały, nie będzie poruszać tego tematu. Takie wspomnienia należy zostawić w spokoju.

Pochyliła się do przodu, by uniknąć zderzenia z nisko zwieszającą się gałęzią. Myśli o 

Gabrielu w sposób nieunikniony przypomniały jej o księciu. Bała się wracać do Farleigh, 

gdzie z pewnością będzie musiała stawić czoło wściekłości księcia. Choć w przeciwieństwie 

do niej powściągał wtedy język, nie znaczyło to. że tak będzie zawsze.

Nagle ogarnęło ją dziwne uczucie niepokoju, od którego włosy stanęły jej na karku. 

Miała   wrażenie,   że   jest   obserwowana.   Dotarła   właśnie   do   altanki.   Pomimo   niezwykłego 

uroku tego miejsca, Cassie nie była tu od owego pamiętnego dnia. kiedy ktoś strzelał do niej i 

do Gabriela.

Wstrzymała konia i krzyknęła ostro:

- Kto tam?!

Odpowiedziała   jej   cisza.   Ziemia   wokół   zasypana   była   pomarańczowozłocistymi 

liśćmi. Przez gęste gałęzie przeświecały słoneczne promienie. Mimo że dzień był jasny i 

ciepły, lodowaty dreszcz strachu przebiegł jej po plecach.

Gwałtownie wbiła pięty w bok klaczy, omal przy tym nie spadając, bo Ariel ruszyła 

ostro z miejsca. Uczepiona mocno końskiej grzywy, dotarta do Farleigh. Ręce jej się trzęsły, 

kiedy zsiadła z konia i oddala wodze stajennemu. Wtedy spostrzegła, że nie ma czarnozłotego 

powozu księcia. W hallu spotkała panią McGee.

- Czy jego miłość prędko wróci? - zwróciła się do niej z pytaniem.

- Wyjechał do swego domu w Bath, milady. Zamierza zostać tam co najmniej przez 

miesiąc. - Pani McGee wzruszyła ramionami, po czym uśmiechnęła się. - Dość nagły ten 

wyjazd. Ale z drugiej strony, książę co roku o tej porze wyjeżdża do Bath.

Cassie zagryzła wargę. Nie miała złudzeń. To ona i Gabriel byli powodem wyjazdu 

księcia. Z jednej strony poczuła ulgę, bo nie będzie musiała stawić mu czoła, z drugiej jednak 

było jej trochę wstyd.

background image

Kolacja upłynęła jej w samotności. Wielki stół w jadalni wydawał się teraz jeszcze 

większy.  Dotarłszy do swego  pokoju poczuła się strasznie zmęczona.  Odprawiła Glorię i 

długo jeszcze spacerowała po pokoju, nasłuchując, czy Gabriel nie wrócił z Londynu. Było 

już dobrze po północy, kiedy zmęczenie zmieniło się w rozpacz, a potem w rezygnację. W 

końcu wsunęła się pod kołdrę.

Jednak zbyt wiele zdarzyło się tego dnia i myśli nic dawały jej spokoju. Nie zdając 

sobie z tego sprawy, zapadła w niespokojny sen.

Była   w   lesie,   lecz   tym   razem   sama,   bez   klaczy.   Biegła   przed   siebie   ogarnięta 

panicznym strachem. Serce omal nie wyskoczyło jej z piersi.

Wokół panowała atmosfera grozy, ciemna i gęsta niczym mgła. Przerażające cienie 

wyciągały   ku   niej   swe   macki.   Zdjęta   przerażeniem,   pędziła   dalej   jak   szalona.   Gałęzie 

uderzały ją po twarzy i raniły policzki. Z wysiłku wszystkie mięśnie straszliwie ją bolały. 

Nagle potknęła się i upadła.

Wtedy zobaczyła jezioro. Jego turkusowe wody emanowały odwiecznym spokojem. 

Jej duch opuścił ciało i stała teraz na nabrzeżu z wyrazem przerażenia na twarzy. Chciała 

krzyknąć ostrzegawczo, lecz nagle pojawiła się jakaś ręka i pchnęła ją...

Czuła,   jak   zalewa   ją   lodowata   woda.   Zaczęła   rozpaczliwie   chwytać   powietrze   i 

machać rękami, by wydostać się z mrocznego podwodnego świata, lecz coś ją trzymało i 

ciągnęło w dół. Chciała krzyknąć, ale woda zalała jej usta, wypełniła płuca. Jakie to dziwne, 

pomyślała. Słyszy przecież wyraźnie swój własny przeraźliwy krzyk...

Cassie! Otwórz oczy. To tylko sen, obudź się, najsłodsza. Władczy głos rozproszył 

mgłę snu. Otworzyła oczy. Żółty płomień świecy rozświetlał ciemność. Zobaczyła nad sobą 

chmurną i groźną twarz Gabriela. Trzymał ją mocno za ramiona. Z cichym jękiem przywarła 

do niego, zaciskając mu palce na koszuli. Odetchnęła głęboko, wchłaniając w nozdrza zapach 

krochmalonego płótna. Otaczające ją ramiona Gabriela były takie silne, takie bezpieczne.

Nie wiedziałam, że już jesteś - szepnęła po chwili.

- Właśnie wróciłem. Śmiertelnie mnie przeraziłaś. Myślałem, że w twoim pokoju jest 

jakiś szaleniec. - Gładził ją uspokajająco po plecach. - Co ci się śniło?

Zadrżała. Nie mogła mu przecież powiedzieć. Senny koszmar wydał jej się nagle głupi 

i dziecinny.

- Nic takiego. - Uniosła głowę i spróbowała się uśmiechnąć. - Po południu byłam w 

Warrenton. W drodze powrotnej wydało mi się, że ktoś mnie obserwuje.

- Byłaś sama? Poczuła, że słabnie uścisk jego ramion.

- Tak - wyszeptała z twarzą wtuloną w jego pierś. Zaklął pod nosem i odsunął się od 

background image

niej.

- Do diabła, Cassie, nie życzę sobie, byś jeździła bez stajennego. Chyba wyraziłem się 

jasno.

Dlaczego on jest taki zdenerwowany? - pomyślała.

- Evelyn jeździ sama.

- Evelyn nie przytrafiły się te tak zwane przypadki. Serce nagle przestało jej bić, jakby 

przeczuwając coś złego.

Utkwiła w nim pełne niepokoju spojrzenie. Sądzisz, że nie były przypadkowe? Gabriel 

przeklął siebie w duchu za nierozważne słowa, które mu się wymknęły. Zresztą, może to i 

lepiej.

-   Prawdopodobnie   były.   -   Nie   chciał   jej   przestraszyć,   ale   może   teraz   będzie 

ostrożniejsza. - Wynająłem detektywa, by odnalazł tego człowieka, który cię napadł. Niestety, 

ten drań wymknął nam się z rąk.

- Mówiłeś przecież, że to zwykły rozbójnik.

Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Tak czy owak chciałbym, żeby go złapano. 

-   Zawahał   się.   -   Cassie,   nie   chcę   cię   niepokoić,   ale   pragnąłbym,   abyś   się   nad   czymś 

zastanowiła. Czy jest ktoś w Charleston, kto mógłby ci źle życzyć? Może ktoś związany z 

twoją rodziną?

- Mówiłam ci już, że nie znam nikogo takiego - odpowiedziała niepewnie. - Mój 

ojciec, kimkolwiek jest, nawet nie wie o moim istnieniu. - Przez jej twarz przemknął cień. - 

Wątpię, czy moja matka o tym pamięta. - Pokręciła głową i dodała: - Obawiam się, że jedyną 

osobą, która mogłaby mi źle życzyć, jest twój ojciec.

Gabriel spojrzał na nią z nagłą uwagą. Była wyraźnie zakłopotana.

- Dziś po południu twój ojciec wyjechał do Bath.

- Do Bath? Jeszcze dziś rano tego nic planował.

- Wiem. - Cassie unikała jego wzroku. - Obawiam się, że to moja wina.

- Twoja? - Roześmiał się z niedowierzaniem. Wątpię, Jankesko, czy ktokolwiek na 

ziemi mógłby zmusić mojego ojca do postąpienia wbrew jego zamiarom.

Zawahała się, choć wiedziała, że nie ma wyboru i musi wyznać mu całą prawdę.

Słyszałam waszą rozmowę dziś rano - powiedziała cicho. - Słyszałam te wszystkie 

straszne rzeczy, które ci powiedział Byłam wściekła na niego za to, że jest taki okrutny. Nie 

mogłam się powstrzymać i porządnie go zwymyślałam.

- Rozumiem. - Twarz mu się skurczyła, a w oczach błysnął gniew. Wypuścił Cassie z 

objęć. Poczuła się nagle samotna i opuszczona.

background image

Nie musisz mnie bronić, Jankesko. Zapewniam cię, że sam potrafię wygrywać bitwy.

Znów odgrodził się od niej maską wrogości. Jak mógł być taki ciepły i opiekuńczy, a 

za chwilę chłodny i protekcjonalny? Poczuła się zraniona i znieważona.

- Nie bawmy się w piękne słówka, milordzie - powiedziała lodowatym tonem. - Czy 

chcesz powiedzieć, że nie mam prawa wtrącać się w twoje życie?

- Widzę, Jankesko, że doskonale się rozumiemy. - Błysnął drapieżnym uśmiechem.

Zerwała się na równe nogi, zaciskając dłonie w pięści.

- O tak, doskonale. Rozumiem nawet to, czego ty nie chcesz zrozumieć. Jesteś taki 

sam jak twój ojciec. Równie ślepy i uparty. Uważasz się za lepszego od niego. Gardzisz nim 

za to, że lekceważył twoją matkę, że traktował ją tak, jak ty mnie teraz traktujesz. I z jakiej to 

przyczyny? By go zranić, by go ukarać. Nie jesteś lepszy od niego.

Odwróciła się i podeszła do drzwi.

-   Byłabym   wdzięczna,   gdybyś   opuścił   ten   pokój.   -   Jej   głos   był   równie   ostry   jak 

spojrzenie.

Gabriel   pociemniał   na   twarzy.   Stał   w   miejscu   jak   przymurowany.   Była   zbyt 

rozgniewana, by się tym przejąć.

Nie słyszałeś, co powiedziałam? Wyjdź! - Tupnęła nogą. Wyjdź stąd w tej chwili!

Drapieżny  uśmiech   wykrzywił  mu  wargi.   Mierzył   ją  wzrokiem,   stojąc   na  szeroko 

rozstawionych   nogach,   z   kciukami   wciśniętymi   za   spodnie.   Wyszywana   błyszczącą   nitką 

kamizelka połyskiwała w świetle świecy. Wyglądał niezwykle męsko.

- Nic z tego, pani - rzucił przez zaciśnięte zęby. Dotknęła go do żywego, stawiając go 

na równi z ojcem. Z trudem hamował kipiącą w nim wściekłość.

Powoli   przesunął   wzrokiem   po   jej   ciele.   Nikłe   światło   świecy   objęło   ją   swym 

blaskiem, czyniąc bezużytecznym cienki materiał koszuli. Dostrzegł wyraźny zarys miękkich 

krągłych piersi, ciemnoróżowe brodawki i ciemny trójkąt włosów na wzgórku łonowym.

Poczuł, jak gniew ustępuje miejsca pożądaniu.

Zbyt późno zdała sobie sprawę, w jak niekorzystnej znalazła się sytuacji. Płomień w 

jego oczach był aż nadto wymowny. Widząc, że się do niej zbliża, zacisnęła dłoń na gałce u 

drzwi. Nie była jednak w stanie jej utrzymać, bo silnym pchnięciem zatrzasnął drzwi. Do 

diabła! - zaklęła. - Nie pozwolę ci się tknąć!

Zaśmiał się chrapliwie.

Ależ owszem, moja słodka. Dziś wieczór poczujesz coś więcej niż tylko dotyk mojej 

ręki.

- Nie! - zaprotestowała. - Nie możesz trzymać mnie na dystans i oczekiwać uległości, 

background image

kiedy tylko przyjdzie ci na to ochota.

Postąpił krok w przód. Cassie zbladła i zaczęła się cofać.

Unieruchomił ją przy drzwiach, opierając ręce po obu stronach jej głowy. Ogarnęła ją 

panika.  Stał  tak  blisko,  że  przy  każdym  oddechu  dotykał   jej  piersi.  Oczy  błyszczały  mu 

niczym żywe srebro.

- Mylisz się, Jankesko. Miedzy mną a moim ojcem istnieje ogromna różnica. Niegdyś 

dziwiłem   się,   jak   mogłem   przyjść   na   świat,   skoro   ojciec   nawet   nie   pragnął   matki,   jak 

mężczyzna kobiety. Jeśli o mnie chodzi, to muszę wyznać, moja słodka, że wystarczy sama 

twoja obecność, by rozpalić mnie do białości.

- Doprawdy? - Zadrżała, lecz rzuciła szyderczo: - Doskonale wiem dlaczego. Zbyt 

długo byłeś uwięziony na wsi z dala od swojej kochanki. Wracaj więc do Londynu i do jej 

stęsknionych ramion!

- Mojej kochanki?

- Tak. Do lady Sarah.

- Od tygodni jej nie widziałem, zresztą nie miałem takiej potrzeby. Po co mi ona, 

skoro mogę znaleźć ukojenie w twoich ramionach?

- Nigdy więcej nie znajdziesz w nich ukojenia! - Usiłowała go od siebie odepchnąć, 

lecz przysunął się bliżej, pozbawiając ją możliwości jakiegokolwiek manewru.

- Na nic się nie zda twój opór, Jankesko. Oboje o tym wiemy.

- Ach, więc teraz usiłujesz mnie oczarować?! - rzuciła gniewnie. - Uważasz, że nie 

zdołam ci się oprzeć? Jeśli tak, to jesteś głupcem.

- Może i jestem - odparł niskim, pełnym napięcia głosem. - Ale to nie ja, lecz ty mnie 

czarujesz, jak byłaś to łaskawa określić. To ty rzuciłaś na mnie urok, od chwili kiedy cię 

zobaczyłem, to tobie nie mogę się oprzeć. To ty rozpalasz mnie do białości.

Pochylił się i dotknął wargami zagłębienia jej szyi. Przeszył ją gwałtowny dreszcz 

rozkoszy.

- I nie o uległość mi chodzi. Pragnę, abyś drżała w moich ramionach ufna i chętna, tak 

jak ubiegłej nocy.

Cóż za nikczemność z jego strony, by jej o tym przypominać! Całe jej opanowanie 

prysło jak bańka mydlana. Poczuła, że zaczyna drżeć, lecz nie ze strachu czy gniewu. To jego 

bliskość tak na nią działała.

Zanim zdołała zaprotestować, pochylił się i przywarł do jej ust gorącymi wargami. 

Zsunął jej z ramion koszulę i zaczął pieścić wzgórki piersi. Cała krew spłynęła jej w dół 

brzucha.

background image

Walcząc z zamętem w głowic, targana sprzecznymi uczuciami, bezwiednie zaciskała i 

rozluźniała dłonie. Pod palcami wyczuwała szorstki materiał jego koszuli. Zapragnęła nagle 

rozsunąć ją i poczuć na sobie dotyk jego pokrytej ciemnym włosem piersi. Kiedy spełnił to 

życzenie, zdejmując surdut i ściągając koszulę przez głowę, myślała, że umrze z rozkoszy. Z 

trudem   powstrzymała   się.   by   nie   zarzucić   mu   rąk   na   szyję   i   poddać   się   jego   woli. 

Rozpaczliwie go pragnęła, lecz nie mogła znieść, że tak źle ją traktuje. Jakimś cudem udało 

jej się uwolnić usta.

-   Gabrielu,   proszę   -   wyjąkała.   -   Robisz   to   tylko   dlatego,   że   śmiałam   ci   się 

przeciwstawić.

Uniósł głowę i spojrzał na nią rozpalonym wzrokiem.

-   Nie   -   zaprotestował   gwałtownie.   -   Zeszłej   nocy   powiedziałem   ci,   że   te   drzwi 

pozostaną otwarte. I nie żartowałem. Robię to, bo oboje tego pragniemy.

Porwał ją na ręce, zaniósł do łoża, po czym zrzucił z siebie buty i spodnie i położył się 

obok niej.

On ma rację, pomyślała. Przecież go pragnie. Już na samą myśl o tym, co ją czeka, 

czuła, że robi się wilgotna.

Ich języki się złączyły, tak jak wkrótce miały się złączyć ich ciała. Przykrył dłońmi jej 

piersi i drażnił palcami sutki, aż stały się nabrzmiałe i twarde. Po chwili zaczął pieścić je 

wargami i językiem. Wolno przesunął się niżej. Zadrżała i gwałtownie wciągnęła powietrze.

Zareagowała zgodnie z jego oczekiwaniami.

Tak mało jeszcze wiedziała, tak wiele musiała się jeszcze nauczyć.

Wszystkie jego myśli opanowało nagle pragnienie, by sprawić jej przyjemność, by 

posiąść ją. Nigdy żadnej kobiety nie pragnął tak jak jej, bez reszty, na wszystkie sposoby.

W taki również.

Zsuwał się coraz niżej, znacząc językiem gorący ślad na jedwabistym brzuchu.

Gabriel! - wydyszała. - Boże... co ty...

Naparł na nią ramionami, aż poczuł, że rozsuwa nogi. Usiłowała go odepchnąć, lecz 

nie pozwolił jej na to. Jego gorący oddech i niecierpliwy język sprawiły, że zapłonęła niczym 

pochodnia. Ten widok wzmógł w nim pożądanie. Była wilgotna i cudownie rozpalona. Tak 

długo smakował wilgotne zakamarki, aż jęknęła i instynktownie uniosła biodra. Wówczas 

dotknął językiem małego wrażliwego wzgórka. Wstrząsnął nią gwałtowny dreszcz rozkoszy. 

Czując, że już dłużej nie wytrzyma rozsunął palcami wilgotne listki i z jękiem zanurzył się w 

rozpalony tunel. Żadne z nich nie zamknęło oczu, kiedy zaczął się w niej poruszać, najpierw 

wolno, potem ze wzrastającą gwałtownością. Był bliski spełnienia, lecz wstrzymywał  się, 

background image

pragnąc poznać głębię jej rozkoszy.

Zacisnęła kurczowo palce na jego ramieniu.

- Gabriel! O Boże...

Pochylił głowę i przywarł wargami do jej ust, wnikając w nią coraz głębiej, mocniej i 

szybciej. Czy to on brał ją w posiadanie, czy ona jego? Sam już nic wiedział i nie dbał o to, bo 

w tej właśnie chwili poczuł, że Cassie zaczyna drżeć konwulsyjnie i gwałtownie chwytać 

powietrze. Jęknął i eksplodował w niej, osiągając spełnienie, które uniosło oboje na szczyty 

rozkoszy.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĘTNASTY

Jesień   na   dobre   zadomowiła   się   na   wsi.   zmieniając   wszystkie   barwy   na 

rdzawozłociste. Dni stały się krótsze, noce chłodniejsze. Wraz z jesiennym chłodem pojawił 

się również chłód w jej sercu.

Przez   następne   tygodnie   nie   mogła   sobie   znaleźć   miejsca.   Zasiane   w   niej   ziarno 

wątpliwości zakiełkowało. A jeśli Gabriel miał rację? Jeśli rzeczywiście ktoś nastawał na jej 

życie?   Nienawidziła   myśli,   która   uparcie   do   niej   powracała.   Edmund   nienawidzi! 

Amerykanów. Czyżby postanowił się jej pozbyć? Nie wrócił jeszcze z Bath, za co Cassie była 

mu wdzięczna. Mimo wszystko nie mogła jakoś uwierzyć, że to on krył się za wypadkami, 

które jej się przytrafiły. Gabriel wydawał się przekonany o jego niewinności, lecz Cassie nie 

znała nikogo innego, kto mógłby chcieć ją skrzywdzić.

Jednak nie tylko ta sprawa zajmowała jej myśli.

Oboje z Gabrielem nie mogli zaprzeczyć, że nieskończenie wiele przyjemności dają 

im wspólnie spędzane noce. Kochając się z nią, brał wszystko, co mogła mu ofiarować, a 

nawet więcej. Początkowo przerażała ją namiętność, którą w niej wzbudzał, a jeszcze bardziej 

fakt, że wystarczył jeden jego pocałunek, najlżejsza pieszczota, a już gotowa była mu ulec. 

Jednak nie potrafiła się przed tym bronić, a później nie chciała. Czasami kocha! ją z pasją i 

gwałtownością,   czasami   zaś   był   niezwykle   delikatny,   opiekuńczy   i   czuły.   Kiedy   noce 

upływały   jej   na   odkrywaniu   uroków   płynących   z   ciała,   dni   wypełnione   były   udręką   i 

niepewnością.

Nie mogła zaprzeczyć, że oddawał jej całego siebie. Zaledwie wczoraj namiętnym, 

upajającym szeptem wyzna! jej, jak wiele daje mu przyjemności i jak bardzo zachwycają go 

jej   wstydliwe   pieszczoty.   Jednak  wraz   z   nadejściem   dnia   znikały   ciepło  i   czułość,   a  ich 

miejsce zajmowała chłodna uprzejmość.

Nie mogła znieść, że skrywał przed nią swe uczucia, otaczając się grubym pancerzem 

chłodu. A tak pragnęła się do niego zbliżyć.

Tęskniła teraz za wszystkim, czym do tej pory gardziła, o czym nawet nigdy nie śniła.

Nigdy nie   marzyła  o  bogactwach,  choć   Gabriel   mógł  być  tu  przeciwnego   zdania. 

Chciała jedynie mieć dom i zapewnioną bezpieczną przyszłość, wolną od nędzy i walki o 

przetrwanie. Lecz nie mogła się dłużej okłamywać. W najdalszych zakamarkach jej duszy 

leżała  głęboko  skryta  tęsknota  za   szczęśliwym   małżeństwem,  za   mężem,  który  będzie  ją 

miłował z całego serca, i za dziećmi, które przyjdą na świat z miłości i będą kochane przez 

oboje rodziców. Nocami modliła się, by Gabriel ją pokochał, obawiała się jednak, że to nigdy 

background image

nie nastąpi. Ta nadzieja z każdym dniem coraz bardziej bladła, za to inna sprawa nabierała 

wyrazistości.

Nosiła w swym łonie jego dziecko i nie wiedziała, jak mu to powiedzieć.

Nie przypuszczała jednak, że ta sprawa już wymknęła jej się spod kontroli.

Pewnego   dżdżystego   popołudnia   pod   koniec   listopada,   kiedy   Gabriel   pracował   w 

swoim gabinecie, rozległo się nieśmiałe pukanie do drzwi. Zastygł z piórem w ręku. Proszę! - 

zawołał.

W drzwiach stanęła Gloria.

- Czy mogłabym prosić jaśnie pana o chwilę rozmowy? - zapytała niepewnie.

Ależ   oczywiście.   Glorio.   -   Gestem   zaprosił   ją   do   środka,   a   w   duchu   zdziwił   się. 

dlaczego przychodzi do niego, a nie do Cassie.

