background image
background image

26.Bohaterowie II - Minotaur Kaz

background image

26.Bohaterowie II - Minotaur Kaz

Richard A. Knaak.
MINOTAUR KAZ
Przełożył.  Andrzej  Sawicki.  Tytuł  oryginalny.  DRAGONLANCE™  HEROESII  Volume  One.

KAZ, THE MINOTAUR

Jennifer Ashley  King,  naszej  kuzynce,  dziecku  bożemu,  której  nie  było  jeszcze  wśród  nas,  gdy

poprzednio dedykowałem książkę rodzinie.

background image

26.Bohaterowie II - Minotaur Kaz

Rozdział 1

SIEDZIELI  SKULENI  wokół  niewielkiego  obozowego  ogniska,  cała  dwunastka  i  jeden.

Wyróżnienie  było  ważne,  gdyż  mimo  że  dwunastka  podążała  za  jednym,  który  był  ich  wodzem,  jej
członkowie  pogardzali  nim  równie  głęboko,  jak  on  gardził  nimi.  Połączyły  ich  konieczność  oraz
sprawa honoru… i jakoś udało im się aż do tej pory znosić wzajemnie swą obecność.

Przywódca był ogrem. Miał niekształtną, nieco zwierzęcą sylwetkę, liczył sobie ponad sześć stóp

wzrostu  i  był  niezwykle  krępy.  W  jego  płaskiej  i  dość  paskudnej  gębie  wyróżniały  się  długie,
zakrzywione  kły,  które  świetnie  nadawały  się  do  rwania  pożeranego  mięsa  lub  szarpania  wroga.
Skóra stwora była ziemista, piegowata, a do jego gruszkowatej głowy przylegały skudlone i spocone
kłaki.  Odziany  był  jedynie  w  brudny  kilt  [rodzaj  skórzanej  krótkiej  spódniczki,  niekiedy  rozciętej  z
boku.] i  pas.  W  przerzuconej przez grzbiet pochwie nosił znaleziony na jakimś pobojowisku miecz.
Człowiek musiałby użyć obu rąk, aby go unieść, on jednak bez trudu władał nim jedną. Za pas zatknął
dwa  noże,  które,  w  porównaniu  z  potężnym  mieczem,  wydawały  się  niemal  kozikami.  Ogr,  zwany
Molokiem,  potężnymi,  zakrwawionymi  szponami  wydarł  kawał  dziczyzny  z  opiekającej  się  tuszy  i
podejrzliwie łypnął okiem na pozostałych członków grupy.

Większość  z  nich  przewyższała  wzrostem  Moloka  o  głowę,  choć  ten  nieszczególnie  się  tym

przejmował. Oderwał kolejny, niemal surowy kęs od trzymanej w łapie kości i wetknął go sobie do
gęby, obserwując pochłaniających swoje porcje minotaurów. W przeciwieństwie do ogra, minotaury
jadły wolniej i bardziej rozważnie, choć nie bez pewnej żarłoczności i dzikości, co mogłoby odebrać
odwagę  ludziom  czy  elfom.  Grupa  składała  się  z  dziewięciu  samców  i  trzech  samic,  a  wszyscy  jej
członkowie  byli  dobrze  uzbrojeni.  Dwaj  mieli  włócznie,  trzej  miecze,  orężem  pozostałych  były
potężne topory bojowe o podwójnych ostrzach. Długość rogów samców wynosiła więcej niż stopę,
samice miały rogi nieco krótsze.

Molok  spostrzegł,  że  minotaury  są  w  zbyt  dobrych  humorach.  Wcale  mu  się  to  nie  spodobało.

Chciał,  by  były  wściekłe  i  zdecydowane  jak  najszybciej  wykonać  zadanie  -choćby  po  to,  by  nie
musieć dłużej znosić jego obecności.

- Tydzień już, Krzywogęby, podążamy tropem, który znalazłeś. - Molok, pozornie obojętnie, zajął

się wydłubywaniem kęsa mięsiwa spomiędzy dwu pożółkłych kłów. -Czy nie jest tak, że ów tchórz
okazał się od ciebie przebieglejszy? Czyżbyś trafił na lepszego od siebie?

Usłyszawszy zgrzytliwy głos ogra, cała dwunastka spojrzała na niego, a odblask płomieni ogniska

przydał ich oczom dzikiego, niesamowitego wyrazu. Jeden

z  minotaurów,  rosły  osobnik  o  pociętym  bliznami  obliczu,  co  kazało  myśleć  o  wielu  zażartych

bojach,  w  jakich  brał  udział  jego  właściciel,  cisnął  w  ogień  swój  kawał  mięsa  i  zaczął  wstawać.
Siedząca obok niego, niższa i smukłej sza samica, chwyciła go za ramię.

-  Nie,  Scurn  -  odezwała  się  spokojnie.  Miała  głos  głęboki,  niski,  o  którym  minotaury

powiedziałyby, że brzmi niezwykle miło.

- Puść mnie, Helati - zagrzmiał nazwany Scurnem. Przypominało to odległy pomruk gromu przed

burzą.  Obok  niego  leżał  potężny  topór,  który  nawet  wśród  oręża  minotaurów  wyróżniał  się
wielkością. Molok wiele razy widział tę głownię przy robocie, teraz jednak zupełnie nie przejął się
gniewem  olbrzyma.  Wiedział,  jak  manipulować  prostodusznymi  w  gruncie  rzeczy  minotaurami.  W

background image

końcu prowadził ów pościg od czterech lat.

-  Uspokój  się,  Scurn  -  mruknął  minotaur  siedzący  obok  Helati.  Tych  dwoje  miało  podobne

sylwetki  i  rysy  twarzy.  Byli  rodzeństwem.  Ogr  oboje  uważał  za  najsłabsze  ogniwa  w  grupie.
Zaciekłość, z jaką przed czterema laty podejmowali pościg, z biegiem czasu przekształciła się niemal
w jawny podziw dla uciekiniera. Bez pojmania zaś tego renegata grupka minotaurów nie mogła nawet
pomyśleć o powrocie do swoich.

Poznaczony  bliznami  minotaur  usiadł,  ale  Molok  spostrzegł,  że  udało  mu  się  dopiąć  swego.

Poruszył kompanię. Jak zwykle, wszyscy jęli roztrząsać przyczyny ostatnich niepowodzeń. - Nie da
się  zaprzeczyć,  że  Kaz  jest  przebiegły.  -  Nawet  tchórze  potrafią  myśleć!  -  Nazywasz  go  tchórzem?
Poradził sobie i w Silvanesti! - Scurn twierdzi, że to tylko pogłoski, czy nie tak, Scurn?

Poznaczony  bliznami  skinął  głową.  Nawet  w  skąpym  świetle  samotnego  Lunitari  można  było

dostrzec,  że  jego  rogi  były  niemal  starte  od  walk.  Scurn  był  wojownikiem,  i  gdyby  jego  umysł  był
równie krzepki, jak jego mięśnie, to przewodziłby teraz swej rasie. Należał jednak do tych, o których
powiada się „zakuty łeb”. Świetnie więc nadawał się do celów Moloka.

-  Kaz  nigdy  nie  trafił  do  Silvanesti  -  prychnął  teraz  z  pogardą.  -  Jest  pozbawionym  honoru

tchórzem. To tylko kolejna jego sztuczka, by sprowadzić nas z właściwego tropu.

- Co, jak do tej pory, świetnie mu się udawało - zauważył, niby obojętnym tonem, Molok.
Scurn łypnął nań nabiegłymi krwią ślepiami. Zapragnął nagle złapać ogra za kark i ścisnąć tak, by

wydusić  zeń  tchórzliwe  życie.  Nie  bez  żalu  pomyślał,  że  nie  może  tego  zrobić.  No,  przynajmniej,
dopóki nie odnajdą zbiega i nie pojmają go lub zabiją. - Jak do

tej pory, Molok, niewiele nam pomogłeś. Dobry jesteś jedynie w nieustannym udowadnianiu nam,

jakie to z nas niedołęgi. Przypomnij no mi, czego dokonałeś, by przyspieszyć nasze, niech je Sargas
przeklnie,  poszukiwania?  Gapienie  się  od  czterech  lat  na  ten  twój  paskudny  ryj  przyprawia  nas  o
takie same mdłości, jakie ty pewnie czujesz, patrząc na nasze gęby.

Ogr  wzruszył  obojętnie  ramionami  i  wgryzł  się  w  mięsiwo.  -  Powiedziano  mi,  że  jesteście

świetnymi tropicielami. Jak dotąd wcale się nie popisaliście. Myślę, że tracicie zapał. Czy honor tak
niewiele dla was znaczy? A Tremoc? Nie masz już minotaurów takich jak on!

W chwilach takich jak ta Molok lubił przywoływać pamięcią Tremoca. Był on ukochanym przez

minotaury bohaterem opowieści. W imię honoru czterokrotnie przemierzył cały Ansalon, by oddać w
ręce  sprawiedliwości  mordercę  swego  towarzysza.  Pościg  trwał  ponad  dwadzieścia  lat.  Jego
historia  była  Molokowi  użyteczna  z  dwóch  powodów.  Po  pierwsze,  przypominała  byczogłowym
kompanom o konieczności poświęceń dla tego, co naprawdę liczyło się w życiu. Po drugie, nigdy nie
zawodziła, gdy trzeba było zmusić ich do dalszych wysiłków i pośpiechu. Żaden z nich nie zamierzał
ścigać Kaza przez dwadzieścia lat.

Na razie zranił ich ambicje. Teraz należało skierować myśli łowców ku pościgowi. -Scurn, jeśli

nie wśród elfów, to gdzie go znajdziemy?

Tym, który odpowiedział, był Hecar. - Podróżował przez Silvanesti czy nie -a wedle mnie jest do

tego zdolny - teraz prawdopodobnie podąża na zachód.

- Na zachód? - Scurn spojrzał na pozostałych. Do Qualinesti? To równie głupie, jak pakowanie

się pomiędzy Silvanestyjczyków!

-  Myślałem  o  Thorbardinie  -  prychnął  Hecar.  Krasnoludy  pewnie  zostawią  go  w  spokoju.

Stamtąd zaś może dotrzeć do Ergoth.

Ogr spoglądał na nich w milczeniu. Chętnie by usłyszał, co powie poznaczony bliznami.
Scurn wstał, oderwał od piekącej się na ogniu tuszy chrząstkę z kawałem tłuszczu i cisnął ją w

płomienie.  Te  zaskwierczały  radośnie,  łapczywie  pożerając  ofiarowany  im  kąsek.  Minotaur

background image

roześmiał się zgrzytliwie.

-  Albo  do  reszty  zgłupiałeś,  albo  tak  dalece  posunąłeś  się  w  podziwie  dla  Kaza  i  jego

umiejętności wynoszenia tyłka z ognia, że chcesz nas puścić fałszywym tropem!

Hecar  poderwał  się  i  przez  chwilę  mogłoby  się  wydawać,  że  sprzeczka  zakończy  się  wymianą

ciosów.  Pozostali  członkowie  grupy  ożywili  się  i  głośnymi  parsknięciami  zaczęli  dawać  wyraz
swemu podnieceniu. Helati jednak szybko wstała i, raz jeszcze podejmując próbę uśmierzenia sporu,
stanęła przed bratem.

- Hecar, nie! - szepnęła z naciskiem. - Z drogi, kobieto! - warknął jej brat przez zaciśnięte zęby. -

Scurn cię zabije - syknęła. - Wiesz o tym równie dobrze jak ja. - Mój honor..

- Twój honor pogodzi się z niewielkim ustępstwem, braciszku. Pamiętaj, że mądry minotaur sam

wybiera miejsce i czas walki. Może innym razem. - Nie zapomnę… A inni..

Mimo różnicy wzrostu, udało jej się spojrzeć mu prosto w oczy. - Inni dobrze wiedzą, że kiedy

tylko zechcesz, możesz dać radę każdemu z nich.

Hecar zawahał się. Rzuciwszy szybkie spojrzenie w stronę ogra, który zajął się wyszukiwaniem

ostatnich kęsów mięsa na ciągle trzymanej w łapie kości, prychnął nieco łagodniej. Gdy szło o ogra,
nie dało się rzec niczego pewnego. W końcu porywczy samiec kiwnął głową i usiadł. Helati opadła
na ziemię obok brata. Scurn wykrzywił pysk w najbardziej pogardliwym i tryumfalnym grymasie, na
jaki  stać  było  bycze  oblicze,  co  w  jego  przypadku  sprowadzało  się  do  obnażenia  możliwie
największej liczby ostrych zębów. Hecar nie bez trudu ukrył trawiącą go wściekłość.

-  Kaz  nie  pójdzie  ani  na  zachód,  ani  na  wschód.  Pozostanie  na  południu,  licząc  na  to,  że  nam

umknie. Scurn odwrócił się do Moloka w nadziei, że ogr przyklaśnie jego rozumowaniu.

Ogr  spojrzał  na  minotaury,  jakby  dopiero  teraz  dotarło  doń,  że  to  on  był  zarzewiem  zaciekłego

sporu. Doszedł do wniosku, iż najwyższa pora, by ustalić pewne sprawy. Wytarłszy brudne paluchy o
swój  kilt,  sięgnął  do  tkwiącej  pomiędzy  jego  stopami  sakwy  i  wyjął  z  niej  niemiłosiernie  wymięty
kawał pergaminu. Szybkim ruchem cisnął pergamin w stronę Scurna. Zaskoczonemu minotaurowi nie
bez trudu - i lekkiego poparzenia dłoni - udało się wyrwać skrawek z płomieni. - A to co znowu?

Molok  zmiażdżył  kłami  kość  i  zaczął  wysysać  szpik.  Poirytowany  minotaur  rozłożył  pergamin  i

podjął  próbę  odczytania  jego  treści  przy  migotliwym  i  nikłym  świetle  ogniska.  W  oczach  Scurna
zagościło zdumienie. Spojrzał gniewnie na ogra.

- To proklamacja podpisana przez samego Wielkiego Mistrza Rycerzy Solamnijskich!
Pozostali  członkowie  grupy  zaczęli  pomrukiwać  z  zainteresowaniem.  Po  czterech  latach

poszukiwań pośród ziem zamieszkanych przez ludzi, wiedzieli o rycerzach solamnijskich więcej niż
którykolwiek,  jeśli  pominąć  Kaza,  spośród  innych  członków  ich  rasy.  -  Scurn,  co  tam  napisano?  -
spytał niecierpliwie jeden z pozostałych minotaurów.

- Wielki Mistrz wyznaczył sporą nagrodę za ujęcie kilku przedstawicieli różnych ras. Jednym z

nich jest Kaz! Ostatnie zdanie Scurn wypowiedział z niedowierzaniem. Napisano tu, że poszukuje się
go za spiskowanie przeciwko rycerstwu, szczególnie zaś za planowanie zabójstwa samego Wielkiego
Mistrza.  Wspomina  się  też  o  jakimś  morderstwie,  nie  wiadomo  jednak  kogo  i  gdzie  zabito.  -  Ton,
jakim Scurn przeczytał to wszystko, wyraźnie świadczył o tym, że rosły minotaur nie bardzo wie, co
o tym wszystkim sądzić.

- Aaaa… - odezwał się któryś z jego rodaków - rycerze poszukują go więc z równym zapałem jak

my.

-  Skąd  masz  tę  proklamację?  -  syknął  Hecar  do  ogra.  Molok  wzruszył  ramionami  z  udaną

obojętnością. Znalazłem ją wczoraj. Odpadła, jak sądzę, od pnia drzewa, do którego ktoś ją przybił.

-  Dlaczego  rycerze  chcą  ująć  Kaza?  Był  ich  towarzyszem!  -  odezwała  się  jedna  z  samic,  nie

background image

kierując pytania do nikogo w szczególności.

-  Jak  pozostali,  których  tu  wymieniono  -  dodał  Scurn.  Cisnął  pergamin  jednemu  z  towarzyszy,

który  powoli  zaczął  odczytywać  treść  pisma.  Minotaury  szczyciły  się  świadomością,  że  spośród
wszystkich  zamieszkujących  Krynn  ras,  były  -  pomijając  oczywiście  elfy  -  istotami  najbardziej
wykształconymi.  Siła  fizyczna  była  wprawdzie  najwyższym  arbitrem  w  ich  społeczności,  wiedzę
jednak uważano za narzędzie kształtujące siłę. - Rycerze powariowali! - mruknął Hecar. - Czy podali
choć jakiś powód?

-  A  czy  podczas  naszych  wędrówek  i  pościgu  za  Kazem  choć  raz  zdarzyło  się,  by  podali

jakikolwiek  powód,  dla  którego  cokolwiek  czynią?  -  Scurn  przebiegł  wzrokiem  po  obliczach
towarzyszy.  -  Może  mają  swe  powody…  a  może  i  nie.  Na  tej  proklamacji  wypisano  imiona  tych,
którzy wtedy byli ich najbardziej zagorzałymi zwolennikami.

„Wtedy” oznaczało czas wojny, o której minotaury usilnie starały się zapomnieć. Niemal wszyscy

spojrzeli  teraz  z  nienawiścią  na  Moloka.  Minotaury  nie  z  własnej  woli  walczyły  za  ogry  i  ludzi,
którzy stanęli po stronie Królowej Ciemności, Takhisis, w jej starciu z panem światła, Paladine’em.
Po stronie tego właśnie boga stanęli rycerze solamnijscy, w końcu zaś jeden z nich, Rycerz Korony,
zwany Humą, wymusił kapitulację na Królowej. Z tych, co byli świadkami owego drogo okupionego
zwycięstwa,  przeżył  tylko  jeden  śmiałek  Kaz.  Niewielu  właściwie  wiedziało,  jaką  rolę  odegrał  w
ostatnim starciu. Ludzie nie zamierzali rozgłaszać chwały kogoś, kogo przedtem byli skłonni uważać
za  tępogłową  bestię.  Choć  pozostałe  minotaury  od  kilku  lat  skrzętnie  składały  w  całość  okruchy
zasłyszanych  tu  i  ówdzie  opowieści,  były  wśród  nich  i  takie,  jak  Scurn,  które  zaprzeczały
wszystkiemu.

- Jeśli rycerze solamnijscy rozesłali za nim listy gończe - mruknął poznaczony bliznami wojownik

- to z pewnością zostanie na południu, gdzie trudniej się na nich natknąć.

Kilku  innych  kiwnęło  potwierdzająco  łbami.  Molok  przyjrzał  się  uważnie  każdemu  z  osobna  i

potrząsnął głową.

- I pomyśleć, że ścigacie Kaza od czterech lat, nie mając nawet pojęcia, jak się zachowa w takiej

sytuacji.  Dotyczy  to  nawet  tych,  co  znali  go  osobiście  Cała  dwunastka  ugodziła  go  gniewnymi
spojrzeniami,  które,  jak  zwykle,  całkowicie  zignorował.  -Rycerze  postępują  dość  dziwnie.  Jego
przyjaciele  stali  się  wrogami…  nawet  Mistrz,  który,  jeśli  to,  co  wiemy,  odpowiada  prawdzie,
podczas wojny nazywał go swym towarzyszem.

Nastąpiła  chwila  ciszy.  Ogr  skupił  na  sobie  spojrzenia  wszystkich  minotaurów.  -Myślę,  że  Kaz

pójdzie na Północ, do Vingaardu.

Dobrze  się  stało,  że  ziemie,  które  aktualnie  przemierzali,  wolne  były  od  ludzkich  osiedli,  w

przeciwnym  bowiem  wypadku  ryki,  którymi  skwitowano  oświadczenie  ogra,  wywołałyby  alarm  w
promieniu kilku mil. Wreszcie Scurn i Hecar uciszyli pozostałych.

-  Być  może  rycerze  solamnijscy  zachowują  się  jak  wariaci  -  wypalił  wreszcie  Hecar  -  czego

zresztą bywaliśmy świadkami już wcześniej, nie przypisuj jednak ich szaleństwa Kazowi. Pomijając
wszystko inne, jest minotaurem!

Scurn  kiwnął  łbem,  zgadzając  się  z  przedmówcą.  Nawet  on  nie  wierzył,  że  ich  przeciwnik

mógłby okazać się na tyle głupi, by udać się na Północ.

Molok  odebrał  minotaurom  proklamację  i  raz  jeszcze  rzucił  na  nią  okiem.  Szczerząc  kły  w

uśmiechu,  którego  nie  powstydziłby  się  najdzikszy  z  drapieżników,  cisnął  pergamin  w  ogień.  Przez
kilka sekund obserwował, jak płomienie pożerają pismo, potem raz jeszcze spojrzał na towarzyszy,
których nienawidził z całego serca, podobnie jak oni jego.

- On nie jest głupcem. Nigdy tak zresztą o nim nie myślałem. - Molok sięgnął pod siebie i szybko

background image

zebrał swój mizerny majątek. Wstał i patrząc na minotaury, dał im do zrozumienia, jak głęboko nimi
gardzi. Nawet teraz, choć wyzwoliły się z niewoli, potrzebowały ogra, który pokieruje nimi równie
skutecznie, jak gdyby wiódł je za kółka w nosach. - Kaz to Kaz, postępuje po swojemu… i dlatego
właśnie pójdzie do Vingaardu. Nie potrzebuje żadnych innych powodów. Odwrócił się i ruszył przed
siebie, kryjąc przed minotaurami zafrasowaną twarz.

background image

26.Bohaterowie II - Minotaur Kaz

Rozdział 2

POWINIENEM  IŚĆ  NA  ZACHÓD,  pomyślał  ponuro  Kaz.  Na  zachód…  albo  nie  ruszać  się  z

Południa.

Parsknął  lekko,  oglądając  się  wstecz  na  szlak,  którym  podążał.  Wiszące  wysoko  słońce

pozwalało  oglądać  znaczną  część  kraju.  Dlaczego  idę  na  Północ,  skoro  każdy  dzień  zbliża  mnie  do
twierdzy Vingaard i szaleństwa, jakie ogarnęło rycerzy?

Jego  wierzchowiec,  ogromny  rumak  bojowy,  którego  w  uznaniu  zasług  przyznał  mu  sam  lord

Oswal,  zarżał  niecierpliwie.  Po  pięciu  latach  spędzonych  pod  Kazem,  zwierzę  nabrało
buntowniczych  skłonności,  które  zdumiałyby  jego  poprzednich,  kochających  dyscyplinę  właścicieli.
Koń  pod  wieloma  względami  upodobnił  się  do  swego  pana.  Kaz  uspokoił  rumaka  i  raz  jeszcze
przyjrzał się proklamacji.

Był  to  jej  piąty  już  egzemplarz,  równie  zresztą  dlań  niezrozumiały  jak  pierwszy,  na  który  się

natknął.  Lord  Oswal  był  mu  przecież  przyjacielem  i  towarzyszem.  Starszy  już  rycerz  Zakonu  Róży,
który  po  śmierci  swego  brata  został  Wielkim  Mistrzem,  dał  nawet  Kazowi  glejt,  dzięki  któremu
minotaur  mógł  poruszać  się  swobodnie  wszędzie  tam,  gdzie  respektowano  zakony  solamnijskie.
Teraz zaś oto ten sam człowiek oskarżał Kaza 0 zbrodnie, które ów miał jakoby popełnić!

Proklamacje  te  dopiero  niedawno  dotarły  do  południowych  krain.  Kaz  prychnął  ponownie.

Spojrzał  na  nazwiska  tych,  których  wespół  z  nim  ogłaszano  wyjętymi  spod  prawa.  Niektórych  znał
osobiście…  ot,  choćby  lorda  Guya  Avondale’a,  wodza  Ergothajczyków,  którzy  wspierali  ludzi  z
Solamnii  w  ostatniej  walce  z  Galan  Dracosem  1  jego  władczynią,  boginią  Takhisis.  Huma  zawsze
poważał tego człowieka, raz nawet wyraził opinię, że Avondale zasłużył sobie na zbroję solamnijską
- tak godne podziwu były zasady, wedle których żył Ergothajczyk.

Minotaur  warknął  gniewnie  i  zdarł  pergamin  z  drzewa.  Spiskowanie  i  morderstwo?  Zgniótł

pismo i cisnął je w krzaki.

Ujął  cugle  rumaka  i  poprowadził  go  ku  bardziej  ustronnemu  miejscu  na  lewo  od  szlaku,  gdzie

oparł  się  o  jedno  z  drzew  i  zaczął  czekać.  Cierpliwość  nie  należała  do  zalet,  o  których  mógłby
powiedzieć, że z powodzeniem udało mu się je zaszczepić w swoim charakterze, i teraz niewielki jej
zapas, jakim dysponował, miał się właśnie ku końcowi.

-  Delbin,  na  Ostrze  Paladine’a!  -  mruknął  przez  zęby.  -  Jeśli  nie  wrócisz  w  ciągu  najbliższej

godziny, ruszam dalej sam!

Mógł sobie jedynie wyobrażać, w jakie to tarapaty wpakował się jego towarzysz w odległym o

kilka mil na zachód Xak Tsaroth. Gród ów graniczył z południowo-zachodnią Solamnią i wschodnim
Qualinesti, gdzie żyły elfy - siłą rzeczy więc stał się

ośrodkiem handlu Północy z Południem. Kaz liczył na to, że jego towarzyszowi uda się tam nabyć

kilka rzeczy, które były im potrzebne. Żywił także nadzieję, że Delbin podsłuchał kilka plotek, które
może  okażą  się  pomocne  w  wyjaśnieniu  pogłosek  -  oby  Sargas  je  przeklął  -  krążących  wśród
mieszkańców  okolic  posiadłości  solamnijskich  w  twierdzy  Vingaard.  Pogłoski  te  nie  mogły  być
przecież prawdziwe!

Wysyłanie jednak Delbina Knotwillowa z jakąkolwiek misją było zawsze ryzykowne. Za każdym

razem, kiedy podążający za minotaurem Delbin ochoczo zgłaszał się do wszystkich zadań, Kaz czuł,

background image

że wnętrzności skręcają mu się w potężny supeł. Obawy minotaura budził właśnie ów zapał.

Delbin Knotwillow był bowiem kenderem, ci zaś od urodzenia są „miłośnikami kłopotów”
Jakby na zamówienie, usłyszał parsknięcie konia. Delbin odszedł przed trzema dniami, obiecując,

że  wróci  w  ustalonym  terminie.  Niewysoki  kender  świetnie  się  sprawiał  jako  wywiadowca  -
oczywiście  trzeba  było  przekonać  go  do  tego,  by  podjął  się  tej  roli.  Nikt  się  nie  spodziewał,  że
kender potrafi cokolwiek innego, poza zwinięciem komuś sakiewki - i tylko sakiewek pilnowano w
jego  obecności.  Kender  tymczasem  potrafił  zebrać  sporo  informacji,  którymi  wszyscy  nad  podziw
chętnie się z nim dzielili. Delbin uważał to za pyszną zabawę, za coś, czym będzie mógł chełpić się
przed  rodakami  i  każdym,  kto  zechciałby  wysłuchać  jego  opowieści.  Ilu  w  końcu  kenderów
podróżowało w towarzystwie minotaura?

Kaz miał już zawołać swego małego kompana, kiedy usłyszał parsknięcie drugiego konia. Szybko

wyciągnął dłoń i zakrył chrapy swojego wierzchowca. Bojowy rumak, przygotowany tresurą niemal
na wszystko, rozpoznał ten gest i natychmiast znieruchomiał.

Drzewa zasłaniały minotaurowi widok, wydało mu się jednak, że coś czarnego mignęło mu przed

oczyma. Nie sposób było orzec, czy to, co dostrzegł, należało do jeźdźca, czy jednego z koni. Tak czy
owak pojął, że nie zna tych, którzy się zbliżają.

Jeźdźcy  zwolnili  i  zatrzymali  swe  konie.  Minotaur  usłyszał  szczęk  zbroi  i  stłumione  odgłosy

rozmowy.  Słów  nie  dało  się  rozróżnić,  ale  najwyraźniej  jeden  z  podróżnych  był  wściekły  na
drugiego. Kaz prychnął. Ależ wybrali sobie porę i miejsce na sprzeczki! Gdyby teraz akurat pojawił
się Delbin..

Usłyszawszy trzeciego konia, Kaz gotów był wznieść oczy do nieba i przekląć wszystkich bogów.

Jeszcze  jeden  jeździec?  I  nagle  pojął,  że  ostatni  nadjeżdża  od  południa.  Jeśli  tak  miałoby  trwać
dłużej,  Kaz  mógłby  otworzyć  tu  zajazd.  Obfitość  podróżnych  obiecywała  spore  zyski.  Pozostali
jeźdźcy nagle ucichli. Kaz tymczasem, zdając sobie sprawę z faktu, iż

ostatni  z  przybyszów  zmierza  w  jego  kierunku,  sięgnął  po  topór.  Mocne,  zakończone  wielkimi

szponami palce minotaura zacisnęły się na drzewcu styliska. Jeszcze kilka jardów wśród listowia i
jeździec natknie się na niego.

Nieznajomy  niespodziewanie  skierował  rumaka  ku  drodze,  Kazowi  znów  mignęła

hebanowoczarna  zbroja.  Oczy  minotaura  rozszerzyły  się  w  zdumieniu.  Widywał  już  takie  zbroje
podczas  wojny  z  Królową  Ciemności.  Nosili  je  ludzie  i  ogry,  pod  rozkazami  których  służył.  Pod
koniec  zaś  walk  stawał  u  boku  Humy  przeciwko  najzacieklejszym  i  najbardziej  niebezpiecznym
spośród nich.

Ten  należał  do  elitarnych  i  fanatycznie  oddanych  żołnierzy  gwardii  odżałowanej  pamięci

Crynusa,  wodza  armii  Takhisis,  który  dawno  temu  został  wysłany  do  czeluści  piekielnych  -  na  co
zresztą sobie zasłużył - przez Humę Włócznika i srebrną smoczycę. Kaz pamiętał wszystko aż nadto
wyraźnie. Crynus uparcie opierał się śmierci i w końcu trzeba było smoczego płomienia, by przepadł
na zawsze.

Kaz wolałby nie narażać się, nie mógł jednak pozwolić, by jeden z tych zajadłych wrogów - nie,

było  ich  dwóch!  -  swobodnie  jeździł  po  kraju.  Podczas  ostatnich  pięciu  lat  stykał  się  zresztą  już  z
takimi  niedobitkami.  Spora  część  sług  Królowej  Ciemności  nie  chciała  pogodzić  się  z  klęską  swej
pani. Nie mając gdzie się skryć, poświęcali się niemal wyłącznie rabunkom i gwałtom, wszystko to
zaś czynili jakżeby inaczej! - w imię Takhisis. Gwardziści byli najgorsi - oni naprawdę wierzyli w
niedaleki powrót swej władczyni.

Kaz  poklepał  konia  po  karku.  Sygnału  tego  nauczył  się  od  rycerzy.  Koń  pozostanie  w  miejscu,

dopóki  go  się  nie  wezwie.  Nic  prócz  smoka  nie  byłoby  w  stanie  zmusić  go  do  zmiany  miejsca

background image

postoju, ponieważ zaś smoki zniknęły, nie było powodów do obaw.

Powoli i ostrożnie Kaz uniósł topór. Zdradziłby się, gdyby w tej gęstwinie chciał przeprowadzić

konia. Jeśli mu się poszczęści, zdoła zwalić przeciwnika jednym ciosem, bez walki, ale..

Mroczna figura przed nim nagle znieruchomiała i minotaur zrozumiał, że coś go jednak zdradziło.

Długie,  paskudne  ostrze,  aż  dotąd  niewidoczne,  mignęło  nagle  łukiem  w  powietrzu,  gdy  jeździec
obrócił się w siodle. Kaz zastawił się toporem, przeciwnik jednak źle ocenił dzielącą ich odległość.
Jego ostrze zatrzymało się w połowie drogi, utkwiwszy w pniu potężnego dębu.

Jeździec  zaklął  i  podjął  próbę  uwolnienia  swej  klingi,  jednocześnie  usiłując  zawrócić

wierzchowca.  Kaz  inaczej  ujął  topór  i  wziął  potężny  zamach.  Miecz,  osłaniając  jeźdźca,  frunął  w
górę,  minotaur  rąbnął  więc  w  konia.  Zwierzę,  krwawiąc  z  szerokiej  rany,  zaczęło  się  szarpać  i
gwardzista  stracił  nad  nim  kontrolę.  Kaz  również  musiał  się  cofnąć,  by  uniknąć  przypadkowych,
wymierzanych na oślep, lecz potężnych kopnięć rumaka.

Koń zachwiał się na nogach.
Minotaur  zaklął  bezwiednie.  W  siodle  nie  było  już  nikogo.  Czarnego  wojownika  zmiotło  jakby

wichrem. Kaz zdążył zapomnieć, jak niebezpiecznymi przeciwnikami mogą być gwardziści Crynusa.

Wróg  niespodziewanie  wypadł  z  gęstwiny,  która  znajdowała  się  za  minotaurem.  Kaz  sparował

cios  miecza,  potknął  się  jednak  i  niemal  stracił  równowagę.  Po  raz  pierwszy  spojrzał  też  na
przeciwnika. Zobaczył męża - gwardzista był zbyt niski na ogra, choć mógł też być elfem - którego
twarz krył głęboki morion, ale oczy, które wyzierały spod okapu hełmu, wydawały się wypatrywać
czegoś daleko za plecami minotaura. Przeciwnik najwidoczniej wprowadzał się w bojową furię.

Kaz usłyszał jakieś odgłosy walki ze znajdującej się za nim ścieżki, wróg jednak już nań napierał.

Topór,  szczególnie  taki,  który  wykuto  dla  człowieka  mającego  ujmować  go  oburącz,  nie  bardzo
nadawał  się  do  walki  w  zwarciu.  Za  każdym  razem,  gdy  Kaz  usiłował  się  cofnąć,  by  uzyskać
potrzebny do cięcia zamach, przeciwnik nacierał błyskawicznie i skracał dystans.

Uratowały  go  drzewa.  Gwardzista,  który  niemal  zapomniał  o  wszystkim  oprócz  wroga,  potknął

się  na  wystającym  korzeniu  drzewa.  Nie  trwało  to  dłużej  niż  mgnienie  oka.  Odzyskał  równowagę
niemal natychmiast; Kaz jednak nie potrzebował niczego więcej.

Włożywszy w cios całą swą niemałą przecież siłę, zamachnął się i ciął od ucha. Ciosu tego nie

sposób  było  odeprzeć,  niewielu  ludzi  mogło  sprostać  minotaurowi,  który  był  w  pełni  sił.  Z
właściwym  narzędziem  w  ręku  Kaz  potrafił  jednym  uderzeniem  zwalić  spore  drzewo.  Zbroja  zaś,
prawdę mówiąc, była wobec takiego ciosu prawie żadną osłoną.

Trafił  gwardzistę  tuż  ponad  łokciem  dzierżącego  miecz  ramienia,  a  topór  nawet  nie  zwolnił

swojego  biegu.  Głownia  zataczając  niemal  pełny  łuk,  przeszła  przez  cały  korpus  przeciwnika.  Kaz
cofnął  się,  by  uniknąć  fontanny  krwi  buchającej  z  przerąbanego  tułowia.  Bojowy  zapał,  błyszczący
jeszcze przed sekundą w oczach gwardzisty, zgasł wraz z jego życiem.

Minotaur  odetchnął  głęboko.  Na  ścieżce  ustały  już  odgłosy  walki,  zastąpione  tupotem  kopyt

kilkunastu koni nadciągających z południa. Kaz uznał, że nie ma sposobu, by określić, czy zbliżający
się jeźdźcy są wrogami, czy przyjaciółmi powalonego gwardzisty.

Nie  usłyszał  żadnych  komend,  wiedział  jednak,  że  pomiędzy  drzewa  wjechało  kilku  konnych.

Odnalezienie go nie powinno zająć im zbyt wiele czasu. Szybko wytarł ostrze topora i umieścił broń
w przytroczonej do pleców obejmie. Minotaur miał na sobie

rzemienny  rynsztunek,  zaprojektowany  tak,  by  mógł  w  nim  nosić  topór,  albo  i  dwa.  Dzięki

ćwiczeniom, dobycie oręża było zwykle dziełem jednej sekundy. Rynsztunek pomyślano tak, by mógł
zeń  korzystać  jedynie  ten,  czyj  grzbiet  nie  ustępował  szerokością  plecom  minotaura  i  kto  miał
odpowiednio  długie  ramiona.  Dosiadł  swego  rumaka  i  w  tej  samej  chwili  dostrzegł  go  jeden  ze

background image

szperaczy. - Stać! W imieniu Wielkiego Mistrza, rozkazuję ci stać!

Kaz  odwrócił  się  i  dostrzegł,  że  zatrzymujący  go  wojownik  ma  na  sobie  znajomą  mu  i  niegdyś

przezeń szanowaną zbroję rycerzy Solamnii. Jeśli dobrze zapamiętał godło, miał przed sobą rycerza
Zakonu Miecza. Rycerz, zmuszony do tego przez gęste poszycie, szedł pieszo, wiodąc konia za sobą.
Kaz  odwrócił  się  i  dał  ostrogę  swemu  rumakowi,  mimo  iż  rycerz  okrzykami  wzywał  swych
towarzyszy.

Kilka lat temu Kaz oczywiście dotrzymałby im pola i podjął walkę, choć pewnie udałoby mu się

powalić przynajmniej połowę przeciwników, zanim padłby pod ich ciosami. W towarzystwie Humy
pojął  jednak,  jak  głęboka  mądrość  kryje  się  w  unikaniu  konfliktów  i  śmierci  w  niektórych
przynajmniej  sytuacjach.  Rozumiał,  jak  bezsensowne  jest  niekiedy  umieranie  w  imię  źle  pojętego
honoru.  Wielu  jego  współplemieńców  pomyślałoby,  że  stchórzył,  a  niektórzy  od  dawna  już  tak
mniemali.

Koń,  kierowany  naciskiem  kolan  Kaza,  coraz  głębiej  wdzierał  się  w  gęstwinę.  W  niej  właśnie

kryła się jedyna szansa ucieczki minotaura. Kaz wiedział, że ten szlak przywiedzie go w pobliże Xak
Tsaroth, trafi jednak na północ od miasta, zamiast na wschód. Pojmował też, że najpewniej przyjdzie
mu się pożegnać z nadzieją na spotkanie z kenderem. Mogło być zresztą i tak, że Delbin zdążył już o
nim zapomnieć. Istniała również możliwość, że młody kender wpadł w pułapkę rycerzy - w końcu po
to, między innymi, ją zastawiono. Rycerstwo musiało być świadome obecności maruderów w okolicy
-  zastawiono  więc  sidła,  by  wyłapać  niedobitków.  Solamnijczycy  z  pewnością  spodziewali  się
większej zdobyczy, tymczasem wpadli im w ręce dwaj tylko gwardziści, z których jeden już nie żył.
Jeśli  pojmali  kendera,  nie  było  się  o  co  martwić.  Członkowie  wszędobylskiej  rasy  byli,  owszem,
natrętni, nikt jednak nie uważał ich za naprawdę niebezpiecznych lub wrogów.

Rycerze prześladowali go zaciekle i nie ośmielił się spojrzeć za siebie, by sprawdzić, jak daleko

się oddalił. Ocenił jedynie, że grupa liczyła sobie nie mniej niż pół tuzina jeźdźców.

- Przekonajmy się, jak dobrze znasz ten kraj - mruknął sam do siebie. Wespół z Delbinem krążyli

po okolicy od blisko tygodnia, podczas zaś ostatnich dziewięciu miesięcy wielokrotnie przemierzyli
wzdłuż i wszerz całą południową połać kraju. Zawsze ktoś deptał im po piętach. Zazwyczaj byli to
jego współplemieńcy. - Trzeba mieć moje

- psie szczęście, by wpakować się na nich akurat teraz.
Do  wieczora  pozostało  jeszcze  sporo  czasu.  Licząc  na  zgubienie  pościgu,  Kaz  postanowił  gnać

przed  siebie,  chyba  że  zawiedzie  go  koń  albo  skończy  się  gęstwina.  Mapy  nie  wskazywały  na
szczególnie gęste poszycie leśne w tej okolicy i minotaur wiedział, że gdzieniegdzie gaje i dąbrowy
niespodziewanie  ustępują  miejsca  rozległym  polanom.  Otwarta  przestrzeń  oznaczała  dlań  śmierć.
Rycerze mogli przekazać go lordowi Oswalowi, równie dobrze jednak mogli skończyć z nim od ręki
i władzom Zakonu wydać jego ciało. Proklamacja Wielkiego Mistrza ogłaszała rninotaura wrogiem
zakonu,  żaden  zaś  rycerz  nie  zechciałby  chyba  tracić  sił  na  pojmanie  Kaza  żywcem,  kiedy
wystarczyło jedynie dostarczyć jego zwłoki.

Jakkolwiek  stały  sprawy,  szybko  oddalał  się  od  prześladowców,  o  czym  świadczyły  ich  coraz

cichsze  okrzyki.  Zbyt  wcześnie  jednak  było  na  radość.  Zakon  znany  był  bowiem  z  tego,  że  jego
członkowie  niełatwo  zrażali  się  trudnościami  i  zwykle  kończyli  raz  zaczęte  dzieło.  Mogli  iść  jego
tropem całymi dniami… jakby nie dość mu było jednej grupy prześladowców.

Koń potknął się na jakiejś uschłej gałęzi sterczącej z niewielkiego zagłębienia w ziemi. Grunt był

tu  dość  zdradziecki,  fałszywy  krok  mógł  skończyć  się  kalectwem  wierzchowca  lub  jeźdźca.  Z  siłą,
która przemogła wszelki opór rumaka, Kaz szarpnął wodzami w prawo. Zwierzę ustąpiło, parskając
gniewnie i ruszyło tam, dokąd skierował je jeździec. Kaz pognał konia w dół stromizny, wiedząc, że

background image

każda sekunda zwłoki oznaczała stratę bezcennego dlań czasu. Dotarłszy do dna zapadliska, ponaglił
konia kopniakiem w żebra.

Doliczył  do  trzydziestu,  kiedy  ku  jego  radości  dotarły  doń  echa  gniewnych  i  zdradzających

zaskoczenie okrzyków. Usłyszał też dzikie rżenie przynajmniej dwu koni i bolesny wrzask jednego z
rycerzy. Odgłosy pościgu przycichły… choć nie całkowicie. Kaz odważył się na szybkie spojrzenie
wstecz.  Jeden  z  jeźdźców  nadal  kontynuował  pogoń,  choć  minotaur  zdążył  się  mocno  już  odeń
oddalić.  Człowiek  miał  odsłoniętą  twarz  i  wydał  się  Kazowi  młodzikiem.  Być  może  rycerz  miał
brodę, choć z tej odległości Kaz nie umiałby orzec, czy na wietrze nie powiewały przypadkiem jego
długie  włosy.  Minotaur  nie  wiedział  zresztą,  czemu  miałby  zwracać  szczególną  uwagę  na  ludzkie
twarze, choć niemal spodziewał się rozpoznać w prześladowcy Humę.

Obok  jego  łba  świsnęła  strzała,  która  z  głuchym  stukiem  utkwiła  w  pobliskim  pniu.  Nadleciała

jednak z przodu.. Paladine, czy i ty żywisz do mnie urazę? Na co lub na kogo nadział się tym razem?

Jakby w odpowiedzi na to bezgłośne pytanie zobaczył kilkanaście sylwetek, które zabiegały mu z

przodu drogę, jedne odziane w zieleń, inne w czarnych kolczugach.

Niewątpliwie  byli  to  ci  sami  maruderzy,  na  których  zasadzili  się  rycerze.  Kaz  mimo  woli

wypłoszył ich z kryjówki i pomógł swym niedawnym prześladowcom. Teraz należało tylko wynieść
stąd całą skórę.

W  desperacji  zawrócił  konia.  Jeden  z  pechowych  napastników,  potrącony  przez  zawracającego

rumaka, rąbnął korpusem o drzewo. Minotaur przypomniał sobie, że nadal ściga go jeden szczególnie
uparty  rycerz.  Otworzył  usta,  by  ostrzec  człowieka  okrzykiem,  w  tej  samej  jednak  chwili  ujrzał,  że
siodło gnającego za nim rumaka jest puste następna strzała położyła kres życiu młodego wojownika.
Kaz parsknął wściekle. Oto kolejna niepotrzebna śmierć, za którą winą obarczą oczywiście jego.

Przez  cały  czas  czekał,  aż  i  w  jego  grzbiecie  ugrzęźnie  strzała.  Maruderzy  mieli  jednak  swoje

własne  i  to  wcale  niemałe  problemy.  Zabrali  się  do  nich  pozostali  rycerze,  którzy  nie  dali  się
zaskoczyć tak, jak ów młodzik. Gdy Kaz zobaczył, ilu naprawdę ludzi szło jego tropem, wytrzeszczył
ze zdumienia oczy. Jeśli w porę nie wydostanie się z zawieruchy, utknie pośrodku nielichej bitwy!

Jakiś obszarpaniec w zielono-brązowych barwach usiłował ściągnąć go z grzbietu rumaka. Koń

jednak  poczęstował  napastnika  straszliwym  wierzgnięciem,  po  którym  obdartus  legł  z  rozbitym
czerepem.  Kilkunastu  maruderów  i  rycerzy  już  rąbało  się  z  zapałem.  Jeden  z  rycerzy  Zakonu  Róży
powalił właśnie jakiegoś męża z mieczem, jego rumak zaś dosłownie wdeptał wroga w ziemię. Dwu
odzianych w czerń gwardzistów zdołało ściągnąć jakiegoś Solamnijczyka z siodła. Ku walczącym z
obu stron ruszyli ich kompani.

- Paladine! - syknął Kaz. - Jeśli w ciągu ostatnich paru lat dokonałem czegoś, co znalazło uznanie

w  twoich  oczach,  nie  poczytasz  mi  chyba  za  bezczelność,  jeśli  poproszę,  abyś  pomógł  mi  jakoś
wynieść się stąd precz!

Minotaur  nie  oczekiwał  odpowiedzi  -  bogowie  w  końcu  przemawiali  jedynie  do  kapłanów  i

bohaterów.  I  nagle  jego  uwagę  przykuł  błysk  bieli.  Wyglądało  to  na  jakieś  zwierzę…  jelenia,
niedźwiedzia lub wilka. Kaz nie potrafiłby określić tego  dokładniej.  Czyżby  Paladine  rzeczywiście
go usłyszał?

Gdyby  Kaz  nie  oddalił  się  natychmiast,  uległby  wrodzonemu  minotaurom  zapałowi  i  kilka

bezcennych  ostatnich  chwil  życia  straciłby  na  zaciekłą  i  daremną  rąbaninę  z  wrogami,  jak  zdarzyło
się to jego wielu poważanym, ale niezbyt długo żyjącym przodkom. Kaz darzył ich szacunkiem, nie
zamierzał jednak przedwcześnie do nich dołączać.

Zawrócił  więc  rumaka  i  jak  szalony  pognał  w  stronę,  gdzie  ukazała  mu  się  biała  zjawa.  Gnał

przed siebie mniej więcej przez czwartą część godziny, zanim odważył się

background image

nieco pofolgować rumakowi. Odgłosy walki dawno już pozostały daleko w tyle. Znajdował się

już na północno-wschodnich rubieżach Xak Tsaroth.

-  Nie  jestem  tchórzem  -  szepnął  sam  do  siebie  i  do  tych  mocy,  które  mogły  go  w  tej  chwili

słuchać.  Mimo  wszystko  czuł  się  odrobinę  nieswojo.  Czy  wedle  prawa  nie  powinien  zostać  i
wesprzeć  rycerzy  solamnijskich?  Czy  zbiegłszy  z  pola  potyczki,  nie  zdradził  pamięci  Humy
człowieka, którego podziwiał równie głęboko, jak swych najdzielniejszych przodków?

-  Mój  honor  jest  moim  życiem.  -  Zdanie  to  zabrzmiało  nieco  dziwnie,  gdy  teraz  je  zacytował.

Była to część roty przysięgi na kodeks i zasady, do których stosowali się członkowie zakonu Humy.
Minotaurowi  dość  było  tego  jednego  powodu,  by  szanować  rycerzy  solamnijskich  bardziej  niż
członków jakiejkolwiek innej ludzkiej organizacji.

Humo,  może  mógłbyś  wyjaśnić  mi  moje  rozterki…  Kaz  westchnął,  co  minotaurom  zdarzało  się

nader rzadko, i rozejrzał się po okolicy.

Znajdował  się  na  skraju  rozległego  pola  porośniętego  burzanami  i  pozostało  mu  tylko  mieć

nadzieję, że nie wyłoni się spośród nich nowe zagrożenie. Wiedział też, że jeśli dalej wędrowałby w
tym  samym  kierunku,  trafiłby  na  wyciągnięte  ramię  łańcucha  górskiego,  który  przecinał  niemal  całe
Qualinesti, później zaś znalazłby się w gęstej puszczy porastającej dziedziny elfów. Nie bez goryczy
pomyślał, że nad wyborem tego kierunku nie ma się co zastanawiać. Po tym, co przytrafiło mu się w
Silvanesti, stracił ochotę na to, by kiedykolwiek w życiu zobaczyć jeszcze choć jednego elfa. Świat
niewiele  stracił  na  tym,  że  nie  narzucają  one  mu  swej  obecności.  Kaz  znał  pewien  skrót.  Delbin
powiedział mu coś o rzece, która płynęła na północ ku twierdzy Vingaard. Oznaczało to konieczność
pokonania gór i częściowego przynajmniej zahaczenia 0 Qualinesti, w sumie jednak szybciej dotarłby
do celu, a tym była twierdza Vingaard 1 konfrontacja z Wielkim Mistrzem.

Zatęsknił niemal za towarzystwem kendera, który zdałby się choć na przewodnika. Delbin nieźle

znał te okolice, Kaz jednak nie mógł pozwolić sobie na czekanie na zwykle pełnego zapału kompana.
Całe szczęście, że miał przy sobie mapę kendera.

Choć nie przyznałby się do tego sam przed sobą, polubił Delbina. Głupio postąpiłby jednak ktoś,

kto zechciałby Kazowi uświadomić tę słabostkę, ponieważ minotaury zazwyczaj niechętnie zawierają
przyjaźnie, a przyznanie się do sympatii dla wszędobylskiego, żywiącego nieodparte zamiłowanie do
zaglądania  w  cudze  sakiewki  i  dziecinnego,  wedle  kryteriów  minotaurowych,  stworzenia,  byłoby
oznaką słabości charakteru.

Kaz  stęknął  i  uderzył  piętami  boki  wierzchowca.  Sterczenie  w  miejscu  i  samo  rozmyślanie  do

niczego nie prowadzi.

Gdy  minotaur  ruszył  na  zachód,  coś  drgnęło  pośród  wysokich  traw.  To  „coś”  było  białe  i

bezwłose.  Ślepia  stwora  nie  posiadały  tęczówek  i  płonęły  czerwienią.  Bestia  ukrywała  się  wśród
traw tak długo, jak to tylko było możliwe. Z tajemniczych powodów nienawidziła bowiem światła,
które płonęło na niebie. Nie spuszczała oczu z niknącej sylwetki jeźdźca i rumaka. Gdy obaj oddalili
się dostatecznie daleko, stwór wstał i podążył ich śladem. Teraz przypominał coś, co kiedyś mogło
być wilkiem… choć śmierć musiała go spotkać dawno temu.

Zwalczając  ból,  jaki  sprawiały  mu  palące  bezlitośnie  promienie  słoneczne,  stwór  ruszył  za

minotaurem.

background image

26.Bohaterowie II - Minotaur Kaz

Rozdział 3

BYWAŁY  CHWILE,  KIEDY  KAZOWI  WYDAWAŁO  SIĘ,  że  jego  żywot  jest  jednym

nieustającym  pasmem  nieporozumień  i  zamętu.  Po  tym,  jak  Huma,  poświęcając  życie,  zakończył
wojnę,  minotaur  liczył  na  to,  że  koleje  losu  się  odwrócą.  Jego  współplemieńcy  mogli  uznać  go  za
mięczaka i osobnika pozbawionego honoru, przestał się jednak tym przejmować. Im dłużej rozmyślał
o obyczajach, prawach i nawykach, wedle których żyły minotaury, tym mniej mu się one podobały, co
nie oznacza bynajmniej, że za lepsze uważał obyczaje i prawa ludzi, krasnoludów, elfów czy nawet
kenderów.

Ku jego zdziwieniu, podróż ku rzece minęła bez szczególnych wydarzeń. Jeśli rzeka miała jakąś

nazwę, kreślarz map najwyraźniej o niej zapomniał. Delbin zresztą nie rozwodził się nad szczegółami
znalezienia mapy, a Kaz, który zdążył go już nieźle poznać, wolał nie drążyć tematu. Liczyło się dlań
to,  że  mapa  była  przydatna  i  dość  dobrze  oddawała  położenie  charakterystycznych  elementów
terenowych.

Słońce  wisiało  już  nisko  nad  horyzontem.  Kaz  ocenił,  że  do  zachodu  została  mu  jeszcze  mniej

więcej godzina. Na niebie pokazał się już dysk Lunitari. Solinari, blady i srebrzysty, objawi się nieco
później. Wyglądało na to, że noc będzie dość jasna.

Rzeka  o  tych  rozmiarach  świadczyła  o  obecności  osiedli  na  jej  brzegach  i  łodzi  na  wodzie.

Oznaczało to również możliwość natknięcia się na ludzi, czego Kaz wolał uniknąć - tak czy owak nie
widział  innej  możliwości  szybszego  dotarcia  do  Vingaardu.  Na  razie  musiał  jakoś  ominąć  główny
łańcuch górski, który leżał na wschód od rzeki i nieco na północ od obecnej pozycji minotaura. Gdy
tego dokona, trafi na puszczę, pod osłoną której przebędzie niemal połowę dalszej drogi. Odsunął na
razie  od  siebie  myśli  o  tym,  jak  sobie  poradzi  w  północnej  Solamnii,  o  której  słyszał,  że  nadal
pozostała  otwartym,  spustoszonym  krajem.  Jeśli  choć  połowa  plotek  odpowiadała  prawdzie,  to
rycerze zachowywali się dziwacznie. Ruszył dalej. Przed nim piętrzyły się coraz wyższe góry.

Gdy ostatnie promienie słońca ustąpiły mrokowi nocy, Kaz zaczął się zastanawiać, czy dokonał

właściwego wyboru.

Miał  przed  sobą  niezbyt  wielki  łańcuch  górski,  same  zaś  góry  były  niczym  w  porównaniu  z

gigantami, wśród których zdarzało mu się błąkać dawniej. Te tutaj należały do przeciętnych. A jednak
w jakiś nieokreślony sposób niepokoiły bardziej niż tamte wyniosłe wierchy.

- Czy kryjecie w sobie jakąś magiczną broń? - spytał na poły drwiąco. W tejże chwili minotaur

pojął dlaczego niepokoił go widok tych szczytów. Przypomniał mu

Humę  i  jego  ostatnie  starcie.  Kaz  nie  umiał  spojrzeć  na  góry,  nie  wspominając  jednocześnie

początku  całej  historii  -  poszukiwania  smoczych  lanc,  jedynego  oręża,  dzięki  któremu  można  było
pokonać hordy smoków Królowej Ciemności, Takhisis. Znaleźli je w końcu, choć zaczęło się tylko
od  tuzina.  Towarzyszący  Humie  Kaz  należał  do  nielicznej  grupki,  którą  uzbrojono  w  lance  do
pierwszej bitwy. Niewielu ich wtedy przeżyło, Kaz zaś był jedynym świadkiem ostatnich chwil życia
Humy,  kiedy  samotny  rycerz  ostatecznie  pokonał  złą  boginię  i  wymusił  na  niej  przysięgę,  z  mocy
której  miała  opuścić  Krynn  i  nigdy  tu  nie  wracać.  Podczas  ostatnich  pięciu  lat  Kaz  niejeden  raz
nadkładał  drogi,  byle  tylko  nie  zbliżać  się  do  gór.  Choć  bywało  i  tak,  że  okazywało  się  to
niemożliwe, zawsze jednak starał się wydostać z nich jak najszybciej.

background image

Lęk  przed  górami!  Kaz  prychnął  z  politowaniem  i  pognał  konia  nieco  szybciej.  Dziś  zaśnie  z

głową  opartą  o  stopy  jednej  z  tych  olbrzymek.  Im  dłużej  o  tym  rozmyślał,  tym  bardziej  był
zdecydowany. Zmniejszy przynajmniej ryzyko, że natknie się na niego jakiś inny podróżnik. Podniósł
wzrok na górujące nad nim szczyty, usiłując oszacować, ile czasu zajmie mu dotarcie do najbliższej
góry. No, będzie już dobrze po zmroku, pomyślał ponuro. Wolałby znaleźć się tam za dnia.

Kaz rozbił obóz u podnóża wysokiego, choć nadgryzionego przez ząb czasu szczytu. Kiedyś tam,

możliwe,  że  w  zamierzchłej  przeszłości  lub  podczas  jakiejś  wojny,  spora  część  zbocza  góry  pękła,
nadając  jej  drapieżny  i  dziki  wygląd.  Całość  przypominała  minotaurowi  jednego  z  jego  przodków,
który  będąc  w  młodości  gwałtownym,  zapalczywym  bykiem,  mimo  licznych  ran  dożył  sędziwego
wieku. Kaz na cześć przodka i na swój użytek nadał górze miano Kefo. Okazało się, że łatwiej jest
zasnąć w cieniu szczytu, który w pewien sposób był mu już znajomy.

Po  całych  miesiącach  wysłuchiwania  nieustannego  potoku  słów  lejącego  się  z  ust  Delbina

minotaur  odkrył,  że  niełatwo  mu  zasnąć,  gdy  towarzystwa  dotrzymują  mu  jedynie  zwykłe  nocne
dźwięki. Prychnął gniewnie. Jeśli miałoby mu zabraknąć towarzystwa kendera, to lepiej już od razu
poddać się wrogom! - Paladine, chroń mnie od szaleństwa! - szepnął z drwiną w głosie.

Natknął  się  na  Delbina  na  południu,  wkrótce  po  swym  powrocie  z  długiej,  niebezpiecznej

wyprawy  do  skutych  lodem  ziem  najdalszego  Południa.  W  okolicy  zaczęły  się  właśnie  ukazywać
proklamacje  z  Vingaardu,  ale  dowodzący  ekspedycją  kapitan,  który  nieszczególnie  przejmował  się
regulaminami,  polubił  natomiast  Kaza,  pozwolił  sobie  na  zwątpienie  w  sens  ciężkich  oskarżeń  o
morderstwo  i  spiskowanie,  zwłaszcza,  że  proklamacje  nie  popierały  oskarżeń  żadnymi  dowodami.
Pieczęć,  którą  Wielki  Mistrz  rycerstwa,  lord  Oswal,  wyróżnił  Kaza,  również  potwierdzała
tłumaczenia minotaura. Rycerz uważał, że oskarżenia w najlepszym wypadku dotyczą kogoś innego.

W  ziemiach  skutych  lodem  minotaur  miał  bowiem  niejedną  możliwość  do  okazania  swej

zdradliwej  natury,  czego  przecie  nie  uczynił.  Człek  ów  był  doświadczonym  badaczem  i  odkrywcą,
kiedy  jednak  ekspedycja  dobiegła  końca,  a  jemu  zaś  udało  się  wrócić  do  ojczystych  gór  Kharolis,
powiedział Kazowi, że zamierza spędzić resztę swego życia -a był młodym człowiekiem - w jakimś
spokojnym,  miłym  miasteczku,  gdzie  chciał  otworzyć  kram  z  warzywami,  największe  ryzyko
ponosząc przy sporach z klientami o ceny jabłek lub warzyw.

Wtedy  to  Kaz  po  raz  pierwszy  usłyszał  wysoki,  pełen  ciekawości  głos:  -  W  rzeczy  samej

wróciłeś  z  lodowych  pustkowi?  Czy  tam  naprawdę  oddech  zamarza  tak,  że  aby  usłyszeć,  co
powiedziałeś, trzeba go roztopić w ognisku? Ktoś mi to mówił! Jesteś minotaurem? Nigdy wcześniej
nie widziałem minotaura. Będziesz gryzł?

Zasypującego  go  pytaniami  osobnika  Kaz  w  pierwszej  chwili  uznał  za  niezbyt  wyrośnięte

dziecko,  które  ozdobiło  głowę  fryzurą  na  kształt  końskiego  ogona.  Dopiero  gdy  kapitan  zaklął
szpetnie  i  sięgnął  do  swej  sakiewki  ze  złotem,  minotaur  zrozumiał,  z  jak  strasznym
niebezpieczeństwem przyszło mu się zetknąć.

Delbinie  Knotwillow  -  pomyślał  Kaz,  wspominając  tamte  chwile  -  potrafiłbyś  chyba

doprowadzić  do  rozpaczy  nawet  innego  kendera.  Pewne  było,  że  na  innych  się  nie  natknęli,  a  jeśli
nawet,  nie  potrwałoby  to  długo.  Delbin,  który  od  tamtej  pory  przylgnął  do  Kaza,  zasypywał  go
niezmordowanie  najniezwyklejszymi  pytaniami  dotyczącymi  minotaurów  i  wszystkiego  innego.  Był
młodzikiem  i  to  nawet,  wedle  kanonów  jego  rasy,  młodzikiem  urodziwym.  Nieco  roślejszy  od
większości swych współplemieńców, liczył sobie cztery stopy wzrostu - bez jednego czy dwu cali - i
ważył  około  dziewięćdziesięciu  funtów.  Mówił  o  sobie,  że  ma  naturę  uczonego  i  zbierał  się  do
napisania współczesnej historii Krynnu. Cel sam w sobie wart zachodu, niestety, kiedy Delbin sięgał
do  sakwy,  by  wyjąć  notatnik,  zawsze  wyciągał  jeden  z  wielu  przedmiotów,  które  gdzieś  wcześniej

background image

zostawił  jakiś  zapominalski  jegomość.  Niesłychanie  podniecony  znaleziskiem  Delbin  oczywiście
zapominał o wydarzeniu, które właśnie miał zanotować.

Teraz  kender  tkwił  pewnie  gdzieś  w  Xak  Tsaroth  lub,  oczywiście  bez  powodzenia,  poszukiwał

Kaza na zachód od tamtego grodu, chyba że jego uwagę przyciągnęło coś innego. Albo, jak Kaz go
znał,  siedział  gdzieś  w  gęstwinie  lasów  Qualinesti  i  wypatrywał  elfiego  konia,  bo  zawsze  chciał
zobaczyć owo niemal baśniowe stworzenie.

Wpatrując się w oba widoczne już dobrze księżyce, Kaz zaczął się zastanawiać, czy uda mu się

choć  odrobinę  wypocząć,  a  bardzo  tego  potrzebował,  czy  też  całą  noc  spędzi  na  rozmyślaniu  o
nieroztropnym kenderze. Miał też nadzieję, że do jutrzejszego wieczora dobrze zaszyje się w puszczy.
Wreszcie wyczerpanie wzięło górę nad wspomnieniami. Koszmarne wizje setek

ciekawych  i  podnieconych  kenderów  zaczęły  zacierać  się  gdzieś  w  mroku  drzemki.  W  końcu,

osuwając się w kojący sen, minotaur westchnął z zadowoleniem.

Stal  przed  potężną  fortecą,  która  w  jakiś  szczególny  sposób  przywierała  do  zbocza  strzelistego

wierchu.  Wokół  leżeli  martwi  i  konający  członkowie  wszystkich  zamieszkujących  Krynn  ras…  i
niełatwo  było  orzec,  kto  z  kim  walczył  -  Skończone  -westchnął  Huma.  Kaz  spojrzał  na  swego
przyjaciela  i  towarzysza.  Mimo  stosunkowo  młodego  wieku,  przystojna  twarz  Humy  poorana  była
zmarszczkami, włosy zaś i wąsy rycerza były srebrnoszare. Do tego wszystkiego Huma był blady jak
śmierć.

Obok  niego,  ujmując  go  pod  ramię,  stała  piękna  i  młoda  kobieta,  której  włosy  przypominały

strumień  najczystszego  srebra.  Kaz  zamrugał  powiekami.  Rysy  dziewczyny  chwilami  zmieniały  się
tak,  że  jej  oblicze  przekształcało  się  w  smocze.  -  Zwyciężyliśmy  -  rzekła  dźwięcznym  i  słodkim
głosem. - I za wasze starania czeka was śmierć! - zagrzmiał jakiś potężny głos.

Ziemia przed cytadelą eksplodowała nagle i wyłonił się z niej wielogłowy stwór. Huma sięgnął

po  smoczą  lancę,  potwór  jednak  skwitował  to  wybuchem  śmiechu.  Stojąca  u  boku  rycerza  kobieta
zaczęła  zmieniać  kształty  i  rozrastać  się,  a  z  jej  delikatnych  barków  nagle  wystrzeliły  rozłożyste
skrzydła.  Smukłe  ręce  i  nogi  stały  się  muskularnymi  łapami,  które  mogły  należeć  tylko  do  smoka.
Majestatyczna  i  piękna,  wzbiła  się  w  powietrze,  rzucając  wyzwanie  potworowi,  którym  -  co  Kaz
pojął niemal natychmiast -mogła być jedynie Takhisis, Królowa Ciemności.

Takhisis zaśmiała się drwiąco i jednym ognistym zionięciem spaliła srebrną smoczycę w locie. Z

ukochanej  Humy  została  jedynie  garść  popiołu,  która  szybko  rozwiała  się  w  powiewie  wiatru
wywołanego machnięciami potężnych, skórzastych skrzydeł bogini.

Takhisis  zaśmiała  się  jeszcze  donośniej.  Kaz  w  duchu  wezwał  na  pomoc  Paladine’a,  choć

dopiero niedawno został wyznawcą tego boga. Łby Takhisis nie były głowami smoków. Na końcach
mocarnych  karków  kołysały  się  głowy  ludzi.  Pierwsza  była  głową  kobiety  tak  pięknej,  że  w
porównaniu  z  nią  nawet  Gwyneth,  srebrna  smoczyca,  musiałaby  ustąpić.  Takhisis  uwodzicielska.
Niewiele  pomogło  spojrzenie  na  drugą  z  głów.  To  hebanowoczarne  oblicze  należało  niegdyś  do
Crynusa,  szalonego  wodza  armii  Królowej  Ciemności.  Po  jego  podbródku  spływała  plwocina.
Kolejnym łbem była głowa czarodzieja Magiusa. Magius niegdyś przyjaźnił się z Humą i skonał jako
więzień sług Mrocznej Pani.

Dopiero jednak widok następnej, posępnej twarzy mężczyzny, sprawił, że Kaz i Huma sapnęli ze

zgrozą. Obaj poznali Rennarda, rycerza solamnijskiego, który wspierał starania Humy o wstąpienie
do zakonu i który w końcu okazał się nie tylko jego stryjem,

ale i zdradzieckim wyznawcą Morgiona, boga chorób, gnicia i rozkładu. Po tym, jak jego próby

zabicia  Humy  i  lorda  Oswala  spełzły  na  niczym,  Rennard  skonał  okropną  śmiercią.  Morgion  nie
należał do bogów znanych ze skłonności do wybaczania.

background image

Najgorsze  było  ostatnie  oblicze.  Nad  pozostałymi,  nawet  nad  głową  Uwodzicielki,  górowała

twarz,  której  Kaz  nigdy  przedtem  nie  widział,  ale  poznał  ją  natychmiast.  Szczerząc  zęby  w  trupim
uśmiechu,  wydłużona,  wąska  gęba  rozdęła  się  niesamowicie,  aż  niemal  dorównała  wielkością
reszcie  cielska  potwora.  Oblicze  przypominało  ludzkie,  choć  podobieństwo  było  dość  nikłe,
ponieważ jego skóra miała zielonkawą barwę i pokrywały ją drobne łuski, podobne do wężowych.
Rzadkie  i  cienkie  włosy  ściśle  przylegały  do  prawie  nagiego  czerepu.  Widoczne  w  uśmiechu  zęby
były za to długie, ostre i przypominały kły drapieżnika.

-  Dracos  -  mruknął  Huma.  -  Ponownie  w  łaskach  swej  bogini.  -  Rycerz  przełożył  jedyny  oręż

przeciwko  Królowej  Ciemności,  smoczą  lancę,  do  drugiej  dłoni  i  ku  zgrozie  minotaura  podał  mu
drzewce. - Cóż… cóż to ma znaczyć?

Huma uśmiechnął się niewesoło. Jego młoda i jednocześnie stara twarz była ściągnięta i równie

blada jak oblicze martwego Rennarda. - Ja już nie dam rady. Zginąłem, pamiętasz?

Kaz  patrzył  ze  zgrozą,  jak  jego  towarzysza  porwał  nagły  wicher,  który  uniósł  go  w  górę  i  po

chwili  Huma  przepadł  jak  garść  popiołu…  Po  kilku  sekundach  zniknął  po  nim  ostatni  ślad.  -
Minotaurzeee… Moje zbłąkane dziecię… Czas wrócić na łono matki..

Podniósł wzrok na drwiące zeń oblicza bogini i poczuł, że ogarnia go przerażenie. Mimo iż coś w

głębi duszy minotaura sprzeciwiało się takiemu tchórzostwu, odwrócił się i rzucił do ucieczki, po to
jedynie,  by  odkryć,  że  w  którąkolwiek  stronę  by  nie  uciekał,  zawsze  w  końcu  trafiał  przed  oblicza
pięciogłowej bestii.

Wokół zebrali się rycerze solamnijscy, zamiast jednak mu pomóc, drwili zeń niemiłosiernie. Lord

Oswal i jego bratanek, których jastrzębie twarze były niesamowicie do siebie podobne, obserwowali
szamotaninę Kaza z takim zainteresowaniem, jakby patrzyli na pełznącą po ziemi mrówkę.

- Nigdy przedtem nie widziałem pięciogłowego smoka - rozległ się gdzieś obok znajomy głos. -

Czy każda głowa odgryzie ci kawał ciała? Jak myślisz, bestia ma pięć żołądków? Kaz? Wyglądasz
nie  najlepiej…  Kaz?  Kaz!  Głowy,  rozwierając  paszcze  coraz  szerzej  i  dziwnie  się  wzdymając,
opadły  ku  niemu.  Ostatnią  rzeczą,  jaką  zapamiętał,  był  głos,  pytający  spokojnie:  -  Kaz,  a  może
wolisz, bym cię zostawił?

Minotaur  usiadł,  rycząc  przeraźliwie  i  przecierając  rozszerzone  przerażeniem  ślepia.  Coś

niewielkiego i żylastego poleciało w tył i wylądowało nieopodal z głośnym łoskotem. - Oooch!

- Czy wy, minotaury, zawsze budzicie się tak gwałtownie? Może dlatego nikt was nie lubi? No…

ja  osobiście  lubię  minotaury,  ale  wiesz,  co  mówią  o  kenderach…  hm…  nieważne.  Myślałem,  że
nigdy cię nie znajdę!

Kaz  przetarł  oczy,  niezbyt  pewien,  czy  głos  który  słyszy,  jest  dalszą  częścią  koszmaru  sennego,

czy początkiem nowego, który przyjdzie mu przeżyć na jawie. Jego wzrok dopiero przystosowywał
się do nikłej poświaty obu księżyców. Minotaur zmrużył oczy i spytał niepewnym głosem: - Delbin?

Mimo mroku dostrzegł pełen wyższości uśmiech kendera. - Kaz, co ty tu porabiasz? Widziałeś te

kupy  ludzi,  którzy  tłukli  się  ze  sobą?  Czy  podobnie  jest  na  wojnie?  Jakoś  nie  udało  mi  się  wziąć
udziału  w  żadnej!  Dziadunio  twierdzi,  że  jestem  za  młody.  Powiada,  że  tak  poważne  sprawy
powinienem zostawić dorosłym!

-  Delbin,  odetchnij  sobie!  -  odparł  Kaz  niemal  machinalnie.  Po  kilkutygodniowych  wysiłkach

udało  mu  się  jakoś  przekonać  kendera,  że  bywają  chwile,  w  których  powinien  trzymać  język  za
zębami, chyba że chce poczuć ciężką pięść rozjuszonego minotaura. Delbin się zamknął, choć widać
było, że kosztowało go to sporo wysiłku. - Delbin, jak tyś mnie odnalazł?

Kender obrzucił go dumnym spojrzeniem. - Mój dziadek potrafił wytropić mysz, która zbiegła już

do Hylo… no, może nie aż tak daleko… i nauczył mnie różnych sztuczek, więc gdy zobaczyłem, jak ci

background image

wszyscy ludzie biorą się za łby, pomyślałem, że albo ruszyłeś na nich, albo poszedłeś precz! Kiedy
ujrzałem, że nie ma cię wśród walczących, przypomniałem sobie o tej rzece na mapie. Odgadłem też,
że  nie  życzysz  sobie,  by  cię  widziano,  tak  więc  pozostały  tylko  góry,  a  potem  już  łatwo  było  cię
odnaleźć… zostawiłeś trop jak smok. No… po prawdzie nie dostrzegłby go nikt prócz kendera… i
oto mnie masz!

Kaz  parsknął  z  irytacją.  Zapomniał  już,  jak  „zwięzłe”  bywają  objaśnienia  Delbina,  choć  tym

razem kender był dziwnie oszczędny w słowach. - Musiałeś iść bez przerwy. Dopiero teraz z twarzy
Delbina znikł beztroski wyraz. - Ja… martwiłem się o ciebie.

- Martwiłeś się o mnie? - prychnął Kaz, nieprzywykły do tego, by ktoś okazywał mu uczucia. Z

pewnością  zaś  nie  oczekiwał  tego  po  tak  powierzchownej  istocie,  jaką  wydawał  mu  się  Delbin.
Minotaur zaczerpnął tchu w płuca i nadął się, by zająć jak najwięcej miejsca w przestrzeni. - Delbin,
jestem minotaurem! Nie masz powodów, by się o mnie martwić! -

- No… byłeś dla mnie dobry i pozwoliłeś mi towarzyszyć sobie, choć wiedziałeś, że jestem dość

młody  i  niedoświadczony…  nie  tak  jak  inni,  bywali  w  świecie  kenderowie.  To  mi  przypomina,  że
powinienem  opisać  dzisiejszy  dzień…  Doskonale  nada  się  do  mojej  księgi…  tamci  przekonają  się
jeszcze,  jak  jestem  przebiegły,  przewidujący…  i…  Ooo!  To  z  pewnością  nie  mój  notatnik…  ale
niewątpliwie rzecz jest interesująca! Ciekaw jestem, jak trafił do mej sakwy? Delbin zaczął oglądać
płaski  niewielki  notes,  bezskutecznie  -jak  podejrzewał  Kaz  -  poszukiwany  od  dłuższego  już  czasu
przez nieznanego mu poprzedniego właściciela.

Minotaur  stęknął  i  ponownie  się  położył.  Wszystko  wracało  do  normy  -  tak  przynajmniej,  jak

normy  owe  pojmowali  kenderowie.  Mimo  iż  Delbin  niekiedy  irytował  go  do  granic  cierpliwości,
musiał przyznać, że w obecności wszędobylskiego malca nigdy nie odczuwał nudy. Bywał niekiedy
zbity z tropu lub wściekły, ale nigdy się nie nudził.

Nagle zdał sobie sprawę z faktu, że kender zachowuje się niezwykle cicho. Podniósł się i łypnął

okiem w stronę towarzysza. Tam, gdzie przed chwilą kokosił się bystrooki i kipiący energią młodzik,
dostrzegł  teraz  nieruchomą,  wymizerowaną  drobną  sylwetkę.  Całodzienny  pościg  za  długonogim
minotaurem wyczerpał kendera do cna. Jutro, pomyślał, ziewając potężnie, trzeba będzie powiedzieć
Delbinowi coś miłego.

Zamknął oczy i po kilku chwilach spał już spokojnie, a okropny sen odszedł w niepamięć.
Obudził go poranny chłód i odkrył, że śpi w cieniu. Wiał rześki wietrzyk. Minotaur przeciągnął

się, by wyprostować zesztywniałe członki i wstał. Nieopodal donośnie chrapał Delbin.

Poranek był jeszcze bardzo młody. Cień rzucany przez góry był tak mroczny i głęboki, że gdyby

nie  błękit  nieba,  Kaz  pomyślałby,  że  jeszcze  jest  noc.  Sięgnął  do  swej  sakwy  i  zaczął  ją
przeszukiwać,  starając  się  znaleźć  coś  do  zjedzenia.  Jak  zwykle  brakowało  połowy  jej  zawartości.
Wiedział  jednak,  że  wszystko  niemal  znajdzie  w  bagażu  kendera,  który  przed  udaniem  się  na
spoczynek  „zabezpieczył”  sakwę  przyjaciela.  Choć  głód  nieźle  mu  doskwierał,  zdecydował,  że
pozwoli  Delbinowi  jeszcze  pospać.  Znalazł  kilka  porcji  pod  podszewką  swej  sakwy,  tam  gdzie
wetknął je na wszelki wypadek. Żarcie było twarde i właściwie pozbawione smaku, Kaz jednak od
dawna przywykł do żołnierskich porcji. Zastanawiał się, czy kender zdołał zdobyć na targu te towary,
o które Kaz go prosił. Pokusa przejrzenia sakwy kompana stawała się coraz silniejsza.

-  Mam  trochę  owoców  i  jakieś  słodkie  ciasta  -  odezwał  się  kender  zza  pleców  Kaza.  Jego

zdolność do ukradkowego przenoszenia się z miejsca na miejsce niekiedy mocno

- irytowała minotaura. Delbin wsunął rękę do swego wora.
- Jeśli przypadkiem znajdziesz tam coś, co niedawno zgubiłem, chętnie uwolnię cię od ciężaru -

mruknął Kaz niby to obojętnym tonem.

background image

-  Wiesz  co?  Powinieneś  bardziej  uważać.  Gdyby  nie  ja,  już  dawno  wszystko  byłbyś  pogubił!  -

Delbin oczywiście nie raczył zwrócić uwagi na fakt, że głos Kaza niemal ociekał sarkazmem. I jak
gdyby  nigdy  nic,  podrzucił  minotaurowi  kilka  przedmiotów.  Szybko  rosnąca  kupka  okazała  się  w
końcu całkiem sporą i znalazło się w niej kilka rzeczy, których Kaz nigdy wcześniej nie widział. Były
wśród  nich  dwa  duże,  dojrzałe  owoce  i  kawałek  nieco  sponiewieranego  placka.  Kaz  jedząc,
obserwował,  jak  jego  towarzysz  kończy  przegląd  swego  inwentarza.  Zdumiało  go  odkrycie,  jak
bardzo  tęsknił  za  wypiekanymi  przez  ludzi  słodkościami.  Piekarze  minotaurów  oczywiście  nie
zajmowali się takimi bzdurami, zostawiając je rasom, które uważali za zniewieściałe.

-  Ooo!  Mój  notes!  -  Delbin  pokazał  Kazowi  potargany  notatnik.  Minotaur  niejednokrotnie  się

zastanawiał, czy kender cokolwiek w nim zapisał. Ani razu bowiem nie widział Delbina piszącego.
Kender  tymczasem  ponownie  wetknął  swe  skarby  do  sakwy,  choć  mogłoby  się  zdawać,  że  nawet
połowa z nich się w niej nie zmieści.

Ponieważ  siedmiostopowy  minotaur  potrzebował  znacznie  więcej  pożywienia  niż  nie  sięgający

czterech stóp kender, Kaz pochłonął resztę swego suchego prowiantu. Gdzieś na szlaku i nie później
niż  przed  wieczorem  trzeba  będzie  zapolować.  Ostatniej  nocy  był  zbyt  zmęczony,  by  zająć  się
rozstawieniem wnyków, choć dziś może uda się coś złowić. Wyglądało na to, że okolica roi się od
królików  i  innej  drobnej  zwierzyny,  na  Północy  zaś,  gdzie  się  udawali,  łowy  powinny  być  nieco
trudniejsze.  Szalejące  przez  kilka  dziesięcioleci  kampanie  wojenne  spustoszyły  kraj  i  przepłoszyły
dziczyznę na Południe i daleką Północ, do krain ominiętych przez płomień wojen.

Minotaur  potrząsnął  głową  i  odegnał  od  siebie  wspomnienia  o  wojnie.  -  Spróbuję  zapolować.

Chyba nie sądzisz, że tamci jeszcze idą naszym tropem?

Delbin  zgryzł  wargę  i  zamyślił  się  na  chwilę.  Widać  było,  że  stara  się  ze  wszystkich  sił.  -

Myślę…  że  dali  za  wygraną.  Niektórzy  ludzie  w  Xak  Tsaroth  gadali  o  tym,  jak  to  załogi
południowych  forteczek  martwią  się  o  to,  co  się  dzieje  w  Solamnii.  Rozważają  też  możliwość
posłania  swych  przedstawicieli,  by  oni  pogadali  z  Wielkim  Mistrzem  albo  przynajmniej  z  jego
bratankiem, który - jak sądzę - ma spore wpływy i mógłby wkrótce sam zostać Wielkim Mistrzem…
niektórzy z rycerzy utrzymują zresztą, że obecny Mistrz jest chory..

Rewelacje  kendera  sprawiły,  że  Kaz  natychmiast  zapomniał  o  łowach.  -  Wielki  Mistrz  Oswal

zachorował?

-  Tak  mówią.  To  może  być  plotka,  ale  słyszałem,  jak  jeden  młody  jegomość  powiadał,  że  ten

bratanek… zapomniałem jak ma na imię..

-  Bennet.  -  Oblicze  Kaza  sposępniało  i  minotaur  prychnął  gniewnie.  Delbin  natychmiast  ucichł,

widywał już bowiem Kaza w takim właśnie humorze.

Gdy minotaur po raz pierwszy zetknął się z Bennetem, synem Wielkiego Mistrza Trake’a, młody

arystokrata  nie  był  wiele  wart  -  ot,  zwykły,  arogancki  młody  panicz.  Podczas  ostatnich  dni  wojny
zmienił się jednak, poświęcenie Humy pokazało bowiem Bennetowi, jakim powinien być rycerz. W
dniu,  w  którym  Kaz  ostatecznie  rozstawał  się  z  rycerzami,  Bennet  znalazł  się  wśród  tych,  którzy  z
całą powagą dziękowali minotaurowi za jego udział w zakończeniu konfliktu.

Wśród minotaurów krążyło stare powiedzenie o tym, że należy mieć się na baczności, kiedy wróg

niespodziewanie  wyciąga  przyjazną  dłoń:  Sprawdź,  czy  przedtem  obciął  sobie  pazury.  Być  może
Bennet wrócił do starych przyzwyczajeń. Zapomniał o łowach. - Delbin, mówiono coś o mnie?

Kender  potrząsnął  głową.  -  Kaz,  oni  mają  wystarczająco  wiele  kłopotów  z  maruderami.  Spora

część  resztek  smoczej  armii  ruszyła  na  Południe…  myśleli,  że  się  tu  obłowią…  nie  bardzo  wiem,
skąd  im  to  przyszło  do  głowy.  Zawsze  myślałem,  że  lepsze  jest  Hylo…  choć  wolałbym,  żeby
opryszki na to nie wpadły. Nie mają najlepszych manier, prawda?

background image

-  Dziwne,  że  w  ogóle  ruszyli  w  tę  stronę.  Dlaczego  nie  poszli  na  północno-wschodnie  rubieże

Istar albo w góry Thorbardinu? - Kaz wzruszył ramionami. Maruderzy nie mieli przywódcy ani domu,
do którego mogliby wrócić. W końcu ich się wytrzebi.

- Jeśli dali mi spokój, a na to wygląda, to spróbujemy przedostać się do rzeki. Kiedy dotrzemy do

jakiegoś osiedla, chcę, byś poszedł i kupił trochę żywności - kupił, Delbin, zakarbuj sobie to słowo.
W  północnych  lasach  znów  zaczniemy  polować.  Powinniśmy  zgromadzić  zapas,  dzięki  któremu
będziemy mogli dotrzeć do Vingaardu.

Delbin  wytrzeszczył  oczy,  nie  bez  satysfakcji.  -  Naprawdę  zamierzasz  udać  się  do  twierdzy

Vingaard? Nigdy jej nie widziałem, ale powiadają, że są tam lochy, krypty, ukryte przejścia i..

-  Delbin,  odetchnij  sobie.  Głęboko.  -  Kender  zamknął  paszczę,  Kaz  zaś  już  zaczął  rozmyślać  o

czekającej  go  podróży.  Zaplanował  wszystko,  a  jego  niestrudzeni  prześladowcy  dotąd  się  nie
pokazali. Jeśli nie zdarzy się coś nieprzewidzianego, podróż powinna być spokojna i bezpieczna.

Minotaur skrzywił się nieznacznie. Jeśli rzeczywiście miało być tak spokojnie, nie było potrzeby,

by dźwigać na plecach ciężki topór. Z pewnością wygodniej byłoby

wetknąć  go  w  juki.  Do  łowów  bardziej  nadawała  się  inna  broń,  której  miał  pod  dostatkiem.

Kiedy  wyruszali  w  kilka  minut  później,  topór  spoczywał  w  obejmie  na  grzbiecie  minotaura.  Kaz
mógł w każdej chwili go wydobyć i użyć w mgnieniu oka. Ot tak, na wszelki wypadek.

background image

26.Bohaterowie II - Minotaur Kaz

Rozdział 4

KTÓREGOŚ  DNIA  -  oznajmił  im  z  dumą  instruktor  -  któregoś  dnia  minotaury  zawładną

Krynnem.  Nasi  wrogowie  ugną  się  przed  naszą  siłą.  W  końcu  są  tylko  barbarzyńcami,  prawda?
Jedynie  my  możemy  ucywilizować  ten  zacofany  świat.  Inni  już  próbowali,  brakło  im  jednak  naszej
determinacji i dyscypliny. Przyszłość należy do nas, mamy bowiem misję dziejową do spełnienia.

Młode  minotaury  stłoczyły  się  przed  instruktorem  i  wpatrywały  się  weń  szeroko  otwartymi

oczyma.  Zebak  nie  był  najlepszym  mówcą,  w  jego  głosie  brzmiała  jednak  autentyczna  pasja  i
przekonanie - elementy ważne, kiedy przemawia się do młodych. Uważał, że jego obowiązkiem jest
przekazywanie tego przesłania młodym, tak by zaczęli w końcu rozumieć, jak toczy się ten świat.

Przez  wejście  zajrzał  inny  minotaur  -  również  dość  młody  -  i  dał  jakiś  znak  Zebakowi.  Starszy

kiwnął  głową  i  odprawił  przybysza.  Dzieci  pojęły  sygnał,  widziały  go  w  końcu  przynajmniej
kilkanaście razy. Oznaczał on, że w pobliżu znajduje się jeden z ich panów i ciemięzców.

Zebak  zaczął  mówić  o  sztuce  wojennej  i  o  tym,  jak  ogniskuje  się  wokół  niej  życie  każdego

minotaura.  Tymczasem  do  pomieszczenia  weszła  nowa  istota.  Przybysz  wydał  się  dzieciom
odrażający,  ogry  jednak  niewiele  przejmowały  się  nastrojami  dzieciarni.  Tyran  obserwował
młodzików,  siedzący  zaś  w  tyle  Kaz  nie  był  chyba  jedynym,  który  nie  potrafił  ukryć  odrazy  i
nienawiści.

- Dobra klasa, nauczycielu - przyznał ogr swym zgrzytliwym głosem. Jego płaska gęba miała przy

tym taki wyraz, jakby był smakoszem wybierającym kęs na posiłek. - Staram się, jak mogę.

Ogr rzucił mu szczególne spojrzenie. Kaz był zbyt młody, by je rozpoznać czy zrozumieć. - Tak

mi mówiono. Gość oddalił się, nie mówiąc już ani słowa i lekcja potoczyła się swoją koleją.

Następnego dnia Zebak zniknął. Do końca roku trenował ich ogr. Na wiosnę byli już gotowi do

pierwszych walk. - Kaz? - Hm?

- Coś się stało? Gapisz się w niebo, które oczywiście jest piękne, ale masz przy tym dziwną minę

i pomyślałem sobie..

-  Nie,  Delbin,  nic  mi  nie  jest.  Po  prostu  wspominałem.  -  Kaz  prychnął  z  irytacją.  Do  tego

wszystkiego  robił  się  sentymentalny.  Czyżby  to  już  starość?..  -  To  miejsce  przed  nami…  Myślę,  że
tam jest jakaś wioska. Może znajdziemy - rybaków? Kupić trochę ryb? Obiecuję, że nic nie nabroję.
Zobaczysz.

Kaz przyjrzał się osadzie. Składało się na nią pięć domków usadowionych wzdłuż brzegu rzeki -

słowo „domki” było niezasłużonym komplementem dla tych mizernych chatynek. Za osiedlem i rzeką
było widać skraj lasu, do którego zamierzał dziś jeszcze dotrzeć. Uwagę minotaura od skraju puszczy
odciągnęły  przenikliwe  wrzaski.  Wokół  domków  bawiła  się  w  berka  grupka  dzieci.  Kaz  usiłował
wyobrazić  sobie  w  podobnej  sytuacji  grupkę  małych  minotaurów,  zawiodła  go  jednak  imaginacja.
Jego  współplemieńcy  ćwiczyli  i  trenowali  od  chwili,  kiedy  zaczynali  stawiać  pierwsze  kroki.  Na
naukę nigdy nie było za wcześnie.

Kilku  dorosłych  wyciągało  na  brzeg  małą  łódeczkę.  Kaz  niewiele  uwagi  poświęcił  tej  scenie  -

najnędzniejszy  z  minotaurów  z  odrobiną  godności  osobistej  odwróciłby  się  ze  wzgardą  od  tego
wraku. Hańba, że coś takiego w ogóle pływa! Ktoś ich zauważył. Rozległ się okrzyk i Kaz wstrzymał
konia. - Delbin, zaczekaj. Kender spojrzał na niego ciekawie i - rzecz niezwykła - nie odezwał się

background image

słowem.

Kaz  poczekał,  aż  zebrała  się  spora  grupka  ludzi.  Można  było  wyróżnić  wśród  nich  członków

trzech  rodzin  i  paru  samotnych.  Wszyscy  wyglądali  na  przestraszonych,  mieli  obszarpane  ubrania  i
minotaur  wywnioskował,  że  dopiero  niedawno  przybyli  tu  z  Północy,  licząc  na  możliwość
rozpoczęcia nowego życia. Zyskali nieco w jego oczach. Ci, którzy padli ofiarą wojny, w większości
zrezygnowali z wszelkich ambicji i po prostu starali się przetrwać.

Kiedy przekonał się, że do grupki nikt już nie dochodzi, podciął lekko konia i ruszył powoli ku

nim. Tuż za nim i w odpowiednim tempie - jechał Delbin. Kaz podejrzewał, że przynajmniej jeden
lub dwaj mieszkańcy wioski ukryli się gdzieś nieopodal i bacznie ich obserwują.

Przed  grupkę  wieśniaków  odważnie  wystąpił  jakiś  jegomość  o  siwej  brodzie,  który  zatrzymał

przybyszów okrzykiem: - Nie zbliżaj się, bestio, chyba że chcesz spotkać śmierć.

Kaz  zatrzymał  rumaka.  Z  łatwością  mógłby  runąć  i  rozproszyć  wieśniaków  -  chyba  że

obserwatorzy  byli  świetnymi  łucznikami.  Jeden  lub  dwa  zamachy  toporem  uwolniłyby  ich  głupie
dusze  z  okowów  ciał.  Nie  bez  trudu  stłumił  w  sobie  tę  naturalną  dla  każdego  minotaura  reakcję.
Huma nigdy by nie wybaczył napaści na tych ludzi.

- Jestem Kaz, a ten tu, to Delbin. Wiedzcie, że mamy pokojowe zamiary. Być może kupimy nieco

żywności, jeśli macie jej zbyt wiele. - Usiłował przemawiać najłagodniej, jak umiał, ale jego głęboki
i  głuchy  głos  sprawił,  że  niektórzy  słabsi  duchem  ludzie  skrzywili  się  z  obawą.  Siwobrody  potarł
dłonią  policzek.  -  Podróżujesz  z  kenderem..  Było  to  stwierdzenie  faktu,  nie  pytanie,  Kaz  jednak
odpowiedział: - Jak już

mówiłem, nazywa się Delbin i jeśli mu pozwolicie, zagada was na śmierć… wasze pozwolenie,

skoro  o  tym  mowa,  wcale  mu  zresztą  nie  jest  potrzebne.  Widząc  go  o  mojego  boku,  powinniście
zrozumieć,  że  nikomu  nie  zagrażam…  i  przysięgam,  że  postaram  się  trzymać  go  z  dala  od  tego,  co
wasze.

Kaz uśmiechnął się lekko, świadom, że gdyby roześmiał się jak zwykle, obnażyłby przy tym zbyt

wiele zębów jak na gusty tych ludzi.

- Micah, zabijmy go! - syknął jakiś wieśniak o chudej, lisiej twarzy. Wyglądał na takiego, co zna

się  na  żołnierce  i  jeśli  Kaz  miałby  sądzić  ze  spojrzeń,  jakimi  lisiogębego  obrzucili  pozostali
wieśniacy, był chyba najbardziej niebezpiecznym osobnikiem w grupie. Dłoń minotaura nieznacznie
przesunęła się ku drzewcu topora.

-  Nie  ma  potrzeby.  -  Głos,  który  właśnie  się  rozległ,  był  jasny  i  niezbyt  donośny,  znać  jednak

było,  że  należał  do  osoby  nawykłej  do  posłuchu  -  i  to  wcale  nie  wymuszanego  siłą.  Od  rzeki
nadchodziła  niewysoka,  krzepka  kobieta  o  długich,  kasztanowych  włosach.  Miała  szerokie,  ciemne
oczy,  przywodzące  Kazowi  na  myśl  oczy  jego  krewniaczek,  i  pełne  wargi,  które  wydymała  lekko,
przez co wyglądała jak niezadowolona z czegoś nauczycielka.

Kaz nie znalazł zdrady w jej otwartej twarzy, przyjrzawszy się zaś szatom dziewczyny, zrozumiał

powód jej pewności siebie. Suknia nieznajomej została wykonana z szorstkiego samodziału, uwagę
minotaura  przyciągnęło  jednak  co  innego.  Nowo  przybyła  miała  na  szyi  medalion,  który  Kaz
rozpoznał natychmiast, podczas wojny widywał bowiem już podobne. Miał do czynienia z kapłanką
Mishakal,  boginią  uzdrowień.  Ta  dziewczyna  nikomu  nie  zagrażała  i  można  było  polegać  na  jej
słowach. Kaz odsunął dłoń od drzewca topora. - Upieram się, że lepiej nie ryzykować - mruknął były
żołnierz.

- Jeśli Tesela uważa, że nic nam nie grozi - sprzeciwił się siwobrody - to znaczy, że nic nam nie

grozi.

- Umilkł, jakby uderzony nagłą myślą. - No… chyba to właśnie miałaś na myśli, Teselo, prawda?

background image

Dziewczyna  uśmiechnęła  się  tak,  że  wszystkim  zrobiło  się  raźniej,  jakby  zza  chmur  nagle

wyjrzało  słońce.  -  Nie  inaczej,  Drew.  W  przybyszu  nie  znajdziesz  zła…  mimo  że  to  minotaur.  Jest
zagubiony, pełen rozterek, ale niegroźny..

- Kapłanka przerwała i spojrzała koso na człowieka, który przedtem oponował. -Chyba, że ktoś

go  sprowokuje.  Były  żołnierz  potrząsnął  głową.  -  Ja  tylko..  -  Wiem,  Korum.  - A  co  z  kenderem?  -
spytał Drew, odsuwając w tył kosmyk opadających mu na - czoło włosów. - Ręczysz i za niego?

-  Delbin  zostanie  przy  koniach  -  podsunął  natychmiast  Kaz.  Kender  otworzył  usta,  zamierzając

gorąco zaprotestować, minotaur jednak dodał spokojnie: - Delbin, odetchnij sobie.

