background image

Brian Lumley

Psychosfera

Przełożył Jarosław Witold Rybski

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Dwie  osoby, nieświadome  swego  istnienia, obserwowały  Richarda  Garrisona  i Vicki Maler, którzy wyszli właśnie  ze 

swojej letniej rezydencji na jednej z greckich wysp. Po chwili para zniknęła w krętych zaułkach, które wiodły do serca wioski.

Jedną z tych osób był Joe Black. Siedział przy stoliku na podwyższonym patio tawerny. Miał na sobie skórzane spodnie 

na szelkach, słomkowy kapelusz z szerokim rondem i letnią koszulę w krzykliwe żółte i czerwone kwiaty. Nie był Niemcem – 

choć  być  może  wskazywał  na  to  jego  ubiór,  nalana  twarz  i  cygaro.  Został  wynajęty  przez  mafię,  a  konkretnie  Carla 

Vincentiego, który jeszcze do niedawna  był współwłaścicielem dochodowego kasyna  w Londynie. Niestety, akcje  znajdowały 

się teraz w rękach Richarda Garrisona, a tego boss nie mógł znieść.

Stąd obecność Blacka w Lindos, na wyspie Rodos.

Zresztą nie przybył tu sam. Jego brat Bert (Bombowiec Bert dla przyjaciół) czekał w miasteczku. Tym razem to on miał 

stać  się  narzędziem przecinającym w odpowiednim momencie  nić życia  Garrisona. Rola  Blacka  polegała  na  wskazaniu tego 

„odpowiedniego momentu”.

Minutę  lub dwie po jedenastej obserwowana  para  wyłoniła  się  z alei i skierowała ku głównej wąskiej ulicy. Przeszła na 

drugą stronę, by wspiąć się po drewnianych schodkach prowadzących na patio tawerny.

Joe jeszcze raz spojrzał przed wyjściem na tych dwoje.

Zauważył czarne jak noc szkła  mężczyzny. „Ten Garrison to ponoć ślepiec” – pomyślał i parsknął śmiechem. Następnie 

zszedł po schodach, kierując się do biura turystycznego.

– Niech to licho!  Największy ślepy cholernik, jakiego  kiedykolwiek widziałem! – Myśli Blacka poczęły krążyć wokół 

pierwszego spotkania z tym człowiekiem...

Było  to  w  „Asie  treflowym”,  gdzie  Black  zajmował  posadę  wykidajły  (lub  pracownika  pomocniczego,  jak  woleli 

nazywać tę  fuchę  goście  z branży). Pewnego  wieczoru przyszedł ślepiec  ze swoją  kobietą, także ślepą. Odwiedzili kasyno po 

raz pierwszy i ostatni. Przynajmniej jako goście.

– Niech to licho! – Joe znów parsknął. – Czyż jeden raz nie wystarczył aż nadto?

To było sześć albo siedem miesięcy temu, ale Black pamiętał wszystko, tak jakby zdarzyło się to wczoraj....

.. Zapamiętał  Garrisona  kupującego  całą  masę  różowych sztonów,  wartych  pięćdziesiąt  funtów  szterlingów  i  sposób, 

w jaki podszedł do centralnej ruletki kasyna, aby je rzucić  na stół, w miejscu oznaczonym cyfrą zero. I jak podczas następnej 

gry  kula  wpadła,  jakby  zaprogramowana,  prosto  do  odpowiedniej  przegrody.  Jak  wpadła  tam  dwa  razy  pod  rząd.  I  jakie 

Garrison wzbudzał uczucia podczas tego nieopisanego wyczynu!

Okrzyki  niedowierzania  i  zdumienia  przywołały  szefa,  kruczowłosego  Carla  Vincentiego,  który  podbiegł  do  stołu 

zaniepokojony.

– Pan, ee, Garrison? Tak, uznajemy pańską  wygraną. Zły dzień dla klubu, to się zdarza. – Zdobył się na uśmiech. – No 

cóż, proszę pana, wygrał pan masę pieniędzy, prawdę mówiąc, to fortuna i...

– I mam ochotę grać jeszcze raz – przerwał mu bez uśmiechu Garrison.

– Chce pan znów postawić na zero?

– Oczywiście. Czemu nie? – Zmarszczył brwi w zamyśleniu, prawie kpiarsko.

– Ależ, proszę pana, wygrał pan już sześćdziesiąt tysięcy funtów i...

–  Dokładnie  sześćdziesiąt  tysięcy  osiemset  –  znów  mu  przerwał  –  łącznie  z  moją  stawką,  oczywiście. Ale  proszę, 

kontynuujmy.

Vincenti wówczas pochylił się i wlepił wzrok w ciężkie, czarne szkła Garrisona.

–  Proszę  pana,  może  pan  tego  nie  wie,  ale  krupier  musiałby  uzyskać  pozwolenie  na  pokrycie  pańskiego  drugiego 

obstawienia. Zwykle, pan  rozumie, na  stole  nie  ma  więcej jak tysiąc  funtów. A  poza  tym  to niemożliwe, żeby  po  raz  trzeci 

wypadło zero.

Garrison stał nieruchomo, jakby został porażony słowami Vincentiego.

–  Czy  mam  przez  to  rozumieć,  że  ruletka  jest  trefna?  –  odezwał  się  po  chwili  głosem  twardym,  zdecydowanym 

i lodowatym.

– Co takiego? – Carlo zaperzył się. – Ja tego nie powiedziałem! Oczywiście, że nie jest. Nie chodziło mi o...

– W takim razie, teoretycznie, zero może wypaść po raz trzeci?

– Ależ oczywiście, proszę pana, jednak to prawie niemożliwe i...

– Możliwe czy nie – Garrison przerwał mu po raz trzeci – chciałbym obstawić.

– Nie  będziemy w stanie  tego pokryć. – Bezradnie  wzruszył  ramionami. – A poza  tym, proszę  pana  – Vincenti zaczął 

mówić szeptem – czy nie postępuje pan odrobinę nierozsądnie ze swoimi pieniędzmi?

– Ze swoimi? Może raczej z pańskimi. Zaczynałem, mając pięćdziesiąt funtów w kieszeni.

Joe Black był świadkiem tego wszystkiego. Także  gwałtownej zmiany koloru twarzy szefa. Od  tamtej chwili wiedział, 

że  niezależnie  od wyniku  gry, mały  Sycylijczyk zemści  się  okrutnie  na  niewidomym, w ten czy inny  sposób. Jedyną  rzeczą, 

której Vincenti nie mógł ścierpieć, były drwiny, a właśnie stał się ich przedmiotem. Oczywiście jego zdaniem.

I  być  może  zdaniem połowy stałej klienteli kasyna, która  zebrała  się  teraz  wokół stołu, wydając  na  przemian  odgłosy 

zgorszenia i zadowolenia. W rzeczywistości wyobraźnię amatorów hazardu rozpalało niesamowite szczęście Garrisona.

Sycylijczyk  jednak  odbierał  uśmiechy,  zduszone  chichoty,  trącanie  się  łokciem  i  podekscytowane  szepty  bardzo 

Brian Lumley - Psychosfera

1 / 61

background image

osobiście.

– Proszę poczekać! – Wykrztusił. – Muszę się naradzić.

– A więc... – Garrison zachowywał spokój, uśmiechał się lekko.

Po powrocie Vincenti chciał najwyraźniej skierować swoje przemówienie do wszystkich zgromadzonych.

–  Panie,  ee,  Garrison,  jestem  współwłaścicielem  tego  klubu.  Posiadam  jedną  czwartą  jego  akcji.  I  prawdę 

powiedziawszy, z  trudem  pokryłbym  straty. To  znaczy  pańską  wygraną. Ale... cóż, ja  też  jestem graczem.  – Tu  jego twarz 

rozpogodził uśmiech, uśmiech rekina szczerzącego białe kły. – Wobec tego mam dla pana propozycję, być może, interesującą.

– Proszę mówić dalej.

Vincenti wzruszył ramionami.

–  Zostałem  upoważniony  do  pełnej  odpowiedzialności  w  tej  kwestii.  Odpowiedzialności  za  bieżące,  no,  straty, 

powiedzmy. I do przedstawienia mojej, ten tego, propozycji.

– To znaczy?

Carlo wyciągnął książeczkę czekową, wypisał czek na sześćdziesiąt cztery tysiące osiemset funtów, złożył go delikatnie 

i umieścił na stole pod cyfrą zero.

– Proszę  to wziąć  albo  zaczniemy  grę. Ale  żebyśmy się  dobrze  zrozumieli;  ponieważ klub  nie  dysponuje  taką  kwotą, 

w razie wygranej będzie pan zmuszony przyjąć udziały jako formę zapłaty.

Gdyby  Garrison  był  trzeźwo  myślącym  człowiekiem,  przyjąłby  wygraną  i  zrezygnował  z  dalszej  gry.  Wszystko 

przemawiało na  jego niekorzyść:  fatalne  zero na kole  i  perspektywa  zadowolenia  się  udziałami zamiast gotówką. Natomiast 

Vincenti, zdobywając  się  na  taki krok, miał nadzieję  zyskać  bardzo  wiele.  Mimo, że  znalazł  się  w  poważnych  tarapatach, 

potrafił pokazać klasę wielkiego gracza. Dorównał swojemu przeciwnikowi, ryzykując całym majątkiem. Najważniejsze jednak 

w tym wszystkim było dla niego uciszenie komentarza tłumu.

Umilkły  śmiechy  i  szepty. Zapanowała  atmosfera  silnego  napięcia.  Walka  miała  się  toczyć  bezpośrednio  pomiędzy 

Vincentim i Garrisonem. Stała się osobistym pojedynkiem.

I wtedy...

Joe  Black  zapamiętał  rzecz  bardzo  osobliwą. Coś, co  nawet  teraz,  sześć  miesięcy  po  tym wydarzeniu,  wywoływało 

u niego dreszcz grozy.

Wydawało się, jakby Garrison przeszedł przeobrażenie.

Jego ciało zaczęło pęcznieć, wypełniać wieczorowy garnitur.

Wyglądało  to  tak, jakby  mężczyzna  przybrał na  wadze,  stał się  nienaturalnie  zwalisty  i  potężny. Twarz  jego  nabrała 

ostrych rysów, a uśmiech zgasł.

Nikt poza Blackiem nie zauważył chyba  tych zmian, może z wyjątkiem niewidomej zresztą  partnerki Garrisona, która 

skuliła się i nerwowym gestem zakryła usta. Ale Joe był absolutnie pewien tego, co widział. Odniósł wrażenie, jakby przy stole 

w  skórze  Garrisona  stał  inny  człowiek.  Człowiek  mówiący  twardym,  aroganckim,  autoryzowanym  głosem  z  niemieckim 

akcentem.

–  Przyjmuję  pański  zakład,  mój  mały  sycylijski  przyjacielu.  Niech  koło  wiruje. Ale  skoro  tak  wiele  ma  od  tej  gry 

zależeć, przynajmniej w pańskim mniemaniu, proszę samemu zakręcić.

– To... nie jest przyjęte – odpowiedział Vincenti. – Ale wydaje się tak samo niezwykłe jak cały ten wieczór. Doskonale. – 

Przecisnął się przez tłum, puścił w ruch koło i cisnął kulę w przeciwnym kierunku. Czekał, patrząc z kamiennym spokojem, jak 

koło stopniowo zwalnia, a kula  skacząc  i terkocząc, zbliża się do celu. Jego twarz  zastygła, przypominając bezmyślną okrutną 

maskę. Kula wciąż toczyła się, skakała, terkotała. Koło zwalniało.

Twarze obserwujących stół zwróciły się w stronę Vincentiego, a Black patrzył na Garrisona.

Koło wciąż wirowało, kiedy kula utkwiła w wybranej szczelinie. Vincenti wytrzeszczył oczy. W kąciku jego potwornie 

wykrzywionych ust pojawiła się stróżka piany. W sali rozległo się westchnienie i pomruk zdumionych głosów.

Nagle odciągnięto Carla od ruletki, aby dać mu zaczerpnąć świeżego powietrza.

Kiedy Vincenti dotknął krawędzi stołu, podpierając słaniające się ciało, z jego ust wydobył się na  wpół skrzek, na wpół 

westchnienie.

– Zero!

– Ma  pan  mój adres. –  Głos mężczyzny wciąż  zdradzał niemiecki akcent. – Będę  oczekiwał stosownych dokumentów 

w najbliższym czasie. Dobranoc panu. – Garrison wziął czek ze stołu, schował do kieszeni i bez  jednego słowa  poprowadził 

swoją towarzyszkę do wyjścia.

Joe Black pamiętał tę  noc. Pamiętał, jaką  furię  w oczach miał Vincenti, kiedy  patrzył na wychodzącego Garrisona; jak 

zgasił  światło  nad  stołem,  dając  personelowi  wolne  i  mówiąc  im,  by  już  nigdy  nie  wracali;  powlókł  się  do  pomieszczeń 

biurowych,  gdzie  wlał  w  gardło  znaczne  ilości  alkoholu  i  już  całkiem  pijany  powrócił  do  sali.  Powrócił  z  kilofem 

przeciwpożarowym przepełniony przemożną chęcią  zniszczenia  stołu do  gry  i wszystkiego  wokół. Tych wydarzeń  Black nie 

mógł łatwo zapomnieć. Tej nocy Vincenti zaoferował mu kontrakt na życie Garrisona...

Drugą osobą, która obserwowała  Garrisona i jego przyjaciółkę, był dżentelmen z Genui, Paulo Palazzi. Dżentelmen dla 

niewtajemniczonych. Palazzi  nie  znał  wcześniej  Garrisona  i  nie  wiedział  o  nim  nic  ponad  to,  że  ten  był  bardzo  bogatym 

człowiekiem. Każdy, kto posiada samolot stojący bezczynnie na lotnisku w Rodos, jest ponad wszelką  wątpliwość bogaty. Tak 

przynajmniej  wydawało  się  Palazziemu,  niemniej  jednak  poczynił  kilka  dyskretnych  spostrzeżeń,  które  miały  upewnić  go 

w przypuszczeniach.

Paulo był małym szczupłym mężczyzną. Nosił jasny, letni, włoski garnitur i szykowne skórzane buty. Nie miał nakrycia 

głowy, bowiem lubił eksponować gęstą  szopę  czarnych kręconych włosów. Jasna  skóra, wesołe  oczy i pogodny wyraz twarzy 

dopełniały  obrazu.  Mógł  liczyć  dwadzieścia  pięć,  jak  i  czterdzieści  lat.  Beztroski,  zadowolony  z  życia  włoski  turysta. 

Przynajmniej takie sprawiał wrażenie. Zaiste  miał powody do zadowolenia. Te  rozmaite, nielegalne  letnie  zajęcia  i obfitujące 

w sukcesy letnie podróże...

Tak też było i tym razem: tydzień spędzony na Rodos, przy odrobinie szczęścia, mógł przynieść wymierne efekty.

Brian Lumley - Psychosfera

2 / 61

background image

Śledził Garrisona od trzech dni – wystarczająco długo, aby zapoznać się z nawykami i nastrojami osoby obserwowanej. 

Jedna  rzecz  tylko  go  zastanawiała. Wiedział, że  pomimo  noszonych  stale  ciemnych  okularów, Garrison  nie  był  niewidomy. 

A jeśli nawet był, to jego pozostałe zmysły wyostrzyły się. A może, co bardziej prawdopodobne, miał więcej pieniędzy, niż to 

się  Palazziemu  zdawało.  Bo  kto,  jeśli  nie  niewiarygodnie  bogaty  człowiek,  jest  w  stanie  kupić  sobie  zminiaturyzowane 

urządzenie, pozwalające uczynić niemożliwe możliwym?

Jednak kalectwo – prawdziwe czy udawane  – nie przysparzało Garrisonowi moralnych zahamowań, wręcz  przeciwnie, 

stanowiło jasną stronę jego życia. Garrison widział doskonale... jak na niewidomego.

Paulo  siedział  na  rozłożonej  chustce  do  nosa, tyłem  do  starożytnych  obwarowań. Znajdował  się  wysoko,  na  murze 

akropolu  w  Lindos.  Podniósł  dłoń,  w  której  trzymał  silną  lornetkę.  Utkwił  wzrok  w  jasnoniebieskiej  koszulce  Garrisona 

i kontrastującej z nią chłodnej zieleni kostiumu Vicki. Uśmiechnął się do siebie i bezwiednie pomyślał o własnej przebiegłości.

Jego  modus  operandi był  bardzo  prosty, dopracowany  podczas  trzech  ostatnich  sezonów. Trzech  sezonów, ponieważ 

odkrył  Lindos trzy  lata  temu. Lindos z jej  potężnymi skałami. Ze starych  szańców, niegdyś siedziby Joannitów  z Jeruzalem, 

mógł obserwować  całą  wioskę. Siedząc  tutaj w promieniach słońca  i wdychając rześkie  egejskie  powietrze, widział dokładnie 

wszystkie ruchy przeciwnika i wybierał najlepszy moment do natarcia. W nagrodę miał pławić  się  w luksusie  przez... No cóż, 

przynajmniej przez chwilę.

Plan wyglądał następująco: na przykład jutro, kiedy Garrison i jego pani wyjdą z domu, będą jeść czy pić w tej czy innej 

tawernie do późnej nocy, staną  się  ociężali, senni, a później, być  może, pójdą do dyskoteki, aby spalić nieco kalorii, i Palazzi 

wśliźnie się do budynku i będzie miał wystarczająco dużo czasu na odnalezienie ukrytych kosztowności.

Oczywiście  Garrison nie będzie jedyną ofiarą. Okradzeni zostaną także opasły bogaty Francuz i jego kochanka, którzy 

zarezerwowali miejsce na przedstawienie w Rodos tej nocy.

Do towarzystwa dołączy szwajcarski playboy ze swoją dziewczyną, która niezmiennie spędza czas na tańcach.

Wszyscy ci ludzie opuszczą swoje kwatery mniej więcej w tym samym czasie.

Palazzi planował, że wczesnym rankiem wsiądzie do taksówki i odjedzie na przystań promową. Zmieni ubranie, opchnie 

kilka  przedmiotów, a  następnie  powróci do  prawdziwego  nazwiska. I  w ten sposób  za  cztery, pięć  dni samolotem  odleci  do 

Genui, powróci do swoich starych spraw.

Być  może  na  skutek  tych  refleksji  uprzejmie  pozdrowił  parę  ślicznych  dziewcząt,  które  stały  oparte  o  murek 

i podziwiały roztaczające się widoki.

„Taak, piękny widok i prześliczny poranek – przemknęło mu przez myśl. – Miejmy nadzieję, że  jutro będzie  podobnie, 

szczególnie – jutro wieczorem.”

Wkładając  lornetkę  do  futerału,  jeszcze  raz  uśmiechnął  się  do  dziewcząt.  Jedna  z  nich  miała  piękne  jędrne  piersi. 

„Szkoda, że to tylko podróż służbowa, ale – cóż zrobić. Interes to interes...” – pomyślał.

Pięć  minut  po  tym,  jak  Joe  Black  wyszedł  z  tawerny,  Garrison  zamarł  i  przerwał  śniadanie.  Nagle  jego  umysł 

opanowała,  pojawiająca  się  nie  wiadomo  skąd,  wizja,  scena.  Nie  wspomnienie,  coś  zupełnie  innego.  Coś...  czego  nie  był 

w  stanie  przekazać,  a  jednak  wszystkie  jego  zmysły  zastygły  w  odruchu  obronnym.  Obraz  był  zamglony  i  przedstawiał 

siedzącą kobiecą postać. Poruszała koło małej ruletki. Wizja trwała ułamek sekundy i zniknęła bezpowrotnie.

– Richard? – Usłyszał głos Vicki. – Coś nie w porządku z tym jajkiem?

Otrząsnął się i opuścił widelec.

– Nie, po prostu najadłem się. To wszystko.

– Tak dziwnie wyglądałeś. – Zaniepokoiła się.

– Naprawdę? Musiałem być daleko stąd.

– O czym myślałeś?

– O czym? – Garrison wzruszył ramionami i wypowiedział słowa, które  nagle przyszły mu do głowy, słowa, które  były 

zaskoczeniem nawet dla niego samego. – Widziałaś tego mężczyznę, który wyszedł stąd kilka minut temu? Tego w skórzanych 

spodenkach i kwiecistej koszuli?

– Tak. Chyba Niemiec. A może  tylko wyglądał tak, jak wy, Anglicy, wyobrażacie sobie Niemców. – Uśmiechnęła się. – 

Trochę krzykliwy. O nim myślałeś?

– Zbyt krzykliwy. Na pewno nie Niemiec. Tak, o nim myślałem.

–  Nie  Niemiec?  Ale  wyglądał  tak...  –  Vicki  przestała  się  uśmiechać.  –  Podsłuchiwałeś  jego  myśli?  Dlaczego, 

Richardzie?

– Nie  podsłuchiwałem – powiedział szczerze. – Do diabła, gdzieś widziałem tego  typa. Ale, och, mogłem go przecież 

widzieć gdziekolwiek. Ale on nie jest Niemcem.

– Jakie znaczenie ma jego narodowość?

Garrison zmarszczył brwi i zamyślił się nad słowami Vicki, po czym uśmiechnął się szeroko.

– Masz rację. To nie ma żadnego znaczenia – odrzekł.

Vicki odetchnęła i sięgnęła przez stół, by ująć Richarda za rękę.

– Och, Richardzie, jesteś najdziwniejszym z ludzi!

Ponieważ  powiedziała  to  spontanicznie, nie  zdawała  sobie sprawy ze znaczenia  tych słów. Na zewnątrz  Garrison dalej 

się uśmiechał, podczas gdy w środku bił się z myślami.

„O  tak  –  rozważał.  –  Taki  jestem.  Ale  są  dziwniejsze  rzeczy  na  niebie  i  na  ziemi,  Vicki,  moja  słodka.  O  wiele 

dziwniejsze.”

Wiedział, że jedna z tych bardzo dziwnych rzeczy tutaj miała  swój początek. A może teraz  tylko wychodziła na światło 

dzienne jak piana przy gotowaniu.

Wszystko  na  nowo  ożyło  w  Garrisonie, mieszkańcu  Psychosfery.  Pulsowało  i  przybierało  na  sile, przynosząc  nowe 

doznania. Były z nim tutaj nawet teraz; nie czyniły szkód, ale niepokoiły go. Czuł się jak ryba pływająca w morzu Psychosfery, 

i tak jak ryba wiedział o obecności jakiegoś potężnego drapieżcy. Tam, gdzieś w bezdennych głębinach, czaił się rekin!

Rekin żerujący  w Psychosferze  i Garrison –  teraz  harpunnik. Modlił się, stojąc  na  łasze  piasku, a wokół  niego krążył 

Brian Lumley - Psychosfera

3 / 61

background image

krwiożerczy stwór. Nie  bał się potwora, a przynajmniej nie opanował go paniczny lęk, miał przecież  broń. Ale... gdyby doszło 

do konfrontacji, czy to wystarczy?

Najgorsze było przeświadczenie, że nie dostrzeże potwora, gdy ten podpłynie do brzegu z rozwartą paszczą!

Nagle Garrison przerażony, zagubiony w fantasmagoriach, sięgnął pamięcią wstecz. Groza była jak ostroga wbita w bok 

– pobudzała jego ESP*[*(ang. extra sensory perception) – pozazmysłowe postrzeganie.] i powodowała  wydzielanie adrenaliny. 

Zajrzał w głąb Psychosfery. W dół i w dół...

Stopiony, jak wykuty z kamienia  obelisk... Cichy jak śmierć, gotowy służyć innemu łowcy... Nagle...Coś podobnego do 

rekina zawróciło gwałtownie, pędząc ku niemu w ślepej, bezlitosnej furii, jak szary pocisk przecinający bezpostaciową materię 

Psychosfery.

Był blisko, zbliżał się...

– Richard! – Dobiegł go głos Vicki, podrywając na równe nogi. – Znów wędrujesz?

Mimo, że  krew odpłynęła  mu z twarzy, zmusił się do uśmiechu, wstał i podszedł z drugiej strony stolika, aby ją objąć. 

Miał nadzieję, że dziewczyna nie wyczuje drżenia jego ramion.

– Świetny pomysł – powiedział. – Powędrujmy trochę. Chodźmy na plażę...

Jednak podczas tego spaceru Vicki nie mogłaby przysiąc, że Richard był przy niej obecny duchem i ciałem.

ROZDZIAŁ DRUGI

Tysiąc pięćset mil na północny zachód od Rodos.

Londyn  był  skąpany  w  słońcu,  ale  w  Zamczysku  –  centrum  dowodzenia  Charona  Gubwy  –  panował  chłód.  Cała 

budowla sprawiała wrażenie bestii śniącej snem somnambulika.

Ale zamek nie spał, nigdy nie spał, nikt nie mógł mu przeszkodzić.

Załoga  Zamku,  „żołnierze  Gubwy”,  udała  się  na  swoje  posterunki.  Komputery,  maszyny  i  system  wspomagania  – 

organy,  dzięki  którym  domostwo  żyło  własnym  życiem  –  buczały  jednostajnie.  Jednak  sam  Gubwa  –  czy  raczej  jego 

świadomość, id, mózg całości – wyłączył się z tej pracy. Fizycznie był obecny, ponieważ  bez  niego nic nie  funkcjonowałoby, 

nie miałoby celu, ale jego umysł...

Był to jeden z tych dni, kiedy Charon oddawał się swoim praktykom, ćwiczył umysł, tak jak inni ćwiczą  muskuły. Z tą 

jednak  różnicą, że  podczas  gdy  inni  robili  to,  by  poprawić  samopoczucie  i  sprawność,  gimnastyka  Gubwy  miała  na  celu 

umysłową zagadkę  i w rezultacie zniszczenie ludzkości. Prawdę mówiąc, na  tym właśnie skupiły się  jego wysiłki; oczywiście 

bez przekraczania pewnych norm, przynajmniej na razie. Aż do czasu, kiedy będzie mógł osiągnąć pełne zwycięstwo. Człowiek 

ten dysponował potężną śmiercionośną bronią telepatycznych i hipnotycznych zasobów swego umysłu.

Zamek wraz z obsługą stanowił tarczę. Świat zewnętrzny, świat zwykłych ludzi był celem. W niedalekiej przyszłości.

Teraz  Gubwę  ogarnęło  zmęczenie,  ponieważ  trening  trwał  od  przeszło  trzech  godzin.  Czuł  znużenie,  zwykle 

występujące przy tego rodzaju umysłowych zmaganiach.

Siedział  w  olbrzymim fotelu, przed  szklaną  tubą, sięgającą  od podłogi  do  sufitu. W  jej wnętrzu  wirował  zawieszony 

w polu elektromagnetycznym globus z bardzo realistycznie oddanymi kształtami kontynentów i kolorami mórz i lądów.

Gubwa miał zamknięte oczy; był całkowicie rozluźniony.

Mogło  się  wydawać,  że  śpi.  Nie  spał  jednak.  Na  jego  kolanach  leżał  przenośny  komputer  z  malutkim  ekranem 

wyświetlającym napis:

ĆMA: 3° 95’– 64° 7’

„ĆMA”  – był to kryptonim jednej z brytyjskich łodzi podwodnych, stacjonującej za kołem polarnym; cyfry oznaczały 

jej położenie. Znajdowała się w połowie drogi między Islandią a Norwegią, pomiędzy Szetlandami i kołem polarnym.

Na  globusie  miejsce  to  zaznaczono  małym  świetlistym  punktem  na  Morzu  Norweskim.  Światełko  służyło  za 

przewodnika, za cel intensywnych transmisji telepatycznych.

Współrzędne  łodzi  zostały  przeniesione  z  jaźni  nic  nie  podejrzewającego  oficera  dyżurnego  z  Rosyth,  kogoś 

z admiralicji i, tak samo nieświadomego, kapitana „ĆMY”, udającego się na wachtę czterysta stóp pod powierzchnią wody.

Właśnie tam przebywał teraz Gubwa – usadowił się na dobre w umyśle kapitana „ĆMY”.

Jak  dotąd  pana  Zamku  satysfakcjonowały  efekty  porannej  gimnastyki. Ale  była  to  jego  ostatnia  „wizyta”,  ostatnia 

i najważniejsza. Jej wynik decydował o nastroju Gubwy przez najbliższe dnia być może miał wpływ także na los świata.

Jeśli  chodzi  o  resztę  porannych  zadań  –  zostały  już  spełnione.  Strategiczne  centrum  dowodzenia  Sił  Powietrznych 

okazało  się  trudnym  przeciwnikiem.  Amerykanie,  szczególnie  wojskowi,  mieli  umysły  nie  poddające  się  tak  łatwo,  byli 

pasywni. Piloci nie stanowili pod tym względem wyjątku.

Żołnierzy Amerykańskich Sił Powietrznego Zastraszenia  nie  bez  przyczyny  uważano za  szaleńców, ale za  to  stanowili 

symbol bezpieczeństwa państwa. W każdej chwili byli gotowi do akcji, a ich umysły nie poddawały się łatwo penetracji.

To  jednak  tylko  chwilowa  przeszkoda. Teraz  Gubwa  znał ich prawie  wszystkich, a  żaden  z  nich  nie  znał  jego. Owa 

wiedza  była  owocem ponad trzyletniej inwigilacji, stopniowego przenikania  do ich umysłów. Miał zamiar  to wykorzystać  do 

własnych  celów,  przy  sprzyjającej  okazji.  Trasy  lotów  patrolowych  zmieniały  się  z  dnia  na  dzień  (częściowo,  aby 

zdezorientować  Rosjan, ale także na  skutek działań Gubwy) i wymiana kadr stawała się coraz częstsza. Z powodu charakteru 

służby  zamiana  pilotów  nie  odbywała  się  masowo.  Po  takich  zabiegach  Charon  miał  do  dyspozycji  pół  tuzina  nowych, 

otwartych umysłów, które znał w mniejszym lub większym stopniu. To właśnie kontrola stanowiła jego główne zadanie.

Penetrować umysły – znaczyło: mieć kontrolę  nad przyszłością świata. Tego ranka Gubwa mógł rozpętać trzecią wojnę 

światową. Mógł, na przykład, spowodować wtargnięcie naddźwiękowych amerykańskich bombowców, które  nie  reagowały na 

żadne rozkazy z centrum dowodzenia, do rosyjskiej strefy powietrznej. Albo zbombardować Detroit, Boston i Ottawę. A jeśli 

udałoby  mu  się  wywołać  pustkę  w  eterze,  nie  byłoby  żadnego  sposobu  na  przekonanie  Pentagonu  i  rządu  Stanów 

Zjednoczonych, że  taki  atak  był  udziałem  ich  własnych  samolotów!  Nawet  jeśliby  przyjęli  tę  wiadomość,  we  wszystkich 

państwach o znacznym potencjale nuklearnym ogłoszono by „czerwony alarm”. A w takiej sytuacji wystarczyło trochę wysiłku, 

Brian Lumley - Psychosfera

4 / 61

background image

by dotrzeć do człowieka kontrolującego rakiety w Witegra, w ZSRR i... włączyłoby się do zabawy Chińczyków.

Gubwa  był  także  tam  –  w  zamkniętej  przestrzeni  łańcucha  silosów  rozstawionych  na  granicach,  wzdłuż  pustyni  Sin 

Kiang.  Pomimo, iż  Chińczycy  nie  posiadali  jeszcze  tak doskonałej techniki, dysponowali znaczną  ilością  mięsa  armatniego. 

A ich bomby były niewiarygodnie paskudne. Tak, więc reakcja łańcuchowa histerycznego naciskania guzików spowodowałaby 

początek końca rodzaju ludzkiego.

Wszystko, jak dotąd, układało się pomyślnie i Charon mógł pogratulować sobie wyników porannej gimnastyki. Zagarnął 

wszystkie  atuty jak wytrawny  pokerzysta, nie  wykładając  kart na  stół. Teraz  jednak, przed  właściwą akcją, chciał sprawdzić 

dowódcę „ĆMY”. Miał to być bardzo niewinny test; chociaż z innego punktu widzenia – bardzo brutalny.

Znał  już  przyzwyczajenia  i  słabości  kapitana  Gary’ego  Fostera.  Dowódca  łodzi  podwodnej  najlepiej  pracował  przy 

pełnym obciążeniu. Czuł się  świetnie  w sytuacjach, w których każdy  inny się  załamywał. Jego  tajemnica  (jak wierzył, tylko 

jego)  leżała  w  niesamowitej  zdolności do  zapadania  w  sen. Zasypiał,  gdy  tylko  przyłożył  głowę  do  poduszki. Spał trzy  do 

czterech godzin na dobę, co bardzo dziwiło jego podkomendnych. Oni potrzebowali sześcio– siedmiogodzinnego odpoczynku, 

a kapitan zrywał się nawet po piętnastominutowej drzemce rześki jak ptaszek. W środku wachty, w trakcie czytania „Playboya” 

czy  gry  w  pokera,  kiedy  według  wszystkich  praw  natury  Foster  powinien  odpoczywać,  wyłaniał  się  niepostrzeżenie  zza 

metalowych drzwi, mrożąc wszystkich sardonicznym, pozbawionym wesołości śmiechem. Załoga „ĆMY”  nie znała, więc dnia 

ani godziny. Przypominało im to o obowiązku trzymania  się w karbach. Wspaniały sposób na zachowanie dyscypliny. Charon 

też nie miał nic przeciwko temu. Zaspane umysły były łatwiejsze do spenetrowania; we śnie mechanizmy obronne człowieka są 

przytłumione – byle sugestia  może nabrać rangi rozkazu. Dzięki swojej technice  Gubwa mógł wślizgiwać się do ich myśli jak 

do nie zamkniętych pokoi, zamieszkując je  i urządzając według własnego gustu. Zostawił tam kiełkujące  ziarna, które na jego 

polecenie,  już  na  jawie, mogły szybko wydać  owoce. Gdyby  chciał, ludzie  zachowywaliby  się  jak  roboty  i  wypełniali jego 

polecenia. W ten sposób kierował pilotem, teraz miał zamiar wypróbować swą siłę na dowódcy „ĆMY”.

Był to  hipnotyzm pierwszej wody, zdolność sterowania  człowiekiem. W normalnym stanie  ofiara  nie zaakceptowałaby 

swego postępowania. Dzisiejszy test na tym właśnie polegał; tak pokierować  umysłem Gary’ego Fostera, aby zachowywał się 

w sposób całkowicie  odmienny, burząc fundamentalne  zasady. Gubwa chciał się przekonać, czy ten człowiek zdobyłby się na 

przyciśnięcie czerwonego guzika, czy był do tego gotów.

Wśliznął się  do śpiącego umysłu kapitana  podczas jego zwyczajowej popołudniowej drzemki. Nie było w niej żadnych 

snów, jedynie wszechobecna świadomość przebywała  w skrzyni z szarego metalu prującego oceaniczne głębiny, w olbrzymiej 

samokontrolującej się maszynie z napędem atomowym. Gubwa dołączył tam swoją informację.

–  NA  ZEWNĄTRZ  PANUJE  CHŁÓD,  OKROPNY  CHŁÓD.  ZNAJDUJEMY  SIĘ  TRZYSTA  MIL  OD  KOŁA 

POLARNEGO,  NA  OBRZEŻACH  MORZA  BARENTSA,  SPOKOJNIE  SPOCZYWAMY  NA  DNIE  OCEANU.  DO 

MOSKWY JEST 1300 MIL. TO NIE SĄ ĆWICZENIA.

OGŁOSZONO CZERWONY ALARM. NA CAŁYM ŚWIECIE. ĆWICZYŁEŚ TO WIELE RAZY, GARY.

TERAZ  MOŻESZ  TYLKO  CZEKAĆ.  CZEKAJ  NA  TYM  OBSZARZE.  TWÓJ  RADIOOPERATOR  WŁAŚNIE 

OTRZYMAŁ WIADOMOŚĆ. JEST ŚMIERTELNIE BLADY...

Foster jęknął i obrócił się na koi. Kropelki potu zrosiły jego czoło. Zamruczał coś niezrozumiale, ale we śnie jego słowa 

były ostre i pełne napięcia.

– Co jest, Carter?

–  Rosyjskie  bombowce  znajdują  się  tuż  przed  naszą  strefą  powietrzną.  Inne  nadlatują  nad  Kanadę.  Amerykańskie 

samoloty są jeszcze w bezpiecznej strefie. I... I...

– Tak? No dalej, Sparks, co dalej?

– Musimy zapoczątkować operację NUCAC 7 – wykrztusił Carter.

NUCAC 7: pierwsza faza ataku nuklearnego! Następnie NUCAC 8, 9... i w końcu 10. 10 oznacza odpalenie rakiety!

„Nie wierzę” – Foster myślał gorączkowo. Musiał jednak zdecydować.

– Wszystkie stanowiska przygotować się. NUCAC 7. Następne fazy w gotowości. Potwierdzić – wydał komendy.

Drugi  oficer,  Mike  Arnott,  skinął  głową.  NUCAC  wymagał  ich  wspólnego  działania.  Pozostawienie  takiej  akcji 

w rękach jednego człowieka byłoby zbyt niebezpieczne. Niewyobrażalnie niebezpieczne.

– Rozmowy między Moskwą i Waszyngtonem zerwane! – krzyknął Carter.

Kod  uruchomił  operację  NUCAC 7. Podwójne  czerwone  lampy  sygnalizacyjne  zaczęły  pulsować  na  ścianie, komory 

zostały otwarte. Foster wyciągnął pęk niewinnie wyglądających kluczy. To samo zrobił Arnott.

W rogu pomieszczenia nawigacyjnego stała kabina NUCAC, nieco większa od budki telefonicznej, miała przyciemnione 

szyby, a jej metalowe drzwi zabezpieczały plomby.

Foster i Amott podeszli do niej, włożyli swoje  klucze  w dwa otwory znajdujące się  w przeciwległych krańcach  drzwi 

i przekręcili jednocześnie. Trzasnęły plomby, zapalając we wnętrzu kabiny światło. Kapitan odciągnął zasuwę.

Weszli do środka i usadowili się na fotelach naprzeciw siebie.

Dzielił ich pulpit z dużym ekranem pośrodku. Foster  zatrzasnął drzwi. Na zewnątrz, w dyspozytorni, Sparks przełączył 

nadajnik, dając im dostęp do wszystkich sygnałów radiowych.

– DOBRA! – zawołał Gubwa, zafascynowany rozwojem wypadków snu.

– Dobra? Do diabła, nie widzę w tym niczego dobrego! – warknął kapitan, patrząc na Arnotta.

Tamten tylko tępo gapił się przed siebie. Obaj nałożyli słuchawki.

– NUCAC 8 – powiedział Gubwa.

– O rany! – Foster zasyczał przez zaciśnięte zęby. – Nie wszystko naraz!

Prawie  automatycznie nacisnęli bliźniacze  klawisze. Teraz komputer  kodował wiadomość. Przed  ich oczami ukazał się 

obraz złożony z czerwonych i niebieskich liter. Gubwa był teraz  głosem z zewnątrz. Próbował odmalować  chaos i szaleństwo, 

które rzekomo zawładnęły światem.

– SIEDEM CZERWONYCH BOMBOWCÓW USZKODZONYCH I STRĄCONYCH NAD MANITOBĄ. SATELITY 

DONOSZĄ O WZMOŻONEJ AKTYWNOŚCI WOKÓŁ WYRZUTNI W ROSJI I W KAZACHSTANIE.

Brian Lumley - Psychosfera

5 / 61

background image

FRANCUSKI  SILOS  USZKODZONY  PRZEZ  SABOTAŻYSTÓW.  PARYŻ  ZBOMBARDOWANY  BRONIĄ 

NUKLEARNĄ! W ROSJI ODPALONO RAKIETY! TAK SAMO W USA! RAKIETY CRUISE ZOSTAŁY WYSTRZELONE 

W KIERUNKU ROSJI Z TERYTORIUM EUROPY!

BOMBY ATOMOWE ZRZUCONO NA LONDYN!

– To niemożliwe, niemożliwe – szeptał wciąż Foster.

– NUCAC 9 – powiedział Gubwa.

– Nie! – wykrzyknął kapitan. – To jakaś pomyłka! To musi być pomyłka! Pierwsi byśmy o tym wiedzieli. Tam na górze 

wysadzają świat w powietrze – bombowce, rakiety balistyczne, cruise – a my jesteśmy dopiero w fazie NUCAC 9?

Pot ściekał mu po twarzy, przyklejał koszulę do pleców. Na zewnątrz, na koi, jego ciało miotało się bezsilnie.

– NUCAC 10 – powiedział Gubwa.

– Już prawie  koniec, kapitanie. – Arnott wypowiedział ostatni kod do komputera. Mały kawałek metalu zabezpieczający 

przycisk  odskoczył  tuż  przy prawej  ręce  Fostera.  Na  wielkim, czerwonym  przełączniku  widniały dwa  napisy: wł wył;  wł  – 

wył...

– Kapitanie?

– NUCAC 10 – warknął Gubwa.

Foster na moment przykrył ręką wyłącznik, a po chwili gwałtownie wstał i chwycił Arnotta za gardło.

– To sen! – bełkotał. – Sen, koszmar. Tak, na pewno sen...!

– NUCAC 10! – Gubwa miażdżył umysł Fostera.

Cała kabina NUCAC zaczęła topnieć jak rozgrzany wosk.

Nadchodziło przebudzenie. Pomimo wysiłków Gubwy Foster wyzwalał się. Sen był zbyt koszmarny, musiał...

– Muszę się obudzić!

– NIE!

– Muszę!

Porażka! Gubwa był wściekły. Popełnił jakiś błąd. Nie przygotował się dostatecznie.

Foster już  prawie się obudził. Jego umysł był skołatany, nie całkiem jeszcze przytomny. Nie nadawał się już do ćwiczeń 

Charona Gubwy. Gimnastyka dobiegła końca. Pan Zamku wyszedł z umysłu kapitana „ĆMY”. Dokładnie w tym momencie, na 

Rodos, Garrison zobaczył olbrzymiego rekina...

– Kapitanie! Kapitanie Foster! Gary!

Ktoś krzyczał. Był to głos Arnotta – zdławiony, zduszony.

Foster poczuł, jak ktoś uwalnia się od jego uścisku. Pękała ostatnia nić łącząca go ze światem snów. Ostatni punkt planu 

Gubwy spalił na panewce, kiedy kapitan poczuł ból, uderzając rękoma w ścianę kajuty... Ktoś przytrzymał go mocno.

Potrząsnął głową i spojrzał mętnym wzrokiem na dwóch członków załogi gapiących się na niego.

– Co u diabła?...

Następnie popatrzył na siebie. Drżał cały. Miał na sobie luźną piżamę przesiąkniętą potem! Teraz już wiedział: chciał się 

przespać godzinkę, może trochę dłużej.

Mike Arnott siedział za stołem, masując szyję. Kapitan zbliżył się niepewnie do drugiego oficera.

– Mike, co się...?

– Niech raczej pan mi to  wyjaśni, sir  – odparł tamten twardo. – Pojawił się  pan tutaj jak duch jakąś minutę temu. Coś 

pan mamrotał. Nie wiem co. Usłyszałem wyraźnie tylko jedno słowo – NUCAC – a następnie złapał mnie pan za gardło!

– Złapałem pana? Ma pan teraz wachtę?

– Naturalnie – odrzekł Arnott.

– I nie wydarzyło się nic... niezwykłego? Żadnych sygnałów?

– Tylko... hm, to! Reszta bez zmian. – Chwycił kapitana za dłonie i przytrzymał je. – Gary, co się stało?

– Gdzie jesteśmy? – Foster zerknął na przyrządy i westchnął z ulgą. – Dzięki Bogu!

– Co się w ogóle stało? Śniło ci się coś?

– To jedyne wytłumaczenie. – Prawie upadł na krzesło. Tam był... NUCAC 10!

Mike uniósł brwi. Skinął na marynarzy.

– Wy dwaj, zaczekajcie na zewnątrz. – Wyszli. – Sir, ale miał pan zabawny sen. To zrozumiałe na tym stanowisku, ale... 

Czy nie za ciężko pan pracuje?

– To niczego nie tłumaczy, tak myślę. Nie martw się, panuję nad sobą. Ale... Nie chcę, by to się rozniosło. Porozmawiaj 

z tymi dwoma, dobrze? – Wskazał w kierunku włazu.

– Oczywiście.

– W porządku. A teraz  lepiej  się  przebiorę – powiedział Foster. W drodze  do  swojej kajuty  pomyślał, że  porozmawia 

z lekarzem, kiedy tylko „ĆMA” zawinie do Rosyth, a potem pójdzie do jeszcze jednego lekarza.

Powracając  do  swego  stanu  świadomości,  Gubwa  nie  powinien  był  napotykać  żadnej  przeszkody  w  Psychosferze, 

a jednak coś się włączyło.

Coś znajdowało się bardzo blisko, prawie wpadło na niego. Nie prawdziwy kontakt, ale świadomość. Gubwa odebrał to 

jednak jak zderzenie. Dwie siły stojące ze sobą twarzą w twarz, cofające się przed sobą... Zerwał się na równe nogi.

Jeśli wcześniej był wściekły, teraz to uczucie zwielokrotniło się. Co to było? Kto?

Oczywiście  w  Psychosferze  przebywały  także  inne  umysły;  Psychosfera  to  kwintesencja  ludzkiej  inteligencji.  Ale 

większość tych umysłów nie miała o niej pojęcia, tak jak ptak nie zdawał sobie sprawy z istnienia nieba.

Ten jednak umysł doskonale zdawał sobie z tego sprawę, tak się przynajmniej wydawało. I na tę myśl Gubwa poczuł...

Strach? Być może.

Pan Zamku wiedział, że  Rosjanie  mają swoich telepatów, podobnie  jak Amerykanie. Mają kilku posiadaczy „surowych 

talentów” ESP, ale wszyscy są amatorami w porównaniu z Gubwą.

Pięćdziesiąt procent ich  wiedzy wzięło się  z intuicji. Polarnych  łodzi podwodnych nie  można  było  wykryć  metodami 

Brian Lumley - Psychosfera

6 / 61

background image

konwencjonalnymi,  zatem  spotkał  się  z  nim  jakiś  rosyjski  umysł,  może  amerykański.  A  ponieważ  było  to  spotkanie 

nieoczekiwane, stracił panowanie nad sobą.

Gubwa  pomyślał,  że  USA i  ZSRR, a  przynajmniej jedno z  tych  państw, poczyniło  duże  postępy w  treningu  tajnych 

agentów, telepatycznych szpiegów i trzeba się temu dokładnie przyjrzeć.

Teraz jednak miał inne zmartwienie. Foster pozbył się jego „opieki” i odmówił wciśnięcia czerwonego guzika.

W przypadku prawdziwej akcji zareagowałby oczywiście właściwie. Charon chciał mieć  jednak absolutną  pewność, że 

żaden  z trybików nie  odmówi mu  posłuszeństwa. Należało  stworzyć  scenariusz  doskonały. Foster  bowiem mógłby odmówić 

i to zakończyłoby sprawę w sposób niepożądany.

Pan Zamku zaklął siarczyście. Jeśli nie potrafił pokierować jednym umysłem Fostera, w jaki sposób mógłby skłonić do 

działania  w  tym  samym  czasie  drugiego  oficera?  Rządowi  Jej Królewskiej Mości  należała  się  pochwała  za  stworzenie  tak 

doskonałego systemu  zabezpieczeń!  Cóż, trzeba  spojrzeć  prawdzie  w  oczy. „ĆMA”  nie  wchodziła  w  grę. Także  inne  łodzie 

podwodne były bezużyteczne.

Jakiś  okrutny  grymas  zagościł  na  twarzy  Gubwy.  Uśmiechnął  się  i  przeklinał  dalej,  przeklinał  swoją  głupotę. 

Najprostszy sposób jest zawsze najlepszy. Po co  starać  się kontrolować  dwa, trzy czy sześć umysłów, kiedy  można po prostu 

opanować umysł kontrolujący tamte?

„ĆMA” otrzymuje polecenia przez radio, prawda? A nadawcą jest tylko jeden człowiek. Jeden umysł! Zaśmiał się.

Jasne, że tak....

... Admirał!

ROZDZIAŁ TRZECI

Rudowłosa  Vicki  Maler,  cudowna  złotooka,  jeszcze  niedawno  była  martwa  i  spoczywała  zahibernowana  w  Zamku 

Zonigen  w Alpach  Szwajcarskich. Została  jednak  przywrócona  do  życia  za  sprawą  woli  swego  kochanka, Richarda  Allana 

Garrisona. Stała teraz przy jego łóżku, patrząc, jak wije się w koszmarnym śnie. Nie chciała go budzić, mimo że wstrząsały nim 

spazmatyczne  drgawki  i  krople  potu  pojawiły  się  na  jego  twarzy.  Nikt  nie  mógł  być  pewien  nastroju  Richarda  po  takim 

przebudzeniu. Już nie.

Były  to  myśli  Vicki;  tak  prywatne, świeże  i  oryginalne  jak  nigdy  w  jej  pierwszym  życiu  (lub  –  jak  o  tym  myślała 

„wcześniej”), zanim gwałtowny atak choroby  doprowadził do  bolesnego  końca. A ponieważ  była  inteligentna  i wiedziała, że 

Garrison jest sprawcą jej wskrzeszenia, reinkarnacji, fakt odrzucenia jego autorytetu zadziwił ją samą. On nie tylko wskrzesił 

jej  umysł,  ale  także  pozbawił  ciało  trawiącej  je  choroby.  Mówiąc  krótko  –  znów  stała  się  sobą,  a  właściwie  należała  do 

Garrisona. Nie zostawił cienia wątpliwości, co do jej losu, gdyby coś mu się przydarzyło. Musiałaby powrócić do poprzedniego 

istnienia, którego  krucha powłoka  rozpadłaby się  w proch i pył, jak mumia  w zetknięciu z promieniami słonecznymi. O tak, 

światło życia Vicki wydawało się jarzyć mocno, jednak Richard był władcą tego światła. A jeśli on przestałby funkcjonować...

Jako nastolatka, Vicki zaczytywała się książkami Edgara Allana Poe, Howarda Philipsa Lovecrafta i Oskara Wilde’a.

Doskonale pamiętała straszliwy upadek pana Waldemara i doktora Munoza. Gdyby Garrison umarł, historia mogłaby się 

powtórzyć. Lecz Vicki była raczej skłonna porównywać go z Dorianem Greyem. Nie dlatego, żeby miał potworne  wady, tego 

nie można mu było zarzucić, ale... zdarzały mu się różne rzeczy... Rzeczy...

Miała przeczucie, że powinna być wdzięczna losowi, ale i tak wolała pamiętać Garrisona z „wcześniejszego” życia.

Wtedy był po prostu... Garrisonem.

Dziwne, pomimo tego, że czuła  się  taką  samą  osobą jak dawniej, miała wrażenie, jakby... Tak, jak po  reinkarnacji. No 

cóż,  osiem  lat  minęło  bez  jej  udziału.  Leżała  wtedy  w  Zonigen,  a  dla  Richarda  były  to  realne  lata,  przeżyte  w  pełnej 

świadomości.  Bardzo  dziwne  lata. Co  więcej,  ciało  Vicki  zachowało  kondycję  sprzed  lat.  Właściwie  odrodziła  się  w  ciele 

młodszym niż to, które zapamiętała.

Wzdrygnęła się na samo wspomnienie.

Łuska. Skorupka  przetykana  bólem. Umęczone ciało. Jego trucizna  zmąciła  i rozogniła  krew, roznosząc żar  i komórkę 

po komórce zmieniając w potworną mutację. Ciało wypełnione po brzegi rakiem. Ból. Potworna agonia!

Pamiętała nie  tylko przyczynę  swej śmierci (bo przecież  zmarła), ale także  samą Śmierć. Znała jej pocałunek, okrutnie 

zaciskające się kościste palce Ponurego Żniwiarza, jego żelazny uchwyt. Białe i zimne palce parzyły jak ogień, jak kwas.

Śmierć. Okrutny Starzec. Najstarszy starzec świata. Nieśmiertelny. Nieśmiertelny i... bezlitosny.

Oczywiście  w najboleśniejszych dniach agonii czuła, że komuś to sprawia przyjemność. Jeśli nie, dlaczego musiała tak 

cierpieć? Jeśli świat opiera  się  na  przeciwnościach,  na  jednej  szali leży cierpienie, a  na  drugiej radość. Vicki  jednak w  tym 

przypadku zaśmiała się ostatnia. Nieśmiertelna musiała  najpierw  pokonać  drugiego nieśmiertelnego. Starzec musiał czekać na 

upadek Richarda Allana Garrisona, a Garrison nie zamierzał umierać.

Wymamrotał  coś  przez  sen, a  po  chwili obrócił się  na  plecy. Najgorsze  już  minęło, pot wsiąkł w  jego  piżamę. Vicki 

przysłuchiwała się na wpół zrozumiałym pomrukiwaniom.

Śnił  mu się  Schroeder  i  Koenig. Wzdrygnęła  się  znowu i  przyjrzała  jego twarzy, która  teraz  wydawała  się  spokojna, 

pełna rezygnacji. Ale pod tymi zamkniętymi powiekami...

Vicki  wyprostowała  się  i  podeszła  cicho  do  lustra.  Złoty  kolor  oczu  harmonizował  z  żółtym  poblaskiem  ramy, 

odbijającej promienie  zachodzącego słońca. Zastanowiły  ją  te  złote  oczy –  niegdyś była  niewidoma  –  teraz  przywrócone  do 

życia za  sprawą Richarda. Tak jak jego oczy oślepione wybuchem odrodziły się, przybierając postać złotych kręgów. Widziały 

więcej, o wiele więcej, niż może zobaczyć zwykły śmiertelnik.

Garrison czynił cuda. Jego moc była bliska... nieskończoności. On sam nie znał – nigdy tego nie sprawdził – zasięgu czy 

ograniczeń swoich możliwości. Na ten temat panowało między nimi chorobliwe milczenie.

Vicki znów spojrzała na Richarda. Zachowywała się nerwowo, niezgrabnie.

Czyż  to nie  dar  boży? Moc  czynienia cudów? A jeśli tam, w górze, istniał Bóg, dlaczego miałby nagradzać  Garrisona 

czy jakąkolwiek ludzką istotę? Czyż nie panowali inni o podobnej mocy. Stare legendy? Merlin i wielcy czarownicy?

Brian Lumley - Psychosfera

7 / 61

background image

Myśli Vicki stawały się  bluźniercze. A Jezus? On także  przywracał wzrok niewidomym, wskrzeszał zmarłych, chodził 

po wodzie.

Cuda Chrystusa służyły jednak dobru. Cuda Garrisona bywały czasami... inne.

Vicki zmieniła temat swoich rozmyślań. Decyzja wyruszenia nad Morze Egejskie została podjęta, jak większość decyzji 

Garrisona, na gorąco. Jego pilot przebywał na wakacjach, nie był więc łatwo uchwytny. Richard musiał zatem wynająć załogę, 

aby zawiozła ich na  lotnisko Rodos. Był jeszcze  inny sposób podróżowania, bardziej ezoteryczny, ale w jego świecie kontroli 

paszportowych, gdzie „cuda” wywołują  raczej mieszane  uczucia, wybrał bardziej kłopotliwą  mówiąc  jego  słowami – metodę 

„lotu mechanicznego”.

Dom,  który  wynajęli  w  Lindos,  składał  się  w  rzeczywistości  z  trzech  połączonych  willi  z  osobnym  podwórzem. 

Zajmowali tylko  jedno z pomieszczeń, pozostałe  były puste. Jadali na  zewnątrz, z jednym tylko wyjątkiem  – kiedy  Garrison 

przyrządził  dwie  szare  ryby upolowane  własnoręcznie  kuszą  wodną. Był  świetnym  pływakiem  i  harpunnikiem. Nauczył  się 

tego  podczas  trzech  słonecznych  lat  w  Żandarmerii  Wojskowej  na  Cyprze.  Jednak  tutaj,  w  Lindos,  szybko  stracił 

zainteresowanie  sportem.  Zauważył, jak  mało  wysiłku  w  to  wkłada  –  żadnego  dreszczu  emocji,  bowiem  może  po  prostu 

nakazać rybom nadziewać się na harpun.

Życie  upływało im więc beztrosko. Spędzali razem leniwe, gorące  dni i ożywcze noce, popijali niezgorsze wino i tanie 

brandy. Ale  nawet  tutaj,  w  idyllicznym Lindos  – z  białym labiryntem krętych  uliczek, wieżami  kościołów i  kotłującymi  się 

kotami – nawet tutaj nie czuli się w pełni zrelaksowani.

Problem ten, podobnie jak większość ich problemów, miał źródło w multiosobowości Garrisona.

Zwykle  Schroeder  i  Koenig  zajmowali  tylne  siedzenia  w  świadomości  Richarda,  ale  w  najmniej  oczekiwanym 

momencie  potrafili  przepychać  się  na  miejsce  kierowcy.  Vicki uważała,  że  robi  to  zbyt  często  i  zbyt  gwałtownie. Ta  myśl 

przypomniała jej o incydencie, który miał miejsce wczoraj.

Po śniadaniu na patio Garrison zaproponował Vicki spacer. Skierowali się ku osłoniętej zatoczce  pełnej żółtego piasku. 

Czując  przedpołudniowy  żar,  usiedli  na  płaskich  kamieniach,  tuż  nad  grzebieniastymi  skałami  sięgającymi  wzwyż,  ku 

potężniejszej,  tworzącej  niszę  opoce.  U  ich  stóp  rozpościerały  się  kapustoliściaste  rośliny  z  małymi  żółtymi  kwiatkami 

przypominającymi pierwiosnki i zielonymi dwucalowymi owocami, zwisającymi ciężko na pojedynczych gałązkach.

Kiedy siadali, Richard potrącił nogą jeden z owoców, a ten natychmiast wydał z siebie dziwny odgłos, odpadł od gałązki 

i szukając  sobie  drogi pomiędzy szerokimi liśćmi, spadł na  ziemię. Garrison odskoczył na  bok, nie  na tyle  jednak  szybko, by 

uniknąć ochlapania sokiem.

– Powinieneś wytrzeć  sobie  rękę  –  powiedziała  Vicki zaniepokojona. – Ten  sok jest  żrący  czy trujący, nie  pamiętam. 

Gdzieś o tym czytałam.

Richard powąchał nadgarstek, zmarszczył nos i uśmiechnął się szeroko.

– Szczyny! – prychnął i starł chusteczką pochlapane miejsce.

Vicki  zaśmiała  się  serdecznie. Taki  był  Richard  naprawdę.  Ten  sam  Richard,  którego  kochała  wcześniej. Naturalny 

i beztroski.

Para młodych Greków obrała tę samą drogę przez plażę i kierowała się w ich stronę. Ani Vicki, ani Garrison nie zwrócili 

na nich uwagi. Młodzi wyglądali tylko trochę poważniej niż dzieciaki. Mieli po piętnaście, szesnaście lat. Poza tym, jak dotąd, 

większość mieszkańców Lindos była bardzo przyjacielsko usposobiona do przyjezdnych.

Richard i Vicki chcieli uciec od gwaru, pośpiechu  i nerwowego życia, które  szczególnie ostatnio dały im się we znaki. 

Wakacje  stanowiły  moment,  w  którym  Garrison  mógł  zastanowić  się  nad  przyszłością,  nad  swoją  mocą  i  sposobem  jej 

wykorzystania. Czuł, że energia przechodzi przez niego jak piasek przez olbrzymią klepsydrę.

Vicki milczała zadowolona z tej odrobiny przeszłego życia. Siedziała obok zrelaksowanego i spokojnego towarzysza aż 

do  chwili, kiedy  usłyszała  grzechot  otoczaków  i  niezgrabne  –  człap, człap, człap –  oznajmiające  przybycie  dwóch greckich 

chłopców. Słysząc to, westchnęła.

