background image

 

Tomasz Załuski 

„Kresy” 2007 nr 3 

 

 

JAKĄ WIEDZĘ MOGĄ PRZYNIEŚĆ SZTUKI WIZUALNE?

 

 

 

 

Muszę  powiedzieć,  że  z  dużym  zainteresowaniem  czytałem  w  internetowym 

„Obiegu”

1

  wypowiedzi  komentatorów,  którzy  brali  udział  w  dotychczasowej  dyskusji  nad 

„manifestem” Artura Żmijewskiego Stosowane sztuki społeczne

2

. Uważam też, że dobrze by 

było, gdyby zgodnie z zasadami polemicznej, ale i – miejmy nadzieję – efektywnej wymiany 

zdań,  następny  ruch  wykonał  teraz  sam  autor  manifestu.  Innymi  słowy,  aby  głosy 

dyskutantów  nie  zawisły  (jak  to  się  niestety  zwykle  dzieje)  w  próżni,  Żmijewski  powinien 

ustosunkować się do przedstawionych przez nich uwag, sugestii, wątpliwości i argumentów. 

Być może tak się stanie i debata dalej się sensownie rozwinie; być może nawet wynikną z niej 

jakieś konkretne wnioski.  

Póki co, chciałbym włączyć  się do dyskusji na jej obecnym etapie. Mój głos będzie 

miał  charakter  nieco  dygresyjny  w  stosunku  do  innych  komentarzy,  w  których  akcent  pada 

zasadniczo  na  kwestię  upolitycznienia  sztuki.  Skupię  się  bowiem  przede  wszystkim  na 

pytaniu o wiedzę, jaką mogą przynosić sztuki wizualne. Jak dotąd o problem ten „zahaczył” 

Sebastian  Cichocki  w  swym  wywiadzie  z  Żmijewskim

3

,  w  węższym  lub  szerszym  zakresie 

podejmowali  go  również  autorzy  tekstów  w  internetowym  „Obiegu”.  Problem  „wiedzy 

wytwarzanej przez sztukę” wciąż wymaga jednak bardziej systematycznego rozważenia, gdyż 

wydaje  się  on  stanowić  u  Żmijewskiego  swoisty  „zwornik”  i  warunek  projektu 

upolitycznienia sztuki. Co więcej, o ile Żmijewski mgliście i ogólnikowo mówi o kształcie, 

kierunku czy wymogach skutecznej politycznej praxis uprawianej środkami  sztuki, o tyle z 

jego tekstów daje się całkiem sporo wyczytać na temat „społecznie użytecznej wiedzy”, jaką 

–  jego  zdaniem  –  mogą  wytwarzać,  czy  też  skutkować  sztuki  wizualne.  I  właśnie  warunki 

możliwości oraz charakter tej wiedzy chciałbym dalej w kilku punktach rozpatrzyć. 

                                                 

1

 Zob. www.obieg.pl/event/07020201.php;  www.obieg.pl/text/07030101.php;  

www.obieg.pl/text/07052201.php;  www.obieg.pl/text/07022301.php;  www.obieg.pl/text/07061501.php   

2

 A. Żmijewski, Stosowane sztuki społeczne, w: „Krytyka Polityczna” nr 11/12, zima 2007, ss.14-24; cytowany 

dalej w tekście jako ŻS wraz z podaniem numeru strony.  

3

 Zob. Wstęp. Z Arturem Żmijewskim rozmawia Sebastian Cichocki, w: A. Żmijewski, Drżące ciała. Rozmowy z 

artystami,  Seria  Krytyki  Politycznej  nr  2,  Galeria  Kronika  i  Korporacja  Ha!art,  Bytom  –  Kraków  2006,  s.  12; 
cytowany dalej w tekście jako DC wraz z podaniem numeru strony. 

background image

 

1.  Żmijewski  wytyka  sztuce  brak  związku  z  rzeczywistością  –  polityka,  nauka,  religia 

potrafią to, co utraciła sztuka: realizować związek z ludzką rzeczywistością, rozumiany jako 

wytwarzanie narzędzi działania (ŻS, 24). Działania artystyczne są w szczególny sposób puste, 

charakteryzuje  je  estetyczny  cudzysłów,  wzięcie  w  nawias,  czy  też  zawieszenie  normalnej 

efektywności.  Są  to  performatywne  „niewypały”.  Nie  mają  realnego,  zauważalnego  i 

dającego się zweryfikować skutku. Nie wytwarzają narzędzi działania, przy pomocy których 

można  by  partycypować  w  kształtowaniu  wspólnej  rzeczywistości.  Praktyki  artystyczne 

cechuje nie-praktyczność; nie transformują świata, pozwalają co najwyżej o tym marzyć. 

 

Ten zdecydowany i uproszczony obraz ma być niewątpliwie prowokacją – zgodną z 

retoryką  wpisaną  w  konwencję  manifestu  –  a  także  posiadać  poniekąd  charakter 

oczyszczający. Ma „wyzerować” przestrzeń, ustanowić nowy początek, zainaugurować nowy 

rozdział  w  dziedzinie  „sztuki  zaangażowanej”.  Ma  być  także  odtrutką  na  dyskurs  krytyki 

sztuki, zbyt niefrasobliwie przypisującej czasem  działaniom artystów i artystek realną, a na 

dodatek  rozległą  efektywność;  to  jeden  z  powodów,  dla  których  Żmijewski  kwestionuje 

stosowność  takich  metafor  jako  „artystyczny  wirus”:  koncepcja  sztuki  jako  wirusa 

infekującego i działającego w różnych miejscach systemu społecznego nie zakłada momentu 

weryfikacji  –  jaki  jest  skutek  infekcji?  Czy  w  ogóle  do  niej  dochodzi?  Jak  sprawdzić,  co 

zdziałał  „artystyczny  wirus?  Czy  w  ogóle  zakłada  się  jako  efekt  coś  więcej  niż  samo 

zainfekowanie?  Zainfekowanie,  które  już  jest  spełnieniem,  ponieważ  pozwala  uruchomić 

fantazję o zmianie, o wpływie (ŻS, 21).  

