background image

Arkady Fiedler

Kanada 

pachnąca 

żywicą

background image
background image

ZACZYNA PACHNIEĆ
Gdy wypływałem z Gdyni do Kanady, w Polsce świeciło gorące, lipcowe słońce i 

rozśpiewani ludzie zaczynali na polach żniwa. Bałtyk był stosunkowo łagodny, 
Morze Północne zamroczone, ale prawdziwe piekło rozpętało się poza Szkocją, po 

wyjściu na pełny Atlantyk. Silny wicher zachodni, do burzy podobny, brał nas 
porządnie w obroty i dął z taką zajadłością, że ścinał nam skórę. Trudno było 

ustać na pokładzie. Statek tańczył na olbrzymich falach jak narwana baletnica. 
Chłód przejmował do szipiku, ludzie chorowali i nie opuszczali koi.

Trzeciego dnia bezustannej męki na wzburzonym morzu spytałem któregoś z oficerów 
statku, czy tu, na północnym Atlantyku, zawsze panują takie wichry.

—  Jesienią, zimą i wiosną — zawsze, latem — prawie zawsze.
—  I zawsze takie silne jak teraz? —• Przeważnie silniejsze.

Wicher, dmący od Labradoru i Grenlandii, był przenikliwy, mroźny i przykry.
Żeglarze norwescy, rzucani przez burzę, odkryli w rolcu 863 Islandię i zaludnili 

jej wybrzeża. W następnym wieku jeden z ich potomków odwiedził macierzystą 
Norwegię, lecz w drodze powrotnej do Islandii chybił swego portu, popłynął zbyt 

daleko na zachód i odkrył brzegi Ameryki Północnej.
0  odkryciu przyjacielowi "swemu, Laitowi urmisonowi....... '

Erikson był zuchwałym Wikingiem i ma wiadomość o ponętnym wybrzeżu powstała w 
jego ambitnej duszy myśl założenia tam nowego państwa. Wybudował okręty, znalazł 

ludzi, wypłynął i na nowej ziemi założył kolonię. Jeżeli już wtedy, tysiąc lat 
temu, nie zrodziła się Ameryka, to winę przypisać należy >nie norweskiemu 

śmiałkowi i nie jego następcom:
1  oni, i Norwegia podjęli myśl kolonizacyjną Eriksona i przez kilka wieków 

starali się ją urzeczywistniać. ^Wysiłki ich udaremniała przede wszystkim 
burzliwa fala północnego Atlantyku, odstraszająca nawet Wikingów. Tak to 

ówczesny śmiały plan stworzenia przez Norwegów Nowego Świata stłumił wicher, 
wiejący od Labradoru i Grenlandii.

I później, w zaraniu nowszych czasów, ten sam wicher decydująco wpływał na losy 
ludzi i kraju. W okresie Kolumba genueńczyk Jan Caboto odkrył w imieniu króla 

angielskiego Nową Fundlandię. W dwadzieścia lat później inny Włoch, żeglarz 
Verrazani, zaanektował wybrzeże lądu północnoamerykańskiego dla króla Francji. 

Lecz były to na razie odkrycia bez praktycznego pożytku i ani Francuzi, ani 
Anglicy nie mogli się tam usadowić na dobre. Jedni i drudzy, a zwłaszcza 

Anglicy, bali się panicznie Hiszpanów, roszczących pretensje do wszystkich ziem 
amerykańskich. Emigracji nie sprzyjały również inne przyczyny, 

wewnętrznopolityczne i gospodarcze odnośnych krajów, ale najsilniej napływ ludzi 
powstrzymywało wzburzone morze. Wiatr mroził zapał wychodźców i dopuszczał na 

rybne ławy nowofuindlandzkie tylko zatraconych rybaków, otrzaskanych w burzach. 
A ci nie tworzyli kolonii i co jesień wracali do starej Europy.

W jakie sto lat później warunki się zmieniły; zaczęto budować większe żaglowce, 
wyrośli właściwi zdobywcy^pionie-rzy i na początku XVII wieku powstawały na 

nowej ziemi pierwsze, skromne osiedla: Francuzów nad Rzeką Sw. Wawrzyńca, 
Anglików bardziej na południu, nad James River w Wirginii. Lecz zanim do tego 

doszło, przez sto lat głównie
neńtu.

W czasie moich podróży do Ameryki Południowej kilka razy przecinałem szlak, 
jakim płynął na zachód Kolumb i jego Hiszpanie. Kolumb płynął do kraju o 

wiecznej wiośnie morzem słonecznym i spokojnym, o ustalonych, łagodnych 
wiatrach. Nie było na jego drodze żadnego zatoru i żadnego odstraszającego 

wichru. Dlatego dzieje jego odkryć potoczyły się w błyskawicznym tempie. Odkrył, 
zdobył, a Hiszpania tysiącami Hiszpanów zaludniła w krótkim czasie całą tę część 

świata, podczas gdy na północy, równocześnie odkrytej, nic poważnego jeszcze się 
nie działo.

Na północy wicher szczególnie dotkliwe dawał się we znaki Francuzom i stał się w 
końcu ich dziejową tragedią. Z dwóch narodów, kolonizujących Amerykę Północną, 

Francuzi okazali bezsprzecznie o niebo więcej rozmachu, ducha zdobywczego i 
fantazji. Zajęli część kraju najdogodniejszą dla wypraw w głąb kontynentu, 

mianowicie ujście Rzeki Sw. Wawrzyńca, stąd wdzierali się na zachód w dalekie 
lasy, docierali do Wielkich Jezior i usadowili się w niespełna sto lat nad 

brzegami rzeki Mississippi aż do Zatoki Meksykańskiej. W tym czasie Anglicy 

background image

wciąż jeszcze siedzieli nad brzegiem Atlantyku, tłukli się zapamiętale z 

Indianami i jakoś nie mogli przebrnąć przez łańcuch gór Appalachów.
Lecz gdy przyszło później, w połowie XVIII wieku, do ostatecznej rozgrywki o to, 

jaki język, francuski czy angielski, i czyja kultura miały zapanować nad Ameryką 
Północną, Francuzi ponieśli zupełną klęskę. Okazało się bowiem, że już wtedy 

Anglików było w Ameryce Północnej dwa i pół miliona, Francuzów zaledwie 
sześćdziesiąt tysięcy. Dzielność i odwaga' nie wystarczyły, przytłoczyła je i 

zdusiła liczba przeciwnika.
Francuzów było tak mało, ponieważ idea Kanady nigdy nie stała się popularna we 

Francji. Francuza, rozpieszczonego łagodnym niebem Szampanii lub Żyrondy, 
odstraszał twardy klimat kolonii, jej ostre zimy i nie mniej uciążliwy przejazd

Ważnie.....tylko"! dwócn prowincji: uretann i lNormanan, zamieszkałych przez 
dzielnych wilków morskich, potomków Wikingów tej samej krwi. co Laif Erikson. 

Oni to zdobyli dla Francji Kanadę i większą część Ameryki Północnej, ale reszta 
Francji nie poszła za 'nimi. Odstraszał ją mroźny wiatr Północy.

Ten wiatr sprzyjał wyraźnie Anglikom. Jemu w wielkiej mierze należy przypisać, 
że w Ottawie rezydował angielski gubernator Jej Królewskiej Mości, a nie 

gubernator Republiki Francuskiej, że dostęp do niezmierzonych bogactw północnego 
kontynentu mieli przede wszystkim ludzie angielskiego języka i że dziś "Wielkie 

amerykańskie miasta nad Mis-sissippi: Saint Louis i Nowy Orlean, o na-zwach 
brzmiących z francuska, nie mają poza tym już nic wspólnego z Francuzami. Wicher 

od Labradoru nie służył Francuzom.----------
Nie służył ten wicher również Łotyszowi, jadącemu ze mną we wspólnej kabinie. 

Biedaczysko od tygodnia leżał, jęczał, wymiotował i mówił, że umrze przed końcem 
podróży.

Nie umarł. Dzisiejsze maszyny odjęły ostrze jadu wichrowi od Labradoru.
W Montrealu na James Street — będącej odpowiednikiem Wall Street w Nowym Jorku — 

wznosi się, w otoczeniu innych olbrzymich budynków, imponujący gmach Royal Bank 
of Canada, drapacz chmur, marmurowa świątynia dolara i potęgi. Przez wspaniały 

portal z ciężkiego brązu wchodzą i wychodzą ludzie, którzy handlują milionami: 
nie tylko dolarów, lecz i dusz ludzkich, dzierżąc losy kraju w swych portfelach 

i swych energicznych, acz często bezwzględnych rękach.
Tuż przed wejściem do banku, wtłoczony w szeregi czekających aut, stał żebrak, 

kataryniarz. Kręcił katarynką. Był to jakiś przemyślny instrument, z którego 
tryskały donośnym, czystym głosem skoczne melodie, pełne radości życia. Melodie 

podbijały wesołością całą ulicę i odbijały się o gmach Royal Bank of Canada. Nie 
podbijały tylko zaaferowanych ludzi, wchodzących do banku, i nie docierały do 

ich świadomości i kieszeni. Ich myśli były zaprzątnięte czym innym. Po pewnym 
czasie kataryniarz stwierdził z pogodnym uśmiechem na twarzy, że wybrał złe 

miejsce, przestał kręcić, wspiął się na swój instrument, zapuścił motor i na 
trójkołowym raotocyklu-katarynce popędził po szczęście do innej dzielnicy 

miasta.----------
Na skrzyżowaniu dwóch ulic powstało zamieszanie. Jakiś sa-fanduła szofer źle 

prowadził, znienacka zatrzymał swoją cię-
11

 nUt,  SUUCJCy >-ll
 aauiui-liuu

fan              ,       Jy                    J
ler o wyrafinowanej linii — ledwo w niego nie uderzył. W ostatniej chwili 

skręcił gwałtownie w bok, o cal wyminął tylne koło niedorajdy, zbliżył się 
niebezpiecznie do sąsiedniego szeregu wozów, zuchwałym wirażem wsunął się w 

wąską lukę, jedyne wyjście, i — mistrzowską ręką prowadzony — uszedł 
nieuniknionemu, jak się zdawało, wypadkowi.

Wszyscy, śledzący to zajście, patrzyli z uznaniem na Chrys-lera. Kierowała nim 
niewiasta. Liczyła najmniej siedemdziesiąt lat i miała siwiuteńkie, pięknie 

ondulowane włosy. Ani na chwilę nie straciła zimnej krwi. Przejeżdżając obok 
niefortunnego szofera mrugnęła do niego filuternie i z dobroduszną miną posłała 

mu jakieś słowo. Musiało być uszczypliwe, bo szofer się zaczerwienił.
Od tego czasu spoglądałem uważniej na samochody w Montrealu. Często widziałem 

starsze panie które nimi kierowały. Babcie, w Europie przeżuwające resztki 
swoich dni, w Montrealu siadały do aut i były zmotoryzowanymi amazonkami.

Na St. Catheriine Street, ulicy długiej podobno na dwadzieścia mil angielskich, 
był dziwny, wielki sklep. Odbywała się w nim stała licytacja używanych 

samochodów, ale licytacja w odwrotnym niż zwykle kierunku: ceny aut coraz to 

background image

spadały. Spadały co kilka dni, a czasem codziennie o pięć do dziesięciu dolarów. 

Auto, które dziś oceniano na sto czterdzieści dolarów, w trzy dni później mogło 
kosztować sto dziesięć. Gdyby więc ktoś trzy dni poczekał, kupiłby je za tę 

zniżoną cenę, chyba że wcześniej ktoś inny mu je sprzątnął sprzed nosa za nieco 
wyższą cenę.

W pierwszym szeregu stało osiem samochodów (szeregów było kilkanaście): Hudson 
za 150 dolarów, Pontiac za 128 dolarów, Buick za 118, De Sóto 108, Packard 102 i 

tak dalej.
Z ciekawości wszedłem do sklepu i spytałem o najtańszy samochód. Pokazali mi 

Chevrolet. Grat nieładny, ale kosztował piętnaście dolarów.
12

jeszcze przez całą Kanadę do wybrzeża Pacyfiku i z powrotem.
—  To nieprawda! — ktoś obok mnie sprzeciwił się szorstkim głosem.

Lekki popłoch w sklepie. Sprzedawca ściągnął brwi i wlepił w intruza twardy 
wzrok.

—    / beg yom pardon? — Przepraszam? — zwrócił się do niego zdumiony.
Młody człowiek, który odezwał się, wyglądał na pewnego siebie mechanika.

—  To ja bardzo przepraszam — rzekł zaczepnym głosem — ale pan się mylił
Rzeczowo obejrzał motor samochodu i zaipewnił w sposób nie znoszący oporu:

—  Do Pacyfiku, zgoda, dojedzie, ale z powrotem — nie! Niech pan nie łudzi 
klientów!...

Do Pacyfiku było pięć tysięcy kilometrów.
Ten objaw — czy raczej odprysk — materialnego dobrobytu byłby imponujący, gdyby 

szedł tutaj w parze z ludzkim szczęściem i zadowoleniem. Lecz ozy szedł? 
Miewałem wątpliwości i nigdy nie mogłam uwolnić się od myśli, że życie w tej 

bogatej Ameryce Północnej rozwijało się nie tak, jak należało.
Mieszkańcy Ameryki Północnej gorączkowo gdzieś pędzili, za czymś gonili, 

niecierpliwie do czegoś dyszeli, popędzali się wzajemnie, smagani 
najdziwniejszymi ambicjami — i w tym nerwowym pośpiechu właściwie nie wiedzieli, 

po co i dokąd się tak śpieszyli. Ich niepokój miał w sobie coś chorobliwego.
Owa monitrealska ulica S-w. Katarzyny wraziła mi się głęboko w pamięć: w pewnej 

chwili zatęskniłem gwałtownie do Europy, do jej ludzi mniej zadyszanych, do 
cichych Jezior Augustowskich i do kojącego cienia pod dębami rogaliński-mi. Był 

przecież i w Kanadzie las tęgi, puszcza pociągająca, ale to, co się działo w 
miastach kanadyjsko-amerykańskich, wydawało mi się osobliwym nieporozumieniem. 

Przecież roz-
13

czasem stała się rzecz paradoksalna: człowiek", stworzywszy olbrzymią-i piękną 
technikę, sam popadł w niewolę swego tworu. Ludzkość dążyła i wszelkimi siłami 

dążyć powinna do dobrobytu, ale niech ją dobry los uchroni od niebezpiecznego 
rodzaju dobrobytu, jaki stworzył kontynent północnoamerykański. Zastraszająca 

ilość ludzi o strzaskanych nerwach była ostrzegawczym znakiem.
Ludzie tutaj podobno tak robili: kupowali sobie na lato używany samochód, 

zwiedzali nim część kraju, w końcu porzucali grat na łasce losu, gdzieś na 
bocznej drodze, i wracali koleją do domu. Powstawała przy tym paradoksalna 

sytuacja: porzucając samochód musieli czynić to ostrożnie, ażeby tego nikt nie 
widział, zwłaszcza żaden policjant. Gdyby zauważył, wymierzyłby tęgą karę i na 

domiar kalzałby zabrać samochód ze sobą.
Kanada to kraj, w którym samochodów nie wolno porzucać

na ulicy.
Wszystko zaczęło się na serio od czasu pierwszej wojny światowej. Dobrobyt, 

walący się podczas wojny do Kanady oknami i drzwiami, otworzył jej oczy na 
samochód. Słabiutko zaludniony, a absurdalnie rozległy kraj obok kolei żelaznej 

wymagał szybkiej, przystępnej komunikacji. Jak na drożdżach rósł przemysł 
samochodowy. Różne amerykańskie Fordy, Ge-neral-Motorsy i Chryslery, zwąchawszy 

korzyści dziewiczego terenu kanadyjskiego, budowały tu wielkie fabryki-filie.
Amerykanin, który wytępił koczujące szczepy Indian i niedobitki usadził w 

rezerwatach, dziś sam stał się największym koczownikiem. W przeszłości różne 
zarazy, zawleczone przez białego człowieka, niszczyły tubylców; dziś z kolei 

białego człowieka opanowała epidemia samochodu. Powstał osobliwy kult, a raczej 
kultura samochodowa, nosząca w sobie nie byle jakie zarodki barbarzyństwa. Domów 

swych i mieszkań, wyposażonych w najświetniejsze zdobycze techniki, typowy 
Amerykanin raczej unikał. Nie znosił domowego życia, ucie-

\ 14

background image

pustkę dokoła niego. W pędzącym samochodzie mniej ostro dręczył go niepokój.

Wraz z rozwijającym się przemysłem samochodowym powstała w południowym pasie 
Kanady gęsta, plenna sieć tysięcy mil gościńców i autostrad. Na tych traktach 

przewalała się co rok wielomilionowa wędrówka narodu. Obok Kanadyjczyków pędzili 
Amerykanie, by podziwiać wszelkie cuda przyrody od wyspy Vancouver do rzeki 

Saguenay. A tych Amerykanów zastęp nieprawdopodobny: niemal dwadzieścia milionów 
rocznie.

A lotnictwo? Północ, gdzie odkrywało się najbogatsze ponoć na świecie pokłady 
wartościowych minerałów, nie miała żadnych dróg bitych, tylko same lasy, tundry, 

rzeki i jeziora. Więc samoloty otworzyły Północ. Samolot w Kanadzie stał się już 
przedmiotem codziennego użytku. Niektórzy traperzy samolotem przeprowadzali 

rewizje założonych sideł, a czcigodne gospodynie, bywało, leciały na 
popołudniową wizytę do swej sąsiadki o dwieście mil oddalonej, —------

Wieczoiem któregoś dnia wyjechałem samochodem z pewnym Polakiem montrealskim 
poza miasto w kierunku Lachine. Przy asfaltowej autostradzie, zasianej na 

przestrzeni kilku mil setkami sunących aut, zamożni ludzie hołdowali o tej porze 
dwom namiętnościom.

Starzy i młodzi, mężczyźni i kobiety, grali w golfa. Tych pól golfowych były 
całe rzędy, a grających — setki, jeśli nie więcej. Zapadła już noc i ludzie 

oblani sinym światłem jaskrawych reflektorów sprawiali wrażenie upiorów. Z 
daleka wyglądali jak wariaci: krzątali się po polu, co chwila wznosili kije z 

ogromnym rozmachem i z całych sił uderzali w ziemię, jak gdyby smagając ją za 
jakieś przewinienia. Oczywiście bili nie w ziemię, lecz w kauczukowe piłeczki na 

ziemi, które starali się wyrzucić jak najdalej na mroczną łąkę. Gra podniecająca 
do ostateczności Anglosasów. I podobno bardzo po-

nlprawić wzmacniając
A druga namiętność   Sta a

tulił i całował swoją sweei nie było wypadków
dzie liczne bary au dzali, "tny^ mawiali, czego łądka, albo coś na taki bar; nie 

było w szereg samochodów rt
ate rm,                      młodzi n

 jak s           ^ ^ ^ Meby
 pJudowano pny autostra-

 z niego za- ^^ na ochłodzenie żo-
 lóv. Dziwnie wyglądał  J         ^ a go,cie        0

^       Usługiwały chyże  lub bardziej dyskretna n»-
rozumie sie, n0c lipcowa.

 coś
 Nagle Był to ów  Royal

razem nie przed bankiem
 ch dolatywały szepty.  Panad wszystkie ly-

^ poznałe. -yk,  Mórego rano słyszałem  tu, by przygrywać ra- . Zdaje się, ze 
tym  go słuchali niz rano

Eaton. Na St. Catherine Street, owej głównej handlowej arterii Montrealu, osiadł 
Eaton. Zajmował potężny blok gmachów o kilkunastu piętrach. Powszechny dom 

towarowy, największy w Kanadzie. Eaton, który wraz z dwoma innymi podobnymi 
towarzystwami zagarnął dwie trzecie całego handlu tego rodzaju w Kanadzie, był w 

swej dziedzinie tytanem i dzierżył monopol.
Słynął z nadzwyczaj sprężystej organizacji. Transakcje, wymagające gdzie indziej 

kwadransów, tu załatwiano w ciągu minut. Eaton potężną reklamą umiał przekonać 
swych odbiorców, że był bezwzględnie uczciwy, że dawał najlepszy towar po ściśle 

skalkulowanych cenach i że z równą starannością kalkulował cenę łódki, jak 
szpilki, kompletu jadalni czy wstążki.

U Batona było zawsze pełno ludzi od samego rana; dziennie przepływała podobno 
stutysięczna fala. Czy każdy coś kupował? Nie każdy. Kilka razy odwiedziłem dom 

towarowy i zawsze stwierdzałem, że wielu, zarówno mężczyzn, jak kobiet, nie 
kupowało nic. Natomiast osobliwe sprawiali wrażenie. Krocząc od stoiska do 

stoiska i ogarniając, nie: wchłaniając płonącym wzrokiem obfitość wystawionych 
towarów, ludzie ci obnosili jak gdyby zastygły zachwyt na twarzach, a 

namaszczenie w postawie, podobnie jak ludzie w kościele.
2   Kanada pachnąca żywicą

17
Może óńTriapf&waę Dyn w przepychem tylu rzeczy?

Spytałem o to jednego z montrealskich znajomych.

background image

—  Macie racją — odrzekł wesoło — był to rodzaj ich modlitwy. Patrzyli na towary 

jak na ołtarz, chociaż nic nie kupowali, a właściwie kupić nie mogli...
—  Dlaczego nie mogli?

—  Nie mieli forsy. Przypuszczalnie byli to bezrobotni,
—  I mimo to przychodzili, by męczyć się daremnym apetytem?

—  Aa, jesteśmy przecież najbogatszym krajem pod słońcem! Krajem 
nieograniczonego optymizmu. Ci nie kupujący wierzą, że jutro los im się 

uśmiechnie i że będą mogli kupować... A na razie modlą się w ten sposób i cieszą 
widokiem

bogactw.
—  A czy los im się uśmiechnie?

—  Wszystkim nie, większości z nich — tak. U nas koniunktury skaczą w górę i na 
dół jak na huśtawce. Gdy na dół, dziesiątki tysięcy pracowników z dnia na dzień 

traci posady i chleb; gdy w górę, pewna ich część może znowu kupować u Eatona. 
Ale zanim to nastąpi, każdy marzy i modli się przy tych stoiskach... Miejcie i 

wy się na baczności! — ostrzegał mnie znajomy. — Nie módlcie się zanadto!...
Śmialiśmy się, ale niesłusznie, bo wkrótce i mnie ogarnęło podniecenie, gdy 

zawieziony na któreś piętro Eatona oglądałem dział najbardziej mnie 
interesujący: przybory do obozowania. Jakaż tam była rozmaitość, jaki zbytek, 

ileż to tego! A gdy podziwiałem piętnaście różnorakich namiotów, dwanaście 
rodzajów canoe i osiem typów motorów przyczepnych, zakręciło mi się w głowie i 

ogarnął mnie cichy szał...----------
Kanada rozwinęła się równie śmiało i gwałtownie jak jej starsza siostrzyca, 

Stany Zjednoczone, tylko o pół wieku później. Dzięki temu opóźnieniu mogła 
lepiej wykorzystać cały rozwój techniki, jaki dokonał się w tym czasie, i dopę-

18
i   łudnia.

O pszenicy jako o bogactwie Kanady ogólnie wiadomo.
:  Skrzętny kraj zbierał jej tak dużo, że trzy czwarte produkcji wysyłał za 

granicę. Tymczasem obydwie wojny świato-
,  we, które stworzyły w Kanadzie fantastyczną koniunkturę,

';   rozwinęły jej przeinysł do tego stopnia, że już dawno swą
i,' produkcją wyprzedził rolnictwo.

Na północy Kanady, w lasach i w tundrze — wciąż jeszcze niedostatecznie 
zbadanych — już obecnie odkryto tyle zasobów mineralnych, że wysunęły one Kanadę 

na czoło innych krajów. Kanada zajmowała przez długi czas przodujące na świecie 
miejsce, jeśli chodziło o wydobycie niklu, platyny, radu i azbestu, i podobnie 

było w produkcji aluminium, rtęci i molibdenu czy miedzi, cynku, srebra i 
arsenu. Przyszłość zapowiadała nieprzebrane możliwości rozwoju górnictwa.

Wykorzystanie na gigantyczną skalę „białego złota", to jest siły wodnej, stało 
się magicznym motorem zawrotnego rozkwitu przemysłu. I w tej dziedzinie Kanada 

znacznie prześcigała inne kraje zarówno co do ilości wytwarzanego prądu 
elektrycznego, jak i jego niskiej ceoy. Przemysł drzewny to tylko jeden z wielu 

korzystających z tej siły; swym papierem i celulozą Kanada zaspokajała olbrzymi 
rynek amerykański. Wspaniały rozwój kraju, przodownictwo światowe ną niejednym 

polu, wytwarzanie tak wielu dóbr — w pamięci tkwił maleńki odblask tego 
przepychu produkcji, Eaton — i gromadzenie bogactwa, słowem: niebywałe 

osiągnięcia dzielnego narodu, liczącego zaledwie kilkanaście milionów ludności, 
budził szczery podziw. W tym rozmachu była nuta bohaterstwa, ale, niestety, 

kryła sią tu także ponura, przykra „tajemnica".
Prześladowało mnie wspomnienie kataryniarza na James Street, ulicy banków. 

Katarynkę miał, co prawda, na motocyklu, ale przecież żebrał. Był to żebrak. 
2ebrak w tak bogatym kraju? A mój zaajoay, co mówił o ludziach u Eatona,

a*                                                                               
19

kim kraju?
Niestety, tak. W kraju o olbrzymiej produkcji i o sklepach wprost nabitych 

wyszukaną żywnością istnieli ludzie wiedzący, co to głód. Było Wielu -— mam na 
myśli lata po pierwszej wojnie światowej — którzy chcieli pracować, lecz nie 

mieli gdzie. Kraj, stosujący wtedy jeszcze rabunkową gospodarkę •wobec przyrody, 
wyrzucał tysiące istot ludzkich poza nawias normalnego bytu i naWet nie 

wiedział, jak zaspokoić ich pierwszy głód. Zasiłki da\vał iro raczej nędzne, 
pomimo że równocześnie z trzech źródeł: municypalnych, prowincjonalnych i 

ogólnokrajowych. Dopiero gdy przypadkowy wietrzyk trochę lepszej koniunktury 

background image

ożywiał jakąś gałąź przemyski, ludzie ci znajdywali pracę.

Obecność tych biedaków" mąciła sielankę szczęśliwych i sytych. Ażeby więc 
nędzarze nie zakłócali spokoju, zsyłano ich do puszczy Tam, w tak zwanych 

obozach pracy, utworzonych w okresie między pierwszą a drugą wojną światową, 
przekształcano ich w dr\vali i kazano im czekać na uśmiech losu. Czasem 

przyjeżdżał jaki boss, przedsiębiorca z pobliskiego miasteczka, i wybierał sobie 
robotnika. Obmacywał jego mięśnie i badał go tak samo, jak to czynili biali 

plantatorzy dwieście lat temu z czarnymi niewolnikami, kupowanymi w portach 
amerykańskich.

Spotkałem kilku, którzy przebywali w obozach pracy. Nie skarżyli się, że ich tam 
źle traktowano. Ale ich opowiadania w kraju tak bogatym i o takich możliwościach 

brzmiały jak upiorny sen.
„... A potem znóv/ wystawałem przed fabrykami w nadziei, że może zwolni się 

jakieś miejsce" — pisał w swych wspomnieniach emigranta Andrzej pastuszak, jeden 
z kanadyjskich bez-•fobotnych. — „Ta \valka o chleb, o życie, o pracę 

doprowadziła do takiego zdziczenia, że człowiek cieszył się, jak któremu z 
pracujących w fabryce zdarzył się wypadek czy zachorował, bo sobie myśla.ł; 

jedno miejsce się opróżniło, może mnie wezmą..."
albo że tysiące robotników otrzymywało płacę znacznie mniejszą niż minimum, 

uznane za konieczne do życia? Skądże więc ten absurd? Odpowiedź była zarówno 
prosta, jak posępna: niezmierne bogactwo Kanady zagarnęła w swe ręce nieliczna 

garstka bogaczy. Tu wielki kapitał monopolistyczny srożył się z nie mniej 
brutalną bezwzględniością niż w sąsiednich Stanach Zjednoczonych.

Dosadnie i obrazowo pisał Modest Maryański już pod koniec XIX wieku w swej 
książce o kresach Ameryki Północnej: „Nowe siły (rozwój techniki, wzrost 

bogactwa) nie służą tu całemu społeczeństwu, lecz tylko górnej jego połowie, 
podobne w skutkach swych do olbrzymiego klina, wbijanego nie pod sam spód całego 

społeczeństwa, lecz w jego środkowe warstwy. Ci, co się znaleźli ponad punktem 
rozszczepienia, podnoszą się, ale za to ci, co są poniżej niego, ulegają 

zmiażdżeniu".
Czcigodny Voltaire wyraził  sj$ kiedyś dość pogardliwie

0  Kanadzie i powiedział, że to tylko „kilka morgów śniegu", ąueląues arpents de 
neige. Ujemny sąd filozofa nabrał rozgłosu, stał się powszechną wiarą, 

niewzruszoną wyrocznią,
1  nieodłącznie przylgnął do francuskiego pojęcia o Kanadzie. A oto siedziałem 

teraz na tych kanadyjskich morgach. Przed
kilkoma dniami wyjechałem z Otta wy, stolicy Kanady, udając sią o sto 

kilkadziesiąt kilometrów na północ, nad rzekę LievTe. Zamieszkałem tu w leśnej 
chacie polskiego myśliwego, Stanisława.

Sierpień. Voltairowskich śniegi anł śladu, natomiast było gorąco, strasznie 
gorąco. Przed chwilą kroczyłem przez polanę wśród gęstej, wysokiej tr^wy ciesząc 

się, że niebo nade mną było koloru głęboko lazurowego, a w trawie roiło się od 
tylu owadów i tak bujnego życia< Wielki, podwójny żar bił od słońca z góry i od 

zielska 2 dol-j, Potem nagle przestałem się cieszyć, czarne kręgi stanęły pjrzed 
oczami i przytrafił mi się niespodziany wypadek. To, czego nie doznałem ani w 

Brazylii nad Amazonką, ani u stóp Kordylierów, spotkało mnie tu, o sto mil na 
północ od Ottawy; dostałem porażenia słonecznego. Na szczęście był w pobliży 

cienisty klon. Dowlokłem się tam i ległem pod drzewem.
Las, otaczający gorącą polatięi posiadał wszystkie odcienie zieleni. Był to las 

bujny i bardzo żywotny. Chociaż rósł na
2?

drzewa nie były zbyt wysokie — to jednak wyczuwało się w tym lesie niezmierną 
chęć do życia, rozrostu i rozmnażania. Soki, płynące w żyłach tutejszych drzew, 

pulsowały widocznie raźniej niż w naszych europejskich pniach i namiętniej 
wyłaniały się spod kory wonne żywice. A na wiosnę ludzie wytaczali z klonów 

słodki syrop garncami, bez uszczerbku dla zdrowia drzew.
Uderzała wielka różnorodność zalesienia. Spod klonu, pod którym teraz 

wypoczywałem, widziałem dokoła siebie kilkanaście gatunków drzew liściastych i 
kilka iglastych. Zeszła się ich cała piękna kompania. Dęby, leszczyny, buki, 

osiki, jesiony, lipy, brzozy, cedry, świerki, jodły, sosny i jeszcze jakieś nie 
znane mi gatunki. Wszystko to pokrewne naszym europejskim drzewom, a jednak 

trochę inne: w szczegółach, w kroju liści, a przede wszystkim w tętnie życia 
jakieś silniejsze, radośniejsze, bogatsze. W Europie taką leśną żywotność rzadko 

można spotkać. W umiarkowanym klimacie była na świecie chyba tylko jeszcza jedna 

background image

podobna puszcza, równie wspaniała i bogata w zieleń i w zwierza, a jeszcze 

rozleglej-sza: to syberyjska tajga.
Nigdzie w Europie nie widziałem takiej ilości skoczków, jak na owej polanie. 

Zatrzęsienie skoczków. Każdy krok człowieka wypłaszał z trawy dziesiątki tych 
owadów; rozskakiwały się na wszystkie strony jak żywy, szeleszczący obłok. 

Niektóre z nich, większe okazy, wyróżniały się wyjątkowym pięknem. Rozwierając 
pokrywy ukazywały nagle bajecznie niebies-skie skrzydła i tak ulatywały kilka 

metrów. Gdy opadały, kończyła się ich krasa i skoczki stawały się znów szarą, 
niewidoczną grudką, podobną do ziemi.

Skoczki żrą trawę. Dobrze świadczyło o plenności tutejszej trawy, że nie było 
widać na polanie żadnego uszczerbku pomi-rno tysięcy żarłoków. Mnogość owadów 

przypominała niektóre okolice nad Amazonką. Ale to chyba był jakiś paradoks 
przyrody! Gdzie Amazonka, a gdzie kraj, mający nie najlepszą

29
SKOczków "uWijaio się tu aziwnie

Były tu także inne owady, prawdziwe dzieci słońca, piewiki. Rozpalone -w 
południe powietrze rozbrzmiewało ich donośnym i natarczywy111 głosem: 

metaliczny, przeciągły syk, podniesiony prawie do krzyku. Ów charakterystyczny 
syk szarpał nerwy ludziom i w Rio de Janeiro, i w Kanadzie. Lato tutejsze, 

jakkolwiek stosunkowo krótkie, było o tyle gorętsze niż nasze polskie, że 
pozwalało żyć — chociaż tylko krótkotrwałym życiem — tropikalnym piewikom.

Na polanie wybudował sobie Stanisław chatę. Żywił się mięsem jeleni, na które 
polował w sąsiednim lesie, a wszelkie odpadki wyrzucał i wylewał «a chatę. Do 

tych odpadków przylatywały motyle. W dni pogodne chata Stanisława otoczona była, 
jakby lotnym nimbem, barwną czeredą wesołych rusałek, ceików, pokrzywników i 

¦dostojek. Przywędrowały one tu od nas, z kontynentu eurazjatyckiego. Ale wśród 
tej pospolitej gawiedzi zjawiał się od czasu do czasu inny gość, dostojny, dumny 

i wielki jak dłoń ludzka. Był piękny, a jego soczysty brąz, kolor jasnych 
kasztanów, świetnie podkreślony czarną obwódką z białymi cętkami, już z daleka 

rzucał się w oczy. Urodziwy gość miał przy tym uderzający lot: nie trzepotał 
skrzydłami jak inne motyle, na przykład nas,ze bielinki, lecz zazwyczaj 

rozpościerał skrzydła nieruchomo i szybował w powietrzu. Sunął gładkim lotem, 
tak szlachetnym, z tak powabną godnością, że człowiek patrzył na niego 

zachwycony.
Nazywali go monarchą (Anosia plexippus). Przyfrunął tu z dalekiego południa, 

może z Florydy albo Alabamy, ażeby pobaraszkować na kanadyjskiej łące i pad 
koniec lata wrócić do ojczyzny. Był to niestrudzony obieżyświat. W wędrówce 

powrotnej zwykł po drodze zbierać się z innymi równieśnikami w potężną gromadę 
jak wędrowne ptaki. Często Wirginijczycy obserwowali brązową chmurę pięknych 

lotników, śpieszącą ku ciepłemu słońcu.
Widok monarchy wzbudzał we mnie dalekie wspomnienia i poruszał serce. Z licznymi 

jego kuzynami, pochodzącymi
24

z wiarą w tutejsze słońce i nie zawiódł się. Teraz karmił się sokami z odpadków 
jelenia, ubitego przez Stanisława, polskiego trapera. I żył chwaląc sobie 

kanadyjskie słońce.
Gdy tak odpoczywałem pod klonem, przyjemnie i zabawnie było wybiegać myślą w 

odległe kraje i w odległą przeszłość. Chociażby do Voltaire'a z jego 
pogardliwymi „kilkoma morgami śniegu". Bystrość uznanych mędrców czasem 

zawodziła, jakież głupstwa zdolni byli palnąć! „Wolę daleko bardziej pokój niż 
Kanadę, sądzę, że pokój może szczęśliwie nastąpić bez-Quebecu" — prawił 

Voltaire. Wiemy, że pokój między Francją a Anglią tak szczęśliwie nie nastał, 
natomiast jakie olbrzymie bogactwa sprzątnięto Francuzom sprzed nosa w Kanadzie!

I przypominał się jeszcze jeden fatalny błąd, popełniony przez innego sławnego 
męża, kardynała Richelieu. Hugenoci, wypędzani z Francji, chcieli osiedlić się w 

Kanadzie — podobnie jak przed nimi w Bostonie uczynili purytanie, za religię 
prześladowani w Anglii. Richelieu nie pozwolił, nie chciał heretykami 

zanieczyszczać Kanady, pragnął mieć ją rdzennie katolicką. Hugenoci rozproszyli 
się po całej Europie, wszędzie swą rzrutkością i przemysłem przykładając się do 

dobrobytu innych narodów, a Kanada, wprawdzie bardzo katolicka, ale słabo 
zaludniona, stała się łupem kolonii angielskich...

Na wierzchołek klonu, pod którym odpoczywałem, przyleciał jakiś ptak i czegoś 
się denerwował. Krzycząca barwa jego upierzenia, intensywny szkarłat, przykuwał 

wzrok. Spojrzałem i oczom nie wierzyłem. Toż to, do licha, tangar, 

background image

najprawdziwszy czerwony tangar, podobny do tangarów nad Amazonką czy w Paranie. 

Dość miałem już brazylijskich wspomnień. Zerwałem się i poszedłem do pobliskiej 
rzeczki, St. Denis Creek.

Wskakując do Wody wypłoszyłem kilka pstrągów: bogata woda i przyjemnie chłodna. 
Po kilku minutach, jak nowo narodzony, wyszedłem na ląd. Podczas ubierania się 

odpędzałem liczne osy i muchy, wielkie i złe. Zaledwie się obroniłem, gdy
25

Tak, to był kolibr. Przyleciał, zawisł nade mną w powietrzu i przyglądał mi się 
z zuchwałą ciekawością, znamienną dla wszystkich kolibrów. Tak sam maleńki, 

zwinny, długodzioby i barwny jak jego bracia nad rzeką Ukajali. Taki sam 
miłośnik kwiatów, czciciel słońca, niezwyciężony lotnik, kochany brzdąc, kolibr.

Kolibr to dowód zbyt bijący w oczy. Voltaire stanowczo nie miał słuszności. 
Oprócz surowej zimy, śnieżnej i długotrwałej, Kanada posiadała gorące lato z 

porażeniem słonecznym, z piewikami, z tangarem i kolibrem. O tym Yoltaire 
zapomniał.

Czy rzeczywiście zapomniał? Ujemne słowa Voltaire'a o Kanadzie zyskały wielki 
rozgłos. Lecz równą sławę zdobył inny Francuz, La Fontaine, bajką o mądrym lisku 

i kwaśnych, zielonych winogronach. Voltaire wypowiedział swój ujemny sąd wtedy, 
gdy Francja po przegranej wojnie z Anglią utraciła Kanadę. Chytry lisek nazwał 

winogrona kwaśnymi wtedy, gdy nie mógł ich dosięgnąć,
A w Kanadzie były nawet winogrona. Rosły w pobliżu miasta Toronto i wcale nie 

były kwaśne.
I

Stanisław znalazł w końcu swe szczęście na słonecznej po* lanie, nad rzeczką St. 
Denis, która wpływała do rzeki Lievre. Na wschód od polany rozciągał się wielki, 

nie kończący się las. Były tam wzgórza, jeziora, bobry, niedźwiedzie i jelenie. 
Nie było ludzi i ścieżek. Ludzie zostali poza Stanisławem, w miastach i osadach. 

Wśród ludzi szedł Stanisław drogą pełną życiowych cierni, aż doszedł do polany. 
Dziś, skradając się do jeleni, Stanisław przedziera! się również przez ciernie, 

lecz tym razem były to ciernie malin, jeżyn i gąszczu leśnego. Stanisław był 
szczęśliwy.

Doznał zwykłego losu polskiego emigranta. Pochodził spod Środy. Ojciec jego 
pracował w majątku ziemskim, miał złote serce i był poważanym ogólnie 

człowiekiem. Stanisław pomagał ojcu, ale gdy chcieli go wziąć do wojska 
pruskiego, umknął do Ameryki. W Ameryce, jak to zwykle bywa, próbował 

wszystkiego. Był pod wozem i na wozie, konduktorem tram« wajowym i robotnikiem w 
różnych fabrykach. Później dostał się do lasu, między Kaszubów w Otter Lakę. Tam 

dorwał się strzelby. Las mu zapachniał.
Wiele lat przebywał w Otter Lakę, a potem stwierdził, że okoliczne gąszcza nie 

miały już godnej zwierzyny, i zaczął szukać nowych łowisk. Tak przybył nad 
rzeczkę St. Denis, znalazł polanę i wybudował sobie chatę. Mieszkał tu od kilku 

lat. Uprawiał na sąsiednim pagórku ziemniaki, na stokach
37

iowit pstrągi," w rżeće Lievrer gSćżtipaki, a w OKoiicznycn la-* sach zdobywał 
swój główny pokarm: jeleoiie. Strzelał po mistrzowsku.

2ył samotnie zimą i latem, i tylko psa miał za towarzysza, Był to czarny, mały 
kundel, wabiący się Nigger, nieudana mieszanka ras, psi kretyn, wierny i bez 

pożytku. Może dlatego, że kretyn, Stanisław otaczał go troskliwą opieką i 
kochał. Kochać trzeba coś żywego.

W dalekim Montrealu Stanisław miał kilku przygodnych przyjaciół, Kanadyjczyków. 
Jesienią przyjeżdżali na krótki czas na polowanie i zostawiali Stanisławowi 

trochę pieniędzy, za które kupował sobie naboje i skromną odzież na zimę.
Stanisław był bardzo ubogi, jeżeli chodziło o pieniądze, i nie miał żadnych 

ambicji ludzi miasta. Nie chciał zarabiać pieniędzy. Sam wszystko robił i był 
sobie krawcem, szewcem, lekarzem, stolarzem. Sąsiedzi znad rzeki Lievre często 

przychodzili do niego i prosili go o pomoc. Udzielał jej chętnie.
Samotność i częste przebywanie w lesie, wśród drzew, odbiły się na jego 

usposobieniu. Wyrobiły w nim nie tylko hart fizyczny, lecz również nadzwyczajną 
równość ducha; ruchom jego nadały powolność, a myśli wtłoczyły w jakieś 

uproszczone, ciche tory o twardym, archaicznym rozumowaniu. Przy tym Stanisław 
bynajmniej nie był odludkiem. Na ogół poważny, ale pogodny, miłej gawędy nigdy 

nie zepsuł.
Długo się dziwiłem, że nie założył rodziny. Miał już około pięćdziesiątki. Żona 

i dzieci były w puszczy bardzo potrzebne. Razu pe\vnego poruszając ten temat 

background image

spytałem Stanisława, dlaczego si^ nie ożenił. Nie dał mi zadowalającej 

odpowiedzi.
—  Jatoś obyło się bez żony — odpowiedział wymijająco. Czy m oże spotkał go 

zawód miłosny?
Stanisław był trochę zmieszany i wahał się, jak to wytłumaczyć. Pod pozornym 

spokojem jak gdyby coś ukrywał.
—  Ni© — odrzekł z niewyraźnym uśmiechem. — Nie spotkał mnie za\vód miłosny...

on

nisiaw marszcząc /. .n2K.ft.ci umi uuu«,   .....-
—  A właściwie... Ech, co tam gadać niepotrzebnie...

Więc jednak pewnie miał jakieś przeżycia. Spytałem, czy nie chciałby mieć 
dzieci.

—  Nigdy o własnych dzieciach nie myślałem... — zapewnił. Spojrzałem na niego ze 
współczuciem. Stanisław, którego

przeznaczenie zapędziło do lasu, aby żył w najbliższej styczności z pi zyrodą, 
sam na sobie nie doznał najwięk szej władzy tej przyrody: popędu rozrodczego. 

Nie dałem za wygianą:
—  Niebawem nadejdzie jesień i zawieje północny wiatr. Potem przyjdą śniegi i 

zima będzie trwała przez pół roku. Przebywanie samotne w mrocznej chacie przez 
tak długi czas musi być chyba udręką. Czy nie tęskno wówczas do człowieka 

bliskiego sercu?
Stanisław się zamyślił, potem odpowiedział, że nie wie, czy tęskni. A raczej 

wie, że nie tęsikni zimą do ludzi, bo przebywa wtedy z nim ktoś inny.
—  Kto to?

—  Pan Bóg — rzekł cicho.
Prawda, Stanisław był żarliwie religijny. Przenikała go wiara gorąca i głęboka, 

żarliwość niepowszednia. Bóg — zapewniał Stanisław bez wahania — schodził do 
niego z nieba, brał udział w jego czynnościach, stał tuż przy nim. Z Bogiem 

rozmawiał jak z kimś obecnym, pytał go o radę. Bóg towarzyszył Stanisławowi w 
długie dni zimowe w chacie, a bliskość jego chroniła człowieka od wstrząsów 

nerwowych. Gdy Stanisław mi o tym mówił, oczy jego żarzyły się gorączkowym 
blaskiem. W życiu Stanisława zaszły dwa zdarzenia, które uważał za dzieło 

Opatrzności. -W kanadyjskiej prowincji Ghiebec, zaludnionej przeważnie przez 
Francuzów-katolików, panowało po dziś dzień nie spotykane gdzie indziej 

przywiązanie do wiary . i istniało wiele miejsc słynnych z cudów. Najsławniejsze 
wśród nich — to kościół Sw. Józefa na górze nad Montrealem i kościół Sw. Anny w 

Beaupre pod miastem Qu«bec.
29

¦ ¦", uaiitc,   uajuwc   un.ii.yM,
 Liicniu,   uiui.o/.yiu   i

nlsław Owieje. I rzeczywiście wyzdrowiał w
em Stanisław brał udział w pielgrzymce do

 P?zy C wszystkim Stanisław nie posiadał wcale> — jakiejkolwiek niepospolitości, 
a  tym  mniej  bohatera. Po S pobożności nie miotał nim ogień, który trawił 

pysznych ™y krzyżowych. Chociaż przebywał w lesie  me posia-dllciała Grzani, a 
twarz jego o -padłych ^ach me była fotogeniczna. Nie płonęła w nim żądza 

wielkich czy nów, jak u bohaterów Londona. Stanisław pozostał cichym, pomnym 
człowiekiem o zrównoważonym oddechu i beza* tóętnych snach, chociaż miały 

wyraźną *™*™™J™°L wspaniałych dla niego, podniecających potęg, między jakie 
rzuciło go życie: świadomość puszczy i Boga.

Zazwyczaj w dwie, trzy godziny po zachodzie słońca Wad-liśmy sfę spać. Zanim 
Stanisław zgasił lamp*| naftową, czyś-cił Jeszcze strzelbę, potem klękał przed 

obrazkiem_MaUd ij  Częstochowskiej   i  odmawiał pacierze.  ModU    J
53LSSi3śL

^iS^Se wilki nieraz wyły na sąsiednich stokach. Ru°z ły T we nocne, drapieżne 
łowy. Całkiem otwarcie fbrltalnie głosiły wojn, wszystkim słabszym stworzeniom

SO
cze bardziej ponurym: hu, hu, huuuuu. To także był drapież nik nocy, sowa. I też 

obwieszczał, że był głodny i groźny dla sąsiadów.
Dziwnie schodziły się te wszystkie głosy: tu w chacie — wołanie do Boga, tam w 

puszczy — wołanie o żer
I tak na koniec między zgłodniałą puszczą a równie nienasyconą wiarą Stanisława 

zasypialiśmy w chacie polskiego trapera, który znalazł tu spokój i ukojenie

background image

^^^^P

Co dzień rano wychodziliśmy na polowanie. Stanisław, mistrz w czytaniu śladów, 
szeptem tłumaczył mi po drodze, co się działo w nocy. Tędy szły dwa jelenie, tam 

zatrzymał się igło zwierz i gryzł korę, a tu inny jeleń, spłoszony, dał susa. 
Niedźwiedzich śladów napotykaliśmy wiele, ale starych: złamane drzewka dzikich 

czereśni z objedzonymi owocami i leżące, zmurszałe pnie, porozrywane w 
poszukiwaniu larw. Świeżych tropów niedźwiedzich, niestety, nie było widać. 

Również nie było •widać, na szczęście, świeżych śladów sąsiada, Desautellesa.
Desautelles polował na nas. Bynajmniej nie w żartach oświadczył, że będzie 

strzelał, gdy ujrzy nas w lesie, w swoim lessie. Ponieważ uchodził za złośliwego 
wariata, gotów był rzeczywiście strzelać. Mieliśmy się na baczności.

Desautelles mieszkał dawniej we wsi, wśród ludzi. Dokuczał i zatruwał życie 
sąsiadom do tego stopnia, że ich w końcu krew zalała i zbili go na kwaśne 

jabłko. Po wyleczeniu się z zadanych mu ran zbiegł do lasu, nad rzeczkę St. 
Denis, i tu zagospodarował się wraz z żoną, biedną kobieciną. Miał psa. 

Przywiązał go kiedyś do drzewa i zamorzył głodem. Miał również konia; zamęczył 
go na śmierć.

Do Stanisława żywił nienawiść, ponieważ traper osiadł •vf pobliżu i polował w 
lesie. Desautelles sam wcale nie był myśliwym, a  las nie należał przecież do 

nikogo. Mimo to
32

Chcąc zakończyć tę koszmarną Tomautyikę, poszeSFe-rri" pewnego dnia do dzikusa, 
by z nim się jakoś dogadać. Przyjął mnie w swej zapadłej chacie, lecz 

rozmawialiśmy jak ślepy z głuchym. Po przedstawieniu się wyjaśniłem mu, że 
przyjechałem w te strony na krótki czas w gościnę, ażeby podziwiać piękno 

tutejszych lasów. On na to staroświecką francuszczyzną odrzekł, że ma piękną 
muszkę na flincie i że dobrze strzela. Na to ja poprosiłem go o pozwolenie 

chodzenia po jego lesie. On — że dostał świeże naboje. I tak wyglądała cała 
nasza rozmowa.

Potem nagle zerwał się i w przystępie gniewu oii stąd, ni zowąd zaczął się 
pienić, że to wszystko jego lasy, że on tu panem, że nikogo nie ścierpi. To 'nie 

był oibłęd, raczej pierdla się na jego ustach bezgraniczna złośliwość. Ale skąd 
się brała? Rozległy, bogaty kraj i rzeźwe powietrze stwarzały tu warunki życia 

dla ludzi zdrowych i zadowolonych. Desautelles, o kwadratowej twarzy 
francuskiego chłopa, ruchach niedźwiedzia, a oczach wilka, był jak dokuczliwy 

wrzód, obcy i wrogi, nie wiadomo dlaczego tu powstały. Stanowił w tej puszczy 
rażący 'zgrzyt.

Zupełnie inni ludzie mieszkali z drugiej strony, w kierunku zachodnim, nad rzeką 
Lievre. Tam ¦rozciągała się na przestrzeni !w.ielu mil osada Val des Bois, 

zamieszkała wyłącznie przez kanadyjskich Francuzów. Stanowiła jak gdyby wycinek 
z XVII stulecia. Byli to miii, spekojrni, biedni, zacofaaii chłopi. Mieli nikły 

uśmiech i skromne pragnienia. Nde chcieli się wzbijać ani zdobywać. Prawie 
wszyscy starsi byli analfabetami. Posiadali niewielkie pola; wystarczał im sierp 

i motyka. Światu nic nie dawali, od świata prawie nic nie brali. Sami przeważnie 
przędli sobie odzież. Byli to pospolici, mali ludzie: trochę zawistni, trochę 

małostkowi, roziplotkowand, w miarę chytrzy Ciasny, zabity deskami świat.
W Val des Bois nie było Ameryki. Ameryka istniała na południu, zaledwie o trzy 

godziny jazdy automobilem: budowa-
3   Kanada  pachnąca  żywicą

33
Boisj jak prawie wszystkie osiedla francuskie w Kanadzie, nie brała udziału w 

amerykańskim pędzie. Nie doznawała zawrotu głowy. Leżała na uboczu, w zupełnej 
ciszy. Dwa skrajne światy, dwa paradoksalne przeciwieństwa, a między nimi tylko 

trzy godzdny drogi samochodem.
Najbliżej chaty Stanisława, u ujścia St. Penis Creek do rzeki Lievre, mieszkały 

trzy liczne rodziny: Tackowie i dwie rodziny Collardów. Dobrzy ludzie, życzliwi 
i ipełni drobnych trosk. Stanisław żył z nimi w najlepszej zgodzie 

isąsiedzikiej. Mężczyźni postawni i czerstwi, kobiety okazałe. Co najwięcej 
uderzało, to ogromna ilość dzieci. W trzech rodzinach było ich może trzy-

dzieścioro, a ponieważ obejścia istały blisako siebie, sprawiały wrażenie 
wioski. W dzieciarni trudno mi było należycie się zorientować, ale chyba w 

każdej rodzinie prorok przychodził co rok.
Niebywała rozrodczość to — wiadomo — charakterystyczna cecha ludności francusko-

kamadyjskiej. Która rodzina w Val des Bois miała tylko kilkoro dzieci, dajmy na 

background image

to: siedmioro, ośmioro, wstydziła, się, że tak mało. Liczne potomstwo uchodziło 

w tutejszej rodzinie za najwyższy nakaz patriotyzmu i woli bożej; była to sprawa 
nie tylko biologiczna, lecz i politycana.

Przypuszcza się, że podczas panowania Francji przywędrowało tu nie więcej niż 
dwadzieścia tysięcy Francuzów, którzy w ciągu półtora wieku rozmnożyli się do 

około sześćdziesięciu tysięcy. Od chwili angielskiego podboju dopływ z Francji 
prawie zupełnie ustał, a mimo to ludność francuska rozpleniła się do dziś w 

sposób niewiarygodny, mianowicie do blisko sześciu milionów. Z tego prawie 
cztery miliony pozostały w Kanadzie, reszta odpłynęła do Stanów Zjednoczonych.

Francuzi w Kanadzie żyjąc zbitą masą w prowincji ąuebec-kiej, nie tylko obronili 
swój język pomimo naporu angielskiego, ale w zażartej okresami walce, nie tylko 

politycznej, zdobyli zupełne równouprawnienie, i dziś są tak samo pełnymi
34

Kanadyjskie miały" napisy".....dwujęzyczne/ urodzajna
odniosła walne 'zwycięstwo.

Bierne i zacofane chłopstwo stanowiło, co prawda, większość ludności 
francuskiej, ale w miastach istniała liczna klasa robotnicza i inteligencja 

pracująca. Była gęsta sieć francuskich zakładów naukowo-wychowawczych, szkół 
średnich i zawodowych, były wyższe uczelnie, uniwersytety, ale przede wszystkim 

seminaria duchowne.
Francuzi kanadyjscy należą do najwierniejszych synów Rzymu. Duchowieństwo 

opanowało całe ich życie narodowe, kulturalne i oczywiście gospodarcze. Rektorem 
najwyższej uczelni francuskiej — Uniwersytetu Montrealśkiego — był, rzecz 

prosta, ksiądz. Księża prowadzili tu fabryki, należeli do zarządów 
przedsiębiorstw, ściągali podatki-dziesięciny na kościół. Ziarno zasiane przez 

kardynała Richelieu rozkrzewi-ło się bujnie.
W Val des Bois największą potęgą, bezapelacyjnym sędzią, jedynym autorytetem był 

ksiądz Vilmore, oczywiście także Francuz. Ascetyczny, nieubłagany, despotyczny, 
uderzał pięścią w kazalnicę i rzucał gnamy na grzeszników. Tadkowie, Collardowie 

i inni mieli skruszone iminy i bili się w piersi. Ksiądz Yilmore za nich myślał, 
był ich umysłem, ich inteligencją, ich pasterzem, dosłownie pasterzem trzody.

Lecz ostatnimi czasy parafianie zdobyli się na odwagę i zadarli z nim. Znaleźli 
powód. Bez zawiadomienia parafialnej komisji kościelnej ipr-obosscz zakupił 

krzesła, zastępując nimi część ławek, które '-z kościoła usunął. Ta izibyt 
siniała idea postępowa pachniała parafianom wyraźnie herezją, grzesznym 

nowatorstwem. Parafia chciała nadal siedzieć w ławkach i zawzięła się na 
księdza. Posłała delegację do biskupa w Montrealu ze skargą ma proboszcza.

Więc przyjechał na to do Va'l des Bois ogromnie jowialny, ale i przebiegły 
prałat i wygarnął kazanie. O zbyt długich językach, 'niepotrzebnych delegacjach 

i gorących głowach. Kazanie tryskało talk żywiołową, zdrową wesołością i maszpi-
3*                                                                               

35
było chmur, było coraz więcej uśmiechów, niektórzy śmiali się w głos. A gdy 

księżulo dostatecznie ośmieszył długie języki i niepotrzebne delegacje, zapytał 
skromnie, czy to Jiie-diobnze siedzieć na krzesłach i w tak "wygofdnej pozycji 

chwalić tym żarliwiej Pana Boga? Po co się rzucać, po co zaraz rewolucje? 
Parafianie przyanali, że miał isłuszność. Tak skończyła się ławkowa wojna, a 

ksiądz Vilmore odzyskał swój autorytet i nadal sprawował surowe rządy w parafii 
Val des Bois.

Znowu myślał za swych parafian, był ich pasterzem, ich głosem sumienia: hej, na 
kazaniu ostatniej niedzieli jak okropnie zbeształ parafian za grzeszne 

zaniedbywanie abo-wiąizków małżeńskich i jakiego wstydoi najeść się musiała 
Teresa Collardowa, gdy jej publicznie zadał pytanie, dlaczego po jej ostatnim 

dziecku, już blisko rocznym, na nic nowego się nie zanosi?
Gdy patizało się na tych małostkowych, przyziemnych chłopów, nie sposób było 

uwierzyć, że przodkowie tych samych Francuzów kanadyjskich trzysta lat temu 
dokonywali tylu bohaterskich czynów i tak wielkich odkryć.

Aż dziw brał, jak szybko ów wspaniały zastęp zuchów wyginął później, gdy 
nadeszła niewola angielska, a prężni oingiś chłopi francuscy stali się gromadą 

potulnych owieczek, z pokorą oddanych swym pasterzom duchownym.
Co dzień rano, na krófckto po wschodzie słońca, rozlegały się .dokoła naszej 

chaty donoiśne ptasie gwizdy i krzyki. To czupurne, mądre ptaki, zwane tu blue 
jays, czyli po prostu kanadyjskie sojki. Pojawiały się na skraju polany, przez 

Mika minut hałasowały i wymyślały, potem wynosiły się do gąszczu po drugiej 

background image

stronie strumyka. Lubiłem te wścibstis (ptaki. Jakoś raźno, wesoło i z 

wdzięcznymi tupetem zaczynały dzień.
Byli to nie tylko nasi najbliżsi sąsiedzi, ale i najmilsi.

SIEUR DE LA SAŁŁE
CoureuTs des bois! Twardzi to byli junacy, silni, nieustraszeni, wytrzymali na 

wszystkie trudy, (nieokiełznani, pełni ssalonej fantazji. Całą duszą -umiłowali 
leśne knieje, a indiańskie dziewczyny brali sobie za towarzyszki i żony. Jacyś 

płomienni i beztroscy. Bracia. tych dziewczyn pomagali im zbierać skórki 
zwierząt futerkowych, a gdy coureuis des bois — wędrowcy leśni — ¦wracali do 

osad swych rodaików nad Rzekę Sw. Wawrzyńca, przynosili skarby skórek i 
podniecające wieści o dalekich jeziorach, uroczych rzekach i pięknych 

ustroniach.
Właściciele wielkich dóbr ziemskich nad Rzeką Sw. Wawrzyńca, francuscy seignems, 

[nienawidzili wędrowców leśnych z całego serca i starali ;się gwałtem 
zatnzymywać ich w osiedlach; ubytek rąk 'roboczych na roli szkodził ich żywotnym 

interesom. Ale na mic się nie zdały ostre dekrety i prześladowania. Urok 
.puszczy był silniejszy, ponęta zdobycia skórelc zwierzęcych nieodparta.

Zresztą nie tylko parobcy i dzierżawcy pańskich ziem pędzili w lasy. Niejeden 
syn seignettra szedł ich śladem. Szli i tacy, którzy marzyli o wielkich czynach 

i podbojach, a głusze leśne pragnęli zapłcidnić nowym, bujnym życiem.
Takim twórczym, najśmielszym, a zarazem najtragiczniejszym wśród pionierów był 

Robert Cavelier, Sieur de la Salle. Miał zuchwałe sny i urzeczywistniał je; że 
darował Francji

3?
Teraj dwaaziescia razy niz ona większy, jtutuaii yu

że miał serce dumne i ogniste, nienawidzili go zazdrośnicy
i ostatecznie zgładzili podstępnie.

Od dzieciństwa La Salle marzył i tęsknił. Marzył w rodzinnym Rouen o dalekiej, 
dzikiej Kanadzie i błyszczącym wzrokiem patrzał w stronę zachodzącego słońca. 

Gdy dziecięce marzenia jego ziściły się w dwudziestym trzecim roku życia i La 
Salle osiadł nad Rzeką Sw. Wawrzyńca w pobliżu Montrealu, znów marzył o 

zachodzie i spoglądał w stronę Wielkich Jezior.
Jeziora te — Ontario, Erie, Hurońskie — oznaczały wówczas granicę wiedzy białych 

osadników o Kanadzie; zapuszczali się czasem nad ich brzegi odważniejsi 
handlarze skórek, a także i misjonarze. Ale o tym, co było poza jeziorami, na 

zachód od nich, nikt nic dokładnego nie wiedział. Krążyły tylko głuche wieści o 
niezmiernym bogactwie ziemi i lasów i o jakiejś ogromnej, tajemniczej rzece, mie 

wiadomo dokąd płynącej, a nazwanej przez Indian Mississippi, matką wód.
W owych czasach, w drugiej połowie XVII wieku, jeszcze nie spłowiały* widoki 

znalezienia poprzez Amerykę najkrótszej drogi wodnej do Chin i Indii. Więc 
tajemniczość nie znanych kresów amerykańskich i wielkiej rzeki nęciła coraz 

bardziej niespokojną duszę La Salle'a, budziła w nim gorączkowy niepokój. Na 
razie przez kilka lat poznawał puszczę nad Rzeką Sw. Wawrzyńca, uczył się 

narzeczy indiańskich, zdobywał hart i doświadczenie, mężniał.
La Salle umiał nie tylko marzyć; patrzał bystrym okiem w świat i podbijał go 

sobie mocnym ramieniem i nieugiętą wolą. Królowi przedłożył śmiały plan: że 
własnym kosztem zbuduje łańcuch fortów wzdłuż Wielkich Jezior, aż do samej 

tajemniczej rzeki Mississippi, jeżeli król ułatwi mu przedtem zdobycie na to 
środków materialnych i odda w dzierżawą świeżo zbudowany nad jeziorem Ontario 

fort Frontenac (dzisiejsze miasto Kingston) oraz wyłączne prawo handlowania 
skórkami w okolicznych lasach.

' lyui   bcuiiym
ców skórek w Montrealu, zazdrosnych o swe prawa, nienawiść brzemienną w skutki.

Pierwszy fort wzniósł nad Niagarą. Amerykański fort, czynnik tak ważny w 
dziejach podboju kontynentu, to kilka drewnianych chałup, „blokhauzów" 

otoczonych dla ochrony warowną palisadą z mocnych pni.
Potem La Salle zbudował na jeziorze Erie wielki szkuner — ¦ pierwszy żaglowiec 

na tych wodach — zebrał kilkudziesięciu zabijaków, popłynął z nimi na zachód, co 
kilkaset kilometrów zakładał nowy fort, aż dotarł do samego południowo-zachod-

niego krańca jeziora Michigan. Tu stwierdził, że nie może dalej płynąć i że 
wypadnie zbudować nowy statek na rzece Illinois, ażeby dostać się do upragnionej 

Mississippi. Lecz nad Illinois zabrakło mu narzędzi i pieniędzy; za to uzbierał 
olbrzymi majątek w skórkach. Posłał je żaglowcem na wschód do domu, by je 

spieniężyć. Wówczas uderzył go pierwszy cios losu; zresztą, nie wiadomo, czyja 

background image

to była sprawka — złego losu czy wrogich Irokezów; statek z cenną przesyłką 

nigdy nie doszedł do celu, zginął gdzieś na Wielkich Jeziorach zupełnie bez 
wieści.

Po kilku miesiącach czekania w głuchej puszczy wygłodniali ludzie zaczęli się 
buntować. La Salle, chcąc im sprowadzić pomoc, piechotą wybrał się przez lasy do 

Quebecu, oddalonego
0 dwa tysiące kilometrów. Wśród straszliwych warunków, głodu, śnieżyc, spania w 

zlodowaciałym ubraniu, a także trudności ze strony Indian — La Salle dokonał 
cudów wytrzymałości

1  żelaznej woli. Dotarł do celu, jakkolwiek na pół martwy.
W Ouebecu spadł na niego nowy cios: dowiedział się, że u ujścia Rzeki Sw. 

Wawrzyńca rozbił się jego drugi statek, przywożący dla niego zapasy z Francji. 
Cały dobytek zginął, La Salle znalazł się w rozpaczliwym położeniu. Nie stracił 

jednak otuchy, pożyczył pieniędzy i pobiegł swoim ludziom na pomoc.
39

zginęli marną śmiercią w lesie, innych zabili Indianie. Kilku niedobitków 
wyswobodził z tarapatów, podniósł ich na duchu (on, który przecież sarn 

najwięcej wycierpiał i postradał), ani na chwilę nie tracąc niezłomnej wiary w 
siebie i w zwycięstwo.

Z różnymi szczepami nad wschodnimi dopływami rzeki Mi-ssissippi zawarł obronne 
przymierze, ażeby wspólnych wrogów, Irokezów, trzymać w szachu. Następnie wrócił 

do Montrealu i zebrał nowe środki. Na czele blisko pięćdziesięciu ludzi' — w tym 
była połowa Indian — wyruszył ponownie na zachód, by dokonać dzieła, o którym 

marzył od lat. Przez jezioro Michigan dotarł do rzeki Miami, stąd do rzeki 
Illinois i z jej nurtem dopłynął do Mississippi.

Zwyciężył. Po dwumiesięcznej podróży na wielkiej rzece dotarł do jej ujścia. Tu 
dnia 9 kwietnia 1682 roku wbił w zie mię surowy pal, trzy lilie burbońskie, i w 

uroczystej przemowie do swych wynędzniałych towarzyszy zaanektował dla kro la 
Fraacji, niezwyciężonego Ludwika XIV, wielką rzekę Missi ssippi wraz z jej 

dopływami, zatokami, wyspami, z wszelką ziemią, z ludźmi i zwierzętami. Chwila 
ta rzeczywiście stała się ważnym dziejowym momentem i wzbogaciła Francję o 

olbrzymią kolonię, Luizjanę.
Należało teraz jak najszybciej umocnić władzę nad nowym krajem i ściągnąć ludzi 

nad rzekę. La Salle wrócił po nich tą samą drogą, którą przybył. Lecz w Quebecu 
czekał go znów niespodziewany cios. Korzystając z tego, że jego protektor, gu 

bernator Frontenac, wrócił do Francji, w nieobecności La Salle'a wierzyciele 
przywłaszczyli sobie wszystkie jego forty nad Wielkimi Jeziorami, wrogowie zaś 

wystarali się o nakaz uwięzienia go za długi. Ukrywał się jak prześladowany 
zwierz potem uciekł do Francji.

Ludwik XIV przyjął go z otwartymi rękami nazywając go swoim przyjacielem. Król 
uznał doniosłość nowej kolonii, mia nował go wicekrólem Luizjany i dał śmiałkowi 

cztery okręt\
40

W czasie przejazdu morzem La Salle miał sprzeczkę z dowódcą flotylli. Więc 
statki złośliwym losem nie trafiły do celu, lecz wylądowały o kilkaset 

kilometrów na zachód od ujścia Mississippi. Poza tym tym burza zniszczyła jeden 
statek, drugi zdobyli Hiszpanie, w końcu na trzecim i czwartym zdradliwie uciekł 

dowódca-flety zabierając ze sobą wszelką żywność i zostawiając La Salle'a i jego 
ludzi na łasce losu w dzikim, niezdrowym kraju.

Dla opuszczonych zaczęło się piekło. Choroby, głód, waśnie, bratobójcza zawiść, 
obłęd i wrodzy Indianie sprzysięgli się, przeciw Francuzom. W krótkim czasie 

pozostała już tylko nikła garstka na pół żywych cieni. Gdy oczekiwanie pomocy od 
strony morza okazało się beznadziejne, La Salle wybrał szesnastu co 

wierniejszycli, jak mu się zdawało, i zdrowszych towarzyszy i poslanowił z nimi 
udać się lądem do Kanady po pomoc.

Złych wybrał towarzyszy. Nie wytrzymali napięcia nerwów. Gdy trudności marszu 
się spiętrzyły, niektórych ogarnęło szaleństwo. W ich słabych sercach zalęgły 

się podłość i nienawiść. Znisnacka, tchórzliwie, strzałem w plecy, zabili La 
Sal-le'a. Potem zaczęli mordować się wzajemnie. Pozostali przy życiu rozproszyli 

się w lesie, uciekając do Indian. Tylko siedmiu, nie biorących udziału w 
zbrodni, wróciło do cywilizacji.

Ale dzieło La Salie'a nie poszło na marne. Niebawem zakwitły nad Mississippi 
osiedla, francuskie i otoczyły wraz z posiadłościami kanadyjskimi szerokim 

łańcuchem angielską kolonię. W dziejach Ameryki Północnej nastał moment, w 

background image

którym zdawało się, że dzięki śmiałości jednego człowieka i garstki. jego 

towarzyszy trzy lilie burbońskie rozłożą się na eałym kontynencie i opanują go.
Wiadomo, że nie opanowały. Anglicy nie spuszczali z eka. grożącego im 

niebezpieczeństwa i przy nadarzającej się spo-sob,ności,  gdy Francja uwikłała  
się  w siedmioletnią wojaę

41
cuslci, zdobywając dla korony angielskiej Kanadę.-----------

Zuchwały La Salle zginął gdzieś nad dzisiejszą rzeką Trini-ty w Teksasie. 
Zwierzęta leśne zapewne pożarły jego zwłoki. Pochłonęła go puszcza. Zginął jak 

prawdziwy coureur des bois.
W otaczającej nas puszczy działy się rzeczy niezwykłe, zaskakujące. Trzy dni 

temu wiła się skromnie rzeczka na dnie doliny. Przeskakiwaliśmy przez nią idąc 
na polowanie. A oto dziś miast rzeczki rozciągało się przed nami potężne 

rozlewisko, długie na pół mili. Zatopiło krzewy, zielska i pnie drzew; wielka, 
prawdziwa powódź. A przecież od wielu dni nie spadła ani kropelka deszczu i 

żadne inne sąsiednie rzeki ani o centymetr nie przybrały. Tylko ta jedna.
Idąc brzegiem rozlewiska dotarliśmy do jego końca i tu ujrzeliśmy przyczynę 

powodzi: długą na trzydzieści kroków tamę, zbudowaną z mułu, gałęzi, pociętych 
pni i kamieni w poprzek rzeki. Budowniczowie z wielkim znawstwem wyzyskali 

teren: tamę postawili w najwęższym miejscu doliny i w ten sposób mogli małym 
stosunkowo nakładem pracy stworzyć wielkie jezioro. Rzut oka na tamę przekonał 

Stanisława, kto ją zrobił. Bobry.
Myśliwy nie posiadał się z radości i wyjaśnił, że od niepamiętnych lat nie było 

w okolicy bobrów, a te widocznie przywędrowały z północy.
— Nastanie twarda zima — zawyrokował.

Tak, prawie w naszych oczach powstało jezioro, nowa jednostka geograficzna, i 
już mapy tej okolicy stały się niedokładne. Wodę nazywaliśmy Jeziorem Bobrów. 

Odtąd w naszych wycieczkach myśliwskich trzeba je było okrążać.
43

siaay: pocięte
—  Dlaczego akurat tu zbudowały tamę? — spytałem Stanisława.

Na razie nie mógł odpowiedzieć. Przeszukaliśmy brzegi jeziora i w pewnym miejscu 
spostrzegliśmy wiele śladów bobrowych, wychodzących na ląd. Pomiędzy innymi 

drzewami, przeważnie iglastymi, stała tam grupa kilkunastu topoli.
—  Oto wyjaśnienie! — żywo oświadczył uradowany Stanisław i wskazał na topole.

Z jakimś niezwykłym u niego zainteresowaniem oglądał ślady...
Kora topoli stanowiła przysmak bobrów. Zwierzęta te, żyjące wyłącznie w wodzie, 

ostrymi strugami gryzoni ścinały sobie drzewa tylko nad brzegiem, ażeby móc 
spławić je tam, dokąd potrzebowały. Grupa topoli nie stała nad rzeczką, lecz 

oddalona była od niej o przeszło dwieście kroków. Dlatego przemyślne zwierzęta 
zbudowały groblę i sztucznie podniosły poziom wody, ażeby sięgała aż do samych 

topoli.
—  Ależ to zaradne bestie! — podziwiałem.

Bobry budowały tamy jeszcze z innych powodów: ażeby woda była dostatecznie 
głęboka. W wodzie zakładały z drzewa i chrustu skomplikowane chaty, nazwane 

gonami. Gony wyłaniały się czubkami nad powierzchnię jeziora, lecz dostać się do 
ich wnętrza można było tylko podwodnymi wylotami. Owe wyloty musiały znajdować 

się głęboko, ażeby w czasie srogiej zimy nie zamarzły. Bobry podobno znakomicie 
przeczuwały -i wiedziały, jaka będzie zima i ile trzeba im wody.

W okolicy, gdzie mieszkał Stanisław, bywało kiedyś wiele bobrów, prawie 
wszystkie jeziora posiadały szczątki tam bobrowych. Były to niestety 

pozostałości z odległych czasów, niektóre sprzed kilkudziesięciu lat. W 
jeziorach sterczały teraz gdzieniegdzie ku niebu obumarłe pnie drzew, które 

ongiś rosły na suchej ziemi.
Na ogół groble zachowały się dobrze, świadcząc o rzetelnej pracy budowniczych. 

Natomiast chaty bobrów dawno się rozr
życie w nich od lat wygasło. Z tych wód bobry wyniosły się-lub, co 

prawdopodobniejsze, wyłapał je najzawziętszy niszczyciel, człowiek.
Gdy Stanisław patrzał na ślady bobrowe pod topolami, oczy zaczęły mu chodzić 

niespokojnie. Po powrocie do domu wyszukał żelaza. Nie wolno było bobrów łowić, 
wydano surowy zakaz. Stanisław był na wskroś uczciwym i prawomyślnym obywatelem. 

A jednak przygotowywał żelaza. Czyżby bobry — niezwalczona pokusa dla trapera — 
wyprowadziły go z równowagi?

Biedne bobry! Dzięki niezwykłej inteligencji znakomicie obroniły się przed 

background image

wszystkimi wrogami, czyhającymi na nie w puszczy: niedźwiedziami, wilkami, 

rosomakami, lisami. Rozmnażały się licznie nikomu nie wchodząc w drogę, żywiąc 
się drzewami, których w puszczy rósł niewyczerpany zapas. Było ich pełno we 

wszystkich rzekach i jeziorach, a rzek i jezior w Kanadzie jest chyba milion. 
Wznosiły tamy, regulowały wodę, tworzyły kolonie, przeprowadzały kanały 

wkładając w każdą swoją czynność mądry zapał, rozwagę i celowość, nie spotykaną 
u innych zwierząt. Wykonywały pracę rozumnych drwali, cieśli, architektów i 

murarzy, przy czym narzędziami ich były strugi-zęby, nogi i płaski ogon-kielnia.
Indianie, posiadający głębokie wyczucie rzeczy doniosłych w przyrodzie, uznali 

bobry za swoich czworonożnych braci i zabicie ich traktowali jako zbrodnię. 
Nazywali je istotami 4 umyśle człowieka i usposobieniu dziecka.

