background image

ALFRED HITCHCOCK

TAJEMNICA POTWORA 

Z SIERRA NEVADA

 

PRZYGODY TRZECH DETEKTYWÓW

Przełożyła: ANNA IWAŃSKA

background image

Słowo wstępne Alfreda Hitchcocka

Witajcie miłośnicy tajemniczych opowieści!

Z   prawdziwą   przyjemnością   przedstawiam   Wam   znowu   niezrównany   Trzech 

Detektywów, młodych amatorów zagadek. Badamy wszystko — oto ich dewiza!

Zazwyczaj bazą operacyjną chłopców jest zepsuta przyczepa kempingowa, stojąca na 

terenie składu złomu Jonesa. To zadziwiające składowisko rupieci znajduje się w Rocky 

Beach, małym mieście w Kalifornii, nie opodal Hollywoodu.

Tym razem jednak chłopcy rozwijają działalność w górach Sierra Nevada, dokąd 

wyjeżdżają na wakacje. Wszystko zaczyna się dość niewinnie od poszukiwań zaginionego 
klucza.   Lecz   komplikacje   zaczną   się   piętrzyć,   gdy   detektywi   odkryją   tajemnicę   pewnej 

kobiety   o   imieniu   Anna   oraz   prawdę   ukrytą   za   ponurymi   legendami   o   pustelniku   i 
potworze.

Jeśli   spotykacie   Trzech   Detektywów   po   raz   pierwszy,   pozwólcie,   że   ich   Wam 

pokrótce   przedstawię.   Pierwszym   Detektywem   i   przywódcą   zespołu   jest   Jupiter   Jones, 

pucołowaty wyrostek o błyskotliwym umyśle i wielkiej dociekliwości. Pete Crenshaw jest 
najwyższy i najbardziej wysportowany. Jakkolwiek nigdy nie okazał się tchórzem, to jednak 

do   niebezpieczeństw   odnosi   się   z   należytym   respektem.   Bob   Andrews   zajmuje   się 
dokumentacją i przeprowadza analizy dla zespołu, co doskonale odpowiada jego spokojnej 

naturze i skrupulatności.

Dość wstępu. Przygotujcie się na spotkanie z tajemnicą!

Alfred Hitchcock

background image

ROZDZIAŁ 1
Sky Village

— O rany! — wykrzyknął Pete Crenshaw, gdy po raz pierwszy ujrzał Sky Village. — 

To miasteczko wygląda nieprawdopodobnie. Ktoś tu powinien nakręcić film!

Obok niego, na platformie pikapa, klęczał Bob Andrews i również spoglądał, ponad 

dachem kabiny kierowcy, na mijane ulice.

— Tak, ale to nie mógłby być film Alfreda Hitchcocka — powiedział. — To zakichane 

miasteczko jest zbyt układne, to nie jest sceneria dreszczowca.

Jupiter Jones podciągnął się na kolana obok przyjaciół i oparł pulchne ramiona o 

dach kabiny.

—   Pan   Hitchcock   uważa,   że   tajemnicze   przygody   mogą   się   zdarzyć   w   każdym 

miejscu. Ale macie rację. Sky Village jest zbyt nowe i sztuczne.

Jadący   po   stromiźnie   ulicy   pikap   przejeżdżał   właśnie   koło   sklepu   z   nartami, 

przypominającego chatę w Alpach. Obok stał motel, kryty imitacją strzechy. Obecnie, w 

środku   lata,   zarówno   sklep,   jak   i   motel   były   zamknięte.   Okna   pobliskiej   restauracji 
zasunięte   były   niebieskimi   okiennicami.   Kilku   przechodniów   snuło   się   po 

rozsłonecznionych   chodnikach.   Na   stacji   benzynowej   pracownik   w   wyblakłym 
kombinezonie drzemał w krześle.

Pikap skręcił na stację i zatrzymał się przy pompach. Z szoferki wysiedli Hans i 

Konrad. Byli to dwaj bracia, rodem z Bawarii, którzy od lat pracowali u wujostwa Jupitera, 

Matyldy i Tytusa Jonesów. Pomagali w sortowaniu, czyszczeniu, naprawianiu i wreszcie 
sprzedaży staroci, które wuj Tytus nabywał dla swego składu złomu.

Obaj bracia zawsze bardzo dbali o swój wygląd, ale dziś przeszli sami siebie. Nowa 

sportowa koszula Hansa nie miała ani jednej zmarszczki, nawet po długiej jeździe z Rocky 

Beach do położonej wysoko w górach Sierra Nevada stacji narciarskiej. Spodnie Konrada 
zachowały ostre kanty, u buty połysk.

— Chcą zrobić dobre wrażenie na swojej kuzynce Annie — szepnął Bob do Jupe'a.
Jupiter uśmiechnął się i skinął potakująco głową. 

Bracia podeszli wolno do śpiącego pracownika stacji benzynowej.
—   Przepraszam...   —   zaczął   Hans.   Śpiący   mruknął   coś   i   otworzył   oczy.   —   Gdzie 

znajdę dom Anny Schmid?

— Gospoda “Pod slalomem”? — mężczyzna wstał i wskazał sosnowy las okalający 

ulicę. — Jak miniecie te drzewa, zobaczycie biały dom po lewej. Nie możecie go przeoczyć. 
To ostatni dom przed zakrętem drogi prowadzącej do pola kempingowego.

background image

Hans podziękował i obaj z Konradem skierowali się w stronę samochodu.

— Anna was oczekuje? — zapytał mężczyzna. — Ze dwie godziny temu widziałem, 

jak jechała do Bishop. Nie wydaje mi się, żeby już wróciła.

— Poczekamy na nią — odparł Konrad.
— Może przyjdzie wam długo czekać — powiedział mężczyzna. — Prawie wszystko 

pozamykane w naszym miasteczku. Anna pewnie robi duże zakupy w Bishop.

—   Czekaliśmy   tyle,   poczekamy   jeszcze   trochę   —   uśmiechnął   się   Konrad.   — 

Dwadzieścia   lat   minęło   od   naszego   ostatniego   spotkania.   Widzieliśmy   się   jeszcze   jako 
dzieci, w domu, przed wyjazdem do Stanów.

— Ho, ho! — wykrzyknął mężczyzna. — Przyjaciele z dzieciństwa! Anna bardzo się 

ucieszy.

—   Nie   przyjaciele   —   powiedział   Konrad   —   rodzina.   Jesteśmy   jej   kuzynami. 

Chcieliśmy jej sprawić niespodziankę.

— Miejmy nadzieję, że lubi niespodzianki — zaśmiał się mężczyzna. — Wam się też 

może trafić niespodzianka. Anna była ostatnio bardzo zajęta.

— Naprawdę? — zdziwił się Hans.
— Zobaczycie — powiedział pracownik stacji i oczy mu zabłysły. Było w nim coś, co 

przypominało Jupiterowi niektóre przyjaciółki cioci Matyldy w Rocky Beach, wyłapujące 
łapczywie plotki o sąsiadach.

Hans i Konrad wsiedli do pikapa i ruszyli w dalszą drogę.
— Zdaje się, że niewiele może ujść uwagi tego faceta — powiedział Pete.

—   Pewnie   nie   ma   latem   nic   lepszego   do   roboty,   jak   obserwować   sąsiadów   — 

zauważył Bob. — Ilu może mieć klientów, gdy śnieg już stopnieje?

Pikap piął się wolno w górę ulicy. Minęli otwartą lodziarnię i zamkniętą aptekę, 

następnie nieczynne centrum handlowe i sklep z pamiątkami.

— Ciekawe, czym kuzynka Anna była tak zajęta — odezwał się Pete. — To miasto jest 

jak wymarłe.

— Wedle tego, co opowiadali Hans i Konrad — powiedział Jupe — Anna zawsze 

potrafi   znaleźć   sobie   jakieś   pożyteczne   zajęcie.   Kiedy   przyjechała   dziesięć   lat   temu   do 

Ameryki, zaczęła od pracy pokojówki w hotelu w Nowym Jorku. Po sześciu miesiącach była 
już szefową niższego personelu, a po sześciu latach odłożyła dość pieniędzy, żeby kupić 

małą gospodę w Sky Village. Rok później założyła wyciąg narciarski. Musi jej przynosić 
niezły dochód w sezonie.

— Tego wszystkiego się dorobiła, pracując w hotelu? — zdziwił się Pete.
—   Niezupełnie.   Pracowała   gdzieś   jeszcze   dodatkowo   i   grała,   z   powodzeniem,   na 

background image

giełdzie. Ma głowę do interesów i Hans i Konrad są z niej bardzo dumni. Czytają jej listy 

każdemu, kto tylko chce słuchać. W ich pokoju jest pełno fotografii, które im przysłała. 
Teraz, dzięki temu, że wujostwo zdecydowali się zamknąć skład na dwa tygodnie, wreszcie 

mają okazję ją odwiedzić.

— A nam udało się dzięki temu pojechać w góry — powiedział Pete.

— Zawsze chciałem połazić po górach. Podobno pole namiotowe w Sky Village jest 

świetne i nigdy nie jest zatłoczone.

— Bo leży daleko od autostrady — zauważył Bob.
— Mam nadzieję, że kuzynka Anna nie będzie się boczyć na Hansa i Konrada za 

niespodziewaną   wizytę   —   powiedział   Jupiter.   —   Przed   wyjazdem   starali   się   do   niej 
dodzwonić, ale nie było jej w domu. W najgorszym razie pójdą z nami pod namiot. Mają 

wszystko ze sobą.

Samochód jechał właśnie przez las, o którym mówił pracownik stacji benzynowej. 

Gdy   wyjechali   spomiędzy   sosen,   oczom   chłopców   ukazał   się   stok   narciarski,   goła, 
brązowawa przecinka na wschodnim zboczu góry. Wyglądało to, jakby jakiś olbrzym ogolił 

szeroki pas z drzew, krzewów i wszystkiego, co mogłoby przeszkadzać narciarzom. Wzdłuż 
stoku postawiono szereg stalowych wież połączonych liną. Co kilka metrów zwisały z niej 

krzesełka.

Pikap   zjechał   na   lewą   stronę   drogi   i   skręcił   na   podjazd   prowadzący   do   dużego 

białego domu, wpartego nieomal w stok narciarski. Na frontowej ścianie widniał szyld z 
napisem “Gospoda pod slalomem”.

— Jak widać, kuzynka Anna jest nadal dobrą gospodynią — powiedział Bob.
Rzeczywiście,   drewniany   budynek   wyglądał   niezwykle   czysto   i   zasobnie.   Biel 

pokrywającej go farby aż lśniła w słońcu. Okna były tak kryształowo przejrzyste, że zdawały 
się pozbawione szyb. W przeciwieństwie do innych budynków w Sky Village, gospoda Anny 

Schmid nie udawała szwajcarskiej czy austriackiej chaty. Był to po prostu górski drewniany 
dom   z   szerokim   gankiem,   biegnącym   wzdłuż   całej   frontowej   ściany.   Drzwi   frontowe 

pomalowano   żywą   czerwoną   farbą,   ganek   zdobiły   kwiaty   w   czerwonych   i   niebieskich 
skrzynkach.   Po   lewej   stronie   domu   schludny,   żwirowany   podjazd   prowadził   do 

niewielkiego parkingu. Stały na nim dwa samochody: zakurzony kombi i lśniący, czerwony 
sportowy wóz.

Hans i Konrad wysiedli, a chłopcy zeskoczyli z tylnej platformy.
— Anna dobrze sobie radzi — stwierdził Hans.

— Anna zawsze  sobie dobrze radziła — powiedział Konrad. — Pamiętasz? Mając 

dziesięć lat piekła lepiej od naszej matki. Zawsze chcieliśmy pójść do niej na ciasto i gorącą  

background image

czekoladę.

Hans kiwał głową z uśmiechem.
Słońce zaczynało się chować za granicą gór, powyżej stoku narciarskiego, zrobiło się 

chłodno.

Hans i Konrad weszli na stopnie prowadzące na ganek. Jupiter, Pete i Bob stali przy 

pikapie.

— Nie wchodzicie? — zapytał Hans.

— Może pójdziemy już na pole namiotowe — odparł Bob. — Nie widzieliście się tak 

długo z kuzynką. Nie chcemy przeszkadzać. 

Hans i Konrad roześmiali się.
— Jak możecie przeszkadzać! Nie jesteście przecież obcy. Pisaliśmy o was do Anny. 

Wie, jacy jesteście mądrzy, opowiadaliśmy jej o waszej działalności. Zawsze nas prosiła, 
żeby was przywieźć, jak przyjedziemy do niej.

Chłopcy poszli za Hansem i Konradem. Drzwi frontowe były otwarte. Prowadziły 

wprost do olbrzymiego pokoju, którego główne umeblowanie stanowiły skórzane fotele i 

sofa. Z sufitu zwisały lśniące miedziane żyrandole. W głębi zobaczyli kamienny kominek 
ozdobiony cynowymi garnuszkami. Po prawej stał duży stół jadalny, nakryty dla czterech 

osób. Za nim znajdowały się drzwi do kuchni. Prowadzące na piętro drewniane schody w 
wiejskim   stylu   biegły   wzdłuż   ściany   po   lewej.   Pokój   pachniał   osmalonym   drewnem   i 

politurą do mebli. Unosił się też delikatny zapach świeżego ciasta i Jupiter pomyślał, że 
Anna wciąż dobrze piecze.

— Anna? — zawołał Hans. — Anna, jesteś tu? 
Nie było odpowiedzi.

— Ano, zaczekamy — Konrad przechadzał się po pokoju, gładząc po drodze sprzęty. 

Promieniał zadowoleniem. — Tak, Anna dobrze sobie radzi.

W   swej   wędrówce   po   pokoju   dotarł   pod   drzwi   z   tabliczką:   “Prywatne.   Wstęp 

wzbroniony”. Ale stały otworem. Zajrzał do środka i powiedział:

— Ha!
— Ha, co? — zapytał Pete.

— Wygląda na to, że nikt nie jest doskonały, nawet kuzynka Anna. 
Hans podszedł do brata i zaczął kręcić głową z żartobliwą dezaprobatą.

— Oj, Anna, Anna, tu cię mamy. Nasłuchasz ty się docinków. Jupe, choć zobaczyć 

biuro wzorowej gospodyni!

—   Lepiej   tam   nie   wchodźcie   —   poradził   Pete.   —   Moja   mama   dostaje   szału,   jak 

otwieram jej biurko albo zaglądam do notesu.

background image

Jupe sadowił się właśnie w jednym z foteli, gdy Hans zawołał zmienionym głosem:

— Jupe! Bob! Pete! Zdaje się, że coś tu jest nie w porządku.
— O co chodzi? — Jupe podszedł do braci i zajrzał do małego pokoju.

Na wprost drzwi zobaczył duże biurko, zarzucone papierami. Szuflady były wyjęte i 

puste stały oparte o ścianę. Na podłodze walały się tekturowe teczki i kartki, wymieszane ze 

śmieciami z przewróconego kosza. Na parapecie okna za biurkiem leżała sterta kopert, 
zdjęć   i   kart   pocztowych.   Półka   na   książki   była   odsunięta   od   ściany.   Z   przewróconego 

pojemnika wylewała się na podłogę lawina spinaczy biurowych.

— Ktoś przeszukiwał ten pokój! — wykrzyknął Pete, patrząc na ten cały bałagan nad 

ramieniem Jupe'a.

— Najwidoczniej — powiedział Jupe. — I to ktoś bardzo nieostrożny.

— Co tam robicie?! — odezwał się ochrypły głos za nimi. 
Odwrócili się gwałtownie. Przy schodach stał mężczyzna z dubeltówką w rękach!

background image

ROZDZIAŁ 2
Kuzynka Anna sprawia niespodziankę

— No, gadajcie! Co tu robicie? — mężczyzna wykonał niecierpliwy ruch i lufa jego 

strzelby skierowała się na gości. Pete instynktownie uskoczył w bok.

Mężczyzna   zbliżył   się   do   nich   o   kilka   kroków.   Był   wysoki,   barczysty,   o   gęstych, 

czarnych włosach. Ogarnął ich twardym, zimnym spojrzeniem.

— Gadajcie! — powtórzył z irytacją.
— Kim... kim pan jest? — zapytał Konrad, nie odrywając oczu od dubeltówki.

— Co tu robicie? — mężczyzna zignorował pytanie Konrada. — Nie widzicie, że to 

prywatny pokój? Powinienem...

— Chwileczkę! — przerwał mu Jupiter i wyprostował się z godnością.
— Może to pan zechciałby nam wyjaśnić, kim jest.

— Co?
— Ktoś przeszukiwał ten pokój — ciągnął Jupiter wyniosłym tonem.

— Policja zapewne zainteresuje się, co pan tu robi i dlaczego od razu sięga pan po 

broń.

Jupiter wiedział, że jako gość nie ma właściwie prawa wzywać policji. Jednakże jego 

pewność siebie sprawiła, że mężczyzna zawahał się i opuścił broń.

— Policja?
—   Wezwanie   policji   wydaje   mi   się   jedynym   rozsądnym   postępowaniem   w   tym 

wypadku — mówił Jupe, z właściwym sobie upodobaniem do krągłych zdań. — Z drugiej 
jednak   strony,   może   powinniśmy   zaczekać   na   powrót   panny   Schmid   i   jej   pozostawić 

złożenie skargi na policji.

— Panny Schmid? — mężczyzna roześmiał się. — Muszę wam chyba coś wyjaśnić...

W   tym   momencie   przed   domem   zatrzymał   się   samochód.   Trzaśniecie   drzwi 

samochodowych, kilka szybkich kroków na ganku, drzwi frontowe otworzyły się i stanęła w 

nich wysoka kobieta, obładowana zakupami.

— Kuzynka Anna! — zawołał Hans.

Kobieta stała bez ruchu. Wodziła oczami od mężczyzny z dubeltówką do Hansa, 

Konrada i chłopców, i ponownie do uzbrojonego mężczyzny.

— Kuzynka Anna? — powtórzył Hans, tym razem w formie pytania.
— Kuzynka Anna? — zdumiał się mężczyzna ze strzelbą. — Dobry Boże! Hans i 

Konrad z Rocky Beach! Widziałem wasze fotografie, ale nie poznałem was. Dlaczego od 
razu nie powiedzieliście!? O mało was nie postrzeliłem!

background image

— Pan jest przyjacielem Anny? — zapytał Konrad.

—   Można   tak   powiedzieć.   Anno,  nie   napisałaś  do   kuzynów?   Obiecałaś   to   zrobić 

przed naszą podróżą do Lakę Tahoe.

— Och! Hans i Konrad! — Kobieta postawiła na stole torby z zakupami, przesunęła 

rękami po swych gęstych blond włosach, upiętych wokół głowy i uśmiechnęła się szeroko. 

— Hans i Konrad! — wyciągnęła obie ręce do Hansa, który podszedł do niej i pocałował ją w 
policzek. — Tak dawno nie widzieliśmy się!

Konrad odsunął brata i również ucałował Annę serdecznie.
— No, no, kto by pomyślał! Takie wielkie chłopy! — Anna spoglądała to na jednego, 

to na drugiego. — No, nie wiem. Tyle mam waszych zdjęć, a nie potrafię powiedzieć, który z 
was jest Hans, a który Konrad. — Jej głos był ciepły i pełen rozbawienia. Mówiła szybko i 

niemal bez obcego akcentu.

Bracia   wybuchnęli   śmiechem   i   przedstawili   kuzynce   najpierw   siebie,   a   potem 

Jupitera, Boba i Pete'a.

— Pisaliście mi o tych zuchach — uśmiechnęła się Anna.

— To bardzo roztropni chłopcy — zapewnił Hans. 
Konrad objął Jupe'a ramieniem i powiedział do Anny coś po niemiecku. Uśmiech 

znikł z jej twarzy.

— Mówimy po angielsku — upomniała go ostro. 

Lecz Konrad dalej mówił po niemiecku.
— Wiem — odparła — byłoby bardziej jak w domu, ale proszę, żebyśmy mówili po 

angielsku. — Podeszła do stojącego wciąż koło schodów mężczyzny i ujęła go pod ramię. — 
Mój mąż nie zna niemieckiego. Nie chcecie chyba być wobec niego niegrzeczni.

— Twój mąż? — zdziwił się Konrad.
— Anna! — wykrzyknął Hans. — Kiedy...

— W zeszłym tygodniu — wpadł mu w słowa mąż Anny. — Pobraliśmy się w zeszłym 

tygodniu w Lakę Tahoe. Jestem Joe Havemeyer.

Nastąpiła pełna konsternacji cisza. Przerwał ją Pete:
— Kuzynka Anna sprawiła nam niespodziankę!

Anna roześmiała się. Hans i Konrad obejmowali ją i składali życzenia. Pokazała im 

obrączkę ślubną — prosty, złoty krążek, który luźno obejmował trzeci palec jej lewej ręki. 

Teraz bracia złożyli gratulacje także Joemu Havemeyerowi.

Jupiter   Jones   nie   cierpiał   nie   zakończonych   spraw   i   nie   wyjaśnionych   sytuacji. 

Czekał   cierpliwie,   aż   ucichną   śmiechy,   okrzyki   i   życzenia.   Wreszcie   poprosił   Annę,   by 
zobaczyła, co dzieje się w jej biurze.

background image

— Proszę spojrzeć, ktoś przeszukiwał pani rzeczy, pod pani nieobecność. Czy chce 

pani wezwać policję, czy... 

Przerwał mu wybuch śmiechu Anny.

— Och, ależ to zabawne! Hans i Konrad pisali mi, że jesteście detektywami. Co za 

śmieszna historia!

Jupe   nie   czuł   się   bardzo   rozbawiony.   Rumieniec   oblał   mu   twarz,   chłopiec 

nachmurzył się.

— Och, nie chciałam cię dotknąć. Nie złość się, proszę. Wiem, że jesteś dobrym 

detektywem i że masz rację. Ten pokój był przeszukiwany. Przeze mnie i mego męża.

Jupiter bez słowa czekał na dalsze wyjaśnienia.
— Widzisz, zaginął mi klucz. Jest to bardzo ważny klucz i muszę go znaleźć. Dlatego 

przewróciliśmy moje biuro do góry nogami.

— Może moglibyśmy pomóc? — zapytał Pete. — Jupe na pewno pomoże. On jest 

świetny w odgadywaniu, gdzie mogą się podziewać zaginione przedmioty.

— Wszyscy  jesteśmy w tym bardzo  dobrzy — dodał Bob. — Jupe, masz  jedną z 

naszych wizytówek? Pokaż pannie Schmi..., chciałem powiedzieć pani Havemeyer.

Jupe czuł się wciąż trochę urażony, ale sięgnął po portfel, wygrzebał z niego kartę 

wizytową i podał Annie.

TRZEJ DETEKTYWI

Badamy wszystko 

???

Pierwszy Detektyw . . . . . . . . Jupiter Jones

Drugi Detektyw . . . . . . . . . Pete Crenshaw 

Dokumentacja i analizy . . . . . Bob Andrews

— Imponujące — Anna zwróciła kartę.
—   Dziękuję   —   powiedział   Jupiter   chłodno.   —   Mamy   godny   pozazdroszczenia 

dorobek. Odnieśliśmy wiele sukcesów w rozwikłaniu trudnych spraw, wobec których ludzie 
o   wiele   od   nas   starsi   byli   bezsilni.   Znaki   zapytania   na   naszej   wizytówce   symbolizują 

tajemnice, które zawsze chętnie wyjaśniamy.

Joe Havemeyer uśmiechnął się do Hansa.

— On zawsze tak się wysławia?
— Chcesz powiedzieć, że mówi jak z książki? O, Jupe dużo czyta, zresztą to prawda, 

że zawsze potrafi wyjaśnić sprawę, nawet kiedy nikt inny nie ma pojęcia, o co w ogóle 
chodzi. Dajcie Jupe'owi poszukać tego klucza, a znajdzie go wam w mig.

— Bardzo miło, że chcecie nam pomóc — powiedział Havemeyer — ale nie sądzę, 

background image

żebyśmy musieli aż zatrudniać detektywów. Klucz jest gdzieś tu, w domu i musi się znaleźć.

— Tak, z pewnością — skinął głową Jupiter. — Teraz musimy już iść. Zmrok zapada 

wcześnie po tej stronie Sierra. Musimy dotrzeć na kemping i rozbić nasz namiot, póki 

jeszcze jest widno.

— My też idziemy — powiedział Hans. — Później wrócimy jeszcze, pogadać trochę, 

jeśli można.

—   Ach   nie!   —   zawołał   gorąco   Joe   Havemeyer.   —   Anno,   nie   mieliśmy   przecież 

prawdziwego wesela. Teraz, jak są tu twoi kuzyni, urządzimy małą uroczystość. Poza tym 
Hans i Konrad nie muszą przecież  nocować  pod namiotem. Mamy jeden pokój wolny. 

Zostańcie u nas.

Anna zdawała się być zakłopotana tą propozycją. Hans zauważył jej wahanie i zaczął 

odmawiać, ale Konrad mu przerwał:

— To dobry pomysł. Dobrze by było, żebyśmy mogli tu pobyć. Ojciec Anny nie żyje.

— Tak, Anna mówiła mi — powiedział Joe. — Ale co to ma do rzeczy?
— Nie ma ojca, który by zadbał o sprawy panny młodej, więc musi się tym zająć ktoś 

z   rodziny.   Jesteśmy   tu   jedynymi   krewnymi   Anny   —   Konrad   zwrócił   się   do   Anny   i 
powiedział parę słów po niemiecku.

— Po angielsku, proszę — burknęła. — Poza tym na takie rozmowy z Joem był czas 

przed naszym ślubem.

— Ależ, Anno, nie dałaś nam przecież znać, że wychodzisz za mąż. 
— Nie było potrzeby, nie macie się czego obawiać. Joe ma swoje własne dochody. 

Teraz   pomoże   mi   prowadzić   gospodę.   W   zimie   będzie   obsługiwał   wyciąg   narciarski. 
Omówiliśmy już wszystko i nie masz się co wtrącać w nie swoje sprawy.

Konrad poczerwieniał i zamilkł. Joe Havemeyer starał się ułagodzić Annę. Ale ona 

wzięła swoje zakupy i wyszła do kuchni, nie patrząc nawet na kuzynów.

— Myślę, że nic tu po nas — powiedział Hans smutno.
— Dajcie spokój — zaprotestował Havemeyer. — Anna szybko wpada w złość, ale do 

kolacji odzyska humor. Wiem, że się cieszy waszym przyjazdem. Tyle mi o was opowiadała. 
Po prostu jest dumna ze swej niezależności i poczuła się urażona, że ktoś chce załatwiać za 

nią jej sprawy. Nie lubi, żeby ją traktować jak dziecko.

Konrad potarł dłonią policzek.

— Wygłupiłem się. Wszystko stąd, że kiedy ostatni raz widziałem Annę, była bardzo 

młoda i teraz zacząłem się zachowywać, jakbym był jej ojcem.

— No właśnie — przytaknął Havemeyer — ale wszystko będzie dobrze, zobaczysz.
Nie mylił się.

background image

Hans i Konrad wnieśli swoje bagaże do dużego kwadratowego pokoju, po północnej 

stronie gospody. Gospoda miała tylko cztery sypialnie, dwie z nich zajmowali turyści. Nie 
było więc już miejsca dla Trzech Detektywów. Idąc za namową Joego Havemeyera, rozbili 

swój namiot w pobliżu domu. Rok był bardzo suchy, spadło niewiele śniegu w zimie i mało 
deszczy   wiosną.   Tak   więc   płynący   przez   pole   namiotowe   strumień   zupełnie   wysechł. 

Obozując blisko domu, mieli zapewnione zaopatrzenie w wodę. Joe nalegał także, by zjedli 
w domu kolację, miało to być przecież przyjęcie weselne. Do stołu mieli zasiać także dwaj 

turyści, ale Joe zapewnił, że nie dopuści, by pan Jensen i pan Smathers zepsuli odświętny 
nastrój.