Pokojówka splatała nerwowo ręce, wahając się. czy wyjawić, co jej leży na sercu, lecz 

w końcu uznała, że skoro już przyszła, najlepiej będzie o wszystkim opowiedzieć.

- Wiem, że to nie moja sprawa - powiedziała - ale bardzo niepokoję się o milady.

Gabriel odłożył pióro na księgę rachunkową.

- W takim razie wyjaśnij mi dlaczego, tylko szczerze, Glorio.

- Zauważyłam, że przez ostatni miesiąc pani nie czuła się dobrze. Och, starała się nie 

zwracać na to uwagi, lecz nieraz robiła się blada jak śnieg i musiałam jej podsuwać krzesło. 

Wyglądała, jakby miała zemdleć.

Gabriel   zmarszczył   brwi.   Cassie   nie   była   jakimś   tam   chucherkiem,   które   miewa 

wapory z byle powodu. Nie brakowało jej odwagi i dumy.

- Uważasz więc, że jest chora?

-   Śmieszna   rzecz,   panie   hrabio.   Czasami   jest   zdrowa   jak   ryba,   a   czasami   tak 

zmęczona, że z trudem zwleka się z łóżka. Proszę wybaczyć moją śmiałość, jaśnie panie, ale 

namawiałam panią, by obejrzał ją medyk. Stwierdziła, że to nic takiego i że to minie.

Gabriel wstał z krzesła.

-   Doceniam   twoją   troskę.   Glorio,   Dobrze   zrobiłaś,   przychodząc   z   tym   do   mnie. 

Dopilnuję, by twoja pani nie lekceważyła więcej swego zdrowia.

Pokojówka dygnęła i wyszła z gabinetu. Z jednej strony czuła wielką ulgę, z drugiej 

dręczyło ją poczucie winy. Domyślała się. co dolega jej pani. i uważała, że powinien obejrzeć 

ją medyk. Ale czy udało jej się przekonać o tym hrabiego? Niestety, nikt ze służby nie potrafił 

powiedzieć,   co   jaśnie   państwo   myślą   o   sobie   nawzajem.   Naturalnie   mieli   swoje 

przypuszczenia, jak również wątpliwości. Ale Gloria uśmiechnęła się z satysfakcją, kiedy 

kilka sekund później zobaczyła hrabiego, wbiegającego po dwa stopnic na górę.

background image

Cassie siedziała w swoim pokoju przy oknie z tamborkiem na kolanach. Na widok 

Gabriela   uniosła   głowę.   Opalona   na   brąz   twarz   kontrastowała   z   bielą   halsztuka.   Był  tak 

przystojny, że aż zaparło jej dech w piersi. Uśmiechnęła się niepewnie.

Splótł ramiona na piersi i spojrzał na nią z uwagą.

- Gloria powiedziała mi, że ostatnio źle się czułaś - oznajmił bez wstępów.

Cassie   zamrugała   oczami.   Nie   tego   się   spodziewała.   Pokręciła   głową   i   odłożyła 

robótkę na stół.

- Gloria niepotrzebnie się o mnie niepokoi rzuciła lekkim tonem.

Uniósł brew.

- Gloria twierdzi, że kilka razy byłaś bliska omdlenia.

- Ale nie zemdlałam. Widzisz więc, że nie ma się czym niepokoić.

Jestem   innego   zdania,   Jankesko.   Nie   powinnaś  lekceważyć   tych   symptomów.   Nie 

rozumiem też. czemu nic mi nie powiedziałaś.

Uśmiech zniknął z jej twarzy. Ciekawe, jakby zareagował, gdyby mu oświadczyła, że 

nie widzi celu. by mu o tym mówić, pomyślała z goryczą. Przecież nic dla niego nie znaczy.

Mimo to serce zaczęło jej szybciej bić. Co powie, kiedy wyjawi mu prawdę? Jak 

zareaguje? Już sama ta niepewność wystarczyła, by nic mu nie mówić. Zresztą wkrótce i tak 

nie będzie mogła tego ukryć.

- Miałam kilka razy zawroty głowy - powiedziała ostrożnie. - Nic nie mówiłam, bo 

minęły tak szybko, jak się pojawiły.

Tak   czy   owak   powinnaś   mi   o   tym   powiedzieć.   Wygląda   bowiem   na   to,   że   ta 

dolegliwość nie ustępuje, toteż nie należy jej lekceważyć. Wezwę medyka. Na pewno coś na 

to zaradzi. Zerwała się z fotela.

- Nie! - zaprotestowała. - Niepotrzebnymi medyk. To przejdzie, jestem tego pewna.

Skąd   możesz   to   wiedzieć,   Jankesko?   Po   prostu   wiem.   Naprawdę   nic   mi   nie   jest. 

Popatrzył na nią bacznie.

- Od samego zapewnienia nie poczujesz się lepiej. Może zechciałabyś wreszcie mi to 

wyjaśnić. Twój upór wystawia na próbę moją cierpliwość.

Utkwiła wzrok w czubkach pantofelków. Najwyraźniej  została przyparta  do muru. 

Powoli uniosła głowę.

- Nie jestem chora - powiedziała, czując suchość w gardle. - Ja... jestem przy nadziei.

W jego oczach błysnęło zaskoczenie i niedowierzanie. Przesunął po niej spojrzeniem, 

jakby chciał się przekonać, czy mówi prawdę.

Jesteś pewna? - zapytał ledwo poruszając wargami. Skinęła twierdząco głową.

background image

- Od jak dawna? Zawahała się.

- Nie wiem na pewno - odparła ledwie dosłyszalnie. - Ale chyba od czterech miesięcy.

Milczenie, które zapadło, było aż nazbyt wymowne. Łzy stanęły jej w oczach. Zebrała 

w sobie odwagę i zapytała: Nie jesteś zadowolony, prawda?

W dwóch susach znalazł się przy niej.

- A sądziłaś, że będę? - Złapał ją za brodę i przyglądał się łzom, które zaczęły płynąć 

strumieniem. - Twoje łzy mówią same za siebie, Jankesko. Jesteś równie niezadowolona ja.

Ból w piersi stał się nie do zniesienia. I on twierdzi, że dobrze ją zna. Wcale jej nie 

zna. Gorzkie łzy paliły ją w gardle. Wyciągnęła rękę błagalnym gestem.

- Gabrielu... Ze wszystkich sił starała się opanować szloch. - Proszę, nie gniewaj się.

- Ona mi mówi „nie gniewaj się”! - Zacisnął dłonie w pięści. W jego oczach płonęły 

piekielne ognie. - Czy wiesz, co to oznacza? Wpadłem prosto w łapy ojca.  Możesz być 

pewna, że on będzie zachwycony Dostanie wnuka, którego tak pragnął.

Odwrócił się i ruszył do swego pokoju. Cassie stanęła w drzwiach i patrzyła, jak rzuca 

sakwojaż na łóżko i zaczyna wpychać do niego ubrania.

Nie odezwał się do niej, nie raczył nawet na nią spojrzeć. Wiedziała jednak, że aż kipi 

z wściekłości. Powietrze wokół niego ciężkie było od gniewu. Dopiero kiedy ruszył w stronę 

drzwi, odważyła się przerwać tę pełną napięcia ciszę.

Gabrielu... ty wyjeżdżasz? Zimny wzrok smagnął ją niczym bat.

-   Tak,   do   Londynu.   Przynajmniej   tam   twój   widok   nic   będzie   mi   przypominał   o 

własnej głupocie.

Nie mogła się powstrzymać i zapytała z rozpaczą w głosie:

- Jedziesz do swojej kochanki?

-   Przednia   myśl,   Jankesko.   -   Zmierzył   ją   spojrzeniem   od   stóp   do   głów.   -   Skoro 

musiałem wziąć sobie na kark żonę, dlaczego musiałaś to być ty? - rzucił przez zaciśnięte 

zęby. - Dlaczego nie mogłaś być bezpłodna? - Z tymi słowy obrócił się na pięcie i wyszedł, 

trzaskając drzwiami z taką siłą. że aż ściany zadrżały.

Rozpaczliwy szloch wstrząsnął jej ciałem. Bardziej nie mógł jej zranić... Czuła się tak, 

jakby ktoś wyrwał jej duszę z piersi. Takiej reakcji właśnie się obawiała.

Osunęła się bezsilnie na podłogę.

Och, jakaż była naiwna, łudząc się. że Gabriel coś do niej czuje. Nie znalazł dla niej w 

sercu choćby odrobiny czułości, odrobiny ciepła. Nic mogła jednak dłużej bronić się przed 

prawdą.

Kochała  go.  Wbrew  temu,  co  przed   chwilą   usłyszała,  pomimo  obojętności   z  jego 

background image

strony. Kochała i nigdy nie przestanie kochać.

background image

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY

Noc miała się ku końcowi, lecz ozdobiona złoceniami, wytworna sala balowa u lorda 

Chestertielda dopiero zaczęła się wyludniać. Wśród gości, którzy tak długo wytrwali, był 

również Gabriel. Pił, rozmawiał, śmiał się.

Wirując  po  parkiecie  z  lady  Sarah w   ramionach,   wpatrywał   się w  jej   rozjaśnioną 

wesołością   twarz   i   słuchał   jej   paplaniny,   lecz   myślami   był   daleko   stąd.   Nie   lady   Sarah 

zaprzątała  jego   umysł,  lecz  ktoś z  włosami  jak  złocisty  wschód  słońca  o  przejrzystych  i 

jasnych jak topazy oczach i miękkich, słodkich niczym dojrzały soczysty owoc ustach.

W tej samej chwili poczuł wzbierającą w nim burzę emocji. Zawstydzenie mieszało 

się z bólem, urazą i... żalem.

Zajęty myślami nawet nie zauważył, że taniec się skończył. Lady Sarah dotknęła jego 

ramienia.

- Zmęczył mnie ten cały zgiełk, milordzie. Może byśmy przenieśli się do bardziej 

zacisznego otoczenia?

Namiętne zaproszenie błysnęło jej w oczach, a wargi ułożyły się w kuszący uśmiech. 

Gabriel jednak był nieczuły na uroki swej partnerki.

Obawiam się, pani, że pora na to zbyt późna - rzucił półgłosem, patrząc jej wymownie 

w   oczy.   -   Dlatego   z   przykrością   muszę   odmówić.   -   Po   jej   szybkim   oddechu   poznał,   że 

Zrozumiała ukrytą w odpowiedzi aluzję. Przez ostatnie miesiące jakoś nie tęsknił do dawnej 

kochanki. Skłonił się i ucałował koniuszki jej palców. - Zdaje się, że lord Waverly czeka z 

niecierpliwością na kolejny taniec. - Pożegnał się ze swą towarzyszką i wyszedł z sali.

Kiedy schodził po szerokich kamiennych schodach, palący niepokój znów przybrał na 

sile. Po namyśle zrezygnował z dorożki i postanowił wrócić do domu pieszo.

Lekka  mgła  unosiła  się w  powietrzu.  Ulice  Londynu  były  wilgotne  i opustoszałe. 

Szerokie poły płaszcza plątały mu się wokół nóg, a kroki odbijały się echem od brukowanej 

nawierzchni.

Skoro musiałem wziąć sobie na kark żonę, dlaczego musiałaś to być ty?

Chryste! Czy naprawdę to powiedział? Cóż za diabeł go opętał?

Dlaczego nie mogłaś być bezpłodna?

Każde słowo wbijało mu się w mózg niczym ostrze dzidy, raniąc boleśnie i nie dając 

mu spokoju.  Jak mógł być  tak okrutny?  - krzyknęło  mu coś w duszy.  Nawet gorzej, bo 

okrutny z premedytacją.

Nie mógł pojąć, co go do tego przywiodło. Czuł się tak, jakby nagle ktoś schwycił go 

background image

za gardło, na co zareagował wściekłą furią. Poczuł się oszukany, schwytany w pułapkę i 

zdradzony przez tę piękność, którą nazywał swoją żoną...

Stanął i przycisnął palce do czoła, jakby pragnąc w ten sposób wygnać złe moce, które 

wzięły go w swoje posiadanie.

Nagle posłyszał jakiś szmer. Podniósł głowę i zobaczył kobietę opierającą się o róg 

odrapanej kamienicy. Wyglądała biednie i sądząc po rozmiarach brzucha, czekało ją wkrótce 

rozwiązanie. Była dużo młodsza od niego, lecz w oczach czaił się smutek całego świata. Mgła 

zaczynała gęstnieć, tymczasem ona nie miała peleryny, by ochronić się przed chłodem. Jej 

suknia pozostawiała wiele do życzenia.

Nie   mógł   oderwać   wzroku   od   ciężkiego,   spuchniętego   brzucha.   Cassie   też   w 

niedługim czasie urodzi dziecko, pomyślał. Jego dziecko.

Nagle zabrakło mu tchu w piersiach. Oddech palił go płomieniem. Uświadomienie 

sobie tego omal nie rzuciło go na kolana.

Dlaczego nie mogłaś być bezpłodna... bezpłodna...

Wstręt do samego siebie niczym kwas zżerał mu żołądek. Potraktował ją tak, jakby 

uczyniła coś złego, jakby to ona była wszystkiemu winna. Jeśli ktoś tu był winny, to właśnie 

on.

Zacisnął wargi. Nie próbował zapanować nad pożądaniem. Kochał się z nią każdej 

nocy. Egoistycznie, nie bacząc na konsekwencje - nawet nie biorąc ich pod uwagę.

Jednocześnie   nienawidził   siebie   za   to,   że   dał   się   ponieść   pragnieniu.   Za   każdym 

bowiem razem czuł, jakby tracił jakąś cząstkę siebie.

Sięgnął ręką pod płaszcz. Kobieta rzuciła mu niespokojne spojrzenie i cofnęła się o 

krok,   jakby   nie   ufała   jego   zamiarom.   Kiedy   jednak   wyciągnął   sakiewkę   wypełnioną 

monetami, jej oczy rozszerzyły się ze zdumienia.

- Masz - powiedział wyciągając ją ku niej. - Weź ją. Rozchyliła szeroko spękane usta i 

patrzyła na niego w nie mym zdumieniu.

Ale, panie... toż to cała fortuna.

Blady   uśmiech   przemknął   mu   przez   twarz.   Przypomniała   mu   się   Cassie   owej 

pierwszej nocy w oberży Czarnego Jacka. Ona również podobnie zareagowała na widok stosu 

monet leżącego na komodzie.

Pokręcił głową.

- Zaledwie jej mała cząstka - sprostował. - Lecz jeśli mądrze nią rozporządzisz, starczy 

ci na wiele miesięcy, tobie i twojemu dziecku. - Wcisnął jej sakiewkę do ręki.

Dziewczyna patrzyła na niego jednocześnie przerażona i do głębi poruszona.

background image

- Niech cię Bóg błogosławi, panie. - Przycisnęła sakiewkę do piersi i uniosła głowę. 

Łzy błysnęły jej w oczach. - Święty z ciebie człowiek. Nigdy cię nie zapomnę, nigdy.

Patrzył, jak znika za rogiem, po czym ruszył dalej. Znalazłszy się w domu, nie poszedł 

do swego pokoju, lecz do stangreta. Thomas przetarł zaspane oczy.

Co się stało, jaśnie panie? Czy coś nie w porządku? Gabriel pokręcił przecząco głową.

- Postanowiłem wrócić do Farleigh.

Młody człowiek  zamrugał   powiekami.   Przez  wąskie   okienko  przy łóżku  dostrzegł 

bladoróżowe smugi zwiastujące świt. Teraz, jaśnie panie?

Gabriel skinął głową. Wtedy Thomas bez dalszej dyskusji sięgnął po ubranie.

Wkrótce   potem   Gabriel   zamykał   drzwi   powozu.   Thomas   pewnie   myśli,   żem 

zwariował, wracając tak szybko do Farleigh. Szyderczy uśmiech wykrzywił mu wargi. Może i 

rzeczywiście zwariował...

Późnym rankiem powóz minął bramę Farleigh Hall. Już w hallu Gabriel zorientował 

się, że coś jest nie w porządku.

Przy końcu galerii tłoczyła się grupka służących, Gabriel najpierw zwrócił uwagę na 

Glorię. Miała czerwone i spuchnięte oczy, jakby płakała przez wiele godzin. Pani McGee 

klepała ją uspokajająco po ramieniu, choć oczy miała równie czerwone. Żadne z nich nie 

zauważyło jego wejścia.

Co tu się dzieje, u diabła?

Zapanowała   grobowa   cisza.   Davis   jako   pierwszy   postąpił   krok   naprzód.   Na   jego 

twarzy malowała się rozpacz, jakiej Gabriel nigdy dotąd u niego me widział.

- Milordzie, mamy straszne wieści do przekazania.

- Mów otwarcie, Davis - rzucił Gabriel ostro. - Po prostu powiedz, o co chodzi.

- Dobrze, milordzie. Jaśnie pani zniknęła. Wygląda na to, że nawet nie spała w swoim 

łóżku. Początkowo sądziliśmy, że pojechała za jaśnie panem do Londynu. Nikogo jednak nie 

poprosiła o zawiezienie, a jej koń stoi w stajni. Dlatego pomyśleliśmy, że trzeba rozpocząć 

poszukiwania. - Zawahał się. - Milordzie, nigdzie jej nie ma - oświadczył z rozpaczą w głosie.

- Co takiego? To niemożliwe!

Na twarzy Davisa malowała się powaga.

-   Przeszukaliśmy   cały   dom   od   strychu   aż   po   piwnice,   a   także   przeczesaliśmy 

najbliższą okolicę. Ani śladu jaśnie pani. Wiemy tylko, że zniknęło kilka jej sukien. Gloria 

mówi, że brakuje też małej torby.

Gabriel miał wrażenie, że krew zastyga mu w żyłach. Zrobił się szary na twarzy.

- Milordzie, może jaśnie pani w jakiś inny sposób dotarła do Londynu.

background image

- Nie dotarła odpowiedział dziwnie napiętym głosem. Poczuł, że żołądek podchodzi 

mu do gardła i tamuje oddech.

- Milordzie...

Nie zważając na ich przerażone spojrzenia, popędził jak strzała na górę. Drzwi do 

pokoju Cassie rozwarły się z trzaskiem. Patrzącemu na to z boku mogło się wydawać, że 

Gabriel postradał zmysły. Nikt jednak na niego nie patrzył, nikt też nie zdawał sobie sprawy, 

jak bardzo poczuł się nagle samotny.

Samotny jak nigdy dotąd.

Na podłodze przy szafie leżała cienka koronkowa chusteczka. Podniósł ją i utkwił 

wzrok w delikatnym kawałku materiału.

W piersi wzbierał mu płacz. Stanęła mu przed oczami laka. jaką widział po raz ostatni: 

przerażona, wstrząśnięta, z poszarzałą twarzą. W jej oczach malowały się rozpacz i błaganie.

Cassie! - zawołał, kurczowo zaciskając w palcach chusteczkę. - Cassie!

Trzy dni później wrócił do domu książę. Davis otworzył przed nim szeroko drzwi i 

skłonił się nisko.

To dobrze, że wasza miłość wrócił już do domu. Ja również się cieszę. Davis. - Oddał 

majordomusowi kapelusz i laskę. - Czy Gabriel jest w domu?

Kamerdyner   zawahał   się   przez   moment.   Ku   zaskoczeniu   Edmunda   wydawał   się 

zmieszany.

Jest na górze w swoim pokoju, wasza miłość.

Książę zmarszczył brwi, bo Davis rzadko okazywał coś poza chłodnym opanowaniem.

- Czy coś się stało, Davis?

Nie wszystko jest tak, jak być powinno, wasza miłość. Myślę jednak, że wasza miłość 

wolałby to usłyszeć z ust jego lordowskiej mości.

Edmund ruszył ku schodom.

- Wasza miłość! - zawołał za nim główny kamerdyner. - Jego lordowska mość nic jest 

sobą.

Oczywiście mówiąc delikatnie.

Zasłony w pokoju Gabriela były zaciągnięte. Przesączał się przez nie jedynie wąski 

promień światła. Wzrok księcia dopiero po kilku minutach przyzwyczaił się do mroku.

Widział już swego syna rozgniewanego, walczącego jak szaleniec, gotowego rzucić 

się na każdego. Nigdy jednak nie widział go w takim stanie.

Gabriel siedział rozwalony w fotelu przy oknie, bez surduta, w powyciąganej koszuli, 

wymiętej i brudnej. Wyglądała tak, jakby nie zdejmował jej od wielu dni. Policzki i brodę 

background image

pokrywał zarost. W pokoju unosiła się silna woń brandy.

Mój Boże, Gabrielu, jesteś pijany!

Gabriel wolno uniósł głowę. Zamglone i przekrwione oczy usiłowały coś zobaczyć. 

Zamroczony alkoholem umysł  był W stanie zarejestrować  tylko  jedno: że oto ojciec jest 

świadkiem jego załamania. Skrzywił się pogardliwie.

Jestem, ojcze, i takim pozostanę.

Edmund zmrużył oczy.

Co to ma znaczyć? I gdzie jest Cassandra? W Londynie? Jej imię wywołało palący ból 

w sercu. Pokręcił przecząco głową.

Wobec tego gdzie? - nie dawał za wygraną Edmund. Gabriel zacisnął zęby i jednym 

ruchem zmiótł ze stołu stojące na nim puste butelki i kieliszki.

- Chryste! - wykrzyknął z furią. - Czy muszę ci to mówić? Opuściła mnie!

Edmund drgnął, jakby potężna pięść trafiła go w brzuch.

Dobry Boże! - wyszeptał. Gabriel spojrzał na niego błyszczącymi oczyma.

- Nie ma potrzeby udawać warknął. - Przecież tego właśnie chciałeś.

Już nie, pomyślał Edmund w oszołomieniu. Już nie.

Jakiż on był uparty... Zbyt dumny, by przyznać, że serce mu zmiękło. Nie wiedział, 

kiedy   to   się   stało,   ale   tak   czy   inaczej   stało   się.   Kraj   jej   urodzenia   przestał   nagle   mieć 

jakiekolwiek   znaczenie.   Podobnie   jej   dawna   pozycja.   Jakimś   sposobem   ta   dziewczyna 

znalazła drogę do jego serca. Wystarczyła wąska szpareczka i udało jej się wsunąć do środka.

Poczuł palący wstyd. Zasługiwał na taką pogardę ze strony syna. Zasługiwał na jego 

potępienie i na coś więcej...

Gniew Gabriela zgasł tak szybko, jak się pojawił.

- Jest przy nadziei - wyjaśnił schrypniętym głosem. - Od tego wszystko się zaczęło.

Edmund wciągnął ostro powietrze.

- Zastanów się, Gabrielu. Dokąd mogła pójść?

- Nie wiem. Po prostu nie wiem. Lady Evelyn też o niczym nie wie. Ani Christopher. - 

Pochylił się i ukrył twarz w dłoniach. Jego głos brzmiał tak cicho, że Edmund musiał dobrze 

wytężać słuch. - Zabrała ze sobą tylko kilka rzeczy. Nie mogę przestać myśleć o tym, że stoi 

gdzieś zmarznięta, głodna, bez pieniędzy, bez dachu nad głową.