Trzeba przyznać, że jest tu „coś na rzeczy”. W przypadku tekstów – głównie z lat 90-

tych,  choć  nie  tylko  –  w  których  przypisuje  się  artystom  i  artystkom  określone  intencje 

„krytyczne” lub projekty „interwencyjne”, a następnie po prostu stwierdza ich realizację, aż 

świerzbi język, by zapytać – jak to się czyni np. w odniesieniu do projektów filozoficznych – 

o  warunki  możliwości  urzeczywistnienia  danego  projektu,  jego  problematyczne  elementy  i 

faktyczne  efekty  konkretnego  artystycznego  działania;  czasem  bowiem  powstaje  wręcz 

wrażenie,  że  społeczeństwo  nie  powinno  się  podnieść  spod  ciężaru  krytyki  zawartej  w 

działaniach artystycznych. Dyskurs o sztuce aktywizującej krytyczną świadomość, ukazującej 

mechanizmy  otoczenia  społecznego,  ujawniającej  to,  co  wykluczone  i  wyparte, 

interweniującej w przestrzeni publicznej, transformującej porządki symboliczne itd., wydaje 

mi się cenny i niezbywalny. Z drugiej strony dyskurs ten powinien w możliwie maksymalny 

sposób  uwzględniać  złożoność  społeczno-kulturowej  sytuacji  współczesnych  praktyk 

artystycznych,  wszelkie  wpisane  w  nie  ambiwalencje  i  aporie,  w  tym  stopień,  do  jakiego 

praktyki  te  pozostają  uwikłane  w  kulturową  dialektykę  zawłaszczenia,  związaną  między 

background image

 

innymi z ich instytucjonalnym miejscem. Powinien też zachować krytycyzm w stosunku do 

swych  własnych  założeń  („ależ  to  oczywiste”,  powie  ktoś;  tak,  to  oczywistość,  ale  właśnie 

dlatego trzeba sobie o niej nieustannie przypominać). 

Stwierdziłem,  że  ów  kreślony  przez  Żmijewskiego  obraz  działań  artystycznych  jako 

pozbawionych  wszelkich  realnych  skutków  jest  prowokacyjnie  uproszczony.  Obok  niego 

autor przedstawia bowiem bardziej złożoną interpretację. Głosi ona, iż działania artystyczne 

mogą mieć realne skutki i często też je posiadają, lecz jedynie jako swoisty efekt uboczny. 

Sztuka wypiera się swych realnych skutków, by móc jedynie o nich marzyć – faktycznie boi 

się  bowiem  związanej  z  nimi  władzy  i  odpowiedzialności.  Praktyki  artystyczne  wytwarzają 

jednak skutek w postaci wiedzy, czy też – jak jest to ujęte w innych miejscach – „procedur 

poznawczych”  i  w  ten  sposób,  przynajmniej  częściowo,  przekraczają  alienację  sztuki. 

Żmijewski uznaje, że sztuka do tej pory wypracowała już stanowisko tego, który sądzi, ocenia 

– paradoksalne stanowisko „zaangażowanego obserwatora”. Wypracowała strategie krytyki 

społecznej – swoistą hermeneutykę „oczywistości społecznych”. [...] Częścią tej krytyki bywa 

utożsamienie się w działaniach artystycznych  z „przyczyną zła” [...] (ŻS, 18-19). W innym 

tekście  zaś  wskazuje,  że  sztuka  eksponuje  samowolę  targających  nami  mechanizmów, 

włączając je w  strukturę artefaktu.  A więc często sama okazuje  się być współsprawcą, jest 

współwinna – denuncjuje samą siebie. Czyni samą siebie częścią społecznej przemocy. Może 

więc  działać  jako  przyczyna  badanego  mechanizmu,  np.  jako  część  aparatu  społecznej 

represji, część mechanizmu wykluczenia (DC, 13).  

Jako  przykład  użycia  tej  strategii  Żmijewski  wymienia  działania  Santiago  Sierry

4

Przykłady takie można by jednak mnożyć, niemal w nieskończoność: w samej sztuce polskiej 

od  Obozu  koncentracyjnego  –  Lego  Libery,  przez  (post)feministyczne  aspekty  Działań 

stołowych Elżbiety Jabłońskiej, aż po billboard Żydzi won z katolickiego kraju Petera Fussa. 

Jest to powszechna, wielopostaciowa strategia, czy raczej wielość strategii występujących w 

ramach  współczesnych  praktyk  artystycznych,  o  różnych  aspektach  kontekstowo-

tematycznych i różnym wydźwięku – pesymistycznym, obojętnym, krytycznym, ironicznym, 

cynicznym. Wielości tej odpowiada wielość nazw. W literaturze znajdujemy takie określenia 

–  wynikające  z  różnych  inspiracji  teoretycznych  –  jak  strategia  krytyczno-ironicznego 

„mimetyzmu”, strategia „nadutożsamienia” lub „nadidentyfikacji”, a także „subwersywnego 

                                                 

4

 Na ten temat zob. też M. Pustoła, Pomiędzy intencjami a skutkiem, czyli jako wykorzystać Santiago Sierrę, w: 

www.obieg.pl/event/07020201.php#4 

background image

 

zawłaszczenia”

5

; można by ją też określić mianem „ostentacyjnego” lub „transfiguracyjnego 

powtórzenia”, które to pojęcia dają się wyprowadzić z analizy tekstów Umberto Eco i Arthura 

Danto

6

, pochodzących z lat 60, 70 i 80-tych. Wspomniane strategie mają już swoją tradycję: 

opisywał  je  jeszcze  wcześniej  Benjamin,  stosowali  zaś  dadaiści;  ich  historię  dałoby  się 

zapewne  prześledzić  wstecz  aż  do  Marksa  i  Kierkegaarda  –  do  narodzin  dyskursu  o 

różnicującym  powtórzeniu.  Ich  wykorzystywaniem  w  praktykach  artystycznych  wydaje  się 

często  kierować  nadzieja  na  wytrącenie  (choćby  nielicznych!)  odbiorców  z  „dogmatycznej 

drzemki”, na pobudzenie u nich krytycznej świadomości mechanizmów działających w życiu 

społecznym,  na  problematyzację  tego,  co  oczywiste,  znane  i  jednoznaczne.  Strategie  te 

wspiera  też  założenie,  iż  komunikat  artystyczny  bardziej  przemówi  do  widza  –  dostarczy 

bardziej przekonywującego, uderzającego „dowodu” zasadności prezentowanej krytyki – gdy 

ostentacyjnie  powtarzając  i  ucieleśniając  krytykowane  zjawiska  sprawi,  że  to  niejako  one 

same  dokonają  swej  krytycznej  ekspozycji.  Być  może  dzięki  tego  rodzaju  „doświadczeniu 

poznawczemu” później, w kontakcie z „czystymi”, „niepowtórzonymi” i nieprzetworzonymi 

artystycznie zjawiskami ekonomicznymi, społecznymi, politycznymi, medialnymi itd., w ten 

sposób  uwrażliwiony,  czy  wręcz  „wyedukowany”  widz  będzie  już  potrafił  samodzielnie 

dokonać ich krytycznej analizy.  

Z jednej strony Żmijewski ceni – jeśli nie wręcz przecenia

7

 – potencjał wspomnianych 

strategii.  Z  drugiej  jednak  wciąż  uważa  je  za  działania  cząstkowe  i  niewystarczające.  Być 

może jego nieufność budzi zawarty w nich element udawania, podawania się za coś innego: 

podszywanie się [...] pod język polityki, religii, pastisz języka mediów (ZS, 17) to oznaka nie-

realności,  symulowanego  charakteru  działań  artystycznych,  a  także  powód,  dla  którego 

wytwarzanej przez nie wiedzy wciąż brakuje skutków społecznych. To dlatego postuluje on 

wprowadzenie  sztuki  i  wytwarzanej  przez  nią  wiedzy  w  pole  dyskursu  nauki,  która  –  jego 

zdaniem – posiada zagwarantowaną, realną skuteczność czy też użyteczność społeczną. 

