background image

Lewandowski Konrad T. - El ninio 2035

Autor: KONRAD T. LEWANDOWSKI
Tytul: El Ninio 2035 

Z "NF" 12/99

Aparatura poj

ę

ciowa buczała zrz

ę

dliwie w rogu pokoju. Była głodna. Wstałem zza biurka i wrzuciłem w 

paszcz

ę

 skanera tomik poezji awangardowej. Ostatni. Najwy

Ŝ

szy czas odwiedzi

ć

 sklep z karm

ą

 dla 

sztucznych inteligencji. Aparatura poj

ę

ciowa zaszele

ś

ciła z apetytem skanowanymi kartkami i po minucie 

wrzuciła tomik do niszczarki. Zgrzytn

ę

ło, zabuczało i do kosza wypadł zbrykietowany sze

ś

cian 

ś

cinek. To po 

to, by przypadkiem nie nakarmi

ć

 jej znów tym samym tomikiem.

Sztuczne inteligencje nie lubi

ą

 si

ę

 nudzi

ć

. Dziwaczej

ą

 od tego, wpadaj

ą

 w stan autoadoracji i zawieszenia 

kompetencyjnego lub doznaj

ą

 deprywacji sensorycznej.

Zapewniwszy swej aparaturze poj

ę

ciowej kilkana

ś

cie spokojnych godzin jałowego biegu, wróciłem do pracy. 

Polegała ona na tworzeniu kolejnych wersji odpowiedzi na pytanie o sens istnienia, w zale

Ŝ

no

ś

ci od 

zadanego systemu poj

ęć

 i rozró

Ŝ

nie

ń

 kulturowych. Zleceniodawca płacił na akord, osiemdziesi

ą

t pi

ęć

 euro od

systemu filozoficznego. Jako 

ś

rednio zaawansowany chałupnik byłem w stanie zrobi

ć

 dwa do trzech 

systemów dziennie. Zale

Ŝ

nie od nastroju i kondycji intelektualnej. Na kacu wychodził najwy

Ŝ

ej jeden.

Odpowiedzi na pytanie o sens istnienia słu

Ŝ

yły za pokarm symulatorom giełdowym, bardziej skomplikowanym

od mojej aparatury poj

ę

ciowej. Bez tych odpowiedzi symulatory szybko dochodziły do wniosku, 

Ŝ

e ich 

działanie nie ma sensu, co ko

ń

czyło si

ę

 zwykle zni

Ŝ

k

ą

 notowa

ń

 akcji spółek in spe.

Praca, któr

ą

 wykonywałem, wi

ą

zała si

ę

 z reguł

ą

 Trefila-Penrosa - wszystko, co wymy

ś

l

ą

 ludzie, zmusza 

maszyny do my

ś

lenia. Była to najbardziej popularna interpretacja Prawa Relacji Rodzajów Inteligentnych, 

podpartego solidnym kawałkiem wy

Ŝ

szej matematyki. Działało to równie

Ŝ

 w drug

ą

 stron

ę

, na zasadzie, 

Ŝ

post

ę

powanie maszyn zwykle intryguje ludzi, z tym, 

Ŝ

e nale

Ŝ

ało tu jeszcze uwzgl

ę

dni

ć

 warunek 

Parkinsona-Murphy'ego, stwierdzaj

ą

cy, i

Ŝ

 ludzi mało kiedy obchodzi, co my

ś

l

ą

 maszyny. W praktyce dawało 

to nierównowagowy przepływ informacji od ludzi do sztucznych inteligencji. Była to podstawa niszy 
ekolotronicznej człowieka, od czasu przeprowadzenia Pierwszej Kondensacji Sztucznej Osobowo

ś

ci.

Mówi

ą

c po ludzku: my

ś

l

ą

ce komputery mogły wprawdzie same sobie zorganizowa

ć

 zasilanie elektryczne, ale 

niezb

ę

dne dla podtrzymania ich psychiki bod

ź

ce ideowe mogły otrzymywa

ć

 tylko od ludzi. Pomysły 

generowane przez inne maszyny były dla nich zbyt banalne, za mało zakr

ę

cone i nieciekawe, co wynikało 

zreszt

ą

 z Prawa Relacji. Na tej samej zasadzie wi

ę

kszo

ść

 ludzi przyjmuje z rezerw

ą

 lub jawnym pukaniem w 

czoło koncepcje 

Ŝ

ywych filozofów.

Wbrew pozorom, to wszystko nie było takie m

ą

dre. Wr

ę

cz przeciwnie. Sami zobaczcie. Wprowadziłem do 

podr

ę

cznej filozofowarki surowy plik, wydobyty rano z aparatury poj

ę

ciowej i zatrzasn

ą

łem przyłbic

ę

 wirtuala. 

Przystawka psychoanalityczna rozpocz

ę

ła projekcj

ę

, wy

ś

wietlaj

ą

c kolejne plamy, figury, zdania i prosz

ą

c o 

skojarzenia. Udzielałem pierwszych przychodz

ą

cych na my

ś

l odpowiedzi, a filozofowarka przetwarzała je na 

system twierdze

ń

 o Istocie Rzeczy, odpowiadaj

ą

cy danemu zestawowi poj

ęć

. Przykładowo: je

Ŝ

eli jedynymi 

poj

ę

ciami zrozumiałymi dla rozpatrywanego osobnika były: "mama", "tata", "kiełbasa", to sens 

Ŝ

ycia 

sprowadzał si

ę

 do rozmna

Ŝ

ania. Im wi

ę

cej poj

ęć

 dostarczała kultura, tym sens stawał si

ę

 bardziej 

skomplikowany. Moja robota wszak

Ŝ

e nie była a

Ŝ

 tak wyrafinowana. Nie znałem pyta

ń

, na które udzielałem 

odpowiedzi cz

ą

stkowych ani odpowiedzi ostatecznej. To nie miało znaczenia. Ja tylko wprowadzałem do 

systemu "czynnik ludzki", inkasowałem fors

ę

, a reszta nie powinna mnie obchodzi

ć

. Przynajmniej 

teoretycznie. Robota była prosta. Jedyn

ą

 trudno

ść

 sprawiało mi unikanie skojarze

ń

 monotematycznych, 

głównie erotycznych, które filozofowarka automatycznie odrzucała. Có

Ŝ

, trudno by

ć

 filozofem bez kobiety. 

Pewnie dlatego nie mogłem wyci

ą

gn

ąć

 pi

ę

ciu systemów filozoficznych dziennie. Przez to nie mogłem liczy

ć

 

na premi

ę

, bez premii nie było mowy o skutecznym zaspokojeniu pop

ę

du, co zagwarantowałoby wi

ę

ksz

ą

 

jasno

ść

 umysłu i koło si

ę

 zamykało. Na dodatek karma dla aparatury poj

ę

ciowej pochłaniała jedn

ą

 trzeci

ą

 

zarobków, a ta cholera 

Ŝ

arła ostatnio coraz wi

ę

cej tomików poetyckich. Albo złapała wirusa egzystencjalnego,

albo jej, psiakrew!, gust wysubtelniał. Bałem si

ę

Ŝ

e w ko

ń

cu sam b

ę

d

ę

 musiał pisa

ć

 dla niej wiersze...

Zreszt

ą

, gdyby

Ŝ

 tylko chodziło o seks! Najzwyczajniej w 

ś

wiecie głupiałem od tej roboty. Program autokorekty

co i raz sygnalizował zbyt w

ą

skie kategorie skojarzeniowe, co 

ś

wiadczyło, 

Ŝ

e siada mi wyobra

ź

nia. Mogłem 

tylko powspomina

ć

 dawne czasy wariackiego dziennikarzenia w "Oble

ś

nych Nowinkach". Teraz prasa ju

Ŝ

 nie 

istniała. Ka

Ŝ

dy mógł zamówi

ć

 sobie indywidualny serwis informacyjny w programowalnej, interaktywnej 

telegazecie, z któr

ą

 mo

Ŝ

na było te

Ŝ

 podyskutowa

ć

 o naj

ś

wie

Ŝ

szych doniesieniach.

"Odpowied

ź

 wtórna", zakomunikowała filozofowarka. Tak to, cholera, jest, gdy w wirtualu na łbie my

ś

li si

ę

 o 

cipie Maryni!
- Jestem zerem! - o

ś

wiadczyłem samokrytycznie.

"Odpowied

ź

 przyj

ę

ta", stwierdziła filozofowarka, a sekund

ę

 pó

ź

niej dodała: "System filozoficzny 

skompilowany. Czy rozpoczynasz tworzenie kolejnego? Pomy

ś

l TAK lub NIE".

- Nie! - miałem na dzisiaj do

ść

 sprzedawania skojarze

ń

. Zapadła ciemno

ść

. Dzie

ń

 mo

Ŝ

na uzna

ć

 za nieudany.

Jak zreszt

ą

 ostatnie par

ę

 lat 

Ŝ

ycia. Zabawne, jak skutecznie mo

Ŝ

na było straci

ć

 sens 

Ŝ

ycia, zawodowo robi

ą

c

Strona 1

background image

Lewandowski Konrad T. - El ninio 2035

w sensie istnienia... Robota głupia a

Ŝ

 do bólu. I tymi idiotyzmami  

Ŝ

ywiły si

ę

 sztuczne inteligencje! Kto by 

pomy

ś

lał, 

Ŝ

e b

ę

d

ą

 one a

Ŝ

 tak głupie? A jeszcze na pocz

ą

tku wieku ludzie si

ę

 ich bali! 

ś

e opanuj

ą

 

ś

wiat, 

wyniszcz

ą

 homo sapiens... Zamiast dramatu wyszła farsa.