- Znajdziemy ją, Gabrielu. Nie wolno ci w to wątpić.

- Nie znajdziemy - rzucił Gabriel chrapliwie. - Nie rozumiesz, że zasłużyłem sobie na 

to? Nie chciała mnie poślubić. - Zacisnął wargi. - Uważała, że nie jest godna wyjść za lorda. 

Lecz z wszystkich nas zakpiła.

background image

Wolno uniósł głowę.

Płakała, kiedy wyjeżdżałem. Nie zważałem na to. Postąpiłem jak bezlitosny drań. - 

Umilkł na chwilę. - Wciąż słyszę jej płacz - wyszeptał.

Edmunda przebiegł dreszcz, bo Gabriel nie patrzył na niego, lecz przez niego. Na jego 

twarzy malował się wyraz bezgranicznej rozpaczy.

-  Kiedy  mi  powiedziała,   że  oczekuje  dziecka,  wpadłem  we wściekłość.  Myślałem 

tylko o tym, co mi powiedziałeś: że chciałbyś mieć wnuka.

Edmund znieruchomiał. Powoli zaczynał rozumieć, co się naprawdę wydarzyło.

-   Powiedziałem   jej   straszne   rzeczy.   Rzeczy,   których   tak   naprawdę   nie   chciałem 

powiedzieć. Rzeczy, których nigdy nie powinienem mówić.

Edmund westchnął. Wiedziony instynktem podszedł do Gabriela i położył mu rękę na 

ramieniu.

- Tak jak my wszyscy, chłopcze - rzucił półgłosem. - Tak jak my wszyscy.

Gabriel nic na to nie odpowiedział. Twarz Edmunda wydłużyła się, kiedy patrzył na 

ciemną głowę syna.

- Jestem ostatnią osobą, która powinna dawać ci dobre rady, Gabrielu. Lecz jedyne, co 

możesz zrobić, to mieć nadzieję, że ona ci w końcu wybaczy. Przedtem jednak musisz ją 

odnaleźć.

background image

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIERWSZY

Tego wieczoru pod koniec marca „Zajęcza Nora” pękała w szwach od gości. Kiedy 

statek rybacki zawijał do portu, trudno było znaleźć wolne miejsce. Powietrze wypełniały 

ordynarne męskie okrzyki i rubaszny śmiech, które docierały do Cassie pracującej w kuchni.

Krzyż bolał ją teraz prawie bez przerwy. Cienkie buty miała rozsznurowane, by mogły 

się   w   nich   zmieścić   opuchnięte   stopy.   Marzyła   jedynie   o   tym.   by   wymknąć   się   do 

pomieszczenia na poddaszu, gdzie sypiała, ale nie chciała prosić o pozwolenie Avery'ego, 

właściciela gospody. Trzymał on swój personel żelazną ręką i w razie konieczności nie wahał 

się używać pieści.

Opuszczając   Farleigh,   myślała   jedynie   o   tym,   by   uciec   jak   najdalej.   W   końcu 

zdecydowała się na Londyn, mając nadzieję, że znajdzie tam zatrudnienie jako szwaczka. 

Każdy   jednak   odprawiał   z   kwitkiem   ubogą   dziewczynę.   Kiedy   zaś   brzuch   zaczął   się 

powiększać, jej nadzieje rozsypały się proch. Musiała sprzedać kilka drobiazgów, które ze 

sobą zabrała, by mieć co włożyć do ust.

Londyn okazał się przerażający i nieprzyjazny. Gotowa była przyjąć każde zajęcie, 

lecz na widok dużego brzucha zamykano jej drzwi przed nosem. Pierwsze tygodnie stycznia 

spędziła żebrząc na ulicach.

Pewnego   dnia   wydało   jej   się,   że   zobaczyła   Gabriela   nad   rzeką,   uciekła   więc   z 

Londynu. Dopiero później doszła do wniosku, że niepotrzebnie się obawiała, bo jemu wcale 

nie zależy na odszukaniu jej.

Na pewno był zadowolony, że się jej pozbył. Na koniec dotarła do gospody w malej 

rybackiej wiosce niedaleko Brighton. Pomocnik kucharza właśnie zaokrętował się na statek 

handlowy płynący do Indii. Choć nie przypuszczała, że to możliwe. Avery był o wiele gorszy 

od Czarnego Jacka. Płacił jej nędzne grosze, ale pozwolił spać na poddaszu i dawał jeden 

posiłek dziennie po skończonej pracy.

Gwałtowny skurcz brzucha pozbawił ją tchu w piersi. Zacisnęła kurczowo ręce na 

brzegu stołu i po kilku sekundach uśmiechnęła się z ulgą.

Dziecko   często   się   teraz   poruszało.   Nie   miała   wątpliwości,   że   to   chłopiec. 

Natychmiast jednak posmutniała, kiedy sobie uzmysłowiła, że Gabriel nigdy go nie zobaczy.

Nie chciał przecież swego dziecka.

Myśli   bezwiednie   poszybowały   ku   Farleigh.   Och,   jakaż   była   naiwna!   Sądziła,   że 

Gabriel choć trochę o nią dba... może nawet kocha odrobinę. Miała nadzieję, że dziecko stanic 

się dla nich początkiem nowego wspólnego życia, a zemsta i nieufność pójdą w niepamięć.

background image

Pewnego dnia ból w jej duszy osłabnie, lecz kiedy to nastąpi?

O przyszłości  wolała nie myśleć.  Wiedziała,  że kiedy dziecko przyjdzie  na świat, 

Avery nie pozwoli jej tu zostać. Był zbyt chciwy, by trzymać u siebie parę darmozjadów. 

Gdzież się wtedy podzieje? Nikt przecież nie zatrudni kobiety z małym dzieckiem. Coraz 

ciężej było jej pracować, a umysł wiecznie nękał strach i obawa.

Tak była zajęta myślami, że nie zauważyła, jak Avery wszedł do kuchni.

- Słyszysz, co do ciebie mówię? - Uszczypnął ją boleśnie w pierś. - Potrzebna pomoc 

na sali, więc przestań się obijać! Jakiś elegancko ubrany młody panek zażyczył sobie brandy 

zamiast piwa. Siedzi w końcu sali. Obsłuż go szybko.

Cassie pospieszyła wykonać polecenie. Stawiając na tacy butelkę brandy, spojrzała 

mimowolnie na swoje ręce. Były spierzchnięte i czerwone od zimowego chłodu i ciągłego 

szorowania podłóg. Wyglądały tak samo jak u Czarnego Jacka. Uśmiechnęła się smutno. Nie 

były to dłonie damy. Evelyn przeraziłaby się na ich widok.

Kilka sekund później szła ostrożnie ku stolikowi w rogu sali. Z bólem przypomniała 

sobie   chwilę   z   przeszłości,   kiedy   to   niosła   butelkę   brandy   innemu   elegancko   ubranemu 

dżentelmenowi.

I nagle go spostrzegła. Siedział zwrócony do niej plecami. Przerażenie chwyciło ją za 

gardło, uniemożliwiając oddychanie. Ta sama głową te same szerokie ramiona. Jakież okrutne 

figle płata jej umysł. I oczy również ją zawodzą...

Wtedy   obrócił   się   lekko,   ukazując   profil,   klasyczny,   jakby   wyrzeźbiony   i 

oszałamiająco piękny.

Serce zaczęło jej bić jak szalone. Cała krew odpłynęła z twarzy. Taca wymknęła się 

nagle z bezwolnych palców.

- Nie - wyszeptała. - Och, nie...

W ciągu tygodni, które minęły od zniknięcia Cassie. Gabriel przekonał się, co znaczy 

prawdziwy strach.

Nienawidził siebie za to, co jej powiedział. Myślał jedynie o sobie i o zemście na ojcu. 

Zlekceważył jej uczucia nie bacząc na to, jak bardzo ją zrani.

Wyrządził jej straszną krzywdę.

Choć   walczył   z   tym   ze   wszystkich   sił,   czasami   przychodziły   mu   do   głowy 

przerażające myśli. Matkę zabiła rozpacz. A jeśli Cassie spotkał ten sam los?

W takich chwilach zalewał go zimny pot. Opatrzność nie może być aż tak okrutna i 

kazać mu przeżywać to po raz drugi.

Nie należał do bardzo pobożnych ludzi, ale teraz nie ustawał w modlitwach.

background image

Kiedy minęły cztery miesiące, zaczął wątpić, czy kiedykolwiek ją odnajdzie.

W nadziei, że będzie miał więcej czasu na poszukiwania, postanowił sprzedać część 

swoich   statków.   Ta   właśnie   sprawa   przywiodła   go   do   małej   wioski   niedaleko   Brighton. 

Właściciel floty rybackiej odziedziczył sporą sumę po swoim wuju i postanowił nabyć kilka 

statków. Po godzinie targów ustalili w końcu cenę i warunki. Radca prawny Gabriela miał 

zjawić się u nowego właściciela jak tylko przygotuje wszystkie papiery.

Choć sprawa została sfinalizowana. Gabriel nie wychodził, lecz pozostał przy stole, 

głuchy na otaczający go gwar. Przed gospodą czekał już na niego Thomas z powozem.

Wtedy właśnie rozległ się brzęk roztrzaskującego się o podłogę szkła. Odwrócił się z 

umiarkowanym zaciekawieniem i nagle zabrakło mu tchu w piersi.

W pierwszej chwili zobaczył jej brzuch, wydamy i ciężki.

Zerwał się z krzesła tak gwałtownie, że upadło z łoskotem na ziemię. Cassie... Cassie!

Przerażenie zabłysło w jej oczach. Odwróciła się z zamiarem odejścia od niego jak 

najdalej, lecz po kilku krokach poczuła, że ktoś gwałtownie ją szarpie. Avery. Chwycił ją za 

ramię i pchnął w kierunku stołu z taką siłą, że o mały włos nie straciła równowagi.

Ty rozlazła suko! - warknął. - Zapłacisz mi za to! Podniósł w górę zaciśniętą pięść, 

lecz nie zdążył wymierzyć ciosu, bo ktoś nagle wykręcił mu rękę do tyłu.

Spróbuj ją tknąć, a przyrzekam, że nie doczekasz świtu. Choć głos Gabriela brzmiał 

spokojnie, w oczach płonęła mordercza wściekłość.

Dobrze już, dobrze, puść mnie. - Avery odwrócił się do niego i wykrzywił mięsiste 

wargi. - Co ci do tego, panie, że przyłożę tej dziewce, jak na to zasługuje? Tak się składa, że 

jej płacę...

Tak się składa, że nosi w łonie moje dziecko, postąpisz wiec mądrze szukając sobie 

innej pomocnicy. Zabieram ją ze sobą i zabiję każdego, kto zechce mnie powstrzymać. - Nie 

była to groźba, lecz zwykłe stwierdzenie faktu. Na sali zaległa kompletna cisza.

Gabriel omiótł tłum groźnym spojrzeniem. Nikt? Mądra decyzja, panowie.

Wyjął złotą monetę i cisnął ją pod nogi Avery'emu. To więcej niż kosztuje butelka 

brandy. Po czym złapał Cassie za rękę.

Wciąż nie mogąc się otrząsnąć z zaskoczenia, dała się pociągnąć w stronę drzwi. W 

głowie jej  huczało, a  serce boleśnie  tłukło się w  piersi, kiedy wepchnął  ją do powozu i 

zatrzasnął drzwiczki. Dał sygnał Thomasowi i ruszyli.

Nie   mogła   powstrzymać   nerwowego   drżenia.   Oto  ma   przed   sobą   Gabriela.   W   jej 

wnętrzu rozszalała się burza sprzecznych uczuć. Gniew. Zawód. Przede wszystkim jednak 

głębokie upokorzenie.

background image

- Chyba należą mi się jakieś wyjaśnienia. Cóż, u diabła, robiłaś w takim miejscu?

Siedział naprzeciwko niej z wyrazem wyrzutu i potępienia na twarzy. Spuściła wzrok. 

Och, dlaczego musiał ją odnaleźć? Dlaczego właśnie tu? Twarz zapłonęła jej ze wstydu i 

zakłopotania.   Nie   chciała,   żeby   zobaczył   ją   w   takim   stanie   -   zdawała   sobie   sprawę,   jak 

strasznie wygląda.  Włosy utraciły blask, a skóra stała się blada i napięta. Czuła się taka 

wstrętna   i  niezgrabna. Poczuła   bolesne  ukłucie w   serce.  Czyż   Gabriel  nie  powiedział  jej 

kiedyś, że na zawsze pozostanie dla niego ciężarem?

Nie mogła znieść myśli, że zajął się nią jedynie z obowiązku. Czyż nie domyślał się. 

że właśnie z tego powodu uciekła?

Odpowiedz mi, Cassie. Cóż ty tam, do cholery, robiłaś? Utkwiła wzrok w dłoniach 

splecionych na kolanach, jakby chciała w ten sposób powstrzymać ich drżenie. Nie miała 

odwagi spojrzeć mu w oczy.

Do diabła, spójrz na mnie! Usłuchała, wiedząc, że przegrała. Wargi drżały, gorzkie łzy 

paliły w gardle, a w piersiach brakowało tchu.

- Po co mnie szukałeś? - zapytała trzęsącym się głosem. - Po co?

- Czy chcesz przez to powiedzieć, że wolałabyś tam zostać? Tak bardzo pragnęłaś 

uciec od życia, jakie wiodłaś u Czarnego Jacka, a to miejsce nie jest od niego lepsze. Wciąż 

nie mogę uwierzyć, że mnie opuściłaś, i to dla czegoś takiego.

- Uważasz, że właśnie tego chciałam? Próbowałam znaleźć pracę jako szwaczka w 

Londynie... Któregoś dnia wydało mi się. że cię zobaczyłam... Musiałam uciec.

Popłynęła rwąca się i nieskładna opowieść. Gabriel słuchając jej zbladł jak ściana. 

Poczucie winy brzemieniem legło mu na duszy. Pomyśleć, że to przez niego błąkała się sama 

po ulicach Londynu, bez domu, bez pieniędzy. Przecież mogli ją okraść, pobić, zamordować!

Chwycił ją za ręce i pociągnął na miejsce obok siebie.

- Boże! - wykrzyknął. - Czy naprawdę przypuszczałaś, że nie będę cię szukać? Jak 

mogłaś tak pomyśleć?

Łzy zabłysły w jej pięknych złocistych oczach.

- A dlaczego nie? - W tym cichym zapytaniu kryła się cała jej udręka.

Pokręcił głową.

Byłem głupcem, Cassie - powiedział udręczonym głosem. - Postąpiłem źle, mówiąc ci 

te wszystkie rzeczy. Ale wcale tak nie myślałem, przysięgam. Wróciłem do Farleigh jeszcze 

tej samej nocy i dowiedziałem się, że odeszłaś... Wiem, że cię skrzywdziłem, i gdybym mógł, 

cofnąłbym te słowa, ale wierz mi, ja też cierpiałem... Boże, czy zdajesz sobie sprawę, co 

czułem, kiedy odkryłem, że odeszłaś? Wszystkie te tygodnie poszukiwań, zastanawiania się, 

background image

gdzie jesteś, czy nic ci się nie stało... Omal nie oszalałem. Mogłaś wrócić do domu, Cassie. 

Powinnaś była wrócić.

Walczyła z nerwowym drżeniem i płaczem.

- Do czego miałam wrócić? Do twojej pogardy? Do lekceważenia? Nie chciałeś mnie! 

- krzyknęła z głębi udręczonego serca. - Nie mogłam zostać, wiedząc, co do mnie czujesz... 

Musiałam odejść... Nie rozumiesz? Musiałam!

Jej   rozpacz   rozrywała  mu   duszę.   Choć  się  opierała,   przyciągnął  ją   do  siebie.   Nic 

mogła walczyć z jego siłą i stanowczością. Otoczył ją ciasno ramionami i okrył oboje swoim 

płaszczem.

Poczuła, że coś w niej pęka. Nie mogła już dłużej walczyć z przepełniającym ją bólem 

w sercu, żalem, wstydem i strachem.

- Pragnęłam jedynie, byś był ze mnie zadowolony. Chciałam stać się damą, choć nie 

wierzyłeś,  że mi  się uda. - Nerwowo  splatała  i rozplatała  palce. Nie  powinnam była  się 

łudzić...   Matka   mnie   nie   chciała.   Twój   ojciec   mnie   nie   chciał.   Ty   mnie   nie   chciałeś.   - 

Rozpaczliwy szloch wstrząsnął jej piersią. - Co jest we mnie złego, Gabrielu? Co jest we mnie 

złego?

Przytulił ją mocniej. Serce zatkało mu z żalu. Jakże drobne i delikatne miała ramiona.

- Nie ma w tobie nic złego, najmilsza - wyszeptał, z ustami przy jej skroni. Gorącymi 

wargami osuszał jej łzy nieprzerwanie spływające po policzkach. - Jesteś słodka i urocza. 

Piękna i godna pożądania. Jesteś wszystkim, czego może pragnąć mężczyzna. Wszystkim, 

czego ja pragnę.

Jeśli słyszała te słowa, to nie okazała żadnej reakcji. Płakała tak długo, aż w końcu 

wzięło nad nią górę zmęczenie i usnęła w jego objęciach.

Była późna noc, kiedy powóz wjechał na długi podjazd prowadzący do dworu. Gabriel 

wniósł Cassie po schodach na górę. Ściągnął jej suknię, buciki i ułożył ją na łóżku, a potem 

przykrył kołdrą.

Poruszyła się i cicho jęknęła. W jednej chwili znalazł się tuż przy niej.

-  Spokojnie,   kochanie  - powiedział  czule.  Odsunął  jej  z  po  liczka  złociste pasmo 

włosów. - Wszystko w porządku. Jesteś już bezpieczna.

Uspokoiła się, przytulając policzek do jego dłoni. Jakaż blada i kruchą pomyślał z 

bólem w sercu. Westchnął ciężko, po czym rozebrał się w ciemnościach i wsunął pod kołdrę 

obok niej.  Ostrożnie,  tak by jej  nie obudzić, przyciągnął  ją do siebie i objął ramionami. 

Wtuliła się w niego, jakby szukała ciepła.

Przyglądał się, jak śpi, czując, jak pierś jej wznosi się i opada. Lekko i delikatnie 

background image

przesunął palcami po jej twarzy i wzdłuż policzka. Była taka ufna, taka niewinna.

Pragnęłam jedynie, byś był ze mnie zadowolony. Chciałam stać się damą, choć nie  

wierzyłeś, że mi się uda.

Zacisnął wargi.

Co jest we mnie złego, Gabrielu?

Przypomniał sobie, jak płakała, z jaką rozpaczą i smutkiem. Przeklinał siebie w duchu 

tysiące   razy.   Chryste,   jak   mógł   być   taki   ślepy,   twardy   i   nieczuły?   Tak   bardzo   pragnęła 

miłości, uczucia. A co jej dał?

Cassie, pomyślał. Och, Cassie, cóż ja ci uczyniłem?

W tym momencie poczuł lekkie poruszenie w miejscu, gdzie jej brzuch dotykał jego 

boku.

To życie, które w niej dojrzewa. Cząstka niej samej... I jego. Jak on mógł się od niego 

odwrócić? Od nich obojga? Dławiący ból ścisnął mu piersi. Jak on mógł uczynić swemu 

dziecku to, co ojciec uczynił jemu?

Głęboko   zranił  Cassie.   Właściwie  to   przez  cały  czas   ją  ranił.  Cóż  więc   mu  teraz 

pozostało? Wyrzucić ją ze swego życia? Nie. Nie mógłby tego zrobić.

Odsunął się nieznacznie i położył dłoń na jej brzuchu. Czekał, wstrzymując oddech. 

Po kilku sekundach poczuł, jak nie narodzone dziecko poruszyło się lekko. Nikły uśmiech 

rozjaśnił   mu   twarz.   Cieszył   się,   że   Cassie   śpi,   bo   w   przeciwnym   wypadku   z   pewnością 

odepchnęłaby jego rękę.

Długo  leżał  tak  z  dłonią  na  jej  brzuchu,  oswajając   się z  jego  kształtem,  ciepłem, 

lekkimi, wyraźnie wyczuwalnymi ruchami, rozmyślając i modląc się.

W końcu dziecko się uspokoiło. Cassie spała, niczego nieświadoma. Gabriel uniósł się 

nieznacznie, delikatnie dotknął wargami brzucha, powiek i ciepłych ust, po czym położył się i 

zamknął oczy.

Minęło wiele czasu, zanim i jego zmorzył sen.

background image

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY DRUGI

Cassie była tak wyczerpana, że przespała cały ranek i część popołudnia. Kiedy się 

obudziła,   przez   okno   zaglądały   blade   promienie   słoneczne.   Na   kominku   buzował   ogień, 

rzucając na ściany złocisty blask. W pokoju było ciepło i przytulnie, lecz Cassie czuła się 

dziwnie zmęczona i obolała.

Cicho zaskrzypiały otwierane drzwi.

-   Jaśnie   pani?   -   posłyszała   nieśmiały   głos   i   do   pokoju   zajrzała   Gloria.   Kiedy 

zobaczyła, że jej pani już nie śpi. podbiegła do łóżka.

-  Och, milady!  wykrzyknęła.  -  Nie umiem  wyrazić,  jak   się cieszę,   że  jaśnie  pani 

wróciła.

Uklękła przy łóżku i rozpłakała się rzewnie.

Cassie uśmiechnęła się smutno i położyła jej dłoń na głowie. Choćby ze względu na 

nią chciałaby móc to samo powiedzieć o sobie. Nie czuła jednak ani radości, ani żalu. Nie 

mogła uwierzyć, że znowu jest w Farleigh.

Po chwili na jej kolanach stała taca z jedzeniem i ulubioną filiżanką czekolady. Nie 

miała   apetytu,   lecz   zmusiła   się,   by   coś   zjeść.   Tymczasem   Gloria   szykowała   jej   kąpiel, 

przysuwając   balię   blisko   kominka,   by   zapewnić   więcej   ciepła.   Cassie   z   przyjemnością 

zanurzyła   się   w   wodzie,   a   w   tym   czasie   pokojówka,   gawędząc   wesoło,   ścieliła   łóżko   i 

porządkowała pokój, tak jakby jej pani nigdy nie wyjeżdżała.

Po długiej kąpieli Cassie wyszła wreszcie z balii, oddając się w sprawne ręce Glorii. 

Westchnęła jednak, kiedy dziewczyna podeszła do szafy.

Obawiam się, że mam niewielki wybór - mruknęła, kładąc rękę na wydatnym brzuchu. 

- Żadna z sukni nic będzie na mnie pasować.

Gloria   wzięła   z   półki   obszerną   flanelową   koszulę   nocną.   Nic   nie   szkodzi   - 

odpowiedziała żywo. - Jego lordowska mość wydał ścisłe instrukcje, by jaśnie pani została w 

łóżku i nie ruszyła nawet palcem.

Włożyła jej koszulę przez głowę i rozczesała włosy, układając je luźno na ramionach. 

Po zakończonej pracy zaprowadziła swoją panią do łóżka.