Potem przyszedł biały człowiek. Wniósł do północnej puszczy swoją energię, 
bezwzględność i chciwość. Futra bobrowe były potrzebne w Europie, gdyż 

uwydatniały urodę kobiet, a podnosiły powagę mężczyzn. Gdy bobry stały się 
modne, w kniei kanadyjskiej zaczęła się rzeź i co rok przewożono przez morze pół 

miliona skórek. Zabijał biały człowiek i zmuszał Indian by także zabijali.
Bobry, które tak świetnie broniły się przed naturalnymi wro-

45
len  Cnat   1   Zyoieni   iOULimiyiu,   me   umiaiy   jjiiewwbiciwjat   sit;

nowemu niebezpieczeństwu tak, jak to uczyniły wilki. Wilków dziś jest w Ameryce 
Północnej niemal że więcej niż kiedykolwiek. Czworonożne drapieżniki poznały się 

świetnie na broni dwunożnego drapieżnika i już rzadko wpadały w jego sidła, a 
trucizn i kul przebiegle unikały. Bobry tego się nie nauczyły.

Gdy w latach osiemdziesiątych, dziewięćdziesiątych XIX stulecia wyginęły niemal 
całkowicie nawet w odleglejszych zakątkach leśnych, powstał krzyk i'płacz; 

wydano surowy zakaz zabijania bobrów. A wyginęły one pod bokiem władz 
kanadyjskich na skutek bezmyślnej, zbrodniczej rąbaniny; mądra zwierzyna padła 

ofiarą niemądrej chciwości ludzkiej.
Kilka lat przedtem ludzie mieli podobnie odstraszający przykład na preriach 

Stanów Zjednoczonych, kiedy to w krótkim czasie dzicz amerykańska wymordowała za 
złośliwą* zgodą władz państwowych jedno z najwspanialszych zwierząt na ziemi, 

amerykańskiego bizona. Ale Kanada nie chciała wyciągnąć z tego barbarzyństwa 
nauki i dopuściła u siebie do podobnej zagłady bobra.

Zarządzone środki ochrony na szczęście odniosły pomyślny skutek. Po latach bobry 
znów rozmnożyły się w kanadyjskiej puszczy. Prawie na wszystkich zacisznych 

rzekach, oddalonych od ludzkich siedzib, powstały ich żeremia i piękna 
zwierzyna, wraz z łosiem, stała się ponownie ozdobą kanadyjskiej kniei.

Ale diabeł nie spał i krótkowzroczne władze chciały na tym zarobić. W roku 1914 
zniosły ochronę bobra. Wybuchło coś' w rodzaju szału bobrowego, nieco podobnego 

do szału złote w Kłondike. Żądza szybkiego zarobku ogarnęła tysiące ludzi, w tym 
również i takich, którym nigdy nie śniło się o polowaniu i którzy żadnego w 

życiu nie dali strzału. Pośpiesznie wykupy-
' złośliwą, gdyż Tządowi Stanów Zjednoczonych, prowadzącemu w6w-caas ostateczną 

wwjmę z indiańskimi szczapami na preriach, zależało na zniszczeniu podstawowej 
żywności, jaką bizon stanowił dla Indian.

dzom kanadyjskim! — nabywali sidła i psy pociągowe i jalc nieprzytomni maniacy 
pędzili na północ. Gdzie dopadali zwierzyny, niszczyli ją wszelkimi sposobami, 

nawet rozsadzając żeremia dynamitem. Gdy inni myśliwi mimochodem włazili im w 
drogę, strzelali i do nich. W całej puszczy od Wielkich Jezior i prerii aż do 

tundry na północy, dyszeli mordem, szerzyli zagładę.
A władze kanadyjskie przez długi czas patrzyły na to obojętnym okiem, ciesząc 

się, że tyle pieniędzy wpływało im do kasy z opłat łowieckich.
Po kilku latach rozwydrzenia i rzezi lasy kanadyjskie ponownie opustoszały, a 

bobry prawie wszędzie wyginęły. Można było płynąć setki kilometrów i nie 
zobaczyć ani jednego zwierza, tylko same wymarłe żeremia i puste rozlewiska. 

Tamy w okolicy chaty Stanisława to smutne szczątki nie tak dawnej świetności 
bobrowej.

Wraz z bobrem ucierpiał i łoś. Wybito go na mięso. Plaga tysięcy sezonowych 
traperów i dziesiątków tysięcy ich psów pochłaniała w puszczy zastraszającą 

ilość żywności. Bito, co popadło pod strzelbę nie pomijając cielnych łoszy i 
młodych łoszaków. Ostoje, słynne ongiś z bogactwa zwierzyny, zubożały; dostojny 

zwierz stał się rzadkością. Fakt, że bobry i łosie w Kanadzie zupełnie nie 
wyginęły, nie był zasługą człowieka, lecz bezmiaru nie zaludnionych do dziś 

lasów.

background image

Biajy człowiek miał wdzięczne serce, ach, jakże wdzięczne! Po doszczętnym prawie 

wytępieniu bobrów uznał je za świętość narodową. Przyznał im nawet zasługi dla 
cywilizacji, jako że myśliwi w pogoni za bobrami przebiegali kraj. Odkrywali 

odludne puszcze, znajdując przy tym cenne minerały. Dlatego bobry widnieją na 
kanadyjskich emblematach państwowych, tak samo jak na monetach Stanów 

Zjednoczonych widnieją nieszczęśni Indianie i wytępione na preriach bizony.
Bobry stały się bohaterami. Biedne, bohaterskie bobry. —

Stanisław, co prawda, przygotował sobie żelaza na bobry,
47

więc bezpiecznie mogły żyć bobry, które zbudowały sobie tamę przez rzeczkę i 
utworzyły rozlewisko w lesie. Nikt ich spokoju nie zakłócił. Czasem, ciekawością 

zdjęci, szliśmy do grupy topoli i oglądaliśmy, ile ich już ścięły gryzonie. 
Nocni pracownicy nie próżnowali. Wszędzie leżały na ziemi wióry, pocięte gałęzie 

i sterczące pnie.
Chodziliśmy też nad samą tamę. Piękne dzieło zwierzęcej inżynierii! Pociągało 

mnie bardzo i wciąż je podziwiałem. Przez tamę spływała rzeczka i tworzyła mały 
wodospad. Wodospad głośno i wesoło dźwięczał: to jakby fanfara, na cześć bobrów.

¦¦ Ludzie korzystali z bobrów na różne sposoby. Zabitym ściągali skórę, u żywych 
podpatrzyli inteligencję. Nauczyli się od zwierząt ujarzmiania przyrody i 

budowali na rzekach podobne tamy, tylko z betonu. W Kanadzie ludzie głównie 
poszukiwali drzew z tak zwanego lasu miękkiego, przede wszystkim kanadyjskich 

cedrów. Budowali zatem tamy i podnosili poziom wody, ażeby dotrzeć do 
upatrzonych drzew i móc je łatwiej spławić; przy tym postępowali zupełnie tak 

samo, jak to czyniły bobry. Wszystkie rzeki i potoki spływające na południe, ku 
Rzece św. Wawrzyńca i ku Wielkim Jeziorom, ujęto w ogniwa licznych tam, a przy 

końcu tych ogniw zbudowano tartaki i olbrzymie fabryki papieru.
Papier, wykonywany z drzew północnej puszczy, to wielkie bogactwo Kanady. 

Sąsiednie Stany Zjednoczone pochłaniały niezmierne -ilości papieru, przemysł 
papierniczy i jego pochodne stały się jednym z głównych narzędzi cywilizacji i 

bogactwa tego kontynentu. Lecz ludzie, kierujący tą gospodarką, popełniali 
błędy, nie mieli jasnego planu, a jeśli mieli, to opierali go na krótkowzrocznym 

wyzysku. Więc od czasu do czasu powstawały na południu kryzysy gospodarcze, 
które tu, na północy, odbijały się w niezwykły sposób: na rzekach kanadyjskich 

tworzyły się wielomilowe zapory nagromadzonego drzewa. Na sąsiedniej rzece 
Lievre, nadmiernie rossszerzonej wsku-

łas^ trupów drzewnych, leżących na wodzie pokotem, wołał
0   pomstę  do  nieba  za  bezmyślną,  może  nawet  zbrodniczą krzywdę,  

wyrządzoną  tu przyrodzie.  Zahamował się  spław drzewa. Mściła się błędna 
gospodarka.

Tymczasem mistrzowie ludzi, bobry, nie ustawały w pracy. Na odległych, cichych 
rzekach wznosiły swe tamy i ścinały nadal topole. Wiedzione nieomylnym 

instynktem, nie czyniły więcej zapasów, aniżeli potrzebowały na zimę. Lasu nigdy 
nie zniszczyły. Prace swoje wykonywały z rozwagą, w ramach wytyczonych im przez 

prawo przyrody z nieomylną celowością. Były zadowolone i szczęśliwe. Bobry 
budowały swe tamy od niepamiętnych czasów, natomiast ludzie — zaledwie od 

kilkudziesięciu lat. Bobry były rnędrsze i więcej miały doświadczenia.
Rabunkowe wycinanie lasów na tak zwanym Środkowym Zachodzie Stanów Zjednoczonych 

zamieniło, jak wiadomo, wielkie przestrzenie, dotychczas urodzajne, w jałowiznę 
półpu-styniią, smaganą zawiejami lotnych piasków. Kanadyjczycy zrazu podobnie 

gospodarzyli lasami Manitcby, Saskatchewa nu i Alberty, graniczącymi od północy 
z ich preriami pszenicz-nymi — i przyszła biada. Po przetrzebieniu gąszczu 

pogorszył się klimat całych okolic: mniej padało deszczów, poziom jezior
1  rzek zatrważająco się obniżył, powodzie wiosenne pustoszy ły kraj, a letnia 

posuchą zagrażała plonom.
Wtedy   człowiek   przypomniał   sobie,   że   zdziesiątkowany w tych stronach 

bóbr był najlepszym strażnikiem lasów i swy mi groblami sprawnie regulował stan 
wód. Żałując poniewcza sie swego barbarzyństwa, człowiek przeprosił zwierza i 

starał się ściągnąć go ponownie na opustoszałe rzeki. Ale nawę! najostrzejsze 
przepisy ochronne nie odrodziły w tych stronach dawnego zwierzostanu. Więc 

człowiek zaczął budować sztucz ne tamy i mozolnie zadrzewiać pustkowia — mitręga 
żmudna i kosztowną. Błędy dawnej bezmyślności tylko częściowo dały

A    Kanadę   pachm^cn   żywic*                                                  
JM

"«).  UJKJŁ*   UWL   1  BUlSKt

background image

Nazywał się Grey Owi — Szara Sowa. Jego ojciec był Szkotem, jego matka ponoć 

Indianką ze szczepu Apaszów. Tak w każdym razie sam mówił o sobie i pisał przez 
całe swe życie, a nikt tego wówczas nie podawał w wątpliwość. Lecz gdy na krótko 

przed drugą wojną światową umarł, prasa w Wielkiej Brytanii wywołała sensację 
twierdzeniem, że Grey Owi wcale nie był Metysem, lecz najczystszej wody 

Brytyjczykiem.
Urodził się w roku 1888 w Anglii, kilka tygodni po powrocie swych rodziców z 

Ameryki. Matka jego była Amerykanką, a więc nie wykluczone, że Amerykanką 
pochodzenia indiańskiego. Od lat dziecięcych nieprzetarta tęsknota ciągnęła 

chłopaka ku Kanadzie. Podobnie jak wielu rówieśników, gorącą głowę miał nabitą 
powieściami Fenimore'a Coopera. Marzył, żeby zostać jakimś pogromcą zwierząt i 

przemierzając amerykańskie puszcze- doznawać przygód, mrożących krew.
Uczył się w szkole od biedy, ale życie w zabitym deskami miasteczku' angielskim, 

do tego pod opieką poczciwej, nudnej ciotki, stawało się niemal więzienną męką 
wobec urzekających obrazów, jakie mu podsuwała chłopięca wyobraźnia o krainie 

Indian, łosi i niedźwiedzi.
W trzynastym roku życia zerwał ze wszystkim, co go otaczało. Opuścił szkołę i 

dom i przeprawił się przez Atlantyk, najprawdopodobniej bez zgody ciotki, 
odrabiając koszt przejazdu przez morze pracą jako chłopak okrętowy.

cia prześlizgiwały się pobieżnie, jakby tworząc zasłonę niedomówień. Po 
przybyciu do Kanady młody wisus, podobno przyjęty do szczepu Czipewejów, żył 

wśród Indian i poznawał tajniki puszczy. Jak wyglądało to przyjęcie do szczepu — 
nie wiadomo, ale to pewne, że młodzian, gruntownie poznał leśny żywot podczas 

niejednej włóczęgi na północy.
Przez cztery lata pierwszej wojny światowej przebywał na froncie europejskim, 

odniósł rany, potem wrócił do kanadyjskiej puszczy i żył znowu jako doświadczony 
traper, często służąc myśliwym z miast za przewodnika.

Pewnego dnia, odwiedzając modną miejscowość rozrywkową w jednym z kanadyjskich 
parków narodowych, spotkał miłą dziewczynę, wcale sobie niczego: dobre, czarne 

oczy, ukar-minowane usta i dorodna postać. Nazywali ją z angielska Gertrudą, ale 
poza tym miała całkiem niepospolite imię indiańskie, Anahareo. Była to Indianka 

czy może Metyska, pochodząca od wodzów irokeskich, panna zmodernizowana, dobrze 
wychowana i mająca jakie takie wykształcenie, a przede wszystkim odznaczająca 

się niezwykłą dobrocią serca.
Grey Owi, bo wtedy -już takie nosił miano, zakochał się po uszy, ale 

onieśmielony uroczym zjawiskiem, nie śmiał gęby otworzyć. Dopiero gdy znalazł 
się w swym leśnym pustkowiu,, nabrał odwagi i napisał do Anahareo list z 

zapytaniem, czy nie zechciałaby zostać jego żoną i zamieszkać w chacie 
traperskiej. Ku jego zdumieniu zaraz mu odpisała: tak — i wkrótce sama zawitała 

na północy.
Znalazło się dwoje ludzi świetnie sobie odpowiadających. Sprzęgła ich gorąca 

miłość; w głębokiej puszczy, wśród pierwotnych warunków, zrodziło się wielkie 
uczucie. Traper, pełen szczęścia, pracował teraz za dwóch, zakładał w gąszczu 

wiele sideł i znosił do chaty bogatą zdobycz.
Anahareo okazała się wspaniałą istotą i dzielną towarzyszką,

51
50

spadł na Grey Ówla, gdy wróciwszy pewnego wieczoru z pólo-wonia zastał żonę całą 
we łzach, złamaną, w rozpaczy, skuloną w najciemniejszym kącie chaty.

—  Co tobie, dailing? — krzyknął przerażony. — Czy przytrafił się jakiś zły 
wypadek?

Roztrzęsiona i niezdolna wymówić słowa, słabo zaprzeczyła głową.
—  Więc cóż się stało, mówże! Anahareo, co się stało? — błagał tuląc zaszlochane 

stworzenie do piersi.
Dręczące domysły cisnęły mu się do głowy. Żonę pozostawiał godzinami w 

opustoszałej chacie. Doświadczony myśliwy wiedział, czym grozi taka samotność. 
Nieraz doprowadzała ludzi leśnych do obłędu. Czyżby na tym tle ogarnął ją 

rozstrój nerwowy?
—  Powiedz, droga, czy to samotność? — pytał.

Tak, ciążyła jej samotność, ale nie to było najgorsze.
—  Więc co? — nalegał. — Powiedz, proszę!

Z odrazą w oczach wskazała na zwierzynę, jaką właśnie przyniósł z kniei. Kilka 
zabitych szczurów piżmowych wisiało przytroczonych do jego pasa. Zrozumiał ten 

wzrok. Podobne wyrzuty sumienia i jego nękały od dłuższego czasu. Wiedząc, jak 

background image

żona nie znosi zabijania zwierząt, prawie już nienawidził swego traperskiego 

zawodu. Ale cóż miał robić? Był to jego środek utrzymania i nie wyobrażał sobie, 
jak by inaczej mógł zarabiać na życie.

Na razie wszystko powróciło do dawnego trybu. Anahareo przyszła do siebie, znowu 
się uśmiechała. Od tego czasu Crey Owi często zabierał ją ze sobą na łowy nie 

chcąc pozostawiać jej samej.
W początkach wiosny traper złapał kilka bobrów i cenne ich skórki włączył do 

swych zbiorów. Gdy następnego dnia w towarzystwie żony odwiedził to samo 
rozlewisko, dwa młode bobrzątka pływały z piskiem na powierzchni wody. Łatwo 

było' domyślić się, że myśliwy je osierocił.
52

z całą srogością! W puszczy'takie niedołężne Milce byiysica-   " zane na 
niechybną śmierć. Więc Grey Owi i Anahareo schwytali je i postanoY/ili zastąpić 

im matkę.
Drobny wypadek, a przecież jak brzemienny w skutkach. Okazał się zwrotnym 

punktem w życiu Grey Owla i głośnym echem miał odbić się w całej Kanadzie.
Ostrożnie zabrali maleństwa do chaty, ogrzali je, nakarmili mlekiem z puszki. 

Bobrowe smyki, wełniaste kłębki o wielkich główkach, od samego początku nie 
lękały się ludzi i z rozbrajającą ufnością patrzyły w ich uśmiechnięte twarze. 

Zadziwiająco szybko oswoiły się, miały przyjazne usposobienie i uważały się od 
razu za członków ludzkiej rodziny. Gdy Grey Owi po pewnym czasie, zamierzając 

obdarzyć je wolnością, wysadził bobrzątka na pobliskim jeziorze, podrostki nie 
zgodziły się. Piszczały płaczliwie, pływały za człowiekiem, wpadały do chaty i 

nie pozwalały się y/ypędsić. Chciały żyć razem z dwojgiem dobrych ludzi.
Tak zaczęła się niezwykła sielanka w kanadyjskim lesie. Szara Sowa nie potrafił 

odtąd zabijać zwierząt; ani bobrów, ani innych. Przesta! być traperem, porzucił 
strzelbę i pułapki. Obojętnie, czy płynęła w nim krew indiańska, czy nie, on w 

sercu był już Indianinem. Indianie zawsze uważali bobry za czworonożnych braci, 
którym należy się szacunek i miłość. Grey Owi, rzecznik ginącego ludu 

indiańskiego, ujął się za ginącym zwierzęciem.
Wkrótce ku radości Anahareo udało mu się przygarnąć do chaty jeszcze inne bobry. 

Szczęśliwi ludzis, przypatrując się teraz dokładnie igraszkom osobliwych gryzom, 
nie mogli wyjść z podziwu, że takie to rozumne istoty, dowcipne, a równocześnie 

przymilne i rozkoszne.
Wówczas Grey Ov/1 postanowi! o nie walczyć. W swej leśnej chacie napisał przy 

pomocy żony bojowy artykuł w ich obronie i wysłał go do gazety. Ułożył także 
odczyt, opasujący przygody z czworonożnymi przyjaciółmi, i poszedł z nim do

53
sKwapnwie ucząc się sztuki pisarsKiej, nie zameaoywat og.:a-szania dalszych 

artykułów. Wyrabiał sobie cięte pióro, walczył rozpaczliwie i z uporem. Coraz 
namiętniej przedstawiał swe doświadczenia. Umiał przekonywać. Poruszał serca i 

opinię publiczną.
Rząd kanadyjski wydał od nowa surowy zakaz łowienia bobrów. Wyodrębnił olbrzymie 

przestrzenie puszczy, gdzie nie wolno było nie tylko zabijać bobrów, lecz nawet 
ich niepokoić. Taki rezerwat na południu James Bay obejmował przeszło 

czterdzieści tysięcy kilometrów kwadratowych, a więc mniej więcej tyle, ile dwa 
nasze województwa. Słynny Algonąuin Park na zachód od stolicy Otta wy (około 

sześćset tysięcy ha) był również matecznikiem bobrów.
Samego Grey Owla mianowano państwowym opiekunem rezerwatu przyrody dokoła jego 

chaty w prowincji Quebec. Nieugięty szermierz stał się popularny w Kanadzie. 
Więcej: stał się hasłem.

A oswojonych bobrów dokoła chaty Szarej Sowy było coraz ¦więcej. Miały się 
świetnie, zazierały co chwila do wnętrza i nie myślały uciekać. Bawiły się i 

dokazywały w pobliskim jeziorze. Zabawne istoty — ni to dzieci, ni zwierzaki — 
przybiegały na zawołanie, jadły z ręki. Liczni turyści przyjeżdżali (ku rozpaczy 

Szarej Sowy'i Anahareo) i zawzięcie fotografowali dziwy. Przyjeżdżały również 
ekipy filmowe i dokonywały zdjęć. Sławę zdobyła Jelly Roli, bobrowa gwiazda 

filmowa. Rząd kanadyjski wyzyskiwał sensację dla propagandy turystyki.
Grey Owł napisał kilka porywających książek o swoim ży-•ciu. Rozniosły jego 

sławę daleko, nie tylko w krajach angielskojęzycznych, ale i w innych. 
Najciekawsza to chyba ,,Pil-grims of the Wild" — „Pielgrzymi puszczy".

Pielgrzymi — to on i jego żona. Ale najwięcej pisał w książce o bobrach. Dobra 
książka, bardzo dobra, pobudzająca i czarująca, a przy tym dziwnie dojrzała. 

Nowy, nie obja-

background image

54

poetą. Prawił słowa proste i ciche, opisywał zdarzenia na pozór zwykłe i 
codzienne językiem zwięzłym, prawie skąpym, aż nagle z tego wszystkiego wybuchał 

wielki, cudowny płomień miłości. Książka Grey Owla stała się dokumentem: 
wzbogaciła angielską literaturę o poważną, osobliwą pozycję. I nie tylko 

angielską, lecz także innych narodów. W Polsce J. Dobrot dokonał świetnego 
tłumaczenia i książka, wydana przez J. Przeworskiego w 1937 roku, zjednała sobie 

legion zapalonych wielbicieli, i wtedy, i w nowym wydaniu powojennym.-----------
Bobry to niezwykłe zwierzęta. Dziwnie wiele dawały ludziom. Uczyły białych ludzi 

budować tamy, otwierały serce trapera, stwarzały sielankę miłosną, były 
bohaterami jednej z najpiękniejszych książek, w której syn, adoptowany przez 

Indian, prosił białego człowieka o miłość do zwierzęcia.
A biały człowiek?

W niespełna pół wieku po odkryciach Kolumba zwiedził brzegi Ameryki Północnej 
Jacąues Cartier, wysiany przez króla francuskiego. Podczas swej wyprawy dopłynął 

w górę Rzeki Sw. Wawrzyńca do wsi indiańskiej, leżącej tarn, gdzie dziś 
Montreal. Gw żeglarz ze St. Mało, kolebki. na jśmielszych awanturników, miał nie 

tylko nieustraszone serce i bystre oczy, ale władał także urzekającym piórem. Są 
i tacy, którzy powiadają, że pisał niedobrze, a jednak opisy jego podróży wiele 

narobiły szumu i podnieciły Francję. Opisy bynajmniej n: rz-sadne: donosiły, że 
jeziora i rzeki kanadyjskie pełne , .:;, łasy roją się od zwierzyny i cennych 

zwierząt fuicifex . ych, a indiańscy myćliwi chętnie sprzedają je za bezcen 
przybyszom zza morza.

Skórki bobrów, gronostajów, niebieskich lisów! Cartier okazał się magikiem. Od 
jego czasów wizja bogactw futerkowych zawładnęła umysłami Francuzów do tego 

stopnia, że pojęcie Kanady niezmiennie kojarzyli z obfitością cennych futer, a 
gdy w początkach XVII wieku przystępowali do tworzenia trwałej kolonii, głównym 

jej celem było zdobywanie futer.
W istocie, wszystko zmierzało do tego celu: i polityka gubernatorów  

francuskich,   zwłaszcza  w  stosunku  do   Indian, . i chciwość dworzan czy 
bogatych kupców we Francji, zakładających  kompanie  dla  bajecznych  zysków,   

i  znój  niepo-
Pomimo że wszystkie kolonizujące narody pałały jednakową żądzą łatwego łupu, tu 

jednak były pewne między nimi różnice: Holendrzy szli głównie po korzenie, 
Hiszpanie przede wszystkim po złoto, wydzierane Indianom, Anglicy po obszary 

rolne, zagrabiane wybijanym plemionom tubylczym, Francuzi zaś po skórki, 
nabywane lub wyłudzane od Indian. Dlatego, w przeciwieństwie do innych zaborców, 

Francuzi nie mieli w planie tępienia krajowców, bo potrzebowali ich jako 
myśliwych. W ich,interesie był Indianin żywy i życzliwy.

Gdy twórca francuskiej kolonii kanadyjskiej, Samuel Champlain, w roku 1608 
zakładał podwaliny pod stolicę Ouebec, posiadał w stosunku do Indian jasny 

program: zdobyć przyjaźń i współpracę Huronów i Algonkiriów. Były to pierwsza 
szczepy,* z jakimi Francuzi się spotkali, a « których pisał Cartier. Champlain 

posyłał więc do nich swych najzdolniejszych ziomków, których nazywano 
inlerprełes ¦—• tłumaczami, pośrednikami.

Do walecznych Huronów wysłał młodego !tienne'a Brule. Potężny szczep, ongiś 
przez Cartiera wielce wychwalany, żył "obecnie daleko na zachodzie, wśród 

przepastnych borów, nad brzegiem tajemniczego Jeziora Hurońskiego, którego nikt 
z białych jeszcze nie widział. Francuzi spodziewali się stamtąd wielkich plonów, 

więc gdy Champlain wyznaczył na tę odpowiedzialną placówkę tak lekkomyślnego 
młodzieńca, wielu zazdrośników w Quebecu kiwało głowami, a niektórzy sierdziś-

cie się oburzali: Etienne Brule miał zaledwie dziewiętnaście lat, a już klął jak 
stary, pił jak koń, za dziewkami indiańskimi się uganiał jak gach w marcu, i kto 

wie, czy w ogóle wierzył w Boga. Nicpoń, zepsuty wartogłów!
— Zaprzepaści nam wszystko! — zrzędzili ludzie — Odstrę-czy nam Huronów!... Po 

drodze do nich załamie się, chłystek!...
Ale Champlain wierzył w Etienne'a, nie zmienił postanowienia i wysyłając 

młodzieńca z niezłym zapasem towarów wy-
57

ich obyczaje, nakłonić szczep do handlu z Francuzami, a następnej wiosny 
przywieźć kupę futer.

W ciągu trzech miesięcy Brułe przemierzył blisko tysiąc pięćset kilometrów 
wodnymi szlakami, wiosłując na swym canoe przy pomocy przygodnych Indian w górę 

Rzeki Sv.~. Wawrzyńca; potem przebijając się przez bystrzyny jej dopływu •— 

background image

rzeki Otta wy — dotarł do jeziora Nipissing, a stąd ćo Hu-rońskiego —- pierwszy 

Europejczyk, który odważył się wtargnąć w te nieznane ostępy, i zapewne, jak 
świat światem, najmłodszy odkrywca, jakiemu kiedykolwiek wypadło stawić czoło 

tylu niebezpieczeństwom.
W okresie „indiańskiego lata", kiedy liście klonów rozpalały się jesiennym 

szkarłatem, goło wąsy poseł Charnplaina dobił do wsi hurońskich, -powitany nader 
przyjaźnie: zagony nieubłaganego wroga, Irokezów, coraz bardziej dawały się we 

znaki Huronom, a obecność młodego przybysza zwiastowała pomoc Francuzów.
Od samego początku Etienne Brule pokazał, że miał łeb na karku. Świetnie 

potrafił sobie radzić z dzikimi mieszkańcami puszczy i, co więcej, jednać ich 
zaufanie. Zaledwie poduczył się języka, już wciągnęli go w wewnętrzne rozgrywki 

szczepu* Od dawna zanosiło się na wojnę domową, a przynajmniej rozłam w 
szczepie. Młodzi wojownicy, rozgoryczeni despotycznymi rządami starszyzny, 

gotowali się do zbrojnego buntu. Groziło to zagładą szczepu ze strony Irokezów. 
Etienne, który stanął po strome młodzieży i uzyskał przemożny wpływ na nią,, z 

niezwykłą zręcznością uśmierzał wzburzenie. Młodzi chcieli go obrać jednym ze 
swych wodzów. Lecz on, roztropny i pełen taktu wobec starszyzny, nie dał się 

namówić. Wolał pozostać" tylko pośrednikiem i handlarzem skórek. Natomiast 
nakłonił szczep do pójścia w knieję na zimowe łowy.

Gdy następnego lata wracał do Quebecu, wracał triumfalnie: więcej niż połowa 
szczepu towarzyszyła mu na niezliczonych

58
obładowani płynęli Huroni.

Zeszłoroczni oszczercy nie posiadali się ze zdziwienia. Handlarze zacierali 
dłonie. Champlain kraśniał z radości i kładąc rękę na ramieniu przybysza 

oświadczył:
—  A teraz, chłopcze, odpoczniesz sobie w Quebecu! Dam ci wygodną kwaterę!

—  Nie, panie. Dziękuję!
—  Dziękujesz?

—  Tak. Wracam zaraz do Huronów.
Gubernator spojrzał uważnie na zuchowatą twarz ogorzałego młodzieńca. Brule 

nosił na sobie indiański strój ze skóry jeleniej.
—  Hej, Etienne! — zaśmiał się Champlain. — Czy chcesz zostać Huronem? Czy tak 

ci zasmakowały młode Indianki?
Niebawem Huroni odpłynęli do swych lasów, zadowoleni z utargowanych przedmiotów, 

paciorków, błyskotek, koców, noży, siekier i — niestety — niewielu strzelb. 
Zadowoleni tym bardziej, że z Francuzami zawarli przymierze przeciw nienawistnym 

Irokezom. Wraz z nimi odpływał Etienne Brule.
Był to niepospolity junak, nad wiek dojrzały. Dziarski i niepohamowany; 

zmysłowy, rozwiązły i przebiegły; niespożyty, przedsiębiorczy, szalony, wesoły i 
braterski, ów syn chłopa spod Paryża, urodzony w Champigny-sur-Marne, wykazał tu 

w lasach kanadyjskich jak gdyby wszelkie cnoty i wszelkie wady galijskie. Był 
przedziwnym skrzyżowaniem — jednakowo żaru i stali; połączeniem błahych 

kaprysów, wzniosłych polotów i rzemiennej twardości.
Gdy w następnym roku sam Champlain odbył podróż w te odległe strony, zastał 

Huronów pod urokiem swego inlerprete. Jak gdyby Brule rzucił na nich czary, 
wielu wojowników gotowych było pójść za nim w ogień. Jedynie starszyzna nie 

podzielała zachwytu młodych, ale tłumaczono to sobie —i całkiem słusznie — jej 
skrytą zazdrością.

—  Jak tego dopiąłeś? — wypytywał go gubernator. — Czyś oczarował ich? Poisz 
może wódką?

59
—  Może psujesz ich? Prowadzisz na manowce?

—  Scpiisii, świętym nie jestem!
Francuzi starli się z Irokezami już w pierwszym roku swego pobytu w Kanadzie. 

Sami zresztą ich zaczepili, wtedy jeszcze nie przeczuwając, co to za gniazdo 
kąśliwych szerszeni. Dopiero później, w następnych latach, otwarły im' się oczy 

na groźne niebezpieczeństwo, jakie dla nich narastało od strony mściwego wroga z 
południa. Niebezpieczeństwo, które w ciągu całego wieku miało doprowadzić ich 

kolonię prawie do ruiny.
Champlain, rozdrażniony stałymi zaczepkami Irokezów, wykorzystując nienawiść 

innych szczepów do napastliwych Indian, postanowił w 1615 roku wymierzyć im 
śmiertelny cios. Mając garstkę swych rodaków pod ręką, zwołał licznych Hu-ronów 

i od północy napadł na tereny wroga, podczas gdy niezawodny Etienne Brule miał 

background image

pozyskać szczep Susąuehannów i z jego wojownikami uderzyć od zachodu.

Brule sumiennie wykonał swe zadanie, lecz przybył z sojuszniczym zastępem za 
późno: Champlain, który odniósł ranę, i Huroni byli już w odwrocie po 

bezskutecznym, kilkudniowym nacieraniu na obwarowaną wieś irokeskich Onondagów.
Zmykający z kolei oddział Susąuehannów znalazł się sam w opałach, szarpany przez 

rozzuchwalonych nieprzyjaciół. Podczas jednej z utarczek Etienne Brułe, uderzony 
maczugą w głowę, dostał się do niewoli. Irokezi znali dzielnego Francuza. 

Uroczyście zawlekli go do swej wsi, by znamienitego jeńca uczcić śmiercią wśród 
wyjątkowych tortur.

Przytomność umysłu i niezwykły przypadek uratowały mu życie. Brule miał mały 
krucyfiks z łańcuszkiem, zawieszony na szyi. Znając obyczaje Indian, bez 

drgnienia znosił zadawane mu katusze i podczas przypalania ciała nawet się 
uśmiechał, co budziło uznanie Irokezów. Lecz gdy wódz, który go pojmał,

60
Wódz mimo woli cofnął rękę i zdumiony spojrzał na jeńca.

— Jeśli tego dotkniesz — ostrzegł Brułe głosem pełnym trwogi — zginiesz w 
pierwszej bitwie!

Etienne — jak wiadomo z jego pobytu u Huronów — posiadał niepowszednie 
właściwości, zniewalające umysł i wyobraźnię Indian. Złowróżbnym słowom dano 

wiarę tym bardziej, że właśnie w tej chwili przypadkiem rozległ się daleki 
grzmot burzy. A ponieważ jeniec zachowywał się tak mężnie, wódz w przypływie 

barbarzyńskiej rycerskości darował mu życie i wolność.
Brule pobiegł do najbliższych sprzymierzeńców, Susąuehannów. Tam ujrzał wielką 

rzekę płynącą na południe, a noszącą tę samą nazwę co szczep. Niestrudzony 
odkrywca, żądny nowych wrażeń, postanowił poznać bieg rzeki. A nuż uchodzi do 

Oceanu Spokojnego?
W towarzystwie kilku Indian popłynął z jej prądem, aż po tygodniach dotarł do 

zatoki zwanej dziś Chesapeake, odkrywając po drodze uroczy, urodzajny kraj — 
późniejszą Pensylwanię.

Gdy po wielu miesiącach pojawił się znowu w Quebecu, rodacy witali go jak 
przybysza zza świata, lecz on, po zdaniu raportu gubernatorowi, niezwłocznie 

opuścił ich, by wrócić do swych Huronów.
W tym samym roku nieudanej wyprawy na Irokezów przybyli do Kanady pierwsi 

misjonarze. Wśród Huronów rozpoczął pracę z wielkim powodzeniem o. Le Caron. Nic 
w tym dziwnego. Indianom, coraz gwałtowniej napieranym przez Irokezów, jednaka z 

Francuzami religia wydała się nową spójnią, łączącą ich z sojusznikami, i nową 
rękojmią bezpieczeństwa. Z niebywałą gorliwością przyjmowali chrześcijaństwo. 

Misjonarze, z początku zmartwychwstańcy, później jezuici, znaleźli wdzięczne 
pole do działania.

Wzięcie, jakie miał tu Etienne Brule, było — rzecz prosta — kolcem w oku 
misjonarzy, zabiegających o te same dusze czer-

61
¦wonych ludzi, na które tak nieprzeparty Czar rzuccu ^i^,-., . wesoły, 

hulaszczy, ruchliwy, „pogański" Etienne. On owiecz->ką nie był: on szydził z 
potulnych owieczek i ich pasterzy.

Nikt —¦ ani sam Brule, ani misjonarze, a tym mniej Huroni —- nikt na razie nie 
uświadamiał sobie, że w tym dalekim ustroniu leśnym dojrzewał powoli brzemienny 

konflikt, jaki doprowadzić miał w końcu do tragicznej śmierci sprawnego 
pośrednika.

Tymczasem gwiazda jego coraz jaśniej świeciła. Etienne pracował bez wytchnienia, 
a do Ghiebecu posyłał lub sam zawoził olbrzymie ilości skórek. Mało dbał o 

złośliwe szepty poza jego plecami. Cieszył sią przyjaźnią wielu Huronów, i to mu 
wystarczało. Co więcej, w swych przyzwyczajeniach, w codziennym życiu, nawet w 

sposobie myślenia tak przesiąkł wszystkim, co indiańskie, że ludzie w końcu 
dopatrywali się w nim raczej Hurona niż Francuza.

Nie utracił przy tym pasji odkrywcy. Pociągały go nieznane strony i 
niebezpieczne przygody. Na kruchych łódkach zapuszczał się daleko na zachód, 

szlakiem Y/ielkich Jezior. Jako pierwszy z Europę jeżyków wpłynął na wody 
Jeziora Górnego, a stamtąd na jezioro Michigan.

Stosunki jego z misjonarzami dziwnie się układały. Często składał dowody 
sprzyjania im; pomagał swym doświadczeniem i nieraz towarzyszył w ich podróżach 

jako przewodnik i obrońca. Natomiast oni wyraźnie siq. boczyli i mieli mu za złe 
moc rzeczy. Jezuici niezawodnie marzyli tu o rządach nad Indianami na wzór tego, 

co tak świetnie zapowiadało się w Paragwaju i nad Amazonką, w Ameryce 

background image

Południowej. A tymczasem niesforny, czarowny Etienne Brule był w oczach 

duchownych siewcą zgorszenia i zawadą. Samym swym istnieniem burzył ich ambitne 
sny o władzy, krzyżował samowładne zamysły. Zwalczali go na swój sposób: w 

oczach Francuzów starali się umniejszać jego zasługi, odmawiać mu zalet, 
wyolbrzymiać jego grzechy, natomiast u Indian — podkopywać jego popularność.

W swych relacjach nie darowywali mu najdrobniejszych
?'¦¦"isruie, znaiaziszysie; "Kiedyś "w odiiczu śmierci, me urmaf pfzy-

1   pomnieć sobie żadnej innej modlitwy, jak tylko — o zgrozo!
',   — modlitwę przed jedzeniem. Taki to był wyrodek!

W Ameryce Północnej, tak samo jak w Europie, Anglicy i Francuzi tłukli się 
nawzajem w nieustannych wojnach. W roku 1629, a więc już po dwudziestu latach 

istnienia francuskiej
, kolonii, udało się Anglikom napaść na Quebec i zagarnąć władzę w całej 

kolonii. Champlain i większość Francuzów jak niepyszni musieli opuścić Kanadę. 
Tylko niewielu pozostało na miejscu godząc się z nowymi rządami. Między tymi 

ostatnimi był Etienne Brule.
W dniu odjazdu Champlaina do Francji Etienne przypłynął do Quebecu ze swymi 

Huronami i z wielkim zapasem skórek, tym razem przeznaczonych już dla kupców 
angielskich. Rozsierdzony na niego Champlain w obecności wielu ludzi rzucił mu w 

twarz, że jest zdrajcą.
—  Pozostając w Kanadzie — krzyknął na niego Champlain — zdradzasz sprawę 

Francji i będziesz musiał wysługiwać się Anglikom. Jesteś zdrajcą!
—  Jestem Huronem! — odrzekł Brule na swe usprawiedliwienie. — Dbam o dobro mego 

narodu!
—  Takiś ty Huron jak ja Anglik! — odfuknął Champlain i z pasją odwrócił się.

Scena ta, którą zresztą sam Champlain wnet puścił w niepamięć, podpatrzona przez 
wrogów Etienne'a poszła głośnym echem w lasy. Wśród Huronów pozostali niektórzy 

misjonarze, ukrywający się przed Anglikami. Nie zasypiali gruszek w popiele. Gdy 
w trzy lata później Kanada stała się ponownie posiadłością Francji na skutek 

zawartego w Europie pokoju, a Champlain znów objął władzę w Quebecu, 
podszepnięto zbałamuconym Huronom, że powinni wyprzeć się zdrajcy, jeśli nie 

chcą ściągnąć na siebie gniewu gubernatora.
Obecnie zależało Huronom na Francuzach jeszcze bardziej niż kiedykolwiek. Za nic 

nie chcieli urazić Champlaina. Pa-
.-62

 ^jątrzyli z tajoną niechęcią na porywczego natręta, a teraz jawnie go 
oskarżali, że zawsze buntował młodzież przeciw zwierzchności i przeciw 

uświęconym obyczajom.
Gdzieś w głuszy leśnej zaczaili się i go pochwycili. Z dala od jego czerwonych 

przyjaciół rada szczepowa wytoczyła rau proces. Proces niezwykły, bo polityczny, 
wytoczony białemu przez Indian. Zwolenników je.go w szczepie zahukano, 

onieśmielono. Etienns E-rule tym razem nie zdołał się obronić. Skazano go na 
śmierć, a zwłoki jego na wyjątkowy los: na spożycie przez sędziów. Wyrok 

wykonano — może ku zdziwieniu misjonarzy, pokątnych podżegaczy, nie oczekujących 
od Indian tak skrajnego urzeczywistnienia wrogich podszeptów.

Dziejowa Nemezis sprawiła, że nieszczęsny naród Huronów zaledwie o kilkanaście 
lat przeżył Etienne'a Erule. Straszliwi, a z roku na rok coraz bardziej mściwi 

Irokezi sprzysięgli się przeciw nim. Nie poraogły Huronorn ani modlitwy 
misjonarzy, ani sojusz z Francuzami. Irokezi górowali nad sąsiadami rozwagą i 

przebiegłością, a także bronią palną wtykaną im przez Holendrów i Anglików. 
Zmyślnie umieli wykorzystać niesnaski wewnętrzne przeciwnika i niszczyli co 

pewien czas jedną wieś po drugiej.
Kuroni walczyli z niebywałą odwagą, ale jak wielu szczepom pierwotnym,, nie 

stało im przezorności i umiejętności przewidywania. W roku 1649 niemal 
doszczętnie wytępieni, przestali istnieć jako szczep, a nieliczne, nędzne 

resztki rozproszyły się na wszystkie strony po lasach.-----------
Dzieje Etienne'a Brule nie były odosobnione. I niewątpliwie fantazji, oddaniu i 

szalonej odwadze podobnych jemu kanadyjskich Francuzów zawdzięczała Francja, że 
zdobyła w Ameryce Północnej tysiące mil przestrzeni, że tysiące czerwonych 

wojowników stanęły po jej stronie, a przez półtora wieku zaciętych walk Francuzi 
kanadyjscy ostać się mogli dwudziestokrotnej przewadze Anglików.

§4
usposobieniu Stanisława... (s.

M

background image

Wicuś Adamkiewicz, syn naszego posła w Gttawie, przyjechał razem ze mną do 

Stanisława nad rzekę St. Denis. Wicuś był ładnym, zdrowym chłopcem o rumianej, 
opalonej buzi, jasnoniebieskich oczach i płowej czuprynie. Miał lat czternaście 

i był w sam raz uparty, czasem nieposłuszny. W jego młodzieńczym sercu płonęły 
dwie namiętności: polowanie i pon-pon.

Lubiliśmy się bardzo. Razem chodziliśmy na łowy, razem cieszyliśmy się 
odkryciami. Mieliśmy wiele wspólnych uczuć, zapałów i przygód.

Gdy Stanisław zajęty był robotą przy chacie, wyruszaliśmy sami, Wicuś i ja, nad 
Canada Lakę na dzikie kaczki. Była to romantyczna przechadzka, gdyż z początku 

należało mieć się na baczności przed złym sąsiadem Desautellesem, naszym 
wrogiem. Potem ogarniał nas ciemny, wysoki bój kanadyjskich cedrów, i ścieżka, 

poprzednio widoczna, zaczynała się gmatwać wśród dzikich krzewów i zielska. 
Pilnie rozglądaliśmy się dokoła; można tu było spotkać jelenie i leśne 

kuropatwy. Potem ziemia coraz bardziej opadała i stawała się śliska i miękka.
Nagle przystawaliśmy jak wryci. Gdzieś przed nami rozrzedzał się gąszcz i 

stamtąd słyszeliśmy tajemnicze pluski, przytłumione gęgi i bulgoty.
— Są kaczki! — szeptał do mnie Wicuś przejętym głosem.

Paliły rnu się policzki, oczy błyszczały podnieceniem. Wicuś
Autor z młodymi Irokezkami (s. 88)

S   Kanada  pachnąca   żywicą
65

 ao czujnego, prawdziwego WfO^a, "a nie do dzikich kaczek.
Znałem te wzruszenia. Przed dwudziestu laty przeżywałem tak samo w dziecięcych 

snach amerykańską puszczę, przyjaźniłem się z indiańskim wojownikiem, skradałem 
się do wroga; mocno biło mi wówczas serce. Dziś tak samo biło serce Wicu-siowi.

Powoli przybliżaliśmy się do brzegu lasu i długo jak urzeczeni patrzyliśmy na 
widowisko. Stała na niebie ogromna góra ze stromej, nagiej skały, a u stóp jej 

leżało jezioro, prawie całe zarośnięte szuwarami i zielskiem; czarodziejski 
kontrast tutejszej przyrody: obok wyniosłej skały — trzęsawiste mokradło. 

Niedaleko naszego ukrycia kilka kaczek żerowało na powierzchni jeziora.
Wicuś złożył się i strzelił. Celnie strzelał. Rwetes i szum powstały nad 

jeziorem, ale jedna kaczka, trafiona, pozostała na wodzie.
Wicuś nie bał się niczego. Brał rozmokłą tratwę, związaną tu kiedyś przez 

Stanisława, i wypływał na jezioro po zdobycz. Śmiał się z niebezpieczeństwa i 
błotnistej topieli. Pilnowałem go z nadbrzeża, żeby lada chwila przyjść mu z 

pomocą. Obywało się bez wypadku. Wicuś wracał z kaczką.
W drodze powrotnej do domu Wicuś oddawał się marzeniom, i wkraczał w zupełnie 

inny świat. Snuł i roił jak zwykle o pon--ponie. Rozwodził się na temat 
żelaznych konstrukcji swego-wynalazku, pądczas gdy kaczka, z lubością 

przytroczona do pasa, okrwawiała mu spodnie.
Pon-pon to przemyślna a chytra zabawka, madę in Japan.. To blaszany okręcik. W 

środku tkwił prosty, żelazny kociołek z dwiema rurkami, wychodzącymi z tyłu do 
wody. Gdy rozgrzać kociołek podłożonym kawałkiem świeczki i czółenko-puścić na 

wodę, stateczek nabierał życia i wesoło sunął naprzód, dudniąc z zanurzonych 
rurek: pong, pong, pong. Genialna prostota tej zabawki urzekła Wicusia. Młody 

zapaleniec chciał na zasadzie pon-ponu zbudować na rzece Lievre wielką
66

badał, składał i obliczał, lutował i doświadczał. Wicuś miał zmysł wynalazcy i 
będzie z niego kiedyś tęgi inżynier, lecz na razie pon-pon ukrywał przed nim 

swoją tajemnicę.
Czasem chodziliśmy nad rzekę Lievre i łowiliśmy ryby. Szczupaków było w bród, 

ale na ogół niewielkich. Łowiliśmy je na „trolla", to jest na błystkę, ciągniętą 
na długim sznurku za łodzią. Wicuś zawsze miał większe szczęście i chwytał 

najlepsze szczupaki. Chciał śpiewać, ponosiła go radość.
Krótko przed zachodem słońca — zachody były teraz, "W sierpniu, 

nieprawdopodobnie kolorowe, a upały wciąż jeszcze tropikalne — wspinaliśmy się 
na pagórek, gdzie Stanisław założył swe pólko ziemniaków, i czekaliśmy na 

jelenie. Czesio tu wychodziły. Były to jelenie wirginijskie, pospolite \r tej 
okolicy, dochodzące do wielkości naszych danieli, o słabych rosochach. Trofeum 

nie nadzwyczajne, lecz mięso przednie. W spiżarni Stanisława brakowało mięsa, 
więc próbowaliśmy szczęścia.

Krajobraz dokoła stanowiska przypominał nasze Podkarpacie. Te same wzgórza, może 
tylko bujniejsze, te same osiki i brzózki przetkane świerkami, komary natomiast 

poleskie. Nawet nasze polskie niebo wieczorne świeciło tak samo ogniście. Lecz w 

background image

kilka minut po zachodzie słońca złudzenie pryskało i następował przełom. Odzywał 

się wtedy whlppooiwill, ptak z rodziny lelków, charakterystyczny dla Ameryki 
Północnej. Wołał na sąsiednim stoku dwa, trzy razy z rzędu: uip-pu-uil, tak 

donośnie, jak gdyby chciał przebudzić przyrodę, zapadającą w sen. A potem na 
dalszej górze odpowiadał mu inny lelek; z tamtej strony doliny St. Denis 

wtórował im trzeci; gdzieś, Łet daleko, chyba nad samym Canada Lakę, słychać 
było czwartego. Przez dobry kwadrans toczył się nad ciemniejącymi lasami wielki 

koncert whippoorwillów i sprawiał fantastyczne wrażenie, jak gdyby to hvły 
tajemnicze okrzyki pokutujących duchów leśnych.

1
:"[ma!lT»™

powrotu.
Schodząc z pagórka byliśmy przyjemnie podnieceni. Toteż opowiadałem Wicusiowi 

szeptem o whippoorwillach. Ptaki te spotykało się we wszystkich lasach Ameryki 
Północnej; wszędzie, aż do Teksasu były znane, popularne i dzięki 

charakterystycznemu głosowi uchodziły za symbol amerykańskiej przyrody. Lecz 
były również symbolem amerykańskiej historii: one pierwsze witały białych 

przybyszów zza morza i przeważnie ich to głosem zwoływali się Indianie, gdy nad 
ranem przygotowywali napad na osiedla białych najeźdźców. Whippoor-wille bowiem 

nad ranem też się odzywały. Były to ptaki ważne i niezwykłe; przysłuchiwałem im 
się zawsze z przejęciem i lubiłem je.

— Ja je też bardzo lubię! — stwierdzał Wicuś z głębokim przekonaniem.
W chacie chłopak znów powracał do swego świata marzeń i natychmiast zabierał się 

do pon-ponu. Puszcza i whippoor-wille nic już go nie obchodziły. Rozkładał 
mechanizm czółenka i majstrował, i kombinował aż do czasu, gdy Stanisław podawał 

nam kolację, a potem kazał iść spać.
Ludzie mieli czasem bardzo zabawne pojęcia o swym raju na ziemi, miejscu 

największej szczęśliwości. W mojej wyobraźni, od wczesnego dzieciństwa istniała 
słoneczna wysepka z kilkoma wysokimi świerkami, częściowo skalista, częściowo z 

piaszczystą plażą; dokoła było lazurowe jezioro pełne ryb, otoczone bujną, 
górzystą puszczą, bogatą w zwierzynę. Życie na tej małej wyspie, z dala od 

ludzi, w ciągłej łączności z przyrodą, marzyło mi się wówczas jako szczyt 
ludzkiego szczęścia. Później, podczas mych podróży, przekonałem się o ciekawej 

rzeczy, mianowicie, że Indianie tak samo lubili wyspy na jeziorach. Ich 
upodobanie rodziło się z przyczyn praktycznych: dawniej, jeśli tylko było 

możliwe, zakładali swe obozy zawsze na wyspach dla większego bezpieczeństwa od 
wrogów.

68
 I Ja 'Z&szrisrny naci jaKies jezioro i uuzum ieuwu spostrzegłem oto wyspę, do 

której dawniej tak gorąco tęskniłem. Zgadzało się wszystko, nawet w drobnych 
szczegółach: była i wyspa skalista, było kilka pięknych świerków na niej i było 

cudowne jezioro, otoczone na brzegu jasnym pierścieniem puszystej trawy, za 
trawą zaś wspaniały las piął się; na okazale wzgórza. Świeciło właśnie wesoło 

słońce i nadawało otoczeniu jeziora promieniejący wyraz radości i szczęścia.  Na 
środku wody pływał samotny nurek.

Z miłego odkrycia zwierzyłem się natychmiast towarzyszom i opowiedziałem im 
dzieje moich dawnych tęsknot. Stanisław niezbyt się przejmował i milczał. Za to 

Wicuś serdecznie się zapalił i oświadczył, że gotów jest zaraz iść ze mną na 
wyspę i żyć na niej jak Robinson. Zbudujemy namiot, będziemy łowili ryby i 

żywili się kaczkami. W lesie były jagody, jelenie i niedźwiedzie...
—  Stop! — przerwałem mu ze śmiechem. — Zapomniałeś, że do tej wyspy tęskniłem 

bardzo, bardzo dawno temu.
—  To co, że dawno temu? — poderwał się. — Wyspa jest!

—  Tak, ale dziś te sny pokryły się trochę rdzą i wypłowiały. Czas rozwiał dawny 
urok wyspy.

—  Szkoda! — ubolewał Wicuś.
Zresztą okazaio się, że jezioro o tak uroczym i powabnym obliczu kryło w sobie 

przykrą niespodzankę: tysiące pijawek. Zamierzałem umyć w wodzie ręce. Zaledwie 
je zanurzyłem, już roiło się dokoła od pijawek. Pomimo szybkich ruchów rąk 

pijawki uparcie napastowały i zamierzały na serio przyczepiać się do ciała. Było 
to przykre zjawisko. W pięknym jeziorze snuło się zbyt wiele tego plugastwa. 

Uniemożliwiałoby to jakąkolwiek kąpiel.
Wracaliśmy. Omdlewający upał, uciążliwa ścieżka w gęstym lesie. Pociliśmy się i 

milczeli.

background image

Potem Wicuś, jak zwykle w czasie powrotów, odzywał się; marzył cichym głosem o 

pon-ponie. Rozwijał nam swe plany i roztaczał je coraz śmielej. Prawił o cudnej 
łodzi opalanej

69
 L.UUi   J.111U.J.U.

Lievre i dalej jeszcze. Wicuś już kończył swe obliczenia i niebawem przystąpi do 
budowy.

Puszcza, w której żyliśmy, rzucała na nas potężny urok. Była wspaniała i w swej 
pierwotności ogromnie wymowna. W życiu, które teraz wiedliśmy, -ważniejsze niż 

wszystkie inne rzeczy stawały się zachody słońca, kaczki, whippoorwille i 
pijawki. Doznanie ich było wielkim przeżyciem, ich wspaniała zachłanność 

ujarzmiała nasze uczucia i myśli.
Także Wicuś głęboko przeżywał otaczającą przyrodę i gdy skradał się do kaczek, 

waliło mu serce. Ale potem — pośrodku cudownego lasu, na przekór zapachom leśnym 
i krzykom whip-poorwillów — wyrastało nagle coś dziwnego: marzenia o żelaznych 

konstrukcjach, sny o spawaniu metali, liczby rodzącego się wynalazku. Okazywało 
się, że urok tych liczb, tych żelaznych konstrukcji możniejszj- był niż czar 

wszechwładnej, zdawałoby się, puszczy
MEDŹWlAMI

Niedźwiedź chodzi na czterech łapach, lecz umie chodzić też i na dwóch jak 
człowiek na nogach. Niedźwiedź odzywa się czasem głosem podobnym do ludzkiego 

okrzyku. Karmi się tym samym co człowiek i przepada, jak człowiek, za dojrzałymi 
jagodami. Zanim niedźwiedź coś zrobi, długo rzecz rozważa, a myśliwy, polujący 

na niedźwiedzia, musi się do tego dostosować; musi polować przebiegle, jak gdyby 
tropił nie zwierzaf lecz człowieka.

Okres niedźwiedzia jeszcze nie minął w Kanadzie. W północnej puszczy, mało 
zaludnionej, niedźwiedź wciąż siedział gęsto i nadal tam panował. Zawziętości, 

wytrwałości człowieka i jego straszliwej broni przeciwstawiał — skutecznie do 
pewnego stopnia — zwierzęcą przebiegłość, wrażliwość zmysłów i czujność.

Wszyscy leśni Indianie Północy do dziś wierzyli, że w niedźwiedziu tkwi coś 
niezwykłego, wyróżniającego go ponad ¦wszystkie inne zwierzęta (z wyjątkiem 

bobra); widzieli w nim stworzenie o zwierzęcym ciele, a ludzkiej duszy. Gdy 
biały człowiek przebywał zbyt długo w północnej głuszy, zaczynał, rzecz dziwna, 

wierzyć w to tak samo jak Indianie. Niedźwiedź pozostał, jak ongiś, mistycznym 
panem tych stron. Im dalej na północ, tym silniej odczuwało się jego tajemniczy 

wpływ.
Z zaludnionych okolic południowej Kanady startowały regularnie wspaniałe 

hydropłany przelatując ponad zielonym
71

'Ale dotycnezss laguna aoiew niczymme zrmeniry; me zmniejszyły ilości 
niedźwiedzi i nie usunęły tej dziwnej wiary czy zabobonu o niedźwiedziej 

istocie. Osobliwa wiara wrosła głęboko w północną puszczę. — — —
Był wieczór. Ciemniało. Siedzieliśmy dokoła stołu w chacie Stanisława i jedliśmy 

kolację. Podczas kolacji panował zawsze najweselszy nastrój. Opowiadaliśmy sobie 
przeżycia dnia i inne historie.

Jak zwykle przez pierwsze pół godziny po zachodzie słońca słyszeliśmy  z różnych 
stron  głosy lelków-whippoorwillów sprawiające zawsze wrażenie nawoływania się 

nieziemskich istot.  Potem w oknie,  zakrytym siatką przeciw komarom wschodził 
księżyc. Świerszcze wciąż jeszcze grały. Tuż w pobliżu, w krzakach nad. rzeką, 

nieznany ptak śmiał się wyzywa jąco: he, he. Nie widzieliśmy już szczegółów 
puszczy, tym donośniej za to ją słyszeliśmy.

Nagle Stanisław urwał swe opowiadanie w połowie słowa i zdumiony nasłuchiwał. My 
słyszeliśmy także: jakieś nowe, niezwykłe dźwięki. Wybiegliśmy na dwór, przed 

chatę. Odgłosy rozlegały się spod Góry Jastrzębiej, nie dalej niż kilkaset 
kroków od nas. Ni to jękliwe porykiwania, powtarzające się od czasu do czasu, ni 

to rozpaczliwy pisk. Rzekłbyś: głośny płacz dziecka.
— Niedźwiadek, bardzo młody niedźwiadek! — szepnął Stanisław.

Ładna przygoda! Ciekawy zwierz właził nam prawie sam do garści. Ogarniało nas 
podniecenie. Może niedźwiadka uda się złowić żywcem? Przygotowaliśmy pośpiesznie 

strzelby i powrozy. Pierwszy Stanisław odzyskał spokój, stłumił zapał i rzekł: 
nie. Nie mogliśmy iść po niedźwiadka: zabłądził, zgubił prawdopodobnie matkę i 

dlatego tak beczał. Niedźwiedzica mogła być w pobliżu. W obronie swego piastuna 
zdobywała się na obłędną odwagę i rozjuszona rzucała się na ludzi. W lesie było 

ciemno, chociaż księżyc wschodził, i łatwo chybić ze

background image

12

zbyt wielkie. Więc zoslaliśmy. 'Słyszeliśmy,' jak niedźwiadek powoli się 
oddalał. Coraz słabiej dochodziły jego żałosne narzekania, aż w końcu zginęły 

zupełnie za cyplem Góry Jastrzębiej. Nie dziwić się wierzeniom Indian: 
niedźwiadek płakał jak dziecko i unosił ze sobą skargę, bardzo bliską nam, 

ludziom,. i łatwo zrozumiałą.
—  Czy nie pożrą go wilki? — spytał Wicuś.

—  Nie, w razie czego wejdzie na drzewo — odrzekł Stanisław.
Wróciliśmy do chaty. Podjęliśmy na nowo gawędę przy stole.

W Ameryce Północnej były cztery gatunki niedźwiedzi.
Niedźwiedź szary, czyli grizziy, ponury mieszkaniec Gór Skalistych; niedźwiedź 

biały, żyjący w okolicach podbiegunowych; niedźwiedź czarny, mniejszy niż dwa. 
poprzednie, ale większy niż jego europejski kuzyn, przy tym najpospolitszy,., 

spotykany we wszystkich lasach kanadyjskich — i czwarty, niedźwiedź brązowy, 
nieco mniejszy od czarnego, za to nie-bezpieczniejszy, bardziej ponoć 

napastliwy, żyjący w lasach dalszej Północy.
To piastun niedźwiedzia czarnego przerwał nam kolację, jak wyczytaliśmy 

następnego dnia ze śladów. Niedźwiedź ten miał przeważnie czarne kłaki, czasem 
brązowe i tylko w okolicy nosa był jaśniejszy, szarożółty. Nie gardząc mięsem, 

zwłaszcza, rybami na wiosnę, obżerał się najchętniej pokarmem roślinnym, 
korzonkami, owocami i jagodami. Jagód na Północy było w bród. Miejscami aż 

czarno od nich na ziemi. Były większe niż nasze i słodsze. Niedźwiedź po 
jagodach obrastał w sadło, a potem z nastaniem mrozów chował się w gawrze i 

fcapadał. w zimowy sen.
W puszczy niedźwiedź nie miał wrogów silniejszych od siebie. Straszny dla niego 

był jedynie człowiek: strzelał i zakładał na jego tropie żelazne samotrzaski. 
Ale niedźwiedź miał twardy żywot; często uchodził z zabójczym postrzałem. Miał 

też po-
73-

z nich fóżiflarte iapy. Fozoscawaiy w xy, jucha i kudły. Człowiek wtedy 
wiedział, że niedźwiedź był dla niego na zawsze stracony. Doświadczony zwierz 

stawał się czujnym, mściwym wrogiem, czasem tak samo niebezpiecznym jak 
rozjuszona samica z piastunem.

— Trzeba mieć się na baczności z młodym niedźwiedziem! — ostrzegał Stanisław 
poważnie i z odcieniem trwogi. Stanisław żył w puszczy od przeszło dwudziestu 

lat i przesiąkł wiarą Indian. ----------
W lesie, niedaleko miejscowości Mont Laurier, na północny wschód od Val des 

Bois, mieszkał jeszcze w zeszłym roku Ma-urice Gerard. Wybudował sobie niezłą 
chatę i utrzymywał się, jak Stanisław, z polowania i rybołówstwa.

Pewnego lipcowego dnia udało mu się najść w lesie i złapać żywego niedźwiedzia 
wielkości wyżła. Pomimo krzyku i dzielnej obrony wpakował malca do worka i 

zaniósł go szybko do domu. Ze sztucerem gotowym do strzału myśliwy rozglądał się 
po drodze, lecz nic nie zaszło. Na szczęście, niedźwiedzicy nie było w pobliżu.

W domu uwiązał zwierzaka na obroży i dał mu mleka. Niedźwiadek nie chciał pić, 
wciąż żałośnie piszczał i próbował się uwolnić. Gerard go wychłostał.

W nocy zbudziły myśliwego tajemnicze zgrzyty przed chatą. Przez okno ujrzał 
olbrzymią, czarną postać, opierającą się łapami o ścianę. Krzyknął i wystrzelił. 

Przeraźliwy ryk wstrząsnął nocą, podczas gdy niedźwiedzica się1 zerwała i 
uciekła do lasu. Rano Gerard stwierdził po tropach, że chybit. Było zbyt ciemno.

Od tęgo czasu niedźwiedzica kręciła się uporczywie dokoła chaty, lecz zawsze w 
bezpiecznej odległości. W nocy rozlegał się tuż za ścianą jej pomruk pełen 

wściekłości, na który niedźwiadek odpowiadał piskliwym płaczem, a Gerard 
strzałami w ciemność.

Czwartego dnia zabawa w oblężonego znudziła się Gerardo-
 nieazwiaałta uu

nie chatę i poszedł do miasta. Nie zaczepiło go nic. Gdy następnego dnia wracał 
do domu, był w najlepszym humorze: w Mont Laurier korzystnie sprzedał 

niedźwiadka.
Wracając struchlał; oto na miejscu swej chaty ujrzał kupę dymiących zgliszcz. 

Razem z chatą spłonął cały jego dobytek. Ze śladów wyczytał, że pod jego 
nieobecność niedźwiedzica włamała się do domu, zniszczyła wszystko, co tam było, 

i przy tym przewróciła widocznie piec z nie dogaszonymi węglami.
Gerard nie miał już ochoty od nowa budować chaty. Obrzydło mu życie w lesie. 

Poszedł zgnębiony do miasta i został za-miatacłem ulic.----------

background image

Jeszcze tej samej nocy, której słyszeliśmy głos niedźwiadka, miałem chwilę 

radosnego wzruszenia. Na północnym nieboskłonie pojawiła się bladoniebieska 
łuna, pierwsza w tym roku zorza polarna.'Był to dobry znak. Zapowiadał, że 

nastaną niebawem chłody, że zatem trzeba skończyć wywczasy w dolinie St. Denis i 
ruszyć na północ, w ostoje łosi, ku Oskelanoe River

Kanadyjska jesień i okres wielkich łowów .rozpoczynały się znakiem na niebie.
d

Z WRÓBLEM
Z Val des Bois wróciłem do Montrealu, by poczyni?: ostatnie przygotowania do 

wyprawy na północ. Pewnego dnia zwiedziłem port nad Rzeką Sw. Wawrzyńca. W 
porcie podziwiałem olbrzymie elewatory, „silos", z których wypływały szerokimi 

rurami strumienie pszenicy i tonęły we wnętrzu czekających statków.
Jerim-i v. rur była uszkodzona i od czasu do czasu wybadały z niej ziarna na 

ziemię. Korzystało z tego stado kikunastu ptaszków; pszenicę zjadały z wielkim 
apetytem, złodziejskim pośpiechem i ogłuszającym świegotem. Już z daleka 

poznałem złodziejaszków. Były to wróble, nasze poczciwe, europejskie wróble.
Gdy podchodziłem bliżej, niechętnie się zrywały, siadały na rurze i z góry 

ostrym jazgotem wymyślały intruzowi. Nie ukrywały swego niezadowolenia, były 
śmieszne, wyzywające i jakieś czupurniejsze niż w Europie. Widok znajomych 

uliczni-ków sprawiał mi radość.
Jeszcze więcej uradowała się Ameryka, gdy w roku 1850 zawitała na jej ziemię 

pierwsza parka europejskich wróbli. Parka doznała królewskiego przyjęcia. 
Ameryka była wtedy młoda, uczuciowa i skłonna do gwałtownych, sentymentalnych 

wzruszeń. Amerykanie na widok wróbli z lekka oszaleli, a najlepszym wyrazem ich 
egzaltacji był płomienny artykuł ornitologa Hort Merriama w „New York Herald", 

rozpoczynający się
/uneryiu nasi

we tomahawki i okrzyki wojennej nienawiści; dziś, gdy przywędrowały oto do nas 
pierwsze wróble z Anglii, otwieramy skrzydlatym pielgrzymom nasze wezbrane serca 

i czułe ramiona i wołamy: Witamy was, witamy, o piękne ptaszęta boże, 
oddychajcie wolnością Ameryki, rozmnażajcie się i spożywajcie dary naszej 

gościnnej ziemi!..."
Tak przywitano dwa pierwsze wróble w Ameryce Północnej. Szczęśliwa para wróbli 

"miała legion oddanych sobie opiekunów, którzy przynosili jej wyszukane 
smakołyki. Karmili tak szczodrobliwie, że po niewielu tygodniach sielanka 

dobiegła żałosnego kresu: łakome wróbliska zbytnio się obżarty, zepsuły sobie 
żołądki i zdechły. Lecz śmierć ich nie zahamowała amerykańskiego zapału. 

Towarzystwo Przyjaciół Wróbla rozgorzało żądzą czynu i wkrótce sprowadziło z 
Europy kilkadziesiąt nowych par ptaszków, które tym razem świetnie się 

zaaklimatyzowały.
Wróble, otoczone troskliwą opieką, zaczęły się szybko rozmnażać. Wędrowały uO

mnazac. węioay        o              y             ,     3
przybywały, budziły żywiołowy zachwyt i podniosły nastrój. Ludzie nie posiadali 

się z radości i wszędzie w ogrodach przybijali do drzew maleńkie drewniane 
domki, ażeby gości zwabić.do przytulnych gniazdek. W niektórych miastach były po 

dwa, trzy domki na każdym drzewie i stolarze się bogacili. W innych miastach 
publicznie szafowano hojnym pokarmem, a burmistrze prześcigali się wzajemnie w 

gorliwości. Fabrykanci wymyślali specjalny, delikatny żer dla ukochanych 
ptaszków; redaktorzy popisywali się wiedzą ornitologiczną, poeci rymowali hymny 

pochwalne. Takich to honorów doczekały się wróble, nasze szare darmozjady, i 
trzeba nicponiom przyznać, że gruntownie wyzyskały uśmiech losu: żarły śmiało i 

wspaniale się mnożyły, straszliwie łapserdaki się mnożyły.
Żywiołowy .zapał dla wróbli wypływał nie tylko z dziecinnej uczuciowości 

Jankesów. Wchodziły w grę i inne powody. W owe czasy, w połowie XIX wieku, 
Ameryka wciąż jeszcze

75
gland. Bogacący się, prostacki Amerykanin czerpał nastroje-i przykłady z Anglii; 

wszystko, co od niej pochodziło, przyjmował z niekłamanym szacunkiem, wręcz 
uwielbieniem. Często zapał ponosił go i przybierał formy niezwykłe, tracące 

groteską. Prawdopodobnie dlatego, że wróble pochodziły z Anglii, doznały tak 
niezwykłego przyjęcia; rzecz znamienna, że nawet amerykańska nomenklatura 

naukowa oznaczyła je wyraźnie jako „angielskie wróble", the English sparrows.
Lecz był i powód praktyczny. Właśnie rozwielmożnił się w Ameryce pewien motyl-

niedżwiadek, -a gąsienica jego stawała się klęską dla rolnictwa. Otóż ktoś 

background image

gdzieś napisał, że wróble dadzą nauczkę złym liszkom i pożrą je. Amerykanie 

skwapliwie w to uwierzyli, więc witali we wróblach nie tylko rozkoszne ptaszęta, 
lecz i upragnionych wybawicieli.

Co tu wiele gadać. Gałgany wróble haniebnie zawiodły amerykańskie nadzieje. 
Rozmnożyły się, owszem, i wszędzie od nich r.ojno było, na zachodzie, południu i 

nawet na północy. Ale miały tyle innych smacznych rzeczy do żarcia, że im przez. 
myśl nie przeszło, aby dobierać się do nieapetycznych, brzydka owłosionych 

gąsienic.
Zresztą, mniejsza o gąsienice. Gorzej, że urwipołcie nie czuły absolutnie 

żadnego pociągu do sympatycznych domków, z taką miłością dla nich zawieszanych 
na drzewach i nieraz pięknie pomalowanych. Niewdzięczne wróble nie chciały w 

nich mieszkać, za to zagięły parol na jaskółcze gniazda i zaczęły wyrzucać ich 
mieszkanki i niszczyć jajka. W cztery, pięć lat po przybyciu wróbli liczba 

jaskółek w Ameryce poważnie się; zmniejszyła. Amerykanie zaczęli patrzeć z 
bezradnym osłupieniem na nieobyczajne praktyki swych ulubieńców.

Ale i te grzeszki wybaczono by, gdyby w dziesiątym mniej więcej roku swej 
gościny rozzuchwalone wróble nie postawiły kropki nad i. Stanowiły już wtedy 

armię wielomilionową. Jesienią z nagłym apetytem rzuciły się na podmiejskie sady 
i wyjadły wszystkie owoce. Ludzie przestali się uśmiechać. Nastę-

78

Gdy w rok później jeszcze większe masy rzuciły się do grabieży pól, ludzie 
zrozumieli, że spadła na nich nowa klęska, że miłość się skończyła i że trzeba 

bronić mienia. Wstrząśnięta Ameryka rozbrzmiała groźnym okrzykiem: Śmierć 
wróblom"!...

Cała ta heca wróblowa była, słowem, jednym z owych napadów histerii, którym 
wielu Amerykanów tak łatwo i tak często podlega i z których do dziś wcale się 

nie wyleczyli.
Łatwo było wtedy krzyknąć: Śmierć wróblom!—trudniej wykonać. Wróble rozpleniły 

się tak licznie i takiego nabrały animuszu, że na miejsce jednego zastrzelonego 
pojawiało się dziesięć nowych. Obwiesie nie myślały ustępować. Rozgorzała 

nieubłagana, kłopotliwa, długoletnia i trochę śmieszna wojna. Rząd wyznaczał 
nagrody za odstrzał wróbli. Wynalazcy i fabrykanci budowali teraz pomysłowe 

sieci, łowiące na raz całe stada. Chemicy wynajdywali różne trucizny; w Białym 
Domu toczyły się debaty i uchwalano bojowe wnioski, a prasa, wprzódy tak 

zachwycona, głosiła teraz zawziętą krucjatę. Wróble dawały się wszystkim we 
znaki i aż dziw, ile niewinne na pozór gagatki wznieciły wrzawy. Zwłaszcza w 

waszyngtońskim Departamencie Rolnictwa, który przeżywał ciągły kryzys i wydawał 
sążniste dekrety o sposobach walki z wrogiem.

Przez długi czas zdawało się, że wojna wróblowi nic nie szkodzi. Przeciwnie, 
wciąż się rozpleniał, a w roku 1876 dotarł do Kanady, do miasta Hamilton. 

Kanadyjczycy znali kłopoty sąsiadów, lecz mimo to przyjęli go z radością, gdyż 
nie było w Hamiltome pól zbożowych, a poza tym sądzili, że tu, na północy, 

ptaszek będzie skromniejszy. Niestety, wróbel jużpo roku zalał cały kraj między 
Jeziorem Hurońskim a Erie i odkrył przyłbicę: w braku zboża rzucił się na 

wspaniałe winnice, dumę południowej Kanady, i objadł je z winogron.
Wówczas Kanada zajęczała i przystąpiła też do ¦wojny.

w polityce. Rozgoryczenie na żarłoka panowało tak głębokie, że wystarczało na 
przykład udowodnić kandydatowi na posła, iż był kiedyś entuzjastą wróbli, a 

kandydat w wyborach przepadał z kretesem. Złe, bardzo złe czasy nastały dla 
wróbla.

Wojna trwała długie lata i oczywiście ptaszek przegrał. Liczbę jego sprowadzono 
do normalnych granic. Lecz nie wiadomo, czy pokonały go broń i wysiłek 

człowieka, czy także i inne okoliczności.
„Lata ptaszek po ulicy, szuka sobie ziarn pszenicy" — głosi nasza stara, a mądra 

piosenką o wróbelkach. Otóż, ażeby była pszenica na" ulicy, muszą tam biegać źle 
trawiące konie. Za dobrych czasów było wiele koni na ulicach miast amerykańskich 

i wróble miały się wspaniale. Ale potem przyszedł Ford i jemu podobni. Samochody 
usunęły z ulic konie i nie strawioną pszenicę, zadając cios także i wróbelkom. 

Wróble żyły teraz wszędzie w umiarkowanym klimacie Ameryki Północnej, lecz w 
ilości skromnej.

Amerykanie do dziś dnia nie byli łaskawi dla wróbla. A to im szary, a brzydki, a 
to nie umiał śpiewać, a to brutal i w ogóle niewyraźny osobnik. Wiadomo, the 

English spairow! Dziś urok Anglii w Stanach Zjednoczonych minął, Amerykanie 

background image

inaczej na nią patrzą niż przed stu laty, więc czego dobrego spodziewać się po 

takim angielskim wyrodku? Sic transit gloria mundi — mogły sobie powiedzieć 
wróble razem z Anglikami.

Lecz Amerykanie jedno musieli przyznać: wróbel miał bajecznie barwną historię. 
Szary, bo szary, a przecież rozniecił całą gamę uczuć ludzkich, od opętanej 

miłości do zawziętej nienawiści. Żadne inne ptaszę tego nie potrafiło. Przy tym 
poruszył całą Amerykę Północną, wywołał histerię amerykańską i był przez długi 

czas na ustach wszystkich. Triumf jego i upadek przypominały dolę bohatera, 
nieszczęsnego bohatera ni to z tragedii, ni to z krotochwili.

Francuzi, jak wiadomo, przybyli do Ameryki Północnej jako handlarze skórek, więc 
natychmiast zaprzyjaźnili się z pierwszymi napotkanymi nad Rzeką Sw. Wawrzyńca 

szczepami, Algonkinami i Huronami. Przyjaźń ta miała niestety dla przybyszów 
fatalne skutki; sprowadziła im na kark nienawiść Irokezów, zwalczających, od 

dawna Algonkinów i Huronów. Również wiadomo, że Anglicy, a w pewnej mierze i 
Holendrzy, przybyli do Ameryki w poszukiwaniu ziemi, dlatego potrzebowali wolnej 

przestrzeni i zaczęli tropić natychmiast i niemiłosiernie pierwsze napotkane 
szczepy Indian, Pekodów, Na-ragansetów, Wampenoagów. Szczepy te żyły również na 

stopie wojennej z Irokezami i stąd wynikła przyjaźń między Iro-kezami a 
Anglikami.

