background image

 

1

 

 
 

 

Krystyna Siesicka  

 

 
 
 

 

WACHLARZE 

 
 

background image

 

2

 
 
 
 
To właśnie ja dostałam od Róży Firlej czarny wachlarz z Andory. Od lat leżał na białej 

komodzie  w  jej  pokoju,  pośród  innych  pamiątek,  ale  pewnego  dnia,  kiedy  siedziałyśmy 
przy herbacie w bawialni, podniosła się, poszła na górę i za chwilę wróciła z wachlarzem 
w ręku. 

-  Proszę przyjąć ode mnie na szczęście - powiedziała. Znałyśmy się zaledwie od paru 

godzin,  byłam  tak  speszona,  że  nawet  nie  wyciągnęłam  ręki,  żeby  go  od  niej  wziąć. 
Położyła wachlarz na stoliku między filiżankami z herbatą a pucharkami pełnymi konfitur i 
przesunęła w moją stronę. 

-    Dziękuję,  doprawdy  nie  mogę...  -  powiedziałam  niepewnie.  Usiadła  w  bujanym 

fotelu, przyrzuciła kolana czerwonym szalem, 

bo  tego  dnia  ciągnęło  od  okien,  mimo  że  były  opatrzone  na  zimę  grubymi 

ocieplającymi wałkami, które, jak powiedziała, robiła sama dla całej rodziny. 

-    Pani  Konstancja,  moja  sąsiadka,  nie  mówi  „na  szczęście",  tylko  „na  dobry 

początek". Proszę przyjąć ode mnie ten wachlarz na dobry początek. 

-  A jeżeli mi się nie uda? 
-  Dlaczego miałoby się nie udać? 
Patrzyłam  na  nią.  Podobała  mi  się.  Wyglądała  tak,  jakby  nigdy  nie  myślała  o  latach, 

które miała za sobą, ani o tych, które były przed nią, a jedynie o mijającym dniu, ciekawa, 
jak  też  może  się  skończyć.  Niewykluczone,  że  się  myliłam,  ale  takie  właśnie  robiła  na 
mnie  wrażenie.  Obydwie  spojrzałyśmy  na  stos  kopert,  które  dla  mnie  przygotowała.  Z 
listami  włożonymi  do  nich  poleciła  mi  coś  zrobić,  nie  powiedziała,  czego  oczekuje, 
określenie  „coś"  było  pojemne.  Niektóre  koperty  miały  brzegi  postrzępione,  niektóre 
przycięte  równo,  były  wśród  nich  białe,  były  kolorowe,  każda  adresowana  innym 
charakterem pisma. 

-  To nie będzie takie proste, wydaje mi się - powiedziałam. 
-  Nie, nie będzie - przyznała. 
Do  bawialni  weszła  kotka,  usiadła  na  szarym  dywanie.  Przez  chwilę  siedziała 

nieruchomo,  mały  postumencik,  wreszcie  ziewnęła,  otwierając  szeroko  pyszczek  i 
podwijając  różowy  język.  Później  podniosła  się,  przeciągnęła  najpierw  przednie  łapy, 
potem  tylne.  Wskoczyła  na  kolana  Róży,  przez  chwilę  kręciła  się  na  nich,  potem  usnęła 
zwinięta w kłębek. Powinnam już wyjść, nie mogłam przecież siedzieć w nieskończoność i 
wpatrywać się w kota. Zatrzymywało mnie pytanie, które koniecznie chciałam zadać Róży 
Firlej,  ale  ciągle  brak  mi  było  odwagi.  Pośród  wszystkich  ogłoszeń,  które  ukazały  się  w 
przedwczorajszej  gazecie,  treść  mojego  wydawała  się  najmniej  atrakcyjna.  Nie 
zwróciłabym  na  nie  uwagi,  gdyby  nie  to,  że  sama  zamieściłam  je  w  rubryce  „poszukuję 
pracy". Wreszcie zapytałam otwarcie: 

-  Dlaczego wybrała pani właśnie mnie? 
Przechyliła  głowę,  przyglądała  mi  się  i  milczała,  zupełnie  tak,  jakby  dopiero  teraz 

zaczęła zastanawiać się nad tym. 

-    Moja  córka  Tamara  powiedziałaby,  że  miałam  taki  kaprys,  ale  ja  nie  miewam 

kaprysów,  nawet  mnie  denerwuje  gadanie  Tamary.  Miewam  humory,  to  prawda.  Tym 
razem  nie  znajduję  jednak  innej  odpowiedzi.  Wybrałam  panią,  ponieważ  miałam  taki 
kaprys. 

Patrzyła na mnie wyraźnie zaciekawiona, jak na to zareaguję, ale nie odezwałam się. 

Wiedziałam, że to nie był żaden kaprys, ukrywała coś przede mną. Sięgnęłam po wachlarz, 
rozłożyłam go i zaczęłam liczyć piękne skrzydełka z usztywnionej czarnej tkaniny. Może 

background image

 

3

jest  w  nim  jakieś  przesłanie,  zastanowiłam  się.  Skrzydełek  było  piętnaście.  Róża 
uśmiechnęła się. 


-  A listów, które pani daję, jest trzynaście - domyśliła się. - Czternasty jest gdzieś w 

domu, ale nie mogłam go znaleźć. Piętnastego nie ma. 

-  Piętnasty zatrzymała pani dla siebie? 
-  Nie, moje dziecko, nie został jeszcze napisany. 
-  A jest pani pewna, że będzie? Uśmiechnęła się, zadowolona z mojego pytania. 
-    Myślę,  że  tak.  I  myślę,  że  pani  pierwsza  będzie  o  tym  wiedziała.  Proszę  mi  podać 

mój  kalendarz  i  długopis,  dobrze?  Leżą  na  szyfonierze,  musiałabym  wstać,  żeby  po  nie 
sięgnąć,  a  wtedy  obudziłabym  moją  kotkę.  Przykro  mi,  ale  bardziej  rozpaskudzam 
zwierzęta niż ludzi, nic na to nie poradzę - śmiała się. 

Szyfoniera  była  piękną,  starą  komódką.  Leżał  na  niej  zeszytowy  kalendarz  z 

reprodukcjami francuskich impresjonistów i zwykły szkolny długopis. 

-  Chciałabym zanotować pani adres i numer konta. 
Pomyślałam, że to brzmi tak, jakbym starała się o pracę w zakładzie przemysłowym i 

właśnie rozmawiała z główną księgową. Ta kobieta była chyba szalona, nigdy w życiu nie 
miałam żadnego konta. Gorzej, w tej chwili nie miałam również adresu. 

-  Ma pani taką przerażoną minę, Elizo! - powiedziała z niepokojem. 
A więc sprawę mamy jasną, ona mnie po prostu bierze za kogoś innego, szkoda. 
-  Mam na imię Elżbieta. 
-  Wiem o tym, Elizo. 
-  Nie mam numeru konta ani adresu. 
Do tej pory to ona mnie zaskakiwała. Tym razem udało się, patrzyła ze zdumieniem. 
-  Więc gdzie pani mieszka? W wozie cygańskim? 
Pytała bez złośliwości, przeciwnie, nawet może z nadzieją w głosie, sądzę, że byłaby 

zachwycona, gdyby okazało się to prawdą. 


-  Jadąc tutaj widziałam trzy miasteczka pięknie ułożone nad rzeką... 
-  Ułożone nad rzeką? - przerwała mi. 
-  Tak. W jednym z nich chciałabym znaleźć dla siebie jakieś małe mieszkanie. 
-  Czy mogłabym w czymś pomóc? 
-  Nie, dziękuję, bawi mnie myśl o tym, że będę jeździła szukając miejsca, które mnie 

zatrzyma. 

-  Zatrzyma panią... - powtórzyła. 
Przyglądała mi się uważnie. Przed domem zaczęły szczekać psy, ktoś otworzył drzwi, 

z sieni dobiegł stukot pazurów i czyjeś kroki. 

-    Najbliższe  miasteczko  nie  jest  atrakcyjne,  to  najbardziej  odległe  również,  chociaż 

tam  od  czasu  do  czasu  coś  się  dzieje,  no  i  jest  pięknie  położone.  Najładniejsze  jest 
ś

rodkowe.  Ciekawa  jestem,  w  którym  pani  w  końcu  zamieszka.  Proszę  do  mnie  zaraz 

zadzwonić,  dobrze?  I  proszę  założyć  konto  w  banku,  wydam  w  moim  dyspozycję,  żeby 
przekazywano  pani  pensję  pod  koniec  każdego  miesiąca.  Chyba  będę  musiała  opłacać 
jakąś  składkę  ubezpieczeniową  czy  coś...  nie  wiem,  nie  mam  doświadczenia,  pani  jest 
moją pierwszą sekretarką, zapytam o to przyjaciół. Jeżeli napotka pani jakieś trudności w 
tej pracy... 

Spojrzała na stos listów i zamyśliła się. 
-  Och, ma pani wolną rękę! - powiedziała krótko. - Zresztą zawsze może pani do mnie 

telefonować, przyjechać, właściwie nie ruszam się stąd. A raz w tygodniu, w poniedziałki, 
czekam na panią z obiadem, o pierwszej. 

background image

 

4

Wstałam.  Kotka  zeskoczyła,  Róża  podniosła  się  z  fotela.  Zdjętym  z  kolan  szalem 

przyrzuciła ramiona. Sięgnęłam po swoją torbę, schowałam do niej listy, wreszcie wzięłam 
wachlarz. 

-  Dziękuję, jest piękny. 
Włożyłam go do torby. Róża ujęła mnie pod ramię i wolno szłyśmy przez bawialnię w 

stronę drzwi. W sieni usiadłam na 


drewnianej  skrzyni,  zdjęłam  czerwone  kapcie  z  białymi  pomponami  i  wróciłam  do 

swoich adidasów. 

-  Pani nie zapytała mnie o referencje ani o żaden list polecający! 
-  Nie zapytałam? Widocznie nie muszę. 
Ś

miała się. Co ona może o mnie wiedzieć, i skąd? Zastanawiałam się nad tym, kiedy 

przechodziłyśmy  przez  sień.  Otworzyła  drzwi,  wyszłyśmy  na  zewnątrz,  to  była  brzydka 
pora roku, już nie zima, a jeszcze nie lato, tu i ówdzie z szarej ziemi wyrastały nitki trawy, 
na  gałęziach  lekko  nabrzmiewały  pąki.  Mój  samochód  stał  obok  trzepaka,  zrobiło  mi  się 
głupio, zachlapany, jakby nie był myty przez rok. 

-  Ma za sobą daleką drogę, ale dziś go umyję. 
-  Sama? 
-  A cóż to...? 
Podeszłyśmy  bliżej,  otworzyłam  drzwiczki,  rzuciłam  torbę  na  fotel  obok  kierowcy. 

Odwróciłam  się,  żeby  spojrzeć  jeszcze  raz  na  dom  Róży.  Wyszło  słońce,  zalśniły  szyby. 
Szczekały  psy,  chyba  zamknięte  w  kuchni.  Na  progu  przysiadł  duży,  czarny  kot.  Róża 
wpatrywała  się  w  głąb  mojego  samochodu.  Milczała,  nie  zapytała  o  nic  i  ja  niczego  nie 
wyjaśniłam.  Dopiero  kiedy  usiadłam  za  kierownicą  i  wsunęłam  kluczyk  do  stacyjki, 
położyła  rękę  na  opuszczonej  szybie  takim  ruchem  jakby  chciała  mnie  zatrzymać. 
Pochyliła się, miałam teraz na wprost oczu jej oczy, szeroko rozstawione, jasnoniebieskie. 
Kosmyki rudych włosów wymykały się spod spinek i zwisały luźno wzdłuż twarzy. 

-  A gdzie masz swoje rzeczy? - zapytała gwałtownie. 
-  W bagażniku. 
-  Wszystkie? 
-  Wszystkie. 
Nie  chciałam,  żeby  brzmiało  to  gorzko,  ale  słyszałam  samą  siebie,  brzmiało  gorzko. 

Nie, tak nie odjadę. 

-    W  recepcji  hotelowej  zostawiłam  na  parę  godzin  psa,  jamnika.  Czarna,  podpalana 

suczka. Na imię ma Rita. 


-  Dlaczego nie wzięłaś jej ze sobą? 
-  Nie wiedziałam, czy pani lubi zwierzęta, a ona nie chce zostawać w samochodzie. 
-  Słuchaj, może potrzebujesz pieniędzy? Mogę ci płacić pensję z góry. 
-  Dziękuję, mam jeszcze. Cieszę się, że mówi mi pani po imieniu. 
-    A  ja  się  cieszę,  że  ciebie  poznałam,  Elizo.  I  cieszę  się,  że  będziesz  pracowała  dla 

mnie. 

Miałam  ochotę  wysiąść  z  samochodu,  przytulić  się  do  niej  i  zapłakać.  Zdjęła  rękę  z 

szyby i wyprostowała się. 

-  Wróć, jeżeli niczego nie znajdziesz. I weź ze sobą Ritę. 
-  Dziękuję, ale ja znajdę. 
Ruszyłam.  Mijając  chatkę  przycupniętą  nad  strumieniem  spojrzałam  w  bok. 

Przygarbiona,  starsza  kobieta  długą  miotłą  z  ryżowej  słomy  zamiatała  ścieżkę  przed 
domem,  wysoki  chłopak  malował  płot  otaczający  ogródek.  Znieruchomieli,  kiedy 

background image

 

5

przejeżdżałam obok, ona wsparta na miotle, on trzymając w ręku pędzel, cienkie strumyki 
farby spływały do stojącego na ziemi wiaderka. Patrzyli, jak wjeżdżam w wąski mostek. 

Byłam  już  na  drodze  prowadzącej  do  pobliskiego  miasteczka,  kiedy  zauważyłam 

samotną,  karłowatą  wierzbę,  z  przymocowaną  drewnianą  kapliczką.  Zatrzymałam  się  na 
poboczu  i  wysiadłam.  Przykurzona  szyba  zasłaniała  białą  figurkę  Madonny,  nie  mogłam 
odczytać  napisu  wyrytego  na  wąskiej  ściemniałej  tabliczce  umieszczonej  wewnątrz. 
Wreszcie  z  trudem  wypatrzyłam  litery:  „Dziękujemy  za  Adrianę".  Wróciłam  do 
samochodu,  sięgnęłam  po  torbę  i  wyjęłam  z  niej  listy.  Zaczęłam  je  przeglądać,  szybko 
znalazłam  ten,  który  zwrócił  moją  uwagę,  kiedy  w  bawialni  oglądałam  koperty.  Oprócz 
imion,  nazwisk,  adresów,  na  każdej  z  nich  w  prawym  rogu  Róża  wpisała  dla  mnie 
dodatkowe informacje. Nie pomyliłam się, dobrze zapamiętałam to imię. 

10 
MELANIA DO ADRIANY 
Kochana Mamo! 
Nie bądź na mnie zła, ale wrzuciłam do pralki wszystkie trykotowe bluzki i wszystkie 

moje majtki razem z czerwoną skarpetką. Nie zauważyłam tej skarpetki, no i stało się. W 
związku  z  tym  zawiadamiam  Cię,  cała  w  żalu,  że  zostałam  bez  porządnej  bluzki,  a  moje 
dessous,  jak  powiadają  Francuzi  i  Babcia,  nadaje  się  tylko  na  szmatki  do  podłogi,  jestem 
więc bez środków do życia. Jeżeli, tak jak Babcia, będziesz się głównie interesowała tym, 
gdzie  jest  druga  czerwona  skarpetka,  to  uroczyście  Ci  oświadczam,  że  nie  mam  pojęcia. 
Czy długo zamierzasz mnie tu trzymać? Pytam, bo wydaje mi się, że Babcia ma serdecznie 
dosyć gotowania dla mnie rosołów. Mówi, że w życiu nie widziała kogoś, kto tak długo jak 
ja  wracałby  do  zdrowia  po  głupiej  grypie.  Mamusiu,  kiedy  będziesz  mi  kupowała 
trykotowe  bluzki,  to  błagam,  nie  kupuj  czarnych  i  czerwonych,  bo  ja  źle  reaguję  na  te 
kolory.  Myślę,  że  najbardziej  chciałabym  mieć  białe,  zielone  i  żółte.  Jeżeli  chodzi  o  figi 
damskie  rozmiar  „S"  ,  to  preferowałabym  jednobarwne,  koniecznie  bez  napisów  z 
nazwami dni tygodnia, bo to jest idiotyczne. Jeżeli w poniedziałek noszę majtki z napisem 
piątek,  czuję  się  tak,  jakbym  naruszała  porządek  świata  i  bez  przerwy  o  tym  myślę. 
Mamusiu,  powiedz  Petemu,  jak  go  zobaczysz,  że  nasza  Babcia  nauczyła  się  w  końcu 
obchodzić z pilotem do telewizora, Pete bardzo się ucieszy, bo włożył w to dużo wysiłku. 
Jeżeli ciągle masz w pamięci moje trykotowe bluzki, wchodzi tu również w grę delikatny 
fiolecik.  Babcia  wczoraj  dostała  wysypki.  Jest  przekonana,  że  to  uczulenie  na  proszek 
ekologiczny, który kupiła. Jeszcze, Mamusiu, powiedz Petemu, że Babcia powiedziała, że 
nie  ma  zamiaru  zjadać  naczyń  stołowych  zrobionych  z  soi  i  z  siemienia  lnianego,  które 
oglądała w tełewizji. Jest przekonana, że Pete przywiezie Jej cały serwis, bo to ułatwi mu 
sprawę zmywania. „Proszę bardzo, powiedziała Babcia, jak sobie Pete chce, to niech zjada 
naczynia po obiedzie, ale moje również, bo ja 

11 
nie  będę."  Babcia  powiedziała  też,  że  nie  pozwoli,  żeby  jej  psy  i  koty  jadały  w 

naczyniach ekologicznych, bo z całą pewnością dostaną parchów, i to jest wiadomość dla 
Tatusia.  Ponieważ  Babcia  wie,  że  Tatuś  wybiera  się  do  nas,  prosi,  żeby  przywiózł 
witaminy  dla  Sobusia,  bo  już  się  skończyły.  Teraz  opowiem  Ci  historię,  w  którą  nie 
uwierzysz,  ale  trudno.  W  zeszłym  tygodniu,  w  piątek,  Babcia  poszła  do  fryzjera.  Zaczęła 
narzekać,  że  bardzo  jej  wypadają  włosy.  Fryzjer,  ten  na  Wełnianym  Rynku,  powiedział, 
ż

eby  Babcia  koniecznie  robiła  sobie  okłady  z  oleju  rycynowego  i  żółtek.  Babcia 

powiedziała, że zastosuje się do rad pana fryzjera, kupiła olej, jajka miała w domu, zrobiła 
packę,  którą  wysmarowała  włosy.  Na  tę  packę  nałożyła  torebkę  foliową,  na  torebkę 
foliową  ręcznik  frotte,  na  ręcznik  frotte  naciągnęła  starą  nylonową  pończochę,  która  jej 
została  po  wypychaniu  wałków  okiennych  na  zimę.  Obcięła  pończochę,  żeby  się  nie 
majtała,  i  w  ten  sposób  na  czubku  głowy  zawiązała  niesłychanie  zabawny  pępuszek. 

background image

 

6

Ponieważ pan fryzjer kazał Babci trzymać packę na głowie co najmniej przez trzy godziny, 
postanowiła,  że  w  tym  czasie  odkurzy  wszystkie  dywany  i  chodniki.  I  tak  zrobiła.  W 
chwili,  kiedy  zabrała  się  do  czyszczenia  dywanu  w  bawialni,  ktoś  zaczął  dobijać  się  do 
drzwi,  nawet  ja  to  słyszałam,  ale  nie  Babcia,  ogłuszona  odkurzaczem.  Pomyślałam,  że 
zejdę  na  dół  i  zobaczę,  kto  idzie,  bo  Babcia  czyściła  dywan  ubrana  w  starą  koszulkę 
Petego, szarą, powyciąganą, zasłaniającą jej tylko pupę. Ponieważ czerwoną skarpetką, nie 
pytaj mnie o to, co się stało z drugą, bo zwariuję, zafarbowałam również wszystkie dessous 
Babci,  spod  Petowej  koszulki  wystawały  majtki  w  bliżej  nieokreślonym  kolorze.  Na 
nogach  miała  kapcie  żółte  z  zielonymi  pomponami.  Wyglądała  szalowo,  ale  nie  na  tyle, 
ż

eby  otwierać  drzwi.  Postanowiłam  zejść,  wyłączyć  ten  okropny  odkurzacz,  zamknąć 

Babcię w kuchni i zobaczyć, kto się dobija, ale gdzie tam! Myślisz, że mogłam? Skąd, jak 
tylko  stanęłam  na  podeście  schodów,  zaczęła  wypominać  mi  wszystkie  grypy,  które 
przeszłam od chwili narodzin, aż po tę ostatnią, te grypy, które beztrosko zrzucałaś na jej 
głowę, 

12 
nie  licząc  się  zupełnie  z  tym,  że  ona  też  ma  własne  życie.  Wściekłam  się  na  Babcię 

okropnie,  bo  sama  rozumiesz,  miłe  to  nie  było.  Pomyślałam  więc  mściwie,  że  jak  tak,  to 
niech Babcia sama walczy z odkurzaczem i z tym kimś, kto stał za drzwiami i dobijał się, 
bo Babcia w końcu usłyszała, że ktoś łomocze. Jęknęła tylko: „kogo diabeł niesie?", i nie 
wyłączając odkurzacza podeszła do drzwi. Parę razy zapytała: „kto tam?", ale nikt jej nie 
odpowiadał, Babcię zagłuszał odkurzacz, który ciągnęła za sobą razem ze sznurem, wężem 
i  szczotką  do  czyszczenia  dywanów.  Stanęła  z  boku,  tak  że  drzwi,  kiedy  je  uchyliła, 
zasłaniały  ją  zupełnie,  to  prawda.  Okazało  się,  że  za  drzwiami  stoi  pan  Grzymalski.  Nie 
potrafię  Ci  opisać,  ile  razy  pan  Grzymalski  wolał,  żeby  Babcia  wyłączyła  odkurzacz,  nie 
słyszała  go,  tylko  w  kółko  powtarzała,  że  nie  ma  teraz  głowy  na  naprawę  telefonu,  jak 
wiesz,  znów  jest  zepsuty.  I  być  może  udałoby  się  Babci  spłoszyć  odkurzaczem  pana 
Grzymalskiego, gdyby nie Tutka. Pan Grzymalski przyszedł do nas ze swoim psem, który 
wabi się Muki i jest bardzo przyjemnym bokserkiem, Tutce też się podoba, a że ona akurat 
mogłaby  Babcię  uraczyć  szczeniętami,  radośnie  wyleciała  Mukowi  naprzeciw, 
przekonana,  że  wspaniale  nadaje  się  na  tatusia  jej  nieurodzonych  dzieciątek.  Pampersów 
na sobie nie miała, bo Babcia zapomniała kupić, kiedy była na Wełnianym Rynku. Tutka 
wyleciała  na  dwór,  żeby  pobaraszkować  z  Mukim,  a  Babcia  wypuściła  z  ręki  sznur  od 
odkurzacza  i  wyleciała  za  nią.  Pan  Grzymalski  oniemiał.  No,  więc  zeszłam  z  góry  i 
wciągnęłam  go  do  kuchni.  W  tym  czasie  Babcia  w  tym  swoim  okropnym  stroju  szarpała 
się przed domem z dwoma psami. Pan Grzymalski usiadł na zydlu i ciągle nie posiadał się 
ze zdumienia, ale odzyskał  głos.  Zwykle widywał Babcię w jej nieskazitełnych strojach i 
wymyślnych  fryzurach,  a  to  kok,  a  to  lok,  a  to  włosy  rozpuszczone,  sama  wiesz.  „Mój 
Boże,  powiedział,  ależ  ta  pani  Firlej  ma  zgrabną  figurkę!  I  ten  mysi  ogonek  na  głowie!" 
Był  doprawdy  rozrzewiony,  Mamusiu,  a  kiedy  mówił  o  mysim  ogonku,  przyklepywał 
swoją łysinę w tym miejscu, gdzie Babci sterczał pępuszek od pończochy. 

13 
Za  chwilę  Babcia  weszła  do  kuchni.  Miała  na  sobie  swoją  domową  suknię,  tę  z 

granatowego wełuru, na głowie turban z czerwonego ręcznika. Usiadła na zydlu, założyła 
nogę na nogę i zapytała: „Słucham pana, panie Grzymałski, jaką ma pan sprawę do mnie?" 
Pan Grzymalski wyjaśnił, że jeżeli o niego chodzi, to nie ma żadnej sprawy do Babci, że to 
ona  wezwała  go  do  zepsutego  telefonu  i  zaproponowała  tę  właśnie  godzinę,  o  której 
przyszedł. Babcia udawała, że nie słyszy, pan Grzymalski rozkręcił aparat, skręcił aparat i 
powiedział,  że  wszystko  jest  w  porządku.  I  było.  Babcia  nie  zaproponowała  panu 
Grzymalskiemu  ani  kawy,  ani  herbaty,  a  kiedy  wychodził,  powiedziała  krótko: 
„Zawiadomię,  jak  się  urodzą  szczenięta.  Będzie  pan  obciążony  kosztem  porodu  i 

background image

 

7

utrzymania  tej  zwierzyny!"  Pan  Grzymakki  bardzo  był  uradowany,  powiedział,  że  cała 
przyjemność po jego stronie i że, oczywiście, będzie płacił za Muka ałimenty. 

Kiedy  wreszcie  pan  Grzymalski  i  Muki  zniknęli  nam  z  oczu,  Babcia  zdjęła  z  siebie 

wełurową suknię, zsunęła z głowy  czerwony  ręcznik i w ten sposób znowu była w stroju 
roboczym. Przysiadła w kuchni na zydlu i patrzyła na Tutkę, która zajęła się obgryzaniem 
ciełęcej kości.  Babcia westchnęła. Powiedziała, że nie wyobraża sobie do jakiego stopnia 
brzydkie mogą być dzieci pochodzące ze związku boksera ze spanielką, potem, Mamusiu, 
spojrzała  na  mnie  i  dodała  sobie  na  pociechę,  że  ja  też  byłam  bardzo  nieładnym 
noworodkiem. 

Takie mam tu życie. Myślę, że wchodzi w  grę jeszcze bluzeczka pomarańczowa, jak 

sądzisz?  Wyślę  ten  list,  chociaż  telefon  już  działa,  bo  tak  się  napracowałam,  żebyś 
wreszcie  mogła  wyjąć  ze  skrzynki  coś,  co  nie  będzie  rachunkiem,  wezwaniem  albo 
reklamą.  Jeszcze  jedna  rzecz:  chciałabym  wiedzieć,  co  się  dzieje  z  Tamarą.  Babcia 
wzrusza ramionami, kiedy o to pytam, i mówi:  „Nic!" Nie  pamiętam, kiedy  widziałam ją 
ostatni  raz,  chyba  w  listopadzie,  kiedy  przyjechała  na  Zaduszki,  ale  była  tyłko  na  grobie 
dziadka  Juliusza,  położyła  kwiaty  i  odjechała,  mówiła,  że  ma  sesję  zdjęciową.  Potem 
widziałam jej dwie reklamówki w telewizji. W jednej prezentowała szampon do włosów, 

14 
w  drugiej  lakier  do  paznokci.  Na  Boże  Narodzenie  nie  przyjechała,  pamiętasz? 

Przysłała nam z Paryża taką ładną kartkę. No, dobrze, ale kiedy to było? W końcu jest już 
marzec. Całuję Ciebie, Mamo, i Tatę też. Poproś, żeby pamiętał o witaminach dla Sobusia, 
a  w  sytuacji,  w  której  jest  obecnie  Tutka,  jej  też  należy  się  witaminowe  wsparcie.  I 
powiedz Tacie, że koń pana Antoniego jest już zdrowy, widziałam go, ma piękne, wilgotne 
chrapy  i  wspaniałą  grzywę.  Zaglądam  również  do  chlewika  pani  Konstancji,  jej  świnka 
wygląda na wyleczoną, jest w dobrym humorze i chrząka, czego nie można powiedzieć o 
pani  Konstancji,  która  była  na  mnie  zła,  że  w  ogóle  do  niej  przyszłam,  bo  z  pewnością 
rozsiewam  zarazki,  a  w  tym  roku  grypa  jest  tak  jadowita,  że  nawet  wieprzek  może  się 
zarazić. Kocham Cię, Mamusiu! 

Melania 
List  do  Adriany  Melania  napisała  na  różowym  papierze  w  kwiatki,  szczególnie 

lubianym  przez  dziewczynki,  które  może  jeszcze  nie  są  dziewczynami,  ale  już  potrafią 
bawić się epistolografią, czemu wyraźnie Melania uległa. Na ile przesadziła? Róża Firlej z 
listu  swojej  wnuczki,  to  naprawdę  nie  była  Róża  Firlej,  którą  przed  chwilą  pożegnałam. 
Siedziałam  w  samochodzie  i  patrzyłam  przed  siebie  na  szary,  nierówny  pas  asfaltowej 
drogi,  ze  śladami  pojazdów  -  musiały  jechać  tędy  w  jakieś  minione  upalne  dni.  Brzegi 
asfaltu  były  rozlane,  pofałdowane,  brzydkie.  Dobre  do  zapatrzenia.  Jaka  naprawdę  była 
Róża?  Może  ani  Melania  nie  przesadziła,  ani  moje  pierwsze  wrażenie  nie  jest  błędne? 
Może będę poznawać ciągle nowy obraz Róży Firlej i każdy z nich okaże się prawdziwy? 
Może właśnie z ludźmi tak jest? 

Odjechałam.  Obrzeża  miasteczka  były  niedaleko,  przy  szosie  ciągnął  się  już  szereg 

niepozornych domów. Nagie jeszcze drzewa i bure ogródki nie wyglądały zachęcająco. W 
miasteczku nie było lepiej, jedynie Wełniany Rynek, którego nazwę znałam już z listu 

15 
Melanii,  był  zabawny,  ale  z  pewnością  nie  chciałabym  tu  zostać.  Jechałam  wolno, 

spoglądając  jednocześnie  w  głąb  uliczek,  których  wyloty  mijałam,  żadna  mnie  nie 
pociągała.  Tu  nie  będę  mieszkać,  myślałam.  Minęłam  miasteczko  i  na  szosie 
przyspieszyłam.  Powinnam  odebrać  Ritę  z  hotelowej  recepcji.  Szybko  przejechałam 
następne,  to,  o  którym  Róża  mówiła  „środkowe",  ale  nie  przyglądałam  mu  się,  nie 
wjeżdżałam w głąb. Zaczęłam się spieszyć. 

background image

 

8

Rita  leżała  na  krześle  obitym  brązową  skórą.  Łeb  trzymała  na  wyciągniętych  przed 

siebie  przednich  łapach,  mrugała  nerwowo,  na  mój  widok  nawet  się  nie  ruszyła,  musiała 
być  na  mnie  bardzo  obrażona.  Zawołałam  ją,  poruszyła  ogonem,  przekonana  chyba,  że 
tego nie zauważę, i jeszcze szybciej zaczęła mrugać. Nie należała do psów, które szaleją ze 
szczęścia  na  widok  swojej  pani,  jeżeli  na  to  nie  zasłużyła.  Rita  miała  silnie  rozwinięte 
poczucie godności osobistej, jednocześnie była bardzo kochającą i mądrą suczką. Wzięłam 
ją  na  ręce  i  przytuliłam  dó  siebie,  poczułam  szybkie  uderzenia  serca  i  leciutkie  drżenie 
całego  ciała.  Długi  pyszczek  wsunęła  mi  pod  pachę,  usłyszałam  ciche  skomlenie.  Biedna 
Rita, myślała, że już nie wrócę. Obiecałam sobie, że więcej nie zrobię jej czegoś takiego, 
trudno, wolę, żeby szczekała w samochodzie wypatrując mnie przez okno. 

-    Była  spokojna  -  powiedział  młody  człowiek  w  recepcji.  -  Wcale  nie  myślałem,  że 

cierpi. 

-  Ma to po mnie! - roześmiałam się. - Ja też jestem spokojna i nie wyglądam na osobę, 

która cierpi, prawda? 

-  Nie, nie wygląda pani. 
Przeszłam  do  hotelowego  baru,  usiadłam  na  wysokim  stołku,  Rita  ułożyła  się  na 

moich  kolanach.  Poprosiłam  o  frytki,  podwójne  parówki  i  sok  pomarańczowy.  Udało  mi 
się podkarmić Ritę, bo nikogo oprócz nas tu nie było. Barek  wyglądał tak, jak wyglądają 
barki  w  małych  hotelikach,  czysto  i  miło.  Poprosiłam  jeszcze  o  kawę  z ekspresu.  Syczał, 
kiedy napełniała się filiżanka. Zobaczyłam, że 

16 
obok mnie siada młody człowiek z recepcji, ten, pod którego opieką zostawiłam Ritę. 

Było  parę  minut  po  drugiej,  widocznie  skończył  dyżur.  Właściwie  dopiero  teraz 
zauważyłam,  jakim  był  pięknym  chłopcem,  ciemnowłosym,  z  zielonymi  oczyma,  które 
przymrużał  trochę.  Może  to  jest  nerwowe,  jak  mruganie  Rity,  pomyślałam.  Zauważyłam, 
ż

e nosi kolczyk, niedużą, przylegającą do ucha obrączkę. Podszedł mężczyzna zza baru. 

-  Cześć, Radek! - powiedział. - Co jesz? 
-  A co masz? 
-  Frytki, parówki. Flaczki. Hamburger. 
-  Frytki i hamburger, Mięciu. 
-  Zawsze się pytasz, a potem: frytki i hamburger, Mięciu. 
-  To daj jeszcze colę, Mięciu. 
Miecio otworzył butelkę, nalał colę do wysokiej szklanki i podsunął Radkowi. 
-  Jak będzie z tymi twoimi studiami? - zapytał. - Podobno chcesz iść na uczelnię, czy 

coś? 

-  Może w przyszłym roku, nie wiem, zależy. -Od? 
-  No od forsy, wiesz, jak jest, żeby iść na studia, muszę na to mieć, nie? 
Ten  zza  baru  przyniósł  frytki  i  hamburgera.  Oparł  się  głęboko  na  blacie  i  po  chwili 

zapytał, nie kryjąc zaciekawienia. 

-  Dziewczynę masz? 
Radek  wbił  widelec  w  hamburger,  ale  nie  sięgnął  po  nóż,  tylko  spojrzał  na  tego 

Mięcia. 

-  A co ty wiesz? - zapytał. 
-  A co mam wiedzieć? 
-  Najlepiej, żebyś nic nie wiedział. 
-  Jak pytam, znaczy nie wiem. Podobno wpadła ci w oko Paulina, wnuczka malarza. 
-    Wpadła,  wypadła,  jak  to  dziewczyna,  miejsca  nie  zagrzeje  -  filozoficznie 

skonstatował Radek. 

17 
Roześmiałam się, spojrzał na mnie, potem na Ritę i też się 

background image

 

9

uśmiechnął. 
-  Hamburgery ona jada? 
-  Nie jest głodna, dałam jej dwie parówki. 
-  Pani dziś wyjeżdża? 
-  Nie wiem. Muszę znaleźć jakieś mieszkanie. Szukam małego, 
taniego. 
-  Na długo? 
- Też nie wiem. Na rok, myślę. Może pan coś słyszał? 
Jadł  teraz  frytki,  każdą  nabijał  na  widelec,  zanurzał  w  ketchupie,  patrzył,  jak  sos 

spływa, i dopiero brał do ust. 

-    Może  słyszałem  -  powiedział  po  namyśle.  -  Jest  tu  jedna  pani,  która  ma  coś  do 

wynajęcia, sama tam nie mieszka, bo na stałe jest u córki. Nie wiem tylko, czy zgodzi się 
na psa. 

- To odpada. 
-  Można się dowiedzieć, nie? Ładne mieszkanie, na pierwszym 
piętrze, z balkonem. 
-  Tym bardziej odpada. 
- To prawda, że jamniki nie mogą po schodach? 
Nie  odpowiedziałam  od  razu.  Pogłaskałam  lśniący  łeb  Rity,  jej  uszy  wisiały  jak 

gałganki. 

-  Mają słabe kręgosłupy i łapki. Nie powinny. 
-  Nawet na pierwsze piętro? Jeżeli tamta się zgodzi, to można przecież psinę wnosić, 

ciężka nie jest. 

-    Dziękuję  panu,  szukam  mieszkania  na  parterze.  Jadł  frytki  szybko,  ciągle  je  solił  i 

polewał ketchupem. 

-  Nic mi nie przychodzi do głowy. Tylko to jedno na piętrze. 
-  Pojadę do tego miasteczka, wie pan, tego pośrodku, podobno 
jest ładne. 
-  Nasze też jest ładne. Była pani w parku? A na rynku? A nad rzeką? Nie? To w ogóle 

pojęcia  nie  ma  pani  o  naszym,  tu  jest  naprawdę  pięknie.  Nawet  jeden  malarz  osiadł  na 
stałe. Ze wszystkim. 

Przypomniała mi się Paulina, wnuczka malarza, o którą Miecio pytał Radka. Paulina? 

Radek? Moja kawa wystygła, nie lubiłam zimnej, dopiłam ją z trudem. 

-  Idziemy, Rita! - powiedziałam. 
Poruszyła się, gotowa do wyjścia, długi pyszczek wysunęła w stronę Radka i węszyła. 
-  Bagaż pani zabiera? 
-  A co ja tam mam na górze? Jedną torbę. Nie, nie zabieram jej. Dopóki tu mieszkam, 

torba mi wystarczy, reszta została w samochodzie. 

-  Pokoju pani nie zwalnia? - upewnił się. 
-  Nie, jeszcze nie, muszę coś znaleźć. 
Zapłaciliśmy  oboje,  było  tak,  jak  sądziłam,  Radek  skończył  dyżur  w  recepcji,  razem 

wyszliśmy z hotelu. Założyłam Ricie smycz, przykucnęła pod najbliższym drzewem. 

- Wychodziłem z nią, ale wtedy nie chciała. Poszłyśmy do samochodu, Radek szedł o 

krok za nami. 

-  Ej! - powiedział. - To pani ten brudas? 
-    Mój,  jechałam  kawał  drogi,  potem  spieszyłam  się,  nie  miałam  kiedy  umyć.  Może 

dziś to zrobię. 

Machnął ręką. 
-  Pani zostawi! Co będzie się pani chlapać, jutro go machnę, nie sądzę, żeby dziś coś 

się znalazło. 

background image

 

10

-  A ten malarz gdzie mieszka? Spojrzał na mnie zdziwiony. 
-    Tam!  -  wykonał  bliżej  nieokreślony  ruch  ręką.  Otworzyłam  drzwiczki samochodu, 

Rita wskoczyła i usadowiła 

się na miejscu obok mojego. 
-  Co znaczy: tam? 
-    W  stronę  rzeki,  taki  brązowy  dom  z  cynobrowym  dachem...  Odpowiadał 

bezmyślnie, zajęty czymś innym. Przez szybę w drugich 

drzwiach samochodu wpatrywał się w siedzenia. Milczał. Położyłam 
19 
torbę  obok  Rity,  która  oparła  się  łapami  o  drzwiczki  i  wyglądała  na  zewnątrz. 

Uniosłam  trochę  szybę,  zbyt  nisko  opuszczoną,  bałam  się  zawsze,  że  jadąc  w  ten  sposób 
Rita  w  końcu  wyleci.  Radek  pogłaskał  jej  czarny  łepek.  Uśmiechał  się  do  Rity,  nie  do 
mnie. 

-  Do zobaczenia, panie Radku! 
-  Do zobaczenia, dziewczyny! 
Rita merdała ogonem, popiskiwała. Przejechałam przez miasteczko nie patrząc nawet 

na  nie.  Zatrzymałam  się  na  parkingu  przed  pawilonem  handlowym  o  mało  zachęcającej 
nazwie „Magazyn". Nie chciało mi się szukać przyjemniejszego miejsca, bo musiałam jak 
najprędzej  zajrzeć  do  mojej  torby  i  sprawdzić,  czy  to  możliwe,  czy  też  cierpię  na  jakieś 
omamy.  Wyjęłam  list.  Odłożyłam  ten,  który  pisała  Melania,  i  zaczęłam  przeglądać  inne. 
Był! Biała koperta, starannie zaadresowana i w prawym rogu notatka Róży dla mnie: 

RADEK DO PAULINY 
Miła panienko z dobrego domu! 
Pewnie, że wolałbym dostać od Ciebie list mniej interesowny, ale zadowolony jestem, 

ż

e  w  ogóle  jakiś  dostałem,  więc  najuprzejmiej  dziękuję  i  kłaniam  się  nisko.  Bardzo  Ci 

jestem  wdzięczny,  że  zadałaś  mi  tyłe  pytań  dotyczących  mojej  osoby,  zanim  wyłożyłaś 
kawę na lawę i napisałaś o tym wszystkim, o czym naprawdę chciałaś napisać od samego 
początku. Kłopot jest tylko jeden, taki, że sam już nie wiem, czy odpowiadać na pytania, 
które  zadałaś  mi  grzecznościowo,  czy  pominąć  tę  sprawę  grobowym  milczeniem.  Może 
Cię  poinformuję  o  jednym,  mój  dyrektor  w  szkole  wyraził  zgodę  i  mogę  podjąć  pracę  w 
naszym  nowym  hotelu,  w  recepcji,  bardzo  jestem  z  tego  zadowolony.  W  ten  sposób 
zarobię trochę i będę mógł studiować. Może mi się uda. Twoja przyjaciółka Maryśka ma 
już  zupełnie  poprzestawiane  w  głowie.  Mówi,  że  powinienem  każdy  odłożony  grosz 
zanieść do 

20 
biura  maklerskiego  i  grać  na  giełdzie.  Czy  Ty  wiesz,  że  ona  naprawdę  ma  pojęcie, 

czym się różni rynek podstawowy od rynku równoległego? Ałe wczoraj przyszła do mnie 
do  recepcji  i  przez  godzinę  czytała  mi  swoje  wiersze,  ubrana  była  w  jakieś  giezlo,  które 
podobno  dostała  od  Twojego  dziadziusia.  Nie  chciałbym  bynajmniej  obrażać  Twoich 
czcigodnych babek i prababek, ałe Maryśka wyglądała jak szurnięta i cholernie się balem, 
ż

e  zaraz  przyjdzie  właściciel  mojego  hotelu  i  wywali  mnie  z  niego,  razem  z  twoją 

przyjaciółką Marysieńką. Jej wiersze, których analizy nie podejmuję się dokonać, dotyczą 
głównie szumu fał - to o tym bajorze, naszej rzece(l), liści(l), których śpiew(l) utula twoją 
przyjaciółkę do snu - to o tej sośnie, którą, owszem, widać z okna Marysinego pokoju, ale 
rośnie  blisko  pół  kilometra  od  ich  domu,  jest  chora  i  straciła  igły.  Paulina,  słuchaj,  ja 
naprawdę, bardzo się staram, ałe w ogóle nie mogę pojąć, o czym ona pisze, przecież to są 
same  głupoty,  nawet  rymu  tam  nie  ma!  Jak  jej  to  mówię,  twierdzi,  że  do  rymu  pisał 
Mickiewicz, więc ona już nie musi. Z moją pracą mam dobrze, bo jest na trzy zmiany, a w 
szkole  jest  nowy  plan  i  chodzimy  raz  rano,  raz  po  południu.  Hotel,  w  którym  pracuję, 
nazywa  się  „Pod  Złocistą  Chryzantemą".  Maryśka  twierdzi,  że  to  pewnie  na  cześć 

background image

 

11

cmentarza, który jest niedaleko. Nie wiem, możliwe, ale to jest przyzwoity hotel i bardzo 
mi się tu dobrze pracuje. 

W niedzielę widziałem Twojego dziadziusia, paradnym krokiem udawał się na brydża 

do księdza proboszcza. „Udaję się do Pana Plebana na brydża, może mnie odprowadzisz?" 
Co miałem robić, zabrałem się z Twoim dziadziusiem i dobrze, bo on zaczął opowiadać o 
tym,  jak  sam  chodził  do  szkoły,  i  o  tym,  że  był  wtedy  beznadziejnie  narwany.  W  końcu 
usiedliśmy  na  ławce  i  śmieliśmy  się  okropnie.  Ludzie  zaczęli  przystawać  dokoła  nas,  bo 
myśleli,  że  coś  nam  się  stało,  a  ta  piekielna  baba,  która  ma  wnuczka,  o  ile  pamiętam, 
Mariuszka,  czy  coś  takiego,  więc  ta  piekielna  baba,  wiesz,  ta  która  przysiadła  się  do  nas 
kiedyś w parku, to nawet zapytała, czy nie trzeba wezwać lekarza do Twojego dziadziusia. 

21 
Wiesz, Paułina, prawdę mówiąc piszę te wszystkie głupoty głównie dlatego, żeby jak 

najdłużej  dochodzić  do  sedna  sprawy,  to  znaczy  do  tych  Twoich  próśb,  które  do  mnie 
skierowałaś.  Szkoda,  że  nie  chciałaś,  żebym  wtajemniczył  Marysię  w  to  wszystko,  bo 
jeżeli miała mi pomóc, byłoby łatwiej, gdybym jej mógł coś powiedzieć, z drugiej strony, 
jeżeli to ma być aż taka tajemnica, to fakt, że Maryśka może coś niechcący wygadać pani 
Lucynce  albo  Twojemu  dziadziusiowi,  wiemy,  jaka  jest,  dwa  razy  powie,  zanim  raz 
pomyśli.  Pojechaliśmy  do  tego  pałacu,  w  którym  Twój  tata  ma  organizować  wystawę 
fotograficzną i pokazy mody. Te pokazy mają się nazywać: „Do noszenia dla każdej pani". 
Marysieńka weszła do pałacu i poszła szukać osoby, która z ramienia miasta opiekuje się 
wszystkim,  i  ona  była.  Siedziała  w  takim  pokoju,  jakiego  Maryśka  w  życiu  nie  widziała, 
tak  mi  potem  opowiadała,  i  oglądała  żurnale,  więc  Maryśka  powiedziała,  że  przyszła,  bo 
chciała  się  dowiedzieć,  kiedy  przyjadą  modelki,  tak  jej  kazałem.  Powiedziałem  Maryśce, 
ż

e mi to potrzebne do harmonogramu w hotelu, a że sam jakoś nie mam śmiałości pytać. 

Maryśka  miała  śmiałość,  a  jakże,  bo  siedziała  u  tej  pani  dwie  godziny  i  razem  z  nią 
oglądała  żurnale,  a  ja  jak  głupi  pomagałem  ustawiać  stelaże  na  wystawę  fotografii 
Twojego taty. No, dobra, niech tam, w końcu to Twój tata, niech Bóg mu da zdrowie, ale 
młotkiem rozwaliłem sobie palec. Wreszcie Maryśka wyszła i powiedziała, że te modelki 
przyjeżdżają  za  dwa  tygodnie,  nie  wiem,  czy  to  się  zgadza  z  tym,  co  Twój  tata  zeznaje. 
Potem okazało się, że Maryśka nie zapytała w ogóle o nazwiska modelek, a Tobie, zdaje 
się, na tym najbardziej zależało. Nie zapytało nasze słoneczko, bo zagadała się z tą panią o 
szmatach. Kazałem jej wrócić i powiedzieć, że chciałaby od tych modelek autografy, więc 
zależy jej na tym, żeby wiedzieć, które będą. Maryśka wróciła, zapytała tej pani, ale ona po 
prostu nie wiedziała, które będą. Strasznie ciężko mi się to wszystko opisuje, bo jakieś tu 
same krętactwa, nie wiem, do czego Ci potrzebne. Czy nie możesz zapytać swojego Taty? 
Maryśka w końcu zaczęła płakać i powiedziała mi, że 

22 
w ogóle nie wierzy w żaden harmonogram, który jest mi potrzebny, i że na pewno ja 

sam kocham się w którejś z tych modelek, a ją wykorzystuję jak pionka na szachownicy, i 
ż

e  ona  nie  da  tak  sobą  pomiatać.  Powiedziałem  jej,  że  to  porównanie  jest  głupie.  Wtedy 

powiedziała,  że  to  ja  jestem  głupi.  Paulina,  nie  mam  siły  opisywać  Ci  dalej  naszych 
rozmów w drodze powrotnej. Maryśka obraziła się na mnie, i dopiero w dwa dni później, 
kiedy  spotkaliśmy  się  przed  kasą  kina  i  zaproponowałem  jej,  żebyśmy  kupili  bilety  obok 
siebie, to powiedziała mi łas... 

... musiałem przerwać, bo przyjechała do hotelu jakaś grupa na zjazd. To powiedziała 

mi łaskawie, że się zgadza... 

Znowu musiałem przerwać, bo ta grupa ciągłe czegoś ode mnie chciała, więc kończę 

ten  list  wieczorem.  Miałaś  rację,  znasz  swoją  przyjaciółkę  Marysieńkę  na  wylot. 
Spotkałem w warzywniaku panią Lucynkę, zaofiarowała się, że wybierze mi ładną sałatę, 
bo mama kazała mi kupić. Wybiera tę sałatę i mówi: „A co to, Radeczku, podobno jesteś 

background image

 

12

zakochany?  Mówiła  mi  Marysieńka!  Tak  płakała,  biedusia!  Weź  tę  sałatę,  kochasiu,  na 
pewno  będzie  świeża  i  kruchutka!  A  w  kim  to  zakochał  się  nasz  drogi  Radeczek,  pytam 
Marysieńkę,  ona  na  to,  że  nie  może  mi  powiedzieć,  bo  to  tajemnica!  Popatrz,  jaka  jest 
dyskretna!  A  gdzieś  ty  tę  modelkę  poznał?"  Masz  pojęcie,  Paulina?  Nie  dość,  że  mi  się 
słabo  robi,  jak  pani  Lucynka  mówi  do  mnie  Radeczku,  to  jeszcze  awansowałem  na 
kochasia. A na Maryśkę nie będę więcej połowa! pod kinem i upraszał, żeby raczyła usiąść 
obok  mnie.  Dobrze,  mogę  się  kochać  w  modelce,  proszę  bardzo,  czemu  nie?  Czy  Tobie, 
Pola,  chodzi  o  tę  Tamarę,  którą  widziałem  w  ogródku  Twojego  dziadziusia?  Niech  ja 
chociaż  wiem,  z  czyjego  powodu  ta  Maryśka  tak  mną  łomocze.  A  Ty,  Paułina,  może 
znajdź sobie innego detektywa, bo widzę, że ja chyba nie podźwignę tej roli. 