Wiedziała, dlaczego za  nimi szli, i wcale nie była z tego zadowolona. Jej opalone na brąz zachwycające ciało przyciąga 

jak magnes okoliczną młodzież. Vicki czuła się  rozdrażniona z tego powodu. Była dość  skąpo ubrana, miała  na sobie  zieloną 

górę  od  kostiumu, szorty  i  białe  sandały.  Pomyślała  jednak, że  chłopaczkowie  ci  mogliby  znaleźć  sobie  do  flirtów  kogoś 

w swoim wieku. Pomimo początku sezonu miasteczko roiło się od dziewcząt: Angielek, Niemek, Włoszek, Skandynawek. Ale 

być może chłopcom wydawało się, że Vicki i Garrison będą robić coś więcej, niż tylko siedzieć na plaży w cieniu skał?

Także Richard dostrzegł ich przybycie  i uśmiechnął się dobrodusznie. Od razu odgadł, w jakim celu tu przyszli, a jedno 

zerknięcie w ich myśli potwierdziło przypuszczenia.

„Cóż, chłopcy to tylko chłopcy, nie należy się uskarżać” pomyślał. Ale kiedy usiedli obok, bez żenady gapiąc się na jego 

piękną towarzyszkę i wskazując ją palcem, uśmiech momentalnie zniknął z jego twarzy.

Jeden z tych umysłów  był wyjątkowo odrażający, pełen zwierzęcej żądzy. W myślach chłopaka Garrison znalazł obraz 

napaści na Vicki. Ociekający potem atak, brutalny i bezwzględny. Nie były to tylko fantazje, ale wspomnienia czegoś, co miało 

miejsce dawniej. Teraz jednak dopadł nową ofiarę – Vicki. Młodzieniec dokonał w przeszłości niesłychanie okrutnego gwałtu!

Twarz Garrisona stężała i nabrała ponurego wyrazu. Powoli podniósł się z miejsca i objął dziewczynę.

– Starszy chłopak jest gwałcicielem! – wyszeptał.

–  Co  takiego?  Skąd  możesz...  –  Vicki  zaprotestowała  i  momentalnie  umilkła.  Zdała  sobie  sprawę,  że  Richard  zna 

prawdę.

– A kiedy  nie  może  tego  zrobić, zadowala  się  myślami o tym. –  Jego głos  stał się  chrapliwy. –  Z tobą!  – Wykrzywił 

twarz w grymasie furii i zbladł.

Wiedziała, że pod ciężkimi okularami złote oczy Garrisona płoną.

– Chodź – powiedział Richard. – Wir gehen!

Wyprowadził ją na drogę poprzez  gęste krzewy, omijając głazy i kamienie. Vicki, drepcząc za  nim, poznała prawdziwy 

strach. Garrison zmienił się. Zdradzał to nawet jego głos, ostry i obcy. I te słowa wypowiadane po niemiecku...

Richard  stanął, nabrał powietrza  w  płuca  i  przyciągnął  Vicki do  siebie. Zatopił  palce  w  jej boku.  Spojrzał  za  siebie 

Brian Lumley - Psychosfera

8 / 61

background image

i...twarz jego...

– Schroeder! – wyszeptała Vicki.

Jej  towarzysz  zmarszczył  brwi.  Posłał  spojrzenie  w  kierunku  chłopców.  Na  twarzy  starszego  zagościł  nieprzyjemny 

uśmieszek.

– Świnia! – powiedział Garrison-Schroeder, ale słowo to zabrzmiało w uszach Vicki jak „schwein”. Instynktownie czuła, 

że dokładnie przyjrzał się myślom chłopaka.

– Richard – uczepiła się jego ramienia. – To nie twoja sprawa.

– To musi być  czyjaś  sprawa!  –  odpowiedział jej  ostro. – Ty jesteś  moją sprawą, a ten  skurwiel  myśli o tobie  w taki 

sposób! Trzeba dać mu nauczkę. – Znów zmarszczył brwi w gniewie.

W tym momencie Vicki usłyszała krzyki wyrostków. Podążyła wzrokiem za spojrzeniem Garrisona-Schroedera...

I  ze  zdumienia  omal nie  zemdlała. Młodszy  Grek  gorączkowo  starał  się  wspiąć  na  urwisko. Starszy  stał  jak  wryty. 

Wokół niego rośliny po prostu oszalały!

Był  to  obraz  szaleństwa  i  rozpaczy,  scena  jakby  z  zamierzchłej  przeszłości,  kiedy  flora  przewyższała  drapieżnością 

faunę. Roślina  wiła  się  i  kotłowała, strzelając  długimi łodygami  w  kierunku  ofiary.  Dźwięk pękających nasion  przypominał 

serię z karabinu maszynowego. „Kule” uderzały z zabójczą precyzją w przerażonego Greka, który machał rozpaczliwie rękami, 

bezskutecznie starając się  osłonić  przed atakiem. Wtedy, w końcowym szaleństwie  –  ostatnim  akcie  przemocy rośliny –  cała 

zielona ścieżka wystrzeliła swój ładunek prosto w głowę ofiary.

Wyrostek wrzasnął i zakrył rękami twarz. Jego skóra, włosy, cała górna część ciała pokryta była sokiem rośliny.

Grek zaczął wirować w nienaturalnym dance macabre.

– Nie! – krzyknęła Vicki. – Nein! Richard! Nein!

Spostrzegła na  twarzy swojego towarzysza coś należącego do Richarda Garrisona  i niknący obraz Thomasa Schroedera, 

ale głównie – tępą nieustępliwość Willy’ego Koeniga.

Jego bezwzględna natura wyszła na światło dzienne.

–  Jak  sobie  życzysz  –  odrzekł  Garrison-Koenig.  –  Oczywiście  masz  rację,  Vicki.  My  wiemy,  co  znaczy  być 

niewidomym, prawda? Ale... – Jeszcze raz spojrzał na przerażonego młokosa.

Rośliny obumarły. Suche, poskręcane, czarne  i cuchnące. Ich smród dotarł do Vicki i Garrisona  wraz  z morską  bryzą. 

Grek przerwał okrutne pląsy; stał niepewnie i zawodził.

Wciąż  zasłaniał  rękoma  twarz. Po  chwili  opuścił  je,  wodząc  wokół  nieprzytomnym  wzrokiem.  Ból  minął. Chłopak 

zaczął się histerycznie śmiać. Ale tylko przez chwilę.

–  To  lekcja  –  powtórzył  Garrison-Koenig  i  w  tej  samej  chwali  Grek  wytrzeszczył  oczy,  jakby  miały  mu  wypaść 

z oczodołów. Zaskowyczał, zgiął się w pół, chcąc ochronić krocze, i runął na gnijące rośliny. Leżał na ziemi w spazmatycznych 

drgawkach.

Garrison wspiął się na ścieżkę i skierował ku wsi. Vicki biegła za nim.

– Richard, ty chyba nie...?

–  Nie.  Nie  obawiaj  się  –  odpowiedział  na  jej  niedokończone  pytanie. –  Nie  zmiażdżyłem  ich, tylko  kopnąłem. Taki 

rodzaj „wiecznego kopa”.

– „Wiecznego kopa”? – Dogoniła go i złapała za rękę.

– Po prostu otworzyłem mu taką zapadkę w mózgu. Od tej chwili, jeżeli popatrzy albo pomyśli o kobiecie w ten sposób, 

poczuje się tak, jakby ktoś urywał mu jaja!

– Ale w rezultacie to prowadzi do...

–  Do  kastracji, chciałaś  powiedzieć? Jasne! Ale  to małe  piwo  w  porównaniu  z  tym, co  bym zrobił, gdybyś mnie  nie 

powstrzymała.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Tak było  wczoraj. Po  powrocie  do domu  Garrison znów stał się  sobą, przynajmniej  na  tyle, na  ile  potrafił. Pozostała 

jednak cecha charakterystyczna dla Schroedera i Koeniga: gwałtowna skłonność do irytacji.

Vicki świadoma  dwoistości, czy też  raczej troistości charakteru doktora  Jekylla  i dwóch panów  Hyde, poradziła  sobie 

z tym problemem starym wypróbowanym sposobem. Po prostu zaćmiła jego umysł butelką najtańszej brandy!

Dziwne, jak to  działało  na  niego, chociaż  może  nie  tak bardzo  dziwne... To  wierny  kompan  Richarda  z  wojska  – od 

chwili inicjacji na  Cyprze, gdzie  zwyczajowo po  grze  w „trzy karty”  jednogwiazdkowa  brandy była  wszystkim, na co mogli 

sobie pozwolić. W ten oto sposób polubił ją i cenił ponad wszystko.

Z drugiej strony, za tym byle jakim trunkiem nie przepadał Thomas Schroeder, który miał zawsze wyszukany gust.

Także  Koenig,  urodzony  obciągacz  sznapsa  (oprócz  takich  chwil,  kiedy  mógł  wypić  dosłownie  wszystko),  nie  był 

zachwycony wyborem Garrisona.

Jak  przypuszczała Vicki, brandy działała na  zasadzie stabilizatora: pomagała  Garrisonowi zostać w swojej skórze; czy 

raczej  –  pomagała  „skórze”  zostać  z  Garrisonem.  Z  tego  względu  Lindos  okazało  się  bardzo  pomocne,  ponieważ  dawny 

Richard pokochał  kraj  śródziemnomorski  od  pierwszego  wejrzenia. Trzecim ważnym  elementem  (lubiła  myśleć  o  nim jako 

o najważniejszym) był seks.

Mimo, że ich wcześniejszy romans trwał krótko, zdążyli się dobrze poznać. Zapamiętała jego zachcianki i w dwa lata po 

„wskrzeszeniu”  była  jego  ekspertem.  Nigdy  żadna  kobieta  nie  znała  pod  tym  względem  Garrisona  lepiej  niż  ona. Co  do 

Koeniga i Schroedera, trzeba przyznać, że nie wtrącali się do tych spraw, pomimo całkowicie odmiennych upodobań.

Oczywiście z tego powodu była bardzo zadowolona, ale, paradoksalnie, nie do końca. Miała pewność, że sam Garrison 

jest jej wierny, ale kiedy wychodziła na  wierzch jedna z jego alter  twarzy, unikał nocowania we  wspólnym łóżku; zwykle trzy 

lub cztery noce pod rząd. Dwa razy znalazła dowody odwiedzania „dam do towarzystwa” dla wyższych sfer, a raz dowiedziała 

się, że spotkał się z niejaką Miną Grunwald, niegdyś sekretarką Schroedera w Mayfair.

Brian Lumley - Psychosfera

9 / 61

background image

Problem... zazdrości Vicki polegał na tym, że  znała  lojalność  Schroedera w stosunku do niej, ale nie miała pewności co 

do  Koeniga.  Poza  tym  Garrison  stanowił  dominującą  część  tego  konglomeratu  trzech  osobowości.  Nie  oswoiła  się  jeszcze 

z myślą, że pozostałe „składniki” mogą  wykorzystywać jego ciało do swoich celów. Cóż, jedno wiedziała na  pewno; nie może 

żyć bez tego mężczyzny. Lub tak jak jej powiedziano...

Tak czy inaczej, sposób  znowu zadziałał – tania  brandy, jej ciało i wspaniała  atmosfera greckiej wyspy  – wszystko  to 

miało wyciszyć Garrisona i spowodować powrót jego własnego „Ja”.

O ósmej wieczorem zapragnął wyjść. Kolację  zjedli w najlepszej tawernie, gdzie pochłonął jeszcze trochę  miejscowej 

brandy, po czym poszli do dyskoteki i przetańczyli całą noc. Wracali do domu, kiedy gwiazdy bladły już na niebie.

Był bardzo zmęczony, zbyt zmęczony, aby zasnąć. Rozmyślał nad czymś gorączkowo. Pragnął omówić pewne sprawy.

Przebrani, ułożyli się na szerokim łóżku, aby rozmawiać i popijać kawę.

– Vicki – odezwał się po chwili Garrison – jak wiele ci powiedziałem, kiedykolwiek? Nigdy nie zadawałaś mi zbędnych 

pytań, nie byłaś natarczywa, ale ile ci naprawdę powiedziałem?

– O niektórych sprawach  mówiłeś, innych domyślałam się  sama. Po przebudzeniu, to znaczy od czasu  kiedy ożyłam, 

powiedziałeś mi mnóstwo. Nie musiałeś zresztą, nie słowami.

Sprawiłeś, że zrozumiałam bardzo dużo. Pamiętasz?

– O, tak. Byłem takim sobie bogiem, prawda? Mogłem po prostu przeniknąć do twojego umysłu i wyjaśnić ci wszystko.

Po raz pierwszy od chwili swego powtórnego narodzenia Vicki ogarnęło silne uczucie niepewności. Niesamowite, ale po 

raz  pierwszy  Richard  nie  był pewny  siebie. O  wszystkich  swoich  wyczynach  mówił  w  czasie  przeszłym:  „Byłem  bogiem. 

Mogłem ci wyjaśnić”.

– Twoja moc jest nadal potężna – odrzekła Vicki.

– Raczej demoniczna! Ale... Moja moc jest... bezpieczna.

– Bezpieczna?

– Nie czyni nikomu krzywdy, w każdym razie nie bardzo.

Nie do końca, z rozmysłem. Ale, Vicki... – chwycił ją za rękę.

– Ale kiedy używają jej oni...

– Och, Richard, wiem!

– Ale  nie  wiesz  wszystkiego. Niektóre  z  tych  rzeczy...trudno  pojąć. Oni  chronią  mnie,  chronią  aż  do  przesady.  Nie 

pozwalają prowadzić własnego życia, kierują moim ciałem.

Cholera, to nie jest moje własne ciało. Ono należy także do nich! – Nerwowo ścisnął palce dziewczyny.

– Jak to się stało? – zapytała w końcu. – To znaczy, od początku...

–  No  dobrze,  opowiem  ci  –  westchnął  Garrison.  –  Thomas  Schroeder  chciał  nieśmiertelności.  Był  ekspertem 

w  parapsychologii,  transmigracji  i  we  wszystkich  tych  sprawach.  W  1972  roku  przebywaliśmy  w  Irlandii  Północnej.  On 

podróżował  w  interesach,  ja  służyłem  tam  w  jednostce  wojskowej.  Od  pewnego  czasu  nawiedzał  mnie  ten  sam  sen  –  sen 

o bombach. Nic dziwnego, wielu naszym śniły się bomby. To część służby. Ale mój sen, moja zmora była inna. Nie znikała.

Przychodziła  noc  po  nocy. Ostrzegał  przed  czymś,  ale  nie  mogłem  ani  uciec, ani  uniknąć  tego  w  inny  sposób.  To 

pierwszy  objaw  moich  zdolności.  Pierwszy  sygnał  informacyjny  o  tym, że  mój  umysł  różni się  od  innych.  Bomba  ze  snu 

wybuchła. Uratowałem życie Schroedera, jego żony i dziecka. On został paskudnie poszatkowany, a mnie wybuch oślepił.

A później... No cóż, Schroeder zaczął myśleć o spłaceniu długu wobec mnie.

–  Miał ci wiele  do  zawdzięczenia. Pamiętam to, jakby  wydarzyło  się  wczoraj. Przyjechałeś do  Harcu, byłeś  z  siebie 

dumny, przystojniaczek w mundurze.

– Tak, pamiętam –  chrząknął. – Różne  rzeczy  miały wtedy miejsce. Schroeder  wiedział, że  umiera. Nie  zamierzał po 

zostać martwy, chciał się odrodzić. We mnie!

– To zainteresowanie tobą było, hmm, intensywne.

– Tak, intensywne – powtórzył Garrison. – No cóż, ja także interesowałem się nim i przyznaję, że zafascynował mnie.

Ale jednocześnie nie wierzyłem, że jest w stanie tego dokonać. To wydawało się zbyt nieprawdopodobne. Mogłem tylko 

umyć  ręce, to  wszystko. Ale... Schroeder  znalazł kozła  ofiarnego. Był nim niejaki Adam Schenk, przyjaciel Thomasa. To  on 

przepowiedział śmierć Schroedera, twoją także  i mnóstwo różnych rzeczy, między innymi to, że odzyskam wzrok; za sprawą 

Schroedera i Maszyny. Jakiej maszyny...? – Wzdrygnął się na to wspomnienie. – Nie wiedziałem, jeszcze nie...

Nieważne,  wiele  zdarzyło  się  tam,  w  Harcu.  Thomas  potrafił  sprawiać  niespodzianki.  Miał  na  przykład  maszyny 

testujące zdolności ESP. Przetestował mnie  i okazało się, że wynik  jest pozytywny, bardzo wysoki. Niewyobrażalnie wysoki. 

I dzień za  dniem przekonywałem się, że  można mi pomóc. Wszystkie  asy podawano mi na tacy. Byłem ślepy – zaoferował mi 

wzrok! Byłem kaleką – zaoferował mi pieniądze. Dużo pieniędzy. Byłem nikim – zaoferował mi pozycję i władzę. Jak mogłem 

mu odmówić?

– Nie mogłeś. – Vicki odpowiedziała za niego.

– I nie odmówiłem. Zawarliśmy...pakt. – Znów się wzdrygnął. – Tak po prostu, bez żadnych ceregieli. Uzgodniliśmy, że 

jeśli umrze  i coś zostanie  po nim, i odnajdzie mnie, ja  to przyjmę. Będzie mógł żyć  we mnie. W zamian miałem perspektywę 

odzyskania  wzroku;  a  tymczasem  udostępniono  mi  urządzenia  pozwalające,  jako  tako, pogodzić  się  z  kalectwem.  Miałem 

specjalne okulary działające jak radar i podobne bransolety. Miałem też Suzy. Moja kochana, wspaniała Suzy. Jest już stara, ale 

wciąż się nią opiekuję. Do diabła!

A czy ona się mną nie opiekowała?! – Przez chwilę uśmiech zagościł na jego ustach. – Jasne, że tak! No i Willy Koenig. 

On także się mną zajmował, tak jak Thomasem, swoim ukochanym pułkownikiem. – Garrison przestał się uśmiechać. – Tak jak 

opiekuje się nami nawet teraz. Niech go diabli!

– Richard – Vicki chwyciła go za rękę. – Oczywiście masz rację.

– Staram się żyć z nimi w zgodzie, ale przychodzi mi to z trudnością. Ostatnio coraz trudniej... – Znów dało się wyczuć 

niepewność w jego głosie.

– Co się dzieje, kochany?

Brian Lumley - Psychosfera

10 / 61

background image

Potrząsnął przecząco głową.

–  Pozwól, że  powiem ci  to innym  razem... Schroeder  uczynił  mnie  bogaczem,  zanim umarł. Po  jego  śmierci byłem 

niewiarygodnie  bogaty.  Jak  bardzo...?  Sam  nie  wiem. Widzisz,  od  powrotu  z  Irlandii  zaczął  inwestować  pieniądze,  które 

z  biegiem  lat  podwoiły  się,  a  nawet  potroiły.  Inwestował  na  całym  świecie.  Potrafił  z  bezwartościowego  świstka  papieru 

uczynić  wielomilionową  akcję.  I  teraz  to  wszystko  jest  nasze.  Moje,  Koeniga, Thomasa.  W  biurze,  w  Londynie,  pracuje 

trzydziestu  ludzi.  Pilnują  moich  interesów.  Przynajmniej  części.  Są  jeszcze  inni  w  Zurichu,  Hamburgu,  Hong  Kongu. Ale 

nigdzie  nikt nie  wie, ile mam naprawdę  pieniędzy. Nagle  otworzył się dla  mnie  świat interesu i nie  mogłem się temu oprzeć. 

Żadnego ryzyka. Przy  mojej zdolności ESP nie splajtuję. Byłem Midasem!  Czegokolwiek dotknąłem, zamieniało się  w złoto! 

I wtedy usłyszałem... usłyszałem o Maszynie. Tak zaczęło się moje spotkanie z Psychomechem.

– Pominąłeś coś, Richard – wtrąciła  Vicki. – Co z twoją żoną? Nigdy nie  mówiłeś mi o niej. Czy naprawdę tak  cię  to 

boli?

Potrząsnął głową.

–  W  ogóle  nie  boli,  nie  teraz.  Terri  była  częścią  przepowiedni  Adama  Schenka.  Bez  niej  nigdy  nie  odnalazłbym 

Psychomecha. Mogłaś zapamiętać coś nieprzyjemnego  o Terri i jej kochanku, ale wymazałem to z twojej pamięci. Wierz  mi, 

teraz to naprawdę bez znaczenia. – Znów zamilkł, aby wybuchnąć  po chwili: – Nieważne! Znalazłem Psychomecha. Maszynę 

zdolną zwiększać najskrytsze lęki człowieka do rozmiarów szaleństwa i następnie wspomóc go w walce z nimi. Doskonała dla 

współczesnej  psychiatrii.  Metalowy  scenariusz.  Pomyśl,  co  staje  się  z  umysłem  ludzkim  całkowicie  pozbawionym  lęków 

i  zahamowań?  Czy  taki  umysł  ma  jakiekolwiek  ograniczenia? A  jeśli  w  dodatku  posiadał  już  cechy  świadczące  o  energii 

psychicznej wykraczającej poza ludzkie wyobrażenia?

Vicki wytrzeszczyła oczy ze zdumienia.

– To przytrafiło się tobie. Narodziny boga!

– Tak. Lub demona. Nie byłem jeszcze  przygotowany ani wielki, ani silny. Potrzebowałem pomocy, musiałem wpuścić 

Schroedera, wywiązać się z umowy. Później wpuściliśmy Koeniga.

– Pamiętam Willy’ego. Powiedziałeś do mnie: „Nie ma się czego bać”, a później on zniknął.

– To jedyny sposób. Willy nie był taki jak Schroeder czy ja. Psychomech uczynił ze mnie przerażającą istotę. Przerosłem 

samego  siebie;  Psychomecha,  tak  przynajmniej  myślałem.  Moja  moc  wydawała  się  bezkresna.  Sprowadziłem  ciebie 

z powrotem! Zabrałem twoją śmierć, dałem ci życie, wzrok. Przyjęcie Willy’ego było – zatrząsł się – niczym. Olbrzymia moc, 

potężne ego, nieskończoność. Nieskończoność ze wszystkimi nieskończonymi możliwościami! Aż...

– Tak?

– Aż  coś się zepsuło. Nie wiem dokładnie co... A może wiem. Może jestem gotów to przyznać. – Przez chwilę Garrison 

był  jakby  nieobecny.  – Tak  czy  inaczej,  zniszczyłem  Psychomecha. Byłem, mogłem  być  nieśmiertelny. A  bez  niego  jestem 

zwykłym  człowiekiem – trójwymiarowe  ciało  z  krwi i  kości. Jak mogłem  mieć  nadzieję  na  zachowanie  energii  w  tak małej 

bateryjce? Za  każdym razem, kiedy używam, kiedy używają  mojej energii – staję  się  słabszy. Pamiętasz  te gry – w Londynie, 

Monte  Carlo,  Las  Vegas? Wiesz, o  co  w  tym  wszystkim  chodziło?  Do  diabła,  kiedy  byłem  w  wojsku, nie  sprawiało  mi  to 

przyjemności, a  teraz? Dlaczego  więc  to robiłem? Powiem  ci. Na  początku  chodziło  o  dreszcz  emocji!  Wiedziałem,  że  nie 

mogę  przegrać, ale  i  tak  podniecała  mnie wygrana!  Rozumiesz? Fantazja  pokerzysty. Ale  w  końcu  przestałem  grać. Zdałem 

sobie  sprawę, że  dreszcz  emocji  zniknął.  Robiłem  to,  bo  musiałem.  To  nie  nawyk  szulera;  po  prostu  sprawdzałem  siebie. 

Wiedziałem, że jeśli pewnego dnia przegram...

– Twoje moce cię zawiodą – dokończyła Vicki.

– Właśnie. Dokładnie tak. Po Psychomechu zostałem bogiem. Na  jeden wieczór, miesiąc? Następnie byłem bożkiem... 

Na jak długo, rok? Teraz jestem supermanem. A jutro?

– Będę  się cieszyła  z Garrisona  – zwykłego mężczyzny. – Objęła go. – Taki właśnie byłeś za  pierwszym razem, kiedy 

zakochałam się w tobie i...

Głośny, lodowaty śmiech przerwał jej w pół słowa.

– Nie, Vicki, nie! – Richard potrząsnął głową. – Nie rozumiesz, prawda? – Jego słowa przepełnił smutek. – Nie będziesz 

się cieszyła, bo po prostu przestaniesz istnieć! Jesteś, żyjesz, ponieważ moja moc utrzymuje cię przy życiu.

– Ale ja...

– Starałem się wcześniej to wyjaśnić, Vicki, co stanie się z tobą, jeśli powrócę do dawnej egzystencji.

Nie  odpowiedziała, pozostało jej tylko wspomnienie. Wspomnienie kwasu  płynącego w  żyłach, płonącego strumienia 

krwi, gorącego uścisku kościstych palców śmierci.

– Tak – Garrison odrzekł ponuro. – Właśnie to... Dokładnie to...

Po tych słowach wszystko stało się jasne. Długo nie mogli zasnąć. Wreszcie Garrison zaczął śnić...

ROZDZIAŁ PIĄTY

Sen zaczął się podobnie jak ten sprzed wielu laty... Sen o Maszynie znanej jako Psychomech.

Nie  był  to  ani  samochód,  ani  motocykl  czy  też  samolot  żaden  znany  środek  transportu  –  a  jednak  Garrison 

przemieszczał się. Jego podróż, czy też „wyprawę”, przepełniały symbole  – ponieważ symbolizm w świecie  marzeń sennych 

jest rzeczą  naturalną. Jednak Richard, jak każdy  śniący, nie  zdawał  sobie  z  tego  sprawy. Nie  pojmował  tego  wcześniej. Nie 

wiedział także, że sen ten będzie nie mniej proroczy od tamtego.

Mijał dziwne  obce  doliny, gdzie  wysokie, porośnięte  skały  rzucały  szare  cienie  na  tundrę  wyścieloną  żółtym mchem; 

unosił  się  nad  wielkimi  oceanami; przebywał  bezkresne  obszary, mijając  ostre  szkarłatne  szczyty  gór.  Mknął  bez  wysiłku; 

pewny celu, zmierzał do  kresu  wyprawy... Podejrzewał, że nastąpi odpływ mocy i na  swojej drodze  napotka  wiele  trudności. 

W świecie snów zawsze pojawiały się jakieś trudności.

Garrison odwiedzał to  miejsce już  kilkakrotnie. Nie  mógł sobie  przypomnieć, kiedy i w jaki sposób. Nie pamiętał też, 

czego  dotyczyła  poprzednia  wyprawa. Wiedział jednak, że  nie  zjawił się  tu sam, lecz... z  przyjaciółmi. Jednym z  nich była 

Brian Lumley - Psychosfera

11 / 61

background image

Suzy. Dźwięk  tego imienia  sprawiał mu przyjemność. Suzy – czarny doberman. I nagle, jakby  za  sprawą  magicznej różdżki, 

przywołał ją, poprzez wszystkie warstwy powietrza poczuł jej obecność. Była tutaj nawet teraz, na tylnym siedzeniu Maszyny. 

Opierała ciężką łapę na jego ramieniu i dyszała ciepło za uchem. Pobrzmiewał też cichy skowyt tego dobroczynnego ducha.

Garrison nie mógł powiedzieć, od kiedy Suzy mu towarzyszyła. Być  może naprawdę wywołał ją  z niebytu. Teraz sobie 

przypominał: dysponował mocą  niewyobrażalną  dla  zwykłego  śmiertelnika. Był  magiem? Uśmiechnął  się  do  swoich  myśli. 

Tak, był magiem, cudotwórcą, wiedźminem. Ale  co  to za mag, który nie  jest w stanie  przypomnieć sobie  celu wyprawy  czy 

tego, jak się tu znalazł... czy nawet skąd pochodzi?

A  może  jakiś  potężniejszy  mag  obrabował  go  z  tej  świadomości...Richard  stał  się  czujny.  Czy  czaili  się  tutaj  jego 

wrogowie? Zaczął rozważać swoje atuty. Posiadał potężną moc. Miał Maszynę i miał Suzy. I...

Zmarszczył brwi, zmuszając się  do koncentracji. Czy miał  jeszcze  innych... sprzymierzeńców? Ich  nazwiska pojawiły 

się nagle w przebłysku świadomości: Schroeder i Koenig. Dziwne  nazwiska i... dziwni przyjaciele!  Teraz przypomniał sobie. 

Schroeder  był  kiedyś  Człowiekiem-Bogiem, a  Koenig  –  jego  kompanem. Wydawało  mu się  jednak, że  było  to  wieki temu. 

Gdzie są teraz? Dreszcz przeszedł Garrisona, kiedy usłyszał cichy szept:

– Bliżej, niż ci się nie wydaje, Richard, znacznie bliżej... mówił ktoś.

Postacie Schroedera i Koeniga  stanęły mu jasno przed oczyma: pierwszy – szczupły i blady, mały, łysiejący; starszy od 

Garrisona  i niespotykanie  mądry. Jego inteligentne  oczy błyszczały  za  grubymi szkłami. Koenig – duży i zwalisty, z grubym 

karkiem i małymi oczami, krótko przyciętymi włosami.

Chwiali się jak płomienie świec na wietrze. Odeszli, ale pozostały ich nazwiska: Schroeder i Koenig. I znów odezwał się 

cichutki  głosik,  śmiech...  Garrisonem  wstrząsnął  dreszcz,  kiedy  poczuł  wielką  łapę  Suzy  na  plecach.  Zagubiony 

w  rozmyślaniach, pchał  swój pojazd  dalej  i  dalej. Maszyna  przebyła  pasmo  górskie  i  zatrzymała  się  nad  brzegiem kanionu, 

którego krańce ginęły we mgle i ciemności. Kanion, którego głębiny były niezbadane, sekrety niezgłębione i któremu na imię... 

Śmierć!

Śmierć ma  wiele kształtów, rozmiarów, kolorów  i przebrań. Garrison instynktownie wiedział, że oto stoi przed jednym 

z nich. Cofnął się  gwałtownie i złapał kurczowo metalowe uchwyty. Maszyna wierzgnęła pod nim jak rumak dźgnięty ostrogą. 

Wstrząśnięty i przerażony starał się okiełznać pojazd, kiedy szczekanie Suzy upewniło go, że lęk nie był przesadzony.

Poczuł, jakby lodowate ostrze wchodziło mu w trzewia.

Bał się śmierci.

Zastanawiał się,  jak  to  możliwe? Był  przecież  magiem,  nieśmiertelnym  i... Nieśmiertelnym? Uczepił się  tego  słowa 

i badał je zawzięcie. Dlaczego wobec tego miałby się bać śmierci? Chyba, że... chyba, że się mylił.

Pomyślał, że może nie jest nieśmiertelny. Może to właśnie cel wyprawy: odszukać i uwieść Boginię Nieśmiertelności?

Aby to zrobić, powinien więc  najpierw pokonać  samą śmierć, przeprawić się przez  kanion. Garrison uśmiechnął się do 

swoich  myśli. Wiedział,  że  nie  spadnie,  że  rozkaz  wydany  w  myśli, czy  wypowiedziany  słowami,  uniesie  go  nad  ziemią. 

Pamiętał nawet, jak to się nazywa. Lewitacja. Był mistrzem tej sztuki. Jakże mógł spaść?

Świadomie – na pewno nie. Nieświadomie? Upadek zabiłby go. Duży kamień rzucony w jego kierunku zmiażdżyłby mu 

głowę.  Pozostawiony  samemu  sobie  mógł  pozostać  nieśmiertelnym,  ale  jeśli  zdarzy  się  jakiś  wypadek;  lub  jeśli  ktoś  mu 

pomoże...

Sprytny  przeciwnik  mógł go zabić. Mógł  mu  „pomóc”. Może  więc  to  był  cel  wyprawy  –  poszukiwanie  prawdziwej 

nieśmiertelności. Tylko Śmierć stała mu na drodze. Śmierć i jakiś jej poplecznik.

Maszyna  wisiała  bez  ruchu  w  powietrzu.  Richard  z  jednej  strony  widział  zmierzch  pokrywający  wieczorne  niebo, 

z drugiej – czerwone zachodzące słońce, którego brzeg wyglądał jak krwawa kosa. Na wprost niego rozciągał się kanion, który 

rozcinał  ziemię  na  pół. Wiedział,  że  nie  ma  odwrotu.  Zawodzący  wiatr  wzniecał  tumany  kurzu,  zmieniając  je  w  wirujące 

demony. Chłodny powiew przypomniał o nadchodzącej nocy. Nie było to najlepsze miejsce na nocleg po zmroku.

Garrison  objął  wzrokiem  drugą  stronę  przepaści,  równinę  gdzieniegdzie  zalesioną,  spoczywającą  u  stóp  odległych 

wzgórz.  Nagle  zapragnął  jechać;  teraz, prosto  przed  siebie, nie  tracąc  dłużej  ani sekundy.  Suzy  zdawała  się  czytać  w  jego 

myślach i przypomniała o swojej obecności, skowycząc nad uchem.

– Gdzie oni są, moja maleńka, no, gdzie? Gdzie się skryli żołnierze Śmierci? – Garrison odezwał się do niej.

Polizała go po  policzku. Jej wilgotne  oczy błyszczały niepokojem. Wskazała  pyskiem w kierunku przepaści. Odsłoniła 

długie ostre zęby, położyła uszy po sobie i warczała cicho.

I...  czar  prysł.  Położyła  się, wydając  z  siebie  dziwny  skowyt  i  przytłumione  szczeknięcia.  Garrison  uśmiechnął  się 

ponuro.

– Są wszędzie, prawda? No cóż, chyba  o tym wiedziałem. – Uśmiech zgasł na jego  twarzy. Był wściekły, wściekły na 

swoją  słabość, wrażliwość, niezdecydowanie. I  na  to coś czające  się  w  mroku. „Głupiec  ze  mnie  –  przeklinał w  myślach. – 

Żeby tak tracić czas!”

Zatrzymał  Maszynę  przy  krawędzi  i  zsiadł, rozprostowując  kości. Suzy  zeskoczyła  za  nim;  już  trochę  spokojniejsza 

patrzyła pytająco na swego pana. Poklepał psa po łbie.

– Zobaczymy, co nam przygotowali, dobrze maleńka?

Wziął się pod boki, uniósł głowę i spojrzał w kierunku jaru.

– Śmierci!  – krzyknął. – Wiem, że  tam jesteś i chcesz  mnie dopaść. Nie  tak łatwo. Nie  jestem zwykłym człowiekiem, 

gotowym umrzeć na  twoje skinienie. Teraz ja  rozkazuję  tobie! Pokaż się! Pokaż swoich oprawców, siepaczy, abym ich poznał 

i zmierzył się z tobą. Czyż jesteś tylko nędznym tchórzem?

Czekał w napięciu, ale... Nie  było odzewu. Wiatr  zawył żałośnie i Garrison wyraźnie  poczuł jego  chłód. Zadrżał, gdy 

cienie zaczęły pełzać po ziemi.

Richard  miał rację  –  jakiś  potężniejszy  mag  pozbawił go  pamięci  i  mocy.  Jeszcze  chwilę  temu  mógł  zaczerpnąć  jej 

z Maszyny, ale teraz...?

Położył jednak dłonie  na gładkim korpusie, szukając  tej dziwnej energii, która wspierała go we wszystkich przygodach. 

Niestety, maszyna była tylko kupą bezużytecznego zimnego złomu.

Brian Lumley - Psychosfera

12 / 61

background image

–  Rumaku? –  Cofnął ręce  w  geście  zniechęcenia. –  Jaki  tam  z  ciebie  rumak? Najlepszy  ze  stajni? Ciężar. Kotwica! 

Unosisz  mnie? Wręcz  przeciwnie. To ja  ciebie  unoszę!  Tak, a ty  ciągniesz  mnie  w dół. – Odwrócił się  i zawołał:  – Jeśli nie 

chcesz się pokazać, jak mam cię pokonać? Nie widzę przeciwników, nie  rozumiesz? Będę  tutaj czekał albo zawrócę, do diabła 

z wyprawą!

Richard usłyszał nagle słaby głos dobiegający z jego umysłu.

– Ja ci pomogę, jeśli zechcesz.

Włosy  zjeżyły mu  się  ze  strachu, nogi ugięły  się. Znał ten  głos, ten  zachęcający  szept. To Człowiek-Bóg, Schroeder, 

którego w innym świecie nazywał przyjacielem.

– Czy to ty? – szukał potwierdzenia. – Czy też jesteś Śmiercią, starającą się mnie zwieść? Pokaż się.

– Och, znasz mnie doskonale. Wiesz, że nie mogę się pokazać, już nie. Ale wciąż mogę ci pomóc, jeśli zechcesz.

Garrison był wciąż podejrzliwy.

– Ty mi pomożesz? Prawda, byłeś Człowiekiem-Bogiem, Thomasem, ale już nie jesteś. Jak mógłbyś mi pomóc, duchu? 

Ja jestem z krwi i kości, a ty – tylko wspomnieniem, głosem.

–  Czymś więcej. –  Szept stał  się  mocniejszy. – I  gdybyś  miał zdrową  pamięć,  wiedziałbyś  o  tym. Ja  i Willy  Koenig 

jesteśmy czymś więcej niż głosami. I wciąż możemy ci pomóc, tak jak poprzednio.

Garrison słuchał zadumany, a Suzy skomlała, szarpiąc zębami jego spodnie.

– Tak, coś mi się  przypomina  – odparł w końcu. – Pomagałeś mi, owszem, ale  otrzymałeś nagrodę niewspółmierną do 

włożonego wysiłku.

– Nagrodziłeś mnie jednak ochoczo.

– Nagrodziłem po królewsku, mimo, że zaprzedałem umysł i życie. Ale ty wciągnąłeś mnie w to przymierze i nie złamię 

raz danego słowa... – Uspokoił się i po chwili dalej kontynuował: – Pamiętam, że  chciałeś przede wszystkim swego dobra, nie 

mojego. Koenig był moim prawdziwym przyjacielem.

Ale ty...

– Ja także byłem twoim przyjacielem. Teraz też jestem.

Chcę ci pomóc. Noc nadchodzi...

Garrison naciągnął na uszy kołnierz poszarpanej kurtki.

Schroeder miał rację – słońca prawie nie było widać, a cienie stawały się coraz dłuższe. Wciąż przeczuwał podstęp.

– Zapłaciłem ci już za pomoc, mimo, że nie podobała mi się twoja cena. Pamiętam, co wziąłeś ode mnie, i wiem, jaką to 

miało wartość. Zbyt dużą. Jakie honorarium wyznaczyłeś tym razem?

Szept był teraz o wiele mocniejszy, odpowiedź mocna i zdecydowana.

– Równość! – odrzekł Schroeder.

– Równość? Mógłbyś to wyjaśnić. Chcesz mieć równe prawa?

– Tak.

Garrison  zastanawiał  się,  co  to  miało  oznaczać.  Równość?  Czy  jeden  kamień  jest  równy  drugiemu  kamieniowi? 

A ludzie? Człowiek to człowiek.

– Ale ja – głos znał jego myśli – jestem trochę więcej niż cieniem, jak raczyłeś zauważyć.

– Chcesz ciała, tak?

– Niczego więcej nie będę wyjaśniał. Pragnę równości.

– A dla Koeniga? – dopytywał się Richard.

– Koenig to Koenig, a ja to ja. Lub przynajmniej chcę być sobą...

Echo  szeptu  zamarło  i  Garrison  zaczął  podejrzewać,  że  ten  głos  powiedział  więcej,  niż  chciał  powiedzieć.  Wciąż 

zastanawiał się, o co w tym wszystkim chodzi.

– Jak mogę obiecać coś, co nie należy do mnie? – zapytał w końcu.

– Po prostu obiecaj – rozległ się ponownie szept.

– Dobrze – westchnął Richard. – Pod jednym warunkiem.

– Jakim?

– Do końca wyprawy będziesz służył mi pomocą.

– Przyjacielu, jakże mógłbym cię opuścić? Zgoda, będziesz miał także wsparcie Willy’ego Koeniga.

–  Umowa  stoi! A  teraz  pokaż  mi, co  czeka  mnie  po  tamtej  stronie.  Pokaż  moich  przeciwników, żołnierzy  Śmierci. 

Pokaż... przyszłość!

– Ach  – szept gasł. – Jeszcze nie  tak  dawno  nie  potrzebowałbyś mojej pomocy. Byłaby to  dla  ciebie drobna sztuczka. 

Ale siły opuszczają cię. Wciąż panujesz nad nimi, ale jak długo jeszcze?

– Masz  rację! – wykrztusił gniewnie Garrison. – Maszyna  rozpada się  i moja moc  ginie  wraz z nią. Ale... – jego gniew 

znalazł ujście w nagłym wybuchu – ... dlaczego tak się dzieje,

Thomas? Znasz odpowiedź na to pytanie? Jeśli tak i jeśli naprawdę jesteś moim przyjacielem, powiedz.

– Pamiętasz, zatrzymałeś Maszynę. Zabiłeś tę  bestię. Ta  rzecz, tutaj z tobą, jest tylko plątaniną  kabli i stertą żelastwa. 

Ma w sobie więcej z cienia niż ja. Psychomech nie żyje!

– Nie odchodź! – krzyknął przerażony Garrison. – Przyszłość... Obiecałeś!

– Tak, przyznaję. Zobaczymy, co czeka... – szept ucichł.

Richard zamrugał powiekami, usiłując wzrokiem przeszyć gęstniejący mrok. Maszyna leżała nie opodal. Martwa.

Suzy  skomlała  cicho.  Tajemnicze  cienie  zbliżały się  nieubłaganie, a  ostatni  promień  zachodzącego  słońca  zniknął za 

horyzontem. Garrison wciąż stał nad kanionem, a przyszłość nadal była tajemnicą. W tym momencie pozostało tylko porzucić 

wszelką nadzieję...

Nagle błysk świadomości. W miejscu, gdzie duch Schroedera miał swoją siedzibę, rozjarzył się świetlisty punkt.

Światło jaśniało z sekundy na sekundę, rozprzestrzeniając się i układając w... wizję!

Wizję tak intensywną, że ziemia zawirowała Garrisonowi pod stopami; tak realną, że sprawiała wrażenie rzeczywistości. 

Brian Lumley - Psychosfera

13 / 61

background image

Sen we śnie, a jednocześnie najbardziej naturalna jawa.

Wizja przyszłości, mara nocna. Najpierw jednak – piękny sen...

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Garrison  ujrzał  Boginię  Nieśmiertelności.  Bez  wątpienia,  pomimo,  że  widział  tylko  jej  plecy,  czuł  –  to  była  ona! 

I  wydawało  mu  się,  że  wie,  dlaczego  nie  może  zobaczyć  jej  twarzy.  Któż  bowiem  zgadnie,  jakie  konsekwencje  poniesie 

człowiek, który spojrzy jej prosto w oczy?

Piękno jej osoby było... nieprzemijające. Jej postać, strój, tron, na którym siedziała – wykuty w skale Wiecznego Żywota 

– wszystko to ukazało się niememu świadkowi jej nieśmiertelności.

Odsłonięte fragmenty ciała  – udo, ramię i szyja – wyglądały jak Alabaster Wieczności, najdelikatniejszy, a jednocześnie 

najbardziej trwały materiał. Na ten widok Garrison westchnął i podszedł bliżej, jakby przyciągany przez Wieczne Ciało. Miała 

włosy z Najgłębszej Przestrzeni, paznokcie  z Krwi Czasu, strój z połyskliwej tkaniny Niezachwianej Ciągłości. Ale  głos jej – 

głos – był potwierdzeniem tożsamości.

Jakże go opisać? Uosabiał wszystko, co wiązało się kiedykolwiek z człowiekiem. Miękki jak puchowy śnieg, gorący jak 

letnie słońce, czysty jak najczystsze złoto, a pomimo tego tak ziemski.

– Słyszałam, że ktoś chce  mnie  uwieść. Ten człowiek, jeden z bilionów, będzie  żył wiecznie. – Wolno, majestatycznie 

podniosła się z tronu, odwróciła i pokazała Garrisonowi swą twarz. Pomiędzy najczarniejszymi puklami włosów ujrzał...pustkę.

Pustka. Wielka  próżnia  wypełniona  wszechrzeczą. Wirujące,  kołujące  czasoprzestrzenne  kontinuum,  w  które  został 

momentalnie wciągnięty! Wessany popędził przed siebie, aby pod sklepieniem wszechświata patrzeć na to, co istniało w dole – 

ABSOLUT!

Widok ten oszałamiał, oślepiał swą pięknością. Garrison zamknął oczy. „ Jeśli jest takie miejsce, którego pragnę – ono 

jest  tutaj  –  pomyślał.  –  Jeśli  każdy człowiek  ma  jakieś  przeznaczenie  –  niech to  będzie  moim  przeznaczeniem. A  jeśli nie 

zdobędę nieśmiertelności, niech umrę teraz, tutaj...”

Nie tak się jednak stać miało. W następnej chwili został wypluty w okrutną rzeczywistość; starał się dotknąć czegoś, co 

było poza jego zasięgiem. Łapał, chwytał... Jego paznokcie popękały, drapiąc bezsilnie kamień mokry od deszczu.

Krzyknął,  tym  razem  z  żalu.  Wściekłe  błyskawice  rozrywały  powietrze.  Leżał  w  strugach  wody  i  słyszał  dziwne 

odgłosy, jakby wielki młot walił gdzieś w pobliżu lub jakby budzili się z długiego snu dawno zapomniani bogowie. Próbował 

wstać.

Obudził się na stromym kamiennym stopniu, pośliznął i stoczył w dół, ku wysuniętej półce skalnej.

Zatrzymał się w błotnistej mazi, smagany wiatrem i deszczem. Dopiero tutaj, pośród czarnych skał, na  niepewnej półce 

odważył się otworzyć oczy i wstać.

Błyskawica rozświetliła niebo. Garrison zamknął szybko oczy. Ale obraz pod powiekami dalej wypalał mu mózg.

Poniżej  znajdowała  się  mała  dolina  z  zaporą,  przy  której  rozciągał  się  sztuczny  zbiornik  wody,  a  jego  rozkołysana 

wiatrem, niespokojna  powierzchnia  sięgała  ku  czerniejącym ponurym skałom.  Olbrzymie  fale  uderzały  w  tamę,  powodując 

nieopisany  łoskot,  co  Garrison  wcześniej  wziął  za  „przebudzenie  bogów”.  Obserwował  wszystko,  znajdując  się  dokładnie 

powyżej ścian  zapory. To wielkie  generatory powodowały  drżenie  Ziemi, a  deszcz  był niczym innym, tylko kontrolowanym 

wybuchem setek ton spiętrzonej wody.

Po drugiej stronie niecki dostrzegł ślad działalności człowieka  – rząd potężnych słupów wysokiego napięcia z grubymi 

przewodami  znikającymi  za  wzgórzami.  Kolejny  obraz,  pojawiający  się  po  przeciwległej  stronie  doliny,  na  pewno  nie  był 

wytworem  człowieka.  Garrison  zobaczył  kulę  emitującą  złote  światło. Wyglądała  jak  kopia  słońca,  która  tkwi  do  połowy 

w ziemi i przerasta swoją kopułą wysokie sosny.

„W Xanadu spostrzegł wysoki chram...” – do umysłu obserwatora wkradła się niespodziewanie myśl.

Ale  –  czy  na  pewno  chram? A  może  świątynia? Świątynia  jakiejś  bogini.  Bogini  Nieśmiertelności!  Myśl  natrętnie 

powracała.  Świątynia, w  której  przebywał jeszcze  chwilę  temu  (miesiąc, rok?)  i  w  której  stanął  twarzą  w  twarz  z  własną 

wiecznością  w  obecności  bogini.  Zastanawiał  się,  dlaczego  tutaj, na  tym  pustkowiu, gdzie  jak  na  dłoni  widać  efekty pracy 

śmiertelnych, znajduje się to miejsce? A ta gorejąca złota kopuła? Próbował skojarzyć z czymś tę wizję.

Obraz  nagle  zmalał, a Garrison został porwany w górę  z zabójczą  prędkością; patrzył teraz  na  wszystko z wysoka; na 

tamę, kopułę, siebie samego skurczonego na skalnej półce.

Jednak pomimo tego, że wytężał wzrok, wszystko  zatarło się  i zniknęło. Pojawił się  inny widok: gorący obszar  pełen 

kości  i  czaszek i  rozwiewany  wiatrem biały piach. On też  tam  był –  cały  w  łachmanach, u  kresu sił, ze  spękanymi  ustami 

i przekrwionymi oczami. Tuż  za  nim stała  Maszyna; cała czerwona od rdzy, z popękanymi od żaru przewodami i odpryskami 

lakieru.

Został opuszczony na podłoże i spostrzegł, że cały ten koszmarny obraz był tylko wizją zamkniętą w mlecznobiałej kuli. 

Scenę  zamkniętą w krysztale, kryształowej kuli; podczas gdy on sam (lub raczej jego duch) siedział teraz „po turecku” wśród 

czarnoksiężników czy demonów. Wszyscy wpatrywali się w zmagania Garrisona w szklanej pułapce.

Miejsce, w którym siedzieli, przypominało dno  wielkiej studni. Kaganki dawały przyćmione światło, wokół unosił się 

zapach śmierci i swąd siarki. Teraz Garrison, wiedząc już, że ma przed sobą wrogów, wpatrywał się intensywnie w ich twarze; 

po kolei, aby w przypadku ponownego spotkania zapamiętać te ponure oblicza.

Zauważył, że każdy miał na sobie odmienny strój i każdy trzymał w dłoni różdżkę oraz inne śmiercionośne narzędzia.

Jeden nosił czarny frak i muszkę; rysy jego twarzy  sugerowały  mroczny i mściwy charakter. Między skrzyżowanymi 

nogami  trzymał  małą  ruletkę,  od  czasu  do  czasu  rzucał  karty  w  kierunku  kuli.  Jego  różdżka  była  prawie  niewidoczna; 

zawieszona pod pachą wypychała mu frak.

Drugi – wysoki, szczupły i szary – miał na  sobie  strój pełen zamków błyskawicznych, szeroki pas, broń, granaty. Oczy, 

zimne jak, ze  stali, nie zdradzały uczuć. Obracał w palcach czarny różaniec (zrobiony z metalu i bez paciorków) i od czasu do 

czasu machał jego końcem nad szklaną kulą, jakby szydząc z zamkniętego w niej człowieka.

Brian Lumley - Psychosfera

14 / 61

background image

Jeszcze inny był mały i żółty, ze skośnymi oczyma, pełnymi tajemnic  jak u Sfinksa. Siedział bez  ruchu niczym posąg 

wykuty w żółtym kamieniu; jedynie źrenice jego oczu bacznie obserwowały poczynania figurki zamkniętej w krysztale.

Byli jeszcze inni, a wszyscy kreślili znaki zniszczenia. Na widok tej powszechnej wrogości Garrison poczuł lęk. Zdziwił 

się bardzo, kiedy zobaczył jeszcze dwie skryte w cieniu postacie. Schroeder i Koenig! Nie mógł być  jednak pewien, ich twarze 

nikły w świetle kaganków. Mimo, iż nie przejawiali złych zamiarów wobec człowieka w szklanej kuli, Garrison odniósł jednak 

wrażenie, że mają na uwadze raczej swoje sprawy.

W  cieniu,  daleko  za  innymi,  stał  ktoś,  kto  obserwował  wszystkich.  Jego  postać  „falowała”,  dlatego  Garrisonowi 

wydawało się, że patrzy na ducha. Ducha spowitego w Szatę Tajemnicy.

Pod kapturem tajemniczego nieznajomego dostrzegł szare inteligentne oczy osadzone w kamieniu. „Na pewno nie wróg 

– pomyślał Garrison. – Raczej ukryty obserwator, być może przyjaciel. Tajemniczy człowiek z kamienia.”

W tym samym momencie  Garrison odniósł wrażenie, jakby wszyscy  mieszkańcy  studni zwrócili ku  niemu swe  oczy, 

jakby  pierwszy  raz  wyczuli  jego  obecność.  Przerażony  zerwał  się  równe  nogi  i  nagle  poczuł,  że  coś  unosi  go;  jakieś 

niewidzialne nitki wypełzające z cembrowiny tego amfiteatru bogów, fałszywych bogów.

Spostrzegł szybko, kto kierował tymi siłami. Za  każdym razem jedno z bóstw podchodziło do obrzeża studni, patrzyło 

w  głąb  i  potakiwało  z  zadowoleniem  lub  marszczyło  surowo  brwi  w  geście  dezaprobaty.  Garrison  wiedział,  że  fałszywi 

bogowie kontrolowali niegodziwe czary czarnoksiężników ze studni. Byli gorsi od wiedźminów i demonów, którymi kierowali, 

ponieważ  nosili  szaty  honoru  i  mądrości  przy  całej  swojej  ignorancji,  pysze  i  okrucieństwie.  Nosili  togi  sędziów  i  teki 

polityków, posiadali atrybuty  ludzi nauki i maniery  hrabiowskie, a za plecami trzymali okrwawione noże  morderców. Zdrada 

płynęła z ich ust; nosili drogocenne monokle i składali pokłon Chciwości.

Poznał  ich  teraz;  to fałszywe  bóstwa Wielkiej Finansjery, Sprawiedliwości i Władzy, czasem  nawet Prawa,  Porządku 

Publicznego i Rządu. Kiedy jeden z tytanów cisnął go w mrok, na samo dno amfiteatru, Garrison poddał się jego woli, ślubując 

w duchu nigdy nie  służyć tym fałszywym bogom. W pewnym momencie wyczuł, że nie  jest sam. Zauważył kogoś, kto patrzy 

i czyni chłodne obserwacje. Unosząc  się  w ciemnościach ponad amfiteatrem, pomyślał, że ten Ktoś właśnie  jest sprawcą jego 

cudownej lewitacji. Zaczął rozglądać się w poszukiwaniu tej Jednostki, której obecność wyczuwalna była jak złowrogi omen.

Usłyszał... oddech  Tamtego; wolny, regularny, kontrolowany. Wyczuł krew  pulsującą  w żyłach Tamtego  jak  przypływ 

mocy. Poczuł  na  sobie  wzrok Tamtego, płonący, przewiercający  go  na  wylot. Grobowa  cisza  amfiteatru  i  te  nowe  wrażenia 

sprawiły, że  zaczął się  bać. Ale  także  wzbierała  w  nim złość,  złość  na  lęk  i  na  to  wszystko, co  zobaczył, a  co  miało  być 

w przyszłości jego udziałem. Odwrócił wzrok, szukając  Nieznajomego, i ujrzał najdziwniejszą rzecz, jaką kiedykolwiek dane 

mu było oglądać.

Ciemność  kotłowała  się, pulsowała  i  była  wypełniona  złem!  Chorobliwym złem, zabójczym jak  rak, szarym trądem, 

szaleństwem. Zobaczył olbrzymią  ośmiornicę zła, której macki prężyły się i wywijały. Oczy bestii płonęły żądzą zniszczenia. 

Żaden ludzki organizm nie mógł być tak drapieżny.

Ludzki  organizm? Ta  myśl  poraziła  go.  Czy  na  pewno  to,  co  widział,  nie  było  człowiekiem?  Zaczerpnął  głęboko 

powietrza.  Umysł  podpowiadał  mu, że  to  jest  istota  ludzka.  Istota  przytłoczona  przez  nieskończone  zło.  Cóż  to  jednak  za 

człowiek mógł nosić tak potworną maskę?

Garrison użył swojej mocy ESP, aby zajrzeć pod tę maskę.

Zamknął oczy i skoncentrował się na obrazie skrytym pod potworem-ośmiornicą; chciał spojrzeć Złemu w twarz...

Na ułamek sekundy, na jedną chwilę, wdarł się do obrzydliwego wnętrza. Zobaczył i... został dostrzeżony!

Dwa  umysły dotykały się i badały, i w jednej chwili wycofały się przerażone. Obaj wiedzieli, że  nie  jest to ich pierwsze 

spotkanie i pomimo paniki, obaj byli siebie ciekawi.

Jednak Garrisonowi nie pozwolono na więcej. W następnej chwili poczuł, że coś go dopada i... przemieszcza. Poddał się 

większej, potężnej sile...

Odetchnął, gdy znalazł się na powrót u brzegu kanionu...

Czoło miał zimne – opierał się przez cały ten czas na  metalowym korpusie  Maszyny. W niknącym świetle zobaczył na 

nim  rdzawe  strugi,  jakby  świeżą  krew.  Usłyszał  skomlenie  Suzy,  która  ciągnęła  go  za  poszarpany  rękaw.  Spostrzegł,  że 

nadeszła noc.

Podniósł  się  na  równe  nogi  i  w  tej  samej  chwili  zrozumiał,  że  poznał  Nieznajomego,  Złego  skrywającego  się  pod 

przebraniem  oślizłej  ośmiornicy.  Nie  czarny  ani  biały, nie  kobieta,  ani  też  mężczyzna,  ani  zdrowy  na  umyśle,  ani  chory, 

a jednocześnie człowiek!

Garrison westchnął i wspiął się  na  szeroki tył Maszyny, wołając  Suzy. Następnie  uniósł Maszynę  i skierował jej dziób 

prosto ku poszczerbionemu  brzegowi kanionu; nabrał prędkości, leciał nad przepaścią. Już nie  czuł strachu, ponieważ  nic nie 

było w stanie  go  zatrzymać. Nawet  kanion. Miał przed sobą  długą, długą  drogę  do świątyni  Nieśmiertelności. Znał bowiem 

przyszłość.

Nagle  jednak  zaczął  spadać  wprost  w  paszczę  kanionu  jak  kamień  wyrzucony  z  procy.  Maszyna  zanurkowała 

w ciemność; Suzy przywarła do jego spoconych pleców i zawyła.

Chłodne  powietrze  świszczało mu w uszach, targało ubranie. Starał się zatrzymać Maszynę  – bezskutecznie. Jego moc 

przestała działać.

– Ty  kłamco!  Schroeder, ty  łgarzu!  Pokazałeś  mi  same  kłamstwa, a  nie  moją  przyszłość!  – Garrison  zaczął  krzyczeć 

głosem pełnym nienawiści i przerażenia.

– Nie, nie, Richard – w jego umyśle odezwał się  cichy szept – nie  jestem kłamcą. To nasza  przyszłość, nasza  wspólna 

przyszłość. I ostrzeżenie... – Głos zmieszał się z potwornym rykiem powietrza.

Człowiek, pies i Maszyna spadali, spadali, spadali...

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Charon  Gubwa  śnił także, ale  w  momencie  spotkania  obudził się  momentalnie.  Minutę  później  leżał cicho  w  swoim 

Brian Lumley - Psychosfera

15 / 61

background image

ogromnym łożu i słuchał bicia oszalałego serca. To był sen, tak, ale również coś więcej. Zostały naruszone bariery obronne. I to 

z jaką mocą. Potencjalny wróg, potężny nieprzyjaciel zlokalizował Gubwę, wdarł się do jego fortecy umysłu.

Nigdy wcześniej to się nie zdarzyło, nie było nawet możliwe... Wczorajszy incydent wrył się Gubwie głęboko w pamięć 

i przybrał znacznie na  wadze  w świetle  ostatnich wydarzeń, niepowodzenia  planu  arktycznego. Istniały  nikłe  przesłanki, aby 

uznać to za przypadek.

–  Richard Allan  Garrison  –  wyszeptał  Charon.  –  Och,  szperałem już  kiedyś  w  twoim  umyśle, a  raczej  w  umysłach 

twoich bliskich, ale nie podejrzewałem, że ty będziesz mnie szukał. A już na pewno nie dwa razy w ciągu doby.

Tylko dwóch ludzi na całym świecie potrafiło wytworzyć takie zakłócenia w Psychosferze. Garrison był jednym z nich.