 

 

 

                                                 

5

  Zob.  odpowiednio  A.  Jakubowska,  Na  marginesach  lustra.  Ciało  kobiece  w  pracach  polskich  artystek

Universitas,  Kraków  2004,  s.  165;  P.  Piotrowski,  Awangarda  w  cieniu  Jałty,  Rebis,  Poznań  2006,  s.  470;  A. 
Mazur,  Nowi  Dokumentaliści,  w:  Nowi  Dokumentaliści.  Katalog  wystawy  w  CSW  Zamek  Ujazdowski, 
Warszawa 2006, s. 16; Ł. Ronduda, Strategie subwersywne w sztukach medialnych, Rabid, Kraków 2006, s. 9 

6

  Zob.  T.  Załuski,  Umberto  Eco:  powtórzenie  i  pozaestetyczny  sens  awangardy,  w:  „Folia  Philosophica”  18, 

2006,  ss.  69-101  oraz  tegoż,  Arthur  Danto:  powtórzenia  a  różnica  między  sztuką    i  nie-sztuką,  w:  „Sztuka  i 
filozofia” 26, 2005, ss. 155-185 

7

  Żmijewski  domniemywa  w  tym  kontekście  istnienia  swego  rodzaju  mesjanistycznej,  „zbawiennej”  funkcji,  a 

przynajmniej intencji w sztuce współczesnej – zob. DC, 13. 

background image

 

2.  Zbliżenie  nauki  i  sztuki  –  a  dokładniej:  nauk  humanistyczno-społecznych  i  sztuk 

wizualnych  –  nie  jest  jednak  łatwe;  istniejące  tu  przeszkody  są  też  jedynym  z  czynników 

odpowiadających  za  praktyczną  bez-skuteczność,  bezsilność  sztuki.  Żmijewski  identyfikuje 

owe  przeszkody,  próbując  scharakteryzować  złożoną  relację,  w  jakiej  pozostają  względem 

siebie obraz i dyskurs: narzędzie sztuk wizualnych i narzędzie nauki. Charakterystyka ta nie 

jest wolna od niekonsekwencji czy wręcz sprzeczności, nie są one jednak przypadkowe, lecz 

odzwierciedlają  złożoność  opisywanej  relacji;  inną  sprawą  jest,  że  autor  wydaje  się  nie 

dostrzegać ich konfiguracji czy też całokształtu.  

 

Żmijewski pyta jak sprawić, by wiedza, która jest w jej polu [w polu sztuki – T. Z.] 

wytwarzana,  była  wykorzystywana  także  w  innych  polach.  Żeby  na  przykład  socjologowie 

traktowali  serio  doświadczenia  i  spostrzeżenia,  których  autorami  są  Libera,  Górna  czy 

Kozyra.  Bo  to  są  autorzy  społecznie  użytecznej  wiedzy

8

.  I  w  innym  tekście:  Dlaczego  ta 

wiedza,  która  została  przez  Liberę  wyprodukowana  [...]  nie  staje  się  częścią  wiedzy 

antropologicznej? (DC, 10). Jednym z powodów jest jego zdaniem wizualny „analfabetyzm” 

specjalistów z tych i innych dziedzin nauki, niepotrafiących czytać i interpretować obrazów, 

jakimi  posługuje  się  sztuka.  Raz  naukowcy  nie  potrafią  sobie  poradzić  z  „nieusuwalną 

niejasnością obrazu” (DC, 8).  Innym razem obraz pozostaje dla nich niejasny mimo swojej 

naoczności  [...].  Nie  jest  przecież  tekstem  i  czyta  się  go  „w  całości  i  od  razu”,  jednym 

spojrzeniem obejmując  całość  znaczenia. A takie zawieszenie linearności odczytywania [...] 

jest „gwałtem poznawczym” (ŻS, 19) dla kogoś, kto przywykł do dyskursywnej linearności. 

Zarazem jednak Żmijewski dąży do tego, by zredukować heterogeniczność obrazu względem 

dyskursu,  wskazując,  że  obrazy  są  sposobem  mówienia  (DC,  10),  a  także  powołując  się  na 

możliwość kodyfikacji, czy wręcz gramatykalizacji ruchomego obrazu filmowego, w wyniku 

której ten ostatni może się zbliżać do dyskursu, a nawet spełniać wymogi języka nauki (ŻS, 

20).  W  konsekwencji,  obok  zasadniczego  przekonania,  że  procedury  poznawcze  sztuki  są 

oparte na intuicji i wyobraźni (ŻS, 23) – i właśnie jako takie są wartościowe – spotykamy się 

ze  stwierdzeniem,  iż  sztuka  dosłownie  „pokazuje”,  co  wie  i  jest  to  wiedza  dyskursywna, 

poddająca się wnioskowaniu (ŻS, 20). Dlatego też, za sprawą szczególnej wolty, naukowcy, 

ci  „analfabeci”,  wykładający  się  jak  dzieci  (ŻS,  19),  gdy  chodzi  o  wizualny  język  sztuki, 

okazują się być merytorycznie lepiej [od krytyków sztuki – T. Z.] przygotowani do dyskusji z 

tezami  sztuki.  Skoro  sztuka  interesuje  się  problemami  społecznymi,  kto  będzie  lepszym 

partnerem  do  dyskusji  od  socjologa,  psychologa  społecznego?  (ŻS,  22)  Cała  ta  oscylacja  i 

                                                 

8

 Sztuka jest wiedząZ Arturem Żmijewskim rozmawia Natalia Kaliś, w: „Arteon” nr 4 (84), kwiecień 2007, s. 27 

background image

 

mnożenie  rozbieżnych  twierdzeń  bierze  się  między  innymi  stąd,  że  Żmijewski  próbuje  za 

jednym  zamachem  wykazać  zasadniczą  zgodność  charakteru  wiedzy  wytwarzanej  przez 

sztukę  z  wymogami  dyskursu  naukowego  oraz  doszukiwać  się  powodów  dotychczasowego 

braku  zbliżenia  obu  dziedzin  w  równie  zasadniczej  odrębności  obrazowego  medium  sztuki 

względem dyskursu nauki. 

 

Oscylacja  ta  jest  też  jednak  symptomem  bardziej  istotnej,  strukturalnej  złożoności 

relacji sztuka – nauka. Może też powiedzieć nam coś o konkretnych warunkach wytwarzania 

wiedzy  przez  sztukę.  Ze  słów  Żmijewskiego  wyłania  się  następująca  wizja  tego  procesu. 

Artyści mówią językiem obrazów, komunikując wizualnie swą wiedzę; Żmijewski wydaje się 

przyznawać, że  z tą bywa różnie – krytycznie patrzy na ignorancję artystów, za którą wini 

słabość  programu  teoretycznego  w  szkołach  artystycznych  (ŻS,  18).  Owa  wiedza  jest 

następnie odczytywana z artefaktów i działań artystycznych przez krytyków-interpretatorów. 

