background image

Dick Francis

Pewniak

 

background image

Dick Francis  (1920), Walijczyk,  jest jednym  z najpopularniejszych  w Wielkiej  Brytanii 

pisarzy sensacyjnych.  Po kilkuletniej służbie w RAF-ie zadebiutował na wyścigach jako jeździec 

amator, po czym został zawodowym dżokejem. Miał tytuł mistrza dżokejów. Po kilku latach został 

sprawozdawcą wyścigowym dla  “Sunday Express”  i zaczął pisać. Pierwsza była książka  “Sport 

Królowych”  (1957),   po   niej   nastąpiły   liczne   kryminały,   zawsze   związane   z   wyścigami.   Za 

“Forfeit” otrzymał nagrodę E.A. Poego jako za najlepszy kryminał 1969 roku w Ameryce. 

 

background image

1

  Głęboko   wciągnąłem   nosem  zapach   rozgrzanego   konia   i  zimnej   nadrzecznej   mgły. 

Słyszałem tylko świst i łomot galopujących kopyt i czasem brzęk podkowy o podkowę. Za mną 

jechali rozciągniętą grupą mężczyźni ubrani jak ja w białe jedwabne spodnie i jaskrawe swetry, a 

przede mną, wyraźnie  czerwono-zielony na tle mlecznej  zasłony mgły,  jeden samotny jeździec 

osadzał konia do skoku przez czerniejącą na torze brzozową faszynę. 

  Wszystko   właściwie   odbywało   się   tak,   jak   się   spodziewano.   Swój   dziewięćdziesiąty 

siódmy bieg przeszkodowy wygrywał Bill Davidson. Admirał, jego kasztan, dowodził bez trudu, że 

wciąż jest najlepszym koniem przeszkodowym królestwa, a ja, jak tyle razy przedtem, przez kilka 

minut podziwiałem ich obu z tyłu. 

  Potężny   kasztanowaty   zad   przede   mną   zebrał   się   w   sobie,   naprężył   i   odbił.   Admirał 

przeleciał nad przeszkodą bez wysiłku, jak przystało na prawdziwego championa. I kiedy skakałem 

za nim, stwierdziłem, że zyskał przewagę dalszych dwóch długości. Byliśmy na najdalszym krańcu 

toru wyścigowego w Maidenhead, ponad pół mili od celownika. Nie miałem cienia nadziei, że go 

dogonię. 

  Lutowa mgła gęstniała. Dalej niż od jednej przeszkody do drugiej nic nie sposób było 

dojrzeć, a cicha, otaczająca wszystko biel jak gdyby izolowała nas, samotny sznurek jeźdźców, w 

odciętej od świata otchłani. Jedyną rzeczywistością był pęd. Celownik, tłumy, trybuny i członkowie 

komisji technicznej, pozostawione w tyle w tej mgle, niewidoczne, znów na nas czekały, ale na tym 

długim, półtoramilowym zakolu wręcz trudno było uwierzyć, że są tam rzeczywiście. 

 Był to jakiś nierealny, oderwany świat, w którym wszystko mogło się zdarzyć. I zdarzyło 

się. 

  Okrążyliśmy pierwszy odcinek  zakola i wyprostowali przed  następną przeszkodą. Bill o 

dobre dziesięć długości wyprzedzał mnie i inne konie, i nie wysilał się. Rzadko musiał się wysilać. 

Torowy przy następnej  przeszkodzie przeszedł od jej skraju ku środkowi toru przeciągając  po 

drodze ręką nad faszyną i dał nura pod bandę. Bill się obejrzał przez ramię i dojrzałem błysk jego 

zębów, kiedy uśmiechnął się z zadowoleniem widząc mnie tak daleko za sobą. Potem spojrzał w 

stronę przeszkody i ocenił odległość. 

  Admirał wszedł na przeszkodę doskonale. Poderwał się przed  nią, jak gdyby latanie nie 

było wyłączną domeną ptaków. 

 I runął. 

  Osłupiały,   widziałem,   jak  kasztanowate   nogi   biją   powietrze,   kiedy   koń  wywijał   kozła 

spadając. Mignęła mi jaskrawa postać Billa lecącego głową w dół ze szczytowego punktu skoku i 

usłyszałem łomot, z jakim Admirał wylądował na nim na grzbiecie. 

background image

  Automatycznie   dałem   w   prawo   i   wziąłem   konia   na   siebie  przed  przeszkodą.   Z   góry, 

przelatując nad faszyną, spojrzałem w dół na Billa. Leżał bezwładnie na ziemi z ręką odrzuconą w 

bok. Oczy miał zamknięte. Admirał upadł ciężko na grzbiet, na niczym nie osłonięty brzuch Billa i 

szarpał się teraz w tył i w przód, gorączkowo starając się wstać. 

  Mignęło mi  coś pod nimi, coś  dziwnego, czego nie powinno tam  być.  Ale za  szybko 

przelatywałem, żeby się dobrze przyjrzeć. 

  Kiedy   mój   koń   przyspieszył   za   przeszkodą,   zemdliło   mnie,   jakbym   ja   sam   dostał   w 

żołądek. W tym upadku było coś takiego, co go niewątpliwie kwalifikowało jako morderczy. 

  Rzuciłem okiem za siebie. Admirałowi udało się wstać i pocwałował luzem, a torowy 

podszedł i nachylił się nad Billem, który wciąż leżał na ziemi bez ruchu. Odwróciłem głowę, żeby 

skupić uwagę na wyścigu. Wyszedłem na prowadzenie i nie powinienem go stracić. Poboczem toru 

nadbiegł i minął mnie ktoś z pierwszej pomocy w czarnym garniturze i białym szaliku. Dotychczas 

stał przy przeszkodzie, do której się właśnie zbliżałem, a teraz biegł na pomoc Billowi. 

 Przeprowadziłem konia przez następne trzy przeszkody, ale nie wkładałem już w to serca, i 

kiedy przed zatłoczonymi trybunami pojawiłem się jako zwycięzca, witające mnie westchnienie i 

jęk wydały mi się dość stosownym przyjęciem. Minąłem celownik, poklepałem konia po szyi i 

spojrzałem   na   trybuny.   Większość   głów   wciąż   zwrócona   była   w   stronę   ostatniej   przeszkody, 

wypatrując w nieprzeniknionej mgle Admirała, niewątpliwego pewniaka, który od dwóch lat po raz 

pierwszy przegrywał gonitwę. 

 Nawet miła starsza pani, której konia dosiadałem, powitała mnie pytaniem:

 - Co się stało Admirałowi? 

 - Upadł. 

 - Cóż za szczęśliwy traf - powiedziała pani Mervin śmiejąc się radośnie. 

 Ujęła uzdę, żeby odprowadzić konia do rozsiodłania. Zsunąłem się na ziemię i rozpiąłem 

popręg niezręcznymi od szoku palcami. Głaskała konia i dalej  szczebiotała, jak to się cieszy, że 

wygrała, i jakie to  nieoczekiwane i jakie to  szczęście, że dla odmiany zawiódł Admirał, choć z 

drugiej strony oczywiście wielka szkoda. 

  Kiwałem   głową,   uśmiechałem   się   i   nie   odpowiadałem,   to   bowiem,   co   mógłbym 

powiedzieć, zabrzmiałoby brutalnie i niegrzecznie. Niech się nacieszy swoją wygraną, myślałem. 

Nieczęsto jej się zdarza. A Bill, ostatecznie, może wyjdzie z tego cało. 

  Ściągnąłem z konia siodło i zostawiając promienną panią Mervin przyjmującą zewsząd 

gratulacje,  przecisnąłem  się przez tłum do wagi. Zważyłem  się i kiedy uznano moją wagę za 

prawidłową, wyszedłem do szatni i położyłem swój ekwipunek na ławie. 

 Zjawił się Clem, służący wyścigowy, który opiekował się moimi rzeczami. Był niewysoki i 

background image

już starszy, bardzo dziarski i schludny, miał ogorzałą twarz i ścięgna na przegubach rąk jak mocno 

naciągnięte postronki. 

 Podniósł siodło i pieszczotliwie przeciągnął dłonią po skórze. Nabrał tego zwyczaju przez 

długie lata pielęgnowania miękkich skór. Głaskał siodło tak, jak kto inny głaskałby policzek ładnej 

dziewczyny, rozkoszując się jego miękkością i meszkiem. 

 - Dobra robota, psze pana - powiedział, choć nie wyglądał na zachwyconego. 

 Nie chciałem gratulacji. Zauważyłem szorstko:

 - Admirał powinien był wygrać. 

 - Upadł? - zapytał z niepokojem Clem. 

 - Tak. 

 Po zastanowieniu nie mogłem tego pojąć. 

 - A majorowi Davidsonowi nic się nie stało, psze pana? - zapytał Clem. Usługiwał również 

Billowi i wiedziałem, że traktuje go jak bożka. 

 - Nie wiem - przyznałem. 

 Ale twardy łęk siodła wbił mu się w brzuch pod ciężarem wielkiego konia walącego się z 

szybkością trzydziestu mil na godzinę. Jaką, biedak, miał szansę, pomyślałem. 

  Zarzuciłem   kożuszek   i  poszedłem   do  gabinetu   pierwszej   pomocy.   Pod   drzwiami   stała 

Scilla,   żona   Billa,   blada   i   roztrzęsiona,   ze   wszystkich   sił   starając   się   opanować   lęk.   Jej   mała 

zgrabna   postać   przybrana   była   w   wesoły   szkarłat,   a   na   chmurze   czarnych   loków   tkwiła 

wyzywająco czapka z norek. Strój stosowny z okazji sukcesu, nie zmartwienia. 

 - Alan - powiedziała z ulgą na mój widok. - Doktor go ogląda i prosił, żebym tu zaczekała. 

Co myślisz? Źle z nim? 

 Błagała, a ja niewiele mogłem jej dać pociechy. Objąłem ją. 

 Spytała, czy widziałem, jak Bill spadł, więc jej powiedziałem, że spadł na głowę i może 

mieć lekki wstrząs mózgu. 

 Drzwi się otworzyły i wyszedł z nich wysoki, szczupły i zadbany mężczyzna. Lekarz. 

 - Czy pani Davidson? - zwrócił się do Scilli. Skinęła głową. - Obawiam się, że mąż pani 

musi jechać do szpitala - oznajmił. - Nie byłoby rozsądne odsyłać go do domu bez prześwietlenia. - 

Uśmiechnął się pocieszająco, a ja poczułem, jak Scilla trochę się odpręża. 

 - Czy mogę wejść go zobaczyć? - zapytała. 

 - Doktor się zawahał. 

 - Proszę - zgodził się wreszcie ale on jest prawie nieprzytomny. Doznał silnego uderzenia 

w głowę. Proszę nie próbować go budzić. 

 Kiedy ruszałem już za Scillą, doktor zatrzymał mnie, kładąc mi rękę na ramieniu. 

background image

 - Pan York? 

 To on przeprowadzał regulaminowe badania po moim wczorajszym lekkim upadku. 

 - Tak. 

 - Czy to pana bliscy znajomi? 

 - Tak, prawie przez cały czas u nich mieszkam. 

 Ciasno zwarł wargi, zamyślony. Po czym powiedział: 

 - Jest niedobrze. Wstrząs to głupstwo, ale on ma krwotok wewnętrzny, prawdopodobnie z 

pękniętej śledziony. Dzwoniłem do szpitala, żeby go przyjęto  jako pilny przypadek, kiedy  tylko 

zdołamy go tam dowieźć. 

  Jeszcze gdy mówił, podjechała do nas tyłem jedna z wyścigowych karetek pogotowia. 

Pielęgniarze wyskoczyli, otworzyli tylne drzwi, wyciągnęli wielkie nosze i wnieśli je do gabinetu 

pierwszej   pomocy.   Lekarz   wszedł  za   nimi.   Wkrótce   wszyscy   znów  się   pojawili   z   Billem   na 

noszach. Scilla szła za nimi z wyraźnym,  głębokim i w pełni uzasadnionym wyrazem lęku na 

twarzy. 

 Zwarta, opalona i pogodna twarz Billa, teraz sinobiała i pokryta drobnymi kropelkami potu, 

przetaczała się bezwładnie na boki. Otwartymi ustami słabo chwytał powietrze, a ręce niespokojnie 

pociągały za koc. Wciąż miał na sobie wyścigowe barwy w zielono-czerwoną kratę, co wyglądało 

najbardziej złowieszczo. 

 - Jadę z nim karetką - zwróciła się do mnie Scilla. - Możesz przyjechać?

  -   Biorę   jeszcze   udział   w   ostatnim   biegu   -   powiedziałem.   -   Zaraz   potem   przyjadę   do 

szpitala. Nie martw się, wszystko będzie dobrze. 

 Ale nie wierzyłem w to, tak samo jak ona. 

  Kiedy   odjechali,   minąłem   budynek   z   wagą   i   przez   parking   wyszedłem   nad   rzekę. 

Wezbrana świeżo stopniałym śniegiem Tamiza płynęła szybko, płowa jak piasek, niosąc na sobie 

białe szumowiny. Wody wytaczały się z mgły jakieś sto jardów na prawo ode mnie, kotłowały się 

wokół zakrętu, przy którym stałem, i znowu znikały we mgle. Były wzburzone i zmącone, a droga 

przed nimi ukryta we mgle. Zupełnie jak przede mną. 

 W domu, w Bulawayo, gdzie chodziłem do szkoły, nauczyciel matematyki poświęcił wiele 

godzin (za wiele, jak sądziłem w młodości), żeby nauczyć nas wyciągać właściwe wnioski z paru 

znanych faktów. Dedukcja nie  tylko należała do wykładanego przez niego przedmiotu, ale była 

także jego hobby i czasami udawało się nam go podpuścić, żeby zamiast problemów geometrii czy 

algebry   wykładał   nam   metody   Sherlocka   Holmesa.   Jedną   po   drugiej   wypuszczał   całe   klasy 

chłopców zdolnych bystrym okiem  dostrzec zdarte noski w bucikach  posługaczek i księży albo 

odciski na czubkach palców harfistów. I poziom matematyki w szkole był wyjątkowo wysoki. 

background image

 Dziś, oddalony o tysiące mil i siedem lat od rozprażonej słońcem szkolnej klasy, stojąc w 

angielskiej mgle i wściekle marznąc, przypomniałem sobie mojego nauczyciela, zebrałem fakty i 

przyjrzałem się im.

 Znane fakty... Admirał, znakomity koń przeszkodowy, nagle w połowie skoku upadł bez 

żadnej widocznej przyczyny.  Kiedy Bill i ja nadjeżdżaliśmy, przez tor za przeszkodą przeszedł 

torowy, ale w tym nie było nic niezwykłego. A kiedy brałem płot i spojrzałem na Billa, gdzieś na 

skraju pola widzenia dojrzałem nikły,  wilgotny szary i metaliczny  błysk. Zastanowiłem się nad 

tymi faktami przez dłuższą chwilę. 

 Wniosek nasuwał się oczywisty, ale nie do przyjęcia. Trzeba sprawdzić, czy to właściwy 

wniosek. 

  Wróciłem po rzeczy i żeby zważyć się przed ostatnią gonitwą, ale kiedy wkładałem do 

woreczków obciążenie, żeby dorównać wadze ustalonej przez handikapera, włączono głośniki i 

ogłoszono, że wskutek gęstniejącej mgły ostatni bieg zostaje odwołany. 

 W szatni zrobił się ruch, herbata i placek owocowy zniknęły w przyspieszonym tempie. Od 

śniadania   minęło   już   wiele   czasu,   toteż   przebierając   się   wepchnąłem   do   ust   parę   kanapek   z 

wołowiną. Załatwiłem z Clemem przesłanie mojego ekwipunku do Plumpton, gdzie startowałem za 

cztery dni, i wybrałem się na niemiły spacer. Chciałem się bliżej przyjrzeć miejscu, w którym upadł 

Bill. 

  Pieszo od trybun do końca toru  wyścigowego Maidenhead było daleko, toteż zanim tam 

dotarłem, buty, skarpety i nogawki od spodni miałem zupełnie przemoczone od mokrej trawy. Było 

bardzo zimno, bardzo mgliście. Dokoła nikogo. 

  Doszedłem   do   przeszkody,   niewinnej,   łagodnej,   łatwej   do  przesadzenia   faszyny   - 

ustawionych na sztorc gałęzi czarnej wierzby. Jej głębokość u podstawy wynosiła trzy stopy, u 

szczytu zmniejszała się o połowę, wysokość sięgała czterech stóp i sześciu cali, szerokość około 

czterech jardów. Zwyczajna i łatwa. 

  Starannie   zbadałem   teren   wzdłuż   faszyny   po   stronie  zeskoku.   Wszystko   jak   zwykle. 

Okrążyłem ją i przeszedłem na drugą stronę. Nic. Zajrzałem w skrzydło naprowadzające konia na 

przeszkodę, od wewnętrznej strony toru, tam gdzie leżał Bill. Też nic. 

 Dopiero pod skrzydłem od zewnętrznej strony toru znalazłem to, czego szukałem. Leżało 

w wysokiej trawie, na wpół schowane, zroszone kroplami mgły, zwinięte i zabójcze. 

 Drut. 

  Było   go   sporo,   srebrnoszary   zwój   o   średnicy   mniej   więcej   stopy   leżał   przyciśnięty 

kawałkiem   drewna.   Jeden   jego   koniec   prowadził   do   głównego   słupka   w   skrzydle,   gdzie   był 

uwiązany   na   wysokości   dwóch   stóp   ponad   poziomem   brzozowej  faszyny.   Uwiązany,   jak 

background image

stwierdziłem, szczególnie mocno, rzeczywiście bardzo mocno. Nie mogłem go odwiązać palcami. 

 Wróciłem do wewnętrznego skrzydła i przyjrzałem się słupkowi z tej strony. Dwie stopy 

nad faszyną w drewnie znajdował się rowek. Ten słupek był kiedyś pomalowany na biało i ślad 

rysował się wyraźnie. 

  Dla mnie  było  jasne, że tylko  jedna osoba mogła  przeciągnąć  ten drut. Torowy.  Ten, 

którego sam widziałem, jak przechodził z jednej strony toru na drugą. Ten, pomyślałem z goryczą, 

którego zostawiłem, żeby udzielił pomocy Billowi. 

 W gonitwie na trzy mile w Maidenhead okrążało się tor dwa razy. W pierwszym okrążeniu 

nie było żadnego kłopotu z tą przeszkodą. Bezpiecznie przeskoczyło ją dziewięć koni,  Admirał 

jako trzeci, w kontrolowanym czasie, a ja obok niego. Zdążyłem rzucić Billowi uwagę, jak mało 

jestem zachwycony angielskim klimatem. 

 W drugim okrążeniu Admirał prowadził o kilka długości. Torowy, skoro tylko zobaczył, że 

Bill wziął poprzednią przeszkodę, musiał przejść przez tor z luźnym końcem drutu i okręcić go o 

słupek z drugiej strony, napinając w powietrzu, prawie niewidoczny, dwie stopy nad faszyną. Na 

tej wysokości Admirał musiał zaczepić piersią. 

 Ta bezwzględność wzbudziła we mnie powolny, głęboki gniew, który, choć wtedy tego nie 

wiedziałem, miał mi towarzyszyć jako bodziec do działania przez wiele jeszcze tygodni. 

 Nie mogłem mieć pewności, czy koń zerwał drut, kiedy o niego uderzył, czy ściągnął go z 

palika.   Nie   znajdując   jednak  luźnych   kawałków   i   widząc,   że   zwój   leżący   przy   zewnętrznym 

skrzydle nie jest porwany, uznałem za prawdopodobne, że upadający koń zerwał słabiej uwiązany 

koniec drutu. Żaden z biegnących za mną siedmiu koni się nie potknął. Podobnie jak ja wszyscy 

musieli   przeskoczyć  nad   resztkami  pułapki.  Był  to   rozmyślny  zamach   na  określonego  konia   i 

jeźdźca, chyba że torowy byłby szaleńcem, czego w żaden sposób nie można było wykluczyć. W 

tym   stadium   gonitwy   Bill   na  Admirale   wychodził   zwykle   na   prowadzenie,   często   zyskując 

przewagę dwudziestu długości, a jego czerwono-zielone barwy nawet w mglisty dzień były dobrze 

widoczne. 

  W   tym   momencie,   bardzo  wzburzony,   ruszyłem   z   powrotem.   Ściemniało   się   już. 

Zabawiłem przy przeszkodzie  dłużej, niż przypuszczałem, i kiedy wreszcie  znalazłem się przy 

wadze,   zamierzając   powiedzieć   o   drucie   dyrektorowi   toru,   przekonałem   się,   że   wszyscy   poza 

stróżem jż wyszli. 

  Stróż, niemiły staruch bezustannie wysysający coś spomiędzy zębów, oświadczył, że nie 

wie, gdzie można by znaleźć dyrektora. Dodał, że dyrektor pięć minut temu odjechał w stronę 

miasta. Nie wiedział, dokąd się udał ani kiedy wróci. Następnie, narzekając, że musi doglądać 

pięciu osobnych pieców poza centralnym  bojlerem i że ta mgła szkodzi mu na oskrzela, stróż 

background image

poczłapał pilnie w stronę ciemno majaczącej bryły trybuny głównej. 

  Patrzyłem, jak odchodzi, niezdecydowany. Wiedziałem, że powinienem komuś z władz 

powiedzieć   o   tym   drucie.   Ale   komu?   Członkowie   komisji  technicznej,   którzy   towarzyszyli 

gonitwom, wszyscy byli już w drodze do domu i wlekli się mozolnie przez tę mgłę, nieosiągalni. 

Dyrektor   wyjechał.   Drzwi   od   jego   biura,   jak   się   przekonałem,   były   zamknięte.   Dużo   bym 

potrzebował czasu, żeby kogoś odnaleźć, przekonać do powrotu na tor i skłonić, aby podjechał w 

głąb   toru   w   ciemnościach   i   po   tym   wyboistym   terenie.   A   potem   czekałyby   mnie  dyskusje, 

powtarzanie i oświadczenia. Minęłoby wiele godzin, zanim mógłbym się urwać. 

  Tymczasem  w szpitalu  w  Maidenhead Bill  walczył  ze śmiercią,  a ja bardzo chciałem 

wiedzieć, czy mu się uda. Scillę czekały godziny rozdzierającego niepokoju i obiecałem, że będę z 

nią   tak   prędko,   jak   tylko   zdołam.   Już   za   długo   zmitrężyłem.   Drut,   osłonięty   mgłą   i   mocno 

przyczepiony do palika, poczeka do jutra, pomyślałem. A Bill może nie doczekać. 

 Na parkingu stał samotnie jaguar Billa. Wsiadłem, włączyłem światła i ruszyłem. Z bramy 

skręciłem w lewo, ostrożnie przejechałem drogą dwie mile, znowu skręciłem w lewo, za rzekę, i 

krętymi, jednokierunkowymi ulicami Maidenheadu dotarłem wreszcie do szpitala. 

 W jasno oświetlonym ruchliwym hallu nie było śladu Scilli. Zapytałem portiera. 

 - Pani Davidson? Mąż dżokej? Zgadza się, jest w środku, w poczekalni. Czwarte drzwi na 

lewo. 

 Odnalazłem ją. Czarne oczy Scilli wydawały się olbrzymie, podkreślone szarymi cieniami. 

Jej smutna i napięta twarz była poza tym zupełnie bezbarwna. Zdjęła też swoją frywolną czapkę. 

 - Jak Bill? - zapytałem. 

 - Nie wiem. Tylko mi powtarzają, żebym się nie martwiła. 

 Była bardzo bliska łez. 

 Usiadłem obok i ująłem ją za rękę. 

 - Dodajesz mi otuchy, Alan - powiedziała. 

 Niedługo drzwi się otworzyły i wyszedł jasnowłosy młody lekarz z dyndającym na piersi 

stetoskopem. 

 - Myślę, pani Davidson... - zaczął i urwał. - Myślę, że powinna pani wejść i posiedzieć z 

mężem. 

 - Jak on się czuje? 

 - Nie... niezbyt dobrze. Robimy wszystko, co możemy. - Zwracając się do mnie, zapytał: - 

Pan jest krewnym? 

 - Przyjacielem. Odwiozę panią Davidson do domu. 

 - Tak. Zaczeka pan, czy wróci po nią? Później wieczorem...

background image

 Ten ostrożny głos, te neutralne słowa coś przekazywały. Popatrzyłem mu uważniej w twarz 

i już wiedziałem, że Bill umiera. 

 - Zaczekam. 

 - Dobrze. 

 Czekałem cztery godziny, zapoznając się dokładnie ze wszystkimi szczegółami wzoru na 

zasłonach i pęknięciami w brunatnym linoleum. Ale głównie myślałem o tym drucie. 

 Na koniec zjawiła się poważna, młoda i ładna pielęgniarka. 

 - Tak mi przykro... Major Davidson nie żyje. 

  Może zechcę udać się za nią, powiedziała, pani Davidson chciałaby, żebym wszedł go 

zobaczyć.   Przeprowadziła   mnie   przez   długie   korytarze   i   wpuściła   do   białego,   niezbyt   dużego 

pokoju, w którym przy wąskim łóżku siedziała Scilla. 

 Spojrzała na mnie. Nie mogła mówić. 

  Leżał tam Bill, szary i  nieruchomy, martwy. Najlepszy  przyjaciel, jakiego można sobie 

wymarzyć. 

background image

 2

  Nazajutrz   wcześnie   rano   odwiozłem   Scillę   do   domu,   do   Cotswolds,   wyczerpaną 

całonocnym  czuwaniem   przy   Billu,   na   które  nalegała,   i   bardzo   teraz   oszołomioną   środkami 

uspokajającymi. Dzieci wyszły  jej naprzeciw na próg domu, trzy  buzie miały wyraz uroczysty i 

szeroko   otwarte   oczy.   Za   nimi  stała   Joan,   ich   energiczna   i   odpowiedzialna   opiekunka,   którą 

wczoraj wieczorem zawiadomiłem telefonicznie o wypadku. 

  Scilla usiadła na schodku i rozpłakała się. Dzieci przyklękły obok, objęły ją i robiły, co 

mogły, aby ją pocieszyć w bólu, który ledwie niejasno rozumiały. 

 Scilla zaraz poszła na górę położyć się. Zaciągnąłem zasłony, otuliłem ją i ucałowałem w 

policzek. Była wyczerpana i bardzo senna, miałem więc nadzieję, że wiele upłynie godzin, zanim 

się obudzi. 

  Poszedłem   do   swojego   pokoju   i   przebrałemk   się.   Na   dole  zastałem   Joan,   która   na 

kuchennym   stole   przygotowywała   dla   mnie   kawę,   jajka   na   bekonie   i   gorące   bułeczki.   Dałem 

dzieciom kupione dla nich wczoraj rano tabliczki czekolady (jakże dawno się to wydało!) i zasiadły 

ze mną, chrupiąc czekoladę, podczas gdy ja jadłem śniadanie. Joan nalała sobie kawy. 

 - Alan - zaczął William. Miał pięć lat, był najmłodszy i zawsze czekał z tym, co miał do 

powiedzenia, aż mu się odpowiedziało “tak”, na znak, że się go słucha. 

 - Tak? - powiedziałem. 

 - Co się stało tatusiowi? 

 Więc opowiedziałem im o wszystkim z wyjątkiem drutu. 

  Przez   chwilę   siedzieli   wyjątkowo   cicho.   Potem   Henry,   ledwie   ośmiolatek,   zapytał 

spokojnie: 

 - Zakopią go czy spalą? 

  Zanim zdobyłem się na odpowiedź, on i jego starsza  siostra  Polly wdali się w gorącą i 

zdumiewająco fachową dyskusję na temat dobrych i złych stron zarówno pogrzebu, jak i kremacji. 

Przeżyłem wstrząs, ale z drugiej strony poczułem ulgę, a Joan, przechwytując moje spojrzenie, z 

trudem powstrzymała się od śmiechu. 

  Niewinna   bezceremonialność   tej   rozmowy   pozwoliła   mi   wracać   do  Maidenhead   w 

pogodniejszym  nastroju.   Wstawiłem   duży   samochód   Billa   do   garażu   i   wybrałem   się   swoim 

własnym,  małym   granatowym  lotusem.   Mgła  zniknęła  bez  śladu,  ale  jechałem  powoli  (jak na 

mnie), zastanawiając się nad najwłaściwszym sposobem postępowania. 

  Najpierw   zadzwoniłem   do   szpitala.   Zabrałem   ubranie   Billa,   podpisałem   formularze, 

ustaliłem terminy. Na drugi dzień miała się odbyć rutynowa sekcja zwłok. 

  Była   niedziela.   Pojechałem   na   tereny   wyścigów,   ale   brama   była   zamknięta.   Biuro 

background image

dyrektora toru w mieście też zamknięte i puste. Zadzwoniłem do niego do domu, ale nikt nie 

odpowiadał.   Po   chwili   wahania   zadzwoniłem   do   członka   rady   nadzorczej   National  Hunt 

Committee, czyli  wprost do  najwyższej władzy.  Służący lorda Creswella Stampego obiecał, że 

sprawdzi, czy można z nim rozmawiać. Powiedziałem, że to bardzo ważne. Niebawem miałem go 

na linii. 

  - Doprawdy, mam nadzieję, że  to, co pan ma do powiedzenia,  jest bardzo ważne, panie 

York. Siedzę właśnie przy lunchu z gośćmi. 

 - Czy słyszał pan, że major Davidson zmarł wczoraj wieczorem? 

 - Tak. Bardzo mi przykro z tego powodu, bardzo... - czekał. Wziąłem głęboki oddech. 

 - Jego upadek nie był przypadkowy - powiedziałem. 

 - Co pan chce przez to powiedzieć? 

 - Koń majora Davidsona potknął się o drut. 

 Opowiedziałem mu o swoich poszukiwaniach przy przeszkodzie i o tym, co tam znalazłem. 

 - Czy mówił pan o tym panu Dace'emu? 

 Pan Dace był dyrektorem toru. 

 Wyjaśniłem, że nie udało mi się go złapać. 

 - Aha, więc dzwoni pan do mnie. - Urwał. - Cóż, panie York, jeżeli pan ma rację, to sprawa 

zbyt poważna jak na samo National Hunt Committee. Sądzę, że winien pan bez zwłoki powiadomić 

policję w Maidenhead. Proszę mi dać znać dziś wieczorem, niezawodnie, co się dzieje. Będę się 

starał skontaktować z panem Dace'em. 

  Odłożyłem   słuchawkę.   Pozbyłem   się   odpowiedzialności,   pomyślałem.   Mogłem   sobie 

wyobrazić, jak befsztyk krzepnie na talerzu, a lord Creswell puszcza w ruch telefony. 

  Posterunek   policji   na  wyludnionej   w   niedzielę   ulicy   był   ciemny,   przykurzony   i 

niegościnny. Wszedłem. Za barierką stały trzy biurka, a przy jednym siedział młody konstabl i 

czytał gazetę z gatunku tych bulwarowych. Ani na chwilę nie zaniedbuje zbrodni, przyszło mi na 

myśl. 

 - Czym mogę panu służyć? - zapytał wstając. 

 - Czy nie ma tu więcej nikogo? To znaczy, kogoś starszego? Idzie o... o śmierć. 

 - Chwileczkę, proszę pana. - Wyszedł drzwiami w głębi, wrócił i rzekł: - Proszę tędy. 

 Odsunął się, wpuścił mnie do małego gabinetu i zamknął za mną drzwi. 

  Mężczyzna,  który wstał,  był  niski jak na policjanta, krępy,  ciemnowłosy i miał  mniej 

więcej pod czterdziestkę. Wyglądał bardziej na zapaśnika niż mózgowca, ale później przekonałem 

się, że jest równie sprawny umysłowo jak fizycznie. Biurko miał zarzucone papierami i ciężkimi 

księgami   prawniczymi.   Gazowy   kominek   dawał   przyjemny   ciepły   zaduch.   Na   biurku   stała 

background image

przepełniona popielniczka. On też spędzał niedzielne popołudnie na studiowaniu zbrodni. 

 - Dobry wieczór. Jestem inspektor Lodge - oznajmił. Wskazał mi krzesło przed biurkiem, 

żebym usiadł. Sam też usiadł i zaczął układać papiery na równe kupki. - Przychodzi pan w sprawie 

śmierci? 

 Moje własne słowa, powtórzone, zabrzmiały głupio, ale jego ton był rzeczowy. 

 - Idzie o majora Davidsona... - zacząłem. 

 - Ach, tak, mieliśmy raport. Zmarł wczoraj w nocy w szpitalu po upadku na wyścigach. 

 Zaczekał grzecznie, żebym mówił dalej. 

 - Ten upadek był zaaranżowany - wypaliłem bez ogródek. 

  Inspektor Lodge popatrzył na mnie spokojnie, po czym wyjął z  szuflady arkusz papieru, 

odkręcił wieczne pióro i zapisał, jak zobaczyłem, datę i czas. Metodyczny facet. 

 - Myślę, że lepiej zacznijmy od początku - powiedział. - Pana nazwisko? 

 - Alan York. 

 - Wiek?

 - Dwadzieścia cztery lata. 

 - Adres? 

 Podałem adres Davidsonów, wyjaśniając, do kogo należy i że dość długo tam mieszkam. 

 - A gdzie pan mieszka na stałe? 

  - W południowej Rodezji - odpowiedziałem. - Na farmie hodowlanej w pobliżu osiedla 

zwanego Induna, jakieś piętnaście mil od Bulawayo. 

 - Zawód? 

 - Reprezentuj꣠ojca w jego londyńskim biurze. 

 - Firma pańskiego ojca? 

 - Towarzystwo Handlowe Bailey York. 

 - Czym panowie handlujecie? 

 - Miedzią, ołowiem, bydłem. Wszystkim. Jesteśmy głównie firmą transportową. 

 Zapisał to wszystko szybkim, wyraźnym pismem. 

 - No więc - odłożył pióro - o co chodzi? 

 - Nie wiem, o co tu chodzi - odpowiedziałem - ale o to co się stało. 

 Opowiedziałem mu o wszystkim. Słuchał nie przerywając, wreszcie zapytał: 

 - Co w ogóle nasunęło panu podejrzenie, że nie był to zwykły upadek?

 - Admirał to najpewniejszy koń przeszkodowy. Jest zręczny jak kot. Nie robi błędów. 

 Ale z jego grzecznie zdziwionej miny widać było, że niewiele, jeżeli w ogóle cokolwiek, 

wie o wyścigach z przeszkodami i uważa, że każdy koń może upaść. 

background image

 Spróbowałem jeszcze raz. 

 - Admirał jest znakomity na przeszkodach. Nigdy by w ten sposób nie upadł, wchodząc na 

łatwą przeszkodę we właściwym czasie, nie popędzany. Wziął ją wspaniale. Widziałem. To nie był 

zwyczajny upadek. Tak wyglądało, jakby się czymś  posłużono, żeby go zwalić. Pomyślałem o 

drucie, wróciłem sprawdzić, i tak było. To wszystko. 

 - Hm. Zanosiło się na to, że wygra? - zapytał Lodge. 

 - To było pewne. 

 - I kto wygrał? 

 - Ja. 

 Lodge przerwał i przygryzł koniec pióra. 

 - W jaki sposób angażuje się torowych? - zapytał. 

 - Właściwie nie wiem. To przypadkowi ludzie, przyjmuje się ich, jak sądzę, na określone 

wyścigi. 

 - Dlaczego jakiś torowy miałby coś knuć przeciw majorowi Davidsonowi? - Powiedział to 

niewinnie, a ja spojrzałem na niego z gniewem. 

 - Sądzi pan, że wszystko to wymyśliłem? 

 - Nie. - Westchnął. - Chyba nie. Może powinienem zapytać, czy trudno byłoby komuś, kto 

miał złe zamiary wobec majora Davidsona, zaangażować się na torowego? 

 - Nietrudno. 

 - Będziemy to musieli sprawdzić. - Zastanowił się. - To ryzykowny sposób morderstwa. 

 - Ktokolwiek to zaplanował, nie mógł zakładać, że go zabije - stwierdziłem kategorycznie. 

 - Dlaczego nie?

 - Bo było mało prawdopodobne, że zginie. Raczej chodziło po prostu o to, żeby nie wygrał. 

 - Dlaczego taki upadek miałby się nie zakończyć śmiercią? - zapytał Lodge. - Mnie się to 

wydaje szalenie niebezpieczne. 

 Wyjaśniłem:

 - Chyba to było tak pomyślane, żeby zaszkodzić Billowi. Kiedy koń idzie szybko i z pędu 

uderza w przeszkodę, a człowiek się tego nie spodziewa, to zwykle wyrzuca go z siodła. Wylatuje 

w powietrze i wali się na ziemię tuż przed spadającym koniem. Można się nieźle pogruchotać, ale 

rzadko się ginie. Ale Billa nie wyrzuciło do przodu. Może noga mu utkwiła w strzemieniu, choć nie 

bardzo na to wygląda. Może zaczepił nogą o drut i szarpnęło go do tyłu. Tak czy owak spadł w dół 

jak kamień, a koń runął prosto na niego. I nawet w tym przypadku to tylko pech, że łęk trafił go w 

żołądek. Nie można by nawet marzyć o zaplanowaniu morderstwa w ten sposób. 

 - Rozumiem. Zdaje się, że sporo pan o tym myślał. 

background image

 - Tak. 

  Przez   skojarzenie   przypomniał   mi   się   wzór   zasłon   w   szpitalnej  poczekalni   i   brudne 

linoleum. 

 - Czy nie przychodzi panu do głowy nikt, kto mógłby źle życzyć majorowi Davidsonowi? - 

zapytał Lodge. 

 - Nie. Był bardzo lubiany. 

 Lodge wstał i przeciągnął się. 

  - Jedźmy i rzućmy okiem na ten pański drut - powiedział. Wytknął głowę z gabinetu. - 

Wright, sprawdź, czy jest Hawkins, i powiedz mu, że potrzebny mi wóz, jeżeli jest jakiś pod ręką. 

 Wóz był. Prowadził Hawkins (jak przypuszczam). Siedziałem z tyłu za Lodge'em. Główna 

brama   na   tereny   wyścigowe   nadal   była   zamknięta,   ale   jak   się   przekonałem,   na   wszystko   jest 

sposób. Policyjny klucz otworzył inną, nie rzucającą się w oczy bramę w drewnianym płocie. 

 - Na wypadek pożaru - wyjaśnił Lodge, widząc, że zerkam z boku. 

 W budynkach wyścigowych nie było nikogo. Dyrektor wyszedł. Hawkins wprowadził wóz 

na środek toru i podjechał  do najdalszej przeszkody. Na nierównym gruncie  nieźle nas rzucało. 

Wóz zatrzymał się tuż przy wewnętrznym skrzydle faszyny i wysiadłem razem z Lodge'em.

 Poprowadziłem go za faszynę, do zewnętrznego skrzydła. 

 - Drut jest tam - powiedziałem. 

 Myliłem się jednak. 

 Był tam słupek, skrzydło faszyny, wysoka trawa i sama brzozowa faszyna. Ale ani śladu po 

zwoju drutu. 

 - Jest pan pewny, że to ta przeszkoda? - zapytał Lodge. 

 - Tak. 

  Staliśmy   patrząc   na   tor   przed   nami.   Byliśmy   na   najdalszym   jego   krańcu,   w   oddali 

majaczyły   masywną   bryłą   trybuny.   Faszyna,   przy   której   staliśmy,   była   jedyną   przeszkodą   na 

krótkiej prostej między dwoma zakolami, a najbliższa z pozostałych znajdowała się trzysta jardów 

na lewo, za łagodnym zakolem. 

 - Skacze się przez tamtą przeszkodę - powiedziałem wskazując na nią - a potem jest dość 

długi odcinek toru, jak pan widzi, do tej - poklepałem faszynę, przy której staliśmy.  - Potem, 

dwadzieścia jardów dalej, po przeskoczeniu przez tę przeszkodę wchodzi się w ten trochę za ostry 

zakręt w lewo na prostą. Następna przeszkoda jest jeszcze dalej na prostej, żeby konie mogły 

dobrze wyrównać po wyjściu z zakrętu, zanim będą musiały skakać. To dobry tor. 

 - Może pan się pomylił w tej mgle? 

 - Nie, to ta przeszkoda - stwierdziłem. 

background image

 Lodge westchnął. 

 - Cóż, przyjrzyjmy się bliżej. 

 Ale nic tam nie było do oglądania poza płytkim rowkiem na kiedyś białym wewnątrznym 

słupku i głębszym rowkiem na zewnętrznym, na którym drut głębiej wciął się w drewno. Obu 

rówków trzeba było szukać, normalnie by się ich nie zauważyło. Obydwa znajdowały się na tym 

samym poziomie, sześć stóp i sześć cali od ziemi. 

 - Doprawdy, bardzo nieprzekonujące - stwierdził Lodge. 

  Wracaliśmy do Maidenhead w milczeniu. Czułem się głupio. Przygnębiony, wiedziałem 

teraz,   że   choć   nie   mogłem   dotrzeć   do   nikogo   z   władz,   powinienem   był   wczoraj   znaleźć 

kogokolwiek albo  bodaj ze stróżem wrócić  do przeszkody,  kiedy znalazłem  ten drut, żeby go 

zobaczył na miejscu. Świadek, który by widział, że drut był uczepiony do słupka, nawet po ciemku 

i we mgle, nawet jeśli nie byłby w stanie przysiąc, przy której przeszkodzie go widział, stanowczo 

byłby lepszy niż brak świadka. Szukałem pociechy w myśli, że w tym samym czasie, kiedy ja 

wracałem w stronę  trybun, torowy prawdopodobnie  wracał do przeszkody z nożycami do cięcia 

drutu i że nawet gdybym od razu przyszedł ze świadkiem, już byłoby za późno. 

 Z posterunku w Maidenhead zatelefonowałem do lorda Creswella Stampe. Tym razem, jak 

powiedział, oderwałem go od tostów. Nie ucieszyła go też wiadomość, że drut zniknął. 

  -   Powinien   pan   był   od   razu   go   komuś   pokazać.   Sfotografować   ten   drut.   Zabrać.   Nie 

możemy działać bez dowodów. Nie do pomyślenia też, że nie miał pan tyle rozsądku, żeby działać 

szybciej. Postąpił pan bardzo lekkomyślnie, panie York. 

 I po tych paru uprzejmych słowach odłożył słuchawkę. 

 Przygnębiony, pojechałem do domu. 

  Po cichu wetknąłem głowę do pokoju Scilli. Było  w nim ciemno, ale dosłyszałem jej 

równy oddech. Wciąż głęboko spała. 

 Na dole, przed gościnnie płonącymi na kominku kłodami drewna, Joan z dziećmi siedziała 

na podłodze i grała w pokera. Wtajemniczyłem dzieci w tę grę pewnego deszczowego dnia, kiedy 

znużyły się remikiem i były bardzo niegrzeczne, kłóciły się, krzyczały i złościły. Poker, dotychczas 

tajemnicza gra kowbojów z westernu, sprawił cud. 

 W ciągu paru tygodni Henry stał się graczem, z którym nie siądzie się po raz drugi do gry 

bez   większego  zastanowienia.   Jego  bystry,   matematyczny  umysł   oceniał  co  do  ułamka  szanse 

każdej karty. Pamięć wzrokową miał znakomitą, a lekko zakłopotana mina, obliczona na zmylenie 

przeciwnika,   zwiodła   już   niejednego   z   nic   nie   podejrzewających   dorosłych.   Podziwiałem 

Henry'ego. Zblefowałby anioła. 

 Polly grała na tyle dobrze, że nie dałaby się doszczętnie ograć w normalnym towarzystwie, 

background image

a nawet William odróżniał sekwens od fula. 

  Gra trwała już od jakiegoś czasu. Stosik żetonów Henry'ego był  jak zwykle dwa razy 

wyższy od pozostałych. Polly powiedziała: 

 - Niedawno Henry wygrał wszystkie żetony, więc musieliśmy się nimi podzielić i zacząć 

od nowa. 

 Henry uśmiechnął się. Karty były dla niego otwartą księgą i chcąc nie chcąc musiał z nich 

czytać. 

 Wziąłem dziesięć żetonów Henry'ego i zasiadłem z nimi. Joan rozdawała. Dostałem parę 

piątek i dobrałem jedną kartę. Henry zrzucił się, dobrał dwie karty i minę miał zadowoloną. 

  Przez   pierwsze   dwie   rundy  reszta   pasowała.   Teraz   śmiało   dorzuciłem   dwa   żetony   do 

dwóch leżących już na stole. 

 - Dorzucam dwa, Henry - powiedziałem. 

  Henry   zerknął,   żeby   się   upewnić,   czy   na   niego   patrzę,   i   odegrał   wielką   scenę 

niezdecydowania, bębniąc palcami o stół i wzdychając. Wiedziałem, że blefuje, przypuszczałem 

więc, że dostał jakąś zabójczą kartę i teraz się głowi, jak by tu mnie skłonić, żebym wybulił jak 

najwięcej żetonów. 

 - Dorzucam jeden - powiedział w końcu. 

 Już miałem zdecydowanie dołożyć dwa żetony, ale powstrzymałem się mówiąc:

  - O, nie, Henry, nie tym razem  - i rzuciłem swoje karty. Pchnąłem w jego stronę cztery 

żetony. - Tym razem zgarniesz cztery, ani jednego więcej. 

 - Co miałeś, Alan? 

 Polly odwróciła moje karty, odsłaniając trzy piątki. Henry skrzywił się. Nie próbował Polly 

przeszkodzić, kiedy sprawdzała i jego karty. Miał parę królewską. Tylko parę. 

 - Tym razem cię przejrzałem - powiedział z radością. 

 William i Poly ciężko westchnęli. 

  Graliśmy dopóty, dopóki nie odzyskałem reputacji i znacznej części żetonów Henry'ego. 

Potem na dzieci przyszła już pora spać, a ja poszedłem na górę zajrzeć do Scilli. 

 Nie spała, leżała po ciemku. 

 - Wejdź, Alan. 

 Wszedłem i zapaliłem lampę przy łóżku. Pierwszy szok minął. Wyglądała na spokojną. 

 - Głodna? - zapytałem. Nie jadła od wczorajszego lunchu. 

 - Wiesz, że tak - przyznała, jakby zdziwiona. 

 Zeszedłem na dół i razem z Joan zakrzątnąłem się wokół kolacji. Zaniosłem tacę na górę i 

zjadłem ze Scillą. Oparta o  poduszki, samotna w tym wielkim  łożu, zaczęła mi opowiadać, jak 

background image

poznała Billa, o rzeczach, które razem robili, i jak ich to cieszyło. Oczy lśniły jej od wspominanego 

szczęścia. Mówiła dość długo, wciąż o Billu, a ja jej nie przerywałem, dopóki wargi nie zaczęły jej 

drżeć. Wtedy jej opowiedziałem o Henrym  i jego parze królewskiej, a  Scilla uśmiechnęła się i 

znów się uspokoiła. 

 Bardzo chciałem ją spytać, czy w ostanich tygodniach Bill nie miał jakichś kłopotów i nie 

zetknął  się z jakimiś  pogróżkami,  ale nie był  to odpowiedni moment.  Namówiłem ją więc na 

jeszcze jeden środek uspokajający z tych, jakie dla niej dostałem w szpitalu, zgasiłem światło i 

powiedziałem jej dobranoc. 

 Zmęczenie dopadło mnie, kiedy się rozbierałem u siebie w pokoju. Nie spałem od ponad 

czterdziestu godzin, z których  niewiele można by nazwać  spokojnymi. Padłem na łóżko. Był  to 

jeden z przypadków, kiedy usypianie jest świadomym i rozkosznym luksusem. 

 Pół godziny później Joan potrząsnęła mną, żeby mnie obudzić. Była w szlafroku. 

 - Alan, zbudź się, na litość boską. Pukam do ciebie od wieków. 

 - O co chodzi? 

 - Telefon do ciebie. Ktoś chce mówić z tobą osobiście. 

  - O, nie - jęknąłem.  Czułem  się tak, jakby była  głęboka noc. Spojrzałem  na zegarek. 

Jedenasta. 

 Zwlokłem się na dół z oczyma mętnymi od snu. 

 - Halo? 

 - Pan Alan York?

 - Tak. 

 - Proszę zaczekać. 

 Coś zabrzęczało na linii. Ziewnąłem. 

  - Pan York? Mam dla pana  wiadomość od inspektora Lodge'a  z policji w Maidenhead. 

Chciałby, żeby się pan zgłosił na tutejszym posterunku jutro po południu, o czwartej. 

 - Będę - odpowiedziałem. 

 Odłożyłem słuchawkę, wróciłem do łóżka i spałem bez końca. 

 

***

 Lodge czekał na mnie. Wstał, podał mi rękę i wskazał krzesło. Usiadłem. Na biurku teraz 

nie było nic poza schludną, równo ułożoną przed nim teczką formatu ćwiartkowego. Trochę z tyłu, 

przy   stoliku   w   kącie   siedział   konstabl   w   mundurze,   z   ołówkiem   w   ręku   i   przygotowanym 

bloczkiem do stenografowania. 

background image

 - Mam tu parę zeznań - Lodge postukał palcami w teczkę, z którymi pana zapoznam. I parę 

pytań. 

 Otworzył akta i wyjął dwa spięte razem arkusze. 

 - To jest zeznanie pana J.L.. Dace'a, dyrektora toru zakładów wyścigowych w Maidenhead. 

Stwierdza on, że dziewięciu torowych, ludzi, którzy pilnują doraźnych napraw przeszkód, w czasie 

gonitwy, to stali pracownicy. Na tych wyścigach było trzech nowych torowych. 

 Odłożył to zeznanie i wyjął następne. 

  - To jest zeznanie  George'a  Watkinsa,  jednego ze stałych  torowych.  Stwierdza  on, że 

ciągną losy, żeby rozstrzygnąć, przy której przeszkodzie każdy z nich będzie stał. Przy niektórych 

jest   dwóch.   W   piątek  losowali   jak   zwykle,   ale   w  sobotę   jeden   z   nowych   sam   się   zgłosił   do 

najdalszej przeszkody.  Nikt tam chętnie nie  chodzi, bo jak mówi Watkins, to  za daleko, żeby 

między gonitwami zdążyć postawić na konia. Ucieszyli się więc, że tę przeszkodę weźmie obcy, a 

resztę losowali. 

 - Jak wyglądał ten nowy? - zapytałem. 

 - Sam go pan widział. 

 - Nie, właściwie nie - wyjaśniłem. - Dla mnie to był po prostu człowiek. Nie spojrzałem na 

niego. Przy każdej przeszkodzie stoi co najniej jeden. Żadnego z nich bym nie poznał. 

 - Watkins sądzi, że by go poznał, ale nie umie go opisać. Normalny, mówi. Nie wysoki, nie 

niski.   Zdaje   mu   się,   że   w   średnim   wieku.   Był   w   czapce,   starym   szarym   ubraniu   i   płaszczu 

nieprzemakalnym. 

 - Jak wszyscy - zauważyłem ponuro. 

 - Podał, że się nazywa Thomas Cook - dodał Lodge. - Mówił, że jest bez pracy, szykuje mu 

się zajęcie w przyszłym tygodniu i robi to tymczasem. Całkiem przyzwoity gość, mówi Watkins, 

nic w nim nie było szczególnego. Ale mówił jak londyńczyk, bez prowincjonalnego akcentu. 

 Lodge odłożył ten arkusz i wyjął następny. 

 - To jest zeznanie Johna Russella z ekipy pogotowia St. John. Mówi, że stał przy pierwszej 

przeszkodzie na prostej i patrzył, jak konie idą półkolem w głębi toru. Mówi, że z powodu mgły 

widział tylko trzy przeszkody, tę, przy której stał, następną na prostej i najdalszą, tę, przy której 

spadł major Davidson. Przeszkoda przed nią, naprzeciwko niego, po drugiej stronie toru, była tylko 

niewyraźną plamą. 

  Widział,  jak major Davidson wypada  z mgły po  przeskoczeniu  tej przeszkody.  Potem 

zobaczył,   jak   spada   na   następnej.   Major   Davidson   nie   pokazał   się   już,   mimo   że   koń   wstał   i 

odgalopował   bez   jeźdźca.   Russell   ruszył  pieszo   do   tej   przeszkody,   przy  której   zobaczył 

spadającego majora, a następnie, kiedy pan, panie York, minął go oglądając się za siebie, puśckł się 

background image

biegiem. Znalazł majora Davidsona na ziemi. 

 - Widział drut? - zapytałem skwapliwie. 

  - Nie. Pytałem go, czy w ogóle widział coś niezwykłego, nie wspominałem dosłownie 

drutu. Powiedział, że nic tam nie było. 

 - Czy kiedy biegł w tamtą stronę, nie widział, jak torowy zwija drut? 

 - Pytałem go, czy mógł widzieć majora Davidsona albo torowego, kiedy biegł w ich stronę. 

Mówi, że przez ten ostry zakręt i bandę nie mógł ich widzieć, dopóki nie podbiegł zupełnie blisko. 

Z tego wnoszę, że pobiegł naokoło, zamiast ściąć zakręt i biec na przełaj przez wysoką trawę, bo 

było za mokro. 

 - Rozumiem - powiedziałem przybity. - A co robił torowy, kiedy on już tam dobiegł? 

 - Stał przy majorze Davidsonie i patrzył. Mówi, że torowy wyglądał na przestraszonego. 

Zdziwioło to Russella, bo major Davidson, choć nieprzytomny, nie wyglądał na ciężko rannego. 

Russell   machnął   swoją   białą   chorągiewką,   najbliższy   człowiek   z   pierwszej   pomocy   zobaczył, 

pomachał swoją, i w ten sposób sygnał został przekazany, w tej mgle przez tor do karetki. 

 - A co potem zrobił torowy? 

 - Nic szczególnego. Kiedy karetka zabrała majora Davidsona, został przy przeszkodzie, i 

Russell mówi, że był tam, dopóki nie odwołano ostatniej gonitwy. 

 Czepiając się ostatniej nadziei, zapytałem: 

 - Czy wrócił razem z innymi i odebrał wypłatę?

 Lodge spojrzał na mnie z zainteresowaniem. 

 - Nie - odpowiedział - nie odebrał. 

 Wydobył następny arkusz. 

 - Tu mam zeznanie Petera Smitha, chłopca stajennego ze stajni Gregory'ego, gdzie trenują 

Admirała. Mówi, że kiedy Admirał uciekł w Maidenhead, próbował przeskoczyć przez żywopłot z 

tarniny. Uwiązł w nim i złapano go za żywopłotem, był spłoszony i pokrwawiony. Wszędzie na 

kłębach, piersi i  przednich nogach ma zadrapania.  - Podniósł wzrok. - Gdyby po tym drucie w 

ogóle został mu jakiś ślad, to i tak teraz nic nie można rozróżnić. 

 - Był pan dokładny - powiedziałem - i szybki. 

 - Tak. Raz mieliśmy szczęście dotrzeć do wszystkich bez zwłoki. 

 Został już tylko jeden arkusz papieru. Lodge podniósł go i powiedział powli:

  - To jest wynik sekcji majora  Davidsona. Przyczyna śmierci i opis rozlicznych obrażeń 

wewnętrznych. Zarówno śledziona jak wątroba pęknięte. 

 Usiadł z powrotem i popatrzył na własne ręce. 

 - Otóż, panie York, polecono mi zadać panu parę pytań, które... - Nagle jego ciemne oczy 

background image

spotkały się z moimi... - które, jak sądzę, nie będą dla pana miłe. Proszę tylko odpowiedzieć. 

 Jego półuśmiech był przyjazny. 

 - Wal pan. 

 - Czy kocha się pan w pani Davidson? 

 Wyprostowałem się zaskoczony. 

 - Nie - odpowiedziałem. 

 - Ale mieszka pan z nią? 

 - Z całą rodziną. 

 - Dlaczego?

 - Nie mam w Anglii domu. Kiedy tylko poznałem Billa Davidsona, zaprosił mnie do siebie 

na weekend. Podobało mi się u nich i, jak sądzę, ja też się im podobałem. W każdym razie często 

mnie zapraszali. Stopniowo te weekendy stawały się coraz dłuższe, aż Bill i Scilla zaproponowali, 

żebym sobie u nich założył kwaterę główną. Co tydzień raz lub dwa nocowałem w Londynie. 

 - Jak długo mieszka pan u Davidsonów? 

 - Około siedmiu miesięcy. 

 - Czy stosunki pana z majorem Davidsonem były przyjacielskie? 

 - Tak, bardzo. 

 - A z panią Davidson? 

 - Też. 

 - Ale nie kocha jej pan?

  - Bardzo ją lubię. Jak starszą siostrę - powiedziałem, tłumiąc  w sobie gniew. - Jest ode 

mnie o dziesięć lat starsza. 

  Wyraz   twarzy   Lodge'a   wyraźnie   mówił,   że   wiek   nie   gra   tu   roli.  Dopiero   teraz   sobie 

uświadomiłem,  że konstabl w kącie zapisuje moje odpowiedzi.  Odprężyłem  się. Powiedziałem 

spokojnie: 

 - Bardzo kochała męża, a on ją. 

 Usta Lodge'a zadrgały w kącikach. Wyglądał raptem na rozbawionego. Ale znowu pytał: 

  - O ile rozumiem - powiedział - major Davidson był najlepszym dżokejem amatorem w 

Anglii? 

 - Tak. 

  - A rok temu pan sam jako drugi po nim zakończył swój pierwszy sezon wyścigowy w 

Anglii? 

 Wytrzeszczyłem na niego oczy. Powiedziałem: 

  - Jak na kogoś, kto dwadzieścia  cztery godziny temu  ledwie  wiedział,  że istnieje coś 

background image

takiego jak wyścig płaski z przeszkodami, nie tracił pan czasu. 

 - Czy na liście jeźdźców amatorów z zeszłego roku zajął pan drugie miejsce po nim? I czy 

nie zanosi się na to, że teraz, kiedy jego zabrakło, będzie pan pierwszy?

 - Tak, tak, i mam tę nadzieję - odpowiedziałem. 

  Zarzut nie mógł być wyraźniejszy, ale nie miałem zamiaru nieproszony śpieszyć  się z 

zapewnieniami, że jestem niewinny. Czekałem. Jeżeli chciał, żeby padło to przypuszczenie, że to ja 

chciałem   spowodować   zranienie   albo   śmierć   Billa   dla   zdobycia   jego   żony   lub   jego   pozycji 

jeździeckiej, czy też jednego i drugiego, musiał je sformułować sam. 

 Ale nie zrobił tego. Przecykała cała minuta, a ja siedziałem nieporuszony. Wreszcie Lodge 

się uśmiechnął. 

  -   Cóż,   wobec   tego,   to   chyba   wszystko,   panie   York.   Pańskie  wczorajsze   informacje   i 

dzisiejsze zeznania zostaną przepisane na maszynie i chciałbym, żeby je pan przeczytał i podpisał. 

 Policjant z bloczkiem wstał i wyszedł do zewnętrznej części posterunku. 

 - Przesłuchanie u koronera w sprawie majora Davidsona - powiedział Lodge - odbędzie się 

we   czwartek.   Będzie   pan   potrzebny   jako   świadek.   Pani   Davidson   także,   dla   identyfikacji. 

Porozumiemy się z nią. 

 Nim moje zeznanie było gotowe, tonem zwykłej rozmowy wypytał mnie o biegi płaskie z 

przeszkodami. Przeczytałem zeznanie i podpisałem. Było dokładne i idealnie uczciwe. Mogłem 

sobie wyobrazić, jak te arkusze dołączają do pliku pozostałych w schludnych aktach Lodge'a. Jak 

gruby urośnie ten plik, zanim znajdzie przypadkowego mordercę Billa Davidsona? 

 Jeżeli go w ogóle znajdzie. 

 Wstał i podał mi rękę. Uścisnąłem ją. Podobał mi się. Zastanowiłem się, kto mu “polecił” 

zbadać, czy to nie ja sam zaaranżowałem to morderstwo i potem o nim doniosłem. 

background image

 3

 Dwa dni później startowałem w Plumpton. 

  Policja w swoich dochodzeniach  była  bardzo dyskretna,  tak samo  lord Creswell, przy 

wadze bowiem nie słyszało się żadnych domysłów na temat śmierci Billa. Żadnych pogłosek. 

  Wchłonęła   mnie   normalna   krzątanina   wyścigowego   dnia,   drobne   frustracje   gromady 

dżokejów   przebierających   się   w  ciasnawej   klitce,   niecenzuralne  dowcipy,   śmiech,   tłum 

zziębniętych półnagich mężczyzn wokół rozpalonego do czerwoności koksowego piecyka. 

 Clem podał mi czyste spodnie, kalesony, cienki płowy podkoszulek, świeżą białą chustkę 

na   szyję   i   parę   nylonowych   pończoch.   Rozebrałem   się   i   włożyłem   ten   jeździecki  ubiór.  Na 

nylonowe pończochy (jak zawsze z puszczonymi oczkami) z łatwością wsunęły się miękkie, lekkie, 

dopasowane   buty.   Podał   mi   moje   barwy,   gruby   wełniany   sweter   w   kawowo-kremową   kratę   i 

brązową satynową czapkę. Zawiązał mi chustkę. Naciągnąłem sweter i wsunąłem czapkę do kasku 

ochronnego, żeby je włożyć później. 

 - Tylko jeden bieg dziś, psze pana? - zapytał Clem. 

 Z kieszeni obszernego fartucha wydobył dwie opaski z szerokiej gumy i wsunął mi je na 

przeguby rąk. Miały przytrzymywać rękawy swetra, żeby nie nawiewało w nie wiatru. 

 - Tak. Jak na razie. 

 Zawsze byłem optymistą. 

 - Będzie pan chciał pożyczyć lekkie siodło? Waga chyba będzie akurat. 

  - Nie - odpowiedziałem. - Gdybym mógł, wolałbym własne. Najpierw wejdę na wagę z 

tym i sprawdzę, ile mam nadwagi. 

 - Słuszna racja, psze pana. 

  Wszedłem razem z Clemem, wziąłem swoje sześciofuntowe wyścigowe siodło owinięte 

rzemieniami strzemion i popręgu i zważyłem się razem z nim i w zsuniętym z czoła, byle jak 

nasadzonym na głowę kasku. W sumie ważyłem sto czterdzieści dziewięć funtów, czyli cztery 

funty więcej, niż handikaper uznał za odpowiednie dla mojego konia. 

 Clem zabrał siodło, a ja z powrotem odłożyłem kask na ławę. 

 - Chyba dam sobie radę z tą nadwagą, Clem - powiedziałem. 

 - Jasne. 

 Odbiegł, żeby zająć się kimś innym. 

 Mógłbym zejść do właściwej wagi, dokładnie, gdybym się posłużył lekkim trzyfuntowym 

siodłem i przebrał się w jedwabny ubiór i “papierowe” buty. Ale ponieważ jechałem na własnym 

koniu, mogłem postąpić według własnego uznania, a mój koń był kościsty i za cienkie siodło z 

pewnością obtarłoby mu żebra do żywego. 

background image

 Ten nowy nabytek, Stracone Nadzieje, mocno zbudowany kasztan, wałach, miał zaledwie 

pięć lat. Zanosiło się na to, że za rok, dwa będzie dobry, tymczasem jednak skakałem na nim przez 

przeszkody   w   gonitwach   dla  młodszej   generacji,   żeby   zdobył  tak   bardzo   mu   potrzebne 

doświadczenie. 

 Skakał niepewnie, toteż Scilla poprzedniego wieczora błagała mnie, żebym nie dosiadał go 

w Plumpton, gdzie tor był pełen pułapek dla niezdecydowanych. 

 Nieznośnie napięta, po raz pierwszy stawiając czoło swojej stracie bez pomocy leków, na 

przemian gniewała się i błagała. 

  - Nie jedź, Alan, wszystko,  tylko nie przeszkody dla  młodszych koni w Plumpton. Sam 

wiesz, że ten durny Stracone Nadzieje nie jest pewny. Nie musisz tego robić, więc po co. 

 - Lubię to. 

 - Jeszcze nigdy żaden koń nie miał odpowiedniejszej nazwy - orzekła żałośnie. 

 - Nauczy się. Ale tylko pod warunkiem, że dam mu okazję. 

 - Niech jedzie kto inny, proszę cię. 

  -   To   bez   sensu   mieć   konia   i   samemu   na   nim   nie   jeździć.   Właściwie   tylko   po   to 

przyjechałem do Anglii, żeby się ścigać. Wiesz o tym. 

 - Zabijesz się jak Bill. 

 Rozpłakała się, bezradna i wyczerpana. Próbowałem ją przekonać. 

  - Ależ nie zabiję się. Gdyby Bill zginął w wypadku samochodowym, nie wymagałabyś, 

żebym przestał prowadzić. Wyścigi są tak samo bezpieczne jak prowadzenie wozu. - Urwałem, ale 

ona nadal płakała. - Dużo więcej ludzi ginie na drogach niż na torze - dodałem. 

 Ta brutalna prawda otrzeźwiła ją na tyle, że kwaśno wskazała mi różnicę w liczbie osób 

prowadzących wóz i jeżdżących konno. 

 - Bardzo mało osób ginie na wyścigach - znów spróbowałem. 

 - Bill był...

 - Co najwyżej jedna osoba na rok spośród setek - ciągnąłem. 

 - Bill był drugi od Bożego Narodzenia. 

  - Tak. - Spojrzałem na nią ostrożnie. Wciąż miała łzy w oczach. - Scilla, czy Bill miał 

ostatnio jakieś kłopoty? 

 - Dlaczego w ogóle o to pytasz? 

 Była zdumiona moim pytaniem. 

 - Miał?

 - Nie, skądże. 

 - Niczym się nie martwił? - nalegałem. 

background image

 - Nie. Wydał ci się zmartwiony?

  - Nie - przyznałem. I to była prawda. Aż do swojego upadku Bill był taki jak zawsze, 

wesoły, zrównoważony, niezawodny. Miał, i doceniał to, ładną żonę, troje sympatycznych dzieci, 

dom   z   szarego   piaskowca,  znaczny   majątek   i   najlepszego  konia   przeszkodowego   w   Anglii. 

Szczęściarz. I choćbym nie wiem jak grzebał w pamięci, nie mogłem sobie przypomnieć niczego, 

co by bodaj w najmniejszym stopniu mąciło ten obraz. 

 - To czemu pytasz? - powtórzyła Scilla. 

  Powiedziałem   jej,   najostrożniej   i   najłagodniej,   jak   umiałem,   że   upadek   Billa   nie   był 

przypadkowy. Opowiedziałem jej o tym drucie i o dochodzeniach Lodge'a. 

 Siedziała jak skamieniała, całkowicie ogłuszona. 

 - O, nie - powiedziała. - O, nie, nie. 

  Stojąc   przed   wagą   w   Plumpton   wciąż   jeszcze   widziałem   jej   wstrząśniętą   twarz.   Nie 

wysuwała już żadnych sprzeciwów co do mojego udziału w wyścigach. To, co jej powiedziałem, 

wyparło jej z głowy wszystkie inne myśli. 

  Czyjaś   silna   dłoń   spoczęła   mi   na   ramieniu.   Znałem   ją   dobrze.   Należała   do   Petera 

Gregory'ego,   trenera   koni   wyścigowych.   Był   to   potężny,   mający   niemal   sześć   stóp   wzrostu 

mężczyzna, który już tył i tracił włosy, ale swego czasu, jak słyszałem, był najtwardszym facetem, 

jaki kiedykolwiek włożył nogę w wyścigowe strzemię. 

 - Cześć, Alan, chłopie. Cieszę się, że cię tu widzę. Już cię zgłosiłem z koniem do drugiej 

gonitwy. 

 - A jak on? 

  - W porządku. Wciąż trochę chudy. - Stracone Nadzieje był w  jego stajni zaledwie od 

miesiąca.  - Dałbym  mu  spokój przy pierwszym  podejściu pod górkę, bo inaczej  pęknie  przed 

końcówką. Trzeba mu jeszcze czasu, zanim będziemy się mogli spodziewać więcej. 

 - Okay. 

 - Chodźmy, zobaczymy, jaki jest tor - powiedział Pete. - Chcę z tobą pogadać. 

 Zarzucił rzemyk lornety wyżej na ramię. 

 Wyszliśmy na tor i na próbę wbiliśmy obcasy w darń. Weszły na cal głęboko. 

 - Nieźle, zważywszy ten śnieg, co tu wsiąkł dwa tygodnie temu - orzekłem. 

 - Będzie ci miękko i wygodnie spadać - dodał Pete z niewyszukanym humorem. 

 Podeszliśmy pod górę do najbliższej przeszkody. Darń za nią była trochę za grząska, ale 

wiedzieliśmy, że drugi koniec toru jest lepiej wydrenowany. Wszystko było w porządku. 

 Pete nagle zapytał:

 - Czy widziałeś, jak Bill upadł w Maidenhead? 

background image

 On sam, kiedy to się stało, był w Irlandii, gdzie kupował konia, i dopiero co wrócił. 

 - Tak. Byłem jakieś dwie długości za nim - odpowiedziałem, patrząc na tor, skupiony na 

przeszkodach. 

 - No i? 

 - I co? - zapytałem. 

 - Co się stało? Dlaczego upadł? - w głosie Pete'a brzmiało jakieś naleganie, silniejsze, niż 

można by oczekiwać, nawet jeśli się zważyło okoliczności. Spojrzałem na niego. Oczy miał szare, 

bez uśmiechu, czujne. Powodowany niezrozumiałym dla siebie samego impulsem, schroniłem się 

w niedomówienia. 

 - Po prostu upadł - powiedziałem. - Kiedy przechodziłem nad faszyną, leżał na ziemi, a Bill 

pod nim. 

 - Więc Admirał źle wszedł na przeszkodę? - dopytywał. 

 - Nie, o ile widziałem. Musiał zahaczyć. 

 To było dość bliskie prawdy. 

 - I nie było... nic poza tym? - spojrzenie Pete'a było ostre, jakby się chciał wwiercić w moje 

myśli. 

 - Co masz na myśli? - Unikałem bezpośredniej odpowiedzi. 

  -   Nic.   -   Niepokój   na   jego  twarzy   zelżał.   -   Jeżeli   nic   nie   widziałeś...   -   Ruszyliśmy   z 

powrotem.   Dręczyło   mnie,   że   nie   powiedziałem   Pete.owi   prawdy.   Za   wiele   pytał,   za   wiele 

wiedział. Byłem pewny, że on by nie ryzykował śmierci tak wspaniałego konia jak Admirał, nie 

mówiąc już o przyjacielu, ale dlaczego tak mu ulżyło, kiedy uwierzył, że nic nie zauważyłem? 

 Właśnie postanowiłem go spytać o wyjaśnienie tej postawy, a potem opowiedzieć, co się 

naprawdę stało, kiedy odezwał się pierwszy:

 - Czy masz jakąś gonitwę w wyścigu amatorów, Alan? 

 Już znów był dawnym sobą, uśmiechniętym blefiarzem. 

 - Nie, nie mam - odpowiedziałem. - Słuchaj, Pete... 

 Ale przerwał mi:

 - Dostałem do stajni konia jakieś pięć, sześć dni temu, jest zapisany na dzisiejszy wyścig 

amatorów. Kasztan. Powiedziałbym, niczego sobie bydlę. Wygląda, że jest w formie... pochodzi z 

małej stajni na zachodzie... i jego właścicielka pali się go wystawić. Próbowałem dziś dzwonić do 

ciebie w tej sprawie, ale już wyjechałeś. 

  - Jak  się nazywa?   - spytałem,   cały ten  wstęp  bowiem  był   ze  strony  Pete'a  sposobem 

wrobienia mnie w coś, czym nie będę zbytnio zachwycony. 

 - Wielkie Nieba. 

background image

 - Nigdy o nim nie słyszałem. Czego dokonał? 

 - Cóż, niczego wielkiego. Jest młody, oczywiście... 

 Przerwałem mu. 

 - Ale dokładnie, co już ma? 

 Pete westchnął i poddał się. 

 - Ma za sobą tylko dwie gonitwy, obie w Devon zeszłej jesieni. Nie upadł, ale... hm... za 

każdym razem zrzucał dżokeja.  Ale przez robocze przeszkody u  mnie skakał dziś rano całkiem 

dobrze. Nie myślę, żebyś miał jakieś trudności, przejedziesz cały tor bezpiecznie, a o to głównie 

chodzi na tym etapie. 

 - Pete, nie lubię odmawiać, ale... - zacząłem. 

 - Jego właścicielka tak się cieszy, że ty na nim pojedziesz. To jej pierwszy koń i pierwszy 

raz biegnie w jej nowiuteńkich barwach. Przywiozłem ją ze sobą na wyścigi. Mało nie wyskoczy ze 

skóry. Powiedziałem, że cię poproszę...

 - Nie sądzę... - próbowałem jeszcze. 

 - Cóż, przynajmniej ją poznaj - powiedział Pete. 

 - Jeżeli ją poznam, sam wiesz, że będzie dużo trudniej odmówić pojechania na jej koniu. 

 Pete temu nie zaprzeczył. 

 Ciągnąłem dalej: 

  -  Pewno to znowu któraś z tych twoich miłych starszych pań, co się wybiera do domu 

starców, z którego na pewno nie wyjdzie, i zachciało się jej ostatniego dreszczyka, zanim klamka 

zapadnie. 

 Tak brzmiała smutna historyjka  wykorzystana niedawno przez Pete'a, żeby mnie zwabić, 

wbrew moim słusznym obawom, na grzbiet jakiejś chabety. Potem często widywałem tę starszą 

panią na wyścigach. Pewno nadal czekał ją dom starców i nieunikniony los. 

 - To nie tak - powiedział Pete - to nie żadna starsza pani. 

 Zatrzymaliśmy się w padoku. Pete rozejrzał się i na kogoś skinął. Kątem oka dojrzałem, że 

jakaś   kobieta   rusza   w   naszą   stronę.   Na   ucieczkę   było   już   za   późno   bez   popełnienia 

niewybaczalnego grubiaństwa. Starczyło mi czasu, żeby serdecznie zakląć w ucho Pete'a, zanim się 

odwróciłem,  a on przedstawił mnie  nowej właścicielce  kata dżokejów, jakiegoś  konia Wielkie 

Nieba. 

 - Alan York, panna Ellery-Penn - powiedział Pete. 

 Byłem zgubiony, zanim się odezwała. Pierwsze, co powiedziałem, to: 

 - Z przyjemnością pojadę na pani koniu. 

 Pete śmiał się ze mnie otwarcie. 

background image

 Była piękna. Miała czyste rysy, cudowną skórę, uśmiechnięte szare oczy, ciemne lśniące 

włosy   sięgające   niemal   do   ramion.   I   przyzwyczajona   była   do   tego,   że   robi   wrażenie   na 

mężczyznach. Ale cóż mogłaby na to poradzić? 

  - To w porządku - powiedział Pete. - Zgłaszam cię do  amatorów, to czwarta gonitwa. 

Barwy dam Clemowi. 

 Odszedł w stronę wagi. 

 - Tak się cieszę, że zgodził się pan pojechać na moim koniu - powiedziała dziewczyna. Jej 

głos był niski i powolny. - Ten koń to prezent urodzinowy. Raczej kłopotliwy, nie sądzi pani? Wuj 

George, kochany staruszek, ale  troszeczkę  dziwak, dał ogłoszenie w  “Timesie”, że kupi konia 

wyścigowego.   Ciocia   mówi,   że   dostał   pięćdziesiąt   ofert   i   kupił   tego   konia   nie   oglądając,   bo 

podobała mu się nazwa. Powiedział, że to będzie zabawniejsze, jeżeli dostanę na urodziny konia 

zamiast konwencjonalnego sznurka pereł. 

 - Wygląda na to, że wuj George to fascynujący człowiek - powiedziałem. 

 - Ale we współżyciu na co dzień raczej wyczerpujący. 

 Stosowała taką jakąś sztuczkę, że ostatnie dwa lub trzy słowa w zdaniu zawieszała, tak że 

brzmiały jak pytanie. Jak gdyby dodawała do tego, co powiedziała: “Zgodzi się pan?”

 - Mieszka pani u niego? 

  - O, tak. Rodzice się rozwiedli w zamierzchłej przeszłości. Rozjechali się w  przeciwne 

strony, i w ogóle. 

 - Przykro mi. 

 - Nie warto mi współczuć. W ogóle ich nie pamiętam. Porzucili mnie na progu domu wuja 

George'a, mówiąc obrazowo, w niewinnym wieku dwóch lat. 

  -   Wuj   George   wykonał   dobrą   robotę   -   stwierdziłem,   przyglądając   się   jej   z   wcale   nie 

ukrywanym podziwem. 

 Przyjęła to naturalnie, niemal jako oczywistość. 

 - Właściwie to ciocia Deb. Ona jest troszkę żwawsza od wuja George'a. Prawdziwe skarby, 

oboje. 

 - Czy są tu dzisiaj? 

  - Nie, nie ma ich -  odpowiedziała panna Ellery-Penn.  - Wuj George zauważył, że skoro 

daje mi paszport do nowego świata zaludnionego wyłącznie przez dzielnych i czarujących młodych 

ludzi, to byłoby przeciwne założeniu stawiać mi na drodze starych krewnych. 

 - Wuj George z każdą chwilą bardziej mi się podoba - orzekłem. 

 Panna Ellery-Penn obdarzyła mnie niebiańskim uśmiechem, który nic a nic nie obiecywał. 

 - Widział pan mojego konia? - zapytała. - Czyż to nie cudo? 

background image

 - Jeszcze nie widziałem. Jeszcze pięć minut temu nie miałem pojęcia o jego istnieniu. Jakże 

to się stało, że wuj George przysłał go do Pete'a Gregory'ego? Czy wybrał stajnię celując szpilką? 

 Roześmiała się. 

 - Nie. Nie sądzę. Stajnię miał już zaplanowaną. Powiedział, że jeśli koń pójdzie do pana 

Gregory'ego, mógłby się postarać, żeby pojechał dla mnie taki major Davidson. - Zreflektowała się 

i zmarszczyła czoło. - Bardzo był wzburzony w poniedziałek, kiedy przeczytał w gazecie, że major 

Davidson zginął. 