Feralny dla Francuzów był rok 1609. Kilka miesięcy po ich przybyciu nad Rzekę 
Sw. Wawrzyńca Champlain, gubernator kolonii, dał się nakłonić przez 

zaprzyjaźnionych Indian Huronów i Algonkinów do wzięcia udziału w ich wyprawie 
wojen-. nej przeciw wrogom. Przedzierał się z nimi na południe i nad jeziorem, 

nazwanym później jego imieniem, przyszło do starcia z Irokezami. Wróg posiadał 
liczebną przewagę, a Champlain miał tylko dwóch Francuzów przy sobie, ale gdy 

rozgorzała bitwa i dwóch wodzów irokeskich padło od strzałów muszkietowych, 
broni dotychczas nie znanej w tych lasach, wojownicy

6   Krnaća  pachnąca  tywicą
81

Tej hańbiącej klęski Irokezi ponoć nigdy, a co najmniej przez sto lat nie 
zapomnieli i nie wybaczyli Francuzom. Z niewiarygodną, nienasyconą nienawiścią 

napadali bez ustanku na ich osiedla, krwią zbraczali brzegi Rzeki Sw. Wawrzyńca, 
przez sto lat tamowali rozwój francuskiej kolonii i tępili jej indiańskich 

sojuszników. Oni to w znacznej mierze rozstrzygnęli historię Ameryki na korzyść 
Anglii, a na niekorzyść Francji, chociaż z początku ani Francuzi, ani Anglicy 

wcale się nie domyślali, jaką potęgę stanowił ten niezwykły, ukryty w lasach 
naród.

A potęgę stanowił niewątpliwą. Irokezi wybili się ponad wszystkich sąsiednich 
Indian i lepszą organizacją państwową, i fizyczną sprawnością, a przede 

wszystkim przerażającą walecznością. Historycy nadali im przydomek „Rzymian 
puszczy" i „Indian wśród Indian".

Irokezi mieszkali na południe od jeziora Ontario, lecz ich okrzyk wojenny 
rozlegał się od wybrzeża Atlantyku aż do Mississippi. Budowali wielkie osiedla i 

zajmowali się rolnictwem, lecz mimo to wojownicy spędzali większą część życia na 
koczowniczym rozbójnictwie. Byli wrogami wszystkich, którzy nie chcieli im się 

podporządkować, nikogo nie oszczędzali, spadali jak grom szerząc paniczną 
trwogę. Wszystkich uważali za swoją zdobycz. Trawieni żądzą walki, dążyli do 

jednego celu: do zdobycia skalpów i sławy.
W  chwili przybycia  białych  najeźdźców  Irokezi  podbili

wszystkie sąsiednie szczepy i stwarzali wielkie państwo. Lecz
nie zdążyli go rozbudować i utrzymać, biali im przeszkodzili.

Małomówni, opanowani, łączyli w sobie ponurą dostojność
puszczy z żarem i pragnieniem spełniania wielkich czynów.

„Mieli twarze surowe i nie pozbawione dumnej urody, ciała
wspaniałych atletów, wysmukłe i silne. Ich to postać i srogie

obyczaje  zabarwiły  romantyczną  wyobraźnię Europy  XVIII
wieku i wytworzyły tu pojęcie o czerwonym wojowniku.

Irokezi nie zawsze byli silni i bitni. Zachowane tradycje

Wawrzyńca. W pewnym okresie ulegli tam przemocy Algonki-' nów, którzy ich sobie 
podporządkowali, bądź też częściowo ¦wyparli na południe.

Po tych smutnych doświadczeniach Irokezi okrzepli. Pamięć1 niedawnej niedoli 
wlała w nich nowego ducha: rzemiosło wojenne stało się ich ideałem i pierwszą 

troską. Równocześnie rozum nakazywał im łączyć się. Powstała słynna federacja, 

background image

pięciu, później sześciu irokeskich szczepów, „Pięciu Narodów"* jak ich szumnie 

nazywali Anglicy— mocny i mądry organizm państwowy, zapoczątkowany w celach 
obronnych, a wnet przeradzający  się  w  nieposkromnioną  potęgę  zachłanności

i podboju.
Niezwykła zaciekłość Irokezów przeciw francuskiej kolonii i uporczywe ich napady 

na osiedla nad Rzeką Sw. Wawrzyńca -— kto wie, czy nie tłumaczą się głównie tym, 
że Francuzi usadowili się w dawnej ojczyźnie Irokezów. Może chcąc odzyskać 

utracone siedliska Indianie ci tyle krwi przelewali na północy, tępiąc niemal 
doszczętnie Huronów i Algonkinów i doprowadzając do rozpaczy Francuzów.

Pomimo przejmującej grozą bitności Irokezi nie byli prymitywnymi dzikusami. 
Stali na wyższym stopniu kulturalnym:, niż otaczające ich szczepy i odznaczali 

się przenikliwszym umysłem. Najlepszym tego dowodem był ów związek kilku 
szczepów, świadczący o ich zdolnościach organizacyjnych i o dość wyrobionym — 

jak na owe czasy i poziom mieszkańców leśnych — zmyśle politycznym.
Liga irokeska, powstała mniej więcej w połowie XVI wieku,. umiejętnie kierowana, 

do ostatniej chwili niepodległości indiańskiej spełniała swe zadanie. Losami 
Ligi kierowała rada związkowa, składająca się z pięćdziesięciu wodzów, 

wybieranych ze wszystkich szczepów. Wodzami natomiast kierował
ktoś inny.

Zjawisko pozornie niezrozumiałe i wprost niedorzeczne, a jednak prawdziwe: nad 
Irokezami, najzuchwalszymi i najbar-

83
go taKiego znaczenia, ze one wpiywaiy na mianowanie wodzów. Do nich należała 

ziemia, ognisko, dom, wszelki sprzęt i wszelka zdobycz; one rozstrzygały, czy 
jeńców wojennych należało zabić, czy adoptując przyłączyć do szczepu; one 

stanowiły w wielu wypadkach nawet o wojnie lub pokoju. Mężczyźni byli tylko 
narzędziami w rękach matron.

Fakt, że matriarchat tak długo przetrwał u Irokezów i tak głęboko się 
zakorzenił, tłumaczyć sobie można między innymi jako skutek ich wojowniczości: 

podczas gdy mężczyźni prawie bezustannie włóczyli się po puszczy w wyprawach 
wojennych, rozproszeni na wszystkie strony świata, kobietom przypadała cała 

reszta obowiązków: zachowanie szczepowych obyczajów, dbałość o ognisko domowe, 
uprawa ziemi, wychowanie młodzieży. One stały się właściwą kością pacierzową 

narodu, więc w ich ręce łatwo już z biegiem czasu przeszły i władza, i 
panowanie.

Francuzi szybko spostrzegli, jaM popełnili błąd narażając się Irokezom. Nie 
tylko rozpaczliwie się bronili i często wojenną pożogę zanosili w samo serce 

irokeskich łowisk i WŁ>i, ale także starali się zjednać groźnych wojowników i 
nawiązać z nimi przyjaźniejsze stosunki. Byli weselsi, przystępniejsi, mniej 

uprzedzeni niż zarozumiali i oschli Anglicy. I w istocie niektórzy francuscy 
misjonarze mieli powodzenie, a niejedno braterstwo krwi łączyło irokeskiego 

wodza z francuskim oficerem.
Ale takie umizgi mogły fatalnie skończyć się dla kolonii angielskich, te więc z 

pasją zwalczały je wszelkimi środkami Angielskim purytanom, mistrzom 
dyplomatycznych intryg, zawsze w końcu udawało się podburzyć Irokezów przeciwko 

Francuzom, a zwłaszcza podjudzać najbardziej oddany Anglikom i najwaleczniejszy 
szczep Mohawków.

Wojny zatem nie ustawały. Irokezi, posłuszne narzędzia mocarstwowej polityki 
angielskiej, wiele utoczyli krwi francuskiej. Ostatecznie wyszli z tych zapasów 

pobici i złamani, lecz i poturbowanym Francuzom nie działo się dobrze. Ich ko-
chcieliby tu Drzywę3?6wać z Francji.

Trokezi, jakkolwiek pobici, nie podzielili losu innych szczepów i bynajmniej nie 
wyginęli. Zakorzeniony u nich zwyczaj adoptowania niektórych pojmanych na wojnie 

jeńców do pewnego stopnia uzupełniał ponoszone straty. W okresie ich chwały, w 
XVII wieku, kiedy od nich w wielkiej mierze zależały losy kolonii dwóch 

mocarstw, nie było ich więcej niż piętnaście tysięcy, w tym trzy tysiące 
wojowników.

Podczas amerykańskiej wojny niepodległościowej większość ich szczepów walczyła 
po stronie Anglików. W roku 1779 Amerykanie wybili wielu Irokezów, liczba ich 

spadła wtedy do * około ośmiu tysięcy, lecz dziś rozmnożyli się znowu do 
piętnastu tysięcy. Część ich bytuje w starych osiedlach w stanie nowojorskim, 

reszta schroniła się do Kanady i tu znalazła przytułek, a nieliczni wegetują w 
Oklahomie.

Ciekawy odłam Irokezów mieszkał w Caughnawaga, bliskim przedmieściu Montrealu, 

background image

na prawym brzecru Rzeki Sw. Wa-x wrzyńca. Byli to potomkowie tych Irokezów, 

którzy w XVII •wieku przyjęli chrześcijaństwo z rąk francuskich misjonarzy i 
stali się katolikami. Narażeni na przykrości ze strony roda-ków-anglofilów, 

opuścili tereny irokeskie i osiedlili się w Caughnawaga, tuż pod bokiem 
przyjaciół — Francuzów. Wtedy było ich akurat tylu, ilu mieszkańców liczyła 

mieścina Ville Marie, czyli późniejszy Montreal. Dziś jest ich może ta sama 
ilość co wtedy, ale Montreal ma tysiąc razy więcej mieszkańców niż Caughnawaga.

Dokładnie naprzeciw Caughnawagi, po drugiej montreal-skiej stronie rzeki, 
wznoszą się domy innego przedmieścia — Lachine. Tu sierpniowej nocy 1689 roku 

zuchwali Irokezi zadali Francuzom najboleśniejszy cios w historii Kanady, 
wycinając w pień całą prawie ludność mieściny i wnosząc grozę zwątpienia we 

wszystkie serca kolonistów. Lachine i Caughna-•   waga to jakby dwa 
przeciwstawne symbole w dziejach tutej-

85
potomkowie niejednego z ówczesnych wojowników, sprawców rozlewu krwi w Lachine, 

żyją dziś spokojnie w Caughnawaga. Dawno już zakopali topór wojenny, dłoń 
przyjaźni podali byłym wrogom i teraz od pokoleń spożywają owoce ugody i 

spokojnego bytu.
Któregoś dnia w towarzystwie montrealskiego znajomego, konsula Eickiego, 

przejechałem przez most nad rzeką i odwiedziłem rezerwat. Kilkaset drewnianych 
domków, schludnych, lecz przygnębiających, niby jakieś miniaturowe baraki. Mało 

zielem, żadnych ogródków, tak znamiennych dla kanadyjskich przedmieść, gdzie 
mieszkała biała ludność. Mało było ruchu na ulicach. Indianie wałęsali się 

smutni, ospali i nędznie ubrani. Nie zuchwali i nie dostojni, lecz cisi i 
zgaszeni. To byli dzisiejsi Irokezi.

Co kilkadziesiąt kroków stał kiosk, w którym siedział biały Kanadyjczyk i 
sprzedawał tandetne pamiątki indiańskie, słodką wodę Canada Drink i fotografie 

groźnych Indian w fantastycznych strojach. Do tych fotografii, mających 
przedstawiać dawniejszych Irokezów, pozowali za kilka centów w dni świąteczne 

dzisiejsi Irokezi. Było to ich główne zajęcie. Caughnawaga stanowiła atrakcję 
dla turystów, przybywających tłumnie ze Stanów Zjednoczonych.

Chciałem coś wartościowego kupić na pamiątkę, ale nic nie znalazłem. Spytałem 
białego Kanadyjczyka, czy ma jakieś indiańskie przedmioty gustowne i 

autentyczne. Rozbawiony moim żądaniem kupiec rozejrzał się po swej stercie 
tandety i teatralnie wzruszając ramionami odpowiedział z łobuzerską ironią:

—  Czego panu się zachciewa, sirl Toż to tylko dla Amerykanów!
—  To niby co?

—  Amerykanie nie tacy wybredni! Cieszą się ż byle czego — i dobrze płacą!
Poruszyłem inną sprawę:

86
"•— Wolno, sir,"wolnó, tylko nie chcą,"nie mają cierpliwości. Handel nie w ich 

smaku, well, toż to dawni wielcy wojownicy...
Ludzie z przyjemnością oglądają dzikie zwierzęta, zamknięte w klatce. Dlatego 

też Amerykanie chętnie przybywali do Caughnawaga. Irokezi przecież byli ongiś 
tak groźni; przyjemnie było teraz na nich popatrzeć, gdy słabi. Chociaż widok 

dogorywającego w klatce lwa bywał przykry i czasem niepokoił sumienie, ale to 
nieważne. W interesie miasta Montreal mieszkańcy Caugnnawagi powinni istnieć jak 

najdłużej, by ściągać rzesze ciekawych turystów i wywoływać dreszczyki.
Było to poniekąd ich obowiązkiem: istnieć. Za to państwo dawało im co tydzień 

trochę żywności, a co miesiąc na rodzinę cztery dolary kieszonkowego. Nie 
potrzebowali męczyć się pracą. Było ich obecnie przeszło dwa tysiące nierobów; 

co roku liczba ta się zmniejszała.
Najdziwniejszy na świecie lumpęnproletariat pod nie lada jakim, atrakcyjnym 

znakiem: znakiem Irokezów. W cieniu dawnej, rzeczywiście niezwykłej chwały 
powstała tu wszechstronna organizacja żebraniny. Sromotnie eksploatowało się —• 

jak tyle innych rzeczy w tym kraju — wielką przeszłośś szczepu. Indianie ci, 
broń Boże, nie żebrali bezpośrednio. Zawsze coś tam sprzedawali, czasem 

wyciągali zza pazuchy tandetną pocztówkę, czasem uśmiechali się zdawkowo i 
„wyniośle" do turysty, mówiąc kilka irokeskich słów lub podawali rękę, za co 

ucieszony łyk z Pittsburga wsuwał iaa do kieszeni hojnego dolara.
W Caughnawaga była szkoła, niestety zamknięta w czasie mego pobytu, bo akurat 

wakacje. Uczono tam dzieci języka francuskiego i nieco angielskiego. Jako język 
potoczny utrzymał się w Caughnawaga język irokeski, co stwierdziliśmy z 

zadowoleniem.

background image

Był także kościółek katolicki. Proboszcza indiańskiej parafii, starego jezuitę, 

zastaliśmy na plebanii.
87

Staruszek podejrzliwie spojrzał mi w oczy, potem potrząs-aejł głową i odrzekł 
szczerze:

•— Nie, nie są zadowoleni.
¦— Czy nie można by ich rozsiedlić w bezludnych lasach na północy i dać im 

naturalne warunki życia?
To było widocznie drażliwe pytanie i ;nie dostałem wyraźnej, odpowiedzi. Zresztą 

rozumiałem także i interes misjonarza: tu. ¦aiał Indian pod. ręką, na północy 
zaś trudno byłoby utrzymać md nimi swój wpływ.

Możliwie jak najoględniej, żeby miłego staruszka nie urazić,, spytałem, czym 
trudnią się podopieczni Indianie. Czy tylko czekają na turystów?

— O, nie! — zaprzeczy! żywo. — Niektórzy są zatrudnieni poza rezerwatem. 
Wyrobili się jako murarze, niejedni pracują przy budowie mostów, ten i ów jest 

zatrudniony jako pilot na. rzece powyżej Montrealu...
Później dowiadywałem się o tych pracownikach, że rzeczywiście istnieli, ale 

bardzo ich niewielu. Nikły odsetek wobec tych, co gnuśnie siedzieli w 
Caughnawaga.

Miejscem centralnym i sercem Caughnawagi okazało się coś w rodzaju lunaparku z 
wielkim napisem u wejścia: Tombola* Można tam było tanio się zabawić.

Takich przykładów prymitywnej rozrywki było w każdym mieście kanadyjskim po 
kilka, ale ten caughnawaski park zabawy wzbudzał litość swym wyjątkowym ubóstwem 

fantazji i urządzeń. Różni Irokezi zapraszali do rzucania kostek lub strzelania 
do tarczy.

Były też fertyczne młode Irokezki, ubrane cudacznie jak na indiański bal 
maskowy. Halo! zawołaliśmy uradowani ich. widokiem. One też się nami ucieszyły. 

Towarzysz mój poklepywał je poufale po ramionach. Dziewczyny śmiały się i 
ochoczo pozowały do fotografii. Dostały za to pół dolara, były zachwycone i 

gotowe zaraz odwiedzić nas w naszych mieszkaniach w mieście. Takie to córy 
surowych rnatron irokeskich.

SaJąCycn  WiCSacil  1   wyucimyiii   uiiiBj.au,   u.vi.u   *.~3*   
„«__j,__......

jak na potomka sławnych wojowników. Ubrany po europejsku, w rozchełstanej 
koszuli i w spodniach, założył sobie ręce za pas i powoli kroczył z miną 

posępnia dumną i znudzoną, jak gdyby od wielu godzin czekał daremnie na uśmiech 
losu. Uśmiech zjawił się w postaci nas — Europejczyków: sfotografowaliśmy go. Za 

pozowanie dostał tylko dziesięć centów — i także był zadowolony.
—  Ciężkie czasy, co? — nawiązałem z nim mniej oryginalną, za to grzeczną 

pogawędkę.
Pomruk dobywał się z jego gardzieli i słyszałem niechętne potwierdzenie:

—  Ciężkie.
—  I zawsze takie ciężkie? — dopytywałem się. — Pewnie nudy w tym Caughnawaga? 

Nigdy się to nie zmienia przez
cały boży rok?

Jak gdyby leciuchne ożywienie w jego ospałych oczach:
—  Zmienia się!

—  Pewnie wtedy, gdy opuszczacie Caughnawagę, by gdzieś pracować? Możeście pilot 
rzeczny? — starałem się wyciągnąć z niego odrobinę życia.

—  Nie pracuję! — burknął dotknięty.
Zażywny Indianin nie myślał tak łatwo wyjść ze swej zadumy. Ale nie daliśmy mu 

spokoju. Na nic: o jego wyniosłą obojętność rozbijały się nasze uczciwe wysiłki, 
a cn jakby z nas drwił po cichu, pełen wyższości i wzgardy.

Może byliśmy zbyt natrętni i obcesowi? — niepokoiły mnie
wątpliwości.

—  A Amerykanie? — zaskoczył go konsul Kicki, widocznie
świadomy, gdzie w trawie piszczy.

Indianin, nagle olśniony, stracił obojętność, przestał być nadęty. Myśl o 
Amerykanach zbudziła go i nawet wywołała uśmiech na osowiałej dotychczas twarzy.

Niedobry, drapieżny uśmiech.
Wydało nam się, że teraz nareszcie odnajdujemy w nim rysy

89
strasznych dla „bladych twarzy". Może brzuchacz jeszcze bardziej się zapali, a z 

jego gardzieli wydrze się okrzyk wojenny i wstrząśnie nami do szpiku kości?

background image

Gdzie tam! To były tylko pozory. Nasz Indianin nie był straszny dla „bladych 

twarzy". Ożywił się, ale nie na wspomnienie dawnych walk i chwały. Całkiem 
przeciwnie.

— O, Amerykanie! — wybuchł i oczy jego, niespodziewanie rozbłysżczone, tonęły w 
lubości. — Amerykanie o key, kochani ludzie! Dobre napiwki! Wiele, moc wiele 

napiwków!... Gdy tu przychodzą, to nie nudno nam... Śmieją się głośno, 
krzykliwi, o key. Biegają, rzucają pieniądze, o key!...

Na wspomnienie hojnych gości z piersi jego wypływał zdumiewający odgłos — 
bulgot. Irokez bulgotał z rozrzewnienia i rozkoszy.

Z przeznaczeniem narodów bywało różnie. Niektóre ginęły i nic po nich nie 
pozostało. Inne popadły w niewolę i służyć musiały zwycięzcom. Najbogatsze ludy, 

bywało, stawały się nędzarzami. Lecz z Irokezami w Caughnawaga los chyba naj-
srożej się obszedł: wojowników, „Rzymian puszczy", zamienił w błaznów, 

wystawiających na pokaz swój upadek.
Lecz czasem, w tych biedakach jak gdyby coś się budziło. Mianowicie, gdy 

pociągnęli wódki. (Dlatego w Caughnawaga pod rygorem niesłychanie ostrych kar 
nie wolno było sprzedawać wódki). Gdy wypijali, zaczynali szaleć. Tamowane 

instynkty szukały ujścia. Wtedy Irokezi dobywali noży i rzucali się z 
wściekłością — na kogo? Czy na białych? Nie, rżnęli się między sobą. Biali tylko 

rozrywali ich od siebie, uspokajali i godzili.
Był wpływowym wodzem Irokezów i żył w drugiej połowie XVIII wieku, kiedy to w 

lasach amerykańskich nastały niespokojne, złe czasy. Huk coraz liczniejszych 
strzałów rozdzierał ciszę puszczy, dzikie rozlegały się okrzyki: biali ludzie 

byli drapieżni, nienawidzili się wzajemnie i przelewali krew, własną, między 
sobą, i krew Indian. Indianie zaś bronili się zaciekle. Na tle tej zawieruchy 

jaśnieje jak samotny promień postać Logana, Irokeza i wodza, człowieka wielkich 
przymiotów i ujmującej szlachetności. Nie miał równych sobie wśród Indian, i 

wątpliwe, czy dorównywał mu któryś z białych ludzi owej epoki.
Był to wojownik niepospolity tym, że wojownik z sercem. Powściągliwy, zadumany, 

dostojny, uprzejmy, łączył w sobie uczciwą prostotę mieszkańca puszczy z innymi 
zaletami, szczególnie cenionymi wśród białych ludzi. Mianowicie był wiernym 

przyjacielem nie tylko swych pobratymców, Indian, lecz również i białych ludzi, 
przede wszystkim białych. Gdzie tylko mógł, wyświadczał im dobrodziejstwa, 

zbłąkanych wyprowadzał z. kniei, niedoświadczonym osadnikom udzielał rady, 
wędrownych kupców brał w opiekę; niejeden biały zawdzięczał mu życie. Był to 

dobry duch puszczy i cieszył się ogromnym poważaniem: Indianie różnych szczepów, 
nie tylko Irokezi, uznawali Logana za swego duchowego wodza, biali

„Prawdziwym dżentelmenem od stóp do głów   nazwał go nawet angielski gubernator.
Logan wiele wędrował po puszczy, lecz najchętniej odwiedzał osiedla białych. 

Ciągnęło go tam niezwykłe uczucie, jak. niezwykłym w ogóle był Logan: kochał bez 
granic dzieci białych. Tym małym, jasnowłosym istotom oddał stary wojownik całe 

swe indiańskie serce i żywił ku nira miłość niemal goręt- . szą niż ku własnym 
wnuczętom. Na widok ich płowych główek serdeczny uśmiech rozjaśniał jego twarz i 

blaskiem zapalał oczy, a mali przyjaciele biegli naprzeciw z radosnym okrzykiem 
i wieszali się dokoła niego. Przynosił im zawszą jakieś zabawki, to maleńkie 

«mokasyny, to misterne czółenka. Przy tym umiał Logan opowiadać cudowne, 
podniecające powieści o tajemnicach lasu, a czasem bawił się z nimi, jak gdyby 

sam był dzieckiem. Matki, żony kresowych osadników, lubiły go bardzo i chętnie 
oda wały swe pociechy pod jego pieczę. Logan był niezwykłym Indianinem.

Nadchodziły niespokojne czasy, coraz gęstsze kłębiły się chmury, ludzie nieufnie 
patrzyli suuie v oczy. Niektóre szczepy Indian, zagrożone w swych łowiskach 

najściem białych osadników, coraz boleśniej odczuwały krzywdę i gotowały się do 
rozpaczliwego czynu.

A tymczasem w samej kolonii białych rodziły się fermenty przeciw panowaniu 
Anglii i niebawem rozdrażnienie miało doprowadzić do rewolucji i walki o 

niepodległość Ameryki. Kolonię toczyły wewnętrzne rozterki, kłóciły się nawet 
dzielnice między sobą. Od niepamiętnych czasów istniała niechęć między 

osadnikami Pensylwanii a Wirginii, niechęć zwłaszcza na tle stosunku do Indian. 
Pensylwańczycy, ludzie raczej ugodowych zasad i łagodniejszych środków 

postępowania, żyli z tubylcami w przyjaźni, ażeby uprawiać z nimi handel, Wir-
ginijczycy, typowi anglosascy pionierzy, łakomi na ziemię, przeciwnie, nie 

znosili Indian i dążyli do jak najrychlejszego ich wytępienia.
że wojna domowa zdawała się jedynym wyjściem. Zanosiło się na najgorsze: 

gubernator Wirginii wysłał przeciw Pensylwanii zbrojny oddział ochotników pod 

background image

komendą kapitana Co-nolly'ego, gwałtownego awanturnika, z zadaniem zdobycia 

fortu Pitt nad rzeką Ohio i utoczenia trochę krwi kwakierskim sąsiadom.
Lecz w czasie marszu kapitan otrzymał wieść, że wzburzony szczep Indian Szawanów 

zamierza pośpieszyć z pomocą swym przyjaciołom Pensyłwańczykom, i to 
pokrzyżowało jego plany. Obawiając się walki na dwa fronty Conolly odstąpił od 

dotychczasowego zamiaru, natomiast wydał — nieodrodny a rozwścieczony 
Wirginijczyk — orędzie do całej białej ludności granicznego pasa, nakazujące jej 

zabijanie każdego napotkanego Indianina.
Every Indian is a bad Indian; only a dead Indian is a good Indian— każdy 

Indianin jest złym Indianinem, dobrym jest tylko nieżywy Indianin — głosiło 
osławione hasło wirginij-skich osadników. Na sygnał Conolly'ego zawrzało na 

pograniczu: rozpoczęło się skwapliwe tropienie i mordowanie Indian. Sport miły, 
pożyteczny i ulubiony przez wszystkich Wirginij-czyków: zarówno przez 

awanturnicze szumowiny, jak i statecznych kolonistów.
Niedaleko białych osiedli, nad Rzeką Żółtą, mieszkała cała rodzina Logana: żona, 

córki, synowie, zięć i wnuki. Mieszkali z dala od swego narodu, gdyż nie 
obawiali się białych, ufni w sławę i cześć, jaką powszechnie otaczano Logana. W 

pobliżu Rzeki Żółtej osiadł także niejaki Greathouse, biały zawadia-ka, 
indywiduum spod ciemnej gwiazdy.

Gdy Greathouse dowiedział się o orędziu Conolly'ego, podskoczył z uciechy, że 
będzie mógł sobie bezkarnie pohulać. Zaprosił do siebie całą rodzinę Logana, nie 

przeczuwającą nic złego — wodza samego nie było w domu — zmusił ją do picia 
wódki aż do utraty przytomności i potem urządził sobie makabryczną zabawę.

93
¦zwołał, ułożył bezwładną rodzinę na tratwie i puscu na w^-.**.........

Z odległości kilkudziesięciu kroków osadnicy rozpoczęli do tratwy kanonadę. Kule 
dobrze trafiały; w krótkim czasie cała jodzina Logana poniosła śmierć — z 

wyjątkiem jednego chłopczyka.
Był to trzyletni brzdąc. Na widok konających oszalał z przerażenia, pobiegł na 

sam brzeg tratwy i tu, wznosząc ku niebu swe małe rączęta, wzywał rozpaczliwie 
pomocy.

Wtedy Greathouse kazał przerwać strzelaninę i ustalił z kompanami zakład, że 
wygra ten, kto bachora najpierw uśmierci. Strzelać miał każdy kolejno według 

losowania. Pierwszych trzech strzelców chybiło. Czwartemu się poszczęściło. 
Trafił i wygrał zakład. Dziecko żałośnie załkało, j«k •ścięte wpadło do wody i 

utonęło. Tak zginął ostatni wnuczek Logana, Indianina, który wyświadczył tyle 
dobrodziejstw białym ludziom, a najwięcej ukochał białe dzieci.

Gdy wiadomość o okrutnym morderstwie dotarła do białych, "wielu z nich zawrzało 
gniewem, nie tyle ze współczucia dla Logtma, ile z obawy o to, co nastąpi. I 

nastąpiło. Lasy zatrzęsły się z oburzenia. Czerwoni wojownicy chwycili za broń i 
rzucili się do walki rozpaczliwej i beznadziejnej. Wiódł ich Cornstalk, wódz 

Szawanów. Gęste lasy nad rzeką Ohio stały się świadkami jednej z ostatnich 
tragedii czerwonego ludu. Był to rok

1774.
A Logan? Gdy ujrzał na własne oczy zmasakrowane zwłoki,

nie wyrzekł ani słowa, lecz zawlókł się do lasu i padł na ziemię. Przez długie 
godziny leżał bez ruchu i coś straszliwie przetrawiał w udręczonym mózgu. 

Później zawył przeraźliwie. Był to ból, który przerodził się w szaleństwo. 
Łagodny Logan zbudził się rozjuszonym zwierzęciem. Z małą garstką swych ludzi 

wypowiedział własną wojnę białej rasie.
Najpierw wyciął w pień rodzinę najbliższego osadnika i własnoręcznie położył 

trupem sześcioro jego dzieci. Byli to jego dawni przyjaciele. Potem rzucił się z 
furią na inne osiedla. Dro-

94
^ly-iijŁA.  j^vyuu  oiuiui  jłii*.   vvoi_iciviy   pies,   icuz.  jais.  lii   

u^i   v_nyi.iy
i nieuchwytny. Przez długie miesiące był koszmarem białej ludności, aż w końcu 

zmęczył się, ramię mu opadło, a szał przemienił się w tępą rezygnację.
Tymczasem wojna indiańska miała się ku końcowi. Cornstalk w bitwie nad rzeką 

Kanawhą zadał białym oddziałom dotkliwe straty, lecz następnej nocy wycofał się 
z pola wałki i uznał tym samym swoją porażkę. Heroiczne jego wysiłki na nic się 

nie zdały. Zbyt wielka była przewaga po stronie nieprzyjaciół. Niebawem, wobec 
zwątpienia podległych mu-wodzów, zawarł pokój. Indianie stracili swe 

dotychczasowe tereny łowieckie i szukać musieli nowej ojczyzny na zachodzie.

background image

Jedynie Logan nie zawarł pokoju z białymi, a właśnie na jego podpisie 

najbardziej zależało gubernatorowi Dunmore. Logan się zawziął. Gdy zjawili się u 
niego biali posłowie, przemówił do nich straszliwą skargą. Było to najbardziej 

wstrząsające oskarżenie, jakie kiedykolwiek człowiek kolorowy wytoczył białym 
ludziom. Dlaczego — pytał daremnie białych — za okazaną wam przyjaźń, i miłość, 

i pomoc, i wierność, i przysługę daliście mi tak okropną zapłatę? Dlaczego 
zabiliście mi dzieci i wnuki?

Już nigdy, aż do końca życia, Logan nie wyleczył się z ciosur Całymi dniami 
trwał w posępnym zamroczeniu. Pił chciwie-wódkę, napój zapomnienia. Unikał 

ludzi, zdziczał, wynędzniał, opłakany strzęp dawniejszego wodza, wspaniałego 
Logana. Już nie umiał się uśmiechać. Zgasło do cna tak gorące ongi serce.

'Na zawsze pozostał mu lęk przed białymi ludźmi. Gdy któryś z nich zbliżał się 
do niego, drżał na całym ciele jak w febrze. Nieustraszony ongiś, władczy Irokez 

nie mógł się pozbyć obawy, że rozmawiający z nim biały wyciągnie broń i strzeli 
mu, w plecy.

Po latach Logan trochę się uspokoił. Zaufania do białych ludzie nie odzyskał, 
lecz bywało, że cichaczem, w największej tajemnicy, skradał się do ich osiedli. 

Przycupnąwszy za drze-
95

azieci.
szeniom: przyglądał się 'z daleka igTaSzKOm "marycn Łowił spragnionym uchem ich 

rozbawione głosiki. Wtedy oczy mu łagodniały i zachodziły mgłą, a nieśmiały 
uśmiech występował na wynędzniałej twarzy. Były to jedyne jaśniejsze chwile 

Indianina. Logan miał dziwne serce.
II WYPRAWA

Można było dostać zawrotu głowy — tyle dziwnych wrażeń: zeszłej nocy dansing w 
„Lido", przepych, trzydzieści najpiękniejszych girls i orgia bogatych ludzi 

Montrealu. Dzisiejszej nocy trzysta mil koleją, rano koniec podróży na stacji 
Oske-lanoe. Oskelanoe — to mizerna wioska z prowizorycznych bud, to również 

nazwa pięknej rzeki, płynącej na północ. Zepchnęliśmy na rzekę nasze canoe, 
władowaliśmy zapasy i sprzęt, potem wsiedliśmy, Stanisław z przodu, ja z tyłu. 

Stanisława zabrałem z sobą. Dążyliśmy z prądem wody na północ. Za pierwszym 
skrętem rzeki zginął nam z oczu budynek stacji kolejowej i zginął z oczu, 

przeraźliwie dosłownie i całkiem naprawdę, ostatni ślad cywilizacji: nie będzie 
już na drodze naszej ani jednego rolnika, żadnego pasterza, żadnej wsi białych. 

Natomiast będą Indianie, może nieliczni drwale, rzadko kiedy myśliwi, czasem 
jacyś awanturnicy — i będziemy my. Wszędzie będzie las. Już nie potrzeba było 

się golić.
Łódź naszą pokochałem od pierwszego wejrzenia. Była "wspaniała. Miała przeszło 

cztery metry długości i mogła udźwignąć podobno dwadzieścia cetnarów. Była tak 
lekka, że unieść ją mógł jeden człowiek, i tak śmigła, że jedno uderzenie wiosła 

posuwało ją o trzydzieści kroków. Zbudowano ją z uszczelnionego płótna, ale na 
kształt łodzi indiańskich.

Gdy na nią wsiadałem w Oskelanoe, byłem trochę zdenerwowany. Stanisław ukradkiem 
się przeżegnał. Na brzegu sta-

99
/Cj   puuiqi.ik.Li    wiv.'a.i.uw unie   ivuiai^,'nat.uj    u   naa   unci^yi   

i-"-''
jednym wiośle, ale wiosła kłóciły się między sobą. Wiadomo, byłem nowicjuszem na 

indiańskiej canoe. Nowicjuszem był. także Stanisław, leśny wyga, lecz średni 
wioślarz. Stwierdziłem, że ja potężniej waliłem wiosłem niż on. Skutek był taki, 

że po dwóch normalnych uderzeniach trzecim musiałem parować i zamieniać ja aa 
sterowanie. Poczciwe canoe nie brało nam zbytnio ze złe tej zniewagi, lecz raźno 

pruło wodę i sunęła naprzód jak sto piorunów. Dobre canoe.
Indiańskie canoe to chyba szczyt wytrwałości wśród wszystkich łódek świata: jego 

nadobna linia, z dziobem i tyłem filuternie (a jak celowo!) wzniesionym, zawsze 
wzbudzała przyjemny podziw. Indianie stworzyli tu arcydzieło wdzięku i 

przydatności. I to jakiej przydatności! Trudno wyobrazić sobie żywot człowieka 
bez canoe w północnych lasach, gdzie nie było żadnych dróg prócz wodnych, a 

lekką łódź przenosić wypadało często od rzeki do rzeki.
Biali przejęli od Indian typ łódki i na swój sposó"b ulepszyli budując ją z 

materiału trwalszego niż kora brzozowa. Na tej łódce dokonywali wszystkich 
odkryć w głębi kontynentu. Zrozumiałe więc, że biali stworzyli także dokoła niej 

całą poezję, a kanadyjscy poeci, opiewający życie wśród przyrody,, dobywali 

background image

najwyższych tonów na pochwałę canoe.

I na cześć wiosłowania. Różni wędrowcy poświęcali sążniste rozprawy zagadnieniu, 
jak wiosłować. Czynili z tego rodzaj obrzędu, dostępnego tylko dla niewielu 

wtajemniczonych, a po prawdzie niedostępnego dla nikogo. Autor ciekawej autobio-
grafi, Ralph Connor, twierdził, iż od pięćdziesięciu lat pływał na swym canoe we 

wszystkich możliwych okolicznościach, ale jeszcze wciąż nie znał łodzi, która co 
dzień płatała mu nowe figle, świadczące o niezbadanych tajemnicach jej natury.

— Choćbyś żył i sto lat — przytaczał wypowiedź starego-trapera — nie poznasz jej 
należycie. Jest pełna kaprysów i pustoty jak każde babskie stworzenie...

Rzeka Oskelanoe odznaczała się szczególną osobliwością:
10(3

na północ, ale sami przekonaliśmy się o tym nie wcześniej niż w kilka godzin 
późrv.ej, na pierwszej bystrzynie. Tam dopiero kierunek spadającego z ]-?.rnieni 

nurtu potwierdzał slusz-' ność mapy. Podobno pisemni część ¦ -ir. kanadyjskich 
tak leniwie płynęła, odkąd pobuic^azto na 'i tamy dla ułatwienia spławu drzewa. 

St^nowi^y one po t. ostu łańcuchy szerszych lub węższych rozlewisk i jezior. 
Ogr-iwarai tych łańcuchów były bysirsyny i wodospaay.

Trudno było ocenić szerokość rzeki GAelanoe; raz miała dwieście kroków 
szerokości, po drwili sto, z-z pięć minut dwa tysiące. W porównaniu z 

niezmiernie bystrym, porywającym prądem rzek południowoamerykańskich dziwnie 
niepokojące wrażenie sprawiała Oskelanoe River, rzeka o stojącej wodzie i stale 

zmiennej szerokości. Płynęła na razie na północ, jakby uciekając od linii 
kolejowej, ale nie myśl, włóczęgo, że wody swe wylewała do Zatoki Hudsońskiej. O 

pięćdziesiąt, sześćdziesiąt mil od stacji Oskelanoe rzeka natrafiała na 
nieprzebyte łańcuchy skalistych wzgórz — wzniesienia ciągnące się wielkim 

kręgiem dokoła Zatoki Hudsońskiej — i gubiła się w plątaninie rozlicznych jezior 
u stóp tych wyżyn. Dziwne to jeziora: wielkie, podłużne, jakby pazurem zwierza 

wyszarpane,
0  fantastycznie postrzępionych liniach brzegu. Wśród setek najbardziej 

kapryśnych zatorów, odnóg, półwyspów, ostrowów nagromadziło się uderzające 
piękno przyrody, a że ludzi tam prawie nie było — dziewiczej przyrody.

Z tych jezior, noszących nazwę Rezerwuaru Gouin, a wśród których osad.a Obijuan 
zdawała się być środkowym jądrem, wypływała rzeka już pod innym mianem: St. 

Maurice, i już w innym kierunku, południowo-wschodnim. Słowem, wracała na 
południe. Pod stacją Weymont dochodziła znowu do toru kolejowego i do okolic 

zaludnionych, dalej tworzyła wspaniały wodospad, Iroąuois Chute (gdzież ci 
Irokezi nie zapędzali się!),

1 potężnym rozlewiskiem wpadała pod Trois Rivieres do Rzeki Sw. Wawrzyńca — 
najważniejsza arteria spławu drzewa i roz-

101
becu.

Po dwóch mniej więcej godzinach wiosła nasze doszły do porozumienia i jako tako 
nabrały sprawności. Wymagający mistrz kunsztu wioślarskiego może by sarkał, ale 

my byliśmy zadowoleni.
Rozłożyłem p\rzed sobą na wypukłości worka mapę i patrzałem, dokąd płyniemy. 

Płynęliśmy na razie do jeziora Obijuan, oddalonego o pięćdziesiąt mil, nad 
którym mieszkał agent Hudson's Bay Company. Zanim dotrzemy do celu, przepłyniemy 

przez kilka jezior o egzotycznych nazwach. Obijuan będzie naszym pierwszym 
ważniejszym etapem.

Gdybyśmy — co nie daj Boże! — powzięli w Obijuan szaleńczy pomysł ucieczki na 
łodzi w nieznane, to stanąłby otworem przed nami cały północny świat. 

Przerzucając się z rzeki do rzeki, z jeziora do jeziora, p-rzez jakąś 
nieprawdopodobną gmatwaninę wodnych żył, mogliśmy przeawanturować się przez cały 

Labrador i skończyć na jego wschodnim wybrzeżu. Moglibyśmy też popłynąć w drugą 
stronę, przez cały kanadyjski zachód, i skończyć na Alasce.

Nazwy rzek i jezior na mapie brzmiały tak: Chibougamou, Mistassini, Kaniapiskau, 
Abitibi, Waswanipi. Nazwy te drażniły swą obcością, budziły fantazję, 

zapowiadały przygody i olśnienia. Brzmiały zwodniczo, ale jakże tu nazwom tym 
nie wierzyć, jeżeli czarne i niebieskie hieroglify mapy w tak cudowną zamieniały 

się rzeczywistość? Oto płynęliśmy przez skręt rzeki. Na mapie to zwykła 
niebieska, zakrzywiona kreska; w rzeczywistości zaś to baśń zaczarowana w 

krajobraz. Soczysta łąka, cudaczne skały, wysmukłe świerki — to chyba kulisy 
jakiejś baśni. Wierzyłem mapie na słowo, na każde zwodnicze .słowo.

Lecz na krajobraz patrzałem tylko ukradkiem. Nie chciałem już teraz roztrwaniać 

background image

mego zapasu entuzjazmu. Najchętniej wracałem myślami do łodzi, bo obecnie był to 

nasz cały świat. Stanisław z przodu łodzi, ja z tyłu — to niby dwa bieguny na 
straży tego świata. Między nami leżały toboły, worki i wali-

ła duszę naszej wyprawy. Każdy przedmiot w niej tkwiący odżyje w swoim czasie i 
spełni jakiś doniosły, nieodzowny obowiązek. Łódź, my i nasz sprzęt — to 

przymierze siły i zwycięstwa. Nic nam się nie oprze w puszczy, usuniemy 
wszystkie I    przeszkody.

j        Niestety okazało się, że nie wszystkie. Płynęliśmy właśnie |    w 
pobliżu lewego brzegu, gdy nagle Stanisław przerwał moje dumanie przeraźliwym 

krzykiem:
—  Na prawo! Szybko na prawo! Uciekać na prawo!

Na samym brzegu, pod krzakiem wierzbowym, stało zwierzątko wielkości małego 
lisa. Na czarnym futerku rysowały się dwie jasne pręgi wzdłuż grzbietu. 

Zwierzątko miało nas widocznie w pogardzie, bo wcale nie uciekało, natomiast 
uniosło puszysty ogon i nieprzyzwoicie wypięło ku nam swój obnażony zad. Przy 

tym patrzyło na nas spode łba.
Stanisław_ błyskawicznym uderzeniem wiosła starał się oddalić od brzegu. 

Pomagałem mu co sił.
—  Skunk! — zawołał Stanisław,

Teraz i ja zrozumiałem jego przerażenie i mnie samego obleciał strach. Skunk to 
amerykański śmierdziel. Zanim zdołaliśmy uciec, rozległ się przytłumiony syk: 

skunk z tyłu wypuścił na nas promień swej cuchnącej cieczy. Dobrze celował, lecz 
na szczęście nie dosięgnął. Brakowało dwóch kroków, by oblać naszą łódź. Chociaż 

i tego starczało. W oka mgnieniu zanieczyścił powietrze tak okropny smród, że 
nagle dostałem mdłości. Dopiero po chwili gwałtownego wiosłowania wydobyliśmy 

się z zapowietrzonego rejonu. Skunk tymczasem znikł bez pośpiechu w krzewach.
Gdyby kilka kropel padło nam na łódź — objaśnił Stanisław — wyprawa nasza 

skończyłaby się tutaj sromotnie i trzeba byłoby wracać do domu. Fetor 
śmierdziela potrafi obrzydzić życie na całe tygodnie.

W kwadrans później ujrzałem w płytkiej wodzie szczupaka. Niezły okaz 
trzyfuntowy. Wygrzewał się nieruchomo w słoń-

102
103

•wy, wypadł z głębiny jak strzała i paszczą szeroko rozwartą chwycił pierwszego. 
Chciał go połknąć, lecz zdobycz była zbyt wielka. Napastnik wchłonął zaledwie 

ogon i część ciała. Napadnięty starał się wyrwać ostrym susem. Daremnie, twarde 
szczęki mocno trzymały. Powstało piekielne zamieszanie. Wgryzione w siebie 

ciała, wydłużone jedno za drugim niby wąż, wykonywały w wodzie makabryczny 
taniec. To ginęły w głębi, to wypryskiwały na powierzchnię. Jakiś wybuch 

zaciekłej energii, szarpiących ruchów, rozjuszenia.
Walka nie trwała długo. Chwycony szczupak, zrazu wyrywający się jak wściekły, 

opadał szybko z sił, ruchy osobliwego dwuciała zaczynały zamierać. Potem 
szczupaki nie pojawiły się. Napastnik widać zwyciężył i trzymał ofiarę na 

spodzie. Powierzchnia wody wygładziła się. Nastająca cisza oznaczała koniec 
podwodnego dramatu.

Puszcza odkryła nam rąbek swojego oblicza. Tajemniczego oblicza prainstynktów.
Wtem zdumieni spojrzeliśmy na niebo. Usłyszeliśmy warczenie samolotu. 

Zobaczyliśmy go. Pojawił się na południu, od strony stacji Oskelanoe, i leciał w 
naszym kierunku, na północ. Był to hydroplan. Błyszczał cudownie w promieniach 

popołudniowego słońca. Szybował wysoko, jak gdyby bał się bliskości puszczy i 
jej instynktów. Zresztą sam był symbolem nie najszlachetniejszych instynktów 

ludzkich: leciał nad jezioro Chibougamou, gdzie biali górnicy wydobywali z ziemi 
złoto.

Hydroplaff przelatywał wprost nad nami. Tyle było dziwnych wrażeń w ostatniej 
godzinie: najpierw niemiły skunk, potem szczupaki, a teraz oto warcząca na 

niebie maszyna. Śledziliśmy ją z ciekawością, chociaż nie ochłonęliśmy jeszcze z 
poprzednich wrażeń. Zadzieraliśmy głowy, aż bolały karki, a Stanisław 

powiedział:
— Można dostać zawrotu głowy!

To prawda. Zawrotu głowy, ale nie tylko od zadzierania jej.
104

Ogromnie mi się podobała kosmogonia dawnych Indian.. Wierzyli w dwa bliźniacze 
bóstwa: w Nanabosho — ducha dobra, słońca i światła, oraz w Czakenapenoka — 

ducha złar księżyca i ciemności. Bóstwa te walczyły ustawicznie ze sobą, ale tak 

background image

się zawsze szczęśliwie składało, że w końcu zwyciężał dobry duch, a ginął zły. 

Ginąc zły duch pękał ze złości i zamieniał się w skały, góry i kamienie. Dokoła 
całej Zatoki Hudsoń-skiej zły Czakenapenok musiał dostawać paskudne lanie, bo 

cała okolica, na przestrzeni kilku tysięcy kilometrów, to jedna skalna tarcza, 
usiana głazami i skalistymi wzgórzami.

Na.tych szczątkach złego ducha teraz płynęliśmy. Wszędzie pod nami kamień. 
Oczywiście z biegiem czasu naniosło się trochę ziemi, próchna i mułu, a dobry 

duch słońca zasadził na tym skromnym podłożu nie najgorszy świat roślinny, lecz 
zły duch wciąż się przypominał. Skała często wyzierała na dzienne światło, 

zwłaszcza tam, gdzie woda wymyła brzegi. Skała nakreślała tu kierunek i kształt 
wszelkiemu życiu, gnębiąc je bezustannie. Skała była tu rzeczywiście 

wszechwładną siłą.
Las. Rósł miejscami wspaniały, o gęstym podszyciu, miejscami spustoszyły go 

pożary, klęska iych stron. Korzenie drzew nie wnikały głębiej w ziemię niż na 
metr, półtora, potem była skała.

205

piękniejszych widoków. Splotły się tu w cudacznych kaprysach owe cztery żywioły: 
woda, skały, wzgórza, drzewa — — i stworzyły nadzwyczajny fenomen: nie kończącą 

się serię kuszących krajobrazów. Co zakręt rzeki — to dziw, co krok "— to nowy 
powab.

Ton nadawały jodły i świerki. Rzekłbyś: uroczyste wieżyce, których wysmukłe 
czuby modliły się do nieba. Jodły i świerki to naprawdę zdumiewające i dorodne 

drzewa. Ich stożkowate sylwetki wprowadzały do obrazu przyrody ład i spokój, 
prostotę i stateczność. Dzięki nim las nabierał wybitnie cech uczciwości i 

dostojeństwa. Wszystko, co dokoła widzieliśmy, obramowane od-spodu skałą, od 
góry zygzakiem iglastych drzew, z płytą rozlanych wód pośrodku, to wszystko było 

wyraziste, jasne, prostolinijne, energiczne, jędrne, jakieś uczciwe. Przyjemnie 
spoglądało się na przyrodę, która wzbudzała tyle zaufania i koiła wzrok. 

Chciałoby się tu długo mieszkać i snuć czyste, podniebne myśli. Trójkątne drzewa 
wskazywały prosto na błękitne niebo.

Znałem przecież inną puszczę, hen daleko na południu, nad Amazonką. Kochałem ją 
i tęskniłem do niej. Była wspaniała, wybuchowa, pogmatwana, tajemnicza, gorąca 

jak piękna kobieta, a przy tym pełna spazmów i zasadzek, zdradliwa, okrutna i 
zachłanna. Jak namiętna, zła kobieta — puszcza nad Amazonką najpierw upajała, 

potem męczyła i pożerała. Człowiek bał się jej, a jednak tęsknił. Pod palmami i 
wśród lian pieniły się upiorność i szaleństwo. Na północy, wśród świerków, 

panował spokój i wytchnienie. Wśród świerków chciałoby się mieszkać...
Słońce chyliło się ku zachodowi, na wodzie wyrastały coraz dłuższe cienie. Od 

strony lasu cisza, jedyny odgłos na rzece to przytłumiony plusk naszych wioseł. 
Błogi nastrój w różowym powietrzu. Nagle nowe podniecające wrażenie. Na którymś 

zakręcie dął wietrzyk od brzegu i przynosił nam ujmujący dar: zapach tak 
przyjemny i tak mocny, jak gdyby ktoś

106
mafuńie dożfialerrrnaa Amazonną.

—  Co to jest? — spytałem Stanisława zaskoczony.
—  Spruce! — odrzekł skąpo między jednym a drugim uderzeniem wiosła. Spruce to 

jodła. A więc w tym lesie żyły śmierdzące skunky o najzłośliwszym smrodzie i 
rosły drzewa o tak wonnej żywicy.

Zestawienie tropikalnej puszczy z kobietą przypomniało mi inną rzecz i podczas 
dalszej jazdy prześladowały mnie czarne, wielkie oczy pewnej Francuzeczki. 

Tańczyłem z nią przedwczorajszej nocy w montrealskim dansingu ,,Lido". Śliczne 
oczy wciąż teraz widziałem przed sobą. Młoda Kanadyjka była urodziwą dziewoją, 

kochała piękno, wierzyła w ideały, pisywała słabe nowele do magazynów i dobrze 
tańczyła. Uroczy pięknoduch wybierał się właśnie w podróż do Europy.

W pewnej chwili przy stoliku naszym powstała burza; płomienne oczy zapałały 
gniewem i stały się jeszcze piękniejsze. Winowajcą byłem ja. Zapytany o swe 

wrażenie z pobytu w Val des Bois, wioski nad rzeką Lievre, powiedziałem, 
nieszczęsny, prawdę. O tym, co widziałem, o niskim stanie umysłowym' 

francuskiego chłopa; wyrażałem się w słowach oględnych, lecz to wystarczyło, by 
posypały się na mnie gromy oburzenia.

—  To oszczerstwa, to nieprawda! — wolała śliczna patriot-ka, a potem chcąc mnie 
zupełnie pognębić, spytała:

—  Czy zna pan książkę Hemona „Marie Chapdelaine"?

background image

—  Znam — odpowiedziałem skruszony.

—  Więc widzi pan, że nie ma pan racji! — triumfowała. Hemon   wyidealizował   
kanadyjskiego   chłopa,   ubrał   go

w cnoty i tęgo w tym przeholował. Nie znał widocznie Val des Bois. Tam byli inni 
chłopi, ciemni, zaniedbani, ale prawdziwi. Zresztą, pal sześć Hemona! 

Towarzyszka była tak pociągająca, że poddałem się i przyznałem jej rację. Miała 
ponętne oczy. Dręczyło mnie pytanie: Dlaczego tu, na rzece Oskelanoe, zjawiały 

mi się te oczy z taką wyrazistością i natarczywością?
107-

puszczy, a nie jej maskę, czy wyczuję jej istotną rzeczywistość? Czy nie 
popełnię błędu Hemona?

Puszcza, przez którą płynęliśmy, była kusząca. Orzeźwiająco pachniał jej oddech, 
strzeliście wznosiły się jodły, canoe raźno pruło wodę, pysznie pracowały 

mięśnie ramion. Nie traciłem otuchy: znajdę chyba z puszczą wspólny język. A 
może nawet i serce?

Korciła mnie od pewnego czasu uporczywa myśl: okolica była nie tylko bezludna, 
jak się tego spodziewaliśmy, ale nie było widać również żadnej zwierzyny.

—  Gdzie zwierzęta? — pytałem Stanisława.
Mijaliśmy od wielu godzin, kilometr po kilometrze, bogatą knieję, to lasy 

przepaściste, to bagna i łąki grząskie, wymarzone wprost ostoje zwierzyny, ale 
zwierzyny ani widu. Pustka zaczynała nieco drażnić i przygnębiać.

—  Gdzie zwierzęta? — powtarzałem zaczepnie.                    !
—  A skunk? — przypomniał towarzysz .

—  Skunk to mały drapieżnik, kunowaty. Mam na myśli zwierzynę łowną...
—  Jesteśmy wciąż za blisko kolei. Dziki zwierz ma setki kilometrów głuchej 

puszczy, ale dalej na północy, więc po co mu pchać się blisko ludzi?... A może 
wiosłujemy za głośno i płoszymy?

Aha, uśmiechnąłem się do siebie, wiadomo: „Choćbyś żyj i sto lat, nie nauczysz 
się wiosłowania".

W milczeniu płynęliśmy dalej, ale spostrzegłem, że Stanisław teraz badał brzegi 
uważniejszym niż dotychczas okiem; zwłaszcza pilnie śledził wszelakie boczne 

rozlewiska.
Wtem zobaczyliśmy na brzegu wąską odnogę, wrzynającą się w ląd; zapewne ujście 

jaki«jś rzeczki. Stanisław ściszonym głosem kazał mi wyjąć z wody wiosło i 
zachowywać się cicho. Sam skierował łódź w otwór odnogi, nie szerszej niż 

piętnaście do dwudziestu stóp. Odwrócił się do mnie i szepnął:
108

Bo po co?
— Czego się spodziewać? — spytałem go tak samo szeptem.

Stanisław dał miną i gestem do zrozumienia, że nie wie, czego się spodziewać, 
ale chce spróbować i zajrzeć tam w głąb lasu.

Wpłynęliśmy w rzeczkę, Minęliśmy kilka łagodnych skrętów. Jakie sto kroków dalej 
roślinność się przerzedzała: widniało jeziorko. Nie docierając do samego jego 

brzegu zatrzymaliśmy się pod osłoną krzaku, ale tak, że wzrokiem ogarnąć 
mogliśmy całą powierzchnię wody.

Niewielkie jezioro miało może dwieście metrów średnicy. Częściowo porosło 
trzciną po brzegach, częściowo dotykało "bezpośrednio samego lasu. Zobaczyłem 

znowu rozkoszne ustronie, ale żadnej w nim godnej zwierzyny. Jedynie kilka 
kaczek uwijało się na wodzie.

—  Są! — mruknął Stanisław zadowolony. ¦— Kaczki! — stwierdziłem.
—  Nie tylko kaczki... Przypatrzcie się tym kępom!

Z wody, niedaleko brzegu, wystawało kilka niewielkich, kolistych kup, 
utworzonych z zielska, kształtem i rozmiarami podobnych do górnej części stożków 

siana, jakie latem widzi się na łąkach w Polsce. Łatwo domyślić się, że kępy te 
"były sztucznie stworzone.

—  Czyżby to chaty bobrów?
—  Nie — odrzekł towarzysz. — Muskrats.

A więc to poczciwe, słynne szczuiy piżmowe, stanowiące tak ważną pozycję na 
rynku futerkowym Kanady. Teraz i ja poznałem, że to nie bobry; piżmowce budowały 

swe chaty przeważnie z zielska, bobry — z gałęzi i mułu. Również nie widać było 
nigdzie ściętych ani nadgryzionych drzew, tak charakterystycznych śladów bobrów.

Z ilości kęp stwierdziliśmy, że dość liczna gromada piżmowców zamieszkiwała 
żeremie.

199

background image

 pi^.cv.uvvaiivi   w   yiuoic.

—  Są — przyznałem chętnie. — Choć pewnie ich wcale nie zobaczymy?
—  Nie. Zerują przeważnie w nocy...

Ale za to spostrzegliśmy coś innego: lisa. Ledwie widoczną rdzawą plamą, na pół 
ukryty w trawie, czaił się na łące opodal jeziora. Zapewne skradał się ku 

wodzie, by upolować kaczkę. Przez lornetkę przekonałem się, że ostro patrzył w 
naszą stronę. Kaczki jeszcze nas nie zauważyły, on natomiast odkrył obecność 

wroga pomimo naszej osłony. Przycupnął.
—  Ma już o tej porze niezłe fufro — żywo szepnął Stanisław i wskazał wzrokiem 

na remington. — Grzmotnijcie go.
Lis był oddalony o jakie sześćdziesiąt kroków, strzał nietrudny. Ale zbuntowałem 

się.
—  Nie! — zawołałem głośno. — Co sobie myślicie? Czy na to przepływałem przez 

Atlantyk, na to wdzierałem się w tę północną puszczę, ażeby ubić poczciwego 
mikitę? Nie strze-laml

Na odgłos mej tyrady spłoszony lis skoczył w powietrze i sadził jak niepyszny do 
lasu, a kaczki z szumem zerwały się z powierzchni jeziorka i zniknęły w dali.

Stanisław, zrazu stropiony, w następnej chwili uśmiechnął się od ucha do ucha i 
przyznał mi słuszność.

—  Wracajmy do naszej rzeki — powiedział chwytając za wiosło.
Po wydostaniu się z odnogi znów rytmiczny szelest wioseł na szerokiej wodzie i 

ten sam nieustanny łańcuch urzekających krajobrazów.
—  Stop! — zawołał naraz Stanisław i przestał wiosłować. Ja również. Przed nami 

pojawiło się na powierzchni wody jakieś zwierzątko. Gdy się zbliżyliśmy, 
poznaliśmy zielonego węża, płynącego przez rzekę z jednego brzegu na drugi. Była 

to niejadowita półmetrowa gadzina, dobrze nam znana z lasów w Val des Bois. Był 
to poza tym skończony wariat i wyraźny samobójca; wpełzł do wody rojącej się od 

głodnych szczupa-
110

I
lii ł_/li   V     ł-lt^^/J- J   J.J.1         ŁJ

drogą trzymając głowę wysoko ponad powierzchnią wody.
Oczekiwałem, że lada moment chwyci go szczupak i wciągnie w głębinę. Wiedziałem, 

ile było szczupaków w rzece, więc liczyłem ostatnie chwile śmiałka. Ale nad 
wężem czuwał widocznie dobry duch — może Nanabosho? — i, rzecz niepojęta, 

zuchwalca nic nie ruszyło. Szczęśliwie przepłynął całą rzekę, przy lądowaniu 
nawet marudził i kołował, potem opuścił wodę i powoli zginął w krzakach, zdrów i 

cały.
Byliśmy zdumieni. Dlaczego nie pochwycił węża żaden szczupak? Co robiły 

szczupaki? Pozostanie to tajemnicą rzeki.
— Teraz rozumiem — zaśmiałem się głośno — że i wśród -wężów bywają szczęściarze 

rodzone w czepku...
Chciałem sobie śpiewać, lecz nie było wolno. Stanisław dostrzegł na brzegu tropy 

łosia. Więc były łosie? Przepływaliśmy teraz obok łąk i moczarów i 
wypatrywaliśmy bacznie zwierzyny. Na razie nic nie widzieliśmy.

Potem skały i lasy zbliżyły się znów do rzeki. Od czasu do czasu zjawiały mi się 
oczy nadobnej Francuzki i teraz już wiedziałem dlaczego: snadź towarzyszyły mi 

jako maskotka. Niech towarzyszą, na tle wysmukłych świerków i twardych skał 
potrzebny był widok ciepłych oczu. Było mi wesoło na duszy, sprawiła to przygoda 

z wężem.
Na brzegu leżały płyty skał niby olbrzymie wieka skarbów. Wiadomo, że to 

królestwo złowrogiego Czakenapenoka. A gdyby tak siłą magiczną podnieść te 
skały, usunąć złośliwy balast i zajrzeć, jakie tam skarby ukrywał niedobry 

bożek?
Od lasu zalatywał powiew i przynosił upajający balsam jodeł. Las pachniał 

żywicą.
Około godziny piątej po południu przerwałem wiosłowanie, wciągnąłem głęboko 

powietrze i odezwałem się do Stanisława:
—  Czuję dym!

Stanisław miał katar i nie czuł nic. Powiedział, że się. mylę; nie widać żadnego 
obozu, puszcza na dziesiątki kilometrów była tutaj bezludna. Ale ja nos miałem 

nie od parady i obstawałem przy swoim: w powietrzu pachniało dymem.
—  Skądżeby dym?! — kiwał głową Stanisław i płynęliśmy dalej.

Po obydwu brzegach rzeki Oskelanoe rósł wysokopienny bór iglasty. Ponad borem 

background image

ciągnęły od zachodu na wschód ptaki i przelatywały przez rzekę. Były to sojki 

kanadyjskie z czubatymi głowami, blue jays. Ptaki pospolite, krzykliwe i 
wcibskie; miłe leśne łobuzy i obiboki. Teraz oto liczną zgrają — naliczyliśmy 

ich przeszło dwadzieścia, spoczywających na różnych drzewach — gardłowały, jak 
gdyby puszcza do nich należała. Były zdenerwowane i nie przestawały wrzeszczeć 

ani w locie, ani wtedy, gdy siadały na gałęziach.
Wtem usłyszeliśmy od zachodu odległy, donośny okrzyk: kerrr! Aha, pomyśleliśmy z 

zadowoleniem, sojki niepokoiły się, ¦ gdyż gonił je jastrząb. Rzeczywiście 
pojawił się na niebie wielki, skrzydlaty drapieżnik o jasnej, czerwonawej 

piersi; majestatycznie przelatywał wysoko ponad nami, lecz
112

Sojki na "chwilę ramikiy- igfSJTYerwaiy się T podnosząc' trwożne krzyki leciały 
— też na wschód, za jastrzębiem.

—¦ To dziwne! — zauważył Stanisław. — Wszystko ucieka w tamtym kierunku.
Lecz nie koniec dziwnym zjawiskom. Oto i blask słońca się zmienił. Przed godziną 

jeszcze świeciło normalnie różowym przedwieczornym blaskiem, a teraz nabierało 
fioletowych,, nienaturalnych kolorów. Fioletem zabarwiało wszystkie przedmioty: 

białą dotychczas chmurkę, kamieniste wybrzeże, a nawet drzewa. Na oczach naszych 
działy się czary; woda zmieniła kolor i przybrała ponury, złowieszczy wygląd. 

Potem słońce zaszło.
Gdy bagnista łąka otworzyła nam szerszy widnokrąg, stwierdziliśmy, że słońce 

zaszło nie za zwykłą chmurę, lecz za szarą, przyziemną masę dymu, pokrywającą 
cały zachodni skłon nieba. Z niepokojem stwierdziliśmy fakt: las się palił.

Pożar był jeszcze bardzo daleko, lecz pokrywał cały za-chodnio-północny 
horyzont, a wiatr wiał stamtąd wprost na nas. Pożoga mogła nas schwycić na 

rzece: groziło to przykrymi niespodziankami. Jak z mapy wynikało, o cztery miłe 
dalej na północ Oskelanoe River wpadała do wielkiego jeziora. Jeżeli tam 

dopłynęlibyśmy przed nadejściem pożaru, minęłoby nas niebezpieczeństwo.
Wiosłowaliśmy co sił. Canoe pruło wodę z głośnym sykiem. Pod spływał nam z 

czoła. Trzeba było się śpieszyć tym bardziej, że dzień miał się ku końcowi. 
Minęliśmy w szybkim tempie pierwszą milę, drugą i trzecią. Pod drzewami snuły 

się coraz gęstsze cienie. Na trzeciej mili usłyszeliśmy nagle przed nami szum 
bystrzyn. W miarę zbliżania się potężniał; to był już huk. Niestety! Na 

przeszkodzie stanął nam fatalny wodospad, za którym pieniły się po kamieniach 
przez, kilkaset merów bystrzyny.

Bez namysłu wyskoczyliśmy na ląd, przywiązaliśmy z przodu i z tyłu łodzi dwie 
liny i holowaliśmy canoe wzdłuż brze-

3   Kanada pachnąca  żywicą
113

nie porwały prądy. Liny wrzynały się nam w ręce. Wreszcie mordęga skończona; 
łódź szczęśliwie wyprowadziliśmy na spokojną wodę, zziajani i spoceni — żeby 

doznać gorzkiego zawodu: przed nami szumiały nowe bystrzyny, groźniejsze • niż 
te, które przebyliśmy. Tymczasem zapadł mrok. Nie sposób było posuwać się dalej 

w ciemnościach i narażać łódź i bagaż na rozbicie.
— Tutaj przenocujemy! — oświadczył Stanisław spokojnym głosem i starannie 

przycumował canoe do brzegu.
Nad naszymi głowami pokazały się gwiazdy. Zachodnie niebo oblewała pąsowa zorza 

wieczorna, lecz zorza niezwykła. Im głębiej w noc, tym coraz krwawiej i coraz 
jaśniej świeciła na zachodzie. Łuna pożaru rosła i biła coraz bardziej 

złowieszczym blaskiem. Widok był może imponujący, lecz w tej chwili przejmował 
nas trwogą. Różowa poświata odbijała się na pobliskich pniach. Drzewa nad naszym 

obozem wyglądały jak złe duchy. Przy tym zapach dymu wzmagał się niepokojąco; 
była to przednia straż zbliżającego się żywiołu.

Stanisław, doświadczony człek lasu, chwilę majstrował w ciemnościach, coś 
zrywał, coś łamał. Potem nagle wyskoczył w górę potężny płomień. Wesołe, 

trzaskające ognisko sprawiło cuda. Rozproszyło przygnębienie i rzucało jasne 
światło na najbliższe otoczenie, na ukryty dotychczas świat. Wyskoczyły z 

ciemności pokracznie wygięte, suche gałęzie i powalone pnie, a obok ujrzeliśmy 
ostry zarys wysuwającej się znienacka skały: świat fantastyczny i w tej chwili 

dziwnie przyjazny. Znałem od dawna czarodziejską właściwość ogniska, lecz nigdy 
wzniecenie go nie poskutkowało tak dobroczynnie, jak w ten wieczór nad rzeką 

Oskeianoe.
Kolacja wprawiła nas w jeszcze pogodniejszy nastrój. Dobra wyżerka dla 

wygłodzonych żołądków: rozgrzana na ogniu puszka poik and beans, czyli białej 

background image

fasoli ze słoniną, dalej puszka mięsa, dobry chleb, świeże masło, puszka 

ananasów, ogromnie mocna i słodka herbata ze skondensowanym mle-

liśfny plany. Omawialiśmy dokładnie środki'obronne, 'jakie trzeba będzie 
przedsięwziąć, gdy pożar lasu dojdzie do rzeki. Czuliśmy się znowu na siłach.

Pożar wciąż jeszcze musiał być daleko; widzieliśmy tylko łunę. Blask jej był 
jednostajny. Miejscami słabnął, gdzie indziej przybierał nagle na światłości, 

rzucał smugi, poruszał się wyraźnie, jak gdyby żył. Pożar czynił wrażenie wroga 
wysuwającego ostrożnie macki na niebie i badającego, którędy najlepiej napaść.

Najścia tego wroga ludzie bali się jak największego zła. Na całej przestrzeni od 
stacji Oskeianoe nie widzieliśmy żadnego człowieka, natomiast na dziesięciu 

najmniej zakrętach rzeki przybite były do pni drzew, widoczne z daleka, 
ostrzegawcze napisy o pożarach. W każdym pudełku zapałek były karteczki z prośbą 

o zachowanie wszelkich środków ostrożności podczas palenia w lesie. Na naszym 
kanadyjskim namiocie fabryka. wydrukowała napis: Nie zapominajcie gasić ogniska! 

— Ktokolwiek obcy szedł do lasu, winien był zaopatrzyć się w kontrolne 
pozwolenie; na stacji Oskeianoe musieliśmy wyłuszczyć urzędnikowi szczegółowy 

plan wyprawy, dokąd, jak i po co płynęliśmy.
Zdawałoby się, że to śmieszny przerost biurokracji w bezludnych prawie ostępach, 

a jednak przezorność usprawiedliwiona. Widocznie ktoś nieostrożny tam na 
zachodzie wzniecił pożogę. Puszcza, pachnąca tak wonną żywicą, paliła się 

niestety jak wiór, zwłaszcza teraz pod koniec lata. Corocznie ogień pochłaniał 
setki kilometrów kniei. Pożar to postrach Kanady i wróg wszystkich ludzi i 

zwierząt żyjących w lesie.
Stanisław postanowił sam czuwać i kazał mi położyć się na spoczynek. Nie mówić 

mi tego dwa razy; pierwszym dniem wiosłowania byłem zmordowany. Rozłożyłem na 
ziemi koc, przykryłem się cały nieprzemakalnym płótnem (namiotu dziś. nie 

rozbiliśmy) i starałem się zasnąć. Słyszałem jeszcze szum bystrzyn, trzask 
ogniska, potem głośną modlitwę Stanisława

.314
335.

si. Później koszmar znikł i ustąpił błogiemu uczuciu ulgi i spokoju.
Nagle zerwałem się ze snu, jak gdyby pod obuchem grożącego niebezpieczeństwa. 

Zsunąłem z głowy nakrycie. Na dworze było zupełnie ciemno. Znikło ognisko, nie 
było Stanisława, nie było dymu w powietrzu, nie było łuny na niebie. Mżył 

natomiast chłodny deszczyk i świeże powietrze pachniało znów żywicą, aż z 
rozkoszą się oddychało. To nie był sen. I teraz także usłyszałem oddech 

Sanisława. Wlazł pod płachtę i spał obok mnie twardym snem sprawiedliwych. 
Niebezpieczeństwo ognia minęło. O północy spadł deszcz i stłumił pożar lasu.

Odkryłem także przyczynę zbudzenia. Spod najbliższych drzew dochodziły tłumione 
skowyty i skomlenia jakichś zwierząt. Oświetliłem elektryczną lampką sąsiednie 

krzewy, lecz nic oczywiście nie dostrzegłem. Było zimno i schowałem się pod 
płótno. Zwierzęta umilkły, natomiast słychać było gromki huk obydwóch bystrzyn: 

tej, którą wczoraj przebyliśmy, i tej, >która nas czekała rano.
Życie wstąpiło znów na właściwe tory. Zasnąłem spokojnie.

Rano po leśnym pożarze Stanisław wstał widocznie lewą nogą: pech prześladował go 
przez cały dzień. Rozpoczęło się już na miejscu obozowiska, Stanisław zgubił 

scyzoryk. Gmatwanina kamieni i gałęzi dokoła ogniska pochłonęła cenną rzekomo 
zgubę i skwasiła humor towarzysza. Następnie podczas spuszczania łodzi przez 

bystrzyny Stanisław potknął się na śliskim kamieniu i wpadł jak długi do wody. 
Słońce świeciło i było ciepło, więc niegroźna to kąpiel, ale humoru nie 

poprawiła.
Za bystrzynami rzeka się rozszerzyła i wnet widniała przed nami sina płaszczyzna 

olbrzymiego jeziora. U ujścia rzeki stała chata wzniesiona z mocnych pni. 
Mieszkał w niej rybak, o którego istnieniu opowiadano nam na stacji Oskelanoe. 

Niestety, chata była zamknięta, okiennice zawarte i żywa dusza nie odezwała się 
na nasze wołanie. Natomiast z pobliskich krzewów wyskoczyły wielkie psy. Cała 

zgraja psów: sześć. Przybiegły nad brzeg wody i obszczekiwały nas basowym 
głosem. Czyniły to z obowiązku, nie z przekonania i kiepsko udawały zawziętość.

— To są huskies! — objaśnił Stanisław.
Huskies to psy eskimoskie. Patrzyłem na nie z szacunkiem. To sława Północy, 

symbol bohaterstwa, ofiarnej wierności, poświęcenia. Na Alasce człowiek postawił 
im pomnik wdzięczności. Huskv zimowa pora to iedvnv iego sojusznik. decvdu-

117

background image

ne huskies ciągnęły sanie niezmordowanie przez wiele dni i umożliwiały ludziom 

życie na. pustkowiu.
Huskies były bohaterami wielu powieści, uwiecznił je Jaclc London w swych 

nowelach, a gawędy przy wszystkich ogniskach sławiły ich czyny. Zdarzały się 
między nimi, jak \%7śród ludzi, jednostki różne, złe i dobre, uległe i krnąbrne, 

potulne i zdziczałe, lecz wszystkie huskies odznaczały się jednak odwagą, 
wytrwałością i siłą. Czym dawniej były konie dla prerii, tym obecnie psy dla 

północnych lasów. Ich znaczenie szybko nie minie. Ileż to razy ratowały — i to 
do dnia dzisiejszego — człowieka od niechybnej śmierci? Znały wszelkie 

zdradliwości kruchej powierzchni lodowej na rzekach, a w najgorszej zadymce 
nigdy nie zawiódł ich instynkt kierunku. Choćby nie wiadomo ile dziesiątków mil 

było do domu, nie zbaczały z prostej drogi. Te, które ujrzałem, przypominały 
trochę bernardyny, lecz miały bardziej wydłużone pyski i silniej rozwinięte 

klatki piersiowe. Atleci wśród psów. Sierść nosiły bujną, koloru biało-czarnego, 
z wyjątkiem jednego psa płowego, zapewne mieszańca.

Na ich widok ogarnęło mnie wzruszenie. Spotkałem je pierwszy raz. Oto nieomylny 
znak, że wkroczyliśmy w strefę lasów północnej Kanady. Chciałem wylądować i 

przyjrzeć im się z bliska. Nie wolno, powiedział Stanisław, bo psy mogą być 
niebezpieczne! Trzeba wpierw wypróbować ich przychylność.

Stanisław rzucił im na ląd kilka szczupaków złowionych wczoraj po drodze. 
Okazało się, że psy były przychylne: zjadły ryby. Więc wolno nam było wysiąść. 

Stanisław, wciąż nieufny, ostrzegał mnie, żebym stał mocno na nogach i nie dał 
się przewrócić. Huskies szanowały tylko stojącego człowieka; leżącego uważały za 

wroga i natychmiast na niego się rzucały. Tak Stanisława uczyli doświadczeni 
ludzie.

Wysiadłem. Psy z radosnym szczekaniem doskoczyły do. ranie, ale ja do nich też 
zamaszyście. Pokrzykiwałem dobrodusznie i robiłem wrzaskliwą serdeczność, 

rubasznie, po ame-
118

skokach. Szczególnie rozpasane było największe psisko, czarny olbrzym o białym 
pysku, który chciał koniecznie położyć swe ciężkie łapy na moich ramionach. 

Mógłby mnie przewrócić. Wymykałem mu się, jak mogłem. W końcu wybuchowy osobnik 
odstąpił od tego rodzaju czułości i tylko przyjaźnie ocierał się o moje uda.