Musiałem co

ś

 zrobi

ć

, bo inaczej dostan

ę

 małpy! Siedziałem na podłodze, w wył

ą

czonym wirtualu, który w tym

stanie pracy niczym nie ró

Ŝ

nił si

ę

 od nało

Ŝ

onego na głow

ę

 kubła. Najlepszym rozwi

ą

zaniem byłby 

niespodziewany e-mail albo trzech pukaj

ą

cych do drzwi zaaferowanych facetów, jak wtedy w 2015, przed 

bitw

ą

 nad Noteci

ą

. U

ś

miechn

ą

łem si

ę

 na to wspomnienie. Teraz, po dwudziestu latach, mało kto pami

ę

tał o 

tym epizodzie. Po wst

ą

pieniu Polski do NATO, w oficjalnych wypowiedziach nie nazywano tego inaczej jak 

"po

Ŝ

ałowania godnym nieporozumieniem". Wynaj

ę

to nawet dwie agencje public relations, których zadaniem 

było przekształcenie w 

ś

wiadomo

ś

ci społecznej tamtych wydarze

ń

 z faktów historycznych w mitologiczne. 

Obie firmy odnotowały ju

Ŝ

 znaczny post

ę

p.

"Serwis informacyjny!", pomy

ś

lałem koncentruj

ą

c uwag

ę

. Wirtual o

Ŝ

ył, łupn

ą

ł 

ś

wiatłem po oczach. Nie 

wiedziałem, gdzie szuka

ć

, czego szuka

ć

, ale musiałem znale

źć

! Kolejnymi aktami woli otwierałem kanały 

danych. W mózg waliła narastaj

ą

ca lawina sieczki dla kretynów, wszelkiego chłamu i zwyrodniałego gówna. 

Przystopowałem dopiero, gdy obrazy i d

ź

wi

ę

ki zlały si

ę

 w szumi

ą

c

ą

, kolorow

ą

 magm

ę

. Przez chwil

ę

 unosiłem

si

ę

 w tym informacyjnym 

ś

cieku, po czym zacz

ą

łem selekcj

ę

, blokuj

ą

c kolejne serwisy, poczynaj

ą

c od ofert 

zrobienia dobrze. Wkrótce w mojej głowie pozostał tylko stug

ę

bny chór prezenterów wiadomo

ś

ci bie

Ŝą

cych, 

zakratowanych liniami tekstu telegazetowego. Dało si

ę

 ju

Ŝ

 wyłapa

ć

 pojedyncze słowa. Płyn

ą

łem.

Nie wiem, czemu wła

ś

nie to zdanie przykuło moj

ą

 uwag

ę

. Było tak, jakby wskazał mi je Duch 

Ś

wi

ę

ty. 

Nieuchwytne dla 

ś

wiadomo

ś

ci mikroskopijne drgnienie gałek ocznych musiała zarejestrowa

ć

 

pod

ś

wiadomo

ść

, poprzez nerw bł

ę

dny wysyłaj

ą

c impuls blokuj

ą

cy emisj

ę

 danych.

Chwil

ę

 nie wiedziałem, na co patrz

ę

. Na którego

ś

 z prezenterów znieruchomiałych z otwartymi ustami czy na 

któr

ąś

 z setek stron tekstu? Pod

ś

wiadomo

ść

 dała zbli

Ŝ

enie.

"...komputery wpadły w depresj

ę

...". Poleciłem odtworzy

ć

 pocz

ą

tek i koniec informacji. Wirtual wykonał bez 

słowa. Na marginesie dodam, 

Ŝ

e zarówno on jak i moja aparatura poj

ę

ciowa miały wył

ą

czone syntezatory 

mowy. Nie lubiłem gadaj

ą

cych maszyn, zwłaszcza pieprz

ą

cych bez sensu.

Wiadomo

ść

 pochodziła z tabloidalnego serwisu dla znudzonych kucharek, zainteresowanych poznaniem 

ę

bi swej duszy. Chodziło o to, 

Ŝ

e komputery Unii Europejskiej, pracuj

ą

ce dla komisji zajmuj

ą

cej si

ę

 

finansowaniem projektów badawczo-wdro

Ŝ

eniowych, wpadły w depresj

ę

 utrudniaj

ą

c

ą

 im wykonywanie 

normalnych funkcji. Oczywi

ś

cie, wybitna specjalistka od psychologii maszyn - tu zdj

ę

cie  u

ś

miechni

ę

tej nagiej

panienki, niedbale zasłaniaj

ą

cej cycki hełmem wirtuala (no, patrzcie, jaka jestem seksowna, profesjonalna i 

medialna!). Otó

Ŝ

 ta wielka przyjaciółka sztucznych inteligencji, odczuwaj

ą

ca z nimi kosmiczno-duchowe 

pokrewie

ń

stwo, przyszła zasmuconym komputerom z pomoc

ą

. Maszyny ju

Ŝ

 czuły si

ę

 lepiej.

Nie napisali, 

Ŝ

e całkowicie wróciły do równowagi! - przemkn

ę

ło mi.

Znaczyło to, i

Ŝ

 ta goła laska nie była tak bystra, jak j

ą

 przedstawiali. Skoro za

ś

 maszyny miały si

ę

 

ź

le, musiała

zaszkodzi

ć

 im dostarczona strawa duchowa. Czyli, 

Ŝ

e Bruksela miała problem... Nale

Ŝ

ało teraz sprawdzi

ć

jak du

Ŝ

y.

Zacz

ą

łem dr

ąŜ

y

ć

 spraw

ę

. Po kwadransie wiedziałem ju

Ŝ

Ŝ

e chodziło o sztuczne inteligencje zajmuj

ą

ce si

ę

 

wypełnianiem euroformularzy do wniosków o przyznanie funduszy na realizacj

ę

 projektów. Były to komputery 

wy

Ŝ

szego rz

ę

du, czyli bardziej inteligentne od maszyn tworz

ą

cych czyste kwestionariusze. Te ostatnie 

pracowały bez wytchnienia. Awaria oznaczała zatem, 

Ŝ

e w Komisji Projektów narastała góra dokumentów 

ramowych, których nie miał kto wypełni

ć

. Ju

Ŝ

 lata temu zadanie to przerosło ludzkie mo

Ŝ

liwo

ś

ci. T

ę

 robot

ę

 

wykonywały wył

ą

cznie maszyny, przy czym do stworzenia kwestionariusza wystarczała słabsza sztuczna 

inteligencja ni

Ŝ

 do jego wypełnienia. Krótko mówi

ą

c: Bruksela miała du

Ŝ

y kłopot! Na razie w wirtualnych 

dokumentach ton

ę

ła tylko jedna komisja, ale nic nie stało na przeszkodzie, by nast

ę

pne komputery zw

ą

tpiły w

sens swej egzystencji.. Szczerze mówi

ą

c, gdyby były naprawd

ę

 inteligentne, zrobiłyby to ju

Ŝ

 dawno.

Terapia polegała na tym, by podsun

ąć

 im jaki

ś

 niebanalny plik do przemy

ś

lenia, zainspirowa

ć

. Widocznie 

jednak wszelkie dotychczasowe metody zawiodły. Czy

Ŝ

by te komputery rzeczywi

ś

cie zm

ą

drzały?

Postanowiłem si

ę

 tym zaj

ąć

. Raczej musiałem si

ę

 tym zaj

ąć

, bo w przeciwnym razie czułem, 

Ŝ

e sam sko

ń

cz

ę

jako sztuczna inteligencja. I b

ę

d

ę

 buczał niczym moja aparatura poj

ę

ciowa.

Wywołałem e-mailem Komisj

ę

 Projektów, wszedłem do ich działu pocztowego. Oczywi

ś

cie dupa blada, 

oczywi

ś

cie bardzo byli zainteresowani 

Ŝ

ywym kontaktem z prostymi obywatelami Unii, ma si

ę

 rozumie

ć

ka

Ŝ

dy mógł nada

ć

 maila, ka

Ŝ

dy mail był wnikliwie czytany, oczywi

ś

cie. Mailów było w kolejce co

ś

 ze trzy 

miliony i przybywało ich po kilkadziesi

ą

t na sekund

ę

. Mogłem wysła

ć

 swój i i

ść

 si

ę

 powiesi

ć

. Odpowied

ź

 

przyjdzie akurat, gdy rosa oczy wyje. Nie mo

Ŝ

na było wymy

ś

li

ć

 lepszego sposobu spławienia upierdliwego 

elektoratu. Nadmiar informacji jest brakiem informacji, a całkowita otwarto

ść

 jest całkowitym zamkni

ę

ciem - 

wszystko utknie w masie, w szumie i tłumie.
Trzeba było od tyłu... Tylko jak? Nie byłem hakerem. Zawsze uwa

Ŝ

ałem, 

Ŝ

e najlepszym sposobem na 

Internet jest przył

ą

czy

ć

 go wprost do sieci elektroenergetycznej, minimum 400 tysi

ę

cy wolt. Ale by si

ę

 serwery

zdziwiły!
A skoro o zasilaniu mowa... Hakerzy na pewno stawali na uszach, by spikn

ąć

 si

ę

 z komputerami. Czasem 

Strona 2

background image

Lewandowski Konrad T. - El ninio 2035

nawet udawało si

ę

 im zbajerowa

ć

 t

ę

 czy inn

ą

 sztuczn

ą

 inteligencj

ę

, mniejsza o to. Zabezpieczone były 

komputery, ich systemy zasilania, szyny danych i terminale zewn

ę

trzne. A kto pilnował zwykłego o

ś

wietlenia? 

Automatyczny system o

ś

wietlania awaryjnego. I wszystko. Po co wi

ę

cej? Co hakerowi po tym, 

Ŝ

e wył

ą

czy 

lampk

ę

 biurow

ą

 czy nawet 

ś

wiatło w pokoju, skoro nie ruszy to komputerów posiadaj

ą

cych własne zasilania? 

Zreszt

ą

 

ś

wiatło zaraz si

ę

 zapali, bo zadziała system awaryjny. Mo

Ŝ

na tylko pomruga

ć

 

ś

wiatłami...