Głupie jesteście, dziewczyny! 
Radek 
23 
Schowałam  list  Radka  do  koperty,  ale  jeszcze  przez  chwilę  nie  ruszałam  z  parkingu. 

Miałam ochotę przeczytać pozostałe, niestety nie mogłam, bo zrobiło się późno, a bardzo 
chciałam  objechać  tego  dnia  najbliższą  okolicę,  przekonana,  że  gdzieś  tu  musi  być  puste 
mieszkanie, które czeka na mnie i na które ja czekam. 

Ś

rodkowe  miasteczko,  zachwalane  przez  Różę,  powitało  mnie  szczekaniem  psów. 

Widząc w oknie Ritę i powiewające im na dzień dobry uszy, leciały za samochodem. Ricie 
schlebiało  to  wyraźnie,  bo  prężyła  do  granic  możliwości  swój  smukły,  czarny  korpusik  i 
mocno biła sztywnym ogonem w siedzenie fotela, pac w prawo, pac w lewo, pac w prawo, 
pac w lewo. 

Rozglądałam  się,  jadąc  wolno  wąskimi  ulicami.  Domy  były  niewysokie,  najczęściej 

białe  z  siwymi  dachami,  ich  architektura  nie  odznaczała  się  niczym  szczególnym. 
Większość otoczona była skrawkami ogródków, na murach zwisały pędy winorośli, nagie 
jeszcze,  ale  już  wyraźnie  ożywione  ciepłymi  dniami,  deszczem,  słońcem.  Dojechałam  do 
rynku,  okrążyłam  go.  Były  tu  sklepy,  apteka,  poczta,  pośrodku  fontanna:  czarna  wielka 
głowa  lwa  z  otwartą  paszczą,  z  której  leciała  woda.  Nad  lwem  rozciągały  się  gałęzie 
kasztanowca.  Pomyślałam,  że  powinnam  wyobrazić  sobie,  jak  to  miasto  wygląda  późną 
wiosną, latem, jesienią, a nawet w zimie, kiedy przykrywa je śnieg. Ta pora, ten dzień, w 
którym oglądałam je pierwszy raz, szary był i brzydki. 

W jedną z uliczek wjechałam głębiej. Jezdnia była stroma, oddzielona od chodników 

ś

ciankami  żywopłotu.  Stały  tu  domy  inne,  zamożniejsze.  W  końcu  ulicy  było  ich  coraz 

mniej, aż wreszcie zobaczyłam pozieleniałą łąkę i prowadzącą do rzeki szeroką piaszczystą 
drogę,  wybrużdżoną  koleinami.  Nie  pojechałam  dalej,  tu  kończyło  się  miasteczko. 
Stanęłam,  wypuściłam  Ritę.  Latała  po  skąpej  trawie,  z  nosem  przy  ziemi.  Patrzyłam,  jak 
harcuje  uradowana,  później  odwróciłam  się.  Przede  mną  było  miasto  rozłożone  na 
niewielkim wzgórzu tarasami pełnymi niskich domów, szarych i ceglastych 

24 
dachów. Tu i ówdzie bieliły się brzozy. Chmury nad miastem zmieniły kolor, bo nagle 

przebiło się przez nie zachodzące słońce. Poróżowiały, ociepliły widok, było pięknie. 

Wolno ruszyłam z powrotem tą samą ulicą, którą tu przyjechałam. Rita ułożyła się na 

fotelu  i  usnęła.  Rozglądałam  się  uważnie.  Jeden  z  domów,  ogrodzony  żelaznymi 
szpiczastymi  prętami  osadzonymi  w  betonowej  podmurówce,  wydał  mi  się  szczególnie 
ładny.  Zatrzymałam  się  przy  bramie,  żeby  go  obejrzeć,  chociaż  nie  wyglądał  jak  dom,  w 
którym wynajmuje się mieszkania. We wszystkich oknach zobaczyłam gęste, białe firanki. 
Nawet  o  tej  niewdzięcznej  porze  roku  ogród  był  zadbany,  przygotowano  już  grządki  na 
kwiaty,  zieleniła  się  wysiana  przed  domem  gazonowa  trawa.  Patrzyłam  długo,  nie 
zauważyłam nawet, że ktoś zbliża się do mojego samochodu i przystaje. 

-  Czy pani kogoś szuka? 

background image

 

13

Dwoje starszych ludzi, starannie ubranych, pan z laską, pani z parasolką, przyglądało 

się mojemu brudnemu samochodowi i jego wnętrzu, widocznemu na odległość. 

-  Nie, nie szukam nikogo. Podziwiam dom. 
Wysiadłam  z  samochodu,  a  rozbudzona  Rita  wyjrzała  przez  okno.  Pani  uśmiechnęła 

się,  zaczęła  zagadywać  do  niej.  Rita  kręciła  się,  przesuwała  łapkami  po  brzegach  szyby, 
poszczekiwała.  Starszy  pan  nie  odrywał  wzroku  od  samochodu.  Wydawało  mi  się,  że 
najchętniej  podszedłby  bliżej,  bo  stał  na  brzegu  chodnika  i  oparty  na  brązowej 
bambusowej lasce przechylał się do przodu. 

-  Pani nietutejsza? - zapytał. 
Czekał  tylko  na  potwierdzenie  swoich  przypuszczeń,  bo  z  pewnością  widział  moje 

tablice rejestracyjne, kiedy podchodzili tutaj. 

-    Nie,  nie  jestem  stąd,  ale  chcę  zatrzymać  się  tu  na  dłużej.  Szukam  mieszkania, 

obawiam się, że będzie z tym problem. 

-  Nie słyszałem, żeby ktoś chciał wynajmować.  Może w innej części miasta, ale nie 

tu. Wiedziałbym, bo znamy wszystkich. To piesek czy suczka? 

25 
-  Suczka. Ma na imię Rita. 
Przez  chwilę  rozmawialiśmy  o  jamnikach.  Lubili  jamniki.  Mieli  kiedyś  jamniczkę, 

bardzo  ją  kochali.  Pewnego  roku  urodziła  szczenięta.  Były  rozkoszne.  Potem  mieli 
bokserka,  bardzo  był  przywiązany,  ale  zabrał  go  ich  syn,  kiedy  zakładał  własną  rodzinę, 
właściwie  dobrze,  bo  czasami  wyjeżdżają  i  zawsze  wtedy  jest  kłopot,  kto  wie,  co  w  tym 
czasie robić z psem? Bokserki są duże, nie tak łatwo prosić o opiekę, bo to i karmić trzeba, 
i szczeka głośno. Potem dość długo rozmawialiśmy o kotach. 

-  A co panią sprowadza w nasze strony? - zapytała wreszcie pani. 
-  Och, nie bądź taka ciekawa, Zuziu! 
Starszy  pan  pogroził  swojej  żonie  palcem,  ale  sam  chyba  był  ciekawy,  co  mnie  w  te 

strony sprowadza, bo przechylił głowę, żeby lepiej słyszeć odpowiedź. 

-    Dostałam  pracę  niedaleko  stąd,  ale  chciałabym  zamieszkać  tutaj,  podoba  mi  się 

okolica. To piękne miasteczko. 

-    Piękne.  Nawet  malarze  przyjeżdżają  do  nas  na  plenery.  Pracę  niedaleko  stąd...?  - 

zdziwiła się pani, ciągle głaszcząc Ritę. - W szpitalu? 

-  Ach, nie... 
Zapadło  milczenie,  z  którym  musiałam  coś  zrobić,  było  niewygodne.  A  poza  tym, 

naprawdę  chciałam  im  wyjaśnić,  jaką  mam  pracę,  tylko  że  z  tym  też  nie  umiałam  sobie 
poradzić. 

-    Jestem  sekretarką.  To  znaczy,  nie  jestem  sekretarką  w  żadnej  instytucji,  tylko 

prywatnie, sekretarką jednej pani. 

Brzmiało  to  bezładnie,  oboje  potakująco  kiwali  głowami,  ale  chyba  niczego  nie 

rozumieli, bo przyglądali mi się z zaciekawieniem. Nie wiem, dlaczego wydawało mi się, 
ż

e powinnam im to wyjaśnić. 

-  Ta pani jest znaną poetką, może państwo o niej słyszeli, nazywa się Róża Firlej. 
-  Ach, Róża! Oczywiście. Znaliśmy całą rodzinę. Nie za dobrze, ale znaliśmy. Nasza 

córka Ninka chodziła z Adriana do szkoły, 

26 
a nasz syn... - pani roześmiała się. -  Nasz syn podkochiwał się w Tamarze, ale jakoś 

mu przeszło. 

-  I dobrze, bo z Tamary było niezłe ziółko! - powiedział milczący dotąd pan. 
-  Alfredzie, nie mów takich rzeczy. Była sobie po prostu panienką z temperamentem. 
Uderzała  dłońmi  w  kremowych  rękawiczkach,  zupełnie  jakby  biła  brawo.  A  może 

rzeczywiście  biła  brawo  swojemu  synowi,  ponieważ  mu  przeszło.  Parasolka  w  kwiatki 

background image

 

14

tańczyła zawieszona na jej nadgarstku. Spojrzałam na zegarek. Dotarło do mnie, że stoję i 
rozmawiam z nimi, zamiast ruszyć w dalszą drogę. 

-  Miło mi, ale muszę już jechać. 
Wypadało  chyba  podejść  do  nich,  przedstawić  się,  pożegnać.  Rozmawialiśmy  tyle 

czasu,  znali  Różę  Firlej,  Ninka  chodziła  z  Adriana  do  szkoły,  ich  syn  kochał  się  w 
Tamarze,  cóż  z  tego,  że  mu  przeszło,  mieścili  się  w  moim  nowym  życiu.  Oczywiście,  że 
powinnam się przedstawić. Zbliżyłam się. Zobaczyłam, że jednocześnie spojrzeli na siebie 
i że były to spojrzenia porozumiewawcze. Po ceremonii wzajemnego przedstawiania, ona 
powiedziała uprzejmie, ale stanowczo. 

-    Proszę  wziąć  psa  i  zajść  do  nas  na  herbatę.  Wieki  nie  widzieliśmy  Róży,  ale  nie 

pozwolimy, żeby jej sekretarka minęła nasz dom nie zachodząc na chwilę. Jak pani ma na 
imię, bo nie dosłyszałam? 

-  Eliza. 
Eliza. Powiedziałam to z taką łatwością, jakbym  nigdy nie używała imienia Elżbieta. 

Zaczynam  egzystować  w  tym  nowym  życiu,  pomyślałam  wchodząc  do  ich  domu.  W 
przedpokoju pan zdjął trencz z podpinką w kratę, a pani beżowy płaszcz z gabardyny. On 
miał  na  sobie  dwurzędowy,  brązowy  garnitur  z  kamizelką,  która  mocno  opinała  pokaźny 
brzuszek.  Ona  była  ubrana  w  gładki  granatowy  kostium  z  morelową  bluzką  wiązaną  pod 
szyją.  Oboje  niewysocy,  pulchni,  ona  miała  wyraźnie  rozjaśnione,  cienkie  włosy,  mocno 
nastroszone wokół jasnej, okrągłej twarzy. Wyglądały jak 

27 
aureola.  On  był  prawie  łysy,  jedynie  w  tyle  głowy  i  nad  uszami  miał  trochę  siwych, 

starannie  przystrzyżonych  włosów.  Z  głębi  mieszkania  wyszła  gosposia.  Starsza,  chuda 
kobieta w brązowej sukni, przepasana białym fartuchem. 

-  Był telefon do pana mecenasa - powiedziała. - Dzwoniono z apteki, jest lekarstwo, o 

które pan mecenas prosił - spojrzała na mnie. - Czy mam coś podać, pani mecenasowo? 

-  Prosimy  o herbatę.  I jest jeszcze sernik, prawda, pani Cesiu? Zostałam  zaproszona 

do pokoju, zajmował chyba dwie trzecie 

parteru.  Stał  w  nim  fortepian  z  czarnym  okrągłym  taboretem,  dwa  okrągłe,  niskie 

stoliki otoczone fotelami. Parkiet lśnił. Ricie rozjeżdżały 

się łapy. 
-  Niech ją pani weźmie na ręce, pani Elizo! 
Byli sympatyczni. O nic nie pytali. Piliśmy herbatę. Opowiadali o Nince, która jest w 

Stanach. O synu, który się ożenił i ma bliźniaki. Wspomnieli o dawnej znajomości z Różą 
Firlej. I o tym, jak piękną kobietą jest Tamara. 

-    Mówiono  mi...  -  mecenasowa  zastanowiła  się.  -  Czekajcie,  kto  mi  to  mówił? 

Mówiono  mi,  że  ona  miała  romans  z  zięciem  tego  malarza,  Joachima  Morsa.  Wiesz, 
Alfredzie,  z  Filipem  Łamem,  którego  żona  zginęła  w  wypadku  samochodowym.  Joachim 
prowadził wtedy, Boże, co za nieszczęście! Przypominasz sobie? 

-  Coś pamiętam... - przyznał mecenas nakładając sobie kolejny 
kawałek sernika. 
-  No więc, mówiono mi, że Tamara miała romans z zięciem 
Morsa. A teraz przepadła. 
Pani mecenasowa powiedziała to głosem teatralnym. „A teraz 
przepadła!" 
-  Jak to, przepadła? - zapytałam. 
-    Przepadła.  Nikt  nie  wie,  co  się  z  nią  dzieje,  o  ile  się  nie  mylę,  nawet  Róża  Firlej. 

Naszą  gosposię  odwiedziła  kuzynka,  Konstancja  Żulichowa,  która  mieszka  niedaleko 
Róży. I to ona mówiła, że 

28 

background image

 

15

Róża  nie  wie  ani  gdzie  jest  Tamara,  ani  co  robi.  Czasem  przysyła  jakieś  widokówki 

albo kartki z życzeniami. Jeszcze herbaty, pani Elizo? 

-  Nie, dziękuję, pójdę już, rozejrzę się, może jednak znajdę tu coś dla siebie. 
-  Bardzo żałuję, że nie możemy pani pomóc. 
Pożegnałam  się,  obiecałam,  że  wpadnę,  przyjęłam  kawałek  kiełbasy  zawiniętej  w 

pergamin, dla Rity na kolację. Stali w drzwiach domu, kiedy odjeżdżałam. Pan mecenas i 
pani  mecenasowa,  miły  grubasek  i  serdeczna  gadułka.  Jechałam  wolno,  jedną  rękę 
trzymałam  na  kierownicy,  drugą  gładziłam  aksamitny  łepek  Rity.  „A  teraz  przepadła!"  - 
kołatało mi w głowie. Gdzie była, u licha? Przed kim się chowa? Obiecałam sobie, że po 
przyjeździe  do  hotelu  dokładnie  przejrzę  listy,  które  dała  mi  Róża  Firlej.  Nie 
przypominałam  sobie,  żebym  zauważyła  wśród  nich  kopertę  adresowaną  do  Tamary  lub 
skierowaną przez nią do kogoś. Pewnie list, na który czeka Róża, powinien być właśnie od 
niej.  Zatrzymałam  się  przy  poczcie,  porozmawiałam  w  aptece,  w  sklepie  warzywnym,  w 
księgarni  i  w  bibliotece.  Nikt  nie  słyszał,  żeby  ktoś  w  miasteczku  chciał  wynająć 
mieszkanie. Wyjeżdżałam zrezygnowana. 

Było  już  prawie  ciemno,  kiedy  znalazłam  się  przed  hotelem  „Pod  Złocistą 

Chryzantemą".  Założyłam  Ricie  smycz  i  postanowiłam  przejść  się  z  nią  trochę,  byłam 
ciekawa, czy rzeczywiście jest tu gdzieś w pobliżu cmentarz, tak jak twierdziła ta zabawna 
dziewczyna  Marysieńka.  Poszłam  chyba  w  złą  stronę,  bo  żadnego  cmentarza  nie  było. 
Zobaczyłam  za  to  brązowy  dom  z  cynobrowym  dachem.  W  oknach  paliły  się  światła. 
Otworzyłam furtkę i weszłam do ogrodu. Co powiem, jeżeli ktoś wyjdzie i zapyta, czego 
szukam,  zastanowiłam  się,  ale  zastanowiłam  się  za  późno.  W  progu  domu  stanął  starszy 
mężczyzna, z siwymi włosami i brodą. Miał na sobie drelichową bluzę. Poczułam idący od 
progu zapach farb olejnych i terpentyny. Znajomy zapach. Nie pamiętam, gdzie i kiedy go 
czułam, ale czułam niedawno... 

29 
-  Dobry wieczór! - powiedział mężczyzna stojący w drzwiach. - Kogóż to pani szuka 

po nocy, młoda damo? 

Rita  napięła  smycz,  oparła  przednie  łapy  o  jego  kolana,  merdała  ogonem  i 

poszczekiwała. Nachylił się, omiatała jego dłonie długim różowym językiem. 

-  Dobry wieczór... nikogo nie szukam... wyszłam na spacer z psem i skusiła mnie ta 

furtka... 

Przez uchylone drzwi widziałam oświetloną sień, narożnik brązowej komody. Wprost 

nie  wierzyłam  własnym  oczom!  Nad  nią  zobaczyłam  wiszącą  na  ścianie  reprodukcję 
obrazu  Johna Waterhause'a  „My  Sweet  Rosę".  Taką  samą,  jaką  widziałam  w  domu  Róży 
Firlej. 

-  Skusiła panią moja furtka? - powtórzył z łagodnym niedowierzaniem.  - Dziecko, a 

cóż  to  za  radość,  nie  sądziłem,  że  moja  furtka  może  jeszcze  skusić  kogoś.  Niechże  pani 
spojrzy,  jaka  jest  stara  i  krzywa.  Zawiasy  pordzewiałe,  zasuwka  zgrzyta.  Jak  ma  na  imię 
piesek? 

-  To suczka. Rita. 
-  Ach, Rita... Nazywam się Joachim Mors. 
-  Domyśliłam się. Jestem Eliza. Spojrzał na mnie, ręką wskazał drzwi. 
-  Proszę, niech pani wejdzie. 
-    Dziękuję,  jest  już  późno,  mam  za  sobą  przeraźliwie  męczący  dzień,  ale  jeżeli  pan 

pozwoli... 

-  Pozwolę! - przerwał  mi. - W hotelu „Pod Złocistą Chryzantemą" znają mój numer 

telefonu. 

-  Dziękuję. Dobranoc panu. 
-  Dobranoc. 

background image

 

16

Furtka  skrzypnęła,  kiedy  wychodziłam.  Odwróciłam  się  i  jeszcze  raz  spojrzałam  na 

dom. W progu nie było nikogo. Boże, czy naprawdę rozmawiałam z Joachimem Morsem, 
czy tylko wydawało mi się, że z nim rozmawiam? Szłam bardzo zmęczona, ale nie na tyle, 
ż

eby nie myśleć. Stanęłam. Odwróciłam się. Jeszcze raz spojrzałam 

30 
na  dom.  Dziwne.  Skąd Joachim  Mors  wiedział,  że  mieszkam  w  hotelu „Pod  Złocistą 

Chryzantemą"? Teraz nie było nawet świateł w oknach. Dom stał ciemny, cichy, jakby od 
dawna pogrążony we śnie. 

Wzięłam  klucz  z  recepcji,  weszłam  na  górę  i  rozesłałam  tapczan.  Rita  wyjadła 

kiełbasę z pergaminu i wskoczyła na kołdrę. Wodziła za mną wzrokiem, kiedy chodziłam 
po pokoju. 

Usiadłam  w  fotelu,  wyprostowałam  przekrzywiony  abażur  lampy.  Światło  padało 

teraz  prosto  na  koperty  leżące  na  stoliku.  Nie  sięgnęłam  po  nie,  ogarniało  mnie  coraz 
głębsze znużenie dniem, który miałam za sobą, i tymi minionymi, które wlokły się za mną 
jak  zły  duch.  Pomyślałam,  że  zaraz  zrobię  sobie  kąpiel,  ciepłą,  pachnącą  sosnowym 
płynem, i pójdę spać. Za parę godzin znowu powinnam rozpocząć swoje poszukiwania, a 
już wiedziałam, że znalezienie tu czegoś będzie trudniejsze, niż sądziłam. Od jutrzejszego 
dnia  dzieliła  mnie  noc,  od  nocy  gładka  kotara,  która  przesłaniała  okno,  jednobarwna, 
ciężka.  Miała  intensywny  wrzosowy  kolor,  który  nagle  zatrzymał  moją  uwagę.  Był 
identyczny  z  kolorem  koperty  leżącej  na  wierzchu.  Dużej,  kwadratowej,  niezwykle 
starannie  zaadresowanej  czarnym  cienkopisem.  Pochyliłam  się,  żeby  odczytać  nazwisko 
adresata.  I  w  rogu  notatkę  Róży  Firlej,  czerwone  litery  odbijały  się  wyraźnie  od 
wrzosowego tła. 

ZYTA DO ZIELONEGO ADAMA 
Wróć, Adamie. Tęsknię za Tobą w sposób niewyobrażalny, wiedziałam, że tak będzie. 

Wróć!  Rzuć  wszystko,  całe  to  swoje  stypendium  i  naukowe  ambicje,  ważniejsze  jest 
przecież to, co ja czuję, prawda? 

To  są  żarty,  Adamie.  Twoja  żona  straciła  rozum,  bo  zbyt  tęskni  za  Tobą.  Kobiety, 

które tracą rozum z miłości, piszą bełkotliwe listy. Nie należy traktować ich serio. Ale Ty 
potraktuj mnie serio, błagam! Potraktuj serio oszalałą z miłości swoją żonę Zytę i wróć do 
niej, 

31 
bo  przecież  ona  jest  dla  Ciebie  najważniejszą  kobietą  na  świecie,  prawda?  Och,  nie 

oglądaj  się  za  żadnymi  marokańskimi  dziewczynami,  pamiętaj,  że'zostawiłeś  tu  jedyną, 
największą miłość swojego życia. Twoją słodką żonę Zytę! 

Koniec,  teraz  już  ani  słowa  o  miłości,  odzyskujemy  rozum.  Przerwałam  pisanie  i 

poszłam do kuchni, żeby zrobić sobie coś do picia, i wiesz, przypomniały mi się te czasy, 
kiedy  Ciebie  jeszcze  nie  było  w  zagęszczonym  świecie  moich  pierwszych  uczuć,  a  ja 
pisywałam  listy  do  wszystkich  chłopaków,  w  których  kolejno  się  kochałam.  O  wstydzie! 
Gdzie podziewają się teraz te gryzmoły? Komu zostały pokazane, z kim wydrwione? Nie 
wierzę, żeby miłosierny los zadbał o ich zniszczenie. I z pewnością poniewierają się gdzieś 
po szufladach, między starymi papierami, pożółkłe ślady mojej bezdennej naiwności! Kto 
się z nich wyśmiewał, kto o nich wie? Jak dobrze, że listy żony pisane do męża są listami 
ż

ony pisanymi do męża, chyba wiesz, co chcę przez to powiedzieć? Nasze listy to jedna ze 

wspólnych tajemnic, które mamy, i jeżeli ktoś kiedyś będzie je czytał, to przecież tylko za 
naszym przyzwoleniem. 

Czy nie spotkałeś przypadkiem na marokańskich drogach swojej siostry Tamary? Czy 

wiesz, że nikt nie wie, gdzie ona się skryła? Od czasu do czasu przesyła znaki, jak Twoja 
Mama nazywa jej krótkie kartki, które chyba mają na cełu tylko poinformowanie Rodziny, 
ż

e  Tamara  kołacze  się  gdzieś  po  świecie,  ciągle  nieutulona  w  żalu  'po  swojej  ostatniej 

background image

 

17

miłości. Dlaczego tak jest, że ona nigdy nie może zagrzać miejsca w niczyim sercu? Tkwi 
w  tym  zagadka.  Jedynie  Twoja  siostrzenica  Melania  twierdzi,  że  w  Tamarze  jest  więcej 
uczuć  niż  w  innych.  „Przekonałam  się,  ciociu,  że  tak  jest!"  powiedziała  mi  niedawno, 
kiedy byłyśmy w cukierni na Wełnianym Rynku. Czekałyśmy na Twoją Mamę, która była 
u  fryzjera,  bo  chciała  od  niego  dostać  jakąś  dobrą  odżywkę  na  włosy.  Mela  i  ja 
oglądałyśmy na wszystkie strony ostatnią kartkę Tamary, która przyszła do Adriany i Jaśka 
na ich rocznicę ślubu. Kartka jest z Polski, ale nazwa 

32 
miejscowości  na  stemplu  była  zupełnie  nieczytelna.  Doszłyśmy  do  wniosku,  że 

Tamara  musiała  osobiście  dopilnować,  żeby  na  poczcie  zamazali  przy  stemplowaniu 
wszystkie  litery.  Twoja  Mama  zachowuje  spokój,  chociaż  widziałam,  że  Ona  również 
chciała  odczytać  nazwę  miejscowości  na  kartce.  Życzenia  dla  Jaśków  są  bardzo 
sympatyczne,  Melania  była  poruszona,  kiedy  je  czytała.  Tamara  ich  kocha!,  powiedziała. 
Melania wydoroślała ostatnio i bardzo ją lubię, chociaż zewnętrznie przypomina Tamarę. 

A teraz o naszym Synku! A więc, nasz Synek Pete wybrał się na weekend do Twojej 

Mamy.  I  cóż  to  zafundowała  mu  nasza  kochana  Różyczka?  Nigdy  nie  odgadłbyś  tego, 
nawet nie próbuj! Otóż Pete dostał od Niej tomik poezji „Nad wodami Jordanu". Z moimi 
rysunkami, jak Ci wiadomo. I co Ty na to? Nic Ty na to, bo rzecz ma dalszy ciąg. Twoja 
Mama  powiedziała  Petemu,  żeby  ofiarował  ten  tomik  swojej  dziewczynie.  Pete 
powiedział,  że  bardzo  się  cieszy  i  z  pewnością  to  zrobi,  ale  kłopot  w  tym,  że  on  nie  ma 
dziewczyny. Na co Różyczka mówi: Czas najwyższy, żebyś miał. 

Adam,  myślę,  że  powinieneś  porozmawiać  ze  swoją  Mamą  zaraz  po  powrocie.  Ja 

sobie nie życzę, żeby Petemu opowiadano takie rzeczy, bo posłuchaj, czym to się wszystko 
skończyło. Pete został zaproszony do swojego przyjaciela na imieniny.  Wiesz sam, że on 
nie miał nigdy żadnej dziewczyny oprócz komputera, to znaczy, wiesz co mam na myśli, 
już nie będę poprawiała tego zdania. Tymczasem przed wyjściem na imieniny przyjaciela 
Pete nagle przez godzinę siedział w łazience i moczył się w wannie, tak jakby chciał zmyć 
z siebie te kilkanaście lat, podczas których nie miał dziewczyny i trzeba go było zmuszać 
nawet do umycia głupich uszu. On się kąpał naprawdę, wiesz? Nie to, że siedział na brzegu 
wanny i tylko puszczał wodę z kranu, żeby robiła dużo hałasu. Był w wodzie, rozumiesz? 
W  środku.  W  wannie!  Już  to  jedno  bardzo  mnie,  Adamie,  zdenerwowało,  bo  rozumiesz, 
Ciebie nie ma, ja tu sama, a dziecko się kąpie. Waliłam w drzwi i błagałam, żeby wreszcie 
skończył, ale skąd, żadne moje prośby nie 

33 
pomagały,  widocznie  ciągle  miał  nieopanowaną  potrzebę  mycia.  Wreszcie  wyszedł.  

Włosy  wy  szczotkowane,  przylizane  jakąś  maścią,  dokoła  unosi  się  woń  wszystkich 
Twoich  wód  kołońskich,  które  zostały  w  domu,  i  jeszcze  płynu  po  gołeniu,  ponieważ, 
Adamie,  Pete  postanowił  się  ogolić.  I  zrobił  to.  Nie  wiem,  gdzie  on  znalazł  na  swojej 
twarzy zarost, podejrzewam, że nigdzie, ałe tak czy owak, ogolił się. Cala buzia we krwi, 
chociaż wszystkie zacięcia pozalepiał skrawkami ligniny. Tam, gdzie nie ma piegów, miał 
białoróżowe płatki, wyglądał czarująco. Pytam go, po co to wszystko? A on na to, że musi 
wyglądać  jak  człowiek,  bo  tam,  dokąd  się  wybiera,  będzie  jedna  dziewczyna,  z  którą 
postanowił chodzić. Jak ona wygląda, Pete, pytam, opowiedz mi, proszę. Nie wiem, mamo, 
mówi  Pete,  jeszcze  jej  nie  widziałem.  Patrzę,  a  on  wkłada  do  kieszeni  spodni  „Nad 
wodami  Jordanu".  Czyś  ty  oszalał,  pytam.  Popatrzył  na  mnie  takim  wzrokiem,  jakby  był 
cielęciem  prowadzonym  na  rzeź.  Nie  oszalałem,  mamo,  mówi,  babcia  mi  kazała,  a  poza 
tym sam czuję, że już czas najwyższy. Pocałował mnie w czoło i wyszedł. 

Nie  mogłam  znaleźć  sobie  miejsca!  Adamie,  prawda  jest  taka,  że  nienawidzę  tej 

dziewczyny, która zabiera mi Petego. Jest zwyczajną, małą idiotką, z pewnością nie będzie 
go rozumiała. Czuję, że nie ma pojęcia o komputerach, czuję, że wygląda jak kocudło, w 

background image

 

18

ogóle czuję wszystko, co najgorsze. Wiesz, dlaczego? Bo jak Pete w końcu wrócił, pytam 
go,  Pete  jak  z  tą  dziewczyną?  A  on  mówi:  spokojnie,  mamo,  bez  nerwów!  Pytam:  czy 
dałeś jej „Nad wodami Jordanu"? Dałem, mówi Pete. To ja znowu go pytam: i co? 

Pete podszedł do lodówki, wypił pół litra mleka, a ja zaraz się zlękłam, że może on ?? 

????, ale nie miał. Pytam Petego, czy ucieszyła się z tej książki. Śmiała się, mówi Pete. Jak 
to,  śmiała  się,  pytam  Petego.  Zwyczajnie,  mówi  Pete,  ta  książka  prześladuje  moją 
dziewczynę. Moja dziewczyna mówi, że jej przyjaciółka jest poetką i umie wiersze naszej 
babci  na  pamięć.  Potem,  jak  się  już  okazało,  że  babcia  jest  moją  babcią,  to  moja 
dziewczyna zdenerwowała się 

34 
i  nic,  tylko  chciała  wiedzieć,  co  się  dzieje  z  Tamarą,  a  ja  przecież  nie  wiem,  co  się 

dzieje z Tamarą, i nikt tego nie wie, więc to właśnie powiedziałem mojej dziewczynie. 

Wtedy ja, Adamie, odważyłam się i zapytałam Petego, czy jego dziewczyna ma jakieś 

imię.  I  Pete  powiedział  mi,  że  chyba  jakieś  ma.  Chyba!  Rozumiesz,  Adamie?  Chyba  ma 
imię!  Dziewczyna,  z  którą  Pete  chce  się  żenić!  Bo  zobaczysz,  że  to  się  tak  skończy,  nie 
masz  pojęcia,  jakie  są  dziewczyny.  Zaraz  ciągną  chłopaka  do  ołtarza,  nawet  jeżeli  on 
jeszcze  nie  ma  zarostu,  tak  jak  nasz  Pete.  Bez  matury,  bez  zawodu,  z  czego  utrzyma 
rodzinę?  Rodzinę,  bo  przecież  natychmiast  urodzi  im  się  dziecko,  już  słyszę,  jak  ono 
płacze! Na pewno zwalą mi je na głowę, to kto się zajmie niemowlęciem? Pete? Czy może 
ta mała idiotka? Bo na pewno nie Twoja Mamusia, którą bardzo kocham, ale nie mogę jej 
darować,  że  wrabia  Petego  w  małżeństwo,  tylko  dlatego,  żeby  ktoś  wreszcie  przeczytał 
„Nad  wodami  Jordanu".  Oprócz  mnie,  oczywiście,  bo  jak  robiłam  rysunki  do  tej  książki, 
musiałam ją przeczytać i prawie mi się to udało. 

Wreszcie  Pete  włożył  piżamę  i  przyszedł  powiedzieć  mi  dobranoc,  biedne  dziecko. 

Popatrzył na mnie i powiedział, żebym się nie martwiła, bo jego dziewczyna jest mila. I że 
chyba ma na imię Paulina, albo Karolina, ale raczej Paulina, nie mógł się zdecydować. W 
końcu stanęło na tym, że Paulina. Adamie, jest mi bardzo przykro, ale nie cierpię Pauliny, 
a  Ty?  Mój  Pete,  kochany  chłopiec,  taki  mądry  i  dobry,  a  ta  mała  zmarnuje  mu  życie, 
zobaczysz!  Pytam  go:  Pete,  jak  ona  wygląda?  A  Pete  mi  na  to:  normalnie  wygłąda,  jak 
dziewczyna. 

Tyłe  miał  o  niej  do  powiedzenia.  A,  jeszcze  jedno!  Kiedy  już  wyszedł  z  mojego 

pokoju,  zawrócił,  wsunął  głowę  przez  uchylone  drzwi  i  powiedział,  że  Karolina  ma 
turkusowe oczy. Więc, pytam: Pete, jak ona ma w końcu na imię? Raz mówisz Paulina, raz 
Karolina! Podrapał się po głowie, Adamie, i mówi, że te imiona są do siebie tak podobne, 
ż

e nie widzi różnicy. I wtedy wrzasnęłam, że ja widzę różnicę. 

35 
Pete  czmychnął.  Po  chwili  wrócił  jeszcze  raz,  i  znowu  przez  szparę  w  drzwiach 

powiedział, że właśnie dzwonił do swojego przyjaciela i że dziewczyna z pewnością ma na 
imię  Paulina.  Zapytał,  czy  już  jestem  zadowolona.  Rzuciłam  w  niego  jaśkiem,  ale  zdążył 
zamknąć  drzwi  i  jasiek  wylądował  na  podłodze.  Piszę  Ci  o  tym  wszystkim,  żebyś  był 
przygotowany na najgorsze. 

A poważnie, Adamie, to jest mi bardzo smutno, jeżeli Pete zakocha się, ja  go stracę. 

Czy jakakolwiek Paulina potrafi wtedy zrozumieć mój ból? Zapewniam Cię, że żadna. 

Muszę  porozmawiać  z  twoją  Mamą.  Czy  Ona  cierpiała,  kiedy  mnie  pokochałeś? 

Kiedy zabierałeś swoje rzeczy z szafy? Swoje książki z półki? Wypchanego misia, którego 
do tej pory trzymasz w szufladzie? Koniec śmiechu, Adamie, nie będzie to zabawne. 

Twoja kochająca i stęskniona Zyta 
Adamie, przypomniałam sobie, że kiedy zabierałeś z domu te rzeczy, i książki, i misia, 

odczuwałam  satysfakcję.  To  okropne,  jest  mi  wstyd.  Jutro  pojadę  do  Twojej  Mamy  i 
zawiozę jej najpiękniejsze kwiaty, jakie tylko dostanę, ale Ciebie nie oddam. 

background image

 

19

Zyta 
Następnego dnia obudziłam się późno, wciągnęłam dres na piżamę, włożyłam szybko 

skarpetki  i  adidasy,  a  kiedy  zawiązywałam  sznurowadła,  Rita  już  siedziała  obok  mnie  i 
przebierała  czarno-brązowymi  łapami.  Wybiegłam  z  nią  przed  hotel,  wyrywała  się, 
piszczała,  ale  postawiłam  ją  dopiero  na  małym  skwerku  po  drugiej  strome  ulicy. 
Przycupnęła pod krzewami. Zaczęłam poprawiać sobie włosy, których nawet nie zdążyłam 
uczesać,  tak  bardzo  bałam  się,  że  Rita  nie  zdąży.  Zobaczyłam  swój  samochód  stojący  na 
hotelowym parkingu, był już umyty, Radek właśnie odciągnął wycieraczki 

36 
z  przedniej  szyby  i  przecierał  ją  energicznie.  Zauważył,  że  patrzę,  pomachał  mi  z 

daleka szmatą. 

-  Ej! - zawołał. - Dobra robota, co? Jak się spało? 
-    Cześć!  -  odkrzyknęłam  i  uniosłam  w  górę  rękę.  -  Dobrze  się  spało,  dzięki! 

Podziwiam swój samochód! 

Czekając  na  Ritę  zastanawiałam  się,  jak  mam  wybrnąć  z  tym  Radkiem.  Zapytać,  ile 

mu jestem winna, czy o nic nie pytać, tylko położyć przed nim kopertę z pieniędzmi. Niby 
dlaczego ma za darmo myć mi samochód, przecież pracuje, zbiera na studia. Rozśmieszyła 
mnie nagle myśl, że Radek nie wie, że ja wiem, że ta jakaś Marysieńka radzi mu grać na 
giełdzie.  Rita  starannie  zakopywała  ślady  po  sobie,  zawołałam  ją,  przybiegła,  potrząsnęła 
uszami.  Radka  nie  było  już  przy  moim  samochodzie,  zastałam  go  w  recepcji.  Zmieniał 
dziewczynę,  która  miała  dyżur  w  nocy.  Spojrzałam  na  zegar,  dochodziła  ósma.  Uniósł 
głowę,  kiedy  weszłam,  palec  położył  na  jakiejś  rubryce  w  książce  meldunkowej,  którą 
pokazywała mu schodząca z dyżuru recepcjonistka, i patrzył na mnie. 

-  Jak będę szła na śniadanie, rozliczymy się, panie Radku - powiedziałam. 
Wzruszył ramionami i potrząsnął głową. Zły. 
-  No, wie pani! A cóż to...? 
-  Nie widzę powodu. 
-  Ja też nie widzę powodu! Zawsze musi być powód? 
-  Dziękuję. 
Spojrzał na mnie łagodniej. 
-  Sznurowadło się rozwiązało, niech pani uważa - przestrzegł mnie. Byłam w łazience 

i myłam głowę, kiedy odezwał się telefon. 

W  pierwszej  chwili  sądziłam,  że  słychać  go  z  pokoju  obok,  ale  dzwonił  ciągle,  więc 

zakręciłam wodę i zaczęłam nasłuchiwać. 

Dzwonił u mnie. Zarzuciłam ręcznik na pełne piany włosy i przerażona wyleciałam z 

łazienki. Przecież to nie może być z Ośrodka?! A jednak czułam, że lęk zgina mi kolana. 
Przysiadłam na krześle. 

37 
-  Hallo... Usłyszałam głos Radka. 
-  Telefon do pani, łączę... 
-  Czy to pani Eliza? - usłyszałam. 
Eliza? Eliza! A więc nie z Ośrodka. Ulga. Znałam ten głos, 
mecenasowa. 
-  Tak, to ja, dzień dobry, poznaję panią. 
-  Pani Elizo, chcielibyśmy jak najszybciej widzieć panią u siebie, czy to możliwe? 
-  Oczywiście, miło mi... 
Wcale  nie  było  mi  tak  miło,  czułam,  że  zamiast  szukać  mieszkania,  będę  znowu 

siedziała  w  salonie  pani  mecenasowej  i  jadła  sernik,  zbyt  kaloryczny  jak  na  moją 
skłonność do tycia. 

background image

 

20

-    To  świetnie!  -  ucieszyła  się  moja  nowa  znajoma.  -  Czekamy  na  panią  z  herbatą  o 

jedenastej. 

O jedenastej! Całe przedpołudnie miałam załatwione, ale jakoś nie mogłam odmówić. 

Byli  właściwie  pierwszymi  ludźmi,  których  tu  poznałam,  którzy  się  mną  zainteresowali, 
którzy  wcisnęli  mi  nawet  kiełbasę  dla  psa,  chociaż  wydaje  mi  się,  że  nie  była  zupełnie 
ś

wieża.  A  poza  tym  znali  Różę  Firlej.  Ich  córka  chodziła  z  Adriana  do  szkoły,  ich  syn 

kochał  się  w  Tamarze.  Przepowiadałam  to  sobie  spłukując  szampon  z  włosów.  Wszyscy 
kręcili się na tej samej orbicie. 

Po  chwili  zeszłam  na  śniadanie.  Radek  rozmawiał  przez  telefon,  ktoś  dyktował  mu 

rezerwację,  zapisywał  ją,  podawał  ceny.  Przed  recepcją  stała  niewysoka,  szczupła 
dziewczyna w długiej spódnicy z czarnego dżinsu i w kolorowej pikowanej kurtce, uszytej 
z  różnobarwnych  kwadratów,  o  wiele  na  nią  za  dużej.  Ponieważ  byłam  pewna,  że  to 
Marysieńka, pomyślałam, że chyba nie ściągnęła  tego wzoru z kolekcji prezentowanej na 
pokazie  „Do  noszenia  dla  każdej  pani".  Na  głowie  miała  zielony  aksamitny  kapelusik  z 
małym rondkiem, ozdobiony skrawkiem czarnej woalki. Odwróciła się, spojrzała na Ritę, 
potem na mnie, uśmiechnęła się nieśmiało. 

38 
Wsunęła  ręce  do  kieszeni  zabawnego  kubraczka.  Rita  podbiegła  do  niej,  machając 

ogonem. Dziewczyna przykucnęła. 

-  Poznałyśmy się wczoraj - wyjaśniła i pogłaskała Ritę. 
-  Ach tak... 
Nie  wiedziałam,  czy  mówić  do  niej  ty,  czy  pani,  więc  wolałam  ograniczyć  naszą 

rozmowę do zdawkowości. 

-  Była grzeczna? 
-  Bardzo. 
-  Idziemy teraz na śniadanie. 
-  Czy i dziś zostawi ją pani u Radka? 
-    Nie,  dziś  obydwie  proszone  jesteśmy  na  herbatę.  Roześmiała  się,  delikatnie  ujęła 

uszy Rity i ściągnęła na czubku 

łepka, wyglądały jak dziewczyński kucyk. 
-    Wyobrażam  sobie,  jak  Rita  siedzi  na  krześle,  z  łapkami  grzecznie  ułożonymi  na 

stole  tuż  przy  talerzu,  i  czeka,  aż  wystygnie  herbata.  Do  twarzy  jej  w  nowej  fryzurce, 
prawda? 

-  Bardzo. Ładnie to... Zrobiłaś? Pani zrobiła? Utknęłam. 
-  Na imię mam Marysieńka - domyśliła się. - I proszę tak do mnie mówić, dobrze? 
-  Z przyjemnością, dziękuję, ale kiedy byłam w twoim wieku, lubiłam, jak mówiono 

do mnie pani. Czułam się wtedy dorosła. Zawsze marzyłam o tym, żeby być dorosłą. 

-  Wyjść za mąż i mieć dzieci? -Tak. 
Rozłożyła  uszy  Rity  jak  płatki  kwiatów  i  spojrzała  na  mnie.  Patrzyłam  na  jej  buzię 

uniesioną  do  góry.  Miała  piwne  oczy  i  długą,  prostą  grzywkę,  która  prawie  przysłaniała 
brwi. 

-  Spełniło się? - zapytała. 
Mój  Boże,  czy  się  spełniło?  Spojrzałam  na  Radka,  który  odłożył  słuchawkę,  ale 

jeszcze zapisywał coś w wielkim notatniku. -Tak. 

39 
Puściła uszy Rity, a ja pochyliłam się i szybko wzięłam ją na ręce. 
~ Musimy już iść. Do widzenia, Marysieńko, może się jeszcze 
spotkamy, kto wie? 
-  Czy pani będzie tu mieszkała? 
-  Jeżeli nie tu, to w pobliżu. Będę pracować niedaleko stąd. 

background image

 

21

-  Jest pani lekarzem? 
Widocznie mój samochód prowokował do tego pytania. 
-  Nie. Sekretarką pani Róży Firlej, poetki. 
Marysieńka ciągle jeszcze nie podnosiła się, mimo że już od chwili trzymałam Ritę na 

ręku. Patrzyła na mnie ze zdumieniem. 

-    Róży  Firlej...  poetki...  -  powtórzyła  wolno.  -  Coś  takiego...  Znam  jej  córkę,  wie 

pani? 

-  Nie, skąd mogę wiedzieć? 
-    Oczywiście,  skąd  może  pani  wiedzieć!  -  ożywiła  się.  -  Jej  córka  jest 

nieprawdopodobnie piękna! Nieprawdopodobnie. 

-  A teraz przepadła! - powiedziałam. 
Ś

wiadomie  użyłam  zwrotu  i  intonacji  pani  mecenasowej,  byłam  przekonana,  że 

spodoba się Marysieńce. 

-  To  pięknie  brzmi!  -  zachwyciła  się.  -  Zupełnie  jakby  było  z  Szekspira!  Coś  jak 

„Ofelio, do klasztoru!", prawda? 

- Tak. Podobnie. 
Zaczęłam  obawiać  się,  że  nie  będzie  nam  dane  zjeść  śniadania,  ale  uratował  mnie 

Radek.  Przechylił  się  przez  recepcyjne  biurko,  zobaczył  Marysieńkę,  której  szeroka 
spódnica leżała na podłodze 

wielkim kołem. 
-  Maryśka, czyś ty oszalała? Musisz wszystkie śmiecie zamiatać swoimi szmatami? I 

czy nie widzisz, że zbliża się wpół do, a ty idziesz na za piętnaście? 

Marysieńka  poderwała  się,  jedną  ręką  przytrzymała  kapelusik,  drugą  pomachała  w 

naszą stronę. Złapała jakiś worek i szybko ruszyła w stronę drzwi. 

40 
-  Cześć, cześć! - wołała. - Chryste Panie, ja się  spóźnię, a to wszystko przez ciebie, 

Radek! 

Jeszcze chwilę widzieliśmy ją, oboje wpatrzeni w przeszklone drzwi. 
-  Jest  cudowna!  -  powiedziałam.  -  Musi  pan  ją  uwielbiać,  prawda?  Patrzył  na  mnie 

osłupiały. Stukał palcami w identyfikator przypięty 

do białej koszuli, była na nim nazwa hotelu oraz Radka imię i nazwisko. 
-  Ja? Maryśkę? Nigdy w życiu. 
Znowu  spojrzeliśmy  w  przeszklone  drzwi.  Przebiegała  jezdnię,  z  workiem  szkolnym 

rzuconym na plecy, ciągle trzymając w ręku zielony kapelusz. 

-  Bardzo ją lubię - powiedział Radek. 
Poszłyśmy  w  końcu  na  to  śniadanie,  pan  Miecio  szybko  podał  jajka  po  wiedeńsku, 

bułkę,  jogurt.  I  talerzyk  dla  Rity.  Wyjęłam  z  torby  psią  puszkę,  nałożyłam  jedzenie  i 
postawiłam w kącie przy barku. 

-  Psinka ma zdrowy apetyt! - pochwalił pan Miecio. 
Niestety,  psinka  miała  okropny  nawyk  jedzenia  tylko  w  towarzystwie.  Nie  mogłam 

sobie z tym poradzić, z psinki był zwyczajnie kawał żebraka. Uporałyśmy się w końcu ze 
ś

niadaniem i wyszłyśmy przed hotel. Rozejrzałam się, dzień był ładny, jasny, nawet słońce 

chwilami  przemykało  pomiędzy  chmurami.  Chodziłam  zaglądając  w  boczne  uliczki, 
obejrzałam  wystawy  zamkniętych  jeszcze  sklepów,  z  daleka  zobaczyłam  zieleniejące  w 
parku drzewa. Postanowiłam tam pójść jeszcze dziś, niezależnie od tego, czy znajdę jakieś 
mieszkanie, czy nie. 

Dzwonek przy furtce nacisnęłam punktualnie o jedenastej. Usłyszałam ciche buczenie 

domofonu. Furtka otworzyła się, jednocześnie w drzwiach domu stanęła pani mecenasowa. 

-  Witam, pani Elizo, witam! - wołała. - Podziwiam, jaka pani punktualna! 

background image

 

22

Dziś  ubrana  była  w  ciemnoszarą  spódnicę  i  obcisły  czarny  sweterek  z  trójkątnym 

dekoltem. Na szyi miała sznur perłowych 

41 
koralików.  Zastanawiałam  się,  czy  bardzo  ją  rażą  moje  wyblakłe  dżinsy,  wielki 

czerwony  sweter  z  golfem  sięgającym  brody,  moje  adidasy,  ciężkie  i  toporne  w 
porównaniu z jej lekkimi czółenkami na niewysokim obcasie. 

-    Przepraszam  za  swoje  ubranie  -  powiedziałam.  -  Wszystkie  rzeczy  mam 

zapakowane. Nie chcę otwierać walizek, nie opłaca mi się, bo przecież musiałabym zaraz 
pakować je na nowo. 

-  Proszę, niech pani siada, mąż zaraz do nas dołączy. Słusznie pani robi nie otwierając 

walizek,  zawsze  tak  jest.  Jak  się  otworzy,  potem  niczego  nie  można  tam  upchnąć  z 
powrotem. 

Upchnąć,  mówi.  To  już  lepiej  niż:  „mąż  do  nas  dołączy",  pomyślałam.  Przyszedł 

zresztą szybko,  witając  mnie wylewnie. Czekałam, czy nie zacznie mówić do mnie „pani 
dobrodziejko", ale nie zaczął. Potem pomyślałam sobie, że dziś wszystkiego się czepiam. 
Nikt  mi  tu  nie  kazał  przychodzić,  sama  się  zgodziłam, zamiast  powiedzieć  „dziękuję,  nie 
mogę,  niestety!"  Nie  zrobiłam  tego,  więc  i  teraz  nie  powinnam  marudzić  w  sobie,  tylko 
wypić herbatę, pożegnać się i wyjść. Stało się zupełnie inaczej. 

-    Długo  zastanawialiśmy  się  wczoraj  nad  pani  problemem  -  powiedziała  pani 

mecenasowa. 

-  Tak, bardzo długo - potwierdził pan mecenas. 
-  I mamy dla pani pewną propozycję, sądzimy, że będzie pani odpowiadać, ale jeżeli 

nie, proszę nam powiedzieć otwarcie. 

-    Tak,  zupełnie  otwarcie!  -  zaznaczył  pan  mecenas.  Zaczęłam  zastanawiać  się,  czy 

przypadkiem pani mecenasowa 

nie  jest  panem  mecenasem,  a  pan  mecenas  panią  mecenasowa,  bo  z  pewnością  ona 

wypowiadała  się  sprawniej.  Gosposia  wniosła  na  tacy  filiżanki  z  herbatą,  a  na  paterze 
zupełnie nową odmianę 

sernika. 
-  Specjalnie z okazji pani przyjścia pani Cesia zrobiła sernik, jest świeżutki, jeszcze 

ciepły! Pani Cesia jest czarodziejką, czyż nie? 