Lecz inne psy pozazdrościły mu tej przyjemności i nastrój nagle się zepsuł. 
Zazdrośnicy doskoczyli do olbrzyma, szczerzyli do niego kły i warczeli 

wojowniczo. Płowy kundel na czele. Skorzystałem z zamieszania i wycofałem się 
ukradkiem ku łodzi pilnie bacząc, by mnie żaden husky nie dobiegł z tyłu i nie 

obalił. Pamiętałem dobrze przestrogę Stanisława.
Moje odejście położyło koniec psim waśniom. Psiaki naraz uspokoiły się, zupełnie 

zobojętniały na naszą obecność, już nie chciało im się wylewać uczuć. Rozeszły 
się po okolicy, każdy za swoim interesem.

Przekonaliśmy się, że rybaka nie było w domu. Wyjechał zostawiwszy swe psy.
Stanisław odkrył niedaleko chaty mnóstwo czarnych borówek, wielkich prawie jak 

wiśnie i rosnących w tak obfitych gronach, że zbieraliśmy je pełnymi garściami. 
Były słodkie i świetnie nam smakowały. Właśnie klęczałem nad nimi, gdy nagle z 

pobliskich krzewów wyskoczył pies i pędził do mnie. Nie zdążyłem powstać. Dopadł 
mnie przerażonego i wywrócił obuchem rozpędzonego cielska. Był to ów krewki 

czarny olbrzym z białym nosem. Lecz mimo iż leżałem na ziemi, nie okazywał 
wrogich zamiarów; przeciwnie, chciał igrać; poufale trącał mnie nosem i merdał 

przyjaźnie ogonem. Pogłaskałem go, a on skomlił z radości. Śmiejąc się w duchu 
pokazałbym najchętniej tę scenę Stanisławowi, zbierającemu opodal w gąszczu 

borówki. Jednakże nie chciałem mu sprawiać przykrości. Stanisław, zdaje się, 
niesłusznie posądzał psy huskies.

Miałem w kieszeni kawał kiełbasy przeznaczony na mój obiad.  Poświęciłem  ją 
naszej  przyjaźni,  dałem psu.  Snadź

119
"zadowolenia i Wdzięczności oczu.

Ruszyliśmy w drogę. Jezioro rozciągało się przed nami tak •wielkie, że drzewa na 
przeciwległym brzegu zlewały się w jeden cienki pas. Cisza panowała zupełna, nie 

było najmniejszego -wiatru. Stanisław dziś wszędzie widział strachy; tłumaczył, 
że zwodu a jest taka pogoda, że zatem bezpieczniej było płynąć wzdłuż brzegu, a 

nie najkrótszą drogą przez środek jeziora. Wydało mi się to znowu zbytkiem 
ostrożności. Jeziora miało liczne zatoki, wrzynające się głęboko w ląd, i gdyby 

płynąć ich zygzakami, zmarudzilibyśmy cały dzień na okrążaniu.

background image

—  Płyniemy w poprzek, przez środek jeziora! — powiedziałem z całą 

stanowczością. •— Wolę trochę ryzykować, niż nadkładać tyle drogi.
—  Nie podoba mi się ta cisza! — kręcił Stanisław nosem.

Cisza panowała idealna. Jesienne słońce pięknie przygrzewało, na lazurowym 
niebie nie było ani chmurki. Krajobraz kanadyjski jak wymarzony.

¦—• Płyniemy na przełaj! — postawiłem na swoim i chwyci łem za wiosło.
Stanisław kiwając głową i coś pomrukując wsiadł również do canoe. Odbiliśmy.

Często podziwiałem fotografie cichych jezior kalifornijskich, tak nieruchomych, 
że góry odbijały się w nich z niezwykłą ¦wyrazistością. Teraz spostrzegłem, że 

cisza była i na tutejszych jeziorach. Oto górzysty brzeg ze skałami i świerkami 
nad wodą i ten sam brzeg ze skałami i świerkami w samej wodzie. Widziało się w 

niej z niebywałą dokładnością najdrobniejsze szczegóły drzew, najmniejsze 
gałązki. Przedziwne to zwierciadło i przedziwna magia: gdy się wpatrzyć, świat w 

wodzie wydał się prawdziwszy i rzeczywistszy niż świat nad brzegiem. W to 
zaklęcie przyrody człowiek spoglądał z niemym podziwem, lecz równocześnie 

rozpruwał uroczy obraz dziobem swego
Stanisław tym razem miał, niestety, słuszność. Po przebyciu

trzech czwartych naszej drogi — do brzegu była jeszcze dobra mila — pogoda nagle 
się zepsuta, zerwał się przeciwny wiatr i zaczął bić z niepowstrzymaną siłą. 

Oszałamiająca rzecz, jak gwałtownie, niemal w sekundach, powstała burza i jak 
olbrzymie spiętrzała od razu fale.

Doświadczeni ludzie opowiadali groźne historie o dzikości tych wybuchów, a im 
jezioro mniejsze, tym podobno zapal-czywsze. Podczas gdy wielkie obszary wód 

potrzebowały zazwyczaj więcej czasu na rozhuśtanie się, małe jeziorka natych-
isiast wybuchały z największą wściekłością. Ludzie, oddaleni od brzegu nie 

więcej niż kilkadziesiąt metrów, często nie potrafili już dobić do lądu.
Taki to raptowny wicher — całkiem nieprawidłowy, bo na wielkim jeziorze! —• 

zaskoczył nas z daleka od brzegu. Nie było żartów. Całe szczęście, że wiatr 
walił prosto od przodu, a nis z boku. Wiosłowaliśmy w deszczu jak opętani, lecz 

poruszaliśmy się jak żółwie. Raz odwrócił się do mnie Stanisław i coś gniewnie 
wołał. Nie rozumiałem go, burza pochłaniała słowa. Wiosłowałem jeszcze silniej 

niż dotychczas.
Ostatecznie po nadludzkich wysiłkach dociągnęliśmy do brzegu, a tu już było 

lżej. Nie było takich fal i łatwiej dało się wiosłować. Wylądowaliśmy.
Lecz za pierwszym jeziorem ciągnęło się zaraz drugie.

—  Może zatrzymamy się tu na noc? — podsunąłem nieśmiało Stanisławowi. — Do 
jutra burza minie.

—  Nie! — odrzekł towarzysz warknięciem, nie patrząc w moją stronę. — Nie 
zatrzymamy się!

—  Byłoby tu nam nieźle — tłumaczyłem.
—  Za wcześnie na nocleg! >— obruszył się. — Płyniemy dalej! Tu mało paliwa.

Otaczały nas świerki, a o sto kroków od nas sterczało kilka suchych pni. Paliwa 
znaleźlibyśmy chyba dosyć. Tylko Sta-

120
121

Teraz z kolei on przybrał stanowczy ton i oświadczył nakazu jąco:
— Płyniemy dalej!

Dotychczasowa przeprawa przez jezioro zmęczyła nas setnie, ale nie sprzeciwiałem 
się, tym mniej, że ulewa ustawała.

Odległość między jeziorami nie była duża, mniej więcej sto pięćdziesiąt kroków. 
Przez portaż, jak tu nazywali takie miejsca, przenieśliśmy canoe i nasz dobytek 

i płynęliśmy dalej. Tym razem trzymaliśmy się blisko brzegu. Nadrabialiśmy 
drogi, ale za to łatwiej było wiosłować, kiedy las zasłaniał od wiatru.

Było to znowu wielkie jezioro. Po paru godzinach wyrastał przed nami półwysep, 
długą a cienką linią stający nam w poprzek drogi. Sięgał niemal do środka 

jeziora. W połowie jego rozciągłości jaśniała żółta, piaszczysta plaża. Przynęta 
zbyt wabiąca. Byliśmy zmordowani już na dobre. Miało się ku wieczorowi. 

Dotarliśmy do wydmy i założyliśmy obozowisko na noc. Przez cały dzień 
przebyliśmy mniej niż dziecięć mil: mało.

Stanisław rozniecił na piasku ognisko i przygotował wieczerzę, ja rozpiąłem 
namiot. Pas leśny, pokrywający środek półwyspu, chronił nas od wiatru. Szybko 

odzyskiwałem siły i dobry humor. Natomiast Stanisław coś przeżuwał, był zły i 
milczący.

Po kolacji wybuchł. Oświadczył, że zdobył więcej niż ja doświadczenia w lesie i 

background image

na wodzie, że lepiej znał przyrodę kanadyjską, że wiele nie brakło, a dzięki 

mojemu widzimisię i upartości leżelibyśmy teraz na dnie jeziora. Prosił 
grzecznie, lecz stanowczo, żebym uznał w przyszłości jego doświadczenie i lepszą 

znajomość spraw leśnych. Gorzka to była dla mnie pigułka, lecz zasłużona: na 
środku jeziora pieniły się w istocie niebezpieczne fale. Czułem się winny.

Wtem niespodziany wypadek przyszedł mi z pomocą. Dobiegł nas nagle z lasku 
trzask łamanych gwałtownie gałęzi i dyszący oddech pędzącego ku nam wielkiego 

zwierza. Zerwaliśmy
122

plażę —"CSf oCZOffl Wierzyc? — moj czworonożny poranny przyjaciel, olbrzymi 
husky z białym nosem. Uspokojony siadłem znów na ziemi.

— Na miłość boską! — krzyknął do mnie .przerażony Stanisław1'. — Natychmiast 
wstawajcie!

Lecz ja zaśmiałem mu się wesoło w twarz. Stanisław dosko-czyl z niepokojem w 
oczach i usiłował mnie podnieść przemocą. Tymczasem pies już dopadł i 

poszczekując wykonywał dziki taniec radości. Potem przywarł do moich nóg i 
wyznawał na psi sposób swoją przyjaźń. Stanisław spoglądał na to zdumiony, zbity 

z tropu.
Opowiedziałem mu poranną przygodę. Uśmialiśmy się obaj serdecznie. Psu także 

raźno było na duszy. Przemierzył do nas dobrych dziesięć mil lasami i przybył w 
sarną porę, żeby Stanisława ściągnąć z niebezpiecznych szczytów pewności siebie, 

i wywołać u nas wspólny, wesoły śmiech.
Czułem, że zdobyłem nowego przyjaciela.

29.   CZTK&Y  S1KŁAŁI DO WILKÓW
Niepokoiły i drażniły nas tajemnicze fale na jeziorze. Co je wywoływało? Nie 

wiadomo.
Przed zachodem słońca ustał burzliwy wiatr i woda się wygładziła. Na noc znów 

spłynął niezmącony spokój, taki sam, jaki był przed burzą. Stanisław poszedł do 
lasu. W powietrzu panowała cisza tak głęboka, że słyszałem z odległości stu 

kroków każde chrząknięcie towarzysza i każde trącenie gałązki.
Teraz widocznie ja lękałem się własnego cienia i szukałem dziury w całym: 

spokój, który tak szybko opanował przyrodę, wydawał mi się podejrzany. 
Powiedziałem o tyra Stanisławowi.

— Strachy na Lachy! — uspokajał mnie. — Pogoda się ustaliła.
•— Ha, jeśli tak, to dobrze.

Wraz z nastaniem ciemności wypełzł na wschodzie księżyc w pełni, czerwony i 
ogromny. Odbijał się w wodzie i kładł jaskrawą smugę od dalekiego, bardzo 

dalekiego brzegu aż do nas, prawie pod nasze nogi. Smuga ciągnęła się bez ruchu 
i była gładka jak samo jezioro.

Nagle spojrzeliśmy uważniej na wodę, w stronę księżyca. O pół mili od nas coś 
poruszyło nagle talię jeziora i spowodowało fale. Zdradzała to wyraźnie smuga 

księżyca, rozbijająca się na drobne, lśniące cząsteczki. Wiatru nie było. Jakiś 
nocny

124
żywiej.

Od strony, gdzie falowała woda, słychać było stłumiony odległością przeciągły 
okrzyk: uuuu.

—  Loon! — odrzekł Stanisław.
Loon to nurek, który nieraz wołał do późnej nocy. Bardzo możliwe, że to nurek 

buszował tam w wodzie. Lecz gdy odgłos rozległ się po raz drugi, Stanisław 
zmienił sąd: to jednak nie loon. Więc co? Natężaliśmy słuch, ale okrzyk już się 

nie powtórzył. Powierzchnia wody uspokoiła się i księżyc znów rzucał 
nieprzerwaną smugę poprzez jezioro. Cisza pokryła tajemnicę.

Husky, mój nowy przyjaciel, wywołał pomiędzy nami nową polemikę. Stanisław nie 
miał do niego przekonania i oświadczył, że tylko zły pies i nicpoń opuszcza swój 

dom i wałęsa się po puszczy.
—¦ Pies powinien być wierny i przywiązany do domu —-pouczał.

Stanisław to w gruncie rzeczy łagodna dusza, raczej ustępliwa, ale już go 
poznałem: jak sobie coś wbije w głowę, to nie tykać go. Poznałem go, a czemu 

mimo to wdałem się z nim w te całkiem niepotrzebne poswarki?
—  Mój husky jest wierny! — stanąłem w obronie psa.

—  Wierny? Taki cygan? — westchnął zgorszony towarzysz.
—  Właśnie, że wierny — potwierdziłem. — Wierny przyjaźni sawartej dziś ze mną. 

Dlatego" przybiegł do naszego obozu, bo czuł tu przyjaciela...

background image

Stanisław pokiwał na to głową i milczał. Chciałem mu jeszcze powiedzieć, że 

zamierzam nabyć psa na własność, ale na szczęście opanowałem się i umilkłem. 
Przecież to dyrdymałki, a tymczasem otaczał nas najwspanialszy krajobraz 

kanadyjski i ja, marnotrawny, nie postrzegając tego, gubiłem jego urok.
Nadeszła pora na spoczynek. W obszernym namiocie starczyło miejsca na czterech 

ludzi, e nas było tylko dwóch. Trzecia istota — to pies. Husky cichutko wlazł do 
namiotu i przy-

125
wzrokiem.

—  Nie! — Stanisław sprzeciwił się. — W namiocie śpią
tylko ludzie!

Czy miałem znów podjąć rękawicę i wykłócać się o psa?
—  Szanujmy dobre zwyczaje — napominał towarzysz. — Według kanadyjskiego 

zwyczaju psy muszą nocować na dworze.
Jak zwyczaj, to zwyczaj. Pogłaskawszy psa, wypędziłem go z namiotu. Zresztą 

inteligentne psisko zrozumiało słowa Stanisława i wyniosło się bez sprzeciwu.
Gdy układaliśmy się pod kocami, husky na dworze żałośnie stękał, sapał i 

mruczał. Zapewne nie w nos mu było takie niesprawiedliwe spanie, ale wnet 
zgodził się z psim losem. Śledziłem go przez szparę w namiocie i przekonałem 

się, że to wytrawny bywalec obozowy i spryciarz nie lada. Żarzące się resztki 
ogniska przysypał piaskiem i potem położył się na tym przypiecku, chroniącym go 

znakomicie od chłodu nocy.
Leżeliśmy. Sen jakoś nie przychodził. Zbyt wiele wzruszeń było tego dnia. Burza, 

przeprawa przez spienione jezioro, przedtem spotkanie z psami rybaka. Stanisław 
także nie spał.

—  Co to mogło być? — odezwał się ni stąd, ni zowąd.
—  Co takiego? — spytałem.

—  Poprzednio, ten głos z daleka.
—  Może nurek?

Ale Stanisław już nie odpowiadał, zmorzony snem. Mnie
lównież kleiły się powieki.

Spaliśmy już na dobre, gdy nagle wybiły nas ze snu odgłosy z lasu. W mig 
wytrzeźwieliśmy. Słychać było dwu-, trzykrotne przeciągłe wycie, to samo co 

poprzednio: uuuu. Ponure, zgłuszone i bliskie już, bo dosłyszalne poprzez płótno 
zamkniętego namiotu. Stanisław gwałtownie podniósł głowę.

— Teraz wiem, co to jest! — szepnął. — Wilki! Są blisko.
Wstrzymując oddech zamieniłem się cały w słuch. Lecz żaden odgłos z lasu nie 

dochodził. Natomiast pies nasz przed
126

""-¦"ZZ' Wilki przyszły""śladami psa!""1—' oświadczył mój towarzysz. — Gdzie są 

strzelby?
—  Pod wezgłowiem.

Pomacaliśmy w ciemnościach, znaleźliśmy. Dwa pięciostrza-łowe, automatyczne 
remingtony. Ostrożnie rozwiązaliśmy wejście do namiotu.

Księżyc wzbił się tymczasem wysoko na niebo i srebrną poświatą rozjaśniał 
okolicę. Tuż przy samym namiocie pies, warczący bezustannie, czaił się 

przywarłszy do ziemi. Ślepia wbijał w najbliższy punkt na skraju lasu; patrzył 
na grupę kilku, stojących obok siebie jodeł. Od drzew oddzielała nas plaża, 

szeroka na sześćdziesiąt kroków. Lecz daremnie gąszcz przeszywaliśmy wzrokiem. 
Nic podejrzanego nie było widać.

Jasny przed nami piasek i uśpione w ciszy nocnej drzewa składały się na obraz 
sielanki. Trudno uwierzyć, ażeby było inaczej. A jednak pies zachowywał się 

osobliwie i połyskując kłami nie spuszczał oczu z grupy jodeł.
—  Lornetkę — szepnął do mnie Stanisław.

Znalazłem w ciemnościach walizkę, szperałem w niej, wróciłem do Stanisława. Nie 
wychodząc spod cienia namiotu nastawiłem lornetkę na las i wyraźnie widziałem po 

kolei: pień i jodły, część kamienia, suche gałęzie, siną kępę trawy, znów jakiś 
pień, krzak dzikiej wiśni, potem jakąś płową masę — czy to zwierz? — nie, to 

krzak. A wtem spod dalszego pnia padł znienacka lśniący blask niby błędny płomyk 
i zaraz zgasł. Spojrzałem dokładniej — wilk! Na chwilę znów zapaliły się jego 

ślepia. Rozpoznałem łeb, bark, łapy. Stał jak z kamienia wykuty. Nieruchomo 
patrzył w naszą stronę.

Gdy lornetkę podałem Stanisławowi, gołym okiem widziałem wilka znacznie gorzej i 

background image

raczej domyślać się musiałem jego zarysów. Wskazałem go towarzyszowi i 

odbezpieczyłem re-mington.
—  Widzicie go? — spytałem szeptem.

—  Widzę.
12?

—  Czy mogą się rzucić na nas? Stanisław nie był tego pewny:
—  A skąd ja wiem? Miewają różne zachcianki... Zależy, ile ich tam...

Odjął lornetkę od oczu i ruchem głowy wskazał na psa:
—  Na niego pewnie polują.

—  Czy sądzicie, że mogłyby się porwać na niego?
—  Tu przy namiocie chyba nie... Tam dalej w lesie — tak... Wilk wciąż 

nieruchomo stał w tym samym miejscu, nie
spuszczając z nas ślepi.

—  Strzelajcie pierwszy — mruknął towarzysz. Złożyłem  się,   nabrałem   w  
płuca  powietrza,   poszukałem

okiem muszki. Jakże niewyraźny cel! Ściągnąłem cyngiel. Szarpiący huk. Smuga 
ognia przed lufą.

W lesie naraz gwałtowny skok i zamieszanie. Trzy, cztery cienie uciekały 
panicznie wśród podszycia, szare na szarym tle. Wtem ogłuszył mnie strzał 

Stanisława. Jakiś ruch w dalszych krzakach; strzeliłem drugi raz. Stanisław 
także. Potem był już koniec. Wilki znikły. Nawet nie było ich słychać.

Za to teraz dopiero powracało z różnych brzegów jeziora echo wystrzałów. Dudniło 
nad wodami, pomnażało się, rozpryskiwało, kołatało, słabło; potem gdzieś w 

dalekiej zatoce od nowa rozbrzmiewało, potężniało, grzmiało, opadało. Tłoczyły 
się różne echa, odbijały się od siebie, znów spływały: jakaś zawracająca wciąż, 

czarodziejska, złudna kanonada. Gdy wreszcie umilkła, grobowa cisza zaległa 
jezioro i las. Dzwoniło mi tylko w uchu.

Staliśmy jeszcze z bronią w ręku. Stanisław rozglądał się i nagle zawołał:
—  Gdzie pies? Nie ma psa!

I zwrócił się do mnie wzburzony:
—  Widzicie, co za bałwan?! Pobiegł za wilkami. Rozszarpią go.

Nie rozszarpały. Jak kilka godzin temu, zbliżał się w lesie
128

...Zaszliśmy drogę starszemu Indianinowi o długich, zwisających włosach i 
wydatnym brzuszku, nieco zbyt obfitym jak na potomka sławnych wojowników... (s. 

89)
...Opowiadał mi stary Zagiewicz z Macazy, zawołany myśliwy... (s. 147)

y ZateffiTÓ'Tafb'd:' wał przeciwnika.
W jeziorze spłukałem z niego brud i farbę. Łapę husky sam sobie wylizał. 

Stanisław patrzył na niego przyjaźniej i wyraził się z uznaniem:
— Co prawda, to prawda. Śmiały jest, szelma.

Zabraliśmy psa do lasu, by przekonać się o wynikach strzelaniny. Niestety, 
żadnych śladów: ani wilka, ani farby. Wszystkie cztery strzały chybiły.

Roznieciliśmy ognisko, sparzyliśmy herbatę, przetrawiliśmy przygodę Potem 
wróciliśmy do namiotu i położyliśmy się spać

Ostatni wtłoczył się do środka chyłkiem, cichaczem, po zło-dziejsku — pies. 
Poczuwał się przy tym do winy, bo łypał podejrzliwym ślepiem w stronę 

Stanisława, tamował ze strachu oddech i natychmiast zwinął się u moich stóp w 
kłąb tak mały, że aż dziw brał, gdzie podziało się całe ogromne cielsko.

Teraz nikt go nie wypędzał. Dobry kanadyjski zwyczaj poszedł w zapomnienie.
Najpierw zasnął Stanisław, potem pies, w końcu ja Na piasz czystym brzegu 

wielkiego jeziora kanadyjskiego dwaj mężczyźni i jeden pies spali w rzetelnej 
harmonii pod wspólnym namiotem.

W roku 1891 urodził się Stanisław Szyszka, syn włościanina z Nowej Wsi, w 

powiecie krotoszyńskim, w Poznańskiem.
Jako siedemnastoletni wyrostek wyjechał do Kanady — został górnikiem, pracował w 

kopalniach prowincji Ontario.
W roku 1914 — miał właśnie 23 lata — towarzyszył jesienią na polowaniu 

dyrektorowi kopalni w Cobald, w której dawniej pracował. Płynął z nim rzeką 
Hurricane na północ i nocował na nieznanej wyspie jeziora Kenawisek. Nocą 

dręczyły go niespokojne sny. Zajechali tu późnym wieczorem, ledwo był czas na 
rozbicie namiotu; potem ściemniło się. W nocy nagle Szyszka uprzytomnił sobie 

wygląd wyspy; zerwał się z posłania, majaczył. Przy świetle księżyca gorączkowo 

background image

biegał dokoła obozu. Skoro świt, zbudził dyrektora i zaproponował mu wspólny 

interes.
—  Zostaniemy milionerami! — wołał. — Na tej wyspie musi być złoto!

Dyrektor patrzał na Szyszkę jak na kiepskiego wariata, uśmiechnął się i wycedził 
spokojnie:

—  Wełl, gadasz głupstwa: źle spałeś!
Szyszka zaklinał się, że wie, co mówi. Prowadził Yorecka — tak bowiem nazywał 

się jego towarzysz — do miejsca, gdzie najwyraźniej z ziemi wyłaniała się skała 
kwarcowa. A wiadomo, że w takich żyłach kwarcowych było złoto.

139
.Cli QO UUUZ.U.'

A Szyszce1 trzęsły się ręce z podniecenia.
—  Będziemy bogaci, su, tu leżą krocie... Złoto...

—  Uspokój  się i nie wariuj!  Krocie czy nie krocie,  idź sobie z nimi do 
diabła i nie 2awracaj mi głowy! Przygotuj lepiej śniadanie!

—  To pan nie chce brać udziału w tym złocie? — Szyszka nie ukrywał swego 
zdumienia.

—  Nie, nie chcę! — rozzłościł się Yoreck. — Ja chcę strzelać łosie!... Sam 
załóż claim, działkę, i zatknij sobie kołkami!

Szyszka przygotował śniadanie, zatknął na wyspie nie jedną działkę, lecz trzy, 
natomiast dalej na łowy nie płynął. Pożegnał się i wrócił do Timmins, do swoich.

W następnym roku, 1915, wczesną wiosną — jeszcze kra rozbijała się na rzekach — 
Szyszka płynął znów na północ. Z nim kilku zapalonych wąsali. Było ich razem 

sześciu: obok Szyszki jego brat Piotr, dalej Andrzej Bałach, Stanisław Hejdysz, 
Wojciech Janiec, Pluta. Sami górnicy z kopalni złota w Timmins i sami swoi, 

sprzysiężone chwackie wiarusy spod Krotoszyna. Do spółki należało jeszcze pięciu 
innych, ale tamci na razie pozostali w Timmins.

Szóstka ledwo pomieściła się w trzech łódkach obok zapasów żywności, łopat, 
kilofów i dynamitu. Płynęła po złote runo, wierzyła v; Szyszkę.

Przed świtem śmiałkowie opuścili mieścinę Amos, wieczorem wylądowali na wyspie. 
Umilkli i tylko spozierali. Wyspa, obejmująca blisko sto pięćdziesiąt hektarów, 

była pokryta lasem świerków, przerywanym tu i ówdzie małymi moczarami lub 
skalistym podłożem.

—  Mówcie, do cholery! — powstał Szyszka na przyjaciół. ¦—• Jest złoto, no co?
—  Ano, spróbujma! — rzekł Andrzej Bałach i pierwszy uderzył oskardem w skałę.

Przez miesiąc, od świtu do zmierzchu, sześciu zatraceaców kopało ziemię w pocie 
czoła, wyrywało korzenie drzew, rozbi-

••                                                                               
131

ani
W kilku miejscach odkopywali żyły kwarcu, wżerali się w głąb ziemi, rozsadzali. 

Ale kwarc był jakoś jałowy, ani śladu złota. Trudno poruszyć koło fortuny.
Deszcze pada|y, komary dokuczały dniem i nocą.

—  Adyć jest! "<*-»- zawołał nagle jeden z nich.
Nie, złota nie było. Były tylko ślady miedzi i niklu. Ale gdzie te minerały, tam 

i złoto być powinno.
Tymczasem rzucił śię na śmiałków i zmusił ich do ucieczki niezmożony wróg: 

komary. Czarne chmary komarów. Ludzie uciekli z wyspy. Nie znaleźli złota, ale 
nie tracili otuchy. Wierzyli w jego istnienie.

Przez cały czas nie było między nimi kłótni. Wracali do normalnej pracy w 
Timmins.

Rok 1916. Wiosną znowu płynęli, na wyspę. Tym razem byli wszyscy: cała 
jedenastka. Szukali dalej. Znajdowali nowe żyły kwarcu, wyjątkowo wiele ich 

było. Najtęższą, dochodzącą do trzech stóp grubości, rozwalili dynamitem.
Wtedy rozległ się chrapliwy okrzyk Antoniego Drygasa:

—  Złoto! Jest złoto!
Wszyscy doskoczyli. To nie była złuda. W rozbitej skale tkwiło złoto. Tu, tam, w 

szczelinach i w szparach błyszczało od złotego pyłu. Niewiele tego, ale był! 
Wiara ich i upór odniosły pierwsze zwycięstwo. Wszyscy dokazywali jak dzieci, 

zataczali się jak pijani, a najwięcej Szyszka. Chwytali go za bary i tarmosili 
pełni wesołego uniesienia.

—  Zostaniesz milionerem, Stachu! — krzyczeli mu do ucha.
—  A zostanę,  żebyście wiedzieli!  — odkrzykiwał im. — Razem z wami.

—  Ale kto będzie ci nosił walizki? .:— Nie bójta się, znajdą się tacy!...

background image

W tym szczęśliwym dniu świętowali, dopiero nazajutrz podjęli pracę. Od nowa 

wytężoną i celową pracę: nie zaniedbując dalszych poszukiwań wznieśli dwie mocne 
chałupy, na spanie i na kuchnię.

132
"• 1"---------

gowały. Lecz nic naszym już nie groziło. Każdy miał bfzy sobie strzelbę lub 
rewolwer, a wyspa była ich prawną własnością. Wystarał się w urzędach o prawo 

eksploatacji Szyszka, wielki spryciarz, chwacki łeb, ich głowa.                  
|

Znów tygodniami ani śladu złota, ale potem natrafili w żyle na czarną skałę, tak 
zwany tumalin, i już wiedzieli, co to znaczyło: gdzie występuje tumalin, tam 

wiele złota. Teraz każdy nawet gołym okiem odkrywał złoty proch w bryle 
tumalinu.

Szyszka wskazując na wyspę mówił przez zaciśnięte zęby, jakby na zaklęcie:
—  Tu jest złoto!

—  Będzie pewnie ze dziesięć tysięcy dolarów! — oceniał Wojciech Janiec drżącym 
ze wzruszenia głosem,.

—  Za sto tysięcy! — poprawił go chełpliwie Szyszka. I on się mylił: było za 
miliony.

Plaga komarów stała się znów nieznośna. Po dwumiesięcznej pracy na wyspie — 
odpłynęli. Przez cały czas nie było kłótni.

Odpływali pełni otuchy, ale bez złota. Trudno było poruszyć koło fortuny.
Tego roku jeszcze założyli w Tirnmins spółkę akcyjną: Siscoe Syndieate. 

Rozebrali między sobą większość akcji, resztę sprzedali publicznie po wysokiej 
cenie: ogół wiedział już o odkryciu i ubiegał się o udział i akcje.

Rok 1917. Za zdobyte pieniądze kupili maszyny <5o wydobywania i kruszenia skały 
kwarcowej, kotły parole, świdry, dźwigi. W maju zawieźli je na wyspę i teraz na 

serio dobierali się do skały. Huk wybuchów i zgrzyt maszyn, H-ys tras żyły łosie 
z okolicznych lasów. W krótkim czasie doby14 n» dzienne światło całą żyłę jedną, 

drugą, trzecią. Nad zierU^ r^ty §óry skalistego złomu, zawierającego w wysokim 
st^i^u  złoto.

Już nie byli sami. Ażeby sprawniej działać, z0o(W* ^P stałej pracy czterech 
Francuzów jako drwali tlo   "w*1*a  lasu

133
pewnili sobie regularną dostawę mięsa łosi.

Nieostrożny palacz wzniecił pożar. Chałupy i cały ich dobytek zginął w 
płomieniach z wyjątkiem maszyn i szopy z narzędziami.

— Dobra nasza! — wołają bez żalu. — Teraz postawimy budynki, że ha!
I zbudowali wielką chatę do spania na piętnastu chłopa, solidną kuchnię oraz dom 

na biuro. Kopalnia zdrowo się rozrastała.
Piętrzyły się góry złotodajnego złomu'. Wiedzieli górnicy, że byli na drodze do 

bogactwa. Wypadało tylko rozemleć kamień i z miału chemicznym procesem wyciągnąć 
złoto. Ale to na później. Zaszła w nich zmiana, ucichli, przyczaili się, zaczęli 

być podejrzliwi wobec siebie, stali się bogaci.
Opuszczając jesienią wyspę obliczali, ile zarobią. Jedni marzyli o własnych 

przedsiębiorstwach w mieście, inni o farmie z licznym inwentarzem. Wrócili do 
Timmins i przez całą zimę pracowali znów jako robotnicy w kopalniack.

Rok 1918. Jeszcze pod koniec poprzedniego roku przyjechał Samuel Milkman z 
inżynierem geologiem, kazał mu zbadać wartość kopalni i za wyspę ofiarował 

dwadzieścia tysięcy dolarów. Śmiali się z niego i odmówili.
Po kwartale przyjechał znowu Milkman i zaproponował im osiemset pięćdziesiąt 

tysięcy dolarów, a mianowicie 150 000 gotówką, resztę udziałami w kopalni. 
Odkryte bogactwo przekraczało ich siły; ażeby zemleć złom i wypłukać z niego 

złoto, potrzeba było wielkiego kapitału. Oni go nie posiadali. Więc kopalnię 
sprzedali Milkmanowi, a sami, już tylko jako najęci robotnicy, pracowali w niej.

Obok innych robotników pracowali przez wiosnę, lato, jesień. Niestety okazało 
się, że Milkman wywiódł ich w pole. Nie tylko nic nie dostali tytułem umowy za 

kopalnię, ale ani grosza za półroczną pracę. Kupiec, niezdolny wypełnić warunków 
umowy,  wycofał się i uciekł. Kopalnia wróciła do

134
Nagle nie wiedzieli, co począć z tym bogactwem na wyspie. Wyspa opustoszała na 

całe lata, nikt tam nie zaglądał, maszyny rdzewiały. Cały dotychczasowy trud 
szedł na marne. Złota było w bród, o tym wszyscy wiedzieli, ale było nieuchwytne 

dla jego odkrywców.

background image

Ongiś w Kalifornii i później w Klondike złoto leżało ziarnami i bryłami w piasku 

i każdy biedak pracą własnych rąk mógł uzbierać majątek, gdy miał szczęście. We 
wschodniej Kanadzie odkrywano znacznie bogatsze pokłady złota, lecz w twardej 

skale, którą kruszyć można było tylko skomplikowaną maszynerią. Najtańszy młyn 
kosztował dziesięć tysięcy dolarów i wymagał drogich zabiegów. Złoto wschodniej 

Kanady dostępne było tylko dla wielkiego kapitału.
Z rozpaczą i osłupieniem spoglądali na swe nie dokończone dzieło bezradni 

górnicy spod Krotoszyna, bogaci, a biedni. By nie cierpieć głodu, pracowali znów 
w obcych kopalniach i liczyli na spryt Szyszki.

Mijały lata. Szyszka, łeb tęgi, bystry i nie od parady, przeobrażał się w 
Siscoe, amerykańskiego businessmana. Siscoe to twarda pięść, giętkie sumienie, 

bezwzględna szczęka, przenikliwe oko, zimny rachunek i chorobliwa ambicja, 
prowadzą ca do celu poprzez trupy: amerykańska ambicja Rockefelle-rów i 

Vanderbildtów. Siscoe przyciągnął pieniądze ze Stanów Zjednoczonych i stworzył w 
roku 1923 towarzystwo akcyjne Siscoe-Gold-Mine z kapitałem jednego miliona 

dolarów, kapitałem podniesionym w następnym roku do trzech milionów dolarów, a 
później do pięciu milionów.

Towarzystwo zbyło dziesięciu Polaków ochłapem, dając im po dwadzieśteia cztery 
tysiące dolarów, jedną trzecią gotówką, resztę w papierach. Natomiast jedenasty 

Polak, Siscoe, zrobił karierę i został dyrektorem kopalni. Kopalnia później 
odebrała kilku Polakom akcje i już im nic nie zwróciła. Narzekali na podstęp, 

prosili, zaklinali, wreszcie skarżyli. I kopalnię, i Szyszkę. Proces trwał całe 
lata, zanim go Polacy wygrali

To ich coraz bardziej "W szary Kąt, i nrniony, Które um odkryć, płynęły już w 
innym kierunku.

Złota była nieprzebrana miara. S. A. Siseoe-Gold-Mine w roku 1929 postawiła młyn 
i od tego cza<su wyprodukowała złota ogółem za przeszło trzydzieści milionów 

dolarów. W roku 1937 produkcja roczna doszła do przeszło dwóch i pół miliona 
dolarów, by później nieco opaść. Lecz na wyspie z nieprawdziwego zdarzenia 

górnicy odkrywali coraz to nowe żyły, złotonośne pasy falowały wszędzie, 
nurtowały wyspę, krzyżowały się, wnikały głęboko pod jezioro, nie widać było ich 

końca. Człowiek dotarł do tysiąca metrów pod powierzchnię ziemi.
Na Siscoe-Gold-Mine bogacili się Amerykanie, Anglicy, Niemcy, Szwedzi, Francuzi 

i jeden Polak. Nie bogacili się tylko ci, którzy odkryli złoto i pierwsi zaczęli 
je wykopywać.

A Szyszka? Rósł, wybijał się, tworzył potęgę. Przerastał wnet Siscoe-Gołd-Mine, 
zakładał nowe towarzystwa, zdobywał miliony, tracił miliony, znów ja odbijał. 

Rodził zuchwałe pomysły, ziszczał niezwykłe plany. Nie znał wytchnienia, pędziły 
go wariackie, niebosiężne ambicje. Dokąd? Sam nie wiedział. Chorobliwie łakomy 

na zysk, sprawiał czasem wrażenie obłąkańca. Niewolnik pieniędzy, nie znał już 
uciech zv/ykłego życia. Pałał żądzą czynu, kochał ruch dla ruchu — Amerykanin 

Siscoe.
Gdy niemiecki pisarz i podróżnik, Colin Ross, zwiedził około 1930 roku Kanadę, 

uważał za konieczne poznać sławnego Siscoe. Uzyskał posłuchanie w Amos. W 
przedpokoju busińessma-na czekało kikunastu petentów i odkrywców nowych min 

złota. Ross znalazł to, czego oczekiwał: ciekawą indywidualność.
W kwietniu 1935 roku Siscoe zginął tragiczną śmiercią. Leciał samolotem w 

poszukiwaniu nowych terenów złotodajnych. Maszyna -wskutek uszkodzenia motoru 
musiała lądować w głuchej puszczy i szczęśliwie dokonała tego na wodzie 

zamarzniętego jeziora. Zniecierpliwiony Siscoe nie chciał czekać na odsiecz 
ratunkową i postanowił sam przedrzeć się piechotą do osiedli ludzkich, lecz 

zbłądził pod drodze, padł wycieńczony
nefeYfg, o sto pięćdziesląl mil od rzeki Hurflćang I    y której przed 

dwudziestu przeszło laty niepokoił go w noc księżycową inny, brzemienny, twórczy 
sen.---------

Rzeka Oscelsnoe, na której byliśmy, płynęła w tym samym okręgu Abitibi, przez 
który toczyła się rzeka Hurricane. Na wielu wyspach rozciągały się skaliste 

podłoża i przez te skały przechodziły dziwne, pasiaste warstwy, rzekłbyś: żyły. 
Na tych żyłach rozbijaliśmy obozy i nocowaliśmy. Jednak nocą mi nie dręczyły nas 

niespokojne złote marzenia Śniliśmy o łosiach.
136

Tutejsza puszcza oszałamiała swą bezbrzeżną, pustą przestrzenią. Był to mocny 
narkotyk. Była to potęga fantastyczna, zniewalająca, nieprzebrana. I 

niebezpieczna.

background image

Płynęliśmy już trzy dni od stacji Oskelanoe, a wciąż jeszcze nie widzieliśmy po 

drodze żadnego człowieka, natomiast co krok podziwialiśmy widoki coraz bardziej 
nęcące. Od czasu do czasu uświadamiałam sobie: gdyby woda za miesiąc nie 

zamarzła, moglibyśmy tak płynąć w kierunku północno-zacho-ćnim przez calusieński 
rok i co kwadrans podziwiać nowy, bezludny krajobraz. Bogactwo wrażeń 

oszałamiające i — powtarzam — niebezpieczna.
W przeddzień wyjazdu z Montrealu czytałem w gazetach o dwóch wypadkach. Jakiś 

drwal nad Jeziorem Sw. Jana w prowincji Quebec zbłądził w lesie, przez pięć dni 
szukał daremnie wyjścia, aż przypadkiem odnaleźli go ludzie. Biedak stracił 

rozum i bredził jak pijany. Ciężko chorego umieszczono w sanatorium.
Drugi notowany w tym miesiącu wypadek: dwóch spokojnych strażników leśnych, 

wypróbowanych przyjaciół, pełniło od szeregu miesięcy służbę na wysuniętej 
placówce w bezludnym lesie nad rzeką Nottaway. Pewnego dnia pokłócili się o 

jakiś drobiazg i jeden drugiego zastrzelił. Zabójca nie umiał przed sędzią 
wytłumaczyć powodu swego postępku; twierdził tylko, że nie pił, a jednak czuł 

się nieprzytomny w chwili,
133

Północna puszcza pochłaniała rocznie pokaźną ilość ludzi zabłąkanych. Nawet 
myśliwi, od lat obyci z życiem, leśnym, doznawali niekiedy zaćmienia umysłu i 

zatracali na przykład poczucie kierunku. Był niedawno traper, podobno jeden z 
wytrawnie jszych, który na skutek osobliwego pomieszania zmysłów wędrował 

tygodniami na północ zamiast na południe, idąc niechybnie ku śmierci głodowej. 
Tylko przypadkiem samolot odkrył go i uratował.

Największą zmorą Północy była samotność. Prawie każdy traper, przebywający przez 
kilka lat w lasach baz towarzysza,, dziwaczał i takich cudaków często tu się 

spotykało. Szczególnie uciążliwe dla samotnych ludzi były zimowe miesiące, kiedy 
nawet zwierz rzadko wychylał się z kryjówek, a jedyny żywy dźwięk, jaki człowiek 

słyszał to własne kroki i własny głos. Kto wtedy nie był prawdziwym człowiekiem 
lasu, mocno tam zakorzenionym, zupełnie zżytym z przyrodą i wszelkimi jej 

zasadzkami, temu cisza i pustka wświdrowywały się w nerwy i gotowały groźne 
niespodzianki.

Zdawałoby się, że łatwy na to środek: dobrać sobie towarzysza. Lecz wielu 
kresowców Północy nie znosiło towarzystwa. Stronili od ludzi, ba, nie lubili 

ich, a zetknąwszy się z nimi,. tracili równowagę i popełniali głupstwa.
I jeszcze zdawałoby się, źe łatwo uniknąć tego piekła: po prostu uciec z 

Północy, nie wracać do niej, bezpiecznie żyć aa południu w okolicach 
zaludnionych. To okazywano się także niemożliwe. Kto raz rzetelnie poznał smak 

życia na Północy, życia pełnego wszelkich cierpień i wyrzeczeń, ale zarazem 
nieograniczonej wolności i męstwa, ten już przepadł: nie oderwie się od niego, 

pozostania mu wierny do końca. Gdyby odszedł z Północy, tęskniłby i wrócił, 
zawsze wróciłby. Owa tęsknota za Północą była również jakąś chorobą.

Co rok Kanadę zelewała powódź powieści, romansideł i nowel, których akcja 
rozgrywała się na Dalekiej Północy. Naśladowców Londona był legion. Romantyka 

Far Westu sprzed
I przestrzeni by i poarozem i osią lycn utworów. we"wszysmcn prawie wątkach tak 

się działo, że dziarski, młody Tom czy Jack gonił przez tysiące mil swe 
szczęście w postaci uroczej Alice czy Liłian, pokonywał po drodze moc 

uciążliwych przeszkód, jakie mu stawiała przyroda, w końcu kładł na obydwie 
łopatki łotra spod ciemnej gwiazdy i oddawał go policji, bogdankę zaś nad 

Jeziorem Wielkiego Niedźwiedzia czy Athabaska porywał w męskie objęcia i tulił 
do serca. I on, i ona byli w znakomitej formie ciała, ducha i kostiumu.

Niestety, ja w taki kappy end nie wierzyłem. Połowa zakochanych Tomów na pewno 
nie wytrzymałaby tysiącmiłowej gonitwy przez puszcze kanadyjskie, załamałaby się 

po drodze, machnęła ręką i wróciła bez Lilian. Zuchowaty przystojniak z miasta 
musiałby niechybnie zabłądzić i zginąć marną śmiercią, co autorowi dałoby może 

sposobność do dramatycznego opisu, ale w diabły poszedłby happy end. A dobrze 
zakończyć się musiały owe powieści, to grunt.

Więc o tym powieści i nowele milczały, nie podawały, jakie spustoszenie poczynił 
w duszy Toma narkotyk przestrzeni.

Bo narkotyk ten istniał i działał. Najwyraźniej działał. Czułem to po sobie w 
trzecim dniu naszej jazdy. Brzegi niby wciąż te same, te same skały, świerki i 

powierzchnia wody, a przecież stało się coś nowego. To już nie zwykłe 
krajobrazy. Czasem wydawało się, że od brzegu szły na nas tajemnicze promienie; 

że oto wdzierały się nam w nerwy i w mózg; wpływały na tok myśli, zastrzykiwały 

background image

do krwi osad, nie wiadomo: trujący czy odżywczy — w każdym razie osad 

oszałamiający.
Rytmicznie zanurzaliśmy w wodę wiosła, canoe sunęło chyżo naprzód. Lecz czasem 

wkradało się podejrzenie — złuda aż dotkliwa w swej natarczywości —¦ że to my 
staliśmy w miej-scu, a obok nas posuwał się brzeg, mijały drzewa, zatoki, płynął 

cały świat.
Przedziwny rytm wioseł: tysiące razy zanurzaliśmy je w wodzie i tym samym 

precyzyjnym ruchem tysiące razy napinaliśmy mięśnie. Tysiące razy wciągaliśmy 
głęboko w płuca po-

140
y   MOZe Siąu pu<Jii.uu.Lii uauuiiai  oi± i uuuujigiuu j^wu^u

wość? Bo skądże u nas ta chętka do zwady o byle co?
A może to tylko zwykłe przemęczenie i dlatego podlegałem widziadłom? Przez kilka 

godzin ostatniej nocy nie spaliśmy, bo pokazały się wilki. Ale to przecież fakt, 
a nie złudzenie, że przez trzy dni nie widzieliśmy żadnego człowieka. 

Zdumiewający fakt.
I to fakt: obok nas zerwała się czapla. W powolnym locie szybowała nisko nad 

naszymi głowami, widzieliśmy dokładnie pióra i każdy szpon. Wymachiwałem do niej 
ręką. Ptak oczywiście musiał nas też zauważyć. Mimo to nie leciał dalej niż 

pięćdziesiąt kroków, siadał spokojnie na kamieniu i pozostawał tak w 
niezrozumiałej, niepojętej beztrosce.

Obojętność jej, niezdawanie sprawy z niebezpieczeństwa miało w sobie coś 
niesamowitego: czułem się jak gdyby przeniesiony w inny świat, do innego 

wymiaru. Wywoływało to niezwykłe skojarzenia.
—  Patrzcie, Stanisławie — ponosiło mnie. — Czapla nie zna dzisiejszego 

tyranosaurai
—  Tyranosaura? Co to za bies? — pytał Stanisław.

W rozochoceniu wypadłem z rytmu wioseł i straciłem kilka uderzeń.
—  To największy z drapieżników, jakie kiedykolwiek łaziły po tej ziemi. Ale 

nie, nie największy! Ten dzisiejszy, ho, ho, to jeszcze gorszy niż tamten. Po 
prostu człowiek...

—  Bluźnicie — gorszył się Stanisław.
—  A ten dawniejszy, sprzed pięćdziesięciu milionów lat, był paskudnym potworem 

i należał do panującego ongiś rodu dinosaurów...
_ Ech — rzucił towarzysz z ironią. — Pięćdziesiąt milionów lat?  Tak długo  

świat nie istnieje...
Gdy do czapli podpływaliśmy na piętnaście, dwadzieścia kroków, wzbijała się 

leniwie i po kilku uderzeniach skrzydeł opadała na błotnistą łąkę. Nie, na pewno 
nie znała jeszcze człowieka.

nas. Chyba zwariował! Zbliżał się niebezpiecznie do naszych głów, następnie 
podrywał się wysoko w powietrze, by za chwilę ponowić atak z góry. Rzucał się w 

ten sposób kilka razy. Widocznie uznał nas za jakieś potulne zwierzęta, 
nieświadomy tego, co mu groziło. Więc i on nie znał człowieka? W końcu 

zaprzestał napaści w sam czas, by nie zginąć z naszej fuzji.
Jeziora, wyspy, zatoki, nowe jeziora, półwyspy, rozlewiska; wielki, bujny chaos 

wody, ziemi, skał i lasu.
Mapy nasze były niezbyt dokładne. Gdy około południa wpłynęliśmy w labirynt 

jezior, straciłem orientację; przed nami zamykały drogę trzy zatoki i nie 
wiedziałem, która właściwa. Wybraliśmy w końcu środkową. Według mapy powinno 

było istnieć na północy ujście rzeki. W istocie znaleźliśmy ujście, lecz raczej 
na północnym wschodzie, zatem mapa nie dopisywała.

Wpłynęliśmy w tę rzekę. Spodziewałem się, że łożysko niebawem skręci ku północy, 
we właściwym kierunku. Tymczasem nie skręciło. Minęliśmy jedną milę, drugą milę; 

potem rzeka nieznacznie zmieniła kierunek na wschodni, potem nawet na wschodnio-
południowy. To trochę dziwne. Stanisław nagłe przestał wiosłować.

— Zbłądziliśmy! — oświadczył. — Niemożliwe, żebyśmy się dłużej tak kręcili.
Spojrzałem jeszcze raz na mapę. Licho nadało! Zbłądziliśmy rzeczywiście. Teraz 

widziałem. Trzeba było wpłynąć nie w środkową zatokę, lecz w tę po lewej 
stronie. Tam było wyjście na północ. Jakże się stało, że tego przedtem nie 

widziałem! A to wsypa! Wstydziłem się przed samym sobą i przed Stanisławem.
Przecież umiałem czytać mapy! Zżyłem się z nimi od dzieciństwa, pokochałem je i 

na nich budowałem swe światy. Nie poznawałem siebie, coś mnie od południa 
urzekło. Narkotyk puszczy.

142

background image

po południu wylądowaliśmy na noc w m sady można było nazwać rajskim ustroniem. 

Wyjątkowo zacisznie i miło rozpościerał się krajobraz nad jeziorem o 
pagórkowatych brzegach, naprzeciw trzech małych, lecz wysokich wysp, z widokiem 

na lasy zalane słońcem. Było przy tym ciepło.
Przed zachodem słońca wziąłem sznur z niklowaną błyszczką, zepchnąłem canoe na 

wodę i wypłynąłem na jezioro. W nieprawdopodobnie krótkim czasie, w ciągu 
jedenastu minut —•

—  patrzałem na zegarek — zdobyłem dostateczny zapas ryb na dzisiejszą kolację. 
Złowiłem trzy szczupaki, po jednym dla każdego z nas, dla Stanisława, dla psa i 

dla siebie.
Potem zawróciłem. Widziałem z daleka, jak Stanisław już wzniecał w obozie 

wysokie ognisko. Przyszło mi wtedy na myśl, że sprytny człowiek wymyślił sobie 
tysiące pięknych narzędzi

—  ot, chociażby canoe, strzelbę, błyszczkę, sznur, zegarek —
—  ażeby narzędziami i dowcipem swoim ujarzmić przyrodę. Ujarzmić? Dotykał 

człowiek zaledwie jej powierzchni i był przy tym nieporadnie ślepy i słaby, 
niezdolny wniknąć w to, co tkwiło głębiej. A głębiej tkwiła potęga o 

fantastycznych zgolą możliwościach i spiętrzonych kontrastach; trzy szczupaki w 
jedenastu minutach i — obłęd drwala znad Jeziora Sw. Jana; sielanka słonecznych 

krajobrazów, nagły wicher na jeziorze i — zabójczy strzał przyjaciela. Czy 
człowiek zrozumie kiedyś zawiłą łączność zjawisk tutejszej przyrody?

Podczas kolacji ściemniło się i usłyszeliśmy z daleka krzyk nieznanego stworu. 
Prawdopodobnie ptaka. Drażniło go nasze ognisko. Powoli się zbliżając wyrażał 

głośno swą podnieconą ciekawość. Krzyk jego, rzucany w naszą stronę, brzmiał jak 
trwożne pytanie: Co to? Co to?

Czy ptak znajdzie zadowalającą odpowiedź? Wątpiłem. I on nie zrozumie związku 
między zjawiskiem człowieka i otaczającą go przyrodą.

Kilkanaście szczupaków, złowionych dwa dni temu, zaczęło wieczorem mięknąć i 
psuć się. Więc wyrzuciłem je na piasek w pobliżu naszego obozu. Na to nie 

zgodził się Stanisław i kazał mi je ukryć głęboko w krzakach, ażeby wyrzuconych 
ryb nikt nie widział.

—  Dlaczego? — spytałem zdumiony.
—  Bo nie wolno tu marnotrawić darów przyrody i łowić bez powodu tyle ryb. Jest 

za to kara. Ludzie mogliby tu przypadkiem przejeżdżać, zobaczyliby szczupaki i 
stwierdzili po śladach nawet za miesiąc, że popełniliśmy przestępstwo.

—  I poznają, że to akurat myśmy byli?!
—  Tak, poznają, że to my! Ludzie tu wszystko wyczytają ze śladów, kto, co i 

kiedy robił! — oświadczył Stanisław nie bez przechwałki.
Wobec tego zgarnąłem szczupaki i zaniosłem je w głąb lasu.

Wtedy to właśnie, z nastaniem nocy, odezwał się tajemniczy zwierz. Najpierw 
bardzo daleko, po drugiej stronie jeziora. Potem krzyk jego słyszeliśmy coraz 

wyraźniej. Zbliżał się brzegiem wody, wzdłuż lasu. Wołał co kilka minut. Miał 
głos zniecierpliwiony, gniewny, a zarazem zdziwiony. Zdawał się pytać w naszą 

stronę: Co to? Co to?
—  Co to za stwór? — zagadnąłem towarzysza. Stanisław odwrócił twarz od ogniska 

i długo wsłuchiwał
144

waf sobie z" me] "pomyłki"
oszczędzając go odpłacałem pięknym za nadobne:

—  Znajomość tutejszej przyrody to sztuka niełatwa. Nie każdy zdolny ją 
ogarnąć...

Odpoczywaliśmy po kolacji, która dobrze nam smakowała. Wygodnie leżeliśmy na 
ziemi obok ogniska. Ziemia była sucha i niechłodna. Dokładałem opału do ognia.

Stanisław uśmiechnął się pobłażliwie, bynajmniej nie dotknięty:
—  Dogryzacie mi, bom uczciwy i nie chcę was bujać...

—  Aha.
—  Niezbyt trudno mógłbym warn nagadać, że to Ioon*albo jakowyś inny ptak, 

przyznajcie.
—  Przyznaję.

—  Ale po co mi łgać? Niepewny jestem, jaki to tam gałgan buczy, i szlus, co tu 
wiele gadać...

Obozowaliśmy nad samym skrajem puszczy, o kilkanaście kroków od brzegu jeziora. 
Było ciemno jak w worku, księżyc jeszcze nie wyszedł ponad lasy.

W takim nastroju, kiedy gęsty mrok oddzielał nas od reszty świata, a życie 

background image

zdawało się istnieć jedynie w wąskim kręgu ogniska, człowiek skory był do 

zwierzeń i chętnie snuł opowieści.
—• Jean Martin — przypomniałem sobie — ten by nam wszystko zaraz wyjaśnił. 

Chcecie posłuchać o nim?
I opowiedziałem o największym tropicielu wszystkich puszcz, o Jeanie Martinie. 

Był to kanadyjski Francuz, sławny coureur des bois, traper, o którym głośno w 
starych kronikach. Skory do wypitki i wybitki, do tańca, mniej do różańca, 

świetny gawędziarz, wesoły kompan, nieustraszony kamrat, lecz przede wszystkim 
arcymistrz lasu. Nawet Indian o niebo przewyższał. Drukowanych książek, szelma, 

czytać nie umiał, natomiast przyroda była mu otwartą księgą; czytał w niej każdy
10   Ker.ada    pachnąca    żywicę

145
*nla zwierząt poznawai, czy Ltyu uiuti zeia-uęiy się i. u^uj wiekiem. Z 

nieomylną dokładnością ze smaku ubitej zwierzyny przepowiadał pogodę. Ze śpiewu 
ptaków wnosił o zmianie ciepłoty powietrza, a nawet wygląd wody i drzew miał dla 

niego znaczenie na. przyszłość. Posiadał przy tym oko tak bystre, a rękę tak 
pewną, że strzelał bez składania się i kulą trafiał jelenia w skoku, indyka w 

locie, orła podczas uderzenia. Nic na ziemi nie uchodziło jego uwagi. W nocy 
widział jak ryś.

Pił za trzech, lecz to jego zdrowiu nie szkodziło. Dopiero w późniejszym wieku 
podupadł. Zmarnowało go hulaszcze życie,

—  Kiedy żył ten człowiek? — spytał Stanisław.
—  Blisko dwieście lat temu, kiedy Ameryka dopiero się rozkręcała i puszcze były 

mało zbadane. Dziś tak wspaniałych tropicieli chyba już nie ma.
—  Są! — zaprzeczył Stanisław cichym jak zwykle, umiarkowanym głosem. — Są, ale 

innego pokroju.
Narzucił na ogień wielki pień drzewa cipio, suchy i prawie biały. Świeży płomień 

buchnął ku niebu, iskry wylatywały jak roje szerszeni, drzewo pękało i wydawało 
trzaski. Gdy ognisko się uspokoiło, Stanisław opowiedział, co następuje:

Od wielu lat w Kanadzie nie wclno było zabijać bobra. Przepisy istniały 
niezmiernie ostre: kłusownika czekała dotkliwa kara więzienia, suta nagroda zaś 

tego, który przestępcę przychwycił. W lasach koło Maniwaki pewien strażnik leśny 
odkrył przypadkiem miejsce, w którym jakiś kłusownik złapał bobra i ściągnął z 

niego skórę. Niestety, niemożliwe było dociec, kto bobra zabił. Działo się to na 
kilka tygodni przed odkryciem, a od tego czasu były na przemian przymrozki, 

odwilże i burze. Kłusownik żadnego śladu po sobie nie pozostawił, z wyjątkiem 
bobrowego ciała, nadgryzionego przez zwierzęta leśne, rozwianych resztek ogniska 

i pnia drzewa ściętego na ogień. Strażnik przez godzinę przeszukiwał całe 
otoczenie, -Zaglądał do każdej grudki ziemi, badał każdą gałązkę, lecz da-

146
A jednak po pięciu latach cierpliwy strażnik wyśledził winowajcę o dwieście mil 

dalej, nad jeziorem Abitibi. I to wcale nie przypadkiem. Przez pięć lat szukał w 
lasach siekiery, którą miał kłusownik, gdy ścinał drzewo na opał. Z naciętego 

pnia bowiem wynikało, że siekiera miała maleńką, charakterystyczną szczerbę. 
Szczerbatą siekierę strażnik znalazł nad jeziorem Abitibi. Właściciel jej 

przyznał się do winy.
—  I takich dzielnych tropicieli mamy wielu w Kanadzie —•• — zakończył Stanisław 

swą opowieść.
Słuchałem go z zacfekawieniem, pomimo że od kilku chwil uwagę moją przykuwało 

to, co działo się w ciemnościach. Po dłuższej przerwie znowu odezwał się 
tajemniczy zwierz, wołający: Co to? Krzyk jego zbliżył się jeszcze bardziej i ze 

stałego lądu przeniósł się na jedną z trzech wysp, sterczących z jeziora tuż 
naprzeciw naszego obozu.

—  A więc to ptak! — rzekłem uradowany do Stanisława. Sprawiało nam przyjemność, 
że odsłonił się chociaż rąbek

tajemnicy. Poszliśmy nad brzeg wody, by słyszeć lepiej. Lecz jak na złość ptak 
wtedy zamilkł. Wróciliśmy do ogniska.

—  Uparty i czujny! — stwierdził Stanisław.
—  O czujnym lisie i upartym traperze opowiadał mi stary Żagiewicz z Macazy, 

dzielny myśliwy, którego niedawno odwiedziłem — powiedziałem do towarzysza. — 
Proszę posłuchać!

Było to jeszcze przed pierwszą wojną światową. Pewien Francuz, traper spod La 
Tuque, ujrzał zimą z daleka na śniegu srebrnego lisa. Srebrny lis, jak wiadomo, 

miał wtedy wartość ogromną, kosztował podobno 1500 dolarów. Na jego widok traper 

background image

zadrżał w głębi serca i prawie oszalał. Lecz jak zdobyć, skórkę? Wiedział, że 

gdy podejdzie nieostrożnie do lisa i chociaż go raz spłoszy, cenny zwierz 
ucieknie mu za siódmą górę i przepadnie na zawsze. W końcu traper wpadł na 

niezwykły pomysł: postanowił,  ni mniej, ni więcej, tylko lisa oswoić
10'

147
 iaiiauiu

 uaiui.uia&i
rzem trup W liup zwaiai, uy

pokazywać się wciąż lisowi z daleka i ciągle z daleka go niepokoić. Wycierpiał 
wiele; było mroźno, a sypiać musiał pod gołym niebem, ale przez siedem dni nie 

spuszczał lisa z oczu i jak pijawka trzymał się jego śladu. Nic z tropu go nie 
zbiło. Wytrwał. Na ósmy dzień mógł już zbliżyć się do lisa, dać strzał na 

czterdzieści kroków i zdobyć majątek.
Gdy przestałem mówić, Stanisław spojrzał mi nieufnie w oczy. Chuda jego twarz 

jeszcze bardziej się wydłużyła. Niespokojny wzrok nie dowierzał mi:
—  Kto wam to opowiadał?

—  Stary Zagiewicz z Macazy, zawołany myśliwy.
—  Wszystko to być może! — zamruczał Stanisław pod nosem, lecz czynił to z taką 

miną, jakby chciał dodać w myśl Krasickiego: lecz ja to między bajki włożę.
Wtem znowu odezwał się tajemniczy ptak. Wykrzyknął całą kaskadą swoje: Co to? 

Zaczepnie, pytająco i zupełnie blisko, koło sąsiedniej wyspy.
—  Tam do licha! — zniecierpliwił się Stanisław. — Jakby się z nas natrząsał... 

Co to może być? Na nurka ma głos jakby za wysoki, na gęś — za niski, na sowę — 
zanadto urywany... Może to jaki rzadki gatunek nurka?

—  Albo zwykły nurek, tylko ze zniekształconym dziobem?
—  I to możliwe— przyznał Stanisław. — W każdym razie ptak najwyraźniej kpi 

sobie z nas...
Tego wrażenia nie odnosiłem. To po prostu nasz ogień dręczył go i drażnił. 

Weszliśmy tu brutalnie w krajobraz i zmącili jego ciszę. Nic dziwnego więc, że 
ptak się niepokoił.

I rzeczywiście, gdy zgasiliśmy ognisko i schowaliśmy się do snu w namiocie, 
umilkł. Uważał widocznie sprawę za załatwioną: pewnie nawet odleciał. Ani tej 

nocy, ani później już go nie słyszeliśmy.
Gdy zasypiałem, wydało mi się rzeczą śmieszną, że nieznany ptak przez cały 

wieczór panował nad nami. Dwóch doros-
148

"zenTeTn. '
Co więcej: byliśmy przekonani, że krzyk jego wyrażał niecierpliwe pytanie:.Co 

to? — a tymczasem to my, ludzie, ciągle niecierpliwiliśmy się i zaprzątali sobie 
głowę tajemniczością ptaka.

W BEZLUDNEJ PUSZCZY
Już od trzech dni płynęliśmy na północ. Ostatni raz widzieliśmy ludzi na stacji 

Oskelanoe. Po drodze nie było ich wcale i prawie zapomnieliśmy, jak wyglądali. 
Jakże łatwo odwyknąć od człowieka.

Wiedzieliśmy za to, jak wyglądała łuna pożaru leśnego i jak wyły wilki nocą. 
Wiedzieliśmy też, że chciał nas po drodze oblać złośliwy śmierdziel i że mu się 

to nie udało, i że chciał nas podniecić tajemniczy ptak, i to mu się udało. 
Zapachniały nam wonne lasy. Zasmakował nam sen na skalistej ziemi. Namiot był 

szczelny, pogodne były dni. Kochaliśmy nasze wiosła, pruliśmy wodę czystych jak 
kryształ jezior, mięśnie z rozkoszy ledwo nie wyskakiwały ze skóry. Opaliło nas 

słońce, staliśmy się dzikusami, piliśmy wielkimi haustami nieskażoną pierwot-
ność przyrody. Dobrze nam było w tym pijaństwie. Aż wstyd, że wieźliśmy ze sobą 

kupione w mieście zapasy żywności i konserwy. Za nami pozostała cywilizacja. 
Dokoła otaczała nas nieokiełznana puszcza, a w pośrodku niej było nas trzech 

zgranych towarzyszy: Stanisław, pies husky i ja.
Na czwarty dzień rano przypomniałem Stanisławowi:

— Dziś zobaczymy człowieka!
Brzmiało to nieprawdopodobnie, a jednak zobaczymy człowieka na północnym brzegu 

jeziora Obijuan. Na. mapie była tam wyrysowana mała kropka z napisem H. B. C. 
Post. To zr-a-

150
waz'byliśmy podócn"6ce'hirwolrir0'riam oyio                   ,

fantazje, więc wyobrażałem sobie, że agent tejże kampanii bradzie mężem 

background image

barczystym, o ponurej, brodatej twarzy, a sercu gołębim. Jak w kanadyjskich 

powieściach. Przywita nas niby resłanych z nieba — jakiś „latarnik" w 
kanadyjskim wydaniu - i ucieszy się, że po wielu tygodniach samotności ujrzał 

oto
białych ludzi.

A może samotny starzec będzie miał córkę przy boku, jak lo pokazują na filmach? 
Czarowną, dziką dziewczynę w bryczesach, wychowaną w puszczy i marzącą o 

wielkiej przygodzie? Wszystko było możliwe. Wypadało się ogolić.
Na stacji Oskelanoe informowano nas, że w pobliżu Obijuan koczują Indianie-

myśliwi i że jest wiele łosi. Zobaczymy. Dotychczas łosi nie było. Widzielśmy 
tylko stare tropy.

Około południa wypłynęliśmy na jezioro Obijuan — i naraz, przerażeni, osłupiali, 
przestaliśmy wiosłować. Na północnym brzegu jeziora, w odległości pięciu mniej 

więcej kilometrów, zamiast jednej samotnej chaty agenta spostrzegliśmy całą, 
prawdziwą wieś. Kilkadziesiąt domów stało wzdłuż brzegu i w głębi lądu, 

porządnych, drewnianych domów z oknami i drzwiami. Wśród nich wyniosły, biały 
kościół. A zatem to wielka wieś. Zatkało nas. Skądże tu, po tylodniowym zupełnym 

bezludziu, wzięło się nagle takie ludzkie mrowie? Przez cztery dni patrzyliśmy 
ustawicznie na zieleń i słońce waliło się nam na głowy. Wydawało się, że żadnego 

już skupiska ludzkiego nie znajdziemy na Północy.
Może to ułuda zmysłów? Spojrzałem przez lornetkę, widziałem wieś, w niej ludzi 

dorosłych i dzieci, a wciąż nie chciało mi się wierzyć. Ale wierzyć należało; to 
była wieś. Mapy nas ocyganiły. Życie realne pomieszało się tu ze sceną jakiejś 

ekscentrycznej operetki i spłatało doskonałego figla. Stworzyło niby zamek na 
lodzie: w bezludnej puszczy ludną, wielką wieś. Po czterech dniach jazdy, pijani 

ozonem, rozkochani w samotności, rozpędzeni ku północy, natrafiliśmy 
niespodziewanie na cywilizację. I żeby wstrząs był tym silniejszy, operetka nie

151
j

—  Tef, tef, tef, tef! — nagły warkot przerwał ciszę na jeziorze. Motorówka. A 
raczej canoe z przyczepnym motorem. Wypływało z jakieś zatoki i kierowało się ku 

wsi. Przy motorze siedział kto? Hej, Stanisławie, kto tam siedział? Indianin! 
Czerwony sportsmen trzymał z godnością ster i mijając nas w tempie dwudziestu 

kilometrów na godzinę (my płynęliśmy cztery kilometry) pokiwał do nas 
protekcjonalnie a uprzejmie ręką. Zawołałem do niego, czyja to motorówka?

—  Moja własna! — odpowiedział na migi.
Okazało się, że nie umiał wcale mówić po angielsku, po francusku tylko kilka 

słów. Zresztą, trudno o porozumienie. Indianin szybko nas wyprzedził i nie 
myślał swego rozpędu hamować.

Niedaleko wsi minęła nas druga motorówka. Znów prowadził ją Indianin. To tu 
zapewne taki zwyczaj: Indianie jeździli motorówkami, biali wiosłowali. Zwykłe 

canoe dobre widocznie tylko dla nas, zacofanych Europejczyków.
Wylądowaliśmy we wsi. Otoczyła nas hurmem gromada dzieci i przyglądała się nam z 

życzliwą ciekawością. Same India-niątka. Nie okazywały żadnego lęku. Między sobą 
szczebiotały w swoim języku, a nam okruchami francuszczyzny tłumaczyły, gdzie 

jest agent Kompanii, W zielonym wielkim domu. Zaprowadzą nas. Zaczynało nam 
świtać w głowie. Obijuan to indiańska wieś.

Od brzegu jeziora do domu agenta prowadził wykwit cywilizacji: drewniany pomost 
zbudowany z precyzyjnych desek, prosty jak sznur, gładki jak stół. Weszliśmy nań 

jak na świętość. Przez cztery dni krzywiliśmy sobie nogi po głazach, kłodach i 
korzeniach. Teraz stąpając po deptaku czuliśmy się jak w niebie.

Jedynie husky, mój przyjaciel, nie dowierzał rozkoszom cywilizacji: szedł obok 
pomostu, po matce ziemi, poprzez burzany i kamienie.

Przechodząc koło pierwszego domu stanęliśmy jak wryci.
152

7.3. serce
we mnie, włóczęgę leśnego, jak obuchem.

W uszach miałem jeszcze pełno nieartykułowanych głosów wody, lasu i wiatru, a tu 
nagle Grieg z całym przepychem.

—  Radio! — wyjaśniały rzeczowo grzeczne dzieci na widok mego zdumienia i 
spokojnie prowadziły dalej. A oto dom mieszkalny agenta, podczas gdy jego storę 

(skład) był trochę dalej. Poszliśmy do storę.
—  Halo, gdzie Mr. Frankland? — spytałem kilku próżnujących mężczyzn w składzie.

Byli to sami Indianie, a między nimi tylko jeden biały, bardzo młody człowiek. 

background image

To on, Mr. Frankland, agent Hudson's

Bay Company.
Zawiódł wszelkie „powieściowe" nadzieje. Nie miał brody ani ponurego wejrzenia. 

Ubrany po miejsku, był gładko ogolony, miał jasne spojrzenie, był uprzedzająco 
miły i dobrze wychowany. Wcale nie leśny człowiek. Dwudziestotrzyletni 

Kanadyjczyk. Typ przeciętny, jakich jest milion w Ameryce Północnej, lecz 
którego nie było w powieściach kanadyjskich.

Przeczytał moje listy polecające, bardzo się ucieszył, zaprosił do siebie, 
ugościł nas. Wszystko będzie all righł. Jutro da nam przewodnika i wyśle na 

łosie. Oczywiście motorówką. Teraz chodźmy do domu na przekąskę.
Wtem weszła do składu dama. Jedyna w Obijuan przedstawicielka białej rasy, 

Francuzka, nauczycielka indiańskiej szkółki. Zegnaj uroczy śnie filmowy o 
dzikiej a młodej dziewczynie: nauczycielka miała lat pięćdziesiąt. Była 

matronowato miła, zasypała nas serdecznością, pomagał jej w tym Frankland; 
ogromnie się zawstydziłem: wśród wszystkich obecnych obijuańskich obywateli, nie 

wyłączając Indian, my dwaj przybysze byliśmy najgorzej ubrani. Obdartusy wśród 
elegantów. Spodnie moje, rozdarte na oścież we wstydliwym miejscu,

wyglądały nikczemnie. Szczęściem uwagę naszą zwrócił na siebie silny warkot na
153

Tylko jakiś myśliwy

 do hranEianaa:....... ....................*
—  Halo, Jack, jest coś nowego?

—  Nie — rzekł nasz: gospodarz. przyjechał z Polski...
Lotnik na to machnął ręką (nie wiedziałem dlaczego) i nie zatrzymując motoru, 

dał gazu. Samolot poderwał się w powietrze. Leciał na północ. Stalowy gołąb 
pocztowy, przewodnik cywilizacji, przywoził pewnie dla Indian motory przyczepne 

do canoe.
—  Co dzień przelatuje! — powiedział agent i zaprosił do swego domu.

Kolację spożywaliśmy tego dnia w nastroju czarów. Wszystko wydało nam się 
niezwykłe. Fotele, w których siedzieliśmy, ilustrowane magazyny, które 

przeglądaliśmy, tapety. Na ścianie wisiał i patrzył na nas portret króla 
Jerzego, pana w nieskazitelnym mundurze.

Frankland   to   przyjemny   młodzian.   Opowiadał  ciekawie
0  Londynie,  który zwiedził.  Ja opowiadałem o  Amazonce. Przygrywała nam przez 

radio muzyka z Montrealu. Sto przeszło książek w bibliotece Franklanda nęciło 
jak widmo z innego świata. Siedzieliśmy przy autentycznym stole.

Dobyłem z walizy butelkę naszej wyborowej, przywiezioną z Polski, i od 
pierwszego kieliszka upiliśmy się. Zmętniał nam wzrok. Na dworze robiło się 

ciemno i zrywał się wicher. Fale jeziora biły z hukiem o brzeg. Jutro nie 
wyruszymy, oświadczył Frankland.

Nastawił radio: w Nowym Jorku jakiś Murzyn powala! w boksie przeciwnika. 
Wielotysięczny tłum bił brawa i ryczał.

Frankland wskazał na aparat radiowy i zawołał śmiejąc się:
—  Postęp zabił romantykę puszczy.

Zakrztusiłem się od wódki. Zaprotestowałem. Postęp nie zabił romantyki. Właśnie 
dziś było jej więcej niż kiedykolwiek. Romantyka żyła. Wciąż jeszcze tłum w 

Nowym Jorku ryczał
1 bił żywiołowe brawa. Równocześnie jezioro Obijuan huczało bijąc falami o 

brzeg.
154

Ż ciepłej,' dusznej iżby'¦wyszliśmy na dWór. Ściemniało "ZU-'1 pełnie. Porywisty 
wiatr, huczący na jeziorze, przyjemnie ochładzał nam twarze i targał włosy. W 

oddali widzieliśmy las, chwiejące się szczyty świerków i jodeł. Jakoś raźno by!o 
na duszy: ów kanadyjski wiatr jak gdyby poruszał w nas niewidzialne skrzydła. 

Przynosił krzepiący oddech rozległej puszczy, i więcej: przy wiewał wspomnienia 
dawnych, wielkich wydarzeń, jakie rozgrywały się w tych stronach.

 GNIEWEM
as;

Była wczesna jesień 1652 roku. Trzech młodych Francuzów z Trois Rhderes nad 
Rzeką Sw. Wawrzyńca wybrało się na polowanie.

Pewnego dnia rozbili obóz na skraju polany, na której przed chwilą upolowali 
łosia. Pierre Radisson, najmłodszy myśliwy — gołowąs szesnastoletni, przybyły 

zaledwie przed rokiem z Francji do Kanady — rozniecił właśnie ognisko zważając, 

background image

by mało wzbijało się dymu: w puszczy ponoć grasowały bandy Irokezów, które 

przeprawiły się na północny brzeg Rzeki Sw. Wawrzyńca.
Nagle przeraźliwe okrzyki wojenne poderwały myśliwych na nogi. Ze wszystkich 

stron zwaliły się na nich straszliwe postacie wojowników. Dwóch Francuzów padło 
na miejscu od maczug, trzeci, Pierre, bronił się zaciekle. Powalił jednego i 

drugiego napastnika, zanim zdołano go obezwładnić i skrępować.
W owych czasach, w połowie XVII wieku, było to zdarzenie zwykłe, kiedy Irokezom 

się zdawało, że po wytępieniu Huronów potrafią zgotować podobny los i Francuzom.
Tak młody Pierre Radisson dostał się do niewoli Mohawków, najwaleczniejszego 

szczepu Irokezów. Zawleczony do ich siedziby i skazany na śmierć, nie zginął: 
jeden z. wodzów iro-keskich, który właśnie stracił syna, ujęty dzielną obroną 

młokosa, usynowił go i wcielił do szczepu.
156

zorną uległością, a gdy pewnego dnia wysłali go na polowanie w towarzystwie 
trzech wojowników, on wszystkich trzech zabił i uciekł. Nie miał szczęścia. 