Kender zamknął gębę, obrzucając wszystkich wściekłym spojrzeniem, na jakie przedtem nigdy nie

zdobył się chyba żaden z przedstawicieli jego beztroskiej rasy. Niektórzy z ludzi uśmiechnęli się ze
zrozumieniem, a Drew kiwnął głową.

- Witajcie więc… choć od razu muszę prosić, żebyście raczyli wyjechać najpóźniej jutro.
- Wójcie, nie musicie się martwić. Zamierzamy ruszyć dalej, gdy tylko będzie to możliwe. - Kaz

zeskoczył  z  siodła  i  podał  wodze  ponuremu  jak  gradowa  chmura  Delbinowi.  Odwrócił  się  ku
ludziom,  aby  stwierdzić,  że  wszyscy,  nie  wyłączając  kapłanki,  gapią  się  nań  z  podziwem.  Dopiero
teraz zaczęło do nich docierać, z jak rosłym osobnikiem mają do czynienia. Kaz poczuł, że wracają
ich obawy i szybko podjął próbę wymyślenia czegoś, co miałoby ich uspokoić. Doszedł do wniosku,
że najlepiej będzie, jeśli odda im swój topór.

-  Naprawdę,  nie  macie  powodów  do  obaw.  Jeśli  chcecie,  jako  wyraz  dobrej  woli  zostawię  tu

swój topór.

Wójt  zamierzał  chyba  skorzystać  z  propozycji  minotaura,  Tesela  jednak,  na  której  twarzy

odmalował się nagle głęboki wstyd, odparła: - Nie… nie ma potrzeby.

-  Kapłanko…  -  wybuchnął  nagle  stary.  -  Wdzięczni  ci  jesteśmy  za  twoją  pomoc,  kiedy  to  w

zeszłym miesiącu Gia i moja żona zachorowały i wszyscy myśleliśmy, że już z nimi koniec… ale nie
zapominaj, że i ty jesteś tu gościem. Wolałbym, żebyś nie podejmowała decyzji za mnie! Kapłanka
zrobiła niewyraźną minę. - Przepraszam, Drew.

-  Nie  przepraszaj!  -  Siwobrody  roześmiał  się  nieoczekiwanie.  -  Czuję  się  tak,  jakbym  zbeształ

samą  Mishakal!  -  Westchnął  i  odwracając  się  do  Kaza,  powiedział:  -Jeśli  ona  uważa,  że  możesz
zatrzymać  swój  topór,  to,  oczywiście,  możesz  go  zatrzymać…  ale  choćbyś  mnie  zabił,  nie  mam
pojęcia, po co ci tutaj to katowskie narzędzie.

Kaz podziękował skinieniem głowy. Zdumiało go, że kapłanka Mishakal sprzeciwiła się temu, by

oddał broń. Uzdrowicielka, jaką była Tesela, powinna nie cierpieć samego widoku oręża.

-  Kaz?  -  Delbin  wiercił  się  w  siodle,  jakby  usadowiono  go  na  mrowisku.  -  Mogę  się  oddalić?

Obiecuję,  że  nie  zbliżę  się  do  niczego.  Może  wezmę  konie  ku  rzece,  tak  żeby  mogły  skorzystać  z
wody…  nie  wiem  jak  konie,  ale  ja  chętnie  bym  sobie  popływał.  Jechaliśmy  bez  popasu,  dzień  był
słoneczny i naprawdę chciałbym..

-
Minotaur spojrzał na Teselę i wójta, który mruknął: Jak długo będzie siedział w wodzie, zostawi

w spokoju nas i nasz dobytek. Mamy dość kłopotów i bez kenderów z ich lepkimi palcami. - Delbin
podejrzliwie  spojrzał  na  swoje  dłonie.  -  Nie  mam  lepkich  palców!  Niekiedy  nawet  myję  ręce…
powiedziałem zresztą, że nie tknę niczego, bo Kaz tego nie lubi, choć ja osobiście nie.. - Delbin…
nie przeciągaj struny. Bądź tak dobry i weź konie do wody.

-  Zaprowadzę  go  do  brodu  -  zgłosiła  się  Tesela.  Widać  było,  iż  wójt  wolałby,  żeby  zajęła  się

minotaurem, ale tylko kiwnął głową. Następnie nie bez wahania wyciągnął dłoń ku Kazowi. - W…
witaj.

background image

Dłoń  człowieka  niemal  całkowicie  zniknęła  w  łapie  minotaura.  Obaj  wymienili  uściski  i  Kaz

puścił  rękę  Drewa.  Ten  przede  wszystkim  upewnił  się,  że  dłoń  jest  na  swoim  miejscu  i  dopiero
potem spytał: - Czego wam potrzeba?

Kaz szybko wyrecytował listę produktów żywnościowych i niezbędnych do przetrwania w dziczy

przedmiotów, o których sądził, że można je znaleźć w małym osiedlu. Zapłacę złotem.

Drew kiwnął głową i poprowadził go ku brzegowi rzeki. - Będziemy radzi. Pozwoli nam to kupić

kilka  potrzebnych  rzeczy  od  pływających  po  rzece  kupców…  albo  posłać  po  nie  kogoś  do  Xak
Tsaroth.  Podczas  podróży  do  tego  miejsca  straciliśmy  sporo  dóbr.  -  Przybyliście  z  północnej
Solamnii. - Z miejsca zwanego Teal… to na zachód od Kyre.

-  Kyre?  -  Kaz  spojrzał  na  rozmówcę  szeroko  otwartymi  oczyma.  -  Walczyłem  w  pobliżu…

oczywiście po stronie Paladine’a.

Wójt ściszył głos. - Mądrzej zrobisz, jeśli nie będziesz wspominał o swoim udziale w wojnie… i

to niezależnie od tego, po czyjej stawałeś stronie. Po wojnie były tu pewne… zamieszki.

Kaz skwitował tę wieść chrząknięciem. - Słyszałem, że w Solamnii źle się dzieje… szczególnie

w twierdzy Vingaard. Sądziłem, że teraz wszyscy zajmują się odbudową zniszczeń.

- Owszem… gdyby sprawy potoczyły się tak, jak powinny - odparł Drew z goryczą w głosie. - Z

początku rycerze rzeczywiście polecili ludziom zająć się odbudową domostw i siewami. Wydawali
nawet własne pieniądze na zakup pożywienia w regionach, których służalcy Królowej Ciemności nie
spustoszyli  do  cna  w  czasie  walk…  Ścigali  też  i  tępili  niedobitków,  którzy  nie  zrezygnowali  z
łupiestw i gwałtów… Wszystko szło ku lepszemu.. - Ale? Oczy siwobrodego przybrały taki wyraz,
jakby wójt patrzył w przeszłość. - Zawinili

nie tylko rycerze… ale i ci, którzy żyli w pobliżu twierdzy. Trzeba zrozumieć gorycz ludzi, którzy

nie  mogą  wrócić  do  życia,  jakiego  młodsi  nawet  nie  pamiętają.  Mówiłem  ci,  że  kiedyś  byłem
zamożnym kupcem? Ha! Dość o tym, bo mnie… Chcesz usłyszeć coś o zamieszkach? Poczekaj..

Wójt  odwrócił  się  ku  jednej  z  chałup  i  machnął  ręką.  Zza  chaty  wyszedł  krępy  mężczyzna  z

łukiem w dłoniach. - Ten tam, Gil, miał nam zapewnić ochronę… gdybyś zaczął sprawiać kłopoty.
Ćwiczył  w  Kyre  łuczników. Ale  wiesz,  jaki  los  spotkał  ten  gród…  Teraz  dostarcza  nam  mięsiwa.
Nie znajdziesz lepszego myśliwego.

Mimo dość groźnego wyglądu, łucznik okazał się człekiem przyjaznym, który szybko dołączył do

minotaura. Wójt przecenia moje umiejętności. Na północy lasy opustoszały i zwierzyna przeniosła się
w nasze okolice. Właściwie co krok potykam się o sarnę lub jelenia.

Drew potrząsnął przecząco głową. - To nasz łowca nie docenia swoich umiejętności. Myślę, że

Chilsev czy Habakuk, władający przyrodą i zwierzętami, wielce mu sprzyjają.

Wiedzą, że nie poluje dla sportu czy przyjemności i bierze tylko to, czego nam trzeba.
-  Tak  właśnie  się  godzi  -  skomentował  Kaz.  Widział  zresztą,  że  łucznik  jest  człowiekiem

uczciwym i można na nim polegać.

Wójt  przekazał  łucznikowi  prośbę  Kaza  i  myśliwy  powiedział,  że  zajmie  się  dostarczeniem

wszystkiego. Kiwnął głową i odszedł. Drew patrzył za nim przez chwilę. Przyjacielu, pod twierdzą
Vingaard  niewielu  znajdziesz  takich  jak  on.  Jak  mówiłem,  pomoc  urwała  się  nagle  i  tak
niespodziewanie,  że  wielu  ludzi  zostało  bez  zapasów.  Plony  były  liche,  a  lasy  nie  na  wiele  się
zdały…  chyba  że  jako  nieprzebrane  zapasy  suszu  na  opał.  I  wtedy  z  Ymgaardu  zaczęto  przysyłać
oddziały  w  zupełnie  innych  celach.  Niezwykle  skutecznie  zaczęli  gromadzić  -  odbierając  je
oczywiście wieśniakom -wszelkie zapasy, na jakie tylko mogli się natknąć. Zaczęli też domagać się
robocizny lub gotowego grosza… Tych, którzy nie mogli zapłacić, a takich była większość, obrócono
w chłopstwo pańszczyźniane.

background image

-  Co  takiego?  -  Kaz  nie  mógł  uwierzyć,  że  czegoś  takiego  dopuścili  się  lord  Oswal  lub  jego

bratanek  Bennet.  Obaj  w  końcu  trzymali  się  kodeksu  i  zasad,  te  zaś  -  na  ile  Kaz  zdążył  się
zorientować  podczas  pobytu  wśród  rycerstwa  -  surowo  potępiały  zniewalanie  ludzi.  Prawo  to
wprowadził Yinas Solamnus, założyciel zakonów.

- Minotaurze, widzę, że nie wierzysz w to, com rzekł. Niestety, wszystko to prawda. - Ton, jakim

Drew powiedział te słowa, świadczył, że nieprawości rycerzy doznał na własnej skórze. - Nie w tym
rzecz, człowiecze. Po prostu miałem honor walczyć u boku Benneta

i samego Wielkiego Mistrza. Choć obaj mają swe wady, nie mogę uwierzyć, że zbłądzili aż tak

dalece. Z tego, co mówisz, wynika, iż nie oceniasz ich wiele wyżej niż tych rabusiów maruderów!

- Ja bym powiedział, że nie są lepsi od nienasyconych lordów z Ergoth, ale to tylko dlatego, że

przez  jakiś  czas  zajmowałem  się  kupiectwem  właśnie  w  tamtych  stronach.  Obawiam  się  jednak,  że
Solamnijczycy  na  tym  nie  poprzestaną…  jak  sam  zresztą  powinieneś  to  wiedzieć.  Widziałem
proklamacje Wielkiego Mistrza i pewien jestem, że widzieli je i inni. Kaz poczuł, że coś gniecie mu
gardło. - I?..

Drew  uśmiechnął  się  lekko,  co  nie  rozwiało  obaw  minotaura.  -  Kupiec  dość  szybko  uczy  się

oceniać  inwestycje  i  wie,  kiedy  interes  jest  nieopłacalny.  Ja,  na  przykład,  nie  mam  zamiaru  tracić
czasu na transportowanie ciebie w pętach do twierdzy… wątpię zresztą, by naprawdę wypłacono mi
nagrodę.

-  Ogromnie  mnie  pocieszyłeś  -  mruknął  Kaz  z  przekąsem.  Był  wdzięczny  dawnemu  kupcowi  za

szczerość…  w  całej  sytuacji  wyczuwało  się  jednak  coś  niejasnego  i  nieokreślonego,  co  mocno  go
niepokoiło. Na pierwszy rzut oka można było orzec, że wójt nie należy do tych, co parają się sztuką
magii.  Kaz  zaczął  się  zastanawiać,  czy  przypadkiem  nie  odzywa  się  w  nim  właściwa  minotaurom,
nadmierna i przeradzająca się niekiedy w łagodną manię, podejrzliwość.

- Czasem zastanawiam się, czy Paladine nie jest tym, którego pokonano i czy historie o Humie od

lancy nie są po prostu… wymyślonymi bajeczkami.. Minotaur potrząsnął głową. - Nie… w większej
części, jak sądzę, są prawdziwe.

Odkrył  niespodziewanie,  że  niełatwo  mu  mówić.  Wójt  patrzył  przez  chwilę  na  jego  zwierzęce

oblicze, po czym odezwał się spokojnie: - Tak… byłeś przy tym, nieprawdaż? Słyszałem jedną, czy
dwie  opowieści  o  Humie  od  lancy,  w  których  jest  o  tobie  mowa.  Odnoszę  jednak  wrażenie,  iż
większości  twórców  opowieści  nie  podoba  się  pomysł,  iżby  minotaur  dzielił  się  chwałą  z
człowiekiem.

-  Gdy  Huma  żył,  wcale  się  nim  nie  interesowali.  -  Pod  wpływem  wspomnień  Kaz  sposępniał.

Wójt milcząco kroczył u jego boku i tylko coraz niespokojniej łypał na bok.

Dotarli  do  rzeki.  Drew  zawahał  się,  jakby  targany  sprzecznymi  pragnieniami,  nie  wiedział,  czy

iść dalej, czy wrócić do wioski.

-  Chciałbym…  coś  ci  pokazać  i  poprosić  o  opinię.  Gil  utrzymuje,  że  to  jakieś  zwierzę…  ja

jednak sporo ich widziałem podczas wojny.

Zaintrygowany Kaz pozwolił człowiekowi zaprowadzić się do miejsca odległego może o tysiąc

kroków na północ od wioski. Na obu brzegach rzeki rosły tutaj drzewa. Jaka jest nazwa tej rzeki? Na
mapie tego nie zapisano.

Wójt  wzruszył  ramionami.  -  Doprawdy,  nie  wiem.  Nazywamy  ją  Darem  Chislev…  ale  to  tylko

nasza  lokalna  nazwa.  Ogromnie  się  ucieszyliśmy,  kiedy  znaleźliśmy  to  miejsce.  Podejrzewam,  że
kiedyś  -  jeśli  się  tu  utrzymamy  można  będzie  czegoś  się  dorobić.  Oczywiście,  oznacza  to  trudy  i
wyrzeczenia na początku, ale nikt się od nich nie uchyla. - Mowa godna prawdziwego kupca.

- Mamy to we krwi. Ale dotarliśmy już na miejsce. Znalazł to Gil, pomyślał jednak, że dobrze by

background image

było mi to pokazać… ot tak, na wszelki wypadek.

„To”  wyglądało  jak  częściowo  zatarty  odcisk  stopy  w  nadrzecznym  piasku.  Badając  ślad,  Kaz

przyklęknął  na  jedno  kolano.  Jeśli  miałby  coś  rzec  na  podstawie  wielkości  odcisku,  to  musiałby
założyć,  iż  zwierzę,  które  go  zostawiło  -  o  ile  było  to  zwierzę  -  nie  było  wcale  lżejsze  od  niego.
Wyglądało też na to, że ślad zostawiła czyjaś stopa, nie łapa - choć wrażenie mogło być błędne, bo
odcisk  znajdował  się  na  brzegu  rzeki,  zostawiono  go  przed  kilkoma  dniami  i  nie  oszczędzały  go  ni
wiatr,  ni  deszcze.  Kaz  natychmiast  zrozumiał  przyczynę  trosk  Drewa.  W  okolicy  nie  brakło  band
goblinów i trolli, choć stwory oczywiście były mniej liczne i nie tak zuchwałe, jak podczas wojny.
Przednia część śladu wskazywała na to, że istota, która go zostawiła, miała szponowate paznokcie…
niemal takie same jak Kaz. Wyglądało też na to, że ślad wiódł od rzeki. - W tym miejscu przedostało
się przez rzekę. - Przedostało się? A więc to zwierzę?

-  Nie  bardzo  wiem,  co  o  tym  myśleć.  -  Kaz  podniósł  wzrok  na  Drewa.  -Podejrzewasz,  że  to

goblin  lub  coś  w  tym  rodzaju,  prawda?  Drew  kiwnął  głową  w  sposób,  który  zdradzał  jego
zdenerwowanie i zmieszanie. - Ale Gil..

- Nie sądzę, by twój myśliwy widział kiedyś ślady goblina lub trolla… choć na trolla to mi nie

wygląda.  Ten  odcisk  jest  zbyt  zatarty,  by  rzec  coś  pewnego.  -  Minotaur  spojrzał  na  las  po  drugiej
stronie rzeki. - Czy macie jakieś inne sposoby na przedostawanie się na drugi brzeg? - Mamy kilka
łódek i niewielką tratwę.

Przypomniawszy  sobie  wygląd  widzianej  wcześniej  łódki,  Kaz  zdecydował  się  na  tratwę.

Większe  były  szansę,  że  utrzyma  się  na  wodzie  pod  jego  ciężarem.  Rzeka  nie  wyglądała  na
szczególnie groźną, głupio jednak postępuje ten, kto lekceważy siły natury.

- Gdy twoi ludzie będą gromadzili to, o co poprosiłem, ja pójdę się trochę rozejrzeć. Może to nic

groźnego,  lepiej  się  jednak  upewnić.  -  Gil  nie  znalazł  niczego.  Kaz  prychnął  nie  bez  wyższości.  -
Człowieku, bez urazy… jestem minotaurem

i wojownikiem z urodzenia. Może znajdę coś, co, powiedzmy, umknęło jego uwagi.
Wypowiedź  Kaza  skwitowało  westchnienie,  w  którym  wyczuwało  się  rezygnację.  -Niech  i  tak

będzie.  W  najgorszym  razie  będę  mógł  spać  nieco  spokojniej.  Minotaur  spojrzał  i  wyszczerzył  w
uśmiechu zębiska. - Może tak… a może i nie.

Nurt  rzeki  -  Kaz  nie  umiał  się  zmusić  do  nazywania  jej  Darem  Chislev  -  okazał  się  znacznie

silniejszy niż minotaur sądził z początku. Znając proporcje między swoją krzepą a siłą przeciętnego
człowieka, Kaz nie umiał oprzeć się uczuciu podziwu dla Gila, który musiał pokonywać rzekę wiele
razy. Nie oznaczało to bynajmniej, że minotaur zmienił swój pogląd na temat śladu. Nie zostawiło go
tu żadne zwierzę - choć gobliny i trolle często zaliczano do tej kategorii, zapominając, że krzywdzi
się  w  ten  sposób  zwierzęta.  Klasyfikację  taką  opierano  wyłącznie  na  ocenach  charakterów  i
osobowości.

Kaz  wdrapał  się  na  pokład  tratwy  i  ostrożnie  zepchnął  ją  na  wodę.  Drąg  flisacki  był  solidny  i

mocny  -  za  co  minotaur  czuł  wdzięczność  do  konstruktora  -  tratwa  poruszała  się  więc  powoli,  ale
pewnie. Kaz wrócił myślami do możliwej obecności goblinów w okolicy. Darzył te stwory głęboką i
jawną  nienawiścią.  Gdy  zabił  ogra  -  swego  kapitana  sadystę  -  i  ścigali  go  służalcy  Królowej
Ciemności, uciekł na pustkowie, gdzie został pojmany przez bandę goblinów właśnie. Obezwładnili
go, napadłszy z tyłu, a potem oszołomili środkami odurzającymi.

Rozmyślając o przeszłości, zapomniał z uwagą śledzić chwile obecne - i niewiele brakło, żeby

stracił drąg, którym odpychał się od dna rzeki. Tratwa zaczęła żwawo posuwać się z prądem. Klnąc
na czym świat stoi, zdołał jakoś nad nią zapanować. Gdy w końcu dotarł do przeciwległego brzegu
rzeki, wyciągnął tratwę na brzeg i poświęcił kilka chwil na krótki odpoczynek. Prąd zniósł go nieco

background image

dalej, niż Kaz planował, trzeba więc było wrócić kawałek pieszo. Przez chwilę zastanawiał się, jak
też radzi sobie z kenderem kapłanka, potem pomyślał, że martwić się tym będzie później. Tutaj zaś…
może nie znajdzie niczego, ale może coś się jednak trafi.

Przeszukał brzeg naprzeciwko miejsca, gdzie Gil odnalazł ślad. Gdy okazało się to bezowocne,

przeniósł  poszukiwania  na  północ.  O  pół  mili  dalej  znalazł  drugi  odcisk.  Był  dość  wyraźny  w
porównaniu z pierwszym. Od tego miejsca zaczął badać trop. Początkowo było to dość łatwe. Goblin
-  Kaz  nie  miał  powodów,  by  przypuszczać,  że  ślady  zostawił  ktoś  inny  -  nie  starał  się  ukryć  swej
obecności. Minotaur podążał więc tropem obłamanych gałązek i zdeptanego poszycia, potem jednak
ślady się rozdzieliły i prowadziły w kilku różnych kierunkach.

Kaz prychnął cicho. Intruzów było więc kilku. Albo banda opuściła już okolicę - ze względu na

kiepskie szczęście łowieckie - albo jej członkowie nadal gdzieś tu się kręcili. Pewien był, że naliczył
przynajmniej pół tuzina różnych śladów. Jeśli nie odeszli,

Drewowi i mieszkańcom osady groziło śmiertelne niebezpieczeństwo.
Dopiero  teraz  zdał  sobie  też  sprawę  z  faktu,  że  i  on  mógł  stać  się  ofiarą  napaści.  Usłyszał  po

prawej nieznaczny ruch, jakiś zmysł jednak, który zawdzięczał wielu latom przeżytym wśród licznych
niebezpieczeństw, podszepnął mu, że hałasu nie wywołał wiatr ani żadne drobne zwierzę. Ostrożnie,
tak by nie obudzić czujności niewidocznego obserwatora, przesunął dłoń ku drzewcu swego topora.
Przeklął się za to, że wcześniej nie poluzował rzemieni. Uspokajanie mieszkańców osady uśpiło w
nim zwykłą ostrożność i gotowość do walki. Niewidoczny obserwator postąpił krok w jego stronę.

Kaz uwolnił topór i nie czyniąc żadnego hałasu, uniósł go do zamachu z prawej. Teraz był gotów.
-  Delbin?  -  Spojrzenie,  którym  poczęstował  kendera,  powinno  było  zamienić  malca  w  garść

popiołu.

- Ooops! Przepraszam, ale wolałem nie krzyczeć. Wyglądałeś na bardzo zajętego. Czego szukasz?

Tesela  musiała  odejść…  na  stronę,  pomyślałem  więc,  że  skoro  zachowałem  się  tak  wzorowo,  to
mogę sobie trochę pomyszkować, a kiedy ujrzałem, iż ktoś zostawił łódź, a ty popłynąłeś tratwą, to..
Minotaur prychnął wściekle. - Delbin, odetch..

Nagle od tyłu skoczyło nań trzech potężnych napastników, którzy przygnietli go do ziemi, zanim

zdążył się odwrócić. Ktoś grobowym głosem ryknął: - Kender! Łapcie kendera!

Padła nawet jakaś odpowiedź, ale utonęła we wrzawie szamotaniny. Kaz, mimo iż wciśnięto mu

pysk w ziemię, zdołał zrzucić z siebie jednego z napastników. Drugi opasał mu ramieniem głowę i
zasłonił oczy. Z kimkolwiek Kaz walczył, napastnik był równie rosły i dysponował niemal taką samą
krzepą, co on. Liczyło się i to, że miał pomoc, bo trzeci drab unieruchomił Kazowi nogi, objąwszy go
za uda chwytem, którego silny przecież minotaur mimo rozpaczliwych wysiłków nie zdołał rozerwać.
Postanowił jednak, że drogo sprzeda swoje życie. Uwolniwszy prawe ramię, ucapił draba pazurami
za  twarz  i…  zdumiony  bezgranicznie  znieruchomiał  na  ułamek  sekundy.  Odkrycie  tożsamości
napastnika drogo go kosztowało, bo ten chwycił Kaza za ramię i wyłamał mu je na plecy. - Dajemy ci
możliwość honorowej kapitulacji. Poddasz się z własnej woli, czy.. Kaz nie mógł odpowiedzieć od
razu, bo pysk miał wciśnięty w piasek. Szybko odkryto przyczynę jego milczenia i ktoś podniósł mu
głowę.

Nie  bez  oporów  wypowiedział  tradycyjną  formułę.  Poddaję  się  wobec  przewagi  i  liczę  na

honorowe traktowanie. Przyjmujecie?

- Przyjmujemy. - Mocne, zakończone paznokciami podobnymi do szponów dłonie podniosły go z

ziemi.

Dał  się  zwieść  jak  dziecko.  Założył,  że  owe  tajemnicze  ślady  zostawiły  gobliny,  zapomniał

jednak o tym, jak wiele ras ma podobne stopy. I na cóż mu się zdała jego zdolność czytania śladów,

background image

którą tak się chełpił? Nie sprawił się lepiej od łucznika, bo został schwytany. Przez minotaury.

background image

26.Bohaterowie II - Minotaur Kaz

Rozdział 5

KAZ OCZYWIŚCIE WIEDZIAŁ, kim byli ci, co go pojmali. Otaczali go członkowie grupy, która

uparcie ścigała go od wielu miesięcy.

Nie znał żadnego z nich, choć jeden patrzył nań spode łba tak, jakby już się gdzieś spotkali. Kaz

przyjrzał  mu  się  uważniej,  nie  umiał  go  sobie  jednak  przypomnieć.  Ten,  który  zażądał  kapitulacji,
rozrośnięty w barach, ale nieco niższy od pozostałych, roześmiał się chrapliwie.

- Miał rację. Przewidział, że uciekinier uda się na Północ i że najpewniej tu go schwytamy!
- Tydzień czekania - sarknął osobnik krępujący dłonie Kaza - i wreszcie mamy tego tchórza.
- Wcale nie walczył jak tchórz - sprzeciwił się ten, o którym Kaz sądził, że powinni się znać.
- Hecar, teraz to nie ma znaczenia - odparł krępy samiec. - Znamy jego zbrodnie, on zaś będzie

miał szansę przemówić w swojej obronie.

- Taką jak teraz - dokończył ktoś za plecami Kaza. Hecar prychnął wzgardliwie. -Greel, jeśli ogr

mówi  prawdę,  Kazowi  nie  pozwolą  na  obronę.  Ogr?  Kaz  prychnął.  -  Czy  ja  dobrze  słyszę?  Ufacie
słowu ogra?

- Nie tylko. - Greel sięgnął do niewielkiej sakwy u boku, potem jednak jakby się rozmyślił. - Ale

teraz  nie  mamy  na  to  czasu.  Tydzień  chyba  zajmie  nam  dotarcie  do  reszty,  musimy  się  też  oddalić,
zanim ludzie odkryją, że wójt i łucznik działają na dwa fronty.

- Wiedzieli? - Kaz niemal wypluł te słowa - Oczywiście, musieli wiedzieć. Ależ ze mnie idiota!
-  Dałeś  się  podejść  jak  dziecko,  ty  tchórzu.  Wojna  nauczyła  elastycznego  myślenia  wielu  ludzi.

Zresztą,  złoto  wszędzie  ma  swoją  wartość.  -  Greel  wyciągnął  łapę  i  zbadał  zawartość  sakiewki
Kaza. Przez chwilę przyglądał się pieczęci solamnijskiej, potem cisnął woreczek na ziemię.

-  Mamy  też  swój  egzemplarz  proklamacji  Wielkiego  Mistrza.  Oskarżono  cię  o  tchórzostwo  i

zdradę. Ale cóż właściwie ludzi obchodzi sprawiedliwość minotaurów? Cenią jedynie złoto. - Ten
ślad… sapnął Kaz. To była pułapka!

- W innych osiedlach dogadano się z ludźmi w podobny sposób. Zbyt długo już uciekałeś przed

sprawiedliwością. Kaz napiął krępujące go więzy.

- Nie żałuj sobie - mruknął idący z tyłu. Potężne łapska, wielkie nawet jak na minotaura, zarzuciły

od  tyłu  pętlę  na  łeb  Kaza.  Rzemień  zatrzymał  się  na  krtani  więźnia  i  zacisnął.  -  Jak  będziesz  się
szarpał, to się udusisz.

- Posłuchajcie sami siebie! - wycharczał Kaz, którego oczy nabiegły już krwią. -Płacicie ludziom

i polegacie na słowu ogra! I wy mienicie się sługami prawa? Jesteście zwykłymi łowcami nagród!

Zobaczył  lecącą  w  jego  stronę  pięść,  ale  nawet  nie  drgnął.  Cios  trafił  go  tuż  pod  szczękę,  aż

zadzwoniło mu w uszach. Poczuł też smak krwi w pysku. Greel spojrzał nań chłodno i beznamiętnie.

- Jeśli inne rasy tak nisko cenią honor, że ich członkowie gotowi są wymienić go na garść złota,

dowodzą tym jedynie naszej wyższości.

- I to mówisz ty, który ofiarowałeś tym ludziom dość złota, by zechcieli się sprzedać?
Zamiast odpowiedzieć, Greel odwrócił się do Hecara. - Gdzie jest Helati? Gdzie twoja siostra?

Czy jeden kender to dla niej za wiele?

-  Jeden  kender  nie  -  odparł  gniewnie  nowy  głos,  niski  i  miło  brzmiący.  -  Ale  kapłanka

Mishakal… i owszem. - Kapłanka? Ta… ta..

background image

- Czyżby wymówienie słowa „samica” przychodziło ci z trudnością? Ejże, Kaz? -Przybyła, która

ukazała się oczom Kaza, była nieco niższa od Greela i miała rogi

0  połowę  krótsze  niż  te,  którymi  pyszniły  się  samce.  Jej  zbyt  muskularna,  wedle  kryteriów

większości ras rozumnych, sylwetka, w oczach minotaura była kształtna 1 pociągająca. W szeregach
armii,  w  której  Kaz  walczył  przedtem,  nie  było  samic.  Ogry  uważały,  że  gdzie  tylko  się  da,  trzeba
rozdzielać obie płcie.

-  Helati,  nie  jestem  człowiekiem,  ten  bowiem  przejąłby  się  faktem,  że  należysz  do  samic.

Walczyłem u boku wielu walecznych wojowników i… wojowniczek.

Helati  spojrzała  na  Kaza  i  uśmiechnęła  się  dość  kwaśno.  -  Więc  nie  popełniaj  błędu  i  nie

lekceważ kogoś tylko dlatego, że jest innej płci. Ona jest może i mała… ale to kapłanka obdarzona
łaskami swej bogini. Tropiłam kendera aż do rzeki i tam gdzieś mi przepadł. I niewiele brakowało, a
kapłanka byłaby mnie przyłapała. Wyczuła jakiś ruch mgieł..

- Kapłani! - parsknął z pogardą przywódca. - Słabe, bezużyteczne, głupawe stworzenia..
- Może będziesz miał okazję, by się przekonać, jacy bywają słabi i bezużyteczni… szczególnie,

jeśli  szybko  stąd  nie  znikniemy.  Im  dalej  zwiejemy,  tym  lepiej.  Greel  kiwnął  na  Hecara.  -  Pomóż
Tinosowi pilnować więźnia. Helati, zajmij się

tyłami. Ja pójdę przodem.
W  takim  też  szyku  ruszyli  na  północ,  podążając  z  biegiem  rzeki.  Za  każdym  razem,  gdy  Kaz

usiłował  obejrzeć  się  przez  ramię,  Tinos  ze  swej  strony  walił  go  po  łbie.  Hecar  ograniczał  się
jedynie do dość szczególnych spojrzeń z ukosa.

Kaz  zastanawiał  się,  gdzie  obozowały  pozostałe  minotaury.  Jego  zwycięzcy  wspomnieli  o

przynajmniej jeszcze jednej małej grupie. Grupka ta prawdopodobnie przeczesywała teren po drugiej
stronie  gór.  Kaz  nie  umiał  się  oprzeć  szczególnemu  uczuciu  podziwu,  jaki  wzbudzili  w  nim
ziomkowie.  Powodem  była  ich  determinacja  i  dokładność  w  poszukiwaniach.  Zadziwiła  go  też
przebiegłość ludzi - a szczególnie Drewa - z jaką ci udawali niechęć i niemal wrogość, gdy wjeżdżał
do ich osady. Wójt, jak podejrzewał Kaz, musiał swego czasu być bystrym i obrotnym kupcem, który
potrafił  łgać  niezwykle  przekonywająco.  Nie  jest  łatwo  gardzić  kimś  i  podziwiać  jednocześnie,
niemniej tak właśnie odczuwał to Kaz.

Tinos  ponownie  łupnął  go  w  łeb.  -  Tchórzu,  ociąganie  się  w  marszu  nic  ci  nie  pomoże.  Jeśli

trzeba będzie, pognamy cię kopniakami lub zawleczemy za łeb.

- Myślałem tylko o swym towarzyszu. Czy minotaury zdziczały tak doszczętnie, że zaczęły zabijać

bez potrzeby? W końcu to tylko kender.

-  Kender!  Że  też  minotaur,  nawet  pozbawiony  honoru  i  odwagi,  uciekający  przed  sądem,  upadł

tak nisko, by nazywać jednego z tych swoim towarzyszem! Kaz, jesteś zakałą rodu i słabeuszem!

-  Dobrze  to  brzmi  w  twoich  ustach…  szczególnie  jeśli  zważyć,  że  trzeba  było  was  trzech  do

pojmania mnie jednego - odciął się Kaz.

Dorobił  się  tylko  kolejnego  ciosu  w  łeb.  -  Władze  chcą  cię  żywego.  Trzeba  dowodu  na  to,  że

honor  i  sprawiedliwość  nadal  są  najwyższymi  wartościami  dla  minotaurów…  choćby  kosztem
wytrzebienia kilku wyrzutków. Kaz prychnął ze wzgardą.

Teraz odezwał się Hecar, używając tonu znacznie spokojniejszego i rozsądniejszego niż fanatyk

Tinos. Oskarżenie o morderstwo jest samo w sobie ciężkim zarzutem, ale żeby uciekać przed sądem,
zamiast..

Więzień  nie  zdążył  odpowiedzieć,  bo  z  lasu  przed  nimi  wyłonił  się  Greel.  -  Wygląda  na  to,  że

przed nami wszystko w porządku i droga jest wolna… przynajmniej na najbliższym odcinku. Dajcie
mu w kark, jeśli trzeba, ale niech idzie szybciej! - Krępy minotaur uśmiechnął się, obnażając niemal

background image

wszystkie zęby. - Chciałbym już zobaczyć ojczyznę. Dawno tam nie byłem..

Wszyscy poczuli przypływ tęsknoty za krajem. Kaz nie był w domu od czasu, kiedy uzyskał status

wojownika i wcielono go do armii, posyłając w pole, by walczył dla

chwały  Królowej  Ciemności.  Choć  jej  małżonka,  tajemniczego  Sargasa,  minotaury  uznały  za

swego boga, nie okazywały szacunku samej Takhisis.

Chwilę tęsknoty przerwało gniewne warknięcie Greela: - I co tak stoicie? Im szybciej dołączymy

do reszty, tym prędzej wrócimy do domów.

Odwrócił  się  i  ruszył  w  las.  Tinos  i  Hecar  ujęli  Kaza  pod  ramiona  i  unosząc  niemal  w  górę,

pociągnęli go za sobą.

Po  zapadnięciu  zmroku,  postawiono  Kaza  pod  drzewem  i  mocno  doń  przywiązano.  I  on  sam,  i

jego  strażnicy  byli  wyczerpani,  Kaz  nie  baz  satysfakcji  zauważył  jednak,  że  tamci  byli  w  znacznie
gorszej  formie.  Nadzieja  na  to,  że  Delbin  odnajdzie  kapłankę  i  zdoła  namówić  ją,  aby  pomogła
Kazowi, topniała w miarę upływu kolejnych godzin. Zresztą, co mogłaby zdziałać kapłanka Mishakal,
łagodnej  bogini  uzdrowicielki,  przeciwko  czterem  świetnie  uzbrojonym  minotaurom?  Zakładając
oczywiście, że w istocie obchodził ją los Kaza.

Greel  schwytał  w  sidła  jakiegoś  zwierzaka,  którego  opiekano  teraz  nad  niewielkim  ogniskiem.

Podczas podziału jadła przy ogniu wybuchła niewielka sprzeczka. Natężywszy ucha, Kaz odkrył jej
przyczynę. Sprzeczano się o to, czy należy go karmić. W końcu Greel podał coś niewielkiego Helati,
której najwyraźniej powierzono obowiązek pilnowania więźnia.

Podchodząca  do  Kaza  Helati,  która  w  mroku  wydała  mu  się  jedynie  bryłą  cienia,  niezbyt

pochlebnie wyrażała się o swych kompanach. - Niech Sargas porwie to bydlę, Greela… i Scurna dla
przykładu! - Scurna? - spytał Kaz spokojnie.

- To ten, który wespół z innym prowadzi tę parodię misji w obronie honoru i sprawiedliwości.
Włożyła do sakwy to, co podał jej Greel i nakarmiła Kaza kilkoma skrawkami mięsa. - Przykro

mi, że nie mogę cię rozwiązać. Hecar i ja przemawialiśmy za tobą, Greel jednak woli nie ryzykować.
Jesteś  jego  zdobyczą.  Gotowa  jestem  się  założyć,  że  zanim  dotrzemy  do  Scurna,  ten  kurdupel
przekona  nas,  iż  ujął  cię  sam  jeden,  bez  naszej  pomocy.  Tyle  wart  jest  nasz  honor.  Te  kilka  lat
pościgu za tobą zmieniły niektórych z nas… i to nie na lepsze.

-  Ty  i  Hecar  jesteście  rodzeństwem?  -  Twarz  Helati  kryły  głębokie  cienie.  Kaz  wolałby,  żeby

przesunęła się w bok - mógłby wtedy obserwować jej reakcje. Dobrze jest wiedzieć, co myśli wróg.

- A więc nie pamiętasz nas… Hecar był tego niemal pewien. Byłeś wychowawcą młodszych grup

szkoleniowych.. Przypomnienie tego faktu wywołało na pysku Kaza grymas niechęci. - Rok

przedtem, zanim uznano mnie za godnego, bym mógł zginąć za sprawę ludzi i ogrów. Ty i twój

brat byliście w jednej z tych grup? To były wyrostki zaledwie wkraczające w życie. Nie możesz być
aż tak młoda..

Samica roześmiała się cicho. - Biedaczek. Zapomniałeś, że od tamtych czasów minęło osiem lat.

Zmieniliśmy się trochę. Zawsze uważaliśmy, że się na nas uwziąłeś. Wygląda na to, że się myliliśmy.

-  Helati,  musiałem  zbiec  po  tym,  jak  zabiłem  tego  ogra.  Gdybym  został,  przywiązaliby  mnie  do

pala i żywcem obdarli ze skóry. Stałbym się kolejną ofiarą Braaga.

Kaz  nie  widział  wyrazu  jej  twarzy,  ale  usłyszał,  że  wstrzymała  oddech,  jej  ręka  zaś,  którą

podawała mu mięso, na chwilę zamarła w powietrzu. Natychmiast pożałował swego wyznania - nie
jadł przecież cały dzień.

W  końcu  Helati  prychnęła  miękko  i  podjęła  karmienie  więźnia,  od  czasu  do  czasu  również

pochłaniając kawałek mięsa. Równocześnie zaczęła mówić: - Skłonna jestem ci uwierzyć… to, co o
tobie słyszałam, przemawia za tobą. Żadną miarą nie jesteś tchórzem i traktujesz innych honorowo.

background image

Ale Molok ma dowód. Starszyzna uznała go za przekonujący.

Tym  razem  parsknięcie  Kaza  zdradziło  wzbierający  w  nim  gniew.  -  Jeśli  to  te  same  typy,  co

rządziły nami, gdy byliśmy niewolnikami innych ras, to nie dziwota! Lokaje ogrów, sługusy pomiotu
Takhisis i maga-renegata Galan Dracosa!

Od  ogniska  podniósł  się  Greel.  -  Helati,  jeśli  ten  tchórz  nie  umie  trzymać  pyska  na  kłódkę,  nie

dostanie żarcia! A jeśli i to go nie uspokoi, zajmę się nim osobiście!

- Greel, dam sobie z nim radę! - Do Kaza zaś szepnęła uspokajająco: - On naprawdę to zrobi i

sprawi  mu  to  dużą  uciechę.  Uważa  twoją  ucieczkę  za  dowód  winy,  sądzi  też,  że  w  ten  sposób
pozbawiłeś  się  prawa  do  obrony.  Jedynie  strach  przed  Scurnem  powstrzymuje  go  od  dania  upustu
swemu okrucieństwu.

Kaz  zaklął  pod  nosem.  -  Ty  i  twój  brat  wyglądacie  na  osoby  o  otwartych  umysłach.  Jak  to  się

stało,  że  wzięliście  udział  w…  czymś  takim?  -  Dano  nam  rozkaz,  a  to  dostateczny  powód  dla
minotaura.

Wszystkie  wysiłki  Kaza  rozbijały  się  o  mur  posłuszeństwa  i  obowiązku.  Tego  się  właśnie

obawiał i przed tym uciekał.

- Greel polecił, bym ci to pokazała. - Helati sięgnęła do sakwy i wyjęła z niej niewielki, okrągły

przedmiot, który wcześniej podał jej Greel. Więzień zobaczył szklaną sferę wielkości jabłka. - Cóż
to takiego? - Czekaj. Po prostu patrz w głąb. -

Po  chwili  Kaz  ujrzał,  że  sfera  zaczyna,  lśnić  własnym  blaskiem.  Minotaur  wzdrygnął  się  mimo

woli. - Magia? To minotaury zniewieściały już tak dalece, iż muszą uciekać się do magii?

-  Takie  coś  ogry  kupują  niekiedy  od  magów  -  pospieszyła  z  tłumaczeniem  Helati.  -Scurn  ma

podobną sferę, posiada też proklamację imperatora, która potwierdza szlachetne cele naszej misji -
schwytanie oskarżonego o morderstwo. Teraz patrz!

Kaz uczynił, o co go poproszono, i jego oczy rozwarły się szerzej, gdy zobaczył, że mroczna sfera

staje się nagle przejrzysta. Wewnątrz jakby znikąd pojawił się nagle znajomy mu skądś krajobraz. W
tle  wyłoniły  się  góry,  z  ziemi  zaś  wyrosły  szkielety  martwych  drzew.  W  środku  obrazu  coś
zamigotało i pojawiły się dwie, najpierw mgliste, potem coraz wyraźniejsze, figury.

Kaz znał to miejsce, choć nie umiał sobie przypomnieć jego nazwy. Służył tam, gdy kierował się

jedynie wpojonym mu podczas szkolenia ślepym posłuszeństwem wobec  odzianych  w  ciemne  szaty
magów  i  wodzów  w  czarnych  zbrojach.  Nie  zdziwił  się  więc,  poznając  w  figurze  z  prawej  siebie
samego, obok zaś ogra, który dowodził jego oddziałem. W całej scenie było jednak coś fałszywego,
choć nie od razu domyślił się, w czym rzecz.

Ludzie.  Pomordowane  bestialsko  ofiary.  Zabawki  okrutnego  kapitana,  lojalnego  sługi  Królowej

Zła.  Gdzie  był  ten  starzec  i  dziecko,  porąbani  okrutnie  toporem  Braaga?  Zamiast  pastwić  się  nad
nimi,  ogr  wpatrywał  się  w  odległy  horyzont  i  wydawało  się,  że  nawet  nie  zauważył  obecności
minotaura. Kaz odgadywał już, co zobaczy za chwilę..

Sylwetka wyobrażająca Kaza podniosła pałkę przeciwko niczego nie podejrzewającemu ogrowi.

Obserwujący całą scenę prawdziwy Kaz potrząsnął głową porażony fałszem bijącym z całej sytuacji.
Pałka  tymczasem  bezgłośnie  opadła  w  dół.  Ogr  runął  na  pysk,  jego  zabójca  zaś  obejrzał  się  tylko
dookoła i rzucił do ucieczki. Wokół pojawili się inni - ogry, minotaury i gobliny, którzy natychmiast
ruszyli za zabójcą… i wizja powoli rozpłynęła się i znikła.

Wszystko  to  zawierało  jeszcze  jeden  zgrzyt.  Kaz  pamiętał,  że  morderczy  cios  zadał  z  przodu,

stojąc twarzą w twarz… i to gołą pięścią, której jednego uderzenia było dość, by pokarać sadystę.
Nie było mowy o podstępnej zasadzce!

- Kłamstwo! - Kaz nie dbał już o spokojne zachowanie. - To kłamstwo! Nie jestem mordercą! To

background image

bydlę  zabijało  bezbronnych  i  słabych!  Nie  miał  pojęcia  o  honorze!  Był  rzeźnikiem,  nie
wojownikiem… i czynił to wiele razy… zbyt często, by pozwolić mu żyć! Ale dałem mu możliwość
honorowej śmierci!

Krzepkie  liny,  które  wedle  minotaurów  mogłyby  zatrzymać  smoka  w  szarży,  zaczęły  trzeszczeć

pod naporem mięśni rozjuszonego więźnia. Helati odskoczyła, upuszczając

sferę. Greel i jego towarzysze porwali się na nogi. Jedna z lin trzasnęła i Kaz ryknął tryumfalnie,

czując, iż więzy puszczają. Przez chwilę łudził się nadzieją wolności, co dodało mu sił. Ale Greel i
Tinos już go dopadali.

Posypały  się  bezlitosne  razy.  Greel  ryczał  radośnie,  waląc  Kaza  po  łbie.  Kurdupel  cieszył  się

całą  sytuacją.  Kazowi  zaczęło  mącić  się  w  głowie  i  zadał  sobie  pytanie,  czy  w  żyłach  Greela  nie
płynie przypadkiem parę kwart ogrzej krwi.

Mały  minotaur  w  końcu  się  zmęczył  i  jego  wściekłość  przygasła,  choć  Kaz  wcześniej  zdążył

zapaść się w mroczną otchłań, tracąc przytomność.

Stal przed sądem, ale nie minotaury miały rozstrzygać o jego sprawie. Jednym z trójki sędziów

był czarny, szalony Crynus, którego obcięta głowa chwiała się na karku pod niebezpiecznym kątem.
Crynus wcale się tym nie przejmował.

Drugim  sędzią  był  Bennet,  dumny,  arogancki  Bennet,  którego  jastrzębia  twarz  płonęła  blaskiem

pychy i samouwielbienia. Wydawało się, że rozprawa interesuje go mniej od wydawania rozkazów
rycerzom,  którzy  nieustannie  podbiegali  doń  i  pędem  gnali  wykonywać  polecenia.  Klękali,
wysłuchiwali  jakiejś  rzucanej  szeptem  komendy  i  pospiesznie  oddalali  się,  ustępując  miejsca
następnym.

Pośrodku siedział ktoś, kto najwyraźniej miał kłopoty z własną tożsamością. W jednej chwili był

Greelem, w następnej spoglądał na Kaza oczyma Rennarda. Potem stał się jednym z goblinów, które
schwytały  zbiega  po  tym,  jak  zabił  ogra  kapitana.  W  końcu  środkowy  z  sędziów  zdecydował  się
przyjąć oblicze właśnie tego ogra. Brakowało mu wprawdzie części łba, ale rana nie krwawiła… w
tym miejscu ziała tylko pustka. - Sadzacie tacy sami jak ty - odezwał się jakiś drwiący głos.

Kaz obejrzał się jedynie po to, by spojrzeć w puste ślepia straszywilka. Białoskóra bestia, która

przypominała  zdechłe  przynajmniej  przed  miesiącem  i  oskórowane  zwierzę,  mrugnęła  doń
porozumiewawczo.  Bydlę  siedziało  nie  dalej  niż  dwa  kroki  od  podsądnego,  na  krawędzi  ławy.  -
Martwi nie mają prawa sądzić żyjących! - zawołał Kaz.

- Martwi mają wszelkie prawa, jakie zechcą sobie nadać - odparował straszy wilk. -Masz jednak

możliwość wykręcenia się sianem.

-  W  jaki  sposób?  -  Wyglądało  na  to,  że  szykuje  się  burza.  Po  raz  pierwszy  Kaz  zdał  też  sobie

sprawę  z  faktu,  że  oprócz  usadowionych  na  ławie  figur,  niego  samego  i  straszywilka  nie  było  tu
niczego…  nawet  krajobrazu.  -  Powiedz  mi,  co  wiesz!  -  zawył  martwilk.  -  Wiem?  -  W  głowie
minotaura  rozlegał  się  coraz  głośniejszy  łomot.  -  Nie  wiesz  nic?  - -  O  czym?  -  O  cytadeli!  Tej,  w
której przyłączyłeś się do rycerzy w bitwie z Galan Dracosem! Kaz czuł niemal mdłości - miał już
dość  tego,  że  wszyscy  go  popychali,  tłukli  i  sądzili.  Ryknął  ogłuszająco,  podniósł  topór  -  którego
jeszcze przed sekundą nie miał w łapie - i ruszył na martwilka. Ku jego nieopisanej radości bestia
zawyła ludzkim głosem i uciekła.

Pozostałe sylwetki rozpłynęły się w nicość. Burza nadal szalała, Kaz czuł jednak, że żywioły nie

jemu niosą niebezpieczeństwo.

I  nagle  w  huku  gromu  rozpoznał  swoje  imię.  Usiłował  odpowiedzieć,  ale  zdołał  tylko  jęknąć.

Potem,  ku  swemu  nieopisanemu  zdumieniu,  poczuł  że  znika  i  rozpływa  się  w  pustkę…  jak  tamci.
Uczuciu temu towarzyszyła ogromna ulga..

background image

-  Wielcy  bogowie,  co  oni  ci  zrobili?  -  Po  usłyszeniu  tych  słów  Kaz  nie  potrafiłby  orzec,  czy

wypowiadający  je  kobiecy  głos  należy  do  jawy,  czy  jest  jeszcze  częścią  koszmaru.  Był  to  głos
wyższy  niż  ten,  którym  mówiła  Helati  -  jedyny,  z  jakim  minotaur  mógłby  go  porównać,  należał  go
Gwyneth,  ukochanej  Humy.  Zginęła,  jak  w  jego  snach,  broniąc  rycerza  przed  szponami  Królowej
Ciemności. Czyżby Paladine zezwolił na jej powrót? A może miała go zabrać do Humy, tak by obaj -
jak przedtem - mogli walczyć ramię w ramię?

- Minotaurze! - szepnął tajemniczy głos. - Musisz się ocknąć. Mamy mało czasu. Nie wiem, jaka

jest ich odporność.

Kaz spróbował otworzyć oczy. Przypomniał sobie pobicie i zapłonął gniewem. Zaczął oddychać

szybciej i poczuł, że burzy się w nim krew.

- Nie! - syknął niewidzialny wybawca. Delikatne dłonie ujęły go za głowę i odwróciły ją tak, by

mógł  zobaczyć  przybysza.  Z  powodu  mroku  dopiero  po  chwili  zdołał  rozróżnić  rysy  delikatnej,
ludzkiej  twarzy.  Imię  nieznajomej  przypomniał  sobie,  gdy  ujrzał  wiszący  na  jej  piersi  medalion.  -
Tesela? - zdołał wychrypieć. Kapłanka szybko przyłożyła mu dłoń do pyska.

- Żałuję, że nie zdołałam przybyć szybciej. Ludzie ze wsi nie chcieli mi pomóc. Stanęli po stronie

Drewa, gdy z Delbinem wydusiłam zeń wreszcie prawdę. - Ujęła medalion w dłonie i pochyliła się
nad krępującymi Kaza powrozami. Minotaur poczuł, że opadają na ziemię. Stęknął bezradnie i upadł
na bok - natychmiast też poczuł ból w skaleczonym ramieniu.

-  Przepraszam!  -  szepnęła  Tesela.  Opadła  z  niej  wszelka  poza  i  Kaz  ujrzał  przed  sobą

przestraszoną,  młodą  dziewczynę.  -  Daruj  sobie  grzeczności!  -  zdołał  wystękać.  -  Możesz  mnie
uleczyć? - Tutaj zajmie to zbyt wiele czasu. Rzuciłam na nich zaklęcie snu, nie miałam jednak - do
czynienia  z  minotaurami  i  nie  wiem,  jak  są  odporni.  -  Bardzo.  Zrób  coś  z  tymi…  więzami  wokół
moich nadgarstków.

Dziewczyna  dotknęła  lin  medalionem.  Kaz  poczuł,  że  spadają  i  szeptem  podziękował

Paladine’owi, gdy w jego ramionach wróciło krążenie. Tesela pomogła mu wstać. Niedaleko czekają
nasze konie. - Konie? Kapłanka kiwnęła dłonią w stronę rzeki.

- Chodźmy. - Mimo dumy Kaz musiał przyjąć pomocną dłoń kobiety. Podczas marszu potknął się

kilkakrotnie,  ale  nie  ustawał.  Każdy  jęk  bólu  wydawał  mu  się  głośniejszy  od  grzmotu  z  jego  snu  i
oczekiwał, że lada moment ich śladem ruszą pozostałe minotaury.

Przed  nimi  zamajaczyły  w  mroku  sylwetki  koni.  Tesela,  która  nadal  podpierała  Kaza,  patrzyła

pilnie pod nogi, bacząc, by się nie potknąć. Gdyby zechciała skorzystać z danych jej mocy, mogłaby
blaskiem medalionu oświetlić drogę, wolała jednak nie zdradzać miejsca ich pobytu. Ciemności były
jednocześnie i utrudnieniem, i sprzymierzeńcem.

Przed  nimi  były  konie…  i  coś  jeszcze.  Przez  chwilę  Kaz  myślał,  że  ujrzał  jeden  ze  swoich

koszmarów - martwilka. W mroku mignął blady, niesamowity kształt i Kaz nie miał zbyt wiele czasu,
by go rozpoznać. W następnej chwili widziadło znikło. - Co jest? - spytała Tesela nerwowo. - Coś
mi się przywidziało… tam, obok koni.

- To pewnie Delbin. Opowiedział mi o wszystkim, choć nie rozumie, jak to się stało, że zdołał

umknąć.  Minotaur,  który  go  ścigał,  właściwie  już  go  dopadał,  potem  jednak  zawrócił,  a  raczej
zawróciła  -  bo  to  była…  kobieta  -  i  po  prostu  pognała  w  drugą  stronę.  Macie  obaj  szczęście,  że
kender zdołał zbiec. Kaz nie odpowiedział. Zamiast tego zapytał: - Jak mnie znalazłaś?

-  Odnajdywał  ślady  i  prowadził  Delbin.  Jego  ziomkowie  są  w  tym  podobno  nieźli.  Jest

niesamowity. - Zdążyłem się już o tym przekonać.

Gdy mroczne plamy przed nimi przekształciły się w sylwetki koni, Kaz dostrzegł, że na kucyku,

niemal zupełnie zasłoniętym przez dwa rosłe rumaki, siedział Delbin we własnej osobie. Kenderowi

background image

udało się jakoś ograniczyć do pojedynczego: „Kaz!” i pomachania dłonią. Ze sposobu, w jaki malec
wiercił  się  na  siodle,  minotaur  poznał,  że  Delbin  miałby  znacznie  więcej  do  powiedzenia.  Jak  na
kendera okazywał zdumiewającą powściągliwość.

-  Na  razie  powinniśmy  być  bezpieczni.  Na  koniach  łatwo  im  ujdziemy  -  stwierdziła  Tesela.  -

Kiedy przedostaniemy się przez rzekę, znajdę chwilę czasu, by należycie cię

- wyleczyć. Kaz poczuł, że kręci mu się we łbie. - Myślę, że… byłoby lepiej, gdybyś.. Opadł na

kolana. - Delbin, pomóż mi! - wezwała kendera Tesela.

Delbin szurnął z siodła i wylądował na stopach o krok od nich. Szybko pomógł Teseli dźwignąć

minotaura na nogi.

Kaz dyszał chrapliwie. - Wsa… wsadźcie mnie na konia… Potem… jakoś dam sobie radę.
Trochę to potrwało. W końcu, gdy tkwił już pewniej w siodle, minotaur łypnął mętnym okiem na

Teselę.  Mówisz…  jakbyś  nie  była  pewna  swych  mocy.  Myślałem,  że  już  przedtem  dokonywałaś
podobnych rzeczy.

Dziewczyna  poczerwieniała  tak,  że  minotaur  dostrzegł  to  pomimo  mroku.  -  Jestem  kapłanką  od

bardzo  niedawna.  Od  dwu,  może  trzech  miesięcy.  Ostatnio  przechodził  przez  osadę  inny  kapłan.
Widziałam, jak leczył złamanie kości u mężczyzny, który spadł z drzewa. Kiedy mój ojciec usłyszał o
tym kapłanie - a zawsze chciał, bym poślubiła syna jakiegoś miejskiego urzędasa - zrobił wszystko,
bym się z nim nie spotkała. -Dosiadła konia. - Bardzo płakałam. Uzdrawianie zawsze wydawało mi
się  najpiękniejszym  zajęciem.  Zasnęłam  wtedy  z  płaczem…  a  gdy  się  obudziłam,  poczułam  jakiś
ciężar na piersi. - Medalion? - spytał Delbin.

-  Tejże  samej  nocy  odkryłam,  że  jest  bardzo  przydatny.  Dzięki  niemu  mogę,  na  przykład,

rozplątywać  węzły.  Uzdrawiane  zajmuje  więcej  czasu,  bo  to  czynność  delikatna  i  trzeba  się
przyłożyć.

- No to lepiej się stąd wynośmy. - Kaz przerwał na chwilę, po czym dodał: - Lepiej będzie, jeśli

przez rzekę przedostaniemy się teraz, póki tamci jeszcze śpią. - Po ciemku może być niebezpiecznie.
Nawet na nią nie spojrzał. - Pozostanie tutaj również nie wróży niczego dobrego.

Podciął konia i ruszył przed siebie. W porównaniu z mrokiem puszczy, na brzegu było dość jasno.

Kaz spojrzał w górę ku dwu księżycom. Dziś byłby rad, gdyby nie świecił żaden. Miał już opuścić
wzrok, kiedy zorientował się, że Solinari wygląda dość dziwnie. Mniejszy z księżyców był prawie w
nowiu, co oznaczało osłabianie białej magii. Brakowało niewielkiej części w dole łuku - jakby ktoś
odgryzł kęs. - Co się stało? - spytała Tesela.

Kaz  mrugnął  powiekami  i  księżyc  odzyskał  normalny  kształt.  Minotaur  zwrócił  wzrok  na

rozlewającą  się  przed  nimi  rzekę.  -  Nic.  Zastanawiałem  się,  w  którym  miejscu  najłatwiej  będzie
przebyć ją w bród.

Kipiel  wyglądała  niezbyt  zachęcająco  -  Kaz  nigdy  przedtem  nie  widział  tak  gniewnej  rzeki.

Minotaur pomyślał, że natychmiastowa przeprawa nie jest może tym, przy czym powinien się upierać.
Odwrócił się do towarzyszy. - Jak to wyglądało w miejscu, gdzie się przeprawialiście?

Tesela spojrzała na kendera. Ten wzruszył tylko ramionami. - Mniej więcej tak samo. Tu nie jest

głęboko, bo zdołałem przedostać się na drugą stronę, mimo iż było ciemno. Lekkostopy nie powinien
mieć kłopotów. To dobry kucyk i jeśli jemu się uda, te wasze wielkie koniska powinny przejść bez
trudności - są znacznie roślejsze i silniejsze niż Lekkostopy.

-  No,  to  wszystko  jasne.  Delbin,  tobie  grozi  największe  niebezpieczeństwo.  Chcę,  żebyś

przeprawiał  się  drugi,  tak  byś  miał  kogoś  po  obu  stronach.  Tesela,  lepiej  ruszaj  przodem.  -  Kiedy
dziewczyna  zaczęła  się  spierać,  obrzucił  ją  spojrzeniem,  do  jakiego  zdolny  był  jedynie
siedmiostopowy minotaur. - Kobieto, gonią nas moi ziomkowie. Choć jestem osłabiony i poobijany,

background image

mam  lepsze  szansę  w  walce  z  nimi  niż  ty.  Wątpię,  by  pozwolili  ci  się  zaskoczyć  po  raz  drugi.
Zresztą…  -  sięgnął  dłonią  i  poklepał  po  karku  wiernego  bojowego  rumaka  -  …nie  zostanę  sam.  -
Dlaczego nie możemy przeprawiać się razem?

-  Wolałbym,  żeby  w  każdej  chwili  ktoś  mógł  dawać  baczenie  na  pozostałych.  Ot,

przyzwyczajenie do ostrożności.

Tesela zrozumiała, że nie ma się o co spierać. Nie tracąc już czasu, skierowała konia do wody.

Początkowo  zwierzę  stawiało  opór,  ona  jednak  przemówiła  doń  spokojnie  i  jedną  dłonią  dotknęła
medalionu.  Mimo  wartkiego  prądu  łatwo  przebyła  rzekę.  Kiedy  była  pośrodku  nurtu,  Kaz  posłał  za
nią  Delbina.  Uważnie  obserwował  przeprawę  kendera,  obawiał  się  bowiem,  że  bystry  nurt  zwali
kucyka  z  nóg.  Liczył  na  to,  że  do  tego  nie  dojdzie,  był  bowiem  mocno  wyczerpany  fizycznie  i
psychicznie.  Jedynie  właściwa  minotaurom  duma  nie  pozwoliła  mu  na  okazanie  towarzyszom,  jak
bardzo jest zmęczony.

Kapłanka  tymczasem  przedostała  się  już  na  drugą  stronę,  wyglądało  też  na  to,  że  Delbinowi

również sztuka się uda, mimo iż kucyk musiał w pewnej chwili puścić się wpław. Kaz podciął więc
konia i poprowadził go ku wodzie.

Nurt  natychmiast  zaczął  smagać  go  po  udach,  a  rozbryzgi  wody  zmoczyły  go  od  stóp  po  rogi.

Cieszył go chłód fal, bo pozwalał mu zachować czujność i przytomność umysłu. Gdy koń pogrążył się
w wodzie, minotaur przekonał się, iż fale sięgają mu jedynie do pyska. Bojowy rumak powoli, lecz
uparcie  posuwał  się  do  przodu,  cały  czas  walcząc  z  prądem  rzeki.  Kucyk  Delbina  wydostawał  się
właśnie na przeciwległy brzeg. Kaz zostawił więc towarzyszy ich własnemu losowi i skupił uwagę
na rzece. Istniała

możliwość, że jego wierzchowiec wdepnie w jakąś jamę, którą ominęli tamci, mogło też stać się

i tak, że z jakiegoś niewiadomego powodu zmieniłby się nagle napór prądu. W taki właśnie sposób
zginęło wielu przesadnie pewnych siebie jeźdźców.

I nagle usłyszał okrzyki Teseli i Delbina, które wzbiły się ponad ryk fal. Zaczął się rozglądać w

tej  samej  chwili,  w  której  jego  koń  szarpnął  się  pod  nim  gwałtownie.  Minotaur  podjął  próbę
opanowania dziko miotającego się zwierzęcia. Koń potknął się raz i drugi, Kaz zaś zrozumiał, że lada
moment  straci  równowagę  i  zleci  z  siodła.  Kiedy  indziej  z  łatwością  pewnie  zapanowałby  nad
wierzchowcem. Nieustanne, kilkugodzinne napięcie mocno go jednak osłabiło.

Jego osuwająca się w tył noga natrafiła nagle na coś twardego. Kaz zaryzykował obrót w siodle.

Ku  swemu  przerażeniu  ujrzał  tkwiący  w  boku  zwierzęcia  oszczep.  Żaden  elf  czy  człowiek  nie
potrafiłby  cisnąć  ciężkiej  broni  na  taką  odległość  i  z  taką  celnością.  I  nagle  Kaz  pojął,  że  pocisk
musiał wylecieć z dłoni Greela.

Ból  i  utrata  krwi  wyczerpały  wreszcie  siły  zwierzęcia  walczącego  z  silnym  prądem  rzeki.  Koń

zaczął  krążyć  w  koło.  Kaz  na  ułamek  sekundy  ujrzał  na  drugim  brzegu  rzeki  przynajmniej  trzy
sylwetki minotaurów. Przez moment wydało mu się, że widzi też, jak jeden z nich uderza drugiego,
powalając go na kamienie. Nie zdołał jednak zobaczyć niczego więcej, ponieważ w tej samej chwili
bojowy rumak wydał ostatnie rżenie i zwalił się w obojętne objęcia nurtu rzeki.

Kaz  runął  w  tył,  a  jego  łeb  zniknął  pod  wodą,  zanim  minotaur  zdążył  pomyśleć  o  wstrzymaniu

oddechu.  Jęknął  boleśnie,  gdy  płuca  zalewała  mu  woda.  Próbował  wydostać  się  na  powierzchnię,
nurt jednak wciągnął go w głąb.

Niezdolny do dalszego oporu pozwolił się nieść rzece tam, dokąd chciała. Zdążył jeszcze tylko

spytać samego siebie - nie po raz pierwszy zresztą - czym aż tak bardzo naraził się bogom.

Jeśli  nawet  istniała  jakaś  odpowiedź,  nie  zachował  przytomności  dostatecznie  długo,  by  ją

usłyszeć.

background image

26.Bohaterowie II - Minotaur Kaz

Rozdział 6

NA  JEGO  PYSK  SPADŁA  POJEDYNCZA  KROPLA  WODY.  Kaz,  który  już  miał  się  ocknąć,

zadrżał mimo woli, wspominając upadek z konia i utonięcie. Gdzieś tam w jego pamięci tkwił i inny
sen… niedobry, jak wiele innych przedtem - wszystko jednak, co zdołał sobie z niego przypomnieć,
również miało jakiś związek z wodą.

Kiedy już był pewien, że nie śpi i nie jest topielcem, ostrożnie rozchylił powieki -tyle tylko, by

dyskretnie rozejrzeć się wokół. Gdy obraz świata ustalił się ostatecznie w jego otumanionym wodą
łbie, wytrzeszczył oczy ze zdumienia.

- Co u licha? - zdołał mruknąć, choć ktoś, kto chciałby go usłyszeć, musiałby przytknąć ucho do

jego pyska.

Znajdował  się  w  komnacie  sam  i  gapił  się  prosto  na  wierzchołek  drzewa  widocznego  tuż  za

oknem.  Natychmiast  też  pojął,  że  jeśli  może  patrzeć  prosto,  a  nawet  nieco  z  góry,  na  wierzchołek
drzewa, to powodem może być jedynie to, iż sam znajduje się wewnątrz pnia. Musiało też być to nie
byle  jakie  drzewo,  skoro  nawet  z  maty,  na  której  leżał,  mógł  dostrzec  przez  okno  niezliczoną  ilość
innych drzew, a prawie wszystkie były niższe niż to, z którego na nie patrzył.

Jego otoczenie wyglądało równie zwyczajnie, co zdumiewająco. Dom i komnata, w której leżał,

nie  zostały  po  prostu  wycięte  wewnątrz  pnia.  Wyglądało  to  tak,  jakby  drzewo  poddało  się  woli
kogoś,  kto  postanowił  w  nim  zamieszkać  -  słoje  więc  rozstąpiły  się,  tworząc  pustą  przestrzeń,  by
połączyć się wyżej. Tam, gdzie tajemniczy mieszkaniec drzewa zapragnął złożyć kilka przedmiotów
których przeznaczenia i funkcji Kaz nie umiałby określić - w pniu były naturalne zagłębienia. Podłogę
zasłano matami, przemyślnie wyplecionymi z roślinnych włókien mebli zaś nie było.

Minotaur  dźwignął  się  wolno.  Z  każdym  ruchem  oczekiwał  nawrotu  bólu.  Kiedy  się  go  nie

doczekał,  zaczął  obmacywać  ramiona  i  nogi.  Wszystkie  rany  -  a  było  ich  niemało  -  zostały
zabliźnione!

Prychnął gniewnie. Jak inne minotaury, nie miał zaufania do magii. Gdyby mógł, zrezygnowałby

nawet z łask bogini uzdrowicielki Teseli. Minotaury wierzyły, że im częściej ktoś ulega prostocie i
łatwiźnie magicznych rozwiązań, tym większym staje się mięczakiem. Kaz często zastanawiał się, czy
to prawda - teraz za późno jednak było na sprzeciwianie się temu, czemu nie mógł zapobiec. Ktoś go
uzdrowił i minotaur był winien temu komuś wdzięczność.

Ostrożnie  zrobił  krok  ku  wyjściu.  Rozejrzał  się,  szukając  jakiejś  broni  i  dostrzegł  niewielki

gliniany  garnek,  wsunięty  w  naturalną  półkę  obok  wejścia.  Zawahał  się.  Naczynie  wykonano  z
niezwykłym artyzmem i wyglądało na bardzo wiekowe. Całą jego

powierzchnię pokrywały skomplikowane rysunki i symbole. Wszystkie dotyczyły przyrody, choć

jeden ukazywał tańczącą w kręgu grupę jakichś istot. Kaz przyjrzał się uważniej rysunkowi i odkrył,
że  tancerzami  były  elfy.  Któż  inny  jeśli  nie  elf  -  zapytał  sarn  siebie  -  zamieszkałby  w  drzewie?  -
Garnek nie ugryzie, przyjacielu. Nigdy przedtem tego nie robił.

Okręcił  się  na  pięcie  i  sięgnął  odruchowo  po  broń,  choć  już  wcześniej  odkrył,  że  był  jej

pozbawiony.  Za  nim,  w  miejscu,  którego  minotaur  nie  mógł  wcześniej  ominąć  wzrokiem,  siedział
wysoki urodziwy elf o długich, srebrnych włosach. Ktoś, kto chciałby jego wiek oceniać wedle miar
ludzkich, orzekłby, iż nieznajomy jest młody - dopóki nie spojrzałby w jego szmaragdowe oczy. Kaz

background image

wiedział, że mieszkaniec drzewa przeżył kilka pokoleń minotaurów.

Nieznajomy odziany był w zielono-brązowy strój, w którym wyglądał jak książę lasu. Miał nawet

na  sobie  długi  płaszcz.  Spostrzegłszy,  że  elf  kwituje  jego  inspekcję  rozbawionym  wzrokiem,  Kaz
parsknął gniewnie. - Kim jesteś?

-  Przyjacielu,  możesz  mnie  zwać  Sardalem  Crystalhornem.  [we  Wspólnej  Mowie  znaczy

Kryształowy Róg] Mówię ci to już chyba po raz dwunasty. - Wyglądało na to, że Sardal świetnie się
bawi. - Jak długo tu jestem? - Gniew minotaura zaczął ustępować zdumieniu.

-  Ponad  dwa  tygodnie.  Gdy  tu  trafiłeś,  byłeś  prawie  martwy.  Jestem  pod  wrażeniem.  Zaczynam

sądzić,  że  to,  co  mówią  o  wytrzymałości  minotaurów  -  a  wszystkiego  pewnie  nie  słyszałem  -
odpowiada prawdzie.

-  Dwa  tygodnie?  -  Kaz  doznał  nagłego  i  gwałtownego  pragnienia,  by  uciec  stąd  dokądkolwiek.

Odwrócił  się  i  skoczył  ku  wyjściu.  Zatrzymała  go  dłoń  elfa,  niezwykle  silna  jak  na  tak  szczupłego
osobnika.  Patrząc  w  dół  na  wierzchołki  drzew,  minotaur  przełknął  ślinę.  Myślał,  że  przy  wejściu
natknie się na drabinę albo coś w tym rodzaju, tymczasem przed jego stopami otwierała się przepaść.
Elfy  najpewniej  nie  potrzebowały  drabin  ani  stopni.  -  Wróć  do  środka,  zanim  popełnisz  jakieś
głupstwo. - Dwa tygodnie! - mruknął do siebie oszołomiony minotaur.

-  Na  duszy  ucierpiałeś  bardziej  niż  na  ciele  -  stwierdził  elf  łagodnym  głosem.  Ujął  Kaza  pod

ramię i odwiódł od wyjścia. - Jak mnie znalazłeś?

- Nie ja cię znalazłem. - Twarz Sardala nie wyrażała żadnych uczuć. - To inni, którzy nie chcieli

mieć  z  tobą  do  czynienia,  ale  wiedzieli,  że  uwielbiam  wtrącać  się  w  nie  swoje  sprawy.  Dlatego
przyniesiono cię do mnie. W ten zresztą sposób mogą coś zrobić,

- udając, że w istocie nie robią niczego.
Kaz zaczął przemierzać komnatę wielkimi krokami. Nie umiałby rzec, co bardziej wytrącało go z

równowagi  fakt,  iż  dwa  tygodnie  leżał  bez  ducha,  czy  to,  że  znajdował  się  oto  bardzo  wysoko  nad
ziemią, za całe towarzystwo mając elfa. - To znaczy, że jestem w Qualinesti? Rzeka zawlokła mnie
aż tak daleko na południe?

Elf  uśmiechnął  się  nieznacznie.  -  Niezupełnie.  Zawsze  zdumiewa  mnie,  że  inne  rasy  tak  bardzo

przywiązują  się  do  granic.  Czy  sądzisz,  że  my,  elfy,  zawracamy,  ilekroć  docieramy  do  „ustalonej
granicy”?  Taki  pomysł  mógł  się  zrodzić  jedynie  w  głowach  ludzi  albo  minotaurów!  Nie  uznajemy
takich drobiazgów… choć mamy swoje tereny i miejsca, gdzie nie śmie stanąć stopa członka innej niż
nasza rasy. Granic jednak, tak jak wy je rozumiecie, nie mamy.

Kiedy  przychodzi  do  wyjaśnień,  pomyślał  Kaz,  przewrotność  Sardala  nie  ustępuje  chyba

rozwlekłości tłumaczeń Delbina. - Więc gdzie właściwie jestem?

-  Prosto  na  południe  stąd  znajdziesz  miasto  ludzi  Xak  Tsaroth.  Gdybyś  zaś  spojrzał  w  tę,  lub

tamtą stronę, zobaczyłbyś góry, które z każdej strony otaczają ten skrawek puszczy.

Kaz kiwnął głową. Przywoławszy w pamięci wizerunek mapy, zorientował się z grubsza, gdzie

go  zaniosło.  Jeśli  się  nie  mylił,  osiedle,  w  którym  wójtem  był  Drew,  znajdowało  się  niemal
dokładnie na wschodzie.

-  Jeśli  wolno  spytać…  -  rzekł  elf,  sięgając  po  dzban  z  jakimś  płynem  -  jak  to  się  stało,  że

podjąłeś wysiłek wypicia prawie całej rzeki?

Uwzględniwszy  pomoc,  jakiej  udzielił  mu  Sardal,  Kaz  chętnie  opowiedział  mu  całą  historię.

Zaczął  od  morderstwa,  które  rzekomo  popełnił,  a  które  w  rzeczywistości  było  zakończeniem
uczciwej walki stoczonej ze swym kapitanem, ogrem, lubującym się w zamęczaniu na śmierć starców
i  dzieci.  Reszcie  minotaurów  to  jednak  nie  przeszkadzało.  Zdradzając  ogry  i  uciekając  przed  tak
zwaną  „sprawiedliwością”  panów  i  władców,  Kaz  złamał  kilka  przysiąg  krwi  naraz.  Kłopotliwe

background image

przemówienie  zakończył  słowami:  -  Podejrzewam,  że  to  właśnie  najbardziej  uwiera  moich
współplemieńców.  Zabijanie  lub  skazywanie  na  śmierć  w  imię  zachowania  honoru  nie  jest  wśród
nich niczym niezwykłym.

Powiedziawszy to, zajął się opowieścią o innych sprawach, jakby podświadomie pragnął uniknąć

rozmyślań o swojej sytuacji. Wieści z północy żywo interesowały elfa, im więcej Kaz więc mówił,
tym  częściej  padały  pytania  Sardala.  Zanim  minotaur  zakończył  relację,  elf  zdołał  wyciągnąć  zeń
niemal wszystkie informacje.

-  Unikając  tamtych  minotaurów  przez  tak  długi  czas,  popisałeś  się  rzadkimi  zdolnościami  -

stwierdził Sardal.

- Dwakroć dłużej unikałem śmierci podczas wojny. Choć myślę, że nie w tym rzecz. Miałem już

do czynienia z ludźmi i lepiej od moich prześladowców wiem, czego się po nich spodziewać - choć
przyznam,  żem  się  pomylił  w  ostatnim  przypadku.  Oprócz  tego,  gdzie  jeden  minotaur  przemknie
niepostrzeżenie, tam tuzin wywoła tyleż podejrzeń, co nadciągająca armia. Ktoś zawsze coś zwęszy i
ja dowiaduję się o tym zawczasu. - Tym razem jednak prawie cię schwytali.

-  Stają  się  coraz  lepsi  -  przyznał  Kaz  z  niechętnym  parsknięciem  -  a  może  to  ja  tracę  wprawę.

Myślę jednak, że mam nad nimi pewną przewagę. Posprzeczali się o coś. Zawsze to podejrzewałem,
teraz zaś już rozumiem, w czym rzecz. Niektórzy z nich chcą już wracać do domu. Powstrzymuje ich
jedynie  przysięga,  przywódcy  zaś  uważają  ich  za  pozbawionych  honoru  -  choć  sami  są  jedynie
lokajczykami  z  czasów,  kiedy  minotaurami  rządzili  ludzie  i  ogry.  Myślę  też,  że  kilku  z  tych  może  -
choć niewykluczone, że ulegam złudnym nadziejom - opóźniać marsz grupy, ponieważ zaczęli wątpić
w moją winę. Minotaur ukrył pysk w dłoniach i westchnął.

- Wokół ciebie skupiły się mroczne cienie, przyjacielu minotaurze. Sądzę, że bogowie wyznaczyli

ci szczególną rolę. - Elf uśmiechnął się niespodziewanie. - A może po prostu przyciągasz kłopoty -
jak kwiat wabi pszczoły.

Kaz  chciał  już  zaprotestować,  ale  wspomniał  wizje  i  sny.  Może  w  istocie  były  tylko  wizjami  i

snami… albo rzeczywiście były zwiastunami przyszłości. Czy może je zignorować?

Sardal  tymczasem  ciągnął  dalej,  nie  spuszczając  wzroku  z  Kaza:  -  Nie  mam  wieści  o  twoich

przyjaciołach ani współplemieńcach. Elfy raczej unikają mieszania się do spraw innych ras. Podczas
wojny  z  Królową  Smoków  działy  się  rzeczy,  które  powinny  okryć  wstydem  każdego  elfa…  moi
ziomkowie jednak nadal wolą unikać kontaktów ze światem zewnętrznym.

-  Delbin  wie,  że  chciałem  dotrzeć  do  twierdzy  Vingaard  i  spotkać  się  z  Wielkim  Mistrzem

Oswalem. Może kender pociągnie w tamtą stronę, nie da się też wykluczyć możliwości, że pojedzie z
nim  ta  kapłanka,  Tesela.  Jeśli  nawet  stanie  się  inaczej,  ja  nie  mam  wyboru  i  ruszę  tam  samotnie.
Muszę odkryć, dlaczego moi dawni towarzysze zwrócili się przeciwko mnie.

-  Nie  tylko  przeciwko  tobie.  Z  tego  co  słyszałem,  można  by  sądzić,  że  rycerstwo  solamnijskie

odwróciło  się  i  od  E’li,  którego  ty  znasz  jako  Paladine’a.  Jeśli  do  tego  doszło,  to  może  będziemy
wkrótce świadkami powrotu Królowej Smoków.

-  Ona  nie  może  wrócić.  Huma  kazał  jej  złożyć  przysięgę  na  kogoś,  kogo  -  o  ile  sobie

przypominam - nazywała Najwyższym Bogiem. Brwi elfa uniosły się w górę. - Ach tak? Szkoda, mój
przyjacielu, że nie potrafisz

przypomnieć  sobie  tej  przysięgi.  Podejrzewam,  że  można  by  znaleźć  w  niej  dziury  dostatecznie

wielkie, by przeleciał przez nie smok - o ile na świecie są jeszcze jakieś smoki.

Kaz  przypomniał  sobie  niektóre  ze  swoich  sennych  koszmarów.  -  Potrzebowałaby  do  tego

pomocy innych… takich jak Galan Dracos.

-  Różne  są  sposoby.  Nie  mamy  na  przykład  pojęcia,  jakie  zastrzeżenia  uczyniła  w  duchu.  Co

background image

poczniesz ze ścigającymi cię ziomkami? - Sardal zmienił temat. - Podobnie jak Delbin, myślą chyba
że zginąłem. - Ale możesz się na nich natknąć.

-  Jeśli  będę  zmuszony,  to  jakoś  się  z  nimi  rozprawię,  choćbym  musiał…  Nie,  naprawdę  gryzie

mnie tylko to, co mogło wydarzyć się w twierdzy Vingaard. Muszę się jakoś ugodzić z rycerstwem…
ze względu na honor i pamięć Humy od lancy. - Kaz wstał. - Ale dość o tym. Pokaż mi, jak zejść na
ziemię i ruszam w drogę.

Sardal również wstał szybko, ale płynnym i znacznie wdzięczniejszym ruchem. -Wydaje mi się,

minotaurze, iż mogę przyjść ci z pomocą… jeśli zechcesz ją przyjąć, oczywiście.

- O czym ty mówisz? - Ton, jakim Kaz wypowiedział te słowa, zdradzał jego wahania i rozterkę.

Niełatwo byłoby mu pogodzić się z myślą daleko idącej pomocy.

-  O  niczym,  czego  nie  dałoby  się  wyjaśnić  prosto  i  naturalnie.  -  Sardal  zaczął  gromadzić

przedmioty,  o  których  sądził,  że  mogą  się  przydać  gościowi  w  drodze.  Elf  zastanawiał  się,  co  też
powiedzieliby  jego  ziomkowie,  gdyby  się  dowiedzieli,  że  nie  tylko  uzdrowił  zwierzoluda,  ale
wspomógł go zapasami na drogę i rozmawiał z nim jak z równym. Uśmiechnął się, zapomniał o tym i
wrócił do poprzedniej rozmowy.

-  Kiedy  dotrzesz  do  Vingaardu,  a  nie  wątpię,  że  ci  się  to  uda,  pytaj  o  elfa  zwanego  Argaen

Ravenshadow. [Kruczy Cień] Ma zamiłowania podobne do moich i od kilku pokoleń pracuje wśród
ludzi. Starszyzna nazywa go samotnikiem… ale podobnie jak w moim przypadku, zawsze gdy trzeba
znosić się z cudzoziemcami, korzystają z jego usług. Powiadom tam wszystkich, że.

Sardal  Crystalhorn  życzy  sobie,  by  Argaen  rozciągnął  na  ciebie  swoją  opiekę.  -Ujrzawszy,  że

Kaz  krzywi  się  gniewnie,  elf  dodał:  -  Minotaurze,  nie  zachowuj  się  jak  głupiec.  Rycerstwo  wielce
liczy się z jego opiniami, w przeciwnym wypadku… ale to teraz nie ma znaczenia. Zresztą, poproszę
cię w zamian o przysługę. - Sardal wyjął niewielki zwój pergaminu. - Dostarcz mu to pismo. Będzie
mu  potrzebne.  Musiałbym  odwiedzić  go  w  ciągu  najbliższego  miesiąca,  a  tak…  mogę  zająć  się
innymi sprawami.

Kaz  spojrzał  na  pismo,  potem  obrzucił  krytycznym  wzrokiem  zebrane  dlań  rzeczy.  Brakło

jednej… bardzo ważnej. - Gdzie mój topór?

-  Leży  gdzieś  na  dnie  rzeki,  jak  sądzę.  Ale  nie  trap  się,  mości  minotaurze.  Znajdę  ci  coś

godniejszego. Chodź. Sardal ruszył ku wyjściu, po chwili jednak zdał sobie sprawę z tego, że Kaz nie
rusza się z miejsca. Elf odwrócił się i spojrzał na minotaura. -Myślałem, że chcesz stąd odejść.

Minotaur postąpił krok ku wyjściu i znów zamarł w bezruchu. - Ale… jak to… Nie masz lin…

ani drabiny..

Sardal  uśmiechnął  się  lekko.  -  Są…  choć  nie  takie,  do  jakich  przywykłeś  i  jakie  mógłbyś

zobaczyć. To kwestia zmiany percepcji. Kaz potrząsnął głową. - Nie rozumiem.

Elf  tylko  westchnął.  Potem  wyciągnął  do  minotaura  lewą  dłoń.  -  Trzymaj.  Poprowadzę  cię.

Widzę, że miewałeś już do czynienia z elfami, ale nigdy wcześniej nie byłeś w Qualinesti. Wiem, że
niektórzy aroganccy Silvanestyjczycy potraktowaliby cię jak ogrzy pomiot. Moi ziomkowie nie są od
nich wiele lepsi… choć w istocie są lepsi.

Kaz nie był pewien, co robić. Dać się poprowadzić na oślep elfowi nie było tym, co mogłoby mu

się spodobać - z drugiej strony wstydziłby się okazać nieufność komuś, kto uratował mu życie. Sardal
Crystalhorn różnił się znacznie od obojętnych, butnych i aroganckich elfów z Silvanesti, na które - ku
swemu utrapieniu - Kaz natknął się kiedyś podczas swych wędrówek. Ujął Sardala za dłoń i zamknął
oczy. - Po prostu idź przed siebie. Zatrzymaj się, kiedy ci powiem.

Doznał wrażenia podobnego temu, jakie towarzyszy schodzeniu w dół po krętych schodach. Nie

bez  wysiłku  oparł  się  chęci  otworzenia  oczu  i  przekonania  się,  po  czym  właściwie  stąpa.  Nie  był

background image

tchórzem, ale wobec magii zawsze czuł się bezbronny. Co będzie, jeśli otworzy oczy i zobaczy, że
kroczy w próżni?

-  Powiedziałeś,  że  używasz  topora  bojowego,  nieprawdaż?  -  wdarł  się  w  jego  myśli  głos

Sardala. Kazowi wydało się, że od chwili, kiedy zamknął oczy, przeszli już wiele mil. Odkrył, że jest
spocony i stoi na czymś twardym. Dlaczego stanęliśmy? - Bo jesteśmy na dole, oczywiście.

Minotaur  otworzył  oczy.  Stali  u  podnóża  drzewa.  Kaz  spojrzał  na  gigantyczny  pień,  wiodąc

wzrok ku górze. Dopiero teraz pojął naprawdę, jak wysokie było drzewo. Niemal go zemdliło. - Nie!
Nie chcę niczego wiedzieć! Zachowaj swoje sekrety. - Potem przypomniał sobie pytanie, jakie zadał
mu Sardal. - Owszem, używam topora.

-  Tak  właśnie  pomyślałem,  kiedy  cię  zobaczyłem.  Nagle  w  dłoni  Sardala  pojawił  się  lśniący,

potężny topór o podwójnym ostrzu. Boczne powierzchnie głowni wypolerowano niczym zwierciadła,
Sardal zaś trzymał oręż bez najmniejszego wysiłku.

-
Kaz z podziwem przyglądał się wspaniałej broni. Topór był wcieleniem doskonałości od głowni

po  drzewce.  Te  ostrza  wyglądały  tak,  jakby  bez  trudu  można  było  ciąć  nimi  kamienie.  Minotaur
dostrzegł jakieś runy na drzewcu. Co to za napis?

- Krasnoludzki. Tę broń podarował mi stary przyjaciel, który zginął na wojnie. To jego najlepsze

dzieło… i wolał dać go mnie, niż swoim głupim czeladnikom. Runy głoszą imię tej broni, każdy oręż
powinien  mieć  swoje.  W  przekładzie  na  Wspólną  Mowę,  oznaczają…  Oblicze  Honoru.  -  Oblicze
Honoru? Cóż to za imię dla bojowego topora?

- Nigdy nie próbuj pojąć krasnoluda. - Sardal podał topór swemu gościowi. - Myślę jednak, że

okażesz się godny tak nazwanej broni. - Magiczny? - Kaz bardzo chciałby zatrzymać oręż, ale..

- Myślę, że magia była raczej w dłoniach płatnerza, który wykuł oręż, niż wojownika, który ma

nim władać… choć nie będę cię zapewniał, że broń ta nie ma magicznych właściwości. Ja sam nie
zauważyłem żadnej. Bądź jednak pewien, iż ten topór cię nie zawiedzie.

Kaz  wypróbował  topór,  wywijając  nim  w  jedną  i  drugą  stronę,  potem  przećwiczył  sekretne

cięcia,  po  których  przeciwnik  pozostałby  bez  nogi  albo  kilku  palców.  Skończywszy  serię  ciosów,
jednym płynnym gestem wetknął broń w obejmę na grzbiecie. Oczy minotaura płonęły radością, choć
usiłował ukryć zachwyt i entuzjazm. -Idealnie wyważony.

Sardal, który na widok zręczności i szybkości minotaura nie umiał oprzeć się uczuciu podziwu,

kiwnął tylko głową.

-  Obyś  potrzebował  go  tak  rzadko,  jak  to  tylko  możliwe.  Przykro  mi,  że  nie  mogę  pożyczyć  ci

konia.  Poprowadzę  cię  za  to  ścieżką,  dzięki  której  nadrobisz  nieco  stracony  czas.  -  Poprowadzisz?
Idziesz więc ze mną?

-  Tylko  do  skraju  puszczy.  -  Sardal  wskazał  na  północ.  -  Trafisz  na  spustoszone  równiny

północnej  Solamnii.  Ponieważ  uprzejmie  ofiarowałeś  się  dostarczyć  pismo  Argaenowi,  nie  widzę
powodu,  dla  którego  sam  miałbym  przemierzać  te  splugawione  ziemie.  -  Jest  tam  aż  tak  źle?  Elf
obrzucił go osobliwym spojrzeniem. - Kiedy byłeś tam po raz ostatni?

-  Po  pogrzebowej  ceremonii  mojego  druha,  Humy.  Ruszyłem  na  południe  i  od  tamtej  pory  nie

odwiedzałem  ziem  północnych.  Przemierzałem  krainy  leżące  na  wschód,  południe  i  zachód  od
Solamnii… ale nie zbliżyłem się do jej granic nawet na sto mil. - Darzyłeś Humę wielkim podziwem.
-

-  Znasz  to  solamnijskie  powiedzenie:  Est  Sularus  oth  Mithasl  -  „Mój  honor  to  moje  życie”.

Owszem, słyszałem je już wcześniej. To zdanie jest wstępem do kodeksu i zasad, wedle których żyje
rycerstwo.

background image

Na obliczu Kaza pojawił się dziwnie tkliwy i smutny wyraz. - Huma od lancy był wcieleniem tej

zasady.  Więcej,  on  cały  był  tą  zasadą.  Od  jego  śmierci  usiłuję  być  godny  wspomnień  o  nim.  Nie
wiem, czy mi się to udaje..

- Gdyby nie to, nie wróciłbyś do Solamnii… zresztą i tak nie czynisz tego rad. -W głosie Sardala

nie było żadnej drwiny.

Kaz  wetknął  swój  dobytek  do  sakwy.  -  Owszem.  Zrozumiałbyś  mnie,  gdybyś  kiedykolwiek

zetknął  się  z  Humą.  Spotkaliśmy  się,  gdy  wyrwał  mnie  z  łap  bandy  goblinów,  które  ujęły  mnie
podstępem.  Nie  będę  daleki  od  prawdy,  jeśli  powiem,  że  był  wstrząśnięty,  kiedy  odkrył,  kogo
właściwie  uratował,  to  go  jednak  nie  powstrzymało.  Minotaur,  człowiek…  nawet  goblin…  Huma
zawsze szukał w nich tego, co najlepsze. -Kaz umilkł na chwilę. - Myślę, że w głębi duszy bolał nad
każdym  wrogiem,  którego  musiał  zabić.  Byłem  jego  towarzyszem  dość  długo,  by  to  zrozumieć.  Od
pierwszego  spotkania  z  Gveneth  Srebrną  do  ostatniej  walki  z  Takhisis  pozostał  człowiekiem,  który
uosabiał wszystko, co na tym świecie dobre i szlachetne. Ważył się na rzeczy, o których nikt przed
nim  nie  myślał…  czy  znaczyło  to  obronę  minotaura  przed  rycerstwem,  czy  poszukiwanie  smoczych
lanc, które były naszą jedyną nadzieją.

Gdy  Kaz  ponownie  umilkł,  by  pozbierać  myśli,  Sardal  nie  odezwał  się  słowem  i  tylko  jego

błyszczący wzrok świadczył o tym, że uważnie słucha minotaura.

- Niekiedy koleje losu nas rozdzielały, za każdym jednak razem go odnajdywałem… tego samego

Humę, który wbrew przeciwnościom losu, nie tracił nadziei i nie myślał

0 rezygnacji ze swej misji. Był pierwszym, któremu dano walczyć smoczą lancą… 1 poprowadził

nas  do  ataku…  kilka  tuzinów  ludzi,  każdy  na  swoim  smoku…  przeciwko  niezliczonym  hordom
mrocznej  bogini.  Rzekłem  nas,  bo  pozwolił  mi  być  jednym  z  wybrańców…  a  był  to  honor,  jakiego
nie doznałem wcześniej… i nikt nigdy już nie uczyni mi większego. Niemal wszyscy jeźdźcy zginęli
ze  swymi  smokami  i  nigdy  przedtem  nie  spotkałem  większych  śmiałków,  ale  pierwszym  z  nas  był
Huma.  Stawił  czoło  Takhisis  razem  ze  swoją  towarzyszką…  którą  głęboko  ukochał,  jako  ludzką
istotę.  Pokonał  Królową  Ciemności,  choć  utracił  przy  tym  życie.  -  Kaz  zadrżał.  -  Przybyłem  na
miejsce, gdy zawarł już pakt z Królową… pakt, który odbierał jej Krynn. Huma już konał. Poprosił
mnie, bym wydobył smoczą lancę z miotanego drgawkami cielska bogini - bo na tę okazję przybrała
formę  pięciogłowej  bestii.  Pomimo  że  przejmowała  mnie  groza  -a  do  dziś  pamiętam  to  uczucie  -
dokonałem dzieła, bo poprosił mnie o to Huma. Nie sądzę, bym zrobił to dla kogokolwiek innego. 0
Sardal czekał, a gdy Kaz nie odzywał się przez chwilę, ponaglił go krótkim: - I?..

Minotaur spojrzał na elfa nabiegłymi krwią ślepiami. - I umarł, elfie! Skonał, zanim zdążyłem doń

powrócić i mu pomóc. Przysiągłem dać za niego życie… i zawiodłem go!

Wrócił  do  układania  ekwipunku  w  sakwie.  Sardal  wahał  się  przez  chwilę,  wreszcie  rzekł

spokojnie:  -  Myślę,  że  wolałbyś  stanąć  przed  sądem  swego  ludu  niż  przed  duchem  dawnego
towarzysza.

Minotaur zebrał swe rzeczy i szedł już w kierunku wskazanym przez elfa. Jego odpowiedź była

cicha,  niemal  przytłumiona,  bystre  uszy  Sardala  zdołały  jednak  podchwycić  odpowiedź.  -  Nie
inaczej.

Zbliżali się do wiatrołomu. Niektóre z drzew były martwe i to przypomniało Kazowi okropności

wojny.

-  Kiedy  podróżowałem  z  Humą  -  mówił  Kaz  myśleliśmy  niekiedy,  że  cały Ansalon  tak  właśnie

wygląda - lasy martwych lub usychających drzew i niemal żadnej zwierzyny - jeśli nie liczyć kruków
i innych padlinożerców. Teraz zaś często się dziwię, odkrywając liczne rejony, które w ogóle niemal
nie ucierpiały… choć myśleliśmy, że nic się nie uchowa przed płomieniem wojny.

background image

-  Północne  rejony  kontynentu  ucierpiały  najbardziej,  choć  prawie  w  każdym  zakątku  Ansalonu

znajdziesz okolice, które długo jeszcze nie wrócą do dawnej świetności… nawet w Qualinoście lub
Silvanesti - mruknął ponuro Sardal. - Nasze odosobnienie okazało się złudą. Ludzie wygrali za nas tę
wojnę… ale i tak niektórzy z nas będą pamiętać jedynie o tym, że ludzie walczyli również po stronie
mroku.