-  Och! - powiedziałam uśmiechając się do pani Cesi. 
42 
Patrzyła  na  mnie  niechętnie,  zapewne  musiała  rano  szukać  odpowiedniego  sera  i 

szarpać  się  w  kuchni  z  całym  tym  kramem.  Wyraźnie  nie  budziłam  jej  sympatii.  Moje 
„och" nie poprawiło sytuacji. Bez słowa postawiła przed nami filiżanki, paterę i talerzyki. 

-  Smacznego... - powiedziała ponuro. 
Wyszła. Pani mecenasowa przechyliła się w moją stronę i szepnęła poufnie zdradzając 

swój sekret. 

-    Ja  się  jej  strasznie  boję.  Jestem  od  niej  całkowicie  uzależniona,  bez  Cesi  nie 

dałabym sobie rady, bo mam dwie lewe ręce. 

-  O, tak! - przyznał pan mecenas. 
Rita już się szykowała, siedziała na fotelu obok mnie i węszyła. Sernik pachniał. 
-  Wracając do naszej propozycji - podjęła zarzuconą kwestię pani mecenasowa. - Czy 

mogę dać Ricie trochę sernika? 

-  Ale to nie jest nasza jedyna propozycja! - upewnił mnie pan mecenas. 
-  Alfredzie, nie przerywaj mi, proszę! Wracając do naszej propozycji, to ona wygląda 

tak,  zaraz  pani  powiem.  Nie  wiem,  czy  zauważyła  pani,  jak  ładnie  mamy  przygotowany 
ogródek na przyjęcie wiosny? 

-  O, tak! Zauważyłam, oczywiście! 

background image

 

23

-  Wszystkie domy na naszej ulicy mają ogródki pięknie przygotowane, prawda? 
Zlękłam  się,  może  powinnam  teraz  powiedzieć,  że  nie,  skąd,  że  jedynie  ich  ogródek 

jest przygotowany tak wspaniale. Prawda jednak była taka, że inne też zwracały na siebie 
uwagę niezwykłym zadbaniem. 

-    Tak,  wszystkie,  ale  państwa  ogródek  jest  wyjątkowo  ładny!  -  odpowiedziałam 

dyplomatycznie. 

Rita  wsadzała  kawałek  sernika  pod  dywan.  Podrzucała  jego  brzeg  długim  nosem,  a 

potem upychała ciasto w norce. Ciekawe, co powie na to pani Cesia, kiedy będzie sprzątać. 

43 
-    Nie  przesadzajmy,  inne  też  są  porządnie  utrzymane  -  ciągnęła  mecenasowa.  -  Wie 

pani, dlaczego tak się dzieje? 

Nie  miałam  pojęcia.  Rita  przyklepywała  dywan  łapą.  Marzyłam  o  tym,  żeby  wyjść 

stąd  jak  najszybciej,  mimo  że  Ninka  chodziła  z  Adriana  do  jednej  klasy,  a  syn 
mecenasostwa kochał się w Tamarze. 

-    Dzieje  się  tak  dlatego,  że  wszystkimi  naszymi  ogródkami  zajmuje  się  jeden  i  ten 

sam ogrodnik! I proszę sobie wyobrazić, pani Elizo, ten ogrodnik dostał mieszkanie. 

-  Och! - powiedziałam. 
-  Domyśla się pani? 
Mecenasowa patrzyła na mnie wyczekująco. Milczałam, bo bałam się, że propozycja, 

abym  zamieszkała  z  ogrodnikiem  w  jego  nowym  mieszkaniu,  będzie  dla  mnie  nie  do 
przyjęcia,  a  czułam,  że  coś  takiego  wisi  w  powietrzu.  Pani  mecenasowa  dała  Ricie 
następny kawałek sernika, który, cokolwiek można by powiedzieć o pani Cesi, był pyszny. 

-  A więc, nie domyśla się pani? - pyta mecenasowa z uradowaną miną. 
-  Nie domyślam się - powiedziałam, nerwowo odrzucając poprzednie przypuszczenia. 
Pan  mecenas  jadł  sernik  i  popijał  herbatą  siorbiąc  cichutko,  co  nie  pasowało  ani  do 

jego stanowiska, ani do krawata, który miał zawiązany niezwykle starannie. 

-  Pani Elizo! - zaczęła mecenasowa uroczyście. - Zwalnia się domek ogrodnika! 
Rita znowu podbijała brzeg dywanu nosem. Sprawnie uzupełniła swój zapas kolejnym 

kawałkiem  sernika.  Fakt,  że  zwalnia  się  domek  ogrodnika,  docierał  do  mnie  bardzo 
powoli, a myśli, że mogłabym w nim zamieszkać, w ogóle do siebie nie dopuściłam. 

-  I co pani na to? 
-  Myślę, że ogrodnik bardzo się cieszy. 
-  Pani Elizo, jaka pani jest dowcipna! 
44 
Nikt  jeszcze  mi  nie  powiedział,  że  jestem  dowcipna.  Zdarzyło  się  to  pierwszy  raz  i 

sprawiło mi przyjemność. Miło jest być dowcipną, chociaż nigdy  nie chciałabym stać się 
duszą  towarzystwa.  To  mi  nie  odpowiadało.  Wszystkie  dusze  towarzystwa,  jakie  znałam, 
były zawsze męczące. Takie i inne miałam myśli, ponieważ za nic nie chciałam dopuścić 
do siebie tej jednej, że domek ogrodnika postanowiono zaproponować mnie. 

-  Zapewne chciałaby pani zobaczyć, jak on wygląda? 
Na miły  Bóg,  chyba nie  miała na myśli ogrodnika? Rita znowu ugniatała  dywan nad 

sernikiem. Patrzyłam w jasne oczy mecenasowej, na pięknie zawiązany krawat mecenasa, 
a  w  gardle  miałam  wielką  kulę  wzruszenia,  która  nie  pozwalała  mi  powiedzieć  nawet 
jednego, marnego słowa. Skinęłam głową i wyjęłam z kieszeni dżinsów ligninową chustkę 
do  nosa.  Używałam  jej  już,  więc  sypały  się  poszarpane  strzępki.  Właściwie  mogłam  nie 
oglądać domku ogrodnika, wystarczyło, że był. 

-  No, pani Elizo... no, proszę, niech pani nie płacze... 
-  A co ja mogę robić innego? - wykrztusiłam wreszcie. Domek stał w końcu ogrodu 

należącego do pani mecenasowej 

background image

 

24

i  pana  mecenasa.  Prowadziła  do  niego  ścieżka  ukryta  między  dwoma  szeregami 

porzeczek i agrestu. Była to mała chatka, biała z czerwonym daszkiem i framugami okien 
pomalowanymi  na  brązowo.  Dwa  niewielkie  pokoiki,  kuchnia  wielkości  dużej  serwety, 
łazienka z brodzikiem. Wszystko czyste, odmalowane, puste. 

-  To on już się wyprowadził? 
-    Tak.  Domek  jest  po  remoncie,  ogrodnik  skończył  malowanie  parę  dni  temu.  Nie 

mieliśmy  zamiaru  wynajmować,  ani  proponować  komuś,  żeby  tu  zamieszkał,  bo 
uważaliśmy to za zbyt ryzykowne, no, wie pani... obcy ludzie... 

-  Czy państwo są pewni? - zlękłam się. 
-  Jesteśmy pewni, pani Elizo. 
Stałyśmy w progu kuchni. Mecenas chodził po domku, sprawdzał, czy okna zamykają 

się porządnie, otwierał każde z nich, oglądał 

45 
klamki.  Zaczęłam  liczyć  w  głowie  pieniądze.  Potrzebne  mi  będą  firanki,  zasłonki, 

tapczan,  stolik  pod  maszynę,  krzesło.  W  bagażniku  miałam  część  swojego  gospodarstwa: 
połowę serwisu, połowę sztućców, połowę ręczników... połowę, połowę, połowę... 

-  Jakie są państwa warunki finansowe? 
-  Zastanawialiśmy się nad tym - powiedziała mecenasowa. - Doszliśmy do wniosku, 

ż

e będzie dla pani krępujące, jeżeli nie ustalimy jakiejś sumy. 

Pomyśleli nawet o tym, byłam im wdzięczna. 
-  Wrócimy teraz do naszej herbaty, usiądziemy i spokojnie omówimy wszystko. 
Weszliśmy do ich salonu. Z przerażeniem przypomniałam sobie o serniku, który Rita 

ukryła pod dywanem. Musiałam się do tego przyznać. Mecenasowa śmiała się. 

-    To  drobiazg,  sprzątniemy  wszystko  tak,  żeby  pani  Cesia  nie  zauważyła.  Pójdę 

prędziutko  po  zmiotkę,  a  ty,  Alfredzie,  bądź  tak  dobry  i  przynieś  jakąś  torebkę  foliową. 
Wyrzucimy sernik ptakom. 

Poszła  do  kuchni,  wiele  bym  dała  za  to,  żeby  usłyszeć,  jak  wykrętnie  tłumaczy  pani 

Cesi, czemu tak pilnie potrzebna jej zmiotka. Stanęłam przy oknie, z Ritą na ręku, ale nie 
było stąd widać domku ogrodnika. Odwróciłam się i zobaczyłam na stoliku telefon. Leżała 
przy nim duża kartka, na której ktoś zapisał wyraźnie kilka cyfr. Poznałam je, to był numer 
telefonu Róży Firlej. Sprawdzili mnie, pomyślałam. Cóż, nie mogłam mieć o to pretensji. 
Byłam tylko ciekawa, czy pani Róża powie mi o tym. 

Siedziałam  u  nich  długo,  opowiedziałam  im  trochę  o  sobie,  ale  niedużo,  szczęśliwie 

nie zadawali pytań. Słuchali nie patrząc na mnie, jedynie od czasu do czasu któreś z nich 
podnosiło  wzrok.  Zgarniali  okruchy  sernika  na  talerzyku,  wygładzali  łyżeczką  cukier  w 
kryształowej miseczce, poklepywali Ritę. 

-  Może  pani  być  spokojna,  zatrzymamy  wszystko  przy  sobie  -  powiedziała  nagle 

mecenasowa. 

46 
-  Oczywiście - potwierdził mecenas. - Zaraz po pani przyjeździe załatwimy warsztat 

samochodowy, to nie jest robota dla kobiety, a ja w niczym nie pomogę, jestem po zawale. 

-    Wyobrażam  sobie,  że  chciałaby  pani  jeszcze  raz  zobaczyć  domek  -  powiedziała 

mecenasowa. 

Widocznie uznała, że dość tej rozmowy, a ja domek rzeczywiście chciałam zobaczyć 

jeszcze  raz.  Poszliśmy  we  trójkę.  Sprytna  Rita  udawała,  że  nigdy  nie  kopie  jamek  w 
niczyich ogrodach, biegła grzecznie między krzewami agrestu i porzeczek, jakby znała tę 
ś

cieżkę  na  pamięć.  Usiadła  przed  drzwiami  domku  i  zaszczekała  niecierpliwie.  Mecenas 

sięgnął  do  kieszeni  marynarki  i  podał  mi  klucze.  Jeden  duży,  drugi  mały,  związane 
czerwonym sznurkiem. 

-  Poszukam breloczka, masę tego mam w szufladzie, nie pomyślałem jakoś. 

background image

 

25

-    Dziękuję  panu,  mam  breloczek,  do  którego  jestem  przywiązana.  Tak,  miałam 

breloczek, który odczepiłam od kluczy swojego 

mieszkania, kiedy wychodziłam z niego po raz ostatni. Otworzyłam drzwi. 
-  Proszę! - powiedziałam. 
Weszliśmy  znowu  do  domku.  Stanęliśmy  przy  oknie,  z  którego  widać  było  część 

ogrodu. Mecenasowa objęła mnie. Poczułam zapach słodkich, kwiatowych perfum, nie  w 
moim guście. Czy ma znaczenie, jak ubiera się drugi człowiek? Jakich używa perfum? Nie 
ma znaczenia, nie powinnam tak często zapominać o tym. 

Wróciłam  do  hotelu  w  porze  obiadu,  ale  nie  byłam  głodna.  Radek  kończył  właśnie 

dyżur. Spojrzał na mnie wychodząc z recepcji. 

-  Upolowała pani coś? 
Idąc  do  wyjścia  jednocześnie  zakładał  grubą  koszulę  na  podszewce,  nosił  ją  zamiast 

kurtki. Przytrzymałam go za rękaw, którym wymachiwał w powietrzu. 

-    Tak.  Mieszkanie  mam,  teraz  szukam  dobrego  człowieka,  który  mi  pomoże  w 

przeprowadzce. 

47 
„ pan Mors zaprasz 
peszcie Marysieńka. - 
kwas. Paulina i ja uwiel 
ż

e to świństwo. Ciekawe 

wypija je do ostatniej k 
i moją jedyną przyjaciół 
inne przyjaciółki, ale one 
" Marysieńko, muszę ? 
potem chcę zrobić żaku 
dopiero wieczorem, zadzw 
-  Idę tam teraz, więc 
-  Dobrze, bądź, podzi^ o siódmej. 
-  Co pani będzie kupc 
-  Przecież masz być te 
-  Polecę i przylecę! 
-  Dziękuję ci bardzo, a zastanowić się. 
Pokiwała głową ze zroz 
-  To do zobaczenia! 
-  Do zobaczenia, Mary; Otworzyłam drzwi i wes 
zostawiłam na stole, wiec 
z torebki proszek i połknęłan 
na tapczan i natychmiast u 
kartce wszystko to, co che 
pewno miała wielką ochotę c 
mi w zakupach, ale akurat t 
dniałam sobie jej powiedzenie 
foch i o tej jednej prawdziwej, 
b° doskonale pamiętam, że n 
| koperty ma krótką informacj 
-  Też upolowane! - roześmiał się. 
-  Wspaniale. 
- Tylko dziś nie mogę, bo mam szkołę. 
-  Umówiłam się na sobotę, mam do zrobienia jeszcze trochę zakupów. 
-  Sobotę mam wolną, umowa stoi. 

background image

 

26

-  Cieszę się, że mi pan pomoże. 
Lubiłam  go.  Nie  miałam  pojęcia,  jak  mu  się  odwdzięczę,  ale  wiedziałam,  że  później 

na  pewno  coś  wymyślę.  Radek  wyszedł,  poszłam  sprawdzić,  czy  w  recepcji  nie  ma  dla 
mnie  wiadomości.  Nie  było  żadnych,  więc  mogłam  już  iść  na  górę.  Ciągnęłam  za  sobą 
oporną  Ritę,  obejrzałam  się,  żeby  zobaczyć,  dlaczego  nie  leci  za  mną.  W  drzwiach 
wejściowych stała Marysieńka i to do niej wyrywała się Rita. 

-  Radka nie ma, wyszedł przed chwilą! - zawołałam. 
-    Wiem,  widziałam  go,  przyszłam  do  pani.  Zatrzymałam  się  przy  schodach, 

Marysieńka podeszła. 

-  Rita, Rita... - powtarzała, poklepując roztańczonego psa. 
-  Do mnie, Marysieńko? - zdziwiłam się. - A co takiego? 
-  Pan Mors prosił, żebym powiedziała pani, że... że... że... Rita! Rita! 
Oganiała się od mojej suczki, która złapała zębami brzeg długiej, dżinsowej spódnicy i 

szamotała go. 

-  Rita, puść! - wołałam. 
-  Ja to mam szczęście do zwierząt, nawet papuga pana Morsa mnie polubiła i na mój 

widok woła: „Rhysia! Rhysia!" Pan Mors prosił, żebym powiedziała pani, że, że... oj, Rita! 
Daj spokój, Rita! 

Pękała mi głowa, marzyłam o proszku i szklance soku, a ta Marysieńka nie mogła mi 

powiedzieć, o co prosił pan Mors. Nachyliłam się, w skroniach łupnęło, ale wzięłam Ritę 
na ręce. Ułożyła mi się na ramieniu, czułam na plecach jej przednie łapy, wsunęła mi nos 
we włosy i dmuchała. 

48 
-    Pan  Mors  zaprasza  panią  na  kwas  chlebowy  -  powiedziała  wreszcie  Marysieńka.  - 

Radzę, żeby pani poszła, on robi pyszny kwas. Paulina i ja uwielbiamy go po prostu! Tylko 
Radek mówi, że to świństwo. Ciekawe, bo jak już ma to świństwo w szklance, wypija je do 
ostatniej  kropli.  Paulina  jest  wnuczką  pana  Morsa  i  moją  jedyną  przyjaciółką,  taką  na 
ś

mierć i życie. Mam jeszcze inne przyjaciółki, ale one nie są specjalnie prawdziwe. 

-  Marysieńko, muszę iść na  górę i wziąć proszek od bólu  głowy, potem  chcę zrobić 

zakupy,  będę  mogła  pójść  do  pana  Morsa  dopiero  wieczorem,  zadzwonię  do  niego  i 
powiem mu o tym. 

-  Idę tam teraz, więc mogę być telefonem, chce pani? 
-  Dobrze, bądź, podziękuj panu Morsowi i powiedz, że przyjdę o siódmej. 
-  Co pani będzie kupować? Może pomogę? 
-  Przecież masz być telefonem. 
-  Polecę i przylecę! 
- Dziękuję ci bardzo, ale zrobię sama zakupy, muszę pomyśleć, zastanowić się. 
Pokiwała głową ze zrozumieniem. 
-  To do zobaczenia! 
-  Do zobaczenia, Marysieńko. 
Otworzyłam  drzwi  i  weszłam  do  pokoju.  Otwarty  karton  soku  zostawiłam  na  stole, 

więc tylko sięgnęłam po szklankę, wyjęłam z torebki proszek i połknęłam go. Usiadłam w 
fotelu,  Rita  wskoczyła  na  tapczan  i  natychmiast  usnęła.  Postanowiłam  zapisać  sobie  na 
kartce wszystko to, co chciałam kupić. Biedna Marysieńka, na pewno miała wielką ochotę 
chodzić ze mną po sklepach i doradzać mi w zakupach, ale akurat to wolałam robić sama. 
Nagle przypomniałam sobie jej powiedzenie o niespecjalnie prawdziwych przyjaciółkach i 
o tej jednej prawdziwej, Paulinie. Nie potrzebowałam sprawdzać, bo doskonale pamiętam, 
ż

e między listami jest jeden, który w rogu koperty ma krótką informację: 

49 
MARYSIEŃKA DO PAULINY 

background image

 

27

Puk, puk, Paulinko, to ja, listonosz! 
Długo do Ciebie nie pisałam, bo byłam chora, miałam grypę, nie 
mam pojęcia, gdzie ją złapałam, czy może raczej, nie mam pojęcia, 
gdzie ona mnie złapała, w każdym razie byłam obołała i kaszląca, 
i kichająca, cała spuchłam, dosłownie nie poznawałam siebie, kiedy 
patrzyłam w lustro, chwilami wydawało mi się, że ja to wprost nie 
jestem ja, tylko jakaś zupełnie obca mi ruina, której dotąd nie 
widziałam na oczy, kiedy zaczynałam ten Ust, pomyślałam sobie, że 
napiszę go nie używając w ogóle kropek, jak do tej pory udaje mi 
się, zobacz, ale czuję już w sobie przemożne zmęczenie, podobno 
amerykański pisarz Faulkner pisał też takie długie zdania jak ja, ale 
boję się, że mu nie dorównam, i wiesz, Paulino, chyba niedługo 
postawię kropkę, bo bardzo chciałabym opisać Ci swoje przeżycie, 
które miałam w czasie ostatniego lutowego targu, na który mama 
posłała mnie w celu, żebym zakupiła świeże fladry, bo dowiedziała 
się, że właśnie tego dnia świeże fladry miały być u Pani Stragan 
Rybny, tutaj chyba już koniecznie powinna być kropka, ale ciągle 
jeszcze jej nie postawię, zobaczymy, jak długo uda mi się pisać w ten 
sposób, ale wiesz, czuję w gardle ogromną kluchę, która mi rośnie 
i rośnie, myślę, że to jest potrzeba postawienia w końcu kropki, no 
nic, połknęłam kluchę i spróbuję opisywać Ci dalej to, co przydarzyło 
mi się na targu, bo dzień był brzydki jak nieszczęście, padał deszcz, 
a ja pomyliłam się i zamiast parasolki od deszczu wzięłam parasolkę 
od słońca, której używa w lecie moja babcia, jak siedzi na balkonie 
od strony ulicy, bo na balkonie od strony ulicy jest silna operacja 
słoneczna, która szkodzi mojej babci, szczególnie na głowę, i widzisz 
tutaj już chyba nie wybrnę bez kropki, bo jak mam bez kropki przejść 
od głowy mojej babci do świeżych flader, których spodziewała się 
w dniu targowym Pani Stragan Rybny, ale popatrz, może jakoś to 
zrobię, zważywszy, że już jestem przy straganie, więc tylko muszę Ci 
50 
napisać,  że  świeżych  flader  nie  przywieźli  i  musiałam  czekać,  a  zatem  usiadłam  na 

murku,  podkładając  pod  pupę  folię,  mama  dała  mi  ją  do  owinięcia  flader,  żeby  koszyk 
wiklinowy, w który miałam je włożyć, nie przesiąkł zapachem, z małej parasolki od słońca 
deszcz lal mi się prosto na plecy i na ramiona, a nawet na głowę, bo parasołki od słońca nie 
są  impregnowane,  niestety,  nagle  obok  mnie,  Paulina,  przepraszam  Cię,  ale  muszę 
zaznaczyć,  że  słowo  „niestety"  odnosi  się  do  parasolek,  a  nie  do  tej  dziewczyny,  która 
nagle obok mnie usiadła, też podkładając sobie pod pupę fołię, ałe lepszą niż moja, bo to 
była  torba  zagraniczna  z  napisem  „Meny  Christmas"  i  z  bardzo  ładnym  rysunkiem,  na 
którym  śliczne  koteczki,  rude  z  białymi  brzuszkami,  tańczą  wokół  zielonej  choinki 
ozdobionej  złotymi  łańcuchami,  bombkami  czerwonymi,  fioletowymi  i  żółtymi,  a  pod 
choinką  leżą  paczuszki  z  prezentami,  tak  ładnie  zapakowanymi,  że  wprost  chce  się 
człowiekowi  wiedzieć,  co  jest  w  środku,  ale  nie  ma  przecież  żadnej  możliwości 
dowiedzenia się, zwłaszcza że usiadła na nich ta dziewczyna, o której mogę Ci powiedzieć, 
ż

e  wydała  mi  się  nieludzko  piękna,  ale  kiedy  pomyślałam  o  niej  właśnie  w  ten  sposób, 

uświadomiłam sobie, że do tej pory nieludzko piękna wydawała mi się tylko Tamara, no i 
właśnie  jak  tak  pomyślałam,  to  zobaczyłam,  że  dziewczyna,  która  siedzi  obok  mnie  na 
„Merry Christmas", jest bardzo do Tamary podobna, znowu mam kluchę w gardle, tak mi 
jest potrzebna ta kropka, że chyba ją postawię: KROPKA 

background image

 

28

Ufff ciężkie jest życie bez kropek! Ta dziewczyna w ogóle nie miała parasolki, tylko 

kaptur  od  nieprzemakalnej  kurtki  na  głowie,  więc  była  lepiej  urządzona  niż  ja. 
Postanowiłam zawrzeć z nią znajomość. 

-  Czy ty też czekasz na fladry? - Pytam. 
-  Tak. Ja też czekam na fladry. 
Mówi.  Źle  napisałam,  Paulina,  nie  chcę  kreślić,  więc  wybacz,  ale  napiszę  to  jeszcze 

raz, bardzo nie lubię pokreślonych listów. 

-  Czy ty też czekasz na fladry? - pytam. 
-  Tak. Ja też czekam na fladry! - mówi. 
51 
Przez  chwilę  milczała,  ja  też,  no  bo  jak  czeka  na  fladry,  to  czeka,  o  co  mam  jeszcze 

pytać, wszystko wiem, prawda? Wreszcie ona odzywa się do mnie tak: 

-  Właściwie moja babcia czeka na fladry, ale poszła do sklepu kupić sobie kapelusz. 

Moja babcia, mówiąc między nami, ma fioła na punkcie kapeluszy. 

Ten  zwrot,  „mówiąc  między  nami",  bardzo  mnie  do  niej  przybliżył,  więc 

powiedziałam,  że  rozumiem  jej  babcię,  ponieważ  sama  łubie  kapelusze.  I  teraz  siedź 
mocno, Paulina, bo zaraz zapytam się tej dziewczyny, jak ona ma na imię. 

-  Jak masz na imię? - pytam tej dziewczyny. 
-  Melania - mówi ona. 
-  Yyyyyl Melania? - pytam zdziwiona. 
-  Melania - potwierdza. I pyta: - A ty? 
Przez  chwilę  nie  mogłam  z  siebie  wydobyć  głosu,  ponieważ  już  byłam  pewna,  że  ta 

dziewczyna  jest  siostrzenicą  Twojej  Tamary,  bo  nie  tylko  ma  na  imię  Melania,  tak  jak 
powinna  mieć  zgodnie  z  tym,  co  o  niej  wiemy,  ale  jeszcze  na  dokładkę  jest  bardzo  do 
Tamary podobna, co już ci napisałam, może niepotrzebnie, bo jakbym to napisała dopiero 
teraz, miałabyś większą niespodziankę. 

-  Ja mam na imię Marysieńka. 
-    Marysieńka?  Bardzo  ładne  imię,  chciałabym  mieć  na  imię  Marysieńka,  ałe  mam 

Melania i nic na to nie poradzę. Marysieńka... - pokręciła głową. - Bardzo ładnie, bardzo! 

-  Mieszkasz tutaj? - zapytałam chytrze. - Nigdy ciebie nie widziałam. 
-    Moja  babcia  mieszka  niedaleko  stąd,  a  ja  przyjeżdżam  do  niej.  Najczęściej,  kiedy 

jestem chora. 

-  A teraz jesteś chora? 
-  Byłam. Miałam anginę. Często choruję, chociaż mój tatuś jest weterynarzem. 
Roześmiałyśmy się, bo to tak głupio wyszło, ałe przecież wiadomo było, o co Mełanii 

chodzi. 

52 
-  Mojej babci ciągle nie ma! - zauważyła. 
Zauważyła, to jest ładny zwrot, prawda? Muszę go zapamiętać. 
-  Ale flader też nie ma - odparłam. 
-  Owszem, ałe obawiam się, że moja babcia kupuje sobie ten kapelusz, który tak jej 

się podoba. 

-  Dlaczego obawiasz się, że kupuje? 
-    Bo  jak  kupi,  to  przestanie  się  jej  podobać,  znam  ją.  Zawieziemy  fladry  do  domu  i 

zaraz będziemy tu wracać, żeby wymienić kapelusz albo domagać się zwrotu pieniędzy w 
ramach rękojmi. 

-  Co to jest rękojmia? 
-  Nie wiem. To jest coś, w ramach czego moja babcia robi zakupy. 
-    Czy  ja  się  mylę,  czy  twoja  babcia  jest  tą  poetką,  która  napisała  „Nad  wodami 

Jordanu"? 

background image

 

29

-  Tak, to ona, ałe nie czytaj tej książki, jest okropnie nudna! - zauważyła. 
-  Coś ty, Melania! To piękna książka! 
-  Phi! ~ prychnęla jak kot. - Też coś! 
Rozejrzała  się,  popatrzyła  na  ludzi,  którzy  krążyli  po  rynku,  jak  to  w  dzień  targowy. 

Paulina!  Przeczytaj  znowu  to  zdanie,  zobacz,  jak  ładnie  mi  wyszło,  prawda?  Albo  ja  je 
napiszę jeszcze raz: „Rozejrzała się, popatrzyła na ludzi, którzy krążyli po rynku, jak to w 
dzień  targowy".  Mam  wrażenie,  że  zwrot  ,jak  to  w",  stanowi  o  tym,  że  zdanie  nabiera 
szczególnego uroku, nie sądzisz? Więc ona oglądała łudzi na rynku przez chwilę, a potem 
zapytała mnie bez ogródek. 

-  Czy są jacyś ładni chłopcy w tym mieście? 
-  Tak - mówię. - Jeden. 
-  To nie tak dużo. Pewnie jesteś w nim zakochana? - zauważyła. 
-  Nie w każdej chwili, ale dość często. 
-  Ja kocham się w chłopaku, który ma na imię Jonasz. 
-  Z wzajemnością? 
-  Nie w każdej chwili, ale dość często! 
53 
Zaczęłyśmy  się  śmiać  jak  wariatki,  a  deszcz  padał  coraz  bardziej.  Przyjechał 

samochód  z  fladrami,  więc  stanęłyśmy  przy  straganie  zabierając  nasze  foliowe 
opakowania. 

-    Idzie  moja  babcia  z  dwiema  torbami.  To  znaczy,  że  kupiła  dwa  kapelusze,  teraz 

dopiero będzie jeżdżenie w tę i z powrotem. 

-  Wydaje mi się, że znam twoją ciocię - powiedziałam nagle. 
-  Zytę? 
-  Tamarę. 
Spojrzała na mnie bardzo uważnie. 
-  Kiedy ją widziałaś? 
-  W zeszłym roku w łecie. W sierpniu. 
-  No, tak... ona, wiesz zaginęła nam! Nie wiemy, dokąd pojechała, nawet moja babcia 

nie  domyśla  się,  gdzie  Tamara  może  być.  Przeżyła  zawód  miłosny.  Powiedziała  mojej 
babci, że życie dła niej straciło cały sens. Myślę, że Tamara nawet nie wie o tym, w jakiej 
rozpaczy jest moja babcia. Ona dlatego dziś kupiła sobie dwa kapelusze. Moja babcia, jak 
jest  w  rozpaczy,  zawsze  kupuje  rzeczy,  które  są  jej  do  niczego  niepotrzebne.  A  gdzie  ty 
poznałaś Tamarę? 

-  U jednego malarza. U pana Joachima Morsa. 
Patrzyła na mnie długo, jakby coś chciała mi powiedzieć, ale nie wiedziała, mówić czy 

nie mówić. I wreszcie zapytała: 

-  To może ty znasz tę Paulinę? 
-  Znam! - powiedziałam. - To moja przyjaciółka. 
Właśnie  zaczęli  wysypywać  z  pojemników  świeże  fladry.  Z  jednej  strony  były 

szarawe,  z  drugiej  białe.  Wyglądały  biednie.  Chciałam  podzielić  się  z  Melanią  tym 
wrażeniem, ale kiedy spojrzałam za siebie, zobaczyłam , że jej już nie ma. Była po drugiej 
stronie, gdzie Pani Stragan Rybny ustawia zawsze na taborecie owalny blaszany pojemnik, 
z  którego  też  sprzedaje  się  fladry,  bo  ona  nie  lubi,  jak  ludzie  tłoczą  się  i  denerwują. 
Kupiłam ryby, bo byłam trzecia w kolejce, ale kiedy zapłaciłam i mogłam odejść, nigdzie 
już nie zobaczyłam ani Róży Firlej, ani Melanii. Nie było ich, po prostu. 

54 
Widzisz,  Paulina,  jakie  to  jest  dziwne,  prawda?  W  najmniej  oczekiwanych 

okolicznościach  przytrafiają  się  najmniej  oczekiwane  rzeczy.  Nie  rozumiem  tylko, 
dlaczego  Melania  odeszła  bez  słowa.  A  ty  rozumiesz?  Muszę  już  kończyć,  mam  jeszcze 

background image

 

30

napisać wypracowanie na jutro. To znaczy, mam je napisać Radkowi, bo on wczoraj zrobił 
za mnie fizykę, tylko był taki podły, że nie wytłumaczył mi zadań. Powiedział, że szkoda 
jego  gadania, przecież ja i tak nie zrozumiem. Może powinnam mu je zwrócić  w ramach 
rękojmi? 

Całuję Cię, Paulinko, pamiętaj o mnie i koniecznie napisz, jaki jest ten Pete, którego 

poznałaś.  Czy  jesteś  w  nim  zakochana?  Jeżeli  on  jest  wnukiem  Róży  Firlej,  to  znaczy, 
moja  droga,  że  jest  również  stryjecznym  bratem  Melanii,  prawda?  Popatrz,  jak  nam  się 
wszystko skomplikowało przez jedne głupie fladry. 

Twoja kochająca 
Marysieńka 
Znowu  zupełnie  inna  Róża  Firlej,  pomyślałam.  Zrozpaczona,  kupująca  niepotrzebne 

kapelusze,  wszystko  po  to,  żeby  wyciszyć  niepokój  o  Tamarę,  dla  której  życie  straciło 
sens. Sięgnęłam po słuchawkę, po  chwili usłyszałam w telefonie miły  głos blondyneczki, 
która zmieniła Radka w recepcji. Podałam jej numer pani Róży, z prośbą o połączenie, nie 
czekałam długo, dzwonek rozległ się, kiedy nalewałam sobie do szklanki resztę soku. 

-    Łączę  panią...  -  powiedziała  błondyneczka.  I  zaraz  głos  pani  Róży,  trochę 

schrypnięty. 

-  Słucham? 
Mówiąc  przeciągała  samogłoski,  był  to  chyba  głos  „wyjściowy",  jak  mawiał  całe 

wieki  temu  mój  były  mąż,  kiedy  przyjmowałam  telefon  w  naszym  nieżyjącym  domu. 
„Przyjmujesz  telefon  »wyjś-ciowym«  głosem".  Tak  mówił.  Może  też  przeciągałam 
samogłoski, jak Róża Firlej, nigdy nie wiedziałam, o co mu chodzi. 

-  Słucham? - powtórzyła. 
55 
-    To  ja,  Eliza!  Zamyśliłam  się  i  dlatego  nie  odezwałam  się  od  razu!  Dzwonię,  żeby 

powiedzieć pani o moich sukcesach, mam 

mieszkanie! 
-  Cudownie, Elizo! Cieszę się bardzo. Przeprowadzka w sobotę? 
-  Tak. Zaraz idę zrobić trochę zakupów. 
Nie  powiedziała,  że  mecenasowa  dzwoniła  do  niej,  ale  pytaniem  o  termin 

przeprowadzki potwierdzała, że wie o wszystkim. 

-    Nie  szalej  zanadto!  Może  najpierw  przejrzysz  to,  co  odłożyłam  dla  ciebie,  kiedy 

wczoraj  robiłam  porządki  w  szufladach?  To  są  ładne  rzeczy,  myślę,  że  jest  dużo  takich, 
które  mogą  ci  się  przydać.  Całe  szczęście,  że  moja  synowa  Zyta  jeszcze  nie  położyła  na 
nich łapy. To znaczy, chyba wiesz, co chcę przez to powiedzieć? Zyta miała chrapkę na to 
i owo, ale tyle już ode mnie dostała, że... och, tak ci się tłumaczę, bo zwrot, że Zyta „nie 
położyła na nich łapy", zabrzmiał paskudnie! 

-  Wolałabym, żeby pani synowa nie musiała mieć do mnie o nic 
pretensji. 
-  I tak będzie miała. 
-  Boże drogi, dlaczego? - przestraszyłam się. 
-  Bo ona lubi mieć pretensje. Przepada za tym. Jest urocza, z pewnością ją polubisz. 
Róża zakasłała. 
_ Kaszel! A kiedy przyjęła pani telefon, wydawało mi się, że 
słyszę chrypkę. 
-  Nie, nie! Skąd! Nie mam chrypki, jestem uczulona na farbę olejną, a tu właśnie coś 

było malowane. 

-  To mi przypomina, że dziś idę z wizytą. Wybieram się do pana Joachima Morsa na 

kwas chlebowy. 

background image

 

31

-  Bardzo dobrze, że idziesz do niego. Może ci się przydać w pracy. Nie wiedziałam, 

czy zna pana Morsa, w listach, które do tej 

pory przeczytałam, nie trafiłam na ślad ich znajomości. 
-  Jest bardzo miły - powiedziała. - Czy zorientowałaś się już, że moja córka Tamara 

była kiedyś związana z jego zięciem? 

56 
-Tak. 
-  Ja poznałam Joachima Morsa, kiedy szukałam Tamary. Myślałam, że może on coś 

wie. 

-  Wiedział? 
-    Nie.  To  był  zły  trop.  Mówię  o  tym,  bo  nie  chcę,  żebyś  poszła  nim  bez  potrzeby. 

Natomiast  sama  wizyta  u  Joachima  będzie  dla  ciebie  miła,  jestem  pewna.  To  taki  piękny 
pan, przypomina stare, pochylone drzewo, masywny, ale już nie strzelisty. 

Nie miałam ochoty ukrywać niczego przed Różą Firlej. 
-  Wiem. Widziałam go wczoraj. 
-  Słusznie. Zapomniałam. 
A więc wiedziała, że byłam pod domem Joachima Morsa, ciekawe, od kogo? Jeszcze 

raz  przypomniała  mi,  że  w  poniedziałek  czeka  na  mnie  z  obiadem,  potem  usłyszałam 
szczekanie psów i jakiś męski głos dobiegający z głębi domu. 

-  Do zobaczenia, Elizo! - powiedziała szybko. 
-  Do zobaczenia. 
Nie  wiem  nawet,  czy  usłyszała  moją  odpowiedź,  chyba  nie,  bo  prędko  położyła 

słuchawkę. Dopiłam swój sok i wypełniłam odcinek z książeczki oszczędnościowej. Długo 
Uczyłam,  zanim  zdecydowałam  się,  jaką  sumę  mogę  przeznaczyć  na  dzisiejsze  zakupy. 
Nasz  wspólny  dorobek  małżeński  nie  był  duży,  a  część,  która  mnie  przypadła  w  udziale, 
stopniała przerażająco. Nagle ogarnął mnie lęk, że nie podołam, że nie dam rady, a chociaż 
pensja,  zaproponowana  mi  przez  Różę  Firlej,  była  nadspodziewanie  wysoka,  wiedziałam, 
ż

e nie pozwoli mi na odkładanie choćby małej sumy miesięcznie. Wyrwałam z książeczki 

wypełniony kwit i podarłam go. Na następnym wypisałam kwotę o połowę mniejszą. 

Zrezygnowałam  z  kupna  firanek,  zdecydowałam  się  na  drewniane  karnisze  z 

przesuwanymi  kółkami  i  kilka  odcinków  lnu  w  różnych  kolorach,  które  znalazłam  trochę 
przecenione  w  dziale  z  resztkami.  Postanowiłam,  że  na  razie  zasłonki  muszą  mi 
wystarczyć, wolałam 

57 
więcej  pieniędzy  przeznaczyć  na  gruby,  porządny  materac.  Zamierzałam  położyć  go 

bezpośrednio  na  podłodze  i  przyrzucić  piękną  narzutą,  jedyną  naprawdę  ładną  rzeczą  ze 
wszystkich, które wzięłam dla siebie, kiedy opuszczaliśmy dom. I właściwie to był koniec, 
zostało mi już mało pieniędzy z tych, które podjęłam na poczcie. Z ulgą myślałam o tym, 
ż

e w domku ogrodnika widziałam ścienną szafę i półki pod kuchennym parapetem, bardzo 

się bałam, że będę musiała jeszcze mieszkać w kartonach i walizkach, ale to rozwiązywało 
problem.  Długo  chodziłam  po  sklepie,  chciałam  znaleźć  coś,  co  mogłabym  położyć  na 
podłodze  przed  materacem,  ale  wszystko  było  albo  drogie,  albo  nie  pasowało  do  mojej 
narzuty. 

Wróciłam  do  hotelu  niosąc  torbę  z  lnem  i  karnisze.  Owinięty  grubą  folią  materac 

został w sklepie, opatrzony karteczką sprzedane. Wolałam nie myśleć o tym, jakim cudem 
przewiozę go do siebie. Rita obudziła się, kiedy  weszłam do pokoju, i natychmiast zajęła 
się"  obgryzaniem  karniszy.  Wyniosłam  je  na  balkon  i  runęłam  na  tapczan.  Byłam  bardzo 
zmęczona szarpaniną z moim bagażem. Odpoczęłam trochę, zrobiłam sobie kąpiel, bo idąc 
do pana Morsa nie chciałam wyglądać jak umordowany tragarz. 

background image

 

32

Był piękny wieczór, kiedy szłyśmy z Ritą uliczką, na której mieszkał. Znalazłam jego 

dom nie bez kłopotu, bo długo nie mogłam uprzytomnić sobie, w jaki sposób dostałam się 
tu  po  raz  pierwszy.Wreszcie  zobaczyłam  z  daleka  parkan  z  przekrzywioną  furtką.  Pan 
Mors stał na małym ganku i widząc mnie pomachał ręką. 

- Wyglądam, bo Pani Wielka Czyściocha przygotowała risotto na kolację! - zawołał - 

Oczywiście jest pewna, że jej się przypali! 

Nie wiedziałam, kim była Pani Wielka Czyściocha, ale dziękowałam niebiosom za to, 

ż

e wpadła na pomysł zrobienia kolacji, Rita witała się z panem Morsem wylewnie, wziął ją 

na  ręce,  obgryzała  mu  uszy  i  poszczekiwała.  Zaprosił  mnie  do  domu,  tu  nie  trzeba  było 
zdejmować butów jak u pani Róży. Mieszkanie  mroczne, umeblowane wyłącznie starymi 
sprzętami, pełne obrazów, serwetek na stolikach i drobnych 

58 
bibelotów. W jadalni było nakryte do kolacji. Zauważyłam trzy talerze i pomyślałam, 

ż

e  może  Pani  Wielka  Czyściocha  jest  po  prostu  żoną  pana  Morsa,  ale  myliłam  się,  bo 

kiedy drobna, siwa pani stanęła w drzwiach, wyraźnie sprawdzając, czy może już podawać 
kolację, pan Mors powiedział: 

-  Jest nasz gość, pani Lucynko. 
Uśmiechnęła się do mnie, podeszłam, żeby przywitać się z nią, bo czułam, że sama nie 

będzie mnie do tego zachęcać. Ogarnęła moją dłoń obiema rękami i trzymała przez chwilę, 
jednocześnie  przyglądając  mi  się  uważnie.  Wyglądała  dokładnie  tak,  jak  powinna 
wyglądać osoba, o której mówi się Pani Wielka Czyściocha. 

-  Nasz gość ma na imię Eliza, ale jest tu jeszcze mała psinka, o! Niechże pani tylko 

spojrzy, co ze mną wyprawia! To Rita. 

-  Rhita! Rhita! - rozległ się nagle przeraźliwy wrzask. 
Rita  skuliła  się  i  przywarła  do  pana  Morsa,  długi  pyszczek  schowała  mu  pod  ramię. 

Spojrzałam w stronę, z której dobiegł dziwny głos. To krzyczała piękna, kolorowa papuga, 
siedząca w dużej klatce. 

-  Rhita! Rhita! - wołała. 
Coś  podobnego,  musiała  pomyśleć  sobie  Rita,  bo  wysunęła  łeb  i  przyglądała  się 

papudze z niedowierzaniem. 

-  Czy lubi pani ryżoto? - zapytała mnie pani Lucynka. 
-    Bardzo!  I  jestem  głodna!  -  przyznałam  się.  Klasnęła  w  dłonie,  była  wyraźnie 

uszczęśliwiona. 

-  Pięknie! - zawołała. - Czy słyszał pan, Mistrzu? Jest głodna! Ja tak lubię głodnych 

ludzi, pani Elizko. Cieszę się, bo ryżoto wyszło mi znakomicie, chociaż to może brzydko, 
ż

e tak się sama chwalę - speszyła się. 

Drobnymi  krokami  poszła  do  kuchni,  wyglądała  jak  kwoczka  biegnąca  przez 

podwórze.  Pan  Mors  postawił  Ritę  na  podłodze.  Podleciała  do  stolika  między  oknami  i 
zaczęła obszczekiwać zdumioną papugę. 

59 
-    No  to  zrobiła  pani  przyjemność  pani  Lucynce.  Ona  naprawdę  lubi  nas  karmić. 

Najchętniej gości Pana Plebana z tutejszej parafii i mojego zięcia Filipa. Ze mną kłopot, bo 
nie  potrafię  zachwycać  się  każdym  kęsem,  który  biorę  do  ust.  Filip  jeszcze  nie  widzi 
półmiska, a już woła: - „pyszne, pyszne!" 

Słuchałam  tego,  co  mówi  pan  Mors,  ale  jednocześnie  rozglądałam  się  po  pokoju. 

Zachwycił mnie stary żyrandol, nisko zawieszony nad stołem. 

-    Należał  kiedyś  do  Luby  Kłosowskiej,  która  była  siostrą  matki  mojej  żony. 

Dostaliśmy  go od niej  w prezencie ślubnym. Podobno osobiście zdjęła  go z sufitu swojej 
jadalni w Narewce. 

background image

 

33

Pan  Mors  oglądał  żyrandol,  jakby  i  on  go  pierwszy  raz  widział.  Chodziliśmy  dokoła 

stołu  i  podziwialiśmy  razem  mosiężne,  powyginane  ramiona,  szklane,  matowe  klosze 
ozdobione  wyrytymi  na  nich  kwiatami.  Później  pan  Mors  opowiadał  mi  o  białostockich 
korzeniach rodziny swojej teściowej, o miasteczku Narewka, o tamtejszej cerkwi, kościele, 
o  starym  żydowskim  cmentarzu.  Wreszcie  wyjął  z  szuflady  w  komodzie  duży  album  w 
skórzanej, brązowej oprawie. 

-    Proszę  spojrzeć,  tu  są  wyłącznie  zdjęcia  rodziny  mojej  żony,  te  na  sztywnych 

kartonikach  są  wprost  nadzwyczajne.  To  jest  prababcia,  to  jest  babcia,  to  jest  mojej żony 
pradziadek.... 

Podawał  mi  kolejno  zdjęcia,  podziwiałam  urodę  pań,  sztywne  kołnierze  panów, 

kokardy dziewczynek, marynarskie ubranka chłopców. 

-  A to właśnie Luba Kłosowska, która kiedyś była właścicielką mojego żyrandola! 
Nagle  spomiędzy  czarnych  kart  albumu  wyleciały  na  podłogę  reprodukcje  jakichś 

obrazów.  Podnosiłam  je,  kiedy  do  pokoju  weszła  pani  Lucynka  niosąc  przed  sobą 
ż

aroodporny garnek z risottem. 

-  No to koniec oglądania na teraz! Ryżoto trzeba jeść póki gorące, inaczej traci smak. 

Kwiaty też tracą zapach, kiedy więdną. 

60 
Spojrzała na album i na reprodukcje, które położyłam na stole. Jedna z nich wyraźnie 

zatrzymała jej wzrok. Postawiła garnek na ceramicznej płytce i pochyliła się, przymrużając 
oczy. 

-    Nie  widzę,  Mistrzu,  ale  to  chyba  jest...  Niech  ja  spojrzę  z  bliska.  Pan  Mors  uniósł 

reprodukcję i trzymał ją tak, że obydwie 

widziałyśmy dokładnie. 
Była  na  niej  piękna  dziewczyna  o  łagodnym  owalu  twarzy.  Miała  niezwykłe  oczy  w 

trudnym  do  określenia  kolorze,  nad  nimi  równe,  ciemne  brwi.  Lekko  rozchylone  usta 
zatrzymywały wzrok. Nad czołem strzępiła się krótka grzywka, a reszta ciemnych włosów 
ginęła  w  tyle  głowy.  W  dłoniach,  wynurzających  się  z  rozkloszowanych  rękawów  sukni, 
trzymała wachlarz. Jasny, o delikatnych pastelowych odcieniach. 

-  Ależ to pani Tamara! Kiedy pan ją malował, Mistrzu? 
-    Nie,  pani  Lucynko.  To  jest  „Dziewczyna  z  wachlarzem",  a  malował  ją  August 

Renoir. 

A więc tak wygląda Tamara. Nie wiedziałam, dlaczego zaczął ogarniać  mnie niczym 

nie  uzasadniony  niepokój.  Patrzyłam  na  dziewczynę  z  portretu  jak  na  bliską  mi  osobę.  I 
bałam się o nią. Później pomyślałam, że to, co dzieje się teraz w moim życiu, jest ode mnie 
niezależne. Ktoś mną zawładnął. 

A może pan Mors działał z rozmysłem? Może celowo zaczął mówić o rodzinie swojej 

ż

ony  tylko  po  to,  żeby  w  odpowiednim  momencie  wyjąć  album  ze  zdjęciami?  Może 

ś

wiadomie  wsunął  do  niego  reprodukcje,  ukrywając  między  nimi  tę,  która  była 

najważniejsza.  Najważniejsza  dla  kogo?  Dla  niego?  Dla  mnie?  Dla  pani  Róży  Firlej? 
Chciał,  żebym  ją  zobaczyła.  W  ten  sposób  oboje,  i  on,  i  pani  Róża,  która  zawierzyła  mi 
rodzinne listy, wciągnęli mnie w życie Tamary. I w jej nieobecność. 

-  Już? - zapytał. 
-  Nie, jeszcze nie. 
Podał  mi  reprodukcję.  Trzymałam  ją  teraz  przed  sobą,  ciągle  nie  mogłam  oderwać 

wzroku od smutnych oczu i czegoś niezwykłego, co dostrzegałam w kąciku ust. 

61 
-  Jest piękna. 
-  Bardzo piękna - powiedział pan Mors. 
-  O, tak! I jaka miła, prawda, Mistrzu? A może polać pani ryżoto odrobiną ketchupu? 

background image

 

34

-  Dziękuję, myślę, że ketchup zepsuje tylko smak, pani Lucyno. 
-    Ona  też  mówiła  do  mnie:  „pani  Lucyno".  No  cóż...  -  westchnęła.  Podałam 

reprodukcję panu Morsowi. Położył ją na komodzie. 

Rita zaczęła tradycyjną żebraninę. Latała dookoła stołu, opierała łapy o nasze kolana i 

szczekała  natarczywie.  Papuga  pana  Morsa  przeskakiwała  z  drążka  na  drążek  i 
wydobywała z siebie przeraźliwy głos. 

-  Usiłuje szczekać, bidusia! - użaliła się nad nią pani Lucynka. - No, próbuj, Danuśka, 

próbuj! 

-  Phóbuj! Phóbuj! 
Rita raz po raz spoglądała na klatkę, ale nie odchodziła od stołu. 
-  Zachowuje się okropnie, wstyd mi za nią! 
-  My mamy kotkę - powiedziała pani Lucynka. 
-  Niby jedną. Ale to nie jest zupełnie ścisłe - dorzucił pan Mors. 
-  Jak to, niby? - zdziwiłam się. 
-  W kółko ma kocięta. Urodziła już wszystkie koty w naszym mieście. 
-  Ależ, Mistrzu, skąd! Sama widziałam przy rynku inną koteczkę z małymi. 
-  Z pewnością to była córka naszej i jej wnuczęta! 
Siedziałam  u  nich  długo,  piłam  kwas  chlebowy,  słuchałam  opowiadań  pana  Morsa  o 

jego  studiach,  podróżach,  rodzinie.  Chwilami  zapadało  milczenie  i  czułam,  że  to  moja 
kolej,  że  powinnam  wypełnić  je  jakąś  opowieścią  o  sobie,  ciągle  jednak  nie  mogłam. 
Potem  pan  Mors  odprowadził  mnie  do  domu.  Po  drodze  wypytywał,  jakie  dziś  zrobiłam 
zakupy i czego mi jeszcze brakuje. 

