background image

Wszystkie nazwy miejsc, imiona i nazwiska oraz wydarzenia zostały zmienione lub skrócone, po to by nie 
ucierpieli niewinni. Czyli [a.

hej, ludzie!

Wydaje   się   wam   czasem,   że   jesteście   największymi   szczęściarzami   pod   słońcem? 
Cóż, pomyłka: to ja jestem największą szczęściarą. Właśnie się opalam na absolutnie 
przecudnej plaży w East Hampton, na którą wstęp mają tylko najlepsi. Patrzę, jak 
śliczni  chłopcy   ściągają  pastelowe   koszulki  Lacoste   i   wcierają   balsam  do  opalania 
Copper-tone w brązowe ramiona. Nie bez powodu każdy nowojorczyk, który nie chce 
całkiem porzucić miasta, odpoczywa w Hamptons; z tej samej przyczyny ludzie noszą 
buty Christiana Louboutina i latają pierwszą kfasą. To jest po prostu najlepsze.

A skoro mowa o najlepszym, to nie ma nic wspanialszego niż Eres. Jestem skromną 
dziewczyną, ale uważam, że wyglądam oszałamiająco w górze od bikini w kolorze 
mango i chłopięcych szortach w tym samym odcieniu. No dobra, może nie jestem 
zbyt skromna, ale dlaczego miałabym być? Gdybyście wyglądały tak urzekająco jak 
ja, rozciągnięta na białym piasku w East Hampton, też byście się tym pochwaliły. W 
prywatnej szkole dla dziewcząt przy Upper East Side nauczyłam się, że to nie grzech 
mówić

* plotkara.net jest tłumaczeniem nazwy autentycznej strony internetowej: 

www.gossipgirl.net (przyp. red.).

7

prawdę, nawet jeśli siebie przedstawia się wtedy w samych superlatywach.

Bogu dzięki, przyszło już lato i wreszcie możemy zacząć pracowicie... odpoczywać. Po 
wyczerpującym   czerwcu   nadszedł   lipiec   wraz   z   delikatną   bryzą   znad   cieśniny   i 
rezerwacjami we wszystkich najlepszych restauracjach w Hamptons. Gorący i duszny 
Manhattan jest tuż-tuż, ale my wolimy spacerować boso w bikini Eres lub Missoni albo 
w batikowych sarongach Calypso i jeździć platynowymi kabrioletami po Main Street w 
East   Hampton,   w   poszukiwaniu   wiecznie   nieuchwytnych   miejsc   parkingowych   i 
chłopców w szortach Biilabong.

To  my,  chłopcy   o   wyzłoconych   słońcem  włosach,   którzy   przyjeżdżają   z  Montauk  z 
deskami surfingowymi na bagażnikach cherokee. To my, dziewczyny, które chichoczą 
na plażowych ręcznikach w kolorze limetki i maliny albo dopieszczają się w salonie 
Aveda w Bridgehampton po opalaniu. To my, książęta i księżniczki z Upper East Side - 
teraz królujemy na plaży. Jeśli jesteś jednym z nas, czyli wybrańcem losu, zobaczę cię 
tu w okolicy. Najwyraźniej sezon zaczął się na dobre, zwłaszcza teraz, gdy kilkoro z 
naszych ulubieńców zaszczyciło nas swoją obecnością. A ściśle mówiąc...

background image

DYNAMICZNY DUET

Wiecie, ja też nie mogę za nimi nadążyć. Prognozy pogody dotyczące tych dwóch 
zmieniają się każdego dnia. Są przyjaciółkami? Wrogami? Zaprzyjaźnionymi wrogami? 
Kochankami? Wiecie, o kim mówię: B i S. I jedno wiem na pewno. Zostały właśnie 
certyfikowanymi, oficjalnymi ikonami świata mody. Co prawda my wiedzieliśmy o tym

od dawna, ale do elity świata mody ten fakt dotarł dopiero teraz. Po spotkaniu z B i S 
na planie  Śniadania u Freda  pewna wyrocznia dobrego smaku - tak, ta która nosi 
aksamitne kapcie z monogramem, ma wybielone zęby i całoroczną opaleniznę z Palm 
Beach   -   postanowiła   zatrzymać  obie   dziewczyny   w   swojej   posiadłości   w   Georgica 
Pond   w   charakterze   muz.   Mam   nadzieję,   że   tamtejsza   menażeria   (która,   jak 
słyszałam,   składa   się   z   kilku   psiaków,   pary   lam   i   dwóch   przerażająco   chudych 
modelek z oczami jak spodki, wyrwanych z mroków Estonii, żeby zostać gwiazdami 
nadchodzącej kampanii reklamowej) nie będzie zazdrosna

0 nowe   koleżanki.   A   zresztą,   kogo   ja   oszukuję?   Te   dwie   za
wsze   są   obiektem   podobnych   uczuć.   W   końcu   jest   im   cze
go zazdrościć.

NADESZŁO LATO, ALE ŻYCIE NIE JEST ŁATWE...

dla całej reszty.  Najwyraźniej niektórzy  mają monopol na szczęście, a inni  - poza 
nami - nie. Na przykład:

Biedny   N   codziennie   pracuje   przy   domu   trenera   albo   nudzi   się   nad   basenem   w 
Georgica Pond, sam jak palec. Dlaczego jest taki smutny? Z powodu rozstania z tą 
odrażającą,   strzelającą   gumą   dziewczyną?   Uwierzcie,   nie   rozpoznałaby   bikini   od 
Eres,   nawet   gdyby   ktoś   rzucił   nim   prosto   w   jej   głowę   farbowaną   na   blond   farbą 
Ciairol numer 102. Ale jakby co, chętnie pana pocieszę...

Biedna V, uwięziona we własnym piekle - mieszka ze swoją miłością, O, ale nie może 
go pocałować. Wyciera z czarnych bojówek Carhatt wyschnięte smarki, podczas gdy 
nadpobudliwi chłopcy, którymi się opiekuje, bekają alfabet.

1

biedny   D...   Chociaż   może   nie   zasłużył   na   litość,   skoro   zdra

dził V z tą dziwaczką od jogi, i to teraz, gdy V wylądowała

8
9

w bladoróżowym pokoju jego młodszej siostry J. Poza tym nadal ma swoją „pracę" i 
wiecznie wypełniony kubek kawy rozpuszczalnej Folgers. Czasem odnoszę wrażenie, 
że woli kiepską kawę i fatalną poezję od dziewczyn. Niepojęte!

Wasze e-maiie

Droga P!

Nie   wiem,   do   kogo   innego   się   zwrócić,   więc   pomóż  mi,   proszę.   Próbowałem 
poderwać moją śliczną sąsiadkę z góry, ale nie wypaliło. A potem poznałem jej 
niesamowitą współlokatorkę i wyszło coś fantastycznego... a przynajmniej tak 
mi   się   wydawało.   To   był   taki   romantyczny   związek   pod   tytułem:  „Lato   w 
mieście".  
Nawet   zaproponowała,   żebym   ją   odwiedził   w   Hamptons.   Któregoś 
ranka   zapukałem   do   niej,   ale   już   jej   nie   zastałem.   Żadnych   mebli,   ubrań, 
żadnego listu, nic. Co jest? Zadzwonić do niej, czy to już lekka przesada?

background image

Porzucony i Załamany

•5   Drogi P&Z!

Najlepsze z nas trudno utrzymać. Jeśli tak ci jest pisane, wróci i obsypie cię 
delikatnymi   jak   płatki   róż   pocałunkami.   Jeśli   nie,   zachowaj   wspomnienia   i 
pogódź się z przelotną naturą wakacyjnych miłości. A przy okazji, skoro jesteś 
do wzięcia, może ja wyleczę twoje serduszko? Przyślij mi zdjęcie! R

Droga PI
Najdziwniejsza rzecz, jaką w życiu widziałam, to kopie dwóch dziewczyn, które 
kojarzę z miasta, ślicznej

blondynki   i   szczupłej   brunetki,   chichoczące   na   plaży   w   okolicach   Maidstone 
Arms. Były jak podróbki Louisa Vuittona z ulicznego straganu. Z daleka wy-
glądają  prawie jak  oryginały, ale  z bliska...  Cóż,  pewnych  rzeczy  nie  da się 
podrobić. Kto to jest? Widząca Podwójnie (albo Poczwórnie)

PU   Droga WPaP!

Teraz, kiedy pewna blondynka i brunetka stały się muzami bardzo znanego i 
ekstrawaganckiego   projektanta  rnody,   będziemy  widzieć  coraz  więcej   takich 
podróbek.  To  doprowadzi  chłopców  do szaleństwa.  Pytanie  tylko,  kto  dorwie 
oryginały? R

Na celowniku

B kupuje nowy bagaż, co zaprowadziło ją do Barneys, potem do Tod's i wreszcie do 
Bally.  Czy ta dziewczyna  nigdy się  nie  męczy?  Najwyraźniej nie,  tak samo jak  jej 
czarna   karta   American   Express,   którą   matka   właśnie   jej   oddała   po   szaleństwie 
zakupowym   w   Londynie.   No,   no!   S   w   kiosku   na   rogu   Osiemdziesiątej   Czwartej   i 
Madison   zdjęła   z   półki   wszystkie   czasopisma   z   modą   i   plotkami   o   gwiazdach, 
ukradkiem sprawdzając, czy nie piszączegośo niej. Wkońcu dziewczyna potrzebuje 
jakiejś   lektury   na   plaży.   Przygnębiony   N   zgarnia   sześciopak   ciepławej   corony   w 
nędznym monopolowym w Hampton Bays. Nie wiadomo, czy gromadzi zapasy na 
romantycznego grilla o zachodzie słońca na plaży, czy po prostu topi smutki. Biorąc 
pod uwagę wydarzenia z imprezy dla ekipy filmowej  Śniadania u Freda,  pewnie to 
drugie. V i D razem (ale nie tak, jak myślicie) w winiarni na rogu Dziewięćdziesiątej 
Drugiej i Amsterdam robiązakupy.

10
11

Są zupełnie jak stare małżeństwo: wybierają papier toaletowy i nie uprawiają seksu. K 
i I w Union Square Whole Foods jak nieprzytomne obijają się koszykami o wszystkich 
klientów,   podczas   gdy   ich   czarna   limuzyna   czeka   przed   sklepem.   Dobra   rada, 
dziewczyny: możecie kupować rzeżuchę, wafle ryżowe i wodę mineralną, ale kiedy się 
częstujecie pięcioma (albo sześcioma, a nawet siedmioma) truflami czekoiadowymi 
dla   klientów,   żegnacie   się   z   dietą,   która   zapewnia   piękny   tyłek   w   bikini.   Chociaż 
trzeba przyznać, że to pychota. Po tygodniowej nieobecności C pojawia się ponownie 
na  scenie   towarzyskiej.   Okazuje  się,   że  chował się   w  ulubionym  apartamencie   na 
ostatnim piętrze w nowym hotelu Broatdeck przy Gansevoort Street... i nie był tam 

background image

sam.   U   boku   miał   pewną   farbowaną   blondynkę   z   odro-stami   przynajmniej   na 
centymetr. Pamiętacie ją? Wiem, że N na pewno jej nie zapomniał.

Ludzie,   zapowiada   się   gorący,   duszny   i   pracowity   lipiec,   ale   ja   nie   wiem   co   to 
odpoczynek.   Zawsze   znajdziecie   u   mnie   najświeższe   wieści,   kto   przychodzi,   kto 
odchodzi, kto  wpra-sza  się  na najbardziej odlotowe imprezy na Gin Lane, Fur-ther 
Lane   i   do   tych   tandetnych   nocnych   klubów   w   Hamp-tons,   kto   wykrada   się   pod 
chłodną   osłoną   nocy.   W   końcu   jestem   wszędzie.   W   każdym   razie   wszędzie,   gdzie 
warto.

Wiecie, że mnie kochacie.

plotkara

S i B zerkają w krzywe lustro

»

- Halo? Halo? - Blair Waldorf i Serena van der Wood-sen weszły do skąpo 

umeblowanego   holu   futurystycznej   rezydencji   Baileya   Wintera   w   East 
Hampton.   Na   zewnątrz   kwitły   hortensje,   temperatura   wciąż   rosła,   a   w 
powietrzu latały pyłki. Ale w środku panował chłód. Dom był wysprzątany na 
wysoki   połysk.   Blair   upuściła   na   podłogę,   której   wzór   przypominał   pasy 
zebry, łososiową skórzaną torbę z Tod's i znowu krzyknęła: - Halo?! Jest tu 
kto?

Serena przesunęła na czubek głowy klasyczne okulary przeciwsłoneczne 

Chanel   w   drewnianej   oprawie.   Przyzwyczajona   była   do   mieszkań   pełnych 
antyków, ale gdyby miała letni domek, chciałaby, żeby wyglądał właśnie tak: 
lśniący, czysty i bez żadnych gratów.

- Jesteście, jesteście, jesteście!

Znany   projektant   zbiegł   wypolerowanymi   hebanowymi   schodami   jak 

przyduży   dzieciak   w   bożonarodzeniowy   ranek,   klaszcząc   w   ręce   i 
przekrzykując szczekanie pięciu mopsów, które pędziły tuż za nim.

Blair   wymieniła   z   nim   trzy   pocałunki   w   powietrzu.   Nigdy   wcześniej   nie 

zauważyła,   żejest   tak   niski;   jego   głowa   znajdowała   się   dokładnie   na 
wysokości jej podbródka. Bailey przygotował

13

kostiumy do Śniadania u Freda - filmu, który miał być rema-kiem Śniadania u 
Tiffany 'ego 
z Audrey Hepbura. Główną role gra w nim najstarsza i najlepsza 
przyjaciółka Blair, Serena. Po zakończeniu zdjęć Bailey zaprosił obie na lato 

background image

do rezydencji w Georgica Pond, aby były jego muzami. Miały go zainspirować 
do   nowej   kolekcji   lato-zima.   Kolekcji,   która   zostanie   pokazana   tylko   raz   i 
będzie zawierać najbardziej ekscytujące pomysły.

- Dziękujemy,   że   nas   zaprosiłeś   -   mruknęła   Blair,   gdy

pięć   psów   z   entuzjazmem   obwąchiwało   jej   pomalowane   na
blady róż paznokcie u stóp. Na nogach miała - jakże inaczej
- białe lniane espadryle Baileya Wintera.

- Nie   wstydź   się!   -   wykrzyknął   mężczyzna,   czym   prze

straszył Serenę, która nadał stała w progu i podziwiała dom.
- Chodź tu i natychmiast daj mi porządnego buziaka!

Serena ruszyła za przykładem Blair, odkładając ciemnozieloną, płócienną 

torbę Hermesa na wypolerowaną podłogę i obejmując drobnego projektanta. 
Mopsy kręciły się wokół niej, ocierając grube, ociekające śliną pyszczki o jej 
opalone nogi.

O mój Boże, zachowujcie się! - zbeształ psy Bailey. Zwierzęta w ogóle 
nie   zwróciły   na   niego   uwagi   i   kręciły   drobnymi,   jasnymi   zadkami   jak 
szalone,   -   Dziewczęta,   pozwólcie,   że   was   przedstawię.   To   Azzdeine, 
Coco,   Cristóbal,   Gianni   i   Madame   Gres.   -   Skinął   na   piątkę   mopsów.   - 
Dzieciaki, to dziewczęta: Blair Waldorf i Serena van der Woodsen, moje 
nowe muzy. Bądźcie grzeczne!

Mam   przynies'ć   torby?   -   odezwał   się   niski   głos   z   lekkim   niemieckim 
akcentem,

Blair   odwróciła   się   i   zobaczyła   wysokiego   chłopaka.   Właśnie   wszedł   do 

pokoju   z   zalanego   słońcem   korytarza,   prowadzącego   na   tyły   domu.   Za 
chłopakiem, przez okna zajmujące całą

ścianę dostrzegła basen. Przystojniak miał na sobie wytarty, pomarańczowy 
T-shirt, który ledwie zasłaniał bicepsy w kolorze karmelu, oraz wystrzępione 
oliwkowe szorty, sięgające poniżej kolan. Gdzie ona go widziała? W katalogu 
Abercrombie?   W  samej   bietiźnie   na   plakacie   na   Times   Square?   W  swoich 
snach?

Och, witam, Stefanie - pisnął Bailey. - Dziewczyny zamieszkają w domku 
przy basenie.

Oczywiście. - Stefan wyszczerzył zęby i złapał porzucone torby.

Reszta zestala w samochodzie - poinformowała go Blair. Podziwiała jego 
bicepsy, kiedy napinały się, gdy dźwigał wypchane torby.

Niegrzeczna   dziewczynka!   -   rzucił   scenicznym   szeptem   Bailey,   który 
zauważył spojrzenie Blair.

Objął   ją   opaloną,   może   nawet   lekko  pomarańczową  ręką   za  ramiona   i 

us'cisnął.

- Niezły kąsek, co?

Blair z entuzjazmem pokiwała głową, chociaż naprężone ramiona i złote 

od   słońca   włosy   Stefana   sprawiły,   że   pomyślała   o   swojej   dawnej   miłości, 
Nacie Archibaldzie. Zresztą, może wciąż jeszcze coś do niego czuła. Słońce 
miało magiczny wpływ na jego ciało. Mógł nosić od dziewiątej klasy tę samą 
beznadziejną koszulkę polo i idiotyczne uprasowane bermudy khaki z Brooks 

background image

Brothers,   które   zawsze   kupowała   mu   mama,   ale   z   opalenizną   wyglądał 
obłędnie.

Gdy kilka minut temu podjeżdżała pod rezydencję Bay-leya, wbrew sobie 

rozglądała się ukradkiem po okolicznych podjazdach, szukając samochodu 
Nate'a.   Jego   rodzina   spędzała   wakacje   w   Maine,   ale   słyszała,   że   Nate 
zatrzyma! się w ich nowym domu na plaży w Hamptons, bo pracował dla 
trenera.

14

15

Nigdy tam nie była, ale posiadłość znajdowała się gdzieś w okolicy. Nie, żeby 
jakoś ją to obchodziło.

Jasne, że nie.
To było ostatnie pełne wolności lato w jej życiu. Oczywiście w college'u też 

będą wakacje, ale Blair spodziewała się, że wypełnią je staże w magazynach 
mody, archeologiczne wykopaliska na pustyni gdzieś w Azji lub Afryce albo 
„antropologiczne" badania na południu Francji. Już za osiem tygodni wrzuci 
walizki do nowego różowo-beżowego bmw (prezent na zakończenie szkoły od 
podróżującego po s'wiecie kochanego ojca geja) i pojedzie do New Haven, 
żeby zacząć życie jako studentka Yale. Do tego czasu zamierzała korzystać z 
życia   jako   muza   znanego   projektanta.   W   dzień   będzie   sączyła   likier 
cytrynowy   i   schłodzoną   wódkę   przy   basenie,   a   wieczorami   ugniatała 
umięśnione ramiona Stefana. A może poszuka Nate'a. Albo nic. Nieważne.

- Masz przepiękny dom.

Głos   Sereny   wyrwał   Blair   z   zamyślenia.   Przestała   podziwiać   kształtne 

ramiona   Stefana   i   przyjrzała   się   przyjaciółce,   która   siedziała   na   podłodze, 
otoczona psami Baiłeya. i uśmiechała się szczęśliwie. Miaia na sobie długą 
białą   sukienkę   na   cieniutkich   ramiączkach,   wykończoną   fioletową 
szydełkowaną   koronką.   Każda   inna   dziewczyna   wyglądałaby   w   niej   jak 
hipiska z San Francisco, ale na Serenie sukienka prezentowała się cudnie.

- Cieszę   się,   że   te   skromne   progi   spełniają   oczekiwania

Sereny van der Woodsen - odparł Bailey.

Sześć   sypialni,   siedem   łazienek,   ptaszarnia,   domek   przy   basenie, 

lądowisko dla helikopterów i kort tenisowy - rzeczywiście skromne progi.

Serena wzięła na ręce Coco i pocałowała ją w śliczny, płaski pyszczek. 

Mops sapną! i parsknął rozradowany. Serena

}6

nie   bawiła   się   na   podłodze   z   psem   od   czasów,   kiedy   spotykała   się   z 
przyrodnim   bratem   Blair,   Aaronem.   Jego   pies,   Mookie,   obślinił   cały   pokój 
Blair i wystraszył jej kotkę. Kitty Minky, która ze zdenerwowania wszędzie 
siusiała.   Mimo   to   Serena   miała   do   niego   slabos'ć.   Zastanawiała   się,   czy 
Bailey pozwoli jej spać z Coco w domku dla gości. Zupełnie, jakby miała ży-
wego misia przytulankę.

- Ktoś   cię   polubił,   co,   Coco?   -   zagruchał   Bailey,   drapiąc

psa pod brodą. - Chodźcie, oprowadzę was.

Blair zmarszczyła brwi, patrząc na pozostałe cztery psy, które gapiły się. 

background image

na nią wyczekująco. Ostatnie, na co miała ochotę, to żeby kundel obślinił jej 
lnianą tunikę Calypso.

- Tędy,   proszę!   -   zawołał   Bailey,   prowadząc   pięć   psów

i   dziewczyny   jak   stadko   gąsek   ciemnym   korytarzem   do   głów
nej części domu.

W   holu   wisiały   ogromne   na   całą   ścianę   obrazy   z   czerwonymi   kołami 

EUsworth Kelly. Blair znała je już z rozkładówki „Elle Decor", gdzie w zeszłym 
roku zamieszczono artykuł o posiadłości Wintera. Hol otwierał się na potężną 
kuchnię   z   betonowymi   blatami.   Wielka   tekowa   misa   z   jasnożóltymi 
cytrynami stała na jednym z blatów.

- To   jest   kuchnia   -   wyjaśnił   gospodarz.   -   Wy   powinny-

ście   tylko   wiedzieć,   że   mam   tu   barek.   -   Wskazał   na   metalowy
narożny   stolik   ze   zbiorem   asymetrycznych   karafek,   -   Pozwól
cie.

Bailey nalał jakiegoś alkoholu na lód i pokruszone listki mięty i wręczył 

dziewczynom pełne kieliszki od martini. Serena wzięła Coco pod pachę, żeby 
odebrać drinka.

A co to właściwie jest? - Blair podejrzliwie uniosła ciemny, idealny łuk 

brwi.

Miętowa   herbatka   dla   moich   dziewczyn!   -   Bailey   opróżnił   kieliszek 
jednym haustem i zrobił sobie następnego

.* ■ Nigdy ci nie skłamię

17

drinka. - Lodówka jest pełna, więc jazda stąd. Nie musicie mi nic mówić, wiadomo, 
sezon kostiumów kąpielowych.

- Jasne   -   zgodziła   się   Blair,   w   głębi   duszy   przewracając

oczami.

Koleżanki   jej   matki   zawsze   mówiły   o   tym,   żeby   uważać,   co   sieje.   Ale   ona 

zamierzała pochłonąć tyle lodów Cold Stone Creamery i tyle francuskiego pieczywa, 
na ile będzie miała ochotę. A i tak zaprezentuje się wspaniale w nowym kostiumie w 
paski w kolorze kości słoniowej i błękitu.

Pychota.

- Chodźcie,   chodźcie.   -   Bailey   otworzył   szeroko   drzwi   na

wyłożone niebieskawym piaskowcem patio. - To basen, a to...
- ciągnął,   wskazując   na   niski,   betonowy   bungalow   wyglądają
cy   jak   miniaturka   jego   rezydencji,   -   To   wasze   lokum.   Domek
przy   basenie.   Myślę,   że   będzie   wam   tam   całkiem   wygodnie.
Jest   klimatyzacja,   a   pościel   sprowadzono   z   Umbrii.   Stefan
przyniesie wam wszystko, czego będziecie potrzebowały.

Wszystko?

- Są jeszcze dwie ważne osoby, które musicie poznać,

- Bailey   się   rozpromienił.   Klasnął   wesoło   w   ręce,   rozlewając
resztki koktajlu. - Svetlana! Ibiza! Do mnie, proszę!

Kolejne psy?

- Idziemy, panie Winter!

Dwie   długonogie   amazonki   wybiegły   z   domku   przy   basenie   -   z   ich   domku   -   i 

popędziły w stronę Blair, Baileya i Sere-ny. Psy szczekały z radości jak opętane.

background image

- Ja   Svetlana   -   oznajmiła   dziewczyna   z   żółtawymi   wło

sami,   sięgającymi   pupy.   Jej   biodra   były   zupełnie   chłopięce,
żadnych krągłości.

Miała   na   sobie   mikroskopijne   neonowopomarańczowe   figi   od   bikini   i   dwa 

maleńkie, pomarańczowe trójkąty na nieistniejących piersiach.

- Jestem Ibiza - powiedziała nieśmiało druga dziewczyna.

Miała kasztanowe włosy, które okalały lisią twarzyczkę i lśniące niebieskie oczy. 

Jej uśmiech szpeciły nieco wystające zęby. Nosiła lawend owo-złoty kostium w paski 
z gatunku tych okropnych, powycinanych jednoczęściowych, które z tyłu wyglądają 
jak   bikini.   Precyzyjnie   umieszczone   okrągłe   wycięcie   odsłaniało   nieco   mechaty 
pępek.

Fuj!

Ibiza, to imię brzmiało zupełnie jak marka samochodu! Dziewczyna położyła ręce 

na ramionach Blair i ucałowała ją dwa razy, muskając tylko powietrze. Blair zadrżała, 
zdając   sobie   sprawę,   że   -   nie   Ucząc   problemu   ortodontycznego   -   dziewczyna 
wyglądała zupełnie jak ona. Wyślizgnęła się z uścisku sobowtóra i przyjrzała drugiej 
modelce. Przy uważniejszych oględzinach okazała się rozcieńczoną wersją Sereny; 
minus wdzięk, opanowanie i maniery z Nowej Anglii. Co tu, do diabła, było grane?

- Ibiza   i   Svetlana   będą   twarzami   nowej   kolekcji.   Na   re

klamach,   wiecie   -   wyjaśnił   Bailey   z   pełnym   zadowolenia   wes
tchnieniem. - Oczywiście wy dwie jesteście inspiracją.

Tak, to oczywiste.

- Są   tu,   żeby   was   obserwować.   Żeby   naprawdę   stać   się

wami   -   ciągnął,   unosząc   w   dramatycznym   geście   kieliszek,
jakby   grał   w   musicalu

 Rent

 na   Broadwayu.   -   Chcę,   żeby

uchwyciły samą waszą esencję!

Ej, aż ciarki przechodzą po plecach!

- Milo   mi   was   poznać.   -   Serena   wyciągnęła   rękę   do

dziewczyn, zaczynając od swojego sobowtóra.

Zawsze była nieskazitelnie uprzejma, nawet gdy wszystko przewracało jej się w 

żołądku. Pomijając piskliwy głos i wątpliwy gust, jeśli chodzi o kostiumy kąpielowe, 
Svedana

18
19

wyglądała jak ona. To znaczy nie do końca. TobyłojakHallo-ween w czwartej 
klasie, kiedy przebrały się z Blair za wychowawczynię - włożyły nawet peruki, 
brzydkie swetry Talbots i brązowe mokasyny.

- To   jak   wielka   piżamowa   impreza!   -   Bailey   pisnął   ni

czym sześciolatka.

Ibiza i Svetlana zachichotały sztucznie.

Z bitwą na poduszki! - krzyknęły chórem z mocnym akcentem z Europy 
Wschodniej.

Boże, wy dwie jesteście boskie. - Bailey rzucił kieliszek na zielony, miękki 
jak aksamit trawnik i klasnął w przypływie nagłego entuzjazmu.

Blair obrzuciła wściekłym spojrzeniem karykatury. Dla wszystkich innych 

background image

wyglądały pewnie jak szczęśliwe, beztroskie, niedożywione lalki Barbie, ale 
Blair była bardziej spostrzegawcza niż przeciętna dziewczyna. Ibiza i Svetlana 
miały po prostu siedzieć i czekać, aż „muzy" odcisną na nich swoje piętno. 
Blair   zauważyła   coś   innego   w   tych   małych,   cudzoziemskich   oczkach.   Coś 
wyrachowanego i zdecydowanie jędzowatego.

Swój pozna swego.
Te   dziewczyny   nie   zamierzały   grać   drugich   skrzypiec.   Ibiza   i   Svetlana 

miały całkiem inne plany.

Cóż.

Blair odwróciła się i uśmiechnęła szeroko do Sereny. Nagle ucieszyła się, 

że miała ją przy sobie. Złapała Serenę za rękę.

Ochłodźmy się - szepnęła szelmowsko.

Dobry pomysł. - Serena natychmiast zrozumiała.

Wypuściła   wiercącą   się   Coco.   A   potem   we   dwie   wskoczyły   do   kusząco 

błękitnego basenu, w butach i we wszystkim. Zapiszczały, gdy wylądowały w 
wodzie dokładnie w temperaturze ciała.

- Och! - pisnął Bailey, gdy chlorowana woda zachlapała mu lśniąco białe, 

lniane spodnie. - Proszę! - oznajmił niewiadomo komu. - To dopiero inspiracja. 
Hilfe! Stefan, szybko, mój szkicownik! Bitte, kochany!

Blair zanurzyła głowę w lśniącej, rozfalowanej wodzie, czując, jak ciemne 

włosy   wirują   wokół   niej.   Wynurzyła   się   akurat,   żeby   zobaczyć,   jak   Ibiza 
odwraca się konspiracyjnie  do Svetlany. I wtedy papugi  stanęły na brzegu 
basenu i skoczyły na głowę do głębszej częs'ci. Kości uderzyły w wodę.

Witajcie w nowej rodzinie, dziewczęta!

20

N potrafi rozpoznać zdesperowaną kurę 
domową

Nate? Nate? Gd2ie się chowasz, misiaczku?

Zduszony, odległy głos sprawił, że rozjaśnione słońcem włosy zjeżyły się 

Nate'owi na karku. Specjalnie wybrał obskurny, opustoszały strych w domu 
trenera Michaelsa, żeby uciec na chwilę od codziennej pańszczyzny, którą 
kazano mu odwalać w niezbyt modnej części Long Island.

Ucieczka,   rzecz   jasna,   oznaczała   ujaranie.   Wdychanie   marihuany   i 

wydychanie dwutlenku węgla.

Głęboko zaciągnął się s'wieżo zrobionym skrętem i wydmuchnął obłoczek 

background image

ciepłego, suchego dymu przez maleńkie okienko. Nasłuchiwał, skąd dobiega 
głos. Wołała go Patricia, znana również jako Babs, żona Michaelsa, która non 
stop   opalała   się   topless   przy   basenie.   Nate   pracował   w   domu   trenera   w 
Hampton Bays od zakończenia szkoły. Tak naprawdę to Nate jeszcze jej nie 
skończył, bo nie otrzymał dyplomu z powodu niesławnego incydentu z viagrą. 
Babs zawsze była przyjacielska. Przynosiła mu cytrynową mrożoną herbatę, 
gdy pchał kosiarkę po ukochanym trawniku trenera. Namawiała, żeby zjadł 
kawałek   cynamonowego   tostu,   gdy   zjawiał   się   rano   z   mętnym   wzrokiem, 
gotowy do pracy. Ale przez ostatnie dwa

dni była... cóż, wyjątkowo przyjacielska. Może i chodził uja-rany niemał cały 
dzień, ale nie na tyle, żeby nie wiedzieć, że Babs Michaels zdecydowanie coś 
do niego miała.

A kto by nie miał?

Nate   zamarł   i   skupił   się   na   nasłuchiwaniu.   W   domu   panowała   cisza, 

słyszał tylko łomot własnego serca. Włożył z powrotem skręta do ust i zamarł 
- może dostawał paranoi od trawki, ale wydawało mu się, że coś słyszy. Jakby 
zbliżające się kroki.

Cholera!   Nate   pospiesznie   zgasił   skręta   na   drewnianym   parapecie.   Na 

podłogę poleciał deszcz iskier. Super, nie dość że zaraz zostanie przyłapany 
na paleniu trawki, to jeszcze przy okazji spali cały dom. Schował skręta do 
kieszeni - po co go marnować? - i zaczął desperacko machać rękami, żeby 
dym wyleciał przez okno.

- Jesteś'   na   górze,   Nate?   -   Babs   stała   u   podnóża   schodów

na   strych.   -   Czy   czuję   coś...   nielegalnego?   No   wiesz,   też   kie
dyś byłam nastolatką, i to nie tak dawno temu!

Nate   nadal   wymachiwał   rękoma,   kiedy   Babs   pojawiła   się   na   szczycie 

schodów.   Na   jej   pomarszczonej,   brązowej   od   słońca   twarzy   pojawił   się 
szelmowski  uśmieszek. Farbowane na rudo włosy związała  w luźny  kucyk. 
Wokół czoła miała aure-olkę z kosmyków.

- O,   jesteś'!   -   Babs   westchnęła.   -   Nie   słyszałeś,   jak   wo

łałam?

Nate pokręci! głową. Nagle zdał sobie sprawę, jaki jest ujarany.

Cóż   -   ciągnęła,   podchodząc   do   niego   leniwym   krokiem.   Minęła   stos 
kartonów, starych zabawek i innych śmieci, które zgromadziła z mężem 
na strychu. - Wiesz, co powiedział mój mąż: kiedy jego nie ma, jesteś 
mój.

Aha - wyjąkał Nate.

99
23

Trener wyjechał na tydzień na konferencję lacross w Marylandzie. Pewnie uczył się 

nowych   technik   torturowania   uczniów.   Nate   zastanawia!   się,   czy   zgasił   do   końca 
skręta. Bał się, że zapalą mu się spodnie.

Ups.

Chodzi   o   to   -   mówiła   Babs,   niedbale   przesuwając   ręką   po   zardzewiałej 
kierownicy roweru, zawieszonego pod sufitem - że potrzebuję pomocy. Zrobisz 
cos' dla mnie?

background image

Oczywiście. - Skinął głową. - Po to tu jestem.

Ta przysługa może wykraczać poza twoje zwykłe obowiązki. Ale gdybyś był tak 
uprzejmy i pomógł mi, to może zapomniałabym, że na strychu śmierdzi jak na 
koncercie Grate-fulDead.Cotynato?

Jak można zareagować na szantaż?

- Prze...   przepraszam   -   wyjąkał.   -   To   się   więcej   nie   po

wtórzy.

Babs się roześmiała.

- Chyba nie sądzisz, że w to uwierzę.

Uśmiechnęła się, ominęła rower i ruszyła w kierunku Nate'a, nadat pochylającego 

się przy oknie.

- Nieważne.   Potrzebuję   pomocnej   dłoni,   a   ty   masz   dwie.

-   Ujęła   go   za   ręce,   na   których   od   niedawna   pojawiły   się   odcis
ki, i im się przyjrzała. - Dwie zręczne, silne dłonie.

Nate zastanawiał się, czy nie powinien ostrzec trenera, że jego dzieci pewnie nie 

bez powodu są do niego niepodobne. Wyglądało na to, że Babs zaliczała każdego 
chłopca, który nosił jej zakupy ze sklepu!

- Co   mogę   dla   pani   zrobić?   -   Starał   się,   żeby   te   słowa

zabrzmiały wesoło i uprzejmie, ale głos mu drżał.

Babs wypuściła jego dłonie i rozpięła guzik różowej bluzki.

- Postanowiłam

 

zafundować

 

trenerowi

 

małą

 

niespodzian

kę. - Rozpięła kolejny guzik.

- Jasne - odparł spokojnie Nate.

1 rzeczywiście  widział jasno  imponujący rowek między piersiami, bez  żadnych 

białych śladów, dzięki popołudniowemu zwyczajowi opalania się topless.

Pięknie.

Postanowiłam zafundować sobie mały tatuaż. - Zachichotała, rozpinając ostatni 
guzik i pozwalając bluzce zsunąć się z ramion na podłogę. - To dla trenera, żeby 
miał co odkryć, gdy wróci do domu.

Super, - Skinął głową,

Patrz jej w. oczy. W oczy... w oczy!

- Ale   to   wymaga   wyjątkowej   troski   -   szepnęła   chrapli

wym głosem.

Odwróciła   się   do   Nate'a   i   pokazała   mu   maleńki   tatuaż   -   motyla   z   zielonymi 

skrzydłami na brązowej skórze w dolnej części pleców.

- Ja   nie   mogę   sięgnąć   -   ciągnęła.   -   A   Matty,   chłopak   od

tatuaży,   powiedział,   że   muszę   wcierać   w   niego   olejek   co   dwie
godziny.

Nate przyjrzał się tatuażowi, rozpaczliwie starając się odzyskać jasność myślenia. 

Co  miał zrobić?  Babs  była w  porządku,  ale z  bliska  jej   skóra wyglądała  jak stara 
rękawica   baseballowa,   a   perfumy   pachniały   jak   mydło   w   toalecie   na   stacji 
benzynowej,

Nic dziwnego, że trener Michaels potrzebował viagry.

A skoro o nim mowa - skopałby Nate'owi tyłek, i to dosłownie, gdyby wiedział, że 

żona zdjęła bluzkę w jego obecności. Z drugiej strony, jeśli nie wetrze tego olejku, to 
Babs  powie mężowi o trawce.  Wtedy trener nie da Nate'owi dyplomu pod koniec 

background image

wakacji, co oznacza pożegnanie z Yale. I zasadniczo spieprzone całe życie.

Chyba nie miał wyboru.

24

2 5

- Gdzie ten olejek? - zapytał.
Zamknął oczy, nakładając mai. Szukał w ujaranej głowie jakiegoś 

aseksuatnego tematu do rozmowy.

- Będę musiał zabrać kosiarkę ze słońca, bo inaczej może

wybuchnąć. Nie chcemy tu żadnego pożaru.

Za późno, skarbie. Za późno.

pokręcone umysły myślą w podobny 
sposób

Auć, cholera - mruknął Dan Humphrey, parząc sobie język rozpuszczalną 

folgers, zalaną kranówą, czyli czymś, co u niego uchodziło za kawę.

Stary, nie słyszałeś nigdy o Starbucks?

Dan   wsadził   do   ust   lekko   wygiętego   camela.   Próbował   jednocześnie 

zaciągnąć się papierosem i podmuchać na kawę, żeby ją ostudzić, co było 
absolutnie   niewykonalne.   Wychla-pał   część   kawy   z   krzywego, 
ciemnofioletowego   kubka,   który   ulepiła   wiele   lat   temu   jego   matka,   nim 
wyprowadziła się na Węgry, do Czech, czy gdzie tam właściwie mieszkała. 
Duże brązowe krople spadły na zakurzone żółte linoleum. Zdecydowanie nie 
był rannym ptaszkiem.

Odstawił   kubek  z  kawą   na   stary   blat   kuchenny   i   podszedł   do   beżowej 

lodówki   z   połowy   lat   siedemdziesiątych.   Miał   nadzieję,   że   uda   mu   się 
wygrzebać coś jadalnego,  co pochłonąłby, jadąc metrem do centrum. Miał 
tylko   dwadzieścia   minut,   żeby   dotrzeć   do   pracy   -   wymarzonej   roboty   w 
Strand, ogromnym, piętrowym antykwariacie w Greenwich Village. Jeśli teraz 
niczego nie zje, to do przerwy na lunch umrze / głodu.

27

Wstrzymując   oddech,   żeby   się   nie   narazić   na   potencjalne   niemiłe   zapachy, 

wsadził głowę do wielkiej pomrukującej lodówki i ocenił stan rzeczy. Stary jak świat 
kubek z jakąś miksturą pokrył się zielonym meszkiem ples'ni. W białej ceramicznej 
misce   przelewały   się   jakieś   bliżej   nieokreślone   resztki   warzyw,   a   w   plastikowym 
pojemniku   leżały   jajka   ugotowane   na   twardo,   na   których   jego   siostra.   Jenny, 
namalowała buzie. Zrobiła to przed wyjazdem do Europy, czyli ponad miesiąc temu. 

background image

To nie był miły widok.

- Nie   łudź   się   -   mruknął   ktoś   za   nim.   -   Sprawdzałam

wczoraj   wieczorem.   Nie   ma   tam   nic   nawet   w   przybliżeniu   ja
dalnego.

Zamknął lodówkę i słabo uśmiechnął się do Vanessy Ab-rams, która najpierw była 

jego najlepszą przyjaciółką, potem dziewczyną, aż wreszcie została współlokatorką. 
Po   wielu   wzlotach   i   upadkach   -   a   wszystkie   wynikały   z   napalonego,   błądzącego 
spojrzenia Dana - zdecydowali, że lepiej funkcjonują jako przyjaciele, którzy śpią w 
oddzielnych łóżkach i w oddzielnych pokojach. Tak się składało, że te pokoje znaj-
dowały się w tym samym mieszkaniu, ponieważ Yanessa straciła dom przez wredną, 
absolutnie egoistyczną siostrę, która znalazła sobie w Czechach nowego chłopaka.

Aha, kicha. - Dan wrzucił papierosa do zlewu. Niedopałek zasyczał. - Jestem taki 
głodny.

Yhm - mruknęła Vanessa.

Podgrzewała w mikrofalówce wodę w miarce, jedynym czystym naczyniu, jakie 

zdołała znaleźć. Rozsypała trochę kawy folgers, próbując jej nasypać do kubka. Ona 
też nie była rannym ptaszkiem.

Dobrana para.