 - Znał go? - spytałem od niechcenia, przyglądając się prześlicznym wygięciom kącików jej 

czerwonych warg. 

 - Nie, jestem pewna, że nie znał go osobiście. Przypuszczalnie znał jego ojca. Zdaje się, że 

znał   ojców   większości   ludzi.   Powiedział  tylko:   “Wielki   Boże,   Davidson   nie   żyje”,   jakby 

wstrząśnięty, i wrócił do grzanki. Ale nie słyszał ani mnie, ani cioci Deb, zanim po raz czwarty nie 

poprosiłyśmy go o marmoladę! 

 - I to wszystko? 

 - Tak. Dlaczego pan pyta? - zapytała ciekawie panna Ellery-Penn. 

 - O, nic takiego. Bill Davidson i ja byliśmy bliskimi przyjaciółmi. 

 Skinęła głową. 

 - Rozumiem. - Porzuciła ten temat. - Ale co muszę robić w swojej nowej roli właścicielki 

konia? Nie mam szczególnej ochoty zaraz pierszego dnia popełnić jakiejś strasznej gafy. Wszelkie 

uwagi i wskazówki z pana strony będą mile widziane, panie York. 

 - Na imię mi Alan - oświadczyłem. 

 Obrzuciła mnie taksującym spojrzeniem. Powiedziało mi ono wyraźniej od słów, że choć 

młoda,   ma   już   pewne   doświadczenie,   jeśli   idzie   o   obronę   przed  niepożądanymi  zalotami   i 

narzucaniem sobie zbyt zażyłych znajomości. 

 Ale na koniec uśmiechnęła się i powiedziała: 

 - A mnie Kate. 

 Udzielała swojego imienia jak daru. Przyjąłem go z przyjemnością. 

 - Co wiesz o wyścigach? - zapytałem. 

 - Nic a nic. Do dzisiaj noga moja nie postała na Torze - powiedziała z ironią, wymawiając 

to słowo z dużej litery. 

 - Jeździsz sama? 

 - Właściwie nie. 

 - Może wuj George lubi konie? Może poluje? - podsuwałem. 

  - Wuj George to przeciwieństwo  koniarza,  jedyny w swoim  rodzaju. Mówi, że koń z 

background image

jednego końca kopie, a z drugiego gryzie, a co do polowania uważa, że zna przyjemniejsze zajęcia, 

niż uganianie się w środku zimy po bagnach za puszystym ogonem jakiegoś szkodnika. 

 Roześmiałem się. 

 - Może gra na wyścigach? Poza torem. 

 - Wsławił się tym, że w końcówce Pucharu zapytał, kto wygrał Derby. 

 - To skąd Wielkie Nieba? 

  - Wuj George mówi, że dla  poszerzenia moich horyzontów.  Moja edukacja biegła utartą 

drogą, szkoła z internatem, szkoła dla panienek z dobrego domu, podróż do Europy pod przesadną 

opieką. Wuj George orzekł, że muszę się pozbyć zapachu muzeów. 

 - Więc na dwudzieste pierwsze urodziny podarował ci wyścigowego konia - stwierdziłem 

rzeczowo. 

  - Tak - odpowiedziała, po czym  spojrzała na mnie ostro. Skrzywiłem się. Tym  razem 

przeskoczyłem jej obronę. 

 - Jako właścicielka nic specjalnego nie musisz robić - wyjaśniłem. - Tylko przejść do tych 

stanowisk tam - wskazałem - przed czwartą gonitwą, dopatrzyć,  żeby osiodłali  twojego konia. 

Potem idziesz z Pete'em na padok, stoisz tam i robisz inteligentne uwagi o pogodzie, aż pojawię się 

ja, dosiądę konia i odjadę na gonitwę. 

 - A co robię, jeżeli wygra? 

 - Spodziewasz się, że wygra? - zapytałem. Nie miałem pewności, ile ona naprawdę wie o 

swoim koniu. 

 - Pan Gregory mówi, że nie. 

 Ulżyło mi. Nie chciałem, żeby się rozczarowała. 

 - Wszyscy więcej się o nim dowiemy po gonitwie. Ale gdyby przyszedł w pierwszej trójce, 

rozsiodłają go tam, przed tym budynkiem, gdzie jest waga. W innym wypadku zastaniesz nas tu, na 

murawie. 

 Był już prawie czas na pierwszy bieg. Odprowadziłem zachwycającą pannę Ellery-Penn do 

trybun   i   spełniłem   życzenie   wuja   George'a,   przedstawiając  jej   kilku   dzielnych   i  czarujących 

młodych ludzi. Niestety, uświadomiłem sobie, że zanim wrócę po gonitwie młodszych koni, stanę 

się prawdopodobnie jednym z wielu, którzy brali udział w wyścigu o względy panny Ellery-Penn. 

 Popatrzyłem, jak bierze w niewolę grupkę moich przyjaciół. Była osobą energiczną i pełną 

życia.   Odnosiło   się   wrażenie,   że  ma   w   sobie   niewyczerpane   zasoby  wewnętrznego   ognia,   tak 

szczelnie zamknięte, że tylko jego ciepłu pozwala przenikać do swego zadowolonego, powolnego 

głosu. Będzie bardzo pociągająca nawet w średnim wieku, pomyślałem bez żadnego związku, i 

przyszło mi na myśl, że gdyby  Scilla zamiast swojej  powściągliwej, łagodnej bierności miała tę 

background image

sprężystą żywotność, aluzje inspektora Lodge'a nie byłyby tak bezpodstawne. 

 Przyjrzałem się pierwszej gonitwie i zostawiłem Kate wobec problemu, który z jej nowych 

znajomych będzie miał zaszczyt zabrać ją na kawę, a sam poszedłem się zważyć przed gonitwą 

młodszej generacji. Kiedy się obejrzałem, wyruszała do kawiarenki pociągając za sobą procesję 

wielbicieli jak kometa ogon. 

 Błyszcząca i urzekająca kometa. 

 Po raz pierwszy w życiu żałowałem, że jadę w wyścigu. 

background image

 4

  W szatni, podparty pod boki i  rozmawiając na prawo i lewo, stał Sandy Mason. Rude 

włosy   zwijały   mu   się   w   drobne   kędziory,   nogi,   silne   jak   słupy,   rozstawił   pewnie   i   szeroko. 

Wibrował życiem od stóp do głowy. Był to krępy, trzydziestoletni mężczyzna, raczej niski, bardzo 

silny, o ciemnobrązowych oczach ocienionych zaskakująco jasnymi, rudawymi rzęsami. 

 Jako dżokej, zawodowiec, nie mieścił się w dwunastce najlepszych, ale sporo miał za sobą 

sukcesów,   które   zawdzięczał   głównie   duchowi   walki.   Był   nieustraszony.   Przeciskał   niechętne 

czasem konie przez największy tłok, zdarzało się, że nawet wtedy, kiedy w ogóle nie było szansy 

na przejście, dopóki sam go siłą nie przebił. Swoją agresywnością w czasie gonitw nieraz poważnie 

naraził się komisji, ale nie był niepopularny w środowisku dżokejów dzięki nieodpartej, zaraźliwej 

wesołości. 

 Poczucie humoru miał równie żywe i jeśli w głębi ducha uważałem niektóre jego kawały 

za niegrzeczne i prostackie albo zanadto nieprzyzwoite, należałem chyba do mniejszości. 

 - Który ze skurwysynów podwędził mi mojego balansa? - ryczał głosem docierającym do 

najdalszego zakątka przez nieustający gwar rozmów. Na to pytanie, dotyczące jego bata, nikt nie 

odpowiedział. 

  -   Może   byście   tak   jeden   z   drugim   podnieśli   dupska   i  popatrzyli,   czy   który   go   nie 

wysiaduje? - zwrócił się do kilku dżokejów siedzących na ławie i wciągających buty. 

  Popatrzyli   na   niego   z   uznaniem  i   czekali   na   dalszy   ciąg   tyrady.   Sandy   ciągnął   dalej 

wiązankę   wymysłów,   nie   powtarzając   się,   dopóki   któryś   ze   służących   nie   wydobył   skądś 

zaginionego bata. 

 - Gdzieżeś go znalazł?! - zawołał Sandy. - Kto go miał? Wykręcę mu tę cholerną łapę. 

 - Leżał na podłodze pod ławą, na twoim miejscu. 

 Sandy'ego nigdy nie wprawiały w zakłopotanie własne pomyłki. Ryknął śmiechem i zabrał 

bat. 

 - Daruję wam wszystkim tym razem. 

  Wyszedł do wagi dźwigając siodło i trzaskając batem, jakby sprawdzał, czy wciąż jest 

elastyczny. Często się nim posługiwał w każdej gonitwie. 

  Mijając   mnie   w   drzwiach   w   drodze   na   wagę   obrzucił   mnie   jednym   z   tych   szybkich, 

wesołych spojrzeń, dzięki którym był lubiany mimo swoich wad. Obejrzałem się i popatrzyłem, jak 

wchodzi i siada na wadze,  parkując bat na stole obok. Powiedział coś, czego nie dosłyszałem, a 

wagowy i sędzia, który towarzyszył ważeniu, żeby się zapoznać z poszczególnymi barwami i móc 

je potem odróżnić przy celowniku, roześmieli się, zaznaczyli go na liście i  zakwalifikowali do 

gonitwy. 

background image

  Jakiś czas temu rozeszły się pogłoski, że Sandy wstrzymał parę koni i za tę przysługę 

dobrze został wynagrodzony przez  bukmacherów.  Nic mu  jednak nie udowodniono i oficjalne 

dochodzenie nie trwało dłużej niż godzinę. Ci, którym przykre żarty Sandy'ego zaszły za skórę, 

uważali, że jest zdolny do  wszystkiego.  Wszyscy poza nim  podkreślali, że wstrzymanie  konia 

zupełnie się nie zgadza z charakterem kogoś, kto miewa kłopoty raczej z tego powodu, że zbyt 

bezwzględnie dąży do zwycięstwa. 

  Widząc, jak swobodnie i bez trudu radzi sobie z urzędnikami, potrafiłem zrozumieć, że 

wobec tak przyjaznego i otwartego zachowania komisja techniczna podczas dochodzenia w żaden 

sposób   nie   mogła   uwierzyć   w   jego   winę   bez   konkretnych   i   przekonujących   dowodów.   W 

powszechnej  opinii  dżokejów  Sandy kiedyś  wstrzymał  parę koni, ale  nie  stało się  to w  ciągu 

ostatnich paru miesięcy. 

 Można wstrzymać konia opóźniając start ruszając o parę długości za innymi i trzymając się 

w tyle. Wówczas nieuczciwy dżokej może przejechać całkiem uczciwą końcówkę od przedostatniej 

przeszkody, kiedy znajduje się na oczach całego tłumu, dobrze wiedząc, że został z koniem o wiele 

za daleko, żeby coś wskórać, i że w żaden sposób nie wygra. Dość rzadko się to zdarza, jeśli 

bowiem się widzi, że dżokej robi to regularnie, prędko znajduje się na bruku. 

 W czasie swojego półtora sezonu wyścigowego widziałem tylko dwa takie przypadki. Za 

każdym razem był to ten sam człowiek, jasnowłosy pyzaty chłopak nazwiskiem Joe Nantwich. Za 

drugim razem, około dwóch miesięcy temu, miał szczęście, że nie stracił licencji, był bowiem na 

tyle niemądry, aby spróbować tej sztuczki w  gonitwie, w której jednym z  dżokejów był David 

Stampe, skarżypyta, młodszy syn członka rady nadzorczej. 

  Joe i, czego byłem pewien, również Sandy dopuścili się rozmyślnego wstrzymania koni, 

które bez ich interwencji na pewno by wygrały. Byli w gruncie rzeczy winni przestępstwa. Czy ja 

jednak jestem o wiele lepszy od nich, zastanowiłem się zapinając kask i biorąc siodło, żeby usiąść 

na   wadze.   Zgłosiłem  oto   Stracone   Nadzieje   podejmując   się   przeprowadzić   go   ostrożnie   przez 

przeszkody i koncentrując się na tym,  żeby przejechać cały tor, ale nie miałem najmniejszego 

zamiaru wyduszać z niego wszystkich sił dla tej nikłej szansy, że mógłby ukończyć gonitwę w 

pierwszej trójce. Nie był w odpowiedniej formie i zbyt ostry wyścig bardzo by mu zaszkodził. 

Oczywiście   gdyby   wskutek   jakichś   nieprzewidzianych   okoliczności,  jak  seria   upadków   innych 

koni, okazało się, że jestem na pozycji dającej szansę na wygraną, miałem zamiar ją wykorzystać. 

Jest olbrzymia różnica między wstrzymaniem a nie staraniem się zbytnio mimo chęci wygrania, ale 

skutek dla rozczarowanych kibiców pozostaje ten sam. Tracą pieniądze. 

  Zaniosłem siodło do boksów, gdzie Pete czekał już ze Straconymi Nadziejami. Osiodłał 

konia, a Rupert, maleńki chłopak stajenny, wyprowadził go na padok. Pete i ja wyszliśmy za nim, 

background image

omawiając inne konie w tej gonitwie. Kate nigdzie nie było widać. 

  Kiedy przyszedł czas, dosiadłem konia i wyjechałem na tor. Znów odczułem znajome 

podniecenie. Ani śmierć Billa, ani żałoba Scilli, ani myśl o tym,  że Kate robi postępy z kimś 

innym,   nie   mogły   zamącić  poczucia   szczęścia,   jakie   mnie   ogarniało   zawsze,   kiedy   w   galopie 

zbliżałem się do startu. Pęd gonitwy, szybko podejmowane decyzje, ryzyko, to było coś, czego 

bardzo mi było trzeba jako przeciwwagi do bezpieczeństwa zapewnianego przez cywilizację. Nie 

można żyć zbyt bezpiecznie. Przygoda dobrze robi człowiekowi, szczególnie komuś takiemu jak ja, 

którego ojciec po zdobyciu czwartego miliona przestał liczyć pieniądze. 

  A   ojciec,   z   wyrozumiałością,   którą   wyniósł   z   własnej   o   wiele   bardziej   zwariowanej 

młodości,  bez żadnych  zastrzeżeń  podarował  mi  szybki  wóz oraz trzy dobre  konie i zapewnił 

swobodę   w   kraju   pięć   tysięcy   mil   odległym   od   domu.   Powiedział   jednak,   udzielając   mi 

błogosławieństwa   na   drogę,   że   według   niego   biegi   płaskie   z   przeszkodami   to   zajęcie   raczej 

spokojne  jak dla  kogoś, kto od dziesiątego roku życia polował na krokodyle na  rzece Zambezi. 

Coroczny miesięczny urlop ojca od jego transportowego imperium oznaczał dla nas szybką jazdę 

przez   stepy   Afryki   Południowej,   po   czym   dawaliśmy   nura   w   pierwotną   dżunglę,   czasem   z 

absolutnym minimum ekwipunku dźwiganego na własnych plechach. A ja, dla którego dżungla 

była znajomym miejscem zabaw, znalazłem potrzebne mu wyzwanie w tym oswojonym kraju, na 

przyjaznych  zwierzętach,   w   sporcie  obwarowanym   wszelkiego   rodzaju  przepisami   i   prawami. 

Zważywszy wszystko, było to bardzo dziwne. 

 Starter sprawdził listę, żeby się upewnić, czy są wszyscy, podczas gdy my krążyliśmy na 

miejscu i sprawdzali popręgi. Stwierdziłem, że obok mnie  prowadzi konia Joe Nantwich.  Wyraz 

twarzy miał jak zwykle niemiły, urażony i jednocześnie wyniosły. 

 - Wracasz po wyścigach do Davidsonów, Alan? - zapytał. Zawsze zwracał się do mnie z 

poufałością, której byłem trochę niechętny, choć starałem się tego nie okazywać. 

 - Tak - odpowiedziałem. Potem pomyślałem o Kate. - Choć może nie zaraz. 

 - Podwieziesz mnie do Epsom? 

 - Nie jadę tamtędy - wyjaśniłem grzecznie. 

  - Ale jedziesz przez Dorking.  Stamtąd mogę wziąć autobus, jeżeli nie chcesz jechać do 

Epsom. Przyjechałem z kimś, kto jedzie do Kent, więc muszę znaleźć jakiś transport do domu. 

  Nalegał i, choć przyszło mi na myśl, że gdyby się postarał, z łatwością znalazłby kogoś 

jadącego prosto do Epsom, w końcu zgodziłem się go zabrać. 

  Ustawiliśmy się do startu. Po  jednej stronie miałem Sandy'ego,  po drugiej Joe'ego, a ze 

spojrzeń, jakimi się obrzucili, widać było wyraźnie, że się nie kochają. Uśmiech Sandy'ego był 

paskudny,  okrągła, niemowlęca twarz Joe'ego skrzywiła się jak  u dziecka, które powstrzymuje 

background image

płacz. Pomyślałem, że pewno Sandy dokuczył temu bufonowi którymś ze swoich niewybrednych 

kawałów, na przykład wlewając mu dżem do butów. 

  Ale   zaraz  ruszyliśmy   i   całą   uwagę   skupiłem   na   prowadzeniu  Straconych   Nadziei   jak 

najczyściej, szybko i bezpiecznie. Wciąż jeszcze był bardzo zielony i skłonny do wahań przed 

klekoczącymi  płotami, ale miał zadatki na konia płotowego. Szedł tak dobrze, że przez ponad 

połowę gonitwy utrzymywałem się na trzecim miejscu, idąc trochę na zewnątrz, żeby wyraźnie 

mógł   widzieć   przeszkody.   Ostatnie   ćwierć   mili   pod   górę   było   już   jednak   ponad   jego   siły   i 

skończyliśmy na szóstym miejscu. Byłem zadowolony. Scilla się uspokoi. 

  Sandy Mason ukończył  gonitwę przede mną. Potem przygalopował luzem koń Joe'ego 

Nantwicha powiewając wodzami  i, kiedy spojrzałem do tyłu,  w głąb toru, zobaczyłem  drobną 

postać Joe'ego wlokącą się z powrotem do trybun. Już na pewno przez całą drogę do Dorking będę 

wysłuchiwał dokładnego sprawozdania z tego nieszczęścia. 

  Rozsiodłałem   konia,   zważyłem   się   ponownie,   przebrałem   w   nowiuteńkie   barwy  Kate, 

kazałem Clemowi  obciążyć  siodło dziesięcioma  funtami  płaskich sztabek ołowiu, tyle  bowiem 

brakowało mi do wagi w gonitwie amatorów, i wyszedłem się rozejrzeć, co dzieje się z panną 

Ellery-Pen. 

 Stała oparta o barierę padoku i spoglądała na przemian to na konie, to (zbyt przychylnie, 

jak  mi   się   wydało)   na   Dane'a   Hillmana,   jednego   z   młodych   czarujących   ludzi,   jakich   jej 

przedstawiłem. 

  - Pan Hillman mi mówi - oświadczyła - że ten tam żałosny koński szkielet, ten z głową 

opuszczoną do kolan i obwisłymi uszami, to najszybszy koń w tym wyścigu. Mam mu wierzyć, czy 

mnie nabiera?

 - Szczera prawda - upewniłem ją. - To najlepszy koń. Nie z wyglądu, oczywiście, ale to 

pewniak w dzisiejszej stawce. 

 Dane wyjaśnił:

  - Koń, który chodzi z opuszczoną głową jak ten, to prawie zawsze dobry koń płotowy. 

Patrzy pod nogi. 

  -   Ale   mnie   się   podoba   to   cudo,  które   teraz   wychodzi   -  powiedziała   Kate   patrząc   na 

gniadosza z szyją  wygiętą w łuk, wysoko  niosącego łeb. Był  prawie cały przykryty  derką dla 

ochrony przed lutowym zimnem, ale wystawał spod niej krągły, lśniący zad. 

 - O wiele za tłusty - orzekł Dane. - Zapasł się pewno podczas śniegów i od tamtej pory za 

mało trenował. Spuchnie, niech tylko przyjdzie mu coś zrobić. 

 Kate westchnęła. 

 - Wygląda na to, że konie są równie pełne paradoksów co G.K. Chesterton. Szkapa ma być 

background image

dobra, a dobry koń ma być szkapą. 

 - Nie zawsze - powiedzieliśmy jednocześnie ja i Dane. 

 - Z przyjemnością udzielę pani kilku lekcji na temat koni wyścigowych, panno Ellery-Penn 

- powiedział Dane. 

 - Ja się powoli uczę, panie Hillman. 

 - Tym lepiej - stwierdził radośnie Dane. 

 - Dane, nie jedziesz dzisiaj? - zapytałem z nadzieją. 

 - W ostatnich dwóch, chłopie. Nie martw się, będę mógł się za ciebie zająć panną Ellery-

Penn, kiedy ty dosiądziesz konia. 

 Skrzywił się w uśmiechu. 

 - Czy pan też jest dżokejem, panie Hillman? - spytała Kate ze zdumieniem. 

 - Tak - odpowiedział Dane, na tym poprzestając. Był wschodzącą gwiazdą tego zawodu i 

wyraźnie szedł w górę. Pierwszeństwo w obsadzaniu nim koni miał Pete Gregory, w związku z 

czym często byliśmy razem, pomijając naturalną sympatię, jaka nas łączyła. Obcy często brali nas 

jednego za drugiego. Byliśmy w tym samym wieku, obaj ciemnowłosi, średniego wzrostu i średniej 

budowy.   W   siodle   różniliśmy   się   bardziej.   Dane   był   lepszym   dżokejem,   niż   ja   mógłbym 

kiedykolwiek zostać. 

 - Myślałam, że każdego dżokeja można poznać na pierwszy rzut oka, bo pochodzą wprost 

od liliputów - oznajmiła Kate - ale wy dwaj jesteście przyzwoitego wzrostu. 

 Patrząc na nas obu musiała podnosić głowę, choć sama też nie była niska. 

 Roześmieliśmy się. Wyjaśniłem: 

  - Dżokeje w biegach płaskich z przeszkodami są prawie wszyscy przyzwoitego wzrostu. 

Łatwiej się utrzymać w siodle nawet nad wysokimi przeszkodami, jeżeli ma się długie nogi. 

  - Niektórzy z gonitw płaskich też są tacy jak my - dodał Dane. - Ale oni oczywiście są 

chudzi. 

 - Prysły wszystkie moje złudzenia - orzekła Kate. 

 A Dane powiedział: 

 - Podoba mi się twój nowy koń, Alan. Za rok będzie dobry. 

 - Czy i pan jeździ dziś na swoich koniach? - spytała go Kate. 

 - Nie. Ja nie. Nie mam koni - odpowiedział Dane. - Jestem zawodowcem, a więc nie wolno 

mi mieć koni wyścigowych. 

 - Zawodowcem? - Brwi Kate uniosły się w górę. Wyraźnie zwiódł ją znakomitego kroju 

garnitur Dane'a pod krótkim  płaszczem z wielbłądziej wełny, jego uprzejmy głos i miły sposób 

bycia. Z rozbawieniem zauważyłem, że prysło jeszcze jedno złudzenie. 

background image

 - Tak. Jeżdżeniem zarabiam na życie - wyjaśnił Dane z uśmiechem. - Nie tak jak Alan, nie 

mam   nadzianego   ojca.   Ale  płacą   mi   za   to,   co   najbardziej   na   świecie   lubię   robić.   To   wielce 

zadowalający stan rzeczy. 

 Kate z uwagą patrzyła to na niego, to na mnie. 

 - Może z czasem zrozumiem, dlaczego chce się wam nadstawiać własnego eleganckiego 

karku - powiedziała. 

  - Kiedy pani zrozumie, proszę i nam powiedzieć - powiedział Dane. - Dla mnie jest to 

wciąż tajemnicą. 

 Wróciliśmy do trybun i obejrzeliśmy trzecią gonitwę. Nędznie wyglądający koń wygrał z 

łatwością o dwadzieścia długości. Faworyt Kate po mili został z tyłu i odmówił skoku przy trzeciej 

od końca przeszkodzie. 

  - Niech pani nie sądzi, że  zawsze wiemy, który wygra -  powiedział Dane. - Dżokeje to 

niedobrzy typerzy. Ale ten był pewny, pewny jak śmierć. 

 Pewny jak śmierć. Rzucone od niechcenia, zwykłe wyścigowe powiedzonko ukłuło mnie 

jak igłą.   Człowiek,  który  mierzył   w  Billa   Davidsona,  budował  na  tym,  że  Admirał   był  takim 

pewniakiem. 

 Pewny jak śmierć. Śmierć. 

  Koń Kate, jak na kota w worku, nie okazał się taki zły, jak się obawiałem. Przy drugiej 

przeszkodzie stracił cierpliwość i potknął się w powietrzu, tak że wyleciałem z siodła i trafiłem w 

nie z powrotem bardziej przez przypadek niż przytomność umysłu. Wszystko wskazywało na to, że 

ta sztuczka pozwoliła mu się pozbyć  poprzedniego dżokeja, który dziś zyskał sobie całe moje 

współczucie. Powtórzył to nad trzecim otwartym rowem poza tym jednak nasza podróż minęła bez 

wypadków. Koń zdobył się nawet na niespodziane przyspieszenie podchodząc pod górę i, mijając 

kilka zmęczonych zwierząt, przybiegł na czwartym miejscu.

 Kate była zachwycona. 

  - Wuj George miał cudowny pomysł  - oświadczyła.  - W życiu  nie przeżyłam  takiego 

cudownego dnia. 

 - Już myślałem, że zaraz zlecisz, Alan - powiedział Pete Gregory, kiedy rozpinałem popręg. 

 - Ja też - odpowiedziałem mu z uczuciem. - To czyste szczęście, że nie zleciałem. 

  Pete przyjrzał się, jak Wielkie Nieba oddycha: żebra zapadały mu się i unosiły, ale bez 

wysiłku. Zauważył: 

 - Jest w wyjątkowej formie, zważywszy wszystko. Myślę, że do końca sezonu wygramy na 

nim gonitwę lub dwie. 

  -   Nie   moglibyśmy   wszyscy   uczcić   tego   jakąś   butelczyną?   -   zapytała   Kate.   Oczy   jej 

background image

błyszczały z ekscytacji. 

 Pete roześmiał się. 

  - Z butelczyną niech pani  zaczeka do wygranej - poradził. - Chętnie bym jednak spełnił 

skromniejszy toast za przyszłość z panią, tylko że wystawiam konia w następnym. Alan panią bez 

wątpienia zabierze. 

 Zerknął na mnie z boku, wciąż bardzo rozbawiony na widok tego, jak całkowicie podbiły 

mnie wdzięki panny Ellery-Penn. 

  - Zaczekasz na mnie, Kate? -  spytałem. - Muszę się zważyć, bo byliśmy czwarci. Jak 

najszybciej przebieram się i przychodzę. 

 - Przyjdę pod drzwi - obiecała Kate, kiwając głową. 

  Zważyłem  się, oddałem siodło Clemowi i przebrałem w zwykłe  ubranie. Kate czekała 

przed budynkiem przyglądając się grupce stojących obok rozgadanych dziewcząt. 

 - Co to za dziewczyny? - zapytała. - Są tu przez cały ten czas co ja i nic nie robią.

  - Przeważnie żony dżokejów - wyjaśniłem z uśmiechem. -  Czekanie tutaj to ich główne 

zajęcie. 

 - Myślę też, że i dziewczyny dżokejów - zauważyła kwaśno. 

 - Tak. I właśnie się przekonałem, jak to miło wiedzieć, że ktoś na zewnątrz czeka. 

 Poszliśmy do baru i zamówili kawę. 

 - Wuj George będzie wstrząśnięty, jak się dowie, że tak bezalkoholowo uczciliśmy Wielkie 

Nieba - orzekła. - Czy w twoim życiu nie ma miejsca na wino albo coś mocniejszego? 

 - Och, jest, oczywiście. Ale nie zdążyłem się przyzwyczaić do picia o trzeciej po południu. 

A ty?

 - Ja przepadam za szampanem na śniadanie - odpowiedziała uśmiechając się oczami. 

 Zaraz poprosiłem ją, żeby spędziła ze mną wieczór, ale powiedziała, że nie może. Okazało 

się, że ciocia Deb wydaje obiad, a wuj George nie mógłby się doczekać opowieści, jak się spisał 

jego prezent urodzinowy. 

 - To może jutro? 

 Kate zawahała się i popatrzyła w filiżankę. 

 - Jestem... hm... Jutro wychodzę z Dane'em. 

 - Do licha z nim! - wybuchnąłem. 

 Kate naprawdę zachichotała. 

 - W piątek? - podsunąłem. 

 - W piątek będzie cudownie. 

 Poszliśmy na trybuny i popatrzyliśmy, jak Dane wygrywa o krótki łeb w piątej gonitwie. 

background image

Kate bez skrępowania uczciła wiwatem jego przyjazd. 

background image

 5

 Na parkingu wrzał bój. Wyszedłem za bramę, żeby po ostatniej gonitwie jechać do domu, i 

stanąłem jak wryty. Na wolnej przestrzeni pomiędzy bramą a pierwszym rzędem zaparkowanych 

wozów co najniej dwudziestu facetów biło się, i to nie na żarty. Już na pierwszy rzut oka widać 

było, że ich ciosy, zupełnie nie w typie Queensburry, mają w sobie coś morderczego. 

 Zdumiewające. Bójki dwóch lub trzech mężczyzn to rzecz zwyczajna na wyścigach, ale tak 

wielkie i poważne starcie musiało być spowodowane czymś więcej niż sprzeczką o zakład. 

  Przyjrzałem się bliżej. Nie było wątpliwości. Niektórzy mieli kastety. Szybko mignął w 

powietrzu rozkołysany łańcuch od motoru. Dwaj najbliżsi leżeli na ziemi, prawie bez ruchu, cali 

zdrętwiali od wyczerpania, jakby zaklęci w jakimś nieznanym pierwotnym rytuale. Jedyny zaciskał 

palce na przegubie dłoni drugiego, który ściskał w dłoni nóż o cienkim trzycalowym  ostrzu. Za 

krótki jak na śmiercionośne narzędzie, ale stworzony do cięcia i kaleczenia. 

 Wyglądało na to, że walczą dwie dość równe grupy, nie można jednak było rozróżnić, kto 

należy   do   której.   Zauważyłem,   że   człowiek   z   nożem,   który   powoli   przegrywał,   to   zaledwie 

chłopiec. Ale większość byli to mężczyźni w sile wieku. Jeden z wyglądu starszy klęczał pośrodku, 

w samym centrum szalejącej bójki, i osłaniał rękami głowę. 

  Walczyli w niesamowitym  milczeniu. Słychać było tylko ciężkie sapanie  i od czasu do 

czasu   pochrząkiwania.   Półkole   gapiów,   złożone   z   bywalców   opuszczających   teren   wyścigów, 

powiększało się, nikt się jednak nie kwapił, żeby wkroczyć i położyć kres temu zamieszaniu. 

 Zauważyłem obok siebie jednego ze sprzedawców gazet. 

 - O co chodzi? - spytałem. 

 Niewiele rzeczy uchodzi uwagi gazeciarzy. 

 - To taksiarze - wyjaśnił. - Dwa konkurencyjne gangi, jeden z Londynu, drugi z Brighton. 

Zawsze są kłopoty, jak się spotkają. 

 - Dlaczego? 

 - Nie wiem, panie York. Ale to nie pierwszy raz. 

  Znowu   spojrzałem   na   walczący   tłum.   Paru   zachowało   jeszcze   na   głowach   czapki   z 

daszkiem. Niektóre pary tarzały się po ziemi, inni szarpali się oparci o taksówki. Parkowały tam 

dwa rzędy taksówek. Wszyscy kierowcy brali udział w bójce. 

  Pięści i żelastwo, jakim się posługiwali, siały wokoło niemałe zniszczenie. Dwaj zgięci 

wpół trzymali się z bólu za brzuchy. Niemal wszyscy mieli pokrwawione twarze, a niektórym przez 

poszarpane ubrania prześwitywało gołe ciało. 

  Walczyli z mrożącą krew wściekłością, w obóle nie zauważając rosnącego wokół siebie 

tłumu. 

background image

  -   Pozabijają   się   -   powiedziała   koło   mnie   jakaś   dziewczyna,   obserwując   tę   scenę   z 

przerażeniem i fascynacją. 

  Spojrzałem ponad jej głową na mężczyznę stojącego za nią, olbrzyma mającego z górą 

sześć  stóp wzrostu, mocno opalonego.  Przyglądał się bójce z ponurym  niezadowoleniem,  miał 

silnie zarysowany sępi profil i zmrużone oczy. Nie mogłem sobie przypomnieć jego nazwiska, ale 

czułem, że powinienem je znać. 

  Tłum gapiów zaczynał się niepokoić, niektórzy rozglądali się za policją. Spostrzeżenie 

dziewczyny nie było bezpodstawne. W tej młocce i rzeźni, w której nic nie zapowiadało końca, 

każdy z nich, gdyby miał pecha, mógł zginąć. 

 Bójka spowodowała zator w ruchu na parkingu. Pojawił się policjant, przyjrzał się i szybko 

wycofał się po posiłki. Wrócił z czterema innymi  konstablami i jednym policjantem na koniu, 

wszyscy uzbrojeni w pałki. Zanurzyli się w wir walki, ale nim go uspokoili, upłynęło kilka minut. 

 Przybyło więcej policji. Taksówkarzy rozłączono i spędzono w dwie grupy. Wyglądało na 

to, że obydwie poniosły równe straty i żadna nie odniosła zwycięstwa. Pole walki zasłane było 

czapkami, strzępami kurtek i koszul. W odległości dziesięciu stóp od siebie leżały dwa buty, jeden 

brązowy, drugi czarny. Na ziemi widniały plamy krwi. Policjanci składali odebraną broń. 

 Kiedy minęło szczytowe napięcie, gapie zaczęli się rozchodzić. Mała grupka czekających 

na taksówki podeszła do policjanta z pytaniem, jak długo zatrzymają taksówkarzy. Wśród nich był 

też wysoki, opalony mężczyzna, który stał niedaleko mnie.

  W   pobliżu   zatrzymał   się   jeden   z   reporterów   wyścigowych,   pracowicie   gryzmoląc   w 

notesie. 

 - John, kto to jest ten tam wysoki? - spytałem. 

 Podniąsł wzrok i odszukał go. 

 - Chyba nazywa się Tudor - wyjaśnił. - Właściciel paru koni. Jakiś nowy wielki macher. 

Niewiele o nim wiem. Nie wygląda na zachwyconego sytuacją w transporcie. 

  Tudor, z wysuniętą  do przodu dolną szczęką,  rzeczywiście  robił wrażenie  wściekłego. 

Wciąż miałem pewność, że coś powinienem o nim pamiętać, ale nie wiedziałem co. Nie powiodło 

mu się z policjantem, który przecząco kręcił głową. Taksówki nadal stały puste, bez kierowców. 

 - O co chodzi? - spytałem reportera. 

 - Jak mi donoszą moi zwiadowcy, wojna gangów - wyjaśnił pogodnie. 

 Na zimnej i mokrej ziemi leżało już pięciu taksówkarzy. Jeden nieustannie jęczał. 

 - Chyba mniej więcej połowa do szpitala, połowa na posterunek. Co za historia! - zauważył 

reporter. 

 Jęczący przewrócił się na brzuch i zwymiotował. 

background image

 - Wracam przedzwonić do redakcji - oznajmił reporter. - Jedzie pan zaraz do domu? 

 - Czekam na tego cholernego Joe'ego Nantwicha - wyjaśniłem. - Obiecałem go podrzucić 

do Dorking, ale nie pokazuje się od czwartej gonitwy. To by było zupełnie w jego stylu, gdyby się 

okazało, że kto inny odwozi go prosto do domu, a on zapomniał mi powiedzieć. 

 - Ostatnio go widziałem, jak doszło między nim a Sandym do przykrej wymiany zdań w 

klozecie, i Sandy był górą. 

 - Ci dwaj rzeczywiście się nie kochają - zauważyłem. 

 - A wie pan dlaczego? 

 - Nie mam pojęcia, a pan? 

  -   Też   nie   -   odpowiedział   reporter.   Uśmiechnął   się   na   pożegnanie   i   wrócił   na   teren 

wyścigów, do telefonu. 

  Po rannych taksówkarzy  podjechały dwie karetki. Do każdej wdrapał się za nimi jeden 

policjant, a drugi usiadł przy kierowcy. Z pełnym obciążeniem karetki powoli odjechały w stronę 

głównej bramy. 

  Kiedy wygasł ogień walki, pozostałych kierowców ogarnął  ziąb lutowego popołudnia i 

zaczęli się trząść z zimna. Byli  sztywni i pokiereszowani, ale wcale nie skruszeni. Z pierwszej 

grupy jeden wystąpił, pokrzyczał w stronę drugiej i obraźliwie splunął. Koszulę miał w strzępach i 

twarz   upuchłą   od   uderzeń.   Muskuły   jego   przedramienia   przyniosłyby   zaszczyt   kowalowi,   a 

miękkie czarne włosy układały mu się w loczek na czole. Wyglądał groźnie. Policjant wziął go za 

ramię, żeby cofnąć do grupy,  ale on odskoczył  i wyszczerzył  zęby.  Ruszyło  do niego jeszcze 

dwóch policjantów i wtedy ze złością ustąpił. 

 Już miałem machnąć ręką na Joe'ego i odejść, kiedy wyszedł z bramy i pozdrowił mnie bez 

słowa przeprosin za spóźnienie. Ale nie tylko ja zauważyłem jego przybycie. 

 Wielkimi krokami podszedł do nas Tudor. 

 - Nantwich, bądź tak dobry i podrzuć mnie do Brighton - rozkazał. - Jak widzisz, taksówki 

stoją, a ja za dwadzieścia minut mam w Brighton ważne spotkanie. 

 Joe błędnymi oczami popatrzył na taksówkarzy. 

 - Co się stało? - zapytał. 

 - Teraz mniejsza o to - powiedział niecierpliwie Tudor. - Gdzie twój wóz? 

  Joe   spojrzał   na  niego   tępo.   Zupełnie   jakby  jego   mózg   pracował   na   połowie   obrotów. 

Odpowiedział: 

 - Och... hm... nie mam go tu, proszę pana. Ktoś mnie podwozi. 

 - To pan? - zwrócił się Tudor do mnie. Potwierdziłem. Joe, jak to on, nie przedstawił nas 

sobie.   -   Będę   wdzięczny,   jeżeli  mnie   pan   zabierze   do   Brighton   -  powiedział   krótko   Tudor.   - 

background image

Zapłacę za normalny kurs taksówki. 

 Śpieszył się i nalegał. Trudno mi było odmówić tak małej przysługi, na której wyraźnie mu 

zależało. 

 - Zabiorę pana za darmo - powiedziałem - ale będzie nam trochę ciasno, mam dwuosobowy 

sportowy wóz. 

  -   Jeżeli   się   wszyscy   nie   zmieścimy,   Nantwich   może   zostać   i   wróci   pan   po   niego   - 

oświadczył  Tudor stanowczym tonem. Joe nie  okazał zdziwienia, ale mnie przyszło na myśl, że 

opalony pan Tudor nazbyt przywykł nie troszczyć się o niczyją wygodę poza swoją. 

  Obeszliśmy   obie   grupy  pokiereszowanych   taksówkarzy   i  między   innymi   wozami 

poszukaliśmy drogi do mojego. Tudor wsiadł. Był taki duży, że próba wciśnięcia również Joe'ego 

okazała się beznadziejna. 

 - Wrócę po ciebie, Joe - obiecałem, tłumiąc gniew. - Czekaj na mnie przy głównej drodze. 

 Wsiadłem do wozu, powoli wydostałem się z parkingu na drogę dojazdową do wyścigów i 

skręciłem   do   Brighton.   Ruch   był   tu   za   duży,   żeby   mój   lotus   mógł   się   popisać   mocą   swego 

mruczącego cicho silnika climax, więc jadąc równo czterdziestką miałem czas skupić uwagę na 

intrygującym pasażerze. 

  Zerkając w dół przy zmianie biegu zobaczyłem jego rękę, którą trzymał na kolanach z 

wyprężonymi i rozpostartymi palcami. I nagle sobie przypomniałem, gdzie go widziałem. To rękę 

poznałem, opaloną na brąz, z sinawym zabarwieniem pod paznokciami. 

 Stał w barze w Sandown, plecami odwrócony do mnie, i rękę trzymał płasko na kontuarze, 

obok   szklanki.  Rozmawiał   z   Billem,   a   ja   czekałem   stojąc   za   nim   i   nie   chcąc   im   przerywać 

rozmowy. Potem Tudor skończył drinka i wyszedł, a ja pogadałem z Billem. 

 - Teraz spojrzałem mu w twarz. 

 - To haniebne, ta historia z Billem Davidsonem - powiedziałem. 

  Brunatna dłoń lekko podskoczyła na kolanie. Prowadziłem dalej, a on odwrócił głowę i 

spojrzał na mnie. 

 - Tak, oczywiście. - Mówił powoli. - Liczyłem na to, że pojedzie dla mnie w Cheltenham. 

 - Wielki jeździec. 

 - Tak, rzeczywiście. 

  -   Byłem   tuż   za   nim,   kiedy   spadł   -   powiedziałem   i,   powodowany   jakimś   impulsem, 

dodałem: - Wiele by tu było do wyjaśnienia. 

 Poczułem, że wielkie ciało Tudora porusza się obok mnie. Wiedziałem, że wciąż na mnie 

patrzy, i jego obecność mnie przytłaczała. 

 - Tak sądzę - potwierdził. Zawahał się, ale już nic nie dodał. Spojrzał na zegarek. - Proszę 

background image

mnie podrzucić do hotelu “Pavilion Plaza”. Mam tam spotkanie w interesach. 

 - To jest przy Pavilionie?

 - Prawie. Pokażę panu, jak będziemy na miejscu. 

 Jego ton relegował mnie do statusu szofera. 

  Kilka mil przejechaliśmy w milczeniu. Mój pasażer siedział  najwidoczniej zatopiony w 

myślach. Kiedy znaleźliśmy się w Brighton, wskazał mi drogę do hotelu. 

 - Dziękuję - powiedział obojętnie, niezręcznie się dźwigając z niskiego wozu. Przyjmował 

niemałe   uprzejmości   w   taki   sposób,   jakby   mu   się   należały,   nawet   od   zupełnie   obcych   ludzi. 

Odszedł dwa kroki od wozu, po czym obejrzał się i zapytał: 

 - Jak się pan nazywa? 

 - Alan York - odpowiedziałem. - Do widzenia. 

  Odjechałem,  nie  czekając na  odpowiedź.  Ja też  potrafię  kogoś  spławić.  Spojrzałem  w 

lusterko i zobaczyłem, że stoi na chodniku i patrzy za mną. 

 Wróciłem na tereny wyścigowe. 

  Joe   czekał   siedząc   na   nasypie   na   skraju   drogi.   Miał   pewne   trudności   z   otworzeniem 

drzwiczek i padł na siedzenie potykając się i coś bełkocząc. Nachylił się nade mną i poczułem, że 

jest pijany. 

  Było   już   prawie   ciemno.   Włączyłem   światła.   Mogłem   sobie   wyobrazić   zajęcia 

przyjemniejsze   od   jazdy   do   Dorking   tymi   krętymi  drogami   z   Joe'em,   który   wionął   na   mnie 

alkoholem. Westchnąłem i zwolniłem sprzęgło. 

 Joe pielęgnował w sobie jakąś pretensję. Cały on. Jeżeli coś mu się nie udawało, zawsze 

według niego działo się to z czyjejś winy. Mając ledwie dwadzieścia lat już był  chronicznym 

zrzędą. Trudno powiedzieć, co w nim było gorsze do zniesienia, zrzędzenie czy przechwałki, toteż 

fakt,   że   inni   dżokeje   traktowali   go   z   pobłażaniem,   świadczył   wyraźnie   o   ich   dobrym   sercu. 

Ratowały go niezaprzeczone uzdolnienia jeździeckie, ale i z nich zrobił już zły użytek praktykując 

wstrzymania koni, a teraz narażał wszystko upijając się już wczesnym popołudniem. 

 - Byłbym wygrał tę gonitwę - skomlał. 

 - Jesteś dureń, Joe. 

 - Ale uczciwie, Alan, byłbym wygrał ten bieg. Miałem dobrą pozycję. Już ich brałem, już 

się nie liczyli. Słowo. 

 Piłował powietrze rękami. 

 - Jesteś dureń, żeby tyle pić na wyścigach - oświadczyłem. 

 - Co? - Nie mógł się skupić. 

 - Tyle pić - powtórzyłem. - Za dużo wypiłeś. 

background image

  - Nie, nie, nie, nie... -  Słowa kapały, jakby  powstrzymanie ich, kiedy raz  zaczął mówić, 

przerastało jego siły. 

  - Właściciele nie będą ci  powierzali koni, jak zobaczą, że się upijasz - powiedziałem, 

czując w duchu, że w końcu to nie moja sprawa. 

 - Mogę wygrać każdą gonitwę, pijany czy nie. 

 - Mało kto w to uwierzy. 

 - Wiedzą, że jestem dobry. 

 - I jesteś, ale jak tak dalej pójdzie, nie będziesz. 

 - Mogę pić i jeździć, jeździć i pić, jak zechcę. 

 Odbiło mu się. 

 Puściłem to mimo uszu. Zabrakło mu tego, czego najbardziej potrzebował, czyli silnej ręki 

dziesięć lat temu. Teraz wszystko wskazywało na to, że jest na najlepszej drodze do ruiny i nie ma 

zamiaru nikomu dziękować za dobre rady. 

 Znowu skamlał. 

 - Ten cholerny Mason...

 Nie odzywałem się. Spróbował jeszcze raz. 

 - Ten cholerny Sandy, to on mnie strącił. To on, cholera, wypchnął mnie za bandę. Byłbym 

wygrał tę gonitwę jak nic, wiedział o tym i wypchnął mnie za bandę. 

 - Nie bądź niemądry, Joe. 

 - Nikt nie powie, że bym nie wygrał - kłótliwie ciągnął Joe. 

 - A ja nie mogę powiedzieć, że byś wygrał - powiedziałem. - Spadłeś co najmniej milę od 

celownika. 

  - Nie  spadłem.  Przecież  ci  mówię.  Ten  cholerny  Sandy Mason przerzucił   mnie   przez 

bandę. 

 - W jaki sposób? - zapytałem obojątnie, skupiając uwagę na drodze. 

 - Przycisnął mnie do kanatu. Krzyczałem, żeby mi dał więcej miejsca. A wiesz, co on na 

to? Wiesz? Roześmiał się. Roześmiał się, do cholery. I zaraz mnie zepchnął. Wbił we mnie kolano, 

podsadził i przeleciałem przez bandę jak cholera. 

 Płaczliwy głos przeszedł w wyraźne łkanie. 

 Spojrzałem na niego. Po krągłych policzkach toczyły się dwie łzy. Zalśniły w świetle deski 

rozdzielczej i z krótkim błyskiem spadły na kudłaty kołnierz kożuszka Joe'ego. 

 - Sandy by nie zrobił czegoś takiego - stwierdziłem łagodnie. 

 - O, zrobiłby, zrobił. Mówił mi, że się ze mną porachuje. Powiedział, że będę żałował. Ale 

nic nie mogłem poradzić, Alan, naprawdę nie mogłem. - Potoczyły się następne dwie łzy. 

background image

  Nic z tego nie rozumiałem. Nie  miałem pojęcia, o czym on mówi, ale zaczynało z tego 

wynikać, że Sandy miał swoje powody wysadzając go z siodła, jeśli to zrobił. 

 Joe gadał dalej.

  -   Ty,   Alan,   jesteś   zawsze   w   porządku   wobec   mnie,   nie   tak   jak   inni.   Jesteś   moim 

przyjacielem... - Ciężko położył mi dłoń na ramieniu, pogłaskał i uwalił się na mnie, racząc mnie 

sowicie wyziewami alkoholu. Delikatny układ sterowniczy lotusa zareagował na nagłe obciążenie 

mojego ramienia gwałtownym skrętem w stronę krawężnika. 

 Strząsnąłem go z siebie. 

 - Na litość boską, Joe, siedź prosto, bo obaj znajdziemy się w rowie. 

 Joe jednak zbyt był pogrążony we własnych kłopotach, żeby mnie słuchać. Znowu szarpnął 

mnie za ramię. Tuż przed nami była zatoczka. Zwolniłem, wjechałem w nią i zatrzymałem wóz. 

 - Jeżeli nie będziesz siedział na miejscu i nie zostawisz mnie w spokoju, możesz wysiadać i 

iść pieszo - powiedziałem, próbując dotrzeć do niego ostrym tonem. 

 Ale Joe wciąż zajęty był sobą i płakał teraz na głos. 

 - Ty nie wiesz, co to są kłopoty - łkał. 

 Dałem spokój i postanowiłem go wysłuchać. Im szybciej zrzuci żal z serca, pomyślałem, 

tym łatwiej się odpręży i uśnie. 

 - Jakie kłopoty? - zapytałem. 

 Wcale mnie to nie interesowało. 

 - Alan, powiem ci, bo jesteś kumpel, uczciwy kumpel. 

 Położył mi rękę na kolanie. Zepchnąłem ją. Zalewając się nowym potokiem łez Joe wyznał 

swoją tajemnicę. 

 - Miałem wstrzymać konia i nie wstrzymałem, i Sandy stracił kupę forsy, i powiedział, że 

się na mnie odegra, łaził za mną i dzień w dzień mi to powtarzał, więc wiedziałem, że szykuje coś 

wrednego, i tak było. - Przerwał dla zaczerpnięcia tchu. - Szczęście, że rąbnąłem na miękkie, bo 

mógłbym skręcić kark. To nic śmiesznego, a ten cholerny Sandy - wykrztusił to imię - śmiał się. 

Już ja mu pokażę, będzie się śmiał baranim głosem. 

 Ostatnie zdanie wywołało mój uśmiech. Joe z tą dziecinną buzią, może silny fizycznie, ale 

o   słabym   charakterze,   nie   był   przeciwnikiem   dla   nieustępliwego  i   napastliwego   Sandy'ego, 

starszego o ponad dziesięć lat i bez porównania bardziej pewnego siebie. Przechwałki Joe'ego, tak 

samo jak jego utyskiwania,  wypływały z poczucia niepewności. Ale przyczyna jego  wybuchu to 

inna sprawa. 

  -   Jakiego   konia   nie  wstrzymałeś?   -   spytałem.   -   I   skąd   Sandy   wiedział,   że   go  masz 

wstrzymać? 

background image

 Przez chwilę myślałem, że ostrożność każe mu zamilknąć, ale po ułamku sekundy wahania 

wypaplał resztę. Alkohol jeszcze działał. Dalej płynęły też łzy. 

  Z żałosnej, przerywanej czkawką i w połowie niezrozumiałej opowieści poznałem dość 

smętną   historię.   Odcedzona   z   przekleństw   i  okrojona   do   spraw   zasadniczych  wyglądała 

następująco: Joe'emu  kilka razy dobrze zapłacono za wstrzymanie konia. Dwóch wstrzymań sam 

byłem świadkiem. Ale kiedy przy ostatnim David Stampe powiedział o tym ojcu, członkowi rady 

nadzorczej, i Joe o mały włos nie stracił licencji, przeżył dobroczynny szok. Następnym razem, 

kiedy   zażądano,   żeby   nie   wyjechał   konia,   obiecał,   że   to   zrobi,   ale   w   rzeczywistości,   ze 

zrozumiałego zdenerwowania, nie zrobił tego dość dobrze i wystarczająco wcześnie, i w końcówce 

jasno sobie uświadomił,  że jeśli przegra gonitwę, straci również licencję. Wygrał.  Stało się to 

dziesięć dni temu. 

 Nic nie rozumiałem. 

 - Czy tylko od Sandy.ego oberwałeś? 

 - Przerzucił mnie przez bandę... - gotów był zacząć wszystko od początku. 

 Przerwałem mu. 

 - Ale to przecież nie Sandy ci płacił, żebyś przegrywał? 

 - Nie. Chyba nie. Nie wiem - odchlipnął. 

 - Chcesz powiedzieć, że nie wiesz, kto ci płacił? Tyle razy? 

 - Jakiś facet dzwonił i mówił, kiedy chciał, żebym któregoś przystopował, a potem pocztą 

dostawałem paczkę forsy. 

 - Ile razy to zrobiłeś? 

 - Dziesięć - wyznał Joe. - Wszystkie przez ostatnie pół roku. 

 Wytrzeszczyłem oczy. 

  - Często to było łatwo  -  tłumaczył się Joe. - Te sukinsyny i tak by nie wygrały, nawet 

gdybym im pomagał. 

 - Ile za to dostałeś? 

  - Setkę. Dwa razy dwieście pięćdziesiąt. - Wciąż nie panował nad językiem, więc mu 

uwierzyłem.   Było   to   dużo   pieniędzy   i   ten,   kto   był   gotów   tyle   płacić,   niechybnie   chciał   się 

porządnie zemścić, kiedy Joe wygrywał wbrew poleceniu. Ale Sandy? Nie mogłem w to uwierzyć. 

 - Co ci Sandy powiedział, kiedy wygrałeś? 

 Joe wciąż płakał. 

 - Powiedział, że stawiał na tego konia, którego wziąłem, i że się ze mną policzy. 

 Wyglądało też na to, że Sandy rzeczywiście to zrobił. 

 - Nie dostałeś chyba przesyłki z pieniędzmi? 

background image

 - Nie - odparł Joe siąkając nosem. 

 - Nie domyślasz się, skąd je wysyłano? 

 - Niektóre miały londyński stempel - wyjaśnił. - Nie bardzo się przyglądałem. 

  Na pewno zbyt mu było pilno przeliczyć zawartość, żeby miał się dokładnie przyglądać 

opakowaniu. 

 - Cóż - powiedziałem. - Teraz, kiedy Sandy już się odegrał, jesteście chyba kwita? Może 

byś tak już przestał nad tym płakać. Skończone. Co cię tak wkurza? 

 W odpowiedzi Joe wyjął z kieszeni kurtki jakąś kartkę i podał mi ją. 

 - Jak tak, to już możesz dowiedzieć się wszystkiego. Nie wiem, co zrobić. Alan, pomóż mi. 

Ja się boję. 

  W   świetle   padającym   od   deski   rozdzielczej   zobaczyłem,   że   nie   kłamie.   Zaczynał   też 

trzeźwieć.   Rozłożyłem   kartkę   i   zapaliłem   światło   w   samochodzie.   Był   to   arkusik   cienkiego, 

zwykłego  papieru   maszynowego.   Prostymi  dużymi   literami  wypisane  były   na  nim  długopisem 

słowa: 

 “Bolingbrooke. Czeka cię kara.”

 - Bolingbrooke to ten koń, którego miałeś wstrzymać i nie wstrzymałeś? 

 - Tak. 

 Nie miał już w oczach łez. 

 - Kiedy to dostałeś? 

  - Dzisiaj. Znalazłem w kieszeni, kiedy się przebierałem i wkładałem kurtkę. Tuż przed 

piątą gonitwą. Nie było jej, kiedy kurtkę zdejmowałem. 

 - I resztę popołudnia, jak przypuszczam, spędziłeś w barze, robiąc w portki ze strachu? 

  - TAk... i wróciłem tam, kiedy odwoziłeś pana Tudora do Brighton. Nie myślałem, że 

oberwę   za   Bolingbrooke'a,   i   od   chwili,   kiedy   wygrał,   boję   się.   I   kiedy   właśnie   myślałem,   że 

wszystko w porządku, Sandy wypchnął mnie za bandę, a potem znalazłem w kieszeni tę kartkę. To 

nie fair. 

 Znowu zaskowyczała mu w głosie litość nad sobą. 

 Zwróciłem mu kartkę. 

 - Co robić? - zapytał. 

 Nie mogłem mu powiedzieć, ponieważ nie wiedziałem. Wpakował się w paskudną kabałę i 

miał powód się bać. Ludzie,  którzy do tego stopnia  manipulują końmi i dżokejami, na pewno 

zagrają ostro. Dziesięciodniowa zwłoka między zwycięstwem Bolingbrooke'a a pojawieniem się 

kartki mogła według mnie oznaczać, że kryje się za tym człowiek podstępny i  bynajmniej nie 

prostolinijny. Niewielka to jednak była pociecha dla Joe'ego. 

background image

 Nie licząc konwulsyjnej czkawki i siąkania, wyglądało na to, że Joe otrząsnął się z płaczu i 

że   najgorszy   stan   upojenia   alkoholowego   już   minął.   Zgasiłem   światło   wewnątrz   wozu, 

uruchomiłem silnik i wróciłem na drogę. Jak się spodziewałem, Joe wkrótce usnął. Chrapał głośno. 

 Dojeżdżając do Dorking obudziłem go. Miałem jeszcze parę pytań. 

 - Joe, kto to jest ten pan Tudor, którego odwiozłem do Brighton? On cię zna. 

 - To właściciel Bolingbrooke'a - wyjaśnił Joe. - Często dla niego jeżdżę. 

 Byłem zdziwiony. 

 - Ucieszył się, że Bolingbrooke wygrał? 

 - Chyba tak. Nie było go. Ale przysłał mi potem dziesięć procent i list z podziękowaniem. 

Zwykła rzecz. 

 Od kiedy bierze udział w wyścigach, co?

 - Przyniosło go tu mniej więcej wtedy, co ciebie - odpowiedział Joe, wyraźnie wracając do 

swojej zwykłej zaczepności. - Obaj przyjechaliście opaleni na czarno w środku zimy. 

  Ja przyleciałem samolotem z palącego afrykańskiego słońca prosto w lodowate objęcia 

angielskiego   października,   ale   po  osiemnastu   miesiącach  nie  byłem   bardziej   opalony  niż   inni. 

Tymczasem Tudor wciąż był brązowy. 

 Joe zachichotał. 

  -   Wiesz,   dlaczego   ten   cholerny   Tudor   mieszka   w   Brighton?   To   ma  być   wymówka, 

dlaczego przez cały rok jest opalony. A w gruncie rzeczy śmierdzi dziegciem. 

 Po tym nie miałem skrupułów wyrzucając Joe'ego na przystanku autobusowym do Epsom. 

Zdaje   się,   że   zwalenie   na   moje   barki   swoich   kłopotów   pomogło   mu   odzyskać   równowagę, 

przynajmniej chwilowo. 

 Zawróciłem do Cotswolds. Z początku myślałem o Sandym Masonie i zastanawiałem się, 

skąd wywęszył, że Joe ma zamiar wstrzymać Bolingbrooke'a. 

 Ale przez ostatnią godzinę jazdy myślałem o Kate. 

background image

 6

 Scilla spała na sofie z nogami przykrytymi kocem, na niskim stoliku obok stała do połowy 

opróżniona   szklaneczka.  Podniosłem   ją   i   powąchałem.   Zwykle   pijała   dżin   i   campari.   Brandy 

służyła tylko na złe dni. 

 Otworzyła oczy. 

 - Alan! Tak się cieszę, że wróciłeś. Która godzina? 

 - Pół do dziesiątej. 

 - Na pewno padasz z głodu - powiedziała zsuwając koc. - Przede wszystkim dlaczego mnie 

nie obudziłeś? Obiad czeka od wieków. 

 - Dopiero co przyjechałem i Joan właśnie coś przyrządza, uspokój się. 

  Poszliśmy na obiad. Usiadłem na swoim zwykłym miejscu. Krzesło Billa, naprzeciwko 

Scilli, stało puste. Zanotowałem sobie w pamięci, żeby je odstawić pod ścianę. 

 Przy stekach Scilla, przerywając długie milczenie, powiedziała: 

 - Byli dziś u mnie dwaj policjanci. 

 - TAk? W związku z jutrzejszą rozprawą? 

  - Nie.  W związku z Billem. - Odsunęła talerz. - Pytali, tak  jak ty, czy nie  miał jakichś 

kłopotów.   Przez   dobre   pół   godziny   zadawali   mi   na   różne  sposoby   te   same   pytania.   Jeden 

napomknął, że jeżeli tak kochałam męża, jak mówię, i byłam z nim w tak doskonałych stosunkach, 

to powinnam wiedzieć, jeżeli coś mu się w życiu pokomplikowało. W gruncie rzeczy byli dosyć 

okropni. 

 Nie patrzyła na mnie. Oczy trzymała spuszczone, wlepione w nie dojedzony i krzepnący 

stek, i było w jej zachowaniu jakieś zmieszanie, coś dziwnego. 

 - Mogę sobie wyobrazić - zauważyłem, zdając sobie sprawę, o co chodzi. - Przypuszczam, 

że cię poprosili, żebyś im wyjaśniła charakter swoich stosunków ze mną i dlaczego  nadal u was 

mieszkam? 

 Podniosła oczy ze zdziwieniem i wyraźną ulgą. 

 - Tak, o to prosili, nie wiedziałam, jak ci to powiedzieć. Mnie się to wydaje takie normalne, 

że tu jesteś, że chyba nie umiałam im tego wytłumaczyć. 

 - Jutro wyjeżdżam, Scilla - powiedziałem. - Nie mogę cię dłużej narażać na plotki. Jeżeli 

policji  może   przyjść   do głowy,   że  oszukiwałaś   Billa  ze  mną,  tak   samo  może   sobie  pomyśleć 

miasteczko i całe hrabstwo. Byłem wyjątkowo lekkomyślny i bardzo, bardzo mi przykro. 

  I mnie bowiem wydawało się całkiem naturalne, że po śmierci Billa pozostałem w jego 

domu. 

 - Ze względu na mnie, Alan, na pewno się jutro nie wyniesiesz - oznajmiła Scilla z większą 

background image

stanowczością, niż bym się mógł spodziewać. - Ja cię tu potrzebuję. Wciąż będę tylko płakała, 

jeżeli ciebie tu nie będzie, żebym miała z kim porozmawiać, szczególnie wieczorami. W dzień daję 

sobie   radę,   przy   dzieciach   i   z   domem   na   głowie.   Ale   wieczory...   -   i   w   nagłym   spustoszeniu 

widocznym na jej twarzy odmalował się cały rozdzierający, dziki ból po stracie odniesionej cztery 

dni temu. 

  -   Nie   dbam   o   to,   co   kto   powie  -   powiedziała   przez   napływające   łzy.   -   Jesteś   mi   tu 

potrzebny. Proszę cię, proszę, nie wyjeżdżaj. 

  -  Zostaję   -  obiecałem.   -  Nie   martw   się.   Zostanę   tak   długo,  jak  zechcesz.   Ale   musisz 

obiecać, że mi powiesz, gdy będziesz chciała, żebym się wyniósł. 

 Osuszyła oczy i zdobyła się na uśmiech. 

 - To znaczy, kiedy zacznę się troszczyć o swoją reputację? Obiecuję. 

 Prawie trzysta mil spędziłem za kierownicą, nie licząc udziału w trzech gonitwach, i byłem 

zmęczony. Wcześnie poszliśmy spać, a Scilla obiecała wziąć pigułki nasenne. 

 Ale o drugiej nad ranem otworzyła drzwi mojej sypialni. Zbudziłem się od razu. Podeszła, 

zapaliła lampę przy łóżku i usiadła koło mnie. 

 Wyglądała śmiesznie młodo i bezbronnie. Miała na sobie jasnoniebieską szyfonową nocną 

koszulkę do kolan, która przejrzyście opływała jej szczupłe ciało i leżała jak mgiełka na drobnych, 

krągłych piersiach. 

 Oparłem się na łokciu i przesunąłem palcami przez włosy. 

 - Nie mogę spać - powiedziała. 

 - Brałaś pigułki? 

  Ale   sam   mógłbym   sobie   na   to   odpowiedzieć.   Oczy   miała   jak   po  narkotykach   i   w 

normalnym stanie nie przyszłaby do mnie w tak przezroczystym stroju. 

  - TAk, wzięłam. Trochę mnie odurzyło, ale wciąż nie śpię. Zażyłam więcej. - Mówiła 

niewyraźnie,  jak odurzona. - Pogadasz trochę? - zapytała.  - Może poczuję się bardziej  śpiąca. 

Kiedy jestem sama, tylko leżę i myślę o Billu... Opowiedz mi o Plumpton... Mówiłeś, że dosiadałeś 

jeszcze jakiegoś konia... Opowiedz o tym, proszę... 

 Usiadłem więc na łóżku, narzuciłem jej na ramiona pierzynkę i opowiedziałem o prezencie 

urodzinowym Kate i wuju George.u, myśląc o tym, jak często opowiadałem bajki Polly, Henry'emu 

i Williamowi, żeby zasnęli. Ale po jakimś czasie zobaczyłem, że Scilla nie słucha, i zaraz powone 

ciężkie łzy zaczęły jej kapać z twarzy na ręce. 

 - Pewno myślisz, że jestem strasznie głupia, bo tak płaczę - powiedziała - ale po prostu nic 

na to nie mogę poradzić. 

  Bezwładnie padła koło mnie na łóżko, głową na moją poduszkę. Ujęła mnie za rękę i 

background image

zamknęła  oczy.  Spojrzałem  na tę  słodką, śliczną  twarz  i łzy spływające  za uszami  w  chmurę 

ciemnych  włosów i łagodnie pocałowałem ją w czoło. Ciałem Scilli wstrząsnęły dwa głębokie 

łkania.   Położyłem   się   i   wsunąłem   ramię   pod   jej   głowę.   Przywarła   do   mnie,   obejmując   mnie 

gorączkowo i powoli łkając w strasznym, głębokim żalu...

  I wreszcie,  stopniowo pigułki zrobiły swoje. Odprężyła się, głośno oddychając, z dłonią 

wsuniętą pod górę mojej pidżamy. Leżała częściowo na pościeli, a lutowa noc była zimna. Wolną 

ręką ostrożnie wyciągnąłem spod niej prześcieradło i koce i przykryłem ją, podciągając pierzynkę. 

Zgasiłem lampę i leżałem w ciemności, łagodnie ją kołysząc, dopóki oddech jej się nie uspokoił i 

głęboko nie zasnęła. 

  Uśmiechnąłem  się na myśl  o minie,  jaką by zrobił  inspektor Lodge,  gdyby  nas  mógł 

zobaczyć.   I   uświadomiłem   sobie,   że   nie   poprzestałbym   na   tak   biernym  zachowaniu,   gdybym 

zamiast niej trzymał w ramionach Kate. 

  W nocy Scilla kilka razy rzucała się niespokojnie, mamrocząc jakieś pogmatwane słowa 

bez sensu, i ucichała, kiedy ją głaskałem po włosach. Nad ranem uspokoiła się. Wstałem, owinąłem 

ją w pierzynkę i zaniosłem do jej łóżka. Wiedziałem, że gdyby się obudziła u mnie w pokoju, kiedy 

minie działanie środków nasennych, mogłaby się niepotrzebnie wstydzić i martwić. 

 Kiedy ją zostawiałem, nadal spokojnie spała. 

 

***

  Parę   godzin   później,   po   zjedzonym   w   pośpiechu   śniadaniu,   odwiozłem   Scillę   do 

Maidenhead   na   rozprawę.   Prawie   przez   całą   drogę   spała   i   nie   nawiązywała   do   tego,   co   się 

wydarzyło w nocy. Nie byłem nawet pewien, czy o tym pamięta. 

  Lodge musiał już na nas czekać, bo spotkaliśmy go zaraz przy wejściu. Miał przy sobie 

plik papierów i wyglądał  solidnie i rzeczowo.  Przedstawiłem go Scilli i oczy zwęziły mu się z 

aprobatą na widok jej bladej, pięknej twarzy. Ale to, co powiedział, zaskoczyło mnie. 

 - Chciałbym przeprosić - zaczął - za te dość niemiłe aluzje, jakie państwu robiono na temat 

państwa wzajemnych stosunków. - Zwrócił się do mnie. - Mamy już pewność, że w żaden sposób 

nie mógł pan być odpowiedzialny za śmierć majora Davidsona. 

 - Jest pan wspaniałomyślny - zauważyłem lekkim tonem, choć miło mi było to usłyszeć. 

 Lodge ciągnął dalej: 

 - Oczywiście może pan koronerowi powiedzieć o tym drucie, jak pan zechce, ale wolę pana 

ostrzec, że nie będzie zbyt zachwycony. Nie cierpi fantazjowania, a pan nie ma dowodów. Proszę 

się nie martwić, jeżeli jego werdykt nie będzie po pana myśli... zresztą i ja sądzę, że to na pewno 

background image

śmierć z wypaku, ale śledztwo w razie potrzeby zawsze można wznowić. 

 Toteż nie zdenerwowałem się, kiedy koroner, wąsaty pięćdziesięciolatek, wysłuchał dość 

uważnie mojej relacji o upadku Billa, ale dosyć obcesowo załatwił się z teorią drutu. Lodge zeznał, 

że   towarzyszył   mi   na   teren   wyścigów,   żeby   poszukać   drutu,   o   którym   mu   doniosłem,   ale   że 

żadnego drutu nie było. 

  Wezwano również dżokeja, który jechał bezpośrednio za mną, kiedy Bill upadł. Był to 

jeździec amator, zamieszkały w Yorkshire, i musiał przybyć  z daleka. Powiedział, rzucając mi 

przepraszające spojrzenie, że nie widział przy przeszkodzie nic podejrzanego i że jego zdaniem był 

to   zwykły   wypadek.   Może   nieoczekiwany,   ale   wytłumaczalny.   Tryskał   wręcz   zdrowym 

rozsądkiem. 

 Czy pan York, zapytał go koroner z powątpiewaniem w głosie, wspomniał komukolwiek w 

dzień wyścigów o możliwości istnienia drutu? Nie wspomniał.

  Koroner,   podsumowując   materiał  dowodowy   medyczny,   policyjny   i  wszelki   inny, 

stwierdził, że major Davidson zmarł wskutek obrażeń spowodowanych upadkiem konia w czasie 

gonitwy.   Jak  powiedział,   nie   jest   przekonany,   żeby   ten   upadek   był   czymś   więcej   jak 

nieszczęśliwym wypadkiem. 

 Wskutek pomyłki co do czasu lokalna gazeta nie przysłała na rozprawę swego reportera i z 

braku dokładnej relacji z przebiegu rozprawy ukazały się tylko krótkie wzmianki w wieczornych i 

porannych  gazetach. Słowo  “drut” nie  zostało wymienione. To pominięcie bynajmniej mnie nie 

zmartwiło, ale Scilli kamień spadł z serca. Powiedziała, że nie zniosłaby dalszych pytań ze strony 

wścibskich znajomych, nie mówiąc już o reporterach. 

  Pogrzeb Billa odbył się w piątek rano, dyskretnie, z udziałem samej rodziny i bliskich 

przyjaciół.  Dźwigając  róg trumny  na ramieniu  i  żegnając się  z nim  prywatnie,  wiedziałem  na 

pewno, że nie spocznę, dopóki jego śmierć nie  zostanie pomszczona. Nie  wiedziałem, jak tego 

dokonać i,  co najdziwniejsze, wcale nie  było mi pilno. Ale w swoim czasie, obiecałem mu, w 

swoim czasie to zrobię. 

 Na pogrzeb przyjechała siostra Scilli i przez dwa, trzy dni miała z nią pozostać, toteż nie 

jedząc lunchu ze względu na lekką wagę, w jakiej miałem nazajutrz jechać, udałem się wozem do 

Londynu,   żeby   kilka   nużących   godzin   spędzić   na   załatwianiu   w   biurze   zaległych   spraw 

dotyczących szczegółów ubezpieczeń i ceł kilku transportów miedzi. 

 Personel biura stanowili sami eksperci. Do mnie należało omawianie z Hughes'em, moim 

zastępcą, bieżących spraw firmy, podejmowanie decyzji i akceptowanie planów Hughes'a, a także 

podpisywanie niezliczonych dokumentów i listów. Rzadko zajmowało mi to więcej niż trzy dni w 

tygodniu.   Co   niedzielę   pisywałem   do   ojca.   Miałem   wrażenie,   że   moje   synowskie   wstępy   i 

background image

sprawozdania z wyścigów czyta bardzo pobieżnie, zatrudniając na serio swój bystry umysł tylko 

raportami z tygodniowych utargów i planami na przyszłość. 

 Te niedzielne raporty od dziesięciu lat były częścią mojego życia. Odrabianie lekcji może 

zaczekać, zwykł mówić ojciec. Ważniejsze, abym w każdym szczególe poznał imperium, które 

miałem   odziedziczyć.   W   tym   też   celu   ojciec   kazał   mi   regularnie   studiować   dokumenty,   które 

przynosił z biura do domu. Zanim rozstałem się ze szkołą, potrafiłem już jednym  rzutem oka 

ocenić  znaczenie  wahań światowych  cen surowców, nawet  jeżeli  nie wiedziałem,  kiedy ścięto 

Karola I. 

  W piątek wieczorem niecierpliwie czekałem na Kate, która miała zjeść ze mną obiad. 

Wyłuskana z ciepłego płaszcza i  kosmatych botków, tych samych co  w Plumpton, była jeszcze 

bardziej urzekająca. Miała na sobie szałową czerwoną suknię, prostą a zapierającą dech w piersi, a 

ciemne włosy opadały jej gładko na ramiona. Wydawało się, że promienieje od wewnątrz jakimś 

szczególnym blaskiem. Wieczór był wspaniały i, przynajmniej mnie, przyniósł pełne zadowolenie. 

Jedliśmy, tańczyliśmy i rozmawiali. 

  Kiedy   kołysaliśmy   się   leniwie   wokół   parkietu   w   takt   jakiejś  marzycielskiej,   powolnej 

melodii, Kate poruszyła jedyny tego wieczora poważny temat. 

  - W  dzisiejszej  porannej   gazecie  -  powiedziała   - widziałam   wzmiankę  o  dochodzeniu 

przyczyny śmierci twojego przyjaciela. 

 Musnąłem wargami jej włosy. Pachniały słodko. 

 - Śmierć z wypadku - szepnąłem niewyraźnie. - Nie sądzę. 

 - Co? - podniosła na mnie oczy. 

  -   Opowiem   ci   o   tym   któregoś   dnia,   jak   wszystko   będę   już   wiedział   -   obiecałem, 

zachwycając  się łukiem  jej szyi,  kiedy podnosiła  ku mnie  głowę. To dziwne,  pomyślałem,  że 

można   dwa   silne   uczucia   przeżywać   naraz.   Przyjemność,   jaką   mi   sprawiało   poddawanie   się 

urokowi muzyki z tańczącą Kate w ramionach, i szarpiące współczucie dla Scilli, oddalonej stąd o 

osiemdziesiąt mil wśród wietrznych pagórków Cotswolds, starającej się pogodzić z samotnością. 

 - Powiedz mi zaraz - dodała Kate z ciekawością. - Jeżeli to nie była przypadkowa śmierć, 

to co? 

  - Zawahałem się. Nie chciałem, żeby zbyt duża dawka rzeczywistości zniszczyła magię 

tego wieczoru. 

  -   No,   mów,   mów   -   nalegała,   uśmiechnięta.   -   Teraz   nie   możesz   przestać.   Umrę   z 

ciekawości. 

 Toteż opowiedziałem jej o drucie. Tak ją to zaszokowało, że przestała tańczyć i stanęliśmy, 

otrzeźwiali, pośrodku parkietu, przez który wpadając na nas przefruwały inne pary. 

background image

 - Dobry Boże - powiedziała. - Jakie... jakie to podłe. 

  Zażądała, żebym jej wyjaśnił, dlaczego werdykt koronera był taki, jaki był, a kiedy jej 

wytłumaczyłem, że wobec zniknięcia drutu nie ma już żadnego dowodu, oznajmiła: 

 - Nie zniosę myśli, że mogłaby się komuś upiec taka wstrętna sztuczka. 

  - Ani ja - wyznałem. - I nie upiecze się, jeżeli uda mi się coś na to poradzić, tyle  ci 

obiecuję. 

 - To dobrze - powiedziała poważnie. Znowu zaczęła się kołysać w takt muzyki, wziąłem ją 

w ramiona i odpłynęliśmy z powrotem w taniec. Nie wspominaliśmy już Billa. 

  Zdarzały mi się w ciągu tego wieczora dłuższe chwile, kiedy  miałem wrażenie, że moje 

nogi nie zachowują należnego kontaktu z podłogą, a kolanami wstrząsały  mi stale przedziwne 

dreszcze.  Kate jakby nic nie zauważała: była miła, zabawna, pełna radości i pozbawiona bodaj 

krzty sentymentalizmu. 

  Kiedy na koniec wsadziłem ją do wozu z szoferem, przysłanego  przez wuja George'a z 

Sussex, żeby ją odwiózł do domu, odkryłem, jak bolesną sprawą jest miłość. Byłem podniecony, 

pełen dobrej myśli, ale jednocześnie niespokojny, miałem bowiem pewność, że ona nie żywi do 

mnie tak silnych uczuć, jak ja do niej. 

 Już wiedziałem, że chcę się ożenić z Kate. Myśl, że ona może mnie nie chcieć, była gorzka. 

 Nazajutrz udałem się na wyścigi w Kempton Park. Przed wejściem na wagę wpadłem na 

Dane'a. Pogadaliśmy o sprawach bieżących, o pogodzie, najnowszych planach Pete'a co do nas i o 

koniach. Zwykłe dżokejskie sprawy. Wreszcie Dane zapytał: 

 - Byłeś gdzieś wczoraj z Kate? 

 - Tak. 

 - Dokąd poszliście? 

 - Do Klubu Rzecznego. A dokąd ty ją zabrałeś? 

 - Nie mówiła ci? 

 - Powiedziała, żebym zapytał ciebie. 

 - Do Klubu Rzecznego. 

 - Cholera - zakląłem. - Ale nie mogłem opanować śmiechu. 

 - Idziemy łeb w łeb - orzekł Dane. 

 - A zaprosiła cię z wizytą do domu wuja George'a? - spytałem, coś przeczuwając. 

 - Jadę dzisiaj, po wyścigach - odpowiedział Dane uśmiechając się. - A ty? 

 - W przyszłą sobotę - odpowiedziałem ponuro. - Wiesz, Dane, ona sobie z nas obrzydliwie 

kpi. 

  - Jakoś to znoszę - stwierdził  Dane. Poklepał mnie po ramieniu - nie rób takiej żałosnej 

background image

miny, może do niczego nie dojdzie. 