Zanim dotarł do swoich nad Rzeką Sw. Wawrzyńca, wpadł powtórnie w ręce 
rozjątrzonych Irokezów. Zaznał ich tortur. Lecz jeszcze raz wybawił go od 

śmierci wódz, przybrany ojciec. Teraz chłopak poddał się na dobre.
Przez dwa lata przebywał wśród Indian. Zasmakował w ich życiu, całą duszą im 

oddany, a twarda szkoła, jaką przeszedł, znakomicie mu się przydała w następnych 
latach, kiedy zasłynął jako ,,król wędrowców leśnych". U Mohawków poznał tajniki 

puszczy jak nikt inny. Walcząc przy boku wojowników przeciw innym szczepom, 
podpatrzył ich wojenne podstępy. Co więcej, pół-Irokeza nie .raziły już tortury 

zadawane jeńcom.
Kiedyś nadarzyła mu się sposobność powrotu nad Rzekę Sw. Wawrzyńca, gdy pewien 

żołnierz francuski chciał go wykupić z niewoli; Radisson odmówił. Wszakże w 
następnych miesiącach odżyła w nim tęsknota za swoimi. Młodzian, który nie znał 

lęku i przed niczym się nie cofał, dokonał szczęśliwej ucieczki ze szczepu i 
zbiegł do Holendrów nad rzeką Hudsona Stamtąd popłynął do Europy, z Europy 

wrócił do Kanady, gdzie po dwuletniej nieobecności zjawił się w Trois Rivieres — 
mło dzik jeszcze, a jakże już doświadczany, okrzepły w przeciw nościach i 

bogatych przygodach, które wypełnić mogłyby nie jeden tom porywającej powieści.
Pobyt wśród Indian napełnił go namiętnym umiłowaniem puszczy i teraz junak, 

wiedziony tęsknotą, do puszczy po wrócił. Lecz nie do sadyb Mohawków. Nęciły go 
niezmierzone obszary na zachodzie, za Wielkimi Jeziorami. Tam w towarzystwie 

swego szwagra, Chouarta Groseilliersa, przebiegał krainy nie tknięte dotychczas 
stopą białego człowieka.

Oni pierwsi, na długo przed innymi odkrywcami, zwiedzili źródła rzeki 
Mississippi i prerie. Zawierali przyjaźń z różnymi szczepami i dotarli także do 

nieposkromionych Siouxów. Zanim
157

zuchwalszego couieui des bois i bfeglejsźegóTzfiaWey lesnyca tajemnic niż on. 
Nieugiętego ducha, nie znosił jakichkolwiek pęt. Był człowiekiem puszczy.

Jago wytrawna znajomość zwyczajów indiańskich oddała w roku 1658 wielką 
przysługę rodakom kanadyjskim. W tym okresie kruchego pokoju między Irokezami a 

Francuzami ci ostatni padli ofiarą niezwykłego podstępu Indian. Irokezi 
zaprosili swych dotychczasowych wrogów, by przybyli do nich i osiedlili się na 

ich terenie. Dwóch misjonarzy i około pięćdziesięciu Francuzów dało posłuch 
wezwaniu, ażeby poniewczasie stwierdzić, że wpadli w' pułapkę: Irokezi — był to 

szczep Onondagów — mając garstkę znienawidzonych białych zupełnie w swym ręku, 
postanowili wszystkich wyciąć w pień przy lada sposobności.

Wśród zwabionych był przypadkiem Pierre Radisson. Stwierdziwszy, że czujność 
Indian udaremniała zwykłą ucieczkę, wymyślił sprytny wybieg. Jeden z Francuzów 

udał, że jest chory, wobec czego zaproszono wszystkich obecnych w okolicy Iro-
kezów na wielką obrzędową ucztę, mającą według indiańskich wierzeń przynieść mu 

uzdrowienie. W takich wypadkach obyczaj zabraniał nie tylko odmowy przybycia, 
lecz również przerwania uczty, póki starczyło żywności. Wojownicy obżarli się i 

opili prawie do nieprzytomności. Powiodło się. Podczas ich twardego snu Francuzi 
pierzchnę] i cichcem z obozu i na przygotowanych poprzednio łodziach cało 

unieśli życie. Udany podstęp przysporzył Radissonowi nowej sławy.
Wyprawy jego, pierwotnie podejmowane dla przygód i wy-szumienia się, z biegiem 

czasu nabrały określonego celu: chodziło o zdobycie skórek. Namiętność, której 
hołdowali wszyscy kanadyjscy Francuzi, od gubernatora począwszy, porwała także 

Radissona i towarzyszącego mu stale Groseilliersa. Nie dziw, że niestrudzeni 

background image

wędrowcy odkryli najbogatsze w Ameryce łowiska, o jakich dotychczas nie śniło 

się handlarzom skórek. Były to północne lasy dokoła Zatoki Hudsońskiej. Stamtąd 
przywieźli do Quebecu — staczając po drodze zwy-

158
rzece biły na ich cześć ź arrriat. Gdyby lie oni, statki miisia-łyby odpłynąć do 

Europy bez ładunku. „Radisson i Groseil-liers onego roku zamieszek z Irokezami 
uratował kolonię Nowej Francji od bankructwa" — zgodnie pisali o tych 

zdarzeniach historycy.
Podczas gdy zadowoleni szczęśliwcy przygotowywali się do nowej wyprawy, 

gromadząc wymienne towary dla Indian, w kierownictwie kolonii zaszła zmiana. 
Dotychczasowy rozumny gubernator ustąpił, władzę objął nowy, Avaugour. Głupiec, 

drań i chciwiec na odpowiedzialnym stanowisku, szkodliwy pokurcz protekcji, 
rządzący się ludziom na pohybel, a państwu na szkodę.

Avaugour zazdrościł dwom wędrowcom powodzenia i zażądał dla siebie połowy ich 
przyszłych zbiorów, mając prawo tylko do jednej czwartej skórek. Poza tym chciał 

narzucić wyprawie, swego zausznika, ażeby wyśledził szlaki pionierów. Gdy 
oburzeni wędrowcy odrzucili jego roszczenia, po prostu zakazał im wyruszać na 

zachód.
Zmyliwszy jego straże jednak wyruszyli. Krótkowzroczny gubernator nie rozumiał, 

że zawadiaki typu Radissona nie możną zafukać ani ujarzmić. Wędrowcy dotarli do 
samego wybrzeża Zatoki Hudsońskiej nawiązując wszędzie stosunki handlowe z 

Indianami. Nad James Bay bystry Radisson odkrył, że do bogatych terenów 
skórkowych łatwiej dotrzeć drogą morską, poprzez Zatokę Hiidsona, niż drogą 

lądową. Już wtedy opanowała go myśl założenia nowej kompanii dla "wykorzystania 
bogactw Zatoki Hudsońskiej.

Rozmach jego energii, dalekosiężne pomysły rozbić się miały o upartą złośliwość 
despoty i zawiść ludzi monopolu. Dwaj wędrowcy przywieźli tym razem do Quebecu 

jeszcze obfitszy ładunek; takiego plonu kolonia francuska dotąd nie widziała. 
Wszakże na nic zdały się ich trudy i radość. Cyniczny gubernator obłożył cały 

zbiór aresztem, po prostu zrabował go, a jego
I5t

wał nawet"tio więzienia............
Tymczasem grono rzutkich kupców ąuebeckich podjęło myśl Radissona, by utworzyć 

nową placówkę dla eksploatacji Zatoki Hudsońskiej. Lecz i tu pokrzyżowano dobre 
chęci. Zachłanna Kompania Indii Zachodnich, dzierżąca monopol, zniweczyła w 

zarodku wszelką postronną przedsiębiorczość, a złośliwy gubernator poparł 
burzycieli.

Wobec tylu jaskrawych krzywd Groseilliers wyjechał do Francji, by na dworze 
królewskim uzyskać sprawiedliwość. Niestety. Wszędzie potykał się o 

zacietrzewionych popleczników gubernatora i Kompanii. Nic nie wskórał, na domiar 
wydrwiono go.

Dramat lasów kanadyjskich spiętrzał się ku brzemiennym rozstrzygnięciom. Już nie 
tylko los poszczególnych ludzi, ale los kontynentu zawisł na szali. Radisson był 

twardy i nieustępliwy. Czuł się władcą ustroni leśnych. Nie chciał dopuścić, by 
łupiono jego zdobycze i odzierano go z dokonanych odkryć. Brutalnie oszukany i 

odepchnięty przez swoich, szukał innego wyjścia.                                 
•                _,

Udał się do Bostonu w angielskiej kolonii. Ale tamtejsi bojażliwi kupcy, nie 
bardzo ufający opowiadaniom o północnych bogactwach, nie kwapili się do wielkich 

przygód. Z Bostonu dostał się Radisson do Londynu. Król Karol II na gwałt 
potrzebował pieniędzy. Dwór angielski, słuchając relacji Radissona, widział 

dalej niż kupcy bostońscy, a książę Rupert, kuzyn króla, był pełen zachwytu dla 
planu.

Angielska admiralicja na własne ryzyko wypożyczyła dwa okręty, które pod 
kierownictwem Radissona i Groseilliersa wyruszyły do Zatoki Hudsońskiej. Dwaj 

wędrowcy dobrze znali okolice zatoki i wśród tamtejszych Indian Cree i Odżi-
buejów mieli oddanych sobie przyjaciół. Wyprawa nie zawiodła nadziei, chociaż 

tylko jeden statek dotarł do celu. Wrócił nad Tamizę z tak obfitym plonem 
skórek, że teraz wszystkich ogarnął izirozumiały zapał.

160
pana łaską monarszą":'nadanFlejriie Tylko wyłączne prawo handlu na ziemiach 

dokoła zatoki, lecz także oddano w suwerenne posiadanie kilka milionów 
kilometrów kwadratowych ziemi, która — co zresztą, było najmniejszej wagi — 

nigdy nie należała do króla angielskiego. Był to istny „koncern książąt". 

background image

Kapitału dla Kompanii dostarczyli bogaci kupcy londyńscy, zyskami zaś dzielić 

się mieli — i szczodrze się dzielili — owi kupcy, tudzież książęta angielscy.
I to jakimi zyskami! Już od samego początku wynosiły corocznie od pięćdziesięciu 

do stu i więcej procent od włożonego kapitału. Tak z inicjatywy dwóch 
francuskich wędrowców leśnych powstała jedna z najbogatszych kompanii 

eksploatacyjnych, wyrastająca na. główny filar imperium1 brytyjskiego.
A R.adisson, a Groseilliers? Im los nie sprzyjał, teraz.dopiero zaczęła się 

prawdziwa męka. Wielcy couiems des bois, podobnie jak zwierzyna w ostępie, nie 
powinni opuszczać swej kniei, bo jedynie tam byli silni i niezwyciężeni. 

Radisson i Groseilliers wśród chytrych ludzi wielkiego świata zgubili swą 
ścieżkę i przegrali, rzuceni jak lekkie bańki na burzliwą wodę. Ufnie wskazali 

ludziom drogę do olbrzymich bogactw, ale gdy przyszło do czerpania zysków, ich 
dwóch, właściwych odkrywców, znów brutalnie odepchnięto od zasłużonych owoców. 

Okpionym Anglicy nie przyznali żadnych, praw Nawet nie dali im ani jednej akcji 
Kompanii, a co więcej, nadal haniebnie wykorzystywali wielkie doświadczenie 

wędrowców, najmując ich za groszowe pensje na... przewodników.
Następne lata to jedno pasmo daremnych porywów i ustawicznych buntów, wobec 

których wrzące dotychczas życie niepohamowanego couieui de bois wydaje się 
sielanką. To" szalony zwierz, wyrwany z puszczy i zamknięty w klatce, rzucający 

się od szczebla do szczebla, szarpiący łańcuch na wszystkie strony, walczący o 
swe prawo coraz rozpaczliwiej

11   Kanada   pachnąca   żywicą
161

Hit:,
Wystarczy powiedzieć, że zrażony do Anglików, wrócił do Francuzów, ale 

zniechęcony ich nieufnością, przeszedł znów do Anglików, potem ponownie do 
Francuzów. Piłka, rzucana od jednej skrajności do drugiej.

W końcu Francuzom przetarły się powoli oczy, nareszcie docenili pożytek 
Radissona i wagę jego odkryć. Skorzystali z jego doświadczenia. Radisson, 

półoficjalnie, raczej na własną rękę, lecz za cichą zgodą władz ąuebeckich, 
popłynął do Zatoki Hudsońskiej. Tam zbrojnym zamachem odbił dla Francji 

¦wszystkie północne ziemie. Anglikom nielicho zalał sadła za ,skórę zdobywając 
ich faktorie, do niewoli zagarniając agentów ?Kompanii, przechwytując angielskie 

statki. Ale gdy zwycięski Radisson z jeńcami i bogatym zapasem skórek wrócił do 
GJuebecu, niesłowne a tchórzliwe władze umyły ręce, udzieliły mu publicznej 

nagany i na domiar odebrały — po raz to który? — cały przywieziony majątek.
Już nie stać go było na rozpoczęcie nowej walki. Zgnębiony wrócił do Francji, 

gdzie nie przyznano mu ani słuszności, ani zdobytych skórek.
Tęsknił za żoną przebywającą w Londynie. Anglicy nie chcieli mieć przeciw sobie 

tak niebezpiecznego rębacza: ułatwili mu przybycie do Anglii obiecując 
dożywotnią rentę, ale gdy go już mieli u siebie, rychło zapomnieli o 

przyrzeczeniu.
Radisson zadowolić się musiał cichym szczęściem małżeńskim i podrzędną posadką w 

Londynie. Tak samo zresztą jak jego szwagier i y/ierny towarzysz Groseilliers, 
który zmęczony osiadł w Trois Rivieres i tam na stałe pozostał. Radisson 

pogrzebał wielkie ambicje, przestał był orłem, miał połamane skrzydła: już 
nikomu nie zakłócał spokoju. Umilkł, przygasł, zszedł ze sceny i szybko utonął w 

niepamięci. Żył jeszcze przez wiele lat na ustroniu, w ubogiej dzielnicy 
londyńskiego przedmieścia, ale mało kto go wspominał, a kroniki Kompanii Zatoki 

Hudsońskiej już ani razu nie wymieniły jego nazwiska, jak
162

¦   J       ¦ J. ' -    "    ¦
swej historii.

W następnych latach, kiedy możni udziałowcy Kompanii zgarniali olbrzymie fortuny 
niby z bajki, on, Radisson, przedwcześnie przygarbiony, schorzały człowiek, 

bajdurzył swym zasłuchanym dzieciom niestworzone rzeczy, które były również niby 
z bajki. Opowiadał, że daleko za morzem żył wielki władca wędrowców leśnych, 

który zuchwałej wojował niźli sami Indianie, a odkrywał niezmierzone krainy i 
królom stwarzał najśmielsze nadzieje. Władca wędrowców leśnych mocował się z 

ministrami, a złośliwym gubernatorom grając na nosie, z puszczy przywoził 
skarby, aliści źli czarownicy, czciciele złotego cielca, gnębili go na każdym 

kroku i wciąż obdzierali ze zdobyczy...
Z zapartym oddechem dzieci słuchały dziwnej bajki.

1NC0RPORATŁ0 2'!? MAY 1679

background image

Tak to zapoczątkowana przez dwóch Francuzów angielska Kompania Zatoki 

Hudsońskiej w krótkim czasie rozrosła się do niesłychanej potęgi. Wystarczy 
powiedzieć, że wyposażona w wyjątkowe przywileje, była przez długie lata 

wyłączną właścicielką czterech piątych całego obszaru Kanady i na tych włościach 
absolutną panią o prawach suwerennych. ,,Hudson's Bay Company" brzmiała jej 

skrócona nazwa, a nazywano ją potocznie „Szacowną Kompanią". Siedzibę miała 
zawsze w Londynie. Istnieje do dziś, zasobna i wciąż żywotna, chociaż już bez 

przywilejów.
Zaraz w pierwszych latach swego powstania wzbogaciła się na skutek przypadkowej, 

dziwnej koniunktury. Złe widocznie ¦wiatry owiewały wówczas Anglię, bo ludziska 
chorowali na jakieś reumatyzmy, tudzież zawroty głowy i stąd w modę weszło 

noszenie futrzanych czapek. Gdy nastały bobrowe skórki, przekonano się, że koją 
bóle skuteczniej niż inne futra. Bobry zatem stały się pociechą wszystkich 

łysali i "reumatyków, a z biegiem czasu, prócz głowy, chronić poczęły i 
przyozdabiać także inne części ciała. Zyskały popularność również i wśród 

kobiet. Wtedy to rocznie przywożono do Anglii przeszło pół miliona skórek.
Znamienne, że ^z Anglii wywożono do Rosji wiele skórek bobrowych, stanowiących 

ważną pozycję w ożywionych naon-czas stosunkach handlowych między obydwoma 
krajami. Po

164
ku i założeniu tam poftu, Kompania rozwinęia oogaiy zamorski na Pacyfiku. Za 

wywożone do Chin skórki przywoziła stamtąd wielkie zapasy herbaty, które 
sprzedawane w Europie przysparzały jej kapitalnych zysków.

Główna czynność Kompanii polegała na handlu wymiennym z kanadyjskimi Indianami. 
Myśliwym płacono za skórki futerkowe towarem, strzelbami, prochem, kocami, 

narzędziami. Jednostkę monetarną stanowiła skóra bobra. Na przykład za strzelbę 
pistonówkę musiał Indianin płacić tyle bobrowych skórek, ile dało się ich 

złożyć, jedną na drugiej, na stosie tak wysokim jak długość tejże strzelby Był 
to piękny dla Kompanii interes, tym bardziej że Anglicy, nieodmienni spryciarze, 

zaczęli celowo wyrabiać rusznice o wyjątkowo długich lufach.
Zaledwie wiosną pękały lody na rzekach, Indianie rojnie spływali ku Zatoce 

Hudsońskiej setkami łódek, obładowanych po brzegi skórkami. Każdy czerwony 
przybysz dostawał natychmiast dwie szklanice rumu. Po tym wstępnym zabiegu czuł 

się jak w niebie i już handel szedł raźno po myśli Kompanii. Przez parę tygodni 
trwała dzika zabawa i używano życia, po czym myśliwi z bólem głowy, schorzali i 

ze znikomym dobytkiem przepadali w. swej kniei, a udziałowcom Kompanii w 
Londynie przypadały bajeczne zyski. Od czasu do czasu, ażeby uspokoić sumienie, 

wydawano na papierze zakazy rozpijania Indian. Ale przecież takie zakazy 
szkodziły interesom. i szły szybko w zapomnienie. Sto dwadzieścia tysięcy litrów 

rumu, oficjalnie przewiezionego w jednym na przykład roku 1692, więcej 
wyrządziło spustoszenia wśród ludności tubylczej niż przegrana wojna, ale za to 

dało sto dwadzieścia tysięcy skórek bobrowych Szacownej Kompanii.
Kompania Zatoki Hudsońskiej była dla Anglików znakomitą szkołą, jak tworzyć i 

rozbudowywać kolonie zamorskie — — dziedzina, w której później doszli do tak 
wyjątkowej wprawy. Nad Zatoką Hudsońską Anglicy już nie mordowali tubylców, jak 

to czynili bardziej na południu, u wybrzeży Atlantyku. Natomiast wyzyskiwali ich 
pokojowo, ile wlazło, obłupiali ze

165
ploatacjt gospodarczej, później tak udoskonalonej w'systemie   " kolonialnym w 

krajach o ludności kolorowej. Wystarczy pozostać choćby przy wymienionym wyżej 
przykładzie: skórki bobrowe, nabyte w Kanadzie za cenę jednej strzelby, 'miały w 

Anglii stokrotną wartość tejże strzelby.
Konkurencja luzem chodzących Francuzów nie była groźna dla Kompanii, za to 

prawdziwe niebezpieczeństwo spiętrzyło się od strony własnych rodaków. Pod 
koniec XVIII wieku kilku przedsiębiorczych   Szkotów,   mieszkaiicÓY/   

Montrealu,   wówczas już pod panowaniem angielskim, założyło konkurencyjne 
towarzystwo. North West Company. Umiało ono wykorzystać leśne doświadczenie 

francuskich, handlarzy i myśliwych. Służyli w nim najdzielniejsi wędrowcy leśni 
i Metysi, nic więc dziwnego, że nowa kompania z tęgim rozmachem weszła w lasy. 

Jej to wysłannicy pierwsi dotarli do Pacyfiku, a Mackenzie pierwszy dopłynął do 
Morza Arktycznego wielką rzeką, nazwaną później jego imieniem.

North West Company zaczęła odbierać na dobre wpływy i skórki rywalce znad Zatoki 
Hudsońskiej. Wtedy rywalka przebudziła się, znad morza zaczęła wysyłać także i 

swoich agentów w głąb puszczy, chętniej niż dotychczas uśmiechała się do Indian; 

background image

co więcej, dla interesu tłumiła własne uprzedzenia rasowe i kazała swym ludziom 

żenić się z Indiankami wzorem tamtych z przeciwnego, obozu.
Nie kończyło się na tym: konkurencyjna nienawiść, jaka zapłonęła w północnych 

lasach, doprowadzała w XIX wieku do rozlewu krwi. Rozlegały się skrytobójcze 
strzały, rozsrożyła się istna wojna domowa. Ludzie ginęli z tej i z tamtej 

strony.
(I pomyśleć: wszystkie te zabójstwa, napady, spazmy nienawiści działy się o co? 

O skórkę biednego bobra).
Wtedy opinia publiczna zawrzała w Anglii i zmusiła koła rządowe do wkroczenia. 

Obydwie rywalizujące kompanie musiały się połączyć. Hudson's Bay Company wyszła, 
rzecz prosta, obronną ręką i zachowała kierownictwo. Od tego czasu przez 

kilkadziesiąt lat sprawowała dosłownie rządy nad całym
265

Morza' Arktycznego:
Sieć przeszło stu faktorii pokrywała lasy kanadyjskie. Co śmielszych agentów 

nęcił ogromny, mało zbadany kompleks lasów na zachodzie, bogaty spichlerz 
skórek, myśliwskie Eldorado. Tam w pustkowie szli ludzie o najtwardszej woli i 

bogatym doświadczeniu, nieugięci pionierzy i odkrywcy. Budowali dla swych 
towarów silne blokhauzy, istne warownie, które nazywano ,,fortami". Posterunki 

te, przeważnie obsadzone przez jednego tylko człowieka, oddalone od siebie 
nieraz o kilkaset kilometrów, zdane wyłącznie na siebie, stawiały czoło licznym 

przypadłościom. Były to bastiony przygód.
„Taki agent — cytuję opis z połowy XIX wieku — był absolutnym panem w swym 

rejonie, słowo jego miało moc najwyższego prawa. Podczas ostrych zim, kiedy 
Indianie przymierali z głodu, on rozstrzygał o życiu i śmierci całych szczepów. 

Miał poczucie własnej godności, nikt nie śmiał podnieść na niego ręki. Jak 
papież uchodził za nieomylnego".

Brutalną swawolę niektórych agentów znamy z opowieści Curwooda i Londona.
W miarę postępu cywilizacji i zagęszczania się ludności europejskiej — tak 

olbrzymi rezerwat myśliwski i tak dziwne państwo nie mogły się ostać. Żyzne 
połacie Kanady znakomicie nadawały się do rolnictwa, osadnicy z pługiem wnikali 

już w lasy i na prerie; „własność feudalnej Kompanii" — jak ją nazywano — 
stawała się coraz bardziej hamulcem postępu i solą w oku.

W roku 1869, po okrzepnięciu władz państwowych w zachodnich prowincjach Kanady, 
suwerenne prawa przeszły we władanie rządu kanadyjskiego i Kompania straciła swe 

przywileje. Ale tracąc pozorne wartości, ileż istotnych na tym zyskała! Przede 
wszystkim nieszpetne odszkodowanie gotówką, "tudzież przyznanie jej na własność 

kilku milionów hektarów ziemi akurat tam, gdzie dobywało się najcenniejsze 
kopaliny.   Oczywiście   Kompania   zatrzymała   wszystkie   faktorie

16?
poi ów siłą rzeczy pozostał w jej ręku dó"3nTa dzisiejszego.    ..........

Właśnie po utracie praw politycznych Kompania rozwinęła •się, jak nigdy 
dotychczas, w niebywałą potęgę gospodarczą, o której nawet nie marzyli pierwsi 

akcjonariusze XVII wieku. W większych miastach kanadyjskich HBC posiadała dziś 
olbrzymie domy handlowe, na rzekach uwijało się wielo jej parowców, na dwóch 

oceanach pływała flota morska pod jej banderą. Czy dziwić się, że dyrektorzy 
Kompanii dochodzili do bajecznych fortun i że jeden z nich, wdzięczny, lord 

Strath-cona, mógł własnym sumptem wystawić koronie angielskiej pułk kawalerii w 
wojnie przeciw Burom?

I tak do dnia dzisiejszego jej przemożny wpływ obejmował w Kanadzie wszystkie 
leśne obszary wszędzie tam, gdzie kończyła się cywilizacja, a rozpoczynała 

otchłań puszczy i tundry. "Wciąż jeszcze „Szacowna Kompania" stała na straży 
lasów i wciąż jeszcze, jak ongi, roztaczała urok niezwykłych zda-rzeń/ 

podniecała wyobraźnię młodzieży brytyjskiej i nie tylko młodzieży.------------
Prankland, agent Hudson's Bay Corapany w Obijuan, z dumą pokazywał mi na 

ściennej mapie Kanady wyrysowane placówki Kompanii. Były wszędzie: od 
wschodniego cypla Labradoru do ujścia rzeki Mackenzie. Tam to, w forcie 

Macpherson, urzędował właśnie przyjaciel i kolega Franklanda. Na froncie jego 
składnicy widniał zupełnie ten sam napis, co tutaj, w Obijuan, archaicznym 

pismem złożony:
INCORPORATED 2"?? MAY 1670

Te same litery i słowa, nie zmienione od blisko trzech wieków, widniały 
wszędzie, zarówno w Obijuan, jak \v Montrealu i w Londynie, na wszystkich 

listach i kopertach Kompanii,

background image

168

starej tradycji i wielkich ongiś przywilejów. Frankland kochał Kompanię jak syn 
matkę.

Dawniej agenci, żyjący w głuchej, wielomiesięcznej samotności, popełniali często 
szaleństwa, odludzie przyprawiało ich

0 obłęd. Dziś Kompania dawała irn radio. I dawała czasopismo „Beaver" („Bóbr"), 
najgorliwiej chyba czytane i najdobroczyn-niejsze pismo w języku angielskim. 

Wydane bogato, z okazałą ilością fotografii, redagowane przez samych urzędników 
Kompanii, ciekawe jak dobry magazyn, odtwarzało życie na placówkach, przynosiło 

informacje z najdalszych ustroni puszczy
1 także z wielkich ośrodków ludzkich, opromienionych neonami Montrealu czy 

Londynu.  Obłęd samotności  już nie istniał. Zwalczyły go skutecznie ,,Beaver" i 
radioodbiorniki.

 INDIANIE CREE
W Obijuanie mieszkało przeszło sześćdziesiąt rodzin Indian Cree. Był to odłam 

potężnego szczepu, żyjącego w rozproszeniu na wielkiej przestrzeni w lasach na 
południe i na zachód od Zatoki Hudsońskiej. Ludzie kształtni, postawni, dorodni, 

a przy tym cisi, pogodni, uczciwi.
Zanim biali wetknęli myśliwym Cree broń palną do rąk, nie śniły im się rozboje 

wojenne jak Irokezom lub Siouxom. Lecz posiadłszy strzelby, wychodzili z 
zachodnich lasów na południe, na prerie, by zdobywać mięso bizonów. Wtenczas 

przedsiębrali zuchwałe wyprawy, docierające aż do Gór Skalistych, i zwalczali 
inne szczepy, zwłaszcza Siouxów i Czarne Stopy. Mając lepszą broń, odnosili 

zwycięstwa. Nie myśleli jednak o podbojach. Na swej północy mieli dosyć lasów. 
Przeciwnie, gdy Assiniboinowie,  odłam Siouxów,  zwrócił się do  Cree o  pomoc,  

leśni Indianie  wielkodusznie   odstąpili  im   część własnych łowisk na stałe 
siedziby i od tego czasu aż po dzień dzisiejszy łączyła obydwa szczepy 

niezmącona przyjaźń.
Także z białymi, Francuzami esy Anglikami, Cree nigdy nie wojowali. Czerwoni 

myśliwi dostarczali przybyszom skórek stając się główną podporą Kompanii Zatoki 
Hudsońskiej. Myślistwo leśne zawsze było i pozostało do dziś podstawą ich bytu. 

Lubiłem Indian Cree. Ich świat był moim światem. Ich żywiołem był las.
łych, zachwalała piękno ich miast. Lecz po ukończeniu szkoły dzieci Cree nie 

chciały bliżej poznać świata białych. Podobno żadne jeszcze nie wywędrowało do 
miasta Quebec. W las szła cała nauka, na północ uciekała młodzież. Tam ją 

ciągnęła natura i głos krwi, na tropy wilków, łosi, niedźwiedzi i bobrów. W 
Obijuanie biali wybudowali także kościółek. Schludny, sympatyczny, jasny. 

Indianie Cree łatwo przyjęli chrześcijaństwo, gdyż nieobca im była religia o 
jednym Bogu i nieobca-im miłość bliźniego: wszakże już przedtem uznawali 

wielkiego ducha Manitu i kochali ludzi i zwierzęta.
Dwa lub trzy razy w roku przyjeżdżał do Obijuanu misjonarz: władający językiem 

Cree i odbywał nabożeństwa, prawił kazania. Trochę uboga wydała się Indianom 
nowa wiara, twierdząca chełpliwie, że tylko człowiek posiadał duszę. Jak to, a 

niedźwiedź, a bóbr, a drzewa duszy nie miały? Rodziły się, żyły, czuły, a duszy 
nie miały? Mimo wątpliwości Indianie uczęszczali na nabożeństwa, gdyż lubili 

misjonarza, który nieraz opowiadał im ciekawe historyjki i przywoził małe 
podarki dla. dorosłych, a łakocie dla dzieci.

Nikt lepiej niż Indianie Cree nie znał puszczy i jej wymowy. Biali ludzie nigdy 
im w tym nie dorównywali, z wyjątkiem chyba jednego, francuskiego trapera Jeana 

Martina. Ale Jean Martin żył dwieście lat temu i przeszedł już do legendy. 
Natomiast legendą nie była dzisiejsza umiejętność Indian Cree: przepowiadali 

pogodę z wyglądu roślinności, wyczuwali głos ptaka, określali dzieje złamanego 
źdźbła trawy, odsłaniali tajemnicę tropu. Mądry bóbr był ich bratem, tylko 

przybrał zwierzęcą postać; silny niedźwiedź był ich kuzynem, cierpli-: we drzewo 
ich przyjacielem. Cree nie czuli się lepszymi niż one. Na równi z nimi byli 

mieszkańcami puszczy i dlatego, jak puszcza, byli czujni, uczciwi, 
wspaniałomyślni i pełni godności. Zdolności ich wyzyskali biali ludzie. Indianie 

służyli im za przewodników w kniei, gdy szukali ukrytych w ziemi minerałów. 
Pomimo że wielu białych traperów nastawiało że-!

171
170

futerkowych dziś jeszcze pochodziła z Indiańskich łówow. tego Indianie byli 
potrzebni. Dlatego otaczano ich życzliwą opieką, budowano im szkółki, przysyłano 

misjonarza i stawiano schludne domki w takim Obijuanie. W domkach były maszyny 

background image

do szycia i tarki do prania. Lecz obok domostw Indianie rozbijali swe namioty z 

płótna. Za dnia przebywali w domkach, zwyczajem białych ludzi. Nocą spali w 
namiotach na ziemi, zwyczajem ojców.

Na początku jesieni wszyscy Indianie z kobietami i dziećmi opuszczali Obijuan i 
rozpraszali się w północnych lasach aż po jezioro Mistassini i Zatokę Sw. 

Jakuba. Była to pora wielkich łowów i nastawiania samotrzasków na zwierzęta 
futerkowe. Myśliwi płynęli dziesiątki mil na motorówkach, wracali zaś pod koniec 

zimy saniami, zaprzężonymi w psy huskies. Każda rodzina zdobywała przeciętnie za 
500 do 600 dolarów skórek, które sprzedawała w Obijuanie Franklandowi, agentowi 

Hudson's Bay Company. Otrzymywała za to towar, benzynę, mąkę, ubrania, pułapki. 
Nie za wiele towaru, ażeby dobrym ludziom od zbytków nie przewróciło się w 

głowie; akurat tyle, że trzymało się ich w stałej zależności od siebie, a 
Kompania dobrze na tym zarabiała.

Poza łowem zwierząt futerkowych Indianie Cree nie mieli innego zarobku, 
utrzymywali się zatem wyłącznie z myślistwa i rybołówstwa. Łowiectwo dostarczało 

im pożywienia na co dzień: przez cały rok bez ograniczenia wolno im było polować 
na łosie. Obijuan spożywało rocznie sto pięćdziesiąt łosi, za to nie miało ani 

piędzi uprawnej ziemi.
W roku 1776 Europejczycy obdarzyli lasy Północy drugą — obok rozpijania 

alkoholem — straszliwą klęską: ospą. Zabójcza epidemia w tym jednym roku 
wygubiła połowę Indian Cree.

Trzecią chorobę przywieźli im biali tuż przed pierwszą wojną światową. W roku 
1911 ukończono wielkie dzieło cywilizacji, budowę północnej kolei żelaznej z 

Quebecu (poprzez stację Oskelanoe) na zachód do Winnipegu, lecz równocześnie 
biali,

272
piero po latach opanowano klęskę. Czerwony człowiek wyszedł

z niej porażony i poniżony.
Nieco później przyplątała się czwarta choroba — gruźlica. Tragiczną drogą szła 

cywilizacja białych ludzi w Ameryce. Dotyk jej, nieszczęsny dla ludów 
czerwonych, był jak dotknięcie rubasznym palcem motylich skrzydeł: zdzierał 

barwę i niszczył. Niszczył nawet wtedy, gdy biały człowiek okazywał przyjaźń i 
pragnął — czego nie zawsze pragnął — zachować tubylców przy życiu.

Biały człowiek niby otacza! życzliwością Indian Cree. Oświadczał głośno, że chce 
ich dobra. Więc dawał im swoją broń do walki o byt. Motor przyczepiał do ich 

canoe, ciało ich pokrywał ubraniem z wełny, karmił swoim pożywieniem, mąką, 
cukrem, chlebem. Wynikiem tych darów cywilizacji były choroby płuc. Bo Indianin 

to człowiek lasu. A człowiek lasu chodził zawsze w ubraniu ze skóry łosiowej, 
chroniącej go od deszczu lepiej niż wełna; nigdy nie znał wełny. Człowiek lasu 

zawsze jadł pokarm leśny: mięso zwierzyny, i obcy był mu pokarm pól: chleb i 
mąka.

Obijuan Y/ciągnięto w kolisko światowej gospodarki. Innymi słowy, biały człowiek 
potrzebował skórek futerkowych. Posyłał po nie do lasu prostych Indian Cree i 

płacił im towarem wyrafinowanym: motorami, benzyną, wełną. Ubrania z wełny 
torowały wśród Indian drogę chorobie płuc. Cywilizacja wiedziała o tym, ale w 

Manchesterze przecież nie fabrykowano ubrań ze skóry łosiowej! A więc w 
Obijuanie Indianie musieli ubierać się w wełnę i pluć krwią.

Do najpoważniejszych Indian Cree, żyjących w Obijuanie, zalicza się John 
Iserhoff, rześki starzec sześćdziesięcioletni o pięknie rzeźbionej twarzy i 

rozumnych oczach. John był prawą ręką Franklanda. Miał łagodny uśmiech i patrzył 
prosto w -oczy. Znał tajemnice lasu. Znał podobno wszystkie ostoje łosi. Za 

poradą Franklanda zgodziłem go na przewodnika. John
173

be, gdzie "Był poaoDiio raj iuy»unj>.ii, wv,.^—_____         ,.»,,
stąd, o czterdzieści mil od Obijuanu.

Szukałem na mapie jeziora Perchaud czy Perchambe, lecz nie znalazłem. Jeziora 
takiego prawdopodobnie w ogóle nie było, to pewnie fantazja Johna Iserhoffa. 

Wymyślił je, żeby wycyganić ode mnie* więcej benzyny do motoru. Benzyna to droga 
rzecz, a bujać nauczył się od białych ludzi.

Było to jedyne krętactwo starego Johna. Odtąd John mówił prawdę. Zawoził nas nad 
Jezioro Chapmana i pokazywał wspaniałą zwierzynę. Przez wiele długich nocy 

sypiał w swym namiocie tuż obok naszego. Wspólnym pulsem wioseł podpływaliśmy 
pod zwierza. John był dobrym towarzyszem w lesie. Zaczynał tajać, gdy przekonał 

się, że nie byłem białym człowiekiem takim jak inni; że gotów byłem nawret 

background image

uwierzyć, iż drzewa mają duszę. Lecz zanim Indianin odtajał zupełnie, trzeba 

było rozstać się z nim i wracać do swoich.
Przed rozstaniem John zaproponował mi, żebym na zimę pojechał z nim do puszczy 

na połów zwierząt futerkowych. Otwierały mi się nagle widoki doznania wielkiej 
przygody, zbliżenia się do jądra leśnej poezji, gdzie panowała ,,biała cisza" 

Jacka Londona. Lecz odmówiłem, gdyż w domu czekały mnie obowiązki.
— Prawda! — uśmiechnął się wtedy John z ubolewaniem. —-"My należymy do lasu i do 

drzew, a wy, biali, do kamiennych miast.
Nagle John Iserhoff, Indianin ze szczepu Cree, o twarzy pięknie rzeźbionej, 

zakrztusił się długim, przykrym kaszlem: więc i jego nie ominął zgubny dar, 
przywieziony z kamiennych miast białego człowieka.

BIEDNEJ POKAHONTAS
Na placówkach Kompanii Zatoki Hudsońskiej krzyżowały się szlaki wszystkich ludzi 

lasu, tędy wiodła i przygoda.
Na trzeci dzień naszego pobytu w Obijuanie wczesnym rankiem ktoś z grzmotem 

dobijał się do domu Franklanda i zbudził nas. Czterech przybyszów ze Stanów 
Zjednoczonych: profesor jakiegoś uniwersytetu i trzech młodych studentów. 

Odbywali wycieczkę wodną. Od dwóch tygodni płynęli przez lasy. Byli opaleni na 
brązowo słońcem, rozhukani od nadmiaru powietrza, pijani puszczą — tak jak my 

trzy dni temu. Śmiali się i dokazywali, jak rozbrykani chłopcy. Cały dom i nas 
wszystkich zarazili żywiołową wesołością.

Z triumfem przynieśli swe zapasy żywności, krzyknęli „hu-la", profesor pitrasił 
naleśniki — hura! — Frankland gotował kawę — hip, hip, hura! Ja otworzyłem 

mięsne konserwy. Pyszne to było śniadanie, sute w żer, we wrzawę i okrzyki 
serdeczności. Nogi kładli na stół i na półki z książkami, ale nie mieliśmy im 

tego zbytnio za złe: czynili to z chłopięcym wdziękiem i humorem, sami 
pokpiwając z tej racji z siebie.

Któryś odkrył moją montrealską gazetę sprzed tygodnia.
— Świeża gazeta! — huknął profesor i rzucił się na nią jak lew na łup. 

Gorączkowo szukał wyników baseballu.
Po zaspokojeniu pierwszego głodu bractwo się uspokajało. Opowiadało o swych 

przeżyciach po drodze. Słyszałem, jak do
175

nazwisko.
Amerykanie widzieli moje poruszenie i potwierdzili weso-łyift okrzykiem:

--- Tak, to prawdziwy Rolfe!.
Teraz przypomniałem sobie: niedawno czytałem dzieje owej słynnej królewny 

indiańskiej sprzed trzech i pół wieku, której życie było chyba jedną z 
najromantyczniejszych powieści, jaką usnuła dola ludzka.

Dziewczyna nazywała się Pokahontas. Zanim Anglicy wybili jej szczep do nogi, ona 
wyszła za jednego z nich, Rolfera. Potomkowie jej podobno żyli do dziś, dumni z 

takiego pochodzenia.
—  Rołfe! Ale niestety nie z tych ,,prawdziwych"! — zawołał student śmiejąc się 

tak samo jak inni.
Lecz profesor i koledzy nie przyjmowali jego zaprzeczeń i rozbawieni twierdzili, 

że „on właśnie z tych prawdziwych". Brali mmi za świadka. Przyjrzałem mu się. 
Rolfe, przystojny atletyczny młodzieniec o brązowych włosach i ciemnych oczach 

miał w istocie śniadą twarz, nietypową dla Amerykanów.
—  A widzisz? — żartobliwie wytykał mu profesor. — Zaraz poznać, że w tobie krew 

indiańska!
—  Moja babka — klął się Rolfe na wszystkie świętości — moja babka była 

Greczynką!...
I podczas gdy rozochoceni goście kłócili się na niby i dowcipkowali, zapytałem 

Franklanda, czy wśród swoich książek ma historię Pokahontas.  Oczywiście miał...
Nie byłoby imperium brytyjskiego, gdyby Anglicy nie mieli w dawnych wiekach 

niesfornych awanturników, wśród których — obok ludzi uczciwych i wartościowych — 
znajdowało się wielu nicponi, szumowin i piratów spod czarnej bandery. Pierwsze 

lata kolonii wirginijskiej były najlepszym tego dowodem i odnosi się Y/rażenie, 
że dzisiejszy gangsteryzm, tak rozpowszechniony w Stanach Zjednoczonych,  nie 

był obcy
176

 -# piefwsźyfch latach XVII wielu.

Oto na przełomie XVI i XVII wieku — John Smith. Czar nie człowiek, taki 

background image

temperament. Zdawałoby się, zatracony ladaco. Chociaż dobrze mu było w zamożnym 

domu, uciekł jako trzy-nastoletni.smarkacz na morze. Szukał po świecie przygód, 
zwiedzał tylko te kraje, gdzie była wojna. Cztery lata walczył w Holandii 

przeciw Hiszpanom. Bił się potem we Francji. Miewał pojedynki o piękne kobiety. 
Wszędzie zdobywał oddanych przyjaciół i zawziętych wrogów. Był, widać, diablo 

przy-stojny i niewiasty leciały na niego jak muchy na lep. Z Marsylii wypłynął 
na morze, lecz w czasie sztormu majtkowie wyrzucili go za burtę, jako że był 

heretykiem, a więc sprawcą burzy. Wyratował się cudem. Walczył potem przeciw 
Turkom, wpadł im w ręce i sprzedany jako niewolnik, został darowany pięknej 

Tragabizandzie, sułtańskiej nałożnicy. Wybuchła miłość. John przeżywał w 
Carogrodzie boskie czasy: za dwóch jadł i pił, i kochał, nawet przybierał na 

tuszy. Sielankę zepsuł Timur, brat niewiasty. Gacha porwał i chciał go 
zakatrupić. John uwolniwszy się zabił Timura i uciekł na jego własnym koniu na 

północ, do Kozaków. Tam go przy hołubili, po czym awanturnik przez Polskę, 
Niemcy i Holandię wrócił do Anglii, ażeby krótko potem dokonać wiekopomnego 

dzieła: zostać wielkim pionierem kolonizacji, „ojcem Wirginii", bohaterem narodu 
angielskiego.

W roku 1607 z polecenia rządu angielskiego przepłynął przez Atlantyk na czele 
105 wychodźców i nad dzisiejszą James River w stanie Wirginia założył pierwszą 

angielską osadę na ziemi amerykańskiej, Jamestown. Smith okazał się świetnym 
dowódcą i organizatorem. Natomiast wnet wyszło na jaw,  że jego ludzie to 

najgorsza hołota, skończone darmozjady, łowcy fortuny, marnotrawni synowie 
szlacheccy, wykolejeńcy. Pracować im się nie chciało. Już po kilku tygodniach do 

kolonii zajrzał głód.
Smith odbywał w głąb kraju wycieczki wywiadowcze, a przede wszystkim złożył 

wizytę królowi Pohattanowi, osiadłemu
II

12   Kanada   pachnąc   żywicą
17?

Algonkinów przyjął go z wrogą pówśćiągliWdScią, j
w końcu ujęty pociągającą postawą Smitha, nie tylko uznał

obecność białych przybyszów nad swoją rzeką, lecz ofiarował
irn pomoc żywnościową.

Podczas tej wizyty nieszpetną postać Smitha dostrzegło także dwoje młodych oczu, 
gorących i czarnych, i w serduszko dwunastoletniej pannicy zapaść musiało 

urzekające ziarno. Lecz o tym na razie ani Smith, ani nikt inny nie wiedział.
W kolonii białych działo się coraz gorzej. Ludzie próżnowali marząc o łatwym 

bogactwie i odkrywaniu złota. Tymczasem skarbów nie było, więc rozgoryczeni i 
zawiedzeni zaczęli wichrzyć i gryźć się między sobą. Również coraz częściej 

zdarzały się wypadki napadania na Indian; wnet Pohattan zaczął żałować swej 
dobrotliwości wobec bezczelnych i niewdzięcznych najeźdźców.

Podczas jednej z wypraw myśliwskich towarzysze Smitha wbrew jego nakazom znowu 
zaczepili Indian i przebrali tym miarkę cierpliwości. Tubylcy wyrżnęli oddział w 

pień, Smitha zaś wzięli żywcem i związanego przywiedli do stóp Pohattana. Rada 
wojenna uchwaliła śmierć jeńca przez ścięcie. Lecz kiedy przystąpiono do 

ceremonii wykonania wyroku, zaszła rzecz zgoła nieprzewidziana.
Z orszaku królewskiego jak z procy wyprysło dziewczątko, dopadło skazańca i 

zakryło go własnym ciałem protestując czynnie  a  głośno  przeciw  wyrokowi.  
Podlotek  rezolutnie oświadczył, że życzy sobie jeńca za męża, i żądał, w myśl 

obyczaju, jego natychmiastowego zwolnienia. W niemym osłupieniu król Pohattan 
wywalił gały na swą dwunastoletnią córką Pokahontas. Rada wojenna długo 

zgrzytała zębami. Lecz trudno było przeciwstawić się odważnej dziewczynie. Stał 
za nią obyczaj. Przecięto tedy więzy Smithowi,  który najbardziej może ze 

wszystkich osłupiały, na własnej skórze doświadczył, że i na nowej ziemi nie 
opuściło go dawne szczęście u podwik. Tak więc zmieniło się jego położenie i 

Smith jako narzeczony królewny przebywał przez kilka tygodni na dworze Pohat-
178

dziewczynę. W Pokahontas odkrył niezwykłą dstotęl Pomimo młodego wieku była 
rozgarnięta, wielkoduszna i silnego charakteru, przy tym powabna i urodziwa. 

Wdziękiem wybijała się ponad swe otoczenie.
Gdy po kilku tygodniach Smith wrócił do Jamestown, włosy stanęły mu dęba na 

widok tego, co zastał. Choroby, brak żywności, niezaradność i zabójstwa — 
znamienne klęski wielu, nie tylko angielskich, poczynań pionierskich — 

zmniejszyły ilość osadników ze 105 do 38 niedobitków, zdziczałych szkieletów, 

background image

złych i rozprzężonych. Z trudem Smith zaprowadził ład.

Krótko potem przypłynęła z Anglii nowa partia wychodźców; niestety, przysłano 
znów same szumowiny i rozbitki życiowe. Smith miał z nimi jeszcze większy krzyż 

i mękę. Gdy był na miejscu, jako tako panował nad bandą; gdy jednak wypadało mu 
zwiedzać dalsze ustronia, wtedy natychmiast instynkty zbrodnicze i próżniactwo 

brały w osadzie górę. Niesławnie układały się początki kolonizacji 
wirginijskiej.

Z Indianami wybuchały często zatargi. Winę ponosili przeważnie biali. Dawno 
czerwoni wojownicy wytępiliby gniazdo wrogiego niepokoju, gdyby nie Pokahontas. 

Jak anioł-stróż czuwała nad osadą białych, jak wilczyca walczyła o ich życie, 
łagodziła gorycz braci, kilkakrotnie udaremniała napad na Jamestown. Kochała, i 

wierna swej miłości, zdradzała sprawę swego narodu. Było to tragiczne 
bohaterstwo młodziutkiej dziewczyny: życia dwustu rozwydrzonych Anglików broniła 

miłość małej Indianki.
Nadszedł nowy statek z Anglii i nareszcie przywiózł trochę spokojnego ludu, 

nastawionego na uczciwszą pracę. Lecz wtedy właśnie spadł na kolonię dotkliwy 
cios. John Smith uległ wypadkowi przy eksplozji prochu i ażeby ratować zagrożone 

życie, musiał czym prędzej wracać do Anglii. Odjeżdżając przyrzekł strapionej 
dziewczynie natychmiastowy powrót po odzyskaniu zdrowia.

Teraz dopiero wszyscy przekonali się, jak. potrzebna była
«•                                                                               

,            179
 v,r«l6 ,0 Ja^s.own.

SssSp
też wydała na świat synka, Tomasza Rolfe a. 180

nym' kochankiem, zwodniczym bmitliem. przeszyta Doiem, odwróciła się i milcząc 
odeszła. Stary lowelas, który we wszystkich biedach dawał sobie radę, i teraz 

znalazł wyjście. Przekonał ją, że równie dobrze może być teraz ojcowskim 
przyjacielem, jak ongiś był narzeczonym.

W ojczyźnie jej, nad rzeką Pohattana, szumiały głębokie lasy i rozciągało się 
nad nimi jasne, błękitne niebo. Nad Tamizą nie było lasów, panowały gęste mgły. 

Nad Tamizą mgły wdzierały się do płuc, serce rwało się ku ojczystym lasom. 
Pokahontas, mimo że otoczona w Anglii miłością, szacunkiem i wygodami, pożyła 

niedługo. Umarła w dwudziestym pierwszym roku życia. Uległa tęsknocie i 
gruźlicy.

Krew jej jednak nie wyginęła. Tomasz Rolfe, jej syn, stał się protoplastą wielu 
rodzin żyjących do dnia dzisiejszego w Ameryce. Potomkowie szlachetnej Indianki 

Pokahontas byli dumni, że mieli takiego przodka, lecz ile z tymi dziejami 
kojarzyło się tragedii i krzywdy wyrządzonej Indianom przez białych ludzi?

29. 1NDIAMĄTKA, ICH PIESKI 1 MÓJ PIES
*s f

W Obijuanie żyło niezwykłe plemię, strasznie wesołe, zuchowate, rozbawione a 
żywotne: to dzieci Indian Cree. Były pu-cułowate jak pączki, ruchliwe jak muchy 

i prawie wszystkie bardzo ładne. Nie dotknęła ich jeszcze gruźlica, choroba 
rodziców, zdrowie tryskało im z tłustych policzków i śmiejących się czarnych 

śiepiąt.
Miały swój własny świat. Zamykał się w obrębie wsi, między kościółkiem a składem 

Hudson's Bay Company i między składem a przystanią nad jeziorem. Tu 
baraszkowały, wyprawiały harce, miały swe kryjówki, doznawały wzruszeń na widok 

kołującego w powietrzu rybołowa lub na widok ubitej zwierzyny; tu też snuły swe 
dziecięce marzenia, poznawały czary i były

szczęśliwe.
Wszystkie bajki indiańskich dzieci rozgrywały się w lesie. W głębokim, 

tajemniczym lesie. Taki to las rozpoczynał się tuż za ostatnią chałupą Obijuanu 
i ciągnął się, jak okiem sięgnąć, bez końca. W owym lesie, w wyobraźni dzieci, 

działy się dziwy i uroki, chodzili czarodzieje i niezwykłe zwierzęta. Więc w 
czepku rodziły się dzieci Indian Cree: nie tylko otaczała je ogólna miłość 

dorosłych, nie tylko wolno im było dokazywać od rana do wieczora, lecz na domiar 
patrzały cały czas na las, w którym rozgrywały się ich bajki i spełniały 

marzenia.
W ostatnich dniach ogarnęło dzieci podniecenie. Wkrótce razem z rodzicami 

wyruszą do puszczy na zimowe łowy. Cała
182

dziel sanki", smarowała pułapki, szykowała zap" asy. Żywiej biły młode 

background image

serduszka. Brzdące na swój sposób przygotowywały się do wyprawy: uczyły się 

rzucać kamieniami. Za cel służyły im zimorodki na brzegu jeziora, a w braku 
tychże — psy.

Gdziekolwiek pojawiło się Indianiątko, tam nieodzownie niby cień postępował za 
nim zwierzęcy orszak, z kilku składający się piesków. Były to kundle, mniej lub 

więcej podejrzanego pochodzenia, mieszańce; mało wśród nich prawdziwych huskies. 
Chuderlaki przeżywały teraz letni okres bezrobocia, biedy i głodu. Latem 

Indianie nie karmili psów. Zimą tylko, gdy pełniły ciężką służbę przy sankach, 
dostawały od ludzi żarcie; natomiast latem „schodziły na psy" dokarmiając się 

często gęsto — o nędzo sobacza! — słodkimi jagodami w lesie.
Sercowe to mimo wszystko i wierne były stworzenia. Nie opuszczały Indian. Przede 

wszystkim ich dzieciom okazywały przywiązanie bez zastrzeżeń, niewolnicze, na 
zabój; brały udział we wszystkich ich zabawach, znosiły cierpliwie wszystkie 

udręki i doznawały, zdaje się, tych samych tęsknot: marzyły również o wyprawie 
do lasu, gdzie było w bród wszelakich przygód i mięsa. Sympatyczne, czworonożne 

hultaje.
Pięcioletni, pękatobrzuchy Cree rzucał kamieniem na psa. Całą swą dziecięcą 

pasję wkładał w tę czynność, jak gdyby dopełniał ważnego obrządku. Pies rozumiał 
wagę chwili. Lecące kamienie przyjmował cierpliwie jak zrządzenie losu. 

Oczywiście doświadczony szelma nie czekał na ich uderzenie, lecz jak tancmistrz 
zgrabnie i lekko wymijał wszystkie celniejsze pociski. Cwaniak, witał przy tym 

każdy kamień radosnym skowytem niby głosem uznania. A po chwali obie strony 
miały dosyć zabawy. Pies lizał twarz przyjaciela, dzieciak gorąco obejmował jego 

szyję. Potem patrzały razem w stronę lasu.
Nasz przyjazd do Obijuanu stanowił wielkie wydarzenie także i dla dzieci. 

Wstępnym bojem zdobyłem sobie ich przychylność, a zawdzięczałem to dwom 
przyczynom: aparatowi fotograficznemu i psu husky. Dzieci indiańskie znały 

aparaty fotograficzne, owszem, widziały je już i pani nauczycielka
183

0  dwóch obiektywach. Na jego matowej szybce można było i widzieć cały piękny, 
barwny świat. Więc zaglądały tam czarne! śiepięta i aż iskrzyły się z nagłej 

radości. Cuda: wszystko, coj się działo w rzeczywistości, widać było na maleńkim 
obrazku. Oto pies biegł przez ścieżkę, tam stał namiot, tu ojciec wbijałj gwóźdź 

w canoe. Czarodziejstwo! Potężny zapał ogarniał mło-| dzież, cały dziecięcy 
naród wędrował do tej magii, a ty, przy-j byszu, siedź cierpliwie na ziemi i 

.podtykaj aparat. Zbijały j się główki, właziły ci bachory na kolana, na plecy, 
wychylały! się przez ramię.

Pies husky, mój przyjaciel,  był szlachetnym  olbrzymem. Szeroka to natura, 
otwarte serce, gorąca głowa. Nie miał za. grosz zwykłej psiej obowiązkowości, 

ale za to odznaczał siej przerostem uczuć i tęskonotą za dalą. Wielki włóczęga. 
Dlatego niezbyt go cenił Stanisław i właśnie dlatego husky i ja przywarliśmy do 

siebie. Łączyło nas coś więcej niż normalna przyjaźń między człowiekiem a psem, 
bo pewnie i jakieś tani j pokrewieństwo wspólnych zamiłowań. Wędrował z nami i 

miał j te same co i my prawa do naszego ogniska, do pokarmu, daj namiotu.
I oto mój husky zrobił w Obijuanie furorę. Indianiątka po-« dziwiały go i 

przepadały za nim. Część tego blasku spadała.
1  na mnie, pies torował mi drogę. Matki powierzały mi nawet; niemowlęta.

Pomiędzy wygłodniałymi kundlami Obijuanu mój husky był"' jak potężny, dumny 
król. Starał się nie widzieć ich wyszczerzonych kłów, a gdy wchodziły mu w 

drogę, przewracał po prostu napastników pchnięciem swej szerokiej piersi, nawet 
wcale na nich nie warcząc.

Wśród indiańskiej dziatwy przypomniał mi się pewien epizod z życia mojej Baśki. 
Wiele lat temu — córeczka wtedy jeszcze żyła i miała sześć lat — po powrocie z 

mej pierwszej ¦wyprawy brazylijskiej opowiadałem jej o życiu Indian. Szczególnie 
interesowały ją dzieci. W trakcie rozmowy Basia nagle oświadczyła, że dzieci 

indiańskie jeżdżą na psach jak na ko-
184

przemą3r'zaia"riym"'rażern"obstaWała pf2y"'SWoim i uporczywie ¦"<¦ twierdziła, 
że wie na pewno, iż dzieci indiańskie jeżdżą na

pieskach.
To wspomnienie nasunęło mi nagle pomysł. Chwyciłem pierwszego z brzegu 

chłopczyka i posadziłem go okrakiem na tnoini husky. Zdumione psisko 
podskoczyło, lecz po chwili domyśliło się, że to zabawa, i zgodziło się na rolę 

wierzchowca. Zuchowaty Indianinek, pyszny jak paw, jeździł dokoła wśród okrzyków 

background image

triumfu. Rówieśnicy zazdrościli mu powodzenia i sami próbowali. Mój husky uczył 

się cierpliwości, mężnie znosił dziwną zabawę i posłusznie obwoził jeźdźców. W 
przeciągu kilku godzin nowa mania, niby zaraza, szerzyła się po całej wsi. 

Wszystkie bachory dosiadały piesków. Nowe stąd wzruszenia, było wiele krzyków, 
wiele radości.

Lecz najbardziej cieszyłem się ja: na przekór rzeczywistości moja Basia jednak 
miała rację. Oto mali Indianie jeździli na psach.

Zapał ujeżdżania psów trwał równy dzień. Potem ostygł szybko i psia jazda poszła 
w zapomnienie.

Od tego czasu lubiłem mego husky jeszcze bardziej. Należałoby nabyć go na 
własność. Lecz właściciel jego, rybak znad rzeki Oskalanoe był nieuchwytny. 

Wyjechał gdzieś w lasy i nikt nie wiedział, kiedy wróci, a bez porozumienia się 
z nim nie wypadało mi zabierać ze sobą psa. Mogłyby wyniknąć z tego kłopoty — 

życzliwie wyjaśnił mi Frankiand. Więc, niestety, agent zachował psa u siebie i w 
chwili naszego wyjazdu siłą przytrzymywał go za kark, stojąc u brzegu jeziora. 

Był to odjazd uroczysty. Na przystani zebrała się kupa Indian, moc dzieci i 
psów. Nagle, w chwili odbijania łodzi od brzegu, mój husky, bestia silna, wyrwał 

się z rąk Franklanda, "wskoczył do canoe i przywarł mi do nóg. Zamieszanie. Nie 
sposób było go wygnać. Głuchy na wszelkie nakazy i groźby, płaszczył się na dnie 

łodzi. — Ja go nie ruszę! — wołałem rozdrażniony przykrym zaj-
185

cony z żalu.
Ale pies musiał pozostać w Obijuanie. Stanisław chwycił go mocno za kark i za 

sierść na zadzie i wyrzucił z łodzi do wody. Biedaczysko błagał mnie ostatnim, 
rozpaczliwym spojrzeniem. Nie mógł zrozumieć, dlaczego rozdzierali naszą 

przyjaźń.
Warknął motor, łodzie poderwały się. John Iserhoff ujął! ster. Oddalaliśmy się 

szybko. Husky dopłynął do brzegu i za-] czął wyć. Głośno, urywanie, straszliwie.
Teraz wiedziałem, jak płaczą psy.

in
RAJ MYŚLIWSKI

Pełno było tropóv/ łosi. Pełno odcisków starych i zatartych, choć nie brak i 
świeżych, czasem tak wyraźnych, jak gdyby przed chwilą wyciśniętych. Widzieliśmy 

je w trawie, w błocie, w piasku, wszędzie na brzegach wód. W miarę oddalania się 
od Obijuanu spostrzegaliśmy coraz więcej śladów: znak, że docieraliśmy do 

bogatych łowisk. Nasza wyprawa dobijała do celu; wskazywały na to liczne tropy, 
lecz — do diaska! — gdzież sama zwierzyna? Już mi obmierzł widok samych tylko 

tropów.
Gdy spotykaliśmy ślady nad rzeką Oskelanoe, tydzień temu, radowały nas i 

rozpalały żywo wyobraźnię jako zapowiedź przyszłych wzruszeń. Teraz przestały 
mnie radować, sprzykrzyły się. Tropy były jak piękne obietnice, zbyt długo nie 

spełniane. Drażniły i męczyły; były czcze i jałowe.
Kilka razy zatrzymywaliśmy motor i wysiadaliśmy na ląd. Badaliśmy brzegi wodząc 

dokoła uważnym wzrokiem niby agenci śledczy. Ma tropach najmniej znałem się ja. 
Lepiej czytał je Stanisław, jeszcze lepiej, oczywiście stary Indianin Cree, John 

Iserhoff; ale prawdziwym mistrzem, jak się okazało, był Lisim, nasz czwarty 
towarzysz.

Lisim, młodszy o trzydzieści lat od Johna, wysuwał się na czoło wyprawy jako 
niepospolity przewodnik. Był to w ogóle nieprzeciętny Indianin: nosił okulary, 

rysy miał mongolskie i umiał naprawiać motory. Kiedy w czasie jazdy psuł nam się
189

a motor znowu chodził.
Przy oględzinach brzegów Lisim czynił jakieś spostrzeżenia i odkrycia; cichym 

głosem, w języku Cree, udzielał tych wiadomości Johnowi, a John powiadał do nas 
po angielsku, że tam wczoraj pławiły się dwie sztuki, tu dziś przechodził siaby 

byk, a tu znowu stała kiedyś klępa.
—  Tu są na pewno łosie! — kończył wykład.

—  Gdzie są te łosie? — pytałem urągliwie i demonstracyjnie toczyłem wzrokiem 
dokoła. — Widzę tylko same tropy! No-thing but tracksl

Nad jeziorem rozpościerał się rozległy krajobraz, piękny jak marzenie, lecz 
pusty, jakby wymieciony zarazą.

John, mający łagodne usposobienie, uśmiechał się z zakłopotaniem i uprzejmie 
mruczał coś pod nosem: że biały człowiek "był niecierpliwy.

Po przepłynięciu przeszło trzydziestu kilometrów dostaliśmy się w okolicę o 

background image

zmienionym nieco krajobrazie: w zwarte dotychczas ostępy iglicowych lasów 

wplatały się coraz częściej jaśniejsze plamy drzew liściastych. Osiki i 
białopienne brzozy wyrastały liczniej wśród jodeł i świerków. Równocześnie 

częste wyrwy i wyłomy przerywały skalisty brzeg; to w puszczę wrzynały się łąki 
i bagna, ulubione bobrowiska łosi.

Płynęliśmy na południowy wschód przez ogromnie wydłużone jezioro o zawiłych 
zatokach i licznych wyspach: Lakę Marmette. Ciągnęło się przeszło dwadzieścia 

kilometrów. Na jego południowym końcu wyrastał półwysep, cienki i długi jak 
sztylet wbity w jezioro. Na tym cyplu wylądowaliśmy. John oświadczył, że 

stanęliśmy u celu. Byliśmy w samym środku dobrych terenów łosiowych. Stąd 
mogliśmy wypływać na polowanie na wszystkie strony, na zachód, południe, wschód 

i nawet na północ, skąd właśnie przybyliśmy. Wszędzie w pobliżu napotkamy łosie.
Półwysep miał na brzegu piaszczystą smugę, za którą wznosił się lasek, długi i 

wąski jak sam cypel. W lasku, w nieznacznej wklęsłości terenu, założyliśmy obóz 
pod cieniem brzóz

190
ska. Do wody było niedaleko, niespełna czterdzieści kroków. Podobał mi się 

zakątek.
Podczas rozbijania namiotów (dwóch, gdyż Indianie wznosili swój własny) zjawił 

się nagle w obozie dziwny gość. Leśna kuropatwa. Siadła na powalonym pniu, tuż, 
tuż, nie dalej od nas niż o dwadzieścia kroków, nie okazując żadnego lęku. 

Przeciwnie. W śmieszny i wyzywający sposób wyciągała i kurczyła szyję, a głowę 
to podnosiła, to schylała. Widocznie oburzona, podniecona ciekawością, chciała 

dociec, jacy to wdziercy mącili spokój puszczy. Fool hen — narwaną kurą — nazwał 
ją Lisim, i zdaje się, że słusznie. Z upierzenia przypominała naszego jarząbka, 

tylko była nieco większa.
Lisim zabrał z sobą sześciomilimetrowy winczester. Teraz dobył broni z tłumoka — 

i podczas gdy John usprawiedliwiał przede mną strzał, który nie będzie zbyt 
głośny i grubszej zwierzyny nie spłoszy — Lisim spokojnie nabijał karabinek, 

mierzył chwilkę i wypalił. Piękny strzał! Ptak, trafiony kulką w głowę, padł na 
miejscu. Lekkomyślność swą przypłacił śmiercią, nam zaś odkrył znakomitego 

strzelca i przysporzył smacznej pieczonki.
O kilka kroków za obozem, na piasku, Indianie pokazali mi tropy łosia. Tęgi byk, 

chwalił go John,- przechodził tędy wczoraj. Rzeczywiście, ostro rysowały się 
wielkie, owalne wgłębienia. Lecz śladów miałem po same uszy.

—  Znów tropy! — parsknąłem z udanym zgorszeniem i śmiałem się Johnowi w oczy.
Stary Indianin cierpiał. Gryzły go moje drwiny. Naradzał się z Lisimem, po czym 

zaproponował mi, ażebyśmy dziś jesz-sze, pomimo spóźnionej pory, urządzili 
krótką przejażdżkę na zwiady. Za godzinę dopiero nastanie zmrok.

—  Zgoda, jedziemy! — zawołałem.
Nasze canoe, jako lżejsze, zepchnęliśmy na wodę i popłynęli w kierunku 

południowym; John, lisim i ja. Stanisław pozostał •w obozie, by przygotować 
kolację. Płynąc wzdłuż półwyspu

191
mniejsze niż poprzednie, długie może na kilometr. Nazwaliśmy je później Jeziorem 

Śmiałego Szczupaka.
Nad jeziorem wisiała przed nami wspaniała tęcza o wyjątkowo jaskrawych barwach. 

Jednym ramieniem spływała na brzeg wody niedaleko nas i przeistaczała łączkę w 
promieniejące ustronie. Tęcza tworzyła jakby czarodziejską bramę powitalną; może 

to w istocie była brama do raju myśliwskiego? Zjawisko poruszyło także Indian; 
coś szeptem do siebie gadali.

Po chwili słońce ukryło się za lasem i zgasiło tęczę. Cienia gęstniały pod 
drzewami, nastawał powoli mrok.

Po przebyciu jeziora zapuściliśmy się w wąskie, kręte koryto, ni to w rzekę, ni 
to w martwą odnogę. Z powierzchni rozlewiska wystawały tu różne kamienie i kępy 

mułu. Trudno było między nimi wiosłować, lecz Indianie zwinnie omijali wysepki. 
Podziwiałem ich zręczność. Wiosłując zanurzali wiosła tak czujnie, że nie 

słyszało się żadnego szelestu prócz spadających kropel wody.
Niezmącona cisza zalegała las. Liście i źdźbła1 trawy, znieruchomiałe, zapadały 

w przedwieczorny sen.
Nagle John, siedzący za moimi plecami, trącił mnie i bez słowa pokazał palcem 

przed siebie. Szukałem wzrokiem po chaotycznych wybojach brzegu; pełno tam było 
głazów; Y/reszcie ujrzałem: łoś! Dalibóg, by i łcś. Fala gwałtownego gorąca 

uderzyła we mnie. Stał nad samym brzegiem, nie dalej od nas niż kilkadziesiąt 

background image

kroków, zwierz kolos, wcielenie potęgi, pyszny olbrzym puszczy. Wydawał się 

stworem prawie przedpotopowym. Na tle popielatego brzegu rysował się wyraźnie 
jego szarobrązowy pośladek i białawe, tylne badyle, podczas gdy głowę i bark 

zakrywał nabrzeżny głaz. Jeszcze nie wiedziałem — byk to czy łosza. Jeżeli byk, 
to chyba kapitalny. Dotychczas nie zauważył nas.

Ostrożnie odbezpieczyłem remington, ostrożnie Indianie podsuwali łódź. Serce 
biło mi młotem, oczy ze wzruszenia zachodziły wilgocią. Podniosłem broń do 

strzału.
192

...Plemię to strasznie wesołe, zuchowate, rozbawione, a żywotne... (s. 182)
p~

ków, jeszcze dwadzieścia pięć. Wreszcie dotarliśmy do ściany głazu, cichuteńko 
wychyliliśmy się spoza węgła. Naraz gwałtowne szarpnięcie zwierza i z 

podrywającego się łba patrzały na nas wystraszone świece. Na głowie zwierza 
sterczały wielkie łyżki-uszy, lecz poza tyra nic, żadnych rosochów. Zawiedziony 

opuściłem broń.
Wylękniona łosza zadarła chrapy, okręciła się na tylnych badylach i dała susa, 

aby uciec. Lecz w pośpiechu źle obliczyła stromość brzegu i zjechała znów z 
powrotem do wody. Przy tym komicznie rozkraczała tylne badyle, wypinając na nas 

swój szeroki zad.
Naprężenie nerwów minęło. Zabawny widok pobudził naszą wesołość. Zaczęliśmy się 

śmiać wszyscy trzej jak dzieci, zanosiliśmy się tłumionym chichotem, śmialiśmy 
się radośnie* rzetelnie, głośno, bez opamiętania, bez końca, coraz spazmatycznie 

j wybuchając od nowa. Warto było się śmiać: niebo zachodziło pogodne, klępa 
nareszcie uciekła, ustąpiły żale, zabłysły nadzieje.

Gdy zbieraliśmy się do powrotu, stary John wskazał na ślady, jakie na brzegu 
pozostawiła po sobie łosza, i przedrzeźniając mnie żartobliwie, rzekł z 

przesadną żałością:
— I znowu same tropy! Nothing but tracks!

...Czarne  cielsko  zamajaczyło  wśród  zarośli   i  zginęło...  (s.  207)
Powróciwszy do obozu zastaliśmy Stanisława z gotową już wieczerzą. Pięknie się 

spisał i nie szczędziliśmy mu pochwał: usmażona na maśle fool hen smakowała 
wyśmienicie, że palce lizać. Wędzonka i fasola z puszki, biszkopty, konserwowe 

brzoskwinie i mocna herbata uzupełniały biesiadę. Potem jakże było przyjemnie 
człowiekowi rozciągnąć się jak długi na ziemi obok ogniska, zapalić dobrego 

papierosa i czuć się szczęśliwym w tej puszczy.
Całodzienna podróż łodzią z motorem przyczepnym nie zmęczyła nas. Nie chciało 

się spać. Radość, że ujrzałem pierwszego łosia, już się ułożyła, za to 
przejmowały mnie obiecujące widoki na dzień jutrzejszy i następne.

Dwaj Indianie, siedzący z drugiej strony ogniska, wrzucali do niego co .chwila 
suche gałęzie i milcząc palili swe fajki. Stanisław też mało co mówił. Tyle w 

tych lasach już się na-wałęsał i nastrzelał, że pewnie niewiele myślał o 
jutrzejszym polowaniu.

Nagle podniósł na mnie wzrok i odezwał się cichym głosem, zawsze jakby o nutę 
zbyt poważnym i uroczystym:

—  Wiecie... Kiedy tak siedzę przy ognisku i dokoła mnie same lasy i jeziora, 
czy wiecie, kto mi przychodzi na myśl? Nasi Kaszubi.

—  Kaszubi?
194

—  Coś niecoś słyszałem. Ale niewiele.
—  Ja tam u nich kilka lat przeżyłem w Otter Lakę, jak wiecie, i trochę w 

Wilnie... Siła nasłuchałem się ich gadek
0  pierwszych Kaszubach, o tych, co prawie sto lat temu przywędrowali do 

zupełnie dzikiej i bezludnej puszczy... Musiało to być pustkowie zbliżone do 
tego tutaj, i ci Kaszubi tak samo jak my musieli przeobozować niejeden miesiąc. 

Jeszcze dziś pozostały tam lasy, ale to już nie to, co wtedy... Trzeba 
koniecznie, ażebyście zobaczyli Wilno!

—  Że to najstarsza polska parafia w Kanadzie?
—  I dlatego, ale nie tylko dlatego. Nigdzie indziej w Kanadzie czegoś podobnego 

nie spotkacie: kawał kaszubskiej ojczyzny,  żywcem przeniesionej z Puszczy 
Tucholskiej  w te lasy. Ludzie, ciągle mówią tą samą gwarą co przed wiekiem

1  takie same pielęgnują obyczaje... A co za pobożność! Jaka głęboka wiara w 
Boga! Jakie tam kościoły!

Na samo wspomnienie tej religijności oczy Stanisława zachodziły wzruszeniem. Ale 

background image

szybko gasły, natomiast odbijał się w nich cień niepokoju, gdy towarzysz zwrócił 

się do mnie całą twarzą.
—  Muszę wam coś powiedzieć — rzekł zakłopotany. — Jam z sumieniem w rozterce, 

gryzie mnie...
—  Ależ   słucham...   Proszę!   —  zachęcałem   go   zdziwiony i dźwignąłem się 

z miejsca, na którym leżałem, siadając teraz w kucki.
—  Czy przypominacie sobie, jakeśmy to w Val de Bois rozmawiali o moim dawnym 

życiu?
—  Naturalnie, przypominam sobie.

—  Jakeście pytali, czy spotkał mnie kiedy zawód w uczuciach... a ja 
odpowiedziałem, że nie?

—  No, tak.
—  Nie mówiłem wtedy całej prawdy, pewnie się wstydziłem. Było inaczej. Spotkała 

mnie w życiu przykrość. Teraz mi ¦wstyd, żem zataił prawdę przed wami...
a L/l G. W  V (     O Lilii UlGiil    &*¦<L    JtL    ^UU^ULUllZi^ TY U>-     

^U.L*t- YV iii U. (4|V-     y Wj     Z.C     t*-*
nieważne, że to sprawa czysto osobista.

—  Osobista, ma się rozumieć, a jednak...
Stanisława to dręczyło. Poczuwał się do obowiązku wyjaśnienia, był w nastroju do 

wynurzeń.
—  Czy chce wam się spać? — spytał.

—  Jeszcze nie.
—  To dobrze. Opowiem wszystko...

W tym „wszystkim" mieściły się nie tylko jego własne, raczej uboczne, choć 
bolesne przeżycia, lecz nade wszystko dzieje niezwykłej społeczności nieugiętych 

Kaszubów.
Przybyli do Kanady około 1860 roku, wygnani z ziemi kaszubskiej. Prześladowani 

przez rząd pruski podczas Kułtur-kampfu za język i religię, nie pozwolili sobie 
wydrzeć tych. dwóch świętości, woleli wygnanie i tułaczkę.

Najdalej w lasy wdarła się grupa kilkudziesięciu rodzin, stukających takiego 
ustronia, które by najbardziej przypominało im stary kraj. Ci Kaszubi byli 

ubodzy, ale uparci i przejęci. To, czego szukali, znaleźli w Ontario, jakie sto 
sześćdziesiąt kilometrów na zachód od miasta Ottawy, a blisko sto kilometrów za 

stacją Renfrew.
Nie mieli koni ani wozów, na własnych barkach nieśli chudobę i małe dzieci. Pięć 

dni przedzierali się pizez okropne manowce, zanim dobrnęli. Były tani kamienne 
wzgórza, gęste lasy i pełne ryb jeziora: krajobraz zadziwiająco podobny do 

kaszubskiej ojczyzny, tylko dziki i bezludny, i niestety, o równie lichej glebie 
jak w lasach tucholskich. Mimo to, zdjęci tęsknotą za rodzinną stroną, tu 

właśnie pozostali.
Las stał wszędzie ogromny i straszny, niebo im zakrywając i resztę świata. 