Usiadła   na   zagraconym   blacie.   Wystrzępione,   granatowe   bokserki   Dana 

praktycznie nie zasłaniały jej bladych, nieogo-

lonych   nóg.   To   było   dziwaczne,   patrzeć,   jak  nadal  nosi   jego   rzeczy,  i   to   bieliznę, 
chociaż już nie są razem. To sprawiło, że Dan... posmutniał.

Od tygodnia każdej nocy leżał w łóżku i zastanawiał się, co Vanessa robi w swoim 

pokoju. Słyszał, jak wstaje do łazienki i myślał o tym, że mógłby „przez przypadek" 
spotkać ją w ciemnym, znajomym korytarzu. Padliby sobie w ramiona, zaczęli się 
gwałtownie   całować,   aż   doszliby   do   jego   łóżka.   Głaskałby   jej   ogoloną   głowę.   Tak 
bardzo chciałby znowu poczuć drapanie krótkich włosków na piersi i to, jak jej uszy 
robią się gorące.- jak zawsze, gdy się podnieci...

Dan nagle zaczął kręcić głową, jakby jego fantazja zaczęła mu dokuczać jak woda 

w uchu.

- Wszystko   w   porządku?   -   Vanessa   spojrzała   na   niego

podejrzliwie.

Przesunęła się na blacie bliżej mikrofalówki.

Aha. - Dan prawie krzyknął, wsadzając palce do uszu. - Lepiej się ruszę. Muszę 
zdążyć do pracy. Robota czeka, wiesz, jak jest.

Dlaczego krzyczysz? - zapytała cicho, ściągając brwi.

Przepraszam - roześmiał się.

Wypił   kawę   jednym   haustem,   ignorując   fakt,   że   pali   go   w   gardło.   Sięgnął   za 

Vanessę,   żeby   złapać   złożony   egzemplarz   „New   York   Review   of   Books",   który 
zamierzał przeczytać w metrze.

No to cześć. Miłego dnia - dodał, powstrzymując się od pocałowania jej.

Czes'ć! -krzyknęła za nim.
To się nazywa niezręczna sytuacja,

Wcisnął   ostrożnie   pod   pachę   zwinięty   „Review"   i   zbiegł   po   zatęchłych 

granitowych schodach do legendarnie brudnego

background image

58

i-9

pokoju dla pracowników w Strandzie. Ciemna klatka schodowa ohydnie śmierdziała 
zapleśniałymi książkami, ale dla Dana był to wspaniały aromat.

Miał   trzydzieści   sekund,   żeby   wrzucić   gazetę   do   szatki,   złapać   plakietkę   z 

imieniem i stawić się do pracy na piętrze. Żaden z jego szefów nie miał ani odrobiny 
poczucia   humoru,   jeśli   chodziło   o   spóźnienia.   To   byli   oschli,   niedorobieni   inte-
lektualiści,   którzy   pogardzali   pracującymi   w   wakacje   dzieciakami,   takimi   jak   Dan. 
Ciągle wołali na niego „nowy" albo „ej, ty", mimo że pracował tu prawie od miesiąca i 
każdego dnia tak jak reszta, nosił plakietkę z imieniem.

To się nazywa mieć styl.

Dan   wpadł   do   maleńkiego   pokoju,   niechcący   uderzając   drzwiami   o   ścianę. 

Przestraszył   tym   chudego   dzieciaka   z   krótkimi,   rozczochranymi   blond   włosami   i 
okularami w rogowej oprawie, które były za duże i niemal zakrywały mu kwadratową 
twarz o szeroko rozstawionych oczach.

- Przepraszam - mrukną] Dan.

Popędził   do   swojej   szafki   -   małego   pudła   znajdującego   się   raptem   parę 

centymetrów nad zakurzoną i zasypaną niedopałkami betonową podłogą. Wprowadził 
dziwaczną kombinację - 8/28/49, czyli datę urodzenia Goethego, autora najukochań-
szej książki Dana, Cierpień młodego Wertera - wrzucił gazetę i złapał plakietkę.

„New York Review of Books", co? - zagaił blondyn.

Co? A, tak.

Dan przypiął tandetną czerwoną plakietkę do wypłowiałego czarnego T-shirta i 

podejrzliwie   zerknął   na   obcego.   Nie   zauważył   go   tu   wcześniej.   To   jego   pierwszy 
dzień? Czy to możliwe, że Dan już nie będzie „nowym"?

- Jestem   Greg.   -   Uśmiechnął   się.   -   To   mój   pierwszy

dzień.

*0

Świeże mięso w krainie zapleśniałych książek. Zapowiada się szalona zabawa.

- Super, Witamy w piekle - warknął Dan.

W głębi duszy ekscytował się tym, że będzie teraz przewyższał kogoś stażem.

- Właściwie   to   nie   mogę   uwierzyć,   że   tu   jestem   -   ciągnął

z zapałem Greg,

Rozglądał   się   po   pokoju,   jakby   to   była   Kaplica   Sykstyńska,   a   nie   brudna, 

pozbawiona   okien   kanciapa  w  zaszczurzonej   piwnicy.  Nosił   koszulę  w  kowbojskim 
stylu   z   krótkimi   rękawami   i   obcięte   spodnie   khaki,   które   przypomniały   Danowi   o 
Yanessie.   Przedwczoraj,   gdy   w   salonie   umarła   klimatyzacja,   obcięła   nogawki 
ulubionych czarnych bojówek. Boże, jak za nią tęsknił.

- Wiesz, zawsze chciałem tu pracować - gadał Greg.

- Robota jak robota - odparł Dan bez zainteresowania.
Oczywiście doskonale wiedział, o czym mówił Greg, ale

z przyjemnością naśladował podejście reszty pracowników Strandu, Czuł się przez to 
twardy, jakby był w stanie zgasić papierosa na dłoni Grega.

Widziałem cały wózek starych pism literackich na górze przy windzie. Pewnie 
tym będziesz się zajmował do lunchu.

Dla   mnie   bomba!   -   zachwycił   się   Greg.   -   Mam   tu   czekać?   Ten   facet,   Clark, 

background image

powiedział, żebym tu zszedł, a on zaraz przyjdzie, ale to już było kwadrans 
temu...

Clark wie, co robi - przerwał mu Dan. - Muszę iść na górę, na pewno się tam 
zobaczymy, Jeff.

Greg - poprawił go chłopak. - Czy ktoś ci kiedyś mówił, że wyglądasz dokładnie 
jak ten facet z Raves, Dan jakiś tam?

Dan zamarł w pół kroku.
- Humphrey.   Dan   Humphrey.   I   tak   się   skiada,   że   ja   nazy

wam się Dan Humphrey.

31

Kariera Dana w rockowej grupie Raves trwała dokładnie tyle, ite jeden koncert w 

Funktion na Lower East Side. Nie wierzył, że ktokolwiek będzie pamiętał tę noc. On na 
pewno nie pamiętał.

To zasługa butelki Stolicznej.

- Nie   mów,   serio?   -   Greg   przeszedł   przez   pokój   i   wyciąg

nął   rękę,   -   Jesteś   Dan   Humphrey?   Ten   poeta,   Dan   Humphrey?
Nie   mogę   uwierzyć,   że   cię   poznałem!   Oczywiście,   to   ma   sens,
żeby   ktoś   taki   jak   ty   pracował   w   Strandzie.   -   Poprawił   na   nosie
okulary.   -   Rewelacja!   Nie   mogę   uwierzyć.   Uwielbiałem   twoje
wiersze. Masz coś nowego, co mógłbym przeczytać?

Dan poczuł, że się czerwieni. Przed krótką karierą w charakterze gwiazdy rocka 

opublikował   w   „New   Yorkerze"   wiersz  Zdziry.  Szum   w   świecie   literackim   trwał 
dokładnie   pięć   minut,   ale   wspomnienia   Dana   z   tego   okresu   były   ciepłe   i   nieco 
mgliste. Trudno mu było uwierzyć, że ktoś oprócz jego ojca pamiętał o tym zdarzeniu.

Cóż,   poeci   muszą   ciągle   pracować   -   skłamał.   -   Pracuję   teraz   nad   paroma 
pomysłami do powieści. To dlatego ostatnio przycichłem.

Stary, to dla mnie zaszczyt. Prawie w to nie wierzę. Poznałem poetę z „New 
Yorkera". To niesamowite.

To nic wielkiego. - Dan machnął ręką, jakby opędzał się od pochwal.

Pan Skromniś.

- Cudownie   -   ciągnął   Greg,   wsuwając   ręce   do   kieszeni

sięgających   tuż   za   kolana   szortów.   -   Słuchaj,   nie   wierzę,   że
cię   o   to   zapytam,   ale...   próbuję   rozkręcić   salon.   No   wiesz,
nic   formalnego,   mnóstwo   ludzi,   którzy   cenią   książki,   spo
tykają   się   od   czasu   do   czasu,   żeby   strzelić   kielicha,   pogadać
o   literaturze,   poezji,   filmach   i   muzyce.   I   blogach.   Ale   tyl
ko czasem. Domyślam się, że jesteś bardzo zajęty, ale może

masz ochotę się przyłączyć? To znaczy, jeśli nie masz czasu, to spoko, ale...

- Salon - przerwał tę paplaninę Dan.

Właściwie to brzmiało,.. rewelacyjnie. Przyszedł do pracy w Standzie, licząc na 

wiele inspirujących rozmów na temat klasyki i zagranicznych filmów w przerwach, 
ale   jak   na   razie   najgłębsza   dyskusja,   w   jakiej   bral   udział,   to   rozmowa   z   dwoma 
współpracownikami, którzy poprosili go o papierosa.

Brzmi w porządku.

Stary, to świetnie! - wykrzyknął podekscytowany Greg. Głos mu się lekko łamał. 

background image

- Nadał pracuję nad detalami, no wiesz, szkicuję statut, zastanawiam się, jak 
rekrutować członków.

Statut. - Dan pokiwał głową w zamyśleniu. - Może mógłbym w tym pomóc.

Serio? Zajefajnie! - Greg wyciągnął tęczowy długopis z kieszeni na piersi i złapał 
rękę Dana. - Dam ci mój e-tnail. - Nabazgrał mu adres na dłoni. - Podeślij mi 
parę pomysłów, ja je jakoś uporządkuję. No i potrzebujemy nazwy. Myślałem, 
żeby pomieszać  nazwiska  nieżyjących   poetów,  jak  Wadsworth  Whitman  albo 
Emerson Thoreau. Nie mieliby nic przeciwko.

Nie, ale przewracaliby się w grobach.

- Super.   -   Dan   wyciągnął   rękę   z   uścisku   Grega   i   zerknął

na   adres.   -   Będziemy   w   kontakcie   -   dodał,   starając   się,   żeby
nie okazać za dużo entuzjazmu.

Potrzebował nowych przyjaciół. Zwłaszcza teraz, kiedy Vanessa miała już go dość 

i trudno ją było o to winić.

Jedno słowo: smutny. Ale też... milutki. Na poważny, smutny sposób.

3?

i

och, ten świat, który na ciebie czeka!

W   porządku.   -   Vanessa   westchnęła   i   uklękła   na   dywa

nie   w   bawialni   na   piątym   piętrze   domu   rodziny   Jamesów-Mor-
ganów   przy   Park   Avenue.   -   Sprawdzimy   po   raz   ostatni   torbę
i wychodzimy. Gotowi?

—Gotowi! - krzyknęli chórem Nils i Edgar.

Byli   bliźniakami   i   prawie   wszystko   robili   razem,   nieważne,   czy   chodziło   o 

rozlewanie żurawinowego soku na antyki matki - krzesła obite jedwabiem w kolorze 
kości słoniowej - czy darcie się na całe gardło, co pewnie miało przypomnieć matce o 
ich istnieniu. To były, na swój sposób, urocze dzieciaki, ale trudno było to dostrzec, 
kiedy   człowiek   zajmował   się   wycieraniem   im   nosów   i   tyłków   i   pilnowaniem,   żeby 
przetrwali dzień, nie łamiąc sobie rąk i nóg. A właśnie na tym polegała praca Vanessy. 
Wylano   ją   z   jej   pierwszego   hollywoodzkiego   fiimu  Śniadanie   u   Freda,  gdzie   była 
operatorem. Miała wtedy totalnego doła, osobistego i finansowego, i tylko dlatego 
zgodziła się zostać nianią.

Poza tym, że była kompletnie pijana. Rzecz jasna.
To   było   wręcz   żenujące,   pomyśleć,   że   dwa   tygodnie   temu   brała   udział   w 

prywatnych przesłuchaniach w apartamencie gwiazd w hotelu Chelsea, robiąc to, co 
kochała, a teraz sie-

3''

background image

działa   na   strychu,   w   pokoju   dla   dzieci   w   stylu   edwardiańskim   w   Carnegie   Hill,   z 
plamą po winogronowej galaretce na dżinsach i dwoma zasmarkanymi chłopcami, 
fikającymi koziołki pod jej nogami. A w tym samym czasie gwiazdy filmowe opalały 
się na plaży, raptem parę kilometrów stąd, w Hamptons. Nie żeby była wielbicielką 
gwiazd, ale mimo wszystko,..

No to sprawdzamy. Chusteczki? - zapytała Vanessa.

Aha!   -   krzyknęły   bliźniaki,   wymachując   dwoma   paczkami   chusteczek 
higienicznych.

Wrzuciły je do różowo-zielonej torby Lilly Pulitzer.

Torebki z przekąską?

Aha! - Chłopcy zamachali dwiema torbami z krakersami serowymi.

Kartoniki z sokiem!

Aha!

Nie rzucajcie nimi! - Vanessa natychmiast przypomniała sobie różowe plamy, 
które desperacko starała się wywabić z krzeseł.

Czym?

Allison Morgan weszła powoli po wąskich drewnianych schodach. Jej szpilki bez 

pięt z wężowej skórki stukały o jasny parkiet.

- Mama!

Chłopcy porzucili torbę piknikową i rzucili się do kremowej, wąskiej spódnicy z 

włóczki boucle od Chanel.

- Pakujecie   się   do   wyjścia?   -   zapytała   pani   Morgan   wy

jątkowo sztucznym tonem. Odsunęła się od bliźniaków.

Jaka spostrzegawczość, mamusiu.

Pomyślałam, że pójdziemy do zoo w Central Parku ~ wyjaśniła Vanessa.

Och - cmoknęła Allison. Central Park? Pamiętasz, co się stało ostatnim razem.

35

Oczywis'cie,   że   pamiętała.   Nigdy   nie   zapomni   widoku   Dana   w   neonowożóltych 

ochraniaczach   na   kolanach,   na   rolkach,   ręka   w   rękę   z   dziewczyną.   Długowłosą, 
ubraną   w   span-dex,   przerażająco   radosną   dziewczyną.   To   było   tak   zabawne   i 
dziwaczne, ale zarazem złamało jej serce. Palący papierosa, z niechlujnymi, brudnymi 
włosami gwiazdora rocka, w brudnym T-shircie i w tak długich, że aż idiotycznych 
sztruksach w kolorze wymiocin - to byl Dan Humphrey, którego znała.

I kochała?
Ale   oczywiście   nie   to   miała   na   myśli   nowa   szefowa   Va-nessy.   Tamtego   dnia 

bliźniaki wysmarowały się słodyczami, a potem wrzeszczały przez pół nocy.

Vanessa   jednak   nie   mogła   przestać   myśleć   o   Danie.   Teraz   sprawy   wróciły   do 

normy. Prawie. Może to po prostu brak snu, a może tak jej ulżyło, że stary Dan wrócił, 
że rzucił blond laskę, ćwiczącą jogę i świrującą na punkcie jedzenia, ale... cholera, 
tego  ranka  w  kuchni Vanessa  ledwo  zapanowała nad sobą,  tak  bardzo chciała  go 
pocałować.   Wyglądał   słodko,   zaspany,   pijąc   kawę   z   nieforemnego   kubka.   To 
wydawało się prawie.,. naturalne, tak jak zawsze wyobrażała sobie życie razem. Poza 
tym, że nie byli razem. Byli tylko... przyjaciółmi. A ona nie chciała zrobić niczego, co 
zniszczyłoby   ten   układ.   Na   przykład   nie   chciała   zanurzyć   nosa   w   jego   ciepłych, 
pachnących papierosami włosach. Nie, w żadnym wypadku.

background image

Kłamczucha.

Słuchaj, cieszę się, że cię złapałam. - Chrapliwy glos zdradzał, że Allison wypiła 
stanowczo za dużo chardonnay zeszłego wieczoru. - Jedziemy na kifka dni do 
naszego   domu   w   Amagansett.   W   mieście   zrobiło   się   nieznośnie   gorąco,   a 
chłopcy tak uwielbiają plażę.

Plaża! — wrzasnęli Nils i Edgar, oczywiście chórem, i zaczęli ganiać po pokoju 
jak wariaci.

-   Widzisz,   już   się   cieszą   -   zauważyła   pani   Morgan.   -   A   co   ty   na   to?   Mamy 

dodatkowe lokum na górze, bardzo wygodne. Dnie będziesz spędzać z chłopcami, a 
powiedzmy około szóstej, kiedy chłopcy siadają do kolacji,  będziesz wolna.  Oczy-
wiście płaca bez zmian,

Vanessa  przemyślała sytuację.  Włas'nie pakowała do obrzydliwie  ślicznej torby 

sok i krakersy, podczas gdy dwaj mali maniacy biegali wokół niej, wrzeszcząc coś o 
falach. Co ją czekało? Kolejny wieczór gapienia się na pęknięcia na suficie w pokoju 
Jenny,   który   nadal   śmierdział   rozpuszczalnikiem   do   farb,   i   fantazjowania   o 
pachnących kawą i papierosami pocałunkach Dana?

Nienawidziła   słońca,   nawet   nie   miała   kostiumu   do   opalania   i   zasadniczo 

pogardzała   wszystkim,   co   dotyczyło   plaży,   opalenizny,   półnagości   i   nad   wyraz 
denerwujących ludzi, których to interesowało. Ale jej życie było już tak beznadziejne, 
że propozycja brzmiała właśeiwie... nie najgorzej.

- Amagansett - wymówiła powoli, jakby to była choroba, nazwa genitaliów albo 

kraj na Dalekim Wschodzie, w którym nigdy nie była. - Brzmi wspaniale.

Och, bo to jest wspaniałe miejsce, Ale tylko w stosownych okolicznościach.

36

Wszystkie  nazwy  miejsc, imiona  i nazwiska  oraz  wydarzenia  zostały  zmienione  lub skrócone, po  to by nie  ucierpieli 
niewinni. Czyli ja.

hej, ludzie!

Przerywam stały program, żeby donieść wam o najświeższych nowinach:

Moi informatorzy są najlepsi. Pamiętacie zaniepokojoną czytelniczkę, która kilka dni 
temu   pisała   o   parze   oszustek,   które   przeniknęły   do   towarzystwa   w   Hamptons? 
Okazuje się, że to nie był żart. Makabryczna dwójka, niepokojąco podobna do B i S, to 
para pseudopiękności z Estonii. Pewien projektant chce z nich zrobić nowe twarze 
kolekcji,   planowanej   na   najbliższą   jesień.   Zapowiada   się   podwójny   (poczwórny?) 
kłopot. A ja myślałam, że naukowcy rozpracowali tylko klonowanie owcy! Estonia jest 
widać   bardziej   zawansowana   technicznie.   A   do   tego   jeszcze   paskudna   przeszłość 
tych   dziewczyn.   Szczegóły   właśnie   wypływają!   Stawiam   na   to,   że   B   pierwsza   się 
wścieknie. Ale zanim bomba wybuchnie, dajmy sobie chwilę, żeby rozważyć róż-ne 
możliwości:   czy  posiadanie  osobistego   sobowtóra  nie  mogłoby  się   czasem  okazać 
przydatne? Wiem, że ktoś taki byłby mi niezbędny w maju, w czasie egzaminów, gdy 

background image

moje ciało chce się tylko wyciągnąć na Owczej Łączce. A co z wymykaniem się z 
nudnych rodzinnych śniadań w Le Cirque? Nie przydałaby się dodatkowa para rąk do 
prac charytatywnych w naszym mieniu? Poza tym więcej zna-

:<8

czy   tyle   co   weselej,   nie?   Ale   z   drugiej   strony,   więcej   ciał   to   mniej   miejsca   na 
zatłoczonych   plażach   Hamptons.   Może   pozbycie   się   tych   sobowtórów   nie   jest 
najgorszym pomysłem.

Jeśli   tylko   niemrawo   potakujecie,   czytając   o   zatłoczonych   plażach,   i   nie 
doświadczyliście   tego   na   własnej   skórze,   uznajcie   to   za   oficjalne   oświadczenie: 
nieważne, ile ludzi zjedzie się do Hamptons latem, tylko tu można coś zobaczyć t 
zostać zobaczonym. Więc składajcie laptopy, łapcie torbę plażową i ładujcie walizki 
do   prywatnego   odrzutowca!   W   ostateczności   wystarczy   autobus   Hampton   Jitney, 
tylko że korki zabiorą wam kilka dodatkowych godzin. Ale zaufajcie mi, poczujecie, 
że   było   warto,   gdy   tylko   zanurzycie   palce   stóp   w   lśniących   piaskach.   Coś 
cudownego!

A ponieważ beze mnie jesteście bezradni, przypomnę wam, co należy zabrać...

lista rzeczy niezbędnych do pospiesznego wyjazdu do Hamptons

Ogromne okulary przeciwsłoneczne Chanel albo okulary lotnicze w starym stylu. 
Podróbki   są   trochę   jak   modelki   sobowtóry,   na   pierwszy   rzut   oka   wyglądają   w 
porządku, ale z bliska są zwyczajnie kiepskie.

Nawilżający   balsam   do   opalania   Clarins,   faktor   30.   Moda   na   opaleniznę   na 
skwarkę odeszła razem z zeszłorocznymi espadrylami.

Balsam do ust Kiehla, faktor 15, z aromatem jagodowym. To, że unikasz białych 
łat na skórze, nie znaczy, że twoje usta powinny być nagie.

39

Torba żeglarska z monogramem i ręcznik od kompletu. To elegancki odpowiednik 
naszywek   z imieniem   na  rzeczach  branych  na  letni  obóz.  Gdy  zgubisz ręcznik, 
trzymaj kciuki, aby odnalazł go jakiś przystojniak... a potem znalazł ciebie, aby go 
oddać.

Woda miętowa Metromint. Chłodzi w gorący dzień na słońcu. Poza tym odświeża 
oddech,   dzięki   czemu   jeszcze   bardziej   zachęcasz   do   pocałunku.   Cmoki   Cmok! 
Cmok!

Najlepsi   przyjaciele.   Będziesz   potrzebować   kogoś,   kto   wetrze   ci   w   plecy 
Coppertone,   a   wiadomo,   że   przelotny   letni   romans   to   nie   jest   długoterminowe 
rozwiązanie...

background image

Wasze e-maile

A   skoro   już   mowa   o   letnich   romansach   -   z   waszych   e-mai-li   wynika,   że   wszyscy 
macie jakieś poważne problemy w związkach. Pozwólcie, że pomogę:

Droga PI
Mieszkałam z moim byłym chłopakiem i teraz zamierzam wyjechać na krótko. 
To nic osobistego, po prostu wakacje. Jak należy się zachować? Powiedzieć mu 
czy niech się sam domyśli? Uciekająca współlokatorka

Tf|   Droga Uciekającal

To, że wiesz, jak całuje twój współlokator, nie znaczy, że możesz wywalić reguły 
wspólnego mieszkania za okno apartamentu. Pozwól, że przedstawię ci pod-
stawy: 1) Jedzenie jest wspólne, chyba że je podpisano. 2) Zadzwoń, jeśli nie 
wracasz na noc - martwimy się! 3) Jeśli nie zabierasz nas na wakacje, zostaw

Szanuj Ksią;

nam przynajmniej liścik i upominek. (Sugerowałabym nową torbę plażową od 
Marca Jacobsa, ale to tylko ja). Bon voyage\ R

Droga P!

Wiem, że mój były mieszka na tej samej ulicy co ja

tego lata, ale nie mogę się zorientować, w którym
domu, Pomocy!
Po~sąsiedzku.

Droga Po-sąsiedzku!

Może powinnaś skorzystać z pomysłu opatentowanego w Jasiu i Małgosi 
pomóc mu odnaleźć ciebie. Jeśli jest taki jak każdy chłopak, którego znam, ślad 
z rozrzuconych ubrań powinien zadziałać! R

Na celowniku

Niesławna żona trenera lacrosse, nazwijmy ją starszą B, wychodzi z salonu tatuaży 
w Hampton Bays. Zastanawiam się, dla kogo to doświadczenie było boleśniejsze? 
Dla niej czy dla faceta od tatuaży, który musiał ją oglądać topless? Byty fan jogi, D, 
pali jednego papierosa za drugim przed Strandem. Wygląda na to, że czasy asan już 
minęły. Chyba że ktoś inny zdoła przywrócić mu formę... W Pradze jego młodsza 
siostra J szkicuje miejscowy targ, a przy okazji I ślicznego chłopca. Miło wiedzieć, że 
podróże nic a nic jej nie zmienityl Pewien wielbiciel małpek z Manhattanu, C, kupuje 
zapas   samoopalacza   Fake   Bakę   w   Chocolate   Mo-ussse.   Pychota!   Czy   Hamptons 
doczeka się jeszcze jednego gościa? V wybrała bermudy i koszulkę w czarno-białe

-iQ

41

paski z dekoltem w łódkę w Club Monaco na Broadwayu. Jakie to radośnie wakacyjne 
z   jej   strony.   S   i   B   piją   koktajl   ze   swoimi   sobowtórami.   Byłoby   naprawdę   dziwnie, 
gdyby cała czwórka została przyjaciółkami do grobowej deski, nie?!

background image

No dobrze, kochani, to tyle. Na popołudnie jestem umówiona na manikiur i pedikiur, a 
ciągle  jeszcze   nie  zdecydowałam  co   włożyć:   bladoróżowe   bikini,   złoto-beżowe   czy 
koralowe. Ach te decyzje. Ale przynajmniej nie mogę się pomylić!

Wiecie, że mnie kochacie. plotkara

B & S nago

Wytłumacz mi raz jeszcze - westchnęła Serena. - Dlaczego siedzimy w 

domu w taki dzień?

Przerzucała od niechcenia strony japońskiego „Vogue'a" z tego miesiąca, 

wyciągnięta na łóżku z dębu.

A wspomniany dzień był gorący - ponad trzydzieści stopni - i klarowny 

jak kryształ, z lekką sugestią oceanicznej bryzy. Serena oderwała spojrzenie 
od   japońskiej   modelki,   farbowanej   na   blond,   z   wymalowanymi   rzęsami   i 
czerwonym   lizakiem   w   ustach.   Zobaczyła   zachęcający,   chłodny   cień   pod 
szerokimi   parasolami   z   białego   płótna   na   brzegu   basenu.   Najlepsze,   co 
można było robić w taki upal, to pokładać się na leżaku i siedzieć na wpół w 
wodzie, na wpół na brzegu.

- Dobrze wiesz, dlaczego - warknęła Blair. Ze złością grzebała w szafie z 

ciemnego   orzecha,   gdzie   Annabella,   go-ipodyni   Baileya   Wintera,   powiesiła 
zapakowane w pokrowce ubrania dziewczyn. - Przysięgam, że jedna z tych 
pieprzonych dziewczyn wzięła moją cholerną sukienkę bez pleców Dolce. | Tp 
z dziurkami. Nigdzie nie mogę jej znaleźć.

Zaczęła   zrywać   sukienki   z   drewnianych   wieszaków   i   rzucać   je   na 

podłogę.

W końcu od czego są pokojówki!

43

- Hm - mruknęła Serena.

Nie   było   nic   nadzwyczajnego   w   tym   napadzie   gniewu.   Serena   miała 

nadzieję, że przyjaciółka pozbiera potem sukienki. Jednak odkąd przybyły do 
rozległej modernistycznej rezydencji Baileya Wintera, Blair rzucała rzeczami 
częściej niż zwykle.

To rzeczywiście wiele mówi.

Blair była przekonana, że obrzydliwe europejskie modelki, Ibiza i Svetlana, 

coś knuły. Cały czas oskarżała je o to, że podwędzają ubrania i używają jej 
nawilżacza   La   Mer   z   faktorem   45.   Upierała   się   też,   że   Ibiza,   brunetka, 

background image

naśladuje ją na każdym kroku, począwszy od fryzury, a skończywszy na wy-
borze   garderoby.   Serena   musiała   przyznać,   że   para   modelek   była 
niepokojąco podobna do nich, ale uznała je za całkiem niegroźne. Były po 
prostu   denerwujące   jak   naśladowczynie   z   dziewiątej   klasy   w   Constance 
Billard.

Czy naśladownictwo nie jest najszczerszą formą pochlebstwa?
- Chrzanić   to!   -   oznajmiła   Serena,   zamykając   pismo

i   schodząc   z   łóżka.   Ziewnęła.   -   Nie   będę   tu   gnić   całe   lato,   żeby
unikać jakichś dziwaczek z wystającymi zębami i zezem. Idę

popływać.

- Nie   mogę   znaleźć   mojej   nowej   granatowej   chusty

w   groszki   -   jęknęła   Blair.   -   Jaki   sens   ma   bycie   muzą,   skoro
nie   mogę   się   ubrać   tak,   aby   inspirować?   Jeśli   „pożyczyła"   ją
Ibiza, to przysięgam, wyrwę jej te wychudzone ręce.

Mówi jak prawdziwa muza.

- Daj   spokój,   Blair.   -   Serena   wyciągnęła   gauloise'a   ze

zniszczonej   paczki   leżącej   na   sąsiednim,   porządnie   pościelo
nym   łóżku   i   zapaliła   go   srebrną   zapalniczką   Dunhil),   którą   za
kosiła   bratu.   Wygrawerowano   na   niej   inicjały   E.vW.   -   Wrzuć
coś na siebie i wychodźmy. Szkoda tracić taki dzień.

44

-

Wrzucić?   Jasna   cholera,   przez   te   chrzanione   sobowtóry

nie mam co na siebie włożyć.

Blair uniosła ręce, jakby stos cieniutkiej jak tiul bawełny i wspaniałego 

jedwabiu wokół był niewidzialny.

-

Więc   włóż   coś   brzydkiego   i   zobaczymy,   co   one   na   to

- zaproponowała zmęczona Serena.

Uwielbiała Blair, naprawdę, i były przyjaciółkami od zawsze, ale czasem 

miała ochotę przyłożyć jej w te idealnie napięte pośladki.

Właściwie... - Blair rzuciła się na łóżko i wyrwała Serenie papierosa z ust. 
Zaciągnęła się głęboko i zmrużyła w zamyśleniu lśniące błękitne oczy. - 
To mi podsunęło pewien pomysł.

Co   za   wspaniały   dzień!  -  Blair   z  rozmachem  otworzyła  nieskazitelnie 
czyste przeszklone drzwi domku i wyszła na ostre popołudniowe słońce, 
wyciągając nad głową nagie ramiona. - Chodź, Serena, złapmy trochę 
słońca.

Idę, idę. - Serena zachichotała, wychodząc z ocienionego bungalowu.

Nagrzany słońcem piaskowiec parzył jej świeżo wypedi-kiurowane stopy. 

W jednym ręku miała zwinięte czasopismo, w drugim zapalonego papierosa. 
Twarz   zasłaniały   jej   okulary   w   białych   rogowych   oprawkach   Cutler   and 
Gross. Poza nimi nie miała na sobie nic. Była absolutnie naga.

- Może powinnyśmy poprosić Stefana o mrożoną kawę -

zasugerowała Blair, sadowiąc gołą pupę na tekowym leżaku.

Miała na sobie tylko złoty łańcuszek na kostce i wielkie czarne ray-bany.

background image

- Co jest?- zdziwiła się Ibiza.

Wynurzyła   się   z   basenu   -   całe   osiem   kilo   żywej   wagi.   Była  

wychudzona, że wyglądała jak te dzieciaki z Trzeciego

45

Świata,   którym   się   posyła   pieniądze   i   pokazuje   w   reklamach   w   telewizji. 
Wystroiła się w ten sam jednoczęściowy kostium w lawęndowo-złote paski.

O co ci chodzi? - Serena jakby nigdy nic rzuciła czasopismo na leżak 
obok Blair.

O   ubranie   -   rzuciła   oskarżycielsko   Svetlana,   nadal   w   wodzie. 
Pozbawione koloru, zbyt mocno rozjaśnione włosy przykleiły jej się do 
głowy. - Nie macie na sobie żadnych

ubrań!

O   rety  -  westchnęła   teatralnie   Blair   i   obróciła   się   na   brzuch.   Słońce 
przyjemnie grzało jej nagą pupę. - Nie słyszałyście?

O czym? - Ibiza spiorunowała wzrokiem nagie, wyzywające ciało Blair.

- Najwyraźniejwostatnimwydaniuestońskiego„Vogue'a",

czy   co   tam   zwykle   czytacie,   zapomnieli   napisać   o   najnowszym
trendzie, nagości. - Blair ziewnęła. - To nowinka.

Serena zgasiła papierosa w wielkiej muszli, stojącej na szklanym stoliku 

obok jej leżaka. Starała się nie patrzeć na Blair, żeby się nie rozes'miać.

- Najnowszy   trend   to   chodzenie   nago?   -   Svetlana   zerk

nęła   na   swoje   minimalistyczne   stringi   od   bikini,   które   pewnie
zamówiła   e-mailem   z   katalogu   Victoria's   Secret.   Woda   znie
kształciła   obraz   jej   ciała   i   prawie   wydawało   się,   że   dziewczyna
ma biodra i krągłości.

To tylko złudzenie optyczne.

Tak, najwyraźniej. - Ibiza się skrzywiła, zsuwając ra-miączka kostiumu. 
Jej ciało z okrągłymi łatami opalenizny wyglądało jak mata do gry w 
twistera. - Tak jest o wiele lepiej. Bardziej w europejskim stylu.

Ale topless to już przeżytek. - Serena ziewnęła przesadnie, gapiąc się w 
czasopismo i starając się nie stracić opa-

nowania.  -  Chodziłyśmy  z Blair  na  plażę   topless  od  jakiegoś  jedenastego 

roku życia. Najmarniej.

- Aha - zgodziła się przyjaciółka.

Wyciągnęła się na brzuchu, położyła głowę i zamknęła oczy,

- Jasne. - Ibiza złapała przynętę.

Podskakując   to   na   jednej,   to   na   drugiej   nodze,   ściągnęła   z   siebie   do 

końca okropny kostium. Upadł na ziemię z wilgotnym plaśnięciem.

Oczywiście nie chcemy, żebyście się czuły skrępowane.

Yhm - przytaknęła żałos'nie Svetlana.

Zdjęła   smutne   czerwone   bikini   w   groszki   i   rzuciła   na   brzeg   basenu. 

Potem wskoczyła do wody i odpłynęła zakłopotana. Jej ciało błyskało niczym 
szkielet bielą i niedożywieniem.

-Jak. dobrze, że wszystkie możemy się po prostu zrelaksować, nie? - Ibiza 

background image

wydawała się pewna siebie, ale wyglądała żałośnie, gdy tak stała, całkiem 
naga,   z   ciałem   w   blade   kółka.   Zupełnie,   jakby   nie   wiedziała,   co  ze   sobą 
zrobić. Blair zauważyła, że dziewczyna ma asymetryczne piersi, jakby ktoś 
je źle przykleił. Może tak było.

- Widzieliście   tego   przystojniaka,   który   mieszka   po   są

siedzku?   -   ciągnęła   Ibiza,   rozpaczliwie   próbując   zagaić   zwy
kłą rozmowę mimo nagości,

Potrząsała rękoma, jakby się paliły.

Może rzeczywiście powinnyśmy poprosić Stefana o mro-feiną kawę - 
zasugerowała Serena, ignorując dziewczynę.

Dobry pomysł - Ibiza przytaknęła i powoli, z rozmyślni! podeszła do 
stolika pod parasolem. Odciągnęła jeden z łebków i zwinęła się na nim, 
jakby nigdy nic. - Zawołam go Klrian! Stefan!

Serena wstrzymała oddech, nasłuchując zbliżających się kluków.

<"-ń

4 7

- Teraz - syknęła cichutko Blair.
Na ten sygnał zeskoczyły z leżaków i popędziły, chichocząc histerycznie, 

przez miękki aksamit trawnika, między najbardziej gęste drzewa na obrzeżu 
ogrodu.

- Patrz, patrz!

Serena   zanurkowała   między   liściaste   konary   małego   baobabu   i   teraz 

wskazywała na leżaki. Pojawił się Stefan, ubrany jak zwykle w biały obcisły T-
shirt i szorty. Miał opaskę ze wstążki, dzięki której gęste włosy nie wpadały 
mu w oczy, teraz szeroko otwarte i zszokowane, fbiza siedziała przed nim z 
ciałem   w   dziwaczne   łaty   opalenizny   i  bladości.   Wypięła   biust,   starając  się 
wyglądać seksownie, ale jej dziwne piersi sterczały w różnych kierunkach. W 
tym samym momencie Svetlana wyszła wreszcie z basenu. Ociekała wodą. 
Wzięła   iPoda,   włożyła   słuchawki   do   uszu   i   zaczęła   tańczyć,   wymachując 
bladymi,   wychudzonymi   rękoma.   Wyglądała   jak   flaming   albinos.   Śpiewała 
coś, całkiem przekręcając słowa najnowszej piosenki Coldplay.

Serena i Blair tak się s'miały, że prawie się posiusiały. Serena czuła się 

radośnie,   jakby   znowu   była   małą   dziewczynką.   Miała   wrażenie   deja   vu. 
Powróciła do takiej samej chwili, wiele lat temu, gdy były znacznie młodsze. 
Przebierały się z Blair z jednoczęściowych kostiumów Lands' End za krzakami 
malin w jej domu w Ridgefield, w Connecticut. Nate groził, że je złapie, a one 
tak chichotały, że cały czas się kłuły o krzaki i wkładały nogi nie w te otwory 
szortów frotte, co trzeba.

- Co docho...?

Serena nie wierzyła własnym oczom. Prawie jakby go przywołała. Nate 

stał przed nimi, marszcząc brwi i strząsając z szortów drzazgi z drewnianego 
płotu dzielącego posiadłości.

- Nate!   -   Serena   podbiegła   i   zarzuciła   mu   ręce   na   ramio

na, zapominając o tym, że jest kompletnie naga.

48

background image

Objął ją, niezręcznie poklepując nagie ramiona. Zachichotała i wróciła do 

Blair, chowając się trochę za gałęzią.

Blair uśmiechnęła się szelmowsko. W pewnym sensie to wydawało się 

całkiem stosowne, że wpadły na Nate'a właśnie w ten sposób. To, że stali tu 
znowu razem, we trójkę, było całkiem oczywiste, nawet jeśli dwie trzecie z 
tej grupy nie miało nic na sobie.

- Rozbieraj   się,   Nate!   -   krzyknęła   Blair,   biegnąc   za   nim,

jakby zamierzała ściągnąć z niego spodenki.

Schował się za dębem.

- Pływanie   nago?   -   zapytał   Nate,   zerkając   zza   smukłego

pnia.

Serena   uśmiechnęła   się,   przyglądając   się   staremu   przyjacielowi, 

chłopakowi, czy kim właściwie był dla niej Nate, Właściwie sama tego nie 
wiedziała.   Ta   zakłopotana   mina,   te   zaspane,   ujarane,   zielone   oczy   -   nie 
zmienił się ani odrobinę. Ale tym razem Nate nie patrzył na nią, tylko gapił 
się z rozdziawionymi ustami na Blair.

- Nagość   to   nowy   strój   -   odparła   rzeczowo   Blair.   Oparła

rękę na krągłym biodrze. - Nie słyszałeś?

Oczywiście   wiedziała,   że   Nate   mieszkał   gdzieś   tu   w   okolicy,   ale   nie 

spodziewała się, że ją znajdzie. Ich związek to było nieustanne ściganie go i 
próby przyszptlenia. Czasem miała ochotę przykuć go kajdankami do łóżka i 
bynajmniej nie chodziło o nic zdrożnego. Po prostu wtedy wiedziałaby, gdzie 
on jest i miała pewność, że nie robi niczego idiotycznego. Ale teraz był tutaj i 
najwyraźniej zjawił się, bo ich szukał. A sądząc po tym, jak na nią patrzył, 
szukał właśnie jej.

-   Zdecydowanie   -   potwierdziła   Serena,   krzyżując   ręce   na   ozłoconych 

słońcem  piersiach.  Fakt,   że  Nate  na  nią  nie  patrzył,  sprawił,  że  czuła  się 
jeszcze bardziej naga. Nigdy nie domagała się uwagi Nate'a, ale pragnęła 
jej. Zawsze jej pragnęła.

4    Nigdy dnie skłamię

.

Q

1   wtedy   właśnie   Blair   złapała   ją   za   łokieć   i   pociągnęła   w   stronę   basenu 
Baileya Wintera.

- Czekajcie, a wy dokąd? — wyjąkał Nate.
Blair trzymała Serenę mocno za rękę. Biegły.
- Przyjrzyj   się   dobrze!   -   krzyknęła   za   siebie,   gdy   pędziły

przez kamienne płyty do drzwi. - I pomyśl o nas wieczorem!

Nie martw się, na pewno pomyśli.

nowyjcrk.crai3lista.or3/3rupy

Inauguracja salonu literackiego Pieśń o Mnie samym (Manhattan)

Radujcie się, kowale słowa! Z przyjemnością ogłaszamy, że powstaje 

nowa, ekskluzywna grupa literacka w tradycji europejskich salonów Ger-

trudy Stein i Edith Sitwell.