Gubwa  podniósł swoje  wielkie  cielsko  i  sapał  przez  chwilę  z  wysiłku, zanim  przejął  nad  nim  kontrolę.  Kiedy  krew 

zaczęła szybciej krążyć i oddech wracał do normy, rozejrzał się wokół. Z sufitu sączyło się czerwone przyćmione światło.

Minęła  ósma  dwadzieścia. Charon  wyciągnął  się  i  ziewnął. Po jego prawej stronie  spała  kobieta; musiała  kiedyś  być 

piękna, no, może trochę za szczupła. Jej klatka  piersiowa unosiła się i opadała; gładka, pozbawiona piersi. Doskonała chirurgia 

plastyczna  –  można  by powiedzieć, że  to  pierś mężczyzny. Jedyne  co  mogło  dziwić,  to brak  sutków,  jakichkolwiek,  nawet 

męskich. Pomimo to nie była osobnikiem bezpłciowym, wręcz przeciwnie.

Leżała na plecach, z szeroko rozsuniętymi nogami, ukazując dużą rozwartą pochwę znikającą w jej ciele jak tunel.

Otworzyła  usta  przez  sen. Bezzębny otwór  stanowił wejście  do  drugiego tunelu.  Gubwa  znał  obydwa  dokładnie, jak 

i trzeci, niewidoczny w tej chwili.

Po lewej stronie leżał młody Murzyn, całkowicie pozbawiony włosów. Miał grube wargi, płaski nos i płaskie czoło. Jego 

piersi  natomiast były piersiami  kobiety; a penis – pozbawiony  został wsparcia i dobrodziejstwa  posiadania  jąder. Eunuch nie 

służył jednak Gubwie do pilnowania haremu, był raczej faworytem na dworze.

Oboje należeli do świty. Kobieta i mężczyzna, jeśli można tak o nich mówić, byli „żonami”  Charona  Gubwy. Dwiema 

pośród wielu.

Przesunął swoje ciało ku krawędzi łóżka i wstał. Penis zwisał mu do połowy ud. Wyglądał jak wielka kobra  dyndająca 

pod brzuchem mężczyzny. Poruszanie  się  sprawiało Charonowi wiele trudności. Stanowiło właściwie wysiłek psychiczny, nie 

fizyczny, ponieważ przemieszczał się lewitując. Pomimo wielkich możliwości ESP, był świadom ograniczeń swej mocy.

Gubwa  dałby  fortunę,  żeby  poznać  słabe  punkty  Garrisona.  Tajemniczość  czyniła  tego  człowieka  szalenie 

niebezpiecznym.  Zbyt  niebezpiecznym.  Ale  na  szczęście  kontakt  był  tak  minimalny.  Mógł  zostać  nawiązany  podczas  snu 

Garrisona.  Gubwa  nie  pierwszy  raz  penetrował  umysł  śpiącego, mógł  nawet  „widzieć”  tego  człowieka  dużo  wcześniej. To 

jednak nie tłumaczyło zakłóceń w transmisji sygnałów. Nie tym razem...

Wsunął  na  nogi  orientalne  pantofle  i  założył  czerwone  okrycie  sięgające  do  kolan.  Drzwi  otworzyły  się  przed  nim, 

wydając  mechaniczny  syk.  Przeszedł  do  Centrum  Dowodzenia.  Przestrzenny  pokój  miał  wysoki  strop  i  ściany  wyciszone 

gumowymi płytkami. Zdobiły go dyskretne szare elementy, wokół paliły się przyćmione światła. Z jednej strony pomieszczenia 

stał duży metalowy stół, na którym spoczywała wycięta ze  skały postać  nagiego  mężczyzny – posąg  Gubwy sprzed  piętnastu 

lat, z czasów, kiedy zamieszkał w Zamczysku. Pomnik nie przedstawiał jednak mężczyzny, niezupełnie. Organy płciowe tego 

osobnika były dwojakiego rodzaju.

Olbrzymie  obwisłe  piersi  kontrastowały  z  wielkim  penisem  w  stanie  erekcji,  a  pod  odchylonymi  jądrami  widniała 

stercząca łechtaczka i wargi sromowe. Hermafrodyta, podobnie jak wzorzec. Kamienny Gubwa  opierał stopy na kuli ziemskiej 

– także wykutej w skale.

Charon podszedł do pulpitu i wcisnął guzik interkomu.

– Do wartowni. Nastąpiło sprzężenie myśli. Sprawdzić to natychmiast i meldować jak najszybciej. – Usiadł w stalowym 

obrotowym fotelu. Czekał, rozważając wszystkie możliwości.

Strażnicy myśli byli lekarstwem Gubwy, lekarstwem na bezsenność, na którą cierpiał od dwudziestu pięciu lat. Na jawie 

mógł kontrolować  i sterować innymi umysłami. Zdane  na jego łaskę i niełaskę dostarczały mu potrzebnych informacji; czytał 

w nich jak w książkach. Kiedy spał, działo się inaczej, wzmacniały jego umysł swoimi lękami.

Zawsze  miał  na  swoich usługach  czterech  strażników myśli  – mężczyźni  i  kobiety w  okrutny sposób  uzależnieni od 

narkotyków;  narkomani  pogrążeni  na  stałe  we  własnym  świecie  chemicznego  delirium.  Dostarczał  narkotyków,  które 

podtrzymywały życie tych istot. Sam nie był zagrożony ich chaotycznymi koszmarami.

Posiadał narkotyk  uwalniający od głodu, a  jednocześnie  „wyłączający”  –  strącający w  totalną  pustkę, stan, w  którym 

mózg przestawał funkcjonować. Wytwarzał w ten sposób barierę nie do przejścia. Tak się przynajmniej Gubwie zdawało.

To było szalenie ważne! Istnieli ludzie, którzy mogli przedrzeć  się  przez tę  zaporę, ale nie  bez wiedzy Gubwy. Umysły 

tych  zdolnych  jednostek  działały  na  zasadzie  radiostacji,  zwykle  jednak  ignorowały  przychodzące  sygnały.  Prawdziwe 

niebezpieczeństwo stanowili ci, którzy potrafili odbierać takie impulsy. Jednym z nich był Garrison, największy telepata świata, 

którego myśli – świadome? – przedarły się przez zapory i wyrwały Gubwę ze snu.

Garrison mógł  go nie  rozpoznać (senne  obrazy  są  karykaturą  rzeczywistości), ale na  pewno  wyczuł jego  moc. A jeśli 

chciał  się  przedrzeć,  to  dlaczego?  Podejrzewał  obecność  osobnika  o  silnym  ESP. Gubwa  obawiał  się,  że  spełnią  się  jego 

najgorsze oczekiwania. Zaczął zastanawiać się, gdzie teraz przebywa Garrison.

Wystukał  jego  nazwisko  na  klawiaturze  komputera.  W  tej  samej  chwili  na  ekranie  pojawił  się  napis:  MORZE 

EGEJSKIE... RODOS... LINDOS...

Zażądał  bardziej  szczegółowych  informacji.  Pokazała  się  data,  czas  i  numer  lotu  z  Gatwick.  Źródłem  danych  był 

komputer  na  lotnisku. Niepokój Gubwy  zmienił  się  we wściekłość. Wierzył, że  pewnego dnia  macki jego  organizacji  oplotą 

cały świat, a wtedy...

Charon  na  razie nie  miał nikogo na Rodos. Wyspa  pozostawała  poza zasięgiem jego rozwiniętej sieci elektronicznych 

połączeń, całkowicie nielegalnego systemu.

Znowu wcisnął interkom.

– Wartownia? Kiedy mówię natychmiast, to znaczy natychmiast! – Zwolnił przycisk i z końcówką komputera  podszedł 

do kryształowej kuli umieszczonej w szklanym cylindrze. Siedząc  przed  nią, wystukał: RODOS i LINDOS. Patrzył, jak kula 

Brian Lumley - Psychosfera

16 / 61

background image

obraca się i zatrzymuje, dokładnie na greckiej wyspie. Punktowe światło ukazało wioskę, w której przebywali Vicki i Garrison.

Zaczął się pocić. Zawsze istniało niebezpieczeństwo ujawnienia  się. Ale  musiał wiedzieć. Znał już umysł Vicki Maler. 

Postanowił,  skoro  nie  jest w  stanie  śledzić  toku  myśli  Garrisona, skupić  się  na  dziewczynie.  Jeszcze  raz  spojrzał  na  grecką 

wyspę  –  mały  świetlny  punkcik.  Wyobraził  sobie  dziewczynę  i  zamknął  oczy,  posyłając  swoje  myśli  dalej  i  dalej 

w poszukiwaniu....

... aż ją odnajdzie....

... dotknie jej umysłu....

... tylko dotyk, nic więcej....

... żadnej świadomości jego obecności. Niewinność. Niewinne myśli....

... myśli lekko niepokojące....

... wszedł, niewidocznie, ciszej niż duch....

... w następnej chwili patrzył oczyma Vicki na śpiącego Garrisona....

... teraz spał, tak, ale to był koszmar... dziewczyna chciała go obudzić...

Gubwa  wycofał się  od razu i powrócił do Zamku. Westchnął i zatopił się  głęboko w fotelu. To, co zobaczył, tworzyło 

zgrabną  całość.  Garrison  nie  szukał  kontaktu  z  nim, wręcz  przeciwnie  –  to  on  odkrył, zupełnie  przypadkowo  i  bezwiednie, 

swoje karty! Wszystko poszło doskonale. Jego zdolności telepatyczne były, krótko mówiąc, fantastyczne! Gubwa nie chciał się 

do tego przyznać, ale  to fakt. Ten człowiek mógł z łatwością  odnaleźć go tutaj, w Twierdzy! Charon jednak nie chciał zabijać 

Garrisona,  jeszcze  nie.  Mógł  się  wielu  rzeczy  nauczyć  od  niego.  Znów  pomyślał  o  strażnikach  myśli.  Jak  dotąd  czterech 

wystarczyło  mu  zupełnie.  Wczorajsze  „spotkanie  umysłów”  miało  miejsce  poza  Zamkiem,  ale  to  poranne  wtargnięcie... 

wyglądało bardzo podejrzanie.

Jakby na potwierdzenie wątpliwości zadźwięczał sygnał interkomu.

– Strażnik myśli numer trzy zebrał to, sir. Nie żyje.

Gubwa szybko podszedł do pulpitu.

– Zostańcie tam. Już idę – warknął.

Zamek  nie  był  największą  warownią  świata,  ale  za  to  miejscem najbardziej  tajemniczym.  Miał  tylko  jeden  poziom 

w kształcie kwadratu. Mieścił w sobie jeden korytarz główny i dwa boczne, tnące kwadrat na cztery identyczne trójkąty.

Jeden  stanowił  kwaterę  Gubwy  –  Centrum  Dowodzenia  (nikt  poza  nim  i  jego  świtą  nie  miał  tam  wstępu);  drugi 

zajmowała  bogata  biblioteka, laboratorium  i  basen; trzeci  to „baraki”  kwatera  jego  „żołnierzy”,  a  także  sala  gimnastyczna; 

czwarty  –  pomieszczenie  gospodarcze  z  urządzeniami  wytwarzającymi  tlen  i  filtrującymi  wodę.  Cele  strażników  myśli 

znajdowały się w czterech wieżyczkach w krańcach Zamku.

Korytarze były lepiej oświetlone niż  prywatne apartamenty i dlatego Gubwa  musiał mrużyć oczy, przechodząc  do celi 

numer  trzy.  Miał  słaby  wzrok  i  z  tego  powodu  używanie  światła  zostało  znacznie  ograniczone.  Na  powierzchni, podczas 

sporadycznych  wypadów,  nosił  szkła  kontaktowe.  Zresztą  wychodził  tylko  wtedy,  kiedy  musiał  wyjść,  co  zdarzało  się 

niezmiernie rzadko. Pomijając okresowe dostawy pożywienia, Zamek był całkowicie samowystarczalny.

Posuwając  się  korytarzem,  którego  zewnętrzną  ścianę  stanowiła  lita  skała,  a  wewnętrzną  stalowe  płyty  wtopione 

w plastik, dotarł do celi. Stał przy niej Gardner, jeden z jego najbardziej zaufanych oficerów.

– Co tak długo, panie Gardner? – zapytał Gubwa zimnym głosem.

Mężczyzna  miał  na  sobie  szarą  koszulkę  i  luźne  spodnie  mundur  obowiązujący  w  Zamku.  Na  lewej  piersi  lśnił 

emblemat – srebrna litera G.

–  Strażnik  po warcie  brał  prysznic  –  odpowiedział. –  To  jego  prawo, jak  pan  zapewne  pamięta, sir. Wyciągnąłem go 

stamtąd i poleciłem sprawdzić strażników myśli. Oglądał tę celę jako ostatnią, zobaczył, że dziewczyna nie żyje, i przyszedł do 

mnie. Ja zawiadomiłem pana od razu.

– Kto to i gdzie się teraz znajduje?

– W środku, z dziewczyną. – Gardner wskazał głową metalowe drzwi celi.

Gubwa  odepchnął go i  wszedł. Dziewczyna  leżała  na  łóżku  odziana  w  strój strażnika  myśli  –  koszulę  bez  rękawów, 

sięgającą do połowy ud. Była całkiem ładna. Jej małe jędrne piersi sterczały pod materiałem; miała długie kształtne nogi i pełne 

usta na młodo-starej twarzy zniszczonej nałogiem.

Gubwa  położył olbrzymią  rękę  na  piersi  dziewczyny  i zmarszczył  śnieżnobiałe  brwi w ponurym  grymasie. Następnie 

zerknął na strażnika. Spojrzenie było taksujące, przeskakiwało z nerwowej twarzy Murzyna na beznamiętne oblicze Gardnera.

– Gardner, chcę  porozmawiać  z tobą na  osobności. A ty – znów spojrzał na  strażnika – idź i przyprowadź  któregoś ze 

swoich kolegów; przynieś też nosze.

– Zaraz zadzwonię na dyżurkę – odpowiedział nerwowo.

Wyciągnął zza pasa walkie-talkie.

– Powiedziałem: przyprowadź! Idź i przyprowadź!

Młodzieniec  przytaknął,  przełknął  ślinę,  obrócił  się  na  pięcie  i  odszedł  pospiesznie.  Odgłos  kroków  zadudnił 

w korytarzu.

– Zamknij drzwi, Gardner. – Głos Gubwy znów brzmiał łagodnie. – A teraz pomóż mi.

Gardner uniósł biodra dziewczyny, a Gubwa ściągnął z niej koszulę.

– Aha! – wykrzyknął, kiedy przyjrzeli się strażniczce.

Ten odgłos zawierał w sobie nuty najgorszych instynktów.

Żołnierz jeszcze raz spojrzał pomiędzy nogi dziewczyny.

– To mógł być tylko on – powiedział – Jackson.

– Albo ty.

– Albo ja, sir. – Gardner wolał się zgodzić, niż spierać.

Gubwa zajrzał do jego myśli. Nie znalazł w nich strachu.

– Ale to nie ty napastowałeś dziewczynę, nie. To był Jackson lub... A co powiesz o innych na służbie?

Brian Lumley - Psychosfera

17 / 61

background image

–  Siedmiu, wszyscy  śpią. Ja  byłem  na  nogach, oczywiście. Jackson  schodził  jako  ostatni.  Kiedy  brał  prysznic,  pan 

zadzwonił. Zwykle nie dba nadmiernie o higienę, ale to tłumaczy wszystko. To był Jackson, na pewno.

Razem ubrali dziewczynę.

– Moje rozkazy są aż nadto jasne, mam rację? – Gubwa odezwał się słodko.

– Tak, proszę pana.

– Strażnikom myśli nie wolno przeszkadzać w żaden sposób, tak?

– Tak, proszę pana.

– Płacę wystarczająco dużo, aby wymagać posłuszeństwa?

– Więcej niż hojnie, sir.

– Tak, dbam także o małe przyjemności moich ludzi. A więc, dlaczego?

– Mały romansik na boku. – Gardner  wzruszył ramionami. – Wie pan, jak to mówią: najlepiej smakuje  owoc zakazany. 

Nawet najbardziej kwaśny...

Gubwa uśmiechnął się, ponuro potakując. Wydął usta.

– Z ... zwolnię go, to oczywiste. Czy będziesz w stanie zatrudnić kogoś nowego?

– Naturalnie, sir. Kiedy tylko zajdzie taka potrzeba. Ilu pan sobie zażyczy, w granicach rozsądku, oczywiście.

– Dobra! – odparł Charon, słysząc kroki na korytarzu. Zatrudnij... dwie osoby. Sam wydam, ee, polecenia. Co do ciebie, 

Gardner, kiedy tylko skończysz służbę, wychodź na powierzchnię. Nie ma potrzeby czekać z tą dwójką...

– Rozumiem, sir.

Winda zjeżdżała w czarną kamienną otchłań. Stanęła na najniższym poziomie, tuż przy naturalnej przepaści. Pojedyncza 

czerwona  lampka  zamigotała, oświetlając  uskok. Drzwi  otworzyły się  szeroko. Ze  środka  wyszedł  Gubwa, a  za  nim dwóch 

strażników dźwigających nosze – Jackson i Smith.

– Połóżcie ją. – Stanął przy noszach i zakomenderował: Stańcie tutaj – wskazał palcem – po jednej i po drugiej stronie.

Smith był biały i trochę starszy niż jego czarny kolega.

Nie mając nic na sumieniu, wykonywał szybko i bez lęku wszystkie polecenia; Jackson poruszał się trochę wolniej.

Stanęli tak, jak  im nakazał, plecami do przepaści. Gubwa  rozstawił palce  i wyciągnął przed siebie  ramiona. Następnie 

zbliżył dłonie do twarzy, opuścił głowę i oparł ją na rękach.

Strażnicy spojrzeli ze zdziwieniem.

– Przybyliśmy tutaj – odezwał się – aby wysłać  to biedne dziewczę  w ostatnią podróż. Taki mamy obowiązek. Służyła 

nam wiernie. – Opuścił ręce, uniósł głowę i wyprostował się.

– Unieście ją – rozkazał.

Wykonali  polecenie. Trzymali  dziewczynę  przed  sobą  jak  zwierzę  ofiarne.  Była  nadspodziewanie  lekka.  Być  może 

w ostatnim momencie wyczuli, zwłaszcza Jackson, nadchodzącą zagładę. Było już jednak za późno, aby jej uniknąć.

– Dobrze! – Gubwa położył dziewczynie dłoń na udzie.

Wyglądało  to  jak  błogosławieństwo.  –  Spoczywajcie  w  pokoju,  moje  dzieci!  –  powiedział  głosem  łamiącym  się 

i zaostrzającym przy ostatnich słowach. Po czym naparł całym ciężarem ciała na strażników.

Krzyknęli, tracąc  równowagę  i  lecąc  do  tyłu. Brzeg  przepaści skruszył się  pod  ich  stopami... Zniknęli wraz  z  ciałem 

dziewczyny. Słychać było tylko milknący w głębi wrzask, a kilka sekund później trzy głośne plaśnięcia i dźwięk osuwających 

się kamieni.

Gubwa  stał chwilę nad przepaścią. Potem podniósł nosze i udał się  do windy. Jego twarz nie zdradzała żadnych emocji. 

Kabina poszybowała w górę. Czerwone fluorescencyjne światełko zgasło.

Kiedy  Charon  Gubwa  wznosił  się  przez  pokład skał, druga  winda  wiozła  Gardnera  i  sześciu  ludzi  na  powierzchnię. 

Jechała piętnaście minut, pokonując dwieście siedemdziesiąt stóp szybu. Ta niewielka prędkość była konieczna dla zachowania 

podróżnych  w  dobrym  zdrowiu.  Piętnaście  minut.  Tyle  miała  trwać  jazda,  w  przeciwnym  razie  nabawiliby  się  choroby 

kesonowej. „Wynurzanie” przebiegało zgodnie z planem.

Winda była  pogrążona  w egipskich ciemnościach, przetykanych pulsowaniem niebieskiego światła. W tej nieziemskiej 

atmosferze siedmiu żołnierzy opierało się o ściany, słuchając monotonnego głosu swego pana. Mimo, że był to głos nagrany na 

taśmę, nikt nie pozwolił sobie na brak uwagi.

Już trzeci raz wysłuchiwali tych rozkazów. Głos przypominał:

„Wykonaliście  pracę,  macie  teraz  wolne. Na  służbę  zgłosicie  się  o  godzinie  wskazanej  w  waszym  terminarzu. Tylko 

poważna  choroba  może  usprawiedliwić  nieobecność.  W  przypadku  niestawienia  się  –  zameldujecie  niezwłocznie  o  tym 

przełożonemu.  Nie  będziecie  pamiętali  nic  z  tego,  coście  widzieli,  czy  robili.  Nie  zabierzecie  ze  sobą  niczego,  nawet 

wspomnienia.  Kiedy  tu  wrócicie,  także  nie  możecie  niczego  przynosić.  Waszym  jedynym  pragnieniem będzie  wypełnienie 

swoich obowiązków. Będziecie pamiętać tylko o tych rzeczach, o których pozwolę wam pamiętać. Nauczę was odpowiedzi na 

pytania  dotyczące  Zamku  i pracy. Będziecie  mieli umysły  otwarte  na  moje  polecenia  przez  cały  czas. Wypełnicie bez zwłoki 

wszystkie  moje  rozkazy. W  każdym  przypadku  pytajcie  mnie  o  radę. Nie  będziecie  czynić  zła  na  zewnątrz. Przestrzegajcie 

praw  tego  kraju  i  nie  zwracajcie  na  siebie  uwagi. Żyjcie  na  powierzchni  swoim  życiem  w  mojej  łasce.  Jeśli  spotkacie  się 

z moim wrogiem i udzielicie mu informacji lub będziecie z nim współdziałać, przestaniecie istnieć. Zginiecie.

Oto słowa Charona Gubwy. Tak mówię i tak się stanie...”

Winda stanęła, niebieskie światełko zgasło. Otworzyły się drzwi i „roboty” wyszły na zewnątrz. Znajdowali się w słabo 

oświetlonej piwnicy. Winda zniknęła im z oczu.

Gardner  podszedł  do  metalowych  drzwi,  wyciągnął  klucze  i  otworzył  dwa  solidne  zamki.  Kiedy  wszyscy  wyszli, 

zamknął  je  starannie. Znajdowali się  teraz  w  pomieszczeniu,  które  wyglądało jak opuszczony  podziemny  parking.  Z  oddali 

dobiegały ich odgłosy wielkiego miasta.

Echo kroków siedmiu osób zadudniło na betonowej posadzce. Przeszli do drugiej windy. Gardner nacisnął guzik. Trzy 

poziomy  wyżej zobaczyli światło  dzienne, tłum i  sznury  samochodów. Drzwi  windy  zamknęły się  za  nimi. Widniał na  nich 

napis:

Brian Lumley - Psychosfera

18 / 61

background image

NIEZATRUDNIONYM WSTĘP WZBRONIONY

Poniżej,  trzysta  metrów  pod  ziemią,  leżał  zapomniany  Zamek.  Zapomniany, przynajmniej  dla  nich.  Ludzie  Gubwy 

zaczęli  ziewać,  mrugać,  każdy  z  nich  wybąkał  słowa  pożegnania  i  rozeszli  się.  Dla  postronnego  świadka  byli  zwykłymi 

obywatelami zajętymi swoimi sprawami, odzianymi w zwykłe ciuchy.

Gardner  przeszedł kilka  ulic, a  na  przystanku  autobusowym  zapalił papierosa  i  zajął rozmową  tłustą,  spoconą  panią 

w kapeluszu z piórkiem. Po drugiej stronie ulicy tabliczka na domu informowała:

Oxford St. Wl

ROZDZIAŁ ÓSMY

Dziewiętnaście minut wcześniej w Lindos obudziła  się Vicki Maler. Spojrzała  na zegarek – była  dziesiąta trzydzieści. 

Poranne słońce oświetliło bryłę akropolu.

Ziewnęła i przeciągnęła się. Spała ponad sześć godzin.

Mniej  więcej  tyle  samo  co  Richard.  Pomimo,  że  nie  lubił, kiedy  się  go  budziło,  pilnował,  aby  nie  spać  za  długo. 

Narzekał, że zbyt wiele rzeczy go omija.

Nadeszła  zatem  najwyższa  pora  na  pobudkę. Znowu śniły  mu się  koszmary, jęczał cicho. Vicki słyszała, jak wzywał 

Schroedera i Koeniga, kilka razy przeklinał. Miał też  podwyższoną  temperaturę; pot perlił mu się  na  czole  i w  zagłębieniach 

nad obojczykiem; kręcił nerwowo głową, jakby szukał wyjścia z trudnej sytuacji.

– Kłamca! – wykrztusił przez zaciśnięte zęby. – Spadamy! Spadamy!

Vicki położyła mu rękę na ramieniu, ale on miotał się jak opętany, jeszcze bardziej krzycząc i złorzecząc.

– Richard! Richard, obudź się! Wszystko w porządku! – wołała.

Po chwili błysnął złotymi oczami, zaparł się na drewnianym łóżku, wznosząc ręce w obronnym geście. Vicki odskoczyła 

na bok. Wtedy... zobaczył ją. Oblizał spierzchnięte usta i opadł na pościel.

– O Boże, zły! – Spojrzał na nią i zdobył się na uśmiech.

– Piękność!

– Musiałam cię obudzić – wyjaśniła. – Krzyczałeś.

– Tak, a co krzyczałem??

– O kłamcy i o spadaniu. – Celowo przemilczała Schroedera i Koeniga.

– Spadaniu? A, tak. – Zmarszczył brwi. – Pamiętam. Fragmenty. Ale kłamca? Potrząsnął przecząco głową.

– Czy pamiętasz coś jeszcze?

Wziął ją  w ramiona  i mocno przytulił. Objęła go  ciasnym uściskiem, czując, jakby wspomnienia  wypełniały jej ciało. 

Była  to  „stara”  dobra  miłość.  „Czy  wobec  tego  coś  się  zmieniło?”  –  zaczęła  zastanawiać  się.  Wtuliła  twarz  w  jego  ramię 

i przygryzła wargi. Garrison wyczuł jej napięcie. 

– Coś nie tak, Vicki?

– Martwię się o ciebie. To o czym rozmawialiśmy ostatniej nocy, sny...

Garrison zwolnił uścisk i poprawił szlafrok.

– Wiem, ale one nie są do końca tylko moimi snami. Śnię za całą trójkę. Rozumiesz?

– Tak, rozumiem i myślę, że teraz wiesz, dlaczego się niepokoję.

– Oczywiście.  – Zaczął się ubierać. – Tylko, że ten jeden raz...

– Tak?

– Tym razem, tak przypuszczam, śniłem tylko na swoje  konto. Żałuję, że niewiele pamiętam. Mam przeświadczenie, że 

to był bardzo ważny sen.

– Ważny?

–  Miałem  już  kilka  podobnych i  wszystkie  okazały  się  cholernie  istotne. Ale  –  wzruszył  ramionami –  być  może  on 

powróci.

– Nie zamierzasz się umyć? – Vicki spróbowała zmienić temat.

– Że co? – Richard spojrzał na nią z nikłym uśmiechem. – O, nie! Wskoczę do morza, bo dzisiaj mieliśmy chyba iść na 

wzgórze, prawda?

– Ach, tak!  –  Powrócił  jej  dawny  entuzjazm. –  Stamtąd  rozciąga  się  wspaniały  widok.  Oczywiście,  jeżeli będziemy 

trzymać się z dala od przepaści...

Uśmiech Garrisona zniknął zupełnie, Vicki przygryzła wargi, wiedząc, ze palnęła głupstwo.

– Mnie się to tylko śniło, Vicki – przypomniał jej. – Obudź się...To nie była rzeczywistość, wiesz o tym.

– Oczywiście, ja tylko...

– Ubieraj się  szybko. – Richard wyjrzał przez  okno na zaciemnione podwórzec. – Możemy coś przekąsić w drodze  na 

plażę.

Jakieś dziewięć godzin później gruby Francuz Paulo Palazziego wyjechał taksówką z Lindos. Wraz ze swą kochanką – 

małolatą o wielkich obwisłych piersiach wzbudzających powszechny popłoch na plażach – opuścili miasto. Dziewczyna ubrana 

była w luźną suknię wieczorową – najprawdopodobniej z powodu oparzeń.

Palazzi  z  zadowoleniem  zauważył  brak  ciężkiej  biżuterii:  niewątpliwie  wielka  jej  ilość  również  drażniła  skórę 

dziewczyny. Jak więc, zastanawiał się, szczerząc zęby, była w stanie poradzić sobie z jeszcze większym ciężarem kochanka?

Następnie  po kilku  nerwowych  minutach  wyczekiwania, zobaczył  szwajcarską  parę, która  pojawiła  się  u  drzwi willi. 

Śmiejąc  się  podążali  w  kierunku  centrum  wioski,  gdzie  o  tej  porze  okoliczne  tawerny  tętniły  gwarem.  Szczęśliwie  para 

zostawiła nie domknięte górne okno. Rzeczywiście, było niesamowicie gorąco, nawet jak na tutejsze warunki, ale jednak ...Coś 

więcej, niż tylko morski wietrzyk i kilka komarów, przedostanie się w nocy  przez to okienko! Palazzi znowu się  uśmiechnął, 

tym razem z własnego dowcipu i wzmianki o komarach. Pomyślał, że  złaknione  szwajcarskiej krwi chmary  wampirów  będą 

czekać na swoją  kolejkę, natomiast  on, Paulo  Palazzi, pierwszy zbierze  owoce beztroski  tych dwojga, a poza tym jego żądło 

Brian Lumley - Psychosfera

19 / 61

background image

okaże się bardziej dotkliwe.

Następnie  Garrison. Na  samo wspomnienie  o  niewidomym  oczy Włocha  zwęziły się.  Garrison był zagadką, również 

jeśli chodziło  o rozkład dnia. Mógł nie  wyjść  dzisiaj wieczorem, co  samo w sobie  nie  stanowiło, wbrew  pozorom, wielkiego 

problemu. Palazzi  przypuszczał, że  ślepiec najprawdopodobniej ma  twardy sen, a na  pewno będzie  miał twardy  po spożyciu 

hektolitrów tutejszej brandy. A może pija brandy na  bezsenność? Czas miał pokazać. Najbliższe godziny były zarezerwowane 

dla złodzieja.

Ściemniało  się  już,  zmrok  zapadał  kilka  minut  po  dziewiątej.  Palazzi  obiecał  nocnemu  stróżowi,  że  do  tego  czasu 

wyniesie  się.  Przyrzeczenie  zostało  przypieczętowane  butelką  uzo  w  tawernie  „U  Elli”.  Nie  chciał  jednak  nadużywać 

gościnności, a raczej pozostawiać wątpliwości co do swoich intencji.

Przyglądał  się  przez  chwilę  swoim  wypielęgnowanym paznokciom,  następnie  jeszcze  raz  podniósł do  oczu  lornetkę 

i  odszukał  podwórze  Garrisona.  Zobaczył,  jak  światła  gasną,  jedno  po  drugim,  dostrzegł  też  cienie  poruszające  się  za 

zasłonami.

Wychodzili. Trzymając się za ręce, szli wolno ku labiryntowi uliczek. Mieli na sobie stroje wieczorowe. Szli na dancing. 

On w kredowobiałym garniturze, dziewczyna w przewiewnym kostiumiku, piękna i zachwycająca.

Wilczy uśmiech Palazziego zbladł nieco. Jeszcze jedna zagadka. Włoch zastanawiał się, czy ta kobieta jest rzeczywiście 

niewidoma, czy może tylko nosi czarne ciężkie okulary.

Po chwili  skierował wzrok  w  stronę  plaży. Zabawne, jak lornetka  przybliżała. Wydawałoby  się, że  można  wyciągnąć 

szyję i pocałować te nagie piersi dziewcząt; ukazywała wszystko w innym wymiarze. Było to o wiele bardziej podniecające, niż 

spacerowanie tam, nad brzegiem. A te Angieleczki, które widział dwa dni temu; szczególnie ta dziewczyna z dużymi piersiami, 

bez stanika; jej twarde sutki prężyły się pod luźną koszulką.

Nagle  Paulo  poczuł, że  członek  wypycha  mu  spodnie. Nic  nowego. Dreszcz  rozkoszy. Nie  seksualny  (jak  twierdził), 

a raczej okolicznościowy –  ale  i tak  przyjemny. Pogłaskał wypukłość  w spodniach  i w  tym  momencie  usłyszał brzęk kluczy 

i skrzypienie żwiru pod czyimiś stopami. Drgnął niespokojnie, jednak z oddali doszedł go tylko pijacki bełkot.

– Już idę! – zawołał ktoś w dziwnym greckim narzeczu.

– Właśnie zaraz idę. – Mężczyzna oderwał się od ściany, otrzepał z pyłu i skierował ku kamiennemu łukowi, za którym 

zaczynała się droga do wsi. – Ale to taka wspaniała noc.

Zupełnie straciłem rachubę czasu. To właśnie lubię – samotność, wiesz? Och, żeby tak móc siedzieć w nieskończoność.

Smakowało uzo? Świetnie! I jeszcze raz dzięki.

Muzyka  i  odgłosy  dobrej  zabawy  wypełniły  wieczorne  niebo. Lindos  otrząsało  się  z  wieczornego  marazmu. Palazzi 

poczuł woń pieczonego jagnięcia, zapraszającą go na zabawę...

Przez cały dzień nastrój Garrisona pogarszał się z minuty na minutę. Vicki wyczuwała to; widziała, jak Richard stara się 

panować  nad  dziwnymi  emocjami.  Ona  także  była  bezsilna  wobec  tej  schizofrenicznej  aury.  Wiedziała,  że  schizofrenia 

wywołana jest naciskiem żyjących w nim osobowości.

Wiedziała,  że  ani  Schroeder,  ani  Koenig  nie  zamanifestowali  swojej  obecności  przez  cały  dzień,  ale  sama  próba 

zachowania  własnego  „ja”  była  bardzo  wyczerpująca.  Wątpiła,  że  kiedykolwiek  przyzwyczai  się  do  tego.  Prześledziła 

w  myślach  przyczyny  dzisiejszego  stanu, do  momentu  spotkania  z  dwoma  Grekami  na  plaży.  Dotąd  wszystko  układało  się 

pomyślnie, wakacje obojgu sprawiły radość. Teraz jednak...

Garrison był zamyślony i nieobecny. Bawił się  widelcem, kłócił o rachunek, a następnie wyszedł purpurowy ze  złości 

z  tawerny.  Wlał  w  siebie  zbyt  wiele  brandy,  co  spowodowało  atak  gniewu.  Narzekał  na  „zapijaczonych,  parszywych 

zdzierców”, podczas  gdy  miejscowi  zachowywali  się  nadzwyczaj  poprawnie.  Szukał  ujścia  dla  swoich  emocji. A  to  było 

ostatnią rzeczą, której Vicki pragnęła.

Wiedziała, że pod maską jej ukochanego Richarda czają się jeszcze dwie postacie gotowe wejść do akcji. Wiedziała też, 

że  zarówno  ona  jak  i  Lindos  obejdą  się  bez  pomocnej  dłoni  Willy’ego  Koeniga  i  ukochanego  pułkownika,  Thomasa 

Schroedera. Owszem, przepadała  za  nimi, ale – żywymi, z krwi i kości. Teraz, kiedy zamieszkiwali umysł Garrisona, bała  się 

ich  i  nienawidziła  z  całego  serca. Pragnęła,  aby  żaden  nie  wydostał  się  na  powierzchnię  dzisiejszej nocy.  Dlatego  też  przy 

pierwszej sposobności dała Richardowi odczuć swoje zdanie, ukazując gniewne oblicze.

– Tak? – zabrzmiało to, jakby szukał zaczepki.

– Nic takiego, tylko ból głowy – odparła.

Nagle  Garrison  zaczął jej  bardzo  współczuć  i  kiedy  dotknął  jej  czoła, twarz  mu  spochmurniała. Wiedział,  że  Vicki 

kłamie.

– Gdyby męczył cię ból głowy – powiedział miękko – wyleczyłbym cię w mgnieniu oka. Wiesz o tym.

– Wobec tego jestem zmęczona. – Dziewczyna rozpaczliwie starała się zasłonić. – Jestem trochę...

–  Zmęczona?  Nie,  to  też  nie  to.  Ucięliśmy  sobie  dwugodzinną  drzemkę  po  wspinaczce.  –  Garrison  wydął  wargi, 

zaczynał się złościć. – Co u licha, chodzi o mnie? Prawda?

– Och, Richard –  ścisnęła  go  niecierpliwie za  rękę. –  Chodzi o twoje zadręczanie  się  czymś, o czym nie  wiem. I nie 

wiem... co... – zawahała się.

Patrzył  na  nią  przez  chwilę  i  Vicki  poczuła,  jakby  gorący  płomień  złotych  oczu  przechodził  przez  ciemne  szkła 

i rozpraszał wszystkie jej lęki.

– Ja też nie wiem – przyznał Richard. – Takie dziwne uczucie, to wszystko. Uczucie, że coś tracę; że coś jest nie tak. Ze 

światem, ze mną. Do diabła, ty wiesz, Vicki!

– Posłuchaj, dlaczego nie  zakończymy już  tego  dnia? Możemy posiedzieć  przed  domem. Zrobię  kawę, całe  mnóstwo 

kawy.  Kawa  i  brandy,  i  cygaro  dla  ciebie.  Spodoba  ci  się.  Nie  będziemy  musieli  robić  nic  poza  siedzeniem  tam, 

odpoczywaniem i słuchaniem ptasiego śpiewu na smutną nutę.

– Tak, jest smutny ten mały skubaniec. Ze swoim ćwir...ćwir... ćwir! Ciekawe, jak wygląda.

– Może nieciekawie – powiedziała, kładąc pieniądze na stole. – Może dlatego śpiewa w nocy.

Po chwili znaleźli się w labiryncie wąskich uliczek.

Brian Lumley - Psychosfera

20 / 61

background image

–  Może  właśnie  dlatego  jest  smutny,  co? No,  że  jest  brzydki.  I  ma  tylko  jeden  ton  do  dyspozycji  –  kontynuował 

Garrison.

– Ale za to jaki piękny.

Nagle przytulił Vicki i zaczął całować namiętnie; delikatnie pieścił jej piersi.

– Posłuchaj, co byś powiedziała, gdybyśmy zapomnieli o kawie i brandy? Dlaczego by  nie  zawtórować  temu małemu 

kolesiowi i nie pośpiewać trochę w duecie?

Przeszli przez podwórze i cicho zamknęli za sobą drzwi...

Palazzi obserwował parę  Szwajcarów. Stał tylko ulicę  lub  raczej dach  –  dalej. Wybór  był  oczywisty. Po  opuszczeniu 

Akropolis  spędził  trochę  czasu  na  dyskusjach  z  miejscowymi  damami  do  towarzystwa,  wyruszającymi  na  nocną  szychtę. 

Powiedział im grzecznie „dobranoc”, upewniając się, że odprowadzają go wzrokiem do kwatery.

Na  miejscu miał pięć minut na zmianę ubrania. Wyszedł przez wysokie  okno i przemknął się po zacienionych płaskich 

dachach. Adrenalina zamiast krwi płynęła teraz w żyłach Włocha! Noc była jego żywiołem. Poruszał się jak cień, a podniecenie 

wciąż rosło i... szybko opadło, bowiem skok na kwaterę Szwajcarów okazał się jednym wielkim nieporozumieniem.

To, co mieli w pokoju, nie wystarczyłoby nawet na  zwrot kosztów pobytu. Garść  tanich błyskotek, kilka  drachm, kilka 

szwajcarskich franków. Żałosne! Palazzi zawiedziony wyszedł ze splądrowanego pomieszczenia.

Teraz kusiło go, aby spenetrować mieszkanie Garrisona. Wiedział jednak, że pośpiech spowodowany chciwością  może 

okazać  się  zgubny. Postanowił więc, że  najpierw wykona  robótkę, a Garrisonowi pozwoli czerpać  uroki  wieczoru. Poza  tym 

mieszkanie żabojadów znajdowało się bliżej.

Palazziego  wciąż  zastanawiała  osoba  ślepca.  Zaczęły  ogarniać  go  dziwne  przeczucia,  które  sprawiały,  że  robił  się 

nerwowy. Złodziejski instynkt nie zawiódł jednak Włocha.

Kiedy  około wpół do jedenastej wszedł na zaciemnione podwórze  willi Francuzów  i zaczął otwierać zamek, Garrison 

i Vicki rozprawiali  właśnie  o  muzyce  serwowanej  przez  nocne  ptaki. Gdyby poszedł  najpierw tam, pewnie  skomplikowałby 

sprawę.

Oczywiście  nie  wiedział  o  tym, aż  do  chwili, kiedy  kucając  w  zagłębieniu  jednego z  dachów, zobaczył żółte  światło 

przed ich domem. Klął  długo  i wymyślnie, w ciszy oczywiście. Brał nawet pod  uwagę  drastyczną  zmianę planu. Jego umysł 

pracował intensywnie, a on sam rozciągnął się na dachu i słuchał odgłosów miłości. Dochodziły go bezgłośne pomrukiwania, 

westchnienia i jęki rozkoszy, a miękkie  – pac, pac, pac  – rozbudziło bardzo  wyobraźnię. Niewidomi wiedzieli doskonale, jak 

się to robi.

Pomimo konieczności zmiany planu, Paulo  poczuł  podniecenie, tym razem seksualne. Jego  członek urósł i wydawało 

się, że  za  chwilę  rozerwie  zamek kombinezonu. Wyobrażał  sobie  to  piękne  ciało, ciało kobiety Garrisona; otwarte, miękkie, 

różowowilgotne;  zapraszające.  Niemal  widział  Garrisona,  jak  porusza  się  w  górę  i  w  dół,  w  górę  i  w  dół.  I  jej  piersi  – 

nabrzmiałe, mokre od potu, powołane do życia przez tego ślepca.

Palazzi pomyślał, że ten biedny kutas nawet nie wiedział, jak ona  wspaniale  wygląda! Chyba, że  nie  był ślepy. Oblizał 

usta i powstrzymywał strach dławiący mu gardło. Zmusił się do myślenia.

W istocie, wiele  trzeba  było  zmienić. Jeśli miał  jutro  wyjechać  z  Lindos,  powinien  teraz  wykonać  robotę. Wolał nie 

odwiedzać  mieszkania,  w  którym  przebywają  lokatorzy. Pomyślał  jednak,  że  po  tych  erotycznych  zmaganiach  pogrążą  się 

w twardym śnie. Zresztą, nie miał wyboru, ponieważ Francuz także go rozczarował. Mniej niż tysiąc drachm, żadnych franków, 

stary pozłacany zegarek i garść świecidełek, wartych może z trzysta tysięcy lirów.

Natomiast Garrison był inny. Sama biżuteria jego kobiety, nawet nie – połowa, była warta fortunę.

Po pięciu  minutach  odgłosy  stały się  szybsze. Po  chwili Paulo usłyszał cichy krzyk – ostry i słodki. W końcu  nastała 

cisza. Na kilka minut. Potem odgłos bosych kroków na podłodze. Zgasili światła. Szelest kołdry i znowu cisza.

Ani Garrison, ani Vicki nie  śnili o niczym ważnym tej nocy. Tak jak  przypuszczał złodziej, miłość zmęczyła  ich. Jeśli 

nie liczyć głębokich oddechów, w domu panowała cisza.

Palazzi  pakował do  kieszeni pieniądze  i  kosztowności. Znalazł  ich  całe  mnóstwo. Więcej  niż  trzeba,  aby  powetować 

wszelkie  rozczarowania. Nagle  przebiegła  mu przez  głowę myśl  o  ucieczce. Miał już  takie  myśli tuż  po  wejściu  do pokoju, 

kiedy  zobaczył,  że  kobieta  leży  na  podłodze  tuż  u  jego  stóp!  Palazzi  widział  w  ciemnościach  jak  kot.  Pomimo  egipskich 

ciemności był w stanie dostrzec w pokoju każdy szczegół. Światła latarki niemalże nie potrzebował.

Dziewczyna leżała tak blisko. Zawiązana  chustka zasłaniała jej oczy. Klatka  piersiowa unosiła się i opadała, unosiła się 

i opadała. Spała  nago, piersi tworzyły małe  wzgórza. Rozłożyła  szeroko ramiona i nogi. Palazzi wlepił w nią  wzrok. Była  to 

lustracja  podyktowana  żądzą. Po drugiej stronie pokoju Garrison miał do dyspozycji dwuosobowe łóżko, na którym wcześniej 

kochali się. Typowe greckie łóżko – nieco uniesione.

Paulo musiał uważać  na  każdy krok, aby nie  potrącić  dziewczyny i by cień nie  padł  na jej twarz. Nawet z zakrytymi 

oczami mogła wyczuć jego obecność.

Teraz pozostało mu przebyć  schody w taki sposób, żeby nie  zaskrzypiały i zręcznie ominąć  porozrzucane  na  podłodze 

ubrania. Kilka  drogocennych przedmiotów leżało  na  nocnym stoliku, torebka  wisiała  na  poręczy  schodów, portfel Garrisona 

spoczywał w wewnętrznej kieszeni marynarki, zawieszonej od niechcenia na krześle.

Biżuteria  była  warta  fortunę!  Aż  kusiło  go,  żeby  zagwizdać  z  podziwu;  podobnie  na  widok  portfela.  Pokaźny  plik 

nowiusieńkich  banknotów  dwudziestofuntowych.  Naliczył  ich  przynajmniej  ze  trzydzieści,  nie  gorzej  prezentowały  się 

drachmy.

Nagle  Garrison  poruszył  się,  trwało  to  sekundę,  wystarczyło  jednak,  aby  Palazzi  stanął  bez  ruchu  jak  wrośnięty 

w  ziemię. Czekał, nasłuchiwał  i  obserwował  pokój. Mężczyzna  leżał twarzą  do  poduszki  i  pochrapywał z  cicha. Po  chwili 

zmienił pozycję.

Światło księżyca zaostrzyło się i rozjaśniło kontury przedmiotów. Znowu zapanowały cisza i spokój...

Paulo ponownie podszedł do miejsca, gdzie spała Vicki.

Spojrzał na jej kochanka. Fosforyzująca tarcza  zegarka  świeciła  tuż przy  poduszce. Nagle  zapragnął wydostać  się stąd 

jak najszybciej. Nieostrożnie  nadepnął na skrzypiącą deskę, co spowodowało dalszy przestój; wstrzymał nawet oddech, zanim 

Brian Lumley - Psychosfera

21 / 61

background image

odważył się iść dalej. Czuł się  dziwnie nieswojo. Wcześniej powykręcał wszystkie żarówki. Pomyślał więc, że  nawet jeśli się 

obudzą i będą próbowali włączyć światło, nie poradzą sobie.

Przestąpił śpiącą  kobietę  i  usiadł  na  kamiennym  parapecie. Kiedy  już  przerzucił  jedną  nogę  przez  okno, dziewczyna 

poruszyła  się i wyprężyła swoje  piękne ciało. Światło księżyca padało na jej krągłe kształty. Palazzi miał wolne  ręce, podobnie 

jak drzemiący w nim demon. Wolno rozpiął zamek w kombinezonie, wyciągnął nabrzmiały członek i zaczął gładzić delikatną 

skórę. Tam  i z  powrotem. Potem puścił go i dotknął piersi dziewczyny, drugą ręką  zakrywając  jej  usta. Obudziła  się, czując 

czyjeś dłonie na swoim ciele. Jedna kneblowała jej usta, a druga ściskała, gniotła i szczypała.

– Richard! – próbowała krzyczeć.

Jednak  Garrison  i  tak  ją  usłyszał.  Obudził  się. W  takich  sytuacjach,  pomimo,  że  był  eks-wojskowym  ze  świetnym 

refleksem, Willy  Koenig, eks-Schutzstaffel, zawsze  go  wyprzedzał. Przekręcił się  na  łóżku, wstał  na  równe  nogi  i  otworzył 

oczy. Złote  promienie  rozproszyły mrok. Palazzi  puścił Vicki, wydał jakiś  nieartykułowany skowyt i  patrzył  z  przerażeniem 

w płonące oczy piekieł.

–  Idź  spać, Vicki –  powiedział lodowatym  głosem Richard. –  Zapomnij o  tym,  to  nie  dzieje  się  naprawdę. Wszystko 

w porządku. Schlafen Sie.

Dziewczyna opadła na poduszkę.

Palazzi  starał  się  uciec  przez  okno,  ale  poczuł,  że  jakaś  niewidzialna  siła  przytrzymuje  go  i  porywa  w  powietrze. 

Poszybował na środek pokoju. Chciał krzyczeć, ale nie mógł. Zamki w jego kombinezonie rozsunęły się i upadł na podłogę.

Nagi mężczyzna siedział na  łóżku i wykrzywił usta  w koszmarnym, pozbawionym wesołości uśmiechu. Podniósł rękę 

i wskazał palcem okno.

– Idź – rozkazał.

Palazzi poczuł, że coś wypchnęło go przez okno, poszybował nad dachami w noc. Oczy ranił mu pęd powietrza, ubranie 

powiewało  jak  czarne  skrzydła.  Leciał  nad  akropolem,  światła  Lindos  oddalały  się  z  każdą  sekundą.  Po  chwili  zobaczył 

światełka łodzi rybackich.

Był nad morzem. Milę, dwie wyżej wielki odrzutowiec przeleciał mu nad głową.

– Nie! – krzyczał, mając nadzieję, że ktoś usłyszy go. Nie, nie chciałem jej skrzywdzić. Litości! Miej litość!

Nikt jednak nie słuchał. A już na pewno nie istota, która nagle, bez ostrzeżenia rzuciła go w dół...

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

O  szóstej  rano  Garrison-Koenig  po  zakończonej  akcji  dopijał  piętnastą  filiżankę  kawy  i  wypalał  dwudziestego 

papierosa. Nie był to chłodny poranek, a jednak mężczyzna drżał.

Siedział na brzegu łóżka i wyglądał przez okno, słuchając opętańczego piania koguta i porykiwań osłów. Przez cały czas 

myśli  kłębiły  mu się w głowie. Lindos, Rodos, Morze  Egejskie... Zastanawiał się, co tu  robi? Ostatniej nocy, tuż nad ranem, 

zabił człowieka, a  właściwie  to  Willy  Koenig  wykonał  wyrok. Garrison  nie  mógł (nie  chciał?)  go powstrzymać. Schroeder 

także przyłożył do tego rękę. Thomas Schroeder chronił nie tylko Vicki (niegdyś była pod jego opieką), ale również siebie.

Garrison nie mógł żyć własnym życiem, w jego ciele „mieszkali” jeszcze dwaj ludzie. To, co się działo z nim, dotyczyło 

także  ich.  Ten  związek  wykańczał  go.  Postanowił  stawić  temu  czoła.  Utracie  sił  fizycznych,  psychicznych  i  również, 

w  pewnym sensie, utracie  zmysłów. Czasami  wydawało  mu  się,  że  już  oszalał, na  przykład  –  kilka  godzin  temu.  Nie  miał 

wpływu na te dwie zmory, ponieważ żyły w nim.

Nie  należał  wyłącznie  do  siebie. Dzielił  się  swoim  ciałem, a  także  swoimi  siłami,  tracił je  jak  przeciekająca  bateria 

w latarce. Nie było szans na  przypływ energii. Już niedługo światło miało zgasnąć. Umysł krążył wokół jednej myśli: „Nie ma 

szans na przypływ energii”.

Gdzieś z zakamarków mózgu dało się słyszeć echo cichych słów.

– Nie pamiętasz, Richard? Zatrzymałeś maszynę. Zabiłeś bestię...

Rozpoznał głos Schroedera, ale nie mógł się porozumieć. On był nimi, oni byli nim.

Miał wrażenie, że potrafi odpowiedzieć na drugą część pytania. Zbladł. Psychomech to jedyna  bestia, na której dopuścił 

się mordu. Z zazdrości. Aby nikt nigdy nie poszedł w jego ślady ku...

Rozpaczy.

Rozpaczy  zrodzonej ze strachu. Jego siły  malały i  zdawał  sobie  z  tego sprawę. Czuł się  teraz  krańcowo wyczerpany, 

wykończony, niezdolny przeciwstawić się temu, co mu zagrażało. To nie było zwykłe  niewyspanie; nie – świadomość, że zabił 

człowieka (ta świnia na to zasługiwała), nie – sposób, w jaki Vicki patrzyła na niego coraz częściej.

Po prostu czuł się  sterowany. Na  przykład zdarzenie  z młodymi Grekami. Był to jego gniew, ale  działanie Schroedera 

i Koeniga. Podobnie włamywacz. Garrison za to płacił.

To jego energia się wyczerpywała.

„Nie ma szans na przypływ energii...” – myślał wciąż.

Znów jego ciało  przebiegł dreszcz. Garrison przeszedł przez  pokój i spojrzeniem włączył ekspres do kawy. Wspiął się 

po  drewnianych  schodach.  Za  jego  plecami  ekspres  nalał  kawę  do  dwóch  kubków,  dodając  odpowiednią  ilość  mleka 

i dokładnie  łyżeczkę cukru. Mały wir rozpuścił cukier. Kiedyś wszystkie  te  sztuczki odbywały  się na  oczach Vicki, teraz już 

nie. Poza tym i tak spała. Ale kiedyś...

Na  samym początku  była  olśniona, śmiała się  serdecznie. Później... zrozumiała, na  czym to polega. Teraz  takie czary-

mary tylko ją przerażały.

Usiadł przy niej i dotknął ramienia. Było ciepłe i przyjemne. A kiedyś, nie tak dawno temu...

Wiedział, że  nie  będzie  pamiętała  niczego. Od  kilku  godzin  nawet  nie  westchnęła,  nie  poruszyła  się. Patrzył na  nią, 

wsłuchując się w równomierny oddech. Poczuł, jak serce zaczyna mu bić coraz szybciej – zaniepokoił się.

Skóra  Vicki była  nieco bledsza  niż  zwykle, pomimo  opalenizny, i  wydawało mu  się, że  dziewczyna  nienaturalnie  się 

poci. Zobaczył prawie niezauważalne  bruzdy  wokół oczu  i ust. Nie  zmarszczki, kurze  stopki. Wyglądały  raczej na  znamiona 

Brian Lumley - Psychosfera

22 / 61

background image

zaburzonego metabolizmu lub... czegoś, co od dawna przestał brać pod uwagę!

Dygoczącymi  palcami  rozwiązał  chustkę  na  jej  twarzy  i  kciukami  uniósł  powieki.  Spała  dalej,  a  on  cofnął  się 

przerażony. W zaczerwienionych oczodołach tkwiły duże, pokryte bielmem oczy. Złoty blask zniknął!

Garrison postanowił działać.

– Spójrz! – rozkazał. – Wypełnij się światłem, życiem, ciepłem i energią! Weź moją...

Powoli oczy dziewczyny rozjaśniły się na  powrót złotą  poświatą. Bruzdy zniknęły, skóra  wygładziła  się, puls i oddech 

powróciły do naturalnego stanu.

– Obudź się!

Otworzyła duże złote oczy i uśmiechnęła się.

Richard z trudem panował nad drżeniem ciała.

– Jest ranek, Vicki – zdołał w końcu wykrztusić. – Zaparzyłem kawę.

Ranek – jak zadecydował Garrison – ostatni na Rodos. Były sprawy, które  musiał bezzwłocznie  załatwić. Póki jeszcze 

na to czas...

Joe Black zostawiał małe kwoty pieniędzy w kieszeniach informatorów. Byli mu potrzebni. To jednak nie  jedna  z jego 

informatorek, ale  młoda  śliczna  przedstawicielka  brytyjskiego biura  podróży wyciągnęła go rankiem półprzytomnego z łóżka. 

Black mógł nie skojarzyć pewnych faktów, szybko jednak zrozumiał, że mają wspólne interesy, którym na imię Garrison.

– Tak – potwierdził, przecierając zaspane oczy i ziewając szeroko. – Interesuje mnie, ee, pensjonat „Adonis”. Wszystkie 

trzy pokoje. Są lepsze od tego. Ale – zaczynał kojarzyć – o ile mi wiadomo, facet, który tam mieszka, będzie na miejscu jeszcze 

jakieś pięć dni.

– A jednak nie, panie  Schwartz. –  Uśmiechnęła się. – Wyjeżdżają  dzisiaj rano, chyba  do  Londynu. Dostałam cynk od 

Kostasa Mekosa, jednego z tutejszych taksówkarzy; jakieś dwadzieścia minut temu.

Joe  teraz  zrozumiał  wszystko.  Kostas  był  jednym  z  jego  informatorów,  chętnie  przyjmował  małe  zaliczki.  Ale 

dwadzieścia minut temu...

– Rozumiem. Pani jest agentką biura „Skymed”, a pensjonat „Adonis” jest własnością biura „Skymed”, a pani...

– Tak, nie lubię, kiedy takie wspaniałe pokoje stoją puste!

– Widzi pan – odezwała  się  ze słodyczą w głosie – pan Garrison zapłacił z góry za wszystko, a pieniądze nie podlegają 

zwrotowi i w tej sytuacji...

– Mogę wziąć te pokoje po zniżonej cenie?

– No, cóż...

– Trzydzieści procent taniej?

– Nie mogę podać dokładnie...

– Oczywiście, że nie, rozumiem. Wobec tego pani, ee...?

– Po prostu – Linda. Linda i Lindos, hm? – Dziewczyna uśmiechnęła się promiennie.

– Jasne, Linda. Zaprosiłbym cię  do  środka, ale  widzisz, jestem całkiem goły. Czy  mogę się  z tobą  zobaczyć później? 

Rozumiesz, muszę skontaktować się z moimi znajomymi w Rodos. Nie mogę  podejmować  pochopnych decyzji. Już mogli się 

sami jakoś urządzić.

– O, tak. – Była trochę zawiedziona. – Moje biuro znajduje się...

– Wiem, gdzie to jest – odparł Black, myśląc: „Odwal się, ty głupia dziwko!” Postanowił przyspieszyć jej odejście.

– Posłuchaj, wiem, że jest wcześnie, ale tak się złożyło, że mam tutaj butelczynę i właśnie chciałem siadać do śniadanka.

Gdybyś miała ochotę, tego...? – Uchylił drzwi trochę szerzej, ukazując owłosioną klatkę piersiową.

Nie można powiedzieć, że Joe był podobny do Apolla; w dodatku teraz – nie ogolony, z odorem whisky w oddechu.

Sztuczka odniosła spodziewany rezultat. Linda z Lindos cofnęła  się  od drzwi, uśmiech przylepiony do ust stał się teraz 

sztuczny i wymuszony, uprzejmość pracownicy biura turystycznego zniknęła w jednej chwili.

– Dzięki, ale już jadłam śniadanie. Jestem rannym ptaszkiem.

– Cóż, szkoda. – Zamykał już drzwi.

– Ale... Pan nie jest Niemcem. Mam na myśli pana nazwisko. Widziałam pana w wiosce i pomyślałam...

– Moja żona jest Niemką – Joe skłamał. – Spędziłem tam całe wieki. – Znów uchylił szerzej drzwi. – Oczywiście jestem 

tutaj sam i...

Ale Linda z Lindos już zniknęła w zalanej słońcem uliczce....

Bert był „przyjemniaczkiem”. Swoje zadanie wypełniał jak zwykle  z niespotykaną  dokładnością. Stawiał dwuosobowej 

załodze samolotu Garrisona wódę, wkradał się w ich łaski, przy okazji zyskując względy długonogiej stewardesy.

Ich  kontakty  stały  się  pasmem  nieprzemijającej  zabawy.  Nie  troszczył  się  o  zachowanie  w  tajemnicy  swoich 

prawdziwych danych – bowiem sądził, że nie będą mieli okazji do składania zeznań. Te wakacje na  Rodos nieźle kosztowały, 

ale bracia mogli sobie na nie pozwolić; płacił Carlo Vincenti. Poza tym Bert zawsze lubił wystawne życie.