Cassie   już   chciała   zaprotestować,   kiedy   jednak   oparła   się   o   poduszki,   doszła   do 

wniosku, że dobrze będzie odpocząć jeszcze kilka minut. Organizm lepiej wiedział, co jest dla 

jej najlepsze, i choć uważała to za niemożliwe, powieki zaczęły jej opadać i wkrótce zmorzył 

ją sen.

Kiedy ponownie się obudziła, do pokoju zaglądał niebieskoszary zmierzch. Otworzyła 

background image

oczy, czując, że ktoś ją obserwuje.

W drzwiach stał Gabriel. Sądząc po ubiorze, właśnie wrócił z konnej przejażdżki. 

Serce podskoczyło jej do gardła. Już zapomniała, jaki był przystojny. Nienagannie zawiązany 

halsztuk otaczał jego szyję. Na nogach miał wysokie buty i opięte bryczesy, bezwstydnie 

podkreślające muskularne uda.

Widząc, że nie śpi, zamknął drzwi i ruszył w jej stronę. Oparłszy się o materac, Cassie 

podciągnęła   się   do   pozycji   siedzącej.   Czuła   się   brzydka   i   niezgrabna.   Nie   tak   powinna 

wyglądać żona stająca przed mężem. Przesunęła ręką po zmierzwionych włosach, żałując, że 

nie ma możliwości przygładzenia ich grzebieniem.

Sądziła, że Gabriel przysunie sobie krzesło bliżej łóżka lub stanie obok, tymczasem on 

po prostu usiadł na kołdrze tak blisko niej, że czuła dotyk jego twardego uda.

Ogarnął ją niepokój. Przypomniała sobie, jak płakała w jego ramionach tej nocy. Czy 

znienawidzi ją za okazaną słabość? Czy uzna za odrażający taki brak opanowania? Zacisnęła 

dłonie na kołdrze. Nie wiedziała, co powiedzieć. Nie wiedziała, co robić.

W milczeniu ujął ją za rękę. Silne gorące palce otuliły jej dłoń. Zadrżała mimowolnie. 

Tego również się nic spodziewała.

- Lepiej się czujesz, Jankesko?

Przełknęła ślinę i kiwnęła głową Patrzył na nią z powagą.

lecz bez gniewu. O wiele łatwiej byłoby znieść jego wściekłość niż tę zaskakującą 

życzliwość.

Wzrok Gabriela przesunął się po jej twarzy. Wyglądała tak młodo i bezbronnie. Włosy 

opadały w nieładzie na ramiona i plecy. Była taka szczupła. Pod palcami wyczuwał delikatne 

kosteczki.   Jej   skóra   przypominała   pergamin:   była   blada   i   niemal   przezroczysta.   Pomimo 

grubego brzucha wydawała się taka krucha, że mógłby ją bez trudu zgnieść.

- Dzięki Bogu, że cię odnalazłem - powiedział niskim, przejętym głosem. Drżę na 

myśl, co by było, gdybym cię nie odnalazł.

Zesztywniała. W odpowiedzi mocniej objął jej dłoń.

- Nie - zaprotestował, kiedy usiłowała się uwolnić. - Nie odsuwaj się.

W jej wzroku błysnął niepokój.

- Tej nocy mówiłem poważnie - powiedział cicho. - Bardzo żałuję, że sprawiłem ci 

ból. - Umilkł, po czym dodał równie cicho: - Mam nadzieję, że będziemy mogli zostawić 

przeszłość za sobą i zacząć wszystko od nowa.

Takiego Gabriela jeszcze nie znała. Pełnego pokory i skruchy. Mogłaby przysiąc, że w 

jego oczach dostrzega łagodność. Łagodność i troskę.

background image

Nie, nie. To nic może być.

-   Nie   pojmuję,   czemu   miałbyś   tego   chcieć   -   powiedziała   z   goryczą.   Zbyt   dobrze 

pamiętała wybuch gniewu, kiedy ją porzucał. - Noszę twoje nazwisko, ale poza tym nic nas 

nie łączy.

W jego oczach błysnęła irytacja.

- Nie zgadzam się, Cassie. To nas łączy. - Jednym szybkim ruchem odrzucił kołdrę i 

przykrył dłońmi wydatny brzuch, rozsuwając szeroko palce, jakby chciał go objąć. - Wkrótce 

urodzisz moje dziecko. To wszystko zmienia.

To niczego nie zmienia. - Usiłowała odepchnąć jego ręce. lecz powinna była wiedzieć, 

że to bezcelowe. Jeśli się uparł, nic go nie mogło powstrzymać. W końcu rzuciła mu pełne 

wściekłości spojrzenie. - Wyraziłeś się bardzo jasno, mój panie hrabio. Powiedziałeś, że nie 

chcesz mieć dziecka, dziedzica. Ale tak po prawdzie to nie chciałeś mieć go ze mną - Poczuła 

w gardle płomień. Boże, jak te słowa ranią. - Jest tak, jak kiedyś ci powiedziałam. Gabrielu. 

Nasze małżeństwo nie różni się niczym od związku twoich rodziców. Zacisnął zęby.

Mylisz się, Cassie. Jesteś moją żoną. Pragnę tego dziecka i pragnę ciebie.

- Och, przesłań! - wykrzyknęła. - Przynajmniej nie oszukujmy się. Jestem dla ciebie 

jedynie bronią, którą wykorzystujesz, by zemścić się na ojcu. I tylko z tego powodu chcesz 

mieć to dziecko. By i nim się posłużyć przeciwko ojcu.

Blady rumieniec zabarwił policzki Gabriela.

- Staram się naprawić krzywdy najlepiej, jak mogę.

- Chcesz mi powiedzieć, że to poczucie winy skłania cię do tego? Och, zapomniałam, 

że pewnego dnia zostaniesz księciem Farleigh.

Musisz   myśleć   o   swoich   przyszłych   obowiązkach.   A   jednym   z   nich   jest   żona   i 

dziedzic, nieprawdaż?

Gwałtownie cofnął dłonie z jej brzucha.

- Nie pojmuję, cóż jest złego w tym, że mężczyzna pragnie się troszczyć o swoją żonę 

i dziecko.

Serce   jej   się   ścisnęło.   Gdybym   mogła   w   to   uwierzyć,   pomyślała.   Ogarnęło   ją 

zwątpienie. Nie wiedziała już, co ma o tym myśleć, a przede wszystkim, co myśleć o nim.

- Mówisz o tym, czego ty chcesz. A co ze mną? Czy pomyślałeś o mnie. przywożąc 

mnie tu z powrotem?

Przede wszystkim o tobie! Wstał, jednocześnie zirytowany i zawiedziony. - Dobry 

Boże, Cassie, spójrz w lustro. Wyglądasz jak widmo!

Nagle zabrakło jej tchu w piersi. Tego już za wiele. Poczuła, jak cały jej świat rozpada 

background image

się na kawałki. Nie pozwoli jednak, by był świadkiem jej rozpaczy. To lepsze, niż szukać 

ucieczki w gniewie.

- Och, chciałabym,  żebyś mnie nigdy nie znalazł! Nie zostanę tutaj, słyszysz? Nie 

zostanę.

Wolałabyś   być   tam,   gdzie   cię   znalazłem?   Tak,   tak!   Nienawidzę   cię,   słyszysz? 

Nienawidzę cię! Rysy twarzy mu stężały.

- Nie pozwolę ci wrócić do życia, jakie wiodłaś oświadczył przez zaciśnięte zęby. - 

Zostaniesz   tu,  Cassie,  nawet   gdybym  miał  cię  zamknąć   w  tym   pokoju.  Widzę,  że   jesteś 

rozdrażniona   ponad   miarę,   nie   ma   wiec   sensu   kontynuować   tej   dyskusji.   Wrócę,   kiedy 

zaczniesz myśleć racjonalnie.

Odwrócił się i ruszył w stronę drzwi.

Cassie odrzuciła pościel i wyskoczyła z łóżka.

- To do ciebie pasuje, tak odejść bez słowa. Ale nie pozwolę się więcej odepchnąć. 

Słyszysz? Nie pozwolę!

Wyszedł na korytarz nie oglądając się ani razu. Niech cię diabli! Och... Gabrielu!

Jej rozpaczliwy krzyk zmroził mu krew w żyłach. W jednej chwili znalazł się w jej 

pokoju. Stała przy łóżku, jedną ręką trzymając się słupka, drugą przyciskając do brzucha. 

Cały dół koszuli był mokry.

Spojrzała na niego okrągłymi, mokrymi od łez oczyma. - Wody odeszły - wydyszała. - 

O Boże, zaczyna się...

Pochylił się, z niezwykłą delikatnością wziął ją na ręce i położył ostrożnie na łóżku. W 

jego wpatrzonych w nią oczach, dostrzegła coś, czego nigdy by się nie spodziewała - strach.

Poczuła, że i jej się to udziela. Łzy popłynęły jej po twarzy.

Och, to nie może być już... To zbyt wcześnie! Chciał odejść, lecz złapała go za ręce.

- Nie zostawiaj mnie! Gabrielu. Proszę cię, nie zostawiaj mnie!

Jej żałosna prośba brzmiała tak rozdzierająco.

- Nie martw się, skarbie. - Ścisnął ją za rękę, po czym pochylił się i ucałował drżące 

wargi. - Muszę posłać Thomasa po medyka.  Za kilka minut będę z powrotem, kochanie. 

Przyrzekam.

Kochanie. Serce jej się ścisnęło. Nie kochał jej i nigdy nie pokocha. Lecz jego dotyk 

był   taki   delikatny,   a   słowa   pełne   słodyczy.   Prawie   uwierzyła,   że   mu   na   niej   zależy, 

przynajmniej troszeczkę...

Po   chwili   do   pokoju   wpadła   Gloria.   -   Jaśnie   pani!   -   krzyknęła.   -   Pan   hrabia 

powiedział, że się zaczęło!

background image

Cassie ze wszystkich sił starała się zachować spokój. Choć pragnęła uwolnić się od 

ciężaru, panicznie bała się tego, co miało nastąpić. Spróbowała się uśmiechnąć.

- Jestem pewna, że to jeszcze długo potrwa. Pierwszy poród zawsze jest długi.

Z pomocą Glorii przebrała się w suchą koszulę. Kiedy kładła się na łóżku, poczuła 

gwałtowny ból. Wciągnęła powietrze i wolno je wypuściła. W tym momencie wrócił Gabriel. 

Bez wahania postawił sobie krzesło u wezgłowia i chwycił żonę za ręce.

Jakiś czas później przybył medyk. Doktor Hampion był tęgim starszym mężczyzną o 

milej   powierzchowności.   Cassie   oddychała   spazmatycznie,   bóle   bowiem   zaczęły   teraz 

przybierać na sile.

Gabriel, który wewnętrznie kipiał ze złości z powodu tak późnego przybycia medyka, 

zaprotestował ostro, kiedy ten grzecznie, acz stanowczo poprosił go, żeby wyszedł z pokoju i 

zaczekał na dole.

- Nie ruszę się z miejsca. Uczestniczyłem w poczęciu tego dziecka, nie widzę więc 

powodu, dla którego nie miałbym być obecny przy jego narodzinach.

Doktor   Hampton   wzniósł   w   górę   oczy   i   pokręcił   głową.   Niecierpliwi   ojcowie 

sprawiają tylko kłopot, przypuszczał wiec, że i tym razem będzie tak samo. Jednak w miarę 

upływu czasu okazało się, że hrabia stanowi wyjątek. Jego obecność działała na żonę kojąco.

Cassie starała się tłumić w sobie jęki. Kiedy jednak chwycił ją wyjątkowo silny ból, 

nie mogła się powstrzymać.

- Przepraszam - szepnęła, gdy już mogła odetchnąć. - Jestem takim tchórzem.

W oczach Gabriela zapłonął bezbrzeżny ból. Delikatnie odsunął jej z czoła wilgotne 

pasemka włosów.

- Tchórzem? - zażartował łagodnie. - Nie sądzę, Jankesko. Jesteś wyjątkową kobietą, 

dzielną i silną, najsilniejszą, jaką znam.

Delikatnie   otarł  jej  z  czoła  kropelki  potu,  lecz  twarz  miał szarą  z  niepokoju.  Nie 

denerwowałby się tak bardzo, gdyby przez ostatnie miesiące miała należytą opiekę i dobrze 

się odżywiała. Ale ona była chuda i taka słaba. Skąd weźmie siły, by znieść to wszystko?

Chwycił   ją   kolejny   ból,   tym   razem   silniejszy   i   trwający   znacznie   dłużej   niż 

poprzednie. Choć starała się nad sobą panować, niepowstrzymany krzyk wydarł jej się gardła. 

Wbiła Gabrielowi paznokcie w dłoń. Kiedy skurcz minął, opadła bez sił na poduszki. Jej 

piękne włosy były matowe i splątane.

Gabriel poczuł, że dłużej tego nie zniesie. Nienawidził siebie za swoją bezradność. 

Lodowate dreszcze strachu przebiegły mu po skórze. Na zmianę to klął, to się modlił. Boże! 

Ile jeszcze ona będzie w stanie znieść?

background image

Przy kolejnym skurczu rozległ się ostry głos medyka.

- Widzę już główkę. Kiedy poczujesz ból, przyj z całej mocy i nie walcz z tym... Tak, 

tak! Dobrze, główka już wyszła. No, jeszcze raz i będziesz mogła odpocząć.

Pokój wypełniło cichutkie kwilenie. Gabriel nie widział drobnego wijącego się ciałka 

w dłoniach medyka. Cała jego uwaga była skupiona na postaci żony, leżącej nieruchomo na 

łóżku. Pochylił się i pocałował ją w usta.

-   Już   po   wszystkim,   skarbie.   Wiedziałem,   że   ci   się   uda,   wiedziałem.   Na   wpół 

przytomny podniósł się z krzesła i patrzył, jak doktor Hampton podaje dziecko Glorii, po 

czym pochyla się ponownie nad Cassie. Nagle poczuł, że ktoś go chwyta za rękaw. Tuż za 

nim   stała   Gloria   z   promieniejącą   twarzą.   Nieśmiało   podała   mu   małe   zawiniątko.   Wolno 

odsunął flanelowe przykrycie. Jego oczom ukazała się mała istotka z drobną zmarszczoną 

twarzyczką.   Przyglądał   się   różowemu   zdrowemu   ciałku   i   gołym   wierzgającym   nóżkom. 

Strach mieszał się w nim z niedowierzaniem. Poczuł dziwną słabość w nogach i jednocześnie 

rozpierającą go dumę. Chciało mu się krzyczeć, paść na kolana w dziękczynnej modlitwie. 

Zamiast tego wyszeptał tylko:

Mamy syna, Cassie. Mamy syna. Powieki Cassie zadrżały. Obróciła głowę, starając 

się coś zobaczyć, lecz oczy przesłaniała jej mgła. Czuła straszliwe zmęczenie, ale bardzo 

pragnęła chociaż spojrzeć na dziecko.

Gabriel popatrzył na nią w chwili, gdy usiłowała unieść się na łokciu. Łzy zabłysły jej 

w oczach, kiedy opadła bezsilnie na poduszki. W jednej chwili znalazł się przy żonie, położył 

na łóżku cenne zawiniątko i rozsunął kocyk, by mogła popatrzeć.

Czy z nim... wszystko w porządku? Musiał się pochylić, by coś usłyszeć.

Ma dziesięć palców u rąk i dziesięć u nóg. Nie ma w nadmiarze ciała i włosów, ale 

wygląda na wspaniałego małego chłopaka.

Lekki uśmiech przemknął jej po twarzy. Wszystkie obawy zniknęły i nareszcie mogła 

odpocząć.

Kiedy się obudziła, popołudniowe słońce zaglądało przez okna. Skrzywiła się lekko, 

przekręcając na bok. W tym momencie do pokoju weszła Gloria z tacą.

- Ach, jaśnie pani w porę się obudziła. Czy jaśnie pani chciałaby coś zjeść?

- Umieram z głodu - stwierdziła ze zdziwieniem.

Zjadła sporą porcję parującego gulaszu z jagnięcia z pachnącym, świeżym chlebem. 

Potem Gloria przyniosła jej miskę z gorącą wodą do umycia. Kiedy pokojówka zmieniła jej 

nocną koszulę, uczesała i przewiązała wstążką włosy. Cassie poczuła się znacznie lepiej.

- Czy mój mąż jest w domu?

background image

- Zdaje się, że jest w swoim gabinecie. - Gloria zachichotała wesoło. - Och, trzeba 

było go widzieć wczoraj wieczorem. Ależ z niego dumny tatuś. Pan doktor musiał mu siłą 

odebrać dziecko, by móc dokładnie je obejrzeć.

A więc Gabriel był zadowolony z syna... Odetchnęła z ulgą. Może to było głupie z jej 

strony, lecz w głębi serca obawiała się, że może go odrzucić. Spojrzała tęsknić w stronę 

kołyski. Zza warstwy koców wyzierała mała czarna główka.

Nagle zawiniątko poruszyło się i rozległ się cichy żałosny płacz. Gloria wybuchnęła 

śmiechem, kiedy dostrzegła  w oczach swej pani płomienną radość. Cassie uniosła się na 

łokciu i przyglądała się chciwie, jak pokojówka wyjmuje dziecko z kołyski i zmienia mu 

pieluszkę. W tym momencie w drzwiach ukazała się wysoka postać.

Był to Gabriel, sądząc z wyglądu, świeżo umyty i ogolony. Włosy błyszczały mu od 

wilgoci,   a   w   powietrzu   unosił   się   lekki   zapach   wody   kolońskiej.   Gloria   wzięła   na   ręce 

płaczącego malca. Gabriel dał jej znak i pokojówka przekazała mu dziecko. Mały natychmiast 

się uspokoił, kiedy znalazł się w ojcowskich ramionach. Gloria dygnęła i cicho wyszła z 

pokoju. Cassie nawet tego nie zauważyła, bo cała jej uwaga była skupiona na najważniejszych 

dwóch osobach.

- Myślę, że twoja mama chciałaby cię lepiej poznać, mój mały paniczu - powiedział 

Gabriel żartobliwie i podał jej dziecko z wyrazem niezwykłej łagodności w oczach.

Dla Cassie świat zamknął się w tej chwili w tym małym zawiniątku, spoczywającym 

w zgięciu jej łokcia. Gabriel i wszystkie związane z nim problemy przestały istnieć.

Dziecko   wpatrywało   się   w   nią   surowym   wzrokiem   ojca.   Jego   oczy   miały   barwę 

głębokiego   błękitu.   Delikatny   ciemny   meszek   pokrywał   główkę.   Lecz   nawet   dla   tak 

niedoświadczonej   matki   jak   Cassie,   było   oczywiste,   że   jest   wyjątkowo   mały   jak   na 

noworodka.

- Jest taki maleńki - szepnęła strwożona. - Och, Gabrielu, a jeśli... Gabriel przesunął 

dłonią po zaróżowionym policzku.

- Medyk powiedział, że pomimo wczesnego przyjścia na świat, jest wyjątkowo silny - 

powiedział łagodnie.

Cassie   zamknęła   oczy.   niezdolna   w   tej   chwili   do   wypowiedzenia   choć   słowa. 

Szczęście potężną falą zalało jej duszę. Gdyby coś się stało jej dziecku, czułaby się winna do 

końca swoich dni.

Jej wzrok otrzymał się na wyblakłej koszulce, którą malec miał na sobie.

Gabriel usiadł na brzegu łóżka.

- Niestety, nie byliśmy przygotowani na tak szybkie pojawienie się dziecka w domu - 

background image

powiedział z krzywym uśmiechem. - Pożyczyliśmy więc kilka rzeczy od córki kucharki, do 

czasu kiedy ojciec i pani McGee wrócą z Londynu. Wyjechali dziś wczesnym rankiem.

Jak przez mgłę przypomniała sobie Edmunda stojącego przy łóżku i uśmiechającego 

się do niej. Edmund się uśmiechał? Wyobraźnia musiała ją zawieść.

Krytycznym wzrokiem zmierzyła stojącą w kącie kołyskę z ciemnego błyszczącego 

mahoniu.

- Kołyska niestety też jest stara. Jeszcze moja i Stuarta. - Ojciec polecił Davisowi 

przynieść ją ze strychu. - Zawahał się. - Lecz jeśli chcesz, kupimy nową.

Znowu ojciec. Z trudem powstrzymała  pragnienie, by nie spojrzeć na niego ostro. 

Zazwyczaj kiedy mówił o Edmundzie, brzmiało w jego głosie napięcie. Tym razem go nie 

było. Czy to możliwe, że podczas jej nieobecności doszli wreszcie do porozumienia?

Nie   mogła  jednak  dłużej  się   nad  tym   zastanawiać,  bowiem   maleństwo   uznało,  że 

wystarczająco długo było cierpliwe, a teraz chce jeść i zamierza o tym poinformować oboje 

rodziców.

Cassie   mimowolnie   podskoczyła,   kiedy   rozległ   się   jego   głośny   krzyk.   Gabriel 

westchnął i niechętnie wyciągnął ręce po syna.

- Zatrudniliśmy mamkę - mruknął. - Przyniosę  go z powrotem, jak tylko  zostanie 

nakarmiony.

Cassie jednak nie miała zamiaru wypuścić swojego skarbu z rąk.

- Mamkę?! - wykrzyknęła. - A po co? Przecież sama mogę go karmić.

Gabriel spojrzał na nią z wahaniem.

- Medyk powiedział, że trzeba go karmić co dwie godziny, póki nie nabierze trochę 

ciała - powiedział wolno. - Damy zwykle nie karmią same dzieci...

To żaden argument  - powiedziała,  wysoko unosząc brodę. - Oboje  wiemy, że nie 

jestem damą. Zacisnął wargi.

- Nie mam nie przeciwko temu, byś go karmiła, Cassie. Miałem na uwadze jedynie 

twoje zdrowie. Sądziłem, że byłoby to dla ciebie zbyt uciążliwe. Ale stanowczo protestuję 

przeciw twierdzeniu, że nie jesteś damą - dodał ze zwykłą sobie arogancją. - Jesteś hrabiną 

Wakefield i matką mojego syna, i nikt nie ma prawa rzucać na ciebie takich oszczerstw, 

nawet ty sama.

Spuściła   głowę.   Dziecko   rozkrzyczało   się   teraz   na   dobre.   Poczuła   się   nagle 

zawstydzona swoją niezdarnością. Gabriel najwidoczniej nie zamierzał wyjść z pokoju, nie 

miała więc innego wyboru, jak nakarmić syna w jego obecności.

Ręce jej się trzęsły, kiedy rozwiązywała tasiemki koszuli i zsuwała ją z ramienia, 

background image

odsłaniając   pełną,   zakończoną   różową   brodawką   pierś.   Czując   się   strasznie   niezręcznie, 

przysunęła   do   siebie   maleństwo.   Przypadkiem   trafiło   ustami   na   sutek   i   poczęło   ssać 

żarłocznie.

Cisza, jaka nastąpiła, była głośniejsza od krzyków dziecka.

- Proszę, nie gniewaj się na mnie - wyszeptała Cassie zdławionym głosem.

