background image

 

 

 

 

 

 

Ks. Józef Frank 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

ŚW. WINCENTY PALLOTTI 

(1795-1850) 

background image

 

Ks. Józef Frank SAC 

Św. Wincenty Pallotti 

ZAŁOŻYCIEL DZIAŁA APOSTOLSTWA KATOLICKIEGO 

 

W TRUDNYCH CZASACH URODZONY JAKO RZYMIANIN 

Wincenty  Pallotti ujrzał światło dzienne  w  Rzymie  21 kwietnia 1795 r.  Był to 

ów  fatalny  okres  rewolucji  francuskiej,  pieczętującej  schyłek  XVIII  w  obrazem 
przewrotów, okropności i wojen, które wprowadziła ona, w naszą nowoczesną epokę. 
Wielowiekowe,  a  niekiedy  nawet  tysiącletnie  porządki  łamały  się  pod  naporem 
wypadków.  Pod  hasłem  „wolność,  równość,  braterstwo”  usuwano  wszystkie 
dotychczasowe przywileje społeczne szlachty i wyższego duchowieństwa, a tzw. stan 
trzeci  objął  przedstawicielstwo  życia  publicznego.  Niebawem  jednak,  wbrew 
szumnym  obietnicom,  nastała  groźna  samowładza  kilku  tyranów.  Wiele  zbrodni 
popełniono podczas tej rewolucji przeciw głoszonym prawom człowieka do wolności, 
równości  i  braterstwa.  Potoki  krwi  ludzkiej  lały  się  do  roku  1795,  który  był 
kulminacyjnym  rokiem  terroru  rewolucyjnego;  popłynęła  też  krew  władcy  o 
uczciwych intencjach króla Ludwika XVI, i jego małżonki — Marii Antoniny, i wielu, 
wielu  innych,  szczególnie  w  niekończących  się  wojnach  rewolucyjnych  oraz  w 
wojnach,  prowadzonych  przez  potomka  rewolucji  -  Napoleona,  w  które  uwikłana 
została cała Europa.  

Oczywiście, rewolucja nie powstrzymała się też przed atakiem na Kościół i jego 

święte prawa, wyrosła ona przecież  w kręgu nieprzyjaciół  Kościoła i religii w epoce 
tzw.  absolutyzmu  i  fałszywego  „oświecenia”  razem  z  ich  bezbożnością  i 
rozprzężeniem  moralnym.  Konfiskowano  dobra  kościelne,  wysiedlano  klasztory, 
usiłowano  poprzez  ustawy  świeckie  uczynić  duchowieństwo  narzędziem  woli 
państwa, prześladowano opierających się temu kapłanów i na koniec doszło do tego, 
że ustawowo usunięto religię, a katolickie nabożeństwo zastąpiono pogańskim kultem 
zjawisk  przyrody  i  kultem  rozumu.  We  wspaniałej  katedrze  Notre  Dame  w  Paryżu 
postawiono  na  ołtarzu  kobietę  lekkich  obyczajów  i  oddawano  jej  cześć  jako  bogini 
rozumu, a w innych częściach kraju również naśladowano to przedstawienie. Usunięto 
nawet  chrześcijański  kalendarz,  wprowadzając  nowy,  rozpoczynający  datowanie  od 
powstania  republiki,  zniesiono  świętowanie  niedzielne  i  w  zamian  każdy  dziesiąty 
dzień ogłoszono dniem wypoczynku od pracy. Wszelkimi sposobami starano się naród 
odciągać  od  Kościoła  i  spoganizować.  Kościół  we  Francji,  osłabiony  atakami 
jansenizmu  i  gallikanizmu,  zdawał  się  być  prędzej  czy  później  skazany  na  zagładę. 
Całe otchłanie  zatraty  otwarły się w nieszczęśliwym kraju,  a  rewolucja  podjęła  swój 
marsz poprzez Europę - siejąc przerażenie wśród innych narodów a przede wszystkim 
w kręgach chrześcijańskich i kościelnych.  

Na Stolicy Piotrowej zasiadał podówczas sędziwy papież Pius VI, piastujący tę 

godność od roku 1775. Jego odważny głos przeciw okropnościom i gwałtom rewolucji 
skierował na nie uwagę wielu życzliwych ludzi. Tym bardziej prześladowała go za to 
złość  rewolucjonistów.  Czekali  oni  teraz  na  sposobną  chwilę,  aby  podjąć  walkę  z 
papiestwem  i  istniejącym  jeszcze  Państwem  Kościelnym.  W  walce  tej  miał  zostać 
zniszczony doszczętnie i sam Kościół św., zgodnie z hasłem jego zawziętego wroga - 
Woltera.  

background image

 

Ta  epoka  brzemienna  w  decydujące  fakty  i  rozdarta  wewnętrznym  wrzeniem 

rewolucyjnym  zawisła  czarną  chmurą  nad  życiem  Pallottiego  i  miała  wywrzeć  nań 
głęboki wpływ.  

Równie  znamienną  rolę  odegrało  miejsce  jego  urodzenia,  Rzym,  Wieczne 

Miasto.  Założony  ongiś  w  czasach  wręcz  mitycznych,  był  Rzym  stolicą  Cesarstwa 
Rzymskiego i środkiem starożytnego świata. Poprzez całe stulecia decydował o losach 
Wschodu i Zachodu, a potęgą, bogactwem i przepychem prześcigał wszystkie miasta 
starożytności.  Wspaniale  gmachy  państwowe,  świątynie,  teatry,  zbytkowne  łaźnie, 
place miejskie zdobne w monumentalne pomniki tworzyły świetne ramy dla bujnego 
życia,  które  stworzyło  kulturę  stanowiącą  dotąd  jeszcze  podstawę  naszego 
wykształcenia. 

W  zawieruchach  wędrówki  ludów  i  dziejów  następnych  stuleci  upadł  stary 

Rzym  pod  ciosami  germańskich  zdobywców,  kataklizmów  przyrody  i  nieubłagalnie 
postępującego czasu. Ale gdy zniszczeniu ulegały zewnętrzny jego polor i władztwo, 
to jednocześnie w głębi kiełkować poczynał zarodek nowego życia. Opatrzność Boża 
wybrała  to  miasto  na  siedzibę  papieża,  zastępcy  Jezusa  Chrystusa,  a  tym  samym 
uczyniła  je  środkiem  o  wiele  potężniejszego  i  wznioślejszego  królestwa  aniżeli 
imperium rzymskie. Rzym stał się sercem i stolicą całego świata katolickiego. 

Ten  odnowiony  duchem  Rzym  opromieniony  był  znacznie  wspanialszym 

bohaterstwem niż Rzym dawny. Książęta Kościoła — Piotr położyli tutaj fundament 
krwi  swojej,  a  niezliczone  rzesze  męczenników  ofiarą  swego  życia  wywalczyły 
Kościołowi zwycięstwo.  

Uczniowie 

Chrystusowi  przeciwstawili  osławionym  a  jednak  tak 

niedoskonałym  cnotom  starorzymskim  -  pełną  doskonałość  cnót  chrześcijańskich  i  z 
niewzruszoną wiarą, opartą na nieomylnym Objawieniu Bożym, obalili niemądry kult 
bożków i przezwyciężyli wątpliwości drażniące dusze ludzkie.  

I tak na rumowiskach starego Rzymu mógł wyrastać Rzym nowy.   Na miejsce 

rozpadłych  w  gruz  i  popiół  pogańskich  świątyń  powstały  kościoły  chrześcijańskie, 
które  pod  względem  świetności  i  rozmiarów  współzawodniczyły  zwycięsko  z 
tamtymi, a błogosławione strumienie łask niebiańskich i czystości obyczajów spływały 
z odrodzonego miasta na cały szeroki świat. I podczas gdy przedtem uciskane narody 
nienawistnie poddawały się narzuconej sobie przemocy Rzymu, to teraz spoglądały w 
jego stronę pełne czci i miłości.  

W  średniowieczu  Wieczne  Miasto  znowu  zajęło  znaczniejsze  miejsce  w 

świecie, gdy związało się z nim tzw. państwo kościelne, czyli ziemski obszar poddany 
władzy papieża, powołany do ochrony jego wysokiego urzędu. A niespożyta siła, która 
pozwoliła Rzymowi szczęśliwie przetrwać wszelkie katastrofy dziejowe, miała w nim 
głębokie religijne źródło, jako w centrum Kościoła katolickiego. Wprawdzie zdarzyło 
się w historii - jak np. w roku 1870 lub w 1929 na skutek Układów Laterańskich - że 
odjęte  bywały  papiestwu  obszary  świeckiego  panowania,  w  niczym  to  jednak  nie 
naruszało  jego  dominującej  roli  jako  triumfatora  Prawdy  Odwiecznej.  I  tę  pozycję 
utrzyma  Rzym  dopóty,  dopóki  w  murach  jego  trwa  „opoka”,  na  której  Chrystus 
zbudował swój Kościół, a jest nią osoba papieża.  

Kto choćby raz jeden postawi stopę na ziemi Wiecznego Miasta, ten nie zdoła 

już oprzeć się jego tajemniczeniu urokowi. Odczuwają to nawet i niekatolicy. I tak np. 
protestancki  autor  Hermann  Grimm,  opisując  „to  odczuwanie  wartości  wiecznych  i 

background image

 

nieprzemijających,  w  jakie  spowity  jest  Rzym”,  mówi  o  napawającym  nas  tutaj 
przekonaniu  „jakoby  planeta  ziemska  stanowiła  jedno  wielkie  królestwo,  mające  tu 
swoje  centrum”.  Odczuwa  on  niepojętą  „miłość  do  tego  miasta  i  wyznaje  otwarcie: 
‚„Nie  jestem  katolikiem  i  nie  odnajduję  w  sobie  nic  z  całego  tego  romantycznego 
uwielbienia dla papieża i jego Kościoła, ale mimo to nie mogę negować w sobie owej 
potężnej więzi ojczystej, jaką natchnął mnie Rzym i mojej tęsknoty za nim, której nie 
utracę nigdy”.  

W  czasie,  kiedy  urodził  się  Pallotti,  papież  był  również  świeckim  władcą 

Rzymu,  ponieważ  istniało  wówczas  jeszcze  Państwo  Kościelne.  Jak  wszystkie 
dzisiejsze stolice również i Rzym był miastem znacznie mniejszym niż obecnie. Liczył 
on  tylko  150  tys.  mieszkańców  i  do  połowy  XIX  w.,  a  więc  w  ciągu  całego  życia 
Pallottiego, liczba ta powiększyła się o 20 tys. Na skutek rozmaitych ciosów historii, 
które  w  tym  okresie  uderzyły  w  Wieczne  Miasto,  przejściowo  liczba  mieszkańców 
spadła  znacznie  poniżej  150  tys.  Cechy,  które  temu  miastu  nadają  znamienny 
charakter,  wyróżniając  go  spośród  innych  miast,  były  w  istocie  te  same  co  i  dzisiaj. 
Majestatycznie  wznosiła  się  już  ku  niebu  kopuła  bazyliki  św.  Piotra  jako  symbol 
miasta,  a  z  morza  domów,  które  rozsiane  są  gęściej  lub  rzadziej  na  historycznych 
siedmiu  pagórkach,  strzelały  w  górę  rozliczne  dachy  i  wieże  innych  kościołów. 
Potężne  pomniki  starożytności,  takie  jak  zamek  Świętego  Anioła,  Panteon,  Kapitol  i 
Koloseum,  przypominały  wspaniałość  pogańskiego  Rzymu.  Tu  i  ówdzie  widniały 
pojedyncze  wieże,  pochodzące  ze  średniowiecza.  W  centrum  miasta  stały  stłoczone 
ciasno kolorowe bryły domów. Jedynie wspaniałe pałace w stylu renesansu i baroku, 
które  kształtują  panoramę  Rzymu,  zabierały  więcej  przestrzeni.  Przylegały  do  nich 
ogrody  pełne  krasy  i  place  ożywiane  szmerem  wodotrysków.  Ulice  były  przeważnie 
wąskie, pełne zaułków, jakie dzisiaj jeszcze  zauważyć  można w starych dzielnicach. 
Rzeka Tybr, tak nieodłącznie związana z historią Rzymu, toczyła swoje żółtozielone 
wody  nie  pośród  cembrowiny  wysokich  murów,  jak  dzisiaj,  lecz  płynąc 
nieskrępowanym  nurtem,  często  w  okresie  przypływów  zalewała  niżej  położone 
dzielnice.  

Rodzice  Pallottiego  mieszkali  przy  wąskiej,  lecz  bardzo  ruchliwej  uliczce, 

nazwanej Via dcl Pellegrino, czyli ulicą Pielgrzymów, w domu pod numerem 130, tuż 
obok małego podówczas rynku okalającego kościół Santa Lucia del Gonfalone. Vis-a-
vis, 
trochę na ukos stoi tam godna uwagi budowla średniowieczna, a w głębi wznoszą 
się  szczyty  wspaniałej  Chiesa  Nuova,  miejsca  wiecznego  spoczynku  św.  Filipa 
Nereusza,  sławnego  potomka  rzymskiego  ludu.  Zaledwie  parę  kroków  dalej  od 
rodzicielskiego domu Pallottiego, po tej samej stronie ulicy, na palcu obok Santa Lucia 
del Gonfalone wznosił się nieistniejący już dzisiaj kościółek parafialny Santo Stefano 
in  Piscinula.  Na  przeciwległym  krańcu  Via  del  Pellegrino  znajduje  się  potężny 
budynek  kancelarii  papieskiej  wraz  ze  starą  bazyliką  San  Lorenzo  in  Damaso,  której 
podlegał kościółek Santo Stefano in Piscinula. 

Budynek  w  którym  mieszkała  rodzina  Pallottiego,  nie  był  jej  własnością,  lecz 

należał  do  niemieckiej  fundacji  kościelnej  pod  wezwaniem  Santa  Maria  Dell  Anima, 
która do dzisiaj utrzymuje go w swoim posiadaniu. Rodzice Pallottiego zajmowali tam 
stosownie  do  swoich  potrzeb  szereg  izb  mieszkalnych.  Na  parterze  mieli  sklep  z 
artykułami spożywczymi, tzw. Pizzicheria, w którym sprzedawane  artykuły pożywcze 
różnego  rodzaju,  jak  np.:  ser,  mąka,  ryż,  makaron,  cukier,  oliwa,  szynka,  kiełbasa 

background image

 

salami, suszone i wędzone ryby  itp. Na wyższych piętrach, położonych nad sklepem, 
mieszkała rodzina. 

Wincenty  Pallotti  przyszedł  na  świat  w  pokoju  znajdującym  się  na  drugim 

piętrze. Okoliczność,  iż działo się to 21 kwietnia,  może być  traktowana jako symbol 
wewnętrznej więzi Wincentego z Rzymem, albowiem właśnie w tym dniu świętuje się 
uroczyście  rocznicę  założenia  Rzymu.  Pallotti  przez  całe  życie  upatrywał  w  tym 
widomy znak opatrzności Bożej, iż mógł Rzym nazwać swoją ojczyzną. „Nieustannie 
dziękował on Bogu” - opowiada jeden z jego duchownych przyjaciół - „nie tylko za to, 
że  był  katolikiem,  ale  również,  że  urodził  się  rzymianinem;  jak  zwykł  bowiem  był 
dodawać, nigdzie tak jak w Rzymie, owym centrum katolickiego świata, nie dysponuje 
się tyloma środkami potrzebnymi do zbawienia”. Później w jednym ze swoich kazań, 
przeznaczonych dla katolików zamieszkałych w Wiecznym Mieście zwróci ich uwagę 
na  to,  że  są  spośród  innych  narodów  szczególnie  „wybranym  rodzajem”  i  dlatego 
obowiązani  są  bardziej  niż  inni  spożytkować  godnie  bezcenny  dar  wiary  katolickiej. 
Innym zaś razem podkreślał powiązanie, jakie istnieje między ową znamienną pozycją 
Rzymu a obowiązkiem apostolskim ciążącym szczególnie na katolikach - rzymianach. 
W  ten  sposób  dawał  wyraz  temu  uczuciu,  które  piastował  głęboko  w  duszy  jako 
najświętszy  obowiązek.  Czerpiąc  siły  z  niewyczerpanej  skarbnicy  duchowej 
Wiecznego Miasta, dojrzewał Pallotti, by stać się prawdziwie apostolskim kapłanem, a 
cel  jego  życia  -  Stowarzyszenie  Apostolstwa  Katolickiego  —  był  dalekosiężną 
realizacją religijnego posłannictwa Rzymu.  
 
„BÓG DAŁ MI ŚWIĘTYCH RODZICÓW”  

Drugim wielkim darem, jaki otrzymał Błogosławiony z łaski opatrzności Bożej, 

byli jego świątobliwi rodzice; wywywodzili się oni z ludu i nazywali się: Piotr Paweł 
Melchior Pallotti oraz Maria Magdalena z domu De Rossi.  

Ojciec Błogosławionego nie byt rzymianinem, lecz pochodził z odległej wioski 

apenińskiej  San  Giorgio,  położonej  obok  umbryjskiego  miasteczka  Cascia, 
rozsławionego imieniem św. Rity. Był on synem Wawrzyńca Pallottiego i Katarzyny z 
domu Cialori, a przyszedł na świat 17 marca 1755r. w rodzinnej miejscowości swojej 
matki,  w  Logna.  Historia  wioski  San  Giorgio,  położonej  malowniczo  na  odkrytych 
stokach górskich, sięga średniowiecza. Pod koniec dwunastego stulecia otrzymał ją w 
posiadanie  szwabski  hrabia  Konrad  von  Urstingen,  krewny  cesarza  Fryderyka 
Barbarossy,  tytularny  książę  Spoleto.  On  też  kazał  wybudować  na  tym  terenie 
twierdzę,  o  której  masywności  daje  nam  pojęcie  zachowana  dotąd  jeszcze 
czterdziestometrowa wieża obronna. Następnie wioska przeszła pod panowania silnej 
podówczas republiki Cascia i dzieliła odtąd zmienne jej losy”.  

Pallotti osiedli tam co najmniej w połowie XVII w. Byli prostymi wieśniakami, 

a w wieku XVIII rodzina była tak duża, że wiele okolicznych gospodarstw przeszło na 
ich  własność.  Jedno  z  nich  dzisiaj  jeszcze  należy  do  rodziny  Pallottich.  Wszyscy 
cieszyli się dobrą opinią u współobywateli i wyróżniali się pobożnym, chrześcijańskim 
trybem  życia.  Powierzano  im  stale  z  zaufaniem  prace  na  różnych  kościelnych 
placówkach.  Piastowali  często  urząd  zarządców  w  fundacjach  kościelnych,  zaś 

background image

 

niewiasty były z reguły przewodniczącymi kółek różańcowych, istniejących w wiosce 
już od 1607r. Wszyscy uczestniczyli również w innych pobożnych stowarzyszeniach, 
kwitnących bujnie w San Giorgio. I tak np. zaliczali się do członków Bractwa ku czci 
Przenajświętszego  Sakramentu,  Miłościwej  Maryi  Panny  z  góry  Karmel  oraz  do 
Związku  im.  Madonny  della  Croce,  Patronki  do  dzisiaj  jeszcze  zachowanego  tam 
kościółka.  