Rzuceni na ślepy los, otoczeni obcą przyrodą i obcymi ludźmi, nie znając języka 
kraju, przecież nie stracili ducha ani na chwilę. Mieli żylaste dłonie, mieli 

mocne siekiery i łopaty, mieli niezachwianą wiarę, odwagę i upór.
Było to pokolenie Jakuba Moriocha, który złamaną lewą rękę zagrożoną gangreną 

sam sobie siekierą odciął i żywo
 wszystKicm truaow, jaiae tyiso pionier w taK aziiam

kraju napotkać mógł, i wszystkie przezwyciężali. Aż w końcu wytrwałą 
pracowitością dopięli swego. Chaty wznieśli, las w pobliżu ujarzmili, na 

krnąbrnej ziemi wymogli żyto. Mieli co jeść.
I chociaż obok mroczyła się ciągle puszcza kanadyjska, już nie była im tak 

straszna: dawała moc pokarmu. Las roił się od jeleni, łosi i niedźwiedzi, 
jeziora od pstrągów i szczupaków. Jesienią wzgórza czerniły się urodzajem 

słodkich a oibrzy- mich jagód. Już nie groził im głód.
Idealnie czyste, żywiczne powietrze nie dopuszczało do nich chorób, w cudownym 

wprost klimacie zdrowie wszystkich kwitło nadzwyczajnie.
W ciągu dziesięciu lat osiedle wgryzło się mocno w ziemię i nabrało sił. Wtedy 

zbudowano sobie kościół — pierwszy polski kościół w Kanadzie — ii sprowadzono 
własnego księdza. Gdy potem powstała w pobliżu poczta, miejscowość na życzenie 

proboszcza nazwano Wilnem, jako że proboszcz, ksiądz Ludwik Dembski, pochodził 
właśnie z tego miasta. Tym tłumaczy się paradoks, że poczciwi Kaszubi mieszkali 

w kanadyjskim Wilnie, a nie w jakim Pucku czy Wejherowie.
Niebywała pracowitość i schludność obyczajów szybko do-pro\/adziły do dobrobytu. 

U tych Kaszubów uderzała nieprawdopodobna rozrodczość. Wiele rodzin, może ich 

background image

połowa w tej gromadzie, miała więcej niż po dziesięcioro dzieci, a rodziny, 

liczące posad dwadzieścioro, nie należały do rzadkości. Odbijał się w tym 
przemożny wpływ ambony, tak samo jak wśród Francuzów w Gjiebecu i tak samo 

pierwotna garstka ludności, z niewielkim dopływem z zewnątrz, rozmnożyła się 
sama w nieprawdopodobny sposób: dziś mieszkało w tej okolicy z pnia kaszubskiego 

przeszło cztery tysiące.
Co najciekawsze, dzieci Kaszubów nie uciekały do miast, nie rozpraszały się po 

świecie jak dzieci z innych osiedli kanadyjskich. Wierni synowie tej ziemi, 
pozostawali na miejscu, karczowali las pod nowe zagrody, ba, wykupywali od 

Irland-
196

19?
W bezpośrednim sąsiedztwie powstała druga parafia w Barry's Bay i trzecia w 

Round Lakę, Kto z jakichkolwiek przyczyn opuszczał kaszubski matecznik, 
niechybnie do niego wracał; nawet żołnierze, poznający szeroki świat na 

niejednym froncie wojennym, znów tu. się stawiali do swych parafii.
Była to przytulna — jak widać — wyspa nieodpartej swoj-skości w obcym morzu. 

Stary język tu nie wygasł, a chociaż dzieci już często nim nie władały, chętnie 
przysłuchiwały się gwarze rodziców i ją rozumiały. Gdy wstępowali goście do domu 

albo ludzie spotykali się na ścieżce w lesie, nieodmiennie rozlegały się pod 
kanadyjskimi jodłami słowa pozdrowienia: ,,Niech będzie pochwalony Jezus 

Chrystus" i odpowiedź: „Na wieki wieków, amen". Odchodzącemu zawsze życzono, by 
szedł z Bogiem. Wciąż jeszcze na Wielkanoc młodzież swawoliła przy dyngusie, w 

wigilię Gwiazdki ludzie łamiąc opłatek składali sobie życzenia, na hucznych 
weselach poczet drużbów rej wodził.

W tej społeczności rolników i drwali nie było wcale ludzi z wyższym 
wykształceniem, prócz księży. Co więcej, nikt się stąd nie garnął do miast, by 

zdobyć oświatę, i nikogo nie zachęcano do tego. Wszyscy wierzyli, że w miastach, 
skupiskach występku, grzechu li -rozpusty, łatwo wykoleić się z drogi cnoty. Z 

Wilna czy Barry's Bay nie -wyszedł żaden lekarz, prawnik ani inżynier, natomiast 
wielu wyszło stąd księży i wiele zakonnic. Niejeden z nich powrócił. Proboszcz w 

Earry's Bay, wielki myśliwy, tu się urodził: jiko Kaszub i tu wrócił jako 
pasterz Kaszubów.

Nigdzie indziej, nawet w najodleglejszych francuskich wioskach Guebecu, księża 
nie mieli takiej władzy i takiego głosu jak tutaj. Ich autorytet był 

nieograniczony, bezwzględny. Stanisław, który przecież poznał trochę życia i 
ludzi, uświadamiał sobie, że księża, tak nieustępliwie broniąc swych wiernych od 

wpływów zdrożnego świata, zamykali ich równocześnie jak pod kopułą szklaną, z 
dala od iuirtów postępu.

Ale Stanisław nie ukrywał swego zadowolenia 2 takiego sta-
198

w służbie Boga,Tu'3ego więEszej chwale*i" z Jego "błogosławieństwem...
— A wasze własne przeżycia, Stanisławie? — przypomniałem mu. — Przykrość, jakiej 

doznaliście...
Stanisław dostał się do Kaszubów w Otter Lalce jeszcze przed pierwszą wojną 

światową i jakkolwiek z początku nieufnie przyjęty, przecież z biegiem czasu swą 
żarliwą pobożnością zyskał ich uznanie i przyjaźń. Dobrze się czuł wśród 

bogobojnych osadników-, owych Lorbieckich, Burchatów, Etmań-skich, Szczypiorów. 
Tęgo pracował dla nich, z lasu znosił im zwierzynę.

Ale w Otter Lakę nie było parafii, tylko misja, więc żeby być bliżej kościoła, 
przeprowadził się do samego Wilna. Tu pracował jako parobek u jednego z 

gospodarzy.
Stanisław był wtedy młody i choć żył w pokorze i bo jaźni bożej, nie stronił od 

ludzi ani od godziwej rozrywki. Chętnie zapraszali go sąsiedzi do swych domów, a 
gdzie bywał, wszędzie widział szczęście rodzinne i ludzie pytali go. kiedy on 

sam założy rodzinę.
U jego gospodarzy pracowała Agnieszka, daleka krewna gospodyni, sierota, 

dziewczyna zdrowa, mocna, postawna i bardzo pobożna, ale że biedna, jakoś 
dotychczas nie przyciągała chłopaków- z poważniejszą myślą. Ogromnie się 

spodobała Stanisławowi, a i on nie by! jej obojętny. Postanowił zatem nabyć 
kawał puszczy w pobliżu, założyć własne gospodarstwo i ożenić się z Agnieszką. 

Chętnie na to przystała.
Wtedy przybył w gościnę do plebanii młody proboszcz z Renfrew> Irlandczyk, który 

mając wśród swych parafian Polaków trochę mówił po polsku. Krucze włosy i 

background image

czarne, pełne żaru oczy podkreślały szczególną urodę księdza, który słynął jako 

jeden z najlepszych kaznodziejów.
Jego dotychczasowa gosposia wyszła za mąż i on potrzebował teraz nowej, dlatego 

zjawił się u zaprzyjaźnionych Kaszubów. Rada w radę uchwalono na plebanii i 
wśród gospodarzy, że na tę zaszczytną posadę pójdzie Agnieszka. Dziewczyna

199
ale ksiądz irlandzki pocieszył go, ze tylko na krótko ją zabiera na parę 

miesięcy, a może tygodni
Wyznaczony czas minął, Agnieszka nie wróciła. Stanisław odczuwał niepokój, było 

mu tęskno. Wreszcie którejś niedzieli pojechał do Renfrew. Gdy go ujrzała okryła 
się pąsem i oniemiała, ale zaraz przywitała go bardzo miło i wylewnie Wy 

jaśniła, że dotychczas nie mogła wrócić, bo jeszcze nie przyjechała następczyni, 
ale wkrótce to nastąpi. Życie na plebanii służyło jej, wydobrzała, wypiękniała.

Stanisława zabrała ze sobą do kościoła. Ksiądz irlandzki miał wzniosłe kazanie i 
szlachetnymi słowy wszystkich -wzruszał, Ślicznie wyglądał na ambonie, gdy z 

gorących jego oczu szły natchnione promienie. Agnieszka była w niego wpatrzona 
jak w obraz. I nie tylko ona, wszyscy.

Stanisław wrócił do Wilna i czekał. Znowu mijały tygodnie dziewczyna nie dawała 
znaku życia. Powoli godził się z losem, tak widać było mu pisane. Z pokorą 

przyzwyczaił się do myśli, że ona już nie wróci do niego. I nie czuł żalu: 
widocznie Agnieszka służyła chwalebniejszej sprawie, widocznie tam bliżej była 

źródłom wielkiego świata i wiecznej prawdy, aniżeli byłaby przy jego, 
Stanisława, skromnym boku.

Ale raz wezbrała w nim gorycz buntu. Dwóch podchmielonych wyrostków — bo takie 
gorszące rzeczy bywały czasem w Wilnie — wzięło go sobie na złośliwe języki i 

zaczęło stroić z niego prześmieszki, a pod nosem chichotać i niby w stronę 
Agnieszki rzucać jakieś głupkowate niedomówienia. Ukłuło go to. Postanowił pójść 

jeszcze raz do Renfrew.
Dziewczyna przywitała go nie tak chętnie jak poprzednio Stanisław zauważył 

lekkie ściągnięcie brwi, czego dawniej nie było. Unikała jego wzroku. Patrzała 
wciąż w dal i Stanisław nie poznawał wyrazu jej twarzy: była w niej jakaś nowa, 

obca moc i coś dziwnie nieokreślonego. Aż się przeląkł. Zrozumiał wszystko, 
zanim jeszcze otworzyła usta.

Powiedziała mu, że postanowiła wyrzec się przyziemnych uciech życia i nie wyjść 
za mąż ani za niego, ani za kogo inne-

200
taego postanowienia Stanisław uchylił czoła i składając pocałunek na jej jasnej 

skroni pożegnał się w zgodzie i przy-laźni.
—  W Wilnie — kończył swe opowiadanie — długo już nie pobawiłem, jakoś nie 

wypadało. Opuściłem szczęśliwych Kaszubów, bo można chwalić Boga i gdzie 
indziej. Tak znalazłem moją polanę w Val de Bois. Przestałem myśleć o kobietach.

—  A Agnieszka?
—  Dotrzymała słowa i nie wyszła za mąż. Tylko...

Oczy Stanisława nieznacznie zamigotały. Może tak mi się wydało w świetle 
ogniska, że czytałem w nich jakby odblask niepokoju, smutku, czy zawstydzenia?

—  Tylko co? — spytałem.
—  Tylko — rzekł cicho, zgaszonym głosem — nie poszła do zakonu. Pozostała w 

Renfrew na stałe, na plebanii u księdza Irlandczyka...
Indianie dawno już pokładli się w siwym namiocie. Czas na spoczynek. Noc stała 

się chłodna, ziąb przenikał do kości. Zanim poszliśmy spać, Stanisław nawalił na 
ognisko wiele paliwa.

—  Ażeby odegnać chłód i strapienie — uśmiechnął się niewyraźnie.
 MYSŁIWSJU

-.-     .«!   ,-,
Gęsta mgła zasłaniała następnego dnia rano las i wodę. Ponuro i beznadziejnie 

wstawał dzień, który później cudownie się wypogodził i ukazał olśnionym oczom 
tyle wspaniałych niespodzianek. Dzień chwały tutejszej puszczy.

Z obozu wyruszyliśmy świtaniem, wśród mgieł, w nastroju posępnym. Tak samo jak 
wczoraj — w łodzi płynęło nas trzech, obaj Indianie i ja; Stanisław pozostał 

znów w obozie. I tą samą rozpoczęliśmy drogą, poprzez Jezioro Śmiałego 
Szczupaka. W miejscu, w którym wczoraj wieczorem ujrzeliśmy klępę, spłoszyliśmy 

stado dzikich kaczek. Było ich siedem. Nieproszone oczajdusze zerwały się z 
ogromnym szumem i świszcząc zataczały koła nad nami. Przerazimy świst 

odczuwaliśmy jak cięcie bicza: wdzierał się brutalnie w ciszę poranku i 

background image

niepokoił okolicę. Wreszcie zginął w oddali.

Wkrótce powstał lekki wietrzyk, przepędzający w kilka mi nut mgłę. Otworzył się 
widok. Na wschodnim skłonie nieba wypłynęło słońce i w jego czerwonych 

promieniach doznaliśmy pierwszego w tyra dniu wzruszenia. Kaczki, na szczęście 
nie zaraziły popłochem innej zwierzyny: oto przed nami, na mieliźnie w środku 

rzeczki, prawie po kolana w wodzie, stal łoś i pił spokojnie. Można było na 
pierwsze wejrzenie pomyśleć, że to tęgie konisko. Niestety, już z daleka 

poznaliśmy, że to słaby byk. Szóstak. Chłystek niewart strzału. Odłożyłem broń.
202

naszą łódź i z przerażenia zapomniał o ucieczce. Patrzył na "nas jak urzeczony.
—  Wy strzelajcie — szepnąłem do Indian i uczyniłem nieznacznie zapraszający 

ruch ręką w kierunku zwierzyny.
—  Nie, nie strzelą — odpowiedział John; nie chcieli mi płoszyć wystrzałem 

innej, lepszej zwierzyny. Z wdzięcznością przyjąłem ich wstrzemięźliwość. 
Wiedziałem, że było to poświęcenie, gdyż wśród Indian w Obijuan odczuwało się 

dotkliwy brak mięsa i w ogóle pożywienia.
Łoś w końcu ruszył i oddalił się. Czynił to powoli, ociągając się, jak gdyby nie 

przeczuwał grożącego mu niebezpieczeństwa. Jak gdyby nie znał ludzi. John 
wyjaśnił, że człowiek po raz ostatni płynął tędy rok temu.

Niebawem rzeka skończyła się w błotnistych źródłach i trzeba było łódkę 
przenieść przez lądowy przesmyk do następnego jeziora. Taki portaż stanowił 

nieraz udrękę dla wioślarzy,, gdy rozdział wód był zbyt szeroki, a bagaż zbyt 
ciężki. Ale w ten sposób, poprzez nieodzowne portaże, można było przepłynąć od 

rzeki do rzeki przez całą Kanadę.
Tym razem tylko sto kroków do przebycia. Rosły tu krzewy zwane sumak, o 

dziwacznych, czerwonych jak krew kiściach owoców. Ulubiony żer leśnych kuropatw. 
I rzeczywiście, dwie kuropatwy wyrwały nam się spod nóg i uleciały kilkadziasiąt 

kroków. Nie patrzyliśmy na nie wcale.
Nowe jezioro, o kilku kilometrach kwadratowych powierzchni, nie miało nazwy. Nie 

było go też na mapie. Za to odznaczało się koszmarną osobliwością. Z wody 
sterczały w wielu miejscach wysokie na kilka metrów suche pnie obumarłych drzew 

niby grożące komuś olbrzymie piszczele. Był to zatopiony las, las trupów. 
Płynęliśmy nim ze zdwojoną ostrożnością, by uniknąć wypadku. Poruszony słup, 

przegniły od spodu, mógł stracić kruchą równowagę i padając zatopić łódkę.
John zwrócił moją uwagę na brzeg. W zagłębieniu ziemi, między powalonymi 

kłodami, widać było grzbiet łosia.
203

działem, po czym to pozriaT/12wierzrmiał"g?owę':uIćryfą".''"''''''T    '"
Z ciekawości podpłynęliśmy bliżej. Cichy zgrzyt naszej łodzi o gałąź przestrzegł 

łosia. Zwierz szybko podniósł łeb; rzeczywiście — klępa. Wytrzeszczała na nas 
zdumione świece i zaniepokoiła się. Dręczyła ją niepewność co do nas: czy to 

wróg, czy stworzenie przyjazne? W końcu, wśród objawów lęku, zaczęła się 
wycofywać wołając trwożnie: ue, ue.

Na ten krzyk odezwał się w pobliżu podobny głos i teraz zrozumieliśmy trwogę 
łoszy: niewielki cielak-sysak ukazał się wśród rumowiska drzew i becząc żałośnie 

pędził za matką. Zwierzęta znikły w lesie.
Lecz nie na długo. Zjawiła się wnet sama łosza i pobekując wyzywająco 

przybliżyła się do brzegu. Łyżki położyła na karku jak zły koń; na grzbiecie 
zjeżyła sierść. Wydłużyła przy tym sztywny kark i hardo stawiała badyle; całe 

jej zachowanie zdradzało wojownicze zamiary. Gotowa była rzucić się na nas.
Nie trzeba, urażona matko! Już uciekaliśmy. Indianie silnymi uderzeniami wioseł 

wyprowadzili łódź na środek jeziora. Niemiłą przygodą groziło bliskie spotkanie 
z łoszą, gdy miała przy sobie swoją latorośl.

Znów portaż. Tym razem wypadło nam przenosić łódź prawie kilometr przez 
grzęzawiska pokryte bujną trawą i chojakarai. Kilka razy przecinaliśmy głębokie 

tropy w trawie, odmienne, szersze niż dotychczasowe tropy łosie. Przy 
największym z nich Indianie zatrzymali się. Przechodził tu rano tęgi niedźwiedź. 

Było tych zwierząt więcej w okolicy. Wszystkie ich ślady prowadziły w jednym 
kierunku, do wysokich wzgórz, wznoszących się na ukos przed nami, na lewo.

Góry Niedźwiedzia! — wyjaśnił John i patrzył na nie zadumany.
Po wyjściu z gąszczu stanęliśmy nad rozległą zatoką, za którą błękitniało 

wielkie jezioro. To Jezioro Chapmana, okolone Górami Niedźwiedzia.
John prosił, żebym zbadał przez lornetkę ciemną plamę,

204

background image

poznałem, ze iu lus^a.

Siedliśmy w canoe i płynęliśmy na południe. Góry Niedźwiedzia wyrastały przed 
nami coraz wyraźniejsze i wyższe. Najbliższa z nich wzbijała się na jakieś 

dwieście metrów ponad poziom jeziora. Pokrywał ją gęsty, wspaniały bór, 
przerywany gdzieniegdzie jaskrawymi bliznami gołych skał. Na samym szczycie 

jaśniała otwarta halizna, oblana przedpołudniowym słońcem. Musiało tam być 
ładnie; wierzchołek nęcił.

— Chciałbym być tam u góry! — odezwałem się do Jchna. Dobrze. Wejdziemy.
Po okrążeniu szerokiego półwyspu podpłynęliśmy do podnóża góry i wylądowaliśmy. 

Zaczęliśmy wchodzić. Niekiedy należało piąć się na czworakach, lecz na ogół 
wejście było łatwe; wśród drzew odkryliśmy wiele golizn, z dołu niewidocznych. 

Po godzinie dotarliśmy spoceni do szczytu.
Widok, jakiego się spodziewałem. U stóp naszej góry ciemne Jezioro Chapmana, 

wygięte w półksiężyc, z zatoką, nad którą wciąż jeszcze włóczyła się łosza. 
Nieco na uboczu Jezioro bez Nazwy, gdzie była zaczepna klępa z cielakiem. Dalej 

na północy jezioro Marmette. Lecz półwyspu z naszym obozem nie dostrzegliśmy; 
był za daleko.

Pod nami wszędzie lasy, nieograniczona, zwarta zieleń lasów; morze zieleni, a w 
tym morzu białe, wyspy: jeziora. Dopiero patrząc z góry poznawało się prawdziwą 

treść puszczy, widziało się namacalnie jej najwłaściwszą cechę: ogrom. 
Doświadczało jej się zmysłami, prawie doytkało jej majestatu, jej 

nieskończoności. Puszcza, na którą patrzałem, nie miała końca.
I pachniała.

Z dołu zerwał się podmuch wiatru i buchnął na nas silnym zapachem żywicy, dobrze 
mi znanym, upajającym zapachem spruce'ów. Było to radosne powitanie jak odruch 

życzliwości. Lasy, rozgrzane wrześniowym słońcem, pachniały.
Indianie mieli sokole oczy, wykrywali zwierzynę i kazali mi patrzeć przez 

lornetkę: tam, na północny brzeg Jeziora Chapmana. Spojrzałem i zobaczyłem 
łoszę. Trochę bliżej obok

na tej łące? Znów łosza. Niech je gęś kopnie. Same klępy i cielaki. Toż to istny 
babiniec. Na osiem spotkanych dziś sztuk był jeden byk, i to słaby, szóstak.

Podczas gdy Lisim na szczycie góry rozniecał ognisko i przyrządzał z 
przyniesionych zapasów posiłek, John cichym, nieco gardłowym głosem wyjawiał mi 

tajemnice łosi.
Mówił: Słońce wciąż grzało, noce nie miały przymrozków, nie nadszedł jeszcze 

czas. Byki były,»ałe ukrywały się w gąszczach: spały leniwie i miały wciąż 
chłodną krew. Jeszcze nie zaczął się okres godowy. Łopatacze wyjdą, gdy krew ich 

się przebudzi, gdy zapragną samic. Wtedy rycząc będą niespokojnie szukały i 
tłukły się po kniei. Nastąpi to, gdy nastanie pierwsza prawdziwie mroźna noc. W 

tę noc ukaże się pewnie na niebie wielka zorza polarna. Zanim nie ukaże się 
zonza, nie będzie byków i nie warto polować. Dlatego John i Lisim opuszczają nas 

jutro i pojadą do swoich w Obijuan, a wrócą po pierwszym przymrozku. Nastąpi to 
wkrótce. Za Mika dni, za tydzień, może dwa.

Podczas opowiadania Jołma ciepłe powiewy z dolin przynosiły wciąż mocną woń 
żywicy. Naraz uświadomiłem sobie niezmierną, nadziemską prawie pogodność rozlaną 

we wszystkim dokoła: w pachnącym jesienią powietrzu, na słonecznych stokach 
wzgórz, w cichej, przytulonej do ziemi puszczy, a przede wszystkim pogodność w 

żerujących na dole łoszach, pełnych spokoju i zaufania. Rozsiadł się pod nami 
pokój raju. Raju? Chyba tak. Jakże usilnie i przekonywająco nasuwała się myśl, 

że właśnie tu można było żyć w wymarzonym szczęściu, w niezmąconej zgodności z 
niebem, z sobą i z przyrodą, właśnie tu być cichym, dobrym i mocnym człowiekiem 

Łez wstrząsów, bez złych namiętności.
I ogarniało człowieka jeszcze inne wzruszenie: nadzwyczajne poczucie swobody. 

Cały ten kraj leśny, na ile niezmierzonych mil objęty wzrokiem, stał nam 
otworem, mogliśmy czerpać jego przemożny urok aż do przesytu, do zachłyśnięcia 

pławić się w jego bogactwie, karmić się do %voli wszystkim,
206

syciwszy się — każdej godziny odejść "bez źalii.    '
Nie wiem, czy to wpływ tak czystego powietrza, jego fantastycznej wprost 

świeżości, dość że człowieka upajała tu bezmierna radość i niebywała gdzie 
indziej otucha.

Nagle John szarpnąwszy mnie wskazał ma zbocze sąsiedniej góry:' czarne cielsko 
zamajaczyło tam wśród zarośli i zginęło. Mała to chwila, lecz wystarczyła, żeby 

szybciej zabiło mi serce i poniosła mnie znowu żądza zabijania. Na zboczu 

background image

pojawił się niedźwiedź.

' r
Jak oparzeni zerwaliśmy się z murawy i wytężony wzrok wbiliśmy w leśny gąszcz na 

zboczach sąsiedniej góry. Czy niedźwiedź znikając spostrzegł nas? Wiatr wiał dla 
nas korzystny, od strony zwierza, którego daremnie jednak wypatrywaliśmy. 

Niedźwiedź zaszył się. Zakryły go jodły i gęste krzewy.
Z palcem na cynglu, stąpając jak najciszej, zeszliśmy na dół kilkaset kroków. W 

miejscu, gdzie go ujrzeliśmy, znaleźliśmy liczne i .rozmaite tropy. Wzrokiem i 
słuchem staraliśmy się przeniknąć knieję. Nic. Staliśmy na połowie wysokości 

między szczytem a brzegiem jeziora. Biała powierzchnia wody migotała pod nami 
wśród gałęzi drzew. Wszędzie głębokie milczenie, na całym stoku nic się nie 

ruszało.
Indianie odkryli coś szczególnego. Szeptali między sobą z ożywieniem i od nowa 

oglądali ślady. John "wytłumaczył mi, że nie jeden, lecz trzy niedźwiedzie 
przechodziły tędy. Niedźwiedzica z dość wyrośniętymi piastunami. Należało mieć 

się na baczności. W takich okolicznościach niedźwiedzica stawała się 
niebezpiecznym wrogiem i często rzucała się aa człowieka.

Ostrożnie, cichaczem wdzieraliśmy się, w leśne podszycie śladem zwierząt. Pod 
jakimś drzewsm znaleźliśmy niedźwiedzie bobki, dość pokaźne. John dotkną! lek 

tękĄ i sadowolony stwierdził:
— Ciepłe!

208
 stroih V Je-

Po chwili tropy wyszły na łączkę, szeroljB p^zeszło s:q J^ro-ków, i przecinając 
ją przez sam środek, cssły po przeci\ ległej stronie, w lesie. Zatrzymaliśmy się 

jy jaju, polany w Moez-piecznym ukryciu.
Dalej ścigać nie było warto, oświadczony i przeds.^^ł taki plan polowania: 

Niedźwiedzie pelisy \v^dłuż jex". -ora» między jego brzegiem a pasmem ¦wienójow 
g^rskiich.^psirn zbiegnie co tchu do łodzi, wypłynie najesro i *?zybko 

\;i.Tknąwszy się na dobrą milę, wyląduje i iś>m ^astąpi d^ Czując przed sobą 
człowieka niedźwiefe:a pewno za\v i przyjdą do nas własnymi tropami. Ty^zie^y 

ich r wali. Na boki na pewno nie umkną ma$! jecj^ zioro, z drugiej strony góry o 
odkryty zczyj;ach i dą widzialnych haliznach. Więc jeżeli %ito jasnym p^ 

;-prosto na nas.
Plan był chyba dobry. Lisim popędził siół, ą ^y, Johi}   i   i ja, zostaliśmy na 

brzegu lasu patrząc na pcigs.                •     l
Ciszę, która nastała, przerwał nagle ijjeaic^y' odgłos \ sed-dali. To trzask 

drzewa, to chrzęst povtŁ!2&c6g'° się łoi^ ',cric:u. John chwycił mnie kurczowo 
za rani; i fze}cj zdławio^ głosem:

—  Niedźwiedzie rozrywają kłody igiają \/ drzewi^, bakóv/!...
Z zaciekawieniem słuchałem tych oćjiosóy^   ałe z \ szym zdumieniem patrzałem na 

drżącąr$śad%^ina i na . twarz. John był podniecony. Wydało njsie.to jpiezrozu^^ 
wprost niespodzianką; czyżby Indiauiis iepoj^/oiła do i^f  ^o stopnia bliskość 

niedźwiedzi?                                    "'¦'
Spytałem go znienacka:

—  Czy Indianie Cree wciąż jeszcze ^ą, żq   niedźwic,, aeiie mają ludzką duszę?  
^

John, nagle zażenowany, cofnął ręk°isSrałs|ię ukryć   i—sve zmieszanie. 
Odpowiedział zbywająco i żgsólityj^i że     ^ wierzyli w różne gusła, ale 

dzisiaj, ho, jo, wiele   się
14   Kanad*   pachnąca   żywicą

m
Jak oparzeni zerwaliśmy się z murawy i wytężony wzrok •wbiliśmy w leśny gąszcz 

na zboczach sąsiedniej góry. Czy niedźwiedź znikając spostrzegł nas? Wiatr wiał 
dla nas korzystny, od strony zwierza, którego daremnde jednak wypatrywaliśmy. 

Niedźwiedź zaszył się. Zakryły go jodły i gęste krzewy.
Z palcem na cynglu, stąpając jak najciszej, zeszliśmy .na dół kilkaset kroków. W 

miejscu, gdzie go ujrzeliśmy, znaleźliśmy liczne i rozmaite tropy. Wzrokiem i 
słuchem staraliśmy się przeniknąć knieję. Nic. Staliśmy na połowie wysokości 

między szczytem a brzegiem jeziora. Biała powierzchnia wody migotała pod nami 
wśród gałęzi drzew. Wszędzie głębokie milczenie, na całym stoku nic się nie 

ruszało.
Indianie odkryli coś szczególnego. Szeptali między sobą z ożywieniem i od nowa 

oglądali ślady* John wytłumaczył mi, że nie jeden, lecz trzy niedźwiedzie 

background image

przechodziły tędy. Niedźwiedzica z dość wyrośniętymi piastunami Należało mieć 

się na baczności. W takich okolicznościach niedźwiedzica stawała się 
niebezpiecznym wrogiem i często rzucała się na człowieka.

Ostrożnie, cichaczem wdzieraliśmy się w leśne podszycie śladem zwierząt. Pod 
jakimś drzewem znaleźliśmy niedźwiedzie bobki, dość pokaźne. John dotknął Ich 

xą\Ą 1 sadowolony stwierdził:
— Oepłel

Po chwili tropy wyszły na łączkę, szeroką na przeszło sto kroków, i przecinając 
ją przez sam środek, ginęły po przeciwległej stronie, w lesie. Zatrzymaliśmy się 

na skraju polany w bezpiecznym ukryciu.
Dalej ścigać nie było warto, oświadczył John i przedstawił taki plan polowania: 

Niedźwiedzie pomykały wzdłuż jeziora, między jego brzegiem a pasmem wierzchołków 
górskich. Lisim zbiegnie co tchu do łodzi, wypłynie ca jezioro i szybko 

wysunąwszy się na dobrą milę, wyląduje i misiom zastąpi drogę. Czując przed sobą 
człowieka niedźwiedzie na pewno zawrócą i przyjdą do nas własnymi tropami. Tu 

będziemy ich oczekiwali. Na boki na pewno nie umkną mając z jednej strony 
jezioro, z drugiej strony góry o odkrytych szczytach i daleko widzialnych 

haliznach. Więc jeżeli wrócą, to leśnym pasem prosto na nas.
Plan był chyba dobry. Lisim popędził na dół, a my, John i ja, zostaliśmy na 

brzegu lasu patrząc na polanę.
Ciszę, która nastała, przerwał nagle tajemniczy odgłos z oddali. To trzask 

drzewa, to chrzęst powtarzającego się łomotu. John chwycił mnie kurczowo za 
ramię i rzekł zdławionym głosem:

—• Niedźwiedzie rozrywają kłody i szukają w drzewie robaków!...
Z zaciekawieniem słuchałem tych odgłosów, ale z większym zdumieniem patrzałem na 

drżącą rękę Indianina i na jego twarz. John był podniecony. Wydało mi się.to 
niezrozumiałą wprost niespodzianką; czyżby Indianina niepokoiła do tego stopnia 

bliskość niedźwiedzi?
Spytałem go znienacka:

— Czy Indianie Cree wciąż jeszcze wierzą, że niedźwiedzie mają ludzką duszę?
John, nagle zażenowany, cofnął rękę i starał się ukryć swe zmieszanie. 

Odpowiedział zbywająco i żartobliwie, że dawniej wierzyli w różne gusła, ale 
dzisiaj, ho, ho, wiele się zmieniło.

209
14   Kanod*   pachnąca   żywicą

209
T

gom przyrody, lecz ściągał z niego skórę i korzystnie "sprzedawał białym. 
Powiadomił mnie przy tej sposobności, że Indian nie obowiązywał zakaz polowania 

na bobry.
To prawda, że John był wyjątkowym Indianinem. To samo mówił mi Frankland 

określając Johna jako postępowego i jednego z najświatlejszych Indian Cree.
Już od długiej chwili panowało w puszczy głuche milczenie. Łoskot łamanego 

drzewa ustał. Tylko wścibskie osy brzęczały nam nad uchem. W leśnej ciszy taiła 
się dokuczliwa niepewność i z każdą chwilą rosła obawa, że może daremnie 

czekaliśmy, a niedźwiedzie umknęły tak daleko, że już nie zawrócą.
Wysoko na niebie leciały trzy wrony. Wałęsały się, widać, bez celu i od czasu do 

czasu pokrzykiwały szczekając jak psy. Śmieszna to rzecz: tutejsze wrony 
szczekały jak psy. Tak dosłownie: hau, hau.

Przeleciały nad nami, potem nad polaną, potem nad tamtym lasem. Naraz coś się 
zmieniło: ptaki zaszczekały kilka razy szybko po sobie, zachłyśnięte, jakby 

strwożone, i nagle urwały. Umilkły na dobre.
John trącił mnie — tym razem lekko, nieznacznie — i wskazał z uśmiechem w 

kierunku uciekających ptaków: — Wrony zobaczyły niedźwiedzia!...
Nastał znowu spokój. Trwał dobry kwadrans. Wtem na .szlaku wronim, nad naszymi 

głowami, pojawiły się dwie sojki, hlue-jays. To obwiesie lasu i krzykały, 
wrzeszczące zawsze na całe gardło, gdy coś niezwykłego dostrzegły na ziemi. 

Śledziliśmy ich lot i nasłuchiwaliśmy uważnie. Lecz ptaki zawiodły. Snadź 
żadnych zwierząt nie dojrzały na dole. Przelatywały nad lasem spokojne i 

milczące. Niedźwiedzi albo nie było, albo się dobrze schowały.
Popołudniowe słońce staczało się coraz niżej na zachód. O tej porze dnia igrały 

wesoło wśród gałęzi kanadyjskie wiewiórki. Co chwila rozlegał się ich gromki 
terkot: trrrrr, trrrrrr. Jedną wiewiórkę słychać było hen, nisko, nad samym 

jezio-

background image

w gąszcz wcnoazuy tropy meazwieazi.

Wtem bliższa wiewiórka odmieniła glos. Zaczęła cmokać szybko, urywanie, potem 
gromko fukała i na przemian świstała: puch-ciik, puch-ciik. Ujrzała coś; była 

wzburzona i głośno zdradzała swą tajemnicę. Zdradzała obecność wielkiego 
zwierza. Wymyślała mu, złorzeczyła, ostrzegała innych. Pełno było teraz jej 

hałasu.
Na krawędzi lasu rosły bujne paprocie, nie pozwalające wejrzeć w głąb. Jedna z 

kęp, wystrzelająca ponad inne dwumetrowym pióropuszem, nagle silnie zatrzęsła 
się i zakołysa-ła. Teraz wiedzieliśmy,- niedźwiedzie wróciły. Zatrzymały się 

przed polaną. Mijały długie chwile napięcia. Paproć tymczasem wyprostowała się i 
znieruchomiała. Wytrzeszczone oczy zachodziły mgłą. Ale zwierząt, ciągłe jeszcze 

nie było widać.
Jak gdyby wynagradzając nam długie chwile oczekiwania, następne wypadki 

rozegrały się w tempie błyskawicznym.
Lekki trzask gałązki. Tuż z lewego boku, znacznie bliżej

1  nie tam przed nami, gdzieśmy się spodziewali. Trzy czarne kłęby mignęły wśród 
drzew, mknęły chyłkiem a raźno, bokiem do nas. Strzeliłem do pierwszego z nich, 

największego. Ściągając cyngiel równocześnie zdałem sobie sprawę, że chybiam. 
Drugi   strzał   lepszy.   Trafił: niedźwiedź,  jak   kosą   ścięty, zwinął się 

i stoczył bezwładnie po pochyłości. Dyszał ciężko.
Dwa pozostałe niedźwiedzie, a raczej niedźwiadki, nieprzytomne z przerażenia, 

rzucały się w kółko jak opętane. Potem uciekły.
Raniony niedźwiedź wgryzł się w korzenie i przeraźliwie rzęził. Pazurami szarpał 

ziemię. Przyskoczyłem do niego na kilkanaście kroków i wpakowałem mu kulę w 
kark. Straszliwe łapy po chwili osłabły. Cłiarkot ustawał. Ostatnim skurczem 

niedźwiedź wpijał się szczękami w pień drzewa i tak pozostał:
2  wyszczerzonymi kłami, z wywalonym jęzorem, czarny, kudłaty, groźny, 

wspaniały.
Miałem niedźwiedzia, przeszyła mnie nagła radość.

Była to niedźwiedzica. Druga kula strzaskała jej kręgosłup.
210

211
"bliskich krzakach. Stamtąd" Fóziegł siCTińgle ich Kr2yK. to nie

ryczenie ani pomruk, to właśnie krzyk. Zawodziły głośno i żaliły się. Głos 
rozdzierający, przenikliwy, targał nerwy.

Zrazu słuchałem zdumiony, potem zgasła moja dzika radość; odezwało się sumienie, 
wzbierała w sercu gorycz. Niesmak. 2le zrobiłem, psiakrew! Nie wolno było 

zabijać matki.
Niedźwiadki nie milkły; wciąż zanosiły się od skarg. Ogarnął mnie w końcu szał. 

Z nabitą strzelbą pędziłem w las. Na szczęście zwierzęta były czujne. Umknęły 
niepostrzeżenie w głąb puszczy i dopiero z dalszych stoków, ze sporej 

odległości, odezwały się od nowa — tym razem już wściekłe, rykiem pełnym groźby.
Gdy rozbity i przygnębiony wróciłem na polanę, stanąłem jak wryty: John! Chełpił 

się poprzednio swą postępowością, •a oto porwało go. Obchodził teraz 
niedźwiedzicę dokoła jakimś uroczystym, rytualnym krokiem, wymachiwał rękami w 

jej stronę i coś do niej żywo prawił: pewnie tajemnicze zaklęcia. Surowa powaga 
odbijała się na jego twarzy.

Gdy chrząknąwszy, powoli podchodziłem, John tprtiłkł i wrócił go rzeczywistości. 
Stał się znów Johnem Iserhoffem, normalnym obywatelem Dominium Kanady i 

przewodnikiem uśmiechniętym łagodnie i wstydliwie. Dotykał szybko niedźwiedzicy, 
skrzętnie tłumaczył, pokazywał, objaśniał rzeczowo:

—  Kula zdruzgotała krzyż. Tędy weszła, tamtędy y/yszła... Był to zabójczy 
strzał... Druga kula...

Mówił głośno, gorliwie, niepotrzebnie, jak gdyby starał się zagadać i ukryć swe 
zawstydzenie.

Nie ukrywaj, John! To ja się wstydziłem! Pomimo pozornie zadowolonej miny na 
zdjęciu fotograficznym.

I nie wiedząc, że mimo woli potęgował moje zawstydzenie, Indianin domyślał się 
słusznie mych skrupułów sumienia i starał się je uspokoić:

—  To nic. Piastuny, które uciekły, są dość wielkie... Same dadzą sobie radę...
Nie o to chodziło, John, nie o to tylko!

212
Następnego dnia rano wypłynąłem na jezioro na połów ryb i miałem przygodę z 

wielkim szczupakiem, którego wydobywałem z głębiny dopiero przy pomocy Indian. 

background image

Po powrocie do obozu, zanim John i Lisim nas opuścili, podzieliliśmy się mięsem 

niedźwiedzicy. Oni dostali lwią część, my zachowaliśmy tylko jedną szynkę i 
łapy.

— Wystarczy dla na na kilka dni — rzekł Stanisław. — Więcej nam nie potrzeba, bo 
zepsuje się w cieple...

Cieszyło mnie, że mogliśmy wsi indiańskiej przysporzyć żywności.
Stanisław powiesił mięso na pobliskiej jodle, w cieniu gałęzi, ażeby uchronić je 

zarówno od promieni słońca, jak małych drapieżników na ziemi. Obok wysychało 
wyprawione futro. Potem, pożegnawszy się z Indianami, wypłynęliśmy, Stanisław i 

ja, na polowanie.
Dzień był łagodny i słoneczny: typowe „lato indiańskie" Płynęliśmy znowu tą samą 

trasą co wczoraj, przez Je2ioro Śmiałego Szczupaka aż do portażu. Już dawno 
poranek minął, więc nie dziwiło nas, że zwierzyny nigdzie ani słychu, ani widu. 

Na portażu wysiedliśmy. Brzegi Jeziora bez Nazwy — jak okiem sięgnąć — puste. 
Postanowiliśmy wrócić do obozu, ale przedtem wypocząć na soczystej polanie z 

widokiem na jezioro.
213

sto Kf5TLo"W od nas. ias samu           y      y
kicały tu i tam, żerując na trawie.

Naraz obydwa zastrzygły słuchami i stanęły słupka. W powietrzu zamigotało. 
Jastrząb! Uderzył z góry! Zające zerwały się do ucieczki. Czyniły gwałtowne 

obroty, a unikając drapieżnika sadziły w prawo, w lewo. Ale zanim dopadły do 
gąszczu, jastrząb schwycił jednego szponami. Bił go na ziemi dziobem i 

skrzydłem. Rozlegało się rozpaczliwe kniazienie duszonego.
—  Zwykły koniec — rzekł Stanisław z ubolewaniem.

Ale okazało się, że jeszcze nie koniec! Drugi szarak, zamiast umykać w gęstwinę 
i ratować swe życie, zachował się bezprzykładnie. Oszalał. Wrócił. Desperacko 

natarł na napastnika. Skoczył w górę i silnym uderzeniem przednich skoków 
strącił ptaszysko na ziemię. Oswobodzony zając dał susa. Jastrząb zerwał się i 

wzbił do ponownego ataku, ale o sekundę za późno: szaraki przepadły w krzakach.
—  „Tchórzliwy jak zając" — odezwałem się. — Takie przysłowie nie dotyczy na 

pewno tego zająca.
—  Kanadyjskie zające — stwierdził Stanisław nie bez cheł-pliwości — są inne niż 

europejskie.
W drodze powrotnej opowiadał mi o tutejszych szarakach. Były to bielaki, 

bytujące wszędzie w lasach i noszące zimą biały kożuch. Obficie się 
rozmnażające, stanowiły główny pokarm mniejszych drapieżników skrzydlatych i 

czworonożnych, puchaczy, lisów i kun, i tym prawdopodobnie tłumaczyła się duża 
stosunkowo ilość zwierząt futerkowych w puszczy kanadyjskiej. Co kilka lat — 

niektórzy twierdzą, że co siedem —¦ zajęcy było tak wiele, że tworzyły wówczas 
istną plagę. Ku rozpaczy traperów wpadały nieustannie w pułapki nastawione na 

szlachetniejszą zwierzynę i niejednego myśliwego doprowadzały do ostatniej 
pasji. Gdziekolwiek nastawiał sa-motrzaski, już po godzinie łapały się 

przebrzydłe gryzonie.
Ale właśnie w okresie tego nasilenia przychodziła zwykle na  nie zabójcza  

epidemia.  Niemal wszystkie  ginęły  nagle,
214.

lćfc1'trupy 'roźsiane^pśtdn^^Ieimrczasem leżące'"kupa-"' mi po kilkanaście 
sztuk. Później przez parę lat nie było widać zajęcy w kniei i zmniejszał się 

także ród lisi, aż znów się rozpleniały do rozmiarów plagi — i cykl siq 
powtarzał.

Gdy dobijaliśmy do brzegu w pobliżu naszego obozu — zdumienie. Leżała tam 
wyciągnięta z wody łódź z motorem przyczepnym.

—  Czyżby Indianie zawrócili? — spytałem zaintrygowany.
—  Przecież to nie ich canoe — wyjaśnił Stanisław. — Ktoś inny przypłynął.

—  Więc mamy gościa!
—  Tak się wydaje...

Jeszcze nie przemierzyliśmy do końca owych kilkudziesięciu kroków dzielących nas 
od obozu, gdy spod drzew wyłonił się człowiek. Natychmiast poznać było Francuza: 

czarne, żywe oczy, niewysoka postać, twarz wesoło uśmiechnięta, jakby za-
żenowana, żwawe ruchy. Gość miał pewnie czterdzieści lat. Uderzały wystające 

nieco kości policzkowe i zaciśnięte usta, były mniej francuskie, raczej 
indiańskie.

Obcy uprzejmie się przedstawił: Jean Maurepas. Był inży-Dierem wodnym i pracował 

background image

w kompanii wielkich zapór wodnych w dolnym biegu rzeki St. Maurice. Znajdował 

się obecnie na inspekcji jezior zasilających rzekę, a znanych pod nazwą 
Rezerwuaru Gouin. Dziś po drodze spotkał znajomych IncBofl, Johna i Lisima, 

którzy mu opisali położenie obozu. Od "kilku dni nie rozmawiał z ludźmi ze 
świata, więc postanowił tu aajj-rzeć. Czy przeszkadzał?

le bienvenu. Zaprosiliśmy go do obozu I zaraz wciągnęliśmy" do pracy; w trójkę 
przygotowaliśmy obiad. Główne danie to niedźwiedź.

John musiał mń naopowiadać o nas sporo szczegółów; o tym, że piszę książki i ża 
jestem przyjaźnie nastawiony do Indian.

—  Miałem babko Indiankę — zwierzył się w pewnej chwili Mfeurepas, jak gdyby 
trochę onieśmielony. — Jestem Mety-sem.

I dodał z uśmiechem:
—  Tak samo jak Louis Riel.

—  Ma pan na myśli słynnego buntownika z XIX y/ieku? — spy Lałem.
—  Tak. Ale buntownikiem nazwali go tylko wrogowie. My nie..

M''-- •'! to bez urazy i grzecznie, lecz z powagą i stanow-czoś.
M -..pac pochodził z 1," '.toby. W,młodych latach przybył z zachodu do Quebecu c 

nauki i tu pozostał. Był nieźle oczytany, posiadał otwarł," ::iysł. Bystre 
błyski w jego oczach były nie bez kozery. O Kanadzis i jej dziejach nabył 

rozległej wiedzy, a zwłaszcza o przeszłości Indian i Meiysów, i swych 
•wiadomo::ci nie ukrywał pod korcem. Był nader rozmowny, ale nie natr /. 

Odznacza! się rzadką u takich gawędziarscy cnotą: wiedzia     .iedy zamilknąć.
—  Jei   ...,:.:o.y pobitym narodem — odezwał się znienacka po długiej chwili 

milczenia.
—  Kogo pan właściwe ma na myśli? Francuzów? Indian?

—  Ani jednych, ani drugich — rzekł. — Metysów.
—  Nazywa pan Metysów narodem? — spytałem.

• — Otóż to, właśniel — odparł żywo. — Był okres w zeszłym .wieku, że rodził się 
w Kanadzie nowy naród, o własnym ciels i duchu, naród francuskich Metysów. 

Rodził się tam na zachodzie, w Manitobie i Saskatchewan. Ale nie dali mu się 
rozwinąć. Przyszli z brutalną przemocą, ujarzmili, ciało roebili, ducha 

zdeptali...
217

—  Ależ gdzie tam, mówię o całkiem realnych faktach!
—  Kto przyszedł z brutalną przemocą?

—  Ludzie z Ontario. Świat mało wie o tych walkach, a przecież były zacięte i 
krwawe... Rozgromili nas, bo było ich mrowie. Tylko niewielka garstka ludzi 

weszła, jak na przykład ja, do społeczeństwa francuskiego i stała się 
Francuzami, ale całą resztę Metysów rozpędzono jak proch po lasach, skazano na 

nędzę i poniewierkę... Widzę po panu, że mało o tym wiecie...
—  Bardzo mało — przyznałem.

—  Są to dzieje zbyt dla nas ważne, abyście o nich nie wiedzieli. Wybaczcie, 
muszę wam opowiedzieć!...

Zdumiewający był pionierski rozmach dawnych Francuzów kanadyjskich! Ledwie 
uporali się z irokeskim niebezpieczeństwem nad Rzeką Sw. Wawrzyńca, ledwie 

stanęli pewniejszą stopą nad Wielkimi Jeziorami, już ich wędrowcy leśni poszli 
dalej na zachód, spłynęli rzeką Mississippi do Zatoki Meksykańskiej, a na 

północy już w pierwszej połowie XVIII wieku wtargnęli na prerie i pierwsi 
ujrzeli śnieżne szczyty Gór Skalistych.

Varennes de la Verandrye w roku 1731 z synami i gromadą, pięćdziesięciu 
śmiałkÓYf przebił się przez lasy Ontario i założył nad Riviere Rouge — 

późniejszą Red River — francuską osadę. Nawiązawszy z Indianami przyjazne 
stosunki przezwyciężył początkowe trudności, a gdy w trzydzieści lat później 

Kanada przeszła w ręce angielskie, tu w dorzeczu Red Riverf
0  dwa i pół tysiąca kilometrów od macierzystego QuebecuP istniała żywotna, 

dziarska ludność francuska, rozsiadła w kilku osadach.
Wrosła mocno w ziemię, chociaż nie przepadała za orką. Namiętnie oddawała się 

wszelkiemu myśliwstwu, łowiła bobry
1 inne zwierzęta, a najchętniej włóczyła się wśród szczepów indiańskich, 

skupywała skórki. Przeważnie przybywali tu Francuzi nieżonaci, więc szybko 
wchodzili w związki z Indiankami.

218
kiem jej był francuski, z Quebecu czerpała patriotyzm i kulturę, choć w końcu 

rdzennych Francuzów było wśród niej niewielu.

background image

Owi Metysi posiadali męstwo i znajmość puszczy wszystkich coureurs des bois, 

byli gościnni, obrotni, bystrzy, weseli, zdolni do wielkich uczuć, ale i do 
pochopnych namiętności. Niestety, byli także zbyt skorzy do wypitki i jak i ich 

przodkowie indiańscy niewiele dbali o dzień jutrzejszy. Większość wiodła 
prymitywny tryb życia i niewiele się różniła od okolicznych Indian Cree czy 

Odżibuejów, ale byli i tacy, którzy mieli wykształcenie, i to nawet szkoły 
wyższe, ukończone w Quebe-cu czy Montrealu.

Łowy zwierząt futerkowych i handel skórkami z początku uprawiali na własną rękę, 
potem byli oddanymi współpracownikami North West Conipany, a gdy ta zlała się w 

1821 roku z Kompanią Zatoki Hudsońskiej, nowej zwierzchniczce służyli ochoczo i 
wiernie. Kompania Zatoki ze swej strony wprowadzała do kraju wielu agentów 

Szkotów, których potomkowie, krwi również mieszanej z Indianami, żyli w zgodzie 
obok Metysów francuskich.

Aż do połowy XIX wieku było na ogół spokojnie w lasach północnego zachodu. Każda 
rodzina bytowała na swym skrawku ziemi, odziedziczonym po ojcach i matkach, 

polowała w okolicznej kniei i nie. brakowało jej pokarmu ani pogody ducha.
Ale potom się zmieniło. W roku 1867 cztery wschodnie prowincje kanadyjskie 

połączyły się w Dominium Kanady i gruchnęła wieść, że Kompania Zatoki 
Hudsońskiej będzie musiała oddać swe olbrzymie tereny nowemu rządowi. Obcy 

ludzie mieli przyjść nad Red River i wprowadzić nowe porządki. Jakie porządki? 
Jacy to ludzie? Oczywiście Anglicy z Ontario, którzy zawsze odnosili się wrogo 

do wszystkiego, co francuskie, a tym bardziej wrogo do Metysów. W dorzeczu Red 
River zawiało niepokojem, zawrzało.

219
"TTF"""

wymierzać dla przyszłych angielskich osadników ziemie, które od pokoleń Metysi 
uważali za swoje. Protesty zasiedziałych gospodarzy zbywano opryskiiwośclą i 

pogardliwą drwiną i żądano przedłożenia urzędowych dokumentów własności, tych 
zaś nie było: takimi błahostkami zbytnio nie zaprzątała sobie głowy Kompania 

Zatoki Hudsońskiej, rządząca dotychczas krajem.
Louis Riel, Francuz z domieszką krwi indiańskiej, należał do młodych bojowników, 

jasno uświadamiających sobie niebezpieczeństwo. Szybko wybił się na czoło ruchu 
oporu jako gorący mówca i niezły organizator. Dwudziestosześcioletni wychowanek 

uniwersytetu montrealskiego, o twarzy ,,otwartej, inteligentnej i ujmującej" — 
według opisu współczesnego mu kronikarza — posiadał typowe właściwości Metysów 

francuskich: żywy umysł i namiętne serce, ale poza tym umiał z wytrwałością 
zmierzać ku wytkniętym celom.

Nasłanie komisji mierniczych było przysłowiowym kijem wetkniętym w mrowisko, ale 
wnet nastroje jeszcze się pogorszyły: nominacja osławionego MacDougalła na 

gubernatora prowincji, której jeszcze nie utworzono, podziałała jak oliwa dolana 
do ognia. Zarozumiały i bezwzględny Mac Dou-gaii słynął jako zajadły wróg 

Francuzów.
Ma wieść o jego zbliżaniu się na czele orszaku urzędników, przywożących wielkie 

zapasy broni i amunicji., powstał w obronie praw Metysów, zarówno francuskich 
jak szkockich, Komitet Narodowy, a uzbrojone oddziały kresowców przeciwstawiły 

się inwazji.
MacDougall, wściekły na zuchwałość „dzikich", wolał uniknąć starcia i wycofał 

się na teren Stanów Zjednoczonych. Wszakże tam nie zasypiał gruszek w popiele. 
Posyłał nad ReJ River swych agentów, by poszczególne odłamy ludności poróżnić 

między sobą, a przede wszystkim na nieustępliwych Metysów francuskich poszczuć 
Metysów szkockich i Angli-

Wybuchła wojna domowa. Tym samym rozpadł się Komitet Narodowy, a Metysi 
francuscy z Rielem na czele zagarnęli władzę. Ludność angielska, poparta i 

zasilana przez MacDougalla, wypowiedziała im ,,wojnę na śmierć i życie", ale 
wobec brawury tuziemców ponosiła klęski. MacDougall usiłował także podburzyć 

przeciw powstańcom Indian Siouxów, lecz ci nie dali się wciągnąć do awantury.
Utworzony przez Metysów francuskich rząd prowizoryczny nie dążył do zerwania 

więzów z resztą Kanady, chciał jedynie, by uznano słuszne prawa zasiedziałej nad 
Red River ludności. Odpowiednią deklarację, ujętą w umiarkowanym duchu, wysłał 

do rządu kanadyjskiego.
Wtedy wybuchła afera Tomasza Scotta, która rozpętała nową burzę. Był to rok 

1870.
Scott, fanatyk angielski i pieniacz znad Red River, pełen pogardy dla tubylców, 

w jednej z potyczek wzięty do niewoli przez oddział Metysów francuskich, zdołał 

background image

uciec, po czym zaciekle buntował angielską część ludności przeciw francuskiej. 

Ujęty powtórnie, postawiony przed sąd wojenny, został skazany na śmierć i 
rozstrzelany.

Śmierć jego — jeden z epizodów wojny domowej nad Red Rivex —¦ posłużyła za 
pretekst do wywołania histerycznego oburzenia wśród angielskiej ludności całej 

Kanady i wszczęcia wielkiej nagonki przeciw Metysom. Rząd kanadyjski wyznaczył 
nagrodę na głowę Riela i jego współpracowników, a pod wodzą wyniosłego sir 

Garnett Wolseleya wystawił pokaźną armię.
Wszakże nie orężem, lecz zręczną dyplomacją obezwładniono powstańców, Rząd 

kanadyjski co tchu sprowadził z Rzymu biskupa Tache, cieszącego się wśród 
Metysów francuskich ogromną wziętością. Gładkiemu duszpasterzowi udało się 

rozbroić opór ludności tym łatwiej, że rząd kanadyjski równocześnie przyrzekł 
uznanie wszystkich praw Metysów i amnestię dla walczących oddziałów.  Sir 

Garnett Wołseley mógł
220

221
'WN

Ale po objęciu przez ludzi z Ontario władzy nad Red River przyrzeczenia poszły w 
niepamięć i Metysi znaleźli się w pułapce. Zacietrzewieni przeciwnicy 

prześladowali ich wszelkimi sposobami, urządzali zaciekłe łowy. Wielu Metysów 
ginęło od. zbrodniczej ręki, a sądy zwalniały zabójców od winy. Nie przyznawana 

Metysom pełnych praw ani całkowitych swobód. Zepchnięci do niemal ostatniej 
kategorii obywateli, ustępować musieli przybyszom, chciwym nade wszystko ich 

żyznych ziem. Louis Riel, w nowym ustroju wybrany przez rodaków do parlamentu w 
Ottawie, był szczuty jak zwierz i w końcu ratował się ucieczką do Stanów 

Zjednoczonych. W Mcntanie osiadł jako farmer.
Tymczasem wielu Metysów i Indian, brutalnie wypartych znad Red River, poszło 

dalej na zachód, gdzie wśród szczepów zamieszkałych nad rzeką Saskatchewan i 
wśród tamtejszych Metysów znalazło oparcie, ziemię i łowiska. Ale w kilkanaście 

lat później i tutaj dosięgnął ich nieubłagany pochód kolonizacji. Znów zachłanni 
ludzie napływali ze %vschodu, z Ontario, przywłaszczając sobie ziemię i lasy, i 

znów przybycie rządowych komisji mierniczych, pełnych pogardy dla tubylców i ich 
praw, oznaczało jawny rabunek i zagładę.

Kiedy biali strzelacze na preriach wytępili ostatnie bizony, ¦nędza i głód 
przyszły na Indian w Kanadzie, jak również na wielu Metysów. Ogarnęło ich 

zrozumiałe rozdrażnienie. Indian, wpakowanych przemocą do jałowych rezerwatów i 
oszukiwanych na każdym kroku przez agentów rządowych, doprowadzono do ostatniej 

rozpaczy. Nie lepiej wiodło się Metysom, którzy poza tym, że zagrożeni na swej 
ziemi, znosić musieli nienawiść i wyzywającą pogardę ze strony zaborców.

Gnębieni tubylcy przypomnieli sobie człowieka, który ongiś nad Red River tak 
dzielnie bronił ich praw, i wysłali do niego delegację. Louis Riel nie zawiódł 

ich. Przybiegł nad Saskatchewan. Organizował wielkie wiece Metysów, umiał 
dogadać się z Indianami i nawet z niektórymi białymi. W wyniku tych

222
1

słuszne rzeczy, jak zatwierdzenie tytułów własności posiadanych gruntów, 
reprezentację w parlamencie, zarezerwowanie odpowiedniej ilości hektarów ziemi 

na utrzymanie szkół. Ziemi było pod dostatkiem, ale dobrej woli ze strony rządu 
— mniej.   .

Chcąc ująć w karby ogólne wzburzenie wśród Indian i Metysów Riel utworzył rząd 
prowizoryczny, a Metys Gabriel Du-mont przystąpił do formowania zbrojnych 

oddziałów.
— Rebelia! — krzyknęły władze kanadyjskie na równi z .całą prasą reakcyjną i by 

buntowników przykładnie poskromić, wysłały przeciw nim pułkownika Croziera na 
czele słynnej North West Mounted Police*. Ale pod Duck Lakę policja dostała 

cięgi i cofając się w panice wznieciła przerażenie wśród białych osadników. Z 
wyjątkiem Czarnych Stóp wszystkie szczepy indiańskie tej części Kanady poparły 

sprawę Metysów francuskich i chwyciły za broń. Wiosną. 1885 roku lasy dorzecza 
Saskatchewan należały znów do Indian.

Wieść o zwycięskim powstaniu ludności tubylczej poruszyła. całą Kanadę. Rząd 
dominialny rzucił na ognisko buntu wszelkie siły zbrojne, jakie miał pod ręką. 

Akcją kierował generał armii brytyjskiej Middleton.
W pobliża miejscowości Batoche, ośrodka władz powstańczych, Metysi wznieśli 

silne szańce. Middleton, dufny w swą liczebną i organizacyjną przewagę, chciał 

background image

złamać ich opór frontalnym natarciem. Wszakże w celnym ogniu myśliwych i 

wojowników załamały się jego oddziały, zmuszone do wycofania się ze stratami. 
Ponowny atak również spełzł na niczym: dzień zakończył się zwycięstwem 

powstańców.
Middleton, nauczony porażką, wolał teraz zaczekać na przybycie nowych posiłków. 

Upłynęły dwa tygodnie, zanim natarł powtórnie. Tymczasem powstańcy wycofali się 
do samego Ba-

* Póinocno-Zachodnia Policja Konna
22$

zdawało się, iż zwyciężą.
Nie zwyciężyli. W nierównej walce ulegli przemocy. Wróg wdarł się na tyły 

Batoche. Był wielokrotnie liczniejszy. W krwawym natarciu, sarn ponosząc 
olbrzymie straty, rozbił szeregi Metysów i zdobył miejscowość.

Wzięcie Batoche rozstrzygnęło losy powstania, ale nie stłumiło walki gdzie 
indziej. Indianie po lasach bronili się dalej z rozpaczą ludzi przywiedzionych 

do ostateczności. Wojownicy wodza Poundmaker rozgromili oddział pułkownika 
Ottera, a wódz Big Bear przez wiele tygodni skutecznie odgryzał się najeźdźcom w 

swych ostępach leśnych. Lecz w końcu i oni nie zdołali utrzymać się wobec 
przytłaczającej przewagi.

Odwet zwycięzców — w opinii kanadyjskich historyków — był „łagodny": pojmany 
Louis Rieł i inni wodzowie powstania zginęli na szubienicy lub od kuli pod 

murem, wielu na szereg lat dostało się do więzienia, szczepy indiańskie 
wtłoczono do rezerwatów mocno okrojonych po ostatnich zajściach, a Metysów po 

prostu wyzuto z ziemi, odbierając im mniej więcej wszystko co posiadali...
— Czynniki oficjalne Kanady —¦ kończył opowieść Jean Maurepas — chwalą się, że 

nie miały tyle kłopotów z tu-ziemczą ludnością, co Stany Zjednoczone, i że 
obejmowania kraju szło gładko, bez sprzeciwu Indian i Metysów, jak w sielance. 

Gdzież ta sielanka! Wypadki nad Red River i nad Sas katchewan zadają temu kłam. 
W obronie wolności krwią spłynęły rzeki kanadyjskie...

O WOLNOŚĆ KANADY
Następnego poranku Maurepas opuścił nass obóz. powiedział, że przez cały dzień 

pozostanie w okolicy, by badać stan wody w jeziorach. Miłego gościa prosiliśmy 
oczywiście na następną noc do siebie, tym bardziej że i ja chciałbym jemu i 

Stanisławowi opowiedzieć niezwykłe dzieje innego bojownika o wolność Kanady, 
Polaka, Mikołaja Gustawa Szulca.

— Wrócą na pewno! — ochoczo wołał Maurepas na odjezd-nym.
Tego dnia dzikie gęsi ciągnęły gęstymi kluczami na wyraj, do krain słońca. 

Daleki świst ich skrzydeł, stłumione gęganie, potem chrapiiwsze odgłosy 
ciągnących w mroku żurawi, a tu bliżej wesoły trzask ogniska — czyż można było 

życzyć sobie lepszych odgłosów do wtóru i żywszej podniety dla 
opowiadającego?...

A.  NIESPOKOJNI,  KAPRYŚNI
Było ich kilkuset, odłam naszej Wielkiej Emigracji. Po przebyciu burzliwego 

Atlantyku — burzliwego jak ich własne dzieje ostatnich kilku lat — zawitali w 
marcu 1834 roku do Nowego Jorku. Los podwójnie ich doświadczył, bo i klęską 

orężną w Polsce w wojnie roku 1831 i potem dwuletnim wię-
bujała, nieograniczoną, różową nadzieję — pokładali w arrisry-kańskiej 

przystani.
Dziwna to była kompania. Zachowały się do dziś pamiętniki pisane podczas tej 

amerykańskiej wyprawy, toteż łatwo sobie odtworzyć nieszczęsnych emigrantów i 
ich nastroje. Niemal wszyscy pochodzili z polskiego dwora lub z folwarku, wielu 

z nich było oficerami zawodowymi. Przebyta niedola wybiła na nich żałosne piętno 
i wytrąciła z równowagi ducha. Niespokojni, rozdrażnieni, kłótliwi, kapryśni, 

szastający na prawo i lewo „honorem i ojczyzną", obnosili w sobie zdumiewającą 
mieszaninę.zarozumiałości i łez, pychy i kajania. Przede wszystkim zaś cechowała 

ich niepojęta wprost niezaradność życiowa,- były to dzieci, wąsate dzieci, a 
najbardziej dziecinne były ich złote miraże, snute na temat tego, co im 

przyniesie Ameryka.
Nieliczne trzeżwiejsze głosy zafukiwano niecierpliwym warknięciem, topiono w 

sprawach honorowych. Major Szulc, łnimo że oględnymi słowami doradzał 
towarzyszom opamiętanie i rozwagę, niechcący wszystkim na statku się narażał. 

Do-skakiwali mu do oczu:
—  Więc Ameryka, kraj rewolucji i wolności, nie miałaby godnie przyjąć żołnierzy 

rewolucji, którzy walczyli o wolność?

background image

—  Przyjmie, ale nie tak jak sobie wyobrażacie — odpowiadał spokojnie Szulc.

—  Solnik! — z pogardliwym uśmiechem przezywano go za jego plecami.
Major Mikołaj Szulc nie był oficerem zawodowym. Polak rodem z Galicji, zanim w 

1830 roku wstąpił do szeregów powstańczych, pracował jako młody inżynier w 
kopalni soli w Wieliczce, tak samo jak i jego ojciec. Więc na „solnika" patrzano 

w tym towarzystwie trochę z góry i trochę spode łba, lecz nawet notoryczni 
zawadiacy — a takich nie brakowało na pokładzie — woleli tłumić wobec niego swe 

zapędy: Szulc miał wojenną kartę zbyt dobrze zapisaną. Podczas kampanii w od-
226

 a yuy ojciec poiegi, sam ODjąr jcomenaę. Pod Jabłonną i Wawrem wyróżnił się 
składając dowody niepowszedniej dzielności i odwagi, i tam na polu walki zdobył 

awans i odznaczenie. „Szulc posiadał duży zasób wiedzy wojskowej, posiadał 
ujmujący charakter i był ceniony przez wszystkich, którzy go znali" — napisze o 

nim po latach w swych wspomnieniach historycznych Donald M Leod, Szkot 
kanadyjski. Więc chociaż na statku Szulc raził towarzyszy swymi „zbyt trzeźwymi" 

poglądami, jakoś obyło się przez całą podróż bez większych awantur.
Gdy przybyli wreszcie do Nowego Jorku, powitanie, jakie zgotowali im Amerykanie, 

przeszło najśmielsze oczekiwania, tak było serdeczne. Amerykanie nieledwie ze 
skóry wychodzili chcąc przybyszom dogodzić. Utworzyli szereg komitetów 

obywatelskich, które dzielnym szermierzom wolności dostarczały wszystkiego: i 
funduszów, i dachu nad głową, serca i nawet ucha, skorego do słuchania 

.niezrozumiałych opowiadań. Gospodarze pragnęli, żeby Polacy napierw dobrze 
sobie odpoczęli.

Potem, po wielu tygodniach, przystąpiono do realizacji dalszego planu: 
Amerykanie zaofiarowali weteranom uczciwe warsztaty pracy, by przybysze stanęli 

na własnych nogach i poczuli się jak równi wśród równych. Wtedy zdziwieni Jan-
kesi natrafili na nieprzezwyciężone trudności. Przybysze przeważnie odmawiali; 

nie mogli pracować, nie chcieli, nie umieli. Nie umieli ^włączyć się w 
praktyczne tryby życia amerykańskiego. Patetyczni, chcieli być —- żeby użyć 

niepokojących przydomków, nadanych w późniejszych latach Polakom —¦ chcieli być 
Chrystusem narodów i natchnieniem ludów.

W ciągu następnych miesięcy narastało nieporozumienie, aż doszło do kresu: 
Polacy, zawiedzeni i rozgoryczeni, wsiedli na statek i popłynęli do Francji, by 

tam ostatecznie zlać się z głównym nurtem Wielkiej Emigracji.
Tylko bardzo nieliczni pozostali w Ameryce, a między nimi Mikołaj Szulc.

22?
Ażeby należycie zrozumieć i ocenić fantastyczne wypadki, jakie rozegrały się w 

życiu Szuka w cztery lata później, wypada poznać nieco jego oblicze duchowe, 
zajrzeć w jego zacisze prywatne.

Mikołaj Szulc byl nie tylko patriotą i walecznym żołnierzem, i nie tylko 
posiadał ujmujący charakter, jak o tym pret-wił kronikarz kanadyjski; Szulc 

odznaczał się również wyjątkowo bystrym umysłem i otwartym sercem. Wiosenne 
podmuchy, jakie zaczęły wtedy owiewać Europę, nie były mu obce; przyswajał je 

sobie pełnym oddechem i żył nimi. Postępowe idee Lelewela odbijały się w jego 
poglądach silnym echem. Z entuzjazmem wchłaniał również pełne młodzieńczej pasji 

słowa współtowarzysza broni spod Ostrołęki, radykała Maurycego Mocłmackiego.
Fo zaśniedziałej Europie, w owych czasach kontynencie da spotyzmu i więzień, 

Amsryka wydała się Szulcowi prawdziwym rajem wolności. „Azylum ludzkości", jak 
już w drugiej połowie XVIII stulecia nazywał ją amerykański patriota Tom Paine, 

była także dla Szuka jakimś uroczym schroniskiem, krajem-objawieniem, w którym 
poglądy Lelewela i zaklęcia Mochnackiego stawały się, w mniemaniu 

prześladowanego wygnańca, żywym ciałem i pulsującą krwią.
Nie, ażeby-panowały tu idealne stosunki. Widział także rysy na budowli. Ale 

Ameryka była wtedy młodym krajem o pustych przestrzeniach i rozlicznych 
możliwościach: masy jeszcze nie dały się brać za łeb.

Szulc z zachwytem obserwował na każdym kroku, jak trafne było, utarte zresztą, 
porównanie amerykańskiego społeczeń-* stwa z dziarskim junakiem. Junak cenił 

swoją wolność, kipiał energią, rozbudowywał sobie przestronny dom. Miał różnych 
architektów, dobrych i mniej dobrych, ale żaden z nich jeszcze nie śmiał 

zapominać o prawach konstytucji. Amerykańska Deklaracja Niepodległości nie była 
wtedy pustym dźwiękiem.

228
rozglądać się po kraju i szukać zatrudnienia we własnym zawodzie. Udało mu się 

uzyskać posadę w kopalni soli, jakkolwiek podrzędną. Poznając dokładnie 

background image

amerykańskie metody dobywania soli inżynier nie mógł się dość nadziwić, że były 

tak prymitywne i niewydajne, znacznie gorsze niż te, które poznał w Wieliczce. 
Zabrał się do wypracowania własnych sposobów ulepszonej produkcji, dostosowanych 

do kopalń amerykańskich, i osiągnął na tym polu pełne powodzenie. Przełożeni 
chwalili go, przyjmowali w swych domach, powierzali mu bardziej odpowiedzialne 

stanowiska. Nie tylko awansował zawodowo, lecz dorabiał się niezłej fortuny, bo 
— wcześnie orientując się w obyczajach kraju ¦— nie omieszkał opatentować swych 

pomysłów.
W czwartym roku po przybyciu do Ameryki należał już do grona zamożnych obywateli 

w Salinas, niedaleko miasta Syra-cuse, w stanie New York. Zdobył tam sobie wielu 
oddanych przyjaciół. Władając angielskim językiem jak rodowity Amerykanin, 

zagospodarował się na do^rs I wrósł wszystkimi korzeniami w glebą przybranej 
ojczyzny. Był nie tylko majętny i cieszący się ogólnym szacunkiem; ponadto 

pozyskał sobie szczerą miłość pięknej i szlachetnej kobiety, z którą wkrótce 
miał się ożenić.

Jedna tylko była różnica między nim a tysiącami innych emigrantów, Irlandczyków, 
Niemców, Norwegów, Szwedów, Anglików — ta różnica, że on nie tylko dążył do 

materialnego dobrobytu, lecz był wrażliwy na przeciwieństwa losu bliźnich i na 
krzywdy narodów. O wolność przecież walczył na polach bitew w Polsce. Tego 

dziedzictwa nie wyzbył się. W wygodzie amerykańskiego życia nie mógł zapomnieć, 
że gdzie indziej ludzie są mniej szczęśliwi. Uśmiech losu nis zagłuszył jego 

sumienia i Szulc wyostrzonym słuchem wychwytywał skargę ludzi uciskanych na 
całym świecie, skargę płynącą i stamtąd, zza morza, i nawet stąd, zza granicy 

kanadyjskiej.
229

W owe czasy w Kanadzie nie działo się dobrze. Panował tam despotyzm reakcji. 
Dawna kolonia francuska, zdobyta przez Anglików przed osiemdziesięciu laty, 

doznała w dwadzieścia lat później poważnego przypływu ludności ze Stanów 
Zjednoczonych, tak zwanych lojalistów, którzy wierni koronie angielskiej, nie 

chcieli uznać amerykańskiej rewolucji ani demokracji.
Był to element skrajnie nacjonalistyczny, zapamiętale zachowawczy, fanatycznie 

wrogi jakiejkolwiek idei postępu — i samolubny. Mając poparcie centralnych władz 
w Londynie owi lojaliści uważali się za istotną arystokrację Kanady. W krótkim 

czasie zagarnęli wszystkie intratne urzędy i patrzyli na kraj jak na własną, 
prywatną domenę. Ów wszechpotężny „Pakt Rodzinny", zawarty jawnie w tym celu, by 

grupa nielicznych uprzywilejowanych trzymać mogła w jarzmie cały kraj wraz z 
jego polityką i finansami, może uchodzić za klasyczny przykład brutalnego 

cynizmu klasy rządzącej, nie ukrywającej swej drapieżności.
Dowodziło to również ciasnoty myśli politycznej ówczesnych mężów stanu w 

Londynie. Szerokie warstwy społeczeństwa kanadyjskiego domagały się od 
dziesiątków lat naprawy istniejących stosunków. Przecież o krok, sa miedzą 

graniczną, rozwijał się demokratyczny eksperyment Amerykanów, jakże urzekający i 
zaraźliwy dla innych. Anglia tego nie chciała widzieć, zamykała oczy na 

niebezpieczeństwo, wolała wierzyć słowom księcia Welłingtona, który wołał w 
parlamencie, że „w Kanadzie lokalnego samorządu nie można absolutnie pogodzić z 

suwerennością Wielkiej Brytanii".
Więc w Kanadzie narastał ferment coraz burzliwszy, i to zarówno w angielskim 

Ontario, jak francuskim Ouebecu. Na czoło niezadowolonych Francuzów wybił się 
Papineau, a wśród angialskojęzycznych Kanadyjczyków — Lyons Mackenzie. Obydwaj 

patrioci gorliwie walczyli o demokratyzację kraju, umieli porywać masy, lecz 
jakkolwiek domagali się umiarko-

230
lojalistom nie lśniło"się" uślę^wac'*cl'dcT)y''ó""]otę."'"*...........""   

"¦"¦""¦""""
W lecie 1837 roku wrzenie doszło do szczytu. Jesienią wybuchły zbrojne powstania 

w Toronto i w okolicy miasta Montreal. Ludzi ani broni powstańcom nie brakło, 
lecz organizacja była nieudolna, toteż wojsko i milicja porządkowa, od dawna w 

pogotowiu, stłumiły wybuch w kilku tygodniach.
Zwycięzcy nie oszczędzali krwi przeciwników. Kto z powstańców nie zginął w 

walce, tego czekało więzienie, dowódców zaś publicznie wieszano na szubienicach. 
Wielu ratowało się ucieczką do sąsiednich Stanów, dokąd schronił się również i 

Lyons Mackenzie.
W Stanach Mackenzie i jego przyjaciele nie zaprzestali agitacji znajdując, rzecz 

zrozumiała, w społeczeństwie amerykańskim żywy oddźwięk. Oburzenia było tak 

background image

powszechne, że wnet zaczęły się tworzyć w północnych stanach tajne oddziały do 

walki z kanadyjską tyranią, tak zwane loże strzeleckie, które w ciągu 1838 roku 
rozwinęły się potężnie. Rząd w Waszyngtonie, jakkolwiek z pewnością o nich 

wiedział, na razie nie wkraczał w te sprawy.
We wrześniu tego roku odbył się w Cleveland zjazd, na którym uchodźcy kanadyjscy 

i dowódcy lóż uchwalili konstytucję republiki kanadyjskiej i opracowali plan 
zbrojnego najazdu na Kanadę. Odbywało się to wszystko pod wpływem porywających 

zapewnień Lyonsa Mackenzie, że cala Kanada powstanie, skoro tylko pierwsze 
oddziały przekroczą granicę.