 - Tego się właśnie boję - westchnąłem. 

 Roześmiał się i poszedł się zważyć. 

  Było   to   nieciekawe   popołudnie.   Jechałem   na   karej   klaczy   w   wyścigu   dla   młodszej 

generacji i Dane wziął mnie o dwie długości. Z końcem dnia wyszliśmy razem na parking. 

 - Jak się trzyma pani Davidson? - spytał Dane. 

 - Nieźle, zważywszy, że ziemia się jej usunęła spod nóg. 

 - Sprawdził się zły sen wszystkich żon dżokejów. 

 - Tak. 

  - Człowiek musi się zastanowić, zanim poprosi dziewczynę, żeby wzięła na siebie taką 

nieustającą troskę - powiedział w zamyśleniu Dane. 

 - Kate? - spytałem. 

 - Obejrzał siŁ gwałtownie i uśmiechnął. 

 - Chyba tak. Masz coś przeciwko temu? 

 - Tak - odpowiedziałem starając się mówić lekkim tonem. - Mam wiele przeciwko temu. 

 Podeszliśmy najpierw do jego wozu, położył na siedzeniu wyścigową lornetkę i czapkę. Z 

tyłu miał walizkę. 

 - To na razie, stary - powiedział. - Będę cię zawiadamiał na gorąco. 

 Popatrzyłem, jak odjeżdża, i odpowiedziałem na skinienie jego ręki. Rzadko komu czegoś 

zazdrościłem, ale w tej chwili boleśnie pozazdrościłem Dane.owi. 

 Wsiadłem do lotusa i skierowałem jego niską błękitną maskę w stronę domu. 

  Tę przyczepę do przewozu koni zobaczyłem na drodze prowadzącej przez Maidenhead 

Thicket. Stała  zaparkowana w zatoczce po  prawej, z podniesioną maską, a naokoło walały się 

porozrzucane po ziemi narzędzia. Stała przodem do mnie, kiedy podjeżdżałem, jakby się zepsuła w 

drodze do Maidenhead. Przed nią jakiś mężczyzna oprowadzał konia. 

 Kierowca, który stał przy masce i drapał się po głowie, zobaczył mnie i dał znak, żebym się 

zatrzymał. Podjechałem. Obszedł wóz, żeby porozmawiać ze mną przez szybę. Był to mężczyzna w 

średnim wieku, o przeciętnym wyglądzie, ubrany w skórzaną kurtkę. 

 - Zna się pan trochę na silnikach, proszę pana? - zapytał. 

 - Zdawałoby się, że nie tyle, co pan - odpowiedziałem z uśmiechem. Ręce miał umazane 

smarem.   Jeżeli   kierowca  przyczepy   do   przewozu   koni   nie  mógł   znaleźć   usterki   w   silniku,   to 

znaczy, że długo trzeba jej szukać. - Ale jeżeli pan chce, podwiozę pana do Maidenhead. Na pewno 

znajdzie się tam ktoś, kto panu pomoże. 

 - Bardzo to uprzejme z pana strony - powiedział grzecznie. - Dziękuję bardzo. Ale... hm... 

background image

są pewne trudności. - Zajrzał do wozu i zobaczył na siedzeniu koło mnie lornetkę. Twarz mu się 

rozjaśniła. - A może zna się pan trochę na koniach? 

 - Troszkę, rzeczywiście. 

 - No, chodzi o to, proszę pana. Wiozę dwa konie do londyńskich doków. Są na eksport. No, 

ten jest w  porządku. - Wskazał na  oprowadzanego konia. - Ale ten  dugi nie wydaje się zdrowy. 

Strasznie się poci, już tak od godziny, i skubie się w brzuch. Próbuje się położyć. Wygląda na 

chorego. Jest tam z nim teraz chłopak stajenny i, powiadam, martwi się nie na żarty. 

  - Może to być kolka - stwierdziłem. - Jeżeli tak, to i on powinien chodzić. To jedyny 

sposób, żeby mu pomóc. Kiedy koń ma kolkę, najważniejsze, żeby się ruszał. 

 Kierowca wyglądał na zmartwionego. 

 - To za dużo by wymagać, proszę pana - powiedział nie nalegając - ale czy nie rzuciłby pan 

na niego okiem? Moja specjalność to silniki, nie konie, chyba że przyjdzie na jakiego postawić. A 

ci chłopcy stajenni nie za mądrzy. Nie chcę mieć draki od szefa, że nie dopatrzyłem wszystkiego, 

jak należy. 

 - W porządku - zgodziłem się. - Zobaczę. Ale wie pan, nie jestem weterynarzem. 

 Uśmiechnął się jakby z ulgą. 

 - Dziękuję panu. Tak czy owak pozna pan, czy mam zaraz sprowadzać konowała czy nie. 

  Zaparkowałem wóz w zatoczce  obok przyczepy. Tylne drzwi  przyczepy się otworzyły i 

wysunęła się z nich ręka, jak sądziłem, chłopca stajennego, żeby mi pomóc wsiąść. Ujął mnie za 

przegub. 

 I nie puszczał. 

  W przyczepie czekało na mnie trzech mężczyzn. I nie było żadnego konia, chorego ani 

zdrowego. Po dziesięciu  sekundach konsternacji, zanim  oczy mi się przystosowały do półmroku, 

stałem   już   przyparty   plecami   do   słupka   jednej   ze   ścianek   działowych.   Wnętrze   przyczepy 

podzielone   było   dwiema   ściankami   działowymi   na   trzy   boksy,   a   w   głębi   pozostawała   wolna 

przestrzeń na całą szerokość skrzyni, zwykle zajmowana przez chłopców stajennych podróżujących 

z końmi. 

 Dwóch przytrzymywało mnie za ręce. Stali po obu stronach ścianki działowej, trochę za 

mną i niewygodnie wykręcali mi ramiona. Słupek ścianki działowej wyłożony był obiciem,  jak 

zawsze w boksach dla koni  wyścigowych, żeby się nie pokaleczyły podczas transportu.  Obicie 

łaskotało mnie w szyję. 

 Kierowca wszedł do przyczepy i zamknął drzwi. W jego zachowaniu, wciąż nie do wiary 

grzecznym, czuło się cień tryumfu. Miał do niego prawo. Zastawił sprytną pułapkę. 

 - Przykro mi bardzo, że musiałem to zrobić, proszę pana - powiedział uprzejmie. Makabra. 

background image

  - Jeżeli chcecie pieniędzy - oznajmiłem - macie pecha. Nie robię dużych zakładów i nie 

miałem dziś na wyścigach dobrego dnia. Obawiam się, że zadaliście  sobie tyle trudu tylko dla 

marnych ośmiu funtów. 

 - Nie chcemy pańskich pieniędzy - wyjaśnił. - Choć jak pan daje, to może wziąć. 

  I wciąż mile uśmiechnięty wsadził mi rękę do kurtki i wydobył  portfel z wewnętrznej 

kieszeni. 

 Z całej siły kopnąłem go w goleń, choć przyparty do słupa nie miałem swobody ruchów. 

Tamci dwaj za mną, jak tylko poczuli, że się poruszam, boleśnie szarpnęli mi ręce do tyłu. 

 - Tego bym na pańskim miejscu nie robił - rzekł miły kierowca rozcierając nogę. Otworzył 

portfel   i   wyjął   pieniądze.   Starannie   je   złożył   i   schował   do  kieszeni   swojej   skórzanej  kurtki. 

Przejrzał inne rzeczy w portfelu, podszedł do mnie i włożył mi go z powrotem do kieszeni. Lekko 

się uśmiechał. 

 - Stałem nieruchomo. 

 - Tak lepiej - powiedział z aprobatą. 

 - O co tu w ogóle chodzi? - zapytałem. Zaświtała mi myśl, że chcą zażądać za mnie okupu 

od dalekiego ojca milionera. Według recepty: “przysyłaj telegraficznie dziesięć tysięcy funtów albo 

ci   odeślemy   syna   w  drobnych”.   To   by   znaczyło,   że   cały   czas   wiedzieli,   kim   jestem,  i   nie 

zatrzymywali przypadkowego kierowcy w podpadającym im wozie, żeby go obrabować. 

 Przecież pan wie, proszę pana - powiedział kierowca. 

 - Nie mam pojęcia. 

 - Ktoś mnie prosił, żebym panu coś powtórzył, panie York. 

 A więc wiedział, kim jestem. I nie dowiedział się tego w tej chwili z zawartości portfela, w 

kótrym były talko pieniądze, znaczki i jak najbardziej widoczna książeczka czekowa. Parę rzeczy 

ze swoim nazwiskiem miałem w kieszeni z patką, ale tam nie zaglądał. 

 - Dlaczego pan sądzi, że się nazywam York? - spytałem, próbując strzelać z zaskoczenia. 

Na nic się to zdało. 

 - Proszę pana, pan Alan York miał jechać tą drogą, wracając z Kempton Park do Cotswolds 

o  mniej   więcej   piątej   piętnaście   po   południu,   w   sobotę,  dwudziestego   siódmego   lutego,   w 

granatowym lotus elite, numer rejestracyjny KAB 890. Jestem panu wdzięczny, że ułatwił mi pan 

zadanie. Można tą drogą jeździć miesiąc i nie spotkać drugiego takiego wozu. Niełatwo by mi było 

pana zatrzymać, gdyby pan prowadził, dajmy na to, forda albo austina. 

 Nadal mówił tonem grzecznej rozmowy. 

 - Powtarzajcie, co macie powtórzyć. Słucham. 

 - Czyny mówią głośniej niż słowa - powiedział uprzejmie kierowca. 

background image

 Podszedł i rozpiął mi kurtkę, nie spuszczając ze mnie szeroko otwartych oczu i prowokując 

mnie do tego, żebym go kopnął. Nie drgnąłem. Rozwiązał mi krawat, rozpiął koszulę pod szyją. 

Patrzyliśmy  sobie  w  oczy.   Mam  nadzieję,  że  moje  były  równie  pozbawione  wyrazu   jak  jego. 

Rozluźniłem ramiona  przytrzymywane przez tamtych  dwóch z tyłu i poczułem, że  oni  też lekko 

rozluźniają uchwyt. 

  Kierowca odstąpił  ode mnie  i spojrzał w  stronę czwartego,  który stał oparty o ścianę 

milcząc. 

 - Teraz go masz, Synku. Przekaż, co masz do przekazania - powiedział. 

 Synek był młody i nosił baczki. Ale nie przyglądałem się specjalnie jego twarzy. Patrzyłem 

mu na ręce. 

 Miał nóż. Trzonek położył na dłoni, lekko obejmując go palcami, nie ściskając. Tak trzyma 

nóż   zawodowiec.   W   zachowaniu   Synka   nie   było   nic   z   kpiącej   uprzejmości   kierowcy.   On   się 

lubował w swoim zadaniu. Stanął przede mną i czubek krótkiego ostrza przytknął mi do mostka. 

Ledwie zakłuło, tak lekkie to było dotknęcie. 

  O, jasna cholera, pomyślałem. Ojciec wcale nie będzie  zachwycony, kiedy na poparcie 

żądania   okupu   dostarczę   mu  argumentów   świadczących   o   niebezpieczeństwie,   jakie   mi  grozi. 

Nigdy bym tego nie przeżył. A byłem pewny, że ta komedyjka ma mnie rozmiękczyć, żebym się 

odpowiednio przestraszył. Zwisłem na słupie, jak gdybym  cofał się przed nożem. Ponura gęba 

Synka wyszczerzyła zęby w bladym uśmiechu. 

  Posługując się słupem jak odskocznią, ze wszystkich sił szarpnąłem się do przodu i na 

boki,   twardo   rąbnąłem   kolanem   w   krocze   Synka   i   wyrwałem   ręce   z   rozluźnionego   uchwytu 

tamtych za mną. 

  Skoczyłem do drzwi i otworzyłem je. W ciasnej skrzyni przyczepy nie miałem żadnych 

szans, pomyślałem jednak, że jak się tylko wyrwę w krzaki, poradzę sobie z napastnikami.  Paru 

chytrych   sztuczek  przydatnych   w   walce   nauczyłem   się   od   kuzyna,   który   mieszkał   w  Kenii   i 

pobierał lekcje u Mau-Mau. 

 Ale mi się nie udało. 

 Spróbowałem wyjechać na drzwiach, ale odchyliły się sztywno i powoli. Kierowca złapał 

mnie za kostkę u nogi. Strząsnąłem jego rękę, ale rozstrzygający moment już minął.  Ci, którzy 

mnie trzymali, wczepili mi się w ubranie. Przez otwarte drzwi ujrzałem tamtego, który oprowadzał 

konia. Ciekawie patrzył na przyczepę. O nim zapomniałem. 

  Wierzgałem jak wściekły, waliłem pięściami i łokciami, ale było ich dla mnie za wielu. 

Skończyłem tam, gdzie zaczynałem, pod obitym wyściółką słupem i z rękami odciągniętymi do 

tyłu. Tym razem tamci dwaj  wclae nie byli za delikatni.  Cisnęli mną o słup i uwiesili mi się na 

background image

rękach. Tak je wykręcali, że poczułem to w ramionach i przez pierś aż do żołądka. Zacisnąłem 

zęby. 

  Synek, przyciskając ręce do brzucha, pół siedział, pół klęczał w kącie. Przyglądał się z 

satysfakcją. 

 - Poczuł, sukinsyn - powiedział. - Dosuń mu jeszcze, Loczek. 

 Loczek z kumplem dosunęli mi jeszcze. 

 Synek roześmiał się. Nie był to miły śmiech. 

 Jeszcze trochę, a miałbym zerwane ścięgna i wywichnięte ramię. Nie wydawało się, żebym 

mógł coś na to poradzić. 

 Kierowca zamknął drzwi i podniósł nóż z podłogi, z miejsca, na które upadł. Nie wyglądał 

wcale tak spokojnie jak przedtem. Moja pięść zetknęła się z jego nosem i popłynęła krew, ale nic 

nie naruszyło jego opanowania. 

  -   Przestań.   Przestań,   Loczek.   Szef   kazał   nie   robić   facetowi   krzywdy.   Wyraźnie   mu 

zależało. Nie chcielibyście przecież, żeby się dowiedział, żeście go nie usłuchali. 

 W jego tonie zabrzmiała groźba. 

  Nacisk na moje ramiona powoli  zelżał. Uśmiech Synka zmienił się w ponury grymas. 

Okazało się, że muszę być szefowi za coś wdzięczny, choć nie było to wiele. 

  -   No,   panie   York   -   powiedział   karcąco   kierowca   ocierając   nos   niebieską   chustką   - 

niepotrzebnie się pan szarpał. Chcemy tylko coś panu przekazać. 

 - Nie lubię słuchać z nożem na gardle - odpowiedziałem. 

 Kierowca westchnął. 

  - Tak, proszę pana, widzę, że to był  błąd. A wszystko,  widzi pan, dlatego,  żeby pan 

zrozumiał, że ostrzeżenie jest poważne. Jak je pan zlekceważy, znajdzie się pan w prawdziwych 

kłopotach. Prawdziwych, powiadam. 

 - Jakie ostrzeżenie? - zapytałem gubiąc się. 

 - Ma pan przestać rozpytywać w sprawie majora Davidsona - oznajmił. 

  - Co?! wybełkotałem zaskoczony.  - Nie rozpytywałem  w  sprawie majora Davidsona - 

odpowiedziałem słabym głosem. 

 - Ja tam nie wiem - powiedział kierowca, wycofując się - ale mamy to panu przekazać, i 

dobrze pan zrobi, jak pan posłucha. Mówię panu dla pańskiego własnego dobra. Szef nie lubi, jak 

mu się kto wtrąca w jego sprawy. 

 - Jaki szef? 

 - O, panie, sam pan wie, że lepiej nie zadawać takich pytań. Synek, idź, powiedz Bertowi, 

że myśmy tu skończyli. Załadujemy konia. 

background image

 Synek wstał z jękiem i przeszedł do drzwi, wciąż przyciskając dłonią krocze. Zawołał coś 

przez okienko. 

 - Niech pan stoi spokojnie, panie York, a nic się panu nie stanie - powiedział kierowca z 

niezmąconą uprzejmością. Przytknął chustkę do nosa, żeby sprawdzić, czy wciąż krwawi. Krwawił. 

Poszedłem za jego radą i stałem spokojnie. Otworzył drzwi i wylazł z przyczepy. Minęła chwila, w 

czasie której wymieniliśmy z Synkiem groźne spojrzenia, nikt nic nie mówił. 

 Potem zaszczękały odsuwane rygle i klamry i opuszczono ścianę przyczepy służącą jako 

rampa. Piąty z nich, Bert, wprowadził po niej konia i uwiązał go w najbliższym boksie. Kierowca 

podniósł rampę i zamocował. 

  Ten   krótki   moment,   kiedy  resztka   dziennego   światła   wpadła  do   skrzyni   przyczepy, 

wykorzystałem   na   to,   żeby   odwrócić   głowę,   jak   się   dało   najdalej,   i   przyjrzeć   się   Loczkowi. 

Zobaczyłem to, czego się spodziewałem, ale moje zdumienie tylko wzrosło. Kierowca wdrapał się 

do kabiny, zamknął drzwi i zapalił silnik. 

 - Dajcie go do drzwi - powiedział Bert. 

 Nie trzeba mnie było ponaglać. 

  Przyczepa   ruszyła.   Bert   otworzył   drzwi.   Loczek   i   jego   kumpel   puścili   mnie,   a   Bert 

popchnął.   Wypadłem   na   ziemię   w  tej   samej   chwili,   kiedy  nabierająca   szybkości   przyczepa 

wyjeżdżała  z zatoczki  na pustą drogę. Dobrze, że miałem  niezłą  praktykę  w spadaniu z koni. 

Instynktownie wylądowałem na ramieniu i przetoczyłem się. 

 Usiadłem na ziemi i spojrzałem za przyśpieszającą przyczepą. Tablicę z numerem prawie 

całą zasłaniał gęsty kurz, ale zdążyłem dostrzec litery rejestracji. Było to APX. 

  Mój   lotus   wciąż   stał   w   zatoczce.   Pozbierałem   się,   otrzepałem   z   grubsza  ubranie   i 

podszedłem do wozu. Miałem zamiar ruszyć za przyczepą i sprawdzić, dokąd jedzie. Ale dokładny 

kierowca zadbał o to, żebym tego nie zrobił. Wóz nie chciał zapalić. Kiedy podniosłem maskę, 

żeby sprawdzić, jakie wyrządził szkody, przekonałem się, że wyjął trzy z czterech świec. Leżały 

równym rządkiem na akumulatorze. Wkręcenie ich zajęło mi dziesięć minut, ponieważ drżały mi 

ręce. 

 Teraz nie miałem już nadziei, że dogonię przyczepę albo znajdę kogoś, kto zauważył, w 

którą stronę odjechała. Wsiadłem do wozu i zapiąłem koszulę pod szyją. Po krawacie nie było 

śladu. 

  Wydobyłem książeczkę Związku Automobilowego i odszukałem  litery rejestracji APX. 

Jakiekolwiek to miało znaczenie, okazało się, że miejscem pierwszej rejestracji jest West Sussex. 

Jeżeli tablica rejestracyjna była oryginalna, będzie można odnaleźć jej obecnego właściciela. Przez 

kwadrans siedziałem i myślałem. Potem zapaliłem silnik, zawróciłem i pojechałem z powrotem do 

background image

Maidenhead. 

 Miasteczko jarzyło się od świateł, mimo że prawie wszystkie sklepy były zamknięte. Drzwi 

do posterunku policji były szeroko otwarte. Wszedłem i zapytałem o inspektora Lodge'a. 

 - Jeszcze go nie ma - wyjaśnił policjant przy stanowisku informacyjnym, zerkając na zegar. 

Było dziesięć po szóstej. - Będzie tu lada chwila, jeżeli zechce pan zaczekać. 

 - Jeszcze go nie ma? Chce pan powiedzieć, że właśnie zaczyna pracę? 

  - Tak, proszę pana. Ma nocną zmianę. Dziś pracowity wieczór, sobota - uśmiechnął się 

krzywo. - Dansingi, bary i wypadki drogowe. 

 Odwzajemniłem mu się uśmiechem, usiadłem na ławce i zaczekałem. Po pięciu minutach 

szybkim krokiem wszedł Lodge, zsuwając płaszcz. 

 - Dobry wieczór, Small, co nowego? - zwrócił się do policjanta z informacji. 

 - Jakiś pan do pana, panie inspektorze - odpowiedział Small, wskazując na mnie. - Czeka 

dopiero parę minut. 

 Lodge wykręcił się na pięcie. Wstałem. 

 - Dobry wieczór. 

 - Dobry wieczór, panie York. 

  Lodge   przeszył   mnie  spojrzeniem,   ale   nie   okazał   żadnego   zdziwienia   na   mój   widok. 

Opuścił wzrok do kołnierzyka mojej koszuli i brwi uniosły mu się o ułamek. Ale zapytał tylko: 

 - Czym mogę panu służyć? 

  - Bardzo pan zajęty? - spytałem. - Jeżeli ma pan czas, chciałbym panu opowiedzieć, jak 

straciłem krawat. 

 W połowie zdania zląkłem się powiedzieć wyraźnie, że zostałem napadnięty. Teraz Small 

spojrzał na mnie ciekawie, najwyraźniej biorąc mnie za wariata, skoro przychodzę na posterunek 

policji opowiadać inspektorowi, jak straciłem krawat. 

 Ale Lodge, bystry obserwator, powiedział: 

 - Proszę do mojego gabinetu, panie York. 

  Poszedł   przodem.   Powiesił   płaszcz   i   kapelusz   i   zapalił   gazowy   kominek,   choć   jego 

rozżarzone pręty nie były w stanie przemienić tego surowego, prostego, obstawionego półkami na 

akta pokoiku w przytulny zakątek. 

  Usiadł   za   schludnym   biurkiem,  a   ja,   jak   przedtem,   naprzeciwko.  Poczęstował   mnie 

papierosem i podał ogień. Kiedy uspokajający dym przenikał mi do płuc, zastanawiałem się, od 

czego zacząć. 

 - Czy od przedwczoraj posunął się pan trochę ze sprawą majora Davidsona? - spytałem. 

 - Nie. Obawiam się, że nie. Ta sprawa nie ma już u nas żadnego pierwszeństwa. Wczoraj 

background image

omawialiśmy   ją   na   konferencji   i   zasięgaliśmy   rady   członka   waszej  rady   nadzorczej,   lorda 

Creswella  Stampego.  Wobec  orzeczenia  koronera pańską wersję, ogólnie  biorąc, uważa  się za 

produkt młodzieńczej i zbyt pobudzonej wyobraźni. Nikt poza panem nie widział żadnego drutu. 

Rowki w słupach faszyny mogą, ale nie muszą być śladami drutu i nic nie wskazuje na to, kiedy 

powstały.  Dowiedziałem  się, że dla obsługi toru to całkiem  normalna  praktyka  zawieszać nad 

przeszkodą drut, żeby przygodni jeźdźcy nie próbowali skakać i nie robili wyrw w faszynie - urwał, 

po czym mówił dalej: - Lord Creswell mówi, że zdaniem  National Hunt Committee, z  którego 

kilku   członkami   porozumiewał   się   telefonicznie,   pan   się   mylił.   Jeżeli   pan   widział   jakiś   drut, 

twierdzą, że musiał to być drut należący do torowego. 

 - Pytali go? 

 Lodge westchnął. 

  -   Torowy   mówi,   że   nie   zostawiał   żadnego   drutu   na  torze,   ale   jeden   z   jego   ludzi   to 

roztargniony staruszek i nie ma pewności, czy nie zostawił. 

 Popatrzyliśmy na siebie w ponurym milczeniu. 

 - A co pan sam myśli? - spytałem wreszcie. 

 - Ja wierzę, że pan widział ten drut i że się nim posłużono, żeby strącić majora Davidsona. 

Jest jeden fakt, moim prywatnym  zdaniem, na tyle znaczący, żeby uzasadnić to przekonanie. To 

mianowicie, że torowy, który podał, że się nazywa Thomas Cook, nie podjął należnej sobie za dwa 

dni pracy wypłaty. Sądząc z mojego doświadczenia, trzeba bardzo ważnego powodu, żeby robotnik 

machnął ręką na wypłatę. 

 Uśmiechnął się sardonicznie. 

 - Mógłbym panu dostarczyć innego faktu na dowód, że upadek majora Davidsona nie był 

nieszczęśliwym   wypadkiem   -   powiedziałem   -   ale   znów   musiałby   mi   pan   uwierzyć   na   słowo. 

Żadnych dowodów. 

 - Proszę. 

  -  Ktoś   zadał   sobie   wiele   trudu,   żeby   mi   powiedzieć,   abym   nie   zadawał   na  ten   temat 

niepotrzebnych pytań. - Opowiedziałem mu o zajściu w przyczepie i poza nią i dodałem: - I co pan 

powie na taki produkt młodzieńczej i zbyt pobudzonej wyobraźni? 

 - Kiedy to wszystko się stało? 

 - Około godziny temu. 

 - A co pan robił, zanim pan tu przyjechał? 

 - Myślałem - odpowiedziałem dusząc papierosa. 

  - O - powiedział Lodge. - A czy w ogóle pomyślał pan, jakie nieprawdopodobieństwa 

zawiera pana historyjka? Nie spodobają się mojemu szefowi, kiedy złożę raport. 

background image

  -   To   niech   go   pan   nie   składa   -   doradziłem   uśmiechając   się.   -   Jednak   za   najbardziej 

uderzające nieprawdopodobieństwo uważam to, że trzeba było zatrudnić pięciu mężczyzn, konia i 

przyczepę   do   przewozu   koni,   żeby   przekazać   ostrzeżenie,   które   dużo   łatwiej   byłoby   przesłać 

pocztą. 

  - Niewątpliwie wskazuje to na wyjątkowo dużą organizację - zauważył Lodge z pewną 

dozą ironii. 

 - Jest ich co najmniej dziesięciu - powiedziałem. - Ale prawdopodobnie jeden lub dwóch w 

szpitalu. 

 Lodge wyprostował się na krześle. 

 - Co pan chce powiedzieć? Skąd pan wie? 

  - Tych pięciu, którzy mnie dziś zatrzymali, to wszystko  taksówkarze. Z Londynu albo z 

Brighton, choć nie wiem, którzy  skąd. Trzy dni temu widziałem ich na wyścigach w Plumpton, 

kiedy bili się nie na żarty z konkurencyjnym gangiem. 

 - Co?! - wykrzyknął Lodge. Potem dodał: - Tak, widziałem wzmiankę o tym w gazecie. 

Naprawdę ich pan poznał? 

 - Owszem. Synek i w Plumpton wyciągnął nóż, tylko że go przytłamsił jakiś dryblas, i miał 

niewielkie szanse posłużyć się nim. Ale jego twarz widziałem całkiem wyraźnie. Loczka z nikim 

by pan nie pomylił, ma czarny loczek nad czołem. Pozostałych trzech zabrano w Plumpton w tej 

samej  grupie.   Czekałem,   żeby   kogoś   podwieźć,   i   miałem   dużo   czasu   na   przyjrzenie   się   tym 

taksiarzom   już   po   bójce.   Bert,   ten   z   koniem,   miał   dziś   podbite   oko,   a   ten,   który   mnie 

przytrzymywał za prawą rękę i któreo nazwiska nie znam, plaster na czole. Ale dlaczego wszyscy 

są na wolności? Mieli być zamknięci, jak sądziłem, za zakłócanie spokoju. 

 - Mogli wyjść za kaucją albo wypuścili ich po zapłaceniu grzywny. Nie wiem, zanim nie 

zobaczę raportu - wyjaśnił Lodge. - Ale dlaczego, pańskim zdaniem, tylu ich wysłano, żeby pana 

ostrzec? 

 - Jak się zastanowić, to dla mnie dosyć pochlebne, że wysłano pięciu - uśmiechnąłem się. - 

Może mają zastój w taksówkowym interesie i są bez roboty. Albo, tak jak powiedział ten kierowca, 

żeby mi to dobrze wbić do głowy. 

 - To mi wskazuje na jeszcze  jedno nieprawdopodobieństwo - wtrącił Lodge. - Dlaczego, 

mając   nóż   przystawiony   do   piersi,   rzucił   się   pan   do   przodu.   Czyż   nie   wyzywał   pan 

niebezpieczeństwa? 

  - Nie rwałbym się tak, gdyby trzymał nóż trochę wyżej, ale  przytknął mi go do mostka. 

Trzeba by młotka, żeby wbić nóż w tę kość. Liczyłem na to, że prędzej wytrącę mu go z ręki, niż 

wbiję w siebie, i tak się stało. 

background image

 - Wcale pana nie skaleczył? 

 - Trochę. 

 - Popatrzmy - powiedział Lodge, wstając i wychodząc spoza biurka. 

  Rozpiąłem   koszulę.   Pomiędzy   drugim   a   trzecim   guzikiem   miałem   na   mostku   płytko 

rozciętą skórę mniej więcej na cal długości. W ranie zakrzepło trochę krwi, a w dół prowadził 

wyschnięty   rdzawy   ślad   po   kilku   kroplach,   które   ściekły.   Koszula   była   w   paru  miejscach 

poplamiona. To wszystko, nawet nie bardzo poczułem. 

 Lodge wrócił na miejsce. Zapiąłem koszulę. 

  - Dobrze - powiedział,  ujmując  pióro  i przygryzając  jego  koniec.  - Jakie pytania  pan 

zadawał na temat majora Davidsona i komu? 

 - I to jest naprawdę w całej tej sprawie najbardziej zdumiewające - powiedziałem. - Prawie 

nikogo o nic nie pytałem. A przynajmniej nie uzyskałem żadnej sensownej odpowiedzi. 

 - Ale musiał pan gdzieś dotknąć jakiegoś wrażliwego miejsca - stwierdził Lodge. Wyjął z 

szuflady arkusz papieru. - Niech mi pan poda nazwiska wszystkich osób, z którymi mówił pan o 

tym drucie. 

 - Z panem - odpowiedziałem bez chwili zastanowienia. - I z panią Davidson. I wszyscy na 

rozprawie słyszeli, jak mówiłem, że go znalazłem. 

  - Ale zauważyłem,  że prasa nie podała  obszerniejszego  sprawozdania  z rozprawy,  jak 

zwykle. Żadnej wzmianki o drucie - powiedział. - I nikt, kto pana widział na rozprawie, nie mógł 

odnieść wrażenia, że się pan  specjalnie pali do wyjaśnienia tej zagadki. Przyjął pan  orzeczenie 

bardzo spokojnie, wcale nie tak, jakby się pan z nim nie zgadzał. 

 - Dzięki temu, że mnie pan z góry przygotował, czego mam oczekiwać - wyjaśniłem. 

 Na dużym arkuszu papieru lista Lodge'a była krótka i niepełna. 

 - Z kimś jeszcze? - spytał. 

 - Och... ze znajomą... panną Ellery-Penn. Powiedziałem jej o tym wczoraj wieczorem. 

 - Z dziewczyną? - zapytał bez ogródek. Zapisał ją. 

 - Tak. 

 - Z kimś jeszcze? 

 - Nie. 

 - Dlaczego? - zapytał odsuwając arkusz. 

  -   Pomyślałem,   że   pan   i   lord   Creswell   powinniście   mieć   czysty   obraz.   Myślałem,   że 

mógłbym wam wszystko zagmatwać zadając zbyt wiele pytań. Mogłem spłoszyć kogoś, a wtedy 

miałby się na baczności i przygotował odpowiedzi i tak dalej. Ale jak teraz widzę, skoro pan mówi 

o zaniechaniu śledztwa, z powodzeniem mogłem iść na całego. 

background image

 Mówiłem z odrobiną goryczy. 

 Lodge przyjrzał mi się uważnie. 

 - Ma pan żal, że uznano pana za młokosa z gorącą głową - stwierdził. 

 - Dwadzieścia cztery lata to nie młokos - powiedziałem. - Przypominam sobie, że Anglia, 

zdaje się, miała kiedyś premiera w tym wieku. Nie był taki zły. 

 - To nie ma nic do rzeczy i pan wie o tym. 

 Uśmiechnąłem się. 

 - Co pan zamierza?

 - Iść do domu - odpowiedziałem spoglądając na zegarek. 

 - Nie, miałem na myśli sprawę majora Davidsona. 

 - Zadawać tyle pytań, ile mi przyjdzie do głowy - odpowiedziałem bez namysłu. 

 - Mimo ostrzeżenia? 

 - Właśnie dlatego. Sam fakt, że wysłali aż pięciu, żeby mnie ostrzec, oznacza, że można się 

niemało doszukać. Wie pan, Bill Davidson był moim bliskim przyjacielem. Nie mogę spokojnie 

pozwolić, żeby temu, kto spowodował jego śmierć, uszło na sucho. - Pomyślałem chwilę. - Po 

pierwsze, dowiem się, kto jest właścicielem taksówek, na których jeżdżą Loczek i reszta. 

 - Cóż, nieoficjalnie życzę panu powodzenia - powiedział Lodge. - Ale niech pan uważa. 

 - Jasne - odpowiedziałem wstając. 

 Lodge odprowadził mnie do drzwi posterunku i uścisnął mi dłoń. 

 - Niech pan daje znać, jak panu idzie. 

 - Zgoda, dam znać. 

 Uniósł doń w przyjaznym geście i wrócił do środka. 

  Podjąłem przerwaną jazdę do Cotswolds. Wykręcone ramiona wściekle mnie bolały, ale 

dopóki koncentrowałem się na wypadku Billa, byłem w stanie o nich nie pamiętać. 

 Uderzyło mnie, że zarówno sam wypadek, jak i napad w przyczepie powinny dostarczać 

jakiejś wskazówki o umyśle, w jakim się wylęgły. Założenie, że spłodził je ten sam umysł, godziło 

się   z   rozsądkiem.   Obydwa   wydarzenia   zostały   drobiazgowo   zaplanowane,   a   przecież   z 

powodzeniem by wystarczył prostszy plan, toteż przyszło mi na myśl słowo “pokrętny” i zacząłem 

grzebać   w   pamięci,   nasłuchując   jakiegoś   echa.   Wreszcie   trop   doprowadził   mnie  do   Joe'ego 

Nantwicha i listu z pogróżkami, który dotarł do niego po dziesięciu dniach. Pomyślałem jednak, że 

kłopoty Joe'ego nie mają nic wspólnego ze sprawą Billa. 

 Zarówno zamach na Billa, jak i ostrzeżenie dla mnie, były, co do tego miałem pewność, 

brutalniejsze w wykonaniu, niż je zaplanowano. Bill zginął w  pewnej mierze wskutek pecha, a 

mnie nie potraktowano by tak ostro, gdybym się nie próbował wyrywać. Doszedłem do wniosku, 

background image

że   szukam   kogoś   o   kapryśnej   wyobraźni,   kto   gotów   jest   posunąć   się   w   brutalności   tylko  do 

pewnego punktu, nie dalej, kogoś, komu niewinne fajerwerki, z racji jego skomplikowanej natury, 

wybuchają z większym hukiem, niż to zamierzył. 

 Pocieszające było również zdanie sobie sprawy, że mój przeciwnik nie jest człowiekiem o 

jakiejś   nadludzkiej   inteligencji.   Popełniał   błędy.   Dotychczas   największym   jego   błędem, 

pomyślałem,   było   zadawanie   sobie   niemałego   trudu,   żeby   przekazać   niepotrzebne   ostrzeżenie, 

które pobudziło mnie tylko do większej aktywności. 

  Przez dwa dni nie robiłem  nic.  Nie zaszkodzi sprawić wrażenie, że wziąłem sobie jego 

ostrzeżenie do serca. 

 Grałem z dziećmi w pokera i przegrywałem do Henry'ego, ponieważ myśli miałem zajęte 

sprawami jego ojca. 

 - Nie myślisz o tym, co robisz - stwierdził Henry niby to z żalem, kiedy mając dwie pary 

ograbił mnie z dziesięciu żetonów. 

 - On chyba jest zakochany - orzekła Polly, kierując na mnie taksujące kobiece spojrzenie. 

Jeszcze i to. 

 - Phi - skwitował to Henry. 

 Rozdawał karty. 

  - Co to znaczy “zakochany”? -  spytał William, który ku irytacji Henry'ego grał swoimi 

żetonami w pchełki. 

 - Takie tam ciumkanie - wyjaśnił Henry. - Całowanie i te inne bzdury. 

 - Mama jest we mnie zakochana - oświadczył pieszczoszek William. 

 - Nie bądź głupi - skarciła go Polly z wyżyn swoich jedenastu lat. - Zakochanie to wesela, 

panny młode, konfetti i inne takie rzeczy. 

  -   No,   Alan   -   powiedział   Henry  pogardliwym   tonem   -   lepiej  szybko   się   odkochaj,   bo 

zostaniesz bez jednego żetonu. 

 William podniósł swoje karty. Oczy i buzia otworzyły mu się szeroko. To znaczyło, że ma 

co najmniej dwa asy. Były to jedyne karty, jakie w ogóle podnosił. Henry łypnął na niego oczami i 

wrócił do własnych kart. Odrzucił trzy i trzy dokupił, a kiedy przyszła jego kolej, zrzucił swoje. 

Sprawdziłem go. Dwie damy i dwie dziesiątki. Henry był realistą. Wiedział, kiedy się poddać. I 

William, skacząc z podniecenia, na swoje trzy asy i parę piątek wygrał tylko cztery żetony. 

  Nie   po   raz   pierwszy  zastanowiły   mnie   kaprysy   dziedziczności.   Bill   był  przyjaznym, 

szczerym człowiekiem, miał wiele solidnych cnót. Scilla, uzupełniając go, była pełna współczucia i 

miłości. Ani jego, ani jej natura nie obdarzyła  intelektem, a jednak starszego  syna wyposażyli 

wyjątkową, wnikliwą inteligencją. 

background image

  Czyż  mogłem  się domyślać,  przekładając  karty i pomagając  Williamowi  wyprostować 

ułożoną z żetonów krzywą wieżę, że Henry w swoim bystrym ośmioletnim umyśle już nosi klucz 

do zagadki śmierci własnego ojca? 

 On sam o tym nie wiedział. 

background image

 7

 Wyścigi National Hunt Festival w Cheltenham zaczynały się we wtorek, drugiego marca. 

  Czekały nas trzy dni wspaniałych gonitw i do stajen wyścigowych tłumnie przybywały 

najlepsze konie świata. Przewoźnicy z Irlandii przeprawiali je drogą morską i powietrzną: ciemne 

konie   z  moczarów,   o   których  nadprzyrodzonej   szybkości   mówiło   się   gardłowym   irlandzkim 

akcentem, oraz złociste wałachy, które już brały niezliczone nagrody i puchary po drugiej stronie 

Morza Irlandzkiego. 

 Drogi przyczep do przewozu koni ze Szkocji, Kentu, z Devonu i zewsząd zbiegały się w 

Gloucestershire.   Wiozły   zwycięzców   Grand   National,   championów   przeszkodowych, 

wszechstronne cracki, wspaniałe huntery - arystokrację koni płotowych. 

  Mając w ciągu trzech dni zarezerwowane wyłącznie dla  siebie cztery wielkie gonitwy, 

wszyscy dżokeje amatorzy, każdy, kto był w stanie wyżebrać, pożyczyć lub kupić konia, spieszyli 

na   tor.   Pojechać   w   Cheltenham   to   był   zaszczyt.  Wygrana   w   Cheltenham   to  niezapomniane 

przeżycie. Jeźdźcy amatorzy witali ten festiwal z namiętnym zapałem. 

  Ale   jeden   z   nich,   Alan   York,  zajeżdżając   na   parking   ani   trochę   nie   odczuwał   tego 

namiętnego   zapału.   Sam   sobie   nie   umiałem   tego   wytłumaczyć,   ale   tym   razem   cały   ten   gwar 

gromadzącego się tłumu, pełne oczekiwania twarze, słońce zimnego, orzeźwiającego marcowego 

ranka, a nawet myśl, że na tym  spotkaniu będę dosiadał trzech dobrych  koni, wcale mnie nie 

poruszały. 

 Przed bramą główną odszukałem gazeciarza, z którym rozmawiałem w Plumpton. Był to 

niski, pękaty jak baryłka  cockney z wielkimi  wąsami  i pogodnego usposobienia.  Zobaczył,  że 

podchodzę, i już mi podawał gazetę. 

 - Dzień dobry, panie York - przywitał mnie. - Liczy pan dziś na swojego konia? 

 - Możecie coś na niego postawić - poradziłem - ale nie ostatnią koszulę. Trzeba się liczyć z 

tym Irlandczykiem. 

 - Weźmie go pan z powodzeniem. 

 - Cóż, mam nadzieję. - Zaczekałem, aż sprzeda gazetę starszemu panu z olbrzymią lornetą, 

i zapytałem: - Pamiętacie tę wojnę taksiarzy w Plumpton? 

 - Jakże mógłbym zapomnieć? - rozjaśnił się. 

 - Mówiliście, że jedni są z Londynu, a drudzy z Brighton. 

 - Zgadza się. 

 - Którzy byli skąd? - Zobaczyłem, że nie ma pojęcia, o co chodzi. Powtórzyłem: - Którzy 

byli z Londynu, a którzy z Brighton? 

 - Och, rozumiem. - Sprzedał gazetę dwóm damom w średnim wieku, w grubych tweedach i 

background image

wełnianych skarpetach w prążki, i wydał im resztę. Potem zwrócił się do mnie. - Czyli, którzy byli 

którzy?  Hm, wie pan, często  ich widzę, ale to niemili ludzie. Z nikim nie gadają. Nie  tak jak 

prywatni szoferzy, rozumie pan? Ale poznałbym tych z Brighton, gdybym ich zobaczył. Znam ich 

z   widzenia,   rozumie   pan?  -   Urwał,   żeby   wrzasnąć   ile   sił   w   płucach:   -   Specjalne   wydanie 

południowe! - i w rezultacie sprzedał jeszcze trzy gazety. Czekałem cierpliwie. 

 - Po czym ich poznajecie? - spytałem. 

 - Po gębach, ma się rozumieć. 

 Uznał to za głupie pytanie. 

 - Tak, ale po jakich gębach? Możecie ich opisać? 

 - Aha, o to chodzi. Różne mają gęby. 

 - Nie moglibyście opisać bodaj jednego? 

 Zmrużył oczy, namyślając się, szarpnął wąsa. 

 - Jednego? No, jest taki jeden z parszywą gębą i z oczami jak szparki. Do jego gabloty bym 

nie  wsiadł.  Można  go chyba  poznać  po  włosach.  Spadają  mu   prawie  do brwi.  Facet  wygląda 

podejrzanie. Na co on panu? 

 - Mnie on na nic - odpowiedziałem. - Chcę tylko wiedzieć, skąd jest. 

 - Właśnie z Brighton. - Uśmiechnął się do mnie promiennie. - Jest jeszcze jeden, tego też 

czasem widzę. Młody szczeniak z baczkami, stale czyści paznokcie nożem. 

  - Wielkie dzięki - powiedziałem. Dałem mu funta i jego uśmiech jeszcze się poszerzył. 

Wetknął banknot gdzieś do wewnętrznej kieszeni. 

 - Najlepszego, psze pana. 

  Z dzwoniącym mi w uszach  “Nadzwyczajne Wydaaa...”  zostawiłem go i poszedłem się 

zważyć,   przeżuwając   w   myśli   wiadomość,   że   moi   napastnicy   z  przyczepy   do   przewozu   koni 

pochodzą z Brighton. Ktokolwiek ich posłał, nie wyobrażał sobie, że już ich kiedyś widziałem i 

mogę odszukać. 

 Zamyślony, nagle zdałem sobie sprawę, że Pete Gregory coś do mnie mówi. 

 - ...złapali gumę po drodze, ale dojechali bezpiecznie, to najważniejsze. Słuchasz, Alan? 

 - Tak, Pete. Przepraszam. Zamyśliłem się. 

  - Miło słyszeć, że potrafisz myśleć - zażartował Pete, serdecznie się śmiejąc. Twardy i 

przebiegłył, pozostał dzieckiem pod względem poczucia humoru. Najwyższą formą dowcipu były 

dla niego szkolne kawały. Ale człowiek się do tego przyzwyczajał. 

 - Jak Palindrom? - zapytałem. - Mój najlepszy koń. 

 - Świetnie. Właśnie ci mówiłem, złapali gumę... - przerwał, wściekły. Nie znosił niczego 

powtarzać. - No, cóż... chcesz zajść do stajni i rzucić na niego okiem? 

background image

 - Jeśli można. 

 Poszliśmy do stajen. Pete musiał iść ze mną ze względu na ścisłe przepisy bezpieczeństwa. 

Nawet   właścicielom   nie   wolno   było   odwiedzać   koni   bez   trenera,   który   za   nie   odpowiadał,   a 

chłopcy stajenni mieli przepustki ze zdjęciami, które okazywali przy wejściu. Wszystko z myślą o 

tym, żeby nikt nie podał koniom środków dopingujących ani też nie upośledził w jakiś sposób ich 

sprawności. 

  Poklepałem w boksie swojego  pięknego ośmiolatka, gniadosza w czarne łaty, i podałem 

mu kostkę cukru. Pete z dezaprobatą cmoknął językiem i zauważył: 

 - Nie przed wyścigiem - jak niańka, która przyłapała kogoś na dawaniu pupilowi słodyczy 

przed lunchem. - Uśmiechnąłem się, Pete miał kręćka na tym punkcie. 

  -   Cukier   doda   mu   energii   -  stwierdziłem,   dając   Palindromowi   jeszcze   jedną   kostkę   i 

przesadnie się koło niego krzątając. - Wygląda dobrze. 

  -   Po   sprawiedliwości   to   powinien   wygrać   -   orzekł   Pete.   -  Nie   spuszczaj   oka   z   tego 

Irlandczyka Barneya. Będzie próbował nagłym szpurtem wziąć was wszystkich przy rowie z wodą, 

żeby ruszyć pod górę z wyprzedzeniem sześciu długości. Nieraz widziałem, jak to robi. Zmusza 

wszystkich, żeby go gonili pod górę jak wściekli, aż wyczerpią wszystkie rezerwy  potrzebne do 

końcówki. No, albo poderwiesz się razem z nim i pojedziesz pod górkę w tym samym tempie, nie 

szybciej, albo, jeżeli ci ucieknie, nie popędzaj pod górę, tylko naciskaj, ile się da, z góry. Jasne? 

 - Jak słońce - odpowiedziałem. Cokolwiek by się sądziło o żartach Pete'a, jego rady, jak 

pojechać w wyścigu, były bezcenne i wiele im zawdzęczałem. 

  Poklepałem   Palindroma   po   raz   ostatni   i   wyszliśmy   na   podwórze.   Dzięki   przepisom 

bezpieczeństwa było to najspokojniejsze miejsce na terenie wyścigów. 

 - Pete - zapytałem, bez namysłu wchodząc w sedno rzeczy - nie wiesz, czy Bill miał jakieś 

kłopoty? 

  Domknął   furtkę   od   boksu   Palindroma,   odwrócił   się   powoli   i   stanął,   patrząc   na   mnie 

niewyraźnie tak długo, aż zacząłem się zastanawiać, czy dosłyszał pytanie. 

 Ale wreszcie powiedział: 

 - Kłopoty to duże słowo. Coś się zdarzyło...

 - Co? - spytałem, kiedy znowu zamilkł. 

 Ale zamiast odpowiedzieć zapytał: 

 - Dlaczego miałbyś myśleć, że był jakiś... kłopot? 

 Opowiedziałem mu o drucie. Słuchał ze spokojnym wyrazem twarzy, bez zaskoczenia, ale 

jego szare oczy były pozbawione blasku.

 - Dlaczego wcześniej nikt o tym nie słyszał? - spytał. 

background image

  - Lordowi Creswellowi Stampemu  i policji mówiłem tydzień  temu - wyjaśniłem - ale 

ponieważ drut zniknął, nie mieli konkretnych podstaw do dalszego śledztwa i kończą sprawę. 

 - Ale ty nie? - spytał Pete. - Nie powiem, żebym ci to miał za złe. Tylko że niewiele mogę 

ci   pomóc.   Chociaż   jest   coś...   Bill   mi   mówił,   że   miał   telefon,   z   którego   się   uśmiał.   Ale   nie 

słuchałem, jak należy, co powiedział... wiesz, jak to jest, myślałem o swoich koniach. To było coś o 

upadku Admirała. Myślał, że to gruby kawał, a ja nie pogadałem z nim, żeby się dowiedzieć, czego 

nie dosłyszałem. Nie sądziłem, że to ważne. Kiedy Bill zginął, wtedy pomyślałem, że może było w 

tym coś dziwnego, ale spytałem ciebie, a tyś powiedział, że nic nie zauważyłeś... - urwał. 

 - Tak, przepraszam - powiedziałem. I spytałem: - Na jak długo przed wypadkiem Bill ci 

mówił o tym telefonie? 

 - Kiedy ostatni raz z nim rozmawiałem - wyjaśnił Pete. - To było w piątek rano, tuż przed 

moim odlotem do Irlandii.  Dzwoniłem, żeby mu powiedzieć, że wszystko gotowe do wyścigu 

Admirała w Maidenhead na drugi dzień. 

 Ruszyliśmy z powrotem do wagi. Pod wpływem impulsu zapytałem: 

 - Pete, korzystasz kiedy z taksówek z Brighton? 

 Mieszkał i trenował w Sussex Downs. 

 - Nieczęsto. A dlaczego pytasz? 

  - Jest  tam  paru  taksiarzy,  z  którymi  chciałbym   zamienić  parę  słów  -  wyjaśniłem,  nie 

dodając, że te parę słów chciałbym zamienić z każdym osobno w jakiejś ciemnej uliczce. 

  - O ile wiem, w Brighton jest kilka firm taksówkowych  -  powiedział. - Jeżeli chcesz 

odszukać jakiegoś konkretnego taksiarza, dlaczego nie spróbujesz na dworcu? Tam zwykle  biorę 

taksówkę. Podjeżdżają stadami na pociągi z Londynu. 

 Jego uwagę zajął irlandzki koń, mijający nas w drodze na padok przed pierwszą gonitwą. 

 - Jestem Hans, jeżeli to nie Connemara Pal - powiedział Pete z zawiścią. - Wziąłem ze sobą 

w  sierpniu jednego z właścicieli i próbowałem go kupić, ale chcieli za niego osiem tysięcy. Stał 

schowany w jakiejś rozwalonej szopie za chlewem, więc mój właściciel nie chciał tyle wybulić. A 

teraz popatrz na niego. W Święto Bokserów wygrał wyścig dla młodszej generacji w Leopardstown 

o dwadzieścia długości i ani się nie zadyszał. Najlepszy młody koń, jakiego w tym roku będziemy 

oglądali. 

 7

 (c.d.)

 Myśli Pete'a biegły już spokojnie utartym torem i do samej wagi mówiliśmy o najeździe 

Irlandczyków. 

  Odszukałem   Clema,   który   był   bardzo   zajęty,   i   spytałem,   czy   mój   ekwipunek   jest   w 

background image

porządku i czy nie wie, jaką mam mieć wagę na Palindromie. 

  Kate powiedziała mi, że nie przyjeżdża do Cheltenham, ruszyłem więc w poszukiwaniu 

tego, co po niej samej najbardziej mnie interesowało, czyli wieści o niej. 

 Wieszak Dane'a i jego część ławy znajdowały się w mniejszej z dwóch szatni, a sam Dane 

siedział o jedno tylko miejsce oddalony od huczącego pieca, niechybny dowód awansu w świecie 

dżokejów.   Na   mocy   niepisanego   prawa   championi   zajmują   miejsc   najcieplejsze.   Początkujący 

dygoczą w przeciągach pod drzwiami. 

 Był w koszuli i kalesonach i wciągał nylonowe pończochy. W każdej stopie miał dziurę, z 

każdej   sterczał   mu   komicznie   duży   palec.   Stopy   miał   długie   i   wąskie   i   odpowiednio   wąskie, 

delikatne i silne dłonie. 

 - Dobrze ci się śmiać - powiedział Dane podciągając pończochy nad kolana. - Chyba nie 

robią nylonów na jedenastkę. 

 - Niech ci Walter kupi elastyczne - poradziłem. - Bardzo jesteś dzisiaj zajęty? 

  - Trzy biegi, w tym  z przeszkodami  dla championów.  Pete puszcza w nim pół stajni. 

-Uśmiechnął się do mnie. - Ale jeśli o to ci chodzi, znalazłbym czas, żeby ci opowiedzieć o domu 

Pennów. Mam zacząć od wuja  George'a czy od ciotki Deb, czy  też... - Urwał, żeby wciągnąć 

jedwabne   bryczesy   i   buty   do  jazdy.   Jego   służący,   Walter,   podał   mu   podkoszulek   i   jakieś 

wyjątkowo ohydne różowo-pomarańczowe barwy. Ktokolwiek je dobierał, nie wziął w ogóle pod 

uwagę, jak będzie w nich wyglądał mężczyzna. - ...a może wolisz posłuchać o Kate? - dokończył 

naciągając na odrażający sweter wiatrówkę. 

  Szatnia się zapełniała,  zapchana dodatkowo krzykliwymi  irlandzkimi dżokejami, którzy 

zjechali na te wyścigi w dobrych  humorach. Dane i ja przeszliśmy  do wagi, gdzie przynajmniej 

można było dosłyszeć, co się mówi. 

  - Wuj George - mówił Dane - to perła. I nie będę o nim opowiadał, żeby ci nie zepsuć 

wrażenia. Ciotka Deb, chłopie, to dla ciebie i dla mnie “szanowna pani Penn”, a “ciocia Deb” tylko 

dla Kate. Jest urocza na mroźny sposób i daje ci do zrozumienia, że byłaby całkiem nieuprzejma, 

gdyby nie tak dobre  wychowanie. Na początek się jej nie podobałem. Myślę, że z zasady nie 

podoba się jej nic, co ma cokolwiek wspólnego z wyścigami, włączając Wielkie NIeba i pomysł 

takiego urodzinowego prezentu ze strony wuja George'a. 

 - Mów, mów - ponaglałem go, niepokojąc się, czy zdąży z najbardziej interesującą częścią 

relacji, zanim go przyszpili kto inny. 

  - Ach, tak, Kate. Wspaniała,  cudowna Kate. Wiesz, ściśle mówiąc,  ona się wcale nie 

nazywa  Penn, tylko Kate Ellery. Wuj  George dodał to Penn do jej nazwiska, kiedy wziął ją do 

siebie. Powiedział,  że będzie jej łatwiej  mieć to samo nazwisko co on, oszczędzi  jej to wielu 

background image

wyjaśnień. Myślę, że tak jest - rozwodził się Dane z rozmysłem, świetnie wiedząc, jak mnie dręczy. 

Wreszcie zlitował się i uśmiechnął: - Pozdrawia cię. 

  Poczułem w środku błogie ciepło. Festiwalowe zawody w Cheltenham wydały mi się w 

końcu nie takie złe. 

 - Dzięki - powiedziałem, starając się nie uśmiechać głupkowato, co mi nie bardzo wyszło. 

Dane popatrzył na mnie badawczo, ale zmienił temat, wracając do wyścigów, i zaraz go spytałem, 

czy nie słyszał, żeby Bill Davidson wspominał kiedy, że przydarzyło mu się coś dziwnego. 

 - Nie, nie słyszałem - odpowiedział bez wahania. 

 Opowiedziałem mu o drucie. Zareagował typowo. 

 - Biedny Bill - powiedział z oburzeniem. Biedny stary. To haniebne. 

 - Więc gdybyś coś usłyszał, co miałoby bodaj najmniejsze znaczenie... 

 - Powtórzę ci - obiecał. 

  W tej chwili wszedł prosto w  Dane'a Joe Nantwich, jak gdyby go  w ogóle nie widział. 

Zatrzymał się, przeprosił, odstąpił krok do tyłu i ruszył dalej do szatni. Oczy miał wytrzeszczone, 

źrenice rozszerzone i rozbiegane. 

 - Pijany - powiedział Dane z niedowierzaniem. - Z ust mu jedzie jak z gorzelni. 

 - Ma swoje kłopoty. 

  - Będzie miał ich więcej jeszcze tego popołudnia, poczekaj tylko, niech ktoś z  komisji 

poczuje ten podmuch alkoholu. 

 Joe znów zjawił się przy nas. To prawda, że na jard z górą czuło się jego obecność. Bez 

wstępów zwrócił się wprost do mnie: 

 - Dostałem jeszcze jedną. 

 Z kieszeni wyjął kartkę. Zgniatana i rozprostowywana wiele razy, była porządnie zmięta, 

ale   aż   nazbyt   wyraźnie   widniały   na   niej   wypisane   długopisem   słowa:  “Bolingbrooke,   w   tym 

tygodniu”. 

 - Skąd ją masz? - zapytałem. 

 - Była tu już, kiedy przyjechałem, czekała na mnie w przegródce na listy. 

 - No to szybko zdążyłeś zatankować. 

  - Nie jestem pijany -  oświadczył Joe z oburzeniem. - Wypiłem parę szybkich w barze 

naprzeciwko wagi. 

  Dane i ja unisono podnieśliśmy  brwi. Bar naprzeciwko wagi nie  miał frontowej ściany i 

każdego,   kto   tam   pił,   widzieli   jak   na   dłoni   trenerzy,   właściciele   koni   i   członkowie   komisji 

technicznej  wychodzący  od  wagi. Może  i  istniał   dla  dżokeja sposób popełnienia  zawodowego 

samobójstwa pewniejszy niż wypicie paru szybkich w tym barze przed pierwszą gonitwą, ale żaden 

background image

nie przychodził mi teraz do głowy. Joe czknął. 

 - Parę szybkich, już to widzę - powiedział Dane z uśmiechem, wyjmując mi kartkę z ręki i 

czytając. - Co to znaczy, Bolingbrooke w tym tygodniu? Co cię w tym tak wkurza? 

  - Joe wyrwał mu kartkę i wepchnął z powrotem do kieszeni. Wyglądało, jakby dopiero 

teraz sobie uświadomił, że Dane słucha. 

 - Nie twoja sprawa - powiedział opryskliwie. 

  Miałem   wielką   ochotę   zapewnić   go,   że   i   nie   moja.   Ale   znów   zwrócił   się   do   mnie 

skamlącym tonem, pełen litości dla samego siebie. 

 - Co robić? 

 - Jedziesz dzisiaj? 

 - W czwartym i ostatnim. Ci cholerni amatorzy mają dziś dwa biegi tylko dla siebie. Lekka 

przesada, no nie? Zostawić nam tylko cztery, żebyśmy zarobili na życie. Niech te grube tyłki, ci 

dżentelmeni, uganiają się po swoich polach. Tam ich miejsce. Do niczego innego się nie nadają - 

dodał. 

 Na chwilę nas zatkało. Dane się roześmiał. Joe nie był w końcu aż taki pijany, żeby nie 

zdawać sobie psrawy, że wystąpił ze swoją ulubioną śpiewką przed niewłaściwym słuchaczem. 

Dodał nieprzekonująco, lecz niezwykle przymilnie. 

 - Ależ, Alan, nie miałem na myśli ciebie osobiście...

  - Jeżeli nadal chcesz mojej rady, zważywszy twoją opinię o amatorach - powiedziałem 

zachowując poważny wyraz twarzy - to powinieneś wypić trzy filiżanki mocnej czarnej kawy i nie 

pokazywać się, jak długo się da. 

 - Chodziło mi o to, co mam zrobić w sprawie tej kartki. 

 Joe miał grubszą skórę niż stary kufer obijany po dyliżansach. 

  - W ogóle nie zwracaj na nią uwagi - poradziłem. - Mam wrażenie, że ktokolwiek ją 

napisał, kpi sobie z ciebie. Może wie, że lubisz zalewać  robaka, i liczy na to, że sam,  bez jego 

pomocy, doprowadzisz się do zguby, wystarczy, że ci będzie przysyłał listy z pogróżkami. Czysta, 

bezkrwawa i skuteczna zemsta. 

 Ponury dąs na niemowlęcej twarzy Joe'ego ustąpił wyrazowi tępej determinacji, odrobinę 

mniej odpychającemu. 

 - Nikomu się to nie uda - oświadczył z agresywnością, która, jak przypuszczałem, miała się 

zmniejszać wraz z poziomem alkoholu w jego krwi. Zygzakiem wycofał się z pomieszczenia, gdzie 

stała waga, pewno w  poszukiwaniu czarnej kawy. Zanim  Dane zdążył mnie spytać, o co chodzi, 

zainkasował potężne klepnięcie w plecy od Sandy'ego  masona,  który z niechęcią  spoglądał za 

Joe'em. 

background image

 - Co się dzieje z tym głupim ćwoczkiem? - zapytał, ale nie czekał na odpowiedź. - Słuchaj, 

Dane - powiedział - bądź kumplem  i oświeć mnie na temat tego  konia ze stajni Gregory'ego, na 

którym jadę w pierwszym wyścigu. O ile wiem, nigdy go nie widziałem na oczy. Właścicielowi 

chyba podobało się, że jestem rudy czy coś takiego. 

  Zaraźliwy   śmiech   Sandy'ego   sprawił,   że   kilka   osób   się   obejrzało,   odpowiadając   mu 

uśmiechem. 

 - Zrobione - powiedział Dane. Zapuścili się w techniczne szczegóły, więc odwróciłem się 

od nich. Ale Dane dotknął mojego ramienia. - Czy będzie w porządku, jeżeli powiem komuś, na 

przykład Sandy'emu, o tym drucie i o Billu? - spytał. 

  - Tak. Mów. Możesz trafić z kimś, kogo by mi na myśl nie przyszło zapytać. Ale bądź 

ostrożny. - Pomyślałem, żeby mu opowiedzieć o ostrzeżeniu, jakie odebrałem w przyczepie do 

przewozu koni, ale to była długa historia i wydało mi się, że wystarczy, jak dodam: - Pamiętaj, że 

zaczynasz z ludźmi, którzy potrafią zabijać, nawet jeżeli tylko przez pomyłkę. 

 Wydał się wstrząśnięty. 

 - Tak, masz rację. Będę ostrożny. 

 Odwróciliśmy się do Sandy'ego jednocześnie. 

 - Co wy tam tak celebrujecie? Sprzątnął wam ktoś tę soczystą brunetkę, do której się tak 

obaj palicie? - spytał. 

 - Mówimy o Billu Davidsonie - wyjaśnił, ignorując jego słowa, Dane. 

 - Co takiego? 

 - Ten wypadek, w którym zginął, ktoś spowodował przeciągając drut nad przeszkodą. Alan 

widział ten drut. 

 Sandy'ego zatkało. 

 - Alan go widział - powtórzył, a potem dodał, jakby teraz dotarło do niego całe znaczenie 

tego, co powiedział Dane: - Ależ to morderstwo. 

  - Wskazałem na fakty, które  kazały przypuszczać, że morderstwo nie było zamierzone. 

Brązowe oczy Sandy'ego wpatrywały się we mnie bez mrugnięcia, dopóki nie skończyłem. 

 - Chyba masz rację - powiedział. - Co macie zamiar z tym zrobić? 

  - On próbuje dojść, co się za tym wszystkim kryje - wyjaśnił Dane. - Pomyśleliśmy, że 

może będziesz mógł pomóc. - Nie słyszałeś czego, co by rzuciło jakieś światło? No, wiesz, ludzie 

mówią ci różne rzeczy. 

 Sandy przeciągnął silnymi, opalonymi dłońmi po niesfornej rudej czuprynie i podrapał się 

w kark. Ten masaż jednak nie pobudził jego mózgu do żadnych wielkich myśli. 

 - Racja, ale głównie mówią mi o swoich dziewczynach albo zakładach, czy takich tam. I 

background image

nie tacy jak major Davidson. Nie byliśmy akurat w najserdeczniejszych stosunkach, bo myślał, że 

wstrzymałem konia jednego z jego znajomych. No, cóż - ciągnął z ujmującym uśmiechem - może 

w końcu i wstrzymałem. Tak czy owak parę miesięcy temu wymieniliśmy, jak to się mówi, parę 

ostrych słów. 

 - To dowiedz się, czy twoi znajomi bukmacherzy czegoś nie słyszeli - powiedział Dane. - 

Na ogół nie na próżno słuchają, co w trawie piszczy. 

  - Okay - obiecał Sandy. -  Rozpowiem o tym i zobaczymy, co dalej. Ale teraz mów, nie 

mamy wiele czasu przed pierwszym biegiem i chcę wiedzieć, co zrobi to kurewskie bydlę. - I kiedy 

Dane się zastanawiał, dodał: - No, wal, nie musisz niczego owijać w bawełnę. Gregory tylko wtedy 

daje mi konia, jeśli to jest taki skurwiel, że nikogo przy zdrowych zmysłach nie śmie prosić, żeby 

na niego wsiadł. 

 - To klacz - sprostował Dane - i ma parszywy zwyczaj wjeżdżania galopem w płot, jakby 

go nie widziała. Zwykle kończy w otwartym rowie. 

  - Cóż, dzięki - powiedział Sandy, najwyraźniej tym nie przerażony. - Tak jej wygarbuję 

skórę, że zmieni zwyczaje. No, to na razie. 

 Wszedł do szatni. Dane popatrzył za nim. 

 - Jeszcze się taki koń nie urodził, co by przestraszył tego chama - powiedział z podziwem. 

 - Daj Boże każdemu taki tupet - zgodziłem się. - Ale dlaczego Pete w ogóle puszcza takie 

bydlę, i to właśnie tutaj? 

 - Właścicielowi się zamarzyło puszczać konie w Cheltenham. Wiesz, jak to jest. Snobizm, i 

tak dalej - powiedział Dane z oburzeniem. 

  W   czasie   rozmowy   nieustannie  byliśmy   potrącani   przez   tłum  trenerów   i   właścicieli. 

Wyszliśmy   na   zewnątrz.   Dane'em   natychmiast   zawładnęła   para   reporterów   wyścigowych, 

domagając się jego opinii o koniu, na którym miał jechać za dwa dni w wyścigu o Złoty Puchar. 

  Czas upływał. Zaczęły się gonitwy. W ten piękny słoneczny dzień i przy świątecznym 

nastroju tłumu podniecenie niemal iskrzyło się w powietrzu. 

 Sandy przeprowadził klacz przez pierwszy otwarty rów, ale w następnym zniknął. Pojawił 

się z szerokim uśmiechem na twarzy, ostro klnąc. 

  Joe'ego zobaczyłem znowu po drugim biegu, wyglądał na mniej pijanego, ale w jeszcze 

większym strachu. Unikałem go bez skrupułów. 

  Dane,   jadąc   jak   szatan,   wygrał   o   łeb   wyścig   z   przeszkodami   dla   championów.   Pete, 

poklepując jego konia i razem z właścicielem przyjmując gratulacje wielkiego tłumu otaczającego 

zagrodę, w której rozsiodływano konie, tak się cieszył, że ledwie mógł mówić. Zwalisty, czerwony 

na twarzy, w  kapeluszu zsuniętym do tyłu i odsłaniającym łysinę, starał się wyglądać tak, jakby 

background image

tego   rodzaju   rzeczy   zdarzały   mu   się   co   dzień,   choć   w   rzeczywistości   był   to   najważniejszy 

zwycięzca, jakiego wytrenował. 

  Tak był przejęty, że  kiedy w  jakiś czas później, przed biegiem amatorów, stanęliśmy na 

padoku, zapomniał powiedzieć swojego starego dowcipu o Palindromie, że idzie tak samo dobrze 

do tyłu jak do przodu. A kiedy dosłownie trzymając się jego rady przykleiłem się jak cień do 

Irlandczyka, który próbował zyskać dystans, i trzymałem się ledwie o długość za nim przez całą 

drogę   do  ostatniej   przeszkody,   i   minąłem  go   udanym   szpurtem   na  pięćdziesiąt   jardów   przed 

celownikiem, Pete naprawdę miał swój dzień. 

 Byłbym go uściskał, taki byłem pijany powodzeniem. Choć już w Rodezji wygrałem kilka 

wyścigów,   a   około   trzydziestu,   odkąd   byłem   w   Anglii,   było   to   moje   pierwsze   zwycięstwo   w 

Cheltenham. Czułem takie uniesienie, jakbym już wypił szampana, który czekał nie odkorkowany 

w   szatni,   pełna  skrzynka   na   tradycyjne   uczczenie  wyścigu   z   przeszkodami   dla   championów. 

Palindrom był w moich oczach najpiękniejszym,  najinteligentniejszym, najdoskonalszym koniem 

na świecie. Stąpając w obłokach poszedłem się zważyć, przebrałem się i jeszcze nie wróciłem na 

ziemię, kiedy wychodziłem na zewnątrz. Przygnębienie, w jakim tu przyjechałem, wydawało się 

odległe o tysiące lat. Byłem tak szczęśliwy, że mógłbym fikać koziołki jak dziecko. Nieczęsto się 

zdarza takie pełne, bezgraniczne zadowolenie, i niespodziewanie pożałowałem, że nie ma tu ojca, 

żeby je ze mną dzielił. 

 Problem Billa odsunął się i zmalał, i tylko dlatego, że wcześniej sobie to zaplanowałem, 

skierowałem się lekkim krokiem w stronę parkingu przyczep do przewozu koni. 

  Był  zapchany.  Tego dnia  biegało w każdej gonitwie około dwudziestu koni i, żeby je 

przewieźć, trzeba było ściągnąć chyba wszystkie dostępne przyczepy. Nie śpiesząc się szedłem 

wzdłóż rzędów, nuciłem sobie beztrosko i spoglądałem na numery niezbyt  wysilając wzrok, a 

jeszcze mniej uwagę. 

 I znalazłem. 

 APX 708. Moje szczęście prysnęło jak bańka. 

  Nie było wątpliwości, że to ta  sama przyczepa. Przepisowa, z  drewnianą skrzynią, typu 

jennings. Już dość stara, ze zmatowiałą i poobdrapywaną farbą. Ani na drzwiach, ani na samej 

skrzyni żadnego nazwiska właściciela czy trenera. 

 W kabinie kierowcy nie było nikogo. Okrążyłem ją, zaszedłem od tyłu, otworzyłem drzwi i 

wdrapałem się do środka. 

 Boks był pusty, stało w nim tylko wiadro, wisiała siatka z sianem i derka, normalny sprzęt 

podróżny dla koni wyścigowych. Podłoga zasłana była słomą, choć trzy dni temu zamieciono ją do 

czysta. 

background image

  Klucz do tego, skąd pochodzi przyczepa, pomyślałem, może mi dać derka. Większość 

trenerów i niektórzy właściciele każą w rogu derki wyszywać albo naszywać wypisane na tasiemce 

dużymi literami swoje inicjały. Jeżeli i na tej są inicjały,  sprawa będzie prosta. Uniosłem derkę. 

Była jasnobeżowa z ciemnobrązową lamówką. Znalazłem inicjały. Stałem tam jak skamieniały. 

Wyraźne, wyszyte ciemnobrązowym jedwabiem widniały na niej litery A. Y. 

 Była to moja własna derka. 

  Pete, kiedy go przycisnąłem, nie wyglądał w nastroju do  odpowiadania na jakiekolwiek 

pytania wymagające większego wysiłku umysłowego. Stał oparty o ścianę pomieszczenia z wagą, z 

kieliszkiem szampana w jednej ręce i cygarem w drugiej, otoczony grupką podobnie zaopatrzonych 

przyjaciół. Widząc ich zaróżowione, uśmiechnięte twarze, pojąłem, że libacja trwa już od jakiegoś 

czasu. 

 Dane wcisnął mi kieliszek do ręki. 

 - Gdzieżeś się podziewał? Spisałeś się na Palindromie. Wypij trochę bąbelków. Właściciel 

płaci. Niech mu Pan Bóg da zdrowie. 

 Oczy mu lśniły tym fantastycznym, najwyższym uniesieniem, które i ja przeżywałem tak 

niedawno. I znowu zaczęło mnie ono ogarniać. Ostatecznie był to wielki dzień. Tajemnice mogą 

poczekać. 

 Wypiłem łyk szampana i powiedziałem: 

 - Sam się dobrze spisałeś, stary byku. A to za Złoty Puchar. 

 - Nie miałem tyle szczęścia - odpowiedział Dane. - No, i niewielkie szanse. - Ale z jego 

roześmianej twarzy wyczytałem, że nie dba i o to. Wypróżniliśmy kieliszki. - Przyniosę nową 

butelkę - powiedział, dając nurka do rozwrzeszczanej i zatłoczonej szatni. 

 Rozglądając się, zobaczyłem  Joe'ego Nantwicha przypartego w  pobliskim kącie do muru 

przez olbrzymiego pana Tudora. To on mówił, i to z pasją, a jego opalona twarz niemal ginęła w 

półmroku. Joe, wciąż jeszcze w barwach właściciela, słuchał bardzo nieszczęśliwy. 

  Dane wrócił z bąbelkami kipiącymi  z nowo otwartej butelki i napełnił nasze kieliszki. 

Skierował wzrok śladem mojego spojrzenia. 

  - Nie wiem, czy był trzeźwy czy nie, ale nie sądzisz, że Joe zupełnie spartaczył ostatni 

bieg? - zapytał. 

 - Nie widziałem go. 

 - Toś naprawdę wiele stracił, chłopie. Nawet nie próbował. Przy wyścigu z przeszkodami, 

po drugiej stronie toru prawie mu zupełnie przystopowali tego cholernego konia, i to typowanego 

jako drugi.  Prawdopodobnie  - dodał wskazując butelką  - jesteś świadkiem,  jak dostaje dobrze 

zasłużone wymówienie. 

background image

 - Ten człowiek to właściciel Bolingbrooke'a. 

 - Tak, to prawda. Te same barwy. Cóż zaa błazen z tego Joe'ego. Dziś właściciele pięciu 

czy sześciu koni nie rodzą się na kamieniu. 

  Clifford   Tudor   już   prawie   kończył.   Kiedy   odwracał   się   od   Joe'ego   w   naszą   stronę, 

dosłyszeliśmy jego ostatnie uwagi. 

 - ...zdaje ci się, że możesz mnie wystrychnąć na dudka i że ci to ujdzie płazem. Jeżeli o 

mnie chodzi, komisja może cię w ogóle zawiesić. 

 Minął nas energicznym krokiem, rzucając mi skinienie głowy świadczące o tym, że mnie 

poznaje, co mnie zdumiało, i wyszedł. 

  Joe poszukał oparcia w ścianie. Twarz miał bladą i spoconą. Wyglądał źle. Zrobił parę 

niepewnych kroków w naszym kierunku i powiedział nieostrożnie, jak gdyby zapomniał, że łatwo 

może to dosłyszeć któryś z członków dyrekcji lub komisji technicznej: 

 - Dzwonił do mnie dziś rano. Ten sam głos, co zawsze. Powiedział tylko: “Nie wygrywaj 

szóstej   gonitwy”,   i   odłożył   słuchawkę,   zanim   zdążyłem   odpowiedzieć.   A   potem   ta   kartka, 

“Bolingbrooke   w   tym   tygodniu”...  Nie   rozumiem...   i   nie   wygrałem  tego   biegu...   a   teraz   ten 

cholerny wał powiada, że weźmie innego dżokeja... i komisja zaczęła dochodzenie w sprawie mojej 

jazdy... i niedobrze mi. 

 - Wypij trochę szampana - powiedział pocieszająco Dane. 

  - Wsadź sobie gdzieś swoje rady - jęknął Joe chwytając się za żołądek i odchodząc w 

stronę szatni. 

 - Co się dzieje, u diabła? - zapytał Dane. 

 - Nie wiem - odpowiedziałem, rzeczywiście już nie wiedząc, co myśleć, i jeszcze bardziej 

niż  dotychczas   zainteresowany  kłopotami   Joe'ego.   Ten   telefon,   pomyślałem,   nie   zgadza   się   z 

treścią kartek. Przez telefon polecenie jak zawsze, a kartki z pogróżkami. - Zastanawiam się, czy 

Joe zawsze mówi prawdę - dodałem. 

 - Bardzo możliwe, że nie - odparł Dane załatwiając się z tym ostatecznie. 

  Zjawił się jeden z członków komisji i przypomniał, że nawet  po gonitwie championów 

picie przy wadze nie jest mile widziane, a więc może uprzejmie przejdziemy do szatni. Dane zrobił 

to, ale ja dokończyłem drinka i wyszedłem na zewnątrz. 

 Pete, wciąż w asyście oddziałku przyjaciół, stwierdził, że czas wracać do domu. Przyjaciele 

nie mieli ochoty. Dowodzili, że bary wyścigowe są jeszcze otwarte. 

  Umyślnie podszedłem do Pete'a, wykorzystał więc mnie jako pretekst, żeby się wyrwać. 

Poszliśmy w stronę wejść. 

 - Ufff, co za dzień - odsapnął Pete, ocierając czoło białą chusteczką i odrzucając niedopałek 

background image

cygara. 

 - Cudowny dzień - przytaknąłem przyglądając mu się uważnie. 

  - Możesz nie patrzyć  z takim  niepokojem, Alan, synku. Jestem  trzeźwy jak sędzia i o 

własnych siłach jadę do domu. 

 - Wspaniale. Wobec tego bez trudu mi odpowiesz na jedno małe pytanko? 

 - Strzelaj. 

 - Jaką przyczepą Palindrom przyjechał do Cheltenham? 

  - Co? Nająłem przyczepę. Wystawiałem tu dziś pięć koni. Płotowy, klacz i ten czarny 

wałach przyjechali moją własną przyczepą. Musiałem nająć inną dla Palindroma i tego młodego, na 

którym Dane pojechał w pierwszym. 

 - Od kogo ją nająłeś? 

  - O co chodzi? - spytał Pete. - Wiem, że jest nienowa i po drodze złapali gumę, jak ci 

mówiłem, ale koniowi nic się przez to nie stało. Nie mogło się stać, bo inaczej by nie wygrał. 

 - Nie idzie mi o nic takiego - wyjaśniłem. - Chcę tylko wiedzieć, skąd jest ta przyczepa. 

 - Nie warto jej kupować, jeżeli o to pytasz? O wiele za stara. 

 - Pete, nie chcę jej kupować. Powiedz mi tylko, skąd jest. 