Chłopcy poznali obu panów tuż przed kolacją. Pan Smathers był małym, chudym 

człowieczkiem, trochę po pięćdziesiątce. Nosił szorty i buty turystyczne, sznurowane aż po 

jego   supłowate   kolana.   Pan   Jensen   był   młodszy,   wyższy   i   masywniejszy.   Miał   krótko 
przystrzyżone brązowe włosy i nieładną, lecz sympatyczną twarz.

Kiedy   Anna   wniosła   pieczeń,   pan   Smathers   parsknął   z   niezadowoleniem   i 

wykrzyknął:

— Wołowina!
— Bez wykładów, proszę — powiedział pan Jensen. — Bardzo lubię pieczeń wołową i 

doprawdy  będę wdzięczny, jeśli zaoszczędzi  mi pan swych  uwag. Nie chcę  się czuć jak 
morderca, ile razy podniosę widelec do ust.

— Zwierzęta są naszymi przyjaciółmi. — Pan Smathers utkwił w panu Jensenie swe 

niebieskie, wodniste oczy. — Przyjaciele nie zjadają się nawzajem.

Anna, która odzyskała już dobry humor, roześmiała się.
— Nie  znałam  osobiście   krowy, która  była tak   miła  i dostarczyła  nam mięsa na 

dzisiejszą kolację. W każdym razie nie jest już nieszczęśliwa i nie musimy się już o nią 
martwić. A dla pana mam szpinak, surową marchewkę i pędy lucerny.

—   Doskonale   —   pan   Smathers   zatknął   serwetkę   pod   brodę   i   zabrał   się   do 

pałaszowania swego wegetariańskiego posiłku.

Pan Jensen obserwował, jak Joe Havemeyer kroi pieczeń.
— Czy myśleliście państwo kiedyś o serwowaniu dziczyzny w sezonie? — zapytał. — 

Udało mi się dziś ustrzelić dwie sarny na drodze do Bishop.

— Ustrzelić? — zdziwił się Bob.

— Pan Jensen jest stworzeniem mięsożernym — powiedział Smathers. — Chętnie 

strzelałby do saren ze strzelby. Na szczęście jest to niezgodne z prawem, “strzela” więc tylko 

z aparatu fotograficznego.

— Jestem zawodowym fotografem — wyjaśnił Jensen. — Specjalizuję się w zdjęciach 

background image

zwierząt. Mnóstwo magazynów ilustrowanych świetnie płaci za zdjęcia dzikich zwierząt w 

ich naturalnym środowisku.

— Żyje z innych stworzeń, jak pospolity drapieżnik — mruknął pan Smathers.

— Nie robię im krzywdy — obruszył się Jensen. — Fotografuję je tylko.
Pan Smathers wzruszył pogardliwie ramionami.

Joe Havemeyer skończył kroić pieczeń i podał gościom półmisek z plastrami mięsa.
— Pan Smathers tak lubi wędrówki wysokogórskie, że stało się to dla mnie źródłem 

prawdziwej   inspiracji   —   zwrócił   się   do   obecnych.   —   Ponad   stokiem   narciarskim   jest 
polana, a powyżej rozciągają się zupełnie dzikie przestrzenie. Spróbujemy przyciągnąć tu w 

lecie   amatorów   wycieczek.   Rozreklamujemy   wygodne   łóżka   i   dobre   jedzenie   wśród 
dziewiczej przyrody.

Pan Smathers zerknął na niego sponad pędów lucerny.
— To nie pozostawi jej na długo dziewiczą.

— Kilku piechurów nie wypłoszy stąd ptaków i niedźwiedzi. Zresztą jeśli chodzi o 

niedźwiedzie, nie są ani trochę lękliwe.

— Mówi pan tak tylko dlatego, że jeden dobrał się wczoraj do śmietnika... — zaczął 

Smathers.

— Porozwłóczył wszystko po podwórzu — przerwał mu Havemeyer.
— Nie można ich za to winić. Rok był wyjątkowo suchy i nie mają dość paszy wysoko 

w górach. Dlatego schodzą do miasteczka. Nikt nie ma do tego większego prawa od nich. 
To ich ziemia. Były tu, nim się ludzie osiedlili.

— Ten niedźwiedź nie był tu pierwszy i lepiej niech się tu więcej nie pokazuje!
— Barbarzyńcy! — wykrzyknął Smathers. 

Anna uderzyła pięścią w stół.
— Dość tego! — zawołała. — Dziś świętujemy nasze wesele. Nie pozwolę, żeby mi to 

zepsuto kłótniami.

Zapadła kłopotliwa cisza. Jupiter rozpaczliwie szukał w myślach jakiegoś tematu 

konwersacji. Przypomniał mu się wykop, który zauważył wcześniej za gospodą.

— Czy zamierzacie państwo rozbudować gospodę? — zapytał. — Widziałem wykop 

na zapleczu. Czy to na fundamenty pod drugi budynek?

— Nie, to będzie basen pływacki — odparł Havemeyer.

— Basen pływacki?! — zdumiał się Hans. — Tutaj? Tu jest na to za chłodno.
— W ciągu dnia robi się gorąco — powiedział Havemeyer. — Będziemy oczywiście 

podgrzewać   wodę.   To   będzie   dodatkowa   atrakcja   dla   turystów.   Górskie   wycieczki   i 
odświeżająca kąpiel pod koniec dnia. Obudujemy basen i będzie można używać go w zimie. 

background image

Wyobraźcie sobie — i jazda na nartach, i pływanie tego samego dnia!

— Ma pan wielkie plany — zauważył pan Jensen. Było w jego głosie coś zgryźliwego, 

co zwróciło uwagę Jupitera. Wyczuł to również Havemeyer, gdyż zapytał:

— Panu się to nie podoba?
Nim Jensen zdążył odpowiedzieć, uwagę wszystkich przykuł dochodzący z podwórza 

hałas — metaliczny brzęk, po czym huk przewracanego kubła na śmieci.

Havemeyer zerwał się z krzesła i pobiegł do małego schowka pod schodami.

— Nie! — krzyknął Smathers.
Havemeyer wynurzył się ze schowka ze swoją strzelbą.

— Nie, nie zrobi pan tego! — Smathers skoczył do drzwi kuchennych.
— Niech się pan nie wtrąca! — Havemeyer pobiegł za Smathersem, a Hans, Konrad i 

chłopcy za nimi. Gdy wpadli do kuchni, Smathers otwierał właśnie drzwi na podwórze.

— Uciekaj! — krzyczał. — Nie zbliżaj się! Schowaj się! 

Havemeyer złapał małego pana za ramię i odepchnął od drzwi. Chłopcom mignął na 

moment duży, ciemny kształt, umykający w stronę drzew na obrzeżu stoku narciarskiego. 

Potem widok przesłoniła sylwetka Joego Havemeyera, który podniósł strzelbę do ramienia 
i wycelował. Wypaliła z lekkim trzaskiem.

— Cholera! — zaklął.
— Spudłował pan, co? — ucieszył się Smathers. 

Havemeyer odwrócił się i wszedł do kuchni.
— Powinienem pana wychłostać — mruknął.

Wszyscy wrócili do jadalni. Po drodze Pete złapał Jupe'a za rękę.
— Widziałeś tę strzelbę? — spytał szeptem. 

Jupe skinął głową.
—   Strzelba   na   naboje   ze   środkiem   usypiającym.   Dziwne.   Po   co   ruszać   na 

niedźwiedzia z czymś takim, kiedy w domu jest normalna strzelba?

background image

ROZDZIAŁ 3
Nocny gość

Jupiter przebierał palcami nóg wewnątrz swego śpiwora i wpatrywał się w mrok.
— Trzej Detektywi mają nową sprawę — odezwał się. 

Leżący obok Bob obrócił się do niego i oparł na łokciu.
— Będziemy jednak szukać klucza kuzynki Anny?

— Nie to. Rozmawiałem po kolacji z Hansem i Konradem. Chcą, żebyśmy zrobili 

mały wywiad co do męża Anny. Nie bardzo im się podoba. 

Pete ziewnął głośno.
— Mnie też nie. Facet za szybko sięga po broń. Nic takiego nie zrobiliśmy dziś po 

południu. Zaglądaliśmy tylko do biura przez otwarte drzwi, a on gotów był do nas strzelać.

— A dla odstraszenia niedźwiedzia użył gazu usypiającego — dodał Jupe. — To bez 

sensu. Po co w ogóle mu taka strzelba? Ale nie to zaniepokoiło Hansa i Konrada. Tylko 
basen pływacki. Obawiają się, że ich praktyczna i pracowita kuzynka poślubiła faceta, który 

roztrwoni jej pieniądze na głupie pomysły. Trzeba przyznać, że nonsensem jest budowanie 
basenu przy gospodzie, która dysponuje tylko trzema pokojami dla gości. Koszta nigdy się 

nie zwrócą. Poza tym niepokoi ich, że Havemeyer nie ma żadnej pracy. Uważają, że to 
dziwne   w   jego   wieku.   Kiedy   pomagał   im   wnosić   bagaż   do   gospody,   opowiadał,   że 

odziedziczył spore pieniądze i mieszkał w Reno, nim spotkał Annę. Ten sportowy, czerwony 
samochód na parkingu jest jego i ma tablicę z rejestracją Nevady. Tak więc ta część jego 

historii się zgadza.

— Więc co robimy? — zapytał Pete. — Jedziemy do Reno wypytać o niego sąsiadów?

— Chyba to nie będzie konieczne — odparł Jupiter. — Bob, czy twój tato zna kogoś w 

Reno?

Ojciec Boba był dziennikarzem i pracował dla gazety w Los Angeles. Miał szerokie 

kontakty i wielu znajomych dziennikarzy na zachodzie Stanów.

— Reno? — zastanawiał się Bob. — Nie, chyba nigdy nie słyszałem, by wspominał 

kogoś   mieszkającego   w   Reno.   Ale   mogę   pogadać   z   tatą,   żeby   poprosił   o   informacje   o 

Havemeyerze w biurze kredytowym w Reno. Jeśli Hevemeyer otworzył kiedykolwiek konto 
bankowe, biuro kredytowe powinno mieć o nim informacje. Tato zawsze mówił, że bardzo 

wiele można się tą drogą dowiedzieć o człowieku. Na przykład, w którym banku ma konto, 
ile pieniędzy, czy nie zalega z opłatami i tym podobne.

— Dobra — powiedział Jupiter. — Jutro zatelefonujemy do twego taty.
Usiadł i rozchylił namiot. Gospoda “Pod slalomem” tonęła w mroku. Tylko jedno 

background image

okno było oświetlone.

— Joe Havemeyer jest w biurze Anny.
—  Napis  “Wstęp  wzbroniony”  jego  chyba  nie  dotyczy   —  powiedział   Pete. Usiadł 

także i spojrzał w stronę gospody.

Mąż   Anny   był   dobrze   widoczny   przez   nie   osłonięte   okno.   Siedział   przy   biurku. 

Sortował jakieś papiery i wkładał je do kartonowych teczek.

— Robi porządek — zauważył Pete. — Dziwię się, że Anna sama się do tego nie 

zabrała. Podobno jest taka skrupulatna.

—  W   ogóle   jestem  trochę   rozczarowany   kuzynką  Anną  —  powiedział   Jupiter.  — 

Zdaje   się,   że   Hans   i   Konrad   również.   Była   wyraźnie   niezadowolona,   gdy   Havemeyer 
zaproponował, żeby zamieszkali u nich. Nie chciała mówić z nimi po niemiecku. Właściwie 

w ogóle z nimi nie rozmawiała. Całą konwersację podtrzymywał jej mąż.

— Spotkania rodzinne nie zawsze  są takie, jak się oczekiwało  — stwierdził Pete. 

Zaczął macać wokół siebie w poszukiwaniu butów. Nie rozbierał się, wchodząc do śpiwora. 
Był w dżinsach i bluzie dresowej. — W każdym razie  ciasto  kuzynki  Anny jest pyszne. 

Zjadłbym jeszcze kawałek, ze szklanką mleka.

— Nie mów mi o jedzeniu — mruknął Jupe, ale również zaczął nakładać buty.

Bob rozpiął swój śpiwór.
— Idę z wami — powiedział.

— Czekajcie! — zawołał nagle Jupe. — Słyszycie?
Zza namiotu dobiegł cichy dźwięk, na wpół pomruk, na wpół skowyt.

— Niedźwiedź — szepnął Pete.
— Nie ruszajcie się — syknął Jupe.

Trzasnęła gałąź i coś potoczyło się z chrobotem, jakby kopnięta szyszka. Wreszcie 

zwierzę ukazało się w otworze namiotu i zatrzymało się. Na tle światła, padającego z okna 

naprzeciw, jego sylwetka była dobrze widoczna. Niedźwiedź. Duży niedźwiedź, zapewne 
głodny. Węsząc posuwał się w ich kierunku.

— Idź sobie! — wykrztusił Pete.
— Ciii — szepnął Bob. — Nie strasz go.

Niedźwiedź stał nieruchomo i wpatrywał się w chłopców. Obserwowali go, starając 

się   nie   wykonywać   najlżejszego   ruchu.   Wreszcie   niedźwiedź   stracił   zainteresowanie 

namiotem i jego mieszkańcami i odszedł wolno za gospodę.

— Uff! — oddechnął Pete z ulgą.

— Tylko śmietnik go interesuje — mruknął Bob.
Jakby na potwierdzenie, po chwili rozległ się trzask przewracanego kubła na śmieci. 

background image

Przez okno biura zobaczyli, jak Joe Havemeyer zrywa się ze swego miejsca i rzuca się do 

drzwi. Nie dotarł do nich jeszcze, gdy za gospodą rozbłysło jasnoniebieskie światło. Potem 
usłyszeli skowyt i wreszcie krzyk — ludzki krzyk!

Trzej Detektywi wyczołgali się spiesznie z namiotu i pobiegli w stronę podwórza na 

tyłach gospody. Kiedy okrążyli narożnik budynku, zobaczyli ciemną sylwetkę niedźwiedzia, 

wspinającego   się   niezdarnie   po   stoku   narciarskim.   Równocześnie   spomiędzy   drzew   po 
południowej stronie gospody dobiegł ich trzask łamanych gałęzi. Ktoś lub coś biegło na 

oślep przez gęste poszycie lasu.

Nad tylnym wejściem rozbłysło światło i drzwi otworzyły się z trzaskiem. Na mały 

ganek kuchenny wypadł Joe Havemeyer, trzymając w ręce strzelbę na naboje ze środkiem 
usypiającym. Ogarnął spojrzeniem chłopców, potem rozrzuconą wokół stopni zawartość 

pojemnika na śmieci. Chciał coś powiedzieć, lecz nagle słowa zamarły mu na ustach.

Wśród śmieci leżał pan Jensen. Miał na sobie piżamę i płaszcz kąpielowy. Jeden 

pantofel spadł mu z nogi. Obok walały się kawałki roztrzaskanego aparatu fotograficznego.

— Co... co?... — wyjąkał Havemeyer.

— Miał pan nocnego gościa — powiedział Jupiter i pochylił się nad fotografem. — To 

był niedźwiedź. Zaatakował pana Jensena.

background image

ROZDZIAŁ 4
Jeden niedźwiedź czy dwa?

Joe Havemeyer odłożył strzelbę i ukląkł przy nieprzytomnym Jensenie.
— Widzieliście, co zaszło? — zwrócił się do chłopców.

—   Widzieliśmy   niedźwiedzia,   kiedy   przechodził   koło   naszego   namiotu   — 

odpowiedział Bob. — Potem poszedł za dom i usłyszeliśmy huk przewracanego kubła na 

śmieci. Po chwili  zobaczyliśmy  błysk  i zaraz  potem usłyszeliśmy  skowyt niedźwiedzia i 
krzyk pana Jensena.

W   gospodzie   rozbłysły   wszystkie   światła.   Pierwsza   ukazała   się   w   drzwiach 

kuchennych Anna.

— Joe? Co to było?
—   Jensen   —   odparł   krótko   Havemeyer.   —   Fotografował   z   lampą   błyskową 

niedźwiedzia i oberwał. Trzeba go chyba zabrać do lekarza.

Pan   Smathers   przecisnął   się   przez   drzwi,   obok   Anny.   Jego   rzadkie,   siwe   włosy 

sterczały w nieładzie. Szlafrok nałożył na lewą stronę.

— Co się stało? — pytał.

Za nim ukazali się Hans i Konrad. Zbiegli szybko ze stopni ganku.
— No więc? — odezwał się Hans. — Co się stało? 

Jensen   jęknął,   przekręcił   się   na   bok,   podkurczył   nogi   i   wreszcie   zdołał   usiąść. 

Havemeyer z westchnieniem ulgi opadł na stopień.

— Jak się pan czuje? — zapytał Jensena. 
Fotograf skrzywił się i uniósł rękę do karku.

— Ktoś... ktoś mnie uderzył.
— Ma pan szczęście, że jeszcze pan w ogóle oddycha — powiedział Havemeyer. — 

Niewielu przeżywa atak niedźwiedzia.

Jensen podniósł się na kolana, wreszcie wstał i oparł się o ścianę domu.

—   Tak,   zostałem   zaatakowany,   ale   nie   przez   niedźwiedzia.   —   Jensen   potrząsnął 

głową, jakby chciał się pozbyć resztek zamroczenia. — Ktoś zakradł się od tyłu i rąbnął 

mnie w kark.

—   Och,   niechże   pan   da   spokój   —   powiedział   Havemeyer.   —   To   był   niedźwiedź. 

Przestraszył się błysku i zaatakował pana. Nie ma pan pojęcia, jak potrafią być szybkie.

— Wiem o tym, ale to nie dotyczy tego niedźwiedzia. Zauważyłem go z okna mego 

pokoju.  Wziąłem  aparat  i  zszedłem na dół. Ustawiłem   obiektyw,  gdy usłyszałem  kogoś 
skradającego się za moimi plecami. — Jensen wyprostował się i spojrzał na stojącego na 

background image

ganku Smathersa. — Ty! — wybuchnął. — Ty i twoje zwariowane teorie o zwierzętach. To 

pan mnie uderzył! Co pan sobie wyobrażał? Że naruszam prawo niedźwiedzia do grzebania 
w śmietniku czy coś takiego? 

Havemeyer podszedł do Jensena i ujął go pod ramię.
— Pan jest zdenerwowany. Zawieziemy pana do lekarza.

— Nie chcę lekarza! Chcę policji!
— Proszę pana — Jupe zbliżył się do Jensena — mogły tu być dwa niedźwiedzie. 

Przybiegliśmy,   jak   tylko   pan   krzyknął.   Zobaczyliśmy   niedźwiedzia   wspinającego   się   po 
stoku i równocześnie usłyszeliśmy, że coś przedziera się tam, przez ten las.

—   Nie   uderzył   mnie   niedźwiedź!   —   krzyknął   Jensen   z   uporem   i   rzucił   wściekłe 

spojrzenie Smathersowi.

—   Nie   mam   zwyczaju   walić   po   głowie   innych   przedstawicieli   mego   gatunku   — 

oświadczył Smathers wyniośle. — Zresztą nie miałem po temu żadnej możliwości. Byłem w 

łóżku. Proszę zapytać pani Havemeyer. Widziała, jak wychodziłem ze swego pokoju, już po 
wypadku.

Anna skinęła głową.
—   To   prawda.   Usłyszałam   hałasy   i   postanowiłam   zejść   na  dół.   Byłam   u   szczytu 

schodów, gdy pan Smathers otwierał drzwi swego pokoju.

— Wszystko stało się tak nagle — wtrącił uspokajająco Havemeyer.

— Nie może pan dobrze pamiętać przebiegu wypadków. Zwłaszcza po uderzeniu w 

głowę.

— W kark — sprostował Jensen. — Uderzono mnie w kark. Od kiedy to niedźwiedzie 

zadają ciosy w kark?

—   Dobrze,   już   dobrze,   wejdźmy   teraz   do   domu   i   zatelefonujmy   do   doktora   — 

Havemeyer mówił jak do niegrzecznego dziecka.

— Nie chcę doktora! — krzyknął Jensen. — Proszę wezwać policję! Kryminalista 

włóczy się po okolicy, atakując spokojnych ludzi!

— Spokojni ludzie powinni o tej porze leżeć w łóżku — odezwał się Smathers — a nie 

straszyć niewinne stworzenia lampami błyskowymi.

—   Mój   aparat!   —   Jensen   pochylił   się   nad   szczątkami   rozbitego   aparatu 

fotograficznego. Podniósł dwa kawałki i patrzył ze złością na zwisający z nich zwój filmu. — 

Pięknie! Wandal! — rzucił wyraźnie pod adresem Smathersa.

— Aparat roztrzaskał się, kiedy go pan wypuścił z rąk — powiedział Smathers. — Ale 

jeśli chce pan wezwać policję, doskonale. Z przyjemnością z nimi porozmawiam. Na razie 
wracam do łóżka. Proszę mnie nie budzić bez istotnego powodu. — Odwrócił się tyłem do 

background image

rozwścieczonego Jensena i znikł w drzwiach kuchennych.

—   Słusznie   —   odezwał   się   Havemeyer.   —   Pora,   żebyśmy   wszyscy   poszli   spać. 

Przynieście  wasze  śpiwory — zwrócił się do chłopców. — Nie możecie spędzić nocy na 

dworze, gdy niedźwiedź kręci się w pobliżu.

— To nie był niedźwiedź! — krzyknął Jensen.

— Co więc? — zapytał Havemeyer. — Jupe słyszał, że coś się przedzierało przez las. 

Tak więc, albo ktoś z miasteczka nabrał nagle ochoty na mały napad, albo to był drugi 

niedźwiedź. Czy wreszcie zgodzi się pan wezwać lekarza? Jeśli ściągniemy tu szeryfa, powie 
panu tylko, żeby nie włóczył się pan po nocach i nie narażał się na atak dzikich zwierząt.

Miał rację i Jensen zdawał sobie z tego sprawę.
— Dobrze, zgoda — mruknął. — Ale nie potrzebuję lekarza. — Rozcierając sobie kark 

wszedł powoli do domu.

Piętnaście minut później Trzej Detektywi rozłożyli się wygodnie w swych śpiworach 

na podłodze dużego pokoju na parterze. Czekali, aż umilkną odgłosy na piętrze, i pierwszy 
odezwał się Pete:

—   Jensen   ma   szczęście.   Niewielu   ludzi   wychodzi   tak   lekko   ze   starcia   z 

niedźwiedziem. Chyba że to rzeczywiście nie był niedźwiedź.

— Właśnie to samo sobie myślałem — powiedział Jupe. — Jak to możliwe, żeby 

niedźwiedź zadał cios, który pozbawił człowieka przytomności, i równocześnie nie zostawił 

ani jednego zadraśnięcia? Na karku Jensena nie było żadnych śladów.

— To nie mógł być nikt z gospody — zauważył Bob. — Hans i Konrad nie biją ludzi. 

Havemeyer był w biurze, gdy to się stało, a Smathers i Anna dostarczyli sobie nawzajem 
alibi. Smathers musiałby być chyba muchą, żeby walnąć Jensena i wrócić do pokoju, nim 

Anna wybiegła ze swojego.

— Tak więc był to albo ktoś obcy, albo jednak drugi niedźwiedź — podsumował 

Jupe. — Jutro rano, jak tylko się rozwidni, pójdziemy między te drzewa na południe od 
domu.  Dzień był suchy, ale   ziemia  między drzewami  powinna  być  dość wilgotna, żeby 

mogły się na niej zachować ślady. To, co zadało cios Jensenowi, musiało zostawić trop. 
Powinniśmy ustalić, czy to człowiek, czy zwierzę.

background image

ROZDZIAŁ 5
Zaginiony klucz

Silne potrząsanie obudziło Jupitera. Nad nim stał Pete.
— Spóźniliśmy się. Wyłaź ze śpiwora i chodź sam zobaczyć. 

Jupe usiadł. W pokoju było jeszcze szaro i mglisto.
— Joe Havemeyer wyprzedził nas — mówił Pete.

— W czym? — zapytał Bob przeciągając się.
—   Nie   znajdziemy   już   śladów   niedźwiedzia   ani   człowieka,   ani   w   ogóle   żadnych 

śladów. Chodźcie zobaczyć. Nie uwierzycie mi, póki sami nie zobaczycie.

Bob i Jupe poszli za Pete'em do kuchni i stanęli przed oknem.

— Wielce interesujące — powiedział Jupe.
— To... to szaleństwo! — wykrzyknął Bob. Patrzył ponuro na męża kuzynki Anny, 

zamiatającego zamaszyście ziemię na podwórzu.

— Pozamiatał już między tymi drzewami — powiedział Pete. — Zobaczyłem go, kiedy 

kończył tam sprzątać, i poszedłem was obudzić.

— Hmm... — mruknął Jupe w zadumie. — Wyraźnie stara się zatrzeć wszelki ślad po 

wczorajszym napastniku. Bardzo ciekawe — podszedł do drzwi, otworzył je i wyszedł na 
ganek. — Dzień dobry! — zawołał pogodnie.

Havemeyer wzdrygnął się lekko, ale zaraz uśmiechnął się szeroko.
— Dzień dobry. Jak się spało po tych wszystkich emocjach?

— Spałem jak kłoda. Wcześnie pan wstał — Jupiter nie spuszczał wzroku z miotły w 

rękach   Havemeyera.   Ten   podniósł   kubeł   i   zaczął   zmiatać   rozrzucone   wokół   schodów 

śmieci.

— Mam dużo roboty. Chciałem przede wszystkim oczyścić podwórze, bo naschodzi 

nam się tu niedźwiedzi. A po śniadaniu muszę się zabrać do basenu kąpielowego. Wkładaj 
buty, to ci go pokażę. — Wsypał śmieci do kubła, nałożył pokrywę  i wszedł na schody 

ganku.

Bob i Pete stali niewinnie koło zlewu, gdy Havemeyer z Jupe'em weszli do kuchni.

— Dzień dobry — powiedział Havemeyer. — Chcecie zobaczyć mój basen?
Chłopcy ubrali się i wszyscy poszli kilkanaście metrów za gospodę, oglądać wykop.

—   Sprowadziłem   z   Bishop   ludzi   z   ciężkim   sprzętem   do   kopania   —   mówił 

Havemeyer. — Gdybym to robił sam, straciłbym całe lato. Ale sam założę szalunek i wyleję 

beton.

— Słusznie pan zrobił — powiedział Pete. — To musi mieć ze trzy metry głębokości.

background image

— Trzy i pół.

— Ale tu nie ma płytszej części — zwrócił uwagę Pete.
— Masz rację.

Pete zmarszczył czoło.
— Nigdy nie widziałem takiego basenu. Ludzie nie umiejący pływać nie będą mogli 

się kąpać.

— O to właśnie chodzi — powiedział Havemeyer. — Kto nie umie pływać, nie będzie 

korzystać z basenu. Raz widziałem takiego, który nie umiał pływać, jak nagle stracił grunt 
pod nogami. To nie było zabawne.

— Aha — pokiwał głową Pete.
Od strony domu dobiegły ich wesołe nawoływania Hansa i Konrada.

— Tu jesteśmy! — krzyknął Havemeyer. 
Bracia zbiegli z ganku i przecięli podwórze.

— Ho, ho! — Hans wyraźnie postanowił być przyjacielski. — Basen, co?
— Tak — odparł Havemeyer — basen pływacki.

— Sam go robisz? — zapytał Konrad. 
Havemeyer skinął potakująco.

— Przy okazji nie kręcę się Annie pod nogami.
— Ciężka praca dla jednego — zauważył Hans. — Nie mamy nic lepszego do roboty, 

chętnie pomożemy.

— Och nie, nie — zaprotestował szybko Havemeyer. — To wasze wakacje. W żadnym 

wypadku nie chciałbym...

—   Cóż   lepszego   możemy   robić   na   wakacjach,   niż   pomagać   mężowi   kuzynki   — 

przerwał mu Konrad. Jego słowa były serdeczne, lecz ton stanowczy.

Havemeyer skapitulował i zaczął wyjaśniać braciom, jak zamierza założyć szalunek. 

Chłopcy odeszli w stronę gospody.

— Hans i Konrad znaleźli sobie dobry pretekst — powiedział Jupiter cicho. — W ten 

sposób będą stale na miejscu i mogą mieć Havemeyera na oku.