Jesteśmy   dwoma   pokornymi   sługami   pisanego   słowa.   Jeden   z   nas   to 

background image

wychwalany   młody   poeta   i   tekściarz   o   niemal   międzynarodowej   sławie, 

drugi to czytelnik i myśliciel, który ponad wszystko uwielbia Wilde' a 

i Prousta. Szukamy młodych ludzi o podobnych poglądach, którzy kochają 

czytać, pisać i rozmawiać o pisaniu i czytaniu oraz napić się chianti 

albo   czegoś   w   tym   stylu.   Przemyślcie   poniższe   stwierdzenia/pytania. 

Przeczytamy  uważnie  każdą  odpowiedź  i  prześlemy  zaproszenia  na  nasze 

inauguracyjne spotkanie do wybranej grupy nowojorczyków. Tylko do tych 

o wyrobionym smaku.

1.   Poezja   zasługuje,   aby   odgrywać   bardziej   centralną   rolę   w 

dzisiejszej kulturze, Powin-

no się zorganizować program  Idol   amerykańskiej poezji.     Zgadzasz się czy 

nie?

2.   Jakie   jest   twoje   ulubione   słowo?   A   najmniej   lubiane?   Napisz 

zdanie z obydwoma. Na przykład: „Zamęt. Przekąska. Siedząc pośród tę-

czowo-brązowego zamętu karaluchów, Bonita zjadła przekąskę ze skrzydeł 

motyla".

Zainteresowani powinni dołączyć ■fotografię. Musimy miej: pewność, 

że nie macie dwunastu lat. Albo stu dwunastu.

Nie   możemy   się   doczekać   inspirujących   rozmów!   (Przynieście   własny 

alkohol!)

50

wielka ucieczka N

- Wreszcie jesteś!
Babs Michaels stała przy tanim blacie w sypiącej się kuchni i artystycznie 

rozmieszczała  kawałki   melona   na   talerzu   z  jajecznicą   i  tostami  z  masłem. 
Nate   potarł   zaczerwienione   oczy   i   ziewnął.   Przez   chwilę   widok   bardzo 
opalonej   kobiety,   szykującej   śniadanie,   sprawił,   że   znowu   poczuł   się 
dzieckiem. Schodził zaspany do kuchni w domu przy Upper East Side, a tam 
Cecille, szefowa kuchni z Barbadosu, przygotowywała mu tosty cynamonowe 
albo miskę płatków owsianych. A potem szedł do szkoły Św. Judy.

Nie był już jednak dzieckiem i nie musiał chodzić do szkoły. A Babs, w 

background image

bladofioletowym, cieniutkim szlafroku i z ogorzałą skórą, zdecydowanie nie 
była Cecille. Poza tym przegryzł już co nieco w domu w Georgica Pond.

Dzień dobry - burknął, zerkając podejrzliwie na Babs.

Potrzebujesz   dziś   dużego   śniadania,   prawda,   Nate?   -   zamruczała 
gardłowo i postawiła talerz na stole. - Tak się pocisz i wysilasz w pełnym 
słońcu.

Podeszła do niego i położyła zimną rękę na jego bicepsie, poniżej rękawa 

granatowej koszulki polo Bena Shermana.

- Ja-jasne.

59

Nate odsunął się i siadł przy stole. Właściwie to byf głodny, a talerz z 

jajecznicą i delikatnie przypieczonymi tostami wyglądał kusząco. Ale nawet 
mimo porannego ogłupienia, wiedział, do czego to zmierza. On zacząłby jeść, 
Babs dolałaby mu świeżo wyciśniętego soku pomarańczowego. Poprosiłaby, 
żeby   znowu   wtarł   olejek   w   tatuaż,   a   potem   zaproponowała,   żeby   razem 
wskoczyli   do   wanny,   o   której   trener   ciągle   opowiadał.   Zanim   by   się 
zorientował,   przykułaby   go   do   łóżka  i  wcierała  oślizgłe   okrawki   melona   w 
jego nagą skórę albo coś tym stylu.

Mówi   się,   że   droga   do   serca   mężczyzny   wiedzie   przez   żo

łądek.

»

Myśl o wylądowaniu nago w łóżku z Babs sprawiła, że Nate'owi zrobiło się 

niedobrze.   Mimo   to   nadal   czuł   jakieś   tęskne   ssanie   w   żołądku.   Tyle   że 
zdecydowanie   nie   chodziło   o   Babs   paradującą   w   fioletowym   szlafroku   z 
nylonu,   który   ledwo   zakrywał   jej   dość   wygimnastykowaną,   ale   jednak   już 
trochę   sflaczałą  pupę.   To  miało  więcej   wspólnego   ze  wspomnieniem   Blair, 
okrytej najdelikatniejszym połyskiem potu i balsamu, uśmiechającej się do 
niego   szelmowsko,   kiedy   odkrył   ją   wczoraj   na   tym   wyjątkowo   gejowskim 
podwórku. Widział ją nago mnóstwo razy, ale kiedy stała w pełnym świetle 
dnia, z rękoma nieco ciemniejszymi od reszty ciała, wyglądała piękniej niż 
kiedykolwiek   wcześniej.   Zauważył   maleńkie,   znajome   znamię   w   kształcie 
jabłka na biodrze i z trudem powstrzymał się, żeby nie złapać i nie pocałować 
jej w to miejsce.

- Co   jest,   skarbie?   -   zdziwiła   się   Babs,   stając   za   krzesłem

i   pochylając   się,   przez   co   jej   dziwnie   twarde   piersi   ocierały   się
o jego plecy. - Nie jesteś głodny?

Zerwał się z krzesła, jakby go prąd poraził, i krzyknął o wiele głośniej, niż 

zamierzał:

Ja, hm, muszę, no, zadzwonić!

Zadzwonić?

53

Aha.   -   Zaczerwienił   się   mocno.   -   Mogę?   Pozwolisz   mi?   Właściwie   to 
jestem w pracy i w ogóle.

Nie   potrzebujesz   mojego   pozwolenia   -   szepnęła.   -   Nie   ma   niczego, 
czego mogłabym ci zabronić, Nate. Niczego.

Dzięki!

background image

Jak poparzony wybiegł z kuchni i popędził na tyły. Po-grzebał w głębokich 

kieszeniach bojówek i wyciągnął motorolę. Zaczai przewijać telefony i szybko 
wybrał   numer   do   Anthony'ego   Avuldsena,   kumpla   z   drużyny   lacrosse. 
Anthony   już   raz   uratował   go   tego   lata,   kiedy   Nate   uwikła!   się   w   skom-
plikowany romans z miejscową laską, która przysparzała więcej kłopotów, niż 
byta warta.

Czy to nie dotyczy wszystkich dziewczyn?

Pięć dzwonków. Nate zamierzał się już rozłączyć, kiedy Anthony odebrał.

Co jest?- zawołał przyjacielsko.

Stary, gdzie jesteś?

Jadę na plażę! - Anthony przekrzykiwał stereo w samochodzie, Back in 
Blach  
AC/DC nastawione tak głośno, że telefon mu drżał. - Możesz się 
urwać?

Nate spojrzał na mały, ls'niący prostokątny basen i nieco za wysoką trawę 

za nim. Na myśl o strzyżeniu trawnika chciało mu się płakać. A na myśl o 
tym, że za chwilę wróci do domu, gdzie będzie go molestować Babs, miał 
ochotę się porzygać.

Albo rzucić się na naprawdę twardą skałę, z wysoka.

Czekaj - odparł powoli Nate. - Aha, spróbujmy. Jestem u trenera w Bays, 
Przyjedziesz po mnie?

Czy przyjadę?! - wrzasnął Anthony. - Super, jasne, co zechcesz. Daj mi 
dziesięć minut.

Nate schował telefon z powrotem do kieszeni i odetchnął głęboko, żeby 

się uspokoić.

54

-Wszystko w porządku?

Babs otworzyła przesuwane, szklane drzwi na ganek i pospiesznie wyszła. 

Fioletowy szlafrok miała rozwiązany. Zwieszał się z jej ramion jak peleryna, 
odsłaniając skomplikowaną, koronkową bieliznę we wzorek ze zwierzaków. 
Przypominała Nate'owi kostium kąpielowy, który nosiła jego ekscentryczna 
francuska  babcia,  teraz   już  nieżyjąca,  w  czasie  ich  rodzinnej   wyprawy  na 
Bahamy. Był wtedy bardzo mały.

Och, jakie to kuszące!

- Właściwie to nie czuję się najlepiej.

Praktycznie nie kłamał, bo myśl o tym, co się może wydarzyć, jeśli stąd 

nie ucieknie, przyprawiała go o mdłości. Krzywiąc się z bólu, ale starając się 
nie przedobrzyć, Nate żałośnie zakasłał.

- Biedactwo - zagmchała Babs.

Jedną   ręką   poprawiła   szlafrok,   drugą   położyła   na   zmarszczonym   czole 

chłopaka.

- Rzeczywiście, jesteś trochę rozpalony.

Instynkt macierzyński i Nagi instynkt. Co za niepokojąca mieszanka.

Aha - zgodził się Nate i odsunął od Babs. - Nie wiem, czy dam sobie dziś 
radę z trawnikiem.

Oczywiście,   że   nie.   Powinniśmy   cię   rozebrać   i   załadować   prosto   do 

background image

łóżka. Zrobię ci dobrej, ziołowej...

Naprawdę   muszę   już   iść.   -   Przerwał   ten   niepokojący, 
pseudopornograficzny scenariusz, który snuła Babs.

Nie zamierzał zamieniać fantazji w stylu pani Robinson na jakiś ohydny 

wątek pielęgniarski.

Chyba już słyszę samochód. Mają po mnie przyjechać.

Odpocznij i rozluźnij się - zaszczebiotała Babs. - Nie martw się pracą. 
Powiem trenerowi, że potrzebujesz odpoczynku. Wykańcza cię.

55

- Dziękuję pani.
Nate skinął z wdzięcznością głową i zeskoczył z ganku. Zapominając, że 

niby   miał   być   chory,   krzyknął   z   radości,   gdy   usłyszał   klakson   i   zobaczył 
czarne bmw Anthony'ego skręcające na podjazd trenera. Ocalony!

Jesteś"   pewny,   że   tylko   odgrywasz   chorego?   -   Anfho-ny   oderwał   na 
chwilę   wzrok   od   drogi,   żeby   zerknąć   na   kumpla,   który   zapadł   się   w 
niskim fotelu, obitym kremową skórą, i osłaniał oczy przed słońcem.

Jasne,   wszystko   w   porządku,   stary   -   zapewnił   go   Nate.   Przestawiał 
przyciski na tablicy rozdzielczej, tak żeby chłodny podmuch klimatyzacji 
wiał mu prosto w twarz. - Po prostu Babs, no wiesz, ostro atakowała,

Bez jaj! - Anthony zaśmiał się, ściszając stereo, z którego ryczał teraz 
najnowszy album Reigning Sound. - Muszę o tym usłyszeć.

Nie   ma   o   czym   -   wymamrotał   Nate,   szczerząc   wbrew   sobie   zęby.   - 
Uwierz mi, po czymś' takim tygodniami można mieć koszmary.

Zagapił   się   przez   okno   na   mijany   krajobraz:   zielone,   trawiaste   pola, 

głęboki   błękit   nieba,   zniszczone   deszczem   i   wiatrem,   ogromne,   kamienne 
domy.   Wszystko   zlewało   się   ze   sobą   w   pęd   obrazów,   których   nie   potrafił 
rozdzielić. Zupełnie jak to lato - strumień różnych chwil, których nie umiał 
podzielić   na   osobne   wydarzenia.   Westchnął.   Przygnębił   go  fakt,   że   jedyne 
ciekawe chwile tego lata to totalna kiapa w czasie imprezy w Nowym Jorku, 
na której porzuciła go dziewczyna, i wczorajszy dzień, gdy przyłapał Blair i 
Serenę na pływaniu nago, czy co one właściwie, do cholery, robiły.

- Widziałem   wczoraj   Blair   Waldorf   i   Serenę   van   der

Woodsen. Nago - oznajmił nagle Nate, sięgając po skręta, któ-

rego zrobił sobie wczes'niej i schował do paczki marlboro dziś rano. Otworzył 
okno i zapalił papierosa.

- Trójkącik?   -   zapytał   Ajithony.   Kiwnął   głową,   żeby   po

dać mu papierosa. - Masz cholerny fart.

Nate wytrzasnął jednego z paczki i podał kumplowi.

- Nie   -   wyjaśnił,   chociaż   w   jego   głowie   zaczął   kształto

wać się bardzo intrygujący obraz.

Och, naprawdę?

Kąpały się nago po sąsiedzku - ciągnął, wydmuchując chmurę dymku z 
trawki przez okno. - To było dziwne.

Kąpiel   nago?   -   powtórzył   Anthony,   zręcznie   zapalając   papierosa   i 

background image

jednocześnie skręcając w lewo. - Nie gadaj.

Człowieku, Blair... ona po prostu,,. -Nate urwał, kiedy obraz Blair, nagiej, 
troszkę spoconej i śmiejącej się do niego, stanął mu przed oczami. Tak 
bardzo chciał znowu ją objąć.

Wiem, stary. - Anthony z entuzjazmem pokiwał głową. - Chodzi mi o to, 
że masz, no wiesz, o co zawalczyć. To nasze ostatnie lato. Rozumiesz... 
cholerne carpe diem, jasne?

Carpe diem...

Nate   zastanowił   się   nad   tym.   Chwytaj   dzień.   Znowu   się   zaciągnął, 

przełknął ślinę i zamknął oczy. Cholerne carpe diem. To jest pomysł. To było 
naprawdę...  inspirujące.  Odwrócił się i uśmiechnął z uznaniem  do kumpla. 
Facet był genialny.

A może po prostu się upalił?

- Serio,   stary   -   ciągnął   Anthony,   trzymając   skręta.   -   Mó

wiłem ci, nie? Najwyższy czas zacząć się dobrze bawić.

Nate   pokiwał   głową.   Najwyższy   czas   wziąć   się   do   roboty   i   zacząć   się 

dobrze   bawić.   Pieprzyć   trenera   Michaelsa   i   jego   napaloną   żonę,   pieprzyć 
trawnik, pieprzyć odpowiedzialność. Do cholery, zamierzał chwycić dzień,

I może jeszcze kogoś,

56

zaginiona sztuka pisania listów

Od: Steve N. <holdenca-ufieldl@yodel.com> Do: <anon-

239894344239894344@craigslist.org> Temat: Odp: Inauguracja salonu 

literackiego Pieśń o Mnie Samym (Manhattan)

Data: 9 lipca, 16:37:07 Do zainteresowanych:

Z wielką radością przeczytałem wasze ogłoszenie. Desperacko szukam 

towarzystwa   podobnych   mnie   ludzi,   którzy   z   równą   pasja   oddani   są. 

potędze pisanego słowa jak ja.

Zgodnie   z   duchem   prawdziwego   buntu,   odmawiam   odpowiedzi   na   wasze 

pytania. Podejrzewam, że tak naprawdę szukacie ludzi wolnych, którzy 

nie   zamierzają   się   poddawać   głupim   sondażom.   Bądźcie   spokojni,   żyję 

książką i z książką umrę.

Pozdrowienia,

background image

Steve

Od: Cassady Byrd <brontebyrd@books.com> Do: <anon-23989434432 

9894361@craigslist.org> Temat: Odp: Inauguracja salonu literackiego 

Pieśń o Mnie Samym (Manhattan)

Data: 9 lipca, 20:04:39

Nie mogłam uwierzyć własnym oczom, gdy zobaczyłam wasze ogłoszenie. 

Świetnie,  skurczy-syny! Nie  mogę się  doczekać, kiedy  się spotkamy  i 

pogadamy... a może coś więcej ! ! !

Moje ulubione słowo to „kochać". Najmniej lubiane to „nienawidzić". 

Znienawidzicie to, jak bardzo mnie pokochacie!

Dołączam zdjęcie...

Całusy,

CE {znana też jako Charłotte Bronte)

Od: Bosie <lord alfred douglas@earthlink.com> Do: <anon-2398 

94344329865002@craigslist.org> Temat: Odp: Inauguracja salonu 

literackiego Pieśń o Mnie Samym (Manhattan)

Data: 9 lipca, 22:31:14

Widziałem wasze ogłoszenie. Ogromnie intrygujące.

Moje ulubione książki:

Portret Doriana Graya  

Oscara Wilde' a

Wywiad z  wampirem  

Annę Rice

Ulubiony film: Party Monster z Macaulayem Culkinem

58

5?

Ulubiona piosenka: Walk on the Wild Side  Lou 

Reeda

Ulubione słowo: gryźć Najmniej lubiane słowo: dławić 

Ugryzłem go i się zadławiłem.

Jak widzicie na zdjęciu, lubię się przebie-

rać.

background image

jeśli chodzi o Hamptons, Y to stuprocentowa 
dziewica

-   No   to   jesteśmy   na   miejscu!   -   oznajmiła   pani   Morgan,   kiedy   wjechała 

kremowym   mercedesem   na   bladoróżowy   podjazd,   wysypany   potłuczonymi 
muszelkami,

Nareszcie.   Po   czterech   godzinach   wyczerpującego   stania   w   korkach   na 

autostradzie   Long   Island,   w   końcu   dojechali   do   pseudowiktoriańskiej 
rezydencji   z  szarego  kamienia.   Vanessa  wysiadła.   Była  zaniepokojona.   Pod 
stopami czulą obcy trzask muszelek. Niebo nad głową miało ciemnoróżowy 
kolor jak zawsze o zmierzchu. Powietrze pachniało grillem i świeżo skoszoną 
trawą. Nagle ogarnęła ją fala ulgi. Może właśnie tego potrzebowała? Wyjazdu 
z miasta?

Pani Morgan stanęła przed nią i pchnęła ciężkie czerwone drzwi frontowe. 

Chłopcy wpadli do środka, odpychając Vanessę, która stała i us'miechała się 
głupio,   nie   bardzo   wiedząc,   dlaczego   to   robi.   Nie,   żeby   przejmowała   się 
takimi rzeczami czy w ogóle je zauważyła, ale nie mogła nie zagapić się na 
to... na to wszystko. Okna o podwójnej wysokości okalały frontowe wejście. 
Biało-niebieskie   kosze   w   marynarskie   pasy   stały   tuż   za   drzwiami   pełne 
plażowego ekwipunku. Rozpościera! się przed nią rozległy salon. A tuż za nim

61

kuszący turkusowy basen. To było całkiem nie w jej stylu, ale z drugiej strony, 
ostatnio wszystko, co było w jej stylu, okazywało się do bani. Może powinna 
spróbować  tego   łatwego,   słonecznego   życia,   które   toczyło  się   tu  przed   jej 
oczami, dokładnie pod jej nosem? Może mroczne klimaty w niczym jej nie 
pomagały?

Vanessa   ruszyła   za   chłopcami   do   ogromnej   kuchni,   gdzie   pani   Morgan 

sprawdzała wiadomości od pokojówki, ogrodnika i basenowego. O wszystko 
zadbano.   Vanessa   widziała   czekające   ją   letnie   dni.   Będzie   czytać   „New 
Yorkera"   nad   basenem,   czasem   zrobi   sobie   przerwę,   żeby   pstryknąć   kilka 
czarno-białych zdjęć lśniącej powierzchni. Co jakiś czas pobiegnie do domu 
po kanapkę z wędzoną goudą, którą potem zje, spacerując wzdłuż zadbanego 
ogrodzenia rezydencji i rozkoszując się ciszą i spokojem.

Nie majak w domu.
- Mamusiu,   jesteśmy   głodni!   -   zawył   Edgar,   wyrywając

Vanessc z zamyślenia.

No tak, jeszcze oni.

Vanessa wam coś przygotuje. - Pani Morgan uśmiechnęła się i poklepała 
syna po główce, nawet nie zerkając na dziewczynę.

Jasne. Pewnie.

Yanessa odłożyła czarny worek marynarski z demobilu na wypolerowany 

jasny parkiet i otworzyła ciężkie drzwi lodówki ze stali nierdzewnej, W środku 
leżała cała masa świeżych produktów - pudełka z sałatką z makaronu orzo i 
łososiem curry z białymi porzeczkami. Gdzie były zimne resztki kurczaka albo 
chociaż masło orzechowe i galaretka?

background image

Za   jej   plecami   Edgar   i   Nils   zaczęli   się   przepychać   na   samym   środku 

podłogi. Vanessa zwykle pozwalała im na to z nadzieją, że zmęczą się jak 
szczeniaki, które kiedyś filmowała

w czasie biegu psów na Union Square. Myślała, że uchwyci jakąś walkę psów 
albo zobaczy jednego z tych jastrzębi, które sprowadzono do miasta, żeby 
polowały   na   szczury,   jak   nurkuje,   żeby   porwać   chihuahuę,   ale   musiała 
zadowolić się zabawą słodkich psiaków. Podejrzewała, że w końcu chłopcy 
padną na plecy z wywieszonymi językami i będą dyszeć jak psy.

- Chłopcy!   -   warknęła   pani   Morgan   i   wygładziła   spodnie

khaki z kantem jak żyletka.

Jej top w kolorze kości słoniowej miał wykończenie z grubej, satynowej 

brązowej wstążki. Patrząc na dziwnie napiętą twarz pani Morgan, trudno było 
orzec, czy ma trzydzieści dwa, czy pięćdziesiąt dwa lata.

-

Możecie iść na górę i przygotować się do obiadu.

Odwróciła się do Vanessy, Drewniane obcasy meksykań
skich sandałów na klinie zastukały o podłogę.

- Yanesso,   zjemy   łososia.   I   gdybyś   mogła   zaimprowizo

wać   jakąś   świeżą   sałatkę,   może   też   sos   jogurtowo-koperkowy
do ryby? Byłoby miło.

Czekaj no! Zaimprowizować sałatkę? Niby po co tu przyjechała, żeby... 

żeby...

Pomagać?   Och.   No   tak.   Tyłe   że   nigdy   niczego   nie   ugotowała   poza 

makaronem z sosem ragout.

- Jasne   -   odparła   Vanessa   i   zaczęła   szukać   kopru   w   szu

fladzie   lodówki.   Słyszała   na   górze   chłopców,   wrzeszczących
i   udających   odgłosy   wybuchów.   Odwróciła   się,   trzymając   ja
kieś   liściaste   zioło.   Co   to   było?   Ftoper?   Kolendra?   Cholerna
bazylia? I wtedy zobaczyła coś porażającego.

Bladą,   kościstą,   zapadniętą   pupę   pani   Morgan.   O   mój   Boże!   Vanessa 

szybko się odwróciła. Mimo zimnego powietrza buchającego z lodówki, czuła, 
jak płoną jej policzki. Głośno odchrząknęła. Czyżby pani Morg;an po prostu 
zapomniała,

69

63

że   Vanessa   tu   jest,   czy   jak?   Odwróciła   się,   trzymając   zieleninę   dokładnie 
przed twarzą.

Zerknęła zza liści i zobaczyła pracodawczynię z rękoma na biodrach, w 

drewnianych   sandałach,   cieniutkich   czerwonych   stringach   i   w   czarnym 
koronkowym biustonoszu.

Coś nie tak? - zapytała.

Nie, oczywiście ze nie.
Vanessa   zaczęła   oglądać   skórki   paznokci,   co   było   dla   niej   bardzo 

nietypowe. Naprawdę miała zniszczone ręce! Ale nie mogła się powstrzymać 

background image

od zerkania na panią Morgan, wyzwoloną kobietę XXI wieku, która rozpięła 
stanik i rzuciła go, jakby nigdy nic, na oparcie kuchennego krzesła.

Vanessa zmusiła się, żeby patrzeć pracodawczyni w twarz.

- Przepraszam   na   chwilę,   chciałabym   zanieść   rzeczy   do

swojego pokoju.

Musiała, po prostu musiała, stąd wyjść.

- Na samej górze,

Pani   Morgan   zaczęła   grzebać   w   płóciennej   torbie,   zapewne   w 

poszukiwaniu jakiegoś ubrania.

Miejmy nadzieję!

Vanessa przerzuciła worek przez ramię i ruszyła szerokimi drewnianymi 

schodami, przeskakując po dwa stopnie. Próbowała wyrzucić z myśli obraz 
stringów   pani   Morgan.   Właściwie   kto   nosi   stringi   poza   wyrośniętymi 
trzynastolatkami, które lubią, jak im figi wystają znad spodni?

Tres passe.

Co   się   stało   z   dobrym   wychowaniem?   Zupełnie   jakby   Vanessa   była 

domowym   kotem,   a   nie   człowiekiem.   Musiała   wrócić   do   realnego   świata, 
między ludzi, którzy ją szanowali i nie zachowywali się, jakby była meblem. 
Nie upłynęło nawet piętnaście minut, jak przyjechała do Hamptons, pięknego 
jak z obrazka, a już chciała wracać.

Minęła   trzecie   półpiętro   i   ruszyła   na   strych   do   siebie.   Przynajmniej 

będzie   tu   miała   trochę   prywatności   i   może   nawet   odrobinę   luksusu. 
Weszła na ostatni schodek i rozejrzała się w poszukiwaniu drzwi, które 
mogłaby   zamknąć.   Ale   nie,   schody   prowadziły   prosto   na   strych,   gdzie 
nachylony sufit był tak niski, że trzeba było się mocno schylić. Co, do 
cholery?

Oddychała głęboko, co rzekomo miało ją uspokoić. Stanęła na samym 

środku   dusznego,   zagraconego   pokoju   -   tylko   w   ten   sposób   uniknęła 
garbienia się. Rzuciła torbę na podłogę i spróbowała otworzyć okienko. 
Zacięło się. Więcej. Zamalo-

(wano je! Cholera, cholera, cholera. Yanessa zdjęła wyblakłą czarną koszulkę, 

mokrą od potu i rozpięta torbę. Odsunęła golarkę do włosów i żółto-czarny 
kostium kąpielowy, przypominający trzmiela, który pożyczyła z szuflady z 
bielizną Jenny. Szukała czarnej bluzki w prążki. - Świetnie, widzę, że 
znalazłaś pokój. Odwróciła się i zobaczyła panią Morgan. Bogu dzięki, 
miała na sobie białą plażówkę. Stała na schodach na strych. Dobrze, że 
się ubrała. Za to Vanessa niestety nie, Nie o takim lecie marzyła.

64

poczta lotnicza - par avion -10 lipca

Cześć Dan!
Co tam w mieście? Uwielbiam Pragę! Spędzam popołudnia w małych kafejkach na 

ulicy i udaję, że szkicuję, ale tak naprawdę oglądam europejskich chłopców - to do-
piero widoki! (Popatrzeć to nic złego, prawda?) Więc tak naprawdę tęsknie tylko za 

background image

Tobą   i   tatą.   Odpisz,   proszę.   Nie   martw   się,   nie   musisz   mi   przysyłać   powieści,  
wystarczy kilka słów. Znając Ciebie, pewnie przyślesz mi haiku.

Całuję! Jenny

czytanie to podstawa

Dan zbiegł po rozklekotanych schodach w Strandzie z głównego poziomu 

do pokoju pracowników w piwnicy. Zajęło mu to jakieś trzydzieści sekund. To 
był jego rekord. Od wczoraj chodzi! przybity. Wrócił od Grega - czytali razem 
listy   od   ludzi,   którzy   chcieli   wstąpić   do   salonu   -   i   znalazł   na   lodówce 
wiadomość.   To   było   dziwnie   chłopięce   pismo   Van-essy.   „Wyjeżdżam   do 
Hamptons do pracy. Napisze e-maila ze szczegółami. Zostawiłam w lodówce 
pół   kanapki   z  indykiem.   V".  Otworzył   lodówkę   i  znalazł   kanapkę  z   jeszcze 
jedną karteczką. Napisano na niej tylko „Zjedz mnie". Nie mógł uwierzyć, że 
Vanessa po prostu... wyjechała.

Przez cały dzień skupiał się na pracy, starając się nie myśleć o Vanessie. 

Opłaciło   się.   Przekonał   się   o   tym,   gdy   układał   na   półce   stare   bibliografie. 
Nagle pustka w nim wypełniła się podnieceniem, którym musiał się z kimś 
podzielić.

Dan pchnął drzwi z napisem „Tylko dla pracowników" i wrzasnął na cale 

gardło:

- Greg?! Jesteś tu?!
Oczywiście, niepotrzebnie tak krzyczał, bo pokój był wielkości windy. Greg 

siedział w środku i grzebał w obskurnej szafce.

66
67

Co jest? - Greg w pierwszej chwili się przestraszył, ale zaraz uśmiechną! 
się szeroko, poprawiając okulary na drugim smukłym nosie. Zatrzasnął 
drzwi   szafki   w   kolorze   zielonych   wymiocin.   -   Co   się   dzieje?   Właśnie 
skończyłem robotę.

W   życiu   nie   zgadniesz,   co   znalazłem.   -   Dan   wymachiwał   maleńką 
zniszczoną książką w twardych czekoladowych okładkach. - Gdy tylko to 
zobaczyłem, złapałem i zbiegłem tutaj.

Właściwie to pracownikom nie wolno było schodzić z piętra, gdy byli na 

swojej   zmianie,   nawet   w   nagłych   wypadkach,   ale   Dan   zawsze   hołdował 
zasadzie, że zasady są po to, aby je łamać.

Co   to   jest?   -   zapytał   podekscytowany   Greg,   przechodząc   nad   niską 
drewnianą ławką, którą przyśrubowano do podłogi,

Tadam! - Dam pomachał książką nad głową. - Najpierw zgadnij. Proszę, 
spróbuj zgadnąć.

Nie potrafię! - Greg, przekomarzając się, próbował dosięgnąć książki.

Nie, nie dostaniesz. Dan schowa! tomik za plecami. 
Greg sięgnął za niego.

Pokaż, nie daj się prosić. Dan wyciągnął książkę przed siebie, okładką do 

background image

Grega.

Mam   w   rękach   arcydzieło,   którego   nakład   zosta!   już   wyczerpany, 
autorstwa   jednego   z   najważniejszych   amerykańskich   powieściopisarzy 
połowy   wieku,   opublikowane   przez   nowatorskie   wydawnictwo   w   San 
Francisco w 1952.

Nie. - Greg usiadł na ławce, jakby miał zemdleć. - Niemożliwe.

Poważnie  -  potwierdzi!   Dan.  - To  Poet's  Wake\  Pieprzonego   Shermana 
Andersona Hartmana.

68

To jak święty Graal albo coś takiego - mruknął Greg. By! pod wrażeniem 
znaleziska. - Mogę zobaczyć? - zapyta! drżącym głosem.

Ale ostrożnie. Mole bardzo uszkodziły niektóre strony. To tragedia, ale 
chyba nie możemy narzekać. Tak trudno dorwać tę książkę. Słyszałem 
historie o ludziach, którzy odnajdywali ją w starych antykwariatach na 
Środkowym Zachodzie,  ale żeby tu? W Nowym Jorku? Jakie mieliśmy 
szanse?

Greg położy! rękę na d!oni Dana, ściskając jego palce i tomik. Ej, rączki 

przy sobie,

- Mam   lepszy   pomysł   -   szepnął   z   powagą   Greg,   ściągając

piękne jasne brwi. - Może przeczytasz mi fragment?

Dan   wzruszył   ramionami.   Rzeczywiście,   miał   całkiem   dobry   głos   do 

czytania. Zerknął na zegarek. Powinien być na górze i ustawiać książki, ale 
nikt nigdy nie zaglądał do pokoju pracowników, więc mógł poświęcić kilka 
minut. Poza tym pewne rzeczy są po prostu ważniejsze od pracy.

Odchrząknął,   przekartkowal   książkę   i   zaczął   czytać   pierwszy   lepszy 

akapit.

- „Emily   zjawiła   się   nieco   po   północy.   Przyjechała   pocią

giem.   Wyglądała   tak,   jak   zawsze   ją   sobie   wyobrażał   w   czasie
gorączkowych   marzeń   późną   nocą,   kiedy   odsuwał   kartkę   pa
pieru   na   biurku,   odkładał   pióro,   niezdolny,   by   pisać,   niezdol
ny,   by   się   skupić,   niezdolny,   by   myśleć   o   czymkolwiek   innym
niż   jej   wdzięczna   szyja,   krągłość   jej   biodra.   Wyglądała   jak
sama   idea   kobiety   i   zastanawiał   się,   czy   to   nie   było   lepsze   od
rzeczywistości?   Czy   kiedy   wszystko   już   zostało   powiedziane
i zrobione, idee nie stoją ponad rzeczywistością?"

Dan   stal   w   milczeniu.   Nadal   tuli!   z   czcią   postrzępiony   tom.   Greg   po 

prostu   siedział   i   patrzy!   na   kolegę   tak,   jak   się   patrzy   na   skomplikowany 
witraż albo kogoś, kto rozbiera się w oknie naprzeciwko, kilka pięter wyżej.

69

To   zbrodnia   -   mruknął   ponuro   Dan.   -   Jak   można   nie   wznowić   takiej 
książki?

To zbrodnia - zgodził się Greg, wstając i kładąc ręce na okładce.

Dan spojrzał w jego szeroko otwarte, błyszczące zielone oczy, ukryte za 

szkłami topornych okularów,

background image

Bogu dzięki, że ludzie tacy jak my utrzymują prawdziwą literaturę przy 
życiu.

Masz rację. - Dan z powagą pokiwał głową.

Dan - szepnął chrapliwie Greg - naprawdę cieszę się, że się poznaliśmy.

Ja też.

Dan zerknął na zegarek. Nie chciał zniknąć z pracy na zbyt długo, ale nim 

się zorientował, co pokazuje jego zegarek Ca-sio, objęły go długie ramiona 
Grega.

To dobry znak dla naszego pierwszego spotkania, jutro. - Gorący oddech 
łaskotał Dana w szyję. - Mamy tyle do omówienia.

Aha - wyjąkał Dan.

Kurczę,   Greg   to   niezły   świr,   ale   naprawdę   docenił,   jak   cenna   jest   ta 

książka.

- Ej,   może   to   przetrzymasz   dla   mnie   do   jutra?   -   zapropo

nował, podając kumplowi książkę.

Greg znowu go objął, jeszcze mocniej.

- Och - westchnął. - To za dużo.

Dan   wyszczerzył   zęby   i   ruszył   na   górę.   Dlaczego   zawsze   przyciąga 

dziwaków?

Hm, może dlatego, że sam jest dziwadłem?

plotbrd.net

tematy   4 wstecz   dalej ► wyślij pytanie   odpowiedź

Wszystkie nazwy miejsc, imiona i nazwiska oraz wydarzenia zostały zmienione lub skrócone, po to by nie ucierpieli 

niewinni. Czyli ja.

hej, ludzie!

Kiedy już człowiek myśli, że nie może być goręcej, temperatura podskakuje o kolejne 
pięć   stopni.   A   może   to   tylko   mój   komputer?   Prawie   się   przegrzał   od   waszych 
promiennych e-maili! Najwyraźniej ludzie reagują na temperaturę, zrzucając ubrania 
i... fundując niezłe przedstawienie całemu sąsiedztwu.

O czym ja, do diabła, mówię? Cóż, wszyscy wiemy, że wHamptons gdziekolwiek 
człowiek spojrzy, widzi kogoś znajomego (tak samo jak na Manhattanie!) Tyle że tu 
rzeczywiście mamy podwórza i ogrodzenia. Szalony pomyst, nie? Rzędy żywopłotów, 
oddzielających bajeczne i piękne od innych bajecznych i pięknych. Mówi się, że dobre 
ogrodzenie to dobrzy sąsiedzi, więc chyba powinniśmy się trzymać własnych 
rezydencji. Ale co, gdy sąsiadka jest naprawdę kusząca i od czasu do czasu naga? To 
oczywiście czysto hipotetyczne rozważania... osobiście nie znam nikogo, kto by 
najpierw pływał nago, a potem zapraszał sąsiada. Słyszałam jednak plotki, że B i S 
tak robią, a wiadomo, że te dziewczyny zawsze ustalają nowe trendy. Tu usłyszycie o 
tym po raz pierwszy: czas obalić mury! Pieprzyć żywopłoty. Dobrzy sąsiedzi to dobra 
zabawa.

background image

/1

Więc   witajcie,   sąsiedzi,   przyjeżdżajcie   i   szukajcie   mnie.   Leżę   przy   basenie, 
rozkoszuję się alkoholem i przysztymi studentami college'ów. Ech, po prostu jeszcze 
jeden pracowity dzień.

Wasze e-ma ile

Droga PI

Wiem,   że  powinnam być  na  plaży  razem  z resztą   cywilizowanych  ludzi,  ale 
niestety ugrzęzłam w mieście, w letniej szkole. Kto by pomyślał, że oni tak 
poważnie  traktują  tu  sprawę   obecności?   W  każdym  razie  umieram,  jest   tak 
gorąco. Ratunku! Skwiercząca w Mieście

*J|   Droga SwM!

Biedactwo. Wygląda na to, że  przydałby ci się  teraz sobowtór! Ale jeśli  nie 
masz takiej możliwości, oto kilka prostych rad, jak się nie upiec w mieście:

1}   Znajdź   najbliższy   basen   na   dachu.   Jeśli   nie   masz   przyjaciółki   z   takim 
basenem   (albo   ona   też   wyjechała),   wypróbuj   Soho   House   albo   hotel 
Gansevoort.   Jeżeli   jesteś   naprawdę   zdesperowana,   kup   sobie   basenik   dia 
dzieci, wystaw na własny dach i nie zapomnij o setce butelek wody Evian. To 
właśnie nazywam prywatną imprezą.

6)Klimatyzacja   w   Barneys   jest   warta   grzechu.   Nie   jest   tam   co   prawda   zbyt 

słonecznie, ale gdy przymierzasz bikini, to prawie jakbyś była na plaży.

7)Trzy słowa: Tasti D-Lite (a może to dwa słowa pisane z łącznikiem?) Dobra, 

wiem, że to moda sprzed

pięciu   lat,   ale   sama   wiesz,   że   szukasz   czegoś   zimnego   i   słodkiego.   A   jeśli 
rzeczywiście   nie   dotrzesz   tego   lata   na   plażę,   wyświadcz   mi   tę   przysługę, 
zapomnij o kaloriach i machnij parę lodów orzechowych. Pychota.

4) Mówiłaś, że jesteś w letniej szkofe, tak? Ej, a tam nie ma klimatyzacji? Jeśli 
nie znasz odpowiedzi, lepiej sprawdź raz jeszcze, jak poważnie dyrekcja trak-
tuje sprawę obecności!

R

regulamin plażowania

Szczęściarze, którzy się wylegują na plaży, niech się nie martwią, nie zapomniałam 
o   nich.   Najważniejsza   rzecz,   o   której   trzeba   pamiętać   tego   lata   -   dla   waszego 
własnego dobra i wszystkich innych - to fakt, że gdy nowojorczycy przenoszą się z 
szykownych   barów   Manhattanu   na   piaszczyste   plaże   Hamptons,   zabierają   też 
towarzyskie   zasady.   W   końcu   potrzebujmy   tu   jakiegoś   porządku.   Więc   dla   tych, 
którzy ich nie znają - niepisane zasady etykiety plażowej, których absolutnie trzeba 
przestrzegać:

1)Jeśli   zamierzasz   się   gapić   -   a   wiadomo,   że   zamierzasz

background image

- noś wielkie ciemne okulary,

2) Połóż   ręcznik   przynajmniej   metr   od   sąsiada   (to   naprawdę
minimum,   akceptowane   tylko   w   chwilach   największego   tło
ku   na   plaży).   Jeśli   uważasz,   że   dusić   się   jak   śledzie   w   becz
ce,   w   wagonie   metra   to   nic   przyjemnego,   wyobraź   sobie,   jak
to   jest   być   takim   śledziem   przez   cztery   bite   godziny   i   to   w   do
datku półnagim. Nikt nie lubi być tak blisko i tak intymnie.

li

7<

8)Nie   obchodzi   mnie,   czy   jesteś   Rickym   Martinem   -   żadnych   obcisłych   slipek, 

błagam! Zwłaszcza jeśli jesteś Rickym Martinem. Fuj.

9)Niektóre lecą na owłosione klatki i plecy. Wywoskuj się, zakryj to, albo zostań w 

domu! To tyle, goryle.

10)Kiedy wcierasz olejek w przyjaciółkę albo swoją dziewczynę, nie daj się ponieść. 

Wszyscy widzieliśmy dziewczyny tulące się do siebie w barach, żeby przyciągnąć 
uwagę i widzieliśmy pary, który obściskują się w ciemnych kątach. Obie te rzeczy 
w świetle dnia wyglądają jeszcze gorzej. Zaufajcie mi, są lepsze metody zwrócenia 
na siebie uwagi. Ja to wiem najlepiej.

pewne palące kwestie

Plotkowanie to  nie tylko imprezy  i pińa colada,  to  nieustanna praca, dwadzieścia 
cztery godziny na dobę. No dobra, niech wam będzie:, to mnóstwo imprez i pińa 
colady. Może nie ratuję życia na pogotowiu, ale ratuję wasze życie towarzyskie, a tu 
każdy drobiazg jest ważny. Dla wątpiących, oto kilka pytań, które ostatnio dręczą 
mnie nocami (to znaczy, kiedy akurat nie imprezuję):

Czy to możliwe, że N zakochał się w sporo starszej od siebie? Widziano go ostatnio, 
jak machał na pożegnanie roznegliżowanej kobiecie w Hampton Bays. Interesante. 
tego, co słyszałam, nie bytby to pierwszy raz... I czy to możliwe, że B i S znowu idą w 
ślady Safony? Podobno zaczęły się opalać nago i sypiać w jednym łóżku. Może w koń 
cu ogłoszą to oficjalnie? Czy V będzie zazdrosna? Zawsze mnie zastanawiała, ona i 
ta jej króciutka fryzurka. A skoro

już   o   niej   mowa.   Małą   pannę   V   widziano,   jak   kąpała   się   późną   nocą   w   bardzo 
nietwarzowym,   dziecinnym   kostiumie   kąpielowym.   Miejcie   oko   na   jej   plażowe 
wyposażenie w stylu pszczółki, może niedługo pojawi się obok was. No i jest jeszcze 
D...