-  Jutro, zanim wyruszy pani z Radkiem, niech on wpadnie do mnie. Chętnie pozbędę 

się ze stryszka stolika i dwóch krzeseł. Stolik 

62 
będzie dobry pod maszynę do pisania. Na osiedliny dostanie pani ode mnie miotłę na 

kiju.  Pani  Lucynka  zdarła  swoją  niemal  do  połowy,  obiecałem  jej  nową,  stale  o  tym 
zapominam.  Teraz  może  będę  pamiętał,  kupię  dwie,  jedną  dla  niej,  jedną  dla  pani.  Wie 
pani, o jakiej miotle mówię? O takiej archaicznej z ryżowych gałązek. Muszę popatrzeć na 
stryszku, może tam znajdę jeszcze dla pani jakiś poręczny mebelek. 

-  Tak, tylko... - speszyłam się. 
-  O, niech mi tu pani niczego nie plącze! 
-  Dziękuję. 
-  E! - fuknął. - Nie ma o czym mówić. 
-    Jest  o  czym  mówić.  Ale  wie  pan,  jutro  nie  będę  mogła  wziąć  tych  rzeczy.  Muszę 

odebrać materac ze sklepu. Nie mam pojęcia, jak to zmieszczę w samochodzie. 

-  O ile dobrze wiem, będzie pani miała furgonetkę od Pana Poczta Polska. 
-  A kto to jest Pan Poczta Polska? 
-    Ojciec  Radka.  Poznałem  go  w  dość  niecodziennych  okolicznościach.  Zerwał  sobie 

ś

cięgno Achillesa, moja wnuczka i jej przyjaciółka zastępowały go w pracy. 

A  więc  stąd  wzięło  się  w  liście  Marysieńki:  „Puk,  puk,  Paulinko,  to  ja,  listonosz!", 

uprzytomniłam sobie. 

-  Proszę pana, czy w tym mieście mieszkają sami dobrzy ludzie? 
-  A czy w pani życiu dobrych ludzi było mało? 
-  Mało. 
-  Tak sądziłem. 
-  Za to teraz spotykam ich co krok. Czasami myślę, że to wszystko tylko mi się śni. 
-  Budzę panią ze snu, bo jesteśmy już przed hotelem. 

background image

 

35

Tak,  to  nie  sen.  Staliśmy  przed  wejściem,  nad  którym  świecił  się  półkolisty  neon  z 

napisem:  „Pod  Złocistą  Chryzantemą".  Litera  *,d"  była  ciemna,  we  śnie  na  pewno 
ś

wieciłaby jak inne. We śnie 

63 
nie wpadłabym na pomysł, żeby zepsuć literę w neonie tylko po to, żeby sen urealnić. 

Jeszcze  chwilę  stałam  przed  hotelem,  patrzyłam,  jak  pan  Mors  odchodzi.  Odwrócił  się, 
przystanął  i  uniósł  rękę.  Weszłam  do  holu,  w  recepcji  dyżur  miała  blondyneczka. 
Poprosiłam,  żeby  mi  przygotowała  rachunek  za  hotel  i  za  telefony.  Wolałam  nie  myśleć, 
ile za nie zapłacę, dzwoniłam przecież do Ośrodka. 

W pokoju otworzyłam balkon i obejrzałam swoje nowe karnisze. A potem usiadłam w 

fotelu i sięgnęłam po listy leżące pod lampą. Wybrałam spośród nich jeden, ten o którym 
myślałam  jeszcze  w  jadalni  pana  Morsa.  Wyjmując  dwa  cienkie  arkusze  wywołałam  z 
pamięci  wyrazistą  twarz  dziewczyny  z  obrazu  Renoira.  Odłożyłam  kopertę,  jeszcze  raz 
spojrzałam na drobne litery w rogu. Zgadzało się, to był ten list. 

FILIP DO JOACHIMA 
Kochany  Tato,  dzięki,  że  piszesz  do  mnie  tak  często  i  wytrwale.  Te  listy  znaczą  dla 

mnie więcej, niż sądzisz. Może jesteś w ogóle jedynym człowiekiem, który mnie rozumie? 
Wielkie to szczęście, że Ciebie mam. Jesteś chyba jedynym człowiekiem, który wie o mnie 
rzecz  najważniejszą:  w  życiu  dwa  razy  wygrałem  najwyższą  stawkę  i  dwa  razy  ją 
straciłem. 

Na  pytanie,  które  mi  zadałeś  tak  bezpośrednio,  powinienem  Ci  równie  bezpośrednio 

odpowiedzieć,  tylko  czy  potrafią?  Co  dla  mnie  jest  najgorsze?  Nie  wiem.  Myślę,  że  te 
noce, kiedy One obydwie do mnie wracają, a żadnej z Nich nie ma. Tęsknota za Eweliną 
jest  bolesną  częścią  mnie  samego,  ale  może  to  moja  część  najlepsza,  więc  dobrze,  że  nie 
wygasa. 

Byłoby  nieprawdą,  gdybym  Ci  napisał,  że  pamiętam  każdą  godzinę,  którą  z  Nią 

spędziłem, żałuję, ale nie. Czasami usiłuję przypomnieć sobie dzień po dniu z tego naszego 
najlepszego okresu, kiedy spędzaliśmy 

64 
lato  w  domku  pustelnika  nad  Wigrami,  może  pamiętasz?  Ewelina  pisała  wtedy  do 

Ciebie  tak  nieprawdopodobnie  zabawne  listy.  Nic  z  tego,  wracają  tylko  chwile.  I  to 
najczęściej nieruchome jak zdjęcia. Tęsknota za nimi jest jak krzyk. Czy wiesz, że Ewelina 
umiała  wzruszać  poduszki?  Nie  kładź  się,  mówiła  do  mnie,  bo  muszę  jeszcze  wzruszyć 
twoją  poduszkę.  Podchodziła  do  tapczana,  przykłepywała  poduszkę  z  boku,  z  góry, 
odwracała  ją  i  znowu  przykłepywała  z  dołu,  z  góry.  Za  pierwszym  razem  myślałem,  że 
ż

artuje: chce wzruszać poduszkę swoim wyglądem, czułością, tym wszystkim, czym mnie 

wzruszała, i sądziłem, że chce, aby jej ręce były dla poduszki tym samym, czym były dla 
mnie.  Dopiero  później  zrozumiałem,  że  „wzruszaniem"  nazywała  roztrzepywanie  puchu, 
ż

eby  stał  się  dla  nas  miękki  i  łaskawy.  Śmiała  się,  kiedy  powiedziałem  jej  o  tym.  Śmiała 

się.  I  wytłumacz  teraz,  dlaczego  można  powtórzyć  zapamiętaną  melodię,  a  nie  można 
zapamiętanego śmiechu? 

Ż

ałuję, że nie zdążyłeś lepiej poznać Tamary, chociaż przyznałeś, że rozumiesz moje 

wyczulenie  na  jej  obecność.  Jeżeli  wyjeżdżaliśmy  gdzieś  razem,  Tamara  wchodziła  do 
hotelowego  pokoju  i  zbliżała  się  do  tapczana.  Nie  wzruszała  poduszek,  a  jedynie 
sprawdzała  ręką,  czy  materac  jest  dostatecznie  wygodny.  Miała  natchnioną  minę 
skrzypaczki,  która  z  zamkniętymi  oczyma  stroi  instrument,  bojąc  się  fałszu.  Najpierw 
sprawdzała środek tapczana, więc strunę „d" oraz „a", później jego brzegi, strunę „g" i „e" 
swoich skrzypiec. Jedną dłoń kładła płasko na materacu, drugą, jak stożek obrębiony przy 
podstawie  czerwonymi  paznokciami,  ustawiała  obok.  Naciskała,  a  ja  myślałem  wtedy, 
która ręka czuje więcej i co przewiduje. Pięknie mi było, kiedy patrzyłem na to, wiedząc, 

background image

 

36

ż

e  stroi  instrument  dła  dwojga.  Misterium  materaca,  misterium  poduszki,  śliczne 

pogańskie  obrządki,  pospieszne  nabożeństwa  elastycznych  sprężyn,  wzruszonego  puchu, 
pełen wdzięku świat kochających kobiet, jak dobrze go znać, prawda? Myślę o Paulinie, o 
tym,  czy  zdołam  ją  zatrzymać  w  tym  pospolitym  biegu,  w  którym  wartości  zostały 
pomieszane bez sensu? Czy potrafi 

65 
odsunąć  od  siebie  przemożną  chęć  posiadania,  która  ogarnęła  świat?  Jaka  będzie  jej 

miłość  i  jakiej  będzie  szukać  dla  siebie?  Ewelina  nauczyłaby  ją  wzruszać  poduszki. 
Tamara radości, którą może dawać miłość. Obydwie wiedziałyby, co zrobić, żeby z życia 
nie  wybrała  miernoty  i  pustych  kalorii.  Czy  potrafimy  nauczyć  Ją  tego  tylko  we  dwóch? 
Jeżeli nie nauczymy Jej teraz, zostanie ślepa jak kot, któremu natura nie pomogła w porę 
otworzyć  oczu.  Tak,  Tato,  przyjedziemy  na  święta,  oczywiście!  Mam  nadzieję,  że  Twoje 
pytanie było tylko formalnością, bo czy mogłoby być inaczej? Pytasz, czy nie boję się, że 
Tamara  będzie  w  pobliżu.  Nie,  nie  boję  się,  ponieważ  nie  boję  się  Tamary.  Szanuję  jej 
decyzję, nic więcej. Jeżeli będzie spędzała święta u matki, niczego to nie zmieni. W końcu 
nauczę się żyć z Nią na jednej ziemi. 

Ś

ciskam Cię, Tato Filip 

Wiało  od  balkonu,  ale  nie  ruszyłam  się,  żeby  zamknąć  drzwi.  Nie  odłożyłam  też 

przeczytanego  przed  chwilą  listu,  ciągle  jeszcze  trzymałam  go  w  ręku.  Dokoła  mnie 
siedziały  demony  i  chichotały.  Wszystko,  o  czym  pisał  Filip,  to  były  też  i  moje  sprawy. 
Nie  wzruszałam  poduszek.  Obce  mi  było  misterium  materaca.  Prawda  jest  taka,  że 
bywałam  tylko  zakochana  i  nie  zdążyłam  pokochać,  kiedy  na  moim  palcu  znalazła  się 
obrączka,  którą  dumnie  pokazywałam  koleżankom,  bo  chciałam,  żeby  mi  zazdrościły. 
Różnica między chwilowym oczarowaniem a miłością umknęła mi niestety i nie dane mi 
było jej dogonić. Z miernoty i pustych kalorii, których bał się Filip dla Pauliny, ja zrobiłam 
małżeństwo.  Dopiero,  kiedy  przyszedł  dramat,  okazało  się,  ile  było  warte.  Tobie  sześć 
łyżeczek,  mnie  sześć  łyżeczek,  mnie  dywan,  tobie  narzuta,  mnie  telewizor,  tobie  radio  i 
płyty.  Paskudna  historia,  paskudna,  tobie  cztery  ręczniki,  mnie  cztery  ręczniki,  a  co  do 
ś

ciereczek,  możesz  wziąć  sobie  wszystkie.  Pośpiech  na  początku  i  pośpiech  na  końcu 

wspólnego 
 

66 
ż

ycia,  w  którym  nie  było  miejsca  na  żadne  obrządki.  Czy  naprawdę  dlatego,  że  nikt 

mnie  ich  nie  nauczył?  Czy  Filip  ma  rację  myśląc,  że  wiedzę  o  miłości  można  przejąć  od 
kogoś, jak wiedzę o historii czy przyciąganiu ziemskim? Może, może. To prawda, że nikt 
mnie nie uczulał na miłość, nikt nie opowiadał, jaka może być piękna, przeciwnie. Szła ku 
mnie agresywna jak napisy na murach ulicy. Przestańcie chichotać, demony, został mi po 
tym jeden skarb. 

Wyszłam  na  balkon,  w  hotelowej  restauracji  zaczynał  się  dansing.  Przez  chwilę 

bawiłam  się  tym  słowem  z  przeszłości,  które  nagle  wróciło  i  na  wprost  mojego  okna 
jarzyło  się  neonowym  napisem.  Przez  uderzenia  perkusji  i  głośne  dźwięki  instrumentów 
przebijał  się  słaby,  kobiecy  głos.  Nie  rozumiałam  słów,  zagłuszała  je  orkiestra,  melodia 
była obca. I nagle wszystko zaczęło mi się wydawać obce, i to miasto, i ten balkon, i nowe 
karnisze za moimi plecami. Załamuję się, pomyślałam, nie wolno mi. Wróciłam do pokoju, 
zamykając za sobą drzwi balkonu. Rita leżała na łóżku, tylne łapy miała rozpłaszczone jak 
ż

aba, przednie wyciągnięte przed siebie, położyła na nich swój długi pyszczek. Otworzyła 

oczy,  popatrzyła  na  mnie  sennie,  ogon  drgnął  niemrawo.  Włożyłam  arkusiki  Filipa  do 
koperty, ale kiedy kładłam ją na stole, odruchowo spojrzałam na inną, leżącą na wierzchu. 
Był  to  list  Petego  do  Jonasza.  Kto  wie,  pomyślałam,  czy  gdzieś  właśnie  tu  nie  znajdę 
tropów  prowadzących  prosto  do  Filipowej  córki.  List  Petego  był  wydrukiem 

background image

 

37

komputerowym.  Tylko  w  dole  drugiej  strony  zobaczyłam  odręczny  podpis.  Równe, 
starannie wykaligrafowane litery: PETE. 

PETE DO JONASZA 

Cześć, Jonasz, przykro mi, ale mam do Ciebie interes, pewnie będziesz zły, bo wiem, 

ż

e pojechałeś malować mieszkanie cioci Konstancji, ale z drugiej strony mam nadzieję, że 

chętnie odczepisz się od pędzla, 

67 
chyba się nie mylę, co? Udało mi się skomputeryzować biuro w administracji naszego 

domu, dostałem tę robotę na zlecenie, ale jeszcze mi nie zapłacili. Nie wiem zresztą, czy w 
ogóle zapłacą, bo te panie, które pracują w biurze, nie mają pojęcia, jak działa komputer, 
wolą  pracować  jak  pracowały,  to  znaczy  przy  pomocy  segregatorów,  kalki  maszynowej, 
spinaczy i długopisów.  Powiedziały o mnie swojemu kierownikowi, że „był tu jeden taki 
głupi, który  chciał im zrobić wodę z mózgów", a jak kierownik przyznał, że to się działo 
na  jego  zlecenie,  jedna  z  nich  powiedziała,  że  rzuca  całą  tę  robotę  w  czorty.  Druga 
następnego dnia nie przyszła, później okazało się, że miała w nocy atak kolki wątrobowej 
ze zdenerwowania. A trzecia owszem, usiadła przed komputerem, ale niczego nie mogłem 
jej  wytłumaczyć,  bo  strasznie  płakała,  powiedziała,  że  przeze  mnie  straci  pracę,  bo 
rozumie tylko w połskim języku, a ja w polskim języku niczego jej nie tłumaczę, tylko w 
obcym. 

Przykro mi, Jonasz, że zawracam Ci głowę tym interesem, który do Ciebie mam, ale to 

jest  ogromnie  delikatna  sprawa.  Tak  delikatna,  że  w  ogóle  nie  wiem,  od  czego  zacząć,  i 
właśnie  dlatego  szczegółowo  opisałem  Ci  swoje  przejścia  z  kobietami  w  administracji 
naszego  domu.  Chciałbym  odsunąć  ją  od  siebie,  ale  nie  mogę  i  w  końcu  muszę  Ci  to 
wyznać.  Jestem  w  straszliwych  tarapatach,  stary.  W  straszliwych.  Najchętniej  teraz 
opisałbym  Ci  kilka  szczegółów  związanych  z  programem  dla  administracji,  żeby  jeszcze 
oddalić  od  nas  tę  sprawę,  bo  na  przykład  kierownik  bardzo  się  moim  programem 
zachwycił  i  rozumiał,  co  ja  do  niego  mówię.  Powiem  więcej,  nawet  zadawał  sensowne 
pytania. W miarę sensowne. No, ale cóż, jak długo jeszcze mogę zwłekać, w końcu muszę 
przełknąć  tę  żabę:  ja  się,  stary,  zakochałem.  Moja  dziewczyna  ma  na  imię  Karolina.  Nie, 
nie  Karolina,  tylko  Paulina,  ciągle  mi  się  to  plącze,  ale  to  wina  mojej  mamy,  która  bez 
przerwy pyta mnie, jak ta dziewczyna ma na imię, a ja już od tego formalnie głupieję, bo 
niby  co  za  różnica,  jak  dziewczyna  ma  na  imię?  I  tak  nie  mam  zamiaru  wpisywać  jej  w 
komputer. Paulina ma na 

68 
imię  i  jest  po  prostu  niewymownie  piękna.  Piszę  „niewymownie",  bo  nie  jestem 

mocny w opisywaniu dziewczyńskiej urody, a taki ogólnik może Ci dać pojęcie o tym, jak 
Paulina  wygląda.  To  zresztą  nie  jest  w  tym  wszystkim  takie  ważne.  Ważne  jest  to,  że 
przeczytała  „Nad  wodami  Jordanu".  Chyba  przeczytała,  nie  wiem  tego  na  pewno,  w 
każdym  razie  wzięła  tę  książkę  ode  mnie.  Z  niezrozumiałych  dła  mnie  powodów  Paulina 
bardzo interesuje się moją rodziną, chociaż jak z nią rozmawiałem i opowiadałem o moim 
programie  dla  administracji  budynków  mieszkalnych,  to  również  potrafiła  zadać  kilka 
względnie  rozsądnych  pytań,  ale  jednak  przeważały  w  naszej  rozmowie  pytania  o  moją 
rodzinę. Najbardziej interesowała ją sprawa Tamary. Nie wiem skąd, ale moja dziewczyna 
wie,  że  Tamara  zaginęła  i  Bóg  jeden  raczy  wiedzieć,  gdzie  się  podziewa.  I  teraz,  stary, 
uważaj, bo właśnie Ty wkraczasz do akcji. Idź do mojej babci i za wszelką cenę dowiedz 
się,  czy  ona  naprawdę  nie  wie,  gdzie  jest  Tamara,  czy  tylko  tak  udaje  i  coś  kręci  po 
swojemu.  Za  wszelką  cenę  to  wcale  nie  znaczy,  że  mam  zamiar  płacić  za  tę  przysługę 
Tobie,  mojemu  staremu  przyjacielowi,  skąd,  nie  obrażaj  się,  już  widzę  Twoją  wściekłą 
minę,  z  którą  przeczytałeś  to  zdanie.  „Za  wszelką  cenę"  również  nie  odnosi  się  do  mojej 

background image

 

38

babci, ani mi przez myśł nie przeszło, żebyś ją miał przekupywać, chociaż jej z pewnością 
bardzo  by  się  to  podobało.  Zależy  mi  na  tym,  żeby  Paulina  mogła  spotkać  się  z  Tamarą. 
Nie mam pojęcia, dlaczego tak o tym marzy, ale powiedziała mi, że jeżełi jej to załatwię, 
ona  nie  zapomni  mi  tego  do  końca  życia.  Więc  sam  rozumiesz,  że  właśnie  ja  za  wszełką 
cenę muszę to wiedzieć. Chciałbym uszczęśliwić moją dziewczynę, a ona powiedziała, że 
wiadomość o miejscu pobytu mojej ciotki Tamary uszczęśliwiłaby ją bezgranicznie. Rzuć 
ten  pędzel,  proszę  Cię,  stary,  i  idź  do  mojej  babci.  Jeżeli  nie  chcesz  iść  tak  bez  powodu, 
zapytaj  swojej  cioci  Konstancji,  czy  nie  ma  jajek  do  sprzedania.  Moja  babcia  zawsze 
kupuje  jajka  od  twojej  cioci,  i  tak  między  tymi  jajkami  zapytaj  piąte  przez  dziesiąte  o 
Tamarę, a w ogóle sam najlepiej będziesz wiedział, jak to zrobić. 

69 
Nie  prosiłbym  Cię,  gdyby  nie  fakt,  że  najpierw  postanowiłem  zakochać  się  w  mojej 

dziewczynie,  a  potem  ona  naprawdę  zaczęła  mi  się  szalenie  podobać.  Wydaje  mi  się,  że 
ma  bardzo  długie  nogi.  Oczy  dziwnego  kołom.  Moja  mama  powiedziała  mi,  że  nauczy 
mnie  tańczyć,  jeżełi  wytrzepię  dywan  i  umyję  okna.  Okna  już  umyłem,  a  dywan  będę 
trzepał jutro. Kierownik z administracji powiedział, że być może załatwi mi kołejną robotę 
na  sąsiednim  osiedlu.  Bardzo  jestem  z  tego  zadowolony,  tylko  moja  mama  jest 
zdenerwowana,  bo  jej  się  wydaje,  że  jak  będę  miał  pieniądze,  natychmiast  ożenię  się  z 
Karołiną.  To  znaczy  z  Paulina,  czy  ja  się  tego,  do  diabła,  nigdy  nie  nauczę?  Tymczasem 
zbieram  pieniądze,  bo  chcę  sobie  kupić  komputer  najnowszej  generacji,  pogadamy  o  tym 
po feriach. Nie masz pojęcia, co się dzieje w ostatnich katalogach. Oderwać się od nich nie 
sposób. 

PETE 
Polubiłam  Petego,  ale  czytając  jego  list  poważnie  zaczęłam  się  zastanawiać,  czy 

rzeczywiście  nie  wpadł  w  tarapaty.  Paulina  to  chyba  energiczna  panienka,  myślałam  z 
niepokojem,  kto  wie,  czy  Pete  nie  jest  dla  niej  tylko  słupkiem  milowym  na  drodze  do 
odnalezienia Tamary? Odłożyłam list, oparłam głowę o poduszkę fotela i zamknęłam oczy. 
Miarowe  dudnienie  perkusji  wpadało  do  pokoju  męczącym  łomotem.  Uprzytomniłam 
sobie,  że  jutro  o  tej  porze  będę  już  otoczona  ciszą  ogródka,  bezpieczna  przy  domu 
mecenasostwa  i  nareszcie  pod  swoim  dachem.  Jutro  przeprowadzka,  myślałam,  niedzielę 
poświęcę  na  zrobienie  ostatecznych  porządków,  a  w  poniedziałek  czeka  mnie  pierwszy 
obiad u pani Firlej. Co jej powiem, jeżeli zapyta, czy rysuje mi się jakaś koncepcja mojej 
pracy?  Owszem,  rysowała  mi  się,  i  być  może  pani  Róża  zaakceptuje  mój  pomysł,  jeżeli 
zdecyduję  się  „zrobić  coś  z  listami",  w  ten  sposób,  który  mi  właśnie  zaczął  chodzić  po 
głowie. 

Poszłam do łazienki. Rita zeskoczyła z tapczana i przybiegła za mną, zawsze skora do 

oglądania wody płynącej z kranu. Oparła 

70 
łapy  o  brzeg  wanny  i  wpatrywała  się  z  zachwytem  w  szeroki  strumień.  Z  podziwem 

przechylała  łepek  raz  w  prawo,  raz  w  lewo,  uszczęśliwiona  merdała  długim,  sztywnym 
ogonem.  Tym  razem  przyjemność  trwała  krótko,  bo  chciałam  jak  najprędzej  znaleźć  się 
pod  kołdrą  i  usnąć.  Marzyłam  o  tym,  żeby  noc  już  minęła.  Przez  chwilę  leżałam 
wsłuchując  się  w  nudne  uderzenia  bębna  i  głaszcząc  przytuloną  Ritę.  Powtarzałam  sobie, 
ż

e teraz już wszystko będzie dobrze, że życie na pewno stanie się łatwiejsze. A jednak nie 

byłam spokojna. Jutro rano obudzę się nie tylko ja, ale i mały chłopiec, daleko ode mnie. 
Czy w końcu to się uda? Chociaż trochę? Chociaż do pewnego stopnia? Wtuliłam twarz w 
poduszkę, mimo że w pokoju oprócz Rity nie było przecież nikogo. 

Rano wyrwał mnie ze snu telefon z recepcji. Dzwonił Radek z wiadomością, że ma już 

przed hotelem samochód pocztowy i właśnie wybiera się po moje rzeczy do pana Morsa. 
Prosił,  żebym  schodząc  na  śniadanie  nie  zapomniała  kwitu  ze  sklepu  meblowego.  Kiedy 

background image

 

39

wróci,  musi  przecież  odebrać  stamtąd  materac,  przypomniał  mi.  Potem  załaduje  do 
samochodu  karnisze  i  to,  co  jeszcze  mam  w  pokoju,  zakomunikował.  Ja  muszę  zjeść 
ś

niadanie  i  wyprowadzić  Ritę,  zarządził.  A  zresztą,  Rity  mogę  nie  wyprowadzać,  bo 

wyjdzie z nią Maryśka.  I tak właśnie zaczął się jeden z najkoszmarniejszych dni w moim 
ż

yciu, jeżeli weźmie się pod uwagę, że do tej pory byłam zawsze bardzo niezależna. 

Marysieńka czyhała na mnie w holu recepcyjnym. Miała na sobie wielkie drelichowe 

spodnie,  które  śmiało  mógłby  nosić  pan  Joachim,  gdyby  nie  to,  że  były  fioletowe. 
Marysieńka skręciła ich nogawki w grube rulony opierające się na czarnych trampkach. Na 
górę  Marysieńka  włożyła  ciepłą,  flanelową  bluzę  w  kratę  czerwono-niebieską.  Włosy 
schowała pod płócienną  czapkę z daszkiem, której kolor nie wydawał mi się możliwy do 
określenia,  tak  mniej  więcej  jak  dla  Petego  uroda  Pauliny.  Był  to  po  prostu  kolor 
niewymowny. Spod daszka wysuwała się prościutko przycięta grzywka Marysieńki. 

71 
-  Jak się pani podoba mój strój roboczy? - zawołała na powitanie. ~ Prawda, że jest 

niezwykle stosowny? 

-  Prawda. 
Potem wyrwała mi smycz i pociągnęła. Rita, która na widok Marysieńki skręcała się 

wprost  z  zachwytu  i  radości,  owinęła  linkę  wokół  moich  nóg,  więc  runęłam  jak  długa 
prosto na Marysieńkę, Ritę i szarą wykładzinę w holu. Wtedy jeszcze wszystko wydawało 
mi  się  drobiazgiem  i  nawet  długo  śmiałyśmy  się  siedząc  na  wykładzinie,  ku  radości 
szczekającej Rity. Wreszcie pozbierałyśmy się jakoś, Marysieńka poszła z nią na skwerek, 
a  ja  poprosiłam  pana  Mięcia  o  szklankę  mleka  i  rogalik.  Ritę  nakarmiłam  na  górze  jej 
ulubionym przysmakiem z puszki. Pan Miecio był rozmowny. 

-  I tak to szanowna pani opuszcza nas dzisiaj. 
-  Ano tak. 
-  Przykro, miła ta pani suczka. 
-  Będzie jej dobrze. Tam, gdzie zamieszkamy, jest duży ogród. 
-    O,  to  wspaniale!  -  ucieszył  się  pan  Miecio.  -  Będzie  sobie  ryła.  Jamniki  lubią  ryć, 

jeden mój znajomy jamnik wyrył dziurę o głębokości pół metra, da pani wiarę? 

-  Chryste... - powiedziałam tylko, bo dałam wiarę. 
- Tak, tak! - podśpiewywał pan Miecio jakąś dziwną melodyjkę. - Tak, tak, ba, barn, 

ba,  barn,  tra,  la!  Jak  będzie  się  pani  źle  czuła  w  swoim  nowym  miejscu  zamieszkania,  to 
zawsze serdecznie zapraszamy do naszego hotelu. 

-  Dziękuję, ale mam nadzieję... 
-  Eeee, wie pani! - przerwał mi. - Nigdy nie wiadomo, obcy ludzie, a to dach cieknie, 

a to z kranu kapie, a jeszcze w tej okolicy, to powiem pani, straszy! Co się pani tak patrzy? 
Straszy.  Łazi  po  nocach  i  straszy,  każdy  pani  to  powie.  Nie  ma  jak  w  hotelu,  bardzo 
serdecznie życzyłbym sobie, żeby pani do nas wróciła. 

W recepcji na miejscu Radka siedziała blondyneczka. 
-  Marysieńka jeszcze nie wróciła - poinformowała mnie. 
72 
Oparłam  się  o  blat  recepcyjny  i  przez  chwilę  wpatrywałam  się  w  blondyneczkę, 

wyglądała na miłą, prawdomówną dziewczynę. 

-  Czy rzeczywiście w tych okolicach straszy? - zapytałam. 
-  Rzeczywiście. 
Wstała i oparła się o blat z drugiej strony. 
-  A panią kiedyś straszyło? 
-  Straszyło. 
-  I jak to było? 

background image

 

40

-    Zwyczajnie.  Najpierw  skrzypiało,  potem  jęczało,  aż  wreszcie  złapało  mnie  za 

gardło. 

-I co? 
-  Nic. Puściło i znikło. A co? 
-  Nie, nic. 
Nie  mogłam  dłużej  rozmawiać  z  blondyneczka,  bo  właśnie  na  podjeździe  przed 

hotelem  pojawił  się  żółty  samochód.  Z  boku  na  niebieskim  tle  miał  namalowaną  trąbkę  i 
napis „Poczta Polska". Zobaczyłam Radka wyskakującego zza kierownicy i biegnącego do 
drzwi. 

-  O, jest pani! - zawołał wpadając do holu. - Kwit pani ma? Miałam. Wygrzebałam go 

z kieszeni swetra, był trochę zmiętoszony, 

ale  miałam  kwit!  Ten  fakt  przyniósł  mi  wielką  ulgę,  bo  na  samą  myśl  o  tym,  że 

mogłam kwitu nie mieć, ?????? mi skóra. Radek z całą pewnością wytrząsłby wszystko z 
mojej torebki, zakładając, że właśnie w niej, na samym dnie kryje się kwit, który jest mu w 
tej chwili, natychmiast i bezwzględnie potrzebny. 

-    Ciężko  będzie  ten  materac  upchnąć  -  zakomunikował  mi.  -  Pan  Mors  zagracił  już 

cały samochód. 

-  Miał być stolik i krzesełka. Dwa. 
-  Co miało być, to miało być, a co jest to, jest! - powiedział Radek, a ja pomyślałam, 

ż

e ta uwaga jest bardzo uniwersalna. 

Radek  wyprostował  kwit,  obejrzał  go,  stwierdził,  że  przepłaciłam,  bo  w  sklepie 

meblowym przy aptece taki materac można kupić za połowę tej ceny. 

73 
-  No, dobrze, ale kupiłam ten i już. 
Wpadła  Marysieńka  z  Ritą,  która  rzuciła  się  na  mnie  tak,  jakbyśmy  się  nie  widziały 

trzy  lata.  Nagle  zrobiło  się  okropnie  tłoczno  w  tym  przecież  dość  dużym  holu 
recepcyjnym. 

-    Niech  pani  tu  siada,  pani  Elizo,  i  czeka  na  pana  Morsa,  bo  on  zaraz  przyjdzie, 

poszedł tylko do mięsnego kupić kość dla psa. 

- A po co tu pan Mors? - zaniepokoiłam się. 
-  Chce pani powiedzieć, jak się czyści komódkę, bo to jest antyk. 
-  Jaką komódkę, panie Radku, co pan opowiada? 
-    Komódka,  proszę  pani,  należała  kiedyś  do  panny  Kowal-czykówny.  To  nie  jest 

ż

aden  grat.  A  pani  Lucynka  poszła  na  probostwo,  umówić  Pana  Plebana,  żeby  przyszedł 

któregoś dnia poświęcić pani mieszkanie. 

-  To fajnie! - ucieszyła się blondyneczka. - Może nie będzie tam straszyć. 
-  Będzie! - zawołała Marysieńka. - Tu przecież wszędzie straszy, nawet  na plebanii. 

Ksiądz proboszcz sam mówił panu Morsowi, a pan Mors opowiadał o tym mnie i Paulinie. 

-  Ale ja będę mieszkać w innym mieście, tam na pewno nie straszy. 
-    Straszy  w  całym  województwie  -  westchnęła  blondyneczka.  -  Wiem,  bo  ludzie 

opowiadają. 

Radek  minął  się  w  drzwiach  z  panem  Morsem,  który  utykając  szedł  teraz  przez  hol, 

trzymając w ręku wielką kość cielęcą, jedynie pośrodku okręconą kawałkiem papieru. 

-    Nie  będę  mógł  pojechać  z  tobą,  Elizo,  ale  przyszedłem  się  pożegnać.  Pozwoliłem 

sobie, moja droga, przynieść ten drobiazg dla twojej suczki. 

Nie mogłam sobie przypomnieć, od kiedy pan Joachim mówi mi po imieniu, ale chyba 

właśnie od tej chwili. Marysieńka porwała kość. 

-  Wrzucę ją do samochodu! A później polecę do Radka, żeby pomóc z materacem. 
74 
Stała przed panem Morsem, z cielęcym gnatem w ręku, nagle jej buzia rozjaśniła się. 

background image

 

41

-    Napisałam  wczoraj  piękny  wiersz  o  nadchodzącej  wiośnie,  czy  mogłabym  przyjść 

do pana, żeby przeczytać? 

-  Wysłucham go z największą radością, moja Marysieńko. Umówmy się na wieczór, 

dobrze? Teraz spieszę na autobus, bo mam pewną osobistą sprawę do załatwienia. 

-    Dobrze!  -  zawołała  Marysieńka  radośnie.  -  Umówmy  się  na  wieczór!  Opowiem 

wtedy panu, jak urządziliśmy panią Elizę. 

Rita  chodziła  na  dwóch  łapach  wokół  kości,  którą  Marysieńka  ciągle  trzymała  w 

powietrzu. 

-  Wiersz jest o nadchodzącej wiośnie, proszę pana! - mówiła. 
-  Wspomniałaś już o tym, Marysieńko. 
-  Tak, ale nie wspomniałam o sile uczuć, które są zawarte w tym poemacie. 
Rita przestała chodzić, natomiast zaczęła dość zgrabnie podskakiwać. 
-    Zabierz  już  tę  kość,  Marysieńko,  spójrz,  co  wyprawia  ta  cyrkówka!  Marysieńka 

poszła wreszcie. Zrozpaczona Rita biegała w kółko 

po holu. 
-  Ja chyba zwariuję, proszę pana - powiedziałam szczerze. 
-    A  to  dlaczego,  dziecko?  Powinnaś  się  cieszyć  z  tego  zamieszania,  przecież  ono 

znaczy, że wszyscy tu ciebie bardzo polubili. O, jest pani Lucynka! Widzisz, ona też chce 
się przyłączyć do twojej radości. 

Pani Lucynka ucałowała mnie, potem powiedziała, że w czasie Wielkanocy proboszcz 

poświęci moje mieszkanie, a potem wcisnęła mi do ręki sporą paczkę. 

-  Troszkę  serwetek,  złociutka,  w  jednej  mereżka  strzępi  się  odrobinę,  ale  to  już  od 

dawna i nic się nie dzieje. 

-  Doprawdy, pani Lucyno... 
-    Nie  ma  o  czym  mówić,  pani  Elizko,  niech  Pan  Bóg  da  zdrowie.  Wyszli,  a  ja 

usiadłam na kanapce, żeby ochłonąć, dzień zapowiadał 

się trochę inaczej, niż to sobie wyobrażałam, ale wiedziałam, że 
75 
w  żaden  sposób  nie  potrafię  powstrzymać  sytuacji,  w  której  coraz  bardziej  byłam 

niezdolna  do  samodzielnego  działania.  Przez  szklane  drzwi  wejściowe  widziałam,  jak 
Radek  z  Marysieńką  usiłują  wepchnąć  mój  materac  do  samochodu.  Był  to  mały 
mikrobusik z drzwiczkami otwieranymi z tyłu i  jednym miejscem obok  kierowcy, ale nie 
mogłam  pojąć,  dlaczego  płaski  materac,  wcale  nie  taki  długi,  ledwo  mieści  się  w 
samochodzie,  wprost  bałam  się  ruszyć  z  miejsca,  żeby  wyjść  przed  hotel  i  to  sprawdzić. 
Czułam,  że  pan  Joachim  załadował  tam  całą  rupieciarnię,  którą  ze  względów 
sentymentalnych  przechowywał  w  domu.  Komódka  panny  Kowalczykówny  może  być 
niezła,  pocieszałam  się,  patrząc  jak  Radek  wskakuje  do  samochodu,  a  Marysieńka 
obciążona  materacem  do  granic  swoich  możliwości,  przytrzymuje  go  i  czeka,  aż  Radek 
pociągnie ten ciężar. Wreszcie ruszyłam się, żeby im pomóc, ale materac nagle zniknął we 
wnętrzu,  a  Marysieńka,  ledwo  żywa,  usiadła  na  krawężniku.  Przez  jezdnię  wolno  szedł 
dość  zażywny  policjant.  Zbliżył  się  do  samochodu  pocztowego,  zajrzał  do  środka  i 
najwyraźniej  zaczął  jakąś  dyskusję  z  Radkiem.  Marysieńka  uciekła  stamtąd  jak  mysz 
polna. Wpadła do holu i usiadła przy mnie. 

-    To  aspirant  Banaszek...  -  powiedziała  szeptem.  -  A  tu  nie  wolno  parkować,  na 

dokładkę  mamy  samochód  z  Pani  Poczta  Polska.  Szkoda,  że  nie  ma  już  pana  Morsa,  ale 
właśnie widziałam, jak wsiadł do autobusu i odjechał. 

Radek wyskoczył z samochodu i kłaniając się panu aspirantowi Banaszkowi tłumaczył 

coś  grzecznie.  Ten  kręcił  tylko  głową,  wyglądało  to  na  przyganę  i  chyba  nią  było,  bo 
Radek kłaniał się coraz niżej i w ogóle przestał się odzywać. 

-  Może powinnam tam pójść - powiedziałam. 

background image

 

42

-    Och,  nie,  lepiej  niech  pani  się  w  nic  nie  wtrąca!  Radek  poradzi  sobie,  dobrze  zna 

aspiranta  Banaszka,  który  nawet  jadł  serdelki  w  jego  obecności,  kiedy  Radek  był 
zatrzymanym do wyjaśnienia. 

Marysieńka nerwowo szarpała grzywkę. 
76 
-  Radek? - zdziwiłam się. - Zatrzymany do wyjaśnienia? 
-  Tak, to było tego dnia, kiedy sprał rowerzystów. 
-  Radek? 
-    No,  Radek,  Radek!  A  co,  czy  pani  myślała,  że  z  niego  jakiś  byle  jaki  chłopak?  - 

oburzyła się Marysieńka. 

-  Nie, nie myślałam, ale boję się, że może tak myśleć aspirant Banaszek. 
-  O, nie! On wszystko może o Radku myśleć, tylko nie to, że jest byle jaki. 
Nagle Radek wskoczył znowu do samochodu, natomiast aspirant Banaszek zajrzał do 

hotelu.  Przez  chwilę  stał  w  drzwiach,  przyglądając  się  Marysieńce  i  mnie.  Marysieńka 
uniosła  się  lekko  i  dygnęła  nie  prostując  nawet  nóg  w  kolanach.  Było  to  coś  między 
przysiadem a ukłonem na dworze angielskim. Ja uśmiechnęłam się do aspiranta Banaszka, 
wyciągając szyję i jak gęś kręcąc głową, bo nie wiem dlaczego, ale każda władza budzi we 
mnie  zawsze  irracjonalny  lęk,  chociaż  nigdy  niczego  nie  miałam  na  sumieniu.  Rita 
przycupnęła  pomiędzy  aspirantem  Banaszkiem  a  naszą  kanapką  i  siusiała  na  wykładzinę. 
Aspirant Banaszek patrzył na nią przez chwilę, potem bez słowa machnął ręką i wyszedł. 
Widziałyśmy, jak przechodzi przez jezdnię. 

-  Jesteś pewna, że nie sprowadzi posiłków, Marysieńko? 
-  Jestem pewna, ale też jestem pewna, proszę pani, że Rita zaziębiła sobie pęcherzyk. 
Marysieńka  mówiła  szeptem,  bo  blondyneczką  z  recepcji  nie  widziała  tego,  co  się 

przed chwilą stało, wpatrzona jedynie w stojącego w drzwiach aspiranta Banaszka. Wszedł 
Radek i poprosił o klucze do mojego pokoju. 

-  Jeżeli pani jest zapakowana, to nie ma po co chodzić na górę. Zniesiemy wszystko z 

Maryśką,  pani  niech  lepiej  pójdzie  do  baru  pożegnać  się  z  Mięciem,  a  potem  tu,  z  moją 
koleżanką. 

Dyrygował mną, jak chciał, poszłam pożegnać się z Mięciem, zamieniłam parę słów z 

blondyneczką, założyłam Ricie smycz 

77 
i  wyszłam  przed  hotel  „Pod  Złocistą  Chryzantemą".  Wpuściłam  Ritę  do  swojego 

samochodu  i  odważyłam  się  zajrzeć  w  głąb  mikrobusu  „Poczty  Polskiej".  Radek  i 
Marysieńka upychali w nim moją walizkę, torbę i karnisze, które ciągle wystawały im na 
zewnątrz.  Wydawało  mi  się,  że  w  środku  widzę  jakieś  rumowisko,  ale  postanowiłam  nie 
odzywać  się,  pamiętając  o  tym,  co  powiedział  pan  Mors:  to  wszystko  znaczy,  że  mnie  tu 
polubili. Radek zdecydował, że nie będzie domykał drzwi mikrobusu, bo w końcu połamią 
się  meble.  Luźno  zasupłał  jakimś  drutem  zamek,  a  Marysieńka  pobiegła  do  hotelu  i 
przyniosła stamtąd czerwoną szmatę, którą zawiązała na moich wystających z samochodu 
karniszach. 

-  Jadę pierwszy, pani za mną - zdecydował Radek. 
Ruszyliśmy.  Do  mojego  miasteczka  nie  było  daleko,  ale  jechałam  udręczona 

wpatrywaniem się w czerwone szmaty powiewające na wietrze. Myślałam z przerażeniem 
o  tym,  co  będzie,  kiedy  pojawię  się  przed  domem  mecenasostwa.  Byłam  pewna,  że 
korzystając z pogodnego dnia, pani mecenasowa będzie czekała przed furtką, w kwiecistej 
bluzce  i  granatowej  plisowanej  spódnicy.  Nie  pomyliłam  się.  Jednego  jednak  nie 
przewidziałam,  pani  mecenasowa  wcale  nie  była  zdumiona  rozmiarami  mojego  dobytku. 
Przywitałyśmy się wylewnie i razem poszłyśmy otworzyć drzwi mojego domku. Zaraz za 
nami pojawili się Radek i Marysieńka. Nieśli mój materac. 

background image

 

43

-  Tutaj, proszę, tutaj! - wołała radośnie pani mecenasowa. - Oprzyjcie o ścianę, bo jak 

przyniesiecie stelaż, tapczan postawimy w tym rogu. 

-  Materac będzie leżał na ziemi, nie mam stelaża, pani Zuzanno. 
-  Jak to? - zdziwiła się. - Ma pani stelaż. Z pewnością ma pani stelaż. 
-  Nie, nie mam. 
-  Ma pani stelaż - powiedział Radek. - Jest w samochodzie. To stelaż Pauliny, jeszcze 

z ich poprzedniego domu. 

78 
Wyszedł,  ale  po  chwili  oboje  pojawili  się  znowu.  Marysieńka  niosła  krzesła,  Radek 

piękny stary stolik. 

-  Może pan postawi stolik tutaj - zdecydowała mecenasowa. 
-  A krzesła... - Przysłoniła palcami usta i rozejrzała się. - Tak! Krzesła obok stolika! 

Jedno  tu,  drugie  tu.  O,  proszę,  pięknie  wyglądają,  czyż  nie?  Myślę,  że  w  tym  pokoiku 
zrobimy sypialnię, a w tym drugim gabinecik. O, jest pani Cesia! No co, pani Cesiuńko? - 
zapytała głosem małej lizuski. - Jak się tu pani podoba? 

-  Dzień dobry - powiedziała pani Cesia patrząc na mnie ponuro. 
-  Przyniosłam placek. 
-  Och, tak! Pani Elizko, skarbie! Oto placek, który pani Cesia upiekła specjalnie dla 

pani! Czyż to nie wspaniałe? Zapewniam, że jest pyszny! 

Przywitałam się z panią Cesią, podziękowałam za placek i właśnie wąchałam go przez 

papier,  zapewniając,  że  pachnie  wspaniale,  chociaż  żadnego  zapachu  nie  czułam,  kiedy 
zjawiła się Marysieńka z dwoma szufladami. 

-    Jeszcze  dwie  są  w  samochodzie,  Radek  idzie  z  komódką,  jest  bardzo  ciężka,  więc 

trzeba  się  zdecydować,  gdzie  ją  postawimy.  Radek  powiedział,  że  ma  stanąć  między 
oknami. 

-  Między oknami? - zdziwiła się pani mecenasowa. - To chyba nie jest dobre miejsce, 

komódka powinna być w sypialni, a nie w gabinecie! 

Czapka  z  daszkiem  zsunęła  się  do  tyłu,  Marysieńka  patrzyła  na  panią  mecenasowa 

zdumionym wzrokiem. 

-  Komódka? W sypialni? Ależ skąd! 
-  Oczywiście, że w sypialni, moje dziecko. Czyż nie, Elizko? Niech pani zdecyduje! 
Wolałabym  się  zabić,  niż  powiedzieć,  gdzie  ma  stanąć  komódka  panny 

Kowalczykówny.  Przez  okno  widziałam  już  Radka  niosącego  ją  na  plecach,  ziejącą 
otworami na szuflady. Musiałam zdecydować. 

79 
-  Jeszcze dziś nie wiedziałam, że w ogóle mam jakąś komódkę 
-  biadoliłam. - Muszę się zastanowić! Proszę, Radek, niech pan stawia komódkę tam, 

gdzie ma pan najbliżej. 

Oczywiście postawił ja między oknami. 
-  Pewno! - powiedziała pani Cesia. - Pewno, że tu powinna stać. 
-    Tak  pani  sądzi,  Cesiuńko?  Być  może  ma  pani  rację,  wygląda  w  tym  miejscu 

zupełnie nieźle. Więc dobrze, pani Elizko, niech ta komódka stoi między oknami. 

-   I ja tak myślę - powiedziałam ugodowo, lekko tylko zaznaczając w ten sposób, że 

też mam coś do powiedzenia w tej sprawie. 

-  Sądzę, że tu będzie ją najlepiej widać, jest piękna. 
Przyszła  Marysieńka  niosąc  ostrożnie  spore  owalne  lustro  ujęte  złotą,  prostą  ramą. 

Zbliżyła się do mnie i uroczyście mi je podała do rąk. 

-    Pan  Mors  prosił,  żebym  pani  coś  powiedziała...  -  utknęła.  Trzymałam  lustro  przed 

sobą i patrzyłam. Miało kryształową 

taflę, gładką, wyraźną. 

background image

 

44

-  Co masz mi powiedzieć, Marysieńko? 
-  To lustro należało do Stefci Gierszówny, mamy pana Morsa 
-  wyrzuciła z siebie gwałtownie. - To miałam pani powiedzieć. 
Wpatrywałam się w swoje odbicie i ogarnęło mnie wzruszenie. W tym lustrze odbijała 

się  kiedyś  twarz  kobiety,  której  nie  znałam.  Nie  pozostał  tu  żaden  zapis  jej  twarzy.  A 
jednak,  pozbawiona  własnej  rodziny,  nagle  poczułam  się  przygarnięta  przez  Stefcię 
Gierszównę. Och, będę cię kochała, moje lustro. 

-  Czy chce się pani płakać? - zapytała Marysieńka wyczekująco. 
-  Tak. Chce mi się płakać i powiedz to panu Morsowi. 
-    Z  przyjemnością  -  zgodziła  się  radośnie.  -  To  teraz  przyniosę  jeszcze  te  dwie 

szuflady. 

Położyłam lustro na podłodze, w obawie, że może się stłuc przy noszeniu reszty mebli. 

Zanim  się  obejrzałam,  spała  już  na  nim  zwinięta  w  czarny  precel  umęczona  Rita,  tylko 
ogon leżał za ramą. 

80 
Pomyślałam, że chyba ani Stefcia Gierszówna, ani pan Joachim Mors nie mieliby nic 

przeciwko  temu,  więc  zostawiłam  ją  i  przytrzymałam  drzwi,  bo  właśnie  wchodziła 
Marysieńka z szufladami i Radek z lekkim, ale niewygodnym do niesienia stelażem. 

-  Może pan będzie uprzejmy w tym miejscu! - powiedziała pani mecenasowa. - O tu, 

w rogu. 

-  Elizo? - zapytał mnie Radek. 
Był chyba bardzo zmęczony niesieniem komódki i dlatego zapomniał, że nie jesteśmy 

po imieniu. 

-  Postaw, gdzie chcesz - powiedziałam. 
Postawił  w  rogu,  tak  jak  radziła  pani  mecenasowa,  i  polubiłam  go  za  to  jeszcze 

bardziej. Pani Cesia, która wróciła do domu, żeby przygotować obiad, po chwili przybiegła 
z powrotem. Okazało się, że był telefon do pani mecenasowej z prośbą, aby przyjechała do 
chorej  siostry.  Teraz  we  trójkę  zaczęliśmy  nosić  moje  kartony  z  książkami,  drobiazgami, 
ubraniem.  W  mikrobusie  były  jeszcze  półki  na  książki,  kuchenny  stolik,  szafki  i  dwa 
taborety. Wreszcie wszystko mieliśmy w domu. 

-  Mądry ogrodnik, zostawił haczyki na karnisze - powiedział Radek chodząc z zadartą 

głową po domu. - Zaraz je powieszę, powiedz tylko, gdzie który ma być. Biały do kuchni, 
myślę? 

-  Może znalazłybyśmy lniane zasłony, które pani kupiła, Radek mógłby  je założyć i 

zrobiłoby się jak w prawdziwym domu. Najważniejsze są okna, prawda? Jak w oknach są 
firanki, to znaczy, że dom żyje. 