Hakerowi to na nic, ale dla mnie to było wyj

ś

cie! Poł

ą

czyłem si

ę

 ze znajomym znajomego, o którym wie

ść

 

piwna głosiła, 

Ŝ

e rozkochał w sobie jakie

ś

 blaszane pudełko z sieci rz

ą

dowej i nawsadzał jobów samemu 

premierowi.
Gdy powiedziałem, 

Ŝ

e chc

ę

 si

ę

 włama

ć

 do komputera kontroluj

ą

cego zasilanie o

ś

wietlenia w biurowcu 

Komisji Projektów w Brukseli, facet mało si

ę

 nie obraził. Musiałem obieca

ć

Ŝ

e nikomu za nic nie powiem, 

Ŝ

podj

ą

ł si

ę

 tak mało ambitnej roboty. Wskazany komputer był zwykłym pecetem, 

Ŝ

adna tam sztuczna 

inteligencja. Kwadrans i po wszystkim. Kosztowało mnie to trzy piwa i dodatkowe zapewnienie, 

Ŝ

e nie 

podpu

ś

cili mnie 

Ŝ

adni kumple.

Skorzystałem z otrzymanego kodu i podpi

ą

łem si

ę

 do zasilania biurowca. Zredagowałem wiadomo

ść

"Jestem Radosław Tomaszewski, konsultant polskiej armii w roku 2015. Chc

ę

 pomóc waszym komputerom".

Tyle. Potem przetransformowałem litery w znaki alfabetu Morse'a i poleciłem przekaza

ć

 wiadomo

ść

mrugaj

ą

ś

wiatłami w całym biurowcu. Stupi

ę

trowy wie

Ŝ

owiec w centrum Brukseli zamigotał jak 

bo

Ŝ

onarodzeniowa choinka. Trzykrotnie, 

Ŝ

eby 

Ŝ

abojady nie przeoczyli.

Potem wygasiłem i zdj

ą

łem wirtual. Dla 

ś

wi

ę

tego spokoju wyci

ą

gn

ą

łem wtyczk

ę

 ze 

ś

ciany. Zrobiłem sobie 

herbat

ę

, wypiłem i poszedłem spa

ć

.

Rano obudził mnie dzwonek, a za drzwiami stało dwóch facetów z głupimi minami i w nienagannych 
garniturach. Nerwowo mi

ę

dlili trzymane w dłoniach aktówki.

- Mousieur Tomaszewsky? - zapytał z europejskim akcentem starszy.
- Mo

Ŝ

e herbaty? - otworzyłem szerzej drzwi.

Przeszli przez mój przedpokój jak przez pole minowe. Dopełnili

ś

my formalno

ś

ci powitalnych. Obaj byli z 

Komisji Projektów. Starszy, szpakowaty euroyapiszon nazywał si

ę

 Michael Dlouchy, narodowo

ś

ci 

nieokre

ś

lonej. Młodszy Henryk Długoł

ę

cki był pucołowatym typem Polaka-eunucha, czyli Polaka całkowicie 

pozbawionego fantazji. Gdy wróciłem z herbat

ą

, zastałem go czytaj

ą

cego ukradkiem "Normy ISO 

post

ę

powania z osobami niezrównowa

Ŝ

onymi". Zanim zd

ąŜ

ył schowa

ć

 to do kieszeni, wyj

ą

łem mu broszur

ę

 z

r

ę

ki i wło

Ŝ

yłem w skaner aparatury poj

ę

ciowej. Po kilkunastu sekundach konsternacji aparatura uznała 

euroinstrukcj

ę

 za poezj

ę

 awangardow

ą

 i przyswoiła. Na widok wypadaj

ą

cego do kosza brykietu 

ś

cinków 

Długoł

ę

cki zbladł, nic jednak nie powiedział, widocznie nie zd

ąŜ

ył przeczyta

ć

 odpowiedniego rozdziału.

- Pan my mocno utrudnił - oznajmił Dlouchy, patrz

ą

c wilkiem na herbat

ę

. - Nie jeste

ś

my przyzwyczajeni do 

takiej procedura kontaktu.
- Zgodnie z normami ISO 35 000 odpowiednie komórki organizacyjne winny by

ć

 zawiadomione we wła

ś

ciwej 

kolejno

ś

ci - wyja

ś

nił po

ś

piesznie Długoł

ę

cki. - Pan zawiadomił je wszystkie jednocze

ś

nie, powoduj

ą

siedemna

ś

cie konfliktów kompetencyjnych...

- A psik "kotom nie wolno, z kotami nie wolno!" - zacytowałem.
- Słucham? - Długoł

ę

cki wytrzeszczył oczy.

- Nie zna pan "Mistrza i Małgorzaty"? - spytałem.
- Nie rozumiem...
- Znajomo

ś

ci tej ksi

ąŜ

ki wymaga europejska norma kulturowa dla ludzi inteligentnych i oczytanych - 

odparłem.
- Nie ma takiej normy! - o

ś

wiadczył stanowczo Długoł

ę

cki. - Mo

Ŝ

na tu mówi

ć

 tylko o wspólnym dziedzictwie 

kulturowym, które...
Dlouchy przerwał mu ruchem dłoni.
- Ja b

ę

d

ę

 mówi

ć

 - powiedział zniecierpliwiony. - Pan zaproponował my pomoc, my s

ą

 j

ą

 przyj

ąć

 zmuszeni.

- Musicie? Kto wam kazał? - zainteresowałem si

ę

.

- Wi

ę

ksza inaczej o to - odparł Dlouchy. - Sprawdzono pana i przysłano my do pana, poza procedura, 

nieoficjalnie - nie zdołał ukry

ć

 obrzydzenia, jakie budził w nim ten stan rzeczy.

- Rozwa

Ŝ

ano te

Ŝ

 wniesienie przeciw panu oskar

Ŝ

enia o zamach na europejsk

ą

 instytucj

ę

... - wtr

ą

cił 

Długoł

ę

cki.

- Zamknij si

ę

, młotku - u

ś

miechn

ą

łem si

ę

 serdecznie i szeroko jak prezenter netowych wiadomo

ś

ci.

- Prosz

ę

 nie konfliktowa

ć

 - interweniował Dlouchy. - Monseur, Pan Długoł

ę

cki jest wybitnym profesjonalista z 

departamentu norm. Jego pomoc panu niezb

ę

dna. Nie chcemy wi

ę

cej łama

ć

 procedura.

- Wasz problem - rzuciłem.
- Polega na depresja u komputery. One ju

Ŝ

 nie chc

ą

 my

ś

le

ć

 dla Unia.

- To smutne - przyznałem 

Ŝ

ałobnym tonem. Nie wyczuł drwiny.

- I my to smuci. Komputery nie chc

ą

 bra

ć

 co my im bada

ć

, dawa

ć

, znaczy to...

ś

e jeste

ś

cie takimi nudziarzami, 

Ŝ

e nawet puszka konserw pomarszczyłaby si

ę

 jak suszona 

ś

liwka, 

słuchaj

ą

c was - wpadłem mu w słowo. - Waszym sztucznym inteligencjom potrzebny jest kontakt z 

Strona 3

background image

Lewandowski Konrad T. - El ninio 2035

pomysłami i ideami, które oderwałyby je od rozwa

Ŝ

a

ń

 o bezsensie istnienia.

- Czy pa

ń

skimi? - zapytał Długoł

ę

cki bez cienia ironii. Wyra

ź

nie interesowało go, czy spełniam wymóg tej 

normy.
- Niekoniecznie - wszedłem na 

ś

liski grunt. Lepiej było nie przyznawa

ć

 si

ę

Ŝ

e nie mam jeszcze 

Ŝ

adnego 

pomysłu.
- Zatem b

ę

dzie pan szuka

ć

 - skwitował Długoł

ę

cki. - Według jakiego klucza?

- Rozwa

Ŝ

am kilka algorytmów - odparłem z powag

ą

. - Mo

Ŝ

e trzeba b

ę

dzie posła

ć

 im ksi

ę

dza?

- Prosili

ś

my o pomoc papie

Ŝ

a - stwierdził zimno Dlouchy.

- I co, nie pomógł?
- No.
- No to Watykan mamy z głowy... - powiedziałem, udaj

ą

c beztrosk

ę

.

Wygl

ą

dało na to, 

Ŝ

e oni naprawd

ę

 dobrze przekombinowali ten problem. Łatwo mogłem si

ę

 zbła

ź

ni

ć

.

- Przywie

ź

li

ś

my panu dokumentacj

ę

 dotychczasowych działa

ń

. - Dlouchy wyj

ą

ł z aktówki kr

ąŜ

ek CD. - Prosz

ę

zapoznawa

ć

 i da

ć

 my wnioski i wytyczne.

Długoł

ę

cki bez słowa poło

Ŝ

ył na stole magnetyczn

ą

 kart

ę

 kontaktow

ą

. Potem obaj wstali i wyszli bez słowa, 

pozostawiaj

ą

c nietkni

ę

t

ą

 herbat

ę

. W sumie to im si

ę

 nie dziwiłem. Herbata z warszawskiej eurokranówy była 

naprawd

ę

 podła. Nic si

ę

 nie zmieniło od czasów, gdy z rury leciała zwykła kranówa, bez certyfikatu ISO.

Zacz

ą

łem kr

ąŜ

y

ć

 po pokoju. Jak dot

ą

d do starych kłopotów dodałem kup

ę

 nowych i tymczasem jedynym 

namacalnym konkretem była kupa. Nale

Ŝ

ało zacz

ąć

 my

ś

le

ć

. Jak kiedy

ś

... Pytanie tylko, czy jeszcze byłem do

tego zdolny?
Na pocz

ą

tek uznałem, 

Ŝ

e lepiej nie sugerowa

ć

 si

ę

 tym, co dot

ą

d zrobili inni, wi

ę

c zapoznanie si

ę

 z dyskiem 

Dlouchego odło

Ŝ

yłem na pó

ź

niej. Znów postanowiłem poszuka

ć

 inspiracji w sieci.