Mikołaj Szulc oczywiście nie mógł być obojętny na to, co działo się dokoła 
niego. Stał duszą i sercem po stronie uciśnionych i szczerze życzył zwycięstwa 

bojownikom wolności. Dom swój pod Syracuse otworzył wygnańcom na oścież, i 
gościł przez pewien czas Lyonsa Mackenzie, z którym się zaprzyjaźnił. Miewał z 

nim długie rozmowy. Utwierdził się w przekonaniu, że chodzi tu o obronę 
najświętszych praw człowieka i o walkę, w której on nie mógł pozostać biemy. 

Przystępując więc do ruchu ofiarował rewolucjonistom większość swego majątku, 
sto tysięcy dolarów, sam zaś zorganizował i wypo-

231
ków, zgłaszając się na jego czele óo akcji.

Wojskowi i historycy kanadyjscy odsądzili tych zapaleńców (można cierpko dodać: 
naturalnie!) od czci i honoru, nazywając ich zwykłymi bandytami pogranicza, 

żądnymi tylko grabieży i niczego więcej.
Tymczasem nie ulega wątpliwości, że większość ochotników, przeważnie bardzo 

młodych, kierowała się szlachetnymi pobudkami. A już chyba co do czystych 
zamiarów Mikołaja Szulca nie może być dwóch zdań: musiała to być dla niego 

sprawa szczytna, skoro jej poświęcał i majątek, i zacisze dostatniego domu, i 
osobiste szczęście, ślub z ukochaną kobietą odraczając na niewiadomy okres.

D. WALECZNI I TCHÓRZLIWI
Szulc udał się ze swym oddziałem na północ, gdzie kazano mu dołączyć się do 

wojsk — jeśli wojskami nazwać można te luźne grupy amerykańskich ochotników — 
będących pod dowództwem niejakiego „generała" Birge. W pierwszych dniach 

listopada nastąpiło spotkanie. „Szulca godne zachowanie się, jego męska postawa, 
bystrość umysłu i wymowa zapewniły mu wdzięczne przyjęcie" — pisał E. A. 

Theiler, Irlandczyk kanadyjski. Równocześnie okazało się, że poza powyższymi 
walorami Szulc posiadał z tych wszystkich wojaków najwięcej odwagi i ducha 

wojskowego.
Pierwsze taktyczne zadanie Birge'a polegało na zajęciu miejscowości Prescott na 

kanadyjskim brzegu granicznej Rzeki Sw. Wawrzyńca, co generał wykonać miał przy 
pomocy trzech oddziałów: swego własnego oraz grup Szulca i pułkownika Johnsona. 

Ochotników, doskonale uzbrojonych w karabiny, było najpierw kilka tysięcy. Gdy 
przyszło jednak do właściwej akcji, pozostało tylko kilkuset. Uznano, że i ta 

siła wystarczy dla zdobycia miasta Prescott.
232

"czonyW~p"bwodz"enTem. Birge" załadował swych łudzi, prYebra-nych za turystów, 
na amerykański parowiec w Oswego, nad jeziorem Erie, a po wejściu statku na 

Rzekę Sw. Wawrzyńca poprosił nie podejrzewającego nic kapitana, by wzięto tam na 
cumy dwa wielkie żaglowce pokryte brezentami. Gdy to nastąpiło, turyści wydobyli 

na wierzch broń i zmusili kapitana do posłuszeństwa. Tymczasem spod brezentów 
dwóch żaglowców wyłoniły się oddziały Szulca i Johnsona wraz z kilkoma 

armatkami.
Podczas dalszej jazdy w dół rzeki między wrogim brzegiem kanadyjskim z lewej 

strony, a amerykańskim z prawej, Birge zwołał dowódców oddziałów na ostatnią 
odprawę. Ku osłupieniu Szulca oświadczył, że na razie nie uderzy na Prescott, 

lecz wpierw zawinie do amerykańskiej mieściny Ogdensburg, by zabrać stamtąd 
więcej ochotników.

— To wykluczone! —¦ zawołał Szulc. — Jeśli nie uderzymy dziś, i to natychmiast, 
nieprzyjaciel dowie się o wyprawie i stracimy przewagę zaskoczenia.

—• To nic! — odparł niewzruszony Birge. — Jutro weźmiemy Prescott.
—¦ Jutro będzie za późno.

Szulc wyraził gotowość wzięcia na siebie najtrudniejszej części zadania, 
frontalnego uderzenia na samo Prescott, podczas gdy oddziały Birge'a i Johnsona 

miały tylko ubezpieczać jego skrzydła. Lecz plan ten, tak rozsądny i przez 
historyków uznany za jedynie celowy, spotkał się z upartym sprzeciwem J3irgera i 

innych.

background image

Szulc powiódł zdumionym wzrokiem po towarzyszach, jak. gdyby po raz pierwszy ich 

ujrzał — czy przejrzał.
W końcu jednak stanęło na tym, że on i Johnson sami zaatakują tej nocy Prescott, 

podczas gdy Birge ze swym oddziałem' pośpieszy na parowcu do Ogdensburga, 
zaokrętuje tam nowych ochotników i wróci natychmiast z odsieczą.

Na krótko przed pomocą — była to niedziela, dzień 11 listopada — wszystkie trzy 
statki, spuszczone z lin, poszły każdy

233'

dwa inne ku swej niesławie.
Żaglowiec z oddziałem Johnsona jakimś tajemniczym przypadkiem osiadł wnet na 

mieliźaie, a że to było akurat tuż przy brzegu amerykańskim, wojacy dopłynęli do 
lądu i gdzieś w ciemnościach się zawieruszyli. Tymczasem Birge płynął dalej na 

parowcu i dobił szczęśliwie w poniedziałek rano do Ogdensburga, lecz gdy tylko 
poczuł się na ziemi amerykańskiej, zachorował, a wraz z nim większość jego 

oficerów i ludzi, którzy wszyscy rozproszyli się po domach. I ten oddział, tak 
samo jak Johnsona, przestał istnieć jako jednostka bojowa.

Jedynie Szulc udał się na swym żaglowcu w wyznaczonym kierunku i nad ranem 
podpłynął pod Prescott. Lecz zastał miasto już zaalarmowane i gotowe do obrony. 

Ponieważ z nastaniem dnia nie widział Johnsona na rzece, słusznie zaniechał 
ataku i tylko płynąc jakie trzy kilometry w dół rzeki, wylądował na brzegu 

kanadyjskim w pobliżu opuszczonego wiatraka. Stało tam kilka masywnych budynków 
jakby stworzonych na redutę. Obsadził je swymi .ludźmi i zaczął skrzętnie 

wznosić szańce, ażeby stworzyć przyczółek, zanim nadpłyną posiłki z 
amerykańskiego brzegu. Wierzył, że lada chwila nadpłyną.

Tak oto Mikołaj Szulc, były major wojsk polskich, wszedł do wojny z Kanadą — 
awangarda sił mających wyzwolić kraj od jarzma i krzywdy.

S. BITWA O WIATRAK
Spodziewane posiłki oczywiście nie nadeszły, bo trudno było nazwać posiłkami 

tych kilku zuchów, którzy zdjęci wyrzutami sumienia, w ciągu poniedziałku, 
przypłynęli na łódkach z Ogdensburga. Oni to przywieźli Szuleowi hiobowe wieści 

ciosach odsieczy.
Cytowany już E. A. Theller określa sprawę następująco: „Historia zapisała 

niewiale przykładów takiego tchórzostwa, wiarołomstwa i braku decyzji jak u J. 
Ward Birge'a..."

Kanady. W tej decyzji był heroizm, nie było szaleństwa. Doświadczony żołnierz 

trzeźwo oceniał sytuację wojskową. Był niezłomnie przekonany, że jego pojawienie 
się w ciemiężonym kraju stanie się hasłem do ogólnego powstania, jak o tym przez 

całe lato Lyons Mackenzie i wszyscy uchodźcy kanadyjscy przekonywali jego i loże 
strzeleckie. Trochę też wierzył, że amerykańscy towarzysze broni w końcu się 

opamiętają i przybędą z pomocą.
Tak minął poniedziałek i tylko pod koniec dnia pojawiła się: na rzece angielska 

kanonierka. Dała kilka razy ognia do zabudowań, ale przywitana armatkami 
przyczółka, szybko się-wycofała. Ochotnicy nadstawiali ucha w stronę lądu, 

spodziewając się lada chwila przybycia powstańców kanadyjskich,. lecz ląd był 
głuchy i nie odpowiadał. Przez całą noc nikt się nie zjawił.

We wtorek o świcie usłyszano odgłos zbliżającego się od Ogdensburga parowca i 
gdy w mgle porannej patrioci ujrzeli na pokładzie postacie żołnierskie, ogarnęła 

ich szalona radość::
— Posiłki idą, posiłki!

Nie. Był to oddział rządowego wojska amerykańskiego. Stany Zjednoczone nie 
chciały mieć zatargu dyplomatycznego^ więc oto zabierały Szulcowi żaglowiec, na 

którym znajdowała się jeszcze nie wyładowana część amunicji i żywności. Była to 
dotkliwa strata. Zaledwie Amerykanie się oddalili, przypłynęło kilka angielskich 

kanonierek i otworzyło regularny ogień artyleryjski, na który zresztą 
energicznie odpowiadano.

Na lądzie zauważono wreszcie grupy uzbrojonych łudzi. Znów przykre 
rozczarowanie! To wierna Anglii milicja, zawzięta, dysząca nienawiścią do 

„bandytów", ta sama, która przed rokiem szalała żądzą wieszania powstańców. Gdy 
zebrało się tych ludzi około pół tysiąca, przypuścili atak zasypując oblężonych 

obfitym gradem ołowiu. Odparci, nacierali drugi raz i trzeci, i czwarty, dufni w 
swą liczebną przewagę, rozjuszeni. Dopiero poważne straty, jakie ponieśli, i 

ciągłe

background image

234

23$
Oddział amerykańskich ochotników Szulca znakomicie zdał próbę ognia. Była to 

młodzież ideowa, dość karna, od kilku tygodni przebywając pod wpływem i musztrą 
polskiego majora. Składała się przeważnie z rodowitych Amerykanów, a wśród nich 

było także kilku Polaków i kilkunastu Niemców. Gdy pod wieczór przeciwnik 
zaprzestał ataków, by! pobity i porażony. Okazało się jednak, że również i 

oddział Szulca poniósł straty dochodzące w zabitych i rannych do jednej trzeciej 
całości, nie licząc kilkunastu ochotników odciętych przez wroga i wziętych do 

niewoli.
Szerokość rzeki, w tym miejscu chyba nie większa niż półtora kilometra, 

pozwalała z amerykańskiego brzegu dokładnie obserwować przebieg walki. Brzeg 
oblepiły tysiące gapiów, między nimi wojacy Birge'a i Johnsona. Wszyscy ogromnie 

byli zaintrygowani przebiegiem walki, cmokali: „ii is a iine show — jest ładne 
widowisko" i czynili zakłady.

Tej nocy cisza znowu zaległa okolicę i oblężeni daremnie nadstawiali ucha na 
szmery w głębi lądu. Gdzież powstańcy kanadyjscy? Nie było powstańców. Była 

złowroga cisza.
Szulc zaczął domyślać się tragicznej prawdy, że spodziewana rewolucja zawiodła, 

że zeszłoroczne szubienice widocznie zrobiły swoje. Jeszcze tej nocy wyprawił 
więc na tratwie zaufanego posłańca do Ogdensburga 2 żądaniem, by przysłano mu 

.statek dla wycofania oddziału. Posłaniec przepłynął szczęśliwie, lecz nikczemni 
krętacze nawet teraz nie umieli pomóc towarzyszom: zwlekali, a gdy w końcu, w 

trzecią dopiero noc, statek ratunkowy wypuścili na rzekę, było za późno. Rzeka 
roiła się od angielskich kanonierek i nie było już odwrotu dla walecznego 

oddziału.
Walecznego: bo tymczasem po wtorkowych cięgach milicja kanadyjska przez dwa dni 

lizała sobie rany i dopiero w czwartek po południu, liczebnie wzmocniona, 
zdobyła się na nowy, ostry atak. I jeszcze raz pomimo przewagi została krwawo 

odparta.
236

nych, głodnych straceńców o twarzach wynędzniałych, oczach zaognionych, lecz 
pałających srogą zawziętością.

W nocy, poprzez jęki rannych na pobojowisku, ochotnicy wciąż jeszcze wytężali 
słuch w stronę lądu i rzeki nie tracąc nadziei. Od rzeki miały przyjść pomoc i 

ratunek, od lądu niepomiernie więcej: znak, że upiorna ich walka ma w ogóle 
sens, że Kanada jest 2 nimi. Ale i rzeka, i ląd głuche, nie odpowiadały; tak 

samo jak wróg nie znały litości.
Szulc i jego ludzie wiedzieli tylko jedno: że muszą walczyć dalej, do końca,- 

straceńcy bez wyjścia.
F. SZLACHETNY DO OSTATNIEJ CHWILI

Następnego dnia, w piątek, od samego rana zauważono na lądzie wzmożony ruch od 
strony Prescott: pojawiły się oddziały regularnego wojska angielskiego i chmary, 

dosłownie chmary kanadyjskiej ochotniczej milicji. Równocześnie przybyła 
artyleria. Liczbę pięciu tysięcy oblegających, podaną przez M'Leoda, inni 

kronikarze uważają za przesadzoną, mimo to jednak liczebna przewaga 
nadciągających sił była wprost przygniatająca. Zbliżał się końcowy akt tragedii 

dzielnej garstki.
Dowódca angielskich wojsk, pułkownik Dundas, przysłał do Szulca parlamentariusza 

z lakonicznym rozkazem bezwarunkowego poddania się. Szulc, widząc beznadziejność 
swego położenia, gotów był poddać się pod warunkiem, że przeciwnik uzna oddział 

jego za stronę walczącą.
— Nie, tylko za buntowników i morderców, zdanych na łaskę i niełaskę! — 

zakomunikował szorstko Anglik.
Znaczyło to, że będę znów w robocie szubienice.

•— Walczymy dalej! — odparł mu Szulc.
Wtedy Dundas zażądał jednogodzinnego zawieszenia broni celem pogrzebania 

poległych, pozostałych na przedpolu reduty z dnia poprzedniego. „Buntownik" nie 
tylko się zgodził, lecz

23?
nym piśmie do przeciwnika Szułc wytłumaczył ten ludzki gest: brakowało mu 

opatrunków, więc nie mógł udzielić rannym potrzebnej opieki, i tylko prosił w 
zamian o dobre traktowanie jego własnych jeńców, wziętych przez Anglików. Potem, 

jak gdyby godząc się już na bezwarunkowe poddanie się i żądając tylko skromnej 

background image

furtki honorowego wyjścia, dopisał do listu: „Jeżeli pod słowem honoru może mnie 

pan zapewnić, że ludność kanadyjska nie wita nas jako oswobodzicieli, od Pana 
zależy wstrzymanie dalszego rozlewu krwi".

Lecz hardy dowódca angielski nie chciał się wdawać w żadne subtelności ani 
układy i pogardliwie odpalił, że z bandytami nie ma pertraktacji.

Huragan z dział i karabinów otworzył ostatnią walkę. Ochotnicy bronili się z 
bezprzykładnym męstwem. Sypał się na nich deszcz żelaza i gruzu, lecz oni spod 

gruzów prażyli zadając straty. Nie dopuszczali wroga do siebie. Wiedzieli, że. 
to ostatni ich opór, lecz nie tracili ducha. Szulc był wszędzie; widziano go na 

każdym zagrożonym odcinku przyczółka. Porywał swym przykładem ludzi, dowódca 
czujny, żołnierz nieulękły. Mimo to trudno zrozumieć, jak ochotnicy mogli 

utrzymać się w tym piekle przez tyle godzin, od południa do wieczora.
Dopiero pod wieczór ogień ich zaczął słabnąć. Obrońcom zajrzała w ślepia zmora 

żołnierza: brak amunicji. O zmroku wystrzelali ostatnie naboje. Milicja 
kanadyjska, spostrzegłszy to, ze zdwojoną furią rzuciła się na łatwy żer. Łupem 

jej padał prawie bez oporu budynek po budynku, w których niewiele pozostało 
życia. Ostatniego obezwładniono Szulca. W tych końcowych chwilach walki działy 

się ohydne rzeczy. Rozbestwiona milicja mordowała pojmanych ochotników, dobijała 
rannych. Niewiele brakowało, a wybuchłaby nowa bójka, tym razem między 

regularnymi żołnierzami angielskimi a ochotniczą milicją. Z trudem żołnierze 
poskromili szaleńców.

238
o wiatrak, ihe Baitle ot the Windmill Point.

Dni Szulca, wziętego na pół żywcem do niewoli, były oczywiście policzone. W 
kraju, trawionym społeczną gorączką, zwycięzca, zaniepokojony o swe przywileje, 

bezwzględnie tępił jednostki typu Szulca — osobnika szczególnie niebezpiecznego 
dla lojalistóv»T kanadyjskich. W kilka dni po ujęciu Szulca sąd wojenny skazał 

go — jako bandytę, rzecz prosta! — na śmierć, oczywiście przez powieszenie, i 
wyrok wykonano niezwłocznie, dnia 8 grudnia.

Na kilka dni przed śmiercią Szulca dopuszczono do niego młodego adwokata, Johna 
A. MacDonalda późniejszego premiera Kanady, by spisał ostatnie życzenia 

skazańca. Zarówno treść testamentu, jak i rozmowy z Szulcem wywarły ha nim 
głębokie wrażenie. Młody, postępowy adwokat nie mógł ocalić mu życia, ale 

postanowił obronić jego pamięć.
Jak przez cała życie Mikołaja Szulca snuł się motyw jakiejś niepospolitej 

wielkoduszności, wzniosłych uniesień, a przy tym trzeźwej rozwagi, tak też i 
ostatnie jego dni cechowały szlachetna godność i podziw budzące opanowanie. Po 

ogłoszeniu wyroku śmierci Szulc żegnał się spokojnie ze światem pisząc do swych 
przyjaciół w Stanach listy pełne męskiej równowagi, niemal pogody, jak również 

spisując swój testament. Warto z tego podkreślić dwa szczegóły, rzucające 
jaskrawe światło na jego prawy charakter i rycerskość.

Wrażliwość Szuka na każdy objaw ludzkiej przyzwoitości, choćby spostrzeżonej u 
wroga, była tak wielka, że nawet fakt, iż żołnierze kanadyjscy wzięli w obronę 

ochotników przed mściwą milicją, wywołał u Szulca uczucie wdzięczności. 
Zawiadamiając o tej obronie swych przyjaciół w Stanach skazaniec prosił, by 

wiedzieli o niej wszyscy jego ideowi sprzymierzeńcy i w razie zetknięcia się z 
żołnierzami tego pułku — osiemdziesiątego trzeciego pułku piechoty kanadyjskiej 

— okazywali im serdeczność i gościnność. O tym myślał ów
239

"hierże'mieli go"p'rdwa(!zić7
Jeszcze lepiej mówi o nim drugi fakt, który jest być może jeden jedyny w całej 

historii ludzkich wojen. Szułc zrozumiawszy, że Kanada nie dojrzała jeszcze do 
wolności, że zatem walka jego była przedwczesna, a żołnierze kanadyjscy, których 

zabił jego oddział, zginęli niepotrzebnie — ze znamienną uczciwością i odwagą 
wziął ten moralny dług na siebie objawiając to pięknym odruchem: oto w 

testamencie zapisał część swego majątku na rzecz osieroconych rodzin tychże 
poległych żołnierzy.

Taki przykład wielkoduszności wobec zwycięskiego przeciwnika, mściwego i 
karzącego szubienicą, zaiste niełatwo znaleźć w historii.

G. ZWYCIĘSTWO PO ŚMIERCI
W owej tragedii polskiego bojownika najdziwniejszą sprawą jest to, że bitwę o 

wiatrak Szulc w istocie wygrał, a jego przeciwnicy ponieśli tam klęskę. 
Kapryśnie wiją się i krzyżują ścieżki ludzkich zwycięstw i klęsk.

Wieść o krwawym starciu dotarła do Anglii. Czynniki oficjalnie starały się ją 

background image

zbagatelizować i wykoślawić twierdząc, że to tylko afera pogranicznych bandytów, 

lecz usiłowania te pozostały bez skutku, nie znalazły wiary. Coraz liczniejsze 
przeciekały szczegóły o nieskazitelnym charakterze dowódcy powstania. Kwestia, 

jaki był charakter Szułca, nabrała nagłe znaczenia w rozgrywkach politycznych i 
chociaż koła reakcyjne mieszały go z błotem, zaniepokojonej opinii publicznej w 

Anglii to już nie wystarczało. Tej opinii, która w krytycznych momentach 
imperium brytyjskiego bywała potęgą większą od stronnictw i ministrów, a która 

wtedy zrozumiała lepiej niż zaśniedziałe mamuty w ministerstwie kolonii, czym 
grozi Anglii polityczny fanatyzm w Kanadzie: odpadnięciem kolonii od macierzy i 

pójściem śladami Stanów Zjednoczonych.
249

ment wysłał do Kanady lorda burhama z wielkimi pełnomocnictwami, by zbadał 
stosunki na miejscu i zdał raport.

Durham nie był ślepy ani tępy i zdał odważny raport o konieczności ukrócenia 
bezprawia w Kanadzie i przyznania jej samorządu. Za tę odwagę Durham ponoć 

zapłacił zwichnięciem raz na zawsze kariery politycznej, lecz kolonię dla Anglii 
uratował. Kanada w 1840 roku otrzymała zalążki rządów parlamentarnych, pierwszy 

krok do wywalczenia sobie statutu dominium.
Więc ofiara Szuka i jego mężnejo oddziału, jak również walka bojowników z lat 

1837 i 1833 nie poszły na marne. Szulc zginął na szubienicy tak samo jak w pół 
wieku później inny żarliwy bojownik kanadyjski, Louis Riel, walczący o lepszą 

dolę Metysów i Indian. Riel niestety nie dopiął swego,, natomiast Szulc 
zwyciężył, jakkolwiek dopiero po śmierci.

Nie miała granic, była w przyrodzie bez przykładu okropna, przerażająca 
drapieżność szczupaków. Wywodziła się chyba wprost z samego koszmaru, od bestii 

apokaliptycznych. Drapieżność nieposkromniona, obłąkana, ślepa: szczupak nie 
tylko pożerał drugiego szczupaka, lecz z równą zajadłością rzucał się na 

błyszczącą blaszkę, na płynący kawał drewna lub rękę człowieka. Drapieżność 
zuchwała, bezwstydna, niczym się nie krępująca, bez maski: szczupak nie znał 

obłudy, nie kłamał, nie uśmiechał się, chciwe ślepia wyrażały zawsze 
okrucieństwo, szeroką paszczę jawnie szczerzył wieczny głód. Szczupak rzucał się 

na ofiarę jak błyskawica i natychmiast, żywą, połykał. Rzucał się jeden raz, 
zwyczajem wielkich drapieżników. Gdy chybił, nie gonił. Chybiał rzadko.

John powiadał, że w jeziorze Marmette, nad którym cbecnie obozowaliśmy, żyły 
olbrzymie szczupaki: bywały tam potwory ponoć stuletnie, dochodzące do półtora 

metra długości. Wierzyłem. Bez wielkich zabiegów łowiliśmy okazy dziesięcio-
piętnastofuntowe.

Rzecz dziwna, że ani w jeziorze Marmatte, długim na blisko dwadzieścia 
kilometrów i miejscami bardzo głębokim, ani w połączonych z nim jeziorach, jak 

na przykład Chapmana, nie widzieliśmy żadnych innnych ryb, jak tylko szczupaki. 
Same szczupaki. A co jeszcze dziwniejsze, to ich nieprzebrana obfitość, 

niewiarygodna, prawie upiorna: wystarczało gdzie
242

Wody tutejsze to niebywałe mateczniki szczupaków, istne rezerwuary drapieżności.
Łowiliśmy szczupaki z łodzi na błyszczkę, którą tu nazywano — troll. Niklowana 

blaszka była wygięta w kształt śmigła i dzięki temu obracała się wśród lśnień 
dokoła własnej osi, gdy ją ciągnęliśmy na długim sznurze za łódką. Do blaszki 

przymocowany był mocny haczyk. Ruch i migocące błyski wywierały magiczny wpływ; 
szczupaki z pasją uderzały na świecidełko i porywały je w paszczę razem ze 

zdradzieckim hakiem.
Była to chwila potężnego wzruszenia. Mając ręce zajęte wiosłem trzymało się 

sznurek w zębach. Naraz gwałtowne, głuche szarpnięcie wykręcało człowiekowi 
głowę w bok, wbrew jego woli, tyle w tym szarpnięciu było przemocy. Na obydwóch 

końcach sznura stawały przeciw sobie dwa wrogie światy: tam zęby drapieżnika — 
tu zęby człowieka, w tej chwili nie mniej drapieżnego niż tamten pod 

powierzchnią wody. Od zębów do krzyża, do nóg przeszywała łowcę rozkosz. 
Atawistyczna rozkosz jaskiniowca, szarpiącego zębami swą zdobycz.

Wówczas wiosło kładło się do łodzi i rękoma wyciągało sznur. Powstawała zacięta, 
krótka walka. Szczupak rozpaczliwie się bronił, pogrążał w głębię, szamotał, 

trząsł łódką. Dobywał ostatnich sił. Czasem skoczył wysoko w powietrze. Wszystko 
daremnie. Raz wciągnięty do czółna, przegrywał życie.

Z początku zastanawiałem się, z czego żyło tyle szczupaków nie mając innych ryb 
na pokarm. Badania żołądków wyjaśniły sprawę. Małe szczupaczki, na palec długie, 

połykały przeważnie pchły wodne, od których roiło się w jeziorach. Jedno-, 

background image

dwufuntowe wyrostki żywiły się tymiż szczupakami i rakami; większe, kilku- i 

kilkunastofuntowe pożerały wyłącznie inne szczupaki, nieco mniejsze od siebie. 
Tak więc świat podwodny zasadzał się tutaj na hierarchicznym pożeraniu włas-

16'                                                                              
243

Nazajutrz po upolowaniu niedźwiedzicy wyruszyłem ran'o łódką na szczupaka. W 
moim canoe dosłownie się kochałem. Gdy z tyłu siedziałem sam jeden, czub jego 

cudownie wystawał z wody i wtedy starczyło jedno uderzenie wiosła, by jak 
strzała wyprysnąć naprzód. Jednakże wystarczyło też lekko przechylić się, ażeby 

łódkę wywrócić. Canoe było bardzo wywrotne.
Tego rana nie oddalałem się zbytnio od obozu. W pobliżu, niedaleko brzegu, było 

głębokie miejsce, kotlina na spodzie jeziora. Woda przybierała tu ponury kolor 
ciemnogranatowej przepaści. Przepływając tędy powoli doznałem nagle w zębach 

tęgiego wstrząsu i linka uciekła w dół jak świszcząca struna: chwycił dobry 
szczupak. Podczas wyciągania go — był na kilkunastometrowej głębinie — zaplątał 

mi się sznurek i jakoś nieszczęśliwie owinął dokoła nogi. Chciałem go odwi-kłać, 
gdy gwałtowne szarpnięcie ryby udaremniło zamysł. Gorzej; bestia ciągnęła za 

nogę tak mocno, że wszystkimi siłami musiałem się zapierać o brzeg łodzi i 
trzymać rękoma, by nie wpaść do wody. Byłem unieruchomiony. Inicjatywę objął 

szczupak. Był to widocznie olbrzym. Canoe chwiało się przeraźliwie, wciąż 
przechylało i groziło wywróceniem.

Jedyne wyjście z przykrego położenia — to dobić z łodzią do brzegu. Lecz gdy 
podniosłem wzrok, stwierdziłem z niemiłym osłupieniem, że podczas zmagania się 

ze szczupakiem odpłynąłem kawał od brzegu. Dostałem się oto w wietrzyk, dmący od 
lądu i wypychający canoe na środek jeziora. Butnie sterczący z wody dziób łodzi 

— dotychczas moja duma — działał teraz jak złowieszczy żagiel.
Chwyciłem za wiosło i uderzyłem w wodę, by canoe skierować do lądu. Lecz daremny 

to trud; wiatr był silniejszy i nie dopuszczał do zwrotu. Na domiar szczupak w 
tejże chwili zaczynał targać ze zdwojoną gwałtownością. Szybko odrzuciłem wiosło 

i wparłem się w spód łodzi, by nie stracić równowagi. Kilkakrotne podobne 
wysiłki spełzły na niczym.

244
pływać będąc uwiązany do szczupaka. Szczupak natychmiast wciągnie mnie w głąb. 

Trzeba będzie trzymać się kurczowo łodzi, dosłownie ostatniej deski ratunku. 
Przypomniał mi sią mój nóż. Niestety, leżał na przodzie canoe, poza zasięgiem 

ręki.
Liczyłem na znużenie szczupaka. Nie ciągnął już tak uporczywie, czasami 

odczuwałem zluźniony nacisk sznurka. Lecz najdrobniejszy mój ruch powodował 
natychmiast rozpętanie burzy i ostre zrywy. Szczupak, wciąż silny, czuwał.

Gdy tak z niepokojem rozmyślałem, że wypadnie jeszcze wlec się dobre dwa 
kilometry do przeciwległego brzegu, z możliwością wszelkich niespodzianek po 

drodze, przyszedł nagle ratunek ze strony, o której nie powinienem był 
zapomnieć. Za strony naszego obozu. John i Lisim zauważyli moje niezwykłe ruchy, 

spuścili swoją łódź na wodę i oto usłyszałem warkot motoru. Przygoda, w której 
zdobyłem wątpliwej wartości laury, miała happy end: wspólnie wyciągnęliśmy z 

wody szczupaka. Ważył blisko dwadzieścia funtów.
Pewnego wieczoru, o zachodzie słońca, płynąłem ze Stanisła-wem przez jezioro 

leżące na południu, niedaleko obozu między naszym półwyspem a ostojami łosi. Z 
przodu canoe wio-sło-wałem ja, z tyłu towarzysz. Zachowywaliśmy zupełne 

milczenie, bo w pobliżu mogła stać zwierzyna. Nagle poderwałem się przerażony, 
wstrząśnięty do szpiku: tuż za raną rozległ się straszliwy plusk, jak gdyby ktoś 

całe drzewo z hukiem cisnął do wody. Odwracając się widziałem ostatnim mgnieniem 
blisko Stanisława zanurzający się ogon potwornie wielkiego szczur paka. 

Wyskoczył z wody, rozhukany zucirwalec, jakby w zamiarze rzucenia się na 
Stanisława, a przynajmniej chwycenia •wiosła. Nie chwycił, za to rzetelnie 

opryskał towarzysza i znikł. Od tego czasu jezioro nazwaliśmy Jeziorem Śmiałego 
Szczupaka.

245
na  i.   iiic<_n  saun  uMua>)iui   juuiauu.   uiamaiaw   ^aiiu^ai   tan*

pewnego   razu  spinning  i   natychmiast  tęga   ryba   porwała błyszczkę. 
Niestety, po kiłku szarpnięciach uwolniła się. W oczach Stanisława osłupienie.

—  Co to było? — zawołał zaskoczony.
—  Czy nie szczupak? — spytałem.

—  Szarpnęło jak czart... Chyba nie szczupak!

background image

Siłą przyzwyczajenia zarzucił jeszcze raz w to samo miejsce i zaledwie pociągnął 

linę, raptownie zawołał stłumionym głosem, że jest! Równocześnie sznur wędki, 
napięty jak struna, ostro uciekał w bok. Stanisław z wysiłkiem pośpiesznie 

wkręcał rolkę. Po chwili ustał.
—  Znowu uciekło! — stwierdził melancholijnie z bezradną miną i zgaszony odłożył 

wędkę na canoe.
—  Do trzech razy sztuka! — żartowałem. — Może jeszcze raz weźmie?

Tym razem ja ująłem wędkę i sceptycznie uśmiechając się rzuciłem błyszczkę do 
wody.

W istocie: wzięło. I to zaraz. Bardzo gwałtowne targnięcie i potem szalony, 
wściekły opór. Dociągnąłem szamoczącą się rybę tuż pod powierzchnię wody i widać 

już było migotanie jasnego ciała, gdy zdobycz ponownie się wyrwała z haka, a 
błyszczka ze świstem wyskoczyła w powietrze.

—  To nie szczupak! — oświadczył towarzysz stanowczo. — I to wciąż ta sama 
bestia!

—  Że jej nic nie odstrasza! — dziwiłem się. — Przecież musiała poczuć ostry 
hak!...

Widziałem po twarzy Stanisława, że najchętniej przeżegnałby się wobec tak 
niesamowitej hecy. Z ponurą zawziętością chwycił wędkę i jeszcze raz zarzucił ją 

do wody. Tym razem nic. Ryba widocznie opamiętała się i uciekła. Stanisław 
wyciągnął błyszczkę z wody i próbował od nowa to tu, to tam. Głębina była 

martwa.
246

zwrócił do mnie twarz i nieswoim głosem:
—- Wzięła!

—¦ Ta sama?
Nie odpowiedział, tylko kiwnął głową, że ta sama. Ostrożnie, z całym spokojem, 

nie śpiesząc się zakręcał sznur na rolkę. Ryba w głębinie wyrywała się na 
wszystkie strony, walczyła z furią i twardością. Stanisław musiał dobywać siły, 

by ją cal po calu przybliżyć do canoe. Wreszcie miał ją tuż pod burtą. Złapałem 
ją za łeb i wspólnymi siłami wyciągnęliśmy zdobycz do łodzi.

— Giey trout! — zawołał Stanisław uradowany. — Szaiy pstrągi Ryba zwana tu także 
salmon trout, pstrągiem łososiowym, była koloru srebrnego z białymi cętkami. 

Nasza nie ważyła chyba sześciu kilogramów, więc ryba stosunkowo niewielka, ale z 
jaką zapalczywośóą się broniła!

W zatoce łowiliśmy jeszcze przez dobry kwadrans; nic nie wzięło. Więc był tutaj 
zapewne tylko ten jeden pstrąg. Cztery razy pod rząd, niezrażony bólem rany od 

haka, rzucał się na przynętę!
Powierzchnia wody była jak kurtyna zasłaniająca tajemniczy świat. W tym świecie 

roztaczała się woda i żyły szczupaki. Ludzkość poznała chemię i fizykę wody, 
lecz nie wyszła poza doświadczenia naszych pięciu zmysłów. Nie wniknęliśmy 

głębiej. A życia szczupaków nie objęliśmy nawet i tym doświadczeniem. Szczupaki 
miały zwyczaje osobliwe; mało co o nich wiedzieliśmy. Chodów ich i odruchów nie 

znaliśmy, ich instynkt był dla nas mroczną dziedziną. Czasem tylko, przypadkiem, 
zabłysła iskierka, mrok na chwilę się rozjaśnił, człowiek, zaskoczony, ujrzał 

nagle jedno zadziwiające ogniwo. Ale tylko jedno. Inne pozostały nadal cieniem, 
wielką zagadką.

Którejś nocy wiosłowałem w towarzystwie Lisima. Na niebie była pełnia, na 
jeziorach cisza; powierzchnia wody srebrzyła się pasmem księżycowych iskier, nie 

było prawie żadne-
247

nam płynąć przez mieliznę. Na przestrzeni przeszło stu kr6kóvr™^ł woda nie 
sięgała wyżej kolan. Wznosiła się tu jakaś piaszczy- I sta wyspa podwodna, 

otoczona zewsząd znaczną głębiną. Znaliśmy dobrze to ustronie z poprzednich 
wycieczek.

Gdy wpłynęliśmy na mieliznę, powstała nagle urocza rzecz. Sprzed łodzi 
wytryskiwały spłoszone torpedy, nie-torpedy, wcielone diabły, nie-diabły. Sunęły 

tuż pod powierzchnią wody wzbijając fale; coraz to nowe strzały wyskakiwały 
przed nami, tworzyły dziwaczne pasma, nagłe podwodne rakiety, przerażone L 

przerażające; uciekając nieciły nowy popłoch, wyrywały z uśpienia dalsze stwory, 
tworzyły rosnącą lawinę grozy. Były to szczupaki. Stało ich na mieliźnie całe 

mrowie. I naraz wszędzie dokoła zrobiło się kotłowisko rozplenione} wody, 
uciekających ciał, zbiorowego obłędu.

Po chwili makabryczna gonitwa ustała. Szczupaki zniknęły z mielizny i schowały 

background image

się w głębinie. Na powierzchni jeziora długo pozostała po nich niespokojna fala.

Był to zrozumiały popłoch wystraszonych przez nas szczupaków. Lecz jaka utajona 
siła przyrody wywabiła je z głębi jeziora, w której zwykle przebywały? Jaki 

instynkt ściągnął je na mieliznę w takiej niezwykłej ilości? Gdzież się podziała 
ich drapieżność? Czy w ogóle były przytomne, czy też spały? A może czymś 

oszołomione trwały w upojaniu, może urzeczone promieniami księżyca były 
odrętwiałe, chore, rozmarzone?

Indianie wierzyli, że bogu słońca, radości i dobra przeciwstawiał się równie 
potężny bóg księżyca, zła i grozy. Może to on wywiódł swe drapieżne hufce na 

mieliznę, i szczupaki, niewolnicy nocy i zła, odbywały właśnie ponurą księżycową 
odprawę?...

Zasadniczo zdrowy byr-tu kraj. Rzeźwe powietrze, wysokie niebo, słoneczne brzegi 
jezior, jasne skały, rozmaita zieleń lasów, spokój wielkiej zwierzyny — wszystko 

to były znamiona normalnego zdrowia i porządku w przyrodzie. Więc skądże brało 
się nagle w wodzie tyle drapieżności?

Głód — to   ©bok miłości, ważna funkcja życiowa. Miłość
"ku. Więc jezan t,^i_z,upaivj. w uit^uj^^ ^»^r»----_,

żerały swój własny płód i niszczyły swój własny rodzaj, to zachodziła tutaj 
okrutna nieprawidłowość przyrody. Jakieś straszne nieporozumienie. Przyroda 

oszalała i gwałci^ swe podstawowe prawa, prawa rozmnażania się. Dlaczego \ak się 
działo, pozostanie chyba ponurą tajemnicą tych jezior. Tylko Indianie znaleźli 

swe własne rozwiązanie zagadki wierząc po prostu w istnienie złego boga 
Czakenapenoka, boga nocy i niszczenia, zajadłego mąciciela wszelkiego porządku.

Ciekawy byłem, co Lisim, wiosłujący za moimi plecami, sądził o tej szczupakowej 
tajemnicy jeziora Marmette. Niestety, Lisim był małomówny.

I
\24t

8. GOŚCIE W OBOZIE
Od naszego namiotu do ogniska nie było daleko; sześć kroków. W połowie drogi, 

trochę na uboczu, rósł młody świerk, wysmukły, piękny młokos. To na jego 
gałęziach zawiesił Stanisław płaty mięsa wycięte z pośladka ubitej 

niedźwiedzicy.
Po dwóch godzinach przyleciał ptaszek obcy, którego nie widziałem dotychczas na 

naszym cyplu, siadł na mięsie, wy-dziobywał z niego kawałki i smacznie a łakomie 
połykał. Ptaszek należał do rodziny kosów: miał biało-czarną, prążkowaną główką 

i białawy brzuszek. Wstałem od ogniska, przybliżyłem się, a ptaszek nic — nie 
uciekał. Podszedłem jeszcze krok, mogłem go już prawie dosięgnąć — nie bał się. 

Ze zdumieniem patrzałem na odważnego zucha. Śmiałek przyglądał mi się z 
ufnością. Miał filuterne, czarne ślepska. Przywołałem Stanisława.

— Meat-biid — uradował się towarzysz, jak gdyby ujrzał dobrego znajomego.
W istocie często spotykał u siebie, w Val des Bois, owego „mięsnego ptaka". 

Skrzydlaty zuch słynął z tego, że lubił mięso ubitej zwierzyny i mało bał się 
ludzi. Był to natarczywy a wierny uczestnik myśliwskich obozów.

Tegoż popołudnia ptak przyprowadził sobie przyjaciela i razem żwawo rzucili się 
na mięso. Lecz Stanisław czuwał nad zapasami i odpędzał żarłoków. Mimo to 

następnego dnia zja-
250

dziego nie broniliśmy. Dośyc go się najedliśmy. Ptaki'miały wielkie używanie, a 
my — pociesznych kompanów. Rano miłe trzpioty budziły nas gwarnym szczebiotem, a 

przez cały dzień radowały igraszkami, wdziękiem i wesołością. Ożywiały 
wierzchołki sąsiednich drzew i miały nienasycony apetyt; co chwila zlatywały na 

młody świerk do mięsa.
Nowi przyjaciele napełniali mnie dumą i zadowoleniem. Powstał oto serdeczny 

pomost między nami, ludźmi, a lasem: pomost, którego brak dawał się odczuwać. 
Byli to dla mnie drodzy i cenni goście. Jedynie przykro, że obecność ich 

zawdzięczaliśmy przygodzie tak smutnej i dręczącej: zabiciu niedźwiedzicy.
Znajomości obozowe nie kończyły się na ptakach; przyciągnęły do obozu także inna 

zwierzęta. Zaraz pierwszej nocy, przed zaśnięciem, usłyszałem liad głową 
tajemniczy szurgot. Jakieś zwierzątko właziło na namiot i zadzierzyście biegło 

górną krawędzią, aż dudniło płótno. Na chwilę przystało nasłuchując. Widocznie 
szpieg, wywiadowca. Potem pędziło dalej, zsunęło się rączo po boku i umknęło.

Następnej nocy działo się to samo, tylko że zwierzątek było już kilka. Goniły po 
namiocie jak zwariowane, jak gdyby nie miały innej drogi, a spacer na płótnie 

sprawiał im wyjątkową rozkosz. Rano, przed świtem, wdarły się do środka namiotu 

background image

i wyprawiały harca poprzez nasze ciała. Zbudziły nas. Gdy zapaliliśmy światło, 

nic nie było widać.
Wieczorem pojawiły się już nawet przy ognisku. Tuż za nami, w cieniu gałęzi, 

szeleściły, chrobotały, łaziły, czaiły się. W kilku miejscach naraz. A gdy 
później weszliśmy do namiotu i podnieśliśmy z ziemi posłanie, wyskakiwały spod 

koca przerażoną chmarą. Nagonka. Uśmierciliśmy dwa stwory i tajemnica się 
wyjaśniła: leśne myszy.

Nazajutrz dowiedzieliśmy się więcej: była to plaga leśnych myszy. Uwzięły się na 
nasze zapasy w kartonach, upodobały sobie płatki owsiane, kaszę, makaron i 

boczek wędzony. Wy-
25 Z

r
~.....pMćzaś7 naszego^                                                obławy?'

Dziennie mordowaliśmy ich cztery, pięć. Mało to pomagało. Zapasy wieszaliśmy na 
postronkach na wysokich gałęziach. Niektóre myszy właziły na gałęzie i 

spuszczały się po sznurze. Nie było na nie rady. Zastanawialiśmy się nad 
przeniesieniem, obozu w inne miejsce.

Pewnej nocy nowy, tajemniczy zwierz gospodarzył przy wygasłym ognisku. Leżąc pod 
namiotem słyszeliśmy, że gość' przewracał z brzękiem blaszaną puszkę zostawioną 

na dworze. Niedźwiedź? Ogarnął nas niepokój i naradzaliśmy się, co czynić. Lecz 
żaden odgłos już nie dochodził. Wyjrzawszy spod płótna widzieliśmy tylko czarną 

noc, nic więcej. Namiotu nie opuściliśmy.
Myszy —¦ czy piorun w nie strzelił? — siedziały tej nocy cicho jak pod miotłą. 

Przeraziły się.
Rano przekonaliśmy się, kto je przestraszył. Lis, wielki amator myszy. Nie było 

wątpliwości. Na naszej blaszance od cukru pozostawił po sobie wyraźny ślad w 
postaci łajna, wiadomo, lisim zwyczajem.

Od tego czasu dobry duch odwiedzał nas co noc. Poznać to było po myszach. 
Przyszła na nie bieda, opadł je strach; ubywało ich coraz więcej. Znać było te 

wizyty także po blaszance od cukru. Co rano, z zadziwiającą regularnością 
znajdowaliśmy na niej świeży i wyraźny dokument, że lis miał się dobrze i że 

świetnie trawił myszy.
Klęska minęła. Zwyciężyła mądra sprawiedliwość przyrody. Silny był jej miecz 

poskramiający wybujały nadmiar. Nienasycony był apetyt lisa pożerającego myszy. 
Chociaż nie widzieliśmy lubego gościa na oczy, chwaliliśmy go, kochaliśmy go i 

tylko czasem dziwiliśmy się, dlaczego, uparty szelma, uwziął się akurat na 
blaszarikę od cukru. Wystawialiśmy mu na noc do wyboru inne puszki, większe, 

mniejsze, szerokie, wąskie, ale on brukał zawsze tylko tę jedną: od cukru. Ha, 
trudno, taka była pańska wola — taki kaprys lisa, naszego dobroczyńcy.

lasem od brzegu do brzegu, śledziły nas obóz. Kruki u Edgaira Allana Poe 
wieściły śmierć wołając: never moie; nad jeziorem Marmette wołały iylko: kluk-

uk, kluk-uk, niby żaby kumki, lecz zdaje się, że również obwieszczały śmierć. 
Wpadły im zapewne w oko nasze ptaki meat-birds uwijające się w obozie. Krucze 

wołanie słyszeliśmy o każdej porze dnia, czasem daleko, przeważnie blisko. 
Płochliwe i ostrożne, nie nabrały jeszcze odwagi do otwartego natarcia na 

ptaszki, lecz były, pilnowały, krążyły, straszyły, nie odstępowały. Wisiały nad 
obozem jak stałe niebezpieczeństwo. Czy w ogóle spadną i uderzą?... Pewnego 

ciemnego wieczoru przesuwał się niedaleko obozu powolny, ciężki zwierz głośno 
szurając i łamiąc gałązki. Z lampką elektryczną i ze strzelbą wyskoczyliśmy w 

las. Pod krzakiem odkryliśmy przyczynę niepokoju: igłozwierza. Syczał na 
postrach, zwijał się w kłąb, nastawiał kolce. Gdy podchodziliśmy całkiem blisko, 

trząsł się niby w dreszczach.
—  Uwaga! — ostrzegał mnie Stanisław. — Kolce lekko siedzą!

—  To co?
—  Paskudnie trudno  je wyciągnąć,  gdy wlezą w  ciało... O, jak podskakuje!

W istocie igłozwierz czynił niezdarne podrygi widocznie w tym celu, ażeby wbić w 
nas swe kolce.

Zabierając się do niego jak najostrożniej, uwiązaliśmy go za nogę, 
przyciągnęliśmy do obozu i przymocowaliśmy na długim postronku do młodego 

świerka pomiędzy namiotem a ogniskiem.
Igłozwierz, gryzoń wielkości naszego borsuka, był tu stworem dość^ pospolitym. 

Przyroda uzbroiła go w pancerz z rogo-watych kolców, lecz poskąpiła mu energii i 
rozumu. Był to osobnik tępy, głupi, ociężały i potulny. Jedyną wiarę i nadzieję 

pokładał w swych kolcach, i rzeczywiście broniły go znakomicie. Długie na kilka 

background image

do kilkunastu centymetrów, wbijały się jak groty w ciało napastnika: uzbrojone w 

kontrhaczyki, wdzierały się coraz głębiej w ciało powodując ciężkie rany. Biada
252

253'
szpikowanym pyskiem i zazwyczaj zginie od uduszenia, "gdy wędrujące kolce dotrą 

do gardła. Dzikie drapieżniki i mądre psy wiedziały o tym i unikały go z daleka.
Igłozwierz żywił się korą z drzew i niszczył dotkliwie drzewostan. Dlatego 

ludzie nie znosili jego sąsiedztwa i w pobliżu osad zajadle go tępili. Kilka lat 
temu było inaczej; chroniły go prawa i pod karą nie wolno było go prześladować. 

Zawdzięczał to swej niernrawości i głupocie: stanowił jedyną zwierzynę łatwą do 
zdobycia dla bezbronnego człowieka zabłąkanego w lesie. Odgrywał rolę żywej 

spiżarni.
Nasz więzień przez chwilę zżymał się, sapał, nastawiał kolce i czynił niedołężne 

wysiłki wyswobodzenia się. Po kwadransie przestał walczyć o wolność i zapadł w 
głuche milczenie. Spode łba, spoza kolców, patrzył na nas spokojnym, kaprawym 

wzrokiem. Podstawiliśmy mu trochę jedzenia z kolacji. Jakże opisać nasze 
zdumienie, gdy igłozwierz po krótkich ceregielach zabrał się z apetytem do 

jadła! Łatwo pogodził się z losem. Oto stoik! Patrząc na niezdarnego dziwotwora 
odczuwaliśmy radość z domieszką lekkiej pogardy.

W nocy zwierzę nie spało i pokutowało z umiarem; nad ranem dopiero nastała 
cisza. Po wyjściu z namiotów zobaczyliśmy, dlaczego igłozwieraa nie było 

słychać: uciekł. Więc jsdnak nie pogodził się z losem. Ostrymi zębami gryzonia 
przepiłował pień młodego świerka i ulotnił się.

Świerk leżał na ziemi. Ten fakt pociągnął za sobą, oprócz ucieczki igłozwierza, 
cały łańcuch fatalnych następstw. Zapasy niedźwiedziego mięsa spadły wraz z 

drzewkiem na ziemię. Ktoś w nocy zżarł je doszczętnie. Nie zostawił nic. W ciągu 
przedpołudnia wszystkie ptaszki meat-biTds opuściły obóz nie mając 

niedźwiedziego mięsa. Do następnego dnia wyniosły się z półwyspu kruki.
Nie wyniósł się tylko on, winowajca, igłozwierz. Przygody z człowiekiem nie 

zrozumiał, nie wziął jej sobie do serca.
254

naści. Łamał gałązki wlokąc jęrstąpaFciężko i powoli, czasem sapał. Tak to 
cierpliwie taszczył się co noc do końca cypla, niefrasobliwy ciemięga, ufny w 

skuteczność swych kolców, nie wzruszony niczym, niewrażliwy na nic. Nie 
wiedziałeś: cynik czy idiota.

szpikowanym pyskiem i zazwyczaj zginie od uduszenia, gdy wędrujące kolce dotrą 
do gardła. Dzikie drapieżniki i mądre psy wiedziały o tym i unikały go z daleka.

Igłozwierz żywił się korą z drzew i niszczył dotkliwie drzewostan. Dlatego 
ludzie nie skosili jego sąsiedztwa i w pobliżu osad zajadle go tępili. Kilka lat 

temu było inaczej; chroniły go prawa i pod karą nie wolno było go prześladować. 
Zawdzięczał to swej niemrawości i głupocie: stanowił jedyną zwierzynę łatwą do 

zdobycia dla bezbronnego człowieka zabłąkanego w lesie. Odgrywał rolę żywej 
spiżarni.

Nasz więzień przez chwilę zżymał się, sapał, nastawiał kolce i czynił niedołężne 
wysiłki wyswobodzenia się. Po kwadransie przestał walczyć o wolność i zapadł w 

głuche milczenie. Spode łba, spoza kolców, patrzył na nas spokojnym, kaprawym 
wzrokiem. Podstawiliśmy mu trochę jedzenia z kolacji. Jakże opisać nasze 

zdumienie, gdy igłozwierz po krótkich ceregielach zabrał się z apetytem do 
jadła! Łatwo pogodził się z losem. Oto stoik! Patrząc na niezdarnego dziwotwora 

odczuwaliśmy radość z domieszką lekkiej pogardy.
W nocy zwierzę nie spało i pokutowało z umiarem; nad ranem dopiero nastała 

cisza. Po wyjściu z namiotów zobaczyliśmy, dlaczego igłozwierza nie było 
słychać: uciekł. Więc jednak nie pogodził się z losem. Ostrymi zębami gryzonia 

przepiłował pień młodego świerka i ulotnił się.
Świerk leżał na ziemi. Ten fakt pociągnął za sobą, oprócz ucieczki igłozwierza, 

cały łańcuch fatalnych następstw. Zapasy niedźwiedziego mięsa spadły wraz z 
drzewkiem na ziemię. Ktoś w nocy zżarł je doszczętnie. Nie zostawił nic. W ciągu 

przedpołudnia wszystkie ptaszki msat-birds opuściły obóz nie mając 
niedźwiedziego mięsa. Do następnego dnia wyniosły się z półwyspu kruki.

Nie wyniósł się tylko on, winowajca, igłozwierz. Przygody z człowiekiem nie 
zrozumiał, nie wziął jej sobie do serca.

naści. Łamał gałązki wlokąc swoją ''nieldołężnbiL7 stąpał* ćięzIcT i powoli, 
czasem sapał. Tak to cierpliwie taszczył się co noc do końca cypla, 

niefrasobliwy ciemięga, ufny w skuteczność swych kolców, nie wzruszony niczym, 

background image

niewrażliwy na nic. Nie wiedziałeś: cynik czy idiota.

254

Ile to dni temu Jean Maurepas opuścił nasz obóz? Cztery dni, pięć? Już nie 
pamiętałem. Dopóki nie powrócą John i Lisim, nic ważnego nie wydarzy się. 

Stanisław i ja żyliśmy w zupełnej beztrosce, z dnia na dzień, korzystając z 
najpiękniejszych wywczasów, jakie sobie wyobrazić można w tak uroczym otoczeniu.

W ciągu dnia byliśmy pod czarem przyrody: urządzaliśmy myśliwskie wycieczki, 
chociaż grubej zwierzyny mało spotykaliśmy albo bardzo słabą; tęgi zwierz 

jeszcze nie wychodził z gęstwiny. Łowiliśmy szczupaki, dobieraliśmy się do 
pstrągów w Jeziorze bez Nazwy, wygrzewaliśmy się na słonecznych polanach wśród 

czarnych jagód, uciekaliśmy pod świerki przed ulewami, pożądliwym wzrokiem 
przepatrywaliśmy rozległe brzegi jezior, upajali wonią żywicy, mięśnie sycili 

ruchem wioseł _ słowem, za dnia poddawaliśmy się wszelkim powabom przyrody.
Wieczorem — co innego. Wieczorem byliśmy pod urokiem ogniska i gawęd o ludziach. 

O sobie i o innych. Stanisław nieśmiało odkrywał swe życiowe troski, snuł ciche 
marzenia. Poznałem powoli dzieje jego doli i doli jego sąsiadów. Jakaż to była 

nieopisana rozkosz po dniu pełnym jasnych jezior, zapachów wody i zieleni jodeł, 
kiedy w oczach jeszcze roiło się od krajobrazów puszczy, drzew, zY/ierząt, 

ptaków, skał —
256

Saprhąć ten natłok gałęzi, świerków, Wodnych plusków i połysków, wyziewów 
mokradeł, tropów zwierzyny — by zanurzyć się w rzewne, ludzkie sprawy.

Był to magiczny wpływ ogniska. Płomienie sycząc buchały w górę, gdzieś 
niecierpliwie pędziły. Potok ich ciepła i czerwieni porywał również myśli na 

dalekie wędrówki, łatwo budził wspomnienia o ludziach. Zatarte odległością 
kształty nabierały naraz wyraźnych cech, dokładniej widziało się człowieka. Już 

toczyła się o nim opowieść. Stanisław dorzucał gałęzi do ognia. Opowieść o 
człowieku stawała się potrzebnym uzupełnieniem tej przyrody, koniecznością 

obozowiska.
Kanada w swej krótkiej a burzliwej historii miała licznych zuchwałych pionierów 

i miała również zdobywców wielkich fortun, gorących patriotów zasłużonych dla 
kraju, mężów postępu i mężów fantastycznej kariery, ale wszystkie te cechy w 

jednej osobie połączyć dane było dopiero cudzoziemcowi, który przybył do Ameryki 
jako biedny uchodźca, wygnany przez wroga ze swej ojczyzny, słowem, dane było 

Polakowi, Kazimierzowi Gzowskiemu.
Jak Kanada Kanadą, nie było przykładu, by jakiś cudzoziemiec dostąpił tylu 

zaszczytów i pozyskał tyle uznania, czy to ze strony kanadyjskiego 
społeczeństwa, czy rządu, czy wreszcie brytyjskiej królowej Wiktorii. Przyczyną 

tego stał się szlachetny charakter Gzowskiego, jego wierność przybranej 
ojczyźnie, a przede wszystkim wybitne zasługi, jakie położył dla rozbudowy i 

technicznego postępu Kanady.
Pochodząc z Mińszczyzny, ze szlacheckiej rodziny wojaków kresowych, miał ojca, 

który po rozbiorach Polski służył jako oficer w carskiej gwardii w Petersburgu. 
Ojciec życzył sobie, żeby i syn był żołnierzem, więc posłał go do wojskowej 

szkoły inżynierskiej w Kamieńcu Podolskim. Jednak gdy wybuchło powstanie 
listopadowe, Kazimierz Gzowski, wówczas podporucznik, zerwał swe więzy z carską 

Rosją i przystąpił z bronią w ręku do walki w obronie sprawy polskiej.
17   Kansda  pachnąca   tywlcą

25*
Ile to dni temu Jean Maurepas opuścił nasz obóz? Cztery dni, pięć? Już nie 

pamiętałem. Dopóki nie powrócą John i Lisim, nic ważnego nie wydarzy się. 
Stanisław i ja żyliśmy w zupełnej beztrosce, 2 dnia. na dzień, korzystając 2 

najpiękniejszych wywczasów, jakie sobie wyobrazić można w tak uroczym otoczeniu.
W ciągu dnia byliśmy pod czarem przyrody: urządzaliśmy myśliwskie wycieczki, 

chociaż grubej zwierzyny mało spotykaliśmy albo bardzo słabą; tęgi zwierz 
jeszcze nie wychodził z gęstwiny. Łowiliśmy szczupaki, dobieraliśmy się do 

pstrągów w Jeziorze bez Nazwy, wygrzewaliśmy się na słonecznych polanach wśród 
czarnych jagód, uciekaliśmy pod świerki przed ulewami, pożądliwym wzrokiem 

przepatrywaliśmy rozległe brzegi jezior, upajali wonią żywicy, mięśnie sycili 
ruchem wioseł — słowem, za dnia poddawaliśmy się wszelkim powabom przyrody.

Wieczorem — co innego. Wieczorem byliśmy pod urokiem ogniska i gawęd o ludziach. 
O sobie i o innych. Stanisław nieśmiało odkrywał swe życiowe troski, snuł ciche 

marzenia. Poznałem powoli dzieje jego doli i doli jego sąsiadów. Jakaż to była 

background image

nieopisana rozkosz po dniu pełnym jasnych jezior, zapachów wody i zieleni jodeł, 

kiedy w oczach jeszcze roiło się od krajobrazów puszczy, drzew, zwierząt, 
ptaków, skał —

256

Od garnąc ten natłok gałęzi, świerków, wodnych plusków 1 połysków, wyziewów 
mokradeł, tropów zwierzyny — by zanurzyć się w rzewne, ludzkie sprawy.

Był to magiczny wpływ ogniska. Płomienie sycząc buchały w górę, gdzieś 
niecierpliwie pędziły. Potok ich ciepła i czerwieni porywał również myśli na 

dalekie wędrówki, łatwo budził wspomnienia o ludziach. Zatarte odległością 
kształty nabierały naraz wyraźnych cech, dokładniej widziało się człowieka. Już 

toczyła się o nim opowieść. Stanisław dorzucał gałęzi do ognia. Opowieść o 
człowieku stawała się potrzebnym uzupełnieniem tej przyrody, koniecznością 

obozowiska.
Kanada w swej krótkiej a burzliwej historii miała licznych zuchwałych pionierów 

i miała również zdobywców wielkich fortun, gorących patriotów zasłużonych dla 
kraju, mężów postępu i mężów fantastycznej kariery, ale wszystkie te cechy w 

jednej osobie połączyć dane było dopiero cudzoziemcowi, który przybył do Ameryki 
jako biedny uchodźca, wygnany przez wroga ze swej ojczyzny, słowem, dane było 

Polakowi, Kazimierzowi Gzowskiemu.
Jak Kanada Kanadą, nie było przykładu, by jakiś cudzoziemiec dostąpił tylu 

zaszczytów i pozyskał tyle uznania, czy to ze strony kanadyjskiego 
społeczeństwa, czy rządu, czy wreszcie brytyjskiej królowej Wiktorii. Przyczyną 

tego stał się szlachetny charakter Gzowskiego, jego wierność przybranej 
ojczyźnie, a przede wszystkim wybitne zasługi, jakie położył dla rozbudowy i 

technicznego postępu Kanady.
Pochodząc z Mińszczyzny, ze szlacheckiej rodziny wojaków kresowych, miał ojca, 

który po rozbiorach Polski służył jako oficer w carskiej gwardii w Petersburgu. 
Ojciec życzył sobie, żeby i syn był żołnierzem, więc posłał go do wojskowej 

szkoły inżynierskiej w Kamieńcu Podolskim. Jednak gdy wybuchło powstanie 
listopadowe, Kazimierz Gzowski, wówczas podporucznik, zerwał swe więzy z carską 

Rosją i przystąpił z bronią w ręku do walki w obronie sprawy polskiej,
17   Kaa«d«   pachnąca   iywtcą

25*
Jo Galicji; więzienie w Aiiśtrii, WypinTe ao AmeryKi. przechodził prawie te same 

koleje losu co Mikołaj Szuk, jego towarzysz niedoli, i tak samo jak on wybijał 
się w Stanach Zjed-aoczonych. Dwudziestojednoletniemu młodzikowi spodobał się ad 

razu pionierski kraj Jankesów. Wygnaniec posiadał grun-Lowniejsze wyksztaceaie i 
lotniejszy umysł niż większość towarzyszy bronij i mocniej umiał zaciąć zęby. 

Muzykalny — udzielaniem lekcji muzyki, a także i szermierki, zarabiał początkowo 
na twardy chleb.

Potem, spragniony wiedzy, wstąpił do biura adwokackiego aa naukę, Uczył się tam 
jednocześnie języka, prawa i zwyczajów nowego kraju. Posiadł ich znajomość 

zadziwiająco szybko i już po niewielu latach został adwokatem. Otwierała się 
przed nim normalna kariera amerykańskiego prawnika.

Ale właśnie wtedy nastąpił u Gzowskiego szczęśliwy przebłysk zrozumienia 
własnego powołania, jeden z tych przebłysków, które często rozstrzygają, czy 

człowiek pójdzie w górę, zamiast w dół, czy stanie się kimś, zamiast rozpłynąć 
się w szarości. Gzowski zrozumiał, że jego powołaniem jest twórcze budowanie, a 

nie prowadzenie procesów, więc z właściwą sobie energią porzucił adwokaturę i 
przeszedł do inżynierii, powracając do swego pierwszego zawodu z czasów karnie-

nieckich.
Wykonując na pograniczu kanadyjskim prace dla swej firmy, GzowsM znalazł się 

pewnego dnia w hotelu w Kingston, ówczesnej stolicy Kanady. Nazajutrz po 
przybyciu zjawił się u niego adiutant gubernatora generalnego i zapytał z 

urzędową miną, czy młody inżynier jest spokrewniony ze Stanisła-wem Gzowskim, 
ongiś oficerem carskiej gwardii w Petersburgu. Młody uchodźca, pełen złych 

przeczuć, przyznał się, że jest jego synem, i był przekonany, że i z tego kraju 
wypędzą go za udział w polskim powstaniu. Lecz tym razem się mylił.

Sir Charles Bagot, gubernator generalny Kanady, przebywając ongiś w Petersburgu 
przyjaźnił się z ojcem Gzowskiego i teraz z radością powitał syna dawnego 

przyjaciela. W życzii-
233

wai

background image

—  Potrzebujemy takich jak pan w naszym kraju. Gzowski nic nie odrzekł: ile razy 

słyszał to samo od Amerykanów w Stanach! Gubernator zrozumiał jego wahanie i 
dodał:

—  Kanada jest krajem bardziej pionierskim niż Stany i bardziej potrzebuje 
rozbudowy!

Młody inżynier ujrzał w swej ambitnej wyobraźni wizję dróg, mostów, kanałów, 
których tu jeszcze nie było, ą które mógł stworzyć.

Przystał. Nie wydalony, jak się tego obawiał, lecz właśnie zaproszony do kraju, 
w którym czekała go kariera, jaka niewielu przypadła w udziale.

Ludziom zagospodarowanej od wieków Europy trudno sobie wyobrazić, czym dla 
krajów dziewiczych, jak Kanada sprzed kilkudziesięciu laty, były środki 

komunikacyjne. Zaradny emigrant był tam pożądany, nieulękły rolnik-pionier 
jeszcze cenniejszy, lecz najważniejszą rolę w ich pionierskim życiu odgrywały 

drogi; bez nich ludzka dzielność gubiłaby się marnie w chaszczach leśnych. Tylko 
drogi budziły do życia nieużyteczną dotychczas dzicz kanadyjską.

Inżynier Gzowski,'mianowany kierownikiem robót publicznych w zachodnim Ontario, 
włożył od razu w tę pracę cały swój młodzieńczy zapał, i temperament. Był to 

bohaterski, pełen chwały epos, tworzony na mapie Kanady i pisany nie zwykłym 
słowem, lecz pieśnią mostów, szos, portów, latarń morskich.

Przybysz z Polski okazał się fenomenalnym pracownikiem, uczącym Kanadyjczyków, 
jak należy przyswajać krajowi najnowsze zdobycze techniki.

Prowadziło to czasem do zabawnych wypadków, jak na przykład wtedy, gdy Gzowski 
zbudował most przez rzekę Tamizę w miejscowości London w Ontario. Poczciwi 

obywatele tej mieściny obawiali się używać mostu: nowoczesna konstrukcja żelazna 
wydała im się zbyt lekka i pajęcza, niesolidna. Na

259
'dowódcę, by Ha"pro&ę posiai przez most Daienę uziai..........*.....-•¦

Wojak o sumiastym wąsie spojrzał groźnie na młodego inżyniera, zmierzył nieufnie 
most — i w oczach zamigotało mu figlarnie.

— Y/ell, zgoda! — odrzekł. —- Ale pod warunkiem, że pan staniesz pod mostem.
Bateria szczęśliwie'przeszła, przeszedł cały pułk. Inżynier i most zdobyli 

zaufanie ludności, tak tutaj, jak i wszędzie.
Po sześciu latach nie było okolicy w zachodnim Ontario, w której młody inżynier 

nie pozostawiłby widocznych śladów swej działalności. Były tam nowe porty nad 
wielkimi je-' ziorami, mosty ponad rzekami, tysiąc kilometrów bitych gościńców. 

Prace te budziły do życia drzemiące w ziemi bogactwo i cały ów żyzny trójkąt 
między jeziorami Hurońskim a Erie i Ontario, dotychczas na pół dziki, kierowały 

na tory szybkiego rozkwitu.
Gzowski, pilnie śledzący wszelkie nowe prądy techniki,- jako jeden z pierwszych 

w Kanadzie zrozumiał znaczenie kolei żelaznej, która w owych czasach, w połowie 
XIX wieku, rozpoczęła swój zdobywczy pochód w Ameryce. Żądny wiedzy, szybko 

przyswajał sobie tajniki nowej dziedziny. Jako główny inżynier budował pierwszą 
kolej między Kanadą a Stanami Zjednoczonymi.

Potem poszedł o krok dalej: założył prywatną spółkę budowy linii kolejowych i 
stojąc na jej czele stworzył jedną z najpotężniejszych kompanii w kraju. Linie, 

jakie budował dla rządu, słynęły z doskonałego wykonania.
Z tych czasów zachował się raport rządowego inżyniera-in-spektora, rzucający 

ciekawe światło na umysłowość Gzow-skiego i na tajemnicę jego powodzenia w 
Kanadzie. Mianowicie inspektor nie tylko pochwalił sumienną robotę, lecz 

podkreślił z uznaniem, że Gzowski nie podnosząc ceny wykonał więcej, aniżeli był 
zobowiązany w myśl kontraktu. Nie było wtedy w Stanach czy w Kanadzie budowy 

kolei bez nadużyć
260

Wkrótce niestrudzonemu Gzowskiemu i tego było za mało. Szyny kolejowe, jakie 
nabywał, były często pośledniego gatunku. Założył więc własną fabrykę 

konstrukcji żelaznych i sam produkował szyny — dobre szyny dia swych śmiałych 
przedsięwzięć.

Po kilku latach, około 1850 roku, Gzowski, nie tylko wybitny inżynier, lecz 
również obrotny przemysłowiec i bystry finansista, był już jednym z bogatszych 

ludzi w Kanadzie. Należy dodać: i jednym z najpopularniejszych, pomimo że 
dopiero w 1873 roku dokonał największej ze swych prac inżynierskich, mianowicie 

budowy mostu przez rzekę Niagarę.
Był to drugi w ogóle most między Kanadą a Stanami Zjednoczonymi, konstrukcja 

olbrzymia, wyjątkowo trudna, wymagająca zarówno przemyślności inżynierskiej, jak 

background image

i nadzwyczajnej energii i mocy ducha. Owoc trzyletniej zaciętej walki między 

człowiekiem a żywiołami, które sprzysięgły się, by niszczyć wszystko to, co 
zaczynał człowiek. Raz zdruzgotaniem fundamentów groziły spiętrzone kry, innym 

razem niemal zniweczyła wielomiesięczne prace olbrzymia tratwa, na milę 
rozległa. Gzowski, inżynier i człowiek walki, bronił swego dzieła żarliwie, 

zawzięty atak żywiołów odpierał nieugiętością coraz to nowych pomysłów. Bitwę o 
most ostatecznie wygrał, przeciwności pokonał. Most stanął, a oddany w służbę 

ludzkości, został uznany za jeden z cudów ówczesnych dni. Pełen podziwu świat 
inżynierów, zazwyczaj pochopniejszych do krytyki niż do pochwał, orzekł, że 

„jest to jedna z najbardziej gigantycznych prac na kontynencie amerykańskim".
Nazwano go mostem Międzynarodowym, jako że łączył dwa narody, lecz nazwa ta 

odpowiadałaby jeszcze z innej przyczyny: twórczym motorem był przecież geniusz 
Polaka — syna trzeciego narodu.

Zainteresowania i zasługi miał Gzowski niezwykle różnorodne. On pierwszy 
przewidział ogromne bogactwa mineralne Kanady i władzom przedłożył plan ich 

dobywania. Trzeźwy twór-
262

 INiayary   i  p.liiupiuwcn_u,ii_   uia  n_u   uwaicj  uluiuuj
utworzenie tam parku narodowego. Ów injynier wielkich pomysłów był jednocześnie 

czułym miłośnikiem kwiatów i cieszył się jak dziecko, gdy wyhodował jakiś nowy 
rodzaj chryzantem, za który zdobywał nagrody na wystawach.

Bujny wslot i kariera Gzowslrfego nasuwa na myśl urzekający kontrastem obraz: 
tam w głębokiej Mińszczyżnie przodkowie w zatęchłym światku szabelki, wojenek, 

koni, .pańszczyzny, tu — ich potomek, zwycięski inżynier-konstruktor, szermierz 
technicznego postępu, który nawet we współzawodnictwie z najtęższymi inżynierami 

epoki wybijał się na czoło.
Przybranej ojczyźnie chciał służyć także na polu wojskowym. Gdy około 1851 roku 

napięte stosunki ze Stanami Zjednoczonymi groziły wybuchem konfliktu zbrojnego, 
przedstawił centralnym władzom szczegółowy plan obrony kraju i sam nawet chciał 

finansować budowę arsenałów i fabryk broni. Nie doszło do tego, natomiast 
inżynier zorganizował w całej Kanadzie związki strzeleckie, która pod jego 

kierownictwem i przy jego niemałym wkładzie finansowym rozbudowały się w trwałą 
organizację wojskdwo-narodową.

Uszlachcony przez królową Wiktorię, dożywszy osiemdziesięciu pięciu lat umarł w 
1898 roku w pełni chwały, otoczony ogólną czcią, opłakiwany przez społeczeństwo 

i liczną rodzinę. Ożeniony jeszcze podazas pobytu w Stanach z córką 
amerykańskiego lekarza, pozostawił po sobie liczne potomstwo: dzieci, wnuków i 

prawnuków. Wiele dzisiejszych rodzin kanadyjskich z dumą wywodzi się od tego 
przodka. Niektórzy, noszący jego nazwisko, również są głośnymi inżynierami. 

Chociaż większość tych rodzin zalicza się do wybitnych w Kanadzie i w Wielkiej 
Brytanii, przecież nikt tamtemu nie dorównał znaczeniem ani zdolnościami.

Czy mąż tylu zalet nie wykazywał żadnych słabostek? Ponad swe wszystkie 
zdolności Gzowski posiadał szczególną umiejętność przystosowywania się do 

warunków. Więc mimo że był postępowym inżynierem w rozwijającym się kraju, jed-
262

czykiem zapominając języka polskiego; więc nawet zmieni! wyznanie przechodząc w 
protestanckim otoczeniu na protestantyzm. Ale czy można mu wziąć to za złe, 

jeśli mieć na oku jego żywiołowy wzlot ku szczytom i jego żarliwą chęć służenia 
przybranej ojczyźnie?

Jakże okrutnie niejednakowo los ich potraktował: Mikołaja Szulca i Kazimierza 
Gzowskiego! Obydwaj równie mężni, dzielni, ambitni, zdolni, a przecież jednego 

Kanadyjczycy powiesili na szubienicy, drugiego zaś na rękach nosili i nieba mu 
uchylali. Lecz przy tyra — o cudaczności przeznaczenia! — nie wiadomo, który z 

tych dwóch był większym dobroczyńcą Kanady: czy ten, który budował jej mosty, 
czy ten, który poruszał jej sumienie.

W sto lat po śmierci Szulca w miejscu, gdzie go powieszono, Kanada wystawiła mu 
pomnik.

Zamaszyście, buńczucznie, z fanfarą czerwieni wkraczała jesień na naszą puszczę. 
Bez posępnych mgieł, bez trwałych deszczów, bez mroków. Nic jeszcze nie 

zwiastowało bliskiego iuz, zimowego zamarcia. Przyroda wpadła w jakąś radosną 
przesadę; była teatralna, miotał nią roześmiany niepokój, była zapalczywa, 

rozkołysana, jakby gotowa do bezceństw i wielkich niespodzianek.
Podziwiałem niebywałą zmienność pogody: w ciągu doby mieliśmy deszcze, słońce, 

wiatr, ciszę, ciepło, chłód. Brak było tylko jeszcze mtoza. Gwałtowne burze 

background image

uderzały o spienione jezioro, a oto wieczorem cisza wygładzała wodę i stwarzała 

gładziuteńkie lustro. Deszcz siekł strugami, a oto nagle słońce strzelało na 
jeziora, wybielało skaliste brzegi i rozjaśniało zieleń. W słoneczne południe 

prażyło gorąco i trzeba było się rozbierać; wieczorem panował dotkliwy chłód i 
zmuszał do grzania się przy ognisku. Na niebie kłębiły się bujne obłoki i 

pędziły podarte, białe, czasem kolorowe dziwadła chmur, a niebo samo było 
urzeczone i szafirowe, aż czasem ciemne jak toń głębokiego morza. Zachody słońca 

mieliśmy czerwone i fantastyczne.
W obłokach, w słońcu, w deszczu tkwił ukryty, sprężony niepokój. Jesień, 

odmienna tutaj niż gdzie indziej, tajemnicza, swymi nagłymi wybuchami spazmów 
niepokoiła i podniecała. W naładowanym elektrycznością i buntem powietrzu 

wisiała
"wiedz: zimy Aiezanim zima nastanie/przyToda ótó gorączkowała, kąpała się w 

barwach, podjudzała żywioły: roztaczała przepych, czarowała niby bohaterska 
pieśń, nieposkromiona i rozpromieniona. Podniecenie przyrody udzielało się 

wszystkim stworzeniom, zwierzynie, roślinom, nam.
Osom ktoś podszepnął, że była u nas wielka wyżera. Przyleciały chmarą i już 

pozostały, i wciąż nowre przylatywały W południe, gdy słońce rozgrzewało obóz, 
brzęczały i szumiały w powietrzu; żółtymi plamami obsiadywały miski, puszki i 

nasze zatłuszczone spodnie; głodne, ruchliwe, rozdrażnione, zjadały obozowe 
resztki, zwłaszcza słodycze. Był to poważny i gwarny najazd.