Zabawiał  się  w  szczęśliwego  miłośnika  gier  hazardowych  na  wakacjach,  szukającego  wesołego  towarzystwa,  które 

pomogłoby mu wydać  wygraną, nie za szybko jednak, ponieważ nie nawykł do roli milionera. Załoga samolotu Garrisona, ze 

swoimi szczupłymi mimo wszystko dietami, nie dała się długo prosić. Po dwóch dniach Bert wyraził zainteresowanie maszyną 

i kiedy zabrali go na lotnisko, cieszył się jak dzieciak nową  zabawką; jak wredny bachor, który będzie  odrywał nowej zabawce 

kółka (w tym przypadku – kabinę pasażerską, podwozie i instalację).

Urządzenie  było  małe,  ale  śmiercionośne,  mieściło  się  w  kieszeni. Black  przylgnął  do  metalu  w  ładowni  samolotu. 

Mechanizm zaczynał działać po sygnale  przekazanym przez elektroniczne  urządzenie  Berta. Miało to nastąpić  tuż  po starcie. 

A wtedy... Wtedy tam, w górze, po godzinie, gdzieś nad Morzem Egejskim, pomiędzy Grecją i Turcją...

Morze miało w tym miejscu sześćset stóp głębokości; na twarzy Carla Vincentiego zagościł uśmiech.

Bombowiec Bert Black  rzadko miewał sny, a już  na pewno nigdy nie  cierpiał z powodu koszmarów. Był człowiekiem 

bez sumienia, co okazało się bardzo korzystne w jego branży; bez skrupułów; pozytywnie nastawionym do życia, odwrotnie niż 

jego brat. Kochał świat i ludzi, a że czasem musiał kogoś zabić, no cóż... takie jest życie.

Brian Lumley - Psychosfera

23 / 61

background image

Tego  ranka  obudził  go  telefon.  Podniósł  słuchawkę,  zanim  śpiąca  obok  dziewczyna  poruszyła  się.  Joe  zmienionym 

głosem poinformował brata o wszystkim.

– Są w drodze. Odlatują dzisiaj.

– Jasne – odpowiedział Bert, nie spuszczając oka z dziewczyny.

– Zrobisz to?

– Już jest zrobione. Wszystko z wyjątkiem coup de grace!

– Tak? A ty wciąż jesteś w hotelu? Rusz dupę i szoruj na lotnisko!

–  Spoko,  spoko!  –  syknął. Dziewczyna  westchnęła  przez  sen.  Szybko zasnęła  po  burzliwej nocy.  –  Nie  odlecą  beze 

mnie. Nie zrobią mi tego.

– Co takiego? Posłuchaj, co ty tam, do diabła...

–  Mówię:  spoko – powtórzył. –  Wyjaśnię  później.  Uwierz  mi, załatwiłem  wszystko  na  cacy. Do  licha, będę  tam, na 

lotnisku i pomacham im chusteczką na pożegnanie! – Położył słuchawkę, przerywając potok przekleństw płynących z ust brata.

Odwrócił się, ostrożnie obrócił dziewczynę na plecy, rozsunął jej nogi i klęknął pomiędzy nimi. Wtedy obudziła się.

– Bert? Znowu?

– Hej! – przywitał ją. – Wstał wspaniały dzień. Jeśli go właściwie zaczniemy, będzie taki do końca. – Wśliznął się w nią. 

–  Ciesz  się  o  poranku,  dziewczyno!  – A  w  myślach  dodał:  „Póki  możesz,  kochanie.  Następny  koleś,  który  się  do  ciebie 

dobierze, będzie miał płetwy albo długie, długie szczypce!”

– Komu tak machałaś? – zapytał Garrison stewardesę, kiedy weszła do kabiny pasażerskiej, tuż po starcie. – Stałaś cały 

czas przy oknie, śmiałaś się i machałaś do kogoś.

– Och, przyjaciel. Poznaliśmy go na Rodos. Miły gość. Więcej forsy niż rozsądku, ale, wie pan, miły.

– Och! – uśmiechnęła się Vicki. – Romans na greckich wyspach, co?

– No, niezupełnie. –  Dziewczyna zmarszczyła  nos. – Było miło, ale  nie  sądzę, że  się jeszcze  kiedyś zobaczymy. Poza 

tym  miał  w  sobie  coś  takiego...  –  Wzdrygnęła  się.  –  Dobra  zabawa,  ale  jak  dla  mnie  zbyt  wyrachowana.  Był  chłodny. 

Zastanawiała  się  jeszcze  przez  chwilę  i  zakończyła: –  Pomagał nam zabić  nudę. No, a  teraz, pani  Garrison, panie  Garrison, 

czego się państwo napiją przed posiłkiem?

Sączyli lodowate drinki, wybierając mięso na zimno i przystawki, a na deser – lody i likiery. Rozmawiali przy posiłku.

– Obiecałeś, że powiesz mi, o co w tym wszystkim chodzi – zapytała Vicki, porzucając pogodny nastrój, który przybrała 

na użytek załogi. – Dlaczego jedziemy do domu? Dlaczego przerwaliśmy wakacje?

Richard popatrzył przez okno, łyknął piwa i zabrał się do piersi kurczaka.

– Vicki, pamiętasz  naszą rozmowę  ostatniej nocy? Jestem teraz w stanie sprostać wszystkim przeciwnościom. Będę  to 

robił od zaraz, póki jeszcze nie jest za późno.

– Czy możesz coś na to poradzić?

– Tak, przy  odrobinie szczęścia. Zrobiłem zasadniczy  błąd: zniszczyłem Psychomecha. Ale to nie  wszystko. Odbuduję 

Maszynę. Czy też raczej – zlecę odbudowę. Człowiek, który pracował dla Garetha Wyatta przy modyfikacji Psychomecha, jest 

teraz mój. Jeśli mu pomogę, nie powinno być żadnego problemu.

– Żadnego problemu – westchnęła. – Jeżeli uważałeś, że  to takie pilne... – znowu westchnęła. – Naprawdę  podobało mi 

się w Lindos, ale...

–  Żadnych  „ale”,  Vicki  –  przerwał  jej  Garrison. –  To  jest bardzo  pilne.  Myślałem, że  wyciągniesz  podobne  wnioski 

z naszej ostatniej rozmowy. Gdybym potrafił powiedzieć ci wszystko, byłabyś przerażona.

– I tak mnie to przeraża. Maszyna rozszerzająca umysł, a ty – zdany na jej łaskę i niełaskę!

Garrison zakrztusił się.

– Psychomech nie był jakimś potworem – odparł po chwili. – Nawet jeśli konstruktorzy mieli odchylenia. Maszyna  to 

tylko maszyna. Byłem zdany na jej łaskę, ale tylko dlatego, że powierzyłem swój los niebezpiecznemu człowiekowi.

Zemściło  się  to  na  nim,  zemściło  okrutnie!  Teraz  to  wszystko  już  historia. I  tak...  muszę  to  zrobić  jeszcze  raz.  Dla 

mnie...ale i dla ciebie...

Vicki wiedziała, co Richard ma na myśli. Jej bateria przeciekała. Wzdrygnęła  się  na wspomnienie agonii i tortur, jakich 

doznała... zanim  umarła.  Nie  chciała  o  tym myśleć. Zaczęła  coś  mówić, ale  nie  dokończyła  swojej  myśli. Od startu minęła 

godzina. Znajdowali się nad Morzem Egejskim, lecieli w kierunku granicy jugosłowiańsko-bułgarskiej.

Pod ich  stopami,  w  małej  ładowni,  urządzenie  Bombowca  Berta  Blacka  przestało  tykać.  Nastąpiło  zwarcie.  Podłoga 

wygięła się jakby od uderzenia potężnego młota. Rozległ się  odgłos głuchej eksplozji. Odłamki szkła i metalu wyleciały przez 

wybite okna, samolot zatrząsł się gwałtownie... Jak śmiertelnie ranny smok ryknął i runął z łoskotem w dół...

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Charon  Gubwa  siedział  w  swoim gabinecie. Pomimo tego, że  wyłożony pancernymi płytami  pokój był  duży;  stojące 

w nim dwa wielkie  pulpity i trzy stalowe  półki zapełniały go dokładnie. Nieco chaotyczny wygląd tego pomieszczenia  był dla 

Gubwy  luksusem.  Uważał,  że  wiedzie  bardzo  uporządkowane  życie,  więc  odrobina  niedoskonałości  stała  się  czymś 

koniecznym i wspaniałym zarazem. Książki leżały wszędzie w artystycznym nieładzie, a na półkach widniały puste miejsca.

Książki  oddawały  klimat  zainteresowań  ich  właściciela.  Kolekcjonował  wszystko,  co  wiązało  się  z  tak  zwanymi 

„pobrzeżami”  prawdziwej nauki. Poza  tymi  były jeszcze  inne; obok  książek  dotyczących parapsychologii  (głównie  telepatii, 

lewitacji i telekinezy) znajdowały się tam prace z dziedziny mitologii świata, politycznych doktryn, religii, wojny – jej skutków 

i przyczyn, mnóstwo biografii wodzów, dyktatorów, królów, cesarzy i tyranów. A także poświęcone prześladowaniom, skutkom 

zażywania  narkotyków,  substancjom  wywołującym  choroby  nowotworowe,  truciznom,  kwasom,  śmiertelnym  chemikaliom 

i promieniotwórczości.

Na pulpicie poniewierały się do połowy skończone lub rozbite przedmioty i różne elektroniczne cacka – niektóre z nich 

były,  lub  miały  być,  urządzeniami  do  pomiaru  sił  i  napięć  innych  niż  te  wymierne  według  współczesnej  fizyki.  Stały  tam 

Brian Lumley - Psychosfera

24 / 61

background image

hipnotyczne  wahadełka,  urządzenia  do  „prania  mózgu”  (obracające  się  zwierciadła  z  kryształowymi  kulami)  oraz  zwykły 

przenośny laser.

Ściana  była  zawieszona  fotografiami  przedstawiającymi  seks  w  najprzeróżniejszych  odmianach  i  odcieniach:  od 

najprostszych,  poprzez  lekkie  odchylenia  od  normy,  aż  do  najbardziej  wyuzdanych  i  perwersyjnych  zboczeń  –  sadyzmu 

i sodomii.

Mówiąc krótko, pomieszczenie sprawiało wrażenie kryjówki-jaskini dwudziestowiecznego czarnoksiężnika.

Pomimo ogólnego bałaganu w jednym miejscu panował wzorowy porządek – w szafce, w której Gubwa przechowywał 

zapiski swojej potęgi. Wyjął z niej kartę zatytułowaną:

„Charles Edwin Jackson”. Była już bezużyteczna, podobnie jak sam Jackson. Gubwa nie miewał poczucia winy, żalu ani 

wyrzutów sumienia, bowiem to  dobre  dla  głupców. Jeszcze  raz  przekartkował akta, po czym przedarł  je na pół i wrzucił  do 

kosza na śmieci.

Śmieci... Wszystko  ma  swój koniec,  chyba, że  ktoś  jest nieśmiertelny.  Nie  zastanawiał się  dłużej nad  tym, ta  myśl 

zajmowała wystarczająco długo jego uwagę, a czas zawsze działał na czyjąś niekorzyść.

Minęły już dwadzieścia  cztery pracowite godziny od czasu, gdy Charon zajrzał do umysłu Vicki Maler. Zabezpieczenie 

Zamku miało pewne luki, które należało wypełnić. Ten gwałt nie powinien był mieć miejsca – wykazał błędy w systemie.

Każdy strażnik zażywał narkotyki; częściej lub rzadziej. Niewolnicy z nizin społecznych karmieni wyśmienitej jakości 

prochami. Nie wszyscy trafili do Gubwy w ten sposób, jednakże  całkowita  zależność  od niego stanowiła  atut. Psy nie  kąsają 

ręki, która je karmi.

Najwyraźniej Jackson nie był zbyt wiernym psem!

Tak przynajmniej sądził Gubwa, dopóki nie  przejrzał kartoteki tego człowieka. Ukazała  mu pewne  sprawy w całkiem 

nowym świetle. Po  pierwsze: Jackson  był częściowo odporny na  hipnozę. Odporny, a nie  niepodatny. Są  ludzie, których nie 

można  zahipnotyzować  (Gubwa  zetknął  się  z  takimi  ludźmi  kilka  razy),  ale  to  coś  innego. Odporność  strażnika  wynikała 

prawdopodobnie  z  nieustannej  walki  z  rodzicami  w  okresie  nastoletnim, co  spowodowało  wykształcenie  się  siły charakteru 

i  niezależności  w  podejmowaniu  decyzji. To  nakazywało  mu postępować  wbrew  nakazowi z  zewnątrz  i  na  przekór  samemu 

sobie. Dodatkowym objawem była trudność, z jaką Gubwa wdzierał się do jego myśli. Zmuszony przez tyle lat skrywać myśli 

i uczucia przed rodzicami, Jackson rozwinął w sobie dużą odporność na czytanie myśli.

Po drugie: jego  organizm został  wyniszczony; narkotyk „napoczął”  go  już  w kilku  miejscach. Pan Zamku sprawował 

ścisłą  kontrolę  nad  dawkami  narkotyku  –  nie  chciał, aby  żołnierze  stawali  się  nieprzydatni. Podczas  ostatnich  pracowitych 

godzin  zwiadowcy odkryli dostawcę, który  przyznał się  do  zaspokajania  potrzeb Jacksona. A  zatem  podwładny  wspomagał 

dostawy  Charona  robionymi domowym sposobem, przez  to  zanieczyszczonymi, narkotykami. W ten sposób uniezależniał się 

od swojego władcy.

Nie tylko był mniej podatny na hipnozę, ale także mógł ją wykorzystywać do własnych celów. Kiedy Gubwa nakazywał 

żołnierzom „żyć własnym życiem” i zachowywać się normalnie, lał wodę na jego młyn. Jackson pochodził z nizin społecznych, 

wychowywał się w getcie i jego poglądy na normalność odbiegały znacznie od ogólnie przyjętych zasad.

Getto nie jest normalnym miejscem na ziemi, panują  tam odrębne prawa. Poza tym od dawna był gwałcicielem. To nie 

zostało  dowiedzione, ale  policja  wiązała  go z  napadami  na  kobiety już  w  1979  roku. Werbując  Jacksona, odnotowano tylko 

pewne skrzywienia w psychice i niezaspokojenie seksualne, które wraz z nałogiem musiało w końcu spowodować uzależnienie. 

Nieszczęśliwie  się  złożyło, że  zwiększyło także  jego niepoczytalność. Kiedy  ofiara  leży w  zasięgu ręki, gwałciciel  korzysta 

z okazji!

Gubwa  nie mógł winić  nikogo. Wystarczyłaby odrobina  wiedzy o strażnikach myśli przekazana żołnierzom i można by 

uniknąć całego zajścia. W tej historii zawiodło go wyczucie.

Na szczęście miał w swoim haremie dziewczynę, której uzależnienie od narkotyków dochodziło do punktu krytycznego. 

Bezużyteczna  jako  obiekt  seksualny;  nawet  jej  miłość  była  nierzeczywista.  Powinna  więc  zakończyć  swoją  służbę  jako 

strażniczka  myśli,  a  potem...  Studnie  pod  Zamkiem  miały  kilkaset metrów  głębokości.  Przez  piętnaście  lat  służyły  mu  bez 

zarzutu, a więc mogły robić to dalej...

Pan Zamku otrząsnął się z zamyślenia. Marnował czas, a to irytowało go najbardziej. Stracił dwadzieścia cztery godziny 

na  dochodzenie.  Inne  bardzo  ważne  sprawy  czekały  na  niego.  Pragnął  rozniecić  ogień  pod  beczkami  z  prochem  na  całym 

świecie. Wiedział też, że jeśli nie dopilnuje wszystkiego osobiście, jego diabelska potrawa straci specyficzny smak.

Opuścił gabinet, przeszedł przez laboratorium i skierował się do Centrum Dowodzenia. Całość operacji miała trwać nie 

więcej niż  chwilę, ale musiał jeszcze  raz  upewnić się, czy  czegoś nie  przeoczył. Na przykład  Kadafi. Mały wysiłek  i Gubwa 

mógł  zwrócić  uwagę  Libii  na  sąsiedni  Niger,  Czad  i  Sudan.  Nie  chciał  jednak  przesadzać  –  równowaga  powinna  zostać 

zachowana.  Był to  umysł na  tyle  gwałtowny,  że  nie  potrzebował  żadnych  nacisków  z  zewnątrz.  Charon  wolał mieć  pewne 

sprawy pod kontrolą.

Następnie generałowie  Chan Tan Masung i Lipan Dang z granicy chińsko-sowieckiej. Według Gubwy jakieś jedno czy 

dwa zajścia powinny wystarczyć.

Nadszedł także czas na  to, aby Francja zaoferowała Argentynie nową  rakietę ziemia-morze, Excism III, niewykrywalną 

przez radar. Miało to dać do myślenia Brytyjczykom na Falklandach.

Gubwa pamiętał też o Ruchu Wyzwolenia Palestyny; od ostatniego pogromu za długo siedzieli cicho. Nikły nacisk myśl 

zakodowana w czyimś umyśle – a już młody przywódca, Ali Zufta, wyrośnie przez noc na nowego wodza armii!

Należało jednak uważać, żeby coś nie wymknęło się spod kontroli. Z drugiej strony miał pewne sugestie do przekazania 

rządzącym kręgom w Izraelu...

Dotarł do Centrum Dowodzenia i wydał zakaz wstępu.

Następnie  wziął  końcówkę  komputera  i  zasiadł  przed  wielkim  globusem.  Uśmiechał  się,  wystukał:  GLOB 

i  WASZYNGTON  DC.  Kiedy  globus  zawirował,  a  po  chwili  znieruchomiał,  Gubwa  utkwił  wzrok  w  stolicy  Stanów 

Zjednoczonych.  Jego  umysł  stworzył  obraz  Białego  Domu.  Wdarł  się  do  wnętrza.  Człowiek,  którego  szukał,  przebywał 

w środku... Drzemał! Odpoczywał przed męczącym wieczorem. Wszystko poszło według planu.

Brian Lumley - Psychosfera

25 / 61

background image

Wśliznął się...

... Sen o zbożu, pszenicy... niezliczone pasy transmisyjne  przenoszące  niezliczone  worki... kosze  i silosy, tony złotego 

zboża, aby napełnić brzuchy Sowietów...

... Pokój i dobra wola... kostka lodu topiąca zimnowojenny koktajl...

... Przywódcy państw uśmiechają  się, podają  sobie  ręce  przez  stół, obejmują  się... ich narodowe flagi rozwieszone  na 

ścianach...

... Pieniądze dla farmerów, biedaków... praca dla wszystkich... pokój... dostatek... wyborcy!

– NIE! – włączył się Gubwa. – NAPRAWDĘ ZAMIERZASZ KARMIĆ TYCH LENIWYCH GNOJKÓW, ABY BYLI 

DOSTATECZNIE  SILNI  I  WYPOWIEDZIELI  CI  WOJNĘ?  CZY  NAPRAWDĘ  BĘDZIESZ  PAKTOWAŁ  Z  TYMI 

ŚMIERDZIELAMI DLA KILKU GŁOSÓW? KTO WOBEC TEGO ODDA GŁOS NA TAKIEGO MIĘCZAKA?

...  Chaos!...  sen  staje  się  koszmarem...  obrazy  migają  jak  w  kalejdoskopie...  marnowanie  zboża...  sowieckie  statki 

wracają puste... chude twarze... głodne dzieci... znów zboże...złożone w dokach, gnijące, pełne szczurów... chaos i groza!

– NIE! – Gubwa ukazał żelazną  pięść rozbijającą  pasy transmisyjne, rozrzucającą góry zboża  na prawo i lewo. Po kazał 

rosyjskie fabryki produkujące rakiety; robotnicy słabnący z głodu w halach montażowych. Rakiety rdzewieją w silosach. Armie 

czołgów ryją gąsienicami przed granicą  Europy. Ich szkieletowate załogi wyskakują z wieżyczek i błagają o żywność. Głodny 

wróg to słaby wróg!

... słaby przeciwnik... Kozacy spadają z koni... hordy Mongołów zrzucających broń ze słabych ramion...

– ZAGŁODZIĆ, ZAGŁODZIĆ ICH! ZAGŁODZIĆ!!!

... mapa świata... Rosja i jej satelity wypełnione po brzegi głodnymi oczami, zapadłymi policzkami...

– NAKARM ICH, ALE WE WŁAŚCIWYM CZASIE, KIEDY PRZYJDĄ DO CIEBIE NA KOLANACH!

... wszechmocna  dłoń  rozdaje  z  rogu  obfitości...  cały  świat na  kolanach  wielbiący  potężną,  wielką  Ameryką, A-me-

ryka!... Gwiaździsty sztandar... Biały Dom...

Charon otworzył oczy i uśmiechnął się.

– Doskonale! Wyśmienicie! – Zatarł ręce. – Teraz Moskwa, czas, och, wczesny poranek. Czas dobry jak każdy inny.

Gubwa wystukał GLOB, MOSKWA. Jego umysł odszukał Kreml...

Samolot wirował na niebie  jak  unoszony wiatrem jesienny liść  lub jak  olbrzymia srebrna  ćma  poparzona  słońcem. Od 

eksplozji  minęło  dziesięć  sekund.  Wewnątrz  podłoga  wybrzuszyła  się,  fotel  przytrzymywał  Vicki  i  Garrisona  wciśniętych 

pomiędzy wygiętą ścianą i potrzaskanym oknem. Silniki nie pracowały; zamiast ich ryku słychać było świst powietrza.

Ciśnienie  utrzymywało  się  na  dobrym  poziomie,  ale  pilot  stracił  panowanie  nad  maszyną.  Sytuacja  beznadziejna  – 

spirala lotu zacieśniała się wraz z wytracaniem wysokości.

Drzwi otworzyły się z trzaskiem i uczepiona kotary stewardesa usiłowała wejść do kabiny pasażerskiej. Krew leciała jej 

z nosa, miała szeroko otwarte oczy.

– Spadamy! – niepotrzebnie wykrztusiła z siebie.

Garrison wepchnął Vicki na siedzenie.

– Co się stało? – zawołał.

Zanim  mu  odpowiedziała,  wiedział  wszystko. Sytuacja  krytyczna.  Dziewczyna  była  śmiertelnie  przerażona,  dostała 

histerii.

– Pasy! Rozpiąć pasy! Kamizelki ratunkowe! – krzyczała mimo to.

Garrison  sięgnął  umysłem  do  pilotów.  Jeden  był  oszołomiony.  Musiał  uderzyć  w  coś  głową.  Drugi,  pomimo 

świadomości  nieuchronnej katastrofy, starał się wymóc na maszynie  posłuszeństwo. Przerażony człowiek świadomy  śmierci. 

Ale dzielny.

– Kurwabombabombakurbomba – powtarzał wciąż – koniekonieckoniec! tokoniecbombakoniecbomba!

– TO NIE KONIEC! – Garrison przemówił do umysłu pilota.

– Gównoprawdagównoprawda!

– MIEJ WIARĘ!

–  Wiarę?  –  Pilot  jakby  nagle  zdał  sobie  sprawę, że  nie  jest  sam.  Garrison  wyczuł  w  jego  głosie  bojaźń  bożą. Ten 

człowiek był katolikiem, głęboko wierzącym, praktykującym.

– WIARY! – powtórzył. – ZŁAP ZA STERY!

– Niemogęniemogęniemogę! Ruinaruina!

Garrison wiedział, że jest w stanie się uratować. I prawdopodobnie uratuje Vicki. Teleportacja. Ale... Co z tymi ludźmi?

Nie wiedział, jak dużą mocą  dysponował i co będzie, jeśli się pomyli. Nie  chciał ich tak po prostu zostawić! Ale  jeżeli 

miał ich ocalić, potrzebował do tego pomocy pilota, jego wiary.

– JESZCZE NIE CZAS NA CIEBIE, MÓJ SYNU – po wiedział.

– MójBożeBożeBoże! – Ręce pilota gorączkowo szukały drążka.

Garrison użył swojej mocy – podniósł samolot.

–  Mój Boże! – Poziom adrenaliny już  nieco opadł w  organizmie  pilota. Ręce  mu  drżały –  samolot reagował na  przy 

rządy! – Mój wielki litościwy... Boże!

– WYRÓWNAJ KURS.

– Tak, o, tak?

Garrison miał oczy zamknięte, jego umysł pracował na najwyższych obrotach.

– Zdaje się, że już wszystko w porządku. Pilot będzie cię potrzebował. Zrób mu kawy – powiedział do stewardesy.

Dziewczyna patrzyła na niego, uśmiechając się głupkowato.

– Kawy! – wybuchła głośnym, histerycznym śmiechem.

– Pierdolić kawę! Do kurwy nędzy, gówno, a nie kawa! – Groza pozbawiła ją prawie zmysłów. Łzy stanęły jej w oczach, 

twarz przypominała białą maskę, krew wciąż kapała z nosa.

– Tak, kawy – powtórzyła Vicki, po czym wstała i wymierzyła dziewczynie siarczysty policzek.

Brian Lumley - Psychosfera

26 / 61

background image

Uderzenie uspokoiło ją. Ocierając łzy, powlokła się do kabiny pilotów. Vicki zapięła pas Garrisona. Wiedziała, że  to on 

ratuje im życie; wiedziała i chciała zapewnić mu spokój.

– WZNIEŚ SAMOLOT – powiedział do pilota. – WZNIEŚ SIĘ NA POPRZEDNIĄ WYSOKOŚĆ.

– Nie ma ciągu! Silniki nie działają! To niemożliwe! – Pilot płakał, łzy ciekły mu po twarzy. Rozmawiał z...

– WIARY!

Samolot zaczął się wznosić. Bez silników wzlatywał coraz wyżej, tnąc skrzydłami powietrze.

– Vicki – wykrztusił Garrison przez zaciśnięte zęby – potrzebna mi twoja pomoc.

– Co mogę...?

– Nie, nie dotykaj mnie! – uchylił się przed jej ręką. – Po prostu... wznieśmy się! Będzie leciał, leciał, lecimy. Powtarzaj 

sobie w kółko te słowa: uda nam się, uda się, uda. Powtarzaj i wierz w to.

Wzięła głęboki oddech, oparła się i zamknęła oczy. Zacisnęła dłonie w pięści.

– Uda nam się, uda się, uda...

Drugi pilot był nieprzytomny. Garrison postanowił próbować.

– OBUDŹ SIĘ. POTRZEBUJEMY TWOJEJ POMOCY. UDA SIĘ. ZOBACZYSZ! – wycofał się. Czuł, że traci siły.

Potrzebował pomocy. Miał wrażenie, jakby wpadł w dziurę w ziemi. Kiedy ruszył w głąb ciemnicy, jego umysł rozdwoił 

się – druga połowa została tam, na straży.

Ciało  Garrisona  wcisnęło  się  w  fotel.  Miał  twarz  białą  jak  kreda.  Było  teraz  bezużyteczne  –  skorupa  dla  dwóch 

utrzymujących samolot umysłów. Garrison natomiast...

Toczył inną bitwę. Leciał inną maszyną. Psychomech. Tylko, że Psychomech nie leciał, a spadał w przepaść!

– Kłamca! – Wrzask Garrisona zagłuszył wycie Suzy. Schroeder łgarz! Kłamca!

Ale Schroedera nie było, a maszyna  spadała  dalej. Życie Garrisona zawisło na włosku; pies przylgnął do jego pleców – 

Suzy  bała  się  nie  mniej  niż  on.  I  nagle,  jak  ciepły  płaszcz  zarzucony  na  plecy,  przyszedł  spokój  i  opanowanie.  Uczucie 

silniejsze od strachu – musiał poznać sprawcę swego nieszczęścia.

Richard pragnął wiedzieć, kto czai się tam, na dole, w ciemnościach i ściąga go w przepaść. Ktoś to zaplanował. Jakiś 

zaciekły wróg, może jeden z czarowników ze studni? Ale który? To prawda, jego moc była teraz słaba – nie na tyle jednak, aby 

nie mógł oddać ciosu. Chciał przynajmniej spróbować.

Posłał swą uskrzydloną  myśl wstecz, do  snu we  śnie. Jeszcze  raz zasiadł w kręgu czarowników i jeszcze raz  przyjrzał 

się, jak kreślą swoje tajemnicze runy, odczyniają złe uroki. Zobaczył twarz, którą poznał od razu. Ciemną i ponurą, należącą do 

postaci, której piękny strój nie był w stanie skryć zła czającego się w duszy.

Tasował karty i od czasu do czasu puszczał w ruch koło małej ruletki. Jego oczy ciemniały z nienawiści, gdy spoglądał 

na miniaturową postać Garrisona zamkniętą w kryształowej kuli.

Garrison  w  szklanej  kuli  leciał  w  dół  bezdennej  przepaści.  Wiedział  już,  że  znalazł  winnego!  Wciąż  spadając, 

skoncentrował całą swoją siłę. Otoczył się nią jak płaszczem, zwinął ją wokół siebie, tak jak się kręci pejcz. Jeszcze raz sięgnął 

do studni czarowników i smagnął swoim biczem twarz maga z kartami i ruletką...

Interesy  Carla  Vincentiego  szły  jak  zawsze  i  jak  zawsze  były  to  brudne  interesy.  Całkowicie. Rzecz  miała  miejsce 

w  jednym  z  jego  burdeli na  Knightsbridge. Dwaj  chłopcy  grali rolę  pomocniczą, gwiazdą  wieczoru  była  jedna  z  dziewcząt 

Vincentiego,  złapana  na  gromadzeniu  zbyt  dużej  ilości  pieniędzy.  Musiała  dostać  nauczkę.  Normalna, powszednia  sprawa. 

Carlo wystąpił w roli nauczyciela.

Tłuścioch Facello i Toni Murelli z dwóch stron przytrzymywali dziewczynę na krześle. Poszarpali jej sukienkę i zadarli 

biustonosz  do góry – piersi wystawały spod czarnego materiału. Vincenti uważał, że z babami trzeba postępować  ostro. Była 

posiniaczona  i  opuchnięta  w  wyniku  kolejnych  rund,  jakie  dla  rozgrywki  stoczyły  z  nią  zbiry  mafiosa. To  miało  służyć 

podkreśleniu wagi jego słów.

–  Mary  –  powiedział  Sycylijczyk  łagodnym,  prawie  czułym  głosem,  przyciągając  drugie  krzesło  i  siadając  na  nim 

okrakiem  –  przysparzasz  mi  zmartwień.  Trzeba  się  nad  tym  zastanowić.  Tego  nie  lubię. Lubię  jasne  sytuacje. Lubię,  gdy 

dziewczyny robią, co do nich należy. Lubię kurwy zarabiające pieniądze i biorące swoją działkę. Ale zagarnięcie mojej działki 

albo nie powiadamianie mnie, że jest jakaś działka do zabrania – tego naprawdę nie lubię! – Głos stał się ostrzejszy.

Sycylijczyk złapał gwałtownie za pierś dziewczyny i szarpnął z całej siły, pozostawiając krwawy ślad.

Omdlewała, była  śmiertelnie przerażona. Młoda blondynka miała może dwadzieścia, dwadzieścia  jeden lat; chyba była 

niebrzydka, ale teraz oczy zwęziły się w przerażeniu, a twarz wyrażała jedynie paniczny lęk. Przypominała zaszczute zwierzę.

„Jak to jest z nimi? Kiedy się boją, zawsze wyglądają tak paskudnie?” – pomyślał Vincenti.

– Było tylko kilka numerków na boku, panie Vincenti, słowo! W czasie wolnym... – wykrztusiła dziewczyna.

Vincenti wybuchnął krótkim chrapliwym śmiechem. Odpowiedział mu rechot zbirów.

– W czasie wolnym? Kobietko, twój wolny czas należy do mnie. Nikt ci nigdy nie powiedział? Marnowałaś mój czas.

– Ale ja nie...

– Ależ  tak!  – Przechylił się na  krześle. – A teraz posłuchaj. Może  pracowałaś za  ciężko i pomieszało ci się w główce; 

zapomniałaś o lojalności. No  nie? No... Jak widzisz, jestem  naprawdę  ludzkim facetem. Oto  co  zrobię. Dostaniesz  kilka  dni 

urlopu.  Takich  wakacji.  Bez  pracy.  Oczywiście  będzie  to  urlop  bezpłatny,  ale  poradzisz  sobie. Masz  przecież  forsę,  którą 

zwędziłaś. A  żeby  się  upewnić, że  nie  będziesz  pracować...  –  Zaciągnął się  cygarem, strzepnął  popiół  i  zbliżył rozżarzony 

koniec do piersi dziewczyny.

–  Nie,  panie  Vincenti!  Nie!  Niech  pan  tego  nie  robi!  Proszę!  –  krzyczała,  starając  się  wyrwać.  Facello  i  Murelli 

ponownie zarechotali i wzmocnili uścisk.

–  Bo  widzisz  –  Carlo  znów  przemawiał  spokojnym  głosem  –  nie  za  wielu  znam  facetów,  którzy  chcieliby  ślinić 

ropiejące cycki. Zastanawialiby się, jak do tego doszło. Pomyśleliby, rozumiesz, że może złapałaś jakiegoś syfa, co? – Złapał ją 

za pierś i zbliżył rękę z cygarem do sutka.

To, co się teraz stało, było zbyt szybkie, aby ktokolwiek mógł zareagować. Dziewczyna, nieprzytomna ze strachu, nawet 

tego nie widziała.

Brian Lumley - Psychosfera

27 / 61

background image

Vincenti zgiął się, jakby pod olbrzymim ciężarem. Krzesło trzasnęło, a on walnął o podłogę.

– Nie! – krzyknął.

Kiedy jego goryle puścili dziewczynę i podbiegli, coś uniosło go w górę i cisnęło na ścianę. Na szczęście dla niego, była 

cienka i zbudowana z miękko włożonych sklejek. Na szczęście, ponieważ nie stawiała oporu, kiedy przez nią przeleciał...

Rozszalały podmuch wiatru rozkołysał obrazki na  ścianach, zatrzaskiwały się  okna i drzwi, drobne przedmioty spadały 

z półek. Wszystko trwało nie dłużej niż trzy, cztery sekundy. Potem wiatr ucichł i nastała... cisza.

Vincenti leżał za ścianą i ryczał z bólu, na wpół przytomny. „Chłopcy” czołgali się w jego kierunku z otwartymi szeroko 

oczami i rozdziawionymi ustami. Dziewczyna, widząc w tym swoją szansę, pozbierała poszarpane ubranie i wybiegła z pokoju. 

Facello i Murelli dostrzegli ucieczkę, ale nie zrobili nawet najmniejszego ruchu.

– Szefie...? – zacharczał Murelli, klękając przy sponiewieranym pracodawcy.

– Dajcie mi tu... och!... lekarza! – wykrztusił Carlo. – I...później... zawołajcie  tych... och!... skurwieli, braci Black. Chcę 

widzieć... och!... tych gnojków! Mieli go... och!... zabić, a nie pozwolić, żeby to on mnie zabijał!

– Kogo? – Murelli spojrzał pytająco  na  Facella  i wzruszył ramionami. Pomyślał, że  szef  uderzył  się  w głowę  i to  co 

mówił, nie miało większego sensu. – Co to za facet, szefie?

Vincenti zakaszlał. Starał się leżeć bez ruchu. Nie wiedział, co bardziej go boli.

– Co to za facet? – zdobył się na odpowiedź. – Jaja sobie robicie! Coście... och!... ślepi, czy co? Nawet go... och!... nie 

widzieliście?

– Kogo, szefie, kogo? – Facello klęczał obok kumpla, zbliżył swoją tłustą, pokrytą bliznami świńską twarz.

–  Och!... Garrisona!  Czyście  go... nie  widzieli? Palanty! Nie wiem... och!... jak  się  tutaj  dostał... och!... ani czym  we 

mnie rzucił. Dawajcie tego lekarza, do kurwy nędzy! Ale, to... och!... był on.

Kiedy skończył mówić, ból zapanował nad jego ciałem, zasnuwając go mgłą nieświadomości...

Garrison  rzucił  pocisk  ESP i  zobaczył,  że  czarownik  pada  poza  szatański  krąg.  Miał  tylko  tyle  czasu,  by  spojrzeć 

w kryształową kulę. Jedno spojrzenie... i zobaczył wszystko, co chciał widzieć.

Coś zastopowało  spadek  Maszyny i Garrison  stał teraz  na  jej korpusie. W triumfalnym geście  wznosił  pięści do góry 

i uderzał nimi w klatkę piersiową!

Suzy  już  nie  wyła,  ale  skomlała,  z  zadowoleniem  liżąc  mu  ucho.  Maszyna  zawisła  w  powietrzu,  tuż  nad  skalistą 

przepaścią. Gdyby zechciał, zszedłby na ziemię...

Nie  zrobił  jednak  tego. Wstał  i  wykrzyczał  zwycięską  pieśń,  wznosząc  ręce  w  górę,  dokładnie  tak  jak  to  uczynił 

Garrison ze szklanej kuli. Przepaść rozbrzmiewała głośnym śmiechem.

Następnie skierował Maszynę do szczeliny jaśniejącej gwiazdami. W górę i dalej, ku nieznanemu celowi wyprawy...

ROZDZIAŁ JEDENASTY

Było  to  spotkanie  dziesięciu  ludzi,  jeżeli  nie  najbardziej  wpływowych,  to  na  pewno  ich  reprezentantów.  Spotkanie 

zostało  zaaranżowane  przez  kanały rządowe  – przewodniczący  obrad był głową  oddziału brytyjskiej Secret Service. Oddział 

ten zajmował się beznadzieją, czyli – tłumacząc z żargonu policyjnego – sprawami drażliwymi i skomplikowanymi.

Przewodniczący,  szczupły  mężczyzna, miał  wysokie  czoło  i  przenikliwe  spojrzenie  błękitnych  oczu, co  świadczyło 

o  niezwykłej  inteligencji  i  przebiegłości. Wypielęgnowane  dłonie  i  twarz  sugerowały  delikatną  naturę, jednak  jego  wnętrze 

wcale nie było delikatne, raczej twarde jak skała.

Uczestnicy spotkania normalnie zajmowali się różnymi dziedzinami życia: finansami (głównie bankowość), przemysłem 

wydobywczym  (ropa  naftowa,  złoto,  diamenty),  transportem  (linie  powietrzne  i  wodne),    telekomunikacją  (również 

komputery),  bronią  (produkcja,  sprzedaż  i  kontrola)  i  szpiegostwem  (w  większości  mniej  utajnionym  niż  dział 

przewodniczącego;  głównie  komórka  M  16).  Przybył  także  oficjalny  obserwator  ze  strony  rządu  i  człowiek  z  ministerstwa 

finansów.

M  16  wysłało  swojego  pracownika:  cichego  szarookiego  mężczyznę,  którego  ruchy  zdradzały  precyzję,  siłę 

i wytrzymałość. Siedział trochę z tyłu, nie przeszkadzając nikomu, i czytał coś lub pisał.

Wszyscy  znali  się,  przynajmniej  z  widzenia  lub  ze  słyszenia,  ale  gdyby  nie  wspólne  interesy,  zachowywaliby  się 

prawdopodobnie inaczej. Stanowili niezbyt dobraną kompanię.

To wspólny temat uczynił z nich przyjaciół i konspiratorów.

Miejsce  spotkania  wyznaczono  w  wiejskim  domu  przewodniczącego,  niedaleko  Sutton,  w  hrabstwie  Surrey; 

o czternastej, pewnego czerwcowego dnia. Nikt się nie spóźnił.

– Panowie – kiedy wszyscy zajęli miejsca, przewodniczący wstał i rozpoczął obrady – dziękuję  wam za przybycie  i za 

punktualność. Postaram się  nie marnować  cennego czasu i przystąpię od razu do rzeczy. Kiedy  to, hm, spotkanie znalazło  się 

w  planach, kilka  miesięcy  temu,  nie  było  przewidziane  jako  nietypowe,  ale  jako  rutynowy  przegląd  faktów  i  rozpatrzenie 

ewentualnych  możliwości  działań  –  wzruszył  ramionami  –  wszelkimi  koniecznymi  środkami.  Mówiąc  krótko,  kiedy 

przewidywaliśmy  narastający  problem,  nie  zdawaliśmy  sobie  sprawy  z  jego  istoty.  I...  w  dalszym  ciągu  nie  mamy  takiej 

pewności  –  przerwał, rozejrzał się  po  sali i  po  chwili kontynuował: –  Ponieważ  jednak  omawiana  sprawa  wymaga  od  nas 

pośpiechu,  musimy  rozpatrywać  ją  jako  naglącą.  Wszyscy  panowie,  z  wyjątkiem  –  już  miał  na  końcu  języka  „naszego 

przyjaciela  z Orientu”, ale w ostatniej sekundzie powstrzymał się  i wskazał głową w stronę  Chińczyka – który posiada własne 

źródła, otrzymaliście  wskazówki, w jakim  kierunku  powinno pójść  dochodzenie. I właśnie te  ustalenia  przywiodły nas tutaj. 

Musimy zapoznać się jeszcze raz z faktami i przedyskutować charakter możliwych, ee, zniszczeń. – Znów przerwał.

Po tym wstępie, który na  pewno zdezorientowałby  postronnego widza, krąg  twarzy nie  zdradzał oznak  najmniejszego 

zdziwienia. Każdy z nich wiedział, czego dotyczyło spotkanie.

– Aby być bardziej konkretnym – podjął po chwili – tym problemem jest jeden człowiek. Bardzo dziwny, utalentowany, 

wielce tajemniczy i niespotykanie bogaty. Nazywa się, jak zapewne wiecie, Richard Garrison.

Zebrani unieśli się nieco na krzesłach. Ktoś odkaszlnął, ktoś inny zaszurał nogami.

Brian Lumley - Psychosfera

28 / 61

background image

–  Tak,  doskonale  znacie  to  nazwisko. Każdy  z  panów. Ale  być  może  nie  zdajecie  sobie  sprawy  z  jego...  wpływu? 

Z wpływu w wielu bardzo różnych dziedzinach. Może na początek poproszę o wypowiedź reprezentanta Bank of England.

Wstał krępy mężczyzna w średnim wieku. Z grubymi okularami i wysuniętą szczęką wyglądał jak drapieżna ryba.

– Dziewięć lat temu, ehheem – zaczął – pan Garrison stał się  naszym klientem. Szanowanym, eehheem!, klientem. To 

znaczy, otrzymaliśmy  od niego pieniądze  –  nie jestem upoważniony  do podawania  konkretnych  cyfr  – eeehem!  Jakieś  kilka 

milionów funtów szterlingów w gotówce, akcjach i rozmaitych zobowiązaniach. Mnóstwo pieniędzy, jak na jednego człowieka, 

ale  kropla w całym finansowym oceanie. Jednak ostatnio... cóż, rzeczy się skomplikowały. Bardzo skomplikowały – przerwał, 

wyjął chustkę  i otarł spocone czoło. – Aby zilustrować skalę tego zjawiska, mogę powiedzieć, że  jeśli pan Garrison, eehehhm, 

zechciałby  wycofać  swoją  gotówkę,  samą  gotówkę,  znaleźlibyśmy  się  w  tarapatach.  Ta  „kropla  w  morzu”  zmieniła  się 

w  sporych  rozmiarów  jezioro!  Oczywiście  bylibyśmy  w  stanie  wypłacić  pieniądze,  ale  nawet  Bank  of  England  musiałby 

skorzystać z pewnych rezerw... – Znów przerwał, sprawdzając wrażenie, jakie wywołała  przemowa. Nikt jednak nie był nawet 

zdziwiony czy zaskoczony.

–  Ponad  miesiąc  temu  –  kontynuował  –  na  wyraźne  polecenie  zwierzchników,  skontaktowałem  się  z  kolegami  ze 

Szwajcarii, aby potwierdzić  ich ewentualne  wsparcie. Stało  się  to konieczne, ponieważ  pan Garrison dodał znaczną  sumę  do 

rachunku swojego konta, a rozmaite akcje jeszcze ten stan podwoiły. Podczas rozmów w Zurichu dowiedziałem się, proszę  to 

zachować  w  najgłębszej  tajemnicy,  że  eehhem,  konto  w  Bank  of  England  wygląda  wręcz  żałośnie  w  porównaniu  z  jego 

kontami za granicą! – Pot zalewał mu czoło. Przestał je wycierać. – Prawdę mówiąc, panowie, on jest w stanie przesuwać ludzi 

jak pionki w szachach; z tą różnicą, że nie stracił jeszcze ani jednej figury! Zanim zasiedliśmy za tym stołem, pozwoliłem sobie 

poprosić  mojego znajomego, także  człowieka  interesu, by  dodał coś do  dyskusji. – Usiadł ostrożnie  i spojrzał wymownie  na 

rudowłosego tłuściocha o rumianej twarzy, siedzącego naprzeciw.

Kiedy  znajomy  finansista  podniósł  się  chwiejnie  ze  swego  miejsca, zgromadzeni  ocenili  w  pełni  jego  sympatię  dla 

niezdrowych potraw. Miał na sobie o wiele za ciasne ubranie.

Jego głos był wysoki i piskliwy.

– Panowie – wysapał z wysiłkiem. – Pan Garrison płaci podatki, przynajmniej te, o których wiemy. Płaci cholernie dużo 

podatków. Płaciłby o wiele więcej, ale, niestety, ma najlepszych księgowych w kraju, prawdopodobnie najlepszych na świecie. 

Nie  przesadzam. To, co  nam płaci, jest... – potrząsnął głową  i przewrócił oczyma  w geście  zdziwienia  – ...kolosalną  kwotą! 

Można  tu  przytoczyć  starą  anegdotę:  gdybyśmy  mieli  dziesięć  takich  grup  jak  The  Beatles,  moglibyśmy  znieść  podatek 

dochodowy dla drobnych ciułaczy. To oczywiście  przesada, ale  gdyby w miejsce grupy The  Beatles wstawić  pana  Garrisona, 

byłby to doskonały interes. Kolosalna  kwota, tak, a w dalszym ciągu  tylko kropla z oceanu. Próba  wyduszenia czegokolwiek 

więcej  przypominałaby wysiłki wyciśnięcia  wody z  kamienia... Chciałbym, żeby  był na  to  jakiś sposób, proszę  mi wierzyć, 

pracujemy nad tym. Staramy się położyć łapę na  podatkach, o których wiemy, że ich płatności są  skrzętnie kamuflowane. To 

wszystko... – Sapał przez chwilę, po czym opadł na krzesło.

Przewodniczący wstał i podjął wątek, kierując tok spotkania na własne tory.

–  Oczywiście,  panowie,  musimy  być  bardzo  ostrożni  w  zagłębianiu  się  w  znaczne,  raczej  powinienem  powiedzieć 

olbrzymie, zasoby pana Garrisona, a nie w jego sposób postępowania z funduszami, który jest, rzekłbym, naturalny.

Natomiast o wiele  bardziej interesująca byłaby  wiadomość  dotycząca  sposobu, w jaki doszedł do tych pieniędzy. Jego 

pochodzenie jest bowiem bardziej niż plebejskie. Jakieś dziesięć lat temu był tylko kapralem w Królewskiej Żandarmerii.

I  prawdopodobnie  dalej  służyłby  w  tej  elitarnej  formacji,  gdyby  nie  oślepiła  go  bomba  w  Belfaście.  Po  tym 

wydarzeniu... – Tutaj szybko i pobieżnie przeszedł do znajomości z Thomasem Schroederem i korzyściami materialnymi, jakie 

przyniosła  Garrisonowi  jego  śmierć.  Stał,  opowiadając,  bite  dwanaście  minut,  a  kiedy  w  końcu  usiadł,  przekazał  głos 

wywiadowcy z komórki MI6.

Funkcjonariusz  nie  był  ani  trochę  podobny  do  osobników  widywanych  w  filmach  szpiegowskich.  Mały,  pękaty, 

z  koszmarnie  obgryzionymi  paznokciami,  zmierzwionymi  jasnymi  włosami  wyglądał  raczej  na  bankrutującego  sprzedawcę 

szczypiorku. Dopiero gdy się odezwał, wrażenie to znikało.

Jego głos brzmiał czysto i zdecydowanie. Mówił krótkimi, pozbawionymi policyjnego żargonu, zdaniami. Wydawał się 

także szczerze cierpieć, używając  słowa „domniemany”, jednakże  w przypadku Richarda  Garrisona  nie udało mu się  umknąć 

podobnych sformułowań.

– Panowie, słuchając waszych wypowiedzi, można  odnieść wrażenie, że Richard Garrison to hochsztapler. Dla mnie  to 

określenie jest synonimem przestępcy, zarówno lokalnego łotrzyka, jak i przestępcy na skalę międzynarodową.

Cóż,  jeśli  tak  jest,  to  najsprytniejszy  bandzior  wszechczasów.  Ujmę  sprawę  w  następujący  sposób:  myśliwy,  który 

w pogoni za  zwierzyną już  ją  przegonił! Na  razie  nie  mamy szans na  złapanie  go. Jeszcze  nie. Ale... jeśli jest przestępcą, na 

pewno zrobi fałszywy ruch. Wszyscy  tak wpadają, wcześniej czy później. Załóżmy, że  tak. Po  pierwsze: nie  wiemy, o co mu 

chodzi; nie mamy na niego żadnego haka! Nie interesuje go hazard, pomimo, że ma spore udziały w londyńskich kasynach. Co 

nie  znaczy, że  sam  nie  gra;  wręcz  przeciwnie  –  gra  doskonale.  Ale  nie  ma  paragrafu  na  ludzkie  szczęście  w  ruletce. Nie 

interesują  go  narkotyki;  nie  zajmuje  się  panienkami,  nie  jest  homoseksualistą.  Ma  tylko  regularne  wyskoki  z  paniami 

z  wyższych  sfer,  ale  jego  serce  należy  do  kobiety,  z  którą  mieszka,  niejakiej  Vicki  Maler,  narodowości,  jak  się  zdaje, 

niemieckiej. Nie wiemy nawet, w jaki sposób dobrać  się  do niej. To trudna  sprawa  i jeszcze  dziwniejsza, ale  o tym potem... 

Możemy  więc  skreślić  narkotyki,  prostytucję  i  hazard.  Nie  zajmuje  się  rakietami  balistycznymi,  płatnymi  mordercami  ani 

praniem brudnych pieniędzy. A przynajmniej nic  nam o tym nie wiadomo. Nie prowadzi żadnych interesów z syndykatami, co 

znaczy, że możemy także skreślić mafię i tym podobne układy... – przerwał na chwilę i westchnął. – Wydawać by się mogło, że 

jest najuczciwszym z ludzi. Zbyt uczciwym. Urząd podatkowy go nie  lubi, bo robi uniki. – Wzruszył ramionami. – Ale jeśli to 

zbrodnia, jesteśmy narodem przestępców! Cóż  nam więc zostało? Nie  ubliża starszym, nawet nie  pluje  na  chodnik. Kim jest? 

Złodziejem? Terrorystą? To nie leży w jego naturze.

Zatem  przyłączę  się  do  głosu  pana  przewodniczącego  –  skąd  ma  pieniądze?  Myślicie  pewnie,  że  mamy  kłopoty  ze 

śledztwem, co? No cóż, mieliśmy mały kłopot. Ale  otrzymywaliśmy informacje, a ocena tych informacji była dziecinnie prostą 

sprawą.  Wszystko  ma  swoje  wytłumaczenie!  Wszystko!  –  Pracownik  MI6  spojrzał  kątem  oka  w  kierunku  pracownika 

Brian Lumley - Psychosfera

29 / 61

background image

Ministerstwa Finansów. – Nawet kiedy wydaje się nieprawdopodobne...

A dlaczego tyle czasu zabrało nam przekonanie się, że prowadzi nielegalne interesy? – Znów wzruszył ramionami. – To 

proste; jak facet z taką forsą  może  prowadzić  legalne  interesy? Czy to w ogóle  możliwe? Powiedziałem, że  Garrison nie  jest 

bandytą  czy terrorystą. Pomimo tego  wydaje  się, że  istnieją  pewne  punkty styczne. Jak już  panowie  wiecie, został oślepiony 

bombą  terrorystów.  IRA,  Belfast,  1972.  Pozwolę  sobie  nazwać  go  oficjalnie  ślepym.  Mam  tutaj  wyniki  badań  lekarzy 

wojskowych i cywilnych – diagnoza: stuprocentowa ślepota. – Stał przy stole, kiwając głową. – Tak, jest ślepy... ale jeszcze do 

tego wrócę. Dwa lata temu IRA znów go obserwowała. Przynajmniej tak to wyglądało. Osiadły w Londynie  Irlandczyk, znany 

w przeszłości z kontaktów z IRA, próbował go zabić. Coś mu nie wyszło. Sam zginął. Takie rzeczy się zdarzają. Ale o tym też 

za  chwilę. Jest na  świecie o wiele gorsza  organizacja – naziści. Thomas Schroeder był pułkownikiem SS. Nic w tym dziwnego 

– wielu oficerów wysokiej rangi przebywa  na  wolności. Wbrew popularnemu twierdzeniu nie  wszyscy byli łajdakami. O ile 

nam  wiadomo, Schroeder również  do  nich  nie  należał. Na  swój sposób  tak, ale  nie  był  stereotypowym żydożercą. Nie  miał 

jednak zamiaru dowodzić  tego przed sądem. Wraz  z młodym Scharführerem SS o nazwisku Wilhelm Klinke –  później Willy 

Koenig uciekł z transportu i ukrył się w Szwajcarii, ale nie ma co do tego pewności. Prawdopodobnie mieli ze sobą skradzione 

złoto, ale to tylko domniemanie. Działo się to pod koniec lutego 1945 roku.

Po  śmierci  Schroedera,  jakieś  dziesięć  lat  temu,  Koenig  zaczął  pracować  dla  Garrisona.  Z  sobie  tylko  wiadomych 

powodów pułkownik przekazał Garrisonowi nie tylko pieniądze, ale również swego zaufanego człowieka. I tak wyglądają jego 

powiązania z nazistami.

Na  ślad  naprowadził  nas  facet  o  nazwisku  Gareth  Wyatt.  Wyatt  był  lekarzem  psychiatrą, ale  wielu  uważało  go  za 

konowała. Pewne kręgi oskarżały go o organizowanie szlaków ucieczki dla tych złych nazistów w Wielkiej Brytanii.

Kiedy  IRA  uderzyła  w  Garrisona  po  raz  drugi,  dopadła  również  Wyatta.  Nie  wiemy  dlaczego,  prawdopodobnie 

z powodu kuracji, którą przechodził Garrison w domu psychiatry.

Miał  on  dom  w  Sussex  –  celowo  używam  czasu  przeszłego,  ponieważ  IRA, czy  też  ktoś  inny, położyła  temu  kres; 

posiadłość  zniknęła  z powierzchni  ziemi. Zniknęli także Wyatt  i żona  Garrisona. To znaczy zginęli w wyniku eksplozji, jeśli 

była  jakaś eksplozja... –  przerwał i zamyślił się. – Tak, to  zabawne, swoiście zabawne, nie  takie  ha, ha, ha. Dom Wyatta  był 

duży i stary, bardzo podobny do tego. To, co się tam stało – co się naprawdę stało – pozostanie na zawsze tajemnicą. Ale nie ma 

tam już ani jednej cegły. Wszystko porosło trawą.

A pod trawą – wzruszył ramionami – fundamenty zostały jakby wyrwane z korzeniami!

Mniej więcej w tym samym czasie zniknął Willy Koenig.

Nie,  nie  umarł... powiedzmy,  że  się  „wycofał”.  Nikt nie  wie  dokąd. Z  całą  pewnością  jednak  nie  umarł. Koenig jest 

bardzo  bogatym człowiekiem, jak  możecie  się  panowie  domyślać  po  opowieści o  złocie  SS, i  wciąż  robi  z  pieniędzy dobry 

użytek. Większość jego kapitału jest związana z Garrisonem.

Jednakże  pasuje  tutaj słowo  zniknięcie, ponieważ  nikt  nie  wie,  gdzie  aktualnie  przebywa. Nikt od tego czasu go  nie 

widział...

Powróćmy do ślepoty Garrisona. Pomimo zapisu choroby i opinii lekarzy, twierdzę, że  Garrison widzi. Widzi od mniej 

więcej dwóch lat, czyli od czasu, gdy zginęła jego żona i Wyatt.

Jedna  z  teorii  wysuniętych  przez  pracowników  mojego  wydziału  mówi,  że  jego  ślepota  miała  podłoże 

psychosomatyczne i kuracja prowadzona przez Wyatta zakończyła się sukcesem. To również wyjaśnia ich znajomość. Garrison 

nie widział, teraz odzyskał wzrok, ale w dalszym ciągu nosi ciemne okulary. Tak jak kobieta jego życia, ta Vicki Maler.

Od  jakiegoś  czasu  Garrison  robi  interesy  z  niemiecką  firmą  okulistyczną.  Czy  też  niezupełnie  okulistyczną,  ale 

specjalizującą  się  w  mechanicznym  wspomaganiu  wzroku.  Ta  firma  zaopatrywała  go  w  niezliczone  ilości  drogiego, 

skomplikowanego sprzętu, wówczas kiedy naprawdę nie widział.

Zlecił  na  przykład  wykonanie  kilku  rodzajów  szkieł  kontaktowych  dla  niego  i  Vicki  Maler.  Były  to  szczególne 

soczewki.  Szkła  kontaktowe  przepuszczające  światło  wyłącznie  do  środka!  Tak  jak  lustrzanki.  Garrison  chciał  ukryć  swoje 

oczy.

W porządku, ale  czy  nie  wystarczyłoby użycie  standardowych  szkieł kontaktowych? A może  jest  coś  nie  w porządku 

z jego oczami? – przerwał na chwilę. – Proszę  mi wybaczyć, ale chciałbym... Czy nie będzie  panom przeszkadzać, jeśli będę 

mówił dalej na siedząco, paląc papierosa?

Nikt się nie sprzeciwił. Wszyscy byli zafascynowani jego opowieścią. Funkcjonariusz MI6 wyciągnął papierosy, zapalił 

jednego, rozluźnił się.

– Dobrze, rozmawialiśmy tutaj o specjalnych warunkach i anomaliach. Pani Garrison jest jedną z takich anomalii. Stara 

się w tej chwili o obywatelstwo brytyjskie, ale wciąż ma  niemiecki paszport z wpisaną datą urodzenia  w 1947. Znaczyłoby to, 

że  ma  w  tej  chwili  trzydzieści  sześć  lat,  a  wygląda  o  wiele,  wiele  młodziej.  Rudowłosa,  o  pięknej  figurze  prezentuje  się 

świetnie.

Dużo podróżują  samolotami. Przy takiej okazji  sprawdzono dyskretnie  paszport tej kobiety. Paszport  jest bez zarzutu, 

wydany w 1960 roku w Hamburgu, kiedy miała trzynaście lat. Tyle tylko, że... – przerwał, odkaszlnął i spojrzał na obserwujące 

go twarze  – ... że Vicki Maler zmarła  w 1974! A, i jeszcze jedno, ona także była niewidoma... Dobrze, z jakiegoś nie znanego 

nam powodu kobieta Garrisona podszywa się pod tamtą osobę... Ale czy rzeczywiście?

Podam panom jeszcze kilka makabrycznych faktów.

Po  pierwsze,  wczesną  wiosną  1974  roku  ciało  Vicki  Maler  poddano  hibernacji  w  zamku  Zonigen  w  Alpach 

Szwajcarskich.

Po drugie, uczyniono to na zapisane w testamencie życzenie Thomasa Schroedera, zmarłego w 1973...

Po trzecie, dwa lata temu zamrożone zwłoki Vicki Maler zniknęły z miejsca pochówku! Natomiast władze szwajcarskie 

zatuszowały sprawę i wcale ich o to nie obwiniam. Jedna rzecz jest pewna: nazwisko Vicki Maler usunięto z rejestru.