Przepojona  tak  głęboko  religijnym  duchem  rodzina  Pallottich  dała  później 

Kościołowi 

wielu 

kapłanów. 

Dwaj 

nich 

nosili 

imię 

Bartłomiej:  

jeden żył w XVIII stuleciu, z drugim zaś — współczesnym Wincentemu Pallottiemu - 
prowadził  on  korespondencję  listowną.  Trzeci  Pallotti,  imieniem  Dionizy,  wystąpi 
jeszcze w dalszynn życiorysie Wincentego.  

Piotr  Paweł  Pallotti  był  jednym  z  trojga  rodzeństwa,  obok  brata  Alojzego  i 

siostry Anny; ojca utracił w rok po urodzeniu. Tym serdeczniej przywiązał się do swej 
matki  Katarzyny,  wywiązując  się  wzorowo  ze  swoich  dziecięcych  wobec  niej 
powinności. Wczesna śmierć ojca i trudne warunki materialne zmusiły jego i brata do 
szukania  środków  utrzymania  poza  rodzinną  miejscowością.  Obaj  udali  się  więc  do 
Wiecznego Miasta gdzie mieszkali ich krewni. Piotrowi Pawłowi Pallottiemu udało się 
tam  uzyskać  zabezpieczenie  pozycji  życiowej  w  fachu  kupieckim.  Alojzy,  który  z 
początku również dostał zajęcie w Rzymie, osiadł potem we Frascati i ożenił się tam w 
1792 r. z panną Kandydą Palmucci. Miał on z nią jedynego syna - Franciszka, bardzo 
zaprzyjaźnionego  potem  z  Wincentym  Pallottim.  Syn  tegoż  Franciszka,  imieniem 
Alojzy,  wybrał  powołanie  kaplańskie  i  w  1887r.  został  przez  papieża  Leona  XIII 
wyniesiony  do  godności  kardynała,  na  czym  zapewne  zaważyć  musiał  wzgląd  na 
osobę jego świątobliwego wuja Wincentego. 

Alojzy Pallotti, dziadek kardynała, zmarł już w 1800 r., a owdowiała Kandyda 

wstąpiła  później  ponownie  w  związek  małżeński  z  Piotrem  Fioranim,  którego  ojciec 
pochodził z wioski Maniggi koło Cascii. Piotr Fiorani był zaprzyjaźniony z obydwoma 
braćmi Pallotti, a rodzina jego pozostawała w stałym i serdecznym kontakcie z rodziną 
Piotra  Pawła  Pallottiego,  co  miało  również  odbicie  we  wspólnocie  interesów 
handlowych i majątkowych. 

Piotr Paweł Pallotti odziedziczył po rodzicach miłą powierzchowność. Pogodny 

wygląd i jasne oczy wskazywały na przodków z północy. Posiadał krzepkie zdrowie, 
które pozwoliło mu dożyć sędziwego wieku 82 lat. Pracowitość i oszczędność, cechy 
odziedziczone  po  przodkach  z  San  Giorgio,  umiał  powiązać  z  umiejętnościami 
kupieckimi.  Dzięki  temu  dorobił  się  rychło  dość  znacznego  majątku.  Najpierw 
zatrudnił  się  w  skłepie  serowarskim,  położonym  obok  Kwirynału,  a  należącym  do 
niejakiego  Bernarda  Graziosiego  pochodzącego  z  Popoli  koło  Norcii,  ożenionego  z 
ciotką  Piotra  Pawła  Pallottiego  Marią,  a  siostrą  jego  ojca  Wawrzyńca.  Piotr  Paweł 
Pallotti  zdobył  całkowite  zaufanie  swoich  obojga  szefów,  tak  iż  Bernard  Graziosi 
mianował  go  wykonawcą  swego  testamentu.  Po  śmierci  Bernarda  Graziosiego  sam 

background image

 

Piotr Paweł Pallotti przejął firmę i prowadził ją nieprzerwanie przez czas dłuższy, tj. 
do  1778r.,  w  którym  to  roku,  wynajął  sklep  i  mieszkanie  przy  Via  del  Pellegrino.  Z 
czasem założył on jeszcze szereg filii, jak np. na Piazza Rusticucci przed bazyliką św. 
Piotra, dalej - przy Vicolo del Moro oraz na Piazza przed kościołem S. Giovanni della 
Malva w Trastevere. Dwa ostatnie sklepy filialne nabył na własność.  

Piotr Paweł Pallotti dał się poznać w ciągu całego swego życia jako przykładny 

chrześcijanin,  stąd  też  zażywał  powszechnego  szacunku.  Wincenty  będzie  potem 
podziwiał w nim solidność jego natury oraz taką wierność nawet w małych sprawach, 
jaka  przyniosłaby  zaszczyt  każdemu  zakonnikowi.  I  tak  np.,  jak  podają  świadkowie, 
potrafił  on  nosić  płaszcz  przez  osiemnaście  lat  z  rzędu,  a  mimo  to  w  tak  dobrym 
utrzymywał go stanie, iż Wincenty mógł go potem jeszcze przerobić sobie na sutannę i 
donaszać go przez następnych dobrych parę lat.  

W  stosunku  do  bliźnich  Piotr  Paweł  Pallotti  był  pełen  dobroci  serca  i 

uczynności, dobroć ta zresztą promieniuje wyraźnie z jego wizerunku na portrecie. Był 
tak  dobroczynny,  iż  nie  pozwolił,  by  jakikolwiek  biedak  odszedł  od  niego  bez 
wsparcia.  Troskliwie  opiekował  się  swoją  bliską  rodziną.  Jeszcze  w  młodzieńczych 
latach  posyłał  on  swojej  matce  do  San  Giorgio  część  swej  pensji  jako  zapomogę. 
Kiedy w 1788r. zakładał własne gospodarstwo, sprowadził matkę do Rzymu, gdzie też 
ona,  zajmując  się  aż  do  ożenku  syna  jego  sprawami  domowymi,  przeżyła  pogodnie 
schyłek  swego  życia.  Równie  wzorowo  wypełniał  obowiązki  małżonka  i  ojca.  Jego 
syn Jan opowiada, że nigdy w domu nikt nie usłyszał niestosownego słowa z jego ust. 
A  już  szczególnie  wyróżniał  się  Piotr  Paweł  Pallotti  żarliwą  pobożnością.  Był 
członkiem licznych bractw i związków religijnych. Gorliwie udzielał się jako członek 
bractwa  modlącego  się  za  dusze  czyśćcowe,  które  zawiązało  się  przy  kościele  Santa 
Maria del Suffragio na Via Giulia.  

Każdy jego dzień objęty był programem ćwiczeń pobożnych. Syn Jan mówi na 

ten temat następująco: „Ojciec mój wstawał codziennie na pół godziny przed świtem i 
prowadził mnie do kościoła Santa Maria del Suffragio, gdzie słuchaliśmy dwóch Mszy 
św. Ale w dniach, kiedy ojciec mój odprawiał specjalne nabożeństwo (tzn. przyjmował 
Komunię św.) słuchaliśmy trzech Mszy św. Miało to miejsce co osiem dni. Po obiedzie 
udawaliśmy  się  codziennie  do  tego  kościoła,  w  którym  odprawiała  się 
czterdziestogodzinna  adoracja  Najświętszego  Sakramentu,  bez  względu  na  to  jak 
daleko  kościół  ten  się  znajdował.  Przestrzegał  tego  nawet  wówczas,  gdy  był  już  w 
podeszlym wieku, nawet gdy na dworze padał ulewny deszcz”. 

Według  świadectwa  innych  osób  ten  pobożny  mężczyzna  każdego  wieczoru 

udawał  się  do  kościółka  San  Nicola  degli  Incoronati,  znajdującego  się  przy  Via 
Padellia  nad  brzegiem  Tybru.  Tutaj  też  zwykle  spowiadał  się  w  każdą  sobotę 
wieczorem. Ponadto każdego wieczoru odmawiano w jego domu wspólny różaniec na 
cześć  Najświętszej  Maryi  Panny,  do  której  Piotr  Paweł  Pallotti  żywił  pełne  czułości 
nabożeństwo.  W  starości,  kiedy  miewał  więcej  wolnego  czasu,  widziano  go  często 

background image

 

odmawiającego  po cichu różaniec.  Wincenty Gori, przyjaciel  rodziny Pallottich z  lat 
późniejszych, opowiada: „Piotr Paweł Pallotti był człowiekiem świątobliwym, pełnym 
żarliwej pobożności, głębokiej wiary, wiodącym przykładne życie”
. Sam zaś Wincenty 
w jednym ze swoich listów mówi o ojcu: „Bóg dał mi w moim ojcu wzór takiej pełni 
cnót,  którą  z  ledwością  można  sobie  wyobrazić”.
  Piotr  Paweł  Pallotti  godzien  był 
zostać ojcem świętego.  

 
Maria  Magdalena,  matka  Wincentego  Pallottiego,  była  godną  towarzyszką 

swego małżonka, a nawet — wolno nam powiedzieć przewyższała go jeszcze stanem 
wewnętrznej łaski i doskonałości. Urodziła się w Rzymie jako córka Józefa De Rossi, 
o którego stosunkach rodzinnych nie posiadamy  bliższych danych.  Wincenty Pallotti 
we  „Wspomnieniach”,  spisanych  po  śmierci  matki  na  życzenie  swojego  kierownika 
duchowego, wystawił jej wspaniałe świadectwo.  

Z dokumentu tego dowiadujemy się pewnych szczegółów o babce Wincentego, 

a przede wszystkim o dzieciństwie i cnotliwym życiu Marii Magdaleny De Rossi.  

Także  ona,  podobnie  jak  jej  małżonek  Piotr  Paweł  Pallotti,  utraciła  wcześnie 

ojca. Razem ze swoimi dwoma siostrami pozostawała odtąd na wychowaniu u matki, 
która  wypełniała  ten  obowiązek  w  duchu  bojaźni  Bożej  i  wielkiej  pobożności. 
Wincenty  pisze:  „Bóg  wraz  ze  swym  słodkim  błogosławieństwem  wyszedł  naprzeciw 
matce mojej — Marii Magdalenie De Rossi - Pallotti. On też pozwolił, że urodziła się z 
matki  wyposażonej  w  przymioty  <<dzielnej>>  niewiasty,  ukazane  przez  Ducha 
Świętego. Przymiotów tych strzegła wiernie i pomnażała je pod duchowym kierunkiem 
Franciszkanina - minoryty, zmarłego w opinii świętości”
. Pobożna matrona ofiarowała 
dziewczynkę jeszcze przed jej urodzeniem Bogu Najwyższemu, a gdy ta przyszła na 
świat, wychowała ją wyłącznie i tylko dla Boga.  

„I zaledwie tylko — pisze dalej Wincenty — poczęły w niej budzić się pierwsze 

władze  rozumu,  a  już  matka  wpajała  w  nią  obraz  Boga  i  świętą  cześć  dla  Niego. 
Uczyła  ją  tak  głębokiego  szacunku  dla  świętych  tajemnic  naszej  wiary,  że  —  co 
powinienem  szczególnie  zaznaczyć  —  delikatna  ta  dziewczynka  pościła  gorliwie  o 
chlebie  i  wodzie  we  wszystkie  piątki  w  miesiącu  marcu,  aby  w  ten  sposób  godnie 
przysposobić  się  na  uroczystość  tajemnicy  Zbawienia.  Rozpamiętywanie  męki  Pana 
naszego, Jezusa Chrystusa, i boleści Maryi Matki Bożej pobudzało ją do serdeczaych 
łez. Nierzadko musiała nawet przerywać rozmyślania na ten temat, gdyż wrażliwe jej 
serce nie wytrzymywało tak silnych wzruszeń”.  

Matka  Marii  Magdaleny  zatroszczyła  się  wcześnie  o  wprowadzenie  jej  w 

zasady życia chrześcijańskiego, tak że już w wieku lat dwunastu mogła ona pouczać w 
tej  dziedzinie  inne  dziewczęta.  Ale  ponadto  jeszcze  starała  się  wpoić  w  serce 
dziewczynki  głębokie  umiłowanie  cnót  i  pracy.  Szczególnie  wpajała  w  swoją  córkę 
troskę o zachowanie przykazania miłości Boga i bliźniego oraz czystości obyczajów.  

background image

 

„Z wielką usilnością przestrzegała ją, aby w żadnym razie nie dała się dotknąć 

osobie  odmiennej  płci.  A  kiedy  pewnego  razu  jakiś  płochy  chłopak  uchwycił  jej 
niewinną rączkę, ogarnęło ją przerażenie tak silne, że nie mogła zapomnieć tego przez 
cale życie.  

Wpojone przez matkę  przyzwyczajenie do pracy i trudów codzinnych czyniło z 

Marii  Magdaleny  również  i  pod  tym  względem  wzorową  dzielną  niewiastą,  o 
przymiotach charakteru danych za łaską Ducha Świętego.  

Bóg  pobłogosławił  tak  świątobliwemu  wychowaniu.  Poprowadzil  On  tę 

wzorową  dziewczynę  po ścieżce  cnoty  i krzepił  ją myślą o swoim upodobaniu  w niej 
oraz  o  wiecznym  zbawieniu.  Bóg  kierował  jej  pracą  i  trudem,  a  łaską  swoją 
udoskonalił jej ziemską wędrówkę. Jakże wielką pociechę stanowi dla mnie myśl, że ta 
ubogacona  łaskami  niebios  dzieweczka  podołała  wszelkim  obowiązkom  wobec  Boga, 
rodziców  i  bliźnich,  dając  sobą  świetlany  przykład  najpierw  chrześcijańskiego 
dziewczęcia, a potem chrześcijańskiej dziewicy”. 

Niestety,  niedługo  potem  przyszło  Marii  Magdalenie  oraz  jej  siostrom  utracić 

tak wzorową matkę, co ściągnęło na dom rozmaite utrapienia. Wincenty pisze o tym 
następująco:  

„Niebawem  po  śmierci  matki  córka  jej,  Maria  Magdalena,  w  młodziutkim 

jeszcze  wieku,  znalazła  się  w  niebezpieczeństwie  utraty  otrzymanego  dobrego 
wychowania.  Otrzymała  wszakże  od  Boga  oświecenie  dla  poznania  tego  opłakanego 
niebezpieczeństwa.  I  tenże  Bóg,  który  tak  w  porę  oświecił  ją,  pobudził  jej  serce,  by 
uciekała się do Niego z zaufaniem. Podjęła więc w tych warunkach różne ćwiczenia, 
polegające na odmawianiu określonych modlitw, które stosowała przez wiele dni, aby 
otrzymać  obfitszą  opiekę  Nieba.  Kiedy  zaś  pewnego  razu,  opuszczając  rozpoczętą 
praktykę modlitewną, utraciła nieco tej ufności, jaką winniśmy Bogu, wtedy Bóg sam, 
który się w niej rozmiłował, znów przywiódł ją do nabożności. W tym celu posłużył się 
snem i udzielił jej łask, z których odniosła wielki pożytek i zachowała czułe, pokorne i 
pełne  wiary  uczucie  miłości  aż  po  grób.  Kiedy  zatem  zaniechała  wspomnianej 
modlitwy,  w  nocy  podczas  spoczynku  zdało  się  jej,  że  ogląda  kochającą  Matkę, 
Dziewicę Maryję wraz z Jej Boskim Synem na ręku, w momencie, w którym Maryja, 
zwróciwszy  się  do  swego  Boskiego  Dzieciątka,  mówiła  Doń:  <<Popatrz,  oto  Maria 
Magdalena> Na te słowa Boski Odkupiciel zwrócił w inną stronę najświętsze oblicze 
na znak, że nie chce na nią spoglądać. Tak tedy ona, napełniwszy się świętym lękiem i 
duchem  wiary,  uważała,  że  Jezus  Chrystus  dlatego  nie  chce  na  nią  spoglądać,  że 
zaniechała  części  zamierzonych  modlitw,  lecz  jednocześnie  żywiła  ufność,  że  przez 
łaskę  otrzyma  miłościwe  względy  Jezusa,  jeśli  dalej  prowadzić  będzie  rozpoczęte 
modlitwy. Modlitwy więc, jakie wtedy odmawiała z obiema swoimi siostrami - starszą i 
mlodszą - były dość częste, pokorne i ufne. W ten sposób Bóg usposabiał je do objęcia 
krzyża  poprzez  długie  i  ciężkie  utrapienia  i  umacniał  je,  aby  w  żadnym 
niebezpieczeństwie nigdy nie upadały. Tak się też chwalebnie stało. Była to szczególna 

background image

 

w  ich  życiu  epoka,  w  której  dało  się  spostrzec,  jak  Bóg  błogosławi  to  dobre 
wychowanie.  Bo  chociaż  były  poniewierane,  znienawidzone,  wzgardzone,  wygnane, 
jednakże  łaska  ożywiała  w  nich  myśl,  że  nasz  Pan  Jezus  Chrystus  cierpiał  jeszcze 
więcej,  przez  co  umacniały  się  i  pocieszały.  Jednakowoż  Bóg,  który  chciał  uczynić  z 
nich  obrazy  swego  ukrzyżowanego  Syna,  dopuścił  jeszcze  na  nie  utratę  dóbr  tego 
świata,  tak  że  starsza  siostra  z  wielką  trudnością  otrzymała  pozwolenie  na 
przywdzianie  zakonnego  habitu  św.  Klary,  dwie  pozostałe  zaś  były  zmuszone  cieżką 
pracą zdobywać konieczne utrzymanie.  

Na tym miejscu, by nie oddalać się od zakreślonego tematu, mogę powiedzieć 

ci, Najprzewielebniejszy Ojcze (Wincenty pisał do swojego kierownika duchowego), że 
jest to dla mnie powodem pocieszenia, gdy przypominam sobie, jak wielką opieką Bożą 
matka  moja  cieszyła  się  w  tak  wielkich  utrapieniach  i  w  tak  wielkich 
niebezpieczeństwach.  Zamiast  bowiem  zmniejszać  się,  pomnażała  się  w  niej  miłość 
Boża, miłość do rzeczy świętych, gorliwość w przyjmowaniu sakramentów świętych. W 
tym  celu  wcześnie  wstawała,  by  nie  spóźnić  się  do  pracy.  Nade  wszystko  należy 
podziwiać,  jak  bardzo  pomnażała  się  w  niej  gorliwość  w  zachowywaniu  świętej 
nieskazitelności, Bóg bowiem napełnił ją tak wielką mocą, że mogła skutecznie opierać 
się nawet temu, który miał władzę nad nią, w zajęciach zaś swoich była tak kierowana 
łaską, że wszystko spełniała ku zadowoleniu innych”.  

Z tej nie do pozazdroszczenia sytuacji uwolniło Marię Magdalenę małżeństwo z 

Piotrem Pawłem  Pallottim, który w 1790r., a więc  gdy liczyła  25  lat,  wprowadził ją 
jako żonę do swego  domu. Jako żona i  matka  wzorowo wywiązywała  się ze  swoich 
obowiązków.  