Zaofiarowaliśmy im zawieszenie broni. Przyjęły je. Walka z nimi była 
beznadziejna. Wypędzane, rzucały się na nas i cięły żądłami. Natomiast 

pozostawione w spokoju, okazywały się wyrozumiałe, rycerskie i zgodne. Łaziły 
nam czasem po rękach. Obchodziliśmy się z nimi jak z lalkami; uważaliśmy 

trwcżnie, by ich nie obrazić ani rozzłościć, i tak wspólnie jakoś się żyło. 
Trochę ich baliśmy się. Owad ten był tyranem jak każdy tyran: łaskawym i dobrym, 

gdy mu się nadskakiwało.
Na noc wiele os chowało się do naszego namiotu. Z początku chciały spać pod 

plecakami, na których kładliśmy nasze głowy. Stąd wynikało wiele sporów i 
przykrości. W końcu osy ustąpiły. Spały teraz u góry, pod sklepieniem namiotu, 

nad naszymi głowami. Tworzyły tam żółte kłęby i było im ciepło, a nam 
bezpiecznie.

Noce stawały się coraz chłodniejsze. Lada chwila miał nadejść upragniony mróz. W 
przenikliwym chłodzie owady zupełnie drętwiały, prawie obumierały. Lecz skoro 

tylko słońce przygrzewało, wracały znów do życia, i to od razu do życia raźnego, 
zaciekłego, pełnego głodu i porywczości. Budziły niekłamany zachwyt i sympatię. 

Były to osy osobliwe. Nie chciały ginąć z zimna. Rozpierała je żywiołowa 
namiętność, ta sama, która owładnęła całą przyrodą i przerzucała jesień z jednej 

ostateczności w drugą.
265

 wieinia laie zatrzymywał nas przez caiy dzień w obozie. Wówczas było nam 
niedobrze, zimno, smutno. Z okolicznych brzóz zrywaliśmy korę, niezawodny środek 

na podpałkę, przyciągaliśmy do obozu stosy suchych pni i rozniecaliśmy ogień. 
Podtrzymywaliśmy tęgie ogniska. Piliśmy Red Rosę Orange Pecoe Tea, herbatę 

dobrą, aromatyczną. Słuchaliśmy szumu jeziora i niewiele do siebie mówiliśmy. 
Stanisław był równie przygnębiony jak ja i tęsknił do swej chaty w Val des Bois.

Takiego to wieczoru przeżyliśmy Taz niezwykłe wzruszenie. Z wierzchołka 
najbliższego świerka, tuż nad nami, oderwało się nagle coś żywego, jasne 

zwierzątko; długim, miarowym lotem szybowało przez otwartą przestrzeń ponad 
naszym ogniskiem i w końcu opadło na gałęziach przeciwległego drzewa. Nie był to 

ptak i nie był to właściwy lot, lecz powolny, olbrzymi, kilkunastometrowy skok 
jakiegoś ssaka. Zwierz, oświetlony z dołu ogniskiem, rysował się na tle czarnego 

nieba jak nadprzyrodzone zjawisko.
—  Assapan, latająca wiewiórka! — rzekł Stanisław pełen zdumienia.

Latająca wiewiórka, czyli polatucha, stwór osobliwy, miał nogi połączone 
szerokim płatem skóry, służącym jej za skuteczny spadochron. Dlatego mogła 

wykonywać skoki tak potężne i dalekie. A że nasza wiev.riórka pojawiła się nagle 
jak duch wprost nad nami i jak duch znikła, wywołała tym większe wrażenie.

Krótko potem w gałęziach drzew nad nami rozległ się donośny, wrzaskliwy odgłos 
niby wyzwanie. Poruszeni do żywego, spojrzeliśmy w górę.

—  To sowa! — wyjaśnił Stanisław.
Dorzucił moc gałęzi do ogniska, ażeby było widniej. Dostrzegliśmy dwa jaśniejące 

w ciemności światła: oczy. Stanisław poznał, że to wielki puchacz północy. 

background image

Ptaszysko siedziało na gałęzi pobliskiego świerka i wytrzeszczało na nas ślepia.

266
"przed iiM, dlatego" pTzlskakiWał tak niedaleko"" ognisKa.".'.1"1

Puchacz śledził nas uporczywie i nie myślał odlatywać. Przypomniały mi się 
opowieści Curwooda, w których ów Uhumisiu występował jako groźny wróg leśnych 

zwierząt. Może i ten uważał nas za leśną zdobycz? W nieustającym przyglądaniu 
się nam przebijała drapieżna bezczelność. Może strzelić do niego?

—  Szkoda nabpju — machnął Stanisław ręką. Potem oczy zniknęły.
Pomimo że siedzieliśmy schronieni w kotlinie otoczonej gąszczem, wicher wpadał 

raz po raz do nas i kładł ognisko na bok. Rwał ogień z trzaskiem i sykiem, a po 
każdym takim rozdmuchaniu płomienie powstawały wyższe i jaśniejsze. Wtedy 

widziałem dokładnie wymizerowaną twarz Stanisława, z ustami zapadniętymi jakby z 
braku zębów; i widziałem także jego jarzące się oczy.

W plecy dokuczał nam przejmujący chłód. Stanisław otrząsnął się i rzekł:
—  W Brazylii, gdzie jeździliście, to chyba było gorąco...

—  Bardzo gorąco!  Słońce przechodziło nad głową.  Człowiek się pocił...
Przyjemnie było pozostać przy tym temacie, rozpamiętywać go długo, jak 

najdłużej, ogrzewać się wspomnieniem palm kokosowych, widzieć nadobne palmy 
assai, pochylone nad Amazonką.

Stanisław namyślał się.
—  Jest tam w Brazylii miasto, gdzie podobno najwięcej na świecie kościołów. 

Zapomniałem, jak się nazywa...
—  To chyba Bahia. Ma podobno sześćset kościołów.

—  O Boże! — zawołał Stanisław, nagle wzruszony i zachwycony. — Sześćset 
kościołów! Sześćset kościołów!

—  Rosną tam też słoneczne palmy, wspaniałe lasy palm — dodałem.
257

l z upuitJj-U Liz,yuiai sitj
Smutno było nam tego wieczoru. W ciągu dnia nie widzieliśmy dzikich gęsi; ani 

jedno stado nie ciągnęło z północy. Taki smętek panował przy ognisku, że szybko 
gasił obrazy dalekich pairn i kościołów. Zmrożona myśl kuliła się jak skaleczony 

ptak i nawet nie chciała wybiegać do wspomnień o ludziach. Tego wieczoru nie 
było opowieści.

Nocą srożyła się burza najcięższa. Huk wody słyszeliśmy z obydwu stron półwyspu. 
Fale jeziora biły o skalisty brzeg z taką wściekłością, jak gdyby zamierzały 

zgładzić cały cypel.
A rano następnego dnia cisza. Wstawał piękny dzień. Ciepły, słoneczny, 

rozbzykany osami, błękitny, błyszczący. Dzień marzeń, ochoty i promieni.
Po południu tego dnia działy się na naszym półwyspie wielkie czary. Na końcu 

cypla, o kilkadziesiąt kroków od obozu, rosły pod brzozami dzikie czereśnie, 
blach, cherries. Były to drzewka i krzewy skromne, niepokaźne, zwyczajnie: 

zielone. Gdy wypływaliśmy rano na połów ryb, drzewka nie zwracały niczym naszej 
uwagi; jak zwykle nie widzieliśmy ich wcale. Lecz gdy po południu wracaliśmy, 

dziw: oczom nie wierzyliśmy, nie poznawaliśmy półwyspu. Tonął cały w czerwieni, 
jaskrawej i oszalałej. Dzikie czereśnie dostały furii." Zaczerwieniły się ich 

liście. Płonęły teraz purpurą, buchały pąsem, paliły się szkarłatem. Wielkim, 
urzekającym ogniem.

A przecież ani to ogień, ani też czary: po prostu jesień wkroczyła na półwysep. 
Triumfalnie, hucznie, radośnie, z fanfarą czerwieni.

41. JAN FLIS, LIRNK KANADYJSKI
Dzikie gęsi znowu leciały. Tysiącami ciągnęły z północnych mateczników i 

wypełniały powietrze gęganiem i świstem skrzydeł. Z nieba biła ożywcza siła i 
radość, ale również niepokój i tęsknota. Chciałoby się wyrwać z tych lasów i 

lecieć tak samo na południe, do słońca i ludzi.
W takie dni myśliwy marzył o wieczornej gawędzie i cieszył się, gdy słońce 

gasło. Ognisko znowu otwierało gościnny, zaczarowany świat. Świat zwężał się do 
kilku przytulnych kroków, poza nim wszystko ginęło w ciemności, nie było już 

puszczy, byliśmy tyłka my sami, było i zacisze, i podniecenie czerwonych 
płomieni, i była chęć opowiadania.

— Czy chcecie dowiedzieć się, Stanisławie, o ciekawym człowieku, który nie 
budował kolei żelaznych, nie gromadził bogactw, nie został angielskim lordem jak 

Gzowski, a jednak umiał wskrzesić wiele potężnych uczuć i był jak gdyby 
szczodrym inżynierem, budującym nie most żelazny przez Niagarę, lecz most 

miłości, który sięgał od wybrzeży Atlantyku po brzegi Oceanu Spokojnego?

background image

A. WIKLINA NAD WISŁOKA

Gdziekolwiek w Kanadzie rozlegała się mowa polska, tam znali i często wspominali 
nazwisko Jana Flisa. Na jego brzmienie rozjaśniały się polskie oczy wszędzie: u 

górników w Nowej
269

 rv   uuuuuiy   tiy    w
 U   IaTmerOW   "Tj

w Beausejour czy w Prince Albert, u drwali nad rzeką Frazer, u ogrodników pod 
Vancouver — zewsząd, z całego ogromu kanadyjskiego spływało do Hamilton, gdzie 

mieszkał Flis, jednakie uczucie wdzięczności.           A
W kraju despotycznej materii i władczych lodowni elektrycznych był to hołd 

niebywały. Tym możnym potęgom Flis przeciwstawiał rzeczy tak pozornie nikłe, 
nieuchwytne i niepraktyczne, jak miłość do dalekiej Polski, ciepłe, ciche słowa, 

które tę miłość wyrażały — i odnosił piękne zwycięstwo. Ale odnosił je jeszcze 
na innym polu, znacznie trudniejszym: ciosy, jakie bezlitośnie spadały na niego 

przez całe życie, umiał Flis przetapiać w swym sercu na jakieś szczodre pożywki, 
krzepiące i jego, i wszystkich rodaków.

Przyszedł na świat pod koniec XIX wieku w Gawłuszowi-cach, u ujścia Wisłoki do 
Wisły, a więc w miejscu jak gdyby stworzonym do magicznych napięć uczuciowych: 

wszystkie ponoć ujścia rzek i rzeczułek do Wisły rodziły ludzi, którzy oderwani 
od tych miejsc, boleśnie i uparcie za nimi tęsknili Była to wieś niezamożnych 

włościan, którzy mimo to z pogardą spoglądali na jeszcze uboższych od siebie, 
bezrolnych nędzarzy. Ojciec Jasia, wyrabiający z wikliny koszyki, był jednym z 

owych nieszczęsnych, i cała młodość chłopca upływała w cieniu tego piętna.
W gminnej szkółce rodzinnej wsi chłopiec pilnie się uczył, ale gdy nadszedł 

czas, że Janek powinien był wyjechać na dalszą naukę do miasta powiatowego, nie 
sposób było wyrwać go z błędnego koła niedostatku. Więc tylko skwapliwie zbierał 

okruchy wiedzy, jakie przynosili mu inni, szczęśliwi rówieśnicy, którzy chodzili 
do gimnazjum w mieście i na wa kacje wracali do wsi rodzinnej. A zbierał 

wiadomości tak go rliwie i tak pojętnie, że łatwo mógł był złożyć egzamin wstęp 
ny do trzeciej klasy gimnazjalnej, gdyby zgodziła się na to rada gminna i 

wystawiła ojcu potrzebne świadectwo ubóstwa
270

.— Jeszcze coś! — oświadczył wójt bez ogródek. — Co tam posyłać dziadowskie 
dziecko do szkół. Gotowe zostać jeszcze inżynierem!

I na tym stanęło. Janka do gimnazjum nie dopuszczono w wyniku paradoksalnego 
rozumowania: Flisowie byli zbyt ubodzy, ażeby otrzymać świadectwo ubóstwa.

A gdy później Jan w osiemnastym roku życia opuszczał Gawłuszowice, by za morzem 
szukać chleba, należałoby mniemać, że opuszczał je z goryczą i z urazą 

niezatartą, dożywotnią. Nic podobnego. Przez następne dziesiątki lat właśnie 
wspomnienie wsi rodzinnej stało się niewyczerpaną krynicą najtkliwszych jego 

wzruszeń. Właśnie miłość do ojczystych stron kazała Flisowi pisać urocze 
felietony i obdarzać jego kanadyjskich rodaków czymś, czego serca ich najwięcej 

potrzebowały.
B. TO W GORĘ, TO W DÓŁ "

Osiemnastoletni Flis posiadał wszystkie cztery warunki, potrzebne wówczas do 
wyrwania się w nowy świat: tęgie zdrowie, twórczy niepokój, kanadyjski adres 

znajomego rodaka i pieniądze na bilet. Pierwsze trzy rzeczy otrzymał od ojca, a 
pieniądze zarobił przez rok pracy jako górnik w Ostrawie Morawskiej.

Gdy w 1913 roku przybył do Hamilton, ziomek, przyjaciel ojca, powitał go 
życzliwie, natomiast obcy kraj mniej życzliwie: w tym dolarowym raju 

przeraźliwie trudno było o pracę. Flis po kilka godsin dziennie wystawał, jak 
wielu innych, przed fabrykami. W barwnych filmach o życiu kolonialnym Indii 

Zachodnich zawsze bywa, że nieludzki patron wodzi srogim wzrokiem po szeregu 
czarnych niewolników, a na którego zwróci oko i palec, temu biada: czekała 

niewolnika ciężka robota. Flis — odwrotnie, błagał los, by który nadzorca 
fabryki

271
Tygodnie mijały, on głodował.

Któregoś dnia wpadł na pomysł, by wśliznąć się do fabryki z oddziałem stałych 
robotników. Udało się, lecz wewnątrz nie wiedział, co ze sobą począć. Zdybał go 

dozorca i znów bieda, bo Flis nie umiał wygadać się po angielsku. Tamten jednak 
okazał się Polakiem i już po polsku fukał, czego przybłęda chce.

— Roboty — lękliwym głosem odparł winowajca.

background image

Dozorca zbeształ go dokumentnie, ale Flis miał szczęście,  bo tamten był 

człowiekiem „sercowym" i do fabryki przyjął.
Wybuch pierwszej wojny światowej zamknął niemal wszystkie fabryki i Flis znalazł 

się znów na bruku. Próbował szczęścia w Stanach Zjednoczoych, ale tam nie było 
lepiej. Tyle tylko, że przez cztery miesiące pomagał w organizacji „Sokoła" w 

Hammond niedaleko Chicago; czynnym członkiem „Sokoła" był już w starym kraju.
Po powrocie do Kanady zatrzymał się w Hamilton, znacznym ośrodku polskim. 

Krzewił się tu bujnie ruch w stowarzyszeniach, a 1917 rok był dla nich wielkim 
rokiem. W pobliżu, w Niagara on the Lakę, tworzyło się wojsko polskie. „Sokół" 

hamiltoński dostarczał ze wszystkich ośrodków polskich największą procentowo 
liczbę ochotników. Flis, jakkolwiek zwolniony od służby wojskowej koniecznością 

wyżywienia żony i dziecka, cały swój wolny czas i całą energię poświęcał sprawie 
wojska.

W 1918 roku przeszła przez Kanadę śmiertelna epidemia influency. Ludzi umierało 
tyle, że trudno było nadążyć z pogrzebami. Zachorowała także młoda żona Flisa. 

Przedwcześnie powiła drugie dziecko, które zaraz umarło, i również sama uległa 
chorobie. Pozostał wdowiec z półtoraroczną córeczką. Otchłań przed nim powstałą 

starał się wypełnić pracą zarobkową i społeczną.
Owe lata podczas wojny i przed wojną rzucały młodym emigrantem niby w jakiejś 

brutalnej huśtawce: to w górę, to
272

..To ja się wstydziłem. John!... Pomimo pozornie zadowolonej miny na ~ciu 

fotograficznym... (s. 212)
C. RUCH I ROZPĘD

Wewnętrzne organizacyjne życia Polonii kanadyjskiej (a z pewnością i 
amerykańskiej) podobne było do kiełkującej rośliny: zrazu słabiutkie, starało 

się przede wszystkim y/niknąć drobnymi korzeniami w obcą glebę, cały wysiłek 
łożąc w jedną tylko troskę, mianowicie, by jego istnienia nie zmiotły 

przeciwności; daleko mu było do soczystej łodygi, jeszcze dalej do płodnego 
-kwiatu. Była to postawa wyłącznie obronna, i w tej samoobronie Polonia zużywała 

większość swych sił.
W roku" 1911 snieszkało w mieście Hamilton przeszło sto rodzin polskich. 

Najpotężniejszy ich popęd duchowy, przywieziony ze starego kraju, religia, kazał 
im przede wszystkim zorganizować parafię i postawić sobie kościół. Po parafii — 

organizować obronę materialną. W następnym roku, 1912, zawiązało się Towarzystwo 
Wzajemnej Pomocy, które członków, płacących drobne składki, ubezpieczało na 

wypadek choroby, kalectwa lub śmierci. Potem zbudziły się potrzeby kulturalne i 
powstawały ruchliwe ,,przybudówki": koło dramatyczne, chór, biblioteka polskich 

książek.
W 191? roku, roku obfitości, w krzepnącym społeczeństwie polskim dojrzewały 

intencje uniezależnienia się od parafii: założone w tym celu Towarzystwo Domu 
Polskiego zbudowało sobie własną siedzibę. Przy końcu wojny dokoła tych dwóch 

ognisk, kościoła i Domu Polskiego, krzewił się ożywiony ruch i Polonia 
hamiltońska wkraczała w okres powojenny ze zdrowym rozmachem, już bardaiej 

obronna, okrzepła, urządzona.
Na tym tle wyróżniała się chwalebnie działalność Jana Flisa. Wolny od 

małostkowych ambicji, pełen młodzieńczej werwy, rzucał się wszędzie tam, gdzie 
potrzeba było rzetelnej pracy: czy to jako sekretarz finansowy towarzystw, czy 

jako kie-
Autor z łosiem w obozie nad jeziorem Marmette (s. 299)

18   Kaaada  pachnąca   żywicą
273

kę języka polskiego utworzoną w 1917 roku. Tu, w godzinach wieczornych, zaczął 
się rodzić ów prawdziwy, nieporównany Flis: był świadomy coraz bardziej swej 

twórczej miłości do kraju i do ludzi nad Wisłą i umiał tę miłość coraz lepiej 
wyrażać w cichych, mocnych, przejmujących słowach.

Przy tym nie zaniedbywał walki o chleb codzienny. Pilnie uczył się rzeczy 
podstawowej, języka angielskiego, uczęszczając do szkoły wieczorowej, potem 

zapisując sję na wyższy kurs korespondencyjny. Po wojnie porzucił tułaczkę po 
fabrykach i wstąpił jako urzędnik do banku. Kształcił się nadal, uczęszczał na 

wykłady literatury angielskiej, na uniwersytecki kurs buchalteryjno-bąnkowy.
Gdy stwierdził, że w banku wstrzymywali mu zasłużony-awans, przeszedł do innego 

przedsiębiorstwa, w którym przez długie lata pracował jako główny księgowy. Jak 

background image

zaszczytną opinię fachowca wyrobił sobie Flis, świadczyła okoliczność, że 

równocześnie był inspektorem finansowym kilku innych pokrewnych fabryk. Awans 
społeczny, jak na emigranta, który 2 tak małymi zasobami przybył do Ameryki — 

wyjątkowy.
D. WIELKIE SERCE

Po pierwszej wojnie światowej napływały do Hamilton świeże fale polskich 
emigrantów, temperamentem i doświadczeniem życiowym różniących się od 

-poprzednich: byli bardziej wyrobieni, rozgarnięci, lecz i niespokojni, 
swarliwi. Wnosili ożywczy powiew i większe ambicje, zakładali nowe koła i 

towarzystwa; niestety, wywoływali często fermenty, zawiści, waśnie. Polacy 
kłócili się nie wiadomo o co.

Flis łagodził spory, jak mógł, i w owym okresie zaczął także pisać, jak gdyby z 
tym zamiarem, by skłóconym przypomnieć jedno wielkie uczucie łączące ich 

wszystkich. W polskich gazetach w Kanadzie i w Stanach pojawiały się jego fe-
274

szą nutę, z łagodną zadumą, z dobrotliwym uśmiechem, o wsi rodzimej nad Wisłoka. 
Polska Ameryka poznawała Gawłuszo-wice jak własny zaułek (raczej lepiej) i 

czytając o modrzewiowym kościółku, wiklinach nadbrzeżnych, domach pod 
strzechami, o ludziach i ich obyczajach, rodacy miewali łzy w oczach.

W tych felietonach był cały Flis, skromny a kochający. W otoczeniu natarczywej, 
powiedzmy nawet: chamskiej krzy-kliwości amerykańskiej prasy jego felietony 

ujmowały kojącym spokojem, mistrzowską oszczędnością słowa, były jak gdyby 
mówione przenikliwym szeptem, i dlatego może tak głęboko przemawiały do serca i 

wyobraźni. Poruszając najczulsze tęsknoty twardych ludzi, stwardniałych w obcym, 
srogim dla nich świecie, wyświadczały im wielką przysługę.

O szerokiej rozpiętości jego tematów świadczą tytuły choćby takich felietonów: 
„Wielkanoc w Gawłuszowicach", „Dożynki w Polsce", „Polskie piękne zwyczaje 

ludowe latem", „Wieś rodzinna", „Moje spotkania z wnuczką", „Wspomnienia z 
trzydziestoletniego okresu na emigracji", „Noc wigilijna", „Syn twój zginął", 

„Strach — obawa — bojaźń", „Mafze-nia o bogactwach", „Czy zabawki są 
potrzebne?", „Kobiety a piękność" itd.

Wielka popularność Flisa najlepiej uwidoczniła się podczas trzeciego zjazdu 
Zjednoczenia Zrzeszeń Polskich w Kanadzie, odbytego w Hamilton w 1934 roku. 

Działacze społeczni, przybyli ze wszystkich stron dominium, w serdecznych 
uściskach dłoni, w składaniu mu wizyt, w różnorakich przemówieniach wyrażali to, 

co czuła dla niego cała Polonia: wdzięczność i tkliwą cześć.
Mimo wszystko nie sypały mu się róże na drodze. Kłótliwość polskiego podwórka i 

jego dosięgała. Najulubieńszym jego zajęoiem było uczenie dzieci emigrantów 
polskiego języka. Umiał wszczepiać do setek młodych serc tak ogromne ukochanie 

polskości, że pozostawało im ono już na całe życie.
lł*                                                                              

275
szczące zapałem.

Otóż małe, zawistne dusze i tego mu pozazdrościły przeprowadzając zwolnienie go 
z kierownictwa polskiej szkoły. Akt brutalny i nierozumny, bo bijący we własną 

młodzież, która już po kilku tygodniach nie miała w ogóle nauki polskiego. Oczy 
wiście Flis chętnie wrócił do szkoły, gdy go przepraszając, ponownie wezwano i 

wszystko wybaczył: i te, i podobne kłucia, ale wrażliwe jego serce — także 
fizycznie — na tym cierpiało.

Majątku się nie dorobił, zbyt wiele poświęcał się innym. Miał miły, maleńki 
domek w Hamilton, i to wszystko. Za to posiadł znacznie cenniejsze bogactwo: 

szczęście rodzinne. U jego boku stała dzielna, urocza żona, z którą ożenił się w 
cztery lata po śmierci pierwszej. Lepszej towarzyszki nie mógł sobie dobrać.

E. CHLEB RAZOWY
Niejeden emigrant w Kanadzie czy w Stanach Zjednoczonych chwyta! się pióra, by 

przelać na papier to, co mu serce dyktowało, ale nikt inny chyba nie umiał 
wyrażać tak szczerze i dosadnie tęsknot emigrantów jak Flis. Weźmy pierwsze 

lepsze zdanie na przykład z felietonu o wsi rodzinnej w starym kraju, słowa, 
które emigrantów wzruszały do łez:

„...Chleb z razowej żytniej mąki smakował do ostatniego kęska, nawet po dwóch 
tygodniach. A jak jeszcze do niego matusia dała kawał sera, twarogu albo dziurki 

chleba zakryła szczyptą masła, to teraz ani befsztyk tak nie smakuje, jak ten 
chleb wtedy..."

A ileż w tej wizji rzewnej żartobliwości, jak jędrnie, jak kapitalnie ujętej:

background image

r,...W Gawłuszowicach w skwarne dni, podczas nabożeństwa i ciasnoty wewnątrz 

kościoła, ludziska w cieniu lip klęczeli
276

Sz|c'o pogodę, bBsiMośTcosiłi, ffini o aeszez, w zasaaKi Kapusty i buraków 
wysychały. Lipy, szumiąc delikatnie, przy-wtarzały ludzkiej modlitwie i działo 

się pewnie, jak dla ludzi najlepiej. Były deszcze, były i pogody..."
Były deszcze, były i pogody. Ale u Plisa deszcze były na zewnątrz, pogoda zaś w 

jego sercu. Dlatego zdobywał i pociągał ku sobie tyle serc polskich w Kanadzie.
-a3SgKS.gr

Kilka lat przed pierwszą wojną światową, gdy nosiłem jeszcze krótkie spodnie, 
miałem z ojcem ważną rozmowę w Ro-galinie nad Wartą. Z połowu ryb — łowiliśmy 

szczupaki na wędkę — wracaliśmy właśnie ścieżką przez łąki, ścieżką głęboko 
wydeptaną wśród bujnej trawy. Dokoła z rzadka rosły olbrzymie dęby, owe sławne, 

rogalińskie dęby.
Naraz odezwał się ojciec:

—  Pamiętaj, że każda ścieżka, nawet najniepozorniejsza wyprowadza na szeroki 
świat.

—  Jak to na szeroki świat? — zapytałem zdumiony. — Każda ścieżka? Nawet ta, 
tutaj nad Wartą?

—¦ Tak, nawet ta.
Było to dla mnie prawdziwą rewelacją. Marzyłem wtedy o Beniowskim i o szerokim 

świacie, mgliście odległym i zawiłym, ale nie wiedziałem, że i z tej ścieżki 
rogalińskiej, tak dobrze mi znanej, można się było wydostać na świat. Nagle 

szeroki świat wydał mi się inny: bliski i uchwytny.
Od czasu tej pamiętnej rozmowy inaczej patrzałem na ścieżki. Stawały się 

odbiciem czegoś ważniejszego aniżeli samych nóg; odbijał się w nich instynkt 
ludzki. Ścieżki ożywały i nabierały treści. Były mi bliskie. Obce mi były i 

nieme wielkie trakty, rojne gościńce, ale ścieżki lubiłem. Przemawiały do mnie. 
Wiele zawdzięczam im w życiu, wiele życia spędziłem na nich.

Gdy pierwszego dnia lądowaliśmy na naszym półwyspie, od
a aragnn Kroczyliśmy gęsiego, jonn, Lisim, ja i sław. Wracaliśmy w tej samej 

kolejności. Za trzecim nawrotem spostrzegłem, że stąpaliśmy po smudze, wyraźnie 
odcinającej się w piasku i ży wirze: wydeptaliśmy ścieżkę. Zanim na półwyspie 

stanął cbóz i wyrosły namioty, powstała już ścieżka. „Ścieżka Indian", gdyż 
rozpoczęli ją John i Lisim.

Ścieżka nie zmierzała prosto do celu: była kręta. Okrążała kępę stłoczonych 
krzewów na brzegu lasku. Poza tym, wiodąc przez piaszczysty pas nadbrzeży, wiła 

się w dziwacznych zakrętach i wymijała różne przeszkody: to suche drzewko, to 
leżącą kłodę, to gruby kamień. Zdumienie ogarniało, ile to przeszkód stało na 

tak małej przestrzeni. Jak trudno było chodzić prostą drogą.
Przez kilka dni podejrzewałem Johna o fantazję i swawolę. Wytknął ścieżkę dokoła 

rozległej płyty kamiennej, zamiast po prostu przejść po kamieniu i skrócić sobie 
i nam drogę. Tu John niepotrzebnie nadłożył drogi, śmiałem się do siebie za 

każdym razem, gdy przechodziłem; tu John strzelił głupstwo, urągałem w duchu. 
Lecz gdy spadł deszcz, płyta kamienna stała się śliska jak lód. Zbiłem sobie 

kolano i natychmiast spo-korniały uznałem ścieżkę Johna, a swój błąd. Teraz 
sumiennie okrążałem kamień.

Z biegiem czasu ścieżka nasiąkała uczuciem, kojarzyła się z różnymi nastrojami. 
Rano wprawiała nas w zachwyt pierwszym widokiem na jezioro, gdy pełni otuchy 

szliśmy do łodzi. Wieczorem, gdy zmęczeni wracaliśmy z polowania, ścieżka zawsze 
zapowiadała nam wielkie przyjemności: bliskie ognisko, kolację, gawędę, namiot, 

sen. Miałem słabość do ścieżki.
Inaczej Stanisław. Nie lubił jej, kręcił nosem, a gdy Indianie odjechali 

któregoś dnia, otwarcie podniósł bunt. Szukał innej ścieżki, krótszej. Znalazł 
krótszą, lecz niemożliwą; niewygodną, przecinającą gęsty las, najeżoną wybojami 

i korzeniami. Stanisław wychwalał jej doskonałość. Tej samej nocy przewrócił się 
przez korzeń. Mimo to obstawał przy swoim. Później

279
ło przez kilka dni.^ala rzecz, upór wielki.

Ja pozostałem przy starej ścieżce Indian.
W całej okolicy jeziora Marmette była to jedyna ścieżka ludzka. Mało: 

czterdzieści kroków w promieniu czterdziestu kilometrów.
Natomiast często n?p ' "^liśmy w puszczy inne ścieżki, zwierzęce. Zwierzęta i.   

udzie, swe stałe chody, utrwa-

background image

lone odwiecznym oby.                 sktóre drożyny w pobliżu na-

szego obozu były jak , .' , lębokie bruzdy; tysiące racic tysiące łap wyżłobiły 
je przez długie lata. Wiedzieliśmy: tam na dnie doliny, w najgęstszej kniei 

prowadził szlak niedźwiedzi; na pagórkach, wzdłuż grani, to droga łosi. Ale poza 
tym nie wiedzieliśmy nic. Ścieżki ginęły w bezmiernym lesie. Wiodły od 

nieznanych miejsc do nieznanych przeznaczeń. Symbole życia w puszczy, a 
równocześnie symbole zwierzęcej tajemnicy i ukrytej w zaroślach doli i niedoli.

Za Jeziorem Śmiałego Szczupaka spotykaliśmy często łoszę z sysakiern. Znajoma to 
była, poważna łosza i figlarny, sympatyczny sysak. Wychodziły nad wodę co dzień 

o tym samym czasie i stanowiły nieodłączną ozdobę krajobrazu. Zbliżały się 
wierzchołkami pagórków i tą samą drogą oddalały się — starą, udeptaną ścieżką.

Z zachowania się łoszy poznaliśmy, że nie nadszedł jeszcze czas rui. Pani była 
spokojna, i zrównoważona; niczym nie zmąconą miłością otaczała swe młode. Nie 

płoszyliśmy ich. Z daleka okrążaliśmy na łodzi zaciszne ustronie ciesząc się 
widokiem pięknych zwierząt. Wdzięk rozbawionego łoszaka i przywiązanie matki 

wzruszały nas. Podpatrywaliśmy ich ciche szczęście; przyjemnie nam było w tej 
roli życzliwych opiekunów.

Pewnego dnia nie spostrzegliśmy zwierząt. Gdy brak ich było także w ciągu 
następnych dni, domyśliliśmy się z żalem, że opuściły okolice, widocznie 

spłoszone. Zwiedziliśmy ich ścieżkę. Typowy łosi szlak, ciągnący się wśród jodeł 
od wzgó-

280
Naraz Stanisław gwizdnął z cicha na znak zdziwienia. Patrzył na ziemię. Pokazał 

mi tropy olbrzymiego niedźwiedzia. Zwierz chciał przeciąć ścieżkę łosi; tu 
jednak przystanął, namyślił się i zmienił kierunek: poszedł ścieżką za łosiami. 

Było to kilka dni temu.
—  To źle! — oświadczył Stanisław. — On łosie przepędził. Panował ponoć w 

puszczy uznany i zakorzeniony od dawna
zwyczaj, że zwierzęta szanowały obce ścieżki. Niedźwiedź ścieżki łosi nie 

uszanował. Była w tym zła wola. Niedźwiedź knuł złe zamiary.
Już kilkaset kroków dalej wyszło na jaw, jakie 1o zamiary. W poprzek ścieżki 

leżało martwe ciało łoszy, poszarpane straszliwie na szyi i brzuchu. Poszarpał 
ją niedźwiedź.

Stanisław wyczytał ze śladów przebieg tragedii. Gdy niedźwiedź zbliżył się do 
ścieżki, zapewne mijały go właśnie łosza z młodym i niedźwiedź nagle złakomił 

się na mięso. Poszedł za nimi i przydybał łoszaka. Klępa stanęła w obronie. Lecz 
niedźwiedź był wyjątkowo silny. Udało mu się zadać jej cios W szyję i powalić. 

Wyrwał jej potem jelita i oddalił się zabierając młodego. Wlókł go po ziemi.
Oko nieszczęsnej łoszy było wciąż szeroko otwarte i przeraźliwie puste. Martwota 

jego przejmowała grozą. Urwała się nagle ścieżka łoszy, nieodwołalnie, raz na 
zawsze.

Jednocześnie z życiem łosi skończył się byt ścieżki. Niebawem zarośnie 
zielskiem, przestanie istnieć.

Znałem w kniei kilka takich zapuszczonych ścieżek.
Gdy tego dnia późnym wieczorem lądowaliśmy na półwyspie i wkraczaliśmy na 

ścieżkę Indian, kroki nasze zadudniły ostrzej niż zwykle o ziemię i głośniej 
zastukały. Ścieżka skostniała.

—  Mróz!! — zawołał uradowany Stanisław.
Tego wieczoru ścieżka oprócz bliskiego ogniska, gawędy i snu zapowiadała bliskie 

łowy.
281

7,
Przez cały dzień rozlegały się tylko dwa głosy: plusk fal i szum drzew. Od 

trzeciej godziny począwszy nastała cisza uroczysta,   zastygł zupełnie  wiatr.   
Jezioro   znieruchomiało.

Nagle o szóstej godzinie z tamtej strony zatoki odezwał się ryk. Przygaszony 
odległością, ledwo dosłyszalny, był jak głębokie westchnienie, jak głuchy jęk.

Nad jeziorem Marmette przemówił pierwszy łoś, że pragnie miłości. Ocknął się i 
rozpoczął okres bukowania.

Po burzliwym preludium jesieni — nieobliczalnych wiatrach, krwawych zachodach, 
rozpętanym niepokoju — wybuchał najważniejszy niepokój, wichrzył się 

gwałtowniejszy żywioł: żądza łosia. Przez wielki las Kanady, od Labradoru po 
Alaskę, przebiegał tajemniczy dreszcz: łoś szukał łoszy. Majestatyczny zwierz 

wychodził z ukrycia, potężny, wypoczęty, trawiony ogniem, głuchy na 

background image

niebezpieczeństwo, sam niebezpieczny i ślepy, wściekły: chciał kochać. Wielkie 

misterium przyrody, kłąb pomieszanych zmysłów, obłęd namiętności: łoś chciał 
kochać.

Od szumu rozhukanej krwi łoś mało co widział, mało co słyszał; chwile jego 
słabości wyzyskiwała wszelkiego rodzaju drapieżność, niedźwiedzia, wilcza, 

rysia, ludzka.
O zmierzchu przepłynęliśmy przez zatokę. Cicho skradając się ostrożnym 

uderzeniem wioseł, czając się po wodzie dobiliśmy.
282.

ką las. Dostrzegaliśmy las, chociaż było riem&o. Tu gdzieś ryczał łoś. Ukryliśmy 
się wśród nadbrzeżnych jodeł. Nie było wiatru.

Stanisław oderwał po południu ze staraj brzozy wielki kawał kory i Zwinął go w 
trąbkę. Teraz przyłożył ją do ust, lecz nie trąbił. Ociągał się; fałszywy ton 

mógł zwichnąć polowanie i przepłoszyć zwierzynę. Dałem towarzyszowi przyjaznego 
szturchańca na odwagę. Stanisław westchnął; spojrzał na niebo, wreszcie 

zatrąbił.
Udało się. Przytłumiony stek jakby spod ziemi: ueeee. Naśladował wołanie klępy 

tęskniącej do łosia. W ten sposób wabiło się byka.
Na łące niezmącona cisza, żadnej odpowiedzi. Czyżby łoś wywędrował? Po kilku 

minutach Stanisław zatrąbił powtórnie, donośniej.
Tym razem skutecznie. Z głębi bagniska rozległ się chrapliwy głos niby zduszony 

pomruk. Byk! Łąka, dotychczas martwa otchłań, nagle wypełniła się żywą treścią. 
To świadomość, że gdzieś tam, na jej krańcu, stał upragniony zwierz. Stanisław 

dotknął znacząco mej strzelby. Byłem gotów! — odpowiedziałem skinieniem głowy.
Towarzysz znów zatrąbił. Łoś w ciemności odezwał się, lecz dziwnie 

powściągliwie, jakby niechętnie. Stanisław co pewien "czas próbował nie 
szczędząc wysiłku. Ale wytrwałe kuszenie było na próżno. Łoś pozostał ziimny i 

tylko z cicha pomrukiwał, jakby od niechcenia. Stanisław wołał na pustyni.
Osobliwy to dialog: tu umizgi, przyzywanie, proszenie, tam umiar, obojętność, 

niechęć. Tu żarliwe: ueee, tam leniwe: oooo. Trochę śmieszna to była rozmowa, 
lecz w każdej chwili goto-Wa przeobrazić się w dramat: remington czekał 

odbezpieczo-ffy.
Naraz do rozmowy dwóch wmieszał się głos trzeci. Oprócz łosiowego jęku 

usłyszeliśmy na łące stłumiony, lecz wyzywający szloch: ueee — i nagle cała 
sprawa się wyjaśniła. Łoś

1
—  Dość zalecanek na dziś — szepnął towarzysz. — Przyjedziemy tu jutro.

Zeszliśmy chyłkiem na brzeg wody i wróciliśmy do obozu.
Nie ulega wątpliwości: łosie ruszyły. Tejże nocy zbudził nas ze snu hałaśliwy 

plusk wody. Byk sadził przez mieliznę niedaleko obozu. Za późno wybiegliśmy. Łoś 
zginął w gąszczu wzburzywszy fale.

Przez cały następny dzień było pusto na łące. Lecz gdy wieczorem znowu 
przepływaliśmy, słyszeliśmy już z daleka niezwykłe odgłosy. Silne uderzenia, 

powtarzane od czasu do czasu. Jakieś szamotanie się, jakieś niebywałe ożywienie.
Przestaliśmy wiosłować i pilnie nasłuchiwaliśmy. Potem porwał się Stanisław:

—  To dwa byki! Dalibóg, dwa byki!
I wiosłowaliśmy dalej jak najostrożniej. Wylądowaliśmy na skraju lasu, gdzie 

zaczynała się łąka.
Ciemno; słabo świeciły gwiazdy na niebie. Na ziemi nic nie było widać. Na ziemi 

tylko słychać. Rozwarły się chyba czeluście piekieł, taki zgiełk. Podniecające 
słuchowisko: łomot łamanych drzew, wściekłe chrapanie, nagły tupot, to sa-pliwe 

rechoty, to rzężący poryk, a od czasu do czasu suche, twarde uderzenia, 
straszliwy trzask rosochów. Dwa byki walczyły ze sobą. Lecz w ciemności, w tym 

otoczeniu, w ogólnej ciszy walka ich nabierała widmowej potęgi. To ukryte w 
puszczy moce zerwały się i biły o siebie; wpadły w szał, ścierały się, szarpały.

Zacząłem dygotać na całym ciele. Zwalczałem drżenie jak mogłem, lecz daremnie. 
Postępując za Stanisławem stawiałem nogi ostrożnie, by nie deptać gałązek. 

Sunęliśmy brzegiem lasu kierując się słuchem. Stanisław odwrócił się i udzielał 
ostatnich wskazówek. Kończył:

—  Strzelicie do prawego zwierza, ja ewentualnie do lewego.
284

yuyuy   w y az.cjJi.aiic oiuwu  ojjiqvyuu  ^itii um.icjaa.cj   Luytj.
—  Ostrożniej! — mrukliwie upominał mnie Stanisław co chwila.

Od kilku minut cisza panowała na łące, a równocześnie widoczna zmiana zaszła w 

background image

powietrzu. Rozjaśniło się. Spojrzałem w niebo; na północy wystąpiła 

sinoniebieska łuna: zorza polarna. To dobrze, będzie widniej i lepiej celować.
Znów usłyszeliśmy łosie. Tętent i ciężki oddech. I już nawet było widać. Dwa 

niewyraźne cienie majaczyły na łące. Bardzo mgliste i na pozór odległe. Biegały 
i z łoskotem wpadały na siebie. Zwarte łosie tworzyły teraz jedną masę, 

zataczającą się. Zgrzytliwiie tarły się rosochy, głośno dyszały płuca.
Wspaniały przejaw pierwotności: ile sił naładowanych w zwierzęcych mięśniach, 

ile gwałtowności w niepohamowanym rozjuszeniu. Wybuch rozpętanych żywiołów 
urzekał. W tym zestawieniu człowiek był jak słaby, marny robak o kruchym ciele i 

wątłych członkach. Uciekłby w obawie o swe życie, gdyby nie podstępny sojusznik, 
strzelba. Bez niej i bez kul człowiek nie miałby tu żadnego prawa. A tak miał. 

Niezawodny to i potężny sojusznik, lecz barbarzyński i straszliwie obcy. Obcy 
istocie wałki, jaka wrzała; obcy wobec otaczającej puszczy; obcy wobec zorzy 

polarnej, wyrastającej coraz wyżej na niebo.
—  Bliżej! Podejdźmy bliżej! — słyszałem szept Stanisława. Skradaliśmy się od 

krzewu dc krzewu, od drzewa do drsewa.
Zadanie było łatwe, gdyż rozjątrzone byki nie widziały nic prócz siebie. Lecz 

nagle tuż przed nami zerwał się z gąszczu trzeci zwierz, uciekał panicznie z 
łoskotem i wyrzucił przenikliwy ryk ostrzeżenia.

—  Ueee!!!
Łosza! Podczas gdy łosie walczyły o jej względy, ona stała na uboczu i czuwała.

Byki, jak rażone, w oka mgnieniu oprzytomniały. Rozczepiw-szy się pomknęły w 
wielkich susach do lasu i zniknęły jak

285
*B-J----J-J

Potem Stanisław wyszedł śmiało z gąszczu i orzekł głośno, z oburzeniem:          
%

— Szkaradna klępal
Ludzki głos dziwnie niedorzecznie i grobowo rozchodził sią po opustoszałej łące.

Na jeziorze Marmette, daleko na północno-zachodnim widnokręgu zamajaczyło 
zbliżające się canoe. Patrzeliśmy przez lornetkę i z radością: poznaliśmy 

znajomą postać:
—  John! Indianin John!

—  Przymrozek go ściąga do nas. Jak przyrzekł...
—  Ale sam płynie? Bez Lisima?

—  Sam płynie.
John minął cypel, gdzie nasz półwysep płytami kamiennymi łagodnie schodził do 

jeziora — i wnet serdecznie się witaliśmy. Przybysz tłumaczył, że wszystko w 
porządku, a Lisim przypłynie do obozu jutro, pojutrze. Nasze wieści o.łosiach 

John przyjmował dość obojętnie.
—  Mamy czas — mówił.

Otworzyliśmy puszki konserw, zajadaliśmy. Świeżego mięsa już nie było, mieliśmy 
tylko szczupaki. Podczas posiłku John, który nie był tak małomówny jak Lisim, 

szeroko nam opowiadał, jak żmudnie od wczoraj płynął, bo był wicher przeciwny, a 
wszystkie psy Hiawathy spuszczone. Nie miałem pojęcia, co taki zwrot oznaczał, 

ale nie chciałem przerywać mu smacznego jedzenia. Dopiero później, przy 
papierosie, napomknąłem o tym: co to za psy?

—  Aha! — uśmiechnął się Indianin z żartobliwą złośliwością. — Tu was boli! Tak, 
psy Hiawathy.

—  Czy to psy kogoś żyjącego, czy tego Hiawathy z legendy?
287

Uleli Z.CŁ1   SItJ
Hiawatha, jak wiadomo, był wielkim prorokiem czerwonych ludów, mężem pełnym cnót 

i niestrudzonym wychowawcą, od którego wywodziło się wszystko, co było wzniosłe 
i szlachetne w charakterze Indian. Uczył on ludzi doskonałości, zwalczał wojny 

bratobójcze i żądał, by wszyscy wzajemnie kochali się jak bracia. Hiawatha to 
niekoniecznie twór Wyobraźni; prawdopodobnie taki Indianin żył, tylko późniejsze 

pokolenia otoczyły go obłokiem urojeń i legend.
Legenda wieściła, że Hiawatha ujrzawszy pierwsze żagle białych przybyszów 

przeczuł nieuchronny los czerwonych ludzi. Więc pogrążony w smutku przywołał swe 
psy, wilki, łosie, bobry, ptaki, z którymi żył jak równy z równymi, i z tą 

czeredą wsiadłszy na wielkie canoe opuścił na zawsze ludzi. Wpłynął do głębokiej 
pieczary i tam w gronie zwierząt ułożył się do długiego snu, ażeby kiedyś, gdy 

nadejdzie właściwy czas, wrócić na ziemię i uwolnić ujarzmionych braci.

background image

Ale raz do roku, w jesieni, Hiawatha budził się na krótką chwilę i przebiegał 

północną puszczę. Razem z nim pędziły jego zwierzęta — psy, które zamieniały się 
w skowyczące wichry, wilki przeistoczone w groźne obłoki, ptaki w szum listowia. 

Gdy wilki wyły w dziczy leśnej, Indianie domyślali się, że to wilki Hiawathy.
Po tej szalonej gonitwie corocznej Hiawatha stwierdzał, że jeszcze nie nadeszła 

chwila wyzwolenia, więc ze swą drużyną wracał do pieczary na spoczynek, a po 
burzach jesiennych nastawała biała cisza zimy.

—  Teraz wiesz — kończył John z uśmiechem — dlaczego trudno było mi wiosłować: 
psy Hiawathy pędziły w powietrzu.

—  Pomysłowa odmiana — zwróciłem się do Stanisława — naszych śpiących rycerzy w 
Tatrach...

Opowiadanie legendy o Hiawacie nie odrywało Johna od spraw ziemskich i nie 
usypiało jego czujności na odgłosy z lasu. Ucho Indianina wyłowiło tam coś 

osobliwego. Gdy skończył
288

—  To John narobi mięsa! — mówił rzeczowym głosem i biorąc małokalibrowy 
winczester Lisima, który przywiózł z sobą, pomknął do lasu.

Ja razem z nim.
Zrazu kroczyliśmy szybko, niemal że biegiem. Po dwustu mniej więcej krokach 

stąpaliśmy ostrożniej, a John bacznie rozglądał się w gęstwinie. Rosło tu wiele 
młodych buków i modrzewi wśród jodeł. Nagle Indianin przystanął wskazując przed 

siebie.
Były tam ptaki. Całe stado lool hens, „narwanych kur", w mniej potocznym języku 

zwanych spruce partridge, czyli „jodłowymi kuropatwami". Taką narwaną kurę Lisim 
zastrzelił w pierwszy dzień naszego pobytu w obozie nad jeziorem Marmette. 

Widzieliśmy ich teraz siedem, osiem. Niektóre żerowały w trawie na ziemi, inne 
siedziały na krzakach i niższych gałęziach drzew.

—  Ile ubić? — spytał mnie John, jak gdyby chodziło o kupno jakiejś rzeczy w 
sklepie, a nie o polowanie. — Czy pięć wystarczy?

Wydało mi się trochę nieprawdopodobne, by z jednego stada można było tyle 
ustrzelić, lecz John tłumaczył sobie moje wahanie na opak.

—  Pięć nie jest za wiele — mówił. — Pamiętaj, Lisim przyjedzie...
Z większą niż dotychczas ostrożnością zbliżaliśmy się do stada. Dotarliśmy do 

najbliższych kur na odległość trzydziestu kroków.
Ukryty za pniem jodły, John strzelił. Trafił dobrze, w samą główkę. Kura padła 

na miejscu. Inne, nie zrażone hukiem wystrzału, zachowywały się, jak gdyby nic 
ich to nie obchodziło.

Drugi celny strzał strącił ptaka z gałęzi krzewu, aż z głuchym klapnięciem spadł 
na ziemię. Siedząca obok kura zdzi-

19   Kanada  pachnąca  żywicą
289

gdakała: g"OK, goK, co zupeime orzimaio, juk: pupau*., pupauz.: ¦¦¦¦-
Dwa nowe strzały, szybko jeden po drugim, i znowu dwa ptaki: to już trzeci i 

czwarty. Czwarty dostał w szyję, na ziemi trzepotał się. Reszta stada, 
zaciekawiona tym osobliwym zachowaniem, wydawała swe zdumione: gok, gok, ale 

odlatywać nie myślała.
Zadziwiający zanik przezorności, najzwyklejszego instynktu życia! Trudno pojąć, 

że takie beztroskie dziwadła żyły w puszczy pełnej drapieżników i że podobno 
miejscami było ich mnóstwo.

Po piątym strzale wyszliśmy spoza jodły, by pozbierać zdobycz. Żywa kanonada nie 
wzruszała pozostałych ptaków i dopiero gdy widziały nas podchodzących, zaczęły 

uciekać. Odleciały kilkadziesiąt kroków.
Pięć strzałów — pięć ptaków.

W dawnych czasach, kiedy w XVIII wieku Indianie mężnie walczyli z białym 
najeźdźcą i posiadali już broń palną, uchodzili powszechnie za tak lichych 

strzelców, że ich kiepskie oko i nieumiejętność strzelania stały się prawie 
przysłowiowe. Jakież nieporozumienie! Indianie zawsze mieli bystry wzrok, za to 

diabelnie mało prochu, skąpo im przez białych dostarczanego. Strzelby swe 
nabijali zbyt słabo —• i oczywiście chybiali.

—  Świetnie! — chwaliłem celność Johna i w nagrodę dałem mu całą paczkę 
papierosów.

John nie tylko się ucieszył, ale także dziwnie zachichotał chowając papierosy; 
coś zabawnego mu się przypomniało.

Dopiero w godzinę później, gdy znów wygodnie siedzieliśmy przy ognisku, wyjaśnił 

background image

swój dobry humor podczas wręczania mu papierosów.

—  Grey Owi — mówił John pocierając nos — Grey Owi opowiadał mi...
—  To znałeś Szarą Sowę osobiście? — przerwałem mu.

—  Znałem, a jakże! Często razem byliśmy przewodnikami
290

—  I jaki on byl? Czy w istocie był Metysem? Czy pochodził od Indian?
Twarz Johna wydłużyła się grymasem niepewności, z oczu strzelały drwiące ogniki.

—  A diabli tam wiedzą! Nie znałem jego matki, nie zaglądałem mu do kołyski...
—  Jednak jako chłopiec żył wśród Indian?

—  Żył, to prawda. I przejął się nimi tak bardzo, że był ¦później więcej 
Indianinem niż my wszyscy razem... To mu

się bardzo podobało — i Amerykanom także!
John wskazał z politowaniem na swe stare spodnie i wytartą wełnianą kurtkę, 

powszechnie noszoną w lasach przez wszystkich Kanadyjczyków, i pokręcił nosem:
—  Tak   ubrany   Grey   Owi   nigdy   by   się   nie   pokazał... Zwłaszcza 

przy gościu jak ty...
—  Tylko jak ubrany?

—  Jak do obrzędu; po indiańsku, ale jak na uroczystość. Strój nosił zawsze ze 
skóry jeleniej, pełno było na niej skórzanych frędzli, na piersi, na plecach,  

rękawach, zatrzęsienie frędzli. Lubił błyszczeć... Za to Amerykanie chętnie z 
nim się fotografowali.

—  A czy wewnątrz był także frędzlowaty? Czy był próżny? John namyślał się 
chwilę:

—  Trudno powiedzieć. Czasem był próżny, czasem wydawał się inny.
—  Ale puszczę znał chyba doskonale?

—  Doskonale znał! — potwierdził John z całym naciskiem. — Znał może lepiej niż 
niejeden Indianin... Ale teraz posłuchaj, co Grey Owi kiedyś mi opowiadał...

Zanim Grey Owi poświęcił się swcim bobrom, żył, wiadomo, jako przewodnik 
myśliwych. Przeważnie miał klientelę amerykańską i. zarabiał dziennie swoje 

sześć do ośmiu dolarów. Ale często dostawał jeszcze dodatkowe nagrody, bo 
świetnie znając lasy kanadyjskie był tropicielem, co się zowie, i myśli-

19*
29t

fzynę, fosie czy niedźwiedzie."         *..........""......
Razu pewnego prowadził Amerykanina bardzo ciętego na zwierzynę, ale myśliwego od 

siedmiu boleści. Jankes był bogaty, kostium miał prosto z igły, nosił przy sobie 
kosztowną papierośnicę ze złota i przyrzekał Szarej Sowie złote góry, jeśli 

naprowadzi go na porządną zwierzynę.
—  Jeśli upoluję coś rzetelnego, wynagrodzę ciebie po królewsku! — zapewniał 

Grey Owla patrząc wymownie na swą papierośnicę.
W Stanach miał narzeczoną, której chciał zaimponować okazałym trofeum, więc 

gotów był wiele poświęcić.
Szara Sowa starał się, jak mógł, by mu dogodzić, ale niecierpliwy nerarod to 

płoszył łosie, to chybiał do nich, kąpany w zbyt gorącej wodzie. Wreszcie z 
pomocą Grey Owla udało mu się zastrzelić dobrego łopatacza. Gdy dobiegł do 

leżącej zdobyczy, był tak porwany radością, że czynił wrażenie człowieka 
oszalałego ze szczęścia. Rzucił winczester na ziemię, szarpał za rosochy, bił 

Szarą Sowę po plecach i ściskał go bełkocąc urywane słowa podzięki. Potem, jakby 
przypomniał sobie obietnicę nagrody, zaczął nerwowo szukać po kieszeniach.

—  No,   goddam  you,  gdzież   ta   papierośnica!   —  dyszał z wypiekami na 
twarzy. — Jestem ci winien, Grey Owi, ooo, należy ci się... Zasłużyłeś sobie...

Szara Sowa w swej skromności chciał już protestować na tak hojną nagrodę, ale 
rozgorączkowany myśliwy nie dopuścił go do słowa. Dobywając nareszcie 

papierośnicy i otwierając jej wieko, gwałtownym ruchem podetknął ją pod nos 
przewodnika i krzyczał serdecznie, a groźnie:

—  Weź!   Weź   wszystkie!   Weź   wszystkie  papierosy,   nie krępuj się! 
Śmiało, Grey Owi!!

A gdy Szara Sowa, nieco stropiony, chwilę się wahał, Amerykanin sam mu pomógł: 
porywczo wyciągnął ze złotej papierośnicy kilkanaście papierosów i wsadził je do 

kieszeni Grey Owla, cały płonąc od szczodrej życzliwości. Po tym
292

—  Więc to przyszło mi na pamięć — kończył John zwracając się ku mnie — kiedy 
dawałeś mi papierosy za (ool heny.

Zbieraliśmy opał na wieczorne ognisko, liczyliśmy klucze ciągnących gęsi. John 

background image

oświadczył, że dopiero po przybyciu Lisima zacznie się właściwe polowanie na 

łosie. Kuropatwy upiekł w popiele wraz z pierzem i był zadowolony, że upieczone 
ptaki smakowały nam bajecznie. Potem poczęstował nas papierosem z darowanej mu 

paczki i oświadczył, że Metys Maurepas, z którym się jeszcze raz widział, kazał 
nas pozdrowić, a jeg©, Johna, upominał, by mnie jako piszącemu książki, 

opowiadał dużo ciekawych rzeczy.
—  Ale co tu opowiadać? — namyślał się Indianin. Później zadał nam pytanie:

—  Czy wierzycie, że dusza wędruje po śmierci?
•— Naturalnie, że wierzymy! — skwapliwie odparł Stanisław.

—  Ja też wierzę — potwierdził John.
Wziął czaszkę ubitej niedźwiedzicy i zatknął ją na konarze pobliskiego świerka, 

przy czym włożył do jej wnętrza trochę tytoniu.
—  To stary zwyczaj — tłumaczył nam — ażeby przeprosić i uszanować duszę 

niedźwiedzicy...
Stanisław nie ukrywał swego zawodu, bo przypuszczał, że John miał na myśli 

ludzką duszę.
Indianin tymczasem siadł w kucki obok nas. Pod poważną powłoką w kącikach jego 

oczu zdawały się czaić chybotliwe iskierki. Czy to przebłyski ukrytego 
szyderstwa? John był niezwykle spostrzegawczy i domyślny: dostrzegł zawiedzioną 

minę Stanisława. Teraz odezwał się do niego, jakby wyjaśniając jego pomyłkę:
¦— Miałeś słuszność, Stanley. Myślałem o ludzkiej duszy...

—  I chcesz pewnie opowiedzieć coś ciekawego? — zawołałem.
293

Sto lat temu pewien młody Indianin, który stał się chrześcijaninem, wkrótce 
potem wyzionął ducha. Niepokój ogarnął cały obóz: dusza zmarłego, na wzór dusz 

potępionych, błąkała się wśród namiotów, pokutowała między ludźmi, dręczyła ich, 
a najczęściej kołatała do wigwamu jego rodziców. Wszakże raz udało się rodzicom 

przytrzymać ją i zmusić do rozmowy. A oto co wyjawiła im dusza syna:
Jako dusza chrześcijanina poleciała do raju, ale aniol-stróż, przyjrzawszy się 

dokładniej, nie wpuścił jej do środka.
—  Jesteś duszą czerwonego człowieka! — oświadczył. — Idź precz! Tu raj tylko 

dla białych.
Strącona dusza spadała głęboko z olbrzymiej wysokości, aż uderzyła o bramę 

piekła, gdzie czyhał diabeł.
—  Co za bezczelny łobuz!? — huknął Belzebub. — Czerwony człowiek? Znikaj!  Tu 

tylko miejsce dla grzeszników białej rasy!
Wtedy dusza Indianina przypomniała sobie raj ojców i pośpieszyła na szczęśliwe 

błonia wiecznych łowisk. Ale, o srogi losie, znak chrztu zdradził ją i Wielki 
Manitu odpędził nieszczęsną.

—  Oto dlaczego — dusza syna zwierzała się rodzicom — odepchnięta przez boga 
białych i przez boga czerwonych ludzi, błąkam się między waszymi wigwamami i tak 

długo nie znajdę spokoju, dopóki wasze modły i wasza wierność starym obyczajom 
nie przebłaga niechęci Wielkiego Manitu...

Gdy John przestał mówić, nikomu przy ognisku nie śpieszyło się do podjęcia 
rozmowy. Wyczuwaliśmy za zasłoną naiwnej pozornie bajki głęboką prawdę tragedii 

Indian, zawieszonych w głuchej próżni między ich starym światem, który utracili, 
a wciąż obcym i mało dostępnym dla nich światem białych ludzi,

Ostry warkot motoru na jeziorze. Wybiegliśmy z obozu: hura! Lisim przyjeżdżał. 
Nareszcie. Kamień spadł nam z serca.

Indianin przy powitaniu serdecznie się uśmiechał i był jak zwykle małomówny. 
Skupiony, uczynny> zamknięty w sobie. Trzeba było wciąż zgadywać jego myśli. Gdy 

Stanisław pokazał mu swoją trąbę, zrobioną z kory brzozowej, Lisim spojrzał 
uważnie na nią, potem uważniej na Stanisława; nic nie powiedział, poszedł do 

lasu, przyniósł korę brzozową i skręcił nową trąbę: dwa razy większą niż 
Stanisława.

Następnie zjadł obiad za dwóch i położył się pod namiotem. Spał do wieczora, 
zjadł kolację za trzech i powiedział, że jedziemy na polowanie. Ja i on; 

Stanisław i John pozostaną w obozie. Starałem się dowiedzieć bliższych 
szczegółów.

—  Czy na długo wyjeżdżamy?
— Ubierz sią grubo! — odrzekł na to Lisim łagodnie, fran-cusko-angielską 

mieszaniną.
Ubrałem się grubo i wypłynęliśmy na ciemne jezioro. Był początek nocy.

Wiosło miało urzekający rytm; cichym pluskiem wnikało do wody; następował słaby, 

background image

przeciągły bulgot, potem nagłe wyrwanie z wody, przeskok z tyłu do przodu — 

powiewna kaskada kropel — i znów to samo: pióro wiosła zanurzało się w wodę, a 
łódź pomykała o kilkanaście kroków. Nieustający rytm podsuwał duszy śpiewne, 

gorące słowa. Wyrastała jakaś
295

dwieście lat temu słynni francuscy 'cóureułś'"des""b'dls'""me-" ustraszeni 
wioślarze, wdzierając się w głąb puszczy kanadyjskiej.

Dziś Lisim i ja nie mieliśmy w duszy słów o miłości i bohaterstwie; chcieliśmy 
ubić łosia. Co kwandrans przestawaliśmy wiosłować i Lisim rzucał w ciemną 

puszczę wyzwanie. Nabrzmiały, niski ryk z długiej trąby naśladował wołanie łoszy 
głębszym tonem niż wczorajszy głos Stanisława. Łosza Lisima wabiła natarczywiej.

Dawno już opuściliśmy jezioro Marmette. Płynęliśmy od dwóch godzin labiryntem 
cieków i rozlewisk wśród nieznanej puszczy. Świeciły nam gwiazdy, lecz niewiele 

było widać. Obawiałem się o celność strzału. Pełni skupienia wsłuchiwaliśmy się 
w noc, czy na hasło rzucone przez Lisima przyjdzie odzew.

Przyszedł. Gdzieś nad boczną zatoką odpowiedział łoś. Podpłynęliśmy do brzegu, 
on także zbliżył się do nas. Lecz nie dopisywało nam szczęście. Zwierz wykrył 

nas węchem i uciekł. Woń człowieka to koszmar puszczy. Mroziła nawet miłosny 
szał.

O milę dalej usłyszeliśmy innego byka. Lisim ożywił się i oświadczył, że to 
wielki łoś:

— Big moose!
Cicho wylądowaliśmy na łące. Przed nami o kilkadziesiąt kroków czarna ściana 

lasu. Z głębi gąszczu wychodził basowy jęk. Stanęliśmy na samym brzegu wody za 
małym krzakiem. Czekaliśmy.

Znowu Lisim wabił. Teraz dopiero poznawałem prawdziwego mistrza. Wołanie klępy 
słyszałem już kilka razy w przyrodzie i znałem jej głos. Lisim nie tylko 

naśladował wiernie dźwięki natury, lecz doprawdy wołał lepiej niż żywa łosza. 
Goręcej wyrażał pragnienie, namiętnej wybuchał, bardziej obwieszczał wzburzoną 

krew. Brzmiało to, ułożone, jak uooauuch
296

kusą: losza
A tam w lesie byk odchodził od zmysłów. Porwało go, siychać to wyraźnie. 

Oczarowało go. Trzaskały gałęzie. Za każdym naszym trąbieniem łoś odpowiadał. 
Miotało nim. y/ ryku jego było tyle jawnej, niepowściągliwej żądzy, że glos 

nabierał jakiejś szczególnej wagi. Rzekłbyś, oddźwięk całej puszczy, wcielenie 
wszechmiłości odzywało się i zbliżało. To płomienny poryw przyrody, jej 

najwalniejszy popęd, jej najgłębszy nurt toczył się na nas. Szedł łoś ogłuszony 
miłością

Lisim dobierając z trudem słów tłumaczył mi szeptem, kiedy mam strzelać. Nie za 
rychło. Wtedy, gdy byk będzie na środku łąki, o dwadzieścia kroków od nas; nie 

rychlej, ale też, broń Boże, nie później strzelać.
—¦ A jeżeli nie strzelę? — spytałem.

— Musisz strzelić!! — mruknął groźnie Indianin. — Byk przyjdzie i potratuje nas 
na śmierć.

A jeśli jednak nie strzelę? Spojrzałem na remington. Lufa przyćmionym połyskiem 
odbijała światło gwiazd. Prosta, stalowa, znana mi lufa, zwrócona w stronę lasu. 

Dobra broń. Spróbowałem, czy drżały mi ręce ze wzruszenia. Nie drżały.
A jeżeli nie strzelę?

Coś działo się ze mną. Wszystko dokoła było w porządku: remington — precyzyjna 
broń; Lisim wypełniający obowiązek _ w porządku; łoś trawiony żądzą — w 

porządku. Tylko we mnie coś się załamywało. Gdzieś na dnie duszy powstawał bunt, 
jeszcze mglisty, jeszcze nieświadomy, ale już gorzki; budził się niesmak.

Jakże doskonale Lisim naśladował łoszęl W jego oszustwie tkwiła szatańska 
przewrotność: na zimno, ż wyrachowaniem, cwanymi sztuczkami produkował złudą 

najpiękniejszego impulsu przyrody. Był w tym ogień zmysłów, była namiętność i 
było łajdackie kłamstwo Lisim łgał wybornie, z niezawodnym skutkiem, z 

nieodpartą siłą pizyciągania. We mnie coś się buntowało.
29?

piec, opętana onara. roryKując przedzierał się gwartern przez bliski gąszcz. Byk 
snadź kapitalny: z głuchym łoskotem huczały rosochy o drzewa. Spieszno mu było 

do nas. Już docierał do skraju lasu.
Nie, nie strzelę. Płomień trawiący go — to najświętszy szał puszczy. Przyroda 

rozpaliła tu najszlachetniejszy swój znicz. Nie wolno było gasić go podstępem. 

background image

Temu samemu prawu podlegał w najwyższej ekstazie zarówno człowiek, jak zwierz. 

Obydwaj czerpali z tego samego źródła, obydwóch przeszywał ten sam popęd. Łoś 
był mi bliski. Był mi bliższy niż człowiek, chytrze go okłamujący. Nie strzelę.

—  Strzelaj! — wołał we umie myśliwy. — Jedyna to może w życiu okazja.
Zwierz wyszedł już na łąkę. Możny, okazały, dorodny. W ciemnościach leb 

rozrastał mu się do niesamowitych, nieprawdopodobnych rozmiarów: to potężne 
rosochy. Mocna sztuka. Zbliżał się szybko, w oczach olbrzymiał.

—  Shoot! — strzelaj! — szepnął mi Lisim do ucha.
W tej sekundzie przypomniałem sobie przykre uczucie, jakiego doznałem zabijając 

niedawno temu niedźwiedzicę. Nie strzelę.
Łoś wyrastał ponad łąkę jak majestatyczny posąg. Rozpoznać już można było 

wysokie badyle, wyniosły bark, pochyloną głowę. Oddzielało nas tylko kilkanaście 
kroków.

—  Shootl — domagał się Lisim rozpaczliwie i głośno. Łoś zniżył już groźnie 
głowę do ataku. Lecz nie chciałem

nie mogłem strzelać. Niestety, było już za późno, nie było innego wyjścia. 
Wcisnąłem strzelbę do rąk Lisima wołając:

—  Strzelaj ty!!
Indianin rzucił na mnie przerażone spojrzenie, jak gdybym postradał rozum. 

Chwycił broń, w ostatniej chwili strzelił. Dwa razy, błyskawicznie po sobie, 
przykładając lufę prawie do głowy zwierza.

Głuchy upadek, ostry jęk, dygot badyli, cisza.
298

"     ne rosocuy. wiauuc yumu ^u łj^u, -.^*.k^. j^~ Łi»—       c.^___
trofeum.

Lisim był wciąż jeszcze przerażony. Spoglądał na mnie ukradkiem, z 
zaciekawieniem, jakiś niespokojny, niepewny, zachwiany, inny. Zapewne w 

indiańskiej duszy coś świtało. Może Indianin zaczynał rozumieć białego 
człowieka?

Wracaliśmy. Znów rytm wioseł. Nie poznawałem mrukliwego Lisima: nucił. Śpiewał 
radosną, porywczą pieśń. O zdobyczy i zwycięstwie. Pieśń prostą i twardą jak 

uderzenie wiosłem, mocną i buńczuczną jak triumf zwycięzcy.
Tymczasem północne niebo rozgorzało światłem zorzy polarnej. Ktoś — wielki 

czarownik — rozpościerał za widnokręgiem rozpętany wachlarz blasków. Wachlarz 
wzbijał się w górę i sięgał prawie ponad nasze głowy. Roztaczał nieziemski urok. 

Rzucał smugi jasnoniebieskie, zielonkawe, różowe, białe. Magiczny wachlarz, 
ciągle w ruchu, ciągle rozedrgany, to się zamykał,- to szeroko się rozwierał. 

Promienne snopy przesuwały się przez niebo, to strzelały błyskami do zenitu, to 
nagle opadały, to od nowa rozpinały świetność, splendor i szaleństwo — i tak od 

skłonu do skłonu przewalało się tajemnicze, niezmierzone potężne widowisko. 
Wielki hymn roztańczonego światła.

Od nieba nie mogłem oderwać wzroku. Od pieśni Indianina nie mogłem oderwać 
słuchu.

I w rozpętanym niebie, i w zuchwałej pieśni była przejmująca, przykuwająca moc. 
Naraz wydało mi się, jak gdyby w tym zaczarowanym kole obracały się wszystkie 

zdarzenia północnej puszczy; jak gdyby w tym samym magicznym blasku kąpali się 
wszyscy: niezłomny La Salle i nieszczęsny Logan: rozsierdzony Pierre Radisson i 

biedna Pokahontas; milioner Szyszka i stary Indianin John Iserhoff, i tragiczny 
bohater Mikołaj Szulc, i wierny pies husky, mądre bobry Grey Owla, kochająca 

niedźwiedzica, płaczące niedźwiadki i wonne żywicą świerki, skaliste wyspy i 
pełne drapieżnych szczupaków

299
upojony poszukiwaniem "miłości, znalazł ńielitośćiwą śmierć. Ich wszystkich — 

zdawało się — spowijał magiczny blask, łączyło jedno koło. Zaczarowane koło 
północnej puszczy.

I. ZACZYNA PACHNIEĆ
U   Wicher od Labradoni   ....

2.   Kanada   pachnąca   benzyną   .
3.    Bogactwo   i   nędza.....

4.    Voltaire zapomniał.....
5.   Między puszczą a Bogiem .

6.   Sąsiedzi........
7.   Robert Cavc1ier, sieur de la Salle .

7 11 17 2L 27 32 37

background image

8.   Bobry................43

9.   Grey Owi i bobry............
10.   Los    białego    Hurona...........

11.   Pon-pon...............
12.   Niebezpieczne niedźwiadki..........

13.   Trzydziestoletnia   wojna   z   wróblem.......
14.   Irokezi — Indianie wśród Indian........

50 56 65 71 ¦76 81
15.   Nieszczęsny przyjaciel białych dzieci........91

II. WYPRAWA
16.   Płyniemy   na   północ............S9

17.   Skały, jodły i czarne oczy...........105
13.. Puszcza   płonie..............112

19.   Zdobywam   nowego   przyjaciela.........     117
20.   Cztery strzały do wilków...........     124

21.   Siscoe-Gold-Mine.............     130
22.   Narkotyk   puszczy.............     138

23.   Tajemniczy    ptak.............     144
24.   Ludna wieś w bezludnej puszczy.........     150

25.   Dwóch  śmiałków wybucha gniewem........     156
26.   Hudson's   Bay   Company...........     164

27.   Indianie   Cree......•.......     17°
28.   Miłość    biednej    Pokahontas..........     175

29.   Indianiątka, ich pieski i mój pies.........     182
III. RAJ MYŚLIWSKI    '¦ 30.  Tropy... same tropy

189 194
34.   Dwa zające i jastrząb .     .     .     .     .     .     .     .     .    

.     .     .     213
35.   „Gdzież ta sielanka?!"............     216

36.   Polski  bojownik  o  wolność  Kanady........     225
37.   Upiorna    drapieżność............     242

38.   Coście   w   obozie.............     250
39.   Zwycięzca Niagary........¦                                 256

40.   Triumlalnie, hucznie, z laniarą czerwieni.......     264
41.   Jan Flis, lirnik kanadyjski...........     269

42.   Ssieżki................     278
43.   Łosie    ruszyły..............     282

44.   Indianin   John..............     287
45.   Strzelaj  tyl...............     295

Prlnted in Poland
WYDAWNICTWO POZNAŃSKIE   •  POZNAŃ 1986

Wydanie   XIV.   Nakład   50 008+300   egz.   Ark.   wyd.   16,8   ark.   druk.
19,0+2. Druk ukończono we wrześniu 1986 roku

Zam.  nr 45/85.  A-ll/885.  Zlec. nr 9030/1121/6
ZAKŁADY  GRAFICZNE  W  KATOWICACH

Zakład nr 5 w Bytomiu ul. Stania 2
V

JEZIORO MARMETTE
JEZIORO

UIALEGO   SZCZUPAKA
JEZIORO       CHAPMANA

JEZIORO        BEZ        NAZWY
OBÓZ NAD JEZIOREM MARMETTE I

MIEDŹ U IEDZ1!
., n.u^w-^Mui*vauKu. ł.«wu. niewsKu. rumuńsku, siow«naKU7 rosyjsku, węgiersku, 

bułgarsku, lotewsku. estońsku. ZWIERZĘTA Z LASU DZIEWICZEGO — po polsku, 
slowacku, niemiecku, hebrajsku. KANADA PACHNĄCA ŻYWICĄ —po polsku, niemiecku (w 

Szwajcarii i NRD), slowacku, czesku, rosyjsku, estońsku, rumuńsku, serbsko-
chorwacku, bułgarsku, gruzińsku. ZDOBYWAMY AMAZONKĘ — po polsku, rosyjsku, 

niemiecku. DYWIZJON 303 — po polsku, angielsku (w W. Brytanii i USA), 
portugalsku (w Brazylii), francusku (w Kanadzie), holendersku. ŻARLIWA WYSPA 

BENIOWSKIEGO — po polsku, angielsku, holendersku, hebrajsku. DZIĘKUJĘ Cl, 
KAPITANIE — po polsku, angielsku RIO DE ORO — po polsku, niemiecku, rosyjsku, 

litewsku, lotewsku MAŁY BIZON—po polsku, niemiecku, rosyjsku, serbsko-chorwacku, 

background image

tlowacku, czesku, ukraińsku, litewsku, lotewsku. GORĄCA WIEŚ AMBINANITELO — po 

polsku, niemiecku, estońsku. rosyjsku, węgiersku, chorwacku, hebrajsku, 
bułgarsku, macedotSsku, serbsko-chorwacku. WYSPA ROBINSONA — po polsku, 

hebrajsku, niemiecku, ukraińsku, węgiersku, czesku, serbsko-chorwacku, rosyjsku. 
ORINOKO — po polsku, ukraińsku, niemiecku, czesku, bułgarsku, węgiersku, 

rosyjsku. WYSPA KOCHAJĄCYCH LEMUfiOW — po polsku, serbsko-chorwacku. DZIKIE 
BANANY — po polsku, niemiecku, ukraińsku, czMku, sloweńsku. NOWA PRZYGODA: 

GWINEA —po polsku, słowacku, niemiecku, czesku, węgiersku, rosyjsku. I ZNOWU 
KUSZĄCA KANADA —po polsku, niemiecku, slowacku, czesku SPOTKAŁEM SZCZĘŚLIWYCH 

INDIAN —po polsku, niemiecku. MADAGASKAR, OKRUTNY CZARODZIEJ — po polsku, 
slowacku. czesku. PIĘKNA, STRASZNA AMAZONIA —po polsku, czesku. 8IAŁY JAGUAR —po 

polsku, czesku.
Tylko po polsku wyszły. PRZEZ WIRY I POROHY DNIESTRU; BICHOS. MOI BRAZYLIJSCY 

PRZYJACIELE; WSROD INDIAN KOROADOW; JUTRO NA MADAGASKAR; RADOSNY PTAK DRONGO; 
MOJ OJCIEC I DĘBY; WIEK MĘSKI—ZWYCIĘSKI.