Oznacza to, że nie tylko nie ma tam ciała, ale zgodnie z dokumentami nigdy go tam nie było.

Wiemy  o  wiele  więcej  o  Garrisonie. Niektóre  z  tych  wiadomości są  bardziej  interesujące,  niektóre  mniej.  Nie  będę 

panów  zanudzał  tym  wszystkim,  tym  bardziej  że  macie  panowie  sporo  do  dodania  ze  swojej  strony. Ale  są  jeszcze  dwie 

Brian Lumley - Psychosfera

30 / 61

background image

interesujące  rzeczy  najwyższej  wagi. Jedna  z nich, to  pieniądze Garrisona i ich pochodzenie. Nie  było łatwo  dokopać  się  do 

tych  danych  i  bez  wątpienia  wiele  pominęliśmy,  ale  większość  gotówki  i  udziałów  pochodzi  od  Thomasa  Schroedera. 

Schroeder  nie  żyje  od  1973  roku, ale  zostawił  klarowne  instrukcje  co  do  przeznaczenia  swojego  kapitału. Prawie  wszystko 

dostał Garrison. Po drugie, powiedziałem, że nie kontroluje gier hazardowych. To prawda. Za to sam gra.

W tej chwili już mniej, nie tak jak kilka miesięcy temu. Coś jeszcze zaczęło się dwa lata temu.

Obstawia  każdy  większy  mecz  futbolowy.  Za  każdym  razem  trafia  bezbłędnie!  Panowie,  za  każdym  razem,  kiedy 

Garrison gra, wygrywa. Nigdy nawet nie otarł się o porażkę.

Posługując  się  różnymi  pseudonimami,  nieomal  rozłożył  niemal  wszystkie  konsorcja  gier  hazardowych  w  Wielkiej 

Brytanii. Z równym powodzeniem zaatakował kasyna  i w końcu podbił Las Vegas. Nikomu wcześniej się  to nie  udało! W ten 

sposób w ciągu jednego dnia  znalazł się  na szczycie czarnej listy mafii. Kiedy jednak dotarli na miejsce, nie  znaleźli nikogo. 

Garrison  po prostu  zniknął, zabierając  ze  sobą  wygraną  w  wysokości  dwudziestu  siedmiu milionów dolarów!  Dokonał tego 

wszystkiego mniej lub bardziej otwarcie, nie zadając sobie nawet trudu zatarcia  śladów, tak jakby nie  miał się czego obawiać. 

Dlaczegóż miałby się obawiać? Jest uczciwym obywatelem.

Oczywiście  do  Vegas  udał  się  incognito,  ale  czy  można  go  za  to  winić?  Moim  zdaniem  wiedział,  wiedział  z  całą 

pewnością, że  ich ogra. A kiedy było już po wszystkim, zniknął. Zachowywał się tak, jakby chciał coś wypróbować  – system 

gier albo siebie, a kiedy tego już dokonał, przestał interesować się dalszą grą. Czyste szaleństwo! – Zapalił kolejnego papierosa.

– To wszystko, co miałem do powiedzenia. Wciąż obserwujemy Garrisona, ale zachowujemy ostrożność. Nie chcemy go 

spłoszyć i jestem prawie pewien, że nic na niego byśmy nie znaleźli. On jest czysty...

No i ostatnia rzecz. Myślę, że  przekonają  się panowie, kiedy już  wszyscy  zabiorą głos, że  nie  docenialiśmy Garrisona. 

To jest takie moje odczucie.

– Nie docenialiśmy? – Przewodniczący wstał. – Czy pan MI6 mógłby nam to wyjaśnić?

Tamten przytaknął.

– Dobrze, wydaje mi się, że kiedy postaramy się objąć całą jego osobowość, kiedy zajdziemy mu za skórę, przekonamy 

się, że  jest to  jeden  z najbardziej potężnych  ludzi na  świecie. Potężny pod  każdym względem. I jeśli nie  zdarzy mu się  jakiś 

wypadek, wkrótce stanie się najpotężniejszy.

Nikt się nie odezwał. Po chwili przewodniczący przejął inicjatywę.

– Dziękuję  panu. – Znowu wstał i obiegł  wzrokiem wszystkich obecnych. Wyglądał na  zaniepokojonego. – Panowie, 

przerwa na  kawę? Później będziemy kontynuować. Myślę, że już w tej chwili zorientowali się  panowie, w jakim celu zostało 

zwołane to zebranie.

Mężczyźni nie odezwali się ani słowem. Po chwili jeden po drugim zaczęli wstawać, aby rozprostować nogi...

Po  przerwie  na  kawę  głos  zabierali  kolejno  szefowie  resortu  bogactw  naturalnych,  transportu  i  telekomunikacji.  Ich 

relacje były podobne. Przez  ostatnie dwa lata Garrison rósł w siłę i stawał się posiadaczem coraz większej ilości akcji wielkich 

przedsiębiorstw. Znajdował się poza wszelką kontrolą.

– W tym problem, panowie – wtrącił przewodniczący – gdyby Garrison był Aga Chanem czy maharadżą Mogadoru, czy 

jakimś  despotycznym szejkiem  naftowym; gdyby  nazywał  się  Onassis  albo  Rockefeller, był  prezydentem  USA czy  szefem 

Cosa Nostry, wiedzielibyśmy, co robić. Gdyby miał takie powiązania, nie musielibyśmy napędzać mu stracha.

Tak jednak nie jest. To tylko były kapral żandarmerii, który zmienił się  w wielkiego biznesmena i ma  ambicje stać się 

najbogatszym i  najbardziej  wpływowym  na  świecie.  Nikt  o  tym  nie  wie, z  wyjątkiem  garstki  ludzi.  Nie  jest  ważne  w  jaki 

sposób to robi, chociaż bardzo bym chciał wiedzieć. Ważne jest, co z nim zrobić. Mówiąc  ściśle, gdyby pan Garrison wściekł 

się,  mógłby  wszystkich  nas  pozbawić  stołków. Mógłby  zrujnować  naszą  ekonomię,  ekonomię  świata!  Potrafi sparaliżować 

lotnictwo, transport, komunikację, przemysł. Może już zacząć to robić, tak po prostu, dla wprawy. Istnieje taka możliwość.

–  To  prawda  –  odezwał  się  przedstawiciel  finansów,  pod  nosząc  się  gwałtownie.  –  Proszę  tylko  spojrzeć  na, hmm, 

fluktuacje, największe możliwe fluktuacje w cenach metali szlachetnych. Proszę spojrzeć na upadek niektórych linii lotniczych 

i upadek ekonomii, i upadek banków, na Wall Street i na giełdę światową...

– Mój  Boże!  –  Przedstawiciel Ministerstwa  Finansów skoczył  na równe  nogi. – Nie  miałem nawet pojęcia  o połowie 

tego! Co tam połowie – o dziesiątej części! – Trząsł się  każdym kilogramem tłuszczu. Pulchnymi palcami przeczesał włosy. – 

On z nas zrobił kompletnych idiotów. Musi być winny państwu miliony. On...

– Niech pan poczeka! – Przewodniczący uderzył w stół.

– Panowie, proszę  o pozostanie na miejscach... proszę!  – Posłuchali. – Oczywiście, macie  panowie rację. Tak, Garrison 

jest niebezpieczny i wydaje się, że ma nas w garści. Ale...

–  Ale  pan  radzi,  żeby  to  natychmiast  definitywnie  rozwiązać!  –  wszedł  mu  w  słowo  opanowany,  spokojny 

funkcjonariusz Ml 6.

– Słucham? – Głos Przewodniczącego stał się naraz ostry.

– Zanim pan jeszcze coś doda – odpowiedział funkcjonariusz – jest jedna rzecz, o której powinien pan wiedzieć. Zerknął 

na  Obserwatora  Rządowego,  młodego  mężczyznę,  którego  milczenie  poczytywane  było  błędnie  za  brak  zrozumienia  czy 

doświadczenia,  po  czym  spojrzał  ponownie  na  Przewodniczącego.  –  Miałem  do  wyboru:  albo  to  powiedzieć,  albo  się 

wstrzymać. Myślę jednak, że powinniście to wiedzieć wszyscy, zanim rozpęta się histeria. To jeszcze  jedna „anomalia” jak pan 

woli: Garrison jest Brytyjczykiem i patriotą.

Z wyjątkiem przewodniczącego, wszyscy wyglądali na zdezorientowanych. Przewodniczący odgadł, do czego prowadzi 

ten wywód. Miał nadzieję, że MI6 nie uzyska takich informacji... było już jednak za późno. Szkoda. Tak dobrze szło.

–  Garrison  sporządził  testament –  kontynuował funkcjonariusz, powstrzymując  gestem  dłoni  wszystkich  spieszących 

z  pytaniami. – Proszę!  Treść  tego  dokumentu jest niezmiernie  prosta. Jest  tak  sformułowany, że  nie  można  go zmienić  czy 

podważyć. Premier Rządu Jej Królewskiej Mości otrzymał go tuż przed wyjazdem Garrisona na wakacje.

Rząd  ma  być  wykonawcą  testamentu  na  wypadek,  hmmm,  nieprzewidzianego  zejścia. Zapisał  wszystko  –  wszystko 

swojemu krajowi – Anglii!

Zapadła  cisza.  Przewodniczący  przygryzł  wargę. Ktoś  musiał  to  przekazać  MI6, tak  jak  przekazano  to  jemu.  Może 

Brian Lumley - Psychosfera

31 / 61

background image

obserwator na skutek instrukcji z góry...

Funkcjonariusz kontynuował.

–  Jak  więc  widzicie, nie  zamierza  nam  podkładać  nogi. Nie  chce  być  Królem  Świata.  Nie  chce  wywoływać  chaosu 

i  powodować  zniszczenia.  I  to  sprawia, że  zaczynam się  zastanawiać, co  właściwie  tutaj robimy. –  Kiedy  to  mówił, twarz 

przybrała nieprzyjemny wyraz. Spojrzał po raz ostatni na wszystkich uczestników, spuścił wzrok i zaczął przyglądać się swoim 

zniszczonym paznokciom.

Przewodniczący jeszcze raz podjął trud przekonania obecnych o swoich reakcjach.

–  Niczego  to  nie  zmienia  –  powiedział.  –  Ten...  testament  może  być  tylko  zasłoną,  ubezpieczeniem  przed 

poważniejszym dochodzeniem. Fakt pozostaje faktem: żywy Garrison stanowi zagrożenie, ale...

– Panowie – odezwał się żółty człowieczek. Po raz pierwszy wstał i ukłonił się wszystkim. – Mogę zabrać głos? zapytał 

cicho, prawie szeptem. Jego sposób wyrażania myśli pasował do ogólnie przyjętej wizji Chińczyka mówiącego po angielsku. – 

Mój  pan  doszedł  do  takich  samych  wniosków  jakiś  czas  temu. Dlatego  właśnie  zaczął  interesować  się  Garrisonem.  Teraz 

pragnie zawiadomić panów, że cokolwiek ustalicie, pan Garrison nie może umrzeć. Nie byłoby to... korzystne.

I znów zaległa cisza. W chwilę potem wszyscy obecni zerwali się na równe nogi.

– Co takiego? – przewodniczący, obserwując reakcję sali, pierwszy wykrzyknął słowa protestu. – Czy ja dobrze słyszę?

Czy naprawdę myśli pan, że sugerowałem... że nawet mogli byśmy rozważać... – Jednak jego słowa utonęły w ogólnej 

wrzawie. Pomimo werbalnych protestów, jego myśli krążyły wokół czego innego. Przełożony chciał, aby Garrison zginął.

Kraj zyskałby na  tym niepomiernie  – no  i oczywiście  oddział. Szpiegostwo i kontrwywiad  rozwinęłyby się  w sposób 

zaskakujący. W porównaniu z nimi CIA byłaby tylko płotką.

Takie były  założenia  pana  przewodniczącego – ale on  wiedział, że  chodzi jeszcze  o jedno. Jego szef  był człowiekiem 

chciwym. Sam  przyznał,  że  zainwestował  wszystkie  pieniądze  w  giełdę. Swoimi  kanałami  dowiedział  się,  że  może  łatwo 

podwoić  kapitał.  Na  jego  drodze  stanęli  jednak  dwaj  potężni  udziałowcy  –  panowie  Garrison  i  Koenig.  Dlatego  śmierć 

Garrisona byłaby mu bardzo na rękę.

Podczas gdy  podobne  myśli  zaprzątnęły jego uwagę, harmider  na  sali  wzrastał. Przedstawiciel ministerstwa  Zasobów 

Naturalnych zaczął krzyczeć na Chińczyka.

– A w ogóle to kim pan, do diabła, jesteś? Myślisz pan sobie, że władze to banda morderców? Domagam się wyjaśnień... 

–  Po  chwili  jego  głos  utonął  we  wrzawie.  On  także  rozważał  wszystkie  za  i  przeciw.  Kontrolowanie  krajów  zrzeszonych 

w OPEC i korzyści z kilku kopalni w RPA i Australii.

Podobnie myśleli inni uczestnicy spotkania – z wyjątkiem Chińczyka, dwóch funkcjonariuszy z MI6 i obserwatora.

Pierwszy z nich  po prostu wykonywał polecenia  Charona  Gubwy i nie  przejmował się zamieszaniem, jakie  wywołały 

jego  słowa. Agent MI6  kątem  oka  obserwował przewodniczącego, pełen  czarnych  myśli. Zawsze  doceniał istnienie  tajnych 

służb, ale nie w takiej formie i z taką autonomią, jaką posiadała komórka przewodniczącego.

Po chwili  uciszyło  się  nieco. Podczas  całej awantury  Chińczyk  stał i  uśmiechał się  lekko. Nagle  otworzyły  się  drzwi 

i wszedł umundurowany funkcjonariusz. Podszedł prosto do przewodniczącego i podał mu jakieś pismo.

Uwaga obecnych skupiła się na przewodniczącym. Zdawało się, że ma pewne problemy z odczytaniem wiadomości, ale 

w końcu odkaszlnął i podniósł wzrok. Kąciki ust wykrzywiły mu się w nieprzyjemnym grymasie.

–  Panowie  –  odezwał się  w  końcu  –  wydaje  się,  że  cokolwiek  mogliśmy,  tego,  przedsięwziąć, to  znaczy  śledztwo, 

zostało – ... –  Głos mu drżał z przejęcia. –  Znaczy to – pospieszył z wyjaśnieniem – że komuś nie  podobały się  umiejętności 

pana  Garrisona... – odkaszlnął. – Samolot pana  Garrisona – kontynuował, spoglądając na kartkę papieru – właśnie  wylądował 

w Gatwick. Uratowali się, jak to mówią, „cudem!”.

W samolocie podłożono bombę. Nikomu nic się nie stało, jedynie pana Garrisona zabrano do prywatnej kliniki w stanie 

ciężkiego szoku... – zamilkł. Po kolei wszystkie głowy poczęły odwracać się w kierunku Chińczyka.

On zaś podszedł do drzwi i uśmiechem odwzajemnił ich zdziwienie. Ukłonił się raz jeszcze.

–  Panowie  –  powiedział  głośno  –  jestem  pewien,  że  nie  zabraknie  wam  tematu  do  dyskusji.  Mam  nadzieję,  że 

zapewnicie panu Garrisonowi ochronę. Mój czas jest ograniczony.

Życzę panom miłego dnia.

Nikt nie zaprotestował, kiedy Chińczyk wyszedł z pokoju...

ROZDZIAŁ DWUNASTY

Spotkanie zostało przerwane wiadomością o próbie zamachu na samolot Garrisona.

Pracownicy komórki MI6 przyjechali na spotkanie pociągiem. Obserwator rządowy swoim samochodem.

–  Może  panów  podwieźć.  Zaoszczędzicie  panowie  sporo  czasu,  a  przy  okazji  obgadalibyśmy  to  i  owo...?  – 

zaproponował obserwator po wyjściu z domu przewodniczącego.

–  Dziękujemy  bardzo.  Pracownik  MI6  zgodził  się  od  razu.  Po  chwili  cała  trójka  wsiadła  do  wysłużonego  rovera. 

Obserwator zjechał z podjazdu, kierując się na miejską drogę.

Przewodniczący  patrzył,  jak  odjeżdżają.  Nie  był  zadowolony.  Wściekły  na  funkcjonariusza  MI6  (pomimo,  że 

wykonywał on tylko swoją pracę); wściekły na tajemniczą osobę, która starała się strącić samolot Garrisona; wściekły na swoje 

pomyłki, ale przede wszystkim wściekły na Charona Gubwę, który mierzył chyba za wysoko.

Przewodniczący od  dawna  wykorzystywał go  jako  swoje  źródło  informacji; uważał to za  rzecz naturalną. Charon, ze 

swej strony, nie  pozostawał mu dłużny i również czerpał zyski z tej znajomości. Tak samo jak Garrison, Gubwa  zajmował się 

interesami, itd. Przewodniczący nie brał sobie zbytnio do serca  owego „itd”, ale właśnie  to uczyniło Gubwę bogatym. Bardzo 

bogatym; oczywiście nie na taką skalę jak Garrison. Ale któż mógł być bogaty jak Garrison?

Przewodniczący zdawał sobie sprawę z tego, że jego „przyjaciel” był (delikatnie mówiąc) dziwnym człowiekiem.

Jednak zważywszy na  jego zasługi w zbudowaniu imperium informacyjnego, na niejedno przymykał oko. Skąd jednak 

to  nagłe  zainteresowanie  tym  najbogatszym  człowiekiem  świata?  Może  Charon  pracował  dla  niego?  Nie,  to  raczej  mało 

Brian Lumley - Psychosfera

32 / 61

background image

prawdopodobne. On myślał tylko  o sobie. Chociaż... W ostatnim czasie  przewodniczący zauważył coś dziwnego. Był niemal 

pewien, że Gubwa pracuje dla kilku zagranicznych agencji.

Jednak cała organizacja Charona miała jedną zasadniczą wadę. Przewodniczący znał jej cele i wiedział, gdzie mieści się 

kwatera  główna.  Nie  zastanawiał się  nad  tym  zbyt  długo, żeby  jego  myśli  nie  dotarły  do  niepożądanych  osób. Nie  chciał 

zdradzać  się  z  tym,  że  kręci  sznur  na  szyję  Gubwy.  A  przynajmniej,  nie  przed  zgromadzeniem  wszystkich  koniecznych 

środków.

Zamczysko  powstało  pod koniec  1944  roku. Na  wieść  o  pogłoskach, że  Hitler  posiada  bombę  atomową,  dowództwo 

armii wybudowało sieć bunkrów pod Londynem. Podziemne schrony, z których można by było kierować ostatnimi działaniami 

wojennymi. Do  końca  lat sześćdziesiątych  używało ich  wojsko. Potem koszty  utrzymania  wzrosły  i ostatni z nich, obszerny 

schron, miał zostać zamknięty. Olbrzymie, ciemne, zapylone  miejsce  wykute w skale, w połowie naturalnego uskoku. Charon 

Gubwa  kupił go i uczynił swoim domem i kwaterą główną. To miejsce  zawsze  otaczano ścisłą  tajemnicą; Gubwa  utrzymał tę 

tradycję. Przewodniczący wiedział jednak, gdzie się to miejsce znajduje.

Od  tego  czasu  minęło  dziesięć  lat,  pamiętał  doskonale.  Na  wspomnienie  tego  wydarzenia  wstrząsnął  nim  dreszcz. 

Pomyślał o wielkiej stalowej studni skrytej we wnętrzach Ziemi. Zamek zawsze wywoływał u niego podobne skojarzenia.

Nie widział całego schronu, ale to, co zobaczył, wystarczyło mu aż nadto.

Zdał sobie sprawę, że nie  powinien był dopuścić do uzyskania przez Gubwę takiej władzy. A dlaczego tego nie  zrobił? 

To  proste  –  ten  człowiek  miał więcej  wtyczek  niż  centrala  telefoniczna!  Jeśli  zapragnął,  mógł dowiedzieć  się  wszystkiego 

o każdym i o wszystkim i mógł przekazać te informacje. W zamian za to przewodniczący miał chronić go przed ciekawskimi, 

przynajmniej do czasu, kiedy Charon sam o to będzie mógł zadbać.

Robił jednak trochę więcej, nawet wiele więcej. Kiedy z hukiem nadeszła era  komputerów, znacznie  przyczynił się do 

rozwoju systemu inwigilacji Gubwy. Umożliwił mianowicie  dostęp do sieci komputerowych. Zdawał sobie sprawę  z tego, że 

może w każdej chwili odciąć ten dostęp. Nie przewidział tylko ogromnego wpływu technologii komputerowej na każdy aspekt 

ludzkiego  życia. Ułatwił  Gubwie  rozbudowę  własnego  systemu  kontroli  i  zabezpieczeń.  Machiny, która  mogła  obrócić  się 

w rezultacie przeciwko niemu samemu, jego wydziałowi. Nie było jak dotąd takiego przypadku, ponieważ nie wystąpił jeszcze 

przeciwko Gubwie. Od pewnego czasu przestała mu się jednak podobać ta zabawa...

Oczywiście, gdyby  szef  przewodniczącego  odkrył  kiedykolwiek jego grzechy  młodości, łącznie  z  faktem,  że  nie  był 

o niczym informowany, pan przewodniczący nie miałby czego szukać w swoim resorcie. Ale któż miał o tym donieść?

Wiedzieli tylko on i Gubwa.

Naturalnie najlepszym rozwiązaniem byłoby udanie  się  tam, na dół z grupą zaufanych ludzi i urządzenie  krwawej jatki, 

a następnie zatarcie wszelkich śladów powiązań między nim i Gubwą. Postanowił, że tak się stanie, jeśli ten człowiek wywinie 

jeszcze kilka podobnych numerów.

Oczywiście przewodniczący wiedział, że Gubwa wysłał swojego przedstawiciela na spotkanie. Sam się na to zgodził.

Nie spodziewał się jednak kretyna  mówiącego o ocaleniu życia Garrisona! Sposób przedstawienia sprawy sugerował, że 

komórka kierownicza zadecydowała o usunięciu Garrisona. Doprawdy, tylko dotarcie  na czas depeszy o zamachu sprowadziło 

dyskusję na właściwe tory.

Był bardzo  zdenerwowany. Oderwał się  wreszcie  od parapetu i  nalał sobie  drinka, starając  się  opanować  wściekłość. 

Pomyślał, że  już  wkrótce  szef  dowie  się  o  wszystkim i  zechce  usłyszeć  wyjaśnienia  lub,  w  najlepszym przypadku,  zacznie 

zadawać głupkowate pytania.

Zabrał szklankę na dół, do gabinetu, zamknął drzwi i podniósł słuchawkę telefonu...

Gubwa  przeczuwał, że przewodniczący zadzwoni. Mógł być obecny na spotkaniu umysłem Fonga, ale  częste używanie 

ESP męczyło go; dlatego korzystał z tego tylko wtedy, kiedy musiał.

Gdy zadźwięczał telefon, uśmiechnął się i podniósł słuchawkę.

– I jak samopoczucie dzisiaj, Harry? – zapytał słodkim głosem.

– Posłuchaj, Charon, wiesz, do  jasnej  cholery, że  jestem wściekły!  – Odpowiedział mu głos po  drugiej  stronie. – Czy 

masz pojęcie, w co mogłeś mnie dzisiaj wpakować?

To  „mogłeś”  zastanowiło  Gubwę;  był  pewien,  że  wpakował.  Nie  znał  jeszcze  najnowszych  wydarzeń.  Postanowił 

wyłożyć karty na stół, jednak bez zbytniej ciekawości.

– Ależ taki właśnie miałem zamiar! – Zaśmiał się. – Wiedziałem, że będziesz rozważał... usunięcie Garrisona dla „dobra 

kraju”, ale  nie leży to w moim interesie. Jeszcze nie. Po prostu ujawniłem ten zamiar, ot wszystko; pokazałem, ilu celom może 

służyć jego śmierć. To taki sposób na upewnienie się, że będzie bezpieczny. Jeśli coś mu się stanie, ciebie pierwszego poproszą 

o wyjaśnienia. I wtedy to naprawdę będzie można nazwać „wpakowaniem”!

Sir Harry słuchał tych słów z rosnącym gniewem. Gubwa stanowczo na zbyt wiele sobie pozwalał.

– A teraz, Charon, posłuchaj...

– Nie, to ty posłuchaj! Garrisonowi włos nie może spaść z głowy! Najpierw muszę się dowiedzieć kilku rzeczy. Rzeczy, 

które przyniosą nam obu olbrzymie korzyści. A potem...– zawiesił głos. Słyszał prawie, jak sir Harry zgrzyta zębami.

– Gubwa, ty... Kto tu dla kogo pracuje?

– O tak, sir Harry – głos stał się niebezpiecznie słodki – dobre sobie! Kto dla kogo jest wspólnikiem, ot co. Przed chwilą 

wyjaśniłem, że robię to dla naszej obopólnej korzyści, czyż nie tak? Dlatego właśnie Garrison żyje, jeszcze trochę.

– Charon, przeginasz pałę. Ja  mam rozkazy. Nie możesz się do tego mieszać. A poza tym jeśli ja go nie dostanę, zrobią 

to inni. Następnym razem nie spartaczą roboty, możesz być tego pewien.

Tętno  Gubwy uderzyło  gwałtowniej. „Inni? Jacy  inni? Jaki następny  raz”  –  zastanawiał  się  przez  chwilę. Nie  chciał 

pytać przewodniczącego wprost...

– Czekaj!  – Wiedział, gdzie znajdował się  jego  rozmówca. Zamknął oczy i posłał penetrującą  myśl. Tamten bronił się 

podświadomie,  ale  Gubwa  potrafił  dostać  się  do  środka. Zobaczył, co  chciał, po  czym wyszedł. Sir  Harry  nawet o  tym nie 

wiedział. – Nie będzie następnego razu – powiedział, ale jego umysł pracował gorączkowo. Charon próbował dociec, kto chciał 

zabić Garrisona i dlaczego? – Nie będzie, dopóki ja nie  będę gotów. A co do przeginania pały, Sir Harry, jeśli to groźba, lepiej 

Brian Lumley - Psychosfera

33 / 61

background image

zapomnijmy o tej rozmowie. Ja przeżyję, panu zaś szczęście może tym razem nie dopisać.

– A kto teraz komu grozi?

– Spokojnie, dlaczego się kłócimy? – Gubwa nie lubił tego gwałtownie przybierającego lodowatego tonu głosu.

– Do jasnej cholery, wiesz, dlaczego! To był chwyt poniżej pasa. Nigdy nie wpuściłbym do swojego domu tego chłopka 

roztropka,  czy  jak  tam...  gdybym  wiedział  do  czego  zmierzasz.  Jego  obecność  na  spotkaniu  nie  była  prostą  sprawą  do 

wyjaśnienia. Ludzie  zaczną  zadawać  niepotrzebne  pytania:  „kto?”,  „dlaczego?”,,  jak?”. Rozumiesz?  Polecono  mi  zająć  się 

Garrisonem. A teraz nie mogę tego zrobić, na pewno nie bez pewnych trudności; wszystko spieprzyłeś!

– Pozwól mi wobec tego zająć się tą sprawą, ale w czasie, który uznam za stosowny – odrzekł Charon.

– W jakim czasie? – Sir Harry był wciąż poirytowany, chociaż brzmiało to o wiele lepiej.

Gubwa pomyślał chwilę.

– Miesiąc, do sześciu tygodni, w najgorszym przypadku. To mi wystarczy.

– Po co aż tyle czasu? Czego chcesz od niego?

– Och, czyż nie możemy mieć swoich słodkich tajemnic? – Cieszę się, że go wykończę, to wszystko – odparł Gubwa.

– No, nie wiem... – Przewodniczący wciąż nie był przekonany.

– Zrobię to bez najmniejszego śladu twojego udziału. Będziesz zupełnie czysty.

To  brzmiało nieźle. Sir  Harry spojrzał na  propozycję  innym, łaskawszym okiem. „Dlaczegóż  by nie? – pomyślał. Nikt 

przecież nie wyznaczył daty likwidacji Garrisona. Sześć tygodni to całkiem rozsądny termin. A kiedy Gubwa wykona zadanie... 

nadejdzie czas, aby go wyeliminować!” Na szczęście Gubwa nie przechwycił tej myśli, na szczęście dla sir Harry’ego.

– W porządku – zgodził się w końcu. – Zróbmy tak, jak ty chcesz.

– Świetnie! Jest jeszcze coś w czym możesz mi pomóc. Tak będzie szybciej.

– Tak?

– Muszę znać nazwisko jego anioła stróża.

– Nie wiem, czy ma kogoś takiego – odrzekł sir Harry.

– Na  pewno  ma!  – Charon wybuchnął śmiechem. –  Może  pomogą  ci  kolesie  z MI6. To  lojalna  banda, w większości. 

Dowiedz się tego dla mnie, dobrze?

– Zrobię, co w mojej mocy – warknął przewodniczący...

– Doskonale! Myślę, że to wszystko. A może coś jeszcze, przypomnij mi. Wobec  tego... Miło cię było słyszeć, sir Harry 

i...

– Zostaw sobie te  gadki dla naiwnych! – przerwał mu przewodniczący sucho. – Wobec tego, sześć tygodni... i żadnych 

numerów, co? – Po czym nie czekając na odpowiedź, odwiesił słuchawkę...

Wracający  do  miasta  funkcjonariusz  MI6  i  obserwator  zabawiali  się  z  początku  nudną  rozmową.  Pasażer  z  tylnego 

siedzenia, „pomagier” MI6, siedział cicho; najwyraźniej nie był zainteresowany poruszonym tematem.

– Eee, to co pan mówił o Garrisonie, co miał pan na myśli? Prosty?

–  Tak,  prosty  tak  samo  jak  pan  czy  ja,  bez  obrazy. O  wiele  prostszy  od  wszystkich  uczestników  tego  dzisiejszego 

zebrania.

Obserwator uśmiechnął się promieniście, już rozluźniony.

– Wiem, o co panu idzie, przecież nie wiemy, o co tu właściwie chodzi, no nie?

– Chyba niczego nie wiemy. Tak jak przewodniczący? Następna próba.

–  Przewodniczący?  Kiedy  ja  zaczynałem  pracę  w  MI6,  podczas  wojny,  jego  wydział  jeszcze  nie  istniał.  Całe  to 

badziewie powstało później. Nasza zabawa polega na posługiwaniu się „płaszczem i szpadą”, ale jego wydział używa, głównie 

tego  drugiego.  Jednak  ma  swoje  miejsce  w  naszej  robocie.  Oni  zajmują  się  różnymi  przyjemniaczkami  i  sytuacjami  bez 

wyjścia. Tak zwane... – Spojrzał na swojego rozmówcę kątem oka. – Ale przecież pan to zna.

– Co nieco. Wiem tylko tyle, że trzymają  gębę na kłódkę. I mają silne poczucie prawa. Niektórzy najchętniej widzieliby 

ich pod kluczem!

– Wcale mnie to nie dziwi. A co do sir Harry’ego – wciągnął powietrze przez zęby – ten facet to grzechotnik!

Hm,  to  oczywiście  moja  prywatna  opinia,  a  tajemnicą  poliszynela  jest  fakt,  że  ma  więcej  niż  kilku  podejrzanych 

przyjaciół i informatorów. Najprawdopodobniej osłania ich. Na przykład ten Chińczyk. Kogo on reprezentował?

– Hmmm – chrząknął obserwator. – Sam się nad tym zastanawiałem. Ale, jak już wspomniałem, oni trzymają gęby na 

kłódki i, jak dotąd,  mają  pierwszorzędne  krycie  z  góry. Tutaj spojrzał  znacząco na  pasażera. – A  tak  mówiąc  między nami, 

w swej opinii o grzechotniku nie  jest pan odosobniony. – Zakasłał sucho. –  Dlatego  też  chcę „zaopiekować  się”  Garrisonem. 

Nie przeżyłbym, gdyby coś mu się stało.

– Czy ma pan mnie na myśli?

–  Pana  lub  najlepszego  pańskiego  człowieka.  My  ufamy  panu  i  to  wystarczy. Podobało  mi  się, kiedy  nadstawił  pan 

karku za Garrisona...

Funkcjonariusz MI6 pomyślał nad tym przez chwilę.

– Oczywiście będę potrzebował pełnomocnictw.

– Będzie je pan miał. Tak naprawdę, to już pan je ma.

–  Dobrze, zgadzam się.  Szczerze  mówiąc, spodziewałem się  jakiegoś zadania. Mam doskonałego  człowieka. Nie  jest 

zbyt  znany. Pracuje  głównie  za  granicą. Wyśmienity  fachowiec. Nazywa  się  Stone, Philip  Stone,  ale  to oczywiście  tylko  do 

pańskiej wiadomości...

Siedzący z tyłu Stone  nie powiedział ani słowa. Przez  cały  czas zastanawiał się, dlaczego  zaproszono go na dzisiejsze 

spotkanie. Teraz już wiedział.

– Doskonale! – ucieszył się obserwator. – Dawaj go pan.

Jeszcze jedno: proszę go uprzedzić o klauzuli tajności. Ten Garrison to zabawny gość. Gdyby wiedział, że ktoś się  nim 

„opiekuje”, mielibyśmy niezły pasztet. Nie wpłynęłoby to na ułatwienie zadania.

– Nie będzie niczego podejrzewał, zapewniam pana. Stone jest jednym z najlepszych.

Brian Lumley - Psychosfera

34 / 61

background image

– Wierzę panu na słowo – odparł, zdejmując nogę z gazu.

Byli już w mieście. – A tak przy okazji, nie podejrzewa pan, kto mógłby podłożyć bombę w samolocie Garrisona?

– Możliwe, że ci z IRA wciąż go ścigają. Albo mafia.

– Mafia?

–  Ci  z  Vegas,  o  których  mówiłem.  A  jeśli  on  był  na  wakacjach  na  Rodos...  To  jaskinia  lwa,  sam  pan  widzi.  – 

Funkcjonariusz  wzruszył ramionami. – Z drugiej strony zaś mógł to być  każdy. Garrison musiał przejść po paru trupach, żeby 

osiągnąć to, co ma.

Obserwator wymruczał słowa akceptacji dla tej koncepcji.

– Upewnijmy się, że nikt nie będzie mu deptał po piętach – dodał po chwili.

Philip  Stone  miał  doskonale  dobrane  nazwisko.  Przypominał  kamień.  Kawał  chłopa  –  prawie  dwa  metry  wzrostu, 

twardy i kanciasty jak skała. Jako agent wywiadu (Stone nie cierpiał słowa „szpieg”) miał kilka niezaprzeczalnych atutów. Nikt 

nie  wyglądał  na  takiego  twardziela,  nie  był  tak  inteligentny.  Jego  trzecia  zaleta  to  odporność  ciała,  które  przez  wiele  lat 

stwardniało, jak twardnieje wapienny stalaktyt.

Warstwa  po  warstwie.  Życie  nigdy  nie  pieściło  Philipa  Stone’a.  Kiedy  człowiek  jest  duży  i  ma  wygląd  twardziela, 

zawsze za rogiem czeka  ktoś pragnący go przekonać, że jest od niego twardszy i większy. Przećwiczył to wiele razy, na tysiące 

sposobów, aż za tysiąc pierwszym razem nauczył się stać mocno na nogach.

Spokojne  życie  mieszczucha  w  wygodnych kapciach  nigdy  nie  było jego ideałem. Mając  osiemnaście  lat, wstąpił do 

oddziału  skoczków  spadochronowych,  a  w  wieku  dwudziestu  trzech  został  karnie  wydalony  z  wojska  za  „uporczywą 

niesubordynację” wobec  starszych  oficerów  (co skończyło  się  bijatyką, w której złamał szczękę  jednemu z nich). Nigdy nie 

rozumiał, dlaczego został oficerem – nigdy nie  było to jego marzeniem. Skakanie na  spadochronie znudziło go, poza  tym nie 

cierpiał wojskowych zasad zakładających istnienie tych, co  wydają  rozkazy, i tych, co je  wykonują. Był samotnym wilkiem, 

a regiment przypominał indyjską kastę.

Czasami wspominał  stare  dzieje... ale  miał  przed  sobą  inne  zadania. Odziedziczył  trochę  pieniędzy  po  ciotce, której 

nigdy na oczy nie widział, a armia rozbudziła w nim głód podróży... Chciał włóczyć się po całym świecie. Nic jednak z tego nie 

wyszło. Dotarł do Cypru, gdzie pozwolił sobie na pijatykę w miejscowej knajpie z kilkoma kolesiami z Nikozji.

Nie przypuszczał, że są z brytyjskiego garnizonu, nie zwracał uwagi na ich idiotyczne rytuały – był zbyt pijany. Okazało 

się  jednak, że  to  nie  żadne  śmieszne  rytuały,  że  taki  mieli  po  prostu  sposób  zdobywania  rekrutów.  Kiedy  Stone  ocknął  się 

z pijackiego amoku, trzymał w ręku karabin.

I  znowu  był podkomendnym. Tym razem w oddziałach  pułkownika Dave’a Clegga, także  dawnego wojaka  oddziałów 

Jej  Królewskiej  Mości.  Znalazł  się  na  największej  pustyni, jaką  kiedykolwiek  widział.  Nie  zdezerterował jednak.  Dowiódł 

pułkownikowi, że jest wart tyle złota, ile sam waży.

Całe przedsięwzięcie, w którym brali udział, znalazło gwałtowne i krwawe zakończenie. Stone znów wrócił do cywila.

Poznał kiedyś dziewczynę; postanowił ją odszukać i w tym celu wsiadł do samolotu lecącego do Niemiec.

Jednak Dave Clegg nie zapomniał świetnego żołnierza.

Wkrótce szeptano o nim w gmachu MI6. Poczyniono pierwsze kroki...

Powrót Stone’a  do Fraulein nie  udał się. Amerykańscy turyści namówili go na  podróż  do Frankfurtu. Potem zginął mu 

paszport. Konsulat brytyjski szybko tę sprawę rozwiązał.

W jego nowym paszporcie nie było nawet wzmianki o służbie wojskowej.

Stone  nie  miał  o  to  pretensji.  Nie  miał  także  pretensji  do  swoich  amerykańskich  przyjaciół  o  to,  że  znalazł  się 

w  Berlinie. Parę  dni później przewiózł niewinnie  wyglądające  przesyłki do  wschodniej części miasta. Jego  przyjaciele  znali 

dziewczęta  po tamtej stronie  jeszcze  z 1945  roku, ale  ponieważ  „nie  cierpią  odgrzewanych  związków, no i są  już  żonaci...”, 

skończyło się pobytem w więzieniu po drugiej stronie muru!

I  wtedy  zdarzyło  się  coś,  o  czym czytał w  książkach  szpiegowskich.  Obudził  się  w  drodze  do  Moskwy. Naturalnie 

poprosił tam o azyl polityczny, jak powiedzieli później czerwoni tym z MI6. Był  przesłuchiwany, przeszedł „pranie mózgu”, 

stał się  podwójnym  agentem (nie  wiedząc  nawet, że  jest pojedynczym!). Po tym  odstawiono  go z  powrotem  do Frankfurtu, 

gdzie czekała na niego CIA. I tak dalej: przesłuchania i podróż do Hong Kongu. Tam poszedł „do szkoły” został pełnoprawnym 

szpiegiem;  wzbogacił  swoją  technikę  walki  i  metody  obserwacji.  Następnie  wyjechał  do  Chin  jako  „student  orientalnych 

zwyczajów, architektury i starożytności”.

W 1977 roku władze  chińskie  zdemaskowały go  w  końcu; uratował się  tylko  dzięki wkraczającemu  w  nieprzyzwoitą 

fazę  związkowi miłosnemu Chin, USA i Wielkiej Brytanii. Wykopali go stamtąd bez  zbytniego rozgłosu i odesłali na leczenie 

do domu. Wylądował w Niemczech jako młody doradca kontrwywiadu przy NATO. Cóż  (jak zwykle mawiał do siebie), chciał 

w końcu zwiedzić świat. Ale świat jeszcze z nim nie skończył...

Praca  w  Niemczech  nie  spodobała  mu  się.  Była  zbyt  spokojna.  Kiedy  dowiedział  się  o  możliwości  uczestniczenia 

w walkach w Afganistanie przeciwko rosyjskiej inwazji, ruszył w drogę. Odnalazł grupę partyzantów. Wieść o tym dotarła  do 

Londynu i Stone  musiał zrezygnować. Zastanawiał się, czy nie wyruszyć  do Izraela  albo do Afryki, gdzie  osiadło wielu jego 

kolegów z wojska.

MI5 i MI6 korzystały z jego umiejętności. Teraz Stone dostał zlecenie „opieki” nad Richardem Garrisonem, co uznał za 

nużące  zadanie, jednak musiał z czegoś żyć. Przysięgał sobie, że  to ostatni raz i że  potem wyjedzie  na dobre  do USA. Zawsze 

bowiem można znaleźć robotę w tamtym zakątku świata.

Wokół  takich  właśnie  spraw  krążyły  jego  myśli, kiedy  wychodził  z  biura  na  Whitehall  i  skierował  się  do  swojego 

mieszkania w Richmond. Z Richmond  miał zamiar  pojechać  samochodem do  Haslemere, gdzie  przebywał w bardzo  drogim 

szpitalu pan Richard Garrison. Nie  zauważył jednak  małego, krępego Chińczyka, który wsiadł za  nim do metra. Johnie  Fong 

był ekspertem w stawaniu się niewidzialnym.

W Richmond Stone nawet nie zwrócił uwagi na kłótnie dwóch chwiejących się na nogach osiłków. Ale po chwili...

Zbiry  przygwoździły  go do ściany  z siłą  węglarek kolejowych. Stanął przed  nim mały Chińczyk i wstrzyknął mu coś 

w brzuch! Stone poznał go od razu i wtedy zareagował.

Brian Lumley - Psychosfera

35 / 61

background image

Odepchnął jednego z napastników i uwolnioną ręką zatoczył szeroki łuk, miażdżąc twarz drugiego. Wiedział jednak, że 

już po wszystkim. Podjechał samochód; prześladowcy wciągnęli go do czarnego mikrobusu. Stone próbował jeszcze poruszać 

rękami, ale po chwili opadł z sił. Zapamiętał tylko twarz Chińczyka rozpromienioną w szerokim uśmiechu.

Szeroki żółty  uśmiech niknący  w  czerni  jak  tunel. „Poczekaj, Fu Manchu,  jeszcze  cię  dopadnę,    dopadnę... dopa...” 

Stone powtarzał w myślach.

W rzeczywistości jednak miał go już nigdy więcej nie zobaczyć.

Richard Garrison  nie  był  jedynym  hospitalizowanym; na  męskim oddziale  szpitala  w  Londynie  leżał Carlo  Vincenti. 

Spędził tu całe popołudnie i wieczór – musieli go przecież poskładać. Siedział teraz na łóżku i gorączkowo rozmawiał z trzema 

źle odzianymi, podle wyglądającymi i cokolwiek szorstkimi gośćmi.

–  Ta,  taaa,  wiemy.  –  Nosowy  głos  Marcella  Pontellariego  był  przepełniony  sarkazmem.  –  Trzy  złamane  żebra, 

strzaskany  obojczyk,  skręcony  nadgarstek.  O  tak,  jeszcze  pełno  siniaków,  bidulku!  –  Jego  szyderstwo  stało  się  aż  nadto 

widoczne.

–  Czy  to  nie  straszne?  Panienki,  które  dziargamy  mojką  czy  przypalamy  petami;  faceci,  którymi  brukujemy 

nawierzchnię lub kąpiemy w rzece i jeszcze ty...? Ktoś złamał ci kosteczkę czy dwie, a ty drzesz się jak jasna cholera!

– Nie ktoś – przerwał gwałtownie Vincenti i skrzywił się momentalnie  z bólu. – Garrison! To był on. To musiał być on 

albo jego brat bliźniak!

– Twoi chłopcy nic nie widzieli. – Mario „Karzeł” Angeli puszczał kółka dymu. – Mówią tylko, że zachowywałeś się jak 

szajbus, ale nie było tam nikogo.

– Idioci! – Carlo znów skrzywił się z bólu. – Co z wami, do diabła? Myślicie, że sam się rzuciłem na ścianę?

–  Szczerze? –  zapytał  Ramon „Szczur”. –  Tak właśnie  myślimy i  to mówili chłopcy.  Świr, powiedzieli. Jobla  dostał, 

powiedzieli.

– Jobla!? – warknął Vincenti. – Mówię wam, widziałem faceta.

– Ta, wiemy. To właśnie chcieliśmy sprawdzić. Wielki Facio nas przysłał, wiesz?

Vincenti umilkł. „Wielki Facio? Pierwszy szef  mafii w Anglii? Interesuje  się  tym? Dlaczego?” – zastanawiał się  przez 

chwilę.

–  Kapujesz? –  kontynuował Medici.  – Twoi  chłopcy  muszą  mieć  rację. Jak  cholera. Garrison  nie  mógł tam być. On 

siedział w na pół rozwalonym samolocie, gdzieś pomiędzy greckimi wyspami i Anglią. To musieli być Czarni Bracia!

– Bomba. – Vincenti kiwnął głową.

– Ta, twoja  bomba! Chciałeś go wykolegować z pomocą  Czarnych Braci. Wiemy o tym od Facello. Zrobiłeś to prywat 

nie, niekoniecznie zgodnie z zasadami, ale...

– Ale – Vincenti potrząsnął głową – on tam był.

– Nie, był na  pokładzie samolotu, razem z bombą Berta Blacka. Ale  tym razem Bert spieprzył robotę. Samolot się  nie 

rozbił, co jednak nie zmienia niczego. Garrison był na pokładzie i nie mógł być przy tobie.

– Nie rozumiem, po prostu nie...

– Półtorej godziny po tym, jak cię  „załatwił”, samolot lądował na  jednym skrzydle  i modlitwach w Gatwick. Całkiem 

udane lądowanie. Garrison jest w szpitalu – nerwy. Pilot dostał kota i mówi, że ocalił ich Bóg.

Vincenti opadł na poduszki, jęcząc z bólu.

– Co, do diabła...? – wyszeptał. Zacisnął powieki i jeszcze raz potrząsnął głową.

– Taaa – zawtórował mu Marcello Pontellari drwiącym głosem – diabła.

–  Carlo  –  wtrącił  Medici  –  nie  słuchaj  tego,  co  on  paple.  Wielki  Facio  interesuje  się  tym  wszystkim.  Nie  tylko  ty 

nienawidzisz Garrisona. Chłopaki w Vegas czują to samo. Ale, kapujesz, oni nie chcą jego śmierci.

– A to dlaczego? – Vincenti otworzył szeroko oczy.

– Pamiętasz Vegas? Rok, półtora  roku temu kilku frajerów wyczyściło ich do reszty. Wzięli milion i tyle  ich widziano. 

Wszystko legalnie; wygrali, kurwa, tę forsę. Wyobrażasz sobie. Ograli ich na cacy!

–  No i  co? Czy nie  zrobił tego samego ze  mną? Nie  ograł  mnie? – Carlo patrzył  na  Mediciego ze  złością. – A  więc 

Wielki Facio i chłopcy z Vegas myślą...?

– Nie myślą – Medici uciął mu w pół zdania – wiedzą.

Zrobił  ci  to  samo, co  chłopakom  w Vegas. Wiedzą, że  to  on; wytropili  go. Ten  facet  ma  więcej asów  w  rękawie  niż 

cztery  talie  razem wzięte! Teraz rozumiesz, dlaczego musisz  odwołać  kontrakt na  jego życie? – Zmarszczył brwi. – Ten facet 

jest o wiele więcej wart żywy niż martwy. Chłopaki z Vegas chcą wiedzieć, w jaki sposób on to robi. My zresztą też. Zlecimy 

komuś tę robotę. Trzeba go tylko trochę przycisnąć.

Kiedy z nim skończymy – wzruszył ramionami – jest twój, jeśli nadal go będziesz chciał.

– Dobra. Ale co z braćmi Black? Możesz ich odnaleźć i odwołać robotę?

– Taaa, to  już  zrobione. Wrócą  z  Rodos  za  trzy  dni,  w  poniedziałek, o  dziewiętnastej. Do  tego  czasu  postaraj się  po 

zbierać  gnaty. Jest spotkanie  w poniedziałek  w biurze Wielkiego Facia  o dwudziestej trzydzieści. Bracia  Black też  tam będą. 

I ty. To ważne, Carlo.

Vincenti wydął wargi, utkwił wzrok w suficie i zmarszczył brwi.

– Tak, ważne, ale wciąż nie wyjaśnia, dlaczego go wtedy widziałem. I wiesz, miałem wrażenie, jakby go tam naprawdę 

nie było. – Przerwał i spojrzał  na nich spode  łba. – Hej, nie  patrzcie  na  mnie  w ten sposób!  Gadamy o tym samym członku, 

który wykołował mnie z moim klubem. Asy w rękawie?

Bracie, do kogo ta mowa?

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

Philip Stone  miał koszmarne  wizje. Kiedy się obudził, nie wiedział, czy to jeszcze sen, czy rzeczywistość. Śnili mu się 

już faceci z KGB i Pekinu, ale nigdy w życiu nie śnił mu się ktoś taki jak Charon Gubwa.

Brian Lumley - Psychosfera

36 / 61

background image

Ten  człowiek  był  bryłą  mięsa!  Kilka  cali  wyższy  od  Stone’a,  miał  dwa  razy  większy  obwód;  ważył  ze  dwieście, 

dwieście pięćdziesiąt kilogramów;  ramiona  i dłonie wyglądały jak sękate  kije  – przy  nich ręce Stone’a wydawały się kruche 

i delikatne. Dziwny kolor skóry był spowodowany, jak zauważył Philip, albinizmem; różowooki, szary, murzyński albinos! Ale 

to  nie  wszystko.  Stone  jeszcze  nie  doszedł  do  siebie  i  nie  widział  dokładnie,  ale  zdawało  mu  się,  że  zobaczył  potwora. 

Kimkolwiek był ten mężczyzna-kobieta, wywoływał okropne wrażenie.

Przyćmione  światło sprawiało, że  doznania  agenta kłóciły się ze  sobą. Albo wisiał głową  w dół, albo nie  działało  tutaj 

prawo ciążenia. Tam gdzie był „dół”, znajdowały się stopy, ale ból w szyi mówił, że wisi do góry nogami.

Zamknął oczy  i  potrząsnął  głową, ten ruch  sprawił  mu wiele  cierpienia. Rozejrzał się  dokoła  i... zrozumiał. Sufit  był 

wyłożony  lustrami  i  dlatego  wszystko  wydawało  się  takie  dziwne.  Stone  nie  chciał  przyciągać  niczyjej  uwagi.  Próbował 

zorientować się, gdzie się znajduje i w jaki sposób został przywiązany do krzesła.

Wielkie  obrzmiałe  ciało  albinosa  spoczywało  na  ogromnym  stole  masażowym.  Wokół  niego  uwijały  się  trzy 

dziewczyny. Przy akompaniamencie lubieżnych westchnień i pojękiwań odbywał się ten obleśny spektakl; wszyscy byli nadzy 

jak w dniu narodzin. Normalnie Stone spojrzałby na dziewczęta, tym razem uwagę przykuła postać leżąca na stole. Miała ona 

białą krzaczastą fryzurę i intensywnie różowe oczy. Miała też organy płciowe mężczyzny i kobiety...

Na  widok  tego Stone  poczuł obrzydzenie. Ta  reakcja  została  wywołana  nie  tylko  widokiem tej najmniej człowieczej 

z  ludzkich istot, ale  również  działaniem  narkotyku,  który  ułatwił oprawcom porwanie. Cokolwiek  mu  wstrzyknęli,  czuł się, 

jakby jego głowę kopnięto o jeden raz za dużo. Cóż, mogło się tak zdarzyć; pamiętał, co zrobił z twarzą jednego ze zbirów. Być 

może  ten  człowiek  zemścił się. Tak czy  inaczej, był to  najgorszy kac  w jego życiu, a poznał już  to  uczucie  dość  dokładnie. 

Zwalczając chwilową słabość, spojrzał na dziewczyny zajmujące się tym czymś na stole.

Po chwili agent dostrzegł, że tylko dwie z nich były kobietami. Trzecia miała małe, stanowczo żeńskie piersi, cała reszta 

jednak stanowiła ciało młodego chłopca. I lubił ten chłoptaś swoją pracę. Jedna z masażystek zajmowała się męskim organem 

klienta,  druga  zaś  wkładała  swoją  dłoń  w  to  miejsce,  które  lekarze  nazywają  vagina. Chłopiec-dziewczyna  wcierał  olejek 

w piersi swojego pana (pani?) i ssał olbrzymie szare sutki, aż stały się podobne do dużych ślimaków.

Ohydny  spektakl  miał  się  ku  końcowi. Ciało  olbrzyma  podrygiwało, potężne  ręce  zwisały  ze  stołu  –  jedna  pieściła 

pośladki  dziewczyny,  druga  ściskała  genitalia  młodego  hermafrodyty.  Ten,  odebrawszy  sygnał,  wziął  olbrzymiego  członka 

w usta.

Stone  odwrócił wzrok, żeby  nie  patrzeć  na  koniec  tych igraszek. W lustrze napotkał spojrzenie  różowych  oczu, pełne 

lubieżnego  zadowolenia,  satysfakcji  z  tego,  że  ofiara  odzyskała  świadomość  w  tym  właśnie  momencie.  Różowe  oczy 

przyciągały jak magnes, jak hipnotyzujący wzrok węża przed atakiem. I wtedy...

– Obudził się pan, panie  Stone, doskonale!  – przemówił albinos dźwięcznym głosem. Zdecydowanie  męskim głosem, 

chociaż gdzieś tam... Stone żałował, że nie wie prawie nic o hermafrodytyzmie.

– Och, to by się  panu  na nic  nie  zdało – padła  nieoczekiwanie odpowiedź. – Proszę  mi wierzyć. Nie  jestem ani trochę 

typowy. Tak, jestem unikatem.

Te  słowa,  tak  swobodnie  wypowiedziane,  podziałały  na  agenta  jak  porażenie  prądem.  Pojął,  że  tamten  może  czytać 

w jego myślach.

– Mniej więcej – istota uśmiechnęła się – ale to prawda!

Ludzie nie są w stanie wyartykułować dokładnie swoich myśli, ale zawsze myślą precyzyjnie.

Stone uwierzył. To niesamowite, ale uwierzył.

– Taki był właśnie cel tego ćwiczenia.

„Zrobić z mózgu kogel-mogel” – pomyślał agent.

– Jedzenie to jest to, panie Stone. Zgadzam się!

– Robi wrażenie. – Agent postanowił przybrać pozę człowieka, którego nic nie może zadziwić. – Ale po co to wszystko?

–  Zależy  mi, żeby  pan  wiedział. Gdybym  tylko wspomniał o  tym, nie  uwierzyłby  pan, prawda? W  ten  sposób mam 

pewność, że  nie  będzie  pan  niczego  przede  mną  ukrywał. Te  umiejętności  bardzo  wyczerpują,  a  nie  chcę  się  niepotrzebnie 

męczyć. Z drugiej strony, nie chcę być robiony w konia. Dla tego właśnie, od czasu do czasu, zaglądam tam. Rozumiemy się?

– Tak, rozumiemy się. – Stone wiedział, że nie ma sensu niczego ukrywać, albinos trzymał wszystkie atuty w ręku.

Agent znał specjalistów od ESP w wydziale MI6, ale nigdy by nie uwierzył, że któryś z nich posiada takie  możliwości. 

Właściwie to zawsze uważał takie badania za stratę pieniędzy i czasu. W tej chwili jednak...

–  Świetnie  – przytaknął grubas. Wyciągnął ramiona  i  kochankowie  (niewolnicy?)  pomogli mu  usiąść  na  stole. Wstał 

o własnych siłach, owinął się w szatę, po czym ruchem ręki odprawił dziewczyny i dziewczyno-chłopca.

Stone usłyszał, że drzwi otwierają się automatycznie.

– Musi być panu niewygodnie  – powiedział stwór, zbliżając się. – Może pan odwrócić głowę, panie Stone. Nie jestem 

wilkołakiem.

Agent uniósł głowę i poczuł gwałtownie narastający ból.

Wewnątrz czaszki zapaliły się tysiące jarzeniówek.

– Och – wyszeptał pociesznie. Jeszcze raz uniósł głowę i zamrugał, chroniąc oczy przed światłem lamp. – Dobra, panie, 

jak panu tam? O co tutaj chodzi?

– Gubwa, Charon Gubwa. Wątpię, aby kiedykolwiek słyszał pan o mnie.

– Nie  mogę  zaprzeczyć. – Stone  starał się  być  dowcipny. – Nigdy  nie  słyszałem. Ale  zamieniam się  w słuch. Pewnie 

zechce mnie pan oświecić. – Teraz spostrzegł, że jest przypięty pasami do krzesła. Mógł poruszać tylko głową, a zatem musiał 

siedzieć i słuchać.

– Ależ  chcę, żeby  dowiedział się  pan wszystkiego, panie Stone. A dlaczego? O tym za chwilę. Po pierwsze: przestanie 

się  pan  zastanawiać.  Wtedy  umysł  zacznie  pracować  normalnie  –  tego  oczekuję.  Po  drugie:  jest  pan  inteligentny,  jako 

funkcjonariusz  wywiadu  powinien  pan  być.  I  dziki.  Takie  umysły  zawsze  mnie  fascynowały.  Trzecie:  pańska  ciekawość, 

sprawia mi przyjemność, tak jak nauczycielowi sprawia radość zainteresowanie ucznia. I w końcu...

– W końcu i tak na nic się ta wiedza nie przyda, ponieważ nic nikomu nie powiem, tak?

Brian Lumley - Psychosfera

37 / 61

background image

– Dokładnie!  – zgodził się  Gubwa z uśmiechem na  twarzy. –  Kiedy skończę  z panem, nie  tylko  nie będzie  pan o tym 

mówił, ale nawet – myślał.

Stone przytaknął, jeszcze raz napiął mięśnie i zrezygnował z dalszych prób.

– Jestem wściekły, Gubwa, ale pan na pewno o tym wie. Wie pan także, że gdybym mógł wstać  z tego krzesła, skręcił 

bym panu kark. Nie ma więc sensu ukrywać moich uczuć. Co do reszty, to myślę, że jestem pana publicznością.

– Doskonale!

– Posłuchaj, Wasza Nietypowość  – warknął – nigdy nie pomyślałeś, że może nie jesteś taki znów wyjątkowy? Może  to 

po prostu wybryk natury?

Gubwa  podszedł  do  niego  z  tyłu  z  zadziwiającą, jak  na  taką  tuszę, szybkością.  Stone  czekał.  Krzesło  obróciło  się 

bezgłośnie  na gumowych kółkach. Gubwa skierował je ku metalowym drzwiom, – O tak, wiem, że jestem wybrykiem natury. 

W tym właśnie tkwi moja siła. Urodziłem się  o wiele za wcześnie. Tak jak wszyscy wielcy ludzie. Nie  jestem od nich gorszy, 

przeciw  nie.  Ja,  to  przeznaczenie  rasy  ludzkiej,  panie  Stone.  I  to  właśnie  ja  zmienię  tę  rasę.  Homo  Sapiens?  Ba! 

HERMAPHORO SAPIENS, to przyszłość!

Wjechali do Centrum Dowodzenia, gdzie Stone zobaczył posąg Gubwy ze  stopami opartymi na globie. Dopiero wtedy 

agent poczuł strach. „Ten człowiek wierzy w to, co mówi. Jego cel to podbój Ziemi, stworzenie imperium, w którym on byłby 

cesarzem! Cesarz Ziemi! Kompletny świr” – myślał.