Krzątała się pomiędzy kartonami, wyjmowała z nich książki, które potem ustawiała na 

półkach według wielkości. Nie miałam siły jej powstrzymywać, trudno, myślałam, potem 
się z tym wszystkim uporam. Radek wyjął z kartonów moje talerze, garnki i sztućce, zanim 
zdążyłam powiedzieć, żeby tego nie robił, cała sterta wylądowała na parapecie kuchennego 
okna. 

-  Bardzo dobrze! - pochwaliła go Marysieńka. - Założymy firanki, zasłony i niczego 

nie będzie widać. 

81 
-  Jeszcze dziś nie wiedziałam, że w ogóle mam jakąś komódkę 
-  biadoliłam. - Muszę się zastanowić! Proszę, Radek, niech pan stawia komódkę tam, 

gdzie ma pan najbliżej. 

Oczywiście postawił ja między oknami. 
-  Pewno! - powiedziała pani Cesia. - Pewno, że tu powinna stać. 

background image

 

45

-    Tak  pani  sądzi,  Cesiuńko?  Być  może  ma  pani  rację,  wygląda  w  tym  miejscu 

zupełnie nieźle. Więc dobrze, pani Elizko, niech ta komódka stoi między oknami. 

-   I ja tak myślę - powiedziałam ugodowo, lekko tylko zaznaczając w ten sposób, że 

też mam coś do powiedzenia w tej sprawie. 

-  Sądzę, że tu będzie ją najlepiej widać, jest piękna. 
Przyszła  Marysieńka  niosąc  ostrożnie  spore  owalne  lustro  ujęte  złotą,  prostą  ramą. 

Zbliżyła się do mnie i uroczyście mi je podała do rąk. 

-    Pan  Mors  prosił,  żebym  pani  coś  powiedziała...  -  utknęła.  Trzymałam  lustro  przed 

sobą i patrzyłam. Miało kryształową 

taflę, gładką, wyraźną. 
-  Co masz mi powiedzieć, Marysieńko? 
- To lustro należało do Stefci Gierszówny, mamy pana Morsa 
-  wyrzuciła z siebie gwałtownie. - To miałam pani powiedzieć. 
Wpatrywałam się w swoje odbicie i ogarnęło mnie wzruszenie. W tym lustrze odbijała 

się  kiedyś  twarz  kobiety,  której  nie  znałam.  Nie  pozostał  tu  żaden  zapis  jej  twarzy.  A 
jednak,  pozbawiona  własnej  rodziny,  nagle  poczułam  się  przygarnięta  przez  Stefcię 
Gierszównę. Och, będę cię kochała, moje lustro. 

-  Czy chce się pani płakać? - zapytała Marysieńka wyczekująco. 
-  Tak. Chce mi się płakać i powiedz to panu Morsowi. 
-    Z  przyjemnością  -  zgodziła  się  radośnie.  -  To  teraz  przyniosę  jeszcze  te  dwie 

szuflady. 

Położyłam lustro na podłodze, w obawie, że może się stłuc przy noszeniu reszty mebli. 

Zanim  się  obejrzałam,  spała  już  na  nim  zwinięta  w  czarny  precel  umęczona  Rita,  tylko 
ogon leżał za ramą. 

80 
Pomyślałam, że chyba ani Stefcia Gierszówna, ani pan Joachim Mors nie mieliby nic 

przeciwko  temu,  więc  zostawiłam  ją  i  przytrzymałam  drzwi,  bo  właśnie  wchodziła 
Marysieńka z szufladami i Radek z lekkim, ale niewygodnym do niesienia stelażem. 

-  Może pan będzie uprzejmy w tym miejscu! - powiedziała pani mecenasowa. - O tu, 

w rogu. 

-  Elizo? - zapytał mnie Radek. 
Był chyba bardzo zmęczony niesieniem komódki i dlatego zapomniał, że nie jesteśmy 

po imieniu. 

-  Postaw, gdzie chcesz - powiedziałam. 
Postawił  w  rogu,  tak  jak  radziła  pani  mecenasowa,  i  polubiłam  go  za  to  jeszcze 

bardziej. Pani Cesia, która wróciła do domu, żeby przygotować obiad, po chwili przybiegła 
z powrotem. Okazało się, że był telefon do pani mecenasowej z prośbą, aby przyjechała do 
chorej  siostry.  Teraz  we  trójkę  zaczęliśmy  nosić  moje  kartony  z  książkami,  drobiazgami, 
ubraniem.  W  mikrobusie  były  jeszcze  półki  na  książki,  kuchenny  stolik,  szafki  i  dwa 
taborety. Wreszcie wszystko mieliśmy w domu. 

-  Mądry ogrodnik, zostawił haczyki na karnisze - powiedział Radek chodząc z zadartą 

głową po domu. - Zaraz je powieszę, powiedz tylko, gdzie który ma być. Biały do kuchni, 
myślę? 

-  Może znalazłybyśmy lniane zasłony, które pani kupiła, Radek mógłby  je założyć i 

zrobiłoby się jak w prawdziwym domu. Najważniejsze są okna, prawda? Jak w oknach są 
firanki, to znaczy, że dom żyje. 

Krzątała się pomiędzy kartonami, wyjmowała z nich książki, które potem ustawiała na 

półkach według wielkości. Nie miałam siły jej powstrzymywać, trudno, myślałam, potem 
się z tym wszystkim uporam. Radek wyjął z kartonów moje talerze, garnki i sztućce, zanim 

background image

 

46

zdążyłam powiedzieć, żeby tego nie robił, cała sterta wylądowała na parapecie kuchennego 
okna. 

-  Bardzo dobrze! - pochwaliła go Marysieńka. - Założymy firanki, zasłony i niczego 

nie będzie widać. 

81 
Zabawnym  ruchem  trzylatki  podciągnęła  swoje  olbrzymie  spodnie,  widziałam,  że 

Radek  patrzy  na  nią.  Na  jego  twarzy  zjawił  się  cień  uśmiechu,  z  którym  jakoś  sobie 
poradził. 

-  Oj, Maryśka, Maryśka... - fuknął. - Ależ ty wyglądasz... 
-  Wyglądam, jak wyglądam - powiedziała i podciągnęła spodnie jeszcze raz. 
W  którymś  z  kartonów  Marysieńka  znalazła  wreszcie  narzutę  na  tapczan,  której 

szukałam, bezładnie krążąc między stertami tekturowych pudeł, walizek pustych, pełnych i 
rozpakowanych  do  połowy.  Wreszcie  Radek  złapał  taboret  kuchenny,  który  dostałam  od 
pana  Joachima,  i  zaczął  zawieszać  karnisze.  Marysieńka  siedziała  na  tapczanie.  W 
zawrotnym tempie podwijała brzegi zasłon. 

-    Potem  trzeba  to  będzie  zrobić  porządnie,  na  razie  musi  tak  być.  Radek,  te 

lawendowe będą ładnie wyglądać w pierwszym pokoju, a te wrzosowe pójdą do drugiego. 
Pomarańczowe damy do kuchni, w kuchni musi być wesoło, prawda? 

-    Tu  są  dwa  rzędy  uchwytów.  Na  których  wieszać  zasłony,  a  które  zostawić  na 

firanki? - zapytał Radek. 

-  Zewnętrzne będą na ... - zaczęłam. 
-    Zewnętrzne  będą  na  zasłony!  -  przerwała  mi  Marysieńka.  -  Zaraz  skończę 

podszywanie i znajdę firanki. 

-  Nie mam firanek, Marysieńko. 
-  Jak mówię, że pani ma, to pani ma, chyba wiem lepiej, bo sama je upychałam, kiedy 

pani  Lucynka  przygotowywała  rzeczy  dla  pani.  Są  w  dużym  kartonie  zaklejonym 
przylepcem. 

Wyszli  o  piątej  zabierając  ze  sobą  puste  kartony,  tektury,  pudła,  dwie  moje  stare, 

rozwalone walizki, dwie puszki po sardynkach, dwie po pasztecie drobiowym, trzy butelki 
po coce, trzy kartony po soku owocowym, ponieważ zjedliśmy wszystko, co w oddzielnej 
torbie  przygotowała  nam  pani  Lucynka.  Zniknął  też  placek  upieczony  przez  panią  Cesię. 
Machałam  im  przez  chwilę,  kiedy  odjeżdżali,  a  gdy  odwróciłam  się,  przy  furtce  stał  pan 
mecenas, który właśnie 

82 
wchodził  do  domu.  Ukłonił  mi  się,  podaliśmy  sobie  ręce,  schylił  się,  żeby  poklepać 

Ritę. 

-  Miło, że już jesteście u siebie - powiedział. - Nie mogłem was powitać rano, bo dziś 

właśnie  mieliśmy  spotkanie  kombatantów  i  wyjeżdżałem.  Mam  jednak  nadzieję,  że 
małżonka moja była w domu, kiedy pani przyjechała. 

-    Och,  tak,  była,  oczywiście.  Ale  teraz  wybrała  się  do  siostry.  Ktoś  dzwonił  z 

wiadomością, że siostra pani Zuzanny zachorowała. 

-  Zachorowała? Wisia? Mój Boże, a cóż to...? 
-    Nie  wiem,  telefon  przyjęła  pani  Cesia.  Pana  żona  wezwała  taksówkę  i  zaraz  tam 

pojechała. 

-    Bardzo  jestem  zaniepokojony  tą  wiadomością,  bardzo.  Jak  pani  uważa,  może 

powinienem wybrać się do Wisi? 

Nareszcie  ktoś  pytał  mnie  o  zdanie!  Dobry,  kochany  pan  mecenas,  nieba 

przychyliłabym  mu  chętnie,  ale  niestety  nie  wiedziałam,  czy  ma  jechać  do  tej  Wisi,  czy 
raczej siedzieć w domu. 

-  Może niech pan zadzwoni? 

background image

 

47

-    Wisia  ma  zepsuty  telefon.  Mieszka  spory  kawałek  stąd,  bliżej  sąsiedniego 

miasteczka,  a  tam  konserwacją  telefonów  zajmuje  się  pewien  pan,  który  jest  co  najmniej 
dziwny... - zadumał się mecenas. 

Pan  Grzymalski,  pomyślałam.  Niewątpliwie  telefonem  pani  Wisi  zajmuje  się  pan 

Grzymalski.  Wiedziałam!  Byłam  w  domu,  nareszcie.  Mecenas  postanowił  czekać,  a  ja 
poszłam  do  siebie.  Wszystko  było  już  ustawione,  rozpakowane,  powieszone,  tylko  żaden 
sprzęt nie stał tam, gdzie chciałabym, żeby stał, jak również nie miałam pojęcia, gdzie leżą 
moje  rzeczy,  nawet  najbardziej  osobiste.  Radek  powiesił  lustro  Stefci  Gierszówny  na 
jedynym  porządnie  wbitym  haczyku,  który  może  przez  zapomnienie  zostawił  ogrodnik.  I 
tak  się  złożyło,  że  było  to  dla  lustra  Stefci  wprost  idealne  miejsce.  Stanęłam  przed  nim  i 
powiedziałam:  „Dzień  dobry",  zupełnie  nie  zwracając  uwagi  na  to,  że  zobaczyłam  w 
lustrze twarz swoją, nie Stefci Gierszówny. 

83 
Pod  wieczór  przyszła  pani  mecenasowa.  Przysiadła  na  moim  tapczanie  i  płacząc 

opowiadała mi o przykrych dolegliwościach swojej siostry. Potem rozejrzała się po moim 
domku. 

-  Jak tu u pani ładnie, pani Elizko, zupełnie inaczej niż u naszego ogrodnika! 
Podsuszyła oczy chusteczką, schowała ją do rękawa swetra i przyklepując opuszkami 

palców zapuchnięte z płaczu policzki, znowu pociągnęła nosem. 

-  Strzeliłabym sobie kielicha... 
Miałam jakieś resztki koniaku po moim rozwiedzionym mężu. Butelka, która zaplątała 

się między garnkami, stała teraz za zasłonką 

w kuchni. 
-    Bóg  mi  panią  zesłał,  pani  Elizo,  muszę  się  tylko  pilnować,  żeby  nie  chuchnąć  na 

Alfreda. 

Potem  przyszła  noc,  pierwsza  moja  noc  w  tym  domu.  Długo  nie  mogłam  usnąć- 

Ciągle  wstawałam,  przestawiałam  meble,  przekładałam  chodniki,  kładłam  się  znowu,  ale 
nie  gasiłam  światła,  bo  koniecznie  chciałam  usnąć  patrząc  na  swój  dom.  A  skoro  nie 
gasiłam  światła  i  widziałam  wszystko,  to  przyszło  mi  na  myśl,  że  można  odsunąć  trochę 
tapczan  od  ściany  i  w  samym  rogu  postawić  trójkątny  stojak  na  kwiaty.  Paprotka,  którą 
przyniosła  mi  mecenasowa,  mogłaby  wyglądać  pięknie  na  tle  dwóch  białych  ścian. 
Musiałam sprawdzić to natychmiast, później położyłam się, ale po chwili wstałam znowu i 
przeniosłam dywaniki z jednego pokoju do drugiego. Usnęłam nad ranem, na krótko. 

Niedziela była piękna. Niebo czyste, błękitne, wypełniło całe okno, kiedy rozsunęłam 

zasłony.  Widziałam  to  przez  ażurowe  firanki,  które  Marysieńka  wypakowała  z  kartonu. 
Dziś  już  byłam  zadowolona,  że  wiszą.  Moje  mieszkanie  było  naprawdę  przytulne.  Rita 
biegała  po  nim  obwąchując  wszystkie  kąty.  Pomyślałam,  że  odsunę  również  i  firanki,  bo 
chciałam otworzyć okno na całą szerokość i wpuścić ogród do domu. Usiadłam na krześle, 
oparłam 

84 
ręce  na  parapecie.  Położyłam  na  nich  brodę  i  patrzyłam  przed  siebie,  na  niespokojną 

już  ziemię,  na  kłaczki  trawy  zieleniejące  gdzieniegdzie.  Wdychałam  rześkie  powietrze, 
wsłuchiwałam się w ciszę. Nagle ktoś stanął przede mną. 

-  Witam! - powiedział. 
Podniosłam  się  przestraszona.  Staliśmy  teraz  na  wprost  siebie,  oddzieleni  tylko 

parapetem. 

-  Witam! - powtórzył. - Jak ci się żyje w twoim nowym domu? 
-  Nie znam pana. 

background image

 

48

Usiłowałam  odnaleźć  jego  twarz  pośród  tych,  które  pamiętałam.  Nie  było  jej  tam. 

Wielka  miedziana  czupryna,  wielka  miedziana  broda,  niebieskie  pogodne  oczy. 
Zapamiętałabym. Dziś dżinsowe ubranie, biała koszula, adidasy. 

-  Nie znam pana - powtórzyłam. 
-  Jestem ogrodnikiem na tym osiedlu - wyjaśnił. - Już niedługo posieję maciejkę pod 

twoim oknem. Lubisz? 

-  Pewnie, że lubię. 
-  A kawy dasz? Przychodzę z pierwszą wizytą. 
-  Dam. 
Wskoczył przez okno, pewnie kiedyś były to w ogóle jego drzwi. Przegadaliśmy całe 

przedpołudnie.  Zjedliśmy  omlet  z  groszkiem,  popiliśmy  jogurtem.  Był  pierwszym 
człowiekiem od lat, przy którym płakałam. 

Wieczorem ułożyłyśmy się z Ritą na tapczanie, ona chętna do drzemki, a ja gotowa do 

zaplanowania  rozmowy  z  panią  Różą.  Wymagało  to  uporządkowania  myśli,  które 
przychodziły mi do głowy, ale chaotycznie, bezładnie. Miałam pewien pomysł, do którego 
wracałam uparcie, bo podobał mi się bardziej niż inne, ale nie byłam pewna, czy potrafię 
go  sklecić  w  spójną  całość.  Z  notesem  i  długopisem  w  ręku  usiłowałam  zmusić  się  do 
przełożenia  na  papier  tego,  co  wymyśliłam.  Ciągle  jednak  kartka  była  czysta.  Później 
ozdobiłam ją całym szeregiem płynących łabędzi i wiązanką tulipanów. 

85 
Następnie narysowałam słonia od tyłu i dwie rozpłaszczone żaby. W końcu wydarłam 

kartkę z notesu, zmięłam ją i zostawiając na tapczanie śpiącą Ritę usiadłam przy stoliku od 
pana  Joachima.  Światło  lampy,  którą  postawiłam  tutaj,  w  zupełności  wystarczyło  do 
zarysowania kolejnej kartki figurami geometrycznymi i rzędem małych serduszek. Potem 
złożyłam w dole kilka podpisów, jedne kaligrafowałam starannie, drugie były zamaszyste, 
ministerialne.  Myśli  kłębiły  mi  się  w  głowie.  I  nagle  przypomniałam  sobie  wachlarz  z 
Andory, który dała mi pani Róża w czasie pierwszego mojego pobytu u.niej. Zupełnie nie 
potrafiłam  sobie  przypomnieć,  gdzie  jest,  ale  przecież  musiał  być  w  rzeczach,  które 
miałam  w  hotelu.  Rzeczy,  które  miałam  w  hotelu,  rozpakowywała  Marysieńka,  więc 
wachlarz  może  być  w  komodzie  panny  Kowalczykówny,  pomyślałam.  I  był.  Leżał  w 
jednej  z  szuflad,  na  starannie  ułożonych  serwetkach  od  pani  Lucynki.  Rozsunęłam  go  i 
oparłam o ścianę, obok lampy. Był naprawdę śliczny. Patrzyłam na skrzydełka z czarnego 
materiału i szylkretowy uchwyt ozdobiony złoceniami. Uchwyt! Zatrzymałam się przy tej 
myśli i po chwili zaczęłam pisać. 

W poniedziałek rano ogarnął mnie niepokój, jeszcze raz przejrzałam mój maszynopis, 

jeszcze  raz  przysiadłam  na  krześle,  żeby  coś  do  niego  dodać.  Chwila,  która  została  do 
wyjścia z domu, pozwoliła mi sięgnąć do listów przekazanych przez panią Różę. Chciałam 
pośród nich znaleźć odpowiedź Jonasza na list Petego, a to nie było trudne, bo ta koperta 
akurat leżała na wierzchu. 

Jonasz  pisał  starannie,  każda  litera  była  wykończona.  Jego  „o"  było  zamknięte.  Jego 

„m"  prezentowało  zgrabne  nóżki.  W  porównaniu  z  gryzmołami  Melanii  i  kanciastym 
pismem Petego, Jonasz demonstrował kunszt artystyczny. Przypomniałam sobie, że jadąc 
do  pani  Róży  na  pierwszą  rozmowę,  widziałam  go  malującego  płot,  teraz  byłam 
przekonana, że to również musiał robić niezwykle starannie. 

86 
JONASZ DO PETEGO 
Fetę, witaj o poranku, bo właśnie świtać poczyna, jakby zauważył nasz szkołny kolega 

Szekspir. W domu jeszcze wszyscy śpią. I moja ciocia, i kury, i koguty, i wieprzek, który 
miał stracić życie w ubiegły poniedziałek, ale nic z tego nie wyszło, bo przywiązaliśmy się 
do  niego  i  ciocia  zdecydowała,  że  zostanie  u  nas  do  końca  swoich,  oby  jak  najdłuższych 

background image

 

49

dni. Podjęła taką decyzję wychodząc z założenia, że jak biedak biedakowi nie pomoże, to 
nikt nosem nie kiwnie. To cytat z cioci Konstancji. Drugi z niej cytat odnosi się do mnie i 
brzmi: „Nie myśl sobie, że jak się kto pod wozem urodził, to już nigdy na wóz nie wlezie!" 
Tak właśnie rzekła przykrywając mnie na noc pierzyną. Nie sądzę, żebym się urodził pod 
wozem, o ile wiem, odbyło się to w normalnym szpitalu położniczym, ale aluzję pojąłem i 
z  pierzyny  ucieszyłem  się  bardzo,  chociaż  nie  na  długo.  Okazało  się  bowiem,  że  brakuje 
mi  wykształcenia:  aby  spać  pod  pierzyną,  trzeba  opracować  sobie  specjalną  technikę, 
inaczej  śpisz  pod  gołym  płótnem  i  marzniesz  jak  głupi.  Z  tego  wszystkiego  łatwo 
wyciągniesz wniosek, że jak dłużej pobędę u mojej cioci, to wrócę do szkoły zmarzniętym 
malarzem  pokojowym,  który  nigdy  w  życiu  do  ust  nie  weźmie  nawet  najmniejszego 
kawałka mięsa, wychodząc z założenia, że w ten prosty sposób pomaga biedakowi. 

Oczywiście,  pisząc  o  tym  wszystkim  mszczę  się  na  Tobie  za  gadulstwo,  którym 

uraczyłeś  mnie  w  swoim  liście.  Muszę  Ciebie,  Pete,  przestrzec:  jestem  przekonany,  że 
kiedyś  będziesz  wielkim  naukowcem,  może  nawet  noblistą,  imponuje  mi  Twoja  wiedza, 
która  pozwoliła  Ci  w  tak  młodym  wieku  opracować  program  dla  administracji  domów 
mieszkalnych  i  doprowadzić  do  łez  kiłka  Bogu  ducha  winnych  kobiet,  a  jedną  nawet  do 
kolki. Boję się jednak, że o ile intelektualnie jesteś w peletonie, uczuciowo reprezentujesz 
poziom  zerowy,  wysoko  punktuje  Ci  się  jedynie  przyjaźń,  ale  z  dziewczynami,  Pete,  daj 
sobie jeszcze spokój. Taka jest moja rada, i to nie tylko dlatego, że mi było nie po drodze 
dowiadywać się o Tamarę i przepytywać na tę okoliczność 

87 
panią Firlej. Nie wydaje mi się jednak, żebyś z mojej rady skorzystał, bo ja na Twoim 

miejscu  nie  skorzystałbym  na  pewno.  Wczoraj  pod  wieczór  udałem  się  do  Twojej  babci 
niosąc ze sobą piętnaście jajek i kapustę kwaszoną, którą moja ciocia upchnęła w foliowej 
torebce.  Dziurawej.  Szedłem  więc,  a  za  mną  ciekł  sok  ciurkiem,  tak  mniej  więcej  jak 
piasek  za  Grzesiem.  Twoją  babcię  zastałem  przy  śmietniku.  Z  wielkiej  czarnej  torby  na 
odpadki wyjmowała jakąś żółtą szmatę. Potem potrząsnęła nią, przytrzymała przed sobą i 
chwiłę  spoglądała  z  wielkim  upodobaniem,  jak  szmata  z  wolna  zaczyna  oddychać  i  staje 
się  czymś  w  rodzaju  szlafroka.  Twoja  babcia  w  ogóle  nie  odpowiedziała  na  moje 
powitanie, tylko kazała mi patrzeć. 

-  Spójrz! - powiedziała. - Co za piękny materiał! Jaki mięciutki! Jaki ciepły! Czy ty 

wiesz, Jonasz, co to jest? 

-  Wydaje mi się, że szlafrok. 
-  Tak. To jest mój ukochany szłafrok, który kiedyś dostałam od Adama. Wzruszające, 

prawda? 

Przyszło  mi  na  myśl,  że  muszę  kupić  szlafrok  cioci  Konstancji.  Wiele  można  się 

nauczyć od Twojej babci, Pete. 

-  Wzruszające - przyznałem. 
Postawiłem torebkę z jajkami obok czarnej torby na śmiecie, a z foliowego woreczka 

spokojnie ciekło. 

-  A ja ten szlafrok - ciągnęła dalej Twoja babcia - chciałam po prostu wyrzucić. Dziś 

rano  wystawiłam  tu  torbę  z  rupieciami,  które  postanowiłam  wepchnąć  panom,  kiedy 
przyjadą opróżnić pojemniki. Byłam bezduszna, nie sądzisz? 

Zauważyłem,  że  Twoja  babcia  omijała  słowo  „śmieciarze"  i  bardzo  mnie  to  ujęło, 

chociaż  każdy  zawód  jest  dobry  i  nie  ma  nic  wspólnego  z  żadnymi  potocznymi 
znaczeniami. 

-  Nie uważam, żeby pani była bezduszna. 
-  Ależ jestem! Jak mogłam wyrzucić szlafrok, który dostałam od  Zielonego Adama! 

Przetrwał ze mną tyle lat. Nie masz pojęcia, ile 

88 

background image

 

50

razy płakałam w nim, ile razy w nim się śmiałam, a teraz raptem siup! do wora i jazda 

z domu... 

Przytuliła do siebie ten, co tu dużo ukrywać, lachmanek i zajrzała znowu do wielkiej 

torby. 

-  No, masz! - zawołała. - Jeszcze tego brakowało, żebym wyrzuciła czarną spódnicę 

Tamary! Zżarły ją mole, to prawda, ale Tamara była w niej na swoim balu maturalnym. 

Twoja babcia wyjęła z worka spódnicę Tamary, przytuliła ją do siebie razem z żółtym 

szlafrokiem, a wolną rękę znowu wsunęła do wora. 

-    Nigdy  nie  darowałabym  sobie  wyrzucenia  tej  kamizelki.  To  kamizelka  Melanii. 

Zrobiłam ją szydełkiem, spójrz, jaki ładny ścieg. Mełania nie miała jej na sobie  ani razu, 
ałe przecież można z niej zrobić kapcie, albo ubranka dla psów, następna zima na pewno 
będzie zmniejsza od tej, którą mamy za sobą, a psom pokończyły się kubraczki, zwłaszcza 
Sobuś potrzebuje czegoś naprawdę ciepłego, wiem, jak go muszą bołeć stawy, bo sama też 
cierpię na reumatyzm. 

Przez  chwilę  Twoja  babcia  spoglądała  w  głąb  czarnej  torby,  jak  dziewica,  która 

pragnie  utopić  się  w  studni,  zrozpaczona  po  utracie  wianka.  Węzeł  rudych  włosów 
rozsypał się i długie pasma spływały wzdłuż policzków, pięknie załamując się na zielonym 
swetrze. 

-    Przypominam  sobie,  że  wrzuciłam  do  tej  torby  granatowy  kapelusik  z  weluru. 

Uznałam,  że  jest  niemodny.  A  niby  dlaczego?  Jeżeli  mnie  się  podoba,  to  znaczy,  że  dla 
mnie jest modny. Właśnie że będę nosiła granatowy welurowy kapelusik, ma takie urocze 
małe  rondo,  jestem  pewna,  że  ci  się  spodoba.  Jonasz,  moje  dziecko,  bądź  tak  dobry  i 
przenieś  mi  worek  z  powrotem  do  domu.  Bardzo  się  boję,  że  lada  moment  przyjadą  tu 
panowie opróżnić pojemniki i go zabiorą. 

Ruszyliśmy  do  domu  Twojej  babci.  Szła  pierwsza  trzymając  w  czułych  ramionach 

ż

ółty  szlafrok,  czarną  spódnicę  Tamary  i  kamizelkę  Melanii,  której  Melania  nigdy  nie 

nosiła.  Przerzuciłem  wielki  czarny  worek  przez  plecy  i  przytrzymywałem  go  wolną  ręką. 
W drugiej niosłem jajka i torebkę kapusty kwaszonej, z którą wiesz, co się 

89 
działo. W domu Twoja babcia poprosiła, żebym zaniósł worek do bawialni. Szlafrok, 

spódnicę i kamizelkę położyła na bujanym fotelu. 

-    Jestem  szczęśliwa,  że  znowu  mam  te  rzeczy  w  domu!  -  odetchnęła.  Niespokojnie 

zajrzała do worka i wsunęła do niego rękę, przez 

chwilę  szukała  czegoś  po  omacku,  wreszcie  znalazła  granatowy  kapelusik  z  weluru. 

Był  trochę  zmiętoszony,  ale  nie  taki  zły,  przeciwnie,  kiedy  Twoja  babcia  trzepnęla  nim 
parę razy w powietrzu, nabrał dość sympatycznego wyglądu. 

-    Nie  tak  dawno  kupiłam  sobie  dwa  kapelusze,  są  do  niczego!  A  ten  jest  świetny! 

Myślę, że będę go uwielbiała, bo kiedyś uwielbiałam ten kapelusz. Coś ci kapie z torebki, 
Jonasz. 

-  Ciocia Konstancja kazała przynieść mi jajka i kapustę kwaszoną. Wreszcie udało mi 

się powiedzieć to zdanie, ale nie chcę Cię 

martwić,  Pete,  do  pytania  o  Tamarę  było  jeszcze  daleko.  Najpierw  Twoja  babcia 

wzięła mnie do kuchni, uwolniła od tej cholernej kapusty, zapłaciła za jajka i zapytała, czy 
nie  napiłbym  się  z  nią  herbaty  z  owoców  leśnych.  Bardzo  nie  lubię  herbaty  z  owoców 
leśnych,  bo  pachnie  landrynkami,  ale  powiedziałem,  że  chętnie,  ponieważ  Twoja  babcia 
już  mi  ją  nalewała.  I  wtedy,  jak  dobry  kolega  emeryt,  zapytałem,  jak  Twoja  babcia  się 
czuje. 

-  Świetnie! - powiedziała. 
-  A czy nie trzeba w czymś pomóc? 
-  Nie, dziękuję. 

background image

 

51

Pomyślałem, że jeżeli Twoja babcia nic nie mówi, to trudno z nią rozmawiać. 
-  A czy telefon pani działa? 
-  Tak, działa. Od wczoraj. 
-  Był pan Grzymałski? 
-  Tak. Byl. 
Wypiłem łyk herbaty z owoców leśnych, tym razem nie pachniała landrynkami, tylko 

kapustą kwaszoną, co było jeszcze gorsze. I wreszcie zapytałem pokrętnie: 

90 
-  Czy Tamara wybiera się tu w najbliższym czasie? 
Twoja babcia popatrzyła za okno, jakby chciała się upewnić, czy Tamara właśnie nie 

nadchodzi.  Wypiła  kilka  łyków  herbaty,  potem  poklepała  Sobusia,  który  przysiadł 
opierając się o jej kołana. 

-  Nie wybiera się. 
Gładziła  Sobusia  po  uszach,  później  podciągnęła  pończoszkę,  która  zsunęła  mu  się  z 

przedniej łapy. Nie wiedziałem, jak ją podejść. Przez chwiłę milczeliśmy i już sądziłem, że 
nie  załatwię  ci  tej  sprawy,  kiedy  nagle  Twoja  babcia  wyprostowała  się  na  krześle, 
obydwiema rękami ściągnęła do tyłu rozpuszczone włosy, sięgnęła po klamrę, którą miała 
w kieszeni, i spięła je. 

-  Nie wiem, gdzie jest Tamara, Jonasz. Naprawdę nie wiem. Podobno ktoś widział ją 

na lotnisku w Wiedniu. Jakiś znajomy mojego syna. Lotnisko w Wiedniu to nie jest adres, 
prawda? Można nawet powiedzieć, że to jest zaprzeczenie adresu. 

Posiedziałem jeszcze chwilę i wróciłem do domu. Było już ciemno, usiadłem w naszej 

kuchence  i  patrzyłem  przez  okno.  Ciocia  Konstancja  robiła  na  kolację  placki 
ziemniaczane,  utarła  już  całą  miskę  kartofli,  ale  jeszcze  dwa  leżały  na  stole  już  obrane, 
ż

ółtawe, ze starannie usuniętymi oczkami. 

-  Kogo tak wypatrujesz? - zapytała. 
Czyjaś  sylwetka  mignęła  na  mostku.  Znajoma  syłwetka,  Pete.  Zamarłem.  Nie  poszła 

do Twojej babci, tylko skręciła w ścieżkę do naszego domu, szła szybko. Kołnierz czarnej 
kurtki  postawiła  wysoko  i  przytrzymała  czerwonym  szalem.  Przez  chwilę  nie  wierzyłem 
własnym  oczom,  ale  wreszcie  poderwałem  się,  żeby  otworzyć  przed  nią  drzwi.  Czarne 
spodnie miała wsunięte w buty sznurowane na całej długości, wysokie prawie do kolan. 

-  Witaj, Jonasz! - powiedziała tym swoim znakomicie ustawionym głosem. 
Ale, Pete, to nie była Tamara. To była tylko Melania. 
Jonasz 
91 
Przejechałam  mostek  i  spojrzałam  w  bok.  Przed  domem  pani  Konstancji  nikogo  nie 

było, ale z daleka zobaczyłam, że ktoś odsuwa firankę w oknie. Nie widziałam twarzy, ale 
przecież domyśliłam się od razu, że to pani Żulichowa sprawdza ruch na drodze do domu 
pani Róży. Miałam ochotę pomachać jej ręką, ale bałam się, że uzna to za złośliwość, więc 
zrezygnowałam z gestu, który wydałby mi się sympatyczny, gdybym była na jej miejscu. 

Pani Róża powitała mnie w progu otwartych drzwi, a właściwie głównie witała Ritę. Z 

domu wybiegła Tutka, wyraźnie zadowolona, że tym razem i ona ma gościa. Obwąchiwały 
się przysuwając nos do nosa i jednocześnie merdając ogonami. Chwilę przyglądałyśmy się 
psom, ale w końcu weszłyśmy do domu. Pachniało gotującym się rosołem, jakimiś ziołami 
i czymś jeszcze. 

-    Wybierz  sobie  jakieś  kapcie  ze  skrzyni,  będziesz  się  lepiej  czuła,  bardziej  po 

domowemu. A jak ty? Już mieszkasz? 

Zaczęłam  odpowiadać  na  jej  pytania,  ale  musiałam  przerwać,  bo  złapał  ją  kaszel, 

może  niezbyt  silny,  ale  wyraźnie  coś  drapało  ją  w  gardle.  Pomachała  w  moją  stronę 
uspokajającym gestem i powiedziała z trudem: 

background image

 

52

-  Nie denerwuj się, zaraz mi przejdzie... 
I kasłała dalej. Przypomniałam sobie, że podczas mojej pierwszej wizyty  mówiła mi, 

ż

e  jest  uczulona  na  farbę  olejną.  Uprzytomniłam  sobie,  że zapach,  który  teraz  wyczułam, 

też  był  zapachem  farby.  Pomyślałam,  że  ktoś  maluje  na  górze  framugi  okienne,  a  kiedy 
siedząc  na  skrzyni  wkładałam  kapcie,  żółte  z  czerwonymi  pomponami,  usłyszałam  ciche 
skrzypnięcie  otwieranych  na  pięterku  drzwi.  Po  chwili  ze  schodów  zbiegła  kotka  pani 
Róży,  Lula,  a  za  nią  wolno  kroczył  Franio.  Ktoś  wypuścił  koty  z  pokoju  na  górze,  kto? 
Tamara,  pomyślałam.  Tamara  jest  na  górze.  Potem  zwątpiłam,  wydało  mi  się  to 
niemożliwe. Pani Róża przestała kasłać i zajęła się znowu zwierzętami, bo Lula fuczała na 
Ritę, która zdumiona, nie wiedziała, o co tu właściwie chodzi. 

92 
Weszłyśmy  do  bawialni.  W  słońcu  kremowe  ściany  i  ciemne  meble  wyglądały 

pięknie,  kiedy  byłam  tu  poprzednio,  nie  doceniłam  urody  tego  pokoju.  Usiadłyśmy,  pani 
Róża  kazała  mi  opowiadać  sobie  o  wszystkim,  co  wydarzyło  się  u  mnie  wczoraj.  Śmiała 
się, kiedy opowiadałam jej o swojej bezsilności przy meblowaniu mieszkania. 

-  Znam to! Moje dzieci, kiedy do mnie przyjeżdżają, zawsze usiłują ulepszać mi życie 

według  własnych  wyobrażeń  o  tym,  jak  ono  powinno  wyglądać.  To  jest  doprawdy 
straszne! 

Potem rozbawiła ją opowieść o pani mecenasowej, która przyszła do mnie na kieliszek 

koniaku, zaniepokoiła choroba pani Wisi. 

-  Dawno Wisi nie widziałam, kiedyś mignęła mi na rynku, bo ona tu mieszka, wiesz? 

Niedaleko stąd, ale widujemy się rzadko. 

-  Wiem, że tu mieszka, bo chyba i jej telefonem zajmuje się pan Grzymalski. 
-    Pan  Grzymalski?  Skąd  go  znasz?  Ach,  tak...  -  uprzytomniła  sobie.  -  Czytałaś  już 

listy?  Z  panem  Grzymalskim  mam  na  pieńku  -  powiedziała,  nie  czekając  na  moją 
odpowiedź.  -  Jest  odpowiedzialny  za  szczenięta  Tutki,  powinien  mi  pomóc,  prawda? 
Powinien gdzieś je umieścić, ale skąd, ani mu to w głowie. Powiada, że może je zawieźć 
do schroniska dla zwierząt, jest po prostu bezduszny. 

-  I co pani z nimi zrobi? 
-    Nie  wiem.  Są.  Zajmują  zieloną  sypialnię  na  górze.  Możesz  sobie  wyobrazić,  jak 

wyglądają  szczenięta  pochodzące  ze  skrzyżowania  spanielki  z  bokserem?  Mój  przyjaciel 
mówi, że powinnam przekonywać ludzi, że to rasowe bassety, i sprzedawać je za ciężkie 
pieniądze! - roześmiała się. - Mój przyjaciel ma doprawdy znakomite pomysły. 

Pomysł  wyglądał  na  Tamarę,  ale  to  chyba  naprawdę  było  niemożliwe.  Ciekawe,  czy 

pani Róża zaprowadzi mnie na górę, żebym mogła obejrzeć szczenięta Tutki. 

-  Chciałabym je zobaczyć, będę mogła? 
93 
-    Oczywiście,  ale  później,  dobrze?  Teraz  wstawię  ziemniaki  i  zanim  obiad  będzie 

gotowy, pogadamy chwilę. 

Poszła  do  kuchni.  Przez  drzwi,  których  nie  zamknęła  za  sobą,  do  bawialni  wtargnął 

jeszcze silniejszy zapach rosołu, poczułam, że jestem głodna, niewiele zjadłam od naszego 
wspólnego posiłku z Wawrzyńcem, bałam się, że zaraz zacznie mi burczeć w brzuchu, a to 
zawsze  mnie  bardzo  peszyło.  Na  szczęście  pani  Róża  wróciła  niosąc  ze  sobą  talerz  z 
małymi  krakersami.  Na  każdym  z  nich  był  stożek  twarogu  ze  szczypiorkiem,  ozdobiony 
piórkiem papryki. 

-  Przygotowałam nam małą przekąskę, Elizo, proszę, częstuj się. Podała mi talerzyk, 

biały w drobne, różowe kwiaty. Miałam 

ochotę odwrócić go i sprawdzić znak, musiała to być dobra, stara porcelana. Pani Róża 

usiadła i w milczeniu zjadłyśmy po dwa krakersy, potem przesunęła talerz w moją stronę. 

background image

 

53

-    No  i  cóż?  - zapytała.  -  Masz  mi  coś  do  powiedzenia,  czy  wolisz,  żebyśmy  jeszcze 

poczekały z tym wszystkim? Nie ma problemu, możemy poczekać. 

-  Czy mam coś do powiedzenia? No, nie wiem... - zaczęłam niepewnie. - Myślałam o 

tym, oczywiście. Przeczytałam część listów i prawdę mówiąc, mam pewien pomysł. 

Patrzyła  wyczekująco.  Sobuś  ruszył  się  ze  swojego  miejsca  przy  kominku,  przysiadł 

obok fotela pani Róży, opierając się o jej nogi. Patrzył z zaciekawieniem, jak Rita i Tutka 
latają  po  całej  bawialni.  Uśmiechnęłam  się  do  pani  Róży,  sobie  dodając  w  ten  sposób 
odwagi. 

-  Myślałam o tym, żeby połączyć dwa światy. Ten z listów, które od pani dostałam, z 

tym, który teraz istnieje wokół mnie. 

Patrzyłam na nią, czekając, co powie. 
-  Mów dalej, ja słucham. 
-  Myślę, że takie połączenie jest możliwe, chociaż pozornie te dwa światy nie mają ze 

sobą związku. 

-  Pozornie. 
94 
-    Wczoraj  wieczorem  usiadłam  nad  tym  i  zrobiłam  próbę.  Nie  wiem,  ale  wydaje  mi 

się, że mogłaby stanowić początek. 

-  Pokażesz mi? 
-  Tak, chciałabym. 
Wyjęłam z torby kilka arkuszy papieru maszynowego i podałam je pani Róży. 
-    Niestety,  wyschła  mi  taśma,  długo  nie  używałam  maszyny,  ale  chyba  to  jest  dość 

czytelne. 

Spojrzała na pierwszą stronę, na której było tylko jedno słowo, tytuł. 
Wachlarze 
Odłożyła ją na stolik i zaczęła czytać następną. 
„To  właśnie  ja  dostałam  od  Róży  Firlej  czarny  wachlarz  z  Andory.  Od  lat  leżał  na 

białej  komodzie  w  jej  pokoju,  pośród  innych  pamiątek,  ale  pewnego  dnia,  kiedy 
siedziałyśmy przy herbacie w bawialni, podniosła się, poszła na górę i za chwilę wróciła z 
wachlarzem w ręku..." 

Patrzyłam za okno, ale niewiele widziałam przez gęstą, białą firankę. Zaledwie zarysy 

drzew  w  oddali.  Słyszałam  też  stukot  pazurów  i  przyjazne  poszczekiwanie  psów,  ciągle 
biegających  za  sobą  po  pokoju.  Pani  Róża  uważnie  czytała  stronę  po  stronie,  wreszcie 
zobaczyła  list  Melanii  do  Adriany  przepisany  przeze  mnie.  Znała  jego  treść,  więc  tylko 
spojrzała przelotnie. Na tym właśnie liście kończyła się moja propozycja dla niej. Zebrała 
wszystkie  kartki,  ułożyła  równo  i  trzymając  je  w  ręku  przez  chwilę  zastanawiała  się  nad 
czymś. Wreszcie spojrzała na mnie z rozbawieniem. 

-  Rozumiem, że w twojej opowieści znajdę  w pewnej chwili także opis dzisiejszego 

dnia,  prawda?  Pewnie  będzie  się  to  zaczynało  od  zdania:  „Pani  Róża  powitała  mnie  w 
progu otwartych drzwi..." 

95 
- Możliwe, przecież tak właśnie pani mnie powitała! - roześmiałam się. 
Podała mi kartki. 
- Zaskoczyłaś mnie, wyobrażałam to sobie inaczej. -Jak? 
-  Nie wiem jak! - śmiała sie głośno. - Inaczej! Nie potrafię ci tego wytłumaczyć. Tak, 

jakbym szła do teatru, a znalazła się w cyrku! A do tego w tym cyrku proponują mi, żebym 
została woltyżerką! Dam ci obiad, a potem idź do domu i pisz, jestem ciekawa, co będzie 
dalej, a ty? 

- Ja też! - przyznałam. 

background image

 

54

Nagle  pani  Róża  spoważniała,  patrzyła  przed  siebie,  machinalnie  głaszcząc  Sobusia. 

Franio  wskoczył  na  poręcz  mojego  fotela,  kiedy  podrapałam  go  między  uszami,  zaczął 
mruczeć.  Zamyśliłam  się,  wiele  dałabym  za  to, żeby  wiedzieć,  czy  naprawdę  Tamary  nie 
ma w tym domu, wszystko wskazywało na to, że nie, ale? Pani Róża spojrzała na mnie i 
uśmiechnęła się znowu. 

-    No  cóż,  myślę,  że  czas  na  obiad.  Będziemy  miały  rosół,  wołowinę  w  sosie 

chrzanowym, ziemniaki i surówkę z porów. Surówkę zrobiłam ze śmietaną, nie wiem, czy 
lubisz? 

Obiad  jadłyśmy  w  kuchni,  przy  pięknym  stole,  drewnianego,  połyskliwego  blatu  nie 

przykrywała żadna serweta. Nad nim nisko zawieszony, wisiał czerwony abażur omotany 
pomarańczowymi koralami. 

-    Zrobiłam  go  ze  starej  spódnicy,  którą  Zyta  chciała  wyrzucić,  też  uważam,  że  jest 

piękny  -  powiedziała  pani  Róża,  kiedy  zachwyciłam  się  nim.  -  Te  korale  nosiła  kiedyś 
Tamara,  zabrałam  jej,  bo  mnie  urzekł  ich  ognisty  kolor.  Mam  nadzieję,  że  wołowina  nie 
będzie wiórowata, czasami mięso z rosołu nie jest nadzwyczajne. A jak ty będziesz sobie 
radziła z obiadami, Elizo? Mam nadzieję, że nie będziesz jadała w barach? 

Nie  czekając  na  moją  odpowiedź,  pani  Róża  nagle  wstała  i  sięgnęła  po  maszynopis, 

który położyłam na kredensie. Zajrzała do niego, potem wróciła do stołu. 

96 
-    Jest  tak,  jak  myślałam,  wiesz?  Wydaje  mi  się,  że  Melania  ma  do  mnie  stosunek 

pobłażliwy.  Nie  traktuje  mnie  poważnie.  Zresztą  oni  wszyscy  czasami...  -  urwała,  jakby 
niepewna  stosowności  tego,  co  mówi.  -  Zwłaszcza  Melania.  W  jej  przekonaniu  jestem 
trochę  poetką,  trochę  wariatką.  Staram  się  nie  zwracać  na  to  uwagi,  ale  bywa,  że  jest  mi 
przykro. 

-  I uważa pani, że coś takiego jest w liście Melani? 
-  Właśnie. 
-  W takim razie nie będę z niego korzystać - zapewniłam. 
-  A dlaczego? Przecież ci go dałam. Trzymajmy się faktów. No i jak mięso? 
-  Jest miękkie. Miękkie i bardzo smaczne. 
Nagle z góry dobiegło stukanie. Tak, jakby ktoś trzykrotnie uderzył czymś w podłogę. 

Pani Róża spojrzała na mnie i uśmiechnęła się. Położyła sztućce na brzegu talerza. 

-  Przepraszam cię, zajrzę tam. To szczeniaki rozrabiają. 
Nie było jej tylko przez chwilę. Wróciła, usiadła przy stole i zaczęła jeść. 
-  O czym to myśmy mówiły? 
-    O  mięsie,  że  jest  miękkie  i  bardzo  smaczne.  Jeżeli  szczeniaki  rozrabiają,  to  może 

zgodziłaby się pani, żebym teraz je zobaczyła? 

-    Oczywiście!  Jak  skończymy  jeść,  wstawię  wodę  na  herbatę  i  zanim  się  zagotuje, 

pójdziemy na górę. 

No i poszłyśmy. O jednej rzeczy, o której pani Róża nie pomyślała. Zielona sypialnia 

zajęta  przez  potomstwo Tutki,  nie  była  położona  nad  kuchnią.  Była  zupełnie  z  boku,  nad 
bawialnią.  Tymczasem  z  pokoju  nad  kuchnią,  kiedy  szłyśmy  na  górę,  dobiegała  muzyka. 
To  Albinioni,  poznałam.  Ktoś,  słysząc  nasze  kroki,  zareagował  natychmiast.  Melodia 
urwała się w połowie frazy. 

Trzymajmy  się  faktów,  trzymajmy  się  faktów,  powtarzałam  sobie,  gdy  wracając  do 

domu  wlokłam  się  szosą,  bo  drogę  miałam  zablokowaną  TIR-em,  którego  nie  mogłam 
wyminąć. Trzymajmy 

97 
się  faktów,  a  faktem  było,  że  ktoś  chował  się  przede  mną  w  tym  domu.  A  potem 

powiedziałam sobie, że to nie moja sprawa, pani Róża udostępniła mi tyle wiadomości, ile 
dla  mnie  przeznaczyła.  Było  już  ciemno,  kiedy  weszłam  do  domu.  Rita  wskoczyła  na 

background image

 

55

tapczan,  który  traktowała  jak  swoje  posłanie,  a  ja  sięgnęłam  po  jeden  z  listów, 
zostawionych  na  stoliku  przy  maszynie.  Przypomniał  mi  się,  kiedy  jadąc  do  pani  Róży 
mijałam  drzewo  z  drewnianą  kapliczką,  tą  w  której  był  napis  „Dziękujemy  za  Adrianę". 
Znalazłam  go  bez  trudu,  bo  koperta  była  większa  niż  inne  i  zaadresowana  trochę 
wymyślnymi literami. 