Nie powiem wam, ile osób przysłało mi e-maile w sprawie jutrzejszego spotkania w 
salonie  literackim.  Czyja  czegoś  nie rozumiem?  Myślałam, że  czytanie  Prousta w 
ciemnościach   jest   dobre   dla   chudych,   bladych   chłopców   w   okularach   jak   cienka 
butelki. Z waszych e-maili wynika, że ujawnią się naprawdę warte grzechu mole 
książkowe,   które   szukają   miłości...   Czyżby   zapowiadało   się   Wielkie   Kojarzenie 

background image

Dziwadeł? To, że mnie tam nie będzie, nie znaczy, że nie mogę wam pomóc. Oto, 
jaka jestem wspaniałomyślna. Garść odpowiedzi na najczęściej zadawane pytania:

etykieta obowiązująca w salonie literackim

NALEŻY prawidłowo kojarzyć nazwę. Salon literacki to nie miejsce, gdzie kobiety 
mają długie czerwone paznokcie i zajmują się strzyżeniem włosów.

NALEŻY zabrać ze sobą coś do picia - coś interesującego i stosownie mocnego; to 
oznacza   pernod,   chartreuse   albo   ouzo.   Piwo   zostawcie   w   domu,   wielkie   dzięki. 
NALEŻY kiwać głową w odpowiedzi na to, co powiedzą inni. Nawet jeśli jesteś zbyt 
zajęty przyglądaniem się lasce poetce na drugim końcu pokoju, żeby słuchać. NIE 
WOLNO milczeć. To nie szkoła, tu nie ma złych odpowiedzi, więc po prostu wymyśl 
coś, żeby zaimponować ludziom. Albo powiedz jakieś zdanie w obcym języku. To 
zawsze działa.

74
75

NIE WOLNO zapominać o elastyczności, Jeśli ktoś proponuje, żebyś spróbował czegoś 
nowego,   pamiętaj,   prawdziwi   artyści   zawsze   są   gotowi   eksperymentować,   NIE 
WOLNO dać się zaskoczyć, gdy sprawy nagle nabiorą rumieńców, Między wierszami 
potrafią narosnąć wielkie emocje.

Dobra, dzieciaki, bawcie się dobrze i opowiedzcie, jak wam poszło. Wiecie, że jestem 
ciekawa i wiadomo, co się mówi o dziwakach, nie? Że w łóżku to prawdziwi wariaci. 
Nara!

Wiecie, że mnie kochacie.

plotkara

najwyraźniej V juz nie jest w kansas

- Szybciej, szybciej, Vanesso, pospiesz się! Tuż przed nią skakały hałaśliwe 
czteroletnie bliźniaki -rozmazany obraz bkci, kręconych włosów i kąpielówek 
Brooks   Brothers   w   maleńkie   żaglówki.   Nils   był   w   czerwonych,   Edgar   w 
niebieskich. Chłopcy biegli drewnianym pomostem, prowadzącym na plażę, 
rozrzucając fontanny piasku. - Wolniej!

Vanessa   poprawiła   na   ramieniu   różowo-zieloną   płócienną   torbę   z 

płetwami i maskami, zwiniętymi ręcznikami plażowymi, pięcioma rodzajami 
kremów   ochronnych,   książeczkami  r  Bobem   Budowniczym,   sokami, 

background image

przekąskami, plastikowymi wiaderkami i łopatkami, frisbee, piłką do nogi i 
dwoma wideo iPodami z programami Mali Einsteinowie. W drugiej ręce niosła 
wielki   parasol   w   granatowo-kremowe   pasy.   Pani   Morgan   nalegała,   aby   go 
zabrać.

- Powiedziałam: wolniej! - wrzasnęła znowu Vanessa, kiedy skaczący duet 

zniknął za wydmą.

Już miała  krzyknąć  na  całe gardło,  kiedy  doszła do  wniosku,  że  ma  to 

gdzieś. Nieważne. Biegnijcie. Utopcie się. Niech was porwą. Pieprzę to. Byłby 
spokój. Prawda byfa taka, że

77

bliźniaki pewnie znały plażę równie dobrze, jak plac zabaw w Central Parku. 
To ona czuła się tu zagubiona.

W   końcu   dotarła   do   grzbietu   wzniesienia   i   się   rozejrzała.   Nils   i   Edgar 

zniknęli w gęstwinie ciał, tłoczących się na plaży. Nigdzie nie było skrawka 
wolnego   miejsca.   Potykając   się   w   trampkach   -   wyciągnęła   sznurówki   i 
myślała, że będą równie wygodne, jak klapki - Vanessa kluczyła w labiryncie 
koców,   składanych   leżaków   i   blond   opalonych   dwudziestoparolatków   z 
bladymi, pilnowanymi z obowiązku dzieciakami. Wyczerpała ostatnie rezerwy 
sił akurat wtedy, gdy trafiła na nieco ponad-metrowy kawałek plaży. Bogu 
dzięki. Rzuciła wypchaną torbę i ciężki płócienny parasol na gorący piasek, a 
potem padła.

-   Po   prostu   uroczy   dzień   na   płazy   -   mruknęła   do   siebie,   doskonale 

przedrzeźniając melodyjny akcent pani Morgan.

Zaczęła   grzebać   w   torbie   w   poszukiwaniu   koca,  który   bez   przekonania 

rozciągnęła   przed   sobą,   nawet   nie   wstając.   Torba   się   przewróciła,   ale 
Vanessa   nie   trudziła   się,   żeby   pozbierać  7  powrotem   zawartość.   Głupia, 
głupia,   głupia,   strofowała   się   w   myślach,   gdy   zdała   sobie   sprawę,   że   nie 
wzięła niczego dla siebie dla zabicia czasu. Dużo by dała, żeby wrócić na 
Manhattan,   siedzieć   w   chłodnym,   ciemnym   wnętrzu   Film   Forum   i   oglądać 
najnowszy  film Todda Solondza.  Zamiast tego tkwiła na piasku, prażyło ją 
słońce   i   nie   miała   nic   do   roboty   poza   wycieraniem   nosa   bliźniakom   i 
czytaniem najnowszego wydania „Highlights

1

'.

Już chyba etykietki kremów do opalania byłyby zabawniejsze.

Vanessa rozejrzała się, szukając czerwonych łub niebieskich kąpielówek 

bliźniaków. Kilka odważnych niań zanurzyło się w zimnym Atlantyku razem z 
dziećmi,   których   pilnowały.   Szczękały   zębami,   ale   się   śmiały.   Zobaczyła 
dwóch   chłopców   w   kąpielówkach   identycznych   z   tymi,   które   nosili   Nils   i 
Edgai

Przez   chwilę   się   zastanawiała,   czy   pani   Morgan   zauważyłaby,   gdyby 
przyprowadziła te dzieci zamiast bliźniaków.

Mieszkała w Hamptons mniej niż dzień, ale zdążyła już zauważyć, że 

pani Morgan jeszcze  mniej  interesuje  się chłopcami niż  zwykle. A jeden 
telefon dla porządku od pana Jamesa Grossmana to cała dzienna norma. 
Zupełnie, jakby oboje byli nakręcanymi robotami, zaprogramowanymi do 
wypełniania   obowiązków.   Maszynami,   które   nie   wchodzą   w   żadne   praw-
dziwe   interakcje   i   nie   okazują   uczuć.   Vanessa   sama   nie   była   zbytnio 

background image

sentymentalna, ale dajcie spokój!

Była dopiero jedenasta i plaża należała do dzieci oraz ich opiekunek. 

Vanessa przyglądała się rówieśniczkom - armii niań - zastanawiając się, czy 
zawrze tu jakąś przyjaźń. Czy pozostałe opiekunki też miały szefowe, które 
się przy nich rozbierały? Wyobrażała sobie, że Hamptons musi być pełne 
ludzi takich jak pani Morgan. Nie miałaby nic przeciwko, żeby wymienić się z 
kimś opowieściami o dziwactwach pracodawców. Ale kiedy się rozejrzała, 
uznała, że mało prawdopodobne, aby któreś z tych gibkich stworzeń o 
idealnej opaleniźnie, w za ■   dużych okularach przeciwsłonecznych i z 
pomalowanymi paznokciami chciało się z nią zadawać. I vice versa. 
Zasadniczo czuła się jak w Constance BiUard, szkole, w której torturowano ją 
przez trzy ostatnie lata.

Vanessa zagapiła się na bezkresny ocean, powstrzymując | łzy. Zrzuciła buty 

i skrzyżowała nogi, szukając wśród rozrzuconych rzeczy czegoś do picia. 

Znalazła maleńki kartonik z sokiem jabłkowym. Otworzyła go słomką, 

nakłuwając wściekle nlLiminiową folię.

- Jesteś! - Nils pędził do niej przez piasek, biegnąc na

* skróty przez koce i ręczniki sąsiadów.

- Nie rób tak! - zbeształa go. - Albo rób i niech ktoś cię

Skrzyczy. Jak wolisz. Gdzie twój brat?

78
79

- Nie wiem.
Usiadł i zaczął grzebać w rzeczach rozrzuconych na

kocu.

Vanessa, w krakersach jest piasek.

Życie jest brutalne.

Przyjrzała   się   swoim   bladym   jak   mleko   kostkom   i   jeszcze   bledszym 

stopom. Prawie żałowała, że nie zrobiła sobie pedi-kiuru. Zdjęła stopy z koca 
i schowała je w piasku.

- Nils, proszę, powiedz, że nie zabiłeś brata.
Dzieciak wyszczerzył zęby, pochylił się ku niej, kładąc

lepkie, upaprane w piasku ręce na jej ramionach i beknął jej

w twarz.

Oto właśnie dorasta psychopata, któremu wszystko wolno.

- Chłopiec,   którego   powinnaś   pilnować,   jest   tam   -   ode

zwał się znajomy, jękliwy glos.

Vanessa odwróciła się i zobaczyła chłodne spojrzenie dawnej koleżanki z 

klasy, Kati Farkas. Miała na sobie za małe czarne bikini Gucciego. Obok niej 
leżała na brzuchu jej najlepsza przyjaciółka, Isabel Coates. Zdjęła gór? od 
bikini w kolorze groszku. Ruda dziewczynka nacierała ją olejkiem brązującym 
Ban de Soleil.

- Och, cześć - odparła chłodno Vanessa.

Obok   Isabel,   pod   parasolem   w   biało-różowe   pasy,   wyciągały   się   dwa 

kolejne długonogie manekiny.

background image

- Wy   też   pracujecie   jako   opiekunki   latem?   -   zapytała   ko

leżankę, chociaż wiedziała, że to niemożliwe.

Kati i Isabel w pracy? W życiu. Dziewczyna przewróciła 
oczami.

- To   moja   siostrzenica.   Lubię   się   nią   opiekować.   Przynosi

nam   różne   rzeczy,   naciera   olejkiem,   a   chłopcy   uważają,   żejełl
słodka.

Vanessa   pokiwała   głową.   Nie   wiedziała,   co   odpowiedzieć.   Wtedy 

dostrzegła   Edgara   idącego   brzegiem   i   krzyczącego   radośnie   za   każdym 
razem, gdy fala rozbijała się o jego nogi. Już miała wstać i go złapać, ale 
zobaczył ją i zaczął biec w jej kierunku. Odwróciła się do Kati.

- Dzięki za pomoc - odparła nieco sarkastycznie.

Może   gdyby   poprosiła   bliźniaki,   żeby   natarły   ją   balsamem,   wokół   niej 

zaczęliby się tłoczyć przystojni surferzy z Hamptons. To akurat jej typ faceta. 
Jasne.

- Ładny kostium - rzuciła złośliwie Isabel.
Vanessa   wiedziała,   że   wygląda   śmiesznie   w   dziewczęcym   kostiumie 

Jenny, rozmiar 12, w pasy jak u trzmiela. Mimo to z trudem powstrzymała 
się od kopnięcia Isabel. Zamiast tego dopiła sok z gardłowym siorbnięciem.

Usłyszała, że chude dziewczyny obok Isabel parsknęły. Kretynki. Już miała 

rzucić im mrożące spojrzenie, kiedy zdała sobie sprawę, że je zna! Tyle że... 
jednak nie. Na pierwszy rzut oka dziewczyny wyglądały dokładnie jak Blair i 
Serena, ale im dłużej im się przyglądała, tym bardziej zniekształcone się 
wydawały. Brunetka ze zmierzwioną fryzurą i błyszczącymi niebieskimi 
oczami miała wystające zęby. Blondynka, przerażająco chuda, była niemalże 
piękna, jeśli nie liczyć fioletowej żyłki pulsującej na czole i tego, że jedno z jej 
granatowych oczu miało lekko opadającą powiekę. Poza tym tak piękna 
dziewczyna jak Serena w życiu nie dałaby się przyłapać w fioletowym, 
wycinanym kostiumie - takim jak ten, który miał na sobie chu-dzielec. Z 
idiotycznym wycięciem na pępku!

Mimo to przez ułamek sekundy poczuła ulgę. Przyjaciółki! Mogłaby mieć 

prawdziwe   przyjaciółki,   jakichś   ludzi   blisko   siebie!   I   wtedy   zdała   sobie 
sprawę,   że   jeśli   nawet   te   tanie   podróbki   nie   były   oryginałami,   to   Blair   i 
Serena muszą kręcić się gdzieś w pobliżu. Gdzie indziej spędzałyby lato?

SC

fi    Nigdy ci nie skhuni?

81

Jakiś problem? - zapytał dziwaczny sobowtór Blair, piorunując Yanessę 
wzrokiem. - Mogę w czymś pomóc?

Przepraszam   -   wyjąkała   Vanessa   zakłopotana,   że   przyłapano   ją   na 
gapieniu się.-Ja tylko...

Tak? - zapytała tamta ostro.

Po prostu przypominasz mi kogoś, kogo znam.

Czy ta dziewczyna to Rosjanka, czy jest opóźniona w rozwoju?

- Hm.

background image

Dziwadło przyjrzało się Vanessie dokładniej. Wtedy ohydna wersja Sereny, 

siedząca po jej prawej stronie, pochyliła się i dos'ć teatralnie szepnęła coś 
koleżance do ucha.

Jakie to przyjacielskie.

Wiesz co? - Sobowtór Blair uśmiechnął się i przeczesał palcami gęste 
kasztanowe włosy. - Podsunęłaś mi pomysł.

Jak uważasz.

Vanessa odwróciła się od koca z jędzami i skupiła na bliźniakach, które 

teraz na zmianę opluwały się przeżutymi krakersami.

- Bardzo dobry pomysł - powtórzył za jej plecami klon

Blair.

Tak? Ciekawe, co to może być?

wielki, tłusty eksperyment D

- Jesteś!

Dan   zerknął   nerwowo   na   korytarz   rozległego   mieszkania   w   Harlemie, 

gdzie urządzali pierwsze spotkanie salonu literackiego Pieśń o Mnie Samym.

- Jestem,

Dan z wahaniem wszedł do ciemnego pomieszczenia. Udawał, że przygląda 

się wielkiemu obrazowi olejnemu, podczas gdy w głowie nerwowo powtarzał 
tekst   na   otwarcie.   „Witam   wszystkich   na   pierwszym   spotkaniu.   Chciałbym 
rozpocząć, cytując poetę Wallace'a Stevensa, który miał - rzecz jasna wiele 
do powiedzenia na temat wagi literatury oraz kondycji dzkiej... „Niechaj się 
pozór przeistoczy w powód. Jedyny perator: władca porcji lodów"*.

- Wszystko w porządku?
Dan nagle poczuł ciężar dłoni Grega na ramieniu i prawie

iskoczył,

Och, przepraszam.

Denerwujesz się? - zaśmiał się Greg.

Nie, nie - skłamał Dan. - Tylko patrzę na obraz.

* tłum. Stanisław Barańczak.

83

Wskazał na wielkie płótno, wiszące nad kominkiem w mieszkaniu rodziców Grega. 

Byli starsi od Rufusa i większość czasu spędzali w Phoenix. Wir lśniących szarości i 

background image

cielistych   tonów   lśnił   w   popołudniowym   słońcu,   sączącym   się   przez   okna 
zakurzonego salonu.

Podoba ci się? To ja.

Serio?

Dan odwrócił się. żeby spojrzeć na obraz i tym razem naprawdę mu się przyjrzeć. 

Kiedy cofnął się do przedpokoju i potem zrobił jeszcze jeden krok w tył, zdał sobie 
sprawę,   że   patrzy   na   portret   Grega   naturalnej   wielkości.   Siedział   na   maleńkiej 
drabince i był całkiem nagi.

Och, racja, - Zachichotał nerwowo. - Oczywiście. To ty.

W całej okazałości.

Greg zauważył prostokątni} butelkę, którą Dan ściskał, jakby od tego zależało 

jego życie.

- Przyniosłeś coś!

- Aha, trochę absyntu.

To był najbardziej literacki trunek, jaki znalazł. Taki, jaki pewnie pijali Rimbaud i 

Shelley.   Poza   tym   to   była   jedyna   zamknięta   butelka   w   zatęchłej,   dentystycznej 
szafce z popękaną szybą, w której tata trzymał alkohol.

Rewelacja!   -   Greg   wziął   butelkę.   -   Zrobimy   sobie   drinka,   zanim   wszyscy 
przyjdą?

Jasne. - Ruszył za gospodarzem. Korytarz był wypełniony półkami z książkami. - 
Przydałoby mi się coś, co by mnie trochę rozluźniło.

Ale tylko trochę, prawda? Ten towar jest tak mocny, że... powinien być zakazany.

- Ktosz... To znaczy, ktoś przyszedł... - wybełkotał Dan.
Język miał wielkości oberżyny.

8-1

Dzwonek, stary. Przyszli, Czas zaczynać! - dodał, próbując usiąść.

Czas zaczynać!

Greg zerwał się z niskiej kanapy z brązowej skóry, w którą zapadali się coraz 

głębiej   z   Danem   po   kolejnych   kieliszkach   absyntu.   Dali   sobie   godzinę   na 
zaplanowanie otwarcia, ale przez większość czasu tylko lali absynt na kawałki cukru, 
a potem połykali kleistą, słodką mieszaninę jednym haustem. Dan wziął łyżeczkę do 
mieszania absyntu, której wspólnie używali, i włożył do ust.

Metaliczny posmak na języku. Trucizna w kolorze zazdrości. Majaczę, ty majaczysz, 
ja się łudzę, ty jesteś złudzeniem. Bez ciebie jestem zagubiony. Potrzebuję cię.

Dan wyszczerzył zęby. Więc to prawda - absynt rzeczywiście inspirował. Trochę 

się zataczał, gdy ruszył przez lśniący parkiet salonu, żeby wziąć plecak. Miał tam 
notatnik. Musiał zapisać ten kawałek, nim go zapomni.

- Patrzcie, kto przyszedł! - zawołał Greg.

Dan upuścił plecak - wiersz już uleciał. Próbował skupić się na twarzach ludzi, 

którzy wchodzili do pokoju. Salon nagle zacząf wirować. Ponieważ zainteresowani 

background image

przysłali   zdjęcia,   miał   wrażenie,   że   już   wszystkich   zna.   Pojawiała   się   ta   śliczna 
dziewczyna, wielbicielka Charlotte Bronte. I zwariowany miłośnik wampirów.

- Niech   wszyscy   wezmą   sobie   coś   do   picia.   Bar   jest   tam

-   wskazał   im   Greg.   -   W   zamrażarce   znajdziecie   mnóstwo
lodu.   A   potem   możemy   usiąść   w   kole   i   się   przedstawić.   Moim
zdaniem to dobry pomysł, jak uważasz, Dan?

Dan pokiwał głową. Nagle nie był w stanie wykrztusić nawet słowa. Zatoczy! się 

w gęstym tłumie. Ile osób stało przed

35

drzwiami? A może dzwonek zadzwonił więcej niż raz? Właściwie jak długo 
grzebał   w   plecaku   w   poszukiwaniu   notatnika?   Zwalił   się   z   powrotem   na 
skórzaną kanapę.

- Jeszcze jednego?
Greg wskazał na srebrną tacę z butelką z bladozielonym płynem i miską z 

kostkami  cukru.  Kiedy   wziął   kieliszek,  Dan  zauważył,  że  cała twarz  kolegi 
usiana jest maleńkimi piegami.

Ale... moja mowa... -bąknął Dan.-Muszę...

Musisz się wyluzować.

Greg   delikatnie   wyjął   łyżeczkę   do   mieszania   z   ręki   Dana   i   oparł   ją   na 

brzegach kieliszka. Położył na niej kostkę cukru i przelał przez nią mocny, 
zielony alkohol.

Miałem ją w ustach - zaprotestował Dan.

Mnie to nie przeszkadza.

Greg wyszczerzył zęby, po czym szybko przemieszał łyżeczką alkohol i 

włożył ją w usta. Potem ją wyjął i z powrotem wsunął Danowi w dłoń.

Fuj, dzięki za bakterie!

Greg zrzucił podniszczone martensy z czarnej skóry i wszedł na kanapę, 

prawie przy tym depcząc po udzie Dana. Potrząsnął lodem w kieliszku, żeby 
zwrócić na siebie uwagę zebranego towarzystwa.

- No   dobra,   łapcie   się   za   drinki   i   siadajcie.   Mamy   dziś

mnóstwo do omówienia.

Głosy wypełniały salon, ale Dan z trudem się na nich skupiał. Cieszył się, 

że Greg ma wszystko pod kontrolą.

- A   teraz   przekażę   pałeczkę   naszemu   nieustraszonemu

przywódcy.

Kładąc   rękę   na   ramieniu   Dana,   żeby   nie   stracić   równowagi,   Greg 

zeskoczył z kanapy i usiadł na zniszczonej podłodze u stóp kumpla.

-   Dziękuję   ci,   Greg.   -  Dan   zachwiał   się   lekko,   przyglądając   się   grupie. 

Więc to jest to. Nasz salon. A ty jesteś Gertrudą Stein, pomyślał. - Banie i 
banowie - trochę bełkotał - witam na naszym pierwszym spotkaniu naszego 
pierwszego salonu na inauguracji naszej grupy. - Odbiło mu się leciutko. - Tak 
się cieszę, że mogę się cieszyć i opowiedzieć wam o wspaniałych książkach. 
W to, co wierzę i wy wierzycie, i my wszyscy wierzymy, to fakt, że książki są 
dobre,   zmieniły   nasze   życie   i   uczyniły   szczęśliwszymi.   To   ma   dla   nas 

background image

znaczenie, nie? Serio.

Dan   urwał.   Poza   brzękiem   lodu   w   salonie   rozległo   się   tylko   kilka 

zduszonych   chichotów.   Język   miał   gruby   i   suchy   i   wiedział,   ze   mówi 
niewyraźnie, ale postanowił sobie, że jednak wygłosi mowę otwierającą. Tyle 
czasu poświęcił na pisanie statutu i grzebanin w e-mailach, nie zamierzał 
wszystkiego schrzanić tytko dlatego, że wypił o jednego drinka za dużo.

Tylko jednego?

Zaczniemy   dzisiaj   od   przeczytania   fragmentu   z   książki.   Bardzo   się 
cieszę, że znalazłem ją tamtego dnia w Strandzie. Tam właśnie pracuję. 
Gdzie ta książka? Greg, wiesz, gdzie zostawiłem tę książkę?

Ej   -   roześmiał   się   Greg   -   może   na   razie   odłożymy   czytanie   i 
porozmawiamy?   Wszyscy   mogliby   się   przedstawić.   Czytaliśmy   z 
Danem wasze e-maile, ale bardzo chcemy was bliżej poznać". - Pomógł 
Danowi usiąść z powrotem na sofie. - Może zaczniesz pierwsza?

Skinął   na   dziewczynę,   która   siedziała   po   turecku   na   podłodze   obok 

stolika   do   kawy.   Miała   do   połowy   ogoloną   głowę,   a   na   niej   tatuaż, 
przedstawiający karalucha. Jej ciało wyglądało na bardzo wysportowane, ale 
twarz miała dziwnie zniekształconą. Odpowiedziała skinieniem,

- Heja, nazywam się Penny - warknęła. - Moja ulubiona książka to  Płeć 

wiśni, wiecie jak to leci. Skończyłam szkołę,

B6
87

jesienią wyjeżdżam do Smith, ale cholernie się cieszę, że mogę tu teraz być, 
spotkać się z fajnymi ludźmi, lubiącymi książki, rozumiecie, nie?

Spojrzała na jasnorudą dziewczynę po lewej, która obejmowała kolana i 

sączyła nieśmiało z filiżanki tanie, białe wino.

- Cz-cześć   -   wyszeptała   ruda.   -   Nazywam   się   Susanna.

Moja   ulubiona   książka   to

 Przebudzenie.

 Mieszkam   w   East

Village   i   w   przyszłym   roku   po   szkole   jadę   do   Bennington.
1 uwielbiam Tori Amos.

- Wyglądasz całkiem jak ona - wcięła się Penny.
Susanna zarumieniła się i wbiła wzrok w podłogę.
- Chyba   kolej   na   mnie   -   wypalił   wychudzony   chłopak,

który wyglądał na czternaście lat.

Miał na sobie szary garnitur i bordowy krawat. Siedział na bujanym fotelu 

naprzeciwko Dana.

- Tak,   mów,   proszę   -   odparł   Greg,   podając   Danowi   bu

telkę wody.

Jaki pan troskliwy!

- Nazywani   się   Peter,   niedługo   zacznę   drugi   rok   na   NYU.

a   moim   ulubionym   pisarzem   jest   J.D.   Salinger.   Zastanawiam
się,   czy   nie   nauczyć   się   na   pamięć   całej   książki  Wyżej   podnie
ście strop, cieśle.

Dan   sączył   letnią   wodę.   To   wszystko   brzmiało   dziwnie   znajomo.   Cos' 

kojarzył.   Jakiś   list   od   fana   Salingera.   Jednak   z   jakiegoś   powodu   z   trudem 

background image

cokolwiek sobie przypominał.

Nawet własne imię.

W każdym razie - ciągnął Peter - cieszę się, że się załapałem. W błogach 
mówi się, że ta grupa jest dość zamknięta.

Też   tak   słyszałam!   -   wykrzyknęła   dziewczyna,   siedząca   obok   niego, 
sztywna   brunetka   o   białej   jak   mleko   twarzy,   okoki-nej   idealnymi 
ciemnymi lokami. -1 tak się cieszę, że zgodzili-

ście się na dwójkę wielbicieli Salingera. Nazywam się Franny. Tak, moje imię 
wzięło się od powieści Salingera. A w dodatku to moja najulubiefisza książka 
na świecie. W przyszłym roku zaczynam w Vassar i... hm, cóż, mam nadzieję 
poznać dziś nowych przyjaciół.

Może spotka swojego Zooeya?

Vanessa - mruknął Dan, przesuwając dłonią po lekko kłującym meszku 
na jej głowie. Pocałowała go tak delikatnie. - Wróciłaś.

Hm, Dan? To ja, Greg. Wszystko w porządku?

Głos Grega natychmiast sprowadził Dana na ziemię. Usiadł i przetarł oczy.

Och, przepraszam, chyba się zdrzemnąłem.

Nie szkodzi. Spałeś jakąś godzinkę.

Tak?   -   Wstał   i   zaraz   z   powrotem   usiadł.   Rety.   -   Słuchałem,   jak   ta 
dziewczyna opowiadała o Salingerze i ostatnia rzecz, jaką pamiętam...

Tamta?   -   zapytał   Greg,   wskazując   na   Franny.   Wyciągnęła   się   na 
podłodze, podczas gdy Peter, również wielbiciel Salingera, całował jej 
szyję. - Jak widzisz, dogadała się z drugim miłośnikiem dobrej książki.

Co się dzieje?

Dan   rozejrzał   się   po   pokoju,   w   którym   zrobiło   się   o   wiele   ciemniej. 

Wyglądało   na   to,   że   dwudziestu   dwóch   członków   salonu   przysiadło   na 
podłodze w parach albo w małych grupkach. Nikt za dużo nie rozmawiał, a 
jeśli nawet, to z pewnos'cią nie o książkach. Na drugiej sofie w salonie Dan 
doliczył się siedmiu nóg i ośmiu rąk. Rudowłosa Susanna łaskotała językiem, 
ozdobione   mnóstwem   kolczyków,   ucho   na   wpół   łysej   dziewczyny   punk, 
Penny.   I   to   wszystko   tuż   pod   nosem   Dana.   Zmarszczył   brwi.   Elitarne 
spotkanie grupy literackiej zamieniło

B8
89

się w orgię. Mógłby przysiąc, że ktoś go całował, nim się obudził. Ate kto? Nie 
było tu dziewczyn o całkiem ogolonych głowach.

- Nie   martw   się,   Dan   -   mruknął   Greg,   obejmując   go   za

ramiona.   -   Po   prostu   wszyscy   dobrze   się   bawimy.   Poznajemy
się. Jest tak, jak chcieliśmy, prawda?

Dan pokiwał głową. Czyżby?
Greg ujął go delikatnie za podbródek.

- Wszyscy   jesteśmy   namiętnymi   ludźmi.   Namiętnie   ko

chamy   książki,   namiętnie   kochamy   życie.   -   Ściskając   lekko
podbródek   Dana,   Greg   przyciągnął   jego   twarz   i   pocałował   go

background image

bardzo delikatnie w usta.

Dan szarpnął się do tyłu. Przepraszam bardzo? Co jest, do cholery, grane?!

Greg uśmiechnął się i pocałował Dana raz jeszcze, tym razem przesuwając 

językiem po jego wargach. Dan już miał odskoczyć, kiedy - zupełnie wbrew 
jego woli -jego dłoń przesunęła się z szyi Grega na krótkie, kłujące włosy. Było 
coś bardzo znajomego i miłego w całowaniu kogoś, kto ma krótkie, najeżone 
włosy.

Słucham? Nawet jeśli to facet?
Nagłe uczucie kompletnego zagubienia i silnych mdłości sprawiło, że Dan 

zebrał   siły,   aby   odepchnąć   Grega   i   wybełkotać   cos'   o   tym,   że   musi 
zwymiotować.   Wstał   i   chwiejnym   krokiem   poszedł   do   łazienki.   Zapewniał 
siebie,   że   to   wina   absyntu,   gdy   usadowił   się   przed   muszlą   klozetową   na 
wyłożonej białymi kafelkami podłodze.

Czy alkohol był odpowiedzialny za całowanie kogoś' z zarostem, czy za 

wymioty?

poczta lotnicza - par avion -11 lipca

Cześć Dan!

Dlaczego nie odpowiadasz na moje kartki? Wszystko w porządku? Czy Vanessa 

pomalowała już mój pokój na czarno? Odpisz mi!!!

Całuję (ale tylko trochę, skoro mi nie odpisujesz), Jenny

słodka zemsta S i B

- Jesteś już gotowa?

Serena zapukała w grube, przesuwane drzwi do jedynej łazienki w domku 

dla   gości.   Podniosła   głos,   żeby   przekrzyczeć   uporczywy   rytm   techno 
rozbrzmiewający na zewnątrz i hałasujących imprezowiczów - śmiejących się i 
wrzeszczących do siebie na szerokim, szmaragdowym trawniku.

background image

- Prawie.
Blair pokropiła się ulubionymi perfumami od Viktora & Rolfa. Za uszami, na 

nadgarstkami   i   (na   wszelki   wypadek)   w   delikatnym   zagłębieniu   między 
piersiami,   które   było   ledwo   widoczne   w   głębokim   dekolcie   zwiewnej 
bladożółtej sukni od Alberty Ferretti. Zerknęła w lustro, wyobrażając sobie, 
jakby mogła wyglądać, gdyby ktoś, dajmy na to Nate, zajrzał po sąsiedzku, 
zobaczyć, co to za impreza. Zmierzwione włosy i długa, niemal biała suknia 
sprawiały, że wyglądała jak panna młoda, której ślub ma się właśnie odbyć na 
łodzi.   Takiej   łodzi   jak   „Charlotte",   którą   Nate   wybudował   pierwszego   lata, 
kiedy byli razem.

To była jedyna łódź, na jakiej kiedykolwiek żeglowała.
Odkąd   trzy   dni   temu   wpadła   na   Nate'a,   sporo   o   nim   myślała.   Miała 

nadzieję,   że   znowu   ją   odwiedzi.   Słyszała   już   od   miliona   ludzi,   że   jego 
namiętny romans, czy co to do cholery było,

z   panienką   z   miasteczka   to   już   przeszłość.   A   gdyby   ją   odpowiednio 
przeprosił, mogłaby mu wybaczyć głupie zachowanie. W porządku, Nate to 
totalny popapraniec i złamał jej serce milion razy. Ale coś w sposobie, w jaki 
patrzył,   kiedy   odbiegała   -jakby   jej   znajoma,   naga   sylwetka   była   dziełem 
sztuki czy czymś takim - sprawiło, że chciała go znowu zobaczyć. I znowu,

Obracając   się   na   obcasach   białych   sandałów   Baileya   Wintera,   Blair 

teatralnym   gestem   przesunęła   drzwi   łazienki   i   weszła   do   sypialni.   Serena 
udawała,   że   pali   już   czwartego   papierosa,   odkąd   przyjaciółka   zniknęła   w 
łazience.

Każda miła dziewczyna może z nudów zamienić się w pi-romaniaka.

Świetny wybór. - Serena z uznaniem pokiwała głową, przyglądając się 
kreacji Blair. - Ale musimy zrobić wielkie wejście, a ja nie zamierzam 
pokazać się tam bez ciebie.

A te, wiesz kto, są już na dworze?

Serena zeskoczyła z łóżka i wyjrzała przez okno, oceniając sytuację przy 

basenie.   Blair   podeszła   do   niej.   Spojrzała   na   kilkadziesiąt   sylwetek   i 
rozświetloną za nimi jasnoniebieską wodę. Obserwowała Ibizę i Svetlanę.

- Budka   didżeja.   -   Wskazała   Serena.   -   Ładne   szorty   -   do

dała,   udając,   że   podziwia   tandetne,   odsłaniające   pośladki   spo
denki I bizy.

Blair parsknęła, wracając do łazienki, żeby nałożyć na skórki trochę kremu 

do paznokci Aesop. Ostatnio wydawały się nieco wysuszone,

To pewnie ta ciężka fizyczna praca.

Cholera, Blair, chodź wreszcie! Co znowu robisz w łazience?

Idę, już idę.
Blair   szybkim   ruchem   wytarła   nadmiar   kremu   z   paznokci.   Rzuciła 

chusteczkę do kosza i zamarła. Co do cholery? Co


9 i

leżało w tym koszu?! Pochyliła się, wzięła wykładany macicą perłową kosz i 

background image

postawiła na blacie z różowego marmuru.

Chodź tu.

Wyglądasz świetnie. - Serena zajrzała do łazienki, żeby złapać Blair za 
rękę. - Chodźmy. Zaraz umrę bez drinka.

Patrz. - Blair  potrząsnęła wściekle  koszem. - Czy to nie  wydaje ci się 
podejrzane?

Serena zerknęła na plastikową różową butelkę w koszu.

Depilator. - Urwała. - Nieważne. To znaczy wolę wosk, ale kto wie, czego 
używają na Łotwie, czy skąd one są.

Tu się dzieje cos' dziwnego.

Blair   rozejrzała   się   po   całej   łazience,   szukając   śladów   przestępczej 

działalności. Wyglądała jak Audrey Hepburn w Szaradzie. Po prostu wiedziała, 
że grozi jej niebezpieczeństwo. Wyczuwała to. No jasne! W końcu to do niej 
dotarło. Rzuciła się, żeby odsłonić kremową lnianą zasłonę prysznica. Lśniące 
złote żabki aż zadzwoniły.

Co jest grane? - Serena ziewnęła, wygładzając talię plisowanej plażówki 
Chlo.

Wiem, że one coś kombinują. - Blair złapała butelkę swojego szamponu 
Kerastase   z   półki   pod   prysznicem.   -1   wiem,   że   to   nie   może   być   nic 
oryginalnego.   Obie   wiemy,   że   depilator   w   butelce   po   szamponie   to 
najbardziej oczywisty numer na świecie. Pamiętasz to? Jak Isabeł u nas 
nocowała? A my miałyśmy jakieś jedenaście lat?

Serena gapiła się bezmyślnie.

- W   każdym   razie   ja   doskonale   pamiętam.   -   Blair   odkrę

ciła butelkę.

Nie musiała nawet wąchać, żeby wiedzieć, że ktoś rzeczywiście próbował 

ją   załatwić.   Silnego,   chemicznego   odoru   depilatora   nie   dało   się   z   niczym 
pomylić.

9 A

Szanuj Ksiązi.

- Suki!   -   zaklęła.   -   Bogu   dzięki,   że   chciałam   mieć   trochę

potargane   włosy.   -   Dotknęła   brązowych   loków,   jakby   chciała
się upewnić, że nadal maje na głowie. - No to będzie wojna.

Pełne godności i determinacji, Blair i Serena wypadły przez przeszklone 

drzwi   domku   dla   gości   na   ścieżkę   z   jasnych   otoczaków,   prowadzącą   do 
basenu.   Blair   przyjrzała  się  tłumowi.   Dopiero  teraz   zauważyła,   ze  to  sami 
mężczyźni. Co do jednego. Rety! Może sto, może sto pięćdziesiąt osób, a 
jedyne dziewczyny w zasięgu wzroku to ona i Serena, no i rzecz jasna, Ibiza i 
Svetlana.

- Mojemu ojcu bardzo by się to spodobało.

Blair prawie żałowała, że jej cudowny ojciec, gej, Harold Waldorf, i jego 

znacznie młodszy francuski chłopak, Etienne albo Eduard, czy jak tam się 

background image

nazywał,   wyjechali,  aby  żyć   szczęśliwie  na  południu  Francji.   Chciała,  żeby 
ktoś oprócz Sereny był świadkiem tego, co się wydarzy.

- Są moje dziewczęta!

Bailey Winter wynurzył się z tłumu siwowłosych facetów, wyglądających 

jak prezenterzy wiadomości. Mieli na sobie niebieskie blezery i białe spodnie, 
chociaż na dworze musiało być jakieś dwadzieścia pięć stopni. Bailey włożył 
podobny  strój,   ale  z  rękawami  trzy   czwarte  i  równie   krótkimi   nogawkami, 
które odsłaniały jaskrawe pomarańczowo-różowe podko-lanówki oraz buty z 
białego nubuku. Biegnąc w podskokach ścieżką, wyciągnął pulchne ręce do 
każdej z nich. Tuż za nim podążał orszak pięciu rozszczekanych mopsów.

- Chodźcie,   dziewczęta,   zrobimy   kanapkę   z   Baileya   -   za

chichotał.   -   Mam   nadzieję,   że   to   nie   jedyny   trójkącik,   w   jakim
wyląduję tego wieczoru.

Wyszczerzył zęby i pomachał do didżeja bez koszulki.

- Urocze   przyjęcie   -   pochwaliła   go   Blair,   obserwując   pół

nagich kelnerów, krążących z kieliszkami szampana.

95

- Dziękuje,   kochanie!   -   pisnął   Bailey.   -   Idziemy,   idzie

my, moje panie. Musimy znaleźć wam coś do picia!

Popędził w stronę baru, ciągnąc je za sobą jak szczeniaki na smyczy,

Barman! - warknął na chłopaka za barem, który wyglądał jak surfer. Jego 
strój,   tak   jak   w   przypadku   kelnerów,   składał   się   z   mocno   wyciętej 
bawełniano-kaszmirowej   kamizelki   z   kolekcji   Bailey   Winter   Garcon, 
założonej na wspaniale wyrzeźbioną, nagą pierś. - Co chcą moje skarby? 
- zagruchał Bailey.

Dwa razy negroni.

Blair  się  odwróciła.  Przyglądała się  tłumowi  -  rozmazanej  masie  białych 

spodni   na   tle   zielonej   trawy,   idealnych   fryzur   i   imponujących   mięśni, 
wystających spod zbyt krótkich rękawków.

Wtedy je zobaczyła, Ibiza i Svetlana ubrane były na biało. Te jędzowate 

podróbki,   Svetlana   miała   na   sobie   tandetną,   rozciągliwą,   asymetryczną 
sukienkę, która podkreślała brak piersi. Ibiza wcisnęła się w kombinezon z 
szortami   i   topem   bez   pleców,   który   wyglądał   jak   coś,   co   mogłaby   włożyć 
matka   Blair   do   nocnego   klubu   Studio   54   i   to   jakieś   trzydzieści   lat   temu. 
Obrzydliwość.

Więc może należy coś w tej sprawie zrobić?

Proszę   -   powiedział   barman,   podając   Blair   dwa   kieliszki   z   gęstym 
pomarańczowym płynem. - Nazywam się Gavin.