– I tak, i nie! – uciął te rozważania Gubwa. – Marzę o imperium, to prawda, ale nie oszalałem. Wręcz przeciwnie, jestem 

jak najbardziej przy zdrowych zmysłach!

– Wielu wariatów myśli podobnie.

– Nie  mam zamiaru kłócić  się  z panem, po prostu informuję. Będzie pan dla mnie pracował, przynajmniej przez ja  kiś 

czas. Potem... No cóż, zostawiam to pańskiej decyzji. Jest pan, jak już powiedziałem, inteligentny. Mógłbym znaleźć  dla  pana 

miejsce w mojej organizacji. Ale proszę zapamiętać, Stone, ma pan ryzykowny zawód i nikt nie przejmie się, jeśli pan zniknie. 

To dlatego tyle panu płacą.

Stone milczał.

–  Doskonale. Niech  pan teraz  posłucha, co  mam do  powiedzenia. Zacznę  od  początku...  Mój  pradziadek był synem 

południowoafrykańskiego wodza plemienia Cetewajo. Kopał żółty metal i niebieskie kamienie dla swoich białych panów.

Ta  ziemia kryła w sobie  jeszcze  jeden skarb  – rudę  uranu. To  jedno  pokolenie. Jako  dziecko i młody  mężczyzna  mój 

dziadek  pracował  w  tych  samych  kopalniach  aż  do  chwili,  kiedy  skończyły  się  kamienie.  W  tym  czasie  wzrosło 

zainteresowanie wcześniej bezużytecznym metalem. I w  końcu mój ojciec i matka  pracowali dla białych. Ojciec stracił włosy, 

kiedy skończył osiemnaście  lat; zęby wypadły mu, kiedy miał dwadzieścia pięć. Ale niech pan nie  myśli, że  mszczę się w ten 

sposób na  białych. Prawdopodobnie miały się  urodzić bliźniaki, nie  wiem, znam tylko  efekt końcowy. Rozumie pan, miałem 

tak naprawdę troje rodziców. Ojca, matkę i promieniowanie radioaktywne! Po urodzeniu nie  byłem biały ani czarny, ale  szary, 

nawet nie jak prawdziwy albinos; jednym słowem – niezwykły. Miałem w równym stopniu rozwinięte cechy płciowe  kobiety 

i mężczyzny. Prawdziwe piersi, nie jakieś tam sztuczne  protezy. No i moje  namiętności męskie i kobiece jednocześnie... Mam 

słabe oczy, ale będą mi doskonale służyć w postholokaustowym świecie; moje rozmiary są boskie, posągowe, a moja moc... Co 

pan  wie  o  ESP,  panie  Stone? Nie,  niech  pan  nie  odpowiada. Najpierw  powiem  panu,  co  ja  potrafię  robić. Mam zdolności 

telepatyczne. Ale  to  tylko  jedna  z  wielu  umiejętności.  Nie  potrafię  lewitować,  jeszcze  nie.  Proszę, niech  pan  popatrzy...  – 

Podszedł  do  wagi i  stanął  na  niej.  Strzałka  przesunęła  się  do  liczby  dwieście  dwadzieścia. –  Niech  pan patrzy!  –  rozkazał 

i zamknął oczy.

Jego czoło pokryło się perlistym potem. Strzałka wagi powoli opadła. Sto pięćdziesiąt, sto dwadzieścia, sto piętnaście.

Otworzył oczy, westchnął. Strzałka znów pomknęła w górę.

Gubwa  zszedł z  platformy.  – Jest pewna  ilość  mocy, którą  muszę  wykorzystywać  codziennie,  panie  Stone. Następne 

z moich uzdolnień to hipnotyzm, wkrótce  sam się pan o tym przekona. Przepowiadam także pewne fakty. Nie  zawsze, niestety, 

dokładnie, ale  co nieco widzę  w przyszłości. Najbliższa  jawi mi się całkiem wyraźnie, odległa  – nieco mgliście. Jeśli gram na 

wyścigach, zawsze wygrywam. We wszystkich rodzajach hazardu jestem raczej nie do pokonania.

Stone zmarszczył brwi. Przypomniał sobie sprawę Garrisona.

Gubwa  wybrał  akurat  ten  moment  na  czytanie  jego  myśli.  Różowe  oczy  zmieniły  się  w  wąskie  szparki.  Twarz 

wykrzywił koszmarny uśmiech.

– Istotnie – powiedział ściszonym głosem – Richard Garrison. Pańskim zadaniem jest chronienie tego człowieka.

Umysł Stone’a starał się odnaleźć  wiadomości na  temat Garrisona, ale  w następnej chwili mężczyzna zagryzł wargi do 

krwi, odwołując polecenie wydane szarym komórkom.

Gubwa zaśmiał się radośnie.

– Niech się  pan nie przejmuje. Wiem o Garrisonie o wiele więcej, niż  pan potrafi mi powiedzieć. Bardzo dużo, chociaż 

nie wszystko. Nie chcę  od pana wyciągać żadnych informacji. Wręcz przeciwnie, to ja  panu powiem coś o nim. – W skrócie 

podzielił się swoją wiedzą, nie unikając faktów, o których Stone nie miał zielonego pojęcia.

Agent usiadł wygodniej na krześle.

– Czego więc pan chce ode mnie?

– I znów nic się nie stanie, jeśli panu powiem. – Wydął usta i wzruszył ramionami. – Mam przyjaciela w rywalizującym 

z pańskim wydziale tajnych służb. Z radością powitałby śmierć Garrisona, dyskredytującą także pana wydział...

– Sir Harry – wykrztusił.

– Precyzyjnie. Jak pan widzi, potwierdza się, jest pan inteligentny. Czy muszę dalej tłumaczyć?

– Mam ogólny obraz, ale będę szczęśliwy, słysząc to od pana. To pan jest telepatą, nie ja.

– Zawiodłem  się, zresztą, jak pan  chce, wyjaśnię  to. Używając  pana  do  swoich celów, zabiję  Garrisona. Tym samym 

wyświadczę  przysługę  sir  Harry’emu.  Ml 6  będzie  nosić  piętno. Ta  przysługa  nie  jest  dla  mnie  zbyt  ważna.  Nie, ponieważ 

w końcu zajmę się  także  sir  Harrym. Zabiję  go. Ale teraz  na razie daje mi minimum bezpieczeństwa; gdyby plany nie od razu 

się powiodły. To tylko zabezpieczenie.

Brian Lumley - Psychosfera

38 / 61

background image

– Postawmy sprawę jasno – przerwał Stone. – Widzi pan siebie jako przyszłego Cesarza Ziemi?

– Tak.

– Rozumiem. To znaczy, że spowoduje pan, no ten, holo kaust?

– Nie „no ten”  holokaust, tylko  HOLOKAUST, panie Stone. Wykorzystam bombę  neutronową, chociaż  również  inne 

środki będą w użyciu.

–  I  po  tym wszystkim,  taką  ma  pan  nadzieję,  rasa  ludzka  stanie  się  bandą  mutantów  popromiennych  –  Hermaphoro 

sapiens; jak pan?

– Sprawi to inżynieria  genetyczna, tak. Staną się Ojcami Nowej Ziemi. Tytularnymi, oczywiście. Tak naprawdę ja będę 

prawdziwym ojcem. Moja sperma to ziarno przyszłych pokoleń.

Stone westchnął i wcisnął się w swoje krzesło najgłębiej jak tylko potrafił. Po chwili podniósł wzrok.

– Pan naprawdę  jest kopnięty. To brzmi jak scenariusz filmu o Jamesie Bondzie. Przypuśćmy, że się panu uda; pchnie 

pan świat ku przepaści, zabije  wszystkich ludzi i zacznie z grupką wyselekcjonowanych coś robić, i nawet wyhoduje pan rasę 

superdziwadeł...

– Zaraz! – przerwał mu Gubwa. – Nie, niczego takiego nie mówiłem. Nie  pozwolę, aby ktoś przerósł mnie. Wszystko 

będzie pod ścisłą kontrolą.

– Rozumiem...

–  Co pan  rozumie?  – zapytał Charon, patrząc  w  myśli  agenta. Jego szara  twarz  zmieniła  się  z  gniewu. –  Nie,  panie 

Stone. Ja się nie boję nikogo!

– Poza Garrisonem?

– Powiedziałem, że nie boję się żadnego człowieka, panie Stone. Czło – wie – ka! – wysapał. – Pan należy do gatunku 

Homo sapiens, świat, który zaplanowałem, będzie należał do Hermaphoro sapiens, ale jeśli nie mylę się co do Garrisona...

– Nie jest człowiekiem?

– Jest, ale z gatunku Homo superior, jak podejrzewam.

– I pan chce się dowiedzieć, dlaczego, mam rację?

– Dokładnie tak. Kiedy dostanę odpowiedź, on umrze.

– A więc o to biega. Człowiek czy nadczłowiek? Pan się go boi.

– Jaki pan zmyślny!  Nie  pomyliłem się, prawda? – Uniósł jedną  ze  swoich  potężnych  pięści i Stone  pomyślał, że  go 

uderzy. Jednak Gubwa  obrócił się  na pięcie  i wskazał palcem kulę  ziemską. – Nic  nie  może  temu przeszkodzić, panie Stone, 

nic!

– A Garrison mógłby, czyż nie tak? – odrzekł agent.

– Być może. Chcę  wiedzieć, jak on to robi. Wiem, skąd pochodzi moja  siła. Została  zrodzona z atomu. I przyznaję, że, 

jak pan mówi, jestem dziwadłem, mutacją. Ale Garrison nie jest. Jak wobec tego robi to, co robi?

– Chodzi o telepatię? Mnóstwo ludzi twierdzi, że...

– Twierdzi! – Charon zaśmiał się szyderczo. – Telepatia!

Jak mało pan wie! Nie  ma pan pojęcia, kim jest Garrison i co potrafi zrobić! Telepatia, dobre sobie. O wiele więcej. Tak 

wiele... On jest – wyrzucił ręce przed siebie – niesamowity!

Opowiem panu o  Garrisonie. Wypełnię  kilka  luk  w  pańskim  wykształceniu. Od  czego by  tu  zacząć... A  tak!  Zawsze 

miałem świadomość, rozumie pan, że niektóre umysły są inne, na przykład mój. Żyje na świecie kilku mężczyzn i kilka kobiet, 

których  talenty  w  tej  dziedzinie  są  dużo  większe  od  przeciętych.  Można  je  zaklasyfikować  tak  jak  znaczki  czy  monety, 

pierwsza  kategoria  to  „nieistotne”  lub  „ubogie”  –  miliony zwykłych  ludzi  nie  wiedzących  nic  o  ESP, ani nie  posiadających 

najmniejszych talentów. Druga grupa to „znośni”, czyli tacy, którzy od czasu do czasu zaczynają  gwizdać tę samą  melodię co 

ich kolega. Taki „znośny”  przeczuwa na  przykład śmierć ojca, pomimo dzielących ich wielu kilometrów: lub w ogóle „czuje”, 

że coś się dzieje. Takich są tysiące. Rozumie pan strukturę?

– Nadążam, proszę mówić dalej – odrzekł Stone.

–  Doskonale.  Nad  „znośnym”  umiejscowimy  „niezłych”;  potrafią  rozszyfrować  myśli  swojej  żony  czy  dzieci.  Taki 

człowiek  liznął nieco  „nauk  tajemnych”. To  znaczy,  zdaje  sobie  sprawę,  że  jest  inny. Niestety,  tylko  trochę  inny. Następni 

w kolejności są  „dobrzy”. „Dobry” to gracz, któremu wyjątkowo dopisuje  szczęście: detektyw czy policjant, który „ma nosa”. 

Tych  jest  niewielu,  moce  wybiegają  daleko  poza  rodzinę  czy  przyjaciół.  Niektórzy  jeszcze  „czytają”  myśli  z  niewielką 

trudnością. Ostatnio odkryłem w Tybecie  całą  grupę  takich  ludzi. Cenne  znalezisko. Byłem  trochę  zazdrosny  i  przekonałem 

władze chińskie, że należą do „piątej kolumny”.

Dalsze ich losy zostawiłem własnemu biegowi.

– Tak, to urocze z pana strony.

–  Monety...  –  kontynuował  Gubwa,  ignorując  sarkazm.  Zastanawiałem  się,  do  jakiej  kategorii  należę...  Jak 

wspomniałem, jestem niespotykanym okazem. Myślę, że byłbym tą monetą  z błędem, o olbrzymiej wartości. Tak właśnie, ale 

jeszcze nic wobec klasy, którą przyznałem Garrisonowi.

Był czas, kiedy przyrównywałem siebie  do FDC – pierwszy dzień obiegu; termin zaczerpnięty z filatelistyki (de Coin), 

ale  to przesada. Tylko o Garrisonie można tak powiedzieć. Nie  ma takiego drugiego. Telepatia? To jeden z pomniejszych jego 

talentów. Proszę pomyśleć: oślepiony, odzyskał wzrok. Jego kobieta także  nie widziała. Teraz widzi. To jeszcze  nie  wszystko, 

ona już nie żyła!

– Ciało niejakiej Vicki Maler zostało umieszczone w komorze hibernacyjnej... – wtrącił Stone.

– Nie „niejaka Vicki Maler”, panie Stone. To jest TA Vicki Maler. Garrison ożywił ją. Wiem o tym. Czytałem jej myśli. 

Została  zahibernowana, bo  uwierzyła  w  szansę  jedną  na  milion, że  kiedyś  nauka  będzie  w  stanie  uporać  się  z  jej  chorobą. 

Trawił ją rak. Śmiertelna  choroba, nieuleczalna w dzisiejszych czasach. Teraz  czuje  się  świetnie, to także  robota  Garrisona... 

I na koniec ostatnie przykłady. Sprzed dwudziestu czterech godzin. W jego samolocie wybuchła bomba.

Zdarzyło się to nad Morzem Egejskim. Garrison poprowadził uszkodzony samolot do Gatwick i bezpiecznie wylądował. 

Wylądował lekko jak piórko.

Brian Lumley - Psychosfera

39 / 61

background image

– Wiem o tym. Cudowny przypadek i...

–  Guzik  prawda!  Nic  pan  nie  wiesz.  Cud  w  oczach  niedowiarków.  Tak  się  zwykle  mówi,  kiedy  ma  miejsce 

nieprawdopodobne  wydarzenie.  Z  drugiej  strony,  niemożliwe  nie  może  się  wydarzyć,  bo  jest  niemożliwe.  Ciekawe,  co 

powiedzą władze, kiedy spostrzegą, że samolot przyleciał dziewięćdziesiąt minut przed czasem? Od momentu wybuchu bomby 

musiał mieć prędkość znacznie wykraczającą po za wszelkie normy. To się  nazywa l e  w i t a c j a!  – kontynuował Gubwa. – 

Pilot  jest  przekonany, że  to  akt bożej  łaski. Garrison  trafił  do  szpitala, wyczerpany  po  takim wysiłku. Co  więcej,  odnalazł 

sprawcę wybuchu i nieźle go sponiewierał. Czy to takie trudne?

– Teraz się naprawdę zgubiłem – przyznał Stone.

–  Ach,  oczywiście,  ponieważ  pan  nie  wie,  kto  go  chciał  zabić.  To  mafia,  a  raczej  mały  pionek  tej  bezwzględnej 

i prymitywnej organizacji. Nazywa się Vincenti.

– Carlo Vincenti? Zajmowaliśmy się nim i jego kolesiami jakiś czas temu. Na pewno on? Skąd się pan tak szybko o tym 

dowiedział?

–  Tak. Jestem pewien.  Bomba  mogła  być  zamontowana  tylko  na  Rodos, a  tam  przebywa  ta  parszywa  para  –  bracia 

Black. Czytałem myśli Berta Blacka. To oni. Bert sam zamontował bombę.

– Zaraz – przerwał mu zniecierpliwionym głosem Stone.

– Za szybko. Jeśli oni wciąż znajdują się na Rodos, w jaki sposób mógł pan to zrobić? Skąd pan wie, że są tam jeszcze?

Gubwa odwrócił Stone’a przodem do swojego pulpitu.

– Widzi pan  ten  komputer? Wiem, że  są  na  Rodos, komputer  mi to  mówi. Ma  połączenia  z komputerem w Gatwick, 

a także z tymi w Nowym Scotland Yardzie i z innymi. Nawet z pana komputerem w kwaterze  MI6. – Na jego obliczu za gościł 

szeroki uśmiech. – W końcu zaczyna pan rozumieć. Może nie jestem więc aż taki szalony, na jakiego wyglądam?

– Ale skąd Garrison wiedział, że to Vincenti? I w jaki sposób go ukarał?

Gubwa zaczął tracić cierpliwość, westchnął.

– Kiedy bomba  wybuchła, zrozumiał, że  jest celem. Poszukał ludzi wrogo  nastawionych do siebie. Zajrzał do umysłu 

Carla.

– Czy to znaczy, że go poturbował, zanim samolot wylądował, a następnie trafił do szpitala?

–  Podczas  lotu,  panie  Stone,  odległość  nie  stanowi  żadnej  przeszkody  dla  prawdziwego  telepaty.  Odwiedził  umysł 

Vincentiego, tak jak ja  umysł  Berta  Blacka. Tak mi  się  przynajmniej wydaje. Posłał  Carlowi  cios psychiczny, który  nie  był 

jednak śmiertelny. Vincenti także leży w szpitalu. Może mówić o dużym szczęściu, ja na miejscu Garrisona zabiłbym go.

– Ale nie może być pan pewien. A jeśli to wypadek? Stone dostał wypieków z emocji.

– Odwiedziłem także umysł Vincentiego. On wie, kto to zrobił. Nie wie tylko, w jaki sposób.

–  Nie  mieści  mi  się  to  w  głowie!  –  Stone  był  już  na  dobre  skołowany.  –  Może  nie  jestem  taki  bystry,  jak  pan 

przypuszczał?

– Ależ  oczywiście, że  pan jest. –  Gubwa  zaśmiał się. Ma  pan bardzo  chłonny umysł. Wiadomości wsiąkają  jak  woda 

w gąbkę. Nie musi pan ze mnie robić idioty. Nie powiedziałem niczego, czego bym nie chciał.

Stone nie lubił przegrywać.

– Kurwa! – wysyczał przez zaciśnięte zęby. Usiadł prosto. – Dobra, przestanę się zgrywać i powiedzmy, że wierzę w to, 

co  mi  pan  zaserwował.  Lub  przynajmniej  nie  uważam tego  za  kretyństwo.  Jest  jeszcze  kilka  spraw, o  których  chciał  bym 

usłyszeć. Jak dotarł pan do Garrisona? I jak rozpoznał pan w nim... mistrza ESP?

– Dwa  lata temu wydarzyło się wiele dziwnych rzeczy, wszystkie wokół niego. Aż  do tego czasu nie interesowałem się 

nim, nie  wiedziałem  nawet, że  istnieje. Świat  jest  pełen różnych umysłów, a  ja  odwiedzam tylko  te, które  chcę  odwiedzić. 

Garrison mnie  nie  interesował. Dopiero później go odkryłem. A więc to dwa lata  temu odzyskał wzrok, przywrócił życie Vicki 

Maler  i  wyleczył  ją.  Właśnie  wtedy  zaczął  zdawać  sobie  sprawę  ze  swojej  olbrzymiej  mocy.  Dowiedziałem  się  tego 

wszystkiego  dzięki moim zdolnościom telepatycznym. –  Głos  Gubwy  zniżył  się  do szeptu, przepełniał go  zabobonny lęk. – 

Gdybym wierzył w Boga, panie Stone, wiedziałbym, że oto Bóg zstąpił na ziemię. Czy słyszał pan o biosferze?

– To obszar, który zapełni pan bombami neutronowymi.

– Niech pan sobie wyobrazi wielki meteoryt pędzący przez atmosferę, wywołujący największą burzę  na świecie. Niech 

pan  sobie  wyobrazi  powietrze  i  oceany  w  szaleństwie, furię  żywiołów.  Już? Ma  pan? Dobrze!  Teraz  krok  dalej. Psychiczną 

biosferę. Psychosfera, w której spoczywają zawieszone talenty ESP. A teraz niech pan sobie  wyobrazi tę Psychosferę  rozdartą 

przez  olbrzymi meteor. Tak wyglądało przebudzenie  Garrisona, panie Stone. I to wyjaśnia  ten paradoks: z jednej strony chcę 

zabić, z drugiej zaś nie wolno mi tego zrobić.

Stone nie wiedział, co odpowiedzieć.

–  Numizmatyka, mój przyjacielu  –  ciągnął Gubwa.  –  On  jest  Fleur  de  Coin, jedyny  w  swoim  rodzaju. Gdzie  został 

wybity, przez  kogo? Gdyby pan był  kolekcjonerem, czyż  nie  zadawałby pan sobie  takich  pytań? Oczywiście, że  tak. Gdyby 

odkrył pan, że moneta została przetopiona ze starej i na nowo wybita?

– Próba!

– Zgadza się, ale lepsza niż oryginał. I jakie byłoby następne pytanie?

– Kto jest autorem?

–  Dokładnie  tak!  –  Charon  złapał  Stone’a  w  żelazny  uścisk. –  Oczywiście,  jak  zostało  to  zrobione?  Co  się  takiego 

wydarzyło, że ma boską moc?

Stone zmrużył oczy, wierząc przez chwilę, że rozszyfrował Gubwę.

– Dlaczego pan jego nie zapyta? Dlaczego nie wejdzie pan do jego umysłu i... – spostrzegł swój błąd.

Oczy Gubwy rozwarły się szeroko.

–  Co? –  wysyczał.  –  Niczego  się  pan  nie  nauczył? W  nic  pan  nie  wierzy? Człowieku, nawet  nie  zbliżyłbym się  do 

Garrisona! Prędzej wlazłbym do basenu z piraniami i ponacinałbym sobie żyły!

Brian Lumley - Psychosfera

40 / 61

background image

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

– Oczywiście musiałem poszukać przyczyny zakłócenia Psychosfery. Tej nieujarzmionej rzeczy, która mi zagrażała.

Wystarczyło zamknąć  oczy; sama aura  wystarczyła! Poczułem się jak  gałązka rzucona w wir! Wejść  w jego  umysł...?! 

Byłbym  jak  mucha  przy  wentylatorze, a  nawet  gdybym  przeżył  –  niech  pan  zwróci  uwagę  na  to  gdybym  znalazłby  mnie 

w domu, idąc po moich śladach. Wtedy na pewno zniszczyłby mnie!

– Nie zniszczył Vincentiego! – zauważył Stone.

– Ale go okaleczył! A ja, Charon Gubwa, główny architekt jego szafotu!

– Pan? W jaki sposób?

– Jak? Czyż  nie skierowałem tych umysłów  przeciwko  niemu? To  była  manipulacja; czy pan tego nie widzi? Niestety, 

wszystko  wymknęło  się  spod  kontroli.  Nie  miałem  odwagi  osobiście  stawić  czoła  Garrisonowi, ale  skierowałem  na  niego 

uwagę  innych.  Potrafię  wpływać  na  inne  umysły. Czy  nie  powiedziałem  panu,  w  jaki  sposób  zniszczyłem  tych  mnichów 

z Tybetu? Ale oni nie mieli mocy Garrisona! Mimo wszystko turbiny, które wprawiłem w ruch, prędzej czy później zabiją go! 

A może zrobię to sam, odkrywając jego tajemnicę. Na razie jednak nie może mu spaść włos z głowy.

Stone wolno pokiwał głową.

– I tutaj ja wkraczam do akcji, prawda?

–  Tak. Garrison  ma  pewną  słabość;  Vicki  Maler. Wiem, że  ona  zna  tajemnicę. Jeśli  nawet  nie  całą,  ma  wskazówki, 

gdzieś tam, w gąszczu szarych komórek. I ja to coś z niej wyciągnę.

– Dlaczego do tej pory pan tego nie zrobił? Jeżeli to jest prawdą...

–  NIE, NIE,  NIE!  –  krzyknął Gubwa  w  myślach  Stone’a,  wywołując  dreszcze.  –  Wciąż  pan  nie  rozumie, prawda? 

Garrison jest bardzo blisko tej kobiety. Wskrzesił ją! Można powiedzieć stworzył! Prawie nie opuszcza jej umysłu.

A gdyby kiedykolwiek mniemam zastał...

– Więc nie może się pan do niej dostać?

– Próbowałem, próbowałem. Wydaje mi się, że od pół roku jego moc  słabnie. Kiedy sprzyjały okoliczności, wkradałem 

się. Miałem ku temu kilka okazji i zawsze się udawało.

No, może nie do końca... Ale w każdym przypadku ten kontakt był pospieszny; nie wystarczał, by się czegoś dowiedzieć 

i jednocześnie nie zostać odkrytym. Ostatni raz miał miejsce  zaledwie kilka dni temu, podczas ich pobytu na Rodos. Wtedy to 

Garrison wyczyniał te „cuda”, chcąc sobie udowodnić, że jest tak samo potężny jak kiedyś.

– Jak więc pan tego dokona? – Stone zmarszczył brwi. Jeżeli nie potrafi się pan dobrać do niej...

– Nie  potrafię, jak pan to mówi, „dobrać się do niej”, gdy przebywa  poza  tym miejscem. Ale kiedy znajdzie  się tutaj... 

Mam kilka wypróbowanych sposobów. Tutaj ja jestem panem, poza tym dysponuję odpowiednim zabezpieczeniem.

– Mam ją tu sprowadzić? – Stone wiedział, do czego zmierza Gubwa.

– W samej rzeczy.

– Jest pan zatem naprawdę kopnięty! Przecież on zrobi ze mnie mokrą plamę!

– Istnieje taka możliwość – powiedział Gubwa – i należy tego uniknąć. – Uśmiechnął się.

– Przez mnie trafi również do pana i wtedy...

–  Nie.  Nie  odnajdzie  mnie. Jeśli  zostanie  zdekonspirowany, pański  umysł ulegnie  samozniszczeniu. Zgorzeje, zanim 

zdąży pan powiedzieć cokolwiek o mnie. O tak, panie tajny agencie Stone, umrze pan i nawet nie zorientuje się kiedy.

– ... A poza tym ja tego nie zrobię.

– Ależ  zrobi pan to. – Chwycił krzesło Stone’a  i popchnął je. Kiedy zbliżyli się  do drzwi, te otworzyły się  z sykiem. 

Pokażę  panu moje  laboratorium. Jako tajny agent zna pan termin „pranie mózgu”. Jestem pewien, że  tak. Mam w laboratorium 

niezłą  pralnię.  Czy wspomniałem o  moich  osiągnięciach  na  polu  hipnozy...? –  Na  korytarzu  wielki albinos  zatrzymał się.  – 

Drogi panie Stone, jestem panem rozczarowany!

– Nie zachowuje się pan jak dżentelmen – dodał.

Podczas gdy Charon Gubwa pracował nad Stone’em w swoim laboratorium, Vicki siedziała na łóżku Garrisona w małej 

sali  szpitala  Haslemere  w  hrabstwie  Surrey.  Miejsce  to  wyglądało  jak  pensjonat,  ponieważ  prywatny  lekarz  Richarda  – 

człowiek szanowany, którego pacjenci byli bogatymi i bardzo szanowanymi osobistościami – lubił pensjonaty.

Uważał je za synonim czystości, a czystość jest podstawą dobrej medycyny.

Doktor  Jamieson mieszkał  tam  na  stałe. Drogie  i  nieobecne  na  mapach  miejsce  zapewniło potrzebny spokój  i  Vicki 

przestała  niepokoić  się  o  Richarda. Od  pewnego  czasu  odczuwała  nieokreślony  niepokój;  może  bała  się  morderców, którzy 

chcieli wysadzić  w  powietrze  samolot. Aż  do  tej chwili własne  bezpieczeństwo  nie  było  jej  zmartwieniem; bezpieczeństwo 

znaczyło – kroczyć przez życie z Garrisonem, polegało na jego obecności.

Popatrzyła na niego. Spał na siedząco. Potrzebował tego.

Miał ściągniętą pomarszczoną twarz; jego ciałem raz po raz wstrząsał dreszcz niepokoju...

W szpitalu powitał Vicki lekarz wraz z pielęgniarką, prawdopodobnie żoną. Powiedzieli jej, że Richard nie podniesie się 

z łóżka do poniedziałku, że powinien wypoczywać trzy pełne doby. Doktor miał postarać się o to.

Dwa  razy dzwoniła policja, domagając się oświadczenia Garrisona, ale Jamieson ich spławił. Uważał, że pacjentowi nie 

można  przeszkadzać,  bowiem  jest  fizycznie  i  psychicznie  wyczerpany, a  poważne  załamanie  nerwowe  można  leczyć  tylko 

wypoczynkiem.

Vicki bardzo ostrożnie dotknęła dłoni Richarda. Miał zimne ciało; wydawało się bardzo delikatne, jak z plastiku.

Chwyciła mocniej, aby się upewnić... Co chciała wiedzieć?

Czy szukała potwierdzenia, że Garrison istnieje naprawdę?

Zadrżała. A czy ona nie była tylko snem?

Myśl, że już go nie kocha, nagle rozkwitła w jej umyśle.

Najpierw  słaba,  teraz  rozwinęła  hybrydowate  płatki.  Jak  można  bowiem  kochać  ciągłe  zagrożenie?  Topór,  który 

Brian Lumley - Psychosfera

41 / 61

background image

Nie  można  kochać  czegoś,  czego  się  nie  zna.  Dawno  temu  poznała  Garrisona.  Była  to  krótka  chwila.  W  chorobie 

trzymała  ją  przy  życiu  radość  wspomnieli.  Wierzyła,  że  pokocha  Richarda. Wtedy...  lina  zaczęła  pękać. Topór  nad  głową 

wydawał się coraz cięższy, a tykanie zegara zmieniło się w łoskot.

Wiedziała, że  gdyby  Garrison  umarł, odeszłaby  z  nim, tym  razem  na  zawsze.  Już  kiedyś  odwiedziła  to przerażające 

miejsce. Nienawidziła zagrożenia, a Garrison zagrażał jej.

Nie czuła do niego nienawiści, jeszcze nie. Ale jak długo?

Zastanawiała się, ile czasu potrzeba, żeby wszystko stało się jasne.

Została z nim przez następne pół godziny. Suzy siedziała spokojnie w samochodzie, lecz kiedy tylko uchyliły się drzwi, 

wyskoczyła  na  zewnątrz. Machała  ogonem  i  w  żaden  sposób  nie  można  jej  było przywołać  z  powrotem. Vicki  podążyła  za 

psem do drzwi budynku. Doktor Jamieson stał na stopniach, uśmiechając  się  sztucznie. Czekał, aż Vicki odjedzie. Był krępym 

mężczyzną o okrągłej twarzy, zawsze nosił tweedowy garnitur.

– W porządku, moja droga, niech zostanie. Richard wspominał, że może tak się zdarzyć.

– O tak, ona nie znosi rozłąki – odrzekła Vicki.

Suzy  podeszła  do  Vicki  i  polizała  ją  po  ręce.  Wiedziała,  że  może  zostać.  Chciała  być  z  Garrisonem.  Kiedy  tylko 

samochód zniknął za  zakrętem, wbiegła  do szpitala. Czekała  pod drzwiami izolatki, aż Jamieson wpuści ją. Wpadła do środka 

i wskoczyła na  krzesło przy łóżku pana. Usiadła wyprostowana  i obserwowała  go czujnie, strzygąc  uszami na  każdy ruch. Po 

chwili oparła pysk na łapach i cicho zaskomlała.

Jamieson zostawił drzwi uchylone. Wiedział, że Suzy przyjdzie, gdy zgłodnieje...

Wyschniętym korytem strumienia Garrison dotarł do wyżyny. Brzegi zmieniły się w ściany czerwonej skały, wysokie na 

kilkadziesiąt metrów. Koryto wydawało się najlepszą drogą, lecz trudno pojąć, w jaki sposób krajobraz mógł się tak zmienić.

Teraz trawa  zszarzała, krawędzie  wypiętrzyły  się, zniknęła woda. Garrison  mógł  opuścić  dno strumienia, ale  był zbyt 

zmęczony, czy też leniwy, by zdobyć się na ten wysiłek.

Brzeg rósł z każdym krokiem i przeobrażał się w litą skałę.

Zastanawiał się, którędy ma  teraz iść. Na prawo czy na  lewo? Lewa to oczywiście droga Czarownika; szlak lewej ręki. 

Ścieżka ta coraz bardziej zwężała się.

Szlak  prawej  dłoni  był  zdecydowanie  szerszy.  Spowijający  go  owal  mgły  z  prześwitującymi  promieniami  światła 

prawdopodobnie nie krył żadnych złych mocy.

Suzy przywarła  mocniej do  pleców swego pana i zaskomlała. Garrison  nic mógł się  zdecydować. Skierował Maszynę 

najpierw w prawo, potem w lewo, po czym zatrzymał się, klnąc  w duchu. Popchnął w końcu Psychomecha  ku poszarpanemu 

dnu strumienia. Zsunął się z szerokiego, teraz  porytego cieniutką  warstwą rdzy, siedzenia  Maszyny. Suzy zeskoczyła za  nim. 

Kiedy  stanął na twardym gruncie, zobaczył, że  metal jest doszczętnie  przeżarty rdzą. W częściach plastikowych pojawiły  się 

pęknięcia, kable stopiła wysoka temperatura. Spoza kapiących izolacji wyzierała plątanina rur.

Richard wiedział  jednak, że  nie może  porzucić  Maszyny  na  tym pustkowiu, ponieważ  widział  ją w wizji przyszłości, 

w tej dramatycznej scenie  ze  szklaną  kulą i kręgiem czarowników. Nie  wiedział tylko, którą  drogę wybrać. Tak bardzo chciał 

spojrzeć jeszcze raz w przyszłość.

– Richard... Och, Richard! – Dobiegł go ledwo słyszalny szept kobiety; głos wyprzedzający myśl.

– Co...? – Przykucnął, rozglądając się wokół. – Kto?

Gdzie? – zadawał sobie pytania.

Suzy była bardziej zdecydowana. Patrzyła na zaciemniony załom skalny po lewej stronie i cicho warczała.

– A więc tam, maleńka? – zapytał Garrison, mrużąc oczy.

– Ty także to słyszałaś?

Suzy w odpowiedzi przylgnęła do jego kolana i zaskomlała żałośnie.

– Richard, proszę! – znów usłyszał kobiece westchnienie.

– Proszę, pomóż mi! Pomóż! uwolnij mnie!

„Pomóc jej? Uwolnić? Co to znaczy? – zastanawiał się.

Ciarki  przeszły  mu po plecach. –  Jasnowidztwo? Czarna  magia? Naturalnie, bardzo czarna  magia.”  I  znów  ten  głos. 

Z innego miejsca, innego czasu. Uchwycił się ostatniej myśli ”z  innego czasu”. „Czy to możliwe? Głos z przyszłości? Przecież 

wyraziłem życzenie ujrzenia przyszłości! Czy to odpowiedź?” – nie był pewien.

Zbliżył się do cienia; próbował dojrzeć, rozpoznać postać stojącą u wejścia szlaku lewej ręki. Nagle wyłoniła się z mgły 

sylwetka dziewczyny osłanianej przez cieniste zakola świadomości. Błagała Garrisona, żeby ją uwolnił, prosiła o pomoc.

Garrison poczuł znów, jak cierpnie mu skóra, gwałtownie  zmieniając każdą cząstkę  ciała w strach. Pot zrosił mu czoło. 

Coś się poruszyło! Coś zawieszonego w powietrzu; poruszyło się tam i z powrotem; podążało śladem dziewczyny. Macki...

Obcy! Chorobliwe zło, szare  jak trąd; szaleństwo!  Olbrzymia  ośmiornica ze snu. Największy z wrogów!  Nie wahał się 

ani chwili dłużej. Siadł na grzbiet Maszyny.

Suzy  poszła  w  jego  ślady.  Skierowali  się  ku  ścieżce  lewej  dłoni.  Panował  tam  większy  mrok,  niż  można  było  się 

spodziewać; chłodny, kleisty. Richard wiedział, że  musi poruszać się  bardzo ostrożnie; wszędzie sterczały groźne  skały; sufit 

stanowiły  olbrzymie  stalaktyty,  gdzieniegdzie  tylko  prześwitywało  niebo.  Woda  drążyła  tutaj  skałę  przez  tysiąclecia,  aby 

w  końcu  połączyć  wapienne  nacieki  w  gigantyczne  kolumny  wspierające  tony  krzemu. Musiał  balansować  pomiędzy  tymi 

skałami; nie wiedział, co czai się za następnym zakrętem.

Czuł jednak czyjąś obecność; od wieków czatującą istotę.

Pędząc wciąż dalej i dalej, zobaczył cień, który przypominał kleks przemykający po ziemi.

– Suzy! – krzyknął. – Poczekaj, maleńka!

Usłyszał tylko jej szczekanie  niknące  gdzieś w  głębi korytarza, wzmocnione  przez  echo.  Po  chwili  zgasło  w  głuchej 

ciszy.

Wycisnął  trochę  więcej energii z Maszyny; oczy  przyzwyczaiły  się  już  do  gęstniejącego  mroku. I nagle... Znalazł się 

w bajkowym świecie, zostawiając za sobą klaustrofobiczne wnętrza...

Brian Lumley - Psychosfera

42 / 61

background image

Tak  mu  się  przynajmniej  wydawało, kiedy  pojazd wystrzelił  z  tunelu  i  wpadł do komnaty. Było  tam  pięknie,  jednak 

wyczuwało się baśniowy nastrój niesamowitości i grozy.

Piękna komnata; tak samo piękna jest pajęczyna olbrzymiego pająka!

Sufit wyłożono ostrymi jak brzytwa  naciekami skalnymi, łagodniejsze  nieco podłoże  porastały  dziwne  grzyby; światło 

było nienaturalne, trupio blade.

Garrison ominął olbrzymią kolumnę skalną i podążył ku skomlącej Suzy. Pies błyskawicznie przylgnął do niego, drżąc, 

jakby przed chwilą wyszedł z lodowatej wody. Richard rozumiał jej strach; sam czuł dławienie w gardle.

W głębi pomieszczenia, na kamiennym tronie siedział (lub unosił się nad nim) Obcy z jego snów; olbrzymia ośmiornica 

o wielu mackach – ani męska, ani żeńska forma istnienia; szara masa szaleństwa zaprzeczająca ewolucji rodzaju ludzkiego.

Czerwonooki  potwór  wpatrywał  się  hipnotycznym wzrokiem... ale  nie  w  Garrisona. U  podnóża  tronu  leżała  skulona 

dziewczyna  –  zjawa. To  jej  szloch  dochodził  z  daleka;  jej  postać  skrywała  grobowa  poświata.  W  tym  momencie  Garrison 

mógłby przysiąc, że  znał  tę  istotę. Teraz  wiedział, że  dziewczyna  jest tylko  cieniem. Obcy  musiał być  zatem czarownikiem 

wskrzeszającym umarłych.

Richard  zwiększył  prędkość  Maszyny,  ale  nagle  coś  go  zatrzymało...  W  połowie  drogi  Psychomech  odmówił 

posłuszeństwa. Jakby niewidzialna bateria zagrodziła nagle drogę.

Garrison  znał ten typ  zapory  i  wiedział, że  przebrnięcie  przez  nią  jest prawie  niemożliwe. Zmęczony i  przepełniony 

lękiem nie mógł zebrać wystarczająco dużo siły, aby się przedrzeć.

Jak wobec tego miał pomóc dziewczynie i przerwać bluźniercze praktyki Obcego?

Wydawało  się  to  niemożliwe.  Co  więcej,  obraz  powoli  znikał,  stawał  się  coraz  bardziej  nierealny,  jak  wrażenie 

występujące zaraz po przebudzeniu. Gdyby było inaczej, czy Obcy nie wyczułby go? Wyraził chęć ujrzenia przyszłości, a Obcy 

nie miał zamiaru oglądać przeszłości. Garrison mógł patrzeć, jednak nie wolno mu było się angażować.

Jego  rozgoryczenie  nie  miało  granic. Pragnął pomóc  tej  kurczącej się  z  każdą  chwilą  zwiewnej  istocie, dziewczynie-

zjawie, szepczącej błagalne  słowa  rozpaczy. Nie  potrafił  jednak  w  tej  chwili  nawet zebrać  myśli. Przyglądał  się  biernie  tej 

dramatycznej scenie. W następnej chwili wstrzymał oddech – zobaczył nowy element spektaklu.

Trzecia  postać  wyłoniła  się bezszelestnie zza  rzędu cienkich  stalaktytów. Garrison znał intruza. To Tajemniczy ze  snu, 

noszący Szatę  Tajemnicy. „Czyżby ministrant Obcego? – zastanawiał się. – Ale czy wtedy skradałby się ku swemu panu? Czy 

starałby się wyciągnąć dziewczynę z objęć tamtej złej istoty?”

Uciekali  razem.  Na  wpół  omdlała  świetlista  postać  spoczywała  w  ramionach  Tajemniczego.  Po  tym  porwaniu 

rozwścieczony Obcy wyciągnął w ich stronę długie macki; usłyszeli odgłos zasysania powietrza. Przez chwilę wydawało się, że 

nie uciekną, ale dotarli do ściany, przy której stał Garrison.

Tuż za nimi podążał potwór.

– Nie!  – Garrison  dał upust  swojej bezradności. – Nie, tak  nie może  być!  – Każda jego cząstka  chciała  się przedrzeć 

przez  niewidzialną zaporę. Uwolnił cały zapas energii ESP, aby móc ingerować w przyszłości. Wydawało się, że ten wybuch 

wyczerpał go kompletnie.

Maszyna spoczywała w bezruchu. Wdrapał się  na  jej szeroki grzbiet. Dojrzał Tajemniczego, który  przeciskał się  przez 

ścianę i wraz z dziewczyną-duchem zniknął w korytarzu.

Mrok pokrywał komnatę. Garrison ostatkiem sił obserwował końcową scenę  dramatu. Obcy zatracał się w przyszłości; 

miotając  wściekle  długimi kończynami, wtapiał się  w ścianę  po drugiej stronie, by zniknąć  tam, skąd Richard wywoływał tę 

wizję...

Nie  utrata  przytomności  oszołomiła  Garrisona;  to  było  psychiczne  zmęczenie, z  którego  wyrwał  go  dopiero  skowyt 

i drapanie Suzy. Wiedziała, że miejsce nie nadawało się na drzemkę.

Zadziwiające, że pomimo ogólnego wyczerpania był w stanie usiąść. Co więcej, po chwili uniósł Maszynę i poszybował 

ku wylotowi jaskini. Podczas gdy Obcy miotał się na swym wielkim tronie, Garrison podążył mrocznym tunelem.

Po chwili zrobiło się jasno jak w dzień.

Powoli zmierzali ku coraz intensywniejszej jasności życia. Suzy chciała jak najszybciej opuścić tamto miejsce.

A Psychomech...

Psychomech zostawiał za sobą krwawe ślady odpadającej płatami rdzy.

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY

W poniedziałek  o  jedenastej Carlo  Vincenti uwolnił  się  spod opieki medycznej. Wspierając  się  na  ramionach  swoich 

chłopców, wyszedł ze  szpitala, pomimo nalegań  lekarza  i pielęgniarek. Dziś czeka  go  triumf  – Wielki Facio  miał uporać  się 

z  Garrisonem,  a  on  miał powrócić  do interesu  w  glorii i  chwale. Dobrze  wiedział, jaki  los czeka  pana  Garrisona  betonowe 

obuwie, które ściągnie go w dół i tylko kilka bąbelków powietrza powie o miejscu jego pochówku.

Zbieg  okoliczności  sprawił,  że  Garrison  dokładnie  w  tym  samym  czasie  opuścił  dom  doktora  Jamiesona.  Vicki 

przyjechała po niego srebrnym mercedesem, ale kiedy tylko zaparkowała i wysiadła z samochodu, poczuła, że coś jest nie tak.

Były to tylko domysły podsuwane przez jej podświadomość.

Suzy siedziała  przy drzwiach wejściowych. Prawdopodobnie  wyczuła  zmianę  w Garrisonie. Zachowywała  się zawsze 

w ten sposób, kiedy ujawniał drugą twarz.

Dziś  była  to  twarz  Thomasa  Schroedera;  dziewczyna  zauważyła  to, gdy  tylko  pojawił  się  w  drzwiach. Miał  posturę 

Richarda, ale wydawał się dziwnie odmienny – te pozy i głos.

– Vicki, moja  droga  – przywitał ją  – jesteś punktualna jak zawsze... Dziękuję, że przyjechałaś po mnie. – Ujął jej dłoń, 

jak to  zwykle  robią  przyjaciele. Miał chłodne  ręce. Jego pocałunek, muśnięcie  ustami, był nie  do  zniesienia. Vicki dokładnie 

wiedziała,  co  czuje  Suzy.  Ucieszyła  się,  kiedy  puścił  jej dłoń  i  zwrócił się  do  doktora  Jamiesona.  –  Jestem  panu  szczerze 

zobowiązany. Proszę oczekiwać stosownego czeku.

– Oczywiście, panie Garrison. – Lekarz uścisnął mu rękę i spojrzał na Vicki. – Proszę dbać  o niego, młoda  damo, wciąż 

Brian Lumley - Psychosfera

43 / 61

background image

jest osłabiony i...

–  Zbyt  się  pan  o  mnie  martwi!  –  Garrison-Schroeder  wciąż  się  uśmiechał, ale  jego  głos  przybrał  ostry  ton  i  coraz 

wyraźniejszy stawał się niemiecki akcent. – Wszystko w porządku. Potrzebowałem po prostu trochę  odpoczynku, trochę ciszy 

i spokoju, co pan i pańskie domostwo zapewniacie wyśmienicie. I za co otrzyma pan honorarium.

– Oczywiście, oczywiście – Jamieson uspokajał go. – To tylko zwyczajna troska lekarza o pacjenta, nic więcej.

– Powiedzmy. No cóż, jeszcze raz  dziękuję; musimy już  ruszać. Czas jest przez większość  ludzi uważany  za  pieniądz; 

nikt nie ma go dosyć.

Poprowadził  Vicki  do  samochodu,  otworzył  drzwi  i  pomógł  jej  usiąść.  Potem  wpuścił  Suzy.  Czarny  doberman 

zaskomlał, wskakując na siedzenie i spojrzał na swego pana z ciekawością. Ale Garrison-Schroeder tylko się uśmiechnął.

Ostatni raz skinął na pożegnanie lekarzowi, po czym włączył silnik.

– Vicki – powiedział, kiedy znaleźli się już na trasie szybkiego ruchu – wiesz oczywiście, kim jestem?

– Och tak, Thomas, wiem.

Skinął głową, patrząc przed siebie.

– Doskonale, wiesz wobec tego również, że  nie  znalazłem się tutaj na skutek medycznego zabiegu. W przyszłości będę 

pojawiał  się  częściej.  Willy  także. To  nie  jest  zamiana  miejsc, raczej  oznaka  równości.  To  prawda,  że  istniejemy  w  ciele 

Richarda, w jego umyśle, ale nie tak to sobie wyobrażałem... wcześniej. Jesteśmy jakby osobnymi jednostkami.

Ale...  Richard  był  najsilniejszy. Tak,  powiedziałem  był.  I  już  nie  odzyska  pełnej  kontroli.  Pomimo  mojej  hojności, 

szybko stał się zazdrosny o swoją prywatność.

– Twojej hojności? –  Vicki weszła  mu w słowo. – Mówisz  o pieniądzach, które mu  zostawiłeś? O jego prywatności? 

Sam powiedziałeś, to jego ciało!

– Ale  nasz  umysł.  Jesteśmy tam, Vicki, dzielimy się  wiedzą.  Nawet  wciśnięci w  głąb,  wiemy, kiedy jest mu  dobrze, 

a kiedy źle; kiedy jest szczęśliwy, kiedy nieszczęśliwy: kiedy jest zagrożony, ranny. Wiemy także, że gdy umrze, my umrzemy 

razem z nim. I ty także! Och, Vicki, Vicki, drogie dziecko, ty jesteś zazdrosna o nas; nie widzisz tego? Ale my cię chronimy!

–  To  tylko... uboczny  produkt  –  zaprotestowała  słabo. Thomas, byłeś  przyjacielem  mojego  ojca, byłeś  dla  mnie  jak 

rodzina. Doceniam to, ale w tej chwili...

– W tej chwili, w tej chwili – uciął Garrison-Schroeder. Czy ci się to podoba, czy nie, jedziemy na jednym wózku! Jego 

głos przybrał na sile i przypominał dźwięk kredy skrzypiącej na tablicy. – Mein Gott! Was ist mit dir!

–  Mit  mir... Nichts! – odpowiedziała  podenerwowana. Ale  co  z  tobą...? Czy  to nieśmiertelność, której pragnąłeś? Co 

z twoją nieśmiertelnością?

Był wściekły, widziała to, ale zanim odpowiedział, uczynił wszystko, aby się opanować.

– Vicki, moja droga, w tej zupie, którą nazywasz nieśmiertelnością, pływają dwie muchy. Ty jesteś jedną, drugą Richard. 

Ty,  ponieważ  się  wtrącasz,  on,  ponieważ  jest  nieposłuszny.  Jak  na  ironię,  z  całej  naszej  trójki  Richard  ma  najgorsze 

przygotowanie do obrony.

– To dlatego tutaj jesteś? Aby go chronić?

– Aby chronić nas wszystkich! Zdajesz  sobie  sprawę z tego, że jego moc słabnie. Kiedy zgaśnie, pierwsza to odczujesz. 

Nie wiesz, jak bardzo będziesz cierpieć? Najpierw ślepota, potem śmierć. Ty... rozpadniesz się, Vicki! Bardzo szybko. Podobnie 

jak ja, byłaś już tam raz. Wiesz, jak wygląda śmierć...

Ciałem dziewczyny wstrząsnął dreszcz.

– Proszę, przestań! Thomas, ja...

– Pozwól mi skończyć. Utrata mocy to nie wszystko.

W samolocie  została  podłożona  bomba,  wiesz  o  tym.  Musisz  także  zdawać  sobie  sprawę  z  tego,  że  jakiś  nieznany 

człowiek pracuje  na  naszą  niekorzyść. Kto? Dlaczego? Och, miałem mnóstwo wrogów  za  życia, ale Thomasa Schroedera już 

nie ma, podobnie Koeniga. Kto chciałby zamordować Richarda, z jakiego powodu?

– Ja... Ja nie wiem – Vicki odpowiedziała powoli. – Nie jest łatwy we współżyciu, ale...

– ... Ale morderstwo? Nie, myślę, że to ma głębsze korzenie. Ostatnio zauważyliśmy inną moc w Psychosferze, Vicki.

Niespotykanie  potężną  siłę. To jeszcze  jeden powód, dla  którego tutaj jestem. I mogę  przywołać  Koeniga  do pomocy. 

Ten problem my  potrafimy  rozwiązać  lepiej niż  Richard. Jak  widzisz  to  nie  takie  proste, a  ty  jeszcze  dodajesz  jakieś swoje 

kłopociki... – Spojrzał na nią z ukosa, kiedy zakryła twarz dłonią.

– Ty... wiesz?

– O tym, że zaczęłaś wątpić w swoją miłość do niego?

Vicki zaczęła szlochać. Nie mogła dłużej trzymać tego w sobie.

– Starałam się ukryć... – nerwowo otarła  oczy – ale wiedziałam, że  wcześniej czy później ty, on, cała wasza trójka musi 

wyczytać  to w moim umyśle. Nie, nie  kocham go! – W końcu to powiedziała. Przerażona własnymi słowami płakała  jeszcze 

głośniej.

Thomas zatrzymał samochód na trawiastym poboczu.

– Nic  na to nie poradzę – łkała  Vicki. – On jest moim życiem, ale nie kocham! Tak, masz rację, byłam... t a m . Byłam 

już martwa. I boję się tego; bardzo. Ale jak mogę kochać kogoś, kto musi mnie w końcu zabić?

–  Vicki  –  Schroeder  poklepał  ją  po  ramieniu  i  przycisnął  do  siebie  –  nie  płacz.  Czy  uważasz  się  za  grzesznicę? 

W niczym nie zawiniłaś. Czy byłaś nielojalna? Nie, tylko przerażona. Nie kochasz Richarda, to nie zbrodnia. Jestem pewien, że 

obawiasz się jego zemsty. Ale pomyśl, czy on jest do tego zdolny. Nie! Richard nie zabiera życia, on je chroni. Ocalił mnie...

Popatrzyła na niego przez łzy i po raz pierwszy uświadomiła sobie, że Schroeder naprawdę żyje, istnieje. Że jest miłym, 

starszym wujkiem, którego znała od lat.

– Przebaczy mi?

–  Będzie  cierpiał,  nie  ma  co  do  tego  najmniejszej  wątpliwości.  Może  nie  od  razu  wybaczy. Ale  przecież  nie  jest 

mordercą? Zupełnie niepotrzebnie się niepokoisz.

– Och, Thomas, jeśli tylko...

Brian Lumley - Psychosfera

44 / 61

background image

–  Moje  dziecko, posłuchaj:  oboje  obawiamy  się  śmierci, ponieważ  należymy  do  rodzaju  ludzkiego. Ktoś  chce  zabić 

Richarda.  I,  jakkolwiek  nieświadomie,  zabije  nas  razem  z  nim. To  realne  zagrożenie  i  moim  podstawowym  zadaniem  jest 

usunąć je. A potem... – Wzruszył ramionami i włączył silnik.

– Tak?

– Potem  zajmę  się  poważniejszym problemem. Mam na  dzieję  rozwiązać  zagadkę  życia  wiecznego. My  nie  jesteśmy 

nieśmiertelni,  Vicki,  jeszcze  nie.  Utraciliśmy  tę  szansę,  kiedy  Richard  zniszczy!  Psychomecha.  Ale  Maszynę  można 

odbudować, można też znaleźć źródło większej mocy. Richard w tej chwili podróżuje we śnie i szuka tej energii.

– A co ze mną? Czy mam być na zawsze związana z nim; bez uczucia?

–  Nie  mogę  odpowiedzieć  za  niego. Może  zechce  cię  zatrzymać  nawet bez  miłości;  ale  wątpię  w  to. Cokolwiek  się 

zdarzy, mogę ci jedno obiecać: dopóki będę żył, ty nie umrzesz. A możesz mi wierzyć, Vicki, życie jest mi wciąż bardzo drogie.

W domu w Sussex Garrison-Schroeder nie marnował czasu. Zabrał ze sobą tacę  jedzenia i zamknął się w gabinecie. Nie 

chciał, by mu ktokolwiek przeszkadzał. W południe przybyli inspektor policji i Chichester, aby zebrać zeznania.

Garrison-Schroeder wyłonił się z gabinetu na dwadzieścia minut i złożył oświadczenie. Policjanci chcieli jeszcze poznać 

nazwiska i adresy załogi samolotu, co okazało się niemożliwe. Richard nie dysponował takimi danymi.

Po  tej  przerwie  znów  zniknął  w  gabinecie.  Vicki  zdążyła  zauważyć  przez  uchylone  drzwi  rozłożony  na  stole  plan 

Londynu. W chwilę później usłyszała, że Garrison rozmawia z kimś przez telefon. Nie mogła zrozumieć ani słowa.

Po  godzinie  wyszedł  w  końcu;  był  blady,  zmęczony  i,  pomimo  że  opróżnił  tacę,  wciąż  głodny.  Kiedy  kucharz 

przygotowywał mu posiłek, siedział i palił papierosa, nie odzywając się do nikogo.

„Gromadzi energię” – pomyślała Vicki.

Potem odpoczywał w  gabinecie, wyciągnięty w  dużym, wygodnym fotelu. O  czwartej po  południu postanowił wyjść 

z domu.

– Moja droga – powiedział do Vicki – nie wiem, jak długo to potrwa. Zachowuj się naturalnie, tak jakby nic się nie stało.

Jeden z nas wróci: ja, Richard albo Willy.

Po chwili odjechał wielkim mercedesem, zabierając ze sobą Suzy. Vicki miała ich więcej nie zobaczyć...

Na lotnisku w Gatwick Johnie Fong skontaktował się telefonicznie z Gubwą.

– Charon, jestem w Gatwick. Jechałem za Garrisonem aż tutaj.

– Co on wyrabia?

– Wygląda, jakby czekał. – Fong westchnął. – Siedzi w sali przylotów z gazetą w ręku, ale nie czyta.

–  To  interesujące.  Może  dowiem  się  czegoś  więcej  o  panu  Garrisonie.  Najprawdopodobniej  czeka  na  braci  Black. 

Przylatują o siódmej. A teraz, Johnie, chcę, abyś bacznie obserwował, co się będzie działo. I... – przerwał. – Nie, poczekaj, sam 

na to popatrzę twoimi oczyma. Daj mi znać, kiedy samolot wyląduje i ustaw się tak, bym wszystko widział. A poza tym nie rób 

niczego, dopóki ci nie powiem, zrozumiano?

– Tak – wyszeptał Fong – ale...

– Coś jeszcze?

– Jest coś... dziwnego.

– Mów dalej – rozkazał Gubwa.

– To Garrison. Wiem, że to on, a jednak...

– Wydaje się, że to ktoś inny.

– Tak. To dziwne, Charon.

Przez chwilę Gubwa milczał.

– Następna tajemnicza cecha pana Garrisona, Johnie. Nie pierwszy raz zauważyłeś jego zmienne stany. Czekam na  twój 

telefon. Jeszcze jedno, nie wykazuj nadmiernego zainteresowania, nie podchodź zbyt blisko.

– Oczywiście.

– Jesteś jednym z moich najbardziej zaufanych ludzi. Twoja nagroda będzie wielka.

– Moja nagroda jest wielka, Charon. Kocham cię.

– Wobec tego, do usłyszenia.

Tak jak zapowiedział, Gubwa  obserwował oczami Fonga Joego i Berta  Blacków. Przeszli przez cło i pojawili się w hali 

przylotów. Byli opaleni, wyglądali zdrowo,  ale  ich umysły  zajmowała  jedna  myśl. Próbowali wywiązać  się  z  kontraktu dla 

mafii  i  zawiedli. Wielki  Facio  oczekiwał  ich  dzisiaj  w  swoim  domu.  Obecność  obowiązkowa  –  a  to  mogło  być  źródłem 

niepokoju.

Rozmawiali ściszonymi głosami. Znaleźli wózek na bagaż i skierowali się do przejścia  podziemnego. Nagle stanęli jak 

wryci.

Garrison  opierał  się  o  kolumnę,  w  ręce  trzymał  kolorowy  tygodnik.  Nie  mogli  go  rozpoznać,  nie  mogli  też 

przypuszczać, że ten człowiek czeka na nich. Jednak podeszli do niego. Gubwa zauważył, że ich ruchy stały się mechaniczne.

Teraz Garrison opuścił gazetę. Gubwa  podejrzewał, że zechcą  uciekać  albo zaatakować  go, ale oni tylko patrzyli. Nikt 

nic nie mówił, nikt się nie poruszył. Te trzy postacie trwały w bezruchu przez około pół minuty. I wtedy...

Tak jakby nic  się  nie zdarzyło, bracia  potoczyli wózek dalej i zniknęli za rogiem. Garrison odprowadził ich wzrokiem, 

odwrócił się i poszedł na parking.

– IDŹ ZA NIM – przekazał Gubwa Fongowi. – IDŹ ZA NIM WSZĘDZIE. MELDUJ MI O WSZYSTKIM W DZIEŃ 

I W NOCY. NIE ZGUB GO.

– Jak sobie życzysz, Charon – wyszeptał Chińczyk, zachowując bezpieczna odległość.

– I UWAŻAJ NA NIEGO. WCIĄŻ CHCĘ GO ŻYWE GO, PRZYNAJMNIEJ NA RAZIE.

– Tak, Charon.