ADRIANA DO ZYTY 
Zyto  droga,  dziękuję  Ci  za  list.  Wyjęłam  go  ze  skrzynki,  kiedy  wracałam  do  domu 

pełna  najlepszych  intencji:  miałam  zamiar  przygotować  dziś  Jaśkowi  gorącą  kołację, 
wrzucić  do  pralki  jego  koszule  i  swoje  bluzki,  sprzątnąć  pokój  Melanii.  Nic  z  tego  nie 
wyszło,  bo  usiadłam  w  fotełu  z  Twoim  listem.  Przeczytałam  i  po  raz  setny  zaczęłam  się 
zastanawiać  nad  tym  wszystkim,  o  czym  pisałaś,  a  co,  jak  się  domyślasz,  bardzo  mnie 
obchodzi. Jestem w domu sama, bo Jasiek ma dyżur, a Melania znowu umila życie naszej 
Różyczce.  Mela  złapała  gdzieś  wietrzną  ospę,  więc  zapakowaliśmy  ją  w  samochód  i  fru! 
Oczywiście telefon u mamy był nieczynny, więc miała niespodziankę, co zniosła dzielnie, 
jak to ona. A więc, jestem w domu sama. Zaraz po przeczytaniu Twojego listu machnęłam 
ręką  na  wszystko  i  usiadłam,  żeby  Ci  odpisać.  Zyto,  nie  pamiętam,  jak  to  było,  kiedy 
Jasiek  wyprowadzał  się  z  domu,  żeby  zamieszkać  ze  mną,  ale  jeżeli  nie  pamiętam,  to 
znaczy, że moja teściowa nie robiła z tego żadnego problemu. To raz. A dwa: wydaje mi 
się, że albo żartujesz, albo masz jakąś obsesję na punkcie dziewczyny Petego, wybacz, ale 
naprawdę tak sądzę.  W końcu jest rzeczą zupełnie zwyczajną, że 

98 
w pewnym wieku zaczynają się kolejne zakochania i do czasu, kiedy Pete wyprowadzi 

się z domu, przeżyjesz nie jedną dziewczynę, a piętnaście. Prawda jest taka, że zanim mój 
brat  Adam  ożenił  się  z  Tobą,  kochał  się  w  paru  dziewczynach,  których  imion  teraz  już 
pewnie nie pamięta. Pytasz, czy Mełania ma chłopaka. Zyto, chyba zapomniałaś, jak jest z 
Melanią? Bardzo bym chciała, żeby pojawił się przy Niej jakiś chłopak, ale Ona przecież 
na  nikogo  nie  zwraca  uwagi,  bo  ciągle  jest  zakochana  w  Jonaszu,  którego  poznała  u 
Mamy,  kiedy  On  przyjechał  tam  z  Petem.  Czy  doprawdy  nie  przypominasz  sobie,  co  się 
wtedy działo? Najpierw Ty się obraziłaś, że Jonasz nie chce być u Was „na próbę", potem 
Jonasz wyprowadził się do starej Żułichy i zaczął o niej mówić „moja ciocia Konstancja", 
a potem Mama zwymyśłala Tamarę za to, że zawraca Jonaszowi głowę, chociaż było jasne 
jak na dłoni, że kocha się w nim Mełania. I w końcu Tamara zabrała ze sobą tego Jonasza, 
ale chyba tylko dobrze mu nagadała, bo wrócił jak niepyszny. Więc Ty nie pytaj, czy Mela 
ma  chłopaka,  bo  mnie  to  przeraża.  Czy  doprawdy  jesteś  tak  zapatrzona  w  Petego  i 
pochłonięta  wyobrażaniem  sobie  niestworzonych  historii,  że  zapominasz  o  tym,  co  było 
tak niedawno? Nie gniewaj się na mnie, rzeczywiście jestem chyba ostatnią osobą w naszej 
rodzinie, która ma prawo mądrzyć się i pouczać innych, ale dużo się teraz zastanawiałam 
nad  nami  wszystkimi,  a  nad  sobą  w  szczególności.  Doszłam  do  wniosku,  że  każdy  z  nas 
nosi w sobie i dobro, i zło, problem tkwi tylko w umiejętności wybierania z siebie. Ja nie 
bardzo dobrze umiem wybierać, przyznaję, może dlatego z każdym moim wyborem łączy 
się taka szamotanina? Tamara jest inna, ona dobrze wie, czego chce, a jeżeli nie może tego 
osiągnąć, potrafi sobie poradzić i ze sobą, i z życiem. Napisałam to i utknęłam. Zrobiłam 
nawet  przerwę  na  łyk  herbaty.  Napisałam  i  utknęłam,  Zyto,  bo  chyba  nie  jest  prawdą,  że 
Tamara  dobrze  sobie  radzi  ze  wszystkim.  Nie  znam  jej  życia  uczuciowego,  bo  nigdy  nie 
zwierzała mi się tak naprawdę. Nie mam o to żalu, bo ona chyba nie zwierza się nikomu, 
nie czuje takiej 

99 
się  faktów,  a  faktem  było,  że  ktoś  chował  się  przede  mną  w  tym  domu.  A  potem 

powiedziałam sobie, że to nie moja sprawa, pani Róża udostępniła mi tyle wiadomości, ile 
dla  mnie  przeznaczyła.  Było  już  ciemno,  kiedy  weszłam  do  domu.  Rita  wskoczyła  na 

background image

 

56

tapczan,  który  traktowała  jak  swoje  posłanie,  a  ja  sięgnęłam  po  jeden  z  listów, 
zostawionych  na  stoliku  przy  maszynie.  Przypomniał  mi  się,  kiedy  jadąc  do  pani  Róży 
mijałam  drzewo  z  drewnianą  kapliczką,  tą  w  której  był  napis  „Dziękujemy  za  Adrianę". 
Znalazłam  go  bez  trudu,  bo  koperta  była  większa  niż  inne  i  zaadresowana  trochę 
wymyślnymi literami. 

ADRIANA DO ZYTY 
Zyto  droga,  dziękuję  Ci  za  list.  Wyjęłam  go  ze  skrzynki,  kiedy  wracałam  do  domu 

pełna  najlepszych  intencji:  miałam  zamiar  przygotować  dziś  Jaśkowi  gorącą  kolację, 
wrzucić  do  pralki  jego  koszule  i  swoje  bluzki,  sprzątnąć  pokój  Melanii.  Nic  z  tego  nie 
wyszło,  bo  usiadłam  w  fotelu  z  Twoim  listem.  Przeczytałam  i  po  raz  setny  zaczęłam  się 
zastanawiać  nad  tym  wszystkim,  o  czym  pisałaś,  a  co,  jak  się  domyślasz,  bardzo  mnie 
obchodzi. Jestem w domu sama, bo Jasiek ma dyżur, a Melania znowu umila życie naszej 
Różyczce.  Mela  złapała  gdzieś  wietrzną  ospę,  więc  zapakowaliśmy  ją  w  samochód  i  fru! 
Oczywiście telefon u mamy byl nieczynny, więc miała niespodziankę, co zniosła dzielnie, 
jak to ona. A więc, jestem w domu sama. Zaraz po przeczytaniu Twojego listu machnęłam 
ręką  na  wszystko  i  usiadłam,  żeby  Ci  odpisać.  Zyto,  nie  pamiętam,  jak  to  było,  kiedy 
Jasiek  wyprowadzał  się  z  domu,  żeby  zamieszkać  ze  mną,  ałe  jeżeli  nie  pamiętam,  to 
znaczy, że moja teściowa nie robiła z tego żadnego problemu. To raz. A dwa: wydaje mi 
się, że albo żartujesz, albo masz jakąś obsesję na punkcie dziewczyny Petego, wybacz, ale 
naprawdę tak sądzę.  W końcu jest rzeczą zupełnie zwyczajną, że 

98 
w pewnym wieku zaczynają się kołejne zakochania i do czasu, kiedy Pete wyprowadzi 

się z domu, przeżyjesz nie jedną dziewczynę, a piętnaście. Prawda jest taka, że zanim mój 
brat  Adam  ożenił  się  z  Tobą,  kochał  się  w  paru  dziewczynach,  których  imion  teraz  już 
pewnie nie pamięta. Pytasz, czy Melania ma chłopaka. Zyto, chyba zapomniałaś, jak jest z 
Melanią? Bardzo bym chciała, żeby pojawił się przy Niej jakiś chłopak, ale Ona przecież 
na  nikogo  nie  zwraca  uwagi,  bo  ciągle  jest  zakochana  w  Jonaszu,  którego  poznała  u 
Mamy,  kiedy  On  przyjechał  tam  z  Petem.  Czy  doprawdy  nie  przypominasz  sobie,  co  się 
wtedy działo? Najpierw Ty się obraziłaś, że Jonasz nie chce być u Was „na próbę", potem 
Jonasz wyprowadził się do starej Żulichy i zaczął o niej mówić „moja ciocia Konstancja", 
a potem Mama zwymyślała Tamarę za to, że zawraca Jonaszowi głowę, chociaż było jasne 
jak na dłoni, że kocha się w nim Melania. I w końcu Tamara zabrała ze sobą tego Jonasza, 
ale chyba tylko dobrze mu nagadała, bo wrócił jak niepyszny. Więc Ty nie pytaj, czy Meła 
ma  chłopaka,  bo  mnie  to  przeraża.  Czy  doprawdy  jesteś  tak  zapatrzona  w  Petego  i 
pochłonięta  wyobrażaniem  sobie  niestworzonych  historii,  że  zapominasz  o  tym,  co  było 
tak niedawno? Nie gniewaj się na mnie, rzeczywiście jestem chyba ostatnią osobą w naszej 
rodzinie, która ma prawo mądrzyć się i pouczać innych, ale dużo się teraz zastanawiałam 
nad  nami  wszystkimi,  a  nad  sobą  w  szczególności.  Doszłam  do  wniosku,  że  każdy  z  nas 
nosi w sobie i dobro, i zło, problem tkwi tylko w umiejętności wybierania z siebie. Ja nie 
bardzo dobrze umiem wybierać, przyznaję, może dlatego z każdym moim wyborem łączy 
się taka szamotanina? Tamara jest inna, ona dobrze wie, czego chce, a jeżeli nie może tego 
osiągnąć, potrafi sobie poradzić i ze sobą, i z życiem. Napisałam to i utknęłam. Zrobiłam 
nawet  przerwę  na  łyk  herbaty.  Napisałam  i  utknęłam,  Zyto,  bo  chyba  nie  jest  prawdą,  że 
Tamara  dobrze  sobie  radzi  ze  wszystkim.  Nie  znam  jej  życia  uczuciowego,  bo  nigdy  nie 
zwierzała mi się tak naprawdę. Nie mam o to żalu, bo ona chyba nie zwierza się nikomu, 
nie czuje takiej 

99 
potrzeby, ale wiem, że wszyscy jej „towarzysze podróży", jak o nich mawiała, nie byli 

ludźmi,  których  traktowała  serio.  Robiła  wrażenie  wiecznej  poszukiwaczki.  Być  może 
rzeczywiście wymyśliła sobie człowieka i postanowiła go znaleźć, tak twierdzi Jasiek. No i 

background image

 

57

w  końcu  znalazła  Filipa.  Dziwisz  się,  że  go  tak  bez  boju  oddała  tej  małej  smarkuli,  jego 
córce? Nie możesz tego zrozumieć? Bogiem a prawdą, Zyto, ja też nie pojmuję, dlaczego 
Tamara tak się zlękła humorzastej panienki. Uciekła przed nią w panice.  Czy bala się, że 
Filip  będzie  musiał  żyć  w  piekle,  które  ta  mała  stworzy,  czy  tylko  dla  siebie  bala  się 
piekła?  Kiedy  po  ostatniej  rozmowie  z  nim  i  z  tą  dziewczyną  przyjechała  do  Mamy  po 
swoje  rzeczy,  Mama  zapytała  o  to.  Mówi,  że  Tamara  milczała.  Stała  na  wprost  Mamy  i 
milczała. A wtedy Mama, która polubiła Fiłipa od pierwszej chwili, wrzasnęła na Tamarę, 
sama mi o tym mówiła.  Wrzasnęła: „Chcesz tak  głupio przegrać tę sprawę, Tamaro? Nie 
bądź idiotką!" Podobno ona patrzyła na Mamę tak, jakby zaraz miała się rozpłakać, ale nie, 
ś

ciągnęła  z  nóg  kapcie,  rzuciła  je  na  skrzynię,  a  wkładając  sandały  pochyliła  się  i  nie 

patrząc  na  Mamę  powiedziała:  „Wygrałam  więcej,  niż  myślisz!"  Złapała  torbę,  przytuliła 
Mamę i sama przytuliła się do niej. Powiedziała jeszcze: „Nie martw się o mnie, pamiętaj! 
Tylko  się  o  mnie  nie  martw!"  I  pobiegła  do  samochodu.  Mama  stanęła  w  progu,  jak 
zawsze.  Tamara  przejechała  obok  ganku,  żeby  pomachać,  i  Mama  zobaczyła  jeszcze  jej 
buzię.  Tamara  chciała  się  uśmiechnąć,  ale  to  zupełnie  nie  wyszło.  Mama  powiedziała,  że 
pierwszy  raz  w  życiu  widziała  uśmiech  tak  pełen  rozpaczy.  Więcej  nie  wiem,  Zyto. 
Myślałam, że Mama opowiadała o tym przy Was, ale teraz przypominam sobie, że oprócz 
mnie byl wtedy tylko Adam, bo Ty pojechałaś do sanatorium. 

Cieszę się, że tym razem masz tam pogodę, nie tak jak wtedy, i dobrze, że nie czujesz 

się zmęczona zabiegami. Naprawdę niepotrzebnie trzęsiesz się o Petego. Adam dzwonił do 
mnie  wczoraj,  wszystko  jest  w  porządku,  świetnie  sobie  radzą.  Jasiek  mówił,  że  Pete  ma 
być jutro w przychodni, bo kot jego dziewczyny ma wrośnięty pazur. Pete 

100 
dzwonił  wczoraj  i  umówił  się  z  Jaśkiem.  Widzisz  więc,  Zyto,  że  cały  ten  „romans", 

którym nabiłaś sobie głowę, wart jest kociego pazura. Całuję Cię! 

Adriana 
Trzymajmy się faktów, trzymajmy się faktów, powtarzałam sobie wprost maniakalnie, 

bo nagle wizerunek pani Róży zaczął mi się rozpływać jak akwarela na mokrym papierze. 
Jakim człowiekiem była, zastanawiałam się, chyba dla każdego innym. Czy to jest reguła? 
Czy każdy jest taki? A może ona zawsze jest taka sama, tylko to jak się ją widzi, zależy od 
patrzącego?  Zaczęłam  zastanawiać  się,  jak  ja  sama  widzę  panią  Różę,  kiedy  w  oknie 
mignęła  nieforemna  postać.  Nie  rozpoznałam  jej  w  zapadającym  mroku.  Rozległo  się 
stukanie do drzwi, ale zanim do nich podeszłam, ktoś nacisnął klamkę i otworzył. Była to 
pani  Cesia  niosąca  na  plecach  niewielki  wiklinowy  fotelik.  Nie  odpowiedziała  na  moje 
powitanie, tylko z miejsca wyjaśniła przyczynę wizyty. 

-    Moja  pani  kazała  zapytać,  czy  nie  chce  panienka  tego  fotela.  Nie  będę  latała  w 

kółko. Fotel jest dobry, obejrzałam. Duży nie jest, miejsca nie zajmie, gdzie stanie? 

-    Doprawdy,  nie  wiem,  jak  dziękować,  dlaczego  pani  sama  go  niosła,  to  ja 

powinnam... 

-  A, niech panienka da spokój, co tam! Gdzie stanie? Chciałam uwolnić ją od fotela, 

ale trzymała go mocno, rozglądając 

się po moim mieszkaniu. 
-  Ładnie tu! - powiedziała. - No to gdzie stanie? Przesunęłam ręką po wiklinie. Była 

gładka, ciepła, miała kolor 

gryczanej kaszy. Wiedziałam, że polubię ten fotel i że muszę mieć dla niego specjalne 

miejsce w pobliżu światła, książek, może coś trzeba będzie przesunąć. Pani Cesia zrobiła 
dwa kroki do przodu. 

-  Gdzie stanie? 
-  Może tu - powiedziałam wskazując byle jakie miejsce. 
101 

background image

 

58

-  E! - krótko zaopiniowała moją nie przemyślaną decyzję. 
-  To może tu? 
-  Może. 
Postawiła fotel i rozejrzała się znowu. 
-  No! Całkiem dobrze. Jak czegoś będzie brakowało, trzeba powiedzieć - burknęła. 
Była  dla  mnie  bardzo  łaskawa,  chociaż  uśmiechu  na  jej  twarzy  nie  widziałam  ani 

przez chwilę. Poprosiłam, żeby usiadła, ale ona tylko przecząco poruszyła głową. Oglądała 
moje książki, stolik od pana Morsa, lustro. 

-  No i komoda stoi - zauważyła. 
-  Może chce pani zobaczyć drugi pokój i kuchnię? - zapytałam. -Chcę. 
Podobała  mi  się  jej  zwięzłość  i  to,  że  mówiła  do  mnie  „panienko".  Obejrzała  resztę 

mieszkania  w  zupełnym  milczeniu,  a  kiedy  wróciłyśmy  w  okolicę  wiklinowego  fotela, 
przystanęła, spojrzała na moją maszynę i rozrzucone arkusze papieru. 

-  Pisanie - stwierdziła. 
-  No właśnie. Taką mam pracę. 
-  Praca jak praca. 
Nie bardzo wiedziałam, co dalej. Pomogła mi Rita, która zeskoczyła z tapczana i nagle 

zaczęła obwąchiwać buty pani Cesi. 

-  Daj spokój, pies! 
Rita w ogóle nie rozumiała tych słów. Pani Cesia patrzyła w dół i nagle zaczęła kręcić 

głową. 

-    Że  to  coś  takiego  nie  złamie  się  w  połowie.  Daj  spokój,  pies!  Wyniosłam  Ritę  do 

drugiego pokoju i zamknęłam drzwi, czułam, 

ż

e jej obecność była nie po myśli pani Cesi. 

-    Może  zrobię  herbaty?  -  powiedziałam  przymilnie  jak  pojętna  uczenniczka  pani 

mecenasowej. 

-  Na noc? 
Pomyślałam,  że  kto  wie,  czy  pani  Cesia  nie  wyjdzie,  kiedy  znowu  zaproponuję  jej, 

ż

eby usiadła. 

102 
-  Może pani usiądzie? - zapytałam. 
-    Pójdę  -  powiedziała,  zgodnie  z  moimi  przypuszczeniami.  Ale  stała  dalej. 

Zrozumiałam, że pani Cesia bardzo się dobrze 

u mnie czuje, inaczej już byłaby u siebie. 
-  Dawno pani tu mieszka? - zapytałam. 
-  Dawno. 
Może jednak okazywała się zbyt zwięzła jak na moje obyczaje. 
-    Ładnie  tu  jest.  Ładna  okolica  i  dom  państwa  mecenasostwa  jest  taki  ładny  - 

powiedziałam. 

-    Ładny.  Czysto.  -  Znowu  spojrzała  na  mój  maszynopis.  -  A  tych  pieniędzy  to 

wystarczy? 

-  Których pieniędzy? Tych, które będę dostawała u pani Firlej? 
-  Nie! Tych drugich. 
-  Jakich drugich? 
Nie  mogła  wiedzieć  o  mizernych  alimentach,  które  dostawałam  od  mojego  byłego 

męża. 

-  Tych na leczenie - wyjaśniła. 
O nie, pani Cesiu, teraz  to ja pani stąd nie wypuszczę. Pieniądze na leczenie mojego 

synka w holenderskim centrum dla dzieci z porażeniem mózgowym już od trzech miesięcy 
wpływały  na  konto  Ośrodka,  ale  nikt  nie  wiedział  o  tym  oprócz  mnie  i  pani  w 

background image

 

59

ministerstwie,  która  pomagała  mi  załatwiać  formalności.  Poinformowano  mnie,  bardzo 
oficjalnym  pismem  bezpośrednio  z  centrum  w  Holandii,  że  ktoś  podjął  się  finansowania 
kosztów pobytu mojego syna u nich na oddziale rehabilitacyjnym. 

-    Pieniędzy  wystarczy.  Bardzo  jestem  za  nie  wdzięczna.  Wpatrywałam  się  w  panią 

Cesię z nadzieją, że powie więcej. 

-  Ma, to daje. 
-  O kim pani mówi? - zapytałam w końcu bez ogródek. Milczała, ale zobaczyłam, że 

ś

ciągnęła brwi i potarła ręką czoło, 

jakby nagle coś sobie przypomniała. 
-  Co o kim mówię? 
103 
-  No, że jak ma, to daje? 
Musiała  usłyszeć  mój  natarczywy  ton  i  zobaczyć  wyczekiwanie  w  spojrzeniu. 

Skrzywiła się i pokręciła głową. Najwyraźniej wolała wypowiadać się gestami. 

-  Pani Cesiu! - nalegałam. 
-  Co panienka? O nikim nie mówię. 
-  Przed chwilą powiedziała pani, że... 
-    Plotę,  wie  panienka?  Trochę  mam  tu...  -  postukała  się  ręką  w  czoło.  -  Nie  mówiła 

mecenasowa? 

-  Nie, przeciwnie, bardzo panią chwaliła. 
-  Znaczy dobra kobieta. Pójdę. 
Wyszła, a ja usiadłam na próbę w wiklinowym fotelu. Wyciągnęłam nogi przed siebie 

i  patrzyłam  na  czerwone  pompony  żółtych  kapci,  które  dostałam  od  pani  Róży. 
Wiedziałam, że początek nitki do kłębka jest blisko mnie, ale czy to możliwe, że trzymała 
go w ręku pani Cesia? Jakim cudem? Pomyślałam, że muszę porozmawiać z mecenasowa, 
bo tylko ona mogła mi pomóc, jeżeli będzie chciała, oczywiście. 

Poszłam  do  niej  następnego  dnia,  wyczekując  cierpliwie  godziny  jedenastej,  która 

wydawała  mi  się  najlepszą  porą  do  złożenia  wczesnej  wizyty  osobie  takiej,  jak 
mecenasowa.  Niestety,  zastałam  ją  jeszcze  w  kwiecistym  szlafroku,  którego  niewielki 
dekolt  przytrzymywała  pod  szyją.  Na  głowie  miała  papiloty  z  gąbki,  żółte,  różowe  i 
niebieskie. 

-  Czy coś się stało, pani Elizo? - spytała przerażona, kiedy zobaczyła mnie w progu. 
-  Właściwie nie, ale bardzo chciałabym z panią porozmawiać. Była gotowa. W każdej 

chwili. Może kawy, może herbaty? Może 

mi  się  źle  mieszka?  Może  tam  wieje  od  podłogi?  Może  się  boję?  Kiedy  wreszcie 

dopuściła mnie do słowa i mogłam powiedzieć, z czym przyszłam, przejęła się. 

-  Mój Boże, ale ja doprawdy o niczym nie wiem, mój małżonek także, tego może być 

pani pewna! - zapomniała o swoim dekolcie 

104 
i  złożyła  ręce  jak  do  modlitwy.  -  Jakże  jestem  wdzięczna  za  zaufanie,  które  pani 

okazała, mówiąc mi o swoich najgłębszych troskach! 

Była  tak  poruszona,  że  chwilami  brakowało  jej  tchu.  Zapewniała  mnie  o  swoim 

współczuciu i o tym, że świat widać jeszcze nie chyli się ku upadkowi, jeżeli żyją na nim 
ludzie,  którzy  tak  bezinteresownie  pragną  przyjść  komuś  z  pomocą.  Pani  mecenasowa 
również  pragnęła  przyjść  mi  z  pomocą.  Natychmiast  pójdzie  do  pani  Cesi  i  postara  się 
delikatnie zapytać: co też ona wie o tym wszystkim, i od kogo. 

-    Pójdę  do  niej  zaraz,  tak,  pani  Elizko,  zaraz!  Coś  pani  powiem,  ona  miesi  ciasto 

drożdżowe, a jak ona miesi ciasto drożdżowe, zawsze ma dobry humor. Czy pani może to 
pojąć? Bo ja nie, gdybym musiała miesić ciasto, byłabym dosłownie chora! 

background image

 

60

Poszła,  nie  wracała  dość  długo.  Czułam,  że  pani  Cesia  nie  pali  się  do  rozmowy.  W 

końcu  pani  mecenasowa  pojawiła  się,  ale  z  jej  miny  wywnioskowałam,  że  nic  nie 
załatwiła. Jedną ręką przytrzymywała szlafrok, drugą papiloty. 

-  Pani Elizko, ona o niczym nie wie, uwierzy pani? 
Nie  uwierzyłam.  Siedziałam  w  milczeniu  i  spokojnie  czekałam  na  dalszy  ciąg 

opowieści.  Pani  mecenasowa  zapewniła  mnie  o  dyplomacji,  z  którą  podjęła  rozmowę  z 
panią Cesią. 

-  Ale ona powiedziała, że w ogóle nie wie, o co mi chodzi. Przyznaje, że pytała, czy 

nie brakuje pani pieniędzy, usłyszała, że nie, i koniec. Nawet była trochę rozgniewana, że 
ja nie rozumiem jej troski o drugiego człowieka. Co pani na to? Ciekawe, czyż nie? 

Nagle  pani  mecenasowa  pogrążyła  się  w  zadumie,  a  ja  zaczęłam  zbierać  się  do 

wyjścia, znalazłam jeden sandał, który zsunął mi się z nogi, i zawołałam Ritę. 

-  Przykro mi, że zawróciłam pani głowę. 
-  Niech pani siada. Niech pani siada, bo ja teraz myślę. Usiadłam, a pani mecenasowa, 

porzuciwszy problem dekoltu, 

obydwoma rękami przyklepywała swoje kolorowe papiloty. 
105 
-    Wiem,  kto  w  tym  maczał  palce!  Róża  Firlej!  Wielkie  nieba!  Tak,  to  z  pewnością 

ona. 

-  Wątpię, czy pani Firlej jest tak sytuowana, żeby mogła ponosić koszt utrzymywania 

dziecka w holenderskim centrum. 

-  Skąd pani wie? 
-  Tak mi się wydaje. 
-  To ja się teraz pani do czegoś przyznam. Dzwoniłam do Róży, kiedy zaczęliśmy się 

z Alfredem zastanawiać nad wynajęciem pani domku ogrodnika. Przepraszam bardzo, ale 
chciałam wiedzieć o pani coś konkretnego. 

-  Rozumiem. 
Nie powiedziałam, że zostawiła numer telefonu pani Róży przy aparacie, bo naprawdę 

nie miałam o to żalu. Natomiast przypomniałam sobie, że w przeciwieństwie do niej, pani 
Róża  nie  pytała  mnie  o  nic,  o  żaden  list  polecający,  ani  o  referencje.  Czy  to  znaczy,  że 
wiedziała  o  mnie  wszystko?  Przecież  nie  zapytała  nawet,  dlaczego  mam  samochód 
dostosowany  do  przewożenia  wózka  inwalidzkiego,  chociaż  najwyraźniej  była  tym 
poruszona. Tak, była poruszona, pamiętałam tę chwilę dobrze, a więc może jednak nic nie 
wiedziała. A może, zmienna jak kameleon, umiała tak wspaniale zagrać przede mną jakąś 
sztukę  z  Różą  Firlej  w  roli  głównej?  Nie  słuchałam  tego,  co  mówi  pani  mecenasowa, 
musiała to zauważyć. 

-    Powtórzę  jeszcze  raz,  bo  chcę,  żeby  pani  to  sobie  przemyślała:  kiedy  zapytałam 

Róży,  ile  wynosi  pani  pensja,  i  ona  mi  powiedziała,  wyraziłam  zdumienie.  Róża 
skwitowała  to  krótko:  „stać  mnie  na  to."  Chyba  nie  gniewa  się  pani  na  mnie,  że  tak 
otwarcie z nią rozmawiałam? Może teraz też zadzwonię do Róży i zapytam wprost, czy to 
właśnie ona pokrywa koszty... 

-  Proszę tego nie robić! - sprzeciwiłam się kategorycznie. - Mówiąc pani o wszystkim 

byłam pewna, że to zostanie między nami. 

-    Ach  tak!  -  zgodziła  się  natychmiast.  -  Oczywiście,  nikomu  ani  słowa,  nawet 

Alfredowi! 

106 
Patrzyła  na  mnie  wyczekująco,  najwyraźniej  pełna  nadziei,  że  zgodzę  się  na 

wtajemniczenie  pana  mecenasa,  ale  ja  milczałam,  i  tak  byłam  pewna,  że  powtórzy  mu 
naszą rozmowę słowo po słowie. 

background image

 

61

Wróciłam do domu, zrobiłam sobie filiżankę kawy i znowu usiadłam w  wiklinowym 

fotelu,  żeby  zastanowić  się  nad  wszystkim.  Nie  wiedziałam,  kto  zajął  się  moim  synkiem. 
Przywykłam już do myśli, że korzystam z opieki obcej osoby, ale nagle zaczęłam obawiać 
się,  że  ta  opieka  to  nie  tylko  przesyłanie  czeków  do  centrum.  Dziwnie  szybko  znalazłam 
dobrze  płatną  pracę,  mieszkanie  za  symboliczną  cenę.  Tak,  ale  przecież  sama  dałam 
ogłoszenie  do  gazety!  Sama  podjechałam  pod  dom  mecenasowej!  Nie  mogę  dopuścić, 
ż

eby jedno pytanie pani Cesi mąciło mi w głowie, powinnam przestać o tym myśleć. Dziś 

postanowiłam opisać swój powrót do hotelu po pierwszym spotkaniu z panią Firlej i muszę 
to zrobić. 

Usiadłam przy stole, odsunęłam na bok maszynę, żeby zmieściła się filiżanka z kawą, 

i położyłam przed sobą maszynopis, który jeszcze raz chciałam przeczytać, zwłaszcza list 
Melanii. Zrobiłam to, ale potem oparłam głowę o splecione z tyłu ręce i patrzyłam w pustą 
kartkę  wsuniętą  do  maszyny.  W  co  ja  się  wplątałam?  Czy  może  raczej,  w  co  dałam  się 
wplątać? 

Z  zadumy  wyrwał  mnie  Wawrzyniec,  który  przyszedł  po  kluczyki  do  samochodu. 

Kiedy  rozstawaliśmy  się,  obiecał,  że  załatwi  wszystko  w  warsztacie.  Nie  chciał  herbaty, 
nie  chciał  kawy,  miał  jeszcze  dużo  pracy  tego  dnia.  Był  taki  zwyczajny!  Wiedziałam,  że 
zaraz zacznie wymierzać rabatki w przydomowych ogródkach, siać trawę. Posadzi kwiaty. 
Nie przyniósł ze sobą żadnych niedomówień ani tajemnic. Nie szuka Tamary. 

- Jak ci idzie robota? 
Spojrzał  na  pustą  kartkę  wkręconą  w  maszynę.  Nie  dało  się  ukryć,  minę  też  miałam 

niewyraźną.  Opowiedziałam  mu  o  wczorajszej  wizycie  pani  Cesi  i  o  dzisiejszym 
przedpołudniu. 

107 
-    Nie  przejmuj  się  tym,  co  mówi  Cesia.  Ona  ma  naprawdę  coś  z  głową. 

Najważniejsze, że fotel jest w porządku, podoba  mi się. Samochód przyprowadzę ci koło 
trzeciej. 

-  Dobrze. Może zrobię obiad, zjesz? 
-  Chętnie. 
-  Na co masz ochotę? 
-    Na  zieloną  sałatę  i  befsztyk  -  powiedział  bez  wahania.  -  I  na  bagietkę,  żeby  nią 

wytrzeć sos, który zostanie na talerzu. 

Pomyślałam,  że  będę  musiała  zrobić  zakupy.  I  dotarło  do  mnie,  że  zrobię  je  chętnie. 

Zielona  sałata  i  befsztyk,  powtarzałam  sobie,  kiedy  usiadłam  z  powrotem  przy  stoliku. 
Befsztyk  i  zielona  sałata.  Odchylona  do  tyłu,  dopiero  teraz  zauważyłam  płaską  szufladę 
ledwie  widoczną  za  szeroką,  ozdobną  listwą  blatu.  Najwyraźniej  została  przez  kogoś 
zabezpieczona przed wysunięciem w czasie transportu, bo przytrzymywał ją grubo złożony 
kawałek  tektury.  Wyjęłam  go  i  zobaczyłam  schowaną  tam  reprodukcję  obrazu  Renoira, 
która tak mi się podobała, kiedy oglądałam ją u pana Morsa. „Dziewczyna z wachlarzem", 
ofiarował mi ją! Pomyślałam, że koniecznie trzeba się zająć oprawą, zapytać pana Morsa, 
jaką  wybrać  ramkę,  ale  teraz  postawiłam  ją  obok  wachlarza  z  Andory.  Nie  wyglądało  to 
najlepiej,  ale  odpowiednie  miejsce  na  wachlarz  już  sobie  na  ścianie  upatrzyłam,  a  z 
reprodukcją będę musiała trochę pochodzić. 

Przez  chwilę  wpatrywałam  się  w  migdałowe  oczy  i  myślałam  nad  pierwszym 

zdaniem, od którego mogłabym zacząć pisanie,  ale nic nie przychodziło  mi do głowy. W 
końcu zrobiłam najprostszą rzecz, którą mogłam zrobić: sięgnęłam po długą, białą kopertę 
i wyjęłam z niej list. 

ADAM DO RÓŻY 
Na  miły  Bóg,  Mamo!  Czy  doprawdy  nie  możesz  wezwać  do  naprawy  telefonu 

jakiegoś faceta z prawdziwego zdarzenia? Argument, 

background image

 

62

108 
ż

e  jesteś  przywiązana  do  pana  Grzymałskiego,  doprowadza  do  szalu  całą  naszą 

rodzinę. Pan Grzymalski to zwykły partacz i jestem pewien, że nie potrafi niczego zrobić 
porządnie, w końcu miałaś już tego niezliczone dowody. Mamo, jeżeli masz Boga w sercu, 
zerwij  z  panem  Grzymalskim.  Nie  mogę  pojąć,  dlaczego  ten  człowiek  jest  Ci  błiższy  niż 
dzieci  i  wnuki.  Jestem  ostatnim  człowiekiem,  który  mógłby  Ciebie  posądzić  o  to,  że 
powinnaś  brać  jakieś  lekarstwa  stosowne  dla  osób  w  Twoim  wieku,  to  znaczy  dla  tych, 
które  wyszły  Już z  lat  głupiej,  szczenięcej  młodości.  Ale  być  może  zechcesz  spróbować? 
Przywiozłem  Ci  coś  takiego  z  zagranicy.  Nazywa  się  to  Antioxidants  i  jest  po  prostu 
wspaniałe,  wiem,  bo  sam  biorę,  żeby  zachęcić  Ciebie  do  łykania  jednej!  jednej!  jednej! 
pastylki dziennie. Oprócz tego kupiłem w aptece lekarstwo, które jest wyciągiem z ginkgo 
bilobae  i  ludzie,  którzy  to  łykają,  uważają,  że  jest  znakomitym  preparatem,  ja  również 
zamierzam  Ci  towarzyszyć  i  będę  łykał  ginkgo  bilobae  razem  z  Tobą.  Nie  mogę  się 
pogodzić z myślą, że wolisz pana Grzymałskiego niż nas. Rozżala mnie to, Mamo. Ludzie 
mnie pytają, co u Ciebie słychać, a ja mogę na to tylko odpowiedzieć, że słychać u Ciebie 
przeciągłe buczenie w telefonie. 

Mamo,  tego  dnia,  kiedy  Twój  telefon  przez  chwilę  był  czynny,  zdążyłem  Ci 

powiedzieć, że mój znajomy widział Tamarę na lotnisku w Wiedniu, mam nadzieję, że to 
słyszałaś.  Chciałbym  teraz  uzupełnić  tę  wiadomość  następną.  Otóż,  drugi  mój  znajomy 
spotkał Tamarę w samolocie. Twierdzi, że pomagała stewardesom rozdawać cukierki i że 
wyglądała po prostu przepięknie. Było to dość dawno, ale mój znajomy nie powiedział mi 
o tym wcześniej, bo skąd mógł wiedzieć, że nikt z nas nie wie, co się z Tamarą dzieje, i że 
taka  wiadomość  jest  dla  nas  cenna.  Myślę,  że  mój  drugi  znajomy  widział  Tamarę  w 
samolocie  przedtem,  zanim  ją  widział  mój  pierwszy  znajomy,  ale  to  jest  bez  znaczenia, 
ważne,  że  Ona  po  prostu  miota  się  po  całym  świecie,  żeby  tylko  uciec  od  zięcia  tego 
malarza, który się nazywa Foka czy jakoś tak, będziesz wiedziała, bo to Ty mówiłaś mi o 
nim. 

109 
Ten  mój  drugi  znajomy,  który  obserwował,  jak  Tamara  częstowała  pasażerów 

cukierkami, twierdzi, że później usiadła na miejscu obok niego i  razem jedli lunch, bo to 
byl samolot do Londynu, więc lunch. Sama rozumiesz tę finezję językową, lunch, na który 
u nas mówi się „żarcie w samolocie", fuj, brzydko! Nie wiem, czy mój znajomy nie mija 
się z prawdą, ale on twierdzi, że Tamara miała wspaniały apetyt, to mi na Nią nie wygląda. 
On jednak uparcie powtarzał, że zmiotła wszystko ze swojej tacki, a potem zabrała się za 
to,  czego  mój  znajomy  nie  miał  siły  zjeść.  Podobno  zostawił  udko  kurczęcia  i  dżem 
truskawkowy. Mój znajomy bardzo się zdziwił, że Tamara tyle je, i zapytał, czy nie boi się 
o Unię. Na co Tamara jakoby odpowiedziała, że owszem, boi się o linię, nawet bardzo, ale 
ż

e  u  niej  jedzenie  jest  nerwowe.  Mamo,  czy  to  możliwe?  Ja  nie  pamiętam,  żeby  Tamara 

jadała  kiedykolwiek  ze  zdenerwowania,  właściwie  to  w  ogółe  nie  pamiętam,  żeby  jadała 
coś  oprócz  tartej  marchwi  z  jabłkiem  i  jogurtu  naturalnego.  Dżem  truskawkowy?  Udko 
kurczaka?  Mój  znajomy  mówi,  że  Tamara  wyglądała  tak  oszałamiająco,  że  wszyscy 
mężczyźni ogłądałi się za nią, kiedy szła do WC, a wszystkie kobiety udawały  wtedy, że 
jej  nie  widzą.  To  mi  się  wydaje  prawdopodobne.  Zyta  twierdzi,  że  być  może  Tamara 
zapadła  na  bulimię  i  dlatego  tak  dużo  je.  Nie  wiem,  czy  można  zapaść  na  bulimię  z 
powodu niefortunnej miłości i co się dzieje, jeżeli taka przypadłość trafia się modelce. Czy 
od  tego  tyje  się,  czy  chudnie?  Zyta  tego  nie  wie,  ona  jeszcze  mówi,  że  to  może  być 
anoreksja, ale nie potrafi mi wytłumaczyć, czym różni się anoreksja od bulimii, i w ogóle, 
Mamo,  jestem  szalenie  zmęczony.  Ty  nie  wiesz,  jak  bardzo  chciałbym  przyjechać  do 
Ciebie chociaż na parę dni, mieć świadomość, że moi są tu zdrowi i mają pieniądze, i że 
tęsknią za mną. Ja też tęskniłbym za nimi ogromnie. Spałbym do południa w towarzystwie 

background image

 

63

Frania  i  Luli,  po  smacznym  obiadku  chodziłbym  na  spacery  z  Sobusiem  i  z  Tutką,  a 
wieczorami gralibyśmy w garibaldkę, jak za dawnych lat, kiedy byłem młodszy od Petego. 
Pete, Mamo, jest zakochany, nie jest to nawet specjalnie uciążliwe, 

110 
bywa tylko trochę bardziej nieprzytomny niż zwykle. Zyta przeżywa jego stan gorzej. 

Nie  znamy  naszej  przyszłej  synowej.  To  Zyta  twierdzi,  że  ona  leci  na  Petego  i  że  z 
pewnością zawlecze go do ołtarza. Nasza przyszła synowa ma na imię Karolina i podobno 
przeczytała  „Nad  wodami  Jordanu".  Zyta  twierdzi  również,  że  to  wszystko  jest  Twoja 
robota, Mamo, bo dałaś Petemu tę książkę dla jego dziewczyny, której on wcale nie miał, 
więc musiał się o nią postarać. Jeżeli to jest prawda, nie wiem, czy postąpiłaś roztropnie. 
Ginkgo  bilobae  i  Antioxidants  przywiozę  Ci,  jak  tylko  będę  mógł  najszybciej,  to  znaczy 
jak  odbiorę  z  warsztatu  samochód,  który  musiałem  oddać,  bo  jeździłem  na  trzech 
cylindrach,  ciekawe,  bo  właśnie  odebrałem  go  po  przeglądzie.  Istnieje  duże 
prawdopodobieństwo,  że  do  mojego  warsztatu  przyjeżdża  pan  Grzymalski  na  gościnne 
występy. Kocham Cię, Mamo, nawet za ten wiecznie zepsuty telefon. 

Adam 
Przełamałam swój zły nastrój. Po przeczytaniu listu Adama napisałam kilka stron, na 

chwilę nawet nie odrywając się od maszyny. Później złożyłam papiery i schowałam je do 
ś

wieżo odkrytej szuflady. Zdecydowałam, że pora zrobić zakupy na obiad. Szłam z siatką i 

portfelem  w  ręku,  trzymając  Ritę  na  smyczy.  Idzie  sobie  taka  pani,  która  mieszka  w  tym 
miasteczku, czy mi się to podoba? Nawet tak, zwłaszcza że głównym moim problemem w 
tej  chwili  miało  być  jedynie  kupno  ładnego  kawałka  polędwicy.  Zwiedziłam  najbliższą 
okolicę  szukając  sklepów,  w  których  będę  zaopatrywać  się  w  najbliższym  czasie. 
Odkryłam  kiosk  z  warzywami  i  kupiłam  piękną,  cieplarnianą  sałatę.  Znalazłam  sam 
spożywczy,  w  którym  był  dział  z  żywnością  dla  zwierząt.  Wytrwale  szukałam  wołowej 
polędwicy.  W  końcu  znalazłam  ją  w  sklepie  nie  opodal  domu,  przegapiłam  go,  kiedy 
przechodziłam  tędy  za  pierwszym  razem.  Zaglądałam  do  ogródków,  które  mijałam,  i 
myślałam sobie: teraz jestem stąd. 

111 
Wracając zobaczyłam trzy rowery oparte o ścianę mojego domu. Pomyślałam, że ktoś 

przyjechał  do  Wawrzyńca  i  czeka  na  niego,  nie  wiedząc,  że  już  tu  nie  mieszka. 
Otworzyłam  furtkę  i  spojrzałam  w  głąb  ścieżki.  Na  drewnianej  ławce  przy  moim  domu 
siedziała  trójka  bardzo  młodych  ludzi,  dwóch  chłopaków  i  dziewczyna.  Widząc  mnie, 
dziewczyna  pomachała  mi  ręką  jak  dobrej  znajomej.  Rita  napięła  linkę  i  szła  na  tylnych 
łapach spiesząc się do  gości. Zobaczyłam, że jeden z chłopców jest szczupły, o pociągłej 
ś

niadej twarzy, drugi masywniejszy, jasnowłosy z cerą w złocistych piegach. Dziewczynie 

nie zdążyłam się przyjrzeć, bo kucnęła wyciągając ręce do Rity. 

-  Dzień dobry! - powiedzieliśmy jednocześnie. 
-  Wy do mnie? 
Wtedy  dziewczyna  podniosła  się  i  dopiero  teraz spojrzałam  na  nią.  Migdałowe  oczy, 

nastroszona  czupryna  ciemnych  włosów  przytrzymywana  pod  grzywką  czerwoną 
wandamką, piękny owal twarzy. To przecież nie może być Tamara, pomyślałam. 

-  Mam na imię Melania. I jestem wnuczką Róży Firlej. 
-  Miło mi, Melanio. 
-  A to mój kuzyn Pete. 
Wskazała  ręką  niebieskookiego  piegowatego  chłopca,  który  uśmiechnął  się  do  mnie, 

może  o  parę  sekund  później,  niż  powinien.  Widocznie  dopiero  teraz  dotarło  do  niego,  że 
już wróciłam. 

-  A to nasz przyjaciel Jonasz. 

background image

 

64

-    Widzieliśmy  się  kiedyś  -  przypomniał  mi.  -  Pani  jechała  przez  mostek,  jak 

malowałem płot. 

-  Tak, pamiętam. 
-  Bałem się, że wyląduje pani w strumieniu. 
Otworzyłam  drzwi  i  zaprosiłam  ich  do  środka.  Melania  weszła  pierwsza,  trzymając 

Ritę na ręku. Ciągle nie wiedziałam, po co przyjechali. 

112 
-  Babcia mówiła, że ma pani piękną suczkę, ale ona jest ładniejsza, niż sądziłam. 
Stała pośrodku pokoju i rozglądała się. Przytulała twarz do łepka Rity, głaskała ją bez 

przerwy, a ona ogryzała różne sznurki i rzemyki, którymi Melania miała omotaną szyję. 

-  Siadajcie, zaraz przyniosę sok i herbatniki, nie mam nic ciekawszego, dopiero dziś 

zrobiłam pierwsze zakupy, zaraz wyładuję torbę. 

Stałam przy stole w kuchni i wyjmowałam paczki szukając pośród nich herbatników, 

kiedy usłyszałam pytanie Melanii: 

-  Czy mogę jej zdjąć smycz, proszę pani? 
Przypomniał  mi  się  natychmiast  list  Jonasza  do  Petego.  I  to  zdanie:  „...  powiedziała 

tym  swoim  znakomicie  ustawionym  głosem..."  Teraz  już  wiedziałam,  jaki  głos  miał  na 
myśli. 

-  Oczywiście! - zawołałam. 
Znalazłam herbatniki, wzięłam sok i szklanki. 
-  Nie będzie to wytworne przyjęcie - powiedziałam. - Właściwie gubię się jeszcze w 

tym domu. 

-  A my wybraUśmy się na pierwszą wiosenną wycieczkę rowerami 
-    wyjaśniła  Melania.  -  Korzystamy  z  tego,  że  trafił  nam  się  przedłużony  weekend. 

Pete  i  ja  siedzimy  u  babci,  a  Jonasz  u  swojej  cioci.  Nasza  babcia  zamorduje  nas,  kiedy 
powiemy, że byliśmy u pani. 

-  Nie zamorduje! Macie wspaniałą babcię. 
-  Tak! - przyznała Melania. - Wspaniałą, tylko nieprzewidywalną. 
-  To znaczy? 
- Trudno powiedzieć, przekona się pani sama, ale na przykład... 
-    urwała  i  zajrzała  Ricie  do  ucha.  -  Na  przykład  nie  tak  dawno  złapałam  wietrzną 

ospę, wie pani? 

O mało nie powiedziałam, że wiem, ale zatrzymałam się w porę. 
-  To przykre. 
-  Okropne! Wylądowałam u babci, bo zawsze jak jestem chora, to ląduję u babci. 
113 
Zauważyłam,  że  Jonasz  przygląda  się  Melanii  z  leciutkim,  prawie  niedostrzegalnym 

uśmiechem. 

-    Miała  mi  smarować  wysypkę  gencjaną,  żeby  mi  przyschła.  Wymalowała  mi  całą 

twarz na fioletowo, tam, gdzie nie było wysypki, również. Wie pani, co powiedziała, kiedy 
zapytałam, dlaczego to zrobiła? 

-  Nie, nie wiem. 
-  Powiedziała, że to na wszelki wypadek. Jonasz zaczął się śmiać. 
-    Mogę  prosić  jeszcze  trochę  soku?  -  zapytała.  -  Z  czego  ty  się  śmiejesz,  Jonasz? 

Wyglądałam jak klaun w cyrku. 

Podałam  Melanii  szklankę,  wzięła  ją  ode  mnie,  jednocześnie  stawiając  Ritę  na 

podłodze. 

-    Ma  czyste  uszy,  sprawdziłam,  w  ogóle  jest  pyszna.  Lubię  ten  sok,  czego  ty  tam 

szukasz, Pete? - kręciła się po całym pokoju ze szklanką w ręku. 

background image

 

65

-  Niczego nie szukam, oglądam maszynę do pisania. Zastanawiam się, jak pani może 

pisać na tym meblu? Przydałby się komputer. 

-  Skąd, komputer to dla mnie czarna magia. 
-    Wydaje  się  pani.  Moja  dziewczyna  też  tak  mówiła,  ale  teraz  sama  widzi,  że  bez 

komputera nie da rady wejść w nowoczesność. 

-  Ale ja nie chcę wchodzić w nowoczesność - zapewniłam go. - Lubię moją staruszkę 

maszynę. 

-    Tylko  że  to  jest  tak,  jakby  pani  jeździła  nie  samochodem,  a  wozem  drabiniastym 

zaprzęgniętym w konia. 

Melania postawiła na parapecie szklankę z nie dopitym sokiem, wolno zbliżyła się do 

Petego  i  przysunęła  twarz  do  jego  twarzy.  Przyglądała  mu  się  przez  chwilę,  wreszcie 
zapytała rozwlekle. 

-    Coś...  ty...  powiedział...  Pete?  Twoja...  dziewczyna...?  Pete  oglądał  maszynę  jak 

eksponat w muzeum. 

-    Dlaczego  nic  o  tym  nie  wiem?  Jonasz,  czy  on  ci  mówił,  że  chodzi  z  jakąś 

dziewczyną? Wiedziałeś? 

114 
-  Wiedziałem. 
Stał  przy  stoliku  obok  Petego  i  oglądał  reprodukcję  Renoira,  po  prostu  nie  mógł 

oderwać od niej wzroku. 

-  A więc ja dowiaduję się ostatnia! Wspaniale! Rzeczywiście, Pete! Jesteś naprawdę 

dobrym bratem! Może chociaż raczysz mi powiedzieć, jak ma na imię twoja dziewczyna? 

Pete odwrócił się i przez chwilę spoglądał na Melanię nieprzytomnym wzrokiem. 
-  O co ci chodzi? - zapytał. 
Pomyślałam,  że  gra  na  zwłokę,  bo  bardzo  chce  prawidłowo  powiedzieć  Melanii,  jak 

ma na imię jego dziewczyna, więc musi się nad tym dobrze zastanowić. 

-  Jak to o co mi chodzi? Chodzi o imię dziewczyny! Chyba masz o tym jakieś blade 

pojęcie? 

Wypiła  szybko  resztę  soku  i  energicznie  postawiła  szklankę  na  parapecie.  W  pokoju 

zrobiło się teraz bardzo cicho, wszyscy patrzyliśmy na Petego. A on uśmiechnął się, lekko 
przechylił głowę i przymrużył oczy. 

-  Moja dziewczyna ma na imię Polly - powiedział. Melania milczała przez chwilę, a 

potem zapytała zdumiona: 

-  Polly? I ty tak do niej mówisz? 
-  Prosiła mnie o to, a ja uważam, że Polly to wyjątkowo piękne imię, czy pani też tak 

sądzi? 

I  ja  też  tak  sądziłam.  Chodzili  jeszcze  chwilę  po  moim  domu,  oglądali  go,  wreszcie 

zdecydowali, że muszą wracać.  Odprowadziłam  ich do furtki i patrzyłam, jak wolno jadą 
pod  górę  ulicy.  Jonasz  pierwszy,  za  nim  Melania,  za  Melanią  Pete.  Wróciłam  do  siebie. 
Otwarta paczka herbatników, pusty karton po soku i trzy puste szklanki świadczyły o tym, 
ż

e jeszcze niedawno tu byli. 

Zdjęłam  z  okna  w  kuchni  wszystkie  naczynia,  umyłam  je  i  ustawiłam  na  półkach  w 

szafce. Wstawiłam sałatę do garnuszka z wodą, żeby nie zwiędła, obrałam kilka jabłek na 
kompot, podzieliłam je 

115 
na  ćwiartki.  Później  zajęłam  się  polędwicą.  Długo  szukałam  deski  do  mięsa,  soli, 

pieprzu.  Przygotowane  befsztyki  przykryłam  talerzem  i  wróciłam  do  swojego  stołu. 
Odsunęłam  szufladę  i  przez  chwilę  szukałam  pomiędzy  papierami  listu,  który  koniecznie 
chciałam  przeczytać.  Pamiętałam,  że  był,  i  znalazłam  go.  Po  prostu  zgarnęłam  kopertę 
razem z moim maszynopisem. 

background image

 

66

PAULINA DO FILIPA 
Kochany Tato! 
Miałam zmartwienie, bo Pinkowi zaczął wrastać pazur w lewą przednią łapę i tak go 

bolało, że aż kuśtykał. Trzeba mu było wyjąć pazur i przyciąć. Mój kolega, którego wujek 
jest  weterynarzem,  załatwił  dla  Pinka  wizytę  w  przychodni  i  byliśmy  tam.  Najpierw  mój 
kolega  chciał  z  nim  pójść  sam,  ale  nie  zgodziłam  się  na  to.  Wujek  mojego  kolegi  jest 
bardzo  miły.  Przemawiał  do  Pinka  jak  do  zbolałego  człowieka,  bo  on  bał  się  i  bardzo 
miauczał, kiedy miał oglądaną łapę. W końcu posiusiał się ze strachu na ceratową kanapkę. 
Ten wujek bardzo się zdziwił, bo podobno koty nie mają skłonności do takich zachowań. 
Widzisz,  zawsze  mówiłam,  że  Pinek  jest  wyjątkowy.  Miał  znieczuloną  łapę  i  nawet  nie 
pisnął w czasie zabiegu,  tylko ja się poryczałam,  ale wujek mojego kolegi powiedział, że 
to akurat jest normalne, więc niestety ja nie jestem wyjątkowa. 