Na noc rozbili obóz w lesie. Była taka chwila, kiedy Kaz podejrzewał Sardala o prowadzenie go

jakąś magiczną ścieżką - później jednak zrozumiał, iż cała magia polegała na tym, że jedynie elf mógł
odnaleźć jakikolwiek szlak w tej puszczy.

Noc minęła bez żadnych wypadków -  w  co  Kaz  nie  mógł  uwierzyć  -  i  ruszyli  dalej.  Minęli  już

miejsce, w którym minotaur zwalił się w rzeczne nurty, jednak na widok fal Kaz przystanął i wpatrzył
się w wodę. - Straciłem tu dobrego towarzysza. - Nie widzę powodu, dla którego nie miałbyś jeszcze
spotkać tego kendera.

Kaz  wybuchnął  śmiechem.  -  Nie  miałem  na  myśli  Delbina.  Choć  to  prawda  -  co  wyznaję  z

zażenowaniem i niepokojem - że nawet go polubiłem. Nie, elfie… tym razem myślałem o dzielnym i
wiernym  koniu,  który  od  pięciu  lat  dzielił  ze  mną  trudy  wędrówek,  ja  zaś  nawet  nie  dałem  mu
imienia. - Dotknął dłonią drzewca topora. Jeśli niektórzy nadają imiona broni, z pewnością zasłużył
na to dobry wierzchowiec. - To daj mu imię teraz. - Sardal uśmiechnął się lekko. Nigdy przedtem nie
spotkał

minotaura  takiego  jak  ten!  Kaz  kiwnął  głową.  -  Owszem,  kiedy  wymyślę  jakieś  godne  i

odpowiednie.

Poruszając  się  ciągle  w  tym  samym  kierunku,  następnego  dnia  dotarli  na  skraj  puszczy.  Dalej

leżał  upiorny  las  martwych  drzew.  -  Na  Harfę  Astry!  -  zaklął  Sardal.  Widać  było,  że  widok  nim
wstrząsnął.

Kaz  tymczasem  znów  pogrążył  się  we  wspomnieniach  i  przeszłości.  Przed  nim  rozciągała  się

ziemia niemal martwa, choć nie tknięta płomieniem wojny. Wędrowiec wspomniał gobliny i smoki,
stosy  poległych  oraz  przekleństwa  dowodzących  nimi  ludzi  i  ogrów,  którzy  ponaglali  minotaury  do
nieustannych ataków. Dumny był przez chwilę z tych bitewnych wspomnień, dopóki nie przypomniał
sobie, że w tym czasie walczył przeciwko towarzyszom Humy. Zaczął więc przywoływać na pamięć
inne boje, które staczał jako sojusznik rycerstwa solamnijskiego - i poczuł się lepiej.

Pięć lat. Po tym czasie powinno tu wyrosnąć przynajmniej kilka nowych pędów, niektóre polany

powinny pokryć się kępami trawy - tymczasem przed nimi rozciągała się jałowa, martwa ziemia.

Usłyszawszy  coś,  co  przypominało  grzmot,  spojrzał  na  niebo,  po  to  tylko,  by  poniewczasie

zrozumieć, że powinien patrzeć gdzie indziej. - Jeźdźcy! - Kaz pociągnął Sardala w tył.

W  pewnej  odległości  można  było  zobaczyć  grupkę  rycerzy,  gnających  tak,  jakby  ścigała  ich

Królowa  Ciemności  we  własnej  smoczej  osobie.  Obaj  wędrowcy  patrzyli,  jak  konni  bez  wahań
pędzili  przez  martwy  las.  Kaz  wiedział,  że  tamci  mogli  podążać  tylko  w  jednym  kierunku  -  ku
twierdzy Vingaard. - Ci rycerze byli z różnych forteczek i posterunków - stwierdził elf.

Kaz niezbyt długo zastanawiał się nad źródłem wiedzy elfa - przypomniał sobie krążące wszędy

opowieści o bystrości wzroku leśnego ludu. - Z różnych oddziałów?

Sardal kiwnął głową. - Dostrzegłem niektóre godła. Każdy rycerz nosi znaki, po których można

poznać,  z  jakiej  jest  warowni  lub  forteczki.  W  tej  grupie  byli  reprezentanci  niemal  wszystkich
posterunków  z  Południa.  To  bardzo  ciekawe…  Gdybym  nie  miał  innych,  ważniejszych  spraw  na
głowie, nie oparłbym się pokusie, by pójść z tobą i sprawdzić, co się tam dzieje..

Elf  umilkł,  jakby  w  obawie,  że  powiedział  za  wiele.  Kaz  udał,  że  jego  uwagę  nadal  wyłącznie

skupiają  znikający  już  w  oddali  jeźdźcy.  -  Powinni  być  tam  trzy  dni  przede  mną.  Być  może

background image

solamnijskie rycerstwo szykuje się do nowej wojny. - Przeciwko komu?

-  Nie  umiem  rzec  -  mruknął  Kaz.  -  To  jednak  wyjaśniałoby,  przynajmniej  po  części,  dlaczego

pozornie odwrócili się od swego narodu. Możliwe, że gdzieś tam zbierają się

- resztki armii Takhisis. Może nie doceniłem tamtych.. - Tak uważasz?
- Nie dowiem się, dopóki tam nie dotrę. - Kaz pomyślał, że tymi słowami nie przekonałby nawet

samego siebie.

Sardal  wyprostował  się  godnie.  - A  więc  tu  się  pożegnamy.  -  Wyciągnął  ku  minotaurowi  rękę,

kierując dłoń ku górze. - Niech prowadzą cię E’li i Astra… i Kiri-Jolith, który - jeśli miałbym sądzić
z tego, co ci się dotychczas przydarzyło - darzy cię szczególnymi względami.

Kiri-Jolith  był  bogiem  szlachetnych,  godnych  walk  i  bitew,  którego  wyobrażano  sobie  jako

człowieka  z  głową  bawołu.  Charakterystyczne  dla  pełnych  przeciwieństw  minotaurów  było  to,  że
darzyły go równą estymą, jak książęcego małżonka Takhisis, Sargasa, i wcale nie przeszkadzała im
świadomość, że spotkanie tych dwu bogów natychmiast przekształciłoby się w najzaciętszy z bojów.
Kiri-Jolith był synem E’li, jak elfy nazywały Paladine’a.

Minotaur  odpowiedział  elfowi  podobnym  pozdrowieniem  i  spojrzał  na  upiorną  puszczę,  którą

miał  przemierzyć.  -  Myślę,  że  najprościej  będzie  podążyć  tropem  rycerzy.  Zostawili  dość  wyraźny
ślad. Co ty na to, Sardalu?

Nie  usłyszawszy  odpowiedzi,  odwrócił  się  ku  elfowi.  Po  jego  dobroczyńcy  nie  było  już  śladu,

żaden też odcisk stopy nie zdradzał kierunku, w którym odszedł. Kaz przykucnął i przez chwilę badał
grunt.  Mógł  śledzić  wstecz  własne  tropy,  nie  dostrzegł  jednak  nigdzie  odcisków  stóp  Sardala.
Wyglądało na to, że przyszedł tu sam! Wstał i parsknął niechętnie. - Elfy!

Odwracając się ku spustoszonym ziemiom północnej Solamnii, przełożył sakwę przez plecy tak,

by  nie  przeszkadzała,  gdyby  trzeba  było  sięgnąć  po  Oblicze  Honoru  i  ruszył  przed  siebie.  Nie
zagłębił się nawet na sto kroków w martwy las, kiedy uderzyła go niezwykła cisza i brak zwykłych
odgłosów puszczy - z wyjątkiem jednego, znajomego mu z czasu wojen.

Gdzieś tam kruk zwoływał na żer swych braci. Kaz wiedział z doświadczenia, że ptaki wydawały

takie  odgłosy  tylko  wtedy,  gdy  spodziewały  się  obfitej  uczty.  Zawsze  tak  było,  że  tam,  gdzie  mieli
ginąć wojownicy, zbierały się ścierwojady, obsiadały gałęzie i czekały.. Minotaur miał nadzieję, że
może tym razem kruki czekają na coś innego.

background image

26.Bohaterowie II - Minotaur Kaz

Rozdział 7

CHOĆ NA NIEBIE WISIAŁO KILKA TYLKO CHMUR, W tej jałowej okolicy słońce świeciło

niezbyt  jasno.  Kaz  nie  umiał  sobie  tego  wyjaśnić.  Jeśli  cały  ten  kraj  nie  uległ  nieodwracalnemu
splugawieniu,  to  może  po  kilkunastu  latach  przekleństwo  Królowej  Smoków  straci  swą  moc?
Minotaur wiedział jedynie, że będzie bardzo rad, gdy opuści już tę okolicę.

Niekiedy  dostrzegał  znaki  świadczące  o  tym,  że  życie  jednak  się  tu  odradza.  Pierwszy  ślad

zieleni,  jaki  dostrzegł,  dostarczył  mu  znacznie  większej  radości,  niż  się  spodziewał.  Północna
Solamnia nie była martwym krajem. Trwała tu nadal walka 0 życie.

Nadejście zmroku przyniosło mu pewną ulgę. W ciemnościach niemal wszystkie kraje wyglądają

podobnie.  Po  ciemku  uschnięte  drzewa  można  było  wziąć  za  pnie  czekające  na  ożywcze  tchnienie
wiosny - choć Kaz wiedział, że jest inaczej. W nocy brakło mu jedynie odgłosów zwierząt. Raz jeden
usłyszał odległe wycie jakiegoś padlinożercy. Te stworzenia zawsze potrafiły znaleźć sobie jakiś żer,
nawet w tak spustoszonych okolicach. Słychać też było brzęczenie kilku owadów, ale w porównaniu
ze  zwykłymi  nocnymi  odgłosami  puszczy,  las  wydawał  się  pusty.  Prawie  pusty.  Gdy  mościł  sobie
posłanie, przeleciało nad nim coś wielkiego 1 niewiarygodnie szybkiego… coś, co zniknęło, zanim
zdążył podnieść głowę. Kaz odniósł wrażenie, że było to ogromne stworzenie o długich skrzydłach.
Natychmiast pomyślał o smoku, potem jednak nie bez irytacji przypomniał sobie, że smoki -wszystkie
smoki  znikły  z  końcem  wojny.  Smoki  mroku  zostały  przegnane  przez  Humę,  smoki  światłości  zaś
wycofały  się  same,  by  -  jak  utrzymywali  niektórzy  filozofowie  -zachować  równowagę  świata.  Nikt
nie  znał  prawdy.  Kimkolwiek  był  nocny  „ptaszek”,  nie  wrócił  i  nie  dał  Kazowi  drugiej  szansy  na
rozpoznanie. Nieco wytrącony z równowagi minotaur zjadł skromny posiłek i ułożył się do snu.

Spał niezbyt dobrze. Trapił go jakiś nieokreślony niepokój. Wiercił się na posłaniu i przewracał

z  boku  na  bok.  W  nocy  budził  się  przynajmniej  siedmiokrotnie,  za  każdym  razem  z  wrażeniem,  że
jakiś goblin już szykuje się do poderżnięcia mu gardła lub że lada moment z ziemi wyłoni się upiór i
wyciągnie  ku  niemu  szponiaste  palce.  Raz  śniło  mu  się,  że  stoi  nad  nim  martwilk,  którego  płonące
czerwienią ślepia wpatrywały się weń z bezgłośną drwiną. Bestia natychmiast też zaczęła zadawać
pytania, których Kaz później nie umiał sobie przypomnieć.

Rankiem  ruszył  dalej  tropem  grupki  rycerzy.  Nie  miał  wątpliwości,  że  tamci  podążają  do

Vingaardu. Jeśli miałby wyrokować ze śladów, to rycerze niemiłosiernie

poganiali  konie.  Jadąc  w  tym  tempie,  dotrą  do  twierdzy  kilka  dni  przed  Kazem,  co  zresztą

świetnie pasowało do jego planów. Nie życzył sobie żadnych spotkań z przedstawicielami zakonów,
zanim nie dotrze do twierdzy.

Po  drugim  dniu  wędrówki  nastąpił  trzeci  i  czwarty.  Kaz  szedł  już  nieco  wolniej.  Trop  grupy

rycerzy omijał leżące na szlaku wioski - co wskazywało na fakt, że Solamnijczycy zbaczali z drogi,
by ukryć się przed ziomkami, ale minotaur nie wyciągał z tego faktu żadnych wniosków. Miało się ku
południowi, kiedy znów zobaczył ptaki kruki żywiące się padliną.

Ocenił, że jest ich tam kilka tuzinów. Początkowo widział tylko te, które unosiły się w powietrzu,

kiedy  jednak  podszedł  bliżej,  zobaczył,  że  ptaszyska  obsiadły  także  gałęzie  drzew.  Te  kruki  były
ścierwojadami i mogły pożywiać się resztkami, które pozostały po obozowisku rycerzy.

Kaz  podejrzewał  jednak,  że  jest  inaczej.  Przyspieszył  kroku.  Jego  nozdrza  musnął  dawno

background image

zapomniany zapach. Minotaur parsknął z odrazą.

Wkrótce przekonał się, że ptaków jest tak wiele, iż zaczął się zastanawiać, czy przypadkiem nie

szykują  napaści  na  jakieś  żywe  stworzenie…  na  przykład  na  niego  samego.  Kiedy  jednak  zobaczył
rozmiary pobojowiska, zrozumiał, że ptactwo nie zwróci nań nawet uwagi.

Jak  daleko  mógł  sięgnąć  okiem,  widział  same  trupy.  Ciała  leżały  porozrzucane  w  dziwacznych

pozach, jakby to, co je pomordowało, unosiło je przedtem w powietrze. Niektórzy z jeźdźców byli
okropnie  poszarpani,  innych  najwyraźniej  zmiażdżono.  Wszędzie  było  pełno  krwi  i  Kaz,  który
widział  niejedno  pobojowisko,  poczuł  mdłości.  Oto  miał  przed  oczyma  urzeczywistnienie  swych
najbardziej  obrzydliwych  koszmarów.  Rzeź  ta  nie  dała  się  porównać  z  żadną,  którą  oglądał,  lub  o
której słyszał. W starciu z tym, co ich zaatakowało, rycerze nie mieli najmniejszych szans. Wydawało
się,  że  zostali  zaatakowani  nagle  i  niespodzianie,  po  tym,  jak  udali  się  na  spoczynek.  O  nagłości
napaści świadczyło choćby to, że jedna z ofiar była jeszcze zawinięta w opończe!

Leżeli przed nim ci sami jeźdźcy, którzy minęli Kaza i elfa przed paroma dniami. Mniej więcej

dwudziestu kilku ludzi, wszyscy martwi. Padli nie w bitwie - Kaz odniósł wrażenie, że porozdzierała
ich  jakaś  potężna  bestia.  Jak  to  możliwe?  Czy  w  tej  okolicy  lub  gdziekolwiek  indziej  na  świecie
istniało  coś,  co  nagle  mogło  zniszczyć  oddział  liczący  ponad  dwudziestu  wyćwiczonych  i
doświadczonych wojowników?

Sięgnął za plecy i dobył topór. Ostrożnie zbliżył się do najbliższego z poległych. Widać było, że

zginął przygnieciony ciałem konia, gdy obaj runęli na ziemię. Był to młody rycerz, który - jak Huma -
należał do Zakonu Korony. Tuż obok wykręconej ręki młodzieńca leżał jego miecz. Minotaur obrzucił
oręż przelotnym spojrzeniem, potem

jednak, zauważywszy szczególny wygląd klingi, spojrzał ponownie. Następnie wolną ręką sięgnął

i podniósł miecz poległego.

Klinga  była  poszczerbiona  i  porysowana  tak,  że  Kaz  w  pierwszej  chwili  nie  mógł  uwierzyć

własnym  oczom.  Nigdy  nie  spotkał  rycerza,  dla  którego  oręż  nie  byłby  przedmiotem  szczególnej
troski. Wojownicy dość szybko uczyli się traktowania nielicznych przedmiotów osobistych niemal z
pietyzmem  -  w  szczególnej  mierze  odnosiło  się  to  do  broni.  Ten  miecz  wyglądał  jednak  tak,  jakby
rycerz walczył nim z kamienną ścianą. I kamienna ściana - oczywiście - zwyciężyła.

Kaz włożył oręż w martwe dłonie właściciela i ruszył dalej. Następnemu z rycerzy powiodło się

nie  lepiej  -  połowa  jego  ciała,  odrzucona,  leżała  trochę  dalej.  Kaz  sapnął  wściekle  i  szybko  minął
okropne  miejsce.  Doliczył  się  szesnastu  ciał  rycerzy,  obok  których  leżało  osiemnaście  martwych
koni. Z pewnych oznak wnioskował, że przynajmniej parę koni zdołało zbiec - nie potrafiłby jednak
powiedzieć,  czy  byli  na  nich  jeźdźcy.  Dwa  ludzkie  ciała  znalazł  nieco  dalej  -  jeden  z  trupów  miał
zmiażdżone ramię i głowę, drugi leżał bez życia pod pniem drzewa, o które ciśnięto go z wielką siłą.
Wszyscy byli martwi co najmniej od dnia wczorajszego.

W innych okolicznościach minotaur pogrzebałby poległych. Teraz jednak zajęłoby to zbyt wiele

czasu,  a  przy  jego  pechu  mogło  się  też  zdarzyć,  że  podczas  pochówku  dałby  się  przyłapać  innej
grupie  rycerzy.  Kaz  przysiągł  sobie,  że  przynajmniej  opowie  lordowi  Oswalowi  o  tym,  gdzie  leżą
jego podwładni. Rycerstwo powinno pomścić swych braci..

Pół  mili  dalej  znalazł  jeszcze  jednego  konia  i  dwa  kolejne  ciała  oraz  nowe  ślady  odciśnięte  w

suchym  pylistym  gruncie.  Niewiele  potrafił  z  ich  wywnioskować,  nie  przypominały  bowiem  ani
odcisków stóp ludzkich, ani śladów podków.

Tropów  było  kilkanaście,  co  pozwoliło  Kazowi  domyślić  się,  że  intruzi  ciągnęli  dwa  ciężkie

przedmioty. Nagle zaczęło mu coś świtać we łbie i przyspieszył kroku, obawiając się, że niestety nie
zdąży w porę się ukryć.

background image

W tej okolicy jedyną ochronę i kryjówkę mogły mu zapewnić drzewa. Minotaur -rosły przecież i

barczysty miał niemałe kłopoty ze znalezieniem takiego miejsca. Podejrzewał też, że gdzieś niedaleko
ciągnęła się linia wart. Z toporem w dłoni ostrożnie zaczął przedzierać się przez resztki przegniłego
poszycia.  Ślady  wskazywały,  że  grupa,  za  którą  podążał,  liczyła  sobie  przynajmniej  siedmiu,  może
ośmiu osobników.

Wiatr przyniósł mu zapach pieczonego mięsa. Minotaur skrzywił się z odrazą. Rozpoznał smród

przypalonej  koniny  -  mięsiwo  to  śmierdziało  gorzej  jeszcze,  niż  smakowało.  Kilka  razy  podczas
wojny  zdarzyło  mu  się  jeść  koninę  -  czynił  to  wyłącznie  wtedy,  gdy  naprawdę  nie  było  niczego
innego do żarcia, nigdy jednak nie przyzwyczaił się do jej smaku.

Wraz ze smrodem dotarły doń pierwsze odgłosy rozmów. Tak jak przypuszczał, grupka składała

się z goblinów - rozbawionych, ale zachowujących czujność. - Walnij go jeszcze, Krynge! - Nic nie
gadasz, muszlogłowy? - Krynge, wrzućmy go w ogień i posłuchajmy, jak ryczy!

-  Nieee!  Musimy  sprawdzić,  czy  nie  nadciągają  inni!  -  odpowiedział  wrzaskiem  ten,  którego

wołano Krynge.

Kaz znieruchomiał, czując się tak, jakby naraz znalazł się w dwu miejscach rozdzielonych czasem

i przestrzenią. Wszystko to przecież już kiedyś przeżył… różnica zaś leżała w tym jedynie, że wtedy
on sam był jeńcem goblinów. Huma zaryzykował dlań wówczas własne życie i Kaz nie mógł teraz nie
odpłacić nieznajomemu jeńcowi tym samym.

O przeszłości zapomniał w tej samej chwili, w której usłyszał odgłos kroków wartownika.
Niekształtny,  przysadzisty  stwór  ciągnął  za  sobą  długą  i  lekko  wygiętą  włócznię.  Był  -  jak  na

goblina - dość tłusty i prawdopodobnie obarczono go służbą wartowniczą jako ostatniego z ciurów.
Wyglądał  tak,  jakby  miał  wielką  ochotę  na  drzemkę.  Kaz  postanowił,  że  miłosiernie  spełni
pragnienie biedaka.

Stwór  przysiadł  ciężko  na  niewielkim  głazie  i  rzucając  ponure,  złe  spojrzenia  w  stronę

obozowiska, zaczął żuć resztki zasuszonej koniny. Goblin tak dalece zapomniał o czujności, że Kaz
bez  najmniejszego  trudu  podkradł  się  doń  z  tyłu  i  trzasnął  go  po  łbie  płazem  topora.  Rozległo  się
głuche  łupnięcie  i  głowa  goblina  opadła,  wgniatając  wszystkie  jego  sześć  podbródków  w  pierś.
Minotaur  pochylił  się  i  sprawdził  efekt  uderzenia,  nie  bez  zdziwienia  stwierdzając,  że  cios  złamał
goblinowi  kark  i  zabił  go  na  miejscu.  Kaz  nie  czuł  wyrzutów  sumienia.  W  tych  samych
okolicznościach goblin zabiłby go, nie mrugnąwszy nawet okiem.

Pozostali członkowie bandy nadal zabawiali się z więźniem w pytania i odpowiedzi. Jak do tej

zresztą pory, Kaz żadnej odpowiedzi nie usłyszał i nie było wykluczone, że udręczona ofiara straciła
przytomność  albo  wyzionęła  ducha.  Gdy  Kaz  to  sobie  uświadomił,  zbielały  kciuki  zaciśniętej  na
drzewcu topora łapy minotaura.

Ostrożnie okrążył obozowisko wrogów, żywiąc nadzieję, że nawet jeśli natknie się na kolejnego

wartownika,  ten  nie  będzie  przesadnym  służbistą.  Kaz  miewał  już  do  czynienia  z  goblinami  i
wiedział, że rzadko kiedy wystawiają więcej niż dwa posterunki.

Nie musiał się trapić, drugi miał obowiązki wartownika zacznie głębiej w… eee… niż pierwszy

i  po  prostu  uciął  sobie  drzemkę.  Kaz  zrezygnował  z  użycia  topora  i  nie  bez  wewnętrznej  uciechy
rąbnął wartownika sękatą pięścią w szczękę. Goblin stęknął ze

zdziwieniem,  skłonił  się  nisko  przed  Kazem,  po  czym  wetknął  pysk  w  przegniłą  ściółkę  i

znieruchomiał. Kaz poczuł dziwną satysfakcję. Zawsze był zwolennikiem spłacania dawnych długów.

Teraz  miał  przed  sobą  trudniejszą  część  roboty.  Dokonał  szybkiego,  opartego  na  słuchu

obliczenia. Pozostało pięciu przeciwników. Być może dałoby się ich jakoś rozdzielić, ale pomysł ten
pachniał zbyt wielkim ryzykiem.

background image

- Łamignacie, mówiłem ci, byś tego nie robił! Chcesz się wykazać? Doskonale! Idź i zastąp Muła

na warcie! - Ale, Krynge.. - Maaarsz!

Kaz  przeklął  w  duchu  kilkunastu  bogów.  Zobaczył,  że  w  kierunku  pierwszego  posterunku

przedziera  się  przez  krzaki  krępa,  niekształtna  sylwetka  Łamignata.  Stwór  poruszał  się  nie  szybciej
niż ciężarna żółwica, Kaz miał więc jeszcze minutę lub dwie. Właśnie teraz gobliny były odprężone i
zapomniały o czujności..

Może dałoby się wymyślić coś lepszego i w innych okolicznościach Kaz wybrałby pewnie inną

metodę postępowania. Zawsze jednak był zwolennikiem planów prostych jak stylisko topora.

Ruszył  dalej  w  tym  samym  kierunku  co  poprzednio.  Okrążając  obóz,  zatrzymał  się  niemal

dokładnie  naprzeciwko  miejsca,  gdzie  zabił  pierwszego  z  wartowników.  W  jednej  sprawie  miał
rację  -  gobliny,  które  w  tej  okolicy  nie  spodziewały  się  żadnych  niespodzianek,  wystawiły  jedynie
dwa posterunki. Gdyby wartowników było trzech, mógłby znaleźć się w tarapatach.

Poruszając  się  jak  poprzednio,  podkradł  się  tuż  do  obozowiska.  Udało  mu  się  też  dostrzec

wreszcie więźnia.

Był  to  oczywiście  rycerz  solamnijski.  Ręce  i  nogi  więźnia  przywiązano  do  wbitych  w  ziemię

palików, zerwano zeń napierśnik i nagolenniki, które leżały obok - Kaz nie miał jednak wątpliwości,
że patrzy na rycerza. Nie dało się natomiast określić, czy jeniec jest martwy, czy tylko nieprzytomny.
Minotaur  zacisnął  dłoń  na  drzewcu  topora  i  lekko  się  pochylił.  -  Krynge!  -  wrzasnął  Łamignat  z
drugiej strony obozowiska.

Pięciu goblinów! - Kaz sklął się w duchu za to przeoczenie. Cała grupa poderwała się z ziemi.

Przywódca,  Krynge  -  przysadziste  bydlę  uzbrojone  we  włócznię  z  przerażającymi  zadziorami  na
grocie - zrobił nawet kilka kroków w stronę wrzeszczącego wartownika. Pozostali ruszyli za nim.

Kaz wyskoczył z kryjówki. Nie wydał żadnego okrzyku bojowego, ryknął jedynie: -Gobliny! - i w

tej samej chwili dopadł pierwszego.

Ten  miał  akurat  tyle  czasu,  by  wytrzeszczyć  ze  zdumieniem  ślepia  -  i  ostrze  topora  gładko

przecięło  jego  zbrojne  w  miecz  ramię.  Stwór  kwiknął  rozpaczliwie  i  runął  na  kolana  w  daremnym
wysiłku podniesienia utraconej kończyny. Kaz zwrócił się ku następnemu. Ten był nieco żwawszy i
zdołał  nawet  podnieść  maczugę.  Nadmierna  porywczość  przyniosła  mu  jednak  pecha,  topór
minotaura  otworzył  mu  bowiem  pierś,  jak  nóż  rybaka  otwiera  ostrygę.  Goblin  zwalił  się  na  grzbiet
martwy, zanim dotknął ziemi karkiem.

Teraz  jednak  minotaur  miał  stawić  czoło  trzem  goblinom,  z  których  jeden  uzbrojony  był  we

włócznię.

Krynge  pchnął  przeciwnika  włócznią.  Pozostali  dwaj  mieli  inną  broń,  ale  po  stronie  Kaza  była

przewaga zasięgu.

Przywódca  bandy  natychmiast  to  zrozumiał  i  gestami  nakazał  swym  dwu  kompanom  okrążyć

minotaura, by wyrównać tę przewagę.

W  pewnej  odległości  krążył  Łamignat.  Kaz  wiedział,  że  czterem  nie  zdoła  dotrzymać  pola,

zwłaszcza  że  Łamignat  miał  w  łapach  topór  niewiele  mniejszy  od  Oblicza  Honoru.  Błyskawicznie
ocenił  więc  przeciwników.  Najsłabszym  ogniwem  otaczającego  go  łańcucha  wrogów  był  drab
wymachujący maczugą. Wydawało się też, że jest najbardziej podszyty tchórzem.

Kaz  zrobił  wypad  w  stronę  Krynge’a,  który  odskoczył  o  kilka  kroków.  Pozostali  dwaj  natarli

jednocześnie, Kaz zrobił unik i uchylił się przed cięciem miecza z prawej, śmigając toporem w lewo.
Zaskoczony całkowicie goblin zdołał tylko bezradnie machnąć maczugą i runął na ziemię rozpłatany
od barku po pępek.

Kaz  jednak  nie  docenił  Krynge’a.  Goblin,  owszem,  cofnął  się,  natychmiast  jednak  przeszedł  do

background image

natarcia. Zanim minotaur zdążył cokolwiek zrobić, grot włóczni rozdarł mu bark. Zadziory uwięzły w
mięśniu  i  Kaz  przez  sekundę  myślał,  że  straci  ramię.  Niewiele  brakowało,  a  wypuściłby  z  dłoni
topór, wiedział jednak, że byłoby to równoznaczne ze śmiercią. Ignorując ból, przechylił się w lewo.

Wódz cofnął swą włócznię, wyrywając Kazowi spory kęs mięśnia. Łamignat był już dość blisko,

by  włączyć  się  do  walki  i  Kaz  zaczął  podejrzewać,  że  wyczerpał  już  swój  zapas  życiowego
szczęścia. Całe jego ciało raz po raz przeszywały iskry bólu. Zacisnął zęby i odparł atak goblinów
nieco chaotycznym zamachem, którym jednak niemal wytrącił oręż z łap Łamignata.

Najbardziej  niebezpieczna  okazała  się  włócznia.  Kaz  miał  przewagę  zasięgu  nad  dwoma

pozostałymi przeciwnikami, oręż Krynge’a nie ustępował jednak długością wzrostowi minotaura - a
goblin  wiedział,  jak  się  nim  posługiwać.  Nawet  jeśli  drab  nie  zdoła  zadać  włócznią  decydującego
pchnięcia, paskudne zadziory znów wyrwą Kazowi

kawał mięśnia..
Gobliny  powoli  zyskiwały  przewagę,  Kaz  odczuwał  też  coraz  bardziej  dojmujący  ból  w

zranionym  ramieniu.  Drab  z  mieczem  prawie  zdołał  przemknąć  pod  zasłoną  minotaura,  cofnął  się
jednak,  odparty  szybkim  pchnięciem.  Niestety,  minotaura  nieubłaganie  zmuszano  do  odwrotu.  Kaz
zrozumiał,  że  w  końcu  przyprą  go  do  drzewa  i  poczekają,  aż  zmoże  go  utrata  krwi.  On  sam  na  ich
miejscu nie postąpiłby inaczej.

Czując, że czas ucieka, Kaz nagle uniósł nad głową lśniący topór i wydawszy solamnijski okrzyk

bojowy, runął wprost na wrogów.

Goblin  z  toporem  i  jego  uzbrojony  w  miecz  towarzysz  natychmiast  cofnęli  się,  wiedząc,  że

ustępują  minotaurowi  siłą  i  zasięgiem  ramion.  Krynge  jednak  postanowił  stawić  czoło
przeciwnikowi, dufny w długość swej włóczni i pewny, że zdoła nią odeprzeć atak. I miałby rację,
gdyby celem ataku Kaza - jak Krynge się spodziewał - był on sam.

Topór  śmignął  szerokim  łukiem.  Jedna  z  dwu  krawędzi  głowni  zaczepiła  o  zadziory  włóczni.

Krynge  natychmiast  połapał  się  w  sytuacji,  było  już  jednak  za  późno  na  reakcję.  Wezwawszy  na
pomoc  całą  swą  krzepę  -  a  jeszcze  nie  urodził  się  goblin,  który  sprostałby  minotaurowi  -  Kaz
szarpnął  potężnie  i  wyrwał  drzewce  włóczni  z  pazurów  bezradnego  goblina.  Włócznia  z  brzękiem
spadła na ziemię gdzieś za Kazem.

Rozbrojony Krynge zdobył się na jedyne możliwe rozwiązanie i cofnął się, desperacko szukając

innej  broni.  Goblin  z  mieczem,  któremu  doświadczenie  podpowiedziało,  że  jedynym  wynikiem
starcia  miecza  z  toporem  trzymanym  przez  doświadczone  i  wprawne  ramię  jest  klęska  miecza,
odwrócił się i bezwstydnie rzucił do ucieczki. Tylko Łamignat - kierowany głupim uporem, a może
zbyt przerażony, by wymyślić coś mądrego - zamachnął się na Kaza swym toporem. Miał oczywiście
krótsze  łapy  niż  minotaur  i  choć  wywijał  orężem  jak  oszalały,  jeden  cios  Oblicza  Honoru
rozstrzygnął sprawę definitywnie.

Pociągnięty siłą własnego zamachu goblin obrócił się na pięcie i runął na ziemię, brocząc krwią z

głębokiej rany na piersi.

Kaz wytarł z krwi głownię topora i upewniwszy się, że żaden z dwu uciekinierów nie zamierza

wracać na pole utarczki, podszedł do więźnia i spojrzał w twarz Humy.

Zamrugał  powiekami  i  odkrył,  że  patrzy  na  znużone  oblicze  człowieka,  który  wcale  nie

przypominał jego legendarnego druha. Ten był starszy, jeśli nie wiekiem, to doświadczeniem. Miał
lekko  zadarty  nos  i  wielkie  wąsiska,  dość  pospolite  wśród  rycerstwa.  Włosy  nieznajomego  były
jasne, choć nie całkiem… co mogło się zmienić, gdyby zmyć z nich brud i krew. Nieznajomy miał też
spękane wargi i Kaz pojął, że od dłuższego czasu nie wypił ani

kropli  wody.  Wyjął  więc  czop  z  bukłaka  i  przechylił  naczynie  do  ust  nieszczęśnika.  W  oczach

background image

nieznajomego mignęła odraza, pił jednak łapczywie i długo. Minotaur wyjął zza pasa nóż i przeciął
mu więzy na dłoniach i nogach. - Niczego… niczego ci nie powiem… potworze! - wychrypiał rycerz.

Kaz  parsknął  nie  bez  irytacji.  -  Rycerzu,  nie  mam  złych  zamiarów.  Nie  jestem  sojusznikiem

goblinów - o czym zresztą mogłeś sam się przekonać. Jestem wyznawcą Paladine’a i Kiri-Jolitha…
wyrzekłem się zaś Sargasa i jego mrocznej małżonki.

Spojrzenie  rycerza  zdradzało,  że  nie  do  końca  ufa  zapewnieniom  Kaza,  doszedł  jednak  do

wniosku, że minotaur potraktuje go nieco lepiej.

Jego opór zresztą nie zdałby się na wiele, ledwo bowiem mógł się poruszać. Kaz zrobił co się

dało, by jakoś wygodniej go ułożyć. Poddawszy rycerza pobieżnym oględzinom, minotaur przekonał
się,  że  na  skórze  nieznajomego  jest  wiele  głębokich  zadrapań,  prawy  zaś  nagolennik,  skręcony  i
pogięty, zdradzał złamanie nogi. Kaz zatęsknił nagle za towarzystwem uzdrowicielki Teseli.

Oczyszczając i przewiązując rany, minotaur jednocześnie starał się przekonać rycerza, że nic mu

z jego strony nie grozi.

-  Nazywają  mnie  Kaz.  Ty,  jak  widzę,  jesteś  Rycerzem  Korony.  -  Kiwnął  dłonią  ku  pogiętym

resztkom hełmu i napierśnika. Na płycie pancerza były dziwaczne wygięcia, jakby napierśnik dostał
się w łapy zakończone potężnymi szponami. - Wnioskuję też, że przybywasz z posterunku leżącego w
południowym  Ergoth.  Znałem  kiedyś  kogoś,  kto  również  stamtąd  się  wywodził.  Nazywał  się…
czekajże… Buoron?

Rycerz  potrząsnął  ostrożnie  głową.  Kaz  wzruszył  ramionami.  Buoron  był  dzielnym  rycerzem  i

pod  wieloma  względami  podobnym  do  Humy.  Zginął  w  potyczce,  podczas  której  rycerstwo  po  raz
pierwszy posłużyło się Smoczymi Lancami. Minotaur znał Buorona krótko, dość tego jednak było, by
nabrał do niego zaufania.

Kaz  odwrócił  się  ku  rycerzowi,  który  zaczął  coś  mówić.  -  Darius…  jestem  Darius  -rozległ  się

chrapliwy szept. - Czy powiedziałeś… Kaz? - Nie inaczej.

Oskarżycielskim  gestem  rycerz  wyciągnął  drżący  palec  ku  minotaurowi.  -  To  jesteś  tym…  za

którym…  Wielki  Mistrz…  rozesłał  listy  gończe!  Minotaur  zaśmiał  się  gorzko.  -  I  co?  Zamierzasz
mnie pojmać i wydać w jego ręce?

Rycerz potrząsnął głową. - Nie… nie po tym, cośmy słyszeli… Żadna załoga nie jest wolna od

podejrzeń. - Jakich podejrzeń?

-  Mieliśmy…  mieliśmy  przedstawić  Mistrzowi  nasze…  zażalenia.  Pierwszy  posłaniec…  nie

wrócił. Jego imię… pojawiło się na tych proklamacjach… podobnie jak

twoje.
- Aaa… pojmuje. Teraz zaś, skoro twoi towarzysze zostali, ku czyjejś wygodzie, wymordowani

przez gobliny.. - Kaz potrząsnął głową. - Nauczyłem się nie wierzyć w zbiegi okoliczności. Darius
zbladł jeszcze bardziej, co - zważywszy na jego stan - było sztuką wcale niemałą. - Zginęli wszyscy?

Minotaur kiwnął łbem. - Chyba tak. Przykro mi, człowieku. Kiedyś miałem wśród rycerzy kilku

oddanych przyjaciół.

- Zginęli wszyscy… - powtórzył ranny rycerz. Wyglądał jak ogłuszony. Spróbował się podnieść.
Kaz  przytrzymał  go  na  posłaniu.  -  Sam  też  się  wykończysz,  jeśli  trochę  nie  odpoczniesz.  Nie

jestem  uzdrowicielem,  mości  rycerzu,  i  te  rany  przez  jakiś  czas  jeszcze  się  nie  zagoją,  więc  lepiej
będzie, jeśli przestaniesz się szarpać.

Darius,  nawet  w  najlepszej  formie,  nie  zdołałby  oprzeć  się  sile  minotaura.  Opadł  więc  na

posłanie,  Kaz  szybko  sprawdził  zaś  opatrunki.  Trudno  było  orzec  coś  pewnego…  Rycerz  mógł
doznać obrażeń wewnętrznych.

-  Zabił  wszystkich…  -  szepnął  ranny,  któremu  wysiłek,  potrzebny  do  wymówienia  tych  kilku

background image

słów, odebrał niemal przytomność.

- Co takiego? - Kaz zamarł w bezruchu. Spojrzał uważnie na Dariusa, rycerz jednak zapadał już

w sen. To nie sprawka goblinów?

Darius rozchylił powieki, nie patrzył jednak na Kaza, tylko utkwił wzrok gdzieś ponad barkami

minotaura. Nie… to nie gobliny. One… znalazły mnie po tym, jak ten… stwór mnie zostawił. Miałem
szczęście… chyba mu się spieszyło. Paladine! Jego skóra była twarda jak kamień. I skrzydła! One..

-  Skrzydła?  -  Kaz  wzdrygnął  się  na  wspomnienie  stwora,  który  przeleciał  nad  nim  w  nocy.

Niewiele wtedy brakowało! - Cóż to była za bestia?

Darius  skupił  wzrok  na  swym  dobroczyńcy.  -  Nie  bestia…  nie…  niezupełnie.  Władcy  ziemi.

Dzieci światła i mroku.

Kaz  znał  te  wersety…  nie  umiałby  rzec,  ile  razy  je  słyszał.  Tak  właśnie  starożytny  bard

opisywał… Nie, to niemożliwe!

- Nie chcesz chyba powiedzieć, że to był… - słowo to minotaur wydusił z siebie nie bez trudu -

smok?

Darius  skrzywił  się  pod  wpływem  przeszywającej  go  właśnie  fali  bólu.  -  Smok,  mości

minotaurze…  albo  coś  bardzo  do  smoka  podobnego!  Z  potężnymi  szponami,  skrzydłami
ogarniającymi  połowę  nieba  i  paszczą  dość  wielką,  by  pochłonąć  rosłego  męża!  -  Twarz  rycerza
okryła się chmurą. - A jednak… stwór porzucił ciała… te, których

nie rozszarpał. Tego nie pojmuję. To był… i nie był… smok.

background image

26.Bohaterowie II - Minotaur Kaz

Rozdział 8

ZWALCZAJĄC  PRZESZYWAJĄCY  BÓL  w  RAMIENIU,  Kaz  podniósł  ponure  brzemię.  Z

oznakami  największej  czci  złożył  ciało  ostatniego  z  towarzyszy  Dariusa  na  prowizorycznym  stosie
pogrzebowym.  Ranny  rycerz,  oparty  o  drzewo,  obserwował  wszystko  z  pewnej  odległości.  Brakło
mu sił do pracy, przy wykonaniu której się upierał. Sam Kaz zresztą wiedział, że nie można zostawić
tak  wiele  ciał  dzielnych  ludzi  na  pastwę  padlinożerców  lub  -  co  gorsza  -  goblinów.  Minotaur
poświęcił na to cały dzień, wiedział jednak, że Darius, nawet gdyby mógł jechać dalej, nie ruszyłby
się stąd, nie zapewniwszy towarzyszom rycerskiego pochówku.

Gobliny  gdzieś  przepadły.  Kaz  wątpił  zresztą,  czy  zechcą  wrócić,  uważnie  jednak  obserwował

okolicę.

Rycerz,  który  był  w  znacznie  lepszej  kondycji  niż  wczoraj,  nadal  uparcie  twierdził,  że  jego

oddział  został  zaatakowany  przez  smoka…  lub  coś  bardzo  do  smoka  podobnego.  Kaz  nie  potrafił
przekonać go, że musiało być inaczej. Wszyscy wiedzieli, że smoki zniknęły.

-  Kaz,  trzeba  znowu  przewiązać  twoje  rany  -  mruknął  rycerz.  -  Nie  chcesz  chyba,  by  się

zabrudziły.

Minotaur stęknął niechętnie, ale pochylił się i pozwolił Dariusowi zająć się opatrunkami. Była to

jedyna czynność, jaką osłabiony rycerz mógł wykonywać, minotaur wiedział zaś, jak bardzo Darius
chce być użytecznym. - Dziękuję.

-  Wątpię,  czy  zostawiłbyś  ciała  swoich  towarzyszy  westchnął  Kaz.  -  Nigdy  bym  zresztą  sobie

tego nie wybaczył, gdyby..

Kolor  nieba  wskazywał  na  to,  że  dopiero  minęło  południe,  powietrze  jednak  było  niezwykle

chłodne  jak  na  tę  porę  roku.  Ognisko  się  przyda  -  pomyślał  Kaz.  Rycerzowi  potrzeba  ciepła.
Rozejrzał  się  za  czymś,  czym  mógłby  podpalić  stos.  Wstał  i  sięgnął  po  wcześniej  przygotowaną
suchą gałąź. - Chcesz może coś powiedzieć, mości rycerzu? spytał, krzesząc ogień.

Darius potrząsnął głową. - Wszystko, co powinienem powiedzieć, zostało już powiedziane, gdy

znosiłeś ciała. Kaz kiwnął głową i posępny jak gradowa chmura ruszył ku stosowi.

Rozpadało się akurat wtedy, gdy stało się jasne, że ogień spełnia swoje zadanie. Kaz spodziewał

się, że płomienie zgasną, deszcz jednak nie był ulewny i minotaur dopilnował, by stos dopalił się do
końca. Gdy zgasł ostatni płomień, deszcz przestał padać.

-  Dzięki  niech  będą  Paladine’owi  -  stwierdził  z  powagą  nieco  przemoczony  Darius.  Wyciągnął

dłoń  ku  Kazowi,  dając  mu  znak,  że  pragnie  wstać.  Minotaur  pomógł  mu  podnieść  się  na  nogi.  -
Powinniśmy  ruszać  -  rzekł  rycerz.  -  Nie  sądzisz,  że  lepiej  będzie  poczekać  do  jutra?  Odpoczynek
pomoże ci odzyskać siły.

Na  bladej  twarzy  rycerza  pojawił  się  nieznaczny  grymas  bólu.  -  Obawiam  się,  że  niektóre  z

moich ran mogą zostać wyleczone tylko przez kapłanów Paladine’a lub Mishakal. Nie wiem, jak było
ostatnio, ale poprzedni komendanci Vingaardu dbali o to, by w twierdzy zawsze był jakiś kapłan.

Minotaurowi  nie  spodobała  się  myśl,  że  będą  musieli  zaufać  komuś  z  twierdzy,  nie  potrafił

jednak  wymyślić  niczego  lepszego.  Może  natkną  się  na  jakiegoś  kapłana  uzdrowiciela  podczas
wędrówki? W tej spustoszonej okolicy z pewnością jest zapotrzebowanie na ich usługi. Ktoś musiał
pomagać  wieśniakom,  jeśli  nie  czynili  tego  mieszkańcy  twierdzy.  -  Nie  wiemy,  co  dzieje  się  w

background image

twierdzy.

-  Dowiemy  się  -  powiedział  Darius  władczym  tonem,  który  Kaz  świetnie  pamiętał  ze  swoich

poprzednich kontaktów z rycerstwem. Nawet Huma niekiedy tak przemawiał. Był to głos kogoś, kto
wie, że staje w obronie słusznej sprawy i dlatego nic i nikt mu się nie oprze.

Rycerz  oparł  się  o  minotaura,  ujmując  jednocześnie  drewnianą  laskę,  którą  Kaz  wyciął  z

uschniętej gałęzi. Kaz objął towarzysza ramieniem i ruszyli ku celowi wędrówki. Szli niezbyt skoro,
ale posuwali się naprzód.

Pierwszą  wioskę,  jaka  pojawiła  się  na  horyzoncie,  Kaz  dostrzegł  tuż  przed  zmierzchem.  Ani

minotaur, ani rycerz nie znali okolicy, obaj jednak wiedzieli, że od Vingaardu dzielą ich jeszcze dwa
lub trzy dni marszu. Nie wiedzieli natomiast, czy mogą poszukać schronienia w wiosce.

Darius wolał raczej tego uniknąć. Przypomniał Kazowi, że znajdowali się w zasięgu operacyjnym

patroli  z  twierdzy  i  że  za  głowę  minotaura  wyznaczono  cenę.  -  Jeden  cios  miecza  i  nie  dożyjesz
chwili, kiedy będziesz mógł bronić swej sprawy.

-  Mości  rycerzu,  nie  sądzę,  bym  musiał  ci  przypominać,  że  jesteś  ciężko  poraniony.  Nie  kuśmy

losu. Nawet jeśli do tej pory nie straciłeś przytomności, to może się to zdarzyć lada moment. - Nic
podobnego!

Kaz parsknął nie bez drwiny. - Nawet legendarna wytrzymałość rycerzy solamnijskich ma przecie

swoje granice. W wiosce może znajdziemy uzdrowiciela… co się zaś tyczy patroli z twierdzy, to na
razie nie widziałem żadnego.

Mocno  to  Kaza  niepokoiło.  Kiedy  był  ostatnim  razem  w  sercu  Solamnii,  rycerstwo  nieustannie

patrolowało okolice. Docierali też znacznie dalej niż do miejsca, w którym Darius i jego towarzysze
zostali napadnięci przez domniemanego smoka. Teraz zaś nie dość, że napaść została nie zauważona -
okazało się, że po kraju hulają swobodnie znaczne bandy goblinów.

Co  takiego  stało  się  w  twierdzy?  Jaki  los  spotkał  Wielkiego  Mistrza  Oswala  i  jego  ambitnego

bratanka, Benneta?

- Decyzja należy do siebie, mości minotaurze - odezwał się Darius. - Nie będę się upierał… nie

mogę jasno myśleć.

Przyjrzawszy  się  wymizerowanemu  obliczu  rycerza,  Kaz  pojął,  że  Darius  zdaje  sobie  jednak

sprawę ze swojego stanu. To zdecydowało o dalszej marszrucie.

- Odpoczniemy kilka minut i ruszamy dalej. Jeśli w wiosce jest uzdrowiciel albo ktokolwiek, kto

lepiej  ode  mnie  umie  opatrywać  rany,  zmuszę  ich,  aby  natychmiast  się  tobą  zajęli  -  w  przeciwnym
razie  dowiedzą  się,  jak  wredny  może  być  rozjuszony  minotaur.  -  Ujrzawszy  niepokój  na  twarzy
rycerza, Kaz uśmiechnął się, demonstrując wszystkie niemal swoje zębiska. - Bez obawy, trochę ich
tylko postraszę.

Nie  do  końca  przekonany  rycerz  pozwolił  zaprowadzić  się  do  wioski,  która  -  jak  się  okazało  -

leżała  bliżej,  niż  myśleli.  Dotarli  do  niej  tuż  przed  zmierzchem.  Większość  zabudowań  wymagała
poważnych  remontów,  na  uliczkach  zaś  leżały  gnijące  resztki  i  odpady.  Wszędzie  unosił  się  smród
nie  mytych  ciał,  choć  mieszkańcy  w  jakiś  tajemniczy  sposób  pozostawali  niewidoczni.  Kaz
przychyliłby  się  nawet  do  opinii,  że  wioskę  opuszczono,  dostrzegł  jednak  nikłe  światełko  na  końcu
uliczki. Wiodąca przez środek osiedla droga prowadziła prosto w kierunku światła.

- Widzę jakąś oberżę - szepnął Kaz, co Darius skwitował zdradzającym wyczerpanie kiwnięciem

głowy.

Gdy  podążali  uliczką,  minotaur  nagle  zdał  sobie  sprawę  z  faktu,  że  choć  mieszkańcy  się  nie

pokazali,  z  każdego  niemal  budynku  obserwują  ich  oczy  ukrytych  wieśniaków.  Wolną  dłonią
znacząco  poklepał  drzewce  topora.  Wyczuł  też,  że  oparty  o  jego  bark  Darius  tężeje  nieznacznie.

background image

Rycerz, choć wyczerpany i poraniony, również wyczuł obecność niewidzialnych obserwatorów.

Jakiekolwiek miano nosiła niegdyś oberża, zatarło się tak, że było nie do odczytania - zwłaszcza

w  świetle  kaganka.  Kaz  przystanął  na  chwilę,  mocniej  ujął  Dariusa  pod  ramię  i  pchnął  drzwi.  Nie
czekając na reakcję tych, co mogli być wewnątrz, przekroczył próg, ciągnąc niemal Dariusa za sobą.

-  Przybywam  z  pokojem  -  zagrzmiał  stentorowym  głosem.  Natychmiast  potem  zamrugał  z

niedowierzaniem powiekami. W izbie znajdowały się jedynie trzy osoby,

- z których jedna leżała na najbliższym stole i już na pierwszy rzut oka można było stwierdzić, że

jest martwa. Pozostałe dwie minotaur rozpoznał natychmiast - i to właśnie było przyczyną zdumienia
malującego się na jego pysku.

- Kaz, ty żyjesz! - Z tym okrzykiem malec skoczył ku minotaurowi i zaczął go ściskać.
- Żyję, Delbin, nawet bardzo żyję, ale nie potrwa to długo, jeśli nie przestaniesz gnieść mi żeber!
Kender  odskoczył  do  tyłu,  uśmiechając  się  szeroko  do  przyjaciela,  którego  do  tej  pory  miał  za

zaginionego i martwego. - Kaz, jak dobrze jest znów cię zobaczyć! Jak ci się udało ujść z życiem?
Minotaury  dały  nam  spokój,  kiedy  zobaczyły,  że  wpadasz  do  rzeki…  myślę,  że  chciały  odszukać
twoje  ciało,  Tesela  uważała  jednak,  że  ich  wysiłki  spełzną  na  niczym,  bo  nieco  dalej  na  południe
rzeka  naprawdę  robi  się  głęboka,  a  potem  zaczynają  się  bystrzyny.  Jeśli  kiedykolwiek  tam  trafimy,
nie omieszkam..

- Delbin, odetchnij sobie - odezwał się rozbawiony minotaur. Tesela, uśmiechając się przyjaźnie,

zostawiła  rozciągniętą  na  stole,  nieruchomą  postać  i  przywitała  się  z  minotaurem.  -  Szukaliśmy  cię
przez kilka dni, potem jednak kender uparł się, by ruszyć do twierdzy Vingaard. Chciał przemówić za
tobą i oczyścić twoje imię, bo uważał, że musi tego dokonać za ciebie.

Kaz  zmarszczył  brwi  i  spojrzał  zdumiony  na  Delbina.  Ten  nagle  jakby  stracił  swą  zwykłą

zuchwałość  i  dar  wymowy.  Malec  milczał  przez  chwilę,  potem  rzekł  po  prostu:  -Jesteś  moim
przyjacielem, Kaz.

Minotaur wbrew samemu sobie uśmiechnął się do kendera. Delbin rozpromienił się i wyszczerzył

wszystkie zęby.

- I tak miałam ruszyć w tę stronę, postanowiłam więc, że będę mu towarzyszyć. -Tesela łypnęła

okiem  na  Delbina.  -  Dziękować  Mishakal,  wędrowaliśmy  niemal  bez  przeszkód…  jeśli  pominąć
kilka  przypadków,  kiedy  przedmioty  należące  do  innych  nieoczekiwanie  znajdowały  się  w  jego
sakwie. - Dopiero teraz dziewczyna spojrzała na Dariusa, który daremnie próbował ukłonić się. Na
twarzy Teseli natychmiast pojawił się wyraz troski i skupienia.

-  Połóżcie  go  tam  -  rzekła,  wskazując  dłonią  następny  stół.  -  Zechciejcie  mi  wybaczyć,  panie

rycerzu… zaaferowana, zapomniałam o waszym stanie.

- Kapłanko, bez urazy, ale co z… tamtym? - Gdy kładli go na stole, Darius nie zdołał wstrzymać

jęku. Pani… ja zaczekam… zajmij się tamtym biedakiem.

Tesela ze smutkiem spojrzała na leżącego obok, wynędzniałego człowieka w żebraczej opończy.

- Panie rycerzu, nie zdołam mu pomóc. Przyszedł za późno… biedny, przerażony człowiek.

- Przerażony? - spytał Kaz, nie zdejmując wzroku z nieboszczyka.
-  Nie  inaczej.  -  Tesela  zajęła  się  zdejmowaniem  pogiętych  części  rycerskiego  ekwipunku

Dariusa. - Wędrowałeś, nie zdejmując z siebie tej kupy złomu?

Rycerz  zrobił  minę  zakłopotaną  i  oburzoną  zarazem.  Ta  zbroja  to  wszystko,  co  mi  zostało  na

świecie… resztki majątku rodziny. Nasze ziemie spustoszyła wojna i są teraz jałowe jak te tutaj… a z
całego rodu pozostałem ja jeden.

- Przełknął ślinę. - Zanim napadnięto mnie i moich towarzyszy, służyła mi całkiem dobrze.
Kapłanka  zajęła  się  badaniem  Dariusa.  Dotknęła  dolnej  partii  żeber  po  lewej  stronie  i  rycerz

background image

natychmiast  skwitował  to  okrzykiem:  -  Kobieto,  na  bogów!  Chcesz  mnie  wyprawić  śladem  tego
nieszczęśnika?

- Zanim zacznę modlić się do Mishakal, muszę dowiedzieć się czegoś o twoich ranach - mruknęła

Tesela.

-  Mishakal  ufa,  że  jej  kapłani  wiedzą,  o  co  prosić,  lepiej  więc  mi  nie  przeszkadzaj!  Sądząc  po

twych ranach, może będę musiała cały dzień spędzić na modłach, choć mam nadzieję, że do tego nie
dojdzie. Mishakal nie daje również swych łask darmo. Nie wolno jej też lekceważyć, panie rycerzu. -
Pani,  racz  przyjąć  moje  przeprosiny.  Kaz  pochylił  się  i  spojrzał  na  Teselę.  -  Mogę  ci  w  czymś
pomóc?  Dziewczyna  obrzuciła  go  cierpkim  spojrzeniem.  Znajdź  sobie  jakiś  napitek,  a  potem
odpocznij. Z pewnością dźwigałeś go cały dzień. Minotaur rozejrzał się po izbie. - Gdzie szynkarz?

- Gdzieś przepadł. Zniknął przynajmniej tydzień temu. I wątpię, by wrócił. Jak mi powiedziano,

w tej okolicy nie jest to niczym niezwykłym. Ludzie odchodzą precz i ot tak, porzucają swój dobytek.
Myślę, że mają wszystkiego dość. - Co to znaczy?

Tesela ujęła w dłonie medalion. - Powiem ci później. A teraz… Łatwiej mi będzie, jeśli razem z

Delbinem przejdziecie do sąsiedniej izby.

Kaz chrząknął i podszedł do szynkwasu. Delbin następował mu na pięty. Kender zbyt długo już

trzymał język za zębami. Teraz zaczął zasypywać minotaura gradem pytań.

- Kaz, co wam się przytrafiło w nocy? Spotkaliście innych ludzi? Wygląda na to, że wszyscy tu

boją się obcych… a już osobliwie rycerzy. Powiadają, że już od kilku tygodni nikt nie zbliżył się do
twierdzy. Jak myślisz, co tam się stało?

Kender  umilkł  na  chwilę,  bo  Kaz  podał  mu  kufel  napełniony  jakimś  napojem  z  beczki  stojącej

pod szynkwasem. Obaj pociągnęli solidnie i skrzywili się jak potępieńcy, płyn bowiem był kwaśny
jak ocet siedmiu złodziei.

- Tfu! - Kaz odstawił kufel. Wyjął z sakwy bukłak z wodą i przepłukał gębę. Woda pochodziła ze

strumienia,  który  z  Dariusem  przekraczali  rano  i  zdążyła  już  nieco  stęchnąć,  była  jednak  o  niebo
smaczniejsza niż nieokreślony płyn z beczki.

-  Delbin,  ci  ludzie…  czułem  na  sobie  ich  wzrok.  Obserwowali  nas,  gdyśmy  szli  przez  wioskę.

Oni się czegoś boją.

-  Tesela  powiada,  że  i  owszem…  a  ona  powinna  wiedzieć,  bo  jej  boją  się  z  pewnością.  Ten

staruszek był trzecim, który przyszedł do niej w ciągu pięciu dni. Tesela powiada, że śmierć położyła
już na nim swą łapę. Ale on bał się, że kapłanka każe mu zapłacić albo zażąda jakiejś usługi, zanim
weźmie się do leczenia. Bał się też, że odeśle go precz albo go pobije, tak… - Delbin zawahał się i
spojrzał na leżącego po przeciwnej stronie izby Dariusa - jak pobił go jeden z rycerzy.

C  o  takie  go?  -  Kaz  zaklął  w  duchu.  -  Chodź  ze  mną!  -  dodał,  kierując  się  ku  drzwiom,  które

najprawdopodobniej były drzwiami do spiżarni.

Tak też było w istocie. Kaz rozsiadł się na jakiejś dębowej skrzyni, która zatrzeszczała pod jego

ciężarem. Delbin znalazł jakiś taboret. - Mów dalej! - polecił ponuro Kaz.

Opowieść  Delbina  potwierdziła  pogłoski,  które  minotaur  słyszał  wcześniej.  W  tej  okolicy,

przynajmniej  ostatnio,  rycerstwo  traktowało  ludność  z  takim  samym  okrucieństwem,  jak  to,  które
stało  się  powodem,  że  założyciel  zakonów,  Yinas  Solamnus,  wystąpił  przeciwko  imperatorowi
Ergoth.  Solamnia  padła  ofiarą  zniszczeń  i  paniki.  Rycerze  z  twierdzy  Vingaard,  stolicy  zakonów,
przestali już nawet udawać, że patrolują okolice, teraz zaś gobliny i sępy zaczynają poczynać sobie
coraz zuchwałej w krainie, której mieszkańcy są zbyt słabi lub przerażeni, by sami zająć się obroną. -
To jakieś szaleństwo! Tak być nie może! - szeptał sobie Kaz.

Delbin przechylił głowę na bok. - Nadal jesteś pewien, że zamierzasz stawić się w twierdzy? To

background image

niebezpieczna  sprawa…  ale  jeśli  tam  pójdziesz,  ruszam  z  tobą…  bo  martwiłem  się  o  ciebie…  a
kiedy  doszedłem  do  wniosku,  że  nie  żyjesz…  to  było  straszne!  Obiecaj  mi,  że  przynajmniej  przez
jakiś czas nie zginiesz! Słuchaj… czy nie uważasz, że powinienem spisać twoje przygody?

Kender  sięgnął  do  sakwy  i  wyciągnął  z  niej  coś,  co  żadną  miarą  nie  przypominało  jego

ukochanego notatnika, choć było z papieru, a dokładniej - z pergaminu. - Hej! Co my tu mamy? Jakieś
zabawne litery… Kaz, to o tobie!

-  Pokaż!  -  Kaz  wyrwał  pergamin  z  dłoni  kendera  i  niemal  pochłonął  jego  treść  wzrokiem.  -

Prawda…  to  moje  imię…  „jest  winnym  niecnej  i  podłej  zbrodni  zabójstwa,  przeto  z  rozkazu
cesarskiej  rady  ogłasza  się,  że  ów  zdrajca  i  morderca  jest  wyjętym  spod  prawa  we  wszystkich
ziemiach. Okaziciele tego dokumentu są sługami imperatora oraz

-  Rady  Minotaurów  i  jako  takim  należy  im  się  wszelka  pomoc,  jakiej  będą  potrzebowali  do

schwytania, a jeśli będzie trzeba to i do egzekucji rzeczonego zbrodniarza. Rozkazuje się współpracę
z okazicielami tego dokumentu”. Hm… uprzejmie i rzeczowo… - Rozjuszony nagle minotaur zgniótł
pergamin  i  cisnął  nim  w  towarzysza.  -  Imperator!  Ha!  Lokajczyk  ogrów,  który  nadal  czepia  się
resztek władzy! Delbin… czekajże! A skąd to u ciebie?

Kender  wytrzeszczył  oczy.  -  Właśnie  chciałem  ci  to  wyjaśnić!  Niższy  z  minotaurów,  ten

przywódca, pamiętasz?… rzucił oszczepem..

- Jakże mógłbym zapomnieć? - westchnął Kaz. Ale pamiętam coś jeszcze… Oni chyba walczyli

między sobą..

Delbin,  kiwając  głową  z  entuzjazmem,  przerwał  minotaurowi.  -  Pewnie!  Za  tym  miotaczem

pojawił się drugi i kiedy zobaczył, co tamten zrobił, przyłożył mu w łeb. Zaczęli bitkę, a ten… ta…
chyba  to  była  samica…  stała  nieopodal  i  patrzyła.  Ten  mniejszy  miał  nóż  i  usiłował  podciąć
większemu gardło, ale większy w końcu złapał go za łeb i skręcił mu kark. Myślę, że chyba na dobre.
Samica podeszła bliżej i pomogła mu wrzucić ciało do rzeki, a potem oboje dali nura w las. Nieco
później  znalazłem  na  brzegu  sakwę,  pomyślałem,  że  to  twoja…  ale  nie  było  w  niej  nic,  oprócz
odrobiny żarcia i tego pergaminu. Dopiero teraz sobie o nim przypomniałem.

Głośny  trzask  przed  oberżą  spowodował,  że  Kaz  porwał  się  na  równe  nogi.  Wpadłszy  do

głównej  izby,  ujrzał  kierującą  się  ku  drzwiom  Teselę.  Jedno  z  okien,  poprzednio  zamknięte
okiennicą, zostało roztrzaskane sporym i ciężkim kamieniem leżącym na podłodze. - Co tu się stało? -
spytał minotaur.

- Myślę, że wieśniacy chcą pogadać z twoim towarzyszem - odparła Tesela, wskazując dłonią na

leżącego bez ducha Dariusa. - Nie lubią tu rycerstwa. - Uzdrowicielko, musimy zatrzymać się tu na
noc.

-  Wiem.  -  Wyjrzała  na  zewnątrz,  nie  zobaczyła  jednak  nikogo.  Zamknęła  więc  drzwi  i

podszedłszy  do  okna,  jakoś  zatrzasnęła  okiennice.  -  Muszę  poświęcić  mu  nieco  więcej  czasu.
Dlaczego  nie  położycie  się  spać?  Jesteśmy  tu  bezpieczni.  Nie  sądzę,  by  wieśniacy  sprawili  nam
większy  kłopot.  Potrafią  jedynie  rzucać  kamieniami  w  okna  i  zaraz  potem  brać  nogi  za  pas.  -
Spojrzała na Kaza. - Myślę jednak, że przed świtem powinniśmy się stąd wynieść.

-  Zgoda.  -  Kaz  patrzył  przez  chwilę,  jak  kapłanka  wraca  do  swych  medytacji.  Następnie  złapał

wścibskiego  kendera  za  kołnierz  i  powlókł  go  za  sobą  do  drugiej  izby.  Usadowił  malca  na  ławie,
wyjął topór z obejmy i położył się na drugiej ławie. Zamknął oczy dokładnie w tej samej chwili, w
której  kender  zdecydował  się  na  otwarcie  paszczy.  -  Skąd  wytrzasnąłeś  ten  pyszny  topór?  -  spytał
scenicznym szeptem Delbin. -

Krasnoludzki, prawda? Dlaczego tak lśni? Założę się, że jest magiczny! Kto ci go dał? A może

zdobyłeś go w boju?

background image

Delbin terkotał niezmordowanie, dopóki nie spojrzał na kompana i nie odkrył, iż ten dawno już

zasnął.  Świerzbiło  go,  by  zobaczyć,  co  też  porabia  Tesela,  chętnie  też  rzuciłby  okiem  na  wioskę,
obiecał  jednak  ludziom,  że  będzie  zachowywał  się  przyzwoicie…  był  tu  zresztą  Kaz,  który  pewnie
oczekiwał,  iż  jego  mały  towarzysz  nie  zawiedzie  pokładanego  w  nim  zaufania.  W  kilka  sekund
później kender już spał, lekko pochrapując.

Kaz uchylił powieki. Zachowanie Delbina dawało się niekiedy przewidzieć… minotaur wiedział

zresztą,  jak  bardzo  zmęczony  jest  kender.  Ostrożnie  pogładził  palcami  drzewce  topora.  Tesela  nie
spodziewała się zaczepnego zachowania ze strony kmiotków, Kaz wiedział jednak, że najnędzniejsza
i  najbardziej  niepozorna  grupka  ludzi  w  ułamku  sekundy  może  przekształcić  się  w  rozjuszoną
tłuszczę, jeśli tylko da się im powód do okazania niezadowolenia i wyładowania wściekłości.

Zamknąwszy  oczy.  Kaz  zapadł  w  niespokojną  drzemkę.  Cały  czas  wyczuwał,  że  coś  się  dzieje,

nie  potrafił  jednak  określić,  co  mianowicie.  Był  to  więc  sen  nie  dający  pełnego  wypoczynku.  Na
prawdziwy przyjdzie czas, kiedy rozstrzygną się sprawy Solamnii i jego własne.

Obudził  się  natychmiast,  kiedy  usłyszał  odgłosy  lekkich  kroków.  Ujął  w  dłoń  rękojeść  topora  i

nieznacznie  rozchylił  powieki.  U  wejścia  do  gospody  stała  Tesela.  Wydawało  się,  że  szuka  lub
wygląda  kogoś  na  zewnątrz.  Minotaur  podniósł  się  z  ławy,  nie  budząc  Delbina,  i  podszedł  do
uzdrowicielki.  W  potężnej,  szponiastej  łapie  trzymał  drzewce  topora.  -  Słyszałaś  coś?  -  spytał
łagodnie.

- Nie… nie wiem. To mógł być tylko wiatr, ale… Porzuciwszy maskę dumnej kapłanki, Tesela

ukazała  minotaurowi  twarz  zwykłej,  przestraszonej  młodej  dziewczyny.  Dźwięk,  który  ją
zaalarmował,  był  pewnie  jedynie  oznaką,  że  któryś  z  miejscowych  kmiotków  znów  usiłował  ich
podejść. Ale..

W  dach  oberży  rąbnęło  coś  ciężkiego,  wstrząsając  gospodą  do  fundamentów.  Delbin,  mrugając

powiekami,  poderwał  się  z  legowiska.  Na  zewnątrz  gwałtowny  poryw  wiatru  załopotał  luźnymi
okiennicami. Zaraz też rozległ się inny dźwięk, zagłuszony nieco przez wycie wichury. - Co się tam
dzieje? - warknął Kaz.

-  Do  licha,  Kaz!  czy  to  jakiś  huragan?  Myślisz,  że  rozwali  oberżę?  A  jeśli  tak,  czy  nie

powinniśmy wyjść na..

-  Delbin,  odetchnij  sobie!  -  mruknął  Kaz  odruchowo.  Wepchnął  Teselę  do  środka  i  wyjrzał  w

mrok. Do świtu brakło jeszcze parę chwil, choć nie było widać także

- księżyców.
Gdzieś  nieopodal  usłyszał  trzask  i  okrzyk  trwogi.  To  krzyczał  człowiek.  Zaciskając  w  dłoni

topór,  wypadł  z  oberży  i  pognał  w  stronę  cichnącego  wrzasku.  Towarzyszyło  temu  trzaskanie
okiennic zamykanych w sąsiednich zabudowaniach.

-  Tchórze!  Durnie!  Jeden  z  was  właśnie  kona!  Okrzyk  minotaura  nie  przyniósł  żadnego  efektu.

Tym ludziom brakło ducha do walki.

Dość  nieoczekiwanie  minotaur  zatrzymał  się.  Znalazł  się  przed  chatką,  którą  zniszczyło

tajemnicze  uderzenie.  W  mroku  przed  Kazem  kryło  się  coś  jeszcze…  jakiś  stwór  wielki,  potężny  i
złowrogi.

Przerażające stworzenie rozłupujące lepiankę na szczapy podniosło się i… Kaz ujrzał, że wróg

jest odeń przynajmniej dwukrotnie wyższy. Minotaur cofnął się szybko. Zdążył jeszcze usłyszeć ów
dziwaczny  łopot,  który  słyszał  nad  sobą  kilka  dni  wcześniej.  Wszystko  wskazywało  na  to,  że  los
zetknął go z tą samą bestią, która wymordowała grupę rycerzy w martwym lesie.

Uszy wypełnił mu łopot skrzydeł i minotaur pomyślał, że jest już po nim. Jeśli miał zginąć jako

ofiara smoka o ile rzeczywiście był to smok - nie odda życia bez jednego przynajmniej ciosu!

background image

Odwrócił się błyskawicznie, a jego krasnoludzki topór ze świstem zatoczył hak w powietrzu. W

tej  samej  chwili  tuż  nad  głową  minotaura  śmignęły  potężne  szpony.  Odkuta  przez  mistrza  głownia
krasnoludzkiego topora rąbnęła w bok stwora… i odbiła się odeń z głośnym brzękiem. Kaz odwrócił
się na pięcie i przygotował do odparcia następnego ataku, ten jednak nie nastąpił. Stwór odlatywał
precz,  jakby  Kaz  był  jedynie  drobną  uciążliwością,  którą  nie  warto  sobie  zawracać  łba.  Minotaur
zmacał palcem ostrze. W jednym miejscu było lekko wyszczerbione. - Wracaj ty… smoku lub czym
tam, u licha, jesteś! No, wracaj i walcz! - Nie dbał

0 to, co myślą o tym wyzwaniu mieszkańcy wioski. Wiedział jedynie, że chce dopaść stwora.
Przeciwnik nie zawrócił, Kaz zaś zdał sobie sprawę z faktu, że potwór, smok czy co tam jeszcze

nadciągnął  z  Północy  i  teraz  tam  właśnie  odlatuje.  Jeżeli  nie  zmieni  kierunku,  to  trafi  prosto  do
twierdzy Vingaard.. Zakląwszy straszliwie, wetknął topór w obejmę na grzbiecie. Ignorując szepty 1
łkania, które rozległy się w otaczających go chatkach, ruszył ku oberży. Wiedział już, że sam lub w
towarzystwie  będzie  musiał  jak  najszybciej  dotrzeć  do  Vingaardu.  Tam  znajdzie  odpowiedzi  na
wszystkie dręczące go pytania.. … i być może spotka się z tym smokiem.

background image

26.Bohaterowie II - Minotaur Kaz

Rozdział 9

KAZ  WPADŁ  PRZEZ  DRZWI  DO  OBERŻY  jak  demon  z  otchłani.  Delbin  kwiknął  ze  strachu,

Tesela  zaś  chwyciła  za  medalion.  Darius  drgnął  przez  sen,  gdy  minotaur  ruszył  ku  kapłance.  -
Kobieto, masz podobno konia. Czy on mnie uniesie? - Ciebie? Dokąd?

Kaz  sam  byłby  się  zawahał,  gdyby  mógł  siebie  zobaczyć.  Przed  kapłanką  i  kenderem  stał

szaleniec. Wzrok minotaura mówił, że niezależnie od wszystkiego, nie zniesie żadnego sprzeciwu. -
Czy… on… mnie uniesie? - spytał przez zaciśnięte zęby. Tesela pobladła i kiwnęła głową. - My…
myślę, że tak… jest dość silny… ale.. - Gdzie go znajdę? - Na tyłach oberży! Kaz..

Przebiegnięcie  przez  izbę  i  wyskoczenie  na  podwórze  oberży  zajęło  mu  zaledwie  kilka  sekund.

Klacz Teseli uwiązano obok kucyka Delbina. Zwierzęta były podenerwowane i minotaur stracił kilka
chwil, uspokajając wierzchowca kapłanki. W końcu wspiął się na siodło i nieoczekiwanie zleciał na
ziemię, gdy koń po prostu przysiadł na zadzie. - Sargas, by cię… przeklęta bestio! Wstawaj!

Klacz  jednak  nie  była  skłonna  do  współdziałania.  Kaz  spróbował  dźwignąć  ją  siłą,  zwierzę

jednak  zaparło  się  kopytami  o  ziemię  i  sprawa  skończyła  się  na  tym,  że  Kaz  stracił  uchwyt  i
poślizgnąwszy się w błocie, upadł na jedno kolano. - Kaz! - Z izby wypadła Tesela. - Przestań!

-  To  bydlę  ma  chyba  w  żyłach  oślą  krew!  -  warknął  minotaur.  Był  pewien,  że  zwierzę  z  niego

drwi.

Tesela  poruszyła  się  nerwowo.  -  Chciałam  ci  powiedzieć,  ale  nie  słuchałeś.  Ona  toleruje  tylko

mnie.

Kaz zmełł przekleństwa pod nosem i wstał. - Jest tu jakaś stajnia? Gdzie znajdę innego konia? -

Niestety, nie znajdziesz żadnego. Tutejsi nie mają koni. - Kobieto, na rogi Kiri-Jolitha! Muszę - i to
szybko! - dotrzeć do Vingaardu!

- No to trzeba ci poczekać na nas! - Tesela, która złożyła ramiona na piersiach, powiedziała te

słowa stanowczym tonem, który nie pozostawiał cienia wątpliwości, że inaczej być nie może. - Kaz,
nie możesz tam udać się sam… nigdy zresztą byśmy na to nie pozwolili. Poczekaj chwilę, sprawdzę,
jak ma się rycerz, i razem przygotujemy się do

-  odjazdu.  Obawiam  się,  że  podróż  zajmie  nam  nieco  więcej  czasu,  możesz  go  jednak

wykorzystać na rozmyślania o tym, jakie kroki powinieneś przedsięwziąć, gdy dotrzemy na miejsce. I
dobrze ci radzę, rozważ to naprawdę głęboko.

Kaz westchnął głośno. - Kapłanko, ciągle zbijasz mnie z tropu. Niekiedy bywasz okropnie uparta.
Dziewczyna  uśmiechnęła  się  i  wyjęła  mu  z  dłoni  wodze.  -  I  kto  to  mówi?  Sam  spróbuj  kiedyś

przekonać  o  czymkolwiek  minotaura  Kaz  kiwnął  głową.  Nie  da  się  zaprzeczyć,  że  kiedyś  do  tego
dojdzie.

Darius  obudził  się,  czując,  że  wracają  mu  siły.  Spojrzał  na  dłonie,  rozłożył  ramiona  i

wyprostował nogi. Wreszcie wstał. - Dzięki niech będą Paladine’owi! - I Mishakal - przypomniała
mu Tesela.

-  I  Mishakal,  oczywiście.  Dziękuję  i  tobie,  pani.  Rycerz  skłonił  się  niezdarnie,  dziewczyna  zaś

lekko poczerwieniała.

- To znaczy, możemy ruszać? - spytał Kaz tonem wskazującym, jak bardzo tego pragnie. Rad był,

że rycerz odzyskał siły - żaden wojownik godny tego miana nie lubi oglądać towarzyszy broni na łożu

background image

niemocy  -  irytowała  go  jednak  każda  sekunda  zwłoki.  Wiedział  zresztą,  że  mają  tylko  dwa
wierzchowce  na  czworo  wędrowców,  co  znacznie  spowolni  tempo  podróży.  Rycerz  nie  bez  trudu
oderwał wzrok od Teseli. - Ruszać? Dokąd?

- Do twierdzy Vingaard, a gdzieżby indziej! Twój smok był tu w nocy i myślę, że odleciał prosto

do warowni. - Smok? - zawołał Darius. - Atakuje Vingaard? W istocie, musimy ruszać!

- Czy jesteś pewien, że potrafisz zdziałać coś więcej niż pozostali w twierdzy rycerze? - spytała

Tesela. - Nie w tym rzecz, pani! Jestem rycerzem..

- …który powinien mieć nieco więcej oleju w głowie i wiedzieć, że w obecnym stanie nie może

pakować się w nowe tarapaty, jak - niemal spopieliła Kaza spojrzeniem - byle minotaur! Może lepiej
zrobisz panie, jeśli spróbujesz złożyć jakoś w całość to, co zostało z twej zbroi. Miecz przecie może
ci jeszcze posłużyć.

Przygotowanie  do  odjazdu  nie  zajęło  im  wiele  czasu.  Jedynie  Darius  miał  pewne  kłopoty  z

pogiętymi  częściami  zbroi.  Przydała  się  teraz  siła  Kaza,  który  odginał  je  i  o  ile  to  było  możliwe  -
prostował.  Rycerz  mimo  woli  westchnął  z  wdzięcznością  do  Paladine’a.  Dziękował  bogu  za  to,  że
nigdy  przedtem  nie  dał  mu  walczyć  z  jakimkolwiek  minotaurem.  Tesela  potrząsała  tylko  głową  ze
zdumieniem.  Delbin,  który  w  przeszłości  bywał  świadkiem  popisów  krzepy  Kaza,  usiłował
opowiadać  o  nich  wszystkich  jednocześnie,  po  czym,  za  ogólną  zgodą,  poradzono  mu,  by  sobie
odetchnął i zajął się

końmi.
Opuścili  bezimienną  wioskę  tuż  po  wschodzie  słońca.  Kaz  liczył  w  duchu  na  to,  że  będą  mieli

pogodny dzień. Wiedział, że po jakimś czasie słońce zniknie za gęstą masą chmur. Wiedział też, że
pogoda nie była taka, jaka być powinna. Wszystko za bardzo przypominało mu czas wojny i ziemie,
które  wpadły  w  łapy  służalców  Takhisis.  Mówiono,  że  promienie  słoneczne  rzadko  zaglądają  tam,
gdzie rządzi zło… ale zło przecie nie mogło zwyciężyć w Solamnii. Nie w ojczyźnie ziemskich sług
Paladine’a! Czy naprawdę?

Na  czas  podróży,  pogrzebał  tę  myśl  głęboko  w  duszy.  Przed  końcem  dnia  ujrzą  twierdzę

Vingaard. Wkrótce otrzyma odpowiedzi na swoje pytania.

Okazało  się,  że  wędrówka  najmocniej  daje  się  we  znaki  Dariusowi  -  choć  nie  chodziło  o  jego

rany.  Te,  dzięki  łasce  Mishakal,  zostały  uleczone  całkowicie.  Przygnębienie  rycerza  budził  wygląd
kraju, przez który wędrowali. Jak wielu innych, spodziewał się, że obecnie Solamnia powinna być na
najlepszej  drodze  do  odzyskania  dawnej  świetności.  Tymczasem  oglądał  ziemie  niemal  do  cna
spustoszone.

- Ilu ludzi tu przeżyło? - pytał Kaza ze zgrozą w oczach. - I jak udaje im się przetrwać?
- Człowiecze, ta ziemia nie jest całkiem jałowa, choć przyznaję, że życie musi tu być niezwykle

uciążliwe.

Nie stawały im na drodze żadne gobliny, żaden też smok czy inna bestia nie zwaliła się na nich z

góry, by ciskać nimi jak zabawkami. Dzień byłby właściwie całkiem przyjemny… gdyby nie wygląd
kraju, przez który wędrowali. Kaz spostrzegł, że Tesela nieustannie muska palcami swój medalion.
Pomyślał  o  Delbinie  i  łypnął  okiem  ku  niewysokiej  figurce  skulonej  na  grzbiecie  człapiącego  obok
kucyka.  Delbin  zachowywał  się  niezwykle  spokojnie.  Podróżował  zamyślony,  co,  jak  na  kendera,
było zjawiskiem zdumiewającym. Ziomkowie Delbina to brać dość beztroska. Kaz miał już zapytać
kompana,  co  go  trapi.  Kiedy  jednak  wyobraził  sobie,  jak  kender  usiłuje  odpowiedzieć  na  tak
postawione pytanie, dał sobie spokój. Wcześnie rano w oddali ujrzeli coś tajemniczego i spowitego
w mgły.

Darius pierwszy zorientował się, że nie jest to tylko plamka na horyzoncie. Jedynie on połączył w

background image

jedno informacje o miejscu, w którym się znajdowali, i o względnej wielkości dostrzeżonej „plamki”
A jednak słowo, które wypowiedział, nie było głośniejsze od szeptu. - Vingaard! Kaz zmrużył oczy i
wpatrzył się w dal. - Jesteś pewien? - A cóżby innego? - To prawda. - Choć podróżowali szybciej,
niż minotaur się spodziewał, wyglądało - jednak na to, że do cytadeli rycerstwa solamnijskiego mogą
dotrzeć  najwcześniej  dopiero  jutro.  Kaz  niechętnie  myślał  o  zatrzymywaniu  się  na  noc  tak  blisko
celu, pamiętał jednak, że po okolicy grasują bandy goblinów, nie mówiąc już o wielkiej i tajemniczej
bestii.  Nie  można  pozwolić,  by  o  miejscu  ataku  decydowali  wrogowie.  Lepiej  poczekać,  niż
wpakować  się  w  zasadzkę.  Prócz  tego  zaś,  choć  nie  widzieli  do  tej  pory  żadnego  patrolu
solamnijskiego, nie oznaczało to, iż nie ma żadnych w pobliżu.

Podczas rozbijania obozu wszyscy członkowie grupy zdradzali ogarniający ich niepokój. Darius i

Kaz  nieustannie  przepatrywali  niebo,  Delbin  zaś,  cichy  jak  przedtem,  zapadł  w  sen  natychmiast  po
kolacji.  Tesela,  która  poprzedniej  nocy  czuwała  przy  rycerzu,  zasnęła  niemal  równocześnie  z
kenderem.

Darius  zaproponował,  że  sam  obejmie  pierwszą  wartę.  Kaz  spierał  się,  i  w  końcu  ustąpił.

Sprawa  zresztą  nie  była  warta  sprzeczki.  Tej  nocy  nikt  nie  spał  dobrze  i  obaj  spędzili  okresy
czuwania, czekając na świt.

Noc upłynęła tak spokojnie, że minotaur zaczął rozmyślać, czy nie powinien -wzorem Delbina -

zapisywać takich wydarzeń w jakimś notesie. Mimo to jednak wstał o świcie pełen niepokoju, a jego
dłonie  podświadomie  zaciskały  się  w  pięści  w  oczekiwaniu  na…  czegóż  właściwie  miał  się
spodziewać?  Nie  wiedział.  Uczucie  owo  towarzyszyło  mu  od  kilku  już  dni.  Nie  mógł  się  doczekać
spotkania z lordem Oswalem, choć jednocześnie obawiał się, że nic dobrego z tego nie wyniknie.

Minęli  kilka  nędznych  wsi,  gdzie  obdarci  ludzie  wiedli  egzystencję  podobną  do  duchów.

Niektórzy  wieśniacy  obrzucali  ich  nawet  przekleństwami,  nikt  jednak  nie  posunął  się  do  otwartej
napaści.  Kaz  nie  umiałby  powiedzieć,  który  z  nich  dwu  budził  większą  wrogość:  on,  minotaur,  czy
Darius,  rycerz  solamnijski.  Darius  musiał  zadawać  sobie  podobne  pytania.  Spoglądał  też  na  Kaza
pełnym zdumienia, udręczonym wzrokiem. Dla kogoś, kto poświęcił swój żywot chwale Paladine’a,
zachowanie  wieśniaków  było  jak  plunięcie  w  twarz.  Rycerze  solamnijscy  mieli  być  przecie
dobroczyńcami tego ludu, a nie jego znienawidzonymi wrogami.

Na  horyzoncie  tymczasem  rosła  twierdza  Vingaard.  Wędrowcom  wydało  się,  że  warownia  -  w

miarę zbliżania się do niej - nieco zmienia kształty. W jej wyglądzie było coś złowrogiego… Brak
patroli również nie wróżył niczego dobrego. Czegoś takiego Kaz nie mógł sobie wprost wyobrazić!
Zaczął gładzić drzewce topora, w końcu otwarcie wyjął go z obejmy. Minotaur zauważył, że Darius
nie  odejmował  dłoni  od  rękojeści  miecza,  Delbin  zaś  co  chwila  muskał  palcami  rękojeści  swych
sztyletów. Bezbronna Tesela nieustannie zanosiła ciche modły do swej bogini. - Brak sztandarów i
proporców na wieżach - odezwał się nagle Darius. Kaz wzruszył ramionami. - Może zwisają luźno.
Nie ma przecie wiatru.

Prawda.  Ni  wiatru,  ni  żadnego  dźwięku.  Wędrowcy  woleliby  już  krakanie  ptactwa  -

przytłaczająca cisza wywierała na nich niesamowite wrażenie.

Minęli  kilka  budynków  -  niektóre  wymagały  remontu.  Wszystkie  były  puste.  Kaz  pomyślał,  że

mieszkańcy  po  prostu  zostawili  domostwa  i  poszli  sobie  precz.  -  Wygląda  na  to,  że  nikt  nie  chce
mieszkać  w  pobliżu  twierdzy  -  mruknął  minotaur.  W  kilku  miejscach  dostrzegli  mizerne  spłachetki
upraw. Gdzieniegdzie pojawiły się zagony lichej kukurydzy o łodygach niższych od Delbina i niezbyt
obszerne  pola  dzikiego  owsa.  Okolica  najbliższa  stolicy  rycerstwa  najdalej  widać  posunęła  się  w
dziele  odbudowy  dawnego  dobrobytu  kraju.  Gdyby  ten  proces  nie  został  zatrzymany,  pola  byłyby
wzorem upraw.

background image

-  Czy  należy  się  spodziewać  jakichś  kłopotów  przy  wjeździe  do  twierdzy?  -  spytała  Tesela

Dariusa.

Kaz,  który  myślał  o  tym  samym,  przyjrzał  się  uważniej  wrotom  warowni.  I  zamrugał  oczami,

pewien, że go zawodzą. Nie… widział całkiem dobrze. Prychnął zdumiony. Nie sądzę, by ktokolwiek
w tej bramie usiłował nas zatrzymywać. - A czemuż to?

Byli już tak niedaleko, że wszyscy mogli zobaczyć to, co pierwszy spostrzegł bystrooki minotaur.

- O ile się nie mylę, wrota nie są zamknięte.

Darius zamarł w miejscu i osłonił oczy dłonią. Minotaur miał rację - z miejsca, gdzie stali, można

już było dostrzec, że wrota są lekko uchylone.

-  To  być  nie  może!  -  mruknął  rycerz.  -  Poważne  zaniedbanie  obowiązków  służbowych!  -  Może

coś więcej, mości rycerzu - sapnął Kaz. Może coś więcej!

Wędrowali tak szybko, jak to było możliwe w grupie, której dwaj członkowie muszą iść pieszo.

Teraz  jednak  zwolnili,  zbici  z  tropu  zdumiewającymi  oznakami.  Tesela  zauważyła  jeszcze  coś,  co
zresztą spostrzegli wszyscy, nikt jednak nie śmiał głośno wyrzec wątpliwości.

- Darius, gdzie są wartownicy? Gdzie podziali się wszyscy rycerze? Czy to miejsce nie powinno

tętnić życiem?

Rycerz  kiwnął  głową.  -  Owszem…  ale  może  wyprawili  się  na  jakieś  ćwiczenia…  albo  się

modlą.

Nikt nie przyjął tych wyjaśnień za dobrą monetę. Tymczasem twierdza rosła w oczach. Jej mury

wydały się Kazowi niezwykle wysokie i rozległe. Dostrzegał już wyloty szczelin dla łuczników, poza
nimi  jednak  nic  nie  łamało  gładkich  płaszczyzn  ścian.  Jedynymi  ozdobnymi  elementami  umocnień
twierdzy  były  same  wrota,  dwukrotnie  wyższe  od  minotaura.  Na  obu  połowach  widniał  kuty  w
żelazie symbol rycerstwa

majestatyczny  orzeł  rybołów,  który  rozłożywszy  szeroko  skrzydła,  zaciskał  w  szponach  miecz

skrzyżowany z różą. Nad głową orła unosiła się korona.

- Kogoś tam widzę! - wrzasnął nagle Delbin, podskakując w siodle i, ku irytacji jego zmęczonego

kucyka, wskazując dłonią mury twierdzy.

Pozostali  wędrowcy  jak  jeden  mąż  unieśli  wzrok  ku  blankom,  nie  ujrzeli  jednak  nikogo.  Kaz

odwrócił się i łypnął gniewnie okiem na kendera. - Kaz, naprawdę kogoś widziałem - zaprotestował
Delbin.  -  Myślę,  że  to  był  rycerz.  Miał  na  sobie  zbroję…  zresztą  któż  inny  oprócz  rycerzy  może
przechadzać się po blankach twierdzy?

Kaz uciszył go kiwnięciem dłoni. - Nie tłumacz się. Jeśli kogoś widziałeś, to widziałeś i basta. -

A więc twierdza nie została opuszczona - rzekł Darius nie bez ulgi w głosie.

- Co niekoniecznie oznacza, że aktualnie włada nią rycerstwo - mrocznym tonem zgasił go Kaz. -

To prawda..

Zbliżali  się  do  twierdzy,  która  ogromniała  w  oczach  i  czekała  w  ciszy…  jak  czyhający  na  łup

drapieżnik. Mimo iż wszyscy wpatrywali się w blanki, nie dostrzegli na murach już nikogo. Delbin
jednak upierał się, że wzrok go nie zawiódł.

Darius tymczasem uważnie obserwował ślady zwierząt wiodące do i od twierdzy. Czegoś mu w

nich  brakowało  i  w  końcu  zwrócił  się  do  minotaura.  Ten  natychmiast  zorientował  się,  co  tak
zaniepokoiło rycerza.

Oczyścił  stopą  niektóre  ze  śladów.  Następnie  wskazał  palcem  na  kierunek  ułożenia  odcisków

kopyt. - Te konie - wszystkie inne zresztą też - wyjeżdżały z twierdzy. Gdyby jeźdźcy wrócili, odciski
nie przetrwałyby tak długo. Powinniśmy też dostrzec ślady podków koni, które wracały do warowni.
A tych jest bardzo niewiele.

background image

-  Niemal  wszyscy  więc  wyjechali…  -  Darius  nie  powiedział  niczego  więcej,  spojrzał  tylko  na

dzielącą  ich  jeszcze  od  twierdzy  równinę.  Całą  prawie  jej  powierzchnię  pokrywały  ślady  kopyt  i
wszystkie prawie wiodły od twierdzy. Kaz widział, że rycerz usiłuje przekonać sam siebie, iż jego
towarzysze  broni  mogli  przecież  wracać  do  warowni  z  drugiej  strony  i  że  te  odciski  o  niczym  nie
świadczą.

Kiedy wreszcie wszyscy znaleźli się przy bramie, zatrzymali się, niepewni, co robić dalej. Nikt

nie okrzyknął ich z murów, wrota zaś były uchylone. Dość było miejsca dla jednego jeźdźca.

- Musimy się opowiedzieć - oznajmił Darius z powagą. Wystąpił przed pozostałych i spojrzał w

górę.

- Darius z Trebbel, Rycerz Korony, ostatni przydział służbowy - twierdza w dolnej Wystii, prosi

o pozwolenie na wejście do twierdzy Vingaard, siedziby ramienia

- Paladine’a, walecznych zakonów solamnijskich i rezydencji Wielkiego Mistrza.
Kaz  prychnął  ze  złością,  oparł  topór  o  ramię  i  pomaszerował  ku  uchylonym  wrotom.  Po  chwili

wahania dołączył doń Delbin. Darius zaś przerwał perorę, gdy ujrzał, że jego towarzysze nie czekają
na jej koniec.

Wkraczający do twierdzy pod sklepieniem bramy Kaz pomyślał nagle, że czuje się mniej więcej

tak, jak ofiara wiedziona przed ołtarz zimnego, obojętnego bóstwa..

Grupa  jeźdźców,  która  w  tej  samej  chwili  znajdowała  się  na  południe  od  twierdzy,  nieopodal

miejsca,  gdzie  Kaz  znalazł  Dariusa,  przerwała  galop,  gdy  jeden  z  nich  zsunął  się  z  siodła  dla
zbadania  czegoś  na  ziemi.  Po  kilku  chwilach  podniósł  wzrok  na  pozostałych.  -  Tutaj,  milordzie…
dwa rzędy odcisków.

Do  tropiciela  podjechał  rycerz  w  zbroi  członka  Zakonu  Róży.  Tropiciel,  który  znacznie  lepiej

czułby się w krajach leżących na południu i wschodzie, wzdrygnął się nieznacznie. Jak wielu innych,
przestał  ufać  członkom  zakonów…  szczególnie  tutaj,  na  rozdartej  niedawną  wojną  Północy.  Co
gorsza,  klęczący  teraz  u  jego  boku  rycerz  należał  do  Zakonu  Róży,  dalej  zaś  tkwiło  w  siodłach
dwustu innych, gotowych na jedno skinienie - dwustu rycerzy i jeden zdenerwowany tropiciel.

-  To  ten,  który  przeżył  masakrę…  i  jego  wybawca.  Opuszczona  przyłbica  nadawała  głosowi

klęczącego rycerza osobliwy, głuchy ton. - Na to przynajmniej wygląda, bo jeśli ktoś zadał sobie trud
zatłuczenia tego obrzydlistwa..

- Kiwnięciem dłoni wskazał resztki łapy goblina, który padł ofiarą głowni Oblicza Honoru. Sam

goblin odczołgał się precz, by gdzieś zdechnąć.

Rycerz wstał, tropiciel szybko porwał się na nogi. Odziane w rycerskie rękawice dłonie uniosły

przyłbicę i zdjęły szyszak, odsłaniając urodziwą, choć nieco arogancką twarz o pięknie rzeźbionych,
jastrzębich rysach. Zgodnie z rycerskim obyczajem, właściciel owej twarzy przyozdobił ją potężnymi
wąsami.  Ciemne,  bujne  włosy  nieznajomego  rozwiały  się  na  wietrze.  Choć  rycerz  wyglądał  na
doświadczonego i mądrego człeka, był dość młody - jak na przywódcę dwustuosobowego oddziału.