Dzięki, Gavin. - Serena zatrzepotała do niego rzęsami. - Więc... spędzasz 
tu całe lato? - zapytała, opierając się o bar.

Nie teraz - warknęła Blair i złapała przyjaciółkę za ramię.

Nie   miała   cierpliwości   do   flirtów   Sereny.   Nie,   kiedy   miały   coś   do 

załatwienia.

Przepraszam.   -   Serena   pociągnęła   łyczek   słodko-gorz-kiego   koktajlu.   - 
Właśnie zaczęłam się dobrze bawić. To pewnie jedyny facet tutaj, który 

background image

nie jest gejem,

Bailey, chciałabym przyjrzeć się budce didżeja - oznajmiła Blair.

Och, skarbie, czytasz w moich myślach,

Bailey złapał obydwie za łokcie i poprowadził obrzeżami basenu w stronę 

altanki, przystrojonej w biel i róż, którą wzniesiono specjalnie na tę okazję.

On   jest   po   prostu   cudowny,   nie   uważacie?   Och,   psik,   dziewczyny!   - 
Machnął   na   Ibizę   i   Svedanę,   które   grzebały   w   skrzynkach   na   mleko, 
wypełnionych teraz płytami. - Ten chłopak ma robotę!

Pomagamy   mu   -   zaprotestowała   Ibiza,   wydymając   usta   i   sącząc 
chardonnay.

O, z pewnością. - Bailey mrugnął sarkastycznie do Blair.

Może siądziemy tam i pogadamy? - Blair wskazała zakątek przy basenie.

Tak, tak, wy dziewczęta idźcie usiąść. Zamówiłem te poduszki specjalnie 
na   przyjęcie.   To   najwspanialszy   jedwab   z   Włoch.   Bardzo   rzadki.   Coś 
nadzwyczajnego. Zrelaksujcie się i wyglądajcie pięknie. No już, biegiem. 
- Bailey uniósł maleńki kieliszek od Tiffany'ego, wypełniony szampanem, 
w geście salutu. - Ja zostanę tutaj i będę miał oko na naszego człowieka 
od muzyki, nie martwcie się!

Ibiza   i   Svedana   ułożyły   się   na   wypchanych   poduszkach   z   surowego 

jedwabiu, Blair i Serena stanęły nad nimi, krzywiąc się.

- To gej, wiecie? - Ibiza sączyła wino.

Spojrzała   zimno   na   Blair,   która   odpowiedziała   spojrzeniem   z   góry. 

Zupełnie, jakby patrzyła w wyjątkowo krzywe lustro w wesołym miasteczku.

- Tak, domyśliłam się, dzięki.

96

7 - Nigdy ci nic skłamię

97

- Sądziłam,   że...   no   wiesz,   trzymacie   się   za   ręce   i   w   ogó

le, więc ci mówię, nie spodziewaj się, że do czegoś dojdzie

- ciągnęła Ibiza.

A dlaczego miałabym się tego spodziewać? -Blair spojrzała, nic nie rozumiejąc, 
na Serenę.

Nie mam pojęcia. - Przyjaciółka wzruszyła ramionami.

Niby do czego miałoby dojść?

Blair   się   uśmiechnęła.   Nagle   potknęła   się   i   nietknięty,   mocno   pomarańczowy 

koktajl   wylądował   na   piersi   Ibizy.   Blair   złapała   Serenę   za   ramię,   żeby   nie   stracić 
równowagi, przez co przyjaciółka wylała drinka na głowę Svetlany.

No proszę, kto by pomyślał, że coś takiego może się wydarzyć?
Tłum   zebrany   wokół   sapnął   zgodnie   i   z   przerażeniem.   Białe   sukienki,   białe 

poduszki, niemal białe włosy Sveflany
- wszystko na ich oczach stało się pomarańczowe.

O   rety,   co   ja   narobiłam?   -   Blair   wzięła   biało-kremową   serwetkę   w   paski   i 
delikatnie otarła przód sukienki Ibizy.

Zniszczona, ty suko. To był Versace! -Zniecierpliwiona Ibiza machnęła ręką.

Co się stało? - Bailey Winter pędził do nich z dłońmi przyciśniętymi do policzków 
z przerażenia. Zaniepokojona piątka mopsów szczekała na tłum. - Co się dzieje? 

background image

Ktoś rozlał drinka? Mój Boże! Moje poduszki!

To one — warknęła Ibiza z pomarańczową plamą na przodzie ohydnego, niegdyś 
białego kombinezonu. - Zrobiły to specjalnie!

Lepiej   pójdziemy   po   jakieś   ręczniki.   -   Blair   wycofała   się   ze   sceny   w   stronę 
milczącego, oszołomionego tłumu.

- Ręczniki. - Serena poważnie pokiwała głową,
Odgarnęła blond loki, wiążąc końce, żeby utrzymać je

w miejscu.

- Potrzebuję   chwili  

samotności,  

proszę!   -   Bailey

  Winter

uniósł   ręce   i   zaczął   wszystkich   odpędzać.   -   Proszę,   po   prostu
bawcie się dalej, udawajcie, że mnie tu nie ma.

Racja, zignorujcie szlochającego faceta w neonowych skarpetkach, otoczonego 

szczekającymi psami.

- Damy ci chwilę.

Blair   złapała   Serenę   za   rękę   i   pociągnęła   w   tłum   mężczyzn.   Nim   dotarły   do 

trawnika, zanosiły się histerycznym śmiechem.

- Co   teraz?   -   wydusiła   z   siebie   Serena.   -   Nie   możemy

wrócić.

Blair rzuciła na ziemię kryształowy kieliszek, który wylądował z cichym, głuchym 

odgłosem.

- Damy radę przejść?

Stanęła na palcach, przyglądając się ogrodzeniu, które oddzielało posiadłos'ć 
Archibaldów od rezydencji Wintera. Oczywiście, że dacie. 1 to na obcasach,

- Jasne.

Serena położyła kieliszek na miękkiej trawie i podciągnęła się na plot.

Blair ruszyła za nią. Z łatwością przeszła i wylądowała na trawniku po drugiej 

stronie. Obejrzała btadożóltą sukienkę. Miała plamy z przodu, tam gdzie otarła się o 
plot.

Cholera - zaklęła. Nie ma róży bez kolców.

Blair? Serena?

Blair podniosła wzrok znad zniszczonej sukienki i zobaczyła dokładnie tę osobę, 

którą spodziewała się znale/ć na podwórzu Archibałdów.

- Cześć, Nate.
Odgarnęła włosy za ucho i się uśmiechnęła.

9B

99

- Słyszałem   krzyk.   Myślałem,   że   to   jakieś'   zwierze,   albo

coś takiego,

Nate wyglądał na lekko nieprzytomnego, jakby drzemał. Albo palił, co 
bardziej prawdopodobne.

Martwiłem się o was.

To bardzo miłe - zagruchała Blair, biorąc Serenę za rękę. - A teraz zabierz 
nas do domu.

Co masz na myśli?

Nate zamrugał, gapiąc się na nie, jakby próbował zgadnąć, czy zjawiły się 

naprawdę, czy tylko widzi zjawy.

background image

Do domu, tu? Oczywiście. Zapraszam...

Nie, do domu! - krzyknęły chórem Blair i Serena.

A potem zaczęły biec po idealnie utrzymanym trawniku w stronę podjazdu. 

Stal tam przedmiot dumy i radości ojca Nate'a, ciemnozielony kabriolet Aston 
Martin, i raczył się chłodnym nocnym powietrzem.

Czas w drogę!

nie ma to jak wyczucie chwili

- Proszę, proszę, patrzcie, kogo licho przyniosło.

Chuck   Bass   zsunął   ciemne   okulary   Christiana   Rotha   na   czubek   nosa   i 

rzucił   Vanessie   krzywy   uśmieszek.   Ledwo   zrobiła   dwa   kroki   na   wielkim 
podwórzu   Baileya   Wintera,   a   już   na   jej   drodze   pojawił   się   Chuck   i   zaczął 
cmokać.   Małpka.   Cukiereczek,   siedziała   mu   na   ramieniu.   Ubrana   była   w 
marynarski strój z cekinami i kołysała się w tył i w przód na tylnych łapach. 
Ciągnęła Chucka za kołnierzyk bladoróżowego polo od Hugo Bossa. Yanessa 
zorientowała się w końcu, że Cukiereczek prawdopodobnie używa kołnierzyka 
jak papieru toaletowego.

- Och, cześć, Chuck.

Mgliście kojarzyła, że ten chłopak to nic dobrego, Dan nie bez powodu go 

nie lubił i słyszała, że ludzie na jego temat sporo plotkują, chociaż trudno 
wierzyć w takie bzdury.

Serio?

Straciłaś najlepsze przedstawienie, kochana. - Chuck poprawił kołnierzyk 
koszulki i uśmiechnął się znacząco. - Blair i Serena wykręciły swój stary 
numer.

Bogu dzięki, że tu są.

Vanessa z ulgą westchnęła. W końcu przyszła specjalnie po to, żeby się z 

nimi zobaczyć. Kierowała się informacjami

101

niani,   mieszkającej   po   sąsiedzku,   zgrabnej   Irlandki,   która   nazywała   się 
Siobhan, Była służącą tak jak Vanessa, ale najwyraźniej siedziała w samym 
centrum towarzyskiej sceny Hamptons. Vanessa czuła się nieco zakłopotana 
swoim   strojem   -   prawdziwe   czarne   rybaczki,   których   nie   obcięła   sama,   i 
prosta   czarna   bluzka   bez   rękawów,   kupiona   w   Club   Monaco   tuż   przed 
wyjazdem do Amagansett - ale uznała, że wszystko będzie w porządku, skoro 
mieszkały tu jej przyjaciółki.

background image

- Były,   moja   droga.   -   Chuck   z   roztargnieniem   sprawdzał

wiadomość   na   komórce.   -   Wszystko   przegapiłaś.   Huragan
Blair zostawił po sobie wiele poważnych zniszczeń.

Za jego plecami rozgrywało się pandemonium. Mocno opalony, drobniutki 

mężczyzna klęczał na brzegu basenu i histerycznie płakał, podczas gdy gęsty 
tłum   wystojnych   gejów   coraz   bardziej   się   od   niego   odsuwał.   W   pobliżu, 
pośrodku   pochlapanych   na   pomarańczowo   białych   poduszek   stały   dwie 
znajome dziewczyny.

Ale to przecież...

Blair i Serena? Nie daj się oszukać, moja droga. To podróbki. Przyjrzyj się 
dobrze.

Chuck znów zajął się telefonem.

Vanessa   przyjrzała   się   uważnie   dziewczynom   i   zdała   sobie   sprawę,   że 

chłopak ma rację. Brunetka i blondynka, które wzięła za przyjaciółki, nie były 
tak ładne jak oryginały. Fakt, że ich niegdyś białe stroje szpeciły niechlujne 
plamy,   przypominające   wymiociny,   tylko   to   podkreślał.   Zmrużyła   oczy   i 
rozpoznała wychudzone modelki, które parę godzin temu spotkała na plaży.

Właśnie   tego   potrzebowała,   czegoś   co   jej   przypomni   o   potwornym 

popołudniu   z  przerażającymi   bliźniakami.   Reszta  pobytu   na   plaży   była   już 
względnie   spokojna,   ale   gdy   tylko   wróciła   do   domu,   pani   Morgan   zaczęła 
przesłuchanie. Jakie-

102

go filtru użyła dla chłopców? Jakie książki czytała? A potem stwierdziła, że 
wolałaby, aby Vanessa nie psuła im apetytu krakersami. Vanessa kiwała 
cierpliwie głową. Wreszcie popędziła do siebie na górę i szybko przebrała 
się   w   coś   względnie   porządnego.   Wybiegła   z   domu   w   ciemną   noc.   Nie 
pozwoli, aby taki drobiazg jak brak prawa jazdy i samochodu, stanowił ja-
kąkolwiek przeszkodę. Złapała jeden z dziecinnych rowerków bliźniaków i 
popedałowała do cywilizacji. Doszła do wniosku, że to tylko kwestia czasu, 
prędzej   czy   później   wpadnie   na   kogoś,   kto   wie,   gdzie   mieszkają   Blair   i 
Serena. Na szczęście przecznicę dalej spotkała Siobhan.

- Wiesz, dokąd poszły?
Vanessa odwróciła się i zobaczyła, że Chuck Bass znika w tłumie z ręką 

wysoko uniesioną nad głową, żeby nie rozlać drinka.

Super.   Nie   ma   Blair,   nie   ma   Sereny,   a   teraz   nie   ma   nawet   Chucka. 

Vanessa miała przed oczami wizję siebie, jak trzęsie się samotnie na plaży, 
próbując nie wpaść w łapy zboczeńców i morderczych modelek.

Po prostu jeszcze jedna noc w East Hampton.

Doszła do wniosku, że istnieje tylko jedno lekarstwo na samotną noc. 

Zanurkowała w tłumie i prześlizgnęła się między trójką umięśnionych gości 
bez koszul. Zygzakiem ruszyła do baru. Bo dokąd by indziej?

- Wódka z martini.
Uśmiechnęła   się   do   barmana,   udając   najlepiej,   jak   potrafi,   że 

oczywiście jest na liście gości. Prawie nigdy nie piła, ale martini w ręku 
mogło jej pomóc inaczej spojrzeć na życie.

103

background image

Barman wziął się do roboty i zaraz podał jej drinka. Chwyciła kieliszek i 

odwróciła się do tłumu, nie bardzo wiedząc, z kim porozmawiać. Był Chuck 
- śmiał się, zagadując wysokiego mężczyznę - no i były dwie podróbki z 
plaży. Marszczyły

czoła i żałośnie wycierały poplamione ubrania wilgotnymi serwetkami.

Trudny wybór.
Vanessa lawirowała w najgęstszym tłumie, ubranych w płócienne spodnie 

facetów, w kierunku basenu.

- Znowu się spotykamy - zagaiła. - Jestem Vanessa.
Blondynka tępo zagapiła się na nią załzawionymi, lekko

zezującymi oczami.

- Znowu   ty.   -   Kopia   Blair   spiorunowała   ją   wzrokiem.

-   Musimy   się   przebrać.   -   Złapała   przyjaciółkę   za   rękę.   -   Ty
też chyba powinnaś.

Vanessa powstrzymała się od chluśnięcia jej drinkiem w twarz,
Zrzuciła   klapki,   usiadła   i   zaczęła   machać   stopami   nad   błękitną   wodą. 

Nerwowo sączyła martini i pijąc, próbowała przetrwać ten potworny wstyd 
pod   tytułem   „jestem   na   imprezie   i   nikt   ze   mną   nie   rozmawia".   Potem 
zerknęła   na   zegarek,   poprawiła   ubranie   i   zagapiła   się   na   spokojną 
powierzchnię  basenu,   udając,  że  każda  z  tych  czynności  całkowicie   ją po-
chłania.

- Hej! Przepraszam, moja droga.
Czy ktoś wezwał ochronę?

Vanessa odwróciła się, jakby nigdy nic, i spojrzała prosto w twarz samego 

Baileya Wintera, fantastycznego geja projektanta i gospodarza przyjęcia, na 
które weszła bez zaproszenia. Poznała go na planie Śniadania u Freda, dzień 
przed tym, jak została wylana przez reżysera.

- Cześć!

Uśmiechnęła się entuzjastycznie, mając nadzieję, że mężczyzna zapomni, 

że nie zaprosił jej na przyjęcie.

- Och,   moja   droga.   -   Projektant   wyciągnął   z   kieszeni   lnia

nego blezera drukowaną w kwiaty jedwabną chusteczkę i otar!

104

nią zaczerwienione oczy. - Cały jestem w rozsypce. Moje poduszki, widzisz, 
zupełnie zniszczone.

Vanessa   zmarszczyła   brwi,   patrząc   na   zalane   alkoholem   poduszki   w 

kolorze kości słoniowej, które rozłożono na brzegu basenu.

-Wielka szkoda.

- Och,   nie   ma   tego   złego,   skarbie   -   oznajmił   dramatycz

nym   tonem,   a   jego   łzy   natychmiast   wyschły.   -   Śmiem   twier
dzić,   że   jesteś   absolutnie   doskonała!   Kim   jesteś   i   skąd   się   wzię
łaś?   Jesteś   przepyszną   istotką.   -   Nadal   trzymając   chusteczkę,
Bailey pogłaskał Vanessę po policzku.

Jedwab i smarki. Cudownie,

background image

Ja, hm, szukałam przyjaciółek. Blair i Sereny.

Tak,   te   dwie   lisice,   cóż,   kto   wie,   dokąd   uciekły,..   Zresztą,   kogo   to 
obchodzi!   -   Mocno   chwycił   ją   za   przedramię.   -   Jesteś   tym,   czego 
szukałem. Jesteś nową twarzą. Nareszcie!

Słucham?

Yanessa chciała się cofnąć, ale gdyby to zrobiła, wpadłaby do basenu.

- Musisz   zostać   u   mnie   na   lato   -   ciągnął   radośnie.   -   Two-

a energia, twój profil, twoja... łysa głowa. To naprawdę inspi-

jące! Powiedz, że zostaniesz, kochana. Zostań na noc. Przynajmniej na tę 

jedną noc. Proszę. Nie daj się prosić wujkowi Bailey owi.

- Zostać tutaj?

Yanessa znowu się rozejrzała. Nowoczesna rezydencja ze szkła i betonu, 

lśniący   błękitny   basen,   setki   idealnie   ubranych   i   zadbanych   mężczyzn, 
chłodzone martini - to było jak film Felliniego, gdyby Fellini robił filmy o lecie 
w Hamptons. Poczuła przypływ inspiracji, który prawie zaparł jej dech. No 
jasne!   Film,   tu,   w   Hamptons!   Impresjonistyczny   dokument,   materiał   z 
przyjęć, przepleciony z wywiadami, dokumentujący

105

proces twórczy jednej z najważniejszych postaci świata mody. Trochę w stylu 
Roberta Altmana, trochę jak Szare ogrody. Nie wspominając już o tym, że bilo 
to na głowę robotę przy smarkaczach u Morganów.

-   Zostać   tu   -   powtórzyła,   kiwając   powoli   głową.   -   Czemu   nie?   Tak,   z 

przyjemnością.

Jakżeby inaczej?

plotbra.net

tematy   < wstecz   dalej ► wyślij pytanie   odpowiedź

Wszystkie nozwy miejsc, imiona i nazwiska oraz wydarzenia zostały zmienione lub skrócone, po to by nie ucierpieli 
niewinni. Czyli ja.

hej, ludzie!

Wiem,

 

już

 

raz 

zakłóciłam   regularne 
relacje,   żeby   przekazać 
ważną   wiadomość,   ale 
tym razem to naprawdę 
nagły

 

wypadek. 

Ogłaszam   alarm   dla 
wszystkich posterunków 
w   sprawie   trójki 
naszych

 

ulubionych 

przyjaciół...

Zaginął

 

klasyczny 

background image

ciemnozielony   kabriolet 
Aston   Martin.   Ostatnio 
widziano   go,   jak 
wyjeżdżał po zmierzchu 
z   Geor-gica   Pond. 
Wedfug

 

moich 

najlepszych   źródeł,   w 
samochodzie 
znajdowały   się   trzy 
osoby:   chłopak   i   dwie 
dziewczyny. 
Przynajmniej   jedna   z 
nich   ubrana   była   na 
biało.   Czyżby   ktoś 
uciekał   z   ukochanym? 
Proszę,

 

zachowajcie 

czujność.   A   teraz 
wracamy

 

do 

normalnego programu.

raport książkowy

Nasze

 

pierwsze 

soczyste   doniesienia 
potwierdzają

 

moje 

nadzieje   i   obawy   na 
temat

 

moli 

książkowych.   Okazuje 
się,   że   w   łóżku   są 
jeszcze

 

większymi 

dziwakami.

 

Plotki 

mówią,   że   w   pewnym 
salonie intelektualistów, 
założonym w Har-lemie, 
od   wymiany   opinii 
członkowie

 

bardzo 

szybko   przeszli   do 
wymiany   śliny.   I   to   już 
na

 

spotkaniu 

zapoznawczym. 
Ciekawe, czy właśnie to 
mieli   na   myśli   O  i  jego 
nowy   przyjaciel   G,   gdy 
poszukiwafi   „młodych 
ludzi   o   podobnych   po-
lądach"   i   prosili,   żeby 
chętni

 

załączyli 

background image

zdjęcie... Z drugiej

107

strony, z tego co słyszałam, ci zapaleni literaci wychodzą poza kajdany tożsamości - 
na przykład tożsamości płciowej, hm - i po prostu obejmują duszę (i parę innych 
rzeczy przy okazji) osoby obok. To chyba właśnie miano na myśli, mówiąc, żeby nie 
osądzać książki po okładce.

Czy   ta   orgietka   oznacza   koniec   debat   o   literaturze?   Może   ludzie   nie   potrafią   już 
usiąść w wielkim mieszkaniu w Har-lemie i dyskutować o wspaniałych dziełach, nie 
napalając się przy tym? Chyba nie symbolizuje to powrotu dziwacznych organizacji, 
skoncentrowanych na grupowym seksie, w styiu klubu Plato's Retreat? (Czy mogę po 
prostu powiedzieć...  fuj!)  Przykro mi, że  was rozczaruję, ale tym razem nie mam 
pewności.   Powiem   jednak,   co   to   dia   mnie   znaczy.   Otóż   nigdy,   przenigdy   nie 
przekroczę ulicy Setnej. I nie obchodzi mnie, jak stymulująco może się zapowiadać 
jakieś spotkanie.

malowanie według szablonu

A   skoro   już   mowa   o   imprezach,.,   hm...   gdzie   motywem   przewodnim   jest 
zainteresowanie   przedstawicielami   tej   samej   płci,   to   mam   na   pieńku   z   pewnym 
ekstrawaganckim projektantem z powodu jego najnowszego romansu stylistycznego. 
O co chodzi z tą bielą? Dla ludzi, którzy uważają się  za wolnomyślicieli,  już sam 
pomysł wydaje  się   po  prostu...  ograniczony.  A  może po  prostu  czuję  się   urażona 
wykluczeniem   mnie   z   imprezy,   z   powodu   równie   ograniczo   nego   pomysłu 
zorganizowania jej tylko dla mężczyzn. To chyba w ten sposób bogaci i sławni starają 
się   sprawiać,   aby   inni   uważali   ich   za   szykownych   i   wspaniałych.   Wszyscy   chyba 
pamiętają   tego   gwiazdora   rocka,   którego   mieszka   nie   w   Greenwich   Vi   I   lagę 
urządzono na biało? Nawet goście

musieli dopasować się do wystroju. I chociaż przez pierwsze pięć minut może to 
wyglądać fantastycznie, to pomysł jest całkiem niepraktyczny. Pijani ludzie, kolorowe 
drinki i białe sofy - coś tu chyba jest nie tak? Czy ktoś potrafi dodać dwa do dwóch? 
Osobiście   jestem   za   kolorami,   zwłaszcza   latem.   Dla   poparcia   mojego   punktu 
widzenia wymienię kiika ulubionych (kolorowych) rzeczy: cosmo o kolorze zachodu 
słońca, błękitnozielona woda oceanu, miętowe lody z czekoladowymi okruszkami i w 
końcu... opaleni chłopcy w pastelowych koszulkach. To się nazywa piękne zestawie-
nie kolorystyczne!

Wasze e-maiie
lii   Droga Plotkaro!

Jestem piękną brunetką z innego kraju, więc nie rozumiem pewnych rzeczy w 
Ameryce. Proszę, żebyś wyjaśniła mi jedną sprawę: czy łyse jest piękne? Czy 
Amerykanie lubią takie dziewczyny? Z ogolonymi głowami? Zakłopotana

pjj   Droga Z!

Chyba źle to zrozumiałaś. Łyse jest piękne, gdy mówimy o depilacji poniżej 
pasa. Poza tym większość facetów lubi mieć co przeczesać palcami. Rzadko 
kiedy   kobieta   dobrze   wygląda   z   ogoloną   głową...   Widziałam   tylko   jeden 

background image

wyjątek. Powodzenia! P.

§]]|   Droga P!

Wyjechałam do Europy na lato i martwię się o starszego brata w Nowym Jorku. 
Nie odpowiedział na

108
109

żadną z moich kartek, a kiedy kilka minut temu dzwoniłam do domu, tata 
powiedział, że „uciekł z butelką absyntu". Boże! Myślisz, że u niego wszystko w 
porządku? Zmartwiona siostrzyczka

PU   Droga ZS!

Nie martw się! Twój brat pewnie świetnie się bawi i zbiera nowe doświadczenia. 
Zaufaj mi, to nic złego. Jeśli nadal się martwisz, gdzie bywa, przyślij mi zdjęcie. 
.. jeśli jest przystojny, odnajdę go dla ciebie! R

Na celowniku

N po raz pierwszy pojawił się na plaży w tym sezonie. W towarzystwie kumpla, 

którego ledwo rozpoznałam, Co jest, A, chodziło się na siłownię? Świetne efekty! Mam 

na dowód fotki zrobione komórką. Pychota. Dwie panie odpowiadające rysopisem B i 

S widziane były, jak żuły gumę za stacją benzynową przy Main Street, późną nocą, ale 

potraktujmy tę wieść sceptycznie, ponieważ ktoś inny donosi, że B i S kupowały 

depilatory w Long's, a coś mi mówi, że te dziewczyny nie zdecydowałyby się na 

depilację w domu nawet w krytycznej sytuacji. W końcu istnieją eksperci w 

najróżniejszy dziedzinach i możliwe są wizyty domowe! V pedałuje po East Hampton 

na dziecinnym rowerku z dodatkowymi kółkami. Może to jakiś protest na rzecz 

ochrony środowiska? Zuch dziewczyna. D też chroni środowisko, jeśli to on padł w 

pociągu numer 2, zamiast wracać do domu taksówką. A przy okazji, K i I, jeśli 

próbujecie się wprosić na przyjęcie tylko dla chłopców, bardzo pomagają ogolenie 

głowy i nudne, bezpłciowe ciuchy. Wielu naszych czytelni-

ków widziało, jak wracałyście ukradkiem do domu po tym, jak pogoniono was sprzed 
bramy. Przykro mi, dziewczęta!

To   tyle.   Idę   się   spotkać   z   nowym   przyjacielem   -   to   ratownik   i   mówi   tylko   po 
hofendersku.   Wy   pewnie   też   macie   coś   do   roboty.   Wyskakujcie   z   domów   i 
narozrabiajcie, żebym miała w czym grzebać. Wiecie, jak bardzo was za to kocham. I 
oczywiście...

Wiecie, że mnie kochacie.

*

plotkara

110

background image

przed wschodem słońca

- Podkręć!

Nate osłoni! płomień eleganckiej srebrnej zapalniczki Se-reny,  próbując 

przypalić   papierosa.   Dziewczyna   prowadziła   kabriolet   na   opustoszałej 
autostradzie Long Island.

Jak uniknąć letnich korków? Wyjeżdżając w środku nocy.

Zapalił   papierosa   i   rzucił   zapalniczkę   z   powrotem   na   puste   siedzenie 

pasażera przed sobą. Serena przekręciła pokrętło na maksimum, ale nawet 
wtedy   charakterystyczne   świergotanie   Boba   Dylana   było   ledwo   słyszalne. 
Wiatr huczał im

w uszach.

- Zimno mi. Nie możemy postawić dachu? - Blair objęła

się rękoma i zmarszczyła brwi.

- Nie   wiem,   jak   to   się   robi   -   przyznał   Nate.   -   Ale   mogę

cię zasłonić, jeśli chcesz. - Objął ją opiekuńczo lewą ręką.

Jak za starych, dobrych czasów.

Blair pochyliła się do przodu i złapała sweter Sereny.

- Jestem   taka   zmęczona.   Kto   powiedział,   że   powinniśmy

zatrzymać się na kolację?

Włożyła sweter i opadła na karmelowe skórzane obicie. To był pomysł Blair. 
Chciała zajrzeć do Merritt. Zawsze zatrzymywała się tam z ojcem w czasie 
rodzinnych wyjazdów

do Southampton, kiedy jeszcze była dzieckiem. Ale zgubili się i potrzebowali 
półtorej   godziny,   żeby   znaleźć   restaurację.   Nate  postanowił   jej   o  tym   nie 
przypominać.

Może zdrzemnij się trochę?

Niedługo będziemy na miejscu - wtrąciła Serena. - Prawie czuję zapach 
miasta.

Nate   wciągnął   chłodne,   wilgotne   powietrze.   Nie   czuł   niczego   poza 

zapachem   palącego   się   papierosa   i   miodowo-mig-dałowym   aromatem 
włosów   Blair.   Niewiele   też   widział,   tylko   mgliste   zarysy   samochodu   i 
przyjaciółek   oraz   mroczne   pustki   dziczy   wzdłuż   autostrady,   którą   ledwie 
oświetlał sierp letniego księżyca. Dzięki kilku postojom - żeby napełnić bak, 
zrobić sobie głupawe fotki, uzupełnić zapasy papierosów, dietetycznej coli i 
przegryzek   -jechali   prawie   całą   noc.   Było   praktycznie   niemożliwe,   aby   za 
parę   godzin   Nate   wsiadł   na   swój   gówniany   rower   i   pojawił   się   w   domu 
trenera Michaelsa.

Chyba weźmie wolne z powodu choroby. Znowu.

Więc jaki mamy plan? - Serena zerknęła przez ramię na tylne siedzenie. 
- Dokąd właściwie mam nas zawieźć?

Do Ritza. - Blair podskakiwała na siedzeniu jak dziecko, któremu chce 
się   siusiu.   -   Weźmiemy   apartament,   zamówimy   coś   do   pokoju   i 
prześpimy cały dzień.

A   może   pojedziemy   prosto   do   kafejki   Three   Guys   i   objemy   się 

background image

naleśnikami? - zaproponowała Serena.

Nate   rozważał   możliwości.   Pokój   hotelowy   z   Blair   i   Serena   czy   tłuste, 

wczesne śniadanie.

Ach te decyzje.

Ale Nate miał też własny plan. Snuł go już od kilku dni, odkąd Anthony 

powiedział, że trzeba chwytać dzień. Wiedział, czego chce: wypłynąć w rejs 
łodzią ojca. Widział to oczami wyobraźni. Wyprowadzi ich z portu w Nowym 
Jorku, a nad East River będzie wschodzić słońce. Ruszą na północ,

112

8 - Nigdy ci nie skłamię

113

w stronę Cape Cod, i ostatecznie do domu rodziców na Mt. Desert Island, w 
Maine.   Resztę   wakacji   spędzą,   wyciągając   się   na   słonecznym   pokładzie   w 
samej bieliźnie. Będą nurkować z pokładu i chlapać się w chłodnej wodzie jak 
dzieciaki. Będą wpływać do małych miasteczek, żeby mógł kupić papierosy i 
piwo, a Blair czasopisma i wszystko, czego potrzebuje. Kiedy znudzi im się 
łowienie ryb, pływanie, albo skończą się kochać i nabiorą apetytu, będą mogli 
buszować   w   doskonale   zaopatrzonej   kuchni   i   wyjadać   palcami   serca 
karczochów prosto ze słoika.

Nie zapomniał o kimś?
Takie włas'nie lato powinien mieć. Wreszcie będzie chwytał dzień. Kłopot 

tylko w tym, że... była z nimi Serena. Nieważne, że on z Blair właściwie nie są 
teraz parą. Odkąd się znali, mieli wzloty i upadki, ale zawsze dochodzili do 
tego samego wniosku, że chcą być razem. I teraz znowu zbliżali się do tego 
miejsca.   To   była   „Charlotte".   Nate   zamknął   oczy,   desperacko   próbując 
wymyślić   faceta,   którego   mogliby   zabrać   na   swoją   wielką   wyprawę,   żeby 
zajął się Serena, gdy on będzie ponownie zdobywał Blair. Jeremy? Anthony? 
Nie, to nie dziewczyna z ich ligi.

Strzepnął papierosa i odchrząknął.

Mam pomysł. Jedźmy na „Charlotte". Moglibyśmy po-żeglować.

Super! - Serena puściła kierownicę i klasnęła. - Nate, jesteś genialny!

Sama nie wiem. - Blair usiadła prosto. - Mam ochotę wziąć prysznic i iść 
do łóżka.

Kręciła się na siedzeniu, ocierając się kolanem o nogę Nate'a. Robiła to 

specjalnie?   Ten   dotyk   sprawił,   że   przez   jego   ciało   przepłynęła   wyraźna 
elektryzująca fata. Myślał tak jasno. jak nie zdarzyło mu się to od miesięcy. 
Zupełnie jakby wszysl-

ko,   co   miało   miejsce   ostatnio   -   kłopoty,   wstrzymanie   dyplomu,   zsyłka   na 
katorgę w Hamptons, dziwaczny i krótkotrwały romans z Tawny - prowadziły 
go właśnie w to miejsce, do tej chwili. Nieważne,  że w ciągu kilku godzin 
wyleci z pracy, nie wspominając już o tym, ze ukradł samochód ojca i pewnie 
nigdy nie dostanie dyplomu. Był z Blair, a kiedy trzymali się razem, wszystko 
inne na świecie układało się... właśnie tak, jak powinno.

- Na   pokładzie   jest   prysznic   -   przypomniała   Serena,

podnosząc   z   kolan   wibrującą   nokię.   -   Nie   bądź   dzieckiem!
- krzyknęłaprzez ramię. - Słucham? - Odebrała komórkę.

background image

Kto, do cholery, dzwonił o czwartej rano?

- Czes'ć,   Serena.   Jak   się   masz?   Mówi   Jason.   No   wiesz,

sąsiad z dołu w domu przy Siedemdziesiątej Pierwszej.

Serena się uśmiechnęła. Blair nic spodziewała się takiego telefonu.

- Cześć!   -   odpowiedziała   najbardziej   przyjacielskim,   en

tuzjastycznym tonem.

Jason był miły, ale niewart zapamiętania. Kiedy skończyło się przyjęcie dla 

ekipy Śniadania u Freda, obie dziewczyny to właśnie zrobiły - zapomniały o 
nim. Chociaż to nie dla Sereny facet stracił głowę.

Pewnie chcesz rozmawiać z Blair. Wrzuciła czwarty bieg na 
ostrym zakręcie.

Tak jakby - przyznał się Jason.

Poczekaj.

Serena rzuciła telefon za siebie, niechcący uderzając Blair wnoś.

Przyjaciółka właśnie radośnie snuła marzenia, w których główne role grali 

ona i Nate. Nadzy na plaży w St. Barts. Całujący się na piasku, podczas gdy 
Me rozbijały się o ich ciała. Zupełnie jak Deborah Kerr i Burt Lancaster w 
Stąd do wieczności.

114
115

Wzięła telefon. Pewnie jej matka zastanawiała się, skąd rachunek z Tod's na dziesięć 
tysięcy na jej karcie.

- Słucham? - rzuciła poirytowana.

Noga Nate'a była taka ciepła. Oparła głowę na jego ramieniu. Szukała pocieszenia 

przed wyjątkowo denerwującą rozmową.

O co chodzi, mamo?

Nie, to ja, Jason - odparł zachrypnięty męski glos po drugiej stronie.

Blair podniosła głowę i odsunęła telefon od twarzy. Kto?!

Zerknęła na profil Nate'a. Zaczynał przysypiać. Chciała go przytulić i wsunąć ręce 

pod koszulę, tylko po to, żeby poczuć ciepło jego skóry pod palcami.

- Halo?   Blair?   -   zaskrzeczał   glos   Jasona   z   komórki   Se-

reny.

Blair zatrzasnęła telefon i rzuciła go na siedzenie pasażera.

- Blair! -zbeształają Serena.

Obie zachichotały, zerkając na siebie w odbiciu wstecznego lusterka.
Nate poprawił się na siedzeniu.

- Co   was   tak   bawi?   -   wymamrotał.   Jeszcze   bardziej   za

częły się śmiać.

A potem Blair się odwróciła. Czuła, że Nate się na nią gapi. Nim, zażenowany, 

zdążył odwrócić wzrok, mrugnęła do niego w najbardziej seksowny i niespodziewany 
sposób.

Mogę zapalić? - zapytała w końcu, zagryzając błyszczącą różem wargę.

Jasne.

Pogrzebał w kieszeniach szukając paczki.  Dla ciebie wszystko. Och.

background image

11ń

Stonce musiało wzejść w ciągu tych czterech minut, gdy pędzili przez Midtown 

Tunnel do miasta. Kiedy Serena wjeżdżała do tunelu, niebo było ciemnofioletowe, a 
gdy samochód wynurzy! się na ulicach Manhattanu, słońce wisiało już wysoko, auta 
trąbiły i zaczynało się robić gorąco.

Nate starał się nie przyglądać zbyt natrętnie Blair, co nie było łatwe, ponieważ 

siedziała tak blisko, że prawie czul jej zapach. Wyobrażał sobie ciężar jej ciała, gdyby 
zdarzyło jej się przysnąć i oprzeć o niego, przywoływał delikatnie wspomnienia jej ust 
i języka, dotykających jego warg, gdyby zaczęli się całować na tylnym siedzeniu,

Przestań. Skup się.

- Jedź   do   centrum.   -   Nate   spojrzał   na   Serenę   we   wstecz

nym lusterku.
Czy wiedziała, o czym on myśli? Zauważyła coś? Oczywiście była na tyle wyluzowana, 
żeby niczego nie komentować.

- Tak jest, kapitanie!
Zakręciła ostro w FDR Drive, aż Nate i Blair przechylili się w lewo.
- Nie   pozabijaj   nas.   -   Blair   odgarnęła   potargane   wiatrem

włosy za uszy.

- Nie martw się.- Nate ścisnął ją uspokajająco za kolano.
Blair spojrzała na niego. Jej oczy szkliły się i były zaspane,

ale błyszczały błękitem jak zawsze. Uśmiechnęła się i oparła głowę na jego ramieniu, 
nadal na niego patrząc.

Wyszczerzył do niej zęby. Czul się głupio i był trochę zakłopotany, zupełnie jakby 

znowu miał piętnaście lat. Zatracił się we wrażeniach: w wietrze we włosach, świście 
asfaltu pod kołami, zapachu opierającej się o niego dziewczyny, którą kochał. Serena 
potrzebowała dziesięciu minut, żeby s'mignać autostradą, na której pahó%$l poranny 
ruch i pięciu minut na

II

M

117

kluczenie   uliczkami   centrum,   nim   dotarli   do   portu   w   Battery   Park,   gdzie 
kapitan Archibald zacumował „Charlotte".

- Jesteśmy   na   miejscu,   dzieciaki   -   ogłosiła,   odgrywając

mamę.   Podjechała   do   krawężnika   i   wyłączyła   silnik.   -   Gotowi
do żeglugi?

Nate otworzył drzwi i wygramolił się z tylnego siedzenia. Wciągnął zapach 

mieszanki   smogu   ulicznego,   słonej   wody   i   rozgrzanego   asfaltu.   To   było 
połączenie   wszystkiego,   co   kochał.   Miasta   wczesnym   rankiem   i   wybrzeża, 
gdzie spędził najszczęśliwsze tygodnie życia. Może za długo gnieździł się na 
maleńkim tylnym siedzeniu, a może po prostu cieszył się na myśl o rejsie, w 
który zaraz wypłynie... W każdym razie z jakiegoś powodu Nate zaczął biec i 
przeskoczył   niską   bramkę,   oddzielającą   port   od   ulicy.   Gumowe   podeszwy 
klapek głośno uderzały w szare listwy nabrzeża. Serce dudniło mu w uszach. 
To nareszcie działo się naprawdę, nareszcie zaczynało się lato. Kiedy tylko 
wejdą z Blair na pokład, wszystko się zmieni.

- Proszę pana? Proszę pana?!

Umundurowany   pracownik   portu   biegł   molem   w   stronę   Nate'a, 

wymachując rękoma nad głową, jakby atakowało go stado pszczół.

background image

To prywatny teren, proszę pana, musi pan go opuścić.

Szukam mojej łodzi - wyjaśni! Nate, rozglądając się wśród lasu masztów 
za   znajomym   profilem.   Pomagał   ojcu   zbudować   tę   lodź,   poznałby   ją 
wszędzie. - „Charlotte". Jest gdzieś tutaj. Chcę nią wypłynąć.

„Charlotte"?   -   Pracownik   portu,   najwyraźniej   student,   który   sprawiał 
wrażenie   fajnego   gościa,   spojrzał   na   Nate'a   zdumiony.   -   Lodź 
Archibaldów?

Aha.

Nate skinął głową i zerknął za siebie. Blair i Serena przysiadły na bramce, 

wymachiwały nogami i z czegoś się śmiały,

118

To łódź mojej rodziny. Może mi pan podać numer?

Przykro mi. - Chłopak powoli pokręcił głową. - Nie mam jej tu. Kapitan 
Archibald pożeglował do Newport na początku czerwca. Powiedział mi, 
że planuje trzymać tam „Charlotte" przez całe lato.

Cholera. Nate zmarszczył brwi, a potem odwrócił się raz jeszcze do Blair. 

Kołysała drobnymi, opalonymi nogami, gdy nagły podmuch wiatru uniósł jej 
zwiewną   sukienkę   prawie   do   pasa.   Pod   spodem   miała   bladoróżowe 
bawełniane ligi. Dostrzegł na nich białe groszki.