Przesunął kciukiem wzdłuż jej policzka i pochylił się tak nisko, że czuła ciepło jego 

ciała i oddechu. Przez pełną napięcia sekundę sądziła, że ją pocałuje. Bardzo tego pragnęła. 

Tak bardzo, że zaczęła drżeć wewnętrznie.

- Nie gniewam się - powiedział cicho. - Jestem tylko niezmiernie rad, że wróciłaś.

W   jego   spojrzeniu   było   tyle   uczucia,   że   patrzyła   jak   zahipnotyzowana.   Przesunął 

kciukiem wzdłuż jej dolnej wargi i cofnął dłoń.

- Czy myślałaś już, jakie damy mu imię? - zapytał przenosząc wzrok na syna.

Poczuła się zawiedziona, lecz postanowiła tego nie okazać.

-   Prawdę   powiedziawszy,  wybrałam   już   dla   niego   imię   -  powiedziała   wolno.   Nie 

przyznała   się,   że   nigdy   nie   wątpiła,   że   to   będzie   syn.   -   Zawsze   podobało   mi   się   imię 

Jonathan... a na drugie może Stuart...

Wstrzymała oddech i czekała, jak zareaguje na jej propozycję.

Jonathan Stuart - powiedział tytułem próby i nagle uśmiechnął się ciepło. - Podoba mi 

się. Będzie wiec Jonathanem Stuartem.

Zalała   ją  fala  radości.  Nigdy w   życiu   nie  czuła  się tak  szczęśliwa.   Może  Gabriel 

słusznie postąpił przywożąc ją tutaj. Kochał swojego syna - co do tego nie miała wątpliwości. 

Ta pewność dodała jej skrzydeł. Nawet jeśli Gabriel nigdy jej nie pokocha, to przynajmniej 

będzie ich łączyć duma z syna...

Niczego więcej nie pragnęła.

background image

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY TRZECI

Dopiero   po   tygodniu   pozwolono   Cassie   wstać   z   łóżka.   Gorąco   przeciw   temu 

protestowała, lecz Gabriel i Gloria byli nieubłagani. Przez ten czas nie robiła nic, tylko jadła, 

spała i karmiła Jonathana. Wkrótce też zaczęła odzyskiwać siły i kolory.

W   głębi   serca   była   przekonana,   że   Gabriel   słusznie   postąpił,   sprowadzając   ją   z 

powrotem   do   Farleigh.   Dzięki   temu   jej   syn   będzie   miał   wszystko.   Sama   nigdy   nie 

zapewniłaby mu takiego życia, jakie mógł mieć tutaj. Nocami zanosiła dziękczynne modlitwy 

do Boga za to, że Jonathan będzie miał to, czego jej brakowało. Nie zazna głodu. Zawsze 

będzie   miał   dach   nad   głową.   Pragnęła   też   tego,   by   rósł   wiedząc,   że   jest   kochanym   i 

upragnionym synem.

Kiedy Gabriel zaproponował, że zatrudni piastunkę do dziecka sprzeciwiła się temu 

gorąco, lecz pod wpływem przekonujących argumentów męża i Evelyn ustąpiła. Uparła się 

jednak, że to ona zdecyduje, kto nią zostanie.

Chociaż obie kobiety polecone przez Edmunda miały dobre referencje i z pewnością 

znały swój fach, Cassie uznała, że są zbyt sztywne i lodowate w obejściu. Pragnęła kogoś 

ciepłego i żywego, kto nie bałby się śmiać, kogoś, komu Jonathan mógłby zaufać i pokochać. 

W końcu zdecydowała się na dużą kościstą dziewczynę z wioski. Alice miała żywe brązowe 

oczy   i   ciepły   uśmiech.   Potrafiła   zajmować   się   dziećmi,   bowiem   sama   miała   ośmioro 

rodzeństwa.   Jonathan   wyraźnie   ją   polubił.   Gaworzył   i   zasypiał   na   jej   rękach,   całkiem 

zadowolony z wyboru dokonanego przez matkę. Edmundowi nie bardzo podobała się nowa 

niania, lecz Cassie była przekonana, że dobrze wybrała.

Co zaś się  tyczy  Gabrielą  to wciąż  panowało między nimi pewne  napięcie. Choć 

stopniał nieco jego chłód i zawsze zachowywał się w stosunku do niej nienagannie, Cassie 

cierpiała katusze. Tak bardzo go kochała i pragnęła, by okazał, że mu na niej zależy.

Czas jednak tylko pogłębiał dystans między nimi.

Kiedy   dni   zmieniły   się   w   tygodnie,   serce   Cassie   pękało   z   tęsknoty.   Targana 

sprzecznymi emocjami, wahała się między rozpaczą i oburzeniem, nadzieją i pragnieniem. 

Ani razu nie przyszedł do jej pokoju, choć doktor Hampton dał im taktownie do zrozumienia, 

że nie ma potrzeby dłużej się powstrzymywać.

Jednak Gabriel nie okazał najmniejszego nawet znaku, że jej pragnie. Nic wiedziała, 

co o tym myśleć. Czy to widok jej zdeformowanego ciążą ciała zabił w nim pożądanie? Lecz 

teraz znowu zeszczuplała, może z wyjątkiem piersi, które stały się większe i pełniejsze. Może 

Gabriel już jej nie pragnął. Bała się myśleć, że nawet to utraciła.

background image

Pewnego słonecznego popołudnia pod koniec czerwca złożył jej wizytę Christopher. 

Gabriela nie było w tym czasie we dworze, bowiem wezwały go pilne sprawy majątkowe. 

Cassie poprosiła przyjaciela, żeby pozostał, mając nadzieję, że Gabriel wkrótce wróci. Kiedy 

wypili   już   herbatę   w   salonie.   Christopher   połaskotał   Jonathana   pod   brodą   i   wyraził 

zdziwienie, że malec tak urósł od jego ostatniej wizyty przed kilkoma tygodniami.

-   Czas   na   mnie,   Cassie.   Dość   długo   już   zwlekałem.   Wygląda   na   to,   że   Gabriel 

nieprędko wróci.

Cassie wyszła z nim na ganek. Stanęli u szczytu  szerokich schodów, czekając, aż 

stajenny przyprowadzi mu konia. Christopher wsunął ręce do kieszeni, po czym spojrzał na 

Cassie z wyrazem lekkiego zakłopotania na twarzy.

- Prawdę powiedziawszy przyjechałem, by podzielić się z wami nowiną.

- Skoro Gabriel nie miał dość przyzwoitości, by w porę wrócić, to możesz powiedzieć 

to mnie - rzuciła lekkim tonem.

Roześmiał  się wesoło. - A więc dobrze. Czy znasz ten stary dwór przy głównym 

trakcie, na północ od was?

Ależ tak. Przejeżdżam tamtędy, kiedy jadę do Warrenton.

To doprawdy wstyd, że nikt w nim nie mieszka. To piękny dwór, trzeba tylko o niego 

zadbać.

- Całkowicie się z tobą zgadzam i spieszę zapewnić, że wkrótce zajdą tam zmiany na 

lepsze.

Zamrugała oczami.

Co takiego? Chcesz powiedzieć, że ty... naprawdę... Wybuchnął śmiechem, widząc jej 

zaskoczenie.

- Tak, Cassie, naprawdę. Masz przed sobą nowego właściciela. Już nawet spędziłem 

tam dzisiejszą noc.

- Och, Christopherze, jakże się cieszę! - wykrzyknęła i dodała nie bez złośliwości: - 

Czy to znaczy, że porzucasz swój okropny tryb życia, by stać się statecznym dżentelmenem?

Uśmiechnął się.

- Myślę,  że skoro Gabriel  się ustatkował,  co jeszcze rok temu wydało  się nie do 

pomyślenia, to wszystko jest możliwe.

Serce Cassie zabiło gwałtownie. Czyżby więc Gabriel był zadowolony? Och, gdyby 

mogła w to uwierzyć...

- Skoro kupiłeś dom na wsi, to brakuj e ci tylko jednej rzeczy.

- Jakiej że to?

background image

- Żony, która by cię poskromiła.

Ku jej zaskoczeniu uśmiech zniknął z jego twarzy.  - Niczego  bardziej nie pragnę 

powiedział i dodał cicho: - Ale to nigdy się nie stanie.

Spochmurniał, a w jego oczach pojawił się wyraz tęsknoty i smutku.

- Dlaczego tak mówisz, Christopherze? - zapytała, marszcząc brwi. - Jesteś młody, 

przystojny. Nie wyobrażam sobie, by panna, którą wybierzesz, mogłaby odmówić ci swej 

ręki.

- To nie w odmowie tkwi problem - powiedział po chwili milczenia i mimowolnie 

spojrzał w stronę, gdzie stał jego nowy dom i... Warrenton.

Cassie spojrzała na niego z błyskiem zrozumienia w oku.

- Chodzi o Evelyn, prawda? - I natychmiast sama sobie odpowiedziała. Oczywiście że 

tak.   Przypomniała   sobie,   jak   często   widywała   ich   w   Londynie   razem;   tańczących, 

rozmawiających... Prawdopodobnie to wtedy się zaczęło. - Christopherze, więc ty i Evelyn! - 

wykrzyknęła uradowana. - To wspaniale!

Grymas bólu wykrzywił mu twarz. Nie, Cassie, to niemożliwe. Ale dlaczego? Czy ona 

cię nie kocha?

Kocha - przyznał po chwili wahania. - Kupiłem ten dwór po to, by być blisko niej. 

Przynajmniej do czasu, aż wyjdzie za mąż. Cassie spojrzała na niego zdumiona.

- Jeśli ją kochasz, to nie pozwolisz jej poślubić innego.  Czemu po prostu się nie 

oświadczysz?

Westchnął głęboko.

- Jej ojciec to pompatyczny konserwatysta, Cassie. Nie pozwoli jej poślubić kogoś bez 

majątku   i   tytułu.   W   każdym   razie   nikogo   poniżej   hrabiego.   Ja   natomiast   jestem   tylko 

baronetem. Gdybym się oświadczył. Warrenton nie pozwoliłby mi się z nią widywać.

-   Och,   Christopherze,   jakie   to   przykre   dla   was   obojga   -   powiedziała   Cassie 

współczująco. - Ale nie trać nadziei. Evelyn wciąż nie ma poważnych kandydatów, o nikim 

też nie myśli na poważnie.

- Ona nie postąpi wbrew woli ojca Cassie. Nie wystawi na szwank jego honoru. A ja 

nic chcę jej narażać na dyshonor prosząc, by to zrobiła.

Cassie   zagryzła   wargę.   Wewnętrzny   głos   podpowiadał,   że   Christopher   ma   rację, 

jednak nie chciała się z tym pogodzić.

- Nie poddawaj się - powiedziała cicho, ściskając go za ramię. - Może znajdzie się 

jakiś sposób na to, byście mogli być razem. - Po czym stanęła na palcach i cmoknęła go na 

pożegnanie w policzek.

background image

Wracając na górę nie mogła przestać o nim myśleć. Zajrzała do nowo urządzonego 

pokoju dziecinnego, w którym spał Jonathan, i poszła dalej do swego pokoju.

Zamyślona stanęła przy oknie, rozsuwając lekko zasłony. W oddali, za pasem zieleni, 

barwił   się   na   purpurowo   zachód   słońca.   Westchnęła,   zastanawiając   się,   jakby   tu   pomóc 

Evelyn   i   Christopherowi   wyjść   z   kłopotu.   Gdyby   tylko   można   było   przekonać   księcia 

Warrenton, by nie zagradzał swej córce jedynej drogi do szczęścia.

Może Gabriel mógłby namówić ojca, by porozmawiał z Warrentonem. Obaj często 

jeździli konno i wspólnie polowali. Postanowiła, że przy pierwszej sposobności powie mu o 

tym. Podniesiona na duchu odwróciła się od okna i stanęła twarzą w twarz z Gabrielem.

-   Gabriel!   -   wykrzyknęła   zaskoczona.   -   Przestraszyłeś   mnie.   Nie   słyszałam,   jak 

wszedłeś.

Musiał przed chwilą wrócić, bo wciąż ubrany był w strój do konnej jazdy i długie 

buty. Kompletnie zasłonił sobą drzwi i nagle pokój wydał jej się strasznie mały. Czarny strój, 

szpicruta i rękawiczki nadawały jego postaci groźny wygląd.

Nic dziwnego.

Szczęki miał zaciśnięte, w oczach płonął mu zimny blask. Nie uśmiechał się i nie 

powitał jej dobrym słowem.

- Gabrielu, czy coś się stało? - zapytała z niepokojem.

- Widziałem was, Jankesko. Widziałem tuż przed jego odjazdem. Patrzyła na niego nic 

nie rozumiejąc.

- Kogo? Christophera?

Właśnie. Powiedz, mi, skarbie, czy zdradzacie mnie pod moim własnym dachem?

Choć głos brzmiał łagodnie, oczy ciskały błyskawice. Zadrżała. Nagle zrozumiała, że 

on jest zazdrosny. Poczuła jednocześnie dumę i gniew na myśl o tym, że tak nisko ją osądza i 

podejrzewa o coś takiego swojego przyjaciela.

Skrzyżowała ręce na piersi, starając się przybrać jak najbardziej godną postawę.

- Jak widzę, nic się nie zmieniło, Gabrielu. A przede wszystkim ty się nie zmieniłeś, 

bo ja niczym  nie zasłużyłam sobie na takie obelgi. Obrażasz mnie tym posądzeniem, jak 

również Christophera.

W tej chwili rozległ się płacz Jonathana. Gabriel odwrócił się z zamiarem wyjścia z 

pokoju. Cassie pospieszyła za nim. W pokoju dziecinnym powiedziała szybko:

- Pozwól, że ja...

- Zapewniam cię, że ja też potrafię - przerwał jej ostro, po czym  pochylił się i z 

niezwykłą delikatnością wyjął Jonathana z kołyski. Kiedyś uważała, że to niemożliwe, lecz 

background image

trudno było kwestionować uczucie, jakim Gabriel darzył swego synka. Dlaczego i jej nic 

mógłby ofiarować choć cząstki tej miłości? - pomyślała ze smutkiem.

Jonathan   natychmiast   się   uspokoił.   Leżał   i   patrzył   na   ojca   z   wyrazem   całkowitej 

ufności w oczach. Gabriel dotknął palcem muślinowej koszulki i zaśmiał się cicho, kiedy 

synek pochwycił jego palec, włożył sobie do ust i począł ssać.

Zorientowawszy się, że nic nie leci, głośno wyraził swoje niezadowolenie. Zaczął 

kręcić się i wiercić, zwracając buzię w stronę piersi Gabriela.

- Obawiam się, że tego nie mogę dla ciebie zrobić. Jonathanie - powiedział Gabriel, 

unosząc brew. Rzucił Cassie chłodne spojrzenie i bez słowa oddal jej dziecko.

Usiadła   w   fotelu   stojącym   na   wprost   drzwi.   Jonathan   płakał   coraz   niecierpliwiej. 

Zaczęła kołysać go, próbując uspokoić. W dodatku piersi zaczęły ją swędzić. Do diabła!

- On jest głodny, Jankesko - oznajmił Gabriel, jakby sama się tego nic domyśliła.

Rzuciła mu gniewne spojrzenie, dając do zrozumienia, że pragnie, aby zostawił ją 

samą.

Lecz on tylko się uśmiechnął. Och, cóż z niego za potwór, pomyślała, kiedy stanął za 

jej   plecami.   Zesztywniała   zaskoczona,   kiedy   chwycił   palcami   tasiemki   stanika   i   jednym 

pociągnięciem zwolnił zapięcie, uwalniając pełne piersi.

Wstrzymała oddech, kiedy musnął dłońmi jej nagie ciało. Zaraz jednak Jonathan z 

zachłanną chciwością pochwycił sutek.

Spuściła   głowę,   starając   się   skupić   uwagę   na   dziecku.   Był   dobrym   pogodnym 

maleństwem, które płakało tylko wtedy, gdy było głodne lub miało mokrą pieluszkę. Nie 

należał  też  do  słabowitych,  czego   się  obawiała.  Miał   okrągły  twardy  brzuszek  i  pulchne 

policzki.   Spokój   i   zadowolenie,   które   zwykle   ją   ogarniały   podczas   karmienia,   gdzieś   się 

ulotniły.

Panująca  w  pokoju  cisza  szarpała  nerwy. W  dodatku   Jonathan  ssał  tak   hałaśliwe. 

Każdą   cząsteczką   swego   ciała   wyczuwała   obecność   Gabriela.   Wiele   razy   uczestniczył   w 

karmieniu syna, lecz dzisiaj czuła się przy nim bezbronna i naga. Potrafił doskonale panować 

nad emocjami, tymczasem jej uczucia rozbiegły się w różnych kierunkach. Kiedy przyłożyła 

Jonathana do drugiej piersi - spróbowała dyskretnie przykryć kocem obnażone ciało i główkę 

synka. Dłoń Gabriela nie dopuściła do tego.

Pojedynek rozgorzał na dobre. Stanął teraz tak, by mogła go widzieć.

Taka oddana matka - zauważył kpiąco. - Wstyd, że nie jesteś równie oddaną żoną.

- Och, na litość boską! - Jonathan zaczynał  usypiać  przy jej  piersi. Musiała  wiec 

zniżyć   głos   do   szeptu,   choć   pragnęła   wykrzyczeć   swój   protest.   -   Christopher   przyszedł 

background image

zobaczyć się z tobą. Chciał ci powiedzieć, że kupił dwór w sąsiedztwie Warrenton.

- Będzie więc naszym sąsiadem. Niezwykle to korzystne dla was obojga.

Jonathan   usnął.   Kiedy   zjawiła   się   Alice,   Gabriel   odebrał   Cassie   syna   i   przekazał 

piastunce.   W   drzwiach   odwrócił   się   i   spojrzał   na   Cassie   znacząco.   Wygładziła   suknię   i 

uniosła dumnie głowę, kiedy chwycił ją za łokieć. Wiedziała, że nie ma innego wyjścia, jak 

mu towarzyszyć.

Na korytarzu spróbowała się wyswobodzić, lecz na próżno. Puścił ją dopiero, gdy 

znaleźli się w jej pokoju. Zamknął drzwi, skrzyżował ręce na piersi i powrócił do przerwanej 

rozmowy. - Widziałem, jak go całowałaś, Jankesko. Cóż za wzruszająca scena.

Wciągnęła głęboko powietrze.

- Tylko w policzek, przysięgam. Chciałam go pocieszyć, nie więcej. Gabriel nie był w 

stanie opanować dręczących go wątpliwości.

Dotyczyły one nie tylko jego syna. Nie mógł zapomnieć, z jaką pasją krzyknęła, że go 

nienawidzi. Bez względu na to, jak słodko się do niego uśmiechała, ten krzyk utkwił w nim 

jak kolec.

-   Doprawdy?   Powiedz   mi,   moja   słodka,   czy   nadal   czujesz   się   nieszczęśliwa,   bo 

sprowadziłem cię do Farleigh?

Nie   uszedł   jego   uwagi   nikły   cień,   który   przemknął   przez   jej   śliczną   twarzyczkę. 

Ogarnął go gniew.

Powoli, z rozmysłem, zaczął zdejmować z siebie ubranie. Rzucił surdut na oparcie 

krzesła.

-   Pocieszasz   Christophera.   Pielęgnujesz   Jonathana.   Jestem   twoim   mężem   i   nie 

pojmuję, dlaczego i ja nie mógłbym zostać otoczony taką troską.

Och,   cóż   za   arogancja!   Poczuła,   jak   robi   jej   się   gorąco,   lecz   dłonie   wciąż   miała 

lodowało zimne. Zacisnęła je, wstrząśnięta do głębi burzą emocji, jaką w nim wyczuwała.

Za surdutem poszła koszula.

-   Na   twoim   miejscu   zacząłbym   się   rozbierać,   Jankesko.   -   W   przeciwnym   razie   z 

przyjemnością zrobię to za ciebie.

Na widok jego nagiej, owłosionej piersi zaschło jej w ustach. Gabrielu - wyjąkała. - 

Musisz mi uwierzyć. To był tylko przyjacielski pocałunek. Nie można go porównać z tymi, 

które nas łączyły.

- Nie? W takim razie udowodnij mi to - oświadczył, zrzucając z siebie ostatnią część 

garderoby.

Gardło   miała   tak   ściśnięte,   że   z   trudem   oddychała.   Pokręciła   głową,   walcząc 

background image

rozpaczliwie ze słabością, która ją ogarniała.

Ręce Gabriela dotknęły jej nagich ramion, wywołując  w niej niepokojące uczucia. 

Lecz daleko bardziej niepokojąca była jego naprężona męskość. Mimo że starała się odwracać 

wzrok, nie mogła się powstrzymać, by na nią nie patrzeć.

- Powtarzam, skarbie. Jeśli mam ci uwierzyć, musisz mnie przekonać.

Nie! - Wciągnęła głęboko powietrze. - Nie w ten sposób, nie wtedy, kiedy jesteś taki 

zimny i rozgniewany. W ciągu paru sekund ściągnął z niej ubranie.

-   Przestań!   -   krzyknęła.   -   Nie   oddam   ci   się   dobrowolnie!   -   Zaczęła   okładać   go 

pięściami, kiedy cisnął ją na łóżko. - Słyszysz, nie pozwolę! - Chwyciła go za ramiona, lecz 

nic wiedziała, czy po to, by go odepchnąć, czy przyciągnąć do siebie.

Opór  Cassie rozwścieczył Gabriela.  Umysł  spowiła  gęsta mgła,  zacierając  myśli  i 

rozsądek.   Jednym   gwałtownym   ruchem   wtargnął   w   nią   głęboko,   pokonując   suchość   jej 

delikatnego wnętrza, nie przygotowanego na tak szalony atak.

Szarpnęła ciałem i jęknęła boleśnie.

Ten krzyk rozpaczy podziałał na niego niczym zimna woda. Uniósł się na łokciach i 

spojrzał na nią. Oczy miała mokre od łez, które płynęły nieprzerwanym strumieniem.

Christopher nic dla mnie nie znaczy, przysięgam - załkała. Och, czy nie rozumiesz? 

On kocha Evelyn, nie mnie. Chciał być blisko niej, nie mnie.

Zacisnął mocno oczy. Rozpacz mieszała się w nim z pożądaniem. Cassie - wyszeptał. 

- O Boże... Cassie...

Zniknęła gdzieś ślepa furia, ustępując miejsca głębokiemu wstydowi. Jego jedynym 

zamiarem było teraz uwolnienie jej od siebie.

Nie   pozwoliła   mu   na   to.   Otoczyła   ciasno   ramionami   i   przywarła   całym   ciałem. 

Nienawidziła tego, co przed chwilą zrobił - szalonego wybuchu gniewu i goryczy - lecz nie 

jego. Nie mogła znieść myśli, że jeśli ten tak boleśnie rozpoczęty pojedynek nie przerodzi się 

w coś wspaniałego. Gabriel może siebie za to znienawidzić.

- Nie - zaprotestowała błagalnie.

- Nie mogę, Cassie - powiedział niskim, nabrzmiałym bólem głosem. - Zachowałem 

się jak zwierzę.