-  Młody,  ale  starszy  z  każdą  upływającą  sekundą  odparłby  taki  zarzut  (o  ile  znalazłby  się  ktoś

dostatecznie  odważny,  by  go  postawić)  Bennet,  Marszałek  Zakonu  Róży.  Wcześniej  już  zauważył
parę  śladów  wiodących  ku  północy  -  w  tym  samym  kierunku,  w  którym  i  on  udawał  się  wespół  ze
znajdującym  się  pod  jego  komendą  oddziałem.  W  kierunku  -  by  nie  zostawiać  niedomówień  -
twierdzy  Vingaard.  Vingaard,  ojczyzny  zakonów  i  rycerstwa,  miejsca,  w  którym  się  wychowywał  i
dorastał,  jako  syn  Wielkiego  Mistrza  i  bratanek  jego  następcy.  Teraz,  gdy  zapomniał  o  klątwie,
wzdrygnął się na myśl o powrocie do tamtego

miejsca.
- Dwa dni - mruknął sam do siebie. Tropiciel spojrzał nań podejrzliwie. - Za dwa dni - wyjaśnił

background image

Bennet  -  chcę  się  znaleźć  w  pobliżu  twierdzy.  Nie  w  samej  twierdzy,  ale  wystarczająco  blisko,  by
móc  ją  obserwować.  Jaki  jest  zasięg  tego…  jak  to  nazwać…  -zastanowił  się.  -  Czy  natychmiast
padniemy  ofiarą  tej…  tego…  Czy  będzie  uderzało  stopniowo,  jednego  po  drugim,  aż  znowu
zaczniemy ulegać szaleństwu?

Wspomnienie rycerza dobrego i prawego, który oszalał bez żadnych oznak obłędu i rzucił się na

swój własny miecz, sprawiło, że Bennet zapragnął zawrócić. Teraz jednak nie mogli już się cofnąć.
Nie wtedy, gdy sama twierdza Vingaard zaczęła - jakże przewrotnie! - urągać własnej tradycji.

Nie  wtedy,  kiedy  jego  stryj,  Wielki  Mistrz  Oswal  ofiara  tej  samej  klątwy  szaleństwa,  która

zawisła  nad  Vingaardem  -  zamknął  się  w  swoich  komnatach  i  prowadził  wojnę  z  wrogami,  którzy
istnieli tylko w jego umyśle. - Wielki Paladine, czyżby to była próba naszej wiary? Mojej wiary?

Dostrzegł  nagle  w  dali  błysk  bieli.  Otarł  pył,  który  podczas  drogi  osiadł  mu  na  powiekach,  i

spojrzał ponownie. Czy znów wracały tamte koszmary? - Milordzie, czyżbyś coś zobaczył?

-  Nie.  -  Bennet  nie  cierpiał  kłamstw,  prawda  jednak  byłaby  jeszcze  gorsza.  Wilk  albinos?  Czy

oglądam wspomnienia?

Szybko włożył hełm, by skryć niepewność za przyłbicą. Dopiero teraz mógł zwrócić się ku tym,

co powierzyli mu swe życie. Nie każdy należał do Zakonu Róży, w tej kryzysowej sytuacji wszyscy
jednak oddali się pod jego komendę. Sześć lat temu przyjąłby po prostu ten fakt do wiadomości… i
niczym by się nie przejmował. I pewnie poprowadziłby tych ludzi na śmierć - jeśli mieliby szczęście.
Czasy się zmieniły. Zmieniły się też jego poglądy. Obym miał twoją wiarę i silę, Humo od lancy.

Za znak dany przez Benneta wszyscy dosiedli koni. Niemal połowa jego towarzyszy padła ofiarą

tych  samych,  co  on  omamów.  Był  wśród  nich  i  elf.  Bennet  zastanawiał  się,  jak  z  tym  radzi  sobie
członek leśnego ludu.

Siedząc już w siodle, zwrócił się do tropiciela, który rozglądał się niepewnie dookoła. - Co cię

gryzie, przyjacielu?

-  Milordzie,  to  nie  gobliny  wymordowały  grupę,  która  nadciągnęła  z  południa.  Cokolwiek  to

było, było ogromne!

- Człowieku, dni smoków należą już do przeszłości, a w tej części kraju nie masz innych stworów

równie  wielkich  i  równie  okrutnych.  Pozbądź  się  obaw…  niebezpieczeństwo  czeka  w  twierdzy
Vingaard, nie w niebie, lub w spustoszonym kraju,

- który  nas  otacza.  -  Bennet  całą  duszą  wierzył  w  to,  co  mówił.  Gobliny  i  niedobitki  smoczych

armii były niczym w porównaniu z tym, co kryło się u celu ich podróży. Albo pod nim.

Gdy kolumna ruszyła, wrócił myślami do tych, którzy poświęcili cenny czas na godny pochówek

poległych  rycerzy.  Jeden  przynajmniej  z  nich  -  tego  był  pewien  -należał  do  rycerstwa.  A  drugi?
Odciski  jego  stóp  nie  przypominały  ludzkich.  Można  by  je  wziąć  za  ogrze  lub  goblinie,  żaden  z
przedstawicieli  tych  ras  nie  traciłby  jednak  czasu  na  okazanie  szacunku  martwym  -  i  to  ludziom.
Nieznajomy nie mógł być i elfem. Czyżby to był… Nieprawdopodobne. Tylko głupiec podróżowałby
do stolicy rycerstwa, gdzie ogłoszono go złoczyńcą. Nawet minotaur nie popełniłby takiego głupstwa,
nie byłby też tak naiwny, by wierzyć, że z tej wyprawy wyjdzie cało.

Kimkolwiek byli ci dwaj, Bennet łudził się, że będą mieli dość rozsądku, by trzymać się z dala

od Vingaardu.

background image

26.Bohaterowie II - Minotaur Kaz

Rozdział 10

WEJŚCIE  DO  TWIERDZY  VINGAARD  przypominało  Kazowi  ponowne  wkroczenie  w  krainę

jego  osobistych  koszmarów.  W  miejscu  tym  panował  jakiś  niesamowity  nastrój,  podkreślany  przez
coraz bardziej wydłużające się cienie gasnącego powoli dnia. Kaz spodziewał się, że lada moment z
jakiegoś zakamarka wyskoczy na nich przerażająca bestia.

-  Gdzie  podziali  się  mieszkańcy  twierdzy?  -  spytała  szeptem  Tesela.  Właściwie  nie  musiała

szeptać.  Okrzyki  Dariusa,  który  opowiadał  się  przed  bramą,  z  pewnością  powiadomiły  wszystkich
członków załogi, że do twierdzy przybył ktoś z zewnątrz. Z drugiej jednak strony szept wydawał się
najwłaściwszym tutaj sposobem wymiany informacji.

-  Chroń  nas,  Paladine  -  mruknął  rycerz.  Patrzył  na  śmiecie  zalegające  dziedziniec.  Na  całej

otwartej przestrzeni wewnątrz twierdzy ustawiono kilkanaście wielkich, wyższych znacznie od Kaza,
stosów  rupieci.  Wyglądało  na  to,  że  rozmieszczono  je  wedle  pewnego  planu,  nie  dało  się  jednak
określić, po co je tu zgromadzono. Złożono na nich najróżniejsze przedmioty - krzesła, części zbroi,
narzędzia pracy i najrozmaitszy sprzęt domowy.

Kaz  tymczasem  uważnie  rozglądał  się  po  dziedzińcu.  Budynki  były  zaniedbane,  ściany  jednych

porastał  mech,  inne  były  oplecione  bujnymi  pnączami  winorośli.  Wszędzie  leżała  gruba  pokrywa
kurzu i brudu.

Darius wziął cugle klaczy Teseli - a po krótkim namyśle i Delbinowego kucyka -i poprowadził

oba konie ku stajniom. Zajrzał do środka, stęknął głucho i przywiązał cugle do bariery na zewnątrz.
Wróciwszy  do  pozostałych  członków  grupy,  wyjaśnił:  -O  ile  mogłem  się  zorientować,  od  kilku
miesięcy  tych  stajen  nikt  nie  czyścił.  Nie  ma  tam  zresztą  koni.  Nigdy  bym  zaś  sobie  nie  darował,
gdyby przeze mnie nasze wierzchowce musiały spędzić choć dobę w tym smrodzie. W tych stajniach
czai  się  zaraza.  -  Najpewniej  ostatnio  ich  nie  używano  -  stwierdził  Kaz.  -  Przynajmniej  miesiąc,
może  dwa.  Ale  sprzątać  przestano  znacznie  wcześniej.  Minotaur  wsparł  się  na  drzewcu  topora.  -
Kiedy podjeżdżaliśmy do bramy, Delbin widział kogoś lub coś. Może był to jakiś rycerz. Proponuję,
byśmy się nieco rozejrzeli.

-  Jeśli,  mówiąc  to,  myślisz  o  tym,  że  powinniśmy  się  rozdzielić,  to  wolałabym  tego  nie  robić  -

odezwała się Tesela. W prawej dłoni nadal trzymała medalion. Kaz nie miał pojęcia, jakimi mocami
obdarzyła  swą  kapłankę  Mishakal,  zdawał  jednak  sobie  sprawę  z  faktu,  że  dziewczyna  nie  była
wojowniczką. Osobista zaś dzielność nie na wiele mogła się zdać w starciu z tym, z czym mogli się
zetknąć, myszkując po twierdzy.

- - Zostaniemy razem. - W takim razie poszukiwania zajmą nam sporo czasu - wytknął mu Darius.
- Jeśli któreś z nas, wędrując osobno, popadnie w tarapaty, możemy go już nigdy nie odnaleźć.

Lepiej  trzymajmy  się  razem.  Vingaard  nie  jest  już  dla  mnie  wcieleniem  bezpieczeństwa  i  spokoju.
Gdzieś tutaj mogą mieć swój obóz nawet gobliny. - Może wolałbyś stąd odjechać?

Kaz  potrząsnął  głową.  -  Z  daleka  tu  przybyłem,  by  spotkać  się  z  Wielkim  Mistrzem  i  nie

zamierzam  odejść,  nie  przekonawszy  się  pierwej,  czy  go  tu  zastanę.  Jeśli  tak,  to  mam  do  niego
sprawę. - Przeniósł wzrok na Delbina i Teselę. - Ale wy dwoje możecie poczekać na zewnątrz..

Odpowiedź  kendera  znał  z  góry,  a  i  odmowa  Teseli  specjalnie  go  nie  zdziwiła.  -  Sam

powiedziałeś,  że  powinniśmy  trzymać  się  razem.  Konieczność  tworzy  niekiedy  dziwne  kompanie,

background image

pomyślał Kaz nie bez kpiny.

Należało się spodziewać, że lorda Oswala - o ile nadal jeszcze tu władał - powinni znaleźć w

jego  komnatach,  w  samym  sercu  warowni.  Tym,  którzy  nie  byli  tu  nigdy  wcześniej,  kompleks
zabudowań  twierdzy  Vingaard  jawił  się  jako  wielki  labirynt.  Darius,  który  ostatni  raz  odwiedzał
twierdzę  przed  dwoma  laty,  niespodziewanie  dla  samego  siebie  stwierdził,  że  pamięć  płata  mu
większe figle niż Kazowi - ten zaś nie widział Vingaardu od pięciu lat. W końcu to właśnie minotaur
musiał podjąć się roli przewodnika, gdy grupka skierowała się w głąb warowni. On jednak niekiedy
odkrywał  dziwaczne  luki  w  pamięci.  Niepokoiło  go  to  coraz  bardziej,  pewien  był  bowiem,  że  nie
jest to jego winą i nie dzieje się tak bez przyczyny. Całe to miejsce zresztą tchnęło atmosferą, która
negatywnie oddziaływała na jego nerwy.

Cienie zmierzchu tymczasem gęstniały i wydłużały się coraz bardziej, pochłaniając w końcu całą

potężną fortecę.

Jedynym  członkiem  kompanii,  któremu  wszystko  to  sprawiało  nielichą  uciechę,  był  kender.

Zamyślenie  i  powaga  Delbina  ustąpiły  miejsca  wrodzonej  nieposkromionej  ciekawości.  Niełatwo
przychodziło  Kazowi  powstrzymywanie  malca  od  zapuszczania  się  w  coraz  to  nowe  i  za  każdym
razem niezmiernie interesujące zakątki zamczyska. Ostatnią rzeczą, jakiej minotaur mógłby dziś sobie
tyczyć  -  a  nie  omieszkał  powiadomić  o  tym  kendera  w  kilku  dosadnych  słowach  było  szukanie
niezłomnego  odkrywcy  w  miejscu  tak  rozległym  jak  Vingaard.  Tak  czy  owak,  kender  od  czasu  do
czasu pozwalał sobie na coraz to dłuższe wycieczki.

Gdy  słońce  znikło  za  wysokimi  murami,  Kaz  spostrzegł  błysk  pochodni.  -  Patrzcie,  tam!

Światełko wkrótce znikło - jakby oświetlający sobie drogę nie usiłował wcale kryć

swej obecności, ale jakby po prostu szedł w swoją stronę. Kaz nagle doznał wrażenia, że grupka

poszukiwaczy jest w twierdzy nie tyle osamotniona, co ignorowana. - Światełko oddala się od trasy,
którą planowałeś wytknął mu Darius. - Nieważne. Jeśli ktoś tam jest, chcę wiedzieć, kto to.

Przemykali  w  milczeniu  alejami  i  przejściami,  starając  się  odnaleźć  tajemniczego  jegomościa  z

pochodnią  albo  innego  z  mieszkańców  warowni,  choć  wiedzieli,  że  mogą  w  ten  sposób  wpaść  w
jakąś pułapkę.

Minęło  kolejne  ćwierć  godziny  i  Kaz  zatrzymał  grupę.  Tesela  i  Darius,  którzy  nie  mogli  się

poszczycić niewiarygodną wytrzymałością minotaurów, przystanęli z ulgą. Minotaur zaczerpnął tchu i
zagryzł wargi. Jegomość z pochodnią gdzieś przepadł i tylko Paladine wiedział, dokąd się udał.

Klnąc  pod  nosem  Kaz  już  otwierał  pysk,  by  poinformować  pozostałych,  że  jednak  powinni

zawrócić, kiedy zorientował się, że mają nowy problem. Przepadł kender. Minotaur nie umiał sobie
nawet przypomnieć, kiedy ostatni raz widział malca. Dwaj pozostali członkowie grupy również tego
nie wiedzieli.

- A niech Sargas porwie tego smarkacza! - zaklął Kaz. Widział już siebie i pozostałych członków

grupy,  jak  się  rozdzielają  i  przez  resztę  wieczności  błąkają  się  po  labiryncie  wąskich  przejść
wewnątrz warowni. - Ostrzegałem go!

Nad  ich  głowami  przemknął  jakiś  potężny  kształt.  Zniknął,  zanim  ktokolwiek  zdążył  podnieść

głowę.

- Może kender nie opuścił nas z własnej woli - podsunął ponuro Darius. Rycerz odwrócił się i

rozejrzał dookoła, jakby spodziewał się napaści z każdej strony.

- Myślę, że zauważylibyśmy, gdyby ten smok - lub cokolwiek to jest - nadleciał i porwał Delbina.

Wróćmy po naszych śladach.

- Sądzisz, że to dobry pomysł? - spytała Tesela. Kaz wzruszył ramionami. - Nie mam pojęcia. Po

prostu nie podoba mi się myśl, że będziemy tu stali i gapili się bezradnie na otoczenie. Nie zdążyli

background image

ruszyć się z miejsca, kiedy nagle gdzieś wysoko zahuczał dzwon. Tesela i Kaz spojrzeli pytająco na
Dariusa, który wsłuchiwał się uważnie w rytm uderzeń. Dzwon umilkł równie nagle, jak się odezwał.

-  Dziwne.  Jeśli  się  nie  mylę,  to  dzwon  na  wieczorne  modły.  Godzina  też  wydaje  mi  się

odpowiednia.

-  Jakiś  czas  temu  minęliśmy  dzwonnicę  -  przypomniał  sobie  Kaz.  -  Być  może,  to  sprawka

Delbina..

-  Delbin  nie  jest  aż  tak  głupi  -  sprzeciwiła  się  stanowczo  Tesela.  Minotaur  uznał,  że  nie  ma

powodu do sporu. Kenderzy kochali przygody, nie należeli jednak do durniów.

-
Dalszy  marsz  nastręczał  trudności.  W  twierdzy  zapanował  głęboki  mrok.  Cała  trójka,  potykając

się w ciemnościach, usiłowała cofnąć się przynajmniej do dzwonnicy.

W  pewnej  chwili  prowadzący  chwilowo  Darius  wpadł  niemal  na  coś  wysokiego,  stojącego

pośrodku ścieżki, którą podążali. Po kilku sekundach wędrowcy zorientowali się, że drogę zastępuje
im  rycerz  solamnijski  w  pełnej  zbroi  i  z  potężnym  mieczem  w  dłoni.  Nieznajomy  miał  na  głowie
szyszak z przyłbicą, całkowicie zakrywającą mu twarz. Choć niewiele brakło, by nań wpadli, rycerz
nie cofnął się nawet o pół kroku.

-  Nie  słyszeliście  dzwonu?  -  zahuczał  spod  przyłbicy.  -  Wszyscy,  wyjąwszy  straż  na  murach,

mają  -  wedle  poleceń  Wielkiego  Mistrza  -  udać  się  na  modły!  Darius  wsunął  miecz  do  pochwy.  -
Przyjacielu, dopiero co przybyliśmy do twierdzy i..

Nieznajomy  rycerz  przechylił  głowę  na  bok,  jakby  ujrzał  przybyszów  po  raz  pierwszy.  -  Ty

pomiocie demonów!

Darius  niespodziewanie  dla  samego  siebie  musiał  uskoczyć  w  tył,  ratując  głowę  przed  ciosem

miecza,  który  z  pewnością  byłby  go  jej  pozbawił.  Kaz,  ujrzawszy,  że  jego  towarzysz  nie  zdoła  w
porę  wydobyć  broni,  skoczył  do  przodu,  unosząc  w  górę  swój  topór.  Ostrze  miecza  z  głośnym
dźwiękiem odbiło się od krasnoludzkiej głowni i napastnik wypuścił rękojeść oręża. Miecz upadł na
ziemię, Kaz zaś nacierał dalej, korzystając z chwilowej przewagi. Po chwili zderzyli się z łoskotem i
niewiele  brakło,  by  minotaur  zatchnął  się  smrodem,  którym  zionęła  zbroja  jego  przeciwnika.  Obaj
runęli na ziemię - Kaz jednak znalazł się na wierzchu.

Minotaur  zawsze  uważał,  że  niewielu  ludzi  może  sprostać  mu  siłą.  Nawet  wśród  własnych

współplemieńców  jego  krzepa  zdobyła  mu  zasłużone  uznanie  na  arenach.  Teraz  jednak,  ku  swemu
niepomiernemu zdumieniu, odkrył, że utrzymanie chwilowej przewagi przychodzi mu z największym
trudem. Rycerz nie tylko dorównywał mu siłą, ale nawet zaczął przełamywać jego opór.

-  Dar…ius!  -  wystękał  minotaur.  Towarzysz  zawahał  się,  targany  lojalnością  wobec  brata  w

zakonie  i  uczuciem  przyjaźni  do  minotaura.  W  końcu  ruszył  na  pomoc  Kazowi.  -  Zdejm  mu  ten…
szyszak!

Nieznajomy  szarpał  się  na  próżno  -  Darius  zdarł  mu  hełm  z  głowy.  I  niemal  go  upuścił,  kiedy

ujrzał twarz przeciwnika. - W łeb go!

Darius  zacisnął  zęby,  westchnął  w  duchu  do  Paladine’a,  błagając  go  o  wybaczenie…  i  trzasnął

konfratra w pysk, kiedy zaś ten nie zareagował, przyłożył mu ponownie. Tym razem nieco oszołomił
przeciwnika.  Rycerz  szamotał  się  jeszcze  przez  chwilę,  ale  już  bez  poprzedniego  zapału  i  Kaz
zakończył walkę potężnym ciosem w szczękę.

-  Pierwszy  napotkany  w  Vingaardzie  i  okazuje  się,  że  to  berserker!  -  stęknął  Kaz,  rozcierając

grdykę. Stracił trochę krwi i niewątpliwie pozostaną mu siniaki -przynajmniej na kilka dni.

Przypomniawszy sobie o kapłance, odwrócił się, sądząc, że i ona gdzieś przepadła. Zamiast tego

ujrzał, że dziewczyna stoi za nimi i z ulgą spogląda na nich. - Przepraszam was. Robiłam, co mogłam,

background image

ale on nie reagował. - Nie reagował? - Chciałam go uśpić. Jego odporność jest zdumiewająca.

-  Nie  dziwota  -  odparł  łagodnie  Darius.  Klęczał  obok  konfratra,  badając  jego  zbroję  i

przyglądając  się  twarzy  nieznajomego.  -  To  Rycerz  Róży.  W  sprawach  ducha  posiadają  oni  pewne
własne moce.

Kaz  wstał  i  prychnął  z  odrazą.  -  Ten  tu  być  może  dbał  o  czystość  ducha,  zupełnie  jednak

zapomniał o ciele!

Swego  czasu  minotaur  poznał  wielu  rycerzy  i  wiedział,  że  w  odróżnieniu  od  innych  zakonów,

solamnijczycy cenili sobie wstrzemięźliwość i czystość ciała. Leżący bez ducha rycerz najwidoczniej
miał  w  tym  względzie  własne  zdanie.  Jego  zbroja  była  brudna,  matowa,  pogięta  i  pokiereszowana.
Wąsów - ozdoby stanu rycerskiego - nie przycinał od dłuższego czasu, całości zaś obrazu dopełniała
skudlona  grzywa  włosów,  które  od  dawna  nie  widziały  grzebienia  ni  mydła.  Rycerz  śmierdział  też
tak, jak ktoś, kto wody używa wyłącznie do picia. - Co z nim zrobimy? - spytała Tesela.

- To rycerz solamnijski - przypomniał im Darius, choć nie było to potrzebne. - Jako taki powinien

być traktowany godnie i z szacunkiem. Jeśli jest chory, może ty, kapłanko, zdołasz mu jakoś pomóc. -
Zrobię, co się da. Dzwon zahuczał ponownie. Darius wstał i wszyscy troje spojrzeli w stronę wieży.
- Wielka Mishakal!

Darius i Kaz odwrócili się ku kapłance, która wskazywała miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą

leżał pokonany rycerz. Nieznajomy przepadł, jak kamień w wodzie zniknął nawet hełm, który zerwał
mu  ze  łba  Darius.  Kaz  pociągnął  nosem.  Owszem,  woń  była  intensywna,  ale  to  należało  złożyć  na
karb  kolorytu  lokalnego  -  otaczający  ich  zapach  wcale  nie  przypominał  smrodu,  bijącego  od
pokonanego. - Wcale mi się to nie podoba.

Dźwięk dzwonu rozległ się tylko raz jeszcze - i zaraz zastąpił go łopot potężnych, uderzających

leniwie  skrzydeł.  -  Gdybym  miał  choć  łuczywo!  -  sarknął  Darius.  - -  Mogę  nieco  rozjaśnić  mrok,
jeśli myślisz, że to coś pomoże - podsunęła Tesela. - Nie! - sprzeciwił się minotaur. - W tej chwili
światło by nas tylko zdradziło.. Hałas był coraz silniejszy. Na ich głowy posypały się zerwane gonty,
dachówki i chmura piasku.

- Jest prosto nad nami! - szepnął Darius. Spokojnie, jak na paradzie, rycerz obnażył miecz. - Dużo

ci to pomoże! W tamtej wiosce wyszczerbiłem sobie na nim topór! - No, to co robimy? Odpowiedzi
udzieliła Tesela. - Tam!

Obaj towarzysze odwrócili się, nie zobaczyli jednak niczego. Potem Kaz spostrzegł wyglądającą

zza rogu znaną mu, podobną do dziecięcej twarzyczkę. To, że mimo mroku mógł rozpoznać Delbina,
jakoś go nie dziwiło. Kender przyłożył palec do warg i uśmiechnął się szeroko. Skinieniem dłoni dał
znak, że mają pójść za nim. - Chyba coś znalazł - podsunęła wyjaśnienie Tesela.

-  Mam  nadzieję,  że  tam  będzie  bezpiecznie.  Puszczając  Dariusa  przed  sobą,  Kaz  zajął  się

ubezpieczaniem  tyłów  -  wiedział,  że  tajemniczy  stwór  podatny  był  na  ciosy  jego  topora.  Wszyscy
ruszyli  ku  zaułkowi,  w  którym  spostrzeżono  Delbina.  Niespodziewanie  też  usłyszeli  wokół  różne
odgłosy. Nie był to hałas wywołany skrzydłami krążącej nad nimi bestii, ale dźwięki, jakich należało
spodziewać  się  w  warowni:  odgłosy  zbliżających  się  w  szyku  oddziałów  rycerskich,  rżenie  koni
bojowych trzymanych za wodze, szczęk stali.

Irytujące było to, że w opuszczonej twierdzy nadal poza kenderem - nie spotkali żywej duszy.
- Na twierdzę spadło przekleństwo! - mruknął głucho Darius. - Opanowały ją upiory!
- Jeśli potrafią jedynie hałasować, to nie ma się o co martwić. Gorzej będzie, gdy obleką się w

ciało,  tak  jak  nasz  niedoszły  jeniec.  -  Kaz  wiele  dałby  za  to,  żeby  w  jego  głosie  było  więcej
pewności siebie. - Gdzie jest Delbin? - spytała nagle Tesela.

-  Sargas  by  go…  Nie!  Jeśli  idziemy  za  kolejnym  widmem…  -  Minotaur  przerwał,  bo  Delbin

background image

znów wyłonił się zza rogu.

- On mówi, że macie się pospieszyć! - syknął kender niezbyt głośno, tak jakby podniesienie głosu

uważał za niebezpieczne. Wyglądało też na to, że przestało go interesować myszkowanie po cytadeli.
- Jaki on? - spytał Kaz, gdy zrównali się z kenderem.

- Wyjaśnienia zostawmy na później… pełno tu rycerzy, że nie wspomnę o innych… mówił też, by

nie puszczać się biegiem, bo to miejsce opanowane przez szaleńców… ale

- jeśli dotrzemy do biblioteki..
No,  przynajmniej  kender  się  nie  zmienił…  nie  bez  ulgi  pomyślał  minotaur.  -  Delbin,  odetchnij

sobie. Znów usłyszeli pojedyncze uderzenie dzwonu.

Darius  pochylił  się  nad  malcem.  -  Delbin,  czy  na  dzwonnicy  są  jacyś  rycerze?  Wiesz,  gdzie

znajdę Wielkiego Mistrza? Czy on..

- On czeka! - Delbin przyspieszył kroku. - Mówił, że jeśli zostaniemy tu przyłapani, to nikt nie da

grosza  za  naszą  skórę.  Rycerze  zabijają  wszystko,  co  się  rusza.  On  mówi,  że  nie  są  panami  swej
woli.

- Jeśli ktoś może udzielić nam jakichś odpowiedzi sapnął Kaz - to chętnie spotkałbym się z nim. -

To  może  być  pułapka  -  sprzeciwił  się  Darius.  -  Tedy  trzeba  będzie  się  z  niej  wyrwać.  -  Minotaur
pogładził głownię swego topora. Później, gdy wspominał całe to wydarzenie, Kaz uzmysłowił sobie,
że  twierdza  Vingaard  niczym  nie  przypominała  labiryntu.  Nie  znalazłbyś  w  niej  nawet  zbyt  wielu
budynków. Tej nocy jednak wszystko wydawało się inne… jakby warownia istniała w jakimś innym
świecie, stworzonym przez kogoś przewrotnego. Minotaur zaczął podejrzewać, że Delbin prowadzi
ich drogą okrężną i błądzi - dopóki nie zrozumiał, że kender wybierał szlak, by unikać tych innych, o
których wspomniał wcześniej.

Spoglądając  ku  środkowym  zabudowaniom  cytadeli,  gdzie  umieszczono  kwaterę  Wielkiego

Mistrza,  dostrzegali  gdzieniegdzie  podobne  do  widm,  odziane  w  zbroje  figury.  Każda  trzymała  w
dłoni  pochodnię  i  poruszała  się  równym,  miarowym  krokiem.  Nieznajomi,  którzy  przypominali  z
wyglądu rycerzy solamnijskich, chyba również ich widzieli. Kender jednak prowadził ich tak, by nie
zbliżali się do mrocznych sylwetek.

W końcu się zatrzymał. - To tutaj - szepnął konspiracyjnie. - Znajdziemy go w bibliotece. Za mną!
Biblioteka  była  jedynym  budynkiem  w  twierdzy,  oświetlonym  pochodniami.  Ku  jej  wysokim,

drewnianym  drzwiom  wejściowym  wiodły  szerokie  stopnie.  Po  obu  stronach  każdego  stopnia
umieszczono piedestały, na których tkwiły rzeźby wielkich ptaków. Kaz rozpoznał orła rybołowa co
zdało mu się logiczne. Był też pewien, że gdyby przyjrzał się rzeźbom uważniej, odkryłby w każdej
koronę i miecz z różą. Nie zwlekaj, minotaurze. Chodź i rozmów się ze mną. To już tak długo..

Kazowi włosy zjeżyły się na karku. Krew mu niemal zakrzepła w żyłach, a kłykcie zbielały, gdy

mocniej ujął w dłonie drzewce topora. Co to było? Cóż ty takiego wiesz, minotaurze? Jakie sekrety
kryjesz  w  tym  swoim  łbie?  Tesela  była  pierwszą,  która  zauważyła  dziwne  roztargnienie  minotaura.
Dotknęła

lekko jego ramienia. - Kaz, na co patrzysz? Czy stało się coś złego?
Kaz  czuł,  że  jest  pod  wpływem  jakiegoś  zewnętrznego  przymusu  i  jedynym  sposobem,  aby  się

odeń  uwolnić,  było  poddanie  mu  się  do  końca.  Powoli  odwrócił  głowę,  jakby  szukał  czegoś  w
mroku. Przedłużymy jeszcze odrobinę ten pościg?

Mglista  smuga  bieli  zgęstniała  i  przekształciła  się  w  rozmyty  lekko  kształt  o  długim,  wąskim

pysku  i  czterech  łapach.  Kaz  wiedział,  że  gdyby  zdołał  przyjrzeć  mu  się  bliżej,  ujrzałby  czerwone
ślepia i gołe, pozbawione włosów, zimne cielsko. - Martwilk! - Kaz prawie splunął. - Co?

-  Tam…  -  Minotaur  zamrugał  i  stwierdził,  że  w  miejscu,  gdzie  kieruje  spojrzenie,  nie  ma  nic!

background image

Mglisty kształt zniknął. Jakby go tam w ogóle nie było. Znów rozległ się pojedynczy jęk dzwonu.

-  Chroń  nas,  Paladine!  Niechby  przestali!  -  Dzwon  bił  jak  na  żałobę,  a  ponieważ  nie  znali

powodu owych alarmów, niepokoiło ich to jeszcze bardziej.

Delbin w końcu stracił chyba cierpliwość - co nie było jeszcze niczym niezwykłym. Ale nawet

jak  na  kendera  zaczął  zachowywać  się  dość  dziwacznie.  Złapał  mianowicie  Teselę  za  rękę  i
pociągnął  za  sobą.  Darius  sięgnął,  by  złapać  kapłankę,  ta  jednak  potrząsnęła  głową  i  razem  z
kenderem  puściła  się  biegiem.  Rycerz,  który  nie  chciał  pozbawiać  dziewczyny  ochrony,  pobiegł  za
nimi.

Tylko Kaz pozostał na miejscu, nie z obawy, ale dlatego, że nadal słyszał głos martwilka. Pójdę

za  tobą  wszędzie,  minotaurze,  słyszysz?  Wszędzie!  -  Jesteś  trupem!  -  stęknął  Kaz  niezbyt
przekonującym głosem. - Jesteś trupem!

Był teraz sam. Upiór, duch czy projekcja jego własnych koszmarów gdzieś przepadła. Minotaur

zwrócił  się  ku  bibliotece.  Towarzysze  stali  przy  wejściu  i  czekali  na  niego.  Zacisnąwszy  zęby  i
ująwszy mocniej drzewce topora, minotaur przebiegł przez dziedziniec.

Nie powitała go ulewa strzał, nie wybiegła mu na spotkanie wataha oszalałych rycerzy. Mimo iż

dziedziniec  oświetlały  pochodnie,  a  we  względnej  ciszy  odgłos  jego  kroków  zagrzmiał  niczym
uderzenia gromu, nikt go nie zatrzymał. Spieszył się tak, że w pewnej chwili poślizgnął się i niemal
upadł. Na ostatnich kilku metrach podbiegł doń Darius, który osłaniał mu plecy.

Wbiegłszy  na  schody,  minotaur  zatrzymał  się  i  parsknął  gniewnie.  -  I  cóż?  Gdzież  ten

wszechwiedzący  dobroczyńca,  do  którego  miałeś  nas  przyprowadzić?  Może  każe  nam  tu  sterczeć
przez całą noc? - Minotaurze, stoję w drzwiach… i ośmielę się zaproponować, byście nie zwlekali

i weszli jak najprędzej. Noc jest jeszcze młoda, wy zaś byliście świadkami zaledwie pierwszych

oznak budzącego się koszmaru!

Głos  był  spokojny  i  rzeczowy.  Nikt  z  czwórki  przybyszów  nie  umiałby  powiedzieć,  w  jaki

sposób nieznajomy pojawił się w otwartych drzwiach. W świetle pochodni zdołali tylko zobaczyć, że
ich tajemniczy dobroczyńca ma długie włosy i odziany jest w obszerną, ciemną opończę. Przemawiał
głosem, który Kaz skądś znał, choć nie umiałby rzec, gdzie słyszał go wcześniej.

Delbin  prawie  natychmiast  usłuchał  złożonej  w  tak  niekonwencjonalny  sposób  propozycji.

Darius, który nie chciał, by kender znów go wyprzedził, ruszył za nim, ramieniem osłaniając Teselę.
Kaz  wstrzymał  się  na  chwilę,  bo  znów  mu  się  zdało,  że  słyszy  śmiech  rozlegający  się  w  mroku  za
budynkiem.  Ponieważ  głos  się  nie  powtórzył,  minotaur  zaczął  przekonywać  sam  siebie,  iż  słyszał
jedynie jęk wiatru.

Zatrzaśnięto wreszcie drzwi i wszyscy spojrzeli na Delbinowego przyjaciela i ich wybawcę. Był

to  osobnik,  który  wzrostem  nie  ustępował  Kazowi,  przybrany  w  długie  srebrnoszare  szaty.  Jego
włosy, opadające w długich pasmach poniżej ramion, były srebrne z szarawym odcieniem mogłoby
się  wydawać,  że  szaty  nieznajomego  skrojono  i  dobrano  tak,  by  podkreślały  niezwykłą  barwę  jego
gęstej czupryny. Twarz nieznajomego była niezwykle urodziwa, pięknie rzeźbiona w delikatne rysy.
Mogłaby być twarzą młodzieńca - i tak uważał każdy, dopóki nie spojrzał w zielone oczy przybysza.
Oczy  te  miały  chyba  tysiące  lat.  Ktokolwiek  w  nie  spojrzał,  pojmował  natychmiast,  że  stoi  przed
elfem.

Przybysz złożył dłonie na piersiach - tak jak czynią to kapłani. Na jego twarzy widać było jedynie

drobny ślad uczuć - lekkie wygięcie kącików ust w górę wskazywało na rozbawienie. - Przyjaciele,
wita was jedyna spokojna przystań pośrodku tego szaleństwa. Jestem..

- Agraen Ravenshadow! - wypalił nagle minotaur. Elf, nadal lekko rozbawiony, kiwnął głową. -

Sądzę, że powinienem pamiętać spotkanie z minotaurem. Nie znamy się jednak.

background image

-  Nie,  ale  miałem  honor  poznać  twego  współplemieńca,  który  zna  cię  dość  dobrze.  Nazywa

siebie Sardalem Crystalhornem.

Przez twarz elfa przemknęło jakieś nieokreślone uczucie. Sardal… Dziwne jest usłyszeć po tych

trzech latach jakiekolwiek elfie imię, a zwłaszcza jego imię.

- Co tu się dzieje? - zagrzmiał minotaur. - Co stało się z twierdzą Vingaard i rycerstwem?
Argaen  znów  przybrał  maskę  obojętności,  ale  ton,  jakim  odpowiedział  na  pytania  Kaza,

wskazywał, że nie podoba mu się to, o czym musi mówić. - Minotaurze, nawet nie

zdajesz sobie sprawy z tego, w jak mroczne sprawy wdepnąłeś ty i twoi towarzysze. Macie do

czynienia z czymś, co w najlepszym wypadku może porazić was szaleństwem.

background image

26.Bohaterowie II - Minotaur Kaz

Rozdział 11

KOMNATA, W KTÓREJ SIĘ ZNALEŹLI, kiedyś służyła rycerzom pragnącym zbadać przeszłość

zakonów.  Wzdłuż  ścian  wciąż  jeszcze  ciągnęły  się  rzędy  półek  wypełnionych  ciasno  zwiniętymi
zwojami  pergaminu.  Pozostałą  część  pomieszczenia  elf  przystosował  do  własnych  potrzeb.  -  Tam.
Widzisz?

Kaz  podążył  wzrokiem  za  spojrzeniem  Argaena.  Stali  przy  oknie  w  komnacie  położonej  na

piętrze i patrzyli ku centralnej części warowni.

- Aaa… widzę. Tam właśnie żyje Wielki Mistrz i stamtąd wydaje rozkazy, prawda? -Minęło pięć

lat, Kaz jednak wątpił, by pamięć aż tak mogła go zawodzić.

-  Właśnie  tam,  siedzi  zatopiony  w  świecie  zniekształconych,  przewrotnych  wizji,  stamtąd

rozkazuje  coraz  mniej  licznej  grupie  ludzi,  z  których  każdy  jest  równie  szalony  jak  on  sam.
Podświadomie chroni to, co - jak podejrzewam - jest odpowiedzialne za otaczające nas szaleństwo i
czarnoksięstwo, którego byłeś świadkiem.

Elf  niespodziewanie  odstąpił  od  okna.  Kaz  pozostał  przy  nim  jeszcze  przez  chwilę,  patrząc  na

krąg  pochodni  otaczających  siedzibę  Wielkiego  Mistrza.  Darius,  który  razem  z  Teselą  obserwował
ten  sam  widok  z  sąsiedniego  okna,  podszedł  do  elfa.  -  Cóż  to  takiego?  Jakaż  moc  mogła  skłonić
Wielkiego Mistrza do porzucenia drogi, którą wyznaczył mu Paladine?

Argaen podszedł do jedynego w komnacie stołu, na którym rozłożono pewną ilość niezwykłych i

na pierwszy rzut oka tchnących złem przedmiotów. Wziął do ręki na pozór zwykłą spiralnie skręconą
na końcu laskę i przez chwilę przyglądał się jej z rozwagą. Wydawało się, że zapomniał o pytaniu,
jakie  zadał  mu  rycerz.  -  Mości  minotaurze,  czy  Sardal  wspomniał  ci  o  powodzie,  dla  którego  tu
przebywam?

-  Doprawdy,  nie  umiem  po  tym  wszystkim  uczciwie  ci  odpowiedzieć. Ale  myślę,  że  nie.  -  Kaz

spojrzał na rozłożone na stole przedmioty. - Nie jestem też pewien, czy chciałbym to wiedzieć.

- Może i nie chcesz, teraz jednak, skoro już tu jesteś, wiedzieć musisz. - Elf podniósł laskę, nadal

uważnie się jej przyglądając. - Niegroźnie wygląda, nieprawdaż? - Skoro pytasz, powiem, że za nic
bym jej nie zaufał.

- I miałbyś rację. Nie będę się wdawał w szczegóły, wystarczy, jeżeli powiem, że za pomocą tej

właśnie laseczki zakłócano pogodę podczas wojny.

- Dokonała tego ta laska? - Kaz przypomniał sobie niespodziewane zmiany pogody i straszliwe

sztormy,  które  były  dziełem  magów-renegatów  podczas  ostatnich  miesięcy  zmagań.  Przypomniał
sobie wielki huragan, który zwiastował ciemności, wtedy kiedy

-  smoki  Takhisis  i  potwory  Galan  Dracosa  rozniosły  resztki  obozu  solamnijskiego.  Rycerstwo

uznało później, że była to największa klęska w historii zakonów.

-  Zaklęcie,  które  stworzyło  tę  laskę,  wykradł  gdzieś  albo  utkał  osobiście  Galan  Dracos.  Było

znacznie  potężniejsze  niż  te,  o  których  kiedykolwiek  słyszałem.  Na  nasze  szczęście  -  a  może
nieszczęście  -  jedyna  istniejąca  taka  laska  była  zapieczętowana  wewnątrz  jednej  z  trzech
podziemnych krypt.

Elf, jak dobrze wiedział o tym Kaz, mówił zagadkami. Była to nieodłączna cecha elfiej natury.
- Opowiedz nam o tych kryptach, mości elfie, i o tym, co mają wspólnego z Galan Dracosem.

background image

Dzwon jęknął znowu, ale elf zignorował jego lament. - Cytadela Galan Dracosa, mistrza magii i

renegata, który nawet czarnoksiężników podążających drogą mroku zamierzał uczynić niewolnikami
swoich ambicji, pierwotnie znajdowała się na zboczu jednej z gór pomiędzy Hylo a Solamnią.

-  Naprawdę?  -  Delbin,  który  do  tej  pory  zachowywał  się  nienaturalnie  spokojnie  i

powściągliwie, poderwał się. - Więc w Hylo są ruiny zamku czarnoksiężnika? Może kiedyś tam się
udamy?  Zastanawiam  się,  czy  był  tam  ktoś  z  mojej  rodziny?  Powinienem  to  zapisać!  -  Sięgnął  do
swej sakwy, ale zamiast notesu wydobył z niej małą figurkę. -Skąd to się tu wzięło? Ładna, prawda?

- Odłóż to natychmiast! - Argaen ruszył na kendera i wyrwał mu figurkę z dłoni tak gwałtownie,

że  Delbin  znieruchomiał  ze  zdziwienia.  Świadkowie  tej  sceny  wytrzeszczyli  oczy  zdumieni
autentyczną wściekłością w głosie spokojnego dotąd elfa. Kaz, Darius i Tesela patrzyli na elfa, nie
pojmując  przyczyn  jego  oburzenia,  on  tymczasem  wetknął  figurkę  w  kieszeń  swej  opończy  i  niemal
spopielił  Delbina  spojrzeniem.  -  Nie  dotykaj  żadnego  przedmiotu  w  tej  komnacie!  Nie  wyobrażasz
sobie nawet, jakie moce mógłbyś w ten sposób obudzić! Zapewniam cię, że nawet kender żałowałby
tego!

Delbin  skurczył  się  pod  ognistym  wzrokiem  Argaena.  Elf  odetchnął  głęboko  i  dopiero  w  tej

chwili zdał sobie sprawę z wrażenia, jakie jego tyrada wywarła na obecnych. Przetarł dłonią czoło i
zmarszczył brwi.

- Cóż… przepraszam was wszystkich. Pracuję tu od trzech lat, i choć w kategoriach życia elfów

trzy lata to zaledwie chwilka, pod innymi względami to wieczność! Od trzech lat usiłuję zachować
rozum, podczas gdy otaczający mnie ludzie coraz bardziej pogrążają się w szaleństwie. Od trzech lat
żyję  ze  świadomością,  że  możliwe  rozwiązanie  jest  niezwykle  bliskie…  i  wiem,  że  nie  mogę  nic
wskórać.  Każdego  dnia  uświadamiam  sobie,  że  i  ja  mogę  paść  ofiarą  szaleństwa…  i  szukam  na
próżno drogi do krypt i sekretu zamków. Każdego dnia… - Ravenshadow zamknął oczy.

-
-  Opowiadałem  wam  o  fortecy  Galan  Dracosa.  Nieoczekiwanie  wrócił  do  przerwanej  nagłym

wybuchem opowieści. Otworzył oczy, z których zniknął ból i zmęczenie. Jego twarz znów okrywała
nieprzenikniona maska.

Podeszła  doń  Tesela  i  położyła  mu  dłoń  na  ramieniu.  -  Nie  musisz  robić  tego  teraz.  Może

później…  teraz  zaś  pozwól,  że  sprawdzę,  czy  mogę  ci  jakoś  pomóc.  -  Nie.  To  skutek  zaklęcia,  nie
rany. Uwierz mi. Wiem, co mówię. - Jesteś pewien, że..

Przerwał  jej  niedbałym  kiwnięciem  dłoni.  -  Jestem.  Teraz  zaś,  za  twoim  pozwoleniem…  -

Odsunął się od niej w stronę Kaza. - Jak już mówiłem..

- Znałem tę cytadelę - wtrącił się Kaz, którego niespodzianie ogarnęła fala wspomnień. - Byłem

tam.  Dosiadałem  smoka,  równie  jak  ja  zapalczywego  i  wojowniczego.  Nazywał  się  Piorun.
Uzbrojony w smoczą lancę, w towarzystwie kilku innych, pod wodzą Humy dotarliśmy aż do murów.
Początkowo  nawet  obawialiśmy  się,  że  nigdy  nie  odnajdziemy  tego  miejsca  -  chroniło  je  jakieś
zaklęcie niewidzialności czy coś w tym rodzaju - ale Dracosa zdradzili jego Czarni Magowie, którzy
zrozumieli, że tryumf renegata oznacza dla nich wieczną niewolę.

Oczy Argaena rozjaśniły się lekko, nie odezwał się jednak słowem, tylko gestem poprosił Kaza,

by ten nie przerywał relacji.

Kaz skrzywił się lekko, bo wspomnienia nie były najprzyjemniejsze. - Jedynie Humie udało się

przedostać do legowiska Dracosa i on był tym, który stawił czoło podłemu magowi. W jakiś sposób
udało  mu  się  zwyciężyć  renegata  i  pokrzyżować  jego  plany.  -  Minotaur  uśmiechnął  się  ponuro.  -
Istnieją  podstawy  do  przypuszczeń,  że  Dracos  zamierzał  zdradzić  nawet  swą  władczynię,  Takhisis.
Kiedy zrozumiał swą porażkę, unicestwił sam siebie, obawiał się bowiem zemsty swojej bogini. - A

background image

cytadela? - spytał Argaen.

-  Swe  istnienie  zawdzięczała  Dracosowi  -  stwierdził  Kaz.  Spostrzegł  też,  że  elf  słucha  go  z

niezwykłą uwagą.

-  Gdy  przestał  je  podtrzymywać  swą  potęgą,  twierdza  nie  mogła  już  trzymać  się  zbocza  góry.

Runęła w dół i to był jej koniec.

- Kolej na mnie… choć godzi się rzec, że twoja opowieść, minotaurze, uzupełnia pewne luki w

mojej wiedzy.

- Argaen podniósł ze stołu inny przedmiot, przypominający kawałek czarnej polerowanej skały.

Elf zaczął przerzucać kamień z ręki do ręki. - Widzicie, to nie był koniec cytadeli. Choć runęła w dół
z  ogromnej  wysokości,  spora  jej  część  pozostała  nietknięta,  za  co  znów  należy  się  uznanie
Dracosowi. - Dracos nie zasługiwał na uznanie, tylko na przekleństwa! -

Argaen rzucił Kazowi osobliwe spojrzenie. - Jeśli tak twierdzisz, minotaurze… Jakkolwiek było,

jego  cytadela  nie  tylko  ocalała  prawie  nietknięta,  ale  przetrwały  niezliczone  urządzenia  i  artefakty,
które  dotąd  pozostawały  pod  jego  kontrolą  albo  były  jego  własnym  dziełem.  Zlekceważono  je  w
pierwszej  chwili,  ponieważ  rycerstwo  miało  przed  sobą  długi  proces  systematycznego  rozbijania  i
unicestwiania  pozostawionych  samym  sobie  sił  Królowej  Smoków.  Dopiero  gdy  do  Vingaardu
dotarły  wieści  o  tym,  że  w  ruinach  cytadeli  renegata  dzieją  się  dziwne  rzeczy,  Wielki  Mistrz
zrozumiał powagę zagrożenia.

-  Wezwanie!  -  wtrącił  się  nagle  Darius.  -  Przed  pięciu  laty  Wielki  Mistrz  zażądał  posiłków  ze

wszystkich warowni Południa. Chciał, by ci ludzie pomogli utrzymywać pokój, bo Vingaardczycy i
niektóre  z  załóg  twierdz  północnych  pracowały  nad  jakimś  ważnym  przedsięwzięciem!  To  była
cytadela Galan Dracosa!

- Owszem - zgodził się Ravenshadow. Nadal przerzucał z dłoni do dłoni gładki, czarny kamień. -

Lord  Oswal  i  jego  ludzie  przeszukiwali  teren.  W  tym  dziele  pomagali  im  kapłani  Paladine’a,  w
liczbie  ponad  czterech  dwudziestek…  Korzystali  oni  z  pomocy  swego  boga  przy  wyszukiwaniu
małych,  ale  śmiertelnie  niebezpiecznych  przedmiotów,  które  leżały  zagrzebane  w  ziemi.  Zebrali  i
kawałki większych urządzeń, które zostały zniszczone podczas upadku. Szukali dokładnie, jednak nie
wątpię, że przeoczyli niektóre artefakty.

Kaz spojrzał na Delbina, który w tym momencie nagle się rozpromienił. Minotaur wzdrygnął się

nagle, wyobrażając sobie kendera, który wraca do swoich ziomków i opowiada im, jakie też skarby
mogą leżeć w ruinach cytadeli renegata. Czarnoksięstwo w łapach kenderów?

-  Kiedy  kapłani  doszli  do  przekonania,  iż  zrobili  wszystko,  co  się  dało,  zebrane  przedmioty

przewieziono  do  twierdzy  Vingaard,  pod  tak  liczną  strażą,  iż  można  by  pomyśleć,  że  rycerstwo
zamierza  podbić  własną  warownię.  Konwój  przybył  nocą  w  obawie  przed  szpiegami,  artefakty
zniesiono  do  podziemnych  skrytek,  gdzie  zamknięto  je  na  potężne  rygle  i  zamki.  Następnie  Wielki
Mistrz i rada wyrzucili je z pamięci.

Z dalszej opowieści elfa wynikało, iż przełożeni zakonów zapomnieli o Radzie Magów, która ma

swoje osobliwe sposoby zdobywania informacji. Magowie bledli na samą myśl o tym, że tak wiele
niebezpiecznych obiektów wpadło w ręce członków organizacji nie mającej zbyt wielkiego pojęcia o
magii  i  zasadach  zachowania  jej  równowagi.  Co  do  tego  zgodne  były  wszystkie  trzy  zakony  Zakon
Bieli,  Czerwieni  i  Czerni.  Z  drugiej  strony  radzi  byli  temu,  że  solamnijczycy  postanowili  zadbać,
iżby  żaden  pospolity  zaklinacz  nawet  nie  dotknął  przeklętych  zabawek  renegata.  Spierano  się  dość
długo, w końcu członkowie rady należący do ras elfów postanowili wysłać do

Vingaardu  swego  neutralnego  przedstawiciela,  dotąd  poświęcającego  się  wyłącznie  badaniom

teoretycznym.  Miał  on  zbadać  artefakty.  Argaen  Ravenshadow  skwapliwie  skorzystał  z  tej

background image

możliwości.

-  I  okazałem  się  większym  głupcem,  niż  sądziłem  mruknął  elf  jakby  do  siebie.  -Choć  wolałem

dokonać tego sam, niż zaufać sądowi moich upartych i nie lubiących nowinek braci. Oni zresztą już
dawno padliby ofiarami szaleństwa.

Argaen  mówił  dalej  o  tym,  jak  powitał  go  sam  Wielki  Mistrz.  Lord  Oswal  okazał  się  człekiem

wielkiego formatu, którego nawet elf nie mógł nie podziwiać. Pierwsze pięć tygodni przemknęło tak
szybko, że Argaen nawet tego nie spostrzegł. Choć rycerze nie dali elfowi wstępu do krypt, chętnie
przynosili mu obiekt po obiekcie do jego pracowni. Po pewnym czasie niektóre sprawy zaczęły go
jednak  niepokoić.  Przedmioty,  które  mu  przynoszono,  okazywały  się  artefaktami  o  mniejszej  mocy,
niż  się  spodziewał  i  wkrótce  stało  się  dlań  oczywiste,  że  ktoś  starannie  wybiera  te,  które  można
poddać  jego  badaniom.  Pokazały  się  też  pierwsze  oznaki  braku  zaufania  ze  strony  rycerstwa.  Nie
tyczyły  one  zresztą  elfa  w  szczególności  -  swą  nieufność  rycerze  rozciągnęli  na  wszystkich  bez
wyjątku.  Porzucono  projekty  odbudowy  dawnej  świetności  ziem  północnej  Solamnii,  ponieważ
wszędzie zdawali się dostrzegać wrogów i najeźdźców. Okolicznych mieszkańców zaczęto oskarżać
o  najróżniejsze  zbrodnie  i  występki  -  za  które  bezwzględnie  karano.  Odbierano  im  też  wszystkie
niemal  zapasy  żywności,  ponieważ  Vingaardczycy  zaczęli  się  szykować  do  nowej  wojny  z  nie
istniejącym w rzeczywistości wrogiem. Elf tymczasem zaciekle pracował, cały czas jednak czuł, że
coś umyka jego uwadze.

-  Uparcie  odmawiano  mi  dostępu  do  skrytek,  a  moje  pojedyncze  wypady  i  wysiłki,  by

prześlizgnąć  się  jakoś  obok  wart  i  straży  spełzały  na  niczym.  Dowiedziałem  się  wtedy,  jak  pilnie
rycerze solamnijscy potrafią strzec swoich sekretów. - Argaen przestał przekładać kamień z ręki do
ręki  i  zaczął  ściskać  go  teraz  w  lewej  dłoni.  Kaz,  który  bacznie  obserwował  elfa,  zdumiał  się
ujrzawszy,  że  skała  zaczęła  trzeszczeć  w  uścisku  szczupłych  palców.  -  Podczas  tych  wypadów
dowiedziałem się jednak, że w tych kryptach coś żyje. Nie w tym sensie, w jakim żyjecie wy i ja…
coś jednak tam się obudziło i zaczęło działać… jak… jakieś zaklęcie.

Gdy elf opowiadał, Darius stał przy oknie, utkwiwszy spojrzenie w środkowej części warowni.

Szczególnie  pilnie  wpatrywał  się  w  okna  komnat  Wielkiego  Mistrza.  Teraz  jednak  odwrócił  się  w
stronę  elfa.  -  Dlaczego  ich  nie  ostrzegłeś,  elfie?  Wielki  Mistrz  z  pewnością  wysłuchałby  z  uwagą
ostrzeżenia, dotyczącego zagrożeń czających się pod jego stopami! - Twój Wielki Mistrz stracił już
wtedy rozum, panie rycerzu. Niewiele brakło,

a  byłby  mnie  oskarżył  o  szpiegowanie  na  rzecz  wrogów.  -  Elf  obrzucił  rycerza  zimnym

spojrzeniem  i  ten  odwrócił  w  końcu  wzrok.  Twarz  Argaena  złagodniała.  -  Człowieku,  wiem,  że
niełatwo ci się z tym pogodzić, ale tak właśnie było.

Kaz  ziewnął  bezceremonialnie.  -  Mości  elfie,  mam  tylko  jedno  pytanie,  potem  zaś  -za  twym

pozwoleniem - zjem coś i odpocznę.

- Ach,  jakże  mi  przykro,  żem  zapomniał  o  gościnności!  -  zagrzmiał  Ravenshadow.  Spojrzał  na

pozostałych  członków  grupy.  -  Wszystkim  wam  to  potrzebne.  Zaraz  wrócę.  -Niespodziewanie
wetknął resztki czarnej skały w kieszeń szaty i wyszedł z komnaty.

Przez  kilkanaście  sekund  zaskoczeni  członkowie  grupy  spoglądali  w  milczeniu  na  drzwi,  przez

które  wyszedł  elf.  Potem  Kaz  spytał  spokojnym  tonem:  -  Teselo,  co  sądzisz  o  naszym  gospodarzu?
Czy przypadkiem nie jest szalony jak pozostali mieszkańcy twierdzy?

Dziewczyna rozważała przez chwilę odpowiedź, po czym rzekła: - Myślę, że na razie jakoś się

jeszcze trzyma, im dłużej jednak będzie tu przebywał, tym gorzej dla niego. - Wydaje się, że nie życzy
sobie twej pomocy.

-  Jestem  kapłanką  Mishakal  i  zdarzało  mi  się  już  leczyć  ludzkie  umysły.  Niekiedy  chorzy

background image

odrzucają  propozycję  pomocy,  ponieważ  nie  chcą  przyznać  się  do  własnych  błędów.  Niekiedy
musiałam działać wbrew ich woli i wiedzy. - Spojrzała na trzymany w dłoni medalion.

-  Kaz,  nam  samym  grozi  niebezpieczeństwo.  -  Darius  przeszedł  do  sedna  sprawy.  -Jeśli

przyjmiemy  za  dobrą  monetę  to,  co  mówił  elf,  to  każdy  dzień  naszego  pobytu  w  twierdzy  będzie
przybliżał zagrożenie obłędem. - Wiem! - parsknął minotaur. - Kaz? - Darius znów wyglądał przez
okno. - Co znowu?

- Muszę zrobić, co się da, by uratować moich braci. Minotaur skrzywił się gniewnie. Znał dobrze

ten  ton,  ponieważ  niekiedy  przemawiał  tak  Huma.  Zwiastował  kłopoty.  Teraz  zapowiadał  próbę
przejęcia  kontroli  nad  siedzibą  rycerstwa  i  niebezpieczeństwo  śmierci  od  ciosu  solamnijskiego
miecza. - O tym, co się tu dzieje, wiesz na razie jedynie z relacji Argaena.

Darius  potrząsnął  głową.  -  Mam  również  oczy  i  inne  zmysły  nie  ustępujące  w  niczym  zmysłom

elfa. Wystarczy zresztą wyjrzeć przez okno - wszędzie tu wyczuwa się zagrożenie. Kaz nie ruszył się
z miejsca. - Na razie czuję jedynie głód i wyczerpanie.. -

- Kaz! W imię Wielkiego Mistrza… którego mienisz się być towarzyszem… - Rycerz zwrócił na

minotaura  oczy,  które  płonęły  teraz  gniewem  nie  mniejszym  niż  żar  buchający  niekiedy  ze  ślepiów
Kaza.

Minotaur z pewnością nie byłby odmówił innemu rycerzowi… i kiedy zdał sobie z tego sprawę,

poczuł wstyd. Zobaczmy, co przyniesie nam świt. Dzwon znów jęknął… jeden raz.

Minotaury  siedziały  wokół  dogasającego  ogniska.  Wracały  do  domu  po  latach  pościgu  za  kimś,

kogo  uważały  już  za  ducha.  Poszukiwania  na  brzegach  rzeki  nie  dały  rezultatu  -  nie  znaleziono  ciał
Greela  ani  Kaza.  Hecar  i  Helati  dokładnie  opisali  walkę  pomiędzy  nimi,  która,  wedle  ich  relacji,
zakończyła się utonięciem obu przeciwników i porwaniem ich ciał przez rozszalały nurt rzeki.

Scurn  nie  miał  powodów  do  zadowolenia,  podobnie  jak  ogr.  Żywot  każdego  z  nich  upływał  na

dążeniu do jednego tylko celu - pojmaniu i śmierci Kaza. Obaj parli do tego z różnych powodów, ich
obsesja była jednak taka sama, a teraz zaś zawiódł ich i zdradził… wróg!

Molok potarł bliznę na głowie, w której wściekle kłębiły się myśli. Kaz miał wpaść w jego łapy

bez  względu  na  to,  co  mówił  ten  głupi  papierek,  który  dała  członkom  grupy  pościgowej  starszyzna
plemion minotaurów. Gdyby to odeń zależało, Kaz nigdy nie stanąłby przez sądem.

Scurna  zaś  niewiele  obchodziło  to,  czy  Kaz  jest  żywy,  czy  martwy,  dopóki  on  był  tym,  który

ścigał  tchórza.  Oskarżony  czy  nie,  Kaz  nadal  cieszył  się  sławą  na  arenach  i  okaleczony  minotaur
wściekał się na samą myśl, że ktoś taki, jak uciekinier, nadal cieszy się sporym uznaniem. Scurn całą
duszą zazdrościł Kazowi tego uznania, pozycji, zwycięstw… i jednocześnie nienawidził wojownika,
który  mógłby  zajść  wysoko,  gdyby  nie  uległ  fałszywemu  przekonaniu,  że  ich  władcy  są  zwykłymi
kukłami w dłoniach wodzów Takhisis.

Obozowali  na  rubieżach  pustkowi  solamnijskich.  Ostatnio  ciągnął  tędy  dość  liczny  oddział

wojska. Ślady wskazywały na obecność około dwu setek jeźdźców i przecinały rozległe pustkowia.
Helati  poddała  myśl,  że  mogli  to  być  rycerze  solamnijscy,  którzy  wracali  albo  podróżowali  ku
twierdzy  Vingaard.  Sytuacja  była  intrygująca  i  jeszcze  niedawno  minotaury  usiłowałyby  ją  jakoś
wykorzystać. Teraz jednak pragnęły jednego -powrotu do domu.

Nagle całą grupę zaalarmował jakiś zduszony kwik. Minotaury porwały się na nogi, sięgając po

topory, miecze i inny oręż. Kwik nie wydarł się z gardła żadnego z minotaurów, nikt bowiem z nich
nie potrafiłby pisnąć tak żałośnie. Tam skąd się rozlegał, stał jeden z wartowników.

Zanim  ktokolwiek  zdążył  się  ruszyć,  w  krąg  światła  ogniska  wstąpił  ów  wartownik.  W  jednej

dłoni trzymał topór ociekający świeżą krwią, w drugiej dzierżył wijącego się rozpaczliwie goblina. -
Dwaj tacy próbowali mnie zaskoczyć.

background image

Minotaury  wydały  z  gardeł  rozmaite  parsknięcia,  prychnięcia  i  pochrząkiwania  -wszystkie  zaś

dźwięki  świadczyły  o  bezgranicznej  pogardzie  dla  głupoty  napastników.  Goblin  bez  powodzenia
próbował skurczyć się do rozmiarów przynajmniej myszy. Nawet Molok popatrzył nań ze wzgardą. -
Zabijcie toto - powiedział.

- Tylko w walce - splunął wartownik. - Zarżnięcie go ot, tak, oznaczałoby utratę honoru.
Pozostałe  minotaury  pokiwały  głowami.  Mordowanie  bezbronnych  ściągało  niesławę.  Molok,

przegłosowany, wiedział, że podważanie zasad kodeksu minotaurów nie ma sensu.

- Poza tym - ciągnął dalej wartownik - ten rozdygotany worek kości i sadła wykrztusił z siebie

zdanie, które powinno nas zainteresować.

- Cóż takiego, mianowicie? - spytał poirytowany Scurn. Wolałby zabić goblina od ręki. Gobliny

nie zasługiwały na honorową śmierć. W jego opinii niewiele różniły się od szczurów. - No, gadaj!
Powiedz im, goblinie, to samo, co mówiłeś mnie!

- Ja… ja jestem Krynge, szlachetni, cudowni panowie… Scurn poczęstował goblina kopniakiem.

- Przestań mamrotać, wstawaj i mów do rzeczy! Może uda ci się wynieść stąd skórę.

Goblin  najwidoczniej  wziął  słowa  Scurna  za  dobrą  monetę  i  zaczął  trajkotać.  -  Mój  oddział…

znacznie liczniejszy niż teraz… znalazł rycerzy. Wszyscy, prócz jednego, byli martwi. Zaczęliśmy się
z  nim  zabawiać  i  wtedy…  zaatakował  nas  minotaur.  Zabił  wszystkich  moich  ludzi…  prócz  dwu.  I
mnie, znaczy. - Krynge uśmiechnął się, obnażając żółte, nierówne zębiska. - Trzy gobliny przeciwko
minotaurowi… kiepskie to szansę… szczególnie że jeden goblin leżał bez ducha. Wycofaliśmy się na
z góry..

-  Znalazłem  tę  trójkę.  Czaili  się  jak  psy  -  przerwał  mu  wartownik.  -  Wpadli  w  taką  panikę,  że

rzucili się na mnie i zabiłem dwu. Jednym zamachem topora. - Wartownik uśmiechnął się z dumą i
pogładził zakrwawione ostrze. Pozostałe minotaury kiwnięciami łbów wyraziły swój podziw. - Ten
tchórz zaczął coś mamrotać o jeszcze jednym przeklętym minotaurze”, przywiodłem go więc tutaj, by
wszyscy  wysłuchali,  co  ma  do  powiedzenia.  -  Jeszcze  jeden  minotaur?  Tu,  niedaleko?  -  Molok
wystąpił naprzód i ujął łeb

goblina  w  swe  masywne  łapska.  -  Skąd  tamten  nadciągnął?  -  Z  Południa,  panie!  Z  Południa!  -

Kaz! - Ogr zwrócił się w stronę Helati i Hecara. To musiał być Kaz!

Scurn  ruszył  na  Helati.  Jego  pokiereszowany  pysk  z  bliska  wydał  jej  się  jeszcze  bardziej

odrażający.  -  Mówiłaś,  że  Kaz  nie  żyje!  Tak  samo  gadał  twój  brat!  Tylko  wy  dwoje  widzieliście
walkę i to, jak wpadli do wody. Zaczynam mieć wątpliwości. Wyjaśnij to!

Pomiędzy  siostrę  i  Scurna  wcisnął  się  Hecar.  -  Kwestionujesz  moją  prawość?  Zarzucasz  mi

łgarstwo?

Pozostałe  minotaury  ustawiły  się  jak  do  walki  o  honor.  Wielu  z  nich  spoglądało  na  Hecara  ze

zrozumieniem,  wiedzieli  bowiem  przeciw  komu  stawał  i  o  co  zamierzał  walczyć.  Wielu  z  nich,
podczas tej wyprawy, zastanawiało się nad własnym honorem. Hecar nie przemawiał tylko w swoim
i siostry imieniu.

Przyjrzawszy się całej grupie Molok również zdał sobie z tego sprawę. Podobnie jak Scurn nie

wierzył  już  Hecarowi,  w  odróżnieniu  jednak  od  pokiereszowanego,  wiedział,  że  jeśli  Kaz  żyje,
potrzeba im będzie każdego ramienia. Ogr nie był durniem i nie miał najmniejszego zamiaru narażać
się na niechybną śmierć - do czego niewątpliwie by doszło, gdyby ruszył za Kazem samotnie.

-  Hecar…  on  nie  miał  na  myśli  niczego  takiego…  Molok  położył  dłoń  na  ramieniu  Scurna.

Minotaur  spojrzał  nań  wściekle  spode  łba,  jednak  nie  otworzył  pyska.  -  Ciała  Kaza  przecież  nie
odnaleziono. Dlaczego? Bo przeżył i skrył się jak tchórz.

Pozostałe minotaury gniewnie pomrukiwały. Zareagowali dokładnie tak, jak chciał ogr. Gadaj im

background image

o honorze i tchórzostwie, a uwierzą we wszystko, co powiesz.

Dwaj  przeciwnicy  nadal  stali  jeden  naprzeciw  drugiego.  Scurn  wciąż  pragnął  krwi  Hecara,  ten

zaś nade wszystko chciał chronić siostrę. Helati miotała się pomiędzy dwiema, wykluczającymi się
alternatywami  -  mogła  pozbawić  honoru  brata,  mówiąc  prawdę,  lub  zniesławić  siebie,  zachowując
milczenie. Wybrała to drugie.

-  Co  się  stało  z  Greelem?  -  spytał  Scurn.  Zaczęło  doń  docierać,  że  zabijając  teraz  Hecara,  nie

osiągnie  niczego.  Pozostałe  minotaury  wzięły  bowiem  stronę  rodzeństwa,  Scurn  zaś,  podobnie  jak
Molok, wiedział, że sam nie zdoła dopaść Kaza. Nie podobała mu się jednak myśl, że musi ustąpić.
Wiedział też, że jeśli teraz się wycofa, straci twarz.

- Greel nie umiał pływać - wtrącił się któryś z pozostałych. - Jego klan żyje w górach, tam zaś są

tylko strumienie. Nigdy się nie nauczył.

Westchnienia ulgi, jakie wydobyły się z czterech piersi, zagłuszył ogólny pomruk potwierdzenia.

Molok szybko to zresztą wykorzystał, by opanować sytuację. - Widzisz?

Greel utonął. Nie umiał pływać. Okazał prawdziwą odwagę. Popisał się honorem.
Hecar i Helati wymienili szybkie spojrzenia. Greel skończył żywot w rzece dlatego, że go do niej

wrzucili,  po  tym  jak  Hecar  go  zabił.  Co  się  tyczy  honoru,  Greel  nie  posiadał  o  nim  najmniejszego
pojęcia. Od samego początku zawziął się, że wetknie grot oszczepu w grzbiet Kaza. Banitę uratował
jedynie  okrzyk  Helati.  Spłoszony  Greel  zdołał  jedynie  zabić  pod  Kazem  konia.  Wedle  rozeznania
Hecara  i  Helati,  obaj  przeciwnicy  naprawdę  zginęli  w  burzliwych  odmętach  wody.  Nie  znaleźli
żadnego śladu Kaza - w tym względzie oboje mówili prawdę. Oboje też postarali się ukryć fakt, że
wieść o jego ocaleniu jednocześnie uradowała ich i zaskoczyła.

-  Kaz  żyje.  Jeśli  zmierza  na  północ,  tedy  podąża  do  twierdzy  Vingaard  -  domyślił  się  Scurn.  -

Rycerze wtrącą go do lochu - sprzeciwił się Hecar. - Z pewnością tam nie pójdzie.

-  Pójdzie.  -  Scurn  powiódł  wzrokiem  po  pozostałych,  na  chwilę  zatrzymując  spojrzenie  na

Moloku. - Ruszamy do Vingaardu. Jeśli go tam zastaniemy, zażądamy, by go nam wydano. - Niektóre
z pozostałych minotaurów wyglądały w tej chwili tak, jakby niezbyt spodobała im się myśl o tym, że
mają,  ot,  tak  sobie,  wkroczyć  do  stolicy  zakonów  solamnijskich  i  zażądać  wydania  więźnia.  Scurn
obrzucił  ich  pogardliwym  spojrzeniem.  -  Co  widzę?  Czyżby  wśród  nas  byli  tchórze?  Jest  tu  może
ktoś taki, kto chciałby wrócić do domu, nie wypełniwszy misji?

Odpowiedziało mu milczenie. Zawrócenie oznaczałoby utratę honoru i byłoby aktem tchórzostwa.

Lepsza już śmierć. - A więc postanowione.

- A co z tym tutaj? - spytał wartownik. Podniósł Krynge’a, trzymając go za skórę na karku.
Scurn wyszczerzył zęby. - Dajcie mu miecz. Będzie miał honor zginąć w walce. Rzadka rzecz jak

na goblina.

background image

26.Bohaterowie II - Minotaur Kaz

Rozdział 12

STAŁ  POŚRODKU  ARENY  BEZ  BRONI.  Tłum  zebranych  minotaurów  rykiem  wyrażał  swe

uznanie  i  szacunek.  Kaz  odpowiedział  na  pozdrowienie,  unosząc  w  górę  zaciśnięte  pięści  i  wolno
obracając się dookoła.

Jego dotychczasowe sukcesy sprawiły, że nikt nie uważał go za głupca, który z gołymi pięściami

rzuca się na uzbrojonego przeciwnika. Widzowie widzieli w tym szlachetność mistrza, który pragnie
jakoś  wyrównać  szansę  w  starciu.  Jeśli  przeciwnik  go  pokona,  Kaz  nie  straci  honoru.  To,  że
przeciwnik od razu wyzwał mistrza, zamiast mozolnie wspinać się po tabeli zwycięstw, dowodziło,
że jest albo bardzo dzielny, albo bardzo głupi. Wkrótce miało się okazać, jak jest w istocie.

Nadzorcy  -  publiczność  nazywała  ich  „intruzami”  lekko  rozbawieni  obserwowali  wszystko  ze

swoich  lóż  ustawionych  przy  północnej  ścianie.  Były  wśród  nich  ogry  i  byli  ludzie  -  jeden  z  tych
ostatnich  szczycił  się,  że  jest  adiutantem  Crynusa,  wodza  armii  Takhisis.  Na  arenę  zajrzeli,  by  się
trochę rozerwać: przybyli tu, by dokonać inspekcji nowych kompanii „ochotników” - którzy w istocie
byli  żołnierzami  niewolnikami.  W  tych  oddziałach  ludzie  i  ogry  nie  byli  oficerami,  ale  raczej
nadzorcami.  Żołnierze  związani  przysięgą  musieli  podążać  za  nimi  w  bój  -  niezależnie  od
konsekwencji. Minotaur, który złożył taką przysięgę, raczej zginie za swojego kapitana, niż wypowie
mu posłuszeństwo - jeśli, oczywiście, okaże się typowym przedstawicielem swojej rasy.

W miarę upływu czasu Kaz i tłum niepokoili się coraz bardziej. Mistrz był gotów na odniesienie

kolejnego  zwycięstwa,  które  umocni  jego  pozycję.  Jak  długo  trzeba  będzie  czekać,  aż  wpływ
„intruzów” uczyni go jednym z władców rasy minotaurów. Niezbyt długo, to pewne!

Brama  naprzeciwko  Kaza  zaczęła  otwierać  się  ze  zgrzytem.  Minotaur  zebrał  się  w  sobie.

Zastanawiał się, czy zna przeciwnika, który rzucił mu wyzwanie. Być może to jakiś młodzik, mający
jeszcze w pamięci lekcje treningowe, których niekiedy udzielał sam Kaz. Nie, żaden z nich nie byłby
aż tak głupi. Każdy z nich został sprawdzony i u każdego odkryto spore braki. Musieli jeszcze wiele
się nauczyć, zanim zrodzi się im we łbach myśl, że mogą pokonać instruktora.

Przeciwnik powoli wszedł na arenę. Tłum nagle ucichł. Zaciekawieni nadzorcy pochylili się do

przodu.

Na  arenie  stał  rycerz  solamnijski.  Człowiek  przeciwko  minotaurowi.  Owszem,  miał  miecz,  ale

zdjął  zbroję  -  nie  był  więc  chroniony  przed  ciosami  Kaza.  Długie  wąsy,  typowe  dla  rycerstwa,  i
sposób, w jaki się poruszał, wskazywały na to, że przeszedł trening równie pełny i wyczerpujący jak
ten, któremu poddawano minotaury. Był to

rycerz doświadczony i zaprawiony w bojach - prawdziwy Solamnijczyk.
Człowiek  ruszył  na  minotaura.  Jego  twarz  powoli  wyłaniała  się  z  cienia.  Wydawało  się,  że

napiera  nią  na  przeciwnika.  Kaz  poczuł,  iż  ogarnia  go  fala  paniki.  Nie…  nie  mógł  walczyć  z  tym
człowiekiem! Nie z tym rycerzem! Nie z Humą!

-  Kaz,  nie  masz  innego  wyjścia  -  wyjaśnił  niewzruszenie  Huma.  Podniósł  miecz,  ale  zamiast

zadać nim cios, rzucił go na piasek przed Kazem. - Nie masz broni… i ja się jej wyrzekam. - Powiew
wiatru uniósł jego włosy, poznaczone niezwykłymi u tak młodego człowieka pasmami siwizny.

I nagle twarz przeciwnika przekształciła się w gadzie rysy Galon Dracosa. Wydłużona, wężowa

gęba rozciągnęła się w drwiącym uśmiechu.

background image

- Minotaurze, zdradź mi swoje sekrety. Co wiesz o mojej potędze? Co wiesz o źródłach moich

czarów?

- Nie! - Niemal nie myśląc, Kaz zadał cios lewą, trafiając maga w twarz. Rozległ się suchy trzask

i  szyja  Dracosa  nagle  wygięła  się  pod  nieprawdopodobnie  ostrym  kątem.  Przeciwnik  minotaura
zwalił się na ziemię. - Niech Sargas cię porwie! - Kaz wezwał mrocznego boga swej młodości. - Nie
wiem nic! Odczep się i dręcz kogoś innego!

I  oto  głowa  trupa  -  bo  nikt  nie  mógł  żyć  z  tak  skręconym  karkiem  -  powoli  odwróciła  się  ku

minotaurowi.  Kaz  obserwował  to  wszystko  oniemiały  z  przerażenia.  Gęba  Galan  Dracosa
wykrzywiła się w złośliwym uśmieszku. To prawda. Nie wiesz nic!

Twarz  maga  znów  przekształciła  się  w  oblicze  Humy.  Na  twarzy  rycerza  malował  się  wyraz

bolesnego rozczarowania - jakby Kaz go zawiódł lub zdradził.

To właśnie przeraziło Kaza bardziej niż wszystko, co stało się przedtem. Świat zaczął wirować

wokół  nieszczęsnego  minotaura…  aż  Kaz  pojął,  że  padł  ofiarą  kolejnego  złego  snu.  Koszmarnego
snu.  Wszystko  się  skończyło,  wokół  zaś  Kaza  zaczęły  gęstnieć  ciemności.  Minotaur  usiłował  im
umknąć, jednak nie zdołał. Mrok dopadł go i spowił w gruby kokon. Śpiący nieszczęśnik zaczął się
modlić o nadejście dnia, obawiając się jednocześnie, że to nigdy nie nastąpi..

Nadejście  dnia  wcale  nie  przyniosło  mu  ulgi.  Opustoszała  twierdza  robiła  jeszcze  bardziej

przygnębiające  wrażenie  niż  nocne  koszmary.  Mrok  przynajmniej  pozwalał  się  ukryć.  Tymczasem
możliwe  było,  że  tym,  co  na  nich  czyhają,  nie  przeszkodzi  przyćmione  światło  kolejnego  mglistego
dnia  -  w  rzeczy  zaś  samej  oni  widzieli  nie  lepiej  niż  w  nocy.  Mgła  była  jak  wszechobecny  i
bezcielesny stwór.

W dzień dzwon rozległ się na razie dwukrotnie. Nie odzywał się o ustalonych porach, dzwonnik

najwyraźniej  dzwonił  wtedy,  kiedy  mu  się  podobało,  albo  wtedy,  kiedy  podobało  się  Wielkiemu
Mistrzowi - jeśli opowieść elfa Argaena była rzeczywiście

prawdziwa.
Gdy Kaz niezbyt chętnie stawał z posłania, elf się nie pojawił. Z powodu bólu mięśni minotaur

poruszał się powoli. Posadzka komnaty okazała się kiepskim miejscem na rozłożenie koców, Argaen
stwierdził  jednak,  że  nie  może  im  zaoferować  niczego  lepszego.  Biblioteka  nie  mogła  być  kwaterą
mieszkalną. Kaz zaczął się zastanawiać, gdzie podział się elf i co teraz porabiał.

Nagle minotaur żwawo porwał się na nogi. Darius, który zdążył już wstać wcześniej i wykonywał

teraz jakieś ćwiczenia gimnastyczne, spojrzał na towarzysza ze zdziwieniem. - Gdzie jest Delbin?

- Chyba… - Rycerz spojrzał na opuszczone posłanie kendera. - Był tu, kiedy ostatnio patrzyłem.
-  O…  on  potrafi  zmyć  się  zupełnie  bezgłośnie!  -  sarknął  Kaz.  -  Nie  umiem  policzyć,  ile  razy

płatał mi tego samego figla. Powinienem już się do tego przyzwyczaić..

choć  sądziłem,  że  po  tym,  co  Ravenshadow  powiedział  nam  w  nocy,  ten  pokurcz  potrafi

zachować się rozsądnie.

-  Może  jest  z  Argaenem  -  wtrąciła  się,  siadając  na  posłaniu,  rozbudzona  rozmową  Tesela.  -

Może… ale mocno w to wątpię.

Darius  wyjrzał  przez  okno,  jakby  spodziewał  się,  że  zobaczy  kendera  skulonego  na  parapecie.

Przez  chwilę  spoglądał  w  kierunku  centrum  warowni.  -  Czy  uważasz,  że  jest  dość  zuchwały,  by
pokusić  się  o  spenetrowanie  komnat  Wielkiego  Mistrza?  Coś  takiego  mógłby  potraktować  jako
wyzwanie.

-  Znacznie  bardziej  prawdopodobne  jest,  że  polazł  do  krypt!  -  ryknął  wściekle  Kaz.  Ludzie

spojrzeli nań z obawą. Minotaur opanował się z niemałym trudem. - Aby się upewnić, przeszukajmy
szybko bibliotekę.

background image

-  W  jakimże  celu?  -  odezwał  się  z  hallu  głos Argaena.  Zaraz  potem  do  sali  wszedł  elf,  niosąc

koszyk napełniony chlebem, owocami i napojami. Postawił koszyk na stole i zwrócił się do Kaza: -
W czym problem, przyjacielu? - Delbin. Kender. Widziałeś go? Czy jest w bibliotece? - Nic o tym
nie wiem. Niełatwo jest upilnować kende..

- głos mu się załamał. - Astro, wybacz mi moją głupotę! Powinienem okazać więcej rozsądku i

nie opowiadać o wszystkim w obecności kendera, ale myślałem, że nad nim panujecie.

- Nikt nie potrafi zapanować nad kenderem na dłużej - odparł Kaz cierpkim tonem. - I nie sądzę,

by komuś na tym zależało. Sęk w tym, co dalej? Mógł się wymknąć, by przeszukać krypty Wielkiego
Mistrza!

-
- W Vingaardzie są i inne miejsca, które mogłyby zainteresować kendera - podsunął Darius.
- Niestety, od kilku miesięcy - niechże wybaczy mi Paladine! - wędrowałem z tym kenderem. On

polazł do krypt, nie może być inaczej!

-  To  fatalnie  -  mruknął  Ravenshadow.  Wydawało  się,  że  rozważa  różne  możliwości.  -  Czy

uważasz, że potrafi dostać się do tych skrytek?

- Elfie, przecież nie w tym rzecz! Sęk w tym, że jeśli to, co nam mówiłeś, jest prawdą, to Delbin

może  skończyć  nadziany  na  jakiś  miecz  jak  na  rożen!  Szaleni  czy  nie,  wątpię,  by  Solamnijczycy
zapomnieli o swych szermierczych umiejętnościach.

- Istotnie, to prawda. Co najwyżej, przybyło im zawziętości. Wszystko, oczywiście, przygotowali

dla swego wyimaginowanego wroga.

-  Mości  elfie  -  wtrąciła  się  Tesela.  -  Jakże  to  się  stało,  że  ty  przetrwałeś?  Dlaczego  rycerze

ciebie nie niepokoją?

-  Byłem  kiedyś  ich  gościem  honorowym  -  odparł  ostro  nieco  zaskoczony  tym  pytaniem

Ravenshadow. Wydaje się, że cały czas o tym pamiętają, choć prawdą jest, że starałem się ich unikać
tak często, jak tylko mogłem. W tej chwili zresztą mamy pilniejsze rzeczy na głowie. Zbierajcie się i
chodźcie za mną! Musimy ratować waszego kompana!

Elf  ruszył  tak  pospiesznie,  że  towarzysze  Kaza  ledwie  mieli  czas  zareagować.  Darius  musiał

zostawić swą zbroję - wziął tylko miecz i tarczę. Kaz zdążył wyjąć topór z obejmy na grzbiecie. Jak
jeden mąż członkowie małej kompanii podążyli za szybkonogim Argaenem.

Ku  ich  zaskoczeniu  elf  nie  od  razu  opuścił  bibliotekę.  Zamiast  tego,  przystanął  na  chwilę  i

spomiędzy fałdów swej szaty wyjął jakiś błękitny kryształ i wpatrzył się weń z uwagą.

Pośrodku małej sfery utworzyło się coś mętnego, nikt jednak nie umiałby powiedzieć, co takiego.

Ravenshadow podsunął kryształ pod nos Kazowi.

- Ty znałeś go najlepiej, minotaurze. Pomyśl o nim i spróbuj skupić się na miejscu, w którym on

może przebywać.

- Mości elfie… nie lubię czarnoksięstwa - prychnął Kaz z urazą w głosie. - Wydaje się, że ci, co

podążają tą ścieżką, nie zawsze trafiają tam, dokąd pragną.

- To nam raczej nie grozi. Chcesz odnaleźć przyjaciela, czy wolisz przeszukiwać całą twierdzę

bez planu?

Rzuciwszy elfowi nieufne spojrzenie, Kaz ujął kryształ w dłonie i najlepiej jak potrafił, usiłował

skupić  swe  myśli  na  małym  przyjacielu.  Przypomniał  sobie  wieczny  uśmiech  przylepiony  jakby  do
małej twarzyczki, który dziwnie kontrastował z owym

skupieniem, jakie widywał na gębie kendera ostatnio. Wspomniał o księdze Delbina i wyobraził

go sobie zapisującego w niej ostatnią przygodę… odnoszącą się do sytuacji, w jakiej kender znalazł
się obecnie..

background image

-  Nareszcie!  Widzicie!  -  rozległ  się  okrzyk  Argaena.  I  rzeczywiście,  mętna  mgiełka  pośrodku

sfery  przekształciła  się  w  wyraźny  wizerunek  Delbina.  Kender  znajdował  się  w  mrocznym,
oświetlonym  jedynie  blaskiem  pochodni  pomieszczeniu.  Nie  wyglądało  ono  na  część  krypt,  nie
przypominało też w niczym komnat Wielkiego Mistrza. Najbardziej ze wszystkiego było podobne do
długiej, wąskiej, pokrytej kurzem i od lat nie używanej alkowy.

- Gdzie to jest? - Wizerunek Delbina nie dostarczył Kazowi materiału do żadnych wniosków.
Argaen  roześmiał  się  głośno  -  zupełnie  nie  jak  elf.  W  jego  śmiechu  było  zaskoczenie,  ulga…  i

coś,  czego  minotaur  nie  umiałby  określić.  -  Wiesz,  mości  elfie,  gdzie  on  jest?  -  spytał  wreszcie
Darius.

-  ML.mimo  wszystko,  nie  opuścił  biblioteki.  -  Twarz  Ravenshadowa  ożywiła  się  do  stopnia,  o

jaki  towarzysze  nigdy  by  go  nie  podejrzewali.  Odkrycie  miejsca  pobytu  kendera  prawdziwie  nim
wstrząsnęło. - Za mną proszę!

Jak przedtem, odwrócił się na pięcie i ruszył tak szybko, że pozostali nie zdążyli się zorientować,

o co mu chodzi.

- Czy wszystkie elfy są tak pochopne? - spytała Tesela nie bez irytacji w głosie. Jej cierpliwość

zaczynała się powoli wyczerpywać, choć jako kapłanka Mishakal miała jej niemało.

Kaz  wolał  nie  odpowiadać…  zamiast  tego  postarał  się  nie  stracić  z  oczu  szybko  znikającej

sylwetki ich dobroczyńcy.

Znaleźli  elfa  w  jednej  z  bibliotecznych  pracowni.  Argaen  przeglądał  długi,  pożółkły  zwój

pergaminu, który wedle pobieżnej oceny Kaza liczył sobie dobrze ponad sto lat. Argaen kiwał głową
i  chichotał  dziwacznie…  co  zaniepokoiło  minotaura.  Zastanawiał  się  w  duchu,  jak  dalece  mogą
zaufać rozsądkowi elfa.

- Zobaczcie! - zawołał Argaen, gdy weszli do pracowni. Nawet nie patrząc, tknął palcem środek

pergaminu.

-  To  kopia  oryginalnych  planów  biblioteki.  Wasz  założyciel  -  elf  spojrzał  na  Dariusa  -

zaplanował to tak, że dostęp do ponad połowy pomieszczeń jest ukryty. - Co takiego? - Rycerz nie
bardzo rozumiał, co elf miał na myśli.

- Nie wiem, jak projektowano wasze południowe warownie, Yinas Solamnus jednak chciał, by

tutaj każdy budynek miał jeszcze dodatkową funkcję… oprócz tej oczywistej. Wiedział, że któregoś
dnia twierdza Vingaard może być oblegana i napastnicy wedrą się

-  w  obręb  murów.  Stąd  korytarze  wewnątrz  ścian,  dość  szerokie,  by  dwu  mężów  mogło  się  w

nich  bez  przeszkód  mijać.  Wasz  przyjaciel  kender  odkrył  takie  właśnie  przejście  w  tym  budynku.  -
Nigdy nie słyszałem o korytarzach, o których mówisz - spierał się Darius.

-  O  większości  z  nich  bowiem  zapomniano.  Te  pergaminy  odkryto  dopiero  podczas  ostatniej

wojny, po tym pewnie, jak jeden z waszych braci okazał się zdrajcą.

Darius zbielał na twarzy na tę obraźliwą uwagę i byłby sięgnął po miecz, Kaz jednak chwycił go

za ramię. - Dariusie… on mówi prawdę. O wszystkim opowiem ci później.

Rycerz opuścił ramię. W oczach młodzieńca Kaz ujrzał rozterkę i prawdziwe przygnębienie. Nie

mógł  go  za  to  winić.  Przypomniał  sobie  wyraz  oczu  Humy,  gdy  ten  opowiadał  mu  o  zdradzie
Rennarda.  Rycerz  ów,  białolicy  i  zawsze  ponury,  traktował  Humę  dobrze  i  w  rzeczy  samej  był
jednym z jego nauczycieli i wychowawców. Okazało się jednak, że rycerska kariera chudzielca była
drwiną z zasad zakonów, ponieważ na długo przed wstąpieniem w szeregi Solamnijczyków, Rennard
został  wyznawcą  Morgiona,  boga  chorób  i  moralnej  zgnilizny.  Żylasty,  jakby  wycieńczony  rycerz
spowodował  śmierć  Wielkiego  Mistrza  Trake’a  i  wtrącił  w  poważną  chorobę  Oswala.  Co  gorsza,
Huma odkrył, że odstępca i zdrajca był jego stryjem.

background image

- Tutaj… tutaj i chyba jeszcze tu… - stwierdził spokojnie Argaen, który zupełnie nie przejął się

rozterkami  Dariusa.  -  To  najbliższe  sekretne  wejścia,  przy  których  możemy  znaleźć  waszego
przyjaciela. Musimy go odszukać… najlepiej zaś to zrobimy, przecinając mu drogę.

-  Niech  lepiej  zacznie  się  modlić,  bym  nie  dopadł  go  pierwszy!  -  zgrzytnął  minotaur.  -  Jak  go

złapię, powieszę za warkocz na szczycie najwyższej budowli w okolicy!

Delbin bawił się tak, jak nigdy przedtem w swym krótkim życiu. Sekretne przejścia i ukryte zamki

-  oto,  co  czyni  życie  kendera  barwnym  i  szczęśliwym!  Pomyślał  o  tym,  jak  będą  mu  zazdrościć
niektórzy przyjaciele w Kenderówku. I dobrze im tak!

Delbin  był,  w  pewnym  sensie,  rzadkim  wśród  kenderów  dziwakiem.  Większość  jego  ziomków

nie troszczyła się o nic więcej niż o zabawę, choć niekiedy trafiali się wśród nich „stuknięci” - jak
nazywała  ich  młódź.  Delbin,  owszem,  lubił  przygody  i  choć  nigdy  nie  mówił  o  tym  nikomu,  a
zwłaszcza  Kazowi,  tęsknił  za  czymś  wielkim,  co  nadałoby  jego  życiu  jakiś  sens.  Pragnął  dokonać
jakiegoś wspaniałego czynu. Słuchał historii o bohaterach - kenderach i innych i budziły się w nim
wielkie  ambicje.  Na  swoje  nieszczęście  -  a  może  szczęście  -  był  zbyt  młody,  by  wziąć  udział  w
wielkiej wojnie, zanim zaś podrósł na tyle, by wymknąć się na nią na własną rękę, do Hylo dotarły
wieści, że Tę o Wielu Twarzach, jak kenderzy nazywali Takhisis, przegnano precz z tego świata. Nie
miał czasu na wspominki. Trzeba było brać się do dzieła. Drogę na górę

blokowała mu wielka i solidna pajęczyna. Jak do tej pory przygoda nie przyniosła mu większej

satysfakcji  -  znalazł  kilka  starych  monet,  zardzewiały  nóż  i  jedne,  dość  zmyślnie  ukryte  sekretne
drzwi.  Pajęczyna  to  coś  nowego,  pomyślał  Delbin  i  natychmiast  wyobraził  sobie  jej  rezydenta…
wielkiego jak on sam, który tkają, błyskając czerwonymi ślepiami.

Nagle  dostrzegł  w  mroku  lśnienie  tychże  ślepiów,  w  sekundę  potem  okazało  się,  że

wyimaginowany  pająk  istnieje  naprawdę.  Stwór  był  niewiarygodnie  paskudny  i  niemal  całkowicie
tarasował sobą przejście. No… sytuacja się zmieniała. Owszem,  można  sobie  wyobrazić  dowolnie
wielkiego  pająka…  ale  któż  mógłby  przypuszczać,  że  wyimaginowane  bydlę  istnieje  i  naprawdę
zaatakuje. Kender zdecydował, że znacznie więksi od niego dostaliby w tej sytuacji czkawki. Smolny
kwacz, którym oświetlał sobie drogę, dawał zbyt mało światła, by spłoszyć potwora, a nóż, świetnie
nadający  się  do  otwierania  zamków  w  sekretnych  drzwiach,  był  zbyt  tępy,  by  cokolwiek  nim
przeciąć.  Nawet  gdyby  zdołał  udźwignąć  miecz,  nie  przydałby  mu  się  na  wiele.  Stwór  był
niewyobrażalnie wielki.

Osiem  łap,  a  każda  gruba  jak  ramię  kendera,  przedzierało  się  przez  pajęczynę,  drapiąc  ściany

przejścia. Potężny stwór powoli posuwał się ku Delbinowi. Kender odkrył, że nie może się ruszyć -
nie  ze  strachu,  nie…  choć  znał  to  uczucie,  którego  doświadczał…  niekiedy  -  był  po  prostu
zafascynowany tym, co miało się wydarzyć. Wielorakie ślepia potwora lśniły łagodnie, zapraszając
go do jakiegoś ciepłego, bezpiecznego miejsca, gdzie sobie zaśnie, spowity w mocny i miły w dotyku
koc. Kender wypuścił świecę z dłoni.

Pająk  cofnął  się  pospiesznie  i  Delbinowi  rozjaśniło  się  we  łbie.  Od  potwora  dzieliła  go

odległość paru zaledwie stóp. Kender usiłował odwrócić się w miejscu, ku swemu jednak zdumieniu
przekonał  się,  że  nie  może  ruszyć  związanymi  stopami.  Pajęczynka,  psiakość!  -  pomyślał  Delbin,
przewracając się na ziemię. Ośmionogi potwór opanował odruch strachu i ponownie zaczął pełznąć
w stronę malca.

Niespodziewanie dla ofiary i kata, w zakurzonym korytarzu ogłuszająco zagrzmiał okrzyk bojowy

i  nagle  za  gigantycznym  pajęczakiem  pojawiła  się  skąpana  w  świetle  potężna  sylwetka.  Muskając
niemal  pułap  przejścia,  przybysz  w  jednej  ręce  trzymał  wzniesiony  do  ciosu  topór  bojowy,  którym
żaden człowiek nie mógłby łatwo władać.

background image

Pająk  przystanął  niepewny,  co  czynić  dalej.  Wahał  się  między  głodem  a  strachem.  Delbin  zaś,

otworzywszy gębę z zachwytu, obserwował, jak topór gładkim łukiem wcina się w korpus paskudy. Z
przeciętego  niemal  na  połowy  cielska  trysnęła  ohydna  ciecz,  obryzgując  obficie  ściany  i  kendera.
Stwór,  którego  maleńki  móżdżek  nie  umiał  pogodzić  się  z  rzeczywistością,  nie  skonał  na  miejscu.
Chwiejnym krokiem ruszył na Delbina

choć światło w jego ślepiach gorzało coraz nikłejszym blaskiem. Topór śmignął w górę i opadł

ponownie. Pająk zwalił się na ziemię tuż u związanych stóp kendera.

- Delbin! - Kaz odstawił pod ścianę swój ociekający zielonkawą cieczą topór, przestąpił przez

resztki potwora i klęknął obok skrępowanego kendera. Za nim nadbiegała Tesela, niosąc pochodnię.
W głębi korytarza słychać było inne głosy, świadczące o tym, że ciągną stamtąd Argaen i Darius. -
Delbin, ty ośle! - mruknął Kaz. Spojrzał na stopy kendera. - A to co?