To  właśnie  cechujący  ich  brak  kompetencji,  brak  wiedzy  socjologicznej,  filozoficznej, 

psychologicznej  (ŻS,  22)  nie  dopuszcza  do  efektywnego  wytwarzania  wiedzy  przez  sztukę: 

krytyka często wie  za mało i ten brak recenzenckiej wiedzy  sprowadza  sztukę na powrót  ku 

estetyzowaniu.  W  archaicznej,  „kołowej”  formule  komunikacji,  w  której  krytyk  jest 

pośrednikiem  między  artystą  a  widzem,  brak  wiedzy  krytyka  „wymusza”  na  artystach 

upraszczanie  treści  komunikatu.  Wymusza  powrót  do  sztuki  zredukowanej  –  zamkniętej  w 

zdefiniowanych przez krytyków granicach, do sztuki, jaką da się „obsłużyć” ich kompetencją. 

To,  czego  nie  rozumie  krytyk,  nie  może  bowiem  zostać  wypowiedziane,  nie  dostaje  się  do 

obiegu wiedzy [podkr. – T. Z.], nie zostaje w dziele w pełni odkryte (ŻS, 22).  

Nie będę tu szerzej komentował stwierdzenia o artystach „upraszających” treść swoich 

komunikatów, tak by mogła je odczytać niedouczona krytyka. Istotne jest co innego: sztuka 

może  wytworzyć  jedynie  taką  wiedzę,  jaką  krytyk  (ale  też,  co  warto  podkreślić, 

przedstawiający autointerpretację  swych działań  artysta) jest w stanie  „wyczytać z dzieła”  i 

zwerbalizować

9

 w oparciu o wiedzę gotową, zaczerpniętą z nauk humanistyczno-społecznych. 

O tej zależności sztuki od uprzedniej, gotowej wiedzy, od „tego, co już i tak wiemy”, jest też 

mowa  w  komentującym  manifest  Żmijewskiego  tekście  Janka  Sowy;  rzecz  dotyczy  tam 

działań Santiago Sierry

10

. Problem jest jednak o wiele szerszy – podporządkowanie, zależność 

od  wiedzy  pochodzącej  z  nauk  humanistyczno-społecznych  wydaje  się  dotyczyć  wszelkiej 

sztuki  od  momentu,  gdy  spróbowano  ją  poddać  temu,  co  Andrzej  Turowski  nazwał 
                                                 

9

 Zob. ŻS, 23, gdzie jest mowa o werbalizowaniu wiedzy o stosowanych przez sztukę procedurach poznawczych 

i krytycznych. 

10

  Zob.  J.  Sowa,  Stosowane  sztuki  społeczne:  od  symulakrum  do  aktywizmu  (i  z  powrotem?),  w: 

www.obieg.pl/text/07022301.php  

background image

 

„teoretyzacją”

11

, a co można by też określić mianem „dyskursywizacji”. W związku z tym w 

sposób  automatyczny  narzuca  się  raczej  retoryczne  pytanie:  po  co  nam  sztuka  produkująca 

wiedzę,  którą  i  tak  już  skądinąd  posiadamy?  Po  co  taka  redundantna  ilustracja,  taka 

wizualizacja powielająca uprzednią wiedzę?  

 

3. Warto też jednak postawić inne pytania: co dzieje się, gdy sztuka ilustruje gotową wiedzę? 

Jak  w  ogóle  z  niej  korzysta?  Co  może  się  zdarzyć  z  gotową  wiedzą  –  dajmy  na  to  z 

elementami  dyskursu  Wittgensteina,  Levinasa,  Foucault,  Bourdieu,  Mouffe,  Žižka  itd.  –

 

przejściu przez proces „artystycznej wizualizacji”?  

Z jednej strony można udzielić odpowiedzi poniekąd już tradycyjnej: sztuka jest, jak 

ujął to Eco, „metaforą epistemologiczną”

12

. Jako taka może wytwarzać struktury analogiczne 

do opisywanych przez współczesne nauki, dobitnie „uzmysławiać” nam wytwarzaną przez nie 

wiedzę,  a  w  ten  sposób  transformować  i  reorganizować  naszą  zmysłowość,  wyobraźnię  i 

emocje,  pozwalając  im  nadążyć  za  szybko  zmieniającym  się,  zasadniczo  konceptualnym 

obrazem świata. Owo „uzmysławianie” potrafi też ożywić treści znane, oczywiste i banalne, 

nadać  im  taką  formę,  tak  inwencyjną  formułę  wizualną,  że  np.  na  powrót  okazują  się  one 

stanowić realne i palące problemy. W nieco innym sensie „uzmysławianie” wiedzy może też 

mieć  doniosłe  konsekwencje  polityczne  dzisiaj,  w  okresie  –  diagnozowanej  m.in.  przez 

Welscha

13

  –    głębokiej  estetyzacji  naszych  procesów  poznawczych,  w  której  jedną  z 

głównych ról odgrywają audiowizualne massmedia; warto tu choćby pamiętać o roli, jaką – 

by sięgnąć po względnie niedawny przykład – w wyborach do polskiego parlamentu w 2006 

roku  odegrała  konsekwentna  polityka  estetyczna  PiS-u,  umiejętnie  (a  w  każdym  razie 

skutecznie) oddziaływująca na wyobraźnię wyborców i kierująca ich namiętnościami. Jestem 

przekonany,  że  wszelkie  działanie  na  rzecz  radykalizacji  procesów  demokratyzacji 

społeczeństwa,  albo  nawet  inwencji  nowych  form  czy  postaci  demokracji  musi  wziąć  ten 

estetyczny  wymiar  pod  uwagę  –  nie  może  odwołać  się  jedynie  do  intelektu  i  nie  wziąć 

odpowiedzialności  za  pobudzanie,  czy  wręcz  kształtowanie  swoistych  „demokratycznych 

namiętności”

14

. Wydaje mi się też, że praktyki artystyczne mogą w tym procesie odgrywać 

pewną  rolę,  choć  oczywiście  trzeba  realistycznie  uwzględnić  zakres  i  charakter  ich 

widzialności  –  w  szczególności  w  sferze  publicznej  i/czyli  medialnej.  Żmijewski  w  istocie 
                                                 

11

 O sztuce konceptualnej. Andrzej Turowski w rozmowie z Pawłem Politem, w: P. Polit, Refleksja konceptualna 

w sztuce polskiej. Doświadczenia dyskursu: 1965-75, CSW Zamek Ujazdowski, Warszawa 2000, s. 46 

12

 U. Eco, Dzieło otwarte, przeł. J. Gałuszka i in., Czytelnik, Warszawa 1994, ss. 165-74, 293-4, 304 

13

 Zob. np. W. Welsch, Estetyka poza estetyką, przeł. K. Guczalska, Universitas, Kraków 2005, ss. 31-111 

14

  Na  konieczność  tę  wskazuje  między  innymi  Chantal  Mouffe  w  rozważaniach  poświeconych  demokracji 

„radykalnej”, czy też „agonistycznej” 

background image

 

dostrzega  taką  możliwość  oddziaływania  wizualnych  struktur  artystycznych,  wskazując,  że 

nawet  film  o  miłości,  formatujący  czy  aktywizujący  nasze  potrzeby  emocjonalne,  jest 

kulturową  władzą  (ŻS,  17),  a  także  zauważając,  że  sfera  publiczna  w  dużej  mierze  jest 

produktem  wyobraźni,  społeczeństwo  to  produkt  zbiorowej  wyobraźni.  A  skoro  tak,  artyści 

mają do tej wyobraźni klucz

15

.  