- Ależ możesz, Gabrielu. Po prostu mnie kochaj - wyszeptała. Wzięła w dłonie jego 

twarz i z pełną nieśmiałości słodyczą pocałowała w usta. Wargi miała słone od łez.

Początkowo jego usta pozostawały zaciśnięte. Jak jego serce, pomyślała z rozpaczą. 

Jednak po chwili uniósł głowę i spojrzał jej głęboko w oczy. Ujrzała w nich cały ogrom bólu i 

winy i z cichym jękiem przywarła do tych gorących twardych warg.

background image

Poczuła, jak jego ramiona obejmuj ą ją kurczowo, a usta odpowiadaj ą na pocałunek z 

równą jej żarliwością.

- Nigdy więcej mnie nie opuszczaj, Cassie - wyszeptał chrapliwie. - Obiecaj, że nigdy 

mnie nie opuścisz.

Serce zaczęło jej bić jak szalone. Mała ochotę rozpłakać się z radości. A więc trochę 

mu na niej zależało! Ze stłumionym jękiem zachwytu przywarła do niego całym ciałem.

Kiedy nagle zaczął się z niej wysuwać, zaprotestowała, gwałtownie zaciskając kolana. 

On jednak pokręcił głową i dotknął ustami jej piersi.

Czas   jakby   stanął   w   miejscu.   Jego   pieszczoty   wydawały   się   przedłużać   w 

nieskończoność.  Całował  ją   zachłannie   i  zarazem   delikatnie.   Zalała   ją  fala   gorąca,   kiedy 

zaczął drażnić wargami jej sutki, aż nabrzmiały i zesztywniały.

Westchnęła, kiedy przesunął się niżej, pieszcząc jedwabistą skórę brzucha, po czym 

rozsunął jej uda. Zadrżała, kiedy poczuła najpierw jego gorący oddech, a potem język na 

małym  rozkosznie wrażliwym  wzgórku i wilgotnych  listkach. Smakował ją tak długo, aż 

zaczęła wić się i jęczeć, błagając, by skończył tę rozkoszną torturę.

Kiedy wsunął się na nią, nad górną wargą błyszczały mu kropelki potu. Choć jego 

penis był nabrzmiały i pulsujący, wszedł w nią niezwykle wolno i głęboko. Zacisnął zęby, 

kiedy ogarnęło go intensywne ciepło jej wnętrza, i szybkim ruchem przekręcił się na plecy, 

unosząc ją nad sobą, lecz wciąż pozostając w jej rozpalonym tunelu.

Spojrzała na niego szeroko otwartymi oczyma, opierając się dłonią o jego pierś.

Gabrielu...

Jego oczy płonęły nieposkromioną namiętnością.

- Weź  mnie - wyszeptał  ochryple.  Chwycił  ją za biodra, uniósł w górę, po czym 

opuścił na swój wyprężony członek.

- O tak, moja słodka... tak, tak!

Jęknął,   kiedy   ogarnęła   ich   fala   namiętności,   unosząc   coraz   wyżej   i   wyżej.   Kiedy 

poczuł, że ciało Cassie zaczyna  pulsować i drżeć z rozkoszy, zacisnął zęby, zalewając ją 

własnym spełnieniem. Po chwili Cassie opadła na niego z cichym jękiem.

Przewrócił się na bok i przyciągnął ją do siebie. Odsunął delikatnie złociste pasemka 

włosów z jej policzków, po czym złożył na jej ustach długi, rozkosznie słodki pocałunek. 

Usnęli, obejmując się ramionami.

background image

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY CZWARTY

Następnego ranka skrzypienie otwieranych drzwi wyrwało Cassie z głębokiego snu. 

Zaraz potem ktoś gwałtownie wciągnął powietrze w płuca. Uśmiechnęła się lekko. Zapewne 

Gloria właśnie się zorientowała, że jej pani nie jest sama w łożu. Uniosła się na łokciu i 

zobaczyła, że Gloria stawia tacę ze śniadaniem na stoliku przy drzwiach.

- Glorio?

Pokojówka odwróciła się na dźwięk męskiego głosu. Gorąca dłoń dotknęła nagiego 

ramienia Cassie. A więc Gabriel też już nie spał.

Poproś kucharkę, by odtąd stawiała na tacy dla jaśnie pani także dzbanek z herbatą.

- Oczywiście, milordzie. - Dziewczyna dygnęła i pospiesznie wyszła z pokoju.

Polecenie Gabriela miało niezwykłą wagę - oboje zdawali sobie z tego sprawę. Cassie 

obróciła się w jego stronę. Przesunął palcem wzdłuż linii jej nosa.

Czy masz coś przeciwko temu, pani hrabino? Uśmiechnął się szelmowsko, wywołując 

tym szybsze bicie jej serca. Ciemne, nie ogolone policzki i pokryta gęstym włosem pierś 

przydawały   mu   męskiego   uroku,   lecz   zaspane,   płonące   żywym   srebrem   oczy   czyniły   go 

znacznie młodszym i mniej surowym.

Pokręciła przecząco głową. Zalała ją fala błogiego szczęścia. Po raz pierwszy bowiem 

poczuła się naprawdę żoną i damą.

Pochylił się i dotknął wargami jej ust, po czym spojrzał na nią z nagłą powagą w 

oczach.

Mam nadzieję, że wybaczysz mi moją głupotę - powiedział cicho. - Po raz kolejny tak 

niesprawiedliwe   potraktowałem   ciebie   i   Christophera.   -   Pokręcił   głową   z   niesmakiem.   - 

Powinienem wiedzieć o Christopherze i Evelyn. Przycisnęła mu palce do warg.

- Skąd mogłeś wiedzieć? - upomniała go łagodnie. - Ja też o niczym nie wiedziałam. 

Okazałam   się   równie   ślepa   jak   ty.   Teraz   przypominam   sobie,   że   często   widywałam   ich 

razem... - Gruba zmarszczka przecięła jej czoło. - Christopher uważa, że jej ojciec nie uzna go 

za   odpowiedniego   męża   dla   niej.   Nawet   nic   próbował   się   zdeklarować   w   obawie,   że 

Warrenton zabroni mu się z nią widywać.

Wiem, jak bardzo lubisz Evelyn - powiedział Gabriel po chwili wahania. - Muszę 

jednak wyznać, że Christopher ma rację. Dla Warrentona, podobnie jak dla mojego ojca, tytuł 

jest najważniejszy Nie pozwoli, by nawet cień skandalu splamił jego nazwisko.

Nic na to nie odpowiedziała. Ogarnął ją wielki smutek na myśl, że jej przyjaciółka 

może nigdy nie zaznać szczęścia, jakie ją spotkało. Gabriel dotknął wargami jej skroni.

background image

- Wiesz - powiedział cicho przychodzi wreszcie czas, by zapomnieć i zacząć wszystko 

od nowa. - Chwycił ją palcami za brodę i spojrzał głęboko w oczy. - Bardzo bym chciał, aby 

tak było z naszym małżeństwem.

Ku  swemu  zdziwieniu wyczuła  w  jego tonie  niepewność.  Przesunęła  językiem  po 

wargach.

- Nowy początek? - zapytała.

- Nowy początek.

Jej twarz zajaśniała jak słońce.

Bardzo bym tego pragnęła. - Objęła go za szyję, niezdolna ukryć przepełniającej ją 

radości. - Z całego serca.

- Lecz ja okazałem się takim zazdrosnym mężem. Sądziłem, że będziesz się na mnie 

gniewać.

Zagryzła wargę.

Jakże bym  mogła? Ja... ja również byłam  zazdrosna. Przesunął spojrzeniem po jej 

twarzy.

- Nie masz o co być zazdrosna, skarbie.

- Nie? Nawet o lady Sarah? Oczy mu pociemniały.

- Posłuchaj, skarbie. Odkąd poznałem ciebie, nie spałem z żadną inną i żadnej innej 

nie pragnąłem. Wpatrywała się w niego intensywnie.

- Naprawdę?

- Naprawdę.

Wzrok Gabriela płonął srebrnym blaskiem. Zapragnęła nagle wyznać mu całą prawdę, 

bo po raz pierwszy nie kryli swych uczuć. Kochała go. Serce jej przepełniała tak wielka 

miłość,   że   nie   było   w   nim   miejsca   na   nic   innego.   Jak   by   zareagował,   gdyby   mu   to 

powiedziała?

Zanim jednak zdążyła otworzyć usta. Gabriel zaczął ją całować z niezwykłą czułością. 

Przylgnęła do niego, poddając się słodkiej pieszczocie.

W tej chwili z korytarza dobiegi głośny płacz. Zaraz potem rozległo się pukanie do 

drzwi i do pokoju weszła Alice z płaczącym dzieckiem na ręku.

Jest dziś trochę niecierpliwy - oznajmiła wesoło. Gabriel niechętnie oderwał się od ust 

Cassie.

- Nasz syn ma nieomylne wyczucie czasu, nieprawdaż? - szepnął jej do ucha głosem, 

w którym brzmiało rozbawienie.

Zaśmiał się cicho na widok ognistego rumieńca Cassie. Kiedy Alice wyszła, zaczął 

background image

żartować z żony bezlitośnie, gdy chciała włożyć koszulę do karmienia. Sam najwyraźniej nie 

miał   takich  zahamowań.   Przeszedł   nago   do  swojego   pokoju   i   wrócił   w   ten   sam  sposób, 

zatrzymując się po drodze po filiżankę herbaty, stojącą na stoliku przy drzwiach. Właśnie 

miał zamiar nalać Cassie czekolady, kiedy znowu rozległo się pukanie do drzwi. Natychmiast 

dał nura pod kołdrę, na co Cassie zareagowała wybuchem śmiechu.

Jaśnie pani - rozległ się głos Glorii. - Przyszła lady Evelyn i chciałaby wiedzieć, czy 

milady wybierze się z nią dziś rano na konną przejażdżkę.

Cassie zagryzła wargę i spojrzała na Gabriela.

- Czy masz coś przeciwko temu? - zapytała poruszając bezgłośnie wargami.

Pokręcił głową.

- Powiedz lady Evelyn, że z ochotą! - zawołała Cassie. - Za chwilę będę gotowa.

Kiedy Jonathan skończył  jeść, przekazała go Gabrielowi, po czym  pospiesznie się 

umyła i z pomocą męża przebrała w strój do konnej jazdy. Stojąc przed lustrem, włożyła na 

głowę mały kapelusik. W tym momencie zauważyła Mittensa, kota pani McGee, który pod 

nieuwagę   opiekunki   musiał   się   wślizgnąć   do   sypialni.   Zwierzak   stał   na   małym   stoliku   i 

chłeptał chciwie czekoladę z filiżanki Cassie.

Obróciła się i krzyknęła gniewnie. Psik! Psik!

Kot, nic sobie z tego nie robiąc, wypił wszystko do ostatniej kropli, po czym. nawet 

nie patrząc w stronę Cassie, wylizał sobie łapę i zeskoczył na podłogę.

Tym razem Gabriel wybuchnął śmiechem. Cassie usiłowała zachować powagę, lecz 

po chwili też się śmiała. Nadal chichocząc, zeszła na dół do salonu.

Evelyn   siedziała   na   miękkiej   sofie   w   kolorze   złota,   rozkoszując   się   słonecznymi 

promieniami wpadającymi przez okna. Cassie musiała chrząknąć dwa razy. by zauważyła jej 

obecność.

- Ogromnie jestem ciekawa, co tak bardzo absorbuje dziś twoje myśli - rzuciła Cassie 

żartobliwym tonem. - A może powinnam zapytać, kto?

Evelyn zaczerwieniła się gwałtownie. - Pozwól, że zgadnę. - Cassie zniżyła glos do 

szeptu.   -   Czy   ma   może   na   imię   Christopher?   Błękitne   oczy   Evelyn   rozszerzyły   się   z 

przerażenia.

- Och nie! Czy wszyscy już o tym wiedzą?

- Ależ nie - zapewniła Cassie pospiesznie. Po czym westchnęła i poklepała Evelyn po 

ręku. - Nie obawiaj się - powiedziała cicho. - Zatrzymam wasz sekret w tajemnicy, choć 

chciałabym,   byście   mogli   go   wyjawić   twemu   ojca.   Może   nie   byłby   przeciwny 

Christopherowi.

background image

Nie, Cassie - powiedziała ze smutkiem Evelyn. - Bardzo się ciszę, że Christopher 

kupił ten dwór, obawiam się jednak, że na próżno. Ojciec coraz bardziej obstaje przy tym, 

bym poślubiła kogoś z tytułem i majątkiem.

Widząc,   jak   bardzo   ta   sprawa   zasmuca   przyjaciółkę,   Cassie   nic   więcej   nie 

powiedziała. Po chwili Evelyn uśmiechnęła się blado.

- Ojciec towarzyszył  mi dziś rano na przejażdżce. Wybierają  się z Edmundem  na 

polowanie. Zanim zeszłaś, Edmund pytał mnie, czy chciałybyśmy im towarzyszyć. Chyba nie 

masz nic przeciwko temu, że odmówiłam?

Dobrze zrobiłaś - odparła Cassie zdecydowanie. - Nie potrafiłabym dotrzymać wam 

kroku.

Właśnie wstały, kiedy w hallu rozległ się krzyk. Spojrzały na siebie z zaskoczeniem.

- Cóż to, na Boga...

To chyba pani McGee. - Cassie już biegła w stronę drzwi. Nie myliła się. Pani McGee 

klęczała w hallu na podłodze, a jej mały kot Mittens leżał u jej stóp.

- Biedne zwierzątko - wyjąkała. - Właśnie chciałam go wyrzucić z domu, kiedy zaczaj 

się chwiać i potem nagle znieruchomiał. Spojrzał na mnie zdziwionymi  ślepkami i nagle 

upadł. - Załamała ręce. - On... on chyba nie żyje.

Nadbiegli Edmund, ojciec Evelyn i Gabriel, który zaraz ukląkł przy pani McGee i 

delikatnie obejrzał bezwładne ciało kota. W końcu podniósł wzrok na ochmistrzynię.

- Z tego, co pani mówi, wygląda jakby się upił - powiedział. Pokręcił głową i położył 

dłoń na ramieniu kobiety. - Bardzo mi przykro, pani McGee, ale zdaje się, że zdechł.

Podszedł do nich Davis.

Jaśnie   panie,   może   on   dostał   się   do   alkoholi   w   kuchni.   Cassie   zachwiała   się 

gwałtownie. „Wygląda, jakby się upił”.

Nie, pomyślała, został otruty.

Poczuła, że kręci jej się w głowie. Potworne podejrzenie niczym trucizna opanowało 

jej myśli. Zaczęła cofać się w popłochu.

- Nie - wyszeptała ze wzrokiem utkwionym w Gabriela. - Dobry Boże, nie...

Po czym odwróciła się i pobiegła na górę. Gabriel poderwał się na nogi z wyrazem 

konsternacji na twarzy.

Cassie! Co, u diabła... - I pobiegł za żoną. Usiłowała zamknąć mu drzwi przed nosem. 

Otworzył je uderzeniem pięści i wpadł do środka niczym chmura gradowa.

- Cassie! Co cię napadło? - Miała rozszerzone strachem oczy i śmiertelną bladość na 

twarzy. Do diabła! Mógłby przysiąc, że się go boi...

background image

Opanował rozdrażnienie i wyciągnął ku niej rękę. No, skarbie, powiedz mi, co się 

stało. Stałą na środku pokoju drżąc na całym ciele.

- Jak gdybyś nie wiedział! - wykrzyknęła zdławionym głosem.

- Cassie, przysięgam, że nie wiem. Proszę, powiedz mi, co ci przyszło do głowy, że 

zachowujesz się w ten sposób?

Tysiące myśli przelatywały jej przez głowę. Czy dlatego Gabriel był dziś taki miły? 

Może co innego miał na myśli, mówiąc o nowym początku?

- Kot wypił moją czekoladę! - krzyknęła. - I zdechł! Wypił  czekoladę, która była 

przeznaczona dla mnie, i teraz nie żyje!

Gabriel wciągnął ostro powietrze.

- Słodki Jezu! Chyba nie sądzisz, że ja...

- Już raz dodałeś mi laudanum do czekolady! - krzyknęła. - Chyba nie zaprzeczysz?

- Nie, ale tylko po to, byś mogła zasnąć.

- Jestem jedyną osobą w tym  domu, która pije czekoladę. Może ktoś chciał, bym 

zasnęła na zawsze?

Nie panowała nad sobą. Słyszał w jej głosie panikę, a w oczach dostrzegł szaleństwo. 

Zrobił krok w jej stronę. Odskoczyła gwałtownie, podbiegła do szafy i wyciągnęła z niej torbę 

razem z kilkoma sukniami. Zaczęła w pośpiechu wpychać  je do środka. Ręce jej tak się 

trzęsły, że z trudem dawała sobie radę.

Z ponurym wyrazem twarzy chwycił ją za ramiona i obrócił ku sobie.

- Spójrz na mnie, Cassie - zażądał, potrząsając nią lekko. - I powiedz, że naprawdę 

wierzysz w to, że mógłbym cię skrzywdzić, a tym bardziej pozbawić życia.

Łzy spłynęły jej po policzkach.

Ktoś do mnie strzelał. Zostałam napadnięta. A teraz to! Co mam myśleć? W dodatku 

ty wcale nie pragnąłeś żony. Sam mi to mówiłeś.

Wszystko się zmieniło, Cassie - powiedział głosem napiętym z emocji. - Jesteś teraz 

matką mego syna! Biorę Boga na świadka, że prędzej dałbym sobie rękę uciąć, niż pozwolił 

cię skrzywdzić.

- A twój ojciec? Nienawidził mnie za to, że mnie tu przywiozłeś. Nie takiej synowej 

pragnął. Jestem przecież Amerykanką. To dość, by pragnąć mej śmierci. - Przycisnęła dłoń do 

czoła. - Nie wiem, co mam o tym wszystkim myśleć. Po prostu nie wiem.

W tym momencie dostrzegła stojącą w drzwiach Evelyn. Wyrwała się i podbiegła do 

niej.

Evelyn, proszę, pomóż mi! - zatkała błagalnie. - Nie mogę tu zostać!

background image

- Och, Cassie, naturalnie, że ci pomogę, tylko... Spojrzała ponad jej ramieniem na 

Gabriela. Niedostrzegalnie skinął głową. Wówczas pochwyciła dłonie Cassie. Były lodowato 

zimne. - Uspokój się. kochanie. Ty i Jonathan zostaniecie w Warrenton. póki to wszystko się 

nie wyjaśni... Jestem pewna, że ojciec nie będzie miał nic przeciwko temu.

Godzinę później Gabriel stał na szczycie schodów prowadzących do dworu i śledził 

wzrokiem   powóz,   który   właśnie   mijał   porośniętą   bluszczem   bramę,   zmierzając   w   stronę 

Warrenton. póki nic opadł kurz wzniecany przez koła.

Odjechała nim jego żona i syn.

W pięknie rzeźbionych dwuskrzydłowych drzwiach stanął Edmund.

- Dobry Boże, chłopcze! Nie mogę uwierzyć, że pozwoliłeś jej odjechać.

Gabriel zacisnął gniewnie szczękę. Minął ojca i pomaszerował do salonu. Edmund 

podążył za nim.

- Gabrielu! - wykrzyknął podniesionym głosem, patrząc z dezaprobatą, jak syn nalewa 

sobie brandy z kryształowej karafki. - Nie masz nic do powiedzenia?

Gabriel odstawił kieliszek z taką siłą. że szkło rozprysło się w drobne kawałki.

- Nie! - rzucił gniewnie. - Ale najwidoczniej ty tak, bo widzi mi się, że po raz kolejny 

zawiodłem twoje oczekiwania.

Och, dajże spokój. - Edmund zbył go machnięciem ręki. - Przecież jej oskarżenia są 

śmieszne. Ten kot na pewno zdechł z przyczyn naturalnych, a nie dlatego, że wypił czekoladę 

zawierającą   laudanum.   Takie   emocjonalne   wybuchy   często   zdarzają   się   kobietom,   które 

niedawno rodziły. Rozumiem, że chcesz ją udobruchać, ale pozwalając jej wyjechać, tylko 

utwierdzasz ją w jej obawach, które są absolutnie bezpodstawne.

-   Czyżby?   Nie   zapominaj,   że   do   niej   strzelano,   potem   ją   porwano,   a   teraz   ktoś 

prawdopodobnie usiłował ją otruć. Sprowadziłem ją tutaj, sądząc, że będzie tu bezpieczna. 

Najwidoczniej nie, skoro znalazł się ktoś, kto świetnie zna jej upodobania. Czy zatem można 

ją winić za to, że oszalała ze strachu? Ktoś próbuje ją zabić, prawdopodobnie ktoś z tego 

domu. Ja nie i wątpię, czy ktoś ze służby byłby do tego zdolny. Zatem powiedz mi, ojcze, kto 

pozostaje? Edmund stał niczym kamienny posąg.

Gdybyś   nie   był   moim   synem,   Gabrielu,   wyzwałbym   cię   na   pojedynek   za 

przypisywanie   mi   czegoś   takiego.   Nigdy   w   życiu   nie   skrzywdziłbym   kogoś   od   siebie 

słabszego, w dodatku mojej własnej synowej.

-   Twoja   synowa   jest   Amerykanką,   ojcze.   A   wszystkim   wiadomo,   jak   bardzo 

nienawidzisz Jankesów.

W oczach Edmunda zapłonęła wściekłość.

background image

- Tak czy owak nigdy nie skrzywdziłbym Cassandry. I nadal nie pojmuję, dlaczego 

uznała za konieczne opuścić Farleigh.

Gabriel skrzywił się szyderczo.

Daj spokój, ojcze. Może to i lepiej, że wyjechała. Moja matka została i patrz, co się jej 

przytrafiło.

Twoja matka? - wykrzyknął Edmund ze zdziwieniem. - Nie pojmuję, cóż ona może 

mieć z tym wspólnego?

Wcale mnie to nie dziwi. Myślałem jedynie, że nie mógłbym patrzeć, jak Cassie żyje 

tu w smutku i rozpaczy, tak jak moja matka. Nie chciałbym zrobić jej tego, co zrobiłeś mojej 

matce.

- Co zrobiłem twojej... Niczego nie zrobiłem.

Właśnie. W ogóle o nią nic dbałeś. Nie kochałeś jej. Ledwie dostrzegałeś jej obecność. 

Co według ciebie ją zabił o? Edmund zbladł.

- Co chcesz przez to powiedzieć, Gabrielu? Ona... ona utonęła w jeziorze. To był 

straszny wypadek, ale tylko wypadek.

- Nie, ojcze. Jej śmierć nie była przypadkowa. Utonęła, bo chciała utonąć. Odebrała 

sobie życie.

Edmund stał jak rażony piorunem.

- Skąd to wiesz? - wyszeptał.

- Zostawiła mi list. Wiedziała, że to zrozumiem, podobnie jak to, że o nią nie dbasz. 