„Bóg  przeznaczył  ją  —  opowiada  Wincenty  —  na  matkę  i  to  na  dobrą  matkę 

dość licznej rodziny po zawarciu cnotliwego małżeństwa, które było darem nieba. Bo i 
jakże nie miałaby być dobrą matką? Bóg tak całkowicie napełnił ją Sobą, że na samo 
wspomnienie  Boga  lub  na  dźwięk  słów:  <<Błogosławiony,  który  idzie  w  imię 
Pańskie>>, okazywała szczególne uwielbienie, schylając głowę i nakazując to również 
synom,  którzy  byli  przy  tym  obecni,  serce  jej  zaś  było  pełne  świętego  pocieszenia. 
Najświętsze  imię  Jezus,  jak  sama  mówiła,  udzieliło  jej  sercu  tej  pociechy.  Przeto, 
całując  krucyfiks,  nie  zaniedbywała  nigdy  ucałować  na  nim  miejsca  ran 
Chrystusowych  a  także  i  tabliczki  nad  krzyżem,  ponieważ  widniało  tam  imię  Jezusa. 
Niekiedy,  podczas  gdy  mówiłem  z  nią  o  Jezusie,  musiałem  zatrzymywać  się  w 
opowiadaniu, gdyż jej serce ogarniało aż nadto silne wzruszenie. O tajemnicy Trójcy 
Przenajświętszej  posiadała  wzniosłe  i  głęboko  pobożne  pojęcie.  Ilekroć  wzywała  w 
modlitwie  trzy  Osoby  Boskie,  bądź  też  wymawiała  zdanie;  <<A  Słowo  Ciałem  się 
stało>>, całym swym zewnętrznym zachowaniem, tak szczerymi doskonale obojętnym 
na krytyczny osąd ludzki, dawała poznać, jak głęboko była porwana treścią tych słów. 
A  myśli  o  cierpieniach,  trwodze  śmiertelnej  i  konaniu  Jezusa  napełniały  ją  takim 
wzruszeniem, że serce nie wytrzymywało długich rozpamiętywań na ten temat. Podczas 

background image

10 

 

czytania świętej Ewangelii, która była ulubioną jej lekturą duchową, szczególnie w dni 
świąteczne, Bóg obsypywał ją tak wielkimi darami, że nie tylko wzmagał w niej miłość 
do Pana Jezusa, tak że kochała Go czystym uczuciem kochającej duszy, lecz także wlał 
w nią takie pojęcie o obecności Jezusa, iż mówiła do mnie; <<Zawsze mi się zdaje, że 
widzę Go takim, jaki był na tej ziemi, kiedy obcował ze świętymi Apostołami>>. Bóg 
udzielił jej takiego szacunku dla świętej Ewangelii, że dusza jej napełniała się Bogiem, 
ilekroć  słuchała,  jak  śpiewano  święte  Ewangelie  w  uroczystych  Mszach...  Zachowała 
w  pamięci  głoszone  w  Ewangeliach  świętych  nauki,  zasady  i  cuda  Pana  naszego, 
Jezusa  Chrystusa,  a  Bóg  obdarzył  ją  również  łaską  czerpania  stąd  korzyści  do 
nauczania własnych dzieci bądź też do budujących rozmów z innymi ludźmi.  

Gdy zaś chodzi o tajemnicę wiary — mówię o świętej Eucharystii — użyczył jej 

Bóg  takich  Oświeceń  wiary,  takich  uczuć  religijnych  i  tak  żywego  nabożeństwa,  że 
ośmieliłbym się nazwać ją oblubienicą Najświętszego Sakramentu. Nawiedzała go raz 
na dzień albo częściej, przyjmowała sakramentalnie przynajmniej raz w tygodniu lub 
częściej...  Zgodnie  z  łaskami,  jakich  Pan  jej  w  tym  względzie  udzielił,  tak  bardzo 
szanowała ofiarę Mszy św. i taką jej cześć oddawała, że nie tylko codziennie pobożnie 
brała  w  niej  udział,  chociaż  była  wielce  obarczona  obowiązkami  rodzinnymi,  które 
wszakże  dokładnie  wypełniała,  lecz  także  zamawiała  dla  siebie  Msze  św.,  i  to 
przynajmniej dwie na tydzień.  

Odnośnie  do  Niepokalanego  Poczęcia  Maryi  Panny  udzielił  jej  Duch  Pański 

takiego  szacunku  dla  tej  prawdy  wiary  oraz  pojęcia  tak  szlachetnego,  że  nie  tylko 
darzyła  Maryję  świętą  zazdrością,  upokarzając  się,  lecz  także  często  pobożnie 
pozdrawiała Maryję najchwalebniejszym mianem Niepokalanie Poczętej... Tajemnica 
macierzyństwa  Dziewicy  -  Matki,  zgodnie  z  oświeceniem,  jakiego  udzielił  jej  Bóg  w 
tym  przedmiocie,  była  dla  niej  przedmiotem  zachwytu.  Powtarzała  też  z  takim 
uszanowaniem  i  religijnymi  uczuciami  wiersze;  <Błogosławione  wnętrzności  Maryi 
Dziewicy,  które  nosiły  Syna  Ojca  Przedwiecznego  i  błogosławione  piersi,  które 
karmiły Chrystusa Pana>, że z tego powodu można jej było rzeczywiście zazdrościć.  

Nazbyt  wiele  zajęłoby  miejsca  opisywanie  całej  tej  miłości  i  nabożeństwa, 

jakimi  dobry  Pan  natchnął  jej  serce  do  wszystkich  zaszczytnych  tytułów,  pod  którymi 
Kościół  św.  czci  Dziewicę  —  Matkę  Pana  naszego,  Jezusa  Chrystusa,  do  dusz 
błogosławionych  w  niebie  oraz  do  pomocy,  jaką  winniśmy  okazywać  duszom 
czyśćcowym”.  

Maria Magdalena należała również, w dużej części dzięki zachętom swego syna 

- kapłana, do rozmaitych bractw, a także do Trzeciego zakonu św. Franciszka, którego 
również czciła rodzina Pallottich.  

Była to więc prawdziwie pobożna niewiasta, którą Bóg głęboko wprowadził w 

tajemnice swej miłości. Zdobiły ją też wszystkie cnoty chrześcijańskie, wskazując na 
to, że pobożność jej była prawdziwa. Wincenty w swoich wspomnieniach nie chce o 
tym  szerzej  rozprawiać;  wskazuje  niektóre  tylko  jej  cechy:  „Nie  mogę  pominąć 

background image

11 

 

milczeniem  tego,  że  Bóg  dał  jej  serce  bardzo  litościwe  dla  biednych,  dzięki  któremu 
zaopatrywała ich w pożywienie i odzież, współczuła z nimi w ich nędzy, wchodząc w 
ich  krytyczne  położenie...  Nie  mogę  też  powstrzymać  się  od  stwierdzenia,  że 
Najczystszy Oblubieniec naszych dusz tak bardzo napełnił jej serce miłością do świętej 
czystości i dziewictwa, że o pierwszą była niezmiernie zazdrosna, a drugą była  — że 
tak  powiem  —  porwana  i  zachwycona...  Nie  potrafię  dostatecznie  wysłowić 
troskliwości, jaką obdarzył ją Bóg, by stała się taka, jaka być powinna wobec swego 
małżonka oraz wobec dzieci. Gdy chodzi o męża, gorliwie polecała go Bogu, zawsze 
gotowa do niesienia mu pomocy, przewidywała nawet jego potrzeby”. 
 

To,  co  Wincenty  relacjonuje  we  wspomnieniach  o  wychowywaniu  przez  nią 

dzieci, pozwala wysnuć piękne wnioski o wychowaniu samego Błogosławionego. Jako 
na  ostatni  znamienny  rys  charakteru  swojej  matki  wskazuje  Wincenty  na  jej 
niezmożoną  cierpliwość  w  znoszeniu  cierpień  i  krzyża:  „Nasz  miłosierny  Ojciec  w 
niebiosach,  który  tak  bardzo  umiłował  moją  dobrą  matkę,  uczynił  ją  —  jak  już  to 
podawałem — od pierwszych lat jej życia, nieledwie zaraz po śmierci jej rodzicielki, 
obrazem  cierpień  swego  ukrzyżowanego  Syna.  Myślę,  że  jedną  z  największych  łask, 
jakimi ją Bóg obdarował, była właśnie ta, iż w całym życiu nawiedzał ją cierpieniami i 
to  nad  wyraz  ciężkimi.  Można  było  więc  powiedzieć,  że  żyła  jak  ukrzyżowana”.
 
Szczególnie w ostatnich latach życia, jak to jeszcze zobaczymy, przechodziła ciężkie i 
niezwykle bolesne choroby.  

Smagana  tak  ciężkimi  doświadczeniami  potrafiła  zawsze  i  wszędzie  dzielnie 

wytrwać  pod  krzyżem.  W  ogniu  cierpień  oczyszczała  się  jej  dusza,  a  gorący 
południowy temperament przetworzył się w duchową głębię, gdzie Bóg sprawiać mógł 
cuda swej laski.  

Słusznie utrzymywała się o Marii Magdalenie opinia świętości. Wincenty sam 

uważał  ją  za  świętą.  Gdy  mówiono  przy  nim  o  jego  rodzicach,  powtarzał  często  te 
słowa: „Bóg dał mi świętych rodziców”, i dodawał jeszcze przy tym: „Jakiż rachunek 
miałbym  złożyć  kiedyś przed Bogiem,  jeślibym z ich  świętych pouczeń nie  wyciągnął 
dla siebie żadnej korzyści! A mówiąc tak, myślał szczególnie o swojej matce. 
 
  

WCZESNE DZIECIŃSTWO  

Wincenty  był  trzecim  z  kolei  dzieckiem  darowanym  przez  Boga  rodzicom. 

Pierworodnym  ich  synem  był  Wawrzyniec  Jerzy  Antoni,  urodzony  w  1791r.  Imię 
Wawrzyniec otrzymał zapewne przez pamięć o dziadku z San Giorgio. Święty Jerzy 
był patronem tamtej wioski i imię to często nadawano w rodzinie Pallottich, podobnie 
jak i trzecie  — Antoni. Z głębokim smutkiem  musiał jednak ojciec już  w następnym 
roku  wprowadzonej  przez  siebie  kronice  dzieci,  obok  dat  dotyczących  urodzenia  i 
chrztu  pierworodnego  synka,  zamieścić  taki  oto  dopisek:  „odszedl  do  nieba”.  Tę 
bolesną  stratę  wynagrodziło  małżonkom  przyjście  na  świat  ich  drugiego  synka,  co 

background image

12 

 

miało  miejsce  pod  koniec  1792r.,  który  na  chrzcie  św.  otrzymał  imiona:  Salwator 
Andrzej Wincenty i cieszył się dobrym zdrowiem.  

Radosne  wydarzenie,  jakim  były  narodziny  i  chrzest  Błogosławionego, 

uszczęśliwiony  ojciec  odnotował  w  swojej  kronice  następującymi  słowami:  „21 
kwietnia  1795r.,  o  16  godzinie  —  tj.  według  dzisiejszej  rachuby  czasu,  na  trzy 
kwadranse  przed  południem  —  urodził  się  trzeci  syn.  Dnia  22  tegoż  miesiąca 
ochrzczony  został  w  kościele  San  Lorenzo  in  Damaso  imionami:  Wincenty  Alojzy 
Andrzej.  Ojcem  chrzestnym  był  Nikodem  Bonaccorsi,  chrzestną  matką  —  ciotka 
Maria Graziosi”.  

21  dzień  kwietnia  przypadał  w  owym  roku  na  wtorek  po  drugiej  niedzieli 

wielkanocnej.  Bezzwłocznie,  zaraz  następnego  dnia,  maleńki  obywatel  został 
zaniesiony do chrztu. Chrztu udzielił wicerektor kościoła San Lorenzo in Damaso, w 
którym znajdowała się chrzcielnica przeniesiona potem do Santo Stefano in Piscinula. 
Ojciec chrzestny, Nikodem Bonaccorsi, pochodził ze Spoleto ale mieszkał w Rzymie i 
przyjaźnił się z rodziną Pallottich; matką  chrzestną była wspomniana już poprzednio 
Maria Graziosi, ciotka mieszkająca w parafii S. Vincenzo ed Anastasio ai Trevi.  

Wincenty  przez  całe  życie  wysoko  cenił  sobie  łaskę  sakramentu  chrztu 

świętego.  Składał  za  to  Bogu  codzienne  dzięki,  odnawiał  często  przyrzeczenia 
chrzcielne  i  corocznie  obchodził  wspomnienie  tamtej  chwili.  Pewnego  razu  odezwał 
się  do  swego  przyjaciela  tymi  słowy:  „Dzisiaj  przypada  rocznica  mojego  chrztu; 
proszę modlić się za mnie, abym odnowił uczynione wówczas Bogu obietnice oraz aby 
Pan  nasz  nie  pozwolił,  bym  został  potępiony  przez  niedowiarstwo.  Troszczył  się  o 
zachowanie niewinności z okresu chrztu św. i o rozwinięcie ziaren nadprzyrodzonych 
cnót  zasianych  w  jego  duszy  mocą  tego  sakramenu.  Ogarniając  spojrzeniem  całe 
swoje  życie,  sondował  później  sumienie  takim  oto  pytaniem:  „Jak  strzegłeś 
niewinności  z  okresu  chrztu  świętego?”  oraz:  „Jaką  korzyść  odniosłeś  z  wlanych  ci 
cnót — wiary, nadziei i miłości?”  

Szczególnie  serdecznie  czcił  Wincenty  swoich  patronów,  którzy  mieli  być 

wzorem  na  jego  drodze  życiowej.  Głównego  swego  patrona,  od  którego  wziął 
pierwsze  imię,  miał  w  osobie  św.  Wincentego  Ferreriusza,  wielkiego  kaznodziei  z 
przełomu  XIV  i  XVw.,  torującego  szerokie  ścieżki  dla  wiary  świętej.  Specjalne 
nabożeństwo żywił również  dla św.  Wincentego  a  Paulo, apostoła  dzieł  miłosierdzia 
chrześcijańskiego, z którym łączyło go powinowactwo powołań. Do swojego drugiego 
patrona, św. Alojzego, upodobnił się przez czystość serca i surowość pokuty; ze św. 
Franciszkiem  serafickim,  na  którego  cześć  przybrał  kolejne  imię,  powiązała  go 
głęboka miłość dla Zbawiciela Ukrzyżowanego. Być może w tym imieniu znajduje się 
także wytłumaczenie owej ogromnej czci Wincentego dla św. Franciszka z Pauli oraz 
św. Franciszka Ksawerego, gorliwego apostoła Indii.  

Wincenty posiadał — zapewne w dziedzictwie po ojcu — błękitne oczy, „niby 

włoskie niebo” — jak to określa Gaume — które kontrastowały z czarnymi brwiami i 

background image

13 

 

włosami.  Od samego  początku  był dzieckiem słabowitym, a że  matka  jego  w owym 
czasie  niedomagała  na  zdrowiu,  karmienie  dziecka  powierzono  mamce.  Przysługę  tę 
wyświadczała  sąsiadka,  żona  właściciela  pobliskiej  kawiarenki,  pani  Peregrini.  Przy 
tej  okazji  niewiasta  owa  zdołała  zaobserwować  coś,  co  wprawiało  ją  w  nielada 
zdumienie.  W  nawale  swoich  codziennych  zajęć  musiała  ona  nierzadko  zostawiać 
Wincentego  samego  i  aby  był  spokojny,  dawała  mu  do  rączki  obrazek  Matki  Bożej. 
Obrazkiem tym jej maleńki podopieczny potrafił zainteresować się na długie godziny, 
nie  popadał  w  niepokój,  jak  to  zwykły  czynić  inne  dzieci.  Gdy  pani  Peregrini 
przychodziła  z  powrotem,  widziała  go  zwykle  z  obrazkiem  w  rączkach 
przyglądającego się mu z uśmiechem. Kiedy pewnego razu nie otrzymał obrazka, stał 
się bardzo niespokojny i przysporzył tym swojej opiekunce sporo kłopotu.  

Poza  tym  i  babka  Katarzyna,  mieszkająca  we  wspólnym  domu,  musiała  z 

pewnością  doglądać  małego  obywatela  ziemi,  do  którego  przyłączało  się  stopniowo 
przychodzące na świat dalsze rodzeństwo. W 1798 r. urodziła się siostrzyczka, ale już 
w  cztery  tygodnie  potem  ojciec  odnotować  musiał  w  kronice  dziecięcej,  obok  jej 
imienia,  uwagę:  „Odeszła  do  nieba”.  W  1799r.  ujrzał  światło  dzienne  braciszek, 
ochrzczony imionami Alojzy Antoni. Wychowywał się razem z Wincentym i starszym 
bratem  Salwatorem.  Spośród  urodzonych  później  pięciorga  dzieci,  tylko  dwoje 
pozostało dłużej przy życiu: Jan ur. w 1803 oraz Franciszek Rafał ur. w 1807 r. Janowi 
dane było przeżyć Wincentego.  

Rodzice  dokładali  wszelkich  starań,  aby  wychować  swoje  dzieci  na  dobrych 

chrześcijan i dzielnych ludzi. I tak jak to zwykle  bywa,  gdy ojciec rodziny zająć  się 
musi pracą zawodową, główna rola wychowawcza przypadła w udziale matce. Maria 
Magdalena  wypełniała  z  ogromną  troskliwością  swe  obowiązki  macierzyńskie. 
Wincenty  pisze  o  tym:  „Swoje  dzieci  ofiarowała  ona  Bogu  jeszcze  przed  ich 
urodzeniem, aby mogły ujrzeć światło dnia dla Jego chwały i nagrody. Dbała również 
o to, aby zaznajomić je z nauką Jezusa Chrystusa oraz by wcześnie wpoić w ich dusze 
bojaźń  Bożą  i  wstręt  do  grzechu.  Podobnie  jak  matka  św.  Ludwika,  króla  Francji, 
wolałaby  raczej  widzieć  zwłoki  swoich  synów,  aniżeli  by  mieli  utracić  wieczne  życie 
łaski Bożej. Dlatego usuwała z ich drogi wszelkie niebezpieczeństwa, i dopóki mogła, 
dźwigała na swych barkach cały ciężar gospodarstwa domowego, aby nie wprowadzać 
pomocy  domowych,  które  mogłyby  stanowić  zagrożenie.  Na  próby  perswazji  z 
czyjejkolwiek  strony,  aby  dała  się  nakłonić  do  zmiany  takiego  postępowania,  zwykła 
była odpowiadać: „Nie mogę tego zrobić, ponieważ mam w domu synów!”  