 

Z  perspektywy  samej  wiedzy  ważniejsza  jest  jednak  druga  odpowiedź,  jaką  można 

udzielić  na  postawione  wyżej  pytania.  Dokładniej  rzecz  biorąc,  udziela  nam  jej  sam 

Żmijewski.  Porzucając  przywoływane  wyżej  przekonanie  o  nieodzowności  teoretycznego 

„treningu”  artystów,  szczególną  wartość  dostrzega  teraz  w  jego  braku,  czy  raczej 

fragmentaryczności.  Przywołam  dłuższy  cytat:  Wyobraźmy  sobie  kogoś,  kto  odbył  studia 

uniwersyteckie.  Jego/jej  wiedza  ma  strukturę  takiego  porządku,  który  układa  się  w  sieć 

odsyłających do  siebie pojęć, definicji, analiz etc. Ta struktura sieci ma oczywiście  miejsca 

puste – oczka  sieci, w  których lokuje  się każda nowa wiedza. Można powiedzieć, że ta sieć 

odniesień  aktywnie  strukturuje  nasze  informacje,  umieszczając  je  we  właściwych  oczkach 

sieci  i  włączając  w  system  odniesień.  Artyści  z  racji  upośledzenia,  jakim  jest 

fragmentaryczność  wiedzy  teoretycznej  wykładanej  w  szkołach  artystycznych  mają  to 

skonstruowane inaczej. A zatem nie ma sieci, bo nie ma węzłowych pojęć, które odsyłając do 

siebie, tworzą i sieć, i puste miejsca. Nowa wiedza wlewa się po prostu w obszar pozbawiony 

struktury  lub  mający  postać  lokalnych  zawirowań  grupujących  jakieś  elementy  wiedzy.  Być 

może w takim zaprojektowaniu wiedzy dla artystów kryje się pewna społeczna mądrość. Skoro 

elementy niehamowane przez strukturę swobodnie się przemieszczają, to i sposób kojarzenia 

nie  jest  zdeterminowany  powszechnie  obowiązującą  regułą.  A  skoro  tak,  to  efekty  takiego 

nieortodoksyjnego  kojarzenia  bywają  interesujące  z  powodu  właśnie  „niemożliwych 

skojarzeń” (DC, 12).  

Ten  sposób  ujęcia  specyfiki  artystycznego  myślenia  ma  dość  długą  tradycję;  bardzo 

podobny opis znajdujemy choćby u Nietzschego

16

. Trzeba jednak zauważyć, że wspomniane 

„nieortodoksyjne  kojarzenie”  jest  rysem  myślenia,  które  nie  ogranicza  się  jedynie  do  sfery 

artystycznej,  bądź  estetycznej.  Stanowi  raczej  konstytutywny  element  czy  też  przejaw  tej 

szczególnej  „władzy”  człowieka,  która  daje  się  określić  mianem  heurystyczności  – 

błyskotliwości,  pomysłowości,  inwencyjności  –  i  jest  (choć  na  inne  sposoby)  w  coraz 

                                                 

15

 Sztuka jest wiedzą..., op. cit., s. 27 

16

  F.  Nietzsche,  O  prawdzie  i  kłamstwie  w  sensie  pozamoralnym,  przeł.  B.  Baran,  w:  F.  Nietzsche,  Pisma 

pozostałe 1862-1875, Inter Esse, Kraków 1993, s. 197 

background image

 

większym  zakresie  wykorzystywana  również  w  filozofii  oraz  naukach

17

.  Ogólnie  rzecz 

biorąc,  efektywne  działanie  tej  „władzy”  zawsze  wiąże  się  z  pewnym  zdarzeniem 

odkrywczym  bądź  wynalazczym,  ze  zdarzeniem  się  czegoś  nowego.  I  choć  zakłada  ona 

operowanie pewną gotową, uprzednio zdobytą wiedzą, to w swych zdarzeniowych efektach 

nie  daje  się  do  niej  zredukować;  wtedy  właśnie  najbardziej  „daje  nam  do  myślenia”.  Przy 

takim postawieniu sprawy można się zgodzić, iż dzieła czy działania artystyczne wykraczają 

poza „to, co i tak już wiemy”. Sądzę, że z taką sytuacją mamy do czynienia na przykład w 

realizacji Libery Obóz koncetracyjny – Lego. O tyle też zgodziłbym się ze Żmijewskim, że 

praca  ta  stanowi  zapis  pewnej  wiedzy  w  formie  obrazów  i  jednocześnie  aktywny  aparat 

produkcji nowej wiedzy (DC, 10).  

 

4.  Narzuca  się  jednak  pytanie,  jak  tę  „nową”  wiedzę  dostrzec,  rozpoznać  i  wydobyć  z 

dzieła/działania  wizualnego.  Jest  to  wciąż  kwestia  jego  odbioru  i  interpretacji.  Jak  bowiem 

pamiętamy,  to  ostatecznie  od  interpretacji  zależy,  jaka  wiedza  zostanie  wytworzona  przez 

sztukę. Cóż zatem z tego, że dzieło stawia opór redukcji do jakiegoś ogólnego, opartego na 

gotowej wiedzy schematu interpretacyjnego, skoro i tak zostanie do niego przez interpretatora 

sprowadzone? Problem polega wszakże na tym, że opór przed redukcją do gotowej wiedzy, 

będący  znamieniem  jednostkowości  dzieła  i  stanowiący  konstytutywną  część  jego 

doświadczenia, nie przynosi żadnej „naddatkowej” wiedzy, która byłaby w dziele po prostu 

dana i czekała tylko na „wydobycie”. Jest to raczej rodzaj „informacyjnego napięcia”, jakie 

powstaje  w  wyniku  zdarzeniowego  przeorganizowania  relacji  między  określonymi 

elementami  i  wpisania  –  „skojarzenia”  –  ich  w  niepowtarzalną  konfigurację.  Daje  ona  do 

myślenia, wystawia na próbę wiedzę, którą mamy do dyspozycji jako interpretatorzy, każąc 

tak  ją  inwencyjnie  zastosować  –  to  znaczy  odkrywczo  przetransformować  i/lub  rozwinąć  – 

abyśmy  właśnie  mogli  oddać  sprawiedliwość  jednostkowości  konkretnego  dzieła  i  jego 

sytuacji: w możliwie wysokim stopniu uniknąć sprowadzenia jego sensu do gotowej, ogólnej 

wiedzy.  Owo  inwencyjne  „stosowanie”  wiedzy  ma  w  tym  wypadku  zawsze  pewien  aspekt 

performatywny:  nie  jest  czystym  opisem  wizualnego  dzieła,  ale  współkształtowaniem  jego 

sensu, rozstrzyganiem jego zasadniczej otwartości znaczeniowej – za każdym razem inaczej, 
                                                 