-  Pajęczyna  -  stwierdziła  Tesela.  -  Czegóż  innego  użyłby  pająk?  -  Dziewczyna  podała  Kazowi

pochodnię  i  dotknęła  więzów  medalionem.  Lepkie  pasma  zaskwierczały,  stopiły  się  i  natychmiast
odpadły. - Ten medalion jest bardzo poręczny..

- Owszem, nie przeczę. - Uzdrowicielka pochyliła się do przodu i zwróciła do kendera: - Czujesz

zawroty głowy? Może masz jakieś zadrapania? Musiałeś się przewrócić?

- Jak to zrobiłaś? - Delbin musnął palcem resztki pajęczyny. - Czy ja też mogę? To działa tylko na

pająki? Nie… nie sądzę, bym był ranny. Kaz, nie chciałbyś zobaczyć tego stwora… eee… ja wiem,
że  go  widziałeś…  wylazł  gdzieś  z  prawej,  a  ja  tylko  rozmyślałem,  że  ta  pajęczyna  wygląda  mi  na
robotę ogromnego pająka.. Kaz położył dłoń na ustach kendera i spojrzał na Teselę. - Nic mu nie jest.

-  Na  Miecz  Paladine’a!  Co  tu  się  dzieje?  -  Ze  znajdujących  się  za  Delbinem  schodów  zbiegł

Darius z mieczem w jednej i łuczywem w drugiej dłoni. - To… to..

-  Pająk,  i  owszem  -  dokończył  schodzący  z  góry Argaen.  Choć  obaj  z  Dariusem  biegli,  jedynie

rycerz był zdyszany. - Nie mogę rzec, że wcześniej natknąłem się na tak wielkie bydlę. I z pewnością
nie spodziewałbym się znaleźć czegoś takiego w Vingaardzie.

Kaz wytarł ostrze topora. Smród bijący z rozpłatanego pajęczego odwłoka zaczął już dawać się

obecnym we znaki. - Byłeś kiedy w tych korytarzach? - spytał minotaur elfa.

-  Kiedy  po  raz  pierwszy  znalazłem  te  pergaminy  a  było  to  dziełem  czystego  przypadku…

upewniam  was,  że  świetnie  je  ukryto  -  postanowiłem  zbadać  cały  system  korytarzy  bibliotecznych.
Natknąłem się na wiele pająków. Ale żeby znaleźć coś takiego..

-  Delbin  powiada,  że  pojawiło  się  znikąd…  w  tej  samej  chwili,  w  której  pomyślał,  że  ta

pajęczyna musi być dziełem ogromnego pająka.

-
Elf zmarszczył brwi. - Wcale mi się to nie podoba… choć nie jest niemożliwe. Sprawy toczą się

coraz  szybciej…  i  nie  zawsze  ku  lepszemu.  Obawiam  się,  że  kender  sam  jakoś  wyczarował  tego
pająka… magią.

Delbin  milczał,  ale  w  jego  oczach  pojawił  się  błysk,  od  którego  ciarki  przebiegły  Kazowi  po

grzbiecie.

-  Co  miałeś  na  myśli  -  minotaur  łypnął  okiem  na  Argaena  -  mówiąc,  że  kender  sam  go

wyczarował?

-  Może  niezbyt  dobrze  dobrałem  słowa.  Mam  na  myśli  wszystko,  co  nas  dotyczy…  włącznie  z

tym, co was spotkało, kiedy wkroczyliście do Vingaardu. Przypomnijcie sobie rycerza, o którym mi
opowiedzieliście…  te  dźwięki  wydawane  przez  ludzi  i  zwierzęta…  gdy  w  rzeczywistości  nie  było
ani jednych, ani drugich. - Rycerz był prawdziwy - stwierdził rzeczowo Darius.

-  Może. A  jednak,  prawdziwy  czy  nie,  zniknął.  Ten  pająk  zaś,  którego  wyobraził  sobie  kender,

background image

zniknąć  nie  raczył.  - Argaen  przyjrzał  się  Delbinowi,  korzystając  z  nikłego  światła  pochodni.  Kaz
zauważył, że kender zadrżał.

- Delbin, niech to będzie dla ciebie lekcją. - Minotaur łagodnie szturchnął kendera w żebra. - Nie

pakuj się już w żadne przygody beze mnie.

- Kenderze, jak właściwie znalazłeś wejście, z którego skorzystałeś? - spytał elf z ciekawością. -

Nawet ja miałem problemy z ich odnajdywaniem, ale żeby wiedzieć, jak je otwierać..

Twarz Delbina rozjaśniła się w uśmiechu. - To proste. Trzeba ci tylko wiedzieć, gdzie patrzeć…

te zamki zresztą nie są naprawdę dobrze poukrywane. Owszem, dostarczają trochę zabawy, ale mój
wuj, Kebble, nauczył mnie paru sztuczek. Wszyscy kenderzy uważają - i całkiem słusznie - że jest w
tym najlepszy, ale..

- Delbin jest kenderem - Kaz przerwał rozpoczynający się tak obiecująco wykład. -To powinno

starczyć za odpowiedź. On tak może całymi godzinami. Ja jednak, jeśli nie macie niczego przeciwko
temu, wolałbym opuścić to miejsce. Ten przerośnięty pajęczak śmierdzi tak, że jego zapachem można
by garbować skóry, pyłu też tu więcej niż na pustyni.

Elf kiwnął głową, myśląc najwyraźniej o czymś innym. - Ależ oczywiście. Najbliższe wyjście to

to, przez które tu weszliśmy.

Kaz przekroczył pajęcze resztki. Tesela pomogła kenderowi dźwignąć się na nogi. Delbin lekko

się  zataczał.  Kapłanka  już  miała  ująć  go  pod  ramię,  kiedy  u  boku  malca  stanął  i  podtrzymał  go
Argaen.

-  Pozwól  mnie,  kobieto…  -  elf  obdarzył  dziewczynę  miłym  uśmiechem.  Tesela  oczywiście

cofnęła się o krok. Elf pomógł kenderowi przeleźć przez zewłok pająka.

-  Dziewczyna  pospieszyła  za  nimi,  nie  chcąc  pozostać  sama  z  okropnym  truchłem.  Od  dziecka

bała się pająków.

Dzień,  podobny  do  wszystkich,  które  pamiętał,  miał  się  ku  końcowi.  Nic  się  nie  zmieniało…

nigdy. I nie widać było temu końca.

Lord  Oswal  rozsiadł  się  w  największej  z  komnat,  w  której  sprawowali  rządy  on  i  jego  liczni

poprzednicy,  z  bratem  włącznie.  Salę  Tronową  zbudowano  tak,  żeby  nikt,  kto  do  niej  wchodzi,  nie
miał  wątpliwości,  że  skupia  się  tu  władza,  a  Wielki  Mistrz  jest  najwyższym  wodzem  i  głosem
Paladine’a.  Fotel,  na  którym  zasiadał  Wielki  Mistrz,  wyniesiono  o  poziom  wyżej  od  pozostałych.
Każdy,  kto  prosił  o  posłuchanie,  musiał  spoglądać  w  górę.  Za  wysokim  oparciem  tronu,  jakby  dla
podkreślenia  potęgi  tego,  kto  na  nim  zasiadał,  ustawiono  wielką  rzeźbę  symbolizującą  jedność
zakonów solamnijskich. Figura orła przewyższała rosłego męża.

Kiedyś  po  obu  stronach  tronu  stali  gwardziści.  Pozostali  ustawiali  się  szeregami  wzdłuż  ścian,

jeszcze  większa  zaś  ich  grupa  strzegła  drzwi.  Teraz,  gdy  Oswal  podnosił  znużony  wzrok,  mógł
naliczyć tylko kilkunastu… a i tego nie był pewien, czy może na nich polegać. Ludzie ci byli brudni,
zionęli  smrodem  i  niezbyt  przypominali  rycerzy,  jakimi  niegdyś  chlubiła  się  Solamnia.  Oczywiście
byli szaleni, to szaleństwo jednak było jego dziełem. Oswal uważał, że sam ma szczęście, nie padł
bowiem  ofiarą  potęgi  tamtego,  choć  z  każdym  dniem  trudniej  mu  było  się  opierać.  Z  każdą  też
mijającą  godziną  coraz  bardziej  kusząca  wydawała  mu  się  perspektywa,  by  pozwolić  umysłowi
popłynąć… ku..

Z rozmarzenia wyrwał go jęk dzwonu. Oczy Oswala rozszerzyły się lekko, a na jego spękanych

ustach pojawił się skąpy uśmieszek. Może jego podwładni uznali za szaleństwo rozkaz, by cały czas
w dzwonnicy znajdował się jakiś człowiek. Polecenie, by ów rycerz dzwonił w dowolnie wybranych
przez siebie chwilach, zostało skwitowane pełnymi politowania spojrzeniami szanujących go niegdyś
podwładnych.  Lord  Oswal  wiedział  jednak,  co  robi.  Głos  dzwonu  wyrywał  go  z  zamyślenia,  które

background image

groziło  osunięciem  się  w  szaleństwo.  Fakt,  iż  jeszcze  nie  oszalał,  zawdzięczał  dzwonowi  -i  swym
własnym mocom, które posiadł jako kapłan Paladine’a - o czym nie wiedzieli nawet jego towarzysze
broni.

Zastanawiał  się,  co  też  się  dzieje  na  zewnątrz.  Co  porabiał  Bennet?  Gdzie  podział  się  Arak

Sokole Oko, głowa Zakonu Korony? Gdzie są Huma i Rennard? Gdzie..

Przeklął  czyhającego  w  mroku,  kiedy  zdał  sobie  sprawę  że  niektórzy  z  tych,  o  których  myślał,

dawno już nie żyją. Ale inni..

- Myślisz o własnej śmiertelności, Wielki Mistrzu? spytał go nagle głos brzmiący jak syk węża.
Oswala dawno już nic nie dziwiło. - Pokaż się, tchórzu!
Przed tronem Wielkiego Mistrza pojawił się zgęstek czarnej mgły, żaden ze strażników jednak nie

zwrócił na nią uwagi. - Ślepi jesteście? - miał ochotę krzyknąć Oswal. - Przed wami wróg!

Rycerze  gapili  się  przed  siebie,  na  nic  nie  reagując.  Dawno  już  zagłębili  się  w  iluzji  ślepego

fanatyzmu  i  oddania  służbie,  poza  którą  nic  dla  nich  nie  istniało.  Byli  wartownikami  najlepszymi  z
najlepszych, najczujniejszymi z czujnych, nie dostrzegali jednak figury spowitej w cienie.

Oswal  odmawiał  pogodzenia  się  z  możliwością,  że  sam  ulega  złudzeniom  i  że  mroczna  figura

istnieje tylko w jego własnym umyśle.

- Mam ci rzec, co przyniesie nowy dzień? - zadrwił cień. - Czy chciałbyś wiedzieć, jakie nowe

okrucieństwa będą popełnione w imię Paladine’a i rycerstwa solamnijskiego?

Była to gra, którą każdego dnia posuwał nieco dalej. Lord Oswal drżał z coraz większej furii i…

niepewności.  Solamnia  leżała  w  ruinie.  Rycerze  grabili  lud,  który  mieli  ochraniać.  Poprzedni
sprzymierzeńcy stali się zajadle ściganymi wrogami. A wszystko to działo się z rozkazów Wielkiego
Mistrza.

-  Nie  powiesz  mi  niczego  nowego,  magu,  ja  zresztą  też  nie  mam  dla  ciebie  nowych  wieści.  -

Ostatnie  słowa  wypowiedział  nie  bez  satysfakcji.  Nie  miał  już  bowiem  sił,  by  w  pełni
wykorzystywać dary Paladine’a, które dano mu jako kapłanowi i rycerzowi. Jak to wyszło?

-  Mogę  uratować  wasz  lud  od  waszszszego  szszszaleńssstwa.  -  Oswal  widocznie  trafił  w  jakiś

czuły  punkt  przeciwnika.  -  Wystarczy,  że  odpowiesz  mi  na  kilka  prossstych  pytań.  Im  dłużej
zwlekaszszsz,  tym  gorsza  staje  się  twoja  pozycja  przetargowa.  Czy  wiesz,  że  wasza  twierdza  stoi
otworem,  bezbronna,  że  poza  kilkoma  ludźmi,  których  maszszsz  tutaj,  w  całym  Vingaardzie  nie
pozostało  wasss  więcej  niż  dwa  lub  trzy  tuziny?  -  Cień  zachichotał.  Wkrótce  ostatni  z  rycerzy
odejdzie w niebyt i wszystko… na próżno.

- Niech cię otchłań pochłonie! - zawołał Wielki Mistrz, wstając z tronu. Rycerze pełniący wartę u

tronu spojrzeli na niego przelotnie, widząc jednak, że nic się nie dzieje, wrócili do pełnienia swych
„obowiązków”. Gdybyś mógł wziąć, to czego chcesz, dawno już byłbyś tego dokonał! Miałem wizję!
Od  początku  moimi  krokami  kierował  Paladine!  Kwestia,  kto  wytrzyma  dłużej,  upiorze!  Twój  czas
się kończy! Zwyciężę.

-  Nie  dokonasz  niczego,  głupcze!  Jesteś  bezsilny,  Wielki  Missstrzu.  Zdradzić  ci  sssekret?

Wkrótce,  już  naprawdę  niedługo,  wezmę  to,  czego  mi  trzeba!  - A  twoją  skórę  porwie  Takhisis!  -
Oswal opadł na tron.

- Ależżż ona jużżż ją ma, jak widziszszsz… - Cień zaczął rozpływać się w nicość, zanim jednak

zniknął zupełnie, lord Oswal zdążył na ułamek sekundy ujrzeć oblicze

-  wroga.  Była  to  twarz  podobna  do  ludzkiej,  choć  podobieństwo  było  nikłe  -  rzadkie  włosy

przylegały  gładko  do  czaszki,  samo  zaś  oblicze  wydłużonymi  rysami  przypominało  gada.  Efekt
podkreślała skóra pokryta łuskami lub strupami. Niełatwo było orzec, czym właściwie.

Dopiero  w  dobrą  chwilę  po  zniknięciu  cienia,  jeśli  w  ogóle  w  sali  tronowej  był  jakiś  cień,

background image

Oswal  zdołał  wyszeptać  imię,  jakie  nosił  niegdyś  właściciel  wężowego,  nieludzkiego  oblicza.  -
Dracos!

background image

26.Bohaterowie II - Minotaur Kaz

Rozdział 13

KORZYSTAJĄC  Z  RESZTEK  ŚWIATŁA  GASNĄCEGO  DNIA,  Kaz  i  jego  towarzysze

obserwowali, jak zebrani wokół siedziby Wielkiego Mistrza ostatni Solamnijczycy wykonują coś, co
wyglądało na codzienny wieczorny rytuał. Trzech lub czterech z nich powoli i metodycznie krążyło
pomiędzy  pozostałymi,  rozdzielając  wśród  reszty  zapalone  pochodnie.  Wszystko  to  robili  w
niezmiennym,  jednakowym  tempie.  Kaz  przypomniał  sobie  ludowe  opowieści  o  wychodzących  z
grobów  ożywieńcach.  Obok  niego  obserwował  to  wszystko  Darius,  który  zacisnął  pięści,  tak  że
zbielały  mu  kłykcie.  Rycerze  z  pochodniami  uformowali  ochronny  krąg  wokół  budynku,  każdy
zwrócony twarzą ku otaczającym ich ciemnościom. Ani minotaur, ani Darius nie dostrzegli żadnego
widocznego  zagrożenia.  Wydawało  się,  że  rycerze  pragną  odeprzeć  atak  nadciągających  mroków.
Dzwon zadzwonił przynajmniej po raz trzynasty tego dnia, choć prawdę rzekłszy, minotaur stracił już
rachubę.

-  Od  jak  dawna  tak  to  już  trwa?  -  zadał  sobie  pytanie.  W  opinii  Kaza  Vingaard  przypominał

jakieś postawione poza czasem, nierzeczywiste miejsce, gdzie wszystkie rzeczy i sprawy zwalniały
biegu  i  nic  nigdy  nie  ulegało  zmianom.  Nie  było  tu  niczego  stałego  -  we  wszystkich  kierunkach
rozciągała się pustka. Rycerze zmieniali się na posterunkach po kilka razy dziennie, nie robili jednak
nic  poza  tym.  Niektórzy  przechadzali  się  powoli  po  murach  zamczyska,  jakby  pełnili  służbę
wartowniczą,  Kaz  wiedział  jednak,  że  nie  dostrzegliby  wrogów,  nawet  gdyby  ci  wdzierali  się  na
blanki.

-  Na  co  czekamy?  -  Kaz  wrzał  z  niecierpliwości.  Darius  kiwnięciem  głowy  dał  mu  do

zrozumienia,  że  podziela  jego  uczucia.  Minotaur  skrzywił  się  nieznacznie.  Darius  był  dzielnym,
prawym  rycerzem,  ale  jak  wielu  jego  braci,  uważał,  że  jedynym  godnym  sposobem  osiągania  celu
jest otwarty atak prosto w paszczę największego choćby niebezpieczeństwa. Kaz natomiast, mimo że
niekiedy samego ponosił go zapał, potrafił wyciągać wnioski z bolesnych nieraz lekcji przeszłości.

Tesela  zachowała  spokój.  Skrzyżowawszy  nogi  i  zamknąwszy  oczy,  usiadła  na  posadzce.

Minotaur  nie  wiedział,  czy  dziewczyna  się  modliła,  czy  po  prostu  była  znudzona  jak  on  sam.
Podejrzewał, że pewnie nie wiedziała, co z sobą począć.

Uzdrowicielka w jakiś sposób wyczuła, że na nią patrzy, otworzyła więc oczy i spojrzała w jego

stronę. Minotaur natychmiast pojął, że coś ją niepokoi. - Coś nie tak?

Kapłanka potrząsnęła główką. - Doprawdy… nie umiem powiedzieć. Usiłowałam oczyścić umysł

i cały dzień prosiłam Mishakal, by mnie oświeciła, ale nadal nie mogę określić, co mnie niepokoi.
Wiem jedynie tyle, że chodzi o Argaena.. - Elfa? - spytał Darius. -

- Prosiłam Mishakal o łaskę zrozumienia… ale gdy tylko pomyślę o elfie, czuję pustkę w głowie.

Jakby była jakaś… blokada. - A twoja bogini nie jest dość potężna, by usunąć tę przeszkodę?

Płonące gniewem spojrzenie dziewczęcych oczu sprawiło, że rycerz zaczerwienił się jak burak. -

Mości rycerzu, nie jest tak, że pstrykam palcami i bogini natychmiast spełnia me prośby! Mishakal,
jak  inne  bóstwa,  ma  na  głowie  sprawy  przewyższające  zdolności  pojmowania  śmiertelników!  Nie
jestem obiektem jej jedynej troski, choć wiem, że darzy mnie miłością. Może istnieje sto powodów,
dla  których  nie  mogę  dostać  tego,  o  co  proszę.  A  jeśli  już  o  tym  mowa,  gdzież  podział  się  twój
Paladine? Dlaczego nie pomaga swoim wyznawcom?

background image

Kaz,  który  jako  jedyny  z  całego  towarzystwa  kiedykolwiek  zetknął  się  z  bóstwem  -choć  pech

sprawił, że bóstwem tym była akurat Takhisis - uśmiechnął się nieznacznie. Wedle jego rozeznania,
moc bogów była bardziej ograniczona, niż się to powszechnie przypuszcza.

Wstawszy z fotela, na którym siedział, polerując głownię topora i zastanawiając się, jak usunąć

szczerbę na ostrzu, minotaur podszedł do okna. Gdyby nie wiatr i rozlegające się niekiedy dźwięki
dzwonu, można by mniemać, że w warowni panuje całkowity spokój. Nocą objawiały swe istnienie
owe niesamowitości, których byli świadkami. W dzień - gdyby nie pustka w twierdzy i wisząca nisko
nad ich głowami pokrywa chmur - rzekłbyś, że w warowni nic się nie dzieje..

Wcale  się  to  minotaurowi  nie  podobało.  Z  doświadczenia  wiedział,  że  właśnie  wtedy,  gdy

wszystko biegnie swym ustalonym torem, należy spodziewać się rzeczy i wydarzeń niezwyczajnych. -
Jest  niemal  tak,  jakbyśmy  czekali  na  jakiś  sygnał  szepnął  do  siebie  minotaur.  - A  to  co?  -  spytała
Tesela. - Nic. Cała kupa niczego… jak się zdaje.

-  Aaa…  Tu  jesteście!  -  Argaen  wszedł  energicznym  krokiem,  jakby  w  ich  poszukiwaniu

przeszukał  całą  bibliotekę.  Wyglądało  na  to,  że  jest  nawet  lekko  zaskoczony,  znajdując  ich  jeszcze
tutaj  -  co  wzmogło  niepokój  minotaura.  Kazowi  wydało  się,  że  elf  traktuje  ich  obecność  jako
chwilową przeszkodę w realizacji jakiegoś planu i podczas dnia po prostu o nich zapomniał. Kiedy
zaś odejdą, prawdopodobnie w ogóle wyrzuci ich z pamięci.

-  Przyniosłem  wam  posiłek!  -  Elf  niósł  przed  sobą  tacę  z  chlebem  i  wazą  jakiejś  gęstej

jarzynowej zupy.

- Wielce to uprzejme z waszej strony, mości Ravenshadow - podziękował grzecznie Darius.
-
-  Skąd  wzięto  zapasy?  -  spytała  Tesela,  wąchając  zupę.  Delbin  wydzierał  jej  niemal  wazę  z

dłoni. Argaen sięgnął ponad malcem i kiwnięciem głowy kazał mu odejść na bok. Kender uśmiechnął
się i opuścił dłonie, nadal jednak łapczywie patrzył na potrawę.

-  W  warowni  są  studnie…  a  jedna  służy  tu  niedaleko  rycerzom  jako  źródło  wody.  Ponieważ

częściowo  kryje  się  pod  ziemią,  wykorzystuje  się  ją  również  jako  spiżarnię  chłód  pomaga
przechowywać  zapasy.  Obawiam  się,  że  mięso  zepsuło  się  już  dawno  temu,  ale  warzywa  mogą
przetrwać  dłużej.  Co  się  tyczy  przygotowania  posiłku…  możecie  podziękować  moim  niewielkim
zdolnościom  magicznym.  Polubiłem  zresztą  ludzką  kuchnię.  Potrawy  elfów  są  jak  na  moje  obecne
gusta zbyt… uduchowione. -Argaen raz jeszcze uśmiechnął się szeroko.

-  Zapasy  zgromadzone  w  Vingaardzie  mogłyby  przydać  się  tym  wieśniakom  z  Południa  -

stwierdziła Tesela surowym tonem.

- Spróbuj, kapłanko, jeśli wola. Jestem jedyną osobą - jeśli wybaczysz mi to powiedzenie - która

może potrzebować twej pomocy.

Wyraz twarzy Teseli wykazywał jasno, że nie podziela punktu widzenia elfa. Podczas ostatnich

kilku  lat  elf  wykonywał  tu  całkowicie  bezużyteczną  pracę,  podczas  gdy  wokół  twierdzy  ludzie  z
najwyższym trudem walczyli o przetrwanie. Ale któż potrafi zrozumieć elfa? - Mości Argaenie, jakże
twoje badania? - spytał minotaur. - Odkryłeś coś?

Elf uśmiechnął się przebiegle. - Może w istocie znalazłem coś, co zmieni całą sytuację. Jeśli tak,

dowiecie się o tym pierwsi, obiecuję. Teraz jedzcie.

Zapach  zupy  sprawił,  iż  Kaz  poczuł  napływającą  mu  do  pyska  ślinkę.  Podczas  ostatnich

kilkunastu miesięcy minotaur musiał obywać się suchym prowiantem albo tym, co zdołał upolować.
Teraz  więc  zapomniał  o  ostrożności,  wziął  wazę  z  rąk  Teseli  i  postawił  ją  na  stole.  Dziewczyna
wyglądała tak, jakby spodziewała się, że jedzenie utknie jej w gardle. Darius pokroił nożem chleb na
równe kromki. Delbin zniecierpliwiony podskakiwał w miejscu, czekając na swoją porcję.

background image

Argaen  obrzucił  kendera  szczególnym  spojrzeniem.  Mój  dobry  Delbinie,  zanim  zajmiesz  się

posiłkiem, czy mogę prosić cię o drobną uprzejmość?

Delbin spojrzał na stół, potem na elfa, potem znów na stół. - Chodzi o pewien… dość oryginalny

zamek.. Można by pomyśleć, że kender nagle się zaiskrzył. Gdzie go znajdę?

-  Tędy…  pokażę  drogę.  -  Elf  i  kender  wymknęli  się  z  komnaty.  Kaz  prychnął  z  rozbawieniem.

Trzeba  trafu,  że  Argaen  poprosił  o  jedyną  rzecz,  która  mogła  oderwać  kendera  od  zastawionego
stołu. Podzielili się zupą i chlebem. Bochenek był jeszcze ciepły i miał ten rozkoszny

zapach i smak, jaki charakteryzuje chleb prosto z pieca. Kaz pomyślał, że magia miewa niekiedy

swoje  dobre  strony.  Może  dałoby  się  jakoś  namówić  Argaena,  by  nauczył  go  kilku  pomniejszych
zaklęć… ot, choćby takiego, za pomocą którego da się ugotować gulasz.

- W rzeczy samej, wyśmienite! - stęknął Darius pomiędzy jednym i drugim łykiem zupy zagryzanej

kęsami chleba.

Tesela  nie  podzielała  jego  entuzjazmu.  -  Owszem,  pachnie  przyzwoicie,  ale  ma  jakiś  dziwny

smak.

- Mnie odpowiada. - Kaz właśnie skończył swoją porcję i zastanawiał się, ile powinni zostawić

Delbinowi. - Nie mówię, że jest niesmaczna… ale smakuje nie tak, jak powinna.

-  Może  zamienisz  się  ze  mną…  dam  ci  chleb  za  twoją  porcję  zupy.  -  Kaz  miał  nadzieję,  że

dziewczyna nie odmówi.

Uśmiechnęła  się  i…  odmówiła.  -  Chleb  jest  pożywny,  ale  zupa  zdrowsza.  Może  zresztą  ten

smak… nie jest wcale taki zły.

Rozczarowany minotaur patrzył, jak dziewczyna pochłania kilka łyków. Gdy ponownie zanurzyła

łyżkę  w  zawartości  talerza,  coś  zwróciło  jego  uwagę.  -  Dziewczyno…  dlaczego  twój  medalion
rozjarzył się blaskiem?

-  Co  takiego?  -  Tesela  z  trzaskiem  odstawiła  talerz  i  spojrzała  na  zwisający  pomiędzy  jej

piersiami medalion. - Nigdy wcześniej nie widziałam, by się tak zachowywał!

- Panienko… czy on musi tak pulsować? - spytał Darius. Rycerz był oblany potem. -Głowa mi od

tego pęka! - Nie wiem, czy musi, bo nie mam pojęcia, co się dzieje!

- To… to… - Kaz nie umiał sobie przypomnieć, co chce powiedzieć. Pocił się już równie obficie

jak Darius. - Ja..

Jęk  Dariusa  spowodował,  że  podjął  próbę  obejrzenia  się  na  rycerza,  choć  odwrócenie  głowy

trwało  całą  wieczność.  Minotaur  obserwował  bezradnie,  jak  rycerz  wali  się  na  ziemię.  Tesela
skoczyła ku Dariusowi, widać jednak było, że sama z trudem utrzymuje się na nogach. Kaz poczuł, że
jego  umysł  jakby  odpływa  od  ciała.  Korzystając  z  resztek  przytomności,  jakie  mu  jeszcze  zostały,
uszczypnął się mocno w udo. Ból pomógł, minotaur na chwilę odzyskał zmysły.

Zobaczył, że Tesela zrezygnowała z próby dotarcia do Dariusa. Zamiast tego klęczała i trzymała

medalion  nad  głową.  Na  twarzyczce  kapłanki  malował  się  widoczny  wysiłek.  Na  poły  przytomny
minotaur wstał z trudem i ruszył ku wyjściu. Delbin! - powtarzał

sobie.  Delbin  jest  w  niebezpieczeństwie!  Musi  doń  dotrzeć,  zanim  nogi  odmówią  mu

posłuszeństwa. Delbin w niebezpieczeństwie… A Argaen?

Kaz nie mógł już się ruszyć. Każdy oddech przychodził mu z coraz większym trudem. Argaen. W

umyśle minotaura powoli powstało ostatnie skojarzenie. To musiał być on. On i nikt inny.

-  Mishakal!  Błagam  cię,  o  Pani!  Ci  dwaj  są  tu  potrzebni!  Wiem,  że  nie  jestem  najgodniejszą  z

twych  kapłanek…  wiem  że  moje  umiejętności  są  nikłe…  ale  daj  mi  siłę  i  moc,  bym  mogła
przywrócić ich życiu.

Łamiący się głos przeniknął słodki, ciepły i gęsty mrok, który spowijał Kaza niczym futro. Chciał

background image

rzec  temu  głosowi,  by  zostawił  go  w  spokoju…  że  jedyną  rzeczą,  jakiej  mu  naprawdę  trzeba,  jest
sen…  Jakież  prawa  miał  ów  głos,  że  ośmielił  się  mu  przeszkadzać?  Był  przecie  ogromnie
zmęczony… i tak bardzo potrzebował wypoczynku, długiego wypoczynku. - Kaz! Usłysz mnie!

Miał rzec kobiecie, by poszła precz. Kobiecie, która miała na imię Tesela. Kobiecie, która miała

na  imię  Tesela  i  była  kapłanką  Mishakal.  Kobiecie,  która  miała  na  imię  Tesela,  była  kapłanką
Mishakal i próbowała obudzić go ze snu. - Nie śpij! - szepnęło mu coś w głębi duszy.

Jego  rozleniwiony  umysł  zaczął  powoli  trzeźwieć.  Tesela  była  kapłanką  Mishakal.  Nie

przeszkadzałaby mu przecież bez powodu. Próbowała mu pomóc, nie mogło być inaczej. Myśl o tym,
że słaba, niedoświadczona i młodziutka kobieta próbuje pomóc krzepkiemu, dorosłemu i bywałemu
w świecie minotaurowi, wydała mu się zabawna, zaczął więc się śmiać. I zacharczał boleśnie.

Tesela musiała to usłyszeć, bo zaniosła się radosnym łkaniem: - Dzięki ci, Mishakal! Dzięki!
- Przestań… - Kaz przez chwilę obracał językiem, jakby na nowo uczył się mówić. -Przestań mi

wrzeszczeć do ucha..

-  Kaz!  -  Minotaur  poczuł  ciepło  cudzego,  przytulonego  doń  ciała.  Poczuł  i  inne  rzeczy…

wzbierające mu potężną falą w żołądku.

-  Na  bok!  -  ryknął  tak,  że  zadzwoniło  mu  w  uszach.  Tesela  odskoczyła  jak  oparzona,  Kaz  zaś

chybnął  się  na  bok  w  samą  porę,  by  nie  utonąć  we  własnych  wymiocinach.  Przez  chwilę  miał
wrażenie,  że  wyrzuci  z  siebie  wszystko,  co  zdążył  zjeść  podczas  ostatniego  roku.  W  końcu  jednak
przestał. Odsunął się na bok, mając takie uczucie, jakby ktoś wywrócił go na nice.

Minęła dobra chwila, zanim odzyskał siły na tyle, by spojrzeć na innych. Tesela podała mu wodę

i czystą szmatkę. Minotaur wypłukał gębę, wytarł pysk i popatrzył na

pozostałych uczestników uczty. Oboje byli bladzi, wygląd zaś Dariusa wskazywał na to, że czuje

się tak samo podle jak Kaz. - Co… co to było? - Rozchorowaliśmy się - odparła Tesela z powagą. -
Myślę, że nas otruto.

-  Poczułem  coś  dziwnego,  zanim…  -  Minotaur  wytrzeszczył  oczy.  -  Teselo,  jak  bliski  byłem

śmierci?

- Tak samo jak Darius. Jesteś większy i masywniejszy, ale też zdążyłeś zjeść cały talerz. On zjadł

tylko  połowę.  -  Kapłanka  promieniała  wprost  radością.  -  Obaj  dziękujcie  Mishakal.  Medalion
chronił  mnie,  ale  nie  was.  Musiałam  stać  się  kanałem  jej  mocy.  Dlatego  medalion  się  rozjarzył.
Próbował nas ostrzec.

Kaz  nie  bez  wysiłku  dźwignął  się  na  nogi.  Waza  z  zupą  nadal  jeszcze  stała  na  stole.  Minotaur

wziął ją w dłonie i kopnął tak, jakby chciał ją tym kopniakiem wysłać na któryś z księżyców. - Niech
Sargas porwie tego elfa! Gdzie on jest? - Spojrzał ku oknu. -Zapadł już mrok. Jak długo leżałem bez
ducha?

- Zbliża się północ - poinformował go Darius. Wielkie dzięki jesteśmy winni tej pannie i jej pani.
Tesela  potrząsnęła  głową.  -  Nie  sądziłam,  że  można  kogoś  uzdrowić  tak  szybko.  Szczególnie

kogoś tak bliskiego śmierci jak wy dwaj. Myślę, że gdybym miała czas i nieco doświadczenia - bez
urazy,  waćpanowie,  nie  miałam  na  myśli  was  -  mogłabym  spisywać  się  równie  dobrze  za  każdym
razem. Gdybym tylko wiedziała! Ileż ludzkich żywotów mogłabym ocalić?

Kaz  poczuł,  że  stoi  na  nogach  coraz  pewniej. Ale  wciąż  nie  potrafił  podnieść  swego  topora  i

zamachnąć się nim jak należy. - Gdzie Argaen Ravenshadow? I jeśli już o to chodzi - nagle coś sobie
przypomniał - gdzie jest Delbin?

- Wielka Mishakal! - Tesela żwawo porwała się na nogi. - Może teraz kona gdzieś otruty?
Cała trójka błyskawicznie przeszukała bibliotekę. Szybko też stało się jasne, że ani Delbina, ani

Argaena  nie  ma  w  pobliżu.  Gdy  Kaz  uświadomił  sobie,  gdzie  powinni  ich  szukać,  poczuł  się  tak,

background image

jakby zapadał się pod posadzkę.

-  Wielki  Paladine!  Krypty!  -  mruknął  sam  do  siebie.  To,  że  Delbin  potrafi  przemknąć  obok

słynących z czujności wartowników solamnijskich i pokonać równie znane solamnijskie zamki, było
dla  Kaza  pewnikiem  takim  samym,  jak  ten,  że  jutro  wstanie  słońce.  Inną  wszakże  kwestią  było,
dlaczego Ravenshadow próbował ich otruć?

-  I  co  zrobimy?  -  spytał  Darius  blady  jak  ofiara  moru.  Kaz  potrząsnął  głową,  usiłując  zebrać

rozbiegane myśli. Podnosząc topór, zrozumiał, że nadal jeszcze brak mu siły, by używać go we

właściwy sposób. Zresztą walka z nieświadomymi tego, co robią, i szalonymi rycerzami nie była

tym,  na  czym  mu  szczególnie  zależało.  Kaz  nie  miał  też  złudzeń  co  do  umiejętności  Argaena
Ravenshadowa.  Elf  w  jakiś  sposób  skłonił  Delbina  do  otworzenia  skrytek,  być  może  szantażując
kendera groźbą zabicia dwojga ludzi i Kaza.

-  Nie  mamy  wyboru  -  odezwał  się  z  rezygnacją  w  głosie.  -  Nie  mogę  zostawić  Delbina  jego

losowi,  nie  dam  też  rady  walczyć.  Myślę,  że  powinniśmy  zażądać  audiencji  u  Wielkiego  Mistrza.
Zdrowy czy szalony, uważam, że zrozumie wagę ostrzeżenia i zainteresuje się tą sprawą. Wy dwoje
zostańcie lepiej tutaj, na wypadek, gdyby sprawy przybrały zły obrót.

-  Minotaurze,  albo  uważasz  mnie  za  tchórza,  albo  udajesz  durnia  -  rzekł  gniewnie  Darius.  -

Będziesz miał znacznie większe szansę powodzenia, jeśli pójdzie z tobą członek jednego z zakonów!

- Może być tak, że wpadną we wściekłość na sam wasz widok - sprzeciwiła się Tesela. - Argaen

mówił..

Kaz prychnął tylko gniewnie. - Argaen mówił mnóstwo rzeczy… w które teraz zaczynam wątpić.
Kolumna  zwolniła.  Bennet  nie  zamierzał  zatrzymywać  się  właśnie  teraz,  ale  przypomniał  sobie

radę stryja.

- Próby pokonania zbyt wielkiej odległości za dnia bywały niekiedy powodem pakowania się w

tarapaty  nocą,  mój  chłopcze  -  powiedział  mu  kiedyś  starszy  rycerz.  Wiele  razy  widywałem,  jak
patrole wjeżdżały prosto w czyhające na nich zasadzki. Wiedź kolumny wolno, chłopcze… miarowo,
lecz  wolno.  -  Miarowo,  lecz  wolno  -  powtórzył  pod  nosem.  -  Coś  mówiłeś,  milordzie?  -  spytał
jadący obok tropiciel i przewodnik.

- Życzę sobie, żebyś przepatrzył teren przed nami. Bądź ostrożny i nie daj się zwieść pozorom.

My pojedziemy za tobą, miarowo, lecz powoli..

Przewodnik krytycznie łypnął okiem spode łba. - Panie rycerzu, zamierzacie podróżować nocą? -

Musimy. Człowiecze, czy tego nie czujesz? - Czego?

-  Ten…  -  Jak  mu  to  wyjaśnić?  -  zastanowił  się  Bennet.  -  Ten…  napór…  zelżał  i  zniknął!

Powinniśmy  już  go  czuć,  powinien  podkopywać  nasz  rozum  i  zagrażać  zdrowiu  naszych  dusz…  -
Rycerz  umilkł,  kiedy  przypomniał  sobie,  czego  sam  doświadczał  pod  naporem  tej  potęgi  lub  czaru.
Zaklął w duchu.

Tropiciel poczuł zadowolenie płynące z faktu, że jego twarz okrywał głęboki kaptur. Gdy Bennet

przemawiał, tak jak w tej chwili, przewodnik zawsze czuł ciarki

przebiegające  mu  po  grzbiecie.  Istniała  możliwość,  że  chwilowe  szaleństwo  zostawia  jednak

jakieś trwalsze ślady. Tropiciel westchnął lekko.

Bennet nie zamierzał zrezygnować ze swego pomysłu. - Ruszamy! Człowieku, wydałem ci rozkaz!

- Tak jest, milordzie. - Przewodnik podciął konia i ruszył przodem.

Bennet  spojrzał  w  mrok,  usiłując  przebić  wzrokiem  ciemności  i  dojrzeć  choćby  zarysy

Vingaardu.  Wiedział,  że  gdyby  podróżowali  za  dnia,  byłby  już  widział  rysujące  się  na  horyzoncie
kontury  warowni.  Ostatnio  jednak  rzadko  zdarzały  się  tu  słoneczne  dni.  Wszystko  było  tak,  jakby
wojna lada moment miała rozgorzeć na nowo.

background image

Poczuł,  że  budzi  się  w  nim  jakieś  złe  przeczucie.  Coś  wkrótce  miało  się  wydarzyć…  coś

ważnego, on zaś nie może zrobić nic, by zdążyć na czas. Uczucie to mocno go przygnębiało.

Aby rozproszyć owo przygnębienie, kiwnięciem dłoni przywołał do siebie jednego z adiutantów.

Rycerz podjechał i zasalutował. - Sir? - Jakie nastroje wśród ludzi?

-  Milordzie!  Jesteśmy  rycerzami  solamnijskimi!  Swego  czasu  odpowiedź  tę  uznałby  za

wystarczającą, by na łeb, na szyję pognać ludzi galopem ku twierdzy. Swego czasu… ale nie teraz.
Inny rycerz, nie żyjący już od pięciu lat, nauczył go rozumieć ludzi nieco lepiej.

-  Grissom,  ja  pytam,  jakie  są  ich  prawdziwe  nastroje.  Rycerz  wzruszył  szerokimi  ramionami.  -

Przydałby  się  im  odpoczynek,  żaden  jednak  się  do  tego  nie  przyzna.  Możemy  jeszcze  jechać  trzy
dni… potem zaczną spadać z koni. Choć myślę, że niektóre rumaki padną pierwej.

Na ustach Benneta pojawił się nikły uśmieszek. - Jeśli nie zatrzymamy się na noc, rano będziemy

w Vingaardzie. Niczego nie czułeś, Grissom?

- Niczego, milordzie. - W głosie adiutanta zabrzmiał zapał. - Czy może to oznaczać, że zagrożenie

zostało usunięte? Że zaklęcie złamali nasi bracia, których zostawiliśmy na posterunkach za nami?

- Rzecz raczej mało prawdopodobna… jeśli zechcesz sobie przypomnieć, w jakim stanie ducha

wyruszaliśmy, by zetrzeć - co to było, nie pamiętasz? - nieważne… naszych nie istniejących wrogów
na Południu lub gdzieś tam.. - No tak… zapomniałem..

Bennet kiwnął głową. - Sam przypominam sobie z trudem. Zaklęcie czy nie… trzeba będzie sobie

sporo  wyjaśnić.  -  Milordzie,  jak  uważasz,  co  takiego  stało  się  w  twierdzy  Vingaard?  Odziana  w
rycerską rękawicę dłoń mocniej ujęła wodze rumaka. - Grissom, nie

umiem  rzec  niczego  pewnego…  myślę  tylko,  że  u  celu  staniemy  wobec  prawdziwej  próby

naszych sił i naszego ducha. - Bennet zmówił krótką modlitwę do Paladine’a i dodał: -Czas ruszać.
Prześlij  rozkaz  wzdłuż  kolumny.  Miarowo,  lecz  wolno,  Grissom.  -  Wedle  rozkazu!  -  Adiutant
zawrócił konia i zniknął w mroku.

Bennet  nadal  patrzył  w  stronę  niewidocznej  teraz  warowni.  Usiłował  nie  zastanawiać  się,  co

zrobią,  kiedy  kolumna  dotrze  na  miejsce.  I  czy  zdążą  na  czas  -  jak  się  tego  obawiał  -  by  zrobić
cokolwiek.

background image

26.Bohaterowie II - Minotaur Kaz

Rozdział 14

ZDAJESZ SOBIE CHYBA SPRAWĘ Z TEGO - szepnął Darius - że twój plan może wypływać z

tego samego szaleństwa, które poraziło Vingaard i okolice?

Kaz  niemal  niedostrzegalnie  kiwnął  głową.  -  I  owszem…  ale  chyba  wszyscy  wokół  w  jakimś

stopniu padliśmy jego ofiarami… tak więc to, co robimy, tu wydaje się normalne, nieprawdaż?

Milczenie  i  cisza  panujące  w  opustoszałej  twierdzy  były  równie  niesamowite  jak  podczas

pierwszej  nocy,  kiedy  z  góry  spadł  na  nich  skrzydlaty  stwór  i  zaatakował  ich  ów  oszalały  rycerz.
Wydawało się, że cały świat wstrzymał oddech i czeka na jakieś okropne wydarzenie. Kaz poczuł, że
jeżą mu się włosy na karku. - Spójrzcie! - szepnęła Tesela.

Minotaur mrugnął ślepiami i przyłączył się do Dariusa i Teseli, którzy w milczeniu obserwowali

rozgrywającą się przed nimi scenę.

Zgromadzone  przed  nimi  figury  nie  przypominały  zanadto  widmowych  rycerzy,  choć  niełatwo

było  coś  orzec  z  pewnością,  a  to  dla  oświetlającego  całą  scenerię  migotliwego  światła  pochodni  i
sporej  odległości.  Kaz  ocenił,  że  jest  ich  tam  ze  cztery  tuziny.  Początkowo  myślał,  że  tamci  są
widmami, natychmiast jednak porzucił tę myśl. Miał przed sobą rycerzy solamnijskich z krwi i kości
- i wyglądało na to, że są zdecydowani bronić siedziby Wielkiego Mistrza, nie bacząc na nic.

- Nadal jeszcze nas nie dostrzegli - szepnął pospiesznie Darius. - Wy dwoje możecie skryć się w

cieniu. Mnie wezmą za swojego.

Zamiast  odpowiedzi,  Kaz  wystąpił  naprzód,  wyprostował  się  i  stanął  tak,  by  tamci  mogli  go

zobaczyć.

Żaden z rycerzy nawet nie odwrócił głowy. Pozostali na miejscu, zdecydowani bronić Wielkiego

Mistrza przeciwko… czemu właściwie?

Za minotaurem stanęli Darius i Tesela. Jeden z rycerzy powoli odwrócił głowę w ich kierunku.

Potem  następny.  I  jeszcze  jeden.  Jak  na  jakimś  zwariowanym  pokazie  marionetek  dziesięciu  czy
dwunastu rycerzy spojrzało kolejno w ich stronę. Patrzyli -i żaden z nich nie ruszył się z miejsca. -
Wcale mi się to nie podoba - mruknął Darius. - No proszę… nie tobie jednemu..

Na  wypowiedzianą  szeptem  propozycję  Kaza  cała  trójka  podeszła  do  jednego  z  wartowników,

który  -  jeśli  sądzić  po  zbroi  -  był  dość  wysokim  w  hierarchii  członkiem  Zakonu  Korony.  Darius,
udający,  że  eskortuje  minotaura,  okrzykiem  rozkazał  Kazowi  stanąć.  Czując  się  wielce  niepewnie  i
jakby trochę głupio, zebrał się w sobie i ruszył, by

porozmawiać  z  bratem  rycerzem.  -  Rycerz  Darius,  ostatni  przydział  służbowy  -  twierdza  w

Westii.

Ponieważ  ten,  do  którego  tak  służbiście  zwrócił  się  Darius,  miał  twarz  zasłoniętą  opuszczoną

przyłbicą, niełatwo było orzec, czy w ogóle zauważył stojącego przed nim młodzieńca.

- Na polecenie samego Wielkiego Mistrza mam przywieść przed jego oblicze tego tu minotaura,

zwanego Kazem.

W  powietrzu  rozległo  się  żałobne  wycie.  Natychmiast  odpowiedziały  mu  podobne  głosy,

dobiegające z różnych zakątków cytadeli.

-  Nadchodzą!  -  krzyknął  niespodziewanie  rycerz,  z  którym  usiłował  załatwić  sprawę  Darius.

Wokół  nich  wszyscy  rycerze  ruszyli  z  determinacją,  która  zdumiała  całą  trójkę.  Przygotowano

background image

włócznie.  Kilku  rycerzy  umocowało  pochodnie  w  rozpadlinach  muru  i  sięgnęło  po  łuki.  Zaraz  też
nałożyli na cięciwy strzały, do grotów których przymocowano nasączone czymś skrawki płótna. Kaz
zrozumiał, że mają to być pociski zapalające.

W  otaczających  ich  mrokach  słychać  było  tupot  stóp,  charczące  oddechy  kilku  większych

stworów i niekiedy owo żałobne wycie. Kaz spojrzał na rycerzy. - Oni nie zwracają na nas żadnej
uwagi! Wycie przeszło w złowrogie warczenie. - Ciekawe, że to wszystko zaczyna się właśnie teraz
- stwierdził cierpko minotaur. - Co masz na myśli?

-  Cały  dzień  przebiegł  spokojnie…  potem  zdrada  Argaena  i  ten  atak…  podejrzanie  w  porę.  -

Dywersja! - wypalił Darius. - Nadchodzą! - zawołał któryś z rycerzy.

Z  mroków  wyłoniły  się  blade  kształty,  na  długich,  muskularnych,  pozbawionych  niemal  skóry

łapach.  Kaz  nie  musiał  im  się  przyglądać,  by  wiedzieć,  co  ich  zaatakowało.  Złowrogie,  płonące
czerwienią ślepe oczy doskonale było widać w martwych ciałach bezwłosych bestii. - Martwilki!

Pozostali  spojrzeli  nań  ze  zdumieniem.  Opowiadał  im  o  tych  potworach,  które  Huma  nazywał

straszywilkami, zobaczyć je jednak na własne oczy to sprawa zupełnie inna. Odrażające stwory ławą
ruszyły ku linii czekających na starcie rycerzy.

Darius nie umiał się powstrzymać. - Kaz, nie możemy opuścić moich braci w potrzebie! Szaleni

czy  nie,  walczą  o  życie!  -  Nasza  misja  jest  równie  ważna!  Cokolwiek  planuje  Argaen,  chcę  się
upewnić, że - nie zwali nam na głowy całej twierdzy!

Ognista  strzała  ugodziła  martwilka  w  połowie  skoku.  Stwór  przewrócił  się  na  bok,  ale  wstał.

Zrozumiawszy, że gorzeje, bestia zaczęła turlać się po ziemi. Druga strzała trafiła ją w łeb i ugodziła
głębiej.  Martwilk  nie  zwracał  na  to  uwagi.  Stwór  nie  żył,  trwał  w  jakiejś  przewrotnej,  przeciwnej
naturze parodii życia.

Poirytowany  minotaur  ujął  Dariusa  za  kołnierz.  -  Słuchaj,  człowieku  -  prychnął  wściekle.  -  W

przeszłości  martwilki  podlegały  czarnoksiężnikowi,  Dracosowi!  Dracos  powinien  być  już  martwy,
ale  ktoś  lub  coś  wciąż  kontroluje  te  stwory!  Myślę,  że  klucz  do  wszystkiego  leży  w  tych  kryptach!
Ktoś powinien tam pójść i zbadać sprawę!

Kolejny  martwilk  został  nadziany  na  grot  włóczni.  Obrońcy  jakoś  dawali  sobie  radę  i  bitwa

utknęła w martwym punkcie. Kaz puścił Dariusa, gdy zaświtała mu we łbie prawda.

- Rycerzu, nie masz powodu do niepokoju - rzekł szybko. - Oni są tacy, jak ów widmowy rycerz,

z którym walczyliśmy niedawno - to złudzenia!

Patrzyli,  jak  kolejny  martwilk,  przyszpilony  do  ziemi,  rozpływa  się  w  nicość.  Rycerz,  który

pokonał  bestię,  wcale  się  temu  nie  dziwił,  tylko  przygotował  na  spotkanie  następnego  stwora.  -
Dalejże! - zawołał Kaz. - Nie sądzę, byśmy mieli czasu pod dostatkiem!

Choć  po  części  tego  właśnie  się  spodziewali,  szokiem  było  odkrycie,  że  budynek  jest

opustoszały. Odgłosy ich kroków głośnym echem odbijały się od ścian komnat i korytarzy. Prowadził
Kaz, jedyny z całej trójki, który kiedykolwiek był w siedzibie Wielkiego Mistrza.

Minotaur liczył na to, że Oswal nie zapragnie z miejsca powiesić go na blankach. Z pewnością

zakłóciłoby to przebieg spotkania, nie mówiąc o tym, że straciliby szansę schwytania Argaena, zanim
nie będzie za późno. Zastanawiał się, na co liczył i co planował przewrotny elf. Co zamierzał zrobić
ze spoczywającymi w kryptach potężnymi artefaktami?

Po  przebyciu  korytarza  stanęli  przed  podwójnymi,  bogato  zdobionymi  drzwiami,  zamykającymi

im  dalszą  drogę.  Kaz  spróbował  je  pchnąć,  kiedy  zaś  przekonał  się,  że  są  zamknięte,  złożył  obie
dłonie w pięści, uniósł je nad głową i z całej siły uderzył w sam środek.

Oba skrzydła otwarły się z łoskotem, rozsiewając na wszystkie strony deszcz drzazg i odłamków.
Naprzeciwko  wejścia,  na  tronie  stojącym  na  podwyższeniu  i  strzeżonym  przez  dwunastu

background image

posępnych gwardzistów, siedział majestatycznie Wielki Mistrz zakonów solamnijskich. Kaz od drzwi
mógł dostrzec napięcie malujące się na twarzy Oswala.

A jednak bił od Mistrza majestat władzy.
Minotaur  spojrzał  w  jastrzębie  rysy,  tak  bardzo  przypominające  jego  bratanka,  choć  nieco

złagodzone  działaniem  wieku.  Wielki  Mistrz  podniósł  głowę,  by  zobaczyć,  kto  też  ośmielił  się
pogwałcić  intymność  jego  sanktuarium.  Wydawało  się,  że  jego  spojrzenie  przeszywa  na  wylot
każdego z członków wyprawy.

-  Ach,  więc  to  tak!  -  nieoczekiwanie  zagrzmiał  Oswal.  Mistrz  wstał  z  tronu  i  oskarżycielsko

wyciągnął  palec  w  kierunku  przybyszów.  -  Myślisz,  że  zwiedziesz  mnie  kolejnymi  sztuczkami,
kolejnymi iluzjami? Wyczuwam, że słabniesz! Rycerstwo zwycięży!

Rycerze  stojący  na  stopniach  podwyższenia,  poruszając  się  jak  we  śnie,  zwrócili  się  ku

przybyszom.  Wielki  Mistrz  niemal  zapiał  z  radości.  -  Oni  cię  widzą!  Przemogłem  twoje  zaklęcia  i
szaleństwo!

- Dlaczego ciągle spotyka nas coś gorszego? warknął Kaz. Minotaur wysunął się przed Dariusa i

Teselę, potem zaś podniósł w górę obie dłonie, trzymając je tak, by zbliżający się rycerze zobaczyli,
że nie ma w nich oręża. - Lordzie Oswal!

Stojąc przed tronem, wyprostował się i lekko zesztywniał. - Nieźle udane… ale nie dość dobrze!

- Co tu się dzieje? - spytał szeptem Darius.

-  Milcz!  -  syknął  Kaz.  I  głośno  zawołał,  zwracając  się  do  Wielkiego  Mistrza:  -Znasz  mnie,

milordzie! Jestem Kaz, minotaur, przyjaciel Humy i całego rycerstwa!

-  Kaz?  -  Twarz  starszego  rycerza  przybrała  osobliwy  wyraz.  -  Kaz  nie  żyje!  Rozkazałem  go

schwytać i ściąć, zanim zdałem sobie sprawę z faktu, że nad twierdzą zawisło zaklęcia szaleństwa i
że wespół z resztą rycerstwa padłem jego ofiarą. Rozkazałem ściąć ich wszystkich… Araka Sokole
Oko, lorda Guya Avondale’a, Taggina… tak wielu zginęło na moich oczach.

Gdy strażnicy byli niemal tuż przy nich, przed Kazem stanął Darius i wydobył miecz, okazując, że

będzie  bronił  minotaura.  -  Milordzie,  jestem  Darius,  rycerz  Zakonu  Korony  oddelegowany  do
twierdzy  na  Południu.  Nie  mam  pojęcia,  gdzie  przebywa  lord  Sokole  Oko  i  człek,  którego  zwiesz
lordem Avondale’em, wiem jednak, że nie tak dawno temu mieliśmy wieści od Taggina. Dowodzi on
twierdzami w południowo-wschodnim Ergoth. Żyje i ma się dobrze.

-  Co  słyszę?  Taggin  żyje?  -  Wielki  Mistrz  opadł  na  tron,  napierający  zaś  na  trójkę  przybyszów

rycerze  natychmiast  się  zatrzymali.  Wyglądało  to  tak,  jakby  byli  po  prostu  marionetkowymi
wykonawcami jego woli.

Niespodziewanie  dla  samego  siebie,  Kaz  łypnął  okiem  i  zaczął  im  się  przyglądać  uważniej.

Wykonawcy jego woli… a może jej przedłużenie?

- Milordzie - zaczął Kaz, wpatrując się nadal w gwardzistów - kiedy… kiedy grzebaliśmy Humę,

powiedziałeś,  że  świat  potrzebuje  bohaterów…  i  dlatego  wybudowaliście  mu  tak  wspaniały
grobowiec.

Napięcie, malujące się w twarzy Wielkiego Mistrza, zelżało odrobinę. - Owszem… pamiętam.
-  Ja  zaś  uważałem,  że  właściwiej  byłoby  uszanować  jego  wolę  i  pochować  go  tak,  jak  sobie

życzył… w zwykłym grobie, pod płytą, na której wyryto by tylko jego imię.

-  Rycerstwo  potrzebowało  wzorca.  Potrzebowało  także  bohatera.  -  Gdy  Wielki  Mistrz

wspominał  odległe  czasy,  strażnicy  zamarli  w  bezruchu.  -  W  końcu,  jak  wiesz,  osiągnął  godność
kapłana Paladine’a. Słusznie mu się to należało. Zasłużył na to bardziej niż ja kiedykolwiek. - Wielki
Mistrzu, on prawdziwie żył wedle kodeksu i przysięgi. - Kaz. - Oswal postąpił ku minotaurowi.

Nagle wierni gwardziści po prostu zniknęli. Jak minotaur podejrzewał to od pewnego już czasu,

background image

byli  fantomami.  Zastanawiał  się  przez  chwilę,  czy  przypadkiem  fantomami  nie  byli  i  rycerze
walczący  z  martwilkami.  Iluzje  odpierające  iluzoryczne  natarcie..  Kaz  pochylił  głowę.  Podobnie
uczynili Darius i Tesela. - Wielki Mistrzu..

Wódz  rycerstwa  solamnijskiego  podszedł  do  minotaura  i  chwycił  go  za  ramiona.  -W  rzeczy

samej,  to  ty!  Jestem  pewien!  Jeszcze  jedno  łgarstwo!  Wszystko  co  mówił,  okazuje  się  kłamstwem.
Kaz zmarszczył brwi. - Mówisz milordzie o elfie, Argaenie Ravenshadow?

Na twarzy Oswala pojawił się wyraz zaskoczenia. Ten elf nadal tu siedzi? Kazałem mu wynosić

się  precz  z  biblioteki  wkrótce  po  tym,  jak  się  tu  zjawił.  Nie,  mój  przyjacielu  minotaurze,  mówię  o
tym,  który  jest  śmiertelnym  małżonkiem  samej  Takhisis…  tym  łuskomordym  renegacie,  odstępcy  i
przeniewiercy…  Galan  Dracosie!  -  Dracos!  -  Kaz  potrząsnął  głową,  wspomniawszy  atak
martwilków na rycerzy. - Onże sam! Minotaurze, kim są twoi towarzysze? - Tesela - przedstawiła się
uzdrowicielka.  -  Dzielna  i  wierna  przyjaciółka  -  dodał  Kaz.  -  Panie…  -  Darius  zgiął  kolano.  -
Darius, z twierdzy w Westii.

-  Tej  prowincji,  do  której  roszczą  sobie  prawo  mieszkańcy  Kharolis,  zostawiając  jej  obronę

rycerstwu? Gdzież są twoi bracia? Powiedziano mi, że mam oczekiwać przedstawicieli większości
warowni z Południa.

-  Oni…  milordzie,  przykro  mi  to  rzec,  ale  obawiam  się,  że  nie  żyją.  Myślę,  że  padliśmy  ofiarą

napaści smoka.. - Smok? - Oswal zmierzył całą trójkę spojrzeniem pełnym niedowierzania. - To - z
pewnością  jeszcze  jedna  z  iluzji  renegata!  Nie  posiadał  on  władzy  dostatecznie  wielkiej,  by
podporządkować sobie smoka… tym bardziej nie mógł sprowadzić go z… Paladine jeden wie, skąd!
Wszystkie smoki opuściły Krynn!

- Wielki Mistrzu, nikt z nas nie przyjrzał mu się dobrze… i nie widzieliśmy go za dnia - odparł

szybko Kaz.

- Może to coś innego… na przykład gryfon. Jakkolwiek sprawy stoją, sądzę, że zrobiono z ciebie

durnia  i  w  inny  sposób.  -  Przerwał,  ujrzawszy  zaskoczenie  na  twarzy  Oswala.  Zmusił  się  do
staranniejszego doboru słów. - Argaen Ravenshadow nie wyniósł się wcale z Vingaardu. W istocie
jest  jedyną  osobą,  która  pozostała  w  warowni  -oczywiście  oprócz  ciebie  samego  i  paru  twoich
najwytrwalszych ludzi.

- Cały ten czas mniemałem, że wiem, co dzieje się wokół mnie - mruknął Oswal. -Tymczasem,

jak się okazuje, żyłem w świecie złudzeń. Cóż dalej? - Dlaczego, milordzie, poleciłeś przegnać precz
Ravenshadowa?

- Za bardzo interesował się dziełami Galan Dracosa. Ujrzałem w nim kogoś, kto kroczy ścieżką

pomiędzy  czerwienią  i  czernią,  -  Oczy  Wielkiego  Mistrza  rozjaśniło  częściowe  zrozumienie.  - Ale
jeśli Ravenshadow był tu cały czas… Paladine! Nic dziwnego, że spieszno mu było do skrytek! Elf
nie posiada umiejętności, pozwalających mu na przeniknięcie do podziemi… ale o to właśnie Galan
Dracos nie musi się martwić!

Kaz westchnął z ulgą. - Pojmujesz więc, panie, całą sytuację. I dobrze, bo obawiamy się, że ten

atak  będący  iluzją,  jak  pozostałe,  jest  dywersją  Ravenshadowa,  mającą  na  celu  odwrócenie  naszej
uwagi. W tej chwili właśnie, być może, elf jest w podziemiach i przedziera się przez wasze ostatnie
zabezpieczenia.

- To być nie może! Niewykluczone, że potrafi przedrzeć się przez zabezpieczenia magiczne, choć

mocno  w  to  wątpię,  ale  nigdy  nie  przejdzie  przez  sieć  pułapek  i  fałszywych  zamków.  -  Rycerz
poklepał się po głowie. - Jedynie ja znam te sekrety… głowa zaś mnie nie zawiodła.

Minotaur  skrzywił  się  żałośnie  jak  lis  zeznający  w  sprawie  zabójstwa  gęsi.  -Milordzie…

obawiam się, że przywiodłem tu ze sobą kendera. To… mój towarzysz… jeśli raczysz mi uwierzyć.

background image

- Kendera? - spytał Oswal ze zdumieniem w twarzy. - Kendera? - Potrząsnął głową. - Kendera!
-  Ma  na  imię  Delbin…  a  jeśli  właściwie  oceniam  zdolności  i  przebiegłość  Argaena…  to  ten

kender pomaga mu w tej chwili włamać się do krypt. - Na Wielką Trójkę!

- Milordzie, jak dostać się do lochów? - spytał Darius pospiesznie, bo Oswal po prostu zamarł z

otwartymi ustami, porażony niewątpliwie wizją elfa, który bez przeszkód

- wynosi ze skrytek wszystkie magiczne i przesycone złem skarby.
-  Co…  a  tak,  oczywiście.  Tędy!  -  Wielki  Mistrz  poprowadził  ich  ku  tronowi.  Dotknął  dłonią

poręczy  jednego  z  podłokietników  i  cały  tron  wraz  z  płytą,  na  której  stał,  przesunął  się  w  bok,
odsłaniając  wiodące  w  dół  schody.  -  Danusie,  zechciej  wziąć  pochodnię.  -  Wedle  rozkazu,  Wielki
Mistrzu. - Mogłabym oświetlić drogę tym. - Tesela podniosła w górę medalion.

-  Oswal  potrząsnął  głową.  -  Na  razie  wolę  nie  ryzykować.  Jeśli  użyjemy  darów,  które  raczyli

zesłać nam bogowie, Argaen może wyczuć naszą obecność. Wolę go zaskoczyć, zanim domyśli się,
że nadchodzimy.

Gdy  Darius  wrócił  z  pochodnią,  Kaz  rozejrzał  się  wokół,  szukając  jakiejś  broni.  Zostawienie

topora wydało mu się teraz kiepskim pomysłem. Wiele dałby za to, by poczuć teraz w dłoni szorstkie
drzewce.. - Myślałam, że zostawiłeś go w bibliotece? - zdziwiła się zaskoczona Tesela.

Kaz spojrzał na ręce. I zobaczył odbicie własnego pyska w zwierciadlanej powierzchni głowni

Oblicza Honoru. Tak go to zaskoczyło, że niewiele brakło, a byłby wypuścił topór z dłoni. Topór był
jednak  jak  najbardziej  realny.  W  jakiś  tajemniczy  sposób  zmaterializował  się  w  ręku  minotaura
dokładnie w tej chwili, kiedy okazał się potrzebny. Czy ten cud był dziełem Paladine’a… czy może
Sardal Crystalhorn dał mu magiczny oręż? - No, minotaurze… idziesz czy nie? - spytał stojący już na
schodach  Oswal.  Kaz  zważył  topór  w  dłoni  i  czując  solidny  ciężar,  wzruszył  ramionami.  W  tej
chwili  uznał  za  ważne  jedynie  to,  że  nie  jest  bezbronny.  -  Idę!  Zanurzyli  się  w  chłód  lochów.  -
Milordzie… - spytał Darius szeptem. - Czy są jeszcze inne wejścia do krypt?

- Owszem, są. Jedno, na przykład, znajduje się w komnacie, w której głowa Zakonu Róży - teraz

tę godność piastuje Bennet, mój bratanek - spotyka się z członkami zakonu.

- Gdzie Bennet przebywa teraz? - spytał Kaz cierpkim tonem. Nadal nie był pewien, co myśleć o

byłym rywalu Humy.

Wielki  Mistrz  przerwał  na  chwilę,  jakby  usiłował  zebrać  myśli.  -  Wydaje  mi  się…  że

przypominam  sobie…  jak  posłałem  go,  by  walczył  przeciwko  Paladine’owi!  Co  jeszcze  zrobiłem
podczas  tych  pięciu  lat,  czego  teraz  nie  pamiętam?  Jakie  krzywdy  wyrządziłem  mojej  ukochanej
Solamnii? Minotaur położył dłoń na ramieniu starszego rycerza.

-  Nie  ty,  panie…  To  sprawka  elfa…  i  tego,  co  zostawił  po  sobie  Galan  Dracos!  Wiele  jest

krzywd do naprawienia, Wielki Mistrzu, ale żadna z nich nie spada na twoje barki.

- - Mówisz tak, choć niewiele brakło, a byłbym sprawcą twojej śmierci! - A to za czyją sprawą

się stało?

Lord Oswal potrząsnął głową, jak ktoś, kto budzi się z koszmaru. - Wydaje mi się, że pamiętam…

Pytałem…  albo  mnie  ktoś  pytał…  o  kogoś,  kto  mógłby  wiedzieć  coś  o  Galan  Dracosie.  O!  To
Ravenshadow pytał mnie o wszystkich, którzy byli wtedy w cytadeli zdrajcy!

-  Może  chciał  wytracić  tych,  którzy  wiedzieli  coś  o  magii  renegata?  Cóż,  możemy  go  spytać…

przy okazji.

Dalszą część wędrówki przebyli w milczeniu, nie dlatego, iż obawiali się, że ktoś ich tu usłyszy -

każdy z członków wyprawy zastanawiał się, z czym też przyjdzie mu się wkrótce zmierzyć. Podczas
wędrówki po wijących się w dół schodach każdy walczył z własną wyobraźnią.

Wreszcie  usłyszeli  jakiś  dobiegający  z  dołu  dźwięk.  Lord  Oswal  podniósł  dłoń  nakazując,  aby

background image

wszyscy  się  zatrzymali.  Dotarło  do  nich  echo  głosu,  w  którym  z  trudem  rozpoznali  głos  elfa.  Nie
mogli zrozumieć, co tamten mówi - pojęli jednak, że jest podniecony i nieco zdenerwowany.

Wielki  Mistrz  odwrócił  się  do  Dariusa  i  gestem  polecił  mu  przekazać  pochodnię  Teseli,  ją  zaś

odesłał  do  tyłu.  Kapłanka  chciała  zaprotestować  przeciwko  odsyłaniu  jej  na  „bezpieczniejszą”
pozycję, ale się rozmyśliła. Tak czy owak, Oswal był u siebie i mógł wydawać takie polecenia, jakie
uważał za konieczne.

Kontynuowali zejście w dół, choć nieco wolniej i ostrożniej. Po raz drugi zatrzymali się wtedy,

gdy usłyszeli nowy głos, wyższy i bardziej przenikliwy. Kaz nie umiał powstrzymać się od uśmiechu,
głos  bowiem  należał  do  jego  kompana,  Delbina.  Kender  nie  tylko  żył,  ale  był  w  swoim  zwykłym
nastroju - ku niewątpliwej irytacji Argaena.

- Jak tu trafiłeś po raz pierwszy? Długo musiałeś ćwiczyć? Ci rycerze naprawdę nie życzą sobie,

by  ktoś  tu  zaglądał!  Nigdy  przedtem  nie  widziałem  tak  wymyślnych  zamków.  Mój  stryj  byłby  nimi
zachwycony! Wiesz, on jest najlepszy… sporo mnie nauczył i założę się, że byłby już w środku, choć
może ten tu… łaciata świnia by go… zameczek… sprawiłby nawet jemu… pewien kłopot..

- Milcz, kenderze! - syknął Argaen. - Muszę się skupić albo coś przeoczę! Jeśli tak się stanie, już

po nas obu! I co wtedy zrobi bez ciebie ten twój byczogłowy przyjaciel?

-  Chciałbym,  żeby  Kaz  był  tutaj.  Jest  z  nim  zawsze  masa  uciechy.  Wiesz,  trochę  zgłodniałem.

Masz jeszcze trochę tego chleba? Lubię chleb, szczególnie posmarowany miodem..

- Jak możesz tak terkotać i jednocześnie pracować nad zamkiem? - Najwyraźniej cierpliwość elfa

była na wyczerpaniu, nie mógł się jednak obejść bez usług kendera.

-  Gdyby  wszystko  działo  się  w  nieco  innych  okolicznościach,  Kaz  byłby  się  setnie  ubawił,

podsłuchując  rozmowę  elfa  z  kenderem.  -  Myślę,  że  go  rozgryzłem!  -  Nareszcie!  Nie  mogę  już
wytrzymać!

Lord  Oswal  zesztywniał  lekko.  Sięgnął  za  płytę  napierśnika  i  wyciągnął  stamtąd  łańcuszek,

zakończony wyglądającym znajomo medalionem. Następnie odwrócił się do Teseli i gestem polecił
jej uczynić to samo. Dziewczyna kiwnęła główką i mocno ujęła medalion dłonią wolnej ręki.

Cała grupka ostrożnie pokonała ostatnie stopnie schodów. Na czele skradali się Kaz i Oswal. Z

dołu przyświecała im migotliwa poświata emanująca z otworu, który nie mógł być czym innym, jak
wejściem do krypty. Kaz pochylił się i nie wypuszczając topora z dłoni, ostrożnie zerknął do środka.

W  pierwszej  chwili  komnata  wydała  mu  się  zaskakująco  rozległa.  Pułap  znajdował  się  na

wysokości  trzykrotnie  przenoszącej  wzrost  minotaura,  na  posadzce  zaś  dość  było  miejsca,  by
pomieścić  drużynę  rycerzy  na  koniach.  Po  drugiej  stronie  komnaty  widać  było  kolejne  wiodące  w
górę schody. Znaki na ścianach i różne dziwne przedmioty leżące na posadzce lub wystające ze ścian
dały Kazowi niejakie pojęcie o niektórych paskudniej szych pułapkach, jakimi rycerze zabezpieczyli
wejścia  do  krypt.  Były  to  pułapki  jedynie  fizyczne.  Argaenowi  najwyraźniej  jakoś  udało  się  -
przynajmniej do tego momentu - pokonać wszelkie pułapki czarodziejskie.

Pośrodku  komnaty,  obok  lśniącego  kryształu,  który  był  źródłem  zalewającej  pomieszczenie

poświaty,  stał  elf,  Argaen  Ravenshadow.  Miał  teraz  na  sobie  czarną  jak  noc  szatę,  która
potwierdzała,  komu  ślubował  lojalność  i  posłuszeństwo.  Mroczny  elf  trzymał  coś  w  dłoniach
uniesionych  tak,  jakby  zamierzał  chwycić  w  nie  lśniący  kryształ.  Patrzył  też  prosto  przed  siebie,
wytrzeszczając  oczy,  jakby  się  spodziewał,  że  z  którejś  krypty  w  ścianie  lada  moment  wyłoni  się
Królowa Smoków. A w każdym razie nie coś, nad czym da się zapanować, pomyślał Kaz ponuro. Dla
dopełnienia wizerunku elfa godzi się dodać, że włosy stanęły mu dęba.

Drzwi  do  samych  krypt  sięgały  niemal  stropu  sali.  Były  trzy  wejścia,  każde  potężne,  solidne,

ozdobione symbolem jednego z trzech zakonów. Uwaga Argaena skupiła się na drzwiach, na których

background image

wyrzeźbiono różę. Delbin grzebał przy ryglu. Choć stał na palcach, zaledwie mógł sięgnąć do zamka.

Dłoń  Wielkiego  Mistrza  musnęła  łapę  minotaura.  Obaj  spojrzeli  jeden  na  drugiego.  Oswal

uśmiechnął  się  drapieżnie  i  szepnął:  -  W  samą  porę!  Bądź  gotów  i  uderzaj  wespół  ze  mną!
Zacisnąwszy w dłoni medalion będący symbolem jego wiary, stary rycerz zamknął

oczy i wyszeptał coś niedosłyszalnie.
Argaen  Ravenshadow  żachnął  się,  jakby  ktoś  wymierzył  mu  fizyczny  cios.  Jego  oczy  rozjarzyły

się nagle i zwrócił je ku kryjącej się jeszcze w mroku czwórce przybyszów. -Nie… nie… to być nie
może! - zaskrzeczał.

Kaz  tymczasem  zdążył  już  przebiec  połowę  odległości  pomiędzy  wejściem  a  stanowiskiem

mrocznego  elfa.  Tuż  za  nim  długimi  susami  sadził  Darius.  Minotaur,  rycząc  jak  rozjuszony  byk,
wzniósł potężny topór nad głowę. Jeden cios i łeb przeciwnika potoczy się po posadzce..

Rozpędzony minotaur uderzył całym sobą w coś, co choć niewidoczne, było równie nieustępliwe

jak kamienny mur. Odbiwszy się od zapory, potrącił Dariusa, który z całym impetem rąbnął w ścianę
po  przeciwnej  stronie  sali.  Kaz  tymczasem  zwalił  się  na  posadzkę  ciężko  jak  wór  -  nie  stracił
wprawdzie przytomności, zbyt był jednak oszołomiony, by zdobyć się na jakiś wysiłek.

Delbin,  który  -  dziw  nad  dziwami!  -  w  ogóle  nie  zwrócił  uwagi  na  rumor  i  wrzaski,  w  tejże

chwili  radośnie  oznajmił  całemu  światu:  -  Mam!  Powinienem  wszystko  spisać,  bo  to  największa
przygoda, w jakiej wziąłem.. - Zamknij dziób, durniu!

- Argaenie Ravenshadow! - Na otwartą przestrzeń wystąpił Wielki Mistrz, na którego napierśniku

jasno lśnił symbol Paladine’a. - Twe sztuczki na nic się już zdadzą! Spójrz mi w twarz i przekonajmy
się,  czy  twoja  moc  uchroni  cię  przed  sądem  i  karą!  -  Za  Mistrzem  stała  Tesela,  która  również
zaciskała w dłoni swój medalion.

Na obliczu elfa pojawił się wyraz desperacji. Jedną dłonią wetknął trzymany niedawno oburącz

przedmiot  w  kieszeń  opończy,  drugą  zaś  wydobył  coś  z  innej  kieszeni.  Z  zaskakującą  szybkością
cisnął w starego rycerza garstką małych kuleczek.

Wielki  Mistrz  zrobił  mu  to  samo,  co  elf  Kazowi.  Drobne  pociski  odbiły  się  od  niewidocznej

ochronnej sfery i zakończyły lot w różnych częściach rozległej komnaty.

-  Na  nic  lepszego  już  cię  nie  stać?  Nie  jesteś  magiem,  elfie!  Podejrzewałem  to  od  pierwszej

chwili,  kiedy  się  tu  zjawiłeś  -  jesteś  tylko  złodziejaszkiem,  który,  owszem,  potrafi  ukraść  jakiś
magiczny artefakt, sam jednak nie ma prawie żadnej mocy!

Drobne kulki zaczęły wybuchać, napełniając komnatę krypt grzmotami i oślepiającymi błyskami.

Zaskoczony  tym  lord  Oswal  cofnął  się  o  krok.  Podstęp  przeciwnika  oślepił  go  niemal  i  ogłuszył  -
choć należało sądzić, że rycerz nie uległby tak łatwo, gdyby nie długi okres cierpień i wyrzeczeń, jaki
miał za sobą.

Kaz  oglądał  wszystko  załzawionymi  oczyma.  Zobaczył  więc,  jak  Argaen  ruszył  co  tchu  ku

wejściu do krypty, przy którym stał kender. Elf odepchnął Delbina na bok. Kaz dźwignął się na nogi i
nieco chwiejnym krokiem ruszył na elfa.

Argaen  tymczasem  szarpnął  masywne  drzwi  krypty.  Pomimo  smukłej  budowy  elf  dysponował

imponującą  siłą.  Drzwi  uchyliły  się  nieco  i  oświetlenie  komnaty  nagle  przekształciło  się  w
niesamowitą, zielonkawą poświatę, od której minotaurowi ciarki przebiegły po grzbiecie. Poświata
była  zimna  i  wyczuwał  w  niej  czyjąś  złowrogą  -i  jakby  znajomą  -  obecność.  - Aaargh!  -  wrzasnął
niespodziewanie Argaen, nie był to jednak okrzyk tryumfu. Napór zielonkawej poświaty był niemal
fizycznej  natury…  i  przybysze  wyraźnie  odczuli  jego  siłę.  Wielki  Mistrz  cofnął  się  raptownie,  zbyt
słaby i oszołomiony, by stawić opór. Nikt zresztą nie potrafiłby zdziałać więcej.

Kaz potknął się i opadł na jedno kolano. Poczuł, że ujmują go dwie dłonie, które pomagają mu

background image

wstać.  Podnosząc  wzrok,  spojrzał  w  oczy  Teseli.  Uśmiechnięta  dzielnie  twarz  dziewczyny  płonęła
mocą Mishakal. Uzdrowicielka również nie poddawała się złowrogiemu naporowi.

-  Kaz,  nie  umiem  walczyć  orężem!  Pozwól,  by  Mishakal  objęła  cię  opieką  i  dodała  ci  sił!  To

jedyna pomoc, jakiej mogę ci udzielić! - Choć panującej w komnacie ciszy nie zakłócał żaden inny
dźwięk, Kaz miał trudności ze zrozumieniem jej słów… jakby wołała doń z bardzo daleka.

Minotaur  kiwnął  głową.  Pomyślał  o  tym,  by  odwrócić  się  i  podnieść  topór…  i  w  tejże  samej

chwili odkrył, że ma go w dłoni. Na zwierzęcym obliczu Kaza pojawił się ponury uśmieszek. Taka
magia mu się podobała… i chętnie dowie się o niej czegoś więcej! - Zobacz, co z Dariusem i innymi!
-  krzyknął  i  zuchwale  ruszył  ku  drzwiom  krypty.  Zanim  dotarł  do  wejścia,  domyślił  się,  z  czym
przyjdzie  mu  się  zmierzyć.  Miał  do  czynienia  z  tą  samą  straszliwą  mocą,  którą  czuł  z  daleka,  gdy
ocaleli z bitwy smoczy jeźdźcy runęli z góry ku cytadeli szalonego maga, odstępcy..

Gdy  stanął  w  otwartych  drzwiach  krypty,  ujrzał  to,  czego  się  obawiał.  Huma  pokonał  Galan

Dracosa  posłużywszy  się  magiczną  laską  swego  przyjaciela  z  dzieciństwa,  Magiusa.  Potęga  i  moc
Dracosa  zostały  rozproszone  i  unicestwione,  tak  więc  przedmiot,  który  emanował  zielonkawą
poświatę,  powinien  leżeć  w  tysiącu  szklanych  kawałków  gdzieś  na  zboczach  gór  i  pod  gruzami
cytadeli  odstępcy.  A  jednak  ów  złowrogi  artefakt  w  jakiś  sposób  zdołał  się  odtworzyć,  choć
niecałkowicie - jeśli sądzić po pęknięciach i szczelinach - i teraz spoczywał na stosie połamanych i
porozbijanych innych magicznych przedmiotów, zebranych wśród ruin cytadeli.

Szmaragdowa sfera Galan Dracosa, tkwiąca na stosie artefaktów jak smok na kupie zagrabionych

skarbów, powitała minotaura złowrogim lśnieniem.

background image

26.Bohaterowie II - Minotaur Kaz

Rozdział 15

FRAGMENTY. Zgodnie z tym, co mówił Huma, tylko to miało pozostać ze szmaragdowej sfery.

Sfera była kanałem, którym Galan Dracos zbierał moc z rejonów rozciągających się nawet poza samą
otchłań. Dzięki tej mocy jego mroczna małżonka mogłaby w pełni swej chwały zstąpić na Krynn. Bez
niej  byłaby  osłabiona,  jak  wszystkie  bóstwa,  które  zniżają  się  do  tego,  by  nawiedzić  przestrzenie  i
wymiary  zamieszkiwane  przez  istoty  śmiertelne.  Dracos  jednak,  dzięki  swym  przeciwnym  naturze,
śmiało  zaplanowanym  eksperymentom,  znalazł  sposób,  by  obejść  to  prawo.  Miał  zresztą  zamiar
okpienia  i  samej  Takhisis,  zamierzał  bowiem  dodać  jej  potęgę  do  swojej  własnej.  W  najbardziej
krytycznym  i  rozpaczliwym  momencie  starcia  Huma  cisnął  w  szmaragdową  sferę  laską  Magiusa  -
jakby  miotał  włócznią.  Choć  najhartowniejsza  stal  nie  potrafiła  nawet  zadrasnąć  kryształowej
powierzchni,  magiczna  laska  przeszła  przez  sferę  z  nieprawdopodobną  łatwością,  niszcząc  i  samą
sferę, i marzenia o potędze jej twórcy.

W  tajemniczy  sposób  wraz  z  upływem  czasu  sfera  sama  zebrała  się  w  całość.  Była  jednak

niedoskonała i nawet Kaz, na poły oślepiony jej złowrogim blaskiem, widział szczeliny i pęknięcia.
Nie wszystko dało się zebrać ponownie - niektóre fragmenty zostały zmiażdżone, inne beznadziejnie
zagrzebane  pod  ruinami  warowni  renegata.  Zaskakujące  było  raczej  to,  że  rycerzom  udało  się
odszukać tak wiele.

Za migotliwym artefaktem, na poły przezeń zasłonięty, stał Argaen Ravenshadow. Z jego prawego

boku  spływała  krew.  Teraz  już  nie  ulegało  wątpliwości,  że  elf  w  istocie  był  tylko  szalonym
złodziejaszkiem prawdziwej magii. Ciemny elf uśmiechnął się na widok Kaza, jakby zobaczył go po
raz pierwszy.

- Nigdy nie myślałem, że to może być tak… cudowne - wyszeptał. Lśnienie sfery nadawało mu

wygląd  prawdziwie  upiorny.  -  Oto,  jaka  nagroda  spotyka  tych,  co  nie  przejmują  się  skostniałymi
zasadami rady! Oto prawdziwa magia! - I śmierć, elfie. Najpewniej twoja. - Kaz podniósł topór.

Argaen  wstał  znad  sfery.  W  każdym  jego  ruchu  widać  było  ból  i  wysiłek.  Z  rozległej  rany  pod

jego prawym barkiem wciąż sączyła się krew. Gdyby cios trafił nieco bardziej w lewo, elf byłby już
trupem.  -  Rycerze…  byli  bardzo  dokładni.  Nie  spodziewałem  się,  że…  w  samej  krypcie  założą
ostatnią pułapkę. Niemal im się udało.. - Nie traćmy nadziei. Już prawie po tobie, złodzieju.

Elf  uśmiechnął  się  tryumfalnie.  -  Teraz  to  bez  znaczenia.  Mam  dostęp  do  mocy  większej,  niż

jakikolwiek z żyjących magów. Nie tylko mogę się sam uzdrowić… we właściwym czasie mogę stać
się niemal bogiem!

-  Galan  Dracos  uległ  dokładnie  temu  samemu  złudzeniu  -  zaśmiał  się  drwiąco  Kaz.  -  Miał  na

karku wojnę.

- Ty zaś masz na karku jedynie mnie. Myślę jednak, że na takiego jak ty, będę w sam raz. - Kaz

ruszył ku magowi i jego trofeum. - Tak uważasz?

Tym  razem  nie  przypominało  to  uderzenia  o  kamienny  mur.  Kaz  poczuł  się  tak,  jakby  usiłował

przeleźć przez bryłę miękkiego sera. Parł do przodu, opór jednak rósł z każdym jego krokiem.

Tak czy owak, odległość dzieląca przeciwników zmalała znacznie, gdy Kaz ujrzał, że elf sięga do

kieszeni  opończy  i  wyjmuje  z  niej  niewielką  figurkę.  Spostrzegł  natychmiast,  że  była  to  ta  sama
figurka,  którą  przedtem  przypadkowo  „znalazł”  Delbin.  W  tejże  samej  chwili  minotaur  poczuł,  że

background image

spadają zeń więzy zaklęcia, które utrudniało mu ruchy. Korzyść jednak była krótkotrwała i właściwie
znikoma, ponieważ już w biegu zobaczył, że maleńka figurka w wyciągniętej dłoni elfa rozdyma się
jakby i ulatuje. Wylądowała pomiędzy nim i elfem, skutecznie odgradzając go od Ravenshadowa. I
nie przestawała rosnąć.

To ten nocny stwór! Darius niewiele się pomylił, upierając się, że nie zostali zaatakowani przez

smoka, bo choć stwór, przed którym Kaz cofnął się ze zgrozą, miał smocze skrzydła, ciało i paszczę -
w  rzeczy  samej  nie  był  to  legendarny  potwór.  Nie  była  to  nawet  istota  żywa,  przynajmniej  wedle
powszechnych i ogólnie przyjętych miar.

Był  to  smok  z  kamienia,  doskonały  w  każdym  szczególe  posąg,  rzeźba  ożywiona  sztuką

czarnoksięską.  Nie  przestawał  rosnąć.  Łbem  sięgał  już  pułapu  komnaty.  Zdumiony  i  przerażony
minotaur patrzył, jak nieruchome - zda się - skrzydła, lekko zatrzepotały. Zastanawiał się też, jak ów
stwór, znacznie przecież cięższy od prawdziwego smoka, może latać.

Kamienny  potwór  rozwarł  szeroko  swą  paszczę  i  ryknął  wyzywająco  -  czemu  towarzyszyła

kompletna cisza. Choć miał paszczę z wielkimi, ostrymi jak dłuta kłami i rozdwojony język dłuższy
niż  ramię  minotaura,  jego  twórca  nie  wyposażył  go  w  krtań.  Rozwarta  paszcza  kończyła  się
kamieniem. Stwór nie mógł wydać żadnego dźwięku.

Bydlę nadal rosło i Kaz pomyślał, że jeśli dalej tak pójdzie, to zapełni sobą całą kryptę.
Smok rąbnął długim, łuskowatym ogonem w najbliższą ścianę. Ta nie pękła wprawdzie, ale na jej

całej  powierzchni  pojawiły  się  szczeliny.  -  Przestań!  -  Elf  spojrzał  groźnie  na  kamienną  bestię.  -
Zwalisz nam wszystko na łby! W odpowiedzi na reprymendę, potwór spojrzał z góry na swego pana i
syknął

bezgłośnie.  Zaczął  się  też  obracać  w  miejscu,  jakby  pragnął  znaleźć  wyjście  z  krypty.  Uderzył

przy tym skrzydłem o już osłabioną ścianę, na której pajęczyna szczelin rozbiegła się dalej i objęła
siecią część pułapu. Smok ruszył przed siebie.

-  Natychmiast  przestań!  - Argaen  odsunął  się  nieco  od  sfery,  która  jarzyła  się  teraz  jaśniej  niż

przedtem. Rozkazuję ci!

- Twoja zabawka wyrwała się spod kontroli! - zawołał Kaz. Natychmiast też tego pożałował, bo

smok  nagle  odwrócił  głowę  i  spojrzał  nań  bacznie  pustymi  oczami.  Bydlę  znów  zaczęło  się
odwracać. Ponownie rąbnęło ogonem o ścianę, co wywołało złowrogi rumor w pułapie.

Elf klęczał na jednym kolanie i widać było, że jego siły słabną z każdą chwilą. -Minotaurze!
Kaz  początkowo  nie  zwrócił  uwagi  na  ten  okrzyk,  miał  bowiem  do  ratowania  własną  skórę.

Zamachnął  się  toporem  od  lewej,  pewien,  że  nie  zrobi  to  żadnego  wrażenia  na  potworze,  który  już
pokazał, że nie można go zranić żadnym orężem. Ku jego niepomiernemu zdziwieniu, bestia cofnęła
się o dwa kroki. Następnie pochyliła ku niemu łeb, otworzyła pysk i pozostała w bezruchu przez kilka
sekund.  Minotaurowi  wydało  się  to  dość  dziwne  -  dopóki  nie  przypomniał  sobie,  że  taką  właśnie
pozycję  przybierają  prawdziwe  smoki  zionące  ogniem.  Ożywiony  potwór  wyobrażał  sobie
najwyraźniej,  że  jest  dokładnie  takim  samym  smokiem,  jak  te,  które  usiłował  naśladować.  -
Minotaurze! Posłuchaj… posłuchaj że mnie!

- A to co znowu? - Zdezorientowany Kaz patrzył ze zdumieniem, jak potwór próbuje wzbić się w

powietrze.  Udało  mu  się  to  tylko  na  sekundę,  po  której  łeb  stwora  niczym  taran  wyrżnął  w  pułap
krypty. Na elfa i minotaura runął deszcz kamiennych odłamków.

- Na kodeks i przysięgę! - Cokolwiek miał powiedzieć Argaen, stłumiły to okrzyki wpadających

do  krypty  Wielkiego  Mistrza  i  Dariusa.  Spodziewali  się  walki…  ale  przecie  nie  z  czymś  takim!
Kamienna bestia odwróciła się i spojrzała na nowych przeciwników.

-  Niech  cię  otchłań  pochłonie,  potworze!  Porachujemy  się  za  moich  towarzyszy!  -Ruszył  na

background image

kamienną bestię w typowo solamnijski sposób: pochyliwszy głowę i wyciągnąwszy miecz, natarł na
przeciwnika  dwudziestokrotnie  odeń  większego.  Kaz  nigdy  nie  umiał  orzec,  czy  taki  atak  jest
świadectwem niezmiernej dzielności, czy głupoty.

Jakkolwiek  było,  Darius  dopadł  smoka,  zanim  ktokolwiek  zdołał  go  powstrzymać.  Wydawszy

głośny  okrzyk  bojowy,  ciął  najbliższą  łapę  -  z  takim  jedynie  rezultatem,  że  miecz,  odbiwszy  się  od
litej skały, wyfrunął mu z dłoni. Smok zaś podniósł łapę do ciosu. - Nie! - Lord Oswal zareagował
odruchowo, rzucając się, by wyciągnąć

rozjuszonego i oszołomionego młodzika z niebezpieczeństwa, oczywistego dla wszystkich, prócz

niego samego.

Potężna  łapa  opadła,  wybijając  w  posadzce  wielką  dziurę  i  wstrząsając  całą  kryptą.  Pułap

zatrzeszczał  i  osiadł  lekko,  podejrzany  gruchot  potrwał  zaś  nieco  dłużej.  Krypta  nie  została
zaprojektowana tak, by powstrzymać wyrywające się z niej na wolność wielkie bydlę.

Wielki  Mistrz  ocalił  Dariusa,  teraz  jednak  sam  znalazł  się  w  poważnych  opałach.  Runęło  nań

kilka  sporych  kamieni,  w  wyniku  czego  stracił  równowagę  i  zwalił  się  na  posadzkę.  Kaz  usiłował
podbiec do niego, na drodze stanął mu jednak kamienny smok, nad którym elf najwidoczniej zupełnie
już stracił kontrolę. Potwór uparcie usiłował zniszczyć obu rycerzy. Minotaur spojrzał na swój topór
i przygotował się psychicznie do samobójczej szarży.

-  Minotaurze…  posłuchaj!  Istnieje  pewien  sposób… Argaen  Ravenshadow  przyciskał  palce  do

dziury w piersi. Rana przestała już krwawić, elf jednak był blady jak niedożywiony wampir. Drugą
ręką opierał się o posadzkę, by nie upaść. Kaz pomyślał, że niewiele trzeba, by podciąć mu tę rękę i
zwalić  twarzą  na  ziemię,  tak  by  nie  mógł  już  się  podnieść.  Pokusa  była  spora,  minotaur  jednak
zdławił  w  sobie  tę  myśl.  Obejrzawszy  się  przez  ramię,  zobaczył  Dariusa,  który  próbował
przeciągnąć  Oswala  w  bezpieczne  miejsce.  Niezbyt  sprawnie  mu  to  szło,  bo  jego  prawa  noga
najwyraźniej  szwankowała,  jakby  skręcił  sobie  kostkę.  Do  krypty  wpadła  jeszcze  jedna  osoba  -
Tesela.  Na  twarzyczce  kapłanki  malował  się  wyraz  zawziętej  desperacji.  Usiłując  nie  patrzeć  na
potwora,  podbiegła  do  Dariusa  i  pomogła  mu  wlec  Oswala  ku  wyjściu  z  krypty.  Kamienny  smok
ruszył  za  nimi.  Delbin  gdzieś  przepadł  i  Kaz  mógł  tylko  liczyć  na  to,  że  kender  zachowa  dość
zdrowego rozsądku, by się tu nie pokazywać.

Usłyszał  jęk  Argaena  i  zwrócił  się  w  stronę  elfa.  -  Minotaurze…  pomóż  mi…  pomóż  mi

podporządkować  sferę  mojej  woli..  -  Ha!  Jesteś  bardziej  szalony,  niż  myślałem.  Ja  mam  pomagać
tobie?

Elf wypluł krew z ust. - Nie mogę… już… kontrolować… ożywieńca. Minotaurze… widzisz, że

umieram! Jeśli tak się stanie, ten… stwór będzie pustoszył wszystko… aż zniszczy całą warownię…
a potem… zabierze się za resztę Solamnii! - Powstrzyma go inny czarodziej!

- Owszem… - Argaen spróbował się uśmiechnąć. Ale my wszyscy… zginiemy wcześniej… a kto

wie… ilu ludzi jeszcze zostanie zabitych?

Kaz obejrzał się za siebie i zobaczył, że Darius, Tesela i Oswal dotarli już prawie do wyjścia.

Smok,  który  znowu  opierał  się  woli Argaena,  tłukł  się  teraz  o  ściany.  Sieć  pęknięć  pokrywała  już
cały pułap krypty i Kaz zaczął się zastanawiać, czy nie zawali się

i  komnata  wejściowa.  -  Minotaurze…  niewiele  już  zostało  ci  czasu!  Mnie…  zresztą  też!  -  Co

mam  zrobić?  -  W…  woreczku…  przy  moim  pasie..  -  Bogowie!  Elfie,  czy  to  nie  jeszcze  jedna  z
twoich  nowych  sztuczek..  -  Ba…  bardzo  stara  sztuczka.  Tutaj…  -  Elf  kiwnięciem  głowy  pokazał,
gdzie.

Kaz  spojrzał  na  szmaragdową  sferę.  Nie  umiał  oprzeć  się  wrażeniu,  że  i  ona  nań  patrzy…  z

łagodnym  rozbawieniem.  Odkrył,  że  jej  pulsowanie  jest  nieco  denerwujące,  jakby  sfera  się  z  nim

background image

bawiła.  Ciekaw  był,  czy  Ravenshadow  w  pełni  pojmuje,  co  takiego  właściwie  usiłuje  sobie
podporządkować. Minotaur nie przejąłby się specjalnie śmiercią elfa… ale wtedy również trzeba by
się uporać i z samą sferą.

Niechętnie pochylił się nad elfem i zaczął szukać wspomnianego woreczka. - Co mam znaleźć?

Płaskie, skórzane?

- Nie! I odłóż to natychmiast! - Argaen znów się rozkaszlał. Na ustach elfa pojawiła się krwawa

piana. Mały sześcian… pudełeczko..