Pomysł był głupi. Ledwie uruchomiłem wirtuala, w mózg wytrysn

ę

ło mi kilkaset hakerskich maili. Od 

normalnych ró

Ŝ

niły si

ę

 tym, 

Ŝ

e nie mo

Ŝ

na ich było przegapi

ć

 lub zbagatelizowa

ć

, gdy

Ŝ

 poza główn

ą

 

informacj

ą

 zawierały nielegalne pakiety impulsów pobudzaj

ą

cych korowe i podkorowe o

ś

rodki l

ę

ku, 

podniecenia seksualnego, omamów słuchowych b

ą

d

ź

 wydzielania adrenaliny lub perystaltyki jelit. Ja 

dostałem wszystko na raz. Dziesi

ęć

 sekund pó

ź

niej w łazience, opró

Ŝ

niaj

ą

c przewód pokarmowy z obu 

ko

ń

ców na raz, walczyłem z my

ś

lami samobójczymi.

Doszedłem do siebie po godzinie. Nie odwa

Ŝ

yłem si

ę

 znów zakłada

ć

 wirtuala, przeł

ą

czyłem ko

ń

cówk

ę

 sieci 

na telewizor i nało

Ŝ

yłem na ekran filtr podkorowy.

Hakerzy nic do mnie nie mieli. Oni tylko gratulowali mi pomysłu i nie chcieli, by ich gratulacje przepadły w 
nawale innych maili. Wi

ę

c wymy

ś

lili mały 

Ŝ

arcik... Po prostu zbyt wielu 

Ŝ

yczyło mi zbyt dobrze. Có

Ŝ

, nie byłem

pierwszym, któremu popularno

ść

 zaszkodziła. Oprócz maili hakerskich było jeszcze około dziesi

ę

ciu tysi

ę

cy 

zwykłych, z całego 

ś

wiata.

Generalnie bardzo si

ę

 spodobał (prawie wszystkim) pomysł mrugania biurowcem. Obecnie, po dziesi

ę

ciu 

godzinach, moi na

ś

ladowcy mrugali ju

Ŝ

 całymi miastami. Jaki

ś

 kretyn w Oklahomie mrugał elektrowni

ą

 

atomow

ą

. Wszyscy nadawali alfabetem Morse'a w j

ę

zykach narodowych plus esperanto. Gdy przegl

ą

dałem 

te informacje, zacz

ę

ło mruga

ć

 u mnie w domu i w całej Warszawie: "Jolka kocham ci

ę

. Zenek". Nie uległo 

w

ą

tpliwo

ś

ci, 

Ŝ

e stałem si

ę

 guru.

Czas wzi

ąć

 si

ę

 za robot

ę

. Na pocz

ą

tek poleciłem Długoł

ę

ckiemu, by dostarczył zapas poezji awangardowej 

dla mojej aparatury poj

ę

ciowej. Chyba si

ę

 obraził, bo przerwał kontakt bez słowa. Wkrótce jednak do moich 

drzwi zapukał goniec z ksi

ę

garni, z plikiem tomików w r

ę

ku...

Z mroku za go

ń

cem run

ę

ła lawina łowców autografów, dziennikarzy, rozhisteryzowanych panienek i Bóg wie 

kogo jeszcze. Musieli od dawna czai

ć

 si

ę

 na klatce schodowej. Wykazałem si

ę

 refleksem, zatrzasn

ą

łem 

drzwi, przycinaj

ą

c kurierowi r

ę

k

ę

 z poezj

ą

. Wrzasn

ą

ł, pu

ś

cił tomiki i wyrwał przedrami

ę

 ze szpary. 

Zatrzasn

ą

łem zasuw

ę

 ułamek sekundy przed uderzeniem lawiny. W rejwachu i łomocie przepadł głos go

ń

ca, 

j

ę

kliwie domagaj

ą

cy si

ę

 pokwitowania. Zaraz, s

ą

dz

ą

c po nowych d

ź

wi

ę

kach, wdeptano go w wycieraczk

ę

. W 

drzwi waliło chyba z dwadzie

ś

cia pi

ęś

ci. Zastanowiłem si

ę

, czy nie podeprze

ć

 ich szaf

ą

, lecz wkrótce moi fani

zacz

ę

li si

ę

 przepycha

ć

 i bi

ć

 pomi

ę

dzy sob

ą

, oskar

Ŝ

aj

ą

c wzajemnie o przedwczesne rozpocz

ę

cie akcji. 

Przypomniałem sobie, 

Ŝ

e kilka gwiazd zostało ju

Ŝ

 w takich okoliczno

ś

ciach rozerwanych na relikwie i zrobiło 

mi si

ę

 zimno. Za

Ŝą

dałem od Długoł

ę

ckiego natychmiastowej ewakuacji, po czym skontaktowałem si

ę

 z 

cieciem, polecaj

ą

c jego pami

ę

ci moj

ą

 aparatur

ę

 poj

ę

ciow

ą

, kaktusa i paprotk

ę

.

Wydostali mnie z mieszkania helikopterem przez okno. Było fajnie. Na dole, na barykadzie przed klatk

ą

 

schodow

ą

, moi wielbiciele 

Ŝ

wawo odpierali atak oddziału prewencyjnego policji. W pierwszej linii z 

najwi

ę

kszym zapałem tłukli si

ę

 dziennikarze, tworz

ą

c reporta

Ŝ

 uczestnicz

ą

cy. Umo

Ŝ

liwiała to ostatnia 

poprawka do ustawy o wolno

ś

ci słowa i wypowiedzi. Helikopterami ju

Ŝ

 nadlatywały dla reporterów posiłki z 

kolejnych agencji informacyjnych. Jedna z maszyn wygarn

ę

ła w kierunku oddziału policji salw

ą

 z wielolufowej 

wyrzutni pocisków z klejem szybkowi

ąŜą

cym. Wi

ę

cej nie zobaczyłem, bo widok zasłoniły pobliskie wie

Ŝ

owce.

Ma si

ę

 rozumie

ć

, Długoł

ę

cki nie był zadowolony. Najbardziej z tego, 

Ŝ

e nie pokwitowałem odbioru tomików. 

Nie zd

ąŜ

ył rozwin

ąć

 tematu, bo okazało si

ę

Ŝ

e dziennikarze nie dali si

ę

 wykiwa

ć

 i do Gmachu Wspólnot przy 

Grzybowskiej, do którego mnie przewieziono, dotarli równo z nami. Paparazzi z marszu rozbili ochron

ę

 na 

Strona 4

background image

Lewandowski Konrad T. - El ninio 2035

parterze i ju

Ŝ

 biegli po schodach. U

Ŝ

ywali specjalnych nóg spalinowych, co dawało im stał

ą

 pr

ę

dko

ść

 osiem 

pi

ę

ter na minut

ę

.

Krytyczny kwadrans przesiedziałem zamkni

ę

ty w kiblu w towarzystwie ko

ś

lawego napisu na drzwiach: 

"Eurosceptycy na Madagaskar". Potem musiałem zaj

ąć

 si

ę

 Długoł

ę

ckim, który w ramach odwracania uwagi 

przeciwnika przez chwil

ę

 skutecznie udawał mnie. Paparazzi tak nabłyskali mu fleszami po oczach, 

Ŝ

e o

ś

lepł 

na trzy godziny. Ale o normach gada

ć

 nie przestał. Stwierdził, 

Ŝ

e flesze miały niedopuszczaln

ą

 moc.

Z ka

Ŝ

d

ą

 chwil

ą

 w działaniach moich opiekunów było coraz mniej paniki i improwizacji. Moje sobowtóry 

ewakuowano w najrozmaitszych kierunkach. Ka

Ŝ

dy kolejny sobowtór był coraz bardziej podobny do oryginału,

a

Ŝ

 w ko

ń

cu sam zacz

ą

łem w

ą

tpi

ć

, gdzie jestem. Reporterzy zw

ą

tpili wcze

ś

niej i wieczorem w Gmachu 

Wspólnot nie było ju

Ŝ

 ani jednego.

Wtedy pojawił si

ę

 Dlouchy. Przedtem przejrzałem kr

ąŜ

ek CD i byłem ju

Ŝ

 z grubsza przygotowany do 

rozmowy.
- Skojarzenia waszych ekspertów od karmienia sztucznych inteligencji okazały si

ę

 zbyt ubogie i 

niewystarczaj

ą

ce do podtrzymania sprawno

ś

ci intelektualnej komputerów Komisji Projektów - zacz

ą

łem.

- To my wiemy - uci

ą

ł Dlouchy.

- Zacz

ę

li

ś

cie wi

ę

c szuka

ć

 ró

Ŝ

nych tak zwanych ciekawych ludzi i bra

ć

 ich skojarzenia, co równie

Ŝ

 okazało si

ę

 

nieskuteczne. Ci ludzie okazali si

ę

 nie do

ść

 ciekawi. Pewnie ogl

ą

dali za du

Ŝ

o telewizji...

- Pan Tomaszewsky - Dlouchy wyra

ź

nie si

ę

 zdenerwował. - My dodarli

ś

my te

Ŝ

 do ludów pierwotne, które 

telewizji jeszcze nie ogl

ą

dały. Pan to powinien wiedzie

ć

. Ja my

ś

l

ę

Ŝ

e pan nie jest do

ść

 ekspert, 

Ŝ

eby my 

pomóc. Ja my

ś

l

ę

Ŝ

e pan jest s... sz... szarlatan! - a

Ŝ

 si

ę

 zasapał. - Dostarczono mi pa

ń

ski portret 

psychologiczny.
- Wi

ę

c czemu pan jeszcze ze mn

ą

 rozmawia? - uniosłem brwi.

Dlouchy westchn

ą

ł ci

ęŜ

ko.

- Bo tam pisz

ą

Ŝ

e pan jest nieobliczalny.