  -   Z   tej   samej   firmy,   od   której  zawsze   najmuję   przyczepy.  Littlepeths   ze   Steyning.   - 

Zmarszczył brwi. - Czekaj no, najpierw powiedzieli, że wszystkie przyczepy mają zamówione, a 

potem, że znajdą dla mnie jedną, jeśli mi nie przeszkadza, że jest stara. 

 - Kto ją tu przyprowadził? 

 - Och, któryś z ich kierowców. Trochę klął, że ma prowadzić taki stary kojec. Mówił, że 

firma ma dwie porządne przyczepy zepsute w tygodniu wyścigów  w Cheltenham i że  nie jest 

najlepszego zdania o administracji. 

 - Dobrze go znasz? 

 - Właściwie nie. Tyle że często prowadzi najęte przyczepy. Zawsze na coś zrzędzi. Ale po 

co ci to? 

 - To może się jakoś łączyć ze śmiercią Billa - wyjaśniłem - tylko nie wiem jak. Czy możesz 

sprawdzić, skąd naprawdę jest ta przyczepa? Zapytaj tych z firmy przewozowej? I jeśli nie masz 

nic przeciwko temu, nie wspominaj o mnie. 

 - To ważne? - spytał Pete. 

 - Tak, ważne. 

 - To zadzwonię do nich jutro rano - obiecał. 

 Na drugi dzień, kiedy tylko mnie zobaczył, powiedział: 

 - Pytałem o tę przyczepę. Należy do farmera w pobliżu Steyning. Mam tu jego nazwisko i 

background image

adres. - Wsunął dwa palce do kieszonki na piersiach, wydobył świstek papieru i podał mi. - Ten 

farmer wozi w przyczepie swoje własne konie, a w lecie cyrkowe konie swoich dzieci. Czasem ją 

odstępuje firmie przewozowej, jeżeli mu nie jest potrzebna. O to ci chodziło? 

 - Tak, dziękuję ci bardzo. 

 Włożyłem świstek do portfela. 

  Przed   końcem   zawodów  festiwalowych   co   najmniej   jeszcze  dziesięciu   osobom 

powtórzyłem   historię   o   drucie   w   nadziei,   że   może   ktoś   będzie   wiedział,  dlaczego   go   tam 

zawieszono. Wieść szybko rozeszła się po wyścigach. 

 Powiedziałem grubemu Lewowi Panake, eleganckiemu bukmacherowi, który od czasu do 

czasu przyjmował moje zakłady. Obiecał “przepytać chłopaków” i dać mi znać. 

 Powiedziałem Calvinowi Bone, który był namiętnym graczem i każdą śmierdzącą sprawkę 

potrafił wywęszyć bezbłędnie jak pies gończy. 

  Powiedziałem   pewnemu  naganiaczowi,   cwaniaczkowi  zarabiającemu   na   życie 

przekazywaniem przygodnych informacji każdemu, kto był gotów za nie zapłacić. 

 Powiedziałem sprzedawcy gazet, który szarpnął wąsa i przepuścił jakiegoś klienta. 

  Powiedziałem   reporterowi   wyścigowemu,   który   na   milę   potrafił   wywęszyć   każdy 

skandaliczny przeciek i pogłoskę. 

 Powiedziałem pewnemu przyjacielowi Billa z wojska. 

 Powiedziałem Clemowi przy wadze. 

 Powiedziałem chłopcu stajennemu do przewozu koni Pete'a Gregory'ego. 

 Od całego tego pracowitego siania wiatru nie stałem się ani o jotę mądrzejszy. I wciąż się 

spodziewałem, że czeka mnie zbieranie burzy. 

background image

 8

  W sobotę rano, kiedy siedziałem ze Scillą, dziećmi i  Joan wokół wielkiego kuchennego 

stołu przy solidnym domowym śniadaniu, zadzwonił telefon. 

 Scilla poszła odebrać, ale wróciła mówiąc: 

 - Alan, to do ciebie. Nie chciał podać nazwiska. 

  Wszedłem do bawialni i ująłem słuchawkę. Marcowe słońce padało przez okna na dużą 

wazę czerwonych i żółto cętkowanych krokusów na stoliku do telefonu. Powiedziałem: 

 - Mówi Alan York. 

 - Panie York, dziś mija tydzień, jak pana ostrzegałem. Podobało się to panu zlekceważyć. 

 Poczułem, jak włosy stają mi na głowie. Skóra na czaszce zaswędziała. Był to cichy głos, 

pobrzmiewający   nutą   ochrypłego  szeptu,   nieordynarny   i  nienapastliwy,   i   mówił   tonem  niemal 

grzecznej rozmowy. 

 Nie odpowiedziałem. Głos zapytał: 

 - Panie York, jest pan tam jeszcze? 

 - Tak - odpowiedziałem. 

 - Nie jestem człowiekiem gwałtownym, panie York. Prawdę mówiąc, nie lubię przemocy. 

Robię, co mogę, żeby jej unikać. Ale czasem bywam do niej zmuszony, czasem to jedyny sposób, 

żeby coś osiągnąć. Rozumie mnie pan, panie York? 

 - Tak. 

  -   Panie   York,   gdybym   był   człowiekiem   gwałtownym,   byłbym   panu   dał   w   zeszłym 

tygodniu poważniejsze ostrzeżenie. I daję panu jeszcze jedną szansę, żeby pan wiedział, jak bardzo 

nie   chcę   pana  krzywdy.  Niech   pan  tylko  pilnuje   własnych   spraw  i   przestanie  zadawać  głupie 

pytania. To wszystko. Niech pan tylko przestanie się rozpytywać, a nic się panu nie stanie. - Cichy 

głos przerwał, po czym mówił dalej, nabierając po raz pierwszy ledwie wyczuwalnego tonu groźby. 

- Oczywiście, jeżeli się przekonam, że przemoc jest absolutnie niezbędna, zawsze znajdę kogoś, kto 

ją zastosuje. Tak, żebym ja nie musiał patrzeć. Tak, żeby to nie było dla mnie zbyt przykre. Mam 

nadzieję, panie York, że pan mnie rzeczywiście rozumie. 

 - Tak - odpowiedziałem jeszcze raz. Pomyślałem o Synku, jego złym uśmiechu i jego nożu. 

  - Dobrze, to wszystko.  Naprawdę mam nadzieję, że pan będzie rozsądny. Do widzenia, 

panie York. 

 Brzęknęło, kiedy przerwał połączenie. 

  Postukałem   w   widełki,   żeby   przywołać   z   powrotem   centralę.   Kiedy   się   odezwała, 

spytałem, czy nie mogłaby mi powiedzieć, skąd był ten telefon. 

  - Proszę zaczekać - powiedziała telefonistka. Miała powiększone migdałki.  Znowu się 

background image

odezwała. - Łączono przez Londyn - oświadczyła. - Nic poza tym nie mogę stwierdzić. Bardzo 

przepraszam. 

 - Nie szkodzi. Dziękuję pani bardzo. 

 - Zawsze do usług - odpowiedziały migdałki. 

 Odłożyłem słuchawkę i wróciłem do śniadania. 

 - Kto to był? - zapytał Henry, grubo nakładając marmolady na grzankę. 

 - Ktoś w sprawie psa - odpowiedziałem. 

 - Inaczej mówiąc - wtrąciła Polly - nie pytaj, a nie usłyszysz grubych kłamstw. 

 - Henry wykrzywił się do niej i wgryzł się głęboko w grzankę. Marmolada wyciekła mu z 

kącika ust. Zlizał ją. 

 - Henry zawsze chce wiedzieć, kto dzwoni - zauważył William. 

 - Tak, kochanie - powiedziała bezmyślnie Scilla wycierając resztki jajka z jego swetra. - 

Wolałabym, żebyś się pochylał nad talerzem, kiedy jesz, William. 

 Pocałowała go w czubek blond główki. 

 Podałem Joan filiżankę, żeby mi dolała kawy. 

 - Alan - odezwał się Henry - zabierzesz nas na podwieczorek do Cheltenham? Dostaniemy 

te zapychające kremówki jak ostatnim razem i lemoniadę z lodu ze słomką, i trochę orzeszków na 

drogę do domu? 

 - Och, tak - wtrącił wniebowzięty William. 

 - Bardzo bym chciał - powiedziałem - ale dziś nie mogę. Zrobimy to może w przyszłym 

tygodniu. - Nadszedł wreszcie dzień mojej wizyty w domu Kate. Miałem tam się zatrzymać przez 

dwie noce, do tego zaplanowałem sobie spędzenie jednego dnia, w poniedziałek, w biurze. Widząc 

rozczarowane twarze dzieci wyjaśniłem: - Dziś jadę do znajomych. Wrócę dopiero w poniedziałek 

wieczorem. 

 - Co za nuda - orzekł Henry. 

 

***

  Lotus pożerał mile między Cotswolds a Sussex mrucząc głęboko jak zadowolony kot. 

Pięćdziesiąt mil dobrej drogi z Cirencester do Newbury zrobiłem w pięćdziesiąt trzy minuty nie 

dlatego, żebym się bardzo spieszył, ale dla czystej przyjemności prowadzenia wozu z szybkością, 

do jakiej był przeznaczony. No, i jechałem do Kate. Ona czekała u celu. 

  Newbury mnie przyhamowało.  Ledwie  się posuwałem, prawie stałem w miejscu. Potem 

śmignąłem szybko drogą Basingstoke, minąłem bazę lotniczą Amerykanów w Greenham Common 

background image

i od krętej wsi Kingsclere jechałem już spokojnie, rzadko przekraczając sześćdziesiątkę. 

 Kate mieszkała w Sussex, około czterech mil za Burgess Hill. 

  Do   Burgess   Hill   przyjechałem   dwadzieścia   po   pierwszej,   odszukałem   drogę   na   stację 

kolejową i zaparkowałem w kącie, wciśnięty za dużą półciężarówką. Wszedłem na stację i kupiłem 

bilet powrotny do Brighton. Nie miałem ochoty wybierać się na rekonesans do Brighton wozem, 

mój lotus już mnie raz zdradził i wpakował w kłopoty, ryzykowałbym, że odkryję karty zabierając 

go w miejsce, w którym mogłyby się na niego natknąć krążące taksówki z  Loczkiem, Synkiem, 

Bertem i innymi za kierownicą.

  Podróż zajęła mi szesnaście minut. W pociągu po raz co najmniej setny zadałem sobie 

pytanie,   co   też   takiego   mogłem   komuś   powiedzieć,   że   wpakowało  mnie   to   w   ten   pasztet   w 

przyczepie do przewozu koni.  Kogo spłoszyłem, nie tylko wyjawiając, że wiem o drucie, ale co 

ważniejsze mówiąc, że mam zamiar dojść, kto to zrobił? Na myśl przychodziły mi tylko dwie 

ewentualne odpowiedzi, i jedna z nich wcale mi się nie podobała. 

  Przypomniałem sobie, że w  drodze z Plumpton do Brighton  powiedziałem Cliffordowi 

Tudorowi,   że   w   sprawie   śmierci  Billa   wiele   jeszcze   pozostaje   do  wyjaśnienia.   Było   to 

równoznaczne z powiedzeniem mu wprost, iż wiem, że jego upadek nie był przypadkowy, i że w 

tej sprawie nie mam zamiaru pozostać bezczynny. 

  To   samo   dałem   też   wyraźnie   do  zrozumienia   Kate.   Kate.   Kate.  Kate.   Koła   wagonu 

szyderczo podjęły ten refren. 

  Cóż, nie zobowiązywałem  jej do  zachowania  sekretu i wcale nie  wydawało  mi  się to 

potrzebne. O ile wiedziałem, mogła moje słowa powtórzyć całej Anglii. Ale nie miała na to zbyt 

dużo czasu. Kiedy się ze mną żegnała w Londynie, było po północy, a siedemnaście godzin później 

czekała na mnie przyczepa do przewozu koni. 

  Pociąg zwolnił wjeżdżając na stację w Brighton. Przez peron i za furtką przeszedłem w 

grupce współpodróżnych, ale w hallu biletowym i przy wyjściu na plac przed dworcem zwolniłem 

kroku i zostałem z tyłu. Na placu parkowało około dwunastu taksówek, kierowcy stali obok wozów 

i przyglądali się wychodzącym podróżnym w oczekiwaniu na klientów. Dokładnie przyjrzałem się 

wszystkim kierowcom, twarz po twarzy. 

 Wszyscy byli nieznajomi. Ani jednego z nich nie widziałem w Plumpton. 

  Nie   zniechęcając   się   zbytnio,   znalazłem   wygodny   kąt   zapewniający   dobry   widok   na 

przyjeżdżające   taksówki   i   postanowiłem   czekać,   zdecydowany   nie   zwracać   uwagi   na   zimny 

przeciąg dmuchający mi za kołnierz. Taksówki przyjeżdżały i odjeżdżały jak pracowite pszczółki, 

przywoziły pasażerów i zabierały nowych. Ciągnęły do pociągów z Londynu jak do miodu. 

 Stopniowo wyłonił się pewien schemat. Wyraźnie dzieliły się na cztery grupy. Jedne miały 

background image

wymalowany na błotnikach szeroki zielony pas na drzwiach wypisaną nazwę firmy “Zielony pas”. 

Druga grupa oznaczona była na drzwiach żółtą tarczą z małymi czarnymi literami.  Taksówki z 

trzeciej   grupy   były   całe   kobaltowo   błękitne.   Do   czwartej   grupy   zaliczyłem   niczym   się   nie 

wyróżniające taksówki, nie należące do żadnej z trzech pozostałych. 

  Czekałem blisko dwie godziny,  coraz bardziej  sztywniejąc  i stając się obiektem coraz 

ciekawszych spojrzeń obsługi dworca. Spojrzałem na zegarek. Ostani pociąg, jaki mógłbym złapać, 

żeby zdążyć na czas do Kate, odchodził za sześć minut. Zacząłem się rozprostowywać i rozcierać 

zziębnięty kark, gotów już iść na peron, kiedy wreszcie moja cierpliwość została nagrodzona. 

  Zaczęły   nadjeżdżać   i   ustawiać   się   rzędem   wolne   taksówki,   co   jak   już   wiedziałem, 

znaczyło, że ma nadejść następny pociąg z Londynu. Kierowcy powysiadali i skupili się w małych 

grupkach, rozmawiając. Skromniejszym konwojem nadjechały trzy czarne taksówki i ustawiły się 

na końcu. Na drzwiach miały wyblakłe żółte tarcze. Kierowcy wysiedli. 

  Jednym   z   nich   był   grzeczny  kierowca   przyczepy   do   przewozu  koni.   Wyglądał   na 

zrównoważonego, solidnego obywatela. W średnim wieku, nie rzucający się w oczy, spokojny. 

Pozostałych nie znałem. 

 Miałem jeszcze trzy minuty. Czarne litery na żółtych tarczach były denerwująco małe. Nie 

mogłem podejść na tyle blisko, żeby je odczytać, gdyż zobaczyłby mnie grzeczny kierowca, a nie 

miałem czasu czekać, aż odjedzie. Poszedłem do kasy biletowej, zaczekałem niecierpliwie, aż jakaś 

kobieta skończy się wykłócać o pięćdziesięcioprocentową zniżkę dla swego nastoletniego dziecka, 

i zapytałem po prostu: 

 - Jak się nazywają te taksówki z żółtymi tarczami na drzwiach. 

 Młody człowiek w okienku obrzucił mnie obojętnym spojrzeniem. 

 - Marconi-Taxi, proszę pana, na radiotelefon. 

 - Dziękuję - powiedziałem i bieghiem ruszyłem na peron. 

 

***

  Kate   mieszkała   w   domu   z   epoki   królowej   Anny,   o   wspaniałych   proporcjach,   którego 

jakimś cudem nie zdołały spaskudzić całe pokolenia rozmiłowanych w gotyckiej ruinie wiktorian. 

Pełna   wdzięku   symetria   budynku,   wysypany   jasnym   żwirem   podjazd,   schludne   trawniki   już 

przystrzyżone, cały ten solidny spokój, wszystko świadczyło o tak ugruntowanej i pewnej pozycji 

towarzyskiej i finansowej, że trzeba ją brać za absolutnie oczywistą. 

  Wnętrze   domu   było   urocze,   jego   urządzenie   podniszczone   akurat  tyle,   ile   trzeba,   nie 

więcej, jak gdyby mieszkańcy, mimo że bogaci, nie uważali, aby potrzebna im była jakaś ostentacja 

background image

czy ekstrawagancja. 

 Kate przywitała mnie w drzwiach, ujęła pod rękę i przeprowadziła przez hall. 

 - Ciocia Deb czeka, żeby cię poczęstować herbatą - powiedziała. - Dla cioci Deb herbata to 

trochę rytuał. Dzięki Bogu zyskasz jej łaski za punktualność. Jest bardzo edwardiańska, przekonasz 

się. Czas pod wieloma względami ją oszczędził. 

  W jej głosie brzmiał niepokój  i przeprosiny, z czego  wywnioskowałem, że kocha ciotkę 

miłością   opiekuńczą   i   wymaga   ode   mnie   tolerancji.   Uspokajająco   ścisnąłem   ją   za   ramię   i 

powiedziałem: 

 - Nie martw się. 

 Otworzyła jedne z wykładanych białym drewnem drzwi i weszliśmy do salonu. Był to miły 

pokój, ściany miał wyłożone boazerią i pomalowane na biało, na podłodze ciemnośliwkowy dywan 

i ładne perskie kobierce, zasłony drukowane w kwiaty. Na sofie ustawionej pod kątem prostym do 

płonącego kominka siedziała kobieta lat około siedemdziesięciu. Przy niej stał niski okrągły stolik, 

a na nim srebrna taca z filiżankami Crown Derby, talerzykami, srebrnym czajnikiem z epoki króla 

Jerzego i dzbanuszkiem na śmietankę. U jej stóp spał ciemnobrązowy jamnik. 

 Kate przeszła przez pokój i powiedziała dosyć formalnie: 

 - Ciociu Deb, czy mogę ci przedstawić Alana Yorka? 

 Ciocia Deb uniosła w moją stronę rękę. Uścisnąłem ją, czując, że za jej młodszych lat dłoń 

ta zostałaby ucałowana.

 - Bardzo mi miło poznać pana - powiedziała ciotka Deb. I wyraźnie zrozumiałem, co Dane 

miał na myśli mówiąc o jej mrożąco dobrym wychowaniu. W jej głosie nie było żadnego ciepła, 

żadnej prawdziwej gościnności. Ale wciąż, mimo swoich lat, albo może nawet dzięki nim, była 

wyjątkowo ładna. Proste brwi, nieskazitelny nos, wyraźnie zarysowane usta. Siwe włosy obcięte i 

uczesane   przez  fryzjera   pierwszej   klasy.  Szczupłe,   jędrne   ciało,   proste  plecy,   eleganckie   nogi 

skrzyżowane w kostkach. Cienka bluzka pod bezpretensjonalnym tweedowym kostiumem, ręcznej 

roboty pantofle z miękkiej skórki. Miała wszystko. Wszystko poza tym wewnętrznym ogniem, 

dzięki któremu Kate w jej wieku będzie warta sześciu ciotek Deb. 

  Nalała mi herbaty,  a Kate ją podała. Były kanapki z pasztetem  i domowego wypieku 

biszkopt i  choć podwieczorek należał do posiłków, które w miarę możności zwykle pomijałem, 

stwierdziłem, że jestem głodny po tych podchodach w Brighton i z braku lunchu. Jadłem i piłem, 

podczas gdy ciotka Deb mówiła. 

  - Kate powiada, że pan jest dżokejem, panie York. - Powiedziała to tak, jakby to była 

kariera tyleż podejrzana, co kryminalna. - Oczywiście, uzna pan to zapewne za bardzo zabawne, ale 

kiedy ja byłam  dziewczyną, nie do przyjęcia byłoby, żeby ktoś ze znajomych tym się zajmował. 

background image

Ten dom jednak należy do Kate i może przyjmować w nim, kogo jej się podoba, o czym wie. 

 Odpowiedziałem uprzejmie. 

  - Ale przecież Aubrery  Hastings i Goeffrey Bennett obaj  byli dżokejami i ludźmi mile 

widzianymi w towarzystwie, kiedy pani była... ehm... młodsza? 

 Uniosła brwi zaskoczona. 

 - Ależ to byli dżentelmeni - oświadczyła. 

 Spojrzałem na Kate. Przycisnęła wierzch dłoni do ust, ale oczy się jej śmiały. 

 - Tak - odpowiedziałem ciotce Deb z martwym wyrazem twarzy. - To oczywiście różnica. 

  Pojmuje  pan   zatem   -  mówiła   patrząc  na  mnie  trochę  mniej  lodowato,  że   nie  całkiem 

pochwalam   nowe   zainteresowania   siostrzenicy.   Posiadanie   konia  wyścigowego   to   jedno,   ale 

zawieranie osobistych  znajomości z dżokejami, których  się zatrudnia, to zupełnie inna  sprawa. 

Bardzo kocham  siostrzenicę. Nie życzę sobie  dla niej nieodpowiednich...  kontaktów. Jest może 

zbyt młoda, zbyt bezpieczne wiodła życie, aby rozumieć, co jest dobrze widziane, a co nie. Ale pan 

z pewnością to rozumie, panie York? 

 Kate, boleśnie się rumieniąc, wykrzyknęła: 

 - Ciociu Deb! 

 Widocznie wyszło to gorzej, niż oczekiwała. 

 - Bardzo dobrze panią rozumiem, pani Penn - odpowiedziałem uprzejmie. 

  - Cieszę się. Wobec tego mam nadzieję, że spędzi pan u nas miły weekend. Czy mogę 

dolać panu herbaty? 

  Kiedy już dokładnie wskazała  mi, gdzie jest moje miejsce, i  uzyskała to, co uznała za 

potwierdzenie z mojej strony, gotowa była grać rolę uroczej gospodyni. Odznaczała się spokojnym 

autorytetem   ludzi,  których   życzenia   od   kołyski   były   prawem.   Zaczęła   dość   miłą   rozmowę   o 

pogodzie, o ogrodzie, i o tym, że słońce wydobywa już z ziemi pierwsze narcyzy. 

 Wtedy drzwi się otworzyły i wszedł mężczyzna. Wstałem. 

 - Wuju George, to jest Alan York - powiedziała Kate. 

  Wyglądał na dziesięć lat młodszego od żony. Miał gęste, dobrze utrzymane siwe włosy, 

cerę różową od szorowania, trochę wilgotną, jakby wyszedł prosto z wanny, a kiedy podał mi rękę, 

była ona również miękka i wilgotna. 

 Ciocia Deb powiedziała bez dezaprobaty w głosie: 

 - George, pan York to jeden ze znajomych dżokejów Kate. 

 Skinął głową. 

 - Tak, Kate mówiła mi, że pan przyjeżdża. Miło mi tu pana widzieć. 

 Przyglądał się, jak ciocia Deb nalewa mu herbaty, wziął od niej filiżankę i uśmiechnął się z 

background image

wyraźną czułością. 

  Był   zbyt   otyły   jak   na   swój   wzrost,   choć   nie   była   to   otyłość   polegająca   na   rozdętym 

brzuchu. Tłuszcz rozłożył się na nim równo, wyglądał jak watowany. Dawało to w efekcie jowialną 

krągłość.   I   wyraz   nieokreślonej   dobroduszności,   wrażenie   tępej,   niemal   głupawej   sflaczałości 

mięśni twarzy, tak częste u grubasów. A jednak jego oczy o grubych powiekach, oceniające mnie 

znad filiżanki, kiedy pił herbatę, były przebiegłe i bez uśmiechu. Przypominał tych niezliczonych 

biznesmenów,  jakich   zdarzyło   mi   się   spotkać   w   pracy,   mężczyzn   poklepujących   po   plecach, 

zapraszających na golfa, którzy jedną ręką częstują człowieka krugiem49 i kawiorem, a drugą w 

tym samym czasie próbują przejąć kontrakty. 

 Odstawił filiżankę, uśmiechnął się i to wrażenie minęło. 

 - Wiele sobie obiecuję po tej znajomości - powiedział siadając i gestem ręki zapraszając 

mnie, żebym zrobił to samo. Przyjrzał mi się dokładnie, cal po calu, pytając jednocześnie o moje 

zdanie na temat Wielkich Nieb.  Omówiliśmy z Kate jego możliwości, co znaczy, że mówiłem 

głównie ja, ponieważ Kate wiedziała nie więcej niż w Plumpton, a cała wiedza wuja George'a o 

wyścigach ograniczała się bodaj do tego, że w 1937 wygrał Derby Słońce w Południe. 

 - Pamięta go tylko z piosenki - wyjaśniła Kate. - Wciąż ją nuci. Myślę, że poza nim nie zna 

imienia żadnego innego konia. 

 - Ależ znam - zaprotestował wuj George. - Bucefała, Pegaza i Czarną Bess. 

 Roześmiałem się. 

 - A więc dlaczego podarował pan Kate konia wyścigowego? 

 Wuj George otworzył usta i zamknął je. Mrugnął. Wreszcie powiedział: 

  - Uważałem, że powinna więcej spotykać  się z ludźmi. Nie ma tu u nas towarzystwa 

młodzieży i jestem zdania, że wychowaliśmy ją zanadto pod kloszem. 

 Ciocia Deb, którą temat koni tak znudził, że aż zamilkła, w tym miejscu znów się włączyła 

do rozmowy. 

  - Nonsens  - oświadczyła  obcesowo. - Została  wychowana  jak ja, czyli  w  odpowiedni 

sposób. Dziś dziewczętom zostawia się za dużo swobody i w rezultacie uciekają z łowcami fortun 

albo lalusiami podejrzanego pochodzenia. Dziewczęta wymagają surowego prowadzenia, jeśli się 

mają zachowywać jak damy i znaleźć męża z odpowiednimi koligacjami. 

  Miała przynajmniej tyle taktu, że mówiąc to nie patrzyła prosto na mnie. Zamiast tego 

pochyliła się i pogłaskała śpiącego jamnika. 

 Wuj George zmienił temat, aż zgrzytnęło, i spytał, gdzie mieszkam. 

 - W południowej Rodezji. 

  -  Doprawdy? - upewniła się ciocia Deb. - Jakież to interesujące. Czy pana rodzice mają 

background image

zamiar osiedlić się tam na stałe? 

 Była to delikatna, wypróbowana sonda towarzyska. 

 - Oboje się tam urodzili - odpowiedziałem. 

 - A nie wybierają się odwiedzić pana w Anglii? - spytał wuj George. 

 - Matka zmarła, kiedy miałem dziesięć lat. Ojciec może kiedyś przyjedzie, jak nie będzie 

zbyt zajęty. 

 - Zbyt zajęty czym? - z zainteresowaniem spytał wuj George. 

 - Jest kupcem - wyjaśniłem, jak zwykle dając na to pytanie niewiele mówiącą odpowiedź. 

Określenie “kupiec” obejmowało wszystko od handlarza starzyzną aż po rzeczywiste zajęcie ojca 

stojącego na czele największego handlowego koncernu Federacji. Zarówno wuj George jak ciocia 

Deb  wyglądali  na  niezadowolonych  z  tej  odpowiedzi,   ale  jej   nie  uściśliłem.  Zmieszałoby  to i 

rozgniewało ciocię Deb, gdybym wyłożył przed nią swój rodowód i widoki na przyszłość po jej 

skromnym odczycie na temat dżokejów, a w każdym razie nie mogłem tego zrobić ze względu na 

Dane'a.   Stawił   czoło   snobizmowi   cioci   Deb   nie   mając   na   swoją   obronę   nic   z   tego,   czym   ja 

mógłbym się osłonić, gdybym zechciał, a nie czułem się niczym lepszym od niego. 

  Zamiast   tego   zrobiłem   pochlebną   uwagę   o   przedstawiających   róże  sztychach,   którymi 

ozdobione  były   wyłożone   białym   drewnem   ściany,   zrobiło   to   przyjemność   cioci   Deb,   ale 

sprowokowało sardoniczne spojrzenie wuja George'a. 

 - Przodków trzymamy w stołowym - oznajmił. 

 Kate wstała. 

 - Pokażę Alanowi, gdzie będzie spał, i resztę. 

 - Przyjechał pan samochodem? - spytał wuj George. Przytaknąłem. Zwrócił się do Kate: - 

Wobec tego może zechciałabyś, moja droga, poprosić Culbertsona, żeby wstawił pana samochód 

do garażu? 

 - Tak, wujku - odpowiedziała Kate uśmiechając się do niego. 

  Z   powrotem   przemierzyliśmy   hall,   poszedłem   bowiem   po   walizkę   do   wozu.   Kate 

powiedziała: 

 - Szofer wuja George'a nie nazywa się naprawdę Culbertson. Nazywa się Higgins czy coś 

takiego. Wuj George zaczął go nazywać Culbertsonem, ponieważ on gra w brydża, i od tej chwili 

wszyscy go tak nazywamy. Culbertson chyba już się z tym pogodził. To cały wuj George - dodała 

ze śmiechem - żeby mieć szofera, który gra w brydża. 

 - Wuj George gra w brydża? 

 - Nie, nie lubi kart ani żadnych gier. Mówi, że za dużo w nich prawideł. Mówi, że nie lubi 

się uczyć prawideł i nie będzie się męczył ich przestrzeganiem. Myślę, że brydż ze  wszystkimi 

background image

tymi konwencjami doprowadziłby wuja do szaleństwa. Całkiem  przyzwoicie gra ciocia Deb, ale 

wcale jej na tym nie zależy. 

 Wyjąłem walizkę z wozu i zawróciliśmy. Kate zapytała: 

 - Dlaczego nie powiedziałeś cioci, że jeździsz jako amator, że jesteś bogaty i tak dalej? 

 - A dlaczego ty jej nie powiedziałaś? - odparowałem. - Przed moim przyjazdem? 

 Zaskoczyłem ją. 

 - Ja... ja... no... bo... - nie mogła wyjąkać prawdy, więc powiedziałem to sam: 

 - Ze względu na Dane'a? 

 - Tak. Ze względu na Dane'a. 

 Wyglądała na zmieszaną. 

 - Wcale nie mam ci tego za złe - powiedziałem lekkim tonem. - Lubię cię za to. 

 Pocałowałem ją w policzek, a ona roześmiała się, odwróciła ode mnie i z ulgą wbiegła na 

schody. 

  W   niedzielę   po   luncheonie   -   ciocia   Deb   wymawiała   to   słowo   z   wielką   precyzją   - 

pozwolono mi zabrać Kate na przejażdżkę. 

 RAno ciocia Deb była z Kate i ze mną jako asystą w kościele. Był on o milę odległy od 

domu i Culbertson zawiózł nas tam wypolerowanym na glans daimlerem. Ja, z wyroku cioci Deb, 

siedziałem przy kierowcy. Ona i Kate z tyłu. 

 Kiedy staliśmy na podjeździe czekając, aż ciocia Deb wyjdzie z domu, Kate wyjaśniła, że 

wuj George nigdy nie chodzi do kościoła. 

  - Większość czasu spędza w swoim gabinecie. To ten mały pokój przy śniadaniowym - 

wyjaśniła. - Godzinami rozmawia  przez telefon ze wszystkimi swoimi znajomymi i pisze traktat, 

monografię   czy   coś  podobnego   o   czerwonoskórych  Indianach,   zdaje   się,   i   wychodzi   tylko   na 

posiłki i temu podobne.

  - To raczej nudne dla cioci -  zauważyłem, podziwiając sposób, w jaki marcowe słońce 

padało na nieskazitelną linię jej podbródka i zapalało czerwone błyski w czarnych rzęsach. 

  - Och, raz na tydzień zabiera ją do miasta. Ciotka się czesze, a on przegląda rzeczy w 

księgarni   British   Museum.   Potem   zjadają   miły   lunch   u   Ritza   albo   w   innym   podobnie   dętym 

miejscu, i idą na poranek albo jakąś  wystawę  po południu. Prawdziwa rozpusta - wyjaśniła  z 

oślepiającym uśmiechem. 

  Po lunchu wuj George zaprosił mnie do gabinetu, żebym obejrzał jego, jak się wyraził, 

“trofea”.  Była to kolekcja przedmiotów należących do różnych prymitywnych  i barbarzyńskich 

plemion i, o ile mogłem to ocenić, przyniosłaby zaszczyt każdemu małemu muzeum. 

  Na półkach oszklonych gablotek  zajmujących trzy ściany pokoju leżały rządkami okazy 

background image

broni   i   biżuterii,   garnki   i   przedmioty   rytualne.   Między   innymi   były   tam   eksponaty   z   Afryki 

Środkowej i  Wysp Polinezyjskich, z Norwegii epoki wikingów i Maorysów na Nowej Zelandii. 

Zainteresowania wuja George'a obejmowały cały świat. 

  - Studiuję jedno plemię naraz - wyjaśnił. - W ten sposób mam jakieś zajęcie, odkąd się 

wycofałem z interesów, i uważam je za pasjonujące. Czy wie pan, że na Wyspach Fidżi mężczyźni 

mieli zwyczaj tuczyć kobiety jak bydło i zjadać je? 

  Oczy   mu   zabłysły,   a   ja   nabrałem   podejrzenia,   że   rozkosz,   jaką   mu   sprawiają   ludy 

pierwotne, polega częściowo na kontemplacji ich prymitywnych  czynów gwałtu. Może potrzebne 

mu było jakieś intelektualne antidotum na te lunche u Ritza i poranki. 

 - Jakie plemię pan teraz studiuje? - zapytałem. - Kate coś wspominała o czerwonoskórych 

Indianach. 

 Zdaje się, że zrobiło mu przyjemność, że zaczynam się interesować jego hobby. 

  -  Tak,   zajmuję   się  badaniami   wszystkich   starożytnych   ludów  obu  Ameryk,  a  ostatnio 

zajmowałem się Indianami Ameryki Północnej. Tu jest ich gablota. 

  Poprowadził mnie do jednego z  kątów pokoju. Kolekcja piór, paciorków, noży i strzał 

wyglądała niemal śmiesznie, jak rekwizyty z westernu, ale nie miałem wątpliwości, że jego zbiory 

są prawdziwe. Pośrodku wisiał kosmyk  czarnych  włosów z dyndającym  u końca wysuszonym 

kawałkiem czegoś, a pod spodem nalepiona była lakoniczna plakietka z napisem “Skalp”. 

 Obejrzałem się i zaskoczyłem wuja George'a, który przyglądał mi się z wyrazem tajemnego 

rozbawienia. Spuścił wzrok ze mnie na gablotkę. 

 - O, tak - powiedział. - Ten skalp jest prawdziwy. Ma zaledwie sto lat. 

 - Interesujące - zauważyłem nie zdradzając swoich uczuć. 

  -   Północno   amerykańscy   Indianie   zajęli   mi   rok,   ponieważ   istnieje   tak   wiele   różnych 

szczepów   -   ciągnął   dalej.   -   A   teraz   przeszedłem   do   Ameryki   Środkowej.   Potem   zrobię 

południowych Amerykanów, Inków, mieszkańców Tierra del Fuego, i tak dalej. Oczywiście, nie 

jestem naukowcem i nie przeprowadzam badań w terenie, ale rzeczywiście piszę czasem artykuły 

do   rozmaitych   periodyków.   W   tej   chwili   zajmuję   się   serią   artykułów   o   Indianach  dla   “Boys' 

Stupendous Weekly”. 

  Tłuste policzki zatrzęsły mu się, kiedy śmiał się bezgłośnie z czegoś, co wyglądało na 

wspaniały, jemu tylko znany kawał. Wyrównał zaraz wargi, fałdy różowego ciała znieruchomiały i 

zaczął nieznacznie przesuwać się z powrotem do drzwi. 

  Poszedłem za nim i zatrzymałem się przy wielkim, rzeźbionym biurku z czarnego dębu, 

które statecznie stało pod oknem. Na nim, poza dwoma telefonami i srebrną tacką na pióra, leżało 

kilka   tekturowych   teczek   zaopatrzonych   w   jasnoniebieskie   samoprzylepne   nalepki   z   napisami: 

background image

“Arapaho”, “Cherokee”, “Sioux”, “Navajo” i “Mohawk”. 

  Oddzielnie leżała jeszcze  jedna teczka z napisem “Majowie”. Machinalnie  wyciągnąłem 

rękę, żeby ją otworzyć, nigdy bowiem nie słyszałem o takim szczepie. Pulchne palce wuja George'a 

zdecydowanie spoczęły na teczce, przytrzymując ją zamkniętą. 

 - Dopiero co zacząłem ten lud - powiedział tonem przeprosin. - I nie ma w niej jeszcze nic 

do oglądania. 

 - Nigdy nie słyszałem o takim szczepie. 

 - Byli to Indianie z Ameryki Środkowej, nie Północnej - wyjaśnił uprzejmie. - Zajmowali 

się astronomią i matematyką. Wysoce cywilizowani. Okazali się fascynujący. Odkryli, że guma się 

odbija, i robili z niej piłki na długo przedtem, zanim je wynalazła Europa. W tej chwili badam ich 

wojny.   Próbuję   dojść,   co   robili   z   jeńcami  wojennymi.   Na   kilku   swoich  freskach   przedstawili 

jeńców   błagających   o   litość.   -   Urwał,   oczy   trzymał   utkwione   we   mnie,   oceniał   mnie.   -   Nie 

pomógłby mi pan uporządkować zebranych do tej pory materiałów? 

 - Hm... ja... ja... - zacząłem. 

 Policzki wuja George'a znów się zatrzęsły. 

  - Nie liczyłem na to - wycofał się. - Bez wątpienia wolałby pan raczej zabrać Kate na 

przejażdżkę. 

  Było   to   darem   z   nieba,   ponieważ   właśnie   się   zastanawiałem,   jak   na   taką   propozycję 

zareaguje ciocia Deb. Tak więc o trzeciej szliśmy razem z Kate za dom, do olbrzymiego garażu, 

mając niechętne przyzwolenie cioci Deb na nieobecność w porze podwieczorku. 

  -  Pamiętasz,   jak  ci   mówiłem  tydzień  temu,  kiedy  tańczyliśmy,   o  tym,  jak  zginął   Bill 

Davidson? - zapytałem lekkim tonem, pomagając Kate otworzyć drzwi od garażu. 

 - Jak bym mogła zapomnieć? 

 - Czy przypadkiem nie wspominałaś o tym komu na drugi dzień rano? Nie było żadnego 

powodu, dlaczego nie miałabyś... ale bardzo bym chciał wiedzieć, czy wspominałaś. 

 - Zmarszczyła nos. 

 - Naprawdę nie pamiętam, ale myślę, że nie. Tylko cioci i wujowi George'owi oczywiście, 

przy śniadaniu. Nikt inny mi nie przychodzi na myśl. Ale nie sądzę, żeby to był  jakiś sekret, 

prawda? - jej głos uniósł się na końcu pytająco. 

  - Nie - uspokoiłem ją i zamknąłem drzwi. - Co robił wuj George, zanim się wycofał z 

interesów i zajął antropologią? 

 - Wycofał z interesów? - powtórzyła. - To tylko jeden z jego dowcipów. Wycofał się chyba 

gdzieś  tak  około  trzydziestki,  jak  tylko   odziedziczył  po  ojcu  zawrotne  prywatne  dochody.   Od 

wieków mniej więcej co trzy lata wyruszał z ciotką w świat i zbierał te swoje odrażające eksponaty, 

background image

które ci pokazywał w gabinecie. Co o nich myślisz? 

 Nie mogłem powstrzymać wyrazu niesmaku, a Kate roześmiała się i powiedziała: 

 - Myślę właśnie to samo, ale staram się, żeby się o tym nie dowiedział. Jest taki do nich 

przywiązany. 

 Garaż był przerobiony ze stodoły. Było w nim mnóstwo miejsca dla czterech ustawionych 

rzędem   samochodów:   daimlera,  nowego   kremowego   kabrioletu,  mojego   lotusa   i   stojącego   w 

pewnym  oddaleniu towarzyskiego wyrzutka, starej, czarnej,  ośmiokonnej  limuzyny.  Wszystkie, 

łącznie z moim, lśniły od czystości. Culbertson był skrupulatny. 

 - Używamy tego starego wozu na zakupy w miasteczku i takie tam - wyjaśniła Kate. - To 

kremowe cudo to mój. Wuj George podarował mi go rok temu, kiedy wróciłam ze Szwajcarii. Czy 

nie jest zachwycający? 

 Pogłaskała go z miłością. 

  - Nie możemy jechać twoim zamiast mojego? - spytałem. - Bardzo bym chciał, jeśli nie 

masz nic przeciw temu. 

  Ucieszyła   się.   Opuściła   dach,   owiązała   głowę   niebieskim   jedwabnym   szalem   i 

wyprowadziła wóz w słońce, na podjazd i drogę do miasteczka. 

 - Dokąd jedziemy? - zapytała. 

 - Ja bym chciał do Steyning. 

  - Dziwne sobie wybrałeś miejsce - stwierdziła. - Co byś powiedział na przejażdżkę nad 

morze? 

 - Chcę tam wpaść do farmera z Washington, koło Steyning, zapytać o jego przyczepę do 

przewozu   koni   -   wyjaśniłem   i   opowiedziałem   Kate,   jak   paru   facetów   z   przyczepy   dosyć 

bezceremonialnie kazało mi zaprzestać pytań na temat śmierci Billa. 

 - Przyczepa należała do tego farmera z Washington - zakończyłem. - Chcę go zapytać, kto 

ją wynajmował w zeszłą sobotę. 

 - Wielki Boże! - powiedziała Kate. - Ładna historia - i trochę przyspieszyła. Odwróciłem 

się   na   siedzeniu   i   rozkoszowałem   jej   widokiem.   Piękny   profil,   niebieski   szal   trzepoczący   na 

wietrze, na czole rozwiany  kosmyk włosów, który wymknął się spod szala, łuk wiśniowych ust. 

Była zabójcza. 

 Do Washington mieliśmy dziesięć mil. Wjechaliśmy do wsi i stanęli, a ja zapytałem dzieci 

wracające ze szkółki niedzielnej, gdzie mieszka farmer Lawson. 

 - Tam - powiedziała najwyższa z dziewczynek, wskazując palcem. 

 “TAm” okazało się zasobną, fachowo urządzoną farmą ze starym, przysadzistym domem. 

Za nim wznosiła się olbrzymia, nowa holenderska stodoła. Kate wjechała na podwórze i zatrzymała 

background image

wóz.   Obeszliśmy   naokoło   i   przez   furtkę   do   ogrodu   wyszliśmy   przed   front   domu.   Niedzielne 

popołudnie   nie   było  dobrą   porą   na   odwiedziny   u   farmera,   zażywającego   z   pewnością   swojej 

jedynej beztroskiej drzemki w tygodniu, ale nic na to nie mogliśmy poradzić. 

 Zadzwoniliśmy do drzwi, które po dłuższej chwili się otworzyły. Pytająco spojrzał na nas 

młody z wyglądu, przystojny mężczyzna z gazetą w ręce. 

 - Przepraszam, czy mógłbym mówić z panem Lawsonem? - zapytałem. 

 - Ja jestem Lawson - powiedział. Jeszcze raz ziewnął. 

 Powiedziałem, że wiem, że ma do wynajęcia przyczepę do przewozu koni. Obejrzał nas, 

pocierając nos kciukiem. Wreszcie odpowiedział: 

 - Jest bardzo stara. I zależy, kiedy pan jej potrzebuje. 

 - Myśli pan, że mógłbym ją zobaczyć? 

 - Tak - odpowiedział. - Zaczekajcie chwilę. - Wszedł do domu i dosłyszeliśmy, jak woła, a 

dziewczęcy głos mu odpowiada. Teraz wrócił bez gazety. 

 - Stoi tam, za domem - powiedział i poszedł przodem. 

 Przyczepa stała na dworze, osłonięta tylko sianem spiętrzonym w stodole. APX 708. Moja 

stara znajoma. 

  Powiedziałem Lawsonowi, że w gruncie rzeczy nie chcę jej wynajmować, chciałem się 

tylko dowiedzieć, kto ją wynajął osiem dni temu. A ponieważ uznał to pytanie za zdecydowanie 

dziwne i  zdradzał oznaki, że chce się nas bez zwłoki pozbyć, powiedziałem  mu, dlaczego o to 

pytam. 

 - To nie mogła być moja przyczepa - oświadczył od razu. 

 - Ale była. 

 - Nikomu jej nie wynajmowałem osiem dni temu. Stała tu przez cały dzień. 

 - Była w Maidenhead - twierdziłem uparcie. 

 Popatrzył na mnie przez całe pół minuty, wreszcie powiedział: 

 - Jeżeli pan ma rację, to wzięto ją bez mojej wiedzy. W zeszły weekend nie było mnie w 

domu z całą rodziną. Byliśmy w Londynie. 

 - Ile osób mogło wiedzieć, że was nie będzie? 

 - Roześmiał się. 

 - Około dwunastu milionów, zdaje się. W piątek wieczorem występowaliśmy w jednym z 

tych rodzinnych quizów w telewizji. Żona, najstarszy syn, córka i ja. Młodszego nie dopuścili, bo 

ma dopiero dziesięć lat. Był wściekły. Podczas programu żona powiedziała, że w sobotę wszyscy 

idziemy do zoo, a w niedzielę do Tower. I wracaliśmy do domu dopiero w poniedziałek. 

 Westchnąłem. 

background image

 - A na jak długo wcześniej wiedział pan, że jedzie pan na ten quiz? 

 - Na parę tygodni. Wszystko było w miejscowej prasie, że jedziemy. Rzeczywiście, trochę 

się tym niepokoiłem. Niedobrze, jak każdy tramp w okolicy wie, że człowieka nie będzie w domu. 

Oczywiście kręcą się tu moi parobcy, ale to nie to samo. 

 - Mógłby ich pan spytać, czy nie widzieli, żeby ktoś sobie pożyczał pańską przyczepę? 

 - Chyba tak. Zbliża się pora dojenia, zaraz tu będą. Ale wciąż myślę, że pan pomylił numer 

rejestracyjny. 

  -   A   ma   pan   gniadego   fulblota?  -   zapytałem.   -   Z   gwiazdką   na   czole,   jednym   uchem 

oklapłym i rzadkim ogonem? 

 Jego sceptycyzm nagle zniknął. 

 - Owszem, mam - przyświadczył. - Stoi w stajni. 

  -   Przecież   pańscy   ludzie   musieli   zauważyć,   że   go   nie   ma,   kiedy   szli   go   wieczorem 

nakarmić? 

 - Brat mieszka jakąś milę stąd, pożycza go, kiedy chce. Moi ludzie mogli przypuszczać, że 

to on go wziął. Zapytam ich. 

  -   A   czy   może   ich   pan   jednocześnie   zapytać,   czy   nie   znaleźli   w   boksie   krawata?   - 

poprosiłem. - Zgubiłem go tam, a jestem do niego dosyć przywiązany. Dam dziesięć szylingów, 

żeby go mieć z powrotem. 

 - Zapytam - obiecał Lawson. - Proszę wejść do domu i zaczekać. 

 Wprowadził nas od tyłu, przez wyłożoną kamiennymi płytami sień do przytulnie pospolitej 

bawialni i tam zostawił. Z daleka dochodziły głosy jego żony i dzieci i brzęk filiżanek. Na stole 

leżała na pół już ułożona łamigłówka, po podłodze snuły się tory dziecinnej kolejki. 

 Wreszcie wrócił. 

 - Bardzo mi przykro - powiedział - parobcy myśleli, że koń jest u brata, a żaden z nich nie 

zauważył  zniknięcia przyczepy.  Mówią też, że nie znaleźli pańskiego krawata. Ślepi jak krety, 

chyba że to im coś zginie. 

  Mimo  to podziękowałem  mu  za fatygę,  a  on poprosił,  żebym  mu  dał  znać, jeżeli  się 

dowiem, kto brał przyczepę. 

 Kate i ja odjechaliśmy w stronę morza. 

  - Niewiele można się spodziewać po tych poszukiwaniach - powiedziała. - Nie sądzisz? 

Byle kto mógł sobie pożyczyć jego przyczepę. 

  - Musiał to być ktoś, kto wiedział, że ona tam stoi - zauważyłem. - Myślę, że w ogóle 

wpadli na ten pomysł dlatego, że tak łatwo można ją było zabrać. Gdyby nie to, że wiedzieli, że bez 

trudu ją sobie pożyczą, przekazaliby mi to ostrzeżenie w inny sposób. Śmiem sądzić, że któryś z 

background image

jego kowbojów więcej wie, niż mówi. Dostał pewnie dychę, żeby przymknąć oczy, a ze względów 

folklorystycznych dorzucił jeszcze konia. Naturalnie nie będzie się spieszył z opowiadaniem tego 

dzisiaj Lawsonowi. 

  -  Nieważne   -   orzekła   lekko   Kate.   -  Może   rzeczywiście   ten  farmer   nie   ma   z   tym   nic 

wspólnego. Byłoby to raczej niesamowite, gdyby się okazało, że on jest hersztem bandy. Wtedy 

byś  pewno dostał pistoletem  w ucho i znalazł  się w morzu  w  worku z cementem,  a mnie by 

porzucono związaną na szynach przed pędzącym pociągiem. 

 Roześmiałem się. 

 - Gdybym podejrzewał, że mógłby być ewentualnym hersztem bandy, to bym cię tam nie 

zabierał. 

 - Rzuciła mi spojrzenie. 

  - Uważaj - powiedziała - bo staniesz się taką miłą nianią jak wuj George. Chroni ciocię 

Deb przed najmniejszą niewygodą, nie mówiąc już o niebezpieczeństwie. To chyba dlatego ciocia 

jest zupełnie oderwana od dzisiejszego życia. 

 - Więc nie uważasz, że trzeba unikać niebezpieczeństwa? 

  - Oczywiście  że nie. Chciałam powiedzieć, że jeżeli trzeba coś zrobić, to do diabła z 

niebezpieczeństwem! - Lekceważąco machnęła prawą ręką, aby zilustrować ten beztroski  punkt 

widzenia,   a   za   nami  odezwał   się   energiczny   klakson   jakiegoś   samochodu.   Przemknął   w   nim 

mężczyzna gromiąc Kate wzrokiem za jej niezamierzony sygnał. Roześmiała się. 

 Skręciła w stronę morza w Worthing i pojechała nadbrzeżną drogą na wschód. Zapach soli 

i wodorostów był silny i orzeźwiający. Minęliśmy całe  akry nowych bungalowów za Worthing, 

baseny portowe i  siłownie Shoreham, Southwick i  Portslade, stateczne fasady Hove, aż wreszcie 

znaleźliśmy się przy długiej promenadzie w Brighton. Kate zręcznie skręciła na jakiś placyk w 

mieście i zatrzymała wóz. 

 - Chodźmy nad morze - powiedziała. - Uwielbiam je. 

  Przeszliśmy przez drogę,  zeszli po kilku schodkach i  przebrnęli  przez nasyp  żwiru na 

piasek. Kate zdjęła pantofle i wysypała z nich drobne kamyki. Słońce przygrzewało, był odpływ. 

Przeszliśmy brzegiem plaży około mili, przeskakując przez nadbiegające fale, a potem wróciliśmy. 

Było to cudowne popołudnie. 

 Dopiero kiedy trzymając się za ręce szliśmy spacerkiem w stronę jej wozu, zauważyłem, że 

zaparkowała ledwie sto jardów od hotelu “Pavilion Plaza”, do którego przed dziesięcioma dniami 

podwoziłem z Plumpton Clifforda Tudora. 

  I   jak   na   zaklęcie   zjawił   się   Tudor.   Olbrzymi   mężczyzna   stał   na   stopniach   hotelu   i 

rozmawiał z portierem w uniformie. Nawet z daleka trudno było nie poznać go po tym wzroście, 

background image

ciemnej cerze i zadęciu, z jakim trzymał głowę. Przyjrzałem mu się leniwie. 

 Chwilę przedtem, zanim doszliśmy do wozu Kate, z tyłu nadjechała taksówka, minęła nas i 

zajechała przed “Pavilin Plaza”. Była czarna z żółtą tarczą na drzwiach i tym razem znalazła się tak 

blisko, że odczytałem nazwę firmy: Marconi-Taxi. Szybko spojrzałem na kierowcę i w przejeździe 

zobaczyłem jego profil. Miał duży nos i cofnięty podbródek, i nigdy dotychczas go nie widziałem. 

 Clifford Tudor powiedział parę ostatnich słów do portiera, przemierzył chodnik i wsiadł do 

taksówki, nie zatrzymując się, żeby powiedzieć kierowcy, dokąd ma jechać. Taksówka ruszyła bez 

zwłoki. 

 - Komu się przyglądasz? - spytała Kate, kiedy tak staliśmy przy jej wozie. 

 - O, nic takiego - odpowiedziałem. - Powiem ci, jeżeli zechcesz pójść na herbatę do hotelu 

“Pavilion Plaza”. 

 - To nudna dziura - zauważyła. - Ma aprobatę cioci Deb. 

 - Wciąż szukam tropu - wyjaśniłem. 

 - W takim razie w porządku. Lupę i psa gończego masz gotowe? 

  Weszliśmy   do   hotelu.   Kate   powiedziała,   że   idzie   się   przeczesać.   Pod   jej   nieobecność 

spytałem   dziewczynę   w   recepcji,   czy   nie   wie,   gdzie   mógłbym   znaleźć   Clifforda   Tudora. 

Zatrzepotała w moją stronę rzęsami i odpowiedziała z zachęcającym uśmiechem. 

 - Obawiam się, że właśnie się pan z nim minął. - - Pojechał do domu. 

 - Często tu bywa? 

 Spojrzała na mnie ze zdziwieniem. 

 - Myślałam, że pan wie. Jest w radzie nadzorczej. To jeden z udziałowców. Właściwie - 

dodała z niezwykłą  otwartością - jest prawie właścicielem i więcej ma  tu do powiedzenia niż 

kierownik. 

 Z jej głosu i zachowania widać było jasno, że bez zastrzeżeń akceptuje pana Tudora. 

 - Czy ma samochód? - spytałem. 

 Było to bardzo dziwne pytanie, ale dziewczyna paplała dalej bez wahania:

 - Tak, ma piękny samochód, duży, z długą maską i mnóstwem chromu. Prawdziwa klasa. 

Ale go nie używa, oczywiście. On na ogół jeździ taksówkami. O, właśnie przed chwilą dzwoniłam 

po jedną z tych  radio-taxi dla  niego. Szalenie  są przydatne.  Dzwoni się do ich biura, stamtąd 

przekazują zamówienie najbliższej taksówce i ani się człowiek obejrzy,  jak zajeżdża. Wszyscy 

goście z nich korzystają:

 - Mavis! 

  Gadatliwa  dziewczyna  urwała  w pół zdania  i rozejrzała  się z miną  winowajczyni.  Do 

recepcji weszła surowa dziewczyna pod trzydziestkę. 

background image

 - Dziękuję ci za zastępstwo, Mavis. Już możesz iść - powiedziała. 

 Mavis uśmiechnęła się do mnie zalotnie i zniknęła. 

 - Więc czym mogę panu służyć? - Ta była wystarczająco  grzeczna, ale nie w tym typie, 

który plotkuje o pracodawcach. 

 - Hm... czy możemy tu zjeść podwieczorek? 

 Spojrzała na zegar. 

 - Na podwieczorek trochę za późno, ale proszę wejść do sali klubowej, a kelner zajmie się 

państwem. 

  Kate z niechęcią oglądała kanapki z rybną pastą, które w rezultacie pojawiły się przed 

nami. 

  - Przypuszczam,  że należy to do ryzyka  związanego z pracą detektywa  - oświadczyła 

próbując kęs. - Czego się dowiedziałeś, o czym? 

  Wyjaśniłem, że nie jestem  całkiem pewny, ale interesuje  mnie wszystko, co ma bodaj 

najmniejszy związek z taksówkami z żółtą tarczą i z Billem  Davidsonem, a Clifford Tudor ma  z 

nimi związek na pewno. 

 - Nic zapewne z tego nie wynika - orzekła Kate kończąc kanapkę, ale rezygnując z drugiej. 

 Westchnąłem. 

 - I ja tak myślę. 

 - Więc co teraz? 

 - Gdybym mógł się dowiedzieć, kto jest właścicielem tych taksówek...

  - Zadzwońmy do nich i zapytajmy - powiedziała wstając. Poszła pierwsza do telefonu i 

odszukała numer w książce. - Ja to zrobię - oświadczyła. - Powiem, że chcę złożyć skargę i pragnę 

napisać do samego właściciela. 

 Połączyła się z biurem taksówek i odegrała znakomite przedstawienie, żądając nazwisk i 

adresów właścicieli,  dyrektorów i prawników firmy.  Wreszcie odłożyła słuchawkę i spojrzała na 

mnie z niesmakiem. 

  - Nie chcieli nic powiedzieć - stwierdziła. - Ten człowiek naprawdę miał cierpliwość, 

muszę przyznać. Nie zrażał się, choć rzeczywiście byłam niegrzeczna. Ale powtarzał tylko: “Proszę 

do nas napisać i podać swoją skargę ze szczegółami, a dokładnie ją rozpatrzymy”. Powiedział, że 

firma nie ma zwyczaju podawać nazwisk właścicieli i on nie jest do tego upoważniony. Nie ustąpił 

ani na krok. 

 - Nie szkodzi. To była dobra próba. Właściwie nie liczyłem na to, że powiedzą. Ale to mi 

przywodzi na myśl...

 Zadzwoniłem na posterunek w Maidenhead i spytałem o inspektora Lodge'a. Powiedziano 

background image

mi, że nie ma dziś służby. Może chciałbym coś mu przekazać? Chciałem. Powiedziałem: 

 - Mówi Alan York. Czy nie zechciałby pan poprosić inspektora Lodge'a, żeby sprawdził, 

kto jest właścicielem czy też szefem firmy Marconi-taxi w Brighton? Będzie wiedział, o co chodzi. 

 Głos w Maidenhead obiecał, że przekaże moją prośbę inspektorowi jutro rano, ale nie może 

mnie   zapewnić,   czy  inspektor   odpowie   na   moje   pytanie.   Uprzejmy   oficjalny  żargon. 

Podziękowałem i powiesiłem słuchawkę. 

  Kate stała w kabinie telefinicznej tuż przy mnie. Używała perfum o jakimś  delikatnym 

kwiatowym zapachu, tak lekkim, że ledwie się go wyczuwało. Leciutko ją pocałowałem. Jej wargi 

były miękkie, suche i słodkie. Położyła mi dłonie na ramionach, spojrzała w oczy i uśmiechnęła 

się. Pocałowałem ją jeszcze raz. 

 Jakiś mężczyzna otworzył drzwi kabiny. Roześmiał się na nasz widok. 

 - Bardzo państwa przepraszam... chcę zadzwonić. 

 Wyszliśmy z kabiny zmieszani. 

 - Spojrzałem na zegarek. Było blisko pół do siódmej. 

 - O której spodzewa się nas z powrotem ciocia Deb? 

 - Obiad jest o ósmej. Do tej pory mamy czas - odpowiedziała Kate. - Przejdźmy się przez 

Lane po antykwariatach. 

  Ruszyliśmy powoli bocznymi uliczkami Brighton, zatrzymując się przed każdym jasno 

oświetlonym oknem wystawowym i podziwiając leżące tam towary. Raz czy dwa zatrzymaliśmy 

się też w zakątkach zasnutych gęstniejącym zmierzchem, żeby kontynuować to, co przerwaliśmy w 

kabinie telefonicznej. Pocałunki Kate były słodkie i dziewicze. Nie miała doświadczenia w miłości 

i choć parę razy jej ciało zadrżało w  moich ramionach, w jej reakcji  nie było namiętności ani 

pragnienia. 

 Na końcu jednej z uliczek, kiedy zastanawialiśmy się, czy iść dalej, nagle zapaliły się za 

nami  światła.  Odwróciliśmy  się. Właściciel  “Błękitnej  Kaczki”  otwierał  lokal  na  wieczór. Bar 

wyglądał przytulnie. 

 - Może byśmy wpadli coś łyknąć przed powrotem? - zaproponowałem. 

 - Cudownie - zgodziła się Kate. 

  I   tak   to   przypadkowo   i  lekkomyślnie   zrobiliśmy   decydujący   krok   w   swoich 

popołudniowych poszukiwaniach. 

 Weszliśmy do “Błękitnej Kaczki”. 

background image

 9

 Kontuar obity był wielkim arkuszem lśniącej miedzi. Kurki od piwa błyszczały. Szklanki 

migotały.  Była  to czysta,  miła  salka, przytulnie  oświetlona,  z oryginalnymi,  przedstawiającymi 

rybackie wioski olejami rozwieszonymi po ścianach. 

  Oboje   z   Kate   oparliśmy   się   o   bar   i   wdaliśmy   się   z   barmanem   w   dyskusję   na   temat 

gatunków sherry. Wyglądał na wojskowego około pięćdziesiątki i miał sterczące, wywoskowane na 

końcach wąsy. Oceniłem go na starszego sierżanta na emeryturze. Ale znał swój zawód i sherry, 

jaką   nam   polecił,   okazała   się   znakomita.   Byliśmy   jego   pierwszymi   dziś   klientami,   staliśmy   i 

gawędzili. Zachowywał się przyjaźnie, jak wszyscy dobrzy barmani, ale gdzieś pod tym wyczułem 

wyraźny niepokój. Coś jak uniesione nozdrza gazeli węszącej niebezpieczeństwo, niespokojnej, 

mimo że wszystko jest na pozór w porządku. Nie przywiązywałem jednak do tego zbytniej wagi, 

pomyślałem bowiem, jak się okazało niesłusznie, że jego kłopoty mnie nie dotyczą. 

  Wszedł jeszcze jeden mężczyzna z dziewczyną, toteż Kate i ja odwróciliśmy się, żeby 

przenieść  swoje   drinki   do   jednego   ze  stolików.   Właśnie   wtedy   Kate   się   potknęła,   potrąciła 

szklaneczką o kant baru i zbiła ją. Ostre szkło skaleczyło ją w rękę, która zaczęła silnie krwawić. 

  Barman przywołał żonę, chudą kobietkę z tlenionymi włosami. Zobaczyła krew płynącą 

Kate z dłoni i wykrzyknęła z troską: 

 - Niech pani wejdzie i włoży rękę pod wodę. To zatamuje krew. Proszę uważać, niech pani 

nie poplami swojego pięknego płaszcza! 

  Uniosła   klapę   w   barze,   żeby   nas   przepuścić,   i   wprowadziła  nas   do   kuchni,   równie 

nieskazitelnej   jak   bar.   Na   stole  leżały   kromki   chleba,   masło,   wędliny   i   pokrojone   jarzyny. 

Przerwaliśmy   jej   przygotowywanie  kanapek   dla   wieczornych   klientów.   Podeszła   do   zlewu, 

odkręciła   kran   i   kazała   Kate   włożyć   rękę   pod   bieżącą   wodę.   Zatrzymałem   się   w   drzwiach   i 

przyglądałem się. 

  - Przepraszam za cały ten kłopot - powiedziała Kate, podczas gdy krew skapywała do 

zlewu. - To naprawdę niewielkie skaleczenie. Tyle że strasznie krwawi. 

 - Żaden kłopot, kochanie - uspokajała ją żona barmana. - Poszukam dla pani bandaża. 

 Wysunęła szufladę, żeby go znaleźć, uśmiechając się uspokajająco do Kate. 

  Ruszyłem od drzwi, żeby bliżej przyjrzeć się szkodzie. W tej samej chwili usłyszałem 

morderczo groźne warczenie i z pudła przy lodówce wyłonił się czarny owczarek niemiecki. Żółte 

oczy wlepił we mnie, pysk miał lekko otwarty, z odciągniętą górną wargą i rozwartymi ostrymi jak 

brzytwa zębami. Na szyi miał obrożę, ale nie był uwiązany. Z głębi gardzieli znowu wydobyło się 

warczenie. 

 Znieruchomiałem na środku kuchni. 

background image

  Żona   barmana   wyjęła   zza   kredensu   gruby   kij   i   zbliżyła   się   do   psa.   Wyglądała   na 

wzburzoną. 

  - Leżeć,  Książę, leżeć!  - wskazała  kijem na pudło. Pies po chwili wahania  wrócił  na 

miejsce i usiadł wyprostowany, wciąż patrząc na mnie z najwyższą wrogością. Nie ruszałem się. 

 - Bardzo pana przepraszam. On nie lubi obcych mężczyzn. Widzi pan, to bardzo dobry pies 

obronny. Już nic panu nie zrobi, póki ja tu jestem. - Położyła kij na kredensie i podeszła do Kate z 

watą, środkiem dezynfekcyjnym i bandażem. 

  Zrobiłem  krok w  stronę Kate. Na grzbiecie  psa zadrgały mięśnie,  ale został w pudle. 

Dokończyłem   swojej   podróży   do  zlewu.   Krwawienie   niemal   ustało   i,   tak   jak   Kate   mówiła, 

skaleczenie było niewielkie. Żona barmana osuszyła je watką umaczaną w środku dezynfekcyjnym 

i owinęła kawałkiem bandaża z gazy. 

 Oparłem się o stół do zmywania, patrząc na psa i na gruby kij i wspominając wewnętrzne 

zdenerwowanie barmana. Wszystko to się sumowało. 

 Obrona. 

 Obrona przeciw czemu? Obrona przeciw ochronie, usłużnie podpowiedział mi umysł, jak 

refren. Barmanowi próbowano narzucić płatną ochronę. Płać albo ci rozwalimy bar... albo ciebie... 

albo twoją żonę. Tylko że ten właśnie barman, niezależnie od tego, czy miałem rację co do jego 

wojskowej   przeszłości,   wyglądał   na   tyle   twardo,   że   mógł   się   przeciwstawić   tego   rodzaju 

szantażowi. Inkasenci ochrony mieli się spotkać albo już się  spotkali z prawdziwie morderczym 

owczarkiem. Wygląda na to, że sami będą potrzebowali ochrony. 

 Barman wsunął głowę przez drzwi. 

 - W porządku? - spytał. 

 - Wszystko dobrze, dziękuję bardzo - zapewniła go Kate. 

 - Podziwiam pańskiego psa - powiedziałem. 

 Barman zrobił krok do kuchni. Książę po raz pierwszy odwrócił łeb ode mnie i spojrzał na 

swojego pana. 

 - Wspaniały pies - potwierdził. 

 Nagle nie wiadomo skąd zaświtała mi w głowie pewna myśl. Ostatecznie nie mogło być 

zbyt wiele gangów w Brighton, a  kilka razy już się zastanawiałem, dlaczego firma taksówkowa 

miałaby zatrudniać  bandytów  i staczać  całe  bitwy.  Powiedziałem  więc z godnym  pożałowania 

brakiem ostrożności: 

 - Marconi-taxi. 

  Zawodowo   uprzejmy   uśmiech  barmana   zniknął,   a   on   sam   spojrzał   na   mnie   nagle   z 

przerażającą, ostrą nienawiścią. Ujął ciężką lagę z kredensu i podniósł ją, zamierzając się na mnie. 

background image

Jednym płynnym ruchem pies wyleciał z pudła i przysiadł, gotów do skoku, kładąc uszy po sobie i 

obnażając zęby. Trafiłem w dziesiątkę. 

 Na ratunek pośpieszyła mi Kate. Podeszła do mnie i powiedziała bez śladu przestrachu: 

  - Na litość boską, tylko niech  go pan za mocno nie bije, bo ciocia Deb oczekuje nas z 

pieczonym   jagnięciem   i   kartofelkami   mniej   więcej   za   pół  godziny   i   nie   daruje   nam,   jak  nie 

będziemy na czas co do minuty. 

 Ten zdumiewający potok słów sprawił, że barman zatrzymał się, niezdecydowany, na tyle 

długo, żebym mógł wtrącić:

 - Nie należę do nich. Jestem przeciw nim. Bądź pan tak dobry i odłóż ten kij, i powiedz 

Księciu, że jego kły są niepotrzebne. 

 Barman opuścił kij, ale Księcia zostawił na miejscu, o cztery stopy przede mną, na straży. 

  - W co myśmy się tu wpakowali? - zapytała mnie Kate. Bandaż wlókł się za nią i krew 

znowu zaczęła przesiąkać. Machinalnie okręciła go do końca i zatknęła brzeg. 

  - Zdaje się, że chodzi  o ochronę? - zwróciłem  się do  barmana.  - Z tymi  taksówkami 

zgadywałem w ciemno. Domyśliłem się, po co panu potrzebny taki dobry obronny pies, a o tych 

taksówkach myślę nie od dziś. Te dwie rzeczy po prostu pasowały, to wszystko. 

 - On jakiś tydzień temu oberwał trochę od paru kierowców z Marconi-taxi - wyjaśniła Kate 

żonie barmana tonem grzecznej rozmowy. - Więc trudno, żebyście państwo oczekiwali, że będzie 

na ten temat mówił rozsądnie. 

  Barman  obrzucił nas długim spojrzeniem. Potem podszedł do psa, objął go za szyję i 

podrapał. Złe żółte oczy się przymknęły, rozluźniły się wargi nad ostrymi zębami i pies z oddaniem 

przywarł do nóg swojego pana. Barman poklepał go po zadzie i odesłał do pudła. 

 - Dobry pies, Książę - powiedział z domieszką ironii. - No cóż, nie możemy zostawić baru 

bez obsługi. Sue, kochanie, niee zadbałabyś o klientów? Ja bym porozmawiał z tymi młodymi. 

 - Kanapki jeszcze nie zrobione - zaprotestowała Sue. 

 - Ja je zrobię - zaofiarowała się pogodnie Kate. - I miejmy nadzieję, że ich za bardzo nie 

pokrwawię. 

 Ujęła nóż i zaczęła smarować chleb masłem. Wyglądało na to, że barmanowi i jego żonie 

trudniej sobie poradzić z Kate niż z taksówkarzami, ale po chwili wahania żona wyszła do baru. 

 - Słucham pana - powiedział barman. 

 Przedstawiłem mu w zarysie historię śmierci Billa i swój bliski kontakt z taksówkarzami z 

przyczepy do przewozu koni. Powiedziałem: 

  -  Gdybym  mógł   dojść,  kto   stoi  za  tymi  Marconi,   pewno  bym  dotarł  do  faceta,  który 

zorganizował wypadek majora Davidsona. 

background image

  -   Tak,   to   jasne   -  przyświadczył.   -   Życzę   panu   więcej   szczęścia,   niż   sam   go   miałem. 

Szukanie, kto jest właścicielem firmy Marconi, to jak walenie głową w mur. Ślepa  uliczka. Ale 

powiem panu  wszystko, co wiem. Im więcej ludzi się na nich namierzy, tym szybciej się drani 

zlikwiduje. 

 Sięgnął i wziął dwie kanapki. Jedną podał mnie, drugą ugryzł sam. 

  - Nie zapomnij  zostawić miejsca na pieczone  jagnię - ostrzegła  Kate  widząc, że jem. 

Spojrzała na zegarek. - O, Boże, strasznie się spóźnimy na obiad, a nie znoszę denerwowania cioci 

Deb. 

 Ale dalej spokojnie smarowała chleb masłem. 

 - Kupiłem tę “Błękitną Kaczkę” osiemnaście miesięcy temu - powiedział barman. - Kiedy 

odszedłem do cywila. 

 - Starszy sierżant? - mruknąłem. 

  - Pułkowy - wyjaśnił z uzasadnioną dumą. - Nazywam się Thomkins. Cóż, kupiłem tę 

“Błękitną Kaczkę” za  oszczędności i odprawę, a i tak była tania. Za tania. Powinienem się był 

domyślić, że coś tu śmierdzi. Nie minęło trzy tygodnie, jakeśmy tu osiedli i zaczęli robić niezłe 

pieniądze,  a   tu   pewnego   wieczora   przychodzi   jeden   facet   i   bezczelnie   mi  mówi,   że   jak   nie 

będziemy płacili jak ten przed nami, będzie źle. Złapał sześć szklanek z baru i o ziemię. Powiada, 

że chce pół setki tygodniowo. Ba, co pan na to? Pięćdziesiąt funtów! Nic dziwnego, że ten przede 

mną chciał się wycofać. Potem się dowiedziałem, że od miesięcy próbował sprzedać ten bar, ale 

wszyscy miejscowi zwęszyli kłopoty i zostawili to dla takich tępaków jak ja, prosto z wojska i na 

tyle zielonych, żeby w to wskoczyć z butami. 

 Barman Thomkins żuł kanapkę i namyślał się. 

  - No, to mu  kazałem spływać. I na drugi dzień wieczorem przyszedł  jeszcze chyba  z 

pięcioma, i rozwalili mi bar w drobny mak. Ogłuszyli mnie moją własną butelką, a żonę zamknęli 

na stryszku. Wtedy potłukli  wszystkie butelki, wszystkie  szklanki i połamali wszystkie krzesła. 

Kiedy się ocknąłem, leżałem na podłodze w tym bałaganie, a oni kołem stali nade mną. Powiadają, 

że to tylko próbka. Jak nie będę bulił pół setki tygodniowo, wrócą, żeby mi potłuc wszystkie 

butelki w składzie i wszystkie wina w piwnicy. Potem, powiadają, kolej na twoją żonę. 

 Minę miał wściekłą, kiedy to opowiadał. 

 - Co dalej? - spytałem. 

 - Co, u diabła, po tych wszystkich Niemcach i Japońcach nie będę się potulnie poddawał 

jakimś kurduplom z angielskiego wybrzeża. Przez parę miesięcy płaciłem, żeby złapać oddech, ale 

pół setki łatwo nie przychodzi na dodatek do kosztów i podatków. Ten bar to niezły interes, ale w 

ten sposób nie zostawało mi wiele więcej jak renta. Nie mogło tak trwać. 

background image

 - Powiedział pan policji? - spytałem. 

 Na twarzy Thomkinsa pojawił się dziwny wyraz zawstydzenia. 

  - Nie - odpowiedział niepewnie  - nie, jeszcze nie wtedy. Widzi pan, jeszcze wtedy nie 

wiedziałem, skąd oni są, i  straszyli mnie Bóg wie czym, jak  pójdę na policję. Tak czy owak,  w 

wojsku   to   kiepska   taktyka  zaczepiać   wroga,   który   już   cię   raz   pobił,   zanim   się   nie   ściągnie 

odwodów. Wtedy zacząłem myśleć o psie. A na policję poszedłem później - skończył, trochę tak, 

jakby się tłumaczył. 

  - Przecież policja na pewno może zamknąć firmę Marconi, jeżeli ktoś ją systematycznie 

wykorzystuje w celach przestępczych. 

 - Ba, tak by się zdawało - powiedział. - Ale jest inaczej. Widzi pan, to prawdziwa firma 

taksówkowa. Duża. Większość kierowców to ludzie uczciwi i nawet nie wiedzą, co się tam dzieje. 

Powiedziałem   kiedyś   paru   z   nich,   że   są   przykrywką   dla  gangsterów   z   ochrony,   i   nie  chcieli 

wierzyć.   Ci   dranie   wyglądają   na   pozór   uczciwie,  rozumie   pan?   Tak   samo   jak   inni.  W   porze 

zamykania   podjeżdżają   taksówką   pod   drzwi,   zupełnie   niewinnie,   wchodzą   i   domagają   się 

pieniędzy. I całkiem możliwe, że weźmie taki klienta  z baru i odwiezie do domu za  normalną 

taryfę, wszystko jak najprzyzwoiciej. 

  - A nie mógłby pan dostać policjanta po cywilnemu, żeby siedział w barze i czekał, i 

aresztował takiego taksówkarza, kiedy przyjdzie po pieniądze? - podsunęła Kate. 

  - Na nic się to nie zda, proszę pani - wyjaśnił z goryczą barman. - Chodzi o to, że oni 

przychodzą w różne dni i o różnych porach, tak że ten gliniarz mógłby czekać i dwa  tygodnie, 

zanim by którego złapał, i nie ma też żadnych podstaw do aresztowania. Mają skrypt dłużny na pół 

setki z moim podpisem i w razie kłopotu z policją wystarczy go pokazać,  a nikt ich nie tknie 

palcem.  Policja by pomogła, to racja, gdybym  mógł jej dać coś, co by można wykorzystać  w 

sądzie, ale niewiele może, jeżeli to jest tylko słowo jednego przeciw drugiemu. 

 - Szkoda, że pan podpisał ten skrypt - westchnąłem. 

  - Nie podpisywałem - oburzył się - ale podpis wygląda jak  mój, nawet dla mnie. Raz 

spróbowałem go wyrwać, ale facet, co mi go pokazywał, powiedział, że nic by to nie dało, gdybym 

go podarł, bo zaraz wystawią drugi. Musieli zdobyć  mój  podpis na jakimś  liście czy czymś  i 

skopiowali. To nietrudne. 

 - Więc płaci im pan - stwierdziłem dość rozczarowany. 

 - Diabła tam płacę - oświadczył barman jeżąc wąsa. - Nie dałem grosza przez rok albo i 

dłużej. Odkąd mam Księcia. Pokiereszował czterech w ciągu miesiąca i to ich zniechęciło, może mi 

pan wierzyć. Ale cały czas się tu kręcą. Sue i ja nie bardzo mamy odwagę wychodzić i  zawsze 

idziemy   razem   i   bierzemy  ze   sobą   Księcia.   Na   wszystkie   drzwi   i   okna   założyłem   urządzenia 

background image

alarmowe i podnoszą straszny jazgot, jak się ktoś próbuje włamać, kiedy nas nie ma albo śpimy. 

Ale to nie życie, proszę pana. Sue pada to na nerwy. 

  - Cóż za okropna historia - powiedziała Kate zlizując ostry sos z palców. - Przecież nie 

możecie tak żyć wiecznie. 

  - O, nie, proszę pani, teraz my jesteśmy górą. Widzi pani, oni nie tylko  od nas biorą 

pieniądze. Mają regularny rejon. Dziesięć albo jedenaście takich barów jak nasz, niedużych. I kupę 

sklepików, kiosków z papierosami, tego rodzaju rzeczy, a także sześć lub siedem kawiarenek. Ani 

jednego dużego zakładu. Dobierają zakłady, w których właściciel sam sprzedaje, jak my. Jak się w 

tym  połapaełm,  obszedłem wszystkie  miejsca, jakie moim zdaniem  mogli  przyciskać, i wprost 

zapytałem właścicieli czy płacą  za  ochronę. Zajęło mi to całe tygodnie, taki to duży teren. Ci, 

którzy płacili, byli oczywiście dobrze spietrani i nie chcieli gadać, ale wiedziałem, którzy to, już po 

tym, jak ich zamurowało. Powiedziałem im, że powinniśmy przestać płacić i zacząć walczyć. Ale 

kupa z nich ma dzieciaki i nie będzie ryzykować, i trudno im to mieć za złe. 