Wincenty słyszał ją często modlącą się do Boga o zachowanie synów w cnocie 

niewinności.  „I  nie  tylko  usuwała  ona  -  pisze  dalej  Wincenty  -  wszelkie 
niebezpieczeństwa  grożące  synom,  ale  wdrażała  ich  do  dobrego  poprzez  modlitwę, 
naukę i pracę. Aby dać im sposobność do pobożnej rozrywki, ustawiła w domu  mały 
ołtarzyk  z  odpowiednim  wyposażeniem.  Dbała  również  w  rodzinie  o  kult  obrazów  i 
posągów,  przedstawiających  sceny  z  narodzin,  życia,  śmierci  i  zmartwychwstania 

background image

14 

 

Pana naszego, Jezusa Chrystusa, jak też poszczególne tytuły i tajemnice Najświętszej 
Dziewicy  Maryi”.  
W  ten  sposób  starała  się  ta  pobożna  matka  zaszczepić  w  sercach 
swoich  dzieci  żywioną  przez  siebie  miłość  do  Boskiego  Zbawiciela,  szczególnie  w 
Najświętszym  Sakramencie  Ołtarza,  oraz  do  Bogarodzicy.  „Przestrzegała  również 
pilnie —  pisze  Wincenty — aby  synowie jej odprowadzali w  procesji Przenajświętszy 
Sakrament  niesiony  uroczyście  do  chorych...  Pozdrawiając  ze  szczególną  miłością 
Najświętszą Maryję Pannę mianem Niepokalanie Poczętej, napominała swoich synów, 
aby  czynili  to  samo”.  
Idąc  do  kościoła  bądź  w  odwiedziny  do  chorych,  zabierała  ze 
sobą  chętnie  swoje  dzieci.  W  ten  sposób  przyzwyczajała  je  do  pełnienia  uczynków 
miłosierdzia. Piotr Paweł Pallotti ze wszystkich sił pomagał żonie w wychowywaniu 
dzieci. Również i on zabierał chętnie dzieci do kościoła i wpajał w nie głęboką odrazę 
do przekleństw i wszelkiej nieobyczajności. 

Najlepszy  odzew  znalazły  te  starania  rodzicielskie  w  duszy  małego 

Wincentego.  Posiadał  on  bowiem  wrodzoną  wrażliwość  na  wszystko,  co  dotyczyło 
pobożności i cnót chrześcijańskich. Wraz z pierwszym drgnieniem rozumu dusza jego 
zwróciła  się  do  Boga,  zanosząc  ku  niebu  gorące  modlitwy,  których  nauczył  się  od 
matki.  Na  głos  matki  nawołującej  dzieci  do  wspólnych  modłów,  zawsze  przybiegał 
pierwszy  i  klękał  przy  niej  mały  Wincenty.  Złożywszy  rączki,  poważny  i  skupiony 
odmawiał  głośno  Ojcze  nasz,  Zdrowaś  oraz  inne  modlitwy.  Ubiegając  swoich  braci, 
uderzał się z ogromną żarliwością w piersi, a spoglądając w górę ku obrazowi Matki 
Dobrej Rady, przed którym zwykle się modlono, wołał: „Święta Maryjo, uczyń mnie 
dzielnym!”  I  ku  ogromnemu  wzruszeniu  swojej  matki  powtarzał  te  słowa  po  wiele 
razy. 

Pobożna  rozrywka  układania  ołtarzyka  domowego  znalazła  w  małym 

Wincentym  jak  najżywszy  oddźwięk.  Zajęciu  temu  mógł  poświęcać  się  całymi 
godzinami, co świadczyło o myślącej naturze chłopca. Przy tym nie zachowywał się 
tak,  jak  inne  dzieci,  które  szukają  jedynie  własnej  rozrywki,  ale  czynności  swoje 
wykonywał  bardzo  poważnie  i  z  namaszczeniem.  Z  ochotą  udawał  się  wraz  z 
domownikami do kościoła, asystując im w ciszy i skupieniu.  

Do swoich rodziców Wincenty żywił serdeczną miłość i chętnie stosował się do 

ich  wskazówek.  Nauki  od  nich  odbierane  zapadły  głęboko  w  jego  młode  serce  i  po 
latach  pełen  wdzięczności  będzie  je  sobie  często  przypominał.  Ilekroć  potem  czynił 
jakieś  dobro,  zwykł  był  mawiać:  „Tego  nauczyła  mnie  moja  matka”  —  bądź:  „Tak 
nauczył mnie mój ojciec”.  

Napomnienia  rodzicielskie  pomagały  mu  w  przezwyciężaniu  tych  mniej 

chlubnych  stron  jego  żywiołowej  natury,  które  z  czasem  mogłyby  okazać  się  dlań 
zgubne.  Posiadał  mianowicie  Wincenty  ognisty,  żywy  temperament,  a  jego  główną 
namiętnością  było  pragnienie  odznaczenia  się.  Zobaczymy  potem,  z  jaką 
doskonałością potrafił w swoim życiu opanować tę cechę charakteru i uszlachetnić ją. 
Jednak  w  okresie  dzieciństwa,  jeśli  wierzyć  można  zachowanemu  świadectwu, 

background image

15 

 

zdawało się to ciągnąć go na błędną drogę. Później już, kiedy Wincenty oddawał się 
wielkim  umartwieniom,  matka  jego  —  jak  opowiadali  niektórzy  —  miała  kiedyś 
powiedzieć  do  innej  niewiasty,  iż  jako  chłopiec  pięcio,  sześcioletni  przedstawiał  się 
zupełnie  inaczej.  Zdarzało  się  ponoć  często,  iż  dzieci,  z  którymi  bawił  się  na  ulicy, 
przychodziły  do  niej  ze  skargą,  ponieważ  mały  Wincenty  obrzucał  je  kamieniami. 
Dawał  się  wtedy  poznać  jako  mały  zabijaka  i  od  czasu  do  czasu  musiał  być  mocno 
napominany. Nawet jeśli przypuści się, iż taka wypowiedź miała istotnie miejsce, to z 
pewnością  jest  w  tych  słowach  dużo  przesady  ze  strony  matki  tak  bardzo  dbałej  o 
zdrowie  moralne  swego  dziecka.  Możliwe  jednak,  że  kiedyś  mały  Wincenty,  gdy 
doznał  jakiejś  krzywdy,  mógł  rozgniewać  się  i  bronić  się  kamieniami  przed  swymi 
przeciwnikami. Ponieważ jednak poza tą brak innych podobnych relacji, zdarzać się to 
mogło tylko sporadycznie. 

Dużo niewinniejszą psotą, aniżeli wspomniane obrzucanie kamieniami, był żart 

maskaradowy,  jaki  wypłatał  ów  chłopiec  liczący  podówczas  cztery  czy  pięć  lat. 
Sławny w owych czasach karnawał rzymski wciągnął malca w swój korowód. Razem 
z kuzynem przebrał się mały Wincenty za sprzedawcę czosnku; załadowawszy sobie 
na plecy po wiązce czosnku, obaj chłopcy udali się do zamieszkałej w pobliżu ciotki 
Wincentego.  Po  latach,  już  jako  kaplan,  Błogosławiony  z  uczuciem  dezaprobaty,  a 
nawet  żalu  i  wstrętu  wspominał  tamtą  maskaradę.  W  swoich  duchownych  notatkach 
mówi  on  „o  latach  swych  niegodziwości”.  Mówiąc  tak,  miał  chyba  na  myśli  okres 
między czwartym, a szóstym rokiem życia, kiedy to niższe władze natury łatwo mogły 
przytłumić wznioślejsze, lecz jeszcze nie w pełni uświadomione siły ducha. W wieku 
dojrzałym osądził bystrym  wejrzeniem świętego  nikczemność  tamtych przypadków i 
zaczajone w nich niebezpieczeństwo, mógł więc je teraz przegnać ze wstrętem.  

Niebawem  zauważono  jednak,  że  mały  Wincenty  już  w  wieku  dziecięcym 

stronić  począł  od  ulicznych  swawoli  swoich  towarzyszy,  wybierając  zabawę  w 
samotności.  Na  tę  poważniejszą  nutę  nastroić  go  mogły  pewne  wydarzenia  zaszłe  w 
owym okresie, jakkolwiek nie był on jeszcze zdolny ogarnąć całej ich doniosłości.  

W  roku  1798  zmarła  jego  siostrzyczka,  a  w  następnym  roku  pożegnała  się  z 

życiem  doczesnym  jego  babka  Katarzyna.  Wtedy  po  raz  pierwszy  mały  Wincenty 
stanął  wobec  tajemnicy  śmierci.  Jego  wrażliwe  serduszko  boleśnie  musiało  odczuć 
przede wszystkim stratę babki. Jak to zwykle bywa z babciami, z pewnością i ta babcia 
była  mu osobą bardzo bliską. Dożywszy sędziwego wieku 80 lat, zachorowała nagłe 
22  stycznia  1799r.  i  zmarła  w  tym  samym  dniu.  Kapłan,  asystujący  przy  ostatnich 
cierpieniach, zdążył tylko namaścić ją świętymi olejami.  

Wydarzeniem  innego  rodzaju  było  zajęcie  Rzymu  przez  francuską  armię 

rewolucyjną.  Po  zwycięstwie  Napoleona  w  1796r.  nad  zbrojnymi  oddziałami 
Piemontu  i  Austrii  w  Górnej  Italii  Francuzi  wtargnęli  na  teren  Państwa  Kościelnego 
mimo  jego  neutralności.  Pius  VI  okupił  pokój  odstąpieniem  szeregu  posiadłości  i 
wypłatą  dużego  odszkodowania  wojennego.  Kiedy  jednak  potem  pewien  generał 

background image

16 

 

francuski  zginął  na  ulicach  Rzymu  w  zamieszkach  sprowokowanych  jego  butnym 
zachowaniem, paryski sąd rewolucyjny uznał, że wybiła wreszcie utęskniona godzina 
obrachunku  i  w  lutym  1798r.  generał  Berthier  otrzymał  rozkaz  zajęcia  Wiecznego 
Miasta.  W  górnolotnych  frazesach  najeźdźcy  oznajmili,  że  oto  oni,  synowie  Galii, 
przybywają z gałązką oliwną w dłoni, aby wskrzesić epokę wolności z czasów Brutusa 
i  złożyć  należny  hołd  cieniom  Katona,  Cicerona,  Hortensjusza  i  Pompejusza. 
Proklamowano  republikę  rzymską  i  ogłoszono  „niezbywalne  prawa  człowieka”. 
Rozpoczęło  się  dzieło  zniszczenia.  Pallotti  napisze  później  o  tych  czasach:  „Cały 
religijny,  obywatelski  i  moralny  porządek  rzeczy  był  zwalczany  i  znieważany”.  Na 
moście  św.  Anioła,  jedynym,  który  podówczas  prowadził  do  Watykanu,  ustawiono 
posąg  bogini  wolności  depczącej  papieską  tiarę  na  znak,  że  ustał  okres  panowania 
papieża. Zrabowane z kościołów poświęcone kielichy używano podczas orgii do picia 
trunków.  Nastąpiła  powszechna  grabież  mienia,  począwszy  od  Watykanu,  gdzie 
samemu  Ojcu  Swiętemu  zdarto  z  palca  pierścień  rybaka,  a  kończąc  na  domach 
zapomogowych  i  kasach  dobroczynności.  Osiemdziesięcioletni  papież  Pius  VI 
wytrwał  odważnie  przy  swojej  owczarni,  odrzucając  nalegania  najeźdźcy,  by 
zrezygnował  z  Państwa  Kościelnego.  Obawiając  się,  iż  lud  włoski  poderwie  się  w 
obronie swojego pasterza, papieża uwięziono i wywleczono z Rzymu. Na prośbę, by 
pozwolono  mu  umrzeć  w  Rzymie,  komisarz  francuski  odparł  brutalnie.  „  Umrzeć 
można  wszędzie!”  Po  dłuższym  pobycie  w  klasztorze  kartuzów  koło  Florencji 
szlachetny  męczennik  przeniesiony  został  aż  do  Valence  we  Francji,  dokąd  przybyl 
śmiertelnie chory i w końcu sierpnia 1799 r. oddał duszę Stwórcy.  

W międzyczasie Wieczne Miasto przechodziło zmienne koleje losu. W dalszym 

ciągu  prowadzono  działalność  antyreligijną.  Zamykano  kapłanów  w  więzieniach, 
wysiedlano klasztory i rozpędzano zakonników. Kardynałów, którzy jeszcze zostali w 
Rzymie,  aresztowano,  bądź  wypędzono.  W  listopadzie  1798  r.  udało  się  wprawdzie 
królowi Ferdynandowi IV z Neapolu przejściowo zawładnąć Rzymem, ale dopiero we 
wrześniu 1799r. mógł on przy pomocy swego wojska ostatecznie uwolnić to miasto.  

Niektórzy wrogowie Kościoła uważali, że wraz z umarłym papieżem Piusem VI 

pogrzebane  zostało  i  samo  papiestwo.  Ale  opoka  Piotrowa  pozostała  niewzruszona. 
Kardynałowie  zebrani  na  konklawe  w  Wenecji  wybrali  14  marca  1800  r.  nowego 
papieża w osobie kardynała Barnaby Chiaramontiego, który przez wdzięczną pamięć 
na  swego  poprzednika  przyjął  imię  Piusa  VII.  W  lipcu  tegoż  roku,  wśród  radosnych 
wiwatów rzymian, wkroczył on w bramy Wiecznego Miasta, które na tę cześć trzy dni 
z  rzędu  było  odświętnie  iluminowane.  Z  pomocą  swojego  dzielnego  sekretarza, 
Herkulesa  Consalviego,  zdołał  uporządkować  wszystkie  sprawy.  Uroczysta 
intronizacja w  bazylice laterańskiej,  w listopadzie 1801r., ukazała  papieża w pełnym 
blasku  jego  majestatu.  W  otoczeniu  kardynałów,  w  honorowej  asyście  radców  i 
prałatów  na  koniach,  Ojciec  Święty  wjechał  na  uroczystym  rydwanie,  pośród 
wiwatującego tłumu, do Lateranu. Fasada kościoła była ozdobiona i pokryta napisami, 

background image

17 

 

witającymi  w  osobie  papieża  nadzieję  katolickiej  części  globu  i  życzącymi  mu 
pomyślności. 

Żywy udział we wszystkich tych wydarzeniach, wraz z ogółem prawowiernych 

rzymian,  brała  również  rodzina  Pallottich.  Przejęta  grozą  patrzyła  dotąd  na  bezbożne 
występki francuskich najeźdźców, niezmierna więc była radość z triumfalnego wjazdu 
papieża.  Mały  Wincenty  podziwiał  wówczas  kroczących  w  orszaku  papieskim 
żołnierzy z różnego rodzaju bronią oraz wspaniałość papieskiego stroju. I kto wie, czy 
po  raz  pierwszy  w  duszy  jego  nie  zaświtało  zrozumienie,  że  nieprzyjaciele  Boga 
wałczą  z  Kościołem,  oraz  przekonanie  o  triumfie  niezmiennie  przez  Kościół  w  tej 
walce odnoszonym.  
 

W SZKOLE  

W piątym lub szóstym roku życia rodzice  posłali Wincentego do szkoły. Fakt 

ten na owe czasy nie był sam w sobie oczywisty, ponieważ nie istniał wtedy jeszcze 
przymus szkolny. Rząd papieski w Państwie Kościelnym czynił wprawdzie wiele, aby 
popularyzować  uczęszczanie  do  szkół,  ale  rodzice  zaniedbywali  tę  powinność  wobec 
własnych dzieci.  

Oprócz  kilku  szkół  zakonnych  istniały  we  wszystkich  dzielnicach  Rzymu 

szkoły ludowe, tzw. sawie regionarie, w których naukę prowadziły osoby świeckie  i 
duchowne.  W  okręgu  zamieszkałym  przez  rodzinę  Pallottich  taka  szkoła  znajdowała 
się  przy  Via  Cappellari,  będącej  odgałęzieniem  Via  del  Pellegrino,  z  wylotem  na 
Campo  dei  Fiori.  Do  szkoły  tej  uczęszczał  Wincenty  oraz  wszyscy  jego  bracia.  Do 
grona nauczycielskiego należeli wówczas Stefan Stefanelli, beneficjant z San Lorenzo 
in  Damaso,  duchowny  przyjaciel  rodziny  Pallottich,  oraz  cieszący  się  dobrą  sławą 
zakonnik, Antoni Porta. Oni to wprowadzali Wincentego w początki pisania, czytania, 
rachunków  oraz  innych  przedmiotów  wchodzących  w  zakres  programu  szkoły 
powszechnej.  W  szkole  tej  pobierał  on  też  pierwsze  lekcje  katechizmu.  Zajęcia  w 
szkole  odbywały  się  w  dni  powszednie  w  porze  przed  -  i  popołudniowej  po  trzy 
godziny;  czwartek  był  dniem  wolnym  od  nauki,  jak  to  było  w  zwyczaju  wszystkich 
szkół  rzymskich  aż  do  stopnia  uniwersyteckiego.  Matki  odprowadzały  dzieci  do 
szkoły,  a  po  skończonych  lekcjach  zabierały  je  do  domów.  Tak  samo  postępowała 
Maria  Magdalena  z  małym  Wincentym  oraz  z  jego  braćmi.  Wincenty  był  uczniem 
pilnym, uważnym jak to zaświadcza jego nauczyciel Porta — wykazywał się dobrymi 
wynikami. Podobnie wypowiada się pewien kolega szkolny Wincentego:  

„Był on wzorem dla wszystkich pod względem skupienia, pokory i pilnej uwagi. 

Zachowywał  się  zawsze  cicho,  ze  skupieniem  i  pilnie  przykładał  się  do  nauki,  tak  iż 
nauczyciele  stawiali  go  za  wzór  innym.  Czynił  postępy  w  nauce  i  otrzymywał  różne 
nagrody,  szczególnie  z  zachowania.  Był  zawsze  opanowany.  Jeśli  go  kiedy  chłopcy 
obrazili,  nie  pamiętał  im  tego,  a  poproszony  później  przez  nich  o  objaśnienie  lekcji, 

background image

18 

 

bardzo  uprzejmie  zadośćczynił  ich  życzeniom.  W  stosunku  do  nauczycieli  był  zawsze 
posłuszny i ze skromnością zadowalał się każdym wyznaczonym mu miejscem”.  

Zdradzał szczególne zdolności w kierunku muzyki, którą lubił przez całe życie.  
Głęboki  oddźwięk  budziły  w  jego  młodej  duszy  przede  wszystkim  podniety 

religijne,  których  nie  brakło  ani  w  szkole,  ani  poza  szkołą.  Codzienną  naukę 
rozpoczynano  i  kończono  modlitwą.  Od  czasu  do  czasu  obchodzono  uroczystości 
religijne,  zaś  w  soboty  odbywały  się  lekcje  religii.  Lekcje  te  prowadził  przez  pewien 
czas  Antoni  Santelli,  podówczas  jeszcze  diakon,  mający  odegrać  znaczną  rolę  w 
kształtowaniu Pallottiego.  

W  niedziele  i  święta  prócz  tego  Wincenty  uczęszczał  na  naukę  religii  do 

kościola Santo Stefano in Piscinula, przeznaczoną dla wszystkich dzieci parafii.  