Kaz  znalazł  coś,  co  mogło  uchodzić  za  sześcian.  Wyjął  to  z  woreczka  i  pokazał  elfowi.  -  Tego

potrzebujesz? - Owszem… Teraz mi pomóż… Muszę oddalić się od sfery o kilka kroków.

Za  nimi  rozległ  się  ogłuszający  huk  i  nagle  część  sklepienia  runęła  w  dół.  Kaz  niemal  puścił

Argaena, chciał bowiem ocenić rozmiary zniszczeń. - Nie zwracaj na to uwagi! -wrzasnął Argaen. -
Ta krypta… i cała komnata zewnętrzna… wkrótce legnie w gruzach! Pomóż mi!

Odciągając  elfa  od  sfery,  minotaur  klął  siarczyście  wszystkich  bogów,  których  zdołał  sobie

przypomnieć. Gdy oddalili się dobry tuzin kroków, Argaen polecił Kazowi, by ten posadził go pod
ścianą. - Teraz… - oddech elfa był krótki i urywany - połóż sześcian na szczycie sfery. - Elfie..

-  Nie  sprzeciwiaj  mi  się!  -  Ravenshadow  gonił  już  resztkami  sił.  Wszystkie  ściany  gięły  się  i

trzeszczały.  Kaz  słyszał,  że  kamienny  smok  tłucze  o  coś  łbem  i  zrozumiał,  że  bydlę  usiłuje  nadal
wyrwać się z krypty, nie bacząc na to, że nie ma żadnych szans, by zmieścić się w wyjściu.

Trzymając  topór  w  jednej  i  kostkę  w  drugiej  dłoni  Kaz  zaczerpnął  tchu  i  ruszył  ku  złowrogiej

sferze. Ku swemu zaskoczeniu, nie odczuwał jej sprzeciwu… nie oślepiał go też jej blask. Zamiast
tego wszystkiego wyczuł pewne… zniecierpliwienie.

To tylko przedmiot - powiedział sobie. - Przeklęty, zrodzony w otchłani… ale tylko przedmiot.
Nie  całkiem  potrafił  przekonać  o  tym  samego  siebie,  niemniej  osiągnął  cel.  Zebrawszy  się  w

sobie, umieścił małą czarną kostkę na samym szczycie sfery będącej dumą Galan Dracosa, potem zaś
rzucił się do ucieczki.

Gdy  Kaz  dotarł  do  elfa,  Argaen  śmiał  się  albo  udawał,  że  się  śmieje.  -  No  i  co?  Czegoś  się

spodziewał?

Minotaur  spojrzał  na  sześcian.  -  To  rośnie!  Elfie,  jeśli  uwolniłeś  jeszcze  jednego  potwora..  -

Patrz!

Czarny sześcian zwiększał swe rozmiary, ale i zmieniał swoją postać. Im większy się stawał, tym

mniej był realny. Gdy osiągnął wielkość połowy sfery, zaczął na nią opadać, jakby stopiło się jego
dno.

Tkwiący u porozbijanego wejścia do krypty kamienny smok przerwał swe niszczycielskie dzieło,

jakby  niepewny,  co  czynić  dalej.  Towarzysze  Kaza  zniknęli  i  w  sercu  minotaura  obudziła  się
nadzieja, że udało im się opuścić także zewnętrzną komnatę.

- Minotaurze, sześcian pochłania szmaragdową sferę. Gdy cała znajdzie się w jego wnętrzu, jej

moc zostanie stłumiona… i da się ją przenieść gdzie indziej… a nawet nad nią zapanować. - Argaen
dźwignął się na nogi, niepewnie, ale widać było, że nie cierpi już tak, jak przed kilkoma chwilami. -
Wiedziałem, że to się uda! - Wiedziałeś, że to się uda? - Oczy minotaura zwęziły się niebezpiecznie.

-  Minotaurze,  jesteś  jedynym  świadkiem  mojego  tryumfu!  Ja  sam  wymyśliłem  pojemnik  cienia,

jak  go  nazwałem…  właśnie  do  takiego  celu…  i  poskutkowało!  Szmaragdowa  sfera,  narzędzie
władzy, jest moja!

Jednym szarpnięciem potężnej łapy Kaz poderwał elfa z ziemi i podniósł do swoich ślepiów. -

Wydaje się, że nagle poczułeś się znacznie lepiej, złodzieju magii!

-  Pamiętaj  o  swoich  przyjaciołach!  -  Błyskając  dziko  oczyma,  Argaen  szarpnął  się,  wyrwał  z

background image

uścisku minotaura i upadł na posadzkę. - Nie zapomnij też o tym gadatliwym kurduplu, włamywaczu!

Spora część pułapu zawaliła się nagle, uwalniając tony ziemi, w dziwny jednak sposób pojemnik

cienia  pozostał  nietknięty  i  wolny.  Kazem  miotały  dwa  uczucia  -nienawiść  do  elfa  i  pragnienie
wyrwania się z krypty, zanim runie reszta sklepienia i wszystko pochłonie ziemia.

- Powinienem pozwolić na to, by ożywieniec zabił was wszystkich… choć obawiam się, że moja

gra nie była aż tak doskonała, jak myślałeś. Elfy są mocniejsze, niżby się to mogło wydawać… ale
istnieją pewne granice. - Argaen popatrzył ponad Kazem na

- kamiennego smoka, który nadal tkwił u wejścia do krypty. Stwór nagle rozłożył skrzydła na tyle

oczywiście,  na  ile  pozwalała  mu  ciasnota  krypty  i  odwrócił  się  ku  obu  przeciwnikom,  wydając
bezgłośny ryk. Rozwarłszy szeroko potężne szczęki, bestia wolno ruszyła w ich stronę. Jej ruchy były
płynne i wdzięczne, Kaz niemal mógł sobie wyobrazić pracę kamiennych mięśni pod kamienną skórą.
Smok znów smagnął ogonem ściany, wzbijając obłoki kurzu.

Kaz cofnął się gdy potwór, ignorując zupełnie spowodowane przez siebie zniszczenia, zatrzymał

się przed swoim panem. Mroczny elf zaśmiał się posępnie. -Minotaurze, nie radziłbym ci zostawać tu
dłużej.  Jeśli  ruszysz  niezwłocznie,  może  uda  ci  się  wyjść,  zanim  wszystko  się  tu  zawali!  -  Nie
mówisz poważnie!

Martwa  jak  kamień  bestia  Argaena  skupiła  na  minotaurze  spojrzenie  ślepych  źrenic  i  opuściła

grzbiet niżej, tak by elf mógł się nań wspiąć. - Nigdy w życiu nie byłem dalszy od żartów!

Rycerz  solamnijski  zostałby  i  podjąłby  walkę.  Niemal  każdy  z  minotaurów  zostałby  i  podjąłby

walkę. Kaz był rozsądniejszy. Rzucił się do ucieczki.

W  tejże  właśnie  chwili  przez  rumowisko  przy  wejściu  do  krypty  zaczęła  przedzierać  się

niewysoka figurka. Delbin. Za kenderem Kaz ujrzał lorda Oswala. Zaklął szpetnie, wiedział bowiem,
że  tuż  za  nimi  są  Darius  i  Tesela.  Na  nic  jego  -  nikłe  zresztą  -nadzieje,  że  tamci  zachowają  się
rozsądnie i opuszczą podziemia przy pierwszej nadarzającej się sposobności. Wielki Mistrz, mocno
sponiewierany, pierwszy dostrzegł minotaura i otworzył usta, by coś powiedzieć. Kaz machnął ręką.
- W nogi!

Stary rycerz jednym rzutem oka ocenił sytuację i choć niechętnie - usłuchał wezwania, ale Delbin,

ulegając typowej dla kenderów ciekawości, został na miejscu, usiłując dojrzeć coś ponad ramionami
minotaura. Kaz warknął wściekle, wetknął sobie topór pod jedno ramię, drugą zaś dłonią porwał za
kark Delbina. Wypadając z krypty, usłyszał z tyłu jakiś niezrozumiały okrzyk Argaena.

Oswal i Tesela pomagali już Dariusowi pokonywać schody wyjściowe. Żadne z nich nawet się

nie obejrzało. Gdy cała grupa wspinała się do góry, ściany i stopnie drżały i trzęsły się w posadach.
Biegnący  z  tyłu  Kaz  poczuł,  że  płyty  pod  jego  stopami  zaczynają  ustępować.  Nie  odezwał  się
słowem,  wiedział  bowiem,  że  biegnący  przed  nim  i  tak  dają  z  siebie  wszystko.  Tesela  nie  miała
nawet chwili wytchnienia, by zająć się zwichniętą kostką Dariusa.

Gdy dobiegli wreszcie na górę, ulga, jaką poczuła cała grupa na widok wyjścia, nie trwała długo.

Okazało się, że niełatwo będzie się przedostać przez mocno uszkodzone drzwi.

- Musimy stąd wyjść - zdecydował za nich lord Oswal. - Może trzeba będzie całkowicie opuścić

Vingaard, dopóki się nie przekonamy, że zagrożenie minęło.

Poprowadził ich przez rozwaliska sal. Darius cierpiał okropnie, nie odezwał się jednak słowem.

Kaz, podniecony i rozgrzany, zapomniał puścić kendera, co - jak się później okazało - miało swoje
dobre  strony.  Nie  sposób  było  powiedzieć,  w  co  jeszcze  mógłby  Delbin  wdepnąć  i  na  jakie
niebezpieczeństwa mógłby ich wszystkich narazić.

Znów powitały ich nocne mroki. Kaz nie bez zdziwienia odnotował w pamięci, że od chwili, w

której wespół z dwojgiem ludzi ruszył na poszukiwanie kendera, minęło niewiele czasu. A przecież

background image

wydało mu się, że jego starcie z Argaenem trwało całe wieki.

Z  mroku  wyłoniło  się  kilka  sylwetek.  Byli  to  zaskoczeni  rycerze,  którzy  stali  na  straży  kwater

Wielkiego Mistrza. Niespodzianką dla poszukiwaczy okazało się to, że ludzie ci byli jak najbardziej
realni.  Kaz  nie  zdziwiłby  się  wcale,  gdyby  się  okazało,  że  Oswal  przez  cały  czas  tkwił  w
Vingaardzie sam jak palec.

Wielki  Mistrz  natychmiast  zaczął  wydawać  rozkazy  swoim  nielicznym  podwładnym.  Kaz

podziwiał go z całej duszy, wiedział jednak, jak bardzo osłabiony i wyczerpany jest stary rycerz. W
każdej chwili mógł zwalić się na ziemię bez ducha - i tym razem mogłoby to trwać znacznie dłużej.
Na razie jednak był jedynym, który mógł tu wydawać rozkazy, ci zaś, co służyli pod jego komendą i
dopiero przed kilkoma chwilami ocknęli się z szaleństwa, w jakim żyli podczas ostatnich kilku lat,
widzieli w nim ostoję zaufania. - Wszyscy z twierdzy! Opuszczamy ją!

Budynek  mieszczący  kwatery  Wielkiego  Mistrza  zaczął  walić  się  w  gruzy.  Wspierające  portyk

wejściowy kolumny załamały się i runęły na schody. Dach z okropnym trzaskiem i łoskotem zapadł
się  w  głąb.  Ale  w  ruinach  coś  jeszcze  się  poruszało  -  ci,  którzy  byli  w  kryptach,  wiedzieli,  jak
wielkie cielsko usiłuje wydostać się na wolność spod gruzów.

Lord Oswal obrzucił swoich ludzi ostrym spojrzeniem. - W tej chwili niczego nie da się zrobić!

Nie  potrafimy  się  temu  przeciwstawić,  nie  można  tego  teraz  pokonać.  Pójdziemy  jego  tropem,  gdy
zbierzemy siły… ale nie wcześniej. Dość pytań! Do bramy! Marsz!

Potrzaskany  dach  zniszczonej  cytadeli  Wielkiego  Mistrza  przesunął  się  lekko  i  wparł  w  ścianę

sąsiedniej budowli.

-  Kaz!  -  pisnął  jakiś  zduszony  głos.  -  Jeśli  mnie  puścisz,  obiecuję,  że  zostanę  przy  tobie…

zabawnie jest, kiedy mnie tak niesiesz, ale ciężko się oddycha, i wiem, że sam jesteś zmęczony.

- Dobrze, ale jeśli gdzieś mi znikniesz, to obiecuję, iż pożałujesz, żeś nie został w kryptach!
- - Tam też mogłoby być ciekawie… oczywiście, jeśli całkiem się nie zawaliły.. - Za mną!
Z ruin zniszczonej budowli podniósł się potężny kształt. Niektórzy z rycerzy, którzy obejrzeli się

za  siebie,  zamarli  ze  zgrozy.  Zmęczeni  ponad  miarę  i  sponiewierani,  dotarli  już  do  granic  tego,  co
może znieść człowiek. Niektórzy nawet padli na kolana. Ujrzawszy to, Wielki Mistrz zatrzymał się w
biegu, potem zawrócił do desperatów.

-  A  cóż  to?  -  ryknął  swym  władczym  głosem.  Musiał  zwalczyć  zmęczenie  i  napięcie,  ale  nie

rezygnował.  Machnął  groźnie  pięścią.  -  Natychmiast  mi  wstawać!  Jakiekolwiek  zniszczenia  może
spowodować ta bestia, rycerstwo się nie podda… dopóki choć jeden zachowa wiarę! Rozumiecie?

Posępni  rycerze  wstawali  i  ruszali  biegiem.  Nagle  jakiś  przeciwny  naturze,  złowrogi  blask

przyćmił  światło  księżyca.  Kaz  przystanął  i  obejrzał  się  ku  ruinom  cytadeli,  gdzie  ten  niesamowity
blask ukazywał potężną bestię. Nie sposób było nie zauważyć zarysów rozpostartych skrzydeł. Smok
trzymał w przednich łapach pojemnik cieni, który zawierał w sobie złowrogą szmaragdową sferę.

Siedzący na grzbiecie kamiennego potwora Argaen Rayenshadow roześmiał się niesamowicie jak

szaleniec. Ożywiona bestia rozpostarła skrzydła jeszcze szerzej. Kaz ruszył przed siebie, ale czynił to
machinalnie…  całą  uwagę  skupił  na  potworze,  który  właśnie  wzbijał  się  do  lotu.  Minotaur
zastanawiał się, jak to możliwe, by tak wielkie stworzenie - choćby magiczne - mogło wznieść pod
chmury swój kamienny ciężar.

Kamienny  smok  zachwiał  się,  uderzając  skrzydłami,  stracił  wysokość  i  z  łoskotem  osiadł  na

dachu  sąsiedniej  budowli.  Ciężar  był  zbyt  znaczny.  Zawalił  się  dach  i  strop  najwyższego  piętra.
Bestia nie szamotała się wcale, wyglądała tylko na lekko zmieszaną. Kaz pomyśli, że Argaen znów
stracił nad nią kontrolę.

-  Biblioteka  -  sapnął  lord  Oswal.  Kaz  niemal  się  potknął  -  nie  wiedział,  że  Wielki  Mistrz

background image

zatrzymał się obok.

- Bydlę zniszczyło nasze księgozbiory. W przyszłości trzeba się będzie zająć murarką. Chodźmy,

Kaz. Choć to dziwnie brzmi, musimy opuścić twierdzę dla bezpieczeństwa naszej Solamnii.

Wielki  Mistrz  nie  miał  jeszcze  okazji  zobaczyć,  jak  stoją  sprawy  z  resztą  kraju.  Minotaur  mógł

mieć  tylko  nadzieję,  że  staremu  rycerzowi  starczy  hartu  ducha  i  nie  załamie  się  całkowicie.  Oswal
był  doświadczonym  wojownikiem  i  wodzem,  który  śmiało  spoglądał  w  twarz  śmiertelnym
niebezpieczeństwom,  jakie  szykowali  mu  najbieglejsi  wodzowie  armii  Królowej  Smoków,  teraz
jednak  się  postarzał…  a  ostatnie  pięć  lat  przeżył  w  wyjątkowo  trudnych,  by  nie  rzec  okropnych
warunkach. Z tyłu usłyszeli znów łopot kamiennych skrzydeł. To bestia ponownie wzbijała się

w powietrze.
W chwilę później powiew wiatru i krótki błysk zielonkawej poświaty powiadomiły ich o tym, że

Argaen  Ravenshadow  i  jego  bestia  opuścili  twierdzę.  Przed  nimi  stały  otworem  wrota  wielkiej
bramy.

Kaz  i  Wielki  Mistrz  znaleźli  pod  bramą  nieliczną  grupkę  mieszkańców  twierdzy,  do  których

dołączyli towarzysze minotaura. Nikt nie wiedział, co robić dalej. Kamienny smok był już tylko małą
czarną  plamką  na  tle  srebrnej  poświaty  Solinari.  Tuż  pod  nią  płonęło  zielonkawe  światełko
szmaragdowej  sfery.  Kaz  przecisnął  się  przez  stłoczoną  w  bramie  grupę  i  zaczął  śledzić  wzrokiem
ową plamkę, dopóki zupełnie nie rozmyła się w nocnych mrokach.

Bojowy  topór  nadal  spoczywał  w  dłoniach  minotaura.  Kaz  uniósł  go  i  pogroził  odlatującemu

złodziejowi magii.

-  To  jeszcze  nie  koniec,  Argaenie  Ravenshadow!  -  mruknął  i  posłał  przekleństwo  w  ślad  za

elfem. - Wierzaj mi, to nie koniec. Znajdę twój trop. Mamy ze sobą na pieńku.

Dzielnie  powiedziane,  pomyślał  ponuro  wkładając  topór  w  obejmy.  Ale  gdzie  zaczniesz

poszukiwania?  Bo  że  go  znajdziesz,  to  pewne…  jedyne,  co  musisz  zrobić,  to  przeszukać  cały
Ansalon!

-  Nieważne!  -  mruknął  raźniejszym  tonem.  -  Na  całym  Ansalonie  nie  znajdziesz  kryjówki,

zdrajco! - Minotaur uśmiechnął się mściwie. - Teraz to sprawa osobista.

- Rozdział 16
KAZ PRZYSIADŁ NA ZIEMI NIEOPODAL BRAMY, zamknął oczy i zaczął się zastanawiać, co

zrobi, kiedy ponownie spotka Argaena Ravenshadowa. Bo że spotka, to było pewne. Możliwości, że
elf  mu  umknie,  nie  brał  w  ogóle  pod  uwagę.  Błysk  światła  pochodni  ostrzegł  go,  że  zbliża  się  doń
jakiś rycerz.

- Tyś jest minotaur zwany Kazem? - spytał przybysz. Był to dość przeciętnie wyglądający mąż w

średnim  wieku.  Za  jedyną  wyróżniającą  go  cechę  można  by  uznać  niezwykle  wysokie  czoło
zdradzające  tendencję  do  łysienia.  -  Człowiecze,  ilu  innych  minotaurów  bawi  obecnie  w
Vingaardzie?

Przybysz  zignorował  dźwięczącą  w  głosie  Kaza  łagodną  drwinę.  -  Znaleźliśmy  dwa

wierzchowce, które najpewniej należą do członków waszej grupy. - Naprawdę?

-  W  razie  potrzeby  znajdziesz  je  we  wschodnim  skrzydle  warowni.  Potrzymamy  tam  konie,

dopóki nie oczyści się stajni.

Kaz, nie wstając, spojrzał z dołu na twarz człowieka. Mości rycerzu, Wielki Mistrz nie przysłał

cię tu wyłącznie po to, byś powiedział mi o losie koni, prawda?

Nastąpiła, jak by to określił nieboszczyk Rennard, wielce wymowna chwila milczenia. Jak wielu

innym ludziom kontakty z minotaurem sprawiały rycerzowi trudności. Oto był wróg, potwór - i jego
dokonania  podczas  ostatniej  nocy  nie  miały  wielkiego  znaczenia.  O  roli  zaś,  jaką  odegrał  Kaz  w

background image

ostatnich dniach niedawnej wojny, teraz pamiętali jedynie nieliczni.

- Wielki Mistrz życzy sobie, byś stawił się przed jego obliczem. - W głosie rycerza zabrzmiały

nagle groźniejsze nutki. - On jest bardzo wyczerpany. Bacz, byś nie pogorszył jego stanu.

Minotaur  wstał  i  nie  odpowiedział  człowiekowi,  dopóki  nie  spojrzał  nań  z  góry.  -Człowiecze,

uznaję w lordzie Oswalu towarzysza i przyjaciela. Zrobię co w mej mocy, by pomóc uporać mu się z
problemami.  Ty  zaś,  mości  rycerzu,  mógłbyś  zwrócić  swą  energię  w  inną  stronę  i  z  większym
szacunkiem  zwracać  się  do  kogoś,  kogo  całe  rycerstwo,  w  szczególności  zaś  wasz  Wielki  Mistrz
nazywał sojusznikiem i towarzyszem broni.

Kaz ruszył, kierując się tam, gdzie - jak wiedział znajdzie Wielkiego Mistrza. Rycerz z pochodnią

pospieszył  za  nim,  okazując  teraz  więcej  szacunku.  Nie  przeszli  jednak  nawet  kilkunastu  kroków,
kiedy ciszę panującą w twierdzy zakłócił okrzyk strażnika przy bramie. - Nadciągają jacyś jeźdźcy! -

-  Paladine!  I  co  teraz?  -  Kaz  odwrócił  się  do  towarzyszącego  mu  rycerza.  -  Powiedz  swemu

Mistrzowi, że zjawię się u niego wkrótce… taką przynajmniej mam nadzieję.

- Pójdę z tobą, minotaurze. Jeśli Vingaardowi grozi jakieś niebezpieczeństwo, najlepiej przysłużę

się wodzowi na..

- Doskonale. - Kaz nie czekał na koniec deklaracji, tylko, wykorzystując w pełni długość swych

nóg,  pomknął  ku  wrotom,  gdzie  pojawił  się  tak  niespodziewanie,  że  zaskoczył  jednego  z
gwardzistów.  Rycerz  poderwał  się,  wyciągnął  miecz  i  ciął  minotaura,  zanim  Kaz  zdążył
poinformować  go,  że  jest  jego  sprzymierzeńcem.  Na  chwilę  zapomniał,  że  ma  sprawę  z  ludźmi,
którzy  dopiero  niedawno  ocknęli  się  z  szaleństwa  -i  nie  całkiem  jeszcze  doszli  do  siebie.  -  Kto
podniósł alarm? - spytał Kaz wartownika. - Ferril. To tamten rycerz. - Hola, tam wyżej! - zawołał
Kaz. - Ilu tych jeźdźców?

Być może ciemności były powodem, dla którego nazwany Ferrilem nie zorientował się, że mówi

z  minotaurem.  Odezwał  się  ze  sporą  dozą  szacunku:  -  Niełatwo  rzec  coś  pewnego,  sir.  Niewielka
armia. Z pewnością będzie ich więcej niż setka.

Więcej niż setka! Mogą całkiem poważnie wziąć się do oblegania warowni! -Potrafisz określić,

co to za jedni? - Nie z tej odległości! U boku minotaura zjawił się posłaniec od Wielkiego Mistrza. -
Jakie wieści?

-  Zbliża  się  ponad  setka  jeźdźców.  Będzie  najlepiej,  mości  rycerzu,  jeśli  powiadomisz  o  tym

Wielkiego Mistrza.

- Nie w tym stanie! Nie może przejąć dowodzenia! Oczy minotaura zwęziły się niebezpiecznie i

błysnęły  czerwienią,  widoczną  nawet  w  świetle  pochodni.  -  Czy  chcesz  mi  rzec,  panie,  że  nie
ostrzeżesz swego suwerena o możliwej napaści?

Człowiek  otworzył  usta…  i  zamknął  je  szczelnie.  Następnie  odpowiedział  nieco  formalnym

tonem: - Natychmiast go o tym powiadomię!

- I bardzo dobrze… szczególnie dla ciebie - mruknął Kaz pod nosem, patrząc, jak rycerz znika mu

z oczu niczym kometa. Gdzieś zza murów rozległ się zew rogu. Kaz spojrzał w górę ku Ferrilowi. -
Co tam?

- Sygnał rogu… - Rycerza coś zdumiało. - Myślę… niech dzięki będą Wielkiej Trójce! - myślę,

że to nasi bracia! - Solamnijczycy?

-  Nie  inaczej!  -  Drugi  z  wartowników,  a  zaraz  potem  jeszcze  jeden,  zaczęli  wiwatować.  Kaz

ryknął, by zamilkli. - Spokój! Mogą nie być tymi, za których ich bierzecie! Może to sługusy Mrocznej
- Pani… a jeśli nawet to wasi towarzysze, któż wam zaręczy, że nie padli ofiarą szaleństwa?

Rycerz,  który  stał  obok  Kaza,  spojrzał  nań  niepewnie.  -  Uważasz…  że  powinniśmy  zawrzeć

bramy?

background image

- Tak, dopóki się nie upewnimy, co to za jedni. Nie kłóci się to ze zdrowym rozsądkiem, prawda?

- Spojrzał w górę. - Jeśli pojawi się tu Wielki Mistrz, racz mu powiedzieć, że polazłem na blanki.
Zdumiało go to, iż rycerz skwitował polecenie salutem.

Gdy dotarł na szczyt muru, czekał nań tam już Ferril. Zaskoczenie malujące się na twarzy rycerza

powiedziało  Kazowi,  że  wartownik  dopiero  w  tej  chwili  pojął,  iż  ma  sprawę  z  minotaurem.  -  Coś
nie tak? - Kaz spojrzał na rycerza dość obojętnie.

- Nie… sir. - Ferril, Rycerz Miecza, nie bardzo wiedział, jak zwracać się do przybysza.
-  Doskonale.  -  Kaz  wychylił  się  zza  blanków  i  spojrzał  na  rozciągającą  się  w  dali  równinę

solamnijską. Niełatwo mu było dostrzec zbliżającą się grupę. Wyglądali jak mroczna fala przypływu
na  szarej  plaży.  Sądząc  z  tempa,  w  jakim  się  poruszali,  powinni  zatrzymać  się  pod  murami  za
godzinę.  Kaz  ocenił,  że  jest  ich  tam  więcej  niż  setka  wedle  jego  rozeznania,  nadciągało  niemal
dwustu konnych.

Choć nie dało się jeszcze rozróżnić poszczególnych jeźdźców, na liczebność grupy wskazywały

rozmiary mrocznej plamy.

-  Jeśli  okaże  się,  że  to  nie  wasi  ludzie…  potrafimy  ich  zatrzymać”?  -  spytał  Kaz  rycerza.  -  Na

pewien czas… dopóki nie przedostaną się przez mur. - Kaz, co tu się dzieje? - pisnął obok dzielny
głosik.

Obaj  -  człowiek  i  minotaur  -  podskoczyli  jak  kolnięci  szydłem.  Kaz  odwrócił  się  i  obrzucił

wściekłym  spojrzeniem  malca,  który  jakoś  zdołał  podkraść  się  do  nich  zupełnie  niepostrzeżenie.  -
Delbin! Co ty u licha tu robisz?

Kender  uśmiechnął  się  jak  uosobienie  niewinności.  Usłyszałem,  że  wszyscy  wokół  biegają  jak

szaleni…  potem  ktoś  krzyknął,  że  nadciągają  jacyś  ludzie  na  koniach…  więc  kiedy  usłyszałem
dźwięk rogu, powiedziałem sobie, że..

- Delbin, odetchnij, psia… - W tejże właśnie chwili ponownie rozległ się głos rogu. -Dlaczego

oni to robią?

- Chcą, byśmy im odpowiedzieli! - stwierdził podniecony Ferril. - To muszą być nasi towarzysze!

- Może w istocie… spróbujcie odpowiedzieć. Rycerz potrząsnął głową i odparł: - Nie - mogę,  sir.
Róg, który zazwyczaj trzymamy przy wrotach, gdzieś zniknął. Nikt nie umie go odnaleźć.

Tymczasem Delbin starał się wyjrzeć zza blanków, co - zważywszy jego nikczemny wzrost - było

przedsięwzięciem niełatwym.

- Myślicie, że zaatakują? - pytał bez wytchnienia. Nigdy właściwie nie widziałem prawdziwego

oblężenia… choć pewnie nie potrwa to długo, bo jest tak niewielu.. - Hola, wy tam w górze! Kaz, to
ty? - Wielki Mistrz! - szepnął Ferril z oznakami najwyższego szacunku.

-  Tak,  milordzie.  -  Kaz  zamknął  gębę  Delbinowi,  który  właśnie  przymierzał  się  do  kolejnego

potoku pytań. - Widzicie tych jeźdźców? - Wkrótce tu będą! - Ilu ich?

Kaz  spojrzał  na  Ferrila.  -  Gdzieś  tak  pomiędzy  setką  a  dwiema.  Na  razie  nie  da  się  rzec  nic

pewnego.

Nastąpiła  chwila  milczenia.  Wielki  Mistrz  musiał  przetrawić  tę  informację.  Widać  postanowił

sam objąć dowodzenie.

-  Obawiam  się,  że  będziecie  musieli  utrzymać  tę  bramę  tylko  we  czwórkę  -  rzekł  w  końcu.  -

Wielki Mistrzu… ja też się przydam! - zapewnił rycerza Delbin.

Zamiast  zdumienia  i  konsternacji,  których  Kaz  się  spodziewał,  zobaczył  rozlewający  się  na

obliczu  starego  wodza  szeroki  uśmiech.  Potem  Wielki  Mistrz  zachichotał.  Gdy  się  nieco  uspokoił,
rzekł: - Przepraszam… nie powinienem się śmiać. Trzej rycerze, minotaur i kender strzegą głównej
bramy  Vingaardu.  Kender  broni  Vingaardu  przed  inwazją!  Bez  urazy,  mości  Delbinie,  ale  nie

background image

spodziewałem się, że dożyję takiego dnia! - Będę dobrym obrońcą, sir… słowo uczciwego kendera!

- Ha! Jestem tego pewien. - Wielki Mistrz zwrócił się do całej załogi bramy. -Dajcie znać, gdy

już  upewnicie  się,  wrogowie  to,  czy  przyjaciele.  Niech  staną  przy  was  Paladine  i  jego  synowie.  -
Lord Oswal odwrócił się i odszedł niewątpliwie po to, by wezwać pod broń swoich weteranów. -
Jak on to robi, że jeszcze trzyma się na nogach? zdumiał się Kaz. - Jest Wielkim Mistrzem - odparł po
prostu  Ferril,  jakby  to  wyjaśniało  wszystko.  Przybysze  wkrótce  zbliżyli  się  na  tyle,  że  dało  się  ich
policzyć.  Byli  niewątpliwie  dobrze  uzbrojeni,  choć  nadal  nie  dało  się  rzec  niczego  pewnego  o  ich
wyglądzie.  Kaz  podniósł  wzrok  na  Solinari.  Trzecia  część  tarczy  księżyca  zniknęła,  jakby  ją  coś
pożarło. Nie od razu Kaz pojął, że to inne ciało niebieskie nasuwa się na tarczę srebrnego

miesiąca. Był to księżyc reprezentujący mrok, tkwiący w duszach ludzi i przedstawicieli innych

ras  -  Nuitari,  czarny  miesiąc,  którego  obecność,  przesłaniająca  jego  jasnego  rywala,  nie  mogła
dobrze wróżyć. - Sporo ich, Kaz. - Sam widzę, kenderze. - Mają proporce, włócznie… i wszystko,
co trzeba. - Lepiej więc pomódlmy się, aby okazali się przyjaciółmi.

Jeźdźcy  zwolnili  o  kilkaset  kroków  przed  murami  Vingaardu.  Od  głównego  oddziału  oderwała

się  niewielka,  licząca  może  pięciu,  sześciu  ludzi  grupka.  -  Kaz,  to  Solamnijczycy.  -  Niech  się
najpierw opowiedzą.

- Hola! Kto tam strzeże bramy? Widzę kogoś na murach! - zawołał przywódca nielicznej grupki.
Kaz sprężył się wewnętrznie. Fakt, że ci tam należą w istocie do rycerstwa i nie są przebranymi

maruderami, uspokoił minotaura, ale uczuciu ulgi towarzyszyło jego osobiste uprzedzenie do jeźdźca,
którego  głos  rozpoznał.  Na  wezwanie  odpowiedział  więc  Ferril:  -  Ja  dowodzę  załogą  bramy.  -
Dlaczego nie odpowiedzieliście na sygnał naszego rogu?

-  Milordzie,  nasz  własny…  gdzieś  przepadł…  a  sytuacja  w  warowni  nie  pozwalała  nam  na

przeprowadzenie dokładnych poszukiwań. Głos dowódcy nieco złagodniał. - Wielki Mistrz… jak on
się czuje?

-  Zważywszy  wszystko  razem,  niezgorzej,  sir  -  odparł  Ferril.  -  Milordzie,  zechciej  nam

wybaczyć…  ale  zanim  ośmielimy  się  rozewrzeć  wrota,  muszę  cię  prosić,  abyś  zechciał  się
opowiedzieć.

- To oczywiste. Wiedz zatem, że jestem Bennet, lord Zakonu Róży, bratanek Wielkiego Mistrza

Oswala. Przywiodłem ze sobą dwustu rycerzy. Człowieku - jak wam się wiedzie w Vingaardzie? Czy
wciąż jeszcze są tu wrogowie, których trzeba wytępić?

Zanim wartownik zdążył coś odpowiedzieć, odezwał się Kaz: - Twierdza budzi się ze złego snu,

rycerzu Bennecie. Co nie oznacza bynajmniej, że wrogowie byli iluzjami.

Bennet uniósł się w siodle i spojrzał w górę. Kaz stał zbyt daleko od pochodni, by można się było

mu przyjrzeć. - Ktoś jest? Twój głos wydaje mi się znajomy! Do jakiego należysz zakonu?

- Tych, co utrzymują się przy życiu, człowieku. Nie jestem jednym z was… ale wy mnie znacie! -

Kaz przesunął się w bok, tak że teraz był dobrze widoczny.

-  Minotaur!  -  zawołał  rycerz  tkwiący  na  koniu  obok  Benneta.  Kilku  ludzi  sięgnęło  po  miecze.  -

Vingaard wpadł w łapy nieprzyjaciela!

-
-  Spokój!  -  uciął  Bennet.  Do  Kaza  zaś  powiedział:  -  Nie  sądzę,  byś  należał  do  wrogów.  Ejże,

Kaz,  skłonny  jestem  wziąć  cię  za  minotaura  o  skłonnościach  silnie  samobójczych.  Jakże  bowiem
wytłumaczysz, dlaczego przygnało cię tutaj, gdzie jesteś poszukiwany żywy lub martwy?

- Powiedzmy, że pokładam ufność w waszym rozumie - uśmiechnął się Kaz niezbyt wesoło.
Tym razem zaśmiał się Bennet. - Kaz, nic ci nie grozi… ani z mojej strony, ani ze strony żadnego

z moich ludzi.

background image

-  Milordzie!  -  Ferril  w  rycerskim  salucie  podniósł  dłoń  do  przyłbicy.  Potem  pochylił  się  ku

bramie. - Wolna droga dla lorda Zakonu Róży!

Podczas  gdy  zdejmowano  rygle  i  otwierano  wrota,  bratanek  Oswala  wezwał  swoich  ludzi.

Kolumna  powoli  ruszyła  ku  twierdzy.  Wracający  do  rycerskiego  gniazda  południowcy  okrzyknęli
wartowników skąpymi wiwatami, zdradzającymi znużenie.

Kaz  spojrzał  na  Delbina  obserwującego  paradę  z  niemałą  uciechą.  Podczas  gdy  kender

przyjmował defiladę, minotaur zsunął się z murów, aby powitać Benneta.

Niektórzy z przybyszów obracali końmi w koło i z niejakim zdumieniem rozglądali się po dawno

nie widzianej warowni.

- Człowieku, proszę na słowo - odezwał się Kaz. Na twarzy Benneta pojawił się na krótko wyraz

zaskoczenia. - Kaz, na rozmowy czas przyjdzie później. Teraz jednak muszę zobaczyć się ze stryjem.
Musimy sporo omówić. - Więc pójdę z tobą. Mogę ci wyjaśnić niektóre kwestie. - Jak sobie życzysz.

Bennet  zeskoczył  z  siodła  i  podał  wodze  jednemu  z  towarzyszy.  Kaz  natychmiast  zaczął

opowiadać  o  wszystkim,  co  było  mu  wiadome  -  opowiedział  więc  o  panującym  w  twierdzy
szaleństwie,  powstających  wszędy  iluzjach,  o  spotkaniu  z  Argaenem  Ravenshadowem  i  jego
zdradzie.  Następnie  opisał  bohaterski  opór,  jaki  stawiał  Oswal,  i  dość  szczegółowo  przekazał
relację  z  wyprawy  do  krypt,  zakończoną  ucieczką  mrocznego  elfa  i  zniszczeniem  części  podziemi  i
zabudowań twierdzy. Zanim skończył, zdumiony tym wszystkim Bennet zaczął potrząsać głową.

- Chroń nas, Paladine! Minotaurze, muszę mieć czas, by to wszystko pojąć, wiem zresztą, że od

stryja usłyszę o innych zdumiewających sprawach.

- Mam nadzieję, Bennecie, że widziałeś elfa i jego potwora, bo odlatywali właśnie ku Południu.
-  Minotaurze,  zostaw  to  rycerstwu.  Mamy  z Argaenem  na  pieńku,  za  te  ostatnie  lata  oszustw  i

matactw. - Ja też jestem mu coś winien… Okpił mnie i niewiele brakło, a byłby mnie otruł. - I dzięki
mnie dostał się do krypt. Chcę tego drania i dopadnę go!

Bennet  odwrócił  twarz  w  jego  stronę.  -  On  należy  do  rycerstwa!  Przez  niego  zginęło  wielu

naszych braci! Przez niego nasze imię..

-  Nie  widzę  powodów,  dla  których  nie  mielibyście  połączyć  swoich  wysiłków  -usłyszeli

władczy głos. Myślę, że to najlepsze dla wszystkich rozwiązanie.

- Stryju… milordzie! - Bennet natychmiast przyklęknął na jedno kolano. - Rad jestem, że widzę

cię w dobrym zdrowiu!

-  Wszystko  to  pozory,  Bennecie.  W  rzeczy  samej,  niewiele  braknie,  bym  się  wykopyrtnął…  ale

nie mam na to czasu. Dzięki niech będą Paladine’owi, że postanowił uczynić mnie w równej mierze
kapłanem,  co  rycerzem,  bo  gdyby  nie  jego  moc,  nie  potrafiłbym  nawet  utrzymać  się  na  nogach.  -
Stryju… jesteś opoką zakonu!

-  Taka  to  prawda,  jak  to,  że  ty  jesteś  początkującym  giermkiem.  -  Lord  Oswal  gestem  dłoni

nakazał  bratankowi,  by  się  podniósł.  -  Nie  życzę  sobie  sporów  między  wami!  Kaz,  będziesz
potrzebował  poparcia  Solamnii  i  zakonów!  Nie  wątpię,  że  tam,  gdzie  znajdziesz  mrocznego  elfa,
przydadzą  ci  się  rycerze  i  ich  kopie!  Co  się  tyczy  ciebie,  Bennecie,  uszanuj  wiedzę  i  honor  tego
minotaura. Niegdyś Huma nazywał go przyjacielem. Teraz ja obdarzam go tym mianem. Korzystaj z
jego doświadczeń. W niektórych sprawach Kaz wie znacznie więcej ode mnie.

-  Milordzie,  mówisz  niesłychane  rzeczy,  szczególnie  te  ostatnie…  ale  uczynię,  co  każesz!  -

Cieszy mnie to. A ty, Kaz?

-  Masz  moje  słowo.  Chcę  dostać Argaena  Ravenshadowa.  Przysiągłem  sobie,  że  pójdę  za  nim,

choćby mi przyszło przedzierać się przez południowe lodowce.

Na twarzy Wielkiego Mistrza pojawił się kwaśny uśmieszek. - Miejmy nadzieję, że do tego nie

background image

dojdzie.

-  Wszystko  to  jest…  trochę  bez  sensu  -  zauważył  zdesperowany  Bennet.  Powiódł  wzrokiem  od

stryja  do  minotaura.  -  Powiedziano  mi,  że  złodziej  magii  uciekł  na  Południe.  Ale  dokąd?  Z
pewnością nie do Qualinostu lub Silvanesti. Może Ergoth? Kharolis? Gdzie?

Kaz  zgrzytnął  zębami.  Zaczerpnął  tchu  i  gotów  już  był  zacząć  tyradę,  kiedy  przemówił  Wielki

Mistrz. - Nic nie osiągniemy, jeśli będziemy sobie wzajemnie docinać i wytykać błędy - powiedział
znużonym  głosem.  -  Proponuję,  byśmy  wszyscy  nieco  odpoczęli.  Bennecie,  przejdź  się  ze  mną,
proszę. Chciałbym, byś mi zdał relację z twoich poczynań po wyjeździe. Trzeba mi wiedzieć, za co
jeszcze rycerstwo musi bić się w piersi.

Bennet skrzywił się nieznacznie. - Jak sobie życzysz, milordzie. - Kaz, idź się gdzieś przespać.
-  Niezły  pomysł,  Wielki  Mistrzu.  Odprowadzając  wzrokiem  obu  krewniaków,  Kaz  poczuł,  że

ogarnia go nagłe znużenie. Krótka sprzeczka z bratankiem Wielkiego Mistrza wyczerpała niemal do
cna  jego  rezerwy.  Rozejrzał  się  dookoła.  Prześpi  się  pod  gołym  niebem,  jak  nieraz  już  mu  się  to
zdarzało. Trzeba tylko poszukać jakiegoś odosobnienia.

Miejsce, które w końcu wybrał, miało tylko jedną wadę, która objawiła się w chwili, kiedy przed

nosem Kaza, zanim znużony wojownik zdążył się położyć, wyrósł niespodziewanie niezmordowany
kender.

-  Gdzie  byłeś,  Kaz?  Wszędzie  cię  szukałem…  przepadłeś  gdzieś,  kiedy  zagapiłem  się  na  tych

rycerzy.  Jak  możesz  spać  tutaj,  kiedy  jest  tyle  innych  miejsc?  Choć  myślę,  że  w  bibliotece  nie  da
rady… budynek nie jest w najlepszym stanie, co?

-  Delbin,  dlaczego  ty  sam  nie  walniesz  się  na  jakieś  posłanie,  jeśli  nie  masz  nic  lepszego  do

roboty?  -  Kaz  zdjął  rzemienny  rynsztunek  i  położył  się  na  ziemi.  Podłożył  dłonie  pod  głowę  i
wpatrzył się w niebo. Aż do dzisiejszej nocy jedynymi widocznymi na nim obiektami były księżyce.
Teraz jednak można było zobaczyć i gwiazdy. Kaz zaczął wyławiać wśród nich znane mu konstelacje.
- Zostaniemy tu dłużej?

- W Vingaardzie? Nie, jeśli będę miał coś do powiedzenia w tej sprawie! - sarknął minotaur. - Z

rycerstwem  można  się  jakoś  dogadać…  ale  wszystko  ma  swoje  granice.  Jutro  ruszam  w  pościg  za
Argaenem.  Im  dłużej  będziemy  zwlekać,  tym  trudniej  będzie  go  znaleźć.  -  Nie  będziemy  musieli
podróżować zbyt daleko. - Co masz na myśli?

Delbin wzruszył ramionami jak wcielona niewinność i nieświadomość. - No… chyba to, że udał

się w góry na wschód od Qualinostu… albo na północne rubieże Thorbardinu. Czy nie tam właśnie
mieszkają krasnoludy? Kiedy ostatni raz cię prosiłem, nie chciałeś ruszyć w tamtą stronę. Czy miałeś
jakieś kłopoty.. Minotaur usiadł nagle. - Delbin, ty wiesz, dokąd udał się ten… elfia go mać..

- I owszem, wiem - nadął się Delbin. - To było tak. Zamierzałem właśnie zapisać wszystko, co

się  zdarzyło…  i  o  tym,  jak  przybyli  prześwietni  rycerze…  ale  kiedy  sięgnąłem  do  sakwy,  zamiast
księgi  wyjąłem  tę  małą  kryształową  sferę,  która…  eee…  kiedyś  należała  do  Argaena.  Kiedy
zacząłem o nim myśleć i mocno się skupiłem, zobaczyłem, jak ląduje w jakimś miejscu w górach na
północ od Qualinesti. Myślę, że to gdzieś pomiędzy Ergoth i Solamnią, ale mogę się mylić. - Pokaż
mi, co znalazłeś. -

Delbin wyjął coś ze swej sakwy. - Już wcześniej myślałem o tym, aby ci to pokazać, ale byłeś

mocno  zajęty.  Założę  się,  że…  eee…  sam  Argaen  wetknął  to  mi  do  sakwy,  kiedy  nabierał  mnie,
podsuwając myśl, iż pomogę ci, otwierając krypty.

Na byczym obliczu Kaza oglądającego zdobycz Delbina pojawiło się zdumienie i podziw. Był to

ten  sam  przedmiocik,  którego  użył  elf,  by  odnaleźć  kendera,  gdy  ten  zniknął  im  w  bibliotece.  Kaz
wyrwał niemal kulę z drobnych rączek towarzysza.

background image

- Zobaczyłeś, dokąd udaje się elf? Ot tak, po prostu? Wystarczyło, że o nim pomyślałeś? - Kaz

miał już przed oczyma wizerunek Ravenshadowa… wisiał przed nim jak pochodnia w mroku.

Artefakt w jego dłoni rozjarzył się nieznacznie, a w jego wnętrzu pojawiło się coś mrocznego i

niewyraźnego. - Tak! Tak samo było ostatnim razem! - dodał mu ducha Delbin.

- Spokój! - Kaz nadal wpatrywał się w kryształ. Smok, choćby kamienny, może w krótkim czasie

przebyć  zaskakująco  wielkie  odległości.  Góry,  jakie  opisywał  Delbin,  znajdowały  się  jednak
zupełnie niedaleko - w najgorszym razie od górskich komyszy dzieliło ich parę dni jazdy. Zdumiało
też Kaza, że mroczny elf wybrał na siedzibę miejsce tak bliskie jego krajom rodzinnym.

W  umyśle  Kaza  wszystko  zaczęło  się  układać  w  logiczną  całość.  Argaen  Ravenshadow.  Jego

dom. Szmaragdowa sfera.

W  mgnieniu  oka  znalazł  się  nagle  wysoko  nad  szczytami  gór.  Gdyby  nie  to,  że  w  przeszłości

zdarzyło  mu  się  latać  na  smokach,  dostałby  zawrotu  głowy.  Teraz  jednak  mógł  przyjrzeć  się
łańcuchowi.

Znał te góry i widywał je już - oczywiście z daleka. Dzień wędrówki w kierunku południowym i

trafi do najbardziej na północ wysuniętego zakątka Qualinostu. Czy Argaen w istocie żywił nadzieję,
że zdoła ujść bystremu wzrokowi swoich ziomków?

Powoli cały wizerunek nabrał ostrości, w jego zaś środku zaczął rozrastać się pewien konkretny

szczyt.  Był  coraz  większy,  choć  Kaz  odniósł  wrażanie,  że  to  on  sam  i  kryształ  nurkuje  w  jego
kierunku.  Po  kilku  sekundach  ze  wszystkich  stron  wyrosły  wokół  niego  inne  szczyty,  on  sam  zaś
ciągle opadał. Potem znikąd pojawiły się ruiny jakiejś budowli.

W  jednej  chwili  krążył  wśród  gór,  w  następnej  zaś  nurkował  ku  dachowi  jakiejś  dawno

opuszczonej  budowli.  Kaz  uśmiechnął  się  do  siebie.  Nie  dość,  że  dowiedział  się,  w  jakich  górach
skryła się jego ofiara, ale poznał też dokładnie miejsce jej pobytu. - Kto?

Głos  z  taką  siłą  odezwał  się  pod  sklepieniem  czaszki  minotaura,  że  ten  niemal  padł  na  grzbiet.

Niewiele też brakło, aby wypuścił kryształ z dłoni.

- Kaz, dobrze się czujesz?
-  Kto?  -  domagał  się  odpowiedzi  ów  nieziemski  głos.  Kryształ  zaczął  się  rozgrzewać.  Kaz

zapragnął wypuścić go z dłoni, teraz jednak okazało się, że kryształ trzyma jego! Wizerunek budowli
pośrodku  rozpłynął  się  w  nicość,  głos  jednak  pozostał  w  głowie  minotaura  i  stawał  się  coraz
bardziej potężny i coraz bardziej natarczywy. - Kto? Gdzie?

Kaz zacisnął zęby i jakoś zdołał wydusić z siebie wezwanie o pomoc. - Delbin! Wybij… wybij

mi to z ręki! Szybko!

Kender  sięgnął  do  sakwy  i  wydobył  z  niej  swą  zawsze  daremnie  poszukiwaną  księgę.  Ujął  ją

oburącz  i  z  całej  siły  walnął  nią  w  łapę  Kaza.  W  miejscu,  gdzie  księga  zetknęła  się  z  niewielkim
artefaktem, pojawiła się smużka dymu. Kula jednak wyfrunęła z dłoni minotaura.

Kaz chwycił się za poparzoną dłoń i patrzył z nienawiścią w oczach, jak kryształ uderza o kamień

i pęka na kilkanaście kawałków. W tej samej chwili zgasło jego lśnienie. Umilkł natychmiast i głos,
który huczał pod sklepieniem jego czaszki.

Przez kilka chwil patrzyli z kenderem na resztki kryształu, w końcu Delbin odważył się zapytać: -

Kaz, co to było? - Gdy usiłowałem odnaleźć elfa, ktoś podjął próbę odszukania mnie! - Ktoś?

Kaz  kiwnął  głową,  oglądając  swą  poparzoną  dłoń.  Miał  nadzieję,  że  Teseli  uda  się  to  jakoś

zaleczyć.  Czuł,  że  przyszłość  będzie  odeń  wymagała,  aby  stawił  jej  czoło  w  jak  najlepszej  formie.
Tajemniczy głos nie należał do Argaena - tego minotaur był pewien. A więc, do kogo?

Rozdział 17
GRUPA  WYBRANA  DO  POŚCIGU  ZA ARGAENEM  z  konieczności  nie  mogła  być  liczna.  Z

background image

dwustu  mniej  więcej  rycerzy,  których  miał  obecnie  pod  komendą  Wielki  Mistrz,  przynajmniej
czwarta  część  wymagała  kilkudniowej  kuracji.  Kilkudziesięciu  musiało  pozostać  w  twierdzy,  by
strzec  murów  i  zająć  się  uprzątaniem  ruin,  które  powstały  podczas  ucieczki  kamiennego  smoka.
Zebrawszy  jedno  z  drugim,  Wielki  Mistrz  zdołał  jakoś  wydzielić  pięćdziesięciu  jeźdźców,  którzy
mieli towarzyszyć jego bratankowi.

Darius,  Tesela  i  oczywiście  Delbin,  nalegali,  aby  pozwolono  im  również  wziąć  udział  w

wyprawie.  Dla  rycerza  było  to  kwestią  obowiązku  i  honoru.  Kapłanka  utrzymywała  chyba  nie  bez
racji  -  że  przydadzą  im  się  jej  umiejętności.  Kaz  podejrzewał,  że  tak  naprawdę  chodziło  jej  o
Dariusa. Jak wiedział, przeciwieństwa mocno się przyciągały.

Delbin  nie  potrzebował  żadnego  powodu,  lord  Oswal  zaś  udzielił  mu  zgody  z  wielkim

zadowoleniem.  Rycerze  obawiali  się  -  i  słusznie  -  że  jeśli  zostałby  w  twierdzy  bez  nadzoru
minotaura, w krótkim czasie do jego sakwy trafiłyby wszystkie drobniejsze przedmioty pozostawione
na widoku, nie licząc oczywiście wielu starannie ukrytych.

Wielki  Mistrz  osobiście  wybrał  tych,  którzy  mieli  wziąć  udział  w  ekspedycji.  Wyprawę

zaopatrzono również we wszystko, co dało się odszukać i ocalało z żywności i oręża.

Wyruszyli  główną  bramą  w  samo  południe.  Nie  pożegnano  ich  wiwatami,  ponieważ  każdy  z

członków  wyprawy  mógł  spodziewać  się  śmierci  -  ci  zaś,  co  zostawali,  również  nie  byli  pewni
przyszłości. Kaz obejrzał się tylko raz, kiedy jeszcze można było rozróżnić ludzi na murach. Stali w
milczeniu i wzrokiem odprowadzali odjeżdżającą grupę.

Dzień minął bez szczególniejszych wydarzeń. Trafiały się ślady przeciągających band goblinów

maruderów,  samych  jednak  stworów  nigdzie  nie  dostrzeżono.  Kolumna  jeźdźców  nie  zbliżała  się
zresztą  do  ludzkich  osiedli  i  wiosek.  Dopóki  wieśniacy  nie  zrozumieją,  co  naprawdę  się  działo  w
twierdzy, lepiej będzie ich unikać szerokim łukiem.

Najbardziej  obiecującą  prognozą  na  przyszłość  było  jasne  słońce.  Jego  promienie  dodawały

odwagi i podnosiły ludzi na duchu.

Tuż przed zachodem słońca zwiadowcy donieśli, że rankiem przejeżdżała tędy spora grupa ludzi,

pieszych i konnych. Podążali też na Południe. Nic nie wskazywało na to, że zmierzali do tego samego
celu,  co  oddział  rycerzy,  Kazowi  jednak  nie  dawało  to  spokoju.  Kto  ich  wyprzedzał?  Gdy  zapadła
noc, wywiązała się krótka dyskusja - jechać dalej czy rozbić obóz.

Zwyciężył zdrowy rozsądek. Wszyscy potrzebowali odpoczynku.
Ustalono granice obozu i rozstawiono straże. Kaz poczuł się tak, jakby czas cofnął się o kilka lat,

on zaś znów brał udział w wojnie. Zastanawiał się też, co zrobią, jeśli pod osłoną mroku zaatakuje
ich martwy, kamienny smok Argaena.

Pogładził  podwójne  krawędzie  głowni  topora,  podziwiając  mistrzowską  robotę  kowala.  W

bocznej  powierzchni  głowni  ujrzał  odbicie  swojej  gęby,  wyraziste  i  wierne  mimo  braku  światła.
Przez  chwilę  przyglądał  się  sobie  nie  bez  podziwu,  potem  jednak  coś  zakłóciło  jego  zadowolenie.
Spojrzał uważnie na głownię, toporzysko, potem na podwójne ostrza.

Oczywiście!  Miejsce,  które  wyszczerbiło  się  w  starciu  z  kamiennym  potworem  zdradzieckiego

elfa,  znów  było  całe  i  nietknięte!  Ostre  jak  nigdy  przedtem!  Minotaur  przypomniał  sobie  chwilę  w
krypcie, kiedy to bestia cofnęła się nagle przed jego pozornie daremnym atakiem. Czyżby kamienny
smok bał się tej głowni? Zgoda, oręż był w pewnym sensie magiczny, ale czy tak wielkie bydlę, samo
w sobie kipiące magią, obawiałoby się daru Sardala?

Jak wielka była moc głowni? Czy potrafiła coś więcej, niż naprawiać się sama? Kaz chrząknął,

przypomniawszy sobie chwilę, jak to zostawiony w bibliotece topór sam trafił w potrzebie do jego
dłoni. Jednorazowa sztuczka czy może tak będzie się działo już zawsze? - Kaz?

background image

Minotaur  podniósł  wzrok  na  rycerza,  który  wyglądał  na  lekko  zaniepokojonego.  -O  co  chodzi,

panie Bennecie?

-  Możemy  mieć  kłopoty…  takie,  z  jakimi  kiedyś  już  się  zetknąłeś.  Zechcesz  pójść  ze  mną?

Minotaur wstał i ruszył za Bennetem.

Poszli ku wschodniej granicy obozowiska. Na straży stał jeden czy dwu rycerzy -reszta, wespół z

towarzyszami Kaza, ułożyła się na posłania. Jedyni, którzy czuwali, znajdowali się teraz na warcie
po przeciwnej stronie obozu.

Okolicę pokrywały niewysokie, trawiaste wzgórza zwieńczone kępami paskudnie powykręcanych

drzew. Nie był to kraj, który Kaz chętnie zwiedziłby z własnej woli, los jednak chyba się nań zawziął
i z uciechą przeganiał go tędy po raz kolejny. - Co chciałbyś mi pokazać, Bennecie?

- Być może nic szczególnego… rycerz, ku któremu idziemy, zameldował mi niedawno o czymś…

i uznałem za właściwe pokazanie, o co chodzi.

Rycerz  stojący  na  posterunku  pozdrowił  Benneta  salutem,  na  minotaura  zaś  spojrzał  nie  bez

niepokoju. Bennet odchrząknął i polecił wartownikowi: - Opisz nam, co

widziałeś.
- Wedle rozkazu. - Wartownik był Rycerzem Korony, takim jak niegdyś sam Huma, lecz znacznie

odeń starszym, być może mieli do czynienia z weteranem, który wolał zostać z towarzyszami broni,
niż  awansować  do  Zakonu  Miecza.  -  Nie  wspominałbym  o  tym,  milordzie,  ale  powiedziano  mi,  że
należy  meldować  o  wszystkich  dziwnych  rzeczach,  choćby  wydawały  się  jeno  złudzeniem.  -  Cóż
więc widziałeś, mości rycerzu? - ponaglił go Kaz.

-  Zechciejcie  zauważyć,  że  to  był  tylko  moment…  myślę  jednak,  iż  widziałem  jakieś  zwierzę.

Tylko jedno… i mignęło mi przelotnie gdzieś tam… ale chyba nie było złudzeniem. Dziwna rzecz -
wyglądało na całkiem białe… ale nie tak, jak niektóre z naszych koni. Raczej jak… trup.

- Jak trup? - Kaz skrzywił się, czując tchnienie niebezpieczeństwa. - A… jakie to było zwierzę,

mości rycerzu? - Nie umiem rzec na pewno… widziałem je tylko przez chwile. Duży kot… albo.. -
Wilk? - podsunął mu minotaur.

Rycerz  skinął  głową.  -  Tak,  to  mógł  być  wilk.  Bennet  spojrzał  na  Kaza.  -  To  niemożliwe.  Ty

wiesz, że to niemożliwe, prawda?

-  Przyszedłeś  jednak  z  tym  do  mnie,  panie  Bennecie…  co  oznacza,  że  dręczą  cię  wątpliwości.

Może Argaen zna więcej sztuczek, niż sądziliśmy. Nie przestaje mnie zdumiewać tą swoją… elfia go
mać… pomysłowością.

-  Martwilki!  -  Bennet  potrząsnął  głową.  -  Myślałem,  że  już  o  nich  nie  usłyszę.  Sądziłem,  że

wszystkie dzieła Galan Dracosa przepadły razem ze swym twórcą.

-  Jak  na  martwego  jest  dość  natrętny,  prawda?  -  zakpił  Kaz.  -  Za  twoim  pozwoleniem,  panie

Bennecie, sądzę, że powinniśmy rozmówić się z pozostałymi wartownikami. - Zgoda.

Pierwszy  z  wypytywanych  wartowników  niczego  nie  zauważył.  Drugi  okazał  się  dokładnie  tak

samo rozmowny, stracili więc nań nawet mniej czasu niż na pierwszego.

Bennet nie sądził, że indagacje mają jakiś sens. - Może kręci się gdzieś tutaj jakiś wilk albinos.

Widywałem już takie okazy, one zaś wolą wychodzić na żer nocą. - Może. - Kaz postanowił jednak
sprawdzić wszystkie posterunki.

Następnego  z  wartowników  odnaleźli  z  niejakim  trudem,  bo  usadowił  się  na  przeciwległym

zboczu niewielkiego wzgórza. Było to dobre miejsce na posterunek, ponieważ stojący tam rycerz nie
był widoczny w świetle księżyca, każdy zaś, kto chciałby go podejść, musiałby przedtem pokazać się
mu na grzbiecie pagórka. - Hej tam! - zawołał cicho Bennet. Podczas gdy rycerz wzywał wartownika,
Kaz,

background image

który oparł topór na ramieniu, rozejrzał się po okolicy. Coś go zaniepokoiło.
-  Milordzie?  -  Wartownik  odwrócił  się,  ale  nie  zszedł  z  posterunku,  czego  zresztą  należało  się

spodziewać.

- Widziałeś w nocy gdzieś tutaj coś, co wzbudziło twoje zdziwienie… cokolwiek, powiadani?
Rycerz przyglądał im się przez chwilę, usiłując zorientować się, kto stoi obok dowódcy. Z jego

posterunku każdy z nich musiał wyglądać jak wycięta z mroku sylwetka. Nie, milordzie, chyba że za
dziwaczną uznasz obecność kruków ścierwojadów. Kręcą się tu i tam.

- Miejmy nadzieję, że na tym poprzestaną - mruknął Kaz, odwracając się do wartownika plecami.

W  świetle  Solinari  zalśniła  zwierciadlana  powierzchnia  topora  i  na  ułamek  sekundy  przyciągnęła
spojrzenie minotaura.

Stojący  za  Kazem  Bennet  odwrócił  się  też  i  westchnął:  -  Myślę,  że  możemy  dać  sobie  spokój.

Niczego w ten sposób nie osiągniemy. Jeśli cokolwiek ma się stać, wartownicy zdążą nas ostrzec.

-  Myślę,  że  tak…  -  Kaz  uniósł  topór  z  ramienia.  W  zwierciadlanej  gładzi  bocznej  powierzchni

głowni  mignęły  mu  odbicia  jego  samego  i  Benneta.  -  To  wszystko,  milordzie?  -  odezwał  się  z  tyłu
wartownik.

Kaz  znieruchomiał  nagle,  i  dopiero  po  chwili  powoli  obejrzał  się  przez  ramię  na  stojącego  na

posterunku człowieka. Był wprost za nimi.

-  Wszystko.  Wracaj  do  obserwacji  -  odparł  Bennet.  Kaz  znów  odwrócił  głowę  i  lekko  uniósł

topór,  tak  by  na  bocznej  powierzchni  głowni  ujrzeć  wizerunek  wszystkiego,  co  znajdowało  się  za
jego  plecami.  Widział  owe  dziwne,  wyraźne  odbicie  swojego  pyska  i  kawałek  ramienia  Benneta.
Stojącego  za  nimi  w  odległości  kilku  kroków  wartownika  nie  zobaczył  nawet  w  postaci  sylwetki.
Gdy jednak odwrócił głowę, zobaczył, że człek ów ciągle tam tkwi.

Stojący  na  warcie  rycerz  nie  dawał  odbicia  na  zwierciadlanie  gładkiej  bocznej  powierzchni

krasnoludzkiego topora!

Minotaur zawahał się chwilę, niepewny, co to wszystko znaczy. Wartownik, skupiwszy całą swą

baczność na obserwacji okolicy, nie zwracał już na nich uwagi.

Bennet również przystanął, zastanowiło go bowiem dziwaczne zachowanie minotaura. - Czy coś..
-  Cisza!  Czekajże  chwilę!  -  szepnął  Kaz.  Ująwszy  w  dłoń  drzewce  topora,  minotaur  podszedł

cicho  do  wartownika.  -  Hej!  Człowiek  odwrócił  się  powoli.  -  Czego  chcesz,  minotaurze?  -  Twoje
imię, panie! - - Alec, Rycerz Zakonu Miecza.

-  Panie  rycerzu…  -  Kaz  mocniej  zacisnął  dłoń  na  drzewcu  Oblicza  Honoru.  -  Czy  możesz  mi

powiedzieć, co znaczą słowa: Est Sularis oth Mithasl Nastąpiła chwila ciszy. - W tej chwili nie…
nie mogę sobie przypomnieć. Minotaur sprężył się jak wąż przed atakiem. - Tak właśnie myślałem!

Bojowy topór świsnął złowrogo w gładkim łuku, którego koniec był wymierzony pomiędzy żebra

niczego  nie  spodziewającego  się  rycerza.  Okazało  się  jednak,  że  Alec  nie  jest  rycerzem  i  trudno
byłoby  go  posądzić  o  brak  czujności.  Topór  Kaza  świsnął  dobrą  stopę  ponad  głową  samozwańca,
gdy ten uchylił się zręcznie i błyskawicznie dobył miecza.

-  Kaz!  Co  robisz?  -  zagrzmiał  Bennet.  Minotaur  sparował  potężne  pchnięcie  nieznajomego  i

warknął: - Wodzu, lada moment zostaniemy napadnięci! - Drugie cięcie toporem okazało się równie
nieskuteczne, jak pierwsze. - Jeśli… jeśli jeszcze się nie połapałeś… to nie jest rycerz!

-  Paladine!  -  Bennet  sięgnął  po  miecz  i  ruszył  ku  walczącym,  Kaz  jednak  syknął:  -Zapomnij  o

mnie! Ostrzeż ludzi! Jazda!

Bennet  zatrzymał  się  na  sekundę,  kiwnął  głową  i  pobiegł  ku  obozowi.  Powstrzymał  cisnący  mu

się na usta okrzyk, wiedział bowiem, że może to sprowokować natychmiastową napaść przeciwnika.
Liczyły się teraz spokój i rozwaga.

background image

Gdy  tylko  Bennet  zniknął,  Kaz  zaczął  żałować,  że  go  odesłał.  Okazało  się  bowiem,  że

samozwaniec  jest  śmiertelnie  groźnym  przeciwnikiem.  Był  wysoki  i  miał  długie  ramiona,  którymi
daleko sięgał.

Przez  chwilę  obaj  wymieniali  i  parowali  ciosy,  Kazowi  jednak  wydało  się,  że  determinacja

przeciwnika  słabnie  z  każdą  sekundą.  Teraz  już  wyraźnie  się  wahał.  Oczywiście!  -  Wydaje  się,  że
twoi przyjaciele cię opuścili i wystawili na sztych!

Okazało  się,  że  trafił  w  czuły  punkt.  -  W  odróżnieniu  od  ciebie…  odstępco,  jesteśmy  wierni

naszej pani. Na pewno… na pewno mnie nie zawiodą.

Obaj  jednocześnie  usłyszeli  wybuch  wrzawy  w  obozie.  Przeciwnik  Kaza  przystąpił  do  dzieła  z

nowym wigorem. Wyglądało na to, że człek ów ma rację; zaatakowano obóz.

-  Wyrżniemy  w  pień  twoich  solamnijskich  przyjaciół…  ale  nie  przejmuj  się…  zbytnio.  Ty  tego

nie dożyjesz!

- Założę się… że pięć lub sześć… lat temu… miałeś na sobie czarną zbroję! - warknął Kaz. - Ale

mylisz się, draniu… i to w dwu punktach! Po pierwsze… rycerze w obozie dadzą sobie radę… po
drugie  zaś…  zamierzam  jeszcze  trochę  pożyć!  -  Uśmiechnął  się  do  przeciwnika  złym,  ukazującym
wszystkie  jego  kły,  uśmieszkiem.  -  Owszem  bratku…  wyglądasz  mi  na  jednego  z  Czarnych
Gwardzistów! Przy okazji… byłem przy śmierci

-  tego  waszego  wodza…  Crynusa.  Zanim  zginął,  całkiem  mu…  odbiło!  Miecz  gwardzisty  na

ułamek sekundy zadrżał w jego dłoni.

Topór  Kaza  trafił  wroga  w  krtań  i  pierś.  Przedarł  się  przez  napierśnik  gładko  jak  nóż  przez

jabłko.  Gwardzista  zwalił  się  na  ziemię  i  legł  nieruchomo  z  dziwacznie  wykręconą,  trzymającą  się
reszty ciała zaledwie skrawkiem skóry, głową.

Kaz zaklął nie bez ulgi, oparł topór o ziemię i rozejrzał się za nowymi przeciwnikami.
W  kilkanaście  sekund  później  dobiegło  do  niego  kilku  rycerzy,  pomiędzy  którymi  był  adiutant

Benneta,  Grissom.  Kaz  odwrócił  się  ku  nim  z  ulgą…  i  stwierdził  że  patrzy  prosto  w  sztychy
wymierzonych weń mieczów. - Co jest? - warknął wściekle.

-  Co  zrobiłeś  z  wartownikiem,  minotaurze?  Oczywistym  było,  że  ani  Grissom,  ani  jego

towarzysze, nie mieli pojęcia o tym, co tu zaszło. Kaz wiedział, że niektórzy z rycerzy spoglądali nań
koso, nie sądził jednak, że ich niechęć jest aż tak głęboka.

- Człowieku, pogadaj ze swym wodzem! To ja odkryłem, że jesteśmy w niebezpieczeństwie!
Grissom  lekko  się  zawahał.  -  Dlaczego  więc  ich  zdradziłeś?  Kiedyś  walczyłeś  po  ich  stronie.

Kaz westchnął. Ileż razy, u licha, przyjdzie mu jeszcze się tłumaczyć!

-  Grissom,  co  tu  się  dzieje?  Opuścić  broń!  Minotaur  jest  naszym  sprzymierzeńcem…  i  więcej

nam takich!

Rycerze rozstąpili się, usłyszawszy głos Benneta. Grissom zasalutował. - Wasza lordowska mość

zechce wybaczyć! Wiemy jedynie, że nagle rozesłałeś po obozie ostrzeżenie o rychłej napaści!

-  Grissom,  nie  ja  jestem  tym,  którego  powinieneś  przepraszać!  Przeproś  Kaza;  jego  to  honor

zakwestionowałeś! - Co słyszę, milordzie!

Bennet  spojrzał  na  adiutanta  wielce  krytycznie.  -  Czy  to  naprawdę  tak  trudno  zrozumieć?  Czy

mam  przepraszać  za  was?  Zrobię  to  z  pewnością,  bo  jesteśmy  mu  to  winni!  Może  się  okazać,  że
wszyscy zawdzięczamy mu życie.

Grissom odetchnął głęboko i odwrócił się do Kaza. Mości minotaurze, zechciej mi wybaczyć…

pospieszyłem  się  z  sądem.  Przypuszczałem,  że  byłeś  jedyną  osobą,  którą  można  winić  za  to,  co  się
stało.

- Podstępem zabili wartownika, który stał na tym posterunku - wyjaśnił Kaz wszystkim. - Jeden z

background image

nich zajął jego miejsce, tak że nikt niczego nie podejrzewał. Mieliśmy szczęście, że odkryliśmy ich
plany, zanim zorganizowali napaść.

-
- Podjęli próbę ataku zaledwie w kilka sekund po tym, jak poderwałem ludzi -wtrącił Bennet. -

Nie  spodziewali  się,  że  będziemy  na  nogach  i  gotowi  do  walki.  Jedna  grupa  wdarła  się  do  obozu.
Zabiliśmy sześciu czy siedmiu i kilkunastu raniliśmy. My, oprócz tego wartownika, straciliśmy tylko
jednego człowieka. Uciekli zaraz potem, jak stwierdzili, że napaść się nie udała. Tchórze!

- Nie sądzę, by na tym się skończyło. Ten człowiek, rycerzu Bennecie, należał kiedyś do Czarnej

Gwardii.

- Wygląda na to, że sporo ich jeszcze grasuje w środkowej i południowej Solamnii. I w Kharolis,

jeśli  już  o  tym  mowa.  Zwiększyła  się  liczba  napaści.  -  Zwracając  się  zaś  do  Grissoma  Bennet
polecił: - Sprawdźcie, czy nie da się odnaleźć ciała naszego brata, który dał tu głowę. Zanim jutro
ruszymy, trzeba będzie pochować jego i tego drugiego. Podwoić straże na resztę nocy.

- Wedle rozkazu, milordzie. A co z tym tutaj? - Grissom klepnął trupa płazem miecza.
-  Niech  ktoś  pościąga  ich  trupy  na  jedno  miejsce.  Spalimy  ich  oddzielnie  -  i  niech  ich  demony

zaniosą  na  kopytach  do  ich  pani!  Jeśli  zostawimy  ich  tak  jak  leżą,  może  wylęgnąć  się  z  nich  jakaś
zaraza… a to ostatnia rzecz, jakiej należy sobie życzyć.

Wszyscy  zebrani,  oprócz  Grissoma,  Benneta,  Kaza  i  dwu  nowych  wartowników,  ruszyli  szukać

martwego  towarzysza.  Adiutant  zasalutował  i  odszedł  do  obozu  zająć  się  wykonaniem  innych
rozkazów Benneta. Bratanek Wielkiego Mistrza został obok Kaza.

-  Skąd  wiedziałeś,  że  nie  jest  jednym  z  naszych  ludzi?  Nie  znam  z  twarzy  i  połowy  moich

podkomendnych. Wielu z nich nie należy do Zakonu Róży. - Est Sularis oth Mithas.

-  „Mój  honor  to  moje  życie”.  To  zasada,  wedle  której  żyjemy.  Dlaczego  zwróciłeś  mi  na  nią

uwagę?

- Nie potrafił mi powiedzieć, co te słowa znaczą, choćby miał za to zapłacić głową. Tak też się

stało.

Kaz  zaczął  rozmyślać  o  imieniu  krasnoludzkiego  topora.  Oblicze  Honoru.  Kimże  był  krasnolud,

który wykuł tak wspaniałą broń? Czy w robocie wspomagał go jakiś mag..

a może sam Reorx? Kaz uwierzył - miał przecie na to dowód - że w zwierciadlanych bocznych

powierzchniach  topora  odbijają  się  jedynie  twarze  i  sylwetki  tych,  którzy  wiedzą,  co  to  honor  i
którym można ufać. Wrogowie, jako istoty honoru pozbawione, nie dawali odbić - minotaur żałował
tylko,  że  nie  domyślił  się  tego  wcześniej.  Ciekaw  był,  czy  o  tym  wszystkim  wiedział  Sardal
Crystalhorn.

A właśnie. Niemal zapomniał o drugim elfie. Czy Sardal był w zmowie z Argaenem? Należało w

to wątpić, dlaczegóż bowiem tamten miałby darować mu tak wspaniały topór.

Ofiarowanie  cennego  daru  i  uratowanie  Kazowi  życia  nie  były  czynami,  jakich  można  by  się

spodziewać po czarnym elfie. - Minotaurze? Kaz ocknął się z zamyślenia. - Słucham, panie Bennecie.
- Myślę, że byłoby dobrze, gdybyś trochę odpoczął. Zasypiasz na stojąco.

Było  to  prawdą.  Zagłębiając  się  we  własne  myśli,  Kaz  nieświadomie  oddalał  się  od

rzeczywistości.  Elfy  i  magiczne  topory  bojowe  mogą  poczekać  do  rana.  Sen  był  zbytkiem,  na  który
ostatnimi  czasy  rzadko  mógł  sobie  pozwolić.  Zanim  dopadną  Argaena  Ravenshadowa,  trzeba  mu
odzyskać formę.

Tej  nocy  nikt  już  ich  nie  niepokoił,  choć  zachowali  czujność.  Nadciągnął  świt  i  Kaz  -wespół  z

innymi  -  poczuł,  że  choć  częściowo  odzyskał  siły.  Aby  osiągnąć  ich  pełnię,  trzeba  było  jeszcze
jednego dnia odpoczynku, nikt jednak nie zamierzał na to tracić czasu. Wiedzieli, jak ważna i pilna

background image

jest ich misja.

Im bliżej znajdował się cel ich wyprawy, tym bardziej Kaz martwił się o Dariusa. Młody rycerz

jechał  nieopodal  Teseli  i  często  zerkał  w  jej  stronę,  Kaz  jednak  oglądając  się  za  siebie,  nie
omieszkał  zauważyć,  że  Darius  coraz  częściej  patrzy  w  niebo  i  ma  przy  tym  dziwny  wyraz  twarzy.
Wiedział, czego tamten wypatruje: kamiennego smoka, który zostawił go, by skonał na stepie.

Kaz  widywał  już  takie  spojrzenia  w  czasie  wojny.  Darius  czekał,  aż  bestia  pojawi  się  znowu  i

dokończy dzieło. Czuł się tak, jakby było rzeczą niemal niewłaściwą to, że przeżył, podczas gdy jego
towarzysze  zginęli.  Takie  przesądy  prowadziły  nieraz  do  podejmowania  decyzji,  równających  się
samobójstwu. Kaz uważał, że solamnijscy rycerze zbyt chętnie szli na śmierć. Co więcej - irytowało
go, że członkowie jego własnej rasy ulegali bardzo podobnym skłonnościom.

Nawet  on  sam  zaczynał  być  przesadnym  pesymistą.  Aby  uwolnić  się  od  ponurych  rozmyślań,

sięgnął  do  sakwy  i  wyjął  jeden  z  sucharów,  w  jakie  zaopatrzono  ich  w  Vingaardzie.  Były  niezbyt
smaczne,  ale  twarde  i  pożywne.  Kaz,  który  od  dawna  przywykł  do  tych  racji,  zaczynał  nawet
znajdować w nich upodobanie - co uznał za kolejną oznakę tego, iż dziwaczeje.

Kiedy jednak ponownie zanurzył dłoń w sakwie, znalazł w niej zwój pergaminu. Chwycił go za

jeden koniec i wyciągnął. Był to zwinięty pergamin, zapieczętowany przez kogoś bursztynem. Odzieją
go… zastanawiał się minotaur… Oczywiście! Przez to wszystko, co zdarzyło się ostatnio, zupełnie o
nim zapomniał. Był to pergamin, który dał mu Sardal Crystalhorn dla Argaena Ravenshadowa. Cały
ten czas… Zaczął się zastanawiać, jaka też jest treść posłania mrocznego elfa. I znów przyszła mu do
głowy myśl: Czy to możliwe, by Sardal był w zmowie ze złodziejem magii?

Postanowił złamać pieczęć i przekonać się, co też Sardal napisał.
Jantarowa  pieczęć  okazała  się  trudniejszą  przeszkodą,  niż  można  by  się  spodziewać.  Powinna

pęknąć  pod  naciskiem  kciuka,  palec  Kaza  jednak  się  obsunął.  Poirytowany  minotaur  dobył  noża  i
wziął się do roboty. Ostrze jednak również się ześlizgnęło.

Postanowił  więc  wyciąć  ową  pieczęć,  co  okazało  się  dość  trudnym  przedsięwzięciem  -  musiał

bowiem  puścić  wodze  i  powodować  konia  kolanami.  Udało  mu  się  jednak  tego  dokonać  i  pieczęć
spadła na ziemię. Kaz zatknął nóż za pas i zaczął rozwijać pergamin. I nagle otworzyła się przed nim
złocista pustka. - Kaz! - usłyszał jeszcze okrzyk… chyba Delbina.

- Pala… - Nie miał możliwości dokończenia inwokacji, bo jego koń na oślep wszedł w tę pustkę.

Grupa towarzyszy, step, przez który jechali… i wszystko inne zniknęło.

Pustka była piękna i inspirująca, Kaz jednak nie miał czasu na takie stwierdzenia. Jedyne co mógł

zrobić, to trzymać się konia, który spadał… spadał i spadał… i wydawało się, że będzie tak leciał do
sądnego dnia. Wierzchowiec ani razu nie zdradził się z paniką. Przeciwnie, galopował zupełnie tak,
jakby nie wiedział, dokąd zmierzają.

W  końcu  zaczęli  zwalniać.  Minotaur  odkrył  też,  że  sam  porusza  się  coraz  wolniej.  Po  kilku

sekundach mógł jedynie oddychać, a i z tym było coraz trudniej.

Jak  mucha  uwięziona  w  kropli  miodu,  pomyślał,  dławiąc  się  z  bezsilnej  furii.  Narastała  w  nim

wściekłość, przed którą - w czasie bitwy - cofali się ze zgrozą wrogowie. Teraz jednak nie mógł dać
jej ujścia. Mimo całej krzepy nie potrafił się obronić… nie był nawet zdolny do mrugnięcia powieką.

Gdy on i jego rumak wreszcie zatrzymali się, stracił nawet możliwość oddychania. Pewien był,

że  zaraz  umrze.  Czekał  na  śmierć  przez  uduszenie,  ta  jednak  zwlekała.  Kaz  wolałby  umrzeć,  bo  w
jego  łbie  zrodziła  się  myśl,  że  oto  już  pozostanie  w  tej  pustce  uwięziony  na  wieki…  i  wiecznie
będzie wytrzeszczał oczy w tę złotą nicość.

- Aaach, minotaurze! - zagrzmiał wokół niego potężny głos. - I w coś ty się wpakował? Znał ten

głos. Wpadł w sidła Sardala Crystalhorna. - Kaz! - wrzasnął Delbin.

background image

Kilkunastu rycerzy szarpnęło wodze swoich koni. Bennet uniósł się w siodle i rozejrzał dookoła.

Darius  zaklął  ordynarnie,  Tesela  zaś  zaczęła  błagać  swą  boginię  o  wskazówkę  dotyczącą  losów
minotaura.

Bennet opadł na siodło i splótł dłonie na łęku. - Niech otchłań pochłonie tego elfa! To musi być

jego sprawka! Czyhał cały czas… czekał na właściwy moment! - Sądzisz, panie… że Kaz… nie żyje?
-  spytał  wreszcie  Darius.  -  Nie…  ale  uważam,  że  czarny  elf  jakoś  dostał  go  w  swe  łapy.  -  Bennet
zwrócił  się  - ku  pozostałym  jeźdźcom.  Musimy  jechać  dalej.  Jedyną  szansą  Kaza  -  i  naszą,  jest
odnalezienie  elfa,  zanim  jego  siły  wzrosną.  Jeśli  nam  się  poszczęści,  uratujemy  i  minotaura.
Dokądkolwiek go zaniosło, jeśli żyje, Argaen Ravenshadow będzie wiedział, gdzie go znaleźć.

Tesela zdjęła dłonie ze swego medalionu. - Nie potrafię wyczuć niczego z tego, co dzieje się z

Kazem… ale to nic nie znaczy. Tutaj w pobliżu go nie ma. To jedno wiem na pewno.

Bennet  kiwnął  głową,  jakby  na  tę  właśnie  informację  czekał.  Doszedł  do  wniosku,  że  nie  mają

czasu do stracenia. - Zgoda. Ruszajmy.

Gdy  rycerz  odwrócił  się,  by  podać  sygnał  pozostałym,  Darius  i  Tesela  wymienili  niepewne

spojrzenia. Jeśli Kaz był więźniem porwanym przez wrogów, jakie szansę miała mizerna ich grupka
przeciwko tak potężnym nieprzyjaciołom? Nikt jednak nawet nie pomyślał o tym, by zawrócić.

Rozdział 18
MINĘŁY  DWA  DNI  OD  WYJAZDU  GRUPY,  która  wyruszyła  przeciwko  Argaenowi

Ravenshadowowi. Wielki Mistrz podjął próby ustalenia, co też w jego imieniu uczyniono Solamnii,
korzystając  z  jego  czasowego  szaleństwa.  To,  co  odkrył,  napełniło  go  uczuciem  wstydu.  Przez  cały
ten  czas  uważał,  że  opiera  się  szaleństwu  i  walczy  ze  złem.  Wpatrując  się  teraz  w  proklamacje
podpisane jego imieniem - zaledwie pamiętał chwile, kiedy je podpisywał, czuł też, iż robił to jakby
ktoś  inny  -  zrozumiał,  dlaczego  ludność  odwróciła  się  od  rycerzy  solamnijskich.  Gdy  wreszcie
wieśniacy  ujrzeli  nadzieję  na  lepsze  jutro,  zostali  -  tak  to  przynajmniej  wyglądało  w  ich  oczach  -
zdradzeni  przez  tych,  którzy  mieli  ich  bronić.  Wszystko  potoczyło  się  tak,  jakby  powróciła  w  te
strony wojna, kiedy to rycerstwo staje wielce walecznie, ale zwykli obywatele płacą wysoką cenę za
dziesięciolecia  bohaterskich  -  i  daremnych  -  zmagań.  Od  pracy  oderwało  go  wejście  jednego  z
gwardzistów. - Milordzie? - Co się stało?

-  Do  naszych  wrót  dobija  się  grupa  wędrowców,  którzy  domagają  się  sprawiedliwości.  -

Sprawiedliwości? Czyżby doszło już do buntu?

- No… być może lepiej by było, gdyby wasza lordowska mość zechciał zobaczyć to sam..
Oswal  odepchnął  fotel  i  wstał,  myśląc  w  duchu,  że  gdyby  jego  brat,  Trake,  nie  padł  ofiarą

truciciela,  żyłby  teraz  i  to  on  miałby  na  głowie  wszystkie  problemy.  -  Daj  mi  chwilę  wytchnienia.
Przekaż do bramy, że zaraz przyjdę. - Wedle rozkazu, milordzie.

Wielki Mistrz rozejrzał się za butami. Odkrywszy je pod łożem - jak tam trafiały, nigdy tego nie

potrafił pojąć ubrał się i wyszedł ku bramie. Gwardziści pozdrowili go salutem i uformowali za nim
szereg.  Po  tym  wszystkim,  co  ostatnio  wydarzyło  się  w  twierdzy,  prawdopodobnie  bardzo  długo
jeszcze  będą  przejawiali  przesadną  troskę  o  bezpieczeństwo  Mistrza.  Czy  tego  chciał,  czy  nie,
przyboczni postanowili, że będą przy nim w każdym wypadku, gdy pojawi się choć cień zagrożenia.
Gdy dotarli do wrót, oddał mu honory dowódca warty. - I cóż, gdzie oni są? - Za bramą, milordzie.

-  Za  bramą?  Czyżbyście  już  zapomnieli  o  dobrych  obyczajach?  Nie  ma  powodu,  by  trzymać

kogokolwiek przed wrotami tylko dlatego, że przychodzi na skargę!

-
Dowódca warty pobladł. - Z całym należnym waszej lordowskiej mości szacunkiem… myślę, że

powinieneś, panie, zobaczyć to sam!

background image

Lord Oswal stwierdził, że ostatnio coraz częściej zaczyna mu brakować cierpliwości. - Nonsens!

Ani słowa więcej! Dali słowo, że przybywają w pokoju? - Owszem, ale.. - Ilu ich tam jest? - Mniej
więcej tuzin, mi.. - Tuzin? Zobaczmy tę przerażającą armię. Otwierajcie!

-  Wedle  rozkazu.  -  Widać  było,  że  rycerz  nadal  ma  wątpliwości,  dyscyplina  jednak  zrobiła

swoje.

Wydano  rozkaz  otwarcia  wrót,  który  też  został  natychmiast  wykonany.  Wielki  Mistrz  i  jego

gotowi na wszystko gwardziści spojrzeli zdumieni na przybyszów. Trudno się dziwić, że jego ludzie
nie chcieli otworzyć bram. Przybyszami okazały się minotaury.

Do tej pory lord Oswal nie miał okazji przyglądać się wielu minotaurom - jedynym właściwie,

którego poznał bliżej, był Kaz. Kilku innych oglądał w charakterze jeńców, paru miało honor zginąć z
jego  ręki  na  polach  bitew.  Zważywszy  wszystko,  grupa  minotaurów  była  ostatnią  z  rzeczy,  jakich
spodziewał się pod murami Vingaardu. - Kto tu dowodzi? - warknął paskudnie wyglądający gigant z
blizną  na  pysku.  Wielki  Mistrz  złożył  ramiona  na  piersiach  i  odpowiedział  głosem,  którym  potrafił
uciszyć oponentów w połowie zdania: - Wiedz, minotaurze, że dowodzę tu ja, Oswal, lord i Wielki
Mistrz  rycerstwa  solamnijskiego.  Wymień  mi  powód,  dla  jakiego  opuściliście  waszą  ojczyznę,
znajdującą się daleko stąd na wschodzie!

- Przybyliśmy tu w imię honoru i sprawiedliwości. Słyszałem, że i rycerze solamnijscy cenią te

wartości. Moje imię brzmi Scurn. - Minotaur skłonił się niedbale. Oswal poczuł doń natychmiastową
antypatię.

Przyjrzawszy się innym, Wielki Mistrz dopiero teraz zauważył trzymającego się z tyłu ogra. - A

cóż toto ma do roboty w waszym towarzystwie? Jest waszym więźniem?

-  Molok  jest  jednym  z  nas.  To  on  właśnie  przyniósł  nam  wieści,  że  jeden  z  naszych

współplemieńców ściągnął na nas niesławę. - Jeden z waszych współplemieńców?

-  Jego  imię,  szlachetny  panie,  brzmi  Kaziganthi  DeOrilg,  co  zapisano  w  akcie  oskarżenia.  Jest

członkiem  klanu  Orilg,  z  którym  łączy  nas  luźne  pokrewieństwo.  Orilg  był  jednym  z  naszych
najsławniejszych  wojowników  i  mistrzów  areny,  ponieważ  zaś  Kaz  przyniósł  klanowi  niesławę,
posłano nas, byśmy go ujęli i oddali w ręce sprawiedliwości.

W każdym innym przypadku stary rycerz nie pominąłby sposobności poznania rodzinnych więzów

i koligacji wśród minotaurów. Wiadomo było o nich, że rodzina jest

dla nich niemal najwyższym dobrem, ale żeby ścigać członka klanu, który splamił jej honor… być

może, okaże się, że różnice pomiędzy minotaurami i ludźmi nie są w końcu tak wielkie. Lord Oswal
wiele dałby za to, by dowiedzieć się czegoś więcej, sprawa oskarżenia była jednak pilniejsza.

- Nie wspomnieliście jeszcze, czego dopuścił się wasz krewniak. - Spojrzawszy w oczy Scurna,

Wielki Mistrz zrozumiał, że ten byk nie potrzebował żadnych powodów, by ścigać Kaza. Oswal nie
omieszkał też zauważyć, że w ślepiach ogra płonęła dokładnie taka sama nienawiść.

Dobrali  się  jak  w  korcu  maku,  pomyślał  stary  rycerz.  Scurn  tymczasem  wyjaśniał,  nie  tając

zniecierpliwienia:  -  Podczas  wojny  Kaz  złożył  przysięgę  wierności  i  skierowano  go  do  jednej  z
armii w Hylo.

-  Mówiąc  bez  upiększeń,  był  żołnierzem-niewolnikiem  -  stwierdził  Oswal,  zauważywszy  z

satysfakcją, że przynajmniej niektórzy z minotaurów - była wśród nich samica! - skrzywili się na to
określenie.

-  To  nieważne!  -  warknął  przywódca  grupy.  -  Złożył  przysięgę  i  miał  robić  to,  co  każe  mu

armia… w szczególności zaś kapitan, który był ogrem. Kaz służył… dzielnie.

-  Oswalowi  wydało  się,  że  Scurn  wymówił  te  słowa  z  najwyższą  niechęcią  -  aż  do  utarczki,

zakończonej zdobyciem pewnej… ludzkiej osady. Sprzeciwił się tam decyzji przełożonego i jawnie

background image

okazał nieposłuszeństwo.

Co  nikogo  nie  powinno  dziwić,  pomyślał  stary  rycerz.  Ogry  były  szeroko  znane  ze  swego

zamiłowania  do  okrucieństw  i  znęcania  się  nad  bezbronnymi.  Zaczynał  sobie  coś  przypominać.
Swego  czasu  Kaz  i  Huma  mu  to  wyjaśniali.  O  ile  pamiętał,  kapitan  ogr  zaczął  zabawiać  się  po
swojemu, mordując dzieci i bezbronnych starców, uczynił więc -wedle pojęć minotaurów - rzecz w
najwyższym  stopniu  podłą  i  niegodną.  Czy  ścigające  Kaza  ogry  o  tym  wiedziały?  Wątpił,  by
zechciały mu uwierzyć.

Przeniósł wzrok na trzymającego się z tyłu ogra. Jaka była jego rola w tej całej sprawie? Czy był

krewniakiem  zabitego?  Towarzyszem  broni?  Doświadczenia,  jakie  rycerstwo  miało  z  ogrami,
dowodnie  wykazywały,  że  nie  dbały  one  niemal  o  nic  -  prócz  własnego  życia,  które  ceniły  sobie
nadzwyczaj wysoko. To, że ten gagatek szukał u minotaurów sprawiedliwości, choćby zbrodnią było
nawet  morderstwo,  budziło  podejrzenia.  Nie,  ogr  musiał  się  powodować  własnymi,  osobistymi
pobudkami,  z  którymi  poczucie  sprawiedliwości  nie  miało  nic  wspólnego.  Większość  jego
współplemieńców  zrezygnowałaby  nawet  z  zemsty,  o  ile  w  ogóle  pamiętaliby  wydarzenie  sprzed
kilku lat. - Na dowód winy Kaza - mówił tymczasem Scurn - mamy to..

Okazało się, że minotaur trzyma w łapach niewielki kulisty przedmiot. Wielki Mistrz natychmiast

rozpoznał w nim kryształ prawdy, pomniejszy magiczny artefakt, który mógł

wielokrotnie  odtwarzać  jakąś  scenę  z  przeszłości.  Lord  Oswal  obserwował  więc  magiczny

wizerunek Kaza uderzającego ogra z tyłu i mordującego go. Stary rycerz wcale się tym nie przejął.
Wiedział  doskonale,  że  nazwa  kryształów  prawdy  jest  wielce  myląca.  Każdy  bystry  mag  potrafił
stworzyć fałszywe wizerunki. Minotaury jednak, jako że unikały magii jak ognia, traktując ją zupełnie
serio,  nie  wątpiły,  iż  oglądają  relację  z  wydarzeń,  które  działy  się  naprawdę.  W  końcu  pokazano
Oswalowi  i  proklamację  starszyzny  minotaurów.  Ogłaszano  w  niej,  że  wedle  praw  plemion
minotaurów,  okazicielom  niniejszego  pisma  powierzono  honorową  misję  odszukania  i  dostarczenia
przed sąd mordercy, tchórza i zdrajcy. Jako szczególnie ohydny czyn została w niej opisana ucieczka
Kaza  z  miejsca  zbrodni,  co  wedle  kodeksu  minotaurów  było  przestępstwem  znacznie  cięższym  niż
samo  zabójstwo.  Wystarczyło,  by  skazać  go  na  śmierć.  Jeśli  miałby  szczęście  i  trafiłby  na
wyrozumiałych sędziów, mógłby liczyć co najwyżej na możliwość honorowej śmierci w walce, jaką
musiałby stoczyć z kilkoma na raz przeciwnikami.

Lord Oswal kilkakrotnie przeczytał ową proklamację. Ufał Kazowi, był jednak w tym miejscu -

przynajmniej  wedle  pojęć  minotaurów  -  ostoją  porządku,  prawa  i  sprawiedliwości.  Minotaury
władające swoją rasą zostały uznane przez innych jej członków - i dopóki podwładni nie usuną ich ze
stanowisk, ich słowo było prawem. - Po co tu przybyliście? Dlaczego mi to okazujecie?

-  Uważaliśmy,  że  poszukiwany  się  tu  pojawi.  Czy  mieliśmy  rację?  -  Malująca  się  w  oczach

Scurna zuchwałość i wrogość skłaniały Wielkiego Mistrza do kłamstwa.

Stary rycerz odpowiedział jednak zgodnie z prawdą: Był tu dwa dni temu. Ruszył na południe z

nieliczną grupką moich ludzi.

Oswal zdumiał się, usłyszawszy, że przynajmniej paru minotaurów odetchnęło z widoczną ulgą.

Najbardziej  zadowoleni  wydawali  się  samiec  i  samica,  niezwykle  do  siebie  podobni.  Przywódca
grupy nie krył jednak niezadowolenia.

- Na południe! Dwa dni wcześniej, i bylibyśmy go mieli! Gdzie dokładniej udał się ten tchórz?
- Ten - jak go nazywasz - „tchórz” ruszył w góry leżące na północ od Qualinostu. Wespół z moim

bratankiem  zamierza  stawić  czoło  złodziejowi  magii,  którego  poczynania  zagrażają  nie  tylko
Solamnii, ale całemu Ansalonowi! - To niebezpieczna misja? - spytała samica.

Scurn prychnął z pogardą. - Mając za sobą grupę rycerstwa, może sobie pozwolić na odgrywanie

background image

bohatera!  Zwracając  się  zaś  do  lorda  Oswala,  zapytał:  -  Twierdzisz,  że  to  prawda?  Rycerz
wyprostował się, stojący zaś za nim gwardziści jak jeden zgrzytnęli zębami.