 - A co pan zrobił? - spytała Kate, zafascynowana. 

  -   Kupiłem   Księcia.   Miał   wtedy   rok.   Trochę   się   zajmowałem   psami   w   wojsku   i 

wytresowałem Księcia na dobrego napastnika. 

 - To prawda, rzeczywiście - potwierdziłem spoglądając na psa, który leżał teraz w pudle 

spokojnie, z mordą na łapach. 

  -   Wziąłem   go   i   pokazałem   kilku  z   tych   innych   ofiar   gangu   -  ciągnął   Thomkins   -   i 

powiedziałem im, że jak też wezmą psy, to wyszczujemy tych taksiarzy. Niektórzy nie wpadli na 

to, że są w to zamieszane taksówki. Zanadto byli spietrani, żeby otworzyć oczy. Tak czy owak w 

końcu kupa z nich się postarała o psy, a ja im pomogłem je wytresować, ale to trudne, widzi pan, 

bo pies ma słuchać jednego pana, a ja je musiałem uczyć, żeby słuchały kogo innego, nie mnie. Ale 

nie są takie złe. Oczywiście i nie takie dobre, jak Książę. 

 - Oczywiście - powiedziała Kate. 

 Barman spojrzał na nią podejrzliwie, ona jednak poważnie piętrzyła kanapki na półmisku. 

 - Niech pan mówi - poprosiłem. 

 - Na koniec namówiłem też trochę ludzi z dzieciakami, żeby się przyłączyli. Pokupowali 

owczarki   niemieckie   i   bulteriery  i   zorganizowaliśmy   cały   system   odwożenia   wszystkich 

dzieciaków do szkoły samochodem. Chodząc pieszo cały czas były narażone, no nie? Wynająłem 

mistrza judo z samochodem tylko po to, żeby przewoził dzieci z matkami. Zrzucamy się wszyscy, 

żeby go opłacić. Słono nas kosztuje, to  prawda, ale to jest nic w  porównaniu z pieniędzmi na 

ochronę. 

 - Wspaniale - powiedziała ciepło Kate. 

background image

  - Dajemy sobie z nimi radę,  ale wcale to jeszcze nie takie proste. Dwa tygodnie temu 

rozbili “Cockleshell Caf~e” tuż za rogiem. Ale mamy już teraz  system, jak i z tym sobie radzić. 

Kilku z nas poszło tam pomóc w sprzątaniu i zrzuciliśmy się do kapelusza na nowe stoliki i krzesła. 

Mają tam w tej kawiarni sukę, ale miała cieczkę i zamknęli ją w sypialni. Mówię panu, psy są 

najlepsze! - dodał poważnie barman. 

 Kate prychnęła z zachwytu. 

  - Czy taksówkarze napadli  kiedy na kogo z was osobiście, czy zawsze tylko na waszą 

własność? - spytałem. 

  -   Chce   pan   powiedzieć,   poza   tym,   że   dostałem   w   głowę   własną   butelką?   -   Barman 

podwinął rękaw i pokazał nam brzeg szramy na przedramieniu. - Długa na blisko siedem cali. 

Jeden z nich dopadł mnie któregoś wieczora, gdy wyszedłem wrzucić list. To było zaraz potem, jak 

Książę jednemu z nich dał popęd, a ja, głupi, wyszedłem bez niego. Tylko kroczek do skrzynki, no 

nie? A to już błąd. Paskudnie mnie urządzili, ale dobrze się im przyjrzałem. Powiedzieli, że znowu 

dostanę,   jeżeli   pójdę   na   policję.   Ale   od   razu   zadzwoniłem  do   mundurowych   i   wszystko   im 

powiedziałem. Ten bandzior, co mi rozpłatał rękę, to taki blondynek i moje zeznanie kosztowało go 

pół roku - oznajmił z satysfakcją. - Potem jż uważałem, żeby się na krok nie ruszać bez Księcia, i 

nigdy im się nie udało zbliżyć na tyle, żeby mnie znowu dopaść. 

 - A co z innymi szantażowanymi? - spytałem. 

 - To co i ze mną - odpowiedział. - TRzech czy czterech pobitych i pociętych nożem. Po 

sprowadzeniu tych psów namówiłem niektórych, żeby powiedzieli policji. Myślałem, że najgorsze 

już chyba mają za sobą, ale wciąż bali się zeznawać w sądzie. Ta banda nigdy chyba nikogo nie 

zabiła, o ile wiem. I tak zresztą byłoby to bez sensu, no nie? Nieżywy nie może płacić. 

  - Racja - powiedziałem  w  zamyśleniu.  - Tak  sądzę. Ale  mogą  liczyć  na to, że  jeden 

nieboszczyk wszystkich podporządkuje. 

 - Niech się panu nie zdaje, że cały czas o tym nie myślę - oświadczył z najwyższą powagą. 

- Ale to wielka różnica pół roku za napaść, a dożywocie albo stryczek, i myślę sobie, że to ich 

właśnie hamuje. Ostatecznie tu nie Chicago, choć czasem człowiek się zastanawia. 

 - Przypuszczam - powiedziałem - że jak nie będą mogli wydostać pieniędzy od dawnych 

klientów, to spróbują “ochraniać” takich, co nie znają waszych systemów i nie wiedzą o waszych 

psach... 

 Barman przerwał mi: 

 - I na to też mamy swój system. Co tydzień dajemy ogłoszenie w gazecie Brighton, żeby 

każdy   szantażowany   przez  “ochronę”  pisał   pod   numer   naszej  skrzynki   pocztowej,   to   mu 

pomożemy. To działa cuda, słowo daję. 

background image

 Kate i ja spojrzeliśmy na niego ze szczerym podziwem. 

 - Powinni byli pana zrobić generałem - oświadczyłem - nie starszym sierżantem. 

 - Zdarzało mi się już różne rzeczy planować - wyznał skromnie. - Ci młodzi porucznicy na 

wojnie, prosto z cywila, po kursie oficerskim zrobionym na chybcika, chętnie czasem korzystali z 

rady zawodowca. - Poruszył się. - Co by państwo powiedzieli na drinka? 

  Ale Kate i ja podziękowaliśmy i przeprosili, jako że już była prawie ósma. Obiecaliśmy 

sobie  obaj   informować   się   nawzajem   o  przebiegu   naszej   kampanii   i  rozstaliśmy   się   w   jak 

najlepszych stosunkach. Ale Księcia nie próbowałem pogłaskać. 

 Ciocia Deb siedziała w bawialni i tupała nogą. Kate bardzo pięknie przeprosiła za nasze 

spóźnienie i ciocia odtajała. Było widoczne, że obie są do siebie bardzo przywiązane. 

 To do wuja George'a adresowała Kate podczas obiadu większość swojego opowiadania o 

wydarzeniach   tego   popołudnia.   Zabawnie   i   lekko   opowiedziała   mu   o   zbłąkanej   przyczepie   do 

przewozu   koni   i   brutalnie   sobie  zażartowała   z   kanapek   z   rybną   pastą   w  “Pavilion   Plaza”,   co 

wywołało lekką reprymendę ze strony cioci Deb, która stwierdziła, że jest to najbardziej gościnny z 

hoteli   Brighton.   Przelotnie   pomyślałem   o   tej   wietrznicy   Mavis,   którą   podejrzewałem,   może 

niesłusznie, o praktykowanie na własną rękę cnoty gościnności na wyższych piętrach hotelu. 

 - A potem wypiliśmy drinka w ślicznym barku o nazwie “Błękitna Kaczka” - mówiła Kate, 

pomijając milczeniem kabinę telefoniczną i spacer po uliczkach. - Skaleczyłam się tam w rękę - 

wyciągnęła   całkowicie   zabandażowaną   dłoń   -   ale   oczywiście   niezbyt   groźnie,   i   weszliśmy   do 

kuchni, żeby obmyć krew, i przez to się spóźniliśmy. Mieli tam najgroźniejszego owczarka, jakiego 

w życiu widziałam. Parę razy warknął na Alana, a on o mało nie wyskoczył ze skóry ze strachu... - 

przerwała, żeby przełknąć potężny kęs pieczonego jagnięcia. 

 - Lubi pan psy, panie York? - zapytała ciocia Deb z nieznaczną pogardą. Ona przepadała za 

swoim jamnikiem. 

 - To zależy - odpowiedziałem. 

  -   Nie   można   powiedzieć,   żebyś   się   zakochał   w   Księciu   -   powiedziała   Kate.   - 

Przypuszczam, że nazywają go Książę, ponieważ jest czarny. Czarny Książę. W każdmy razie to 

najpożyteczniejsze ze zwierząt. Moi drodzy, gdybym wam opowiedziała, co właściciel “Błękitnej 

Kaczki”  mówił   Alanowi   i   mnie,   jakie   łajdactwa   odchodzą  w   szacownym   starym   Brighton, 

spędziłoby to wam sen z powiek. 

 - Więc nam nie mów, Kate, kochanie - poprosiła ciocia Deb. - I tak mam dosyć kłopotów z 

bezsennością. 

  Spojrzałem na wuja George'a, żeby sprawdzić, jak on to przyjmie, że pozbawia się go 

zakończenia tej historii, i zobaczyłem, że odsuwa od siebie prawie pełny jeszcze talerz z gestem 

background image

obrzydzenia, jakby mu się nagle zebrało na wymioty. 

 Zauważył, że się przyglądam, i z kwaśnym uśmiechem powiedział: 

  - Obawiam się, że to niestrawność. Jeszcze jedna z nużących dolegliwości podeszłego 

wieku. Widzi pan, oboje już skapcanieliśmy. 

  Spróbował zachichotać, ale kiepsko mu to wyszło. Różowe policzki o ton poszarzały i 

drobne kropelki potu pojawiły się na i tak już jakby wilgotnej skórze. Musiał być z czegoś głęboko 

niezadowolony. 

  Ciocia Deb zrobiła bardzo zatroskaną minę, a ponieważ  chronienie jej przed przykrymi 

faktami życia od dawna miał we krwi, włożył wiele wysiłku w to, żeby zebrać siły. Łyknął wody, 

osuszył usta serwetką i zobaczyłem, jak drżą jego pulchne dłonie. Ale pod pokładami tłuszczu ten 

człowiek był ze stali, odchrząknął więc i przemówił dosyć normalnym tonem: 

 - Zupełnie mi wyleciało z pamięci, Kate, kochanie, kiedy cię nie było, dzwonił Gregory, 

chciał z tobą porozmawiać o Wielkich Niebach. Spytałem go, jak się koń sprawuje, i powiedział, że 

ma coś nie w porządku z nogą i w czwartek nie będzie mógł biegać w Bristolu, jak planowałaś. 

 Kate była rozczarowana. 

 - Okulał? - spytała. 

 - Przysiągłbym - wyjaśnił wuj George - że Gregory mówił, że zrobił mu się kostniak. Ale 

przecież nic sobie nie złamał? Przedziwne. 

 Był pełen niedowierzania i, jak spostrzegłem, Kate również. 

 - Koniom czasem nagle coś wyskakuje na kościach nóg i na tym właśnie polega kostniak - 

wyjaśniłem. - Kiedy to się  formuje, noga jest zaogniona i  wrażowa, ale zazwyczaj trwa to tylko 

jakieś dwa, trzy tygodnie. Wielkie Nieba będzie znów zdrowy. 

 - Co za pech - powiedziała Kate. - A tak czekałam na ten czwartek. Pojedziesz do Bristolu, 

Alan, teraz, kiedy mój koń nie biegnie? 

  -   Tak.   Jadę   tam   na   Palindromie.   Postaraj   się   przyjechać,   Kate,   tak   miło   będzie   cię 

zobaczyć. 

  Mówiłem z entuzjazmem,  na co ciocia Deb wyprostowała plecy i skierowała na mnie 

spojrzenie pełne odnowionej dezaprobaty. 

 - Szkodliwe to dla reputacji młodej panienki, jeśli zbyt często widuje się ją w towarzystwie 

dżokejów - oznajmiła. 

 O jedenastej, kiedy wuj George zamknął gabinet z kolekcją trofeów, a ciocia Deb połknęła 

wieczorną porcję środków nasennych, Kate i ja wyszliśmy na dwór, żeby odstawić jej wóz do 

garażu. W pośpiechu przed obiadem zostawiliśmy go na podjeździe. 

  Światło   padające   z   domu,   przyćmione   zasłonami,   rozjaśniało   ciemności   nocy,   tak   że 

background image

widziałem jej twarz, kiedy szła obok mnie. 

 Otworzyłem przed nią drzwi wozu, ale zatrzymała się, zanim wsiadła. 

 - Starzeją się - powiedziała smutnym głosem - i nie wiem, co z nimi począć. 

 - Pożyją jeszcze długie lata. 

  - Mam nadzieję... Ciocia Deb wygląda czasem na bardzo zmęczoną, a wuj George był 

kiedyś dużo bardziej żywotny. Myślę, że ostatnio czymś się martwi... i boję się, że tu idzie o serce 

cioci Deb, choć nic nie mówili... Nigdy mi nic nie mówią, jak któremu coś jest. 

 Wzdrygnęła się. 

 Objąłem ją i pocałowałem. Uśmiechnęła się. 

 - Jesteś dobrym człowiekiem, Alan. 

  Nie czułem się dobry. Pragnąłem wepchnąć ją do wozu i natychmiast z nią odjechać do 

jakiejś  samotnej  dolinki w Downs  w zamiarach,  które by w pełni  akceptowali  jaskiniowcy.  Z 

trudem mi przychodziło przytulać ją tak lekko, a jednak było to dla mnie zasadnicze. 

 - Kocham cię, Kate - powiedziałem i powstrzymałem nawet oddech. 

  - Nie - poprosiła. - Nie mów tego. Proszę, nie mów tego. - Przeciągnęła mi palcem po 

brwiach. Przyćmione światło odbijało się w jej wpatrzonych we mnie oczach, opierała się o mnie 

całym ciałem, z głową odrzuconą do tyłu. 

 - Dlaczego nie? 

 - Bo nie wiem... nie jestem pewna... Podobało mi się, jak mnie całowałeś, i lubię z tobą 

być. Ale miłość to za duże słowo. To zbyt ważne. Nie jestem... nie jestem... gotowa. 

  I o to chodziło. Piękna, dzielna, przyjazna Kate była również Kate nie rozbudzoną.  Nie 

była jeszcze świadoma tego ognia, który ja dostrzegałem przy każdym jej ruchu. Tłumiła go od 

dzieciństwa staroświecka ciotka i niełatwym zadaniem było wyzwolić go bez narażania jej na szok. 

  -   Miłości   łatwo   się   nauczyć   -   powiedziałem.   -   To   tak   jak  podejmowanie   ryzyka. 

Decydujesz się i postanawiasz się nie bać, i sama nie wiesz kiedy, czujesz się strasznie wesoło i 

wszystkie zahamowania ulatują bez śladu. 

 - I zostajesz z dzieckiem na rękach - dodała Kate, stojąc solidnie nogami na ziemi. 

 - Przedtem moglibyśmy się pobrać - oświadczyłem, śmiejąc się z niej. 

 - Nie, drogi Alan. Nie, jeszcze nie. - I dodała prawie szeptem: - Tak cię przepraszam. 

  Wsiadła do wozu i powoli pojechała za dom, do garażu w stodole. Poszedłem pieszo za 

wozem,   pomogłem   jej   zamknąć   wielkie   wrota   i   odprowadziłem   ją   do   domu.   Na   progu   się 

zatrzymała, uścisnęła mi rękę i obdarzyła mnie lekkim, krótkim siostrzanym pocałunkiem. 

 Nie chciałem go. 

 - Wcale nie czułem się jak brat. 

background image

 10

 We wtorek zaczęło padać, zimny zacinający deszcz siekł po rozwijających się narcyzach i 

pokrywał kwiaty rozpryskami błota. Dzieci poszły do szkoły w lśniących czarnych pelerynkach, 

kurtkach zapiętych po oczy i  gumowych botkach do kolan.  Williamowi widać było tylko buzię 

cherubinka poplamioną w kącikach ust mlekiem. 

 Scilla i ja spędziliśmy ten dzień na segregowaniu ubrań Billa i jego osobistych rzeczy. Była 

bardziej opanowana, niż mógłbym oczekiwać, i chyba z trudem wypracowała w sobie jakąś zgodę 

na to, że go nie ma i że trzeba żyć bez niego. Żadne z nas nie wspomniało nocy, którą spędziła w 

moim łóżku, i nabrałem już przekonania, że na drugi dzień w ogóle o tym nie pamiętała. Dziwne 

rzeczy działy się z jej pamięcią pod wpływem smutku i środków uspokajających. 

  Sortowaliśmy   rzeczy   Billa   odkładając   je   na   osobne   kupki.   Największa   miała   być 

zachowana  dla Henry'ego i Williama i na  nią Scilla odłożyła  nie tylko  spinki do mankietów i 

kołnierzyka i dwa złote zegarki, ale również smokingi, żakiet i szary cylinder. Zażartowałem na ten 

temat. 

 - To wcale nie takie głupie - powiedziała. - Za dziesięć lat, jeśli nie wcześniej, przydadzą 

się Henry'emu. Ucieszy się z nich. 

 Dodała jeszcze kurtkę do konnej jazdy i dwie nowe, białe, jedwabne koszule. 

  Równie dobrze moglibyśmy wszystko włożyć z powrotem do szaf i czekać, aż Henry i 

William dorosną - zauważyłem. 

 - Niezły pomysł - przyznała Scilla, cedując na rzecz obu chłopczyków najlepsze bryczesy 

ojca i ocieplany biały płaszcz nieprzemakalny. 

  Skończyliśmy   z   ubraniami,   zeszliśmy   na   dół   do   przytulnego   gabinetu   i   zajęliśmy   się 

papierami Billa. Biurko było ich pełne. Wyraźnie nie cierpiał wyrzucać starych rachunków i listów, 

a w najniższej szufladzie znaleźliśmy paczkę  listów od Scilli napisanych  jescze przed ślubem. 

Usiadła na parapecie okna i czytała je z nostalgią, podczas gdy ja przebierałem pozostałe. 

 Bill był metodyczny. Rachunki leżały pospinane w chronologicznym porządku, a listy w 

pudełkach i teczkach. Zbiory różności tkwiły w przegródkach na listy, leżał tam również cały stos 

pustych   używanych   kopert   zapisanych   aktualnymi   notatkami.   Były   to   głównie   sprawy   do 

załatwienia, które sobie notował, jak na przykład: “Powiedzieć Simpsonowi, żeby naprawił płot na 

pięcioakrowym polu” albo “We wtorek urodziny Polly”. Przejrzałem je szybko, odrzucając na stos 

przeznaczony do kosza na śmieci. 

  Nagle zamarłem. Na jednej z nich niewyraźnym i pełnym  zawijasów charakterem pisma 

Billa zapisane było nazwisko Clifforda Tudora, a pod nim numer telefonu i adres w Brighton. 

 - Czy znasz kogoś, kto się nazywa Clifford Tudor? - spytałem Scillę. 

background image

 - Nigdy o nim nie słyszałam - odpowiedziała nie podnosząc oczu. 

  Jeżeli   Tudor   prosił   Billa,   żeby   pojechał  na   jego   koniu,   tak  jak   mi   mówił,   kiedy   go 

odwoziłem z Plumpton do Brighton, było zupełnie naturalne, że Bill miał  jego nazwisko i adres. 

Odwróciłem   kopertę,   przyszedł   w  niej   list   od   miejscowego   kupca,   z   jego   nazwiskiem 

wydrukowanym   w  górnym   lewym   rogu,   a   znaczek   był   osttemplowany   datą   styczniową,   co 

znaczyło, że Bill dopiero niedawno dostał adres Tudora. 

 Wsunąłem kopertę do kieszeni i sortowałem dalej. Po starych kopertach zabrałem się do 

przegródek. Leżały w nich fotografie, kartki papieru zarysowane i zapisane przez dzieci koślawymi 

literami, z wczesnego dzieciństwa, notesy z adresami, nalepki na walizki, jakaś kartka urodzinowa, 

świadectwa szkolne i notatniki różnych kształtów i wielkości. 

 - Lepiej ty to przejrzyj, Scilla - powiedziałem. 

 - Ty przejrzyj - odpowiedziała podnosząc wzrok znad listów z uśmiechem. - Możesz mi 

powiedzieć, co jest co, a ja je zaraz zobaczę. 

 Bill nie miał sekretów. Notatniki zawierały głównie jego codzienne wydatki, zapisane na 

gorąco,   żeby   były   pod   ręką   przy   sporządzaniu   rocznych   rozliczeń.   Sięgały   kilku   lat   wstecz. 

Odnalazłem najnowsze i przerzuciłem je. 

  Opłaty szkolne, siano  dla koni, nowy szlauch do ogródka, naprawa reflektora jaguara w 

Bristolu, prezent dla Scilli, zakład na Admirała, datek na dobroczynność. I na tym koniec. Dalej już 

były czyste kartki, które miały pozostać nie zapisane. 

  Zerknąłem jeszcze raz na ostatnie zapiski. Zakład na Admirała. Dziesięć funtów, zapisał 

Bill. Data była z dnia jego śmierci. Cokolwiek ktoś mu mówił na temat upadku Admirała, Bill 

wziął to za żart i wbrew temu postawił na jego wygraną. Bardzo chciałbym wiedzieć, co to był za 

“żart”. Powiedział o nim Pete'owi, który troszczył się o konie. Nie mówił Scilli ani nikomu ze 

znajomych,   o   ile   udało   mi   się   sprawdzić.   Przypuszczalnie   uznał   to   za   tak   nieistotne,   że   po 

rozmowie z Pete'em zupełnie wyleciało mu z pamięci. 

  Zebrałem notatniki i wziąłem się do przeglądania ostatniej  przegródki pełnej różności. 

Wśród   nich   było   piętnaście   lub   dwadzieścia   kwitów   wydawanych  przez   bukmacherów   na 

zawodach. Jako świadectwo przegranych zakładów rozczarowani gracze zwykle je drą i wyrzucają, 

zamiast starannie przechowywać w uporządkowanym biurku. 

 - Dlaczego Bill trzymał te kwity? - spytałem Scillę. 

 - Nie pamiętasz? Henry tak niedawno szalał za nimi - wyjaśniła. - A kiedy już mu przeszło, 

Bill przyniósł mu jeszcze trochę. Myślę, że je trzymał na wypadek, kiedy z kolei William będzie 

się chciał bawić w bukmachera. 

  Przypomniałem sobie. Musiałem stawiać po pół pensa na kupę koni u Henry'ego, tego 

background image

małego rekina, jako bukmachera. Nigdy nie wygrały. 

  Te   dodatkowe   kwity   zachowane  dla   niego   przez   Billa   pochodziły   od   kilku   różnych 

bukmacherów.   Dla   Billa   połowę   przyjemności   podczas   wyścigów   stanowiło  obchodzenie 

stanowisk bukmacherów w Tattersallu i stawianie żywej gotówki na najlepsze konie zamiast grania 

na kredyt u któregoś z bukmacherów przy barierce. 

 - Chcesz je jeszcze zatrzymać dla Williama? - spytałem. 

 - Właściwie mogę - powiedziała Scilla. 

 Włożyłem je z powrotem do biurka i skończyłem swoją pracę. Było już późne popołudnie. 

Przeszliśmy do bawialni, podrzuciliśmy drew do kominka i zasiedli w fotelach. 

  - Alan - powiedziała Scilla. - Chcę ci podarować coś, co należało do Billa. Nie, nic nie 

mów, dopóki nie skończę. Zastanawiałam się, co by ci się najbardziej podobało, i jestem pewna, że 

wybrałam dobrze. 

 Przeniosła wzrok ze mnie na ogień i wyciągnęła ręce, żeby je ogrzać. 

 - Dostaniesz Admirała - powiedziała. 

 - Nie - odpowiedziałem stanowczo. 

 - Dlaczego? 

 Spojrzała na mnie i w jej głosie zabrzmiało rozczarowanie. 

 - Kochana Scillo, to o wiele za dużo - powiedziałem. - Sądziłem, że masz na myśli coś w 

rodzaju papierośnicy, jakąś pamiątkę. W żadnym razie nie możesz mi dawać Admirała. Wart jest 

tysiące.   Musisz   go   sprzedać   albo   puszczać   na   wyścigach   w   swoim   imieniu,   jeżeli   go   chcesz 

zatrzymać, ale nie możesz dawać go mnie. Gdybym go przyjął, nie byłoby to uczciwe wobec ciebie 

i dzieci. 

 - Może i byłby wart tysiące, gdybym go sprzedała, ale wiesz, że nie mogę go sprzedać. To 

ponad moje siły. Tak wiele znaczył dla Billa. Jak mogłabym  go sprzedać, gdy Billa zabrakło? A 

jeśli go zatrzymam i będę puszczała, będę musiała płacić rachunki, co przez jakiś czas może nie 

być takie łatwe, kiedy wiszą nade mną koszty pogrzebu. Jeżeli dam go tobie, znajdzie się w rękach, 

które Bill by zaaprobował, i ciebie stać na jego utrzymanie. Wszystko to przemyślałam, więc się 

nie sprzeciwiaj. Admirał jest twój. 

 Nie żartowała. 

 - Więc pozwól, że go od ciebie wynajmę - zaproponowałem. 

 - Nie. To podarek. Jeżeli wolisz, to od Billa. 

 I na tych warunkach przystałem, i podziękowałem jej, jak potrafiłem najserdeczniej. 

  Nazajutrz   wcześnie   rano   pojechałem   do   stajni   Pete'a   Gregory'ego   w   Sussex,   żeby 

przeskakać   swoje   niedoświadczone  Stracone   Nadzieje   na   roboczym  torze   przeszkód.   Kiedy 

background image

znalazłem się na miejscu, mżył deszcz i tylko dlatego, że przyjechałem, w ogóle zawracaliśmy 

sobie głowę wyprowadzaniem koni. Nie było to zbyt udane, ponieważ Stracone Nadzieje pośliznął 

się na mokrej trawie, gdy podchodziliśmy do pierwszej przeszkody, a potem już nie miał ducha do 

następnych. 

 Daliśmy za wygraną i poszliśmy do domu Pete'a. Powiedziałem mu, że Admirał ma być 

mój i że będę go dosiadał. 

 - Jest na Foxhunters' w Liverpoolu - powiedział. - Nie wiedziałeś? 

 - Ach tak! - wykrzyknąłem z zachwytem. Nie jeździłem jeszcze na torze Grand National, 

toteż nagle otwierające się widoki, że za dwa tygodnie to zrobię, wprawiły mnie w podniecenie. 

 - Chcesz spróbować? 

 - Ależ tak - odpowiedziałem. 

  Omówiliśmy plany dla innych  moich koni, a Pete powiedział mi, że Palindrom jest w 

dobrej   formie   po   wyścigu   w   Cheltenham   i   że   to   murowany   pewniak   nazajutrz   w   Bristolu. 

Wyszliśmy   popatrzeć   na   niego   i   pozostałe,   obejrzałem   też   kostniak,   który   robił   się   Wielkim 

Niebom. Noga była podrażniona, ale z czasem mu wydobrzeje. 

  Kiedy rozstałem się z Pete'em, wróciłem do Brighton. Tak jak przedtem zaparkowałem 

lotusa i dalej pojechałem pociągiem. Wyszedłem z dworca w Brighton, rzuciłem okiem na trzy 

czekające taksówki (bez żółtych  tarcz) i energicznym  krokiem skierowałem się do biura firmy 

Marconi, pod adres podany w książce telefonicznej. 

 Nie miałem konkretnego planu, ale czułem, że klucz do tajemnicy znajduje się w Brighton 

i,   jeśli   chcę   go  znaleźć,   muszę   szukać   na  miejscu.   Próbne   macki,   jakie  zapuściłem   na   torach 

wyścigowych, jak dotąd nic mi nie przyniosły poza ochrypłym telefonicznym ostrzeżeniem. 

 Biura firmy Marconi znajdowały się na parterze przebudowanego domu z czasów regencji, 

stojącego na tarasowatym terenie. Wszedłem prosto do wąskiego korytarza. 

 Po prawej stronie wznosiły się schody, po lewej widniało dwoje drzwi. Trzecie, z napisem 

“Wstęp  wzbroniony”,   były   naprzeciwko,   w  głębi   korytarza.   Na   drzwiach   najbliższych   wejścia 

schludna tabliczka głosiła: “Informacja”. Wszedłem. 

 Był to kiedyś elegancki pokój i nawet wyposażenie biurowe nie zdołało całkowicie popsuć 

jego  proporcji.   Przy   biurkach,   za  maszynami   do   pisania,   siedziały  dwie   dziewczyny,   a   przez 

uchylone żaluzjowe drzwi wewnętrzne widać było pokoik w głębi, w którym trzecia siedziała przy 

centralce. Mówiła do mikrofonu. 

  - Tak, proszę pani, taksówka zajedzie po panią za trzy minuty. Dziękuję. - Miała miły, 

wysoki głos o znakomitej sile nośnej. 

 Dwie dziewczyny z zewnętrznej części biura spojrzały na mnie pytająco. Były ubrane w 

background image

obcisłe sweterki i grubo umalowane. Zwróciłem się do tej bliżej drzwi: 

  - Hm... ja w sprawie zamówienia kilku taksówek... na  wesele. Mojej siostry - dodałem, 

improwizując i zmyślając nigdy nie istniejącą siostrę. - Czy to możliwe? 

 - O, tak, sądzę, że tak - powiedziała. - Zapytam kierownika. On się zwykle zajmuje dużymi 

zamówieniami. 

 - Chciałbym tylko znać cenę w przybliżeniu... w imieniu siostry... Prosiła, żebym wszędzie 

sprawdził i dowiedział się, która firma będzie... najprzystępniejsza. Nie mogę złożyć konkretnego 

zamówienia, zanim się jeszcze z nią nie porozumiem. 

 - Rozumiem - odpowiedziała. - Cóż, poproszę pana Fieldera, żeby pana przyjął. 

 Wyszła na korytarz i zniknęła w drzwiach oznaczonych napisem “Wejście wzbronione”. 

 Czekając, uśmiechnąłem się do drugiej dziewczyny, która przygładziła włosy, i słuchałem 

dziewczyny przy centralce. 

  - Chwileczkę, proszę pana. Sprawdzę, czy jakaś taksówka znajduje się w pana okolicy - 

mówiła. Mignęła przełącznikiem i powiedziała: - Odbiór, taksówka w rejonie Hove dwa. Odbiór, 

taksówka w rejonie Hove dwa. 

 Jakiś czas była cisza, a potem z odbiornika radiowego odezwał się męski głos: 

  - Chyba nie ma nikogo na Hove  dwa, Marigold. Mogę tam być za pięć minut. Właśnie 

podrzuciłem klienta w Langbury Place. 

  - W porządku, Jim. - Podała mu adres, znowu mignęła przełącznikiem i przemówiła do 

telefonu: - Taksówka będzie u pana za pięć minut, proszę pana. Przepraszam za zwłokę, ale nie 

mamy   pod   ręką   wozu,   który   byłby   szybciej.   Dziękuję   panu.   -   Kiedy   tylko   skończyła,   telefon 

zadzwonił znowu. Odezwała się: - Marconi-taxi. Czym mogę służyć? 

 Z korytarza dobiegł stukot wysokich obcasów na linoleum i dziewczyna wróciła od pana 

Fieldera. Powiedziała: 

 - Kierownik już pana przyjmuje, proszę pana. 

 - Dziękuję. 

 Przeszedłem przez korytarz i wszedłem w otwarte drzwi w głębi. Mężczyzna, który wstał 

na   moje   powitanie   i   uścisnął   mi   dłoń,   był   ciężkawym,   dobrze  ubranym   i   uprzejmym 

czterdziestolatkiem. Nosił  okulary w grubej czarnej  oprawie, miał gładkie czarne włosy i zimne 

niebieskie oczy. Wyglądał na zbyt silną indywidualność, żeby siedzieć w wewnętrznym biurze 

firmy taksówkowej, na człowieka zbyt samodzielnego jak na zakres swojej pracy. 

 Poczułem, jak serce absurdalnie podchodzi mi do gardła, i przeżyłem moment panicznego 

strachu, że on wie, kim jestem i co chcę zrobić . Ale jego spojrzenie było spokojne i rzeczowe, 

powiedział tylko: 

background image

 - Słyszę, że chce pan złożyć zbiorowe zamówienie z okazji ślubu. 

  - Tak - odpowiedziałem i wdałem się w zmyślone szczegóły. Notował, dodał parę cyfr, 

wypisał kosztorys i podał mi go. Wziąłem. Jego pismo było czarne i zdecydowane. Pasowało do 

niego. 

 - Dziękuję - powiedziałem. - Przekażę to siostrze i dam panu znać. 

 Wychodząc i zamykając za sobą drzwi, obejrzałem się. Siedział za biurkiem i wlepiał we 

mnie zza szkieł nie mrugające niebieskie oczy. Nic nie dało się wyczytać z jego twarzy. 

 Wróciłem do biura od frontu i powiedziałem: 

  -   Dostałem   kosztorys.   Dziękuję   za   pomoc.   -   Już   się   odwracałem   do   wyjścia,   ale   się 

rozmyśliłem. - Ale, ale, nie wie pani, gdzie mógłbym znaleźć pana Tudora? - spytałem. 

 Dziewczyny, nie okazując zdziwienia moim pytaniem, odpowiedziały, że nie wiedzą. 

 - Marigold mogła by się dowiedzieć - powiedziała jedna z nich. - Poproszę ją. 

 Marigold, kończąc rozmowę, zgodziła się pomóc. Wcisnęła włącze. 

 - Do wszystkich. Czy któryś zabierał dziś pana Tudora? Odbiór. 

 Jakiś męski głos odpowiedział:

 - Zawiozłem go na stację dziś rano, Marigold. Wsiadł do pociągu do Londynu. 

 - Dziękuję, Mike - podziękowała Marigold. 

  - Ona ich wszystkich poznaje  po głosie - stwierdziła jedna z  dziewczyn z podziwem. - 

Nigdy jej nie muszą mówić numeru wozu. 

 - Czy wszystkie panie dobrze znają pana Tudora? - zapytałem. 

  -   Nigdy   go   nie   widziałam   na   oczy   -   odpowiedziała   jedna,   a   pozostałe   zgodnie   jej 

przytaknęły. 

  -   To   jeden   z   naszych   stałych   klientów.   Bierze   taksówkę,   kiedy  potrzebuje,   a   my 

zapisujemy.  Kierowca  mówi  Marigold,  dokąd  go wiezie.   Pan Tudor  ma  miesięczny  rachunek, 

podsumowujemy go i wysyłamy. 

 - A gdyby pan Tudor jeździł z miejsca na miejsce i kierowca nie zameldował Marigold? - 

spytałem tonem pogawędki. 

  -   Nie   byłby   taki   głupi.   Kierowcy   mają   prowizję   od  regularnych   klientów.   Zamiast 

napiwków, rozumie pan? Dodajemy do rachunku dziesięć procent, żeby stali klienci nie musieli co 

chwila dawać kierowcom napiwków. 

 - Dobry pomysł - przyznałem. - Wielu macie stałych? 

  - Mnóstwo - powiedziała jedna  z dziewczyn. - Ale pan Tudor to chyba nasz najlepszy 

klient. 

 - A ile macie taksówek?

background image

  - Trzydzieści jeden. Niektóre są, oczywiście, w garażu, w  naprawie, a czasem w zimie 

jeździ tylko połowa. Inne firmy to straszna konkurencja. 

 - Kto właściwie jest właścicielem firmy? - spytałem od niechcenia. 

 Odpowiedziały, że nie wiedzą i wcale je to nie obchodzi. 

 - Nie pan Fielder? 

  - O, nie - zaprzeczyła Marigold. - Nie sądzę. Jest chyba jakiś prezes, ale nigdy go  nie 

widziałyśmy. Pan Fielder nie może być aż taką figurą, bo czasem mnie zastępuje wieczorami i 

podczas weekendów, chociaż, oczywiście, przychodzi inna dziewczyna, kiedy ja mam dzień wolny. 

 Wyglądało na to, jakby nagle wszystkie sobie uświadomiły, że nie ma to nic wspólnego ze 

ślubem mojej siostry. Czas było wyjść i wyszedłem. 

  Stanąłem   na   chodniku   zastanawiając   się,   co   dalej.  Naprzeciwko,   po   drugiej   stronie 

szerokiej ulicy, była jakaś kawiarenka, a poza tym zbliżała się pora lunchu. Przeszedłem przez ulicę 

do kawiarenki. Śmierdziało  w niej kapustą, a ponieważ zjawiłem  się przed porą wzmożonego 

ruchu, znalazłem  wolny stolik pod oknem. Przez czyste siatkowe firanki kawiarni “Pod Starym 

Dębem” miałem dobry widok na biura Marconi-taxi. Na wszelki wypadek. 

  Tęga dziewczyna o rzadkich włosach wepchnęła mi przed nos menu. Przejrzałem je z 

przygnębieniem. Najprostsze  potrawy angielskiej kuchni  domowej. Zupa pomidorowa, smażony 

dorsz na parę sposobów, kiełbaski w cieście albo stek i pasztet z podrobów, a dalej pudding z łoju i 

krem   mleczny.   Wszystko   to   nie   brało   pod   uwagę   wagi   jeźdźca   amatora.   Poprosiłem   o   kawę. 

Dziewczyna stanowczo oznajmiła, że nie mogę dostać samej kawy w porze lunchu, potrzebne im 

stoliki.  Zaproponowałem,   że   zapłacę   za   cały   lunch,   bylebym   dostał   kawę,   i   przystała   na   to, 

wyraźnie biorąc mnie za wielkiego dziwaka. 

 Kawa, kiedy się pojawiła, była zaskakująco mocna i smaczna. Dostałem pierwsze parzenie, 

jak się zorientowałem, bezmyślnie wpatrując się w drzwi biura Marconi-taxi. Nikt interesujący nie 

wchodził ani nie wychodził. 

 Na piętrze, nad firmą Marconi, zapalał się i gasł wielki czerwony neon, prawie nieczytelny 

w dziennym  świetle. Popatrzyłem  na ten neon. Przez całą szerokość wąskiego budynku biegło 

nazwisko L.C. Perth. Biura Marconi-taxi miały nad swoją szeroką witryną własną nazwę, wypisaną 

jaskrawo żółtymi  literami na czarnym tle, a kiedy  spojrzałem w górę, zobaczyłem, że najwyższe 

piętro przyozdobione jest dużą granatową tablicą informującą białymi literami: Jenkins, Hurtownia 

kapeluszy. 

 W sumie całość była rzeczywiście pstra, mimo że nie całkiem tak, jak sobie zaplanował ten 

architekt z czasów regencji. Ujrzałem oczyma duszy, jak się przewraca w grobie z szybkością, od 

której skotłował mu się cały całun, i chyba się uśmiechnąłem, bo jakiś głos nagle zapytał: 

background image

 - Czyż to nie wandalizm? 

 Niepostrzeżenie, kiedy wyglądałem przez okno, przy moim stoliku usiadła pani w średnim 

wieku. Miała ponurą końską twarz bez makijażu, obrzydliwy brązowy kapelusz, który dodawał jej 

lat, i poważne spojrzenie. Kawiarnia zapełniała się i nie mogłem zachować stolika sam dla siebie. 

 - Rzeczywiście przerażające - zgodziłem się. 

  - To powinno być zakazane.  Wszystkie te stare domy w tej  dzielnicy pokawałkowali i 

zamienili   w   biura,   i   to   naprawdę   hańba,   jak   teraz   wyglądają.   Ja   należę   do   Grupy   Obrońców 

Architektury   -   wyznała   poważnie   -   i   przygotowujemy   petycję,   aby   nie   dać   ludziom   szpecić 

pięknych budynków okropnymi ogłoszeniami. 

 - Macie jakieś osiągnięcia? 

 - Wyglądała na przygnębioną. 

 - Nie za wiele, obawiam się. Ludziom chyba nie zależy, tak jak powinno. Czy pan uwierzy, 

że połowa mieszkańców Brighton nie wie, jak wygląda dom z czasów regencji, choć cały czas żyją 

wśród nich? Niech pan popatrzy na tamten rząd domów ze wszystkimi tymi tablicami i neonami. I 

na  ten neon - jej  głos  zadrżał  od uczucia.  - To już ostatnia  kropla.  Tkwi tu  dopiero od paru 

miesięcy. Składaliśmy petycję, żeby ich zmuszono do zdjęcia, ale nie chcą. 

  - To naprawdę bardzo zniechęcające - powiedziałem obserwując drzwi do  Marconi-taxi. 

Pojawiły się dwie maszynistki i gawędząc odeszły ulicą, a za nimi jeszcze dwie dziewczyny, jak 

przypuszczam, z wyższych pięter.

 Moja towarzyszka gawędziła między jedną a drugą łyżką zupy pomidorowej. 

  -   Nic   nie   możemy   wskórać   u   Pertha,   ponieważ   nie   chce   się   z   nami   spotkać   nikt 

odpowiedzialny, a urzędnicy mówią, że nie mogą zdjąć reklamy, bo nie należy do nich. Tylko że 

nie chcą nam powiedzieć, do kogo, żebyśmy się zwrócili do niego osobiście. - Stwierdziłem, że 

rozumiem   niechęć   niewidzialnego   szefa   Pertha   do   spotkania   się   na   ścieżce   wojennej   z   Grupą 

Obrońców Architektury. - Już i tak było źle, kiedy mieli nazwę wymalowaną wprost na oknach, ale 

neon... 

 Nareszcie zabrakło jej słów. 

 Wyszła na lunch Marigold. Za nią czterech mężczyzn. Nikt nie przychodził. 

 Wypiłem kawę, bez żalu rozstałem się z panią w średnim wieku i dałem na dzisiaj spokój. 

Wróciłem pociągiem do samochodu i pojechałem do Londynu. Po długim popołudniu spędzonym 

w   biurze   wyruszyłem   do   domu   pod  koniec   szczytowych   godzin   ruchu.  Zatrzymując   się   pod 

światłami i na objazdach zacząłem, dla  odmiany po sekretach Billa,  rozważać tajemnicę Joe'ego 

Nantwicha. 

 Zastanowiłem się nad jego wyczynami ze wstrzymywaniem koni, wrogością między nim a 

background image

Sandym Masonem, niełaską okazywaną mu przez Tudora i tajemniczymi,  przysyłanymi  mu na 

kartkach pogróżkami. Pomyślałem o stosunkach panujących w salce z wagą, skąd do szatni ma 

wstęp tylko obsługa, dżokeje i urzędnicy wyścigowi, a nigdy trenerzy ani właściciele koni. Nie ma 

tam w ogóle wstępu prasa ani publiczność. 

 Jeżeli wierzyć kartce “Bolingbrooke w tym tygodniu”, Joe musiał już ponieść karę, “w tym 

tygodniu” bowiem odnosiło się do zeszłego tygodnia. Doszedłem jednak do wniosku, że zobaczę 

go jutro w Bristolu żywego i w dobrym zdrowiu, nawet jeżeli nie będzie w najlepszym nastroju, 

ponieważ zanim dotarłem do domu, miałem już pewność, że mógłbym mu powiedzieć, kto te kartki 

pisał, tyle że nie wiedziałem, czy mu powiem. 

  Sen   w   zdumiewający   sposób  przynosi   odpowiedzi   na   zagadki.  W   środę   wieczorem 

poszedłem spać przekonany, że spędziłem w Brighton ranek na ogół bezowocny, ale w czwartek 

rano obudziłem się z pewnym nazwiskiem w głowie i ze świadomością, że już je widziałem i gdzie 

je widziałem. Zeszedłem w szlafroku na dół do biurka Billa i wyjąłem kwity wyścigowe, które 

odkładał dla Henry'ego. Przerzuciłem je i znalazłem to, czego szukałem. Na trzech z nich widniało 

nazwisko L.C. Perth. 

  Odwróciłem   je.   Na   odwrotnej   stronie   Bill   wypisał   ołówkiem   nazwę   konia,   wysokość 

zakładu   i   datę.   Zawsze   był   metodyczny.   Zabrałem   wwszystkie   kwity   do   swojego   pokoju   i 

przejrzałem gonitwy w programie. Przypomniałem sobie wiele urywków przypadkowych rozmów. 

I wiele mi się wyjaśniło. 

 Jednak za mało. Za mało. 

background image

 11

  W Bristolu lało, zimna, uporczywa i nieubłagana wilgoć pozbawiła wyścigi prawie całej 

przyjemności. 

 Kate napisała, że nie przyjedzie z powodu pogody, co było tak do niej niepodobne, że się 

zastanawiałem, jakich nacisków użyła ciocia Deb, żeby ją zatrzymać w domu. 

 Przy wadze mówiono głównie o Nantwichu. Komisja techniczna wszczęła dochodzenie w 

sprawie   jego   postępowania   podczas   ostatniego   biegu   w   dniu   wyścigu  z   przeszkodami   dla 

championów i według oficjalnego określenia “udzieliła mu upomnienia”. Powszechnie uważano, że 

doprawdy i tak miał wiele szczęścia, wywijając się tak tanim kosztem, zważywszy jego przeszłość. 

  Sam Joe był niemal równie  pewny siebie jak zawsze. Z  daleka nie widać było na jego 

okrągłej i różowej twarzy ani śladu lęku czy pijaństwa, które w Cheltenham sprawiły, że wyglądał 

jak nasiąkła alkoholem szmata. Słyszałem jednak, że miniony piątek, sobotę i większość niedzieli 

spędził w tureckiej łaźni, odchodząc od zmysłów ze strachu. Przez cały ten czas na zmianę to 

zalewał się jak głupi, to znów wypacał z siebie alkohol, zwierzał się obsłudze, że z nimi czuje się 

bezpieczny i nie chciał się ubrać i iść do domu. 

 - Źródłem tej historii i  autorem całego jej smaczku był Sandy, który, jak mówił, zaszedł 

właśnie do łaźni w niedzielę rano, żeby stracić parę funtów przed poniedziałkowym wyścigiem. 

 Natknąłem się na Joe'ego, kiedy czytał obwieszczenia. Gwizdał przez zęby. 

 - Cóż, Joe? - zapytałem. - Z czego się tak cieszysz? 

 - Ze wszystkiego. - Uśmiechnął się głupawo. Z bliska widoczne były ostre bruzdy wokół 

jego ust  i lekko przekrwione oczy,  ale  poza tym  te przeżycia  nie zostawiły na nim śladów. - 

Komisja mnie nie zawiesiła. A za przegraną w tamtym biegu dostałem forsę. 

 - Co?! 

 - Dostałem forsę. Wiesz, mówiłem ci. Ta paczka forsy. Przyszła dziś rano. STo funciaków. 

-   Wytrzeszczyłem   na   niego   oczy.   -   Przecież   zrobiłem,   co   mi   kazali,   no   nie?   -   dodał   z   miną 

skrzywdzonego. 

 - Chyba zrobiłeś - przyznałem mu rację bez przekonania. 

 - I jeszcze coś, te kartki z pogróżkami. Wykiwałem ich. Przez cały weekend siedziałem w 

tureckiej łaźni i nic mi tam nie mogli zrobić. Wyszedłem cało - stwierdził tryumfalnie, jak gdyby 

“w tym tygodniu”  nie można było zamienić na  “w przyszłym”.  Nie rozumiał też, że już został 

ukarany, że istnieją inne udręki poza fizycznymi. Przeżył cały tydzień w strasznym niepokoju i trzy 

dni w paraliżującym strachu, a zdawało mu się, że wyszedł z tego cało. 

 - Cieszę się, że tak myślisz - powiedziałem łagodnie. - Joe, powiedz mi jedno. Ten, kto do 

ciebie dzwoni, żeby ci powiedzieć, na którym koniu nie wolno ci wygrać... jaki ma głos? 

background image

 - Nie można poznać, kto to, nie po głosie. To może być każdy. Mówi po cichu i tak jakby z 

chrypą. Czasami prawie szeptem, jakby się bał, żeby ktoś nie podsłuchał. Ale co to ma do rzeczy? 

Niech sobie skrzeczy jak żaba, jeżeli o mnie chodzi, byle dostarczał premię. 

 - Chcesz powiedzieć, że nie wyjedziesz następnego konia, jak ci każe? 

 - Mogę. Albo i nie - potwierdził Joe, za późno zdając sobie sprawę, że za wiele powiedział. 

Spojrzał   na   mnie  przebiegle,   z   ukosa,   i   wycofał   się   do   szatni.   Miał   fantastyczne   zdolności 

regeneracyjne. 

 Niedaleko Pete i Dane omawiali swoje plany na dziś . Podszedłem do nich. Pete przeklinał 

pogodę,   twierdząc,   że   będziemy   mieli   zabawę   jak   diabli,   ale   że  Palindrom   mimo   wszystko 

powinien sobie dać radę. 

  - Wyjdź do przodu w połowie toru, a żaden cię nie dojdzie. To chabety.  O ile ja się 

orientuję, jesteś pewniakiem. 

  - Dobrze - odpowiedziałem automatycznie i przypomniałem sobie zaraz, krzywiąc się w 

duchu, że w Maidenhead pewniakiem był Admirał. 

 Dane zapytał, czy miło spędziłem czas u Kate, i nie odniosłem wrażenia, żeby się zbytnio 

ucieszył z mojej entuzjastycznej odpowiedzi. 

 - Przekleństwo na twoją głowę, jeżeli mi ją odbiłeś. - Udał srogi ton, ale miałem niemiłe 

wrażenie,   że   powiedział   to   serio.   Czy   przyjaźń   dwóch   mężczyzn   zakochanych   w   tej   samej 

dziewczynie może przetrwać? Nagle zwątpiłem w to, dojrzałem bowiem w znajomej, miłej twarzy 

przelotny błysk wrogości. Poczułem się tak zachwiany, jakby solidna skała przemieniła się pode 

mną w ruchomy piasek. I dosyć zmartwiony wszedłem do szatni szukając Sandy'ego. 

 Stał przy oknie i wyglądał przez kurtynę deszczu spływającą po szybie. Przebrał się już w 

barwy do pierwszej gonitwy i spoglądał w stronę padoku, po którym ociekający deszczem, okryci 

płaszczami nieprzemakalnymi chłopcy stajenni oprowadzali dwa nędznie wyglądające konie. 

  - Będą nam w tej stawce  potrzebne wycieraczki  na gogle -  zauważył  z niezmąconym 

dobrym humorem. - Kąpiel błotna gotowa. Cholera, i kaczka by straciła ochotę! 

 - Jak ci się podobało w łaźni tureckiej w niedzielę? - spytałem uśmiechając się.

 - O, to już słyszałeś? 

 - Chyba wszyscy słyszeli. 

 - W porządku. Dobrze tak temu skurwielowi - orzekł Sandy szeroko się uśmiechając. 

 - Skąd wiedziałeś, gdzie go znaleźć? 

 - Spytałem jego matkę... - Sandy urwał w pół słowa i oczy mu się rozszerzyły. 

 -Tak - powiedziałem. - To ty mu wysłałeś te pogróżki o Bolingbrooke'u. 

 - A co ci każe tak uważać? - zapytał Sandy dobrodusznie. 

background image

 - Lubisz takie kawały i nie lubisz Joe'ego - wyjaśniłem. - Pierwszą, jaką dostał, włożono 

mu do kieszeni kurtki, kiedy  wisiała w szatni w Plumpton, więc musiał ją włożyć dżokej albo 

służący, albo któryś z urzędników. Nie mógł to być bukmacher ani trener, ani właściciel, ani nikt z 

publiczności. Więc przyszło mi do głowy, że może ten, kto mu ją wetknął do kieszeni, to nie ten 

sam, co mu płaci za  wstrzymywanie koni. Co  najdziwniejsze, tamten wcale się nie zemścił. Ale 

zadałem sobie pytanie, kto jeszcze byłby zainteresowany w dręczeniu Joe'ego, i doszedłem do 

ciebie.   Wiedziałeś   przed   wyścigiem,   że   Joe   ma   nie   wygrać   na   Bolingrooke'u.   Kiedy   wygrał, 

powiedziałeś mu, że straciłeś kupę forsy i że zapłaci ci za to. I odegrałeś się, nawet wyśledziłeś, 

gdzie jest, żeby się nacieszyć jego nieszczęściem. 

 - Słodka jest zemsta, i tak dalej. No, przyłapałeś mnie - powiedział Sandy. - Choć pojęcia 

nie mam, skąd tyle wiesz. 

 - Większość powiedział mi Joe. 

 - Ale papla. Ten język któregoś dnia gotów go nieźle urzódzić. 

  -  To   prawda   -  potwierdziłem   myśląc   o   tym,   jak   nieostrożnie  Joe   opowiada   o  swoich 

sztuczkach z końmi i nagrodach za nie. 

 - Mówiłeś mu, że to ja mu wysyłałem te kartki? - zapytał Sandy, po raz pierwszy okazując 

niepokój. 

 - Nie. Nie mówiłem. To by tylko doprowadziło do nowych kłopotów. 

 - Dzięki i za to. 

  - A w zamian za tę małą przysługę, Sandy - powiedziałem - powiesz mi, skąd naprzód 

wiedziałeś, że Bolingbrooke ma nie wygrać? 

 Uśmiechnął się szeroko, kołysząc się spokojnie na piętach, ale nie odpowiedział. 

 - No, gadaj - ponagliłem go. Nie jest to za wysokie żądanie i twoja odpowiedź mogłaby mi 

nawet dostarczyć klucza do tej drugiej zagadki, dotyczącej Billa Davidsona. 

 Sandy potrząsnął głową. 

 - Nic ci to nie pomoże - stwierdził. - Sam Joe mi o tym powiedział. 

 - Co?! - wykrzyknąłem. 

  - Sam mi powiedział. W łazience, kiedy się przebieraliśmy przed biegiem. Wiesz, że on 

musi się puszyć. Chciał się pochwalić i ja byłem pod ręką, a poza tym wiedział, że i ja kiedyś parę 

razy nie wyjechałem konia. 

 - Co powiedział? 

 - Powiedział, że jeżeli chcę się nauczyć, jak wstrzymać konia, dobrze zrobię, przyglądając 

się jemu na Bolingbrooke'u. Ba, Sandy'emu więcej nie trzeba. Postawiłem pół setki na Leicę, bo jak 

liczyłem, ona powinna przyjść pierwsza, jeśli Bolingbrooke nie będzie próbował. I popatrz, co się 

background image

stało. Ten pętak stracił głowę i wziął Leicę o dwie długości. Byłbym  go zadusił. Pół setki to 

majątek, chłopie, jeżeli chodzi o mnie. 

 - Dlaczego czekałeś aż dziesięć dni, zanim mu dałeś tę pierwszą kartkę? 

 - Dopiero wtedy mi to przyszło do głowy - wyjaśnił szczerze. - Ale to była dobra zemsta, 

nie? O mały włos byliby mu zawiesili licencję w Cheltenham, a w weekend wypacał z siebie flaki i 

wrzeszczał z histerii. To wszystko zasługa niżej podpisanego. - Sandy promieniał. - Szkoda, żeś go 

nie widział w tej łaźni. Pijana skamląca szmata. Płakał i błagał mnie, żebym go krył. Ja! Kupa 

śmiechu. Mało mnie nie zemdliło, kiedy się powstrzymywałem od śmiechu. Zemściłem się jak 

cholera. 

 - I to ty go wypchnąłeś za bandę w Plumpton - powiedziałem. 

  - Nigdy w życiu - odparł z oburzeniem. On ci to mówił? Cholerny łgarz. Wypadł, sam 

widziałem. Jeszcze raz miałem zamiar napędzić mu stracha. - Rude włosy zjeżyły mu się, brązowe 

oczy rzucały iskry. Ale się uspokoił. - No, jeszcze coś wymyślę. Nie ma pośpiechu. Nie dam mu 

spokoju, mrówki w portkach, glisty w butach, takie rzeczy. Nieszkodliwe. - Sandy roześmiał się i 

dodał: - A skoro jesteś taki as detektywów, jak ci leci z tą drugą sprawą? 

 - Nie za szybko - odpowiedziałem. - Ale wiem dużo więcej niż tydzień temu, więc nie tracę 

nadziei. Nic takiego nie słyszałeś? 

 Pokręcił głową. 

 - Ani słychu. Ale chyba nie rezygnujesz? 

 - Nie - odpowiedziałem. 

 - No, to wszystkiego najlepszego w imię Brytanii - powiedział Sandy z uśmiechem. 

 Któryś z urzędników wetknął głowę przez drzwi. 

 - Dżokeje, proszę wychodzić - powiedział. 

 Był już prawie czas na pierwszą gonitwę. 

  Sandy włożył  kask i zawiązał rzemyki. Następnie wyjął sztuczne zęby,  dwa środkowe 

siekacze z górnej szczęki, zawinął je w chustkę i wetknął do kieszeni płaszcza wiszącego na kołku. 

Jak większość dżokejów i on nigdy nie jeździł w sztucznych zębach z obawy, że je zgubi albo 

nawet połknie w razie upadku. Pożegnał mnie szczerbatym uśmiechem na kształt salutu i dał nura 

w deszcz. 

  Padało też godzinę  później, kiedy wychodziłem,  żeby dosiąść Palindroma.  Na padoku 

czekał na mnie Pete. Woda leciała ciurkiem z ronda jego kapelusza. 

 - Cóż za przeklęty dzień! - powiedział. - Cieszę się, że to ty musisz się rozbierać i moknąć, 

nie ja. Najeździłem się do syta. Mam nadzieję, że jesteś dobrym pływakiem. 

 - Dlaczego? - spytałem, nie mając pojęcia, o czym mówi. 

background image

  - Jeżeli jesteś, będziesz umiał trzymać oczy otwarte pod wodą. - Podejrzewałem, że to 

jeszcze jeden z jego niezbyt  zręcznych dowcipów, ale mówił poważnie. Wskazał na gogle, które 

zawiesiłem sobie na szyi. - Zaczyna się od tego, że nie będą ci potrzebne. Przy tych fontannach 

błota, jakie lecą dziś spod kopyt, zalepi ci je, zanim przejedziesz jedną ósmą mili. 

 - To wtedy je zdejmę. 

 - Zdejmij je zaraz. Będą ci tylko zawadzały. 

 Zdjąłem więc gogle i kiedy przechylałem głowę, żeby zsunąć gumkę przez kask, dojrzałem 

kątem oka mężczyznę przechodzącego obok padoku. Z powodu deszczu niewielu stało tam ludzi, 

więc zobaczyłem go wyraźnie. 

  Był   to Bert,   ten,  który pilnował   konia  w  zatoczce  przy  Maidenhead  Thicket.  Jeden  z 

taksiarzy firmy Marconi. 

  Nie patrzył na mnie, ale jego widok był równie przyjemny jak wstrząs elektryczny. Był 

daleko od bazy. Mógł się zapuścić te sto czterdzieści mil wyłącznie dla przyjemności oglądania 

popołudniowych gonitw w tym deszczu. Albo i nie. 

 Spojrzałem, jak Palindrom brodzi powoli wokół padoku w nieprzemakalnej derce. 

 Pewniak. 

 Wstrząsnął mną dreszcz. 

 Zrozumiałem, że zrobiłem pewien postęp w poszukiwaniach tego, kto spowodował śmierć 

Billa,  nawet  jeżeli  on sam wciąż  pozostaje mi  tak  samo  nie znany.  Zlekceważyłem  dwa  jego 

poważne   ostrzeżenia   i   obawiam   się,   że   zostawiłem   dosyć   wyraźny   ślad,   żeby   dobrze   sobie 

uświadomił, że go ścigam. Bert nie jest sam w Bristolu, pomyślałem, mogłem też zakładać, że 

szykuje się trzecie ostrzeżenie. 

 Zdarza się, że człowiek nie potrzebuje nawet intuicji, i właśnie tak było teraz. Palindrom, 

pewniak. Tego, co się raz zrobiło, można spróbować po raz drugi, i gdzieś na chłostanym deszczem 

torze mógł czekać drugi kawał drutu. Bez żadnych logicznych przesłanek byłem tego pewien. 

  Za   późno,   żeby   się   wycofać   z   gonitwy.   Palindrom   był  zdecydowanym   faworytem   i 

najwyraźniej  w   najlepszej  formie.   Nie   kulał,   nie   miał   żadnych   pękniętych   naczyń,   żadnych 

objawów, na jakie wolno się powołać, żeby wycofać konia  w ostatniej chwili. A gdybym ja  się 

nagle rozchorował i nie mógł jechać, prędko by znaleziono innego dżokeja na moje miejsce. Nie 

mogłem  w swoich barwach wysyłać  nikogo innego, narażając  go na upadek przeznaczony dla 

mnie. 

 Gdybym wręcz bez żadnych wyjaśnień nie zgodził się na to, żeby Palindrom brał udział w 

tym biegu, odebrano by mi zezwolenie na jazdę i byłby to koniec mojej kariery wyścigowej. 

  Gdybym   powiedział   komisji  technicznej:   -   “Ktoś   chce   strącić   Palindroma   za   pomocą 

background image

drutu”,  pewnie mogliby wysłać kogoś z obsłufi na tor, na inspekcję  przeszkód. Ale nic by nie 

znalazł. Miałem całkowitą pewność, że jeśli drut zostanie przeciągnięty, stanie się to,  tak jak w 

przypadku Billa, w ostatniej chwili. 

 Jeżeli wezmę udział w gonitwie, ale przez cały czas będę Palindroma trzymał z tyłu, drutu 

mogą wcale nie założyć. Ale coś mnie ścisnęło w sercu, kiedy spojrzałem na twarze dżokejów, 

którzy już wrócili z toru i przypomniałem sobie, w  jakim stanie wracali z poprzednich gonitw. 

Twarze  oblepiało im błoto niczym gruba  ospa koloru khaki, swetry mieli  mokre i zabłocone do 

tego stopnia, że prawie nie można było rozróżnić barw z odległości paru kroków, nie mówiąc już o 

odległości, jaka dzieli jedną przeszkodę od drugiej. Moje własne barwy, kawowo-kremowe, będą 

szczególnie niewyraźne. Człowiek z drutem nie będzie wiedział na pewno, czyj koń prowadzi, 

będzie jednak oczekiwał, że to ja, i odpowiednio postąpi. 

  Spojrzałem   na   innych   dżokejów   na   padoku.   Niechętnie   zdejmowali   nieprzemakalne 

płaszcze   i   dosiadali   koni.   Było   ich   około   dziesięciu.   Wszystko   to   ludzie,  którzy   wiele   mnie 

nauczyli,  przyjęli do swego grona i dali poczucie koleżeństwa, które sprawiało mi niemal tyle 

radości co sama jazda. Gdybym pozwolił, aby zamiast mnie któryś z nich się rozbił, nie mógłbym 

im już spojrzeć w oczy. 

 Wszystko na nic. Będę musiał wyjść na Palindromie na prowadzenie licząc na szczęście. 

Przypomniałem   sobie,   co   powiedziała   Kate:  “Jeżeli   trzeba   coś   zrobić,   do   licha   z 

niebezpieczeństwem”.

  Do licha z niebezpieczeństwem. Ostatecznie co dzień mogę spaść i bez pomocy drutu. 

Jeżeli spadnę dzisiaj, z jego pomocą, to trudno. Nie ma na to rady. Ale mogę się mylić, może nie 

być żadnego drutu. 

 - O co chodzi? - spytał Pete. - Wyglądasz, jakbyś zobaczył ducha. 

 - Wszystko w porządku - powiedziałem zdejmując płaszcz. Palindrom stał przy mnie, więc 

go   poklepałem   podziwiając   jego   wspaniały,   inteligentny   łeb.   Od   tej   chwili   moim   głównym 

zmartwieniem było, żeby przynajmniej on wyszedł z najbliższych dziesięciu minut bez szwanku. 

 Wskoczyłem mu na grzbiet, spojrzałem z góry na Pete'a i powiedziałem: 

  - Jeżeli Palindrom w tej gonitwie upadnie, proszę cię, zadzwoń do inspektora Lodge'a z 

posterunku w Maidenhead i powiedz mu o tym. 

 - Co, u licha... 

 Obiecaj. 

  - W porządku. Ale nie rozumiem. Możesz mu sam powiedzieć, jak chcesz, ale tak czy 

owak nie spadniesz. 

 - Nie, może nie. 

background image

  - Czekam na ciebie wśród zwycięzców - powiedział i trzepnął Palindroma w zad, kiedy 

ruszaliśmy. 

 Wiało nam deszczem w twarz, kiedy stanęliśmy na starcie przed trybunami, mając przed 

sobą dwa okrążenia toru. Taśma poszła w górę i ruszyliśmy. 

 Dwa lub trzy konie przeskoczyły pierwszą przeszkodę przede mną, ale potem wyszedłem z 

Palindromem na prowadzenie i tak już zostaliśmy. Był u szczytu formy, galopował i skakał gładko 

jak najlepszy koń przeszkodowy. Każdego innego dnia poczucie jego siły pod sobą sprawiałoby mi 

niewypowiedzianą rozkosz. Dziś ledwie ją zauważyłem. 

 Pamiętając upadek Billa, rozglądałem się, czy za przeszkodą przed nadjeżdżającymi końmi 

nie przechodzi torowy. Będzie rozwijał drut, podnosił go, przyczepiał... Miałem zamiar, kiedy to 

zobaczę, skłonić Palindroma, żeby się za wcześnie poderwał, żeby solidnie rąbnął w drut piersią, 

kiedy już będzie schodził w dół. W ten sposób może mu się uda zerwać albo ściągnąć drut i 

utrzymać   się   na   nogach.   A   jeżeli  spadniemy,   przynajmniej   nie  będzie   to   salto   mortale   jak   w 

przypadku Admirała. Ale łatwiej jest planować niż wykonać, toteż wątpiłem, czy zdołam takiego 

urodzonego skoczka jak Palindrom skłonić, żeby się odbił o jeden krótki krok za wcześnie. 

 Dokończyliśmy pierwsze okrążenie bez wypadku, chlupocząc po namokłym torze. Około 

mili od startu, w najdalszym końcu toru usłyszałem tuż za sobą chlapanie kopyt i obejrzałem się 

przez ramię. Większość stawki szła zbitą grupą gdzieś z tyłu, dwa konie jednak ścigały mnie z 

uporem i podchodziły już prawie na wysokość zadu Palindroma. 

  Poderwałem  go  i zareagował  natychmiast,  powiększyliśmy   też  dystans   między  sobą  a 

pogonią do mniej więcej pięciu długości. 

 Przez tor nie przeszedł żaden torowy. 

 Nie zobaczyłem żadnego drutu. 

 Ale i tak Palindrom zaczepił. 

  Nie   byłby   to   taki  niebezpieczny   upadek,   gdyby   nie  konie   za   mną.   Poczułem,   jak 

Palindroma   mocno   szarpnęło   za   nogi,   kiedy   byliśmy   nad   ostatnią   przeszkodą   w   głębi   toru,   i 

wyrzuciło   mnie   jak   z   katapulty,   walnąłem   ramieniem   o   ziemię   kilka   jardów   dalej.   Zanim   się 

odtoczyłem,   tamte   konie   już   brały   przeszkodę.   Gdyby   tylko   mogły,   wyminęłyby   człowieka 

leżącego   na   ziemi,   ale   tym  razem,   jak   mi   potem   powiedziano,   musiały   uskoczyć   przed 

Palindromem, który dźwigał się na nogi, i ja znalazłem się na ich drodze. 

 Przewaliły się przeze mnie w galopie. Jede n kopnął mnie w głowę i kask pękł tak fatalnie, 

że spadł. Nastąpiło sześć sekund chaosu, kiedy pod miażdżącymi  uderzeniami nie mogłem ani 

myśleć, ani się poruszyć, tylko czułem ból. 

 Kiedy było po wszystkim, leżałem na mokrej ziemi bezwładny i coraz bardziej zdrętwiały, 

background image

niezdolny wstać ani się poruszyć. Leżałem na wznak, nogami w stronę przeszkody. Deszcz padał 

mi na twarz i ściekał po włosach, a jego krople na powiekach wydawały się tak ciężkie, że kiedy 

otwierałem oczy, było to jak podnoszenie ciężarów. Przez szparkę między  pokrytymi  kroplami 

deszczu rzęsami dojrzałem przy przeszkodzie mężŃczyznę. 

 Nie śpieszył mi na pomoc. Bardzo szybko zwijał długi drut, zaczynając od zewnętrznej i 

posuwając się ku wewnętrznej stronie toru. Kiedy znalazł się przy wewnętrznym słupku, wsunął 

rękę do kieszeni nieprzemakalnego płaszcza, wydobył jakieś narzędzie i odciął drut w miejscu, 

gdzie był przymocowany, osiemnaście cali nad przeszkodą. Tym razem nie zapomniał nożyc do 

cięcia drutu. Skończył, założył zwój drutu na ramię i odwrócił się do mnie. 

 Poznałem go. 

 Był to kierowca przyczepy do przewozu koni. 

  Wszystko stawało się bezbarwne. Świat wydał mi się szary, jak nie do końca wywołany 

film. Zielona trawa była szara, twarz tego kierowcy szara...

 Potem zobaczyłem, że jeszcze ktoś jest przy przeszkodzie i że idzie w moją stronę. I jego 

też poznałem, ale nie był to taksówkarz. Tak się ucieszyłem, że nadchodzi pomoc i obroni mnie 

przed kierowcą, że omal nie rozpłakałem się z poczucia ulgi. Próbowałem mu powiedzieć, żeby 

spojrzał na drut, żebym tym razem miał świadka, ale słowa się nie wydostawały, pozostały w mojej 

głowie. Gardło i język odmówiły posłuszeństwa. 

 Podszedł, zatrzymał się przy mnie i pochylił. Próbowałem się uśmiechnąć i przywitać go, 

ale nie drgnął mi żaden mięsień. Wyprostował się. 

 Powiedział przez ramię do kierowcy: 

 - Zamroczyło go. 

 Odwrócił się znów w moją stronę. 

 - Ty wścibski skurwielu - dodał i kopnął mnie. Usłyszałem trzask w żebrach i poczułem w 

boku palące ukłucie. - Może to cię nauczy pilnować własnego nosa. - Kopnął mnie jeszcze raz. Mój 

szary   świat   pociemniał.   Byłem   prawie   nieprzytomny,   ale  nawet   w   tej   okropnej   chwili  umysł 

częściowo pracował dalej i zrozumiałem, dlaczego torowy nie przeszedł przez tor z drutem. Nie 

potrzebował. On i jego wspólnik stanęli na torze i rozciągnęli drut między sobą. 

 Zobaczyłem, że zamierza się nogą po raz trzeci. W głowie miałem chaos i zdawało się, że 

trwa to całe godziny, zanim noga zbliżyła się do moich oczu, rosnąc i rosnąc, aż nie widziałem już 

nic poza nią. 

 Kopnął mnie w twarz i zgasłem jak świeczka. 

background image

 12

  Najpierw powrócił słuch. Stało się to nagle, jak gdyby ktoś nacisnął wyłącznik. Jeszcze 

przed chwilą przez wir poczwarnych snów, które musiały się chyba kłębić w mojej głowie od 

dawna, nie przenikało nic, a już w następnej leżałem w martwej ciemności, ale do moich uszu 

każdy dźwięk docierał ostro i wyraźnie. 

 Jakaś kobieta powiedziała: 

 - Wciąż jest nieprzytomny. 

 Chciałem sprostować, że to nieprawda, ale nie mogłem. 

 Odgłosy dochodziły nadal. Świsty, szelesty, łoskoty, szmer oddalonych głosów, dudnienie i 

pobrzękiwanie wody w rurach starych przewodów kanalizacyjnych. Słuchałem, ale bez wielkiego 

zainteresowania. 

  Po   jakiMś   czasie   zrozumiałem,   że   leżę   na   plecach.   Ręce   i   nogi,   kiedy   je   sobie 

uświadomiłem,  miałem  ciężkie  jak ołów i bolały mnie  uporczywie,  a całe  tony ciążyły  mi  na 

powiekach. 

  Zastanowiłem  się, gdzie jestem. Potem zastanowiłem  się, kim jestem. Nie pamiętałem 

zupełnie nic. Wydało mi się to za trudne, więc usnąłem. 

 Kiedy się drugi raz obudziłem, ciężar z powiek zniknął. Otworzyłem je i stwierdziłem, że 

leżę w półmroku w jakimś pokoju, którego niewyraźne zarysy wyłaniały się powoli. W jednym 

kącie była  umywalka, stół nakryty białym  obrusem, fotel z drewnianymi  poręczami, na prawo 

okno, a naprzeciwko mnie drzwi. Nagi, funkcjonalny pokój. 

  Drzwi się otworzyły  i weszła pielęgniarka.  Spojrzała na mnie  z miłym  zdziwieniem  i 

uśmiechnęła się. Miała ładne zęby. 

 - Hej, tam - powiedziała. - Więc w końcu się pan ocknął. Jak się pan czuje? 

 - Świetnie - odpowiedziałem, ale wyszło mi to szeptem, a w każdym razie nie było ścisłą 

prawdą. 

 - Wygodnie panu? - spytała biorąc mnie za rękę, żeby zmierzyć puls. 

 - Nie - przyznałem, już dłużej nie udając. 

 - Pójdę powiedzieć doktorowi Mitchamowi, że się pan obudził, przypuszczam, że przyjdzie 

pana zobaczyć. Zaczeka pan sokojnie parę minut? 

 Zapisała coś na tabliczce leżącej na stole, jeszcze raz obdarzyła mnie jasnym uśmiechem i 

z szelestem wymknęła się za drzwi. 

 Więc byłem w szpitalu. Ale wciąż nie miałem pojęcia, co się stało. Zastanawiałem się, czy 

nie przeszedł po mnie walec. Albo stado słoni. 

 Dr Mitcham, kiedy przyszedł, miał te tajemnice rozwiać tylko w połowie. 

background image

 - Dlaczego tu jestem? - zapytałem ochrypłym szeptem. 

 - Spadł pan z konia. 

 - Kim jestem? 

  W odpowiedzi  na to pytanie  zabębnił  po zębach  końcem ołówka i przez parę sekund 

przyglądał mi się poważnie. Był młodym człowiekiem o łagodnych rysach  twarzy, jedwabistych, 

jasnych, już przerzedzonych włosach i bystrych, inteligentnych, jasnoniebieskich oczach. 

  - Wolałbym, żeby pan sobie sam przypomniał. Wkrótce pan to zrobi. Jestem pewnien. 

Niech się pan nie martwi. Proszę się tylko odprężyć, a pamięć wróci. Nie wszystko od razu, tego 

niech pan  nie oczekuje, ale pomału  przypomni pan sobie wszystko, z  wyjątkiem może samego 

upadku. 

 - A co mi właściwie jest? - spytałem. 

 - Utrata pamięci spowodowana jest wstrząsem. A co do reszty - objął mnie spojrzeniem od 

stóp do głowy - ma pan złamany obojczyk, dwa żebra pęknięte i liczne inne urazy. 

 - Dzięki Bogu, nic poważnego - wyskrzeczałem. 

 Otworzył usta i spazmatycznie złapał oddech, po czym wybuchnął śmiechem. Powiedział: 

 - Tak, nic poważnego. Wy wszyscy jesteście tacy sami. Zwariowańcy. 

 - Jacy wszyscy? 

  -   Nieważne,   wkrótce   pan   sobie   przypomni   -   powtórzył.   -   Teraz   niech   pan   się   trochę 

prześpi, jeśli pan może, a gdy się pan obudzi, z pewnością zrozumie pan dużo więcej. 

  Posłuchałem jego rady, zamknąłem oczy i odpłynąłem w sen. Przyśnił mi się zachrypły 

głos wydobywający się ze środka  wazy z czerwono-żółtymi krokusami i szepczący pogróżki, aż 

chciałem krzyczeć  i uciekać, a wtedy zdałem sobie sprawę, że to mój  własny głos szepcze, a 

krokusy   rozwiały   się   w   obraz   ciemnozielonej   dżungli   z   przelatującymi   w   cieniu   szkarłatnymi 

ptakami. Potem wydało mi się, że jestem gdzieś bardzo wysoko, patrzę na ziemię i wychylam się 

coraz dalej, a wreszcie spadam, a tym razem to, co powiedziałem, było całkiem sensowne. 

 - Spadłem z drzewa. 

 Wiedziałem, że zdarzyło się to w dzieciństwie. 

 Ktoś obok mnie coś wykrzyknął. Otworzyłem oczy. U stóp łóżka stał dr Mitcham. 

 - Jakiego drzewa? - spytał. 

  - W dżungli - odpowiedziałem. - Uderzyłem się w głowę, a kiedy się ocknąłem, klęczał 

przy mnie ojciec. 

 Znów ktoś krzyknął po mojej prawej ręce. Odwróciłem głowę i popatrzyłem, kto to. 

 Siedział tam, opalony, w dobrej formie, dystyngowany i jak na swoje czterdzieści sześć lat 

wciąż młodzieńczy. 

background image

 - Hej - powiedziałem. 

 - Wie pan, kto to jest? - zapytał dr Mitcham. 

 - Mój ojciec. 

 - A jak się pan nazywa? 

 - Alan York - powiedziałem od razu i jednym skokiem wróciła mi pamięć. Przypomniałem 

sobie  wszystko od poranka, kiedy  jechałem na wyścigi w Bristolu. Pamiętałem, jak wyruszałem, 

ale wszystko, co nastąpiło potem, nadal było pustką. 

 - Skąd się tu wziąłeś? - spytałem ojca. 

  - Przyleciałem samolotem. Zadzwoniła pani Davidson i powiedziała, że miałeś upadek i 

leżysz w szpitalu. Pomyślałem, że lepiej rzucę na ciebie okiem. 

 - Jak długo... - zacząłem powoli. 