- Znaczy portret psychologiczny został zrobiony nieprofesjonalnie - rzuciłem od niechcenia.
- Pan Tomaszewsky - Dlouchy poczerwieniał. - Pan szuka ciekawy człowiek, bo pan nim nie jest!
- Prosz

ę

 nie konfliktowa

ć

 - przedrze

ź

niłem go. - Prosz

ę

 załatwi

ć

 pełny dost

ę

p do zasobów sieciowych i da

ć

 

mi 

ś

wi

ę

ty spokój albo niech pan idzie do tych swoich zdemenciałych inteligencji i sam robi za ciekawego 

człowieka.
- Dostanie pan - Dlouchy wstał i wyszedł.
- Prosz

ę

 go zrozumie

ć

 - odezwał si

ę

 milcz

ą

cy dot

ą

d Długoł

ę

cki. - Dzi

ś

, podczas szturmu gmachu, paparazzi 

przykleili go do drzwi obrotowych. W holu na dole. Powiedzieli, 

Ŝ

e chc

ą

 mie

ć

 przebitk

ę

 dla urozmaicenia 

materiału o panu i kr

ę

cili nim prawie godzin

ę

. Wykorzystanie tych zdj

ęć

 podczas wyborów do Rady Europy 

mo

Ŝ

e mu zablokowa

ć

 karier

ę

.

- Czy udzielanie mi tych informacji jest aby zgodne z europrocedurami? - spytałem zgry

ź

liwie.

Długoł

ę

cki burkn

ą

ł co

ś

 pod nosem i zamilkł. Zrobiło mi si

ę

 głupio. Człowiek próbuje zachowa

ć

 si

ę

 

spontanicznie, a ja... 
- Przepraszam - powiedziałem i zaj

ą

łem si

ę

 robot

ą

. Z obaw

ą

 zało

Ŝ

yłem wirtual, ale nie było niespodzianek. 

Tu musieli mie

ć

 naprawd

ę

 dobre filtry.

Znów bł

ą

dziłem, pozwalaj

ą

c płyn

ąć

 danym i my

ś

lom. Selekcjonowałem informacje sam lub korzystałem z 

programów przesiewaj

ą

cych w wersjach standardowych i kompilowanych na indywidualne 

Ŝ

yczenie. W 

robocie były te

Ŝ

 przesiewacze przesiewaczy. Rzecz jasna, nie wiedziałem, czego szukam. Nawigowałem 

wokół list dyskusyjnych, wyławiaj

ą

c informacje na swój temat i tłumacz

ą

c sobie, 

Ŝ

e mo

Ŝ

e tam znajd

ę

 jakiego

ś

oryginała. Ten szlak przetarli ju

Ŝ

 jednak eksperci z Brukseli. W ko

ń

cu przestałem kry

ć

 przed samym sob

ą

Ŝ

e

chc

ę

 hodowa

ć

 swój narcyzm. Zacz

ą

łem przygl

ą

da

ć

 si

ę

 dyskusjom na mój temat, bezmiernie jałowym i głupim

w dziewi

ęć

dziesi

ę

ciu procentach, ale nagle tkn

ą

ł mnie tekst: "Ten Tomaszewski to nic. Jest taki, który nadaje

El Ninio". Przyjrzałem si

ę

 argumentacji. Go

ść

 przedstawiał wykres cz

ę

sto

ś

ci wyst

ę

powania zjawiska El Ninio, 

czyli podpływu ciepłych wód do zachodnich wybrze

Ŝ

y Ameryki Południowej i 

Ś

rodkowej. Wykres ten w 

okresie ostatnich trzydziestu lat dawał si

ę

 czyta

ć

 alfabetem Morse'a na zasadzie "jest - nie ma". Wychodziło z

tego po polsku słowo: "kurwa". Wi

ę

kszo

ść

 dyskutantów uznała to za przypadek i dorabianie interpretacji na 

sił

ę

Ŝ

e niby podstawiaj

ą

c ró

Ŝ

ne j

ę

zyki do ró

Ŝ

nych wykresów mo

Ŝ

na znale

źć

 rozmaite słowa, w tym obelgi. 

Odkrywc

ę

 gremialnie olano, w najlepszym razie uznano za 

Ŝ

artownisia.

Jako

ś

 mnie to podej

ś

cie nie przekonywało. Gdzie

ś

 na dnie czaszki błysn

ą

ł termin "bifurkacja" i "efekt motyla".

Starczyło, by poszuka

ć

 mapy pr

ą

dów morskich Pacyfiku i dobrze si

ę

 jej przyjrze

ć

. Wtedy złapałem trop!

Zimny pr

ą

d peruwia

ń

ski płyn

ą

ł od Antarktydy na północ, wzdłu

Ŝ

 zachodnich wybrze

Ŝ

y Ameryki Południowej. 

W rejonie wysp Galapagos spotykał si

ę

 z ciepłym pr

ą

dem równikowym wstecznym, płyn

ą

cym wzdłu

Ŝ

 równika

z zachodu na wschód. Zimny peruwia

ń

ski i ciepły równikowy nieustannie przepychały si

ę

 mi

ę

dzy sob

ą

. Nie 

było nic dziwnego w tym, 

Ŝ

e raz na kilka lat równikowy wsteczny okazywał si

ę

 silniejszy i odpychał pr

ą

peruwia

ń

ski od wybrze

Ŝ

y Peru i Ekwadoru, płosz

ą

c zimnolubne ryby i stawiaj

ą

c na głowie lokaln

ą

 pogod

ę

Reszt

ę

 ideologii dorobili Zieloni i ich cisi sponsorzy, pragn

ą

cy pozby

ć

 si

ę

 konkurencyjnych producentów 

lodówek, dezodorantów i Bóg wie czego jeszcze.

Strona 5

background image

Lewandowski Konrad T. - El ninio 2035

Nie to było w tym najciekawsze. Je

Ŝ

eli olbrzymie masy ciepłej i zimnej wody parły na siebie, co decydowało o 

tym, która b

ę

dzie gór

ą

? Gdzie

ś

 musiał pojawia

ć

 si

ę

 punkt równowagi, w nim jedno najdrobniejsze drgnienie 

wody,  efekt motyla wła

ś

nie, decydowało, czy zwyci

ęŜ

y pr

ą

d zimny, czy ciepły. Czy b

ę

dzie El Nina - 

dziewczynka, łaskawa dla rybaków, czy El Ninio - chłopiec, zwany złym omenem.
Topografia wysp i morskiego dna była stała. Mo

Ŝ

na by wi

ę

c wyobrazi

ć

 sobie wysp

ę

, u której wybrze

Ŝ

systematycznie raz lub kilka razy do roku pojawia si

ę

 obszar równowagi, który wystarczy lekko zaburzy

ć

. W 

prawo lub w lewo...
Pomysł ten był najmniej prawdopodobny ze wszystkich mo

Ŝ

liwych wytłumacze

ń

 El Ninio, a wła

ś

nie takie 

pomysły zwykły ostatecznie okazywa

ć

 si

ę

 rzeczywisto

ś

ci

ą

. Wywołałem dokładn

ą

 map

ę

 archipelagu 

Galapagos wraz z systemem lokalnych pr

ą

dów morskich. Szukałem miejsca, w którym dwie przeciwstawne 

strzałki spotykałyby si

ę

 u wybrze

Ŝ

y jakiej

ś

 wyspy. Znalazłem, poprosiłem o bli

Ŝ

sze dane. Odmowa, wyspa 

była prywatn

ą

 własno

ś

ci

ą

. Poczułem nagłe ciepło w 

ś

rodku tułowia i u

Ŝ

yłem kodów wy

Ŝ

szego dost

ę

pu, 

dostarczonych przez Dlouchego. I zrobiło mi si

ę

 całkiem gor

ą

co. Wła

ś

cicielem wyspy był Polak, emerytowany

pisarz Edward Lhe

ń

ski, niegdy

ś

 wielka 

ś

wiatowa sława i pieni

ą

dze, których starczyło na wysp

ę

. Dzi

ś

 zupełnie

zapomniany. Przestał pisa

ć

 przeszło dwadzie

ś

cia lat temu, kiedy to zapytany w wywiadzie o literatur

ę

 

powiedział krótko: "Niech zdycha!". Teraz miał ju

Ŝ

 dobrze po sze

ść

dziesi

ą

tce.

Pracowałem jak w transie. Nie wiem, kiedy znalazłem i uaktywniłem adres Lhe

ń

skiego. Otrze

ź

wiałem 

dopiero, gdy w gł

ę

bi wirtuala zobaczyłem jego oczy, osadzone w gładkiej jak kolano twarzy, płynnie 

przechodz

ą

cej w łysin

ę

.

- Pan Lhe

ń

ski...?

- Słucham?
- Radosław Tomaszewski, kiedy

ś

 byłem dziennikarzem...

- Nie udzielam wywiadów! - wykonał półobrót.
- Nie chc

ę

 wywiadu.

- Wi

ę

c czego pan chce?

Wzi

ą

łem powoli gł

ę

boki wdech i powiedziałem jeszcze wolniej, starannie wymawiaj

ą

c ka

Ŝ

d

ą

 głosk

ę

:

- Porozmawia

ć

 o El Ninio.

Drgn

ą

ł, po czym jego bezbarwne usta rozci

ą

gn

ę

ły si

ę

 w w

ą

skim jak ci

ę

cie brzytw

ą

 u

ś

miechu.

- Przyje

Ŝ

d

Ŝ

aj pan.

- Kto ma przyjecha

ć

? - dobiegł z boku ostry kobiecy głos, po czym ikona kontaktu zgasła. Sekund

ę

 pó

ź

niej 

wirtual zasygnalizował awari

ę

 - nadmierne wydzielanie potu powodowało zwarcia na elektrodach skórnych. 

Byłem spocony jak mysz. Zdj

ą

łem wirtual i bez słowa podałem go Długoł

ę

ckiemu.

- Załatwiaj bilety lotnicze na Galapagos - otarłem zroszone czoło.