Kochany Tato, nie wiem, czy znalazłam wszystkie rzeczy, o które prosiłeś, i obawiam 

się,  że  zrobiłam  Ci  trochę  bałaganu  w  pracowni,  kiedy  ich  szukałam,  ale  to  Ty  jesteś 
winien,  skoro  nie  zabrałeś  połowy  z  tego,  co  jest  Ci  potrzebne.  Żałuję,  że  nie  mogłam  z 
Tobą  pojechać,  tak  jak  to  sobie  zaplanowałeś,  ale  jakbyś  mnie  zwolnił  ze  szkoły  na  parę 
dni, wszyscy myśleliby,  że w ten sposób urywam się ze sprawdzianów z matmy i migam 
od  odpowiedzi.  W  końcu  wylądowałabym  z  pałą,  która  mi  przecież  groziła,  nie  ma  co 
ukrywać. A teraz pyszna 

116 
wiadomość  dla  Ciebie:  wyciągnęłam  się  z  tej  matmy!  Dostałam  dwie  tróje  ze 

sprawdzianów  i  czwórkę  z  odpowiedzi.  Pomógł  mi  ten  kolega,  który  ma  wujka 
weterynarza.  Jak  myślisz,  Tato,  czy  to  jest  możliwe,  żebyśmy  kiedyś  mieli  komputer? 
Mnie  się  wydaje,  że  powinnam  być  nowoczesną  dziewczyną,  która  umie  obchodzić  się  z 
komputerem, chyba przyznajesz? Mój kolega twierdzi, że nawet malarzowi komputer jest 
potrzebny,  zwłaszcza  ze  względu  na  historię  sztuki  i  jeszcze  z  innych  powodów,  których 
nie  będę  Ci  tłumaczyła,  bo  nie  bardzo  wiem  o  co  chodzi.  Ty  pewnie  myślisz,  że  ja  się 
kocham  w  moim  koledze,  bo  ciągle  o  nim  piszę.  Ja  też  tak  myślałam  przez  parę  dni,  ale 
doszłam  do  wniosku,  że  to  nie  jest  takie  pewne.  Pamiętasz,  jak  kochałam  się  w  Radku? 
Kochałam się w nim dość długo, no i dobrze. Aż tu raptem ciach-mach i przestałam. Więc 
teraz  wolę  nie  myśleć,  że  kocham  się  w  moim  koledze,  żeby  nie  przeżyć  kolejnego 
rozczarowania, ale on z pewnością stał się dla mnie najlepszym przyjacielem. Zobaczysz, 
będzie Ci się podobał, chociaż może nie przedstawię Ci go od razu, bo za tym wszystkim 
kryje  się  pewna  tajemnica,  w  której  czuję  się  jak  szekspirowska  Julia.  Czy  jesteś 
zaintrygowany?  On  zupełnie  nie  jest  podobny  do  Radka,  bardziej  do  słonecznika. 
Pamiętasz,  widzieliśmy  kiedyś  cale  pole  słoneczników  jadąc  samochodem?  Zachwyciły 
nas,  prawda?  Otóż,  mój  kolega  mógłby  stać  między  nimi  i  nikt  by  go  nie  zauważył.  Nie 
zawsze  rozumiem,  co  on  do  mnie  mówi,  ale  jestem  dumna  z  tego,  że  on  myśli,  że  ja 
rozumiem. 

Teraz  czekam  na  pana,  który  ma  przyjść  po  torbę  z  rzeczami  dla  Ciebie,  chyba 

wszystko  do  niej  włożyłam,  jeszcze  tylko  wrzucę  ten  list  jak  do  skrzynki.  No  właśnie! 
Pewnie jesteś zdziwiony, że piszę list, chociaż wczoraj rozmawialiśmy przez telefon, a Ty 
niedługo wracasz. Wczoraj nie powiedziałam Ci o Pinku. Cóż, prawdę mówiąc nie jest to 
jedyny powód. Tylko nie złość się na mnie, dobrze pamiętam, że zabroniłeś mi wracać do 
tej sprawy, ale ja muszę, a często łatwiej jest coś napisać niż powiedzieć. 

117 
Tato,  chcę,  żebyś  wiedział:  ciągle  szukam  Tamary.  Czasami  wydaje  mi  się,  że 

postanowiła schować się przede mną na końcu świata, ale może jakoś tam trafię? Kiedyś 
myślałam, że może Ty wiesz, gdzie ona jest, tylko ukrywasz to przede mną, ale skoro dałeś 
słowo,  że  nie,  musze  Ci  wierzyć.  Czasami  wyobrażam  sobie,  że  Ona  z  nami  mieszka,  że 

background image

 

67

każe mi w zimie wkładać cieple ciuchy, robi piekło o nie wyrzucone śmiecie, dobija się do 
łazienki,  kiedy  ja  siedzę  w  wannie,  po  prostu  wyobrażam  sobie  najgorsze  rzeczy.  Zgoda, 
biorę to wszystko. 

Tato,  chciałabym  mieć  portret  Mamy  u  siebie  w  pokoju.  Wiem,  że  może  nie 

powinnam  o  to  prosić,  ale  proszę.  Zrobiłam  już  próbę.  Nad  Twoim  tapczanem  zostaje 
wtedy jaśniejsza plama na ścianie, ale bardzo dobrze wygląda tam pejzaż dziadziusia, ten 
który  dał  Ci  na  Boże  Narodzenie,  jest  ładny  i  zasłania  całą  plamę.  Portret  Mamy  można 
powiesić md moją komódką. Tato, umówmy się, że nie będziemy o tym mówić, jeżeli się 
zgodzisz,  pewnego  dnia  zrobisz  to  sam,  kiedy  ja  będę  w  szkole.  Wrócę,  zobaczę,  że  to 
zrobiłeś,  i  nic  nie  powiem.  Mam  jeszcze  jedną  wiadomość,  którą  muszę  się  z  Tobą 
podzielić, chociaż Ty wolisz, żebym nie wracała do tej sprawy. Wczoraj, zaraz po Twoim 
telefonie  dzwonił  dziadziuś.  On  wie,  jak  bardzo  chcę  znaleźć  Tamarę,  bo  kiedyś 
zwierzyłam  się  z  tego  jemu  i  pani  Lucynce.  Pewnie  dlatego  dziadziuś  powiedział  mi,  że 
ktoś  bardzo  z  nim  zaprzyjaźniony,  słyszał  o  Tamarze  od  kogoś,  kto  widział  ją  nie  tak 
dawno. W Rzymie, w pizzerii. Jadła tam wielką pizzę Don Pablo. Sam wiesz, jaką siekierą 
jest  Don  Pablo!  Ser,  szynka,  pieczarki,  jajko,  boczek,  kukurydza  i  pomidor  na  dokładkę. 
Popijała koktajlem mlecznym. Nie wiem, czy to możliwe, chociaż pamiętam, że marzyła o 
kotlecie schabowym, kiedy jedliśmy podwieczorek u dziadziusia w ogródku. Może i jadła 
Don Pabła w Rzymie, kto wie? 

Pusto  w  domu,  kiedy  Ciebie  nie  ma,  mimo  że  nasza  Pani  Do-glądaczka  wiecznie  mi 

siedzi  na  głowie  i  pyta,  czy  nie  jestem  głodna,  czy  nie  jestem  chora,  czy  mi  czegoś  nie 
trzeba, czy nie powinnam 

118 
iść  spać.  Lubię  ją,  szkoda  tylko,  że  nie  mogę  uwolnić  się  od  myśli,  że  ona  za  to 

wszystko dostaje... och, ktoś dzwoni! Kończę, przyszedł pan po torbę. Całuję! 

Paulina 
Obejrzałam  dokładnie  list  Pauliny,  nie  było  na  nim  żadnej  daty,  ale  bez  tego 

wiedziałam,  że  moja  znajomość  faktów  zaczyna  wyprzedzać  to,  co  zawierają  listy,  które 
dała  mi  Róża  Firlej.  Paulina  prosiła,  żeby  Pete  mówił  do  niej  Polly,  chyba  nie  wiedzą  o 
tym  ani  Zyta,  ani  Adam.  Może  nawet  Filip  nie  wie  o  istnieniu  Polly.  I  chyba  myli  się 
Adriana  sądząc,  że  cały  ten  „romans"  wart  jest  kociego  pazura,  dla  Petego  z  pewnością 
wart jest więcej. A dla Pauliny? Dla Polly, właściwie... 

Znałam już Melanię, Petego, Jonasza. Znałam Radka i Marysieńkę, tylko ona była dla 

mnie  ciągle  jeszcze  anonimowa,  wynikająca  jedynie  z  listów.  Ona  jedna  spośród  tych 
wszystkich 

młodych 

zaplątanych 

sprawę 

Tamary. 

Przedłużony 

weekend, 

przypomniałam sobie. A może Paulina spędza go u pana Morsa? To było prawdopodobne. 
Może  pojechać  tam  pod  wieczór?  Zadzwonię,  zapytam,  czy  mogę,  zdecydowałam.  Nie 
chciałam  korzystać  z  telefonu  mecenasowej,  wolałam  pójść  na  pocztę,  była  niedaleko. 
Narzuciłam  kurtkę,  zostawiłam  Ritę  w  domu  i  szybko  biegłam  swoją  ścieżką  w  stronę 
furtki, kiedy zobaczyłam wchodzącego do domu mecenasa. Otwierając drzwi przyciskał do 
siebie  pękatą  butelkę  zawiniętą  w  białą  bibułkę.  Odpowiedział  na  moje  powitanie,  ale 
dorzucił szybko: 

-    Mamy  dziś  gości,  musiałem  się  przygotować!  -  wymownie  spojrzał  na  swój 

pakunek. - A droga pani dokąd spieszy? 

-  Lecę na pocztę. 
-  To  bardzo  szlachetnie  z  pani  strony.  Myślałem,  że  już  zaginęła  piękna  sztuka 

epistolografii. 

Piękna  sztuka  epistolografii  owocowała  plikiem  listów  schowanych  w  mojej 

szufladzie.  Nie  wyprowadziłam  z  błędu  pana  mecenasa  i  nie  przyznałam  się,  że  idę  do 
telefonu. 

background image

 

68

119 
Trzymałam rękę w kieszeni kurtki i biegnąc pod górę miętosiłam schowaną tam kartkę 

z numerem pana Joachima. Spieszyłam się, bo dochodziła już trzecia i lada chwila mogłam 
spodziewać się przyjścia Wawrzyńca. Pan Mors był w domu, sam przyjął telefon i ucieszył 
się,  kiedy  powiedziałam,  że  chciałabym  go  odwiedzić.  Umówiłam  się  z  nim  na  szóstą,  a 
kiedy wracałam do domu, usłyszałam cichy klakson samochodu. Nadjeżdżał Wawrzyniec, 
otworzył  mi  drzwi,  usiadłam  na  miejscu  obok  kierowcy  i  obejrzałam  się.  Małe  kombi 
wróciło do fabrycznego wyglądu. Spojrzałam na ręce Wawrzyńca, leżące na kierownicy, i 
pomyślałam, że od bardzo dawna nikt mnie nie woził, zawsze to ja prowadziłam, zawsze 
miałam kogoś przy sobie albo za sobą. 

-  Czy pan w warsztacie bardzo zdarł ze mnie skórę? 
-  Nie, jeszcze posprawdzał to i owo. A jak mój befsztyk? 
-  Jest. 
-  Zapomniałem ci powiedzieć, że powinien być z cebulką. 
-  Jest. 
-  Ha! Jestem wściekle głodny. 
Powiedziałam  mu,  że  miałam  gości  w  południe  i  że  umówiłam  się  z  panem  Morsem 

na wieczór. 

-    Może  chcesz,  żebym  z  tobą  pojechał?  Mam  kilka  spraw  do  załatwienia,  załatwię  i 

będę czekał na ciebie w „Altance". 

-  Jak chcesz, ale nie wiem, o której będę wolna, pan Joachim jest gadułą. 
-  Nie ma problemu. 
Ż

adnego  gadania,  żadnych  prób  przewracania  do  góry  nogami  tego,  co  sobie 

zaplanowałam, pomyślałam, co za ulga. Nakrywał do stołu, kiedy byłam zajęta w kuchni. 
Po prostu nie mieściło się w głowie, że właściwie go nie znam. 

Szarzało  już,  kiedy  jechałam  do  pana  Joachima.  Podjeżdżając  do  rynku,  zobaczyłam 

wychodzących  z  hotelu  „Pod  Złotą  Chryzantemą"  Marysieńkę  i  Radka.  Zjechałam  w 
zatoczkę, opuściłam szybę 

120 
i  zawołałam.  Marysieńka  pomachała  mi,  drugą  ręką  unosiła  w  górę  szeroką,  bardzo 

długą spódnicę z czarnego sztruksu, która musiała jej okropnie przeszkadzać w chodzeniu. 
Biegła w moją stronę, podczas gdy Radek szedł wolno, i uważnie jej się przyglądał. 

-    Jedzie  pani  do  pana  Morsa,  prawda?  Wiem,  bo  nas  też  zaprosił.  Obiecał  kwas 

chlebowy, a pani Lucynka upiekła szarlotkę! Dla mnie to prawdziwe nieszczęście, bo ja się 
przecież odchudzam. 

-  Dzień dobry, pani Elizo - powiedział Radek. 
Widocznie sądził, że mówienie mi po imieniu jest stosowne tylko w klimacie ciężkiej 

pracy fizycznej. 

-  Cześć, jak się pan miewa? 
- Kiedy patrzę na Maryśkę, miewam się fatalnie. Czuję, jak mi się przesuwają półkule 

mózgowe, prawa na lewą, a lewa na prawą stronę. 

Marysieńka spojrzała na niego z zainteresowaniem. 
-  Na zewnątrz nie widać, ale przyznaję, że to musi być upiorne uczucie. 
Była  na  niego  wyraźnie  wściekła.  Obejrzała  swoją  spódnicę  i  strząsnęła  z  niej  jakieś 

paprochy, które trzymały się sztruksu. 

-  Niech pani spojrzy, jak ona jest ubrana! Czy pani widziała kiedyś większą wariatkę? 

I  ja  z  czymś  takim  mam  chodzić  po  mieście!  Przecież  ludzie  pomyślą,  że  upadłem  na 
głowę. 

background image

 

69

-    Nikt  ci  nie  każe  ze  mną  chodzić.  Proszę  bardzo,  od  dziś  chodzę  sama!  A  jak 

będziemy  wybierać  się  gdzieś  razem,  tak  jak  teraz  do  Pauliny,  możesz  sobie  iść  jednym 
chodnikiem, a ja pójdę drugim. 

A  więc  sprawdziły  się  moje  przypuszczenia.  Jest  Paulina.  Odblokowałam  drzwiczki 

samochodu. 

-  Wsiadajcie, co u was słychać? 
-    U  mnie  zero  -  powiedziała  Marysieńka.  -  Pan  Mors  prosił,  żebym  idąc  do  nich 

kupiła  ziarno  dla  Danuśki,  kupiłam  i  część  wysypałam  na  spódnicę,  mam  ją  teraz  w 
paździorach. A przez weekend to nic specjalnego nie było słychać. 

121 
-  Siedziały z Paulina u mnie w hotelu i trajkotały. 
-  Dlaczego ty tak się wyrażasz? Czy nie mógłbyś powiedzieć, że spędziłyśmy czas w 

salonie recepcyjnym i rozmawiałyśmy ze sobą o bardzo istotnych sprawach? 

-    Ona  ma  dziś  piekielny  humor  -  westchnął  Radek.  -  Owszem,  mógłbym  tak 

powiedzieć, ale nie powiem. 

Na  szczęście  podjeżdżałam  już  pod  dom  pana  Morsa.  W  obydwu  oknach 

wychodzących  na  ogródek  przy  ulicy  paliły  się  światła.  W  jednym  z  nich  ktoś  uchylił 
firankę i zaraz otworzyły się drzwi. 

-    Dzień  dobry.  Jestem  Paulina!  -  szerokim  gestem  zaprosiła  nas  do  domu.  -  Mój 

dziadziuś czeka na panią. Cieszy się. 

Miała  przeraźliwie  niebieskie  oczy.  Włosy  w  kolorze  bursztynu  podpięte  z  tyłu  dużą 

szylkretową  klamrą.  Była  szczupła,  wysoka,  a  krótka  dżinsowa  spódnica  podkreślała 
długość jej nóg. Wyobrażałam sobie, że będzie wyglądała trochę jak wiedźma, tymczasem 
nie  wyglądała  jak  wiedźma,  chociaż  od  pierwszego  spojrzenia  wiadomo  było,  że  wie, 
czego  chce.  W  sieni  pachniało  farbą  olejną.  Ten  zapach  zaczyna  chodzić  za  mną, 
pomyślałam.  W  domu  pana  Morsa  był  jednak  uzasadniony  i  nikt  tu  od  niego  nie  kasłał. 
Pan Joachim wyszedł z pracowni witając mnie hałaśliwie i serdecznie. 

-  Wielka to przyjemność widzieć ciebie, Elizo! - wołał. 
-  Wielka to przyjemność widzieć ciebie, Elizo! - uroczyście zadeklamowała za moimi 

plecami  Marysieńka.  -  Boże,  jak  pan  to  pięknie  powiedział,  pięknie!  Myślę,  że  tak 
zawołałby Kochanowski na widok zmartwychwstałej Urszulki. 

-  Idź ty, Marysieńko, głupoty pleciesz - zdenerwował się pan Mors. 
Marysieńka  przysłoniła  ręką  usta  i  zachichotała,  natomiast  Paulina  nie  zwracając  na 

nikogo uwagi szukała czegoś na podłodze. 

-  Dziadziuś powiedział, że na pewno przyjedzie pani z pieskiem - powiedziała. 
-  Zostawiłam Ritę w samochodzie, denerwuje Danuśkę. 
122 
-    Przeciwnie,  pani  Lucynka  mówi,  że  ona  nauczyła  Dankę  szczekać!  Zresztą  mogę 

wynieść klatkę do mojego pokoju. Ja z kolei przyjechałam z kotem, który wiecznie wsadza 
łapy  między  pręty.  Boję  się,  że  w  końcu  Danka  uderzy  go  dziobem.  To  byłoby  okropne! 
Jakiś  czas  temu  Pinek  miał  jedną  łapę  operowaną,  bo  wrastał  mu  pazur.  Tak  cierpiał, 
biedaczek! Radek, wynieś klatkę z Danka, proszę cię! Marysieńko, pani Lucynka prosiła, 
ż

ebyś do niej zajrzała, jak przyjdziesz, nie wiem po co, chodzi chyba o jakiś cynamon. A ja 

pójdę z panią po pieska, dobrze? 

Paulina mówiła szybko, jakby trochę nerwowo. Stała przy drzwiach i czekała na mnie. 

Na ścieżce szła przede mną. 

-  Masz piękną klamrę, Paulino. Zatrzymała się i spojrzała na mnie uważnie. 
-    Dostałam  od  Tamary.  Przywiozła  mi  ją  z  Grecji.  Patrzyła  wyczekująco,  jakby 

sądziła, że powiem więcej, ale ja 

nie miałam nic do powiedzenia. 

background image

 

70

-  Jest naprawdę piękna. 
-  Dostałam od Tamary! - powtórzyła z naciskiem. 
-  Nie znam Tamary. 
-  Och... miałam nadzieję, że pani ją zna... 
Odwróciła  się  i  szybko  poszła  do  furtki.  Rita  szalała,  kiedy  wypuściłyśmy  ją  z 

samochodu, szczekała i biegła w stronę domu. 

-  Czarna i błyszcząca jak mała foczka - powiedziała Paulina. Mówiła teraz spokojnym 

głosem. Napięcie minęło, bo nie miała 

na co liczyć, nie znałam Tamary, niestety. 
-  Pani Lucynka upiekła szarlotkę, pachnie aż tutaj, czuje pani? Wszyscy uwielbiamy 

szarlotkę,  pani  Lucynka  podaje  ją  z  bitą  śmietaną.  Zastanawiam  się,  ile  lat  można 
uwielbiać jedną i tę samą szarlotkę. 

-  Myślę, że przez całe życie, Polly, do tej pory lubię jeść to, za czym przepadałam w 

dzieciństwie. 

Stała już przy drzwiach i trzymała rękę na klamce, nie nacisnęła jej. 
123 
-  Dlaczego mówi pani do mnie Polly? - zapytała ze zdumieniem. 
-  Podoba mi się takie zdrobnienie. 
Roześmiała się, zabawnie wysuwając brodę do przodu. 
-  Zupełnie jakby pani weszła przez pomyłkę do  mojego domu! Polly mówi do mnie 

tylko jeden chłopak. Może kiedyś będzie mówiła tak do mnie Tamara, nie wiem. 

Weszłyśmy  do  sieni,  Rita  najwyraźniej  pamiętała,  bo  latała  po  pokojach  szukając 

klatki z Danka. Pan Mors wołał mnie z pracowni. 

-  Zaraz idę, przywitam się tylko z panią Lucyną! Zajrzałam do kuchni, pani Lucynka 

wyjmowała z piekarnika 

foremkę  z  szarlotką,  Marysieńka  biła  śmietanę  z  cukrem,  a  Radek  siedział  na  stole  i 

wyskrobywał z garnka masę jabłkową. 

-    No,  przestygła,  dzięki  Bogu!  -  ucieszyła  się  pani  Lucynka,  delikatnie  dotykając 

palcami wierzchu szarlotki. - O, jest nasza miła pani! 

Odstawiła  foremkę,  uściskałyśmy  się,  a  potem  wyrzuciła  nas  z  kuchni.  Zajrzałam  do 

pracowni.  Pan  Mors  czekał  na  mnie  siedząc  na  niskim  krześle  przed  rozstawionymi 
płótnami. Jedne oparte były o sztalugi, jedne o stołki, było ich dużo. 

-  Oto moja retrospektywa, Elizo, zapraszam serdecznie, wystawa bezpłatna. 
Oglądałam obrazy pana Morsa w milczeniu. 
-  Nie musisz się zachwycać, wiem, że są dobre! - śmiał się. - Niedługo będę miał dużą 

wystawę  indywidualną,  nie  sądzę,  żeby  zachwyciła  krytyków.  Dobrą  opinię  o  moich 
obrazach  ma  tylko  znawca  sztuki  Pani  Świetna  Kapusta  Kwaszona,  ale  nie  będziemy  się 
tym przejmować, prawda, Elizo? Spójrz na ten mały obrazek, niezły, co? Malowała go ta 
smarkula,  Paulina.  Widzę,  że  jesteś  zaskoczona?  A  ten  mój  pejzażyk,  udany,  prawda? 
Słyszysz,  jak  się  chwalę?  To  tylko  po  to,  żeby  ci  oszczędzić  gadania,  moja  droga. 
Portrecista ze mnie marny, raz mi się udało, dobrze wyszedł portret 

124 
Eweliny, mojej córki. Teraz też pracuję nad pewnym portretem, ale powiem ci, że nie 

mam do tego ręki. 

-  Mogłabym zobaczyć? 
-  Nie ma go tutaj. 
Nie ma go tutaj, oczywiście! Pewnie dlatego farba olejna pachnie w domu Róży Firlej. 

Pan Mors postawił jeden z obrazów na stole i oparł go o ścianę. 

- Ten potrzebuje specjalnego oświetlenia, jest na to czulszy od innych. 

background image

 

71

Zapytam  go,  pomyślałam.  Zwyczajnie  zapytam  go  o  to,  co  od  dawna  nie  dawało  mi 

spokoju.  Jeszcze  przez  chwilę  wahałam  się  chodząc  po  pracowni.  Oglądałam  wszystkie 
obrazy po raz drugi. 

-  Chciałabym coś wiedzieć... 
-  Słucham, pytaj, widzę, że oglądasz wszystko z przyjemnością. 
-  To nie jest związane z pana pracami - speszyłam się. 
-  A z czym? Śmiało. 
Odwróciłam się i popatrzyłam na pana Morsa, niepewna,  czy dobrze robię. Wreszcie 

zdobyłam się na odwagę. 

-    Chciałabym  wiedzieć,  dlaczego  pozwolił  pan,  żebym  przeczytała  listy,  które  są 

własnością pana rodziny? 

-  O czym ty mówisz, dziecko? - zapytał. 
Czy był w jego oczach uśmiech, czy nie? Przez ułamek sekundy wydawało mi się, że 

tak, ale nie byłam pewna. 

-  Przecież pan wie, o czym mówię. 
-    Nie,  nie  wiem.  Wszystkie  listy,  które  z  jakichkolwiek  powodów  przechowujemy, 

mam u siebie. 

-  I nic panu nie zaginęło? 
-  Nic. Spójrz sama. 
Podszedł  do  stojącej  w  rogu  szafy  i  wysunął  jedną  z  dolnych  szuflad.  Były  w  nich 

schowane  różne  koperty,  niektóre  w  paczkach  przewiązanych  sznurkami,  niektóre 
starannie ułożone w pudełkach po butach, było ich mnóstwo. Roześmiałam się. 

125 
-  Widzisz. Wszystko jest. 
Zasunął  szufladę  i  wróciliśmy  do  obrazów.  Właśnie  opowiadał  mi  historię  jednego  z 

nich,  kiedy  zawołała  nas  pani  Lucynka.  Najpierw  zjedliśmy  po  kilka  kanapek,  później 
przyniosła szarlotkę. Marysieńka z rozpaczą patrzyła na swój talerzyk. 

-  Jeszcze masz czas na odchudzanie, Marysieńko - powiedziała pani Lucynka. 
-  Tak się tylko pani wydaje - odparła płaczliwie. - Bardzo szybko przychodzi chwila, 

kiedy  okazuje  się,  że  jest  na  to  za  późno!  Człowiek  idzie  i  nie  może  nawet  spojrzeć  pod 
nogi, bo wielki brzuch zasłania mu ścieżkę. 

-  Marysieńko, a cóż to za złota myśl! - ucieszył się pan Mors. - Jak tyś to powiedziała, 

kochaneczko? 

Marysieńka powtórzyła płynnie, a on zamyślił się i pokręcił głową. 
-  Zdumiewające, zdumiewające! Zupełnie, jakbym słyszał Pana Plebana! 
-    Bo  to  właśnie  ksiądz  proboszcz  tak  mówił  na  kazaniu  w  ostatnią  niedzielę  - 

wyjaśniła Marysieńka. - Było o obżarstwie. 

-  A Pan Pleban co zrobił ze swoim brzuszkiem, jak przemawiał do wiernych? 
-  Nie widziałam, stał na ambonie. 
-    Oj,  Mistrzu!  Nie  powinien  pan  tak  podrywać  autorytetu  księdza  proboszcza  - 

wtrąciła pani Lucynka. - Doprawdy gniewa mnie, jak Mistrz tak mówi! A u Pana Plebana 
zła przemiana materii występuje i brzydko się z niego wyśmiewać! 

-    Najmocniej  panią  przepraszam,  nie  powiem  więcej  ani  słowa.  Dostanę  jeszcze 

kawałek  szarlotki?  Jest  wspaniała.  Pani  Eliza  zachwyciła  się  twoim  obrazem,  Paulino! 
Mogłabyś się przyłożyć i namalować coś na jej nowe mieszkanie. 

-  Chciałaby pani? - spojrzała na mnie z niedowierzaniem. 
-  Bardzo. 
-  I wisiałoby to na ścianie? 
126 
-  Oczywiście. 

background image

 

72

-  Namaluj psa - poradziła jej Marysieńka. 
-  Albo świętego Franciszka, tego od zwierząt - powiedziała pani Lucynka. 
-  Ja nie mogę... - jęknął Radek. 
Pan Mors spojrzał na niego i skinął głową ze zrozumieniem. 
-  Ja również. 
Radek  odkłonił  mu  się  i  podsunął  swoją  szklankę,  do  której  pan  Mors  nalał  kwasu 

chlebowego. 

-    A  ja  zazdroszczę  Paulinie,  że  tak  ślicznie  potrafi  malować!  W  ten  sposób  może 

ujawnić  piękno  swojej  duszy  -  powiedziała  Marysieńka  podsuwając  panu  Morsowi 
szklankę. - Mogę jeszcze? 

Pani  Lucynka  była  wyraźnie  zadowolona  z  dalszego  przebiegu  rozmowy.  Pogłaskała 

Marysieńkę po głowie. 

-  Jak ty piszesz wiersze, rzecz ma się podobnie - pocieszyła ją. 
-    Zaczęłam  mały  pejzażyk.  Może  ten  pejzażyk  wykończę  dla  pani?  Tylko  że  on 

wydaje mi się taki szary - zastanawiała się Paulina. 

-  A może pani Elizka lubi szary kolor? - pani Lucyna spojrzała na mnie. - Lubi pani 

szary kolor, pani Elizko? 

Nie  odpowiedziałam  od  razu,  bo  uprzytomniłam  sobie,  że  w  szufladzie  mojego  stołu 

leży przecież list skierowany do pani Lucynki! Nie pamiętałam, kto do niej napisał, ale list 
był na pewno. 

-    Ucieszę  się  z  każdego  obrazu  Pauliny,  ale  ona  sama  musi  zdecydować,  który  to 

będzie. 

-  Namyślę się - powiedziała Paulina krótko. 
Wyszli  przed  dom,  kiedy  odjeżdżałam.  Zaproponowałam  Marysieńce  i  Radkowi,  że 

ich podwiozę, ale oni woleli się przejść. 

- Jest już zupełnie ciemno, mogę z nią iść bez wstydu! - powiedział Radek. 
-  Ależ, Radeczku, jak możesz tak mówić! - zawołała pani Lucynka. Wcisnęła mi do 

ręki jakąś paczkę. 

127 
-  Kawałeczek szarlotki, pani Elizko, będzie pani miała na smaczek... 
-    Nie  potrafię  piec  szarlotki,  ale  kiedyś  zaproszę  was  wszystkich  na  placki 

ziemniaczane. Podobno to moja specjalność! 

Jechałam do domu niecierpliwie, bo chciałam znaleźć w końcu list, który ktoś napisał 

do pani Lucynki. Nie dawało mi to spokoju. 

KONSTANCJA DO LUCYNY 
Wielce Szanowna Pani Lucyno, w pierwszych słowach donoszę, że przyszedł od Pani 

list i mój bratanek mi go przeczytał, a teraz ja mu mówię odpowiedź. Kazałam, żeby pisał 
słowo po słowie wszystko, co ja tu powiem, i on to zrobi, bo jest z niego uczciwy chłopiec 
i  Bogu  dziękuję,  że  mi  na  moje  stare  lata  zesłał  takiego  siostrzeńca.  Jak  Pani  napisała, 
ż

eśmy się zapoznały na pogrzebie przenajświętszej pamięci księdza prałata, ja sobie zaraz 

w  pamięci  to  przypomniałam  i  widzę  Panią  przed  sobą  jak  żywą,  bo  mnie  Pani  raczyła 
wspomóc swoją parasolką od deszczu, a potem tośmy wpadły razem do kałuży, ale to już 
było po pogrzebie księdza prałata, jakeśmy szły do bramy cmentarnej. Teraz mój bratanek 
musiał  mi  jeszcze  raz  przeczytać  list,  który  od  Pani  otrzymałam,  bo  mi  się  w  głowie  od 
tego mąci. 

Wielce  Szanowna  Pani  Lucyno,  serdecznie  obiecuję,  że  o  Pani  liście  nikomu  nie 

powiem,  tylko  mój  siostrzeniec  będzie  o  nim  wiedział,  ale  on  nikomu  pary  z  gęby  nie 
wypuści,  bo  nadzwyczajnie  jest  wrażliwy,  nawet  ściany  mi  w  kuchni  wymalował,  jak 
chciałam.  Znaczy  się  w  kwiatki  niebieskie.  Pani  list  bardzo  mnie  zaszczycił  i  godnie 
chciałabym odpowiedzieć, więc niech Bóg ma Panią w swojej opiece i pomoże w troskach, 

background image

 

73

które  na  Panią  spadły  za  przyczyną  tego  pana,  któremu  uciekła  narzeczona.  Tego  pana, 
mnie  się  zdaje,  to  ja  dawno  temu  parę  razy  widziałam  przez  okno,  kiedy  do  pani  Róży 
przyjeżdżał 

128 
po  tę  swoją  narzeczoną,  co  to  Pani  się  tak  podobała,  tylko  ja  Pani  mówię,  że  Ona 

latawica jest i nic dobrego, ale jeden lubi to, drugi lubi sio. Mój bratanek powiada, że dalej 
nie  będzie  pisał  tego,  co  ja  mu  każę,  bo  to  nie  po  katolicku  psy  na  ludziach  wieszać  i  że 
trzeba  się  będzie  księdzu  z  tego  wyspowiadać.  Więc  dobrze,  Wielce  Szanowna  Pani 
Lucyno,  ja  się  wyspowiadam,  ale  Pani  będzie  wiedziała,  co  ja  sobie  myślę.  Pani  mnie 
uprzejmie  zapytuje,  czy  Tamary  naprawdę  nie  ma  u  mojej  sąsiadki,  pani  Firlej.  Otóż  ja 
Pani  uroczyście  potwierdzam,  że  jej  tu  nie  ma,  na  co  mam  świadka,  mojego  siostrzeńca. 
On mówi, że ja raz dyktuję „siostrzeniec", a raz „bratanek", i żebym się zdecydowała, ale 
mnie  co  za  różnica,  jeżeli  nie  mam  ani  siostry,  ani  brata,  tylko  jego,  który  stał  mi  się 
wszystkim,  co  Pani  zrozumie  swoim  czułym  sercem,  bo  ja  nigdy  nie  zapomnę,  że  mnie 
Pani  ochroniła  swoją  parasolką,  kiedy  była  ta  ułewa  w  czasie  pogrzebu  świętej  pamięci 
księdza  prałata.  Bardzo  mu  ładny  nagrobek  wystawili  i  dumna  jestem,  bo  też  na  tacę 
dałam,  kiedy  w  naszej  parafii  na  ten  pomnik  zbierali,  akurat  dostałam  za  jajka  od  pani 
Róży, bo tamtego roku ładnie mi się kury z pomocą bożą niosły. O Tamarę to ja się pani 
Róży  pytałam  nie  dalej  jak  w  zeszłym  tygodniu,  ale  ona  tylko  się  na  mnie  zezłościła,  bo 
pani Firlej potrafi być bardzo nerwowa. Powiedziała, żebym się o Tamarę nie martwiła, bo 
na pewno dobrze jej się wiedzie, jeżeli samołotami po świecie lata, a potem złapała ścierkę 
do wycierania naczyń i cisnęła ją w drugi koniec kuchni na krzesło, nerwowa była. Wcale 
nie  wiedziała,  że  tam  siedział  jej  kot  Franek,  połapała  się  dopiero,  jak  czmychnął. 
Zobaczyłam, że oczy ma takie, jakby zaraz chciała płakać. Pytam ją, pani Firlej, co pani? 
A ona tylko nos wytarła fartuchem i mówi, że ma dosyć, bo ją wszyscy o Tamarę pytają, a 
Tamara  przecież  dorosła  jest  i  może  robić,  na  co  ma  ochotę,  nikomu  nie  musi  się 
opowiadać.  A  na  płacz  mi  się  zbiera,  mówi  pani  Róża,  bo  to  przykre,  że  Franek  oberwał 
ś

cierką za nic. 

129 
Tyle  mogę  napisać  o  Tamarze,  Wielce  Szanowna  Pani  Lucyno,  gdyby  ona  u  pani 

Róży  nawet  w  tajemnicy  bywała,  przez  okno  i  tak  musiałabym  to  widzieć,  a  ja  nie 
widziałam. Owszem, widziałam parę razy, jak ktoś obcy do pani Róży przychodził drogą 
od autobusu, ale to byl wielki, kulawy chłop, z Tamarą nijak bym go nie pomyliła. Od niej 
to tylko kartki pocztą przychodzą, ale nie za często. 

Kończąc ten list polecam się Pani pamięci w modlitwie i wyrażam szczęście, że Pani o 

mnie  pamiętała  i  że  w  trudnych  chwilach  swojego  życia  do  mnie  się  zwróciła.  Co  dzień 
wieczorem odmówię zdrowaś na Pani intencję i zobaczymy, co z tego będzie. 

Konstancja Żulichowa 
Podczas  gdy  czytałam  list  pani  Konstancji,  Rita  zjadła  obydwa  kawałki  szarlotki, 

zostawiając mi „na smaczek" tylko papierek. Później leżała na tapczanie i udawała, że jej 
nie  widzę,  kiedy  spoglądałam,  natychmiast  zamykała  oczy,  ogon  nieruchomiał,  robiła 
wrażenie  psa  pogrążonego  w  głębokim  śnie.  Podobnie  zachowywała  się  wczoraj,  kiedy 
wróciłam  do  domu  po  zakopaniu  wielkiego  dołu,  który  wyryła  pod  krzakiem  porzeczek. 
Pomyślałam, że zadomowiła się tu bardzo szybko, może nawet szybciej niż ja, chociaż i ja 
od pierwszej chwili lubiłam ten dom i cieszyłam się, że go mam. 

Trudne  były  poranki.  Budziłam  się  wolno  i  często  w  ogóle  nie  wiedziałam,  gdzie 

jestem, skąd się tu wzięłam i co mam do zrobienia. Dopiero, kiedy przez chwilę leżałam z 
otwartymi  oczyma,  wracała  do  mnie  rzeczywistość.  Śniadania  lubiłam  jadać  w  kuchni, 
siedząc  na  taborecie  i  patrząc  w  okno.  Zieleniły  się  już  liście,  forsycje  szykowały  się  do 
kwitnienia,  ożyły  trawniki.  Wawrzyniec  pracował  od  rana,  ale  często  w  południe  robił 

background image

 

74

sobie  przerwę  i  mnie  też  chociaż  na  chwilę  odrywał  od  maszyny.  Najczęściej  stawał  w 
otwartym oknie, czekał, aż skończę wystukiwać zdanie do kropki, i pytał: 

-  Kupi pani ode mnie kwiaty za bezcen? 
-  Kupię, wejdźcie, panie ogrodniku. 
130 
Wypijaliśmy razem południową kawę, a później każde z nas wracało do swojej pracy. 

Czasami zaglądała do mnie mecenasowa. Ze zdumieniem obserwowała, że na moim stole 
przybywa zapisanych kartek, ale nigdy o nic nie pytała. Dwa razy pojawił się mecenas, za 
każdym  razem  przynosząc  mi  podłużną  białą  kopertę  z  nadrukiem  holenderskiego 
centrum.  Zgodnie  z  obietnicą,  co  jakiś  czas  otrzymywałam  wiadomości  o  postępach 
mojego  synka  i  jego  zdjęcia.  Były  to  dobre  wiadomości,  które  pozwalały  mi  cieszyć  się 
myślą, co będzie, kiedy wróci. 

Lubiłam dzwonić do pani Firlej, robiłam to najczęściej idąc po swoje małe zakupy. Z 

Ritą  na  smyczy  stawałam  przy  automacie,  wsuwałam  do  niego  kartę  i  osłonięta  pękatą 
budką rozmawiałam przez chwilę. Rita siedziała wtedy obok mnie czekając cierpliwie. 

-    Wpadnij  do  mnie  -  powiedziała  kiedyś  pani  Róża.  -  Mam  dla  ciebie  list.  Ten 

czternasty, który gdzieś się zawieruszył. To list do Melanii od jej ojca. 

-  A piętnasty? Ciągle go nie ma? 
-  Tego nie wiem... - powiedziała z wahaniem. - Widocznie go nie ma... 
-  Kiedy mogę przyjechać do pani? 
-    Kiedy  chcesz,  jeżeli  nawet  będę  wychodzić,  to  nie  na  długo,  najwyżej  zaczekasz 

chwilę przed domem, zrobiło się tak ładnie. 

Postanowiłam  wybrać  się  do  niej  jeszcze  tego  samego  dnia,  bo  przeczytałam  już 

wszystkie listy i pomyślałam, że ten do Melanii może mi się przydać. Zostawiłam Ritę w 
domu,  Wawrzyniec  miał  przyjść  i  zabrać  ją  razem  ze  swoim  psem  do  przychodni  na 
zastrzyk  przeciw  wściekliźnie.  I  dobrze  się  stało,  że  nie  było  jej  ze  mną,  bo  kiedy 
przejeżdżałam przez Wełniany Rynek, mój samochód kichnął, zakasłał i stanął. Dla mnie 
była  to  klęska.  Długo  musiałam  prosić  pana  z  pobliskiego  warsztatu,  żeby  zajrzał  i 
zobaczył,  co  się  właściwie  stało,  szybko  zorientował  się,  że  nie  mam  o  samochodach 
pojęcia, więc długo, zawile tłumaczył mi, jak trudno będzie naprawić tę 

131 
kompletną  ruinę,  i  ile  to  będzie  kosztowało.  Jedno  wiedziałam  z  pewnością:  moje 

kombi  nie  było  żadną  ruiną.  Wykrzyczałam  to  z  furią.  Tym  właśnie  zasłużyłam  sobie  w 
końcu na szacunek. 

-  W porządku! Niech się pani nie unosi! Niech pani przyjdzie za godzinę. 
Zaproponował mi sensowną cenę za swoją usługę i zapytał wytwornie: 
-  Okey? 
-  Okey! - odpowiedziałam, bo nie chciałam być gorsza. 
I  piechotą  wyruszyłam  z  Wełnianego  Rynku  do  pani  Firlej.  Pogoda  była  naprawdę 

piękna,  podciągnęłam  rękawy  bluzki,  czułam,  jak  łapie  mnie  słońce,  łagodne  o  tej  porze 
roku  i  jeszcze  czułe.  Kiedy  przechodziłam  przez  mostek,  spojrzałam  w  bok.  Pani 
Konstancja  stała  przed  swoim  domem  i  giętką,  cieniutką  witką  przesuwała  po  grzbiecie 
wieprzka,  który  ocalony  od  śmierci  najwyraźniej  miewał  się  wspaniale.  Uprzytomniłam 
sobie,  że  tak  naprawdę  nigdy  nie  widziałam  pani  Żulichowej  z  bliska,  bo  kiedy 
przyjeżdżałam samochodem, zawsze tylko spoglądała spoza firanki. 

-  Pani tam nie chodzi! - zawołała w moją stronę. - Pani Firlej wyszła. 
-  Zaczekam! 
-  Pani tu idzie! - zaprosiła mnie. 
Miała brązową twarz, pociętą drobnymi ostrymi zmarszczkami i bystre brązowe oczy. 
-  Ładna świnka - pochwaliłam wieprzka. 

background image

 

75

-  No! - potwierdziła. - Zdrowa sztuka. Chorował, ale zięć pani Firlej ładnie mi go na 

nogi postawił. 

Wiedziałam o tym, bo przecież pisała o tej śwince Melania w liście do Adriany. 
-  A pani za interesem do mojej sąsiadki? 
Pomyślałam, że i ona także nie widziała mnie nigdy z bliska. 
-  Nie, tak tylko zajrzałam. 
132 
Odwinęłam  wieprzkowi  różowe  ucho,  chrząknął.  Zlękłam  się,  rozśmieszyło  to  panią 

Konstancję. 

-  Pani się nie boi, to tylko świnka, co tam! Czyściuchna jest, pani spojrzy. 
-  Widzę, czyściuchna. 
Stałam  sztywno,  bo  wieprzek  chrumkając  oglądał  moje  trampki.  Pani  Konstancja 

usiadła na ławce przed domem i przyklepała miejsce obok siebie. 

-  Siadaj pani - zaprosiła. - Innej drogi tam nie ma - wskazała głową dom naprzeciwko. 

- Zobaczy pani stąd, jak pani Róża będzie szła. Byłam u niej wczoraj, bo mi soli zbrakło. 
Oklapła jakaś. 

-  Może chora? - zaniepokoiłam się. 
-  Nie. Zwyczajnie. Oklapła. Co to, nigdy pani oklapła nie była? 
-  Byłam. 
-  No. 
Milczałyśmy przez chwilę. Widziałam, że pani Konstancja przygląda mi się uważnie, 

ale udawałam, że tego nie dostrzegam. Patrzyłam to na dom pani Róży, to na mostek, to na 
ś

winkę. 

-  A może pani od Tamary? 
-  Nie. 
-  To córka pani Firlej - wyjaśniła. 
-  Wiem. 
Znowu przez chwilę patrzyła na mnie i milczała. 
-  Bieda z nią. 
-  Bieda! - przyznałam. 
Westchnęła i pokręciła głową, mruknęła coś pod nosem, nie zrozumiałam co. 
-    Ale  pieniądze  ona  ma.  Matce  przysyła!  -  powiedziała  głośno.  To  coś  nowego. 

Myślałam, że jedynie kartki. Nie chciałam pytać, 

zresztą  nawet  nie  musiałam,  bo  pani  Konstancja  mówiła  dalej,  zupełnie  przeze  mnie 

nie zachęcana. 

133 
kompletną  ruinę,  i  ile  to  będzie  kosztowało.  Jedno  wiedziałam  z  pewnością:  moje 

kombi  nie  było  żadną  ruiną.  Wykrzyczałam  to  z  furią.  Tym  właśnie  zasłużyłam  sobie  w 
końcu na szacunek. 

-  W porządku! Niech się pani nie unosi! Niech pani przyjdzie za godzinę. 
Zaproponował mi sensowną cenę za swoją usługę i zapytał wytwornie: 
-  Okey? 
-  Okey! - odpowiedziałam, bo nie chciałam być gorsza. 
I  piechotą  wyruszyłam  z  Wełnianego  Rynku  do  pani  Firlej.  Pogoda  była  naprawdę 

piękna,  podciągnęłam  rękawy  bluzki,  czułam,  jak  łapie  mnie  słońce,  łagodne  o  tej  porze 
roku  i  jeszcze  czułe.  Kiedy  przechodziłam  przez  mostek,  spojrzałam  w  bok.  Pani 
Konstancja  stała  przed  swoim  domem  i  giętką,  cieniutką  witką  przesuwała  po  grzbiecie 
wieprzka,  który  ocalony  od  śmierci  najwyraźniej  miewał  się  wspaniale.  Uprzytomniłam 
sobie,  że  tak  naprawdę  nigdy  nie  widziałam  pani  Żulichowej  z  bliska,  bo  kiedy 
przyjeżdżałam samochodem, zawsze tylko spoglądała spoza firanki. 

background image

 

76

-  Pani tam nie chodzi! - zawołała w moją stronę. - Pani Firlej wyszła. 
-  Zaczekam! 
-  Pani tu idzie! - zaprosiła mnie. 
Miała brązową twarz, pociętą drobnymi ostrymi zmarszczkami i bystre brązowe oczy. 
-  Ładna świnka - pochwaliłam wieprzka. 
-  No! - potwierdziła. - Zdrowa sztuka. Chorował, ale zięć pani Firlej ładnie mi go na 

nogi postawił. 

Wiedziałam o tym, bo przecież pisała o tej śwince Melania w liście do Adriany. 
-  A pani za interesem do mojej sąsiadki? 
Pomyślałam, że i ona także nie widziała mnie nigdy z bliska. 
-  Nie, tak tylko zajrzałam. 
132 
Odwinęłam  wieprzkowi  tóżowe  ucho,  chrząknął.  Zlękłam  się,  rozśmieszyło  to  panią 

Konstancję. 

-  Pani się nie boi, to tylko świnka, co tam! Czyściuchna jest, pani spojrzy. 
-  Widzę, czyściuchna. 
Stałam  sztywno,  bo  wieprzek  chrumkając  oglądał  moje  trampki.  Pani  Konstancja 

usiadła na ławce przed domem i przyklepała miejsce obok siebie. 

-  Siadaj pani - zaprosiła. - Innej drogi tam nie ma - wskazała głową dom naprzeciwko. 

- Zobaczy pani stąd, jak pani Róża będzie szła. Byłam u niej wczoraj, bo mi soli zbrakło. 
Oklapła jakaś. 

-  Może chora? - zaniepokoiłam się. 
-  Nie. Zwyczajnie. Oklapła. Co to, nigdy pani oklapła nie była? 
-  Byłam. -No. 
Milczałyśmy przez chwilę. Widziałam, że pani Konstancja przygląda mi się uważnie, 

ale udawałam, że tego nie dostrzegam. Patrzyłam to na dom pani Róży, to na mostek, to na 
ś

winkę. 

-  A może pani od Tamary? -Nie. 
-  To córka pani Firlej - wyjaśniła. 
-  Wiem. 
Znowu przez chwilę patrzyła na mnie i milczała. 
-  Bieda z nią. 
-  Bieda! - przyznałam. 
Westchnęła i pokręciła głową, mruknęła coś pod nosem, nie zrozumiałam co. 
-    Ale  pieniądze  ona  ma.  Matce  przysyła!  -  powiedziała  głośno.  To  coś  nowego. 

Myślałam, że jedynie kartki. Nie chciałam pytać, 

zresztą  nawet  nie  musiałam,  bo  pani  Konstancja  mówiła  dalej,  zupełnie  przeze  mnie 

nie zachęcana. 

133 
-    Ona  płaci  za  tę  dziewczynę,  co  u  pani  Róży  zatrudniona.  I  jeszcze  jej  dziecko  w 

zagranicznym szpitalu utrzymuje. Fiu! Ma, to daje, żadna łaska! 

Milczałam. 
-    Cesia,  moja  kuzynka,  była  u  mnie,  jak  kartka  od  Tamary  przyszła.  Z  wieżą,  co  to 

niby krzywa, a diablica stoi, powiadam pani, dziw bierze. Pani Firlej była wtedy u drugiej 
córki. Adrianę pani zna? 