 - Jak długo był pan nieprzytomny? - spytał dr Mitcham. - Teraz jest niedziela rano. Dwa i 

poół dnia. Nie tak źle, jeśli się weźmie pod uwagę uderzenie, jakie pan zainkasował. Zachowałem 

pana kask, żeby pan sam zobaczył. - Otworzył jakąś szafkę i wyjął skorupę, która niewątpliwie 

uratowała mi życie. Rozłupany był prawie na dwoje. 

 - Będzie mi potrzebny nowy - stwierdziłem. 

 - Zwariowańcy. Wszyscy zupełni wariaci - powiedział dr Mitcham. 

 Tym razem zrozumiałem, co miał na myśli. Uśmiechnąłem się, ale wyszło mi to krzywo, 

odkryłem   bowiem,   że   połowę   twarzy   mam   spuchniętą,   a   także   sztywną   i   obolałą.   Zacząłem 

podnosić lewą rękę, żeby zbadać szkody, ale zanim podniosłem ją na sześć cali, rozmyśliłem się 

wskutek nagłego bólu, jaki ten ruch wywołał w ramieniu. Mimo ciasnych bandaży, ściągających mi 

ramiona do tyłu, usłyszałem i poczułem, jak zgrzytają o siebie końce złamanego obojczyka. 

  Jak   gdyby   wszystkie   czekały   na   sygnał,   każdy   z   osobna   otępiały  ból   w   moim 

sponiewieranym   ciele  ożył   wściekłym   pulsowaniem.   Głęboko   nabrałem   powietrza   i   popękane 

żebra natychmiast ostro się przeciw temu zbuntowały. Nie był to miły moment. 

 Zamknąłem oczy. Ojciec zapytał z niepokojem: 

 - Nic mu nie jest? 

 A dr Mitcham odpowiedział: 

 - Nic, niech się pan nie martwi. Myślę raczej, że złamania dały mu o sobie znać. Zaraz mu 

dam coś uśmierzającego. 

 - Jutro wstaję - zapowiedziałem. - Bywałem już poturbowany i miałem już kiedyś złamany 

obojczyk. To nie trwa długo. 

 Ale dodałem już na własny użytek, że dopóki to trwało, było wysoce niemiłe. 

 - Na pewno jutro pan nie wstanie - powiedział głos dr. Mitchama. - Zostanie pan tu, gdzie 

background image

pan jest, przez tydzień, żeby dać szansę temu wstrząsowi. 

 - Nie mogę przez tydzień leżeć w łóżku - zaprotestowałem. - Byłbym słabszy od muchy, 

kiedy wstanę a jadę na Admirale w Liverpoolu. 

 - Kiedy to jest? - spytał podejrzliwie dr Mitcham. 

 - Dwudziestego czwartego marca. 

 Zapadło krótkie milczenie, kiedy sobie to obliczali. 

 - To już od czwartku za tydzień - powiedział ojciec. 

 - Może pan to sobie wybić z głowy - surowo oznajmił dr Mitcham. 

 - Obiecaj mi - poprosił ojciec. 

 Otworzyłem oczy i spojrzałem na niego, a kiedy zobaczyłem malujący się na jego twarzy 

niepokój,   po   raz   pierwszy   w  życiu   zrozumiałem,   ile   dla   niego   znaczę.   Byłem   jego   jedynym 

dzieckiem i przez dziesięć lat po śmierci matki wychowywał mnie sam, nie zlecając tego po kolei 

różnym gospodyniom, szkołom z  internatami i wychowawcom, jak  by zrobił niejeden zamożny 

człowiek. Poświęcał czas zabawom ze mną, uczył mnie, żeby mieć pewność, że jako nastolatek 

będę umiał żyć szczęśLiwie i pożytecznie mimo ciężaru  wielkiej forsy. SAm mnie  nauczył, jak 

stawiać czoło różnym niebezpieczeństwom, a jednak zrozumiałem, że musiał pomyśleć, że jeśli się 

uprę zaczynać od razu od startu w Liverpoolu, przedwcześnie i jeszcze nie w formie, zaryzykuję 

więcej, niż mam prawo. 

  - Obiecuję - przyrzekłem. - Nie pojadę do Liverpoolu w tym miesiącu. Ale potem będę 

dalej jeździł. 

  -   W   porządku.   Umowa   stoi.   -   Odprężył   się,   uśmiechnął   i   wstał.   -   Wrócę   jeszcze   po 

południu. 

 - Gdzie się zatrzymałeś? Gdzie jesteśmy teraz? 

 - To jest szpital w Bristolu, a ja się zatrzymałem u pani Davidson. 

 - Czy to się stało na wyścigach w Bristolu? Na Palindromie? - Ojciec skinął głową. - Jak 

Palindrom? Nic mu nie jest? W jaki sposób upadł? 

  - Nic, wyszedł cało - powiedział. - Wrócił do stajni Gregory'ego. Nikt nie widział, jak 

upadł i dlaczego, z powodu tej ulewy. Gregory mówił, że miałeś przeczucie, że spadniesz, i prosił 

mnie, żebym ci powiedział, że zrobił, o co go prosiłeś. 

  - Nic z tego nie pamiętam i nie wiem, o co go prosiłem - westchnąłem. - To strasznie 

irytujące. 

  Dr   Mitcham   z  ojcem   wyszli   i  zostawili   mnie   głowiącego   się   nad  tą   luką   w   pamięci. 

Doznałem złudnego uczucia, że przez parę sekund wiem o jakimś bardzo ważnym fakcie, ale mimo 

całego wysiłku pamięci moje świadome życie kończyło się na drodze do Bristolu i zaczynało od 

background image

nowa w szpitalu w Bristolu. 

 Reszta dnia upłynęła powoli i żałośnie, przy każdym ruchu odzywał się cały chór protestu 

we wszystkich sponiewieranych  mięśniach i nerwach. Zdarzyło mi się już być kopniętym przez 

konia, ale nigdy w tylu  miejscach naraz, i wiedziałem, choć nie mogłem tego zobaczyć, że ciało 

mam   na   pewno   pokryte  wielkimi,   zaognionymi  purpurowymi   plamami,   które   się   rozszerzają, 

czernieją   i   na   koniec   żółkną,   w   miarę   jak   rozprowadza   je   krew.   Wiedziałem,   że   moja   twarz 

wygląda równie tęczowo i niewątpliwie mam pięknie podbite sińcami oczy. 

  Pigułki,  jakie dr Mitcham przysłał  przez  pielęgniarkę  z ładnymi  zębami,  nie zmieniły 

sytuacji aż tak, jakbym sobie życzył, leżałem więc z zamkniętymi oczami i udawałem, że unoszę 

się   w   słońcu   na   morzu,   a   moje   trzeszczące   kości   i   pulsująca   głowa   łagodnie   się   kołyszą. 

Uzupełniłem  ten  obraz dodając mewy i  białe  obłoczki,  i dzieci  chlapiące  się na płyciznach,  i 

pomagał za każdym razem, dopóki się znów nie poruszyłem. 

 Późnym wieczorem ból głowy się wzmógł i zacząłem co chwilę zapadać w niesamowite, 

niespokojne sny, w których mi się wydawało, że jakieś olbrzymie ciężary wyrywają mi ręce i nogi, 

i obudziłem się mokry od potu poruszając palcami rąk i nóg w przerażeniu, że ich nie mam, a kiedy 

tylko dotykałem nimi prześcieradeł i ogarniało mnie uczucie ulgi, znów od początku wpadałem w 

te same koszmary. Cykl krótkich przebudzeń i długich snów powtarzał się bez końca, aż straciłem 

już pewność, co jest rzeczywistością, a co nie. 

 Spędzona w ten sposób noc była tak wyczerpująca, że kiedy rano wszedł do pokoju doktor 

Mitcham, błagałem, by mnie upewnił, że nadal mam ręce i nogi. Bez słowa odchylił pościel, mocno 

schwycił mnie za stopy i podniósł je na parę cali, żebym sam się mógł przekonać. Podniosłem ręce 

i popatrzyłem na nie, po czym splotłem palce na brzuchu; poczułem się zupełnym idiotą, że tak 

strasznie się bałem bez powodu. 

 - Nie trzeba się wstydzić - powiedział doktor. - Trudno oczekiwać, żeby pana mózg działał 

bez zarzutu, kiedy tak długo był pan nieprzytomny. Zapewniam pana, że nie ma pan  urazów, o 

jakich bym nie wiedział. Żadnych urazów wewnątrznych, nic panu nie brakuje. Za trzy tygodnie 

będzie pan jak nowy. - Jego poważne jasnoniebieskie oczy wzbudzały zaufanie. - Tylko - dodał - 

będzie pan miał szramę na twarzy. Zszywaliśmy rozcięcie na lewym policzku. 

  Ponieważ   i   przedtem   właściwie   nie   byłem   przystojny,   nie   zmartwiło   mnie   to. 

Podziękowałem mu za wyrozumiałość, a on z powrotem naciągnął na mnie prześcieradło i koce. 

Łagodna twarz nagle mu się rozjaśniła figlarnym uśmiechem i powiedział: 

 - A wczoraj pan mi mówił, że nic poważnego panu nie jest i że jutro wstaje pan z łóżka, 

jeżeli dobrze pamiętam?

 - Do licha z panem - odparowałem słabym głosem. - Jutro wstaję. 

background image

 W końcu, zanim podniosłem się na nogi, był czwartek, a wróciłem do domu Scilli w sobotę 

rano, bardziej rozchwiany, niż chciałbym przyznać, ale i tak w dobrym nastroju. Przyjechał po 

mnie  ojciec,   który  jeszcze  tam  był,  choć   zamierzał   wracać   do  Afryki   na  początku   przyszłego 

tygodnia. 

 Scilli i Polly aż wydłużyły się buzie i wsparły mnie współczującymi uwagami, kiedy się 

dźwigałem z jaguara w tempie cztery razy wolniejszym niż zawsze. Ostrożnie wspiąłem się  na 

frontowe schodki. Ale mały Henry obrzucił mnie wszystkowidzącym spojrzeniem i ogarniając nim 

moją sino-żółtą twarz i podłużną, świeżo zagojoną szramę na policzku zapytał na powitanie: 

 - I jak się miewa straszny potwór z międzygwiezdnych przestrzeni? 

 - Pożera małe dzieci - odpowiedziałem, a Henry uśmiechnął się z zachwytem. 

  O siódmej wieczorem, zaraz jak dzieci poszły na górę spać, zadzwoniła Kate. Scilla z 

ojcem postanowili przynieść z piwnicy trochę wina i zostawili mnie w bawialni samego, żebym z 

nią porozmawiał. 

 - Jak tam rany? - zapytała. 

 - Goją się pięknie - odpowiedziałem. - Dziękuję ci za list i za kwiaty. 

 - Kwiaty to był pomysł wuja George'a - wyjaśniła. - Mówiłam mu, że to zanadto będzie 

wyglądało na pogrzeb, jeżeli ci poślemy kwiaty, a on to uznał za takie zabawne, że mało się nie 

udławił   ze   śmiechu.   Prawdę   mówiąc,   mnie   się   to   nie   wydało   takie   śmieszne,   kiedy   się 

dowiedziałam od pani Davidson, że niewiele brakowało, a byłby to twój pogrzeb. 

  - Wcale  nie było  tak źle. Scilla  przesadziła.  Ale niezależnie  od tego, czy to był  twój 

pomysł, czy wuja George'a, i tak dziękuję za kwiaty. 

 - Lilie chyba powinnam była posłać, a nie tulipany - zażartowała Kate. 

  -   Na   drugi   raz   możesz   przysłać   lilie   -   powiedziałem,   z   przyjemnością   słuchając   jej 

nieśpiesznego, miłego głosu. 

 - Wielkie nieba, więc będzie jeszcze drugi raz? 

 - Na pewno - odpowiedziałem radośnie. 

 - No, dobrze - powiedziała Kate. - Z góry złożę zamówienie w Interflorze na lilie. 

 - Kocham cię, Kate. 

  - Muszę przyznać  - powiedziała  szczęśliwym  głosem - że miło  słuchać,  jak ludzie to 

mówią. 

 - Ludzie? Kto jeszcze ci to powiedział? I kiedy? - spytałem bojąc się najgorszego. 

 - No... - odpowiedziała po króciutkiej przerwie - prawdę mówiąc, Dane. 

 - Och. 

  - Nie  bądź  zazdrosny.   A  Dane  wcale  nie  jest  lepszy od  ciebie.  Ciska  błyskawice  jak 

background image

burzowa chmura, kiedy słyszy twoje imię. Obaj jesteście dziecinni. 

 - Tak, proszę pani - odpowiedziałem. - Kiedy cię znów zobaczę? 

  Ustaliliśmy   datę   lunchu   w   Londynie   i   zanim   odłożyłem   słuchawkę,   jeszcze   raz 

powiedziałem jej, że ją kocham. Już i ja miałem odkładać słuchawkę, kiedy w niej usłyszałem 

najzupełniej nieoczekiwany dźwięk. 

 Chichot. Szybko stłumiony, ale zupełnie wyraźny chichot. 

 Wiedziałem, że się rozłączyła, ale powiedziałem do głuchego mikrofonu: 

  -   Nie   rozłączaj   się   jeszcze   przez   chwilę,   Kate...   chcę   ci   coś   przeczytać...   z   gazety. 

Chwileczkę, tylko ją znajdę. 

 Odłożyłem słuchawkę na stolik, ostrożnie wyszedłem z bawialni, wszedłem na górę i do 

pokoju Scilli. 

 Zastałem tu winowajców, stali psotną grupką przy drugim aparacie. Henry ze słuchawką 

przyciśniętą do ucha, Polly z głową przy jego głowie, a  William wpatrzony w nich  poważnie, z 

otwartymi ustami. Wszyscy byli w pidżamach i szlafroczkach. 

 - I jak wam się zdaje, co tu robicie? - zapytałem surowo. 

  - O  mamo   - powiedział  Henry,   upuszczając   słuchawkę  na łóżko,  jak  gdyby  nagle  go 

sparzyła. 

 - Alan! - wybąkała Polly mocno się czerwieniąc. 

 - Jak długo słuchaliście? - zapytałem groźnie. 

 - Właściwie od samego początku - wyjaśniła bezwstydnie Polly. 

 - Henry zawsze słucha - powiedział William, dumny z brata. 

 - Zamknij się - rozkazał Henry. 

 - Małe potwory - powiedziałem. 

 William zrobił urażoną minę. Powtórzył: 

 - Ale Henry zawsze słucha. Podsłuchuje wszystkich. Sprawdza, i to przecież dobrze. Henry 

cały czas sprawdza, prawda, Henry? 

 - Zamknij się, William - rozkazał Henry, czerwieniąc się, wściekły. 

 - Więc Henry sprawdza, tak? - powtórzyłem z gniewną miną. Henry wytrzymał mój wzrok. 

Choć przyłapany na gorącym uczynku, niczego najwidoczniej nie żałował. 

  Podszedłem   do   nich,   ale   homilia   na   temat   świętości   prywatnych   tajemnic,   jaką 

zamierzałem wygłosić, nagle uleciała mi z głowy. Powstrzymałem się po namyśle. 

 - Henry, od jak dawna podsłuchujesz rozmowy telefoniczne? - zapytałem łagodnie. 

 Spojrzał na mnie ostrożnie. Wreszcie odpowiedział: 

 - Już od jakiegoś czasu. 

background image

 - Dni, tygodni, miesięcy? 

 - Od wieków - powiedziała Polly, znów odzyskując odwagę, nie wyglądało już bowiem na 

to, że się na nich gniewam. 

 - Podsłuchiwałeś kiedyś ojca? 

 - Tak, często - przyznał Henry. 

  Zamilkłem,   wpatrując   się  badawczo   w   tego   dzielnego,  inteligentnego   chłopca.   Miał 

dopiero osiem lat, ale jeżeli znał odpowiedź na to, o co go chciałem zapytać, zrozumiałby jej 

znaczenie i przeraziłoby go ono do końca życia. Nie rezygnowałem jednak. 

  -   Może   kiedyś   przypadkiem   słyszałeś,   że   rozmawiał   z   mężczyzną   o   takim   głosie?   - 

Zniżyłem głos do zachrypniętego szeptu i powiedziałem: - Czy mówię z majorem Davidsonem? 

 - TAk - odpowiedział Henry bez wahania. 

 - Kiedy? - spytałem, starając się nie okazać podniecenia, jakie mnie ogarnęło. Byłem teraz 

pewien, że podsłuchał rozmowę, opowiedzianą przez Billa Pete'owi jako żartobliwą, której Pete nie 

zapamiętał. 

 - Słyszałem ten głos, jak ostatni raz podsłuchiwałem tatusia - stwierdził rzeczowo Henry. 

 - A czy pamiętasz, co ten głos mówił? 

 Zmuszałem się, żeby mówić powoli i łagodnie. 

  - O, tak. To był żart. To było na dwa dni przedtem, kiedy tatuś zginął - odpowiedział 

Henry, wcale nie przygnębiony. - Właśnie szliśmy spać, jak dziś. Zadzwonił telefon, a ja zakradłem 

się tutaj i  podsłuchałem jak zwykle. Ten pan ze śmiesznym głosem zapytał:  “Czy jedzie pan na 

Admirale w  sobotę, panie majorze?”, a tatuś odpowiedział, że tak. - Henry zamilkł. Czekałem 

modląc się, żeby sobie przypomniał. 

 Podniusł oczy w skupieniu i mówił dalej: 

  - Wtedy ten pan ze śmiesznym głosem powiedział:  “Nie wygra pan na Admirale, panie 

majorze”. Tatuś tylko się roześmiał, a ten pan powiedział: “Jak pan obieca, że nie wygra, zapłacę 

panu pięćset funtów”. I tatuś powiedział: “Idź pan do diabła”, a ja mało nie parsknąłem, bo tatuś 

zawsze mi zakazywał tak mówić. Wtedy ten pan szeptem powiedział, że nie chce, żeby tata wygrał, 

i że Admirał upadnie, jak się tata nie zgodzi przegrać, a tata mu powiedział: “Chyba pan oszalał”. I 

zaraz odłożył słuchawkę, a ja pobiegłem do swojego pokoju, na wypadek gdyby miał wejść na górę 

i przyłapać mnie, że podsłuchuję. 

 - Mówiłeś o tym ojcu? - spytałem. 

 - Nie - wyznał szczerze Henry. - Na tym właśnie polega podsłuchiwanie. Trzeba strasznie 

uważać, żeby nie wiedzieć za dużo. 

 - Tak, chyba rozumiem - powiedziałem starając się nie uśmiechnąć. 

background image

  I zaraz zobaczyłem błysk w  oczach Henry'ego, kiedy lepiej  do niego dotarło znaczenie 

tego, co podsłuchał. Zapytał zająkując się: 

 - Więc to wcale nie był żart? 

 - Nie, nie był. 

  - Ale ten pan przecież tak nie zrobił, żeby Admirał upadł. Nie mógł przecież... prawda? 

Prawda? - powtarzał rozpaczliwie, oczekując ode mnie potwierdzenia. Oczy miał szeroko otwarte i 

zaczynał sobie zdawać sprawę, że podsłuchał człowieka, który spowodował śmierć ojca. Mimo że 

pewnego dnia miał  się dowiedzieć  o tym  kawałku drutu, nie sądziłem,  że powinienem  mu to 

powiedzieć w tej chwili. 

 - Naprawdę nie wiem. Nie przypuszczam - spokojnie skłamałem. Ale szeroko otwarte oczy 

Henry'ego spoglądały na mnie ślepo, jakby się wpatrywał w jakiś niewidoczny koszmar. 

  - O co chodzi? - spytała  Polly. - Nie rozumiem, czym  Henry tak się przejmuje. Tylko 

dlatego,   że   ktoś   powiedział   tatusiowi,   że   nie   chce,   żeby   wygrał?   To   nie   powód,   żeby   Henry 

dostawał drgawek. 

 - Czy on zawsze tak dobrze pamięta, co kto mówi? - spytałem Polly. - To już miesiąc, jak 

tatuś nie żyje. 

 - Myślę, że tatuś i ten pan powiedzieli jeszcze mnóstwo rzeczy, o których Henry zapomniał 

- zauważyła rosądnie Polly - ale on nie zmyśla. 

 I ja wiedziałem, że to prawda. Henry był prawdomównym dzieckiem. 

 Dodał kamiennym tonem:

 - Nie wiem, jak mógł to zrobić. 

 Ucieszyłem się przynajmniej z tego, że Henry podchodzi do swojego odkrycia praktycznie, 

nie   emocjonalnie.   Może   ostatecznie   nie   wyrządziłem   mu   wielkiej   krzywdy,   zmuszając   go   do 

zrozumienia, co usłyszał i zlekceważył. 

 - Idź do łóżka i nie martw się tym, Henry - powiedziałem podając mu rękę. Przyjął ją i, co 

było przeciwne jego naturze, trzymał się jej przez całą drogę przez podest i do sypialni. 

 

background image

 13

  Kiedy   na   drugi   dzień   rano   ubierałem   się   w   żółwim   tempie,   przy   drzwiach   na   dole 

zadzwonił  dzwonek i zaraz przyszła na górę Joan, żeby mi powiedzieć, że chciałby się ze mną 

widzieć inspektor Lodge. 

  - Powiedz mu, proszę, że zejdę na dół najszybciej, jak zdołam - rzekłem szarpiąc się z 

wkładaniem   koszuli   na   gruby   usztywniający   bandaż.   Zapiąłem   większość   guzików,   ale 

stwierdziłem, że krawat nie jest mi potrzebny. 

  Plaster na żebrach uciskał i łaskotał mnie straszliwie, głowa bolała, w wielu miejscach 

miałem   jeszcze   obolałe   siniaki,   źle   spałem   i   w   ogóle   czułem   się  podle.   Trzy   aspiryny,   które 

połknąłem zamiast śniadania, jeszcze nie zaczęły działać. 

  Wziąłem   skarpetki,   spróbowałem   się   schylić,   żeby   je   włożyć   jedną   sprawną   ręką, 

przekonałem   się,   że   stopy   straszliwie   się   ode   mnie   oddaliły,   i   w   napadzie   furii   cisnąłem 

skarpetkami przez pokój. Dzień wcześniej w szpitalu pomogła mi się ubrać pielęgniarka z ładnymi 

zębami. Dziś nie pozwoliła mi poprosić o to ojca moja własna przekora. 

  Nie pomógł mi też ani trochę widok własnej, nie ogolonej, pokrytej  żółtymi  plamami 

twarzy w lustrze. “Straszny potwór z międzygwiezdnej przestrzeni” Henry'ego wcale nie był taką 

wielką przesadą. Marzyłem o tym, żeby się podrapać w świeżo zagojoną szramę na policzku i ulżyć 

swędzeniu. 

  Włączyłem  elektryczną maszynkę do golenia i z grubsza się ogoliłem, prowizorycznie 

wyszczotkowałem włosy, bose stopy wsunąłem w ranne pantofle, jedną rękę wsadziłem w kurtkę 

jeździecką, na drugie ramię tylko ją narzuciłem i chwiejnie poczłapałem na dół. 

 Twarz Lodge'a przedstawiała ciekawy widok, kiedy mnie zobaczył. 

 - Jak się pan będzie ze mnie śmiał, nie odpowiadam za siebie - powiedziałem. - Dosunę 

panu za tydzień. 

 - Nie śmieję się - powiedział Lodge. Nozdrza wściekle mu drgały, kiedy z całych sił starał 

się zachować poważny wyraz twarzy. 

 - To nic śmiesznego - oświadczyłem z naciskiem. 

 - Racja. 

 Spojrzałem na niego spode łba. 

  Ojciec,   zanurzony   w   fotelu  przy   kominku,   zerkając   na  mnie   znad   niedzielnej   gazety, 

powiedział: 

 - Mówisz tak, jakbyś potrzebował kieliszka czystej brandy. 

 - Dopiero pół do jedenastej - odpowiedziałem obrażony. 

 - Nagłe wypadki zdarzają się o każdej porze - orzekł ojciec wstając. - A ten mi wygląda na 

background image

poważny. - Otworzył kredensik w rogu, w którym Scilla trzymała parę butelek i szklanki, napełnił 

szklaneczkę w jednej trzeciej brandy i chlapnął trochę wody sodowej. Wybrzydzałem, że to za 

mocne, za wcześnie i niepotrzebnie. 

 Ojciec wręczył mi szklaneczkę. 

 - Wypij i nie gadaj - powiedział. 

 Wściekły, pociągnąłem spory łyk. Brandy była mocna i paląca i zadrapała mnie w gardle. 

Drugim łykiem przepłukałem zęby, tak że ledwie rozcieńczony płyn zaszczypał mnie w dziąsła, a 

kiedy go połknąłem, poczułem, jak ciepło spływa do pustego żołądka. 

 - Jadłeś śniadanie? - spytał ojciec. 

 - Nie. 

  Wypiłem jeszcze jeden, już mniejszy łyk. Brandy działała szybko. Zły humor zaczął ze 

mnie wyparowywać i w parę minut poczułem się dość dobrze. Lodge i ojciec przyglądali mi się w 

napięciu, jakbym był zwierzęciem doświadczalnym reagującym na jakiś eksperyment. 

 - No, niech wam będzie - powiedziałem zrzędliwie. - Czuję się lepiej. 

 Wyjąłem ze srebrnej szkatułki na stole papierosa i zapaliłem, zauważyłem też, że świeci 

słońce. 

 - W porządku. 

 Ojciec usiadł z powrotem. 

  - Okazało się, że z Lodge'em już się poznali czekając na mnie, i Lodge mu powiedział, 

między innymi, o moich  przygodach w przyczepie do przewozu koni za Maidenhead,  szczegół, 

który pominąłem w swoich listach. Uznałem to za zdradę najniższego rodzaju i nie taiłem swoich 

uczuć. Z kolei ja im opowiedziałem, jak razem z Kate odszukaliśmy tę przyczepę i że ta linia 

śledztwa prowadzi w ślepą uliczkę. 

 Przeniosłem papierosa i szklaneczkę przez pokój i usiadłem na parapecie okna, w słońcu. 

Scilla była w ogrodzie, ścinała kwiaty. Pomachałem jej ręką. 

  Lodge, dziś nie w mundurze,  lecz w szarych flanelowych  spodniach, cienkiej wełnianej 

koszuli i sportowej marynarce,  otworzył teczkę, która leżała na stole, i wydobył jakieś papiery. 

Usiadł przy stole i rozłożył je przed sobą. Powiedział: 

  -   Pan   Gregory   zadzwonił   do  mnie   na   posterunek   drugiego   dnia  po   pańskim   upadku, 

rankiem, i powiedział mi o nim. 

 - Po cóż, u licha, to zrobił? - spytałem. 

  -   Pan   go   o   to   prosił   -   wyjaśnił.   Zawahał   się   i   ciągnął   dalej:   -   Dowiedziałem   się   od 

pańskiego ojca, że pańska pamięć ucierpiała. 

 - Tak. Teraz już przypomniałem sobie większą część tego dnia w  Bristolu, ale nadal nie 

background image

pamiętam, jak wyszedłem od wagi, żeby dosiąść Palindroma, ani wyścigu, ani niczego. 

 Ostatnim obrazem, jaki zanotowała moja pamięć, był Sandy wychodzący na deszcz. 

 - Dlaczego prosiłem Pete'a, żeby panu powiedział o upadku? 

 - Poprosił go pan o to przed gonitwą. Najwidoczniej myślał pan, że może pan spaść. Toteż 

nieoficjalnie sprawdziłem ten pański upadek. - Nagle uśmiechnął się. - Zabiera mi pan ostatnio cały 

mój wolny czas, a dziś mam naprawdę dzień wolny.  Doprawdy, nie wiem, dlaczego  zawracam 

sobie panem głowę! 

  Posądzałem go jednak o to, że  praca detektywa jest jego  nałogiem, tak jak alkohol jest 

nałogiem pijaka. Po prostu musiał coś robić. 

 - Pojechałem do stajni Gregory'ego i rzuciłem okiem na Palindroma - ciągnął dalej. - Ma 

wyraźną wąską szramę z przodu na tych dwóch wypukłościach...

 - Na piersi - mruknąłem. 

 - ...no, na piersi. I pozwolę panu raz zgadnąć, co go skaleczyło. 

 - Och, nie - powiedziałem, domyślając się, ale nie wierząc. 

  - Sprawdziłem torowych przy przeszkodach - mówił. - Jeden z nich był nowy i żaden z 

pozostałych go nie znał. Podał, że się nazywa Thomas Butler i że mieszka pod adresem, który nie 

istnieje, na ochotnika też podjął się stanąć przy przeszkodzie najbardziej oddalonej od trybun, gdzie 

pan spadł. Chętnie przyjęli tę ofertę ze względu na deszcz i oddalenie od bukmacherów. To samo 

co w Maidenhead. Z tym  wyjątkiem, że ten Butler normalnie podjął wypłatę. Potem skłoniłem 

dyrektora toru, żeby mi pozwolił obejrzeć przeszkodę i na każdym słupku na wysokości sześciu 

stóp i sześciu cali od ziemi znalazłem rowek. 

 Zapadło krótkie milczenie. 

 - No, no, no - powiedziałem bez wyrazu. - Wygląda na to, że miałem więcej szczęścia niż 

Bill. 

 - Wolałbym, żeby pan coś na ten temat pamiętał... cokolwiek. Dlaczego pan podejrzewał, 

że może pan spaść? 

 - Nie wiem. 

  - To było coś, co się stało, kiedy pan stał na padoku i czekał, żeby wsiąść na konia - 

pochylił  się do przodu, w napięciu wlepiając mi czarne  oczy w twarz,  pragnąc pobudzić moją 

ociężałą pamięć. Ale nic sobie nie przypominałem i wciąż czułem się od stóp do głowy znużony. 

Koncentracja stanowiła zbyt duży wysiłek. 

 Wyjrzałem na spokojny wiosenny ogród. Scilla trzymała całą naręcz forsycji, żółte kwiaty 

złociły się na tle jej granatowej sukni. 

 - Nic sobie nie przypominam - wyznałem tępo. - Może to wróci, gdy głowa przestanie mnie 

background image

boleć. Lodge westchnął i wyprostował się na swoim twardym krześle. 

  - Przypuszczam  - powiedział  trochę rozczarowany - że pan pamięta  przynajmniej,  jak 

prosił mnie pan z Brighton, żebym dowiedział się czegoś dla pana? 

 - Tak, to pamiętam. I jak się panu powiodło? 

 - Nie za dobrze. Zdaje się, że nikt nie wie, kto jest naprawdę właścicielem firmy Marconi-

taxi. Zaraz po wojnie przejął ją pewien businessman o nazwisku Clifford Tudor... 

 - Co? - zapytałem ze zdumieniem. 

 - Clifford Tudor, przyzwoity mieszkaniec Brighton, poddany brytyjski. Zna go pan? 

 - Tak - przyznałem. - Jest właścicielem kilku koni wyścigowych. 

 Lodge wyjął jakiś papier z teczki. 

 - Clifford Tudor, urodzony jako Khroupista Thasos w Trikkala, w Grecji. Naturalizowany 

w   tysiąc   dziewięćset   trzydziestym   dziewiątym   w   wieku   lat   dwudziestu   pięciu.   Zaczynał   jako 

kucharz, ale dzięki wrodzonym zdolnościom do interesów w tym samym roku dorobił się własnej 

restauracji. Sprzedał ją z dużym zyskiem po wojnie, przeniósł się do Brighton i prawie za nic kupił 

stare przedsiębiorstwo taksówkowe, podupadłe wskutek ograniczeń wojennych i braków benzyny. 

Cztery lata temu sprzedał taksówki, znów z zyskiem, i zainwestował pieniądze w hotel “Pavilion 

Plaza”. Nieżonaty. 

 Oparłem głowę o okno i czekałem, aż te szczegóły nabiorą jakiegoś znaczenia, doczekałem 

się jednak tylko tego, że myślenie przychodziło mi z coraz większym trudem. 

 Lodge ciągnął dalej:

 - Firmę taksówkową nabyły od Tudora osoby podstawione, i tu się zaczynają niejasności. 

Tytuł własności tyle razy przechodził z jednych rąk do drugich, głównie za pośrednictwem osób 

podstawionych, do których nie  sposób dotrzeć, że nikt nie wie, kto jest obecnym właścicielem. 

Wszystkie sprawy załatwia pan Fielder, kierownik. Mówi, że konsultuje się telefonicznie z osobą, 

którą nazywa “prezesem”. I ten “prezes” sam dzwoni do niego co rano, nigdy odwrotnie. Powiada, 

że prezes nazywa się Claud Thiveridge, ale nie zna jego adresu ani numeru telefonu. 

 - Wygląda to na bardzo śliski interes - zauważył ojciec. 

  -   I   taki   jest   -   potwierdził  Lodge.   -   W   spisach   wyborczych  nie   ma   żadnego   Clauda 

Thiveridge,   nie   ma   go   też   w   żadnym   innym   urzędowym   spisie,   włączając   spis   abonentów 

telefonicznych w całym hrabstwie  Kent, Surrey czy Sussex. Centrala telefoniczna jest  pewna, że 

nie łączy z biurem żadnych zamiejscowych telefonów  punktualnie co rano, a jednak te telefony 

przez ostatnie cztery  lata stały się regułą. Ponieważ telefony muszą być miejscowe, wydaje się 

prawie pewne, że ten dżentelmen nie nazywa się naprawdę Claud Thiveridge. 

 Potarł kark dłonią i popatrzył na mnie stanowczo. 

background image

 - Pan wie o wiele więcej, niż mi pan powiedział, z amnezją czy bez. Kawa na ławę, niech 

pan mówi wszystko jak dobry kolega. 

 - Nie powiedział mi pan, co policja z Brighton sądzi o Marconi-taxi - przypomniałem mu. 

 Lodge zawahał się. 

 - No, powiedziałbym, że jest to dla nich trochę drażliwy temat. Zdaje się, że mieli kilka 

skarg, ale nie za wiele dowodów, które by się ostały w sądzie. To, co panu teraz powiedziałem, jest 

wynikiem ich dochodzeń z ostatnich paru lat. 

 - Nie wydaje się - wtrącił ojciec - żeby zrobili zbyt widoczne postępy. No, Alan, powiedz 

nam, co się dzieje. 

 Lodge zwrócił głowę w jego stronę ze zdumieniem. Ojciec uśmiechnął się. 

  - Mój syn to drugie wcielenie  Sherlocka Holmesa, nie wiedział pan? Kiedy wyjechał do 

Anglii, musiałem zatrudnić detektywa do całej tej pracy, którą on zwykle wykonywał w związku ze 

sprzeniewierzeniami i oszustwami. Jak to określił jeden z moich wyższych urzędników, Alan ma 

niezawodnego nosa do oszustów. 

 - Niezawodny nos pana Alana przestał działać - stwierdziłem z przygnębieniem. W pobliżu 

słońca zbierały się chmury, a plecy Scilli znikały za żywopłotem z makrokarpy przy kuchennych 

drzwiach. 

  - Nie doprowadzaj mnie do  szału, Alan - powiedział ojciec. - Rzuć trochę światła na tę 

sprawę. 

  - No, zgoda. - Zdusiłem  papierosa, zacząłem  się już drapać  w  policzek  i  trzeba  było 

wielkiego wysiłku woli, żeby odsunąć palce od szramy. Swędziała dalej. 

 - Wielu rzeczy nie wiem - powiedziałem - ale ogólny sens tego wszystkiego jest taki: firma 

Marconi przez ostatnie cztery lata zajmuje się ściąganiem haraczu za tak zwaną ochronę, gnębiąc 

małe firmy jak kawiarenki i prywatne bary. Parę lat temu dzięki stanowczości pewnego obywatela, 

mojego gospodarza z “Błękitnej Kaczki”, ochroniarze trafili na przeszkody. Poszczuł ich psem, ot 

co. - I opowiedziałem zafascynowanemu ojcu i osłupiałemu Lodge'owi o tym, czego razem z Kate 

dowiedzieliśmy się w kuchni “Błękitnej Kaczki”, pod uważnym spojrzeniem żółtych oczu Księcia. 

 - Emerytowany starszy sierżant tak poważnie zagroził lewym dochodom gangu Marconi - 

ciągnąłem - że gang praktycznie przestał działać. Oficjalny interes też nie szedł kwitnąco podczas 

zimy, według słów maszynistek pracujących u nich w biurze. O tej porze roku, jak sądzę, za wiele 

jest  taksówek  w  Brighton   jak  na  liczbę  klientów.  Tak   czy  owak,  zdaje  mi   się,  że  szef  firmy 

Marconi,   ten   prezes,  pański   tajemniczy   Claud   Thiveridge,   zabrał   się   do   ratowania   majątku 

zakładając   filię   w   innej   dziedzinie   przestępczości.   Myślę,   że   kupił   tę   podupadłą   firmę 

bukmacherską piętro wyżej, nad Marconi-taxi, w tym samym budynku. 

background image

  Prawie   poczułem   zapach   kapusty  z   kawiarni   “Pod   Starym   Dębem”,  kiedy   ją   sobie 

przypomniałem. 

  -   Pewna   poważna   dama   powiedziała   mi,   że   mniej   więcej   pół   roku   temu   kantor 

bukmacherów przejęła jakaś nowa firma, tylko nazwisko pozostało to samo, L.C. Perth, wypisane 

na neonie. Bardzo się denerwowała, że umieścili ten kiczowaty neon na perle architektury, i ona 

razem ze swoim budowlanym towarzystwem, którego nazwy nie pamiętam, próbowali przemówić 

do rozsądku nowym właścicielom, żeby zdjęli to, co właśnie założyli. Ale nie mogli dojść, kto jest 

nowym właścicielem. Za wiele to jak na przypadek: dwie firmy, obie podejrzane, jedna nad drugą, 

i obie bez właściciela, którego by można odszukać i zobaczyć. To musi być jedna i ta sama osoba. 

 - To się nie zgadza i nie widzę w tym sensu - powiedział ojciec. 

  -   Poczekaj   chwilkę   -   uspokoiłem   go.   -   Bill   zginął,   ponieważ   nie   chciał   przeszkodzić 

koniowi w wygranej. Wiem, że jego śmierć nie musiała być zamierzona. Ale zastosowano wobec 

niego presję. Ochrypły głos powiedział mu przez telefon, że ma nie wygrać.  Henry, starszy syn 

Billa, ośmiolatek... - wytłumaczyłem Lodge'owi - ...ma zwyczaj podsłuchiwać rozmowy z drugiego 

aparatu na górze i słyszał każde słowo. Na dwa dni przed śmiercią Billa, mówi Henry, ten głos 

zaproponował   mu   pięćset   funtów,   żeby   nie   dał   koniowi   wygrać,   a   kiedy   Bill   skwitował   to 

śmiechem, ten głos mu powiedział, że nie wygra, bo koń będzie miał upadek. 

  Przerwałem,   ale   ani   Lodge,   ani  ojciec   nic   nie   mówili.  Przełknąłem   resztę   brandy   i 

ciągnąłem dalej: 

 - Jest taki dżokej, nazywa się Joe Nantwich, który przez ostatnie pół roku, odkąd firma L. 

C. Perth zmieniła właściciela, regularnie przyjmował sto funtów, a czasem więcej, za wstrzymanie 

konia. Joe dostaje polecenia przez telefon od zachrypniętego faceta, którego w życiu nie widział. 

 Lodge poruszył się na swoim twardym, dobrowolnie wybranym krześle. 

 Mówiłem dalej: 

  -   Na   mnie,   jak   pan   wie,   napadli   kierowcy   z   Marconi-taxi,  a   parę   dni   później   ten 

zachrypnięty zadzwonił i radził mi nie lekceważyć  ostrzeżenia z tej przyczepy.  Nie trzeba być 

Sherlockiem Holmesem, by  zauważyć, że te machlojki na wyścigach i gang ochronny to robota 

tego samego człowieka. - Urwałem. 

 - No, to już dokończ - powiedział ojciec. 

  - Jedyną osobą, jaka zaproponuje dżokejowi większą sumę za przegranie wyścigu, jest 

nieuczciwy bukmacher. Jeżeli taki wie, że koń o dużych szansach nie wygra, może bez ryzyka 

przyjąć na tego konia kupę forsy. 

 - Dokładniej, proszę - powiedział Lodge. 

  - Normalnie bukmacherzy tak  się starają zbilansować swoje rachunki, żeby zawsze coś 

background image

zyskać, niezależnie od tego, który koń wygra - tłumaczyłem. - Jeżeli za wielu ludzi chce stawiać na 

jednego konia, przyjmują zakłady, ale obstawiają tego konia u innego bukmachera. Wtedy, jeżeli 

ten   koń   wygrywa,   inkasują   wygraną   od   tego   drugiego   i   wypłacają  klientom.   To   powszechnie 

stosowany   system   znany   jako   “pokrycie”.   Teraz   przypuśćmy,   że  pan   jest   nieuczciwym 

bukmacherem  i   Joe   Nantwich   ma   pojechać   na   obiecującym   koniu.   Płaci   pan   Joe'emu,   żeby 

przegrał. I wtedy, niezależnie od tego, jak wielkie przyjmie pan zakłady na tego konia, nie obstawia 

go pan u innych, bo pan wie, że nie będzie pan musiał nic wypłacać. 

  -   Zdawałoby   się,   że   sto   funtów   to   więcej,   niż   to   warte   -   powiedział   Lodge   -   bo 

bukmacherzy i tak zwykle zarabiają. 

  - Pański znajomy nie  zadowalał  się legalnymi  zyskami  z taksówek - przypomniał  mu 

ojciec. 

 Westchnąłem i przesunąłem zdrętwiałe ramiona, żeby je oprzeć o framugę okna. 

 - Oczywiście na tym się to nie kończy - tłumaczyłem dalej. - Jeżeli bukmacher wie, że nie 

będzie miał za jakiegoś konia wypłat, może przyjmować na niego większe zakłady. Nie aż tyle, 

żeby to było podejrzane, ale dosyć, by zyskać kupę ekstraklientów. O punkt więcej, niżby oferował 

kto inny, powiedzmy jedenaście do dziesięciu, kiedy kto inny daje najwyżej pięć do dwóch. Nie 

uważa pan, że forsa mu się posypie jak z rogu obfitości? 

 Wstałem i podszedłem do drzwi, mówiąc: 

 - Coś panu pokażę. 

 Schody wydały mi się bardziej strome niż zawsze. Poszedłem do swojego pokoju. Wziąłem 

program wyścigowy i zwitek kwitów, po czym poczłapałem z powrotem do bawialni. Rozłożyłem 

kwity na stole przed Lodge'em, zbliżył się też ojciec, żeby na nie spojrzeć. 

 - To - powiedziałem - są kwity, które Bill zachował do zabawy dla swoich dzieci. Trzy, jak 

pan widzi, wydał L.C. Perth, a wszystkie pozostałe należą do innych firm, każdy do innej. Bill był 

człowiekiem metodycznym. Na odwrocie każdego kwitu zapisał datę, szczegóły o swoim zakładzie 

i  nazwę  konia,  na  jakiego   postawił.   Miał  zwyczaj  wyszukiwać   w  Tatersallu  najlepsze  konie  i 

stawiał gotówkę zamiast grać na kredyt u Tote Investors albo u któregoś  z bukmacherów przy 

barierze. To są - dodałem na użytek Lodge'a, widać było bowiem, jak już układa usta do pytania - 

bukmacherzy,   którzy   stoją   wzdłuż   bariery   między   stanowiskami  Tattersallu   i   klubowymi   i 

przyjmują zakłady członków klubu i innych znajomych osób. Przysyłają rozliczenia co tydzień, za 

wygrane   i   przegrane.   Bill   nie   grał   wysoko   i   uważał,   że   stawianie   na   kredyt   nie   jest   tak 

podniecające. 

 Lodge odwrócił na drugą stronę trzy kwity Pertha. 

  Widniało  na nich wyraźnie  pełne zawijasów pismo  Billa.  Podniosłem pierwszy kwit i 

background image

przeczytałem na głos:

  - “Peripatetic 7 listopada.  Dziesięć funtów, jedenaście do dziesięciu”. Miał więc szanse 

wygrania za swoje pieniódze jedenastu funtów. 

 Wyjąłem szczegółowy program wyścigów i odszukałem 7 listopada. 

 - Peripatetic - powiedziałem - przegrał tego dnia wyścig z przeszkodami na dwie mile w 

Sondown o cztery długości. Jechał dżokej Joe Nantwich. Szanse na wygraną były jak jedenaście do 

dziesięciu, czyli trzeba było postawić jedenaście funtów, żeby wygrać dziesięć, a wcześniej tylko 

jedenaście do ośmiu. L.C. Perth musiał mieć cholerny utarg przy jedenastu do dziesięciu, kiedy koń 

przegrał. 

 Wziąłem drugi kwit i odczytałem: 

 - “Sackbut 10 października. Pięć funtów, sześć do jednego”. - Otworzyłem program na ten 

dzień. - Sackbut zajął w Newbury dalsze miejsce i dosiadał go Joe Nantwich. Najwyższa stawka 

wynosiła pięć do jednego, a w momencie startu siedem do dwóch. 

 Odłożyłem kwit na Sackbuta na stół i odczytałem trzeci kwit nie biorąc go do ręki: 

  - “Malabar 2 grudnia. Osiem  funtów, piętnaście do ośmiu. - Położyłem program obok 

kwitu i otworzyłem go na 2 grudnia. - Malabar przyszedł czwarty w Birmingham. Dosiadał go Joe 

Nantwich. Stawka startowa wynosiła sześć do czterech. 

 Lodge i ojciec w milczeniu porównali dane programu z kwitem. 

  - Sprawdziłem tak samo  wszystkie inne kwity -  powiedziałem. - Oczywiście skoro Bill 

zachował kwity, to znaczy, że wszystkie konie przegrały. Ale tylko na jednego z nich miał większe 

szanse wygrać, niżby się przypuszczało. Nie dosiadał go Joe i nie sądzę, żeby to miało znaczenie, 

ponieważ to był outsider i ceniono go na sto do sześciu. 

  - Wolałbym, żeby bractwo wyścigowe posługiwało się wyraźniejszymi przelicznikami - 

użalił się Lodge. 

 - Nie słyszał pan - zapytałem - jak pewnien sprytny hazardzista uczył synka liczyć? Jeden, 

sześć do czterech, dwa...

 Lodge roześmiał się, w kącikach jego ciemnych oczu powstały zmarszczki. 

 - Będę sobie musiał zanotować te liczby z kwitów Pertha obok danych z programu i sam 

dojść, jak to jest - powiedział odkręcając pióro i zabierając się do ego zadania. 

 Ojciec usiadł przy nim i przyglądał się, jak ta wiele znacząca lista się rozrasta. Wróciłem 

na okno i czekałem. 

 Niedługo Lodge powiedział: 

 - Teraz widzę, dlaczego ojcu brakuje pana jako wykrywacza oszustw. 

 Włożył pióro z powrotem do kieszeni. 

background image

 Uśmiechnąłem się i powiedziałem: 

  - Jeżeli chce pan zobaczyć  naprawdę rażące oszustwo, powinien pan przejrzeć w tym 

programie wyścigi irlandzkie. Fantastyczne. 

 - Nie dziś. To mi całkiem wystarczy na początek - oświadczył Lodge, pocierając twarz ręką 

i ściskając się palcami za nos. 

  -   Jeśli   o   mnie   chodzi,   pozostaje   już   tylko,   żebyś   nam  powiedział,   kto   to   wszystko 

organizuje   -   powiedział   ojciec   z   przymieszką   kpiny,   którą   na  podstawie   wieloletniego 

doświadczenia zinterpretowałem jako pochwałę. 

 - Tego, drogi tato, obawiam się, że nie mogę zrobić. 

 Ale Lodge zapytał poważnie: 

 - Czy może to być ktoś, kogo pan poznał na wyścigach? To musi być człowiek związany z 

wyścigami. Co pan powie na Pertha, tego bukmachera? 

  - Możliwe. Nie znam go. Oczywiście naprawdę nie nazywałby się Perth. To nazwisko 

sprzedano razem z firmą. Postawię u niego następnym razem, jak będę na wyścigach, i zobaczę, co 

z tego wyniknie. 

  -   Niczego   takiego   nie   zrobisz  -   oznajmił   z   naciskiem   ojciec,   a   ja   poczułem   się   zbyt 

apatyczny, ażeby się spierać. 

 - Może jakiś dżokej albo trener, albo właściciel? - pytał Lodge. 

  -   Lepiej   niech   pan   włączy   jeszcze   komisję   techniczną   i  National   Hunt   Committee   - 

doradziłem mu ironicznie. - Oni się niemal pierwsi dowiedzieli, że znalazłem drut i badam sprawę. 

Ten, którego szukamy, bardzo wcześnie wiedział, że węszę. Niewielu osobom powiedziałem, że 

podejrzewam coś więcej jak wypadek, i nie zadawałem wyraźniejszych pytań przed tą historią w 

przyczepie. 

  -   Ludzie,   których   pan   zna   -  powiedział   w   zamyśleniu   Lodge.   -  A   co   pan   powie   na 

Gregory'ego? 

 - Nie - odpowiedziałem. 

  -   Dlaczego   nie?   Mieszka   w  pobliżu   Brighton,   dość   blisko  jak   na   ranne   telefony   do 

Marconi-taxi. 

 - Nie ryzykowałby zdrowiem Billa ani Admirała. 

 - Skąd taka pewność? - spytał Lodge. - Ludzie nie zawsze są tacy, na jakich wyglądają, i 

mordercy często kochają zwierzęta, dopóki te im nie wejdą w paradę. Na sesji wyjazdowej sądu 

widziałem niedawno gościa, który zabił nocnego stróża i nie okazywał żadnej skruchy. Ale kiedy 

okazało się z materiału dowodowego, że zmiażdżył przy okazji łeb psu tego dozorcy, facet zalał się 

łzami i powiedział, że żałuje. 

background image

 - Żałosne - powiedziałem. - Ale nic z tego, to nie Pete. 

 - Wiara czy dowody? - naciskał Lodge. 

 - Wiara - przyznałem opryskliwie, ponieważ nie byłem całkiem pewien. 

 - Dżokeje? - podsunął, zostawiając w spokoju Pete'a. 

 - Żaden z nich nie robi na mnie wrażenia typa, jakiego szukamy - powiedziałem - i zdaje 

mi się, że zapomina pan o fakcie, że wyścigi znalazły się na drugim miejscu w jego programie, a 

mógł je przejąć wyłącznie dlatego, że jakaś plajtująca firma bukmacherska istniała piętro wyżej nad 

Marconi-taxi. Chciałem powiedzieć, że samo to mogło popchnąć szefa tych taksówkarzy w stronę 

wyścigów. 

 - Może pan ma rację - przyznał Lodge. 

  - Możliwe tylko  - powiedział  ojciec  - że pierwszy właściciel  Marconi-taxi postanowił 

wejść na drogę przestępstwa i udał sprzedaż, żeby zatrzeć ślady. 

  -   Chce   pan   powiedzieć:  Clifford   Tudor,   urodzony   jako  Thassos?   -   zapytał   z 

zainteresowaniem Lodge. Ojciec skinął głową, a Lodge dodał zwracając się do mnie: - A co pan na 

to? 

  - Wszędzie się natykamy na Tudora - przyznałem. - Znał Billa, a Bill miał jego adres. - 

Wsunąłem rękę do kieszeni kurtki. Stara koperta wciąż tam była. Wydobyłem  ją i jeszcze raz 

obejrzałem. - Tudor mi mówił, że prosił Billa, aby pojechał na jego koniu. 

 - Kiedy to panu mówił? - zapytał Lodge. 

  -   Podwoziłem   go   do   Brighton   z   wyścigów   w   Plumpton   cztery   dni   po   śmierci   Billa. 

Mówiliśmy o nim po drodze. 

 - Co jeszcze? - zapytał Lodge. 

 - Hm... na koniach Tudora jeździł aż do niedawna nasz znajomy kanciarz Joe Nantwich. To 

na   koniu   Tudora,   Bolingbrooke'u,  Joe   kiedyś   wygrał,   kiedy   mu   kazano   przegrać...   Ale   w 

Cheltenham zmarnował jedną gonitwę na koniu Tudora i Tudor bardzo się o to gniewał. 

 - Kamuflaż - podsunął ojciec. 

 Ale ja oparłem bolącą głowę o okno i powiedziałem: 

 - Nie sądzę, żeby Tudor mógł być kanciarzem, którego szukamy. 

  -   Dlaczego?   -   spytał   Lodge.   -   Ma   zdolności   organizacyjne,  mieszka   w   Brighton,   jest 

właścicielem taksówek, zatrudnia Joe'ego Nantwicha i znał majora  Davidsona. Jak dotychczas to 

najlepszy kandydat. 

  - Nie - powtórzyłem ze zmęczeniem. - Najlepszy nasz ślad to te taksówki. Gdybym nie 

poznał, że ci, którzy mnie zatrzymali w przyczepie, to też taksówkarze, nigdy bym się niczego nie 

dowiedział. Ktokolwiek ich na mnie napuścił, w ogóle sobie nie wyobrażał, że ich poznam, inaczej 

background image

by tego nie zrobił. A jeśli ktoś wie, że mógłbym ich poznać, to właśnie Clifford Tudor. Stał obok 

mnie, kiedy się bili, i wie, że miałem czas im się przyjrzeć, kiedy ich policja rozdzielała. 

  - Mimo to jeszcze go na dobre  nie wykreślam - oznajmił Lodge, zgarniając papiery i 

wkładając je z powrotem do teczki. - Kryminaliści popełniają czasem najgłupsze błędy. 

 - Jeżeli kiedyś znajdziemy pańskiego Clauda Thiveridge, myślę, że się okaże kimś, kogo 

nie widziałem na oczy i o kim nigdy nie słyszałem. Zupełnie obcym człowiekiem. To dużo bardziej 

prawdopodobne. 

 Chciałem w to wierzyć. 

  Nie miałem ochoty spojrzeć w twarz innej ewentualności, tej, którą odrzucałem z taką 

udręką, że nie mogłem się nawet zdobyć, aby poprosić Lodge'a, żeby się nad nią zastanowił. 

 Kto poza Tudorem wiedział przed napadem w przyczepie, że chcę pomścić śmierć Billa? 

Kate.   I   komu   ona   o   tym   powiedziała?  Wujowi   George'owi.   Wujowi   George'owi,   który,   jak 

podejrzewałem,   ukrywał   w   swoim   tłustym   ciele   pod   wyrazem   sytości   nędzną   i   wygłodniałą 

duszyczkę. 

 Wuj George, ni z tego, ni z owego, kupił konia siostrzenicy. Dlaczego? Powiedział, że dla 

poszerzenia jej zainteresowań. Ale za jej pośrednictwem, myślałem, wiele się mógł dowiadywać o 

tym, co się dzieje na wyścigach. 

 I wuj George wysłał Wielkie Nieba na trening do stajni, która trzymała konie Billa. Czy to 

przypadek, czy... zawiązek planu, który nagle przerwała niespodziewana śmierć Billa? 

 Było to mgliste i nieprzekonujące. Opierało się tylko na przypuszczeniach, nie faktach, a 

znajdowało potwierdzenie jedynie we wspomnieniu szoku, jaki się odbił na twarzy wuja George'a, 

kiedy Kate mu powiedziała, że byliśmy w “Błękitnej Kaczce”, szoku, który nazwał niestrawnością. 

I może ostatecznie, była to niestrawoność. 

 A wszystkie te prymitywne narzędzia do zabijania w jego gabinecie, przedmioty rytualne i 

ten skalp... czy były to zabawki człowieka, który lubuje się w przemocy? Czy też człowieka, który 

się nią brzydzi? Czy też jedno i drugie naraz? 

 Do bawialni weszła Scilla z miedzianym dzbanem pełnym forsycji i narcyzów. Postawiła 

go na stoliku koło mnie i wiosenne słońce nagle zalśniło w złotych kwiatach, tak że wydały się 

wybuchem światła rzucającym refleks na jej twarz, kiedy się pochylała, żeby je ułożyć. 

 Obrzuciła mnie bystrym spojrzeniem i odwróciła się do tamtych. 

 - Alan wygląda na bardzo zmęczonego - powiedziała. - Co panowie robili?

 - Rozmawialiśmy - odpowiedziałem uśmiechając się do niej. 

 - Znajdziesz się z powrotem w szpitalu, jeżeli nie będziesz uważał - zganiła mnie łagodnie i 

zaraz zaproponowała Lodge'owi i ojcu południową kawę. 

background image

 Ucieszyłem się, że nam przerwała, ponieważ nie miałem ochoty omawiać z nimi dalszych 

poszukiwań pana Clauda Thiveridge. Płaciłem za każdy mały krok, jaki zrobiłem w jego stronę, to 

prawda, ale też w każdym z jego kontrposunięć znajdowałem nowy klucz. Zawodna pamięć wciąż 

ukrywała przede mną informację, za którą zapłaciłem cięgami w Bristolu, ale nie pozbawiła mnie 

chęci zbadania wszystkiego do końca. 

 Dobiorę się do niego. Znowu uderzy i przez to znowu się odsłoni, tak jak błysk wystrzału 

w ciemności zdradza kryjówkę snajpera. 

background image

 14

 Pierwszy znalazł snajpera Joe Nantwich. 

  Osiem   dni   po   odwiedzinach  Lodge'a   pojechałem   na   wyścigi   w   zachodnim   Sussex, 

spędziwszy przedtem krótki poranek w biurze. Siniaki zbladły i w końcu zniknęły, żebra i obojczyk 

zrosły   się   i   funkcjonowały  znakomicie,   a   nawet   uparty   ból  głowy   ustępował.   Pogwizdując 

wszedłem do szatni i zaprezentowałem Clemowi swój nowiutki kask, zakupiony tego ranka za trzy 

gwinee u Batesa na Jermyn Street. 

 Przy wadze było pusto, a odległe ochy i achy świadczyły o tym, że odbywa się pierwsza 

gonitwa. Clem, który sprzątał pomieszczenie po tornado, jakie się przez nie przewaliło w postaci 

tłumu dżokejów przebierających się w barwy jeździeckie, przechodzących na wagę i na padok, 

przywitał mnie ciepło i podaliśmy sobie ręce. 

 - Cieszę się, że widzę pana z powrotem - powiedział biorąc ode mnie kask. Długopisem 

wypisał moje nazwisko na kawałku plastra i przylepił go do lśniącej powierzchni kasku. - Miejmy 

nadzieję, że nie będzie pan za szybko potrzebował drugiego. 

 Mocno przycisnął plaster palcem. 

 - Jutro znów startuję, Clem - powiedziałem. - Możesz przynieść moje rzeczy? Duże siodło. 

Nie ma problemu z wagą, jadę na Admirale. 

 - Najwyższe obciążenie - stwierdził Clem z rezygnacją. - I kupa ołowiu, a Admirał do tego 

nie przywykł.  Major Davidson  prawie nigdy go nie potrzebował. - Obrzucił mnie  taksującym, 

ukradkowym spojrzeniem i dodał: - Nie zdziwiłbym się, gdyby pan stracił ze trzy, cztery funty. 

 - Tym lepiej - stwierdziłem wesoło, zawracając do drzwi. 

 - Och, chwileczkę, proszę pana - powiedział Clem. - Joe Nantwich mnie prosił, mam panu 

powtórzyć, że jak pan przyjdzie, to ma panu coś do powiedzenia. 

 - Ach, tak. 

  - Pytał o pana w sobotę w Liverpoolu, ale mu powiedziałem, że pewno pan przyjedzie 

tutaj, bo w zeszłym tygodniu pan Gregory wspominał, że pojedzie pan jutro na Admirale - dodał, w 

roztargnieniu podnosząc jakieś siodło i głaszcząc dłonią skórę. 

 - Joe nie mówił, co mi chce powiedzieć? 

  - Mówił. Chce panu pokazać kawałek brązowego papieru pakowego z jakimś napisem. 

Mówił, że to pana zainteresuje,  choć nie wiem dlaczego, to słowo, które widziałem, wyglądało, 

jakby miało coś wspólnego z drobiem. Wyciągnął  ten papier w szatni w  Liverpoolu, złożył go 

równo na ławie i wetknął do wewnętrznej kieszeni kurtki. I chichotał  przy tym.  Chyba wypił 

jednego czy dwa, ale wtedy wszyscy popili, to było po National. Mówił, że to, co jest napisane na 

tym papierze, to dla niego  podwójna chińszczyzna, ale może być kluczem, nigdy nie wiadomo. 

background image

Zapytałem go, kluczem do czego? Ale nie chciał powiedzieć, a ja i tak miałem za dużo roboty, 

żeby sobie dłużej zawracać głowę. 

 - Będę się z nim widział i dowiem się, o co chodzi - obiecałem. - Nie wiesz, czy wciąż ma 

przy sobie ten papier? 

 - Tak, ma. Właśnie przed chwilą poklepał się po kieszeni, kiedy mnie pytał, czy pan tu jest, 

i słyszałem, jak papier zaszeleścił. 

 - Dziękuję ci, Clem. 

 Wyszedłem na dwór. Bieg się skończył, zwycięzcę prowadzono do zagrody naprzeciwko 

wagi,  żeby go rozsiodłać, a z trybun spływały setki rozgadanych bywalców. Stanąłem w pobliżu 

drzwi,   czekając   na   Joe'ego   i   nasłuchując   ostatnich   plotek.   Liverpool,   jak   się   dowiedziałem, 

przyniósł rozczarowanie, był bajeczny, cholerny, zupełna klapa albo też prawdziwy ewenement, 

zależnie od tego, kto to mówił. Nie byłem tam. Zbytnio byłem zajęty intensywnym  leczeniem 

mięśni ramion, żeby wrócić do sił. 

  W   przejściu   Sandy   zdrowo   klepnął   mnie   po   plecach,   zauważając,   że   to  “cholerna 

przyjemność widzieć znów na horyzoncie twoją fizys, nawet jeżeli rzeczywiście wyglądasz  jak 

dubler Twarzy w Szramach”. Zapytał: 

 - Widziałeś Joe'ego? Ta beksa płacze za tobą. 

 - Właśnie słyszałem. Czekam na niego. 

 Paru reporterów spytało mnie o plany i porobiło notatki o Admirale do rannego wydania. 

Sir  Creswell   Stampe   odnotował   moją   obecność   skinieniem   dystyngowanej   głowy   i 

charakterystycznym dmuchnięciem w górną wargę, co u niego zastępowało uśmiech. 

 Moje zadowolenie z powrotu do ulubionego środowiska zepsuł trochę widok Dane'a, który 

dużymi krokami szedł przez murawę i z przejęciem rozmawiał ze szczupłą, porywająco piękną 

dziewczyną u boku. Jej twarz była poufale zwrócona w stronę jego twarzy i śmiała się. Była  to 

Kate. 

 Kiedy mnie zobaczyli, przyspieszyli kroku i podeszli z  uśmiechem. Przyciągająca wzrok 

para, dobrana pod względem wdzięku i urody. 

  Kate,   która   parę   dni   wcześniej   podczas   lunchu   miała   okazję   przywyknąć   do   mojej 

pokiereszowanej twarzy, przywitała mnie dziarskim “hej”, w którym niestety zabrakło bodaj cienia 

miłości i tęsknoty. Położyła mi rękę na ramieniu i poprosiła, żebym z nią i z Dane'em poszedł na 

tor i obejrzał następny bieg znad rowu z wodą. 

 Spojrzałem na Dane'a. Jego uśmiech był blady, a ciemne oczy patrzyły na mnie tajemniczo, 

bez zachęty. I moje mieęśnie mimo woli się napięły, kiedy go zobaczyłem razem z Kate, teraz więc 

dokładnie wiedziałem, co Dane do mnie czuje. 

background image

 Zmieszanie spowodowane odpływem oczuć w naszej przyjaźni w równym stopniu co chęć 

pogoni za Claudem Thiveridge'em kazały mi powiedzieć: 

  - W tej chwili nie mogę. Najpierw muszę znaleźć Joe'ego Nantwicha. Może później?... 

jeżeli jeszcze będziesz chciała tam iść? 

 - W porządku, Alan - odpowiedziała. - Albo może wypijemy razem herbatę? - Zawróciła z 

Dane'em i dodała przez ramię, z figlarnym uśmiechem, z którego wyczytałem, że żartuje sobie z 

zazdrości, jaką potrafiła we mnie obudzić: - To na razie. 

 Patrząc, jak odchodzą, zapomniałem rozglądać się za Joe'em, toteż przeszedłem jeszcze raz 

przez szatnię i pomieszczenie z wagą. Nie było go tam. 

 Kiedy wróciłem na posterunek przed drzwiami, wyrósł nade mną Pete. Przywitał mnie jak 

dawno  utraconego   przyjaciela.   Kapelusz  sterczał   mu   zsunęty   na   tył   głowy,   szerokie   ramiona 

rozchylały klapy płaszcza, spojrzał z humorem na moją twarz i zauważył: 

  - Wiesz, że odwalili dobrą robotę, kiedy cię zszywali?  Ostatni raz, jak cię widziałem, 

wyglądałeś strasznie. Czy to prawda, że wciąż nie pamiętasz, co się stało? 

 - Nie pamiętam - przyznałem z żalem. - Czasem myślę... ale nie mogę tego uchwycić...

 - Może to i dobrze - orzekł pocieszająco, zarzucając wyżej na ramiona rzemyk lornetki i 

gotując się do wejścia do wagi. 

 - Pete - powiedziałem - nie widziałeś gdzie Joe'ego? Zdaje się, że o mnie pytał. 

  -   Tak,   szukał   cię   w   Liverpoolu.   Palił   się,   żeby   ci   coś   pokazać,   chyba   jakiś   adres  na 

pakowym papierze. 

 - Widziałeś ten adres? 

 - Tak, właściwie widziałem, ale Joe działa mi na nerwy i nie zwróciłem większej uwagi. 

Chyba   ta   miejscowość   to   było  Chichester.   (Chichester   przypomina   w   wymowie   “chicken”; 

kurczęta, drób - przyp. tłum. 

 - Nie wiesz, gdzie jest teraz Joe? - spytałem. - Czekam już jakiś czas, ale Joe'ego nie widać. 

 Wąskie wargi Pete'a wyraziły pogardę. 

 - Tak. Widziałem, jak ten ćwok wchodzi do baru, jakieś dziesięć minut temu. 

 - Już?! - wykrzyknąłem. 

 - Nędzny pijaczyna - powiedział obojętnie. - Nie wsadziłbym go na żadnego z moich koni, 

gdyby był ostatnim dżokejem na świecie. 

 - Do którego baru? - nacisnąłem. 

 - Co? Aha, do tego za Tattersallem, w sąsiedztwie Tote. On i jakiś inny facet weszli tam z 

tym ciemnym typem, dla którego on jeździ. Chyba się nazywa Tudor. 

 Wytrzeszczyłem oczy. 

background image

 - Ależ Tudor skończył z Joe'em w Cheltenham... i to nie bez hałasu. 

 Pete wzruszył ramionami. 

  -   Tudor   wszedł   do   baru   z   Joe'em,   a   ten   drugi   parę   kroków   za   nim.   Może   to   tylko 

przypadek. 

 - Nieważne, dziękuję. 

  Do baru, do którego poszedł Joe, było tylko jakieś sto jardów za rogiem. Mieścił się w 

podłużnej   drewnianej   szopie,   tylną   ścianą   przylegającej   do   wysokiego   płotu,   który   oddzielał 

wyścigi od drogi. Nie traciłem czasu, ale mimo to, kiedy tam wszedłem i przecisnąłem się między 

ubranymi w płaszcze i zajętymi piwem klientami, Joe'ego już tam nie było. Ani Clifforda Tudora. 

  Wyszedłem. Zbliżał się termin drugiej gonitwy i w sąsiedztwie baru, u Tote'a, czekały 

długie  niecierpliwe kolejki, ludzie  spoglądali to w programy, to na zegarki, ściskając w dłoniach 

gotowe pieniądze. Z baru wysypali się klienci mijając mnie w pośpiechu. Ludzie biegli przez trawę 

do trybun, trzepotały poły płaszczy. W budynku Tote'a rozdzwoniły się dzwonki i ludzie z kolejek 

musieli się zwijać, żeby zdążyć wepchnąć pieniądze przez ciasne okienka, zanim się zamkną. 

  Kręciłem   się,   niezdecydowany.   Wśród   całego   tego   tłumu   nie   było   śladu   Joe'ego, 

postanowiłem więc iść do loży dżokejów na trybunie i tam go poszukać. Wsunąłem głowę do baru, 

sprawdzając po raz ostatni, ale było tam już pusto, nie licząc trzech starzejących się młodych dam 

wycierających zachlapany piwem kontuar. 

 Tylko dlatego, że tak wolno się poruszałem, w ogóle znalazłem Joe'ego. 

 Ponieważ droga w tym miejscu zakręcała, przylegające do niej budynki Tote'a i baru nie 

stały   w   linii   idealnie   prostej.   Zaułek   pomiędzy   nimi   był   od   frontu   wąski,   miał   wszerz   jakieś 

osiemnaście cali, podczas gdy w głębi się rozszerzał i tuż przy samym płocie ściany budynku i baru 

dzieliło jakieś cztery do pięciu stóp. 

 Przechodząc zerknąłem w ten wąski przesmyk. I tam był Joe. Tylko że nie wiedziałem, że 

to on, zanim do niego nie podszedłem. 

  Najpierw zobaczyłem tylko, że na ziemi, w kącie między granicznym płotem a ścianą 

Tote'a,  ktoś leży,  i na myśl,  że może  zachorował  albo zemdlał  czy choćby zapił  się w  trupa, 

wszedłem, żeby sprawdzić, czy nie trzeba mu pomocy. 

 Leżał w cieniu, ale kiedy robiłem te pięć czy sześć kroków podchodząc do niego, coś w 

jego kształcie i lalczanym bezwładzie uderzyło mnie jako znajome. 

 Żył, ale ledwie żył. Spieniona, jasnoczerwona krew ciekła mu z nosa i spływała z kącika 

ust, a na zachwaszczonym żwirze zebrała się jej cała kałuża. To nie do wiary, ale jego okrągła, 

młoda  twarz   nadal   miała  wyraz  nadętego  rozdrażnienia,  jakby  nie  rozumiał,   że  to,   co  mu  się 

przytrafiło, to coś więcej niż chwilowa niewygoda. 

background image

  W jego ciele tkwił nóż. Gruby czarny trzonek sterczał  niestosownie z koszulki w  żółto-

białą kratę ukosem spod  mostka.  Na koszulce przy nożu widniała plama krwi, wręcz dyskretnie 

wskazując, jakiego zniszczenia dokonuje wewnątrz samo ostrze. 

 Oczy miał otwarte, ale mętne i już zaczynające się szklić. 

 Powiedziałem nagląco: 

 - Joe! 

 Jego oczy zatoczyły koło szukając moich i zobaczyłem, że się ogniskują i poznają mnie. 

Jakiś mięsień poruszył mu się w policzku i wargi się rozwarły. Z wysiłkiem spróbował mówić. 

 Szkarłatna krew trysnęła mu nagle strumieniem z nosa i wezbrała lepką, bezdenną kałużą 

w   otwartych   ustach.   Wydał   jeden   zdławiony   dźwięk,   niemal   nieprzyzwoicie   słaby   i   na   jego 

niedojrzałej  twarzy rozlał się wyraz  głębokiego zdumienia.  Potem zbielał, przewrócił oczami  i 

umarł. Przez kilka sekund po śmierci wyraz jego twarzy mówił wyraźnie:  “To nie w porządku”. 

Twarz w czasie tego kryzysu ułożyła się w rysy, do jakich najbardziej przywykła za życia. 

  Walcząc z mdłościami wywołanymi słodkawym zapachem krwi, zamknąłem mu oczy i 

przysiadłem na piętach, przyglądając się bezradnie. 

 Wiedziałem, że to na nic, ale po chwili rozpiąłem mu kurtkę i pomacałem w kieszeniach 

szukając tego brązowego papieru, który mi chciał pokazać. Nie było go, i jego śmierć nie miałaby 

sensu   gdyby   tam   był.   Ten   brązowy   papier,   pomyślałem,   był   opakowaniem   ostatniej   wypłaty 

Joe'ego  za  wstrzymanie  konia.  Musiał   nim  być.  I  przynosił  coś,  co  zdaniem  Joe'ego  powinno 

zdradzać, kto go wysłał. Znaczek pocztowy? Adres? Coś, co się kojarzy z drobiem, powiedział 

Clem. A Pete powiedział, że to było  Chichester. Nie mogłem się  w tym  wszystkim dopatrzeć 

najmniejszego znaczenia. Według Clema nie mówiło to też niczego Joe'emu i miał mi go tylko 

pokazać. Tak mówił. 

 Zawsze za dużo mówił, co mu nie wyszło na dobre. Nie był ani bystry, ani spokojny. Mógł 

rozsądnie i po cichu zadzwonić do mnie i powiedzieć o swoim odkryciu, kiedy je tylko zrobił. A on 

zamiast tego wymachiwał tym papierem w Liverpoolu. Ktoś się  bardzo daleko posunął, by się 

upewnić, że Joe mi go nie pokaże. 

 - Biedna głupia paplo - powiedziałem po cichu do martwego ciała Joe'ego. 

  Wstałem   i   cofnąłem   się   w   wąskie   przejście   między   budynkami.   W   pobliżu   nie   było 

mikogo. Głos spikera huczał przez głośniki, że konie podchodzą do drugiego rowu, co znaczyło, że 

połowa biegu już minęła i muszę się pospieszyć. 

  Ostatnie  pięćdziesiąt  jardów  do biura  dyrekcji  toru  przebyłem   biegiem   i  pchnąłem   na 

oścież drzwi. Nijaki siwy mężczyzna w okularach siedzący za biurkiem podniósł oczy spłoszony, 

zatrzymał pióro w powietrzu i przycisnął dłonią papier, na którym pisał. Był to sekretarz. 

background image

  - Nie ma tu pana Rollo? -  zapytałem niepotrzebnie, rozglądając się po pustym poza  tym 

biurze. 

 - Obserwuje ginitwę. Czym mogę panu służyć? - Oschły głos, oschły sposób bycia. Nie był 

to człowiek, którego by się wybrało chcąc komuś powiedzieć o czyjejś śmierci. A trzeba to było 

zrobić. Tłumiąc wszelki pośpiech w tonie głosu, powiedziałem mu zwyczajnie i spokojnie, że Joe 

Nantwich leży martwy między budynkiem Tote'a a barem, z nożem w piersiach. Zasugerowałem 

posłanie po parawan do postawienia w przejściu między budynkami, bo kiedy po gonitwie tłumy 

ruszą do baru i okienek wypłat u Tote'a, ludzie mogą go zobaczyć. Na nic stratują ziemię wokół 

ciała. Jeżeli są jakieś ślady, zostaną zadeptane. 

 Oczy za okularami zrobiły się okrągłe i niedowierzające. 

  -   To   nie   żart   -   powiedziałem   w   rozpaczy.   -   Bieg   prawie   się   skończył.   To   niech   pan 

zawiadomi policję, a ja znajdę parawan. - Wciąż się nie ruszał. Byłbym nim potrząsnął, ale nie 

miałem czasu. - Szybko! - pogoniłem go. Ale kiedy zamykałem drzwi, jeszcze nie sięgał ręką po 

telefon. 

 Ambulatorium dobudowane było do budynku, w którym znajdowała się waga. Wbiegłem 

tam w pośpiechu i zastałem dwie matronowate siostry przy herbatce. Zwróciłem się do młodszej, w 

średnim wieku i o obfitych kształtach. 

  - Proszę to  odstawić  i prędko  za mną  - powiedziałem  licząc  na  to, że nie  będzie  się 

sprzeciwiała. Porwałem nosze oparte o ścianę i, podczas kiedy ona powoli odstawiała filiżankę, 

dodałem: - Proszę wziąć koc. Jest ranny, proszę się pospieszyć. 

 Wezwanie do obowiązku postawiło moją siostrę na nogi bez sprzeciwu i chwyciwszy koc 

podążyła za mną przez padok, choć na bardzo wolnych obrotach. 

 Głos spikera wzmógł się jeszcze trochę, kiedy relacjonował przebieg wyścigu za ostatnią 

przeszkodą, i w ciszę, kiedy zamarły wiwaty, wdarł się dziarsko inny głos ogłaszający zwycięzcę. 

Przy   przejściu   między   budynkami   znalazłem   się   w   chwili,   kiedy   ogłaszał   nazwy  drugiego   i 

trzeciego konia. 

  Pierwsi wierni gracze  zaczynali wyciekać do baru. Spojrzałem na Joe'ego. Nikt go  nie 

ruszył. 

 Postawiłem nosze pionowo, żeby zasłonić przejście. Siostra dogoniła mnie, dysząc głośno. 

Wziąłem od niej koc i przewiesiłem przez nosze, żeby nikt nie mógł w to miejsce zajrzeć. 

 - Niech pani słucha - powiedziałem starając się mówić powoli. - Między tymi budynkami 

leży człowiek. Jest martwy, nie ranny. Zginął od noża. Upewnię się, że przyjeżdża policja, a pani 

niech  tu stanie  i  trzyma  nosze  w  ten sposób. Niech nikt  tu  nie wchodzi,  dopóki nie  wrócę  z 

policjantem. Rozumie pani? 

background image

 Nie odpowiedziała. Trochę odchyliła nosze, żeby zerknąć przez szparę. Popatrzyła dłuższą 

chwilę, po czym prężąc wydatną pierś i z ogniem walki w oczach oznajmiła stanowczo: 

 - Nikt tu nie wejdzie, dopilnuję tego. 

 Pośpieszyłem z powrotem do biura dyrekcji toru. Tym razem zastałem samego pana Rollo i 

kiedy mu opowiedziałem, co się stało, sprawy wreszcie ruszyły z miejsca. 

 Na wyścigach zawsze trudno jest znaleźć zakątek, w którym człowiek mógłby zostać sam. 

Kiedy zaprowadziłem policjanta tam, gdzie leżał Joe, i upewniłem się, że machina rutynowych 

czynności   jest   już   w   ruchu,   potrzebowałem   chwili   namysłu.   Gdy   pochylałem   się   nad   ciałem 

Joe'ego, przyszedł mi do głowy pewien pomysł, nie należał on jednak do takich, w które można się 

rzucić bez zastanowienia. 