— Zaczynam się zastanawiać, co on właściwie buduje — odezwał się Pita, — Nigdy 

nie widziałem basenu, który by był cały tej samej głębokości.

W czasie śniadania atmosfera była napięta. Pan Jensen milczał i nawet nie spojrzał 

na   pana   Smathersa.   Ten   zaś   skrzywił   się   na   widok   jajek   i   wyraził   najwyższe 
niezadowolenie, gdy Anna wniosła półmisek z wędliną. Anna siedziała, kręcąc na palcu 

obrączkę   i   zachęcając   wszystkich   do   jedzenia.   Sama   prawie   nic   nie   jadła.   Havemeyer 
odmówił dodatkowej porcji i zaraz, z Hansem i Konradem, wstał od stołu, by zabrać się do  

background image

pracy   przy   basenie.   Pan   Smathers   wetknął   sobie   ciastko   do   kieszeni   koszuli   i   wyszedł 

również. Pan Jensen z ponurą miną podziękował Annie i powiedział, że jedzie w pewnej 
sprawie do Bishop.

Anna smutno patrzyła na zastawiony stół.
— Chyba nikt nie był dziś głodny.

— Wszystko było bardzo smaczne — zapewnił ją Jupiter. — Pani przypomina mi 

moją ciocię Matyldę.

— Cioca Matylda? — Anna zastanawiała się przez chwilę. — Ach, ta Pani, która jest 

tak dobra dla Hansa i Konrada.

— Jest świetną kucharką, jak pani — powiedział Jupiter. 
Pete zachichotał.

— To widać po tuszy Jupe'a.
— Jak tylko wrócę do domu, przechodzimy z ciocią na dietę. 

Bob roześmiał się.
— Już to słyszałem, Mały Tłuścioszku. Uwierzę, jak zobaczę rezultaty.

— Dobra! Zobaczysz! — Jupiter był tak dotknięty, że prawie krzyczał.
— Mały Tłuścioszek? — powiedziała Anna. — Chyba już słyszałam to przezwisko.

— Jeśli oglądała pani stare filmy w telewizji, mogła pani widzieć Jupe'a. Jako małe 

dziecko był gwiazdą. Można nawet powiedzieć, chlubą Ameryki.

— Ach tak? Hans i Konrad nie pisali mi o tym. — Anna rozpogodziła się nagle. — W 

swoich listach zawsze mówią o tobie jako o wyjątkowo mądrym i bystrym chłopcu.

—   Widziała   pani   naszą   wizytówkę   —   powiedział   Jupiter   sztywno.   Wciąż 

przechowywał urazę po wczorajszej odmowie.

—   Wizytówkę?   A   tak...   I   myślę,   że   głupio   zrobiłam   odmawiając.   Już   wszystko 

przeszukałam i nie mogę znaleźć tego klucza. Jest niezwykle ważny. Może wam uda się go 

odszukać.

— Czy to znaczy, że chce pani zatrudnić Trzech Detektywów?

— Jak to zatrudnić?
— Jupe'owi chodzi o to, czy upoważnia nas pani do przeszukania domu — wyjaśnił 

Bob. — Czasami pobieramy opłatę za nasze usługi, ale w tym wypadku to nie wchodzi w 
grę. Mieszkamy tu przecież za darmo i jedzenie jest wspaniałe!

— Nie można nawet porównywać z puszkami, które przywieźliśmy ze sobą — dodał 

Pete.

— Dziękuję — uśmiechnęła się Anna. — Zatrudnić. Tak, pragnę zatrudnić was przy 

szukaniu klucza. To taka głupia historia. Kiedy wyjeżdżałam do Lakę Tahoe, wolałam go 

background image

nie mieć przy sobie i dobrze  go gdzieś schowałam. Teraz  nie mogę sobie przypomnieć 

gdzie. Schowałam sama przed sobą!

— Jak wygląda ten klucz? — zapytał Jupiter.

—   Mały,   o,   mniej   więcej   taki   —   Anna   rozstawiła   kciuk   i   palec   wskazujący   na 

odległość około pięciu centymetrów. — To jest klucz do mojej skrytki w sejfie bankowym.

— Teraz rozumiem, dlaczego jest tak ważny — powiedział Pete. — Ale czy nie może 

pani powiedzieć w banku, że klucz zaginął? Na pewno dadzą pani duplikat.

— Mój tato też raz zgubił klucz od skrytki — wtrącił Bob. — Nie robili mu żadnych 

trudności.   Musiał   oczywiście   rozmawiać   z   dyrekcją   banku   i   chyba   trzeba   było   zmienić 

zamek. To coś kosztowało, ale niewiele.

— To dla mnie żenująca sprawa — odparła Anna. — Cieszę się dobrą opinią w banku 

w Bishop. Uważają mnie za osobę odpowiedzialną i z łatwością udzielili mi pożyczki na 
budowę wyciągu  narciarskiego.  Nie uśmiecha mi się teraz  iść do nich  i powiedzieć,  że 

zgubiłam tak ważny klucz.

— Doskonale. Trzej Detektywi zaoszczędzą pani kłopotów — oświadczył Jupiter. — 

To nie jest zadanie przekraczające nasze możliwości. Przy tym gospoda jest nieduża. Gdzie 
zazwyczaj trzymała pani ten klucz?

—   W   szufladzie   biurka.   Ale   teraz...   —   Anna   potrząsnęła   bezradnie   głową.   — 

Pamiętam tylko, pomyślałam sobie, że lepiej schować dobrze klucz, w razie gdyby ktoś się 

włamał   pod   moją   nieobecność.   Dom   był   zupełnie   pusty.   A   teraz   nie   mogę   sobie 
przypomnieć, gdzie go schowałam.

— No to bierzmy się do szukania — Pete wstał od stołu.
— Czy możemy zacząć od biura? — zapytał Jupiter.

— Już przeszukaliśmy biuro — odpowiedziała Anna. — Nie ma go nim
— Nie zaszkodzi jeszcze raz sprawdzić — pełen optymizmu uśmiech pojawił się na 

okrągłej twarzy Jupe'a. — Możemy wpaść na coś, co pani przeoczyła.

— Róbcie, jak uważacie — Anna zaczęła sprzątać ze stołu. 

Trzej   Detektywi   nie   tracąc   czasu   weszli   do   biura.   Panował   tu   wciąż   nieopisany 

bałagan.

— Myślę, że tracimy tu czas, Jupe — zauważył Pete. — Anna i jej mąż naprawdę 

przewrócili to miejsce do góry nogami. Znaleźliby nawet zagubioną szpilkę.

— Masz rację — Jupe usiadł przy biurku. Z kuchni dobiegał brzęk talerzy i szum 

lejącej się do zlewu wody. — Może uda nam się jednak odkryć tu coś innego. Na przykład, 

co robił tutaj Havemeyer, gdy wszyscy już poszli spać. Hans i Konrad chcą, żebyśmy się o 
nim jak najwięcej dowiedzieli. Dowiedzmy się więc najpierw, co go tak interesuje w tym 

background image

biurze.

Jupe zaczął przeglądać stertę papierów na biurku.
—   Hmm...   List   od   Hansa.   A   ten   od   Konrada.   Sprzed   dwu   lat.   Anna   pewnie 

przechowuje wszystkie ich listy.

— Po co miałby Havemeyer czytać po nocach listy od Hansa i Konrada? — Bob 

zaczął wertować papiery leżące na półkach na książki. — Są tu teraz obaj na miejscu. Jeśli 
chce coś o nich wiedzieć, może po prostu ich zapytać.

— Niewątpliwie — Jupiter oparł się na łokciu i zaczął skubać dolną wargę, co było 

oznaką jego pełnej koncentracji.

— Hej, tu coś jest — Bob podsunął Jupe'owi jakąś księgę. — Oszczędności Anny.
— Potężna książeczka oszczędnościowa — zauważył Pete.

— To nie jest książeczka oszczędnościowa, tylko rejestr wpływów i wydatków. Tu jest 

rubryka wpłat, tu pieniędzy podjętych, a ostatnia — to pieniądze do dyspozycji.

Jupiter   przeglądał   uważnie   stronę   po   stronie.   Kiedy   doszedł   do   połowy   księgi, 

podniósł głowę.

— Ostatni zapis jest sprzed tygodnia — powiedział. — Tydzień temu Anna wpłaciła 

sto siedemdziesiąt pięć dolarów, nie wybrała nic i ma dziesięć tysięcy osiemset dwadzieścia 

trzy dolary.

—   Ho,   ho!   —   wykrzyknął   Pete.   —   Jeśli   ma   to   w   gotówce,   jest   lepsza   od 

dziewięćdziesięciu   procent   Amerykanów.   Przerabialiśmy   to   w   szkole   w   tym   roku. 
Większość nie posiada pieniędzy w gotówce, a wiele ludzi jest w takich długach, że nawet 

pęknięta opona może być problemem.

— Kuzynka  Anna jest  więc zamożna —  stwierdził  Jupe. —  Bob,  lepiej  znajdźmy 

prędko ten klucz i chodźmy do miasta zatelefonować do twego taty. Bardzo mnie teraz 
interesuje stan majątkowy Havemeyera.

— Myślisz, że zamierza położyć łapę na forsie Anny? — zapytał Pete.
—   Być   może.   W   każdym   razie   Hans   i   Konrad   obawiają   się   tego.   Nie   ulega 

wątpliwości, że stała obecność braci jest mu niewygodna. Był wyraźnie niezadowolony, gdy 
zaoferowali pomoc przy budowie basenu. To nie ma sensu. Cały ten basen nie ma sensu. 

Zamiatanie ziemi na podwórzu i w lesie jest bezsensowne i strzelba na naboje ze środkami 
usypiającymi jest też bezsensowna... — Jupe urwał i podniósł rękę ostrzegawczo. Dały się 

słyszeć czyjeś kroki i po chwili w drzwiach stanęła Anna.

— No i co? — zapytała.

— Miała pani rację — odparł Jupiter — tu nie ma klucza.
— Przeszukamy całą gospodę — zapewnił Bob. — Czy panowie Jensen i Smathers nie 

background image

będą mieli nic przeciwko temu, że zajrzymy również do ich pokoi? Jeśli to w ogóle jest 

możliwe, że schowała pani klucz w którymś z pokoi dla gości?

— Możliwe. Kiedy jechałam do Lakę  Tahoe wziąć ślub, nie miałam w gospodzie 

żadnych gości. Ale nie ruszajcie bagaży. Tam na pewno nie ma klucza, a rozgniewałoby to 
ich bez potrzeby.

— Oczywiście — Jupiter wstał. — Może chciałaby pani, żebyśmy tu uporządkowali.
— Zrobię to sama. Nie wiecie, gdzie co położyć.

— Słusznie — Jupiter wyszedł zza biurka i był już prawie w drzwiach, gdy zatrzymał 

się, uderzony pewną myślą. — Czy wystawiała pani ostatnio jakiś czek? Nie zauważyłem tu 

nigdzie książeczki czekowej.

— Nie mam książeczki czekowej. Płacę zawsze gotówką.

— Za wszystko? — zdumiał się Jupe. — Czy to nie jest niebezpieczne nosić przy sobie 

większą sumę pieniędzy?

— Nigdy nie mam dużo gotówki. Trzymam pieniądze w sejfie bankowym. Dlatego 

tak mi potrzebny ten klucz. Niedługo będę musiała opłacić pewne rachunki. Mąż zamówił 

cement na basen i chcę zapłacić od razu, kiedy go przywiozą.

— Gotówką?

— Tak jest bezpieczniej. Czeki ktoś mógłby ukraść, podrobić mój podpis i wziąć 

pieniądze,   nim   bym   zauważyła   brak   książeczki   czekowej.   Nigdy   nie   trzymam   w   domu 

więcej pieniędzy, niż potrzebuję na bieżące wydatki, i noszę je stale przy sobie, a w nocy 
wkładam pod poduszkę. Nikt nie może ich ukraść.

— Nie wiem, czy policja pochwala ten system, proszę pani — powiedział Jupiter. — 

Jeśli płaci pani za wszystko gotówką, ludzie muszą wiedzieć, że od czasu do czasu ma pani 

przy sobie większą sumę. Przypuśćmy, że ktoś panią napadnie? 

Anna uśmiechnęła się.

— Mój mąż zabiłby takiego śmiałka.
— W to nie wątpię — mruknął Pete.

background image

ROZDZIAŁ 6
Góra Potwora

Przeszukiwanie gospody zajęło Trzem Detektywom resztę przedpołudnia. Podnosili 

dywany, zaglądali pod komody, obmacali gzymsy nad drzwiami i oknami. Pete wlazł na 

krzesło i zdjął wszystkie naczynia z górnych półek w szafkach kuchennych. Bob potrząsnął 
każdym słoikiem, zajrzał do każdego kubka i długą łyżką zgruntował pojemniki na mąkę i 

cukier. Jupe przebadał kolejno każdą krokiew na strychu, po czym zszedł do piwnicy i 
obszukał szpary w betonowych ścianach i podłodze. Buty Anny zostały  wyjęte z szafy i 

dokładnie przeszukane, wszystkie kieszenie jej ubrań przetrząśnięte, a torebki przewrócone 
na lewą stronę.

— Czy ma pani pewność, że klucz jest w domu? — zapytał Jupiter Anny, gdy wraz z 

Pete'em i Bobem zasiadł do obiadu. — Może zgubiła go pani gdzie indziej, na przykład w 

banku, w czasie ostatniej tam bytności?

Anna była absolutnie pewna, że to się nie zdarzyło.

— Nie rozumiem — Pete oparł się ciężko o stół. — Przeszukaliśmy każdy centymetr 

domu. Jak można schować coś tak dobrze i nie pamiętać gdzie? Trzeba być geniuszem!

Anna westchnęła i poszła do kuchni po zapiekankę.
— Może odpoczniecie dziś, a jutro zabierzecie się znów do szukania — powiedziała 

stawiając   półmisek   na   stole.   —   Postaram   się   przypomnieć   sobie,   gdzie   wetknęłam   ten 
klucz. Ale ja się staram i staram i jakoś nic nie przychodzi mi do głowy.

— Proszę się nie starać — poradził Jupe. — Proszę w ogóle nie myśleć o kluczu i 

wtedy może się pani nagle przypomni.

Anna nie usiadła z chłopcami do stołu. Udała się do swego biura i zamknęła za sobą 

drzwi.

— Dlaczego ona się tak tym martwi? — odezwał się Bob. — Przecież może dostać 

drugi   klucz   albo   nowy   zamek.   Zawsze   jest   sposób,   żeby   się   dostać   do   własnej   skrytki 

bankowej.

Jupe  wzruszył  tylko  ramionami. Skończyli  posiłek  w milczeniu.  Następnie  umyli 

pospiesznie   naczynia   i   wyszli   na   podwórze.   Jupe   przystanął   i   przyglądał   się   czysto 
zamiecionej ziemi. Widniały na niej teraz wyraźnie ślady wszystkich, którzy kręcili się od 

rana po podwórku.

— Hej, Jupe! — zawołał Hans, stojący na skraju wykopu. Z jego głębi dochodziły 

zamaszyste uderzenia młotka.

Chłopcy podeszli do przyszłego basenu i zajrzeli do środka. Na dnie stał Konrad i 

background image

wbijał gwoździe w deski, budując oszalowanie na betonowe ściany.

— Dowiedzieliście się czegoś? — zapytał Hans. 
Konrad przerwał pracę.

— Szukaliśmy klucza waszej kuzynki — powiedział Jupe. — Niestety, bez rezultatu. 

Teraz skoncentrujemy się na Havemeyerze. Jestem pewien, że zdobędziemy dla was jakieś 

informacje. A gdzie on się podział?

Hans wskazał na szczyt narciarskiego stoku.

— Wziął swoją strzelbę i plecak i powędrował tam na górę. Powiedział, że musi coś 

zrobić na polanie i wróci później.

Trzej Detektywi pożegnali braci i poszli drogą do miasteczka. Wkrótce dotarli do 

stacji benzynowej, na której poprzedniego dnia Hans i Konrad zasięgali informacji. Nie 

było tu dziś wścibskiego pracownika, stacja wyglądała na zamkniętą. Tuż obok zauważyli 
budkę telefoniczną. Bob wszedł do środka i zamknął za sobą drzwi.

— No? — zapytał Pete, gdy Bob skończył rozmowę i wyszedł z budki.
— Mamy szczęście — oznajmił Bob. — Musiałem wprawdzie wysłuchać kazania na 

temat,   że   nie   należy   mu   przeszkadzać   w   pracy,   ale   powiedział,   że   ma   znajomego 
dziennikarza   w   Reno.   Skontaktuje   się   z   nim   i   poprosi,   żeby   zebrał   wiadomości   o 

Havemeyerze. Kazał mi zatelefonować jutro wieczór do domu.

— Nieźle — skinął głową Jupiter.

Chłopcy zawrócili, przeszli spacerem koło “Gospody pod slalomem” i skierowali się 

w stronę pola kempingowego.

— Te wakacje  biorą zupełnie inny obrót, niż oczekiwałem  — powiedział Pete. — 

Mieliśmy   obozować,   robić   wycieczki   i   łowić   ryby.   Zamiast   tego   śpimy   na   podłodze   w 

gospodzie i opychamy się domowymi posiłkami kuzynki Anny. Gdyby nie świeże górskie 
powietrze, czułbym się jak w Rocky Beach.

— Na obozowanie  nie jest za późno — odezwał się Bob. – Możemy jeszcze dziś 

przenieść nasz namiot. Hans i Konrad pewnie zostaną w gospodzie. Zbyt się niepokoją o 

swoją kuzynkę. Ale my możemy się wynieść.

— Nie boicie się niedźwiedzi? — Jupiter się zaśmiał.

— Ten niedźwiedź wczoraj nie interesował się nami, tylko jedzeniem — odparł Bob.
— I panem Jensenem — dodał Jupe. — Chyba że to nie był niedźwiedź. Co to mogło 

być? Dlaczego Havemeyer zatarł ślady?

Minęli zakręt drogi i zaraz ukazało się pole kempingowe. Znajdowało się na nim pięć 

wyłożonych kamieniami zagłębień na ogniska i tyleż sekwojowych stołów piknikowych. Po 
prawej biegło koryto niemal kompletnie wyschniętego potoku. Między kamieniami na jego 

background image

dnie, sączyły się nikłe strużki wody. Pole namiotowe okalały zarośla, między którymi wiła 

się ścieżka.

Pete patrzył na potok drapiąc się w głowę.

—   Havemeyer   miał   rację.   Jak   widać,   jest   tu   problem   z   wodą.   Jeśli   się   tu 

przeniesiemy, będziemy musieli donosić wodę z gospody.

— To nie ma sensu — stwierdził Jupiter. — Poza tym wolę być w pobliżu gospody, 

chociaż do czasu uzyskania jakichś informacji o Havemeyerze. Coś zagadkowego jest w tym 

człowieku. W dodatku ten napad na pana Jensena...

— Tego nie zrobił Havemeyer — wpadł mu w słowa Bob. — Widzieliśmy, że był w 

biurze, kiedy to się stało.

—   Tak,   to   nie   mógł   być   on.   W   każdym   razie   coś   podejrzanego   dzieje   się   w   tej 

gospodzie i bardzo chciałbym dojść, co to takiego.

W zaroślach za plecami Jupe'a rozległ się szelest. Chłopcy wzdrygnęli się.

— Przestraszyłem was? — zapytał rozbawiony głos. — Przepraszam!
Jupe odwrócił się. Z kępy dzikiego bzu wyłonił się pracownik stacji  benzynowej. 

Trzymał jutową torbę, do której wpychał pracowicie zwój zmiętego, wybłoconego papieru.

—   Myśleliście,   że   to   niedźwiedź?   —   mrugnął   do   chłopców   swymi   świdrującymi 

oczkami. — Słyszałem, że napędził wam wczoraj strachu.

— Skąd... skąd pan to wie? — Jupe aż zająknął się ze zdziwienia.

— Pan Jensen wstąpił rano na stację po benzynę. Zauważyłem, że z trudem rusza 

głową,  więc  zapytałem,   co  mu się  stało.  Lubię  wiedzieć,   co  się  komu  przytrafiło.   A on 

wściekły był jak osa. Mówił, że ktoś go walnął w kark, kiedy fotografował niedźwiedzia.

—   O   ile   nam   wiadomo,   tak   się   to   stało   —   powiedział   Bob.   —   Pan   Havemeyer 

twierdzi, że uderzył go drugi niedźwiedź.

— Dziwne jak na niedźwiedzia. Ale nigdy nic nie wiadomo. Dużo ich schodzi w tym 

roku do miasteczka. Tak to bywa, kiedy rok jest suchy. Przychodzą grzebać w śmietnikach. 
Ja im w tym nie przeszkadzam i nigdy nie mam kłopotów — rozejrzał się wokół. — No, nie 

jest źle. W zeszłym tygodniu przyjechali tu jedni i napaskudzili okropnie. Wszędzie było 
pełno papierów, a w strumieniu skórki z pomarańczy. Można zwątpić w ludzi.

— Pan się opiekuje tym polem? — zapytał Bob.
— Niezupełnie, ale to jedyna rzecz, która sprowadza tu w lecie turystów. Dzięki temu 

mam komu sprzedawać benzynę. Obozowicze opowiadają sobie o warunkach na kempingu. 
Jak to miejsce nabierze złej sławy, będę musiał zamknąć moją stację i głodować od maja do 

pierwszych śniegów.

— Rozumiem — Bob pokiwał głową.

background image

—   Nazywam   się   Richardson.   Charlie   Richardson.   Ale   nazywają   mnie   Gaduła. 

Ciekawe dlaczego? 

Pete roześmiał się.

— Też się zastanawiam — wyciągnął rękę do Richardsona. — Jestem Pete Grenshaw, 

a to moi przyjaciele, Jupiter Jones i ten w okularach, Bob Andrews.

Gaduła   Richardson   wymienił   z   nimi   uścisk   dłoni,   zapewniając,   że   miło   mu   ich 

poznać.

— Myślicie  o przeniesieniu tu namiotu? — zapytał. — Kiedy przechodziłem koło 

domu Anny, widziałem, że rozbiliście go tam pod drzewami.

— Tak, ale w końcu spaliśmy dzisiejszej nocy w domu — powiedział Jupe. — Po 

przygodzie z niedźwiedziem, pan Havemeyer uważał, że tak będzie lepiej.

Richardson zaśmiał się.
—   Mąż   Anny   chyba   dawno   nie   był   na   Górze   Potwora,   jeśli   go   tak   wystraszył 

niedźwiedź.

— Góra Potwora? — powtórzył Pete.

— Aha. Och, chyba wam, turystom, powinienem podać nazwę Wyniosły Szczyt, tak 

jak   to   jest   na   mapie.   Ale   kiedy   byłem   dzieckiem,   mieszkało   tu   tylko   pięć   rodzin   i 

nazywaliśmy   tę   górę   Górą   Potwora.   —   Wskazał   wieżę   obserwacyjną,   ledwie   widoczną 
wysoko na północnym zboczu. — Widzicie tę wieżę strażacką? Teraz jest nieczynna, ale 

kiedy jej używano, została oficjalnie nazwana Wieżą Góry Potwora.

Pete usiadł na jednym ze stołów.

— Jest jakiś powód, dla którego tak nazwano górę? 
Gaduła przysiadł się do niego.

— Jak byłem mały — zaczął — dorośli zwykli opowiadać, że w górach są potwory. 

Olbrzymy i wilkołaki, które żyją w jaskiniach i zjadają dzieci, kiedy zostają na dworze po 

zapadnięciu zmroku.

—   Typowa   historyjka,   jaką   matki   opowiadają   dzieciom,   żeby   były   posłuszne   — 

roześmiał się Bob.

— Pewnie tak — przyznał Richardson — ale myśmy wierzyli w każde słowo, a czego 

dorośli   nie   powiedzieli,   sami   dorabialiśmy.   Straszyliśmy   się   nawzajem   śmiertelnie, 
opowiadając,   jak   to   okropne   stwory   wychodzą   w   nocy   przy   pełni   księżyca   ze   swych 

kryjówek, grasują wśród domów i tylko  patrzą, żeby dostać się do środka. Mieszkał tu 
kiedyś   stary   traper.   Przysięgał,   że   znalazł   na  śniegu   ślady   stóp   olbrzymiego   człowieka, 

wysoko w górach, blisko lodowca. Mówił, że to były odciski bosych stóp. Głupoty! Gdyby 
człowiek tam biegał boso, odmroziłby sobie nogi jak nic.

background image

— Tak pan to opowiada, jakby takie straszenie się było zabawne — odezwał się Pete.

— O, zapewniam cię, że nas to bawiło. Ale nie odważaliśmy się zostawać na dworze 

po   zmroku.   Dziwne.   Można   by   pomyśleć,   że   pustelnik   znał   te   opowieści   i   że   to   one 

pomieszały mu zmysły. Ale on nie mógł ich znać.

— Pustelnik? — Bob usiadł na pniu koło stołu. — Najpierw potwór, potem pustelnik. 

Pan miał barwne dzieciństwo.

— Och, pustelnika nie było tu wtedy. Przywędrował trzy... nie, cztery  lata temu. 

Przyszedł pieszo z Bishop z tobołkiem na plecach. Młody człowiek. Miał dwadzieścia pięć, 
może trzydzieści lat. Latem to było, a niewielu obcych przychodzi tu w lecie. Więc kiedy go 

zobaczyłem, jak stał zdezorientowany na środku drogi, zapytałem, czy czegoś szuka. A on 
mówi, że dobrego miejsca do medytacji. Powiedziałem mu, że nie mamy kościoła tutaj w 

Sky Village, a on, że nie to miał na myśli. Szukał miejsca, gdzie mógłby być sam i gdzie jego  
duch mógłby swobodnie błądzić w przestworzach. Pomyślałem, że to nieszkodliwe zajęcie, i 

poradziłem mu, żeby poszedł na polanę nad stokiem narciarskim. Mało kto zachodzi tam w 
lecie. Sądziłem, że chce posiedzieć na trawie i pomedytować przez jedno popołudnie, ale się 

myliłem. Niech mnie kule biją, jeśli zmyślam. Wlazł tam na górę i zbudował sobie małą 
chatę. Kupował deski, papę i gwoździe w miasteczku. Nigdy nic do jedzenia. Pewnie żywił 

się jagodami, jak niedźwiedzie, i żołędziami, jak wiewiórki.

— Powrót na łono natury — powiedział Bob. — Co się z nim stało?

— Ano — ciągnął Gaduła — ja to myślę, że jak człowiek jest za dużo sam, to mu się 

rozum mąci. Ten młody pustelnik z nikim nie rozmawiał, a kiedy ktoś tam wszedł na górę, 

to się zamykał w swojej chacie. Przetrwał tak około trzech miesięcy, aż któregoś dnia zbiegł 
na dół i przeleciał przez miasteczko, jak pocisk. Ja jego nie widziałem, ale Jeff, ten, co 

pracuje na targu, mówił, że krzyczał coś o potworze na polanie. Poleciał drogą w dół do 
Bishop i tyle go Jeff widział.

Mimo woli Pete wzdrygnął się.
— Nie pokazał się więcej?

— Znikł bez śladu.
Jupiter spoglądał na górskie szczyty.

— Potwór... Ciekaw jestem... 
Richardson przerwał mu szybko.

— Nie zawracajcie sobie głowy tą historią. Chłopak siedział tyle czasu sam tam na 

górze i doprowadził się do stanu, w którym ma się przywidzenia. Każdego by to spotkało. 

To niezdrowe dla człowieka — być samemu. Macie ochotę, to obozujcie tu. Nie przejmujcie 
się potworami. Niedźwiedzie zostawią was w spokoju, jeśli wy im dacie spokój. Tylko nie 

background image

trzymajcie jedzenia koło namiotu.

Wstał, zarzucił swą torbę na ramię i ruszył ku drodze do miasteczka. Na skraju pola 

namiotowego zatrzymał się i odwrócił do chłopców.

— I nie śmiećcie!
— Nie naśmiecimy — przyrzekł Bob.