Trwałe  wrażenia  czerpał  jego  chłonny  umysł  również  z  kościelnego  życia 

Rzymu,  z  jego  świętami  i  uroczystościami,  które  w  pierwszych  latach  pontyfikatu 
Piusa VII wspaniale rozkwitało po minionym okresie ciężkich przeciwności. 

Ale  do  decydującego  postępu  duchowego  przyczyniły  się  u  Wincentego 

sakramenty  święte,  które  mógł  już  przyjąć.  W  siódmym  roku  życia  Wincenty  po  raz 
pierwszy  przystąpił  do  spowiedzi  i  zaraz  na  wstępie  wyniósł  ogromne  korzyści  z 
sakramentu pokuty. Żałował serdecznie za swoje przewiny dziecięce i strzegł się pilnie 
przed popadnięciem w nowe. W duszy jego utrwalił się niewygasły wstręt do grzechu, 
a miał sumienie wrażliwe na każdą nieprawość. Kardynał Lambruschini powiada: „Od 
lat  dziecięcych  płoszył  się  na  każdą  obrazę  wyrządzaną  Bogu  i  to  tak  dalece,  że 
niczego nie lękał się bardziej ponad to niebezpieczeństwo”.  

Dlatego  też  niezwykle  sumiennie  zdawał  rachunek  ze  swoich  uczynków  i 

postępków.  Pewnego  dnia  zabrał  potajemnie  swojej  matce  jedno  jajko,  aby  je  sobie 
usmażyć.  Była  to  wprawdzie  drobnostka  i  można  było  przypuszczać,  że  matka 
wyraziłaby na to zgodę. Ale przy następnej spowiedzi wyznał to jako swoją przewinę i 
oskarżał się pełen skruchy. Innym razem podarował ubogim kilka serków wziętych ze 
sklepu  ojca,  nie  pytając  go  przedtem  o  pozwolenie.  Piotr  Paweł  Pallotti  byłby  z 
pewnością  uczynił  to  sam,  a  więc  zezwoliłby  na  ten  uczynek  i  synowi.  Jednakowoż 
Wincenty widział w tym popełnienie błędu, który też wyznał księdzu przy najbliższej 
spowiedzi. Przy takiej wrażliwości sumienia zdołał on  - jak to zobaczymy  - osiągnąć 
to, że nigdy świadomie nie popełnił grzechu.  

W  walce  z  grzechem  umacniał  Błogosławionego  również  sakrament 

bierzmowania, do którego przystąpił także w siódmym roku życia. Udzielił mu go 10 
lipca 1801r. zastępca kardynała - wikariusza  w Rzymie, arcybiskup Fenaja, w swojej 
prywatnej kaplicy. Świadkami byli stryj Wincentego również Wincenty Pallotti, oraz 
Piotr  Fiorani  z  Frascati,  którego  także  uważał  za  wuja.  Mały  Wincenty  uświadamiał 
sobie,  jak  wielkie  znaczenie  miał  dla  niego  ten  sakrament.  Po  latach  w 
rozpamiętywaniu  tamtej  chwili  postawił  sobie  pytanie:  „Czy  żyłeś  tak,  jak  przystoi 
prawemu  żołnierzowi  Jezusa  Chrystusa?”.  W  owej  świętej  godzinie  przyjmowania 

background image

19 

 

tego sakramentu żarliwe nabożeństwo do Ducha Świętego, towarzyszące całemu jego 
życiu,  zapuściło  pierwsze  głębokie  korzenie  w  jego  sercu,  a  „słodki  Gość  duszy”, 
,,Uświęciciel” rozpoczął w nim cudowne działanie swojej łaski.  

Niebawem  objawił  Wincenty  nad  wiek  dojrzałą  moralność.  Pierwsze 

świadectwo  o  tym  złożył  już  w  dniu  swojego  bierzmowania.  Gdy  siedział  wówczas 
przy stole obok swego stryjka Wincentego Pallottiego, otrzymał od niego w podarunku 
złotą monetę. Bez oznak żadnej radości z tego powodu, malec zapytał stryja, co ma z 
tym  darem  uczynić.  „Wyrzuć  to  do  śmietnika!”  powiedział  mu  tenże,  aby  go 
wypróbować.  Bez  słowa  sprzeciwu  usłuchał  tego  rozkazu  i  odrzucił  drogi  pieniądz. 
Orlandi,  który  zrelacjonował  tę  scenę,  zauważył  w  związku  z  tym:  „W  ten  sposób 
mały  Wincenty  pokazał,  iż  wyzwolił  się  od  dóbr  ziemskich  i  że  serce  jego  łaknie 
jedynie  wartości  niebieskich”.  Nieokiełznane  objawy  jego  gorącego  temperamentu 
zniknęły  zupełnie.  Umiał  również  ujarzmić  odruchy  dziecięcej  próżności.  I  tak  np. 
nosił  chętnie  stare,  pocerowane  ubrania.  W  stosunku  do  swoich  braci  i  rówieśników 
był  uprzejmy  i  starał  się  nakłaniać  ich  do  dobrego.  Jeśli  inni  jego  bracia  byli 
niegrzeczni,  ojciec  wskazywał  im  zawsze  na  wzorowe  zachowanie  Wincentego. 
Często udawał się na plac zabaw razem z chłopcami z zakładu św. Filipa Nereusza w 
Chiesa Nuova, ale zazwyczaj nie bawił się z nimi. Jeśli jednak zauważał, że zanosi się 
na spór między kolegami, włączał się do zabawy, aby temu zapobiec.  

Względem  rodziców  był  posłuszny  i  stosował  się  ochotnie  do  ich  życzeń, 

Matka  powierzała  mu  często  drobne  zajęcia  gospodarskie,  co  przyjmował  z  całą 
gotowością.  Wystarczyło  też,  że  ktoś  wymienił  imię  ojca  lub  matki,  aby  Wincenty 
porzucił zabawę i spieszył do zajęć domowych. Dlatego Perelli rełacjonuje:  

„Względem  swoich  rodziców  byt  zawsze  posłuszny  i  pełen  czci;  nie  słyszalem 

nigdy,  aby  jako  dziecko  sprawił  rodzicom  kiedykolwiek  najmniejszą  choćby  zgryzotę 
bądź też aby dał im powód do jakiejś nagany za nieposłuszeństwo, czy też aby wynikła 
konieczność stosowania jakichś napomnień wychowawczych z ich strony. Rodzice nie 
mieli  żadnego  z  nim  kłopotu,  był  bowiem  pojętny  i  we  wszystkim  kierowany  łaską 
Ducha Świętego, która wypełniała go od maleńkości”.  

„Cencetto,  to  znaczy  Wicuś,  jest  zawsze  grzeczny!”  słowa  te  mogli  rodzice  z 

radością stosować do chłopca, którego taką powagą przejmowały dziecięce obowiązki 
oraz  przestrzeganie  przykazań  Bożych.  Całe  otoczenie  zbudowane  było  jego 
przykładem.  

Względem ubogich i potrzebujących był pełen miłości i chętnie przekazywał im 

datki pozostawione w tym celu przez miłosiernych rodziców.  

Z całej jego osoby promieniowały skromność i anielska czystość. Już wówczas 

rozpoczynał umartwienia i praktyki pokutne — niezwykłe jak na tak młody wiek - co 
daje powód do przypuszczeń, że od dziecięctwa posiadał wlaną cnotę umartwień. Sam 
dobrowolnie  zadawał  sobie  wyrzeczenia  w  posiłkach,  a  owoce  czy  słodycze 
otrzymywane przy stole rozdawał często braciom lub ubogim.  

background image

20 

 

Trzymał się możliwie najdalej od hałaśliwych zabaw swoich rówieśników. Jego 

kuzyn  Franciszek  Pallotti  napisał:  „Był  bardzo  spokojny  i  nieskłonny  do  zabaw 
właściwych  jego  wiekowi.  Przypominam  sobie,  jak  to  pewnego  dnia,  gdy  byliśmy 
jeszcze  mali,  w  domu  mojej  babki  w  Albano  urządzono  przyjęcie  wraz  z  rodzinami 
innych  kupców.  Wówczas  chłopcy  wyczyniali  różne  dziecinady,  ale  Wincenty 
zachowywał  się  poważnie  i  nie  wtrącał  się  do  naszych  zabaw”.
  Tym  chętniej  mały 
Wincenty oddawał się modlitwie. Duch jego wybiegał ku Bogu, jego Stwórcy i Ojcu 
w  niebie.  Poznał  bowiem  już  wtedy,  że  wszystko,  co  posiadał,  było  jedynie  darem 
miłosierdzia Bożego; dlatego był Bogu jak najbardziej wdzięczny. Już od dzieciństwa 
czuł  się  zobowiązany  do  tej  wdzięczności.  Kardynał  Lambruschini  jest  zdania,  że 
doskonalenie  wewnętrznego  zjednoczenia  z  Bogiem,  co  podziwiać  możemy  w 
dojrzałych  latach  Błogosławionego,  sięga  początkami  jego  dzieciństwa:  „Już  wtedy 
pragnął żyć jedynie i tylko dla Boga i nie znajdował spokoju i radości nigdzie jak tylko 
w  Bogu”
.  Inny  świadek  podaje  tak  samo:  „Wystarczyło  spojrzeć  na  niego,  aby 
osądzić,  że  skupiał  się  cały  zawsze  i  wszędzie  w  Bogu  i  w  podniosłych  myślach  o 
sprawach  dotyczących  Boga.  Ta  postawa  była  dlań  znamienna  od  maleńkości”
.  W 
związku z tym wskazuje ten świadek na ołtarzyk domowy, który był dla Wincentego 
miejscem  poważnych  modłów.  Gorliwie  uczestniczył  również  w  pobożnych 
praktykach  całej  rodziny,  szczególnie  w  modlitwach  różańcowych,  które  odmawiał  z 
głębokim zrozumieniem wewnętrznym.  

Nade  wszystko  pociągał  go  Jezus  w  Najświętszym  Sakramencie  Ołtarza, 

którego  kult  otrzymał  od  swoich  rodziców  niby  bezcenne  dziedzictwo.  Uczestniczył 
codziennie  we Mszy św. i nie zaniedbywał tego również  w czasie  wakacyjnym. Był 
ministrantem w kościele św. Flilipa Nereusza, w Chiesa Nuova, dokąd udawał się na 
nabożeństwa,  podobnie  jak  i  do  ulubionego  kościoła  swego  ojca  Santa  Maria  del 
Suffragio. Przychodził tam wczesnym rankiem. Najpierw kierował kroki na prawo od 
głównego ołtarza, gdzie mieściła się kaplica poświęcona św. Karolowi Boromeuszowi, 
aby  wysłuchać  Mszy  św.  Stamtąd  udawał  się  do  kaplicy  św.  Filipa  Nereusza, 
znajdującej się po przeciwległej stronie,  gdzie również  modlił się  dłuższy czas.  Jeśli 
zakrystian potrzebował w tym czasie ministranta, wystarczyło Wincentego przywołać, 
a z ochotą stawił się do dyspozycji.  

W ciągu dnia odwiedzał Boskiego Zbawicieła w jednym z licznych kościołów 

będących  w  pobliżu  jego  domu  rodzicielskiego.  Jego  brat  Jan  podaje,  iż  nieustanną 
radość Wincenty znajdował w tym, że po odrobieniu zadań szkolnych i innych zajęć, 
mógł udać się do kościoła na modlitwę. Od długotrwałego klęczenia wytarły mu się na 
kolanach  aż  do  białości  jego  czarne  aksamitne  spodenki.  Często  towarzyszył  ojcu  w 
czasie  czterdziestogodzinnych  nabożeństw,  a  jeśli  matka  wzywała  dzieci  do 
uczestnictwa  w  procesji  z  Przenajświętszym  Sakramentem  albo  w  uroczystym 
pochodzie do chorego, Wincenty zgłaszał się jako pierwszy z dzieci.  

 

background image

21 

 

Wielką  uroczystością  był  dla  niego  dzień  jego  pierwszej  Komunii  św.,  którą 

przyjął  w  dziesiątym  roku  życia.  Prawdopodobnie  przygotowywał  się  do  tego 
wydarzenia, zgodnie z panującym wówczas w Rzymie zwyczajem, poprzez specjalne 
rekolekcje  prowadzone  w  domach  rekolekcyjnych.  Jeden  z  jego  kolegów  szkolnych 
opowiada,  jak  żarliwym  nabożeństwem  i  głębokim  zachwytem  zbliżał  się  zawsze 
Wincenty do Zbawiciela ukrytego pod postacią Chleba. Z jakim dopiero żarem musiał 
się  oddawać  Bogu  na  zawsze  i  na  wieczność,  gdy  po  raz  pierwszy  przychodził  do 
niego!  Pierwsza  Komunia  św.  z  pewnością  była  dla  niego,  jak  i  dla  każdego 
pobożnego  chłopca,  kamieniem  węgielnym  pod  fundament  jego  życia.  Jak 
promieniujące słońce Zbawiciel Eucharystyczny ukazał się na niebie jego życia, stając 
się  odtąd  centrum,  do  którego  biegły  wszystkie  myśli  i  uczynki  Wincentego. 
Niebawem nie zadowolił się już, jak inni gorliwi uczniowie, cotygodniową Komunią 
św., lecz  przyjmował  Zbawiciela  po kilka razy  w tygodniu, a  często nawet  dzień  po 
dniu.  Jego  spowiednik  udzielił  mu  pozwolenia  na  tak  częste  komunikowanie,  co  nie 
było  wówczas  przyjętym  zwyczajem,  lecz  aby  nie  budzić  niepotrzebnej  uwagi, 
Wincenty komunikował raz w jednym raz w innym kościele  

Będąc  klerykiem,  napisał  te  słowa:  „W  dniach  poprzedzających  Komunię  św., 

podczas niej oraz po niej pragnę być napełniony pociechą i radością, gdyż dusza moja 
obchodzi wówczas uroczyste święto; i jeśli będę mógł codziennie komunikować, chcę 
za łaską Bożą budzić w sobie od czasu do czasu ten nastrój wewnętrznej radości”.
 Z 
pewnością  od  pierwszej  jego  Komunii  św.  coś  z  tego  uczucia  uszczęśliwienia 
duchowego ogarniało jego serce. Zarazem sakrament ten był dla niego źródłem łaski 
pomocnej  do  coraz  większego  upodabniania  się  do  Zbawiciela.  Dlatego  w 
późniejszych  rozważaniach  Wincenty  skieruje  do  siebie  następujące  pytanie:  „Jak 
starałeś  się  z  okazji  przyjęcia  Zbawiciela  Eucharystycznego  naśladować  Go  w 
cnotach, których On był ci przykładem?”
 Komunia św. uczyła Wincentego spoglądać 
na  Zbawiciela  i  być  posłusznym  Jego  życzeniom.  Z  całą  słusznością  możemy  zatem 
przyjąć,  iż  w  powiązaniu  z  Przenajświętszym  Sakramentem  Ołtarza  narodziło  się  i 
rozwinęło jego powołanie kapłańskie. Od wczesnych lat chłopięcych Wincenty nosił 
w  sobie  tę  skłonność.  Pewnego  razu  -    mały  Wincenty  liczył  wtedy  6  lub  7  lat  - 
podczas  gry  w  piłkę  został  zagadnięty  życzliwie  przez  sąsiadkę,  panią 
Caldari:,,Wincenty,  co  ty  robisz?”  A  wówczas,  nie  odpowiadając  wprost  na  pytanie, 
odrzekł  jej  z  wielką  żywością  i  zapałem:  „Kiedy  wreszcie  ujrzysz  mnie 
odprawiającego  Mszę  św.  przy  ołtarzu  św.  Filipa?”
  Wtedy  już  chyba  rodzice 
rozmawiali  z  nim  na  temat  powołania  kapłańskiego,  do  którego  zdawał  się  być 
przeznaczony od Boga. 
  

W GIMNAZJUM  

Dlatego Wincenty mógł podjąć dalszą naukę. W ówczesnych humanistycznych 

zakładach  nauczania  w  Państwie  Kościelnym  wysoko  ceniony  był  jeszcze  ideał 

background image

22 

 

kształcenia klasycznego. Obok biegłości w języku ojczystym kładziono nacisk przede 
wszystkim  na  łacinę,  którą  pod  koniec  nauki  należało  władać  w  prozie  i  w  wierszu, 
dalej —  na grekę, nowożytnych języków obcych nie uczono  w ogóle, podobnie jak  i 
nie wykładano nauk matematyczno - przyrodniczych, które dopiero później włączone 
zostały  do  nauk  filozoficznych.  Jedynie  podstawy  matematyki  oraz  kilka  gałęzi 
pobocznych, jak historia czy  przyrodoznawstwo zaliczano do programu nauki; dbano 
bowiem  o  to,  aby  nie  rozpraszać  energii  w  różnych  kierunkach.  Nauczanie  w 
gimnazjum  dzieliło  się  na  trzy  główne  stopnie:  gramatykę,  humanistykę  i  retorykę. 
Gramatyka  z  kolei  posiadała  stopnie:  podstawowy,  średni  i  wyższy,  i  zależnie  od 
postępu ucznia trwała trzy lub cztery lata; w latach tych uczniowie uzyskiwali ogólną 
znajomość łaciny, języka ojczystego oraz na stopniu wyższym - języka greckiego. Na 
stopniu  humanistycznym  zajmowano  się  lekturą  pisarzy  klasycznych.  Retoryka 
wymagała  głębszej  znajomości  literatury  klasycznej  i  umiejętności  samodzielnego 
budowania fom i zwrotów językowych.  

Wincenty  jeszcze  w  szkole  na  Via  Cappellari  miał  możność  zapoznania  się  z 

początkami  łaciny;  i  tam  bowiem  -  tak  jak  w  innych  tego  rodzaju  szkołach  po 
zwykłym czasie lekcyjnym wykładano nadprogramowo łacinę. Liczący wówczas 9 lub 
10 lat Wincenty  zabrał się z wielkim zapałem do nauki. Wtedy  jednak napotkał duże 
trudności. Mimo całej pilności i uwagi w szkole małemu adeptowi łaciny nie udawało 
się  wniknąć  w  tajniki  mowy,  do  której  nie  przywykł.  Dlatego  nauczyciel  jego  z 
ubolewaniem oświadczył jednego razu: „Wincenty jest małym świętym; szkoda tylko, 
że tak nikłe posiada zdolności”. 
 