-Nie. 
-    U  Adriany  była,  listonosz  u  mnie  pocztę  zostawiał.  Cesia  mówi,  że  jak  kartka,  to 

czytać  można,  żaden  grzech!  Tajemnice  to  się  w  listach  posyła,  Cesia  mówi.  Pisała 
Tamara,  że  pani  Firlej  ma  się  zaraz  na  jedno  ogłoszenie  w  gazecie  zgłosić  i  dziewczynę 
stamtąd zatrudnić za sekretarkę, czy jak tam, a ona pieniądze na to da. 

background image

 

77

Milczałam, głowę przechyliłam do tyłu i oparłam ją o dom pani Żulichowej. 
-  Pisała też, owszem, żeby pani Róża nikomu nie mówiła, ale co to za niemówienie? 

Wróciła z Melanią, Melania przyleciała, żeby listy zabrać, i co? Sama widziałam, jak przez 
dziurę w płocie przeszła, stanęła i kartkę czytała. Wolno przecież, żaden grzech, tak Cesia, 
moja  kuzynka,  mówiła.  A  Melania  przy  rowie  jeszcze  raz  stanęła  i  znowu  do  tej  kartki. 
Pewnie było jej żal dziewczyny, co ją Tamara kazała zatrudnić. 

Podniosłam się. 
-  Pójdę już, pani Konstancjo. 
-  A co? Idzie pani Firlej? 
-  Nie, ale ja pójdę, innym razem zajrzę do pani Róży. 
-  Powiedzieć coś? Zawahałam się. 
-  Tylko tyle, że sekretarka była. 
Szkoda,  ale  przecież  nie  mogę  inaczej,  pomyślałam.  Patrzyła  na  mnie  długo,  prawda 

docierała do niej wolno, uśmiechnęłam się nieporadnie. 

134 
-  Tak to jest, widzi pani... 
Potwierdziła  skinieniem  głowy.  Klepała  swojego  wieprzka,  ja  też  schyliłam  się  nad 

nim i znowu odwinęłam mu zagięte ucho. 

-  Kto by pomyślał... - odezwała się. - A dziecko jak? 
-  Lepiej. 
-  Chłopiec? -Tak. 
Znowu  postukała  ręką  miejsce  obok  siebie  i  powiedziała,  jakby  w  ogóle  nie  było 

między nami tej rozmowy. 

-  Siadaj pani. 
Usiadłam. Wieprzek poleciał, węszył koło płotu. 
-  Dziury szuka - wyjaśniła pani Konstancja. - Ale mój bratanek starannie załatał. Pani 

wie co...? 

Spojrzała  na  mnie,  jej  oczy  nie  były  już  takie  błyszczące,  a  twarz  wyglądała,  jakby 

przybyło na niej zmarszczek. 

-  Niech pani Firlej nie wie, żeśmy tutaj rozmawiały - poprosiła nieśmiało i pogłaskała 

mnie po ręku. - Nie będzie to lepiej? 

-  Będzie lepiej - przyznałam. - O, pani Róża idzie. 
-  Bóg zapłać, niech się pani nie gniewa. 
Gniewać się? Już wiedziałam, że to, co dobre w moim życiu, zawdzięczam Tamarze, 

tylko  nie  potrafiłam  sobie  jeszcze  z  tym  poradzić.  A  te  dzieciaki,  które  nie  zdradziły  się 
nawet  jednym  słowem,  pomyślałam,  bo  przecież  Melania  z  pewnością  powiedziała 
Jonaszowi, Jonasz Petemu, Pete Paulinie, Paulina Marysieńce, Marysieńka Radkowi. 

Teraz i ja wiedziałam o wszystkim, ale to już tylko moja tajemnica. Nie było mi łatwo 

spotkać się z panią Firlej. Cieszyłam się, że zepsuł mi się samochód, miałam powód, żeby 
skrócić 

wizytę. 
-  Muszę dopilnować, zapłacić. W poniedziałek wpadnę na dłużej. Pani Róża dała mi 

list do Melanii, znalazła go w zielonej 

sypialni, kiedy robiła tam porządek, bo szczenięta Tutki już od 
135 
dawna  mieszkały  na  dole.  Idąc  do  miasteczka  wyjęłam  list  z  koperty  i  przeczytałam 

go, zerwał się wiatr i trzepotał kartkami. 

JASIEK DO MELANII 
Melanio, moja kochana! Siadam, żeby odpowiedzieć na list, który napisałaś do mnie z 

dna rozpaczy. Jeszcze nigdy z tego miejsca nie otrzymałem żadnej korespondencji i nigdy 

background image

 

78

na  dno  rozpaczy  nie  pisałem,  sprawa  zatem  jest  dla  mnie  trudna.  Zwłaszcza  że  nie  mam 
ż

adnych  talentów  literackich.  Poza  tym,  zawsze  uważałem,  że  łatwiej  konia  podkuć  niż 

pannę,  a  coś  mi  się  wydaje,  że  kopytka  sobie  zdarłaś  na  wyboistej  drodze  uczuć.  Jeżeli 
jednak oczekujesz ode mnie rady, to ci radzę: weź się w garść. 

Ż

yjesz,  kotku,  jakbyś  zawsze  była  o  godzinę  spóźniona,  a  to  błąd.  Żyć  trzeba  tak, 

jakby człowiek był zawsze o godzinę przed czasem, tylko wtedy można znaleźć chwilę na 
przywołanie zdrowego rozsądku, który, choć sam w sobie bywa paskudny, nigdy nikomu 
nie zaszkodził. To ogólnie, a teraz szczegółowo.  Nie wiem, jakie uczucia żywi do Ciebie 
wybranek  Twojego  serca.  Na  Twoim  miejscu  nie  ubolewałbym  jednak  nad  swoim 
podobieństwem do Tamary. Uważam ją za jedną z najpiękniejszych kobiet. Czy odczytałaś 
w tym miejscu ukryty skrzętnie komplement ojczulka? Cieszę się, że masz Tamary oczy, 
nos, usta, owal twarzy, figurę, ruchy, a nawet sposób ubierania się, co znaczy, że masz jej 
styl.  Dziwiłbym  się  Jonaszowi,  gdyby  nie  zwracał  na  to  wszystko  uwagi,  więc 
niepotrzebnie  znalazłaś  się  z  tego  powodu  na  dnie  rozpaczy.  Jeżeli  jednak  zatrzymał  się 
przy Tobie tylko ze względu na Twoje zewnętrzne walory, których ani ukryć się nie da, ani 
zmienić  nie  sposób,  to  machnij  Ty  na  niego  ręką,  bo  wtedy  co  to  wszystko  warte? 
Owszem, że miła dla oka jesteś, to dodatkowa przyjemność, ale osobiście cenię sobie także 
i inne Twoje zalety. Zwłaszcza te, które wstydliwie chowasz przed światem, jakby 

136 
było  zdrożnością  wielką  posiadanie  czułego  serca  i  wrażliwości  niemałej. 

Podejrzewam  zresztą,  czupuma  panienko,  że  to  także  po  swojej  ciotce  odziedziczyłaś,  co 
specjalną hańbą Cię nie okrywa. 

I  tu  dochodzimy  do  drugiej  sprawy,  którą  mi  z  dna  rozpaczy  biednym  głosem 

przekazujesz.  Chwytam  każde  słowo  i  tulę  Ciebie  z  czułością.  Tak,  Melu,  on  jest  stary.  I 
jest schorowany. Wiesz dobrze, że ile razy tam jadę, przywożę porcję specjalnych leków, 
witamin  i  maść  do  nacierania  stawów.  Babcia  bardzo  dobrze  robi  nakładając  mu  ciepłe 
pończoszki, wcale nie przejmując się tym, że ludzie podśmiewają się i biorą ją za wariatkę. 
Szczęście, że Ciebie dławi w gardle, kiedy patrzysz, jak stara się ulżyć Sobusiowi w życiu. 
Boisz się, że on może odejść nagle, jak babcia będzie sama w domu. Mam nadzieję, że nie. 
Ona  jest  czułym  instrumentem,  myślę,  że  będzie  dobrze  wiedziała,  kiedy  mnie  wezwać  i 
domagać  się  dla  Sobusia  pomocy,  tej  ostatecznej.  Nie  dopuści  do  tego,  żeby  bardzo 
cierpiał, jest na to zbyt mądra i dobra. A że będą im wtedy towarzyszyły nasze przerażone 
serca,  no,  cóż,  Melu,  już  nam  się  to  przytrafiało  i  wiemy,  jak  ciężko  jest  podjąć  taką 
decyzję.  Smutek  ostatniego  spojrzenia,  ręka  na  łepku.  Czy  Ty  naprawdę  chcesz  pójść  na 
weterynarię? Jeżeli tak, nie będę Ciebie za to kochał więcej, po prostu będę Ciebie kochał i 
za to również. 

Trzecia Twoja sprawa z dna rozpaczy łączy się chyba z pierwszą? Doprawdy nie mam 

pojęcia,  gdzie  może  być  Tamara,  ale  skoro  pytasz,  opowiem  Ci  coś.  Lubię  patrzeć  na  jej 
dłonie. Na palcu lewej nosi pierścionek z różą zrobioną z korala. Ma go od niedawna, ale 
może zauważyłaś, bo to piękny pierścionek. Wyobraź sobie, że na jednym z zagranicznych 
kanałów TV widziałem reklamę mydła w płynie przeznaczonego wyłącznie do mycia rąk. 
„Mydło  jakieś  tam  zapewni  twoim  dłoniom  gładkość  aksamitu!"  Jestem  pewien,  że  na 
reklamie  były  ręce  Tamary,  wykorzystano  nawet  jej  pierścionek.  Jeżeli  tak,  to  chociaż 
ostatnio nie słychać o niej w szalonym świecie  mody, jak sobie podkpiwa ciocia  Zyta, to 
Tamara ma z czego żyć, bo reklamówki 

137 
w TV są na całym świecie dobrze płatne. I jeszcze jedno: mój znajomy, który poznał 

Tamarę u nas w domu, jakiś czas temu spotkał ją na lotnisku w Nicei.  Zauważył Tamarę 
od  razu,  bo  miała  na  sobie  obszerną  czarną  pelerynę  zapinaną  na  złote  guziki,  bardzo 

background image

 

79

efektowną,  i  wielki  czerwony  kapelusz.  Niestety,  mój  znajomy  nie  podszedł  do  niej. 
Tłumaczył mi, że nie miał odwagi, bo Tamara zawsze go onieśmielała.   • 

Opowiadałaś mi, że kiedy poprzednio chorowałaś u babci i w końcu wyzdrowiałaś, to 

pojechałyście  kupować  fladry  i  kapelusze,  pamiętasz?  Mówiłaś,  że  poznałaś  na  rynku 
dziewczynę,  która  ma  na  imię  Oleńka  czy  Marysieńka,  wyleciało  mi  z  głowy.  I  że  ona 
mówiła  Ci  wtedy  o  swojej  przyjaźni  z  tą  okropną  Paulina,  przez  którą,  zdaniem  Babci, 
Tamara  zerwała  swoje  zaręczyny  z  zięciem  malarza  Joachima  Morsa.  Otóż  wujek  Adam 
mówił  mi, że  Pete  opowiada,  jakoby  jego  dziewczyna  była  wnuczką  malarza,  oczywiście 
Pete nie pamięta jego nazwiska, chyba Foka. Wujek twierdzi, że dziewczyna Petego ma na 
imię Karolina, więc może to są dwie różne wnuczki Joachima Morsa, chyba Foki? U mnie 
z kolei Pete byl z bardzo miłą panienką, której kotu wrastał pazur, ale to nie była żadna z 
wnuczek malarza, bo Pete mówił do niej Polly. 

Przykro  mi,  że  ciągle  jesteś  zakochana  w  Jonaszu.  Skoro  ubolewasz  nad  tym  i  nie 

możesz  przestać.  Nie  umiem  Ci  pomóc,  Melanio!  Jakimś  rozwiązaniem  byłoby,  gdybyś 
zaczęła  pleść  warkocze  z  czosnku  i  cebuli.  Potem  mogłabyś  sprzedawać  je  na  targu  pod 
Gubałówką.  Z  całą  pewnością  wydobyłabyś  się  wtedy  z  dna  rozpaczy.  Obawiam  się,  że 
odrzucisz ten projekt w pierwszym czytaniu. 

Czułości. 
Tata 
Dom,  w  którym  mieszka  Wawrzyniec,  wciśnięty  jest  między  mur  otaczający 

przykościelny  ogród  a  mały  pawilonik,  gdzie  mieści  się  wypożyczalnia  książek 
„Wiązanka". Otoczenie ładne, ale przed 

138 
wejściem  nie  uprzątnięto  jeszcze  pozostałości  po  budowie  i  nie  ma  miejsca  na 

parkowanie.  Przystanęłam,  lekko  nacisnęłam  klakson,  odsunęłam  szybę  i  wyjrzałam.  W 
narożniku  drugiego  piętra  okna  były  otwarte,  po  chwili  zobaczyłam  w  nich  czuprynę 
Wawrzyńca. 

-  Wejdziesz? - zawołał. 
Poruszyłam przecząco głową, pomachał mi i zniknął. Zrozumieliśmy się. Wiedziałam, 

ż

e  zaraz  wyjdzie  z  drzwi  klatki  schodowej.  Jechałam  wolno  w  stronę  parkingu  za 

kościołem. Dogonił mnie, przez chwilę biegł po jezdni obok mojego samochodu, jakby to 
był jogging. Zaparkowałam i wysiadłam. Przyjrzał mi się. 

-  Masz ochotę pobiegać? - zapytał. 
Byłam ubrana w dres i w trampki, często biegaliśmy w parku miejskim. 
-  Nie. Usiądźmy gdzieś. 
Znaleźliśmy ławkę, przed którą na trawniku żółciły się kwiaty. Na drzewach pojawiły 

się pierwsze liście. 

-  Co ci jest? - zapytał Wawrzyniec. 
-  Potem. 
Oparłam  głowę  o  jego  ramię  i  odwróciłam  twarz  do  słońca,  grzało  jeszcze. 

Zamknęłam oczy, usiłowałam zebrać myśli. Objął mnie. 

-  Czujesz, jaki jestem ekologiczny? - zapytał cicho. Uchyliłam powieki i zobaczyłam, 

ż

e on też zamknął oczy i wystawił 

do słońca brodatą twarz. 
-  Czuję. 
-  Nie ma we mnie żadnej trucizny, daję słowo. 
-  Wiem. 
-  Ani środków konserwujących. 
-  Też wiem. 
-  Możesz się mnie nie bać. 

background image

 

80

-  I to też wiem. 
-  Więc powiedz, co ci jest? 
Słuchał uważnie, kiedy mówiłam, a potem nie odzywał się przez chwilę. 
139 
- Wiesz co? - powiedział wreszcie. - Czasami anonimowość znaczy tylko tyle, że ktoś 

nie chce ani żadnych pochwał, ani podziękowań. Dla mnie to jest w porządku. 

-  Dlaczego wybrała mnie? 
-    Może  to  zwykły  przypadek  i  nic  się  za  tym  wyborem  nie  kryje?  Chciała  komuś 

pomóc. Może jest dokładnie tak, jak mówiły te dwie panie: ma, to daje. Dla nich proste do 
zrozumienia, a tobie czegoś nie mieści się w głowie! - roześmiał się. 

-    Pani  Róża  powiedziała  kiedyś:  „trzymajmy  się  faktów".  Czy  wiesz,  że  gdyby  nie 

fakty,  sądziłabym,  że  Tamary  w  ogóle  nie  ma?  Myślałabym,  że  istnieje  tylko  w  naszych 
wyobraźniach  i  każdy  buduje  wokół  niej  własną  rzeczywistość,  bo  każdemu  do  czego 
innego jest potrzebna. 

Wawrzyniec  łamał  suchą,  ubiegłoroczną  gałązkę  i  układał  figury  geometryczne  na 

ś

cieżce. Obok ja patykiem rysowałam kółka. 

-    Ładnie  to  wymyśliłaś,  ale  przecież  i  w  życiu  każdy  z  nas  jest  do  czegoś  innego 

potrzebny.  Zastanawiam  się  -  odrzucił  ostatni  kawałek  gałązki  -  dlaczego  nie  chcesz 
uwierzyć,  że  są  na  świecie  ludzie,  którzy  mogą  dla  kogoś  zrobić  coś  dobrego  zupełnie 
bezinteresownie? Po prostu mają ochotę, jest im to potrzebne, rozumiesz? 

-  Dlaczego nie zostałeś księdzem, wygłaszałbyś takie ładne homilie... 
-  Skąd ta ironia? I po co? 
-  To nie ironia, zwyczajne pytanie. 
-  Nie zostałem księdzem, ponieważ zostałem ogrodnikiem, a poza tym chcę się z tobą 

ożenić, chociaż jeszcze o tym nie wiesz. Oczywiście, lecę na twój samochód. 

-  Zaczął się psuć. 
-  Zaryzykuję. 
Znowu  oparłam  głowę  o  ramię  Wawrzyńca,  ale  tym  razem  nie  zamknęłam  oczu. 

Patrzyłam  przed  siebie  na  trawnik  upstrzony  żółtymi  kwiatami,  na  szary  mur  otaczający 
kościół,  na  widoczną  z  naszej  ławki  zieloną,  spatynowaną  kopułę  bocznej  nawy. 
Dochodziły 

140 
tu  głosy  bawiących  się  dzieci,  szczekanie  psa,  ktoś  gwizdał,  ktoś  się  śmiał.  To 

miasteczko,  niedawno  zupełnie  mi  jeszcze  obce,  rozchylało  się  wolno  przede  mną,  jak 
wachlarz. Wachlarz z Andory, który dała mi Róża Firlej, dziś również otworzył się szerzej, 
pomyślałam. 

-  Mogłabym tyle dla niej zrobić, gdybym wiedziała, gdzie jest. Nie musiałam mówić 

więcej, wiedział, że myślę o Tamarze. 

-  Trzeba znaleźć jej adres, przecież gdzieś mieszkała, prawda? Miała adres, telefon i 

ma go dalej - powiedział. 

To była chwila, kiedy wszystko wydawało się proste. Znaleźliśmy na poczcie półkę z 

książkami telefonicznymi. Na półce odpowiednią książkę. Znaleźliśmy również bez trudu 
nazwisko  i  imię  Tamary.  Kupiłam  kartę  telefoniczną,  kiedy  staliśmy  już  przy  automacie, 
Wawrzyniec zapytał jeszcze, czy jestem zdecydowana. 

-  Tak - powiedziałam. - Jestem. 
-  I wiesz, o czym chcesz z nią rozmawiać? 
-    Nie  wiem.  Tak,  wiem!  Zapytam,  czy  to  ona,  potem  przedstawię  się  i  powiem,  że 

muszę się z nią spotkać. 

-  Dzwoń. 

background image

 

81

Nacisnęłam  kolejne  cyfry,  usłyszałam  terkot  automatycznego  połączenia,  potem 

przerywane buczenie. Telefon odebrał mężczyzna. Zapytałam o Tamarę. 

-  Już przeszło pół roku temu sprzedała to mieszkanie - powiedział. 
-  Czy zostawiła nowy adres? 
-  Nie, proszę pani, ktoś to już sprawdzał w biurze meldunkowym,  wymeldowała się 

bez podania adresu. 

-  Donikąd? - zapytałam zdumiona. 
-    Jakby  donikąd  -  potwierdził  mężczyzna.  -  Myślę,  że  wyjechała  za  granicę,  ale  nie 

jestem tego pewien. 

Podziękowałam  i  odwiesiłam  słuchawkę.  Jeszcze  przez  chwilę  wpatrywałam  się  w 

automat. Wawrzyniec nie pytał mnie o nic, część rozmowy słyszał, części się domyślił. 

141 
-    Chyba  czas,  Elżbieto,  żebyśmy  wyprowadzili  Ritę  -  powiedział  cicho  i  wyciągnął 

mnie z poczty. 

W domu nie miałam już żadnego listu rodzinnego do przeczytania. Przede mną leżał 

jedynie stos kartek maszynowego papieru, które powinnam zapisać, a to wydawało mi się 
wprost  niemożliwe  do  zrobienia.  Przez  kilka  najbliższych  dni  zajmowałam  się 
przeróżnymi  sprawami,  głównie  kuchnią.  Zaczęło  mi  się  wydawać,  że  Wawrzyniec  jest 
smakoszem, bo stale prosił mnie o przyrządzanie niezwykle wymyślnych potraw, dopiero 
później  przyszło  mi  na  myśl,  że  ma  to  być  terapia  dla  mnie:  zająć  sobie  głowę  kapustą, 
pierogami  z  mięsem,  barszczem  z  uszkami,  naleśnikami  po  seczuańsku,  to  z  pewnością 
było bardziej ekologiczne leczenie nerwicy niż moje proszki uspokajające, które przedtem 
łykałam. 

Złożyłam  trzy  wizyty.  Byłam  na  poniedziałkowym  obiedzie  u  pani  Róży.  Pachniało 

tam farbą olejną jeszcze bardziej niż zwykle i pani Róża kasłała bez przerwy. 

-    Nic  na  to  nie  poradzę!  -  wyjaśniła  mi,  jeżeli  to  w  ogóle  można  nazwać 

wyjaśnieniem. - Po prostu niedługo to się skończy. 

Byłam u pana Morsa, udało nam się we dwójkę wypić trzy butelki kwasu chlebowego, 

bo  tego  dnia  nawet  pani  Lucynka  poszła  do  kogoś,  o  kim  pan  Mors  mówił:  Pani  Żona 
Naprawiacza  Torebek  Damskich.  Opowiadał  o  swojej  rodzinie,  pokazał  mi  nawet 
największy domowy skarb, książeczkę do nabożeństwa, w której pierwsza strona, pożółkła 
ze starości, zapisana była starannie wyrysowanymi literami: TA ŚWIĘTA KSIĄŻECZKA 
NALEŻAŁA  KIEDYŚ  DO  TEKLUSI  CHORĄŻANKI.  Teklusia  Chorążanka  z  męża 
Morsowa była babcią pana Joachima. 

Trzecia moja wizyta, u pani Konstancji. Dla mnie samej było zaskoczeniem, że do niej 

poszłam. Zajrzałam tam, kiedy wracałam któregoś dnia od Róży Firlej. Siedziała przy stole 
i  kroiła  cebulę.  Ubrana  była  w  piękny  brązowy  szlafrok  frotte,  przepasany  fioletowym 
fartuchem. 

142 
-  Śledziki robię. Może bratanek przyjedzie na niedzielę. Lubi. A pani co? 
-  Ja nie przepadam. 
-  Pytam, po co pani przyszła? 
-  Tak sobie, zajrzałam. 
-  Bez powodu? 
-  Bez. 
-  Siadaj pani. 
Zdjęła z krzesła koszyk pełen ziemniaków i wytarła fartuchem. 
-  Jak tam Cesia? - zapytała. 
-  Teraz dobrze, ale była bardzo przeziębiona. Nawet mecenasowa stawiała jej bańki i 

już przeszło. Wczoraj poszła na rynek. 

background image

 

82

-    Niech  się  tak  nie  spieszy,  bo  nogi  wyciągnie.  Chorowita  jest  i  chuda  jak  szczapa, 

nie? 

-  Tak, szczupła - przyznałam. - Dziś rano przyniosła mi pyszny placek  drożdżowy  - 

przypomniałam sobie. 

-  Po matce tak piecze. Matka jej była zręczna do wypieków. Ja to nie - machnęła ręką. 

- Śledzie mi wychodzą pierwszorzędne, to owszem. I obiady. W całej okolicy nie zje pani 
jak u mnie, ale drożdżowe nigdy, zawsze mi diabeł na nim siądzie. 

Przyjrzała mi się badawczo. 
-  Naprawdę po nic pani przyszła? 
-  Naprawdę. 
-  Tylko pogadać? 
-  Tylko pogadać. 
-  Nie powiem, ładnie. 
Któregoś  dnia  przełamałam  zły  nastrój  i  po  długiej  przerwie  znowu  zaczęłam  pisać. 

Trudno  mi  było,  ale  w  końcu  zaczęło  przybywać  kartek,  które  układałam  obok  maszyny. 
Wawrzyniec znowu sprawdzał od czasu do czasu, na której jestem stronie, ale on też miał 
teraz  dużo  pracy,  bo  wszystko  zaczęło  kwitnąć  w  ogródkach,  na  ścieżkach  drobnymi 
pęczkami pojawiły się chwasty, dni były suche, bezdeszczowe. Trzeba było podlewać. 

143 
To była środa. Siedziałam przy maszynie od rana i dopiero w południe zrobiłam sobie 

pierwszą przerwę na herbatę. Usiadłam w fotelu i przez otwarte okno patrzyłam na zielone 
krzewy  porzeczek  rosnące  wzdłuż  drogi  do  mojego  domu.  I  nagle  zobaczyłam  Melanię. 
Szybko  szła  ścieżką.  Ubrana  była  w  czarne  spodnie  i  czerwoną  koszulę  z  podwiniętymi 
rękawami. Buzię przysłaniały jej ciemne okulary. Pomyślałam, że urosła ostatnio. Mignęła 
w  oknie  i  już  stukała  do  drzwi.  Nacisnęła  klamkę  nie  czekając  na  zaproszenie,  było 
otwarte. Stanęła w progu, przez chwilę patrzyłyśmy na siebie. Z daleka rzuciła na tapczan 
swój aksamitny czarny worek ściągnięty złotym łańcuchem i wyszywany pajetami. 

-    Jestem.  Na  imię  mam  Tamara  -  powiedziała  tym  swoim  znakomicie  ustawionym 

głosem. 

Schyliła się i zaczęła zdejmować czerwone pantofle na płaskim obcasie. 
-  Wpadłam w błoto. Jakiś kretyn podlewał kwiaty i zalał całą ścieżkę. 
Postawiła pantofle na słomiance przy drzwiach. Rita przybiegła z drugiego pokoju, ale 

nie zbliżyła się. Przysiadła i patrzyła. Ja ciągle milczałam. 

-  Cześć, piesku! - powiedziała Tamara. 
Wreszcie  podniosłam  się  z  fotela,  stałyśmy  teraz  na  wprost  siebie.  Tamara  wsunęła 

ręce do kieszeni spodni, zadźwięczały złote kółka bransoletek. 

-  Znasz mnie, prawda? - powiedziała szybko i niewyraźnie. 
I wtedy zobaczyłam, że spod przyciemnionych okularów po jej policzkach płyną łzy, 

wielkie  jak  szklane  paciorki.  Wyjęła  z  kieszeni  chustkę,  wytarła  nos,  ale  nie  wytarła  łez. 
Zupełnie,  jakby  chciała,  żeby  płynęły.  Zobaczyłam,  że  zdjęła  nie  tylko  pantofle,  ale  i 
skarpetki. Paznokcie stóp miała w kolorze bluzki. 

- Wiem, że nie jestem w porządku, nie potrzebujesz mi tego mówić. 
-  Przecież nic nie mówię, Tamaro. 
144 
-    Ale  na  pewno  tak  myślisz  -  znowu  wyjęła  chustkę,  ale  tylko  patrzyła  na  nią.  - 

Dawno widziałaś moją mamę? 

-  W poniedziałek. 
-  W poniedziałek - powtórzyła. - Dziś jest środa. Jak moja mama... jak ona się czuje? 
-  Dobrze. Myślę, że czuje się dobrze, tylko... 

background image

 

83

Uniosła  do  góry  okulary,  spojrzała  na  mnie,  wytarła  wreszcie  chustką  te  łzy  z 

policzków, okulary opadły z powrotem. 

-  Tylko co? 
-  Martwi się o ciebie. 
-    Mówiłam  jej,  żeby  się  nie  martwiła.  Przysyłałam  kartki,  och,  wiem,  że  to 

niedorzeczne.  I  wiem,  że  teraz  zachowuję  się  okropnie,  ale  zrozum,  moje  mechanizmy 
obronne zupełnie zawiodły. Nie sądziłam, że to tak będzie, myślałam, że dam sobie jakoś 
radę, tymczasem nie potrafię, ja po prostu chcę pojechać do mamy. 

Mówiła  szybko,  ale  jednocześnie  potykała  się  o  własne  zdania.  Chciałam  jej  tyle 

powiedzieć, o tyle zapytać, ale wiedziałam, że to wszystko nie na teraz, nie na tę chwilę. 
Stanęła  przy  oknie  i  zapatrzyła  się  na  moje  porzeczki.  Po  chwili  odwróciła  się  i  zapytała 
zupełnie normalnym głosem, nawet dość agresywnie. 

-  Czy moja mama jest na mnie wściekła? 
-  Tak, jest na ciebie wściekła. 
-  Boję się tam jechać, rozumiesz? 
-  Rozumiem. 
-    No  właśnie!  -  westchnęła.  -  Przyjechałam  najpierw  do  ciebie,  bo  bardzo  chciałam 

wiedzieć, czy ona jest na mnie wściekła, a nie  mam ochoty spotykać się z nikim z mojej 
rodziny! - trzymała przed sobą wyprostowane sztywno dłonie, były jak dwie małe tarcze, 
którymi  chciała  obronić  się  przed  czymś.  -  Dziękuję,  że  powiedziałaś  mi  prawdę.  Jest  na 
mnie  wściekła,  przynajmniej  wiem,  czego  się  trzymać.  Och,  nie!  -  jęknęła.  -  Pojęcia  nie 
mam, czego się trzymać! Walę się pod tą sprawą. Czy u niej nikogo nie ma? Melania nie 
choruje? Chciałabym zastać ją samą. 

145 
-  Nie wiem, myślę, że nikogo tam nie ma. 
Skąd  mogłam  wiedzieć,  co  dzieje  się  w  pokoju  nad  kuchnią.  Pomyślałam,  że 

mówienie  o  tym  z  Tamarą  teraz  jest  pozbawione  sensu.  Podeszła  do  drzwi,  sięgnęła  po 
swoje pantofle i obejrzała je. 

-  Przemoczone - powiedziała i wsunęła do nich stopy. - Przepraszam za to najście, ale 

jestem  przerażona.  A  do  tego  muszę  się  przecież  pozbierać.  Pojadę  do  niej  z  taką  miną, 
jakby cały świat leżał u moich stóp! - zdecydowała gwałtownie. 

Zdjęła  okulary  i  rzuciła  je  na  tapczan,  upadły  obok  worka.  Rita  drgnęła,  ale  nie 

zeskoczyła. Tamara podeszła do lustra Stefci Gierszówny i spojrzała. 

-  Wyglądam okropnie. 
Zrobiła kilka głębokich wdechów i wydechów. Przysunęła twarz do lustra, tym razem 

dłużej przyglądała się swojemu odbiciu. 

-  Przed pójściem do mamy powinnam się wykąpać albo co najmniej zrobić makijaż. 

Widzisz,  kilka  głębszych  oddechów  i  zaraz  myślę  przytomniej  -  spojrzała  bezradnie  na 
swój worek, na którym ułożyła się Rita. - Twój pies śpi na moich kosmetykach. 

-  Weź szybki prysznic - powiedziałam przesuwając Ritę. 
-  Nie byłoby to najgorsze, tylko... - zawahała się. - Nie jestem sama. 
Filip? Niemożliwe. Znalazła sobie kogoś! Biedna Paulina. Rozejrzałam się po pokoju. 

Miałam porządek. 

-  No to, zaproś, dlaczego nie zrobiłaś tego od razu? 
-  Mogę? 
Nie  czekając  na  moją  odpowiedź,  wybiegła  przed  dom.  Domyśliłam  się,  że  jej 

samochód  stoi  przed  furtką.  Poszłam  do  kuchni,  żeby  wstawić  wodę,  wyjęłam  z  szafki 
szklanki, zobaczyłam, że w cukiernicy nie ma już cukru. W chwili, kiedy go nasypywałam, 
usłyszałam, że Tamara wraca. 

-  Jesteśmy! - zawołała. Stanęła w drzwiach kuchni. - Jesteśmy! - powtórzyła. 

background image

 

84

146 
Odsunęła  się,  żebym  mogła  przejść.  W  pierwszej  chwili  wydawało  mi  się,  że  oprócz 

nas  nikogo  nie  ma  w  pokoju,  potem  zobaczyłam  leżący  na  moim  tapczanie  różowy 
pakunek.  W  małym  kocu,  starannie  zwiniętym  w  naleśnik,  leżało  śpiące  niemowlę. 
Oszołomiona  usiadłam  obok.  Patrzyłam  i  milczałam.  Tamara  uklękła  na  dywaniku  przy 
tapczanie  i  jednym  palcem  przesuwała  po  ciemnych,  cienkich  włosach  swojego  synka. 
Uśmiechała się. 

-  Ma na imię Juliusz, po moim ojcu. Mam nadzieję, że w ten sposób załatwię mamę, 

jak myślisz? Przecież jeżeli zaniosę go i powiem, że ma na imię Juliusz, chyba ona nas nie 
wyrzuci! Początkowo wydawało mi się, że będziemy sobie żyć we dwójkę i nawet podobał 
mi się ten pomysł, ale bardzo go kocham, chcę, żeby miał babcię, ciocie i wujków. 

Ani  słowa  o  Filipie,  ani  słowa  o  Paulinie.  To  dla  tego  małego,  o  którym  już  wtedy 

musiała wiedzieć, Tamara bała się piekła, Adriano! 

-  Znasz Filipa? - zapytała nagle. -Nie. 
Przyjrzała  mi  się  uważnie,  może  nawet  wyczekująco,  ale  potem  znowu  spojrzała  na 

dziecko i nie zapytała o nic więcej. W kuchni zagwizdał czajnik. 

-    Marzę  o  herbacie  -  powiedziała.  -  Może  najpierw  wypijemy,  a  ja  później  wezmę 

prysznic i pojadę. 

-  Zjesz coś? 
-    Skąd!  Muszę  natychmiast  schudnąć,  popatrz,  jak  wyglądam.  Podniosła  się  i 

przesunęła rękoma po biodrach. Spojrzałam, była 

zgrabna i szczupła, widać musiała już w to włożyć masę starania. 
-  Masz znakomitą figurę, Tamaro, ja długo nie mogłam wrócić do formy po urodzeniu 

synka. 

Pochyliła  się  nad  dzieckiem,  żeby  rozluźnić  mu  kocyk,  a  ja  przeszłam  do  kuchni  i 

wyłączyłam czajnik. Wkładałam torebki z herbatą do szklanek, kiedy poczułam na swoim 
ramieniu dłoń Tamary, odwróciłam trochę głowę, zobaczyłam znajomy pierścionek z różą. 

147 
-  Powiedziano mi, że wiesz... 
-  Tak. Wiem. 
-  I szukałaś mnie podobno? 
Wyjęła mi z ręki  czajnik, napełniła szklanki wodą, potem odstawiła  go, chyba ciągle 

wolała  nie  patrzeć  na  mnie,  bo  z  pochyloną  głową,  zakłopotana,  zaczęła  gładzić 
wyprostowanymi palcami brzeg stołu, jakby go chciała wypolerować. 

-  Czy jest w tym coś dziwnego, że ciebie szukałam? 
Teraz przechyliła się przez stół i poprawiła układającą się nierówno firankę. 
-  Właściwie, niewiele mam z tym wszystkim wspólnego! - powiedziała. - O tym, że 

napisałaś  z  prośbą  o  podanie  ci  mojego  adresu  zawiadomił  mnie  mąż  mojej  przyjaciółki. 
Ona jest włoską modelką, ma na imię Fiona. On jest Holendrem, wybitnym specjalistą od 
porażeń mózgowych. Mieszkają pod Amsterdamem, bo on pracuje w centrum, tam, gdzie 
jest teraz twój synek. Czy wszystko jest jasne? 

-  Nic nie jest jasne. 
Tamara usiadła na stole, zsunęła pantofle na czubki stóp, wreszcie jeden spadł i leżał 

teraz na podłodze jak czerwona łódeczka. 

-  Czy pamiętasz Weronikę? 
Znałam  tylko  jedną  Weronikę,  była  to  rehabilitantka,  która  przez  wiele  miesięcy 

pracowała z moim synkiem. 

-  Pamiętam. 
-    Poznałam  ją,  kiedy  miałam  problem  ze  stawem  kolanowym.  Przez  jakiś  czas 

przychodziła  do  mnie,  ponieważ  były  mi  potrzebne  ćwiczenia.  No  i  wiesz,  jak  to  jest, 

background image

 

85

gadałyśmy. Weronika opowiadała o tobie. O twoim synku, o tym, jak ci jest ciężko. Och, 
no i o tym w końcu, że twój mąż zostawił was i odszedł. Miałaś takie cholerne życie. Ja nie 
miałam  cholernego  życia,  mnie  bolała  tylko  noga  w  stawie  kolanowym,  wielkie  rzeczy! 
Może nie układało mi się w miłości, to fakt. Weronika przyniosła dokumentację twojego 

148 
małego,  wysłałam  wszystko  Fionie,  ona  pokazała  swojemu  mężowi.  I  to  mąż  Fiony 

zdecydował, że musi mieć twojego chłopca pod ręką. 

-  Mąż Fiony! Tamaro! 
-  No, tak, on! 
-  Dlaczego Weronika nie powiedziała mi o niczym? Prosiłaś, żeby nie mówiła? 
-  Prosić? - zdziwiła się Tamara. - Zabroniłam jej po prostu. 
-  Dlaczego? 
Wzruszyła ramionami, machnęła nogą, drugi pantofel spadł na podłogę. 
-  Nie wiem dlaczego! To było takie cudowne, że Fiona i jej mąż mogli ci pomóc. Czy 

mama doprawdy  nie dała ci żadnych kapci? W to nie uwierzę! Przecież ma w domu całą 
skrzynię. 

-  Oczywiście, że dała. 
Otworzyłam  szafkę  pod  oknem,  na  dole  stały  w  niej  rzędem  kapcie  zrobione  przez 

panią  Różę.  Tamara  uśmiechnęła  się  do  nich.  Zsunęła  się  ze  stołu  i  spośród  wszystkich 
wybrała czarne z czerwonymi pomponami. 

-    Mama  chyba  wiedziała,  że  tu  będę!  -  roześmiała  się.  -  A  nie  ma  żadnych  małych 

kapciuszków dla niemowlaczka? - zajrzała jeszcze raz do szafki. - Nie ma! - powiedziała 
płaczliwie. - Tego rozmiaru babcia Róża nie przewidziała. 

-    Płacisz  za  wszystko,  Tamaro!  I  jeszcze  wplątałaś  mamę  w  moje  sprawy.  Czy 

naprawdę nie mogę powiedzieć ci nawet dziękuję? 

-    Och,  daj  spokój!  -  Tamara  stała  pośrodku  kuchni  i  machała  rękoma,  znowu 

dźwięczały  bransoletki.  -  Jesteś  mi  teraz  taka  bliska!  Głupio  to  zabrzmi,  ale  dzięki  tobie 
odkryłam  coś,  o  czego  istnieniu  miałam  zaledwie  blade  pojęcie!  Lepiej  opowiedz,  jak  na 
mnie wpadłaś? 

Zabierając  swoje  szklanki  wróciłyśmy  do  pokoju.  Tamara  śmiała  się,  kiedy 

opowiadałam o swojej pierwszej rozmowie z panią Konstancją. 

149 
-    Nie  powinnam  pisać  kartki,  rzeczywiście,  ale  tak  się  spieszyłam  tego  dnia! 

Wiedziałam  już  od  Weroniki,  że  dajesz  ogłoszenie.  Dzwoniłam  do  mamy,  ale  chyba 
znowu  miała  zepsuty  aparat.  W  całej  rodzinie  tylko  ja  jedna  uwielbiam  pana 
Grzymalskiego.  Nie  cierpię  rozmawiać  z  mamą  przez  telefon,  nie  dopuszcza  mnie  do 
głosu,  bez  przerwy  krzyczy.  Boże,  kiedy  pomyślę,  co  się  dziś  będzie  działo!  Wezmę 
prysznic  i  pojadę  -  zdecydowała  w  końcu.  -  Muszę  być  wcześniej,  bo  jutro  święto  i  z 
pewnością  przyjedzie  do  mamy  połowa  mojej  rodziny.  Może  zdążę  zająć  białą  sypialnię, 
ze wszystkich jej sypialni najbardziej lubię białą. Popatrz, jakiego mam grzecznego synka, 
nawet nie pisnął! 

Tamara zręcznie zmieniła małemu pampersy, obciągnęła koszulki, wygładziła kocyk. 

Przez  cały  czas  mówiła  szybko,  ale  do  mnie  właściwie  dotarło  jedno:  jutro  jest  święto! 
Rzeczywiście, jutro jest święto. Goście przyjadą też do pana Morsa. 

- Tamaro, chciałabym, żebyś przeczytała dwa listy spośród tych, które mam u siebie. 
-  A jakie ty masz listy? - zdziwiła się. 
-  Dotyczące waszych rodzinnych spraw, ciebie również. Dała mi je twoja mama, chce 

ż

ebym coś z nimi zrobiła. Nie wiedziała dokładnie, co to ma być... 

-  To jakiś jej nowy pomysł? 

background image

 

86

-    Można  to  tak  nazwać.  Te,  które  chciałabym,  żebyś  przeczytała,  to  listy  Filipa  i 

Pauliny. 

-  O, nie! Dziękuję bardzo! 
I znowu dwie dłonie wysunięte do przodu jak tarcze obronne. 
-  Posłuchaj mnie... 
-  O, nie! - powtórzyła. - Tylko nie to. 
A jednak, kiedy poszła do łazienki, wyjęłam z szuflady dwie koperty i położyłam je na 

tapczanie. Wiedziałam, że ona jest przerażająco uparta, ale przecież musiałam spróbować. 
Po  chwili  wróciła  ubrana  w  mój  biały  szlafrok,  z  głową  owiniętą  ręcznikiem.  Była  tu 
zaledwie godzinę, a miałam uczucie, że znam ją od dawna. 

150 
- Teraz jest świetnie! - powiedziała. - Jeżeli dałabyś mi jeszcze szklankę słabej herbaty 

i kawałek suchej bułki, byłabym nawet po obiedzie. 

Usiadła  na  tapczanie  i  zdjęła  ręcznik.  Przechyliła  głowę  do  przodu,  masa  brązowych 

włosów  opadała  aż  za  kolana.  Wyszłam  do  kuchni,  wstawiłam  wodę,  czekałam,  aż 
zagwiżdże czajnik, robiłam wszystko, żeby tylko przedłużyć swoją nieobecność w pokoju. 
Kiedy w końcu tam wróciłam, Tamara znowu siedziała na dywaniku przy tapczanie, jedną 
rękę trzymała na różowym kocyku, drugą, zgiętą  w łokciu, położyła obok  i ukryła w niej 
twarz. 

-  Przyniosłam ci suchą  bułkę i herbatę, tak jak chciałaś. Wyjęła z kieszeni szlafroka 

obydwa listy, podała mi je. 

-  Byłam już taka pewna... - powiedziała cicho. 
Siedziała  później  w  wiklinowym  fotelu,  piła  herbatę,  gryzła  suchą  bułkę  i  milczała. 

Rita kręciła się obok, raz po raz natarczywie kładła łapę na jej kolanach, prosząc bodaj o 
spieczoną skórkę. To ja zobaczyłam Paulinę. Szła ścieżką obok porzeczek, z prostokątną, 
płaską  paczką  w  ręku.  Przedświąteczny  pogodny  dzień  to  była  naprawdę  dobra  dla  niej 
pora na przywiezienie olejnego obrazka, który mi obiecała. Zdążyłam powiedzieć tylko: 

-  Tamaro, idzie... - kiedy Paulina już weszła. 
Zatrzymała się w progu, bo od razu zobaczyła Tamarę, która gwałtownie podniosła się 

z  fotela.  Stały  na  wprost  siebie  nieruchome  i  milczące.  Wreszcie  Paulina  spojrzała  na 
tapczan. 

-  Dzień dobry, Tamaro... - szepnęła. Tamara milczała. 
-    Dzień  dobry,  Tamaro  -  powiedziała  Paulina  głośniej.  Tamara  wsunęła  ręce  do 

kieszeni mojego szlafroka takim ruchem, 

jakby miała w nich dwa kolty gotowe do strzału. 
Paulina zbliżyła się do tapczana i długo patrzyła na dziecko. Nie wiem, czy szukała w 

jego buzi rysów ojca, czy od razu je dostrzegła. 

151 
-  Jest piękny - powiedziała zwyczajnie. 
Tamara  wyjęła  ręce  z  kieszeni.  Paulina  pochyliła  się  nad  tapczanem,  szylkretowa 

klamra spinająca włosy obsunęła się i leżała na jej ramieniu. 

-  Dzień dobry, Tamaro - powiedziała znowu. 
Tamara  poruszyła  ustami,  być  może  powiedziała  „dzień  dobry",  ale  nie  było  tego 

słychać. 

-  Czy mogłabym go potrzymać? 
Tamara  milczała,  więc  Paulina  nie  wzięła  dziecka  na  ręce.  Schyliła  się  tylko  jeszcze 

niżej i delikatnie pogłaskała rączkę wtuloną w policzek. Potem wyprostowała się, spojrzała 
na Tamarę i zapytała głosem pełnym niedowierzania i zachwytu. 

-  Czy to jest mój brat, Tamaro? 
ELIZA DO MNIE 

background image

 

87

Szanowna Pani, 
tak  się  złożyło,  że  ostatnio  zamieszkałam  w  małym,  ale  bardzo  pięknym  miasteczku, 

do którego przywiązałam się, i mam nadzieję, że stanie się ono w końcu moim miejscem 
na  ziemi.  Należę  tu  do  wypożyczalni  książek.  Zaglądam  do  niej  często,  bo  bibliotekarka 
zostawia mi nowości. Panuje tam zresztą miły zwyczaj: jest swobodny dostęp do półek, z 
pewnością wie Pani, jakie to jest ważne dla kogoś, kto lubi czytać. 

I  właśnie  wczoraj,  chodząc  pomiędzy  półkami  zajrzałam  do  działu  z  literaturą  dla 

młodzieży.  Zobaczyłam  tam  dwie  książki,  które  postanowiłam  przeczytać.  Były  to  Pani 
opowieści zatytułowane „Falbanki" i „Woalki". Pomyślałam, że być może pisała je Pani w 
czasie, kiedy byłam już zajęta swoim dorosłym życiem, ponieważ nie przypominałam ich 
sobie z moich dziewczyńskich lektur. Wypożyczyłam, 

152 
ż

eby wrócić do lat, kiedy lubiłam tego rodzaju książki. Przeczytałam obydwie jeszcze 

tego  samego  dnia.  Dawno  nie  byłam  niczym  tak  zaskoczona  jak  nimi,  bo  okazało  się,  że 
moje  obecne  życie  jest  ściśle  związane  z  losami  Pani  bohaterów.  O  ile,  oczywiście,  Pani 
jest autorką tych książek. Proszę mi wybaczyć szczerość, ale wydaje mi się, że pierwszą z 
nich  rzeczywiście  napisała  Róża  Firlej,  natomiast  drugą  żartobliwie  namalował  Joachim 
Mors, powierzając komuś literackie opracowanie własnego obrazu. 

Pozwalam  sobie  przesłać  Pani  swój  maszynopis  zatytułowany  „Wachlarze".  Jest 

opowieścią o tym, co przydarzyło mi się ostatnio. Jednocześnie mam nadzieję, że spełni się 
w  końcu  pragnienie  pani  Róży  i  pana  Joachima,  którzy  od  dawna  chcieli,  aby  losy  ich 
najbliższych, tak ze sobą splątane, ktoś uporządkował. Sądzili, że może ja to zrobię, ale tak 
dalece  włączono mnie w życie ich  rodzin, że stałam się jedynie kolejnym wątkiem. Będę 
wdzięczna, jeżeli zechce Pani przejrzeć mój maszynopis, dokona odpowiednich poprawek 
i wyda pod swoim nazwiskiem jako kolejną opowieść rodzinną. 

Pozdrawiam Panią serdecznie 
Eliza 
W  miasteczku  położonym  nad  rzeką,  w  krajobrazie  tak  podobnym  do  tego,  który 

zobaczył  Alfred  Sisley  w  „Miasteczku  Villeneuve-la-Garenne  na  brzegu  Sekwany", 
spotkałam  Różę  Firlej.  Była  ubrana  w  granatowe  sztruksowe  spodnie  i  białą 
nieprzemakalną  kurtkę  z  cienkiego  materiału.  Na  nogach  miała  adidasy.  Na  głowie 
kapelusik  z  niewielkim  rondem.  Kapelusik  z  granatowego  weluru.  Wysuwały  się  spod 
niego rude włosy. Podeszła do samochodu, nie wyłączony w porę alarm zapiszczał cienko.  
Róża  Firlej  wrzuciła do  środka 
 

153 
paczkę  pampersów  i  odżywkę  dla  niemowląt.  Wyłączyła  alarm,  ale  nie  wsiadła. 

Stanęła  pod  drzewem,  zdjęła  but  i  zaczęła  oglądać  go  w  środku,  widocznie  musiał  ją 
uwierać.  Nie  widziała,  że  utykając  ktoś  idzie  w  jej  stronę.  Zbliżał  się  Joachim  Mors.  Na 
głowie  miał  wielki  beret,  w  ręku  niósł  długi  kij  zakończony  wachlarzem  ryżowych 
gałązek. Najwyraźniej była to miotła, którą już dawno obiecał pani Lucynce. 

Usłyszałam  krótki  okrzyk  przestraszonej  Róży,  a  potem  śmiech  obojga.  Ona  szybko 

włożyła  but  i  zawiązała  sznurowadło.  On  oparł  o  drzewo  miotłę,  sięgnął  po  dłoń  Róży, 
uniósł ją lekko do góry i pocałował same czubki palców. Nie wiedziałam, czy to są oni, a 
jednak wiedziałam, że to są oni. Zbliżyłam się. Stali obok siebie i rozmawiali cicho, kiedy 
spojrzeli na mnie, zamilkli. Przedstawiłam się. 

-  ... i szukam Elizy... - powiedziałam. Popatrzyli na siebie i gdyby nie lekkie drżenie 

ust, 

nie dostrzegłabym ich uśmiechów. Później znowu spojrzeli na mnie. Trwało to chwilę. 

background image

 

88

-  Przykro nam - odparła wreszcie Róża Firlej. - Nie możemy pani pomóc. Nie znamy 

ż

adnej Elizy, niestety. 

A Joachim Mors bezradnie rozłożył ręce. 
Nakładem naszego Wydawnictwa ukazały się następujące książki Krystyny Siesickiej: 
„Zapach rumianku" 
„Jezioro Osobliwości" 
„Zapałka na zakręcie" 
„Sabat czarownic" 
„Wielki jarmark" 
„Agnieszka" 
„Między pierwszą a kwietniem" 
„Falbanki" 
„Woalki" 
„Wachlarze" 
Wkrótce nowa książka Krystyny Siesickiej: Twoje wielkie tajemnice 
--------