Gubwa  wycofał swoja  myśl i otworzył oczy. Siedział przy biurku w Centrum Dowodzenia. Przed nim leżała  rozłożona 

mapa Gatwick. Spojrzał na nią uważnie i zmarszczył brwi; wreszcie odłożył plan na miejsce.

Wyraz jego twarzy stał się  bardziej surowy, kiedy  uświadomił sobie  to, co właśnie zobaczył. Jego oczy go nie myliły, 

Brian Lumley - Psychosfera

45 / 61

background image

moc Garrisona  okazała  się  wprost niewiarygodna. Mógł to oczywiście  sprawdzić. Mógł odwiedzić umysły braci Black, ale  to 

zbyt  niebezpieczne.  Myśl  Garrisona  prawdopodobnie  penetrowała  ten  obszar.  Gubwa  nie  mógł  ryzykować,  nie  chciał 

nadwerężać swojej mocy, a poza tym miał co innego do roboty. Taki pan Philip Stone...

Samochód  Stone’a  stał zaparkowany  w miejscu, gdzie  droga  zaczynała  piąć  się  na  wzgórze, o kilometr  na zachód od 

domu  Garrisona. Stone  siedział  za  kierownicą  z  lornetką  zawieszoną  na  szyi. Widział, jak  Garrison  odjeżdża  w  kierunku 

Londynu; widział też jadącego za nim szarego jaguara. Nie był tym jednak zainteresowany. Po prostu słuchał poleceń.

Mógł się zachowywać normalnie: jeść, pić, palić, iść  za głosem natury; mógł robić  wszystko, oczywiście  w granicach 

wytyczonych przez  Charona Gubwę. Co gorsza, zdawał sobie sprawę z tego, co robi; lub raczej – czego nie robi. Po pierwsze: 

nie chronił Garrisona. Czekał na rozkaz Gubwy, aby porwać żonę czy kochankę tego człowieka.

Już po raz pięćdziesiąty spojrzał na telefon w samochodzie. Zastanawiał się, co by się stało, gdyby połączył się z szefem 

i przedstawił mu przebieg wydarzeń. Jednak z równym skutkiem mógłby zacząć kopanie tunelu do Australii.

Obie  te  rzeczy miały równą  szansę  powodzenia. Mógł o tym myśleć, bardzo  chciał to  zrobić, ale  wprowadzić  zamiar 

w życie? Wykluczone. Gubwa o tym wiedział. Wystarczyło małe „pranie mózgu” (widząc szybkość i skuteczność tego zabiegu, 

KGB płakałoby w głos), blokada umysłu i kilka posthipnotycznych poleceń. Postanowił więc, że będzie służył mu do końca.

– PRAWIE DOKŁADNIE TAK, PANIE STONE – odezwał się głos znikąd.

Stone poderwał się, myśląc, że hermafrodyta stoi tuż przy otwartych drzwiach samochodu.

–  NIE,  NIE  –  odpowiedział  rozbawiony  głos.  –  NIE  MOŻE  MNIE  PAN  ZOBACZYĆ.  TYLKO  SŁYSZEĆ  I, 

OCZYWIŚCIE, WYKONAĆ MOJE ROZKAZY.

– Co teraz, Gubwa? – zapytał.

–  TYLKO  OBSERWUJ. KIEDY  SIĘ  ŚCIEMNI, WEJDŹ  DO  DOMU.  SCHOWASZ  SIĘ TAM  I  POCZEKASZ  NA 

DALSZE  INSTRUKCJE.  BYĆ  MOŻE  BĘDZIESZ  MUSIAŁ  BRONIĆ  MIESZKAŃCÓW.  SA  TACY,  KTÓRZY  CHCĄ 

WYKOŃCZYĆ GARRISONA. NIE MOGĘ OBSERWOWAĆ WSZYSTKICH I NIE WIEM WSZYSTKIEGO, ALE...

„Ale tak ci się wydaje?” – pomyślał sarkastycznie Stone.

– SCHLEBIASZ  MI. NIE  CHCĘ, ABY COŚ SIĘ  STAŁO  VICKI  MALER. BĘDZIEMY  W KONTAKCIE. – Gubwa 

wycofał się.

Zdany na własne  siły agent poczuł nagły chłód. Słońce jeszcze nie zaszło, wieczór  był ciepły, a jednak poczuł zimno... 

lodowate  zimno. W końcu  stało się  jasne, że  Gubwa  zrealizuje  prawdopodobnie  swój plan, że  jest w stanie  podbić  świat, że 

może stać się Cesarzem Ziemi, zmienić ludzkość na swoje podobieństwo.

Philip Stone, twardziel z dłońmi jak ze  stali, tajny agent, był bezradny jak nowo narodzone dziecię. Wypił kawę, zapalił 

papierosa, czekał. Kiedy zaczął zapadać zmierzch, zamknął drzwi samochodu i ruszył w kierunku domu...

Londyńska  mafia  zasiadła  na  walnym  zebraniu. Jedno  z biur Wielkiego Facia  znajdowało  się  na  ostatnim, dziesiątym 

piętrze  domu, w dzielnicy biurowców. Znajdowali się  w największym pokoju, którego  okna wychodziły  na  zatłoczoną  ulicę. 

Rozpoczął się sabat trzynastu najbardziej wpływowych ludzi Cosa Nostry z Londynu.

Na głównym miejscu zasiadł Wielki Facio – Joseph Maestro, zwalisty bandzior o byczym karku, ze szramą na nosie.

Jego  posturę uwydatniał nienagannie  skrojony garnitur. Dalej siedzieli jego pomocnicy  zgodnie  z hierarchią  ważności. 

Po  drugiej  stronie  usadowił  się  Carlo  Vincenti,  który,  po  niedawnym  zajściu,  nie  wyglądał  jeszcze  najlepiej.  Jeden  rękaw 

marynarki wisiał luźno, a ramię spoczywało na temblaku. Dłoń spowita była bandażami. Twarz zdobiły mu liczne i duże sińce.

Spotkanie  trwało  już  około  pół  godziny;  zegarki  wskazywały  dwudziestą  pierwszą. Poruszono  kilka  mniej  ważnych 

tematów w oczekiwaniu na ten główny. Teraz nadeszła kolej Garrisona.

– ... Tak, ten facet ma naprawdę niesamowite wyczucie  gry –  zaczął Wielki Facio. – I to nie tylko przy ruletce, chodzi 

o  wszystkie  gry  hazardowe. Nie  muszę  wam  chyba  mówić, co  to znaczy... ale  powiem, bo  macie,  kurwa, zakute  łby.  Jeśli 

rozwiniemy jego metody, będziemy mieli tysiąc  Garrisonów  i  zrobimy  kasę, niezły  szmal... Z  drugiej  strony, jeśli  on powie 

nam, jak to robi... No cóż, istnieje jeszcze wiele  klubów należących do innych ludzi, co? Dlatego właśnie zwijamy faceta. Hej, 

jeżeli ktoś ma  wątpliwości, niech zapyta  pana  Vincentiego, który przerżnął swoje  udziały  w „Ace of  Club”. Stracił nie  tylko 

forsę, ale i połowę twarzy. Nikt tego nie lubi. Wkurza mnie, że to taki zadzior. Ale kiedy z nim skończymy, zaśpiewa inaczej.

–  Kiedy? –  przerwał  niecierpliwie  Vincenti. –  Kiedy  go  capniemy, Joe? (nikt nie  zwracał się  do  Wielkiego  Facia  po 

imieniu). Mam do pomówienia z tym skurwielem.

–  Ta,  ta,  wiemy,  Carlo.  Tak  jak  powiedziałem  wcześniej, gdy  z  nim  skończymy,  jest  twój. Ale  ponieważ  w  naszej 

organizacji  panują  zasady  demokratyczne,  musimy  głosować.  Są  wszyscy?  Jasne!  Kto  chce,  żebyśmy  złapali  Garrisona, 

pogadali z nim trochę i dopasowali mu cementowe butki – łapy do góry.

Po  podniesieniu  ręki przez  Maestra,  błyskawicznie  wyskoczyły  w  górę  ramiona  pozostałych. Vincenti  wysunął  dłoń 

trochę wolniej, wkładając w to mnóstwo wysiłku.

Głosowanie jeszcze trwało, kiedy trzask otwieranych drzwi oznajmił przybycie braci Black.

– No już. – Bert uniósł lufę.

Wszyscy skierowali oczy na broń. Dobrze  znano reputacje  Berta. W obawie przed choćby kichnięciem, unieśli ręce do 

góry. Wszyscy z wyjątkiem Carla Vincentiego. Ten odepchnął krzesło i wstał.

– Ocipieliście, chłopaki? –  krzyknął. – Wpadacie tu  jak... do diabła, byliście  zaproszeni!  Spartoliliście  robotę, no  i co 

z tego? W sumie wyszło dobrze. Chcemy Garrisona żywego.

Nie mamy do was pretensji.

Kiedy mówił, Joe i Bert zaszli go z obu stron i posadzili na  krześle. Następnie  bez  słowa, nie  zważając  na zachowanie 

Vincentiego, Joe odłożył pistolet i wyciągnął olbrzymią brzytwę. Przekręcił głowę krzyczącego i poderżnął mu gardło, od ucha 

do  ucha.  Carlo  zakrztusił się  i  zacharczał.  Dźwięki  dobiegały  z  rany, nie  z  ust.  Chwilę  później  krew  trysnęła  czerwonym 

strumieniem.

Vincenti  miotał się  na  krześle  przez  chwilę. W  końcu  uderzył  głową  w  stół i  zjechał po blacie,  zostawiając  za  sobą 

krwawą smugę.

Kiedy umarł, bracia podeszli do dużego okna. Teraz wszystkie  oczy zwróciły się w ich stronę. Wielki Facio i cała świta 

Brian Lumley - Psychosfera

46 / 61

background image

stali z podniesionymi rękami. Maestro chciał coś powiedzieć, ale słowa uwięzły mu w gardle.

– Pozdrowienia od Richarda Garrisona – powiedział Joe.

– To ostrzeżenie, gdyby ktoś chciał jeszcze czegoś próbować. On potrafi wszystko...

Odwrócili się i wyskoczyli, rozbijając szyby i kończąc żywot na dole.

Przez chwilę nikt się nie ruszał, a potem nagle rozległ się zgiełk.

– Stać! – Głos Maestra było słychać chyba aż  na ulicy. – Zaroi się tutaj od gliniarzy, zanim zdążymy wyjść! I dlaczego 

mielibyśmy  uciekać, co? Jesteśmy  tylko  niewinnymi  świadkami, no nie? Jeśli  bracia  Black  chcieli uziemić  Carla, a  potem 

wyskoczyć, ich sprawa. Musimy trzymać się tej wersji.

Wszyscy zaczęli jednocześnie mówić i Maestro uniósł dłoń. Szybkie podejmowanie decyzji było jego mocną stroną.

– Słuchajcie, do kurwy nędzy! Jesteśmy czyści. Jedyne odciski na tych spluwach należą do nich. Musimy tylko pominąć 

nazwisko Garrisona. Resztę widzieliście. Do diabła, skąd moglibyśmy wiedzieć, że Carlo i bracia Black mają jakieś zatargi, co?

Popatrzyli na niego i pokiwali głowami.

– Dobra – mówił dalej – weźcie się w garść. Widzieliśmy już gorsze jatki.

Kiedy zebrali się w małe grupki i zaczęli ze sobą rozmawiać, Wielki Facio przywołał do siebie Ramonade Medici.

– Ramon – wyszeptał – mówiłeś mi, że Carlo był pewien, że to Garrison go pobił.

– Jasne. Teraz to trzyma się kupy.

– Nie chcę już tutaj tego Garrisona. Nie chcę o nim nic wiedzieć. Chcę, żeby był trupem; tak bezpieczniej.

–  Da  się  zrobić  –  odrzekł  Ramon.  –  Kiedy  był  za  granicą,  założyliśmy  w  jego  samochodzie  czujnik. Dzięki  temu 

możemy dowiedzieć się, gdzie teraz jest.

– Dobra, gdy tylko wydostaniemy się z tego bajzlu, wynajmij kogoś, komu można zaufać.

– Masz to u mnie jak w banku.

– Najlepiej, żebyś się teraz zmył. Wyjdź tylnymi drzwiami na dach. Powiem chłopcom; zapomną, że tu byłeś.

– W porządku. – Medici przytaknął i wymknął się z pokoju.

Na  zewnątrz  rozbrzmiewały już dźwięki policyjnych syren. Słychać  było łomotanie do drzwi i głos domagający się ich 

otwarcia.

Podobny do pająka czarny cień Raniona de Medici przykucnął na dachu domu...

ROZDZIAŁ SZESNASTY

Garrison-Schroeder zjechał z drogi Ml w Leicester i znalazł dobry hotel. Minęła już jedenasta w nocy i czuł się diabelnie 

zmęczony. Kuchnia nie wydawała posiłków o tej porze, ale  Richard przekupił recepcjonistę i zamówił dwa steki; surowy – dla 

Suzy. Zaniósł go jej do samochodu, a ona uporała się z nim w okamgnieniu. Następnie wrócił do hotelu.

Bar był wciąż otwarty. W połowie czwartej szklaneczki whisky podszedł do Garrisona recepcjonista, pytając, czy nie ma 

nic przeciwko zjedzeniu posiłku w pokoju (byli jeszcze inni, którym odmówiono późnej kolacji). Nie miał nic przeciwko. Dopił 

drinka i skierował się do pokoju.

Po zjedzeniu zrobił sobie kawę, wyciągnął się na łóżku i zaczął czytać czasopismo zabrane z lotniska w Gatwick.

Ten magazyn – pełen ogłoszeń i reklam – skłonił go do zatrzymania się tutaj. Kupił go na  lotnisku i zasłonił nim twarz, 

czekając na braci Black. Ale kiedy z nudów przekartkował pismo...

Wiedza  Garrisona  o  zjawiskach  paranormalnych  –  odwrotnie  niż  jego  doświadczenie  w  tej  materii  –  była  raczej 

fragmentaryczna.  Tak  jak  Thomasa  Schroedera,  zawsze,  interesowały  go  profetyczne  sny.  Nie  wiedział,  w  jaki  sposób 

podświadomość je tworzyła, ale zdawał sobie sprawę, że znalazł się tutaj za sprawą jednego z takich snów.

Wcześniej inny  profetyczny sen pomógł  mu  podjąć  decyzję, przyjąć  ofertę  Schroedera  –  zawrzeć  z  nim  pakt. Nawet 

jego reinkarnacja miała swoje odbicie w wizjach onirycznych.

I  naraz... Najzwyklejsza  fotografia  w gazecie. Czarno  biała, niezbyt interesująca, wręcz  nudna. Nudny  był także tekst 

autorstwa British Energy Comission.

Kiedy jednak Garrison otworzył gazetę na tej stronie, zdjęcie zaczęło iluminować niewidocznym dla innych, magicznym 

blaskiem. Była na nim dolina, a w tle – piętrzyły się wysokie pagórki. Podpis pod spodem informował, że będzie to największe 

osiągnięcie technologiczne od czasu elektrowni atomowej w Dounrcay oraz że tama zostanie otwarta w środę, pojutrze, w Glen 

O’Dunkillie.

Garrison-Schroeder postanowił, że będzie tam wcześniej, najdalej jutro. Powód oczywisty – to te same wzgórza  i tama, 

które widział we śnie. Sceny z tego snu pojawiły się  w jego umyśle jak fragmenty niemego filmu sprzed lat. Pamiętał grzmoty 

i błyskawice, setki kilometrów kwadratowych lśniącej spienionej wody; czuł krople rozpryskujące się na twarzy.

Wszystko to widniało na  fotografii w gazecie. W rogu zdjęcia zobaczył zarys starego domu skrytego w cieniu wysokich 

sosen, tam gdzie kiedyś ujrzał... złotą kopułę!

W Xanadu, gdzie Garrison odwiedził świątynię szczęścia...

Świątynię  Szczęścia,  jeżeli  za  szczęście  uważa  się  spełnienie  snu  –  nie  tylko  Garrisona,  ale  także  Schroedera  – 

wiecznego marzenia o nieśmiertelnym życiu. Czyż nie to było celem wyprawy? Odnaleźć i uwieść Boginię Nieśmiertelności?

Garrison-Schroeder  mógł  spać  tej nocy,  wiedząc,  że  rankiem  jego  podróż  dobiegnie  końca. Zdawał  sobie  sprawę, że 

gdzieś tam przed nim, w  dolinie  przy  Glen  O’Dunkillie,  czeka  jego przeznaczenie. Teraz  mógł  się  spokojnie  wyspać.  Miał 

nadzieję, że koszmary nie będą go niepokoiły, znał bowiem lekarstwo na śmierć Richarda Garrisona, Koeniga i Vicki czy nawet 

Suzy.

Pomyślał  o  skontaktowaniu się  z Vicki przed snem, chciał tylko dotknąć  jej umysłu, ale... z  jego  baterii ulatniała  się 

energia na niezmierzone obszary Psychosfery. Energia, której nie można niczym zastąpić.

Garrison-Schroeder rozebrał się, zgasił światło i wszedł do łóżka...

Garrison  kontynuował  wyprawę.  On  także  szukał  doliny  kopuły, lecz  nieświadomie.  Szukał  jej  w  świecie  bardziej 

realnym niż świat na jawie. Od przerażającego zdarzenia  w jaskini Obcego przemierzył już ogromne  obszary. Omijał wielkie 

Brian Lumley - Psychosfera

47 / 61

background image

zielone  oceany o prawie  nieruchomych  wodach; nie  miał odwagi ich przeskoczyć. Nie  z Maszyną, która  mogła  ściągnąć  go 

w dół.

Zmęczenie  mocno dawało mu się we znaki i każdy metr zmieniał się  w kilometr. Nawet Suzy była  zmęczona, Suzy ze 

swoją niespożytą energią. Spędzała czas zwinięta i przytulona do niego.

Korpus Psychomecha był tak zardzewiały, że prawie rozpadał się. Przez szczeliny wystawały druty pozbawione izolacji. 

Plastikowe części popękały, a plamy rdzy zaćmiły blask chromu.

–  Złom!  –  Richard  zdobył  się  na  słabe  przekleństwo.  Złom, a  wciąż  targam  go  ze  sobą.  Jeszcze  jedno  szaleństwo 

szaleńca w szaleńczej wyprawie!

Wcześniej mógł przelatywać nad górami, teraz musiał szukać przejść, co wydłużało drogę i wystawiało jego cierpliwość 

na próbę. Omijał lasy gigantycznych wykrzywionych drzew. Bał się. Omijał też – pamiętając wizję ze szklanej kuli – wszystkie 

pustynie.

Wspomnienie  czarowników prześladowało go. Szczególnie  dobrze  zapamiętał  tego żółtego, ze  skośnymi oczyma. Nie 

mógł o  nim  zapomnieć, ponieważ  wydawało  mu  się,  że  mag  z  Orientu wciąż  za  nim  podąża.  I  gdziekolwiek  się  odwrócił, 

widział małego żółtego człowieczka wyłaniającego się zza skał, czy pojawiającego się na horyzoncie. Prawdopodobnie jeszcze 

inni byli na jego tropie; mgliste cienie, które znikały, kiedy tylko wytężył wzrok.

Garrison nie spał, ponieważ nie chciał śnić we śnie. Wydawało mu się, że jego zmęczenia nie może  usunąć zwykły sen, 

nawet jeśli byłby możliwy.

W końcu dotarł do pasma małych wzgórz i zobaczył Dolinę Mgieł. I nawet teraz, jeśli to rzeczywiście widział (nie mógł 

już polegać na swoich zmysłach, zmęczenie potrafiło wywołać  halucynacje), czuł, że jakiś dziwny i niesamowity cień spowija 

to  miejsce.  Dolina  rozciągała  się  od  wzgórza, które  właśnie  mijał,  do  mniejszych  pagórków  w  oddali;  po  bokach  sięgała 

horyzontu. W  tej  wielkiej  niecce  kłębiła  się  mgła  biała  jak  mleko;  panowała  taka  cisza,  jaka  zapanuje  pewnego  dnia  na 

krańcach czasu.

Tym razem Garrison nie  wahał się. Wiedział, że musi przez  to przejść. Miał ku temu trzy powody. Po pierwsze: mógł 

podróżować w nieskończoność i nie znaleźć innej drogi.

Po drugie: miał mało czasu i czuł się coraz słabszy. Po trzecie: nadciągała burza kłębiąca się czarnymi chmurami i tylko 

niebo przed nim było jasne i czyste. Poza tym bardzo kusiło go, żeby tam wjechać; dolina  wyglądała  na szeroką, a wzgórza za 

nią zdawały się wabić go ku sobie.

Kiedy  już wszystko przemyślał, skierował Maszynę  w morze. Mleczna  powłoka  zamknęła  się, odcinając  go od reszty 

świata ścianami bieli.

Miarowe  mruczenie  Psychomecha  i  spokojny  oddech Suzy  uśpiły  czujność  Garrisona. Zamknął  oczy, nie  mogąc  już 

dłużej patrzeć w gęstniejącą biel i w tym momencie rozszalała się burza.

Grzmot przeszył powietrze  jak  uderzenie  tytanowego  młota. Błyskawice  syczącymi językami  przeszywały  podmokły 

grunt,  wzniecając  kłęby  pary.  Błękitne  ogniste  zjawy  rozdzierały  skałę  na  kamienne  płaty. W  każdej  chwili  jedna  z  tych 

migotliwych strzał, przyciągnięta metalem Maszyny, mogła ugodzić Garrisona.

Nagle  w  blasku  wściekłego  wybuchu  zobaczył,  tak  mu  się  przynajmniej  wydawało...  W  zamieszaniu  wywołanym 

grzmotami i migoczącymi jak w kalejdoskopie błyskawicami zawiodły oczy. Parł naprzód.

I wtedy zobaczył... Maszynę trochę podobną do Psychomecha, lecz potężniejszą.

Wznosiła  się  ponad  oparami  mgły;  wielka,  gigantyczna.  Olbrzymia  i  kanciasta, z  rurami  i  przewodami  sterczącymi 

z kadłuba. Na  pewno miała  moc  stu, nie  –  tysiąca  Psychomechów Garrisona. I tam, gdzieś  w głębi, za  migającymi diodami 

kryła się potężna energia. Maszyna nie wydawała żadnego dźwięku; jej krawędzie były nieostre i zamazane. Mężczyzna zdawał 

sobie sprawę, że to miraż.

Miraż;  fatamorgana  widywana  czasami  na  pustyni  –  lustrzane  odbicie  czegoś  odległego.  Wiedział, że  ta  wizja  jest 

odległa  w  czasie.  Została  wysłana,  czy  też  raczej  on  ją  przywoływał,  jako  znak,  że  obrana  przez  niego  prawa  ścieżka 

przywiedzie go w końcu do kresu wyprawy.

Przybliżył  się  ostrożnie, nie  chcąc  wzniecać  kłębów  mlecznej  mgły, która  zamazałaby  ten  obraz. Zatrzymał się,  tym 

razem ze  zdumienia. Niewiarygodna  maszyna  miała  platformę; rodzaj mostka  pomiędzy  dwoma  miedzianymi prętami, które 

zakończone były kulami do olbrzymich elektrod. Ale nie to sprawiło, że stanął jak wryty.

Na mostku siedziała jakaś postać. Instynktownie wyczuwał, że istota ta przybyła z innego miejsca, z innego świata.

Frankenstein! Sztucznie stworzony, wykreowany przez opętańczą naukę.

Kiedy  znowu  błyskawica  rozjaśniła  przestrzeń,  Garrison  podszedł  bliżej.  Było  tam  jeszcze  coś,  co  musiał  odkryć; 

zobaczyć. Coś  związane  z  tym sztucznym  tworem. Ze  zdumieniem  patrzył na  rozparte  na  mostku stworzenie. Miało  kształt 

człowieka;  masywnego  i  potężnego.  Wychylił  się,  żeby  zobaczyć  wielką  dłoń  zaciśniętą  na  kolanie.  Dłoń  spoczywała 

spokojnie, ale jej wygląd świadczył sam za siebie. Dłoń mordercy. Garrisona zdziwił olbrzymi rozmiar i twardość kończyn.

Przebudzony  potwór  zmiażdżyłby  każdego potencjalnego wroga.  Było  coś jeszcze  –  stwór  musiał mieć  przebiegłość 

lisa. Nie  wiadomo  skąd  w  umyśle  Garrisona  pojawiła  się  ta  myśl, ale  już  tam pozostała.  Ta  dziwna  istota  była  mieszanką 

nieskończonej inteligencji i brutalności.

Nagle  ze  wzmożonym  rykiem i  łoskotem cztery  wielkie  świetliste  strzały  uderzyły  w  Maszynę,  przecinając  mleczne 

opary mgły. Nowy Psychomech został skąpany w migoczącej niebieskiej energii.

Siła  podmuchu  rzuciła  Garrisona  na  pordzewiały  kadłub  jego  Maszyny.  Nie  dowierzał  już  swoim  przytępionym 

zmęczeniem  i  targanym  wstrząsami  zmysłom.  Wydawało  mu  się,  że  wielkie  miedziane  elektrody  roziskrzyły  się,  jakby 

w  wyniku  nagłego  wzrostu mocy. Odniósł  wrażenie, że  potężny  strumień  energii uderzył  w  nagiego  potwora; poczuł  nawet 

swąd palącego się  ciała. I wtedy, w agonii, stwór zgiął się w pół, wlepiając  w niego oszalałe złote  ślepia  osadzone w twarzy, 

którą od razu rozpoznał...

Była to jego własna twarz!

Później  (nie  wiedział,  ile  minęło  czasu)  Garrison  przebudził się  z  delirium. Suzy  stała  przy nim,  trącała  go  suchym 

nosem, cucąc  szczekaniem i skowytem. Po Maszynie  nie  zostało ani śladu. Potwora też  nie  było. Garrison jednak zapamiętał 

Brian Lumley - Psychosfera

48 / 61

background image

jego twarz; swoją twarz. Wiedział, że musi to mieć jakieś znaczenie.

–  Wstawaj,  Suzy!  –  Gardło  wyschło  mu  na  wiór.  Chwycił  wiszący  przewód  i  zmusił  Maszynę  do  wzniesienia  się. 

Poprowadził ją  przez  dolinę  jak prehistoryczną  bestię na  smyczy. Niebo rozbłysło gwiazdami. Przed sobą  ujrzał łagodne stoki 

wzgórz...

Johnie  Fong  siedział  w  samochodzie  na  hotelowym  parkingu  i  obserwował  światło  w  pokoju  Garrisona.  Na  górze 

znajdował się Garrison-Schroeder, ale Fong nie wiedział o tym. Dla Chińczyka to po prostu Garrison.

Odczekał kilka minut, po czym poszedł do budki telefonicznej. Chwilę później wyrwany ze  snu Charon Gubwa odebrał 

telefon. Przeczucie podpowiadało mu, że nadchodzące godziny będą pełne wrażeń.

Przyswoiwszy sobie szybko informacje  od Fonga, albinos zwrócił się  do Philipa Stone’a, który obserwował posiadłość 

Garrisona.

– Panie Stone, niech pan wraca do samochodu i niech pan przywiezie do mnie Vicki Maler.

Stone  stał za drzewami i palił papierosa, osłaniając  go dłońmi. Drgnął na  dźwięk sygnału. Zdusił niedopałek obcasem 

i uważnie rozejrzał się wokoło.

– Wciąż jest pan niedowiarkiem, panie Stone.

– Jak mam ją nakłonić do pójścia ze mną? – zapytał szeptem, zamiast po prostu przekazać pytanie myślą. – I dokąd?

–  ZNA  SIĘ  PAN  NA  TYM.  PRZYPOMNI  PAN  SOBIE  PO  DRODZE.  TRZEBA  BĘDZIE  TROCHĘ 

POIMPROWIZOWAĆ.

– Gówno! – wypluł z siebie przekleństwo i skierował się do miejsca, gdzie stał zaparkowany jego żółty ford granada.

W domu poszło łatwo. Działał pod dyktando Gubwy, jego posthipnotycznych rozkazów. Grał swoją  rolę. Był Philipem 

Stone’em, MI6, tak jej powiedział. Poinformował Vicki, że Richard Garrison znajduje się teraz pod opieką Tajnej Służby, która 

dowiedziała  się  o  drugim  przygotowanym  na  jego  życie  zamachu.  Przekazał, że  Garrison  prosił,  aby  zabrała  swoje  rzeczy 

i spotkała się z nim. Pomimo, że Stone miał kompletny zamęt w głowie, jego słowa i działania poddane były ostrej dyscyplinie. 

I, oczywiście, miał swoją służbową legitymację.

Musiała  mu  zaufać. Była  już  przygotowana  do  snu, ale  ubrała  się,  szybko  spakowała  małą  walizkę  i  wydała  kilka 

poleceń służbie. Podczas całej tej szopki Stone nie pragnął niczego innego, jak powiedzieć jej, żeby uciekała, zaczęła krzyczeć 

albo zadzwoniła na  policję. Zamiast tego jednak uśmiechał się kordialnie, zapewniał, że  wszystko jest w porządku. Po chwili 

wyruszyli do Londynu...

W  tym  czasie  Gubwa  nie  ośmielił  się  zrobić  żadnego  ruchu.  Doszły  do  niej  słuchy  o  zabójstwie  Vincentiego 

i  podwójnym  samobójstwie  braci Black. Wiedział, kto  jest za  to odpowiedzialny. Garrison wciąż  dysponował mocą, z  którą 

należało  się  liczyć,  przerażającą  mocą.  Gubwa  podjął  ryzykowne  działanie,  wysyłając  Stone’a  po  Maler.  Nie  mógł  być 

spokojny,  dopóki  dziewczyna  przebywała  poza  Zamkiem;  mimo,  iż  chroniło  go  ośmiu  strażników  myśli.  Vicki  znała 

prawdopodobnie źródło czy sekret siły Garrisona; znała także jego słabości.

Na  sygnał  „żołnierzy”  Stone  zatrzymał  samochód i  opuścił  okno.  Jeden z  nich  podszedł  do  wozu,  odłamał  wieczko 

fiolki i wrzucił ją do środka. Gaz uśpił Stone’a i dziewczynę.

Byli teraz w drodze do Zamku i żadna siła na świecie nie mogła tego zmienić...

Gubwa  wiedział  lub podejrzewał, że  moc  Garrisona  nie pochodziła  z tego świata, lecz  z Psychosfery. Teraz  wszystko 

było tylko kwestią czasu...

Telefon Raniona Mediciego wyrwał Josepha Maestro z ciężkiego snu. Wielki Facio obrócił się, zapalił lampkę, podniósł 

słuchawkę i sprawdził, kto dzwoni.

– Ramon? Czekaj. – Brutalnie obudził śpiącą obok dziewczynę. – Ty, spadaj!

– Co? – Przetarła oczy i objęła go wpół.

Warknął coś i strząsnął dziewczynę z siebie. Była bardzo młoda i bardzo piękna, ale w tej chwili już mu niepotrzebna.

– Wstawaj, kocmołuchu! – warknął. – Idź, umyj zęby.

– Ale Joe – zaprotestowała nieśmiało...

– Weź prysznic: po prostu spadaj. Muszę z kimś porozmawiać. Zawołam cię, jak skończę.

Niemrawo poszła w stronę łazienki.

– Taa... – powiedział Maestro do słuchawki – co jest? Znalazłeś Garrisona?

– Jasne. Przynajmniej jego samochód. Nie ma go w domu, więc pewnie jest gdzieś w pobliżu samochodu.

– Gdzie?

– W Leicester.

– W Leicester? – Maestro zmarszczył brwi. – Co on, u diabła, robi w Leicester? Gdzie w Leicester?

– Nie wiemy. Musimy go dokładnie namierzyć.

– A więc ruszaj do roboty.

– Dzisiaj?

– W tej chwili! Hej, jesteśmy mu coś winni. Nie  powiesz  mi, że  podobał ci się  ostatni wieczór, co? Trzy bite  godziny 

w towarzystwie gliniarzy. No dalej, ruszaj do roboty. Chcę trupa Garrisona.

– Dobra, Joe, załatwione. Pewnie się tu zatrzymał na noc. Wezmę chłopaków Carla. To im się spodoba.

– Racja, świetnie. Gliniarze  nie  wiedzą, że  byłeś z nami wtedy, kiedy bracia  Black załatwili Vincentiego. Nawet  jeśli 

wyniuchają Garrisona, nie powiążą cię z całą sprawą. Jesteś czysty. Dobra, to twoja robota.

– Klawo.

– Tylko jej nie spartol.

– Na pewno nie.

– Jesteś klawy gość, Ramon.

– Dzięki, Joe.

Maestro odłożył słuchawkę. Szklane drzwi zaparowały.

Z łazienki dobiegał szum wody. Maestro odrzucił kołdrę, przeciągnął się i ziewnął.

Brian Lumley - Psychosfera

49 / 61

background image

– Dziecino! Możesz wracać do łóżka.

Dziewczyna, wycierając się, wyszła z łazienki. W milczeniu podziwiał jej piersi i jędrne pośladki.

– Kiedy się wysuszysz – powiedział – możesz popracować troszeczkę buzią.

Podeszła do łóżka, zmarszczyła nos i spojrzała znacząco.

– Buzią? – zapytała bez złości.

– No chodź tutaj – mruknął...

ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY

Niezbadane  siły  w Psychosferze  sprawiły, że  tym razem Garrison-Koenig jechał wielkim  mercedesem na  północ. Los 

sprawił, że „chłopcy” de Mediciego przybyli o kilka chwil za późno. Zobaczyli tylko odjeżdżający srebrny samochód.

Mieli do  wyboru  albo skierować  się  z powrotem na  drogę  Ml, albo czekać, aż  przyrządy określą  precyzyjnie  miejsce 

pobytu Garrisona.

Johnie Fong, po sprawdzeniu, że rzeczywiście jedzie właściwą drogą, zwiększył dystans dzielący go od mercedesa.

Fong zjechał z podjazdu hotelowego i wszystko pozostałoby niezauważone, gdyby nie Willy Koenig. Jak mawiał o nim 

jego ukochany pułkownik, Willy miewał uzasadnione złe przeczucia. Niezależnie  od okoliczności, zawsze był przy gotowany 

na  najgorsze,  ale  również  potrafił  się  wykaraskać  z  najgorszych  tarapatów.  Miał  zalety,  które  zjednały  mu  przyjaźń 

i nieograniczone  zaufanie  zarówno Schroedera, jak i Garrisona. Dzięki tym zaletom  znalazł swoje  miejsce w konglomeracie 

psychicznych wcieleń Richarda. W tej chwili znajdował się na właściwym miejscu – za kółkiem kierownicy mercedesa.

Widok  szarego  jaguara  we  wstecznym  lusterku  zaniepokoił  Garrisona-Koeniga.  Zaczął  on  rozważać  podjęcie 

ostatecznych,  nawet  drastycznych  kroków.  Chciał  pozbyć  się  niewygodnego  towarzysza  podróży.  W  tym  celu  zjechał  na 

pobocze i otworzył bagażnik. Leżała w nim, niegdyś przemyślnie ukryta, broń (różnego rodzaju). Przeniósł ją do wozu. Kiedy 

usiadł za kierownicą, minął go szary jaguar.

Piętnaście minut później, gdy przejeżdżał obok zatoczki dla  ciężarówek, podejrzany pojazd znów się  pojawił. Garrison-

Koenig mógł sobie na razie nie zawracać tym głowy. Nie miał jednak wątpliwości, co będzie dalej.

Jednak ani on, ani Johnie Fong nie dostrzegli czarnego samochodu podobnego do wielkiego karawanu, który wyraźnie 

zbliżył się do nich.

Charon  był  zmęczony.  Wziął  wcześniej  trochę  prochów  (pomimo,  że  nie  uznawał  narkotyków,  jeśli  nie  chodziło 

o zwielokrotnienie  doznań seksualnych), a teraz  miał zamiar  powtórzyć dawkę. Rozpoczynał się  najważniejszy  dzień  w jego 

życiu, dzień  realizacji planów. W  Psychosferze  aż  gotowało  się  od dziwnych  wibracji. Garrison  musiał zginąć. Jeśli  Gubwa 

miał kiedykolwiek jakiekolwiek wątpliwości, teraz pozbył się ich cienia.

Na  myśl o Garrisonie Gubwa  zadrżał ze  strachu, po raz  pierwszy  od wielu  lat. Wiedział, że  Garrison to  niejeden, ale 

trzech ludzi, i dopóki ten multiumysł nie zostanie kompletnie wykasowany, dopóty on nie zazna spokoju.

Co do Philipa Stone’a i tej Maler – jeszcze żyli. Gubwa miał za dużo spraw, a oni nie stanowili żadnego zagrożenia.

Oczywiście  obecność  Vicki  była  niebezpieczna;  ale  strażnicy  myśli  skutecznie  chronili  Zamek  przed  ingerencją. 

Pomiędzy  królestwem  Charona  i  światem  zewnętrznym  rozpostarła  się  zapora.  Rodzaj  próżni  w  Psychosferze. Jeśli  jednak 

Garrison odkryje swego wroga, znajdzie jakąś cienką nić, najsłabsze odbicie w Psychosferze; wielki albinos nie miał złudzeń.

Unikał  nawet  kontaktu  z  Fongiem  i  drżał,  żeby  tamten  nie  starał  się  połączyć  z  nim.  Siedział  teraz  w  Centrum 

Dowodzenia  i  obmyślał  plan  działania. Psychomech  wymyślony  przez  Hitlera,  czy  też  raczej  przez  jego  naukowców,  miał 

służyć stworzeniu superludzi.

Został zbudowany trzydzieści lat później w Anglii przez faszystowskiego maniaka, Ottona Krippnera. Maszyny używał 

Richard  Garrison.  Dzięki  niej  pozbył  się  ludzkich  lęków  i  rozwinął  w  niewiarygodny  sposób  swoje  talenty  ESP.  Był  to 

eksperyment,  który  prawie  rozsadził  Psychosferę!  Gubwa  wiedział  także  o  Schroederze  i  Koenigu.  Mocna  wola  tego 

pierwszego i obronne zdolności drugiego chroniły i prowadziły Garrisona.

Garrison jednak  zniszczył Psychomecha. Oczywiście  zrobił to, by nikt nie  mógł podążyć  jego  śladem w Psychosferę; 

zazdrosny o swoją moc. W tych pierwszych dniach był tym dla pola  ESP, czym czarna dziura dla  przestrzeni czasu. Zachwiał 

porządek i prawa natury.

I  co  dalej? Co  spowodowało  odwrót  i  zmniejszenie  się  mocy? Gubwa w  swych rozważaniach doszedł do  podobnego 

wniosku co Garrison. Człowiek jest  tylko  człowiekiem i ma ograniczone  możliwości. Nawet  moc człowieka  jest skończona, 

choćby w czasie. Nie można prześcignąć czasu. Nie dokona tego nawet nieśmiertelny.

A jeśli te  trzy  jasno płonące  świece  czerpią moc  z tego  samego źródła? Jak długo jeszcze? Błąd Garrisona  polegał na 

zniszczeniu Psychomecha. Tylko ta niezwykła maszyna umożliwiała regenerację sił. Charon nie popełniłby takiej omyłki.

Gdyby  miał  Psychomecha,  uczyniłby  z  niego  bóstwo. Stałby  w  sekretnej  świątyni, a  Gubwa  byłby  najważniejszym 

kapłanem. Gdyby zabrakło mocy, bóstwo karmiłoby go. I wtedy miałby całą  Psychosferę na  swoje rozkazy, żyłby w wiecznej 

chwale! I...

Wydawało się niewiarygodne, że przyszłość Gubwy, sen o wiecznej mocy spoczywa w dłoniach zwykłego człowieka.

Tak  jednak  było  w  istocie.  Nie  w  rękach  Garrisona,  Schroedera,  Koeniga  czy  Vicky  Maler.  Jimmy  Craig,  James 

Christopher Craig, mikroelektronika. To jego umiejętności powołały do życia Psychomecha. Obecnie Craig pracował w jednym 

z  przedsiębiorstw  Garrisona, ale  już  wkrótce... Nie  będzie  mógł  odmówić, poddany  podwójnej  presji  –  hipnotelepatycznym 

zdolnościom  Gubwy  i  działaniu  narkotyków  –  i  stanie  się  tylko marionetką  tańczącą  w  rytm muzyki czarodziejskiego  fletu. 

Wydawało się prawie niemożliwe, aby mógł zapamiętać każdą techniczną informację  dotyczącą  Psychomecha. Pod wpływem 

hipnozy może  jednak przypomnieć sobie wszystko, przywołać  z pamięci najdrobniejsze  szczegóły i sen o Psychomechu stanie 

się rzeczywistością.

Ale  tym  razem  nie  miał  powstać  zwykły  człowiek  z  rozwiniętymi  przez  maszynę  zdolnościami,  a  człowiek 

o niespotykanych możliwościach. Charon Gubwa miał narodzić się z Psychomecha jako Bóg!

Ta  myśl  przeraziła  go.  Marzenie,  tak  bliskie  realizacji,  mogło  zostać  zduszone  w  zarodku.  „A  jeśli  Craig  umrze?” 

Brian Lumley - Psychosfera

50 / 61

background image

obawiał się. Jednak Craig żył i miał się dobrze. Pracował dla Garrisona jako dyrektor MME (Miler Micro-Electronics), na które 

to stanowisko został powołany dzięki sukcesowi Psychomecha. Co więcej, Gubwa  uznał za stosowne  kontrolować  Craiga. Za 

dzień, najdalej dwa, ten człowiek miał znaleźć się w Zamku, aby kontrolować prace przy Psychomechu II.

Nie  były to  jedyne  kroki podjęte przez  Gubwę. Dwa  razy  „odwiedził”  Craiga. Podczas  tych wizyt zasiał hipnotyczne 

ziarno w jego umyśle. Zauważył, że  jest bardzo chłonny i może być  kierowany przy minimalnym nakładzie sił. Ziarna  miały 

wkrótce wydać plon.

Postawił  mu  pytanie  kwestionujące  prawa  Garrisona  do  Psychomecha.  Dlaczego  tylko  ten  człowiek  miał  korzystać 

z Maszyny, podczas gdy Craig wykonuje główną pracę  przy jej rekonstrukcji? I dlaczego nie miałby powstać nowy, ulepszony 

model, do którego wszechmocny Garrison nie miałby żadnych praw?

Na  te  pytania  konstruktor  będzie  próbował  znaleźć  odpowiedź.  I  w  ten  sposób, powoli,  ale  skutecznie,  zacznie  się 

nawracać  na wiarę Gubwy. Oczywiście to tylko jeden z wielu problemów. Inne, nie  mniej ważne, wciąż zaprzątały mu głowę. 

Na przykład: jak zaaranżować śmierć Garrisona, nie zwracając na siebie uwagi.

Jakby w odpowiedzi zadźwięczał telefon. Po drugiej stronie czekał Johnie Fong.

– Charon, jacyś ludzie polują na Garrisona!

– Kto to jest? Ilu ich jest?

– Mają wygląd facetów od mokrej roboty; wiesz, mafia.

Jest ich trzech. Podróżują czarnym furgonem.

– Widzieli cię? – Różowe źrenice albinosa powiększyły się i serce zaczęło mu łomotać.

– Nie, Charon. Ich interesuje tylko Garrison.

– Johnie, trzymaj się od tego z daleka. Jedź za nimi, obserwuj, ale nie mieszaj się do niczego. Gdzie teraz jesteś?

– Jadę wciąż na północ; o jakąś godzinę od Newcastle.

Garrison  zatrzymał  się  tu,  aby  coś  zjeść. Widzę  go  teraz  przez  szybę. Siedzi  na  zewnątrz, przy  drewnianym  stole. 

Wygląda na bardzo zmęczonego i głodnego. Nie jadł śniadania w Leicester i... Charon...

– Tak?

– On znów się  zmienił. To jest wciąż Garrison, ale  nie ten sam człowiek. Nie wygląda na przestraszonego. Jest w nim 

jakaś arogancja, siła  i  pewność  siebie. Zmęczony,  a  niebezpieczny.  Jestem mistrzem walk  wschodu, jak wiesz, ale  nawet ja 

miałbym z nim teraz kłopoty.

– Masz rację, to Garrison-Koenig. Kiedy będzie po wszystkim, wyjaśnię  ci to. Teraz możesz  życzyć chłopakom z Cosa 

Nostra wszystkiego najlepszego. Polują na skorpiona!

Gdzie oni teraz są?

– Zatrzymali się niedaleko, przy stacji benzynowej, piją piwo.

– Czy Garrison wie, że jadą za nim?

– Wygląda na zajętego, chyba nie zdaje sobie z niczego sprawy.

– I dalej cię przeraża?

– Tak... tak... masz rację. Jest cały spięty. Zmęczony, ale nie  może się rozluźnić. Nawet je szybko. Chce jak najszybciej 

ruszyć w drogę.

„Dokąd? – Gubwa zadał sobie pytanie. – Dokąd jedzie? Co zamierza?”

– Jedź za nim – powtórzył. – Nie będę kontaktował się z tobą. Zadzwoń. – Wolno położył słuchawkę...

Philip Stone  nie był obecny przy telepatyczno-hipnotycznym śledztwie, któremu poddana  została Vicki Maler. Obudził 

się bez bólu głowy, w pokoju z dwoma łóżkami, krzesłami i zamkniętymi stalowymi drzwiami. Miejsce wyglądało jak izolatka 

w szpitalu psychiatrycznym; z potężnymi ścianami (jak przypuszczał – metalowymi) pod puchową  powierzchnią. W drzwiach 

tkwił wizjer.

Stone tak długo walił w drzwi, aż przynieśli mu śniadanie.

W chwilę  później,  kiedy  już  jadł,  drzwi otworzyły  się  ponownie  i  ktoś  wrzucił  do  celi Vicki  Maler. Agent wyjaśnił 

wszystko i po przełamaniu pierwszych lodów dziewczyna przyjęła jego zapewnienie i ochronę.

W  końcu,  wyczerpana  fizycznie  i  psychicznie,  położyła  się  na  drugim  łóżku.  Usiadł  przy  drzwiach  i  rozważał 

możliwości ucieczki. Jednocześnie narastał w nim gniew, a to oznaczało dla jego wrogów niebezpieczeństwo.

Od  tego  momentu czas płynął bardzo  wolno. W  południe  Vicki zbudziła  się  w  lepszym  nastroju  i  zażądała  wody do 

mycia.  Strażnicy  zostawili  im  też  pożywienie. I  tak,  mając  mnóstwo  czasu,  poznali  swoje  wersje  wydarzeń.  Byli  ze  sobą 

szczerzy, cóż im w końcu pozostało.

Rozmawiali do późnego popołudnia. Stone opowiadał o swoich przygodach, a ona  o swoim dawnym życiu. Zdjęła  też 

szklą kontaktowe, ukazując  mu złoty blask oczu, teraz nieco przygaszony i migoczący. Philip zachwycał się, patrząc na nią, na 

jej piękną dziewczęcą sylwetkę i regularne rysy twarzy.

–  Wiesz  –  powiedział  impulsywnie  –  może  będę  nieelegancki,  to  znaczy,  może  jest  tak,  dlatego  że  jesteś  ostatnią 

kobietą, z którą mam okazję rozmawiać, ale...

– Taak?

– O, do diabła, nic. Nic. – Wzruszył gniewnie ramionami.

– To jest ważne. O, do cholery, zaplątałem się...

– Co chcesz mi powiedzieć, Philipie?

– Tylko to, że to nie jest w porządku. – Westchnął.

– Co nie jest w porządku?

– Twoje życie; moje. Twoje, ponieważ było dla ciebie – znów wzruszył ramionami – okrutne. Moje, ponieważ...

– Tak? – znów go zachęciła.

– ... Ponieważ musiałem czekać do jego końca, aby cię spotkać.

Dziewczyna zdobyła się na blady uśmiech.

– To wcale nie jest nieeleganckie. To urocze. Wiem, o czym myślisz. Ja też czuję się taka... taka mała.

Brian Lumley - Psychosfera

51 / 61

background image

Gniew Stone’a znalazł swe ujście. Uderzył pięścią w drzwi.

– Czuję się tak cholernie... bezużyteczny!

– Czy wyświadczysz mi przysługę?

– A jestem w stanie?

– Tak. Po prostu usiądź tu i obejmij mnie. Mamy tylko siebie, ale to jest bardzo wiele. Od dawna nie miałam nic...

W południe Garrison-Koenig znalazł się w Edynburgu.

Tam też zgubił swoich opiekunów. Zaplanował to sobie wcześniej. Przejechał kilka skrzyżowań na czerwonym świetle, 

parę razy gwałtownie skręcił i stanął na dużym parkingu.

Zaparkował w taki sposób, aby łatwo było mu opuścić to miejsce, po czym wysiadł z samochodu, przeszedł betonowy 

taras i spojrzał w stronę  miasta. Panował duży ruch. Garrison zauważył w oddali furgon. Nie przejął się tym zbytnio, ponieważ 

dowodzenie przejął Koenig.

Poczekał, aż gruby stróż zbliży się do rampy. Miał czerwoną twarz i był wściekły.

–  Co, do  cholery, sobie  myślisz? Kiedy  podnoszę  szlaban,  trzeba  podejść  do okna  i  zapłacić,  a  nie  włazić  jak  kutas 

w masło; bez pytania!

–  Jestem  tu  obcy –  powiedział Koenig, zaznaczając  swój niemiecki akcent.  – Bardzo  przepraszam,  proszę  przyjąć  to 

jako zadośćuczynienie. – Podał mu zwitek banknotów dziesięciofuntowych.

– O, matko! Doprawdy, to bardzo miło...

– To dla pana. Proszę posłuchać. Czy wyświadczy mi pan przysługę? – Zaszeleścił jeszcze jedną dziesiątką.

– No jasne, pewnie. Co mam zrobić, sir? – Twarz Szkota rozjaśniła się przymilnym uśmiechem.

– Mógłby pan  posłać kogoś po  kilka  kanapek z szynką  i termos kawy. A, i jeszcze trochę surowego  mięsa, może jakiś 

stek; dla  psa. Posiedzę  tutaj trochę, może nawet się zdrzemnę. Aha  – wyciągnął trzecią dziesiątkę – niech pan ma oczy otwarte 

na  szarego  jaguara  i  duży  czarny  furgon.  Jaguar  prowadzi  Chińczyk.  W  furgonie  siedzi  trzech  mężczyzn,  mają  wygląd 

Włochów czy południowców.

– Jasne, sir. Zrobię wszystko, oczywiście. Czy ci panowie to pańscy przyjaciele?

– Nie. – Koenig uśmiechnął się, potrząsając głową. – To nie  są  moi przyjaciele. Zawiadomi mnie  pan, zanim ich  tutaj 

wpuści. Będę bardzo wdzięczny i wynagrodzę pański trud.

– Zrobione, sir. Nikt panu nie będzie przeszkadzał. Już ja tego dopilnuję.

– Danke schön. Jestem pewien, że zrobi pan wszystko, co w jego mocy.

Czujnik  zamontowany  pod  tablicą  rozdzielczą  mercedesa  wysyłał cichy  sygnał.  Dwukilometrowy  dystans  pomiędzy 

mercedesem a furgonem zmniejszał się...

– Charon! – Gubwa nigdy nie słyszał tak ostrego głosu sir Harry’ego. – Co się dzieje?

– Co się ma  dziać? – Albinos przeklinał w myślach, żałując, że  tamten nie  zadzwonił w czasie bardziej odpowiednim. 

On sam nie wiedział jeszcze co się dzieje. – O co panu chodzi, sir Harry?

– Wiesz o co, do cholery! Garrison zniknął i Maler też.

Jego służba powiadomiła  miejscowy komisariat. Dowiedziałem się  z „góry”. On domaga  się odpowiedzi. Co mam mu 

powiedzieć?

Gubwa odprężył się.

– Nic mu nie mów; prawdopodobnie już nie żyje.

– Jaśniej, proszę.

– Mafia go ściga – odrzekł Charon.

– Tak?

– Zemsta za Vincentiego i jeszcze kilka innych spraw.

– Vincenti? To był Garrison? – zapytał sir Harry.

– Tak, on to wyreżyserował.

Przez chwilę w słuchawce panowała cisza.

– A Stone? Co z nim? Zabrał tę Maler i zniknął.

–  Tak, obydwoje  zniknęli.  Na  zawsze. – Gubwa  odczekał trochę, uśmiechnął się  do  cichej  słuchawki.  Sir  Harry’ego 

zatkało. – Chciałeś załatwić porachunki z MI6, prawda?

– Tak, ale...

–  No  więc,  o  co  chodzi?  Najwyraźniej  Stone  był  na  liście  płac  Cosa  Nostry.  Tak  sobie  wszyscy  pomyślą.  Zabrał 

dziewczynę  na  przynętę.  Jeszcze  jedna  rozgrywka  pomiędzy  Garrisonem  a  mafią.  Jako  dowód  mamy  braci Black  i  bombę 

w samolocie Garrisona. A Vincenti i „samobójstwo” braci to robota mafii, która chciała ukryć powiązania z Garrisonem.

– Tak, tak, wszystko rozumiem. Ale Stone pracuje dla mafii? To chyba szyte zbyt grubymi nićmi – odrzekł sir Harry.

– Czy  przypuszczałeś, że MI6 jest czystszy od  twojego wydziału? – zaśmiał się Gubwa. –  Może  tak, ale  oni też  mają 

swoje  brudy,  zapewniam  cię.  Posłuchaj,  ciało  Stone’a  zostanie  znalezione  w  rzece;  jeszcze  jeden  dowód  przeciwko  mafii. 

A ponieważ odkryje to twój wydział, przejmiesz kontrolę nad wszystkimi śledztwami. MI6 będzie skompromitowany na długo. 

I co o tym powiesz?

– Świetnie! Kiedy to się stanie?

– Już – odparł Gubwa.

– Teraz? Mówiłeś o sześciu tygodniach!

–  Mówiłem  „maksimum  sześć  tygodni”.  Nie  doceniałem  siebie,  to  wszystko.  Udało  się  wcześniej  i  bez  żadnych 

komplikacji. Dzisiaj wieczorem Garrison powinien być już trupem, a z brzaskiem poranka możesz szukać ciała Stone’a.

– O rany! Mam tyle pracy i tak mało czasu.

– Nie marnujmy go więc. Jak wiesz, ja też jestem zajęty.

– Dobrze, ale  powiedzmy sobie  jasno i otwarcie. Muszę  wiedzieć  o śmierci Garrisona w minutę  po  fakcie. Nie  mogę 

zacząć działań przed tym. Masz coś przeciwko?

Brian Lumley - Psychosfera

52 / 61

background image

– Oczywiście, że nie – odrzekł Charon. – Dowiesz się o wszystkim, gdy będzie po fakcie. Czy to cię satysfakcjonuje?

– Tak, jesteś dobrym człowiekiem. Ale... Charon...?

– Słucham?

– Dałbym sobie uciąć rękę, aby się dowiedzieć, jak to zorganizowałeś.

– Rozumiem, ale to tajemnica.

Odkładając słuchawkę, Gubwa miał ochotę zajrzeć do umysłu sir Harry’ego. Zdecydował się jednak tego nie robić.

W tej  chwili  panował  tam kompletny  chaos. Sir  Harry  zawsze  był człowiekiem, którego należało  obserwować. Dziś 

jednak Gubwa postanowił zachować siły na ważniejsze wydarzenia.

I w ten sposób popełnił trzeci błąd, prawdopodobnie  największy. Pierwszy to zainteresowanie  się Garrisonem w ogóle, 

drugi – porwanie Vicki Maler. Ale ten? Nie sprawdzenie intencji sir Harry’ego było początkiem końca, bowiem w myślach tego 

człowieka wcale  nie panował chaos; wprost przeciwnie  – dojrzewał tam ciekawy plan. Gubwa ofiarował mu dwa worki złota, 

ale  on miał ochotę na  trzeci: Garrison  to  pierwszy, mafia  – drugi, a Charon miał być  trzecim. Częściowo  dlatego, że  trzymał 

przy głowie sir Harry’ego naładowany pistolet, ale głównie dla samej satysfakcji...

ROZDZIAŁ OSIEMNASTY

Johnie Fong odnalazł czarny furgon mniej więcej w tym samym czasie, kiedy Ramon de Medici, Fatso Facello i Toni 

Murelli zorientowali się, gdzie Garrison ukrył swój samochód. Detektor informował o bliskości pojazdu, a parking był jedynym 

miejscem, w którym mógł się znajdować.

Chińczyk zatrzymał się w uliczce obok i obserwował akcję z bezpiecznej odległości. Tak jak kazał Gubwa.

Medici zablokował  wyjazd z  parkingu. Murelli  i  Facello podeszli do  budki dozorcy. Nastąpiła  krótka  wymiana  zdań. 

Dozorca  zdenerwował się i zaczął wymachiwać rękami. Murelli obrócił się do Raniona, pokazując uniesiony w górę kciuk. Po 

chwili padł strzał.

To było doskonale miejsce na akcję.

Garrison-Koenig parkował na  czwartym piętrze, prawie  na  wprost wjazdu. Wypił kawę  i zjadł kanapki. Czuł rosnący 

niepokój. Było  zbyt  spokojnie, a  Suzy  zachowywała  się  dziwnie.  Gwar  ulicy  przycichł. Mewy  krążące  na  niebie  krzyczały 

wniebogłosy.

Rozległ się  wystrzał armatni oznajmiający godzinę pierwszą. Garrison-Koenig obrócił się  gwałtownie. Kątem oka, we 

wstecznym lusterku samochodu, dostrzegł jakiś ruch.

U  wylotu rampy pojawił się  Toni Murelli. Na  zewnątrz  jasno świeciło słońce, natomiast  w  środku panował półmrok. 

Oczy Murelliego jeszcze do niego nie przywykły.

Zobaczył po chwili mercedesa. Przednie drzwi samochodu były otwarte. Widział parę unoszącą się z otwartego termosu. 

Obok leżały papiery po kanapkach. Uśmiechnął się złowieszczo.

„W porządku, Garrison – pomyślał – odpocznij sobie.”

Zbliżał się  do  wozu  z  lewej  strony. Widział teraz  opuszczone  siedzenie  kierowcy.  Zrobił trzy  ostatnie  kroki  i  bardzo 

szybko złożył się do strzału. Już trzymał palec na spuście i...nagle uśmiech spełzł z jego twarzy.

Garrison-Koenig  wyszedł  zza  masywnej  betonowej  kolumny  i  kopnął  drzwi  samochodu,  przytrzaskując  Murelliemu 

nadgarstek. W tej samej chwili z tyłu wozu wyskoczyła Suzy i zębami złapała mordercę za rękę.

Krzyk  Murelliego  zmieszał  się  z  odgłosem  upadającego  pistoletu.  Garrison-Koenig  oparł  się  całym  ciężarem  ciała 

o drzwi i kopnął przeciwnika w krocze. Suzy, po odgryzieniu mu dwóch palców, zajęła się resztą. Murelli, oszalały ze strachu, 

próbował bronić  się  ostatkiem sił. Chciał uderzyć wroga, ale  wtedy tamten uniósł go i pchnął. Przez chwilę  Murelli wisiał na 

barierce. Twarz mu zbielała; łapał ustami powietrze  jak ryba  wyciągnięta z wody. Spadł, nie zdążywszy nawet krzyknąć. Jego 

ciało  roztrzaskało  się  przed czarnym  furgonem jak  dojrzały melon. Przez  dłuższą  chwilę  Medici  siedział sparaliżowany, nie 

mógł wykrztusić  słowa. Miał  uchylone  okno  i  słyszał  odgłos  upadku. W  końcu  wyłączył  silnik  i  w  tym samym  momencie 

dobiegł go ryk potężnego silnika mercedesa.

Garrison-Koenig prowadził srebrną bestię. Zobaczył maskę cofającego furgonu. Zobaczył także Fatsa Facello stojącego 

w  oknie  budki.  Nigdzie  nie  było  widać  Szkota.  Garrison-Koenig  trzymał  w  zaciśniętych  zębach  zawleczkę.  Po  chwili 

odbezpieczony granat poszybował w kierunku budki.