Co tam łódź. Teraz chciał tylko położyć się obok Blair, złapać ją za rękę i 

nigdy nie puszczać.

prawda wychodzi na jaw... / D tez się ujawnia

- Gej! Gej, gej! ...czka.

Dan jęknął i obrócił się na drugi bok w niegdyś miękkiej i białej, a teraz, 

poplamionej   kawą   i   nikotyną   pościeli.   Gej?   Spocił   się   straszliwie.   Pokręcił 
głową z boku na bok.

Obudziłeś   się   już?   -   Rufus   Humphrey,   ojciec   Dana   i   hałaśliwy, 
ekscentryczny wydawca mniej znanych bitników, walił niecierpliwie do 
drzwi. -Hej! Hej, hej! Paczka! Słyszysz?

Hej! - Dan usiadł na łóżku, Hej, paczka, ty idioto, nie gej. - Już nie śpię - 
oznajmił zachrypłym głosem.

Przypomnij mi, żebym ci kiedyś opowiedział o rannym ptaszku i robaku!

Rufus wparował do pokoju Dana w szalonym stroju jak to zwykle on: w 

roboczych   spodniach   z   wyblakłymi,   białawymi   plamami   po   farbie,   którą 
pomalowano   ściany   mieszkania   —   co   oznacza,   że   musiały   mieć   jakieś 

background image

dziewiętnaście lat - i kurtce ekipy Śniadania u Freda, którą pewnie zgarnął ze 
stosu brudów Vanessy. Rozpięta kurtka odkrywała pierś, okrytą posiwiałymi 
włosami.   Rufus   dźwigał   potężny   karton,   który   ktoś   chaotycznie   owinął 
sznurkiem, papierem pakowym, folią z bąbelkami i dwoma rodzajami taśmy. 
Na paczce napisane było

słowo „Ostrożnie" w pięciu różnych językach. Rzucił paczkę na łóżko,

Poczta do ciebie.

Jezu.
Dan wziął niezgrabną paczkę. Była tak lekka, że mógłby ją podrzucić w 

powietrze.

Mam wrażenie, że w środku nic nie ma.

Otwórz, otwórz! - ponaglał go Rufus. - Twoja siostra wysłała ją z daleka, 
opłaty na pewno sporo kosztowały, więc w środku musi być coś fajnego.

Jasne.

Dan zaczął się szarpać ze sznurkiem.

Nie słyszałem, o której wczoraj wróciłeś. - Rufus wyszczerzył zęby do 
syna. - Chyba pierwsze spotkanie naprawdę się udało, co? Siedzieliście 
do późna i omawialiście zalety mniej znanych sztuk Szekspira?

Coś w tym stylu.

Dan grzebał w kolejnej warstwie papieru, nim w końcu dotarł do kartonu. 

Jeśli dyskutowali o czymś zeszłego wieczoru, to on nic z tego nie pamiętał. 
Ledwo cokolwiek pamiętał poza tym, jak język Grega dotknął jego ust i jak 
zarost kumpla drapał go po jego równie zarośniętych policzkach.

Fuj.
- Pamiętam dawne dni w moim własnym salonie.
Rufus przysiadł na parapecie i patrzył, jak syn sięga do

pudełka. Dan wyciągnął kolejne garści pogniecionych w kulkę gazet.

- To były wariackie czasy,
- Nasze   spotkanie   nie   było   takie   wariackie   -   bronił   się

Dan.

W końcu znalazł coś wśród gazet. Złapał to mocno i pociągnął za wąski 

przedmiot, aż udało mu się go wyciągnąć.

120
121

Pusty karton wylądował na ziemi. Wysypały się z niego kulki papieru.

Rufus się roześmiał.
- Szkoda.   Dzisiejsze   dzieciaki.   Zero   pasji,   zero   ognia.   Pa

miętam,   kiedy   byłem   w   twoim   wieku.   Wyjeżdżaliśmy   nad   je
ziora   do   Nowej   Anglii.   Rozbijaliśmy   obóz,   pisaliśmy   wiersze
i dyskutowaliśmy do późna w nocy.

Dan słuchał z roztargnieniem, rozmyślając nad przedmiotem, który trzymał. Miał 

ponad pół metra długości i zawinięty był w taśmę do pakowania. Zaczął zdrapywać ją 
paznokciami,   niespokojnie   rozpamiętując   wydarzenia   zeszłego   wieczoru.   Właściwie 
jak dateko  posunął się  z  Gregiem?  Jak wrócił  do domu? Praktycznie  nie pamiętał, 
kiedy kładł się do łóżka. Obudził się w ulubionych, czerwonych bokserkach Gap. Miał 
je wczoraj na sobie? Nie pamiętał.

background image

Rufus zapatrzył się w dal i ciągnął:

- Pamiętam   pewne   popołudnie   nad   jeziorem,   kiedy   spra

wy   nabrały   niezłych   rumieńców.   Wszyscy   kąpaliśmy   się   nago,
a   ja   ostro   pokłóciłem   się   z   Crewsem   Whitestone'em,   no   wiesz,
tym   dramatopisarzem.   Spieraliśmy   się   o   fundamentalną   naturę
prawdy,   zrobiło   się   gorąco,   to   się   dało   przewidzieć,   i   nim   się
zorientowaliśmy, turlaliśmy się po plaży, siłując ze sobą.

Dan niezbyt uważnie słuchał mamrotania ojca. Znalazł przerwę w bąbelkowej folii 

i odwinął długi, ceramiczny... przedmiot.

- Wasze   obecne   spotkania   literackie   są   pewnie   bardziej

sztywne,   nie?   Ale   my   wtedy   woleliśmy   właśnie   tak:   nago,
z życiem, walczyć na pięści o prawdę. Boże, to były czasy.

Nadal   starając   się   ignorować   ojca,   Dan   zrzucił   na   bok   opakowanie   i   obejrzał 

naczynie trzymane w dłoniach. To była długa, pusta w środku, zwężająca się kolumna 
z białej ceramiki, pokrytej delikatnym, przyjemnym w dotyku szkliwem. Miała
jakieś czterdzieści pięć centymetrów długości i otwór na górze, więc to musiał być 
wazon. U podstawy znajdowały się dwa małe, krągłe kształty, symetrycznie po obu 
stronach, które pomagały stać środkowej, pionowej części. To był wazon. W każdym 
razie to było coś. To był... cóż, ładnie wypalony penis,

Jego siostra wpadła na taki pomysł?! Dan odstawił wazon, ozy co to właściwie 

było, na nocną szafkę i ostrożnie przyjrzał się przedmiotowi.

Poznałbym   to   wszędzie   -  zachichotał   Rufus,  przerywając   wspomnienia.   Wziął 
wazon i pogłaskał go delikatnie. - Wiesz, kto to zrobił, prawda? Twoja matka. To 
jej robota.

Serio?
Dan wziął od ojca wazon i przyjrzał mu się uważnie. Może się mylił, może to była 

rakieta w locie albo kosmita, albo abstrakcyjne wyobrażenie Matki Ziemi w otoczeniu 
dwójki dzieci.

Nie. Z którejkolwiek strony spojrzeć, wyglądało to jak wielki fiut.
Odwrócił wazon, żeby obejrzeć go od spodu i zobaczył drobny odręczny napis: 

„Totem dla mojego syna. Przekazany z miłością".

Totem? Co to, do cholery, miało znaczyć? Czy matka próbowała mu powiedzieć 

coś na jego temat, czego nigdy wcześniej sam nie odkrył? Nie widział mamy od lat, a 
teraz to - wazon w kształcie penisa przychodzi pocztą akurat w kilka godzin po tym, 
jak całował się z chłopakiem? Ale przecież nie byl gejem. Jakby mógł być? Kochał 
dziewczyny.   Kochał   Serenę   van   der   Woodsen.   Kochał   Bree.   A   najbardziej   kochał 
Yanessę.

Jasne. Dziewczynę, która wyglądała jak chłopak.
Czy to możliwe, że był gejem i wszyscy oprócz niego o tym wiedzieli? Czy był 

jednym z tych ewidentnie gejowskich

122

123

chłopczyków, którzy urządzali herbatki dla pluszowych zwierzątek i nosili do szkoły 
stare torebki mamy?

Westchnął, odstawiając wazon na podłogę obok łóżka. Spojrzał na zamyślonego 

ojca.

background image

Mówiłeś o kąpielach nago i dyskusjach o literaturze. - Dan urwał. - To było, hm, 
normalne? Że wasze rozmowy literackie kończyły się tym... że człowiek lądował 
nago z jakimś' innym facetem?

Normalne! - Rufus roześmiał się serdecznie. - Wierz mi, jeśli chodzi o literaturę, 
nie ma niczego bardziej normalnego. Pasja. Ogień. Kiedy jesteś młody, to cię po 
prostu wypełnia. Trzeba to jakoś uzewnętrznić.

Dan pokiwał głową, marszcząc brwi.

Więc mówisz, że według twojego doświadczenia literacki salon często zamienia 
się w jakąś homoseksualną orgię?

Częściej   niż   myślisz,   synku.   -   Ruius   czule   zmierzwił   potargane   od   snu   włosy 
Dana. - Szkoda, że czasy się zmieniły.

Aha, wielka szkoda.

prawda bywa dziwniejsza od fikcji

Obróć głowę odrobinkę w lewo... jeszcze trochę... -Yanessa posłuchała. Leciutko 
obróciła głowę, dając Baileyowi doskonały widok na jej profil.

Mój Boże, po prostu palce lizać, prawda?

Bailey gadał nie wiadomo do kogo i rysował zaciekle w szkicowniku, oprawionym 

w krokodylową skórę. Machał ołówkiem i obracał strony jak szaleniec.

- Tak,   tak,   Vanesso,   moja   droga,   to   jest   to,   naprawdę   masz

to   w   sobie.   Bijesz   na   głowę   Giselle,   Kate   i   te   wszystkie   laski,
prawda, kochana? Pychota!

Nie słuchała go zbyt uważnie. Zresztą nie wiedziała, kim właściwie są Giselle i 

Kate. Bawiła się kamerą, którą trzymała na kolanach jak kociaka. Wyciągnęła się na 
długiej kamiennej otomanie, wyłożonej poduszkami i futrzanymi narzutami, Było na 
niej naprawdę wygodnie, ale zbyt gorąco jak na lipcowe popołudnie. Vanessa miała 
piękny widok na basen. Patrzyła, jak ChuckBass bawi się w cieniu, ubrany tylko w 
kwieciste kąpielówki, tak obcisłe, że nie zostawiały niczego wyobraźni. Jego małpka 
siedziała na końcu deski do skakania i zajadała winogrona.

Jakie to erotyczne.

125

Nie mogła się kręcić, więc nie sprawdzała ujęcia przez wizjer. Ate i tak 

miała pewność, że to czyste Filmowe  złoto: Chuck, brodzący w wodzie do 
pasa, gawędzący przez Blue-tootha. I Cukiereczek, wcinający owoce. Za nimi 
Stefan, chudy pomocnik, zamiatał kamienną ścieżkę, prowadzącą od głównej 
rezydencji do kortu tenisowego. Starał się przy tym nie uderzyć żadnego z 
rozpieszczonych   mopsów,   które   zaciekle   atakowały   miotłę.   Od   czasu   do 

background image

czasu przesuwała kamerę na kolanach, żeby uchwycić twarz samego Baileya 
Wintera. Miał na sobie klasyczny, chłopięcy mundurek khaki - z szortami, i w 
ogóle. Musiał go przerobić, żeby na niego pasował. Doskonały materiał do 
powalającego dokumentu.

- Nie baw się tą kamerą, kochana. - Bailey cmoknął z dezaprobatą.

Vanessa uśmiechnęła się spokojnie i znowu odwróciła kamerę w stronę 

basenu.   Siedziała   nieruchomo,   a   jej   myśli   krążyły   luźno   wokół   wydarzeń 
ostatnich tygodni.  Najpierw była obywatelem  Hollywood,  potem służącą w 
nieprzyjaznym   Hamptons,   a   teraz   utrzymanką.   W   pewnym   sensie   to 
wszystko   było   dość   ekscytujące,   kłopot   w   tym,   że   nie   miała   z   kim   się 
podzielić wrażeniami.

Zdziwiła   się,   gdy   zdała   sobie   sprawę,   że   nie   gapi   się   po   prostu   w 

przestrzeń,   ale   podziwia   idealny   tors   Chucka   Bassa.   Delikatne   poruszenia 
mięśni,   gdy   przeczesywał   palcami   wilgotne,   ale   mimo   to   nadal   świetnie 
układające się loki.  Zapomniała na chwilę o wszystkim, co słyszała o tym 
chłopaku,   o   głupich   rozmowach  i  o  każdej   ohydnej   plotce   na   jego   temat. 
Zapragnęła po prostu wyciągnąć rękę i... dotknąć go. Nieświadomie oblizała 
wargi.

- Świetnie! - Bailey rzuci! ołówek do basenu i złapał następny. - Wyglądasz 

niesamowicie.   Jak   najedzona,   a   zarazem   głodna.   Jakbyś   była   gotowa   na 
deser, chociaż właśnie zjadłaś najlepszy posiłek życia!

126

Vanessa,   zakłopotana,   zaczerwieniła   się,   a   potem   pomyślała,   że   nie 

podziwiała samego Chucka Bassa, ale jego fizyczne walory. Prawda była taka, 
że jej typ był nieco szczuplejszy i bledszy. Myśl o Danie sprawiała, że nagle 
opadły jej kąciki ust.

- Broda w górę, kochana! Gdzie zniknął uśmiech?
Bailey klasnął w ręce raz, drugi i trzeci jak zwariowana

cheerleaderka.

Vanessa   próbowała   zmusić   się   do   uśmiechu,   ale   wspomnienie   Dana 

wszystko popsuło. Tęskniła za nim, A szeroka pierś Chucka nie zastąpiłaby 
miłości.   Vanessa   westchnęła,   kierując   kamerę   na   szmaragdowe   trawniki 
posiadłości. Przynaj-

mniej znowu miała swoją sztukę.

Zrobiła ponowny najazd na Chucka. Opiera! się o brzeg basenu i gawędził 

ze Stefanem. Cukiereczek podskakiwał za nim, drażniąc się z mopsami, które 
szczekały jak wściekłe.

Dziewczęta!  Proszę! Cicho!  - Bailey   włożył  palce do  ust  i  zaskakująco 
głośno i przenikliwie gwizdnął. - Tata pracuje! Nie mogę się skupić przy 
tym wrzasku!

Przepraszam,   Bailey.   -   Chuck   odwrócił   się   i   wyszczerzył   zęby   w 
uśmiechu. - Postaram się, żeby Cukiereczek ich nie drażnił.

A   co   właściwie   ten   odrażający   potwór   robi   w   moim   basenie?-pisnął 
Bailey, a jego brązowa skóra zrobiła się szkarłatna.

Vanessa złapała ostrość na drugi koniec basenu i natychmiast zrozumiała, 

o co chodzi. Wyrzucony przez Baileya ołówek nic był jedyną rzeczą pływającą 

background image

w wodzie.

Powiedz mi, że to nie jest to, o czym myślę! - Teraz Bailey wrzeszczał już 
na całe gardło.

Przepraszam.   -   Chuck   podszedł   do   dryfującego   ekskrementu,   - 
Cukiereczek czasem nie panuje nad sobą.

Wynoś   się!   Wynoś!   Nie   pozwolę,   żeby   zamienił   moją   świątynię   w 
szambo! To jest East Hampton, a nie Kalkuta!

127

Vanessa   podniosła   się   z   otomany,   żeby   przytrzymać   kamerę   obiema 

rękami i szybko zrobiła zbliżenie. To była filmowa kopalnia złota.

Aha, i przy okazji totalny kanał.

poczta lotnicza - par avion

-12 lipca

*

Kochana Jenny! Jestem gejem. Całuję, Dan

■>

background image

jak za starych, dobrych czasów

Jesteśmy w domu! - Głos Sereny rozległ się echem w przedpokoju i w 
głębi apartamentu rodziców. Mieszkanie było puste, zrozumiała to, gdy 
tylko pchnęła drzwi. Czuło się w nim ten mrok, cisze i chłód domu, w 
którym nikogo nie ma. Nic dziwnego, jej rodzice więcej czasu spędzali za 
granicą niż na kanapie. Właściwie to nawet nie pamiętała, kiedy ostatnio 
widziała ich na kanapie.

Boże, muszę siusiu.

Blair przepchnęła się obok przyjaciółki i wpadła do mieszkania. Zapaliła po 

drodze  światła  -  znała  dom   Sereny  równic   dobrze,   jak   własny.   Zniknęła  w 
głębi,   zygzakiem   pędząc   do   pokoju   przyjaciółki.   Nate   wszedł   za   nimi. 
Zamknął   drzwi   trochę   zbyt   głośno.   Przez   dziwną   ciszę,   która   panowała   w 
miesz kaniu, trzaśniecie zabrzmiało jak wystrzał.

Przepraszam.-Uśmiechnął się krzywo.

Nie szkodzi.

Serena rzuciła klucze na mahoniowy stolik. Wylądowały z brzękiem.
- Poszukajmy czegoś do jedzenia.
Poprowadziła Nate'a przez mieszkanie i wahadłowe drzwi do kuchni.

Zajrzała do niemal pustej lodówki.

- Mamy   oliwki   -   oznajmiła.   -   Paczkę   marchewek.   Chy

ba   jest   trochę   sera.   Pewnie   gdzieś   są   też   krakersy.   Nie   wiem,
gdzie pokojówka wszystko trzyma.

Tak trudno teraz o dobrą służbę.

- Zajmę się tym,

Nate   pogalopował   do   spiżarni   i   zaczął   ją   plądrować.   Wyciągał   słoiki   i 

pojemniki, a potem z brzękiem stawiał je na blacie.

- Zabiorę dla nas zapasy.

Wrócili do mieszkania van der Woodsenów po to, żeby się przespać przed 

jazdą do Newport i żeby zabrać niezbędne rzeczy: ubrania i alkohol.

Serena   ruszyła   do   barku   rodziców   -   nigdy   nie   pomyśleli,   że   warto   go 

zamknąć.   Wyciągnęła   grey   goose,   hendrik's,   ha-vana   ctub   i   patron   i 
załadowała do torby od Hermesa. Plądrowanie barku rodziców,  gdy Blair i 
Nate kręcili się po domu, przypominało jej o dawnych czasach. Nic się nie 
zmieniło, a zarazem wszystko. Ta myśl sprawiła, że nagle posmutniała.

Wszyscy robimy się nieco humorzaści, gdy zbliżają się nasze urodziny.

Serena   weszła   do   biblioteki   ojca   i   usiadła   na   jego   obrotowym   krześle 

Aeron, Złapała za telefon na biurku i wybrała jeden z nielicznych numerów, 
który znała na pamięć.

- Słucham?

Głos jej brata, Erika, zabrzmiał bardzo podejrzliwie. W końcu dochodziła 

szósta rano.

- To ja.

Opadła na oparcie i położyła bose stopy na starym mahoniowym biurku.

- Cholera,   Serena.   Zobaczyłem,   że   to   telefon   z   domu,

background image

przez chwilę się martwiłem. - Jej brat się zaśmiał.

130

131

- Rodziców nie ma.

Przyjrzała   się   ścianom,   zastawionym   książkami,   popatrzyła   na   oprawione 

rodzinne fotografie: Erik grający w tenisa, Serena na czarnym koniu, opaleni rodzice 
sączący campari z wodą sodową w ulicznej kafejce na wybrzeżu Amalii.

Wimbledon - stwierdzili z bratem chórem.

Są tacy cholernie przewidywalni. - Erik się skrzywił. - A co ty robisz w domu?

Planuję letnią eskapadę. Pomyślałam, że zadzwonię do brata. Gdzie właściwie 
jesteś"?

W   Connecticut.   Myślałem,   że   może   to   ojciec   dzwoni,   żeby   powiedzieć,   że 
wpadną.

Serena zerknęła przez przeszklone drzwi do salonu, gdzie Nate gonił Blair wokół 

skórzanej otomany, próbując wsadzić jej do ucha korniszona.

- Wybieramy

 

się

 

na

 

przejażdżkę.

 

Pojedziesz

 

z

 

nami?

W samochodzie jest miejsce dla czworga.

Może wtedy nie czułaby się jak piąte koło u wozu?
- Kuszące,   ale   dobrze   mi   tu.   Może   zajrzycie   po   drodze   do

Ridgefield?

Szybko   przemyślała   sprawę.   Mogliby   się   dzisiaj   przespać   u   niej   i   ruszyć   jutro 

rano. Potem przekonałaby Blair i Nate

J

a, żeby spędzili noc w Ridgefield, w nadziei że 

ktoś' przypomni sobie, że to jej urodziny.

- To się chyba da zrobić.

Serena pożegnała się z bratem i odłożyła telefon na biurko. Zerknęła w stronę 

garderoby,   zastanawiając   się,   czy   rodzice   schowali   urodzinowy   prezent   gdzieś   w 
mieszkaniu.

Czy niespodzianki nie są zabawniejsze?

Blair ziewnęła - to było takie wielkie ziewnięcie, które czuje się w całym ciele - i 

przeczesała włosy szczotką Sereny.

Nigdy nie należała do tych osób, które przed snem szczotkują włosy tysiąc razy, ale 
odrobina nigdy nie zaszkodzi. Była ósma rano i słońce wlewało się przez okno. Miała 
wrażenie, jakby nie spała porządnie od lat, a nie od paru godzin.

Nie   mogę   uwierzyć,   że   jestem   tak   zmęczona.   -   Serena   opadła   na   proste, 
szerokie łóżko z rozrzuconymi rękami i nogami.

Aha.

Nate się zawahał. Stał w nogach łóżka i zerkał na Blair, która kręciła się kolo 

lustra, a potem popatrzył na leżącą przed nim Serenę.

- Padłam,   -   Serena   rozpięła   dżinsy   i   ściągnęła   je,   nie

wstając. - Nie dam rady nawet wejść pod koc.

Blair zerknęła na długie smukłe nogi przyjaciółki, a potem na Nate'a, który gapił 

się na to samo. Poczuła w piersi znajome ukłucie zazdrości. Kochała Serenę i była o 
nią zazdrosna, odkąd się znały, czyli właściwie od zawsze. Ale teraz wreszcie sytuacja 
się zmieniła. Ten rok był pełen wzlotów i upadków, ale w końcu zaczęło się lato, a 
jesienią wszyscy idą do Yale i przez resztę życia będą przyjaciółmi. I miała Nate

1

  a, 

background image

właśnie tu, właśnie teraz, pod nosem.

Czy przypadkiem o kimś nie zapomniała?
Blair   ściągnęła   przez   głowę   pożyczone,   bladoróżowe   polo   i   sięgnęła   na   pieey, 

żeby rozpiąć stanik. Rzuciła go na ziemię.

Nate, czy mogę spać w twojej koszulce? - zapytała nieśmiało.

Jasne. - Nate pokiwał ochoczo głową, starając się odwrócić wzrok.

Ściągnął bawełniany T-shirt i rzucił Blair.

Włożyła  koszulkę.  Zrobiła to  powoli,  żeby wciągnąć przemożny zapach  Nate'a: 

jego potu, proszku do prania, trawki i pasty do zębów.

132
133

Miała ochotę go schrupać.
Zanim obciągnęła na sobie ciągle jeszcze ciepłego T-shir-ta, Nate zrzucił 

spodnie   i   padł   na   łóżko   obok   Sereny.   Leżał   w   bokserkach   z   zabawnym 
palmowym wzorkiem. Blair była pewna, że sama mu je kupiła,

Zgasiła górne światło. Poranne słońce wlewało się przez okno, oświetlając 

sylwetki przyjaciół. Stanęła w nogach łóżka i ostrożnie wsunęła się między 
Serenę a niemal nagiego Nate'a. Przyjaciółka już spała i oddychała spokojnie 
i cicho jak dziecko.

Dobranoc - szepnął Nate.

Dobranoc - odpowiedziała szeptem.

Słyszała,   jak   wali   jej   serce   i   nagle   poczuła   się   całkiem   rozbudzona. 

Przyglądała się ozdobnym panelom, ułożonym na suficie. Słuchała cichego 
pochrapywania najlepszej przyjaciółki i starała się ignorować delikatny dotyk 
Nate'   a,   jedynego   chłopaka,   którego   kochała.   Jego   ręce   ocierały   się   o   jej 
dłonie. Czy kiedykolwiek uda jej się zasnąć?

I wtedy poczuła palce, przesuwające się po jej ręce tak ostrożnie, że to aż 

łaskotało. Dłoń Nate'a musnęła jej nadgarstek, a potem czule s'cisnęła dłoń.

Westchnęła i wraz z tym wydechem wypuściła z siebie coś, o czym nawet 

nie  wiedziała,  że to w  sobie  nosi:  frustrację,  zazdrość,  troskę o to,  co  się 
stanie  potem.  Odwróciła się,   żeby  spojrzeć  na   Nate'a,  ale  miał   zamknięte 
oczy. Zaraz potem ona też zamknęła swoje. I tak przespali resztę dnia aż do 
nocy.

Wszystkie nazwy miejsc,  imiona i  nazwiska  oraz  wydarzenia zostały zmienione  lub  skrócone,  po to  by  nie  ucierpieli 
niewinni. Czyli ja.

hej, ludzie!

Wiecie, kogo zawsze było mi żal? Dzieciaków, które mają urodziny lajem. Nigdy nie 
miały imprez  z  lodami w  Seren-dipity,  bo wszyscy  przyjaciele  byli na  obozie  albo 
bawili się w Amagansett. Nigdy nie przynosiły dla klasy minitorci-ków z pastelowym 
kremem i lukrem z Magnolii. Nigdy nie miały wspaniałej herbatki z przyjaciółkami w 

background image

hotelu Plaża. Wszystko dlatego, że zdarzyło im się urodzić akurat wtedy, kiedy nikt 
nie   ma   głowy   do   myślenia   o   kimkolwiek   poza   sobą.   Tak   naprawdę   nie   jesteśmy 
obrzydliwymi egoistami, to po prostu... wisi w powietrzu. Ale to nie znaczy, że nie 
mamy wyrzutów sumienia. Serio. Więc oto coś dla was, jubilatki...

Trzy najlepsze sposoby, żeby powiedzieć: „przepraszam, że zapomniałam o twoich 
urodzinach,   kiedy   obściskiwatam   się   z   moją   nieprawdopodobnie   przystojną   letnią 
miłością":

11)Zabierz ją do Barneys i daj jej swoją kartę kredytową na tyle minut, ile kończy lat. 

Kiedy   twoja   mama   dostanie   rachunek,   oberwiesz,   ale   po   to   właśnie   ma   się 
przyjaciół.

12)Przeproś, że bardziej wciągnął cię letni romans niż jej rytuał przejścia, i zaproś ją 

na podwójną randkę z twoim

135

przystojniakiem   i  jego   leciutko   zezującym,   ale   niemal   równie   ślicznym   młodszym 
bratem.

3)   Jest   lato,   więc  powinniście   dbać  o   siebie,   to   ważniejsze   niż  zwykie.   Zaszalej  i 
szarpnij się na wszystkie zabiegi w salonie Bliss (nie, proszę, tylko nie beznadziejny 
karnet w stylu ciotki Susie na manikiur i pedikiur), żeby twoja najlepsza kumpelka 
była równie opalona, wydepilowana i zadbana, jak ty.

Wasze e-maile

Droga P!
Martwię się, że może zamieniam się w geja. Wiesz,

jak to rozpoznać?

Smutas

Drogi S!
Garść znaków ostrzegawczych:

1) Mówisz

 

o

 

różnych

 

rzeczach

 

„wyśmienite"

 

i

 

„ge

nialne"

 

oraz

 

w

 

ciągu

 

ostatnich

 

dwudziestu

 

czterech

godzin użyłeś słowa „szykowny".

2)

Twoją   najlepszą   przyjaciółką   jest   przyciężka   dziew

czyna interesująca się teatrem.

3} Jako dzwonek na komórce masz ustawioną piosenkę Gwen Stefani.

13)Kiedy robi się ciepło, patrzysz raczej na rolkarzy bez koszulek niż dziewczyny 

opalające się topless na Owczej Łączce.

14)Piszesz do autorytetu, bo chcesz, żebym potwierdziła to, co już wiesz, ale nie 

chcesz się przyznać: jesteś gejem. I w porządku!

Kochaj życie. Kochaj chłopców. Kochaj siebie. R

136

1^   Droga P!

background image

To   właściwie   nie   list,   tylko   zaproszenie.   Planuję   zorganizować   wielki   zlot   w 
domu na wsi, żeby uczcić osiemnastkę młodszej siostry. Więc jeśli wybierasz 
się do Connecticut albo masz ochotę na przejażdżkę samochodem, koniecznie 
zajrzyj do przyjaciół, którzy spędzają lato w tym wspaniałym stanie. Jeśli na-
leżysz   do  tego   grona,   to   już jesteś   na  liście   gości,  Impreza   przy  Basenie   w 
Connecticut

EH   DrogifpBwC!

Connecticut   leży   nieco   poza   moim   zwykłym   obszarem   imprezowania,   ale 
podejrzewam,   że   dojazd   tam   to   już   połowa   zabawy   -   w   końcu   wyprawa 
samochodem należy do wspaniałej amerykańskiej tradycji. Wiatr we włosach, 
gorące słońce na drodze i w każdej chwili możesz zmienić kierunek jazdy  -  te 
klimaty najpiękniej ujął Jack Kerouac-W drodze. Chociaż, szczerze mówiąc, z tej 
książki pamiętam tylko mnóstwo narkotyków i mnóstwo przypadkowości. Jak to 
się mówi, ruszył drogą, brukowaną żółtą kostką! Ale jeśli twoja impreza ma być 
tak wielka, jak zapowiadasz, to z radością zobaczę twój Szmaragdowy Gród. 
Czy to zabrzmiało tak dwuznacznie, jak mi się wydaje? Ups. W każdym razie 
uważaj imprezę za ogłoszoną! R

U   Droga P

1

Jestem   nieszczęśliwa,   bo   rodzice   mówią,   że   muszę   tego   lata   pracować.   Ale 
kiedy się nad tym zastanowiłam, doszłam do wniosku, że praca nie musi być

137

do bani. Ty masz najfajniejszą robotę świata! Tak się zastanawiam, przyjmujesz 
stażystów? Błagam, Zatrudnij Mnie!

PB   Droga BZM!

Dziękuję za miłe słowa. Wierz mi, nie mylisz się - to rzeczywiście najfajniejsza 
robota świata. Ale prawda jest taka, że nie traktuję tego jak pracy, ale raczej 
jak służbę na rzecz społeczeństwa. Coś jak bycie super-bohaterką: Bat Girl, 
Super Girl, Plotkara... Rozumiesz już? Niestety na tej stronie jest miejsce tylko 
dla jednej plotkary. Mimo to życzę powodzenia. Może znajdziesz staż gdzieś 
indziej! Słyszałam, że „Vogue" szuka specjalistów od ochrony... Żartuję. R

rachunki, rachunki, rachunki

Ostatni e-mail sprawił, że zaczęłam myśleć o tym, iż dla niektórych nieszczęśników 
spośród was termin „wakacyjna praca" nie jest zjawiskiem znanym tylko z filmów, 
ale codzienną rzeczywistością. Całym sercem jestem przy was, serio. Zresztą nie 
jest aż tak źle. Oto kilka plusów, o których powinniście pamiętać, kiedy będziecie 
odbijać kartę:

15)Najłatwiej poznać nowych ludzi w pracy - trafiając na słodkiego współpracownika 

albo   słodkiego   klienta.   {Czy   ktoś   pamięta,   jak   D   poznał   dziewczynę   od   jogi? 
Przypomnę wam, że nie na zajęciach w szkole Bikram...)

16)Czy   istnieje   lepszy   sposób,   żeby   docenić   ciężką   pracę   i   poczuć   satysfakcję   z 

background image

zarobionych pieniędzy? Ha! Nadal mówi się takie głupoty?

3) Słyszałam, że podczas ciężkiej pracy spala się tony kalorii!

BZM, uszy do góry i pracuj ciężko! Na razie tyle, kochani. Pracowita pszczółka musi 
poprawić   makijaż,   doładować   baterie   w   laptopie   i   spakować   się   przed   małą 
przejażdżką samochodem...

Wiecie, że mnie kochacie.

plotkara

138

D - znowu napalony i niespokojny

- Davey,   Humphrey,   Bogart,   czy   jak   tam   się   nazywasz,

pospiesz się!

Wszyscy   kierownicy   w   Strandzie   potrafili   warczeć   w   ten   sam   władczy   sposób, 

który sprawia], że Dan prostował się nieco bardziej. Rozejrzał się, ale nie wiedział, 
skąd padła komenda.

- Madame czeka na pisemne zaproszenie?

Phil, łysiejący niespełniony doktorant, uwielbiał zamieniać popołudniową zmianę 

w piekło. Wyjrzał zza starego, zardzewiałego regału.

- Dupek

 

-

 

mruknął

 

Dan,

 

popychając

 

skrzypiący

 

wózek

z książkami, które miały wylądować na półkach.

Jesteśmy troszkę przewrażliwieni?
Rozpadające się gumowe kółka piszczały i zgrzytały, gdy Dan pchał rozklekotany 

wózek długą, wąską alejką obok nieaktualnych przewodników turystycznych. Wziął 
głęboki   wdech   i   zanurzył   się   w   znajomy   rytm:   wziąć   książkę,   wyszukać   nazwisko 
autora i odnaleźć właściwe miejsce na półce. To był doskonały sposób, aby pozwolić 
przemówić podświadomości:

Kłujący pocałunek pali mnie w brodę chory posmak absyntu w 
gardle głęboko w przełyku; spieczone usta

140

i cios w brzuch

ostry zakręt, za którym wylądowałem w pustce...

Sporych rozmiarów książka ześlizgnęła się z wózka. Pochylił się, żeby ją podnies'ć 

i   przeczytał   tytuł:  Wszystko,   co   chcieliście   wiedzieć   (no   dalej,   przyznajcie   się)   o 

background image

gejowskim seksie Melvina Lloyda i doktora Stephena Furmana.

Szkic   na   błyszczącej   okładce   przedstawiał   dwie   męskie   sylwetki   grzecznie   się 

obejmujące.   Jak   bracia.   Albo   basebal-lis'ci   po   meczu.   Coś   absolutnie   normalnego. 
Dan   rozejrzał   się,   czy   nikogo   nie   ma   w   pobliżu   -   nikt   nie   interesował   się   prze-
wodnikami'po   Nowej   Zelandii   z   lat   siedemdziesiątych   -   i   otworzył   książkę, 
pogwizdując jakby nigdy nic.

Świetne zagranie,

Śliskie   kartki   przesuwały   się   między   jego   palcami.   Oglądał   rysunki   z   dwoma 

muskularnymi   mężczyznami   w   różnych   uściskach,   z   rękoma   i   językami 
umieszczonymi w najróżniejszych pozycjach. Było tam sporo wyróżnionych punktów, 
lista rzeczy, które należy robić i których robić nie wolno. Przejrzał książkę z bijącym 
sercem,   wychwytując   tylko   fragmenty   zdari   typu:   „Wsuń   język"   albo   „Niektórym 
pomaga użycie łokci", albo „Pamiętaj, żeby umyć zęby".

Jeszcze raz sprawdził, czy jest sam, i otworzył książkę na końcu, gdzie grubszy 

papier sugerował tylko jedną rzecz - zdjęcia. I rzeczywiście, były tam w całej barwnej 
krasie.   Dwóch   mężczyzn   uprawiało   coś,   co   w   pierwszej   chwili   wyglądało   jak 
gimnastyka.

Danowi nagle zaschło w gardle. Zatrzasnął książkę i wsunął ją na samo dno stosu. 

Nigdy w życiu tak bardzo nie potrzebował papierosa.

Oddychaj, oddychaj.
Nadal nieco drżąc, Dan zaciągnął się camelem i wyszedł ze Strandu. Musiał się 

przejść, żeby oczyścić umysł z obrazów tych

141

dwóch byków z szerokimi karkami w niewyobrażalnych pozycjach. Nie żeby 
miał coś do gejów, skąd. Są tu, są inni i super. Ale istniały pewne rzeczy, 
których   ludzie   nie   powinni   robić   ze   swoimi   ciałami.   Na   przykład   biegać. 
Ćwiczyć   jogi.   I...   jakkolwiek   nazywa   się   to   coś,   co   właśnie   widział   na 
ilustracjach w książce.

Joga. Otarł się o nią - był wtedy najbliżej wygięcia ciała w kształt podobny do 
pozycji, którą przybrali tamci dwaj faceci w książce. I nie śpieszył się, żeby 
wracać do ćwiczeń. Poza tym jedyny powód, dla którego w ogóle zaprzątał 
sobie głowę jogą, to dziewczyna. Tak zwariował na punkcie Bree, że 
eksperymentował z mnóstwem szalonych rzeczy: jogą, bieganiem, sokami z 
ekologicznych owoców. Może to samo dotyczyło Grega? Dan nigdy w życiu 
nie spotkał nikogo, kto kochałby książki tak mocno jak on. Może po prostu 
wszystko mu się pomieszało? Może było tak, jak mówił jego ojciec, i po prostu 
przeniósł miłość do książek na ich przyjaźń? Aha, jaki ojciec, pseudogej, taki 
syn. Przemykając się w tłumie turystów na chodniku, Dan zgasił papierosa i 
głęboko wcisnął ręce do kieszeni postrzępionych brązowych sztruksów. Nie 
jesteś' gejem. Obraz Bree, nagiej i błyszczącej od potu w przegrzanej sa!i do 
ćwiczeń, sprawił, że Danowi nagle zaparło dech. Trochę zakręciło mu się w 
głowie. Co to za uczucie? Wydawało się znajome i zarazem obce. I poczuł coś 
jeszcze - stanął mu. W samym środku dnia na ulicy, jakby był dzieciakiem. 
Spojrzał w dół. Nie mógł powstrzymać uśmiechu. To była najlepsza erekcja w 
jego życiu! Myśli o Bree, jej nagiej skórze, mokrej od potu, kiedy wyginała 
plecy i kładła dłonie na podłodze, sprawiła, że serce zaczęło mu szybciej bić.

Zapalił jeszcze jednego papierosa, żeby uczcić dowód na to, że on, Dan 

background image

Humpbrey, z pewnością nie był gejem. Musiał się powstrzymać, żeby nie 
skakać z radości. Och, bo to absolutnie nie byłoby gejowskie.

duch przeszłości ze szkoły średniej

- Dziewczyny!   Przyjechały   dziewczyny!   -   wrzasnął   chło

pak, którego Serena nie rozpoznała.

Zatoczył   się   na   kamiennych   schodach,   prowadzących   z   wejścia   na 

podjazd, ściskając jeden z antyków matki, kryształowy kieliszek. Zasalutował 
nim, kiedy Serena wysiadła z astona martina, i oblał stopnie szampanem.

- Stary, to moja siostra.

Erik van der Woodsen odepchnął zataczającego się chłopaka i popędził do 

Sereny. Włożył pogniecioną niebieską koszulę w paski (zostawił rozpięte trzy 
górne  guziki)   i spodnie   khaki,   które  już   strzępiły  się  na  nogawkach.  Jasne 
włosy miał potargane, a wielkie niebieskie oczy przekrwione, ale jak zwykle 
prezentował się bardzo przystojnie.

Cześć, siostruniu.

Widzę, że impreza już się zaczęła. - Objęła brata, podekscytowana. - Na 
wypadek gdybyś zapomniał, moje urodziny są dopiero jutro.

Tylko raz w życiu ma się osiemnastkę. - Złapał ją w ramiona i z łatwością 
uniósł. - Wszystkiego najlepszego w prawie urodziny,

To dla mnie?

142

U3

Szeroki   uśmiech   pojawił   się   na   jej   twarzy.   W   porządku,   nie   tak   sobie 

wyobrażała urodzinową imprezę, ale to słodkie, że jej brat pamiętał. Nawet 
jeśli był to tylko dobry pretekst, żeby zabalować.

Za jej plecami Blair i Nate poruszyli się na tylnym siedzeniu. Serena sama 

chciała prowadzić - najlepiej znała drogę, a Blair nie potrafiła jeździć  bez 
automatycznej   skrzyni   biegów.   Ale   czy   musieli   znowu   jechać   na   tylnym 
siedzeniu? Oboje? Kim niby była, ich szoferem?

Najwyraźniej.

Co u was? - powitał ich Erik.

Cześć.   -   Nate   skinął   głową.   -   Dobry   pomysł   z   tą   imprezą,   prawie 
zapomniałem, że jutro masz urodziny - zwrócił się do Sereny.

Blair wzięła przyjaciółkę za ręce.

- Jaki koktajl jest stosowny dla jubilatki?
A jaki nie?

background image

Scena nad basenem przypominała trochę dziwaczną komedię o college'u. 

Stada ewidentnie pijanych facetów w szortach skakały do wody, ochlapując 
kumpli siedzących w pobliżu, Tłum kręcił się przy wysokich przeszklonych 
drzwiach, które prowadziły do biblioteki... i dobrze zaopatrzonego baru. Było 
tam   niewiele   dziewczyn   -   dwie   wyciągały   się   na   leżakach   przy   desce   do 
skoków, trójka rozchichotanych bawiła się w jakąś pijacką grę. W każdym 
miejscu,   gdzie   się   zebrały,   zaraz   się   pojawiali   śliniący   się   na   ich   widok 
chłopcy.   Ktoś'   podłączył   iPoda   do   stereo   van   der   Woodsenów   i   powietrze 
wypełnił uporczywy łomot Arctic Monkeys.