Rodzice  Wincentego  mieli  nadzieję,  że  z  czasem  jakoś  mu  się  powiedzie, 

posłali  go  przeto  do  szkoły  pijarów  San  Pantaleo,  mieszczącej  się  naprzeciw  pałacu 
kancelarii  papieskiej.  Święty  Józef  Kalasanty,  założyciel  zakonu  pijarów,  otworzył 
tutaj  z  początkiem  XVII  w.  szkołę  podstawową,  przeznaczoną  dla  opuszczonej 
młodzieży  rzymskiej  i  sam  nauczał  w  niej  przez  lat  parę.  W  budynku  zachował  się 
jeszcze  pokój  świętego  wraz  z  kaplicą,  w  której  przebywającemu  w  gronie  uczniów 
świętemu ukazała się Matka Boża. Synowie duchowi świętego, prowadzący wtedy tę 
szkołę, stosowali się wiernie do wskazań Założyciela. Przyjmowali do niej bezpłatnie 
chłopców, którzy ukończyli 7 lat, a pochodzili z różnych stanów społecznych. Była to 
więc bardzo różnorodna społeczność szkolna, licząca wtedy ponad 200 chłopców, tak 
że  matka  Błogosławionego  dała  nawet  kiedyś  wyraz  zaniepokojeniu  z  powodu 
„hołoty”,  jaką  znaleźć  można  było  wśród  uczniów  w  San  Pantaleo.  Ale  ojcowie 
zakonni  rozciągali  nad  wszystkimi  staranny  dozór  i  po  skończonych  lekcjach  -  za 
wzorem  swojego  Założyciela  -  sami  odprowadzali  uczniów  w  małych  grupach  do 
domów.  Nauczanie  odbywało  się,  podobnie  jak  w  szkole  na  Via  Cappellari,  przed 
południem  i  po  południu,  po  3  godziny.  Szkołę  podstawową  uzupełniala  szkola 
gramatyki języka łacińskiego.  

background image

23 

 

Po  zakończeniu  nauki  na  stopniu  podstawowym  Wincenty  zapisał  się  na 

studium gramatyczne. Było to w roku 1804 lub 1805. Nauczycielem jego był ks. Jakub 
Ferri,  późniejszy  mistrz  nowicjuszy.  Niestety  jednak  z  nauką  łaciny  nie  wiodło  się  i 
teraz  Wincentemu  lepiej,  a  ks.  Ferri  musiał  o  nim  myśleć  podobnie  jak  pierwszy 
nauczyciel:  

Święty jest ten malec, ale szkoda, ze tak słabo uzdolniony! Ojciec Wincentego, 

chcąc pomóc swemu synkowi w trudnościach, przydzielił mu w domu korepetytora w 
osobie  beneficjanta  Stefana  Stefanellego.  Mimo  wszystko  Wincenty  czynił  zaledwie 
mierne postępy: jedynie z zachowania zbierał najlepsze stopnie.  

Nietrudno przedstawić sobie jak wielce zasmucał Wincentego taki stan rzeczy; 

nad jego marzeniami o kapłaństwie i służbie ołtarza zawisła groźna chmura. Wówczas 
pobożna  matka,  w  serdecznym  współczuciu  dla  cierpień  swego  ulubieńca,  poradziła 
mu  odprawić  nowennę  do  Ducha  Świętego  i  za  pośrednictwem  Najświętszej  Maryi 
Panny wybłagać pomoc dla siebie. Usłuchał rady i z gorącością, na jaką tylko zdobyć 
się mogło to święte, uciśnione serce chłopięce, modlił się do Ducha Świętego i Matki z 
niebios.  Prośby  te,  połączone  -  jak  się  domyślamy  -  z  błaganiem  matki,  zostały 
uwieńczone  nieomal cudownym rezultatem. Jakby jakaś ciemna chmura rozwiała się 
nagle;  teraz  mógł  już  wszystko  z  łatwością  pojąć  i  zapamiętać.  Mogło  się  zresztą 
wydarzyć coś, co wydarzyło się wielu uczniom; umysł ich wymaga pewnego czasu do 
przystosowania  się  do  nowego  materiału;  skoro  jednak  już  przełamią  pierwsze 
trudności, wówczas idzie im coraz lepiej.  

Do uzyskania dobrych wyników przez Wincentego przyczyniła się inna jeszcze 

okoliczność. Ponieważ w San Pantaleo prowadzono tylko studium gramatyki, musiał 
on przejść do ogólnego gimnazjum, celem kontynuowania nauki. Rodzice postanowili 
zatem - być może za radą nauczycieli - przenieść go już teraz a tym samym, ponieważ 
był jeszcze bardzo młody, pozwolić mu tu powtórzenie stopnia gramatycznego. Wybór 
ich  padł  na  Kolegium  Rzymskie,  które  łączyło  filozoficzno  -  teologiczne  studia 
wyższe  Uniwersytetu  Gregoriańskiego  z  gimnazjum  ogólnokształcącym.  Kolegium 
założone  przez  św.  Ignacego  Loyolę  miało  wśród  swoich  uczniów  cały  szereg 
uczonych  i  świętych.  Zaliczali  się  do  nich  św.  Jan  Berchmans,  św.  kardynał  Robert 
Bellarmin,  Kamil  z  Lellis  i  św.  Leonard  z  Porto  Maurizio.  Papież  Grzegorz  II  był 
zasłużonym  protektorem  kolegium,  od  niego  też  przyjął  nazwę  uniwersytet. 
Wykładowcami  byli  jezuici  aż  do  rozwiązania  ich  zakonu  w  roku  1774,  potem  ich 
miejsca  zajęli  kapłani  świeccy,  pełniący  te  funkcje  jeszcze  w  okresie  studiów 
Pallottiego. Dopiero w roku 1824 kolegium ponownie przekazano zakonowi jezuitów. 
Duchowieństwu świeckiemu udało się jednak utrzymać wysoki poziom nauczania.  

Jesienią  1807  r.  dwunastoletni  Wincenty  wstąpił  do  pierwszej  klasy  stopnia 

gramatycznego w Kolegium Rzymskim. Ku zdumieniu rodziny wykazał się niebawem 
dobrymi  postępami  i  stanął  w  szeregu  pierwszych  uczniów.  W  zachowanych 
świadectwach  z  roku  1809  figuruje  ocena  summa  cum  laude,  a  z  końcem  roku 

background image

24 

 

szkolnego otrzymał piątą nagrodę. Podobnie i w innych latach otrzymywał on nagrody 
za wzorowe wyniki w nauce. Słabsi koledzy korzystali chętnie z jego pomocy, tak że 
mieszkanie jego było miejscem spotkań licznych studentów.  

Po  ukończeniu  gramatyki  studiował  humanistykę,  również  z  najlepszym 

wynikiem.  Jego  profesor  Ponzileoni  wyraził  się  później  o  nim  oraz  o  poważanym 
jezuicie Buonvicinim, studiującym współcześnie z Pallottim, iż były to „dwa asy” (due 
buone pezze). 
Chciał on przez to powiedzieć, iż ci dwaj byli istotnie najlepsi spośród 
wszystkich  uczniów.  Podobny  sukces  odnosił  Wincenty  w  studium  retoryki.  W  roku 
1813,  zamykającym  okres  jego  nauki  gimnazjalnej,  został  odznaczony  pierwszą 
nagrodą za biegłość w łacińskiej mowie wiązanej, tj. za łacińską sztukę poetycką, oraz 
trzecią  nagrodą  za  łacińską  prozę.  Na  egzaminie  końcowym  przyznano  mu  drugą 
nagrodę za znajomość języka ojczystego; natomiast w prozie łacińskiej zdołało ubiec 
go tym razem pięciu innych kolegów, Wincentemu przypadła więc w udziale jedynie 
pochwała. Z pilności i z zachowania zbierał oczywiście zawsze najlepsze oceny.  

W  latach  tych  zdobył  Wincenty  doskonałe  wykształcenie  ogólne. 

Drogowskazem  było  mu  hasło  wyryte  na  kamiennym  frontonie  Kolegium 
Rzymskiego: „W służbie wiary i sztuk pięknych” (Religioni et honis artibus). Z uwagi 
na  swoje  powołanie  cenił  wysoko  także  nauki  świeckie  i  traktował  je  -  jak  o  tym 
kiedyś  wyraził  się  za  młodych  lat  -  jako  „fundament”  pod  stan  duchowny,  z  tym  że 
należy je uprawiać „w sensie podanym przez świętego Bazylego”. Otóż wspomniany 
Ojciec  Kościoła  we  wprowadzeniu  do  lektury  starych  pisarzy  pogańskich  dla 
młodzieży zauważa, że jakkolwiek ponad wszelką doczesnością istnieje życie wieczne 
wskazane na kartach Pisma Świętego, to jednak pogańscy pisarze potrafia wyćwiczyć 
bystrość  naszego  umysłu  potrzebną  do  zrozumienia  Pisma  Świętego,  stając  się  pod 
niektórymi  względami  niejako  jego  zwierciadłem.  Podobnie  jak  drzewo,  którego 
istotną wartość stanowią owoce, ozdabia się przecież i liśćmi, tak też „i dusza łaknie 
przede wszystkim owoców prawdy wiecznej, ale ubiera się i w szatę obcej mądrości, 
tak  jak  owoc  stroi  się  w  cień  i  urok  liści.  Jako  przykład  posłużyc  tu  mogą  Mojżesz  i 
Daniel  z  ksiąg  Starego  Testamentu.  Rozwijając  tę  myśl  szczegółowiej,  wskazuje 
Bazyli, jak powinniśmy wyśledzić u pisarzy pogańskich wszystko, co dobre i cnotliwe 
jest  w  ich  naukach    bohaterach,  natomiast  omijać  i  wystrzegać  się  wszystkiego,  co 
występne. W duchu takich pouczeń Wincenty odbywał swoje studia.  

Przy tym nieocenionym zyskiem był dla niego fakt, że mieszkał w Wiecznym 

Mieście,  którym  ongiś  żyli,  działali  i  tworzyli  rozliczni  pisarze  i  poeci  łacińscy  na 
ruiny pomników starorzymskiej epoki spojrzał teraz innymi oczyma; starożytny Rzym 
odżywał  w  nim  na  nowo.  Wzrokiem  sięgał  Wincenty  w  odleglą  przeszłość  i  przed 
oczyma  jego  duszy  Miasto  siedmiu  Wzgórz  odkrywało  swą  bogatą  historię. 
Oddaliwszy  się  niewiele  od  Rzymskiego  Kolegium,  podziwiać  mógł  wspaniałą 
rotundę  Panteonu,  pochodzącą  z  czasów  cesarza  Hadriana,  poświęconą  wówczas 
bogom  planet  niebieskich.  Wstępując  na  Kapitol,  uzmysławiał  sobie  potęgę 

background image

25 

 

rzymskiego  panowania  nad  światem,  zaś  na  Forum  Romanum  dostrzegał  ślady 
bujnego minionego życia. Monumentalne jeszcze szczątki murów były wspomnieniem 
wspaniałych  niegdyś  świątyń  i  gmachów  publicznych,  w  których  oddawano  cześć 
bogom  i  debatowano  o  doniosłych  sprawach  państwowych.  Pobliskie  Koloseum 
pozwalało  młodemu  studentowi  zrozumieć  potęgę  starorzymskiego  imperium,  ale 
zarazem  olbrzymia  ta  budowla  przywodziła  na  pamięć  zdeprawowane  igrzyska  oraz 
krwawą  śmierć  męczeńską  niezliczonych  chrześcijan.  Mocą  wyobraźni  zamieniał 
Wincenty  widoczne  za  Forum  Romanum  ruiny  Palatynu  w  błyszczące  zlotem  pałace 
cesarskie, przypominając sobie tym samym prawdę o  przemijaniu doczesnej  potęgi i 
świetności. A jeśli nawet niektóre budowle, mające uwiecznić pamięć cesarzy, zdołały 
przetrwać zawieruchy dziejów - jak np. mauzoleum cesarza Hadriana, czyli dzisiejszy 
zamek św. Anioła - to należały one tylko do nielicznych wyjątków.  

Podobne  znamiona  przemijania  mógł  Wincenty  dostrzec  na  różnych 

starorzymskich  budowlach  błyszczących  niegdyś  luksusem  i  zbytkiem,  jak  teatry, 
łaźnie  i  inne.  Opuszczając  pewnego  razu  zabezpieczone  nurem  aureliańskim  miasto, 
dostrzegał  Wincenty  nieliczne  już  pomniki  nagrobne,  poświęcone  pamięci  jakiegoś 
Cestjusza  i  Metelli  oraz  łuki  akweduktów  sterczące  ułamkami  z  gruntów  Kampanii, 
prawdziwy  kres  wszelkiej  doczesności.  Jedynie  starożytne  dzieła  sztuki,  oglądane 
przez Wincentego w muzeach miasta, oraz dzieła starych łacińskich klasyków, czytane 
przezeń w szkole, tchnęły jeszcze życiem. 

Z łatwością zatem mógł Wincenty lekturę taką obrócić na swój użytek w duchu 

wskazań św. Bazylego. Książki te wywierały z pewnością głębokie wrażenie na jego 
chłonnym umyśle. Znajomość starożytnego świata wiodła tego rdzennego rzymianina 
do  źródeł  włoskiej  i  neorzymskiej  ludowości.  Rozpoznał  w  łacinie  prabrzmienie 
swojej  ojczystej  włoskiej  mowy,  a  że  łacina  była  językiem  Kościoła,  stała  mu  się 
przeto  jakby  drugim  językiem  ojczystym.  Wykształcenie  humanisIyczne  więc,  w 
organicznym powiązaniu z duchem i umysłem, weszło mu jakby w krew i przynieść 
miało  owoc  na  całe  jego  życie.  Pod  koniec  gimnazjum  Wincenty  mówił  płynnie  po 
łacinie  i  potrafił  wyrażać  się  tym  językiem  w  formie  poetyckiej.  Opanował  również 
grekę w stopniu przepisowym, zaś język włoski równie dobrze jak łacinę. Tym samym 
osiągnął cel programu gimnazjalnego: rozwinął swoje siły duchowe i przygotował się 
wzorowo do studiów wyższych.  

Znamiennym uzupełnieniem nauki szkolnej  były  dla  Wincentego  współczesne 

burzliwe wydarzenia dziejowe, których sceną z winy żądnego władzy Napoleona stał 
się  także  Rzym.  Po  pierwszych  lalach  pokoju  doszło  do  konfliktu  między  cesarzem 
Napoleonem  a  papieżem  Piusem  VII,  który  nie  chciał  podporządkować  się 
niesprawiedliwym  i  antykościelnym  żądaniom  tyrana.  Papież  odmówił  stanowczo 
zrezygnowania z części Państwa Kościelnego i nie chciał zdać się na łaskę i niełaskę 
Napoleona;  nie  zgodził  się  również  na  tegoż  zamysły  dotyczące  Kościoła,  które 
oznaczałyby  obalenie  dotychczasowych  porządków  w  Kościele.  Dlatego  na  rozkaz 

background image

26 

 

Napoleona  2  lutego  1808  r.  generał  Miollis  wkroczył  do  Wiecznego  Miasta,  zajął 
zamek  św.  Anioła,  a  papieskie  oddziały  wojskowe  włączył  w  szeregi  swej  armii. 
Niechętni  zaborcom  kardynałowie  otrzymali  rozkaz  opuszczenia  miasta,  a  że  nie 
odeszli dobrowolnie, więc usunięto ich przemocą. Rozpoczął się nieprzerwany szereg 
gwałtów  i  nadużyć,  aż  wreszcie  rankiem  6  lipca  1809  r.  francuski  generał  Radet 
aresztował Ojca Świętego, który podobnie jak jego poprzednik, wywieziony został do 
Francji. Sprawca tego gwałtu, Napoleon, już wcześniej wcielił Państwo Kościelne do 
swego cesarstwa. Gdy papież wtedy rzucił klątwę kościelną na cesarza Francuzów, ten 
odpowiedzial mu drwiąco, że klątwa ta nie zdoła wytrącić broni z rąk jego żołnierzy. 

W  następstwie  tych  wydarzeń  zapanowała  w  Rzymie  francuska  przemoc,  z 

wściekłością  występująca  przeciw  kościelnym,  wiernym  papieżowi  organom  Stolicy 
Apostolskiej.  Kardynałów,  urzędników  kurialnych  i  generałów  zakonnych  wygnano 
do Paryża, zamknięto kongregacje kardynalskie i wysiedlono zakony. Od urzędników 
duchownych i cywilnych  żądano  złożenia  przysięgi na  wierność  Napoleonowi, a  kto 
jej  nie  zlożył,  był  odstawiany  jako  jeniec  do  Górnej  Italii  lub  na  Korsykę.  Ludność 
rzymska  cierpiała  różnoraki  ucisk;  mężczyźni  zdolni  do  noszenia  broni  musieli 
odbywać  służbę  wojskową  w  armii  francuskiej,  nałożono  olbrzymie  podatki  i 
świadczenia,  a  bogactwa  miasta,  szczególnie  bezcenne  dzieła  sztuki,  wywożono 
masowo do Paryża. W krótkim czasie liczba mieszkańców Rzymu spadła z 153 do 117 
tys.  Ustał  również  napływ  pielgrzymów,  ożywiających  zazwyczaj  ulice  miasta. 
Wiseman  opowiada  o  tamtych  smutnych  czasach:  „Prawie  dosłownie zastosować  się 
dały do Rzymu te oto słowa Pisma  Świętego: <<Drogi Syjonu płaczą, albowiem nie 
masz, kto by szedł na święto uroczyste>) (Lm 1,4)”. Opowiada on, że pamięta dobrze 
niektórych  starców,  „którzy  płakali,  gdy  mówilo  się  z  nimi  o  tamtych  dniach,  i 
przypominali  sobą  owych  starców  izraelskich  porównujących  nową  świątynię  z 
minioną świetnością dawnej” . 

Również  rodzina  Pallottich  z  ciężkim  sercem  przeżywała  ówczesne  warunki 

trwające aż do roku 1814. Dla Wincentego były one niezapomnianą lekcją poglądową 
o  walce  królestwa  Bożego  na  ziemi  i  bardziej  niż  kiedykolwiek  uświadamiały  mu 
powagę  zadań  życiowych  oraz  upragnionego  powołania  kapłańskiego.  Całą  duszą  i 
ciałem  stał  po  stronie  papieża  i  Kościoła,  organizowane  zaś  często  przez  nowych 
władców szumne festyny i uroczystości nie zdołały go omamić.  