17

 Zarówno w naukach, jak i w filozofii istniała jednak – i wciąż istnieje – tendencja, by władzy tej odmawiać 

efektów poznawczych i sprowadzać jej działanie do wytwarzania przyjemności estetycznej; zob. analizę takiego 
wykluczenia u Locke’a – T. Załuski, Klika uwag o pomysłowości (wit) u Locke’a, w: „Folia Philosophica” 16, 
2004,  ss.  71-82.  Kwestia  ta  niewątpliwie  rzuca  nowe  światło  na  stwierdzenie  Żmijewskiego,  iż  wiedza,  która 
pojawia  się  jako  produkt  działania  sztuki,  jest  uparcie  redukowana  przez  ekspertów  innych  dziedzin  do 
propozycji estetycznej
 (ŻS, 20). Warto też dodać, że w chwili, gdy piszę te słowa, w CSW Zamek Ujazdowski 
trwa warszawska odsłona zorganizowanej przez Kazimierza Piotrowskiego wystawy Dowcip i władza sądzenia. 
Asteizm w Polsce
, która w jednym ze swych aspektów rozwija sygnalizowaną tu tematykę. 

background image

10 

 

bez modelu, bez metodologii, bez ogólnej wiedzy-jak. Co więcej, odbywa się ono w ramach 

pewnej wspólnoty interpretacyjnej, pewnej polemicznej wielości głosów i jako takie posiada 

już aspekt – w szerokim znaczeniu tego  słowa –  polityczny. W tym miejscu warto również 

przypomnieć, że samą zdolność osądzania zjawisk indywidualnych bez podporządkowywania 

ich ogólnym zasadom, które mogą być nauczane i przyswajane, aż przekształcą się w nawyki 

Hannah Arendt nazwała najbardziej polityczną z ludzkich zdolności

18

.  

Wszystko  to  wyraźnie  wskazuje,  że  warunkiem  wytwarzania  nowej  wiedzy  przez 

sztukę jest przede wszystkim ustanowienie i praktykowanie swoistej „polityki interpretacji”, 

podejmującej  wyzwanie,  jakie  każdorazowo  ustanawia  jednostkowość  dzieła  wraz  z 

cechującym  je  napięciem  informacyjnym,  czy  też  poznawczym.  Owa  polityka  interpretacji 

jest chyba również niezbędnym warunkiem wstępnym zawiązania takiej relacji między sztuką 

a  (szeroko  rozumianym)  działaniem  politycznym,  w  ramach  której  sztuka  uniknęłaby 

niebezpieczeństwa prostego przekształcenia w wizualną propagandę; ta bowiem zawsze jest 

perswazyjną reprodukcją/dystrybucją „wiedzy” gotowej i ogólnej.    

 

5.  Dotykamy  tu  zarazem  problemu  wielokrotnie  postulowanej  przez  Żmijewskiego, 

„społecznej użyteczności” sztuki. To właśnie za pośrednictwem wejścia w pole nauki sztuka 

ma  zyskać  takową  „użyteczność”,  tożsamą  z  posiadaniem  „realnego  skutku”.  Obie  te 

kategorie,  traktowane  przez  Żmijewskiego  jako  oczywiste,  rodzą  jednak  liczne  pytania  i 

wątpliwości. Po pierwsze, nawet utylitarność wiedzy naukowej nie może być traktowana jako 

wartość sama w sobie: wystarczy tu wspomnieć o znanych niebezpieczeństwach związanych 

z  „przekuwaniem”  wiedzy  naukowej  w  instrumentarium  technologiczne,  czy  też  o 

ekonomicznym  uzależnieniu  badań  naukowych  od  sponsoringu  przemysłowo-

korporacyjnego. Żmijewski dostrzega zagrożenia związane z wejściem sztuki w „utylitarną” 

zależność  od  nauki  lub  polityki,  odsuwa  je  wszakże  na  bok,  uznając,  że  sztuka  świetnie 

znajduje  się  w  miejscach  ryzykownych  (ŻS,  23).  Nie  jest  to  wcale  takie  oczywiste: 

kontrargumentem  niech  będzie  już  samo  bagatelizowanie  tak  zasadniczej  kwestii  w 

manifeście sztuki zaangażowanej.  

Co więcej, trzeba zastanowić się z jakiego rodzaju utylitarnością mamy do czynienia 

w przypadku przywoływanych przez Żmijewskiego nauk humanistyczno-społecznych. Jakie 

elementy ich dyskursu są wdrażane do praktyk społecznych? Obawiam się, że gdy nauki te 

faktycznie  zyskują  znaczenie  utylitarne,  dzieje  się  to  często  w  sposób,  który  –  o  ile  mogę 

                                                 

18

 H. Arendt, Myślenie, przeł. H. Buczyńska-Garewicz, Czytelnik, Warszawa 2002, s. 258 

background image

11 

 

przypuszczać  –  nie  spotkałby  się  z  aprobatą  Żmijewskiego:  marketing  społeczny,  public 

relations itd. W analogiczny sposób sztuki wizualne już teraz posiadają pełną „utylitarność”, 

bez żadnych dodatkowych starań funkcjonują dziś jako „stosowane sztuki społeczne” – jako 

informacja wizualna, marketing reklamowy, polityczny itd., a zatem jako środki reprodukcji 

tego,  co  zwykle  określa  się  mianem  „społeczeństwa  spektaklu”.  Czy  natomiast  „teorie 

krytyczne”,  tworzone  w  ramach  nauk  humanistyczno-społecznych,  tak  po  prostu  znajdują 

„utylitarne”  zastosowanie  społeczne  i  zyskują  pożądane  skutki  „naprawcze”?  Nie  trzeba 

chyba  nikogo  przekonywać,  że  zwykle  się  tak  nie  dzieje;  o  tym,  że  cała  kwestia  jest  nad 

wyraz  złożona,  przekonują  nas  różnorakie  aporie  wpisane  w  figurę  krytycznego  i 

zaangażowanego intelektualisty.  