Kochała   cię!   -   wyrzucił   z   siebie   z   pasją.   -   Kochała   cię   wbrew   wszystkiemu.   Chciałbyś 

wiedzieć, co napisała w tym liście? Napisała, iż nie może dłużej znieść, że jedynie egzystuje 

w twoim życiu, zamiast być jego częścią. Postanowiła więc z tym skończyć.

- Nie wiedziałem, Gabrielu - wyjąkał Edmund z rozpaczą. - Dobry Boże, o niczym nie 

wiedziałem... Sądziłem, że to był wypadek. Dlaczego mi nigdy nie powiedziałeś?

W oczach Gabriela połyskiwały kryształki lodu.

-   Nic   dbałeś   o   nią,   kiedy   żyła,   czemu   więc   miałaby   cię   obchodzić   jej   śmierć?   - 

Odwrócił się i wyszedł z salonu, trzasnąwszy drzwiami z taką siłą, że aż szyby zadźwięczały.

Edmund   poczuł,   że   kolana   się   pod  nim   uginają.   Z   trudem   dowlókł   się   do   fotela. 

Wszystko nagle nabrało wyrazistości. Nieprzystępność Gabriela, jego wrogość.

Okrył twarz w dłoniach i zapłakał nad swoim zmarnowanym życiem i nad tym, co 

utracił.

I czego nigdy nie odzyska.

background image

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIĄTY

Następnego dnia Gabriel dwa razy przyjeżdżał do Warrenton, rano i po południu, lecz 

Cassie nie chciała się z nim widzieć. Przyjechał więc następnego dnia, i znowu następnego. 

Za każdym razem otrzymywał odmowną odpowiedz.

Nie chciała pogarszać sytuacji. Wiedziała, że jego widok powiększy tylko jej udrękę. 

Całe dnie spędzała wahając się między nadzieją i obawą, rozpaczą i zniewagą, gniewem i 

tęsknotą.   Nocami   płakała.   Rano   budziła   się   z   bólem   głowy,   zapuchniętymi   oczami   i 

krwawiącym sercem.

I wciąż od nowa powracało to samo pytanie: Gabriel czy Edmund? Ojciec czy syn?

Czasami zdawało  się jej,  że  traci rozum.  Przecież  to szaleństwo  przypuszczać,  że 

byliby   zdolni   kogoś   zamordować.   Zaraz   jednak   zakradała   się   wątpliwość   i   Cassie 

przekonywała samą siebie, że to musi być któryś z nich. bo nikt inny nie przychodzi jej do 

głowy.

Tydzień później stała w pokoju, który dzieliła z Jonathanem, patrząc przez okno na 

bujną zieleń ogrodu. Wesołe promienie słońca harcowały wśród kwiatów, lecz w jej duszy 

panował smutek i ciemność.

Domyślając się, że Cassie źle sypia, Evelyn nalegała, by odpoczywała popołudniami. 

Zabierała   wówczas   Jonathana   na   dół,   by   przyjaciółka   mogła   spokojnie   podrzemać.   Dziś 

jednak Cassie czuła się wyjątkowo niespokojna. Natłok myśli nie pozwalał na odpoczynek. W 

końcu doszła do wniosku, że nie ma sensu dłużej się dręczyć i najlepiej zrobi schodząc do 

Evelyn i Jonathana.

Zajrzała  do salonu, lecz ich lam nic zasiała. Nic zauważyła,  że drzwi na taras są 

uchylone. Kiedy miała już wyjść, do jej uszu dobiegł cichy kobiecy śmiech. Podążyła wiec w 

tamtym kierunku.

Evelyn   spoczywała   na   drewnianej   ławce,   a   na   wprost   niej   siedział   Gabriel   z 

Jonathanem na kolanach. Synek trzymał go za kciuki i wpatrywał się w niego z miłością.

Evelyn pierwsza ją dostrzegła. Ze skruszoną miną wstała pospiesznie z ławki. Cassie 

aż się najeżyła. A więc nie można ufać nawet własnej przyjaciółce!

- Pozwól, że zgadnę - oświadczyła chłodno, przenosząc gniewne spojrzenie z Evelyn 

na męża. - Czy to dlatego namawiałaś mnie, bym odpoczywała po południu?

Gabriel wsiał, biorąc Jonathana na ręce i troskliwie podtrzymując mu główkę. Evelyn 

wyglądała   na   zdenerwowaną,   tymczasem   Gabriel   jak   zwykle   trzymał   swoje   uczucia   na 

wodzy.

background image

- Rozumiem, że chcielibyście zostać sami - powiedziała Evelyn, siląc się na swobodny 

ton. - Spojrzała na Gabriela. - Czy mam zabrać Jonathana?

Skinął głową, dotknął wargami ciemnej główki dziecka, po czym oddał go Evelyn.

Kiedy zostali sami, spojrzał na nią pałającym wzrokiem.

- Możesz się na mnie gniewać, Cassie, lecz nie ma potrzeby winić za to Evelyn. To ja 

nalegałem na to spotkanie.

Uniosła dumnie głowę.

Powinnam się domyślić.

Oczy Gabriela błyszczały jak diamenty.

- Kiedy odmówiłaś widzenia się ze mną, pogodziłem się z tym. Lecz jakim prawem 

odbierasz mi szansę na widywanie się z Jonathanem? Nie zapominaj, że jest również moim 

synem.

Synem,   którego   nie   chciałeś,   podobnie   jak   jego   matki!   Twarz   Gabriela   przybrała 

kamienny wyraz.

- Licz się ze słowami, Jankesko. Postąpiłem okrutnie, mówiąc ci wiele  przykrych 

rzeczy, których  tak naprawdę nie myślałem, i dotąd tego żałuję. Czy jednak ty teraz nie 

postępu jesz równie okrutnie? Sądzę, że tak.

Podszedł do niej tak blisko, że wyczuwała bijącą z niego siłę i zapach, który podrażnił 

jej zmysły. Miała w głowie szalony zamęt. Bała się, by nic dostrzegł, jakie wrażenie robi na 

niej jego bliskość. W tej sytuacji nie była w stanie jasno myśleć. Przypomniała sobie, jak 

cudownie było leżeć w jego silnych, opiekuńczych i bezpiecznych ramionach, jak wspaniale 

jest czuć na sobie jego gorące, namiętne wargi.

Ręce zaczęły jej drżeć. Skryła je pod fałdami sukni.

- Co chciałbyś, żebym uczyniła. Gabrielu? A może myliłam się co do kota? Czy nie 

miałam racji, twierdząc, że ktoś dolał narkotyku do czekolady?

Zapanowała pełna napięcia cisza. W końcu Gabriel się odezwał.

- Nie - przyznał. - Miałaś rację. Medyk, który zbadał kota, też uważa, że został otruty. 

Znaleziono również pustą butelkę po laudanum w pobliżu kuchni. Gloria powiedziała, że taca 

stała w kuchni przez kilka minut, zanim zaniosła ją na górę. Przepytałem  dokładnie całą 

służbę, lecz nikt niczego nic zauważył.

Ukrywał coś przed nią. Cassie dostrzegła wahanie w jego oczach.

- Służba jest lojalna - zauważyła. - Zarówno w stosunku do ciebie, jak i do twojego 

ojca. Gdybym umarła, mógłbyś się ożenić, z kim chcesz.

- Jeśli sobie przypominasz, w ogóle nie miałem zamiaru się żenić - rzucił gniewnie. - 

background image

Zapewne mi nie uwierzysz, ale mój ojciec jest człowiekiem prawym i uczciwym. I doskonale 

wiesz, że byłbym  ostatnim, który stanąłby w jego obronie, gdybym  nie miał  co do tego 

całkowitej pewności. - Zasępił się jeszcze bardziej. - Wierz mi, Cassie - ciągnął po chwili - że 

rozumiem twoje obawy o własne bezpieczeństwo. Jednak nie mogę się pogodzić z tym, że 

mnie o to posądzasz. Zapominasz, że byłem przy tobie, kiedy do ciebie strzelano.

Równie   dobrze   mogłeś   kogoś   do   tego   wynająć,   podobnie   jak   w   przypadku   tego 

strasznego człowieka w Londynie. A skoro nie ty, to kto?

Nie wiem! - wybuchnął. - Wynajęci przez mnie detektywi od miesięcy próbują się 

czegoś dowiedzieć. Możesz mi nie wierzyć, ale wynająłem również ludzi, by nawet tu nie 

spuszczali cię z oka. Mam już dość tego ciągłego zapewniania o swojej niewinności, której 

mogę dowieść tylko w jeden sposób: znajdując winnego.

- A co ja mam robić? zawołała drżącym głosem, w którym słychać było wzbierające 

łzy. - Obawiam się, że następnym razem nie będę miała tyle szczęścia.

Wyciągnął ku niej ręce, lecz Cassie znów poczuła w głowie straszliwy zamęt. Jak 

mogła kochać człowieka, który pragnął jej śmierci? Nic pozwoli, by jej dotknął, bo wtedy z 

pewnością rozpadnie się na miliony kawałków.

- Nie! - krzyknęła, odsuwając się od niego. - Nie dotykaj mnie! Nigdy więcej mnie nie 

dotykaj!

Gabriel osłupiał. Mięśnie twarzy miał napięte. Czuł w ustach gorzki smak porażki.

- To małżeństwo było z góry skazane na przegraną - powie dział głosem, który będzie 

ją ścigać aż do śmierci. - Może masz rację. Może powinniśmy zakończyć to tu i teraz.

Cała krew odpłynęła jej z twarzy.

- Co chcesz przez to powiedzieć?

Och,  nie   obawiaj   się.  Przyrzekłem,  że   cię   zabezpieczę,   i  tak   będzie.  Nie  musimy 

jednak   dłużej   siebie   znosić.   Czas   zakończyć   tę   farsę,   którą   nazywamy   małżeństwem. 

Wystarczy,   że   powiesz,   gdzie   chciałabyś   zamieszkać,   a   ja   dopilnuję,   by   niczego   ci   nie 

zabrakło. - Wykrzywił wargi. - Daleko mi do szlachetności, jednak może będzie lepiej, jeśli 

wyjedziesz. Mogę nawet odesłać cię do Charleston.

Poczuła dławiący ucisk w gardle. Miała wrażenie, że ziemia usuwa jej się spod stóp. Z 

trudem udało jej się wydobyć z siebie głos. A co z Jonathanem?

- Jonathan  jest moim  dziedzicem,  tak jak  ja jestem  dziedzicem  ojca  - oświadczył 

zdecydowanie. - I musi być odpowiednio do tego wychowywany. I będzie.

Spojrzała na niego w niemym zdumieniu. Miała oto przed sobą obcego jej człowieka. 

To nie był ten namiętny Gabriel, którego znała.

background image

- Miałabym go tu zostawić? I byłby wychowywany przez ciebie i twojego ojca? I 

miałby skończyć tak jak ty? - Gniew błysnął w jej oczach. - Nigdy!

- Siebie możesz mi odmówić, Cassie, ale nie odmówisz mi mojego syna.

-  Mógłbyś  zabrać  mi   dziecko? -  wyszeptała,  wciąż   nie  mogąc  uwierzyć w   to, co 

usłyszała. - Boże, i ty śmiesz nazywać mnie okrutną? Rzucił jej lodowate i twarde spojrzenie.

- Wygląda na to, że dokonałaś wyboru. Nie wierzysz w moje słowa. Nie ufasz mi. 

Dobrze więc. Nie będę dłużej błagał.

Odwrócił się i opuścił taras.

Mijały minuty. Może godziny. Cassie zupełnie zatraciła poczucie czasu. Otoczyła się 

ramionami i tak trwała ze skamieniałym sercem i duszą.

Nagle   usłyszała   dyskretne   chrząknięcie.   Odwróciła   się   i   zobaczyła   Reginalda 

Lathama.

- Wasza miłość - mruknęła. - Proszę mi wybaczyć. Nie wiedziałam, że tu jesteście.

Skinął jej głową.

- Cassandro. - Założył ręce na plecy i spojrzał na nią z góry. - Wybacz mi moją 

śmiałość, lecz przypadkiem podsłuchałem twoją rozmowę z Gabrielem.

Oblała   się   krwawym   rumieńcem   wstydu.   Nie   wiedziała,   co   na   to   odpowiedzieć. 

Książę się nie uśmiechał, choć nie był też tak ponury jak zazwyczaj.

- Wobec tego proszę o wybaczenie - wymruczała. - Nie miałam zamiaru nadużywać 

waszej gościnności, panie, i niepokoić domowników.

Nie   ma   potrzeby   się   tym   trapić.   Sądzę,   że   masz   daleko   ważniejsze   sprawy   do 

rozważenia, na przykład decyzję twojego męża o odebraniu ci dziecka.

Cassie przełknęła z trudem ślinę.

- Wiem. - Każde słowo sprawiało jej trudność. - Sądziłam, że znam go lepiej... - 

Pokręciła głową. - Po prostu nie mogę pojąć, jak on mógłby coś takiego zrobić.

Reginald westchnął.

-  Znam  go  od dziecka.  Potrafi  być...   uparty, delikatnie   mówiąc.  Czasami   nawet... 

mściwy.

Serce ścisnęło jej się z trwogi. Czy nie dlatego się z nią ożenił? Książę miał rację. 

Doskonale poznała bezwzględność Gabriela. Zadrżała. Był taki zimny, bezlitosny.

Obawiam się, że muszę cię ostrzec, moja droga... Gabriel nie należy do ludzi, którzy 

rzucają groźby na wiatr.

- Co... co wasza miłość ma na myśli? - zapytała drżącym głosem.

- Tylko to, co powiedziałem. Jego ojciec jest moim największym przyjacielem, ale 

background image

zamiary Gabriela są niewybaczalne. Dziecko musi mieć matkę.

Cassie bezwiednie osunęła się na ławkę.

- Nie mogę pozwolić, by zabrał mi Jonathana. - Ukryła twarz w dłoniach. - Co mam 

czynić?

- No, no, nie jest aż tak źle. - Wcisnął jej do rąk delikatną lnianą chusteczkę. - Wytrzyj 

oczy i posłuchaj mnie.

Osuszyła łzy. Kiedy się uspokoiła, podniosła na niego wzrok.

- Oto co myślę, Cassandro. Jeśli tu zostaniesz, możesz w każdej chwili być narażona 

na atak Gabriela i próbę odebrania ci Jonathana. On potrafi być pamiętliwy. Możesz zapytać o 

to jego ojca.

Nie pozwolę mu tego zrobić! - wykrzyknęła. - Jonathan jest wszystkim, co mam.

- Doskonale to rozumiem, moje dziecko. Dlatego musisz uciekać.

-   Uciekać?   Ale   dokąd?   -   zapytała.   -   W   Londynie   na   pewno   by   mnie   znalazł. 

Przeszukałby całą Anglię, gdyby to było konieczne.

Reginald potarł w zamyśleniu policzek.

- Istnieje pewna szansa na to, byś mu uciekła. Mam w Irlandii siostrę. To bardzo zacna 

i szlachetna kobieta. Mógłbym ci pomóc załatwić miejsce na statku. Dałbym ci do niej list i 

jestem pewien, że pozwoliłaby ci u siebie zostać tak długo, póki sama się nie urządzisz.

Zadrżała.

- Statek? Nienawidzę podróży statkiem. Śmiertelnie boję się wody i...

i nie umiem pływać.

Wybór należy do ciebie. Tylko ty możesz zdecydować, co jest ważniejsze.

Zagryzła wargę. Kolejna podróż. Nie była to zbyt wysoka cena za utrzymanie przy 

sobie syna. Książę ma rację. Gabriel jest niebezpiecznym przeciwnikiem. Ma za sobą władzę 

i bogactwo. Jej jedyną nadzieją była natychmiastowa ucieczka.

-   Wasza   miłość   ma   rację   -   powiedziała   z  wahaniem   i   spojrzała   mu   w   oczy.   -   Z 

wdzięcznością przyjmę każdą pomoc, jeśli wasza miłość zechce mi jej udzielić.

- Doskonale, moja droga. Nie będziesz tego żałować. A teraz zrobimy tak... Zapakuj 

tylko małą torbę dla siebie i dziecka.

Resztę rzeczy prześlę ci przed odpłynięciem statku. Za  godzinę spotykamy się przy 

stajniach.

- A co z Evelyn? - zapytała Cassie, marszcząc brwi. - Co mam jej powiedzieć?

Nie kłopocz się o Evelyn. Powiem jej, że zabieram ciebie i Jonathana na przejażdżkę 

kariolką po okolicy. Nie będzie mogła nam towarzyszyć. Nie obawiaj się, nie zaprotestuje. 

background image

Dopiero później powiem jej całą prawdę. Teraz to zbyt ryzykowne.

Godzinę   później   Cassie   opuszczała   Warrenton.   Jonathan,   ten   aniołeczek,   spal 

spokojnie   w   jej   objęciach.   Przygotowując   się   do   podróży,   trwała   w   błogosławionym 

odrętwieniu. Jednak nie zdążyli ujechać daleko, kiedy nagle jej serce, duszę i cale jestestwo 

chwycił gwałtowny ból. Poczucie winy przytłoczyło ją swoim ciężarem.

Nie może tak uciec od Gabriela - nic w ten sposób, nie jak złodziej nocą. Zbyt wiele 

już przeszli, żeby teraz się poddawać. Teraz, kiedy miała przyszłość w swoich rękach, zaczęła 

się zastanawiać nad słusznością swojej decyzji.

Szeroką   falą   napłynęły   wspomnienia.   Przypominała   sobie   każde   wypowiedziane 

słowo,   każdy   dotyk,   każdą   pieszczotę,   jakiej   od   niego   doznała.   Delikatnie   objęła   dłonią 

główkę Jonathana i przesunęła palcami po brwiach, które już teraz były takie jak u ojca.

Gabriel   miał   rację.   Jonathan   jest   również   i   jego   dzieckiem.   Za   to   kochała   go 

najbardziej. Tak jak jego ojca. Całym sercem i duszą. Myśl o życiu bez niego wydała jej się 

przerażająca.

Nigdy więcej mnie nie opuszczaj, Cassie. Obiecaj, że nigdy mnie nie opuścisz.

Te słowa odbiły się echem w jej mózgu.

Prędzej dałbym sobie rękę ucinać, niż pozwolił cię skrzywdzić.

Wierzę mu, pomyślała, czując w sobie nagły przypływ emocji. I wierzę w niego.

Teraz, kiedy znalazła już odpowiedzi na wszystkie dręczące ją pytania, nie mogła 

kontynuować tej tak pospiesznie rozpoczętej podróży.

Znajdowali się niedaleko Farleigh. Za dziesięć minut miną bramę wjazdową. Pochyliła 

się i dotknęła ręki księcia.

Proszę się zatrzymać, wasza miłość - powiedziała. Zatrzymał gwałtownie kariolkę.

- Co się siało?

Proszę mi wybaczyć, ale nie mogę wyjechać - powiedziała spokojnie. - Nie mogę tak 

zostawić Gabriela. To byłoby nieuczciwe.

Co takiego? Czy mam przez to rozumieć, że chcesz wrócić do Warrenton?

- Nie, wasza miłość powiedziała cicho. - Chciałabym wrócić do domu. Do Farleigh. 

Do mojego męża.

W   jego   oczach   zobaczyła   wściekłość.   Cofnęła   się   instynktownie   na   obite   skórą 

siedzenie. Wolno obrócił głowę i spojrzał jej w oczy. Zobaczyła w nich gorejący płomień 

szaleństwa. Może masz rację...

Szarpnął głową i roześmiał się chrypliwym, szatańskim śmiechem, w którym czaiła 

się groźba. Śmiechem, który wstrząsnął nią aż po koniuszki palców.

background image

- Chcesz wrócić do Farleigh, tak? A więc wrócisz, dziewczyno.

Gabriel zamiast do Farleigh pojechał do Christophera. Tam tak nerwowo przechadzał 

się po umeblowanym  na biało salonie, że gospodarzowi od samego patrzenia zaczęło się 

kręcić w głowie.

Gabriel   był   wściekły.   Wściekły   na   siebie   i   na   Cassie,   że   sprowokowała   go   do 

powiedzenia czegoś, czego nie zamierzał i nie chciał powiedzieć.

Najbardziej jednak gniewało go to, że wciąż nie mógł znaleźć dręczyciela  Cassie. 

Grzmotnął pięścią o dłoń. Tyle czasu i nic. Czyżby miał bielmo na oczach, czy też rozumu 

mu nie stawało? Przez cały dzień nie opuszczało go przeczucie, że coś przegapił, coś, co 

znajdowało się tuż - tuż.

- Gabrielu, to chodzenie nic ci nie da - zauważył sucho Christopher. - A ja będę musiał 

zmienić  dywan  szybciej,  niżbym  tego  pragnął. - Kiedy Gabriel nawet nie  zwolnił kroku, 

westchnął i powiedział: - Słusznie postąpiłeś. Po tym, co zdarzyło się w Farleigh. Cassie 

będzie w Warrenton bezpieczniejsza.

Gabriel zatrzymał się raptownie.

- Masz rację.  - Przesunął ręką po twarzy.  - Jeśli wziąć pod uwagę przeszłość,  to 

Farleigh jest dla niej bardziej niebezpieczne niż Warrenton. Gdybym sądził, że cokolwiek jej 

tam grozi, nie zezwoliłbym na ten wyjazd. Wciąż jednak mam uczucie, że...

Christopher   aż   wyprostował   się   w   fotelu.   Gabriel   wpatrywał   się   nieruchomo   w 

przestrzeń przed sobą. Sprawiał urażenie, jakby zobaczył ducha.

Co się stało? - zapytał zaskoczony. Gabriel pokręcił głową niedowierzająco.

- Cassie powiedziała dzisiaj dziwną rzecz. Że gdyby umarła, mógłbym ponownie się 

ożenić.

- To doprawdy straszne - skrzywił się Christopher. - Biedna dziewczyna. Po pewnym 

czasie przyjdzie do siebie, ale...

- Nie w tym rzecz - przerwał mu Gabriel. - Czy nie rozumiesz? Ona ma rację. Gdyby 

umarła, zostałbym wdowcem... To tak, jakbym w ogóle nic miał żony - dokończył szeptem.

Christopher zmarszczył brwi.

- Nie bardzo nadążam za twoim rozumowaniem. Czy chcesz przez to powiedzieć, że 

mógłbyś wtedy poślubić Evelyn?

Tak... Tak! - W jego głosie zabrzmiały jednocześnie strach i podniecenie.

Christopher zerwał się na równe nogi.

- Na Boga, Gabrielu, tego już za wiele. Jak śmiesz sugerować, że Evelyn mogłaby 

chcieć zabić Cassie tylko po to, by wyjść za ciebie za mąż? Evelyn nie potrafiłaby nikogo 

background image

skrzywdzić, a co dopiero Cassie.

Gabriel chwycił go za ramiona.

- To prawda - przyznał. - Lecz czy mógłbyś to samo powiedzieć o księciu Warrenton?

Christophera zamurowało.

- Mój Boże! - wyszeptał. - Jej ojciec...

- Tylko pomyśl. Książę był w Warrenton, kiedy strzelano do Cassie. Był z Evelyn w 

Londynie, kiedy ją porwano.