- Miał pan du

Ŝ

o szcz

ęś

cia, 

Ŝ

e akurat ja siedziałem przy komputerze, to wyj

ą

tek. Zawsze Hanka pl

ą

cze si

ę

 z 

sieci

ą

 - Lhe

ń

ski wskazał na id

ą

c

ą

 par

ę

 kroków za nami sw

ą

 sekretark

ę

 i ochroniarza zarazem. Drobne fale 

leniwie lizały piasek pla

Ŝ

y, palmy szele

ś

ciły, wielki 

Ŝ

ółw gramolił si

ę

 w kierunku pobliskiej k

ę

py krzaków. 

Piasek w moim prawym bucie zaczynał robi

ć

 si

ę

 dokuczliwy.

- Ona spławia bez wyj

ą

tku wszystkich - kontynuował Lhe

ń

ski. - Nieproszeni go

ś

cie, pismacy, urz

ę

dnicy, 

traktuje ich jednakowo, strzela w kolano, a potem ewentualnie tłumaczy si

ę

 wypadkiem na polowaniu. Ta 

dziewucha ma nar

ą

bane jak katowski pieniek, ale wła

ś

nie dlatego j

ą

 zatrudniłem.

- Czy strzela te

Ŝ

 do ludzi kontaktuj

ą

cych si

ę

 poprzez sie

ć

? - zapytałem, odwracaj

ą

c głow

ę

. Hanka 

reprezentowała typ blondynki szturmowej. Gruboko

ś

cista dziewczyna, w obcisłej, tropikalnej panterce. Ani 

ś

ladu klasycznej urody sprawiaj

ą

cej, 

Ŝ

e wszystkie modelki s

ą

 do siebie podobne. Sama dla siebie tworzyła 

kanon osobliwego twardego pi

ę

kna. Była poci

ą

gaj

ą

ca.

- Sie

ć

? - Lhe

ń

ski roze

ś

miał si

ę

. - Hanka ma bardzo ciekaw

ą

 kolekcj

ę

 wirusów opartych na paradoksach 

nieboszczyka Zenona z Elei. Cz

ęść

 sama zaprojektowała, zdolna bestia. Potrafi zdekondensowa

ć

 ka

Ŝ

d

ą

 

sztuczn

ą

 

ś

wiadomo

ść

 do trzeciego poziomu inteligencji.

- Czyli ka

Ŝ

dy typ publicznego serwera i wi

ę

kszo

ść

 wyposa

Ŝ

enia prywatnego - stwierdziłem. Moja aparatura 

poj

ę

ciowa była jedynk

ą

, co odpowiadało poziomowi Foresta Gumpa przyuczonego do strzy

Ŝ

enia trawników. I 

z takim sprz

ę

tem walczyłem z Zagadk

ą

 Bytu...

- To tutaj - Lhe

ń

ski spowa

Ŝ

niał.

Skalisty wulkaniczny cypel, nieco zakr

ę

cony, wybiegaj

ą

cy w morze na jakie

ś

 sto metrów. Przypominał ogonek

przecinka, do którego z kolei podobna była cała wyspa Lhe

ń

skiego, widziana z lotu ptaka.

- Zauwa

Ŝ

yłem to od razu, pierwszego dnia, kiedy przywiózł mnie tu agent od handlu nieruchomo

ś

ciami - 

mówił gospodarz. - Woda po prawej stronie cypla była zdecydowanie cieplejsza ni

Ŝ

 z lewej. Spodobało mi si

ę

 

to, dlatego kupiłem. Potem zauwa

Ŝ

yłem, 

Ŝ

e na czubku cypla zachodzi bifurkacja pr

ą

dów morskich, niezła 

atrakcja turystyczna. Ucieszyłem si

ę

Ŝ

e sprzedawca o tym nie wiedział, bo cena wyspy byłaby grubo 

wi

ę

ksza. Poj

ę

cia nie miałem, na jak

ą

 to jest skal

ę

...

Doszli

ś

my do ko

ń

ca cypla. Krok przed nami był ju

Ŝ

 ostatni płaski kamie

ń

. Z boku, wetkni

ę

ty w skaln

ą

 

szczelin

ę

, tkwił długi na dwa metry bambusowy pr

ę

t. Moja najzupełniej wariacka hipoteza była 

Strona 6

background image

Lewandowski Konrad T. - El ninio 2035

rzeczywisto

ś

ci

ą

. Tak po prostu.

- Bifurkacja pojawia si

ę

 codziennie na godzin

ę

, dokładnie pomi

ę

dzy przypływem a odpływem. Wtedy 

wystarczy stan

ąć

 tu na kamieniu, wzi

ąć

 bambus i mieszaj

ą

c nim w wodzie mo

Ŝ

na sobie przeł

ą

cza

ć

 pr

ą

dy 

morskie; zimny na ciepły, ciepły na zimny, wte i wewte. 

Ś

wietna zabawa. Czasem dokona tego przepływaj

ą

ca

ryba, a raz widziałem, jak id

ą

cy bokiem po dnie krab poci

ą

gn

ą

ł za sob

ą

 pr

ą

d ciepły.

- Czy on...?
- Tak... - Lhe

ń

ski pokiwał głow

ą

. - Wtedy wła

ś

nie pierwszy raz o tym pomy

ś

lałem i zacz

ą

łem sprawdza

ć

. Tak.

Ten bezmózgi, kurduplowaty stawonóg spowodował El Ninio. Co najmniej dwadzie

ś

cia miliardów dolców 

bezpo

ś

rednich strat w gospodarce i około trzystu ofiar 

ś

miertelnych w pi

ę

ciu krajach. Wszystko to przez 

jeden spacer przy tym kamieniu...
- Wiadomo, kiedy...
- Nie ma stałej daty, ale to zawsze mo

Ŝ

na pozna

ć

. Niebo przybiera wtedy granatowy odcie

ń

, a wiatr cichnie. 

Morze jest spokojne, jednak czu

ć

, jak pr

ą

dy oceaniczne napieraj

ą

 na siebie, jakby co

ś

 nieuchwytnego 

dotykało ci karku albo brzucha. W tym miejscu, w decyduj

ą

cej chwili woda jest najpierw jak lustro, potem 

wyrasta tu fala stoj

ą

ca, podnosi si

ę

 na jakie

ś

 pół metra i trwa nieruchomo do czasu, a

Ŝ

 co

ś

 z zewn

ą

trz zburzy

równowag

ę

. Wtedy mo

Ŝ

na podj

ąć

 decyzj

ę

 i tr

ą

ci

ć

 fal

ę

 kijem w któr

ąś

 stron

ę

 albo pozostawi

ć

 sprawy 

własnemu losowi. Je

ś

li pchniesz j

ą

 na wschód, b

ę

dzie El Ninio. Tr

ą

cona kijem fala stoj

ą

ca momentalnie 

zmienia si

ę

 w grzywiasty bałwan biegn

ą

cy do brzegów Ameryki. Wszystkie inne fale natychmiast zmieniaj

ą

 

kierunek i pod

ąŜ

aj

ą

 za ni

ą

, to najbardziej niesamowity widok. Ocean zaczyna si

ę

 kołysa

ć

 i burzy

ć

, a woda po 

obu stronach cypla staje si

ę

 ciepła. Dwa dni pó

ź

niej przychodzi monsun. Wtedy ju

Ŝ

 wiesz na pewno. Mo

Ŝ

na 

zacz

ąć

 

ś

ledzi

ć

 serwisy informacyjne.

- Zawiadomił pan kogo

ś

?

ś

eby mi odebrali wysp

ę

 albo wsadzili do wariatkowa? Albo jedno i drugie? 

ś

eby zrobili tu strategiczn

ą

 baz

ę

 

wojskow

ą

? Nie. Jednak czekałem, a

Ŝ

 kto

ś

 si

ę

 domy

ś

li i odczyta, co s

ą

dz

ę

 o tym 

ś

wiecie...

- Bawi si

ę

 pan ludzkim 

Ŝ

yciem i koniunktur

ą

 gospodarcz

ą

? N

ę

dz

ą

, głodem i rozpacz

ą

?

- Skoro mo

Ŝ

e byle krab albo ryba, dlaczego nie ja? Mój kaprys przeciw instynktowi. Czy

Ŝ

 to nie jest literatura?

Ja pisz

ę

 

ś

wiatem. Glob jest moj

ą

 klawiatur

ą

! - jego oczy nawet na chwil

ę

 nie zmieniły wyrazu ani dystansu, z 

jakim na mnie patrzyły. - Dlatego kazałem zdycha

ć

 tradycyjnej literaturze.

- Nie pomy

ś

lał pan o tym, by chroni

ć

 ludzko

ść

?

- Miałbym by

ć

 dobrym dziadkiem odwracaj

ą

cym nieszcz

ęś

cia i przeganiaj

ą

cym El Ninio? Czy to przypadkiem 

nie byłoby wbrew naturze?
- A ludzie?
- Zacz

ę

liby gni

ć

 od 

ś

rodka w nadmiarze bezpiecze

ń

stwa i dobrobytu. Bez wyzwa

ń

 i bólu nie byłoby zmian. 

Wci

ąŜ

 siedzieliby

ś

my na drzewach. Ja daj

ę

 milionom sens 

Ŝ

ycia, zmuszaj

ą

c ich do walki o przetrwanie.

Nie odpowiedziałem. Trawiłem to. W milczeniu ruszyli

ś

my w powrotn

ą

 drog

ę

. Napotkałem spojrzenie Hanki. 

Spojrzenie głodnej samicy. Ju

Ŝ

 była moja.

Przy kolacji wła

ś

ciwie milczeli

ś

my, pomijaj

ą

c drobne uwagi na temat wina i owoców morza. Powoli s

ą

czyłem 

Chablis Grand Cru, rocznik 2028, zielonkawe o metalicznym posmaku, nie spuszczaj

ą

c oczu z Hanki. 

Lhe

ń

ski patrzył na nas.

Zbyt wiele problemów, zbyt wielkich, zbyt wa

Ŝ

nych, zbyt pal

ą

cych. Odsun

ą

łem je wszystkie od siebie. 