Chłopcy patrzyli za idącym drogą Richardsonem, póki nie znikł im z oczu.
— Góra Potwora — powiedział Bob. — To wszystko bajki opowiadane dzieciom, żeby 

były grzeczne. Tu nie mogą żyć wielkoludy. Sierra to nie Himalaje. Poza tym przewalają się 
tu tłumy turystów i narciarzy...

— Nie wszędzie — wpadł mu w słowa Jupe. — Sierra to rozległe przestrzenie i na 

pewno są miejsca, gdzie nie docierają turyści. 

Pete wzdrygnął się.
—   Przestań,   Jupe,   bo   dostanę   gęsiej   skórki.   Nie   chcesz   chyba   powiedzieć,   że 

pustelnik rzeczywiście widział potwora?

— Nawet w najbardziej fantastycznych opowieściach jest zawsze źdźbło prawdy — 

mruknął Jupiter. — Albo Gaduła Richardson wyssał całą historię z palca, albo rzeczywiście 
był tu pustelnik i zobaczył na polanie potwora.

— Cicho, słuchajcie! — Bob zesztywniał nagle wpatrując się w zarosła obrastające 

strumień. — Tam ktoś jest!

Dzień był bezwietrzny, a jednak krzaki po drugiej stronie strumienia zaszeleściły i 

gałęzie drzew poruszyły się lekko.

Pete stał jak skamieniały. Zdawało mu się, że dostrzega dziwny kształt w gęstwinie.
Szelest był coraz wyraźniejszy.

— Idzie w naszą stronę — szepnął Bob.

background image

ROZDZIAŁ 7
Miłośnik zwierząt

Szelest w zaroślach słychać było coraz bliżej i bliżej. 
Chłopcy stali zlani zimnym potem. W ich wyobraźni jawiły się przedziwne stwory, 

straszliwe wilkołaki i olbrzymy. Bezkształtne potwory, pędzące po stoku za przerażonym 
pustelnikiem. Zjawy  czające  się w cieniach  księżycowej nocy. Wizjom tym towarzyszyły 

szelesty i trzaski łamanych gałęzi. Nagle wszystko umilkło, a krzewy za potokiem stanęły 
nieruchomo. Cisza była przerażająca. Szykuje się do ataku? Skoczy na nich czy odejdzie? 

Wtem usłyszeli znajomy głos:
— Och, przepraszam, przyjacielu, mało na ciebie nie nastąpiłem! 

Pete nawet nie zdawał sobie sprawy, że przez cały ten czas wstrzymywał oddech. 

Łapczywie nabrał teraz w płuca czystego, górskiego powietrza.

— Pan Smathers — wykrztusił Jupiter. Gardło miał wyschnięte i osłabły opadł na 

stół piknikowy. — Co za ulga.

—   Myśleliście,   że   to   potwór   z   Góry   Potwora?   —   Bob   roześmiał   się   niemal 

histerycznie. — Przez moment sam tak myślałem.

—   Ulegliśmy   sugestii   —   Jupiter   doszedł   już   do   siebie.   —   Nasłuchaliśmy   się 

obłędnych historii i teraz o mało nie umieramy ze strachu na byle szelest. — Podniósł głos, 

wołając: — Panie Smathers?!

Krzaki   po   drugiej   stronie   strumienia   rozsunęły   się,   ukazując   szczupłą,   podłużną 

twarz   małego   pana.   Na   jego   głowie   tkwił   płócienny   kapelusz   z   wąskim   rondem.   Pan 
Smathers   miał   zadrapane   czoło   i   fatalnie   spalony   słońcem   nos,   czego   zdawał   się   być 

zupełnie nieświadomy.

— Zakłócacie spokój — powiedział surowo, ale kąciki ust uniosły mu się w uśmiechu.

—   Przestraszył   nas   pan   —   powiedział   Pete.   —   Myśleliśmy,   że   to   co   najmniej 

niedźwiedź.

—   Nie   miałbym   nic   przeciwko   temu,   żeby   być   dziś   niedźwiedziem.   Znalazłem 

gniazdo pszczół. Byłaby to nie lada uczta. — Smathers wyszedł spomiędzy krzaków i stanął 

na   skraju   potoku.   Chłopcy   zobaczyli,   że   w   ramionach,   delikatnie   jak   dziecko,   trzyma 
skunksa.

— Dobry Boże! — wykrzyknął Pete. 
Smathers popatrzył na biało-czarne zwierzątko.

— Ładny, prawda?
— Niech pan go puści! — wrzasnął Bob. 

background image

Smathers roześmiał się.

— Mój przyjaciel was niepokoi? — Podrapał skunksa pod brodą, przemawiając do 

niego: — Czy to nie głuptasy? Boją się, że ich opsikasz swoimi perfumami. Nie zrobisz tego, 

prawda? Tylko, gdybyś musiał. No, idź sobie lepiej. Nie każdy rozumie cię tak, jak ja. — Z 
tymi słowami postawił skunksa na ziemi.

Skunks podreptał parę kroków, po czym przystanął i spojrzał na Smathersa jakby 

pytająco.

— Idź, idź — ponaglił go Smathers. — Chcę pogawędzić trochę z naszymi młodymi 

przyjaciółmi,   a   twój   widok   ich   niepokoi.   Och,   przykro   mi,   że   przerwałem   ci   drzemkę. 

Nietakt z mojej strony. Przyrzekam nie robić tego więcej.

Skunksa zdawały się satysfakcjonować te słowa i znikł w zaroślach. Pan Smathers 

zszedł na dno potoku i przeskoczył przez strużki wody.

—   Urocze   stworzenia   —   mówił,   podchodząc   do   chłopców.   —   Nie   powinno   się 

faworyzować żadnych zwierząt, ale chyba skunksy lubię najbardziej.

— Nie uwierzyłbym, gdybym nie widział tego na własne oczy — powiedział Bob.

— To jakiś trik — nachmurzył się Pete. — To był pewnie czyjś oswojony skunks i miał 

usunięte gruczoły wonne.

— Co za straszny pomysł?! — oburzył się pan Smathers. — Zupełne barbarzyństwo! 

Och, ja wiem, że ludzie to robią. Wycinają skunksom gruczoły wonne, biorą do domu i co 

potem?

— Nic — odparł Pete. — Nic się nie może stać, oto dlaczego usuwa się gruczoły.

— Typowo człowiecze rozumowanie — irytował się Smathers. — Bierze się zwierzę 

wyposażone przez naturę w doskonały system obronny i usuwa się ten system. Zwierzę 

staje   się   bezbronne   i   kompletnie   uzależnione   od   człowieka.   Wtedy   człowiek   z   dumą 
oświadcza, że posiada to zwierzę, jakby jedno stworzenie mogło być własnością drugiego. 

Po prostu wstrętne!

Chłopcy milczeli, zbici nieco z tropu tą płomienną tyradą.

— A jeśliby tylko — ciągnął Smathers — człowiek zechciał ruszyć głową, zastanowić 

się, postarać się zrozumieć stworzenia, wśród których żyje, nie byłoby miejsca na takie 

bestialstwo. Możemy wejść do puszczy i, zachowując się właściwie, odwiedzić tam naszych 
dzikich przyjaciół. Należy  mieć tylko dość przyzwoitości, by uszanować ich wolność. — 

Wyjął z kieszeni papierową torebkę i wysypał z niej na dłoń kilka orzeszków ziemnych. — 
Stójcie spokojnie, to wam coś pokażę.

Ściągnął   usta   i   zacmokał   głośno.   Niebieska   sójka   zatoczyła   krąg   nad   polem 

kempingowym i wylądowała u jego stóp, ignorując obecność chłopców. Przekrzywiła głowę 

background image

i zaskrzeczała.

— Cierpliwości, poczekaj na resztę — powiedział Smathers. 
Sójka gderała skrzekliwie.

— Nie spiesz się tak, to nie potrwa długo. Pojawiły się wiewiórki i przykicały do stóp 

Smathersa. Sójka zaskrzeczała, a one odpowiedziały gniewnym trajkotem.

— Nie kłóćcie się — uspokajał towarzystwo Smathers. — Jest dość dla wszystkich.
Wiewiórki przestały trajkotać, stanęły na tylnych łapkach i tarły pyszczki przednimi. 

Wyglądało to, jakby się zawstydziły.

Dwie   małe   wiewiórki   ziemne   przebiegły   przez   pole,  niemal  potykając   się   o  nogi 

Pete'a

— Ach, jesteście wreszcie — powiedział Smathers. — No, możemy zaczynać.

Wyciągnął do sójki rękę z orzeszkami, a wiewiórki czekały spokojnie. Sójka złapała 

w dziób dwa orzeszki i odskoczyła na bok. Teraz wiewiórki otrzymały kolejno swoją porcję.

— Widzicie? — Smathers zwrócił się do chłopców: — Jak im się właściwie rzecz 

wytłumaczy,   ustępują   sobie   nawzajem.   Nie   ma   przepychania   się   i   wyrywania   sobie 

orzeszków.

Chłopcy   patrzyli   w   milczeniu,   Jupe   tylko   skinął   głową.   Gdy   wszystkie   orzeszki 

zostały zjedzone, Smathers wykonał gest, jakim nauczyciel zwalnia klasę po skończeniu 
lekcji.   Sójka   frunęła   na   szczyt   ogromnej   sosny,  przysiadła   na   chwilę   na  gałęzi,   wydała 

głośny skrzek i odleciała. Wiewiórki rozbiegły się, jedne między kamienie na dnie potoku, 
inne między drzewa.

—   Rozpuszczam   je,   oczywiście   —   powiedział   Smathers   —   ale   każde   stworzenie 

potrzebuje od czasu do czasu trochę pobłażliwości.

—   Tak,   psuje   je   pan   —   Jupe   skinął   głową.   —   W   parkach   narodowych   strażnicy 

zawsze ostrzegają odwiedzających przed karmieniem zwierząt. Gdyby wszyscy dawali im 

jedzenie, straciłyby zdolność zdobywania pokarmu.

— To jest właśnie powód, dla którego nie cierpię parków narodowych — przytaknął 

Smathers.   —   Wszędzie   pełno   głupich   ludzi   obładowanych   cywilizowanym   śmieciem. 
Wpychają to dzikim zwierzętom, które obżerają się bez opamiętania. Potem przychodzi 

zima, ludzie rozjeżdżają się do swych domów, nie myśląc o tym, jaką wyrządzili szkodę. 
Wiele   zwierząt   ginie   z   głodu.   To   jest   takie   samo   morderstwo,   jak   strzelanie   do   saren. 

Przyniosłem tylko parę orzeszków moim przyjaciołom. Ostrzegałem zresztą wiewiórki, żeby 
nie brały jedzenia od obcych. Rozumieją, czym to grozi. Wiedzą, że ode mnie dostają tylko 

mały poczęstunek, coś w rodzaju porcji lodów dla ulubionego siostrzeńca.

— Tak więc — powiedział Bob — wyjaśnił pan zwierzętom, dlaczego powinny się 

background image

mieć na baczności przed ludźmi. I sądzi pan, że zrozumiały?

— Wiem, że zrozumiały — oświadczył Smathers. — Powiedziały mi to. No, nie jestem 

pewien   tej   sójki.   Jest   taka   łakoma.   Chyba   nie   dociera   do   niej   nic,   poza   pragnieniem 

wypełnienia własnego wola. Jest jednak piękna, nie uważacie?

— Bardzo — przyznał Jupiter.

— Szczęśliwie dla niej, sójki nie należą do rzadkiego gatunku. W przeciwnym razie 

dawno już zostałaby schwytana przez jakiegoś łowcę i oddana do ogrodu zoologicznego. O, 

następny przykład okrucieństwa, zoo! — Pan Smathers poczerwieniał i zacisnął gniewnie 
usta.

— Czytałem gdzieś, że zwierzęta żyją dłużej w ogrodach zoologicznych — powiedział 

cicho Pete.

— Dłużej żyją! Być może, jeśli to można nazwać życiem. Są więzione w klatkach lub 

osadzane na dnie głębokich rowów. Jeśli potrzebują pomocy, a są duże i dozorcy boją się 

ich, nadziewa się je środkami uspokajającymi. To nazywasz życiem?

— Chyba nie chciałbym tak żyć — przyznał Pete.

—   Na  pewno   byś   nie   chciał!   —   Wodniste   oczy   Smathersa   zwęziły   się.  —   Środki 

uspokajające! Wiem, dlaczego ten gbur w gospodzie ma specjalną strzelbę. Ale nie użyje jej. 

Nie, nie dopuszczę do tego!

— Dlaczego pan Havemeyer ma strzelbę na naboje ze środkiem usypiającym? — 

spytał Jupiter.

— Co? — Smathers spojrzał wrogo na Jupe'a. — Nie powiem ci. Mógłbyś mi uwierzyć 

i to by dopiero była tragedia. — Odwrócił się i poszedł ku drodze do gospody.

— Co on przez to rozumiał? — zastanawiał się Bob. — Dlaczego byłoby tragedią, 

gdybyśmy mu uwierzyli?

—   Havemeyer   zamierza   coś   schwytać   —   powiedział   Jupiter   wolno.   Strzelba   na 

naboje ze środkiem usypiającym ma tylko jedno zastosowanie: unieruchomienie zwierzęcia 
bez zabijania go. Chodzi mu o niedźwiedzia? Nie sądzę. W to uwierzylibyśmy z łatwością. 

Nie, Smathers miał na myśli zwierzę, w które trudno uwierzyć. Co by to mogło być? — Jupe 
zamilkł i spojrzał pytająco na przyjaciół.

background image

ROZDZIAŁ 8
Wizja Joego Havemeyera

Trzej   Detektywi   byli   już   blisko   gospody,   gdy   na   drodze   ukazała   się   ciężarówka. 

Wspinała się mozolnie pod górę, ze zgrzytem redukowanych biegów.

— Pewnie cement na basen — powiedział Pete.
Ciężarówka skręciła w drogę dojazdową do gospody, minęła parking i zajechała na 

tylne   podwórze.   Kierowca   wyskoczył   z   kabiny   i   wraz   z   Joem   Havemeyerem   zaczął 
wyładowywać worki cementu i piasku. Układali je obaj na deskach koło wykopu. Hansa i 

Konrada nie było na miejscu.

— Dużo tego cementu — zauważył Bob.

— To duży basen — powiedział Pete. — Duży i głęboki. Ciekawe, czy kuzynka Anna 

wiedziała, że cement będzie dziś przywieziony. Mówiła, że chce za niego od razu zapłacić, a 

przecież nie znaleźliśmy klucza do sejfu.

— Jeśli cieszy się tak dobrą opinią, wystarczy, że podpisze rachunek, zapłacić może 

później — powiedział Jupiter. — Zresztą jej mąż mógłby zapłacić. W końcu to jego pomysł.

Chłopcy weszli do gospody frontowymi drzwiami. W dużym pokoju nie było nikogo, 

ale usłyszeli głosy Hansa i Konrada, dochodzące z pokoju na piętrze.

— Anno! — zawołał Havemeyer z podwórza. — Anno, możesz tu przyjść na chwilę?

Z kuchni dały się słyszeć energiczne kroki Anny. Drzwi otworzyły się i zamknęły. 

Jupiter, Bob i Pete przeszli do kuchni. Okno nad zlewem było otwarte. Widzieli, jak Anna 

podchodzi do męża i do kierowcy ciężarówki. Była w fartuchu, idąc wycierała ręce w ścierkę 
do naczyń.

— To już wszystko, czego ci potrzeba? — zapytała. Havemeyer skinął głową.
— Tak, mam już wszystko.

Anna wzięła rachunek od kierowcy i przeczytała go.
— Czy wszystko jest w porządku? — zapytała męża.

— Sprawdzałem — odparł. — Rachunek się zgadza.
— Dobrze. Nie mam dziś w domu pieniędzy — zwróciła się do kierowcy. — Czy 

pański szef nie będzie miał nic przeciwko temu, żebym zapłaciła w przyszłym tygodniu?

— Pewnie, że nie, panno Schmid.

— Pani Havemeyer — poprawiła go Anna.
—   Przepraszam.   Proszę   tylko   podpisać   rachunek.   Muszę   mieć   dowód,   że 

dostarczyłem wam cement.

— Podpisać rachunek? — Po raz pierwszy Anna straciła pewność siebie. W jej głosie 

background image

wyczuwało się napięcie.

— Taki przepis — powiedział kierowca. — Albo pieniądze, albo podpis.
— Och, oczywiście. Wezmę to do domu i podpiszę.

— Po co tyle kłopotu — kierowca wyjął z kieszeni długopis i podał Annie. — Może się 

pani podpisać tutaj. Proszę sobie położyć rachunek na błotniku.

— Aha — Anna popatrzyła na męża i znowu na kierowcę. Podała ścierkę mężowi i w 

końcu   rozłożyła   rachunek   na   błotniku   ciężarówki.   Chłopcom   w   kuchni   wydało   się,   że 

złożenie   podpisu   zajęło   jej   bardzo   dużo   czasu.   Skończyła   wreszcie   i   podała   kierowcy 
rachunek wraz z długopisem.

— W porządku?
Kierowca ledwie rzucił okiem na rachunek.

— Doskonale, pani Havemeyer.
— Zazwyczaj piszę staranniej — mówiła Anna — ale dziś piekę chleb. Ręce mi drżą 

od zagniatania ciasta.

— Każdemu trafiają się gorsze dni.

Kierowca   złożył  rachunek   i   schował   do  kieszeni.  Wspiął  się   do   kabiny   i   wycofał 

ciężarówkę na drogę.

— Idiotka! — warknął Havemeyer, gdy ciężarówka odjechała.
— Mówiłam ci, że nie chcę tego robić — powiedziała Anna. — Mogłeś sam podpisać.

— To Anna Schmid jest starym klientem sklepu z materiałami budowlanymi, a nie 

Joe   Havemeyer.   Nie   musiałaś   się   tłumaczyć   przed   kierowcą.   To   nie   nauczyciel.   — 

Havemeyer zamilkł na chwilę, po czym powtórzył: — Idiotka!

Anna odwróciła się i poszła w stronę domu. Po paru krokach zatrzymała się jednak.

— To ty jesteś idiota — rzuciła mężowi niskim, pełnym napięcia głosem. — Ty i ta 

twoja głupia dziura. Przywidują ci się jakieś nie istniejące rzeczy.

— To istnieje — odparł Havemeyer. — Widziałem to na górze, na polanie i było też 

tu, na dole.

— Nie wierzę.
— Nie wierzysz w nic, czego nie możesz dotknąć albo policzyć i włożyć do banku. 

Potrafisz tylko harować. Nie zauważyłabyś świetnej sposobności, choćbyś ją miała przed 
nosem. Beze mnie...

— Wiem, wiem — przerwała mu. — Znam to na pamięć. Ty przewidujesz. Ty masz 

wyobraźnię. Gdzie bym zaszła bez ciebie? Myślę, że bez ciebie byłoby mi o wiele lepiej. To 

ja ponoszę ryzyko. Ty jesteś bezpieczny. Ty i twoje wizje.

— Zobaczysz — uciął Havemeyer.

background image

— Obym zobaczyła — mruknęła Anna i ruszyła w stronę domu.

— Zjeżdżać! — szepnął Pete.
Trzej Detektywi wycofali się spiesznie z kuchni i rozsiedli się na fotelach w dużym 

pokoju. W chwilę później weszła Anna i zatrzymała się gwałtownie na progu.

— Och, nie wiedziałam, że już wróciliście. 

Jupiter odłożył pismo ilustrowane i podniósł się.
—   Byliśmy   na   polu   kempingowym.   Mieliśmy   ciekawą   pogawędkę   z   panem 

Smathersem.

Anna pokiwała głową.

— Dziwny jegomość.
— Twierdzi, że potrafi rozmawiać ze zwierzętami i że one go rozumieją.

— Mężczyźni! — Anna wzruszyła ramionami. — Pstro im w głowie. Wszystkim!
Przeszła koło chłopców i udała się na górę. Usłyszeli trzask drzwi jej pokoju.

— Chyba miesiąc miodowy się skończył — odezwał się Bob. 
Pete ze zmarszczonym czołem drapał się w ucho.

— Nic z tego nie rozumiem. Nie chciała podpisać rachunku i okłamała kierowcę. Nie 

piecze żadnego chleba. I o jakim ryzyku mówiła? Jupiter stanął przy kominku i oparł się o 

jego gzyms.

—   Anna   sądzi,   że   jej   mąż   ma   przywidzenia.   Nie   wierzy   w   istnienie   czegoś,   co 

Havemeyer widział na polanie w górach i co było także tu, na dole.

Pete podniósł się z fotela i zaczął przemierzać pokój tam i z powrotem. Pochylił plecy 

i opuścił głowę.

—  Czy   to  możliwe,   że  w  historiach   Gaduły   Richardsona   tkwi   źdźbło   prawdy?   — 

zapytał.

— Strzelba na naboje ze środkiem usypiającym — powiedział Jupiter. — Strzelba i 

coś,   co   Havemeyer   zobaczył   na   polanie.   Chłopaki,   myślę,   że   wiemy   już,   po   co 
Havemeyerowi ta strzelba.

Zapadła cisza. Bob odezwał się pierwszy.
— Poluje na potwora.

— To...to szaleństwo! — wykrzyknął Pete.
—   Zupełne   —   przyznał   Jupe   —   ale   nie   znajduję   innego   wyjaśnienia.   Słuchajcie, 

jesteśmy na wakacjach. Dlaczego by nie zrobić jutro wycieczki na tę polanę?

— To będzie wycieczka czy polowanie na potwora? — zapytał Pete.

— Powiedzmy poznawcza ekspedycja — odparł Jupe. — Jeśli coś dziwnego błąka się 

tam na górze, powinniśmy znaleźć jakieś ślady, jakiś trop.

background image

Pete pobladł lekko.

— Może to nie jest stworzenie, które zostawia ślady.
— Zostawia z pewnością. Joe Havemeyer po to zamiatał rano podwórze, żeby nikt 

ich nie zobaczył. To nie niedźwiedź. Nie ma nic niezwykłego w śladach niedźwiedzia. To coś 
innego — Jupiter zaśmiał się. — Pan Smathers wie co, ale nigdy nam nie powie. Po raz 

pierwszy   widzę   sens   w   budowie   basenu   kąpielowego.   Wiem   już,   co   mi   przypomina   ta 
dziura w ziemi. Jeden z rowów dla zwierząt w zoo w San Diego!

background image

ROZDZIAŁ 9
Leśny stwór

Następnego   dnia   Trzej   Detektywi   wstali   o   świcie.   Zwinęli   śpiwory   i   złożyli   w 

schowku pod schodami. Zjedli spiesznie parę tostów, popili mlekiem i wkrótce wspinali się 

już ku wysokim górom. Jupe dźwigał plecak, Pete zawiesił u pasa menażkę z wodą.

Początkowo szli nagim stokiem narciarskim, ale kamienie osuwały się wciąż pod ich 

stopami.   Gdy   Bob   potknął   się   i   upadł   po   raz   drugi,   zdecydowali   iść   dalej   po   bardziej 
pewnym gruncie i weszli między drzewa. Teraz wspinaczka szła im szybciej.

Po dwudziestu minutach marszu w rozrzedzonym górskim powietrzu nawet Pete był 

mocno zdyszany. Zatrzymał się i oparł o pień drzewa.

— Z gospody ta góra nie wydaje się tak okropnie wysoka — wysapał.
— Czyżby wielki sportowiec stracił kondycję? — zaśmiał się Bob.

—   Płuca   mi   wysiadły   —   odpowiedział   Pete.   —   Przyzwyczaiły   się   pracować   na 

poziomie morza.

Jupiter robił głębokie wdechy i wydechy.
— Powinno być już niedaleko — powiedział.

— Pocieszaj się — mruknął Pete.
Ruszyli ponownie. Od czasu do czasu chwytali się gałęzi, by podciągnąć się w górę. 

Po następnych dziesięciu minutach teren pod ich stopami zaczął się wyrównywać, drzewa 
przerzedzać. Wreszcie wyszli spomiędzy sosen i stanęli na skraju górskiej polany.

— Cudowne! — wykrzyknął Jupe, gdy wreszcie odzyskał oddech. 
Wysoka,   zielona   trawa   falowała   lekko   od   podmuchów   wiatru.   Tu   i   ówdzie 

przeświecały  okrągłe głazy wybielone słońcem. Wysokie drzewa okalały polanę z trzech 
stron, czwarta graniczyła ze szczytem narciarskiego stoku. Tu otwierał się szeroki widok na 

okolicę. Stalowe podpory wyciągu narciarskiego zstępowały daleko w dół, aż po drogę i 
gospodę   Anny.   Za   gospodą   był   sosnowy   las,   a   dalej,   poza   nim   rozciągała   się   sucha, 

piaszczysta Owens Valley. Na wschód, za plecami chłopców, wznosił się skalisty masyw 
Mount   Lofty   zwieńczony   górującymi   nad   nim   szczytami   gór   Sierra.   Na   niektórych 

szczytach bielały lodowce.

Chłopcy   szli   wolno   wzdłuż   polany.   Nagle   Bob   zauważył   trop   w   nagiej   ziemi,   na 

skraju   narciarskiego   stoku.   Wyciągnął   znaleziony   w   gospodzie   podręcznik   o   dzikich 
zwierzętach i odszukał w nim rozdział o tropach zwierząt. Przykląkł i porównał odcisk w 

ziemi z rysunkiem w książce.

— Niedźwiedź bez wątpienia — stwierdził. — Można się było tego tu spodziewać.

background image

— Nie tych śladów szukamy — powiedział Jupiter.

— A jakich? — zapytał Pete i dodał: — Nie jestem pewien, czy chcę je znaleźć.
—   Szukamy   czegoś   odmiennego.   Takich   śladów,   których   nie   będzie   w   tym 

podręczniku — powiedział Jupe.

— Mam nadzieję, że znajdziemy tylko ślady, a nie to, co je zostawiło — westchnął 

Pete.

Nagle zerwał się silny wiatr, trawa zaszeleściła i zaszumiał las. Za plecami chłopców 

coś zaskowyczało. Pete aż podskoczył z przerażenia, a Jupe obejrzał się szybko.

— Och, nie!

Coś przebiegło wśród trawy i trąciło Pete'a w nogę. Spojrzał w dół. Paromiesięczny 

niedźwiadek spoglądał na niego błyszczącymi, przyjaznymi oczami. .

— Gdzie... gdzie matka? — wyjąkał Pete.
— Tuż za małym! — krzyknął Bob. — Biegnie tu.

Rozległ   się   gniewny   ryk.   Chłopcy   popędzili   w   kierunku   stoku   narciarskiego, 

niedźwiadek w drugą stronę. Pete był pierwszy na stoku. Po paru susach przewrócił się i 

stoczył, koziołkując z dwadzieścia metrów w dół. Bob i Jupe ześlizgiwali się tuż za nim. 
Zatrzymali się wreszcie i przykucnęli, nasłuchując. Niedźwiedzica mrukliwie beształa swoje 

małe, a ono zaskomlało piskliwie.

— Pewno oberwał w ucho — skomentował Bob.

— Nic nam się nie może stać — powiedział Jupe. — Jak długo nie robimy małemu 

żadnej krzywdy, matka nas nie zaatakuje.

— Nawet mi do głowy nie przyszło, żeby choć dotknąć to małe — powiedział Pete 

zapalczywie. — To reguła numer jeden: nie zbliżaj się do małego niedźwiedzia, jeśli matka 

jest w pobliżu. Chciałbym tylko, żeby ktoś to wytłumaczył temu małemu.

— On już wie — zapewnił go Bob.

Odczekali parę minut i gdy już żadne pomruki ani piski nie dochodziły z polany, 

wdrapali się z powrotem na górę. Gdy stanęli na szczycie, niedźwiedzica z dzieckiem znikali 

właśnie w lesie po wschodniej stronie.

Jupiter zdjął plecak.

— Prawdopodobnie już nie wrócą. Jesteśmy jednak, jakby powiedział pan Smathers, 

intruzami na tej polanie. Niedźwiedzie były tu pierwsze i tu mieszkają. Uważajmy więc 

lepiej.