Jego 

kuzyn 

Franciszek 

opowiada 

pewnym 

zdarzeniu, 

dobrze 

charakteryzującym  duchową  postawę  Wincentego  w  owych  dniach.  Działo  się  to  w 
sierpniu  1810  r.,  kiedy  uroczyście  świętowano  urodziny  cesarza  Napoleona, 
przypadające  na  święto  Wniebowzięcia  Najświętszej  Maryi  Panny.  W  wigilię 
uroczystości  francuscy  zaborcy  urządzili  wyścigi  konne  na  Piazza  Navona,  czemu 
przypatrywał  się  żądny  sensacji  tłum  gawiedzi.  Poszedł  tam  również  Franciszek  ze 
swymi  kolegami,  wśród  których  zapewne  znajdowali  się  bracia  Pallotti,  aby 
przypatrzeć się widowisku. Wincenty wolał jednak i tym razem, tak jak w poprzednie 

background image

27 

 

wieczory,  wziąć  udział  w  nowennie  odprawianej  z  okazji  Wniebowzięcia  NMP  w 
kościele  kapucynów  Santa  Maria  della  Concezione.  Tego  wieczoru  lunął  rzęsisty 
deszcz.  Na  Piazza  Navona,  gdzie  przebywał  Franciszek  ze  swoim  towarzystwem, 
spadło zaledwie parę kropli, podczas gdy Wincenty przemókł do suchej nitki. Potem 
chłopcy przekomarzali się z nim ze śmiechem, mówiąc, że gdyby poszedł z nimi, nie 
musiałby zmoknąć i dodali żartem: „No i widzisz, poszedłeś do kościoła, aby bić się w 
piersi, i zmokłeś, my zaś, mimo że z wyścigów, wracamy na sucho”. Wincenty mógł 
uśmiechnąć się tylko na takie słowa. Pod względem dojrzałości religijnej przewyższał 
bowiem znacznie swych rówieśników, dlatego z łatwością przyszło mu zrezygnować z 
widowiska,  jakkolwiek  z  natury  rzeczy  musiało  być  ono  dla  niego,  jak  i  dla  innych 
chłopców,  atrakcyjne.  Wewnętrzna  odraza  względem  obcego  najeźdźcy  i  wroga 
Kościoła  podyktowała  mu  zachowanie  należnego  dystansu.  Podobnie  większość 
duchowieństwa  odmówiła  15  sierpnia  odśpiewania  Te  Deum  nakazanego  z  okazji 
urodzin cesarza.  
 

BÓG JEST MOIM DZIEDZICTWEM 

Wraz  z  rozwojem  sił  duchowych  kształtowało  się  w  małym  gimnazjaliście 

niezwykle  piękne  życie  religijno  -  moralne.  Kontynuował  szczęśliwie  to,  co  w 
poprzednim  etapie  było  pomyślną  zapowiedzią  pięknych  rezultatów,  dlatego  można 
było  odnieść  do  niego  słowa  wypowiedziane  w  Ewangelii  świętej  o  młodym 
Zbawicielu. „I wzrastał zarówno w latach, jak i w mądrości i łasce u Boga i ludzi” (Łk 
2,52)”.  

Bez  żadnych  wahań  szedł za  głosem  powołania, dla którego znalazł właściwą 

atmosferę  w  swym  religijnie  nastrojonym  otoczeniu.  Szkoły,  do  których  uczęszczał, 
udostępniały swym wychowankom nie tylko samą wiedzę, lecz zaprawiały ich także 
do prawdziwie chrześcijańskiej formy życia. Nauka umocniona została duchem wiary 
św.;  do  tego  dochodziły  starannie  prowadzone  lekcje  religii,  powiązane  z 
odpowiednimi  praktykami  pobożnymi.  W  San  Pantaleo  dbano  o  to,  aby  uczniowie 
uczęszczali  codziennie  na  Msze  św.  i  aby  zapisywali  się  do  Sodalicji  Mariańskiej, 
której  zbiórki  odbywały  się  w  niedziele  i  święta  w  kaplicy  szkolnej.  Poza  tym 
uczniowie  odmawiali  Godzinki  ku  czci  Najświętszej  Dziewicy,  służyli  do  Mszy  św. 
połączonej zwykle z krótką egzortą, a kto chciał, mógł przystąpić do Komunii św., bo 
w  każdą  sobotę  była  okazja  do  spowiedzi.  Wincenty  gorliwie  uczestniczył  w  tych 
wszystkich  praktykach;  szczególnie  przy  okazji  przyjmowania  sakramentów  św. 
odbywał  w  ciągu  dnia  głębokie  skupienie  duchowe.  Jego  nabożeństwo  i  miłość  do 
Matki  Bożej  umacniały  się  przez  żywy  udział  w  pracach  Sodalicji  Mariańskiej  oraz 
przez inne zachęty święte, których nie brakło dzięki gorliwości pijarów, natchnionych 
duchem  kultu  maryjnego.  Wielką  cześć  żywił  również  dla  założyciela  szkoły,  św. 
Józefa Kalasantego.  

background image

28 

 

W  Kolegium  Rzymskim  równie  troskliwie  dbano  o  życie  religijne  uczniów. 

Tutaj  mieściła  się  właściwa  siedziba  Sodalicji  Mariańskiej.  Uczniowie  gimnazjum 
odbywali kongregacje Aula Maxinia, nazwane tak od wielkiej sali, w której odbywały 
się  zbiórki.  Ćwiczenia  tam  praktykowane  podobne  były  do  ćwiczeń  z  San  Pantaleo. 
Szkolne  Msze  św.  odprawiano  dla  uczniów  w  kościele  kolegiackim  Sant’Ignazio. 
Również  i  tutaj  Wincenty  całą  duszą  oddawał  się  pobożnym  praktykom.  Duchową 
podnietę  stanowili  dla  niego  obydwaj  święci  młodzieńcy  Alojzy  Gonzaga  oraz  Jan 
Berchmans,  których  relikwie  spoczywały  w  ołtarzach  kościoła  Sant’Ignazio.  W 
samym gmachu kolegium można było odwiedzać pokoje, w których pomarli ci święci, 
przemienione  teraz  na  kaplice,  gdzie  znajdowały  się  też  liczne  pamiątki  po  nich.  Za 
ich świętym przykładem pragnął Wincenty kształtować swoje życie. W Chiesa Nuova, 
gdzie w tygodniu nadal przeważnie uczestniczył we Mszy św., dopiero w tych latach 
wyraźnie  zobaczył  świat  św.  Filipa  Nereusza,  którego  pokój  i  prywatną  kaplicę  w 
przyległym klasztorze mógł odwiedzać. Z relacji ojców zanotował w pamięci niejedną 
oryginalną cechę charakteru lub wypowiedź tego świętego z ludu. Jako młody kapłan 
napisze  później  do  pewnego  zaprzyjaźnionego  księdza  te  słowa:  „Niechaj  ksiądz 
rozpowszechnia  nabożeństwo  do  Filipa  Nereusza  i  św.  Józefa  Kalasantego,  obu 
czcigodnych  patronów  młodzieży,  aby  oni  zechcieli  użyczyć  i  księdzu,  i  wszystkim 
ludziom,  a  szczególnie  duchownym,  łaski  pomocnej  w  prowadzeniu  młodzieży  po 
ścieżkach  Pańskich”.
  Wincenty  uczył  się  na  przykładzie  Filipa  Nereusza  gorliwego 
dążenia  ku  doskonałości,  rezygnacji  z  siebie  i  ze  świata,  a  w  dzialałności  pośród 
młodzieży  zdobywał  cenną  zaprawę  do  przyszłych  zadań  apostolskich.  Jako  „drugi 
Apostoł  Rzymu”  miał  on  później  kroczyć  śladami  św.  Filipa  i  upodobnił  się  do 
swojego  wzoru  dalece,  że  Elżbieta  Sanna  mogła  powiedzieć  o  nim,  iż  dostrzegła  w 
Wincentym wszystko to, co czyta się o Filipie Nereuszu.  

Błogosławioną przystanią stał się później dla młodego gorliwego ginmazjalisty 

zewnętrznie niepozorny, ale pełen uroku kościółek Santa Maria del Pianto, leżący przy 
starej  dzielnicy  żydowskiej.  Nazwę  swoją,  którą  można  przetłumaczyć  z  włoskiego: 
„Najświętsza  Maryja  Łzawa”,  wywodził  ten  kościół  od  cudownego  obrazu 
Bogarodzicy, wiszącego nad  głównym ołtarzem.  Obraz  ten znajdował  się pierwotnie 
na  jednym  z  budynków  przy  sąsiednim  placu  i  -  jak  głosi  podanie  -  widniejąca  na 
obrazie  Matka  Boża  miała  zapłakać,  gdy  pewnego  dnia  popełniono  tam  wielką 
zbrodnię.  Odtąd  oddawano  obrazowi  szczególną  cześć  i  wybudowano  dlań  kościół. 
Przy  domu  Bożym  istniała  Sodalicja  Mariańska  dla  młodzieży  męskiej,  która 
uczestniczyła  rankiem  w  niedziele  i  święta  we  Mszach  św.  odprawianych  z 
zachowaniem  sodalicyjnego  ceremoniału.  Wincenty  jeszcze  w  czasie  swoich 
pierwszych  studiów  łacińskich,  gdy  uczęszczał  do  szkoły  na  Via  Cappellari,  był 
członkiem tej sodalicji. Zachęcił  go do tego  prawdopodobnie jego  nauczyciel  religii, 
Antoni  Santelli,  czynny  również  w  Santa  Maria  del  Pianto.  Wincenty  mógł  jednak 
zaledwie  przez  krótki  czas  uczestniczyć  w  tamtych  nabożeństwach.  Ale  nawet,  gdy 

background image

29 

 

zaczął  uczęszczać  na  Msze  św. do  San Pantaleo  oraz  do Kolegium Rzymskiego, nie 
zerwał nigdy łączności z Sodalicją Mariańską przy Santa Maria del Pianto. W czasie 
studiów uniwersyteckich ujrzymy tam kleryka Wincentego w roli współpracownika a 
nawet animatora.  

Nieprzerwanie mógł natomiast się udzielać  gimnazjalista  Wincenty  w pracach 

związku  młodzieżowego,  tzw.  Adunanza,  połączonego  z  Sodalicją  Mariańską  i 
mieszczącego  się  również  przy  Santa  Maria  del  Pianto.  Zebrania  tego  związku 
odbywały się w popołudnia niedzielne i świąteczne oraz w wolne od zajęć szkolnych 
czwartki, a więc  Wincenty  mógł być na nich obecny. Celem związku było  moralno - 
religijne  i  społeczne  kształcenie  dorastającej  młodzieży  męskiej  przez  pogadanki, 
religijne  ćwiczenia  i  rozrywki.  Należeli  tutaj  głównie  członkowie  sodalicji,  ale 
przyjmowano  chętnie  i  innych.  Byli  to  uczniowie,  studenci  młodzi  rzemieślnicy, 
wszyscy  rekrutowali  się  na  ogół  ze  stanu  średniego.  Wstęp  warunkowało  ukończenie 
co  najmniej  lat  12  i  uczęszczanie  na  nabożeństwa  sodalicyjne  przy  Santa  Maria  del 
Pianto. Członkowie związku podzieleni byli na pięć tzw. dziesiątek, z których każda 
liczyć mogła nawet do czternastu osób. Przy tym liczba wspomnianych „dziesiątek”, a 
zatem  i  ogólna  liczba  członków,  mogla  się  —  zależnie  od  potrzeby  —  odpowiednio 
powiększyć. Każda „dziesiątka” nazwana była imieniem wybranego świętego patrona. 
Okres  tak  zwanego  nowicjatu,  trwający  cztery  miesiące,  pod  patronatem  św. 
Stanislawa  Kostki,  zapoznawał  początkujących  ze  zwyczajami,  programem  i 
zadaniami  związku.  Związkiem  kierował  kapłan,  mający  do  pomocy  dwóch  innych 
księży,  tj.  „przeora”  oraz  „wiceprzeora”.  „Mistrzem  nowicjuszów”  bywał  zwykle 
również  kapłan  opiekujący  się  adeptami  przy  współpracy  kilku  kleryków,  czyli  tzw. 
pomocników;  każdy  z  nich  zawiadywał  swoją  „dziesiątką”,  reszta  zaś  kleryków 
pozostawala do dyspozycji kierownika.  

W  ustalonych  dniach  chłopcy  i  młodzieńcy  zbierali  się  we  wczesnych 

godzinach popołudniowych w zakrystii kościoła Santa Maria del Pianto, gdzie słuchali 
krótkiej  lektury  duchowej,  odmawiali  różaniec,  potem  w  uformowanym  szeregu 
udawali  się  do  ogródka  związkowego.  Przybywszy  na  miejsce,  odmawiali  krótką 
modlitwę. Następnie poszczególne grupy chłopców, każda na wyznaczonym miejscu, 
oddawały się wesołym zabawom, jak np. ulubionej i popularnej grze boecia, podczas 
gdy  nowicjusze  musieli  przedtem  wysłuchać  w  przyległej  kaplicy  około 
półgodzinnego wykładu. Aby myślą o Bogu utrzymać młodzież w karności, ustawiono 
na  boisku  dużą  tablicę  z  napisem  „Obecność  Boża”;  prócz  tego  każdy  młodzieniec 
musiał powtarzać te słowa co kwadrans. Na dany przez kierownika znak przerywano 
grę i wszyscy udawali się do kaplicy. Tam odprawiano krótkie rozmyślania, następnie 
udzielano  młodzieży  wskazówek  dotyczących  następnego  zebrania,  ustalano 
najbliższą  nowennę,  a  na  zakończenie  śpiewano  Litanię  loretańską.  Po  opuszczeniu 
kaplicy  każda  „dziesiątka”  zbierała  się  wokół  swojego  kleryka,  który  przez  pewien 
czas  rozmawiał  jeszcze  z  chłopcami  na  tematy  duchowe.  W  końcu  uszeregowanym 

background image

30 

 

oddziałem  wszyscy  wracali  w  stronę  kościoła  Santa  Maria  del  Pianto,  gdzie 
następowało rozwiązanie zbiórki. 

Podczas  roku urządzano rozmaite  uroczystości,  np. z  okazji  przyjęcia  nowych 

członków,  rozdania  nagród  za  dobre  sprawowanie  bądź  z  okazji  świąt  patronów 
poszczególnych  „dziesiątek”.  Czczono  również  wnętrze  kościoła  uroczyście  pamięć 
„świętych miesiąca”, pod których opiekę powierzano poszczególne miesiące roku. Raz 
w  miesiącu  urządzano  wycieczki  do  okolicznych  wiosek  albo  na  tereny  rzymskiej 
Kampanii.  W  karnawale  oraz  w  październiku  urządzano  weselsze  zabawy,  aby 
powstrzymać młodzież od udziału w światowych rozrywkach. Chrześcijańskie normy 
życia zalecały młodzieńcom cotygodniowe przystępowanie do Komunii św., staranne 
odmawianie  modlitw  codziennych,  dalej  sumienne  wypełnianie  obowiązków 
zawodowych,  dobre,  posłuszne  i  skromne  zachowanie  się  oraz  unikanie  zgorszeń. 
Niepoprawnych młodzieńców wykluczano ze związku.  

Wincenty  otrzymał  tam  dobrą  szkołę  życia.  Antoni  Santelli,  który  stał  się 

bardzo  gorliwym  kapłanem  i  był  przyjacielem  oraz  współpnicownikiem 
błogosławionego Kaspra del Bufalo, został kierownikiem związku młodzieżowego; on 
też  zapalał  gimnazjalistę  swym  gorliwym  duchem  apostolskim.  Wincenty  nazwie  go 
później „swoim dobrym ojcem Jakubem”, a siebie samego „Józefem”, i zwraca się do 
Santellego  tymi  słowami:  „W  czcigodnej  osobie  księdza  dostrzegam  z  wielu 
pobożnych względów duchowe ojcostwo”.  

Wincenty  przysparzał  wiele  radości  swemu  serdecznemu  przyjacielowi.  Jak 

wszędzie,  tak  i  tutaj  wyróżniał  się  chlubnie  swym  skromnym,  wzorowym 
prowadzeniem”. Czysto duchowy charakter miały podniety, jakie czerpał z kontaktów 
z  kościołem  kapucynów  Santa  Maria  delia  Concezione.  Rodzina  Pallottich  zaliczała 
się  do  grona  dobroczyńców  klasztoru,  dzięki  czemu  w  roku  1808  ojcowie  zapewnili 
Piotrowi Pawłowi Pallottiemu udział w duchowych dobrach zakonu. Wincenty często 
odwiedzał  ten  kościół  tchnący  powagą  i  nastrojem  religijnym,  gdzie  spoczywały 
relikwie św. kapucyna Feliksa z Catalice. Obraz św. Michała Archanioła, namalowany 
przez  Reniego,  widoczny  na  prawo  od  wejścia,  przypominał  Wincentemu  o  walce 
królestwa  Bożego  z  potęgami  cicnmości,  a  złożone  w  podziemiach  kościelnych 
doczesne szczątki  zmarłych kapucynów uświadamiały mu marność spraw ziemskich. 
Kontaktował się również z ojcami zakonnymi, którzy zaznajamiali go bliżej z historią 
św.  Franciszka  z  Asyżu,  swego  patrona.  Bezwiednie  nabył  wówczas  szczególnej 
sympatii  dla  serafickiego  świętego”.  Na  koniec  porwali  go  swoim  urokiem  wszyscy 
pozostali  święci  Wiecznego  Miasta,  począwszy  od  obu  apostołów  Piotra  i  Pawła, 
poprzez  wszystkich  męczenników  aż  do  świętych  ostatnich  czasów,  których  liczba 
była znaczna. Pamięć o nich przybliżały liczne kościoły i grobowce oraz obchodzone 
na ich cześć doroczne uroczystości.  

Przykład  taki  pobudzał  jego  pragnienie  dokonania  podobnych  bohaterskich 

czynów;  a  z  chwilą  gdy  wzywał  swoich  wielkich  poprzedników  o  orędownictwo, 

background image

31 

 

musiał uzyskać od nich pomoc do pójścia w te ślady. Obok wszystkich omówionych tu 
wpływów,  kształtujących  duchowe  życie  Błogosławionego  i  krystalizujących 
dojrzałość  jego  powołania  kapłańskiego,  wymienić  należy  jeszcze  jeden  czynnik, 
wprawdzie  z  zewnątrz  niewidoczny,  ale  nie  mniej  znaczący  —  jest  nim  dzialałność 
jego  spowiedników.  Wincenty  już  od  początku  miał  szczęście  napotkać 
wartościowych  kapłanów,  odpowiedzialnie  sprawujących  urząd  zaufania.  Pewnego 
razu powiedział do Virilego, że „dziękuje Panu Bogu za dobrego spowiednika, którego 
mu Bóg przeznaczył; należałoby takich szukać i upraszać sobie u Boga. Jeśli zaś już 
ich  posiadamy,  należy  przychodzić  do  nich  w  duchu  pokory,  uległości  i 
posłuszeństwa,  aby  z  ich  ust  usłyszeć  wolę  Boga”.  Virili,  który  przytacza  te  słowa, 
dodaje  ponadto  zdania,  ilustrujące  stosunek  Pallottiego  do  jego  kierowników 
duchowych:  „Wincenty  kochał  i  czcił  swoich  duchowych  kierowników;  ich  słowa  i 
wskazówki  były  dla  Sługi  Bożego  jakby  wyrocznią,  do  której  stosował  się  w  duchu 
prawdziwie  pokornej  i  oddanej  uległości.  Widział  objawiającą  się  przez  nich  wolę 
Boską, ponieważ byli zastępcami Boga.  
Modlił  się  również  w  ich  intencji,  aby  Bóg  zesłał  im  dar  światła  i  łaski.  Mówił  do 
mnie:  <<Konieczną  jest  rzeczą  modlić  się  zawsze  w  intencji  naszych  kierowników 
duchowych,  aby  otrzymałi  od  Boga  Oświecenie  łaski  potrzebne  do  dobrego 
prowadzenia nas po prawych ścieżkach woli Bożej>>”. 