- Minotaurze, mój honor to moje życie! Słyszałeś!
Minotaur o okaleczonym pysku uśmiechnął się złośliwie i schowawszy do sakwy magiczną kulę i

proklamacje,  wydobył  szkic  przypominający  odręcznie  kreśloną  mapę.  W  takim  razie,  mój  panie,
zechciej pokazać mi dokładnie cel ich podróży… oczywiście w interesie prawdy i sprawiedliwości,
które  obaj  tak  cenimy.  Długo  jeszcze?  Czyżbym  miał  tu  tkwić,  bezsilny  i  nieruchomy  do  sądnego
dnia?

Kaz  nie  usłyszał  już  Sardala  Crystalhorna.  Być  może  elf,  zadowolony  z  działania  pułapki,  nie

uważał za konieczne rozmówić się z więźniem. Kaz zostanie tu więc po kres i przez całą wieczność
będzie się gapił w złocistą pustkę.

W tej samej chwili, w której ta myśl przyszła mu do głowy, przekonał się, że w rzeczywistości

jest  inaczej  zaczął  odzyskiwać  zdolność  ruchu.  Mógł  odetchnąć,  poruszyć  głową,  napiąć  ramiona  i
mrugać powiekami! Zdumiewające, ile radości można mieć ze zwykłego mrugnięcia! Koń pod Kazem
również zaczął się poruszać i spadać potrząsnął głową i zarżał, kiedy się przekonał, iż może biec.

Wraz  z  powrotem  możliwości  ruchu  powróciło  także  wrażenie  spadania!  Kaz  zacisnął  nogi

wokół końskiego tułowia, samolubnie licząc na to, że rumak jakoś złagodzi jego własny upadek.

I oto nagle, równie niespodzianie jak poprzednio, złota pustka ustąpiła miejsca trawie i drzewom,

a właściwie puszczy. W tej samej chwili, w której kopyta jego rumaka dotknęły murawy, Kaz gotów
był  podciąć  konia  i  puścić  się  szalonym  galopem,  jakby  goniły  go  wszystkie  hordy  demonów  z
otchłani.  Powstrzymała  go  od  tego  jedna  rzecz.  Tuż  przed  nim  pojawiła  się  sylwetka  Sardala
Crystalhorna  z  uniesionym  w  górę  czarodziejskim  posochem.  [W  języku  polskim  nie  ma  właściwie
słowa,  które  by  dobrze  oddało  znaczenie  angielskiego  magie  staff.  „Czarodziejska  różdżka”  to  w
naszej  baśniowej  literaturze  dla  maluchów  coś,  czym  posiłkowały  się  dobre  wróżki.  „Laska”  to
przedmiot  raczej  dla  staruszków.  „Kijem”  czy  „pałką”  posługiwali  się  w  sposób  zupełnie  nie
magiczny  banici  Robin  Hooda.  Istnieje  jednak  stary  i  niemal  już  zapomniany  wyraz,  który  dobrze
oddaje określone znaczenie słowa staff. Słowem tym jest „posoch” - oznaczający wyciętą z solidnej
gałęzi  laskę  długości  prawie  dwu  metrów,  będącą  kiedyś  niemal  podstawowym  wyposażeniem
każdego pątnika, czy - właśnie! - pogańskiego wróżą. Posochy bywały nieraz zdobione na końcach,
opatrzone  w  zaczep  na  podróżne  biesagi  lub  rzeźbione  w  jakieś  symbole  -  dokładnie  tak  jak  laski
czarodziejów na Krynnie]

Elf  uśmiechał  się  przyjaźnie,  a  jego  szaty  miały  barwę  najczystszej  bieli.  Kaz  poczuł  doń

natychmiast nieufność.

- Przez chwilę sądziłem, że nigdy nie zdołam wydobyć cię z tej pułapki! Myślałem, że minotaury

mają  dość  oleju  we  łbie,  żeby  można  im  powierzyć  jakieś  proste  zadanie,  w  rodzaju  wręczenia
pergaminu  niczego  nie  podejrzewającemu,  podstępnemu  mrocznemu  elfowi!  Kaz  rozejrzał  się
dookoła. Wygląd drzew nie zdradził mu, gdzie się znajduje. Mogła

to być każda z puszczy na świecie, choć podejrzewał, że wie, która konkretnie. Gdzie jestem? Jak

długo… jak długo byłem uwięziony w… no, cokolwiek to było?

- Jesteś niemal u celu swej podróży. W Qualinesti i odrobinę na południe, jeśli chcesz wiedzieć

dokładnie to trzy dni temu opuściłeś twierdzę Vingaard. - Byłem więc uwięziony mniej więcej przez
jeden dzień? Nie trwało to wieczność?

-  O,  doskonale  umiem  sobie  wyobrazić,  że  mogło  wydawać  się,  iż  trwa  to  znacznie  dłużej…

zważywszy, że nie potrzebowałeś tam jeść, pić i spać. Pomyślałem to jako karę.

- Karę? - Oczy minotaura zapłonęły czerwienią. Jego dłoń zamknęła się na drzewcu topora - tego

background image

samego,  który  dał  mu  stojący  teraz  przed  nim  Sardal  Crystalhorn.  -  Nie  zamierzałem  karać  ciebie,
lecz Argaena. - Ha!

-  Wiem,  że  przekroczył  wszelkie  granice.  Nie  należał  do  najzdolniejszych  czy  szczególnie

utalentowanych  i  zawsze  uciekał  się  do  szukania  inspiracji  u  przedstawicieli  młodszych  ras.  Przez
kilkanaście lat studiował charaktery różnych ras… szczególnie upodobał sobie ludzi. Posunął się do
tego,  że  wśród  nich  zamieszkał.  Ludzie  mają  wiele  cech  wartościowych  i  godnych  naśladowania,
Argaen  jednak  zajął  się  najgorszymi…  i  świetnie  je  sobie  przyswoił.  Posiadał  wszystko,  prócz
zdolności  w  magii  -  i  jej  właśnie  pożądał,  czując  się  okradziony  z  tego,  co  należało  mu  się  od
urodzenia.  Zaczął  więc  potajemnie  kraść  i  podpatrywać  magię,  gdzie  tylko  mógł  ją  znaleźć.
Rozumiem,  że  kradł  magiczne  artefakty  tym,  którzy  je  posiadali.  -  Dlaczego  nie  powstrzymałeś  go
wcześniej?

-  Przykro  mi  to  rzec,  ale  sam  odkryłem  prawdę  dopiero  niedawno,  kiedy  przysłał  mi  jego

zdaniem  niewinnie  brzmiące  pytanie  dotyczące  szalonego  maga,  Galan  Dracosa!  Wtedy  dopiero
pojąłem, że pożąda skarbów Dracosa, które zebrali rycerze. Przedtem pytał mnie o wejścia do krypt,
co  -  jak  sądzę  -  dość  długo  mu  się  nie  udawało.  Kaz,  co  zaszło  w  Vingaardzie?  Jak  udało  mu  się
wślizgnąć do podziemi? Jeśli chodzi o fizyczne zabezpieczenia, wiedział o nich tyle, ile kura o życiu
pozagrobowym.

Kaz  opowiedział  Sardalowi  o  ostatnich  wydarzeniach,  zaczynając  od  momentu,  kiedy  grupa

spotkała  się  z  Argaenem  w  Vingaardzie,  skończył  zaś  na  zdjęciu  pieczęci  z  pergaminu.  Sardal
potrząsał tylko głową.

-  Wszystkie  starania  na  nic!  Wiesz,  minotaurze,  ile  mocy  zawarłem  w  magicznym  więzieniu,  z

którego  musiałem  cię  uwalniać?  Nieprędko  będę  mógł  dokonać  podobnego  wyczynu.  I  cóż  takiego
ukradł Argaen z krypt Vingaardu?

Kaz  opisał  mu  szmaragdową  sferę  i  jej  zrodzoną  z  chaosu  moc  -  podpierał  się  przy  tym

wiadomościami  uzyskanymi  od  Humy  i  swoimi  własnymi  obserwacjami.  Gdy  skończył,  spytał
Sardala: - A teraz rzeknij mi, mości elfie, co z moimi przyjaciółmi?

-  Nie  zatrzymali  się.  Bennet  uważa,  że  jesteś  martwy  albo  wpadłeś  w  sidła  Argaena.

Rozważywszy  wszystko,  doszedł  do  wniosku,  że  postąpi  najlepiej,  jeśli  będą  kontynuować  misję,
mimo że ty z niej wypadłeś. - Bennet jest rycerzem solamnijskim. Ja na jego miejscu postąpiłbym tak
samo.

- Obawiam się jednak, że natkną się na pewne… przeszkody. Widzisz, niedaleko stąd zbierają się

resztki armii Królowej Smoków. Myślą, że  nikt  o  tym  nie  wie.  Tacy  jak  oni  nie  zdołają  się  jednak
ukryć  przed  wzrokiem  elfów.  Twoi  przyjaciele  jadą  więc  prosto  w  pułapkę.  -  Tracę  więc  czas!  -
warknął Kaz. Zaczął zawracać rumaka. - Którędy do nich?

-  Nigdy  nie  traci  czasu  ten,  kto  poświęca  go  na  ułożenie  dobrego  planu  -  stwierdził  elf

filozoficznie.

Kaz szarpnął wodze i przechylił głowę tak, by spojrzeć wstecz na Sardala. - Co to znaczy?
-  Znaczy  to,  że  mam  szybszy  sposób  przeniesienia  nas  na  miejsce…  Przekonasz  się,  jaki.

Powinien już tu być..

Wierzchowiec minotaura spłoszył się nagle, jakby zwęszył coś w lesie. Kaz ujął w dłoń drzewce

topora. Cokolwiek koń wyczuł, kroczył powoli i rozważnie.

Z  lasu  za  Sardalem  wyłoniło  się  wspaniałe  zwierzę.  Wzrostem  dorównywało  rumakowi  Kaza.

Potężne łapy dotykały ziemi lekko i bezszelestnie. Z paszczy dość wielkiej, by utonęło w niej ramię
minotaura, zwisał czerwony jęzor. Przybysz pokryty był miękkim, srebrzystym futrem.

Kaz patrzył na największego wilka, jakiego kiedykolwiek zdarzyło mu się oglądać. Jego minione

background image

doświadczenia z martwilkami, potworami przypominającymi nieco wyglądem to wspaniałe zwierzę,
nauczyły  minotaura  pewnej  ostrożności  w  stosunku  do  wszystkiego,  co  było  do  nich  choć  trochę
podobne.

-  Rozumiem  powody  twej  nieufności,  wojowniku,  i  proszę,  byś  zrozumiał,  że  ja  z  kolei  boleję

nad  faktem,  że  tak  wiele  szczeniąt  wpadło  w  łapy  takich  potworów  jak  Galan  Dracos  i  Argaen
Ravenshadow.  One  to  zostały  przekształcone  w  martwilki.  Mi  możesz  zaufać,  bo  twoja  wyprawa
miła jest zarówno Habakukowi, jak Paladine’owi, to zaś, co się podoba Habakukowi, popieram ja. -
Sardal, kto to jest?

Sardal nie poniżył przybysza odpowiedzią - obiekt pytań Kaza mógł mówić sam za siebie.
-  Jestem  Greymir,  sługa  Habakuka,  władcy  zwierząt  -  wykonuję  jego  wolę  w  świecie

śmiertelników. Mój pan i władca poproszony przez elfa polecił mi, bym dostarczył was bezpiecznie
do miejsca, w którym nędznik i głupiec zwany

Ravenshadowem  z  każdą  chwilą  przybliża  się  do  popełnienia  największej  ze  swych  zbrodni  i

chce z powrotem sprowadzić na Krynn największe z zagrożeń.

Kaz  zbladł,  tak  jak  nigdy  przedtem,  nadal  jednak  przyglądał  się  wspaniałemu  zwierzęciu.  Po

przegnaniu  Takhisis  sądził,  że  będzie  mógł  wreszcie  skupić  się  na  sprawach  bardziej…  hm…
mniejszego  kalibru.  Jak  potrafił,  unikał  czarodziejów  i  wielkich  wypraw,  ale  jak  się  okazało,
bezskutecznie.  Poczuł  się  tak,  jakby  czas  popłynął  w  drugą  stronę.  Ponownie  został  wmieszany  do
rozgrywki  bogów.  Obecność  Greymira  okazała  się  wystarczającym  dowodem  na  to,  że  sprawy
wyszły daleko poza zasięg skromnych ambicji jakiegoś drobnego złodziejaszka magii, elfia go mać! -
Co… - zaczął minotaur.

- Jak sam powiedziałeś - przerwał mu Sardal czas ucieka. Zsiadaj z konia i zabierz tylko to, co

niezbędne. - Będziemy… będziemy jechali wierzchem na nim?

-  Kto  dosiadał  smoków,  na  mój  grzbiet  wdrapie  się  bez  lęku  -  odezwał  się  Greymir

pojednawczo.

Koń  minotaura,  pozbywszy  się  niedawnych  obaw,  trącał  teraz  potężne  wilczysko  nosem.  Do  tej

pory  Kaz  ufał  instynktom  zwierząt  i  nigdy  się  nie  zawiódł.  Na  wszelki  wypadek  podniósł  w  górę
Oblicze Honoru, tak by zobaczyć, czy pojawi się w nim odbicie Greymira.

-  Oto  mi  broń  nie  lada!  -  zauważył  wysłannik  Habakuka.  -  I  słuszne  są  twoje  podejrzenia

dotyczące  odbić…  albo  ich  braku.  -  Na  bocznej  powierzchni  można  było  policzyć  komplet  kłów
srebrnego wilka. No tak. Topór krasnoludzki i tym razem nie zawiódł minotaura. Trzeba będzie mu
więc zaufać. - I jak, pozbyłeś się podejrzeń? - spytał lekko zniecierpliwiony elf.

- Owszem. - Kaz zeskoczył z konia. Włożywszy topór w obejmy na grzbiecie, zrobił niezbyt skory

krok w stronę wielkiego wilka. Greymir legł na trawie i pozwolił minotaurowi wspiąć się na swój
grzbiet. Zwierzę było tak wielkie, że za plecami Kaza zostało jeszcze sporo miejsca dla elfa, który
nie  omieszkał  natychmiast  dołączyć  do  wciąż  nieufnego  minotaura.  Ciężar  obu  jeźdźców  nie
przeszkadzał  wilkowi,  wstał  bowiem  z  łatwością.  Spojrzał  na  wierzchowca,  na  którym  niedawno
jeszcze  galopował  w  pustkę  Kaz  i  rumak  ruszył  truchtem  gdzieś  w  bok,  jakby  otrzymał  jakieś
polecenie. Greymir przysiadł na zadzie. - Trzymać się!

Greymir śmignął przed siebie z szybkością, której jedynie smok mógłby sprostać. Drzewa równie

szybko  pognały  w  tył.  Ptaki  zaś  zamarły  w  miejscu.  Kaz  wiedział,  że  łapy  srebrnego  wilka  nie
dotykają ziemi. To przecież należało do legendy, było częścią cudu.

Gnający na oklep na wilczym grzbiecie z szybkością, która wypierała mu dech z piersi, minotaur

wolałby, żeby akurat to doświadczenie go minęło.

Nadciągał  już  wieczór.  Kaz  wiedział,  że  jego  towarzysze  musieli  już  dotrzeć  do  gór.

background image

Pięćdziesięciu przeciwko… jak wielu?

.-  Otrzymają  wsparcie  i  pomoc  -  usłyszał  głos,  który  mógł  wydobyć  się  jedynie  z  wilczej

gardzieli.  Wspaniały  zwierz  najwyraźniej  umiał  czy  tac  myśli!  -  Jesteś  największym  pesymistą  i
smęcicielem  ze  wszystkich  minotaurów,  jakie  w  życiu  spotkałem.  -  Ostatnim  słowom  towarzyszył
chichot. Od tej chwili Kaz myślał już jedynie o tym, by trzymać się wilczego karku.

Otaczały ich już góry. Wdarcie się w labirynt wąwozów i jarów było jak wkroczenie do obcego,

przerażającego  świata.  Uczucie  to  mocno  przypominało  Kazowi  zło,  jakie  jeszcze  do  niedawna
zagrażało Solamnii. Gdzieś tu można będzie znaleźć odnowioną szmaragdową sferę Galan Dracosa. -
Już niedaleko - mruknął Greymir.

Pośród  gór  rozległo  się  nagle  drwiące,  dalekie  na  razie  wycie.  Kaz  parsknął  wrogo,  rozpoznał

bowiem ów dźwięk. Żadne żywe zwierzę nie mogło tak zawyć.

-  Martwilki  -  stwierdził  Greymir  ponuro.  W  głosie  wilka  dał  się  słyszeć  i  smutek.  -Moje

zbłąkane  szczeniaki…  -  Widać  było,  że  ogarnia  go  też  gniew.  -  Teraz  jednak  nic  już  nie  mogę  dla
nich  zrobić.  Wszystkie  są  tylko  skorupami,  wypełnionymi  pełnymi  nienawiści,  zniekształconymi
wspomnieniami poprzedniego życia.

Teraz  wycie  rozlegało  się  ze  wszystkich  stron.  Argaen  wiedział,  że  przybywają  i  próbował

opóźnić ich jazdę iluzjami. Tym razem nie dadzą się nabrać.

- Elf niczego o nas nie wie… one zaś wcale nie są złudzeniem! - warknął Greymir, zatrzymując

się nagle na widok niezbyt miłego oku zbiorowiska przed nimi.

- Habakuku i Branchalo! - szepnął elf. Martwilki otaczały ich ze wszystkich stron. Kaz naliczył

ponad  pięćdziesiąt  bestii  i  zrezygnował  z  dalszych  rachunków.  Widok  był  obrzydliwy  -  jakby  zły
Chemosh,  pan  żywych  trupów,  zawładnął  wielkim  wilczym  cmentarzyskiem.  Na  jeźdźców  łypały
zewsząd niezliczone czerwone ślepia. Z paszczęk pełnych pożółkłych kłów zwisały na poły przegniłe
jęzory.  Przez  rozpadającą  się  skórę  tu  i  ówdzie  przezierały  kości.  -  Trzymajcie  się!  I  gotujcie  do
obrony!

Trzymający  się  nieco  dalej  martwilk,  który  wdrapał  się  na  skalną  półkę,  zaśmiał  się  okropnie.

Był to ludzki śmiech tchnący szaleństwem. Kaz nie miał czasu poświęcić mu choćby jednej myśli, bo
Greymir  znów  skoczył  do  przodu.  Martwilki  zaatakowały,  jakby  kierowała  nimi  jedna  myśl.  Kaz,
którego ruchy krępowała obecność trzymającego go z tyłu za pas elfa, mógł

jedynie  wykonać  kilka  nieudolnych  cięć  toporem,  gdy  kilkanaście  upiorów  otoczyło

szybkonogiego srebrnego wilka. Tych kilka ciosów wystarczyło jednak, by rozpłatać parę stworów -
co prawda wstawały one, gdy tylko zdążyły doczołgać się do utraconych członków. Niełatwo zabić
stwora,  który  jest  już  martwy  i  potrafi  sam  składać  się  w  całość,  nawet  jeśli  zostanie  pocięty  na
sztuki. Zyskuje się jednak trochę czasu.

Greymir  nie  ustawał  w  biegu  i  nawet  nie  zwalniał,  choć  jakimś  sposobem  lada  moment

znajdował  sposobność,  by  zgnieść  jakiegoś  potwora  w  paszczy  lub  stratować  łapami.  Bestia  za
bestią odlatywały na boki. Kaz i Sardal niestety ucierpieli z powodu kilkunastu ukąszeń - głównie w
łydki i stopy. Greymir również miał kilka drobnych ran. Wydawało się, że wystarczy martwilkom dać
trochę czasu, a srebrny wilk oraz jego dwaj sojusznicy padną pod naporem gnijących kłów.

Kilkoma  wielkimi  skokami  gigantyczne  wilczysko  wyrwało  się  wreszcie  z  kręgu  swoich

ożywionych  pośmiertnie  przeciwników,  obalając  bezlitośnie  w  przelocie  ostatniego  wroga.
Martwilki rzuciły się w pościg, szybko jednak zostały daleko w tyle. - Dziękujmy bogom, że z tym już
koniec! - mruknął Sardal.

Kaz,  który  spojrzał  przypadkowo  w  górę,  ujrzał  nagle  coś,  czego  miał  nadzieję  nigdy  już  nie

oglądać.  -  Sardal…  wcale  nie  jesteśmy  bezpieczni!  Popatrz  na  niebo!  Nad  górą,  leżącą  nieco  na

background image

północ, zataczał złowrogie kręgi kamienny smok.

Greymir  zwolnił  kroku.  -  Zaniosłem  was  tak  daleko,  jak  mogłem.  Resztę  drogi  przyjdzie  wam

pokonać  pieszo…  ale  to  niedaleko.  Może  nawet…  bliżej,  niżbyście  sobie  tego  życzyli.  -  A  ty  co
zrobisz?

-  Gdy  mój  pan,  Habakuk,  wysyłał  mnie  na  tę  misję,  poprosiłem  o  jedną  łaskę…  i  została  mi

przyznana. Greymir zatrzymał się. - Zsiadajcie, proszę.

Zrobili, co im kazano. Ogromny wilk zwrócił się w stronę, z której nadjechali, ku nadciągającym

ich tropem martwilkom. - Dzięki za pomoc, wysłanniku Habakuka.

-  Gdyby  nie  twoja  prośba,  elfie,  nie  miałbym  okazji  do  załatwienia  swojej  sprawy.  Nie

przybyłem  tu  bez  powodu.  Jeśli  komukolwiek  należą  się  podziękowania,  to  tobie  i  minotaurowi…
daliście mi bowiem sposobność dokończenia dzieła, którym dawno trzeba było się zająć. Teraz mogę
zdjąć klątwę z moich krewniaków. Z daleka dobiegło ich wycie jednego czy dwu martwilków.

Płonące ślepia Greymira zwęziły się. - Przedtem, gdy miałem was dwu na grzbiecie, nie mogłem

niczego zdziałać. Teraz przywitam ich jak należy. Wam też niech się wiedzie! - Istnienie martwilków
było dlań podczas ostatnich lat źródłem nieustannego

cierpienia  -  wyjaśnił  Sardal.  Zamierza  zniszczyć  te  zniewolone  martwe  ciała,  tak  by  duchy

członków jego stada mogły wreszcie znaleźć ukojenie.

-  Myślałem,  że  wszystkie  zginęły  z  chwilą  śmierci  ich  pana,  Galan  Dracosa.  Gdzie  Argaen

Ravenshadow nauczył się tak przewrotnej magii? Nie podejrzewałem go o to.

Sardal spojrzał nań koso. - Argaen nigdy tego nie umiał… choć może dał się zwieść i uwierzył,

że  to  wszystko  dzieje  się  za  jego  sprawą.  Widzisz,  przyjacielu.  Argaen  jest  jedynie  narzędziem.
Nie…  minotaurze,  martwilki  nadal  są  posłuszne  swemu  pierwszemu  i  jedynemu  panu.  -
Szmaragdowa sfera! Wiedziałem! - Nie inaczej, przyjacielu. Galan Dracos żyje! - Rozdział 19

MYŚLĘ, ŻE CHODZI O TE GÓRY, pośrodku łańcucha - stwierdził Bennet, zwracając się do sir

Grissoma. Drugi rycerz kiwnął głową. Za nimi tkwili na koniach Darius, Tesela i Delbin, słuchając i
stopniowo  ulegając  zniecierpliwieniu,  niepokojowi  i  wściekłości.  Kaz  zniknął,  pochłonięty  przez
jakąś  tajemniczą  pułapkę.  Przyjaciół  nie  irytowało  powolne  tempo  marszu  rycerskiej  kolumny,  ale
fakt, że Bennet tak łatwo pogodził się z uprowadzeniem minotaura.

- Na wojnie, jak na wojnie - odparł Teseli, gdy ta nie ustawała w zadawaniu gniewnych pytań. -

Tak  samo,  albo  bardzo  podobnie,  bywało  pięć  lat  temu.  Kaz  zdaje  sobie  z  tego  sprawę…  jeśli
jeszcze żyje.

Przejeżdżali  przez  miejsca,  gdzie  ostatnio  kręcili  się  jacyś  jeźdźcy  i  piesi.  Ślady  wiodły  ku

górom, niektóre skręcały i biegły wzdłuż zboczy, jeszcze inne prowadziły z gór - słowem, nie można
było się w tym połapać. Niektórzy rycerze utrzymywali, że widzieli kamiennego smoka. - Gotuj broń!
- rozkazał wreszcie Bennet.

Rycerze  na  czele  mieli  kopie  -  na  wypadek,  gdyby  wróg  znienacka  zastąpił  im  górskie  ścieżki.

Pozostali  podzielili  między  siebie  łuki  przygotowane  dla  napastników  czających  się  na  zboczach  i
miecze  do  rozprawy  z  pieszymi.  Darius  wziął  na  siebie  odpowiedzialność  za  bezpieczeństwo
kapłanki  i  kendera.  Palił  się  do  wypróbowania  głowni  swego  miecza  na  wrażych  karkach.  Tesela
również szykowała się do walki, co w jej wypadku oznaczało mobilizację sił ducha.

Przygotował się i Delbin. Udało mu się znaleźć procę i amunicję. Sięgnął do sakwy, by wyjąć z

niej  notes  do  opisu  nieuniknionej  bitwy  i…  wyciągnął  dwa  połączone  kawałkiem  skóry  rzemienie.
Wyglądało  na  to,  że  proca  się  przyda,  kamieni  zaś  do  niej  pełno  było  przy  ścieżce.  Kolumna
zagłębiała się w góry.

Wszystko to obserwował tkwiący na szczycie jednej z gór i nie zauważony przez nikogo kamienny

background image

smok. Nie kazano mu atakować. Jeszcze nie.

Okazało się to dla Solamnijczyków okolicznością nader szczęśliwą, pokonawszy bowiem kolejny

zakręt  wąwozu,  przekonali  się,  że  czekają  ich  inne  kłopoty  odziane  w  zbroje  i  wywijające
przerażającym orężem.

Pierwszą  pomyłką  napastników  było  mniemanie,  że  rycerze  na  ich  widok  pomyślą  o  ucieczce.

Drugą okazało się założenie, że pięćdziesięciu ludzi to tylko pięćdziesięciu ludzi, gdy w istocie byli
to  najprzedniejsi  wojownicy  Ansalonu.  Pierwsza  fala  atakujących  -  i  tych  ze  zboczy,  i  tych  co
nacierali pieszo - legła do jednego męża, gdyż

każdy  rycerz  z  Vingaardu  zrobił  to,  co  do  niego  należało.  Zginął  tylko  jeden  Solamnijczyk,

któremu strzała przeszyła krtań, dwu zaś innych odniosło lekkie rany. Straty nieprzyjaciela wyniosły
ze trzy dziesiątki wojowników. Zajadłe starcie trwało nie dłużej niż dwie, trzy minuty.

Gdy  nieprzyjaciel  wycofywał  się  w  rozsypce  ku  wąwozom,  Bennet  powstrzymał  zapaleńców,

którzy zamierzali puścić się w pogoń za niedobitkami. Kolumna ruszyła naprzód zwarta jak pięść w
rycerskiej rękawicy. Do następnego starcia doszło po upływie mniej więcej pięciu minut.

-  Minotaurze,  jak  długo  jeszcze  będziemy  tu  tkwili?  Kaz  spojrzał  w  dół,  gdzie  kolejny  patrol

przeszukiwał teren. Jasne było czego, a raczej kogo szukają tamci. - Dopóki nasi przyjaciele tam w
dole nie dadzą za wygraną.

Powoli, niemal cal po calu, zbliżali się do twierdzy, w której osiedlił się Argaen Ravenshadow.

Odnalezienie  jej  okazało  się  sprawą  zupełnie  prostą;  wystarczyło,  że  podkradli  się  do  góry,  na
zboczu  której  przysiadł  kamienny  smok.  Jak  przypuszczali,  cytadela  Argaena  leżała  nieco  poniżej
szczytu. Znaleźć to jedno, ale dostać się tam - o, to sprawa całkiem inna.

Okolica  zrobiła  się  bardzo  niespokojna  i  ruchliwa  jak  podczas  jarmarku  w  Kenderówku.

Wszędzie poruszały się kilkuosobowe patrole. Kaz zdumiał się mocno na widok tylu doświadczonych
wojowników  stanowiących  kiedyś  trzon  sił  Królowej  Smoków.  Mroczny  elf  istotnie  gromadził  tu
armię! Od jak dawna planował coś takiego? Kiedy zaczął się dogadywać z wodzami poszczególnych
band  maruderów?  I  -najważniejsze  ze  wszystkiego  -  co  takiego  im  obiecał,  że  ze  swymi  ludźmi
oddali się pod jego rozkazy?

Twierdza, w której osiedlił się złodziej magii, została zbudowana dawno temu, prawdopodobnie

przez kogoś, kto marzył o tym, że zacznie tu nowe życie. Była stara, ale solidna. Otaczał ją potężny,
wysoki  mur  z  blankami,  tyły  zaś  warowni  przylegały  do  zbocza  góry.  Za  murem  widać  było  kilka
wyższych  budowli  i  przysadzisty  donżon,  który  służył  kiedyś  pewnie  za  kwaterę  władyki.  W  tej
właśnie  wieży  Kaz  spodziewał  się  znaleźć  Argaena.  Mimo  że  żywioły  nie  oszczędzały  budowli,
mroczny elf nie zatroszczył się o naprawę uszkodzeń. Ani Kaz, ani Sardal nie mieli pojęcia, jaki los
spotkał  pierwszych  mieszkańców  warowni,  choć  minotaur  nie  omieszkał  zauważyć,  że  kiedyś  jej
załoga  mogła  liczyć  i  cztery  setki  dusz.  Wywnioskował  to  z  jej  rozmiarów.  Te  same  rozmiary
wskazywały,  jak  wielką  była  już  armia Argaena  -  twierdza  pełna  była  stłoczonych  dość  bezładnie
ludzi  i  koni.  Widać  było  również  grupy  ogrów  oraz  innych  ras,  które  przeszły  na  służbę  Takhisis.
Wyglądało na to, że elf i minotaur mają coraz mniej czasu. Kotłowanina w twierdzy

mogła oznaczać tylko jedno - zaatakowano grupę Benneta. Każda chwila zwłoki narażała tamtych

na większe straty - o ile już ich nie wybito do jednego.

Wędrówka trwała zbyt długo. Musieli unikać patroli pieszych i konnych. Niekiedy byli zmuszeni

się  ukrywać,  a  raz  nawet  zabili  trzech  służbistów,  którzy  zanadto  zbliżyli  się  do  ich  kryjówki.
Twierdza zaś wciąż była daleko. - Ruszają - szepnął Sardal.

Dowódca patrolu postanowił przebadać dalszy odcinek ścieżki. Nikt nie odnajdzie trzech ludzi, z

którymi rozprawił się Kaz, jeśli jednak ci w dole pojadą za daleko, znajdą ślady ogromnego wilka.

background image

Przypomniawszy  sobie  o  Greymirze,  minotaur  zaczął  się  zastanawiać,  jak  też  poradził  sobie

wysłannik Habakuka. Martwilki zachowywały się niezwykle natarczywie i było ogromnie trudno je
uśmiercić. Kaz nie umiał odeprzeć myśli, że może poradziły sobie z Greymirem i teraz kilka z nich
podąża  tropem  jego  i  Sardala.  -  Tracimy  czas  -  przypomniał  mu  elf.  Kaz  odparł  tonem  nie
pozostawiającym żadnych wątpliwości co do tego, co myśli 0 uwadze Sardala. Sardal ukrył uśmiech,
minotaur  zaś  szybko  zbadał  wzrokiem  okolicę  1  oceniwszy,  iż  nie  ma  bezpośredniego  zagrożenia,
wysunął się z ukrycia.

- Mamy szczęście - dodał towarzysz Kaza - że Argaen nie zaufał żadnemu innemu magowi. - A

dlaczegóż to?

-  Proste…  jakiż  braciszek  z  Zakonu  Czerni  nie  dałby  się  skusić  władzą  nad  mocami,  których

kontrolę  umożliwia  szmaragdowa  sfera?  Argaen  nie  jest  dość  biegły  w  sztuce,  by  sprostać
prawdziwemu magowi. - Co sprawia, że idealnie nadaje się dla celów Galan Dracosa.

- Nie inaczej. - Sardal nagle posmutniał. - Biedny Argaen. Zastanawiam się, czy ma pojęcie, na

co się porywa? Kaz tylko parsknął.

Odwrócili  się,  słysząc  ostrzegawczy  okrzyk  z  tyłu.  Z  jakiegoś  nie  znanego  im  powodu,  dwaj

ostatni  ludzie  z  patrolu,  który  niedawno  tędy  przeszedł,  wrócili  po  śladach  dokładnie  w  tej  chwili,
kiedy  Kaz  wyszedł  z  ukrycia.  Elf  i  minotaur  mogli  zrobić  tylko  jedno,  co  też  Kaz  natychmiast
wprowadził w czyn. - Biegiem!

Rozległy  się  sygnały  rogów  i  kolejne  wrzaski  potwierdzające  bliskość  reszty  patrolu.  Wkrótce

alarm ogłoszą i inne grupki. - Nie możemy… nie możemy uciekać na oślep! - Nie trać tchu! -

Kaz  zachwiał  się  w  biegu…  raz  i  drugi.  Natychmiast  też  odkrył,  że  nie  jemu  jednemu  się  to

przydarzyło. Sardal padał właśnie na twarz, przerażone zaś ryki z tyłu powiadomiły go, iż podobne
problemy mają ich prześladowcy. Trzęsienie ziemi? zdumiał się minotaur.

-  M…minotaurzeee!  -  wrzasnął  elf.  Sardal  bezsilnie  toczył  się  po  pochyłości.  Choć  Kaz  wiele

dałby  za  to,  by  móc  przyjść  mu  z  pomocą,  sam  robił,  co  mógł,  by  nie  pójść  w  ślady  towarzysza.
Wstrząsy nie ustawały i powietrze pełne było kurzu i kamieni.

Utrzymując  się  na  nogach  z  najwyższym  trudem,  Kaz  patrzył  zdumiony,  jak  zbocze  jednego  ze

szczytów  jakby  zaczęło  się  topić.  Zamrugał  oczami,  widok  jednak  się  nie  zmienił.  Musiało  to  być
dzieło  szmaragdowej  sfery. Argaen  Ravenshadow  znów  przedsięwziął  jakiś  szalony  eksperyment.  I
niezbyt mu to wychodziło.

Chaos.  Huma  powiedział,  że  Galan  Dracos  nazwał  sferę  swoim  narzędziem  do  kontrolowania

potęg chaosu… lub czegoś podobnego..

Coś wpadło nań z tyłu. Odwinął się i uderzył na odlew, jego ramię natychmiast jednak uwięzło w

potężnym  uścisku  człowieka,  który  nie  ustępował  minotaurowi  wzrostem  i  wagą.  Człek  ten  musiał
mieć  w  żyłach  przynajmniej  kwartę  ogrzej  krwi.  Kaz  zrozumiał,  że  będzie  miał  z  nim  ciężką
przeprawę.

Człowiek  usiłował  wykręcić  mu  ramię,  tak  by  przeciwnik  puścił  topór.  Na  szczęście  lekko  się

poślizgnął. Obaj zamarli w bezruchu, napiąwszy mięśnie, minotaur odkrył jednak, iż jego rywal ma
sporą  przewagę.  Stał  mianowicie  wyżej.  Kaz  tracił  chwyt,  co  gorsza,  człowiek  sięgnął  po  sztylet.
Wyglądało na to, że niedługo już Kaz będzie mógł stawiać opór.

Niespodziewanie  dla  przeciwnika,  minotaur  usiadł  na  ziemi,  pociągając  wroga  ku  sobie.  Ten

poleciał na twarz i ciężko rąbnął głową o ziemię. Puścił Kaza i obaj potoczyli się w dół. Minotaur,
który  tego  właśnie  się  spodziewał,  kontrolował  upadek.  Człowiek  przekoziołkował  kilkakrotnie  i
legł bez ruchu ze skręconym karkiem.

Ziemia  przestała  się  trząść,  co  wcale  nie  oznaczało  końca  kłopotów.  To,  co  niedawno  jeszcze

background image

było solidnym gruntem, choć nie wznosiło się już i nie opadało, miało konsystencję rzadkiego błota.
Kaz spróbował się podnieść i natychmiast ugrzązł po kolana. Sardal ostrożnie i starannie wybierając
drogę,  zbliżał  się  doń  z  tyłu.  Elf  pogrążył  się  po  kostki,  a  każdy  krok  powodował,  że  zanurzał  się
głębiej.

Nieopodal rozległ się okropny bulgot i Kaz odwrócił się w samą porę, by ujrzeć, jak pod ziemią

znikają  buty  jedyna  widoczna  teraz  część  jego  niedawnego  przeciwnika.  Minotaur  spojrzał  na
otaczające  go  błoto  i  zamarł  w  bezruchu.  Dzięki  czemu,  oczywiście,  zaczął  zapadać  się  jeszcze
szybciej. - Nie stój jak słup! - wrzasnął Sardal. - Rozłóż swój ciężar na większej powierzchni! - Nie
będziesz się tak szybko zapadał!

Logikę elfa może dałoby się zakwestionować, rezultaty jego rady okazały się jednak zbawienne.

Minotaurowi  udało  się  nawet  odrobinę  wynurzyć.  Pozostał  tylko  jeden  problem.  -  Jak  się  stąd
wydostaniemy?

W tejże chwili mignął nad nimi jakiś cień. Kaz nie musiał nawet podnosić głowy, by wiedzieć, co

to było. Kamienny smok Ravenshadowa.

Stwór  krążył  nad  nimi,  jakby  zastanawiał  się,  co  robić.  Kaz  ujął  w  dłonie  swój  topór,  zdając

sobie sprawę z faktu, że jeśli nawet bydlę czuło respekt przed krasnoludzką głownią, niewiele mu z
tego przyjdzie, gdy smok po prostu zwali się na niego z góry. Ale przynajmniej zdąży zadać mu choć
jeden cios.

Kilkanaście ton solidnej skały runęło w dół, zasłaniając słońce. Kaz zamknął oczy, czekając na

ostatnie  uderzenie,  to  jednak  nie  nastąpiło.  Rozległ  się  odgłos  ciężkiego  uderzenia,  jakby  coś
masywnego  -  na  przykład  kamienne  stworzenie  -  uderzyło  o  solidną  ścianę  i  się  od  niej  odbiło.  -
Dzięki niech będą Branchali! - szepnął stojący nieopodal Sardal.

Kaz otworzył oczy. Najwidoczniej kamienny smok ku swemu ogromnemu zaskoczeniu - odbił się

od  czegoś  i  teraz  szamotał  się  w  powietrzu,  usiłując  odzyskać  równowagę.  Sardal  uśmiechał  się
niewyraźnie. Minotaur przez chwilę patrzył na elfa i na smoka. - To twoja sprawka?

-  Wypracowałem  sobie  pewne  zaklęcie  i  liczyłem  na  to,  że  jakoś  powstrzyma  pieszczocha

Argaena. Miło mi rzec, że się sprawdziło. - W głosie elfa zabrzmiała ogromna ulga. - Liczyłeś na to?
Znaczy, nie byłeś pewien?

Smok jednak nie chciał uznać się za pokonanego. Podjął jeszcze kilka prób ataku, z tym samym

oczywiście  rezultatem.  Zyskał  choć  tyle,  że  nie  mogli  ruszyć  się  z  miejsca.  Co  gorsza,  członkowie
patrolu, który ścigał naszą dwójkę, pozbierali się jakoś i teraz właśnie postanowili dokończyć dzieła.
Kaz naliczył siedmiu przeciwników - pięciu z mieczami, jednego z toporem i jednego z włócznią.

Wrogowie  z  tyłu,  potwór  nad  głową,  on  sam  zaś  nie  mógł  się  ruszyć.  Może  i  bywał  kiedyś  w

gorszych opałach, nie potrafił sobie jednak teraz tego przypomnieć.

Paladine  świadkiem,  próbowałem  żyć  tak,  by  okazać  się  godnym  twej  przyjaźni,  Humo  -

pomyślał Kaz posępnie - ale bogowie nie lubią minotaurów, teraz zaś moje szczęście zupełnie mnie
zawiodło.

Owe  ponure  rozmyślania  przerwał  mu  tętent  galopujących  koni  i  szczęk  oręża.  W  pierwszej

chwili  przyszło  mu  do  głowy,  że  oto  ziściły  się  jego  oczekiwania  -członkowie  patrolu  otrzymali
posiłki. Kaz i elf obejrzeli się w tył.

I  zobaczyli  klin  jazdy  idącej  w  skok  i  przerąbującej  się  przez  nie  stawiających  niemal  oporu

przeciwników.  Kazowi  wydało  się  nawet,  że  na  tyłach  oddziału  dostrzega  sylwetki  dwu  lub  trzech
magów,  samych  elfów.  Sardal  pozwolił  sobie  na  uśmieszek.  -  Straciłem  już  nadzieję,  że  zdążą  na
czas! Kaz otworzył szeroko oczy. - Wiedziałeś, że nadciągają?

-  Kiedy  ty  tkwiłeś  w  mojej  pułapce,  porozumiałem  się  z  moimi  współplemieńcami  i  wysłałem

background image

wiadomość do najbliższej forteczki solamnijskiej. Południowe chorągwie od końca wojny ścigają tu
resztki armii Mrocznej Pani. Minotaur kiwnął głową.

-  Moi  zaś  ziomkowie…  -  W  tej  chwili  Sardal  przerwał.  Kaz  spojrzał  w  górę,  zdążył  zobaczyć

jednak tylko potężne kamienne szpony, kiedy zaś został wyrwany z błota czemu towarzyszyło potężne
cmoknięcie  -  zrozumiał,  że  zaklęcie  Sardala  przestało  działać.  Kamienny  smok  wzbił  się  w
powietrze,  mocno  trzymając  ofiarę  w  szponach.  Kaz  zdumiał  się  odkrywszy,  że  może  jeszcze
oddychać.  W  rzeczy  samej  żył  jeszcze  -kamienna  bestia  nie  miała  zamiaru  go  zabijać.  Ożywiony
potwór wzbił się w niebo, ulatując poza zasięg elfich magów - wprost ku twierdzy swego pana.

Kamienne  szpony  przygniotły  ramię  Kaza  do  tułowia,  a  nacisk  spowodował,  że  mimo  woli

rozluźnił  uścisk  na  drzewcu  Oblicza  Honoru.  Zanim  zdążył  zareagować,  topór  wypadł  mu  z  dłoni  i
runął w dół, gdzie natychmiast zatonął w płynnym błocku. Kaz usiłował wezwać oręż, wyobrażając
sobie,  że  trzyma  w  dłoni  jego  drzewce,  nic  jednak  nie  wskórał.  Nie  potrafił  nawet  sobie
przypomnieć, jak to było poprzednio. Był rozbrojony i samotny.

Szpony zacisnęły się jeszcze mocniej. Minotaur stracił oddech. Gdy wszystko wokół oblekało się

czernią, pomyślał jeszcze, że może potwór zamierza go po prostu zmiażdżyć.

W  chwilę  później  było  mu  już  wszystko  jedno.  Zanim  stracił  przytomność,  zdążył  jeszcze

pomyśleć z żalem, że oto ginie, nie zadawszy wrogowi ani jednego ciosu.

Gdzieś  tam,  w  głębi  jego  umysłu,  tkwiła  świadomość,  że  jest  to  kolejny  sen  splątany  ze

wspomnieniami,  ale  świadomość  ta  skryta  się  bardzo  głęboko.  Wiedział  jedynie,  że  oto  nadszedł
dzień składania przysięgi, dzień dumy i poniżenia, honoru i hańby.

Wraz  z  pozostałymi  stał  przed  tymi,  których  ogry  i  ludzie  uczynili  starszyzną  plemienia  i  rasy.

Znajdował  się  wśród  nich  jeden,  który  nosił  nawet  tytuł  imperatora  i  nigdy  nie  został  pokonany  na
arenie - choć niektórzy szeptali, że wszystko to było

dziełem  oszustwa  i  podstępu.  Stali  przed  starszyzną,  która  wedle  powszechnego  mniemania

składała się z najbystrzejszych i najsilniejszych minotaurów. Niektórzy z nich byli nawet - jak Kaz -
prawdziwymi  mistrzami.  Pozostałych  jednak  podejrzewano  o  tę  samą  zdradliwość,  jaką
przypisywano  imperatorowi.  Co  zresztą  nie  miało  znaczenia,  byli  bowiem  takimi  samymi
niewolnikami jak pozostali członkowie rasy.

Dawno temu, gdy podbito ich po raz pierwszy, minotaury złożyły przysięgę lojalności, by ocalić

rasę.  Skrępowane  własnym  kodeksem  honorowym,  nieustannie  ją  odnawiały,  popadając  w
nieustającą niewolę. Kilku niepokornych, którzy zawsze znajdowali się w każdym pokoleniu, szybko
doczekało się śmierci z rąk panów. Bardzo rzadko trafiali się tacy, co łamali przysięgę.

Teraz, podczas nieustających zmagań pomiędzy Paladine’em i Takhisis, minotaury zasilały armię

Crynusa.  Każdy  wart  był  co  najmniej  dwu  wojowników  z  innych  ras.  Walczyły  i  zwyciężały  tam,
gdzie  kto  inny  dałby  za  wygraną.  Rozdzielano  je  tak,  żeby  nigdy  nie  przyszła  im  pokusa  zrzucenia
więzów, do czego mogłoby dojść, gdyby kiedyś zebrała się ich liczniejsza grupa. Crynus wolał nie
ryzykować buntu oddziałów, które potrafiłyby wzmocnić każdą armię. Wszystko, czego zresztą było
potrzeba do zapewnienia sobie ich wierności, to zmuszenie młodych do złożenia przysięgi.

W ceremonii uczestniczył sam Crynus, który spoglądał niekiedy uważnie prosto na Kaza. Młodzik

czuł jednocześnie dumę i niepokój. Ktoś dał znak do rozpoczęcia ceremonii. Rozległ się dźwięk rogu
- tyle że był to solamnijski róg bojowy, na miejscu zaś Crynusa siedział teraz Wielki Mistrz Oswal.
Pozostali siedzący obok niego okazali się rycerzami. Po prawej mianowicie zajął miejsce Bennet, z
lewej  natomiast  pojawił  się  uśmiechnięty  wesoło  Rennard  -  co  oczywiście  było  niemożliwe,
ponieważ  Kaz  w  krótkim  okresie,  kiedy  się  znali,  nigdy  nie  widział  go  uśmiechniętego.  To  sen!  -
ostrzegało coś minotaura z głębin jego umysłu. To po prostu być nie może!

background image

- Przysięga jest warta jedynie tyle, ile wart jest dający ją człowiek - mruknął ktoś obok Kaza. -

Minotaur zaś człowiekiem nie jest.

Kaz  odwrócił  się  błyskawicznie  i  odkrył,  że  stoi  wśród  młodych  rycerzy,  którzy  gotują  się  do

złożenia własnych rycerskich ślubów. Tym, który się odezwał, był Huma, spoglądający nań z odrazą i
wzgardą.

-  Jak  długo  potrwa,  zanim  twa  przysięga  przekształci  się  w  puste  słowa?  -  spytał  Huma  z

drwiącym  uśmieszkiem.  -  Tą,  którą  złożyłeś  swoim  panom,  szybko  się  znudziłeś.  Rozczarowałeś
mnie,  Kaz.  Okryłeś  się  hańbą.  Nie  masz  honoru.  Usiłowałeś  upodobnić  się  do  mnie,  by  przekonać
samego siebie, że nie jesteś okrytym hańbą tchórzem i mordercą. Ślepia minotaura nabiegły krwią i
zapragnął mieć w garści krasnoludzki topór, by

orężem  udowodnić  człowiekowi,  jak  bardzo  się  myli.  W  tejże  samej  chwili  poczuł,  że  ma

drzewce  w  dłoni.  Podniósł  głownię  -  i  spojrzał  w  jej  zwierciadlanie  gładką  boczną  powierzchnię.
Przez ułamek sekundy widział odbicie swego pyska, potem zaś obraz zaczął się rozpływać, aż zniknął
zupełnie.

-  W  jaki  sposób?…  -  spytał  Huma…  ale  nie  był  to  już  jego  głos.  Pytanie  zadawał  Argaen

Ravenshadow, a może Galan Dracos. Nie można było tego określić.

Gdy nagle objawił się ten głos - a może te głosy Kaz odzyskał pewną kontrolę nad swoim snem.

Podniósł topór i wyobraził obie, że naprzeciw niego kroczy nie Huma, ale Ravenshadow. Tego zaś z
najwyższą radością wyśle do otchłani.

-  Obudźcie  go,  do  kata!  I  żadnych  więcej  gierek!  -  rozkazał  głos,  który  zdawał  się  rozlegać

zewsząd dookoła.

Kaz został ciśnięty w rzeczywistość. Inaczej nie da się tego opisać. Nie było żadnego przejścia ze

snu do jawy. Wystarczyło tego, żeby zakręciło mu się w głowie. Zaczął ponownie zapadać w majaki,
po  to  jedynie,  by  odkryć,  że  coś  trzyma  go  za  nadgarstki.  -  Otwórz  oczy,  stary  druhu!  I  minotaur
otworzył oczy.

Przed  złowrogą  szmaragdową  sferą  w  pospiesznie  urządzonej  czarnoksięskiej  pracowni,  gdzieś

w sercu wrogiej twierdzy, na poły leżał, na poły siedział Argaen Ravenshadow. Wyglądało na to, że
cieszy się dobrym zdrowiem, po jego ranach nie było śladu, choć dziwacznie przechylał się na bok.
Wydawało się też, że jest zaskoczony, i to nie obecnością Kaza czy kamiennego smoka. Istotą, której
pojawienie  się  zaskoczyło  czarnego  elfa,  okazał  się  ktoś  -  chyba  -  nieproszony  w  twierdzy
traktowanej przez Argaena jak własna. To on oczywiście powitał minotaura. On unosił się teraz nad
szmaragdową  sferą,  która  wydawała  się  jego  nierozłączną  częścią.  Galan  Dracos  we  własnej
przeklętej osobie.

Rozdział 20
NAPASTNICY  ZAATAKOWALI  PONOWNIE.  Za  drugim  razem  zachowali  się  mądrzej  i  nie

podjęli skazanej na niepowodzenie próby szarży. Zamiast tego, trzymając się zboczy i krawędzi jaru,
zasypali rycerzy śmiercionośnym deszczem strzał. Dwu rycerzy legło po pierwszej salwie, mimo że
usiłowali  osłonić  się  tarczami.  Łuczników  było  jednak  zbyt  wielu.  Kilku  Solamnijczyków
odpowiedziało  z  własnych  łuków  -  i  nie  zawahali  się  ni  sekundy,  choć  sami  musieli  się  przy  tym
odsłonić.  Jakiś  człowiek  zwalił  się  pod  kopyta  konia  Teseli  i  dziewczyna  żachnęła  się  ze  zgrozą.
Darius  pomógł  jej  usunąć  z  drogi  nieszczęśnika,  nie  mogli  się  bowiem  zatrzymywać.  Pozostanie  w
miejscu oznaczało śmierć.

Z  lewej  strony  kolumny  posypały  się  w  dół  kamienie,  zapowiadając  lawinę.  Jakiś  łucznik

solamnijski zwalił jednego z tych, co spychali głazy, pozostali jednak nadal pocili się przy drągach,
kryjąc się za zwalanymi w dół kamieniami. Koń jednego z rycerzy runął na ziemię, gdy kilka kamieni

background image

złamało mu tylną nogę. Jeździec zeskoczył z siodła i z zaskakującą szybkością jednym cięciem miecza
ulżył rumakowi, uciszając go na zawsze. Osłaniany przez towarzyszy, wskoczył na siodło jednego z
poległych.

Rycerze  nie  mieli  zamiaru  się  cofać  i  Darius  zaczął  obawiać  się  o  swoich  towarzyszy,

szczególnie o Teselę. Obejrzał się ku tyłom kolumny, licząc na to, że bracia rycerze wyrąbią ścieżkę,
którą Delbin i dziewczyna będą mogli ujść z zasadzki, napastnicy jednak obsiedli już i tamte skały.
Odesłanie  Teseli  i  Delbina  na  tyły  oznaczało  ich  śmierć  choć  nie  wiadomo  było,  czy  oboje  czeka
lepsza przyszłość, jeśli zostaną na miejscu. Wtedy to Darius spostrzegł, że kender gdzieś przepadł.

Odwrócił  się  w  miejscu  i  niewiele  brakowało,  by  brak  ostrożności  przypłacił  życiem.  Delbina

nigdzie  nie  było  widać,  rycerz  był  jednak  przekonany,  że  gdyby  kendera  zabito,  zapamiętałby  to.
Wierzył, że Delbin zdołał jakoś niepostrzeżenie wymknąć się z zamętu bitwy. - Obyś skisł, kenderze!
- mruknął rycerz pod nosem, ruszając z resztą kolumny.

Gdyby  wiedział,  gdzie  w  danej  chwili  przebywa  Delbin,  pewnie  powstrzymałby  się  od

przekleństw.  Kender  bowiem  wcale  nie  szukał  bezpiecznej  kryjówki,  jak  mniemał  rycerz,  ale
myszkował  wśród  splątanych  górskich  ścieżek,  zagłębiając  się  w  serce  gór.  Zajęci  rycerstwem
nieprzyjaciele  nie  zwrócili  uwagi  na  niewielką  postać,  która  uporczywie  przemykała  się  obok
podążających  ku  utarczce  oddziałów.  Kender  właściwie  poruszał  się  szybciej  niż  kolumna
ciężkozbrojnego rycerstwa. Czuł się - co jak na kendera było rzeczą dość niezwykłą - trochę winny:
opuszczenie  przyjaciół  w  potrzebie  nie  było  uczynkiem,  którym  należałoby  się  szczycić.  Wszystko
jednak podporządkował

pragnieniu dotarcia przed innymi do cytadeli Argaena Ravenshadowa. Cechą kenderów, w którą

zresztą  niełatwo  przyszłoby  uwierzyć  komuś,  kto  nie  poznał  ich  na  wylot,  była  niezachwiana
lojalność i wierność przyjaciołom. Tymczasem najlepszy przyjaciel Delbina, ktoś kto był mu bliższy
niż członkowie rodziny, wpadł prawdopodobnie w łapy czarnego elfa. Żadna siła w tej sytuacji nie
mogłaby Delbina zatrzymać.

Kender  wielokrotnie  wyobrażał  sobie,  że  Kaz  jest  już  martwy.  Wśród  skał  przed  nim  pojawiła

się jakaś niewyraźna sylwetka. Delbin wyjął procę i pomknął tak cicho, jak potrafią to tylko urodzeni
w Kenderówku. Po chwili okazało się, że ma przed sobą grzbiet łucznika. Człek ów miał w kołczanie
mnóstwo  strzał  i  wyglądało  na  to,  że  z  chęcią  wypuści  je  co  do  jednej.  Rozejrzawszy  się  wokół,
kender  spostrzegł  i  innych  tkwiących  w  zasadzce  rabusiów,  drogę  zastawiał  mu  jednak  tylko  ten
jeden.  Wybrał  pocisk  do  procy,  włożył  go  w  łatę  i  nie  zawahawszy  się  ani  chwili,  zakręcił
rzemieniami  nad  głową.  Uderzanie  z  tyłu  na  kogoś,  kto  nie  spodziewa  się  napaści,  wydało  mu  się
odrobinę nieuczciwe, potem jednak przypomniał sobie, że łucznik nie miał takich skrupułów wobec
jadącego w dole rycerstwa.

Zatoczywszy  nad  głową  kilka  kręgów  rzemieniami,  Delbin  wypuścił  pocisk,  który  śmignął  ku

celowi  i  z  głuchym  mlaśnięciem  utkwił  w  nasadzie  czaszki  łucznika.  Na  grzbiet  trafionego  trysnęła
struga krwi i opryszek runął twarzą w dół, przelatując przez krawędź, za którą się czaił. Delbin miał
nadzieję, że nikomu w dole nie spadnie na łeb.

Przemknąwszy cicho obok posterunku łucznika, zobaczył cytadelę. Wydało mu się, że to już dość

blisko.

Nagle poczuł wstrząs, jakby ziemia dziko pod nim zatańczyła. Wokół rozległy się przekleństwa i

wrzaski, bo niektórzy z czyhających w zasadzce polecieli w dół, gdzie czekała ich niechybna śmierć.
Delbin ucieszył się ogromnie, bo tańczący pod nim grunt był jednym z najbardziej radujących duszę
doświadczeń, jakie kiedykolwiek dane mu było przeżyć. Okazało się jednak, że półpłynne błocko, w
jakie  zamieniła  się  skalista  ścieżka,  sprawia  mu  sporo  kłopotów.  Kender  był  stworzony  do  ruchu,

background image

lepkie  błoto  zaś  ukochały  żlebowe  krasnoludy.  Niełatwo  było  znaleźć  solidne  oparcie  dla  stóp  -
gdziekolwiek  Delbin  uskakiwał,  było  podobnie.  Jedynym  sposobem  poruszania  okazał  się  trucht  w
miejscu - z nadzieją, że nie zapadnie się głębiej.

Wszystko  to  przestało  Delbina  bawić,  gdy  ujrzał  wznoszącego  się  zza  któregoś  pomniejszego

szczytu  kamiennego  smoka.  Bystre  oczy  kendera  natychmiast  zauważyły  ściskaną  przez  potwora  w
szponach  sylwetkę.  Delbin  widział  to  bydlę  z  bliska  i  wiedział,  jak  wielkie  są  jego  pazury.  Jedna
tylko osoba mogła być tak rosła, jak widziana przezeń z oddali sylwetka - i tą osobą był Kaz. Kaz,
przyjaciel a jedyny dla niego ratunek mógł przyjść tylko z małych rączek samego Delbina.

Przyoblekłszy twarz w wyraz surowej determinacji albo najbliższego jej podobieństwa (kender

nie wiedział, jak w istocie wygląda surowa determinacja) - malec przyspieszył kroku. Kaz czekał na
ratunek, Delbin zaś nie zamierzał go zawieść.

Początkowy  szok  cisnął  Kaza  w  mroczne  królestwo  nieświadomości,  w  którym  minotaur

pozostawał  dość  długo.  Gdy  się  ocknął,  okazało  się,  że  siedzi  na  kamiennej  posadzce  przykuty
łańcuchami  do  jakiejś  ściany.  Nie  tak  zamierzał  wedrzeć  się  do  cytadeli  zdrajcy.  Szybko  zbadał
wzrokiem otoczenie. Niewiele dało się zobaczyć. Widział przed sobą jedne drzwi, kusząco otwarte -
albo w wyniku nieostrożności, albo nadmiernego zadufania w moc łańcuchów. Kamienna ściana, do
której  przykuto  minotaura,  była  nieco  spękana,  ale  nadal  dość  solidna.  Pułap  celi  malowniczo
dekorowały  pajęczyny.  Kaz  przyjrzał  się  krępującym  go  łańcuchom  -  wyglądały  solidnie  i  widać
było, że kowal, który je wykuł, znał swoje rzemiosło i nie żałował trudu.

Zaczął się zastanawiać nad swoją sytuacją. Podejrzewał, że na zewnątrz wrzała zacięta bitwa -

której się nie spodziewał, wyruszając na wyprawę. Gdzieś tam był Delbin i reszta jego towarzyszy,
w  najlepszym  wypadku  poranieni  i  pokaleczeni.  Sprawy  przybrały  niewłaściwy  obrót.  Nic  nie
potoczyło się tak, jak planował. Kaz parsknął z niesmakiem i pomyślał o swoim losie. Czy bogowie
nie mieli niczego lepszego do roboty, niż brać na cel minotaura, który pragnął przecie tylko jednego -
spokoju na resztę życia… no, może z wyjątkiem kilku krwawych walk na arenie, by nie stało się ono
za nudne?

Siedział  tak  i  użalał  się  nad  sobą  -  bo  czuł  się,  jakby  zwalono  mu  na  łeb  wszystkie  utrapienia

świata  -  kiedy  nagle  do  celi  wszedł  dozorca.  Nie  był  jednak  sam.  Towarzyszył  mu  ktoś,  kogo
minotaur natychmiast rozpoznał.

Do  celi  wkroczył  Argaen  Ravenshadow  i  Kaz  zrozumiał  natychmiast,  że  jego  wizja,  w  której

zobaczył  czarnego  elfa,  nie  była  złudzeniem.  Zdrajca  rzeczywiście  przechylał  się  na  jedną  stronę  i
wyglądało na to, że nie czuje się na tyle dobrze, by stanąć prosto. Irytowało to nieco elfa, Kazowi zaś
dostarczyło głębokiej satysfakcji. Dary szmaragdowej sfery są skażone złem.

Elf  przystanął  przed  minotaurem  i  przez  długą  chwilę  przyglądał  mu  się  w  milczeniu.  Otworzył

wreszcie usta, by coś rzec, rozmyślił się jednak i zwrócił się do strażnika: -Możesz odejść. Wezwę
cię, gdy okażesz się potrzebny. Dziwne było to, że strażnik jakby się zawahał. Kaz zdumiał się tym
nieposłuszeństwem, Argaen jednak tego chyba właśnie oczekiwał. Przez chwilę przeszywał strażnika
wzrokiem, w końcu żołdak ustąpił i odszedł niechętnie. Elf odczekał jeszcze chwilę, gdy zaś upewnił
się,  że  są  zupełnie  sami,  zwrócił  się  do  minotaura  z  pytaniem:  -  Widziałeś  go,  czy  nie  tak,
minotaurze? Kaz wzdrygnął się, ale odpowiedział na pozór spokojnie: - Owszem. I choć tego

właśnie się spodziewałem, przyznam, żem się zdumiał.
Ravenshadow uśmiechnął się zagadkowo. Wyglądało to niemal tak, jakby drwił z samego siebie.

- Wspaniała zdobycz, nieprawdaż? Mam w swej mocy najpotężniejszy artefakt Galan Dracosa… nie
dość  tego,  nawiązałem  kontakt  z  samym  mistrzem!  -  Elfie,  powiedz  mi,  jak  udało  mu  się  przeżyć?
Sardal myślał, że..

background image

-  Sardal?  To  z  nim  się  sprzymierzyłeś?  Powinienem  wcześniej  wykryć,  że  to  on  za  tym  stoi.

Jestem  pewien,  że  byłbym  na  to  wpadł,  ale  tyle  jest  do  zrobienia…  a  -  jak  to  mówią  -  czas  nie
czeka… Uważam jednak, że powinienem znaleźć go trochę na pogawędkę z tobą, choćby z powodu
roli, jaką przyjdzie ci odegrać. Kaz lekko zesztywniał.

Ravenshadow machnięciem dłoni odmówił przyjmowania wszelkich komentarzy. -Pytałeś, jakim

sposobem Dracosowi udało się przeżyć? Wcale mu się nie udało. Twój towarzysz, Huma od lancy,
mówił  prawdę.  Widział  to,  co  w  istocie  się  zdarzyło.  Dracos  wiedział,  że  zawiódł  swoją  boginię,
wiedział  także,  że  nagrodą  za  jego  szaleństwa  mogą  być  jedynie  najwymyślniejsze  tortury,  jakie
przyjdą do głowy jego pani… a jest ona niezwykle pomysłowa. Lepiej mu było i nie mogę się z nim
nie zgodzić - zniszczyć swe ciało i rozproszyć ducha, przestając po prostu istnieć. - Wiem.

- Czy wiesz także, że nie wszystko poszło tak, jak się spodziewał? Najwidoczniej i on popełniał

błędy.  Okazało  się,  że  zamiast  umrzeć,  obdarzył  się  czymś  w  rodzaju  nieżycia  i  stał  się  widmem
przykutym  bezradnie  do  szczątków  swego  własnego  dzieła.  -Uśmiech  na  twarzy  Argaena  zmienił
nieco odcień. Myśl o uwięzionym na wieki w pustych odłamkach kryształowej sfery Galan Dracosie
najwyraźniej sprawiała mu niemałą uciechę.

Kaz  był  ciekaw,  co  Argaen  rzekłby  na  to,  iż  podobny  los  szykował  mu  Sardal  Crystalhorn.

Jeszcze jeden z moich błędów, przypomniał sobie minotaur z goryczą. Czy i Humie przytrafiały się
podobnie częste i poważne pomyłki? Chyba nie.

- Jedyne, na co było go stać, to powolne składanie w całość kryształowej sfery. Sądził, że jeśli

tego dokona, potrafi się uwolnić… w czym się mylił. Czekał jednak cierpliwie, skupiając całą swą
determinację i przebiegłość.

-  Wiem  już  dobrze,  że  wiele  spraw,  o  których  myślałem,  że  są  moim  dziełem,  w  rzeczy  samej

działy się za jego przyczyną. Dla jakiegoś nie znanego mi powodu nie mógł zaczerpnąć dostatecznej
mocy od samej sfery, mógł jednak sięgać do innych artefaktów, na których rycerze - jakże głupio! -
złożyli  szczątki  samej  sfery.  Odkryjecie  niebawem,  że  większość  z  nich  jest  teraz  zupełnie
nieszkodliwa… Dracos żył jednak niejako na kredyt. Miał szczęście… gdyby nie moja interwencja i
rozdzielenie - we

- właściwym czasie - ciebie i twego małego przyjaciela, Delbina-Jak-Mu-Tam, Dracos poniósłby

ostatnią już klęskę. Vingaard otrząsnąłby się z szaleństwa. Minotaurze, za to, że nam się udało, tobie
należą się dzięki..

Kaz nie zwrócił uwagi na kąśliwą uwagę elfa. Zamiast tego, usłyszawszy wzmiankę o Delbinie,

jego myśli pomknęły ku przyjaciołom. Czy jeszcze żyją?

- Jesteś dziwnie beztroski jak na kogoś, czyją warownię szturmują właśnie Solamnijczycy. A…

pewnie  nic  o  tym  nie  wiesz?  Czy  ktoś  z  podwładnych  zadał  sobie  choć  tyle  trudu,  by  cię  o  tym
poinformować, czy też powiadomili tylko swego prawdziwego pana, Galan Dracosa?

Argaen  drgnął  tak  wyraźnie,  iż  minotaur  natychmiast  pojął,  że  jego  złośliwa  uwaga  trafiła  w

sedno.

- Atak…  trwa…  jeśli  to  cię  interesuje,  minotaurze  odparł  Ravenshadow.  Usiłował  raz  jeszcze

przybrać maskę niewzruszonej obojętności. Kaz pomylił ją z miną typową dla elfów, którzy mieli do
czynienia z obcymi. Niestety, raz zerwana maska nie dawała się wciągnąć powtórnie. Ravenshadow
miał  powody,  by  obawiać  się  rezultatów  zdobycia  warowni.  Usiłując  zachować  twarz,  dodał
obojętnym tonem: - Wydałem polecenie, by nam nie przeszkadzano.

-  Kiedy  je  wydawałeś,  nie  byłeś  taki  pewien  posłuchu.  -  Kaz,  mówiąc  obrazowo,  przekręcił

wbitą uprzednio strzałę złośliwości.

Z  szybkością,  na  jaką  nie  umiałby  się  zdobyć  ni  człowiek,  ni  minotaur,  Argaen  trzasnął  Kaza

background image

pięścią w gębę. Szczęka minotaura twardsza jest jednak niż elfia czy ludzka i Kaz poczuł nieznaczną
satysfakcję  -  bo  we  łbie  huczało  mu  jak  w  pustej  beczce  -  widząc,  że  zdrajca  krzywi  się  z  bólu  i
rozciera  kłykcie.  -  Gdybyś  nie  był  mi  potrzebny,  minotaurze..  Kaz  odpowiedział  spojrzeniem,  po
którym  elf  powinien  był  zacharczeć  krótko  i  paść.  -  Do  czegóż  to,  łaskawco?  Do  czego  mnie
potrzebujesz?

Argaen  jakby  się  stropił.  W  końcu,  po  długiej  chwili  ciszy,  odpowiedział:  - Aby  nasycić  jego

zemstę.

Zostało to powiedziane tak niepewnym głosem, że Kaz potrzebował dłuższej chwili, by w pełni

zrozumieć,  co  kryje  się  za  tymi  słowami.  Kiedy  to  pojął,  poczuł,  że  po  grzbiecie  przebiega  mu
dreszcz.

- On chce… chce, bym opracował sposób uwolnienia go od tej widmowej egzystencji, jaką musi

wieść  teraz.  Ma  jedynie  dwa  równie  silne  pragnienia…  zemścić  się  na  rycerstwie  i  odzyskać
cielesną  postać.  To  on  kazał  mi  posłać  po  ciebie  kamiennego  smoka.  Ja  wolałbym  cię  zabić.  -
Serdeczne dzięki. -

- Nie drwij ze mnie, bestio. Twoja sytuacja nie jest godna pozazdroszczenia. Kiedy uda mu się

nauczyć  mnie,  jak  przywrócić  mu…  ludzką  postać,  kiedy  wreszcie  wróci  na  Krynn,  dokona  na
rycerstwie straszliwej zemsty. Ty będziesz przekąską. Solamnijczycy daniem głównym.

Na  to  Kaz  nie  znalazł  dobrej  odpowiedzi.  Mógł  sobie  jedynie  wyobrazić  los,  jaki  zgotuje  mu

Galan  Dracos.  Mag  ów  okpił  przecie  śmierć,  potrafił  oszukać  nawet  samą  Takhisis!  Biada  światu,
jeśli Dracos powróci, jeśli uda mu się odzyskać cielesną postać. Nie ma już Humy, który mógłby go
powstrzymać, Kaz zaś dobrze wiedział, że on sam nie sprosta temu przeciwnikowi.

Spojrzał na elfa, który przyglądał mu się z ciekawością uczonego badającego mrówkę.
-  A  teraz,  kiedy  udało  mi  się  wzbudzić  w  tobie  zainteresowanie  twoją  przyszłością  -lub  jej

brakiem  -  proszę,  byś  rozważył  rzecz  następującą.  Kiedy  Dracos  ponownie  stanie  się  żywą  istotą,
oddychającą tym samym co my powietrzem, może się zdarzyć - choć mało to prawdopodobne - że…
umrze. I to bardzo niespodzianie. - Argaen spojrzał na Kaza porozumiewawczo.

O  to  więc  chodziło!  Ravenshadow  potrzebował  zabójcy,  który  dokonałby  tego,  na  co  jemu

samemu nie stało nerwów i sił! Elf ofiarowywał Kazowi szansę zaatakowania Galan Dracosa, zanim
tamten odzyska pełnię sił i władzy nad szmaragdową sferą. Czy elf uważał go aż za takiego durnia?
Nie. Uważał go za desperata.

-  Minotaurze,  chcę,  byśmy  się  dobrze  zrozumieli.  Nad  szmaragdową  sferą  zapanuję  ja…  albo

Dracos. Wybór należy do ciebie. Zostawię ci czas do namysłu. Jeśli jednak będziesz marudził, może
się okazać, że sam sobie poradzę… radziłbym ci więc, byś się pospieszył.

Uśmiechnął się nieszczerze i odwrócił ku wyjściu. Kaz poczekał, aż znajdzie się u drzwi i wtedy

cisnął  ostatni  pocisk.  -  Drogi  Argaenie,  kiedy  się  nauczyłeś  tworzyć  i  kontrolować  martwilki?
Myślałem, że potrafi to jedynie Galan Dracos..

Elf  zamarł  na  chwilę  w  bezruchu,  nie  odwracając  się  do  minotaura.  Następnie  z  pośpiechem,

który  starczył  Kazowi  za  odpowiedź,  otworzył  drzwi  i  wypadł  na  zewnątrz.  Jego  odwrotowi
towarzyszyły  odgłosy  szybkiego  biegu.  Zaraz  potem  do  celi  zajrzał  strażnik.  Łypnął  na  Kaza  i
zamknął drzwi, zostawiając minotaura jego rozmyślaniom. Więc to tak. Martwilki podlegały jedynie
Dracosowi.  Choć  uwięziony  i  pozbawiony  realnej  postaci,  nadal  potrafił  splatać  sieci  swych
obrzydliwych,  przeklętych  czarów.  Minęło  kilka  chwil.  Kaz  nie  mógł  usłyszeć  żadnych  odgłosów  z
zewnątrz. Spróbował

łańcuchów. Mocne i dobrze odkute. Nawet z jego siłą, ucieczka nie wydawała się możliwa. Kaz

jednak  nie  miał  w  zwyczaju  bezradnie  czekać  na  egzekucję.  Choć  wydawało  się  to  jałowym

background image

wysiłkiem,  raz  jeszcze  szarpnął  łańcuchy.  Pomyślał  0  przyjaciołach,  Delbinie,  Teseli,  Danusie  i
Sardalu,  którzy  mogli  zginąć  przez  jego  upór  1  głupotę.  Pomyślał  o  innych,  których  czekał  ten  sam
los.  Lord  Oswal,  Bennet,  lord  Guy  Avondale…  Pomyślał  o  Humie  i  o  tym,  jak  on  sam,  zwykły
minotaur Kaz, usiłował żyć zgodnie z ideałami, jakie przedstawiał sobą jego solamnijski przyjaciel.
Był jednak tylko minotaurem… i banitą wśród swoich. Łańcuchy zgrzytnęły, lecz nie puściły.

Kaz oparł grzbiet o ścianę i nabrał tchu w szerokie piersi. Choć bolały go mięśnie po pierwszym

wysiłku, nie czekał ani chwili. Czy zresztą miał jakiś inny wybór?

Znów  oparł  się  o  ścianę  i  przygotował  do  trzeciej  próby.  Kostki  i  nadgarstki  już  ociekały  mu

krwią.  Jedyna  jego  nadzieja  leżała  w  tym,  że  ten,  kto  zrobił  łańcuch,  rozumował  w  kategoriach
ludzkich. Kaz zaś był minotaurem - i to niezwykle silnym.

Szarpnął  potężnie  i  poczuł,  że  niektóre  ogniwa  ustępują.  Łańcuch  z  prawej  jakby  się  wydłużył.

Kaz  z  nowo  obudzoną  nadzieją  wziął  się  za  okowy  z  prawej  i  poczuł,  że  istotnie  się  poddają.
Zacisnąwszy zęby, całym ciałem rzucił się w lewo. Łańcuch puścił z głośnym jękiem.

W  całej  komnacie  rozległ  się  brzęk  i  łoskot.  Na  nadgarstku  minotaura  wisiały  ze  dwie  stopy

luźnego łańcucha.

Kaz  natychmiast  cofnął  ramię  i  oparł  je  o  ścianę.  Ledwie  zdążył  to  uczynić,  do  celi  wpadł

strażnik  i  spojrzał  na  minotaura  wzrokiem,  w  którym  było  tyleż  wściekłości,  co  podejrzliwości.  -
Słyszałem jakiś hałas! Co ty kombinujesz, byku krasy?

Stojący  w  drzwiach  strażnik  nie  mógł  zobaczyć,  że  minotaur  uwolnił  już  jedno  ramię.  Gdy  Kaz

nie  odpowiedział  i  nawet  odwrócił  się  pogardliwie  od  dozorcy,  ten  podszedł  bliżej.  Dobywszy
miecza, przystawił sztych do krtani minotaura. - Zadałem ci pytanie, byczku! To twoja sprawka?

Zamiast  odpowiedzi  Kaz  machnął  ramieniem  i  dwustopowym  łańcuchem  zaczepił  dozorcę  za

nogę. Człowiek miał jedynie ułamek sekundy na zrozumienie, że zasięgiem ramion minotaur przenosi
człowieka…  szczególnie  jeśli  przedłuży  je  ponad  półjardowym  łańcuchem.  Strażnik  runął  do  tyłu  i
gubiąc miecz, z łoskotem zwalił się na posadzkę. Kaz błyskawicznie przyciągnął go ku sobie, łypiąc
okiem ku drzwiom. Pojawienie się choćby jeszcze jednego dozorcy więziennego zniweczyłoby jego
nadzieje na ucieczkę.

Nadzieje  te  i  tak  legły  niemal  w  gruzach,  kiedy  się  przekonał,  że  strażnik  nie  ma  klucza  od

okowów. Zabrał go pewnie Ravenshadow, który nie ufał nikomu, prócz siebie.

Kaz  przez  chwilę  klął  tak  barwnie,  jak  to  potrafi  robić  jedynie  bywały  w  świecie  minotaur.

Okazało się, że nie tylko nie ma klucza, ale że miecz dozorcy również leżał poza jego zasięgiem, co
oznaczało, że będzie zdany na łaskę następnego draba - chyba że wcześniej uda mu się jakoś uwolnić
nogi i drugie ramię.

Gdybyż  tylko  miał  swój  topór.  Obosieczny,  świetnie  wyważony  topór  krasnoludzki  przyfruwał

doń przedtem na skrzydłach magii - dlaczego więc nie teraz? Co powodowało kaprysy oręża? W jak
desperackiej  musiał  się  znaleźć  sytuacji,  by  broń  uznała,  że  sprawa  warta  jest  zachodu?  Czy  na
zawsze już zostanie pogrzebana w tamtym błocku na górskiej ścieżce? Zaledwie zdążył zadać sobie
to pytanie, kiedy nagle poczuł w dłoni drzewce topora.

Teraz miał broń, i to broń, co się zowie. Choć pozostawało niewiadomą, czy potrafi ona sprostać

takiemu  mistrzowi  magii  jak  Galan  Dracos  czy  choćby  złodziejskiemu Argaenowi,  mistrz,  który  ją
wykuł,  nadał  jej  z  pewnością  dość  hartu,  by  poradziła  sobie  z  czymś  tak  prostackim  jak  zwykłe
łańcuchy.

Oblicze Honoru przecięło żelazo, jakby to było masło. Co prawda bez kluczy nie dało się zdjąć

okowów z nadgarstków i kostek, ale Kaz, który bywał niekiedy filozofem, stwierdził, że nie można
żądać od losu zbyt wiele. Okowy nie krępowały mu ruchów i to mu wystarczyło.

background image

Jak  do  tej  pory,  hałasy  w  celi  nie  ściągnęły  mu  na  kark  żadnego  służbisty,  co  mocno  Kaza

zdumiewało.  Niepokoiła  go  również  cisza  panująca  na  korytarzu.  Wyjrzawszy  ostrożnie  zza
uchylonych  drzwi,  spostrzegł,  że  korytarz  pozbawiony  jest  okien.  Oświetlało  go  jedynie  kilka  nikło
kopcących pochodni. Kaz pomyślał, że powodem ciszy i braku światła może być to, iż znajduje się w
podziemiach - najpewniej gdzieś pod samą wieżą. Wyjaśniało to przynajmniej nieobecność okien.

Ujrzawszy cień kogoś, kto - jak on sam - skradał się ostrożnie korytarzem, przylgnął do ściany.

Nie  miał  gdzie  się  skryć  -  chyba  że  w  celi,  którą  niedawno  opuścił  i  do  której  nie  miał  zamiaru
wracać.

Podniósł  topór  nad  głowę.  Obojętnie,  ilu  będzie  przeciwników,  najlepsze  co  może  zrobić,  to

runąć na nich niespodzianie, gdy tylko wyłonią się zza zakrętu. Mógł liczyć na przewagę, jaką dawało
zaskoczenie.

Nadal  widział  cień  tylko  jednego  osobnika.  Samotny  strażnik,  który  usłyszał  hałas?  Dlaczegóż

więc nie wezwał wsparcia?

Zza zakrętu wysunęła się dłoń i stopa. Kaz napiął mięśnie. Potem - powoli -pojawiła się głowa

przybysza. - Sardal! Ogarniająca go nagle ulga była tak wielka, że niewiele brakło, a byłby wypuścił
broń

z  dłoni.  Elf  spojrzał  zdumiony  na  minotaura,  zerknął  na  potężny,  obosieczny  topór  i  zrobił  się

blady jak całun. Kaz pierwszy odzyskał mowę. - Jak mnie tu znalazłeś? I skąd się tu wziąłeś?

-  Przyjacielu,  mów  ciszej  albo  w  ogóle  nic  nie  gadaj!  Dzięki  niech  będą  Branchali,  żeśmy  się

znaleźli!  Modlę  się,  byśmy  razem  znaleźli  jakiś  sposób  zapobieżenia  tym  potwornościom,  zanim
będzie za późno!

- Za późno? - Kaz zmierzył elfa wściekłym spojrzeniem. - Sardal, co się stało? Jeszcze niedawno

byłem przykuty łańcuchami do ściany. Co takiego się stało?

-  Nie  wiesz?  -  zdumiał  się  elf.  Po  kilku  sekundach  przezwyciężył  chwilę  słabości.  -Nie,  w

istocie… nie możesz wiedzieć, jeśli tkwiłeś tu pod ziemią. - Coś grozi innym? Delbinowi? Ludziom?

Sardal  zrobił  tak  ponurą  minę,  na  jaką  stać  tylko  elfa  -  a  to  znaczy  rzeczywiście  ponurą.  -  Tę

twierdzę otoczono magiczną barierą, niewiarygodnie potężną… Argaen nie byłby zdolny do takiego
wyczynu!  Dostałem  się  za  nią  kilka  sekund  wcześniej,  zanim  rzucono  zaklęcie.  Sekunda  lub  dwie
później i zostałbym na zewnątrz. - A inni?

- Solamnijczycy i ci z moich współplemieńców, którzy ich wspierają, są lepszymi wojownikami,

ale niedawne sługusy Królowej Smoków mają przewagę pozycji. Nawet bez tej bariery nasi mieliby
kłopoty  z  dotarciem  do  murów  twierdzy  przed  zmrokiem,  w  nocy  zaś  ich  sytuacja  będzie  jeszcze
gorsza. - Dlaczego?

- Mój przyjacielu, dziś niebem włada Nuitari. Czarny księżyc bez reszty zasłoni jasnego Solinari.

Obawiam  się,  że  magowie  nie  zdołają  złamać  zaklętej  bariery  -  co  oznacza,  że  wszystko  zależy  od
ciebie i ode mnie, minotaurze. Ponieważ zaś podlegam tym samym ograniczeniom, jakie wiążą dziś
moich braci… to, jak się obawiam, moja pomoc będzie dość nikła. - To znaczy, że wszystko znów na
moim karku mruknął do siebie Kaz.

Zdarzały się w jego życiu momenty, w których żałował, że nie urodził się zwykłym żlebowcem.

Po  nich  nikt  nie  spodziewa  się,  że  będą  ratowali  świat  lub  przynajmniej  bohatersko  ginęli  podczas
próby.

Rozdział 21
ARGAEN  RAYENSHADOW  szalał  z  wściekłości  przed  obiektem  swego  pożądania  -  lśniącą,

szmaragdową sferą będącą dziełem Galan Dracosa.

-  Dość  wykrętów!  Znam  twoją  potęgę!  Wiem,  na  co  cię  stać!  Minotaur  nie  kłamał,  prawda?

background image

Dlaczego  nigdy  do  końca  nie  udaje  mi  się  poddać  sfery  swojej  woli?  Może  dlatego,  że  nadal
wykonuje ona rozkazy innego pana, co?

Nad kryształowym artefaktem chwiała się mglista figura. W tej chwili nie bardzo przypominała

człowieka.  Niewyraźnie  zarysowana,  była  jakby  utkana  z  mgły.  Zdarzały  się  jednak  momenty,  w
których  przybierała  bardziej  określoną  formę  i  wtedy  Ravenshadow  spoglądał  w  niepokojąco
obojętne oczy zdradzieckiego maga, Galan Dracosa. Elf uważał, że o wiele lepiej pertraktuje mu się
z partnerem, kiedy ten przybiera mniej wyrazisty kształt.

Tym  razem  nie  otrzymał  odpowiedzi.  Niekiedy  ją  dostawał,  niekiedy  nie.  Złodziej  magii  nigdy

właściwie nie był pewien, czy ją uzyska, czasami też zastanawiał się, czy w ogóle ją otrzymuje, bo
gdy Galan Dracos przemawiał, jego głos nie był głośniejszy od szeptu konającego.

Kiedy zyskał pewność, że milczące widmo i tym razem nie zniży się do rozmowy z nim, odwrócił

się z irytacją i zajął pilniejszymi sprawami. Wydawało się, że wszystko idzie zgodnie z jego planem.
Przywódcy większych band na Południu odpowiedzieli na jego wezwanie z zaskakującą jego samego
skwapliwością - jakby tego właśnie oczekiwali. Na Północy ogry, które od pięciu lat nie wytykały
nosów ze swoich komyszy, już zbierały się w zbrojne grupy. Elf obiecał im wielkie łupy i magiczną
pomoc w ich beznadziejnej walce - bez pomocy smoków ciemności służalcy Takhisis nie mieli ducha
do walki. Teraz poderwało ich wezwanie Argaena Ravenshadowa.

Dzięki  niezwykle  szczęśliwemu  zbiegowi  okoliczności  wszedł  w  posiadanie  artefaktu,  który

czynił  go  pierwszym  i  niekwestionowanym  sługą  Królowej  Ciemności  -i  odkrył  poniewczasie,  że
szmaragdowa kula była obiektem bardziej tajemniczym, niż przypuszczał.

Podszedł do okna i przyjrzał się niesamowitemu blaskowi otulającemu cytadelę, barierze, która

zatrzymała jego wrogów i sprzymierzeńców.

Dręczyło go pewne pytanie, które nie raz już sobie zadawał - nawet przedtem, nim jego pewność

siebie  zaczęły  podkopywać  uwagi  minotaura.  Martwilki  były  dalszym  świadectwem  tego,  że  Galan
Dracos  go  potrzebował  -  ale  do  czego?  Przeklęte  widmo  miało  więcej  mocy,  niż  raczyło  się
przyznać, nadal jednak go potrzebowało. Po co? I jak może obrócić to na swoją korzyść?

Gdy z daleka obserwował maleńkie figurki, które chyboczą się jak kolumny dymu na wietrze, na

jego  wargach  pojawił  się  krzywy  uśmieszek.  Obecnie  potrafił  wykorzystać  jedynie  drobną  część
możliwości  szmaragdowej  kuli,  muskając  zaledwie  jej  powierzchnię,  ale  i  to  dało  mu  poczucie
niezwykłej  potęgi.  Gdyby  mógł  podporządkować  sobie  jej  jądro,  gdyby  potrafił  kontrolować
przepływ mocy magicznych, których kanałem była sfera, stałby się podobny bogom.. Albo byłby już
trupem. Pionkiem w dłoniach stwórcy tej zdumiewającej rzeczy.

Musiał  dowiedzieć  się  czegoś  więcej.  Musiał  odkryć,  jakie  miejsce  w  swoich  planach

przeznaczyło mu to widmo unoszące się nad sferą, która wedle prawa powinna być jego. Wtedy to,
nie wcześniej, Argaen Ravenshadow rozprawi się z tym głupcem. Trup jest trupem, a Galan Dracos
miał już swoją szansę. Przyszłość należy do Argaena Ravenshadowa!

Odwróciwszy się od okna, elf spojrzał na klepsydrę stojącą na stole, którego używał do swoich

badań. Zapomniane leżały tu księgi i manuskrypty, które kradł przez całe lata - zsunął je wszystkie na
bok,  by  zrobić  miejsce  dla  czasomierza.  Klepsydra  zawierała  piasek,  który  przesypywał  się  przez
trzy  godziny,  teraz  zaś  mniej  więcej  połowa  opadła  już  na  dno.  Trzy  godziny  bezpieczeństwa.  Tyle
będzie działała bariera. Potem zniknie. Piasek sypie się zbyt szybko - pomyślał elf. Ze zmierzchem
zniknie jego ochrona. Do tego czasu musi zapanować nad sferą. Nie miał już skrytek cienia - jedyna,
którą wykorzystał w drodze do tego miejsca, niemal się zużyła.

Odruchowo  spróbował  się  wyprostować.  Zaklął  ostro,  kiedy  ból  w  boku  dał  o  sobie  znać.

Wszystkie  jego  sukcesy  były  połowiczne.  Zgodnie  z  teorią,  szmaragdowa  sfera  powinna  była

background image

zapewnić mu moc dostatecznie wielką, by mógł się uzdrowić, a tymczasem nie potrafił stanąć prosto
bez tego, żeby boku natychmiast nie przeszył mu grot bólu..

Wsunąwszy  dłonie  w  kieszenie  szaty,  odwrócił  się  ku  szmaragdowej  kuli  i  cieniowi,  który  się

nad nią unosił. Palcami prawej dłoni dotknął tego, czego szukał. Nie uśmiechnął się, choć miał na to
wielką  ochotę.  Zamiast  tego,  przemówił  do  „partnera”,  z  którym  złączyły  go  okoliczności.  -
Zacznijmy jeszcze raz.. Ruszył ku lśniącemu artefaktowi, nie spuszczając widma z oczu.

Tak był zajęty realizacją swych planów, że nie spostrzegł niewielkiej figurki, wychylającej się z

bocznej alkowy.

Podobnie jak Sardal, również i Delbin dostał się za magiczną tarczę w ostatniej niemal chwili.

Zdał  sobie  z  tego  sprawę,  kiedy  w  pewnym  momencie  się  odwrócił  i  ujrzał  za  sobą  jakiegoś
pechowca,  który  złapany  przez  sarną  barierę  znieruchomiał  niczym  posąg.  Pomysł  takiego  zaklęcia
natychmiast pobudził wyobraźnię kendera, Delbin miał jednak dość oleju we łbie, by zrozumieć, że
oznacza to jedynie spore kłopoty dla Kaza

i innych. Natychmiast więc przyspieszył kroku.
Dostanie  się  do  samej  cytadeli  okazało  się  niezwykle  proste.  Delbin  puszył  się  niczym  paw.

Podczas  przeszukiwania  wyższych  pięter  głównej  budowli  nie  dopuścił  się  żadnej  z  tych  rzeczy,
które - nie wiedzieć czemu - zawsze tak ogromnie irytowały minotaura. Jedynym problemem okazało
się to, że nie wiedział, gdzie szukać dalej. Kaz tkwił gdzieś tutaj, Delbin zaś miał dziwne przeczucie,
że  wkrótce  zdarzy  się  coś  okropnego  i  że  jedyną  osobą,  która  może  temu  czemuś  zapobiec,  jest
pewien skromny, urodziwy kender o niezłych widokach na przyszłość… innymi słowy, on sam.

Patrząc na mrocznego elfa i tę dziwną zjawę, którą Argaen uporczywie nazywał Galan Dracosem

- imię to Delbin już znał z opowieści Kaza - kender poczuł, że budzi się w nim i dojrzewa dziwne,
nie znane mu uczucie. Człowiek, minotaur, krasnolud, ogr czy elf poznaliby je natychmiast - kender
niestety  nie.  Wśród  członków  jego  rasy  było  niezwykle  rzadkie,  Delbin  jednak  -  jako  się  rzekło  -
otrzaskał się już nieco w świecie i w końcu przypomniał sobie jego nazwę. Strach.

Sardal zamierzał powiedzieć coś więcej, Kaz zaś z pewnością chętnie byłby tego wysłuchał, nic

takiego  jednak  się  nie  wydarzyło,  ponieważ  tę  właśnie  chwilę  wybrało  coś,  by  pomyszkować  po
korytarzu.

Nie  był  to  martwilk.  Nie  mieli  zresztą  pojęcia,  co  to  może  być  -  wiedzieli  jedynie,  że  to  jakiś

strażnik… swego rodzaju pies łańcuchowy. Na dwu nogach… to wiedzieli od samego początku. Kaz
wyraźnie słyszał człapanie dwu stóp.

Cokolwiek to było, oddychało głośno i chrapliwie. Na nieme zapytanie Kaza, czy stwór wyczuł

ich  obecność,  Sardal  odpowiedział  przeczącym  potrząśnięciem  głowy.  Dobrze  wróżyło  to  na
przyszłość. Martwilk byłby już na ich tropie. Tak czy owak, stwór podążał w ich kierunku.

Ponieważ nieznane zagrożenie było coraz bliżej, Kaz i elf, nie mając innego wyboru, cofnęli się

wzdłuż korytarza. Trzeba było biec szybko i cicho.

Poruszanie  się  chyłkiem  dla  elfa  nie  stanowiło  żadnego  problemu.  Z  Kazem  rzecz  miała  się

inaczej;  przy  jego  wzroście  i  masywnej  budowie  -  minotaury  znane  były  z  krzepy,  nie  zaś  ze
zręczności w podchodach - zachowanie ciszy podczas biegu było prawie niemożliwe. Wydawało się,
że  jego  stopy  umyślnie  wyszukują  każdą  nierówność  posadzki,  skutkiem  czego  było  kilka  potknięć.
Podczas  tego  wszystkiego  oczywiście  kilkakrotnie  zawadził  toporem  o  ściany.  Za  każdym  razem
spodziewał się niemal, że z kamiennych ścian wyłonią się jakieś wściekłe stwory.

Niewidoczny  prześladowca  był  coraz  bliżej,  nie  wyglądało  jednak  na  to,  by  w  jakikolwiek

sposób spostrzegł ich obecność. Kaz zaczął się zastanawiać, czy tamten przypadkiem nie jest głuchy.
Nawet jednak wtedy powinien był już się zorientować, że

background image

do twierdzy wdarli się jacyś obcy.
W  pewnej  chwili  Sardal  się  zatrzymał  i  obejrzał  w  stronę,  z  której  przyszli.  Odgłosy  kroków

podążającego  za  nimi  stworzenia  już  ucichły.  Spojrzawszy  na  elfa,  minotaur  przekonał  się,  że  ten
mocno zbladł. - Co się stało? - spytał Sardala.

- Nie wiem, jak do tego doszło, ale podejrzewam, że… krążymy po własnych śladach.
Dziki skrzek, który rozległ się zaraz potem, zaskoczył ich obu. Na Sardala skoczyło coś sporego,

dwunożnego  i  kudłatego.  Obaj,  napastnik  i  ofiara,  runęli  na  ziemię  ze  zduszonym  jękiem.  Kaz
zamierzył się do ciosu toporem, nie mógł jednak ciąć tak, by przypadkiem nie trafić elfa. Cisnął więc
topór na posadzkę i złapał napastnika za kark, próbując oderwać go od Sardala.

Przez kilka sekund wyglądało na to, że żadna ze stron nie uzyskuje przewagi. Potem w żelaznych

łapach  minotaura  łeb  stwora  zaczął  odchylać  się  w  tył.  Kaz  owinął  szyję  napastnika  drugim
ramieniem i poprawił uścisk. Przeciwnik przekręcił głowę, jakby chciał mu się przyjrzeć i Kaz ujrzał
- na szczęście tylko kątem oka i na krótko - jedyny pysk, przy którym gęba ogra czy goblina mogłaby
się wydać wzorem urody. Morda przeciwnika miała też niezwykle wrogi wyraz, jakiego próżno by
szukać u normalnego, uczciwego rzezimieszka.

Szczurolud  puścił  Sardala  i  odwrócił  się,  usiłując  dosięgnąć  Kaza  pazurami  i  siekaczami.  Kaz

jednak na to nie pozwolił. Stwór dysponował znaczną siłą, odwrócony tyłem nie mógł jej jednak w
pełni  wykorzystać,  Kaz  tymczasem  coraz  mocniej  zgniatał  mu  krtań.  W  odległości  paru  cali  od
oblicza  minotaura  bezsilnie  kłapały  siekacze  szczuroluda,  który  pazurami  drapał  boki  i  pierś
przeciwnika. Bydlę nie zamierzało rezygnować.

Nagle  napastnik  zacharczał  okropnie,  uderzył  piętami  i  znieruchomiał.  Kaz  zobaczył,  że  grzbiet

stwora  broczy  krwią.  Sardal  -  bez  żadnego  zrozumienia  dla  ducha  sportu  -pchnął  szczuroluda
sztyletem w plecy.

- Minotaurze… hm… nie chciałbym, byś mnie źle zrozumiał… ale pospieszmy się, do kata! Nie

sądzę, by ten wypierdek łaził tu sam.

Kaz odkrył, że sam łypie niespokojnie okiem i bada wzrokiem każdy mroczniejszy zakątek, jakby

spodziewał się, że lada moment wyłoni się zeń następny szczurolud. Nie przeczę. Wezmę tylko mój..