—   Mam   zamiar   uważać.   I   to   najchętniej   w   drodze   powrotnej   do   gospody   — 

powiedział Pete.

— Nie jesteś ciekaw, na co poluje Havemeyer? — zapytał Bob.

background image

— No tak, ale wolałbym się z tym nie spotkać. Jupiter wyciągnął z plecaka trzy małe 

aparaciki.

— Szybciej zbadamy teren, jeśli się rozdzielimy — powiedział. — Nie powinniśmy 

jednak tracić ze sobą kontaktu. W gruncie rzeczy nie wiemy, czego szukamy i co możemy 
napotkać. Przyniosłem sygnalizatory kierunku z urządzeniem alarmowym. Zabrałem je z 

domu przed wyjazdem, bo pomyślałem, że mogą się przydać na wycieczkach górskich. Jak 
się okazuje, dobrze zrobiłem.

— Lepsze to niż nic — westchnął Pete. Wziął jeden z aparacików i zaczął go obracać 

w rękach. — Jesteś pewien, że to działa? Nie uśmiecha mi się zawieruszyć gdzieś samemu i 

nie móc wezwać pomocy.

— Sprawdziłem wszystkie trzy w Rocky Beach. Są absolutnie sprawne. Pamiętacie, 

jak działają?

— Doskonale. Jak większość twoich wynalazków — powiedział Bob. 

Uwaga   nie   była   pozbawiona   słuszności.   Jupiter   wynajdywał   wśród   złomu   części 

mechanizmów czy urządzeń elektronicznych i majstrował z nich przyrządy pomocne w ich 

pracy detektywów. Sygnalizator kierunku z alarmem był mniejszy od walkie-talkie, którym 
chłopcy wielokrotnie się posługiwali, lecz równie przydatny. Każdy z aparatów nadawał 

sygnał odbierany przez pozostałe. Sygnał ten miał tym większą moc i częstotliwość, im był 
bliżej aparatu odbierającego. Każdy wyposażony był też w tarczę ze strzałką, wskazującą 

kierunek, z którego dochodzi odbierany sygnał. Oprócz tego aparaty posiadały specjalne 
urządzenie alarmowe, czerwone światełko, zapalające się nawet na dźwięk głosu. Gdyby 

jeden z detektywów znalazł się w niebezpieczeństwie, wystarczyłoby, by zbliżył swój aparat 
do   ust   i   powiedział   “na   pomoc”.   Natychmiast   na   pozostałych   aparatach   zapaliłoby   się 

czerwone światełko.

— Mam taką propozycję... — Jupiter urwał i wpatrzył się w las okalający z trzech 

stron polanę. — Wydaje mi się mało prawdopodobne, byśmy znaleźli ślady na polanie. 
Trawa jest zbyt gęsta. Poza tym, jeśli żyje tu jakieś dziwne stworzenie, nie kręci się po 

otwartej przestrzeni, tylko ukrywa się w lesie. W przeciwnym razie natknęlibyśmy się już 
na nie. Z drugiej strony, Havemeyer mówił Annie, że widział je właśnie na polanie. Jeśli 

więc wychodzi na nią, musi przejść między drzewami. Tam ziemia jest nieporośnięta i tylko 
tam możemy znaleźć jakiś dziwny trop.

— Słusznie — skinął głową Bob.
— Zróbmy więc tak — mówił dalej Jupe — ja przeszukam las po północnej stronie 

łąki i będę szedł w kierunku na zachód od narciarskiego stoku. Pete, ty weź zachodnią 
stronę lasu i począwszy od tego dużego, białego kamienia posuwaj się na południe. A Bob... 

background image

Bob,   czy   odpowiada   ci   południowa   strona?   Możesz   prowadzić   przeszukiwania   aż   do 

miejsca, gdzie spotkacie się z Pete'em. Co kilka minut będziemy się porozumiewać. Jeśli 
napotkamy niebezpieczeństw albo zobaczymy coś interesującego, włączamy alarm.

— Na to ostatnie możesz liczyć — zapewnił Pete.
Jupiter   wziął   plecak,   zasalutował   kolegom   i   odszedł   w   prawo.   Pete   powędrował 

przez bujną trawę na zachód. Uśmiechał się szeroko, jakby chciał okazać, że wcale się nie 
boi. Bob wahał się chwilę. Stał, patrząc na góry, których spokój mącił jedynie szum wiatru. 

Wreszcie ruszył na południe, ściskając w ręku sygnalizator. Obejrzał się. Jupe znikł już 
między drzewami. Pete był wciąż jeszcze widoczny na polanie, zbliżał się właśnie do lasu. 

Bob uruchomił swój aparat. Odpowiedział mu sygnał od Jupe'a i zaraz potem od Pete'a, 
który odwrócił się i pomachał ręką.

Bob wszedł w las i zatrzymał się. W porannym słońcu na polanie było ciepło i jasno. 

Las był bardzo gęsty i panował tu mrok. Ziemię pokrywał kłujący dywan sosnowych igieł, 

Bob nie zagłębiając się zbytnio w las, ruszył na zachód. Przepatrywał uważnie ziemię pod 
nogami i co parę kroków przystawał, nasłuchując. Nawoływała sójka, wiewiórka przebiegła 

po gałęzi z cichym chrobotem. Wtem zobaczył lekkie zagłębienie w gruncie. Igły sosnowe 
były rozrzucone wokół niego, jakby od ciężkiego stąpnięcia dużego stworzenia.

Bob   dotknął   sygnalizatora   i   po   sekundzie   przyszła   odpowiedź   z   północy   i   z 

południowego zachodu. Chciał ściągnąć Jupe'a i Pete'a i pokazać im, co znalazł, ale uznał, 

że ślad  nie jest specjalnie  niezwykły. Mógł należeć do niedźwiedzia lub nawet jakiegoś 
mniejszego zwierzęcia. Zdecydował się szukać dalej, może znajdzie coś wyraźniejszego.

Posuwał się naprzód wśród gęsto rosnących drzew. Było coraz mroczniej. Wreszcie 

splątane   gałęzie   zupełnie   przesłoniły   błękit   nieba.   Wtem   zobaczył   przed   sobą   jasny 

prześwit. Przyspieszył kroku i wkrótce wyszedł na maleńką polanę. Niemal u jego stóp 
otwierała się olbrzymia rozpadlina. Zbliżył się ostrożnie do jej krawędzi i spojrzał w dół.

Było to pęknięcie gruntu na długości około pięćdziesięciu metrów. W najszerszym 

miejscu szczelina mogła mieć ze trzy metry rozstępu. Jej ściany były tak strome, że biegły w 

dół niemal pionowo. Na dnie leżał nie roztopiony, mimo lata, śnieg.

Bob wiedział, co to jest. Pracując w bibliotece, natknął się na książkę zawierającą 

mapy   szlaków   turystycznych   w   górach   San   Gabriel   i   Sierra.   Na   mapie   rejonu   jeziora 
Mammoth   oznaczono   podobną   rozpadlinę.   Powstała   na   skutek   trzęsienia   ziemi   i   była 

wielometrowej głębokości. Na jej dnie panował chłód, jak w jaskini, nawet w najgorętsze 
dni. Spadły w zimie śnieg nigdy nie topniał.

W aparacie Boba odezwał się brzęczyk. To Jupe dawał znać o sobie od północy. Po 

chwili zadźwięczał drugi sygnał i strzałka przesunęła się na zachód. Teraz Bob nadał swój 

background image

sygnał, myśląc w duchu, że lepiej by było, gdyby mieli walkie-talkie. Pragnął podzielić się 

natychmiast   z   przyjaciółmi   wiadomością   o   odkryciu   szczeliny   po   trzęsieniu   ziemi,   i   to 
zaledwie na milę od gospody Anny.

Bob   jednym   susem   przeskoczył   przez   rozpadlinę.   Ziemia   wzdłuż   niej   była 

nieporośnięta i mimo suszy zachowała pewną wilgotność. Zobaczył, że jego stopy zostawiły 

wyraźny odcisk. Doskonałe miejsce na szukanie śladów!

Szedł   wolno   wzdłuż   krawędzi,   badając   każdy   centymetr   gruntu.   Wtem   strzeliła 

gałąź, gdzieś po lewej stronie za jego plecami. Przystanął i nasłuchiwał. Mijały sekundy, 
jedna za drugą, i odgłos się nie powtórzył. Panowała cisza tak głęboka, że aż dziwna. Nawet 

wiatr   ustał.   Zdawać   by   się   mogło,   że   wszystkie   stworzenia,   zamieszkujące   góry   Lofty, 
zastygły w bezruchu, obserwując, nasłuchując i czekając.

Na co?
Bob poczuł drżenie w nogach. Otrząsnął się i chrząknął.

— Muszę przestać! — jego głos rozbrzmiał mocno i dźwięcznie w martwej ciszy. — 

Muszę wziąć się w garść. Nie dam się ponieść wyobraźni.

Nasłuchiwał. Zdawało mu się, że słyszy pulsowanie własnej krwi. Nagle pojawił się 

inny odgłos — czyjś oddech. Tuż za nim, niemal nad jego ramieniem, ktoś sapał głośno.

Wolno,   ostrożnie   Bob   zaczął   się   obracać,   chcąc   stanąć   twarzą   w   twarz   z 

niewiadomym, które wyszło z lasu.

Później Bob nie był w stanie  powiedzieć,  kto krzyknął  pierwszy  — on czy  istota 

naprzeciw niego. Wiedział tylko, że krzyk był tak ogłuszający, że aż dzwoniło mu w uszach, i 

że patrzył w dwoje ciemnych, czerwono obrzeżonych oczu. Pozostało mu wrażenie czegoś 
ogromnego, pokrytego skołtunionym włosem. Zatoczył się i pośliznął na wilgotnej ziemi na 

skraju rozpadliny.

Spadł. Leciał w dół, widząc nad sobą błękitne niebo, a potem strome, nagie ściany 

rozpadliny. Wykręcił się w powietrzu i gdy osiągnął dno, poczuł wstrząs uderzenia w rękach 
i kolanach. Śnieg rozprysnął się pod jego ciężarem i okrył go. Usłyszał jeszcze jeden krzyk. 

Potem stracił przytomność.

background image

ROZDZIAŁ 10
Odcisk bosej stopy

Bob otworzył oczy. Powoli mglisty obraz nabierał realnych kształtów. Widział śnieg 

wokół siebie i brązowe, błotniste ściany rozpadliny. Leżał bez ruchu i nasłuchiwał. Nie 

słyszał   już   ani   krzyku,   ani   głośnego   oddechu.   Wysoko   nad   nim   rozbrzmiewał   świergot 
ptaków.

Powoli, ostrożnie przekręcił się na plecy. Piekły go dłonie i poczuł ból w jednym 

ramieniu, ale chyba niczego sobie nie złamał. Gruba warstwa śniegu na dnie rozpadliny 

złagodziła upadek.

Patrzył w rozsłonecznione niebo. Pomyślał o tym, co przez chwilę widział tuż przed 

sobą   —   czerwono   obrzeżone   oczy   i   skołtuniona   sierść.   Przypomniał   sobie   opowiadane 
dzieciom w Sky Village historie o grasujących po nocy olbrzymach. Wstał wreszcie, dygocąc 

z zimna. O parę kroków od niego leżał sygnalizator. Podniósł go, modląc się w duchu, żeby 
nie   okazał   się   uszkodzony   upadkiem.   Działał.   Wydawał   przeraźliwe   piski,   a   strzałka 

wskazywała północ. Bob uśmiechnął się — sygnał od Jupe'a.

Spojrzał w górę. Ściany rozpadliny były bardzo strome. Nie było sposobu wdrapać 

się po nich na górę bez pomocy. Musi wezwać Jupe'a i Pete'a. A co, jeśli ten stwór przyczaił 
się gdzieś w pobliżu? Przyciągnie przyjaciół wprost w niebezpieczeństwo...

Namyślał   się   chwilę   i   postanowił   sprawdzić,   czy   stwór   jest   wciąż   w   pobliżu 

rozpadliny. Był bezpieczny na dole. Wiedział, że żadne zwierzę nie zaryzykuje skoku do tak 

głębokiego rowu. Mógł spokojnie wołać i czekać, czy wielkie stworzenie podejdzie na skraj i 
zajrzy   do   środka.   —   Halo!   —   zaczął   krzyczeć.   —   Halo,   jesteś   tam?!   Nikt   mu   nie 

odpowiedział i nikt ani nic nie pojawiło się nad krawędzią rozpadliny. Odczekał jeszcze 
parę minut, a potem uznał, że dziwne stworzenie sobie poszło. Podniósł sygnalizator do ust 

i zawołał: — na pomoc! Dla pewności powtórzył wołanie jeszcze dwukrotnie. Jeśli Jupe i 
Pete są w zasięgu pięciu kilometrów, odbiorą wezwanie. Uruchomił sygnał, by naprowadzić 

przyjaciół na miejsce. Usiadł na śniegu i czekał.

Zdawało mu się, że czeka całe godziny, choć minęło tylko piętnaście minut, nim Pete 

stanął nad rozpadliną. Okrągła twarz Jupe'a pojawiła się nad krawędzią chwilę później.

— Nic ci się nie stało? — zapytał Jupiter.

— Jakżeś ty, u licha, się tam znalazł?! — wykrzyknął Pete.
— Spadłem — odparł Bob.

— Chyba żartujesz!
— Też byś spadł, jakbyś zobaczył to, co ja widziałem.

background image

— Co widziałeś? — zapytał Jupe.

—   Jakieś   zwierzę...   coś   dużego.   Nie   wiem,   co   to   było.   Zaszło   mnie   od   tyłu   i... 

Słuchajcie, może porozmawiamy później? Teraz wolałbym się stąd wydostać. 

Jupe szacował głębokość rozpadliny.
— Lina — powiedział. — Jest nam potrzebna lina.

— Przyniosę — zaofiarował się Pete. — Widziałem wczoraj, przy szukaniu klucza, 

kłąb sznura do bielizny w szafce kuchennej.

—   Będziesz   szybciej   ode   mnie   —   zgodził   się   Jupe.   —   W   końcu   to   ty   jesteś 

sportowcem. Biegnij, jak możesz najszybciej, po ten sznur, a ja zostanę z Bobem.

— Uważajcie! — rzucił Pete na pożegnanie.
— Nie martw się.

Pete puścił się pędem między drzewa, a Jupe przykucnął na krawędzi rozpadliny.
— Co właściwie widziałeś? — zapytał Boba.

— Prawdę mówiąc, Jupe, nie bardzo wiem. Wszystko stało się tak szybko. Poczułem 

coś za sobą, niemal mnie dotykało. Obróciłem  się i... no, zobaczyłem  oczy...  naprawdę 

dziwne oczy. Dosłownie czułem oddech tego na twarzy. Wrzasnąłem i zdaje mi się, że to też 
wrzasnęło. Potem spadłem.

— Niedźwiedź?
— Nie, Jupe. Naprawdę nie sądzę, żeby to był niedźwiedź. 

Jupe wyprostował się i zaczął iść wolno wzdłuż krawędzi, wpatrując się w ziemię.
— Jupe?! Jesteś tam?

— Jestem. Widzę tu twoje ślady. To, co widziałeś, musiało więc również zostawić 

trop. Jeśli to był niedźwiedź, musi być taki sam, jak ten na polanie.

— A jeśli to nie był niedźwiedź, może znajdziesz to, czego szukamy — powiedział 

Bob.

Nie było odpowiedzi. Bob odczekał parę minut i zawołał:
— Jupe?!

W odpowiedzi usłyszał krzyk:
— Nie do wiary!

— Co? Co tam jest?
—   Bob,   jesteś   pewien,   że   to   było   zwierzę,   nie   człowiek?!   —   Jupe   był   tak 

podekscytowany, że głos mu się załamywał. — Bardzo duży człowiek, i to boso?

— Nie widziałem jego stóp, ale jeśli to był człowiek, nie mam ochoty należeć do 

ludzkiej rasy.

— To zdumiewające — mówił Jupiter — ale ktoś bardzo duży był tu boso.

background image

Bob pomyślał o Gadule i jego opowieściach o górskich potworach. Czy nie mówił o 

traperze, który znalazł odcisk bardzo dużej ludzkiej stopy w pobliżu lodowca?

— Jupe! — zawołał. — Hej, Jupe! Uważaj!

Jupe nie odpowiedział, ale Bob słyszał jakieś odgłosy.
— Jupe?!

Wciąż nie było odpowiedzi. Z góry dobiegał trzask łamanych gałęzi, jakby gdzieś 

dalej, z lasu. Potem jakiś szelest i szuranie bliżej krawędzi rozpadliny.

— Jupe, co ty tam robisz? — Bob czuł, że zimny pot spływa mu po plecach.
Wreszcie wszystko ucichło. Bob wołał i wołał, ale nikt mu nie odpowiedział. Ogarnął 

go strach. Usiłował znaleźć jakieś oparcie dla stóp w ścianach rozpadliny. Nie było żadnego. 
Rozejrzał się wokół za jakąś gałęzią, czymkolwiek, co pomogłoby mu wydostać się z dołu. 

Lecz nie dojrzał nic oprócz śniegu i gładkiej ziemi ścian.

Dał spokój nawoływaniom. Stał na dnie i czekał. Usłyszał wreszcie jęk.

— Jupe?
— Uhm. Och, moja szyja! — To był głos Jupe'a!

— Co się stało? Gdzieś ty był?
Jupe pojawił się nad krawędzią. Przekrzywiał głowę i rozcierał sobie kark.

— Nigdzie nie byłem. Ktoś zaszedł mnie od tyłu i walnął w kark.
— W kark? Zadano ci taki cios, jak panu Jensenowi?

—   Dokładnie.   Co   więcej,   gdy   leżałem   nieprzytomny,   ktoś   zadał   sobie   trud 

pozamiatania gałęziami sosnowymi ziemi wokół rozpadliny. Nie pozostał ani jeden ślad 

stopy, bosej czy obutej.

background image

ROZDZIAŁ 11
Notatnik fotografa

— Jedną rzecz wiemy na pewno — mówił Bob, gdy wreszcie, po powrocie Pete'a z 

liną,   został   wyciągnięty   z   rozpadliny   —   nie   zostałeś,   Jupe,   uderzony   w   kark   przez 

niedźwiedzia.

— Bez wątpienia nie — zgodził się Jupiter.

— Niedźwiedzie nie odłamują gałęzi z drzew i nie zamiatają nimi ziemi. Ktoś się na 

ciebie natknął niespodzianie. Prawdopodobnie bardzo duży, bosonogi człowiek. Możliwe, 

że tenże osobnik zaatakował także mnie, a potem zatarł własny trop.

Pete patrzył na przyjaciół, jakby nagle postradali zmysły.

— Bosonogi człowiek? Nikt nie biega boso tu na górze.
— Jupe znalazł odcisk ludzkiej stopy na brzegu rozpadliny – wyjaśnił Bob.

— Bardzo dużej stopy — powiedział Jupe. — Długiej na co najmniej czterdzieści pięć 

centymetrów.

— Czterdzieści pięć centymetrów? Odcisk bosej ludzkiej stopy długości czterdziestu 

pięciu centymetrów?

— Tak to wyglądało — odparł Jupe — To nie był odcisk niedźwiedziej łapy. To wiem 

z całą pewnością.

Pete drżącymi dłońmi zwijał sznur w kłębek.
— Górski potwór — powiedział. — Starzy ludzie nazywają to miejsce Górą Potwora. 

Wygląda na to, że naprawdę żyje tu potwór.

— Potwór?! — padło ostrym tonem tuż nad uchem Pete'a. Pete aż podskoczył.

— Przepraszam. Przestraszyłem cię? — Pan Smathers wyszedł z lasu tak cicho, że nie 

usłyszeli   jego   kroków.   Podszedł   do   chłopców   z   uśmiechem.   —   Co   tam   mówiliście   o 

potworach? Jak wygląda odcisk stopy potwora? Gdzie jest? Chciałbym zobaczyć.

— Ktoś już zamiótł — odparł Jupiter.

— Oczywiście, oczywiście — pan Smathers mówił z uprzejmością człowieka, który 

zdaje sobie sprawę, że opowiada mu się bzdury, i nie wierzy w ani jedno słowo.

— Był ślad! — zawołał Pete zapalczywie.
— Jak Jupe mówi, że go widział, to go widział! 

Dobry humor wyraźnie opuścił pana Smathersa. Twarz mu poczerwieniała.
—   Rozmawialiście   z   tym   typem   ze   stacji   benzynowej,   Richardsonem.   Słyszałem 

niektóre z tych jego bredni. Powinien się wstydzić. Straszyć młodzież w ten sposób! Już ja 
sobie z nim pogadam. Powiem mu, żeby trzymał dla siebie swoje historyjki o duchach.

background image

Odszedł szybkim krokiem, po czym nagle zatrzymał się i zwrócił do chłopców:

—  Ale  mimo   wszystko,  to   może   być  dla  was   niebezpieczne   miejsce.  Jesteście   tu 

intruzami i dzikie zwierzęta nie rozumieją was tak dobrze, jak mnie. Na pewno nie zechcą 

wam wyrządzić krzywdy z rozmysłem, ale o wypadek nietrudno. Zamierzam powiedzieć 
kuzynom pani Havemeyer, żeby zabronili wam oddalać się od gospody. — Odwrócił się i 

odszedł, tym razem na dobre.

— Po części się z nim zgadzam — odezwał się Pete. — Lepiej trzymać się z daleka od 

tego miejsca. Nie należy igrać z potworami.

— Pan Smathers zrobił coś, co wydaje mi się interesujące — powiedział Jupiter. — 

Próbował   obrócić   wszystko   w   wytwór   naszej   wyobraźni,   nim   zdążymy   komukolwiek 
powiedzieć, co się tu zdarzyło. Boi się, że ktoś mógłby nam uwierzyć. Chce, żebyśmy się 

trzymali z dala od tego miejsca. Teraz jestem już zupełnie pewien, że żyje tu jakieś dziwne 
stworzenie,   człowiek   lub   zwierzę,   i   pan   Smathers   wie   o   tym.   Co   więcej,   nie   chce,   by 

ktokolwiek inny o tym wiedział.

— Myślę, że masz rację — przytaknął Bob — ale nie można też odmówić słuszności 

panu Smathersowi. Powinniśmy stąd odejść. Byłem już zbyt blisko niebezpieczeństwa.

Jupe skinął głową i ruszyli spiesznie w stronę polany. Gdy znaleźli się na jej skraju, 

zobaczyli po drugiej stronie Smathersa. Właśnie schodził w dół stokiem narciarskim. Nim 
zdążyli przejść polanę, był już na dole.

— Szybko chodzi — zauważył Bob.
— W dół nie sztuka — Pete puścił się biegiem, ślizgając się i obsuwając. Bob i Jupe 

schodzili trochę ostrożniej.

Byli  niemal u podnóża stoku, gdy pojawił  się Joe Havemeyer. Piął się w górę  z 

plecakiem   i   swą   strzelbą   przerzuconą   przez   ramię.   Zatrzymał   się,   patrząc   gniewnie   na 
chłopców.

— Coście tam robili? — zapytał.
— Byliśmy na wycieczce — odpowiedział Pete niewinnie.

— Smathers mówił mi, że jeden z was wpadł do rozpadliny. To ty, co? — wskazał 

głową Boba.

— Pan wiedział o tej rozpadlinie? — zapytał Jupiter.
— To nie sekret. Jak ściągnę tu w lecie turystów, może być wielką atrakcją. Ale na 

razie nie chodźcie, chłopcy, tam wysoko w góry. Gdyby wam się coś stało, poczuwalibyśmy 
się z Anną do odpowiedzialności. Możecie gdzieś wpaść, a poza tym niedźwiedzie...

— Niedźwiedzie? — przerwał mu Jupiter. Patrzył uparcie w oczy Havemeyerowi, po 

czym przeniósł wzrok na jego broń. — To dlatego nosi pan ze sobą tą strzelbę? Jest na 

background image

naboje ze środkiem usypiającym, prawda? Zamierza pan schwytać niedźwiedzia?

— Schwytać niedźwiedzia!  — Havemeyer roześmiał się. — Po co? Nie, nie mam 

takiego   zamiaru   i   prawdopodobnie   byłoby   to   niezgodne   z   prawem.   Noszę   strzelbę   na 

wszelki wypadek. W razie czego będę mógł unieszkodliwić niedźwiedzia, nie robiąc mu 
krzywdy.   —  Uśmiechnął   się  szeroko   i  dorzucił:   —  Pan   Smathers   nigdy  by   mi  tego   nie 

wybaczył.

Wyminął ich i zaczął się wspinać w górę.

— Pan Smathers popełnił błąd — powiedział Bob.
— Tak jest — skinął głową Pete. — Nie mówiliśmy mu, że wpadłeś do rozpadliny. 

Musiał więc tam być, kiedy to się stało albo kiedy Jupe oberwał.

— Możliwe nawet, że to on mnie uderzył, a potem zatarł ślady — powiedział Jupe. — 

Nasz miłośnik zwierząt może być bardziej groźny, niż by się mogło wydawać. Jest tam na 
górze coś, potwór, nie potwór, obaj z Havemeyerem widzieli to i nie chcą, żeby się ktoś o 

tym dowiedział.

Doszli do podwórza gospody. Z wykopu wyłonił się Konrad.

— Cześć, Jupe! — zawołał.
Jupiter   pomachał   do   niego   ręką   i   wszyscy   trzej   chłopcy   podeszli   do   przyszłego 

basenu. Na dnie siedział Hans i odpoczywał. Oszalowanie było niemal gotowe.

— Miła wycieczka? — zapytał Hans.

— Bardzo ciekawa — odparł Jupe.
— Nie nudziliśmy się ani przez chwilę — dodał Pete.

—   Zdenerwowaliście   pana   Smathersa   —   powiedział   Konrad.   —   Mówił,   że   nie 

powinniście się zbliżać do polany. Mamy was trzymać tu, przy gospodzie.

— I wierzy, że to zrobicie? — zapytał Pete. 
Konrad uśmiechnął się.

— Ja uważam, że możecie chodzić, gdzie chcecie. Tylko bądźcie ostrożni.
— Będziemy na pewno — uspokoił go Jupiter. — A gdzie jest teraz pan Smathers?

— Poszedł do miasteczka — odparł Hans. — Anna pojechała do Bishop na zakupy, a 

pan Jensen też wziął samochód i gdzieś pojechał.

— Anna mówiła, żebyście coś zjedli, jak wrócicie — powiedział Konrad. — Zostawiła 

wam kanapki w lodówce.

— Świetnie — ucieszył się Pete.
Zjedli wszystko z wilczym apetytem. Jupiter zebrał talerze i wziął się do zmywania. 

Na parapecie okna nad zlewem leżała obrączka Anny. Jupe zmarszczył czoło.

— Chyba za duża jest dla niej ta obrączka. Powinna uważać, bo jeszcze ją któregoś 

background image

dnia zgubi.

Pete,   który   wycierał   talerze,   skinął   głową   z   roztargnieniem.   Jego   uwagę   przykuł 

przedmiot   leżący   na  podłodze   w  dużym   pokoju,  tuż   za   drzwiami   kuchennymi.  Odłożył 

ścierkę i podszedł do otwartych drzwi.

— Czyjś portfel — pochylił się i sięgnął po niego. Portfel był bardzo stary. Skóra była 

popękana, a jeden ze szwów rozpruty. Kiedy Pete go podniósł, jakieś papiery wysypały się 
na podłogę.

— Diabli! — Pete przykucnął i zaczął zbierać zawartość portfela.
— Czyje to? — zawołał Bob.

Pete wyłuskał spomiędzy różnych papierów prawo jazdy.
— Pana Jensena — powiedział. — O rany! Przecież pojechał gdzieś samochodem! 

Miejmy nadzieję, że go nie zatrzyma policja. Bez prawa jazdy może mieć kłopoty.

— Czekajcie, przecież to Anna. — Jupiter stał w drzwiach  i patrzył na leżącą na 

podłodze fotografię.

— Co? Gdzie? — pytał Bob.