Z  cotygodniową  spowiedzią  połączył  Wincenty  praktykę  krótkiego  rachunku 

sumienia,  tak  że  kierownik  duchowy  miał  pełny  wgląd  w  stan  jego  duszy.  Już  jego 
pierwszy  stały  spowiednik  -  był  nim  prawdopodobnie  jeden  z  ojców  kapucynów  - 
wywarł zbawienny wpływ na jego duszę. Wincenty otrzymał od niego święte zasady, 
których  przestrzegał  gorliwie.  Kapłan  ten  wprawdzie  wymagał  wiele,  ale  był 
jednocześnie  pełen  miłości  i  pomógł  dojść  Błogosławionemu  -  jak  o  tym  świadczy 
zaufany  powiernik  Wincentego,  Virili  -  do  głębokiego,  prawdziwie  katolickiego 
zrozumienia sakramentu pokuty.  

Po  śmierci  kapucyna  Wincenty  obrał  sobie  za  spowiednika  Bernarda 

Fazziniego,  ówczesnego  proboszcza  kościoła  Santa  Cecilia  in  Trastevere.  Wincenty 
liczył  12  lat,  gdy  po  raz  pierwszy  skorzystał  z  jego  pomocy  duszpasterskiej  i  odtąd 
przez  następnych  30  lat,  tj.  aż  do  śmierci,  która  nastąpiła  w  roku  1837,  Fazzini 
pozostawał  spowiednikiem  Błogosławionego.  Kierownictwo  to  miało  zatem  istotne 
znaczenie dla duchowego kształtowania Pallottiego. 

Bernard 

Fazzini 

był  uczonym  i  świątobliwym  kapłanem.  Jego 

powierzchowność  nie  wskazywała,  jak  wielki  duch  w  nim  mieszkał;  był  bowiem 
Fazzini  nikłej postury, ślepy na  jedno oko, a w późniejszym wieku miał problemy  z 
chodzeniem.  Nie  przeszkadzało  mu  to  jednak  wcale  oddawać  się  niestrudzenie 
dziełom  zbawienia  dusz  i  miłości  bliźniego.  Dużo  czasu  poświęcał  studiom  i 
modlitwie, ograniczając do minimum wypoczynek. Celem pogłębienia swoich studiów 
zaopatrzył  się  w  piękny  księgozbiór.  Był  poszukiwanym  spowiednikiem  i  cenionym 

background image

32 

 

kierownikiem  duchowym,  a  przy  jego  konfesjonale  klękały  wysoko  postawione 
osobistości  kościelne.  Virili  powiada  o  nim:  „Posiadał  niezwykłą  moc  słowa,  przez 
którą zyskiwał dusze ludzkie dla Boga”. Na dowód tego opowiada Virili, jak to razu 
pewnego,  będąc  jeszcze  młodzieńcem,  posłany  został  przez  Pallottiego  do  księdza 
Fazziniego,  uby  zasięgnąć  rady  w  sprawie  swego  powołania.  I  wówczas  właśnie 
„duchowa  pociecha  płynąca  ze  słów  Fazziniego  objęła  go  od  rana  aż  do  wieczora 
urokiem niebiańskiego zachwytu do tego stopnia, że zapomniał nawet o południowym 
posiłku,  chociaż  jeszcze  nic  nie  jadł”.  Według  świadectwa  kardynała  Morichiniego, 
który  poznał  Fazziniego  w  podeszłych  jego  latach,  odznaczał  się  on  obejściem 
prostym,  otwartym  i  serdecznym.  Wspomniany  kardynał  często  spowiadał  się  u 
Fazziniego, miał więc okazję podziwiać w nim mądrość i głębię ascetycznego ducha. 
Doświadczony  ten  spowiednik  służył  mu  dobrymi  radami  i  potrafił  zawsze  znaleźć 
właściwe i pełne pociechy  

Podczas  okupacji  francuskiej  Fazzini  odmówił  złożenia  wymaganej  przez 

okupantów  przysięgi  i  został  na  czas  pewien  wygnany  z  Rzymu.  W  1825  r.  z  racji 
swego  podeszłego  wieku  zrezygnował  z  urzędu  proboszcza  i  objął  duchowe 
kierownictwo  hospicjum  San  Michele  a  Ripa,  mieszczącego  się  w  byłej  jego  parafii. 
Do  podopiecznych  tego  hospicjum  zaliczali  się  po  części  ludzie  starzy,  po  części 
również młodzi, którzy w sumie stanowili sporą grupę. Pomimo że w chwili objęcia 
tego  stanowiska  Fazzini  liczył  70  lat  życia,  wygłaszał  codziennie  kazania  i  aż  do 
przedednia  swojej  śmierci  odprawiał  tam  codziennie  Mszę  św.  Pobożnością  swoją 
dawał  wszystkim  wzorowy  przykład.  Żywił  szczególne  nabożeństwo  do  Dzieciątka 
Jezus  i do dusz czyśćcowych.  Zawsze  widywano  go z  różańcem w  ręku.  Pokój  jego 
zdobiły  liczne  obrazy  religijne,  przedstawiające  przede  wszystkim  tajemnice  życia 
Chrystusowego.  W  noc  ciemną,  budząc  się  z  krótkiego  snu,  wzrokiem  duszy 
przywoływał w sobie obrazy tych tajemnic i czynil na ich temat pobożne rozmyślania. 
Wszystko,  cokolwiek  posiadał,  obracał  na  potrzeby  ubogich  oraz  na  inne  dobre  cele 
religijne. Słusznie więc był przez wszystkich bardzo poważany.  

Wincenty  uczynił  dobry  wybór,  upatrzywszy  sobie  w  Fazzinim  kierownika 

duchowego.  Niewinna  dusza  młodego  gimnazjalisty  otwarła  się  zdumionym  oczom 
Fazziniego. I patrząc nań, powtarzał w glębi serca: „Toż to urodzony święty!” Wśród 
oskarżeń  padających  z  ust  świątobliwego  chłopca  z  trudem  znajdował  przedmiot  do 
rozgrzeszenia  i  kapłan  zamiast  pobudzać,  musiał  raczej  hamować  gorliwość  tych 
gorących  pragnień; ale przy  tym wszystkim troskliwie strzegł  w swym wychowanku 
widomych objawień łaski Ducha Świętego.  

Niebawem już słowa Fazziniego miały znacząco zaważyć na życiu Wincentego. 

Piętnastoletni Wincenty stanął bowiem przed problemem wyboru powołania, który nie 
dawał mu spokoju, dopóki go nie rozwiązał. Przy tym rzecz cała nie sprowadzała się 
bynajmniej do zagadnienia, czy ma zostać kapłanem, czy nie. Ta decyzja była przecież 
od  samego  dzieciństwa  ugruntowana  w  nim  mocno  i  niezłomnie.  Wabił  go 

background image

33 

 

nieprzepartym  urokiem  wyższy  ideał.  Tym  ideałem  bylo  życie  w  zakonnej  regule 
kapucynów, które poznał i docenił z okazji  pobytu w Santa Maria della Concezione. 
Widział  w  nim  najwierniejsze  naśładowanie  życia  Zbawiciela  Ukrzyżowanego.  Któż 
inny  bowiem,  jeśli  nie  sam  Zbawiciel,  wypowiedzial  do  bogatego  mlodzieńca  te  oto 
słowa:  „Jeżeli  chcesz  być  doskonaly  idź,  sprzedaj  wszystko,  co  posiadasz  i  rozdaj 
ubogim,  a  potem  przyjdź  i  pójdź  za  mną”?  Święty  Franciszek  z  Asyżu  był  wiernym 
wykonawcą  tych  poleceń  Chrystusowych.  Czyż  nie  powinien  zatem  i  on,  Wincenty, 
powiększyć grona jego duchowych synów?  

Do  tego  zdarzyło  się  jeszcze,  że  w  owym  czasie  przebywała  dłużej  w 

rodzinnym domu Pallottich ciotka Wincentego ze strony matki, klaryska. W roku 1810 
okupanci  francuscy  zlikwidowali  w  Rzymie  nieomal  wszystkie  domy  zakonne  i 
wygnali ich mieszkańców poza granice kraju. Smutny ten los podzieliła również ciotka 
Wincentego,  zmuszona  do  szukania  schronienia  u  rodziny  swej  siostry.  Zakonnica  ta 
wyróżniała  się  wielką  doskonalością  cnót  i  byla  dla  Pallottiego  żywym  wcieleniem 
ideału zakonnego w myśl wskazań serafickiego świętego. Ona też szybko poznała się 
na gorącym pragnieniu doskoałości swego siostrzeńca. Pisze o tym zaprzyjaźniony z 
domem  Pallottich  Perelli  w  następujących  slowach.  „Przeto  zachęcała  ona 
Wincentego do życia w zjednoczeniu z Panem naszym, Jezusem Chrystusem, i zawsze 
odmawiała z nim wspólne modlitwy. Serce młodego  Wincentego czerpało stąd słodki 
zapał do pomnożenia w sobie ognia miłości Bożej, której żar gorzał już w jego duszy”. 
Pobożna  klaryska  przyczyniła  się  z  pewnością  do  umocnienia  w  nim  powołania 
zakonnego i to szczegółnie w formie reguły franciszkańskiej.  

Wincenty  stanął  na  rozstaju  swej  drogi  życiowej.  Najpierw  rozważył  głęboko 

sprawę powołania kapłańskiego, aby umocnić się w pewności, że czyni zgodnie z wolą 
Boga.  Pragnął  przecież  wolę  Boga  wypełniać  sumiennie.  Modlił  się  gorliwie  w 
intencji  podjęcia  prawidłowej  decyzji  oraz  prosił  innych  o  wstawiennictwo  w 
modlitwach.  Następnie  omawiał  tę  kwestię  z  doświadczonymi  kapłanami,  jak  np.  z 
księżmi  Callerim  i  Cesarinim,  pracującymi  przy  Chiesa  Nuova.  Wszystko  to 
przedkladał potem swemu spowiednikowi, zdając się na jego decyzję.  

Fazzini  uznał  prawdziwość  powołania  kapłańskiego  w  swoim  wychowanku. 

Nie  budziło  bowiem  żadnej  wątpliwości  to,  że  powołaniem  Pallottiego  była  służba 
świętości.  Posiadał  wszystkie  wymagane  ku  temu  przymioty,  a  kierował  się 
najszlachetniejszymi  pobudkami.  Powiada  więc  Virilli:  „Nie  powodowały  nim  żadne 
ludzkie czy ziemskie cele, żadne względy na beneficja kościelne, na krewnych czy też 
nadzieja  otrzymywania  godności,  lecz  tylko  i  wyłącznie  chwała  Boża,  pomnożenie 
chwały  Kościoła  świętego,  wzgląd  na  zbawienie  dusz  i  pragnienie  naśladowania 
Jezusa Chrystusa jako Kapłana i Najwyższej Ofiary”.  

Niełatwe zdawało się  być jednak rozstrzygnięcie  kolejnego  problemu, czy  ma 

zostać kapłanem świeckim czy zakonnikiem - kapucynem. W związku z tym Wincenty 
przeżywał  głęboką  rozterkę  duchową.  Najchętniej  wybrałby  ewangeliczną  drogę  św. 

background image

34 

 

Franciszka z Asyżu, odpowiadającą jego najgłębszym skłonnościom. Podwajał przeto 
swoją  gorliwość  modlitewną,  prosił  innych  o  wstawiennictwo  w  modłach  do  Boga  i 
zasięgał  rady  wielu  doświadczonych  osób.  Zwrócił  się  nawet  do  generała  zakonu 
kapucynów, ojca Mariana z Altan, przedkładając mu swoje gorące życzenia. I chociaż 
ojciec  generał  rad  byłby  bez  wątpienia  zaliczyć  Wincentego  do  grona  współbraci 
swego zakonu, to jednak z uwagi na słabe zdrowie kandydata odradzał wstąpienie do 
zakonu. Z tego samego względu i rodzice Pallottiego nie przychylali się do zamiarów 
syna. Lekarz domowy Pallottich, zapytany o radę, podzielił pogląd rodziców.  

Tak przygotowaną decyzję Pallotti powtórnie przedstawił Fazziniemu. Jak sam 

się bowiem  wyraził,  słowa  jego spowiednika były  dlań jakby „głosem  Ananiasza”.  I 
podobnie jak tamten musiał powiedzieć Szawłowi, co należy czynić, tak też i Fazzini 
miał oznajmiać Wincentemu wolę Boga.  

Fazzini  porozumiał  się  z  Piotrem  Pawłem  Pallottim  i  zbadał  dokładnie 

wszystkie okoliczności sprawy. W rezultacie  doszedł do przekonania, że  Wincenty z 
racji słabowitego zdrowia nie nadaje się do życia w twardej regule zakonu kapucynów. 
Uznał ponadto, że student Pallotti rokujący tak świetne nadzieje również i jako kapłan 
świecki  może  zdziałać wiele  dobrego.  Fazzini zdecydował  więc, że  Wincenty zostać 
ma nie zakonnikiem, lecz kapłanem świeckim.  

Decyzja ta była dla  Wincentego wyrazem woli Boga, obrał sobie przeto drogę 

kapłaństwa  świeckiego.  Poprzez  całe  życie  nie  przestawał  jednak  żywić  tajonej 
tęsknoty  za  stanem  zakonnym,  ze  szczególnym  upodobaniem  do  reguły 
franciszkańskiej, a nie mogąc zostać zakonnikiem rzeczywistym, chciał nim być bodaj 
z  pragnienia.  Jeszcze  lat  kilka  po  dokonanym  wyborze  powołania  Pallotti  napisze  te 
słowa:  „Żywię  gorące  pragnienie  pozostania  w  zakonie,  gdzie  mógłbym  dążyć  ku 
coraz większej doskonałości. Wydaje się jednak, iż Pan powołał mnie do życia wśród 
świata; dlatego postanawiam czynić to wszystko, co czyniłbym nie tylko w najświętszej 
społeczności  zakonnej  —  zakładam  przy  tym,  iż  czyniłbym  wielkie  rzeczy  na  chwalę 
Boga  -  lecz  co  czyniłbym  również,  gdybym  żył  we  wszystkich  zakonach  życiem 
nieskończonej  doskonałości  i  co  czyniłyby  wszystkie  stworzenia  umieszczone  we 
wszystkich  istniejących  i  możliwych  zakonach  i  służące  Bogu  z  nieskończoną 
doskonałością  i  gdyby  wszystkie  te  stworzenia  w  każdym  momencie  nieskończenie 
małym składały Panu najdoskonałszą ofiarę  z siebie samych, jaką tylko można sobie 
wyobrazić,  oraz  napełnione  były  stale  nieskończoną  gorliwością  ślubów  zakonnych. 
Dalej  -  pragnę  ofiarować  Panu  siebie,  samego,  a  szczególnie  wszystkie  moje 
pragnienia,  jak  gdybym  w  każdym  nieskończenie  małym  momencie  składał  śluby 
zakonne.  Przy  tym  jednoczę  się  najściślej  z  wolą  Boga,  który  powołał  mnie  na  ten 
świat. Następnie wzywam wszystkie  stworzenia, aby podziwiały nieskończoną dobroć 
Boga względem mnie, grzesznika, jako że Ojciec niebieski współczuł mojej nędzy i nie 
przeznaczył  mnie  do  służby  pośród  surowych  utrapień,  lecz  powołał  do  stanu,  w 
którym cała moja nędza i ułomność nie zostaną zdruzgotane i narażone na ucisk”
.  

background image

35 

 

Zobaczymy  jak  Pallotti,  wiedziony  dobrą  radą  swojego  spowiednika, 

zadośćuczyni  w  kapłaństwie  świeckim  swym  tęsknotom  zakonnym,  znajdując 
wreszcie  w  założonym  przez  siebie  Stowarzyszeniu  Apostolstwa  Katolickiego 
wypełnienie tych tęsknot.  

Po  dokonaniu  wyboru  powołania  Pallotti  zaczął  się  sposobić  niezwłocznie  do 

kapłaństwa, przyjął tonsurę oraz cztery niższe święcenin. Co prawda był jeszcze zbyt 
młody, ukończył przecież zaledwie szesnasty rok życia; gnało go jednak nieprzeparte 
pragnienie,  aby  co  rychłej  objąć  Chrystusowe  dziedzictwo.  W  owych  czasach  we 
Włoszech  nie  było  czymś  niezwykłym  dopuszczenie  do  stanu  duchownego  w  tak 
młodym wieku. Tak młody kandydat uzyskiwał zgodę na święcenia, jeśli miał on na 
początku  zapewnione  utrzymanie  ze  strony  rodziny,  co  w  przypadku  Wincentego 
poręczył  jego  ojciec.  W  poniedziałek  wielkanocny,  15  kwietnia  1811  r.  w  kaplicy 
zakonnej Wincenty otrzymał tonsurę z rąk franciszkanina - arcybiskupa Bonawentury 
Carenziego 

Przy  tej  okazji  proboszcz  Pallottiego  wystawił  mu  następującą  zaszczytną 

opinię:  „Zaświadczam,  że  pochodzący  z  tutejszej  parafii  młodzieniec  rzymski  — 
Wincenty  Pallotti  —  wyróżniał  się  wzorowymi,  anielskimi  obyczajami,  uczęszczał 
pilnie  na  naukę  religii  i  gorliwie  przystępował  do  sakramentu  pokuty  i  Eucharystii, 
pozwalam więc sobie wiązać z tym młodzieńcem najpiękniejsze nadzieje na przyszłość. 
Jego skromne i należyte zachowanie sprawiło, że stał się dla wszystkich prawdziwym 
wzorem cnót
”. Również i pozostałe opinie, jakich zasięgnięto o Wincentym, są bardzo 
pochlebne.  

Młody kleryk uświadamiał sobie w pełni ważność uzyskanej tonsury. Wszystko 

to,  co  napisze  później  w  swoim  dziełku  Miesiąc  maj  dla  kapłanów  na  temat 
poszczególnych  święceń,  jest  obrazem  uczuć  przeżytych  wówczas  osobiście.  Virili 
pisze  w  związku  z  tym:  „Wszystko,  co  on  tutaj  —  tzn.  w  <<Miesiącu  maju>>  - 
wypowiada  i  omawia,  było  przez  Sługę  Bożego  realizowane,  i  to  w  stopniu 
najdoskonalszym. W każdym rozdziale tej książki czytam to, co czynił Sługa Boży, co 
mówił,  działał  i  praktykował,  a  książka  ta  wydaje  mi  się  być  krótkim  zarysem  jego 
wewnętrznego  i  zewnętrznego  życia  apostolskiego”.  
Otóż  w  książce  tej  podkreśla 
Pallotti,  że  w  sercu  każdego  młodego  kleryka  powołanego  do  stanu  duchownego, 
istnieć  musi  pragnienie  Boga  oraz  Dobra  Nieskończonego,  będącego  „jedynym 
dziedzictwem”  kapłana.  Poprzez  NMP  kieruje  do  kleryków  następujące  upomnienia: 
Szukajcie zawsze Boga! Bóg niechaj będzie w waszych myślach.