Sardal  przez  chwilę  czekał  na  koniec  zdania,  wreszcie  zaniepokojony  przedłużającą  się  ciszą,

zapytał: - Twój co? Minotaur nie odpowiedział. Zamiast tego przez chwilę jeszcze rozglądał się po

korytarzu.  Potem  kopnął  ze  złością  martwego  szczuroluda.  Sardal  patrzył  nań  wzrokiem,  który

domagał  się  odpowiedzi.  -  Coś  ci  zginęło?  -  Oblicze  Honoru!  Nie  mogę  znaleźć  topora,  który  mi
dałeś! - Może cisnąłeś go gdzieś podczas walki?

-  Odłożyłem  go  tutaj!  -  Kaz  wskazał  miejsce  odległe  o  kilka  kroków.  -  Bałem  się,  że  zamiast

niego odrąbię łeb tobie!

-  Przepadł  więc,  minotaurze,  i  lepiej  będzie,  jeśli  oddalimy  się  stąd,  zanim  wrócą  tu  ci,  co  go

zabrali.  Mogą  to  być  jacyś  braciszkowie  tego  tutaj.  -  Argaen  wzdrygnął  się  lekko,  wskazując
martwego  szczuroluda.  W  tym  stworzeniu  było  coś  prawdziwie  odrażającego.  Elf  wątpił,  by  ten
stwór przyszedł na świat w takiej postaci, w jakiej go opuścił. Najpewniej było to coś, co Argaen
skradł  jakiemuś  magowi  Czerni.  Sardal  mógł  tylko  mieć  nadzieję,  że  nieszczęsne  stworzenie  nigdy
nie było człowiekiem.

- Najpierw chcę coś sprawdzić. - Kaz uśmiechnął się i zamknął oczy. Złodziejów topora czekała

niespodzianka. Skąd tamci mieli wiedzieć, że minotaur może wezwać oręż do ręki? Wyobraził sobie
broń, jej zwierciadlanie gładką głownię i wezwał ją - jak robił to już przedtem. - Co ty wyprawiasz?
- spytał Sardal nieco poirytowanym tonem.

Kaz otworzył oczy i spojrzał na swoje - puste jak mieszek po wizycie w domu rozpusty - dłonie. -

background image

Nie  ma  go!  Elf  spojrzał  nań  wzrokiem,  w  którym  kryła  się  troska  o  rozsądek  minotaura.  -  Topór!
Przedtem, gdy go wezwałem, sam pojawiał się w moich dłoniach. - Niebywałe! Kaz pochylił się ku
elfowi i spojrzał nań podejrzliwie. - Nie wiedziałeś o tym?

-  Nie…  ale  coś  mi  świta…  Zawsze  uważałem,  że  z  tym  toporem  wiąże  się  jakiś  sekret.

Krasnolud  nigdy  mi  go  nie  wyjawił.  Powiedział  tylko,  bym  trzymał  broń  w  pogotowiu.  Chciał
przechować oręż z dala od tych, co mogą użyć go w złej sprawie, pewien był jednak, że kiedyś ktoś
będzie go potrzebował. Myślę, że sam wiedział niewiele więcej. Całkiem możliwe, że był po prostu
wykonawcą  woli  Reorxa.  Często  o  tym  rozmyślałem.  Ten  topór  wyglądał  mi  na  wytwór  jego
przewrotnej wyobraźni. Kto wykuł coś takiego, jak Szary Klejnot Gargatha..

Kaz  nie  zwracał  uwagi  na  słowa  elfa.  Gapił  się  zawzięcie  na  swoje  puste  dłonie.  Z  toporem

miałby  jakąś  szansę  przeciwko Argaenowi  i  Dracosowi.  Zaczął  nawet  przekonywać  sam  siebie,  że
jego  podwójną  głownią  można  by  zniszczyć  szmaragdową  sferę.  Czyż  nie  udało  się  to  za  pomocą
Laski Magiusa? - Musimy ruszać. - Sardal pociągnął minotaura za ramię. - Z toporem czy bez.. Kaz
kiwnął głową. - Trzeba nam uważać na pułapki.

- Powiedziane w samą porę, minotaurze! Zadbam o to, by te słowa wyryto na twoim nagrobku!
Przed  nimi  stał Argaen  Ravenshadow  z  odchylonym  w  tył  lewym  ramieniem  -  jakby  zamierzał

cisnąć czymś w zaskoczonych kompletnie intruzów.

Kilka sekund wcześniej oszołomiony Delbin obserwował ukradkiem, jak mag, z miną świadczącą

o tym, że opętała go jakaś idea, osiągnął chyba to, co nie powiodło mu się wcześniej. Ravenshadow
uniósł  jedno  ramię,  drugie  zaś  wymierzył  w  szmaragdową  kulę.  Niemal  dotykał  dłonią  lśniącej
powierzchni. Całe jego ciało drżało jak w gorączce.

Wiszący nad sferą mglisty kształt Galan Dracosa wyraźnie gęstniał. Delbin odniósł wrażenie, że

widmo  czekało  na  coś,  co  jeszcze  się  nie  wydarzyło,  ale  stanie  się  lada  moment.  Upiór  drżał  i
dygotał. Kender domyślił się, że trawi go gorączka niecierpliwości.

Nagle widmo wyprostowało się i zgęstniało tak, że jego rysy niemal całkowicie się uwidoczniły.

Jego  prawie  gadzie  oblicze  wykrzywiało  dzikie  szaleństwo.  W  tejże  samej  chwili  Argaen
Ravenshadow odskoczył od sfery z okrzykiem bólu i zaskoczenia.

- Wolny! Minotaur się uwolnił! I jest tu Sardal! - syknął mroczny elf. Podsłuchujący kender nie

wszystko pojął do końca. Ravenshadow wbił spojrzenie w Galan Dracosa. -Pokaż mi, gdzie oni są!

Widmo  niemal  rozpłynęło  się  w  powietrzu.  Mag  i  elf  porozumieli  się  bez  słów.  Ravenshadow

kiwnął głową i nagle zniknął. W jednej sekundzie był tutaj i grzebał dłonią w kieszeni swej szaty, w
następnej już go nie było. Nie towarzyszył temu kłąb dymu czy głośny huk, jakie Delbin oglądał na
pokazach iluzjonistów. Elf zniknął i tyle.

Kender zachwycał się tym wszystkim przez chwilę, aż wreszcie dotarło do niego, że może teraz

coś  zrobić  -  ale  co?  Galan  Dracos  nie  unosił  się  już  nad  szmaragdową  kulą  -widmo  postanowiło
podążyć  za  elfem  lub  wrócić  do  swego  nieziemskiego  królestwa.  Tak  czy  owak,  Delbin  został
zupełnie sam. Jedynym powodem, dla którego powstrzymywał się od jakiegokolwiek działania, było
to,  że  zupełnie  nie  mógł  połapać  się  w  sytuacji.  Może  mógłby  coś  wymyślić,  jeśli  zlazłby  na  dół  i
przyjrzał się wszystkiemu z miejsca, z którego miałby lepszy widok?

Zanim zdecydował, że może bezpiecznie wyleźć z kryjówki, odczekał dwa lub trzy tuziny uderzeń

serca.  W  niszy,  w  której  ukrywał  się  do  tej  pory,  nie  zmieściłby  się  żaden  człowiek.  Kender
tymczasem  wyślizgnął  się  z  niej  bez  najmniejszego  trudu  i  polazł  w  dół  po  ścianie  jak  pająk,
zeskakując  w  końcu  na  posadzkę  z  wysokości  trzech  stóp.  Człowiek  narobiłby  przy  tym  hałasu  -
Delbin  opadł  na  ziemię  ciszej  niż  spadający  z  drzewa  jesienny  liść.  I  bezszelestnie  rozejrzał  się
dookoła. Zobaczył wiele przedmiotów

background image

i przedmiocików, którymi w innej sytuacji zająłby się z najwyższą uciechą, teraz jednak nad jego

wrodzonymi skłonnościami górowała troska o przyjaciela.

Skupił wzrok na poznaczonej siatką pęknięć powierzchni kuli. Gdzież podziały się te ślepia, które

miały spojrzeć nań z jej głębi? Delbin odczekał chwilę, ale żadne widmo Dracosa nie powstało, by
go  zmiażdżyć.  To  tylko  jego  rozigrana  wyobraźnia.  Podczas  spędzonych  razem  miesięcy  Kaz
niejednokrotnie  wytykał  kenderowi,  że  zbyt  często  ulega  własnej,  nadmiernie  rozwiniętej  fantazji.
Delbin nigdy nie zdołał go przekonać, że nadmiernie rozwinięta wyobraźnia była nieodłączną cechą
kenderzej natury.

Jego wzrok powędrował znów ku szmaragdowej kuli. Ona była przyczyną wszystkiego, pomyślał

nagle.  Argaen  użył  jej  do  wpędzenia  rycerstwa  w  szaleństwo  -a  może  kula  użyła  elfa?  Delbin
potrząsnął  głową.  To  nie  miało  teraz  znaczenia.  Liczyło  się  tylko,  że  Argaen  zamierzał  użyć  jej
ponownie, a Kaz uważał, że jeśli do tego dojdzie, ludzie znów będą cierpieć.

Z  tym  właśnie  musi  uporać  się  Delbin.  Jeśli  tylko  zdoła  ją  jakoś  rozbić  -  była  zbyt  wielka,  by

wetknąć ją do sakwy i wynieść - wszystko znowu wróci do normy. Ludzie będą szczęśliwi, tak jak
być powinno.

Jak ją roztrzaskać - oto jest pytanie! Delbin rozejrzał się dookoła. Zobaczył mnóstwo półek, na

których leżało wiele interesujących przedmiotów. Popatrzył na opasłe tomy ksiąg z zaklęciami, które
leżały na stołach, tam gdzie zostawił je Ravenshadow. Liczyły sobie setki chyba lat i wyglądały na
solidne i ciężkie. Może jedna z nich załatwi sprawę. Kender zobaczył też klepsydrę.

Gdy Delbin zastanawiał się nad tym, jak najlepiej uporać się z zadaniem, nad szmaragdową sferą

ponownie pojawiła się mgiełka.

- Dlaczego nie… spróbujesz… topora? - rozległ się drwiący szept tuż przy uchu kendera.
W  rzeczy  samej,  bojowy  topór  -  topór  Kaza  -  pojawił  się  nagle  na  stole  obok  Delbina.  Delbin

zauważył to kątem oka, bo usłyszawszy tajemniczy głos, odwrócił się na pięcie jak kolnięty szydłem.

I spojrzał prosto w oczy widmowego Galan Dracosa. Szalony mag patrzył na kendera wzrokiem,

który zdolny był zwarzyć mleko.

- Nie masz… dokąd uciec… a ja cię… potrzebuję! Niewidzialna dłoń ucapiła Delbina za kark i

pociągnęła ku szmaragdowej sferze. Kender szarpał się i wierzgał, ale niczego nie wskórał. - Nie! -
syknął Dracos. - Myślę, że… trzeba mi cię… trochę poskromić!

Każdy cal niewielkiego ciała Delbina przeszyły igły bólu. Malec zwisł bezwładnie, ale wbrew

jego woli coś nadal ciągnęło go ku kryształowej kuli i jej twórcy.

-  Wkrótce…  już  wkrótce  ożyję  ponownie!  -  syknął  upiór,  nachylając  się  nad  bezwładnym

ciałkiem. - A moja Pani… moja łaskawa Pani… zapanuje nad całym Krynnem!

Rozdział 22
KU SARDALOWI I KAZOWI poleciało kilka małych obiektów.
W  tej  samej  chwili,  gdy  Kaz  pojął,  że  na  nim  skupi  się  główny  impet  ataku  złodzieja  magii,

pociski opadły nieszkodliwie na ziemię w odległości może dwu stóp od jego zdumionej gęby.

-  Argaenie,  gubi  cię  to,  co  zawsze  zarzucałeś  naszej  rasie!  Zbyt  łatwo  przewidzieć  twoje

poczynania.  To  jedyne  zaklęcie,  na  jakie  cię  stać?  Takie  czary  przystoją  jedynie  jarmarcznemu
kuglarzowi!

Gdy  Sardal  to  mówił,  Kaz  zauważył,  że  na  twarzy  Ravenshadowa  pojawia  się  zagadkowy

uśmieszek. I nagle na głowy elfa i minotaura runęło sklepienie.

Sardal  podniósł  dłonie,  zrobił  to  jednak  zbyt  późno,  by  ochronić  ich  obu.  Ku  przerażeniu

minotaura, pospiesznie utkane zaklęcie ustabilizowało pułap nad nim, ale nie nad Sardalem. Na elfa
runęły wielkie bryły gładzonego kamienia. Kaz spostrzegł, że niektóre z nich odbijały się od Sardala

background image

nieszkodliwie, tych, co rąbnęły jednak weń z całą mocą, było dość, by oszołomić elfa, który już po
raz drugi uratował mu życie.

Przez  cały  ten  czas Argaen  Ravenshadow  śmiał  się  jak  szaleniec.  Sardal  nie  docenił  ciemnego

elfa, który zawsze był złodziejem magii z niewielką mocą własną. Teraz sprawy miały się inaczej i
wyglądało na to, że dawny przyjaciel stanie się pierwszą jego ofiarą.

Kaz parsknął wściekle, wbił wzrok w Ravenshadowa i ruszył nań jak burza. Niestety, nawet nie

dotarł  do  celu. Argaen  przestał  chichotać  i  spojrzał  na  posadzkę  pod  stopami  minotaura.  Posadzka
pękła  z  hukiem.  Kaz,  zdecydowany  dopaść  zdradzieckiego  elfa  za  wszelką  cenę,  przeskoczył
rozwierającą się coraz szerzej szczelinę.

Ze ścian korytarza wysunęły się kamienne szpony, które ułapiły nogi i jedno ramię Kaza. Nagłe

unieruchomienie  spowodowało,  że  jedna  z  nóg  minotaura  omal  nie  została  wyrwana  ze  stawu
biodrowego. Kaz z trudem stłumił ryk bólu. Argaen Ravenshadow uczynił sobie z niego zabawkę.

Mroczny elf igrał ze swymi nowo odkrytymi mocami, jak dziecko bawi się nowymi zabawkami.

Jedną  dłonią  nakreślił  w  powietrzu  krąg  przed  Kazem,  dbając  o  to  wszakże,  by  nie  dostać  się  w
zasięg jego wolnej łapy. Ze środka kręgu wyfrunęły maleńkie uskrzydlone węże, które zaczęły latać
wokół  gęby  minotaura.  Wolną  dłonią  Kaz  usiłował  je  odpędzić.  Zarobił  kilka  ukąszeń  i  zdołał
zgnieść w łapie tylko jednego. Były zaskakująco zwinne i szybkie - niczym kolibry. Zabawa znużyła
Argaena po minucie czy dwu i machnął niedbale dłonią. Węże

rozpłynęły się w nicość.
-  Kiedyś  nie  śmiałbym  nawet  marzyć  o  tym,  by  dokonać  czegoś  podobnego.  Moi  mistrzowie

powiadali, że brak mi zdolności i cierpliwości. Wiązali to z moim rodowodem, utrzymywali, że jest
na nim jakaś plama… mówili, że być może któryś z moich przodków był człowiekiem.

Kaz,  który  znał  nieco  obyczaje  elfów  i  ich  uprzejmą  kąśliwość,  domyślał  się,  czym  było  życie

Argaena Ravenshadowa. Do czystości krwi elfy przywiązywały większą nawet wagę niż rycerstwo
solamnijskie.

-  Fakt,  że  jest  się  po  części  człowiekiem,  niekoniecznie  osłabia  krew.  Spotkałem  wielu  ludzi,

którzy byli wielkimi czarodziejami.

Ta uwaga wywołała uśmiech na twarzy Argaena zimny jak tchnienie zamieci, ale jednak uśmiech.

-  W  to  właśnie  uwierzyłem.  Plotki  o  moim  pochodzeniu  nie  zostały  potwierdzone,  ja  jednak
postanowiłem  zacząć  badanie  ludzi  i  ich  charakterów.  Odkryłem  w  nich  żywiołowość,  brak  której
zawsze uważałem za główny niedostatek elfów.

- Argaenie… wybrałeś sobie do podziwiania… wcale nie najpiękniejszą ludzką cechę - rozległ

się z tyłu głos, który Kaz natychmiast rozpoznał.

-  Żyjesz  jeszcze,  Sardalu?  -  spytał  obojętnie  złodziej  magii.  Zrobił  krok  w  stronę  Kaza,  nie

spuszczał  jednak  wzroku  z  leżącego  za  minotaurem  elfa.  Kaz  zmrużył  powieki  i  ukradkowo  ocenił
odległość dzielącą go od karku Ravenshadowa. Dwa kroki… jeszcze tylko dwa kroki.

- Żyjesz jeszcze, Sardalu - ciągnął czarny elf tym samym tonem - ale nie potrwa to długo.
-  Jesteś  bliższy  prawdy,  niż  myślisz…  przyjacielu.  Argaen  już  podniósł  stopę  do  następnego

kroku. I nagle zatrzymał się i spojrzał Kazowi w oczy. Jakaś siła poderwała minotaura, uwolniła na
chwilę  jedną  z  jego  nóg  i  cisnęła  go  ku  ścianie.  Kaz  całym  ciałem  rąbnął  o  kamienie  i  na  chwilę
stracił  niemal  przytomność.  Gdy  walczył  o  to,  by  utrzymać  się  na  nogach,  Argaen  przeszedł  obok
niego tak obojętnie, jakby przechodził obok kamiennej kolumny.

-  Nie  zdychasz  jeszcze,  prawda?  -  powiedział  w  końcu  dziwnym  tonem,  zawracając  się  do

Sardala. Przez chwilę Kaz łudził się, że w głosie przeniewiercy słyszy nikłe echo poczucia winy.

Ravenshadow  zatrzymał  się  nad  Sardalem,  przygwożdżonym  do  posadzki  kilkoma  płytami

background image

zawalonego pułapu. W sklepieniu korytarza ziała spora dziura, której rozmiary wskazywały na ciężar
gniotących  Sardala  kamieni.  Dość  było  tego,  by  zgnieść  go  na  placek.  Zapobiegł  temu  refleks
Sardala, jednak spory głaz strzaskał mu żebra. Cudem było to, że elf jeszcze żył i mógł oddychać..

- Argaenie… jeszcze nie jest za późno… Nikt nie jest bezpieczny… wobec sił, które próbował

spętać… Galan Dracos! Nawet Smocza Królowa… na to się nie odważyła!

-  Myślisz  oczywiście,  że  ja  tym  bardziej  nie  zdołam  opanować  takiej  potęgi?  -z  głosu  renegata

zniknęło już wszelkie poczucie winy. Splunął pod nogi konającego u jego stóp dawnego przyjaciela. -
Nawet ty! Stare pierdziele! Więcej wiem o magii niż oni - i ty na dokładkę! - razem wzięci. Podczas
gdy  oni  zadowalali  się  tymi  swoimi  żałośnie  mizernymi  sztuczkami,  ja  studiowałem,  badałem  i
uczyłem się - teraz zaś mam dostęp do mocy większej, niż możecie to sobie wyobrazić!

-  Ten,  kto  włada  mocą…  musi  posiąść  odpowiednie  umiejętności…  -  Widać  było,  że  Sardal

walczy ze zbliżającą się szybko śmiercią. - Ty zaś… ty… - Nie zdołał dokończyć zdania.

-  Bzdury!  Przestudiowałem  wszystko,  co  wpadło  mi  w  ręce.  Wiem,  co  robię.  To  tylko  kwestia

odpowiednich  proporcji.  -  Argaenie!  -  Sardal  wygiął  się  w  łuk  i  utkwił  w  pułapie  nieruchome
spojrzenie. Dopiero po dłuższej chwili obaj - Kaz i czarny elf zrozumieli, że Sardal Crystalhorn nie
żyje.  Leżał  z  otwartymi,  wpatrzonymi  w  pustkę  oczami.  Ravenshadow  mruknął  coś  do  siebie  i
pochylił  się  nad  ciałem  dawnego  mistrza,  zasłaniając  je  przed  wzrokiem  minotaura.  Kiedy  się
wyprostował i cofnął o krok, Kaz przekonał się, że ciało Sardala zniknęło!

Na ten widok minotaur szarpnął się i niemal udało mu się uwolnić z magicznych więzów. - Co

zrobiłeś z jego ciałem? Chcesz je zachować do jakiegoś przeciwnego naturze eksperymentu?

Czarny elf odwrócił się i spojrzał nań kamiennym wzrokiem. - Zapewnię mu pochówek taki, jaki

godzi się elfowi. Skończyliśmy jako wrogowie, ale darzę go szacunkiem.

Kaza  kusiło,  by  rzec  coś  o  pokrętnym  sposobie  pojmowania  przez  jego  prześladowcę  takich

pojęć  jak  honor  i  szacunek,  powstrzymał  się  jednak  na  widok  twarzy  Ravenshadowa.  Zabójstwo
Sardala kosztowało Argaena więcej, niż gotów był przyznać.

-  Swego  czasu  zamierzałem  podzielić  się  z  nim  tym,  co  udało  mi  się  osiągnąć  -odezwał  się  elf

spokojnie.  Wydawało  się,  że  nie  zwraca  niemal  uwagi  na  minotaura.  Sardal  był  jedynym,  który
naprawdę  usiłował  mi  pomóc.  Łudziłem  się,  że  będzie  pierwszym,  który  zrozumie.  Ravenshadow
spojrzał  na  więźnia  i  na  jego  twarzy  pojawił  się  znów  ów  złowrogo  obojętny  wyraz.  - Ale  ani  to
chwila,  ani  miejsce  na  takie  rozważania.  Czas  ucieka  i  nie  mogę  zająć  się  tobą  jak  należy.  Nie
doceniłem twej siły, minotaurze - nie miałem zbyt wielu okazji do spotkań z przedstawicielami twej
rasy. Jakkolwiek sprawy stoją, muszę cię prosić, byś zechciał mi towarzyszyć. Mój stary

-  przyjaciel  wprost  kona  z  chęci  ponownego  z  tobą  spotkania.  -  Szyderczy  ów  żart  nawet

Argaenowi  wydał  się  płaski  i  niesmaczny.  Odwrócił  się,  spojrzał  na  stos  kamieni,  który  stał  się
przyczyną  śmierci  Sardala,  potem  zerknął  na  ziejący  w  sklepieniu  otwór.  Powiedziawszy  jedno
słowo, kiwnął dłonią w kierunku minotaura.

Kaz  stwierdził  nagle,  że  jakaś  siła  z  przerażającą  szybkością  niesie  go  ku  otworowi.  Zanim

jednak  rąbnął  o  pułap  koniuszkami  rogów,  sklepienie  otworzyło  się  przed  zdumionym  minotaurem.
Otwór nie wyglądał jak klapa w pułapie, tylko jak rozwarta paszcza. Gdy przelatywał przez następne
piętro,  nie  potrafił  powstrzymać  się  od  myśli,  że  został  niemal  połknięty.  Uczucie  to  wzmagały
kompletne  ciemności,  które  w  locie  przebywał.  Coś  chwyciło  go  za  biodra  i  nogi  -  mignęła  mu
koszmarna myśl, że są to zęby. Paszcza zamknęła się, ale niemal w tej samej chwili inna otworzyła
się ponad jego głową. Kaz zobaczył, że tym, co go trzymało, były kolejne pary kamiennych dłoni.

Przepychano go z piętra na piętro wieży, jak jakiś przedmiot. Przebył w ten sposób jeszcze cztery

poziomy - za każdym razem w ten sam niezmiernie irytujący sposób.

background image

W końcu jego podróż dobiegła kresu. Poczuł ulgę, że nie musi już przelatywać przez sklepienia,

ta jednak szybko go opuściła, kiedy zobaczył, dokąd trafił. Uwięziono go w tej samej komnacie, w
której znajdowała się szmaragdowa sfera.

- Oto go masz, upiorze! - wrzasnął Argaen. Kaz nie zobaczył momentu ukazania się czarnego elfa.

Po  prostu  nagle  pojawił  się  u  boku  minotaura,  wzywając  twórcę  sfery.  Czy  mam  pozwolić  mu  na
szybką śmierć? Wiem, jak bardzo cię to rozwścieczy!

Szmaragdowa  sfera  rozbłysła  oślepiającym  blaskiem.  Ravenshadow  wybuchnął  drwiącym

śmiechem.  -  Nie  możesz  mi  niczego  zrobić,  choć  wiem,  że  chciałbyś!  Można  by  rzec,  że  mam
kawałek twej duszy..

Kaz  patrzył  zaintrygowany,  jak  zdrajca  sięga  do  kieszeni  i  wyjmuje  z  niej  jakiś  wypukły

przedmiot.  W  dziwacznym,  zalewającym  komnatę  świetle  przedmiot  ów  rozbłysnął  zielenią.  Kaz
natychmiast pojął, na co patrzy. Argaen trzymał w dłoni niewielki odłamek szmaragdowej sfery.

Minotaur  wątpił,  by  Galan  Dracos  dał  sobie  odebrać  ów  kawałek,  tak  więc  Argaen  musiał

przeszukać  ruiny  warowni  renegata  w  górach  pomiędzy  Hylo  i  Solamnią.  Kaz  wiedział,  że  rycerze
nie  odnaleźli  wszystkich  części  sfery,  chód  pomagali  im  w  tym  magowie  i  kapłani.  Rzecz  była
niemożliwa do wykonania. Argaen miał po prostu szczęście - lub pecha - że znalazł ten kawałek.

-  I  pomyśleć  -  Ravenshadow  zwrócił  się  do  więźnia  i  uśmiechnął  krzywo  -  że  początkowo

uważałem  to  za  jakiś  niewinny,  przynoszący  szczęście  amulet!  Jakże  prawdziwym  okazał  się  mój
domysł! Gdy mam to przy sobie, minotaurze, widmo nie może mi niczego zrobić!

-
Wetknąwszy  odłamek  na  powrót  do  kieszeni,  podszedł  do  szmaragdowej  kuli.  Gdy  się  do  niej

zbliżał, nad kulą pojawiła się mgiełka, która wreszcie skupiła się w niezbyt wyraźny kształt renegata.
Upiór wodził wzrokiem od Argaena do Kaza i milczał uparcie.

Tym,  który  przerwał  ciszę,  był  Ravenshadow.  -  Jest  twój,  oto  go  masz!  Towarzysz  i  przyjaciel

twego wroga! Następnie możesz zabrać się do Solamnijczyków! Możesz z nim zrobić, co zechcesz,
ale  przedtem  musisz  wywiązać  się  z  umowy.  Pokaż  mi,  jak  podporządkować  sobie  sferę!  -  Chodź
więc..

Usłyszawszy ten głos, Kaz poczuł, że jeżą mu się włosy na karku. Ten głos śnił mu się po nocach.

Nie był to głos ludzki. Gdy Galan Dracos przemawiał, jego głos przypominał powiew wiatru, który
zewsząd dmie ku słuchaczom. Elf postąpił krok ku swej nagrodzie.

-  Nie!  Na  to  nie  pozwolę!  -  Z  pobliskiego  kąta  wyprysnęła  drobna  figurka,  która  natychmiast

zajadle  rzuciła  się  na Argaena.  Kaz  szarpnął  się  raz  i  drugi,  poczuł  bowiem,  że  uścisk  kamiennych
dłoni słabnie - zaatakowany znienacka czarny elf zapomniał

0  koncentracji.  Wolność  odzyskały  ramiona,  potem  nogi  minotaura.  Przybyszem  okazał  się  -

jakżeby  inaczej!  -  Delbin,  który,  z  czego  minotaur  świetnie  zdawał  sobie  sprawę,  nie  miał  żadnych
szans w starciu ze zdradzieckim elfem. W tej samej chwili, w której o tym pomyślał, Argaen oderwał
od siebie Delbina 1 cisnął go precz jak szmacianą lalkę. Delbinowi udało się jakoś wylądować na
stopach, ale na tym wyczerpało się szczęście obu przyjaciół, bo Ravenshadow natychmiast zwrócił
się przeciw im obu.

Mięśnie minotaura straciły całkowicie swą zwykłą siłę i Kaz zwalił się na posadzkę niezdolny do

utrzymania się na nogach. Usiłował się podnieść, okazało się to jednak ponad jego siły. Dziwne było
to,  że  czuł  się  absolutnie  świadomy  tego,  co  się  z  nim  stało.  Stracił  tylko  władzę  nad  ciałem,  nic
więcej. Delbin był w podobnym stanie.

Argaen zmierzył ich zimnym spojrzeniem i zwrócił się ku szmaragdowej sferze. -Skąd wziął się

tu kender?

background image

-  Ja…  nie  spodziewałem  się…  kendera.  Ty  zresztą…  także  nie!  -  Wyglądało  na  to,  że  Dracos

dzieli swą irytację równo pomiędzy siebie samego i Argaena.

Oglądając  się  na  stojącą  na  stole  klepsydrę,  czarny  elf  uciął  gniewnie:  -  Czas  ucieka!  Powiedz

mi, co mam zrobić, tylko tym razem się nie pomyl! - Z pewnością… nie doznasz… rozczarowania!

Kaz  łypnął  oczyma  -  co  było  jedynym  działaniem,  do  jakiego  był  teraz  zdolny.  Dracos  był…

niepokojąco  konsekwentny.  Ravenshadow  uniósł  obie  dłonie  ponad  głowę  i  wparł  spojrzenie  w
szmaragdową

kulę.  Sfera  zaczęła  pulsować…  najpierw  wolno,  potem  coraz  szybciej.  Elf  całą  swą  uwagę

poświęcił kuli. Widmo Galan Dracosa zaczęło rozpływać się w powietrzu.

Minotaur  zrozumiał,  że  zawiódł  swoich  przyjaciół.  Mógł  jedynie  patrzeć  bezsilnie,  jak

szmaragdowa  sfera  jaśnieje  coraz  intensywniejszym  blaskiem  -  tak  jaskrawym,  że  musiał  zmrużyć
oczy. Dlatego właśnie nie ujrzał wyraźnie tego, co nastąpiło.

W  ostatnich  sekundach Argaen  Ravenshadow  zachwiał  się  lekko.  Jaskrawy  blask  artefaktu  nie

raził  jego  wzroku,  nie  wiadomo  jednak  dlaczego,  elf  zaczął  mrugać  powiekami.  Wysoko  na  niebie
czarny miesiąc, Nuitari, przesłonił srebrną tarczę Solinari.

W komnacie rozległ się wybuch upiornego śmiechu. Znad sfery zniknęła mglista sylwetka Galan

Dracosa.

Wydawszy  wrzask  agonii,  czarny  elf  runął  na  szmaragdowy  kryształ.  Zielony  blask  przygasł

raptownie i Kaz poczuł, że jego członkom wraca zdolność ruchu. Gdzieś niedaleko boleśnie stęknął
Delbin.

Ravenshadow dźwignął się znad szmaragdowej kuli i uniósł ku niebu twarz, na której malowały

się  sprzeczne  uczucia.  Zaśmiał  się  też,  ale  w  jego  śmiechu  radość  mieszała  się  ze  smutkiem  i
rozpaczą  i  była  w  nim  nutka  szaleństwa.  Jego  oczy  zapłonęły  krwistą  czerwienią.  -  Mówiłem  ci,
elfie, że tylko poprzez ciebie powrócę między żywych!

Głos,  który  rozległ  się  teraz,  był  głosem Argaena,  Kaz  jednak  wiedział,  że  oczy  i  umysł,  który

składał słowa, należały do Galan Dracosa.

Na  to  właśnie  czekał  upiór.  Do  tego  był  mu  potrzebny Argaen  Ravenshadow.  Mag-renegat  nie

potrafił stworzyć dla siebie jakiegoś ciała i był związany ze szmaragdową sferą.

Agraen ze swej strony chełpił się, że odłamek, który nosił przy sobie, chronił go przed wpływem

kryształowej kuli. Kaz mu zresztą wierzył, ponieważ wątpił, by Dracos tolerował czarnego elfa tak
długo,  gdyby  potrafił  wcześniej  opanować  jego  ciało.  Cóż  więc  zmieniło  ten  stan  rzeczy?
Ravenshadow  wetknął  odłamek  sfery  do  swej  kieszeni  czyżby  kryształ  wypadł  mu  z  niej  podczas
szamotaniny z kenderem?

Nie mogło być inaczej! Galan Dracos wymanewrował Argaena i zostawił wszystko kenderowi -

który posłusznie zrobił to, co mu kazano!

Kaz  odkrył,  że  może  dźwignąć  się  do  pozycji  siedzącej.  Dracos  tymczasem,  sycąc  się  swoim

tryumfem, śmiał się coraz bardziej szaleńczo. Mocno objął swe nowe ciało ramionami.

- O, moja władczyni i pani! Dziękuję ci za twe laski i za to, żeś mi dała drugą szansę!
-
Minotaur wzdrygnął się okropnie. Nie miał wątpliwości, do kogo zwraca się renegat. Udało mu

się  niemal  wstać,  kiedy  Dracos  zwrócił  się  w  jego  stronę.  -  Kaz!  Oooo…  mój  minotaurze…  mam
nadzieję, że nie masz mi za złe, żem na chwilę

0  tobie  zapomniał!  -  Przyznam,  że  coś  takiego  przyszło  mi  do  głowy.  Ale  nie  krępuj  się,

człowiecze.  Dracos  zaśmiał  się  ponownie.  Ten  śmiech  zaczynał  działać  Kazowi  na  nerwy.  -  Mam
nadzieję, że w pełni docenisz urok ostatnich chwil twego życia; mogę cię o tym zapewnić z własnego

background image

doświadczenia - śmierć nie zawsze przynosi ulgę i wybawienie!

Minotaur  wyprostował  się  i  spojrzał  Dracosowi  w  twarz  ze  sporą  dozą  zuchwałości.  Jeśli  ma

umrzeć,  to  umrze  godnie  i  bez  żalu.  -  Tego  się  domyśliłem.  Nie  udało  ci  się  uciec  przed  Królową
Smoków, co?

-  Niezupełnie…  Wpadłem  w  sidła  własnego  dzieła,  ale  szpony  mojej  władczyni  są  długie…

bardzo długie. Nie była zdolna dosięgnąć mnie w więzieniu, które sobie zgotowałem, mogła jednak
do mnie przemawiać. Nadal mogę jej pomóc podbić Krynn, nawet po jej chwilowym wygnaniu, na
jakie skazał ją twój odżałowanej pamięci kompan. - Chwilowym wygnaniu?

- Nie inaczej. - Przez oblicze Ravenshadowa znów przebił się uśmieszek Galan Dracosa. Twarz i

ciało elfa wydłużało się coraz bardziej, a na jego skórze - choć może były to tylko igraszki wyobraźni
minotaura  -  pojawiły  się  drobne  łuski.  -  Dziś,  mój  naiwny  minotaurze,  zobaczysz,  jak  świat  będzie
świętował powrót Królowej na Krynn! Kaz znów usłyszał wybuch tego drwiącego śmiechu.

Śmiech  urwał  się  nagle,  bo  oto  zdarzyły  się  dwie  rzeczy  na  raz.  Po  pierwsze,  niespodziewanie

eksplodowała klepsydra, zasypując komnatę odłamkami szkła 1 deszczem piasku. Po drugie, Dracos
szarpnął  się  nagle  i  opadł  na  jedno  kolano,  jakby  targnęły  nim  niespodziewane  skurcze  mięśni  lub
atak jakiejś choroby.

-  Przestań…  przestań  się  opierać!  To  teraz  moje  ciało!  Kaz  pospiesznie  rozejrzał  się  po

komnacie,  szukając  czegoś,  czego  mógłby  użyć  przeciwko  Dracosowi,  Ravenshadowowi  lub  komu
tam jeszcze, kto kontrolował ciało przeciwnika. - Kaz! - Delbin skoczył ku przyjacielowi. - Wynoś
się stąd! Leć poszukaj pozostałych! Ja muszę go powstrzymać… jeśli mi się uda!

- Kaz, on ma twój topór! Widziałem! Ma go ten, co nazywał siebie Dracosem, tyle że topór jest

niewidzialny, więc.. - Gdzie? Tylko mi pokaż! - Nie wiem! Schował go! Łypiąc okiem na szarpanego
skurczami agonii elfa, Kaz skupił się na myśli

o  toporze.  Może…  może  kryjące  go  zaklęcie  osłabnie,  teraz  kiedy  Argaen  i  Dracos  walczą  0

władzę nad ciałem. Jeśli tak..

Delbin gwizdnął z podziwem. - Jak to zrobiłeś? Możesz to powtórzyć? To mi dopiero sztuczka!
Spoglądając  na  krasnoludzki  topór  w  swojej  dłoni,  Kaz  zdał  sobie  sprawę  z  czegoś  jeszcze.

Usłyszał  odgłosy  bitwy.  Bariera,  którą  stworzył Argaen  pod  kierunkiem  Dracosa,  przestała  istnieć.
Przeszywszy  mieczem  wściekle  rąbiącego  przeciwnika,  Darius  podniósł  wzrok  wyżej  1  ujrzał,  że
twierdzę  otacza  dziwna,  pulsująca  mgiełka.  W  pierwszej  chwili  pomyślał,  że  to  jakiś  dodatkowy
element zaklęcia, które najwidoczniej było dziełem Argaena, potem jednak zobaczył kilka stojących
w oddali figurek. Co najmniej trzy z nich wznosiły w górę ramiona i wpatrywały się uporczywie w
twierdzę.

W tej samej chwili runął nań przeciwnik zajadle wywijający toporem i rycerz uniósł miecz, by

choć częściowo sparować uderzenie. Nagle coś błysnęło i napastnik cofnął się przecierając oczy. -
Zróbże coś! - Darius usłyszał okrzyk Teseli.

Zrozumiał,  że  dziewczyna  uratowała  mu  życie.  Oślepiony  chwilowo  przeciwnik  cofnął  się,  by

uniknąć  ciosu  mieczem,  rycerz  jednak  dał  koniowi  ostrogę,  wychylił  się  do  przodu,  unikając
chaotycznych zamachów topora i dźgnął wroga w krtań. - Dariusie! Spójrz na twierdzę!

Zrobił  to  i  natychmiast  zmrużył  oczy.  Zaklęcie  sprzymierzonych  magów  starło  się  z  czarem

Argaena i całą okolicę rozjaśnił ostry błysk światła.

Kiedy  rycerz  ośmielił  się  otworzyć  oczy,  bariera  zniknęła.  Droga  do  twierdzy  zdradzieckiego

maga stała otworem. - Trzymaj się mnie! - zawołał Darius do Teseli. Mamy szansę uratować Kaza!
Rycerstwo  zaś  z  nowym  zapałem  natarło  na  wroga.  -  Masz  znów  swój…  przeklęty  topór!  To  nic!
Teraz ci… nie pomoże!

background image

Dracos  zdołał  się  jakoś  opanować  i  wymierzył  palec  w  przeciwnika.  Kaz  frunął  w  tył,  zdołał

jednak utrzymać topór w garści. Wylądował na stole i łamiąc go na dwie części, zrzucił z niego kilka
tomów.  Minotaur  był  tylko  lekko  oszołomiony;  gorzej  bywało,  gdy  brał  udział  w  karczemnych
utarczkach  z  pijanymi  ludźmi,  którzy  pobudzili  swą  odwagę  krasnoludzką  gorzałą.  Dracos  zaklął
siarczyście i kulejąc lekko, ruszył ku szmaragdowej sferze.

Kaz przelotnie spojrzał na swą broń, usiłując jednocześnie rozstrzygnąć problem -cisnąć nim czy

nie? Może udałoby mu się trafić w sferę, skąd mógł jednak wiedzieć, czy zdoła ją rozbić?

Galan  Dracos  ruszył  ku  artefaktowi,  tam  jednak  się  zatrzymał,  dziwnie  niezdecydowany.

Wydawało się, że chciałby naraz wykonać dwie różne rzeczy i Kaz pomyślał cierpko, że tak właśnie
musi być w istocie - o władzę nad ciałem Argaena walczyły teraz zaciekle dwie istoty. Niedostatki
wiedzy  o  magii  elf  z  nadmiarem  nadrabiał  wolą  życia  i  widać  było,  że  nie  zamierza  bynajmniej
zrezygnować  z  istnienia  na  korzyść  Dracosa.  Jako  elf  miał  zaś  za  sobą  stulecia  ćwiczeń  -  czego
renegat najwyraźniej nie wziął pod uwagę.

Kaz spojrzał na sferę i na szarpiącego się z samym sobą czarnoksiężnika. Lekko podrzucił topór

w dłoni. Może uda mu się trafić w oba cele na raz.

Nagle drzwi wyleciały niemal z zawiasów, wysadzone przez wpadających do komnaty żołdaków.
Kaz  zwrócił  się  ku  nim,  klnąc  tak,  że  niemal  pękała  posadzka.  Powinien  był  się  domyślić,  że

strażnicy ruszą w końcu sprawdzić, co to za hałasy rozlegają się na górze.

Z  najwyższym  trudem  uniknął  wymierzonego  w  ramię  pchnięcia  włóczni  pierwszego  z

napastników.  Ten  jednak  również  nie  docenił  zasięgu  łap  minotaura  i  Ostrze  Honoru  zaświstało
ponuro, przecinając napastnika niemal na pół. Wróg runął na posadzkę, ustępując miejsca dwu innym.
Obaj  wywijali  dwuręcznymi  mieczami.  Trzeci,  stojący  nieco  z  tyłu  i  opięty  w  czarną  kolczugę
Gwardii Crynusa, spojrzał na rozszalałego maga i głośnym okrzykiem wymienił imię Galan Dracosa.

Minotaur zdążył już zwalić na zbryzganą posoką posadzkę następnego wroga, natychmiast jednak

do  walki  wmieszali  się  dwaj  nowi  przeciwnicy.  Walcząc  z  czterema  wrogami  na  raz,  Kaz  musiał
zwijać  się  jak  w  ukropie.  Ci  tutaj  nie  byli  goblinami  -napierało  nań  czterech  doświadczonych
wojowników.

Minotaur nie bardzo mógł zobaczyć, co się stało, dostrzegł jedynie, że gwardzista, który krzyknął

imię Dracosa, dobył miecza i z wściekłym wrzaskiem skoczył ku swemu panu.

Ujęło  to  Kazowi  jednego  przeciwnika,  pozostało  ich  jednak  trzech  dających  minotaurowi  do

zrozumienia, iż zadbają już o to, by nie poczuł się osamotniony.

-  Dawaj  to,  ty  szczurze!  -  zagrzmiał  ktoś  w  innej  części  komnaty.  Kaz  nie  miał  czasu,  by  się

obejrzeć,  domyślił  się  jedynie,  że  ów  imponujący  ryk  wydał  Czarny  Gwardzista.  Opadnięty  przez
wrogów minotaur zupełnie zapomniał o Delbinie. Kender był szybki, zbrojny w sztylet i procę, Kaz
jednak  ocenił  jego  szansę  na  jeszcze  marniejsze  niż  swoje  własne.  -  Trzymaj  go!  -  wrzasnął
Ravenshadow… nie! Dracos! - poprawił się Kaz. Minotaur nie miał czasu na zastanawianie się, co
też zmalował jego mały przyjaciel, bo w następnej chwili przez dach wleciał jakiś ogromny kształt,
zasypując wszystkich

bez wyjątku kamienistym gradem. Gwardzista wbiegający do komnaty  korytarza  kwiknął  tylko  i

zniknął pod lawiną gruzu. Kaz i jego przeciwnicy odskoczyli od siebie, runął bowiem pomiędzy nich
spory  fragment  kamiennego  sklepienia  -  tak  ciężki,  że  rozwalił  posadzkę  i  zniknął  w  powstałej
szczelinie.

W  komnacie  pojawił  się  kamienny  smok,  rozwierający  paszczę  w  bezgłośnym  ryku  wyzwania

bojowego.

Jeden  z  gwardzistów  postanowił  wykorzystać  chwilową  przerwę  w  zmaganiach  i  przeskoczył

background image

szczelinę  w  posadzce.  Kaz  dopadł  go  tam,  gdzie  wylądował.  Zanim  przyboczny  zdołał  odzyskać
równowagę,  minotaur  pchnął  go  w  pierś  samym  końcem  topora.  Przeciwnik  zawył  jak  grzesznik
niknący w otchłani i poleciał w dół.

Uwolniony  na  chwilę  od  naporu  wrogów,  Kaz  rozejrzał  się  za  Delbinem.  Odziany  w  czarną

kolczugę  gwardzista  zagonił  kendera  do  rogu.  W  dłoni  Delbina  widać  było  jakiś  niewielki
przedmiocik. Odłamek sfery należący do Ravenshadowa. Nieopodal, obok szmaragdowego artefaktu,
dwa  umysły  nadal  toczyły  walkę  o  władzę  nad  ciałem  mrocznego  elfa.  Niekiedy  słychać  było
dobiegające stamtąd stłumione przekleństwa w obu - ludzkim i elfim - językach.

Kamienny  smok  wdarł  się  wreszcie  do  komnaty,  zostawiwszy  po  sobie  ogromną  dziurę  w

sklepieniu.  Bestia  zaczęła  szaleć.  Jedyny  pozostały  przeciwnik  Kaza  kwiknął  rozpaczliwie,  gdy
potężna łapa wgniotła go w posadzkę. Powietrze świszczało pod razami walącego w ściany ogona.
Nie  dało  się  określić,  który  ze  zwalczających  się  magów  był  teraz  panem  kamiennego  potwora  -
możliwe zresztą, że bydlę nie słuchało już nikogo. Walkę z nim musiał stoczyć więc Kaz. - I Delbin.

Kender wrzasnął o pomoc. Kaz obejrzał się i zobaczył, że odziany w czerń gwardzista powalił

Delbina  ciosem  miecza,  w  tej  samej  jednak  chwili  kamienny  smok  machnął  w  kierunku  minotaura
potężną  łapą.  Oszołomiony  Kaz  odleciał  w  tył  i  opadł  na  jedno  kolano.  Podczas  tego  wszystkiego
topór niemal wyślizgnął mu się z dłoni.

Kaz poddał się ogarniającej go fali wściekłości. Zauważył bowiem, jak czarna sylwetka pochyla

się nad nieruchomym kenderem, wyjmuje mu z dłoni odłamek zielonego kryształu i podaje go szybko
Dracosowi-Argaenowi. Minotaur zobaczył, że ciało elfa wyprostowało się tryumfalnie, i zrozumiał,
że jeden z antagonistów wziął górę.

Kamienny  smok  ponownie  zamachnął  się  na  minotaura,  który  tym  razem,  nie  wstając  nawet  na

obie nogi, odpowiedział ciosem topora. Oblicze Honoru oddzielił szpon od łapy z równą łatwością,
jakby ciął kawał ogórka.

Kaz  zdumiał  się  tak,  że  na  ułamek  sekundy  zapomniał  o  wszystkim  -  co  mogło  go  kosztować

życie. Bestia z ożywionego kamienia cofnęła się raptownie i wydała

bezgłośny  ryk  wściekłości.  Bydlęcia  nie  można  było  zabić,  ale  tak  jak  każde  inne  czujące

stworzenie, posiadało ono coś na kształt instynktu samozachowawczego.

Nic  dziwnego  zatem,  że  poczuło  respekt  przed  toporem.  Używając  go  właściwie,  Kaz  mógłby

nawet  pokonać  potwora.  Powinien  zresztą  pojąć  to  wcześniej  -  kiedy  z  tak  dziecinną  łatwością
wyrąbał ze skały osady swoich okowów.

Bydlę  tymczasem  cofało  się,  czyniąc  jeszcze  większe  spustoszenie.  Resztki  sklepienia  trzymały

się  tylko  na  słowo  honoru.  Smok  trzepotał  skrzydłami,  usiłując  wydostać  się  z  komnaty.  W  pewnej
chwili  zahaczył  skrzydłem  czarnego  gwardzistę,  który  powalił  Delbina.  Nieszczęsny  wojownik
rąbnął o ścianę, niemal przez nią przelatując, i legł bez ruchu. Kaz raz tylko spojrzał i zrozumiał, że
człek ten nie żyje -Zabij go! Rozkazuję ci! - ryknął do kamiennego lewiatana Dracos Ravenshadow
skulony  nad  sferą  jak  matka  chroniąca  przed  zgubą  swe  dziecię.  Kaz  spostrzegł,  że  szalony  mag
powoli wchłania w siebie moc zgromadzoną w kuli.

Skalisty potwór nie bardzo miał ochotę wykonać rozkaz, nie mogąc jednak oprzeć się poleceniu,

otworzył paszczę i ruszył na stojącego przed nim śmiałka. Kaz nie cofnął się 0 krok i zamachnął się z
góry. Bestia usiłowała cofnąć łeb, nie zdołała jednak uporać się z jego masą. Kaz trafił więc prosto
w  pysk  i  topór  gładko  rozciął  górną  i  dolną  szczękę  potwora  na  dwie  części.  Szczelina,  którą
otworzyło cięcie, natychmiast wydłużyła się ku reszcie łba. Kamienny potwór chwiał się jak pijany
goblin.  Jego  ruchy  uległy  też  znacznemu  spowolnieniu  i  minotaur  zrozumiał,  że  słabnie  magia
ożywająca bestię.

background image

Z  nowo  obudzoną  nadzieją  w  sercu  Kaz  ruszył  na  odzianą  w  długie  szaty  maga  figurę  swego

prawdziwego wroga. Minotaur nie dbał już o to, czy jego cielesną pokrywę zamieszkuje zdradziecki
elf, czy fałszywy i podły człowiek.

Gdy minotaur szedł na wroga, runęła spora połać posadzki. W powstałą w ten sposób przepaść

zwalił się jeden z martwych gwardzistów, kilka ton kamieni, rozwalony stół 1 leżące na nim artefakty
- i Oblicze Honoru. Kaz ledwie zdołał złapać się resztek posadzki. Z najwyższym trudem podciągnął
się ku otworowi.

-  Chciałbym  mieć  czas,  by  rozprawić  się  z  tobą  powolutku  -  rozległ  się  tchnący  szaleństwem

jeden z głosów Dracosa Ravenshadowa. - Obawiam się jednak, że nie mogę poświęcić ci tyle uwagi,
ile bym pragnął.

Znów rozległ się złowrogi rumor posadzki i Kaz wzmocnił chwyt. Nad minotaurem pochylił się

kamienny potwór.

Dyndając  na  jednej  ręce,  Kaz  spojrzał  w  dół  i  zrozumiał,  że  w  razie  upadku  zginie  na  miejscu.

Zerknął więc w górę i zobaczył nad sobą olbrzymią bestię i odzianą w długie szaty sylwetkę obok
szmaragdowej  sfery.  Oczy  wroga  zapłonęły  zielenią.  -  Teraz  mam  moc,  która  wystarczy,  aby
utworzyć nową barierę wokół twierdzy.

Zanim  tamci  zdążą  się  z  nią  uporać,  ja  zbiorę  siły  i  załatwię  ich  na  dobre.  Zdechniesz  ze

świadomością, że na nic twe wysiłki. Żałuję tylko, że nie będę mógł być przy twojej śmierci.

I  zwracając  się  do  kamiennego  potwora,  Dracos  Ravenshadow  wrzasnął:  -  Po  raz  ostatni

rozkazuję… zabij go wreszcie i przepadnij!

Rozdarte, ale nadal śmiertelnie groźne szczęki kamiennej bestii rozwarły się szeroko i lewiatan

pochylił się ku minotaurowi. Kaz skupił całą swą wolę na wezwaniu Oblicza Honoru.

Natychmiast  też  poczuł  w  dłoni  drzewce  topora.  Spojrzawszy  na  opadającą  ku  niemu  śmierć,

westchnął tylko: - Paladine… prowadź moją dłoń, albo już po nas!

I  może  stało  się  tak,  że  bóg  w  rzeczy  samej  pokierował  jego  dłonią,  a  może  o  wyniku  ciosu

zdecydowała siła zrozpaczonego minotaura - albo jedno i drugie. Niewykluczone, że Kaz po prostu
miał niewiarygodne szczęście.

Trafił  w  najodpowiedniejszym  z  możliwych  momencie  i  ciął  lewiatana  prosto  w  kark  tuż  za

szczeliną. Topór ugrzązł głęboko, Kaz zaś frunął w górę, kiedy bestia rozpaczliwie szarpnęła łbem,
próbując pozbyć się żelazu. Minotaur z łoskotem wylądował na kupie gruzu i jęknął głośno, wskutek
upadku bowiem wykręcił sobie nogę i ramię.

Topór  tkwił  głęboko  w  rozszczepionym  na  dwie  części  łbie  potwora.  Lewiatan  uczynił  jeszcze

jeden  rozpaczliwy  wysiłek  uwolnienia  żelaza,  ale  jego  ruchy  były  już  chaotyczne.  Zaklęcie,  które
ożywiało bestię, zostało rozdarte ciosem Oblicza Honoru. Kaz zamglonymi oczyma widział, jak smok
szarpnął się rozpaczliwie, zadygotał i runął na brzuch.

Rozmyślając o tym wszystkim później, minotaur doszedł do wniosku, że gdyby na świecie istniała

jakaś  poetycka  sprawiedliwość,  to  w  tejże  właśnie  chwili  Dracos  Ravenshadow  powinien  się
odwrócić  i  spojrzeć  w  twarz  nieuniknionej  zgubie.  Powinien  też  wybałuszyć  oczy  i  kwiknąć
okropnie, a potem wydać długi i przeraźliwy wrzask.

Zamiast tego, smok przygniótł maga i jego sferę górą kamiennych głazów. Szarlatan i odstępca w

jednym nie miał świadomości nawet, że ginie.

Kaz  zaś  nie  wiedział,  kogo  pokonał  -  Galan  Dracosa,  Argaena  Ravenshadowa  czy  jakąś

przeciwną  naturze  kombinację  obu  łajdaków.  Liczyło  się  dlań  jedynie  to,  że  wróg  był  martwy.
Mrugnął oczyma, by odzyskać ostrość widzenia i spojrzał raz jeszcze na skalne rumowisko. Jedyną
widoczną  częścią  wroga  była  nieruchoma  dłoń.  Minotaur  uśmiechnął  się  szeroko.  Pogrążył  się  w

background image

oceanie ulgi. Ogarnęła go cisza i mrok.

Rozdział 23
NIEKIEDY  WYDAWAŁO  MU  SIĘ,  że  jego  życie,  tak  jak  teraz,  było  jedynie  nieprzerwanym

ciągiem  omdleń  i  przebudzeń.  Nawiedzały  go  wizje  eleganckich,  poważnych  elfów  stojących  nad
jego  nieruchomym  ciałem.  Śnił  o  tym,  że  przez  wysokie  góry  niesie  go  kudłate  stworzenie,  które
mogło  być  Greymirem.  Stawali  nad  nim  Bennet  i  Darius,  podczas  gdy  Tesela  modliła  się  o  jego
wyzdrowienie.  On  z  kolei  upierał  się,  by  poszukano  Delbina,  którego  zresztą  sam  uważał  też  za
nieboszczyka. Każda z tych wizji kończyła się okresem nie wiedzieć jak długo trwającego mroku, w
którym minotaur słyszał tylko głosy - jedne rzeczywiste, inne nie. Raz mu się przyśniło - co prawda
nie trwało to długo - że staje przed obliczem Królowej Ciemności.

Królowa przepadła w niebycie, gdy pojawiło, się inne jestestwo. Choć głos, którym bóstwo doń

przemówiło,  należał  do  Humy,  Kaz  -  lekko  onieśmielony  -  domyślił  się,  że  może  to  być  jedynie
Paladine. Po tym śnie odkrył, że może już zasypiać bez koszmarów.

W  końcu  usłyszał  prawdziwe  głosy,  które  przywróciły  go  życiu.  Otworzywszy  oczy,  przekonał

się, że leży na posłaniu w obszernym namiocie, wokół niego zaś stoi kilka sprzeczających się osób. -
Milordzie, oni nie mają do niego żadnego prawa! - wrzał Darius.

-  Jeśli  nie  pozwolimy  im  przedstawić  swojej  sprawy,  zostawimy  plamę  na  naszym  honorze  -

odparł Bennet. - Decyzja zresztą i tak należy do Kaza.

W namiocie była również Tesela, która zachowała milczenie. Nieopodal stał też jakiś elf, który

obserwował wszystko nie bez pewnego rozbawienia. Kaz spojrzał nań ze smutkiem, ponieważ widok
elfa  przypomniał  mu  o  Sardalu  Crystalhornie.  Nieznajomy  spostrzegł,  że  minotaur  już  się  ocknął,
powitał go więc lekkim skinieniem głowy. Był jednym z elfów, których Kaz widział w majakach.

Kapłanka  również  spojrzała  na  elfa  i  zobaczywszy,  że  jej  podopieczny  się  obudził,  otworzyła

szeroko oczy ze zdziwienia. Podbiegła do posłania i serdecznie Kaza uściskała. - Kaz! Dzięki niech
będą Mishakal! Doszedłeś do siebie!

- Uhhh! Jeśli mnie natychmiast nie puścisz, znów będzie mi potrzebna łaska twojej bogini!
Dwaj rycerze przerwali sprzeczkę i powitali Kaza z wielką radością. Do tej pory zachowywali

się tak, jakby stali już nad jego zwłokami. Miał ich nawet o to zagadnąć, kiedy w namiocie pojawił
się kolejny gość. Twarzyczka Delbina rozświetliła się radością i kender skoczył, by uściskać druha. -

Kaz! Ty żyjesz! Mówili, że straciłeś mnóstwo krwi i możesz umrzeć, ale ja wiedziałem, że jesteś

silny i… widziałeś, co oni zrobili z tym zielonym przedmiotem? Jak to się stało, że ocalał? Wiesz,
gdy smok zwalił się na Argaena, został z niego nieduży placek, ale sfera zniosła to bez szwanku.. - To
świństwo nie rozleciało się na kawałki?

Tym, który mu odpowiedział, był elf. Stał ze skrzyżowanymi ramionami, mocno odchylony w tył,

choć  na  niczym  się  nie  opierał.  Miał  na  sobie  białe  szaty.  -  To  przeciwne  naturze,  ohydne  dzieło
Galan  Dracosa  zostało  już  zabrane  z  tej  warowni.  Nie  możemy  pozwolić  na  to,  by  wróciło  do
Vingaardu… nie po tym, co stało się poprzednio.

-  W  imieniu  mojego  stryja,  Wielkiego  Mistrza  zakonu  -  dodał  Bennet  -powierzyłem  je  pieczy

elfów.  Zamierzają  ukryć  je  pod  ziemią  w  jakimś  im  tylko  wiadomym  miejscu,  głęboko  pod
powierzchnią Krynnu. Nawet krasnoludy nie ośmielą się ponownie wykopać tej sfery. - Dlaczego ją
zakopywać! Zniszczmy ją i tyle!

-  Już  próbowaliśmy.  -  Po  raz  pierwszy  od  początku  rozmowy  elf  zdradzał  zakłopotanie.  -

Niestety,  nic  nie  wskóraliśmy…  choć  nie  umiem  rzec,  co  trzyma  sferę  w  całości  po  śmierci  Galan
Dracosa.  Jeśli  w  przyszłości  uda  nam  się  znaleźć  sposób  na  jej  zniszczenie,  nie  omieszkamy  tego
uczynić. Szmaragdowa sfera nie jest zresztą niebezpieczna z samej swej natury. Jak wiesz, jest tylko

background image

narzędziem do sięgania po moc do jej źródeł - szczególnie chaosu. - Nikt już nie powinien jej użyć -
stwierdził Bennet.

Kaz  kiwnął  głową,  nie  był  jednak  w  pełni  zadowolony.  Żywił  tylko  głęboką  nadzieję,  że

szmaragdowa sfera przynajmniej za jego życia zostanie tam, gdzie zakopią ją elfy.

-  Gdy  wrogowie  przekonali  się,  że  nikt  już  nie  chroni  twierdzy,  ich  morale  całkowicie  się

załamało. - Darius podjął inny wątek. - Wielu dało gardła lub poszło w łyka, reszta rozpierzchła się
po  górach.  Nigdy  już  nie  zbiorą  się  w  jakąś  znaczącą  siłę.  Ogry  na  Północy  zostaną  bez
sprzymierzeńców.

- Kiedy rycerstwo uporządkuje sprawy w Solamnii, i na nich przyjdzie kolej -stwierdził Bennet.
Kaz ukontentowany tym, co usłyszał, odwrócił się ku Delbinowi. - A co z tobą? Miałem cię za

nieboszczyka! Widziałem, jak przyłożył ci ten gwardzista!

Rzecz wyjaśniła Tesela, która stanęła obok Dariusa. Wykpił się guzem na łbie. Tamtemu miecz

musiał  przekręcić  się  w  dłoni  i  uderzył  płazem.  Sądząc  z  tego,  co  mi  Delbin  opowiadał,
powiedziałabym, że napastnik nie chciał tracić czasu na dobijanie kendera. - I dobrze się stało. - Kaz
poklepał towarzysza po ramieniu. - Chciałbym ci

podziękować za to, że poszedłeś mi na pomoc, choć nie powinieneś był tego robić. To był bardzo

dzielny i prawdziwie bohaterski czyn.

-  Kender  opowiedział  nam  i  to,  co  stało  się  z  Galan  Dracosem  i Argaenem  Ravenshadowem  -

wtrącił się nieznajomy elf. - Zdumiewające i przerażające rozwiązanie konfliktu. Dzięki niech będą
Branchali za to, że mogłeś zadać mu - im -śmierć, zanim nie było za późno. Wiele jest spraw, które
muszę omówić z ziomkami, kiedy do nich wrócę. - Na spokojnej do tej chwili twarzy elfa pojawił się
osobliwy wyraz. - Powiedz mi, mości minotaurze… Sardal Crystalhorn… czy umarł godnie? - Tak.

- Znaleźliśmy jego ciało. Pożegnam cię teraz. Wiem, że masz pilną sprawę do załatwienia. - Elf

skinieniem  głowy  pozdrowił  pozostałych  i  wyszedł  bez  słowa.  Kaz  nie  bez  trudu  dźwignął  się  z
posłania. - O czym on mówił?

Ludzie  jakby  się  zawahali.  Na  pytanie  Kaza  odpowiedział  Delbin,  nie  wiedzieć  czemu  nagle

zatroskany. Czekają na zewnątrz, Kaz. Wszyscy, co do jednego. Jest tam jeden prawdziwie paskudny
- chyba ich przywódca - i nawet ogr! Musisz uciec, zanim..

Spoza  namiotu  zagrzmiał  potężny  ryk:  -  Wychodź,  tchórzu!  Wyjdź  i  stań  przed  twymi  sędziami!

Stań w obliczu sprawiedliwości i honoru! Kaz lekko zesztywniał. - A ci kiedy tu przy leźli?

-  Mniej  więcej  godzinę  temu  -  odparł  ponuro  Bennet.  -  Byli  już  w  Vingaardzie.  Stryj  uznał  za

słuszne, by im rzec, gdzie mogą cię znaleźć. - Nigdy nie powinien był.- zaczęła Tesela, Kaz jednak
uciszył ją skinieniem dłoni.

- Wielki Mistrz zrobił to, co należało, kobieto. Zbyt długo już uciekałem. Nie mogę ukrywać się

do końca moich dni. Chciałbym na starość mieć trochę spokoju i świadomość, że nikt nie idzie moim
tropem. - Kaz, jeśli trzeba ci kogoś, kto stanąłby przy tobie..

-  Darius  musnął  dłonią  rękojeść  miecza.  -  Jestem  ci  winien  życie…  i  uważam  się  za  twego

przyjaciela.

-  Nie…  to  jest  sprawa,  z  którą  muszę  uporać  się  sam.  Kwestia  honoru.  -  Kaz  rozejrzał  się  za

swoim krasnoludzkim toporem. I spojrzał ponuro na prawą dłoń, w której tkwiło już drzewce oręża.
Pozostali  członkowie  narady  spojrzeli  nań  ze  zdumieniem  -nikt  nie  zauważył,  że  minotaur  jest
uzbrojony.

Bennet przyjrzał się broni z zawodowym niejako podziwem. - Skądżeś go wytrzasnął? - Dostałem

go od przyjaciela. - Kaz uniósł oręż i odetchnął głęboko.

- Myślę, że zanim wyjdziesz - odezwał się Bennet - powinienem rzec ci o pewnej sprawie. Miło

background image

ci pewnie będzie wiedzieć, że dość długo spierali się na twój temat.

- Wydaje się, że nie ma wśród nich jednomyślności.. - Wezmę to pod uwagę. I minotaur wyszedł

przed namiot.

Gdy Kaz wystąpił na otwartą przestrzeń, zapadła cisza. Kilkunastu rycerzy przerwało ćwiczenia,

by popatrzeć na to, co będzie się działo.

Przed namiotem stał ustawiony w półokrąg niemal tuzin minotaurów. Dwoje z nich Kaz rozpoznał

-  było  to  rodzeństwo,  Hecar  i  Helati.  Przez  chwilę  przyglądał  się  samicy  ze  szczerym  podziwem  -
była najbardziej urodziwą przedstawicielką płci pięknej w całej grupie. Potem spojrzał na złowrogo
nań patrzącego przywódcę o poznaczonej potężną szramą gębie. - Jestem Scurn. Dowodzę tą grupą.

Hecar  drgnął  lekko,  jakby  zamierzał  zakwestionować  to  stwierdzenie,  Scurn  udał  jednak,  że

niczego  nie  widział.  Kaz  skupił  się  na  stojącym  przed  nim  okaleczonym  samcu,  zrozumiawszy,  że
jeśli był przywódcą, zawdzięczał to wyłącznie sile fizycznej. Scurn jakby czekał na odpowiedź. - Ja
chyba nie muszę ci się przedstawiać, co?

Oczy Scurna zapłonęły gniewem. Kaz pomyślał nie bez żalu, że z tym tutaj nie da się pogadać do

rzeczy. Scurn wyglądał tak, jakby wszystko w nim kipiało z nienawiści.

Ktoś  jeszcze  krył  się  za  minotaurami.  Ogr.  Kaz  usiłował  przyjrzeć  się  uważniej  jego  paskudnej

gębie, tamten jednak krył się za grzbietami innych.

Scurn zmierzył Kaza wściekłym spojrzeniem. - Zostałeś oskarżony o zamordowanie kapitana, pod

którym  służyłeś.  Zaatakowany  z  tyłu  w  zamieszaniu  bitewnym,  nie  miał  szans  na  obronę.  Nie  jest
sekretem, że nie kochamy ogrów, taka napaść jednak ściągnęła hańbę na nasz klan, rasę i uznawana
jest za zbrodnię w całym cywilizowanym świecie. -Scurn uśmiechnął się paskudnie. - Morderstwo to
wiąże się również ze złamaniem przysięgi wierności, którą złożyłeś przed starszyzną i imperatorem.
Do tej niesłychanej zbrodni dodałeś tchórzostwo, kiedy uciekłeś przed sprawiedliwą rozprawą. Gdy
twoje  zbrodnie  stały  się  wiadome  starszyźnie  i  imperatorowi,  wydano  za  tobą  list  gończy,  nas  zaś
wysłano,  byśmy  przywiedli  cię  przed  sąd.  Przyznajesz  się  do  winy?  Zechcesz  uratować  te  resztki
honoru, jakie ci zostały?

- Kapitan zasłużył na śmierć - odparł Kaz śmiało. Przypomniał sobie, jak pamiętliwi i zapalczywi

bywali jego ziomkowie, gdy przychodziło do rozmów o honorze.

- Złamałeś przysięgę i ściągnąłeś niesławę na nasz i twój - klan! Hańba jest tym większą, że byłeś

mistrzem  areny,  który  mógłby  uwieńczyć  sławę  klanu  koroną  imperatora!  Uciekłeś,  okrywając
wstydem  przodków,  którzy  legli  na  polach  licznych  bitew!  Nie  zdobyłeś  się  nawet  na  to,  by
zaatakować ofiarę z przodu!

- - Łgarstwo! - odparł Kaz spokojnie. - Nie masz honoru! - zawył Scurn.
-  Życie  bez  honoru  nie  jest  warte  funta  kłaków!  -  niemal  odruchowo  odezwały  się  chórem

pozostałe  minotaury.  Kaz  spostrzegł  jednak,  że  niektórzy  ze  sług  prawa  wypowiadali  te  słowa  bez
szczególnego zapału. - Udowodniono ci tchórzostwo!

- Tchórze są źródłem słabości rasy! - Tym razem znów kilku zawahało się przed wygłoszeniem

tego  banału.  W  tejże  chwili  Hecar  odrzucił  precz  swój  topór.  -  To  wszystko  jest  parodią
sprawiedliwości!  Nie  będę  brał  udziału  w  czymś,  co  ściągnie  na  nas  niesławę!  Scurn  obrzucił  go
morderczym spojrzeniem. - Hecar, nie przeciągaj struny!

-  Scurn,  wiem,  że  pokonasz  mnie  bez  trudu!  Gdybym  jednak  nie  rzekł  ci  prawdy  w  ślepia,

uważałbym się za tchórza! Wiesz, czego niedawno dokonał Kaz! - To niczego nie zmienia!

Z szeregu wystąpiła Helati i stanęła obok brata. Owszem, to zmienia wszystko! Nie potrafię się

zdobyć na zarzucenie tchórzostwa komuś, kto ponad wszelką wątpliwość udowodnił swą odwagę, tak
jak to uczynił Kaz! Bratanek samego Wielkiego Mistrza nazwał go jednym z najbardziej szlachetnych

background image

towarzyszy broni, u boku których miał honor walczyć. I odrzucam tysięczne więzy naszego kodeksu
honorowego, które czynią nas niewolnikami takich jak on!

Ogr zesztywniał, wiedząc, że Helati jego właśnie ma na myśli, ale udał, że niczego nie usłyszał.

Kaz jednak pomyślał, że w rzeczy samej dziwną jest sprawą, iż oskarżyciel dotarł aż tutaj.

- Helati, obecne czyny nie naprawią dawniejszych zbrodni! Ty również powinnaś znać mores! -

Scurn  machnął  szponiastą  łapą,  jakby  wykluczał  wszelki  sprzeciw.  Tracimy  czas!  Kaz,  albo
pogodzisz się z losem i wrócisz z nami, by stanąć przed sądem, albo załatwimy rzecz od ręki!

-  Rozstrzygnijmy  to  więc  teraz.  -  Kaz  cisnął  swój  topór  na  ziemię.  -  Nie  mam  czasu  na  to,  by

zgodnie ze zwyczajem samemu sporządzić sobie jakąś broń, ale myślę, że wystarczą mi gołe dłonie.

Kaz  usłyszał  za  sobą  kroki  i  zrozumiał,  że  jego  towarzysze  wyszli  przed  namiot.  Ludzie  nie

pojmą,  w  czym  rzecz.  Kaz  postanowił  stawić  czoło  losowi  -  co  oznaczało  próbę  walki  z  bardzo
niewielkimi  szansami  na  zwycięstwo.  W  innych  okolicznościach  pozwolono  by  mu  na  kilka  dni
wytchnienia,  podczas  których  miałby  możliwość  wykonania  jakiegoś  oręża.  Oskarżonemu
przysługiwało prawo posługiwania się bronią, którą sam wykonał. Kaz nie został właściwie skazany
na śmierć - warunki walki ustalano

jednak w taki sposób, że tylko bardzo niewielu oskarżonym udało się ujść z życiem. Tak zresztą

miało być. Śmierć w boju przeciwko przeważającym siłom była jedną z uznawanych przez minotaury
dróg odzyskania honoru.

Po pięcioletnich wędrówkach wśród innych ras Kaz rozumiał rozmiary szaleństwa jego rasy i jej

hipokryzji. Co oczywiście niewiele mogło mu pomóc w tej sytuacji.

-  Będzie  walczył  z  wszystkimi  naraz?  -  spytała  Tesela  z  niedowierzaniem  stojącego  obok  niej

Benneta. Toż to zwykłe morderstwo!

- Takie są obyczaje minotaurów, kapłanko - odparł Bennet tonem wskazującym na to, że o całej

sprawie myśli dokładnie to samo, co dziewczyna. - Nie mogę się wtrącać. Idzie o jego honor! - Idzie
o jego życie! - mruknęła Tesela, potem jednak się uciszyła.

Kaz odetchnął z ulgą. Przez chwilę obawiał się, że ktoś spróbuje się wmieszać. Minotaury były w

znacznej  mniejszości,  gdyby  jednak  przyszło  im  się  bronić,  urządziłyby  tu  straszną  jatkę.  Kaz  nie
chciał, by ktokolwiek odniósł jakieś rany lub został zabity. To miała być jego - i tylko jego - walka.

Zgodnie  ze  zwyczajem  minotaury  powinny  były  się  teraz  rozstawić  po  okręgu.  Potem  będą  go

atakować, pojedynczo lub grupkami, dopóki nie zginie lub zwycięży.

Scurn spojrzał na pozostałych członków grupy z jawną pogardą. - Zajmujcie miejsca!
I wtedy Hecar, który jeszcze nie podniósł broni, wystąpił przed szereg. - Wycofuję się. Twierdzę,

że oskarżenie o morderstwo nie opiera się na dostatecznych dowodach. Przyłączyłem się do pościgu,
bo  chodziło  o  honor  klanu,  teraz  jednak  nie  widzę  powodów  do  oskarżenia,  że  Kaz  zhańbił  klan,
plemię czy rasę. Nie jest tchórzem, wykazał się odwagą w bojach, które - czy nam się to podoba, czy
nie  -  będą  miały  silny  wpływ  na  przyszłość  naszej  rasy  i  innych.  Wierzę  też,  że  udowodnił  w  tych
próbach -jeśli rzecz w ogóle potrzebowała dowodu - że jest godnym najwyższych zaszczytów.

Obok brata stanęła Helati. - Ja też nie wezmę udziału w tej parodii sprawiedliwości. Kaz złamał

przysięgę wierności, to prawda, powstaje jednak pytanie, czy ci, na ręce których ją składał, byli jej
godni? Honor ma wiele twarzy, żadna z nich jednak nie przypomina mi ogrzego pyska!

Ogarniany  coraz  większą  wściekłością  Scurn  rozejrzał  się  dookoła  i  zobaczył,  że  towarzysze

opuszczają go jeden po drugim. W końcu obok niego zostało tylko dwu. Niedawny wódz spojrzał na
nich i ryknął z furią. - Precz! Dołączcie do tamtych! Sam go załatwię!

Ostatni poplecznicy cofnęli się niepewnie. Scurn tymczasem uśmiechnął się złowrogo i podszedł

do Kaza. Był wyższy od niego o cal czy dwa i trzymał w dłoniach

background image

potężny, większy od Oblicza Honoru, topór bojowy, ulubioną broń minotaurów. Patrząc Kazowi

prosto w oczy, odrzucił swój oręż. - Nie potrzebuję broni, by cię pokonać! Kaz prychnął z drwiną. -
O to właśnie chodziło ci od samego początku, prawda? - Pomódl się do przodków, póki możesz!

-  Podziękuję  im  raczej  za  to,  że  nasze  rodziny  od  tak  wielu  pokoleń  nie  miały  ze  sobą  nic

wspólnego, iż nie muszę myśleć o tobie jak o krewniaku! Scurn wyszczerzył zęby: - Powiedz tylko,
kiedy będziesz gotów..

Nikt  nie  dał  sygnału  do  rozpoczęcia  walki.  Przeciwnicy  znieruchomieli  na  sekundę  i  jakby  na

umówiony  sygnał  runęli  na  siebie  jednocześnie.  Scurn  podbił  prawe  ramię  Kaza  swoją  lewą  i
spróbował  rąbnąć  przeciwnika  łokciem  w  żebra.  Kaz  w  porę  odparował  cios  i  wolną  dłonią
odepchnął Scurna od siebie.

Obaj odskoczyli precz. I zwarli się ponownie. Kaz usiłował piętą podciąć Scurnowi jedną nogę,

ten  jednak  nie  dał  się  nabrać  na  tę  starą  sztuczkę.  Zamiast  zwalić  Scurna  na  grzbiet,  Kaz  z  trudem
utrzymał równowagę, bo przeciwnik złapał go za uniesioną nogę i szarpnął w bok. Przed upadkiem
uratował  go  błyskawiczny  półobrót.  Zawzięty  Scurn  wykorzystał  zachwianie  Kaza  i  zaatakował  z
pochyloną głową.

Kaz  stęknął  boleśnie,  gdy  koniec  jednego  z  rogów  Scurna  trafił  go  w  korpus.  Z  najwyższym

trudem zdołał jakoś powstrzymać przeciwnika, oparłszy mu dłoń na łbie. Widzowie zauważyli, że po
jednej z nóg minotaura spływa strużka krwi.

Scurn zamierzał przebić Kaza i parł zaciekle do przodu. Kaz zdołał unieść drugie ramię i z całej

siły walnął wroga pięścią w łeb. Trafił pomiędzy rogi, w najtwardszą część głowy, drugi jego cios
wylądował jednak na karku przeciwnika u podstawy czaszki.

Scurn  zaklął  i  ze  zdumiewającą  siłą  szarpnął  się  w  tył.  Kaz  jednak  nie  zamierzał  wypuścić

przeciwnika  i  zaatakował,  wyciągając  dłoń  przed  siebie.  Złapawszy  jeden  z  rogów  cofającego  się
Scurna, Kaz wykręcił mu łeb w bok. Ten chwyt zwalił przeciwnika pyskiem na ziemię.

Minotaur natychmiast runął w dół, usiłując sprowadzić walkę do parteru, Scurn jednak odturlał

się  w  bok  i  jedynym  efektem  wysiłku  Kaza  okazała  się  garść  piachu  i  przeszywający  ból  we
wszystkich kościach, gdy nagle gruchnął o ziemię. Obaj wojownicy natychmiast odtoczyli się na boki
i porwali na nogi. Scurn dyszał zajadle, ale nie było to wynikiem zmęczenia. Poddał się całkowicie
zapałowi utarczki. Należał do tych, co żyją od bitwy do bitwy. Kaz, którego zaciekłość temperowało
doświadczenie,  przyglądał  mu  się  z  niesmakiem  i  pewnym  zawstydzeniem  -  on  także  kiedyś
zachowywał  się  na  arenach  podobnie  jak  jego  okaleczony  przeciwnik.  Znów  rzucili  się  na  siebie  i
znów nie zdołali rozstrzygnąć starcia. Zwarcie trwało

dziesięć minut… obaj wyszli z niego zakrwawieni, zdyszani, ale gotowi do następnego. Pozostałe

minotaury i kilkunastu rycerzy nagrodzili walczących okrzykami entuzjazmu i uznania.

Stojący  nieco  na  uboczu  Molok  nie  podzielał  zapału  ogarniającego  pozostałych  widzów.  Od

samego początku przyglądał się rozwojowi wydarzeń, oczekując upokorzenia i śmierci oskarżonego.
Teraz  sprawy  -  z  jego  punktu  widzenia  -  mocno  się  pogmatwały.  Pojawiła  się  możliwość  porażki
Scurna - potem zaś Kaz przyjrzy się uważniej Molokowi i zrozumie, z kim ma do czynienia.

Ogr  potarł  skroń,  myśląc  o  miejscu,  w  które  kilka  lat  temu  Kaz  ugodził  jego  brata.  Większość

przedstawicieli innych ras uważała ogry za niezdolne do okazywania uczuć wobec członków własnej
grupy - tak samo jak nie cierpieli obcych. Nie było to prawdą. Podobnie jak minotaury, ogry silnie
przywiązywały się do swych klanów, Molok zaś i jego brat byli jedynymi, którzy pozostali z licznej
niegdyś rodziny. Gdy smoki zniknęły z Krynnu, a Takhisis wycofała się do otchłani, więzy rodzinne
okazały  się  dla  ogrów  jedynym  sposobem  na  przeciwstawienie  się  nieprzyjaciołom  i  wyzwolonym
niewolnikom.  Nie  mieli  ani  czasu,  ani  środków  na  indywidualne  akty  zemsty.  Mściwość  leżała

background image

jednak  u  podstaw  ogrzego  charakteru  i  Molok  -  którego  nawet  inne  ogry  uważały  za  wyjątkowo
podstępnego  i  zajadłego  -  wymyślił  wreszcie  plan,  który  powinien  był  zaowocować  nie  tylko
śmiercią Kaza, ale i okryciem go hańbą w oczach pozostałych członków jego rasy. Molok nie dbał o
honor  bardziej  niż  o  wczorajszy  posiłek,  wiedział  jednak,  że  minotaury  żyją  i  umierają  dla  honoru.
Śmierć i niesława Kaza były najlepszą zemstą, jaką mógłby sobie wymarzyć. Mag, któremu zapłacił
za stworzenie fałszywego kryształu prawdy, spisał się na medal. Minotaury gardziły magią nie mając
o niej żadnego pojęcia, dały się więc zwieść jak dzieci. Wszystko to jednak zda się psu na budę, jeśli
Kaz zwycięży i przeżyje.

Minotaury  oczywiście  odebrały  broń  ogrowi.  Ten  jednak  nie  był  całkowicie  pozbawiony

możliwości działania, ponieważ zbuntowani przeciwko Scurnowi odłożyli swoje uzbrojenie. Jedyne,
co trzeba było zrobić, to nieznacznie się przesunąć i wziąć coś poręcznego..

Scurn był zręczny i krzepki, nie miał jednak za sobą tylu walk, co Kaz. Doświadczenie wzięło w

końcu górę i na pysku Scurna coraz częściej zaczęły lądować ogłuszające ciosy. Okaleczony minotaur
cofał  się,  potrząsał  łbem,  a  Kaz  trafiał  coraz  częściej  i  boleśniej.  W  pewnej  chwili  udało  mu  się
chwycić  ramię  Scurna,  które  ten  niemrawo  uniósł  w  górę,  aby  zasłonić  się  przed  kolejnym
uderzeniem. Kaz błyskawicznie wykręcił je, zmuszając przeciwnika do obrotu pod groźbą złamania
stawu barkowego. Scurn odwrócił się więc, pochylił… i zderzył z uniesionym w górę całą siłą

krzepkich ud kolanem Kaza.
Kaz nie uderzył Scurna w pysk, jak zrobiłoby to wielu innych zapaśników, ale w krtań. Rzepka

kolana Kaza wcięła się głęboko w grdykę Scurna, który zacharczał okropnie. Młodszy z walczących
runął  na  kolana  i  rozpaczliwie  łapał  oddech,  weteran  zaś  uniósł  w  górę  oba  ramiona,  złączył  nad
głową  dłonie  i  jak  młotem  trzasnął  Scurna  w  szczękę.  Cios  ten,  dodany  do  poprzednich  obrażeń,
ogłuszył  Scurna  niemal  całkowicie.  Oskarżyciel  siadł  na  ziemi  i  przez  chwilę  dysząc  ciężko,
usiłował skupić wzrok na czymkolwiek.

Wszyscy  czekali  na  ostatnie  mordercze  uderzenie.  Śmierć  ogra  była  wszystkim,  czego  Kaz

potrzebował,  aby  oczyścić  się  w  oczach  współplemieńców.  Zwycięzca  uniósł  w  górę  złączone
pięści… i rozluźniwszy palce opuścił spokojnie dłonie w dół.

Powiódł  wzrokiem  po  pozostałych  minotaurach.  -  Dość!  Przeciąganie  tego  dłużej  jest

niehonorowe! Nie zabiję przeciwnika, który nie jest w stanie się bronić!

- Nie! - wycharczał Scurn, było to jednak niemal wszystko, na co mógł się zdobyć. Z najwyższym

trudem uniósł dłoń i potrząsnął nią, jakby wyrzekał się łaski, jaką okazał mu przeciwnik. Uderzenie
w  krtań  rozstrzygnęło  walkę,  entuzjasta  sprawiedliwości  nie  mógł  niemal  oddychać.  -  Zabij  mnie!
Okryłeś mnie hańbą!

- Jakoś to przeżyjesz! - prychnął Kaz z niesmakiem. Odwrócił się ku reszcie ziomków. - Czy jest

jeszcze wśród was ktoś, przed kim muszę się tłumaczyć? Przekonałem was czy nie? Może..

Po jego prawej nagle coś się zakotłowało i Kaz odwrócił się błyskawicznie, by spojrzeć prosto

w oczy uśmiechniętej z ponurą satysfakcją Helati. W uniesionej dłoni trzymała kordelas. Widać było
jedynie  kawałek  jego  rękojeści,  bo  cała  klinga  -a  minotaury  kochają  się  w  naprawdę  długich
kordelasach - tkwiła niemal po jelec w piersi ogra. Molok stał z otwartą paszczą, wbijając w Kaza
nienawistne  spojrzenie.  Po  ułamku  sekundy  opuścił  muskularne  lewe  ramię  i  wszyscy  ujrzeli  krótki
kord, który ogr ukrywał pod pachą. Sapnąwszy jeszcze ze dwa razy, ogr runął na murawę.

Minotaury  i  ludzie  stali  przez  chwilę  oszołomieni  i  niepewni  tego,  co  czynić.  Bennet  sypnął

przekleństwami,  o  znajomość  których  Kaz  nigdy  by  go  nie  posądzał  -  co  wielu  Solamnijczykom
ukazało  wodza  w  zupełnie  nowym,  wielce  interesującym  świetle.  Ogarnięci  zapałem  widzowie
zupełnie  zapomnieli  o  ogrze.  Co  prawda  nikt  nie  spodziewał  się,  że  podejmie  jakąkolwiek  akcję

background image

otoczony przez licznych i dobrze uzbrojonych rycerzy i tuzin bez mała minotaurów.

Helati z wielkim trudem wyciągnęła kordelas z piersi ogra. - Początkowo myślałam, że przesuwa

się w bok, by mieć lepszy widok. Nie sądziłam, że spróbuje czegoś, co

w jego sytuacji równało się samobójstwu. On cię chyba nie lubił, Kaz..
- Powinienem był wiedzieć, że nie wolno ogrów traktować honorowo - wtrącił się Bennet. - One

nie potrafią niczego, prócz zabijania..

-  Mniej  niż  sześć  lat  temu,  panie  Bennecie,  to  samo  rzekłbyś  o  mnie.  -  Kaz  przez  chwilę

przyglądał  się  ogrowi,  którego  pysk  nadal  wykręcał  grymas  nienawiści.  W  pewnej  chwili  oczy
minotaura  rozjaśnił  błysk  zrozumienia.  -  Myślę  jednak,  że  w  przypadku  tego  tutaj,  jesteś
usprawiedliwiony.  Paskudne  ryje  tych  stworów  są  do  siebie  podobne,  tego  chyba  jednak  poznaję.
Zabity  przeze  mnie  zbrodniarz  był,  zdaje  się,  jego  krewniakiem.  Miał  na  pysku  podobne  tatuaże
klanowe. - Westchnął nie bez współczucia. - Nie wiedziałem, że ogry potrafią odczuwać lojalność i
przyjaźń,  choćby  do  członków  swego  klanu.  -  Ale  ten  kryształ  prawdy…  -  zaprotestował  jeden  z
minotaurów.

Kaz  westchnął  bezradnie,  myśląc  o  naiwności  członków  rasy,  która  uważała  się  za  lepszą  od

innych.  -  Gdybyście  -  jak  ja  -  stykali  się  częściej  ze  sztuką  czarnoksięską,  wiedzielibyście,  że  nie
trzeba  nawet  szczególnie  utalentowanego  i  biegłego  maga,  by  stworzyć  kryształ  z  fałszywym
obrazem.

Nikt  nie  odpowiedział,  Hecar  zaś  skinął  głową.  Kaz  rad  był,  że  choć  jeden  z  jego  ziomków

wykazuje zaczątki zdrowego rozsądku. Spojrzał z góry na klęczącego w pyle Scurna. Po przegranej
walce okaleczony zapaśnik stracił chyba cel życia.

-  Rozumiem,  że  jestem  wolny…  -  odezwał  się  Kaz.  Nikt  się  nie  sprzeciwił.  Kaz  po  raz  ostatni

spojrzał na Scurna. - Niech mu ktoś pomoże. Dobrze walczył. Szkoda byłoby, gdyby zginął.

Nie mówiąc już nic więcej, odwrócił się i poszedł ku namiotowi. Zatrzymał się tylko na chwilę,

by podnieść z ziemi swój topór.

Jego  przyjaciele,  widząc  znużenie  malujące  się  na  jego  twarzy,  powstrzymali  cisnące  się  im  na

usta pochwały. Nawet Delbin zachował milczenie.

Kaz odprężył się dopiero w namiocie. Odetchnął głęboko, cisnął topór na posłanie, uśmiechnął

się ze znużeniem i szepnął: - Nareszcie!

Rozdział 24
BENNET  ZOSTAŁ  NA  POŁUDNIU,  by  usprawnić  współdziałanie  pomiędzy  forteczkami,

wygnieść  do  cna  resztki  nieprzyjaciół  i  posłać  do  Vingaardu  posiłki  w  ludziach  i  materiałach.  Na
łącznika wybrał Dariusa. Tesela również pozostała z rycerstwem. Kazowi wyjaśniła, że ma zajęcie
przy rannych, minotaur nie urodził się jednak wczoraj i widział, co się święci między dziewczyną i
młodym rycerzem.

Bennet nalegał, by Kaz udał się do Vingaardu. Chciał mu zapewnić honorową eskortę i zaklinał

się,  że  stryj  udekoruje  Kaza  najwyższymi  odznaczeniami,  jakie  może  z  rąk  Wielkiego  Mistrza
otrzymać  ktoś,  kto  nie  jest  członkiem  zakonu.  Kaz  uprzejmie  odmawiał  i  odrzucał  kolejne  oferty
Benneta - zgodził się jedynie na przyjęcie kilkunastu dobrych koni, po jednym na każdego minotaura.

Swoich ziomków Kaz ujrzał następnego ranka. Scurn nie był w stanie przewodzić grupie - należał

do tych osobników, którzy idą przez świat, wierząc, że są niepokonani. Gdy owo przekonanie legło w
gruzach,  Scurnowi  nie  pozostało  nic,  na  czym  mógłby  się  oprzeć.  Pozostali  członkowie  grupy  byli
zdziwieni  tym,  że  Kaz  nie  zamierza  wrócić  z  nimi  do  domu.  Przywykli  do  myśli,  iż  jedynym
powodem,  dla  którego  przemierzał  cały Ansalon,  jest  chęć  ucieczki  przed  hańbą.  Jedynie  dwoje  z
nich  rozumiało  i  zaczynało  podzielać  jego  zamiłowanie  do  podróży  i  chęć  poznawania  „niższych”

background image

ras.

Hecar i Helati postanowili więc towarzyszyć Kazowi. Kaz zaś ucieszył się bardzo -szczególnie

że  widok  Helati  nieustannie  przyciągał  jego  wzrok.  Uśmiechy,  jakimi  go  obdarzała,  nieźle  wróżyły
mu na przyszłość.

W tej chwili szedł z Bennetem ku miejscu, gdzie pozostałe dwa minotaury siodłały wierzchowce.

Kaz i Bennet spędzili rankiem sporo czasu na rozmowie, która znacznie pogłębiła wzajemny szacunek
i przyjaźń, jakie czuli do siebie człowiek i minotaur. - Dokąd się udajecie? - spytał Bennet.

- Doprawdy, nie wiem. Myślę, że pozwolę im wybrać - odparł Kaz, wskazując brata i siostrę. -

Wszystko  mi  jedno,  dopóki  ufam,  że  nie  wciągną  mnie  w  jakąś  awanturę.  Bennet  uśmiechnął  się
nieznacznie.  -  Znudzisz  się  po  paru  dniach.  Ty,  mój  przyjacielu,  kochasz  się  w  awanturach  i  nie
cofasz przed żadnym wyzwaniem.

-  Możliwe,  że  masz  rację  -  chrząknął  Kaz.  Ostatnio  jednak  nie  narzekałem  na  brak  rozrywek.

Myślę, że przez jakiś czas zdołam się bez nich obejść.

Helati  spojrzała  w  ich  stronę  i  uśmiechnęła  się,  napotkawszy  wzrok  Kaza.  Kaz  nie  mógł  się

powstrzymać i odpowiedział jej tym samym.

-  Czy  ona  jest…  urodziwa?  -  spytał  rycerz,  jakby  wbrew  swej  woli  przechodząc  do  spraw

osobistych.

- - Jest jedną z najpiękniejszych dam, jakie kiedykolwiek widziałem. - Prawdę więc mówią, że

piękno kryje się w oku patrzącego. - Jesteśmy gotowi! - zawołała ku nim Helati.

- Zatem na koń! Zaraz do was dołączę! - Kaz wyciągnął łapę i wymienił uścisk dłoni z Bennetem.

Uśmiechnął się do rycerza, ukazując niemal wszystkie zęby. Niech Paladine strzeże twego grzbietu,
Bennecie.  -  I  twojego,  Kaz!  -  Kaz!  Czekajże!  Zabrałem  wszystko,  ale  ludziska  bez  przerwy  się
czepiają, pytają

0 jakieś drobiazgi, które do mnie nie należą i nie mam nawet pojęcia, jak znalazły się w mojej

sakwie, a..

-  Delbin,  odetchnij  sobie.  -  Kender  pomknął  ku  dwojgu  minotaurom,  ciągnąc  opierającego  się

kucyka.

-  Bierzesz  go  ze  sobą?  -  Na  twarzy  Benneta  pojawiła  się  osobliwa  mieszanka  uczuć:  ulga

wywołana  tym,  że  kender  wynosił  się  z  obozu,  i  zdumienie,  iż  ktoś  zamierza  podróżować  w  takim
towarzystwie. - Ktoś musi mieć go na oku. - W oczach minotaura pojawiło się prawdziwe ciepło. -
Czy nie sądzisz, że to zadanie przerastające siły trójki minotaurów? Kaz potrząsnął głową z udanym
powątpiewaniem. Szczerze mówiąc… nie wiem.

Minotaur  dosiadł  konia,  Bennet  zaś  skorzystał  z  okazji,  by  przyjrzeć  się  toporowi,  który  Kaz

wsunął wcześniej w skórzane obejmy na grzbiecie. Głownia topora zajaśniała w słońcu.

Upewniwszy  się,  że  wszystko  i  wszyscy  -  zwłaszcza  Delbin!  -  są  gotowi  do  podróży,  Kaz  raz

jeszcze spojrzał na człowieka. Gdy się odezwał, słowa jego tchnęły powagą: - Panie Bennecie, nie
zapominajcie o czujności. Takhisis wycofała się poza Krynn, nie spuszcza jednak naszej ojczyzny z
oczu.  Któregoś  dnia  może  znajdzie  sposób,  by  tu  wrócić,  nawet  bez  pomocy  takich  odstępców  jak
Galan Dracos czy durniów jak Argaen Ravenshadow. To Jej powinniśmy się wystrzegać, bo to Ona
jest naszym prawdziwym wrogiem… Ona, nie szalony czarnoksiężnik czy magiczny złodziejaszek 1
szarlatan. - Wiemy o tym, Kaz. Sporo się nauczyliśmy.

- Taką mam nadzieję! - I zmieniając nagle nastrój, zwrócił się do Helati: - I cóż… jakie miejsce

chciałabyś zobaczyć przede wszystkim?

Samica spojrzała na brata, potem na Kaza. - Hm… wspominałeś coś o lodowych pustkowiach na

Południu..

background image

- A  więc,  na  Południe!  -  Kaz  oddał  Bennetowi  honory  na  modłę  rycerską…  i  niespodziewanie

zmrużył oko.

- - O tej porze roku powinno tam być dość spokojnie i bezpiecznie!
Rycerz zachichotał i przez długą chwilę patrzył w ślad za odjeżdżającą grupką. Kaz obejrzał się i

pomachał dłonią na pożegnanie. Bennet w duchu wzniósł akt strzelisty do Paladine’a, prosząc o to, by
opiekował się wojowniczym minotaurem. Z kenderem u boku i jego własną umiejętnością pakowania
się  w  kłopoty,  opieka  boska  z  pewnością  mu  się  przyda.  Bennet  wiele  dałby  za  to,  by  móc  jechać
teraz u jego boku.


Document Outline