— Fotografia Anny — Jupe schylił się i podniósł ją z podłogi. 
Było to amatorskie zdjęcie Anny Havemeyer z mężem. Wychodzili z jakiejś kawiarni 

i wyraźnie nie wiedzieli, że ktoś ich fotografuje. Anna nosiła jasną, dopasowaną sukienkę. 
Na   ramiona   miała   zarzucony   sweter.   Twarz   zwróciła   w   stronę   Havemeyera,   który   z 

poważną miną coś do niej mówił.

— Skąd to zdjęcie w portfelu Jensena? — zastanawiał się Jupiter, podając fotografię 

Bobowi.

Pete pozbierał wszystko z podłogi i wziął fotografię od Boba.

— To na pewno nie było zrobione w Sky Village — odwrócił zdjęcie. — O, tu jest data 

i miejsce. W zeszłym tygodniu w Lake Tahoe. 

Trzej Detektywi wymienili spojrzenia.
—  Może   Jensen  jest starym  przyjacielem  Anny? —  zastanawiał  się  Bob. —  Albo 

Havemeyera? Może był na ich ślubie?

—   Nie!   —   powiedział   Jupiter   zdecydowanie.   —   Pierwszego   wieczoru   po   naszym 

przyjeździe było przyjęcie z okazji ślubu Anny i widać było, że ani Smathers, ani Jensen nie 
są znajomymi Havemeyerów. Pamiętacie? Havemeyer powiedział, że muszą być na kolacji 

mieszkający w gospodzie goście, ale nie dopuści, żeby zepsuli nastrój.

Pete wsunął zdjęcie do portfela.

—   I   taki   gość   ma   zdjęcie   Havemeyerów,   zrobione   w   Lake   Tahoe.   Dziwny   zbieg 

okoliczności!

background image

Jupiter wziął portfel z rąk Pete'a.

— Uważam, że powinniśmy położyć to po prostu w pokoju Jensena i nic nikomu nie 

mówić.   A   jak   już   będziemy   w   jego   pokoju,   nie   zaszkodzi   mieć   oczy   otwarte.   Może 

znajdziemy coś interesującego. Hans i Konrad prosili, żebyśmy pomogli im opiekować się 
ich kuzynką. Jest naszym obowiązkiem baczyć na każde grożące jej niebezpieczeństwo.

— Rozumiem, o co ci chodzi — powiedział Pete. — Bierzmy się do roboty, nim ktoś 

wróci do domu!

Pokój   Jensena   sąsiadował   z   większym   pokojem,   zajmowanym   przez   Hansa   i 

Konrada, po północnej stronie domu.

— Mam nadzieję, że drzwi nie są zamknięte na klucz – powiedział Bob.
—   W   tym   domu   nigdy   nic   nie   jest   zamknięte.   —   Pete   nacisnął   klamkę   i   drzwi 

otworzyły się.

Pokój   był   schludny   jak   wszystko   w   gospodzie.   Byłby   robił   wrażenie   nie 

zamieszkanego, gdyby nie przewieszona przez poręcz popelinowa wiatrówka i leżący na 
komodzie   grzebień.   Jupe   otworzył   szafę.   Wisiały   w   niej   sportowe   koszule,   niektóre 

wyraźnie   używane,   inne   świeże   i  czyste.   Na  spodzie   szafy   stała   para  czarnych   butów   i 
walizka. Jupiter podniósł ją, ważąc w ręce.

— Niezbyt wypełniona — położył walizkę na łóżku i otworzył ją. 
Były w niej skarpetki, czysta bielizna, kilka rolek  filmu i żarówek błyskowych, a 

także książka. Jupe wyjął ją. Pete spojrzał na tytuł, “Fotografowanie dla początkujących”, i 
gwizdnął przeciągle. Jupe przejrzał książkę pobieżnie.

— Dość zaskakujące znaleźć taką książkę w bagażu wziętego fotografa — powiedział. 

— Jeśli rzeczywiście sprzedaje swoje prace magazynom ilustrowanym, nie powinny mu być 

potrzebne tak podstawowe informacje. Nie wiem, kim jest pan Jensen, ale na pewno nie 
zawodowym fotografem.

— Zobaczmy, co on tam ma jeszcze — Bob wyjmował z walizki bieliznę i skarpetki.
Znaleźli jedynie mały notatnik. Był mocno zniszczony, z oślimi uszami, i wypełniony 

adresami i numerami telefonów. Bob przejrzał je szybko. Większość dotyczyła instytucji i 
osób prywatnych w Lake Tahoe. Na końcu Bob znalazł nazwisko Anny. Na tejże stronie 

było kilka notatek. Bob zaczął je czytać i otworzył szeroko oczy ze zdziwienia.

— Znalazłeś coś? — zapytał Jupiter.

— Tu jest cała strona o Annie. Patrz, na samej górze numer: PWU 615, Kalifornia, 

potem   nazwisko:   panna   Anna   Schmid,   i   adres:   Gospoda   “Pod   slalomem”,   Sky   Village, 

Kalifornia.

— PWU 615? To wygląda na numer rejestracyjny samochodu — odezwał się Pete.

background image

— Jest coś jeszcze? — pytał Jupe. 

Bob bez słowa wręczył Jupiterowi notatnik.
— Fascynujące — szepnął Jupe po przeczytaniu. — Jensen pisze, że Anna posiada 

gospodę i wyciąg narciarski i że wiadomo powszechnie w Sky Village, że za wszystko płaci 
gotówką. A na zakończenie uwaga: “idealny jeleń”.

— To jest wyrażenie używane przez przestępców — zauważył Pete.
— Tak — Jupiter zamknął notatnik. — Tak określają oszuści łatwy łup.

— Jensen jest więc oszustem, a Anna jego ofiarą.
— W każdym razie nie jest fotografem — powiedział Jupe. — Jeśli jest oszustem, co 

właściwie zamierza? Jak dotąd nie zrobił nic poza...

—   Poza   zainkasowaniem   ciosu   w   kark   od   niedźwiedzia   lub   potwora,   lub   diabli 

wiedzą kogo — dokończył Pete. — Nie próbował nawet przypodobać się Annie.

Dał   się   słyszeć   warkot   motoru   samochodowego.   Jupiter   przeszedł   szybko   do 

przeciwległego pokoju pana Smathersa i wyjrzał ostrożnie przez okno,

— Anna wróciła z Bishop, zgadza się numer rejestracyjny jej samochodu: PWU 615 

— zaanonsował.

Bob  zamknął  pospiesznie  walizkę  i  odstawił  ją  do  szafy.  Pete   wygładził   kapę  na 

łóżku.

— Czy ostrzegamy ją, że jeden z jej gości jest przestępcą? — zapytał, gdy wyszli z 

pokoju.

Jupe potrząsnął głową przecząco.

— Nie możemy bez niezbitych dowodów. Wiemy tylko, że ma jej zdjęcie zrobione w 

Lake   Tahoe   w  czasie,   gdy  brała   ślub,  i  że   interesuje   się  jej   stanem  majątkowym.   Bob, 

będziesz dziś telegrafował do twego taty. Podaj mu nazwisko i adres Jensena. Wyczytałem 
w jego prawie jazdy, że mieszka w Tahoe Valley. Może znajomy twego taty będzie mógł się 

także   o   nim   czegoś   dowiedzieć.   Dopóki   nie   zbierzemy   dalszych   informacji   o   naszym 
rzekomym fotografie, nie możemy spuszczać go z oczu. Zwłaszcza gdy jest w pobliżu Anny. 

Jeśliby próbował, na przykład, zainteresować ją szybkim zrobieniem pieniędzy, musimy 
być gotowi do akcji!

background image

ROZDZIAŁ 12
Dziwna rozmowa

Anna układała na stelażu przywiezione z miasteczka czasopisma. Wzdrygnęła się, 

słysząc kroki Trzech Detektywów na schodach.

— Och, nie wiedziałam, że ktoś jest w domu.
— Szukaliśmy znowu pani klucza — powiedział Jupiter  i nawet powieka mu nie 

drgnęła. — Pomyśleliśmy, że wczoraj mogliśmy coś przeoczyć.

— Ach tak, klucz. — Anna spochmurniała. — Nie znaleźliście go?

— Niestety — odparł Bob. — Czy nie przyszło pani na myśl, że ktoś go zabrał? Drzwi 

do gospody nigdy nie są zamknięte. Każdy mógł wejść i zabrać klucz.

— Ależ ja go bardzo dobrze schowałam. Poza tym nikt by nie wziął tego klucza. Tylko 

ja mogę go użyć. W banku mnie znają. Nikomu nic by nie przyszło z tej kradzieży, poza 

sprawieniem   mi   kłopotu.   Klucz   musi   tu   gdzieś   być.   Gdybym   tylko   mogła   sobie 
przypomnieć gdzie.

Pod   dom   z   chrobotem   opon   na   żwirowanym   podjeździe   zajechał   samochód.   Po 

chwili wszedł pan Jensen. Trzymał w ręce aparat fotograficzny w futerale. Skinął głową 

Annie i chłopcom i wszedł na schody.

— Ciekawa praca fotografowanie zwierząt — powiedział Jupiter — ale wymaga dużej 

cierpliwości. Pan Jensen często tu przyjeżdża?

—   Jest   tu   po   raz   pierwszy   —   odparła   Anna.   —   Przyjechał   pięć   dni   temu.   Nie 

rezerwował miejsca, ale miałam wolny pokój.

—   Pan   Smathers   też   jest   interesującym   człowiekiem   —   kontynuował   Jupiter.   — 

Spędza pewnie wiele czasu w górach, tak kocha naturę.

— Myślisz o gadaniu do zwierząt? Ciekawam, czy rzeczywiście go słuchają. On też 

jest tu po raz pierwszy. Mówił, że przyjechał ze względu na suszę. Uważa, że musi pomóc 
swoim dzikim przyjaciołom w tym trudnym czasie — Anna roześmiała się. — Co za pomysł! 

Dziwny   mały   człowieczek.   Wolałabym   tylko,   żeby   jadał   jak   wszyscy.   Nie   musiałabym 
gotować dla niego oddzielnie.

Wyszła   do   kuchni,   gdzie   zabrała   się   do   swych   zajęć,   o   czym   świadczył   trzask 

drzwiczek od szafek i brzęk garnków.

Chłopcy opuścili gospodę i poszli na stację benzynową. Gaduła Richardson drzemał 

w cieple popołudniowego słońca. Gdy podeszli, otworzył oczy.

— Udała się wam wycieczka? — zapytał.
— Rozmawiał pan z panem Smathersem — powiedział Pete.

background image

— Trudno to nazwać rozmową, bo tylko on mówił. Zdaje się uważać, że demoralizuję 

amerykańską   młodzież   opowiadaniami   o   potworach.   —   Zaspane   oczy   Richardsona 
rozbłysły nagle. — A co takiego widzieliście rano w górach?

— Nie  jesteśmy  pewni,  proszę  pana  — odpowiedział  Bob. — Coś dużego. Jakieś 

zwierzę, tak mi się wydaje.

— Niedźwiedź najpewniej. — Gaduła zdawał się rozczarowany. — To ty wpadłeś do 

rozpadliny? 

Bob skinął głową.
— Tak myślałem. Ubranie nie najlepiej znosi taki upadek. Bez skaleczeń, widzę.

— Bez — powiedział Bob. — Potłukłem się tylko trochę.
—   W   górach   trzeba   patrzyć,   gdzie   się   chodzi   —   powiedział   Richardson.   — 

Wyglądacie na rozsądnych chłopców. Jestem pewien, że nie drażniliście tego niedźwiedzia. 
Nie   rozumiem,   dlaczego   Anna   Schmid   tak   się   tym   zdenerwowała.   Powinienem   raczej 

powiedzieć Anna Havemeyer.

— Zdenerwowała się? — zdziwił się Pete. — Dopiero co widzieliśmy się z nią i wcale 

nie wyglądała na zdenerwowaną.

— No, może już jej przeszło. Wstąpiła po benzynę w drodze powrotnej z Bishop i 

akurat był tu ten wariat Smathers. Pytał ją, czy widziała was już po powrocie z wycieczki. 
Zauważyliście może, że lubię wiedzieć, co się święci dookoła?

— Zauważyliśmy — roześmiał się Pete.
— No to ona mu na to odpowiedziała, że jej mąż nie chce, żebyście chodzili na tę 

górską polanę. Z powodu niedźwiedzi. Małżeństwo wyraźnie nie służy tej kobiecie. Zaczęła 
się lękać niedźwiedzi, jak miejski fajtłapa. Pamiętam dni, kiedy rzucała się na nie krzycząc i 

wymachując rondlem, jeśli odważyły się tylko powąchać jej śmietnik.

— Czy to rozsądne? — zapytał Pete. — Przecież to dzikie zwierzęta...

— Jeśli nie podejdziesz zbyt blisko, zazwyczaj nie są zbyt niebezpieczne.
Bob spojrzał na zegarek.

— Jest po czwartej — zwrócił się do Jupe'a. — Tato jest już na pewno w domu. 

Zatelefonuję lepiej teraz.

— Telefon w gospodzie nie działa? — zapytał Gaduła.
— To nie dlatego — tłumaczył Bob szybko. — Tak się złożyło, że wybraliśmy się na 

spacer, i skoro już tu jesteśmy...

— Pewnie, pewnie — Richardson pokiwał głową. — Nie będę cię zatrzymywał, idź do 

telefonu i dzwoń. A ja sobie pójdę coś przegryźć do pizzerii. Wiem, kiedy nie należy się 
wtrącać w cudze sprawy.

background image

Wstał i ruszył wolno w górę ulicy.

— Jak ten facet nie będzie się wtrącał w cudze sprawy, zjem własną tenisówkę z solą 

— powiedział cicho Pete.

Bob roześmiał się i wszedł do budki telefonicznej. Wrócił po paru minutach.
— Joego Havemeyera nie ma w książce telefonicznej Reno. Znajomy taty nie dostał 

jeszcze raportu z biura kredytowego. Pewnie dostanie jutro. Tato obiecał zatelefonować do 
niego wieczorem i poprosić o zasięgnięcie  informacji  o Jensenie. Poza tym powiedział, 

żebyśmy tu za dużo nie rozrabiali. Mówił, że jak narobimy kłopotów Hansowi i Konradowi 
albo ich kuzynce, osobiście obedrze nas ze skóry. Mamy siedzieć cicho, póki nie dostarczy 

nam jakichś informacji, i najlepiej wynieść się z gospody.

— Naprawdę? — zdziwił się Jupe.

— Obawia się, że się narzucamy, i chyba ma rację. Nie jesteśmy krewnymi Anny i nie 

ma powodu, żeby nas nocowała i karmiła.

— Akurat kiedy zaczyna się robić ciekawie — mruknął Pete.
—   Nie   musimy   się   wynosić   daleko   —   powiedział   Jupe.   —   Nasz   namiot   jest   już 

rozpięty koło gospody.

Po powrocie powiedzieli Annie i jej mężowi, że postanowili wrócić do pierwotnego 

planu i zamieszkać pod namiotem. Joe Havemeyer protestował nieco. Mówił o błąkających 
się niedźwiedziach, ale chłopcy obiecali być czujni i wołać o pomoc w razie czego. Jeszcze 

przed zachodem słońca przenieśli swoje śpiwory i urządzili się w namiocie.

Zjedli   obiad,  złożony   z  ugotowanych   nad   ogniskiem   kiełbasek   z  fasolą,   po   czym 

usiedli   w   namiocie   po   turecku.   Bob   wyjął   z   kieszeni   notes   i   długopis   i   zabrał   się   do 
zapisywania ustalonych dotąd faktów.

—   Mamy   na   razie   —   powiedział   —   fotografa,   który   nie   jest   fotografem.   Jest 

natomiast   zainteresowany   Anną   i   jej   pieniędzmi.   Ma   fotografię   Anny   zrobioną   przed 

przyjazdem tutaj. Według słów Anny jest w gospodzie po raz pierwszy i Anna nie znała go 
przedtem.

— I oberwał cios w kark od niedźwiedzia albo potwora, albo człowieka — dodał Pete. 

— Jeśli nie jest fotografem, ciekawe po co zadał sobie trud fotografowania niedźwiedzia 

przy kuble na śmieci.

— Niewątpliwie uważa, że powinien się zachowywać jak zawodowy fotograf, skoro 

się za takiego podaje — stwierdził Jupiter. — Tyle na temat Jensena. A teraz mąż Anny. Co 
wiemy o nim?

— Twierdzi, że ma dobre własne dochody — powiedział Bob. — Posiada strzelbę na 

naboje ze środkiem usypiającym i chodzi z nią codziennie na górską polanę. Buduje basen 

background image

pływacki, który może wcale nie będzie basenem. Masz coś jeszcze, Jupe? Facet tak niepokoi 

Hansa i Konrada, a on może jest całkiem w porządku.

— Być może — zgodził się Jupe.

— Został pan Smathers — powiedział Pete. — To dopiero kawał wariata.
— I wcale nie tak nieszkodliwy, jak się wydaje — podjął Jupiter. — Jestem pewien, że 

to on pozbawił mnie przytomności dziś rano i zamiatał ślady nad rozpadliną.

—  Co  stawia   nas  przed   wielkim   znakiem   zapytania   —  podsumował   Pete.  —  Czy 

potwór z Góry Potwora istnieje, czy nie?

— Coś widziałem — powiedział Bob. — Wiem, że coś widziałem, i jestem pewien, że 

to nie był niedźwiedź. Zresztą Jupe widział odcisk stopy.

Jupiter otworzył swój śpiwór i ściągnął buty.

—   Jeśli   potwór   istnieje,   i   jeśli   Joe   Havemeyer   go   złapie,   zacznie   tu   być   gorąco. 

Pamiętajcie, że naszymi klientami są Hans i Konrad, a naszym zadaniem jest chronić ich 

kuzynkę. Porozmawiamy z nimi jutro, jak dostaniemy raport kredytowy o Havemeyerze i 
więcej informacji o Jensenie. Do nich należy decyzja o podjęciu dalszych kroków.

Bob i Pete usnęli w mgnieniu oka, ale Jupiter był zbyt niespokojny, by od razu 

zasnąć.   Leżał   z   otwartymi   oczami,   wsłuchany   w   szmery   nocy   i   szum   wiatru.   Myślał   o 

rozpadlinie   i   nieprawdopodobnym   odcisku   bosej   stopy   w   ziemi.   Myślał   o   Gadule 
Richardsonie   i   jego   opowieściach   o   potworach,   a  także   o  innej   opowiastce   —   o  Annie 

szarżującej z rondlem na niedźwiedzia. Doszedł do wniosku, że musi ją rano zapytać, czy 
rzeczywiście robiła coś tak nierozważnego.

Była niemal północ, gdy Jupe przekręcił się na brzuch i rozchylił namiot. Gospoda 

tonęła w mroku. Było cicho. Jakiś cień opadł na komin gospody i rozległo się pohukiwanie. 

Sowa.

Jupe   przetarł   oczy.   Zdawało   mu   się,   czy   rzeczywiście   dostrzegł   błysk   światła   w 

dolnym oknie gospody? Wpatrzył się z uwagą. Znowu! Przesuwające się światło w dużym 
pokoju, widocznym przez otwarte drzwi biura. Trącił Pete'a.

— Obudź się — szepnął.
— Co...co jest? — Pete usiadł. — Znowu niedźwiedź?

— Bądźcie cicho — odezwał się Bob sennie.
— Ktoś chodzi po gospodzie z latarką — powiedział Jupe. — Patrzcie, wszedł do 

biura Anny.

Pete i Bob wysunęli się ze śpiworów i macali wokół siebie w poszukiwaniu butów.

— Co jest, u licha — mruczał Pete. — Wszyscy już interesują się Anną. Jak nie jej 

pieniędzmi, to jej biurem.

background image

Trzej Detektywi wyczołgali się z namiotu i przemknęli przez podwórze pod okno 

biura.   Było   otwarte.   Odwrócony   plecami,   siedział   za   biurkiem   mężczyzna.   Jensen! 
Przewracał cicho kartki jednej z ksiąg Anny, oświetlając je latarką. Drzwi prowadzące do 

dużego pokoju były teraz zamknięte.

Jensen skończył przeglądać księgę. Odstawił ją na półkę i sięgnął po następną, i 

nagle zamarł w bezruchu, nasłuchując. W następnej chwili dał nura pod biurko i zgasił 
latarkę.

Chłopcy   przykucnęli   poniżej   parapetu   okna.   W   biurze   rozbłysło   górne   światło   i 

usłyszeli głos Joego Havemeyera:

— Widzisz? Nikogo tu nie ma.
— Coś słyszałam — powiedziała Anna. — Czyjeś kroki na schodach, a potem odgłos 

zamykanych drzwi. Nie jestem pewna, ale chyba zostawiłam te drzwi otwarte.

— Masz przywidzenia. Nerwy cię zawodzą. Nie masz się czym denerwować. Świetnie 

sobie radzisz z tymi dwoma prostakami z Rocky Beach. Przestań się nimi przejmować. Nie 
będą tu przecież bez końca.

— Ponad tydzień. Będą tu jeszcze ponad tydzień.
— Daję im zajęcie, nie? Przestań się martwić. Wszystko ustalone i nic nie może się 

stać.

— Lepiej, żeby się nic nie stało. — W głosie Anny było coś, co przekonało Jupitera, że 

istotnie przeganiała rondlem zabłąkane niedźwiedzie. Światło zgasło i drzwi się zamknęły. 
Chłopcy pozostali pod oknem bez ruchu. Po paru minutach  zamigotała latarka. Jensen 

wyszedł spod biurka, przeszedł do drzwi, zgasił latarkę i bardzo cicho opuścił biuro.

— Niech mnie kule biją — szepnął Pete.

Jupe położył ostrzegawczo palec na ustach. Chyłkiem przekradł się z powrotem do 

namiotu.

— Czy ja aby dobrze słyszałem? — powiedział Pete, gdy znaleźli się w środku.
— Dziwne, bardzo dziwne — kiwał głową Jupiter. — Nie to, że Jensen zszedł w 

środku nocy do biura sprawdzić księgi Anny. Wiemy, że interesują go jej finanse.

— Tak — odezwał się Bob. — Dziwne jest, że Annę denerwuje obecność Hansa i 

Konrada. Jej ulubionych kuzynów.

— To nie ma sensu — Jupiter tarł bezradnie czoło. — Wszystko jest bez sensu. W 

życiu nie czułem się tak zagubiony.

background image

ROZDZIAŁ 13
Zadanie domowe Anny

Jupitera obudziło nikłe, poranne słońce i świergot ptaków. Bob i Pete spali jeszcze. 

Cicho założył buty i wysunął się bezgłośnie z namiotu. Skierował się do drzwi kuchennych 

gospody. Jeszcze nie bardzo rozbudzony, mgliście rozważał słowa Havemeyera, usłyszane 
w nocy. Hans i Konrad wywołują w Annie niepokój.

Zatrzymał się u stóp schodów. Przez otwarte okno dobiegł go odgłos lejącej się do 

zlewu  wody. Pewnie  Anna już wstała. Wyobraził  ją sobie, jak  pracuje  w kuchni swymi 

szczupłymi, zręcznymi dłońmi. To nie były  ręce lękliwej  kobiety. Anna robi wszystko z 
równą łatwością i szybkością, co ciocia Matylda. Nawet ma ten sam zwyczaj zdejmowania 

obrączki przed zmywaniem. Ciocia Matylda przechodziła od czasu do czasu na dietę i wtedy 
jej palce stawały się szczuplejsze, a obrączka zbyt luźna. Zamierzał właśnie wejść do kuchni 

i przywitać się z Anną, gdy dobiegł go głos Joego Havemeyera.

— Kawa jeszcze nie gotowa?

— Za chwilę. Coś taki niecierpliwy? — jęknęła Anna.
— A ty nie bądź taka nerwowa. Hans i Konrad wezmą się od rana do pracy przy 

basenie i możesz być pewna, że nie będą ci się kręcić pod nogami. A te dzieciaki zaproś na 
śniadanie,   zapakuj   im   jakieś   kanapki   i   wyślij   na   wycieczkę.   Gdziekolwiek,   byle   nie   na 

górską polanę. Musisz to tak załatwić, żeby mi się tam na pewno nie kręcili.

— Teraz już wydajesz rozkazy?

— Słuchaj, nie chcę, żeby mi weszli w drogę. Idę na górę spróbować po raz ostatni, 

ale   nie   mam   wielkich   nadziei.   Możemy   się   znaleźć   w   takiej   sytuacji,   że   trzeba   będzie 

zablefować w banku, więc się lepiej staraj. Przyłóż się do swojego wypracowania.

— Nie chcę tego zrobić.

—   Zrobisz   to   —   głos   Havemeyera   stwardniał.   —   Robiłaś   trudniejsze   rzeczy   dla 

mniejszych pieniędzy. Masz coś na kanapki dla dzieciaków?

— Mam szynkę — odpowiedziała Anna niechętnie.
— Dobrze.

Jupiter   wycofał   się   cicho   spod   okna,   po   czym   wszedł   na   schody,   głośno 

pochrząkując.

— Dzień dobry! — zawołała Anna.
Jupiter  powitał ją pogodnie i tylko lekko się wzbraniał, gdy zaprosiła go wraz  z 

kolegami na śniadanie. Poszedł na górę umyć się. Gdy zszedł na dół, właśnie zjawili się Bob 
i Pete, wciąż rozczochrani i nie bardzo przytomni ze snu. Jensen i Smathers siedzieli już 

background image

przy stole, czekając na śniadanie.

Wszyscy jedli w milczeniu, zajęci własnymi myślami. Anna zaczęła zbierać naczynia, 

gdy nagle zaniechała tej czynności, jakby właśnie przyszedł jej do głowy świetny pomysł.

—   Mieliście   wczoraj   taką   udaną   wycieczkę   —   zwróciła   się   do   chłopców   —  może 

znowu się gdzieś wybierzecie? To wasze wakacje i powinniście je miło spędzić. Zrobię wam 

kanapki na drogę. Z pola kempingowego jest dobry szlak turystyczny do wieży strażackiej. 
Powinniście się tam przejść.

— Och, ta nieczynna wieża straży pożarnej, którą wczoraj  widzieliśmy? — spytał 

Bob. — Musi być z osiem kilometrów stąd. 

Anna skinęła potakująco głową.
— Tak, to niezła wspinaczka. Z wieży widać całą dolinę. Czasem, kiedy nie jestem 

bardzo zajęta, lubię tam pójść, posiedzieć trochę i podumać.

— Świetny pomysł, idziemy! — oznajmił Jupiter. 

Pete otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale Jupe kopnął go w kostkę. 
Anna   wyniosła   talerze   do   kuchni.   Przygotowała   szybko   kanapki   i   wręczyła 

chłopcom.

— Włóżcie to sobie do plecaków.

Podziękowali i Jupiter przyniósł swój plecak z namiotu, i zapakował kanapki.
—  Tylko   bądźcie   ostrożni  —   odezwał   się   Havemeyer.  —   Spodziewamy   się  was   z 

powrotem po południu.

Konrad, Hans i Havemeyer wyszli do pracy przy basenie, a chłopcy ruszyli drogą w 

stronę pola kempingowego. Za pierwszym zakrętem Pete zatrzymał się.

— Czy zrobiłem się zbyt podejrzliwy, czy jest jakaś specjalna przyczyna, dla której 

wyprawiono nas na tę wycieczkę? — zapytał. — Dlaczego mnie kopnąłeś przy śniadaniu?

—   Wcześnie   rano   podsłuchałem   rozmowę   Anny   z   mężem   —   odparł   Jupe.   — 

Havemeyer chciał się nas pozbyć na dzisiaj, żeby móc spokojnie pójść na górską polanę. A 
Anna ma odrobić swoje zadanie domowe.

— Zadanie? — zdziwił się Bob.
— Nie pytaj mnie, o co chodzi. Wiem tylko, że to ma coś wspólnego z bankiem. 

Havemeyer  idzie na polanę spróbować  czegoś po raz  ostatni  i jeśli mu się to nie uda, 
zamierzają   z   Anną   oszukać   bank.   Myślę,  że   to   ma  związek  z   kluczem,   który   Anna  tak 

desperacko usiłuje znaleźć.