 Na padoku i w budynkach wyścigowych wszędzie tłoczyli się ludzie, więc żeby przed nimi 

uciec, przemierzyłem tor i nie strzyżoną trawę pośrodku, aż znalazłem się w pewnym oddaleniu od 

trybun. Liczyłem na to, że dystans pozwoli mi zobaczyć wszystko we właściwych proporcjach i 

zapewni samotność. 

 Pomyślałem o Billu i Scilli, a także otym, co jestem winien własnemu ojcu, który wrócił 

już do Rodezji. Pomyślałem o terroryzowanych właścicielach barów w Brighton i o zakrwawionej 

twarzy Joe'ego Nantwicha. 

 Na nic się zdało udawać, że to morderstwo nie zmieniło wyraźnie sytuacji, dotąd bowiem 

beztrosko ścigałem pana Clauda Thiveridge w przekonaiu, że chociaż organizuje nopady i pobicia, 

celowo jednak nie zabija. Teraz przekroczył tę granicę. Następne morderstwo przyjdzie łatwiej, a 

następne   jeszcze   łatwiej.  Dzielni   ludzie   z   psami,   którzy  przeciwstawili   się   ochronie,   byli   w 

większym   niebezpieczeństwie   niż   dotychczas,   i   możliwe,   że   to   ja   ponosiłem   za   to 

odpowiedzialność. 

  Joe   pokazał   brązowy   papier   kilku   osobom   i   nikt,   włączając   w  to   najwidoczniej   jego 

samego, nie dostrzegł od razu znaczenia wypisanych na nim słów. A jednak został zabity, zanim go 

mnie pokazał. Mnie zatem te słowa coś by powiedziały. Może mnie jednemu. 

  Patrzyłem, jak zrywający się wiatr marszczy i głaszcze trawę  po drugiej stronie toru, i 

słyszałem dalekie głosy bukmacherów wykrzykujących zakłady na następną gonitwę. 

  Pytanie, które czekało na odpowiedź, było proste. Będę kontynuował poszukiwania czy 

nie? Nie jestem bohaterem. Nie  chcę skończyć martwy. A nie było wątpliwości, że pomysł, jaki 

przyszedł mi do głowy nad ciałem Joe'ego, jest mniej więcej tak bezpieczny jak laska dynamitu w 

ognisku. 

 Pojawiły się konie startujące w trzeciej gonitwie i pokłusowały na start. Przyglądałem się 

im bezczynnie. Bieg się odbył, konie wróciły do padoku, a ja wciąż stałem na środku toru, drżąc 

background image

przed swoją wewnętrzną przeszkodą. 

  Na koniec wróciłem do padoku. Dżokeje wyszli już na paradę przed czwartą gonitwą, a 

kiedy znalazłem się przy wadze, któryś  z urzędników chwycił mnie za ramię i powiedział, że 

policja wszędzie  mnie  szuka. Chcą, żebym  złożył  zeznanie,  powiedział,  i znajdę ich  w biurze 

dyrekcji toru. 

 Poszedłem tam i otworzyłem drzwi. 

 Chudy i niski pan Rollo opierał się o okno z grymasem zatroskania. Jego siwy sekretarz w 

okularach wciąż siedział za biurkiem z lekko otwartymi ustami, jak gdyby jeszcze nie dotarło do 

niego, co się stało naprawdę. 

  Inspektor policji, który  przedstawił się jako Wakefield, zainstalował się przy stole pana 

Rollo  i towarzyszyło  mu  trzech  konstabli,  jeden  z bloczkiem  do  stenografowania  i  ołówkiem. 

Lekarz   wyścigowy   siedział   na   krześle   pod   ścianą,   a   obok   niego   stał   mężczyzna,   którego   nie 

znałem. 

  Wakefield   był   ze   mnie  niezadowolony   z   powodu,   jak   to  nazwał,   mojego   braku 

odpowiedzialności,   ponieważ  w  takiej   chwili   zniknąłem   na   z   górą   pół   godziny.   Duży   i   tęgi, 

dominował w tym pokoju. Z jego krótkich, sterczących siwych włosów, wąskich oczu i silnych, 

krępych palców emanował władczy  fluid. Prawdziwy postrach  złoczyńców. Gniewne spojrzenie 

zapowiadało, że już jest gotów mnie zaliczyć do tej kategorii. 

  - Jeżeli jest pan już naprawdę gotowy, panie York - zaczął  sarkastycznie - przyjmiemy 

pana zeznanie. 

 Rozejrzałem się po zatłoczonym pokoiku i powiedziałem: 

 - Wolę złożyć swoje zeznania panu samemu. 

 Eksplodował głośnymi protestami, ale w końcu wyszli wszyscy poza nim samym, mną i 

konstablem z notesem, na co się zgodziłem w drodze kompromisu. Opowiedziałem Wakefieldowi 

dokładnie, co się stało. Całą prawdę i nic tylko prawdę. 

  Potem wróciłem do wagi i dziesiątkom ludzi czekających na relację naocznego świadka 

oświadczyłem, że znalazłem Joe'ego jeszcze przy życiu. Tak, potwierdzałem za każdym razem, 

mówiłem z nim przed śmiercią. Co powiedział? Cóż, tylko dwa lub trzy słowa i wolę o nich na 

razie   nie   mówić,   jeśli   pozwolą.   Dodawałem,   że   jeszcze   nie   wspomniałem   o   tym   policji,   ale 

oczywiście zrobię to, jeżeli  uznam za  istotne. Przybrałem też zaintrygowany, zamyślony wyraz 

twarzy z nadzieją na to, że wyglądam, jakbym klucz do zagadki miał w ręku i właśnie zamierzał 

poszukać właściwego zamka. 

  Zabrałem   Kate   na   herbatę,   a   Pete,   kiedy   nas   zobaczył,   poszedł   z   nami.   Im   też 

opowiedziałem tę samą historyjkę, wstydząc się, ale nie chcąc ryzykować rozgłoszenia prawdy, że 

background image

Joe zmarł nie mówiąc ani słowa. 

 Na krótko przed szóstym biegiem opuściłem zawody. Ostanimi ludźmi, których widziałem, 

kiedy obejrzałem  się przy bramie,  był  Wakefield  i  Clifford Tudor,  stali  przed drzwiami  biura 

dyrekcji toru i podawali sobie ręce. Tudor, który był z Joe'em na tak krótko przed jego śmiercią, 

najwidoczniej “pomagał policji w dochodzeniach”. Skutecznie, jak się wydawało. 

 Przeszedłem przez parking do swojego lotusa, uruchomiłem silnik i odjechałem, kierując 

się na zachód, a na prostych  bocznych drogach South Downs  wcisnąłem pełny gaz i puściłem 

samochodzik ponad setką. Temu, pomyślałem z satysfakcją, nie dorówna żaden kierowca Marconi-

taxi. Ale żeby się do końca upewnić, że nikt za mną nie jedzie, zatrzymałem się raz na wzniesieniu, 

w miejscu dogodnym do obserwacji, i przez lornetkę zbadałem drogę za sobą. Była pusta. Nikt mi 

nie siedział na ogonie. 

 Jakieś trzydzieści mil od terenu wyścigów zatrzymałem się przy niepozornej gospodzie i 

wynająłem pokój na noc. Wymogłem też zamykany garaż dla samochodu. Od Brighton było za 

daleko jak na normalny zasięg Marconi-taxi, ale wolałem nie ryzykować. Chciałem zniknąć im z 

oczu. Co innego nadstawiać głowę, a co innego kłaść się spać pod toporem. 

  Po   nijakim   obiedzie   poszedłem   do   pokoju   i   napisałem   list   do   ojca.   Trudny   list. 

Opowiedziałem mu o śmierci Joe'ego i o tym, że próbuję wykurzyć pana Thiveridge z jego nory. 

Prosiłem go, używając jak najlżejszych słów, żeby mi wybaczył. Po prostu poluję jeszcze raz na 

krokodyla. 

 Skończyłem list, zakleiłem go, poszedłem wcześnie do łóżka i długo leżałem, zanim udało 

mi się usnąć. 

  Rano, w drodze powrotnej na  wyścigi, zatrzymałem się przy poczcie i nadałem pocztą 

lotniczą swój list. Postarałem się też o cztery szylingi samymi pensami, zawinięte w papierowy 

rulon. Z podręcznej walizeczki wyjąłem parę zapasowych skarpet i w jedną z nich wsunąłem rulon 

z   pensami   i   dobrze   go   tam  zawiązałem.   Na   próbę   trzepnąłem   się   tą   pończochą   w   dłoń. 

Wystarczająco   ciężka,   pomyślałem,   żeby   ogłuszyć   człowieka.   Włożyłem   ją   do   kieszeni   i 

dojechałem na teren wyścigów. 

  Konstabla   stojącego   na   służbie   w   padoku   spytałem,   gdzie   mogę   znaleźć   inspektora 

Wakefielda, gdybym  go potrzebował. Odpowiedział, że jak sądzi,  inspektor jest na posterunku 

policji i dziś nie wróci na tor, choć był tu rano. Podziękowałem mu, wszedłem do pomieszczenia z 

wagą   i   głośno  spytałem   kilka   osób,   czy   nie   widziały  gdzieś   inspektora   Wakefielda,   ponieważ 

chciałbym z nim porozmawiać o tym, co mi powiedział Joe przed śmiercią. 

 Świadomość niebezpieczeństwa, choć sam je na siebie ściągnąłem, znacznie wpłynęła na 

stan moich nerwów. Mocne, przyśpieszone tętno, które zawsze w jakimś stopniu czułem kłusując 

background image

na start przed gonitwą, wzmogło się ponad miarę, tak że słyszałem bicie własnego serca. Każdy 

dźwięk wydawał się głośniejszy, każda uwaga bardziej znacząca, każde światło jaśniejsze. Ale nie 

tyle się bałem, co czułem podniecenie. 

  Starałem   się   tylko   uważać,   co   mam   za   plecami,   nie   miałem   bowiem   ochoty   dać   się 

zaskoczyć od tyłu. Bardziej prawdopodobne, myślałem, że spróbują mnie zwabić w jakiś ustronny 

kąt, tak jak zapewne postąpili z Joe'em, ponieważ tereny wyścigowe są na ogół za ludne jak na 

miejsce popełnienia morderstwa. 

  Mogłoby się zdawać, że najbardziej powinienem się wystrzegać ciosu nożem w żebra. 

Sposób skuteczny w przypadku  Joe'ego miał swoje zalety - dla mordercy. Był cichy i dokładny. 

Poza tym broń pozostawała w ciele i nie było potem trudności z pozbyciem się jej. Czarny trzonek 

sterczący z Joe'ego miał znajomy sękaty kształt  francuskich stalowych kuchennych  noży,  jakie 

można kupić w każdym żelaznym sklepie. Za pospolity, żeby był jakąkolwiek wskazówką, i łatwy 

do   zastąpienia   innym,   kiedy   go   trzeba   będzie   wsadzić   drugiej   ofierze.   Zamierzałem   być 

przygotowany,   gdyby   chcieli   tego  spróbować.   Palce   pocieszająco   zaciskały   się   na   pensach   w 

kieszeni. 

 Liczyłem na to, że zdołam dostarczyć napastnika (nieprzytomnego od czteroszylingowego 

ciosu   w   ucho)   inspektorowi   Wakefieldowi   z  oskarżeniem   o   usiłowanie   morderstwa.   Żywiłem 

głęboką  wiarę,  że Wakefield  przy swoich  cechach  charakteru  buldoga  w  tych  okolicznościach 

wytrzęsie zeznania z najtwardszego przestępcy i że jeżeli dopisze nam szczęście, uzyskamy jakąś 

konkretną wskazówkę co do tego, kim jest Thiveridge. Przesadą byłoby liczyć na to, że Thiveridge 

pojawi się osobiście. Wierzyłem jego ochrypłym zapewnieniom przez telefon, że sam nie znosi 

przemocy i brudną robotę każe za siebie wykonywać innym, chcąc oszczędzić wrażliwym oczom 

przykrego widoku. 

 Przebrałem się, zważyłem, pogawędziłem, załatwiłem swoje zwykłe sprawy i czekałem. 

 Nic się nie działo. 

  Nikt   mnie   nie   zapraszał   w   ciemne   kąty   na   omawianie  prywatnych   spraw.   Nikt   nie 

okazywał   szczególnego  zainteresowania   tym,   co   rzekomo  powiedział   mi   Joe   przed   śmiercią. 

Naturalnie morderstwo było wciąż głównym tematem rozmów, ale z biegiem czasu zeszło na drugi 

plan i dla bywalców szatni żywe konie stały się bardziej zajmujące niż martwy dżokej. 

 Admirał miał biec w piątej gonitwie. Zanim skończyła się czwarta, nerwy mi się uspokoiły 

i   napięcie   uwagi   zelżało.   Spodziewałem   się,   że   coś   się   stanie   przed   biegiem.   Byłem   już  na 

zawodach od trzech godzin,  posiadacz najważniejszej tajemnicy, który aż się prosił, żeby mu na 

zawsze zamknąć usta, a nie podjęto przeciw mnie żadnych kroków. 

 Przyszło mi do głowy, nie po raz pierwszy, że w organizacji Thiveridge'a skutek nigdy nie 

background image

następował zaraz po przyczynie. Śmierć Joe'ego nastąpiła dwa pełne dni po tym, jak pokazał swój 

brązowy   papier   w  Liverpoolu.   Telefoniczne  ostrzeżenie   otrzymałem   dwa   dni   po   tym,   jak 

rozpowiedziałem w Cheltenham o drucie, który zabił Billa. Zorganizowanie napadu w przyczepie 

zajęło co najmniej dzień. Drut, który miał mnie strącić w Bristolu, rozciągnięto w dwa dni po mojej 

wycieczce do biura Marconi-taxi. 

  Zaczynałem   podejrzewać,   że   cała   organizacja   w   dalszym   ciągu   sprzężona   jest   z 

codziennym  porannym telefonem Thiveridge'a do Fieldera i że Fielder nie ma żadnej innej drogi 

przekazywania   pilnych   wiadomości   swojemu  prezesowi   ani   otrzymywania   od   niego   instrukcji. 

Przypuszczalnie Thiveridge nadal uważa, że zwłoka w otrzymywaniu wiadomości to mniejsze zło 

niż   podanie  adresu   lub   numeru   telefonu,   pod  którymi   można   by   go   złapać   i   ewentualnie 

rozszyfrować. 

  Przygnębiony,   dochodziłem   już   do   przeświadczenia,   że   moje   starannie   przygotowane 

kłamstwa w ogóle nie dotarły do uszu, dla których były przeznaczone, i uznałem, że podsuwanie 

siebie jako przynęty drapieżnikowi, który nie wie, że powinien na mnie zapolować, jest trochę 

idiotyczne. 

 Próbując dźwignąć się z tego upadku ducha, wyszedłem na padok, by dołączyć do Pete'a i 

dosiąść Admirała. Koń Billa, teraz mój, wyglądał wspaniale jak zawsze. Ze swoim inteligentnym 

łbem, szeroką piersią, prostymi pęcinami i solidnymi goleniami stanowił znakomity przykład, jak 

powinien wyglądać pierwszej klasy koń przeszkodowy. 

 - Jest u szczytu formy, mimo że nie był na torze od tamtego upiornego dnia w Maidenhead 

- powiedział Pete, podziwiając go razem ze mną. - Nie możesz przegrać tego biegu, więc jedź jakiś 

czas spokojnie, żeby do niego przywyknąć. Zobaczysz,  jakie ma szalone rezerwy. Nigdy ich nie 

wyczerpiesz.   Bill   zwykle  wcześnie   wyprowadzał   go   na   czoło,   jak   wiesz,   ale   ty   nie  musisz. 

Niesamowicie przyspiesza za ostatnią przeszkodą. 

 - Zrobię, jak mi radzisz - obiecałem. 

 Pete podsadził mnie. 

  - Szanse Admirała znów idą w górę - powiedział. - Jeżeli spaprzesz ten bieg, tłum cię 

zamorduje. I ja - uśmiechnął się. 

 - Postaram się zostać przy życiu. 

 Radośnie odpowiedziałem mu uśmiechem. 

  Admirał   niósł   równie   wspaniale,   jak   wyglądał.   Dobrze   ustawiał   się   przed   każdą 

przeszkodą, odbijając się do skoku akurat w  najwłaściwszym  momencie  i nie czekając  żadnej 

pomocy   z   siodła.   Galopował   nisko,   płynnym   krokiem   rzeczywiście   szybkiego   konia   i   już   po 

pierwszej   przeszkodzie   się   przekonałem,   że   wyścig   na  jego   grzbiecie   to   niemal   ekstatyczna 

background image

przyjemność.  Idąc   za  radą   Pete'a  okrążyłem   tor  nie   forsując  tempa,  ale  kiedy  najeżdżałem  na 

ostatnią przeszkodę równolegle z dwoma innymi  końmi, bodnąłem go w żebra i potrząsnąłem 

wodzami. Poderwał się wcześnie i daleko znalazł się po przeciwnej stronie, zyskując w powietrzu 

dwie długości i zostawiając za sobą tamte konie jak suche liście. Byliśmy na celowniku  sami, 

wygrywając bez trudu przy gorących wiwatach z trybun. 

 W zagrodzie dla zwycięzców, gdzie zsiadłem i rozpiąłem popręg, Admirał zachowywał się 

tak,  jakby dopiero   wrócił   z  treningowego  galopu,  brzuch  ledwie   mu  się  unosił  przy  oddechu. 

Pogłaskałem go po lśniącej  kasztanowatej szyi,  zauważyłem,  że prawie wcale się nie spocił, i 

spytałem Pete'a: 

 - Czego on, u licha, potrafiłby dokonać, gdyby się naprawdę postarał? 

 - Wygrać Grand National, nic mniej - odpowiedział Pete. Kołysał się na obcasach i zsunął 

kapelusz z twarzy, zewsząd odbierając zasłużone gratulacje. 

 Uśmiechnąłem się, zarzuciłem sobie siodło na ramię i wyszedłem zważyć się i przebrać. W 

całym ciele czułem znajomą radość ze zwycięstwa, rozgrzewającą jak gorąca kąpiel, i wbiegłbym 

do szatni wywijając koziołki, gdybym nie wiedział, że to wyłącznie zasługa konia, nie dżokeja. 

  Pete zawołał, żebym się pospieszył, to uczcimy tę okazję drinkiem, przebrałem się więc 

prędko   i   wyszedłem   do   niego.   Poprowadził   mnie   do   baru   obok  budynku   Tote'a   i   po   drodze 

zatrzymaliśmy   się   przy   przejściu   między   domami,   gdzie   umarł   Joe.   Przejście   zagradzał   teraz 

wysoki   do   ramion   drewniany   płot,   żeby   osłonić   zaułek   przed  poszukiwaczami   sensacji. 

Rdzawobrązowa plama na żwirze to było wszystko, co pozostało po Joe'em. 

 - To straszne - powiedział Pete, kiedy wchodziliśmy do baru. - Co on ci powiedział, zanim 

umarł? 

 - Powiem ci kiedyś - obiecałem od niechcenia. - Ale w tej chwili bardziej mnie interesuje, 

gdzie teraz pojedzie Admirał. 

 I przy drinkach rozmawialiśmy wyłącznie o koniach. 

  Kiedy wracaliśmy do wagi, w pobliżu drzwi czekało dwóch mężczyzn  w ściągniętych 

paskami   deszczowych   płaszczach.   Mieli  filcowe   kapelusze   i   wielkie   buty  i   otaczała   ich   ta 

nieokreślona aura dotykalnego zagrożenia, jaka charakteryzuje wielu policjantów po cywilnemu. 

 Jeden wsunął rękę pod płaszcz, wydobył złożony nakaz i machnął nim w moją stronę. 

 - Pan York? 

 - Tak. 

 - Inspektor Wakefield się kłania. Zechce pan pojechać z nami na posterunek i pomóc mu w 

śledztwie. Proszę. - Owo “proszę” dorzucił jakby po namyśle. 

 - Bardzo chętnie - powiedziałem i poprosiłem Pete'a, żeby dopilnował, aby Clem zajął się 

background image

moimi rzeczami. 

 - Oczywiście - przyrzekł. 

 Wyszedłem z tymi dwoma przez bramę na parking. 

 - Wezmę swój samochód i pojadę za wami - powiedziałem. 

  - Samochód policyjny czeka na  nas na drodze, proszę pana - oznajmił starszy z nich. - 

Inspektor Wakefield kazał pana przywieźć i, jeśli pan pozwoli, zrobię raczej tak, jak on kazał. 

 Uśmiechnąłem się. Gdyby inspektor Wakefield był moim szefem, też bym tak zrobił, jak 

on kazał. 

 W porządku - zgodziłem się. 

  Za   bramą   przed   nami   zaparkowany   był   lśniący   czarny   wolseley,   przy   nim   stał 

umundurowany kierowca, a na przednim siedzeniu dla pasażera siedział jeszcze jeden w czapce z 

daszkiem. 

  Dalej, na prawo ode mnie,  przed rzędami  zaparkowanych  przyczep do przewozu koni 

oprowadzano kilka z tych, które brały udział w gonitwie Admirała, żeby się pozbyły zesztywnienia 

nóg, zanim zostaną załadowane w powrotną drogę do stajni. Między nimi był Admirał z Wiktorem, 

chłopcem stajennym, który dumnie kroczył przy jego łbie. 

 Właśnie mówiłem temu po prawej, młodszemu, że to mój koń i czyż to nie piękność, kiedy 

doznałem   szoku,   który   pozbawił  mnie   tchu   równie   skutecznie,  jakby   to   zrobiło   kopnięcie   w 

żołądek. 

 Aby to ukryć, upuściłem lornetkę na trawę i powoli schyliłem się, żeby ją podnieść, a moja 

eskorta zatrzymała się o krok przede mną, czekając. Chwyciłem za rzemyk i zarzuciłem go na 

ramię, jednocześnie prostując się i oglądając w stronę, z której przyszliśmy. Od ostatniego rzędu 

samochodów dzieliło nas czterdzieści jardów murawy. Nie było nikogo, tylko w oddali jacyś ludzie 

wracający do domów. Spojrzałem na zegarek. Właśnie miała się zacząć ostatnia gonitwa. 

 Odwróciłem się bez pośpiechu, tak że mój wzrok przesunął się obojętnie po mężczyźnie z 

prawej   w   kierunku   Admirała,   który   w   tej   chwili   oddalał   się   ode   mnie.   Jak   zwykle   po   biegu 

owinięty był derką, żeby za szybko nie ostygł, i wciąż miał na sobie uzdę. Wiktor zdejmował ją i 

zakładał mu chomąto, kiedy go wprowadzał do przyczepy. 

  Wielką   wadą   Wiktora   była   jego  powolna   orientacja.   Obdarzony   instynktownym 

wyczuciem koni i  wrodzoną zdolnością do dbania o nie, nigdy przez czterdzieści lat stajennego 

życia   nie   wyszedł  poza   “robienie   swego”   i   nigdy  nie   wyjdzie.   Musiałem   sobie   poradzić   bez 

większej pomocy z jego strony. 

  -   Wiktor!   -   krzyknąłem,   a   kiedy   się   odwrócił,   dałem   mu   znak,   żeby   podprowadził 

Admirała. 

background image

 - Muszę się tylko upewnić, czy nogi konia są w porządku - wyjaśniłem tym dwóm. Skinęli 

głowami i zaczekali przy mnie. Ten starszy przestępował z nogi na nogę. 

 Nie ośmieliłem się spojrzeć po raz trzeci, ale i tak wiedziałem, że się nie mylę. 

 Ten po prawej był w krawacie, który straciłem w przyczepie w Maidenhead Thicket. 

  Krawat był  uszyty ze  specjalnie tkanego jedwabiu i  dostałem go na swoje dwudzieste 

pierwsze urodziny od fabrykanta tekstyliów, który chciał ubić jakiś interes z moim ojcem. Miałem 

jeszcze dwa takie krawaty i szalik, a deseń w czerwone i złote stateczki przeplatane literą “Y” na 

ciemnozielonym tle był niepowtarzalny. 

 Czy było możliwe, aby młodszy funkcjonariusz policji uczciwą drogą wszedł w posiadanie 

mojego krawata? - gorączkowo zadawałem sobie pytanie. Farmer Lawson go nie znalazł i żaden z 

jego pracowników nie przyznał, żeby go widział. To za wiele jak na niewinny zbieg okoliczności, 

żeby mój  krawat pojawił się teraz na szyi  człowieka, który zapraszał  mnie na przejażdżkę do 

swojego samochodu. 

  Oto   napaść,   której   oczekiwałem,   i   o   mały   włos,   a   potulnie   wszedłbym   w   pułapkę. 

Wydobycie  się z niej,  kiedy  prawie się już nade mną  zatrzaskiwała,  nie  będzie sprawą łatwą. 

“Policyjny” wóz czekał za bramą odległy o ledwie dwadzieścia kroków, kierowca stał przy masce i 

spoglądał  w   naszą  stronę.  Okazało  się,  że   aura  zagrożenia  otaczająca  dwóch  osiłków  z   mojej 

eskorty to coś o wiele bardziej złowieszczego niż sposób postępowania przyjęty w stosunku do 

przestępców przez policję. Jeden z nich może zabił Joe'ego. 

 Gdybym w najlżejszy sposób zdradził się ze swoimi podejrzeniami, byłem pewien, że we 

trzech wepchnęliby mnie do wozu i odjechali w kłębach kurzu, zostawiając jedynie Wiktora, który 

doniósłby o tym, co się ze mną stało, w słowach budzących wątpliwości. A to, jeśli o mnie chodzi, 

oznaczałoby koniec. Miała to być jedna z tych przejażdżek, z których pasażer nie wraca. 

  Mój plan, że postawię Fakefielda  wobec usiłowania morderstwa,  był  na nic. Jednemu 

dałbym radę. Ale nie trzem i jeszcze jednemu, który siedział w samochodzie. 

  Kiedy Wiktor zbliżył  się do mnie na piętnaście kroków, zsunąłem z ramienia rzemień 

lornetki i ująłem go w rękę. Znienacka, z całych sił ciachnąłem lornetką jak sierpem  po nogach 

tego starszego i  wytrąciłem go z równowagi, podciąłem młodszego najprostszym chwytem judo, 

jaki znałem, i skoczyłem do Admirała. 

  Te   pięć   sekund,   zanim   się  pozbierali   po   niespodziewanym  ataku,   wystarczyło.   Kiedy 

rzucili się za mną z zaciętymi twarzami, wskoczyłem na Admirała, chwyciłem wodze leżące  mu 

luzem na szyi i ostro wyrwałem go Wiktorowi. 

 Trzeci biegł w moją stronę od wozu. W dwóch krokach skłoniłem Admirała do krótkiego 

galopu,   wykręciłem   przed   nadbiegającym   kierowcą   i   skierowałem   konia   na   żywopłot,   który 

background image

stanowił   ogrodzenie   parkingu.   Przeszedł   nad   nim   z   potężną   siłą   i   wylądował   na   trawiastym 

poboczu drogi, o parę jardów przed czarnym samochodem. Czwarty mężczyzna otworzył drzwi i 

gramolił się na zewnątrz. Szybko się obejrzałem. 

 Wiktor stał jak słup soli, z otwartymi ustami. Tamci trzej biegli prosto do bramy. Byli już 

prawie przy niej. Ledwie zdążyłem z nadzieją pomyśleć, że może nie mają broni, gdyż stanowiłem 

duży i bliski cel, kiedy nagle zobaczyłem błysk słońca w czymś lśniącym w ręce tego, który był w 

moim krawacie. Moment nie wydawał się raczej stosowny, żeby się zatrzymywać i sprawdzać, czy 

ten błysk pochodzi od kuchennego noża z czarnym trzonkiem. Ale o mały włos przekonałbym się 

na własnej skórze, ponieważ zamachnął się i rzucił go we mnie. Przywarłem do końskiej szyi, więc 

chybił, dosłyszałem, jak nóż z brzękiem upada na drogę za mną. 

  Popędziłem   Admirała   prosto   przez   drogę,   lekceważąc   pisk   hamulców   rozpędzonej 

ciężarówki, i skoczyłem z nim na pole po  drugiej stronie. Teren się wznosił, tak że kiedy mniej 

więcej w połowie zbocza ściągnąłem wodze i odwróciłem się, żeby zobaczyć, co się dzieje, droga i 

parking leżały w dole jak mapa. 

 Tamci nie starali się mnie ścigać. Odjechali wolseleyem od bramy i właśnie zatrzymywali 

się parę jardów dalej na trawie przy drodze. Wyglądało na to, że wszyscy czterej są w wozie. 

 Wiktor stał na parkingu i drapał się po głowie patrząc za mną. Mogłem sobie wyobrazić, 

jaki jest zdumiony. Zastanawiałem się, ile upłynie czasu, zanim pójdzie powiedzieć Pete'owi, co się 

stało. 

 Kiedy tylko skończy się ostatni bieg, na parkingu zaroi się od ludzi i przez nie zastawioną 

już bramę zaczną wyjeżdżać wozy. Pomyślałem, że wtedy będę mógł bezpiecznie wrócić na teren 

wyścigów nie ryzykując porwania. 

  W tym momencie inny czarny  samochód podjechał za wolseleyem, a po nim następny i 

jeszcze kilka, aż wzdłuż drogi ustawiło się ich osiem lub więcej. Nowo przybyłe wozy wyglądały 

jakoś upiornie znajomo. 

 Były to taksówki firmy Marconi. 

background image

 15

  Wszyscy kierowcy wysiedli z taksówek i podeszli do wolseleya.  Nisko zawieszony,  o 

luksusowej  linii,  z rzeczowo  wyglądającą  anteną na dachu wciąż przypominał  w każdym  calu 

samochód policyjny, ale posiłki, jakie ściągnął, rozproszyły wszelkie wątpliwości, jakie można by 

jeszcze mieć co do tego, komu służą ci funkcjonariusze. 

  Stali   ciemną   grupą   na   drodze,   a   ja   siedziałem   w   połowie   zbocza   na   Admirale   i 

obserwowałem   ich.   Zdawało  się,   że   się   nie   śpieszą,   ale   widok   ich  uzbrojenia,   łańcuchów 

motocyklowych,  noży i wszelkiego  gatunku kastetów, kiedy się bili z londyńskim  gangiem w 

Plumpton,  oraz nie opuszczająca mnie  pamięć  o losie Joe'ego, nie pozwalały wątpić,  co mnie 

czeka, jeśli dam się złapać. 

  Byłem w korzystnym położeniu. Nie mogli wjechać taksówkami na pole, ponieważ nie 

było na nie z drogi żadnej bramy, nie mogli też liczyć na to, że dogonią mnie pieszo, a ja wciąż 

wierzyłem, że kiedy tłum wysypie się z wyścigów, będę mógł wyminąć nieprzyjaciela i wrócić. 

 Szybko nastąpiły po sobie dwie rzeczy, które zmieniły ten obraz. 

  Po   pierwsze,   tamci   patrząc   na   pole   w   moim   kierunku   coś   sobie   zaczęli   pokazywać. 

Obejrzałem   się   w   prawo   i   zobaczyłem,   że   po   drugiej   stronie   żywopłotu   zjeżdża   w   dół   jakiś 

samochód, i  zrozumiałem, że biegnie tamtędy  inna droga. Dopiero wtedy  zauważyłem, że na tle 

nieba widać duży dom otoczony zabudowaniami i ogrodem. 

 Trzy taksówki odłączyły od pozostałych, wjechały na drogę po prawej i zatrzymały się na 

niej w odstępach. Miałem teraz  taksówkarzy na prawo od siebie i  naprzeciwko, a duży dom za 

plecami, wciąż jednak nie byłem zbytnio skonsternowany. 

  Wtedy   jednak   podjechała   pędem   i   zaryła   w   miejscu   przed  wolseleyem   jeszcze   jedna 

taksówka   Marconi.   Jakiś   przysadzisty   facet   pchnął   drzwi   i   podniósł   się   z   miejsca  kierowcy. 

Wielkimi krokami przemierzył drogę do żywopłotu i zatrzymał się, wskazując na mnie wyciągniętą 

ręką. Jeszcze się zastanawiałem dlaczego, kiedy usłyszałem cichy świst pocisku przelatującego na 

poziomie moich stóp. Nie słychać było wystrzału. 

 Kiedy pogalopowałem z Admirałem przez pole, pocisk pacnął w ziemię przede mną. Albo 

odległość była za duża na celne strzały bronią z tłumikiem, albo... zacząłem się pocić... strzelec 

celował rozmyślnie nisko, nie we mnie, lecz w Admirała. 

  Było   to  zaledwie  ośmio-  lub  dziesięcioakrowe   pole,  wcale   nie   na  tyle   duże,  żeby  mi 

zapewnić bezpieczeństwo. Wykorzystałem cenne chwile, żeby spiąć konia i spojrzeć na ciągnący 

się nierówną linią żywopłot po drugiej stronie. W żywopłocie do połowy wysokości tkwił drut 

kolczasty. Przez ramię mogłem dojrzeć, jak ten facet z bronią biegnie wzdłuż drogi, równolegle do 

obranego przeze mnie kursu. Wkrótce znowu się znajdzie w odległości dogodnej do strzału. 

background image

  Cofnąłem trochę Admirała, skierowałem go na żywopłot i spiąłem do skoku. Przeleciał 

przez wszystko, żywopłot i drut, nie przyginając jednej gałązki. Wylądowaliśmy na innym polu, 

tym   razem   zajętym   przez   stado   krów,   ale   też   małym   i   zanadto   odkrytym   od   strony   drogi. 

Zauważyłem   także,   kłusując   wzdłuż   najwyżej   położonej   jego   granicy,   że  otoczono   je   sowicie 

drutem, przeciągniętym trzema mocnymi pasmami. Każde pastwisko jednak ma bramę i natknąłem 

się na nią w najdalszym rogu pola. Otworzyłem ją, przeprowadziłem Admirała na następne pole i 

zamknąłem bramę. 

 To pole ogrodzone było tylko palikami i drutem i właśnie ten daleko ciągnący się kolczasty 

drut sprawił, że postanowiłem w  najkrótszym czasie, jak tylko  mogłem najdalej odsadzić się od 

prześladowców. Gdybym pozwolił taksówkarzom ścigać się powoli z pola na pole, mógłbym się 

znaleźć w pułapce, z której nawet Admirał by mnie nie wyniósł. 

 Cieszyłem się, że świeci słońce, dzięki temu bowiem mogłem przynajniej widzieć, w którą 

stronę   się   posuwam.   Skoro  już   i  tak   jechałem   na   wschód,   a   także   dlatego,   że   wydało   mi   się 

rozsądne jechać w jakimś określonym celu, postanowiłem odprowadzić Admirała do jego własnej 

stajni w zagrodzie Pete'a. 

 Liczyłem, że mam przed sobą około dwunastu mil, i głowiłem się, jak też się przedstawia 

ten teren. Wiedziałem, że  szachownica farmerskich pól, z  którymi się w tej chwili zmagałem, w 

pewnym miejscu  przechodzi w plantacje komisji  lasów. Potem, zanim znajdę się w  dolinie i w 

miasteczku, gdzie trenuje Pete, będzie krótki odcinek otwartego pagórkowatego terenu. O drogach, 

które  przecinały   tę   okolicę,   nie   miałem   najsłabszego   pojęcia,   a   na   każdej   z   nich   mogli   mnie 

wyśledzić krążący taksówkarze Marconi. 

 Z tą dręczącą myślą w głowie natknąłem się na inną boczną drogę. Wydostałem się na nią 

przez bramę i pokłusowałem rozglądając się za jakąś przecinką w zaroślach po drugiej stronie, 

kiedy zza odległego zakrętu wynurzył się przysadzisty czarny wóz i dodał w moją stronę gazu pod 

górę.   Nie   dając   Admirałowi   szansy   przyzwoicie   się   zorientować,   skierowałem   go   ostro   na 

zapuszczony żywopłot i kopnąłem do skoku. 

 Było dla niego za wysoko i nastąpiło to zbyt nieoczekiwanie, ale zrobił co mógł. Skoczył 

prosto w plątaninę obwisłego drutu i brzozowych odrostów, dosyć ciężko się przez nie przedarł i 

wygramolił się niemal na kolanach wyżej, na następne pole. To pole było  zaorane i obsadzone 

burakami  pastewnymi, ciężko było po nim iść, ale skłoniłem go do kłusa, słysząc za sobą pisk 

wciskanych z siłą hamulców. Jedno spojrzenie ukazało mi kierowcę, który przedzierał się przez 

wyrwaną przez Admirała dziurę, ale nie próbował mnie gonić i dziękując Bogu stwierdziłem, że to 

nie ten z pistoletem. 

  Miał   jednak   radio.   W   ciągu  minuty   wszystkie   taksówki  Marconi   dowiedzą   się,   gdzie 

background image

jestem. 

  Zostawiłem jeszcze jedno pole między nami a taksówką, zanim zatrzymałem Admirała, 

żeby zobaczyć, jakie poniósł szkody. Z ulgą stwierdziłem, że ma tylko parę zadrapań i na stawie 

kolanowym tylnej nogi rozcięcie, z którego cieknie krew. 

 Zostawiłem ją, żeby sama zakrzepła. 

 Klepiąc go po szyi i zdumiewając się, że zachował spokój i rozsądek w tak denerwujących 

okolicznościach, przytrzymałem się rzemienia, którym był opasany, i z powrotem go dosiadłem. W 

derce  ziała teraz  z jednej strony trójkątna dziura, postanowiłem  jednak jej  nie ruszać,  miałem 

bowiem przez to lepsze oparcie dla nóg, niż gdybym jechał na oklep. 

 Trzy lub cztery pola dalej grunt orny zaczynał przechodzić w zarośla paproci, za którymi 

rozciągały się wydzielone tereny komisji lasów. 

  Drzewa, głównie iglaste,  rosły dużymi,  regularnymi  sektorami,  między którymi  biegły 

wyboiste   dukty.   Służyły   one   jednocześnie   jako   wygodne   drogi   dla   leśników,   i   jako   pasy 

przeciwpożarowe. Biegły w odstępach półmilowych i krzyżowały się z duktami przecinającymi las 

poprzecznie. 

  Chciałem ruszyć  na południowy wschód, ale kiedy porównałem godzinę na zegarku z 

położeniem   słońca,   stwierdziłem,   że   dukty   biegną   niemal   prosto   z   północy   na   południe   i   ze 

wschodu na zachód. Zirytowany koniecznością  dodatkowego nakładu mil,  jaki mnie  to będzie 

kosztowało,   skierowałem   Admirała   w   dukt   wiodący   na   wschód,   na   najbliższej   krzyżówce 

skręciłem na południe, na następnym w lewo na wschód i poruszałem się tak dalej, zakosami przez 

las. 

 W poszczególnych sektorach drzewa różniły się wiekiem i wysokością, a przy następnym 

skręcie na południe zauważyłem, że teren po lewej obsadzony jest drzewkami wysokimi ledwie na 

dwie stopy.  Nie przeraziło mnie  to zbytnio, dopóki nie  zobaczyłem jakieś sto jardów na  lewo 

czerwono-białego autokaru podążającego najwidoczniej przez sam środek plantacji. 

 Ściągnąłem Admirała. Rozglądając się ostrożnie, zobaczyłem paliki i wysoki druciany płot 

stanowiący granicę między plantacją małych  drzewek a drogą. Gdybym  stosownie do swojego 

planu skręcił w najbliższy dukt na wschód, znalazłbym się na wprost tej drogi. 

  Teren   po   drugiej   stronie  wyglądał   podobnie   do   sektora,   w   którym   się   znajdowałem: 

regularne rzędy drzew szpilkowych, starannie zasadzonych według planu. 

  Wiedziałem,   że  w  pewnym   momencie  będę  musiał  przekroczyć  jakąś  drogę.  Gdybym 

zawrócił do tej części lasu, którą już przebyłem, i nie ryzykował, musiałbym tam pozostać przez 

całą noc. Niezależnie od tego, myślałem kłusując na Admirale duktem na południe i skręcając w 

najbliższy na wschód, już w tej chwili przydałaby mi się lepsza osłona. 

background image

  Przede   mną   brama   w   drucie   prowadząca   na   drogę   była   otwarta,   ale   zanim   przez   nią 

przejechałem, zatrzymałem się i przyjrzałem drugiej stronie  drogi. Nie wszystkie plantacje  były 

ogrodzone wysoką drucianą siatką jak ta, w której się znajdowałem, i po drugiej  stronie drogi 

ogrodzenie stanowiły tylko trzy pasma zwykłego drutu przeciągniętego przez betonowe słupki. 

  Drogę trzeba było przekroczyć szybko, ponieważ tu, gdzie się znajdowałem, miałem nie 

więcej osłony niż bażant na śniegu. W przejeżdżających samochodach wszyscy obracali ku mnie 

głowy z ciekawością. Nie zobaczyłem  jednak niczego, co by  przypominało taksówki Marconi, 

zaczekałem   więc   tylko   na   przerwę   w   ruchu,   cmoknąłem   i   wypuściłem   Admirała   w   stronę 

drucianego  ogrodzenia   naprzeciwko.   Kopyta  głośno   zastukały   po   asfalcie,   zadudniły   po 

utwardzonym poboczu i wzniósł się w powietrze jak ptak. Po drugiej stronie nie było duktu, tylko 

dość rzadko rosnące wysokie sosny,  i kiedy Admirał zeskoczył,  ściągnąłem go  do spokojnego 

truchtu i wjechałem między drzewa. 

 Kiedy wreszcie trafiłem na następny dukt, znowu sprawdziłem zegarek ze słońcem, żeby 

się upewnić, że dukt prowadzi wciąż ze wschodu na zachód, i ruszyłem  dobrym tempem. Grunt 

pod   nogami  był   idealny,   suchy   i   sprężysty,   gliniaste   podłoże   zasłane   sosnowym   igliwiem,   i 

Admirał   po   ukończeniu   trzymilowej   gonitwy   i   kilkumilowym   biegu   na   przełaj  nieprzetartym 

szlakiem nie zdradzał utraty sił. 

  Skręciliśmy   jeszcze   dwukrotnie  i   niebo   zaczęło   się   chmurzyć,   jasność   wczesnego 

popołudnia przybladła, ale zmartwił mnie nie tyle fakt, że nie jest już tak pięknie, ile to, że nie 

można się już posługiwać zegarkiem jako kompasem, jeśli nie ma słońca. Będę musiał uważać, 

żeby nie zabłądzić. 

 Na prawo, wprost przede mną wznosił się łagodny szczyt niewielkiego, porośniętego trawą 

pagórka,   otoczonego   sosnowym  lasem   jak   skała   wodami   morza.   Wyjechałem   już   spośród 

wyższych drzew i kłusowałem teraz przez sektory młodych, pierzastych sosenek sięgających mi 

niewiele  ponad głowę, wzgórze więc widziałem całkiem  wyraźnie. Na jego szczycie  stał jakiś 

człowiek, ciemna daleka sylwetka, i machał rękami. 

  W ogóle nie skojarzyłem go ze sobą, myślałem bowiem, że wymknąłem się pościgowi, 

toteż to, co teraz nastąpiło, przyniosło mi szok zupełnie nie oczekiwanej klęski. 

 Z dróżki na prawo, do której jeszcze nie dojechałem i której nie mogłem widzieć, na moją 

dróżkę wytoczył się czarny lśniący kształt i stanął, blokując całą jej szerokość. Był to wolseley. 

 Po obu stronach młode sosny rosły tak gęsto i tak nisko miały gałęzie, że nic przez nie nie 

można   było   zobaczć.   Rzuciłem   okiem   za   siebie.   Za   mną   skakała  po   wybojach   niska,   czarna 

taksówka Marconi. 

 Znajdowałem się tak blisko wolseleya, że widziałem, jak jeden z nich wygląda przez tylną 

background image

szybę z tryumfojącym uśmiechem, i wtedy postanowiłem, że choćbym razem z Admirałem miał 

złamać kark w próbie ucieczki, będzie to o wiele lepsze niż potulne poddanie się. 

 Zaledwie chwila minęła od pojawienia się wolseleya, a już mocno wparłem nogi w boki 

Admirała. 

  Nie miałem żadnych podstaw przypuszczać, że to się uda. Konia stać na wiele, ale nic 

ponad to. Miał już i tak ciężki dzień. Mógł sobie być najlepszym koniem w Anglii, ale... Te myśli 

przeleciały  mi  przez  głowę w  sekundę i znikły.  Desperacko  cały skupiłem się  na poderwaniu 

Admirała do skoku. 

 O mały włos byłby zawiódł. Wziął jeden krok krótki, potem długi, zebrał potężne siły zadu 

i strzelił w powietrze. Nie spłoszony nawet przez otwierające się drzwi i groźne krzyki wyłażących 

z wolseleya ludzi, gładko przeskoczył nad jego lśniącą czarną maską. Nawet nie zadrapał lakieru. 

 Omal nie spadłem, kiedy znaleźliśmy się na ziemi. Admirał się potknął, a ja zsunąłem mu 

derkę na barki, dosłownie jak ostatniej słomki chwytając się jedną ręką rzemiennego pasa, a drugą 

jego   splecionej   grzywy.   Wodze   opadły   i   dyndały   niebezpiecznie   przy   galopujących   kopytach, 

zląkłem się, że zaczepi o nie i upadnie. Wciąż jedną nogą zawieszony byłem na jego zadzie i ciężko 

obijając mu się o bok wwindowałem się z powrotem na grzbiet cal po calu. Ostrzegawcze ukłucie 

w ramieniu uświadomiło mi, że nie mogę zanadto polegać na świeżo załatanym obojczyku, ale 

kiedy przywarłem mu do szyi, trzymając się ze wszystkich sił, złapałem wodze, zebrałem je i 

wreszcie powstrzymałem go trochę w tym morderczym pędzie. 

 Kiedy odzyskałem oddech, obejrzałem się, żeby sprawdzić, czy wolseley jedzie za mną, ale 

został   tak   daleko   w   tyle,   że   nie   byłem   pewny,   czy   się   porusza,   czy   stoi.   Nie   miałem   czasu 

zatrzymywać się i upewniać. 

 Zdałem sobie sprawę, że nie doceniłem Marconi-taxi i że tylko dzięki wspaniałej odwadze 

Admirała wciąż jeszcze jestem wolny. Mieli nade mną tę przewagę, że znali konfigurację terenu i 

wykorzystali wzgórze jako punkt obserwacyjny. Podejrzewałem, że z jego szczytu można ogarnąć 

dość rozległy teren i że stałem się widoczny, kiedy tylko wjechałem w młode sosenki. 

  Musiałem   przyznać,   że   się   domyślili,   jaki   obiorę   kierunek,   i   zatoczyli   koło,   żeby   się 

znaleźć przede mną. A wobec tego wiedzą prawdopodobnie, że zmierzam do stajni Pete'a.  Jeżeli 

będę się tego trzymał, znów znajdę ich na swojej drodze, nie tak wcześnie ostrzeżony i mając 

mniejsze szanse ucieczki. 

  Zostawiłem za sobą wzgórze i znowu skręciłem na prawo, w następny dukt, widząc w 

oddali sektor wyższych drzew. Koń kłusował niestrudzoenie, ale nie mógł tego robić bez końca. 

Musiałem jak najszybciej znaleźć kryjówkę, zniknąć z oczu temu, który wciąż stał na wzgórzu, i 

nie ryzykować, że znów się dostanę w pułapkę na jednym z prostych i nagle zdradzieckich duktów. 

background image

Jak tylko schowamy się wśród wysokich drzew, obiecywałem Admirałowi, dam ci odpocząć. 

  Pod   wysokimi   sosnami   panował   mrok.   Pozwolono   im   rosnąć   gęsto,   aby   nagie   pnie 

wyciągnęły   się   w   górę,   i   wysoko   splecione   korony   były   jak   dach,   nie   dopuszczając   na   ogół 

dziennego światła. Cieszyłem się z tej osłony. Zwolniłem, tak że Admirał szedł stępa, i zsiadłem, 

kiedy znaleźliśmy się między drzewami. Weszliśmy głęboko w las. Było tak, jakbyśmy wędrowali 

przez las telegraficznych słupów. Takie zresztą pewno, pomyślałem przelotnie, było przeznaczenie 

tych drzew. 

  W   lesie   poczułem   się   jak   w   domu,   mimo   że   różnił   się   od   lasów,   w   których   się 

wychowałem. Było tu bardzo cicho, bardzo ciemno. Ani jednego ptaka. Żadnych zwierząt. Koń i ja 

szliśmy równo, chicho po grubej ściółce igliwia, zdając się na instynkt, że nie da nam zboczyć  z 

kursu. 

  - Nie uznałem tej sytuacji za zbyt pomyślną. W którąkolwiek stronę się udam przez tę 

rozległą plantację, w końcu będę musiał natknąć się na drogę, a kierowcy Marconi-taxi dokładnie 

wiedzieli,   gdzie   jestem   w   granicach   trzech   lub   czterech  mil   kwadratowych.   Wystarczy,   że 

rozstawią się naokoło lasu jak psy czekające, aż lis opuści kryjówkę, a we wszystkich radiach 

rozlegnie się myśliwskie zawołanie i nagonka ruszy od nowa. 

 Przede mną otworzył się jakiś dukt. Wąski. Uwiązałem cugle do drzewa i sam wyszedłem 

naprzód. Stojąc nieruchomo na skraju duktu i, miałem nadzieję, dość dobrze imitując drzewo w 

swoim tweedowym ubraniu, powoli rozejrzałem się w jedną i drugą stronę. Na dukcie więcej było 

światła dzięki luce między  koronami drzew w górze i  widziałem wszystko całkiem wyraźnie na 

kilkaset jardów. Nie było widać nikogo. 

  Wróciłem  do Admirała,  rozejrzałem się  jeszcze  raz i  przeprowadziłem  go przez dukt. 

Żadnego  alarmu.  Spokojnie   poszliśmy   dalej.  Już   dawno  Admirał  się   spocił,  a   po  ucieczce  od 

wolseleya spienił się i na derce wystąpiły  wielkie wilgotne plamy. Teraz,  kiedy stygł, nie było 

dobrze, że nadal jest nią przykryty, ale nie miałem suchej na zmianę. Uznałem, że wilgotna derka 

jest lepsza niż żadna, i mozolnie poszliśmy dalej. 

 Po jakimś czasie dosłyszałem szum samochodów i od czasu do czasu dźwięk klaksonu, a 

kiedy tylko zobaczyłem w oddali drogę, przywiązałem Admirała do drzewa i znów sam poszedłem 

naprzód. 

  Granicę plantacji wyznaczało  ogrodzenie zrobione z dwóch tylko pasm grubego drutu i 

wyglądało na to, że głównym jego zadaniem jest zapobiegać, żeby piknikowicze nie wjeżdżali poza 

pobocze. Wybrałem drzewo rosnące jak najbliżej ogrodzenia, położyłem się za nim na brzuchu i 

wyczołgałem się aż do miejsca, z którego mogłem się rozejrzeć wzdłuż drogi. Ruch na niej był 

tylko sporadyczny. 

background image

 Po drugiej stronie nie było żadnych plantacji i żadnego ogrodzenia. Krzewiły się tam dzikie 

zarośla, mieszanina drzew, rododendronów i głogów, wspaniała kryjówka, gdybym mógł się w niej 

znaleźć. 

 O pięć stóp od mojego nosa ciężko przetoczyła się wyładowana ciężarówka, wypuszczając 

dławiącą chmurę spalin. Wcisnąłem twarz w sosnowe igliwie i rozkaszlałem się. W odwrotnym 

kierunku  przeleciały   dwie   limuzyny,   jedna   starała   się   wyprzedzić   drugą,   a   za   nimi   przejechał 

zwykły   wiejski  autobus  pełen  beztroskich  ludzi,  wiozących  do  domu   wtorkowe  popołudniowe 

zakupy. Dwie uczennice w zielonych mundurkach przejechały na rowerach nie dostrzegając mnie, 

a kiedy ich wysokie  szczebiotliwe głosy ucichły w oddali i droga była pusta, podsunąłem pod 

siebie ręce, żeby się unieść i wracać do Admirała. 

 W tej chwili wyłoniły się spoza zakrętu dwie taksówki Marconi. Upadłem z powrotem na 

twarz i znieruchomiałem. Minęły moją głową powoli i, choć na nich nie patrzyłem, domyśliłem się, 

że kierowcy muszą dokładnie przepatrywać las. Pomodliłem się serdecznie, żeby się okazało, że 

zostawiłem Admirała na tyle daleko, że go nie widać, i żeby nie wydał żadnego głosu. 

  Taksówki   Marconi   zakręciły   na   drodze,   zjechały   na   pobocze   po   drugiej   stronie   i 

zatrzymały   się   ledwie   dwadzieścia   pięć   jardów  ode   mnie.   Kierowcy   wysiedli   i  zatrzasnęli 

drzwiczki.   Zaryzykowałem   i   spojrzałem   na  nich.   Zapalali   papierosy,   oparci  niedbale   o   wozy, 

gawędząc. Słyszałem szmer ich głosów, ale nie rozróżniałem słów. 

 Nie zobaczyli ani mnie, ani Admirała. Jeszcze. Ale nie wyglądało na to, żeby się spieszyli z 

odjazdem. Spojrzałem na zegarek. Była szósta. Półtorej godziny, odkąd wyskoczyłem z wyścigów. 

Co ważniejsze, pozostawała już tylko godzina dziennego światła. Kiedy się ściemni, nie będę się 

mógł   poruszać  przy  pomocy  Admirała  i   będziemy  musieli  spędzić  noc  w  lesie,   ponieważ   nie 

zdołam go skłonić do przeskoczenia przez ogrodzenie w ciemności. 

 Nagle w jednej z taksówek odezwał się jakiś jazgot. Kierowca wsunął rękę przez okno i 

wydobył   mikrofon  przytwierdzony   do   sznura.  Odezwał   się   do   niego   wyraźnie   i   tym   razem 

rozróżniłem jego słowa. 

 - Taa, obstawiliśmy drogę. Nie, jeszcze przez nią nie przeszedł. - Coś jeszcze zajazgotało w 

radio i kierowca powiedział: - Taa, jestem pewny. Dam znać, jak go tylko zobaczymy. 

 Odłożył mikrofon w głąb wozu. 

 Zaczęła mi świtać myśl, jak się posłużyć tą rozpętaną przez siebie nagonką. 

  Ale wszystko w swoim czasie,  pomyślałem, i zacząłem się powoli wyczołgiwać między 

drzewami, przywierając do ziemi i nie podnosząc głowy. Zostawiłem Admirała spory kawałek w 

głębi lasu i teraz byłem pewien, że taksówkarze nie  mogą go zobaczyć. Niewygodnie mi było 

posuwać się na brzuchu, ale wiedziałem, że gdybym wstał, zobaczyliby, jak się poruszam między 

background image

nagimi pniami drzew. Kiedy wreszcie wstałem, ubranie miałem wysmarowane brązowym torfem i 

nabite kłującymi  sosnowymi  igłami. Wytarłem brud, o ile się dało, podszedłem do Admirała i 

odwiązałem go. 

 W świetle dnia na drodze wciąż mi migały między pniami dwie taksówki i ich kierowcy, 

ale wiedząc, że oni nie mogą mnie widzieć, ruszyłem na zachód równolegle do drogi, w pewnym 

od  niej oddaleniu. Przeszedłem, jak sądzę, trochę ponad ćwierć mili, zanim zobaczyłem jeszcze 

jedną taksówkę Marconi zaparkowaną na poboczu. Zawróciłem i po drodze zacząłem zbierać suche 

gałązki.  Mniej więcej w połowie drogi między parkującymi  taksówkami,  tam gdzie i jednej, i 

drugiej w  obóle nie było widać, podprowadziłem Admirała do samego ogrodzenia, żeby mu je 

pokazać.   Mimo   że   niezwykle   proste   w   konstrukcji,   było  trudno   dostrzegalne   w   cieniu  drzew. 

Rządkiem   zatknąłem   na   drucie   suche   gałązki,   żeby   szczyt   ogrodzenia   był   lepiej   widoczny. 

Następnie   wskoczyłem   na   konia,   cofnąłem   go   o   parę   kroków,   skierowałem   na  ogrodzenie   i 

czekałem, aż drogą nadjedzie jakiś cięższy pojazd. W ciszy wyraźnie byłoby słychać  uderzenia 

kopyt na asfalcie, a nie chciałem, żeby kierowcy taksówek za jednym i drugim zakrętem usłyszeli, 

że przekraczam drogę. Im dłużej sądzili, że wciąż jestem w lesie, tym lepiej. Ale nie wiedziałem, 

jak długo taksówki będą stały, i dłonie zwilgotniały mi od napięcia. 

 Przeleciał jakiś motocykl i siłą woli powstrzymałem się w miejscu, ale potem, na szczęście, 

zza zakrętu po prawej nadjechała z łoskotem wielka ciężarówka załadowana pustymi butelkami na 

mleko. Nie mogło to być nic lepszego. Kiedy mnie minęła, ruszyłem kłusem naprzód.  Odcinek 

drutu z suchymi  gałązkami przeskoczył lekko jak od niechcenia, lądując na porośniętym trawą 

poboczu, potem  w trzech susach  przeleciał przez asfalt i znalazł się bezpiecznie w zaroślach po 

tamtej stronie. Ciężarówka z łoskotem zniknęła. 

 Zatrzymałem go za pierwszym wielkim rododendronem, zsiadłem i wyjrzałem na drogę. 

 Jeszcze sekunda, a byłbym się spóźnił. Jedna z taksówek Marconi wolno jechała w ślad za 

ciężarówką do przewozu mleka, a kierowca głowę miał zwróconą w stronę lasu, który opuściłem. 

  Jeżeli   jeden   kierowca   był   przekonany,   że   tam   jestem,   tak   samo   myśleli   pozostali. 

Odprowadziłem Admirała od drogi, aż mogłem bezpiecznie wsiąść, a wtedy wskoczyłem na niego i 

przeszedłem   w   powolny   kłus.   Grunt   był   teraz   nierówny,   pełen   wykrotów   i   dziur,   zarośnięty 

krzakami jeżyn, małymi sosenkami i brunatnymi resztkami zeszłorocznych paproci, na ogół więc 

pozwalałem, żeby koń sam szukał drogi, i zastanawiałem się, co teraz. Niedługo przeszedł w stępa i 

nie popędzałem go, jeżeli bowiem czuł w nogach taką samą ociężałość i zmęczenie jak ja, miałby 

prawo się czołgać. 

  O   ile   byłem   w   stanie   to   ocenić,   posuwałem   się   na   zachód,   z   powrotem   tam,   skąd 

przyjechałem. Jeżeli w Anglii można być czegoś pewnym, to tego, że w jakimkolwiek kierunku 

background image

człowiek   się   posuwa   w   linii   prostej,   bez   wielkiej   zwłoki  doprowadzi   go   ona   do   drogi,   i 

przejechałem może milę, a już się znalazłem przy innej drodze. Nie zbliżając się zanadto, udałem 

się wzdłuż niej na północ. 

 Teraz sam byłem na tropie zwierzyny. Taksówki, która oddaliła się od stada. 

  Admirał po cichu i ostrożnie stawiał nogi na odcinku nagiej,  kompostowej ziemi, kiedy 

nagle  dosłyszałem znajomy mi już  jazgot radia Marconi-taxi i w  odpowiedzi głos kierowcy. Po 

dwóch krokach zatrzymałem konia, zsiadłem i przywiązałem go do pobliskiego drzewa. Następnie 

wdrapałem się na nie. 

 Trochę dalej zobaczyłem przed sobą biały drogowskaz o czterech strzałkach, a przy nim 

taksówkę Marconi, z której widać było tylko dach i okna do połowy. Resztę zakrywały przede mną 

rododendrony,   drzewa   i   poszycie,  gęsto   porastające   teren   przede   mną.   Ciemnozieloną   plamą 

wznosił się na prawo mój stary znajomy, sosnowy las. 

 Zlazłem z drzewa i pomacałem w kieszeni szukając rulonu pensów. Znalazłem także dwie 

kostki cukru, które dałem Admirałowi. Dmuchnął przez nozdrza i skubnął mnie w dłoń, a ja lekko 

poklepałem go po szyi, błogosławiąc Scillę za to, że mi go podarowała. 

 Przy tak dobrej osłonie dość łatwo było podejść niepostrzeżenie do skrzyżowania dróg, ale 

kiedy ze środka starego rododendronu zobaczyłem wreszcie całą taksówkę, kierowcy w niej nie 

było. Stał na środku skrzyżowania z gołą głową, na rozkraczonych nogach i pobrzękiwał drobnymi 

w kieszeni. Był to dość młody facet o ziemistej cerze, w jasnoniebieskim ubraniu. Rozejrzał się we 

wszystkich czterech kierunkach, nic nie zobaczył i ziewnął. 

  Radio   zajazgotało   znowu,   ale   kierowca   nie   zwrócił   na   nie   uwagi.   Miałem   zamiar 

podczołgać się do taksówki i ogłuszyć go, zanim nada, że tu jestem. Tymczasem jednak czekałem, 

przeklinałem go, a on stał i wycierał nos. 

 Nagle zdecydowanie ruszył w moją stronę. 

  Przez moment myślałem, że mnie zobaczył, ale nie. Obszedł wokoło sporą kępę jeżyn 

przede mną, odwrócił się tyłem do mojej kryjówki i zaczął się załatwiać. Nie bardzo mi się wydało 

w porządku rzucać się na człowieka w takiej chwili i wiem, że uśmiechałem się wychodząc zza 

rododendronu, ale była to okazja nie do pogardzenia. Zrobiłem trzy szybkie kroki i zamachnąłem 

się, a owinięty w skarpetę rulon pensów solidnie zetknął się z tyłem jego głowy. Upadł nie wydając 

dźwięku. 

 Dźwignąłem go pod ramiona i zataszczyłem tam, gdzie zostawiłem Admirała. Śpiesząc się, 

jak tylko mogłem, oddarłem całą brązową tasiemkę z obszycia derki i wypróbowałem jej moc. 

Wydała się dość mocna. Wyłowiłem  scyzoryk  z kieszeni spodni,  rozciąłem tasiemkę na cztery 

części i dwiema z nich związałem kierowcy nogi w kolanach i kostkach. Potem podciągnąłem go 

background image

bliżej drzewa i związałem mu z tyłu ręce w przegubach. Czwartym kawałkiem tasiemki mocno 

przywiązałem go do pnia. 

  Obmacałem mu kieszenie. Jego jedyną broną był kolczasty kastet, który przełożyłem do 

swojej kurtki. Zaczynał się budzić. Jego spojrzenie smętnie przewędrowało ze mnie na Admirała i z 

powrotem, a wtedy otworzył usta, gwałtownie łapiąc powietrze, zrozumiał bowiem, kim jestem. 

  Nie był dużym mężczyzną ani, jak się przekonałem, odważnym. Widok wielkiego konia 

tuż nad sobą, jak się zdaje, bardziej go zaniepokoił niż więzy i guz na głowie. 

  -   Stratuje   mnie!   -   wrzasnął,   przy   czym   lęk   ściągnął   mu   wargi   ukazując   poplamioną 

nikotyną tanią sztuczną szczękę. 

 - Jest bardzo wybredny, nie włazi w byle co - powiedziałem. 

 - Zabierz go! Zabierz go! - krzyczał. Na ten hałas Admirał poruszył się niespokojnie.

 - Bądź cicho, a nic ci nie zrobi - rozkazałem ostro kierowcy, ale nie zważał na to i krzyknął 

znowu. Bezceremonialnie wepchnąłem mu chusteczkę w usta, aż oczy wyszły mu na wierzch. 

  - Zamknij się teraz - powiedziałem. - Jak będziesz siedział chicho, nic ci  nie  zrobi. Jak 

będziesz wrzeszczał, przestraszysz go i może wierzgnąć. Rozumiesz? 

 Skinął głową. Wyjąłem chusteczkę, a on zaczął mściwie kląć, ale dosyć cicho. 

  Uspokoiłem   Admirała   i   popuściłem   mu   wodze,   żeby   mógł   sięgnąć   do   trawy.   Zaczął 

spokojnie żuć. 

 - Jak się nazywasz? - spytałem kierowcę. 

 Splunął i nie odpowiedział. 

 - Powtórzyłem pytanie. 

 - Co cię to, do jasnej cholery, obchodzi? 

 Chciałem przede wszystkim znać jego imię i spieszyłem się. 

  Bez skrupułów ująłem Admirała za wodze i zawróciłem, żeby kierowca obejrzał sobie z 

bliska  jego masywny zad. Odzyskana  przez mojego jeńca wojowniczość znikła w mgnieniu oka. 

Otworzył usta do wrzasku. 

 - Nie rób tego - poradziłem mu. - Pamiętaj, że jak podniesiesz hałas, wierzgnie. No, jak się 

nazywasz? 

 - John Smith. 

 - Spróbuj jeszcze raz - powiedziałem podprowadzając Admirała tyłem o krok bliżej. 

 Taksówkarz stchórzył całkowicie, usta mu zadrżały i pot wystąpił na czoło. 

 - Blake - wyjąkał. 

 - A imię? 

 - Twardziel. To przezwisko. 

background image

 Przerażony spoglądał to na mnie, to na tylne kopyta Admirała. 

  Zadałem mu kilka pytań  o  sposób działania radia, trzymając konia pod ręką. Kiedy się 

dowiedziałem wszystkiego, czego chciałem, odwiązałem wodze od drzewa i przywiązałem je do 

młodego drzewka parę stóp dalej, żeby koń nie nadepnął na kierowcę, kiedy się ściemni. 

 Zanim odszedłem, udzieliłem Blake'owi ostatniego ostrzeżenia. 

 - Nie próbuj wzywać pomocy. Po pierwsze, nie ma nikogo, kto by cię usłyszał, a po drugie, 

spłoszysz konia. To koń pełnej  krwi, a to znaczy, z twojego  punktu widzenia, że jest nerwowy. 

Jeżeli go spłoszysz wrzaskiem, jest na tyle silny, że się zerwie z uwięzi i zacznie wierzgać. Siedź 

cicho, a będzie stał uwiązany. Dotarło? 

 Wiedziałem, że gdyby Admirał zerwał wodze, nie zostałby, żeby atakować Blake'a, ale na 

szczęście no tego nie wiedział. Skinął głową i oklapł, przytłoczony lękiem i frustracją. 

 - Nie zapomnę o tobie - obiecałem. - Nie będziesz musiał siedzieć tu całą noc. Nie żebym 

się o ciebie troszczył, ale koń potrzebuje stajni. 

 Admirał łeb opuścił do trawy. Klepnąłem go w zad, upewniłem się, że zdemoralizowany 

kierowca jest mocno związany, i szybko przedarłem się przez krzaki do taksówki. 

  Drogowskaz był  ważny,  ponieważ  musiałem  tu wrócić i wśród ciągnących  się całymi 

milami zarośli odnaleźć go po ciemku. Spisałem wszystkie nazwy miejscowości i odległości z 

czterech strzałek, żeby wiedzieć na pewno. Potem podszedłem do taksówki i wsiadłem na miejsce 

kierowcy. 

  W środku z radia wydobywały się głosy, nie jazgot. Mikrofon nastawiony był na stały 

odbiór, tak żeby każdy kierowca mógł słyszeć wszystkie polecenia bazy i wszystkie odpowiedzi z 

taksówek. 

 Jakiś mężczyzna mówił: 

 - Tu Sid. Ani śladu. Widzę stąd drogę na dobre półtorej mili, prawie cały las, w którym 

siedzi, od tej strony.  Przysięgnę, że nie przeszedł. Za duży ruch, żeby mógł to zrobić szybko. 

Jestem pewien, że go zobaczę, gdyby spróbował. 

 Głos Sida brzmiał w radiu cicho i cieniutko jak przez telefon, mówił też niedbale, jakby 

szukał zbłąkanego psa. 

 Podczas gdy mówił, zapaliłem silnik, sprawdziłem biegi i odjechałem drogą na południe. 

Światło dnia zaczynało zmierzchać. Pół godziny szarówki, obliczyłem, i może jeszcze dziesięć 

minut zmierzchu. Nacisnąłem gaz. 

 W radiu zapadła krótka cisza. Potem ktoś powiedział: 

 - Musimy go znaleźć przed nocą. 

  Mimo   że   trochę   na   to   liczyłem,   trochę   się   tego   spodziewałem,   aż   podskoczyłem   na 

background image

siedzeniu   słysząc   ten   bezdźwięczny,   ochrypły   szept.   Ręce   zacisnęły   mi   się   na   kierownicy   i 

ściągnęły mi się mięśnie wokół oczu. Głos odezwał się tak blisko, aż nagle wydało mi się, że 

równie bliska jest zawarta w nim groźba, i żeby dodać sobie ducha, musiałem się rozejrzeć na boki 

po bezludnym wrzosowisku i zerknąć do tyłu przez lusterko na pustą drogę za sobą. 

 - Robimy, co możemy, szefie - odpowiedział spokojny głos z respektem. - Jeżdżę już tam i 

z powrotem tą cholerną drogą prawie od godziny. Dwie mile w jedną i dwie mile w drugą stronę. 

Wszystkie parkujące wozy na moim odcinku są na stanowiskach. 

 - Ilu z was ma broń? - zapytał szef. 

 - Razem czterech, szefie. Przydałoby się więcej, żeby mieć co do niego pewność. 

 Nastąpiła przerwa. Po niej ochrypły głos powiedział: 

 - Mam tu jednego, ale nie masz czasu po niego przyjeżdżać. Musicie sobie radzić z tym, co 

macie. 

 - Tak jest, szefie. 

 - Uwaga, wszyscy kierowcy. Celować w konia. Strzelać do konia. Faceta nie mogą znaleźć 

naszpikowanego kulkami. Zrozumiano? 

 Potwierdzili wszyscy chórem. 

 - Fletcher, powtórz rozkazy. 

 Grzeczny kierowca odpowiedział: 

  - Jak tylko go zobaczymy, w lesie czy kiedy wyjedzie na  otwarte, strzelamy celując w 

konia. Zwołać kierowców, ścigać i złapać człowieka. Mamy go... ee... obezwładnić, jak to będzie 

konieczne, wsadzić do taksówki i czekać na pana polecenia. 

  W   połowie   tego   recitalu  dotyczących   mnie   planów   rozpoznałem   jego   głos.   Przede 

wszystkim ten uprzejmy ton go  zdradził. Słyszałem go już na  drodze z Maidenhead, kiedy mnie 

zwabił w pułapkę fałszywą przyzwoitością i uprzejmością: był to kierowca przyczepy do przewozu 

koni. Fletcher. Zapamiętałem. 

 Nagle, jak gdyby ktoś przekręcił kontakt, rozjaśniło mi się w głowie i przypomniałem sobie 

przeszkodę w Bristolu. Przypomniałem sobie deszcz lejący mi się na twarz i szarość wszystkiego, i 

teraz   już   wyraźnie   pamiętałem,   jak   kierowca   przyczepy   odcinał   drut   od   słupka,   zwijał   go   i 

przewieszał sobie przez ramię. 

  Było jeszcze coś... ale zanim zdołałem to uchwycić, znalazłem się przed znakiem stopu 

przy wjeździe na główną drogę. Skręciłem ze swojej pustej  bocznej drogi w strumień  ruchu i 

zacząłem się rozglądać za znakiem drogowym, który by mi wskazał, jak daleko jestem od Brihton. 

Po przejechaniu pół mili znalazłem. Jedenaście mil. Powiedzmy, dwadzieścia minut do celu. 

 Wróciłem myślami do przeszkody w Bristolu, ale moją pamięć znowu zasnuł cień i teraz 

background image

już nie byłem nawet pewien, czy została w niej jakaś luka. Palce same mi powędrowały do szramy 

na  policzku   i   lekko   się   po   niej   przesunęły,   był   to   jednak   gest,   na   którym   już   się   parę   razy 

przyłapywałem,   i   nie   przywiązywałem   do   niego   żadnej   wagi.   Poza   tym   całej   mojej   uwagi 

wymagała najbliższa przyszłość. 

 Cały czas przez drogę do Brighton przysłuchiwałem się ochrypłemu głosowi. Jego ton stał 

się i bardziej naglący, i gwałtowny. Z początku uznałem, że to niesamowite podsłuchiwać nagonkę 

na kogoś, kim jestem ja sam, ale po praru minutach przywykłem i zwracałem już na to coraz mniej 

uwagi, co mogło się okazać katastrofalnym błędem. 

  - Co u ciebie, dwadzieścia trzy? - zapytał ochrypły szept. W radio nie było odpowiedzi. 

Niezupełnie to do mnie dotarło. Głos odezwał się ostrzej: - Dwadzieścia trzy, Blake, zgłoś się! 

  Raptownie   odzyskałem   przytomność.   Ująłem   mikrofon,   nacisnąłem   przycisk   i 

powiedziałem:

 - Nic - najbardziej znudzonym tonem, na jaki potrafiłem się zdobyć, i przez nos. 

  - Na drugi raz prędzej się zgłaszaj - surowo zganił mnie ochrypły szept. Najwyraźniej 

sprawdzał, czy wszystkie  rozstawione na czatach taksówki  znajdują się na stanowiskach, zapytał 

bowiem jeszcze trzech kierowców, co u nich. Wyłączając mikrofon, podziękowałem Bogu, że nie 

musiałem udawać głosu Blake'a dłużej niż przez sekundę, każda bowiem próba rozmowy mogłaby 

mnie wydać. Wobec tego uważniej niż przedtem słuchałem wymiany słów w radio. 

  Im lepiej  się z nim zapoznawałem,  szept nabierał  specyficznego  tonu i charakteru,  aż 

pojawiły się w nim pewne cechy i sformułowania, które z początku przyprawiały mnie o udrękę, 

ponieważ nie mogłem sobie przypomnieć, skąd je znam. 

 Raptem pojąłem. Wreszcie wiedziałem na pewno. 

 Człowiek zaczyna czasem realizować plan, który, zdawałoby się, wymaga zaangażowania 

wszystkich sił, a potem trzeba się zdobyć na więcej, dużo więcej. Raz jeszcze do wyłomu... tylko 

że wyłom tymczasem się poszerzył. Natężyć mięśnie... zapalić krew... i wysilić ducha. Kiedy rzecz 

trzeba zamknąć w skorupce orzecha, nie ma to jak Bill Szekspir. 

 Wjechałem na przedmieścia Brighton naprawdę zamyślony. 

background image

 16

 Kierowca taksówki pytający o drogę na główną komendę policji wzbudziłby podejrzenia 

ostatniego kretyna. Zaparkowałem taksówkę w bocznej uliczce i pobiegłem za róg spytać o drogę 

w najbliższym sklepie. 

 Był to sklepik z papierosami, i to zatłoczony, przyparłem więc do muru jednego z klientów, 

starszego człowieka o łzawiących oczach i w sukiennej czapce. Udzielił mi wskazówek dość jasno, 

mimo częstego siąkania nosem. 

 - Masz kłopoty, chłopie? - dopytywał się z ciekawością, przypatrując się mojej brudnej i 

obszarpanej postaci, kiedy mu dziękowałem. 

 - Pies mi zginął - wyjaśniłem, uśmiechając się i podając pierwszy nie wzbudzający sensacji 

powód poszukiwania policji, jaki mi przyszedł do głowy. 

  Załzawiony stracił zainteresowanie. Wróciłem do taksówki i zastałem przy niej dwóch 

małych chłopców nasłuchujących radia z rozdziawionymi ustami. Wsiadłem, mrugnąłem do nich i 

powiedziałem: 

 - To chyba dreszczowiec z audycji dla dzieci, co? 

 Buzie chłopców rozjaśniły się i pokazał się na nich uśmiech. 

 Odjechałem. Ochrypły głos mówił: 

  -   ...za   wszelką   cenę.   Nie  obchodzi   mnie,   jak   to   zrobicie.  Nie   może   uciec.   Jeżeli   nie 

będziecie go mogli wziąć żywcem, musicie zabić. Ale żeby nie było żadnych kul. 

  - Byłoby pewniejsze, jakby nam pan pozwolił strzelać, szefie - zauważył  grzeczny ton 

Fletchera. 

 Idąc za wskazówkami załzawionego, znalazłem posterunek bez trucu. Kiedy go mijałem, w 

środku paliły się światła. Szybko się ściemniało. 

  Objechałem posterunek i jakieś  sto jardów dalej, za rogiem  znalazłem spokojną boczną 

uliczkę.  Zatrzymałem  się w niej  przy krawężniku.  Włączyłem  światła  postojowe i podniosłem 

szyby. Radio gawędziło dalej, a człowiek o ochrypłym głosie nie był już w stanie panować nad 

wściekłością. W ostatniej chwili usłyszałem, jak przystaje, w obliczu uciekającego czasu, na prośbę 

Fletchera,   żeby   pozwolił   strzelać,   jak   mnie   zobaczą.   Następnie,   krzywiąc   się,   wysiadłem   z 

taksówki, zamknąłem drzwi i porzuciłem ją. 

 Według moich obliczeń biuro firmy Marconi znajdowało się nie dalej jak o pół mili stąd. 

Na pół biegnąc rozglądałem się za telefonem. Nagle zapalono latarnie uliczne i żarówki zaświeciły 

blado w świetle zmierzchu. 

  Czerwona   budka   telefoniczna  przed   filią   poczty   też   była   w   środku   oświetlona   i   choć 

rozsądek mi mówił, że nic mi nie grozi, gdybym posłuchał instynktu, pozostałbym w ciemności. 

background image

Ten szept nie wpłynął dobrze na moje nerwy. 

 Chociaż wiedziałem, że nie widać mnie jeszcze z biura Marconi-taxi, wszedłem do budki 

świadomy, że robię to z wysiłkiem. Spytałem informację o numer posterunku w Maidenhead i bez 

zwłoki   otrzymałem   połączenie   z   dyżurnym   sierżantem.   Inspektor   Lodge,   jak   mi   powiedział, 

wyszedł godzinę temu, ale na moje nalegania sierżant podzielił się ze mną domowym numerem 

Lodge'a. Podziękowałem i skończyłem rozmowę. 