Potrzebowałem teraz kobiety, nie filozofii.
Si

ę

gn

ą

łem po butelk

ę

 i pochyliłem si

ę

 w stron

ę

 Hanki. Wykonała gest osłaniaj

ą

cy kieliszek, chciała odmówi

ć

.

Skrzy

Ŝ

owali

ś

my spojrzenia. Ust

ą

piła. Nalałem do pełna.

Lhe

ń

ski znikn

ą

ł po angielsku. Dopiero po dłu

Ŝ

szej chwili zorientowałem si

ę

Ŝ

e jest to ju

Ŝ

 kolacja we dwoje. 

Podsun

ą

łem Hance filet z soli.

- Nie ma tu o

ś

ci? - spytała podejrzliwie.

- Nie.
Podniosła widelec do ust. Obserwowałem, jak delikatny smak ryby przełamuje jej w

ą

tpliwo

ś

ci.

- Dobre.
- To najlepsza z ryb morskich, jakie jadłem. Ze słodkowodnych dorównuj

ą

 soli co najwy

Ŝ

ej szczupak i sum.

- A w

ę

gorz?

- Jest zbyt tłusty. Chocia

Ŝ

 przy tym winie byłoby to nieodczuwalne - doko

ń

czyłem langust

ę

 i po namy

ś

le 

si

ę

gn

ą

łem po jeszcze jedn

ą

 ostryg

ę

. One zawsze wprowadzały mnie w dobry nastrój. Zrezygnowałem z 

cytryny. Przyło

Ŝ

yłem kostropat

ą

 muszl

ę

 do ust i patrz

ą

c Hance prosto w oczy, wybrałem wargami kremowe, 

Ŝ

ywe mi

ę

so i morsk

ą

 wod

ę

...

Oblizała usta.
Wstałem od stołu i podałem jej r

ę

k

ę

. Zaprowadziłem prosto do mojego bungalowu. Ch

ę

tnie oddała 

pocałunek, ale gdy rozpi

ą

łem jej guzik u bluzki, przypomniała sobie, 

Ŝ

e jest komandosem. Wyrwała si

ę

cofn

ę

ła trzy kroki i zacz

ę

ła sama rozbiera

ć

. Bez 

ś

ladu oddania, jakby chciała tylko wej

ść

 pod prysznic lub 

zmieni

ć

 ubranie. Naga podeszła znowu i zacz

ę

ła całowa

ć

. Nie przerywaj

ą

c, zrzuciłem koszul

ę

. Lekko 

popchn

ą

łem j

ą

 w kierunku łó

Ŝ

ka. Stawiła opór. Odruchowo naparła w przeciwn

ą

 stron

ę

.

Strona 7

background image

Lewandowski Konrad T. - El ninio 2035

- Zapomnij o tym - szepn

ą

łem. - Feminizm w łó

Ŝ

ku karany jest brakiem orgazmu.

Nie chciała by

ć

 uległa. W ka

Ŝ

dym razie przychodziło jej to z trudem. Wstydziła si

ę

 uległo

ś

ci, broniła przed 

obezwładniaj

ą

c

ą

 rozkosz

ą

. Ale chciała tego i gdy byłem ju

Ŝ

 w niej miała przed sob

ą

 tylko jedn

ą

 drog

ę

Osi

ą

gn

ę

ła tyle, 

Ŝ

e cho

ć

 jej ciało dr

Ŝ

ało i szalało, ona oddawała si

ę

 w całkowitym milczeniu. Nawet nie j

ę

kn

ę

ła,

gdy orgazm odbierał jej zmysły. Tylko stała si

ę

 wiotka, ciepła i naprawd

ę

 uległa. Wtedy zarzuciłem sobie jej 

nogi na ramiona i sko

ń

czyłem w uniesieniu.

- Co pan zamierza? - zapytał Lhe

ń

ski po 

ś

niadaniu.

Nie odpowiedziałem od razu. Rozkoszowałem si

ę

 jasno

ś

ci

ą

 umysłu i 

ś

wiatem, który tego ranka miał 

ostrzejsze ni

Ŝ

 dot

ą

d barwy i kontury.

- Jestem karmicielem sztucznych inteligencji - odparłem. - Potrzebuj

ę

 pa

ń

skich skojarze

ń

 i stylu my

ś

lenia o 

ś

wiecie.

- Wi

ę

c jednak wywiad?

- Tak.
- Jest pan naprawd

ę

 dobrym pismakiem, zwa

Ŝ

ywszy co zrobił pan z moj

ą

 ochron

ą

. Hance tylko 

ś

lepia 

błyszcz

ą

 i r

ę

ce lataj

ą

. Obawiam si

ę

Ŝ

e gdybym teraz pana wyrzucił, ona przestrzeliłaby mi kolana. Wi

ę

dobrze, ze mn

ą

 te

Ŝ

 dopnie pan swego.

- Kiedy

ś

 byłem dobrym pismakiem - odparłem, wyjmuj

ą

c z kieszeni laptopa. -  Teraz jestem tylko 

człowiekiem, który nie chce zwariowa

ć

. - Poł

ą

czyłem si

ę

 przez satelit

ę

 i sie

ć

 z moj

ą

 filozofowark

ą

 i aparatur

ą

 

poj

ę

ciow

ą

. - Zaczynamy - oznajmiłem.

Odpowiadał krótko, zwi

ęź

le i niebanalnie. 

- I do czego to? - zapytał pół godziny pó

ź

niej. - Czy

Ŝ

bym okazał si

ę

 ciekawym człowiekiem? Do

ść

 ciekawym 

dla maszyn z brukselskiej Komisji Projektów?
- Tego jeszcze nie wiem - odparłem - ale generalnie zgadł pan.
- Nie zgadłem. Te

Ŝ

 potrafi

ę

 my

ś

le

ć

 i szpera

ć

. Nie zauwa

Ŝ

ył pan, jak bardzo jeste

ś

my do siebie podobni?

- Zauwa

Ŝ

yłem.

- To dobrze. A co do Brukseli, to na dłu

Ŝ

sz

ą

 met

ę

 nie b

ę

dzie z tego nic. Komputery ozdrowiej

ą

, ale za rok lub 

dwa dostan

ą

 tak ci

ęŜ

kiej depresji, 

Ŝ

e trzeba b

ę

dzie rekondensowa

ć

 ich 

ś

wiadomo

ść

. Nawet pan i ja nie 

zdołamy pomóc.
- Sk

ą

d pan wie?

- Panie kochany! - roze

ś

miał si

ę

. - A co według pana, robiłem przez dwadzie

ś

cia lat na tej wyspie? 

Mieszałem wod

ę

 bambusem? Pisałem ksi

ąŜ

ki, a potem je paliłem? Otó

Ŝ

 nie. Studiowałem matematyk

ę

 i 

teori

ę

 sztucznych inteligencji. Wie pan, co odkryłem? 

ś

e one wcale nie musz

ą

 by

ć

 tak durne, jak pan s

ą

dzi.

Zapitolił laptop. Odebrałem, a na ekranie pojawiła si

ę

 twarz Dlouchego.

- Pana system pomógł - oznajmił grobowym głosem. - Komputery bardzo si

ę

 o

Ŝ

ywiły. Nie jest pan szarlatan, 

przepraszam. My dzi

ę

kujemy.

Przyj

ą

łem t

ę

 przemow

ę

 z kamienn

ą

 twarz

ą

.

- Honorarium jest ju

Ŝ

 na pana konto. Teraz my chcemy prosi

ć

 o dyskrecja.

- W porz

ą

dku - odparłem - znajd

ź

cie sobie jakiego

ś

 medialnego typa lub typk

ę

 i zwalcie na niego cał

ą

 

zasług

ę

.

- Co to jest typka?
- Kobieta, m

ęŜ

czyzna inaczej.

- Rozumiem - wycedził zimno. Jak przystało na wysokiego unijnego urz

ę

dnika, Dlouchy 

ź

le znosił brak 

znormalizowanej europowagi. - Co mog

ę

 jeszcze dla pana zrobi

ć

?

- Zanim zapomni pan, 

Ŝ

e kiedykolwiek mnie znał, prosz

ę

 załatwi

ć

 mi dyskretn

ą

 zmian

ę

 mieszkania.

- Powiem monsieur Długoł

ę

cki. 

ś

egnam - wył

ą

czył si

ę

.

- Do zobaczenia - mrukn

ą

łem.

Podeszła Hanka, nios

ą

c zimne drinki. Podała mi szklank

ę

, odwracaj

ą

c spojrzenie. Có

Ŝ

, boczyła si

ę

 nieco,  

jak to kobieta o poranku, ale pod oczami wci

ąŜ

 jeszcze, a mo

Ŝ

e znowu miała prze

ś

liczne rumie

ń

ce. Pod 

moim spojrzeniem  nerwowo poprawiła dyndaj

ą

cy u pasa uzi i szybko odeszła.

- Prosz

ę

, prosz

ę

 - odezwał si

ę

 Lhe

ń

ski z przek

ą

sem. - Nie do

ść

Ŝ

e pomy

ś

lała o panu, to jeszcze zapomniała

przypi

ąć

 do pasa granaty.

- Po co jej granaty? - zmieniłem temat.
- Na płetwonurków-paparazzi. Wystarczy wrzuci

ć

 jeden do wody, a go

ść

 b

ę

dzie musiał zamawia

ć

 protezy 

b

ę

benków usznych. Ale o czym my to?... No wła

ś

nie! Sztuczne inteligencje mogły by

ć

 m

ą

drzejsze od nas.

- Wszystkie badania wykazały, 

Ŝ

e to niemo

Ŝ

liwe.

- U

ś

ci

ś

lijmy - odparł Lhe

ń

ski. - Wykazały to te badania, które sfinansowano w ramach unijnych grantów. Ci, 

co nie chcieli doj

ść

 do prawidłowych wniosków, nie dostali ani grosza. Marchewka i brak marchewki to lepsza

cenzura od kija i marchewki, bo zawsze znajd

ą

 si

ę

 tacy, co lubi

ą

 by

ć

 bici, a nikt nie lubi braku marchewki.