— Czy jeden z nas nie powinien zostać w gospodzie, żeby zobaczyć, co ona będzie 

robiła? — spytał Pete.

— Raczej niewykonalne — odparł Jupiter. — Oboje zdecydowanie nie życzą sobie 

background image

czyjejkolwiek   obecności,   zarówno   w   domu,  jak   i   na   górskiej   polanie.   Łamaliśmy   sobie 

głowy, jak ochronić Annę. Zaczynam się zastanawiać, czy ona w ogóle potrzebuje ochrony. 
Niezależnie od tego, co planuje Havemeyer, ona jest w tym jego wspólniczką i oboje coś 

ukrywają. Jak na ironię wymyśliła nam wycieczkę do tej wieży. Może się mylę, ale zdaje się, 
że jest stamtąd widok nie tylko na dolinę. Pospieszmy się, to zdążymy na czas.

— Żeby co? — zapytał Bob.
— Żeby zobaczyć Havemeyera wspinającego się po stoku narciarskim. Mam lornetkę 

w plecaku. On chodzi codziennie na górską polanę z plecakiem i swoją specjalną strzelbą. 
Co tam robi?

— Poluje na potwora — powiedział Pete.
— Nie, to coś innego — zaprzeczył Jupe. — Te jego wyprawy mają związek z bankiem 

i co za tym idzie, ze zgubionym kluczem. Chciałbym zobaczyć, co on tam robi na górze.

— Na co więc czekamy!? — ożywił się Bob. — Ruszajmy! 

Poszli spiesznie drogą do pola kempingowego, przecięli je i zaczęli się piąć w górę 

stromym szlakiem do wieży strażackiej. Pete szedł przodem, za nim Bob, w tyle zdyszany 

Jupiter. Ścieżka wznosiła się tak ostro w górę, że chłopcy wdrapywali się po niej niemal 
zgięci w pół. Zegarek Pete'a wskazywał dziesiątą, gdy dotarli na miejsce.

— Mam nadzieję, że nie przybyliśmy za późno — wysapał Jupiter. 
Nie zatrzymując się nawet dla złapania oddechu, zaczął się wspinać po drewnianej 

drabinie na szczyt wieży. Tuż za nim Pete i Bob.

— Coś takiego!  — wykrzyknął  Pete, gdy stanął na szczycie  wieży. — Widać stąd 

gospodę i stok narciarski, i polanę!

Jupiter wydobył lornetkę z plecaka. Przyłożył ją do oczu i nastawił soczewki.

— Joe Havemeyer jest w połowie stoku — zakomunikował. 
Wodził   lornetką   za   wspinającym   się   Hayemeyerem.   Po   dziesięciu   minutach 

Havemeyer był już na polanie i poszedł nią wprost ku rozciągającemu się po przeciwnej 
stronie lasowi. Po chwili znikł między drzewami. 

Jupe odjął od oczu lornetkę.
— Zachodnia strona była twoja, Pete. Wszedłeś głęboko w las, szukając tropu?

— Niezbyt. Może parę metrów. Nie traciłem z oczu polany.
— Havemeyer wszedł do lasu. Ciekawe, czy codziennie tam chodzi. Co tam może 

być?

— Mówiłeś, że jego wyprawy mają związek z bankiem — powiedział Bob. — Co może 

być w lesie, co ma jakiś związek z bankiem?

—   Drzewa   —   wyliczał   Pete   —   więcej   drzew,   jeszcze   więcej   drzew,   kamienie, 

background image

wiewiórki...

— Czekaj! — przerwał mu nagle Jupe. — Chata!
— Jaka chata? — zapytał Pete.

—   Chata   pustelnika.   Pamiętacie?   Gaduła   Richardson   powiedział,   że   pustelnik 

zbudował   na   górze   chatę.   Nie   widzieliśmy   wczoraj   żadnej   chaty   na   polanie.   Musi   być 

głębiej w lesie. To do niej, prawdopodobnie, chodzi Havemeyer!

— Co chata pustelnika ma wspólnego z bankiem? — spytał Bob.

— Nie wiem — wyznał Jupiter smętnie.
Chłopcy   usiedli   na  pomoście,   na  szczycie   wieży   i   zabrali   się   do   przygotowanych 

przez Annę kanapek. Od czasu do czasu Jupiter spoglądał przez lornetkę w stronę gospody 
i  stoku  narciarskiego.  Prawie   po  godzinie   Havemeyer   pojawił  się  na zachodnim   skraju 

polany i skierował się na stok narciarski.

—   Idzie   w   dół   —   powiedział   Jupe.   —   Teraz   nasza   kolej,   żeby   pójść   na   górę. 

Słuchajcie, wrócimy do gospody i powiemy, że zamierzamy spędzić popołudnie na polu 
kempingowym. Weźmiemy jedzenie i wszystko, co potrzeba, że niby będziemy sobie tam 

gotować  obiad  nad  ogniskiem.  Wyjdziemy zaraz  i  nikt nie  będzie  się nas  spodziewał  z 
powrotem przez parę godzin. Przekradniemy się na górę lasem po północnej stronie stoku 

narciarskiego. Musimy odkryć, co tam sprowadza Havemeyera każdego dnia.

— O, moje biedne nogi — jęknął Pete. Zmiął papier po kanapkach i wetknął do 

plecaka Jupe'a. — No to zbierajmy się.

Droga powrotna na pole kempingowe zajęła im o wiele mniej czasu niż wspinaczka 

w górę. Ledwie powstrzymywali się od biegu po stromym zboczu.

Na   polu   kempingowym   zobaczyli   samochód.   Niski,   łysiejący   mężczyzna   z 

niezdecydowaną   miną   stał   nad   potokiem.   Zażywna   kobieta   rozpakowywała   koszyk   z 
prowiantem.

— Smutnie to wygląda  — powiedział  mężczyzna  do nadchodzących  chłopców. — 

Chciałem łowić ryby.

— Była susza — odparł Jupiter. — Wszędzie niski poziom wody.
—   Harold,   nie   zostawajmy   tu   —   odezwała   się   kobieta.   —   Jedźmy   do   Bishop   i 

zatrzymajmy się w motelu.

—   Nie   będę   wydawał   pieniędzy   na   motel   jak   zabrałem   wszystko,   co   trzeba,   na 

kemping. Poza tym tu jest chłodno. — Wskazał na wieżę i zwrócił się do Boba: — Ten szlak 
tam prowadzi?

— Tak. Niezła wspinaczka.
— To mi dobrze zrobi — zarechotał mężczyzna. — Straciłem kondycję.

background image

Chłopcy poszli dalej szybkim marszem i w piętnaście minut byli w gospodzie. W 

dużym pokoju Joe Havemeyer stał koło kominka z kartką w ręce.

— Wygląda dobrze — powiedział do siedzącej na kanapie Anny. 

Anna skinęła głową. Joe zerknął na stojących na progu chłopców, zmiął kartkę i 

wrzucił   do   kominka.   Sięgnął   na   półkę   nad   paleniskiem   po   zapałki   i   podpalił   papier. 

Następnie wszedł na schody i zniknął na górze.

— Jesteście zadowoleni z wycieczki? — zapytała Anna.

— Bardzo! — odparł Jupiter.
— Wiedziałam, że wam się tam spodoba — wstała i wyszła do kuchni. 

Pete skoczył do kominka i przygniótł butem powoli spalający się papier. Płomień 

pyknął i zgasł. Pete szybko wyjął z kominka zetlałe resztki. Tylko skrawek papieru nie był 

spalony, ale to wystarczyło.

— Co tam jest? Co wygląda dobrze dla Havemeyera? — zapytał Bob. 

Pete zawahał się, po czym wyszedł na frontowy ganek. Bob i Jupe za nim, zamykając 

za sobą drzwi.

— Podpis Anny — powiedział Pete. Wręczył resztki kartki Jupiterowi. — Przez całą 

stronę pisała swoje imię i nazwisko.

Stali przez chwilę w milczeniu. Wtem Jupe podskoczył jak smagnięty biczem.
— Nie chciała rozmawiać ze swymi kuzynami po niemiecku! — wykrzyknął. — Nie 

chce mówić po niemiecku i jej obrączka jest za duża.

— Co to oznacza, Jupe? — zapytał Bob. 

Jupiter nie odpowiedział. Zbiegł z ganku.
— Muszę natychmiast porozmawiać z Hansem i Konradem — rzucił pełnym napięcia 

głosem. — Potem idziemy czym prędzej na górską polanę! Nagle wszystko nabrało dla mnie 
sensu. Jeśli moje domysły są właściwe, tu się dzieje coś straszliwego!

background image

ROZDZIAŁ 14
Płonąca góra

— Ale dlaczego, Jupe? — pytał Hans. — Dlaczego mamy się nie oddalać od gospody?
Wyszedł po drabinie z wykopu. Konrad pozostał na dole.

— Raczej wolałbym nie wyjaśniać tego teraz — odparł Jupiter. — Jeśli się mylę, 

mogłaby   się   wytworzyć   niezwykle   kłopotliwa   dla   nas   wszystkich   sytuacja.   Zaufaj   mi, 

proszę. Bądź tu, na miejscu, w razie gdybym cię potrzebował.

— Okay, Jupe, pewnie, że ci ufam — powiedział Hans i dodał niepewnie: — Bawcie 

się dobrze na kempingu.

Jupe dołączył do Boba i Pete'a, którzy poinformowali już Annę o zamiarze spędzenia 

popołudnia   na   polu   kempingowym   i   czekali   koło   namiotu.   Zabrali   się   do   pakowania 
potrzebnych  im rzeczy. Zobaczyli  zajeżdżającego pod gospodę Jensena i w tym samym 

czasie Smathers wyłonił się z lasu po drugiej stronie drogi. Obaj weszli na ganek i opadli na 
stojące tam krzesła.

— Mam nadzieję, że tam zostaną — mruknął Jupe. — Jeszcze nie wiem, jaką rolę 

grają w tym wszystkim.

— W czym, Jupe? Co tu jest właściwie grane? — spytał Pete.
— Później, później — burknął Jupe niecierpliwie. 

Byli już na drodze, gdy na ganek wyszedł Havemeyer.
— Hej! — zawołał. — Gdzie to się wybieracie, chłopcy? 

Brzmiało to przyjacielsko, ale patrzył na nich podejrzliwie.
— Psiakość — zaklął Jupe pod nosem. Przybrał jedną ze swoich najlepszych min pod 

tytułem “głupi Jasio” i podszedł niespiesznie pod ganek. — Idziemy na pole kempingowe 
ugotować sobie obiad nad ogniskiem.

— Rozsadza was energia, chłopaki — powiedział Havemeyer. — Może powinienem 

was tu zatrzymać i zagonić do pracy... pracy...

Urwał   i   jego   twarz   przybrała   żółtawy   odcień.   Jupe   zamrugał   oczami.   Po   chwili 

zreflektował się, że to nie Havemeyer zżółkł, ale zmieniło się światło. Spojrzał w górę i 

zobaczył, że słońce przesłoniła wielka chmura dymu.

— Tam! — zawołał Pete.

Gęsty,   ciemny   dym   unosił   się   nad   porośniętym   sosnami   zboczem   za   polem 

kempingowym. Wtem buchnął ogień. Unoszone wiatrem płatki popiołu osiadły na włosach 

Havemeyera. Jensen i Smathers zbiegli z ganku, by lepiej ogarnąć wzrokiem sytuację.

— Wieje w tę stronę — wychrypiał Havemeyer. Robił wrażenie sparaliżowanego. Stał 

background image

uczepiony ganku.

Ciszę   wypełnił   ryk   silnika.   Samochód,   który   chłopcy   widzieli   wcześniej   na   polu 

kempingowym,   pędził   ku   gospodzie,  zarzucając  i   podskakując  na   wybojach   drogi.  Pete 

wybiegł   mu   naprzeciw   machając   dziko   rękami.   Samochód   zatrzymał   się   z   piskiem 
hamulców.

— Bardzo się pali!? — krzyknął Pete.
—   Cholernie!   —   odkrzyknął   kierowca.   —   Uciekajcie   stąd   lepiej.   Las   pali   się   jak 

zapałka. Upuściłem papierosa, wiatr złapał iskrę i nim się obejrzałem, całe zbocze było w 
ogniu.

Zza gospody wybiegł Hans.
— Anna! — krzyczał — Anna! Konrad! Chodźcie szybko. Góry się palą!

— Harold, jedźmy! — wrzeszczała kobieta w samochodzie. Harold nadepnął na gaz i 

ruszył tak gwałtownie, że koła wryły się w piaszczystą drogę.

— Hans! Konrad! — Havemeyer wyrwał się wreszcie z odrętwienia. Zbiegł z ganku i 

złapał leżący w pobliżu gumowy szlauch do podlewania. — Drabinę! Weź drabinę! Trzeba 

zlać wodą dach.

Z lasu, po prawej  stronie drogi, wyskoczył jeleń  i gnając na oślep między  ludzi, 

pogalopował na stok narciarski.

— Mój Boże! — Pan Smathers był tak poruszony, że głos mu się załamywał. — Ci 

okropni ludzie! Bandyci! Mordercy! — W dzikim podnieceniu zamierzał pobiec za jeleniem, 
ale Jensen złapał go za ramię.

— Co pan robi?
Przerażona wiewiórka przebiegła obok i pobiegła w kierunku stoku narciarskiego.

— Proszę mnie puścić! — krzyczał Smathers. — Nie widzi pan?
Zwierzęta uciekają w góry.

— Ale ogień idzie w tę stronę. Znajdzie się pan tam w potrzasku.
— Muszę iść — Smathers wyrwał się i popędził w stronę stoku. 

Z domu wybiegła Anna.
— Joe! — wołała. — Joe, uciekajmy stąd!

— Nie! — Havemeyer odkręcił kran, cofnął się i skierował strumień wody na dach 

budynku. — Musimy zostać i ocalić gospodę. Uda się nam, wiem, że się uda.

Konrad podszedł do Anny i objął ją ramieniem.
— Zabieramy  stąd kuzynkę — powiedział do Havemeyera. — Anno, pojedziesz z 

nami, prawda?

Anna odwróciła się i spojrzała w stronę pożaru. Był teraz bardzo blisko, niespełna 

background image

dwa kilometry od gospody. Wiatr był gorący i płatki popiołu pokrywały ziemię.

— Pojedziesz z nami — powtórzył Konrad. 
Anna skinęła głową.

— Jupe, Pete, Bob, wsiadajcie do pikapa!
— Zaczekaj! — zawołał Jupiter.

— Nie możemy czekać — Konrad prowadził już Annę na parking, gdzie stał pikap. — 

Wsiadajcie!

— Ale musimy najpierw znaleźć Annę — powiedział Jupe.
— Co? — Konrad wytrzeszczył oczy. Kobieta u jego boku zastygła i wpatrywała się w 

Jupe'a.   W   jej   nieruchomej   pozie   była   jakaś   siła,   jakby   Anna   sprężała   się   do   obrony. 
Jupe'owi zdawało się, że bardzo zbladła, ale w przyciemnionym świetle nie był tego pewien.

Gumowy wąż wypadł z rąk Havemeyera.
— Chyba zwariowałeś — powiedział. 

Jupe zignorował go.
— Pani jest panią Havemeyer. A gdzie jest Anna Schmid? Proszę mi powiedzieć. 

Szybko!

— Gdzie jest Anna Schmid? — powtórzył Jensen. Wyglądał, jakby właśnie uderzono 

go obuchem w głowę. — Pani nie jest Anną Schmid?

— Byłam Anną Schmid. Teraz nazywam się Anna Havemeyer. Dobrze pan wie — 

powtórzyła Jensenowi prosto w oczy. — Byłam Anną Schmid i teraz odjeżdżam z moimi 
kuzynami.

— Nie — Jupe zrobił dwa susy w jej stronę. 
Zerwała się i zaczęła biec do swego samochodu.

— Hej, proszę poczekać! — Jensen pobiegł za nią i usiłował złapać ją za ramię. Gdy 

jego ręka dosięgła Anny, odskoczyła  w  bok,  potknęła  się i  upadła.  Jasne  włosy  wraz   z 

koroną warkocza spadły z jej głowy i potoczyły się, jak zabawny kapelusz. Anna pozbierała 
się szybko i zaczęła uciekać. Jej włosy pod peruką były krótko ostrzyżone i utlenione.

— Ty nie jesteś Anną! — krzyknął Hans.
Konrad dopadł jej, gdy sięgała już do drzwi samochodu.

—   Gdzie   jest   moja   kuzynka?   —   zapytał   z   wściekłością.   Zdawało   się,   że   ją   zaraz 

uderzy. — Gdzie jest Anna? 

Kobieta przywarła plecami do samochodu.
— W pobliżu polany jest chata, prawda? — powiedział Jupiter. — Tam jest Anna?

Kobieta   skinęła   głową.   Konrad   puścił   jej   ramię.   W   chwilę   później   biegł   stokiem 

narciarskim wraz z Hansem i Trzema Detektywami.

background image

ROZDZIAŁ 15
Potwór

Gęsty dym zalegał górską polanę. Gdy dotarli do niej, Jupiterowi zdawało się, że 

gorący wiatr, niosący dym, rozsadzi mu płuca. Ukląkł w wysokiej trawie, tyłem do tego 

wiatru.   Na   wprost   niego   stąpały   dumnie   kuguary.   Stawały   na   chwilę,   węsząc   zapach 
spalenizny, po czym biegły na zachód, ku nagim szczytom powyżej linii drzew.

Konrad szarpnął Jupe'a za ramię.
— Wstawaj! Prędzej. Prowadź do Anny.

Jupiter podniósł się z wysiłkiem. Pete biegł już w stronę lasu po drugiej stronie 

polany.  Za  nim  Bob,  rozpaczliwie  starając  się  dotrzymać  mu kroku. Wraz   z chłopcami 

biegły   zwierzęta.   Było   ich   mnóstwo   na  polanie,   małych   i   dużych,  wszystkie   uciekały   w 
popłochu przed pożarem.

— Pospiesz się! — ponaglał Konrad.
Hans był już daleko na przedzie, tuż za Pete'em i Bobem.

Jupe skinął głową i przymusił drżące nogi do biegu. Pete i Bob stali już na skraju 

polany i czekali na niego. Potknął się i Konrad chwycił go za ramię.

— Gdzie? — spytał.
Jupe wskazał biały kamień, sterczący z wysokiej trawy.

— Tędy szedł Havemeyer.
Dobiegł ich niewyraźny krzyk, słabe, pełne przerażenia zawodzenie. Usłyszeli też 

głuche uderzenia, jakby ktoś walił pięściami w drzwi.

— Anna! — krzyknął Konrad.

Skunks przemknął przez stopy Pete'a i znikł między drzewami. Krzyk nasilał się.
— Jesteśmy tu, Anno! — wrzeszczał Hans.

Pędzili wszyscy między drzewami, kierując się w stronę coraz głośniejszego krzyku i 

odgłosów uderzeń. Pete kaszlał ochryple, a Jupe czuł, że się dusi w przepełnionym dymem 

powietrzu.

— Anna?! — wołał Hans. — Anna, gdzie jesteś?!

— Tutaj! Kto to!? Wypuśćcie mnie stąd!
Bracia wyprzedzili Pete'a i Boba. Przedzierali się przez las łamiąc ciałem gałęzie i 

rozgarniając je rękami. Chłopcy, potykając się, podążali za nimi. Wypadli wreszcie na mały 
wąwóz. Na jego dnie stała chata.

Była to prymitywna buda, sklecona z nie obrobionych desek i kryta papą. Nie miała 

więcej niż cztery metry kwadratowe, drzwi i jedno małe okienko pod samym dachem. Gdy 

background image

chłopcy   zbiegali   po   pochyłości   ściany   wąwozu,   Hans   usiłował   już   wyważyć   drzwi 

ramieniem. Nie ustępowały ani na milimetr.

— Są mocniejsze, niż się to wydaje — powiedział Konrad. — Nie martw się, Anno, 

znajdziemy kamień i rozwalimy kłódkę.

— Tam jest pożar — głos dochodzący z chaty był ochrypły od krzyku i trwogi. — 

Czuję dym. Gdzie się pali?

— W pobliżu pola kempingowego. — Konrad znalazł kamień i ważył go w dłoni. — 

Zdążyliśmy na czas. Uwolnimy cię.

Kobieta nie odzywała się przez chwilę, po czym zapytała:

— Czy to... czy to Hans? Konrad?
Konrad uśmiechnął się szeroko i wyrzucił z siebie potok niemieckich słów. Zaczął 

walić   kamieniem   w   kłódkę.   Gwałtowny   podmuch   wiatru   otoczył   ich   gęstym   tumanem 
dymu.

— Pospiesz się! — przynaglił Hans.
Konrad   gwałtownie   uniósł   kamień.   W   tym   momencie   za   ich   plecami   rozległ   się 

krzyk.

Obrócili się wszyscy jak smagnięci biczem. Na skraju wąwozu, patrząc na nich i bijąc 

rękami cierpki, gryzący dym, stało olbrzymie człekokształtne stworzenie. Jupe patrzył w 
jego oczy, w których paliły się czerwone błyski. Potem stwór odrzucił w tył głowę, ukazując 

zęby, i wydał czysto zwierzęcy ryk trwogi.

— Potwór — wyszeptał ochryple pobladły jak ściana Bob.

— Co to jest?! — zawołała kobieta z chaty. — Co słyszałam?!
— Ciii — syknął Jupe ostrzegawczo.

— Cicho, Anno — szepnął Hans.
Ale   stwór   usłyszał.   Dotarł   do   niego   krzyk   Anny.   Opuścił   swą   olbrzymią   głowę, 

przesunął   ręką   po   skołtunionych,   zwisających   mu   po   oczy   włosach   i   wlepił   wzrok   w 
Konrada. Konrad zastygł w bezruchu, zwrócony plecami do drzwi chaty, z kamieniem w 

ręce.

— Uwaga!! — Pete skoczył w bok. Szarżujące stworzenie minęło go, pędząc wprost 

na Konrada, jakby to jego winiło za dym i wszystkie nieszczęścia.

Konrad z krzykiem uskoczył od drzwi. Stwór runął na nie z całym impetem. Wpadły 

do środka z potwornym trzaskiem rozłupującego się drewna, a olbrzym zwalił się na nie.

Anna   krzyczała.   Jupiter   nigdy   nie   słyszał   czegoś   takiego.   Był   to   przeszywający 

wrzask grozy. Towarzyszyło mu wycie dziwnego stworzenia.

— Anna! — Konrad podnosił się z ziemi.

background image

Hans, mimo lęku, ruszył w stronę chaty, przejęty krzykiem kuzynki.

— Anna! To może jej wyrządzić krzywdę!
— Z pewnością nie, jeśli się postąpi rozsądnie — usłyszeli zdecydowany, choć nieco 

zasapany głos.

Spomiędzy drzew wyłonił się pan Smathers. Gniew malował się na jego twarzy, a 

oczy łzawiły bardziej niż kiedykolwiek.

— Nie ruszać się — zakomenderował. — Stójcie, gdzie stoicie, i zostawcie to wszystko 

mnie.   —   Z   tymi   słowami   przemknął   koło   Trzech   Detektywów,   zdumionego   Hansa   i 
Konrada i znikł w chacie.

background image

ROZDZIAŁ 16
Pan Smathers okazuje się wybawcą

Okropne wycie ustało, gdy tylko Smathers wszedł do chaty.
— Dobrze, już dobrze — usłyszeli jego głos. — Ja wiem, okropne to wszystko, ale nic 

ci się nie stanie. Odpowiedziało mu powarkiwanie.

— Wiem, wiem — powtarzał Smathers. — Trzymaj się mnie, a będziesz bezpieczny.

Warczenie przeszło w cichy pomruk, niemal skamlenie.
— Chodź teraz ze mną — mówił Smathers łagodnie. — Zobacz, jak przestraszyłeś 

panią. Nie wstyd ci?

Trzej Detektywi patrzyli jeden na drugiego, zastanawiając się, czy nie śnią. Smathers 

pojawił   się   w   otworze   drzwi   chaty.   Wyszedł,   a   tuż   za   nim   olbrzym   —   niezdarna, 
przerażająca postać, na wpół ludzka, na wpół zwierzęca. Szedł za Smathersem potulnie, jak 

dobrze wytresowany pies za swym panem.

— Idziemy wysoko w góry, ponad linię lasu — oznajmił Smathers osłupiałym ze 

zdumienia obecnym. — Tam będziemy bezpieczni. Niech ktoś się lepiej zajmie tą kobietą. 
Nie jest w najlepszym stanie.

Zaczął się piąć w górę wraz ze swym dziwnym towarzyszem i wkrótce znikli obaj za 

zasłoną dymu.

— Anna? — Hans odtrącił nogą resztki rozłupanych drzwi i wszedł do chaty.
Konrad i chłopcy wcisnęli się za nim do środka. Anna Schmid siedziała przycupnięta 

w najdalszym kącie chaty. Mimo mroku, jej potarganych włosów i obszarpanego stroju, 
chłopcy dostrzegli od razu uderzające podobieństwo Anny do ich gospodyni w gospodzie.

— Hans? — zapytała. — Konrad? To naprawdę wy?
—   Przyszliśmy   zabrać   cię   stąd,   Anno   —   Hans   ukląkł   przy   niej.   —   Musimy   się 

pospieszyć. Dasz radę wstać?

Usiłowała   się   podnieść,   drżąc   i   czepiając   się   Hansa.   Objął   ją,   a   Konrad 

podtrzymywał ją z drugiej strony.

— Już idziemy — powiedział.

Skinęła głową. Łzy toczyły się jej po policzkach, tworząc białe strużki na umorusanej 

twarzy.

— To zwierzę — szepnęła. — Co to było?
— Chodźmy już, panno Schmid — ponaglił Jupe. — Porozmawiamy później.

Anna przekroczyła próg swego więzienia, przestraszona i zgarbiona wyglądała jak 

stara   kobieta.   Ale   już   po   przejściu   kilku   metrów   wyprostowała   się   i   uniosła   głowę. 

background image

Uśmiechnęła się do Hansa i Konrada i uściskała ich ręce.

— Prędzej! — błagał Bob.
— Teraz pójdziemy prędzej — odparła Anna.

Nim  doszli   do   polany,   szła  już   niemal   tak   szybko,  jak   Pete,   ale   wciąż   kurczowo 

trzymała się kuzynów.

Gdy wyszli wreszcie na otwartą przestrzeń, dostrzegli niezdarny, brzuchaty samolot 

lecący na północ. Kiedy znalazł się nad czarną, gęstą chmurą dymu, spuścił na nią strumień 

jakiegoś płynu.

— Rozpyla boran — powiedział Bob. — Miejmy nadzieję, że powstrzyma pożar. W 

przeciwnym razie, nie pozostanie nam nic innego, jak wspiąć się powyżej linii lasu.

Pete puścił się pędem przez polanę i pierwszy stanął u szczytu stoku narciarskiego.

— Blokada! — krzyknął.
— Co?! — zawołał Jupe.

— Buldożer zwala drzewa na dole, żeby odciąć ogień. Chyba im się uda i Sky Village  

nie spłonie mimo wszystko.

— Moja gospoda? — spytała Anna. — Jest tam jeszcze?
— Trochę osmolona, ale stoi.

Anna stanęła u szczytu stoku i ogarnęła wzrokiem widok w dole. Buldożer zgrzytał i 

warkotał, tnąc  szeroki pas ogołoconej ziemi między pożarem a jej gospodą. Na drodze 

kłębił się tłum ludzi. Przeleciał drugi samolot rozpylający boran i wypuścił swój ładunek 
nad płomieniami.

Niespodziewanie poczuli podmuch świeżego powietrza od strony polany. Zmienił się 

kierunek wiatru.

— Sky Village się nie spali — powiedziała Anna i ruszyła w dół stoku. Potykała się i 

nie raz by upadła, gdyby Hans i Konrad nie podtrzymali jej. Nie chciała jednak nawet 

słyszeć o zaczekaniu na pomoc. Dotarła na dół drżąca z wyczerpania, ale z podniesioną 
głową.