I był w Farleigh, kiedy ktoś zatruł jej czekoladę. - Christopher zbladł. - Gabrielu, 

musimy coś zrobić.

Rzucili się pędem do stajni. Jak na skrzydłach pognali do Warrenton. Zanim Evelyn 

zdążyła zejść na dół. Gabriel już był przy niej.

Przyszedłem po Cassie, Evelyn. Gdzie ona jest? Uśmiech zniknął z jej twarzy.

Mój ojciec zabrał ją i Jonathana na przejażdżkę kariolką. Wyjechali... jakiś kwadrans 

temu.

- Nie... O Boże, nie! - Twarz Gabriela  zrobiła się szara. - Musimy ich odnaleźć. 

Musimy ich odnaleźć, zanim będzie za późno.

Evelyn spojrzała na Christophera.

- Co się stało? - zapytała z niepokojem w głosie. - Proszę, powiedz mi, co się stało?

Christopher ujął ją za łokieć. W jego oczach malował się ból. Evelyn... pragnąłbym, 

żebyśmy się mylili.

Okazała się silniejsza, niż przypuszczał, bo bez chwili wahania kazała osiodłać konia i 

ruszyła wraz z nimi na poszukiwania. I jako pierwsza dostrzegła stojącą na poboczu drogi 

kariolkę.

Była pusta. Jedynie na podłodze leżało płaczące dziecko.

background image

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY SZÓSTY

Jonathan  został  wyrwany z objęć  matki,  po czym  Warrenton  zeskoczył  ciężko  na 

ziemię. Wysiadaj! - warknął.

Uczyniła posłusznie, co kazał, i wyciągnęła ręce w błagalnym geście.

- Moje dziecko... proszę.

Warrenton wepchnął niemowlę na podłogę powozu. Gwałtowny ruch obudził dziecko, 

więc   zaczęło   płakać.   Cassie   rzuciła   się   ku   niemu,   lecz   Warrenton   złapał   ją   za   ramię   i 

pociągnął za sobą.

- Nie! - krzyknęła rozpaczliwie. - Czyś waść oszalał? Moje dziecko!

W odpowiedzi unieruchomił ją w żelaznym uścisku. Grube palce upiły się w ciało, 

uniemożliwiając jakikolwiek ruch. Po chwili ruszył w stronę rosnących przy drodze drzew. 

Choć walczyła zaciekle, jej wysiłki były niczym w porównaniu z jego siłą i tężyzną. Przez 

gęstwinę pni i gałęzi przeświecała tafla wody. Dreszcz strachu przebiegł po plecach Cassie. 

Bezgłośny   krzyk   zabrzmiał   w   mózgu.   O   Boże,   tylko   nie   nad   jezioro!   Starając   się   mu 

przeszkodzić, upadła na kolana. Wówczas tak ostro szarpnął ją za ramię, że miała wrażenie, iż 

wyrwał je ze stawu.

Zatrzymał się dopiero na niewielkim pomoście schodzącym ku wodzie. Cofnął się o 

krok.

- A więc nie umiesz pływać, tak? Niezwykle fortunnie się złożyło, że mnie o tym 

poinformowałaś. - Wyszczerzył zęby w chytrym uśmiechu.

Zamierzał ją zabić. Dostrzegła to w jego błyszczących groźnie oczach.

Wiec   to   wy   do   mnie   strzelaliście,   prawda?   I   tego   człowieka   w   Londynie   też 

wynajęliście?   Pamiętam,   jak  któregoś  dnia   wracałam  do  Farleigh.  To   wy  mnie  wówczas 

obserwowaliście, prawda? A wtedy rano to wy wlaliście mi coś do czekolady?

- Tak,  moja  droga. I miałaś  rację,  to  było  laudanum.  Co do strzału,  to haniebnie 

chybiłem.   I   jeszcze   ten   głupiec   w   Londynie!   -   Zaklął   siarczyście.   -   Sprawiłaś   mi   wiele 

kłopotu, dziewczyno. Chciałem to jak najszybciej załatwić, lecz kiedy dwie próby spełzły na 

niczym,   musiałem   uzbroić   się   w   cierpliwość.   Pojmujesz,   chciałem,   by   wyglądało   to   na 

wypadek.   A   kiedy   zniknęłaś,   modliłem   się,   by   znaleziono   cię   martwą   w   jakimś   zaułku. 

Niestety, wróciłaś. - Jego twarz wykrzywiła wściekłość.

- Dlaczego? - zapytała ze ściśniętym gardłem. - Dlaczego tak mnie nienawidzicie? 

Przecież nic wam nie zrobiłam.

- Nic? Gdyby nie ty, Gabriel byłby już dawno mężem Evelyn.

background image

- Ależ ona odetchnęła z ulgą na wieść o tym, że Gabriel się ożenił. Nie chciała go 

poślubić.

Pokręcił głową.

Życzenia Evelyn nie mają tu nic do rzeczy. To raczej sprawa konieczności. Widzisz, 

moja droga, moim największym marzeniem jest przywrócić Warrenton jego dawną świetność. 

Chyba zauważyłaś, że znajduje się w dość haniebnym stanie? Mam również inne dobra, o 

które muszę zadbać. Niestety, ostatnimi laty popadłem w nałóg hazardu.

Szkoda, że szczęście przestało mi dopisywać. Prawdę rzekłszy, moje długi urosły do 

monstrualnych rozmiarów. Czy możesz to sobie wyobrazić? Książę Warrenton w przytułku 

dla ubogich! Moi przodkowie przewróciliby się w grobach. Jedyna nadzieja w tym, by Evelyn 

wyszła bogato za mąż.

- A więc dlatego pragnąłeś, by wyszła za Stuarta, a potem starałeś się doprowadzić do 

małżeństwa z Gabrielem?

Mądra dziewczyna. Muszę dbać o honor rodziny i nie mogę wydać mojej córki za 

kupca. No, ale kiedy z tobą skończę, wszystko będzie tak jak przedtem. Evelyn i Gabriel będą 

mogli się pobrać.

Przeniósł wzrok z Cassie na połyskujące wody jeziora, po czym spojrzał ponownie na 

nieszczęsną dziewczynę.

- Właściwie to nawet dobrze się składa, że umrzesz jak Caroline. W dodatku jezioro 

znajduje się tak daleko od Farleigh. Tak, moja droga, obawiam się, że staniesz się ofiarą 

wypadku, tak samo jak biedna Caroline. - Westchnął dramatycznie. - Niestety, nie zdążę cię 

uratować. Tragiczna strata, ale w twojej śmierci leży moje wybawienie.

Żołądek   ścisnął   jej   się   ze   strachu.   On   ma   rację.   Nikt   niczego   nie   zauważy.   Nikt 

niczego nie usłyszy. Jego bajeczka będzie brzmiała niezwykle wiarygodnie, do tego stopnia, 

że nikt się nawet nie domyśli, co się za nią kryje.

Warrenton wyciągnął z kieszeni mały, lecz groźnie wyglądający pistolet. Machnął nim 

w stronę jeziora.

-   No,   moja   droga,   skoczysz   sama,   czy   będę   zmuszony   cię   popchnąć?   -   Wyraz 

niesmaku   przemknął   mu   przez   twarz.   -   Spodziewam   się,   że   wybierzesz   to   pierwsze 

rozwiązanie, bo nie chciałbym użyć tego przedmiotu. Jest bardzo kłopotliwy.

Cassie wpatrywała się w niego rozszerzonymi strachem oczyma. Jest zupełnie tak, jak 

w moim śnie, pomyślała w odrętwieniu. Za sobą miała spokojne wody jeziora, kryjące w 

głębi mroczny świat śmierci. Zawsze bała się, że utonie, i teraz tak właśnie miała umrzeć - 

powolną, pozbawiającą tchu w piersiach śmiercią.

background image

Wolno pokręciła głową.

Nie skoczę. Będziecie musieli mnie zastrzelić.

Zły uśmiech  wykrzywił  jego  wargi. Zanim się zorientowała,  chwycił  ją za  ramię, 

obrócił twarzą do jeziora i pchnął. Krzyk uwiązł jej w gardle, kiedy poczuła, że traci oparcie i 

leci w przód.

Lodowata woda zalała jej twarz. Mroczna głębia wciągnęła w swą czeluść. Zaczęła 

gwałtownie machać rękami. Udało jej się wydostać na powierzchnię i zaczerpnąć w usta 

ożywczy haust powietrza. Zaraz jednak ponownie się zanurzyła. Usiłowała machać nogami, 

lecz suknia krępowała jej ruchy. Czuła, że jakaś siła ciągnie ją w dół coraz głębiej i głębiej.

Gabrielu! - krzyknęła w myślach. Och, Gabrielu, pomóż mi!...

Nie zauważyła dwóch mężczyzn, którzy jak szaleni gnali przez łąkę w stronę jeziora. 

W   oddali   majaczyła   drobna   kobieca   figurka,   trzymająca   w   ramionach   małe   krzyczące 

zawiniątko.

Warrenton gwałtownie odwrócił głowę. Szatański śmiech zamarł mu na ustach, kiedy 

usłyszał na pomoście szybkie kroki.

Christopher dopadł go pierwszy i wykręcił mu ręce do tyłu.

- Prędko! - krzyknął do Gabriela. - Dopiero co zniknęła pod wodą!

Gabriel ściągnął buty, nie spuszczając wzroku z powierzchni wody. Jezu! - szepnął. - 

Oby nie było za późno.

W następnej sekundzie przeciął gładką taflę wody.

Cassie tymczasem machała w panice ramionami. Ogień trawił jej płuca, lecz bała się 

otworzyć usta, wiedząc, co ją czeka. W głowie zaczęło jej szumieć. Powoli ogarniała ją mgła 

nieświadomości. A więc tak się umiera, pomyślała.

Gabrielowi udało się chwycić ją w talii. Z całej siły pracował nogami, by wypłynąć na 

powierzchnię.   Holując   Cassie   do   brzegu,   starał   się   trzymać   jej   głowę   nad   wodą.   Dyszał 

gwałtownie, zmuszając mięśnie do szalonego wysiłku, aż w końcu udało mu się wyciągnąć ją 

na brzeg.

Opadł przy niej na kolana i chwycił w ramiona. Trzęsącymi się rękoma odsunął jej z 

twarzy mokre kosmyki włosów. Ciało miała zimne i bezwładne. Mokre rzęsy przykleiły jej 

się do policzków. Serce zamarło mu z trwogi.

- Cassie! - krzyknął chrapliwie. - Cassie, otwórz oczy, najdroższa! Otwórz oczy!

Drgnęła, z piersi wyrwał się gwałtowny kaszel i świszczący urywany oddech. Powieki 

zadrżały i uniosły się.

- Czyżbym umarła? - zapytała, chwytając gwałtownie powietrze.

background image

- A więc znowu wydaje ci się, że jesteś w niebie? - zapytał na wpół ze śmiechem, na 

wpół z ulgą w głosie, i przycisnął ją do piersi.

W odpowiedzi uniosła z wysiłkiem ramiona, chwyciła jego ociekającą wodą głowę i 

przytuliła się do niej.

- Wiesz, że tak? - wyszeptała z wargami tuż przy jego ustach.

W tym momencie rozległ się suchy trzask i rozdzierający serce krzyk. Gabriel uniósł 

głowę. Cassie usiłowała się wyprostować.

- Nie! Nie patrz! - Ukrył jej twarz na swej piersi.

- Co się stało? Muszę to wiedzieć! - krzyknęła przerażona.

- To Warrenton, skarbie. On... on się zastrzelił.

- Nie! Och, nie! Biedna Evelyn...

Pochyliła głowę i rozpłakała się żałośnie. Gabriel przytulił ją do siebie. Koszmar się 

skończył. Czas było wracać do domu.

Cassie   zawiązała   w   talii   szarfę   od   szlafroka.   Długa   gorąca   kąpiel   przyniosła   ulgę 

zmarzniętemu ciału, mimo to Cassie była zbyt niespokojna, by zasnąć.

Jej   myśli   wciąż   krążyły   wokół   wydarzeń   tego   wieczoru.   Nie   czuła   nienawiści   do 

księcia   Warrenton,   jedynie   smutek   i   żal.   Sercem   byłą   z   Evelyn,   na   oczach   której   ojciec 

odebrał   sobie   życie.   Wiedziała   jednak,   że   rozpacz   przyjaciółki   złagodziła   obecność 

Christophera. To on ją pocieszał, to w jego ramionach płakała. Christopher ją kochał i Cassie 

nie wątpiła, że jego miłość zagoi rany Evelyn.

Edmund był zupełnie zaskoczony podstępnymi i nikczemnymi intrygami przyjaciela. 

Słuchał w niemym zdumieniu relacji Gabriela z tego, co zaszło i co opowiedziała mu Cassie. 

Potem cicho wycofał się do swego gabinetu.

Jonathan   był   już   nakarmiony,   poszła   więc   tylko   upewnić   się,   czy   wszystko   w 

porządku. Ku jej zaskoczeniu świeca wciąż się paliła w pokoju dziecinnym, rzucając nikły 

blask   na   korytarz.   Jednocześnie   posłyszała   przyciszone   męskie   glosy.   Zatrzymała   się 

niepewnie przy drzwiach. Jest bardzo do ciebie podobny, wiesz?

To   był   głos   Edmunda.   Odwróciła   się   lekko   i   spojrzała   w   lustro   wiszące   na 

przeciwległej ścianie. Odbicie ukazało jej Gabriela i Edmunda pochylających się nad kołyską.

- Modlę się, żeby nie miał mojego temperamentu - powiedział Gabriel.

- Ani mojego - dodał Edmund ze śmiechem w głosie. Cassie zamarła w bezruchu. 

Niewidoczna dla rozmawiających, słyszała każde ich słowo.

- Jeśli będzie miał szczęście - dodał Edmund - wyrośnie na takiego człowieka jak jego 

matka.

background image

Cassie zamrugała oczami, zaskoczona. Kiedy Gabriel się nie odezwał, domyśliła się, 

że też był mocno zdziwiony.

- Czy wiesz - powiedział Edmund po chwili - że na początku byłem zdecydowany 

traktować ją jak intruza i nigdy nie zaakceptować kobiety z jej pochodzeniem, w dodatku 

Jankeski? Ale mijały tygodnie, a ja zacząłem czuć do niej coś, o co nigdy bym siebie nie 

podejrzewał. Zaległa cisza.

- I co to takiego? - zapytał wolno Gabriel.

Podziw - odpowiedział cicho Edmund - - To dziwne. Choć pewnie nie raz się bała, 

nigdy nie traciła odwagi. Potrafiła się też przyznać do swoich błędów i nie bała się okazywać 

uczuć. Jakimś sposobem sprawiła, że ujrzałem siebie takim, jakim jestem naprawdę.

Cassie   przywarła   plecami   do   ściany.   Przycisnęła   pięść   do   ust.   by   nie   wybuchnąć 

płaczem. W gardle czuła dławienie. Ogarnęła ją nagle wielka ulga. Pomyśleć, że zdobyła 

przychylność Edmunda. Kiedyś wydawało się to nieprawdopodobne, wprost niemożliwe.

- Czy pamiętasz ten wieczór, kiedy ją przywiozłeś? Krzyknąłem wówczas, że nowa 

suknia nic uczyni z niej damy. - Edmund zaśmiał się ostrym, gardłowym śmiechem. - Ona już 

wtedy była damą. I wiesz co? Myślę, że nas obu zawstydziła.

W tym momencie jakby się zawahał i w jego głosie zabrzmiała niepewność.

-   Miałeś   rację   co   do   swojej   matki.   Gabrielu.   Ja...   ja   nie   kochałem   jej   tak.   jak 

powinienem... jak mógłbym,  gdybym  tylko spróbował. I naprawdę nie wiedziałem, że jej 

śmierć nie była przypadkowa, że odebrała sobie życie z mojego powodu. Żałuję tylko, że nie 

powiedziałeś mi tego przed laty, choć rozumiem, czemu tak się stało.

Serce jej się ścisnęło. Wiec Caroline postanowiła odebrać sobie życie. Cassie zawsze 

podejrzewała, że coś się za tym kryje. Teraz już wiedziała co. Zanim jednak zdążyła się nad 

tym zastanowić, posłyszała głos Gabriela.

- Nie ma potrzeby...

Jest,  i   to  duża.  Gabrielu.  Nawet  nie   wiesz,  jak   wielki   ogarnia  mnie  wstyd,  kiedy 

pomyślę, jak ją traktowałem i jak traktowałem ciebie, mojego syna. Sądziłem, że na swój bunt 

i opór sam sobie zasłużyłeś, i ja nie jestem niczemu winny. Teraz wiem, że jeśli byłeś twardy, 

to dlatego, że to ja cię do tego zmusiłem. Jeśli jesteś uparty, to dlatego, że... że jesteś moim 

synem. Zrozumiałem też, że... to nie ty się ode mnie odwróciłeś. To ja cię odepchnąłem. Moją 

własną arogancją, egoizmem i ignorancją. - Umilkł. - Chciałbym odzyskać syna, jeśli to tylko 

możliwe. Popełniłem tyle błędów i nawet nie próbowałem ich naprawiać. - Ku zaskoczeniu 

Cassie głos niepokojąco zaczął mu się łamać. - Życzyłbym tobie i... mojemu wnukowi, byście 

mieli   coś,   czego   my   nigdy   naprawdę   nie   mieliśmy.   Rodzinę   i   szczęście.   Poczucie 

background image

wzajemnego zaufania i więzi. Wierzę, że z pomocą Cassie i Jonathana to osiągniecie.

Cassie... Ile to słowo dla niej znaczyło. Przełknęła palące łzy i pokręciła głową, wciąż 

nie mogąc w to uwierzyć. W tym momencie dostrzegła w lustrze Gabriela. Trzymał Jonathana 

na   ramieniu   i   gładził   go   po   plecach.   Wpatrywał   się   w   ojca   z   wyrazem   niezwykłej 

intensywności.

- Nie jesteś tym człowiekiem, którego znałem powiedział cicho.

- Ty również. - Edmund uśmiechnął się lekko.

Zaległa pełna napięcia cisza. Cassie zacisnęła oczy, a kiedy je otworzyła, nie była w 

stanie ukryć zdumienia. Gabriel podał syna ojcu.

- Myślę - powiedział cicho - te nadszedł czas, abyś lepiej poznał swego wnuka.

Tego było już dla Cassie za wiele. Gorące łzy zalały jej oczy. Odeszła w pośpiechu, by 

nie zostać zauważona.

Bezpieczna  w  swoim  pokoju,  otarła oczy wierzchem dłoni.  Wydawało  się, że nic 

dobrego nie zdarzy się już tego dnia. Na szczęście się myliła. Dobiegła końca wojna między 

Gabrielem a jego ojcem. Może wiec nadszedł czas, by i ona porozumiała się z mężem. Nie 

było jeszcze okazji, by z nim porozmawiać, a tyle spraw pozostało nie wyjaśnionych...

Jakiś szelest zwrócił jej uwagę. Uniosła głowę i zobaczyła, że Gabriel właśnie wszedł 

przez drzwi łączące ich pokoje. Serce podskoczyło jej do gardła. Nigdy nie wydał jej się 

równie przystojny jak teraz. Płomień świecy podkreślał piękno jego męskich rysów.

Nigdy też bardziej go nie kochała.

- Gabrielu, ja... ja muszę ci coś powiedzieć. Nie powinnam była w ciebie wątpić. Nie 

wiem, jak mogłam myśleć, że pragniesz mojej śmierci. Do końca życia nie przestanę tego 

żałować. I... choć wiem, że na to nie zasługuję, ale powiedz mi. czy naprawdę chcesz, abym 

wyjechała?

Zaległa pełna napięcia cisza. Miała wrażenie, że w żołądku zawiązał jej się supeł. 

Minęła chyba cała wieczność, zanim się odezwał. Jego głos brzmiał tak cicho, że musiała 

mocno natężać słuch.

- Gdybyś była mądra, Cassie, wyjechałabyś. - Umilkł, po czym dodał łagodnie: - Nie 

obawiaj się. Nie zabiorę ci Jonathana. Mam jednak nadzieję, że będę mógł go widywać. I, tak 

jak obiecałem, postaram się, by niczego ci nie zabrakło.

Z wyjątkiem ciebie, pomyślała. Czuła się tak, jakby otrzymała cios w samo serce. Nie 

była w stanie oddychać. Nie wiedziała, jak znalazła odwagę, by pytać dalej.

- To nie jest odpowiedź. - Ku swemu przerażeniu posłyszała, że głos jej drży. - Czy 

chcesz, abym wyjechała? Naprawdę tego chcesz?

background image

Stała tam, cała drżąca, z twarzą mokrą od łez. Spojrzał w tę bladą, piękną twarzyczkę i 

pomyślał, że niczym sobie na nią nie zasłużył. Przed chwilą ponownie ją skrzywdził... Zresztą 

zawsze ją krzywdził...

Zamknął oczy, by nie widzieć jej łez.

Nie - wyszeptał. - Choć, jak mi Bóg miły, powinienem. Tak byłoby lepiej dla ciebie.

Skoro więc nie chcesz, dlaczego muszę odejść? Och, błagam. Gabrielu, powiedz mi, 

co czujesz. Nie mów mi tego, co twoim zdaniem chciałabym usłyszeć. Nie ukrywaj też tego, 

czego, jak sądzisz, nie chcę wiedzieć. Po prostu powiedz, co kryje się w twoim sercu.

W trzech susach znalazł się przy niej. Czuł, że wzbiera w nim fala emocji, zbyt silna, 

by ją powstrzymać, i zbyt silna, by zaprzeczyć.

- Ty jesteś w moim sercu. Cassie... Ty i nikt inny... - powiedział cicho, wpatrując się w 

nią płonącymi oczyma.

Radość wezbrała jej w piersi. Oczy zajaśniały blaskiem. Nieśmiało oparta mu dłonie 

na piersi. Gabrielu...

Wsunął palce w jej włosy i przytrzymał ją za kark. W jego wzroku była niezwykła 

łagodność.

- Kocham cię - wyszeptał. - Jesteś moją panią, moją żoną, moim życiem.

Tę miłość dostrzegła w jego oczach, głosie i w dotyku jego rąk, które przyciągnęły ją 

bliżej. Zalała ją błoga fala szczęścia.

Och, Gabrielu, ja też cię kocham... Od tak dawna. Proszę, powiedz mi to jeszcze raz. - 

Na zmianę to śmiała się, to płakała, i nie było w tym nic niewłaściwego.

- Kocham cię - powiedział z wargami tuż przy jej ustach.

- Jeszcze raz - zażądała. Przytulił ją mocno.

- Kocham cię... Boże, jakże cię kocham! - wyszeptał i potem już żadne z nich nie było 

w stanie niczego powiedzieć.

Znacznie później, kiedy na niebie zapłonął księżyc, Cassie przypomniała sobie, co 

Gabriel powiedział zaledwie kilka dni temu:

Przychodzi wreszcie czas, by zapomnieć i zacząć wszystko od nowa.

Uśmiechnęła się.

Ten czas właśnie nadszedł.