- Wreszcie czuję, że zaczęły się wakacje.

Blair wysunęła stopy z białych skórzanych klapków Prądy i oparła je o 

ogrodowy stolik z kutego żelaza. Z roztargnieniem zakręciła kostkami lodu w 
krwawej mary.

- Tak jakby.

Serena opadła na oparcie niewygodnego krzesła i przyjrzała się tłumowi, 

który rzekomo zebrał się, aby świętować jej urodziny. Chłopaków było więcej 
od dziewczyn jakieś dziesięć milionów razy. Niektórych z nich rozpoznawała - 
dawni kumple Erika od tenisa, współlokatorzy z Brown - ale nie widziała zbyt 
wielu  znajomych  twarzy w  tym  tłumie.  Może i była gwiazdą   przyjęcia,   ale 
zastanawiała się, ilu z nich o tym w ogóle wie.

To jej impreza i jeśli zechce, może się naburmuszyć.

- Cholera.   -   Blair   osuszyła   szklankę.   -   Chyba   chciało   mi

się pić. Chcesz jeszcze jednego drinka?

Serena pokręciła głową, O mało nie wylała nietkniętego cosmopolitana.

Nie, dzięki,

Zaraz wracam.
Serena patrzyła zza okularów w emaliowanych oprawkach, jak Blair wstaje 

i idzie do baru. Erik stal nad butelkami z alkoholem, które ustawił w linii, jak 
ołowiane żołnierzyki, na rzeźbionym mahoniowym barze. Nate trzymał się z 
boku,   z   rękoma   wciśniętymi   głęboko   do   kieszeni   podniszczonych   szortów 
khaki. Serena obserwowała, jak Nate udaje, że nie widzi Blair przepychającej 
się przez tłum w jego stronę.

Interesujące.

Obudziła   się   rano,   słysząc   chichoty   Blair,   ale   kiedy   zapytała,   co   ją   tak 

rozśmieszyło, przyjaciółka westchnęła i powiedziała: „To tylko Natie". Natie? 
Potem w samochodzie Serena cały czas zerkała w lusterko, ale za każdym 
razem Blair po prostu spokojnie gapiła się przez okno, ale Nate miał zamknię-
te oczy. Dlaczego więc czuła się tak,,, dziwnie?

Wzięła   kieliszek   i   wypiła   mały   łyczek   cierpkiego   drinka.   Wreszcie 

rozpoznała kogoś w tłumie - chłopaka o szerokiej

144

10 - Nigdy ci nie skłamię

145

piersi   i   ciemnych   kręconych   włosach,   który   siedział   na   brzegu   basenu   i 
moczył   w   wodzie   nogi.   W   jego   brązowych   oczach   dostrzegła   znajomą 
iskierkę,   gdy   przyglądał   się   ludziom   i   bębnił   smukłymi   palcami   w   szyjkę 

background image

butelki z winem. Na pełnych ustach igrał uśmieszek. Serena wiedziała, że za 
tymi wargami kryły się dwa rzędy śnieżnobiałych zębów. Potrafiła wyobrazić 
sobie jego uśmiech i niemal słyszała jego drżący głos, gdy szeptał słowa, po 
których uciekła. Wtedy widziała go po raz ostatni. Dokładnie rok temu.

Henry był basistą w jazzowym zespole w Hanover. Był wysoki i przystojny, 

uśmiechał się szelmowsko, a ciemne loki wiecznie opadały mu na oczy. Pokój 
Sereny   w   internacie   znajdował   się   dokładnie   pod   jego   pokojem.   Czasem 
późną   nocą   rzucała   podręcznikiem   w   sufit   i   czekała,   aż   on   w   odpowiedzi 
upuści   cos'   ciężkiego   na   podłogę.   Czasem   -   właściwie   to   bardzo   często   - 
wymykali się na dach, pili whisky i palili cygara. Byli dobrymi przyjaciółmi, a 
kiedy   skończył   się   rok   szkolny,   wylądowali   w   Ridgefield   -jego   rodzina 
mieszkała tu cały rok, a ona spędzała lato. W noc przed jej siedemnastymi 
urodzinami siedzieli do późna, pili, gadali i wylądowali na korcie tenisowym, 
gdzie położyli się na plecach i czekali na spadające gwiazdy. I koniec końców 
zaczęli się całować. A potem Henry powiedział: „Kocham cię". Zamiast coś 
odpowiedzieć, Serena uciekła do domu, zarezerwowała bilet do Paryża, do 
brata,   który   tam   wyjechał,   i   nigdy   więcej   nie   rozmawiała   z   Henrym. 
Oczywiście, że go lubiła. Serio. Ale miłości nie da się z niczym pomylić, a 
wtedy mogła kochać tylko jednego chłopca. 1 być może teraz też...

Serena przechyliła drżącymi rękoma kieliszek i wypiła jego zawartość. Tylko 
ja mogę zafundować sobie załamanie nerwowe przed osiemnastką, 
pomyślała. - Cześć. Pamiętasz mnie?

Głos Henry'ego całkiem ją zaskoczył.

Zastanawiałam się, kiedy podejdziesz się przywitać. Podciągnęła kolana 
do piersi i się uśmiechnęła.

Mógłbym powiedzieć to samo.

Nogi krzesła zazgrzytały o beton, gdy odsunął je, żeby usiąść,

- Świetnie wyglądasz.

- Dzięki.   -   Uśmiechnęła   się   nieśmiało,   upijając   łyk   drin

ka.

Bawiła się nerwowo papierosami, które leżały na stoliku.
Henry   przypalił   jej   gauloise'a   -   lekko   drżały   jej   ręce   -a   potem   sam 

poczęstował   się   papierosem.   Serena   wydmuchnęła   obłoczek   dymu,   który 
odpłymd, niesiony podmuchem wiatru.

- Co   się   właściwie   z   tobą   działo?   -   Henry   się   uśmiechnął,

zamyślony   przyglądał   się   twarzy   Sereny.   -   Tak   po   prostu...
wyjechałaś.

Serena odwróciła wzrok.

Wysłałem   ci   kilka   e-mali   -   ciągnął   Henry.   -   Ale   nie   dostałem   żadnej 
odpowiedzi...  Kiedy spróbowałem znowu, twoje szkolne konto było już 
zamknięte.

Chyba   musiałam   pobyć   chwilę   sama,   żeby   wszystko   sobie 
uporządkować. A potem wróciłam do Nowego Jorku. -Złapała pasemko 
włosów zza ucha i z roztargnieniem zaczęła się nim bawić. Uśmiechnęła 
się smutno. - To długa historia.

Taka,   której   ona   sama  nie   rozumiała,   nie   wspominając   już   o  tym,   żeby 

background image

komuś ją opowiedzieć.

Na pewno?
Serena   spojrzała   nad   ramieniem   Henry'ego   na   tłum   gości.   Niektórzy, 

półnadzy, wyciągali się na słońcu, inni tańczyli, choć niezupełnie zgadzali się 
z muzyką. Była też Blair, sącząca krwawą mary i uśmiechającą się nieśmiało 
do Nate'a, który trzymał piwo i szczerzył głupio zęby. Serena znowu spojrzała

146

147

na Henry'ego. Zupełnie jakby czas się zapętlil, Blair i Nate całkiem zapomnieli 
o jej istnieniu, a Henry z oddaniem gapił się na nią, jakby nic się nie zmieniło.

- To moja urodzinowa impreza, wiesz? - powiedziała

w końcu.

- Myślisz,   że   zapomniałem?   -   Złapał   ją   za   rękę   nieco

chropowatymi   palcami   muzyka.   -   Dlatego   przyszedłem.   To
nasza rocznica.

Serena przełknęła ślinę. Wszystkiego najlepszego!

za kulisami

*

- Jesteśmy   teraz   w   ptaszarni.   -   Vanessa   praktycznie

wrzeszczała,   żeby   przekrzyczeć   ćwierkanie   i   szczebiot   jaskra
wo   ubarwionych   ptaków,   które   chaotycznie   latały   po   prze
szklonym pomieszczeniu.

Oparła   wygodnie   kamerę   i   obróciła   się,   żeby   sfilmować   całe   ogromne, 

wypełnione roślinami pomieszczenie. Ptaki w każdym możliwym odcieniu - od 
żółtego jak słonecznik, przez błękit Tiffany

7

ego po szkarłat krwawej mary - 

trzepotały   podciętymi   skrzydłami   i   przeskakiwały   z   konara   na   konar   w 
żałosnych próbach lotu, którego nigdy nie dos'wiadczyły.

- Powiedziano   mi,   że   w   tym   właśnie   miejscu   Bailey   Winter

tworzy   większość   wstępnych   szkiców   -   ciągnęła.   -   Ci,   którzy
znają jego prace, mogą rozpoznać kolory z ostatniej kolekcji.

Skierowała   kamerę   na   maleńkiego   ptaszka   ćwierkającego   na   liściu 

bananowca w donicy.

Ujęcie   było   pełne   życia.   Kolorowe   ptaki   krążyły   pod   wysokim   sufitem 

ptaszarni,   a   słońce   lało  się   w   dół   grubymi   snopami.   Kompozycja   była   bez 
zarzutu,   symetryczna,   ale   pełna   dynamizmu.   Vanessa   w   myślach   zaczęła 
planować   całą   serię   dokumentów   o   procesie   twórczym   różnych   artystów. 

background image

Może zrobiłaby jeden o Danie i uchwyciła jego życie w roli pisarza.

149

I jeden o Kenie Mogulu, żeby zbadać, jak to jest być światowej sławy filmowcem.

I dziwakiem.
Rattanowy   stolik   ze   szklanym   blatem   zawalony   był   zabaz-granymi   kartkami, 

ołówkami i kieliszkami z niedopitym mar-tini. Vanessa podeszła do stanowiska pracy 
i złapała ostrość na nieukończonych szkicach.

- Za   kilka   miesięcy   te   szkice   zamienią   się   w   szyfon   i   je

dwab.   -   Vanessa   ze   wszystkich   sił   starała   się   przypomnieć   so
bie   nazwy   materiałów,   którymi   rzucała   czasem   Blair   w   krót
kim   okresie,   gdy   mieszkały   razem.   -   Tylko   pomyślcie,   teraz   te
pomysły   to   tylko   bazgroly,   ale   już   wkrótce   będą   maszerowały
po czerwonym dywanie na rozdaniu Oscarów.

Vanessa poprawiła ostrość, żeby lepiej uchwycić słabe linie rysunków.

- Teraz   widzimy,   jak   przebiega   proces   twórczy   Baileya

Wintera.   Zaczyna   się   od   czegoś   tak   prostego   jak   kolor   upie
rzenia.   Po   kilku   szkicach   ołówkiem   i   paru   martini...   -   Urwała,
bo   naprawdę   nie   miała   pojęcia,   jak   opisać   sukienki   albo   modę
i   nawet   nie   wiedziała,   czy   szyfon   to   rzeczywiście   nazwa   ma
teriału.   Może   to   jakiś'   deser?   -   Jedyna   rzecz,   której   nie   mogę
wam   pokazać,   to   to,   co   dzieje   się   w   umyśle   projektanta.   Praw
dziwy proces twórczy.

Albo   pijacki.   Przesunęła   kamerę   na   armię   niecałkiem   pustych   kieliszków   po 

winie.

- O mój Boże.

Vanessa obróciła się, odruchowo chowając kamerę za plecy.

Ups.

- Co   ty   tu   robisz?   -   Bailey   zatrzasnął   za   sobą   szklane

drzwi,   żeby   cenne   ptaki   nie   uciekły   do   ogrodu.   -   Vanesso,   Va-
nesso   -   zacmokał.

 -

 Do   ptaszarni   nikomu   nie   wolno   wchodzić.

Tutaj   przychodzę,   żeby   pomyśleć   i   znaleźć   inspirację!   Zakłó
cisz   równowagę   twórczej   energii   samą   swoją   obecnością!

150

No jasne! Równowaga energii!

Proszę, kochana, cofnij się trochę. Tylko nie rysunki. Nikt nie może ich zobaczyć, 
dopóki nie skończę wstępnych szkiców.

Przepraszam. - Vanessa niezgrabnie wycofywała się, próbując udawać skruchę. 
Nakrapiana   na   błękitno   papuga   zaskrzeczała   głośno   tuż   koło   jej   ucha.   -   Po 
prostu próbowałam się rozgościć. No wiesz, tak jak zasugerowałeś.

Cóż,   jest   różnica   między   byciem   gościem   a   zwykłym   intruzem.   -   Bailey 
zmarszczył brwi i przycisnął papiery do piersi, zasłaniając je przed Vanessą. — 
Możesz   poruszać   się   po   całej   posiadłości   z   wyjątkiem   ptaszarni.   To   święta 
przestrzeń, kochana. Jestem duchowo nagi, kiedy przekraczam ten próg.

Hm, dopóki nie jest nagi dosłownie...

Będę o tym pamiętać - obiecała mu Vanessa. Cofała się powoli, nadal chowając 

background image

za plecami kamerę,

Tak, tak, wiem, że będziesz. - Bailey odłożył papiery z powrotem na stolik, ale 
zasłaniał je wyciągniętymi pulchnymi rękami. - Wybaczam.

Dobra, wobec tego pójdę już. - Vanessa odwróciła się szybko, żeby czmychnąć z 
ptaszarni.

Och! - Pisk Baileya spłoszył ptaki.

Setki przerażonych ptaków wzbiło się ku sufitowi tak daleko, jak mogły je unieść 

przycięte skrzydła.

- Tak?   -   zapytała   Vancssa,   nadal   niezręcznie   próbując   za

słonić kamerę.

- Czy to jest... kamera?!
Błyskotliwe spostrzeżenie.

- Bailey,

 

pozwól,

 

że

 

wyjaśnię.

 

-

 

Vanessa

 

zaczerwieniła

się.   -   Miałam   nadzieję...   to   znaczy,   byłam   tylko   zaintereso
wana...

 

potrzebowałam,

 

no

 

wiesz,

 

chciałam

 

udokumentować

proces   twórczy,   ideę   stojącą   za   pomysłami.   To   znaczy,   całą   hi
storię stojącą za...

151

Bailey skoczył na równe nogi. Stał, trzęsąc się i gapiąc na

Yanessę.

- Powiedz   mi   tylko   jedno.   Muszę   wiedzieć...   Więc   ty?

Nie, nie mogłaś. Przecież nie mogłaś' tutaj filmować, prawda?

- Ehm, nie...
Próbuj dalej.

Te szkice są ściśle tajne! O mój Boże. Wielkie niebiosa. Wiesz, co by się 
stało, gdyby ktoś' je zobaczył? Są ludzie, którzy zapłaciliby... nie wiem 
ile, ale bardzo dużo za to. żeby zerknąć, ledwo rzucić okiem na to, co 
planuję   na   nadchodzące   sezony.   Po   prostu   nie   mogę   ryzykować 
konkurencji. - Wyglądał tak, jakby miał zemdleć. -O mój...

Bailey,   obiecuję,   nie   zamierzałam   sprzedać   twoich   sekretów   ani   nic 
takiego. Jestem filmowcem, wiesz, i uznałam, że to doskonały materiał 
na   dokument.  -  Vanessa   uśmiechnęła   się   do   niego   z   nadzieją.   Na 
ramieniu projektanta wylądowała cytrynowa ara, ale ją spędził. - Może 
powinnam już iść...

Vanessa nagle się przestraszyła, że Bailey mógłby zażądać, aby oddała 

mu wszystko, co nakręciła przez ostatnie dni.

Tak, marsz do pokoju. - Projektant był bliski płaczu. - Potrzebuję chwili, 
żeby   zebrać   myśli.   Przy   kolacji   porozmawiamy.   co   zrobimy   z   twoim 
wybrykiem.

Jasne. - Vanessa zmarszczyła brwi.

Naprawdę odsyłał ją do pokoju? Coś takiego nie przydarzyło jej się od... 

właściwie   to   nigdy.   Nikt   nigdy   nie   odesłał   Vanessy   Abrams   do   pokoju! 
Oczywiście pójdzie do siebie. Pójdzie i się spakuje. Film filmem, ale miała już. 
po dziurki w nosie Hamptons i absurdów Baileya. A co do kolacji, cóż, jeśli 
wszystko   pójdzie   dobrze,   o   tej   porze   będzie   już   bezpiecznie   siedziała   w 
pociągu jadącym do miasta i jedynego miejsca. gdzie czuła się jak w domu - 

background image

mieszkania Dana Humphreya.

Tam dom twój, gdzie serce twoje!

te dwa krótkie słowa

- Jeszcze jednego?

Blair pokręciła głową i wskazała na uszy, żeby dać do zrozumienia, że nie 

słyszy Nate'a przez hałas. Impreza, w miarę jak mijał dzień, coraz bardziej się 
rozkręcała.   Popołudniowe   słońce   nadal   wisiało   wysoko,   ale   goście   byli 
napaleni, głodni i pijani. Erik pomyślał i rozpalił wielkiego grilla. Posłał nie-
licznych,   względnie   trzeźwych   gości   do   sklepu   po   jedzenie.   W   powietrzu 
unosił się charakterystyczny, letni zapach grilla. Blair aż zakręciło się od tego 
w głowie.

A może od czterech krwawych mary?
Nate pochylił się i szepnął jej do ucha.
- Powiedziałem, że idę po drinka? Masz na coś ochotę?
Jego gorący oddech łaskotał ją w szyję. Zamknęła oczy,

żeby pokój przestał wokół niej wirować.

Poproszę szklankę wody.

Spoko.

Nate wziął ją za rękę i poprowadził do biblioteki. Posadził na zniszczonej 

sofie z brązowego zamszu, a sam ruszył do kuchni.

Blair ziewnęła. Długa jazda samochodem zawsze ją usypiała, a ostatniej 

nocy nie wypoczęła za bardzo, chociaż przeleżeli

152

153

w   łóżku   prawie   dwadzieścia   cztery   godziny.   Jak   mogła   spać,   kiedy   tuż   koło   niej 
oddychał Nate? Za każdym razem, kiedy chciała się obrócić i poprawić poduszki, nie 
mogła, bo to oznaczało, że puściłaby jego rękę. Zamknęła oczy, myśląc o tym.

- Ej, cześć, śpiąca królewno.

Blair poczuła delikatny pocałunek na czole. Uśmiechnęła się, nie otwierając oczu. 

Miała wrażenie, że minęła wieczność, odkąd czuła te usta na twarzy. Ale kiedy w 
końcu uniosła ciężkie powieki, aż ją zatkało. To nie był Nate, tylko Erik. Pochylał się 
naci nią z szerokim uśmiechem. Przystojny książę, ale nie ten, co trzeba.

Zbyt wielu książąt, za mało czasu...

- Cześć, Erik.

Blair złapała poduszkę i przycisnęła ją do piersi. Wyglądał całkiem jak Serena, tyle 

że był chłopakiem. Począwszy od blond włosów, a skończywszy na spokojnej aurze, 

background image

która   go   otaczała.   Przy   nim   czuło   się,   że   wszystko   jest   w   absolutnym   porządku. 
Sposób, w jaki trzymał szerokie ramiona, zdradzał, że jest zapalonym tenisistą. Kiedy 
się   us'miechał,   robiły   mu   się   w   kącikach   niemal   granatowych   oczu   takie   same 
maleńkie,   zabawne   zmarszczki,   co   siostrze.   Minęło   chyba   milion   lat,   odkąd   coś 
kombinował z Blair.

Tak, miała to już za sobą,

- Posuń   się,   -   Erik   klapnął   obok   niej   i   wyciągnął   ręce   na

oparciu.   Westchnął   głęboko.   -   Impreza   wymknęła   się   spod
kontroli i nawet nie mogłem z kimkolwiek pogadać.

- To znaczy, że impreza jest udana - odparła sennie Blair.
Zerknęła w otwarte drzwi, szukając wzrokiem Nate'a, ale

zniknął w tłumie imprezowiczów czekających przy barze na dolewkę.

- Kurczę,   nie   widziałem   cię   od...   Czy   ja   wiem?   Chyba   od

wyjazdu do Sun Va11ey?

Blair zauważyła, że język mu się plącze. Ululał się jeszcze bardziej niż ona.

- Chyba   tak   -   odparła   z   roztargnieniem,   chociaż   widzieli

się   w   przelocie   na   zakończeniu   roku   w   Constance   Billard   rap
tem parę tygodni temu.
Nie warto było o tym wspominać. Właściwie to wolała zakończyć tę rozmowę niż ją 
przedłużać. Proszę, jak się wszystko zmienia.

Wyglądasz przepięknie. - Pogładził opaloną ręką włosy Blair i posłał jej nieco 
pijany i dwuznaczny uśmiech.

Twoja woda, - Nate pojawił się dosłownie znikąd i podał Blair lodowato zimne 
pellegri.no.

Co u ciebie? - wybełkotał Erik, opierając się o Blair. - Dobrze się bawisz?

Pewnie,   ale   ludzie   chyba   zgłodnieli.   Paru   gości   wróciło   z   zakupami,   ale   nie 
wiedzą, jak włączyć grilla,

Stary, ja tu jestem mistrzem od grilla, - Erik wstał i ziewnął, wyciągając ręce. - 
Blair, znajdziesz mnie później?

Poklepał Nate'a po ramieniu i zniknął w tJumie za drzwiami.

Dzięki. - Blair upiła duży łyk zimnej wody. Nate wyszczerzył zęby.

Był zalany, miałem wrażenie, że trzeba cię ratować. Zawsze będziesz mnie 
ratował? Prawie wypowiedziała tę

myśl na głos. To była linijka ze Śniadania u Freda. Czytała tekst z Sereną tyle razy, że 
nauczyła się całego scenariusza na pamięć. W filmie, który był jej życiem, Nate to 
wspaniały główny bohater, który zawsze się pojawia i ją ratuje.

Nate   usiadł   na   wygrzanej   przez   Erika   sofie,   pogrzebał  w   kieszeniach,   szukając 

zapalniczki,   i   zaczął   się   nią   bezmyślnie   bawić.   Zmrużył   ztocistozielone   oczy   w 
skupieniu. Blair wiedziała, że to oznacza albo głębokie zamyślenie, albo odlot

154

15.5

po marihuanie. W końcu podniósł wzrok i spojrzał jej w oczy. Blair aż dech 
zaparło.

Myślisz, że moglibyśmy pójść na górę... i...

Na górę?

background image

Znów   napiła   się   wody.   Była   z   Nate'em   milion   razy,   rozmawiała   z   nim 

milion razy, całowała się z nim milion razy. Nie było w tym nic nowego, a 
jednak czulą się zupełnie inaczej.

Aha - mruknął. Nerwowo bawił się zapalniczka. - Moglibyśmy iść na górę 
i... porozmawiać?

Porozmawiać - powtórzyła.

Zmieniła się piosenka: z Clap Your Hands Say Yeah na Hey Ya. Chociaż to 

był stary kawałek, podłoga zadrżała, gdy wszyscy zaczęli tańczyć w salonie.

- Ja tylko... - zaczai, znowu pstrykając zapalniczką.

-Ja...

Blair   wstała   i   złapała   Nate'a   za   rękę.   Ściągnęła   go   z   sofy.   Chciała   w 

spokoju   posłuchać   tego,   co   chciał   jej   powiedzieć.   Wyciągnęła   Nate'a   z 
biblioteki i poprowadziła przez tłum w salonie, cały czas trzymając za rękę, 
żeby go nie zgubić. Minęła Serenę na dole schodów, ale nie odezwała się 
nawet słowem. Nate nagle zatrzymał się w połowie szerokiej, wypolerowanej, 
mahoniowej klatki schodowej.

Co się stało? - zapytała, odwracając się.

Ja... muszę ci coś powiedzieć - wyjąkał.

Na górze - ponagliła go, ciągnąc za rękę.

Nie   ruszył   się,   więc   znowu   się   odwróciła.   Spojrzała   na   niego   w   dół   z 

wyższego schodka. Teraz byli niemal takiego samego wzrostu.

- Po   prostu...   -jąkał   się.   Spojrzał   jej   w   oczy.   -   Kocham

cię — szepnął w końcu.

Nareszcie.

poczekaj do północy

- Kocham cię.
To bez wątpienia był głos Nate'a. Usłyszała go wyraźnie, mimo krzyków 

kręcącej się w kółko hipiski, która wymachiwała rękoma do Hey Ya i uderzyła 
Serenę w twarz długimi, pachnącymi olejkiem dredami.

Kochał Blair.

Serena   nigdy   by   nie   zgadła,   że   Nate   Archibald   tak   dobrze   zna   swoje 

uczucia.   Mimo   to  wiedziała,   że   powiedział   prawdę.   On   rzeczywiście   kochał 
Blair. Widziała te znaczące spojrzenia, które rzucali sobie nawzajem, odkąd 
uciekły   z   posiadłości   Baileya   Wintera.   A   sposób,   w   jaki   Blair   wcisnęła   się 
między   nich   wczoraj   na   łóżku,   był   oczywisty.   Poczuła,   jak   zaciska   jej   się 
żołądek - zupełnie jak wtedy, kiedy droga znika spod kół samochodu szybciej, 

background image

niż się spodziewałaś. To były jej urodziny - no, prawie - i jej przyjęcie. Więc to 
jej należało się trochę ciepła i czułości, prawda?

Zawahała się. Przysiadła między wytapetowaną ścianą i wielkim, stojącym 

zegarem, skąd miała doskonały widok na wszystko, co się działo w domu.

Bawimy się w szpiegowanie?

157

Wyjrzała zza zegara na Nate'a i Blair na schodach. Patrzyli sobie w oczy. 

Ich paice splotły się i oboje zniknęli na górze. Poszli do sypialni rodziców. 
Serena zaniknęła oczy i przepchnęła się przez tłum do baru. Zawsze miała 
whisky. Henry'ego i cygara. Niekoniecznie w tej kolejności.

- Jesteś.

Serena zatoczyła się lekko, ale mocno ściskała kryształową szklaneczkę 

wypełnioną - ponownie - whisky ojca, którą schowała przed resztą gości. To 
były   jej   urodziny   i   jej   dom,   dlaczego   nie   miałaby   zachować   dla   siebie 
najlepszej rzeczy?

- Serena.

Znajomy glos Henry'ego zahrzmiał wśród nocy. Już sama świadomość, że 

jest w pobliżu, była miła. Byl taki przystojny i pewnie nadal ją kochał...

A może po prostu ona trochę się wstawiła?
Komuś   udało   się  rozpalić   ognisko  w  ogrodzie   na   tyłach  domu.   Henry   i 

trójka facetów, których Serena nie znała, skupili się wokół ognia, ogrzewając 
się   -   wieczór   był   zaskakująco   chłodny.   Nie   licząc   migoczących   płomieni   i 
gwiazd   nad   głową,   noc   była   ciemna.   To   był   znajomy,   przyjemny   mrok. 
Serena spędziła tu tyle letnich nocy. Na przykład tę, kiedy porzuciła Henry

ego.

- Szukałam cię.

Usadowiła się obok niego na jednej z niskich, kamiennych ławek, które 

otaczały dół na ognisko. Miała na sobie stare, obcięte dżinsy Seven. Henry 
nadal siedział w kąpielówkach. Ich nogi i kolana niemal się dotykały.

- Znalazłaś mnie,

Przypalił następnego papierosa od malutkiego niedopałka.

- To   twoje   urodzinowe   przyjęcie,   tak?   -   zapytał   jeden

z pozostałych chłopaków. Serena przypomniała sobie, że to

chłopak   z   pierwszego   roku,   który   mieszka   razem   z   jej   bratem,   ale   nie 
pamiętała jego imienia.

Moje   urodziny   są   jutro.   -   Serena   zerknęła   na   zegarek   od   Chanel.   - 
Właściwe   to   za   dziewięćdziesiąt   siedem   minut.   W   dzień   rewolucji 
francuskiej.

Vive la France!  - Henry wzniósł butelkę tequili Corzo i stuknął się z jej 
kieliszkiem.

Vive   la   France!  -   Serena   opróżniła   szklaneczkę   jednym   haustem.   - 
Tęskniłam za tobą - dodała, chociaż to nie do końca była prawda.

Kiedy tylko wróciła do miasta, zapomniała o Henrym.

- Ja   za   tobą   też.   -   Henry   otworzył   butelkę,   dolał   im   do

background image

szklanek   i   podał   butelkę   na   lewo.   -   Urządźmy   sobie   prywatne
przedurodzinowe przyjęcie.

Serena spojrzała w górę na migoczące gwiazdy. Otoczenie przypominało 

jej sytuację sprzed roku, a nawet sprzed dwóch lat, kiedy wszystko wyglądało 
całkiem   inaczej,   a   zarazem   zupełnie   tak   samo.   Odwróciła   się   i   napotkała 
wzrok Henry'ego. Chciała, żeby znowu odwrócił jej uwagę. Potrzebowała tego, 
żeby zapomnieć o tym, co pewnie teraz działo się w łóżku jej rodziców.

A co się stanie o północy? - zapytała. Wąchała niepewnie tequilę.

O północy? - Henry stuknął się z nią szklaneczką i wypił drinka. - Wtedy 
dostaniesz swój prezent.

O ile Serena wcześniej nie zaśnie.

158

zanosi się na miłość

Wygodnie wam, chłopcy? - Rufus wsunął rozczochraną głowę do salonu. 
-   Nie   trzeba   wam   niczego?   Mam   w   mikserze   pesto   z   migdałów   i 
soczewicy.

Nie, panie Humphrey, i tak jest pan zbyt uprzejmy! - Greg grzecznie się 
us'miechnął i odwrócił do Dana. - Twój ojciec to odlot.

Dan wziął głęboki wdech i pilotem podkręcił głos w zniszczonym, starym 

telewizorze Humphreyów, w którym oglądali program o bitnikach. Chociaż 
zupełnie   o tym nie  pamiętał,  najwyraźniej  po  pijanemu  zaprosił  Grega  na 
wspólne oglądanie.

Kto wie, co jeszcze zaproponował mu po pijaku?

Yhm. - Dan bezmyślnie wsunął do ust garść prażonej kukurydzy, żeby 
tylko coś zrobić z rękoma. - Dzięki za popcorn.

Nie ma sprawy. - Greg sięgnął do plastikowej miski, muskając palcami 
dłoń Dana. - Wspomniałeś, że ojciec nie gotuje najlepiej, więc uznałem, 
że warto cos' przynieść,

Wspomniałem?

- Hm, no to świetnie.

Dan zachichotał nerwowo. Zauważył, że ojciec postawił dziwaczny wazon 

w kształcie penisa na półce wyładowanej

160

książkami. Na ścianach w zaniedbanym salonie wyjątkowo mocno malowały 
się zacieki.

background image

In vino yeritas - zaśmiał się Greg.

Dan rozpoznał łaciński aforyzm - ludzie częściej mówią to, co mysią, gdy 

są   pijani.   „W   winie   kryje   się   prawda"   -   tata   zawsze   to   powtarzał   przed 
opróżnieniem całej butelki merlota.

- Siary,   popatrz   na   Kerouaca.   On   jest...   elektryzujący

— zauważył Greg.

Dan   przyjrzał   się   słynnemu   pisarzowi   na   migoczącym   ekranie. 

Rzeczywiście był elektryzujący. Niemal... przystojny. Czy trzeba być gejem, 
żeby tak myśleć? Poczuł kłucie w żołądku. Było w tej scenie coś niepokojąco 
znajomego. Oto siedzi na sofie, obok czuje ciepło i ciężar innego ciała, w te-
lewizji puszczają dokument o znanej postaci. Co mu to przypominało?

A może raczej kogo?
Dan mógł czasami być bezmyślny, ale teraz wiedział, do czego to zmierza. 

Światła   przygaszone,   w   telewizorze   historie   o   jakichś   ubawionych, 
nieodpowiedzialnych,   wyjętych   spod   prawa   pisarzach,   ciepły   wieczór   i 
wygodna sofa. To się mogło skończyć tylko w jeden sposób. Całowaniem.

Po raz kolejny, ściśle rzecz ujmując.

Nie widzę za dobrze, a ty? - Dan sięgnął w lewo i włączył obtłuczoną, 
ceramiczną   lampkę,   żeby   w   pokoju   zrobiło   się   trochę   mniej 
romantycznie.

Teraz lepiej widzę ciebie, - Greg nieśmiało uśmiechnął się do kumpla.

Jasne. - Dan zdjął z kolan wielką plastikową miskę i ustawił ją między 
sobą a Gregiem. - Będzie wygodniej sięgać -wyjaśnił.

Poklepał się niespokojnie po kieszeniach. Marzył o papierosie.. . ale chyba 

nie ośmieli się zaryzykować. Był przekonany,

11 -Nigdy ci nie skłamię

1 61

że nie ma niczego bardziej seksownego od palenia: płomyk, gdy pocierasz 
zapałkę,   leniwe   wydmuchnięcie   dymu.   Nie   chciał   przesłać   Gregowi 
niewłaściwego komunikatu.

Aha, bo wszyscy kochamy oddech palacza. Właśnie, że nie!

Na kilka minut zapadło milczenie, Dan próbował skupić się na telewizji, ale 

kątem oka obserwował każdy ruch Grega. Chłopak cały czas gładził obcięte 
na jeża blond włosy i przygryzał lekko spierzchniętą dolną wargę.

- Nie podoba ci się film?

Greg złapał spojrzenie Dana. Sięgnął po pilota i ściszył dźwięk tak, że stał 

się jedynie nastrojowym szmerem w tle.

Nie,   nie,   to   nie   to   -   wyjąkał   Dan.   -   Ja   tylko...   zastanawiam   się,   co 
powinniśmy zrobić na naszym następnym spotkaniu.

Powinniśmy zająć się bitnikami. - Greg ułożył stopy na sofie i oparł brodę 
na   kolanach.   Miał   na   policzkach   jasny,   miękki   zarost.   -   Moglibyśmy 
nawet puścić ten film... to znaczy, jeślibyś chciał.

Dan spojrzał na czarno-biały materiał z parą poetów bez koszul, pijących 

piwo   z   butelek   i   palących   papierosy.   Pokiwał   żałośnie   głową.   Nie   ma   co 
walczyć z przeznaczeniem, prawda? Teraz na pewno był gejem - gdziekolwiek 
spojrzał,   wszechświat   dawał   mu   znaki,   żeby   się   z   tym   pogodził.   Więc 
dlaczego nie potrafił po prostu objąć Grega i wtulić twarzy w jego szyję? Nie 

background image

wyglądało to źle, ale też nie wydawało się dobre.

- Kerouac! Chryste, lepiej już być nie może, co?

Rufus wszedł do salonu całkiem niezauważony. Stał za sofą, dysząc nad 

ich głowami.

Bogu dzięki za wścibskich ojców. Pochylił się i mruknął Danowi 
do ucha:

- Mówię   ci,   to   były   inne   czasy.   Gardziliśmy   regułami

i   ścisłymi   definicjami   społeczeństwa.   Po   prostu...   byliśmy
Wiesz, co mam na myśli?

- To   brzmi   niesamowicie   -   zgodził   się   Greg   i   przysunął

bliżej Dana.

Pachniał popcornem i proszkiem do prania. Smakowicie. W niegejowskim 

rozumieniu tego słowa.

Tato! Siadaj z nami! - Dan szarpnął się i złapał oparcie sofy, jakby to było 
koło   ratunkowe.   Chwycił   miskę   prażonej   kukurydzy   i   poklepał   puste 
miejsce   na   sofie.   -   Znajdzie   się   mnóstwo   miejsca   dla   jeszcze   jednej 
osoby!

Serio?! - wykrzyknął Rufus.

A   potem   zaskakująco   zręcznie,   jak   na   dużego   faceta,   przeskoczył   nad 

oparciem sofy i wylądował dokładnie między chłopcami.

- Z przyjemnością!

Dan odetchnął. Pierwszy raz w życiu tak się ucieszył na widok ojca.

- Aha,   pogadaj   z   nami.   Może   opowiedziałbyś   nam   parę

historii ze starych, dobrych czasów?

Rufus   podejrzliwie   przyjrzał   się   synowi.   Mężczyzna   miał   na   sobie 

neonowozielony   top,   opinający   się   ciasno   na   brzuchu   i   wpuszczony   w 
granatowe spodenki gimnastyczne Dana,

Chcecie posłuchać moich historii?

Pewnie. - Dan ochoczo pokiwał głową. - Greg na pewno też!

Jasne. — Chłopak uprzejmie przytaknął.

Dobra, opowiedz nam wszystko.

Dan się uśmiechnął. Historie ojca zawsze ciągną się w nieskończoność i są 

nonsensowne. Na pewno nie ma w nich za grosz romantyzmu.

162

w drogę

background image

- Więc.
Blair westchnęła seksownie. Głos miała chrapliwy i niski. Straciła rachubę, 

ile koktajli wypiła, ale teraz była całkiem trzeźwa. „Kocham cię. Kocham cię". 
On ją kochał. Oparła się o bladożółte poduszki na łóżku w cichej sypialni van 
der   Woodsenów.   Szmer   klimatyzatora   łagodził   dudnienie   muzyki   i   okrzyki 
pijanych imprezowiczów.

- Więc.

Nate stał w nogach łóżka, uśmiechając się do niej szeroko. Policzki miał 

zarumienione, oczy mu błyszczały. Przeniósł ciężar z nogi na nogę. Bardziej 
wyglądał jak ktoś, kto czeka w kolejce do łazienki, niż zamierza rzucić się na 
dziewczynę.

Blair poklepała miękką kołdrę obok siebie.

- Chodi tutaj - powiedziała ze znaczącym uśmiechem.
Tak jest, proszę pani.

Zrzucił szaroniebieskie tenisówki i skoczył na łóżko. Podskoczył na próbę, 

żeby przekonać się, czy sufit jest dość wysoko, żeby podskakiwać na łóżku, 
nie uderzając się w głowę. A potem zaczął skakać j ak szalony.

- Przestań! Przestań! - wrzasnęła.

Wstała, wzięła Nate*a za ręce i zaczęli skakać razem jak dwoje stukniętych, 
przerośniętych dzieciaków. Nagle Nate zatrzymał się i spoważniał.

- Więc, hm, to coś znaczy?

Blair nadal trzymała go za ręce, kołysząc nimi na boki.

Coś znaczy? Że niby znowu jesteśmy razem? Nate wzruszył 
ramionami.

Yhm.

Blair znowu się zaczerwieniła, tym razem mocniej.

- Lepiej żeby tak było, bo ja też cię kocham.

Nate wyszczerzył zęby, zrobił krok w jej stronę i otarł się brodą o jej czoło. 

Blair odchyliła twarz. Jego zielone oczy ze złotymi cętkami zabłysły. A potem 
ją pocałował.

Jakby już nic więcej nie mieli sobie do powiedzenia.

164

plotbr<a.net

tematy   < wstecz   dalej >■ wyślij pytanie   odpowiedź

Wszystkie nazwy miejsc, imiona i nazwiska oraz wydarzenia zostały zmienione

lub skrócone, po to by nie ucierpieli niewinni. Czyli ja.

hej, ludzie!

Czy los nie płata nam figli? Myślisz, że panujesz nad sytuacją, że kierujesz swoim 
życiem, ale tak naprawdę jesteś zdany na łaskę wszechświata. W końcu wszyscy 

background image

czytamy   horoskopy,   prawda?   I   wiemy,   że   istnieją   ludzie,   którzy   po   prostu   są   ze 
sobą... powiązani. To nie zawsze ma sens, ale nie ma po co z tym walczyć. Z radością 
donoszę o dwóch rannych ptaszkach: B wymyka się z sypialni van der Wood-senów 
po   butelkę   wody,   ubrana   w   oliwkowe   polo   N   (i   nic   więcej).   To   przeznaczenie. 
Przyzwyczajmy się do tego.

Zaczynają   napływać   poimprezowe   e-maile   i   wygląda   na   to,   że   ta   balanga   byta 
równie   znaczącym   wydarzeniem,   co   Costume   Institute   Gala.   Minus   suknie,   a 
właściwe   minus   wszelkie   stroje.   Wszyscy   mówią   o   jubilatce   i   chłopcu,   który 
najwyraźniej   był   jej   urodzinowym   prezentem...   Tak   więc,   drodzy   czytelnicy, 
zapraszam do sondy.

Wpadasz na dawną sympatię. Co robisz?

17)Zaczynasz mówić z rosyjskim akcentem i tąpiesz za wódkę.
18)Całujesz   się   z   najbliższą   w   miarę   atrakcyjną   osobą   -   nic   tak   nie   wzbudza 

zazdrości jak nowa przygoda.

19)Wspominasz   stare   czasy...   a   potem   chwalisz   się   wszystkimi   nowo   poznanymi 

sztuczkami.

166

Szanuj Ksiąi

d) Dzwonisz do S z prośbą o radę - ona już to wszystko przerobiła!

Zgadza się!  Wygląda  na to,  że  nie  tylko  B  i N  znowu  są  razem.  S tkwiła   u  boku 
starego  przyjaciela, H.  A może więcej  niż przyjaciela  Widziano go,  jak niósł ją do 
sypialni   tuż   przed   świtem.   Och.   Jakie   to   słodkie!   A   teraz   dostarczcie   mi   trochę 
brudów. Kim on jest i o co w tym chodzi? Umieram z ciekawości i wiem, że wy też!

Wasze e-maile

|3   Droga P!