Koło gospody kręcili się strażacy w kaskach. Był tu także Gaduła Richardson. Stał z 

wężem   i   polewał   dach   gospody,   by   żadna   zabłąkana   iskra   nie   wznieciła   pożaru.   Anna 

uśmiechnęła się do niego.

— Dobry z ciebie przyjaciel — powiedziała.

Richardson oderwał wzrok od strumienia wody i zwrócił się do niej:
—   Jak   będę   miał   czas,   chcę   usłyszeć   dokładnie,   co   tu   zaszło.   Słowa   nie   można 

wydobyć od tego faceta w środku — wskazał brodą gospodę.

— Który facet jest w środku? — spytał Jupe.

background image

— Jensen. Czeka tam na was.

Chłopcy wraz z Anną, Hansem i Konradem wbiegli spiesznie na stopnie frontowego 

ganku.

Istotnie, pan Jensen, rzekomy fotograf, czekał na nich. Przysiadł na poręczy jednego 

z  foteli.   Naprzeciw   niego,  na  kanapie,   siedziała   kobieta,   udająca   Annę. Jej   rozjaśnione 

włosy   sterczały   w   strąkach.   Zaczerwienione,   jakby   od   płaczu,   oczy   rzucały   wściekłe 
spojrzenia. U jej stóp, rozciągnięty jak długi na podłodze, leżał Joe Havemeyer. Zdawał się 

głęboko uśpiony.

— Co się stało? — zapytał Bob. 

Jensen przypatrywał się Ań nie.
— Panna Anna Schmid? — przeniósł wzrok na fałszywą Annę. — Niewiarygodne! 

Gdyby nie włosy, nikt by nie zgadł, która jest która!

— Co się stało? — powtórzył Bob i wskazał leżącego Havemeyera. 

Nieładna twarz Jensena rozpromieniła się. Wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu.
— Och, postrzeliłem go. Z jego własnej strzelby na środki usypiające!

background image

ROZDZIAŁ 17
Lustrzane odbicie

Było już ciemno, gdy strażacy ostatecznie opanowali pożar. Mieszkańcy Sky Village 

nie   rozchodzili   się   jednak.   Wiele   osób   stało   na   linii   ognia,   obserwując   wciąż   jeszcze 

tańczące   wśród   drzew   płomyki.   Obawiali   się,   że   jakiś   zbłąkany   podmuch   wiatru   może 
zanieść iskry w stronę miasta.

W gospodzie “Pod slalomem” Anna leżała na kanapie otulona pledami, a kuzyni nie 

odstępowali jej. Zastępca szeryfa czekał, aż nabierze dość sił, by opowiedzieć wszystko, co 

jej się przydarzyło.

Młody   zastępca   szeryfa   spędził   gorące,   męczące   popołudnie,   dozorując   blokady 

drogi u podnóża góry i odpędzając gapiów, którzy podchodzili zbyt blisko ognia. Teraz 
siedział na krześle koło Anny i spoglądał ze srogą miną na Jensena.

Rzekomy  fotograf  nie  mógł  powstrzymać  histerycznej  wręcz  radości.  Strzelbę  na 

naboje ze środkiem usypiającym trzymał wymierzoną w Havemeyera, który oprzytomniał 

już na tyle, że usiadł i patrzył spode łba na Jensena. Kobieta udająca Annę Schmid siedziała 
przy stole, opierając głowę na ręce. Zamknęła oczy, a jej blada, w świetle lampy, twarz 

wyrażała głębokie zmęczenie,

Zastępca szeryfa otworzył notes.

— Nim zaczniemy, niech pan odstawi tę strzelbę — zwrócił się do Jensena.
— Odstawię, jak założy pan kajdanki temu draniowi — odparł Jensen. — Już raz 

próbował uciec.

— Nikt stąd nie ucieknie — zastępca szeryfa dotknął wiszącego u pasa pistoletu. — 

Proszę to odłożyć, nim się komuś stanie krzywda.

Jensen wzruszył ramionami i zaniósł strzelbę do schowka. Następnie wziął krzesło, 

postawił przy drzwiach frontowych i usiadł.

—   Dobry   pomysł   —   powiedział   Hans.   Wziął   drugie   krzesło   i   usadowił   się   pod 

drzwiami do kuchni.

—   Skoro   już   mamy   zablokowane   wszystkie   wyjścia,   przystąpmy   do   rzeczy   — 

powiedział zastępca szeryfa. — Panno Schmid, pani kuzyni mówili, że pragnie pani wnieść 
oskarżenie   przeciw   Havemeyerowi.   Zechce   pani   powiedzieć   mi   dokładnie,   czego   się 

dopuścił.

— Uprowadzenia! — wykrzyknął Konrad ze złością.

— Grabieży! — dodał Hans.
—   Proszę   pozwolić   mówić   pannie   Schmid.   Czy   zechciałaby   pani   opowiedzieć 

background image

wszystko od początku?

Anna spojrzała na Havemeyera i bawiąc się frędzlami pledu, zaczęła mówić:
— Z początku ten człowiek wydawał się bardzo miły. Przybył do gospody, poprosił o 

najlepszy pokój i bardzo zainteresował go mój wyciąg narciarski. Powiedział mi, że jest 
dyrektorem nowego przedsiębiorstwa produkującego sprzęt narciarski i namawiał mnie do 

zainwestowania pieniędzy w tym przedsiębiorstwie. Odmówiłam i nie wspomniał o tym 
więcej,   ale   został   w   gospodzie   jeszcze   przez   dwa,   może   trzy   tygodnie.   Pewnego   dnia 

zobaczył, jak liczyłam pieniądze na zapłacenie jakiegoś rachunku. Zwrócił mi uwagę, że 
bezpieczniej jest płacić rachunki czekami. Odpowiedziałam, że najbezpieczniej jest płacić 

gotówką i że jestem spokojna o moje pieniądze, bo trzymam je w skrytce bankowej i tylko 
ja mam do nich dostęp. Popatrzył na mnie tak jakoś... nie wiem, jak to określić. W każdym 

razie zaniepokoiło mnie to.

— Czy wtedy schowała pani klucz od skrytki? — zapytał Jupiter.

— Tak — Anna zmarszczyła czoło. — Nie spodziewałam się kłopotów, ale było w tym 

człowieku coś takiego, że zaczęłam się lękać.

— A swoją drogą, gdzie jest ten klucz? — spytał Jupe.
— Och, to naprawdę zabawna historia — odezwał się Hans. — Anna powiedziała 

nam, gdzie go ukryła. Przymocowała go taśmą klejącą do sprężyn swego łóżka. Tych dwoje 
spało na nim!

Havemeyer zakaszlał, jakby się czymś zadławił. Chciał wstać, ale zastępca szeryfa 

nakazał mu usiąść z powrotem.

— Proszę mówić dalej — zwrócił się do Anny.
—  Dwa  lub   trzy   dni   po  incydencie   z   pieniędzmi  wszedł  do  kuchni,   gdzie   byłam 

akurat zajęta gotowaniem. Powiedział, że mnie zabije, jeśli mu nie powiem, gdzie jest klucz 
do sejfu. Pomyślałam sobie, że jak powiem, to i tak mnie zabije, więc mu nie powiedziałam.

Zastępca szeryfa poruszył się niespokojnie.
— Co potem?

— Zdziwiłam się, że nie wpadł w złość. Roześmiał się tylko i celując we mnie z 

pistoletu, powiedział, że ma czas. Później zmusił mnie do pójścia z nim w góry, tam gdzie 

młody człowiek postawił kiedyś chatę. Założył kłódkę na drzwi i zamknął mnie w środku. 
Nie pokazał się przez dwa dni. Nie miałam nic do jedzenia, poza chlebem i menażką wody. 

Ale nie powiedziałam mu. Wiedziałam, że zabije mnie, jak tylko się tego dowie.

— Rozumiem. Jak długo była pani tam zamknięta?

— Sześć dni, może siedem. Trudno mi powiedzieć. Dzisiaj, kiedy poczułam dym, 

bardzo się wystraszyłam. Krzyczałam i krzyczałam i przyszli moi kuzyni. Moi kuzyni i ci 

background image

chłopcy,   i...   i   to   straszne   zwierzę.   Potem   przyszedł   taki   dziwny   mały   człowieczek   i 

przemawiał do tego zwierzęcia. A potem moi kuzyni... moi kuzyni...

Anna zakryła twarz rękami i rozpłakała się.

— Przyniosę ci wody — powiedział Hans.
—   Nie   —   wytarta   dłonią   łzy   na   policzkach   —   już   dobrze.   Skąd   właściwie 

wiedzieliście, gdzie jestem?

— Jupe wiedział — odparł Hans. — My z Konradem myśleliśmy, że ta kobieta to ty. 

Wyglądała zupełnie jak ty na fotografii, którą nam przysłałaś.

—   Tak,   kiedy   nosiła   perukę   —   powiedział   Jupiter.   —   Lustrzane   odbicie.   Byłem 

przekonany, że to Anna. Dopiero obrączka i podpisy otworzyły mi oczy. Przykro mi, że 
odkrycie prawdy zabrało mi tyle czasu.

— Obrączka? Podpisy? — zdziwił się zastępca szeryfa.
— Ta kobieta ćwiczyła podpis Anny Schmid. Zapisała całą kartkę. Prawdziwa Anna 

nie musiałaby ćwiczyć własnego podpisu. A także jej obrączka jest za duża. Powiedziała 
nam,  że   pobrali   się   z   Havemeyerem   w   Lake   Tahoe   w  zeszłym   tygodniu.  Panna   młoda 

miałaby obrączkę, która pasuje na jej palec. Najpierw myślałem, że przypomina mi moją 
ciocię Matyldę. Jej też robi się obrączka za luźna, kiedy przechodzi na dietę. Zdejmuje ją 

wtedy do zmywania naczyń i kładzie na parapecie okna. Pani ma ten sam zwyczaj, prawda? 
Czy istotnie jest pani żoną Havemeyera?

— Ona nie powie ani słowa, póki nie zobaczy się ze swym adwokatem — burknął 

Havemeyer. — Ja również odmawiam wszelkich odpowiedzi.

— Myślę, że bez tego możemy odtworzyć wypadki — powiedział Jupe pogodnie, — 

Havemeyer przyjeżdża do gospody i wynajmuje pokój. Widzi, że niesamowitym zbiegiem 

okoliczności Anna Schmid jest niemal kopią jego żony. To odkrycie nie miałoby znaczenia, 
gdyby nie fakt, że Havemeyer jest przestępcą.

— Oszustem — wtrącił Jensen. — Udało mu się nakłonić moją siostrę do nabycia za 

dziesięć tysięcy dolarów akcji kopalni, która od stu dwudziestu lat jest tylko pustą dziurą w 

ziemi. Problem w tym, że obiekt ten jest zarejestrowany jako kopalnia. Nie mogliśmy więc 
udowodnić mu oszustwa.

— Pan zaś nie jest zawodowym fotografem — zauważył Pete. 
Jensen uśmiechnął się.

— Jestem właścicielem sklepu z artykułami gospodarstwa domowego w Lake Tahoe. 

Moja siostra przypadkowo zobaczyła Havemeyera z tą kobietą na ulicy. Wchodzili właśnie 

do kawiarni. Siostra miała ze sobą aparat fotograficzny, poczekała więc, aż wyjdą, i zrobiła 
im zdjęcie. Zanotowała też numer rejestracyjny samochodu, do którego wsiedli. Doszliśmy 

background image

do wniosku, że ta kobieta jest jego następną ofiarą. Mając numer rejestracyjny samochodu, 

mogliśmy   uzyskać   adres   Anny   Schmid   i   wtedy   tu   przyjechałem.   Nigdy   przedtem   nie 
widziałem Havemeyera, tak więc zrobione przez siostrę zdjęcie było mi bardzo pomocne. 

To   zdjęcie   nasunęło   nam   też   pomysł,   żebym   wystąpił   w   roli   zawodowego   fotografa. 
Niełatwo znaleźć pretekst, żeby przyjechać do Sky Village w środku lata. Wziąłem więc od 

siostry   aparat   fotograficzny   i   przedstawiłem   się   jako   zawodowiec,   specjalizujący   się   w 
fotografowaniu dzikich zwierząt w ich naturalnym środowisku.

— Czy zamierzał pan ostrzec Annę, że Havemeyer będzie usiłował wyłudzić od niej 

pieniądze? — zapytał Bob.

— Chciałem ją przed nim uchronić, ale także chciałem go przyłapać na gorącym 

uczynku i wtrącić do więzienia. Ale kiedy tu przyjechałem, okazało się, że jest mężem Anny 

Schmid   i   to   stworzyło   nową   sytuację.   Którejś   nocy   przejrzałem   papiery   Anny   i   nie 
znalazłem   żadnych   dowodów   przepisania   jej   posiadłości   na   niego.   Nie   mogłem 

rozszyfrować co on, u diaska, planuje.

Jupiter pokiwał głową ze zrozumieniem.

—   Wróćmy   więc   do   momentu,   gdy   Havemeyer   tu   przybywa   i   stwierdza 

nieprawdopodobne podobieństwo Anny do jego żony. Z początku nie bardzo wie, jak ten 

fakt wykorzystać. Z przyzwyczajenia zaczyna od tego, co robił zawsze, od próby oszustwa. 
Usiłuje sprzedawać Annie fałszywe akcje. Gdy ona odmawia, nie przejmuje się tym. Ma asa 

atutowego   w   postaci   swojej   żony.   Jej   podobieństwo   do   Anny   pozwoli   mu   oszukać 
wszystkich   dookoła i  zagarnąć  wszystko, co  Anna posiada.  Pozostaje  w  gospodzie dość 

długo,   by   zaznajomić   się   ze   zwyczajami   Anny.   Myślę,   że   możemy   śmiało   założyć,   że 
przetrząsnął jej księgowość i dokumenty, by dowiedzieć się, ile to wszystko jest warte. Przy 

tym Anna trzyma pieniądze w sejfie bankowym i nie robi z tego tajemnicy. Nic bardziej 
dogodnego. Fałszywa Anna będzie mogła równie łatwo podjąć pieniądze, co prawdziwa.

Gdy Havemeyer powziął już plan — kontynuował Jupiter — zamknął Annę w chacie 

pustelnika i pojechał jej samochodem do Lake Tahoe po swoją żonę. Wrócili razem do Sky 

Village i ogłosili, że właśnie wzięli ślub. Wszystko poszło gładko z wyjątkiem jednego: nie 
mogli znaleźć klucza do sejfu.

Niespodziewany   przyjazd   kuzynów   Anny   z   pewnością   sprawił   im   duży   kłopot. 

Wiedzieli jednak o Hansie i Konradzie. Kiedy szukali klucza, musieli natrafić na ich listy i 

zobaczyć  fotografie.  Havemeyer  zdawał  sobie sprawę,  że zrobiłoby   to dziwne  wrażenie, 
gdyby   nie   okazał   serdeczności   kuzynom   nowo   poślubionej   małżonki.   Nalega   więc,   by 

zamieszkali w gospodzie. Stwarza to niewątpliwie kłopotliwą sytuację dla rzekomej Anny. 
Trzeba   przyznać,   że   wybrnęła   z   niej   doskonale.   Wiedziała,   że   nie   może   rozmawiać   z 

background image

Hansem i Konradem po niemiecku, bo jej akcent by ją zdradził. Jest co prawda Niemką, ale 

wątpię, czy pochodzi z Bawarii i włada tamtejszym dialektem. Nalega więc, by ze względu 
na jej męża mówić wyłącznie po angielsku.

— Ale była zdenerwowana — wtrącił Pete. — Mówiła, że niepokoi ją obecność Hansa 

i Konrada.

—   Niepokoiła   ją   również   —   ciągnął   Jupiter   —   perspektywa   pójścia   do   banku   i 

poproszenia o nowy klucz. Wymagałoby to złożenia podpisu, i to w obecności urzędnika 

bankowego. Co prawda, otworzenie sejfu również wymaga podpisu i obecności urzędnika, 
ale   człowiek   opiekujący   się   skrytkami   bankowymi   nie   zwróciłby   wielkiej   uwagi   na   jej 

podpis ani nie zadawałby pytań. Dlaczegóż miałby mieć wątpliwości? Zna przecież dobrze 
Annę Schmid. Wyrobienie nowego klucza  wymaga bardziej  skomplikowanej  procedury. 

Mogłaby odpowiedzieć niewłaściwie na któreś z pytań, poza tym urzędnik ma obowiązek 
porównania podpisu z tym, który widnieje w aktach bankowych. Fałszywa Anna bała się 

składania podpisu jako Anna Schmid. Przesadnie tłumaczyła się dostawcy cementu, czym 
wywołała wściekłość Hayemeyera. Kazał jej ćwiczyć podpis Anny i pozbyć się nas na ten 

czas z gospody. Widzieliśmy jednak jej “zadanie domowe”. I wtedy zrozumiałem, że nie jest 
prawdziwą Anną, i domyśliłem się, po co Havemeyer chodzi codziennie na górską polanę.

Pomocnik szeryfa zamknął notes i popatrzył uważnie na Annę Schmid. Po chwili 

przeniósł wzrok na fałszywą Annę.

— Gdybym nie zobaczył na własne oczy, nigdy bym nie uwierzył, że dwoje obcych 

ludzi   może   być   tak   do   siebie   podobnych.   Ale   co   z   tą   strzelbą   na   naboje   ze   środkiem 

usypiającym? Czy to nią Havemeyer panią sterroryzował?

— Nie — odparła Anna. — To był pistolet.

— Jest w schowku — powiedział Pete.
Za plecami Jensena rozległo się łomotanie. Jensen wstał, odsunął krzesło i otworzył 

drzwi.

Do pokoju wpadł pan Smathers. Był umorusany popiołem i niezwykle ponury, ale 

rześki i żwawy.

— Jak widzę, tu wszystko w porządku — zaczął. Wtem jego wzrok padł na leżącą na 

kanapie Annę. Spojrzał następnie na fałszywą Annę i na pomocnika szeryfa z notesem w 
ręce. — Mój Boże! — powiedział.

—   To   dość   skomplikowane,   proszę   pana   —   wtrącił   Bob.   —   Później   wszystko 

wyjaśnimy.

—   Czy   on   ma   z   tym   wszystkim   coś   wspólnego?   —   spytał   pomocnik   szeryfa, 

wskazując Smathersa.

background image

— Nie sądzę — odparł Jupiter. — Myślę, że pan Smathers jest tym, za kogo się 

podaje. Po prostu człowiekiem, który mówi do zwierząt.

— A one go słuchają — dodał Smathers.

— Pewnie, pewnie — powiedział pomocnik szeryfa. — Ale może wreszcie ktoś mi 

powie, po co ten facet ma strzelbę na naboje ze środkiem usypiającym?

— Obrzydliwe, prawda? — rzekł pan Smathers. — Niemal gorsze od zwykłej strzelby. 

Pomyśleć, że ktoś chciałby schwytać dzikie zwierzę i zamknąć je w klatce. Haniebne!

Zastępca szeryfa zadumał się, zupełnie zagubiony.
— Chce pan powiedzieć, że na dobitek wszystkiego, ten człowiek usiłował schwytać 

niedźwiedzia?

— Nie niedźwiedzia — powiedział Pete. 

Smathers roześmiał się.
— Czy da pan wiarę, sierżancie, pan Havemeyer uważa, że tych górach żyje jakiś 

rodzaj   potwora.   Powziął   idiotyczną   myśl   schwytania   czegoś   nie   znanego   nauce   i 
pokazywania tego publiczności, bez wątpienia za opłatą!

— Potwór? — zapytał zastępca szeryfa. — Temu facetowi brak wszystkich klepek!
—  O, z  pewnością  —  roześmiał  się  pan  Smathers.  —  Wszyscy  dobrze  wiemy,  że 

potwory nie istnieją.

Trzej   Detektywi   bez   słowa   gapili   się   na   małego,   chuderlawego   pana.   A   ten   z 

uśmiechem wszedł na schody i znikł na górze.

background image

ROZDZIAŁ 18
Pan Hitchcock poznaje tajemnicę potwora

Dwa   dni   po   powrocie   do   Rocky   Beach   Trzej   Detektywi   złożyli   wizytę   panu 

Hitchcockowi.

— Znowu piszą o was w gazetach! — wykrzyknął znany reżyser, gdy chłopcy rozsiedli 

się w jego saloniku. — Jak zamierzacie nazwać ten przypadek?

— Tajemnica potwora z Sierra Nevada — odparł Jupiter.
—   Potwora?   —   zdziwił   się   Hitchcock.   —   Czytałem   wszystkie   sprawozdania   z 

uprowadzenia Anny Schmid, ale nie przypominam sobie, by wspomniano coś o potworze.

— Nie wszystko powiedzieliśmy reporterom — wyznał Bob, wręczając reżyserowi 

teczkę z aktami sprawy.

— Mogłem się tego spodziewać — uśmiechnął się pan Hitchcock. Otworzył teczkę i 

zagłębił się w czytaniu.

Chłopcy czekali, podziwiając widok za olbrzymim oknem. Wreszcie pan Hitchcock 

podniósł głowę znad papierów.

— Wnikliwa analiza, Jupe. Tam naprawdę jest potwór?

— Widzieliśmy go — odrzekł Jupiter. — Ale kto by nam uwierzył. Hans, Konrad i 

Anna też go widzieli, a jednak nie chcą wierzyć. Hans i Konrad szybko przekonali samych 

siebie,   że   widzieli   chodzącego   na   dwu   łapach   niedźwiedzia.   Anna   zaś   pogrzebała   w 
niepamięci całe zajście i nie chce o tym mówić. Pan Smathers z kolei nigdy nie potwierdzi 

istnienia potwora.

— Kiedy zastępca szeryfa wyszedł z Havemeyerem i jego żoną, rozmawialiśmy  z 

panem Smathersem — wtrącił Pete. — Powiedział, że jeśli nawet opowiemy reporterom lub 
szeryfom o potworze, nie uwierzą nam i stwierdzą, że koło chaty pustelnika widzieliśmy 

niedźwiedzia na dwóch łapach. Dlaczego mieliby uwierzyć paru dzieciakom?

— Czy to Smathers zadał ci cios, Jupe, koło rozpadliny i zatarł ślady? — zapytał pan 

Hitchcock.

— Przyznał, że tak, ale powiedział, że zaprzeczy wszystkiemu, jeśli zgłosimy zajście 

na policji. Czym by nie było to stworzenie, pan Smathers jest zdecydowany je chronić. A 
jedynym na to sposobem jest zaprzeczanie jego egzystencji.

— Ma absolutnie rację — przyznał pan Hitchcock. — Gdyby stało się głośne, że na tej 

górze żyje  potwór,  zaroiłoby  się  tam  od  takich   facetów  jak  Havemeyer,  uzbrojonych  w 

strzelby na naboje ze środkiem usypiającym.

—   Dlatego   cieszę   się,   że   potwór   pozostanie   tajemnicą   —   powiedział   Bob.   — 

background image

Spędziłem wczoraj parę godzin w bibliotece, wertując książki o folklorze kalifornijskim. Od 

lat napływały doniesienia o dziwnych śladach znajdywanych w górach Sierra i Cascade. 
Przypuszczam, że mamy do czynienia z amerykańską wersją Śnieżnego Człowieka. Nikomu 

jednak nie udało się udowodnić jego istnienia. Ukrywa się w niedostępnych rejonach gór.

—   Można   założyć,   że   ten,   którego   widzieliśmy,   zszedł   niżej   i   zawędrował   aż   do 

gospody  w  poszukiwaniu   jedzenia,   podobnie  jak   niedźwiedzie   —  dodał  Jupiter.  —  Pan 
Smathers widział jego trop na podwórzu gospody na dwa dni przed naszym przyjazdem. 

Tego właśnie   dnia  Havemeyer  kupił  swą specjalną  strzelbę,  a następnego  sprowadził  z 
Bishop   ludzi   do   kopania   rzekomego   basenu   pływackiego.   Smathers   domyślił   się,   co 

Havemeyer zamierza. Zaczął robić wyprawy w góry i starał się odnaleźć stworzenie, by je 
ostrzec. W swych wędrówkach mijał wiele razy chatę pustelnika. Anna jednak nie słyszała 

jego kroków i nie wzywała pomocy.

— Biedna Anna — westchnął pan Hitchcock. — Co za okropne przeżycie.

— Nim wyjechaliśmy ze Sky Village, doszła zupełnie do siebie — powiedział Pete. — 

Hans i Konrad spędzili z nią wiele radosnych dni. Prawdziwa Anna okazała się sto razy 

milsza od fałszywej. Przyrządzała im stale ich ulubione ciasto z gorącą czekoladą. Zasypali 
w tym czasie dół, nie będzie basenu kąpielowego ani rowu dla zwierząt. Pan Smathers był 

bardzo zadowolony.

— Jestem pewien — pan Hitchcock skinął głową. — Pan Jensen musiał być również 

zadowolony, że człowiek, który oszukał jego siostrę, znalazł się wreszcie w więzieniu.

— O, jeszcze jak — powiedział Pete. — Aż go skręcało, kiedy pomyślał, co mogło się 

stać z prawdziwą Anną, podczas gdy on starał się ochronić fałszywą. Havemeyer był już raz 
aresztowany   za   napad   z   bronią   w   ręku.   Strzelał   do   strażnika,   ale   go   nie   zabił. 

Prawdopodobnie dlatego, że z niego marny strzelec. Ale to niebezpieczny człowiek.

— Pan Jensen miał szczęście, że Havemeyer nie odkrył jego gry — dodał Bob. — 

Mógł się sam znaleźć w niebezpieczeństwie. Mówił, że miał dość emocji, kiedy oberwał cios 
w kark przy fotografowaniu niedźwiedzia.

—  Po  co   on   w  ogóle   robił  to  zdjęcie   i  kto   go  właściwie   uderzył?   —  zapytał   pan 

Hitchcock.

—   Według   moich   przypuszczeń   —   odparł   Jupiter   —   Jensen   fotografował 

niedźwiedzia   dla   podtrzymania   swej   roli   zawodowego   fotografa.   Mówił   nam,   że   tego 

wieczora wyglądał przez okno i zobaczył niedźwiedzia zbliżającego się do kubła na śmieci. 
Pomyślał, że to dobra okazja zrobienia oryginalnego zdjęcia. Co do ciosu, który mu zadano, 

naszym zdaniem, musiał to zrobić potwór. Pan Smathers uważa, że lampa błyskowa go 
wystraszyła i w panice uderzył Jensena. Ale to tylko domysły. Sam Jensen sądzi teraz, że 

background image

zaatakował go drugi niedźwiedź.

— A czy Jensen poznał tajemnicę Góry Potwora? — zapytał reżyser. 
Bob potrząsnął głową przecząco.

— Nie było powodu wprowadzać go w to. Prawdopodobnie i tak by nie uwierzył. 

Myślę, że nikt poza panem by nam nie uwierzył — uśmiechnął się Bob.

— Przyjmuję to za komplement — pan Hitchcock zmrużył jedno oko.
—   To   był   komplement   —   zapewnił   Bob.   —   Muszę   powiedzieć,   że   pan   Smathers 

wpłynął   na   mój   stosunek   do   przyrody.   Z   pewnością   nie   zapałałem   miłością   do   tego 
stworzenia, ale uważam, że pomysł umieszczenia go w klatce i pokazywania ludziom za pięć 

dolarów od osoby jest skandaliczny. Poza tym miło wiedzieć, że jest tam w górach coś, co 
nie zostało sklasyfikowane i zakatalogowane. To znaczy uważam, że... że...

— Uważasz, że pewne tajemnice natury powinny pozostać nie zbadane — dokończył 

pan Hitchcock. — Zgadzam się z tobą całym sercem. W dzisiejszym świecie jest bardzo 

niewiele nie zbadanych miejsc i nie wyjaśnionych tajemnic. Musimy je chronić, by mieć 
czym żywić wyobraźnię. — Z tymi słowami wstał i zwrócił Bobowi jego notatki. — Będę 

trzymał kciuki za długie i spokojne życie potwora z Sierra Nevada. A na waszym miejscu 
nie obawiałbym się włączenia do przypadku Anny Schmid historii o potworze. Jak sami 

powiedzieliście, i tak wam nikt nie uwierzy.