  Palcami plączącymi  się z pośpiechu wrzuciłem do aparatu następne monety i podałem 

centrali nowy numer. Telefon  dzwonił i dzwonił. Traciłem ducha, gdybym  bowiem nie zdołał 

szybko złapać Lodge'a, nie znalazłbym już ani w przybliżeniu tak dobrej okazji załatwienia się z 

bandą Marconi po swojej myśli. Ale wreszcie ktoś podniósł słuchawkę. Kobieta. 

 - Inspektor Lodge? Chwileczkę, spróbuję go znaleźć. 

 Chwila ciszy. I wreszcie głos Lodge'a. 

 - Pan York? 

 Krótko wyjaśniłem, co się stało. Powiedziałem: 

 - Zostawiłem taksówkę na Melton Close, sto jardów od tutejszego posterunku. Chcę, żeby 

pan zadzwonił do policji w Brighton i skłonił ich, żeby do niej posłali kogoś odpowiedzialnego. 

Proszę im powiedzieć, żeby uważnie słuchali radia w taksówce. Przemawia przez nie nasz znajomy 

z chrypką, namawia wszystkich kierowców, żeby mnie zamordowali. Zdaje się, że to by załatwiało 

raz   na   zawsze   tych  Marconi.   Jeden   kierowca   z  nagonki   nazywa   się   Fletcher.   To   ten,   który 

prowadził przyczepę  do przewozu koni w Maidenhead,  on też rozciągnął przede mną ten drut w 

Bristolu. Przypomniałem sobie. Nie sądzi pan, że mógł zrobić to samo z Billem Davidsonem? 

 - Sądzę, że tak. Gdzie pan jest teraz? - spytał Lodge. 

 - W budce telefonicznej. 

 - Dobrze. Niech pan wraca do taksówki i zaczeka, aż zadzwonię na policję w Brighton. Nie 

rozumiem właściwie, dlaczego nie poszedł pan prosto do nich i sam im tego nie wyjaśnił. 

 - Sądziłem, że będzie to miało większą wagę, jak wyjdzie od pana. A zresztą... - urwałem, 

akurat na czas uświadamiając sobie, że nie mogę powiedzieć Lodge'owi, co mam zamiar zrobić. 

Powiedziałem zamiast tego: -  Niech pan nie mówi policji z  Brighton, żeby na mnie czekali w 

taksówce. Muszę załatwić parę telefonów... eee... muszę powiedzieć Scilli, że się spóźnię, i takie 

tam. Ale nie będzie pan tracił czasu, co? Pan Claud Thiveridge nie będzie tak przemawiał bez 

końca, szczególnie po zapadnięciu zmroku. 

 - Dzwonię od razu - powiedział Lodge i rozłączył się. 

 Odłożyłem słuchawkę i pchnąłem drzwi na ulicę. 

  Ruszyłem w swoją drogę, obliczając, ile mi zostaje czasu, zanim Lodge wyśle policję  z 

background image

Brighton do biura Marconi-taxi. Miał do nich zadzwonić i dosyć obszernie wyłożyć, co się dzieje. 

Potem   będą   musieli   znaleźć   taksówkę,   posłuchać   radia,   zrobić  stenograficzny   zapis   tego,   co 

usłyszą, żeby to wykorzystać przed sądem jako dowód, że cała ta organizacja jest nielegalna. Zaraz 

potem ruszą w pościg aresztować właściciela tego głosu. Może razem dziesięć minut, jeżeli się 

pospieszą, może kwadrans. 

  Kiedy widać już było biuro  Marconi-taxi, przykleiłem się do ściany, żeby nikt mnie nie 

mógł dostrzec z okna biura. Ulica była prawie pusta. Kawiarnię “Pod Starym Dębem” po drugiej 

stronie zamykano na noc. Zobaczyłem przez szybę, jak tęga kelnerka ustawia stare dębowe krzesła 

na starych dębowych stolikach. 

 Przede mną przy krawężniku parkował mały czarny samochód. Przechodząc, rzuciłem na 

niego  okiem,   po   czym,   nagle   go  rozpoznając,   zatrzymałem   się.   Rozmyślnie   nie   mówiłem 

Lodge'owi,   czyją   twarz   kojarzyłem   z   ochrypłym   głosem,   choć   zdawałem   sobie   sprawę,   że 

powinienem był  to zrobić. Widok  jego samochodu, jawnie  zaparkowanego ledwie dwadzieścia 

jardów  od drzwi  Marconi-taxi,  dawał  mi  szansę  pozbycia  się wyrzutów  sumienia.  Podniosłem 

maskę, zdjąłem rozdzielacz, zabrałem palec rozdzielczy i włożyłem go do kieszeni. Cokolwiek się 

teraz stanie, pan Thiveridge nie będzie miał szybkiego odwrotu. 

 Nie widać było światła w biurze Marconi ani na wyższych piętrach. Neon L.C. Pertha na 

pustej   ulicy   na   próżno   zapalał   się   i   gasł   w   regularnych   odstępach   dwóch   sekund.   Jedynym 

hazardzistą w pobliżu, jak stwierdziłem, byłem ja sam. 

 Podchodząc do witryny Marconi-taxi, zgiąłem się wpół pod parapetem i przycisnąłem do 

ściany. Drzwi na ulicę były zamknięte, ale pod dotknięciem ręki łatwo się otworzyły. Wszedłem 

bardzo cicho do korytarza, nie zamykając ich za sobą. Cisza w budynku przytłaczała i przez jeden 

tchórzliwy moment miałem pokusę wyjść z powrotem na ulicę i jak rozsądny obywatel zaczekać na 

policję. 

  Ostrożnie   stawiając   stopy   wszedłem   w   głąb   korytarza   i   przyłożyłem   ucho   do   drzwi 

gabinetu Fieldera. Nic nie było słychać. Otworzyłem je delikatnie i zajrzałem do środka. Pokój był 

schludny   i   pusty.   Następnie   spróbowałem  drzwi   po   lewej   stronie,   które  prowadziły   do 

wewnętrznego biura, gdzie za dnia rezydowała przy nadajniku Marigold. 

 Nic nie mogłem dosłyszeć przez  grube drzwi, ale kiedy je na cal  uchyliłem, moich uszu 

dobiegł nikły szum. W biurze nie było nikogo. Po cichu wszedłem. 

  Szum   wydobywał   się   z   aparatury   radiowej.   Małe,   jasno   świecące   kółko   na   tablicy 

kontrolnej wskazywało, że radio jest włączone, a przez szparę w obudowie prześwitywało słabe 

białoniebieskie światełko. Mikrofon leżał niedbale porzucony bokiem na podpórce. 

  Zemdliło mnie przez moment, kiedy pomyślałem, że ptaszek wyfrunął w czasie, jaki mi 

background image

zajął telefon do Lodge'a i przejście tej pół mili od taksówki. Ale przypomniałem sobie samochód na 

zewnątrz i jednocześnie, rozglądając się, dokąd biegną przewody od radia, zobaczyłem  cienki, 

powleczony plastykiem kabel przeciągnięty po ścianie w głębi do sufitu. 

  Modląc się, żeby schody w tym starym domu nie trzeszczały, wszedłem na nie lekko i 

szybko i przytknąłem ucho do drzwi centrali biura L.C. Pertha. Zauważyłem przy nosie jakiś napis 

wymalowany   dużymi   literami.   Zmrużyłem   oczy   i   odczytałem   go,   nasłuchując.   Głosił:   Proszę 

Wejść. 

 Przez solidne drzwi z epoki regencji dochodził tylko ostry syczący dźwięk, ale teraz już ten 

szept był mi tak znajomy, że cal mahoniu nie mógł go zagłuszyć. 

 Był tam. 

 Poczułem swędzenie karku. 

  Według mojej oceny  od czasu  rozmowy z Lodge'em musiało upłynąć siedem lub osiem 

minut. Ponieważ musiałem dać czas  policji z Brighton na znalezienie taksówki i zarejestrowanie 

tego,   co   w   niej  usłyszą   przez   radio,   nie   mogłem   ryzykować,   że   za   szybko   przerwę   temu 

ochrypłemu głosowi. Ale nie miałem też zamiaru tkwić tu, aż nadejdzie policja. Zmusiłem się, żeby 

powoli policzyć do stu, i te trzy minuty wydały mi się najdłuższe w życiu. Potem wytarłem dłoń o 

spodnie i delikatnie ująłem ozdobną szklaną klamkę. 

  Obróciła się bezszelestnie, uchyliłem drzwi na parę cali. Nie wydały żadnego odgłosu. 

Zajrzałem do nie oświetlonego pokoju. 

 Siedział przy biurku odwrócony do mnie plecami i zdawało się, że wygląda na ulicę. Za 

oknem   zapalał   się   i   gasł   neon,   oświetlając   cały   pokój   i   rzucając   na   jego   ciemną   sylwetkę 

czerwonawy poblask. Czerwone błyski mrugały w chromowanych popielniczkach i ślizgały się po 

metalowych ramkach szafek na akta. Rząd czarnych telefonów ustawionych w ordynku na długim 

biurku rzucał na ścianę dziwne kanciaste cienie. 

 Z bliska ochrypły szept tracił trochę ze swojej groźnej bezcielesności, mimo że to, co teraz 

mówił, było prawie histerycznie napastliwe. 

 - Zabić go - mówił. - Zabić go. Jest gdzieś w tym lesie. To zwierzę, szukać go. Skierujcie 

wozy na las i zapalcie  reflektory. Lepiej się weźcie do szukania w lesie. Zorganizuj to, Fletcher. 

Chcę śmierci Yorka, i to szybko. Zastrzelić go. Zmiażdżyć. 

  Urwał i tak ostro wciągnął powietrze, aż go zatkało. Sięgnął ręką po szklankę z wodą i 

napił się. 

 Przez głośnik wkradł się do pokoju słabiutki głos Fletchera: 

 - Nie widzieliśmy go na oczy, odkąd wjechał do tego lasu. Myślę, że mógł nas wyminąć. 

  Człowiek   przy   biurku   zatrząsł   się   z   furii.   Znów   zaczął   szeptać   z   ostrym   gardłowym 

background image

zgrzytem. 

  -   Jak   ucieknie,   zapłacisz   za   to.   Zapłacisz,   mówię   ci.   Chcę   go   mieć   martwego. 

Załatwionego.   Możesz   z   nim   zrobić,   co   chcesz.   Zróbcie   wreszcie   użytek   z   tych   łańcuchów   i 

kastetów. Rozszarpcie go na strzępy. Jeżeli wyjdzie żywy, koniec z nami wszystkimi, pamiętajcie. - 

Szept podniósł się i zabrzmiał jak zdławiony wrzask: - Wypruć mu flaki... zatłuc... zlikwidować...

 Ciągnął tak przez jakiś czas, wymyślając dla mnie sposoby śmierci, aż stało się jasne, że 

coś mu się chyba przekręciło. 

  Nagle miałem dość słuchania. Szeroko otworzyłem drzwi, sięgnąłem ręką do kontaktu i 

przycisnąłem. Pokój nagle zalało jasne światło. 

 Mężczyzna przy biurku okręcił się dokoła i wlepił we mnie oczy. 

 - Dobry wieczór, wuju George - powiedziałem spokojnie. 

background image

 17

  Jego oczy płonęły nienawiścią. Wyraz pustki zniknął jak zdarty, ukazał się teraz jak na 

dłoni   skrywany   charakter,   zły   i   krwiożerczy   jak   u   krokodyla.   Pozostał   zabawnym   wujem 

George'em Kate, o korpulentnej sylwetce i w tweedach wiejskiego jegomościa, wujem George'em, 

który   pisuje   do   magazynów   dla  chłopców   i   zabiera   żonę   na   poranki,   ale   twarz   należała   do 

człowieka,   który   kazał   zakłuć   nożem   Joe'ego   Nantwicha   i   podżegał   krwiożerczy   tłum   do 

rozszarpania mnie na kawałki. 

  Ręka   przemknęła   mu   przez   biurko   i   wróciła   z   pistoletem.   Był   to   ciężki   staroświecki 

pistolet,  nieporęczny,  ale wystarczająco  groźny i wycelowany prosto w moją pierś. Rezolutnie 

spojrzałem mu w oczy, a nie w czarny otwór lufy. Zrobiłem krok w jego stronę. 

 Wtedy to nastąpiło, ta chwila, na którą postawiłem swoje życie. 

 Wuj George zawahał się. 

  Dojrzałem to mgnienie, to  wahanie. Mimo wszystkich swoich  grzechów, całego terroru, 

jaki wprowadzał w życie innych, sam nigdy nie popełnił żadnego aktu gwałtu. Grożąc mi przez 

telefon i przekazując swoje ostrzeżenie rankiem tego dnia, kiedy wybierałem się z wizytą do jego 

domu,   powiedział,   że   nie   znosi  samego   patrzenia   na   przemoc.   I  mimo   przyjemności,   jakie 

zastępczo   czerpał   z   brutalnych  zwyczajów   ludów   pierwotnych,   a  może   właśnie   dlatego   mu 

uwierzyłem. Należy do ludzi, pomyślałem, którzy lubują się w okrucieństwach, jakich sami nie są 

w   stanie   się   dopuścić.   I   teraz,   mimo   furii,   jaką   w   nim   obudziłem,   nie   mógł   mnie   zastrzelić 

spotykając się ze mną twarzą w twarz. 

  Nie czekałem, aż zbierze odwagę. Jeden szybki krok i trzymałem go za rękę. Usiłował 

wstać. Za późno się zmobilizował, pociągnął za spust i pocisk, nie czyniąc żadnej szkody trzasnął 

w ścianę. Silnie przegiąłem mu rękę i wyrwałem broń. Mięśnie miał wiotkie i słabe, i nie umiał 

walczyć. 

 Cisnąłem go z powrotem na krzesło, aż go zatkało, sięgnąłem ręką i wyłączyłem mikrofon. 

Nie zależało mi na tym, żeby policdja albo taksówkarze słyszeli, co miałem zamiar powiedzieć. 

  Coś   zaszeleściło,   kiedy   się   otarłem   o   jego   marynarkę.   Rozpiąłem   ją.   Z   wewnętrznej 

kieszeni sterczał kawałek brązowego papieru, wyciągnąłem go więc i rozpostarłem na biurku. Wuj 

George dyszał ciężko i nie próbował mi przeszkodzić. Przeczytałem, co tam było napisane. 

 Adres Joe'ego. 

  Odwróciłem papier. Po drugiej  stronie w rogu nabazgrane  niedbale, jakby ktoś nie był 

pewien pisowni i na przygodnym kawałku papieru chciał ją sprawdzić, widniały słowa: 

 “Chichen Itza”

 “Chitchen Itsa”

background image

 “Chitsen” 

 Nie “chicken”, nie “Chichester”. Chichen Itza. Ledwie pamiętałem, że nie jest mi to obce. 

Było to imię władcy, pomyślałem. I nic dla mnie nie znaczyło, nic. A jednak przez nie umarł Joe. 

 Zostawiłem papier na biurku z nadzieją, że przyda się policji. 

  Histeria wyparowała z wuja George'a. Nagle przybrał wygląd  chorego i starego, teraz, 

kiedy poniósł klęskę. Mimo wszystko nie mogłem się zdobyć na współczucie, ale w końcu to nie 

wzgląd na wuja Kate sprowadził mnie do biura Marconi-taxi, tylko miłość do samej Kate. 

 - Policja będzie tu za niespełna minutę - powiedziałem powoli i wyraźnie. Poruszył się na 

krześle i wykonał szybki, bezradny gest kluchowatymi dłońmi. Mówiłem dalej: - Słuchali tego, co 

pan mówił przez radio. 

 Oczy wuja George'a rozszerzyły się. 

 - Dwudziesty trzeci - powiedział z resztką złości. - Dwudziesty trzeci nie odpowiadał  na 

moje dwa ostatnie wezwania. 

 Skinąłem głową. Dodałem: 

  -   Będzie   pan   oskarżony   o  namawianie   do   morderstwa.  Przynajmniej   dożywocie.   - 

Urwałem. - Niech pan pomyśli - dodałem z naciskiem. - Niech pan pomyśli o żonie. Wszystko to 

pan przecież robił dla niej, żeby nadal żyła w luksusie, do jakiego przywykła. 

 Zgadywałem, ale poczułem pewność, że to prawda, a on nie zaprzeczył. 

 - Za długo pan ją osłaniał przed rzeczywistością - powiedziałem. - Czym to będzie dla niej, 

jak pana aresztują, osądzą i może powieszą? 

 I tak samo dla Kate, z rezygnacją dodałem w myśli. 

  Wuj George słuchał i wytrzeszczał  na mnie  oczy,  aż powoli jego spojrzenie padło na 

pistolet, który wciąż trzymałem w ręku. 

 - To szybsze - powiedziałem. 

 Zapadła krótka cisza. 

 W oddali bardzo cicho dosłyszałem syrenę. Wuj George usłyszał ją także. Podniósł wzrok. 

Wciąż mnie nienawidził, ale nie miał już wyjścia i wiedział o tym. 

 - Policja - powiedziałem. 

 Syrena stała się wyraźnie głośniejsza. 

 Zrobiłem trzy kroki do drzwi, odwróciłem się i rzuciłem pistolet za siebie, na kolana wuja 

George'a. Kiedy jego  klocowate palce niezręcznie go szukały i chwytały,  wyszedłem za drzwi, 

zamknąłem je i zbiegłem po schodach. Drzwi frontowe nadal były otwarte. Wybiegłem na ulicę i 

zamknąłem je za sobą. Policyjnej syreny nie było już słychać. 

 W cieniu budynku przemknąłem się na ciemny ganek sąsiedniego domu. Ledwie zdążyłem. 

background image

Przed budynek Marconi-taxi podjechały dwa wozy policyjne, zwolniły i zatrzymały się. 

 Po drugiej stronie ulicy, w kawiarni “Pod Starym Dębem” światła były pogaszone. Tęga 

kelnerka poszła do domu. 

 Z góry nie dochodził żaden dźwięk. Zadrżałem, tknięty przerażającą myślą, że wuj George, 

raz zdobywszy się na odwagę, żeby pociągnąć za spust, może zamiast siebie zastrzelić policjanta. Z 

pistoletu, który tak przewidująco mu oddałem. 

  Kiedy  drzwiczki  policyjnych  wozów  otworzyły  się  z  trzaskiem   i  wysypały  się  z  nich 

ciemne postacie, już zrobiłem w tym kierunku pierwszy krok, żeby ich ostrzec, że ścigany jeste 

uzbrojony.   Ale   ostatecznie   troska   wuja   George'a   o   dobro  cioci   Deb   okazała   się   niezmienna. 

Pomyślałem, że ten pojedynczy trzask wystrzału w  pokoju za neonem to najlepsza  rzecz, jaką 

kiedykolwiek dla niej zrobił. 

 

***

 Zaczekałem parę minut na ciemnym ganku. W tym czasie na chodniku zaczął się zbierać 

tłumek gapiów przyciągniętych odgłosem wystrzału i obecnością policyjnych wozów. Nieśpiesznie 

wśliznąłem się między ludzi i po chwili spokojnie odszedłem. 

  Za   dwoma   lub   trzema   zakrętami   znalazłem   budkę   telefoniczną   i   wszedłem   do   niej, 

szukając w kieszeni monet. Telefony do Lodge'a pochłonęły niemal wszystkie drobne, toteż przez 

chwilę patrzyłem tępo na trzypensówkę i dwie półpensówki, wszystko, co zdołałem wygrzebać z 

kieszeni spodni. Wtedy sobie przypomniałem swoją pończochę. Rozwiązałem skarpetę, wysypałem 

trochę pensów na dłoń, cztery z nich wcisnąłem w otwór aparatu i poprosiłem centralę o numer 

Pete'a. 

 Podniósł słuchawkę po drugim dzwonku. 

 - Dzięki Bogu, że dzwonisz - powiedział. - Gdzie się, u diabła, podziewałeś? 

 - Zwiedzałem Sussex. 

 - A gdzie Admirał? 

 - Hm... zostawiłem go uwiązanego do drzewa gdzieś na wrzosowisku. 

 Pete zabełkotał coś, ale mu przerwałem. 

 - Czy możesz posłać po niego wóz? Niech kierowca zajedzie do Brighton i zabierze mnie z 

plaży, przy głównym molu. I Pete... czy masz przyzwoitą mapę Sussex? 

  -   Mapę?   Zwariowałeś?!   Nie   wiesz,   gdzie   go   zostawiłeś?   Czyżbyś   naprawdę   uwiązał 

najlepszego konia wyścigowego w Anglii do drzewa i zapomniał gdzie? - w jego głosie brzmiało 

najwyższe oburzenie. 

background image

  - Znajdę go z łatwością, jeżeli  przyślesz mapę.  Nie  zwlekaj, dobrze? Potem ci o tym 

opowiem. To trochę skomplikowane. 

 Powiesiłem słuchawkę i po chwili namysłu zadzwoniłem do “Błękitnej Kaczki”. Telefon 

odebrał sam starszy sierżant Thomkins. 

  - Wróg rozgromiony,  starszy  sierżancie - zameldowałem.  - Taksówki Marconi zwijają 

interes. 

  - Kupa ludzi się ucieszy z tej wiadomości - odpowiedział silny niski głos ze sporą dozą 

serdeczności. 

 Mówiłem dalej: 

 - Ale trwają jeszcze operacje oczyszczające. Nie interesowałoby pana zajęcie się jeńcem i 

dostawienie go na policję? 

 - I owszem - odpowiedział. 

 - No, to niech pan biegiem przybywa do mnie na główne molo, a dostanie pan instrukcje. 

 - Już idę - powiedział starszy sierżant. 

 Dołączył do mnie przy falochronie zaraz po tym, jak sam się tam znalazłem. Tymczasem 

zupełnie się już ściemniło, a latarnie wzdłuż wybrzeża ledwie muskały światłem upiornie szare 

linie załamujących się fal. 

  Nie musieliśmy długo czekać na przyczepę, a kiedy zajechała, z siedzenia dla pasażera 

wysunął wielką łysą głowę sam Pete, wołając na mnie. On, ja i starszy sierżant wsiedliśmy do 

skrzyni  i usadowiliśmy się  na paru pryzmach  słomy,  a następnie  kołysząc  się wraz z pudłem 

posuwającego się na zachód wozu opowiedziałem im o wszystkim, co się wydarzyło od dnia, kiedy 

w Maidenhead zginął Bill. Wszystko, to znaczy aż do mojej  ostatniej rozmowy z Lodge'em. O 

wizycie w biurze Marconi-taxi i o tym, kim naprawdę był Claud Thiveridge, nie wspominałem. Nie 

wiedziałem, jak angielskie prawo traktuje przestępstwo polegające na namawianiu do samobójstwa, 

i z różnych powodów postanowiłem nikomu o tym nie mówić. 

  Fragmenty tej historii znał  Pete, inne z kolei Thomkins, ale  obu musiałem opowiedzieć 

całą, żeby wszystko od początku do końca było jasne. 

 Kierowca dostał moją notatkę dotyczącą najważniejszego kierunkowskazu i porównując ją 

z mapą przywiezioną przez Pete'a w uderzająco krótkim czasie zawiózł nas na miejsce. 

 Zarówno Admirał jak Twardziel Blake wciąż byli uwiązani, każdy do swojego drzewa, i 

pierwszego wprowadziliśmy, a drugiego wtaszczyli za ręce i nogi do wozu. Admirał ucieszył się na 

nasz widok, uczucia Blake'a  jednak były dość mieszane, szczególnie kiedy poznał Thomkinsa. 

Okazało się, że to Blake rozbił kiedyś głowę starszemu sierżantowi jedną z jego własnych butelek. 

  Z   uśmiechem   wyciągnąłem   z  kieszeni   miedziany   kastet  Blake'a   i   wręczyłem   go 

background image

Thomkinsowi. 

 - Oto broń jeńca - powiedziałem. 

  Thomkins  potrząsnął  kastetem  i przymierzył  go, a Blake raz rzucił  na to udręczonym 

okiem i stoczył się z pryzmy słomy zemdlony. 

 - Lepiej jedźmy naokoło, przez tereny wyścigowe West Sussex, jeżeli można - poprosiłem. 

- Mam nadzieję, że mój wóz stoi tam jeszcze na parkingu. 

 I stał, samiusieńki na olbrzymim parkingu. Światło wschodzącego księżyca połyskiwało w 

jego niskiej ciemnej sylwetce. Wysiadłem na drodze, uścisnąłem ręce Thomkinsowi i Pete'owi, 

życzyłem im szczęścia i popatrzyłem za czerwonymi tylnymi światłami przyczepy, aż znikły w 

ciemności. 

 Następnie poszedłem do wozu, zapaliłem silnik i bez wahania zostawiając za sobą to, co 

było moim niewątpliwym obowiązkiem,  czyli udzielenie odpowiedzi na nie kończące się pytania 

na posterunku w Brighton, z pomrukiem silnika ruszyłem do Cotswolds. 

 Powodowany nieodpartą ciekawością zboczyłem z drogi, pojechałem wzdłuż wybrzeża do 

Portsmouth, licząc na to, że tamtejszą bibliotekę zastanę jeszcze otwartą. Była otwarta. W dziale 

podręcznym wytaszczyłem tom encyklopedii i sprawdziłem  Chichen Itza. Pierwsza pisownia  na 

brązowym papierze była prawidłowa. 

  Chichen Itza, dowiedziałem się, to nie był władca. Była to starożytna stolica Majów w 

Jukatanie, stolica plemienia  Indian, które przeżyło swój rozkwit w Ameryce Południowej tysiąc 

pięćset lat temu. 

 Wpatrywałem się w stronicę, aż słowa na niej zlały się w jedną plamę. 

 To, co nastąpiło potem, było, jak przypuszczam, po trosze spóźnioną reakcją na śmiertelny 

strach, jaki przeżyłem spoglądając w lufę pistoletu wuja George'a, a po trosze skutkiem głodu i falą 

śmiertelnego zmęczenia, a także nagłym odprężeniem po stresach minionych tygodni. Ręce i całe 

ciało   zaczęły   mi   się   trząść.   Oparłem   stopę   o   nogę   stolika,   przy   którym   siedziałem,   i   mocno 

przytrzymałem  się  grubego  tomu,   żeby  powstrzymać  to  drżenie.  TRzymało  mnie   przez  długie 

minuty, omal nie rozpłakałem się ze słabości, ale stopniowo spazm zelżał, napięcie opuściło moje 

mięśnie i zrobiło mi się po prostu zimno. 

  Chichen Itza. Sztywno  wstałem,  zamknąłem  książkę,  odłożyłem  ją na półkę i trzeźwo 

wyszedłem   do   wozu.   Zastawiłem   lepszą   pułapkę,   niż   myślałem,   udając,   że   jestem   bliski 

zrozumienia, co Joe mógł powiedzieć, zanim umarł. 

  Przypomniałem  sobie wyraźnie  gabinet obstawiony oszklonymi  gablotami,  zobaczyłem 

ciężkie,  rzeźbione  dębowe biurko, teczki  poświęcone  indiańskim plemionom i jedną oddzielną 

teczkę wyraźnie oznaczoną “Majowie”. Wuj George za wiele mi powiedział o Majach: Wiedział, 

background image

że Chichen Itza logicznie doprowadzi mnie do niego. 

background image

 18

 To, czego nie udało mi się osiągnąć kochając Kate, osiągnąłem burząc cały jej świat. 

 Stała przede mną sztywna i opanowana, z tak palącą i nieustępliwą nienawiścią na twarzy, 

że czułem własny ból dosłownie jak gorycz w ustach. Stłumiony ogień zapłonął w niej w końcu 

gorącym płomieniem. Jej twarz miała w sobie jakąś nową głębię i dojrzałość, jak gdyby przez te 

dwa tygodnie stała się w pełni kobietą. Przez to budziła jeszcze silniejsze pożądanie. 

  Śledztwo   i   dochodzenie   dotyczące   życia   i   śmierci  George'a   Penna   odraczano   już 

dwukrotnie, ale właśnie się zakończyło. Policjanci, świadkowie, Kate i ja staliśmy w hallu sądu w 

Brighton gotując się do wyjścia. 

  Werdykt   orzekający   chwilową   niepoczytalność   był   aktem   łaski,   ale   przed   węszącymi 

sensację reporterami nie udało się ukryć zasięgu przestępczej działalności wuja George'a, a firmy 

L.C. Perth i Marconi-taxi od dwóch tygodni nie schodziły z pierwszych stron gazet. 

 To, że skłoniłem wuja George'a do samobójstwa, wcale ostatecznie nie pomogło cioci Deb. 

Nie można było przed nią ukryć prawdy, a szok i przygnębienie spowodowały u niej kilka ataków 

serca, z których czwarty skończył się śmiercią. Dla Kate jednak, choć nic o tym nie wiedziała, tak 

było wciąż najlepiej. Musiała stawić czoło świadomości jego winy, ale nie procesowi i karze. 

  Moje   listy   kondolencyjne  pozostały   jednak   bez   odpowiedzi.  Telefony   regularnie   nie 

zastawały jej w domu. I teraz zobaczyłem dlaczego. Za wszystkie nieszczęścia, jakie na nią spadły, 

obwiniała mnie jednego. 

  -  Nienawidzę  cię  -  powiedziała  nieprzejednanym   tonem.  -  Mdli  mnie  na  twój   widok. 

Wkręciłeś się do naszego domu i przyjąłeś wszystko, czym cię obdarowano - pomyślałem o tych 

delikatnych pocałunkach i, sądząc po dodatkowym błysku w jej oczach, o tym samym pomyślała i 

ona - a ty w zamian zaszczułeś biednego starego człowieka na śmierć i w rezultacie zabiłeś tę 

bezbronną staruszkę. Nie mam wuja i nie mam ciotki. Nie mam w ogóle na całym świecie nikogo. 

Nie   mam   nikogo.   -   Mówiła   z   gniewem.   -  Dlaczego   to   zrobiłeś?   Nie   mogłeś   ich   zostawić   w 

spokoju? Musiałeś zburzyć mój dom? Wiedziałeś, jak ich kocham. Nie mogę na ciebie patrzeć, tak 

cię nienawidzę... 

 Przełknąłem i spróbowałem zebrać trochę śliny w wyschłych ustach. Zapytałem: 

 - Pamiętasz te dzieci, które musiał odwozić do szkoły mistrz judo, żeby były bezpieczne? 

 Ale Kate nie spuszczała ze mnie złego spojrzenia, jakby nie dosłyszała. 

  -   Jesteś   największą   bestią,   jaką   kiedykolwiek   znałam,   i   choć   dokonałeś   tego,   że   to 

niemożliwe, żebym cię zapomniała, nigdy o tobie nie pomyślę bez... bez... - krtań poruszyła się jej 

konwulsyjnie,  jakby miała  zwymiotować.  Obróciła się na pięcie  i niepewnym  krokiem wyszła 

przez wielkie główne drzwi na ulicę. 

background image

 Przywitały ją błyski fleszów i zaskoczyły nieprzygotowaną, zobaczyłem więc, jak podrywa 

ramię w beznadziejnej próbie ukrycia twarzy. Bezradność i samotność tych pochylonych ramion 

wołały o pocieszenie, a ja, który najbardziej pragnąłem ją pocieszyć,  byłem właśnie tą jedyną 

osobą, od której by tego nie przyjęła. Patrzyłem, jak szybko wymija natrętnych reporterów i wsiada 

do czekającego wynajętego auta. 

 Odjechała. Patrzyłem za nią odrętwiały. 

  Teraz zdałem sobie sprawę, że  od paru sekund Lodge stoi przy  mnie i coś mówi. Nie 

słyszałem ani słowa, a on zdawał się czekać na odpowiedź. 

 - Przepraszam - powiedziałem. - Co pan mówił? 

 Lodge spojrzał za drzwi, którymi wyszła Kate, i westchnął. 

 - To nie było takie ważne... Proszę pana, ona niedługo spojrzy na wszstko rozsądniej, kiedy 

znów zacznie normalnie myśleć. Sporo słyszałem z tego, co mówiła... ale to nie pańska wina, że jej 

wuj zszedł na przestępczą drogę. 

 - Gdybym był wiedział... - urwałem, o mały włos nie dodając słowa “na pewno”, które by 

mnie  wydało.   -   Gdybym   wiedział,   że   to   George   Penn   był   Claudem   Thiveridge,   postąpiłbym 

inaczej. 

 - Moim zdaniem, rzeczy przybrały obrót dobry dla Pennów - powiedział Lodge. - Szybki 

koniec ma swoje dobre strony. 

  Mówił   bardzo   znaczącym   tonem   i   zrozumiałem,   że   trochę   się   domyślał   roli,   jaką 

odegrałem w śmierci wuja George'a. Kilka już razy wcześniej rzucał uwagi, że moje zniknięcie z 

Brighton w momencie sukcesu było dziwne, z uprzejmym sceptycyzmem też przyjął wymówkę, że 

coraz bardziej niepokoiłem się o konia. Wspomniał znacząco, że policja z Brighton przysłuchując 

się   w   taksówce   Marconi   wściekłym   krzykom   wuja   George'a   usłyszała   w   tle   słaby   (nie   do 

rozróżnienia) szept, pojedynczy strzał i nic poza tym. Nie mogli sobie tego wytłumaczyć, tyle że 

potem znaleźli wyłączony mikrofon i pocisk w ścianie, doszli więc do wniosku, że wuj George 

wypróbował   stary  pistolet,   czy   działa.   Ten   strzał   jednak   kazał   im   się   pospieszyć  do   budynku 

Marconi, gdzie przybyli akurat na czas, żeby usłyszeć, jak strzela do siebie. 

 Może pan ma rację - odpowiedziałem dyplomatycznie. 

 Powieki mu drgnęły, uśmiechnął się i zmienił temat. 

  - Kierowcy firmy Marconi znowu  stają przed sądem w tym tygodniu. Przypuszczam, że 

będzie pan tam, żeby zeznawać - powiedział. 

 - Będę - potwierdziłem, mimo że nie myślałem o tym z przyjemnością. 

  Wszystkich   poszukujących   mnie   kierowców   zaalarmował   strzał   i  cisza   w   radio.   Jedni 

ruszyli z powrotem do Brighton, inni pojechali do Londynu, a jeden czy dwóch zostawili taksówki 

background image

i   uciekli   pieszo.   Ale   wszystkich  szybko   otoczono,   ponieważ   -   idąc   za   moimi   dość   mglistymi 

wskazówkami przekazanymi przez telefon Lodge'owi - policja zaczęła ich okrążać, kiedy jeszcze 

słuchali wuja George'a. Przestępstwa, o jakie ich teraz oskarżano, obejmowały zastraszania, ciężkie 

pobicia aż po samo morderstwo. 

 Notatki znalezione w gabinecie wuja George'a, w teczce oznaczonej z upiornym humorem 

“Notatki o ofiarach składanych  z  ludzi”, wyjaśniły,  że Joe'ego Nantwicha rzeczywiście przebił 

nożem ten, który nosił mój krawat. 

  I   motywy   postępowania   wuja   George'a   były   już   jasne.   Utrzymanie   się   na   dawnym 

luksusowym   poziomie   życia   stało   się   zbyt   trudne   przy   jego  dochodach   po   wojnie   i   zamiast 

pozwolić, żeby ciocia Deb pogodziła się z rzeczywistością, i pogodzić się z nią samemu, zaczął 

coraz   bardziej   uszczuplać   swój   kapitał.   Niemal   za   resztę   kupił   firmę   Marconi   i   oddał   się 

przestępstwu. Zarządzał  wszystkim przez Fieldera i  najwidoczniej nigdy nie oglądał na własne 

oczy skutków swoich poleceń. Przypuszczam, że własnych przestępstw nie uważał za bardziej czy 

mniej realne od prymitywnych barbarzyństw, których badaniu poświęcał czas. 

  W kartotekach sięgających  wstecz czterech lat policja  znalazła skrupulatne wykazy sum, 

jakie ściągnął z małych  szantażowanych zakładów. I od  czasu do czasu przy nazwie kawiarni, 

sklepu lub baru, jak mi powiedział Lodge, wypisane było jedno słowo: “Przekonani”. 

 Wykazy wyścigowe były krótsze i znajdowały się w nich listy sum, których przeznaczenia 

policja   nie   znała.   Ale   jeden   arkusz,   z   nagłówkiem  “Joe   Nantwich”,   był   w   pełni   zrozumiały. 

Zawierał wykaz dat i sum, wśród których najniższa wynosiła sto funtów. Pod spodem przeciągnięta 

była   gruba   linia,   a   przy   niej   widniały   słowa:  “Rachunek   zamknięty”,   wypisane  porządnym 

charakterem pisma wuja George'a. 

 Reporterzy rozeszli się, kiedy Kate odjechała. Dla nich zabawa się skończyła. 

  -   Jest   pan   gotów?   Jedziemy?   -  zapytałem   Lodge'a.   Przyjechał   ze   mną   do   Brighton   z 

Maidenhead. Skinął potakująco głową i wyszliśmy do mojego samochodu. 

 Najszybciej prowadzę, kiedy jestem zadowolony. Tego dnia nie miałem żadnego kłopotu z 

przestrzeganiem limitu szybkości przejeżdżając przez kręte  uliczki miasteczek Sussex, a  Lodge 

przez   połowę   drogi   powrotnej   do   Maidenhead   znosił  moje   ponure   milczenie   bez  komentarza. 

Wreszcie powiedział: 

  -   Panna   Ellery-Penn   bardzo   się   przydała   wujkowi.   Za   jej   pośrednictwem   od   razu   się 

dowiadywał o każdym pana kroku w czasie pańskich poszukiwań. Nic dziwnego, że o wszystkich 

posunięciach był tak dobrze poinformowany. 

 Żyłem już z tą myślą dość długo, ale wypowiedziana na głos przez kogoś innego wywarła 

zupełnie niespodziewane wrażenie. Prąd przebiegł mi po krzyżu i nagle ożywił pamięć, jak gdyby 

background image

gdzieś w podświadomości zadzwonił dzwonek alarmowy. 

 Przejeżdżaliśmy właśnie drogą prowadzącą przez niskie zarośla i wrzosowisko. Zwolniłem, 

zjechałem na pobocze i zatrzymałem się. Lodge spojrzał na mnie pytająco. 

 - Co pan powiedział?... muszę pomyśleć - powiedziałem. 

 Zaczekał chwilę w milczeniu, po czym zapytał: 

 - Czym się pan trapi? Sprawa skończona. Nie ma już żadnych tajemnic. 

 Pokręciłem głową. 

 - Jest ktoś jeszcze - powiedziałem. 

 - Co pan ma na myśli? 

 - Jest ktoś jeszcze, kogo nie znamy. Jakiś zaufany wuja George'a. 

 Mimo wszystko wciąż myślałem o nim jako o wuju George'u. 

 - Fieldera, jego zarządcę, zganęliśmy - powiedział Lodge. - Tak samo wszystkie panienki z 

centrali L.C. Pertha, choć potem je wypuszczono. Tylko dwóch urzędników miało jakieś pojęcie o 

tym, co się działo, jeden, który chodził na wyścigi, a drugi w biurze. Za pośrednictwem Fieldera 

otrzymywali polecenia, na które konie przyjmować nieograniczone zakłady. Już nikt więcej się za 

tym nie kryje. 

 - Joe wstrzymywał konie na długo przedtem, zanim wuj George podarował Kate Wielkie 

Nieba, a ona nigdy przedtem nie brała udziału w wyścigach. Jakiś inny bywalec wyścigów musiał 

pracować dla wuja George'a - stwierdziłem z przekonaniem. 

 - Żeby wybrać, którego konia wstrzymać, Penn nie potrzebował nic więcej poza poranną 

gazetą i programem. Nie musiał sam chodzć na wyścigi. Nie potrzebował wspólnika na wyścigach 

poza bukmacherem Perthem. Fantazjuje pan. 

 - Wuj George za mało wiedział o koniach. 

 - Więc się dowiadywał - sceptycznie orzekł Lodge. 

  - Kate mi mówiła, że odkąd pamięta, nic a nic nie wiedział na ten temat. Założył gang 

ochrony   z   taksówkarzy   Marconi   dopiero   cztery   lata   temu,   a  oszustwa   wyścigowe   zaczęły   się 

niecały rok temu. Przedtem nie miał powodów, żeby udawać. A więc jego ignorancja na temat koni 

była prawdziwa. 

 - Tu się z panem zgodzę - przyznał Lodge. - Ale nie widzę, czego by to miasło dowodzić. 

  - Musiał mieć wtyczkę na wyścigach. Jak inaczej zdołałby wybrać akurat tego dżokeja, 

którego najłatwiej przekupić? 

 - Może próbował z kilkoma, aż znalazł takiego, co się zgodził brać forsę - podsunął Lodge. 

 - Nie. Gdyby tak było, wszyscy by o tym mówili. 

 - Próbował z majorem Davidsonem - powiedział Lodge. - Wygląda to na grubą pomyłkę ze 

background image

strony pańskiego mitycznego doradcy. 

  -   Racja   -   zgodziłem   się.   Spróbowałem   z   innej   strony.   -  Ostatnio   przekazano   wujowi 

George'owi parę wiadomości, jakich sama Kate nie znała. Jak pan to wytłumaczy? 

 - Jakie wiadomości? 

  -  Na   przykład   o   tym   kawałku   brązowego   papieru   Joe'ego.   W  Liverpoolu   przy  wadze 

wszystkim o nim opowiadał. Kate tam nie było. Ale dwa dni później na polecenie wuja George'a 

Joe został zabity, a papier mu zabrano. 

 Lodge zamyślił się. 

 - Ktoś mógł spotkać pannę Ellery-Penn w niedzielę i mimochodem o tym wspomnieć. 

 Przelotnie pomyślałem o Danie. 

  - Jeżeli nawet - powiedziałem - to naprawdę nie było dla niej na tyle interesujące, żeby 

miała powtarzać wujowi George'owi. 

 - Nigdy nie wiadomo. 

  Ruszyłem   i   przejechałem   w   milczeniu   parę   mil.   Nie   miałem   chęci   narażać   na   jego 

sceptycyzm najgłębszych powodów swojego przekonania, że wróg istnieje nadal, prawie pewności, 

że gdzieś, w luce pamięci spowodowanej wstrząsem mózgu wiem już, kto to jest. 

  Kiedy wreszcie ostrożnie mu to wyznałem, potraktował moje słowa poważniej, niż się 

spodziewałem. I po paru minutach namysłu zdumiał mnie przenikliwą uwagą: 

  -   Może   pańska   podświadomość   nie   chce,   żeby   pan   sobie   przypomniał,   kto   jest   tym 

wrogiem, ponieważ pan go lubi. 

 Podrzuciłem Lodge'a do Maidenhead i wróciłem do Cotswolds. 

  Wchodząc   do   starego   kamiennego  domu   w   tej   samej   chwili,   kiedy  dzieci   z   tupotem 

przebiegały przez hall w drodze na podwieczorek, poczułem się, jakbym z powrotem wstępował do 

normalnego   świata.   SCilla  schodziła   ze   schodów   z   pełnym   naręczem   letnich   sukienek   Polly. 

Podszedłem do niej, kiedy stała już na najniższym stopniu, i ucałowałem ją w policzek. 

  - Joan i ja będziemy musiały wszystkie je podłużyć - powiedziała wskazując głową na 

sukienki. - Polly rośnie na potęgę. 

  Wszedłem   za   nią   do   bawialni   i   usiedliśmy   na   dywanie   przed   świeżo   zapalonym 

kominkiem. 

 - Tak, chyba tak. 

 Za wiele się skończyło. 

 Opowiedziałem jej o rozprawie i werdykcie. Powiedziałem: 

 - To tylko dzięki Billowi w ogóle złapano George'a Penna. Bill nie umarł na próżno. 

 Długo nie odpowiadała i zobaczyłem, jak żółte światło płomieni zapala się w łzach, które 

background image

nie stoczyły się z jej oczu. Potem pociągnęła nosem i potrząsnęła głową, jak gdyby chciała się 

uwolnić od przeszłości. 

 - Chodźmy i zjedzmy podwieczorek razem z dziećmi - powiedziała. 

  Polly   chciała,   żebym   załatał   jej   oponę   w   rowerze.   Henry  oznajmił,   że   wymyślił   parę 

posunięć szachowych, i pytał, czy nie zagrałbym z nim po podwieczorku. William uczęstował mnie 

lepkim pocałunkiem i w prezencie wcisnął mi do ręki zleżałego owocowego dropsa. Znowu byłem 

w domu. 

background image

 19

 Dni mijały, a wręcz nieznośne przeświadczenie, że utraciłem Kate, niemal nie słabło. Nie 

mogłem się jej pozbyć z pamięci. Rano, kiedy się budziłem, ból szybko psuł mi cały dzień. Kiedy 

spałem,   śniło   mi   się   nieustannie,   że   Kate   ucieka   w   głąb   jakiegoś   długiego,   ciemnego   tunelu. 

Wydawało mi się nieprawdopodobne, że ją jeszcze kiedy zobaczę, i starałem się podejść do tego 

rozsądnie. 

  Potem,   w   tydzień   po   rozprawie   wuja   George'a   pojechałem   na   wyścigi   do   Banbury   i 

zastałem tam Kate. Ubrana była w ciemny granat i miała wielkie szare cienie wokół oczu. Jej twarz 

była   blada   i   spokojna   i   wyraz   jej   się   nie   zmienił,   kiedy   mnie   zobaczyła.   Czekała   przed 

pomieszczeniem z wagą i kiedy tylko podszedłem bliżej, odezwała się do mnie. 

 - Alan, myślę, że powinnam cię przeprosić za to, co ci wtedy powiedziałam. 

 Wypowiedzenie tych słów przyszło jej z wyraźnym trudem. 

 - Wszystko w porządku - powiedziałem. 

 - Nie... nieprawda. Myślałam o tym, co mówiłeś... o tych dzieciach jeżdżących do szkoły z 

mistrzem judo... i zdaję sobie sprawę, że trzeba było powstrzymać wuja George'a. - Urwała. - To 

nie twoja wina, że ciocia Deb nie żyje. Przepraszam, że tak powiedziałam. 

 Wypuściła oddech, jak gdyby spełniła nieznośny obowiązek. 

 - Przyjechałaś aż tutaj specjalnie, żeby mi to powiedzieć? 

 - Tak. Dręczyło mnie, że byłam taka niesprawiedliwa. 

  - Droga, najdroższa Kate - powiedziałem i mroki ubiegłego tygodnia zaczęły znikać jak 

poranna mgiełka. - Dałbym nie wiem co, żeby to nie był wuj George, wierz mi. - Przyjrzałem się 

jej bliżej. - Wyglądasz strasznie głodna. Jadłaś już co dzisiaj? 

 - Nie - przyznała słabym głosikiem. 

 - Musisz zjeść lunch - stwierdziłem i nie dając jej szansy na odmowę, zaprowadziłem ją 

zaraz do baru. Przyglądałem  się tam,  jak je, z początku dłubiąc po talerzu,  ale wkrótce już z 

wilczym   apetytem,   aż   znów   rumieńce   jej   wróciły  na   policzki,   a   w   usposobieniu  pojawiło   się 

dalekie echo dawnej wesołości. 

  Była   już   dobrze   zaawansowana   z   dokładką   gorącego   pasztetu   z   dziczyzny,   kiedy 

powiedziała przyjaźnie:

 - Chciałabym, żebyś i ty coś zjadł. 

 - Zaraz jadę. 

 - Tak, wiem, widziałam w gazecie. Na Straconych Nadziejach, prawda? - spytała między 

jednym kęsem a drugim. 

 - Tak. 

background image

 - Będziesz uważał, dobrze? Pete mówi, że on nie jest dobry na przeszkodach. 

 Spojrzałem na nią z pełnym zachwytu zdumieniem, a ona głęboko się zarumieniła. 

 - Kate! - powiedziałem. 

  - No... Myślałam, że mi nigdy nie wybaczysz, że byłam taka okropna. Był to najgorszy 

tydzień   w   moim   życiu,   żałowałam   każdego   słowa.   Ale   to   mnie   przynajmniej   przywiodło   do 

opamiętania w stosunku do ciebie. Próbowałam w siebie wmówić, że z rozkoszą nigdy cię już nie 

zobaczę, a tymczasem czułam się coraz gorzej. Sądząc po twojej minie w Brighton, sądziłam, że... 

że nie przyjdziesz po drugą porcję. Pomyślałam więc, że... jeżeli chcę, byś się dowiedział, jak mi 

przykro, to ja muszę jechać i ci powiedzieć, i wtedy zobaczę, jak... jak zareagujesz. 

 - A jak miałem zareagować? 

 - Myślałam, że zachowasz się wyniośle i chłodno, i nie miałabym ci tego za złe. 

 Wepchnęła do ust całkiem nieelegancki kawał skórki od pasztetu. 

 - A więc wyjdziesz za mnie, Kate? - zapytałem. 

 Odpowiedziała “tak” niewyraźnie, z pełnymi ustami, dalej nieprzerwanie krając jedzenie na 

talerzu.   Cierpliwie  poczekałem,   aż   skończy   pasztet   i   poświęci   należny   czas   kawałowi  sera   i 

biskwitom. 

 - Kiedy ostatnio jadłaś? - spytałem, gdy wreszcie odłożyła serwetkę. 

  - Nie pamiętam. - Spojrzała na mnie przez szerokość stolika z nową radością w twarzy 

ponad  dawnym smutkiem, a ja z tego i z jej uwagi o Straconych  Nadziejach, pierwszej w życiu 

trosce o moje bezpieczeństwo, zrozumiałem, że naprawdę jest już dorosła. 

 - Chcę cię pocałować - powiedziałem. 

 - Wyścigów nie stworzono z myślą o wygodzie świeżo zaręczonych - zauważyła. - Co byś 

powiedział na przyczepę do przewozu koni? 

 - Mamy tylko dziesięć minut - stwierdziłem. - Jadę w drugim biegu. 

 Bez wielkich ceregieli pożyczyliśmy sobie przyczepę Pete'a. Wziąłem ją w ramiona i tym 

razem ku mojej satysfakcji usta Kate odpowiedziały mi w sposób nie siostrzany. 

 Dziesięć minut przeleciało jak mgnienie, a wyścigi nie czekały. Wróciliśmy. Wszedłem do 

szatni,   przebrałem   się   w   swoje   barwy,   a   Kate,   która   wyglądała   na   trochę   oszołomioną   i   nie 

ukrywała, że tak się czuje, zostawiłem na ławce w słońcu. 

 Brałem udział w wyścigach pierwszy raz od czasu rozprawy wuja George'a. Niespokojnie 

rozejrzałem się w szatni po dobrze znajomych twarzach, nie chcąc wierzyć, że któryś z nich mógł 

być pośrednikiem, tym, który spowodował śmierć Joe'ego. Może Lodge ma rację i ja naprawdę nie 

chcę się dowiedzieć. Kiedyś lubiłem samego wuja George'a. Czyżbym się wzdragał przed zdarciem 

maski z jeszcze jednego z przyjaciół? Żeby nie znaleźć pod nią krokodyla. 

background image

  Clem   wręczył   mi   obciążenie.   Spojrzałem   na   jego   cierpliwą,   pomarszczoną   twarz   i 

pomyślałem: Ty nie, nie ty. 

  Myśl, że Clem wszystko słyszy i żadne wydarzenie, mające jakąś wagę, nie ujdzie jego 

uwagi, była swego rodzaju zdradą. Byli tacy, co nazywali go Wyrocznią...

 Moje rozważania przerwało przyjacielskie klepnięcie w plecy. 

  - Baczność, bystre oczko, jak ci leci szpiclowanie?! - ryknął  Sandy, zatrzymując się i 

balansując siodłem na kolanie, podczas gdy okręcał wokół niego popręg. - Jak się miewa Sherlock 

Holmes? 

 - Wycofał się z interesu - odpowiedziałem z uśmiechem. 

 - Nie! Niemożliwe! Po takich wspaniałych wynikach? 

 - Chyba już będę się trzymał wyścigów. Mniej ryzykowne. 

 Przyjazne spojrzenie Sandy'ego powędrowało do szramy na moim policzku. 

  - Łudź się,  jak ci to sprawia  przyjemność, chłopie - powiedział. - Zmienisz zdanie, jak 

będziesz miał połamanych tyle kości co ja. - Okręcił popręg wokół siodła, zatknął za niego klamrę i 

z kaskiem zepchniętym daleko na tył głowy, jak magnes przyciągając spojrzenia wesołym głosem, 

przepchnął się na wagę. 

 Przez szerokość szatni dobrze widziałem plecy Dane'a, twardo i świadomie odwrócone w 

moją   stronę.   Rozmawiając   z   kimś   przy   wejściu,   zobaczył,   niestety,   jak  Kate   i   ja   wracamy   z 

parkingu   na  przyczepy.   Dobrze   się   przyjrzał  naszym   promiennym   twarzom,   zanim  go 

spostrzegliśmy, i nie musiał już o nic pytać. Pogratulował Kate paru urywanymi zdaniami, ale do 

mnie nie odezwał się jeszcze ani słowem. 

 Pete nie bawił się w ceregiele. 

 - Alan! Kate powiedziała mi o was. Gratuluję. 

  Dane łypnął na niego groźnie, więc Pete szybko przeszedł do  omawiania szans w tym 

biegu. Mówił o koniu Dane'a, a moją uwagę przyciągnęło coś innego. 

 Oto dziesięć jardów dalej stał niedostępny Clifford Tudor, gestem Krezusa przesuwając w 

ustach cygaro i musztrując swojego trenera i dżokeja. Dziwne, pomyślałem, jak często natykam się 

na   tego   człowieka.   Przyglądałem   się,   jak   ciężko   rąbie   w   powietrzu   ciemnymi   dłońmi,   żeby 

podkreślić swoje racje, a młodego dżokeja, następcę Joe'ego, podejrzałem, jak marszczy czoło 

poważnie zaniepokojony. 

  Mój wzrok ześliznął się z niego i pobiegł tam, gdzie Sir Cresswell Stampe nadzorował 

podsadzanie na konia swojego niemiłego synka Davida przed zajęciem sędziowskiego miejsca w 

loży   komisji   technicznej.   Za   nim  stały   inne   grupki   właścicieli   i  trenerów,   zaabsorbowanych 

snuciem planów, nadziejami, pouczaniem dżokejów (albo odwoływaniem wcześniejszych pouczeń) 

background image

i obliczaniem szans na zakłady w ostatniej chwili. 

  Tylu   ludzi   znałem.   Tylu   lubiłem.   Który   z   nich...   który   z   nich   nie   był   tym,   na   kogo 

wyglądał? 

 Pete podsadził mnie na szczupły grzbiet Straconych Nadziei i pomachałem ręką Kate, która 

stała przy barierze padoku, po czym pokłusowałem na start. 

 Po drodze minął mnie szybko Dane, odwracając w moją stronę głowę, kiedy się mijaliśmy. 

Jego zimne spojrzenie mówiło:  “Do  licha z tobą”, wybijając każde słowo z równą siłą. Szarpnął 

koniem, żeby się ode mnie odsunąć i nie dać mi szansy na odpowiedź. Niech jedzie. Albo się z tym 

upora, albo nie, tak czy owak niewiele mi w tej sprawie zostawało do zrobienia. 

  W   tej   gonitwie   brało   udział   jedenaście   koni.   Stanęliśmy   kołem,   pomocnik   startera 

podciągał popręgi, a sam starter sprawdzał listę. Sandy zapytał, czy może zsiąść, żeby naprostować 

siodło,   które   po   drodze   zsunęło   się   do   przodu.   Starter   skinął   głową,   patrząc   na   zegarek   i 

upominając Sandy'ego, żeby się nie guzdrał. Ten właśnie starter nie znosił opóźniania startów i 

denerwował się każdą zwłoką. 

 Sandy rozpiął popręg, wyprostował siodło i zapiął popręg z powrotem. Patrzyłem na niego 

zamiast w pełni skupić się na Straconych Nadziejach, tak że to, co się stało, stało się całkowicie z 

mojej winy. 

  Jeden z pomocników rozwinął przed nosem mojego konia białą chorągiewkę, którą miał 

obowiązek   unieść   do   góry,   żeby   dać   znać   na   trybunach,   że   za   chwilę   start.   Mój   młody   i 

niedoświadczony koń się spłoszył, stanął na tylnych nogach jak koń cyrkowy, szarpnął się w bok i 

zrzucił mnie. Spadłem niemal płasko na wznak, tracąc dech, i zobaczyłem, jak Stracone Nadzieje 

wierzga i w niezłym tempie oddala się wzdłuż toru. 

 Leżałem tak parę sekund starając się odzyskać oddech, a Sandy ruszył w moją stronę z ręką 

wyciągniętą, żeby mi pomóc, śmiejąc się i robiąc jakąś rubaszną uwagę na temat mojego nagłego 

zstąpienia. 

 Nagle ogarnęło mnie dziwne oszołomienie i zmysły zaczęły mi płatać niesamowite figle. 

Leżąc   w   wiosennym   słońcu   poczułem   na  twarzy   deszcz.   Moje   pozbawione  tchu,   ale   nie 

uszkodzone   ciało   przeszył   wstrząsający   ból.   W  zawrocie  głowy   wydało   mi   się,   że   przeszłość 

miesza   się   z   teraźniejszością   i   że   w   jakiś   sposób   dzieją   się   jednocześnie   dwa   zupełnie   różne 

wydarzenia. 

  Wlepiłem wzrok w twarz  Sandy'ego. Oto jego znajomy,  szeroki i szczerbaty uśmiech, 

sztuczne  siekacze  wyjęte  dla bezpieczeństwa,  roześmiane  brązowe oczy z rudawymi  rzęsami  i 

śmiały, wyzywający wyraz twarzy. Słońce oblewało mu twarz światłem. A jednak ja zobaczyłem tę 

samą twarz majaczącą nade mną w strumieniach deszczu, z okrutnym spojrzeniem i złymi ustami. 

background image

Usłyszałem   głos:  “Ty  wścibski   skurwielu.   Może   to   cię   nauczy   pilnować   własnego   nosa”,  i 

poderwałem w górę rękę, żeby osłonić policzek przed zbliżającym się kopnięciem...

 Mgła sprzed oczu zniknęła i wzrok mi się uspokoił, ale Sandy i ja patrzyliśmy sobie prosto 

w oczy, jakbyśmy toczyli walkę. Opuścił rękę wyciągniętą do mnie z pomocą, a przyjazny wyraz 

zniknął z jego twarzy tak nagle jak rola porzucona przez aktora, kiedy gra jest skończona. 

 Uświadomiłem sobie, że wciąż przyciskam dłoń do policzka. Odjąłem ją, ale ten gest był 

dość wymowny. Przypomniałem sobie, co się wydarzyło przy  przeszkodzie w Bristolu, i Sandy 

wiedział o tym. 

 Siły mi wróciły i wstałem. Starter, sprawdzając zegarek z ledwie ukrywanym niepokojem, 

zapytał, czy nic mi nie jest. Odpowiedziałem, że nie, i przeprosiłem, że opóźniam gonitwę. Gdzieś 

na torze ktoś schwytał Stracone Nadzieje i widziałem, jak go zawracają i prowadzą z powrotem na 

start. 

 Sandy, nie śpiesząc się z wsiadaniem, nie ustępował sprzede mnie. 

 - Nic nie możesz dowieść - powiedział, typowo dla siebie biorąc byka za rogi. - Nikt mnie 

nie może powiązać z Pennem. 

 - Fletcher - powiedziałem od razu. 

 - On będzie trzymał gębę na kłódkę - zapewnił Sandy z przekonaniem. - To mój kuzyn. 

  Wyścigowy interes wuja George'a, jak się teraz przekonywałem, nie był tylko dziełem 

natchnienia z okazji łatwego kupna podupadającej firmy bukmacherskiej. Głównym czynnikiem, 

jaki go skłonił do  kupienia przede wszystkim firmy  L.C. Perth, było posiadanie na wyścigach 

łatwego do zwerbowania sprzymierzeńca. 

 Przebiegłem w myśli pozostałych członków gangu. 

 - A Fielder? - podsunąłem po krótkim milczeniu. 

  - Dla niego jestem głosem w telefonie. Głosem nazwiskiem  Smith. Nie pozna mnie na 

pewno - odrzekł Sandy. 

 - Na razie daję za wygraną - powiedziałem. - Po co to robiłeś? 

 - Dla forsy. Po cóż jeszcze? - odpowiedział z pogardą, najwyraźniej uznając to pytanie za 

głupie. 

 - Dlaczego sam nie wstrzymywałeś koni? Dlaczego Joe zbierał wielki szmal za przegrane? 

 Zdawało się, że Sandy naprawdę chętnie mi tłumaczy. 

  - Parę wstrzymałem  sam.  Na drugim nakryła  mnie  komisja  techniczna  i o mały włos 

byłbym wpadł. Zapaliło mi się czerwone światło, chłopie. Dałem szefowi cynk, żeby zamiast mnie 

spróbował tego skurwiela  Joe'ego. Niech on straci  licencję, nie ja, powiedziałem. Ale, uważasz, 

zgarniałem wcale niezły procencik za każdym razem, jak on któregoś przydławił. 

background image

 - Więc tym bardziej byłeś wściekły, kiedy wbrew poleceniom wygrał na Bolingbrooke'u. 

 - Zgadza się. 

 - Więc Joe ci nie powiedział w łazience, że ma wstrzymać Bolingbrooke'a? Już wcześniej 

wiedziałeś? 

 - Prawdziwy Sherloczek - zakpił Sandy. 

 - I chyba to ty przepchnąłeś go przez bandę w Plumpton? 

 - Zasłużył sobie jak cholera. Straciłem przez niego pół setki na Leice i premię od szefa. 

 - Może też zasłużył na śmierć? - zapytałem z goryczą. 

 Człowiek odprowadzający Stracone Nadzieje był już tylko jakieś sto jardów od nas. 

 - Ten głupi pijaczyna nie potrafił trzymać języka za zębami - powiedział porywczo Sandy. 

- Wymachiwał tym papierem w Liverpoolu i wołał cię, ile sił w płucach. Zobaczyłem, co tam jest 

napisane, i powiedziałem Fielderowi, to wszystko. Nie wiedziałem, co to znaczy, ale jak dwa a dwa 

jest cztery, szefowi by się to nie podobało. Joe sam się napraszał. 

  -   A   kiedy   już   był   załatwiony,   zadzwoniłeś   do   Fieldera   i   powiedziałeś   mu,   że   robota 

spartaczona, bo Joe żył na tyle długo, żeby pogadać ze mną. 

 - Taa - odpowiedział Sandy posępnie. - Słyszałem, jak rozpowiadasz wszystkim przy tej 

cholernej wadze. 

 Nie mogłem się oprzeć i powiedziałem mu: 

 - Kłamałem. Joe umarł bez słowa. 

  Kiedy   na   dobre   dotarło   to   do   niego,   szczęka   mu   opadła   i   zobaczyłem,   że   gdzieś   w 

nieznanej  swojej głębi się zachwiał,  jak gdyby ktoś podciął toporem korzenie jego niebywałej 

pewności siebie. Odwrócił się na pięcie, podszedł do miejsca, w którym pomocnik startera trzymał 

jego konia, i gwałtownie śmignął mu na grzbiet. 

  Wyszedłem na spotkanie  Straconym Nadziejom,  podziękowałem człowiekowi, który go 

przyprowadził, i wsiadłem. Cierpliwość startera się wyczerpała. 

  - Proszę się ustawić - powiedział i krążące konie zaczęły się ustawiać w linii prostej. 

Nadjechałem z tyłu i zająłem miejsce przy Sandym. Miałem jeszcze jedno pytanie. 

 - Powiedz - zwróciłem się do niego - co ci przyszło, u licha, do głowy, żeby napuszczać 

Penna  na   przekupywanie   majora  Davidsona?   Musiałeś   wiedzieć,   że   za   żadne   pieniądze   nie 

powstrzymałby Admirała od zwycięstwa. 

 - To był pomysł szefa, nie mój - odpowiedział szorstko Sandy. - Ostrzegałem Fieldera, że 

to na nic, ale szefowi się zdawało, że  wie o koniach wszystko, a poza  tym był uparty jak muł. 

Fielder mówił, że nie posłucha, bo zdawało mu się, że jak zastopuje pewniaka, to zarobi majątek. 

Ale zarobił na tym, to fakt. Sam wymyślił ten drut. I dla mnie, do cholery, byłoby dużo lepiej, 

background image

gdybyś ty też skręcił kark na tym drucie - dodał, nagle tryskając jadem. 

  Starter   opuścił   rękę   na   dźwignię.   Taśma   śmignęła   w   górę   i,   z   pięciominutowym 

opóźnieniem, konie runęły w stronę pierwszej przeszkody. 

 Nie wiem, kiedy właściwie Sandy postanowił wypchnąć mnie za bandę. Może owładnęła 

nim myśl o wszystkich tych pieniądzach, jakie z mojej winy przejdą mu koło nosa, a może sam się 

do tego przyczyniłem przypominając mu, że zrobił to Joe'emu, kiedy się przekonał, że Joe go 

oszukał. 

  W każdym razie, kiedy zbliżaliśmy się do drugiej przeszkody, skierował konia w moją 

stronę. Obaj szliśmy w grupie tuż za liderami, a ja byłem po wewnętrznej, mając bandę z lewej. 

  Rzuciłem okiem na twarz Sandy'ego. Mrużąc oczy skupił  wzrok na przeszkodzie przed 

sobą,  ale  jego koń  z każdym   krokiem  zbliżał  się  do  mojego.  Nie  zostawia  mi  wiele   miejsca, 

pomyślałem. 

 W ostatniej chwili zdałem sobie sprawę, że ma zamiar w ogóle nie zostawić mi miejsca. 

Starał   się   tak   przyprzeć   mojego  konia,  żeby   zepchnąć   mnie   na   sześciostopowe   skrzydło 

naprowadzające   na   przeszkodę.   Upadek   przez   skrzydło,   jak   słyszałem,   jest   najbardziej 

niebezpieczny. Jeśli nie chciałem przekonać się o tym na własnej skórze, był najwyższy czas zrobić 

szybki unik. 

 Dosłownie uwiesiłem się na wodzach. Stracone Nadzieje w jednej chwili wytracił impet, a 

kiedy tylko zad konia Sandy'ego minął jego kłąb, bezceremonialnie ściągnąłem mu głowę w prawo. 

Był najwyższy czas. Mur znalazł się pod nami, zanim koń zdążył go zobaczyć. Płasko uderzył 

przednimi  kopytami w element przeszkody.  Koń za nami, pędzący szybciej, rąbnął go z tyłu, a 

dżkej wrzasnął na mnie, żebym uważał, co robię. 

 Stracone Nadzieje był za zielony, żeby to wytrzymać, postanowiłem więc, że jeśli nie chcę 

do reszty rozstroić mu nerwów, muszę do końca gonitwy trzymać się z daleka od Sandy'ego. 

  Ale Sandy'emu to nie  wystarczyło. Na prostej przed trybunami stopniowo zbliżył się do 

mnie. Był  lepszym  dżokejem niż ja i jego koń był  bardziej doświadczony.  Kiedy próbowałem 

przyspieszyć, dotrzymywał mi kroku, a kiedy zwalniałem, i on zwalniał. Nie mogłem go zgubić. 

Na   oczach   tłumu   jechał   dosyć   uczciwie,   pomijając   to,   że   trzymał   się   mojego   tempa.   Ale   za 

najbliższym zakrętem czekał nas drugi półkolisty odcinek prowadzący w stosunkowo pusty teren, 

totwż bałem się pomyśleć, czym może się tam popisać. 

 Wziąłem pod uwagę zatrzymanie konia i wycofanie się z gonitwy, jednak wydało mi się to 

bardziej haniebne niż przerzucenie przez bandę. 

 Kiedy za zakrętem pole się zwęziło, Sandy spróbował znowu. 

  Przysunął  się z koniem tuż-tuż, zostając trochę  z tyłu.  Po lewej klinował mnie  Dane. 

background image

Obejrzał się i krzyknął: 

 - Dalej, Sandy, odsuń się trochę! 

 Sandy nie odpowiedział. Zamiast tego poczułem, że jego kolano wsuwa mi się pod udo, 

ugniatając mi mocno ścięgna. Następnie całą nogą gwałtownie szarpnął do przodu i w górę. 

  Stopa   wyleciała   mi   ze   strzemienia   i   całkowicie   straciłem   równowagę.   Odchyliłem   się 

wściekle  na lewo, głowa znalazła  mi  się przy szyi  konia, palce gorączkowo uczepiły się jego 

grzywy. Spojrzałem w dół i zobaczyłem gęstwę rozmigotanych kopyt na zakręcie. Z najwyższym 

trudem udało mi się nie spaść między nie. Ale całym ciężarem przesunięty byłem daleko do przodu 

i wstrząsy galopującego konia zsuwały mnie jeszcze dalej. Wiedziałem, że za parę sekund spadnę. 

 To Dane mnie uratował. Podparł mnie ręką i dosłownie wepchnął z powrotem na siodło. 

 - Dzięki - wyszeptałem, macając prawą stopą w poszukiwaniu dyndającego strzemienia. 

  Niedaleko za zakrętem czekała nas następna seria przeszkód, usiłowałem więc razem z 

koniem uchwycić konieczną równowagę. Kiedy wyjeżdżaliśmy zza zakrętu, słońce zaświeciło nam 

prosto w oczy, ale po zjeździe na pole znalazło się po prawej stronie. Zerknąłem, czy Sandy jest 

wciąż przy mnie, ale słońce mnie oślepiło i na chwilę straciłem orientację. Był jednak. Ujrzałem 

jego czarną sylwetkę na tle słońca. 

  Przypomniałem sobie wtedy, że  w takie pogodne dni na tym torze  słońce świeci także 

prosto w oczy tłumom na trybunach i że trudno stamtąd dojrzeć, co się dzieje po drugiej stronie 

toru. Cokolwiek zrobi Sandy, może być pewnien, że komisja techniczna nie zdoła tego zobaczyć. 

 Przy następnej przeszkodzie zyskałem jakiś jard czy dwa nad Sandym i Dane'em, ale przez 

ramię usłyszałem, jak Sandy cmoka na konia, żeby go popędzić, i po paru susach znowu był przy 

mnie. Na kłęby mojego konia padł jego cień. 

  Nagle   zamachnął   się   ręką.   Gdybym   nie   miał   się   na   baczności,   już   by   mnie   dostał. 

Zamachnął się prawą ręką mierząc  mi w twarz i tnąc batem. Refleks kazał mi się uchylić, choć 

samego bata właściwie nie zobaczyłem. Silny cios trafił mnie w kask tuż nad daszkiem i zmiótł mi 

go z głowy. Potoczył się podskakując na trawie. 

 Poczułem raczej, niż zobaczyłem, że Sandy znów bierze rozmach. Przerzuciłem własny bat 

i wodze do lewej ręki i kiedy uderzał, nadstawiłem prawą. Więcej dzięki szczęściu niż z rozmysłem 

palce zamknęły mi się na trzonku, chwyciłem go, zakręciłem i szarpnąłem z siłą desperata. 

  Prawie  wysadziłem  go z siodła i  już omal  nie  tryumfowałem,  ale  on w  decydującym 

momencie wypuścił bat z ręki i odzyskał równowagę. Jego koń odsadził się od mojego, robiąc 

miejsce, i z nadzieją obejrzałem się, czy któryś z pozostałych koni nas nie rozdzieli. Tymczasem 

większość wyszła już przed nas i nikogo nie było w pobliżu. Odrzuciłem bat Sandy'ego. 

  Przed nami była  następna przeszkoda. Trzymałem się z dala od bandy i spróbowałem 

background image

uspokoić Stracone Nadzieje, żeby mu dać szansę, ale aż nazbyt byłem świadomy, że Sandy znów 

zaczyna się zbliżać, podrywając konia do szybszego biegu. 

 Stracone Nadzieje wziął przeszkodę w niezłym stylu. Sandy poderwał konia do szalonego 

skoku i po wylądowaniu zajechał mi drogę. 

 Stracone Nadzieje walnął w bandę. 

 Jakimś cudem nie upadł. Odbił się, potknął, zachwiał i pogalopował dalej. Noga, którą tuż 

pod kolanem koń przycisnął mi do bandy, zupełnie zdrętwiała. Rzuciłem na nią okiem, wyglądało 

na to, że wykonuje swoje zadanie, mimo że wydawała się nie mieć już z nim  nic wspólnego. 

Jedwabne bryczesy  rozdarte  były  na kolanie,  a nowy,  wściekle drogi i zrobiony na miarę  but 

powiewał wielkim trójkątnym strzępem. 

 Wbrew logice strasznie mnie to rozgniewało. 

 Sandy był o parę długości przede mną i jak dotąd nie udało mu się jeszcze przyhamować. 

Od prawej zbliżył się Dane i cieszyłem się na jego widok. 

 - Co, u diabła, tu się dzieje?! - wrzasnął. - Co ten cholerny Sandy sobie wyobraża, w co on 

się bawi? 

 - On się nie bawi! - odkrzyknąłem. - Chce mnie zrzucić. 

 - Dlaczego?! - wrzasnął Dane. 

 - Pracował dla George'a Penna. Zarabiał kupę forsy. Teraz przestał. Uważa, że to przeze 

mnie! - Odkrzykiwałem mu po parę słów naraz, a wiatr porywał je i znosił w tył, za moje ramię. 

 - Ma rację! - krzyknął Dane. 

  - Ma - przyznałem. Spojrzałem na niego, ale teraz on majaczył tylko na tle słońca i nie 

widziałem dobrze wyrazu jego twarzy. Gdyby był na tyle wściekły za Kate, żeby podjąć to, czego 

Sandy na chwilę zaprzestał, nie miałbym żadnej szansy. Miałby nade mną przewagę, jak i Sandy. 

  Pędziliśmy w milczeniu ku następnej przeszkodzie,  ostatniej po tej stronie toru.  Sandy 

stopniowo zwalniał czekając na mnie. 

 - Wtedy Dane powiedział: 

 - Alan! 

 - Tak? - odkrzyknąłem. 

 - Chcesz Sandy'emu odpłacić pięknym za nadobne?

 - Chcę! - nagle już nie miałem zastrzeżeń. Straszne było zrobić coś takiego i gdyby mnie 

zobaczyła komisja, utraciłbym zezwolenie. Ale dosyć już zainkasowałem od doborowych osiłków 

wuja George'a. 

 Dane krzyknął: 

  - Zajadę mu od zewnątrz. Ty zajedź mnie. Potem uskoczę i zostawię go między tobą a 

background image

bandą, okay? 

  Skinąłem   głową.   Próbowałem   przewidzieć,   co   się   stanie.   Jeżeli   wysadzę   z   siodła 

Sandy'ego, nie odważy się skarżyć komisji. A ja, jak powiedział, nie mam żadnych  konkretnych 

dowodów   dla  policji  przeciwko  niemu.   Moglibyśmy  zawrzeć  kompromis.   I  kiedy  odpłacę   mu 

strąceniem za strącenie, rachunek będzie wyrównany. 

 - No, to już! - krzyknął Dane. 

 Spiął konia i zaczął zajeżdżać Sandy'emu od prawej. Odsunąłem się od bandy i pchnąłem 

Stracone Nadzieje na zewnątrz. Do celownika zostawała prawie mila, a ponieważ nikt nie zaczął 

jeszcze popędzać, pole przed nami było dość zatłoczone. Za nami nie było nikogo. Za przeszkodą 

znajdował się długi owalny zakręt wyprowadzający na prostą.  Jeżeli  Sandy mnie  albo ja jego 

mamy zrzucić, musi się to stać na zakręcie, bo kiedy już wyjdziemy na prostą, członkowie komisji 

dobrze będą widzieli, co robimy. 

  Dane wziął przeszkodę  równolegle z Sandym, a ja niedaleko za nimi. Kiedy tylko  się z 

nimi zrównałem, Dane poderwał konia i wystrzelił spomiędzy nas zostawiając Sandy'ego tak, jak 

obiecał, pomiędzy mną a bandą. 

  Brutalnie   cisnąłem   koniem   o   konia   Sandy'ego,   aż   rąbnął   o   bandę.   Sandy   wrzasnął   i 

zamierzył się pięścią. Ostro trzasnąłem go w rękę batem. 

  Musiałem  go wysadzić  z siodła nie  robiąc  krzywdy  koniowi. Już i tak  postępowałem 

nieuczciwie   wobec   właściciela   i   przykładałem   się   do   jego   przegranej   strącając   mu   dżokeja. 

Gdybym nie mógł tego zrobić, nie raniąc konia, nie wolno mi było robić nic w ogóle. 

 Przerzucając wodze do prawej ręki, lewą wparłem nagel w Sandy'ego, tuż pod jego pachą, i 

pchnąłem. Ale był o wiele za daleko, żebym mógł go pchnąć z odpowiednią siłą. Zachwiał się w 

siodle, ale odzyskał równowagę. Zaczął mnie kląć. 

 Byliśmy na samym zakręcie. Teraz albo nigdy. Mocniej przycisnąłem konia Sandy'ego do 

bandy. WRzasnął znowu. Biało malowane drewno musiało mu przygnieść, zmiażdżyć, a nawet 

rozciąć   nogę.   Sam   mając   nogę   zdrętwiałą   po   takiej   samej   operacji,   nie   miałem   dla   niego 

współczucia. Teraz walnął stopą o jeden ze słupków, aż dosłyszałem trzask. 

 Wrzasnął. 

  Zgrzytnąłem   zębami,   gwałtownie   wyciągnąłem   ramię   i   pchnąłem   go   z   całych   sił. 

Wiedziałem, że jeżeli teraz nie spadnie, nie zdecyduję się na ponowienie próby. Ale zaczął się 

przechylać, z początku, jak się wydawało, powoli, a potem z nagłym przyspieszeniem, jakby go 

wciągał strumień powietrza. 

  Na końcu mignęła mi jego  twarz, szeroko wytrzeszczone oczy, usta skrzywione z bólu, 

kiedy spadał w wysoką trawę po tamtej stronie bandy. I już byłem za zakrętem, na prostej, obolały, 

background image

bez tchu, roztrzęsiony i bez kasku, ale w siodle. 

 Koń Sandy'ego, luzem, pozbawiony swojego ciężaru, wysforował się do przodu. 

 Dane zobaczył go, odwrócił się w siodle, uśmiechnął do mnie i podniósł kciuk do góry.