W sekundę później mercedes uderzył w przód furgonu, zmiatając go z drogi.

We wstecznym lusterku Koenig zobaczył Fatsa Facello miotającego się w budce. I wtedy...

Rozległ  się  ogłuszający wybuch. Budka  utonęła  w  jęzorach  białego  ognia  i  dymu. Facello został wyrzucony na  dach 

furgonu. Koenig po chwili wtopił się w ruch uliczny, szukając drogowskazów do Forth Bridge.

Zabił przynajmniej jednego z nich, być może dwóch. Miał nadzieję, że ich samochód nie nadawał się do użytku. Zostało 

jeszcze  jedno zmartwienie – mały żółty człowieczek. Przez  chwilę zastanawiał się, co z dozorcą parkingu; nie mógł wiedzieć, 

że ten w chwili wybuchu już nie żył. Został po nim tylko poplamiony krwią dziesięciofuntowy banknot.

Koenig  zauważył, że  uszkodzenia  jego samochodu są  nieznaczne. Nie widział potrzeby  używania  wobec  mafii swych 

zdolności. Jego moc nie była bezgraniczna, wręcz przeciwnie – wyczerpywała się.

Nieco  po  trzeciej po  południu  Johnie  Fong  zreferował  Charonowi całe  zajście. Telefonował  z  garażu  usytuowanego 

w  górnej  części  obwodnicy,  na  nowym  osiedlu.  Na  dole,  po  drugiej  stronie  wsi,  mercedes  Garrisona  został  poddany 

przeglądowi. Na poboczu stał furgon mafii. W środku nikogo nie było. To wszystko zobaczył przez lornetkę.

– Nie  wiem, w jaki sposób trafili z powrotem na jego ślad. Po prostu pojechałem za  nimi. Teraz jednak muszę zostać 

trochę bardziej z tyłu, ponieważ jeśli nawet Garrison nie wie, że tu jestem, oni na pewno zorientowali się.

–  Wobec  tego,  zrób  tak. Do  chwili, kiedy  sobie  z  nim  po  radzą. Musi  szybko  słabnąć.  Wiedząc, że  są  tuż  za  nim, 

powinien się ich pozbyć. Ma wielką moc, ale ona ucieka z niego jak szczury z tonącego statku. Ja jednak nie chcę podejmować 

ryzyka. A  jeśli  chcesz  wiedzieć,  jak  trafili  na  jego  ślad, powiem  ci:  mercedes  ma  urządzenie  nadawcze,  a  w  furgonie  jest 

odbiornik... Ale powiedz mi, dlaczego jedzie na północ?

Brian Lumley - Psychosfera

53 / 61

background image

–  Myślę,  że  to  głupiec.  Odważny  głupiec.  Kraj  tutaj  coraz  dzikszy  i  czas  ucieka.  Samochód  mu  szwankuje, 

prawdopodobnie spowodowała to eksplozja, nie wiem.

Myślę, że  z  zapadnięciem  nocy  zbliżą  się  do  niego  i  zabiją  go. Gdybym miał  broń, powystrzelałbym  ich  wszystkich 

z łatwością.

– Nie! – uciął Gubwa. Przez ciebie on może znaleźć dojście do mnie. Musisz po prostu obserwować i zdawać raport.

–  Jak  chcesz, Charon. Myślę  jednak, że  mógłbym  ich  wyprzedzić. Zjechali  już  z  głównej  drogi. Pojechałbym  przez 

wioskę w góry. Może znajdę jakieś wysoko położone miejsce do obserwacji.

– Zrób tak. Nie pozwól,  żeby cię zobaczyli. Dokładnie za godzinę odwiedzę cię.

To będzie ryzykowne, zdajesz sobie z tego sprawę?

– Będziesz bezpieczny, przyrzekam ci.

– Dobrze.

Jesteś wiernym sługą.

– Kocham tylko ciebie, Charon.

..

Kiedy  trzej  żołnierze  Gubwy  przyszli  po  Vicky  i  Stone’a,    oboje  wiedzieli,  że  zbliża  się  koniec.  Stone  był  teraz 

bezużyteczny, a poddana  hipnozie Vicki już wyjawiła  wszystkie informacje. Mogli stawić opór  (wpływ Gubwy nie ograniczał 

ich działań), ale nie dano im nawet cienia szansy.

Przyszło  po  nich  trzech  mężczyzn  uzbrojonych  po  zęby.  Więźniowie  zostali  błyskawicznie  przywiązani  do  wózków 

inwalidzkich: dwóch strażników pchało wózki, trzeci trzymał palec na spuście karabinu maszynowego.

Zabrano  ich do Centrum Dowodzenia. Z nieznanych  powodów  Gubwa  chciał mieć  ich przy sobie. I zgodnie z naturą 

pana Zamku powody te na pewno nie były dobrą wróżbą. 

Wielki albinos miał na sobie szlafrok i kapcie. Na pomarszczonej twarzy nie pojawiły się jeszcze cienie, pomimo, że nie 

spał  od  dłuższego  czasu.  Więźniowie  dostrzegli  w  nim  jakąś  dzikość,  ledwo  kontrolowaną  histerię,  która  zawsze  dotyka 

osobowość psychicznie niezrównoważoną w chwilach kryzysu.

– Moja droga panno Maler.

I  panie  Stone, oczywiście. –  Tutaj  skłonił  się  przesadnie  nisko. Zastanawiacie  się  bez  wątpienia, dlaczego  was  tutaj 

sprowadziłem.

–  Niezupełnie  –  odpowiedział  sucho  Philip.  –  Ponieważ  jesteśmy  jedynymi  istotami  ludzkimi  w  tym  miejscu,  to 

naturalne, że chcesz z kimś pogadać.

Musisz  być  cholernie  samotny  pośród  tych  wszystkich  wybryków  natury,  których  nazywasz  sługami,  i  strażników 

robotów!

Gubwa uśmiechnął się niewinnie.

– Nie ma pan racji, panie Stone, wręcz przeciwnie. Ja też jestem wybrykiem natury, pamięta pan?

A co do tych robotów; nikt nie  jest w stanie oprzeć się moim rozkazom. Czy nie odczuł pan tego na własnej skórze? – 

Odczekał chwilę, aby zobaczyć, jakie wrażenie wywrze ta uszczypliwość.  – Ale...nie sprowadziłem was tutaj na  pogaduszki, 

nawet jeśli są zabawne.

– Skończmy więc z tym, panie Gubwa – powiedziała Vicki, przybierając lodowaty ton. – Dlaczego tutaj jesteśmy?

Charon popatrzył na nią.

Jego źrenice stały się małe jak różowe główki szpilek.

– Widzę płomień w pani spojrzeniu, panno Maler.

Płomień w pani sercu. To piękne uczucie. Proszę się nim cieszyć, bo wkrótce będzie pani tak zimna jak te ściany.

–  Nie  oczekujemy  od  ciebie  niczego  dobrego.  Zastanawialiśmy  się  tylko,  czy  będzie  to  prędzej,    czy  później  ;  to 

wszystko.

– Dla młodej pani, wcześniej; jeśli to, co mi powiedziała i w co wierzy, jest prawdą.

– Richard! szepnęła przerażona.

– Tak, Garrison. Powiedziała pani, że jeśli on umrze, pani także odejdzie. Od razu na to wpadłem. Wystarczy mieć panią 

na oku, aby wiedzieć, kiedy będzie po nim. A to już niedługo. Postarałem się.

Vicki zwiesiła głowę i zatkała.

–  Skurwiel!  –  Stone  cedził  słowa,  jego  twarz  wykrzywiła  nienawiść.  –  Szary,  podobny  do  glisty, obleśny,  oślizgły 

skurwiel!

– Ale jutro będę górą! -wykrzyknął albinos. Oczy zalśniły mu niebezpiecznie. – A wkrótce Bogiem!

– Ty? Bogiem? Bogiem popromiennych mutantów!

– Co? –  Charon doprowadzony prawie  do  ostateczności miotał  się  po  pomieszczeniu. –  Człowieczku, niczego się  nie 

nauczyłeś? Popromienny? Czy dziewczyna nie powiedziała ci o tym?

– Nie nadążam za tobą. O co ci, do cholery, chodzi?

Vicki milczała. Rozumiała o wiele więcej od Stone’a.

– Psychomech! – wyrzuciła z siebie.

– Aha! Dziewczynka wie! Proszę mu to wyjaśnić, panno Maler.

Potrząsnęła głową, nie wiedząc, od czego zacząć. Gubwa zajrzał do jej umysłu.

– Niech pani zacznie od Garrisona. Sprzed Psychomecha.

– On  był... zwyczajnym człowiekiem. – Załkała. –  Był dziwny, widział różne  rzeczy, których  inni nie  mogli do strzec, 

ale był zwykłym człowiekiem; trochę podobnym do dużego chłopca, do niewidomego chłopca! I potem... – urwała.

– Tak, tak! Proszę dalej, świetnie pani idzie.

–  Jego  moc  zwiększyła  się  tysiąckrotnie,  stała  się  wręcz  nieskończona. Z  początku  był...  jak  Bóg!  Przez  ponad  rok 

i wtedy...

–  Wtedy  moc  zaczęła  go  zawodzić  i  nie  było  sposobu, aby  ją  odnowić  –  wtrącił  Gubwa. –  A  ten  głupiec  zniszczył 

Brian Lumley - Psychosfera

54 / 61

background image

Psychomecha i nie wiedział, o co chodzi!  Dopiero teraz, kiedy już  jest za późno, odkrył prawdę. Teraz ucieka przed wrogami, 

których dawniej zniszczyłby jednym spojrzeniem, jedną  myślą! Psychomech będzie żył dalej. Poczyniłem już  pewne starania. 

Człowiek, który zbudował maszynę dla Garrisona zjawi się tu jutro i...

– Jimmy Craig? – Vicki ze zdziwienia otworzyła szeroko oczy. – Jego też pan schwytał?

– Tak, pan James Christopher Craig we własnej osobie. Już odwiedziłem go w snach i wysunąłem kilka... sugestii. Ach, 

jakże podatny jest nasz pan Craig.

– Ale  Jimmy  nie  był  konstruktorem. Psychomecha  zbudował  człowiek, który  nie  żyje; czy  zginął. Jimmy  po  prostu 

wszystko ulepszył. Wymienił przestarzałe części. On...

–  Wiem  o  wszystkim, panno Maler. Pani  mi  o  tym  powiedziała, nie  pamięta  pani? No  cóż, może  pani  nie  pamięta. 

Wzruszył ramionami. – Ale  czytałem  jego myśli i powiedziałem mu, że  ma  do wypełnienia  Wielką  Misję. Musi  odbudować 

Psychomecha;  większego,  potężniejszego  Psychomecha  i  tym  razem dla  mnie. Powiedziałem,  że  stanie  się  najpotężniejszy 

w  świecie;  że  błądził, pracując  dla  Garrisona;  że  Garrison  to wielki grzesznik!  Obiecałem też  zniszczyć  Garrisona  i  w  ten 

sposób Craig, pracując dla mnie, odkupi swoje winy.

– A, i jeszcze, że  Psychomech będzie mógł porozumieć  się  z Jedynym Prawdziwym Bogiem. To ja nim będę!  – Gubwa 

kaszlnął i na brzuchu zadrżały mu fałdy tłuszczu. – Teraz pani rozumie, panno Maler; rozumie pani?

– Tak – odrzekła ze smutkiem. – Teraz rozumiem. Psychomech uczyni z pana istotę sto razy potężniejszą od Richarda.

– No właśnie! – Spojrzał triumfująco na Stone’a – A pan rozumie?

– Jesteś wariatem.

– A ty głupcem. Widziałeś, co potrafię  zrobić  bez pomocy Psychomecha. A kiedy będę go miał... pomyśl tylko! Bomba 

neutronowa, holokaust?  Nie, panie  Stone. Inżynieria  genetyczna? Niepotrzebna. Z  pomocą  Psychomecha  po  prostu  zmienię 

świat!  – Błądził wzrokiem gdzieś w oddali. Na twarzy miał wypisane szaleństwo. –  Homo sapiens? Tak, panie  Stone, ale  za 

miesiąc, może  wcześniej, kiedy  Psychomech  uczyni mnie  Bogiem,  ten  gatunek  zmieni  się  w  Hermaphoro  sapiens!  Każdy 

mężczyzna, kobieta  i dziecko  w mgnieniu oka, na mój rozkaz, zmieni  się! Cesarz  Ziemi? Tej nędznej planetki? Nie, nie. Już 

nie, drodzy państwo. Mój nowy plan jest ambitniejszy. Po co rządzić jednym światem, kiedy cały wszechświat może  do mnie 

należeć! A co do tytułów, to wymienię je wam: Bóg Ziemi i Wszystkich Gwiazd, pan Wszechświata i Władca Psychosfery.

Gubwa chodził po Centrum Dowodzenia, gestykulując i wymachując rękami jak wielki wiatrak. Stone spojrzał na Vicki.

– Długo nie pociągnie. Popatrz na niego – wyszeptał.

– Mylisz się, Philipie. Oczywiście, jest chory psychicznie, ale rozumuje prawidłowo.

Stone aż otworzył usta ze zdziwienia.

– Rozumuje prawidłowo? On myśli, że ta maszyna, ten Psychomech może zmienić go w Boga!

– W jedynego Boga. Tak, to prawda.

– Vicki, nie jestem wierzący, ale to bluźnierstwo!

– Tak.

–  Precz!  Precz,  precz!  –  wrzasnął  nagle  Gubwa.  –  Chory  psychicznie?  Bluźnierstwo?  Zobaczymy,  zobaczymy.  – 

Nacisnął guzik interkomu.– Straż, do  mnie!  – Drzwi  otworzyły  się  z sykiem i weszło  dwóch  żołnierzy. – Zabrać ich. Niech 

czekają na korytarzu. Mam coś pilnego do zrobienia. Szybko, szybko, mam dużo pracy.

Zostali wywiezieni na korytarz. Drzwi zasunęły się za nimi...

Johnie  Fong  przejechał  przez  miasteczko, kierując  się  w  stronę  gór. Niełatwo  było  mu  prowadzić  po  krętej drodze; 

z  jednej  strony  wznosiła  się  skalna  ściana,  z  drugiej  opadała  przepaść.  Fong  wiedział,  że  to  pierwszorzędne  miejsce  na 

zasadzkę.

Chińczyk  zaparkował  samochód  za  grubymi sosnami.  Następnie  wspiął się  na  lekkie  wzniesienie  pomiędzy  dwoma 

gołoborzami i usiadł na płaskim kamieniu. Z tego miejsca mógł obserwować wszystko, co się poruszało. Kiedy tylko wyciągnął 

lornetkę,  zobaczył  mercedesa  kierującego  się  w  stronę  gór.  Fong  pomyślał,  że  Charon  Gubwa  działa  z  wielką  precyzją; 

powiedział: „za godzinę” i właśnie mijała godzina.

– Johnie! – Fong usłyszał cichy szept. – Jest bezpiecznie?

– O tak, Charon! – Chińczyka nigdy nie przestały dziwić zdolności mistrza.

–  DOBRZE!  TERAZ  NIC  NIE  MÓW I  SKONCENTRUJ SIĘ  NA  OSTATNICH  WYDARZENIACH. POZWÓL MI 

ZOBACZYĆ, CO SIĘ DZIEJE W TEJ CHWILI!

Fong przyłożył  do  oczu lornetkę. Mercedes  piął  się  w  górę, a  za  nim,  w  odległości  około  dwóch  kilometrów, jechał 

czarny furgon. Ten drugi z niebezpieczną prędkością.

Wkrótce oba samochody zniknęły z pola widzenia.

– GDZIE SIĘ POJAWIĄ ZNOWU?

– Tam, Charon.– Naprowadził lornetkę na wylot drogi.

– ŚWIETNIE, UWIELBIAM WYŚCIGI. TRZEBA NA TO POPATRZEĆ.

Droga biegła między dwoma  wzgórzami. Nie  było jeszcze widać  samochodów. Dopiero po dwudziestu pięciu minutach 

mercedes wyłonił się zza  wzgórza. Wydawało  się, że  furgon został daleko z tyłu. Ale po pięciu  minutach czarny, błyszczący, 

podobny do karawanu samochód pojawił się znowu.

Tyle  czasu wystarczyło  Garrisonowi-Koenigowi. W  miejscu, gdzie  droga  przechodziła  w  ostry zakręt, przy  stromym 

usypisku skalnym czekał ukryty mercedes. Wychodząc na prostą, pasażerowie furgonu nie mogli go zobaczyć.

Ale Fong i Gubwa widzieli wszystko.

– GŁUPCY! – Zdenerwował się albinos. – NIE WIEDZĄ, CO ICH CZEKA!

Srebrny mercedes uderzył w bok furgonu, spychając go z drogi i zrzucając w przepaść. Czarny wóz, obijając  się, spadł 

na dno i wybuchł. Rozpętało się prawdziwe piekło.

Garrison-Koenig wyszedł z samochodu i stanął na skraju przepaści. Patrzył w dół. I wtedy...

– CO SIĘ DZIEJE? – zawołał zdziwiony Gubwa.

Garrison-Koenig wyciągnął przed siebie ramiona, posyłając falę energii. W tym samym momencie ostry dźwięk strzału 

Brian Lumley - Psychosfera

55 / 61

background image

odbił się echem od wzgórz. Chińczyk skierował lornetkę na prawo, omijając spojrzeniem drogę i znalazł to, czego szukał.

Ramon de Medici. Wyłonił się zza głazów i szedł naprzód.

Miał broń. Po raz pierwszy w swoim życiu Koenig napotkał kogoś, kto miał równie złe przeczucia.

Medici zaczął biec. Chwilę później spojrzał w dół przepaści.

Płomienie trawiły samochód. Gubwa także miał już dość.

– JOHNIE, JUŻ PO WSZYSTKIM! ZOSTAŃ TAM.

KIEDY TAMTEN  ODJEDZIE, ZEJDŹ  NA DÓŁ  I  PRZYJRZYJ  SIĘ WSZYSTKIEMU. NICZEGO NIE  DOTYKAJ, 

SKONTAKTUJ SIĘ ZE MNĄ PÓŹNIEJ, JEŚLI ZOBACZYSZ COŚ, O CZYM POWINIENEM WIEDZIEĆ.

– Poczekaj! Popatrz...

Medici otworzył drzwi samochodu i sięgnął do środka.

Z trudem wyciągnął coś czarnego...

–  PIES GARRISONA. MARTWY. OCZYWIŚCIE, ŻE TAK. ŻYŁ TYLKO  DZIĘKI  NIEMU. – Gubwa  przypomniał 

sobie o Vicki Maler. – MUSZĘ KOŃCZYĆ. JESTEŚ DOBRYM I WIERNYM CZŁOWIEKIEM, JOHNIE FONGU.

ZOSTANIESZ KAPŁANEM ŚWIĄTYNI.

– Dzięki ci, Charon – odparł, a następnie ostrożnie, aby nie zwrócić na siebie uwagi Mediciego, zaczął schodzić z góry...

Gubwa poderwał się gwałtownie z fotela.

– Przyprowadźcie ich! – rozkazał.

Drzwi  otworzyły  się;  wjechał  Stone  i  Vicki.  Mężczyzna  szlochał,  strażnicy  byli  bladzi  z  przerażenia.  Patrzyli 

w milczeniu na Vicki Maler.

W  wózku  siedziała  pomarszczona  stara  mumia  z  białymi  włosami  i  pożółkłym  ciałem.  Mamrotała  coś  i  kaszlała, 

sczerniałe  zęby  wypadały na  podłogę  wraz  z  żółtawą  plwociną.  Stone  dalej  płakał,  a  ona  uniosła  rękę  i  przejechała  nią  po 

twarzy. Szkła kontaktowe wysunęły się. Była ślepa. Wokół unosił się zapach starości...

– Zobaczyć znaczy uwierzyć  – powiedział Gubwa nieporuszony. – Garrison nie żyje i ona też umrze, ale to jeszcze  nic. 

Wkrótce  zacznie  gnić.  Skoro  już  się  tak  dobrze  poznaliście,  nie  mogłem  pozbawić  pana  jej  towarzystwa.  –  Popatrzył  na 

strażników. – Zabrać ich do celi.

Kiedy został sam, podniósł słuchawkę i wykręcił numer sir Harry’ego...

ROZDZIAŁ DZIEWIĘTNASTY

Johnie Fong zszedł ze  stoku nie zauważony. Ramon de  Medici usiadł za kierownicą mercedesa. Chwilę później dał się 

słyszeć  odgłos  włączonego  silnika.  Ruszył  drogą  na  południe,  przejeżdżając  zwłoki  psa.  Fong  zobaczył  krew  tryskającą 

spomiędzy  szczęk.  Kiedy  samochód  odjechał,  zobaczył  coś  jeszcze.  Z  płytkiej  przepaści  wynurzyła  się  dłoń.  Chińczyk 

momentalnie  przytknął lornetkę  do  oczu. Odległość  nie  była  duża, ale  musiał mieć  pewność. Ręka  wysunęła się, błądząc  po 

kamieniach i chwytając okrwawionymi palcami krawędź. Znalazła oparcie i ukazało się ramię, głowa i twarz.

Twarz Garrisona biała jak śnieg. Stróżka krwi spływająca ze skroni kontrastowała z tą bielą.

Fong  przetarł  szkła  lornetki  i  spojrzał  jeszcze  raz.  Mężczyzna  próbował  wstać.  Jakimś  cudem  udało  mu  się  to. 

Najbardziej fascynowały Fonga oczy Garrisona. Było w nich coś niezwykłego. Ten człowiek patrzył na odjeżdżający samochód 

i jego oczy zalśniły złotą poświatą. Wyciągnął rękę w kierunku mercedesa, wymamrotał jakieś zaklęcie i złoty blask opromienił 

całą twarz. Za chwilę jednak silniejszy blask zaćmił tamten pierwszy. Nagle srebrny samochód przemienił się w ognistą kulę.

Nawet z tak dużej odległości żar owionął twarz Fonga.

Opuścił dłoń z lornetką  i otworzył usta ze zdumienia. Znał Charona Gubwę  od wielu lat, ale  nigdy nie widział czegoś 

takiego.  Kiedy  nad  miejscem  wybuchu  uniósł  się  ognisty  grzyb,  Chińczyk  został  niemal  przewrócony  podmuchem,  który 

rozkołysał nawet potężne sosny. Gorący wicher ucichł tak szybko, jak się pojawił. Fong upadł na  połamane sosnowe  gałęzie. 

Po chwili ziemia przestała drżeć.

Podniósł się niepewnie. Jego samochód leżał przewrócony na boku. Kilka sosen zostało wyrwanych z korzeniami.

Grzyb wzniósł się  wyżej, stał się teraz biały. Kawałki skał ze  zbocza osuwały się, wypełniając  lej  po wybuchu. Fong 

odnalazł lornetkę i zawiesił ją na szyi. Zdał sobie sprawę, że mógł zostać przygnieciony. Teraz rozumiał ostrożność szefa. Moc 

Garrisona...

Kiedy Garrison-Koenig upadł postrzelony, spadła na niego mała lawina kamieni i skalnych odprysków. Uchroniło go to 

przed czujnym okiem mordercy i żarem płonącego samochodu. Był nieprzytomny tylko dwie  minuty, po czym ból przywrócił 

mu świadomość.

Potężna moc pozwoliła mu przetrwać wszystkie próby ze snu, nawet tę najgorszą – pustynię. Taki właśnie był jego sen – 

ciągnął z mozołem Maszynę i pożegnał umierającą Suzy.

Wtedy nastąpił potężny wybuch, który uniósł Koeniga,, wydostając umysł Garrisona z koszmaru.

To  właśnie Richard Garrison ocknął się na  skraju  przepaści. Podszedł do miejsca, gdzie leżało zmiażdżone  ciało Suzy 

i pogłaskał psa po głowie. Nawet teraz zamigotało życie w jej oczach, ale nie... To tylko złudzenie. Zapłakał. Oczy Richarda nie 

miały  już  dawnego  jasnozielonego  blasku.  Nie  mógł  nawet  wskrzesić  Suzy.  Dawniej  było  to  dziecinnie  proste.  Teraz  nie 

pozwalały na to topniejące wciąż zasoby energii.

Uśmiechnął się przez łzy do swoich myśli. Byli ze sobą bardzo blisko, bliżej niż jakiekolwiek zwierzę ze swoim panem. 

Suzy stanowiła prawie jego część.

Delikatnie przedostał się do myśli psa. Odnalazł tam wielką miłość i ból.

– SUZY – zawołał. – JUŻ CIĘ NIE BOLI? ŚWIETNIE!

A TERAZ, MALEŃKA, CHODŹ DO MNIE... CHODŹ DO MNIE...

Popatrzyła na  niego i zamknęła oczy; bezwładnie opadła na ziemię. Garrison podniósł się ciężko. Miał przed sobą wiele 

kilometrów drogi, a było coraz później.

Instynktownie znalazł właściwy kierunek: wzdłuż drogi cztery kilometry, następnie przez  górę  i dalej... Uśmiechnął się 

Brian Lumley - Psychosfera

56 / 61

background image

blado. Z głębi własnego umysłu  dobiegło go radosne  szczekanie; nie  był sam. Zwłoki psa  zniknęły. Wiatr  rozwiewał tumany 

kurzu...

Fong trzymał się w bezpiecznej odległości od Garrisona.

Szedł za nim po wzgórzach tego dzikiego kraju, który Chińczykowi wydawał się jeszcze surowszy. Śledzony stawał się 

coraz słabszy, szedł wolniej, ale nie oglądał się za siebie.

Fong przemierzał za nim torfowiska, wspinał się na sypkie zbocza, pokonywał kilometry podmokłego gruntu.

Garrison,  pomimo  chwilowych  postojów,  odnajdywał w  sobie  siłę  i  szedł  dalej  i  dalej. Musiał. Wiedział,  że  koniec 

wyprawy  jest  już  bardzo  blisko.  W  oddali,  na  zachodzie,  dostrzegał  zarysy  Glen  O’Dunkillie,  ale  przed  nim  majaczyła 

rzeczywistość ze snu. Swoją wyprawę zaczął w podświadomości, a miał zakończyć tutaj.

W pewnym momencie ogarnęła  go panika. Zrobiło się ciemno. Znał powód. Wiedział, że  oczy pierwsze  odmówią  mu 

posłuszeństwa. Najchętniej położyłby się  tu i zasnął (jak przypuszczał, było to raczej zmęczenie  psychiczne niż  fizyczne), nie 

mógł sobie jednak na to pozwolić. Zbyt wiele od niego zależało.

Po wydostaniu się  na płaski teren, pojął, że  musi stawić czoła  najgorszemu. Nawet ciemne chmury, zwiastujące  letnią 

burzę, nie tłumaczyły gęstniejącego mroku. Zasoby energii prawie się wyczerpały.

W tej samej chwili o kilkadziesiąt metrów dalej Fong zdecydował się podjąć decyzję za Charona Gubwę. Albinos chciał 

śmierci Garrisona. Johnie wiedział o tym. Uniósł pistolet, wycelował i nacisnął spust.

Garrison  musiał  się  potknąć  w  tym  momencie.  Upadł  na  ziemię.  Fong  myślał,  że  go  trafił...  Wstrzymał  oddech 

oczekiwał  jakiejś  reakcji,  na  przykład  ognistej  kuli. Tak  byłoby  najlepiej,  nikt  nie  powiązałby  wówczas  jego  ukochanego 

Charona  z  tą  sprawą.  Nic  podobnego  jednak  się  nie  wydarzyło.  Tylko  nie  wiadomo  skąd  powiało  chłodem,  to  wszystko. 

Chińczyk zaczął normalnie oddychać. Odczekał jeszcze chwilę i wspiął się na skałę.

Na mchu zauważył krew. Świeżą krew. Jakiś cień poruszał się bardzo szybko. Biegł!

Według  obliczeń  Stone’a  minęła  dziewiąta  wieczorem.  Wciąż  miał  nadzieję.  Był  jednak  realistą.  Postanowił  nie 

sprzedawać tanio swojej skóry. Ale Vicki nie miała wyboru; jej linia życia urywała się w tym miejscu. Richard Garrison zginął 

i ona  musiała  podążyć  za  nim. Mimo, że znali się  od niedawna, dziewczyna otworzyła  przed  nim swoje  serce, a on  słuchał; 

trzymał ją w ramionach, nic więcej.

To co leżało w łóżku, nawet nie przypominało Vicki Maler. Ale czyż ludzie  przed śmiercią nie odzyskują  świadomości? 

Żywszy płomień świecy przed zgaśnięciem.

Złoty blask  nie rozjaśnił jej oczu, ale  ciało  i twarz  odmłodniały  nieco. Powiedziała  mu nawet, aby  nie płakał po  niej. 

Tak, była świadoma. Stone zaś szlochał z innego powodu – z nienawiści i bezsilności.

Nagle w zakratowanym okienku pojawiła się obleśna twarz.

–  Pan  Stone, co  za  rozpacz!  Myślałem, że  jest  pan  większym  twardzielem. – Gubwa  spojrzał  na  łóżko, gdzie  leżała 

Vicki. Jej pierś unosiła się  w urywanym oddechu. – Ona odchodzi. Może będzie pan przy niej do końca, a może  nie. To zależy 

od  tego, jak  szybko  umrze. Pan  ma  jeszcze  przed  sobą  czterdzieści  minut  życia. Obiecałem  sir Harry’emu, że  pańskie  ciało 

znajdzie się w Tamizie nad ranem. I dotrzymam słowa.

Stone podszedł do drzwi.

– Dlaczego Bóg toleruje takiego bydlaka?

– Zrobię wszystko, co w mojej mocy, aby zachować  pozory... – Charon wzruszył ramionami – aż  do momentu, kiedy 

dostanę Psychomecha. A później...

– Bóg z listą wyroków? – szydził agent. – Z minuty na minutę jesteś coraz zabawniejszy!

– Ale zgodzi się pan ze mną, panie Stone, że bogowie mają moc dawania i odbierania życia?

–  Ty  jesteś  jak  wściekły  pies  spuszczony  z  łańcucha.  To  śmieszne!  Jesteś  bardziej  podobny  do  antychrysta  niż  do 

jakiegokolwiek bóstwa.

Gubwa jęknął. Był już zmęczony, ale nie chciał pozostawać dłużny w tej słownej rozgrywce.

–  Nie  rzucam  słów  na  wiatr,  mówiąc  o  śmierci,  panie  Stone.  Jeśli  Garrison  miał  jakąś  moc,  ja  będę  o  tysiąckroć 

potężniejszy.  A  poza  tym  coś  jeszcze  mnie  zastanawia.  –  Uśmiechnął  się  złowrogo.  –  Miss  Maler  była  całkiem  ładna  – 

kontynuował. – Garrison wybrał ją sobie i doceniam ten wybór.

Niech się  pan pocieszy myślą, że  będę  dla  niej litościwy. Teraz  umrze, ale  za  jakiś  czas  zasiądzie  po  mojej prawicy. 

Stanie się też Hermaphoro sapiens. Tak! Zostanie matką rasy, matką moich dzieci. Niezła bogini; jak pan sądzi?

–  Ty  pieprzony  skurwielu!  –  Stone  syczał  przez  zęby. Ale  Gubwa  już  odchodził  korytarzem. Jego  donośny  śmiech 

rozbrzmiewał echem po całym budynku...

Garrison  biegł. Wydawało mu  się,  że  biegł całą  wieczność. Stracił  wiele  krwi; nie  czuł  już  prawego ramienia,  przez 

które przeszła na wylot kula Fonga; wciąż biegł, pomimo że wzrok pogarszał mu się w dalszym ciągu. Trwał wyścig z czasem. 

Garrison  nagle  stracił grunt pod  nogami i  spadł  z  małej  skarpy. Usiadł  na  jej  zboczu  pośród  wypłowiałej  trawy. Modlił się. 

Jakby w odpowiedzi, na niebie pojawiła się błyskawica.

Wtedy  zobaczył  olbrzymie  cielsko  tamy  po  prawej  stronie  i  czarną  sylwetkę  dużego  domu.  Rozpoznał  krajobraz 

żywcem  przeniesiony  z  jego  snu.  Przez  sześć  małych  szczelin  śluzy  sączyła  się  woda,  w  górze  wznosił  się  rząd  słupów 

wysokiego napięcia.

Jakimś  cudem  Garrison  zwalczył  słabość  i  odnalazł  ścieżkę  wiodącą  do  samotnego  domostwa.  Opuszczone  miejsce 

wyglądało tak  samo  ponuro  jak  otoczenie.  Dach  był w  opłakanym  stanie, szyby  w  oknach  powybijane,  komin  pokruszony. 

Strach  popchnął  go  dalej.  Doszedł  do  drzwi.  Nic  już  prawie  nie  widział.  Oparł  się  o  nie  czołem  i  poczuł  metalowe 

wybrzuszenia. Litery! Powiódł po nich dłonią: X – A – N A...

Nikt się  nie  spóźnił. Przyszło szesnastu żołnierzy – dwa razy więcej niż  zwykle. Najwyższy rangą był dowódca zmiany 

Gardner. Winda  mogła  maksymalnie  przewieźć  szesnastu  ludzi. Coś  się  działo w Zamku. Wszyscy  przybyli na  parking  przy 

windzie. W mieście  byli normalnymi ludźmi, ale tutaj stanowili tylko grupę bezwolnych zaprogramowanych maszyn. W tym 

stanie nie potrafili się bronić. Atak ludzi sir Harry’ego zaskoczył ich kompletnie.

Sir  Harry i  jego Grupa  Specjalna  przyjechali  godzinę  wcześniej. Wszyscy byli zbirami  spod ciemnej gwiazdy. Kiedy 

Brian Lumley - Psychosfera

57 / 61

background image

Gardner podszedł do drzwi, pobrzękując kluczami, sir Harry dał sygnał.

– Teraz! – Skierował światło latarki na zaskoczonych ludzi. Jego brygada dokończyła dzieła.

Żołnierze Gubwy nie wiedzieli, kto ich zaatakował. Zostali wyszkoleni do akcji w Zamku, a nie na zewnątrz. Padali jak 

muchy. Echo wystrzałów zmieszało się z krzykami ofiar.

Kiedy  było po  wszystkim, sir  Harry podszedł do  leżącego na  ziemi trupa  Gardnera  i wyciągnął mu z ręki  klucze. Po 

chwili wszyscy znaleźli się w środku, a sir Harry nacisnął guzik, przywołując windę.

Gdzieś w dole zazgrzytało żelastwo i mała klatka zaczęła z mozołem piąć się w górę.

Nieświadomi niczego strażnicy, schodzący ze służby, ruszyli w kierunku szybu. Dwóch z nich dostało specjalne zadanie 

dotyczące Philipa Stone’a...

Garrison wszedł do środka przez wybite  okno. Pokaleczył się  bardzo, ale  nie zważał na  ból ani na utratę krwi. W tym 

stanie nawet nie widział,  jak blisko jest śmierci. 

Odnalazł kominek i rozpalił ogień, dołożył kilka szczap ze  starego krzesła.  Odetchnął z ulgą, widząc płomienie. Ogień 

rozgrzał  zmarznięte  ciało.  Garrison  uświadomił  sobie,  jak  mało  czasu  mu  zostało. Nawet jaskrawych  płomieni  nie  widział 

wyraźnie.

Przypomniał sobie, że tutaj, w Xanadu,  było coś, co pozwoli mu przetrwać.

Niespokojnie chodził po pokojach. Usiadł na chwilę przy ciężkim drewnianym stole.

Wyciągnął dłoń w kierunku lampy. Wystawały stamtąd tylko dwa druty; poprzedni właściciele zabrali wtyczki z sobą. 

Pomyślał, że można by oświetlić to miejsce..

Nic nie wskazywało na to, żeby był prąd, ale postanowił spróbować.

Prawie upadł, kiedy szukał kontaktu. Znalazł go w końcu i wetknął przewody do środka. Nagle poczuł wstrząs ; trzymał 

w ręku dwa druty bez izolacji. 

Rzuciło go w przeciwległy kąt pokoju. W tej samej chwili zdarzyło się kilka rzeczy.

Cudownych zjawisk! Po pierwsze: powrócił mu wzrok, po drugie: mięśnie wypełniła  energia. I w końcu.. przypomniał 

sobie sen.

Sen, w  którym  potwór, Garrison  Schoeder Koenig,    został przywrócony  do życia  na  łożu Psychomecha. Ten  dziwny 

Garrison regenerował swoje siły pierwotnymi zasobami natury. Błyskawicą, elektrycznością!

Jak Frankenstein!

Teraz, znów ślepy, poczołgał się do kontaktu. Palce i ramię wciąż krwawiły.

Popękanymi paznokciami zdrapał izolację z przewodów, owinął je naokoło nadgarstków, po czym wepchnął oba druty 

do gniazdka.

Jego ciało, wciśnięte pomiędzy ścianę i ciężki stół, miotało się i wyginało; włosy stawały mu dęba, a poczerniałe palce 

przytrzymywały rozgrzane do czerwoności przewody.

Przez  pięć, dziesięć, piętnaście  sekund  czerpał energię.   Nie  przerwałby  tego  „tankowania”, ale  druty  popękały, a  on 

jeszcze raz przeleciał przez pokój.

Tera z jednak nie był bezsilny. Zbliżał się koniec wyprawy. Wiedział, co musi zrobić.

Podniósł  głowę  i  całe  pomieszczenie  wypełnił  złoty  blask. Blask  czysty  i  szlachetny.  Światło, które  kiedyś, we  śnie, 

otrzymał w migoczącej kuli świątyni Bogini Nieśmiertelności!

Przy wejściu do ogrodu okalającego dom stanął jak wryty Johnie Fong.

Po chwili zaczął uciekać przed rosnącą złotą kopułą, która chciała go pochłonąć...

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY

Dwaj żołnierze, którzy mieli zająć się agentem, otworzyli drzwi celi. Wewnątrz, na  łóżku, leżała  Vicki Maler przykryta 

troskliwie przez Stone’a. Spała, a może już nie żyła. Strażników interesował tylko Stone.

Bystrzy,  inteligentni  nie  różnili  się  niczym od  młodych, obiecujących  pracowników  jakiejś  firmy.  Nie  wyglądali  na 

morderców. Wydawało się też nieprawdopodobne, aby Stone mógł ich zabić, a jednak zrobiłby to bez mrugnięcia okiem, gdyby 

tylko miał taką możliwość.

Wyprowadzili go z celi i posadzili na wózku inwalidzkim.

Jeden trzymał pistolet, drugi przygotowywał pasy do skrępowania więźnia.

– Pospiesz się – ponaglił kolegę ten z pistoletem. – Winda już zjechała. Będą na nas czekać.

Tamten spojrzał, jakby chciał mu odpowiedzieć, ale w tej samej chwili rozległ się szczęk broni automatycznej; świst kul 

i huk. Stone tylko na to czekał. Nie wiedział, co się dzieje; wiedział tylko, że chce w tym uczestniczyć.

Jego  oprawcy na  chwilę  zamarli w bezruchu. Nie  dał im najmniejszej szansy. Złapał za nadgarstek trzymającego broń 

i morderczym uściskiem wyzwolił dłoń strażnika od niepotrzebnego ciężaru. W tym samym momencie podniósł się sprężyście, 

uderzając  czołem  w  twarz  drugiego. Aby  dokończyć  dzieła, zmiażdżył  celnym  kopniakiem  jego  krocze. Pierwszy  żołnierz, 

krzycząc, zamierzył się  pięścią, ale  agent roztrzaskał mu nadgarstek, który pękł jak uschnięta gałąź. Rozległ się krzyk. Zanim 

oszalały z bólu człowiek zdążył podnieść broń, Stone cisnął nim w kierunku stalowej ściany.

W następnej chwili przykucnął, chwycił pistolet i zamarł w bezruchu. Dwóch uzbrojonych po zęby mężczyzn wyłoniło 

się zza zakrętu przy końcu korytarza. Mogli to być żołnierze MI5 albo jakaś inna, nie znana mu formacja Gubwy. Kiedy jednak 

podbiegli bliżej, strzelając ciągłym ogniem z karabinów maszynowych, te rozważania przestały mieć sens.

Posłał w ich kierunku strzał i zobaczył, że jeden z nich pada. Drugi zwolnił nieco. Stone, schowany za wózek, spokojnie 

wymierzył  i  wypalił. Ponieważ  oparcie  wózka  było  poszarpane  kulami, widział  dokładnie,  jak  lufa  karabinu maszynowego 

przesuwa  się  w  jego  kierunku.  Nagle  karabin  upadł  z  łoskotem  na  ziemię. Stone  zobaczył  czerwonoczarną  plamę  miedzy 

oczyma trupa.

Sytuacja zaczęła rozwijać się w oszałamiającym tempie.

Agent  złapał  karabin,  włożył  pistolet  do  kieszeni.  Stanął  nad  trupem  i  przyjrzał  mu  się  uważnie.  Rozpoznał 

Brian Lumley - Psychosfera

58 / 61

background image

funkcjonariusza  sir  Harry’ego. Stone  zabrał trupowi magazynek i odpiął od pasa  kilka granatów. Odwrócił się do drzwi swojej 

celi i przestrzelił zamek. Podszedł do  łóżka  Vicki Maler, podniósł ją. Zdziwił się  –  nie mogła  tak dużo ważyć. Odkrył rąbek 

koca.

Znów i wyglądała jak przedtem. Nie była co prawda młodą, piękną dziewczyną, ale też nie – staruchą.

Zastanawiał się, czy jej nie obudzić, ale porzucił ten pomysł i tylko owinął ją kocem. Po chwili ponownie znalazł się na 

korytarzu. W Zamku panował chaos  – grupa  sir Harry’ego zaskoczyła  wszystkich. Słychać było  wybuchy  granatów; odgłosy 

wystrzałów mieszały się z okrzykami bólu i strachu.

Stone nie znał tych korytarzy, pobiegł więc naprzód, dźwigając bezwładne ciało Vicki.

– Chcę dostać Gubwę. Takiego dużego, tłustego albinosa!

Chcę jego ścierwa! Do dzieła, niech nikt nie ujdzie żywy. Rozpoznał głos sir Harry’ego.

Skręcił na prawo i natknął się na człowieka z haremu.

Twarz transseksualisty była roztrzaskana. Krew kapała na wielkie piersi. Nie miał żadnej broni.

– Nie strzelaj! – krzyknął. – Nie strzelaj... – i upadł na gumową wykładzinę.

Gdzieś bardzo  blisko  rozległy się  strzały. Stone  wziął głęboki  wdech i wypadł zza  rogu, siejąc  zniszczenie. Człowiek 

w wojskowym uniformie stał pośrodku korytarza, kiedy dopadły go kule. Pilnował windy. Ciała ubranych po cywilnemu ludzi 

Gubwy pokrywały całą podłogę. Na agencie specjalnym widok ten nie zrobił najmniejszego wrażenia.

Szarpnął  drzwi  windy  i  wtedy  usłyszał  za  sobą  syk.  Obrócił  się  na  pięcie...  Na  wprost  niego  stał  Gubwa.  Miał 

zmierzwione włosy i otwarte szeroko różowe oczy.

– Do środka! – krzyknął Philip. – Ale już, zanim zmienię zdanie!

– Idę, idę. Proszę, niech pan nie strzela, panie Stone!

– Strzelać? Zabić cię? Chyba żartujesz. Jeśli cię zabiję, kto za to wszystko odpowie? A wierz mi, będzie co opowiadać. 

Podpowiem im, jakie pytania mają ci zadawać!

Winda  była  obszerna.  Gubwa  odsunął  się  jak  najdalej  od  lufy  pistoletu.  Podniósł  ręce  do  góry  i  trząsł  się  cały  jak 

galareta.

– Przycisk – wymamrotał. – Proszę go nacisnąć. Musimy się stąd wydostać!

Agent spojrzał podejrzliwie. Pośpiech był zrozumiały, ale... Zatrzymał palec przy tablicy.

– Coś wymyślił, Gubwa?

– Niech pan naciśnie wreszcie! Zaminowałem Zamek.

Wszystko wyleci w powietrze za kilka minut!

Kiedy winda ruszała w górę, potężna eksplozja wstrząsnęła twierdzą. Byli już bezpieczni, ale podłoga wciąż drżała.

Gdy wszystko ucichło, Gubwa rozluźnił się i powoli zaczął opuszczać ręce.

– Podnieś łapy, tłuściochu!  – warknął Stone. Zrobił dwa  kroki do przodu, dotykając  lufą  brzucha  albinosa. -I  zamknij 

oczy! No już! I tak trzymaj! A teraz słuchaj!  Kiedy poczuję najbardziej niewinną obcą myśl w moim mózgu, będziesz cięższy 

o kawałek ołowiu. Zrobię to z rozkoszą!

Ktoś inny już dawno odebrałby hipnotyczne rozkazy Gubwy. Jednakże Stone był na to przygotowany.

– Jeśli masz w sobie odrobinę zdrowego rozsądku, nie wygłupisz się...

Garrison  leżał  bez  ruchu  przez  kilka  minut, ale  kiedy  tylko  zregenerował  siły,  jego  umysł  zaczął  pracować  bardzo 

intensywnie. Po pierwsze – powstrzymał ból; wystarczyła jedna myśl. Potem omiótł spojrzeniem dom, dolinę i tamę. Starał się 

przywołać wszystkie szczegóły snu. Odzierał je z sennego mistycyzmu. W ten sposób zobaczył przyszłość.

Zaczynała się w tym miejscu. Jednak wciąż miała pewne ograniczenia. Garrison dysponował teraz potężną mocą, nie na 

tyle jednak dużą, aby pójść tą drogą. Skierował swoje myśli ku tamie; dotarł do jej urządzeń...

Johnie Fong siedział na skarpie i wpatrywał się w złotą  kopułę. Przestała już  rosnąć; sięgała powyżej sosen, zamykając 

w  swoim wnętrzu dom  i  ogród. Fong wiedział,  że  zjawisko  to  miało  na  pewno związek  z  Garrisonem. Pomyślał, że  gdyby 

Charon skontaktował się z nim teraz, poradziłby, co robić. Jego ukochany Charon zawsze miał gotowe odpowiedzi na...

Wstał gwałtownie. Pierwsze  ciepłe krople deszczu spadły na ziemię, chmury kłębiły się na niebie; ale nawet porywisty 

wiatr nie mógł zagłuszyć nowego dźwięku – gwałtownego, narastającego odgłosu dudniącej, miażdżącej wszystko potęgi. Fong 

skierował  wzrok, uzbrojony  w  szkła  lornetki,  w  kierunku tamy. Sześć  srebrnych  strumyczków  wypływających  z  betonowej 

powłoki zmieniło  się  w potężne, wystrzelające  prawie  poziomo strumienie. Dobiegał  go coraz  donośniejszy szum  spienionej 

wody.

Odwrócił się  i  zaczął wspinaczkę  po skarpie. Nie  patrzył do  tyłu.  Po  piętnastu  minutach  odważył się  spojrzeć. Teraz 

wiedział,  że  instynkt  go  nie  zawiódł,  każąc  uciekać  jak  najdalej  od  tego  miejsca.  Instynkt  i  strach.  Nie  był  to  lęk  przed 

spadającą  wodą, lecz  przed mocą, która uwolniła potop; przed gigantyczną nieokiełznaną  Mocą, której serce  tętniło pośrodku 

złotej kopuły!

Tętniło – widział to gołym okiem – jak korpus wielkiego stwora.

Jakaż potężna siła starała się wydostać na powierzchnię.

I w końcu... powłoka pękła!

Wyszła  z niej złota  postać. Po chwili  zaczęła  wspinać  się  po skarpie  w kierunku  drżącego ze  strachu Chińczyka. Nie 

dotykała  ziemi. Zawieszona w powietrzu  szybowała  nad trawą  i zaroślami. Fong rozpoznał ją. Był to  skurczony, wysuszony 

Richard  Garrison. Skurczony,  a  jednak  wielki. Johnie  uniósł  pistolet  i  zaczął  strzelać.  Kule  za  każdym  razem osiągały cel. 

Postać  jednak  ani  na  chwilę  nie  zatrzymała  się.  Garrison  wciąż  zbliżał  się.  Jego  skórę  pokrywały  złote  zmarszczki,  a  z 

popalonych ramion zwisały dwa  przewody. Za nim, w dolinie, ruchy psychicznej plazmy otaczającej dom gwałtownie zanikły. 

Zniknęła też złota poświata. Budynek rozpadł się w proch, który momentalnie uniosła rycząca woda.

Fong jak  automat  podjął  wspinaczkę; podążał za  Garrisonem  niby  ćma  lecąca  ku  lampie.  Pragnął wiedzieć, pragnął 

zobaczyć,  nawet  jeśli  miałby  to  przypłacić  życiem.  Jeszcze  zanim  wdrapał  się  na  szczyt,  usłyszał  buczenie  przewodów 

wysokiego  napięcia.  Ściągały  moc  z  tamy:  moc,  której  potrzebował  tamten.  Kiedy  Fong  wynurzył  się  zza  skarpy,  ujrzał 

przerażającą scenę.

Brian Lumley - Psychosfera

59 / 61

background image

Garrison, jak  krzyż  z  płonącego  złota, krążył wokół  przewodów. Chwilę  później otrzymał  to, czego  chciał. Potężny 

pocisk elektryczności otoczył go i rzucił na ziemię. Zapach ozonu i palonego ciała wypełnił powietrze...

Siły  natury,  jakby  przeczuwając  dziwny  głód  człowieka,  dopisały  własny  rozdział  do  tego  przerażającego  obrządku 

pogrzebowego. W jego kierunku spadały błyskawice, które zlewając się w jedno, otoczyły szkielet człowieka.

Johnie patrzył obłąkańczym wzrokiem na  tę scenę. Po twarzy ściekały mu krople  deszczu. Wydawało się, że  wszystkie 

żywioły oszalały. Cała ta potężna energia skupiła się na Garrisonie; lub raczej na tym, co z niego pozostało!

Dwieście kilometrów  od tego miejsca, w Dounreay, wskaźniki oszalały. Uranowe  pręty, które  miały dostarczyć  energii 

wielu miastom przez długie miesiące, zostały zużyte w kilka sekund...

W całej Szkocji przygasły światła.

Świetlista  łuna  wypełniła  niebo. Ognisty słup przeciął je  i uderzył w Garrisona, usuwając  ostatni jego  ślad  w świecie 

ludzi żywych. Garrison nie żył, odrodził się psychicznie, aby być częścią Psychosfery...

Kiedy winda  stanęła  niespodziewanie, Charon Gubwa wytężył zmysły. Stone wyświadczył mu wielką przysługę, każąc 

zamknąć  oczy. Pomimo  pozornej klęski,  albinos mógł  jeszcze  zakończyć  tę  rozgrywkę  sukcesem. Zamek  został zniszczony 

bombami  zapalającymi,  które  zmieniły  to  miejsce  w  piec  hutniczy.  Gubwa  miał  jeszcze  inne  kryjówki,  gotowe  na  jego 

przybycie; samochód ukryty w podziemnym parkingu czekał cierpliwie na swojego właściciela. Wciąż było kilku przekupnych 

ludzi, których mógł nagiąć do swojej woli.

Psychomech wciąż znajdował się w zasięgu ręki.

Co  więcej,  Gubwa  wiedział  coś,  o  czym  Stone  nie  miał  najmniejszego  pojęcia.  Pod  podłogą  windy  zainstalowano 

bombę, która miała eksplodować z chwilą otwarcia drzwi.

Charon  nie  posłuchał  ostrzeżenia  agenta  i  zaczął  czytać  w  jego  myślach;  był  mistrzem  dyskrecji  pozazmysłowej. 

Przebywał w jego umyśle od pięciu minut i nie obawiał się niczego.

Kiedy  winda stanęła, Charon  wyszedł z niej jako pierwszy. Znalazł się na  zewnątrz na  chwilę  przed  wybuchem, który 

rozkołysał kabiną.

Stone  zachwiał się.  Przeciwnik  z  szybkością  błyskawicy odebrał mu  karabin.  Upojony  triumfem  albinos  zaśmiał się 

i kazał agentowi opuścić windę.

– Wygląda na to, panie Stone, że nawet bogowie mylą się czasami – powiedział. – Sądziłem, iż  będzie pan inteligentny, 

ale nawet idiota zabiłby mnie, gdyby miał ku temu sposobność! – Skinął lufą broni. – Niech pan ją położy – polecił, wskazując 

wolne miejsce pomiędzy tężejącymi ciałami swoich żołnierzy. – Zabawimy się: ja zamknę oczy, a pan będzie starał się odebrać 

mi karabin... albo wyciągnąć pistolet z kieszeni.

– Gubwa, ty podły łajdaku...

– Oczywiście nie możesz wygrać, ponieważ będę wiedział o twoim ruchu, zanim o nim pomyślisz. Ale... czyż nie  warto 

spróbować? Aby uczynić  naszą grę bardziej emocjonującą, ograniczymy czas do piętnastu sekund. Potem już  na prawdę  będę 

musiał iść.

– Spieszysz się, co, Gubwa? – wycedził Stone.

– Tak, bardzo! Psychosfera czeka; przygotowuje się na przyjęcie nowego mistrza. Wzywa mnie i muszę iść. – Za mknął 

oczy. – Jeden... dwa... trzy... cztery... – zaczął odliczać.

Trzy istoty pojawiły się w materii Psychosfery.

– No i co? – zapytał Garrison. – Jesteś zadowolony?

– Nie wiem – odpowiedział Thomas Schroeder. – Mamy teraz równe szansę.

– Będąc częścią mnie, nie osiągnąłbyś tego. Dlatego cię wyrzuciłem i Willy’ego także. A ty, Willy, jesteś zadowolony?

– Tak sądzę– odparł tamten. – Myślę, więc jestem. – Zaśmiał się. – Przywykłem do tego.

– Ale co możemy robić? – zapytał Schroeder. – Jesteśmy bezcieleśni, wszechmocni i nieśmiertelni... Nieśmiertelni?

– Możesz robić, co chcesz. Pragniesz powrócić do powłoki cielesnej? Dobrze, zrób to, stań się śmiertelnikiem!

Możesz to uczynić. Możesz dokonać wszystkiego, co ci się zamarzy.

– Oczywiście masz rację. Zróbmy więc to.

– My? – Garrison aż się zakrztusił. – Ty może tak, ale nie ja. Może później, kiedy się znudzę. Ale wątpię.

– Znudzisz się? – zdziwił się Koenig.

–  Pozwólcie, że  coś  wam pokażę. –  I  Garrison  pokazał  im ABSOLUT: czy  też  raczej jego część.  Pokazanie  całości 

zajęłoby całe wieki. – Widzicie? Cieleśni nie  będziecie  mogli doznać tego wszystkiego. Kto piłby wodę, jeśli może pić wino? 

To wielka wyprawa, moi przyjaciele, i wielkie przeznaczenie! Decydujcie się szybko, ja i Suzy nie możemy czekać.

– Twoje zasoby energii już raz się wyczerpały – ostrzegł Schroeder. – Pamiętasz?

Garrison wybuchnął śmiechem.

– Któż ma pragnienie w morzu słońc?

– Doskonale. Zatem głosujmy.

Gromkie „tak” rozległo się w przestrzeni.

– Jeszcze chwileczkę – powiedział przytomnie Garrison.

– Mamy jeszcze kilka długów do wyrównania. – Pozwolił, aby spokojna materia Psychosfery wzburzyła się  nieco. – No 

już...

–  ...  Jedenaście...  dwanaście... trzynaście... –  mówił  dalej Gubwa  z  zamkniętymi  oczyma  i  upiornym  uśmiechem  na 

twarzy.

Stone sięgnął po broń i albinos wiedział o tym.

– Och! – krzyknęła Vicki, odrzucając koc.

– Czternaście! – Charon otworzył oczy i twarz mu zszarzała, kiedy zobaczył młodą, piękną, zielonooką dziewczynę.

Z  przerażeniem oczekiwał  najgorszego. Ktoś  wszedł do  jego  umysłu. Ktoś straszny. – Garrison!  –  krzyknął. Karabin 

maszynowy rozgrzał się do  czerwoności w jego dłoniach; krople roztopionego metalu ciekły przez popalone palce; na  ustach 

pojawiła  się  piana.  Albinos  pobiegł  prosto  przed  siebie  w  kierunku  stalowych  drzwi,  które  otworzyły  się  przed  nim. 

Brian Lumley - Psychosfera

60 / 61

background image

Poszybował w górę, łamiąc po drodze bariery i zabezpieczenia. Odszedł w noc. Paliło się na nim ubranie, włosy. Ogień ugasiło 

na moment beztlenowe powietrze stratosfery, po czym jego ciało pękło jak rozżarzone ziarno kukurydzy.

Tak zaginął wszelki ślad po Charonie Gubwie.

Kilka rzeczy zmieniło się na świecie. Garrison po części miał rację, mówiąc o czasie. Czas jest nieskończony, to prawda. 

Nic jednak nie jest niemożliwe w nieskończoności.

Joseph  Maestro  wraz  ze  swoimi  „chłopcami”  zapadł  się  pod  ziemię,  jakby  nigdy  nie  istniał.  Tak  samo  niektórzy 

skorumpowani pracownicy Tajnej Służby i... jeszcze kilka innych „drobiazgów”.

W ten sposób Ziemia stała się o wiele przyjemniejszym miejscem. Tak myśleli też Philip i Vicki Stone’owie, chociaż nie 

pamiętali, że kiedykolwiek było inaczej.

Vicki wyglądała przez okno ich domu w Sussex. Patrzyła w gwiazdy.

– Richard – westchnęła. Nigdy nie znała żadnego Richarda.

– Słucham? – Philip spojrzał znad książki. – Mówiłaś coś, kochanie?

– Wydawało mi się... Widziałam spadającą gwiazdę – od powiedziała..

Miesiąc później...

James  Christopher  Craig  spał  niespokojnie.  Dziwny  sen  powrócił,  drażniąc  jego  podświadomość.  Sen  o  człowieku, 

którego nigdy nie znał, o Garrisonie i o niewiarygodnej Maszynie. Sen stanowił wezwanie do odbudowania Maszyny.

Rozkazy  przybierały  na  sile. Wizja  nie  była  przerażająca; źródło  cierpień  leżało  w  psychice  Craiga: w  przepastnych 

otchłaniach  podświadomości,  które  powinny  zostać  zamknięte  na  zawsze,  a  które  teraz,  za  sprawą  zmarłego,  powoli,  ale 

systematycznie otwierały swoje czeluście.

W końcu James stanął przed ostatnią  bramą. Komnatą Najskrytszych Sekretów. Drzwi otworzyły się  powoli. Za nimi... 

zobaczył Maszynę...

– Jimmy! – Marion, jego żona, starała się go obudzić. Co jest z tobą? Znowu te sny?

Usiadł  na  łóżku, ocierając  zimny pot  z  czoła. Fosforyzująca  wskazówka  zegarka  pokazywała  drugą. Noc  otulała  cały 

dom ciemną pajęczyną. Sen odchodził, odpełzał, kryjąc się w najgłębszych zakamarkach umysłu.

– Krzyczałeś przez sen – powiedziała, przytulając go. Jedno słowo, cały czas to samo.

– Naprawdę? – wymamrotał sennie. – Co to było, pamiętasz?

Craig  leżał  w  ciemnościach  i  rozmyślał.  Długo  rozmyślał,  zanim  znów  zasnął.  To  dziwne  słowo  dźwięczało  mu 

w uszach znajomym tonem. Rozbrzmiewało tonem szaleństwa i grozy.

Słowo, które zawsze będzie go prześladować.

Słowo, które zawsze będzie prześladować świat.

Psychomech.

Brian Lumley - Psychosfera

61 / 61