Mówię  o  tym,  gdyż  wydaje  mi  się,  że  Żmijewski  postuluje  przejście  sztuki  od 

kontestacji,  buntu  i  sprzeciwu  (automatycznie  zawłaszczanego  i  niwelowanego)  do 

„utylitarnego”  programu  pozytywnego,  lecz  równocześnie  chciałby,  aby  społeczeństwo 

akceptowało  i  wdrażało  coś,  co  w  istocie  stanowi  jego  krytykę.  Innymi  słowy,  chciałby 

pozytywnej utylitarności wiedzy krytycznej, kontestującej status quo. Widać to wyraźnie, gdy 

z jednej strony krytykuje negatywność takich metafor określających działania artystyczne, jak 

„wirus”,  „pasożyt”,  wróg”  i  postuluje  zastąpienie  ich  pozytywnie  oraz  „operatywnie” 

brzmiącym „algorytmem”, z drugiej zaś opisując społeczną funkcję sztuki sam ucieka się do 

innej  metafory  o  negatywnej  konotacji  społecznej:  artyści,  podobnie  jak  kieszonkowcy 

[podkr.  –  T.  Z],  widzą  miejsca  społecznej  „nieuwagi”,  próżni,  obojętności.  Widzą  te 

fragmenty ciała społecznego, które uległy anestezji (DC, 12). Sugestywne jest też to ostatnie 

określenie:  sztuka,  niczym  Sokratejski  giez

19

,  ma  kąsać  społeczeństwo,  uwrażliwiać  je, 

uczulać miejsca dotknięte znieczulicą. Warto jednak pamiętać, że społeczeństwo ateńskie nie 

chciało się poznać na użyteczności praktyk Sokratesa.  

Pozostaje jeszcze kwestia skuteczności, „realnego i weryfikowalnego skutku” działań 

artystycznych.  Z  jednej  strony  zarysowują  się  tu  klasyczne  trudności  związane  ze 

skutecznością  wszelkiego  rodzaju  działań,  ze  skutkami  rozproszonymi,  długofalowymi,  z 

wystąpieniem  interakcji  czy  interferencji,  z  rozstępem  między  intencją  a  efektem  itd.  Z 

drugiej  strony  powstaje  pytanie  o  to,  jak  oceniać  „skuteczność”  i  „realność”  działania 

artystycznego  w  sferze  porządków  symbolicznych;  czy  można  by  tu  mówić  jakiejś  o 

skuteczności  „wirtualnej”  lub  „widmowej”?

20

  Co  więcej,  rozpatrując  skuteczność  działań 

                                                 

19

 Zob. ibidem, ss. 232-234 

20

 Zob. w tej kwestii J. Lubiak, Widmowe moce projekcji, w: „Orońsko. Kwartalnik rzeźby” nr 1 (62), 2006, ss. 

13-18 

background image

12 

 

artystycznych w przestrzeni społeczno-politycznej, należałoby chyba najpierw zastanowić się 

nad ogólną możliwością i efektywnością zabierania głosu lub działania dzisiaj, w Polsce, w 

sferze  publicznej:  nad  zespołem  historyczno-pragmatycznych  warunków  –  form,  praktyk, 

konwencji i instytucji – które gwarantują lub uniemożliwiają efektywność performatywnych 

aktów.  

 

6.  I  tak  dochodzimy  wreszcie  do  kwestii  politycznego  zaangażowania  sztuki.  Tu  można 

jedynie  spekulować.  Jak  bowiem  wspominałem  na  wstępie,  Żmijewski  hasłowo  postuluje 

takowe zaangażowanie, ale nie określa, jaki dokładnie kształt miałoby ono przybrać. A rodzi 

się  tu  wiele  pytań.  Ograniczę  się  wszakże  do  jednego,  być  może  najistotniejszego  z 

perspektywy współczesnej myśli politycznej: czy chodzi o politykę, czy też polityczność? O 

politykę rozumianą – w jej obecnej postaci – jako gra sił oraz interesów ściśle związanych z 

ekonomią,  a  ukierunkowanych  przez  dążenie  do  zdobycia  władzy,  reprezentowania 

społecznej egzystencji oraz zarządzania nią; czy też raczej o polityczność – to, co, polityczne 

– czyli powszechny, konfliktowo-koalicyjny aspekt ludzkiej egzystencji, wynikający z faktu 

współistnienia wielości jednostkowych, różnorodnych ludzi oraz konieczności negocjowania, 

rozstrzygania i kreowania przez nich wspólnego świata pod nieobecność wszelkiego danego 

modelu  i  sensu  bycia-wspólnie?  Szczerze  mówiąc,  wątpię,  by  w  ramach  tradycyjnie 

pojmowanej  polityki  istniało  inne  miejsce  na  artystyczne  praktyki  niż  wizualny  marketing 

polityczny

21

; wydaje mi się jednak, że tego rodzaju zależność Żmijewski – chcący się wpisać 

w  tradycję  działań  emancypacyjnych  –  uznałby  raczej  za  niebezpieczeństwo  związane  z 

zaangażowaniem  sztuki  niż  jego  cel.  Przypuszczam  zatem,  że  Żmijewskiemu  chodziłoby 

raczej o zaangażowanie w dziedzinę „polityczności”; wskazuje na to choćby fakt, iż akcentuje 

on jednostkowość egzystencji artysty i jego doświadczenia świata oraz podkreśla, że wiedza 

wytwarzana w sztuce nieuchronnie nosi znamię owej jednostkowości i właśnie jako taka jest 

wartościowa, a także potencjalnie „efektywna”. 

 

 Jeśli  moje  przypuszczenie  jest  uzasadnione,  to  faktycznie  interesujące  byłoby 

przemyślenie  możliwości  szerszej  i  bardziej  zdecydowanej  partycypacji  artystycznych 

praktyk  wizualnych  w  swoistej  „polityce  tego,  co  polityczne”,  podejmującej  niemożliwy 

imperatyw  oddania  sprawiedliwości  temu,  co  jednostkowe,  a  także  dopuszczenia  każdej 

jednostki  do  aktywnej  partycypacji  w  nieustannym  współ-negocjowaniu  i  transformowaniu 

kształtów  oraz  sensów  koegzystencji.  Opowiedzenie  się  za  polityką  tego,  co  polityczne  nie 

                                                 

21

 Zupełnie inną opcją byłoby  tu wykorzystanie poza-politycznego kapitału symbolicznego artysty  czy  artystki 

jako znanej, publicznej osoby, dla poparcia danej partii politycznej. 

background image

13 

 

oznacza  założenia,  że  „wszystko  jest  polityczne”  –  w  sensie  totalizacji  różnych  sfer 

egzystencji. Polityce tego, co polityczne daleko do bycia „wszystkim”, nawet jeśli – jak pisze 

Jean-Luc  Nancy  –  wszystko  przez  nią  przechodzi,  a  zatem  spotyka  się  i  komunikuje  ze 

wszystkim  innym.  Polityka  staje  się  właśnie  miejscem  detotalizacji

22

.  Ogólnie  rzecz  biorąc, 

obejmowałaby  ona  działania  na  rzecz  wynajdywania  nowych  form  i  mechanizmów 

demokracji  obywatelskiej  w  sytuacji  utraty  wiary  w  obecną  postać  przedstawicielstwa 

parlamentarnego  oraz  przekonania  o  braku  możliwości  efektywnego  zabierania  głosu  przez 

obywateli, o braku „skutku”: poczucia, że „i tak się nic nie zmieni”.  