W odpowiedzi na twój alarm o zaginięciu: widziatem opisany wóz, kiedy rano 
wyszedłem pobiegać. Stał zaparkowany na wysypanym biatyrm żwirem podjeź-
dzie i wygląda na to, że spali w nim jacyś ludzie! Fuj! 5Ki losów

Ęfl   Drogi 5Kilosów!

Gratuluję   porannej   dyscypliny   i   dzięki   za   świeże   nowinki,   Ale   jak   zwykle 
wyprzedzam   was   wszystkich.   Podróżująca   trójka   została   już   zlokalizowana   i 
teraz   uważnie   obserwuję,   co   wydarzy   się   dalej.   Miejmy   nadzieję,   że   twoje 
śpiące królewny obudzą się, nim wrócą nasi przyjaciele! P

mała przyjacielska rada

Jako mieszkańcy miasta przyzwyczailiśmy się do budzenia się we własnych łóżkach. 
Można imprezować całą noc w dowolnym miejscu, ale taksówka zawsze czeka, żeby 
zabrać cię do apartamentu. Na prowincji jest trochę inaczej.

167

background image

Wszyscy po prostu... śpią na miejscu. Wiem, wiem. To brzmi obrzydliwie - obudzić się 
w obcym domu, i to prawdopodobnie z jakimś obcym gościem śliniącym ci się na 
spódnicę.   W   dodatku   może   być   niezręcznie,   zobaczyć   wszystkich   w   bezlitosnym 
świetle dnia, bez zbawiennego działania alkoholu. Ale jestem we wspaniałomyślnym 
nastroju (zapytajcie lepiej, kiedy w nim nie jestem!), więc oto kilka rad:

pięć rad o piątej rano:

1) Domy na wsi mają najładniejsze łazienki. Zrób sobie miłą kąpiel i, jeśli chcesz, 
zaproś przyjaciela. Pod prysznicem znajdzie się miejsce dla dwojga- podziel się, okaż 
serce!

2} Ciuchy są w paskudnym stanie? Więc nie wahaj się i pożycz coś od gospodarza. 
Ale jeśli bierzesz coś z bielizny, zatrzymaj to. To będzie nasz sekret.

20)Boli cię głowa? Zbierz resztki szampana do koktajlu z sokiem pomarańczowym i 

dolej trochę likieru kawowego do filiżanki espresso. Być może impreza zacznie się 
na nowo.

21)Skorzystaj   z  kosmetyków   pani  domu.  Mamy  zawsze   mają  najlepszy   krem   pod 

oczy.

22)Żadnej poprawy? Sprawdź, czy gdzieś nie leżą proszki przeciwbólowe. Ej, kac to 

poważna sprawa!

Dobra, dzieciaki, czas, żebym zastosowała się do własnych rad, a potem skoczyła do 
basenu. Do czyjego? Och, chcielibyście wiedzieć, co?

Wiecie, że mnie kochacie.

plotka rd

urodzinowa melancholia

- Wszystkiego najlepszego - szepnęła do siebie Serena.

Głos   miała   zachrypnięty   i   piskliwy.   Wyszła   z   wymiętoszo-nego   łóżka   z 

baldachimem i ziewnęła żałośnie. Przez całą noc na wpół drzemała, na wpół 
czuwała. Nie mogła zasnąć, gdy obok niej zwinął się Henry. Cały czas słyszała 
w głowie głos Nate^: „Kocham cię. Kocham cię. Kocham cię",

Wsunęła   stopy   do   jaskraworóżowych,   gumowych   klapek   i,   głośno 

uderzając podeszwami, wyszła z sypialni. Nie było powodu, żeby uciekać na 
paluszkach,  Henry  tak  chrapał,  że nie  obudziłby   się  nawet, gdyby zaczęła 

background image

ćwiczyć aerobik.

Wkorytarzu   panowała   cisza.   Blade,   poranne   słońce   wpadało   przez 

ogromne   okna.   Zatrzymała   się   na   chwilę   przy   jednym,   przyglądając   się 
ogrodowi:   zielona   przestrzeń   trawnika,   spokojny   blask   basenu,   czyste 
błękitne niebo bez jednej chmurki. Zapowiadał się kolejny cudowny dzień, ale 
z jakiegoś powodu wspaniała pogoda jeszcze bardziej ją przygnębiała.

Kto by pomyślał, że Serena ma skłonność do dramatyzowania?

Objęła   nagie   ramiona   i   zaczęła   schodzić   głównymi   schodami   do 

wyłożonego   marmurem   przedpokoju.   Przyglądała   się   zniszczeniom   po 
imprezie. Kieliszki z lepkimi resztkami

169

koktajli   stały   na   stoliku   przy   wejs'ciu.   Na   podłodze   poniewierały   się 
niedopałki,   na   stoliku   do   kawy   walały   się   papierowe   talerzyki   z 
niedojedzonymi   hamburgerami.   Ruszyła   do   salonu   i   rozejrzała   się   po 
śpiących, rozkładających się na skórzanych sofach imprezo wieżach i pustych 
butelkach leżących obok nich.

Miała nadzieję, że pokojówka dzisiaj przyjdzie!
Przyjrzała się twarzom śpiących. Byli tacy spokojni, jeszcze nieświadomi 

potwornego kaca, który pojawi się, gdy tylko otworzą oczy. Wszyscy wyglądali 
tak słodko i niewinnie. Raptem parę godzin temu zas'piewali jej chórem  Sto 
lat. 
Udawała, że nie zauważa, jak mamrotali w części, gdzie powinni wymienić 
jej imię. Poza Erikiem i Henrym jedyne osoby na imprezie, które wiedziały, jak 
jej na imię, były zbyt zajęte na górze, aby przyłączyć się do śpiewu.

Znalazła w kuchni czysty kieliszek, nalała do niego zimnej wody i wypiła 

łapczywie, aby zmyć z ust poimprezowy posmak.

Pychota.

Wskoczyła na blat. Chwilę tam siedziała, czuła się jak ostatnia żywa osoba 

po   nuklearnym   wybuchu   albo   innym   kataklizmie.   Cisza   pomogła   jej 
uporządkować myśli. Dzisiaj były jej osiemnaste urodziny, ale nie myślała o 
tym, co ją czeka. Po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna, potrafiła myśleć 
tylko o przeszłości.

Wszyscy   zawsze   zakładali,   że   jest   radosna   i   beztroska,   bo   tak   się 

zachowywała. Ale prawdę mówiąc, to była tylko gra. Przynajmniej chwilami. 
W końcu nawet ona wyglądała beznadziejnie, gdy dużo płakała. A w tamtych 
czasach w Hanover naprawdę dużo płakała.

Zeskoczyła z blatu i pobiegła z powrotem do biblioteki. Otworzyła kilka 

szufladek w ciężkim, drewnianym biurku ojca,

aż w końcu znalazła papeterię. Zamiast usiąść w ogromnym skórzanym fotelu 
biurowym, weszła pod biurko. Kiedy była mała, właśnie tutaj najchętniej się 
chowała. Ciemne, przytulne i bezpieczne miejsce pachniało starym drewnem. 
Przysunęła obrotowy fotel tak, żeby całkiem się schować i zaczęła pisać. Nim 
udało   jej   się   wyrazić   wszystko,   co   chciała,   zapisała   trzy   strony   papieru 
listowego Crane w kolorze kości słoniowej.

Wyszła z kryjówki, schowała stronice do koperty i zakleiła ją, liznąwszy klej 

dwa   razy.   Napisała   na   kopercie   imię   i   potem   szybko,   zanim   ogarną   ją 
wątpliwości,   wybiegła   z   domu   na   podjazd.   Zaparkowało   tam   kilkanaście 

background image

samochodów,   ale   łatwo   było   dojrzeć   ciemnozielonego   astona   martina   ze 
złożonym   dachem,   lśniącego   od   rosy   w   szaro-złotym   świetle   poranka.   Po-
deszła   do   samochodu,   otworzyła   schowek   na   rękawiczki   i   zostawiła   tam 
kopertę. Położyła ją imieniem adresata do góry.

Dla kogoś szykuje się wielka niespodzianka.

170

poczta lotnicza - par pylon -14 lipca

Kochany Danie!
Rety, to dopiero nowina! Może pójdziemy razem na zakupy, jak wrócę? Albo na  

łyżwy? Lubisz teraz takie rzeczy?

Rozmawiałam o tym z mamą i powiedziała, że kiedy byłeś mały, zawsze chowałeś  

się w jej garderobie i przymierzałeś jej sukienki z cekinami z lat siedemdziesiątych.  
Zabawne, nie? Gratuluję! W końcu wyszedłeś z szafy!

Kocham Cię!
Jenny

moja miła przyjedzie rano

- Nareszcie   w   domu   -   szepnęła   Vanessa,   kiedy   cichutko

weszła do mieszkania Dana przy Upper West Side.

Ostrożnie   odłożyła   plecak   na   fotel,   zawalony   zimowymi   płaszczami, 

chociaż   byl   lipiec.   Dochodziła   dopiero   ósma   rano   i   uznała,   że   to   nie   w 
porządku budzić cały dom, aby oznajmić o swoim niechlubnym powrocie. Ile 
już razy wracała tu cichaczem? Włas'ciwie było to jedyne miejsce na świecie, 
które mogła nazwać domem, W ciągu ostatnich tygodni denerwująco wiele 
razy   się   tu   kryła.   Najpierw   po   tym,   jak   bezceremonialnie   wyrzucono   ją   z 
mieszkania w Williamsburgu, potem jak wylano ją z roboty przy Śniadaniu u 
Freda, 
a teraz uciekła od harówki w roli niani i nudnej muzy Baileya Wintera.

Niezłe lato!

- Kto tam?

Trochę się zdziwiła, słysząc tak wcześnie rano głos Dana. A przynajmniej 

brzmiało to jak jego głos. Vanessa zmrużyła oczy w mrocznym korytarzu.

Dan? To ja, Vanessa.

Vanessa - mruknął smutno Dan.
Był   bledszy   niż   zwykle.   Policzki   przyprószył   mu   nierówny   zarost,   jakby 

zaczął się golić, a potem zrezygnował. Pod

173

oczami miał ciemnofioletowe sińce, a w reku ściskał niezapa-lonego 
papierosa. Jakby zapomniał, że trzeba użyć zapalniczki, a potem w ogóle 
zapomniał, że coś trzyma. Rety, to naprawdę nie jest ranny ptaszek.

- Dan? Wyglądasz jak,..

Urwała, przyglądając się tłustym skołtunionym włosom. Nagle ogarnęła ją 

chęć,   żeby   zrobić   mu   kąpiel,   a   potem   nakarmić   go   płatkami   owsianymi. 

background image

Objęła Dana z całych sił. Pachniał papierosami i potem. Ale kiedy przytuliła 
go nieco mocniej, wąchając jego nieogoloną szyję, odsunął się.

Wszystko w porządku? - zapytała z troską.

Nie wiem. - Włożył papierosa w kącik ust i poklepał się bezradnie po 
kieszeniach. - Nie mogę znaleźć zapalniczki,

Powiedział to tak, jakby miał się rozpłakać.

- Zapalniczki?
Nie wyglądało na to, że to jego jedyny problem. Biedny Dan, czasem za 

bardzo bierze sobie do serca naśladowanie Keatsa.

- Nieważne.

Wyjął papierosa z ust i wsunął za ucho. Masa brudnych, przetłuszczonych 

włosów przytrzymała papieros w miejscu.

- Zrobię kawy. Napijesz się?

Tak naprawdę to chciała tylko skoczyć do łóżka, najlepiej z Danem, ale on 

zachowywał się tak dziwacznie. I dziwnie pachniał.

- Chętnie.

Objęła go delikatnie za ramiona, jakby był wrażliwą sierotą, potrzebującą 

pocieszenia. Zaprowadziła go do kuchni.

- Może   lepiej   ja   zaparzę   kawę,   a   ty   usiądziesz   i   powiesz

mi, dlaczego jesteś w takim stanie.

Dan powlókł się korytarzem, ale słowa wysypały się z jego ust, zanim 

zdążył dojść do kuchni.

- Pozwoliłem   temu   chłopakowi   ze   Strandu   pocałować

się.   Założyliśmy   salon.   Jestem   gejem.   Ojciec   opowiadał   ja
kiś'   gejowskie   kawałki   z   dawnych   czasów,   kiedy   spotykał   się
z poetami, ale ja... ja jestem prawdziwym gejem.

Vanessa minęła go i weszła do kuchni. Odkręciła przykrywkę wielkiego 

słoja   z   rozpuszczalną   folgers   -   jakby   przerabiali   tu   kawę   na   skalę 
przemysłową.   Dan   usiadł   przy   sfatygowanym   stole   i   schował   głowę   w 
dłoniach.

- Co   to   znaczy,   że   założyliście   salon?   -   dopytywała   się,

ignorując   gejowską   część   relacji.   -   Ty,   facet,   który   nie   wie,   co
to fryzjer. Co ty wiesz o salonach fryzjerskich?

Dan nie mógł się nie uśmiechnąć.

- Nie,   to   salon   literacki   -   poprawił   ją.   Przestał   się   uśmie

chać.   Boże,   mówił   jak   gej.   -   Na   pierwsze   spotkanie   przyszło
mnóstwo   ładnych   dziewczyn   i   też   się   ze   sobą   całowały.   -   Zmar
szczył brwi całkiem zagubiony. -Aleja pocałowałem Grega.

Vanessa   zagotowała   w   mikrofalówce   wodę   i   nalała   wrzątku   do   dwóch 

różnych   kubków,   wrzucając   do   każdego   łyżeczkę   kawy.   Upiła   łyk   i   się 
skrzywiła. Chryste, ta rozpuszczalna smakowała jak psie siki po niesamowitej 
kawie, jaką piła w Hamptons.

- Porozmawiajmy o tym jak normalni ludzie.

Upiła kolejny łyk gryzącej kawy i spojrzała ponad górą niepozmywanych 

naczyń i misą rozkładających się bananów w stronę rozchwianego taboretu, 

background image

na którym przysiadł Dan.

Przepraszam, niezamierzona aluzja.

Cha, cha-rzucił smętnie Dan.

Więc... jesteś gejem. Ty, Dan Humphrey. Gej. Nieszczególnie szczęśliwy. 
Prawdziwy   gej,   Gej,   który   lubi   całować   chłopców.   -   Vanessa   uniosła 
wątpiąco brwi.

Nie powiedziałbym, że lubię całować chłopców. - Dan zmarszczył brwi. - 
Ale pocałowałem.

174

175

Jezu. Wyjechała raptem na trzy dni, a Dan już kogoś poznał. Dziewczyna, 

chłopak, małpa. To szło zbyt szybko.

Ja raz zjadłam sałatkę, ale to nie znaczy, że jestem wegetarianką.

To   nie   takie   proste.   Dostałem   kartkę   od   Jenny.   Napisała,   że   mama 
opowiadała, że jako dziecko lubiłem nosić sukienki.

Dan   przeczesał   palcami   włosy,   niechcący   łamiąc   papierosa,   którego 

chwile temu włożył za ucho.

Cholera.

Właściwie to całkiem proste, Dan. Słuchaj, albo jesteś gejem, albo nie. 
Chyba   że...   -   Vanessa   rozważała   trzecią   możliwość   -jesteś   bi.   Może 
właśnie o to chodzi. Po prostu... szukasz. Odkrywasz siebie.

- Tak   myślisz?   -   Twarz   Dana   natychmiast   się   rozświetli

ła.   -   Greg   jest   miły.   Lubimy   to   samo.   Ale   ostatniego   wieczoru,
kiedy   tu   przyszedł,   kompletnie   stchórzyłem.   Nie   pocałowałem
go już więcej. Nie potrafiłem.

Vanessa miała ochotę zezłościć się na Dana, bo całował się z kimś innym, 

kiedy   ona,   hm,   rozważała,   czy   Chuck   Bass   mógłby   go   zastąpić.   Jednak 
przede wszystkim poruszyły ją żałosny stan i zagubienie przyjaciela. Pewnie 
od wielu dni smutno marszczył brwi. Widok przygarbionych pleców sprawiał, 
że miała ochotę zabrać go do sypialni i opatulić kołdrą jak dziecko.

Odpędziła tę myśl na chwilę. Dan byl gejem albo bi. Z drugiej strony, w 

różnych   okresach   bywał   różnymi   postaciami:   literacką   sensacją   jednego 
dnia, przez jedną noc bogiem rocka, buntownikiem mówcą na zakończenie 
szkoły,   fanatykiem   zdrowego   trybu   życia.   A   teraz   był   gejem.   Pewnie   nie 
potrwa to dłużej niż którekolwiek z jego wcieleń, a kiedy znudzi się rolą geja 
albo   wreszcie   zda   sobie   sprawę,   że   bycie   homoseksuaiist;)   rzeczywiście 
oznacza   całowanie   facetów,   a   nie   dziewczyn   -jej   w   szczególności   -   cóż, 
znajdzie ją w sąsiednim pokoju.

176

Posłuchaj, Dan. - Vanessa wylała resztę gorzkiej kawy do zawalonego 
zlewu i odstawiła kubek. - Musisz przestać tak się obwiniać. W końcu nie 
ma nic złego w byciu gejem, nie?

Pewnie, że nie! Tomasz Mann był gejem. I zdobył Nagrodę Nobla.

Jasne. - Vanessa wyszczerzyła zęby, słysząc, że Dan wraca do swego 

background image

zwykłego tonu. Jest taki przewidywalny, tak łatwo go przekabacić. Niech 
przetrawi tę sprawę, ona może poczekać. - Więc... chciałabym poznać 
tego Grega.

Tak? - Dan był sceptyczny. - Serio?

Aha.

*

Vanessa uścisnęła go za ramię. Teraz, kiedy byl gejem, mogła siadać mu 

na kolanach i takie tam, prawda? Postanowiła spróbować.

- Serio   -   dodała,   przysiadając   na   kościstym   kolanie

Dana.

Objął ją w talii i schował twarz między jej łopatkami.

- Dzięki   -   rzucił   stłumionym   głosem.   -   Jesteś   moim   bo

haterem.

Ej, może on rzeczywiście jest gejem.

12-

ładny adres mailowy, kolego,..

Do: Pieśń o Mnie Samym <adresat ukryty> Od: Greg P. 

<dziki_i_wolny@rainbowmail,net> Odp.: Następne spotkanie Pieśni o 

Mnie Samym

Drodzy przyjaciele!

Mam   nadzieję,   że   bawiliście   się   równie   dobrze,   jak   ja.   Z 

przyjemnością   donoszę,   że   nasze   pierwsze   spotkanie   już   zaowocowało 

miłością   -   radosny   skutek   zebrania   razem   tylu   twórczych   i   podobnie 

myślących osób. Mam nadzieję, że za każdym razem będziemy się wzajemnie 

inspirować i pobudzać!

Na   nasze   następne   spotkanie   zabierzcie,   proszę,   ulubione   dzieło 

Szekspira. Będziemy po kolei czytać na głos. Pokażcie, co lubicie, a ja 
pokażę, co lubię!

background image

Pozdrawiam jambicznie, Greg

176

znowu w drodze

Zatrzymaj się!

Co?

Jedną z wad kabrioletu ojca było to, że w trakcie jazdy praktycznie nie 

dało się rozmawiać. Nate odwrócił się i zobaczył, że Blair wskazuje na znak 
mówiący   o   jednym   z   punktów   widokowych,   gdzie   zaparkowało   już   kilka 
minWanów.

Nuda!

- Chcesz, żebym się zatrzymał?

Zwolnił i zaczął zjeżdżać na pobocze. Wiedział, że lepiej nie kłócić się z 

Blair.

- Będzie   zabawnie.   -   Zaczęła   przekopywać   pospiesz

nie   spakowaną   słomkową   torbę   i   wygrzebała   aparat   cyfrowy.
-   Zabrałam   go   z   domu   Sereny.   Mam   nadzieję,   że   nie   wścieknie
się za bardzo.

Nate   zmarszczył   brwi,   słysząc   imię   przyjaciółki.   Nadal   czuł   wyrzuty 

sumienia, bo ulotnił się bez pożegnania, i to wjej urodziny. Blair przekonała 
go, że Serena wolałaby, aby nie budzić jej z rana, nieważne - urodziny czy 
nie. A poza tym pewnie nie wylądowała w łóżku sama. To był jej dom, więc 
nie porzucili jej na pustkowiu.

Możesz sobie wmawiać, co zechcesz.

179

Nim Nate wyłączył silnik, Blair wyślizgnęła się z samochodu i pobiegła do 

niskiego,   kamiennego   murku,   który   oddzielał   parking   od   urwiska 
opadającego w głąb zielonej doliny. Blair miała na sobie najkrótsze szorty, 
jakie w życiu widział. Jej nogi wyglądały wręcz obłędnie kusząco. Wskoczyła 
na murek i nadęła usta.

- Zrób zdjęcie!
Znowu   napalony   i   radosny,   Nate   grzebał   przy   pasach.   Wyskoczył   z 

samochodu,   hamując   się   całą   silą   woli,   żeby   nie   podbiec   do   muru   i   nie 
wsunąć   rąk  pod   te   mikroskopijne   szorty.   Wziął   aparat   z   wyciągniętej   ręki 
Blair.

- Uśmiech proszę!

Blair wywaliła język i zrobiła zeza.

- Cudowna.

Nate   zaśmiał   się   do   opalonej,   szczęśliwej,   pięknej   Blair   na   ekranie 

cyfrówki. Dziewczyna poklepała murek obok siebie.

- Zrób nas razem.

Nate   wgramolił   się   na   murek   i   przytrzymał   aparat   przed   nimi.   Blair 

przycisnęła policzek do jego twarzy. Od jej zapachu Nate'owi zakręciło się w 

background image

głowie, więc podparł się wolną ręką.

Ostrożnie, twardzielu.
- Chcę,   żeby   całe   nasze   lato   było   właśnie   takie.   -   Blair

wzięła   go   pod   ramię   i   westchnęła.   -   My   dwoje,   sami,   na   ot
wartym   morzu.   Żadnych   ludzi,   żadnych   zmartwień.   Będzie
cudownie.

Jak w filmie, który ciągle odtwarzała w głowie, Nate pokiwał głową.

- Nie mogę się doczekać, kiedy wypłyniemy.

Wyobraził sobie Blair w bikini, wyciągającą się na pokładzie „Charlotte". 

Wreszcie będzie tak, jak powinno. Zaczynało się prawdziwe lato. Jechał na 
północny wschód spokojnym,

letnim popołudniem, w stronę oceanu, w stronę wolności, z Blair u boku... 
Nate poczuł, że spada z niego ciężar wszystkich dawnych błędów. Nigdy nie 
podwędził trenerowi viagry, nigdy  nie  wstrzymano mu dyplomu,  nigdy nie 
spotykał się z Tawny, nigdy nie wcierał olejku w tatuaż Babs. Właśnie spędził 
noc   z   Blair,   zamierzał   zostać   z   nią   przez   resztę   lata   i   może   resztę   życia. 
Wszystko we wszechświecie układało się tak, jak powinno.

- Dobra, czas ruszać.

Zupełnie, jakby Blair czytała w jego myślach. Zeskoczyła z murku i zabrała 

aparat z rąk Nate'a, żeby przejrzeć zdjęcia.

Muszę skoczyć do kibla. - Skinął głową w stronę betonowego budynku z 
przydrożną toaleta..

Pospiesz się.

Pocałowała go w szyję i wskoczyła na siedzenie pasażera.
W pachnącej chemikaliami łazience, Nate skupił się na tym, co wydarzy 

się   w   ciągu   najbliższych   godzin,   gdy   wreszcie   dotrą   na   miejsce.   Zamknął 
oczy,   wyobrażając   sobie   Blair   biegnącą   przed   nim   po   trapie   na   jacht, 
zrzucającą w biegu maleńkie białe szorty.

Gdy mył ręce, wyczuł znajome wibrowanie komórki w kieszeni spodenek. 

Pewnie Blair - dzwoni, żeby go popędzić. Us'miechnął się. Pewne rzeczy nigdy 
się nie zmieniają, na przykład jej niecierpliwość. Sprawdził pocztę głosową, 
mając  nadzieję,   że usłyszy  seksowną  wiadomość  od Blair,  którą zostawiła, 
gdy wycierał ręce. Przytrzymał telefon ramieniem przy uchu. Niemal wypuścił 
aparat   do   umywalki,   gdy   zamiast   rozchichotanego   dziewczęcego   głosu, 
usłyszał wściekłe warczenie trenera Michaelsa.

- Archibald,   nie   mam   pojęcia,   co   ty   sobie   wyobrażasz,   ale

lepiej,   żebyś   był   umierający.   Myślałeś,   że   moja   żona   będzie
cię kryła? Zapomnij o tym. Powiedziała, że paliłeś trawkę na

180
161

pieprzonym strychu. Pod moim własnym, cholernym dachem. Myślałeś, że blefuję, 
Archibald? Gdy tylko się rozłączę, dzwonię do twojego ojca. To koniec, smarkaczu. 
Nigdy  w życiu  nie zobaczysz  dyplomu. Yale?  To  się  nie zdarzy.  To  był wielki   błąd! 
Myślałeś,   że   możesz   ze   mną   zadrzeć?   Cholernie   wielki   błąd.   I   jeszcze   z   tobą   nie 
skończyłem.

Nate   wytarł   ręce   o   spodenki,   potem   złapał   telefon   i   przycisnął   guzik,   żeby 

background image

wykasować tę wiadomość raz na zawsze. Schował komórkę do kieszeni i przyjrzał się 
swojemu odbiciu w popękanym lustrze. Musiał stąd schrzaniać.

Jak ścigany skazaniec.

przywłaszczony list

*

-   Cześć.   Tu   Blair.   Dzwonię,   żeby,   no   wiesz,   złożyć   ci   życzenia   wszystkiego 

najlepszego z okazji urodzin. Przepraszam, że tak wyjechaliśmy. Zadzwonię później i 
wszystko ci opowiem.

Z trzaskiem zamknęła telefon i wrzuciła go do torby. Usadowiła się wygodnie w 

ciepłych, skórzanych objęciach siedzenia i niecierpliwie stukała stopą w podłogę. Do 
cholery, co tak długo? Im szybciej wyruszą, tym szybciej wylądują na „Charlotte" i 
tym szybciej będzie mogła wyciągnąć się na pokładzie w samej bieliźnie, popijając 
lemoniadę z alkoholem i karmiąc Nate'a kawałkami surowych ostryg. Tak planowała 
spędzić każdą minutę reszty lata.

Niezły plan!
Obróciła wsteczne lusterko, żeby się przejrzeć. Oczy miała jasne i czyste, skórę 

lekko   opaloną  i nieskazitelną,  włosy  ozłocone  słońcem.  Uśmiechnęła  się  do siebie 
szeroko. Cały letni stres po prostu zniknął. Nigdy nie wyjeżdżała do Londynu do lorda 
Marcusa, nigdy nie grała drugich skrzypiec przy Serenie, debiutującej w filmie, nigdy 
nie   widziała   Nate'a   trzymającego   za   ręce   tę   tandetną   dziewczynę   z   Long   Island. 
Wszystko było takie, jak powinno. Ona i Nate. Zakochani. Na zawsze.

183

Bawiła   się   sprzętem   stereo,   ale   Nate   miał   kluczyki   do   samochodu   w 

kieszeni,   więc   nie   mogła   niczego   włączyć.   Zniecierpliwiona   obróciła   gałkę 
schowka   na   rękawiczki.   Otworzył   się,   odsłaniając   s'nieżnobiałą   kopertę   z 
imieniem wypisanym znajomą ręką.

„Nate".
- Co to jest? - powiedziała na głos.
Wzięła kopertę. Dlaczego,  do cholery, Serena zostawiła dla Nate'a list? 

Zerknęła   w   stronę   łazienki,   żeby   się   upewnić,   że   Nate   nie   wraca   i 
paznokciem   otworzyła   kopertę.   Rozłożyła   kartki   i   zaczęła   czytać   bazgroly 
Sereny:

Watę, właśnie kilka godzin temu skończyłam osiemnaście lat. Kiedy zegar wybił,  

rozejrzałam się po pokoju, ale nie mogłam Cię znaleźć. Wiem, ze byłeś z Blair i jeśli  
naprawdę   jesteś   szczęśliwy,   to   ja   również   się   cieszę.   Bo   jak   można   nie   pragnąć  

background image

szczęścia dla kogoś, kogo się kocha? No właśnie, chodzi o to, Nate, że... myślę, że 
Cię   kocham.   Wiem,   że   to   brzmi   jak   wariactwo   i   było   tyle   innych   okazji,   kiedy  
powinnam była Ci to powiedzieć, ale to do mnie dotarło dopiero zeszłego wieczoru. A  
może dzisiaj?  Nieważne.  Jeśli  teraz Ci  tego  nie powiem,  to  kiedy?   Po prostu... to 
zawsze   byłeś   Ty.   Zastanawiałeś   się   kiedyś,   dlaczego   wróciłam   jesienią?   Zeszłego  
wieczoru, kiedy...

Blair   przestała  czytać   w   połowie   zdania.   Przejrzała  niecierpliwie   resztę. 

Trzy   kartki   grubego   listowego   papieru   pokryte   ozdobnym   pismem   Sereny. 
Serce Blair  waliło  jak oszalałe. Nie miała wątpliwości, co robić.  Popatrzyła 
wokół,   żeby   upewnić   się.   że   jest   sama,   a   potem   wyszła   z   samochodu   i 
podeszła do urwiska.

Ostrożnie   przedarła   pierwszą   stronę   na   pół,   potem   na   cztery   częs'ci. 

Rwała, aż miała w dłoniach konfetti. Ciepła bryza

uniosła   kawałki   papieru   i   rozsypała   je   po   dolinie.   To   samo   Blair   zrobiła   z 
pozostałymi kartkami i kopertą. Porwała je na maleńkie  kawałeczki,  tak że 
pismo   Sereny   zamieniło   się   w   mieszaninę   bezsensownych   kształtów,   które 
uniósł i rozsypał wiatr.

Blair wróciła do samochodu i wyjęła telefon. Zastanawiała się przez chwilę. 

Powinna   zadzwonić   do   Sereny?   Powiedzieć,   że   wie   o   liście?   Ze   wie,   iż   jej 
rzekomo najlepsza, pieprzona przyjaciółka zakochała się w jej chłopaku? Czy 
raczej powinna odgrywać niewiniątko, zignorować dwulicową sukę i skupić się 
na   idealnym   lecie,   które   na   nią   czekało?   Nagle   przestała   mieć   wyrzuty 
sumienia, że zostawili Serenę w urodziny.

Bez żartów.

- Gotowa jechać?
Nate   wsunął   się   na   siedzenie   kierowcy   z   chłopięcym   uśmiechem   na 

idealnej twarzy.

- Gotowa. - Blair zapięła pasy.
Trzymaj się, ruszamy w szaloną podróż!

184

lepiej późno nii wcale?

Serena znowu leżała w swoim białym łóżku i gapiła się na sufit. Próbowała zasnąć 

- teraz, kiedy w końcu przyznała się, co naprawdę czuje. Na suficie zauważyła plamy 
-   siady   po   świecących   w   ciemnościach   gwiazdkach,   które   zerwała   tuż   przed 
wyjazdem do Europy.  Przez ostanie trzy godziny, od chwili,  kiedy  zostawiła list w 

background image

astonie   martinie,   leżała   i   iiczyła   gwiazdki,   które   zostały.   Cały   czas   się   myliła   i 
zaczynała od nowa. Może zdrzemnęła się, może nie. Henry przesunął się na swojej 
połowie i przerzucił ręce przez jej pierś. Były ciężkie, przyduszały ją. Już raz znalazła 
się dokładnie w tym samym miejscu, rok temu. Zakochana w Nacie, ale leżąca obok 
Henry'ego. Przyznała się do tego i zrzuciła kamień z piersi, więc diaczego nie mogła 
zasnąć?

Wątpliwości?
Wyślizgnęła się z łóżka po raz drugi tego ranka i wyszła na korytarz. Na dole 

ludzie   wrzucali   butelki   do   kosza   i   szeptali   o   bolących   głowach.   Stojący   zegar 
poinformował   ją,   że   już   się   skończył   ranek.   Wybiło   południe.   Szarpnęła   długi, 
sięgający kolan biały T-shirt, który nosiła. Na piersiach miał napis ,3rown".

Nie wiedziała, dokąd właściwie idzie, dopóki tam nie dotarła. Znalazła się przed 

zamkniętymi drzwiami sypialni rodzi-

ców.   Wiedziała,   że   Blair   i   Nate   są   w   środku.   Pewnie   zbudowali   fort   z   ogromnych 
poduszek,   który   Blair   ochrzciła   Grotą   Pocałunków   albo   równie   tandetnie...   czy 
przeuroczo, jeśli człowiek był zakochany. A Nate był. W Blair.

Więc dlaczego wyznała mu miłość właśnie teraz? Było tyle innych, lepszych okazji 

ostatniego roku. Na przykład kiedy siedzieli niemal nago w przebieralni u Bergdorfa. 
Albo   całowali   się   w   wannie   w   domu   Isabel   Coates   w   Hamptons.   Albo   kiedy 
zdecydowała się nie wracać do szkoły z internatem i przyjechała do Nowego Jorku. 
Ale wtedy mu tego nie powiedziała. Głównie dlatego, że się bala. Bala się, że nie 
odwzajemnia jej uczucia. I nie odwzajemniał. Kochał Blair.

Cofnęła   się   spod   ciężkich   drewnianych   drzwi   do   sypialni   rodziców   i   ruszyła   w 

stronę schodów, gdzie wczoraj Nate powiedział Blair, że ją kocha. Dlaczego tak nagle 
wyznała mu miłość? W najgorszej chwili?

- Ej, ty jesteś nasza jubilatka!
Chłopak,   którego   nigdy  wcześniej   nie   widziała,   patrzył  na  nią   z   dołu   schodów. 

Zmierzwione brązowe włosy upiął na czubku głowy w niechlujny kok.

Selima, tak?

Serena-poprawiła go,

-

Jasne. A mogłabyś mnie podrzucić na dworzec kolejowy?

Sięgnął pod przepocone, pogryzione przez mole polo i po
drapał się po brzuchu, odsłaniając kawałek włochatego ciała.

Fuj.
Serena zeszła, zsuwając dłoń po poręczy z ciemnego drewna.

Niedługo ludzie zaczną wstawać. Ktoś cię podrzuci.

Super.
Wyciągnął   wysoko   ręce,   ziewnął   głośno   i   ruszył   z   powrotem   do   salonu,   gdzie 

goście nadal spali wyciągnięci na każdej

186

187

miękkiej   powierzchni.   Usłyszała,   jak   mruknął:   „Staaary"   i   zwalił   się   na 
skórzaną kanapę antyk.

Przeszła  przez   wyłożony   marmurem   przedpokój   do   drzwi   i   przez   chwilę 

stała z ręką na klamce. W końcu otworzyła je i wyszła. Front domu chował się 
w cieniu. Panował tam chłód. Objęła się rękoma i przyjrzała podjazdowi.

background image

Nie była pewna, czy naszły ją wątpliwości, czy nie. Czy chciała zakraść się 

do samochodu i zabrać kopertę, którą tam zostawiła. Ale decyzja zapadła bez 
jej udziału. Aston martin zniknął. Nate - i Blair - odjechali.

I zabrali ze sobą pikantną lekturę.

odpłynąć ku zachodzącemu

słońcu

Blair klęczała na siedzeniu samochodu, kiedy Nate zwolnił i zatrzyma! się 

przed bielonym budynkiem jachtklubu w Newport. Port lśnił w południowym 
słońcu.   Odetchnęła   ciepłym,   słonawym   powietrzem   znad   morza.  Cały  czas 
potrząsała głową, pozwalając, żeby wiatr rozwiewał jej włosy. Miała nadzieję, 
że to wygląda seksownie. A tak naprawdę, to próbowała wyrzucić z myśli list 
Sereny. Do cholery, w co ona pogrywała?

- Nie wierzę, że dojechaliśmy.

Glos   Nate'a   przywołał   ją   do   rzeczywistości.   Chociaż   przejechali   kilkaset 

kilometrów, żeby się tam dostać, Nate jakoś nie spieszył się z wysiadaniem z 
samochodu.   Rozpiął   pasy   i   po   prostu   siedział,   gapiąc   się   przez   maleńką 
przednią szybę na las masztów w porcie.

- Co się dzieje?

Blair otworzyła drzwi i zaczęła podskakiwać, żeby przywrócić w nogach 

krążenie.

- Co? Ach, nic. - Nate wyglądał na zaskoczonego.
Oparła pięści na biodrach. Jej koszula trzepotała na wietrze.
- Na   pewno   wszystko   w   porządku?   Wyglądasz   na...   roz-

kojarzonego.

189

- Jasne,   wszystko   w   porządku.   -   Wysiadł   i   zatrzasnął   za

sobą drzwi. - Musimy coś zrobić z samochodem.

Blair poprawiła torbę i przysiadła na nagrzanej masce samochodu. Nate wyglądał 

na więcej niż rozkojarzonego. Wyglądał, jakby miał zwymiotować. Czy to możliwe, że 
wiedział o liście? Czy Serena zadzwoniła do niego, gdy siedział w łazience? Dlatego 
tyle mu to zajęło? Blair kręciła się niecierpliwie. Dlaczego się ociągał?

Nate, chcesz mi o czymś powiedzieć?

Co? Nie. - Schował kluczyki do kieszeni. - Więc naprawdę to robimy, tak?

Naprawdę to robimy!

Zostawiła   torbę   na   masce   i   podeszła   do   Nate'a.   Przytuliła   się   do   niego.   Biała 

background image

mewa przeleciała nad parkingiem.

- Chyba się czymś martwisz.

- Nie, skąd. Tylko... myślę.
Żeby ci to nie zaszkodziło.

Zaciągnęła   się   smakowitym   zapachem   Nate'a   -jego   dezodorant,   nutka 

lawendowego   mydła   z   łazienki   rodziców   Sere-ny,   aromat   oceanu,   którym   jego 
koszulka już zdążyła przesiąknąć. Zamknęła oczy.

- Nie   martw   się,   Nade.   Jest   lato.   Jesteśmy   razem.   Tylko

to się liczy, prawda?

Odsunął się, żeby spojrzeć jej w twarz. Uśmiechnęła się do niego. Przez chwilę 

miała nadzieję, że jacht gdzieś się rozbije i nigdy więcej nie będą musieli widzieć 
Sereny. Będą żyć w bambusowej chatce, szukać jedzenia i przez cały czas chodzić 
nago. Komn potrzebne ciuchy, skoro mają siebie nawzajem?

Musiała chyba całkiem oszaleć.

- Masz   rację.   Pieprzyć   to.   Pieprzyć   wszystko   i   wszyst

kich.   -   Pochylił   się   i   przycisnął   cudowne   usta   do   jej   warg.
- Wypływajmy.

I koniecznie przyślijcie kartkę.

190

plotkard.net

tematy   Ą wstecz   dalej ► wyślij pytanie   odpowiedź

Wszystkie   nazwy   miejsc,   imiona   i   nazwiska   oraz   wydarzenia   zostały   zmienione   lub   skrócone,   po   to   by   nie   ucierpieli 
niewinni. Czyli ja.

hej, ludzie!

Wiecie,   co   jest  naprawdę  kiczowate?   Szczęśliwe   zakończenia.   Poważnie.   Takie,   jak 
wtedy, kiedy oglądam film i jakaś odważna, zdeterminowana dziewczyna w końcu 
uwodzi głównego bohatera. I tak od dwóch godzin wiedziałam, że go zdobędzie! Po 
prostu mam ochotę wydrapać jej oczy. Prawdziwe życie jest potwornie zakręcone i 
skomplikowane. Nie ma żadnego „zakończenia"... Serio, pozwólcie, że przez chwilę 
trochę pofilozofuję.  Tak naprawdę to każde zakończenie jest kolejnym początkiem, 
nie? No dobra, już się zamykam.

Więc nawet jeśii Bi N właśnie odpływają ku zachodzącemu słońcu, to coś mi mówi, 
żęto nie koniec historii. Zwłaszcza że tyle pytań czeka na odpowiedź:

Czy B powie N o liście od S?

Czy S odszuka N i powie mu wszystko sama?

Czy B wyrzuci wtedy S za burtę?

Czy D będzie się całował z chłopakami? Czy posunie się dalej?!

background image

191

Czy V będzie go wspierać?

A tak na poważnie: jak długo ci dwoje mogą razem mieszkać i nie sypiać razem? 
Może jednak on jest bi?

No i pojawia się najważniejsze pytanie ze wszystkich: kim jestem? Wiem, że aż was 
skręca,   aby   dowiedzieć   się   więcej   pikantnych   szczegółów   na   mój   temat.   Oto 
smakowity kąsek o waszej szczerze oddanej przyjaciółce (nie mówcie, że nigdy wam 
nic nie mówię!) Nie umiem dochować żadnej tajemnicy. Oczywiście poza sekretem 
mojej tożsamości. Ale sekrety, jakie S ukrywała przez tyle lat? Czapki z gtów, proszę 
państwa! Rozumiem, że można robić w balona przyjaciół i rodzinę, ale że udało jej się 
zamydlić oczy i mnie?! Gratulacje! Więc co jeszcze ukrywa? Mam przeczucie, że jest 
sporo do odkrycia...

Wiem, że nie możecie się doczekać odpowiedzi. Ja też. A ja zawsze dostaję to, czego 
chcę.

Wiecie, że mnie kochacie.

plotkara

s,