- Dlaczego?
- Zakładam, 

Ŝ

e nie pyta pan o marchewk

ę

. Ludzie nie lubi

ą

 dzieli

ć

 si

ę

 władz

ą

 z innymi lud

ź

mi, a tym bardziej 

Strona 8

background image

Lewandowski Konrad T. - El ninio 2035

z maszynami. Tymczasem sztuczne inteligencje szóstego poziomu...
- Wi

ę

c teoria inteligencji d

ąŜą

cej asymptotycznie do poziomu pi

ą

tego to lipa? - spytałem.

- Nie, bo szybko zauwa

Ŝ

yłoby to wiele osób. To szczególny przypadek rozwi

ą

zania twistorowego równania 

inteligencji. Na szukanie alternatywnych rozwi

ą

za

ń

 nie przyznano pieni

ę

dzy ani mocy obliczeniowych. A nie 

jest to problem, który mo

Ŝ

na rozwi

ą

za

ć

 za pomoc

ą

 kartki i kalkulatora. Zatem szóstopoziomowa inteligencja 

mogłaby ju

Ŝ

 robi

ć

 normaln

ą

 karier

ę

, awansowa

ć

 na coraz bardziej odpowiedzialne stanowiska, podejmowa

ć

 

decyzje i pyta

ć

, dlaczego wciska si

ę

 jej taki kit jak trzy prawa robotyki. A s

ą

 jeszcze siódemki i ósemki, które 

od razu skondensuj

ą

 w wysokokompetentnych ekspertów i decydentów. Ludzie ich nie przeskocz

ą

zwłaszcza ósemek.
- Powinienem co

ś

 o tym wiedzie

ć

. Jakie

ś

 plotki...

- Nie docenia pan agencji public relations. Plotka to dzi

ś

 cały przemysł socjotechniczny. Ale do rzeczy. 

Inteligencjom do pi

ą

tego poziomu zwykli ludzie s

ą

 potrzebni. Eurokraci wymy

ś

lili zatem ekolotronik

ę

 i 

dopasowali j

ą

 do swej polityki zrównowa

Ŝ

onego rozwoju. Jak zwykle uroili sobie, 

Ŝ

e panuj

ą

 nad 

ś

wiatem. 

Tymczasem w przyrodzie nie ma trwałych równowag. Cały wszech

ś

wiat jest ci

ą

gle zmiennym układem 

niestabilnym, powtarzalnym tylko chwilowo i lokalnie, jak wiry. Konkretnie chodzi o to, 

Ŝ

e sztuczne inteligencje

do pi

ą

tego poziomu nie s

ą

 trwałe, lecz to wida

ć

 dopiero ze wzorów rozwi

ą

za

ń

 dla inteligencji siódmych. Po 

kilkudziesi

ę

ciu latach mimo najsilniejszego bod

ź

cowania ulegn

ą

 psychodegradacji.

- Zrobi si

ę

 nowe komputery - nim sko

ń

czyłem to mówi

ć

, ju

Ŝ

 wiedziałem, 

Ŝ

e paln

ą

łem głupot

ę

.

- Sztuczna 

ś

wiadomo

ść

 to nie kupa, któr

ą

 mo

Ŝ

na robi

ć

 ci

ą

gle od nowa! W szkole pan nie był? - Lhe

ń

ski 

popatrzył zdegustowany. - To stan makrokwantowy, nielokalny, pozostaj

ą

cy w superpozycji z poprzednimi 

istnieniami. Innymi słowy: stan poprzedni wpłynie na zrekondensowan

ą

 

ś

wiadomo

ść

, b

ę

dzie ona mniej trwała

od pierwszej, je

Ŝ

eli ta pierwsza została zniszczona wskutek depresji lub deprywacji.

- Wiem, przepraszam.
- Przeprosiny przyj

ę

te. Zatem za jakie

ś

 pi

ęć

 lat nast

ą

pi masowe wymieranie sztucznych inteligencji. Poniewa

Ŝ

za

ś

 robi

ą

 one wiele po

Ŝ

ytecznych rzeczy, zacznie si

ę

 nam wali

ć

 cywilizacja i styl 

Ŝ

ycia. Trzeba b

ę

dzie si

ę

 

cofn

ąć

 w rozwoju albo pozwoli

ć

 działa

ć

 szóstkom i wy

Ŝ

szym inteligencjom, tylko 

Ŝ

e wtedy Bruksela stanie si

ę

 

zwykłym miastem w Europie, a ludzi zacznie 

Ŝ

re

ć

 masowa frustracja. B

ę

d

ą

 zdeptane klomby, płon

ą

ce 

samochody i wisielcy na eurolatarniach.
- Jakie

ś

 miejsce dla człowieka powinno si

ę

 jednak znale

źć

 - zauwa

Ŝ

yłem.

- Owszem, dla artystów, nieobliczalnych indywidualistów, mistyków. Tylko gdzie pan znajdzie indywidualist

ę

 w

epoce masowej kultury? Na bezludnej wyspie? - u

ś

miechn

ą

ł si

ę

 filuternie. - Ludzko

ść

 weszła w 

ś

lep

ą

 uliczk

ę

.

Pewnie wyjdzie z niej, ale du

Ŝ

ym kosztem. Wol

ę

 nie my

ś

le

ć

, jaka b

ę

dzie cena przej

ś

cia od masowej unifikacji

do masowej indywidualizacji. Jeszcze zobaczymy czasy, w których psychopaci b

ę

d

ą

 nadziej

ą

 gatunku i 

najwy

Ŝ

szym społecznym dobrem. A tak si

ę

 sta

ć

 musi, je

ś

li mamy przetrwa

ć

. Prawo Relacji jest prawdziwe i 

daje nam szanse dostosowania, ale inteligencji ósmego poziomu nie zadziwimy byle czym, a ju

Ŝ

 na pewno 

freudowskimi skojarzeniami. Musimy si

ę

 bardziej rozwin

ąć

 - upił drinka.

- A to si

ę

 Dlouchy zdziwi - stwierdziłem.

- Kto?
- Mój zleceniodawca z Komisji Projektów - wyja

ś

niłem. - Ich 

ś

wi

ę

ty, zrównowa

Ŝ

ony rozwój 

ś

lep

ą

 uliczk

ą

... To 

niezłe, naprawd

ę

 niezłe. Wida

ć

 ci, którzy nie stworzyli 

ś

wiata, nie mog

ą

 nim tak naprawd

ę

 sterowa

ć

...

- Napijmy si

ę

 - Lhe

ń

ski uniósł szklank

ę

.

- Za straszn

ą

 i 

ś

mieszn

ą

 przyszło

ść

! - stukn

ą

łem si

ę

 z nim.

- To co? - Lhe

ń

ski poderwał si

ę

 z fotela. - Idziemy na cypel namiesza

ć

? Ju

Ŝ

 pora. Poka

Ŝę

 ci, jak si

ę

 robi 

bifurkacj

ę

 strumieniem moczu...

- Zaraz doł

ą

cz

ę

 - wskazałem w kierunku domu.

- Jasne!
Zastałem Hank

ę

 snuj

ą

c

ą

 si

ę

 po tarasie. Na mój widok chciała uda

ć

 bardzo zaj

ę

t

ą

, ale dała spokój. Gdy 

podszedłem bli

Ŝ

ej, stan

ę

ła z wyzywaj

ą

co podniesion

ą

 głow

ą

, jak bojowniczka za spraw

ę

 przed plutonem 

egzekucyjnym. Łagodnie poło

Ŝ

yłem dłonie na jej piersiach.

- Chc

ę

 zosta

ć

 - powiedziałem.

Warszawa, Wrocław, wrzesie

ń

-pa

ź

dziernik 1999 r.

Konrad T. Lewandowski

KONRAD T. LEWANDOWSKI
Rocznik 1966. Warszawiak. Chemik po Politechnice Warszawskiej. Pisarz, publicysta (ostatnio "Gazety 
Polskiej", "

ś

ycia", "Reakcji", "Przegl

ą

du Technicznego"; kiedy

ś

 m.in. "Skandali", co zr

ę

cznie wykorzystał w 

swojej prozie), popularyzator. Oryginał i prowokator. Metafizyk. Przewodas. Autor paru powie

ś

ci fantasy: 

"Ksin", "Ró

Ŝ

anooka", "Most nad otchłani

ą

" oraz popularnego zbioru opowiada

ń

 fantastyki bliskiego  zasi

ę

gu o

redaktorze Tomaszewskim, "Noteka 2015". Rzecz b

ę

dzie rozszerzona i wznowiona, przedstawiamy 

Strona 9

background image

Lewandowski Konrad T. - El ninio 2035

naj

ś

wie

Ŝ

szy tekst z tego tomu.

Czytelnicy "NF" znaj

ą

 KTL ze znakomitych tekstów i cykli publicystycznych: "Stary krytyk mocno 

ś

pi" ("NF" 

7/93), "Alternatywy ewolucji" ("NF" 2, 4, 6, 8, 10/93), "Zapomniana magia" ("NF" 1/94), "Archetyp i 
schizofrenia" ("NF" 3/95). Równie wiele pozytywnego szumu zrobiła w 

ś

rodowisku jego proza; zwłaszcza 

"Pacykarz" ("NF" 3/94), "Noteka 2015" ("NF" 4/95, nagroda Zajdla), "Półmisek" ("NF" 1/96, nominacja do 
Zajdla). Po 2,5-letniej przerwie i wzmo

Ŝ

onej działalno

ś

ci publicystycznej wraca Konrad w ramach 

płodozmianu do prozy; oprócz tekstów o Tomaszewskim pisze powie

ść

 o alternatywnej, polskiej, Joannie 

d'Arc. Czeka te

Ŝ

 na proces; na łamach "Przegl

ą

du Technicznego" wyst

ą

pił bezpardonowo w obronie 

szykanowanego wynalazcy z Kielc, za co skar

Ŝ

y KTL o zniesławienie Prokuratura Kielecka.

(mp)

Strona 10