 

W związku z tym narzuca się następujące spostrzeżenie. Polityka tego, co polityczne –

dająca  się  również  określić  jako  polityka  „inwencji  demokratycznej”  (Claude  Lefort)  –  jest 

post-fundacjonalistyczna,  jej  warunkiem  możliwości  jest  brak  fundamentu  społeczno-

politycznego, brak danego modelu bycia-wspólnie: modelu, który należy poznać, by wiedzę o 

nim przekuć w praktykę i uczynić podstawą formowania rzeczywistości. Z tej perspektywy 

może  zastanawiać  uprzywilejowanie  przez  Żmijewskiego  kwestii  wiedzy  wytwarzanej  w 

sztuce, tym bardziej, że zdarza mu się stwierdzić, iż wiedza ta wiąże się z oglądaniem „tego, 

co rzeczywiste” – nieosłoniętej podstawy bytu, prawdy o egzystencji, o jej uwarunkowaniach i 

kosztach  (DC,  13).  Tego  rodzaju  wiedza  byłaby  jednak  faktycznie  głęboko  obca  działaniu 

oraz  polityce  (po  prostu  czyniłaby  je  zbędnymi);  nie  mogłaby  także  być  jednostkowa  i 

zdywersyfikowana, lecz jedna i ogólna. W innych miejscach Żmijewski skłania się wszakże 

do  tego,  by  mówić  o  wiedzy-inwencji,  o  jednostkowych  wynalazkach  artystycznych

23

.  Czy 

nie  lepiej  by  zatem  było,  aby  zamiast  akcentować  wiedzę,  a  w  efekcie  proponować 

„algorytm”  (ŻS,  21)  jako  nową,  pozytywną,  operacyjno-logistyczną  metaforę  dla  działań 

artystycznych, postawić na konfigurację takich określeń, jak np. „eksperyment”, „inwencja”, 

„zdarzenie”  i  „świadectwo”?  Lepiej  korespondowałaby  one  choćby  z  już  praktykowanymi 

formami zaangażowania sztuk wizualnych na rzecz tego, co polityczne. Niezależnie bowiem 

od „uzmysławiania” gotowej wiedzy przez artefakty, w pewnym sensie niezależnie nawet od 

wszelkich zawartych tam „niemożliwych skojarzeń” artystów i artystek, działania artystyczne 

mogą czasem na zasadzie zdarzenia testować, wprawiać w ruch, radykalizować i pluralizować 

– oczywiście w określonym zakresie – demokrację: pobudzać spór wokół różnych zagadnień 

oraz  aktywizować  interakcje  społeczne,  eksponując  konieczność  negocjacji  i  prezentując 

sugestie w kwestii możliwych rozstrzygnięć. Bywa, iż efekt ten – raz jeszcze w określonym 

                                                 

22

  J.-L.  Nancy,  Is  Everything  Political?,  trans.  P.  Adamek,  w:  “CR:  The  New  Centennial  Review”,  Vol.  2, 

Number 3, Fall 2002, s.21 

23

 Zob. np. Sztuka jest wiedzą..., op. cit., s. 26 

background image

14 

 

zakresie  –  osiągają  działania  tak  „surrealne”,  oparte  na  tak  „niemożliwych  skojarzeniach”, 

będące tak jednostkowym zabraniem głosu i tak osobliwą partycypacją w kształtowaniu sfery 

publicznej,  jak  „Palma”  Rajkowskiej,  czyli  Pozdrowienia  z  Alei  Jerozolimskich

Uruchamiając  określone  procesy  społeczne,  działania  takie  eksponują  nie  tyle  siebie,  ile 

kontekst swojego zdarzenia oraz dają świadectwo jego problematycznych elementów

24

. W ten 

zdarzeniowy  sposób  –  jako  nowe  zjawiska  w  przestrzeni  społecznej  –  przynoszą  też 

faktycznie  nową  wiedzę

25

;  z  definicji  wiedza  ta  nie  może  być  jednak  algorytmicznie 

„wytwarzana”,  przynoszące  ją,  sytuacyjne  zdarzenie  można  jedynie  próbować 

eksperymentalnie prowokować, bez gwarancji osiągnięcia skutku. Niewątpliwie trzeba jednak 

wynaleźć  mechanizmy  demokratyczne,  które  ułatwiałyby  zaistnienie  sztuki  jako  aktu 

obywatelskiego zabrania głosu w przestrzeni debaty publicznej i gwarantowały uprawniony 

charakter  tego  głosu,  powodowały,  że  sztuka  nie  będzie  „chłopcem  do  bicia”.  Czy  sama 

sztuka, z wnętrza swej dzisiejszej instytucji, może takie mechanizmy wynaleźć i wprowadzić 

do rzeczywistości społecznej? 

 

Być  może  jakiekolwiek  szersze  i  bardziej  konsekwentne  zaangażowanie  sztuki  w 

„inwencję  demokratyczną”  wymaga  przede  wszystkim  wynalezienia  nowych  rodzajów 

instytucji,  powołania  nowych  warunków  i  konwencji  gwarantujących  działaniom 

artystycznym,  czy  też  –  jeśli  należałoby  porzucić  to  miano  –  „praktykom  wizualnym” 

możliwość  posiadania  performatywnych  efektów,  pewien  odmienny  rodzaj  istnienia  w 

przestrzeni  społecznej  oraz  prawomocność  partycypacji  w  debacie  publicznej.  Być  może 

trzeba,  aby  obok  sztuki  powstał  nowy  rodzaj  kompetencji  i  nowy  rodzaj  praktyki,  o  innym 

statusie.  Być  może  takie  instytucje  utorowałyby  też  miejsce  dla  bardziej  systematycznej 

realizacji  tego,  co  –  w  przyjętej  tu  perspektywie  rozważań  o  wiedzy  –  stanowi  niezwykle 

ciekawy i cenny postulat Żmijewskiego (w pełni się też pod nim podpisuję!): współdziałanie 

artystów i ludzi nauki na rzecz polityki tego, co polityczne. 

Zdaję  sobie  sprawę,  że  dyskurs  o  takiej  „nowej  instytucji”  brzmi  trochę  jak  science 

ficton, ale – jak wiadomo – w każdym akcie inauguracji, instytucji czy inwencji musi być coś 

i z science, i z fiction. W końcu fikcje też bywają bardzo skuteczne. 

 

                                                 

24

  Jeśli  chodzi  w  tym  względzie  o  Palmę  Rajkowskiej,  zob.  interesujące  materiały  zgromadzone  na  stronie 

internetowej projektu - www.palma.art.pl. Warto dodać, że właśnie (20.07.2007) „oddano do użytku” Dotleniacz 
- kolejną realizację Rajkowskiej w przestrzeni publicznej Warszawy. 

25

  Być  może  tego  rodzaju  sytuacje  miał  na  myśli  Żmijewski,  pisząc  o  obiektach,  które  aktywnie  penetrują 

przestrzeń społecznych przekonań i dostarczają informacji o nich (DC, 10)